(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Listy Andrzeja Edwarda Koźmiana, 1829-1864"

This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project 
to make the world's books discoverable online. 

It has survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one that was never subject 
to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books 
are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to discover. 

Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 
publisher to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying. 

We also ask that you: 

+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for 
personal, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's Information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers 
discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web 



at |http : //books . google . com/ 



^s^s,<? 



1>arvar& ColUde Xil>rart 




BOUGHT WITH MONEY 
RECEIVED FROM THE 
SALE OF DUPLICATES 




oogle 



Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google 



■,'•■'' 



LISTY 






(1829-1864.) 



I. 

WSTĘP. 

(1829 - 1830.) 



Ji4^ 



yVK LWÓWJE. 
NAKLAUKM KSlKtiAI^M (i IlUn NuW K Z \ I mUMIDTA. 

z .llilkiMIli \M,.J>-I;.>vii h ./.,ll-'.i.'i;o. /■■UT.\.:i Wl.ilj -l.i .1 .1. WW., ■ 

is.,.,. ■ ■ 

■ , - Digitizedby VjOOQ16 



Digitized by 



Google 



LISTY 

ANDRZEJA EDWARDA KOŻMIANA 

(1829—1864) 



I. 



Digitized by 



Google 



WYDAWNICTWA I KOMISA KSIĘGARNI 
GUBRYNOWICZA I SCHMIDTA 

we Lwowie. 

iłr. et. 

Abraham W. Dr. Organizacya kościoła w Polsce do połowy Xn. w. 

wydanie drugie znacznie powiększone . . H 60 

— Początki prawa patronatu w Polsce — 90 

Biliński dr. Leon. O pracy kobiet ze stanowiska ekonomicznego — 50 

— O istocie, rozwoju i obecnym stanie socyalizmu — 80 

— Procent a czynsz. Porównanie 1 20 

— Studya nad podatkiem dochodowym. 2 tomy 5 — 

— System ekonomii społecznej, wydanie trzecie znacznie powię- 
kszone, 2 tomy 10 — 

— Znamiona polityki narodowej i krajowej ....... — 60 

Borlcowski Jerzy Sewer lir. Dunin. Spis nazwisk szlachty polskiej, 8vo, 

Lwów 1887- str. 611 6 — 

Bronikowski. Jan III. Sobieski i dwór jego, czyli Polska w XVII w. 

2 tomy .' ^20 

Dzieduszyoki W. Historya malarstwa we Włoszech, z 20 rycin. 5 60 

— Listy o wychowaniu 2 80 

— Listy ze wsi, 2 serye, każda 8 20 

— Roztrząsania filozoficzne o podstawach pewności ludzkiej . . 2 40 
Dr. Antoni J, Opowiadania historyczne. Serya VL: Iwan Podkowa: 

ks. Bazyli Ostrogski i zatarg z Kosińskim ; S. Nalewajko ; T. L. 

Grabianka i Stanisław August w Grodnie 3 40 

— Opowiadanie historyczne. Serya VII. ( Zbrodnia kamieniecka ; 
Beatrice ; Zakładnicy lwowscy ; Fatyma ; Babka ; Spuścizna po 
księciu Nassauskim ; Spuścizna po Humieckich) 3 20 

— Nowe opowiadanie histor. Pod półksiężycem ; Losy kresowego 
miasteczka: Zemsta kozacza ; Porwanie króla ; Niedoszłe legiony 3 — 

— Opis podróży kijowskiej ks. Chołoniewskiego 1 60 

Gląbińskt St. Dr. Pojęcie nauki Skarbowej I 60 

— O systemie fizyokratów w ekonomice społecznej 1 50 

Gubrynowicz Bronisław. Kazimierz Brodziński. Przyczynek do biogr. 

i charakterystyki — 60 

— Artykuł Brodzińskiego o Mickiewiczu — 20 

— Piast Dantyszek. Kartka z twórczości J. Słowackiego .... — 40 

— Wincenty Reklewski. Szkic literacki — 40 

Jodko Antoni Ńarkiewicz. Szkic historyczny umysłowego i artystycz- 
nego rozwoju ludzkości od zawiązku społeczeństw do począt- 
ków sztuki chrześciańskiej, przeszło 600 illustracyj: 3 tomy. 

Lwów, 1889 18 — 

Kalinka ks. Sprawa ruska na sejmie czteroletnim — 60 

— Jenerał Dezydery Chłapowski 2 10 

Lemcke K. Estetyka. Wydanie drugie. 62 rycin 6 40 

Liske X. Cudzoziemcy w Polsce. Podróże i pamiętniki 4 20 

Listy Jana III. króla polskiego, pisane do królowej Kazimiry ... 2 80 

Łoziński Bron. Dr. Juris ignorantia. Studyum prawno-społeczne 5 — 

— Opieka publiczna nad ubogimi — 50 

— Wieczna wojna. Studyum polityczne — 60 

Łoziński Wład. Nowe opowiadania J. M. C Pana Wita Narwoja . . 3 — 

— PatrycYat i mieszczaństwo lwowskie z 107 rycinami. Wyd. II. 10 — 
Piłat Wł. Dr. O rencie gruntowej 1 1 50 



Digitized by 



Google 



LISTY 






(1829—1864.) 



1. 

WSTĘP. 
(1829 - 1830.) 



M^ 



WE LWOWJE. 

NAKŁAD KM KS[Ę(tAKNI GrT{RVNU\V[C7.A I SCHMIDTA. 



1894. 



Digitized by 



Google 



5L.^ i^sns. ^ 



HA«VARD COIUSE LIBRAmT 

BOU(iHT FROM 

DUPLICATE MONEY 

D£C 12 1938 






Digitized by 



Google 



PANI AMELII ZAŁUSKIEJ 



POŚWJtfCAJA 



L 



DZIELI ACTURA, 



Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google 



WSTĘP 



Syn autora Ziemiamtwa i Stefana Czarnieckiego^ Andrzej Edward 
Koźmian, ciągły niemal bra^t udział w literackiem, towarzyskiem i 
politycznem życiu swojego czasu. Sam be^dąc poprawnym i wytwor- 
nym pisarzem, prócz wielu utworów prozą i wierszem, zostawił dwa 
tomy Wspomnień, które wyszły drukiem w Poznaniu. Zajmujące te 
wielce opowiadania kończą się na nieszczf^ście z rokiem 1830 i opi- 
sem dyktatury Cłiłopickiego. Nie mała to strata, iż naoczny świadek, 
a do pewnego współdziałacz w tak ważnych dla nas wypadkach, 
w tem właśnie miejscu przerwał swoje opowiadanie. 

Niniejszy zbiór Listów ma w części zastąpić brak powstały 
wskutek niedokończenia Wspomnień, 

Andrzej Edward Koźmian należał do pokolenia, które łączyło 
gorącą miłość ojczyzny z wielkiem zamiłowaniem życia towarzy- 
skiego i światowego. A był on pod tym względem wybitną i ty- 
pową swoich czasów osobistością. Ulubieniec salonów warszawskich, 
mile widziany gość w paryskich, miał rozliczne stosunki i ten wy- 
kwintny zakrój wielkiego świata, który staje się coraz bardziej dla 
obecnego pokolenia mitem, ginącym w mgle czasów. Do zalet 
człowieka światowego z owej epoki, należał jeszcze zagubiony a dziś 
unicestwiony przez telegrafy, koleje żelazne i telefony, dar pisania 
listów. Celował w tym rodzaju Andrzej Edward Koźmian, a w jego 
Listach zapisane są najważniejsze zdarzenia, oraz spostrzeżenia i 
uwagi o ludziach znaczących, tak z dziedziny światowej, literackiej, 
jak i politycznej. Niestety i w tych Listach znajdują się luki i 
braki, które zaznaczymy w dalszym ciągu ; niemniej przedstawia ten 
zbiór pewną ciągłość, którą starać się będziemy zachować, począwszy 
od chwili, kiedy urwały się Wspomnienia, zatem od 1830 r. aż do 
śmierci autora zaszłej w 1864 r. 



Digitized by 



Google 



1 



2 

Zanim podamy w chrcmologicznym porządku szereg listów, 
obejmujący wielce dla nas zajmującą i nauczającą a jeszcze nie do- 
kładnie znaną epokę — - przytoczymy pisane w czasach objętych 
Wspomnieniami, mianowicie z pierwszego pobytu w Paryżu i Lon- 
dynie An. Ed. Koźmiana. Dadzą one nam żywy a zajmujący 
obraz młodego Polaka, bawiącego wówczas — - za granicą. 

Listy te, jak i następne, pisane były głównie do rodziny, acz- 
kolwiek An. Ed. Koźmian miał liczną korespondencyę, tak w kraju 
jak za granicą. Przeważnie jednak znajdujemy się w posiadaniu 
listów pisanych do swoich, a te stanowią poniekąd jedną zajmującą 
całośó, dającą obraz życia polskiego w tej epoce w różnych jego 
objawach i przejściach tak w kraju jak na obczyźnie. 



Digitized by 



Google 



Ce 9 8bre 1829 Metz. 

Już oddycham powietrzem francuskiem, ale iakże zimnem 
zdaie mi si(^, że nie do Francyi, lecz do Eossyi przyiechałem ; do 
Weimaru mieliśmy czas iak nayprzyiemnieyszy, lecz od chwili na- 
szego wyiazdu z Weimaru, ciągle prześladuią nas, deszcze, wiatry i 
niesłychane zimno; im zaś bardziey na południe post(jpowaliśmy, 
tem nam było zimniey, i teraz zmarz^łą ręką piszę. Te zaś deszcze 
i zimna panuią tu od trzech miesięcy; i teraz ani siać mogą, ani 
wina zebrać, słowem zagrożona Francya wielką klęską. Owoce wszy- 
stkie niegodziwe, winogrona kwaśne, słodsze daleko iadłem w War- 
szawie. Tak więc iedna illuzya moia znalezienia pięknego słońca 
we Francyi iuż znikła. Jednakże miło mi pomyśleć, że iestem na 
francuskiej ziemi, w oyczyźnie tego wielkiego narodu, w oyczyźnie 
męstwa i sławy. Ale smutno wspomnieć, iaka to nas przestrzeń, 
moje naydroższe istoty, przedziela; ile to gór, ile rzek. lużeśmy ro- 
zdzieleni i Odrą i Elbą i Eenem. Lecz noc, lecz sen zawsze mnie 
łączy z wami; tak iest, nie mogę zasnąć na chwilę, ażebym was 
nie widział, z wami nie był; domyślacie się więc, że nie spiąć 
myślę o was, kiedy spiąć was widzę. Tak iest ; nie było żadney 
przyiemney chwili dla mnie, żadnemu ieszcze pięknemu nie dziwi- 
łem się widokowi, żebym was obok siebie nie przenosił. Już to 
trzeci list do was piszę, pierwszy z Poznania, drugi i długi z Wei- 
maru*), trzeci ztąd, to iest z Metz, czwarty dopiero z Paryża od- 
bierzecie. 

W niedzielę zeszłą, to iest 4go, wyiechaliśmy z Weimaru 
o iedynastey. Ziedliśmy obiad w Gotha, ale taki, iakiegom w War- 
szawie nigdy nie iadł, z truflami, łososiami, jajami pawiemi i t. d. 



*) Opis pobytu w Weimarze i wizyty u Goethego wyszedł osobno 
z druku (P. W.) 

1* 



Digitized by 



Google 



a to za 4 złote. Chcąc odzyskać dzień, któryśmy Weimarowi po- 
świecili, 'iechaliśray nocą; i nazaiutrz w Poniedziałek stanieliśmy na 
nor w Frankfurcie. Cały ten kraj od Weimaru do Frankfurtu iest 
cudowny. Jedzie 8i(e prawie ciągle doliną, ozdobną w nayładnieysze 
wioski, ulicami wysadzanemi, nad obydwoma brzegami doliny 
wznoszą sit^ góry skaliste, odziane naypic^knieyszemi lasami klono- 
we mi, jasionowemi i grabo wemi. Co mil kilka natrafia się na bardzo 
ładne miasta; i tak Gotha iest miastem zbudowanem w ogrodzie; 
Eisiimach, Fulda, Hanau, są niemniey ładne. Tylko w xi(^stwie 
Hrsko-Kaselskiem wsie są bardziey opuszczone, miasteczka mniej 
porządne, bo choć krai pitjkny, rząd niegodziwy, który i poddanycłi 
i podróżnych niepoczciwie zdziera w opłatach za Chaussi^. Cały ten 
kmi iest pełen krwawych wspomnień woien Napoleona; pod Hanau 
widziałem mieysce, w którem mówił do Polaków przed przeyściem 
Renu. W Frankfurcie zatrzymaliśmy się przez pół dnia we Wtorek. 
Widziałem katedrę, w którey cesarzów niemieckich koronowano; 
byliśmy u pana Auvzteta, ministra rossyiskiego, który nam potwier- 
dził wiadomość o pokoju i punkfci wszystkie przeczytał M. Pan Ausz- 
tet zdaje się mieć wiele dowcipu 7)iais U a la jacłance d^un parvnu. 
Oczekuie on wkrótce WXięcia, którj^ się ma czas iakiś w Frank- 
furcie zatrzymać. Zmieniwszy moie talary pruskie na franki, na któ- 
lyeh to talarach nie wiele straciłem, ruszyliśmy w dalszą drogę. 
W^krótce uderzył mnie naycudownieyszy widok, przy zieździe z góry 
na płaszczyznę Moguncyi. Góra, którą droga iest prowadzona, okryta 
iest winnicami; w dole, na obszerney łące w wieczne wchodzi 
szluby, podług czyiegoś wyrażenia Men z Renem ; nad Eenem 
widać Moguncyę z iey starożytną katedrą, widać inne wsie i mia- 
steczka, a za niemi znowu góry zielenieiące się winnicami, przez 
ktłife, iakby biała wstążka, wężykiem bieli się droga. W ciągu całey 
moiey podróży nic mnie tak silnie nie uderzyło. Przez Moguncyę 
tylko przeiechawszy, już od was bystrym Renem, rozdzieleni, który 
nie tak szeroki iak Wisła, ale daleko prędszy i gwaltownieyszy, 
przez noc całą iechaliśmy, o południu stanęliśmy na granicy fran- 
cuski ey, gdzie nas bardzo grzecznie przepuszczono, a na godzinę 9tą 
byliśmy w Courcelles o 2 mil od Metz, gdzieśmy nocowali, nie 
mogąc w nocy wiechać do fortecy. Ciekawiście zapewnie, iakież też 
wrażenie Francya na mnie zrobiła; zdziwicie się, gdy wam powiem, 
że w pierwszey chwili przyiazdu, żal Niemiec ; kray iest piękny, 
lecz wsie mniey porządne, oberże nie tak czyste, pola nie tak sta- 



1) Z Turcią (P. W.) 



Digitized by 



Google 



t 



rannie iak w Niemczech uprawiane. To słońce francuskie, którego 
tak niecierpliwie wyglądałem, zastałem zasłonione zimnemi chmu- 
rami, wino aż do Metz niegodziwe nam dawano, słowem pieknieysza 
była Francya w moiey wyobraźni, aniżeli iest w istocie, iednakże 
przyznam, żebym się nie gniewał, gdyby Piotrowice ^) były 
we Francyi. 

Metz. 11 Pażdz. 1829. 

Już to przygotuicie się na to, że opłata za listy, które ode- 
mnie odbierać będziecie, tyle będzie kosztować, co moia cała podróż. 
Bo kiedy piszę do was, to krótko pisaó nie mogę, a kiedy nie 
iestem z wami, to często pisywać muszę. Żebym ia tylko listy 
wasze zastał w Paryżu — myślę, że Papa adressu naszego nie za- 
pomniał, lecz iuż nie trzeba pisać io Rtce des Capucines lecz Rm de la 
Chauss^e d'Anłin Nr. 62, proszę i Jenerałowi *) ten adress przesłać, bo 
go dadź zapomniałem. Niech Papa łaskaw będzie wspomnieć mnie 
czasem o Piotrowicach, bo ia o nich często myślę. Czy tam nie ma ia- 
kiey klęski, czy tak wszystko idzie iak należy. Niech mnie także zechce 
o xiężnie donieść. My tu od czwartku bawimy, lecz iutro iuż wy- 
ieżdżamy, zatrzymał się pan Batowski *) dla córki, którey mąż iest 
tu w garnizonie, lecz za dni kilka ztąd wychodzi. Pani Mandel 
bardzo grzeczna, miła i dobra, bardzo czule mi się o was dopyty- 
wała; on sam równie grzeczny i przyiemny, ma coś otwartego i 
szlachetnego w sobie, bardzo są z siebie szczęśliwi. Poznałem tu 
Pstwo Crevecoeur; on sam iest synowcem du Chancelier d'Anibray, 
ona pokrewna panu Batowskiemu, córka pani d'Autpoil. We czwar- 
tek i piątek byliśmy na obiedzie u Pstwa Mandel, wczoray u Pana 
Creyecoeur, dziś iedziemy na wieś, o pół mili ztąd, do ciotki pana 
Mandel, pani d'Ecosse. Bardzo tu są wszyscy grzeczni dla nmie. 
Zatrzymawszy się tu dni kilka, poznałem Metz doskonale, iest to 
iedna z naymocnieyszych fortec we Francyi, oblana dwoma rzekami 
Mozellą i Sullą. Wszystkie prawie fortyfikacye są podwÓ3me. Miasto 
same iest dawne i obszarne ma blisko 50.000 mieszkańców, iest po- 
przerzynane kanałami poprowadzonemi od rzek, które ie umacniają 
Okolice tutejsze są cudownej piękności; lecz nic równie wspa- 
niałego i pięknego, iak stara katedra. Nie widziałem dotąd jównie 



^) Majątek rodzinny Koźmianów (P. W.) 
*) Franciszek Morawski (P. W.) 

^) Wielki Łowczy Aleksander hr. Batowski z którym autor podró- 
żował (P. W.) 



Digitized by 



Google 



•%, 



6 

doskonałego budynku gotyckiego, iest on w naylepszym rodzaiu i 
nie można si^ dosyć widziwić śmiałości, lekkości architektury, a ra- 
zem kunsztowi z jakim ozdobioną zosbiła wieża niezmiernie 
wysoka, i cała filigranową robotą; okna, szczególnie w kaplicach, 
są prawie wysokości całego muru. Cóż dopiero gdy sit^ weydzie we- 
wnątrz. Gdy się uyrzy przed sobą wielki ołtarz, okna wszystkie 
nayżywszemi malowane farbami, filary tak silne, a tak lekkie 
razem, które się w górze w arkady rozgałęziaią. Gdy zaś wśród 
tych murów okrytych rdzą czasu i wiekami zaciemnionych, 
odezwie się dźwięk organów lub głos modlitwy, nie można 
się wstrzymać od pewnego uczucia pomieszania, uwielbienia i 
rozczulenia. Co to za okna! iakie malowanie? iaka gwiazda nade- 
drzwiami. Słowem iest to naypięknieyszy budynek romantyczny, 
iaki dotąd widziałem. Lecz cóż ztąd, kiedy teu budynek iest 
weFrancyi, gdzie nie maią duszy, nie mają czucia dla podobnych 
piękności. Wystawcie sobie, że cała ta piękność, tak zewnątrz iak 
wewnątrz, iest zupełnie zeszpecona. Podczas niebezpieczney słabości 
Ludwika XV mieszkańcy Metzu modlili się za niego w tey kate- 
drze, iak napis wyraża, i Ludwik ozdrowiał. Przez wdzięczność więc 
ozdrowiawszy, kazał zeszpecić ten wspaniały kościół, dodaiąc, docze- 
piaiąc .do niego, wchód, portyk architektury greckiey, z kolumnami 
w złym rodzaju, bo pół korynckiemi, pół toskańskiemi, i dodaiąc do 
tego portyku dwa pawilony, przez kanoników zamieszkałe. Czyż nie 
lepiey by było, żeby był sobie iuż wtenczas umarł. Nie dosyć na 
tem, późniey zachęceni królewskim przykładem do ścian podłó- 
żnych kościoła, poprzystawiali domy, domki, domeczki, w których 
teraz są kawiarnie, sklepy, magazyny, tak, że się wchodzi do ka- 
tedry, obok sklepu kiełbas i kiszek. A zatem zewnątrz tylko część 
widać tego pięknego budynku, całości ani widzieć ani obiąć nie 
można. Nie dosyć na tem. We środku kościoła popostawiano w no- 
wym guście marmurowe ołtarze, pobielono kaplice, na filarach kil- 
kuwiecznych pozawieszano oleyne obrazy malowane w tym wieku. 
Otóż to iest ów wsławiony gust francuski; otóż wszędzie znayduie 
się ta namiętność naśladowania klassycyzmu, nawet nie w właści- 
wych mieyscach, równie szkodliwa w poezyi, iak i w architekturze!! 
Przez te dni trzy obiegłem okolice Metz; byłem u spadku 
Moselli, który iest cudowney piękności, ten szum walących się bał- 
wanów, ten wir wody, to iey raptowne przegięcie się i spadek, two- 
rzą wielki obraz. Spadek ten iest szerokości większej pcrfowy Wisły. 
Wczoraj z bratem pana de Mandel byliśmy na szczycie wieży ka- 
tedry, zkąd Metz i na kilka mil okolica odkrywa się, lecz się nie 



Digitized by 



Google 



bóycie, żebym spadł ztamtąd, bo iuż nie spadłem. Byłem w biblio- 
tece, w szkole aplikacyiney i t. d., słowem znam teraz Me^z iak 
Warszawę. Teraz Paryż trzeba poznać, iutro o 7mey tam iedziem, 
mamy ztąd -^0 limes to iest mil 40. A więc we środę rano iuż bę- 
dziem w stolicy przyiemności i rozkoszy. Dotąd w ciągu moiey po- 
dróży cztery przedmioty naysilniey mnie uderzyły i wzbudziły te 
uczucia, których się tylko w chwilach uniesienia doznaie. Nayprzód 
Goethe, potem widok Moguncyi i Eenu, łączącego się z Menem, da- 
ley katedra w Metz i nareszcie spadek Mozelli; im więcey widzie<5 
będę takich przedmiotów, tem przyiemnieyszą będzie moja podróż. 
Lecz w tym rodzaiu przyiemności, naymilszą mi będzie chwila po- 
wrotu, gdy was uściskam i powiem sobie : iuż iestem z naidroższemi 
istotatami. 

Ce 18 8bre Paris 1829. 

Wiesz móy kochany, drogi oycze, iaką dotąd naywiększą przy- 
iemność miałem w Paryżu, oto odebrawszy twóy list, w dzień mego 
przyiazdu. Jak się serce moie uradowało, gdym uyrzał twoie pismo, 
którego od dni dwudziestu nie widziałem. Przeczytawszy ie, wszy- 
stko mi się rozweseliło, gdyż byłem iuż o was spokoyny. 

Już tedy z Paryża list ten odbierzecie, gdzie od środy ieste- 
śmy, byłbym zaraz pisał nazaiutrz po przyieździe, lecz potrzebowa- 
łem chwili odetchnięcia i rozpoznania się w tey puszczy domów, 
którą Paryżem nazywaią, musiałem rozpatrzyć się, gdzie północ, 
gdzie południe. Już do dziś dnia więcey 10 mil uszedłem, po- 
znałem dziesiątą część iego, a więc mogę słów parę o nim po- 
wiedzieć. Lecz przedewszystkiem muszę wam wynurzyć wdzięczność 
moią dla dobrego, nieszacowanego p. Batowskiego, który zapewnie 
o wygodach swego Aleiandra, z Indyi wracaiącego, troskliwiey by 
nie myślał, iak dziś o moich myśli. Dał mi wyborny pokój z ko- 
minkiem; wyborne łóżko. Znalazł, że nie dosyć było mebli, zaraz 
nazaiutrz kazał czy kupić czy naiąć stolik, biórko, komodę. Słowem, 
że mam naywygodnieyszy pokoi, naydogodniey umeblowany i że 
mnie lepiey bydź nigdzie nie mogło. Podziękuicie mu, pisząc do 
niego; bo prawdziwie was mnie tu zastępuie. Pisałem do was 
z Metz list, ten za dni 10 powinniście odebrać, ten za 12 a zatem 
prawie razem, dwa foliały odbierzecie. Lecz powtarzam wam, że 
pisząc do was, chcę rozmawiać z wami, a rozmawiaiąc, chcę wam 
wszystko powiedzieć, co mam do powiedzenia. 

W zeszły poniedziałek wyiechaliśmy z Metz około 10, deszcz 
niegodziwy, nie pozwolił nam użyć cudownego widoku, na mil kilka 



Digitized by 



Google 



rozciągaiącego się, który się odkrywa z góry na drodze ku Pary- 
żowi, a w którym i całe Metz i cały bieg Sully i Mozelli iest 
obięty. Dnia tego przeiechawszy przez Yerdun, dość znaczną for- 
tecę i gdzie sławne są cukry Les dragees de Verdun, które kupi- 
liśmy, zaiechaliśmy tylko do Ste Menechould miasteczka, w któ- 
rego okolicy Ludwik XVI został schwytany. Nazaiutrz przez Cha- 
lons dążyliśmy ku wzgórkom Szampanii, która nam się w naypię- 
knieyszym widoku z całym wdziękiem swoim, z gronami wina oka- 
zała. W Epemay kupiłem butelkę wina szampańskiego, którąśmy 
za wasze zdrowie, Polski, przyjaciół i Piotrowic wypili ; a po niej 
i drugą leszcze ; bo dla Piotrowic iuż go nie wystarczało. W Szam- 
panii dopiero pierwsze winobranie zobaczyłem, sam nawet do win- 
nicy poszedłem i sam kilka gron z robotnikami urżnąłem. Wysłu- 
chałem ich skarg, że zbiór tegoroczny nie dobry, że deszcze ciągle 
padaią, że zimnem przeięte winogrona; słuchałem ich, bom myślał 
o Piotrowicach, o żniwie moiem i o smutku, kiedy porasta psze- 
nica. Non ignora mali miseris etc. etc. Gdyby papa mieszkał 
we Francyi, lub gdyby w Polsce były winnice i winobranie, iakby 
ie ładnie w Ziemiaństwie opisał; lest to w istocie chwila niezmier- 
nie przyiemna; kiedy piękne słońce iesienne świeci, iak w ten 
dzień, kiedy przez Epernay iechaliśmy, miło widzieć te piękne 
grona, iedne złociste, drugie zafarbowane, ważące się ku ziemi; 
przyiemnie patrzeć na robotników, na mężczyzn w niebieskich pła- 
szczykach, na kobiety w kapeluszach słomianych, przechodzących się 
rzędem po winnicy i zrzynaiących doyrzałe grona; kiedy na ścież- 
kach przez winnice idących, lub na gościńcu, ciągle miiają się 
młode dziewczynki lub chłopczyki na osłach obciążonych wielkiemi 
koszami, lub pełnemi albo na grona przeznaczonemi. Z Epemay 
wyiechawszy, stanęliśmy na noc w mieście rodzinnem Lafontaina 
w Chateau Thierry, gdzie parę godzin przespawszy ruszyliśmy daley, 
ażeby, na południe stanąć w Paryżu. I tak si^ stało, po 11 uyrzałem 
górę z wiatrakami, pod nią, kłęby dymu; ta góra była Montmartre, 
ten dym unosił się nad Paryżem. Gdym się zbliżał do niego, trzy- 
małem się za puls, ażeby się przekonać czyli mocniey nie bije, bił 
mocniej, ale silniey bić leszcze będzie, gdy wracaiąc, do was będę 
się zbliżać. Wieżdżając do Paryża, ten hałas, ten ruch, ten labirynt 
ulic, szczególniejsze wrażenie czyni, zdaie się, że powietrze iest 
cięższe, i że się z trudnością oddycha. Jednak na pierwsze wey- 
rzenie Paryż wcale nie uderza, widać, że się wieżdża do wielkiego 
miasta, lecz błotnistego, lecz brudnego, lecz wysokością domów za- 
ciemnionego. Tak tedy we środę dnia 14go października o godzinie 



Digitized by 



Google 



9 

12 stanęliśmy w Paryżu. Chcąc się dowiedzieć i o kraiowców i 
o mieszkanie osób, do których miałem listy, pobiegłem do Walew- 
skiego^), który od nas nie daleko to iest ćwierć raili mieszka, lecz 
w Paryżu to blisko. Ucieszył się bardzo i zadziwił moiem przy- 
byciem. 

Po liście twoim, móy kochany oycze, w którym mt wspomi- 
nasz o Walewskim ; muszę ci o nim parę słów nadmienić. Bez wąt- 
pienia, Walewski wziął złą drogę, bo maiąc lat 20., oddany sobie, 
nie zatrudnia się niczem i obrał sobie karierę eleganta paryskiego. 
Lecz iak go naśladować byłoby głupstwem, tak unikać go byłoby 
śmiesznością, bo nayprzód nie ma do tego powodu, a potem bywa 
w naylepszych towarzystwach tuteyszych, wszędzie się go spotka, 
bardzo dobrze widzianego. Walewski ma 150 tysięcy intraty, może 
więc w naypysznieyszych angielskie'] ekwipażach ieździć po Paryżu, 
może zakłady w kursach koni z lordami angielskiemi robić; ja 
nie mam tych piniędzy, a więc go pewnie naśladować nie będę. 
Zresztą, oprócz takich szaleństw dziecinnych, któreby mnie nawet 
nie bawiły, nic złego Walewski nie robi; iak go więc iedynie 
szukać w Paryżu, iak go naśladować byłoby niedorzecznością, tak 
powtarzam, że go unikać nie widzę powodu. Zresztą gdybym widział, 
że towarzystwo iego, szkodliwem mi będzie, pod iakimkolwiek bądź 
względem, możesz bydź pewny, że móy rozsądek będzie zawsze czu- 
wać, fiozciągnąłem się nieco nad tem, bo mnie zadziwiło, móy ko- 
chany drogi Oycze, i to coś do mnie, i to co do p. Batowskiego 
pisałeś. Jeśli wierzysz że was kocham, możesz mnie ufać, ieśli mi 
wierzysz, to się przekonasz, że mogłeś położyć zaufanie. Niech więc 
iuż o tem, ani o niczem podobnem mowy więcey nie będzie, bo 
mnie móy kochany Oycze, każda boiaźń twoja, choć z twego dro- 
giego przywiązania pochodząca, i lęka i dręczy i krzywdzi. 

Wracam do mego opowiadania. Walewski tedy czule i po da- 
wnemu mnie przylawszy, zawiózł ranie zaraz do p. Leona Poto- 
ckiego, obwiózł po Paryżu, obznaymił z mieyscowością tey części 
miasta i wreszcie au Caffi de Parts dał rai obiad, a ztamtąd na 
teatr des Yarietis zaprowadził. Tam widziałem dwóch sławnych 
aktorów Odry i Vemet. Trudno sobie wystawić, do iakiego stopnia 
doskonałości gra ich iest posuniętą. Nazaiutrz byliśmy u ambasadora*) 
z p. Batowskim, który i nas i listy moie bardzo grzecznie przyioł 
i z pół godziny o różnych przedmiottach rozmawiał z nami. Zda-* 



') Później minister za Napoleona III (P. W ) 
*) Pozzo di Borgo, ambasador rossjjski (P. W.) 



Digitized by 



Google 



10 

wało mi się, że był kontent z listu xi(jcia Adama. Uszczęśliwiony 
iest z pokoiu, w którym pars magna fuU, podług niego, i tak iest 
zapewnie. Po tey wizycie byłem u pani Leonowey, która mjiie 
przyieła iak siostra Fredrowej, i która zdaie się niezmiernie dobra 
i miła. Puściłem się potem na wędrówkę po Paryżu, zabłądziłem, 
i od tego^zasu, iak Angielczyk z planem w ręku chodzę. Do dziś 
dnia — o to iest moie życie paryskie. Kano siedzę u siebie do 11, 
o 10 piię kawę z p. Batowskim i częśó ranka z nim trawię, o 11 
wyszedłszy łażę po ulicach dla obeznania się z niemi i w mgnieniu 
oka czas zlata do 5; — o 5tej ubieram się, idę na obiad et V Hotel 
de Mirabeau, gdzie wcale nie zły obiad za 4 franki i z winem 
dostaię, i gdzie bardzo zabawnie, bo d la TdhU d'hóte iemy, gdzie 
co dzień nowe znajomości ze czterech części świata robię, i tak 
ostatni obiad iadłem z trzema Francuzami, czterma Anglikami, 
iednym Szwaycarem, iednym Amerykaninem północnym, 3 Amery- 
kaninami południowymi, iednym Hiszpanem i iednym Mexykaninem. 
Co wieczór bywam na teatrze, a po teatrze włóczę się po ulicach 
i Przechodach (les passages). Dotąd byłem na czterech teatrach, to 
iest na Yarietós, gdzie Odry i Yernet swoią wyborną grą rozśmie- 
szyli mnie do rozpuku, na drugi dzień byłem na operze włoskiej. 
Co to była za rozkosz dla mnie, który mam taką namiętność, cho- 
ciaż nieszczęśliwą, do muzyki, słyszeć Rossiniego śpiewanego przez 
wybornych śpiewaków włoskich, a nayprzód przez pannę Sontag. 
Grano po raz pierwszy Matilda di Shabran Eossiniego. Jest to iedna 
z mniey dobrych iego oper, pełna kradzieży z iego własnych dzieł, 
lecz w którey cały wdzięk i słodycz iego talentu odzywa się. 
Opera włoska tuteysza iest bardzo dobra, wiele iest całości, i 
wszyscy prawie z małemi wyiątkami dobrze spiewaią, szczególniey 
mężczyźni. Douzelli ma bardzo piękny tenor, Santini wyborny bas, 
a Gratiani bardzo dobry aktor, w rodzaiu bouffa. Lecz niezrównaną 
iest panna Sontag, choć znayduią, że iuż utraciła wdzięk dziewi- 
czego głosu, śpiewa iak słowik, śpiewa mocno, przyiemnie, i łatwo 
przezwycięża trudności, zdaie się, że ona dla Eossiniego lub Eos- 
sini dla niey stworzony ; tak iak Garrick był dla Shakespeara. A po- 
tem jakżeż ona ładna, iak miła, szkoda źe iuż podobno poszła za 
mąż, bobym się z nią żenił. Trzeciego dnia byłem na owey sła- 
wney operze francuskiey. Grano ową sławną nową operę Eossiniego 
Wilhelm Tell. Nie można sobie wyobrazić przepychu wystawy, pięk- 
ności dekoracyi, kostiumów i t. d. lecz szkoda tylko że to opera. 
Francuzi, którzy nieszczęśliwą namiętność (iak ia) i pretensyą maią 
do śpiewu, beczą, wrzeszczą nieznośnie, im większy hałas rozdziera 



Digitized by 



Google 



11 

uszy, tern głośniejsze oklaski. Eecitatiwa francuskie są nieznośne; 
orkestra za to wyborna i pierwsze pociągnienie smyczka albo raczey 
dwustu smyczków wielkie czyni wrażenie, Muzyka Telia, choć ią 
tu bardzo lubią, nie wielkie wrażenie na mnie uczraiła ; są miejsca 
bardzo piękne, lecz iest to mieszanina muzyczna, iest to dzieło 
Włocha, niemiecką muzykę chcącego zrobić dla Francuzów. A za- 
tem przebiia się i muzyka francuska i niemiecka i odzywaią się 
niekiedy wybornie włoskie wdzięki. Balet iest doskonały. Pani Ta- 
glioni nie ma teraz w Paryży, tańcowała tylko pani Montessu, 
która się nigdy ziemi nie dotyka. Już to Francuzi stworzeni 
są do tańca, do latania. Wczoray byłem au ThSatre de Madame, 
który z małych teatrów iest naylepszy, i którj' bardzo iest uczęszczany 
z powodu gry wybomey Perleta, który iednomyślnie uznwiy iest 
za naylepszego komika Europy tegoczesnego. Nie wiem dlaczego Odry 
bardziey mi się podobał ; iednakże w . roli d'wn Jesuiłe en Robę 
courte, był wybornym, niezrównanym. Co za wzrok, co za spuszcza- 
nie oczu, co za głos. Dziś chcę iśó na teatr francuski dla widzenia 
Henryka 111 i panny Mars. Wystawcie sobie, że znalazłem Paryża- 
ninów znudzonych teatrami. Moda teraz bywaó na włoskim, czasem 
na operze i na małych teatrach, lecz francuski wielki teatr zupeł- 
nie upadł od śmierci Talmy; i Talma byłby też wkrótce ich znu- 
dził, kiedy pannę Duchesnois iuż nieznośną nazywaią; pannę Mars 
leszcze tylko znoszą, panna Sontag iuż powszednieó zaczyna. Teraz 
w modzie iest pani Taglioni, Perlet i Odry. Tak to, tylko nowośó 
i moda tu popłaca. Widzicie więc moie drogie kochane Istoty, że 
dotąd tylko z murami miasta i teatrami zaczynam się poznawać, 
leszcze dni ośm takie życie prowadzić będę, gdyż dopiero w przyszłą 
niedzielę będę miał moie suknie, moie bilety i móy kabriolet, bez 
którego trudno się obeydę, szczególniey raz w świat wszedłszy; zgo- 
dziłem się za 180 franków miesięcznie od godziny 2giej popołudniu 
do godziny w nocy, którey zechce, wszyscy mówią, że dobrze naio- 
łem. Ekwipaż iest to iedyny wielki expens w Paryżu, bo z resztę 
można żyć iak chcieć — i można żyć, bardzo przyiemnie, a nawet 
nayprzyiemniey, nie wchodząc w towarzystwa, lecz na to trzeba 
dużo pieniędzy. Tak się iuż ułożyłem z moią expensą że mi moie 
pieniądze bardzo łatwo wystarczą. Nie chciałem weysdź tak prędko 
w wielki świat, lecz że iuż byłem u ambasadora, że mam listy, 
których nie oddadź zaraz byłoby niegrzecznie, więc skoro mnie 
ubiorą po tuteyszemu, puszczam się z wizytami ; i tak iuż zapro- 
szony iestem na wtorek na wieczór do pani Flahault zaledwie za- 
ansowano nmie, że się chcę prezentować. Ma ona trzymać dom 



Digitized by 



Google 



12 

nayprzyiemnieyszy i naybardziey elegancki. Tak tedy wkrótce chłop 
Piotrowicki, puści sifj na wielki świat europeyski. Zatem wit^c 
takie sobie układani życie. Eano zwiedzam muzea, biblioteki, insty- 
tuta i t. d. O drugiey, dorwawszy się kabrioletu, ieźdżę w odleglej- 
sze części miasta dla zwidzenia tego, co by tam było godnem 
uwagi. O 6 obiad; po obiedzie czasem teatr i salony, czasem tylko 
salony. Przez ten tydzień leszcze buiam; we wtorek zaczynam od 
muzeów i porządkiem iedno po drugiem zwiedzać będę. Lecz nie 
można sobie wystawić, iak łatwo stać się próżniakiem w Paryżu^ 
iestem tu od dni czterech, a iuż widzę to dokładnie. Można by 
mieszkać tylko na ulicy, i ani chwili się nie znudzić; ten tłum 
ludzi, ten ruch poiazdów, ten przepych sklepów, te rozmaite kon- 
cepta i.i^owcipne wydrwigrosze francuskie, wszystko razem tak ory- 
ginalny, tak zabawny, rozmaity przedstawiała obraz, żeby nigSy 
znudzić nie mÓgł. Paryż wieczorem, przy świetle, zdaie się bydź 
miastem w krainie czarnoxięskiey, a szczególniey Palais Royal, 
a bardziey leszcze przechody, les passages, przedstawiała widok, któ- 
rego sobie wyobrazić nie można. Wystawić sobie ulice wąskie tak, 
że iedna kareta przeiechać by tylko mogła, pokryte dachami szklan- 
nemi; wieczorem oświecone naypięknieyszemi lampami; wystawić 
sobie po obydwóch stronach sklepy rozmaite, bogate we wszystko, 
co myśl ludzka wymyślić może dla wygody, zbytku lub ozdoby, 
a przemysł wykonać; oświecone świetnie i urządzone w ten sposób, 
że każdy sklep zdaie się bydz iakiey wróżki lub Merlina mieszkaniem, 
wystawić sobie tłum ludzi, rozmaitych narodów przechodzących się 
po tych długich galeryach, o to są ks Passages. Jest ich 10 czy 
12 w Paryżu, a ieden pięknieyszy od drugiego. Kto chce żyć wy- 
godnie, kto chce tego krótkiego życia użyć, niech mieszka w Pa- 
ryżu. Co tu są za wygody życia, co konceptów, ażeby ie uprzyiemnić. 
Ciągle zdaie się wszędzie czytać ten napis: Płać nam a uprzyie- 
mnię ci życie, że zapomnisz o iego troskach. Tak iest, ile miarkować 
mogę z czterodniowego pobytu, kto chce żyć przyiemnie w tłumie 
niech mieszka w Paryżu, kto chce żyć przyiemnie w zaciszy, niech 
mieszka w Piotrowicach. Kochane Piotrowice, myślę tu o nich 
często. Niech tam Bóg nayprzód nad wami, a potem nad niemi 
czuwa. Cóż tam moia kochana mama robi? Gdzie iest teraz? Co 
robią w Piotrowicach? Chciałbym choć w ogólności wiedzieć, iak 
idą interesa gospodarstwa i szkółka ? Do stryia ani do Jenerała dziś 
liie piszę, za parę dni wezmę pióro do ręki dla nich, gdyż co ranek 
wam i tym, których kocham w Polscze, parę godzin poświęcę, 
oderwawszy ich Paryżowi. Wszystkim łaskawym w Warszawie, 



Digitized by 



Google 



13 

wszystkim sąsiadom na wsi, kłaniam bardzo pięknie. Proszę mi do- 
nieść o Xiężnie i Xnie Adamowej- lub Sapieżynie powiedzieć, źe 
pannie Cardeur oddałem pieniądze, która mnie 10 tysięcy pytań 
o całym domie Xięstwa i o Polscze zrobiła, na które wszystkie od- 
powiedziałem. Państwa Zamoyskich ieszcze tu nie ma. Pan Leon 
Potocki wyieżdża ztąd za dni kilkanaście. Żona i siostry zostaią 
lecz w żałobie. Pac iest tutay, lecz go nie widziałem. Wszystko 
tu spokoynie. Dziennikarze się kłócą i iuż nudzić zaczynaią. Nie 
wiem 2kąd wyrwali wiadomość, że Eotschild będzie królem Jero- 
zolimskim ; pokój z Turcyą zrobił tu wrażenie, strasznie nas powa- 
żała i szanuią i dziwią się umiarkowaniu, a razem mądrey naszego 
cesarza polityce. Już tedy trzeba was pożegnać i uściskać moie 
drogie Istoty i powtarzać moie zaklęcie, ażebyście zupełnie o mnie 
spokoyni byli. Kochanego stryia ręce ściskam Nainusia *) duszę, ode- 
brałem list od niego, bardzo mi to było miło, lecz niech osobno 
nie pisuie, bardzo go proszę, bo tu listy drogie, a za 5 franków, 
które kosztuie każdy, można tu godzinkę przyiemnie strawić. Pio- 
trowicom całym kłaniam. Adieu mes chers ines adorahles parents. 
Kochanego Jenerała Morawskiego ściskam i napiszę drugi za dni 
parę. 

24 6bra 1829 Paryż w Sobotą. 

W przeszłą niedzielę oddałem list na pocztę, dziś nowy za- 
czynam, ażeby go koło wtorku posłać, a tak w dni dziesięć, ieden 
po drugim odbierzecie. Pisałem onegday do jenerała, do stryia bi- 
skupa, bo każdemu chcę dadź dowód, że przyiemności Paryża nie 
zdołtiią mnie oderwać od powinności serca mego. Lecz od was moi 
kochani Kodzice dawno iuż iak nie mam wiadomości, gdybym się 
nie bał dadź wam z tego przykładu, iuż bym się lękał i troszczył. 
Lecz że żądam od was, błagam was, ażebyście nigdy ani chwili 
nie byli o mnie niespokojnymi, więc i ja chc(j się okazać cierpli- 
wym i spokoynie czekam wiadomości od was, spodziewaiąc się iey 
codziennie. Jednakże podług wyrachowania moiego, iuż bym odpis 
mieć powinien na list z Weimaru pisany. Dotąd adresowałem wszy- 
stkie listy przez Berlin, muszę raz próbę zrobić i na Drezno pisać; 
zobaczymy, którym traktem prędzey doyadą. Dobrze, gdybyśmy choć 
dzień, choć godzinę w pospieclm zyskali. Czemu to tak prędkich 
iak myśl kurierów nie ma; ona to w mgnieniu oka iest z wami, 



*) Le Nain de Rosemond, emigrant francuski, guwerner autora 

(P. w.) 



Digitized by 



Google 



14 

i wraca do ranie, ale cóż kiedy może fałszywe wiadomości przynosi. 
Jnż tedy piszę dziś do was, usadowiwszy się w Paryżu, iuż nawet 
w tey chwili od stóp do głowy iestem Paryżaninem. Już mnie 
krawcy, szewcy, kapelusznicy odziali, ubrali i trochę pieniędzy wy- 
ciągnęli. Ale przynaymniey każdy mnie zabawił. Onegday krawiec 
przymierzając frak, znalazł że ieszcze go poprawić trzeba. Gdym 
z zadziwieniem go pytai, iakim sposobem naypierwszy krawiec pa- 
ryski od razu dobrze nie zrobił. Eh Monsieur, odpowiedział; et Ra- 
eine a corrige ses ouvrciges, jak to iest francuskie. A szewc, który 
w istocie sławne bardzo trzewiki robi, powiedział mi Monsieiir vous 
troumrez pastout tnon ouvrage, depuis la Siberie, jusqu'am deserts 
ik VAmerique Szczególniejszy też ten francuski naród, i gniewa 
mnie i oburza, i bawi i dziwi. Zadziwiaiący swoim dowcipem, prze- 
dziwny w konceptach, ale iakże lekki, iak nie ma nic poważnego 
w iego myślach i uczuciach. Już tedy usadowiłem się w Paryżu i 
zaczynam go dobrze poznawać. Zaczynam iuż i w świat się puszczać. 
Listy moie pooddawałem, byłem we wtorek zeszły u P. Fla- 
hiiult (Flau) iestem tam iutro na wieczór zaproszony, a we wtorek 
na obiad po Xięstwa Hamilton, których nie znam ieszcze, gdyż by- 
Inra dwa razy u nich i nie mogłem ich zastać, lecz zapewnie listy, 
które miałem od Xięcia Konstantego i Xiężnej Wiirtembergskiey 
uprzedziły ich łaskawie o mnie, gdyż Xiąże zaraz oddał mi wizytę 
i zaraz na obiad bilet zapraszający przysłali mi. Pan Pozzo di Borgo, 
kuiry nie słynie z wielkiey grzeczności, nie raczył nam nawet dotąd 
.'^woiey karty przysłać; nie myślę więc ani bardzo bywać u niego, 
ani bardzo mu nadskakiwać, i nawet poty nie będę, dopóki iakiego 
dowodu grzeczności nie odbiorę od niego. Jutro na wieczorze u Pani 
Flahault będę prezentowany całemu wielkiemu światu paryskiemu. 
Jest tu tyle koteryi, że choć każdą bym chciał poznać, do każdey 
nuleżeć nie mogę; tę wybiorę, która mi się będzie zdawać nayprzy- 
i(mnieyszą. Byłem wczoray u Państwa Leonów Potockich, oboie 
bardzo uprzejmi, ale ona szczególniey dobra, miła i przyiorana. Po- 
znałem także Panią Sobańską, która bardzo ładna i bardzo iest tu 
w modzie. Xiążę Chartres, syn Xięcia Orleanu, iest u iey nóg, lecz 
bardzo się też podobać może. Niezmiernie żywa, wesoła, dowcipna, 
niŁwet trochę szalona, w rodzaiu Pani Chodkiewicze wey, lub raczey 
Iest to Monika Potocka ucywilizowana. Byłem także u Pani Łubień- 
skiey, która się tu osiada dla wychowania syna. Z panem Batow- 
skim oddałem wizytę państwu d'Autpoint, zresztą nikogo ieszcze 
nie poznałem; będę miał dość czasu na to; nawet żałuię, że się 
iuż w świat wciągam, gdyż mniey będę mógł używać Paryża. Pań- 



Digitized by 



Google 



15 

stwo Zamoyscy są iuż tutay od dni kilku, co dzień ich widuię, 
dziś iesteśray razem na teatrze. Pocieszyła mnie Pani Zamoyska 
dobrą wiadomością od kochaney Kitjżney; pokazywała mnie list 
bardzo świeży, bo 9go pisany. Czemuż ona szczejśliwsza odemnie; 
ja od was żadney wiadomości nie mam, iuż od tak dawna ten ie- 
dyny list, który odebrałem, był Igo datowany, a moiey kochaney 
Mamdzi pisma dotąd leszcze nie widziałem. Cóż ona robi gdzie 
iest? Czy była w Galicyi? Czy teraz sadzi drzewa w Piotrowicach ? 
Dziandzia ^) czy 8i«j dobrze uczy i czy mnie czasem wspomina ; 
bardzo mi się tu wszyscy o nią pytaią. O iakże ia wzdycham do 
listu z Polski; dotąd przyiemnie mi było myśli moie z wami 
łączyó ; teraz dopiki nie odbiortj wiadomości, z trwogą myślió o was 
bł^t^. Dotąd opierałem się tęsknocie, teraz mnie zupełnie opannie, 
ieżeli w tych dniach waszey ręki nie uyrzę. 

25 8bra Niedziela. 

Byłem tedy wczoray na teatrze francuskim z Panem Zamoy- 
skim, był to wielki i stanowczy dzień dla literatury francuskiey. 
Na wielkim teatrze francuskim, gdzie dotąd same tylko klasyczne 
tragedye grywano, z trzema iednościami, dano wczoraj Othella Szek- 
spica dosłownie wierszem tłómaczonego przez Pana Vigny; i Panna 
Mars, która nigdy tragedyi nie grywała, wzięła rolę Desdemony. 
Takie dwa nadzwyczayne ziawiska ściągnęły tłumy ciekawych, co 
było także nadzwyczaynym ziawiskiem dla teatru francuskiego, który 
od pewnego* czasu zupełnie iest opuszczonym. Od godziny 5tey ciżba 
rosła u drzwi teatru tak, że chociaż iuż bilet miałem, musiałem 
czekać półtory godziny nim mnie wpuszczono. Sala napełniona była 
od góry do dołu, lecz napełniona dwoma partyami, iedną nieprzy- 
iaźną i Szekspirowi i tłómaczowi, drugą, przewagę maiącą, klaska- 
iącą i pierwszemu i drugiemu. Przed zaczęciem leszcze sztuki 
wrzawa niezmierna panowała, podniesiono kurtynę i^spuśció ią mu- 
siano; myśleliśmy, że iuż do bitwy przyjdzie; nakoniec po głośnych 
okrzykach Silence, chut' d la Porte; uciszyło się to burzliwe zgro- 
madzenie i sztuka się zaczęła. Co się przez wszystkie pięć aktów 
działo wystawió sobie nie można; co kilka minut wrzawa, hałas 
tak, że- kilkanaście razy przestawać musieli aktorowie, czekaiąc do- 
póki się ci szaleńcy nie uciszą. Skoro tylko iakie piękne wiersze 



*) Joanna Hoflfmanówna, córka pułkownika, a wychowanica ka- 
sztelanowej Koźmianowej, później Włodzimierzowa Bobrownicka (P.W.) 



Digitized by 



Google 



16 

tłómacza, lub jaka myśl Szekspirowska uderzyła, głośne oklaski za- 
grzmiały, a wśród nich świstanie i glosy nieukontentowania, na 
które odpowiadano okrzykami h la Porte, d bas Us Sifleurs, Wysta- 
wicie sobie, co ń^ z nami działo, ze mną szczególniey, który kli^- 
kam przed Szekspirem; wystawicie sobie moie oburzenie, zgroz(^, 
gdy wśród scen naytkliwszych, naysilniejszych, iakiś tam Prancuzik 
z n(jdznym odezwał się konceptem, lub ze świstaniem, lub nawet 
ze śmiechem. Co za ród niegodziwy, z tych nudnych niby — klasy- 
ków francuskich; co ^a naród bez duszy, czucia. Koniecznież mu 
trzeba tey pompatyczney deklamacyi tych Greków, Ezymian, z fran- 
cuzionych, tych wierszy aleksandryjskich, i żadnymże sposobem pra- 
wdziwego, żywego obrazu natury ścierpieó nie mogą!? Przyznać iednak 
należy, że większość była za Szekspirem, że oklaski zagłuszyły kr}- 
tyków, i że mimo walki, zwycięstwo przy nas. Nie uwierzycie iak 
Pani Zamoyska, ja nawet i Pan Zamoyski klaskaliśmy zawsze. Przy 
końcu sztuki, która stokroć przerywana, wrażenia ciągłego, iakie 
zdolna uczynić, zrobić nie mogła; mimo świstania, pytano hucznie 
o imię tłómacza. Aktor zręcznie w te odezwał się słowa: LAuteur 
de la traduction, de cet ouwage de Shakspeare esł Mr, de Yignij. Na 
to imię Shakspeara, iakby głową Meduzy udurzeni krytycy umilkli, 
a oklaski po kilkakrotnie powtarzane, zagrzmiały wśród sali. Co do 
tłómaczenia przyznać należy, że Pan de Vigny dokazał wielkiey 
sztuki, przełożywszy wierszem na francuski język dzieło Szekspira, 
zachowuiąc wiele iego piękność i prawie ten sam charakter. Kiedy 
ojciec Desdemony odzywa się do Otella w te słowa, oddaiąc mu 
córkę : 

Suk la, d^un oeil sevhre 
Elle te trahira^ elle a trompS san Pere 

lub kiedy w ostatniey scenie dowiaduie się Otello, że był uwie- 
dziony, że żona iego niewinna, i że niegodziwy Yago uknuł całą 
tę zdradę: wykrzyka: Ctiefait done le tonnerre, czuie się, poznaie się 
Szekspira. W ogólności wiersze piękne i o tyle oryginał przypomi- 
naiące, o ile ten niegodziwy, prozaiczny i lękliwy ięzyk francuski 
znieść tłómaczenie z angielskiego może, lecz że sztuka tyle razy 
przerywaną była, że aktorowie większą iey część wśród hałasu i 
wrzawy odegrali, sądzić o ogóle nie można. Aktorowie, choć widać, 
że nie nawykli do sztuk tego rodzaiu, choć w deklamacyi często 
nienatnralni, dobrze bardzo grali. Panna Mars była wyborna; Jo- 
unny w roli Otella, był często prawdziwym Szekspirowskim murzy- 
nem, i Yago grał równie dobrze. Ciekawe teraz będą artykuły po 
żumalach; ciekawy koniec tey walki; był to może ostatni dzień 



Digitized by 



Google 



11 

życia fanatyzmu i nietolerancyi literackiey. Niezmiernie tedy zabawne 
było widowisko wczoraysze; my, którzyśmy nawykli do cichych i 
spokoynych, przysłuchiwaliśmy si(j tey wrzawie iak nowości iakiey. 
lecz z tego wystawienia wczorayszego przekonałem się, że nie ma 
pod słońcem języka i narodu mniey poetycznego iak francuski ; 
skoro tylko złapali iakie słowo, wyraz, który w angielskim wcale 
nie iest śmiesznym, lecz w francuskim za śmieszny uchodzi, wśród 
scen nayważnieyszych, śmieli się i krzyczeli te nieznośne i niego- 
dziwe francuzy, dopóki ich nie zagłuszono oklaskami i także śmie- 
chem szyderstwa. Eozpisałem się o wczorayszey reprezentacyi; ale 
bo też ona może grać będzie rolę w historyi literatury. Od ostat- 
niego listu moiego byłem kilka razy na teatrze, tj. byłem aux Francais, 
na reprezentacyi Henryka trzeciego, który tak grany, iak go tugraią, 
wielkie czyni wrażenie. Pannę Mars w roli Xiężny Guise poznałem, 
zadziwiła mnie swoią grą, zachwyciła swoim głosem. Nie ma 
instrumentu tak harmoniinego, nie ma śpiewu tak dźwięcznego iak 
iey głos. Na swóy wiek iest leszcze prawie piękną, lecz i widaó 
przynaymniey czem była, potem czem iest leszcze. Na drugi dzień, chcąc 
widzieć sztukę, która to kilkanaście innych zrodziła, to iest Paul 
Morin, w którey wścieklizna i wściekli pierwszą rolę grają, posze- 
dłem na Afnbigu Comiąue, Cóż to za szaleństwo! Co za głupstwo 1 
Co by to była za rozkosz dla naszych romantyków, gdyby byli na 
tey sztuce. We środę byłem na operze francuskiey, nie dla Opery, 
k órey z recitatirami i aryami francuskimi nienawidzę, lecz dla 
baletu. Dawano Mars i Venus. Cóż ci Francuzi nie wyrabiaiąl Co za 
talent, co za geniusz maią do baletów. Są to Szekspiry w baletach. 
Lataią po powietrzu i ani. 'można się domyśleó iak spuszczała się 
z góry na dół, podnoszą z dołu w górę, i to wszystko tak snadnie, 
tak prędko. A potem iakżeż tańcuią, co to za mądre nogi, co za 
dekoracye? Nakoniec we czwartek widziałem także coś nadzwyczaj- 
nego: słonia graiącego komedyę, występującego samego na scenę i 
doskonale role swoią pełniącego. Wystawcie sobie, że ie na scenie, 
dzwoni, kiedy iuż ziadł, żeby mu więcey dano, i nareszcie, po skoń- 
czeniu sztuki, gdy go wołaią, wychodzi sam na scenę i ślicznie 
kłania się publiczności. Już też to pewno, że ten słoń więcey ma 
rozumu aniżeli Jaxa lub Świętochowski. Tak więc obszernie wam 
teatra opisłiłem, i obszernie piszę do was i to wszystko co mi tylko 
do głowy przychodzi. Lecz kiedy nie iesteśmy z sobą, ten iest 
iedyny sposób, ażebyście choć na chwilę byli ze mną. 



Listy Andrzeja EoimUma. 2 



Digitized by V:»00QIC 

I 



18 



26 PoniedzicUek. 



I dziś leszcze nie ma listu od was. Nie mogę poiąć dlaczego. 
Dopóki go nie odbiorę nie będę mieć ani chwilę spokojną lub 
przyiemną. Spodziewam się, że do podobnej skargi prawa nie macie 
i że list móy z Metz iest iuż w waszym ręku, a paryski iest iuź 
was blisko. Tak więc iuż niezadługo dwa tygodnie, iak iestem 
w Paryżu, a czas tak tu prędko mija, że zaledwie ranek miale, 
iuż wieczór nastaie. Błądząc po ulicach, można niewledzieć iak, i 
ani chwilę się nie znudziwszy, kilka godzin zmarnować; bo ileż 
też życia, ile ruchu na tych ulicach paryskich. Nayprzód ten tłum 
ludzi różnego stanu, wieku, narodu, nawet części świata, z których 
każdy spieszy powołany albo ważnemi zatrudnieniami, albo inte- 
resem, albo własną przyiemnością, daley ta mnogość poiazdów 
z których iedne błyszczą zbytkiem i elegancyą, drugie zabawiała 
szczególnieyszą budową lub konceptem francuskim; i tak na przy- 
kład oprócz wielu karet, fiakrów, kabryoletów, urządzono teraz 
wielkie poiazdy iak Diliźanse, z których iedne wzięły nazwisko 
des Omnibus, drugie des Dames hl^nches^ Batignolaezes, Beamaise, 
EcossaiseSj Carolines i t. d. Jest w nich miejsco na 20 osób ; ieżdżą 
one w rozmaitych dyrekcyach, z iednych części Paryża do drugich, 
i za 5 sous, to iest 13 groszy polskich, przewożą z iedney do dru- 
giey; co chwila się ich napotyka i co chwila za 5 sous można wy- 
godnie i zabawnie przenieść się z iedney ulicy na drugą ; zabawnie, 
bo gdzie iest 20 osób, co to bywa za mieszanina, często xiądz. 
siedzi obok iakiey grzeczney damy, afairy (imigrant francuski ol>ok 
ślusarczyka i poważna a surowa dewotka obok szalonego młokosa. 
Zaledwie się kareta zapędzi, rozmowa się zaczyna, bo iakże by mtv- 
czey było, gdzie iest kilku Francuzów, a wt<^uczaii nayzabawniey 
patrzyć na rozmaity wyraz tych rozmaitych twarzy. Lecz nic na 
tern koni(^c przyienmości ulic paryskich. Przechodząc koh) tych bo- 
gatych sklepów, trudno się nie zatrzymać, trudno nie dzi^vić się 
sztuce, przemysłowi, zbytkowi, a czascmi wybornym koucciptoin. 
Idąc dalej, co kilkadziesiąt kroków zatrzymywać się trzeba, bo 
co chwila napotyka się na iakichś szarlatanów, koinedyant()w, 
histrionów, którzy publiczność uliczną bawią i koło których ciągle 
tłum widzów zgromadzony, Tutay kucyk iakiś pokazuie sztuki, tu 
ptaszki, tu małpy, tu muzyka, tu śpiew, tu wreście Francuz iakiś 
nie wiedzieć co bale, opowiada iakąś histoi*yę, a z otwarti^ gębą 
ciekawi słuchaią go, i niczego dosłuchać się nie mogą. Ja rayślij, 
że policya ich płaci, ażeby bawić tę niebezpieczną ludność Paryża 



Digitized by 



Google 



19 

Zresztą błądząc po Paryżu, zapoznait^ się z nowym iakimś budyn- 
łdeni, którego nie znałem, chociaż mało iest godnych uwagi. Z no- 
wych gmachów wszystkie są prawie iednakowey architektury. Nay- 
pięknieyszy pałac giełdy iest podobny do kościoła niedokończonego 
Św. Magdaleny, który gmach Napoleon na bibliotekę, a teraźnieyszy 
król na kościół przeznaczył. La ChapelU expiatoire Xcia Berry iest 
także prawie takiey samey architektury, kończą teraz pałac izb, 
który iest wspaniały, lecz z temi kolumnami, których iest tyle, do 
giełdy podobny. Co do pomników ; oprócz kolumny de la place Ven- 
dome, godney fizymu, iak zwycięstwa, które uwiecznia; inne są 
nieznośne. Posągi z mostu Ludwika XVI., marmurowe, przypominała 
poezye Dorata, takie nienaturalne, wymuszone. Posąg Ludwika XIV 
i Henryka IV także pod względem snycerstwa nie wiele warte 
Henryk IV godny był czegoś lepszego. Co do Ludwika XIV podług 
mnie, który go nie lubię, ten i takiego nie godzien. Za iedną tylko, 
pamiątkę, którą po sobie zostawił, godzę się z nim, to iest za 
pałac inwalidów, który iest wspaniały; w tych dniach wybieram 
się zwiedzió go wewnątrz. Teraz w Paryżu opanowała rząd mania 
posągów, w tey chwili aż cztery stawia się : ieden dla Ludwika 
XVI na placu, gdzie zginął, drugi dla Ludwika XIII, trzeci dla 
X\MII, a nawet i dla XV. Jest tu kilka placów bardzo pięknych, 
które teraz temi pomnikami zeszpecone będą. Naypięknieyszy iednak 
plac Vondome z tą pyszną kolumną i plac giełdy, który teraz urzą- 
dzaią: byłem też wewnątrz giełdy, co za wspaniały salon, a co 
w nim naybardziey zadziwiaiącym iest malowanie, które tak dosko- 
nale płaskorzeźbę naśladuie, iżby przysiądz, o życie założyć się 
można, że nie iest malowaniem. Wielkiey zapewnie sztuki dokazał 
malarz, lecz oraz dał dowód złego smaku wieku, kiedy w takim 
gmachu zamiast płaskorzeźby, tylko naśladowanie ioy umiaścił. Ale 
coś zadługo bawię się po ulicach paryskich, przeydźmy znowu na 
chwilę do salonów. Był(;m wczoray z wizytą u Pani CraflFord, która 
bardzo grzeczna i mimo lat 85, daie poznać, że była ładną, ztam- 
tąd poiechałeiTi na wieczór do Pani Flahault. Tam pozmiłem się 
z czł^śeią naypięknieyszogo świata paryskiego. Prezentowany byłem 
Pani (iirardin, która bardzo grzeczna, pełna dowcipu, a szczegól- 
niey ce qu'on apelle atnahiUti, c'esŁ la quinte — essence da bon Łon 
et de VElegance; elle ne recois q\ie peu de Monde cliez Elle; et ne 
fait ątiun choix de a quHl y a de mieux. Poznałem także Panią 
d'Elmar, kilku mężczyzn, a naybardziey interesuiącą znaiomośó zro- 
biłem z lordem John Russel, który ma wiele rozumu, nauki i któ- 
rego znałem iuż z dzieł iego. Tak tedy powoli wciągam się w to- 

2* 



Digitized by 



Google 



20 

warzystwa paryskie. Czekaią w niem na Panią Zamoyską, która do- 
tąd ieszcze broni si^ zaproszeniom i iak naymniey w świecie bywa. 
Już tedy żumale dzisiejsze wylały się z szyderskimi konce- 
ptami przeciw Szekspirowi i tómaczowi iego; zdaie się, że się 
Otello nie utrzyma na scenie francuskiey. Pan Jony i Ancellot, którzy 
świstali podczas reprezentacyi, pozapełniali artykułami swemi dzien- 
niki. Zabawny iest sąd ich o tey tragedyi, drwinkami osądzili dzieło 
myśli i geniuszu i dla kilku wyrażeń trywialnych, które się tłóma- 
czowi wymknęły, dla paru scen, które można było z oryginału wy- 
rzució, potępili całe dzieło. Cóż robió, trzeba ich zostawió. Niech 
gotyckie kościoły bielą, przyczyniaią do nich kolumny greckie, niech 
stawiaią statuy z tą przesadą godną wieku Ludwika XIV i niech 
naśladuią naśladowania naśladowań natury, a to wszystko przez 
uszanowanie dla tego fałszywego smaku, który dobrym smakiem na- 
zywayą i tey elegancyi, która nie iest zapewnie podobna Elegantice 
Maronis et HorcUii. Dziś znowu graią Otella i dziś iuż nawet parę 
artykułów umiarkowanych i rozsądnie napisanych wyszło; wielka 
zapala się walka. Ciekawym iey końca. 

27 Października 1829 wtorek. 

I dziś ieszcze listu nie ma, a ia się opóźniam z oddaniem na 
pocztę tego pakietu, bo chciałbym wam donieśó, żem iuż o was 
spokojny, w każdym razie, iutro list mój na pocztę oddaię, ażebyście 
choó wy chwili niespokoyności nie mieli. Może też prośba moia wy- 
wysłuchaną zostanie, i dziś ieszcze czytaó wyrazy waszego przywią- 
zania będę. Dzień się ieszcze nie skończył, a ja zawsze rano do 
was piszę, bo nim dozwolę zabawy rozumowi lub zmysłom, sercu 
dogodzió muszę. Dośó późno ia wstaię, to iest o 9, lecz to bardzo 
rano na Paryż, bo tu dopiero a 12 świta. Od was dzień móy za- 
czynam, o lOtey idę do kochanego, dobrego Pana Batowskiego, 
piię z nim kawę i gawędząc do lltey lub w pół do dwunastey 
z nim siedzę, po czem czytam żumale, i nigdy przed 12 nie wy- 
chodzę od siebie ! Wyszedłszy nie wracam jak o 5. Ubrawszy się 
o wpół do szóstey idę na obiad A VH6tel Miraheau, poczem na 
teatr ruszam, takie zwyczayne dotąd życie prowadzę. Zmieni się 
trochę iego sposób, gdy więcey w świat się zapuszczę. Zacząłem 
iuż chodzió do muzeum, to iest do Galeryi obrazów, lecz że chcę 
ią widzieć dobrze i z korzyścią, więc kilkanaście ranków iey po- 
święcę; dotąd iestem ieszcze w drugim salonie szkoły francuskiey. 
Muzeum umieszczone iest w galeryi Louvru. Salon, w którym są 



Digitized by 



Google 



21 

obrazy, iest bardzo piękny, ale nie na obrazy ; iest to wielkiey dłu- 
gości prawdziwa galerya, łącząca Louvre z pałacem Tuileries. Ale 
w niey światło tak niedobre, obrazy tak ieden na drugim napako- 
wane, że wiele piękności giną<5 musi, i wiele z obrazów zupełnie 
rozpoznać nie można. 

Widziałem też wczoray na teatrze du Ydudemlley na którym 
dotąd leszcze nie byłem, naszego Jana Kaźmierza na scenie. Graią 
tu teraz na tymże teatrze sztukę Bayarda pod tytułem Marie Mignoi, 
która bardzo się podoba i która w istocie iest pełna dowcipu, i 
wystawia obraz* żywy owych czasów. Wchodzi do niey Marion De- 
lorme fameuse Courtisanne z czasów Ludwika Xin i XIV. Marie 
Mignot, która iak tamta pierwsza z praczki także wysoko się 
wzniosła, poszła za marszałka L^Hopital, a potem iest mniemanie, 
te Jan Kazimierz z nią się ożenił. Te dwa charaktery, Marion De- 
lorme i Marie Mignot, są bardzo dobrze skreślone; lecz naszego 
króla zupełnie przeistoczyli, wystawiając go dobrym i cnotliwym, 
lecz prawie niedołężnym i wyznaiącym, że nigdy woiownikiem nie 
był i że dlatego złożył koronę. Dobrze by Osiński zrobił, żeby spro- 
wadził tę sztukę i kazał przetłómaczyó, bo choóby wiele konceptów 
dowcipnych w tłómaczeniu zginęło, rzecz sama zostanie, a rzecz 
sama iest wcale nie zła. 

28 Paid. 1829 Środa. 

Już wam nie powiem, co czuię, nie wystawię wam całey mo- 
iey niespokoyności. Wszyscy Polacy, którzy tu są, odbierała regu- 
larnie wiadomości z Polski, ia tylko ieden tak nieszczęśliwy. Czylim 
na to tu poiechał, ażeby mnie wszyscy zapomnieli, czyli iakie nie- 
szczęście, słabość, iuż nie wiem co, bo myśleć się boię ! Od nikogo 
ni słowa, a iuż 15 dni, iak tu iestem. O Boże! Ochroń nas od ia- 
kiego nieszczęścia! Już dziś list ten pieczentuię i oddalę go na 
pocztę. Boię się, że strasznie wam wiele za niego zapłacić każą, 
ale to tylko co 15 dni będziecie ten wypadek mieli, niech on 
weydzie w eipens moiey podróży i w iey nayczulsze przyienmości 
moie- 

Byłem wczoray na obiedzie u Xię8twa Hamilton, którzy nie- 
zmierui^i grzeczni; sama Xiężna bardzo miła, a córka iey leszcze 
bardzo młoda, lecz bardzo ładną będzie. Poznałem tam panie Dawi- 
dów, Grammont z domu, Xięcia Polignac, Panią Jarosławę Potocką, 
poetę angielskiego Rogers i kilku innych osób. Niech Papa Koma- 
rowi powie, że siostra iego tam także m obiedzie była i gniewa 



Digitized by 



Google 



22 

się na niego, że nie pisał do niey. Poznałem się takżiB wczoray 
e Xięciem de Guicłie, Ażenorem Nainusia, który iest tu pierwszym 
zlegantem i faworytem u dworu. 

Tak więc, moie drogie Istoty, wiecie co dzień, co robię, co 
myślę. Co dzień spowiadam się przed wami, a od was tylko żądam, 
ażebyście czy co 15 czy co 10 dni, co by lepiey było, pisywali 
cho<C krótko ale regularnie, niech tylko wiem, żeście zdrowi, a spo- 
koyny będę. Moia Mandzia gdzie iest teraz, iużbym chciał, żeby 
była w Warszawie. Co się tam dzieie w Piotrowicach? Czy zaraza 
na bydło ustała? Czy się przecież iakkolwiek krzątaią. Transport 
do Warszawy czy przygotowuią. Cena zboża zapewnie teraz spadła 
po otwarciu portów z Odessy. Ja też się tu tak rachuię, iak gdyby 
bardzo się zniżyła. Niech Papa, pisząc do domu, powie im, że ich 
pozdrawiam, że myślę o nich często i że się na wiosnę zo- 
baczym. Choó mi się zdaie, żem niedaleko od was, kiedy myślę, że 
220 mil przedziela nas i żem o 220 mil od Piotrowic, strach mnie 
bierze. Nie żądam ia szczegółów o Piotrowicach, lecz w ogóle co 
się tam dzieie chciałbym wiedzieć. Co kochany Jenerał porabia, 
pisałem do niego przed kilku dniami list arkuszowy. Gdzie iest 
Nainuś. Pan Batowski przesyła naytkliwsze wyrazy; kochany, nieo- 
szacowany, iak mi tu z nim dobrze. Zlecił mnie Papie powiodzieó, 
że wczoray przypadkiem mówiąc ze sławnym tuU^ywiym doktorem 
dowiedział się, że nic niezdrowszego iak wiele tytoniu palio po 
obiedzie, a Papa tyle go pali. Moia kochana Mandziu, pilnuy go, 
ażeby się szanował. Trzeba iuż się rozstaó z wami, uściskać was, 
pożegnać i na tem skończyć, bo iuż nie chcę powtarzać wam, że 
tęsknota, niespokoyność ogarniaią mnie na samo wspomnienie, że 
tak długo iestem bez wiadomości z Polski. Idę do pani Zamoyskiej 
dowiedzieć się, czyli ona iakich nie ma. Adieu. 

Wszystkim łaskawym w Warszawie moie ukłony; nayczulsze 
wyrazy sąsiadom Piotrowic, stryiowi i stryienco z (Jałęzowa, Hen- 
ryka ściskam. Franusia pozdrawiam i powtarzam mu, żeby się iak 
naylepiey sprawował, żebym wróciwszy, mógł go dobrze przywitać. 
Jeszcze raz adieu, adieu moie skarby, moie szczęście, adieu i Oycze 
i Mandziu ; Dziandzię ściskam. 

Widziałem onegday Panią de Mory, ciągle słaba. Serce się 
kraio, widząc ią. Bardzo się podstarzjiła i strasznie nudną się zro- 
biła, elle est deuenue radoteuse niais pauore femme, oti lin pardonne, 
tout quand on songe a son malheur. 



Digitized by 



Google 



23 



5 Listopada 1829 R. — Paryit. 



Czwartek zeszły, w który list móy na pocztę oddałem, był 
dniem dla mnie nayszczcjśliwszym od chwili wyiazdu mego z Polski 
W ten dzień uśmierzyło si(j dwoiakie cierpienie moie i fizyczne i 
moralne. Fizyczne, bom od dni kilki niezmiernie na zęby cierpiał, 
a w ten dzień dokuczać mi ustały; moralne, bom był niespokoyny 
o was i właśnie tego wieczora przyniesiono mi list z Polski, list 
od Ciebie móy drogi oycze I Niczem była moia boleśó fizyczna, przy 
tem cierpieniu niespokoyności, która mnie o was dręczyła. Myśla- 
łem, że Papa zaraz mi odpisze na móy list z Weimaru, nie wie- 
działem, że w dni 15 pisaó do mnie będzie i dlatego iuź się lęka- 
łem. Lecz teraz, kiedy wiem, że co dni piętnaście pisywaó będziem 
do siebie, spodziewam się, że iuż więcey nie dam wam złego przy- 
kładu, niepotrzebney obawy i niespokoyności. Ale od moiey kochaney 
Mamdzi ani słowa leszcze nie odebrałem, czekam niecierpliwie 14 
lub 15. tego miesiąca, gdyż podług mego wyrachowania, około niego 
znowu mnie czeka przyiemnośó czytania wyrazów przywiązania wa- 
szego. Dzięki Niebu ! żeście zdrowi i że Piotrowice dośó zdrowe 
Czy też Mamdzia zabawi w nich ieszcze czas iakiś; czy też co 
drzew posadzi; czy kontenta z swoiey podróży. Ja dotąd na swoię 
skarżyć się nie mogę. Trudno iest Paryża nie polubić. Lecz nie 
rzeba zapomnieć różnicy między wyrazami lubić a kochać. Paryż 
lubię, a Piotrowice, a szczególniey mieysce, gdzie wy iesteście, ko- 
cham. Kiedy móy drogi Oycze listy moie nie nudzą cię i kiedy 
zdaiesz się upoważniać mnie do tego, abym ic długie i szerokie 
pisywał, będziesz więc ie miał długie i szerokie. I dlatego choć 
dopiero list ten za dni kilka oddam na poczt(j, dziś go zaczynam. 
Od czwartku zeszłego nie roznjawiałera z wami, zdać więc powi- 
nienem wam sprawę z tygodnia całego, bo chcę, ażebyście byli 
świadkami każdego dnia, każdey czynności moiey, i żadna przyiem- 
ność, żaden dzień miły by mi nie był, gdybym myślał, że wy 
o nich wiedzieć nie będziecie. Od czasu rozsbinia się naszego, 
a rozsbiniem nazywam, gdym list móy oddtił na pocztt^, głębokom 
się w świat paryski zapuś«;ił i dlatego raport móy od niego zaczy- 
nam. Nayprzód w sobotę byłem na obiedzie u Pani Tyszkiewiczo- 
wey, która bardzo uprzeyniie wszystkich Polaków przyimuie, 
a muie może ieszcze od innych uprz(\ynii(?y, bom mia^ł list do niey 
od Xiężney Wirtembergskiey i dlatego ledwiem iey w Piątek oddiił 
list i bilet wizytowy, zaprosiła mui na sobotę na obiad, na któ- 
rym byli Państwo Zamoyscy, ambasador rosssyiski, Państwo Flahault 



Digitized by 



Google 



24 

i t. d. Na tym obiedzie zrobiłem dwie znaiomości bardzo ciekawe 
Xcia Talleyranda i Margrabi Polmelly, naczelnika konstytucyonistów 
portugalskich ; Xże Talleyrand, stary, brzydki, kulawy, ma iednak 
w twarzy wyraz dowcipu, którym się tak wsławił. Ciekawym był 
cho(5 iedno iakie słowo iego uchwycić; nat«jżałem słuch, przybliża- 
łem się ile mogłem do niego, leczem tylko milczenie słyszał. Pod- 
czas obiadu iadł wiele, pił dużo, przyimował iakby obowiązek les 
atłentions de Me Tyszkiewicz (do którey się mówi Princesse), lecz 
słowa nie powiedział i naiadłszy się, napiwszy, poszedł, prawie 
słowa nie powiedziawszy. Poznałem się także z młodym Poniatow- 
skim, który grzeczny i dobry chłopiec dopiero co wrócił z Morie, 
gdzie był z woyskiem francuskim, i poznałem się nareszcie z do- 
skonałym obiadem, gdyż trudno gdziekolwiekbądź znaleśó większy 
zbytek i przepych iak u stołu Pani Tyszkiewiczowey. Szkoda, że 
to wszystko podobno za pożyczane pieniądze. W Niedzielę byłem 
na wieczorze u Państwa Flahault, na nim prezentowany byłem Pani 
Alfred de Noailles, która iest tutay VElegante par preference; ona 
to rozdaie patenta na elegancyę, na dowcip; sama iuż nie bardzo 
młoda, nieładna, lecz przyiemna i grzeczna. Uprzedzono ranie, że 
trzeba się starać zyskać iey aprobacyę, ioy łaskę, ażel>y być dobrze, 
widzianym w towarzystwie du Faubourg 8t. Honore, które iest 
naypierwszem i naybardziey eleganckiem z całego Paryża. W Po- 
niedziałek byłem na wieczorze muzykalnym u Pani Appony, żony 
ambasadora austryackiogo, do którey list miałom od Pani Rzewu- 
skiey, i za który niech Papa iey nayczuley i stokrotnie podziękuie. 
Nie znam nic grzecznieyszego, nic milszego nad Pani Appony. Przed 
tygodniem oddałem iey szwaycarowi list i swoie karty wizytowe, 
które gdzieś zaginęły, tak że doyść nie mogła gdzie mieszkam, 
pisała więc do Pani Sobańskiey, prosząc ią, ażeby dała iey móy 
adres, zaprosiła mnie na wieczór i przeprosiła, że dotąd mąż iey nie 
oddał mi wizyty. Gdym wszedł do iey salonu, w którym iuż wiele 
osób zostałem, nikogo nie znaiąc, nie wiedziałem nawet gdzie go- 
spodyni domu, lecz że tu maią ten dobry i tutay i)otrzebny zwyczay 
wołania przy drzwiach salonu imion osób wchodzących, pani Appony 
wyszła zaraz do ranie i iak naygrzeczuiey, nayuprzeymic^y mnie 
przyi(jła. I on sam bardzo grzeczny, lecz ona iakże miła! Na tym 
wieczorze widziłrfem wielką część towarzystwa paryskiego. Nieprzy- 
iemnie, ale razem i zabawnie być w tłumie osób nieznanych i nie- 
znaiących nas. Powiadam, że zabawnie, bo mnie bawi niezmiernie 
uważać rozmaite przesuwaiące się figury, zgadywać, iakiego są na- 
rodu, iakiey partyi, czy głupie, czy mądre, czy zabawne, czy 



Digitized by 



Google 



25 

nudne. Na tym wieczorze poznałem się z kilku osobami, a między 
innemi prezentowałem się Pani De Dolomieu, która iest damą 
honorową Xięźney Orleanu i do którey list miałem, od Tomasza 
Łubiewskiego. Byłem iuż z nim u niey, lecz iey nie zastałem * lecz 
wczoray znowu byłem, zastałem i poznałem się z nią dobrze, była 
to wielka przyiaciółka Xiężney Jabłonowskiey i niech Papa powie 
Panu Tomaszowi, że go bardzo mile wspomina i że bardzo dobra 
dla mnie. Lecz wracam do wieczoru Pani Appony. Był to więc wie- 
czór muzykalny, ale iaka muzyka. Grał Kalkbrenner, śpiewała Paima 
Sontag, i iak śpiewała! Damy francuskie słuchały tey cudowney 
muzyki, ale nie na iedney twarzy widziiiłem skłonność do ziewania, 
bo tu w towerzystwie nic tak bardzo nie nudzi, iak to wszystko, co 
do duszy lub imaginacyi przemawia. Salony paryskie niczem się 
nie różnią od naszych salonów, wylawszy tem, że u nas wi^cey 
ładnych kobiet. Tu ich tak mało, że wylawszy dwóch czy trzech, 
dotąd same brzydkie widziałem. Lecz za to iest tu młoda Pani de 
Caraman, piękna, przyiemna, pełna dowcipu i talentów, takiey my 
nie mamy. We Wtorek byłem na obiedzie u Rotschilda ,d sa Cam^ 
partie de Boulogne. Jeśli, iak żurnalesutrzymuią, zostanie królem 
ierozolimskim, paradniey życ nie będzie iak teraz. Co za obiad! 
Co za przepych! Sam bardzo grzeczny, lecz nudny. Ona grzeczna 
i miła, podobna bardzo do Laury Tomsonowey, lecz przypomina 
trochę Rebekę i Riichelę. Na tyra obiedzie było dość chrześcian, 
ale było i kilku niech rześcian, lecz na nim poznałem się z Panem 
Eynard, tym, który tyle dla (ireków robi i zrobił. Wieczorem 
byłem u Pani Koy, gdzie wielo nagadałem się z Panem Tissot, 
autorem des Lectures stir Virgile, które Papa właśnie niedawno 
czyfaił. Zdaie się, że to iest człowiek uczony, ale po francusku, 
z pewnym rodzaiem fanfaronady, a nic pięknieyszego, iak związek 
gfmiuszu prawdziwego, lub głębokiey nauki z prostotą, którey Fran- 
cuzi nie znaią, a którą w Niemczech się spotyka. 

7. Listopada 1829, Sobota, 

Kiedy zacząłem list od Świabi Paryzkiego, więc i daley o nim 
pomówię. — Na czwartek amf)asador rossyjski, który od kilku dni, 
spotykając nmie w towarzystwach ugrzecznił się dla mnie, zaprosił 
mnie na obiad, który odmówić musiałem, obiecawszy się wprzódy 
do ambasadora austryackiego. Byłem więc u tego ostatniego i po- 
znałem się iuż dobrze z Panią Appony, która tak iest dobra i grzeczna 
dla nmie ; i przyiemna bik właśnie, iak ia lubię. Pełna znaiomości, 



Digitized by 



Google 



26 

talentów, nie wstydzi się ani głębokiego czucia, ani entuzyazmu, 
który tu z szyderstwem przyjmują. Można z nią o wszystkiem mówió, 
i rozmowa z nią, ani nabiera powagi pedantyzmu, ani iest tylko 
marnym dźwiękiem słów, bez myśli, w którym Francuzi tak wyćwi- 
czeni. Wielem z nią mówił i o wielu rzeczach, i zupełnie podzielam 
z Panią Ezewuską uczucia dla niej. Dała mi ona doskonałe wyobrar 
żenię o towarzystwach paryzkich, o duchu, który tu pannie, o rozu- 
mie, który tu popłaca i zdaie mi się, że ona sama, że nadto wiele 
warta dla salonów paryskich, tak jak pani de Caraman, którą znayduią 
tu nie naturalną, afiFektowaną, bo lubi sztuki, bo czuć umie, bo ma 
duszę. Tego dnia byłem na wieczorze u Lady Cumbermeere, która 
tu dom przyjemny trzyma, przepędziłem parę godzin przyiemnie 
z trzema najsławniejszemi pięknościami paryzkiemi: Panią de Del- 
mar, Panią d' Oudenarde, Panią de Caraman. Lady Cumbermeere, 
pokazując mnie to piękne trio, koniecznie kazała mi przyznaó się, 
którą bym wybrał. Chcąc się od wyboru wykręció, nie chcąc bydź 
nowym Parysem, odpowiedziałem, że zdaie mi się „Qm V une est 
helU, fautre est jolie es la troisieme est charmante'^. Gdy Lady po- 
wiedziała *o tym Paniom, każda wiedzieó chciała, czem iest każda, 
każda zgadywała, czy iest ładną, piękną czy uroczą — ztąd zawią- 
zała się dość zabawna i wcisoła rozmowa, a gdy mi potem z twarzy 
tych Pań kazano o ich charakterze sądzić, za<;ząłem od Pani de 
Caraman, (kfaSrą mi doskonale Pani Appony opisała) zrobiłem iey 
portret dość podobny, iak się zdaje, który niezmiernie Ją zadziwił, 
gdyż dopiero tego wieczora, pierwszy raz z nią mówiłem i prezen- 
towałem się iey. — Wczoray byłem u Pani de Delraar, gdziem zastał 
Panią de Caraman, a potem byłem na małym wieczorze u Pani 
de Jumilhac, gdzie mnie Walewski prezentował. Pani de Jumilhac iest 
siostrą xięcia de Eichelieu , brzydka , garbafai , lecz pełna rozumu 
i dowcipu, bo garbata; nie mając wielo majątku, przyjmuje trzy 
razy na tydzień wybór towarzystwa paryskiego. Wieczory w iey 
małym salonie składają się z 10, 12 osób. Trudno niezmiernie bydź 
do nich przyjętym. Janj przez Walewskiego, który iest Venfant gdłe 
de cei< Dames initiowany zostiiłem. Tam to bywa Pani de Noailles, 
Pani de Girardesi, Xiężna de Mailhl Wczoraj dopiero pierwszy raz 
widziałem w komplecie U} małą kotteryę , i znalazłem , że wszyscy 
w niej maią nadzwyczajny talent, nie powiem de la Conversation, 
mais de la Causerie, bo la Cotwersation , rozmowa, powiimaby mieć 
coś poważniejszego, nie powinna pogardzać myślami, — tu on cause 
z taką łatwością, tak ładnie, przyierauie, lecz prawie o niczem. 
Jest to faierwerk słów , który się podoba w chwili , gdy się pali, 



Digitized by 



Google 



27 

lecz który żadnego wspommenia nie zostawuie. Myślić tu nie trzeba, 
mówić tylko ładnie; nie znaiduię, ażeby siij tu sadzono na dowcip, 
na koncepta, i owszem nie wiele iest tu pretensyi, wiele prostoty, 
i czasem lecz nie zawsze raiłem iest takie towarzystwo, które ma 
bydź wzorem dobrego tonu, i le type de la meilleure SociiU. Pierwszy 
raz widząc go wczoraj , dobrze go nie poznałem , lecz że Pani de 
Jumilhac, m'afait cette faveur, et celadoit Stre unefaveur, de m'enr 
gcyer d ne pas oubli&r des Jours , wrócę tu czasem , ażeby poznaó, 
czy ia do nich i czy oni do mnie przystaną. — Tak moje drogie 
istoty, naymniejsze szczegóły wam donoszę, bo ia nie listy pisaó, 
lecz rozmawiać chcę z wami ; ten iedyny tylko sposób zostaie mnie 
zwyciężenia tęsknoty, która ranie ogarnia na rayśl, że 220 mil nas 
przedziela. 

Teraz wam opowiem , com widział przez ten tydzień , gdyż 
staram się codzień coś widzieć. Nayprzód co do teatrów. Pzez te 
dni dziesięć mało ich użyłem, gdyż trudno tu pogodzić widowiska 
z towarzystwem, a że w tym tygodniu rozbiegałem się po salonach, 
więc poświęciłem im teatra. Tutai iest moda, że się idzie na ieden 
akt, a potem gdzieś na wieczór, gdyż zwykle widowisko trwa tu do 
11, lub 11V2« Wieczory o 10 zaczynają się, włoski zaś teatr o 8. 
zaczyna i ciągnie się czasem do północy. Lecz ja nie chcę iśdź za 
tą modą; kiedy zapłacę móy bille t, to iest, kiedy dam za niego 
6 franków, to iest korzec pszenicy lub 10 do 12 franków, to iest 
172 l»b 2 korce pszenicy, chcę wszystko widzieć i słyszyć, co tylko 
iest do widzenia i słyszenia za moią pszenicę. 1 dlatego zwykle 
wtenczas tylko idę na teatr, kiedy w świat iśdź nie chcę. Przez ten 
czas, byłem tedy raz aux YariiUs, gdzie gra móy faworyt Odry, 
i gdziem widział ks Mómoires Contemporaim, w których ieden aktor 
gra niezmiernie zabawnie la Contemporaine. Byłem na operze wło- 
skiey, Małilde de SaJyran , którą iuż raz widziałem , lecz że mnie 
Pani łlahault wzięła do swoiey loży, i że tutay, kiedy biorą do loży, 
to się idzie darmo , więc z przyjemnością drugi raz słyszałem tę 
śliczną muzykę i ten śliczny głos Panny Sontag. Daley byłem raz 
na operze Comitpie , którey ieszeze nie znałem , i która iest teatrem 
prawdziwie narodowym. Iest on co do budynku i sali naypięknieyszy, 
a przynaymniey nayświeższy, bo nowy i przed parą miesiącami 
dopiero otwarty. 1 byłem nareszcie we czwartek na Gaza Ladra 
na teatrze^ włoskim, dla widzenia pani Malibran, którą tu przenoszą 
ujid Pimnę Sontag i która dopiero co z Anglyi wróciła. Wielkie 
ona wrażenie na mnie zrobiła śpiewem a więcej ieszeze grą swOyą. 
Iest to ładna i młoda osoba, maiąca może lat 21. Głos iey może 



Digitized by 



Google 



28 

nie ma takiey obi(^tości, takiey siły i czystości iak głos Panny 
Sontag, lecz za to ileż ma wiijcey czucia, i gwałtowniey wdziera 
się do serca. Panna Sontag iest instrument, iest to pozytywka, która 
gra sama i gra ślicznie. Pani Malibran czuie, co śpiewa, i głos iey 
stosownie do charakteru iey roli, iey aryi, nabiera słodyczy, wdzięku, 
lub mocy. W chwili rozpaczy lub smutku zaczyna ona śpiew swóy 
tak cicho, że zaledwie dźwięk iego do nas dolata, wkrótce wzmaga 
się ten głos, a gdy iey rozpacz gwałtowniejszą się staie,' śpiew iey 
iest iakby ięk silny, który gwałtownie duszę rozdziera. Nie słysząc 
wyrazów które śpiewa, głosu iey wyraz oznacza, co ma mówi<5, 
słowem, że naydoskonaley doskonały śpiew swóy deklamuie. Panna 
Sontag naywiększe trudności zdolna pokonać i w salonie może wię- 
ksze śpiewem zrobi wrażenie , aniżeli Pani Malibran , lecz na 
scenie ostatnia palmę uzyska grą i czuciem. Znayduią tu iednakowoż, 
że powietrze angielskie zaszkodziło iey głosowi, znayduią także, że 
w Gaza Jadra w roli Ninelty przesadza, że zanadto się rzuca lecz tu 
są popsuci, tak trudni , tak lubią krytykować , że mnie niecierpliwią 
niezmiernie, mnie, który spokoynie chciałbym używać przyiemnych 
wrażeń, których doznaię. Pani Malibran przeięła się swoią rolą, 
i gra tak, iak ią czuie; czuie ią może za silnie, lecz nie darmo iest 
hiszpanką, zresztą czyż nie lepszy iest zbytek, aniżeli niedostatek. 
Przedziwny iest ten teatr włoski, w tym tylko niegodziwy, że tak 
drogo kosztuie, aż 12 franków dobre mieysce, a gdzie indziej iśdź 
nie przystoynie. Opera francuska, teatr francuski, kosztują 9 fran- 
ków, Opera „Comiąue" 6Va; teatr „de Madame" i parę innych 6 
franków a „ Yarietćs" 5, naytańsze 4 ; są leszcze i tańsze, lecz tam 
nikt nie chodzi. Jest to więc dość znaczny expens, ale wielka też 
przyiemność. Ale nie same tylko salony i teatra staram się poznać, 
prawie codzień bywam w muzeum i iui większą iego połowę dobrze 
poznałem, kiedy powiadam dobrze, to iest, że znam na pamięć każdy 
obraz. Kończę teraz szkołę flamandzką, i iuż mi tylko trzy salony 
szkoły włoskiey zostanie, z którey pięknieysze znam iuż obrazy. 

Cieszę się na nią zawczasu. Rozbieraiąc tak uważnie każdy 
obraz, zastanawiaiąc się nad każdym , porownywując dzieła iednych 
mistrzów z drugimi, i iedną szkołę z drugą, niezmiernie smak się 
kształci i oko się wprawia tak, że w krótkim czasie, można poznać 
i szkoły i malarzy. W Dreźnie będąc, zacząłem był moią edukacyę, 
tu iey dokończę, gdyż teraz wifcim się z Yandyckami, Itembrand- 
tami, Poussinami, Titianami i t. d. iak z temi, których iuż dobrze 
poznałem, to iest tak, że iednych za drugich nie wezmę. Tu się 
3zczególniey ze szkołą francuzką obeznałem , z którey dzieł mało 



Digitized by 



Google 



29 

dotąd widziałem. W ogólności, iak we wszystkich sztukach pięknych 
tak i w malarstwie szkoły francuzkiey nie lubię. Jak we wszyst- 
kiem tak i w niem naybardziey się ona od natury oddala, iednakże 
galerya paryzka może na chwilę pogodzić ze szkołą francuzką, tyle 
iey arcydzieł. zawiera w sobie. Lecz gdy się przeydzie do szkoły 
włoskiej, gdy się uyrzy iednego Eafaela, lub Titiana, znowu gaśnie 
uwielbienie dla mistrzów francuzkich. Jeszcze dawniejsi malarze 
iak Lesueur, Le Brun, Poussin a szczególniey ClaudeLorrain,Mignard, 
którego bardzo lubię,, mogą między pierwszymi bydź policzeni, lecz 
nowsi, którzy w ostatnich czasach taką sławę olbrzymią uzyskali, 
iakie są daleko do tamtych. 

Tu się poznałem z Dawida dziełami, które — przyznam się — 
nie wielkie na mnie wrażenie uczyniły. Nie lubię iego stylu; pa- 
trząc się na iego obrazy, zdaie się, że pędzel w iego ręku był 
dłutem, że nie malował, lecz rył na płutnie. Dawid nie naśladował 
natury z natury, lecz z iey naśladowania, zanadto się on może 
wpatrywał w dawne rzeźby i posągi i dla tego utworzył sobie styl, 
który mi się zdaie niestosowny do malarstwa. Prawda, że wybierał 
nayczęściey przedmioty do obrazów z historyi starożytney, i że może 
dla tego pędzel iego nabrał więcej siły aniżeli tkliwości, i dosko- 
nalszy był w wykonaniu aniżeli w powzięciu myśli. Z dzieł iego, 
których w muzeum iest siedem, Leonidas naypierwsze trzyma 
mieysce. Postaó iego iest piękna, wyraz twarzy zachwycaiący i cały 
układ obrazu iest godnym uwagi. Poznaie się w nim naczelnika 
trzystu mężnych i zgadnie się z spoy rżenia iego, że i on i wszyscy 
woiownicy, którzy go otaczaią, wstrzymaią tłumy niewolnicze, lecz 
że wszyscy polegną. Twarz iego iaśnieie zapałem odwagi , a 
w oczach iego zdradza się przeczucie zgonu. Mniey mi się podobała 
„Przysięga Horacyuszów", a mniey leszcze „Porwanie Sabinek", 
wszystkie figury tak są proste, regularne; w ogólności mówiąc, pa- 
trząc na obrazy Dawida, zdaie mi się, że nie widzę Brutusa, Hora- 
cyuszów, Komulusa, lecz aktorów na scenie, którzy graią Eoraulusa, 
Horacyuszów lub Brutusa. Dawid, wybieraiąc same przedmioty hi- 
storyczne, nie czerpał nic z natchnienia, nic z czucia swoiego ale 
wszystko z historyi. Zdaie się, że maluiąc nie tylko miał roztwar- 
tego przy sobie Liwiusza, Tucydydesa, ale nawet Antiquitates Gre- 
dcB et Ronianiw Gronowiusza i (irewiusza. Mniey ie^zcze od Dawida 
lubię Girodeta; koloryt iego taki nienaturalny i nie przyiemny, 
figury także tak wyprostowane, wyrazy twarzy przesadzone, że wy- 
ąwszy „Atali w grobie", którego to obrazu przedmiot winien malarz 
poezyi Pana Chateaubriand, na inne patrzeć nie mogę. Kiedym się 



Digitized by 



Google 



30 

w malarstwo zap(}dził, więc musiem dziś przeyśdź całą szkołę francuzką. 
Nie będę wspominał malarzy mniej na uwagę zasługuiących. Lecz 
nayprzód słowo powiem o Klaudynszu Gelie nazwanym Le Lorrain, 
do którego ia tak przywiązany. Jest tu 15 sztuk iego pędzla — 
kilka paysażów, szczególniey z słońcem wschodzącem lub zacho- 
dzącem, iest zachwycaiących kilka widoków morskich godnych uwa- 
gi, iednak zdaie mi się, żem, ieśli się się nie mylę, w Berlinie 
widziałem ieden iego wielki paysaż pięknieyszy od tych wszystkich, 
które tu znayduię ; lecz za to nigdzie piękniejszych Yernetów nie 
widziałem. Pędzel i gieniusz Yerneta wydaie mi się stosowniejszy 
do burzy i nawałnicy, aniżeli do ciszy morskiey. Gdy te pierwsze 
wystawia, iest on nieporównany, i iest tu ieden obraz cudowny, 
wystawiaiący burzę, którego kompozycia iest bardzo poetyczna. 
Są tu także iego widoki portów francuzkich, lecz ia wolę Yerneta, 
gdy iest poetą, gdy tworzy jak kiedy robi portrety miast. Kilka 
obrazów Greuza iest godnych uwagi. Greuze nie był wielkim mala- 
rzem, lecz w obrazach swoich ładne i narodowe sielanki tworzył. 
Jego „Odiazd", „Powrót" i „Zaręczyny" wszystkie maią wiele pra- 
wdy, tak w całym utworze obrazu, iak w wyrażeniach twarzy. Iest 
tu 24 obrazów Le Bruna. Sposób iego i koloryt żywszy od licsueura, 
zdaie mi się bydź iednak do niego podobnym i zbliżaó się do stylu 
szkoły włoskiey. Naybardziey mnie uderzył obraz nazwany „Le Cru- 
ci(ix aux Anges",' w którym twarze aniołów są prawdziwie anielskie, 
i w którym wiole iest rozmaitości. „Zeyście Ducha Sw." iest tjikże 
pięknem i nakoniec „Sta Magdalena" z żalem i skruchą opuszcza- 
iąca marności t(^go świata. Obraz ten był dawniey u Karnielitek 
paryzkich i ma to bydź poiirot Pani de la Valliere. l^e Bnin iest 
malarzem, kt<)ry idealną piękność nayłatwiey tworzył z (M\ii'y szkoły 
francuzkiey, gdyż Jiesueur, którego obrazów iest tufaiy 45, wielkiey 
prawdy często ma zaletę, lecz nie miał daru zbliżania aię do 
tey idelney piękności. Kilka obrazów I^esueura z Historyi Swiętey 
wziętych, iest godnych uwjigi ; lecz naybardziey zastjmawiaó po- 
winna historya Sw. Brunona w 24 obrazach zawaiiii. Trochę iest 
w niey monotcmii, iednakże główna figura , to iest św. Bruno go- 
dzi«m uwagi, gdyż różne sceny iego życia, różny charakter iego 
twarzy nadaią, iest to piękna biografia a raczej żywot Św. Nie zna- 
łem dotąd Mignarda, lecz iakże miło było mi go poznaó, szcz(»gólniey 
w dwóch obrazach. „łiJi Madonnę a la (irappe", którey Pan Jezus iest 
cudowny, podnosi zasłonę i swoią dziecinną lecz boską twarzą spo- 
gląda na tego, który patrzy na ten obraz; zawsze mu się kłaniam, 
kiedy kało niego przechodzę. Drugi iego obraz iest nie wielki, lecz 



Digitized by 



Google 



31 

iakże piękny; iest to św Cecylia, którą obszernie Jenerałowi opisałem. 
Jf akoniec przechodzę do mistrza szkoły francuzkiej , do Mikołaia 
Poussin. Poussina nie bardzo lubię dla iego kolorytu i dla stylu 
iego, który może iest nienaturalny, nie ma tey prostoty tak przy- 
iemney we wszystkich sztukach. Dwa on sposoby miał malowania, 
szczególniey dwa koloryty, drugi daleko przyiemnieyszy; lecz przy- 
znaó należy, że z całey szkoły francuzkiey iest to naiwiększy malarz 
poeta i pod tym względem godzien stanąó obok naypierwszych 
mistrzów. Jeżeli w wykonaniu nie był tak doskonałym, w powzięciu 
myśli był zawsze poetą. Jest tu 39 iego obrazów, z których kilka 
iest bardzo pięknych. la o dwóch wspomnę. Nayprzód o tym pię- 
knym i znaiomym „Et in Arcadia Ego". Wśród pięknego paysażu 
wznosi się grób z tym napisem. Jeden pasterz palcem go pokaźnie; 
klęcząc na iednem kolanie; drugi, stroyny w wieniec kwiatów, pa- 
trzy na niego okiem zasmuconem, ta, którą kocha stoi obok niego 
czyta ten napis, wszyscy zdaią się rozmyślać nad śmiercią i choó 
ozdobni kwiatami, choć otoczeni wdziękami arkad}iskiey krainy, 
zdaią się na chwilę pogrążeni w smutnem rozpamiętywaniu, że i 
w Arkadyi umrzeó trzeba. Drugi obraz, o którym wspomnę, może 
się nazwach szczytnym: iest to obraz nie wielki , a wystawia potop. 
Tak myśl szczytna w krótkich zawiera się słowach. Wszyscy mala- 
rze nadaremnie starali się udać wyobrażenie potopu, iednerau Pous- 
sinowi powiodło się. Utwór iego tak iest poetyczny, że widzisz 
potop. Obraz ten wystawia niebo czarnom. Okrąg słońca dżdżystemi 
zjićmiony chmurami, Wysk ie rozdzicira, słychaó grzmot, ulewa gwał- 
towna, wszystko na ziemi ciemne, czarne. Na ziemi ! — iuż iey nie 
ma — sama woda wszędzie, skały gdzie niegdzie się wznoszą, do 
nich w łodzi nieszczęśliwa matka przybiia, dziecię małe podaie 
oycu, który zawieszony na urwisku skały; lecz zadah^ko iest od niego, 
ręką dosi(»gnąó go nie może — zginie. Zginiu i matka i dziecię. 
Tutjiy łódź się o skłvłę rozbiia. Pr/epiiśc iednych pochłonęła, drugich 
pochłonie. Tu bogacz na koniu darenmie chce dopłynąó do skały, — 
iuż ginie — iuż zginął. . . . Tu wąż śliską piersią czołga się na 
szczyt skały, on sam tiim tylko doydzit^ — Co za obraz ! — co za 
utwór poetyczny; koloryt iego tak iest ciemny, że wszystko obok 
nas zaciemnia się i że potop widziemy. Tyle o szkole francuzkiey. 
leźli was to nie nudzi, późniey przeydziemy i flamandzką i włoską. 
Posągi iuż widziałem parę razy, lecz ieszczem nie widział ich 
z uwagą, nie wspomnę więc dziś nic o nich, ani nawet o tey 
Diannie, a la hidie, przed którą kh^kam, ani o „Gladiatorze" Aga- 
ziasza. Oprócz muzeum, które codzień odwiedzam, widziałem Le 



Digitized by 



Google 



32 

Jardin des Plantes, lecz ieszczem wszystkiego w nim nie zwiedził, 
przebiegłem go tylko wszerz i wzdłuż * i zwiedziłem raenageryc, 
w którey zrobiłem znaiomość bardzo ciekawą Zyraffy ; ładne to stwo- 
rzenie a szczególniey wyraz iey spoyrzenia taki czuły, taki senty- 
mentalny, leżeli były materye i wstążki d la Girafe, powinno bydź 
także spoyrzeńie d la Oiraffe. Widać, że to bardzo dobra i tkliwa 
osoba ta Giraffa, lecz boię się , ażeby w kraiu , gdzie czułość nie 
popłaca, mogła ona wyżyć. Lękaią się też o nią, bardzo mizernieie. 
Dobrze bardzo urządzona ta menażerya, każde zwierzę ma swóy 
domek lub przegrodę, a oprócz tego kawałek ogródka, po którym 
się przechadza. Xie ma teraz ani lwa ani tygrysa, lecz są rozmaite 
rodzaie kóz,'Sarn; jeleni, są słonie, żubry, ciekawe ptaki, i wiele 
niedźwiedzi, ieden z nich nazwany Martin, bardzo zabawny, iest to 
nayucywilizowańszy i naygrzecznieyszy z niedźwiedzi, który przed 
dwoma czy trzema laty ziadł weterana. Niemcewicz mógłby z tego 
bajkę napisać. 

Po zwierzętach, Lasek drzew szpilczastych naybardziey mnie 
zaiął, a naybardziey ów piękny, ów sławny cedr Libanu. Cóż to 
za wspaniałe drzewo , co za siła , — co za potęga. Wierzchołek 
syn BufiFona uciął mu , chcąc ptaka dostać , którego zastrzelił, 
mimo to iest naywyniośleyszym ze wszystkich drzew. Gałązkę z niego 
posyłam moiey kochaney Mamie. Jest to naywiększy cedr z całey 
Europy. Wrócę leszcze nie raz do ogrodu Des Plantes, dla zwie- 
dzenia gabinetów, oranżeryi i t. d. W piątek zeszły innego rodzaiu 
przedmioty ieździłem poznać. Z Panem Zamoyskim i bankierem 
Mallet ieździliśmy o •/* "^iW od Paryża do St. Ouen, wioski Pana 
Ternaui, w którey tyle ciekawych rzeczy do widzenia. Pan Tcrnaux, 
który w swoich fabrykach do 20.000 rąk zatrudnia, ma wiele przymio- 
tów, choć z powiei-zchowności wygląda iak dobry gospodarz niemiecki 
lub holenderski, (irzecznie nas przyiął i chętnie wszystko pokazywjił 
i tłumaczył. Nayprzód tedy widzieliśmy iego kozy, które daią mu 
sierść na iego kaszmiry. Kozy, które z Tybetu sprowadził, nie daią, 
iak małą ilość sierści zdolney do wyrobów, lecz mięszaiąc \a\ kozę 
z innemi, otrzymuie się metysy, które sam puch daią. Posyłam iego 
próbkę, iedną fcikiego, iaki sama koza daie, drugą takiego, iaki się 
otrzymuie po przędzeniu i z iakiego robi się kaszmir. Daley poka- 
zywał nam rozmaite gatunki owiec: abysińskie, astrachańskie i t.d. 
Zwiedziliśmy potem fabrykę bardzo ciekawą i która dopiero od parę 
miesięcy w ruchu, to iest fabrykę przerabiania i praędzenia lnu. 
Napoleon obiecał był wielką nagrodę temu, któryby ią założył i któryby 
wynalazł machiny potrzebne do niey. Pan Ternaux doszedł wreszcie 



Digitized by 



Google 



33 

do tego, po rozmaitych próbach. Pokazywał nam wszystkie machiny, 
które machina parowa obraca. Len wyi-wany z pola idzie do tey 
fabryki, przechodzi przez rozmaite machiny, i z małą pomocą ręki 
ludzkiey na naycieńsze nici, a raczey na cienkie przemienia się 
płótno. Daley widzieliśmy fabrykę zupy, nazwany Ter-Ouen, która 
tańsza i lepsza od rumfordzkiey i która robi się tylko z kartofli 
z gelatyną z kości wyciągniętą. Przywiozę Mamdzi paczkę tego 
proszku, który kilka lat konserwować się może i z którego robi się 
zupa. Daley zwiedziliśmy fabrykę wycisków na suknie. Machina 
tak rozmaite desenie doskonale wyciska, że się zdaią wyszywane. 
Przy nas wyciśnięto herby Kolumbii dla Boliwara. Nakoniec poka- 
zywał nam machiny, które tak dobrze i prędko robią roboty dru- 
ciane, że w 10 minutach zrobió sobie można spódnicę, a w 5ciu 
szlafraicę Z St. Ouen poiechaliśmy do St. Denis dla widzenia gro- 
bów królewskich. Kościół katedralny St. Denis był nayprzód zało- 
żony od Dagoberta, późniey Ludwik Śty go odbudował i powię- 
kszył, lecz dopiero bliskie nas czasy wzniosły Bazilikę. Kościół tedy 
iest gotycki, ale mniey wspaniały od katedry w Metz. Lecz rewo- 
lucya zburzyła wewnątrz prawie wszystko, potłuczono piękne, malo- 
wane szyby, poprzewracano groby, kości i prochy królów wiatrom 
oddano. Napoleon, zosfaiwszy cesarzem, kazłił kościół odnowić, groby 
ukryte w innym kościele, poprzenosió, wystawił w katakumbic ka- 
plicę une chapełle expiiitoire i sam obrał mieysce na grób dla swoiey 
Dynastyi, bo iak Hugo powiedział, myślał on sobie: „Je vetix Stre 
ronge par des vers, qui onł dija rongi des liois''. Ludwik XVIII, 
kazał wszystkie nadgrobki naprawić, ołtarze odbudować, kościół 
odnowić i dotąd ieszcze nad tern pracuią. Nadgrobki, zwykle statua 
łożąca, są pousfaiwiane porządkiem, iakim dawnif^ stały. Nayda- 
wnioyszy iest Klowisit, naybardziey zadziwiaiący Dagoberbi, na którym 
płaskorzeźba wysbiwia kn)la Dogobei-ta, dręczonego przez dyabła. 
W katakumbach idą porządkiem nagrobki, aż do króla Jana, lecz 
w kościele iest bardzo piękny pomnik Ludwika XIL , Henryka 11. 
a naypięknieyszy Franciszka I. Lecz nie wiem dlaczego nadgrobki 
te, choć bardzo ciekawe pod względem rzeźby, gdyż wszystkie są 
z tych czasów, w których żyli królowie , którym są poświęcone, 
iimiey zaymuią, gdy się wspomina, że nic nawet prochów w sobie 
nie kryią. Wmcaiąc z St. Denis widzieliśmy 3 studnie nowego 
rodzaiu Puits Arfesiens nazwane. Kobią się one tym sposobem, 
iż świdrem mechanicznym świdruie się w głąb ziemi; gdy się 
natrafa na wodę, umocowawszy w wyświdrowaniu rurę, a na po- 
wierzchni ziemi do rury przydawszy un bassin, woda iakby w fon- 

Łiitj Andraeja Kośmiaiuk 3 



Digitized by 



Google 



34 

tannie sama się podnosi z głębi ziemi i sama wytryska w tę mie- 
dnicę. W tey studni, którąśmy widzieli, woda o 200 stóp z pod 
ziemi dobywa się, lecz Kotszild robi teraz u siebie taką studnię, 
która o 300 stóp będzie się wydobywać. lest to prawdziwie zadzi- 
wiający fenomen i dotąd ieszeze przez fizyków nie wyttómaczony. 
lakby dobrze było taką studnię na Cegielni zrobić. 

Między innemi rzeczami widziałem tu, czegom dotąd nie 
widział, to iest kursą koni. Cóż kiedy te ostatnie źle się dla Wa- 
lewskiego odbyły, bo Walewski robi ciągle szaleństwa, rozrzuca 
pieniądze. Będąc w Anglii i tu w Paryżu przegrał w karty 
100.000 franków. Pomiarkowawszy się, nie gra iuź więcey w karty, 
lecz co na iedno wychodzi, gra w kursą. Jest tutay Anglik ieden 
bardzo bogaty, Lord Seymour, który tylko dla koni żyie i u którego 
zakłady w knrsach są namiętnością. On to ciągle zgrywa w nie 
biednego Walewskiego. W zeszłą sobotę sami tedy biegali, każdy 
na swoim koniu. Walewski biegał na koniu angielskim, kursowym. 
Seymour na koniu od polowania, lecz za to Walewski 60 funtów 
więcey ważyó był powinien. Wszyscy, którzy się na kursach znaią, 
mówili zawczasu, że. Walewski szaleństwo robi i że musi przegrać, 
nie chciał wierzyć, — i przegrał. Zakład był o 5000 franków. 
Tegoż dnia drugi także zakład, który był pewien wygrać, przegrał 
szciególnieyszym sposobem. Jego żokiey zabłąkał się, to iest ru- 
szywszy z mieysca, inną wziął drogę aniżeli żokiey Seymoura. Mu- 
siał bydź przekupiony. Szkoda chłopca, lecz słuchać nie chce. Jam 
dopełnił obowiązku przyiaźni i prawdę mu otwartą iuż kilka razy 
powiedziałem. Lecz młody człowiek iest trochę uparty, i choć ma 
dosyć rozumu, ażeby czuć, że źle robi, zreformować się nie chce. 
Ma on 75.000 franków intraty; co za wygodne i szczęśliwe życie 
mógłby prowadzić; w świecie iest tu naylepiey widzianym, wszyscy 
go lubią, c'est U bijou, c^esł Venfant gdte de toułes ces Dames. Lecz 
choć mu wszyscy i te panie i iego przyiaeiele prawdę mówią, że 
traci pieniądze niepotrzebnie, że raz straconych nigdy nie odzyska, 
słuchać dotąd nie chce. Wielka szkoda, bo iakiż to dobry, poczciwy, 
szlachetny chłopiec, iaki przyiemny w towarzystwie. Pierwszych 
czasów pobytu swego w Paryżu wdał on się był w złe towarzystwa, 
wydobył się z nich od roku przeszło, nie gra więcey w karty, lecz 
na nieszczęście zakochał się i podobno nie na próżno w Xnie de 
Guiche, ta miłość zmusiła go do poufałości z bratem Xiężny panem 
d'Orsay, który dla pewnych przyczyn w świecie nie bywa i który 
żyiąc naywięcey z Anglikami, pociąga biednego Walewskiego do 
tych wszystkich niepotrzebnych wydatków. Czuie to sam biedny 



Digitized by 



Google 



35 

chłopiec, ci(^ży mu iuż ten związek z d'0r8ay, lecz zerwać go nie 
może. Oto iest historya Walewskiego. Zresztą zawsze on ieden, 
zawsze miły, przyiemny, taki, źe go kochać i żałować trzeba. Ża- 
łować — bo bardzo sitj boic^, ażeby nie nadwercjżył fortuny. 



10 Listopada 1829 Wtorek. 

Dziś list móy na pocztij oddaic^. Dziś więc tylko kilka słów 
dopisuię, albo raczey kilkaset. W sobotę zeszłą kilka tysięcy na- 
gryzmoliłem. Przez te trzy dni mało byłem w świecie, wróciłem 
do teatrów, w sobotę tylko byłem na małym wieczorze en petit co- 
mitó u Xny Guiche, którey nie byłem ieszcze prezentowany i która 
Walewskiemu mówiła, ażeby mnie przywiózł. Xiężna de Guiche 
iest żoną syna Xcia de Grammont Ażenora Nainusia, który teraz 
iest pierwszym faworytem u dworu. Jest to naypięknieysza kobieta 
z całego Paryża, lecz ia nie mógłbym się w niey kochać — za 
nadto nuirtwe choć piękne posągi przypomina. Ażenor Nainusia iest 
ieszcze bardzo przystoyny, grzeczny, ale iest to ta dworsko-francuska 
grzeczność, pochodząca nie z serca, lecz z obowiązku. W niedzielę 
byłem na francuskim teatrze, dla widzenia w dwóch sztukach panny 
Mars, trudno sobie wystawić, iak tu graią komedyę. O iuż to Fran- 
cuzi na komedyantów stworzeni. Panna Mars w Młodości Henryka V 
a szczególniey dans le Mariage d'Argent iest nieporównaną — do- 
sięgła IHd^al de la perfectum gry. Wczbray chciałem widzieć, bo 
wszystko widzieć trzeba, małych aktorów; iest tu teatr, nazwany 
TMatre de Mr, Conite, na którym same dzieci graią. MoiąMandzię, 
która dzieci lubi; bardzo by to bawiło, a Dziandzia by z radości 
oszalała. We Francyi dzieci lepiey graią komedye, iak u nas nay- 
sławniejsi aktorowie. Dziś wieczór puszczę się znowu w świat. Wi- 
zyty- rzadko oddaią tu wieczorem, zwykle każda pani ma godzinę 
oznaczoną z rana, w którey wszystkich przyimuie, a rano zaczyna 
się o 2giej. Idzie się więc w surducie, a dopiero wieczorem trzeba 
bydź wystroionym i zawsze w trzewikach. Pani Zamoyska zaczyna 
się powoli w świat puszczać. Xney Leonowej nie ma ieszcze, lecz 
co dzień spodziewana. Onegday iadłem tam obiad. Pan Zamoyski 
wybrał taką stancyę, że nawet nieprzystoynie, ażeby w niey pozo- 
stali. Wszyscy w Paryżu dziwuią się temu. Pani Zamoyska chciałaby 
ią odmienić ; wszyscy na nią krzyczą, lecz pan uparty i podobno 
co pan chce to będzie. We wszystkiem można w Paryżu oszczędność 
zachować, lecz koniecznie trzeba mieszkać dobrze, przystoynie bydź 
ubranym i nie chodzić piechoto po błocie. Co do mnie, to pierwsze, 

8* 



Digitized by 



Google 



36 

to iest mieszkanie, mam bardzo przystojne z łaski kochanego Pana 
Batowskiego. Co do ubrania iużem się oporządził, a co do poiazdu, 
to iakem iuż pisał, mam od 2giey kabriolet, za który miesicjeznie 
płacę 180 fr. ieżeliście ciekawi moiey eipensy, przyłączam móy ra- 
chunek. Jak mogę tak się oszczędzam. Bardzom kontent z obiadów 
ó VH6tel Mirabeau, Za trzy franki mam wybornych ośm potraw, 
au Pays de Cocagne taniey bydź nie może. Jeżeli nie iestem gdzie 
zaproszony, tam zwykle iadam. Czasem, lecz bardzo rzadko, gdy idę 
do Eestauratora, kosztuie obiad więcey iak dwa razy tyle, a nie taki 
dobry. Au Ca/ź de Paris zapłaciłem za obiad 8 franków, za wino 
dwa, tam płacę 3 a za wino 1 frank i mam lepszy obiad. Pafyż 
iest miastem, gdzie można żyó i drogo i tanio. Moda la Vogue 
w dwóynasób podwyższa cenę, i tak n. p. są kąpiele za 3 franki, 
a w tey samey kąpieli au Bain Chinois, gdybym żądał un bain 
de Yoyage^ płacę franków 20. To samo z krawcami, szewcami i t. d. 
Jam szaleństwo zrobił, żem wzioł pierwszego krawca i drożey też 
zapłaciłem. Ale też podobno dotąd tego iednego dopuściłem się sza- 
leństwa. Już was porzució będzie trzeba nie długo, lecz nim po- 
rzucę, muszę słowo powiedzieć o kochanym panu Batowskim, który 
taki dobry, łaskawy dla ranie. Co ranek godzinę lub półtorej go- 
dziny trawię z nim na pogadance, gdyż potem mało się wi- 
dzimy, chyba na obiedzie; on iuż mało w świecie wielkim bywa, 
nudzi go to. Lecz ia mogę zaręczyć, że może nayprzyiemnieyszą 
godzinę z dnia całego trawię z rana w iego przyienmera towarzy- 
stwie. Nie mogę wyrazió ile mu iestem wdzięczny za wszystkie 
iego dowody przyiazni. Mara wszelką wygodę. Drzewo na kominek. 
Muszę także słowo wspomnieć o Pani Sobańskiey, która ładna, przy- 
iemna, zarazem iest także bardzo dobra dla mnie. (idzie może słowo 
łaskawe o mnie powiedzieć, tam z niem zawsze gotowa. Bardzośmy 
do siebie przystali, a ona nie bardzo łatwa, a iey zdanie dojk5 tii 
znaczy, bo iest dobrze widziana et elle est encore en v(Hjue, Oprócz 
was zapomniano o ranie w Polsce. To iest ienerał zapomniał, a iam 
pisał dwa razy do niego i ieszcze pisać będę. Do Xney Wiirtem- 
bergskiey list arkuszowy przed kilku dniami oddałem na pocztę. 
Jutro piszę do Xney samey na św. Elżbietę, czy też Mamdzia bę- 
dzie na ten dzień w Puławach, bardzo bym chciał żeby t^k było. 
Moia kochana Mamdzia, iak ia niecierpliwie czekam słówka od 
niey, iak niecierpliwie czekam 15 tego miesiąca, bo ten dzień ma 
mnie list od was przjTiieść. Dziękuię Papie za wiadomość o Pio- 
trowicach, dzięki Bogu że nic złego nie ma. Jeśli łaska, proszę 
o dalsze. Bo Papa nie uwierzy, że ia tu choć siedzę przy pani 



Digitized by 



Google 



37 

de Noailles lub Caraman, w myśli orzę, włóczę i transport do 
Warszawy robię. Przyłączam parę słów do Dzadzkowskiego, myślę 
że będą one dobrze w Kotrowicach przyięte. Kochane Piotrowice! 
Żeby tylko na nie klęska iaka nie spadła. Tam iuż u was zimno 
bydź musi, iuż może śnieg pada; tu leszcze dnie piękne, leszcze 
liście na drzewach i leszcze mamy fiołki. Móy drogi papciu, szkółkę 
bardzo polecam i chciałbym co o niey wiedzieć. Dzadzkowskiemu 
odwagi i energii tylko dodawać, a nie wątpię o jego gorliwości. 
Aż strach mnie bierze, patrząc na te dwa arkusze, którem zapełnił. 
Cóż to wy za nie zapłacicie. Chciałem iuż tu skończyć. Muszę 
leszcze kawałek papieru dodadź, ażeby przesłać nayczulsze wyrazy 
nayprzód wszystkim łaskawym, a w szczególności panu Niemcewi- 
czowi, Sierakowskiemu, Osińskiemu. W domu pani Wichlińskiey 
tysiąc tysiąc rzeczy. Xciu Adamowi uszanowania, uwielbienia wy- 
razy. Xiężnie Adamowey niech papa powie, że oddałem list Xię- 
żnie Beauveau, gdyż w tych dniach wróciła ze wsi, lecz że tylko 
dwa dni w Paryżu zabawiła i dziś wyieżdża, widzieć iey nie mo- 
głem ; lecz była tak grzeczna, że pisała do mnie, że wkrótce wraca 
i prosi, ażeby bydź u niey, gdy wróci i chciałaby pisać do Xsiężney. 
Xiężnie Sapieżynie proszę powiedzieć, że magrabinie do Eoąuefeuil 
oddałem list i że płakała przedemną, mówiąc o Xięciu Bordeaux. 
Lecz naybardziey podziękować pani Rzewuskiey za list do pani 
Appony. Fredrom, leżeli iuż są, czułości tysiąc. PaniLeonowa prze- 
niosła się iuż z Pól Elizeyskich, ale mieszka aż na drugim końcu 
miasta, pan Leon dziś wyieżdża. Jeżeli iest Pani Załuska, niech 
Mamdzia iey kłania i prosi, żeby Mamdzi zagrała la Tyrolienne de 
Ouillaume Tell Rossiniego. Jest w niey coś cudownego. Jak będzie 
grała, niech Mamdzia myśli o mnie. Teraz przenosząc się ad pri- 
vat4)8 parietes, Stryiowi Biskupowi uszanowanie czułości. Czułości 
także w Zaraszowie. Co Bieczyna robi? Co Oleś? Henryczka ści- 
skam ; ściskam i trzech drugich braci. O Jasia ^) wiele osób pyta mi 
się tufaij. Dziandzia w oczko całuię, byle nie zyzowate. Nie zapo- 
minam ani Panczuli, ani poczciwcy Marcysi. Franus iak się sprawnie ? 
O wszystkich pamiętam i o wszystkich riiiło mi myśleć. Jenerałowi 
Morawskiemu nic, bo niewdzięcznik ; i sam do niego napiszę nie- 
zadługo. Niech Papcio słowo mi wspomni o Zieraiaństwie, wielu 
osobom muszę tu o niem mówić. Jeśli Mamdzia iest ieszczt^ na wsi, 
niech nie zapomni kłaniać sąsiadom. Do P. Józefa Dłuskiego 
wkrótce sam napiszę. 



^) Później ks. prałat Jan Koźmian (P. W.) 



Digitized by 



Google 



38 

Nic tu w Paryżu nowego nie ma. Żurnale kłócą się zawsze, 
niektóre zgrzytają z zazdrości przeciw Eossyi, angielskie szczegpl- 
niey. hM będą tu bardzo ciekawe. Dotąd ministeryum utrzymuje 
si(^, lecz Labourdonay i Bourmont są celem obelg żurnalów i ro- 
zmaitych broszurek, które przeciw nim wychodzą. 

Nim zapieczętuię list, muszę to notandum, że odtąd na ko- 
percie numerować będę listy i proszę to samo robió, ten iest szósty 
z porządku. I skończyó go iuż trzeba, to iest rozsta<5 się z wami, 
poŁegna<! was moie naydroższe istoty i poleció się myślom i bło- 
gosławieństwu waszemu. Nie uwierzycie, iak mi przykro skończyć 
piaać do was, możecie to miarkować po długości moich listów. Jest 
to zawBze rodzaj rozstania. Adieu, ściskam was moi kochani rodzice 
moie naydroższe istoty. 

Andrzej. 

Potym wszystkim, com ci kochany Przyiacielu w ostatnim 
moim liście doniósł, y co w tym twóy syn ci pisze, nic nie zo- 
fitaie, tylko powtórzyć oi wyraz nayżywszey przyiaźni, y nigdy nie 
wygasłego szacunku y przywiązania. Oświadcz proszę Cie moie usza- 
nowanie monarchini Piotrowic. 

A, Batawski. 

Jeszcze słowo dla Nainusia, do którego osobno nie piszę, lecz 
dzi^ikuię mu za listy, które dołącza w Papy listach. Będę tu mówił 
z Xięciera Guiche, ażeby mu koniecznie dekoracyę wyrobić, albo 
kanonię. NB. U dworu za parę tygodni będę się prezentować. 
Trzeba wszystko widzieć, co tylko można. W styczniu ma tu bydź 
król neapolitański, będą fety u córki iego X. de Berry. Co słychać 
o gf>jmipj żal mi tego kawałeczka białego papieru, użyię go na to, 
ażoby wam powiedzieć, że iakie tu ostrygi mamy! to Ambrozya! 
Les huitres d/Osłende malutkie, naywybomieysze. 12 ostryg kosztuie 
tu 14 sols, to iest 1 złoty i coś groszy polskich. Co za krai szczę- 
śliwy. Co tu także za ryby morskie, co za ciasteczka au Passage 
Panmwnm u Feliia. Śliczniem móy list skończył, na wyrazach 
łakomstwa. 

NB. Donoszę, że wczoray grano Makbeta dosłownie z Szek- 
spira tłójuaczonego, leszczem go nie widział. 



19. listopada 1-29 Paryż. 
Wfiiśniem się pisać do was zabierał, gdy mi list wasz przy- 
nieBiono 9go z Warszawy datowany. Tem mi był przyiemnieyszym. 



Digitized by 



Google 



39 

im mniey spodziewanym. Dziękuię i po tysiąc razy dziękuicj wam 
za każde słowo, każdą liter(j, których iednak tak mało w tym osta- 
tnim liście. Ja do was arkusze całe zapełniam i może nadużywam 
cierpliwości waszey, pisniąc do was rodzai dziennika. Jeźli chcecie 
nie tak obszernie a częstsze miewa<5 wiadomości, napiszcie, zrobię 
iak chcecie. Lecz wyznam wam szczerze, że przykro by mi było, 
gdybym miał tylko pisywać do was <5wiartkowe bilety i gdybym 
nie miał wam opowiadać każdego dnia, każdey chwili moiey. Nie 
l(jkaycie się także, ażeby ranie listy z Polski zruynowały, nayprzód 
wszyscy o mnie zapomnieli, was wylawszy, powtóre poczta tu bardzo 
mało kosztuie i nareszcie wolę oo odiąć przyiemnościom paryskim, 
dla przyiemności serca, które tylko dlatego może dotąd broni się 
chorobie tęsknoty, że co ranek iestem z tymi, których kocham, co 
ranek rozmawiaiąc, to iest pisząc do nich. Jenerał mnie zapomniał, 
22. października list lVj arkuszowy oddałem do niego na pocztę, 
wczoray drugi nnmer mego dziennika posłałem mu i ten pewnie 
go zruynuie, bo był dwuarkuszowy, lecz chciał tego; przy rozstaniu 
ułożyliśmy się, że będziem pisywaó do siebie, ia obietnicy dotrzy- 
muię, on o swoiey zapomniał. Wy przynaymniey piśniecie regular- 
nie do mnie i nie pisuicie krótko, nie odmawiaycie mi tey przy- 
iemności, bez którey wszystkie inne byłyby mi mniey miłe. Do 
Puław dwa razy także pisałem. Wiadomości, które dziś ztamtąd 
z waszego listu odbieram, nie są pocieszaiące, a dziś 19. św. El- 
żbiety. Nawykłem dzień ten w Puławach przepędzać. Ostatni 
list móy iutro odbierzecie, przepraszam za niego, może był za długi 
ważył zapewnie ze 100 funtów, lecz kiedy piszę do was, to rozma- 
wiam z wami i iakoś nigdy w krótkich wyrazach ograniczyć się 
nie mogę. Dziś pomówiem o tygodniu ubiegłym, to iest dziś opo- 
wiem wam, com porabiał od lOgo aż do dnia dzisieyszego. Zaczynam^ 
nayprzód od świata i od nowych znaiomości. Już iestem usadowiony 
w świecie paryskiem i w tych towarzystwach, które przez ciąg po- 
bytu mego zwyczaynie widywać będę. W ostatnim liście pisałem 
do was, że chcę się przekonać, czy ia do nich i czy oni do mnie 
przystaną, a że bardzo są grzeczni dla mnie (mówię wam o towa- 
rzystwie du Favhourg Sł. Honore), i że bardzo mi to towarzystwo 
przyiemnem się zdaie, w niem się więc będę sadowił. Towarzystwo 
to, iakem pisał do was, składa część ciała dyplomatycznego, cudzo- 
ziemcy znacznieysi i mała kotterya. Z tą ostatnią coraz lepiey się 
poznaię, a szczególniey z panią Jumillac, która bardzo łaskawa dla 
ranie, iuż dobrze o ranie mówiła (co się rzadko zdarza) i z którą 
iuź prawie w przyiaźni iestem, pełna iest rozumu i dowcipu, nie 



Digitized by 



Google 



40 

na próżno iest garbata i nie znam osoby równie zabawnej. Bardzo 
iuż także dobrze iestem z panią Flahault, która zupełnie w innym 
rodzaju. Nowe znaiomości, to iest nowe domy, w którycłi prezento- 
wany byłem, są następujące Xi<}żny de Yandemont z domu Mont- 
morency, która odstąpiwszy przedmieścia St. Gerraain, przeniosła si(j 
au Paubourg St. Honoró, iest niezmiernie liberalnych opinii, i nay- 
więcey cudzoziemców przyimuie u siebie ; prezentowała mnie iey 
pani Zamoyska w sobotę przeszłą na obiedzie u pani Tyszkiewi- 
czowey, a pani Appony zawiozła mnie do niey. Jak grzeczną, iak 
dobrą iest pani Appony, wypowiedzieć nie mogę, mam od niey list 
do pani Ezewuskiey, lecz że pan de Noailles miał także do niey 
pisaó, obydwa razem listy w tych dniach iey przeszłe. Prezento- 
wany byłem także państwu de Noailles, którzy bardzo przyiemny 
dom trzymaią; ona sama córka X. Taleyranda (du Duc et non du 
Prince) bardzo dobra i grzeczna, on sam dawny ambasador w Pe- 
tersburgu. Poznałem się także z wielu mężczyznami, między innymi 
les Messieurs Annison, którzy uchodzą za nayprzyiemniejszych 
w towarzystwie; pan Bonard, Angielczyk niezmiernie uczony i pełen 
dowcipu, X. Eichelieu i t. d. i t. d. A tak iuż stanowię małą czą- 
steczkę tegorocznego towarzystwa paryskiego, które zaczyna się teraz 
organizować; i tak dnie są rozebrane: Pani Flahault ma niedziele, 
pani Girardin wtorki, czwartki i soboty, pani Jumillac poniedziałki, 
środy, piątki ; oprócz tego często w tygodniu iest kilka innych wie- 
czorów; i tak iutro iestem u Xiężny Guiche. Przez ten miesiąc tylko 
można jouir d'une sociiti un peu plus intime, gdyż w grudniu iak 
się zaczną rauty a późniey bale, to iuż nie tak zabawnie będzie. 
Proszę podziękować Łubieńskiemu ieszcze raz za znajomość z panią 
de Dolomieu, którą mu winieniem, bardzo a bardzo z nią dobrze 
iestem, bierze mnie ona pod protekcyę w towarzystwie Xię8twa 
Orleanu, którzy są ieszcze na wsi. Tak więc moie kochane istoty 
na towarzystwo paryskie skarżyć się nie mogę, lecz że przyiechawszy 
do miasta iakiego, nie na mieszkanie, lecz na iedną zimę, wszystko 
widzieć trzeba, więc choć towarzystwo, o którem wam piszę będzie 
dla ranie głównem, zostawiam sobie wolność bywania i w innych. 
I tak bywaiąc u pani Foy, widuię liberalistów. Pozmiłera się iuż 
dobrze z Casimir Perrier, poznałem ienerała Bccelmans i Dupin. 
W tych dniach także mam bydź u pani Montcalmo, która czasem 
zbiera ludzi uczonych, i u pani (lay, gdzie się schodzą fes li tłem- 
teurs du jour. Będę się sfairał niczego nio zaniedbać, ażeby nie to- 
warzystwo du Faubourg St. Honoró, ale Paryż poznać. Byłem też 
iuż i u dworu. Ambasador, który teraz bardzo grzeczny dla mnie, 



Digitized by 



Google 



41 

prezentował mnie w niedzielę zeszłą. W krótkości opiszę wam tę 
prezentacyę. O godzinie pierwszej poiechaliśmy do Tuileries, tam 
wszyscy w małym salonie na dole zbierali się, to iest całe ciało 
dyplomatyczne; wkrótce zawołano Messieurs les Ambasadeurs; i 
przeprowadziwszy nas przez wielkie schody i kilka wspaniałych sa- 
lonów, w których oficerowie gwardyi uszykowani byli , pan La- 
liye rintroducteur des Ambassadenrs wprowadził nas do sali tro- 
nowey, w którey zastaliśmy króla otoczonego dworem. Każdy 
wchodzący kłania się i potem zabiera przeznaczone miejsce. Nay- 
przód stawaią ambassadorowie, ministrowie, charg^s d'aflfaires na 
końcu. Ambassadorowie szykuią się podług starszeństwa nominacyi, 
to iest nayprzód nuncyusz papieski, bo ten wszędzie pierwszy, daley 
ambassador neapolitański, rossyiski, austrya^ki, angielski, hiszpański 
i t. d. My, to iest ia i czterech Eossyan, którzy się tego dnia pre- 
zentowali, staliśmy za naszym ambassadorem. Król obchodzi wszyst- 
kich, parę słów do każdego przemawia i na tem koniec. Gdy do- 
szedł do Pozza, prezentował on nas po kolei, każdy się z nas ukło- 
nił Karolowi X. i iuż po prezentacyi; od króla poprowadzono nas 
na dół, do Delfina. Znowu ta sama komedya. Delfin trzy pytań mi 
zrobił, ia trzy odpowiedzi i od Delfina powędrowaliśmy do Delfi- 
nowey. Król, choó stary, leszcze się prosto trzyma i dobrze wy- 
gląda, ale Delfin zdaie się bydź dziadem swego oyca, a Delfinowa 
babką. Ten pierwszy niski, iuż siwy, przed każdem słowem krzywi 
się. Delfinowa stworzona była dla niego, taka iak on piękna. Odby- 
łem iuż więc moię prezentacyę, która mi wielki ziednała szacunek 
u woźnicy mego kabrioletu, który wielkim iest royalistą i z wiel- 
kiom teraz uszanowaniem dla mnie od czasu, iakem był u Karola X. 
Teraz posłałem do ambassady 80 billetów wizytowych, które roze- 
szła do wszystkich ambassadorów, urzędników dworskich, taki tu 
zwyezai. Dwór francuski dość iest świetny, ale strasznie stary. 
Nainuś nie mógł by tu bydź ieszcze kameijunkrem. Zdaie się, że 
ażeby bydź tu u dwom, trzeba bydź koniecznie starym i brzyd- 
kim. Damy honorowe Delfinowey maią te obiedwie kwalifikacye. 
Tyle dziś o świecie; zadziwi was może, że wam iuż dośó w listach 
moich o elegantkach paryskich nagadałem, a nic ioszcze o Guizotach 
i Yillemenach, pewnie i tych ostatnich nie zaniedbam, ale ieszcze 
oni kursów swoicli nie rozpoczęli i dopi(^ro ie w grudniu otworzą. 
Akademia dopiero w tych dniach otwiera się, wybieram się na 
Ickcyc Thtmarda i (luylussaka, bo wszystko muszę widzioó. W Pa- 
ryżu dobrze sobie dzień rozłożywszy, można wszystkim przyiemno- 
ściom wystarczyć, litmo trzeba poświęcać nauce, wieczór zabawie. 



Digitized by 



Google 



42 

Pierwsza do 4tey czas zaymowa<5 powinna. Od 4tey iuż niczego się 
nauczyć nie można, iuż się bawić koniecznie trzeba. W tym tygo- 
dniu mało byłem na teatrze, tylko dwa razy, na włoskim na Otellu 
i aux Yarietós, z Władysiem Małachowskim. Ach cóż to za ak- 
torka, cóż to za śpiewaczka ta pani Malibran, cóż to za Desdemona. 
Dawno równie przyiemnego wieczoru nie spędziłem, iak w przeszły 
czwartek na reprezentacyi Otella. Nayprzód ta cudowna muzyka 
Eossiniego, która tak doskonale wytłómaczyła Szekspira i która iest 
zapewnie naydoskonalszem iego dziełem, porusza wszystkie uczucia 
nasze, a kiedy do tego leszcze iest śpiewaną przez panią Malibran, 
przenosi nas w iakiś kray harmonii, kray idealny, którego poiąć nie 
można w zwyczaynym stanie duszy. Pani Malibran gra Desdemonę 
prawie tak dobrze iak panna Mars, a śpiewa prawie tak dźwięcznie 
iak panna Sontag, co za połączenie dwóch talentów! W scenie 
przekleństwa oyca i w scenie ostatniey, kiedy władza muzyki gwał- 
townie porusza duszę naszą, widok iey równie ią rozdziera. W tey 
scenie przekleństwa iest iedna nuta okropna, przerażaiąca, która to 
straszne słowo, z ust oycowskich wyszłe, wyraża. Po niey słychać 
tylko ieden krzyk, ieden ięk i widziem Desdemonę bez czucia na 
ziemi. Kto nie zadrży w tey chwili z przerażenia, także iest bez 
czucia; lecz ostatni akt, ostatnia scena — tych opisać nie można, lecz 
bez wątpienia ta sławna arya assessa on pie del Salice^ w którey 
tyle iest łez i która iest arcydziełem muzyki, śpiewana przez panią 
Malibran iest ideałem doskonałości i równie silnie poruszy iak 
iaka tirada Eacyna lub Szekspira, deklamowana przez Talmę lub 
Duchenois. Cóż na to powiecie, że ta doskonała pani Malibran ma 
tutay partyę przeciw sobie, bo iuż nie iest w modzie. Tu tylko to 
dobre, co iest w modzie. Moda to pierwsze bóstwo Paryża, nadaje 
tu iedynie cechę wartości; i nad ropuchą, byle by tylko była 
w modzie, bardziey by się tu unoszono aniżeli nad panie Malibran, 
Sontag,| Eossinim, Szekspirem, kiedy by tylko wyszli z mody. Za- 
bawną można by tu napisać historyę państwa mody paryskiey, nic 
śmiesznieyszego iakie następstwo iest w tem państwie, nie zasię- 
gaiąc dawnych czasów, krótką koley tylko wystawię, poczynaiąc od 
Walewskiego, po Walewskim nastąpiła Zyraffa, po Zyraffie pani 
Malibran, po niey pan Cradock, ieden z elegantów paryskich, na 
którego nikt iuż teraz nie patrzy, po Cradocku wieloryb, którego 
szkielet tu pokazuią, po nim słoń Prankoniego ; teraz weydzio po- 
dobno w modę dziecię ośmiomiesięczne o 4 rękach i o dwóch gło- 
wa<5h. O Ateńczyki! co za lekkość wasza!! Tak tedy i panna Son- 
tag i p. Malibran iuż wychodzą z łaski; chwalą ie leszcze przez 



Digitized by 



Google 



43 

sumienie, lecz zdania są podzielone między pierwszą i drugą, iakoby 
obydwóch lubić nie można. Lecz tu we wszystkiem Francuzi są 
niezmiernie wyłączni, albo bieli, albo czarni. Środka nie znaią. 
W tym wi(jc tygodniu nie wiele teatrów użyłem, wybieram się 
iednakowoż na Odeon, gdzie gra owa dawno sławna panna Georges 
i na teatr St. Martin dla widzenia Makbeta, który nie iest tłómacze- 
niem Szekspira lecz przenicowaniem iego. — Już tedy skończyłem 
galeryę królewską obrazów; przeniosę się teraz do bibliotek, lecz 
ieszcze mam do zwiedzenia galeryę luxemburgską, współczesnych 
malarzy obrazy mieszczącą i galeryę marszałka Soulta. Lecz choó iuż 
znam dobrze królewską, wracaó do niey będę często, bom iey wi- 
nien kilka chwil przyiemnych. W przeszłym liście mówiliśmy 
o szkole francuskiej, w tey o flamandzkiey kilka słów nadmienię. 
Muzeum królewskie uboższe, zdaie mi się, w tey szkole, aniżeli 
w pierwszey. Ozdobą główną są dzieła Eubensa. Jest ich 48. Nay- 
godnieyszy uwagi iest obraz nazwany la Yierge aux Anges, wysta- 
wuiący N. Pannę z Panem Jezusem na obłokach, otoczoną anio- 
łami. Eozmaitośó twarzy aniołów iest zachwycaiącą, ieden tylko 
błąd wyrzució można malarzowi, iż P. Jazus nie różni się od innych 
aniołów, trzeba było nadaó mu wyraz bóstwa, który by cechował 
dziecię, zbawcę świata. Lecz z całey kollekcyi dzieł Eubensa, ciąg 
obrazów, które wykonał z rozkazu Maryi de Medicis, iest naywa- 
żnieyszym. Królowa ta poleciła mu wystawienie życia swego od 
urodzenia aż do poiednania się z Ludwikiem XIII. W przeciągu 
dwóch lat dokonał Eubens swego dzieła, które składaią 24 obrazy 
wielkie. Ten ciąg iest to wielki dramat historyczny we 24 aktach. 
Z nich naygodnieyszym talentu autora iest urodzenie Ludwika XIII, 
zaymuiące dwoiakiem uczuciem, maluiącem się na twarzy królowey, 
uczuciem naywyższey radości serca i naysroższey boleści fizycznej 
którą ta pierwsza pokonywa. Koronacya królowey iest wielkim 
obrazem historycznym. Zresztą chociaż kompozycya tych obrazów 
iest poetyczna, allegorye i bóstwa mitylogiczne, które malarz do 
nich wprowadził, odeymuią im wdzięk prawdy historycznej, który 
szczególniey zalecać ie powinien. Eembrandtów iest kilkanaście, 
lecz naywięcey portretów, z których kilka, a między innerai cztery 
iego własnych, zasługuią na uwagę. Van Dycka portret wielkości 
naturalney Karola Igo iest iednym z iego naylepszych portretów, 
oprócz nich iest 7 innych obrazów. Kilka portretów Holbeina, 
choćby przez uszanowanie same dla tego oyca szkoły niemieckiey 
godne zachowania. Między pięknemi -obrazami tey galeryi liczyć 
należy dzieła Filipa Champaigne, między któremi pierwsze mieysce 



Digitized by 



Google 



44 

trzyma obraz znany pod nazwiskiem Zakonnic i którego malarz do- 
konał na pamiąttę ozdrowienia siostry swoiey zakonnicy, którą wy- 
stawił leżącą na łożu boleści, a przy niey iedną z zakonie modlącą 
się i którey modlitwy podług iey mniemania sprawiły iey uzdro- 
wienie. Wyraz spokoyności twarzy zakonnicy chorey, iakoteż przeięcie 
się szczerością modlitwy iey siostry iest doskonale wystawione. Wie- 
czerza Pańska tego malarza godna wspomnienia. Co do Teniersów, 
Gerard Dowa, Ostadów, Miereza obrazów, w te nie iest bogata ga- 
lerya. Ma za to kilka paysagów Berghene, mało Euesdalów i iednego 
tylko Pottera, godnego uwagi, lecz ta krowa iego iest żyiącą, zdało 
mi się, żem zobaczył Jo, (lecz czy też Jo żyie). Nie rozciągnę się 
więcey nad szkołą flamandzką, o włoskiey zaś pomówiem późniey, 
żeby na raz nie znudzić was iednostaynością opowiadania. Po ga- 
leryi obrazów ściągnęło całą moią uwagę muzeum posągów; nie 
wiem dlaczego, ale rzeźbiarstwo większe leszcze na mnie wrażenie 
czyni aniżeli malarstwo. Piękny posąg iest tak coś doskonałego^ tak 
dowodzi władzy geniuszu w naśladowaniu natury, że silniey leszcze 
do duszy przemawia. Prawda, że sztuka rzeźbiarska od malarskiey 
daleko trudnieysza. Malarz mierny leszcze podobać się może. Bzeźba. 
która nie iest arcydziełem, małe czyni wrażenie. Między snycer- 
stwem a malarstwem taka iest prawie różnica, iak między poezyą 
a prozą. Snycerz w rodzaiu Teniersa nigdy by się nie udał, gdyż 
każdy snycerz musi bydź Eafaelem, musi się zbliżaó do idealney 
piękności lub przynayraniey do idealney doskonałości. Zresztą ileż 
iest trudnieysza sztuka rzeźbiarska, ileż* trudniey iest martwy głaz 
martwem narzędziem ożywić, wlać w niego czucie, życie, myśl 
nawet, aniżeli pędzlem i farbami naśladować postacie i farby natu- 
ralne. Rzeźbiarz bardziey do duszy starać się powinien przemawiać. 
Malarz bardziey zmysły uderza. Pod względem zmysłowym iedną 
tylko korzyść ma snycerstwo więcey od malarstwa, iż figury całe 
na wszystkie strony widziane wystawia, kiedy malarstwo cieni uży- 
wać musi, ażeby sprawić złudzenie. Jednakże nie ma wątpienia, że 
doskonały posąg więcey uderza, aniżeli naydoskonalszy obraz i że 
doskonały rzeźbiarz więcoy daleko musi mieć geniuszu, aniżeli nay- 
doskonalszy malarz. Co do posągów, które stanowią bogate muzeum 
paryskie i które w pysznych salach w Louyrzesą umieszczone, po- 
minę wszystkie prawie, nie wspomnę nawet o wspanialęy Melpo- 
menie, o Tyberynie, Herkulesie i t. d. Lecz nie mogę przemilczyć 
gwałtownego wrażenia, iakie dwa posągi na mnie uczyniły. Sławna 
Dianna d la biche i Szermierz Agazyasza. Chcecie widzieć Dyanę? 
Patrzcie, oto biegnie przed wami, nogą iedną tak lekko dotyka 



Digitized by 



Google 



46 

się ziemi, że zaledwie dosłyszycie iey kroku, draga tylko końcem 
palców proch zmiata po drodze, rt^ką iedną trzyma łanię, która za- 
ledwie w rączości biegu sprosta<5 iey zdoła, drugą z wdziękiem nie- 
wypowiedzianym i który tylko bogini może bydź udziałem, dobywa 
z saydaka strzały. Cała postać iey tak szlachetna, tak kształtna, tak 
lekka, że gdyby twarz iey nawet bóstwa nie zdradzała, po niey iuż 
byś poznał, że na niebiankę patrzysz. Twarz iey bokiem nieco obró- 
cona ku strzale, którey dobywa. Widzisz ią ieszcze nim Endymiona 
poznała, bo w iey dumnym i surowym wzroku nie przebiia żadne 
uczucie ziemskie, żadna słabość niewieścia, wszystko w niey iest 
bóstwem. Czystość iey zgadniesz z iey spoyrzenia. Casta Luna stoi, 
albo raczey biegnie przed tobą i w tey chwili, gdy spoglądasz na 
nią, staiesz się mimowolnie poganinem, wierzysz w starożytnych 
wiarę i przekonany iesteś, że na boginię patrzysz. Jak łatwo tu re- 
ligia, przemawiaiąc do wyobraźni, ziednywaó musiała wiarę, kiedy 
w iey świątyniach takie żyiące posągi ku czci wystawione były. 
La Dianę a la biche iest jednem z dzieł greckich i iednem z nay- 
doskonalszych, które doszły do nas 1 Stoi ona zaraz po Apolinie, Ve- 
nerze, l^okonic. Niemniey shiwnym iest (iladiator Agazyasza, który 
naleźłił do Xcia Borgeza i którego Napoleon kupił wraz z całym 
zbiorem z Villa Borghesa. (Jladiator ten iest dziełem (lireka, ale 
podobno w Jizyraie dokonanem ; lecz kiedy patrzę na niego, widzę 
cały geniusz stjirożytności, widzę cyrk, widzę zapastników, widzę 
cały lud r/ymski. Szermierz ten iest nazwany Heros, ieszcze walczy, 
lecz zwycięży. Cały obnażony, wszystkie iego żyły wyprężone, oparty 
silnie iest na iedney nodze, iedną ręką raz straszliwy gotuie, który 
mu zwycięstwo zapewni, dumnie spogląda, zdaie się równie chciwy 
iak pewny zwycięstwa. Znawcy dziwią się doskonałości ciała, w któ- 
rem prawie każda żyła wydana. Lecz cała postać iego, w którey 
tyle inst ruchu, tyle życia, uderza cię i unosi. Gdyby tego szer- 
mierza postłiwić obok gladiatora u mieniiącego i umieścić ich wśród 
kolizeum iak doskonałego wyobrażenia nabylibyśmy o starożytnych 
widowiskach, co więcey, odżylibyśmy w starożytności. Hermafrodita 
de la Villa Borghesa, który się także tu znayduie, iest bardzo 
sławny, lecz ileż mnieysze czyni wrażenie. Wyraz męskości połą- 
czony ze słodyczą i wdziękiem niewieścim, zaleca go szczegól- 
niey. Spoyrzyicie na Hermafroditę Dzie. ... a nabierzecie wy- 
obrażenia o tuteyszym. Tu się zatrzymam z moim opisem, lecz 
ieszcze wrócę i nie raz do tego paradnego muzeum i ieszcze o niem 
późniey pomówiem. Mówiąc o posągach, wspomnieć muszę o nowym, 
który tu wystawiono i odkryto w dzień św. Karola przed paru 



Digitized by 



Google 



46 



n 



dniami; byłem dla widzenia go. Jest to posąg Ludwika XIII, doko- 
nany przez snycerza francuskiego Dupaty. Nayprzód co za myśl 
szczególnieysza stawiać pomnik Ludwikowi XIII; gdym to iednemu 
Francuzowi mówił, albo raczey pytał go, czemu go postawili, ne sa- 
vez vous pas Monsieiir, odpowiedział mi, quHl a ite notre Roi, Lecz 
w istocie chcą tu wszystko przywracać co rewolucya przewróciła 
i dlatego i ten posąg wznowili, który kardynał Kichelieu wzniósł 
swemu niedołfjźnemu pupilowi, wynagradzaiąc mu po śmierci tron, 
którego używał za życia iego. Jednakże nic powinni byli kłaść tego 
napisu: Lwhoicus XVIIL et Carolus X hceredes ejus Regni ac Yir- 
łtUum, zanadto podobny on do epigramatu. Lecz nay gorszym epi- 
gramatem Ludwika XIII. iest ten posąg, bo si<j wciile nie udał. 
Snycerz powziął myśl szczególnieysza wystawienia króla francu- 
skiego w ubiorze greckim, na koniu arabskim. Ma to Indź ino- 
wacya, ale iakaż nieszcz«jśliwa. Ten Arabczyk podparty iest ogro- 
mnym blokiem marmurowym ; wystawiony iest nie w biegu, lecz 
stoi zatrzymany i ryie nogą ziemitj. Już to niech Francuzi sztuk 
pięknych odstąpią, bo w ich ręku staią się brzydkiemi, niech ie 
zostawią Włochom, którzy w dziedzictwie od starożytności słońce 
piękne i geniusz do sztuk maią. Suum cuiqiie. Gdybym był Apoli- 
nem, to bym Francuzom tylko komedye i Vaudeville pisać po- 
zwolił, bo i iakież doskonałe, iakie wyborne piszą i co tydzień 
rodzą iakąś nową sztukę, która przez parę miesięcy rozśmiesza pu- 
bliczność. 



22. Listopada 1829 Ni^dzkla. 

Co to była za przeiemność dla mnie spotkać tu Władysia 
Małachowskiego, którego myślą szukałem na Oceanach, lub w Kal- 
kucie; przyiechał tu był na tydzień z Londynu, cztery dni błądził 
po Paryżu, nie znalazłszy żadnego z nas i słowa do nikogo nie 
przemówiwszy , dopiero przypadkiem spodkał Wolfa , który go 
do Walewskiego zaprowadził a tak znalazł się mi(jdzy nami , 
lecz tylko przez dwa dni widziałem go, bo się spieszył z powro- 
tem. Od 2 miesięcy iest iuż albo raczey nudzi się w Londynie 
i te ośm dni, które tu spędził , dały mu poznać różnicę Paryża 
od Londynu, która tak iest wielka iak Anglii od Francyi. W Anglii 
krai iest zachwycaiący , stolica nudna, tu krai mniey godzien uwagi, 
stolica iest wszystkiem. Proszę moiey kochaney Mamusi , złożywszy 
uszanowanie moie Pani Woiewodzinie i iey Córkom , wyrazić iey 
przyiemność, iakiey doznałc^m, spotykaiąc się niespodzianie z Włady- 



Digitized by 



Google 



47 

siem o 200 mil od Nowego Miasta. Widziałem faikźe Matusewicza, 
który ukończywszy negocyacye , przyiechał na dni ośm do Paryża 
i iutro na Berlin wraca do Petersburga. Byłem u niego, lecz nie 
zastałem go, alem spotkał go przypadkiem u Państwa (iraham. 
Grzeczny dla ranie, dopytywał si(^ o Ciebie móy Oycze. Wczoray 
także przypadkiem spotkałem si<j z Monteł)ello, który iest tu od dwóch 
dni, wróciwszy z Wiednia, zawsze dobry i poczciwy. Pani Osolińska 
iest iuż tedy na Wołyniu, nie miałem ieszcze czasu nagadaó si^j 
o niey, ale iutro iem śniadanie u niego. Montebeluszko poczciwy 
zaraz pyfaił się o Mamdzię. Pani Zamoyska była trochę chora, i od 
tygodnia w świecie iey nie widaó, Xżny l^eonowey nikt także dotąd 
nie widział, nawet ia. Dopiero' ią ubieraią po paryzku. Onegday 
byłem na wieczorze u Xstwa De Guiche , gdzie śpiewano , iedna 
uczennica Pani Pasta i Włoch ieden przedziwny. Był na tym wie- 
czorze X. Leopold Koburgski, X. Soutza, hospodar wołowski, który 
tu zaczyna bydź bardzo w modzie, śliczny mężczyzna , po oriental- 
nemu ubrany lecz zupełnie Europeyczyk zresztą , i był nareszcie 
kwiat towarzystwa paryzkiego. Wczoray po muzyce u Xny Hamilton, 
Pani de Jumillac , (u którey coraz bardziey w łaskach iestem i 
która iest dobra dla mnie i niezmiernie zabawna) zawiozła mnie 
na wieczór do Pani De Boisgne, Osmond z domu au fauhourg St. 
Germain, lecz która należy do Towarzystwa St. Honore. Pani de 
Jumillac prezentowała mnie, gdyż gospodyni ieszcze nie znałem; 
wieczór był świetny i zabawny. Była i Pani Caraman, iaka ładna, 
. iaka miła. Poznałem na nim Pana de Martignac. Był także i Xżę 
Soutzo. Wczoray pierwszy raz słyszałem V esprit de Pozzo, przysu- 
nąwszy się do kąta, w którym z kilku paniami rozmawialiśmy, 
wmieszał się w rozmowę i przez godzinę blisko niezmiernie nas 
bawił. Kiedy chce, bardzo zabawny i miły i grzeczny kiedy chce, iest 
nim teraz bardzo dla ranie. Le Genre wieczorów paryzkich iest, 
żeby nigdy rozmowy powszechney nie było , formuią się des ó parte 
i każdy w swoira kącie, ze swoią rozmawia, tak, że ieden drugiemu 
nie przeszkadza. Teraz iuż w świecie paryzkim iestem, iak w kraiu 
znaiomym, lecz z początku nie bardzo przyiemnie było widzieó się 
otoczonym nieznaioraymi. Niech moiey kochaney Maradzi ręce uści- 
skam za ten frazes, który w ostatnim liście wyczytałem: „Polecam 
ci uwagę na P. Bat., bo iak się r o z t r z e p i e s z.. . " przeczytałem mu 
go i obydway my Mamdzi za niego wdzięczni, lecz nie bóycie się, 
wiem ia, co mu winienem i iestem z nim tak, iak mi serce każe, 
bez żadnego przymusu, kocham go szczerze a przy tem naymiley 
mi w iego towarzystwie, a więc bez żadney zasługi, iestem z nim 



Digitized by 



Google 



48 

tyle, ile bydź mogę, bez żenowania go, bo i on ma swoie zaiartt- 
dnienia. Ale to wyrażenie roztrzepiesz, iakmi moią drogą kochaną 
Maradzię przypomniało. Wczoray odebrałem iey list z Lublina pisany. 
Pani de Eigny iest tutay podobno, ale zwaryowała, dowiem się 
iednak gdzie stoi , list oddiim i żądać będę odpowiedzi. Dzi<^uię 
nayczuley Mamdzi za wiadomości piotrowskie i za bzy przed moiem 
oknem posadzone. lak często o nich myślę. Doprawdy, że Piotrowice 
nic na Paryżu nie tracą, zawsze, nawet mocniey teraz ie kocham i 
zawsze z tą samą przyiemnością wrócę od Pani de Caraman, do 
poczciwego Miska, bylebym tylko go ieszcze zastał, bardzobym się 
zmartwił, gdyby móy Piast poczciwy umarł. Dziękuię także za sta- 
rania o szkółce, niech Bóg dobry nad wszystkiem a nayprzód nad 
wami ccuwa. 

Byłem też onegday z Panem Batowskim na tym sławnym 
cmentarzu du Pire la Chaise i zdarzyło nam się, co się tylko 
we Prancyi zdarzyć mogło, żeśmy na cmentarzu śmiali się do roz- 
puku. Z początku samiśmy błądzili między temi cyprysami i gro- 
bami , lecz że P. Batowski chciał znaleźdź nodgrobek swoiey żony i 
przyiaciela, wzięliśmy przewodnika, który nas prowadząc i groby 
pokazuiąc, tak zabawnie i o każdym umarłym i o żyiąoych mówił, 
że choć myśli nasze były smutne i uczucia rzewne i choć z początku 
nudził nas i niecierpliwił iego dowcip, mimowolnie potem śmiać 
musieliśmy się, tyle epigranjatów nam na umarłych i żyiących na- 
gadał, tak był zabawny, że nam wkrótce dał swoią wesołość. Przy- 
znaycie iednakże, że to tylko we Francyi zdarzyć się moźo. 
W Niemczech przewodnik po emontłirzu zrozumiałby, że znieważy 
i spoczynek leżących tani w ziemi i uczucia tych, którychby na te 
groby prowadził, gdyby sobie dozwolił śmiechu, żartu, słowa iedne^o 
wesołego. A cóż," gdyby ieszcze żądano od niego pokazania grobu 
osołiy drogiey, szanowjiłby żal togo, któregoby prowadził, i podzie- 
lałby go nawet. Co za różnica Francuza od Niemca! [Vawda, że ton 
pierwszy zabawnieyszy, lecz kto idzie na cmentarz , nie idzie się 
bawić, lub raczey tutay i cmentarz służy do zabawy. Jest to ogród 
napełniony pomnikami, ogród, po którym w lecie przechadzaią się 
Pary Zanie, i ieżeli kiedy moda nastanie ieździć na spacer do Pere 
la Cham, wszyscy porzucą Pola Elizeyskie i lasek de Boulogne, 
tutay zieżdżać się będą i Tortoni albo Verry wśród cmentarza założy 
r estauracyę. Cmentarz ten iest niezmiernie pięknie położony na wzgórku, 
z którego widać cały Paryż, iest on obszerny, cały zasadzony cypry- 
sami. Każdy umieraiący ma kilka piędzi ziemi, którą rodzina iego 
zakupuie albo na czas pewny, a w takim razie za lat kilka inny 



Digitized by 



Google 



49 

umarły zaymiiie iego mieysce , albo na zawsze , a wtenczas daleko 
drożej się płaci , lecz iuż ciało ma przywilej zgnicia zupełnego 
w iednem miejscu. Zwykle na każdym grobie iest pomnik mały, 
kilka cyprysów, czasem róże lub inne kwiaty. Od lat 25., iak ten 
cmentarz otworzono, a iuż iest blisko 100 tysięcy grobów. Jest kilka- 
naście pomników bardzo pięknych. Widziałem nagrobek Delila, La 
Foniaina, Moliera, których tu przeniesiono. Talma żadnego napisu nie 
ma, ani też Ney. Wspaniałe są pomniki marszałków francuzkich, 
nay wspanialszy teraz nowo dokończony marszałka Sucheta; pa- 
ni Demidoff kosztował 60 tysięcy franków, Mar. Sucheta 80 ty- 
sięcy, wykonał go snycerz Dawid. I na co te pomniki , na to, aby 
zabawiaó oczy oboiętnych, którzy na nie patrząc ani żal twóy usza- 
nuią, ani wspomną o tym, którego płaczesz. Nie! iak całego życia 
spędzić nie chciałbym w Paryżu, tak bym też nie chciał bydź po- 
chowanym na tym cmenturzu ; wolę Kiełczewice. Co to myśli ciśnie 
się, z cmentarza, gdzie cały ród wymarły spoczywa, patrząc na Pa- 
ryż, na to ogromne miasto dwadzieścia razy od tego cmentarza 
większe. Tyleż mieisca trzeba człowiekowi za życia, a tak mało po 
śmierci. Wyznaię iednak, że na cmentarzu paryzkim, innego rodzaiu 
myśli i czucia są wzbudzone, aniżeli te, których w podobnych 
mieyscach się doznaie. Pere la Chaise leży zaraz za miastem , a tak 
krok tylko zrobió, a od nayhucznieyszey wrzawy świata przechodzisz 
do milczenia grobu. Idąc tam, spotykasz po drodze sklepy wieńców, 
które sprzedaią za dwa sols tym, którzy tam maią groby, które nie 
są im oboiętne. I tego nie lubię, nie lubię, ażeby szukaó zysku 
z żalu i smutku... I w Niemczech iest zwyczai ozdabiania grobów 
kwiatami i wieńcami, lecz tam każdy sam splata wieniec żałobny, 
dla tych, których kochał. Jednakże przyznać należy, że Le Cim&- 
tiere du Pere la Chaise iest iednem z nayciekawszych mieysc Pa- 
ryża. Wrócę ieszcze na niego, a wtenczas przewodnika iuż nie wezmę. 
Widziałem nadgrobek Pani Batowskiey, który mąż łzą zrosił. lutro 
idę A la Sorbonne, ażeby dostać billet weyścia na lekcye Pana Yille- 
main, który we wtorek kurs swóy rozpoczyna; powiadała, że i ta 
lekcya iest teatrem i że przy drzwiach trzeba parę godzin stać, nim 
się dociśnie. Ze wszystkiego robią tu zabawę. Ucząc się, bawią się; 
płacząc, bawią się; naradzaiąc się o interesach państwa, bawią się, 
nic tylko bawią się. 

23 Listopada Poniedziałek. 

Dziś iuż list pieczętuię, bo iuż dni 13., iakiem nie pisał do 
was ; potem ograniczać się muszę, ażeby wielkich nie posyłać ex- 

Lit^ Andneja Eoimiaiui. 4 



Digitized by 



Google 



50 

pedycyi. Starałem się ściśle pisać i nie poymuię dla czego w War- 
szawie tak drogo listy płacicie, kiedy tu wasze 3 lub 4 franki nay- 
więcey kosztuią. Cóż tam, u was iuż śnieg i lód, i tutay iuż zima, 
bez śniegu ale z lodem i zimnem nieznośnem, leszcze na dworze 
nie bardzo zimno, ale w domach ani wytrzymać. Małe kominki, na 
których się kilka węgli żarzy i ieden kawałeczek drzewa pali, ani 
ogrzaó mogą pokoie źle opatrzone i bez okien dubeltowych. O, iakże 
też tu zimno. Od tygodnia zaczęły się mrozy, teraz znowu deszcz 
pada ale zawsze zimno, boday to kominek piotrowicki, kiedy drzewa 
przywieśdź kazałem. W Paryżu teraz wszyscy zaięci ministeryum. 
Pan Labourdonaye podał się do dymisyi i dostał ią. Xżę Polignac 
mianowany prezesem ministrów, lecz mówią znowu o zmianie, a 
wczoray w salonach mówiono o nominacyi Pana de Girardin, męża 
tey Pani, o którey wspominałem; winszowano iey wczoray przy mnie 
i nie bardzo się broniła. Mało tu są zaięci polityką zewnętrzną 
bardziey daleko i bardzo a bardzo interesami wewnętrznymi. Mini- 
steryum teraz będące nawet dworowi i nawet au faubourg SL Ger- 
main nie podoba się, xięża go tylko utrzymuią i nieprzyiaćiele 
karty. 

Xiężna Leonowa zrobiła wczoray son entrie dns le Monde, była 
z matką na wieczorze u P. Flahault, żałuje dotąd Polski i Warsza- 
wy, nie lubi Paryża, ale to za tydzień ustanie; pierwsze weyście 
w świat zawsze iest nieprzyiemne , nie miło bydź w tłumie nie- 
znaiomych. Szczególniey kobietom trudno tu usadowić się, nie ma- 
iąc wiele znaiomych, bo mężczyźni nieznaiomym nie prezentuią się, 
kobiety dla kobiet bardzo mało grzeczne. Pani Z. leszcze iest prawie 
iak obca, lecz xiężna powszechnie podobała się, są iednak osoby, 
a szczególniey mężczyźni, którzy znayduią Que la M6r6 lui fait 
encoi-e du tort^ lecz kobiety, które lękaią się każdey reputacyi piękno- 
ści, nie znayduią Pani Zam. tak iak mężczyźni. Pani Z. zawsze mało 
chce bywać w świecie, lecz będzie się prezentować u Dworu, la 
kontent, żem się iuż odbył. Ile poznaię Paryż, nigdybym nikomu nie ży- 
czył z żoną tu przyieżdżać; daleko tu łatwiey mężczyznom iak kobietom. 
Ale iuż kończyć trzeba naszą rozmowę, trzeba was pożegnać i pro- 
sić, ażebyście mnie wszystkim znaiomym i łaskawym przypomnieli. 
Do stryia Wincentego pisać chciałem, ale kiedy iest w Warszawie, 
ściskam go i tysiące czułości przesyłam, ściskam i Henryczka. Czy 
też Xiądz Biskup odebrał móy list. Nie poymuię, czemu Moraw- 
skiego pierwszy dotąd nie doszedł, drugi iest teraz w drodze. Do P. 
Ezewuskiey iutro piszę, posyłaiąc iey list Pani Appony i Pana de 
Noailles, żeby można ią uprzedzić , bo list adresuię na P u ł a wy. 



Digitized by 



Google 



51 

Do domu przesyłam ukłony. Dzięki Niebu, że tam nic złego nie 
ma, czy transport robią i wiele też pszenicy będzie. Makbet co po- 
rabia. Dziandziunię ściskam. DzadzkowsMemu dodawa<5 odwagi, 
pisałem do niego billecik, teraz go pozdrawiam czule. Papcio się 
boi, ażebym dużo nieexpensował, chciałbym świadectwo posła<5 ztąd od 
Pana Batowskiego że marnych expensy nie robię, ale i mnie samemu 
uwierzysz móy Oycze. Posłałem ci móy rachunek w przeszłym liście, 
wszak widzisz, że nadzwyczaynych expensy nie robię. Kabriolet 
koniecznie mi potrzebny, bo w trzewikach po błocie chodzid nie 
^og^, bywaiąc w świecie; a to pewno, że młody człowiek, który 
tu w świecie, to iest w dobrem towarzystwie nie bywa, gra, trwoni 
pieniądze, i traci i maiątek i zdrowie, spodziewam się więc, że 
pod każdym względem iesteście o mnie spokoyni, powinienbym iuż 
dotąd na waszą ufnośd za8łuży(5. Adieu moie drogie istoty, Adieu, 
ściskam was i nie ma godziny, żebym myślą nie był z wami. 

Moia Mamdziu przyszliy mi receptę na pranie rękawiczek, bo 
ia się na nie ruynuię, a Francuzki pra<5 ich nie umieiĄ. — Andrzej. 

Nic partykularnie donieść Ci nie mam Szanowny Przyiacielu. 
Nasz kochany Pan Jędrzey zdrów, wzorem się staie wszystkich mło- 
dych ludzi w Paryżu a ia bardzo szczęśliwy wszystkich momentów, 
które z nim zdarza mi się przepędzać. Adieu. Ściskam Cię serde- 
czne Przyiacielu Pani rączki całuie. 

Batowski. 

Franus iak się sprawnie, w każdym liście wspominam o nim 
bo nie mogę dośó zalecić, ażeby był tak, iak być powinien. 

Proszę też czasem o wiadomości warszawskie. Czy Fredrowie 
są iuż. Panią Leonowę Potocką rzadko widuię, bo na końcu Paryża 
mieszka ale P. Sobańską bardzo często. Mamdzię ściskam. 

2 Grudnia 1829 R. Paryż. 

Już dni dziesięć ubiegło od rozstania naszego, dni dziesięć 
iak nie byłem z wami. Stęskniony do was, przenoszę się myślą na 
ulicę Bielańską. Wchodzę do pokoiu moiey kochanej Mamdzi, za- 
staię ią przy stoliku, piszącą właśnie do mnie. Zandzia wybiega 
ku mnie z radością. Papcio siedzi na sofie przy piecu i lulkę pali, 
a ja uściskawszy was, siadam i zdaię wam sprawę z dziesięciodnio- 
wego paryskiego życia. Każdy list, który piszę do was, pociesza serce 
moie tak miłem złudzeniem; poymiecie więc, że z radością, że 
z uczuciem ukontentowania naywyższego biorę zawsze pióro w rękę, 
ażeby pisać do was. Jest to przyiemność, którejbym za żadną tu- 

4* 



Digitized by 



Google 



52 

teyszą nie oddał i której winienem cho<5 chwilę ulgi w tęsknocie, 
w tęsknocie, która musi bydź ze mną, kiedy ja nie iestem z wami. 
Pisaki do was i odbiera<5 wasze pisma, iest tedy dla mnie nay- 
większą rozkoszą; z iakąi niecierpliwością teraz wyglądać będę 
dzień 11 i 26 każdego miesiąca, w te dnie waszych listów spodzie- 
wać się mogę i odtąd, ażeby iedne dnie przyiemne były i wam i 
mnie, i ia także co Igo i co 15go pisywać będę, a tak i wy co 
ligo i 26 moie listy odbierzecie. Ten, który dziś zaczynam, dopiero 
koło 5go oddam na pocztę. Mimo tó 15 napiszę i od 15 b. m. tego 
porządku pilnować będę, iednakże gdyby czasem list mój się spóźnił, 
nie bądźcie ani na chwilę niespokoynymi. Nic mi się tu złego nie 
stanie, zdrów iestem, zdrów będę, słabym tylko zawsze na tęsknotę 
do was. Ostatnia ćwiartka, którą zapisałem do was, była z 23 listo- 
pada. Com robił, com widział od 23 posłuchaycie. Wiemy planowi 
moiemu, ranek poświęcam zaspokojeniu ciekawości umysłu lub oczu, 
wieczór towarzystwu. Przedranek zaś, to iest od 9tey do Iszey tym 
których kocham, to iest Polsce i zacnemu, nieoszacowanemu Panu 
Batowskiemu, który zdrów, wesół i z którym codziennie regularnie 
parę godzin przyiemnie co ranek trawię i szczęśliwy iestem ieżeli 
i w ciągu dnia mogę z nim więcey chwil przepędzić. Zdarza mi 
się ta przyiemność, gdy razem obiad iemy, lub gdy wieczór gdzie 
razem idziem. Lecz on mało iuż w świecie bywa, wylawszy u kilku 
swoich dawnych przyiaciół, iednak ciągnę go teraz trochę w świat 
i może mi się uda go rozruchać. Ja zaś straszniem się w towarzy- 
stwa zapuścił, i iuż w nich tak iestem, iak gdyby w warszawskich, 
choć tu tytuł cudzoziemca nie iest paszportem do weyścia w towa- 
rzystwa poufalsze, gdyż nawet boią się tu ich, szczególniey Angli- 
ków, których fale cieśniny kaletańskiey codziennie tłumy wyrzucała, 
iednak mnie się iakoś poszczęściło, i nietylko skarżyć się nie mogę, 
lecz nawet pochwalić się muszę, że bardzo tu są uprzeymi i grzeczni, 
a nawet dobrzy dla nmie. Lecz nie bóycie się, aby mnie to popsuć 
miało, nie bóycie się, aby mi ciężko było za trzy czy cztery mie- 
siące rozstać się z salonami paryskiemi, w których mi wygodnie. 
Z przyiemnością ich porzucę, ażeby się połączyć z wami i z Pio- 
trowicami, i bez trudności z salonów, wonieiących naypierwszą ele- 
gancyą, przeydę pod strzechę piotrowicką. Lat temu kilka, może na- 
wet dwa lat temu mogło by mnie to było zawrócić głowę, byłbym 
może wrócił elegantem paryskim, pełnym próżności śmieszney, lecz 
teraz nie ma niebezpieczeństwa, za dni dwa zaczynam rok 26; 
ieatem iuż vir, mężem; umysł móy, ieżeli nie doyrzał ieszcze, to 
przynaymniey coraz bardziey doyrzewa, i możecie bydź spokoyni 



Digitized by 



Google 



68 

o mnie. Jakże ia kontent, żem, teraz nie wcześniey, wyiechał z domu, 
mogę śmiało powiedzieć, że czuię, iż teraz z korzyścią iakąkolwiek 
podróż odbędę, nauczę się i ludzi i świata i innych wiadomości, 
a uniknę niebezpieczeństw, których dawniey może bym się ustrzedz 
nie mógł. Wam to tylko mówię, bo wam mówię, co myślę, innym 
bym tego nie powiedział, bo by mnie posądzió mogli o zbyteczną 
zarozumiałość i ufność w sobie. Lecz wam zaręczam, że możecie 
wystawić sobie, że nie 26 lecz mam lat 46 ; a wiecie, co mi tych 
lat dwudziestu dodaie, nietylko rozsądek, lecz naybardziey moia 
miłość dla was. Ani więc zły świat przez to, że może popsuć, ani 
wielki świat przez to, że może zawrócić głowę, nie są niebezpie- 
cznymi dla mnie, do żadnego się nie przywiążę, bo dla mnie świa- 
tem iest ten okrąg, gdzie was znayduię. Tak więc moie drogie 
istoty, elegancya paryska nie przewróci głowy chłopkowi piotrowi- 
ckiemu i kiedy wam o niey mówić będę, bez obawy słuchać mo- 
żecie. Tak tedy co dzień bywam w świecie i iuż znam tyle osób, 
co w Warszawie. Nudziłbym was, gdybym wyszczególniał dzień po 
dniu gdzie bywam, lecz chcę, abyście myśląc o mnie we wtorek 
lub piątek, wiedzieli co robię w piątek lub wtorek. Tyle wam 
w ogólności powiem. Już się towarzystwa paryskie reorganizowały 
i iuż się wielkie rauty zaczynaią; lecz rauty są naymniey zabawne, 
tłum ludu bawi tylko przez kwadrans, a nim się dociśnie do zna- 
iomego, trzeba kilku nieznaiomych potrącić. Dotąd tyle dni roze- 
branych na rauty: Niedziela u pani d'Osmond, wtorek u pani de 
Boisgne, sobota u Xiężny Hamilton, czwartek u ambasadora Angiel- 
skiego. Lecz oprócz tego są dnie rozebrane przez Małą Kotteryę, 
i tam naylepiey się bawiem, bo mniej osób, bo wszyscy znaiomi, 
bo rozmowa idzie dobrze, bo porzuciwszy się wilią, a nazaiutrz 
widząc się znowu, można znowu mówić o tem, o czem się wczoray 
mówić przestało. Dnie te tak są rozebrane: Niedziela u pani Fla- 
hault, lecz tam są prawie rauty. Poniedziałek, środa, piątek u pani 
Jumilhac, tam naymniey osób i naylepiey. Wtorek, czwartek, so- 
bota u pani de Girardin, piątek u Xiężny de Guiche. Oprócz tego 
bywaią wieczory zapraszane i w te dnie, i tak przed kilku dniami 
był wielki wieczór u pani de Noailles, u pani de Chasteney, u Lady 
Aembermeere. Teraz więc moie drogie istoty, co wieczór myślą po- 
traficie mnie ścigać i będziecie mnie tam widzieli, gdzie będę. Nie 
poślę wam listy osób, z któremi się zapoznałem, bo by ta za długa 
była ; wspomnę wam tylko o kilku znaiomościach naybardziey inte- 
resuiących. I tak poznałem pana de Martignac, któremu mnie pani 
de Jumilhac prezentowała ; poznałem się z Toinsonem, młodym An- 



Digitized by 



Google 



64 

glikiem, który maiąc lat 24., taką mowę w parlamencie powiedział, 
że Caning zaraz po niey kazał siebie prezentować iemu. Poznałem 
pana St. Priest un jeune auteur. Pana de Laborde. Co zaś do ko- 
biecych nowych znaiomości są następuiące: pani Appony prezento- 
wała mnie Xiężnie de Narbonne, która iedna z pierwszych dam 
tuteyszych, ma bydź pełna rozumu. Poznałem la Duchesse de Maille, 
która wczoray dopiero do Paryża przyiechała i wkrótce dom swóy 
otwiera i t. d., i t. d., bo nie chcę was nudzió. Byłem także u pani 
de Montcalme, siostry pani de Jumilhac, a wielkiej przyiaciółki 
Pozza, tey, która czasem uczonych zbiera u siebie. Choó nie uchodzi 
ona tutay za niezmiernie grzeczną, dla mnie była grzeczną i arcy- 
grzeczną. Lecz nie możecie sobie wystawió, iak iest dla mnie dobrą 
pani de Jumilhac, przystaliśmy zupełnie do siebie, Je suis son pro- 
tego. Wozi mnie i prezentuie. W tych dniach prezentować nmie 
będzie w Tuileries u Xiężny Gontaut-Biron, guwernantki dzieci 
Francyi, to iest Xięcia Bordeaux i de Mademoiselle. Nie uwie- 
rzycie mnie, iak się nmą opiekuie, iak myśli o mnie, tak że i 
wdzięczny iey iestem i iuż ią bardzo lubię, bo i dobra dla mnie 
i niezmiernie swoim dowcipem zabawna. Eównie w wielkiey iestem 
przyiaźni z panią de Dolomieu i iey córką i często bywam u niey 
z rana. Godzina iey iest od 3ciey do 5tey. Bardzo dobra i miła. 
Bardzom dobrze zrobił, że się wielu mężczyznom, którzy tu nay- 
lepiey widziani w towarzystwach, prezentowałem i porozsyłałem im 
bilety, gdyż tem i ich grzeczność zyskałem dla siebie. Tak więc 
widzę i czuię, że przynaymniey źle nie iestem widziany w tutey- 
szym świecie. Lecz pomimo to nie odmieniam sądu mego o towa- 
rzystwach francuskich, w których zabawić się można i nauczyć się 
mówić przyiemnie de petits riens, ale niczego więcey ; nie cofam 
także mego zdania o Francuzach, wolę zawsze Niemców, bo wolę 
duszę, wyobraźnię, uczucie, zapał, aniżeli rozum, dowcip, dowcip i tylko 
dowcip, n est lourd, pisani, pSdant oto są frazesa ganiące, U est 
Uger, spirituel^ oto są pochwały w tuteyszych towarzystwach. U est 
original, iest to naywiększa pochwała, lecz dotąd nikogo takiego 
nie widziałem. Jeden zupełnie taki iak drugi. Lecz co przyznać na- 
leży, że to co nazywaią le ton de la honne societi, et les bonnes mor 
niires^ to posiadaią tu w naywyższym stopniu, i bez wątpienia przy- 
iemną iest ta łatwość, snadność i wdzięk ułożenia i form. Od tygo- 
dnia przeszło skarżyć się musi bardzo na nas V Hotel Mirabeau, opu- 
ściliśmy go obadwa, lecz przez ten cały tydzień prawie co dzień 
byłem na obiad zaproszony. W sobotę zeszłą iadłem go z panem 
Batowskim u młodego d'Orsay, brata Xiężny de Guiche, gdziem 



Digitized by 



Google 



55 

pociągnął i zaprowadził go. Muszę wam słowo o tym domie powie- 
dzieć. Pan d'0r8ay, le fashionable paryski, ożenił się z naypiękniey- 
szą istotą, iaka pod słońcem oddycha, a którą Buziaczkiem nazywa 
pan Batowski, córką Lorda Blessington i wziął po niey wielki ma- 
iątek, lecz że la Chronigue scandalmse utrzymuie, że dawniej ko- 
chał się on w Lady Blessington, macosze żony swoiey i że to ma 
trwaó dotąd, Damy paryskie nie chciały iey przyimowaó, a tak i 
d^Orsay i Buziaczek i Milady nigdzie nie bywaią. Lecz mieszkaią 
razem, mężczyzn tylko przyimi^ią i maią dom naybardziey elegancki, 
apartament naywspanialszy i kucharza naylepszego z całego Paryża. 
Przyiemnie iest tam póyśó czasem i znaleśó trzy śliczne kobiety, 
gdyż Milady była iedną z naypięknieyszych kobiet w Anglii, pełna 
rozumu, a nawet talentu poetyckiego. Do niey Lord Byron pisał 
wiersze; pokazywała mi swoią odpowiedź i inne poezye a wiele 
w nich wdzięku i talentu. Buziaczek iest trochę Kopciuszkiem, 
zawsze w kącie siedzi, mało mówi, zawsze prawie smutny, lecz 
kiedy się rozrucha śliczny iest i przyiemny. A ten smutek i opu- 
szczenie, w iakim zostaie z winy męża, dodaie iey nowego wdzięku. 
Nie uwierzycie mi iak w przeszłą sobotę, wśród tych ładnych ko- 
biet rozruchał się pan Batowski, i iaki był przedziwny. Kiedy 
wam teraz będę mówił o Buziaczku, lub o Milady, to będziecie 
wiedzieli o kim mowa. Dziś iem obiad u państwa Anisson, ona 
sama iest siostrą pana de Bazante, on iest bardzo przyiemny, brat 
tego Qui est VHomme de Salon, et Vhomme ćFesprit par prifSrence. 
Trzymaią oni bardzo miły dom i należą d VElegance du Faubourg 
St. Hanori. Dośó iuż o świecie. Tyle wam o nim w każdym liście 
mówię, że nie będąc w nim, znaó go powinniście. Może was to 
nudzi, lecz wolicie się trochę ponudzió, a bydź świadkiem każdego 
kroku mego i wiedzieć dokładnie, gdzie mnie myślą szukaó macie. 
Ja was na ulicy Bielańskiey pod Nr. 602 znayduję. Od czasu, iak 
bardzo bywam w świecie, opuściłem nieco teatra, bo nayprzód 
trudno pogodzić iedno z drugim, i powtóre obszedłszy iuż prawie 
wszystkie widowiska, przez czas iakiś nie ma nic do widzenia 
nowego, bo skoro laką nową sztukę grać zaczną, graią ią przez 
parę miesięcy. Przez ten czas byłem iednakże dwa razy na teatrze, 
raz auTMatre de Madame dla widzenia nowey sztuki Scriba Louise 
ou la separatum, która grana wybornie i pełna dowcipu, niezmier- 
nie się podoba, iednakże iey nie będę tłómaczyó, bo nie dość leszcze 
kocham Thiatre des Yariitis warszawski, ażebym dla niego w Pa- 
ryżu odiął kilka chwil, czy nauce, czy przyiemności moiey. Z ma- 
łych tutejszych teatrów TJUatre de Madame iest nayprzyiemnieyszy. 



Digitized by 



Google 



56 

Aktorowie wyborni, wybór sztuk doskonały. Druga sztuka, którą 
grali ma tytuł les AcHonnaires, takie bardzo zabawna, szczególniey 
grą naturalną Perleta. Nie znałem dotąd ieszcze Odeonu. Jest to 
teatr, na którym graią i tragedye i dramata i komedye. Lecz ludzie 
z tay strony rzeki nigdy prawie na nim nie bywaią, iest on na 
końcu świata paryskiego, au Pays Lałin, bcjdąc na nim, zdało mi 
się bydź w innem mieście na widowisku. Inne stroje, inne obyczaie, 
iak w innych teatrach. Byłem zaś dla widzenia Marino Faliera 
ostatniey tragedyi de Casimir Delavigne, która z teatru de la Porte 
Si. Jlfar^m tu przewędrowała. Nie znałem iey ieszcze, lecz nie zupeł- 
nie odpowiedziała oczekiwaniu moiemu. Delavigne naśladował ią 
z Byrona, lecz choó iest to naysłabsza sztuka angielskiego poety, 
ile mi się zdaie, był on w niektórych mieyscach szczęśliwszym od 
Delavigna. Nayprzód ten ostatni, wystawuiąc żonę doży, występną, 
miłością dla pasierba swoiego nie wzbudza w widzach dla niey ża- 
dnego uczucia przychylnego. Chciał autor wprawdzie wzniecić go 
w zupełności dla Marina, który pragnąc pomśció sławę żony, którą 
s^zi niewinną, knuie spisek, wystawia na niebezpieczeństwo i 
sławę i życie swoie i gdy iuż ie na nie wystawił, dowiaduie się, 
że ta żona iest występną. Lecz że spisek maiący na celu wyrżnięcie 
wszystkich rodzin szlacheckich, przewrócenie rządu, zaburzenie 
państwa i na którego czele stawa sam naczelnik tego rządu, bar- 
dziey oburza aniżeli wzbudza interes, że autor tym patrycyuszom, 
a nayprzód temu, który Dożę obraził, nadaie charakter szlachetny, 
przyanaó należy, że słuchacze nie wiedzą, ku którey stronie skłonió 
się maią i czyli żądaó im należy, ażeby dzwon św. Marka odgło- 
aem swoim dał znak do rzezi patrycyuszów, czy do ukarania bun- 
towników. Przyznaó iednak trzeba, że iest kilka scen pięknych, 
a Bzezególniey, że ta mieyscowośó Wenecyi, tak poetyczna, dobrze 
iest wystawiona. Poeta przenosi słuchacza do tego miasta cudownego, 
iesteśmy w niem, widząc przed sobą albo plac św. Marka, albo Pałac 
Dożów, gdzie zawieszony obraz każdego, iesteśmy w nim, słysząc i 
uderzenia wioseł i piosnkę w nocy śpiewaną o Madonie i św. Marku. 
Wiersze są piękne, lecz mniey w nich poezyi aniżeli dowcipu, 
czii^to styl sentencyonalny Yoltaira odzywa się, często dyalog iest 
w ciągłych epigramatach; i tak w scenie, w którey Bertucio, ieden 
z pierwszych spiskowych, dowiaduie się, że zdradzeni są przez Ber- 
trama, i gdy wyrok iego czytaią mu, odpowiada samemi epigrama- 
tami na rząd wenecki. Na ten wiersz Berłram le dólateur, guand 
sercL-t-il annobli^ zagrzmiało huczne brawo i aktor powtórzyć go 
musiał. Delayigne pisze teraz nową tragedye pod tytułem Ludmk 



Digitized by 



Google 



yS^^T-,- 



57 

XI., a Hugo Yictor napisał trilogię pod tytułem Heraani, z której 
część pierwsza wkrótce ma bydź grana. Zresztą nic nowego nie ma 
tutay w literaturze. Tak tu w tey chwili wszyscy polityką zaitjci, 
że naypierwsze talenta po żurnalach tylko piszą. Przed kilku dniami 
artykuł pana Chateaubriand niezmierne wrażenie uczynił. Z dzieł 
nowych Les Mimoires de St Simon, których iest iuż 14 tomów, są 
rozrywane, czytane i przedrukowane. Xięgarz zapłacił za nie 50 ty- 
sięcy, iuż w tey chwili zyskał 300.000. St. Simon stylem zupełnie 
iemu właściwym, odkrywa taiemnice panowania Ludwika XIV i re- 
gencyi, i tak wszystko szczerze opowiada, że w nayzapaleńszych 
wielbicielach i Ludwika XIV i iego wieku, gaśnie zupełnie entu- 
zyazm i uwielbienie dla niego. Bardzo zalecam to zabawne i inte- 
resuiące dzieło, ieżeli nie jest u nas kontrabandą. 



4 Grudnia 1829 Roku, 

W ostatnim liście moim powiedziałem wam, że muzeum 
królewskiego iuż się na pamięó nauczyłem; opisałem wam nawet 
dwie szkoły, ieszcze mi pozostałe o trzeciey parę słów powiedzieć. 
Szkoła włoska zaymuie równie iak inne trzy salony. Mniey iest 
ona tutay bogatą iak w Dreźnie, iednakże ma dzieł kilka każdego 
mistrza sławnego, a w Titiana obrazy obfituie. Jest ich tu dwa- 
dzieścia. Pierwsze między niemi mieysce trzyma Pan Jezus niesiony 
do grobu, znawcy wydziwió się nie mogą doskonałości ciała, które 
iuż martwe i zmęczone boleścią. Drugi obraz, który iest ozdobą ga- 
leryi, iest także Pan Jezus otoczony żołnierzami, u drzwi pretoryi 
Twarze Pana Jezusa Titianowskie różnią się od Eafaelowskich ; ia wolę 
te ostatnie; łatwiey one w pamięci zostaią i kiedy myśl wystawia 
sobie Pana Jezusa lub N. Pannę, pewnie wyobraża ie sobie takie, 
iak ie Eafael odmalował. Lecz w tym obrazie twarz Pana Jezusa 
godna zastanowienia, wydana na niey boleśó fizyczna i odwaga 
poświęcenia się ledwie do łez nie pobudza. Wiele iest życia, 
wiele ruchu w tym obrazie. Kilka portretów Titiana stanowią głó- 
wną ozdobę tej galeryi. Portret iego kochanki, margrabiego de 
Guaeha i iego ulubioney, którą Miłośó bierze za Wenerę i przynosi 
swoie strzały, i obraz Franciszka L, godne uwagi. Co do innych dzieł 
malarzy szkoły weneckiej, naypierwsze mieysce trzyma wielki obraz 
Pawła Veroneza, taxowany trzy miliony franków. Wystawia on we- 
sele w Kanach Galileyskich, lecz malarz dozwolił sobie anachro- 
nizmu, który dzieło iego droższem ieszcze czyni ; przy stole, przy 
którym Pan Jezus siedzi, pozasadzał wszystkich prawie monarchów 



Digitized by 



Google 



68 

współczesnych iemu, wielu znakomitych panów, a wreszcie wśród 
muzykantów poumieszczał wszystkich znacznieyszych malarzy szkoły 
weneckiey, tyle portretów razem zebranych i doskonale wykonanych 
nadaią obrazowi temu wdzięk historyczny i wartośó daleko większą. 
Co do szkoły parmeńskiey nie wiele iest obrazów, iest tylko trzy 
Corrigiów, kiedy w Dreźnie iest ich siedem, lecz Antiopa śpiąca, 
na którą wśród drzew chciwem okiem spogląda Jowisz w satyra 
zamieniony i Zamężcie S. Katarzyny są godne tego wielkiego mistrza. 
Nie ma wątpienia, iż po Eafaelu Corrige naydzielniey do duszy 
przemawia; czuie się, iż on wszystko czerpał z natchnienia i że 
gdyby to natchnienie obiawiło się było u niego nie malarstwem, 
lecz w wyrazach, poezyą, bylibyśmy mieli drugiego Yirgiliusza. Nie 
wspomnę o innych obrazach szkoły lombardzkiey, gdyż iest ich nie 
wiele, a te co są, nie wiele podobno warte. Szkoła bolońska wielu 
dziełami zbogaciła tę galeryę. Jest ona szczególniey ozdobiona 
obrazami Annibala Carracha i Guida Eeni. Guershina Łazarz iest 
wart, aby się nad nim zatrzymać. Jest tu 17 obrazów Domini- 
kina. Św. Cecylia iest za tłusta, wolę św. Cecylię Carlo Dolce 
w Dreźnie i wolę Dawida graiącego na harfie, który prawdziwie 
zdaie się natchniony i którego tworząc, równie iak on, natchnionym 
musiał bydź malarz. Albana amorki mniey mnie tu nudzą, aniżeli 
w innych obrazach. Wszystkie obrazy mitologiczne Albana są tu 
śliczne, mniey podobaią mi się te, które nowa religia natchnęła, 
główną mi się zdaie wadą Albana pod względem kompozycyi, iż nie 
czuł różnicy między dawną i nową wiarą i że iego amorki z mito- 
logii podobne są do aniołów religii chrześciańskiey, lub raczey 
przeciwnie, że tym drugim nie nadał innego wyrazu pełnego czucia 
i bóstwa. Pominąwszy szkołę florencką, z którey iest tu kilkanaście 
płodów, z których wspomnę o iednym obrazie Andrzeja del Sarto, 
wystawuiącym Pana Jezusa w dzieciństwie, słuchaiącego przepo- 
wiedni Św. Jana, przystępuię do szkoły rzymskiey, to iest do Ra- 
faela. Z dzieł iego, zdobiących muzeum, naypierwsze zapewnie 
mieysce trzyma św. Michał depczący szatana. Co tu życia, co tu 
ruchu. Jak silnie noga archanioła przyciska nadaremnie chcącego 
z pod niey uwolnió się smoka, jaka wzgarda w oku iego, iaka pięk- 
ność niebieska rozlana na iego całey twarzy. Co za wdzięk kolorytu, 
co za siła kompozycyi, słowem iest to dzieło Eafaela. Eównie długo 
codziennie zatrzymywałem się przed Świętą familią, którą książę 
malarzy wykonał był w r. 1518 dla Franciszka Igo. Pan Jezus 
zrywa się z swoiey kołyski • i rzuca się na ręce N. Panny. Twarz 
Madony zadziwiai^cey piękności i zdaiącey się bydź siostrą Madony 



Digitized by 



Google 



59 

Drezdeńskiej, zachwycać musi. Lecz Pan Jezus, gdy był dziecię- 
ciem, nie mógł inaczey wyglądać, iak ffo Eafael odmalował. W tych 
rysach poznaie si(j Zbawiciela świata. Święta familia znana pod na- 
zwiskiem de la belle Jardiniire i kilka portretów, są godne Eafaela, 
iest tu iego dzieł 14. 7 obrazów Murillosa, pierwszego mistrza hiszpań- 
skiego, należą do ozdób galeryi. Żebrak biiący na paznokciu pewne 
zwierzątka, iest naygodnieyszym uwagi. Oto dopiero romantyzm ma- 
larstwa !1 Św. Familia, a w niey szczególniey P. Jezus, godne by 
były Bafaela. Na tem skończę moie opowiadanie o obrazach szkoły 
włoskiey, gdyż można opisaó piękną okolicę, można dadź wyobraże- 
nie pięknego gmachu, lecz opowiedzieć piękną rzeźbę lub obraz 
iest prawie niepodobnem. Widzieć ie należy, ażeby ie poiąć. Wiemy 
planowi moiemu, po muzeum królewskiem zwiedzić chciałem ga-r 
leryę luxemburgską i przed kilku dniami w niey byłem, iest ona 
umieszczona w pałacu luiemburgskim, który iest pałacem Izby pa- 
rów i ma on wielki ogród, ciągnący się aż ku rogatkom. Obrazy 
Eubensa były dawniey w tym pałacu umieszczone, gdy ie przenie- 
siono do muzeum, król rozkazał utworzyć galeryę obrazów malarzy 
żyiących. Ta więc galerya składa się ze 116 sztuk. Gdyby odżyć 
mogli Rafaele, Titiany, a nawet Poussiny i Lebruny, iakże by się 
śmiać mieli prawo z tey galeryi. Między naypierwszemi iey obra- 
zami pokazuią dzieła de Guerin, a wśród nich pierwsze mieysce 
trzyma Eneasz, opowiadaiący zburzenie Troi Dydonie. Eneasz, śliczny 
mężczyzna ze ślicznemi wąsikami, Dydona, śliczna kobieta, niezmier- 
nie czule patrzy na Eneasza i nagiego Askaniussa. Ale iakżeż 
to wszystko proste, nieprzyiemne, prościeysze i nieprzyiemnieysze 
od figur Dawida. Trzeba widzieć Fedrę także de Guerin, ażeby 
mieć wyobrażenie co to iest teraźnieysza szkoła francuska. Cóż to 
za wściekła baba. W ogólności mówiąc, wszystkie obrazy tak są 
podobne do siebie co do stylu, kolorytu, kompozycyi, tak przypomi- 
nała i Dawida i Gerodeta, że można ie tylko uważać za kopię złych 
kopyi. W ogólności mówiąc: trzy uwagi galerya luxemburska na^ 
sunęła myśli moiey. Nayprzód, że Francuzi, którzy w literaturze tak 
są lękliwi, którzy w poezji żadnego śmielszego utworu nie znoszą, 
żadney silney sytuacyi nie cierpią, Shakspeara nie rozumieią i na- 
reszcie odwracaią oczy, skoro w tragedyi jedna kropla krwi na sce- 
nie iest wysączona, w malarstwie zupełnie przeciwną obrali drogę. 
Im przedmiot obrazu iest okropnieyszy, im bardziey są twarze wy- 
krzywione, im włosy bardziey naieżone, oczy obłąkane, tem się 
obraz bardziey podoba. Gdyby panna Duchesnois tak twarz wy- 
krzywiła iak Fedra w obrazie Guerrina, lub gdyby autor taką Fedrę 



Digitized by 



Google 



60 

wymyślił iaką ią ten malarz utworzył, wyświgtanoby i aktorkij i 
autora, kiedy przeciwnie w malarstwie ią przesadę, ten nienatu- 
ralny wyraz twarzy znoszą tu i chwalą. Druga uwaga iest nastę- 
puiąca: że malarze francuscy niezmiernie kochaią Les Nuditós, 
wszystko u nich obnażone. Paris, który porzuca Helenę, nagi, Aska- 
niuss nagi, Hypolit nagi, słowem ci Francrzi, którzy wszystko lubią 
pokrywa<5 i lekką przyodziewaó zasłoną, w malarstwie, czy trzeba 
czy nie trzeba, wszystkich obnażaią, i nareszcie to uważałem że 
szkoła francuska s/ime przedmioty historyczne, rzymskie lub greckie 
wybiera. Nie tak robił Rafael, Corregio, lecz nieszczęśliwa mania 
klasycyzmu w nieswoim miejscu, psuie ich smak i obłąkuie ich 
w krainie sztuk pięknych. Nie, niech ie odstąpią innym narodom, 
a sami niech tylko to przedsiębiorą, do czego samego dowcipu po- 
trzeba. Chciałbym bydź na godzinę Pebem, ażebym zakazał Fran- 
cuzom mięszaó się do malarstwa, snycerstwa, muzyki, może nawet 
poezyi, a dałbym im za to monopolium Vaudevillów, komedyi i 
piosneczek. Skończywszy galeryę, przeniosłem się teraz do bibliotek, 
lecz że biblioteka dla ciekawych dwa razy tylko w tydzień otwarta, 
to iest we wtorek i piątek, dwa razy tylko na tydzień w niey by- 
wam. Zacząłem w niey od gabinetu starożytności, przeszedłem iuż 
pamiątki egypskie i dawne kamienie rzymskie i greckie. Zapozna- 
łem się z twarzami cesarzów rzymskich, które teraz łatwo poznam. 
Ten zbiór wycisków starożytnych iest niezmiernie ciekawy i bogaty. 
Z nowszych pamiątek pierwsze mieysce trzymaią następujące: 
szachy Karola Wgo, pieczątka Michel-Anga, oręże Henryka IV, 
krzesło Dagoberta, tarcza Franciszka 1, kubek Ptolomeuszów i t. d. 
Widząc to wszystko, iakaż mnie chętka brała ukraśó co dla naszey 
kochaneyXiężny*), ale na nieszczęście wszystko za szkłem i wszystko 
strasznie pilnuią. Skoro skończę teu gabinet, przeydę do biblioteki, 
nie widziałem także leszcze Zodiaku Dendera, lecz w tych dniach 
widzieó go będę. Byłem też w dawnym panteonie a w teraźniey- 
szym kościele św. Genowefy. Tę świątynię wspaniałą wystawił był 
Ludwik XV. Kewolucya zamieniła ią na panteon, teraz św. Geno- 
weta, wypędziwszy Eoussa i Voltaira, wróciła do niego. Jednakże 
stosownieyszy był to dom dla tych ostatnich iak dla tey pierwszey. 
Nie wiem dlaczego, ale architektura grecka wcale mi się zdaie nie 
odpowiadaiącą naszey religii. Poganie potrzebowali świątyń, my 
kościołów. Kolumny greckie, kopuły wzniosłe, ^kna nie wielkie, 
zdaią się bydź anachronizmem w kościołach naszych. Architektura 



*) Księżny Izabelli Czartoryskiąj w Puławach (S. W,) 



Digitized by 



Google 



61 

grecka przyiemna i wystawna, bawiąca zmysły, nie wznieca uczu- 
cia uszanowania, pobożności, pewney trwogi, bo starożytna wiara 
tych uczuć nie wymagała. Lecz nasza religia bardziey posępna i 
umysłowa, aniżeli wesoła i zmysłowa, wybierać powinna gmachy, 
w których zmysły bardziey są uderzone aniżeli zachwycone i w któ- 
rych doznaie się więcey poważnych aniżeli przyiemnych uczuć. Tak 
i .Druidy dla obrządków swoiey krwawey wiary wybierali mieysca 
nayodludnieysze, skały, puszcze i dęby stuletnie. Panteon był pięk- 
nym gmachem dopóki św. Genowefa nie przybyła do niego. Gdy 
iey obraz widzę zawieszony obok kolumn korynckich, zdaie mi się, 
że patrzę na iakiegoś wzbogaconego Pawenu, który się w pysznym 
pałacu rozlega. 

Byłem wczoray z panią Jumilhac aux Tuileries, u Xiężny 
Gontaut-Biron, guwernantki de Mademoiselle. Żebyście znali panią 
Jumilhac, tobyście ią pokochali i teraz iuż ią kochacie za to, że 
taka dobra dla mnie. Eozeszła się tu wczoray wieść o słabości ce- 
sarza Mikołaia. Dzisieysze żumale ogłosiły buUetyn z 17 listopada; 
mówią tu o febrze inflamacyiney, lecz cieszemy się nadzieią, że ni- 
czego lękać się nie mamy. Ambasador wybiera się dadź bal wielki 
na imieniny cesarskie, na 13 grudnia chce on otworzyć zimę i- 
pierwszy rozpocząć tańce. 

6 Grudnia 1829. 

Już w dwudziestym szóstym roku życia piszę dziś do was. 
Już przeżyłem czwartą część wieku iednego, a może połowę życia, 
przeżyłem ią szczęśliwiey od innych, bom Was miał, bo wyście nad 
nią czuwali. Nasz kochany pan Batowski zasłabł wczoray, a raczey 
onegday wieczór, dzięki Niebu dziś iest lepiey i iuż wyidzie. Miał 
małą niestrawność z boleściami, lecz przegłodził się przez wczoray 
i dziś iest iuż tylko osłabiony. Lecz co to znaczy, że od Moraw- 
skiego ani pół słowa dotąd nie odebrałem, kiedym iuż trzy listy do 
niego pisał. Co to iest że wy o nim nie wspominacie, czy słaby, 
czy go nie ma w Lublinie, donieście mi co to znaczy, bo zaczynam 
bydź niespokoynym. Co się też dzieie z naszą kochaną Xiężną? 
O gdybym ia ią ieszcze zastał! Pani Zamoyska mało w świecie 
bywa, znayduię, że bardzo zesmutniała, niespokoyna iest o matkę; i 
poymuię, że w niespokoyności o tych, co się kocha, Paryż nietylko 
ani pocieszyć, ani rozerwać nie może, ale staie się nawet nieprzy- 
iemnym przez tę mnogość przyiemności. Gdybym na chwilę lękał 
się o was, ani na chwilę zabawić bym się tu nie mógł. Xiężna 



Digitized by 



Google 



62 

Leonowa dotąd z całego Paryża tylko teatra lubi, świat ią nudzi i 
to także poyrauię. Mnie świat bawi, bom iuż znaiomości porobił i 
iuż nie iestem w tłumie nieznaiomych. Jeżeli Papa zobaczy pana 
Ignacego Sobolewskiego, niech mu powie, że miałem przyieraność 
odnowienia znaiomości z iego synem, przyiechał tu na dni kilka 
z Ix)ndynu i dziś nawet razem poiedziem do St. Cloud. Z Polaków 
tu będących oprócz pani Sobańskiey, z którą w iak naywiększey 
czułości, przyiaźni i zwierzeniach wzaiemnych iestem, mało innych 
widuię. Paca rzadko gdzie spotkaó, podobno będzie teraz iada<5 
z nami a VH6tel Mirabemi. Jest tu Bolesław Potocki i Mieczysław 
z żoną; u tych ostatnich byłem, iednak iest to bardziey towarzy- 
stwo rossyiskie aniżeli polskie. Pani Mieczysławowa niby piękna, 
lecz ia wolę iei brata, męża Pelagii. Walewski zawsze dobry, po- 
czciwy, kochany tutay, zlecił mnie przypomnieć go waszey pamięci 
i pamięci pani Wichlińskiey. Zawsze zaięty Xiężną Guiche, przecież 
ani w karty nie gra, ani się iuż w kursą nie zakłada, iednak 
zawsze expensuie nad siły. Za dni kilka daie nam śniadanie, na 
którym będzie kwiat towarzystwa, nazwanego la petite CoUerie; V He- 
roinę de la fite^ iest Xiężna Guiche, ale wątpię, żeby maż zezwolił, 
żeby była. Przed kilku dniami było iuż iedno śniadanie u niego 
dla Lady Bussington i familii d'0r8ay, z którego zabawną historyę 
opowiedzieć wam muszę. Po śniadaniu anonsuią pana Vidocq, wszyscy 
zdziwieni tą wizytą, ciekawi iednak byli go widzieć, otwieraią się 
drzwi, wchodzi ten naczelnik policyi, przeprasza, że musi dopełnić 
polecenia mu danego i pyta o pana Koźmiana ; występnie ku niemu, 
a on oświadcza nmie, że z polecenia pana Mangin, prefekta po- 
licyi, przychodzi mnie aresztować na żądanie iedney młodey 
osoby, która iest teraz w Anglyi i którą miałem uwieśdź. Wszyscy 
zdziwieni i pomieszani na te słowa, spoyrzeli na mnie, ia ieden się 
nie zmieszałem. Co to za szczęście mieć sumienie czyste. Lecz na 
to oświadczenie żartami odpowiadałem. Ale gdy Vidocq oświadczył, 
że tu żarty mieysca nie maią i że żandarmy czekaią za drzwiami, 
iakoż w istocie na wezwanie Yidoka kilka głosów odezwało się za 
drzwiami i usłyszeliśmy szczęk pałaszy, po czem Vidocq krótką 
z tymi żandarmami miał rozmowę i rozkazał iednemu póyść po 
karetę; pomięszanie wszystkich coraz bardziey rosło. Między innemi 
osobami był St. Marsau, o którym wam iuż raz wspomniałem 
i który był iednym z naczelników rewolucyi piemonckiey. Ten tedy 
coraz bardziey bledniał, nakoniec wstał i przybliżaiąc się do Vi- 
docqa głośnym głosem zapytał go iakim prawem wchodzi do domu 
prywatnego i gdzie są iego dowody. Gdy się St. Marsau coraz bar- 



Digitized by 



Google 



63 

dziey zapalał i gdy kłótnia stawała się coraz żywsza, koniec iey, 
musiałem położyć... domyślacie siij, że oddaiąe si(j w rtjce policyi, 
lub źądaiąc opiekł ambasadora; lecz nie było tego potrzeba, gdyż 
tym Yidokiem był Comte, sławny tuteyszy mistyfikator i brzucho- 
mowca, a ta cała historya była mistyfikacyą. Walewski dał mu 
imiona wszystkich osób bt^dących u niego i ułożył się z nim, że on 
iego za dług przyidzie aresztować, lecz moje imię bardziey mu się 
podobało i taką ułożył historyę, która niezmiernie wszystkich zaba- 
wiła. Co to za nieszczęście, że prawie niepodobnem iest Walew- 
skiemu wróció do Polski, to iedno podreperować by go mogło, le- 
żeli tu dłużey zostanie, niezmiernie nadweręży fortuny. Boię się 
iego pełnoletności, która dopiero za rok nastąpi. Byłem wczoray na 
wieczorze u Xiężny de Maille, która tak grzeczna, że mnie zapro- 
siła, choć u niey leszcze nie byłem z wizytą. 

Kursa akademiczne iuż się rozpoczęły. Jutro idę na kurs pana 
Guizot, a we wtorek na kurs Villemaina. Onegday byłem na lekcyi 
pana Lemaire, profesora literatury łacińskiey, wykłada w tym roku 
Juyenalisa i Lukana. Przyiemnie bardzo mówi, choć sucho, bo fi- 
lologiczną traktuie materyę. Dowiedziałem się na tey lekcyi, że 
Montesąuieu na początku drugiey Xięgi Ducha praw chciał przy- 
czepić inwokacyę do muz, naśladowaną z Juyenalisa, którą potem 
odrzucił za radą przyiaciół. Czytał profesor tę inwokacyę, niezmie- 
rnie pięknie napisaną i w rodzaiu starożytnym. Ja nie wiem, czy 
żałować, że odrzuconą została, czy też może nie byłaby na swoiem 
mieyscu. Pan Villemain wykładać będzie w tym roku literaturę 
francuską w średnim wieku. Pan Guizot historyę cywilizacyi, nauk 
oświaty, także wieków średnich. Ile tylko będę mógł, będę bywał 
na tych kursach, ażeby kiedy wieczór się bawię, rano czegoś się 
nauczyć. Będę wam mówił o każdey lekcyi, bo chcę, ażebyście na- 
wet w Sorbonie ze mną byli. Co to za szkoda, że ta Sorbona tak 
daleko, trzeba prawie trzy kwadranse, ażeby dostać się do niey. 
Zrobiłem też przed kilku dniami wizytę pabu Tissot, autorowi des 
Etudes sur Yirgile. Bardzo był z niey kontent, czytał mi Eklogę 
Teokryta, którą dopiero co przetłómaczył, pokazywał mi swoie no- 
taty i książki, prosiłem go o wytłómaczenie dobre tego wiersza 
Sunt lacrymae rerum ect. Dał mi iedno, które nie trafiło do mego 
przekonania, dał drugie, które zdaie mi się prawdziwem, a tak 
skończy się dysputa 7 Morawskim, gdyż hic będące w pierwszym 
wierszu i do tego drugiego się odnosi, a rerum iest zamiast trze- 
ciego przypadku, podług zwyczaiu greckiego. Onegday grano na 
francuskim teatrze nową tragedyę Amelota pod tytułem Elżbieta 



Digitized by 



Google 



64 

Nie widziałem iey; źuraale ią dość chwalą. Oto są wiadomości lite- 
rackie. Może by iuż czas było list móy skończyć, lecz ieszcze żal 
mi oderwać sią od was. Uważacie, że robię edycyę Stereotype 
z moich listów, ażeby na nie wielu ćwiartkach wiele wam na- 
gadać; to iest nagadam się z wami, lecz boięsię, ażebyście nie po- 
psuli sobie oczu, lub nie musieli przez mikroskop czytać. Oddalę 
teraz pióro kochanemu naszemu panu Batowskiemu, zachowuiąc 
sobie prawo dodania ieszcze słów kilku. Andrzej. 

Nasz nieoszacowany pan Jędrzey donosi ci przyiacielu to, co 
cię naywięcey interesować może, mnie zaś nie zostaie tylko powtó- 
rzyć oboygu łaskawym Państwu wyrazy moyei stateczney wdzięcz- 
ności i przywiązania. Adieu kochany przyiacielu, Yale, et in rebus 
secundis mve beaim. Batowski. 

Wracam z naszego spaceru Walewskiego ekwipażem cztero- 
konnym, którym on sam powoził; poiechaliśmy, pani Zamoyska, 
Xiężna Leonowa, pani Sobańska, Sobolewski i ia do Bois de Bou- 
logne, a ztamtąd do St. Cloud. Czas był dziś pyszny, choć zimny, 
I nigdy mi tak w Polsce nie było zimno, iak tu iest czasem, bo 
też domy niegodziwie opatrzone, nigdzie nie ma dubeltowych okien, 
wszędzie tylko małe kominki, które nie grzeią. Jednakże wy iuż 
macie może śniegi, a my ieszcze mamy fiołki i róże. Lecz czas 
iest niestały, dziś naprzykład wcale chłodno, a wczoray była zu- 
pełna odwilż. Ten klimat francuski ma coś w sobie niestałości cha- 
rakteru francuskiego. Już kończyć móy list trzeba i iutro rano od- 
dadź go na pocztę. Adieu, Adieu moie drogie istoty, zdaie mi się, 
że znowu od was odieżdżam, kiedy was tak żegnam. Adieu. Str)^- 
iowi biskupowi i Wincentemu tysiące czułości i wyrazy przywiąza- 
nia. Nainusiowi dziękuię za wszystkie listy, których mi nie przysyłano, 
ale w których wiem co się znayduie. Dziandzię ściskam, Henryka 
także. Co też się z Olecha stało ?^) 3 innych Koźmianków ściskam; 
kłaniam pięknie i Pannuli i Marcesi i Franuwa pozdrawiam, ieśli 
się dobrze sprawnie. Jacka także. Zegarek, który ma, w istocie dany 
mu był przez Franciszka za to, żeby dowiadywał się czasem, co 
się z żoną iego i dzieckiem dzieie. Teraz dla Warszawy czułości, 
a nayprzód p. Niemcewiczowi, Sierakowskiemu, Osińskiemu, Fredrze, 
ieśli iuż iest, i tym wszystkim, którzy u Fredrów bywaią. Proszę 
mnie nie zapomnieć w domu pani Wichlińskiey, Krasińskiey. Do 



^) Henryk i Aleksander Koźmianowie, bracia stryjeczni autora (P.W. 



Digitized by 



Google 



65 

Puław wybieram się znowu pi8a(5, lecz chciałbym mieć wprzód 
ztamtąd wiadomości. Pani Zamoyska odebrała ie z 23go i nie złe. 
O Morawskim donieście, ia znowu list do niego gotuię, a onieszcze 
na pierwszy nie odpowiedział. Do Józefa Dłuskiego iutro piszę, 

Co do mundurowego haftu, proszę o rysunek tak moiego iak 
senatorskiego, a wtenczas doniosę dokładnie cenę ; teraz mi prcBter 
propter o między 1000 a 1200 franków mówią; haft taki za mie- 
siąc może bydź gotowy. Co do Piotrowic, te z duszy i serca po- 
zdrawiam. Misiek iak się też ma? Dziadzkowski czy płacze i czy 
ma płaka<5 nad czem ? Jak też tam wszystko idzie ? Co się dzieie 
z finansami, czy nadzielę nie pozawodziły ? Zasiewy iak się poka- 
zuią? Szkółka czy regularna? O wszystkiem tem przemyśli wam 
wśród świetności i wrzawy paryskiey. Adieu moie naydroższe istoty, 
kończę przez litośó nad waszemi oczyma. Kończę, ściskaiąc was, 
wasze ręce i oddaiąc się waszemu sercu, pamięci i błogosławieństwu. 

Dnia 6go Grudnia. Budzę się — pieczętuię list i oddalę go 
na pocztę, 17 tego miesiąca chciałbym bydź na iego mieyscu, bo 
luż będzie z wami, a za 5 dni i mnie także radość czeka' to iest 
list od was. Adieu raz leszcze, raz leszcze was ściskam. 

NB. Jeżeli Mandzia chce ostatnią paryską modę wiedzieó, to 
niech każe wziąśó axaraitu czarnego, zrobió z niego rodzay hal- 
sztucha męskiego, zawiązanego w kokardę i w środku niey spiętego 
kamieniem lakiem. Nazywa się to la cravaUe. Cette cramtłe esł 
tout ce gu'il y a deplm d la Modę, Les JSlegantes les portent depuis 
guelgues jours, et on trouve gue cela leur va hien que le noir du 
Yelours rehamse la blanchcur de leur cou, guarU d moi je trouve 
cela a:ffreux, elles ont toutes Vair, d'avoir mai d la Gorge. Mais 
vous savez gue la Modę est la premierę diviniU des Parisiens. Jeżeli 
Papa chce to mu opiszę mody elegantów paryskich, wiem, że goto 
bardzo bawi. 

16 Grudnia 1829 roku. Paryż. 
Jeżeli listy pisane z Paryża z ukontentowaniem przyimowane 
bywałą na ulicy Bielańskiej, z iakąż tęsknotą listy z Warszawy są 
oczekiwane, z iakąż radością czytane bywałą w Paryżu na ulicy 
Chausee d'Antin. Zeszły czwartek był iednym z tych dni rado- 
snych, których zawsze tak niecierpliwie wyglądam. Spałem leszcze, 
przez sen słyszę drzwi otwieraiące się, budzę się z nieukontentowa- 
niem. Franciszek stoi przedemną z dwoma listami, porywam ie, 
rozdzieram kopertę i czem prędzey połykam chciwie każde wasze 
słowo, moie drogie, naydroższe istoty. Z waszym listem odebrałem 

Listy Andrzeja Eoimiana. 5 



Digitized by 



Google 



66 



list od Fredry ; i Fredrze i Ezewustiemu w tych dniach odpiszij, 
obydwom teraz za pamięć dziękuię, lecz nayprzód z wami znowu 
pomówię, bo iuż dni 10 iak was nie widziałem, iakem nie rozma- 
wiał z wami. A nie chciałbym, ażeby list móy o godzinę się spó- 
źnił i na godzinę niespokojności was nabawił. Smutnem iest zape- 
wne oddalenie, lecz w tem korzystne, że daie poznać kogo nay- 
Biluiey kochamy, bez kogo żyć byśmy nie mogli. Jak głód ostrzega 
nas, że pożywienia ciało nasze potrzebnie, tak tęsknota w oddaleniu 
przypomina nam tę potrzebę pędz^ia dni naszych z temi, których 
kochamy, potrzebę wpatrywania się w nich, słyszenia ich głosu 
i udzielania sobie wzajem i myśli i uczuć. Ja choć bez was, iestem 
z wami z duszą, sercem, myślą, iestem szczególniej z wami, gdy od- 
bieram wasze listy, lub gdy mogę wynurzać wam i co czuię i co 
myślę. Niechże wam podzięjtuię, że pozwalacie pisywać do siebie i 
długo, i że często piśniecie do mnie, choć nie długo, ale regularnie 
i że znayduiecie przyiemność w tych listach moich, które dla mnie 
są naywiększą przyiemnością, bo mnie połączaią z wami. Wy to 
iuż wszytko wiecie co wam tu piszę, iuż wam to nieraz powtórzy- 
łem, a iednak leszcze powtarzam, bo mi tak dobrze w sercu, gdy 
wam mówię i o mojem i o waszem przywiązaniu; a w oddaleniu, 
przynaymniey przyiemności serca odmawiać sobie nie potrzeba. 
Uoznało jej serce moie, przed kilku dniami, gdym odebrał list od 
kochaney Xiężny Wirtembergskiej, ale iaki list; cóż to za anioł! 
Podziękuię temu aniołowi w tych dniach, a ieżeli wy możecie, po- 
dziękuycie pierwey. Cóż kiedy te wyrazy pełne dobroci, czu- 
łości, troskliwości, kreślone były w smutku. Pani Zamoyska mó- 
wiła mi, że miała świeże wiadomości z Puław, że Xiężna sama 
do niey pisała, a to co Xiężna Wirtembergska pisze do mnie, nie 
iest tak zaspokaiającem. Donieście mi prawdę, bo wiecie czy mnie 
to obchodzi. Ale cóż to się stało z przyiaźnią ienerała'), iakże mógł 
mnie tak zapomnieć. Dwa listy niby pisał do mnie, a ia ani ie- 
dnego nie odebrałem, byłem na poczcie, p3rtałem o nie, nie ma ich 
i nie było. Jeśli sam nie chce pisać do mnie, wy przynaymniey 
napiszcie o nim, o iego dzieciach, bo po was o nim nayczęściey 
tu myślę. Powiedziawszy wam uczucie moie, powiem wam teraz, 
com robił przez te dni 10, które ubiegły od ostatniego listu mo- 
iego. Dotąd zawszem od wielkiego świata zaczynał, dziś na nim 
skończę. Zmieniło się nieco teraz moie życie ranne od czasU; iakem 
skończył wizyty do muzeum i iak kursą się zaczęły. Teraz więc 



1) Morawski (P. W.) 



Digitized by 



Google 



67 

tak mam tydzień rozłożony: w sobotfj, poniedziałek, wtorek mam 
iekcy^ w Sorhanne lub au ColUge de France, w piątek mara Biblio- 
tok(», a w środ(j i czwartek staram się użyć czasu na widzenie tego, 
czegom ieszcze nie widział. Dziś wam moie opowiadanie zacznę od 
kursów, które od 1. Decembra otworzyły się. Ponieważ i Vill6main 
i fiuizot raz tylko ie daią na tydzień, i ponieważ godziny dość 
mi są dogodne, przez czas pobytu moiego w Paryżu będę uczęszczał 
na nie, bo miło iest godzinę i użytecznie i przyiemnie spędzić. 
Yillemain dnie swóy kurs we wtorek o 3 kwadranse na 12. Guizot 
w sobotę o Iszey. Andrieui w poniedziałek o 2giey. Cuvier, który 
wczoray otworzył swoie lekcye, którego wczoray słyszałem i któ- 
rego słyszeć chcę iak nayczęścicy, ma w sobotę i wtorek godziny 
od 3. O każdym z nich słów parę wam powiem. 1. Yillemain 
ma w Sorbonie powierzony kurs wymowy francuskiej. W tym roku 
zatrudniać się będzie literaturą francuską i południowych krańców 1 

w wiekach średnich. W tym więc roku usłyszem dźwięki Truba- 
durów, póydziem do źródeł poezyi romantyczney, przeniesiem się 
w te wieki poetyczne, w których szczęk oręża mieszał się ze dźwię- 
kiem lutni, w których łączono zalotność z barbarzyństwem, odwagę 
z pokorą, i w których towarzystwa, narody, a tem samem czucia 
i myśli, iakby z grobu wywołane, odnawiaią się i zdaią się młodość 
nowego życia zaczynać. Przedmiot tedy iest świetny, iest pociąga- 
iący, przemawia do imaginacyi, natchnąć może mówcę i godzien ^ 

iest wymowy tego, który w roku zeszłym tak świetnie malował 
literaturę nowszych czasów. Dwie iuż lekcye słyszałem. Oto iest ' 

wrażenie które na mnie uczyniły, oto iest wyobrażenie, iakie 
o mówcy powziołem : Pan Villemain iest jednem słowem doskonałym 
profesorem francuskim. O ile sądzić mogę, zdaie mi się, że j 

z dowcipem niezmiernym łączy talent i łatwość wymowy nadzwy- j 

czajną, wyraz u niego płynie po wyrazie, smak wykształcony stoi 
zawsze na •straży dowcipu iego, który w nim musi mieć przewagę. 
Ten dowcip zdaie się być bystrzeyszym od wyobraźni iego, tak, 
że nawet zapał, uniesienie iego, bardziey z iego rozumu, aniżeli 
z duszy pochodzą. Zdaie się on wiedzieć zawczasu, kiedy się ma 
zapalić i zawsze chcieć wyrachować wrażenie, iakie uczyni. Pan 
Villemain iest Francuzem i dowcipem i talentem, ulegaiąc więc 
gustowi francuskiemu stara się szczególniey Francuzów bawić i dla tego 
więcey żąda ich rozśmieszać iak zachwycać. Nie ma u Francuzów 
większey przyjemności nad śmiech, wie o tem pan Yillćmain, wie 
że naygłośnieysze oklaski uzyska, gdy go wzbudzi iakiem słowem . 
zabawnem lub dowcipnem. Ja żałuię, że wie o tem i że o tem pamięta 

Digitized by V:rOOQlC 



68 

wolałbym, gdyby te płynące i dźwięczne wyrazy, bardziey wyobra- 
źnią, uczuciem, zapałem szczerym tchnęły, aniżeli dowcipem. Sąd 
zdrowy, zdanie rozsądne, snadność wymowy, styl przyiemny, gładki, 
czasem porywaiący, dowcip niezmierny, wiadomości obszerne bez 
suchości pedantyzmu, smak wykształcony, oto są, ile mi się zdaie, 
główne zalety pana Yillemain, a mimo nie, przyznam szczerze, że 
nie zaspokoił on zupełnie oczekiwania moiego. Głos iego nie iest 
przyiemny, twarz brzydka, poruszenia ciała za żywe, tak, że zdaie 
się bardziey grać, aniżeli dawa<5 lekcye. Oto iest, co w ogólności 
powiedzieć chciałem o Villemain'ie; teraz dodam leszcze słów parę 
o dwóch iego lekcyach. Pierwsza, choó przedmiot był suchy, więcey 
mnie zaięła, wczoraysza zdała mi się mierna. W pierwszey lekcyi 
wyznał to sam pan Yillómain, że przystępnie do literatury i do 
wieków, z któremi nie iest obeznany, potwierdził to wczoray 
lekcyą swoią, gdy przedmiot świetny, dośó zimno i tylko dowcipnie 
wystawił. Na pierwszey lekcyi mówił on o zepsuciu języka łaciń- 
skiego a tworzeniu się francuskiego, przedmiot był suchy, iednak 
zgromadzenie oklaskami kilka razy przerwało mówcy, bo gdzie, tylko 
erudycyi i nauki trzeba, miło iest dowcip znaydowaó. Lekcyę tę 
mówca prawie temi słowami zakończył: „Lękałem się Panowie 
„zmordować uwagi waszey suchemi i niepowabnemi szczegółami 
„lecz przeyzdź przez nie musiemy, nim będziem mogli doyzdź 
„do literatury świetney i tchnącey wonią młodości ; i gdy teraz 
„umysł móy zaięty iest powieściami rycerskiemi, dozwolicie, że 
„porównam i Was i siebie do tego rycerza, który musi przebydź 
„puszcze ciemne, bagniska, łąki, wąwozy, mury, szańce, nim doydzie 
„do zamku gotyckiego, wśród miłey położonego okolicy, w którym 
„znayduie wśród świetnych podwoi tę, którey serce i myśli poświę- 
„cił i która staie się nagrodą iego pracy nużącey i trudów niemi- 
„łych.** Tak świetnem porównaniem zakończył pan Yill^main swoią 
pierwszą lekcyę. Wczoray zakończywszy mówió o ięzyku,* przeszedł 
iuż do początków literatury, którą rycerstwo i krucyaty natchnęły. 
Tu go czekałem, lecz znalazłem go zimnym, znalazłem, że żadne 
myśli nie wywiiały się z drugich, że iakoś ciągu i porządku w iego 
wczorayszey lekcyi nie było. Dwoiakiego rodzaiu literaturę uważał 
on w średnich wiekach. Pierwsza, którą duch starożytności ożywiał, 
druga bez żadney nauki, wiadomości, lecz pełna życia i młodości, 
to iest literatura nowa, którą Trubadurowie tworzyć zaczęli. O tey 
pierwszey bardzo dobrze mówił mówca, uważał on, iż mimo barba- 
rzyństwa i niewiadomości wieku literatura starożytna odżyć zdawała 
się wśród murów klasztornych. Xięża, mnichy szczególniey, w wie- 



Digitized by 



Google 



69 

kach tych zmuszeni do bezżeństwa, inney rozrywki nie znaydowali, 
iak w wynaydowaniu starych manuskryptów i wczytywaniu 8i(j w nie 
a tak przed światem ówczesnym zamknięci kratą żelazną, bardziey 
w dawnych wiekach żyli, do których ich przenosiło czytanie Tucy- 
dydesa, Liwiusza, Tacyta, aniżeli w czasach, płynących wówczas, 
które turnieje, rycerstwo, zalotnośó, w barwy poetyckie przybrały. 
Co mówca powiedział o tey literaturze, godne było oklasków, lecz 
gdy zaczął o tey drugiey mówió, myśli jego zaczęły się mięszaó, 
wymowa iego ostygła, i zdało się, że mówił o rzeczy, z którą obe- 
znany nie był. Czekam niecierpliwie lekcyi następuiącey, gdyż spo- 
dziewam się, że przecież przedmiot tak świetny, ożywi talent iego 
i natchnie go tak, iak natchnął Szlegla, który tak wymownie lite- 
raturę tę opisłvł. Jeżeli Yillemain nie zupełnie zaspokoił ciekawość 
i oczekiwanie moie, Guizot zupełnie im odpowiedział. G u i z o t iest 
profesorem historyi, daie w tym roku historyę wieków średnich, 
lub raczey trudnić się będzie wystawieniem stanu towarzystw, cy wi- 
lizacyi, rządu i nauk w wiekach średnich. Guizot iest może z całey 
Francyi, a nawet z całey Europy, naybardziey z tą materyą obezna- 
nym, znać to po nim. Wymowa iego mniey iest jędrną, świetną, 
błyszczącą, aniżeli Yillemaina, lecz wyrazy iego są zawsze brze- 
mienne myślą lub nauką. Głos iego iest przyjemny, poruszenia nie 
tak gwałtowne. Mniey może ma dowcipu, mniey wyobraźni aniżeli 
Yillemain, lecz więcey wiadomości, gruntowney nauki i więcey iest 
metodyczny, doskonale porządkuie myśli swoie i wykłada ie wybor- 
nie. Mówiąc na lekcyi, na którey byłem, o feudalizmie, zwrócił 
uwagę słuchaczów, iż trzy są główne feudalizmu charaktery, które 
go od innego składu towarzystw rozróżniają. 1. Natura dóbr grun- 
towych, 2. Połączenie prawa własności z prawem rządzenia. 3. Hie- 
rarchia tych rozmaitych dóbr czyli ogólny skład towarzystw. Co do 
pierwszego uważał on, iż własność była albo feudum albo allo- 
dium. AUodium była własność bez żadnego obowiązku, feudum 
było dane pod pewnemi warunkami. Francuscy prawnicy, chcą 
wywodzić etymologię tego wyrazu feudum od fides, fidelitas. Ale 
Guizot daie pierwszeństwo wywodowi prawników niemieckich, któ- 
rzy iego pochodzenie znayduią w wyrazach dawnych germańskich 
e wynagrodzenie i odd własność czyli dobro. We 
Francyi wyraz beneficium albo feudum znaczył to samo, ten ostatni 
ziawił się nayprzód na karcie Karola Łysego. Montesąuieu, Arably 
Eobertson utrzymują, że feudum przechodziło przez różne sto- 
pniowanie i tak nayprzód było odwołalne, potem stało się własno- 
ścią nieodwołalną na czas oznaczony, daley było dożywotniem i na* 



Digitized by 



Google 



70 

koniec zamieniło siej w dziedzici?wo. Guizot zwycięzko zbiiał tych 
trzech pisarzy, dowodząc, że te rozmaite rodzaie własności w ie- 
dnych czasach miały mieysce. Z tego krótkiego rysu poznać można 
iak systematycznie, iak porządnie post(jpuie sobie nauczyciel i iak 
kurs iego interesuiącym i nauczaiącym będzie. Nie raniey zaięła 
mnie lekcya Cuvier, który w tym roku au Collage Eoyal de 
France dawać będzie historyę nauk przyrodzonych. Otworzył on 
wczoray kurs swóy. Mowa iego przy otwarciu, w którey wystawił 
korzyść nauk przyrodzonych i korzyść poznania ich historyi, a zatem 
ocenienia usiłowań rozumu ludzkiego, do odgadnięcia fenomenów 
natury od naydawniey szych aż do naszych czasów, była równie wy- 
mowną iak pełną myśli. Daley przystąpił on do podzielenia historyi 
nauk przyrodzonych na trzy epoki. 1-sza religijna, druga filozofi- 
czna, trzecia ta, w którey podział pracy do nauk wprowadzony zo- 
stał i w którey każda nauka odosobnioną została. Pierwsza ta epoka 
zaymować będzie odkrycia Egypcyan, Indy«m, w których posiadaniu 
iedna kasta, to iest kasta Xięży była. Druga epoka zawiera czasy, 
w których umysł ludzki naturalnym poruszony popędem, zaczął prze- 
dzierać zasłonę, pod którą prawda się ukrywała, ażeby ią wszystkim 
umysłom chciwym tey prawdy obiawić i tii iest epoka filozofów 
greckich. Trzecia nakoniec zaczyna się dopiero w wieku XVI, bo 
choć iuż Arystoteles usiłował iedne nauki od drugich rozróżnić^ 
iednak późniey usiłowania iego opuszczono, dopiero w wieku XVI 
rozdzielać zaczęto filozofię od nauk przyrodzonych i te nauki przy- 
rodzone iedne od drugich rozłączono, dzieląc ie na, fizykę, cheraięi 
zoologię i t. d. Byłem też także przez ciekawość na lekcyi sławnego 
Thenarda, który w Sorbonie daie chemią. Przyiemnie iest sły- 
szeć mówiącego nauczyciela o nauce, która iemu samemu tyle odkryć 
winna. W dzień, w który byłem, mówił o świetle, o nowych odkry- 
ciach pana Dulong i Peteti o lampie l)avego. Tak więc widzicie, 
że i Sorbona miejsce w moich zatrudnieniach znalazła, i że teraz 
co tydzień kilka iey godzin poświęcę. Jeżeli Francya co do cywili- 
zacyi materyalney iest może niżey od Anglii i Niemiec, wyznać 
należy, że co do masy światła, co do łatwości uczenia się, nie ustę- 
puie żadnemu kraiowi. Dość iest póyźdź na przedmieście St. Jaques, 
co nazywaią Pays latin, ażeby się o tera przekonać co krok iakiś 
instytut naukowy, co godzina usłyszyć możesz głos nauczycieli, któ- 
rych imię iuż wsławione, iuż europeyskie i których wyrazy doydą 
do odległych wieków. Zdaie ci się, żeś iest w Atenach dawnych, 
i że kiedy z iedney strony wabią cię ogrody Akadema, z drugiey 
pociąga cię głos mędrca portyku. Wszystkie narody, wszystkie wieki 



Digitized by 



Google 



71 

i stany spieszą tu, ażeby sitj uczy(5. Na lekcył Villemain'a słyszałem 
witjcey iak sześć ięzyków, któremi uczniowie rozmawiali miedzy 
sobą, a które wszystkie umilkły, gdy zabrzmiał tym i<^zykiem po- 
wszechnym, europeiskim głos nauczyciela. Nie wyp^dzaią ztąd 
profesores sapientiae, iak w dawnym Rzymie i iak gdzieś ieszcze, 
zewsząd ich ściągaią owszem. Mnie się zdaie, że iak ludzie poie- 
dynczy tak i narody całe, iedne szczczęśliwsze będą od drugich 
w drugim świecie, a to w miarę pomyślności iakich na tey ziemi 
doznały. Ileż to rozkoszy musi bydź zgotowanych dla nas, kiedy 
u nas i smutniey i biedniey i głupiey i zimniey iak gdzieindziey. 
Co piątek i wtorek bywam w bibliotece; iuż skończyłem ga- 
binet medalów i starożytności, teraz zaymę się manuskryptami 
i polskiemi rzeczami. Zwiedziłem także pałac inwalidów. Ten Ludwik 
XIV, którym Francuzi tak paraduią, a którego ia nienawidzę, raz 
tylko był wielkim, to iest kiedy powziął myśl wzniesienia gmachu, 
w którym przytułek znayduią obrońcy Oyczyzny. Jeden czyn odwagi, 
blizna iedna, prawo nadaie zakończenia spokoynie wśród tych mu- 
rów życia tego, które w obronie kraiu na niebezpieczeństwo wy- 
stawionem było. Gmach ten godny iest wielkości i szlachetności 
celu, na który był wystawionym. Jest on zbudowany w wielki kwa- 
drat, zakończony kościołem. Więcey iak 3000 woiowników mieści 
się w iego murach. Zwiedziłem kościół, zwiedziłem i rotundę, która 
iest prawdziwie wspaniałą. Dwa w niey groby są umieszczone : 
Tureniusza i Yaubana. Do czterech rogów główney rotundy przy- 
stawionych iest cztery m niey szych, których ołtarze przywrócono. 
Byłem także w sali Bady, nazwaną salą marszałków: umieszczone 
w niey są obrazy wszystkich zmarłych francuskich marszałków, 
wylawszy Neya i Xięcia Józefa ; 3000 woiowników utrzymuie się tedy 
w tym instytucie, Z kilkoma rozmawiałem i przyjemnie mi było 
przekonaó się, że nie tylko spokoyne, wygodne, ale nawet szczęśliwe 
życie pędzą. O godzinie 10 iedni, o 11 drudzy iedzą śniadanie 
zdrowe, ze trzech potraw ; o 4 i o 5 iedzą obiad także z 3 półmi- 
sków składaiący się; każdy co dzień ma butelkę wina, każdy ma 
na rok dany mundur, bieliznę, pościel; oprócz tego żołnierz ma 
dwa franki na miesiąc, podoficer 4, a officer 8. Maią bibliotekę, 
ogród i zupełną wolnośó. Nie można sobie wystawić, co to za gaduły 
te inwalidy; widziałem kilku bez rąk, nóg, ale żadnego nie znala- 
złem bez ięzyka. Jak mnie złapali, puśció mnie nie chcieli ; chcieli, 
żebym pił z niemi, i gdym powiedział, żem Polak; gdy na nieszczę- 
ście dwoich się znalazło, którzy odbyli w Polszczę kampanię, musia- 
łem wysłuchaó opowiadania ich, które nigdy się nie kończyło. Wi- 



Digitized by 



Google 



72 

działem starego inwalidę, który ma iuż lat 106 i który leszcze 
służył pod dowództwem Maurice de Saxe. A tak widziałem woio- 
wników : z Fleurus i Arkoli i Marengo i Austerlitz i Bautzen. 

18. Grudnia 1-29. Piątek, 
Im mniey spodziewana przylemnośó tern przyiemnieysza. 
Wczoraj list wasz 4-go pisany odebrałem, a co więcey zapewnienie, 
że 00 tydzień pisy waó będziecie. Zgoda, zgoda ; — - i bardzo chętnie 
przystaię na to, a zatem iuż nie I-go i 15-go, ale co tydzień; po 
odebraniu waszego listu, ia swóy odpis zaraz poślę, a tak choó 
króciey, ale częściej widywaó się będziem. Z tym listem trochę się 
spóźniłem, czekać go będziecie koło 25-go, a on ledwie 30-go was 
doydzie, ale odtąd iuż regularnie każdy tydzień przyniesie wam 
uściśnienic mole. Moia droga, kochana Mamdzia, iakże ona mnie 
kocha — iak iey każde słowo tak dobrze wpływa w serce moie. 
Niech mnie kocha, bo to moie szczęście, ale niech będzie zupełnie 
spokoyną o mnie, bo zdrów, bo czerstwy wrócę do niej, zdrów i na 
umyśle i na ciele i na sercu. Nie zaziębię się tutay, nóg nie za- 
moczę, rumatyzmu mieó nie będę, słowem, kiedy myśli o mnie, 
niech mnie widzi zdrowym, czerstwym, tylko tęsknącym do was. 
Kabriolet mam na cały wieczór; — prawda, że co dzień wracam 
o 1-szej w nocy, lecz zawsze w kabriolecie, bo choó ułożyłem się 
z moim panem Sierakiem, (bo tak się nazywa móy kabrioletarz i 
Sieraczka mnie przypomina), że o 2. będę go braó i trzymaó do 
nocy dla siebie, nigdy go nie biorę iak o 5 7i wieczorem, a trzymam 
do pierwszej w nocy. Moia Mamdziu kochana, myślisz, że tu mamy 
10 stopni zimna, dotąd nie było więcey iak 5, ale prawda, źe tu 
zimniey kiedy 1 stopień, iak kiedy u nas 10; dziś pierwszy raz 
śnieg pada, ale po polsku, to iest tak, żeby sankami można ieździó. 
Cieszy mnie to, bo Francuzi wyperswadowali sobie, że u nich zimy 
nie ma, i nie ma dla mnie większey rozkoszy, iak widzió tu Fran- 
cuza drżącego od zimna. Bo czemu nie przyznaó, że i tu zimno; 
czemu nie mieó okien dubeltowych, pieców. Po co ta fanfaronada 
klimatu, który w zimie iest zimny. Ponieważ za tydzień znowu 
będę do was pisaó, nie pozwolę sobie długo dziś gawędzić i dla 
tego spieszę wam o wielkim świecie słów kilka powiedzieć. Już 
tedy, iakwam to donosiłem, ustalony i usadowiony iestem w tym 
Towarzystwie au Faubourg St. Honore, a nawet iak to u pani Jumilhac, 
z którą zawsze w wielkiej czułości iesteśmy, z panią Flahault, itd. jestem 
dam Tintimiti, o tyle, o ile bydź można po dwumiesięczney znajo- 
mości, lecz w ogólności muszę się pochwalić, że tu prawie wszyscy 



Digitized by 



Google 



73 

bardzo dobrzy i grzeczni dbi ranie ; nawet iuź i z panią Girardin 
iestem bardzo dobrze, która iest najtrudniejsza. Teraz dużo iest iuż 
do roboty w świecie, bo oprócz dni rozebranych przez to panie, 
u których bywać i trzeba i prawdę mówiąc najprzyiemniey iest, iuż 
pełno i wieczorów i rautów i nawet balów; i tak we wtorek iest 
teraz dwa wieczory u X. de Maille, która bardzo grzeczna i przyiemna, 
i dowcipna, i u p. de Chasetenny, z którą także bardzo d(»brze iestem; 
w poniedziałek zeszły był wielki raut u pani Appony. Kilka apar- 
tamentów dobrze oświeconych; tłum ludzi, ledwie w nich pomie- 
ścić si(j mogący; bufet, przy którym różne Rafraichissements rozdaią, 
ciąg pojazdów na ulicy i dosyć nudów stanowią to, co nazywaią 
raut. Wczoray takiż raut mieliśmy u ambasadora angielskiego, a we 
środ(^ byłem na wieczorze tańcuiącym u pani Portalez, na którym 
iednego walca puściłem sitj z panią Caraman. Jeżeli wszystkie bale 
podobne do tego wieczoru to nie zabawne. Ci Francuzi, tak żywi, 
letcy, weseli, nie tańcuią, tylko chodzą. Walc ieden tylko ożywia, 
bo kontredanse chodzjtce zdaią sifj bydź parodią tańcu. Nic tu in- 
nego nie tańcuią tylko contredanse, walce i raz galopadę. Na tym 
wieczorze środowym widziałem wielo ładnych twarzy. Siostra pani 
Caraman leszcze ładnieysza od niey, a mała Laborde, taka ładna, 
że iuż iey skrzydełka rosną i że nie zadługo w aniołka się zamieni. 
Siostra iey, a zatem córka pana Laborde, pani de Lossert, esł une 
des fernmes les plus distengtUes de Paris ; poznałem się z nią od dni 
kilku, bo dopiero ze wsi wróciła, śliczna iest i twarzą i rozumem 
i talentami i sercem. Dziś imieniny naszego cesarza i wielki bal 
na dwa tysiące osób u ambasadora; zatrzymam umyślnie list ten 
do iutra, ażeby go wam opisać. Dla Mamdzi zrobię tę ofiarę, że 
będę uważał toalety, ale nasza męska toaleta nie wygodna, bo w 
mundurach. Już tedy bale się zaczną, bo wkrótce bal u pani Del- 
mar, potem u lady Stuart, to iest ambasadora angielskiego, a 30go 
u Xięcia Tufiakina. Ażeby ci dadź dokładne wyobrażenie, moia ko- 
chana Mamdziu, (bo papcię to nie interesuie), o osobach, z któremi 
naywięcey tu żyię, chciałbym ci określić portret każdego, lecz że 
to za nadto przeciągnęło by móy list dzisieyszy, odkładam to do 
przyszłego tygodnia, a teraz leszcze tylko słów kilka dodam. Z no- 
wych znaiomości naybardziey interesuiące, które zrobiłem, są 1. 
lorda Palmestron, iednego z członków dawnego ministeryum angiel- 
skiego, który bardzo przyiemny, i którego uważaią za naypierwszego 
teraźniejszego dyplomatę angielskiego. 2. pana Portali dawnego 
ministra, z którym się u pani Moncalme poznałem. Choć w Paryżu 
wiele iest bardzo cudzoziemców, nie wiele ich widać w świecie, tO 



Digitized by 



Google 



74 

iest w towarzystwach poufalszych; i tak na 3000 Anglików, którzy 
bawią w Paryżu, tylko 3 bywa dans la socirte intime dout je vom 
parU łoujoiirs, to iest Bonard, Tonipson i lord Palmestron; z Po- 
laków Walewski i ja, z Kossyan tylko X. Tuflakin, który tu iuź 
zamieszkały. Na wielkich zaś wieczorach i rautach tłumy Anglików 
przesuwała siej. Nowy przybyły do ambasady austr)^ackiey Xiąź(j 
Schwarzenberg zaczyna bydź dośó en vogtie i młody Karoli, który 
naypięknieyszy mężczyzna z całego Paryża. Pani Karoli siostra Xny 
Palfy, którą w Dreźnie znałem, iest także tu i bardzo ią tu lubią. 
Z tłumu cudzoziemców ci, których dopiero wymieniłem, naywięcey 
w tem towarzystwie bywaią, w którem ią sii^ usadowiłem. Wczoray 
byłem na obiedzie u Mieczysławów Potockich, którzy tu bardzo 
wiele muszą expensowaó. Sama piękna, ale kocha- się w niey nie 
będę. Moia Mamdziu, iak mi się będzie śmiesznie zdawaó, wróciwszy 
do Polski, iadaó o 2, kiedy tu o 6, 7, a nawet i 77,. Oncgday up. 
Flahault iadłem o 7, wczoraj o 7Y,, zwykle iadam o 6. Byłem także 
na obiedzie w zeszły wtorek au Salon des etrangers, to iest tam, 
gdzie graią, ale spodziewam się, żeście zupełnie spokoyni, i że do- 
myślacie się sami, żem nawet ani pomyślał grać. Jak wiecie, iest 
towarzystwo, które od Kządu wszystkie gry wzięło, i za które płaci 
6 milionów ; ma ono tedy w kontrakcie wymówione, iż będzie utrzy- 
mywać ieden dom gry w sposób następuyący: Gospodarzowie domu 
tego maią bydź same osoby de la sociiti^ prezesem iest un Comte 
de Dillon. Dom ten nazywa się Salon des etrangers, nikt do niego 
weyścia nie ma, tylko osoby prezentowane co sobota i wtorek; wielki 
muszą dawać obiad na 30 osób, co dzień o 1 kolacya; na obiady 
zapraszała biletami. Byłem tedy zaproszony, byłem na obiedzie, który 
iest naywykwitnieyszy z całego Paryża. Takim to łudzącym sposo- 
bem pociągała ludzi na ich zgubę. Jednakże namiętność gry zaczyna 
ustawać, widziałem graiących, nie widziałem grubych graczów, za- 
czynała i Anglicy i cudzoziemcy bydź mądrzeyszymi, i iuż teraz nie 
elycliać, ażeby się zgrywali. Oto w krótkości, com miał wam o 
świecie powiedzieć, ale leszcze muszę opowiedzieć wam przedziwną 
historyę pani Zamoyskiej. Ambasador radził iey, ażeby się prezen- 
tów ata u Dworu, żądała ona tedy audyencyi u króla, wyznaczono 
iey dzień i godzinę, przyjeżdża ; przy drzwiach powiadała, że nim 
do N. Pana weysdź będzie mogła, musi pierwej bydź u premier Gen- 
tilhommo delaChambre, którym, wtey chwili służbę pełniącym iest 
X]ążH d' Aumont, stary, głuchy i trochę waryat; na trzecie piętro 
doszedłszy, znalazła się na końcu p. Zamoyska u niego i po długiem 
oczekiwaniu przypuszczoną do iego pokoju została ; lecz pierwsze 



Digitized by 



Google 



75 

zapytanie, które iey zrobił, było iak się nazywa, i czyli raa dosta- 
teczną racyę, ażeby bydź prezentowaną. Uraziło to ią trochę: odpo- 
wiedziała mu : „ Cu^elle lul laisait le soin deV apprendre i wyie- 
chała. Król, dowiedziawszy się o tern, bardzo był niekontent, złaiał 
X. d' Aumont i kazał mu napisać list przepraszaiący, qui itait 
concue en les termes: „Madatne, vous nCavez avec icrit unę encre si 
blanche, que je W ai pas pu lirę votre nom, fai cru que Vous 
n*&iez pas M. Zamoyska, Mais Madame Zoe- Mouska, Trzeba zaś 
wam wiedzić, że pani du Caylas, kiedy pierwszą audyencyę u Lu- 
dwika XVIII wyrobiła sobie, prezentowana się pod imieniem Zoe du 
Caylas. Stary Francuz wystawił sobie tedy, ze to nowa edycya pani 
Caylas, i źe to są sidła zastawione na serce Karola X. Jak to 
francuskie, iak to przedziwne. 



19. Grudnia. 

Jeszcze dodaię słów kilka o balu, który był wspaniały i we- 
soły ; iednak miło mi było widzieć, źe warszawskie bale, w niczem 
tuteyszym nie ustępuią. Ścisk był wielki, choć kilkanaście pokoi 
otwartych, lecz salon, w którym tańcowano za mały. Toalety były 
piękne bardzo i dosyć było ładnych osób. Palmę piękności uzyskała 
la Buchesse dlstrie, żona marszałka Bessiere, pani Caraman (bra- 
towa tey co w Dreźnie), itaił fort entourie, iam tylko dwa walce 
tańczył; jeden z nią, drugi z Panią Karoli. Bal się zaczął od kon- 
tredansa; Xiąźę Chartres zaczął go z Xną Leonową^). Jakże mi się 
Xiąźę Chartres podobał, iaki grzeczny, piękny, miły. Kolacya była 
o 1-szey, w dwóch salonach, z których każdy w inney stronie domu, 
od razu zasiadło 200 osób. Wszystkiego było w obfitości, słowem 
c^itait une belle fśte. Tańcowano tylko kontredanse, walce, raz ma- 
zurka ale sami Kossjanie i Polacy. Bal zaczął się weselszy o 1-szey, 
kiedy ścisk był mnieyszy, ale tu bale strasznie smutne, bo kontre- 
danse chodzone wcale nie zabawne. Spieszę się dziś, bo to iuż 19, 
a wy spodziewacie się, żem 15 oddał list na pocztę, lecz na przy- 
szły tydzień wrócę leszcze do balu tego i leszcze dłużey gawędzić 
będę niż dzisiay. Co do toalet, które uważać obiecałem, naywię- 
cey było białych sukien z bukietami ze świeżych lub robionych 
kwiatów, nie przy boku, lecz w środku przepaski, na głowie kape- 
lusze białe z piórami lub turbany, lub włosy z kwiatami. Rękawy 
szerokie iuż mało noszą, teraz modne są krótkie stoiące, fałdowane 



1) Sapieżyną (P. W.) 



Digitized by 



Google 



76 

grubo, wyglądaią iak wachlarz rozwinięty; uważałem także, że bardzo 
iest moduą na małych wieczorach czarna suknia i kapelusz czarny 
z białemi piórami. Wiele noszą sukien axaniitnych. Wachlarze 
chińskie lub staroświeckie. Les Eleganłes nie noszą ich ze słoniowej 
kości. W ogólności wszystko teraz modne co staroświeckie, lecz i o 
modach rozprawia odkładam do przyszłego listu, bo dziś się spieszę, 
chcąc dziś koniecznie list oddadź na pocztę. 

Teraz do moiego papci drogiego obracam się. Po 20 lub przy- 
najmniej przed 1 będę musiał wziąś<5 pieniędzy na list kredytowy, 
lecz że pan Batowski ofiaruie mi tyle, ile mi potrzeba, gdyż spo- 
dziewa się wexlu z Polski, a ia widzę, że ieszcze pszenica nie sprze- 
dana, więc wezmcj teraz co będzie mi trzeba od pana Batowskiego 
a przy końcu stycznia wezmę razem więcey na list kredytowy. Dziś 
nie mam czasu przesład wam expensy moiey, znaydziecie ią w przy- 
szłym liście, ażebyście widzieli moie drogie istoty, że mnie i w Pa- 
ryżu rozsądek nie opuszcza i że tyle tylko expensuię, ile potrzeba 
wymaga. Dzięki Niebu, że nic złego nie ma w domu. Co się ze 
szkółką dzieie. Do Józefa Dłuskiego pisałem przed paru dniami. Dużo 
w tym tygodniu mam listów pisać, bo i do niewdzięcznika Jene- 
rała znowu napiszę. Moia kochana Mamdziu nie turbuy się, ażeby 
mnie zruynowały wasze listy, naymilsza to moia expensa. List wasz 
z Polski nie kosztuie iak 2 franki. Za ostatni nicem nie zapłacił a za 
lubelski 5 fr., wszystko więc iedno, czy frankować listy czy nie; 
mnieysza o to. wiele kosztuie, byle dochodziły. 

Panią Uińską widziałem raz na teatrze, lecz zresztą nigdzie 
iey nie widać, bo mąż ią na klucz zamyka. Xsiężna Galiczynowa iest 
we Włoszech, i wątpię, ażeby tu była. X. Walenty Radziwiłł przy- 
iechał tu przed kilku dniami. Sobolewski bawi tu ieszcze, co dzień 
go widuię. Chmura Polaków spadła w tym roku na Paryż. Pełno 
ich było wczoray na balu, lecz nie dbam bardzo, ażeby się z nimi 
poznać, ale dbam o to niezmiernie, ażeby przypomnieć mnie pa- 
mięci p. Niemcewicza, Sierakowskiego, Osińskiego, pp. Wichlin- 
skim, Krasińskiej, Małachowskiej, X. Adamowi naybardziey i wszyst- 
kim, którzy łaskawie i o mnie wspominaią. Ja nayprzód was, po- 
tem Piotrowice, nakoniec wszystkich domowych ściskam nayczuley. 
Dziękuję za życzenia, dziękuję na klęczkach za każdy list wasz 
moi kochani rodzice, moie dobro, szczęście i miłość. Stryia Wenen- 
tego , Henryczka ściskam. Stryiowi biskupowi wyrazy pray- 
wiązania nayczulszego , czy też list móy odebrał. Nainusia 
duszę w uściskach. Kochany nasz Batowski dość się ma dobrze ; 



Digitized by 



Google 



77 

przecież był wczoray na balu ; nie pisze dziś, bo za kilka dni spo- 
dziewa się listu od Papy, na który odpisze. 

Pani Zamoyska mówiła rai, że panna Cecylia przysłała iey list 
Mamdzi, w którym pisała iey o mnie i w którym prosiła, ażeby 
mnie macierzyńskiej troskliwości p. Zamoyskiej polecić; iak to moię 
Mandzi(j maluie ! Lecz spuśćcie się na móy rozsądek. Jednak muszę 
uściskać, podziękować za tę drogą troskę, za troskliwość. 



25 Grudnia 1829 r. Paryż. 

Wszak ieszeze nie ma tygodnia, iakem pisał do was, a jednak 
iuż znowu zaczynam pisać; choć niezmiernie wiele mam listów 
do wyexpedyowania, to iest do Morawskiego, X. Wiirtember^skey, 
Fredry, Rzewuskiego wszystkie ieszeze do parę dni odkładam, 
a do tego się biorę, który moim najdroższym istotom ma zdać 
sprawę, z mego tygodniowego życia. Bardzo się cieszę z tego, 
żeśmy iuż podpisali kontrakt pisywania do siebie co tydzień, tym 
sposobem, czas prędzey ubiegać będzie, bo częściey z sobą rozma- 
wiaiąc, częściey będziem mogli zapomnieć, o tych niegodziwych 
220 milach polskich, a 1100 milach angielskich, które stanęły 
między nami. Co to za radość teraz dla mnie, kiedy się piątek 
przybliża; dziś piątek, dziś iestem szczęśliwy, wesoły, i tylko 
spoglądam czasem w drzwi, czy ie list wasz nie otworzy. Jestem 
pewny, że w dzień poczty paryskiey, nie tylko Mamdzia ale nawet 
Dziandzia patrzy przez okno, czy Vhomme de lettrcs^ to jest Braif- 
trager iak go Małachowska nazwała, nie ugina się pod ciężarem 
yoluminów, które wam przesyłam. Otóż teraz, ile mi się zdaje, 
niech i Mamdzia i Dziandzia, co wtorek lub środę patrzą przez 
okno, gdyż Ja, co sobota lub niedziela, pisywać będę. Ten list 
w niedzielę wrzucę do skrzynki pocztowcy; dziś go zaczynam. I zacznę 
go, od poprowadzenia moiey kochaney, Mamdzi i Papci także, ieżeli 
go to nie znudzi do Galeryi portretów, złoioney z osób, z któremi 
tu naywięcey żyię. Co dzień prawie je widząc, znam iuż ie dosyć 
dobrze, każdą więc wam opiszę, a tym sposobem zapoznam was 
z niemi. Zaczynam od pierwszey sali galeryi w którey umieszczę 
portrety osób składaiących la petite coUerie du Faubourg St. Ho- 
noro. Je commence. 

1. Madame de FlahauU (Flau) est une Anglaise, c'est la filie 
de liOrd Keith. EUe n'est plus tres jeune, elle n'a jamais óte jolie, mais 
cela n'a pas empeche, qu'elle ne devint amoureuse, de M. de Flahault, 
qu'elle ne contracta presąue U matrimonio secreto, c'est k dire, 



Digitized by 



Google 



78 

qu'elle epousa son mari sans le consentement de son p^re ; elle 
a 200.000 francs de rentę, et elle aura un Majorat d'un million de 
revenu, si jamais elle a un fils, jus(iu'apr^.sent elle n'a que 5 fiUes. 
M. de Fląhault, a des nianieres brusąues, un peu meme desagreables 
elle dit un peu trop haut, et un peu trop souvent tout ce qu'elle 
pcnse et elle 8'occupe un peu trop de ee que les autres font. Elle 
est un peu atteinte de la politicomanie, elle a des opinions libe- 
rales extremraent prononcees, une adoration pour Napoleon, qui reja- 
illit, sur Walewski, mais je suis persuade qu'elle a bien des bonnes 
qualites, elle est eieellente amie, elle aime a obliger, et tant qu'on 
encourt pas sa disgrace, elle est bonne et aimable. Elle a bean- 
coup de bontes pour moi, et je ferai tout mon possible pour les 
conseryer. Lord Byron avec qui elle etoit extrement liee, disait en par- 
lant d'elle: „J'aime beaucoup Ma. de Flahanlt car elle m'aime 
beaucoup". Cest Walewski, quia8uccede a Lord Byron, elle Tadore, 
lui donnę de bons conseils, legronde souyent, et Taime d'araitie 
jusqu h la jalousie. Son salon et tres agreable, elle recoit tout les 
dimanches, donnę de petites soirees et de bons diners dans la se- 
maine, et c'est dans son salon, que s'amalgame la societe des libe- 
raux, avec celle du Faubourg St. Honore. 2. Madame de Jumilhac est 
la soeur du Duc de Richelieu, qui a laisse sa fortunę et son nom 
k son neveu, c'est a dire au fils aine de Mr. de Jumilhac. Je 
ne connois pas de personne a qui on pardonne plus facilement 
sa laideur et sa bossę. On peut meme la regarder, quand elle 
parle; tant elle a une conversation agreable, de Tesprit, delagaiete; 
elle dit des mechancetes sans etre mechante, elle saisit le ridicule 
et le cotó faible de chacun plus facilement que son bon cote et 
cependant elle a de la bienyeillance dans le caractke. Elle est ex- 
trement difficile pour le choix des personnes avec lesquelles elle 
vit et son petit salon, qui ne contient jamais ' et qui ne peut pas 
contenir beaucoup de monde est fort agreable, et peut — etre le 
plus agreable par cela piśme qu'il est petit et qu'on n'y rencontre 
que des personnes qu'on a du plaisir a rencontrer. Cest ma passion 
Mad. de Jumilhac, c'est une passion, que la reconnaissance fit naitre, 
car elle a tant de bontes pour moi, elle s'est tant occupó de moi que 
yraimemt vous deyriez Faimer aussi. Plus elle est difficile, plus ses 
bontós me flattent. Aussi j'habite son salon et j'y trouv0 bien du 
plaisir, car Mad. de Jumilhac est bien certainement la personne la 
plus spirituelle, la plus drole par Toriginalite et la gaiete de son 
esprit que j'aie jamais rencontree. 



Digitized by 



Google 



79 

3. Madame Alfred de Noailles filie de M. de NoaUles Duc de 
Mouchy, fut raariee a Tage de 17 ans au yicomte de Noailles qui 
deux ans apres son raariage fit la Campagne de Russie et s'yperdit 
sans que jamais on eut pu apprendre ce qn'il devint. Madame 
Alfred devintveuve, elle n'est plus jeune, elle n'est pas jolie, mais 
ellea quelque chose, qui plait et qui faitqu'on en a ete, et qu'on 
pourrait en etre amcfureux. Elle a de Tesprit plus que personne 
de la grace, de Tamabilite et cette coquetterie pour tout le monde 
qui la rend tres agreable sans la rendre dangereuse. Cest TEle- 
gante, c'est la femme spirituelle par preference, c'est elle qui 
anirae le plus les salons, par les charmes de sa conversation, c'est 
elle qui est toujours entouree. Elle est mordante , mais elle 
n'est pas mechante; mais elle n'est pas non plus aimante 
Elle n'a jamais rien aimó. Elle n'a pas eiłt le teraps 
d'airaer son mari et depuis qu'elle s'en est separóe, elle n'a 
youlut ni se remarier, ni raśrae passer les bomes d'une coquet- 
terie de salon ou d'une liaison de societe. Elle fait profession 
d'une raison froide, elle couvre de ridicule le sentiment, Tentbou- 
siasme, elle est toute francaise ; cela n'erapeche pas qu'elle ńe 
soit tres agreable. J'ai fait bonne connaissance avec elle, et j'ai 
toujours du plaisir a la voir et a causer avec elle et surtout k aller 
la voir le matin pour mieux jouir de sa conversation, Elle a une 
filie unique qui a tout Tesprit de sa merę et qui aura 500000 
francs de rentę, c'est le meilleur parti de la France, elle est trfes 
agreable, parfaitement bien elevće et de figurę Mademoiselle Cecile 
de Noailles reserable a Marie Krasińska. Madame Alfred ne tient pas 
maison et ne recoit que peu de monde. 

Ł Madame de Girardin est la soeur de Madame Philippe de 
Segur, elle a pour raari Tetre le plus desagreable et le plus in- 
suportable, mais comme ii vient rarement dans son salon, la maison 
de Mad. de Girardin est comme celle de Mad. de Jumilhac, la plus 
agreable car on n'y rencontre peu de monde, mais des gens qui se 
conyiennent et une conversation, qui deyient souyent generale. 
M. de Girardin a ete et meme elle est encore bien, elle a un ca- 
ractere doux, agreable et Tinegalite de son- humeur n'dte rien a son 
amabilite. Mais comme dans ce bas monde, on est souyent atteint 
d'une calamiłje cruelle, comme de la peste, de la fievre jaune etc. 
elle est atteinte d'une maladie qu'on appelle Amour et cette maladie 
dure depuig des annees, depuis des annóes elle nourrit une passion 
malheureuse pour M. de Grefeuil, qui n'aime que les millions 
qu*il a entasses et qui n'est propre ni h, inspirer ni ^ conce- 



Digitized by 



Google 



80 

voir une passion. Aussi est — ee une raaladie que cette passion 
de Mad. de Girardin ; une passion qui nc peut pas śtre aprouv6e par 
son esprit qui est juste et agreable. Mad. de Girardin est le necplus 
ultra de FElegance, elle est kes aimable mais fort difficile. Du 
commencemeut je n'avancais pas avec elle mais depuis une vingt- 
aine de jours, nous nous connaissons mieux et me yoilk bien avec elle. 
J'aime beaucoup son salon, j'aime aussi śon amabilite. 

5. la Comłesse de Noeilles filie du Duc de Talleyrand. Cest 
la femme du Cte de Noeillles que Mad. Ezewuska connoit. Cest la 
meillieure personne de tout Paris, on la fait passer pour peu spi- 
rituelle car ou avoue qu'elle est bonne. Elle est d'une obligeance, 
d'une amabilite generale qui fait qu'ou est pas flatte d'en Stre bien 
recu, mais en revanche on ne risque pas d'en etre mai accueilli. 
Elle a une trfes bonne maison et donnę de jolies soirśes. Voici les 
cinq Chefs feminins de la Societe du Faubourg St. Honore; 
Youlez vous ayancez plus loin dans cette Galerie de portraits ? 

6. La duchesse de Guiche est nee d'Orsay; elle a ete amou- 
reuse de son mari en Tepousant et son raari ne Ta epousee, que 
par amour. Cest la femme la plus belle de tout Paris, c'est une 
beaute classique, un modMe pour un sculpteur plutót que pour un 
peintre. Son caractere est aussi un phenom^ne en France, c'est un 
caractere passionne; elle sait airaer, mais elle ne sait pas cacher 
quand elle aime. Cependent, expression de sa figurę est plutót 
celle de la bonte, qua de la passion, je trouve meme, qne sa belle 
figurę ne laisse rien a deyiner pour le lendemain. Elle est bonne, 
elle est aimable, elle Test extremment pour moi, c'est peut etre a 
Tamitie que je porte aWal. que je le dois. L'autre jourj'aiete chez 
elle le matin, elle fit venir ses enfanta, pour me les faire voir. 
Non, jamais, je n'ai vu un aussi beau tableau. Cette belle femme 
dans son charraant boudoir, entouree de ses superbes enfants, m'a 
yraiment enchante. Non jamais je n'ai vu d'aussi beaux enfants. 
c'est rideal de la beaute en fait de beaute, en fait debeautó d'en- 
fance. Elle a trois garcons et deux fiUes. Maman deviendrait amoi;- 
reuse du plus jeune de ses garcons. 

7. Mad. deDelmar est la beaute la plus parfaite, quej'aie jamais 
rencontre ; c'est dommage, qu'elle entre dans Tage qui enleve tous 
les jours quelques charmes, elle est cependant superbe; vous vous 
doutez donc qu'elle n'est pas francaise et en eflfet elle est anglaise. 
Son mari le Baron de Delraar est Juif, mais dans une operation de 
bourse, ii a gagne dans une heure 10 millions; ii devint Baron, 
horame du monde et mari de la belle anglaise. II tient a present 



Digitized by 



Google 



81 

une excellentę maison et donnę Samedi un bal, qui sera le plus 
splendide de tout le Carnayal. Mad. de Delmar me fait Teffet d'une 
madone de Correge; le calme qui rógne dans rexpre8sion de sa 
figurę rehausse la beaute de ses traits, toute autre expression ne lui 
conyiendrait pas, je Tai vu une fois agitśe, cela ne lui allait pas; 
Tagitation sur sa figurę calme, etoit une mauvaise antłiithese, une 
espece d'aniichronisme. Elle est extremement bonne et aimable, je 
Tadraire et je Taime beaucoup. 

8. Mad. (TAudenarde est tres aimable, sans etre bonne, elle a un 
esprit mordant, mais elle a de Tesprit, elle a etó belle et vit 
encore sur son ancienne reputation, elle aime qu'on lui fasse la cour 
et comme son mari est en garnison a 60 lieues de Paris on peut 
la lui faire, sans crainte de facher le raari et avec la certitude de 
faire plaisir a la femme. Cest le Pce Schwarzenberg qui lui fait 
a present ce plaisir. 

9. Mad, Delessert est la filUe du Comte de Laborde. Cest peut 
śtre la personne la plus aiioable et la plus seduisante. Elle est 
remplie de talents, elle a de Tesprit, deTimagination. des con- 
naissances et autant de coquetterie qu'il faut en avoir pour plaire sans 
choquer relui qui youdrait Taimer. On Ta mariee a M. de Lessert, 
banquier d'une fortunę de quelques raillions, qui est le plus honnete 
homme du monde, mais qui ne la comprend pas, qui ne repond pas 
aux reves de son imagination. 

Ce mariage ne Ta pas toutefois rendu heureuse, ii n'a pas 
satisfait son coeur, ii a rendu son imagination et son coeur inquiet8, 
peut etre me me bizarres et cette inquietude, ce besoin secret de son 
^me d'en trouver une autre, qui peut la comprendre, la rend le 
plus seduisante. Sa figurę est charmante. Elle plait, elle reyient 
dans rimagination. On la trouve depuis quelqu'^s mois plus triste, 
plus mciancolique, elle a eu des raisons pour cela, mais elle est 
toujours charmante. Apresent ma bonne maman si cela ne vous 
ennui pas, passons aux portraits d'hommes. Voici M. de Flahault 
qui est toutefois le M^le de Mad. Alfred de Noailles, c'e8t Thomme 
du monde; comme elle tache de faire yaloir ceux qui causent avec 
elle, avant que de se faire yaloir elle mSme, de mśme Mons. de 
Flahault a cette amabilite genśrale, cette grace, cette aisance dans les 
maniferes et dans la conversation, qui sont le cachet d'un homme 
extremement bien eleve. 11 possede plus que personne d'esprit de 
salon et cet art aimable d'une conversation facile et agróable. II 
a ete trfes beau ii a eu beaucoup de succfes meme auprfes des Eeines 
et jusqu' a present ii a une intimite ayec Madame Alfred, que les uns 

Łistj Andnąja Koźmiana. 6 



Digitized by 



Google 



82 

appelent reminiscence, que les autres traitent d*amitie. Si j^ayais 
un fils on un fr^re qui feraient leur entróe dans le monde je leur 
dirai: Soyez comme M. de Flahault. 2. Eugfene Anninson; la viva- 
citó de sa repartie, roriginalite de ses bons mots, ferment le mó- 
rite de sa conversation. On aime beaucoup a causer avec lul, car on 
est sur de s'amuser et mśme de rire. EL est aimable, spirituel et 
j'ai un faible pour lui. 

Do8y<5 na dzisiaj i tak może was znudziłem, w przyszłym 
liście zapuszczę się dalej w tę galeryę portretów. Dziś poznaliście 
kobiety, które stanowią ozdobę towarzystwa du Faubourg S.Honoró 
Kończę bo w tej chwili, nie posiadam się z radości. Zgadnijcie 
czemu? List od was mam w ręku. 

Ce 26, 10'br 1829. 
Jeszcze dotąd biie mi serce z radości, bom znowu wasz list 
i list od poczciwego jenerała odczytał. — Co za szczęście ! wie- 
dzić ie mogę być o was spokojny ; co za szczęście patrzyć na to 
pismo, któreście przed 10 dniami kreślili. Co za szczęście na- 
reszcie dowiedzić się, że nasza kochana xiężna prawie zupełnie 
iuż przyszła do siebie, uratowały i% znowu łzy i modły tylu nie- 
szczęśliwych, to są naylepsze lekarstwa. — Ale co za smutek, 
że iuż one uratować naszego kochanego Arcybiskupa nie mogą. 
Co za strata dla kraiu; strata niepowetowana. Usuwaią się przed 
nami przedmioty naszey czci i uszanowania i ja i pan Batowski 
szczerześmy tą śmiercią zasmuceni. I z westchnieniem powtórzyć 
możem, że Polska straciła w nim Polaka. Dziękuię bardzo mam- 
dzi i papci za wszystkie wiadomości z Warszawy. Wszystko co 
pochodzi z mieysca gdzie wy iesteście, musi mnie obchodzić. 
Ale w tym ostatnim liście mało co z kochanych Piotrowic donie- 
śliście mnie, nic o Szkotce, nic o Miśku, a proszę wierzyć, że panie 
Noailles, Caraman Delessert, nie mogą mnie dla Miśka oziębić. 
Cóż to za mrozy okropne w tey kochaney Oyczyźnie, tutay nie 
ma więcey iak 7gradusów; iednak bardzo zimno i iuż niejeden 
Francuz umarzł. Śniegi wielkie spadły tutay i utrzyrauią się dotąd 
tak, że wczoray ieździłem z Walewskim sankami a Francuzy 
biegały za nami krzycząc : La Russie, allez vous en avec la Russie, 
i tak wyświstani byliśmy, lecz nie sami, bo iest iednakże z 12 
sanek w Paryżu, które od iednych uliczników świstane bywają 
kiedy przez drugich oklaskami są przyimowane. Moia poczciwa 
mamdzia przekonana iest, że muszę tu albo zmarznąć, albo zazię- 
bić się, romatyzmu dostać, wykręcić nogę, słowem, że cały z Paryża 



Digitized by 



Google 



83 

nie mogę wrócid; wszystko, cobym mógł na to odpowiedzieć, 
nie zaspokoi cię, iednakże mogę cię zapewnić, że nigdym tak 
zdrów nie był iak teraz, żem zapomniał żem miał kiedyś ruma- 
tyzm i że i oczy i gęba i uszy i nos móy zupełnie zdrowe. 
Bądźcie zupełnie o mnie spokoyni, bo bym nie dobrze używał 
Paryża, gdybym myślał, że go używam kosztem waszey spokoy- 
ności. Zresztą widzicie mnie jak w zwierciedle, listy moie prze- 
noszą was prawie do każday godziny mego życia. Wiecie co robię 
w piątek, co w sobotę, i tak wiecie że sobota, poniedziałek i wtorek 
iestem w Sorbonie. Mówiłem wam w przeszłym luScie o Villemei- 
nie, Guizocie; dziś wspomnę o Andrieui. Bjtflin na iego lekcy i 
w zeszły poniedziałek, ma on katedrę literatury au College Boyal 
de France; iakże jego lekcya podobałaby się była, naydroższemu 
z klassyków, to iest autorowi Ziemiaństwa. Andrieui jest starzec 
siedemdziesięcioletni, bardziey więc gawędzi aniżeli naucza, lecz 
gawędzi przyiemnie z miłym dowcipem. Bardzo zabawna jego 
lekcya, i ciągle śmiechem obecnych przerywana. Mówił on, na niej 
o wrażeniach (les emotions)^ lecz prawie cała lekcya przeszła na 
anegdotach zabawnych i epigramatach na romantyków francu- 
skich. Yillemain zdaie się, iakem to iuż uważał, grać lekcye, 
Andrieux zdaie się bardziej rozmawiać w salonie, aniżeli na- 
uczać z katedry. Okropnie tez ćwiczył tych romantyków francu- 
skich, ale z takiem przekonaniem, z tak dobrą wiarą, że choć 
często przesadzał, i przesad(j przebaczyć mu można było. Cette 
Cotterie^ mówił on, qui se croit une Ecole et quon devrait entoyer 
h VEcole, oublie que ceux qui veulent ronger U piedestał de la statuę 
de Radne ou de Boileau^ s^y ca^sent les dents^ i tym podobne. We 
wtorek zeszły byłem znowu na lekcyi Villemain'a, mówił o wpływie 
poezyi arabskiey na poezyę średnich wieków i dość wymownie 
skreślił charakter poezyi arabskiey i podobieństwo iey z archi- 
tekturą Maurów, mówił także o wpływie biblii na tęż literautrę 
średnich wieków; był gorętszy aniżeli na zeszłey lekcyi, ale podług 
mnie leszcze nie dość gorący. Cuvier na sesyi wtorkowey skończył 
historyę nauk naturalnych u Indyan i Egipcyan, przeydziem teraz 
do Grecyi i tu go czekamy. Onegday byłem na sesyi Akademii 
francus.kiey ; warto iest ażebym wam ją opisał. Akademia fran- 
cuska, która się na kilka oddziałów dzieli, miewa swoje posie- 
dzenia w gmachu wystawionym przez kardynała Richelieu 
zwanym Palais de Tlnstitut. Sala, w którey posiedzenia odbywaią 
się mniey iest obszerną i wspaniałą jak sala naszego Towarzy- 
stwa, iest ona okrągłą z piękną kopułą. Uroczystość, którą Aka- 



Digitized by 



Google 



84 

demia obchodziła w zeszły czwartek, była z powodu . przyięcia 
do iey grona pana Arnault i Etienne. Ci dway pisarze, chociaż 
dawniey zasiadali iuż w Akademii, po upadku Napoleona oddaleni 
z niey zostali z rozkazu rządu, teraz dopiero po śmierci Pikarda 
i Auger na nowo wybrani byli. Nic śmieszniejszego i zabawniej- 
szego, nad zwyczai przyięty w Akademii, zWyczai, który tylko 
we Francyi, w kraiu w którym próżność iest główna wadą, mieysce 
mied może. Akademik nowo wybrany, musi powiedzieć mowę na 
pochwałę członka zmarłego, na którego miejsce wybranym został; 
ieden zaś z dawnych członków, musi mu odpowiedzieć, musi pane- 
giryk zrobić i zmarłego i nowo wybranego akademika, z których 
ten ostatni słucha wszystkie pochlebne wyraz}, które mu w oczy 
prawią, bardzo go to może bawić, ale oboiętnych słuchaczy nie- 
zmiernie to nudzi. Jednakże sesya zeszła wcale mnie nie znu- 
dziła, pierwszy mówił Arnault, któremu pochwała Pikarda poru- 
czoną została. Mowa iego trochę za długa była, iednakźe nie 
bardzo nudna, i kilka razy została oklaskami przerwaną. Panu 
Arnault odpowiedział wybornie Yillemain. Zaczął on od przeczy- 
tania tych ślicznych wierszy Arnaulta, które zrobił w wygnaniu 
De la tige detachóe, pauvre feuille dessechee i t. d. i przeczy- 
tawszy ie, ładnie i zręcznie zwrócił mowę o przyczynach , które 
oddaliły Arnaulta z Akademii; uważał on iednakowoż że ten 
powtórny wybór, dać mu powinien przekonanie, ile pierwszy był 
szczerym i słusznym. Daley mówiąc o Pikardzie, dont le nom 
peut 6tre prononce a voix basse aprós celui de Molióre, iak powie- 
dział mówca; określił on w krótkości iego zasługi i ocenił iego 
prace. Doszedłszy do baiek Arnaulta, został przerwany hucznemi 
oklaskami po tym frazesie „On doutoit, que dans le pays de La- 
fontaine, c[uelqu'un eót le droit de faire des fables; yous Tayez 
prouve ce droit, en lisant vos fables satiriąues, on ne dira pas 
de YOUS le bon homme, mais on s'ecriera Thonnetn. homme, 
rhomme de bien^. Daley przeszedłszy do historyi Napoleona, na- 
pisaney przez Arnaulta, dodał mówca: On pourra vous reprocher 
monsieur, d'avoir ete plutót Thistoriographe que Thistorien de Na- 
poleon, mais vous Tayez ete apres sa chute. Vous n'avez pas flattę 
le Maitre de TEurope mais le triste Prisonnier du Eocher de 
St. Hólene. Słowem, mowa pana Yillemain, była pełna wymowy, 
a szczególniey dowcipu, który go natchnął kilku ślicznemi fraze- 
sami. Etienne miał chwalić Aijger, mało maiąc co o nim powie- 
dzieć, rzucił się na romantyków, których dowcipnie wyćwiczył; 
między innemi rzeczami powiedział; Cette cabale, qui se croit une 



Digitized by 



Google 



85 

Ecole, ayant entendu, que le Genie etoit quelquelois inegal, a cru, 
qu'il falloit rechercher Tinegalite, pour rencontrer le Genie. Na- 
zwał ich des Novateurs retrogrades i t. d. Odpowiedział mu pan 
Droz który rzucając się na stołku, deklamując, krzycząc, śpiewając 
swoią mniey zabawną mowę, wyglądał raczey na histryona, iak 
na poważnego akademika. Zakończoną została sossya raportem 
sekretarza Akademii, o nadgrodzie 60.00 franków przyznaney panu 
Jussieu, za naylepsze dzieło, napisane dla ludu i szkółek para- 
fialnych i nadgroda ta przytomnemu na sessyi autorowi wręczoną 
została. U nas czyby dano nadgrodę za takie dzieło; Szaniawski 
rzucił by klątwę na nie. 

Oto tedy iest móy raport o tey sesyi Akademii, na której byłem 
z Paeem i który wystarał mi się o bilet. Na następuiącey sesyi 
będę także, będzie ona miała mieysce za miesiąc, z powodu 
przyięcia Lamartina. Lecz co mnie tak uderzyło, a nawet nie po- 
dobało się, że polityka nawet do Akademii wcisnęła siei że w ka- 
żdej z tych mów koniec był poświęcony krytyce obecnego Mini- 
steryum i frazesom o ustaleniu instytucyi i utrzymaniu karty. 
Te frazesa nayhuczniey, j?ar uneexplosion d'applaudissements^ przy- 
iętemi zostały. Wyszedłszy teraz z Akademii, na chwilę przeydę 
do teatrów; zdaie mi się, żem wam nie wspominał ieszcze 
o Niemey z Portyci, którą graią na operze francuzkiey, gdyż 
w istocie iest to muzyka prawdziwie francuzka. Szkoda, że 
przedmiot włoski. Gdyby Włoch był się nim zaiął, iakąź cu- 
downą byłby utworzył harmonię; lecz i ta muzyka d'Aubert 
iest bardzo przyiemna, prawdziwie narodowa, to iest francuzka, 
wszędzie iuż ią spiewaią, wszyscy umieią ią na pamięd ; iednakże 
widząc scenę w Neapolu, widząc te tłumy Lazaronich, widząc 
wreszcie Wezuwiusz, a słysząc dźwięki francuzkie, zdało mi się 
widzie Turka we fraku, w trzewikach i pończoszkach. Słyszałem 
też na teatrze włoskim Don Juana Mozarta. Co za rozkosz sły- 
szyć go śpiewanego przez Pannę Sontag, Malibran i Heinfoelter. 
Mimo słodyczy Rossiniego, geniusz silny Mozarta uderza i unosi 
i cho<$ opera iest za długa szczególniey akt 2-gi, iest tak wiele 
cudownych mieysc, nacechowanych geniuszem, które za re- 
sztę wynagradzała. Opera Kara/fy le Nozze di Lamermoor^ nie 
bardzo się udała, wygląda ona iak dziecię Rossiniego z niepra- 
wego łoża. Zadziwicie się może drogie istoty, gdy wam powiem, 
że zaczynam poymowac, iż nawet te wyborne teatra francuzkie 
znudzić mogą i że będąc przez czas iakiś w Paryżu, nie myśli się 
o nich nareszcie. Teraz rzadko iuż bywam na nich, a nawet dwa 



Digitized by 



Google 



86 

ostatnie razy, eom byJ, na Yarietós i Feydau, niezmierniem się 
znudził. Z teatrów ieszcze na chwilę pobiegnę do salonów, nim 
ten list zapieczętuję. W nich nic nowego; wiecie a peu pris gdzie 
co dzień bywam. Zrobię wam iednak litanię, gdziem przez ten ty- 
dzień wieczory mole strawił. W zeszłą sobotę zacząłem wieczór 
u P. Delessert, byłem u X. Hamilton, gdzie tańcowano i skończyłem, 
u Pani Girardin. W niedńdą spędziłem go u P. Flahault. W po- 
niedisiałeJc u Pani de St. Aulaire, (której mąż est Thomme aimable 
le plus spirituel, le pluscharmant; c'est TAuteur derHistoire de la 
Frondę) skończyłem wieczór u P. Juniilhac. We wtorek byłem 
u X. de Maille, potem u Pani Chastenay, We środę u. P. Jurail- 
hac. We czwartek u Lady Stuart a potem u Pani Flahault ^ une 
Soiree en petit comite. W piątek oddałem wizytę Xiężnie Gon- 
taut (gdyż u osób, które się mniej zna, nie rano lecz wieczór 
bywa się z wizytą) spędziłem wieczór u X!ężny Guiche. W sobotą, 
to iest dzisiay, będę na balu u P. Delmar, Widzicie więc, że nie 
braknie mi wieczorów. W poniedziałek mamy balik u P. Cha- 
stenay, we wtorek bal u X. Tufiakina. W sobotę u Xiężiiy de 
Mailló także bal. Takie więc było moje życie salonowe, teraz 
was porzucam i na bal ubieram się. 

Ce 27 10'bre. 

Wróciłem o 3-ciej (ale nie bóycie się, żeby piechoto, bo 
mam kabryolet, dopóki chcę, i zresztą Walewski karetą nayczę- 
ściey mnie odwozi), budzę się dziś wcześnie, ażeby list ten skoń- 
czyć i oddadź na pocztę, bo nie chcę niedzieli opuścić. Bal był 
bardzo piękny, iednak i u nas równie piękne bywają. X-na Leonowa 
była wczoray bardzo ładna, ale nayładnieysza siostra Pani de Cara- 
man. Jam zawsze tylko walcowi wierny, i ponieważ naydrobnieysze 
szczegóły wam donoszę, więc powiem nawet o ile i z kim tańco- 
wałem. Walca puściłem się z P* Delmar, Karoli, Mieczysławową 
Potocką, Panną Grefeuil siostrzenicą Pani Girardin (która ładna 
i w dzień ślubu będzie miała 400 tys. frank, intraty) a kotiliona 
z Panią Caraman, z którą soit dit entre notis^ byłem przez kilka 
dni nie dobrze, mais la reconciliation a eu lieu hier. Je Vous 
ócris mes bons parents, toutes les betises, qui me passent par la 
tśte. Je vois dMci, que quand je prononce le nom d. Mad. de Car- 
man, vous tremblez de peur, qu'elle ne me tourne la tśte, mais 
ne craignez pas; sans toe capucin, j'ai armó de pied en cap 
ma raison depuis que je suis k Paris. W tey chwili przerywaią 



Digitized by 



Google 



87 

mnie i oddaia, co, zgadnijcie, bez łez wzdzięczności i rozczulenia 
wspomnieć nie mogę. List własnoręczny naszey drogiey kochaney 
Xiężny^) i iaki list; przez trzy dni go pisała, bo leszcze trudno 
iey pisad. Boże, cóż to za anioł, co za serce! Nie wiem doprawdy 
lak iey wyrażę (gdyż zaraz iey odpisuię) całą moic wdzięczność, 
całą radość, która serce moie napełniła, widząc iey pismo i czy- 
taiąc te wyrazy pełne iey dobroci i przyiaznych uczuć. Pisze mnie, 
że wygląda niecierpliwie wiosny, bo wygląda Pani Zamoyskiej, 
i gospodarza z Piotrowic. 

Kochany Oycze, napisz do niey dziękując za mnie. Ja zaraz 
biorę się do odpisu i będę się starać, ażeby przelać w niego wszy- 
stkie uczucia moie, i razem ażeby ią nim rozerwać i zabawić. Oby 
Bóg ią leszcze zachował W tey chwili także oddano Panu Batow- 
skiemu list twóy z wexlem, w którym i ia bilecik do siebie zna- 
lazłem. Co za szczęście miewać często wiadomości od was. Tak 
mola droga Mamdziu, wystawim za powrotem pomnik temu, który 
pismo wynalazł i Cyrusowi, który poczty pierwszy zaprowadził. 
Dziękuię wam za wiadomości z Warszawy. A teraz odpisuię ńa 
wasze pytanie. Nayprzód u Xney Beauveau bywam czasem, dziś 
nawet będę, ona bardzo grzeczna, ale dom iey trocha przenudny; 
qm cela reste entre nous. Quant & la Margrabina de Roguefeuil, 
byłem raz u niey z Panera Batowskim, i nie prędko znowu będę, 
bo nie mogę wystarczyć. Jest kilka domów zabawnych, do których 
chcą mnie prowadzić, a już muszę odmawiać, gdyż nie mógłbym 
wydołać. Zresztą la Margrabina nigdzie nie bywa i zawsze słaba, 
umrze tego roku, więc nie chcę się bardzo z nią zapoznawać, ażeby 
potem iey nie płakać. Co zaś do rady X. Adama, ażeby bywać au 
Faubourg St. Germain, to przecież pisałem do was, że i tam by- 
wam. Nayprzód cała familia de Noailles, P. Jumilhac, są du Paub. 
St. Germ. tylko że mieszkała na St. Honorć, a zresztą kilka wymie- 
niłem wam domów, w których bywam i które są du plus pur F, 
St. Germain, i tak Xiężna de Mailló, P. de Chastenay, de Mon- 
calme, de Boisgne, d'Osmond, La Duchesse de Narbonne, X. Gontaut, 
w tych dniach będę u Xiężny de Beaufremont z domu Montmorency, 
bywam u X. de Yaudemont, i t.d. i t. d. Mais guant i une espece 
dHntimitiy je ne Vai, et je ne la recherche, que dans la Sociitó ou 
je vais hdbituellement, et qui au fand esi la plus agreable. Teraz co 
do lekcyi wymowy i deklamacyi, taka iest moia odpowiedź. Gdybym 
wiedział, że mnie te na co posłużą, wziąłbym ie z wielką ochotą 



^) Księżna Izabella Czartoryska (P. W.) 

/Google 



Digitized by ^ 



88 

lecz nie dlatego żebym miał doskonałą wymowę; przekonany iestem 
que ce seroit en pure perłę, i zaraz się wytłómaczę. Kilka czy kilka- 
naście lekcyi, nie mogą ięzyka przełamać i choć by nawet przeła- 
mały, nie wielka korzyść. U nas to tylko panuje leszcze ta śmie- 
szna pretensya, ażeby koniezznie wymawiać po francusku iako Fran- 
cuzi i tem iest śmieszniejsza, że nikt prawie tak nie wymawia, 
gdyż nie tylko cudzoziemcy wszyscy moią zawsze akcent, ale nawet 
ci Francuzi go nabywaią, którzy innem: mówią ięzykami. I tak 
znayduię, że P. Caraman, która często mówi po angielsku, nabrała 
akcentu. Znayduią że Walewski nawet ma akcent. Trzeba więc 
sobie wyperswadować, i byle tylko dobrze mówić i łatwo, nie dbać 
czy będzie trochę akcentu. Jeśli chcecie, to wezmę te lekcye de- 
klamacyi, ale będę wolał wziąść lekcye angielskiego, dla wypra- 
wienia się w mówienie et v(ms verrez que dans quelques annies 
ou parlera dans le monde Anglais, comme on parle Francais, cela 
commence dijct. Co zaś do szczebiotania francuskiego, to musi się 
go trochę nabyć przez sześć miesięcy, szczebiocząc co dzień z nay- 
ładniey szczebioczące mi. Ale proszę was, nie spodziewaycie się, 
ażebym wrócił z Paryża Paryżaninem, nie chcieycie nawet tego, 
wrócę tym czem byłem, gospodarzem z Piotrowic. Lecz moie nay- 
droższe istoty, znowu zaczynam się zapominać, i znowu foliały na- 
bazgrałem; proszę więc p. Batowskiego, ażeby mi wyrwał pióro, 
bo iestem iak ten żarłok, który by się zajadł, gdyby mu nie wy- 
rwano talerza. Co to za radość! Morawski pisał do mnie, że już 
tylko 400 wierszy brakuje do końca Ziemiaństwa. 



W moment, kiedy ten list miał bydź oddany na pocztę, ode- 
brałem przyjacielu twóy list 17 datowany, wraz z wexlem, odpiszę 
ci późniey, teraz tylko w tych kilku słowach donoszę ci że nasz 
kochany Pan Jędrzey zdrów, że iak nayprzyiemniey y iak najużyte- 
czniey czas tu swój przepędza. Ściskam cię serdecznie, Imości 
ręce całuię. Mille amitić Niemcewiczowi, Sierakowskiemu et General 
Morenheim. 

A, Batowski. 

Ponieważ mi jeszcze trochę mieysca zostaie, przepiszę wyiątek 
z mowy Yillemaina, który okryty był oklaskami ; mówiąc do Pana 
Arnault, o iego historyi Napoleona^ wyrzekł te słowa: ;,Peut-etre 
dans cet ouvrage .iche de souvenirs et de tableaux, avez vous ótó 
quelquefois Thistoriographe du Conąuerant vaincu, peut śtre avez 
vous flattć sa dćfaite, comme tant d'autre8 ont flattó ses triomphes 



Digitized by 



Google 



89 

Mais le souyenir de tant de gloire, nieme embelli par le talent, 
ne peat desormais donner ni crainte, ni regret a personne; chaque 
jour la yerite se degage des partialites contemporaines, et se re- 
flechit avec plus d'eclat, dans le lointain lumineux de Thistoire. 
Un Nouyreuu Monde social a commence. La guerre dótournee 
de rOccident, pese sur les extreniitÓ8 barbares de TEurope orien- 
tale. La France ne gouverne plus les Nations, par ses decrets et 
par ses armes, mais elle leur ofifre encore, un grand spectacle dans 
le laborieux progres de ses libertes combattues. Jouissons cepen- 
dant du bonheur de vivre et de penser sous de sages institutions, 
plus fortes que les passions, qui youdraient les detruir, ou les al- 
terer. L'augu8te heritier du fondateur de la Charte, ue peut rien 
ambitioner de plus grand, que d'affermir cet ouvrage glorieux, et 
cet appui necessaire de sa dynastie". 

Nainuś czy żyie, ieśli żyie ściskam go. Teraz kończąc list, 
przesyłam stryiowi uszanowania, Henryczka i Dziandzię ściskam. Pio- 
trowicom i domowym kłaniam, Franusiowi . zalecam, ażeby daley 
dobrze się sprawował, a wróciwszy z czułością go przywitam. Wszy- 
stkim łaskawym, szczególniey panu Niemcewiczowi, Sierakowskiemu 
Osińskiemu, Mostowskiemu uszanowanie, toż u p. Wichlewskiey, Mała- 
chowskiey, Krasińskiey, Fredrze za parę dni odpiszę, M. Ezewuska 
a-t- elle recu ma lettre? Eappelez moi au souyenir de Mad. The- 
rfese, de M. Stryżewska, sa soeur, qui a bien des bontśs. pour moi, 
me la rappele par son amabilite. To co Krasiński mówił bayka, ale 
prawda że bardzo się kochamy et que nous sommes intimment. 
Cest nne bien bonne et agreable personne. Adieu! Adieu! 



4 Stycznia 1830. — Paryż, 

Jakżem dobrze rok zaczoł, iakież wyborne dostałem od was 
wiązanie, kolendę, to iest list wasz, moie nayukochańsze istoty ; 
w sam dzień Nowego Eoku odebrałem go i zdało mi się, że mi 
przyniósł radośó, szczęście, wesele na ten rok cały. Bo kiedy nie 
z wami, to przynaymniey z listem waszym go zaczołem. Traktat 
który z wami zawarłem pisywania co tydzień, korzystnieyszy dla 
mnie, aniżeli traktat adryanopolski dla cesarza rossyiskiego. Jakże 
mi teraz przyiemnie zbliżać się do czwartku lub piątku, to iest 
zbliżać się do waszych listów, do was. Jeśli moie pisma są dla 
was pociechą i przyiemnością, wasze dla mnie są naywiększą roz- 
koszą wśród rozkoszy paryskich. Dlatego też wprzód nim wam o tych 
drugi<5h zacznę mówió, zawsze wam o tey pierwszey wspominam, 



Digitized by 



Google 



90 

bo mi przyiemnie i czu6 ią i mówi<5 o niey. Dziś mam uczynić 
spowiedź z końca i początku roku, ale wprzódy zuowu moię ko- 
chaną Mamdzię biorę za rękę i prowadzę ią do drugiego salonu 
galeryi portretów. W przeszłym liście zapoznałem ią z paniami 
z Tow. du faub. St Honore, teraz przenoszę się za rzekę do przed- 
mieścia St. Germain. 

1. Madame de Dolomieu, damę d'honneur de La D. d'Orleans, 
est la meilleure personne du monde, c'etait une des amies inti- 
mes de la P. Jabłonowska, elle est bonne, obligeante, pas commóre 
du tout, ce qui est bien rare k Paris. Ses amies Tappelent le Don 
Quichotte de la loyaute, ce qui est encore rare a Paris. Je suis in- 
timement, mais tres intimement lie avec elle et sa filie, et jo 
vais les voir, trois ou ąuatre fois dans la semaine, entre 4 — 
6.— N. 2. Mrae de S. Maurys est la filie de Mme de Dolomieu, elle 
a beaucoup de connaissances, de Tesprit, ii y a des gens qui 
la croient mechante, mais ąuand on la connait mieux, on se 
persuade du contraire, elle est aimablo, elle a de la gaiete 
dans le caractćre, et je Taime beaucoup. A present nous allons entrer 
dans le fanbourg de St. Germain, mais avant que d'y entrer, ii faut 
que je vous fasse une petite preface qui vous fera saisir toutes les 
nuances du Faubourg St. Germain. Ce n'est point au fond la 
naissance, ce ne sont pas mSme les opinions, qui constituent ce 
qu'on appelle le faub. St. Germain, mais ce sont plut6t les habi- 
tudes. Aussi il'y a plusieurs sociótes, dans la socióte du P. S. 
Germain. Imo socióte fin fond du faubourg St. Germain, qu'on ne voit 
nulle part, qui ne voit personne, qui detóste les Etrangers, deteste tou- 
tes les autres sociótes, qui est toute francaise toute ultra royaliste, 
qui n'a rien appris, ni rien oublid, et qui doit 6tre ridicule, 
h force d'Stre onnuyeuse. Cest une societe toutafait patriar- 
chale, tous ceux qui en sont ne vivent qu'entre^ eux ! Je ne la con- 
nais pas du tout, mais ce sont les Mortemar, les Praslin, la familie 
Eouget etc etc. qui la composent. 2do Vient apres le pur Faubourg 
St. Germain, ii se compose de tout ce qu'il y a de mieux en fait 
de naissance, de tout ce qu'il y a de plus ultra en fait d'opinion8, 
mais cependant ii est plus modere et plus ci\ilise q[uant aux opi- 
nions que la societó, dont je viens de parler. Quant k celle-ci, elle 
voit peu d'ótrangers, elle ne passe pas les ponts, pour aller au 
Faubourg St. Honoró — elle va cependant chez les ambassadeurs 
et chez Taristccratie etrangóre (comme chez la Duchesse d'Hamil- 
ton) mais tout ce qui est liberał, est banni de son sein. LesNar- 
bonne, Thotel Montmorency, les Pórigords, les Bethunes etc. y appar- 



Digitized by 



Google 



91 

tiennent. Voici ąueląues personnes ąue je connois. 1 . La Princesse de 
Beaufremont, nee Montmarency, elle est bien jolie, elle a de bien 
bonnes manieres, des manióres de Montmorency, elle est bien ai- 
mable et valse le mieux de tout Paris, ii y a ąueląues jours que 
j'ai ete chez elle et nous ayons uue partie fixe de yalse pour tous 
les bals. Son mari est trfts poli, ii a une jolie figurę, on ni'a ra- 
conte k propos de lui une anecdote sur le compte de Wąsowicz, 
qu'on appelait h, Paris le boau polonais, titre dont ii etait extreme- 
ment fier ; quand ii entendit parler de de Baufremont ii desira ex- 
tremement le voir, croyant qne c'etait pour lui un rival de beautó 
et apres Tayoir v<i, ii dut s'ecrier avec indignation: on Pappelle 
beau ce Fremont, peut s'en faut qu'il ne soit laid. 2. la yieille 
Duchesse de Narbonne est une des personnes les plus spirituelles, 
que j'ai rencontre, elle sort et recoit rarement chez elle. Mnie 
Appony m'a fait le plaisir de me presenter h elle et j'ai eu celui, de 
la rencontrer deux on trois fois. 3. La Princesse de Leon, c'est la filie 
de Md. de Gioutaux, elle est aimable mais je ne la connais pas 
assez pour en dire autre ehose. 4. La Dce de Eosan cest la filie 
de la Duchesse de Duras auteur d'Ourika, elle est bien de figure,on dit 
qu'elle a plus d'esprit et de connaissances qu'elle ne parait en avoir 
jnais cependant elle n'a pas Tesprit de sa mke. Elle deraeure au 
Faub. St. Honoró et recoit les samedis. On ne rencontre toute cette 
sociśte qu'au faub. St. Germain, ii n'y a que chez Md. de Noailles 
qui est du Faub. St. Honoró, qu'elle se mele avec celle de Pautre 
quartier. Passons a la 3. partie du Faub. St. Germain, nous y trouverns 
des personnes, qui par leur naissance et leurs opinions appartiennent au 
noble Faubourg, mais qui recoivent chez elles ceux du Faubourg 
St. Honore ainsi que ceux du Faub. de St, Germain, et qu'on voit 
dans quelques maisons de ce premier quartier. On rencontre peu 
d'etrangers dans cette sociśtó, mais comme elle est sur la ligne de 
demarcation entre les deux Faubourgs, je Paime assez et y yais 
souyent. 1. La Duchesse de Maille est une des personnes les plus 
agreables de Paris, elle a de Pesprit, des connaissances, des manieres 
distinguóes, c'est une des maitresses de maisons les plus agreables 
que je connaisse, on dit, que toute grandę damę qu'elle est, elle n'a 
pas echappee aux faiblesses, auxquelles les petites et les gran- 
des dames echappent rarement, mais sa reputation n'en a jamais 
p^, c'est une copie de M. Zam. de Paris. Elle est extremement 
aimable pour moi et je n'omets jamais Poccasion de jouir de sa 
socióte, tant j'y trouve d'agrement. 2. Mme de Moncalme est la 
soeur de M. de Jumilhac, c'est le loup-garou de toutes les fem- 



Digitized by 



Google 



9ż 

mes ; on en a peur, on ne va chez elle qu'en tremblant et cependant on y 
vaj car on a toujours peur d'elle. Eh bien cette femme qui fait trera- 
bler Paris est bonne et aimable pour moi ; je suis dans ses hautes 
fayeurs et je yais chez elle avec plaisir, car elle a beaucoup d'esprit, de 
rinstruction, son salon est tres serieuT, c'est le salon des ministres, 
des ambassadeurs, des gens graves; on y rencontre aussi des littera- 
teurs, des savants. Comme son infirmitó la rctient toujours chez 
elle, elle recoit tous les soirs et tous les soirs on y rencontre 
les Pozzo, les Stuart, les Portal, Pasąuier, Martignac etc. etc. 
Cest comme je vous Tai dit la soeur de Mad. Jumilhac, mais fi- 
gurez vous que ces deux soeurs sont riyales entre elles, ąuant a la 
societ^ ; — ■ de manierę qu'on ne peut aller chez Tune sans deplaire 
a Tautre. Cette rivalit6 les a mśme un peu brouillees, cependant 
le matin, elles 8'aiment beaucoup, elles se voient; mais le soir 
elles cessent d'etre soeurs, elles se detestent, c'est bien drole. 
Aussi je ne dis jamais a Mad. de Jumilhac quand je vais chez sa 
soeur, je ne lui en parle jamais ; toutes les deux ont beaucoup d'e- 
esprit et toutes les deux se donnent ce ridicule. Dans ma-lettre 
prochaine, nous continuerons encore notre examen de cette gallerie 
de portraits k moins que cela ne vons ennuie. Na dzisiay dosyó, 
wyprowadzam was z tey galeryi, a prowadzę do salonów. 

Już się tedy zaczął huczny karnawał, to iest że się iuż za- 
częły to co tu balami nazywaią. I tak od czasn iakeśmy się nie 
widzieli mieliśmy w poniedziałek raut u PP. Apponich i balik 
u P. Chastenay, na którym była część Faub. St. Honore i en ma- 
jorite, przedmieście St. Germain, lecz który chociaż w małych po- 
koikach, bardzo był ładny i wesoły, ia się przynaymniey dobrze na 
nim bawiłem. Nazaiutrz, to iest we wtorek, był bal u Xięcia Tu- 
fiakina, lecz prawdziwie byliśmy w Eossyi, tak było zimno na nim 
i chociaż było dosyó zbytku, iednak mieszanina towarzystw rozma- 
itych zaszkodziła mu. W czwartek był raut u ambasadora angiel- 
skiego, w sobotę przeszłą mieliśmy bardzo ładny bal u xiężny 
de Mailló, był to bal francus}ri, ledwie kilku było cudzoziemców; 
był na nim xiążę Chartres, było wiele bardzo ładnych osób i we- 
soło się bawiono — do czwartey, co na bale paryskie iest bardzo 
długo. Był to bal du Faubourg St. Germain. Les heroines de ce bal 
etaient la Duchesse dlstrie. Mile de Bearn la soeur de Md. de 
Caraman, et la petite Laborde. Przypadkiem wszystkie trzy siadły 
obok siebie, co to był za ładny widok. Xiężna d'lstrie, iest w ca- 
łem znaczeniu tego wyrazu piękna kobieta, wysoka, rysy regularne, 
oczy piękne, leoz wyraz żaden. Panna Bearn iest ideałem zbioru 



Digitized by 



Google 



93 

wdzięków, świeżości, młodości, co to za ładne stworzenie, co za 
-wymowa w spojrzeniu, co harmonii, muzyki, woni w całej iey 
twarzy. Panna Laborde ma dopiero lat 14, dlatego zdaie się, że 
cherubinek na chwilę zeszedł z nieba i przybrał iey postaó. Jeszcze 
iey spoyrzenie nic nie mówi, ale niezadługo, iakże wiele powie, 
leszcze iey uśmiech zdradza dziecinne i puste myśli, leszcze sama 
nie wie że ładna, i na co iest ładna. W iey twarzy świeżey 
iaśnieią pierwsze dni wiosenne i wszystkie wdzięki, niedawno za- 
mknięte w pączku, rozwiiać się zaczynała. Biała, rumiana, z oczyma 
niebieskiemi, z koralowemi ustami, ząbkami białemi i włosami 
złocistemi. Te były trzy pierwsze piękności, gdyż dopiero po nich 
kładę xiężnę Guiche, Baufremont, panie Marullus, xiężnę d'Esu- 
lignac i t. d. Dziś mamy bal u P. Apponych, iutro chód słowo po- 
wiem wam o nim. Wczoray wyciągnąłem przecież p. Batowskiego 
na wieczór do p. Flahault, gdzie leszcze nie bywał, lecz gdzie go 
zaanonsowałem, gdyż z p. Flahault dawniey znał się dobrze przy 
Napoleonie. Chociaż ma się dośó dobrze teraz, ciężko ma iedna- 
kowoż oddalaó się od komina i naywiększą część czasu przy nim 
trawi. Przed kilku dniami zrobiliśmy obiad bardzo przyiemny, a szcze- 
gólniey bardzo dobry, to iest sześciu nas, pan Zamoyski, X. Wa- 
lenty, Pac, Walewski, P. Batowski i ia. Ułożyliśmy piknik au Ko- 
cher de Cancale. Nie wiecie, nie macie wyobrażenia co to iest 
le Rocker de Cancale. Mieliśmy na tym obiedzie to wszystko co 
tylko na kuli ziemskiey może bydz naywykwiutnieyszego, mogliśmy 
byli zaprosić na niego i Lukulusa i Yitelliusza i nawet Sieraczka. 
W przeszłą środę byłem na obiedzie u ambasadora naszego, który 
bardzo teraz dobry dla ranie. W dzień Nowego Roku byłem u dworu 
nayprzód u króla, do którego nuncyusz papieski imieniem ciała dy- 
plomatycznego przemówił, król mu z pamięci odpowiedział w wy- 
razach, które łatwo zgadnąó, a w których wynurzył radośó z utrzy- 
mania pokoiu i przyiaźni sprzymierzonych mocarstw. Od króla prze- 
śliśmy do Delfina, Delfinowej i nareszcie do xiężny de Berry, która 
mnie przyięła wraz z córką swoią, avec Mademoiselle. Frezentacya 
ta trwała z godzinę, w ciągu której przeszliśmy przez wszystkie 
klimata kuli ziemskiey, byliśmy w Syberyi, w Afryce, w Polszczę 
i Włoszech, gdyż przechodząc przez wszystkie sale i korytarze pa- 
łacu Tuileries, przechodziliśmy przez zimne, ogrzane i bardzo 
ogrzane pokoie, a tak na kolendę mógł każdy dostać kataru. Ja go 
przecież nie dostałem. Z Tuileries byliśmy au Palais Royal, 
gdzie mnie ambasador prezentował xięciu, xiężnie Orleanu, xięciu 
Chartres i bratu iego xięciu de Nemours, który bardzo do następcy 



Digitized by 



Google 



94 

tronu rossyiskiego podobny. Nie można bydź grzecznieyszym i bar- 
dziey uprzeymym, od xięcia Orleanu i od synów jego. We czwar- 
tek wieczór znowu wracamy au Palais Eoyal, gdyż będzie to dzień 
wielkiey prezentacyi, lecz miło wracaó tam, gdzie można bydź pe- 
wnym grzecznego przyięcia. Ja mam bydź iuż znany au Palais 
Eoyal, przez panią Dolomieu i Sobańską, która i tam niezmiernie 
dobrze widziana, nietylko od syna, ale nawet od rodziców. Tak iuż 
odbyłem wszystkie prezentacye i nowych nie chcę, bo bym wystar- 
czyć nie mógł. Znaiomościom, które dotąd zrobiłem ledwie wydołaó 
mogę. Dlatego też teatra bardzo zaniedbałem, przecież onegday by- 
łem au theatre de Madame, w loży iiężny Berry, z panią Girardin, 
i Jumilhac, na kilku bardzo ładnych sztuczkach. Louise ou larepa- 
ration, iest to nowa sztuka przez Scribe, którą na tym teatrze 
graią, która bardzo się podoba i którą teatr francuski, warszawski 
powinienby sprowadzić. Wc7oray byłem na włoskim teatrze z p. Fla- 
hault. Panna Sontag iuż tylko kilkanaście dni leszcze tu zabawi, 
iuż tylko kuka razy śpiewać będzie, wraca do Berlina, iedni mówią 
że wraca, ażeby śpiewać na operze berlińskiey, drudzy utrzymuią, 
że wraca iako comtesse Eossi. To pewna, że to wielka strata dla 
opery tuteyszey. Jakżeż ona wczoray śpiewała, cóż to za instru- 
ment iey głos. Obsypano ią też bukietami, kwiatami i ogłuszono 
oklaskami. Jakże wy nieszczęśliwi w Warszawie, że iey słyszeć nie 
możecie. Jak wrócę do was, to wam" zaśpiewam i pokażę iak ona 
śpiewa. 

5 Stycznia, 
O dni parę opóźniłem oddanie tego listu, gdyż leszczem się 
dość nie nagadał z wami, a onegday nie miałem czasu nagadać się, 
bom pisał list do naszey kochaney xiężny, która iak wam to iuż 
doniosłem, własną ręką dwie stronice zapisała do mnie. Dziś iednak 
choć późno oddam ten list na pocztę, późno, bo po balu nie wcześnie 
wstałem, po balu, który był bardzo ładny i liczny. Kolacyę dano 
tak iak u nas, to iest, że wszyscy od razu do stołu siedli, i tak 
bal przedzielonym został i po wieczerzy bardziey się zaanimował. 
Między rzadkiemi ciekawościami paryskiemi, widziałem na tym 
balu margrabinę Lule, siostrę Don Miguela i Don Pedra, która, 
iak wiecie była przymuszona uciec z Portugalii i bawi teraz w Pa- 
ryżu. Traktowaną iest zupełnie iak margrabina Lule, nie iak xię- 
żniczka portugalska, nie iest bardzo ładna, ale twarz przyiemna i 
oczy czarne, bardzo piękne. Lecz poymaię bardzo że wolała prze- 
stać bydź Infantką portugalską, ażeby zostać panią Lule. Cóż to za 



Digitized by 



Google 



95 

piękny mężczyzna ten iey mąż, co za rysy regularne, co za oczy. 
Nie ma iuź teraz żadnego balu w perspektywie, dopiero w sobotę 
u pani Delmar, a 14 u xiężny Gontaut aux Tuileries, na którym 
będzie la Duchesse de "Berry. Eównież iak w paryskich rozmowach 
salonowych nigdy nie ma ciągu, lecz skaczą z iednego przedmiotu 
do drugiego, tak i w moich listach przechodzę od salonów do aka- 
demii, od akademii do dworu, ze dworu do Piotrowic. Teraz z sa- 
lonów wyszedłszy na chwilę, weydę do Sorbonny, gdzie bywam co 
sobota i wtorek. Choó nigdy nie opuszczam lekcyi Yillemaina i 
Guizota, prenumerowałem się na ich kursą, gdyż przyiemnie odczy- 
tywać to co się słyszało. Z dzisieyszej lekcyi Yillemaina niezmier- 
nie byłem kontent, mówił z wielkim ogniem i zapałem i w nie- 
zmiernie żywym obrazie wystawił Krucyatę przeciw Albeyczykom 
(Les AJhigeois) Krucyatę, która nowy charakter nadała prowan- 
ckiey poezyi. Jakże on wymownie mówił o tym Inocentym HI, 
którego i6dno słowo, słowo straszliwe, cały lud zgładziło, cały kraj 
w pustynię zamieniło. Jakże dobrze wystawił tę piękną Prowancyę 
oświeconą słońcem pogodnem, wesołą, tumieiami, gonitwami rycer- 
skiemi, świetną, dworem Baymonda, hrabiego Tuluzy, otoczonego 
zawsze troubadurami, śpiewakami, kobietami, a po tey straszliwey 
krucyaeie tęż samą Prowancyę okrytą żałobą, wyludnioną orężem 
chrześciańskim i zamienioną w krainę zbrodni, morderstw, smutku 
i rozpaczy. Cuvier mówi teraz o filozofach greckich; na wczorayszey 
lekcyi, przeszedł do Sokratesa, dał rys szkół, które po iego śmierci 
utworzyły się, obszernie zastanowił się nad Platonem, rozebrał iego 
dyalog Time^ w którym zawarte są iego wiadomości o naukach 
. przyrodzonych i przeszedł nareszcie do Hipokrata, Herodota, Xeno- 
fonta i Oteziasza. Co też to za smutek dla mnie, że dotąd nie po- 
znałem się z Yillemainem, lecz w sobotę jem obiad u pani Deles- 
sert, na którym on podobno będzie. Ale bo co też to za labyrint 
ten Paryż, iak trudno wszystkim wydoład. Ja iak mogę tak wy- 
starczam, a iednak nie wystarczam. Wszystko iest w Paryżu, iedney 
tylko rzeczy braknie, ix) iest : czasu. Po tem życiu tak pełnem wrzawy, 
iakże sobie dobrze odpoczywać będę w cichych Piotrowicach, to iest 
odpoczywać fizycznie, a iakże wezmę się do pracy umysłowey, 
bo przyznam się wam, że choć tu bardzo przyiemnie życie pędzę 
zmęczyły by mnie te przyiemności gdyby za długo trwały. Ten 
spoczynek umysłowy, lub raczey to próżnowanie w iakim móy 
umysł zostaie, iuż mnie męczyć zaczyna. Już tedy moie drogie 
istoty połowa czasu na moią podróż przeznaczonego ubiegła, iuź za 
4 miesiące naydaley zobaczem się, ieśli mi się uda, tak bym chciał 



Digitized by 



Google 



96 

te cztery miesiące rozłożyć sobie. Jeśli izby francuskie otworzą się 
w lutym, to przez luty zabawię leszcze tutay, ieśli zaś będą w 
marcu zwołane, to koło 15 lutego chcę iechać na dni dziesięć do 
Londynu dla widzenia parlamentu, zabawię tara dni dziesięć, i 
wrócę na otwarcie izb francuskich. W pierwszym razie Igo marca 
poiechałbym do Londynu, wróciłbym 18. Zabawię leszcze w Paryżu 
do 10 kwietnia, ażeby zobaczyć choć początek wiosny francuskiey. 
"W Bruxelli zatrzymałbym się dni kilka, to iest tak, żeby na Igo 
marca bydź w Weimarze lub Dreźnie, a pierwszych dni tegoż mie- 
siąca bydź iuż z wami. Oto iest móy plan ieszcze nie potwierdzony, 
lecz który chcę wykonać o tyle, o ile będę to mógł zrobić bez 
wielkiey straty czasu i pieniędzy. Izby tuteysze będą bardzo cie- 
kawe, dotąd tu głucho, ministeryum trzyma się. W dzień N. Eoku 
przyięcie u dworu trybunału i prezydenta iego, p. Seąuier, dosyć 
hałasu narobiło. Król zimno go przyiął, a Delfinowa gdy się zbliżył 
do niey, powiedziała mu tylko Passez. Co teraz żurnale z tym 
Passez nie dokazuią, co kalamburów, co żartów. Trybunał zaś nie- 
ukontentowanie królewskie ściągnął na siebie za uwolnienie od kary 
dziennikarzy des Debats pociągniętych do sądu za pewien artykuł 
przeciwko ministrom. Zresztą nic tu nowego nie ma i stolica nawet 
europeyska głucha i bez żadnych nowin. Cóż to za głuchota musi 
bydź w Warszawie. Cóż się tam dziele u was? Czy też zimno > 
tutay mieliśmy iuż mrozy 12 stopni i Sekwana zamarzła. Co to za 
rozkosz była dla mnie przekonać się że i tutay rzeki marzną iak 
u nas. Teraz mrozy trochę zwolniały, kiedy mi tu zimno to myślę 
zaraz o moich jagniętach, co się z niemi dzieie, bo proszę wierzyć 
że często o iagniętach wspominam sobie. Wspominam i o Piotrowi- 
cach, o szkółce, o którey nic nie wiem od miesiąca. Niech sam anioł 
stróż Piotrowicki czuwa nad wszystkiem, a nayprzód nad wami. 
Stryi Biskup czy iest iuż w Warszawie, wybieram się pisać do 
niego. Stryia Wincentego, Henryka, Nainusia ściskam. Jak zawsze 
tak i dzisiay wszystkim łaskawym przypominam się. Zaymę się 
interesem p. Ostrowskiego i na przyszłą pocztę dam pewną odpo- 
wiedź. Dziś idę szukać instytutu głuchoniemych. Żegnam iuż was 
moie naydroższe istory, ażeby za tydzień znowu was powitać. Do 
Morawskiego iutro list posyłam. P. Ezewuskiey proszę zapytać czy 
odpisze panu Noailles, bo mu odpowiedź obiecałem. Micielskiego 
dotąd ieszcze nie ma, cieszę się na iego przyiazd, a szczególniey na 
list wasz. Spadła tu ulewa Polaków, których nie unikam lubo nie 
szukam i dotąd przecież żadney nowey nie zrobiłem znaiomości. 
Państwo Zamoyscy zdrowi, sama o matkę spokoynieysza, bywa 



Digitized by 



Google 



97 

w świecie, lecz nie co dzień. Księżna Leonowa ?aczyna przyzwy- 
czaiad się do Paryża, w wigilię Nowego Eoku była bardzo ładna, 
u dworu, dobrze ubrana i oświecona dyamentami. Adieu raz leszcze 
ściskam was, całuię. O Mamci komisach nie zapomnę. Jak się 
Franciszek sprawnie? Franciszek paryski znowu się zgrał i znowu 
mamy ambaras. 



13 stycznia 1830, Paryż. 
Wszak dziś tydzień raoie drogie istoty, iakem pisał do was, 
a iutro dni ośm, iakem wasz list odebrać. Przewiduię, (bo was 
znam) że przez kilka dni musieliście bydź niespokoyni, boście się 
mego listu 28 spodziewali, a on dopiero. 2 mógł nadeyśdź. Cho<5 
ułożyliśmy się co tydzień do siebie pisywad, co tydzień nie po- 
winniśmy listów naszych spodziewać się, bo teraz zima, złe drogi, 
śniegi, mrozy, zawieruchy, a wartoż nadaremnie choó godzinę 
w niespokojności przepędzić. I owszem, możecie bydź prawie pewni, 
że odemnie zawsze dobre odbierzecie wiadomości; Bóg by dał, że- 
bym równie dobre o zdrowiu moiey kochaney Mamdzi odebrał. 
W ostatnim liście nazwała się i ślepą i kaleką; iakżeż niecier- 
pliwie iutrzeyszego wyglądam, bo kiedy myślę, że ja tu się bawię 
i używam przyieraności paryskich, a ona tam cierpi, to mi teprzy- 
iemności i zabawy przestaią bydź miłemi. Przed kilku dniami pi- 
sałem do ienerała, list. zaadresowałem do "Warszawy lub Puław, bo 
na nowy rok ruski, to iest na dzisiay, ziedzie pewnie z powinszo- 
waniem i iaki tydzień zabawi. Jaki to dobry ten tydzień, za niego 
oddałbym chętnie kika tygodni paryskich, chociaż i one bardzo 
wiele warte. Nie chcę wam iuż powtarzać, że mi tu źle, bo 
bez was, lecz zresztą bardzo mi dobrze; także dobrze, że 
wśród tey wrzawy, h?vłasu, życia czas niezmiernie prędko leci, i 
coraz mnie przybliża do chwili, w którey was uściskam. Jesteśmy 
teraz wśród szału karnawałowego, lecz że ten szał w tym roku 
długo podobno potrwa, zdaie mi się, że wykonam móy proiekt od- 
wiedzenia Anglii dla zobaczenia otwarcia parlamentu. Już wam 
nadmieniłem o tym proiekcie, dziś wam to leszcze powtórzę. Par- 
lament angielski otwiera się 4 lutego, chciałbym więc 30 stycznia 
wyiechać, na 3go byłbym w Londynie, zabawiłbym dni dziesięć; 
przez tę chwilę (bo dni dziesięć w Londynie iest tylko chwilą) 
zobaczyłbym parlament i miasto, 13go wyiechałbym, 16go byłbym 
z powrotem w Paryżu. Przez te dwa tygodnie straciłbym tylko 
kilka balów paryskich, o które nie stoię i straciłbym może więcey 

^ ŁUtj Andiząja Eoźmuiift. 7 



Digitized by 



Google 



98 

kilkaset franków, a zyskałbym przyiemność odetchnicjcia powietrzem 
angielskiem i uyrzerda tego widoku otwarcia parlamentu, które 
może dadź wyobrażenie charakteru instytucyi angielskich. Jeżeli 
wi(jc czasy nie bardzo b(jdą zimne i ieżeli porachowawszy si^, prze 
konam si(^, że bez popsucia sobie moich kalkulacyi pieni (jżny eh, 
mogę tę przeiażdżkę zrobió, to koło 4go lutego napiszę do was list 
z Londynu. Dziś ieszcze piszę z Paryża, a zatem o Paryżu. Już 
tedy bachanalia zaczęły się i iuż po kilka balów mamy co tydzień. 
Chcecie w krótkości mieć dziennik mego życia tygodniowego, oto 
iest w kilku słowach: Środa. Eano wam poświęciłem, oddawszy 
list na pocztę, koło 4. byłem u pani Caraman, obiad iadłem u Wa- 
lewskiego. Wieczór oddałem wizytę pani Appony i xiężnie Hamil- 
ton i spędziłem resztę wieczoru u pani Jumilhac. Czwartek. Z rana 
pisałem do Morawskiego, byłem w bibliotece. Od starych szparga- 
łów poszedłem do młodey i ładney xiężny Guiche, która się wszy- 
stkiemi oudownemi dzieómi swemi otoczyła dla mnie. Cóż to za 
obraz piękny, widzieó tę śród nayładnieyszego gabineciku śliczną 
kobietę, trzymającą na iednem kolanie małą córeczkę, na drugiem 
drugą, a obok niey trzech chłopczyków, trzech aniołków, z których 
ieden umieścił się iey na szyi, drugi trzymał ią za rękę, a trzeci, 
ciągnął ią, ażeby ią uściskać. Jest tu w galery i obraz bardzo ładny 
Lebruna La Madone aux Anges, zdało mi się go widzieć ożywio- 
nym. Od pani Guiche poszedłem do pani Sobańskiey, iadłem obiad 
z panem Batowskim i Facem k THotel Mirabeau, a o 8. ustroiwszy 
się w mundur, poiechałem do Palais lioyal, gdyż był to dzień 
wyznaczony na prezentacyę. Dwie godziny na ulicy spędziwszy, do- 
iechałem wreszcie o 10 do drzwi pałacu. Zastałem więcey 3000 
osób. Damy szykowały się we dwa rzędy we dwóch salonach, 
liężna i xiążęta przechodzili i z każdą kilka słów mówili; po ko- 
bietach mieliśmy my mężczyźni podobnym porządkiem szykować 
się lecz, źe coraz więcej osób przybywało, że o Iszey ieszcze ko- 
biety nadieżdżały, nie czekaiąc na prezentacyę mężczyzn, o 2giey 
dostawszy się do mego sieraka i zostawiwszy ieszcze iakie 1000 
osób, wyiechałem do mego łóżka niezmiernie zmęczony i dlatego 
przeniosłem łóżko nad wieczór u Lady Stuart, na którym bydź 
miałem. Piątek. Z rana, to iest od 10 do 11, pisałem do Polski, 
od lltey, iak codziennie tak i ten dzień, do L przesiedziałem 
z panem Batowskim. Wróciłem znowu, ażeby pisać, i tak się zapi- 
sałem, że tylko na chwilę wyszedłem. Jadłem obiad z Poniatow- 
skim au Cafe de Paris ; wieczoru połowę spędziłem u Xiężny Guiche, 
drugą połowę u moiey p. Jumilhac. Sobota. Po moich dwóch go- 



1 



Digitized by 



Google 



99 

dżinach, przepędzonych przy kominku z p. Batowskim, wyszedłem 
o 12. na kurs Guizota, gdyż właśnie 3 kwadranse iśdź trzeba do 
Sorbony, z kursu iego poszedłem au College Eoyal de France na 
kurs Cuviego, który trwał do wpół do piątey. O 672 z panem Ba- 
towskim poiechałem na obiad do p. Delepert, który był bardzo za- 
bawny i przyierany i na którym p. Laborde, porzuciwszy dystrakcye 
swoie, niezmiernie wiele, dobrze i zabawnie mówił; ztamtąd poie- 
chałem oddadź wizytę do Tuileries a La Dsse de Gontaut, a od 
niey na bardzo ładny wieczór do xi(jżny de Baufremont, na którym 
była la Quinte-Essence du Faiibourg St. Germain, a z cudzoziem- 
ców tylko trzech, gdyż ich tam nie wiele przyimuią, lecz i xięźna 
Montmorency bardzo grzeczna i xi(jżna Baufremont, miła, przyiemna, 
ładna. Po tym wieczorze poiechałem na bal do pani de Delmar, 
który był bardzo ładny, wesoły i trwał do trzeciey. Niedziela, Banek 
spędziłem z panem Batowskim, z Morawskim, i nareszcie parę go- 
dzin praepróżnowałem u Walewskiego. Miałem bydź na bardzo 
przyiemnym obiedzie u pp. Delmar, na którym pp. Zamoyscy byli, 
lecz musiałem odmówić, gdyż iuż dawniey obiecałem się Monte- 
beli na obiad do iego matki, która w samej głębi du Faubourg 
St. Germain mieszka, a zatem ubrawszy się wcześniej, poiechałem 
na pół godzinki do pani Caraman, a od niey na obiad, na którym po- 
znałem się z całym rodem Montebellów. Le Duc bardzo mi się po- 
dobał, przed tygodniem wrócił z Ameryki południowej i wiele cie- 
kawych rzeczy można się od niego nauczyó o tych kraiach, które 
są bardzo interesujące. Z obiadu poiechałem na godzinę do d'0r8aya, 
do Buziaczka, a wieczór spędziłem u pani Flahault, gdzie było 
wiele osób i zabawnie. Poniedziałek. Z rana biegaó musiałem do 
krawców, ażeby mnie czem prędzej zrobili un des objets necessaires 
pour ma toilette de demain, na bal aux Tuileries, po czem na 
chwilę wpadłem do biblioteki. Jadłem obiad 2 panem Batowskim 
a THotel Mirabeau, na którym mieliśmy pour Etrennes wybornego 
jędyka z truflami. Wieczorem byłem z wizytą u p. Appony, u pp. 
de St. Aulaire, a wieczór naturalnie spędziłem u p. Jurailhac, która 
tego dnia miała toute la jeunesse elegante. Wtorek o l2*/4 kurs 
Villemena, o 3. kurs Cuviego, po którym poszedłem na ranek mu- 
zykalny do pani Delmar. Osoby de la Societe, które spiewaią i 
lubią rauzukę, zbieraią się co niedziela u pani Appony, co wtorek 
u p. Delmar, co czwartek u p. Flahault. Trzeba koniecznie grać 
lub śpiewaó, ażeby bydź przypuszczonym do tego muzycznego to- 
warzystwa, a wiecie iak ia gram i śpiewam, lecz umiem słuchaó i 
mam przywiley bywania kiedy chcę. Tego dnia byłem na obiedzie 

7* 



Digitized by 



Google 



100 

au Salon des Etrangers z Montebello, Walewskim, Lordem Castel- 
reagh, który przed kilku dniami przyiechał z Londynu i który iest 
iednym z sześciu sławnych Dandych londyńskich, niezmiernie mnie 
bawi uważać iego zwyczaie, ses manieres. Car la classe des Dandys 
est une classe a part. Domyślacie si({, że ziadłszy dobry obiad 
w dobrem towarzystwie, wyiechąłera, gdyż domyślacie się, żem nie 
grał, Jakoż o 8 trzeba iuż było bydź w Tuileries, był to bal chez 
Mademoiselle, to iest u X. Gontaut; była na nim Xi<jżna Berry, 
familia Orleanu; był na chwilę x. Bordeaux i Mademoiselle. Bal 
był bardzo wesoły i ładny, iam go zostawił ieszcze w ruchu o 3. 
Xiężna Berry tańcowała, lecz nie wiele, gdyż cierpiała na zęby, 
lecz trzeba ją było widzieó w galopadzie, co za szkoda, że to litjżna 
Berry, bo bym wam tę galopadę opisał. Środa. Eanek przeleciał 
rai w mgnieniu oka, nayprzód po balu zaczął się późno, a potem 
byłem na chwilę u Walewskiego, u p. Chastenay au F. St. Ger- 
main, u p. Dolomieu i iuż trzeba było ubierać się na obiad Byłem 
z p. Batowskim na nudnym obiedzie u Mieczysławów Potockich, 
a ztamtąd obtarłszy gębę, trzeba było spieszyć się do Palais 
Eoyal, gdzie byłem na wieczór zaproszony. Wieczór lub raczey 
koncert był świetny, i iako koncert cudowny. Było 100 dam i ze 
150 mężczyzn, a zatem ścisk nie był wielki. Ale cóż to za mu- 
zyka. Śpiewały i aryę i dueta i trio p. Sontag, Malibran, Peza- 
zoni, grał na skrzypcach Beriot, który nie ma może gejiiuszu twór- 
czego Paganiniego, lecz z iakimże wdziękiem i siłą wykonywa to, 
co ma wykonać. Ostatnie duo, śpiewane przez dwie rywalki w śpie- 
wie pp. Malibran i Sontag, uniosło całe zgromadzenie. Jedna chciała 
drugą śpiewem zwyciężyć, zdało mi się słyszeć dwa słowiki pio- 
trowickie, walczące o pierwszeństwo. Nasłuchałem się tedy muzyki, 
harmonii, przez wczorayszy wieczór prawie na całe życie. Wieczór 
skończył się o 12., mogłem tedy ieszcze bydź na godzinę u p. Ju- 
milhac, pour ne pas lui faire une infidelite, gdyż elle appele infi- 
delitć, skoro iaki dzień opuszczę. Nudny ten móy- dzienni|k, lecz 
chciałem choć raz opisać wam każdą minutę dnia mego. Widzicie, 
że w tey chwili życie Paryżanina pędzę i że nie wiele chwil ury- 
wam roztargnieniu, ażeby ie poświęcić nauce. Do biblioteki czasem 
zaglądam, kursom moich czterech profesorów zawsze tylko iestem 
wierny, ale bo też teraz i zimno, i karnawał i zapuściwszy się 
w świat, czasu nie staie, ażeby wydołać wszystkim małym towarzy- 
stwa obowiązkom. Nic wam więcey o salonach nie dodam, bo i tak 
dość wara nagadałera, dziś, to jest 14go we czwartek iestem na 
obiedzie u lięstwa Hamilton, a bal mamy u ambasadora angiel- 



Digitized by 



Google 



101 

skiego. W piątek bal u Eothschilda, który ma ochotf^ bawi<5 si^, 
zrobiwszy wyborny interes z rządem francuskim o pożyczkę i^o* 
Inni bankierowie ofiarowali tylko 90—92. on dał od razu 1027i 
i zrobił układ. 

Pisząc do was, iakże rozkosznie przerwany zostałem listem oft 
was Dziś rano mówiłem p. Batowskiemu, że powinienem dziś wasz 
list odebrać, nie zawiodło mnie przeczucie. Niechże was uściskam, 
ucałuię za to wasze regularne pisanie. Moią kochaną Mamdzię niech 
uściskam za każde iey słowo. Chciałbym, żeby i moie listy równie 
regularnie was dochodziły i dlatego chciałem dzisieyszy, dziś ko- 
niecznie oddadź na pocztę, lecz muszę go do iutra odłożyó, bo chcę 
i ten półarkuszyk zapełnić. Dośó długo dzisiay bawiliśmy w salo- 
nach, póydźmy teraz do Sorbony. Yillemain na ostatniej lekcyi 
mniey był może świetny aniżeli na przedostatniey, szczególniey 
z. początku godziny, gdyż przystąpił do przedmiotu dość suchego, 
to iest do tworzenia się ięzyka francuskiego, który był z początku 
ięzykiem romańskim, zupełnie różnym od prowanckiego. Wysta- 
wiwszy wpływ, iaki miał Wilhelm Zdobywca na udoskonalenie 
tego ięzyka, przeszedł do literatury północney Francyi, do lite- 
ratury romańskiey. Tu z większym ogniem zacząwszy mówić, wy- 
stawił w żywym obrazie imaginacyę publiczną owych czasów, ima- 
ginacyą ożywioną całym urokiem rycerstwa. Lecz skądże w tych 
wiekach barbar^^yństwa i nieporządku politycznego tak nagle umysł 
ludzki młodością zakwitł, zkąd powstały te nowe państwa wyo- 
braźni, ozdobione tak cudownerai fikcyami? Oto mówca trzy przy- 
czyny naznaczył, które wstrząsły umysły ówczesne; nayprzód sława 
olbrzyma Karola wielkiego, iego wyprawy, iego wojny, on to był 
pierwszy, który przemówił do wyobraźni ludzi i pamięć iego dzieł 
wielkich, nadała umysłom potrzebę dziwienia się, potrzebę nad- 
zwyczayności, którą w kraiach wyobraźni szukali, gdyż iuż iey 
w rzeczywistości znaleśdź nie mogli. Historya Karola W. stała się 
źródłem tych wszystkich romansów i powieści rycerskich, jego to 
pamięć natchnęła powieść o królu Arturze, rycerzach stołu okrą- 
głego, Lamelocie i Merlinie. Po Karolu Wielkim dzieie żadnego 
przez pewny przeciąg czasu nie wystawiaią wielkiego zdarzenia. 
Lecz rzućmy okiem na Normandyę, rzućmy okiem na tę garstkę 
rycerzy, którzy powierzywszy się kruchey łódce, przepływaią morza, 
dopływaią do krańców nieznaiomych, przedzierała się przez całą 
Moskwę, grożą Konstantynopolowi, wysiadaią na brzegi Grecyi, 
Włoch, zdobywaią Sycylią i t. d. Ten duch awanturniczy, ta żądza 
niebezpieczeństw tych kilkudziesiąt rycerzy, ileż przemówić znowu 



Digitized by 



Google 



102 

musiała do imaginacyi ówczesnych. Nakoniec wśród pifjkney Anda- 
lazyi powstaje rycerz, któiy z nadzwyczaynem nKjstwem łączy to 
uczucie honoru, cnottj wówczas zastępuiące. Kycerz ten dziełami 
swoiemi, nadzwyczaynością zdarzeń swego życia i wreszcie nadzwy- 
c!5aynością umysłu, obudzą wyobraźnię swoich rodaków. Historja 
iego staie się wspomnieniem wszystkich Hiszpanów, i Cyd daje 
początek temu rycerstwu hiszpańskiemu, które tyle natchnień i 
prowanckiey i hiszpańskiey użyczyło poezyi. Oto w kilku słowach 
lekcya ostatnia Yillemena. Móy naydroższy z klasyków gromi mnie 
w swoim liście za to, że się unoszę nad literaturą średnich wie- 
ków. Nie unoszę się wcale nad literaturą pod względem sztuki, 
lecz lubię zwracać weyrzenie ku tym wiekom, które same użyczać 
powinny natchnienia poezyi nowoczesney, ku tym wiekom, które 
nie wydały żadnego wielkiego dzieła geniuszu aż do 13go wieku, 
lecz wydały całą epopeię, dzieło wyobraźni ogólney, i tą epopeią są 
wszystkie razem romanse i powieści rycerskie. Lecz w 13tym w., 
w którym Dante się ziawił iak meteor nadzwyczayny, po którym 
cały szereg wielkich wieszczów włoskich następnie, iuż cała nowa 
tworzy się literatura i iuż nad nią unosić się można. Średnie wieki 
kończą się z w. 15. A zatem Szekspir, Tasso, Ceryantes, Calde- 
ron, iuż do nowej literatury należą. Literatura średnich wieków aż 
do Danta, ieżeli literaturą nazwać można śpiewy Troubadurów i 
powieści rycerskie, warta uwagi iako źródło nowych wyobraźni i 
uczuć, warta uwagi iako ta, która późniey Dantego, Ariosta i Tassa 
natchnęła. Guizot na ostatniey lekcyi mówił o zamkach i bardzo 
ciekawemi szczegółami przyozdobił swoie opowiadanie. Cuvier przez 
półtory godziny mówił eon amore o Arystotelesie i wystawił nad*- 
zwyczayne iego zasługi w historyi nauk przyrodzonych. Nie chcę 
się dłużey nad Sorboną rozciągać, bo mi się iuż papier kończy. Me 
poprowadzę nawet Mamdzi do trzeciego salonu galeryi portretów, bo iuż 
czasu nie staie, lecz za tydzień póydziem i znaydziem w nim portret 
pp. Caraman, Monteau i t. d. Teraz . przeskakuię 220 mil i iest^m 
w Warszawie, Naśmiałem się szczerze z facecyi Niemcewicza, cho- 
ciaż ona nikomu innemu u nas, a tutay nawet i ioraii, by nie 
uszła. Żałowałem, żem nie był na wieczorze Sieraczka, zresztą z ca- 
łey Warszawy dni i wieczorów domu Praenkla*) mi żal szczerze. 
Teraz po raz 10 biorę i odczytuię list wasz i słowo za słowo każde 
odpisuię. Spodziewam się moia droga Mamdziu, że dziś nio drobnym 
charakterem list napisany. Dziandzia iuż pewnie drobniey pisze, 



*) Mieszkanie rodziców autora (P. W.) 



Digitized by 



Google 



103 

Dziandzia, którą nayczuley ściskam. Do Wulki w przyszłym liście 
włoż<^ bilecik, takem się zaciągnął w długi biletowe, że ani spo- 
sobu wydołać. Do stryia Biskupa w tych dniach napiszę, iakoteż i 
do Fredry. Do was za tydzień. Dziękuię bardzo za wiadomości pio- 
trowickie, które się trochę krzyżuią w liście mamy i papy; pierw- 
szym bardziey wierzę, bo iestem pewny, że wszystko musi powoli 
iśdź, lecz mnieysza o to, byleby szkód wielkich nie było i byleby 
kochane Piotrowice, choć w części, moie przyiemności paryskie opła- 
ciły. O szkodzie nic nie wiem. Proszę mi donieść, czy też Ikie- 
raltowa iest w Warszawie i czy widuiecie się. Dzięki Bogu p. Za- 
moyska, z którą iadłem obiad u X. Hamilton, miała dobre wiado- 
mości z Puław, iuź teraz umacnia się moie przeczucie, że naszą 
kochaną księżnę ieszcze zobaczę. Listu pani Eigny nie oddałem, bo 
nie mogę się dowiedzieć gdzie mieszka, lecz mówiono mi, że zwa- 
ryowała. Przepraszam za nieład tego listu, lecz niezmiernie się 
spieszę, obiecuię, że przyszły porządnieyszy i rozsądnieyszy będzie. 
Teraz was tylko uściskam; uściskam i stryiów i Henryczka i Nai- 
nusia dont les lettres font mon bonheur a Paris et dont j'ai lu 
quelques mots a Mr. de Guiche. Adieu mes bons et chers parents 
Mille et mille choses a tous ceux qui yeulent penser a moi, et 
et par conseąuent plus de mille choses, a vous, vous moie nay- 
droższe istoty. Bardzo byłem kontent z listu Franusia, niech się 
ciągle dobrze sprawnie Pisząc do Piotrowic, powiedzcie Dindeko w i 
że iego i wszystkich nayczuley pozdrawiam i wzdycham do nich. 
P. Batowski łączy tysiąc czułości ; pani Mandel zimnie w Bnixelli, 
a Aleiander iest w drodze podług ostatnich wiadomości. Spodzie- 
wamy się go w marcu. Za pana Ostrowskiego interesem chodziłem 
i dam odpowiedź w liście następnym. 



21 stycznia 1830. Paryż. 
Co tylko listu waszego nie widać, słucham rychło dzwonek 
da znać, że ktoś nadchodzi, a tym ktoś pewnie będzie szwaycar 
z waszym listem. Słuchaiąc tedy dzwonka, zaczynam pisać do was 
wyraźnie i wielkiemi literami, ale za to mniey pisać będę, bo 
też wśród tego szału karnałowego, a szczególniey podczas tego nie- 
godziwego zimna, mniey biegam po mieście i mniey nowych widzę 
rzeczy. Cóż to za zima na południu. Marzną Włochy, Hiszpanie i 
Francuzi. Tu termometr doszedł do 13 stopni, kilku żołnierzy, 
kilku żebraków zmarzło, u was tara może tak ciepło iak w lecie, 
tutay pewnie ziraniey iak u was, przynaymniey mnie nigdy tak 



Digitized by 



Google 



104 

zirano nie było w Polsce iak w Paryżu. Ale iak też tu domy opa- 
trzone, iakie tu kominy niegodziwe ; przecież od wczoray mamy od- 
wilż i błoto po uszy, ale iuż wol(j utonąć w błocie iak zmarznąć, 
i do tego zimnem paryskiera. Nie bóyeie się iednak, ażebym prze- 
marzł, bo się dobrze okrywam i szal Mamdzi bardzo mi iest uży- 
teczny. Przedostatni list piszę dzisiay przed listem londyńskim, 
gdyż zdaie mi się, że 29 ztąd wyiadę, a wrócę na 15. Nie będę 
dłużey bawió w Londynie nad dni 10, bo i dłuższy pobyt wiele by 
kosztował i nie chcę wmówić w siebie, że byłem w Anglii. Jak 
wrócę do Poski, opowiadaiąc moią podróż, powiem, że byłem nawet 
nie w Londynie, ale w kilku ulicach londyńskich. Jednakże parla- 
ment, morze, tunel, grób Shakespeara i St. Paweł warte, ażeby im 
kilkanaście dni i kilkaset franków poświęcił. Nie wiem sam leszcze 
wiele ta przeiażdżka kosztować mnie będzie, chcę ią zrobić iak 
można nayoszczędniey, i porachowawszy się, nie mogę więcey iey 
poświęcić nad franków 500, to iest więcey nad to, co by mnie te 
dni kilkanaście w Paryżu kosztowały. Wróciwszy z I^ondynu koło 
15., chcę tu leszcze zabawić resztę lutego i marzec, w kwietniu 
wyiadę, Bruxelli i Niderlandom kilkanaście dni poświęcę, a pierw- 
szych dni maia będę iuż z wami. Tak zaś chcę się urządzić, ażebym 
grosza nie wydał, więcey nad to, co na moią podróż przeznaczone, 
gdyż nie chciałbym przyiemności obecnych okupić następnemi kło- 
potami. Boię się, ażeby się wam móy proiekt odwiedzenia Lond3mu 
nie podobał. Wybornie mi tu w Paryżu, iednakże będąc o 40 mil 
od drugiey stolicy Europy, trudno, ażeby chętka nie wzięła i iey 
zobaczenia. Nim ią iednak zobaczę, ieszcze dziś wam o tey pierw- 
szey słów kilka powiem. Wrócę dzisiay do galeryi portretów. 
Youlez vous m'y suivre ma bonne Maman. Voyez vous cette femrae 
aui cheyeui blonds aux yeux d'un bleu celeste; Vous plait elle? 
elle n'est point belle, mais elle est bien agreable, ii y a de Thar- 
monie dans tous ses traite, qui la rendent extreraeraent jolie, car ils 
ne sont point extremement reguliers. Son regard est expressif, son 
sourire. Test aussi. Ce premier est souvent inspire par la coquet- 
terie. Son sourire n'est jamais celui de la mocąuerie. Si vou8 la 
voyez, cette femme dans le monde, vous croyriez, qu'elle ne sait 
trouyer d'autres ressources que celles, que lui oflfre cc monde fri- 
vole et leger. Elle se plait aux hommages, qui Tentourent, elle 
semble les rechercher, on pourrait Taccuser, de n'avoir d'autre mo- 
bile que la yanite; mais si vous Tallez trouver dans son interieur, 
si vou3 la voyez s'oecuper tantót d'uno lecture serieuse, tantót des 
arts, dans lesquel8, elle est initiće, si vous la voyez le crayon, le 



Digitized by 



Google 



105 

pinceau en main ou bien tantót a sa harpe, tantót a son piano, 
voos ayoueriez que les succes obtenus dans un salon, sont les moin- 
dres, aQxquels elle peut pretendre. Elle a donc beaucoup de ta- 
lents cette femrae, beaucoup d^esprit, elle est fort airaable, un peu 
eoąuette, au^si a-t-elle beaucoup d^admirateurs, et beaucoup d'en- 
vieux. Cest Mme de Cararaan dont je veux vous parter, elle est 
nee de Beam, elle a epouse le Marąuis de Caraman, fils du Duc, 
qui n'a ni son age, ni son amabilite, ni meme sa figurę. Si vous 
voulez avoir une idee d^une jolie et airaable francaise, jettez un 
regard a gauche: c'est Mme de Monteau, elle semble representer 
la bonte et Tamabilite francaises ; je dis la bonte, car elle n'est 
point belle, elle n'est que jolie, mais elle a des yeux noirs pleins 
de feu ; un petit pied charmant, de superbes dents et une tournure 
elegante. Elle est spirituelle, elle est gaie, elle peut plaire. Sa 
soeur Mrae de Castel Bajać, et qui par consequent, est nee de la 
Eochefoucauld corarae elle, ressemble comme une soeur jumelle 
a Madame Alfred de Noailles; la chronique scandaleuse, en dit la rai- 
son, mais quand on ne la sait point, ou risque de faire une gau- 
cherie, en trouyant cette resserablance, qui est plus que frappante. 
Ce sont plutot des rainiatures que je vous fais la, que des portraits 
mais je ne vous en ferai plus car je crains d'ennayer ; je vous 
dirai seulement, qu'en fait d'etrangers la familie Karoli est en 
vogue. Mme Karoli la soeur de la Pcsse de Palfj^ qwe nous avons 
vu h Dresde, est une bien bonne et aimable personne; son beau 
frere le comte Georges est un de plus beaux hommes que 
j'aie jamais rencontres. Lui et moi, nous sommes les deui 
etudiants les pjus diligents, au cours de Villemain, Guizót 
ect. Le Pce Schwartzenberg, fils de la Pcsse Pauline, qui a parue 
h, Paris au bal de son beau frfere, plait generalement, ii a des 
manieres extrement nobles, ii cause bien, et on le trouve trfes 
interessant, a cause, d'une liaison qu'il a eut qu'il a encore avec 
la plus jolie personne de Londres Lady Elenbourough. Ma bonne 
Mąman, je vous ai initie dans les secrets de la Societe de Paris je 
ne crois pas, que cela vous interesse, mais j'ai un besoin de vous 
parler, qui fait que je vous dis tout ce que je sais. — Chociaż 
karnawał teraz właśnie w kwiecie, w tym tygodniu odpoczywa- 
liśmy, bo dziś iest rocznica śmierci Ludwika XVI, a więc dwór 
w żałobie. Po balu ambasadora angielskiego mieliśmy w sobotej bal 
u Rothschilda, który otworzył apartamenta na nowo ozdobione ; cóż 
to za przepych, ale za wiele tego przepychu, zdaie się, że chciano 
naśladować świątynię Salomona. Prawie w tym rodzaiu, złotem, 



Digitized by 



Google 



106 

marmurem, mozayką, farbami świecą się salony, które do tego 
maią tę wadę, że są za ciasne. Bal • był świetny i liczny. Cudzo- 
ziemców bardzo wiele, a żydów naymniey. We wtorek mieliśmy 
mały wieczorek tańcuiący u pani Girardin,pierwszy to wieczór w Pa- 
ryżu widziałem tak wesoły iak w Warszawie. Szaleństwa na nim 
dokazywali i starzy i młodzi, wszyscy skakali. Jutro mamy znowu 
bal u pani Delmar i więcey o żadnym nie słychaó. W niedzielę mie- 
liśmy mały wieczorek gadaiący i zabawny u p. Dolomieu, . wczoraj 
u p. de Flahault. W poniedziałek byłem na obiedzie literackim u p. de 
St. Aulaire, na którym poznałem się z Guizotem, z Lebrun, au- 
t(.rem Maryi Słtiart i poematu o Grecyi, na którym p. Aubertin, 
który był przedtem w Warszawie, przysunął się do mnie, ażeby 
mnie zapytaó, czyli iestem krewnym p. Koźmiana, który był se- 
kretarzem konfederacyi i który miał tak znakomity talent. Z iaką 
dumą odpowiedziałem mu, że iestem iego szczęśliwym synem. 
Bardzo to przyiemny dom państwa de St. Aulaire. On, iak wam to 
iuż pisałem, miły, rozumny, dowcipny, uczony. Ona sama, taka iak 
mąż, umie po łacinie, i Bóg wie, czego nie umie. W iey salonie 
spotyka się ludzi uczonych, ludzi z talentem : w iey salonie ro- 
zmowa nie trudni się małemi zdarzeniami dnia ubiegłego, plotkami 
i drwinkarai, lecz zawsze prawie może i umysł rozerwaó i pamię<{ 
zbogació. Wczoray byłem na obiedzie z pp. Zamoyskiemi u Xtwa 
Hamilton, gdzieśmy się dobrze zabawili i bardzo naśmieli. Już to 
się naśmiać można w Paryżu, iedyny naród do tego. I z panem 
Batowskim naśmieliśmy się w zeszły piątek, wycisnąłem go na 
teatr du Vaudeville, na Marie Mignot, którey leszcze nie był wi- 
dział, et quoiqu'il pretend, qu'il ne rit plus de rien, ii a ri de 
bon coeur. Ale bo co też dowcipu w tey Marie MignoL Bola 
stryja de Marie Mignoł, z którego autor zrobił restauratora, o któ- 
rym Boileau wspomina: 

Et Mignot^ c*est tout dire, et dans le Monde entier 
Jamais empoisonneur, ne sut mieux son metkr 

iest nayzabawnieyszą. Po tem, cóż to za ulewa de bon mots. J'avouc, 
mówi Mignot do synowicy o iey narzeczonym, que pour le phisiąue 
ii est bien, mais pour le morał ii n'a pas le sou. Marion Delorme, 
widząc że Mar. Mignot, idzie za starego, lecz bogatego prokuratora, 
powiada z westchnieniem zazdrości. Cela fera une veuve tres heu- 
reuse. Taż Marion mówi do tego prokuratora: vous avez un beau 
carosse, vendez le moi, est-il cher. Je ne le vends pas, repond le 
procureur, je le donnę. II est donc bien cher, repond Marion. Je 



/Google 



Digitized by ^ 



107 

le donnę, continue le procureur h la femme, que j'epou8e. Ah ii 
est trop cher, dit Marion. I tysiące podobnych. Zresztą ta ładna 
sztuczka ma kolor historyczny i bardzo dowcipnie iest ułożona i 
napisana. Rzadko teraz bywam na teatrze, bo mi czasu prawdziwie 
nie staie, byłem iednakże z p. Dolomieu na pożegnanie p. Sontag, 
która iuż na zawsze Paryż porzuca, śpiewa ieszcze dla ubogich 
w niedzielę i w poniedziałek wyieżdża do Berlina; wielka to strata 
dla uszów paryskich. 



24 Stycznia 1830. Niedziela. 
Zaczynam od usprawiedliwienia się, bo się lękam, żeby moia 
droga Mamdzia nie posądziła mnie o niedbaiośó w dopełnieniu 
iey poleceń. Chcę mówić o interesie p. Ostrowskiego. W przeszły 
tydzień byłem w instytucie głuchoniemych, a nie wiecie co to iest 
wybraó się do instytutu głuchoniemych, który iest na końcu ulicy 
St. Jacąues, tak daleko odemnie, iak Wilanów od ulicy Bielań- 
skiey. Byłem więc tam i dowiedziałem się, że pan de TEau nie 
iest przy instytucie, lecz że w istocie leczy na głuchotę. Nie 
umiano mi iednak powiedzieć iego adresu i dopiero w dni kilka 
dowiedziałem się. że mieszka Rue des francs Bourgeois, a wiecie 
gdzie iest la liue des fr. Bourgeois, falk daleko odemnie, iak Bie- 
lany od ulicy Bielańskiey. Byłem tara iednak wczoray, alem iak 
na złośó nie zastał go, a że dziś koniecznie chcę list oddadź na 
pocztę, więc odpowiedź p. Ostrowskiemu w przyszłym liście przed 
wyiazdera do Londynu bez żadnego zawodu przyszłe. A teraz Mam- 
dzię kochaną przepraszam, żem się z nią opóźnił. Tłómaczę się i 
proszę nie posądzać mnie o niedbałośó. W czwartek spodziewana 
przyiemnośó spotkała mnie, to iest odebrałem wasz list. Nim wam 
ieszcze słów kilka powiem o sobie, odpowiadam na głównieysze py- 
tania wasze. Nayprzód co do Nopci proszę iey powiedzieć, że list 
iey oddałem w Frankfurcie, to iest z hotelu, w którym stałem, 
posłałem garsona, który znał mieszkanie p. Nope, chirurga i den- 
tysty. Teraz co do munduru, sam ieszcze nie wiem, czyli każę go 
tu haftować: 1200 franków kosztować będzie, chciałbym, ażebyście 
mnie donieśli, czy niekoniecznie na seym potrzebny będzie, bobym 
może wolał, późniey, wolnieyszym czasem w Petersburgu go wy- 
haftować. Co do galonów niech Mamdzia o nie będzie spokoyną, 
każę ia odmienić. Zresztą mało tu kiedy bierze się mundur. Przy- 
stępnie teraz do artykułu, nad którym moia droga Mamdzia nay- 
bardziey się rozpisała, to iest do P. C. Proszę bydź o zdrowie mego 



Digitized by 



Google 



108 

serca tak spokoynemi iak o zdrowie ciała. Trudno iest, ażebym 
w 25 roku l(jkał sitj kobiet i unikał ich, iak gdybym iuż był Nai- 
nusiem, lecz sit} nie kocham, nie zakocham, żadney historyi mieć 
nie będę, a co do szukania żony, to byłoby śmiesznością, gdybym 
iey tu szukał, (aussi je sais que ce n'est qu'une plaisanterie de 
Maman) bo nayprzód znaleźdź iey dotąd wcale sobie nie życzę, 
a potem nie wiecie, że tu małżeństwa koiarzą się u notaryuszów 
i adwokatów, że ożenienie iest tutay interesem, iak przedaż lub 
kupno dóbr, i że na francuskę, która ma 30.000 fr. intraty, iuż za- 
wczasu spogląda kilkadziesiąt Francuzików. To tylko Angielki, które 
zbogacaią mężów, ale żę ia bydź mężem nie myślę i że nie mogę 
zrobić żadney spekulacyi iak Delraar, więc moia droga Mamdzin 
wrócę do Ciebie, nie bogatszym, iakem wyiechał, wrócę takim, ia- 
kim byłem, a szczególniey z tern samem przywiązaniem, z tą samą 
miłością dla was. Bardzo się cieszę, że stryi Biskup iest iuż 
w Warszawie, iutro piszę do niego. Kiedy mi Papa donosi, że stryi 
tak łaskaw i chce mnie wspomódz swoim kontyngensem, więc iuż 
le parti en est pris, je pars cher Theramene i w piątek wyieżdżam, 
iakem wam pisał na dni 10 do Londynu, wrócę do Paryża na 14. 
Napiszę do was ieszcze słów kilka na wsiadaniu, a zaś list drugi 
po dzisiejszym odbierzecie datowany z Jjondynu. Wy zawsze piszcie 
do Paryża. Jeden wasz list p. Batowski przeszłe mi do Anglii. 
Kochany p. Batowski zawsze dobry, nieoszacowany, i dzięki Niebu 
zdrów teraz. O Aleksandrze żadney wiadomości nie mamy, iednak 
spodziewamy się go zawsze w przyszłym miesiącu; p. de Mandel 
zimuie w Bruxelli. P. Batowski chce tam iechać, skoro tylko od 
bierze wiadomość o przyieździe syna, ieżeli z nim nie poiadę, to 
się przynaymniey ziadę tamże na początku kwietnia lub na końcu 
marca, gdyż ieszcze po powrocie z Londynu, chcę tutay z półtora 
miesiąca zabawić dla widzenia wielu rzeczy, których tu ieszcze nie 
widziałem, dla przypatrzenia się Izbom, które będą bardzo ciekawe, 
dla zwiedzenia okolic i nakoniec dla odetchnienia powietrzem wio- 
sennem w Paryżu, które na wiosnę ma bydź cudowne. Jednakże 
pierwszych Maia bez zawodu będę z wami. Nic mnie tu nie za- 
trzyma, choćby mi nawet koronę francuską ofiarowano, choćby nie 
źle było bydź królem Francyi i Nawarry, lecz i nie będąc nim, 
wybornie tu żyć można, ale wybornie żyć nie można bez tych, któ- 
rych się kocha, mnie naprzykład bez was. Bawię się tu doskonale, 
iednakże każdego dnia czegoś mnie braknie. Zdiiłem wara iiprawę 
z przeszłego tygodnia. Trzy dni ubiegłe od początku listu chcę wam 
ieszcze opowiedzieć. We czwartek byłem na wieczór u pp. Flahault, 



Digitized by 



Google 



109 

gdzieśmy mazurka tańcowali i gdzie en petit comite dobrześmy się 
bawili, był to dzień rocznicy śmierci Ludwika XVI, wszystkie domy 
francuskie były zamknięte, lecz p. Flahault właśnie dlatego swóy 
otworzyfa i dała mały wieczorek. W piątek, ieżeli godzinę każdą 
mam opowiedzie<5, byłem z rana w kąpieli aux bains Chinois. Wy- 
borne tu łaźnie. Nie wziąłem iednak un bain des Princes, który 
kosztuie 24 franków, lecz za to wychodzi się oblanym perfumami, 
okadzonym woniami, paznokciami u nóg i rąk ślicznie wystruga- 
nemi i t. d. Ziadłszy śniadanie, byłem u p. de Chastenay, u któ- 
rey synowiec iey, pan de St. Priest, czytał swóy ładny dramat pod 
tytułem: Ulnłerdit. Jadłem obiad ^THótel. Wieczór zacząłem u pani 
Jumilhac, skończyłem go na balu u p. Delmar. Wczoray wybie- 
głem rano na Eue des francs bourgeois, ztamtąd byłem na drugim 
końcu Paryża na lekcyi Guizota, od niego poszedłem Eue de Gre- 
ncUe St. Germains h L'Hótel d'Avaray. Kto tam mieszka nie po- 
wiem, bo by mnie Mamdzia niesłusznie łaiała i umocniła się w po- 
sądzeniu. Byłem potem u p. Dolomieu, a na obiedzie u Lady Cum- 
bermeere, na którym byli i pp. Zamoyscy. Wieczór podzieliłem 
między panią Delessert, X. Hamilton, gdzie śpiewano i p. Girardin. 
Dziś wielka reprezentacya na wielkiey operze. Panna Sontag śpiewa 
ostatni raz dla ubogich. Król par extraordinaire będzie na teatrze. 
Świetne niezmiernie widowisko, graó będą ieden akt Tankreda, 
ieden Mozarta i ieden Moyżesza, śpiewa p. Sontag, Malebran, Cinti. 
Zgadniycie wiele to widowisko przyniesie ubogim ? przynaymniey 
1 '^0 tysięcy franków, to iest 200.000 zł. pol. Ale bo też król za 
swoią lożę posłał 60 tysięcy, wiele osób płaci po 1000 franków, 
a wszystkich mieysc taxa przez 5 pomnożona, to iest, że une stalle 
albo mieysce w loży kosztuie 50 franków. Ja na tem widowisku 
nie będę, bo wolę 50 franków aniżeli przyiemność widzenia króla 
na teatrze, bo naywięcey osób tylko dla króla iedzie. Aló dopiero 
teraz, gdy iuż ten list mam kończyć spostrzegam się, że niezmie-. 
rnie ma minę karnawałową, a ia nie chcę, ażebyście myśleli, że 
móy umysł nikczeranieie wśród salonów paryskich. Ażeby więc do- 
dadź trochę powagi do tego dziennika mego, póydę na chwilę do 
Sorbony. Yillemain na ostatniey lekcyi dał ol^raz wieku Filipa Au- 
gusta i Ludwika Świętego, opisał w krótkości zwyczaie królestwa 
ówczesnego i przeszedł do rozbioru historyi czyli raczey kroniki 
Villerhardouina. Guizot w przedostatnią sobotę mówił o rycerstwie; 
zbiiał zdanie historyków, którzy ie wystawili iako instytucyę usta- 
nowioną w niedostatku praw i porządku i iako maiącą cel moralny. 
Dał on obraz iego początku ; dowiódł, iż to powstało wśród zamków 



Digitized by 



Google 



110 

ze zwyczaiu, iaki les Suzorains mieli, otaczania si<j podwładnymi 
którzy dzieci wychowywali w obrcjbie murów zamkowych i których, 
chcąc tak iak ich oyców do służby swoiey przywiązać, passowali na 
rycerzy i że ten obrządek nadawał im prawa rycerskie, a narzucał 
nieiako obowiązek służenia temu, który na nich te prawa przelał. 
Opisał daley mówca szereg obrządków zachowywanych w passowa- 
niu na rycerzy i dał obraz życia, zwyczaiów i zatrudnień rycerskich. 
Na wczorayszey lekcyi przeszedł od panów i ich podwładnych, do 
ludu robotniczego i wystawił stan iego w państwie rzymskiem 
przed napadem barbarzyńców. Cuyier doszedł iuż do autorów rzym- 
skich, mówił o Katonie, Yarronie i Lukrecyuszu. We Wtorek pro- 
wadzę na iego lekcyę p. Zamoyskę. Andrieux poczciwy baiał sobie 
bardzo zabawnie na ostatniey lekcyi, mówił o szczytności, a czytał 
początek du Lutrin Boileau, ale za to tyle zabawnych anegdotek 
nagadał, że ieśli się nie wiele nauczyłem, tom się przynaymniey 
bardzo naśmiał. Jakby to Papcio go kochał za iego epigramata na 
romantyków. A iakbym ia też chciał, żebyście mogli czytać mowę 
Etienna, o którey wspominałem; wiele w niey dowcipu, zdaie mi 
się, żem cytował niektóre frazesa, któremi wyćwiczył Odyńców i 
Wytwiekich tuteyszych On to nazwał ich Novateurs retrogrades, 
on to, mówiąc o Boileau powiedział : Boileau qu'on admirait alors, 
et qu'apresent ii faut defendre, deplait a nos jeunes auteurs, ils 
ont pour lui cette anthipatie, qu'ont les condaranes, pour leurs 
juges. Mimo to szał romantyczności, ale romantyczności waryackiey, 
trwa tu ciągle, i Yictor Hugo iest tutoyszym Mickiewiczem z ta- 
lentem, ale bez smaku i umiarkowania. Jednak nasz wódz roman- 
tyków ma daleko więcey ducha poetyckiego. Pisałem też obszernie 
do Fredry przed kilku dniami, do Rzewuskiego także napiszę, ale 
tak mi na czasie brak, tak wydołać mi trudno wszystkim obowią- 
zkom serca, umysłu, towarzystwa, że mi trudno znaleźdź chwilę. 
Adieu moie naydroższe istol^, iuż się rozstać trzeba, bo iuż papier 
biały dogorywa. Zdaie mi się, że poiazd zaiechał- i że rozłączyć 
się z wami muszę, kończąc list do was. Adieu raz ieszcze. Ściskam 
ręce stryia, czyli stryiów. Kłaniam łaskawym, pozdrawiam domo- 
wych w Warszawie i Piotrowicach. Ściskam Dziandzię, Henryczka, 
a nayczuley was, moie dobro, szczęście, rozkosze etc. Nainusia ściskam 
i piszę do niego iutro. 

29 stycznia 1830, Paryż. 
Znowu wczoray wyborny ranek przebyłem, ranek, który mni 
na cały dzień rozweselił, który serce ożywił, który mnie śród was 



Digitized by 



Google 



- 111 

przeniósł. Odebrałem listy wasze, ienerała, Nainusia, p. Rzewu- 
skiey. Odczytałem każdy po dwa razy z p. Batowskim, a wasze 
kilka razy witjcey; i odczytuiąc je, i wczoray przekonałem się, że 
Paryż, Francya, wszystkie tuteysze rozumy, dowcipy, elegancye, 
nigdy, lecz nigdy, ani w czt^ści was zastąpió by mi nie mogły. 
Co to za rozkosz dla mnie obudzić si(j co czwartek z tą pewnością, 
że się wkrótce z waszym listem zobaczę; i co to za regularność 
poczt, że co czwartek o tey samey godzinie zawsze nadchodzi. 
W przyszłym tygodniu o dni parę opóźni się ta przyiemność; nie 
będę w przyszły czwartek w Paryżu, dziś piszę do was przed wy- 
iazdem do Londynu, dziś o 9 wieczór wyieżdżam. Jadę do Calais 
z kurierem gabinetu angielskiego, który i wygodnie i prędko iedzie, 
i któremu płacę 100 franków za przewiezienie mnie do Calais, 
gdzie w niedzielę rano będziem. Z Douvres wsiadam do diliżansu i 
w poniedziałek do dnia będę inż w I^ndynie. Choó mi ta prze- 
iażdżka wiele przyiemności obiecuie, iednak żal mi Paryża, a wiem, 
że mi go żal nie będzie, gdy go dla was przyidzie mi porzucić. 
^'a 12 lutego chcę tu bydź koniecznie z powrotem, dłużey nad dni 
10 i nie chcę i nie mogę bawić w Londynie. Przez te dni 10, 
raczey kilka ulic londyńskich, aniżeli Londyn i Anglię zobaczę. 
Będę się starał iednakże iak naywięcey widzieć iak naymnieyszym 
kosztem czasu i pieniędzy. Jadę opatrzony w kilka listów od X. 
Hamilton do raargr. Landsdown, który naypierwszy dom trzyma 
w Londynie, od pani Flahault do iey siostry i do Lady Holland. 
Mam listy do X. Esterhazy, do Xcia Devonshire, a naypierwszym 
moim opiekunem będzie Sobolewski, dla którego z sercem wdzię- 
cznem iadę. za dobre słowo, które mi dal w liście do oyca. W parę 
dni po przyieździe napiszę do was i buUetyn moiey wyprawy, 
z stolicy Anglii podpiszę, lecz że listy do Warszawy dłużey daleko 
iśdz muszą z Anglii iak z Paryża, nie możecie się moiego spodzie- 
wać, iak około 24 lutego. Raz tylko będę pisał z Londynu, lecz 
za to z Paryża zaraz po powrocie napiszę. Wasz list piątkowy pan 
Butowski odeśle mi w przyszły piątek. Wiecie teraz plan moiey 
podróży, będziecie mnie w uiey ścigać myślą, lecz bez żadney bo- 
iażni, bardzo proszę, zaklinam nawet. Spodziewam się, że nie 
zmarznę w drodze, gdyż po zimnach, które się do 13 stopni pod- 
niosły, (d dni kilka mieliśmy powietrze wiosenne, słońce pogodne, 
Sekwana puściła, ziemia rozmarzła. Dziś mały przymrozek, lecz 
tak mały, że gdybyście wy podobny o tym czasie mieli, to by 
wam gorąco było, do niewytrzymania. Jest iednakże wielka różnica 
między tuteyszym a naszym klimatem, tu tylko klimat domów nie- 



Digitized by 



Google 



112 

godziwy. Podług tego co mi donosicie sądząc, Warszawa tego roku 
bardzo huczna i zabawna, a tu w Paryżu, w stolicy Europy, od dni 
15 nogi tańczące próżnuią. Dopiero w przyszłym tygodniu zaczną 
pracować. Ja sam zostawuię trzy inwitacye, to iest w poniedziałek 
do p. Portalez, we wtorek do X. Gontaut, we środę do p. Nar- 
bonne, w przeszłym zaś tygodniu nast(jpuiące były moie zatrudnie- 
nia towarzyskie : W niedzielę byłem na obiedzie u Bolesławów Po- 
tockich, na wieczór naturalnie u państwa Flahault, w poniedziałek 
mieliśmy wieczór gadaiący u pani de Noailles, we wtorek byłem na 
obiedzie u p. de Gerardin, wczoray iadłem obiad u X. Beauvau 
z pp. Zamoyskimi i między innemi z panią de Caylus, którey się 
prezentowałem, która musiała bydź ładna, a która dotąd iest miła 
i dowcipna. Wieczór mieliśmy u Lady Stuart. Dziś piszę do was 
moie naydroższe istoty, na samem prawie wsiadaniu, przepraszam 
więc ieźli list móy krótki, głupi i niewyraźnie pisany, a chciałbym 
na wasze kochane listy obszernie, długo szeroko wam odpisać. 
Chciałbym moią kochane Mamdzię zaspokoić, bo widzę, że ią pani 
de C. dręczy. Widzę ztąd iak się boi ażebym sobie nie przewrócił 
głowy, lecz niech się nie boi P. Batowski, drogi, kochany, nie- 
oszacowany, który mnie naylepszą radą wesprzyć może i któremu 
z nayskrytszey zwierzam się myśli, może mi dadź świadectwo, że 
zawsze rozsądny iestem i że nic nierozsądnego nie zrobię. Po- 
wtarzam więc moją prośbę, ażeby Maradzia zupełnie się uspokoiła, 
to tylko dodam, iż iak teraz Paryż poznałem, gdybym syna wy- 
prawiał do tej stolicy przyiemności, rozkoszy i zepsucia, dwie bym 
mu dał rady, Iszy byway .w naylepszych towarzystwach, i 2gi za- 
kochay się w kobiecie z towarzystwa. Jeśli idę za tą pierwszą radą, 
którąbym dał synowi, nie idzie zatem, ażebym i tey drugiey po- 
słuchał. Je ne m'explique pas, mais vous pouvez 6tre tout-a-fait 
tranąuille, et vous pouvez etre sńrs, que le Jedynak qui vous aime 
qui vs. adore mes bons, mes chers parents ne fora point de folics. 
Kończę, bo iuż 8V2 a do 9. mam jechać. Kończę nayczulszem uści- 
snieniem was i wszystkich drogich sercu moiemu. Za dni 8 na- 
piszę z Londynu Andrzej, 

En qualite d'ami et confident de notre cher Andre je vons 
prie d'6tre tranquilles pour lui toujours et en tout. Dziękuię szano- 
wnym przyiaciołom za łaskawe przypiski dla mnie. Z serca przy- 
wiązany przyiaciel Batowski. 

Co się stało z listami do Morawskiego, ieden tylko odebrał, 
a trzy pisałem. 

NB. Wziąłem dzisiay u Lafitta franków 1500. 



Digitized by 



Google 



113 

Ł lutego 1830 Londyn. 
Widziałem morze, byłem u pomnika Szekspira i iestem 
w Londynie. Co tu przez dni kilka nagromadziłem wspomnień na 
całe życie. Ileż to widziałem nowych przedmiotów, ludzi , miast , 
nowy kraj, nowy naród dla mnie, nową naturę. Ileż też myśli ci- 
śnie mi się pod pióro, chciałbym wam opowiedzieć wszystko, com 
widział, wszystko com uczuł, pomyślał, a na to, ani mieysca, ani 
czasu nie znaydę. Pomniicie, żem tylko na dni dziewięć przyiechał 
do Londynu, że inż trzy dni ubiegło, i że od iutra za tydzień 
będę z powrotem w Paryżu i że przez te dni kilka mam minuty 
porachowane i zapełnione, opisanie więc szczegółów odkładam do 
moich listów paryskich, a dziś wam tylko krótki rys swoiey po- 
dróży przesyłam. W piątek zeszły, zapieczętowawszy list do was, 
o godzinie 11 wsiadłem do poiazdu z kurierem angieiskim i wkrótce 
znikły przed nami światła paryskie; przespałem pół nocy, pół nocy 
przegadałem po angielsku z towarzyszem moiey podróży, o godzi- 
nie 10 zrana na chwilę zatrzymaliśmy się w Poix o 13 mil od 
Paryża, a o 6 wieczór byliśmy iuż w Montreuil o milę od morza 
a o 23 mil od mieysca, któreśmy wigilią porzucili. Śnieg, mróz, 
wiatr, zimno niesłychane prześladowało nas aż do Calais, gdzie 
w niedzielę o 4 godzinie zrana stanęliśmy, przebywszy 32 mil 
brzydkiego kraju, po złej drodze i w czas niegodziwy. W Calais 
rozłączyłem się z moim tx)warzyszem ; miałem zaraz wsiadać o 6 
zrana na statek, lecz morze było w złym humorze, kazano nam 
czekać do 2 po południu, miałem czas przespać się, obeyrzeć for- 
tyfikacye Calais, a przedewszystkiem pobiegnąć na brzeg morski 
ażeby poznać ten krai, ten świat nowy, który dopiero moia wy- 
obraźnia znała. Lecz mi przykro wyznać, że pierwszy rzut oka na 
to morze, którego tak chciwie wyglądałem, nie zaspokoił oczekiwa- 
nia moiego, myślałem, że doznam tego uczucia gwałtownego, któ- 
rym obraz szczytny przeymuie, kiedy przeciwnie doznałem nieprzy- 
iemności zawiedzionej nadziei i ciekawości. Morze moiey wyobraźni 
pięknieysze było aniżeli to, na którem patrzał. Jednakże pogodziłem 
się z tem, na którem patrzał i zobaczycie dla czego. O 2giei po po- 
łudniu udałem się tedy do portu, w którym czekał statek paro- 
wy angielski, lecz dopiero o czwartei puściliśmy się na morze, 
które zupełnie spokoine było. Eadzono mnie, ażeby się dużo naieść 
weyść wewnątrz statku, położyć się na sofie i tam czekać swego 
losu, to iest tey niegododziwey choroby morskiey, która tak iest 
nieprzyiemna. Takem zrobił, lecz. ciekawość przemogła wkrótce, 
chciałem koniecznie dobrze widzieć morze, porzuciłem sofę i pod 

Listy Andnąja Koimłaaa. 3 



Digitized by 



Google 



114 

niebem, w obec tego niezmiernego morza, chciałem chorować, ażeby 
przynaymniey rozerwać myślami poetycznemi nieprzyiemności tey 
choroby, którey wkrótce nie ieden z podróżnych uległ. Ale ia, który 
byłem pewny, że straszliwie btjdę słaby, który pierwszy raz wita- 
łem morze, nie zapłaciłem mu haraczu, którego prawie od każdego 
wymaga i iakby dawny żeglarz, iakby Nainuś iaki, wesoło, śmiało, 
i zdrowo płynąłem po nim. Nie uwierzycie, co to był dla mnie za 
tryumf, co za rozkosz, gdym się przekonał, że mi wszystko iedno, 
czy iechaó po ziemi, czy płynąó po wodach, prawda, że czas mie- 
liśmy zimny a spokoyny i że nasz statek parowy angielski a zatem 
bardzo dobry, leciał po falach iakby orzeł w powietrzu. Będąc 
zdrów zupełnie, miałem czas, siły i sposobność użyć i widoku mo- 
rza i przypatrzyć się statkowi parowemu. Pięknieisze zapewne, 
poetycznieisze daleko, owe okręta z rozpiętemi żaglami z rudlem 
i wiosłami, aniżeli owe statki parowe z kominem, którym dym 
ciemny wychodzi. Ale iakżeż użytecznieysze te ostatnie ; dawniey 
11 godzin potrzebowano do przebycia cieśniny, my ja parą pędzeni 
we trzy godziny przebyli. Wiek nasz mało dba o poezye, tylko 
się na użyteczność obgląda. Jednakże i statki parowe można poety- 
cznemi uczynić. Ta woda, która ze spodu iego wychodząc, pryska 
po bokach, te bałwany morskie rozstępuiące się przed siłą iakąś 
niewidomą, ten dym ciemny, który słupem wznosi się ku niebu 
a szczególniej to morze, ten żywioł bik potężny, drugim żywiołem 
potężni eiszym od niego to iest ogniem zwalczane, mogły by poecie 
użyczyć obrazów. Wkrótce znikły przed nami brzegi Francyi, mgła, 
albiońskie nadbrzeża zasłoniła i. uy rżeliśmy się sami, sami na tey 
pustyni wodney, długiey, szerokiey, nieskończoney i którey na około 
niebo się dotykało. Ptaki tylko morskie, dzikie kuliki iak śnieg 
białe, ścigały nasz statek i z przeraźliwym piskiem okrążały go lo- 
tem. Chciałem znaleść iaką przyczynę poetycką towarzystwa tak 
szczególnego, znowu zawiedziony zostałem, gdy mi ią prostym ^sty- 
lem i niezmiernie prozaicznie gruby Anglik, sternik na naszym 
statku, wytłómaczył w następuiącym sposobie. Zwykle podróżni, wsia- 
daiąc na morze, robią iak ia zrobiłem, to iest dosyć iedzą i zwykle 
robią, czegom ia nie zrobił, to iest choruią, z czego te ptaki śnieżne 
bardzo kontente, ścigaiąc statek upatruią choruiących i żywią się 
tem co oni morzu oddać muszą. Jakoż w istocie skoro tylko 
któryż podróżnych zbliżał się ku poręczy, ptaki te spuszczały się 
ku wodzie i w bałwanach znaydywały pożywienie. O 4 odpłynęli- 
śmy z Calais, o 5^1^ uyrzeliśmy światóo z faros w Douvres, a o 6V2 
przybiliśmy do wolnych brzegów albiońskich. Tę podróż albo raczei 



Digitized by 



Google 



^•y^^T??^*'- 



115 

ten spacer morski tern przyieraniey odbyłem, żem na statku poznał 
się z dwoma Angielczykami, z których iednego iak zobaczycie daley, 
adoruię. Jednym z nich był Sir Wilmot Horton, członek parlamentu 
i ieden z bardzo znakomitych, którego widywałem w towarzystwie 
w Paryżu i który z córką wracał do Anglii ; drugim był Sir Georga 
Warrender, także członek izby niższey, dobry, miły, poczciwy, ma- 
iący 20 tysięcy funtów szterl. to iest 300.000 zł. intraty i bardzo 
lubiony w Anglii i w Londynie, wracaiąc z Włodh zatrzymał się 
dni kilka w Paryżu, gdziem go widział, leczem go nie znał, traf 
szczęśliwy zdarzył, żem się z nim na morzu poznał. Wysiedliśmy 
w Dourres wszyscy do iednego hotelu ; Horton zaprosił mnie na 
obiad, na którym lepiey się z memi nowemi towarzyszami pozna- 
łem, na którym Warrender, który sam iechał w bardzo wygodnei 
karecie, zaproponował mnie, ażeby z nim odbydź podróż do Londynu 
zamiast com miał iechaó diliżansem, przyiołem iego propozycyą, 
a tak na drugi dzień to iest w poniedziałek o 10 czterma śliczne- 
mi poczto wemi końmi, dwoma iockejami ruszyliśmy w drogę. Za 
pierwszym tedy krokiem, który zrobiłem na ziemi angielskiei, do- 
znałem tak miłey i szczerey gościnności. Byłem iuż tedy na ziemi 
angielskiey. Nie uwierzycie co to za przyiemne uczucie, gdy można 
powiedzieć, iestem w Anglyi na ziemi Shakspeara, Miltona, New- 
tona, Caninga, w oiczyznie swobód, nauk, oświaty i wielu 
innych rzeczy, których niema wszędzie. Inny też to kray, i że 
inny za pierwszym rzutem oka poznać można. Nayprzód domy ina- 
czey budowane, utrzymane, ozdobione, cóż to za czystość, porządek, 
niby to zbytek, a iednak wszystko proste, bez przesady. Na cokol- 
wiek rzucisz okiem poznaiesz, żeś iest w gościnie u narodu wiel- 
kiego przemysłem, bogatego handlem, nie ubogiego w sławę 
i w oświatę, poznaiesz, żeś iest tam gdzie cywilizacya do naywyż- 
szego stopnia posunięta, gdzie wszystko co udoskonalenia warte, 
udoskonalone. Wszystko na co spoyrzysz, iest comfortable, iest to wy- 
raz angielski, którego w żadnym ięzyku niema, bo też w żadnym 
kraiu niema tylu rzeczy comfortable to iest ładnych a zarazem wy- 
godnych, przyiemnych. Zaieżdżasz do hotelu, wychodzą dway słu- 
żący w axamitnych krótkich spodniach, w trzewikach, pończochach, 
wysadzała cię z poiazdu, prowadzą do ślicznego salonu, w którym 
dywanem obita posadzka i w którym będziesz iadł obiad. Chcesz 
herbaty, przynoszą ci śliczny angielski serwis, bouloir z wodą wrzącą, 
wyborne torty, a wszystko to tak czyste, porządne, że musi bydź 
smaczne, zdaie ci się, żeś u siebie, a nawet u siebie Me masz może 
takiey elegancyi, chcesz iść spać, prowadzą cię do ładnego po- 

8* 



Digitized by 
■ iftflf ■■ -* ifi 



Google 



116 

koiu, gdzie znajdziesz wszystko, o czem tylko pomyślisz ku wygo- 
dzie; zaieżdżasz na pocztę, w mgnieniu oka iuż przyprzążone konie, 
konie iakich u siebie do karety nieraasz, w szorach bardzo ładnych, 
skacze na nich dwóch jockeiów, w minucie iużeś gdzieindziey. 
Podróżuiąc po Anglyi, ciągle ci się zdaie, żeś u siebie, drożey za 
to płacisz, lecz czyż nie warto drożey zapłacić , taki przyiemny 
porządek i przemysł. Boże iakżeż to daleko od angielskich hotelów 
do Austeryi w Bełżycach lub w Bychawie: nim wyiechałem z mo- 
im kochanym Warrenderem z Douyres, obiegłem miasto, zobaczy- 
łem morze i teraz mogę powiedzieć, żem widział morze i że to 
wielki i wspaniały obraz, byłem przy odpływie iego, te bałwany 
ryczące, które z brzegów taiemna siła spychała i które z nich nie- 
chętnie zdawały się ustępywaó, ta przestrzeń niezmierna, pełna 
ruchu, życia, potęgi, te kryształy wodne, ciągle niespokoyhe, oświe- 
cone słońcem porannem, na których gdzieniegdzie w oddaleniu 
bieliły się żagle, rozwinęły przed moim okiem wielki, uderzaiący 
widok. Chciałem wdrapać się na skałę, nazwaną skałą Szek- 
spira , ażeby lepiey widzieć morze i ażeby módz powiedzieć 
że byłem na szczycie tey skały, którą wysokość opisał tyra 
sposobem wieszcz Albionu. „Gdy stoisz na niey kruki prze- 
latuiące u iey spodu zdaią ci się iakby muchy małe". Lecz 
tak było ślisko, żem pozbawił się przyiemności widzenia 
kruków zamienionych w muchy. W poniedziałek tedy około Iszey 
wyiechaliśmy z Douver i stanęliśmy na noc o mil 9. ztaratąd, 
a o mil 6 od Londynu, to iest w Eochester, poprzedziwszy godziną 
Hortona, którego czekaliśmy z obiadem; przyiemnie spędziliśmy 
wieczór, przyiemnie i na drugi dzień z moim Warrenderem prze- 
szło mi kilka godzin w podróży, gdyż wyiechaliśmy o 10 z Roche- 
ster a o 3 byliśmy w Londynie. Teraz wam ieszcze powtórzę, 
że adoruię mego Warrendera, gdyż pewnie ani Hiszpan, ani Włoch 
a tem mniej Francuz, zrobił by to, co on zrobił. Nie znaiąc mnie 
wcale, ofiarował mi swoią karetę, zawiózł do Londynu, przez drogę 
poił, karmił i tysiączne miał starania o mnie, nie na tem koniec, 
chciał mnie w Londynie umieścić u siebie, raz na zawsze zaprosił 
mnie na obiad i ciągle myśli, w czem by mnie mógł dogodzić, 
a to wszystko z taką prostotą i szczerością, że muszę go kochać. 
Gdym przyiechał do Londynu i powiedział Sobolewskiemu, żem 
przyiecbał z Warrenderem i iakim sposobem, zapewnił mnie, żem 
lepiey i szczęśliwiey trafić nie mógł, że to naylepszy, naypoczciwszy 
człowiek i niezmiernie tu lubiony i szanowany. Widzicie więc moie 
drogie istoty, że mi się moia podróż londyńska niezmiernie udała, i żem 



Digitized by 



Google 



117 

bardzo kontent, żem wykonał móy proiekt, żałuię tylko, żem na 
tak krótko sitj wybrał. Nie chciałem w tym 1 ście wchodzi<5 ' w szcze- 
góły, ale gdym się iuż w nie mimowolnie wciągnął, przebaczycie, 
ieżeli pakiet móy trochę za gruby będzie. Doiechaliście iuż ze mną 
do Londynu, wiechaliście w czas naybrzydszy, śnieg i zimno. Lecz 
na pierwsze spoyrzenie uderza nas miasto, miasto różne od innych, 
mgła ciemna, dym z węgli kamiennych okrywa ie. Domy małe, 
architekturą prostą zbudowane, lecz iakżeż ładne, iakże wszystkie 
szczegóły w nich starannie wykonane; nich po ulicach, tłum taki 
iak w Paryżu, a iednak tak cicho, iakby nikogo nie było. Dwóch 
Francuzów więcey robi hałasu, aniżeli stu Anglików. Za pierwszym 
tedy krokiem poznaiesz, żeś iest u narodu bogatego, handlowego, 
przemysłowego i myślącego. Wiechaliśmy przez most Westminster, 
wysiadłem do Londyńskiego hotelu Albemarle Street, o kilka kroków 
od Warrendera i od Sobolewskiego. O 47, móy Warrender przyie- 
chał po mnie i zawiózł mnie do klubu, nazwanego Catels Club, 
iest to klub bardzo dawny, maiący tylko 30 członków, między któ- 
remi teraz iest xiążę Kumberland, ustanowiony w celu zachowania 
muzyki narodowcy. Bardzo grzecznie zostałem przyięty, ziadłem 
obiad prawdziwie angielski i zapoznałem się ze zwyczaiami angiel- 
skiemi, które naśladuiąc, musiałem pić, tak iak oni, wnosić iak oni 
oasty i nawet śpiewać z niemi, gdyż tedy poobiedzie śpiewano 
Glees, to iest pieśń z muzyką narodową. Zabawiliśmy tam do 9 
po czem Warrender zawiózł mnie na teatr. Nazaiutrz, to iest wczo- 
ray, pobiegłem do Sobolewskiego, który mnie przyiacielsko i czule 
przyiął, zapoznał z młodym Lieven i wyrobił inwitacyę na wieczór 
do Xny Lieven; od niego pospieszyłem do Westminster, nie chcąc 
tracić czasu, widziałem Wertminster hall. Izbę Panów, i trybunały 
tam będące. Ztamtąd poszedłem do kościoła. Sławny kościół west- 
minsterski, zewnątrz, budową swoią, nie tak wielkie sprawia wraże- 
nie, iakie by mógł uczynić, gdyż nie przedstawia oku wielkiey ca- 
łości. Nosi on na sobie; ślady dzieła pracy różnych wieków i wi* 
dać, że nie iest dziełem iedney myśli, iedney ręki, dla tego też, 
w szczegółach iest cudowny, lecz te szczegóły nie stanowią wielkiego 
ogółu. Front, a szczególniey kaplica Henryka YIL będąca w tyle, 
są zadziwiaiące, ta ostatnia iest arcydziełem budownictwa gotyc- 
kiego; wewnątrz Westminster iest krainą przeszłości, błądzisz wśród 
pomników i nadgrobków, lecz iakich pomników, co krok uderza cię 
imię, które obudzą twoią duszę i tysiące wspomnień ożywia. Żyiesz 
na chwilę w towarzystwie wielkich ludzi, a myśl twoia, która ie 
ożywia, napełnia serce twoie iakiemś lękliwem uszanowaniem. Tu 



Digitized by 



Google 



118 

przy wejściu czytasz wielkie imiona Popa, Miltona, patrz oto pom- 
nik Shakespeara, przy nim kamień, pod którym Garrick spoczywa, 
wchodzisz do tych posłjpnych kaplic, co tam królów znaydziesz, 
czyli raczey co tam prochów królewskich, tu daley czytasz imiona 
Pitta, Foia, Caninga. Cóż to tam wspomnień, co sią uczuó ciśnie. 
Wychodzę z Wesminster, bo bym za nadto długo w nim błądził 
wrócę się do niego, iak będę w Paryżu. Oddawszy hołd Shakespe- 
arowi i wielkim duszom Albionu, pobiegłem pooddawaó moie listy, 
X. Deyonshire, którego leszcze niema w mieście, margrabiemu 
Lansdown i t. d. Byłem u lorda Palmerston, którego zastałem, 
który nayuprzeymiey mnie przyiął i ofiarował mi pomoc we wszyst- 
kiem. Lord Palmerston iest to ten, którego w Paryżu poznałem, 
iest on teraz na czele oppozycyi, magna spes Angliae, mianuią go 
w przyszłości następcą Welingtona. Bardzo miły, przyiemny i zna- 
komity talentami. Jadłem obiad o 5, a zatem wcześnie, z Warren- 
derem i dla tego wcześnie, że chciał mnie zawieść na teatr Cou- 
vent-Garden dla widzenia miss Kemble. Może nie wiecie w War- 
szawie, kto iest Miss Eemble, iest to także magna spes Angliae, 
synowica sławney pani Siddons, lecz którą ma przeyśó doskonałością 
gry. I w istocie iakżeż ona gra! widziałem ią wczoray wroliBelwu- 
dery, w Wenecyi oswobodzony Otwaya. Ostatnia scena w, którei 
pomieszania zmysłów dostaie, dotąd mnie dreszczem przeymuie. 
M. Kemble ma dopiero lat 18, dopiero w 3 roli wystąpiła, nigdy 
nie miała powołania do teatru, poświęciła się dla oyca, i iuż euro- 
peyską uzyskała reputacyę. Z teatru poiechałem zawsze z Warren- 
derem, na wieczór doXnyLieven. W Londynie towarzystwo organi- 
zuie się nie wtenczas, iak w innych miastach; zaczynała się zież- 
dżaó z otwarciem parlamentu, siedzą do lipca, a w sierpniu iadą 
na wieś, i wielką częśó zimy na wsi pędzą. Teraz naprzykład, 
ieszeze prawie nikogo niema w mieście, pierwszy wieczór był 
wczorajszy, lecz trzeba wiedzieó, że Xiężna Lieven iest naypierwsza. 
elegantka tuteysza, ona to daie ton, stanowi prawa mody, ona tylko 
przyimuie u siebie la Cr^ne de la sodetó, wczoray tedy była tylko 
<xUe crSme, to iest kilka kobiet i wszystkie wielkie tuteysze figury; 
widziałem tedy na tym wieczorze wszystkich Welingtonów, Stratt- 
fordów, Coningów, Aberdeenów i t. d. Xiążę Lieven bardzo uprzeymy 
ona sama zimna lecz grzeczna , lord Palmerston , który iest Pami 
de la maison, zaiął się mną, prezentował mnie Lady Cooper, wiel- 
kiey przyiaciółce X. Lieven i pierwszey elegantce tuteyszey, et 
dont ii est Pamant, poznał mnie także z Miss Arbuthnot, która tu 
wielką gra rolę, bo tem iest dla Welingtona, czem Lady Cooper 



Digitized by 



Google 



119 

dla Palmerstona. Margrabia Lansdown był także na tyra wieczorze 
pytał się zaraz księcia Lieyen, czyli mnie niema, gdyż kochana 
xięźna Hamilton tak łaskawie mnie opisała i zarekomendowała. 
Zaraz mnie tedy prezentowano mu, ofiarował mi swóy dcm, swoią 
pomoc, a tak w przeciągu godziny nie byłem iuż obcy w salonie 
londyńskim Dziś byłem zaproszony na wieczór do margrabiny 
Salisbury, lecz późno wróciłem z parlamentu, zapisałem się do was 
i nie poszedłem, w poniedziałek iestem na wieczór u Xny Ester- 
hazy. Lecz dziś dostąpiłem celu moiey podróży, to iest byłem na 
otwarciu parlamentu a potem na sessyi w Izbie niższey. Warto 
o tem słów kilka powiedzieć. O godzinie drugiey nastąpiło otwar- 
cie Izb, w Izbie parów. Nic prostszego, bez źadney wystawy ta 
ceremonia tak ceremonialna w innych kraiach. Król sam .nie był 
lecz otworzył parlament przez komisarzy swoich, Welingtona, lorda 
kanclerza, Aberdeena i t. d. którzy ubrani w szkarłat, to iest 
w suknie parów, o godzinie 2 zasiedli ławkę na przeciwko tronu. 
Parów na otwarciu było tylke sześciu, wszyscy w surdutach, 
w czarnych chustkach; po odczytaniu imion panów, lord kanclerz 
posłał do Izby niższey, wzywaiąe ią; do Izby lordów przbyło ze 
30 deputowanych, na czele maiąc the Speaker, lord kanclerz wten- 
czas odczytał mowę królewską, która iak zwykle mało znacząca 
i którą w gazetach mieó będziecie ; przyłączam tu niektóre wyiątki. 
Po czem ukłoniwszy się komisarze deputowanym, deputowani komi- 
sarzom, rozeszli się wszyscy, lecz około 4 zaczęła się sesya, tak 
w Izbie lordów, iak w Izbie niższey ; lord Palmerston do tey 
ostatniey mnie wprowadził, chciałem bydź w niey, gdyż on miał 
mówić przeciw Wellingtonowi. Jest on bowiem na czele opozycyi 
a co do polityki zewnętrzney, podobno za związkiem z Eossyą. Je- 
dnakże nawczorayszey sesyi nie mówił, gdyż spory wszczęły się, z po- 
wodu nędzy i ubóstwa do iakiey ludność rolnicza i rękodzielna iest przy- 
prowadzoną. Król w mowie swoiey powiedział, „iż ubolewa, że 
mimo kwitnącego handlu, nędza pannie w klasie rolniczey i ręko- 
dzielney w niektórych częściach trzech królestw ziednoczonych". 
Lord Darlington, który był the Mover of the adress, to iest który 
miał izbie adres do króla przedstawić i który iest teraz na ławce 
ministeryalney, powtórzył ten frazes królewski w adresie, dziękuiąc 
królowi za wynurzenie uczuć oycowskich. Jeden z deputowanych 
zaproponował an amendement to iest zmiany w adresie, w ten spo- 
sób, iż nędza nie w niektórych częściach, lecz w całym krain pa- 
nnie i że klasa niższa do ostatniego ubóstwa iest przyprowadzona. 
Ztąd wszczęły się spory, z początku wcale nie świefaiie mówionc 



Digitized by 



Google 



120 

lecz gdy wstał 0'Connell i w gwałtownej mowie przeciw Rządowi 
wystawił nędzą Irlandyi, gdy Huskinson pcpieraiąc ame^idonent 
dobrze, porządnie, dobitnie rozebrał wszystkie czcjści mowy kró- 
lewskiey, gdy nakoniec, odpowiadaiąc im, Peel w długiey, lecz 
dobrze powiedzianey mowie, wystawił nieprzyzwoitośd amendement 
proponowanego przez łhe honorable baronet^ staraiąc si<j dowieśó 
że nędza w istocie w niektórych tylko, częściach państwa okazuie 
się, spory zaczęły się żwawe i niezmiernie zaymuiące. Od 4 sie- 
działem w izbie do 11 i leszcze ich zostawiłem. Bardzo a bardzo 
kontent iestem^ żem iuż słyszał 0'Connella, Huskinsona, Peela, bar- 
dzo takżem szczęśliwy, że mogę suivre les discussions parlamentaires; 
prawie wszystko rozumiem, choó to nie tak łatwo rozumieć Anglika 
mówiącego. Jak cała Anglia nosi na sobie cechę oryginalności, tak 
i parlament, który ią wyobraża, nie podobny zapewnie do żadney 
reprezentacyi narodowcy w innych kraiach. W Izbie niższey niema 
prezydenta ani marszałka, iest tylko speaker, w wielkiey peruce, 
który głos daie i do porządku wzywa. Ta ostatnia czynność często 
potrzebna, gdyż ciągle iest ruch i gwar. Dopiero gdy który ze 
znakomitych mówców wstaie, głuche następnie milczenie. Członko- 
wie Izby, wszyscy prawie w kapeluszach na głowie i w surdutach. 
Zabawnie widzieć tych reprezentantów wielkiego narodu, w sur- 
dutach, w czarnych chustkach i kapeluszach na głowie, rządzących 
światem, a przynaymniey wielką częścią świata. Dość rzucić na 
nich okiem, dość słyszyć ich mówiących, ażeby się przekonać, że 
ich swobody weszły w ich zwyczaie, że ta sessya, parlamentowa 
iest iuż sesyą stutysięczną i że nie oni pierwsi zasiadała w tych 
ławkach, lecz że zaymuią mieysca, które ich dziadowie i pradziado- 
wie zaymowali. Cztery leszcze sesye widzieć będę i żadney nie opuszczę. 
Lecz znowu się zapomniałem moie drogie istoty i znowu nabazgrałem 
do was foliały, przebaczcie mnie tę wadę, którey pozbyć się nie 
mogę, że mi ani podobna krótko pisać, kiedy do was piszę, gdyż 
wszystko, co widzę, czuię, zdaie mi się, że nie dla siebie widzę 
i czuię, lecz dla was. Ale iuż was ściskam nayczuley, żegnam, po- 
rzucam was dla Musće Britaniąue, gdzie zaraz biegnę, gdyż ten 
list wczoray zaczęty, dziś 5go w piątek kończę. Adieu moie nay- 
nkochańsze istoty, ściskam was, ściskam ręce kochanego stryia, 
ściskam Henryka, Dziandzię, Nainusia, je pense ici souvent k lui, 
et j'y cherche ses traces, n'est ii point vrai moncher leNain, nous 
parlerons souvent de Londres, quand nous serons rentrćs, dąnsnotre 
soletude de Piotrowice.. Piotrowicom także czule kłaniam. Nic mnie 
też o Miśku nie donieśliście, a ia o nim i w Londynie myślę. 



Digitized by 



Google 



121 

Coż, czy wyzdrowiał? Wszystkim łaska wj^m w Warszawie czule 
kłaniain, Władysia Małachowskiego nie zastałem, wyiechał w dzień 
mego przyiazdu. P. Sobolewskiemu prosztj podziękować za syna, 
który tak dobry i przyiacielski dla mnie, poznałem Łabęckiego 
i bardzom z iego znaiomości kontent. Adieu raz leszcze adieu. 



Mowa królewska: 

NPan rozkazał nam, uwiadomić was, iż od wszystkich dwo- 
rów zagranicznych odbiera zapewnienie naysilnieyszej chęci utrzy- 
mania związków i stosunków przyiaznych z tym kraiem. NPan 
widział z ukontentowaniem, iż woyna między Eossyą a Turcyą, do 
końca przywiedzioną została. Starania NPana względem wykonania 
głównych warunków traktatu 6 lipca były ciągłe. NPan porozu- 
miawszy się świeżo z swoiemi sprzymierzeńcami względem uspo- 
koienia i ostatecznego ustalenia Grecyi , spodziewa się, iż będzie 
mógł wkrótce udzielió wam szczegóły tych układów a z niemi 
obiaśnienia, które wam okażą, iakie było postępowanie, które NPan 
obrał w całym ciągu tych ważnych czynności. NPan ubolewa, iż 
nie może wam oznaymić postępu w pogodzeniu liążąt z domu Bra- 
ganckiego. NPan nie sądził ieszcsse stosownem przywrócenia na 
dawną stopę związków dyplomatycznych z królestwem portugalskiem. 
Lecz liczne niedogodności, które wypływaią z przerwania tych sto- 
sunków, wzmagaią chęó iego położenia końca złemu (Evil), które 
tak iest istotnem. Tyle tylko co do polityki zewnętrzney, daley 
mówił o budżecie, który im okaże, iż zmnieyszone są wydatki; 
o prawach ułatwiaiących sądy spraw i wreszcie o nędzy, która była 
przedmiotem sporów wczorayszych. Zresztą może mieó będziecie 
w gazetach tę mowę pierwey aniżeli list móy. 



12 lutego 1830 piątek e Faryza. 

Chociaż kochany móy Morawski , którego przyiaźń czasem 
mruczy na moie wady, wymawia mi zawsze, że zwykle dziś robię, 
com miał wczoray zrobić, ia iednakże mam pretensyę do .wielkiey 
regularności i przynaymniey dzisiay mogę się nią pochwalić. 
Powiedziałem przed trzema tygodniami, że 29 stycznia wyiadę 
do liOndynu i 29 wyiechałem, wyieżdżaiąc powiedziałem, że 12 
wrócę do Paryża i 12 wróciłem. Dziś tedy rano, to iest 12 sta- 
nołem w Paryżu, po trzydniowey podróży i po 15 dniach nieby- 



Digitized by 



Google 



122 

tności, przez które dni 15 przeiechałem mil 90, przebyłem morze, 
zobaczyłem kray nowy, zwiedziłem drugą stolicłj Europy czyli ra- 
czey świata, poznałem czyli raczey rzuciłem okiem na inne zwy- 
czaje, innych mieszkańców, zapoznałem si(j z wielu nowemi osobami 
z których wielo po całey Europie znanych, słowem nie straciłem 
tych dni piętnastu, lecz każdą z nich minutę czynnie i może uży- 
tecznie zapełniłem. Chciałbym moie nayukochańszo istoty z każdey* 
z nich zdaó wam sprawę i dla tego w liście tym dziennik 
moiey podróży znaydziecie, lecz nim go zacznę niech wam powiem 
że zaledwiem wysiadł tu z poiazdu, uradowałem się dwoma wa- 
szemi listami, które tu czekały na mnie, pierwszy z 24 drugi z 1 
lutego, a trzema czy czterma listami Nainusia. Już dni piętnaście 
iąkem was nie czytał to iest nie widział, z tęsknotą więc do tak 
drogiey przyieraności wracałem do Paryża i może ta tęsknota przy- 
pędziła mnie do niego, bo bardzo mnie namawiano ażebym dłużey 
został leszcze w Londynie. Lecz choó namawiano, choó te dni 9 
niezmiernie prędko i przyiemnie mi przeszły, choó znalazłem kilka 
osób bardzo a bardzo dobrych i uprzeymych dla mnie, na 
których czele zacny nieoszacowany Sobolewski i moia adoracya 
Warrender a wreście choó 9 dni przepędzonych w Londynie były 
tylko chwilą i choó z żalem muszę wyznać, żem tylko Londyn wi- 
dział a nie Anglią, iednakże iakem powiedział, że zrobię, takem 
zrobił i na 12 tu wróciłem; wróciłem bo mi prawdziwie tęskno 
było do waszych listów, bom zaczynał przemyśliwaó z obawą o was, 
bom iak inni maią la maladie du pays tak ia zaczynałem mieó 
la maladie de mes bons parents. A potem nie chciałem wielkich 
ponieść wydatków, a potem i nareście obiecałem, że na 12 wrócę 
i wróciłem. Wróciłem uszczęśliwiony z moiey podróży iiestem 
pewny, że i wy z niey kontenci będziecie. Przeczytawszy, odczy- 
tawszy, naczytawszy się waszych listów, podziękowawszy niebu 
żeście zdrowi, nagadawszy się z kochanym p. Batowskim, którego 
zdrowego zastałem . biorę się do opowiadania wam moiego pobytu 
w Londynie. Pisałem do was z Anglii w zeszły piątek to iest 5 
i szczegółowo opowiedziałem wam podróż moią i kilka dni przepę- 
dzonych w Londynie; dziś od 5 zaczynam. Oddawszy list do was na 
pocztę ly zeszły piątek koło 1 poszedłem prawie o pół mili od 
ulicy na którey stałem na Great Eussel Street, to iest do Muzeum 
Bretońskiego, które iest umieszczone w budynku dośó obszernym, 
lecz ani zewnętrzną architekturą ani wewnętrznymi ozdobami wcale 
nie jest znakomitem. To muzeum zawiera w sobie wszystkie zbiory 
publiczne a zatem gabinety higtoryi naturalney, bibliotekę, galeryę 



Digitized by 



Google 



123 

posągów, owe sławne marmury Elgina, gabinet starożytności 
i t. d. Gabinet historyi naturalney, w ciasnych pokoiach umie- 
szczony mniey mnie zaiął, gdyż oszczędzać czasu musiałem, szafy 
iednakże w których umieszczone są rozmaite narzędzia, statki, 
ubiory i t. d. z rozmaitych wysp i krajów dzikich przywiezione, 
zatrzymały ciekawość moią, lecz z uwagą przeszedłem gabinety 
starożytności, galeryę posągów z których wiele iest ciekawych, 
nayciekawsza iednakże sala zawieraiąca marmury Elgina. Wiecie 
że lord Elgin, będąc podobno gubernatorem wysp Joóskich, zrobił 
wyprawę na złupienie Aten, i resztę pamiątek które i kraiowcom 
i podróżnym przypominały owe sławne mieysce, zabrał niegodnie, 
On to złupił ruiny Partenonu i kilku świątyń, on obdarłszy Grecyą 
z pamiątek iey chwały, okręty ładowne niemi do Anglii przesłał. 
Lord Byron pomścił Grecyę i Ateny, w pieniach nieśmiertelnych 
przekazawszy imię Elgina wzgardzie potomnych. Jednakże te szczą- 
tki dzieł cudowney sztuki, te marmury noszą imię ich łupieżcy 
i przedane zostały rządowi, a teraz stanowią naywiększy skarb 
zbiorów publicznych w Londynie. Sala w którey złożone są te 
marmury, iest prawdziwie całą krainą pamiątek, tworzy cały. Par-^ 
tenon, czyli raczey zwłoki Partenonu spoczywała w niey. Dziwi się 
me oko, ale patrząc na nie, nieprzyiemnego doznaie się uczucia 
pomnąc, że się ich widzi nie pod tem słońcem które im] za Peri- 
klesa czasów przyświecało, nie na tey ziemi po którey Sofoklesy, 
Sokratesy i Demosteny chodziły, lecz że teraz iakby w wielkiey 
trumnie złożone wśród murów wilgotnych i wystawione na pożarcie 
dymu i mgły ciężkiey. Cóż to musiało bydź za arcydzieło sztuki 
ten Partenon, sądzić można po tym trupie iego. Wszystkie iego 
części są ciekawe, lecz nayciekawsze choć uszkodzone, równie iak 
i inne są płaskorzeźby, które stanowiły fryzy u świątyni. Wyobra- 
żaią one procesyę którą odbywano na cześć Minerwy i różne inne 
przedmioty mitologiczne, lecz te które wyobrażała woynę Ateńczy- 
ków z Amazonkami i Centaurów z Lapitami i które wzięte były 
z ruin świątyni ApoUina z góry Kotilion są niezmiernie godne 
uwagi! Nie znano starożytnych doskonałych koni, trzeba widzieć 
konie z tych płaskorzeźb, ażeby się przekonać, że i konia doskona- 
łego utworzyło starożytnych dłuto. Nie chcę wchodzić w szczegóły 
w opisaniu tych marmurów, nadmienię tylko słowo o dwóch posą- 
gach noszących na sobie cechę doskonałości starożytney to iest 
posąg Tezeusza opartego o skałę i rzeki Ilissus. Obadwa te posągi 
były umieszczone przy weyściu wschodniem Partenonu. Gabinet sta- 
rożytności, a szczególniey egipskich które zostały Francuzom za- 



Digitized by 



Google 



12ł 

brane po kapitulacji Alexandryyskiey w r. 1801 iest bardzo cie- 
kawy. Biblioteka składa sie^ z 400.000 yoluminów, iest blisko 60.000 
manuskryptów, oryginał Charłae moffnae wystawiony iest pod szkłem 
na widok publiczny, ia bym wołał, żeby nie tu lecz w sali lordów 
był umieszczony, tu może bydź tylko uważany iak ciekawość bi- 
bliograficzna, tam byłby świłjtym i drogim dowodem praw tak da- 
wnych i niezaprzeczonych do tych swobód, których Anglia używa. 
Poświ(jciw8zy kilka godzin Muzeum Bretońskiemu, ziadłszy wczesny 
obiad w Traveller's Club, to iest w klubie podróżnych do którego 
przyięty zostałem, poszedłem do izby niższey gdziem znowu do pó- 
źney nocy siedział. Sesya ta była bardzo interesuiąca, lord Palmer- 
ston miał mowę o polityce angielskiey, zastanowiła go szczególniey 
Grecya, Portugalia i MexyL Peel mu odpowiedział i w tey odpo- 
wiedzi tłómacząc się z zarzutów mu czynionych, prawie oświadczył 
że Don Miguel uznanym zostanie. Grant który iest z partyi Pal- 
merstona, mocno niezmiernie i wymownie mówił, nay wymowni eysza 
była iego mowa, z tych wszystkich którem słyszał w parlamencie. 
Mówił po nim lord John Eussel i spory zaczynały się żwawe. Mi- 
nisteryum silnie atakowanem było, kiedy Sir Joseph Torck który 
iest ministeryalny i który od lat kilkunastu iest uprzywileiowanym 
buffonem Izby, chcąc zapewne przerwaó dyskussyę wypalił nay- 
śmiesznieyszą i bufońską mowę pośród głośnego śmiechu Izby 
i od polityki zewnętrzney zwrócił uwagę członków na stan we- 
wnętrzny kraiu. Nie uwierzycie iak mnie interesowała każda parla- 
mentowa sessya, w przeszłym liście opisałam wam wrażenie iakie 
na mnie ten dawny, stary że tak powiem parlament uczynił. Wy- 
mowa angielska nie iest podobną do wymowy starożytnych, iest 
prawie nie wymowną, nikt się tam nie sadzi na figury retoryczne, 
na słowa dźwięczne, lecz każdy po prostu, ale iasno, ale płynnie 
tłómaczy myśli swoie, iest to bardziey rozmowa między reprezen- 
tantami wielkiego narodu w obec świata ucywilizowanego, który 
iey z uwagą słucha, rozmowa o naywaźnieyszych interesach tak 
zewnętrznych iak wewnętrznych. Dnia następuiącego to iest w so- 
botę, poszedłem rano ażeby się poznaó z ulicami londyńskiemi, 
zaszedłem do City, która stanowi drugą część miasta i w którey 
dopiero poznaie się, że się iest w stolicy czterech części świata. 
Cóż to za ruch, co za tłum, ale ruch i tłum cichy, nie tak iak 
w Paryżu ; w Paryżu każdy idący na ulicy, zdaie się biegnąć gdzie 
go iakaś zabawa lub przyiemność woła, w Londynie każdy zdaie 
się mieć iakiś cel poważny, iakiś ważny interes. W City tedy, 
w którey ulice są ciainieysze i nie pod sznur wyciągnięte iak 



Digitized by 



Google 



125 

w części eleganckiej miasta, tłum iest tak wielki, że się ciągle 
przechodzący popychaią a poiazdów tjle, że ieden za drugim zwol- 
na iak gdyby ó lafile postępuie. Będąc w City, widziałem most 
Waterloo, który iest podobno naypięknieyszym z dotąd postawionych 
mostów, kosztował 40 milionów złot, naszych. Kompania która go 
postawiła zbankrutowała i teraz ma bydź puszczony na lotteryę. 
Maradziu kochana może by nie źle było gdybyśmy most Waterloo 
wygrali, mielibyśmy 800.000 franków intraty. Daley doszedłem do 
Sgo Pawła. Tylko może dwom kościołom cbiześciańskim 'wolno 
było przyią<5 architekturę grecką. Sw. Piotrowi w Kzymie, i św. 
Pawłowi w Londynie, to iest dwom arcydziełom nowszych wieków. 
Kościół śgo Pawła uderza, zadziwia, zewnątrz. Eozmaitośó różnych 
części iego, śmiałośó i wzniosłośó kopuły, piękność portyków a ra- 
zem harmonia panuiąca między temi rozmaitemi częściami, stano- 
wią wielką całośó. Jest to rodzai wielkiego poematu; tak iest; św. 
Paweł Londyński iest może , ieźli nie ILadą, to Odysseią lub 
Eneidą architektury. Jest on postawiony w formie krzyża, kolumny 
są korynckie. Plac na którym stoi, iest tak ścieśniony iż dobrze 
piękney całości obiąó nie można. Mury są zupełnie czarne, szkoda, 
że ten kolor nie wieki mu nadały, lecz dym z węgli. Wewnątrz 
Św. Paweł nie tak silnie mnie uderzył, kopuła tylko która iakgdyby 
sklepienie niebieskie nad moią głową przegina się i nachyla, iest 
prawdziwie cudowna; lecz ołtarz zasłaniaiący iedno skrzydło kościoła 
lecz żelazna krata przedzielaiąca i nie dozwalaiąca dostąpić do 
drzwi głównych, lecz nakoniec nagość murów, bez żadnych ozdób, 
bez ołtarzy, psuią wrażenie, iakie tak wielki gmach mógłby uczy- 
nić. W kościele tym iest kilkadziesiąt marmurowych pomników, 
naywięcey kosztem rządu wystawionych dla uczczenia pamięci wo- 
iowników i innych sławnych ludzi Anglii, lecz te pomniki mało 
po większey części znaczące, znikaią wśród takiey pustyni obmuro- 
waney. Pomnik Nelsona iest podobno naygodnieyszym uwagi. Od 
śgo Pawła pobiegłem z wizytą do margrabiego Landsdown, który 
niezmiernie uprzeymie mnie przyiął i pokazał niektóre marmury, 
których ma wiele bardzo. Obiad dnia tego iadłem z Sobolew- 
skim i Łabęckim w Traveller's Club a z tamtąd z tym ostatnim 
poszedłem na operę włoską, która tego dnia otwartą została. Sala 
opery włoskiey w Londynie iest naywiększą iakąm dotąd widział. 
Opera ieszcze nie iest w komplecie^ będą mieli w tym roku w Lon- 
dynie p. Malibran, Douzelego i t. d. dotąd ich ieszcze nie maią, 
opera też nie szczególna była. I^ecz Anglikom którzy nieszczęśliwą 
maią namiętność sztuk pięknych, można wrzeszczyć to iest śpiewać 



Digitized by 



Google 



126 

tak iak ja naprzykład i leszcze się podobaó. W niedzielę rano 
wziąwszy dziennie śliczny kabriolet angielski pooddawałera wizyty 
moim znaioinościom z Paryża, lordowi Castelreagh, Tomphsonowi. 
Fergussonowi i t. d. po czem z Sobolewskim wybraliśmy się w po- 
dróż dla obiecbłinia parków londyńskich. Obwiózł mnie tedy po wszy- 
stkich głównieyszych ulicach londyńskich i po wszystkich parkach. Za- 
chodnia część Londynu otoczona iest niemi. Hyde park i Eegents park 
są naywiększe i naypięknieysze, ten ostatni otoczony wspaniałemi 
i ogrbinnemi budynkami, wystawia widok iakiego w innem mieście 
nie znaydzie się. Niema także w innem mieście ulic równie wspa- 
Aiałych i szerokością swoią i pięknością trotoarów i budynków 
przepychem iak Eegenfs, Street, Portlandplace, New Bond Street 
i t. d. Lecz Anglicy którzy naypięknieyszą maią wieyską archite- 
kturę, w mieście bardziey wielkie i wspaniałe aniżeli piękne i do- 
brym smakiem zalecaiąee się stawiaią budynki. Facyaty są zawsze 
prawie dobre lecz znikaią przy ogromie budynku. Z całego Londynu 
Somersethouse, bank i nowa poczta są podobno naypięknieyszemi 
gmachami, gdyż nie wiem czy nowy pałac królewski zasłuży na tę 
pochwałę. Z parków wyiechaliśmy za miasto, dla zobaczania wiey- 
skich domów Cottages. Cóż to za ładne domki, oy żeby mieó po- 
dobny w Piotrowicach. Wiecie że, w niedzielę Londyn iest nay- 
nudnieyszem i naysmutnieyszem miastem z świata całego, niema 
żadnych widowisk, teatrów, nikt nie gra, nikt nie śpiewa, nikt na- 
wet nie chodzi po ulicy. Na raz, bardzo to ciekawy widok, zaba- 
wnie na raz powtarzam, bydź w mieście w którem 1,600.000 mie- 
szkańców i które nagle w pustynię, w grób się zamienia. Zdało 
mi się gdym wyiechał na ulicę, że przez noc sobotnią cały Londyn 
wymarł. Dnia tego to iest w tę nudną niedzielę byłem u X. Lieven 
na wielkim obiedzie dyplomatycznym, danym dla przyszłego Agar 
memnona, to iest króla Greków, to iest xięcia Leopolda. Byli 
na ftim głównieysi członkowie partyi Whig, a raczey partyi Canin- 
gowskiey, to iest Marg. Lansdown, Lord i Lady Wartcliflf lord 
i Lady Granville, familia Cowper, Stratford Coning z żoną, Huss- 
kinsony, Palmerston i t. d. Poznałem się z temi wszystkiemi wiel- 
kiemi figurami ale poznałem się także z naypięknieyszem stworze- 
niem, które żyie lub żyło na tey ziemi, to iest z córką Lady Cow- 
per, z Lady Emily Cowper. Cóż to za ładna istota, zapewnie uay- 
ładnieysza iakąm dotąd widział Jak mówią iest ona w istocie córką 
Palmerstona i bardzo podobna do niego. Ach czemuż ia nie iestem 
zięciem Bucleugh którego chciano z nią żenić, który iest Dukiem, 
parem, ma 21 lat i 12 milionów intraty, który szaleniec z inną 



Digitized by 



Google 



127 

8ię ożenił. Obiad był wspaniały i poważny, chciano na nim konie- 
cznie nakłonić (po cichu naturalnie) X. Leopolda do przyięcia ko- 
rony greckiey, lecz on ieszcze się chwieie. Obiady w Londynie zaczy- 
naią się o 8 kończą o 10V2; — a zatem i resztę wieczoru dnia 
tego spędziłem u Xtwa Lieven. On sam bardzo uprzeymy i musi 
być dobry, ona grzeczna bardzo była dla mnie, com zapewnie So- 
bolewskiemu winien, nie znam osoby która by miała des manieres 
plus nobles et plus Fair d'une grand Damę, iak xiężna Lieven. 
W poniedziałek ogromną podróż zrobiłem moim ładnym angielskim 
kabryoletem, poiechałem nayprzód do wieży to fhe Tower która iest 
na drugim końcu Londynu, tam obeyrzawszy arsenały, zbroiownie^ 
salę kleynotów, to wszystko co tylko było do widzenia, poiechałem 
przez most londyński do tunellu , to iest do do tego przeyścia pod- 
ziemnego pod Tamizą. Widziałem tedy tuneli, widziałem ten nowy 
cud świata, który przeydzie dawne cuda ieśli dokończonym zostanie, 
lednakże wątpię o tem, gdyż nayprzód nie ma na to funduszu, 
a powtóre sądzę, że się to wielkie dzieło dokonaó nie da. Dotąd 
doszli dopiero do połowy drogi, a iuż podobno 40,000.000 wydali. 
Teraz przerwane zostały roboty, lecz ppkazuią to co iest dokończo- 
nera. Wchodzi się nayprzód w ogromną wieżę, w dół wpuszczoną 
silnie obmurowaną, która iest na samym brzegu rzeki, zeszedłszy 
nie wiem iuż wiele schodów, wchodzi się w loch sklepiony gazem 
oświecony i tak szeroki żeby ieden poiazd mógł się zmieścić, obok 
niego iest drugi taki loch, jeszcze nie dokończony. W tym pier- 
wszym, iuż osklepionym iest ciągle wilgoć lecz wody niema, ale 
w tym drugim bezustannie sączy się woda i grozi niebezpieczeń- 
stwem. Zadziwiaiące to iednakże dzieło, zadziwiaiące gdy tam 
będąc myśli się że cała rzeka cięży mu nad głową, że okręty- prze 
suwaią się nad nią i że głębiey iestem w ziemi, aniżeli ta Tamiza 
która tak jest głęboka. Porzuciwszy tuneli, który prawie iest iuż 
za miastem, poiechałem do Westminsterhall do parlamentu; by- 
łem w Izbie niższey. W ten dzień Uobert Wilson miał mowę 
o Meksyku i Lamb brat Lady Cowper, niezmiernie gwałtownie mó- 
wił przeciw rainisteryum. W ten dzień Peel oświadczył (co iuż iest 
w skutku sporów i nieiako ulegnieniem opinii Izby) że Anglia zupełnie 
zachowa neutralność i nie będzie przeszkadzać Mexykovvi w atakowaniu 
Kuby. Około 8 poiechałem do Warrendera który dla mnie dał obiad, na 
który Huskinssona i kilku innych członków partyi Whigów zaprosił iako 
też i Sobolewskiego. Wieczór zaś byłem u Lady Holland, gdzie się 
z lordem Holland i z Broughanz poznałem, po czem byłem na 
wieczorze tańcuiącym u Xny Esterhazy, lecz ieszcze nogi angielskie 



Digitized by 



Google 



128 

nio rozruszały się i tańce nie szły ochoczo, spodziewałem się 
znaleśdź na ^-ym wieczorze J^ady Emily lecz malutka dostała kaszlu 
i nie była. We wtorek rano prawie iuż wszystko co było do widze- 
nia w Londynie zobaczywszy, poieehałem do Regenfs park dla 
obeyrzenia kolizeum to iest panoramy Londynu, sławnycli tam bę- 
dących oraźeryi i domku nazwanego Swiss Cottage. Poczem koło 4 
poszedłem z Sobolewskim do Izby Parów, gdzie bardzo zaymuiąca 
była dyskussya, o list który lord Ellenborough, i eden z Ministrów 
napisał do Sir John Malcolm gubernatora Indyi; niezmiernie go 
o niego attakowano, chcąc ażeby ustąpił z Ministeryum, lecz on 
niezmiernie się dobrze bronił, wymownie, silnie i płynnie mówiąc,, 
iest to bowiem naylepszy mówca z całego Ministeryum. Dnia tego 
słyszałem mówiących margrabiego Lansdowna, lorda Holland, X 
Wellingtona. Wyszedłszy koło 10 z parlamentu, zabrawszy się 
z moiego London Hotel koło llstey, o 1 wsiadłem do Mail Coach 
to iest do poiazdu listowey poczty, a o 17^ nie byłem iuż w Londynie. 
O 12 we środę stanołem w Douyres, zastawszy zaraz statek parowy 
wsiadłem na niego i koło 2giey znikły przed mem okiem białawe 
brzegi Anglii, które z czułością i wdzięcznością, za dni kilka przy- 
iemnie na nich spędzonych pożegnałem; o 3 byliśmy w Calais, 
szczęśliwie i co do mnie bez naymnieyszey słabości, ciaśninę we 3 
godziny przebywszy, Z Calais iechaó miałem z kurierem gabinetu 
angielskiego, lecz że musiał wziąśó z sobą iakiegoś sekretarza mi- 
nisteryum. O 10 godzinie wsiadłem do Maile Poste i po 32 go- 
dzinach podróży w piątek rano o godzinie 8 stanąłem w Paryżu, 
wasze listy zastałem, nas)^ciłem się niemi i teraz siadłszy do mego 
stolika, te dwa arkusze nabazgrałem do was. 14 Lutego Niedziela nie 
przerywaiąc naszey rozmowy, powiem wam moie naydroższe istoty, 
iż widzicie, że mi się powiodła moia podróż, raczey móy spacer do 
Anglii, wielem rzeczy nowych zobaczył, wielem nowych osób po- 
znał, kosztem 15 dni czasu, i 870 franków pieniędzy. Chciałbym 
leszcze dłużey z wami rozmawiaó, lecz sam siebie boię się ażebym 
się nie zapomniał i za nadto was moiem gawędztwem nie zmordo- 
wał a tak mi łatwo zapomnieć się gdy do was piszę. Dodam więc 
leszcze te słów kilka a w przyszłym liście powiem wam co myślę 
o tey Anglyi, o tym kraiu tak interesuiącym , tak godnym zastano- 
wienia się i głębokiey uwagi. Te zaś słów kilka które mam ieszcze 
dodać są następuiące. Tak przyiemnie przepędziłem te 9 dni lon- 
dyńskich i tak po większey części winienem tę przyiemność So- 
bolewskiemu, iż muszę was prosić ażebyście od sie- 
bie oycu iego podziękowali. Zapewnijcie go że serce moie za- 



Digitized by 



Google 



139 

chowa zawsze wdzięczną pamięć tych dni kilku które 
z iego synem spędziłem. Wiecie, iak nieoszacowanym , iak 
dobrym dla mnie była moia adoracya Warrender, oprócz nich lord 
Palmerston, margr. Lansdowu, prawdziwie gościnnośó polską mnie 
przypomnieli. Tego ostatniego żona dopiero w dzień mego wyiazdu 
miała przyiechaó, lecz gdybym kiedykolwiek wrócił do Anglyi, 
wiem żebym zastał kilka domów otwartych dla mnie. X. Deyons- 
chire do którego miałem listy nie zastałem leszcze w Londynie, 
bo też towarzystwo londyńskie dopiero zaczynało się zgromadzaó. 
Podczas mego pobytu, okropne zdarzenie przeraziło wszystkich, bę- 
dziecie mieli o niem wiadomość w gazetach, lecz oto iest wierny 
iego opis. Lady Graves (Grevs) żona szambelana królewskiego mar 
tka dziesięciorga dzieci i maiąca iuż lat 50 mieszkała w Windsor 
blisko mieszkania X. Cumberlanda, który często u niey bywał, 
Przed 20 dniami rozeszła się po mieście pogłoska, iż lord Graves 
a pris sa femme en flagrant delit ayec le Duc de Cumberland. 
Gazety zaraz rozpisały się nad tem i mówiono, że lord Graves po- 
zwie do sądu jięcia, lecz król wdał się w tę rzecz i podobno p. 
Graves przyrzekł mu, że całą tę historyę przytłumi. Ale tym czasem 
po wszystkich sklepach londyńskich przedawano karykatury wysta- 
wiające i rięcia i żonę i nieszczęśliwego męża ; między innemi ie- 
dna była naydowcipnieysza, w którey X. Cumberland wyciągał 
z grobu starą babę, mówiąc iż miłości musi w grobach szukaó, 
gdyż (Graves) znaczy po angielsku groby. Te karykatury zostały 
przedtem przesłane lordowi Graves, lecz co nayokropnieyszego, 
iż w zeszłą niedzielę, dziś temu tydzień, ieden z dzienników wy- 
chodzących tylko w niedzielę, umieścił artykuł w którym utrzymy- 
wał, iż X. Cumberland iuż nie będzie do sądu pozwanym, gdyż 
lord Graves przez króla przekupionym został. Ten, rano ten artykuł 
przeczytawszy, wieczór w ten sam dzień zarżnął się dwoma brzy- 
twami. Okropne to zdarzenie o którem właśnie po obiedzie u X. 
Lieyen wiadomość przyszła, straszne wrażenie w Londynie uczyniło; 
lecz co gorsza, iż wiele osób iest przekonanych przypominaiąc so- 
bie śmierć kamerdynera X. Cumberlanda z teyże samey przy- 
czyny; iż lord Graves nie pope-łnił samobóystwa. X. Cumberland 
nie mógł by się w tym momencie pokazać w Londynie i podobno 
będzie przymuszony wyiechać z Anglyi. X. Wellington którego 
Cumberland iest głównym nieprzyiacielem bardzo z tego kontent, 
iednakże mniemanie iest powszechne w Londynie, iż w przeciągu 
dni 15 X. Welington albo ustąpi z Ministeryum, albo zrobi się 
whigiem, to iest że przybierze iak powiadała Granta, Huskinssona, 

Listj AndnąJaKośmiana. 



Digitized by 



Google 



lisii:^ 



180 

Palmerstona. Ciekawa bardzo chwila dla Anglyi a nawet dla Europy. 
Teraz wara ieszcze słowo dodam o expensie raoiey podróży. Wiecie 
że Anglya iest naydroższym kraiem z całey Europy to iest dwa 
razy droższa niż Warszawa. I tak naprzykład: w hotelu w którym 
stałem na iedney z .pierwszych ulic, bawiąc dni 9, maiąc ieden po- 
kóy bardzo ładny, ciągle ogień na kominie, co dzień białą pościel, 
codzień wyborną herbatę z toi1;ami i t. d. zapłaciłem 70 sterlin- 
gów w hotelu, a 40 za usługę, to iest razem 110 szterl. czyli 220 
złot. polskich. Za obiad z trzech potruw złożony, płaciłem 
w Traveller's Club 9 szterl, to iest 18 złotych. Lecz co naywięcey 
i okropnie kosztuie to kabryolet bez którego przez trzy dni obeyśdź 
się nie mogłem, dziennie płaciłem 24 szterl. a 4 szterl. au groom 
to iest lokalowi, a zatem dziennie kabryolet kosztuie 56 złot. 
Podróż to iest iazda i przewóz kosztowały mnie tam i nazad 416 
złot. polsk. W ogóle wydałem 870 franków. Spodziewam się, żem 
całe dzieło we dwóch nawet tomach napisał do was, o raoiey 
podróży londyńskiey. Teraz wracam do Paryża, który z radością 
przywitałem i który także bardzo łaskawie mnie przywitał. Nic 
lepszego iak czasem usunąć się na chwilę przed okiem świata, 
wróciwszy do niego wraca się avec le merite de la nouyeaute. 
Byłem w piątek u X. Guiche, p. Jumilhac, wczoray u p. Girardin 
i te panie tak mnie czule, dobrze, przyiacielsko witały, z okrzykiem 
oh vou8 Yoila etc, iż przyiemnie mi było przekonać się que je 
ne suis pas un intrus dans leur Societe et qu'elles ont la bonte, 
d'aimer a m'y yoir. Je ne dirais k personne, ce je tous dis la, 
sartout a Varsovie, car on m'accuserait de fatuitó, mais k vou8, 
je dis tout więc czemuż i z tera mam się taić. Powiem wam nawet 
żem kontent, żem wrócił na 12 iakem obiecał, ale to dopiero 
w Piotrowicach wytłómaczę. Podczas moiey niebytności bardzo się 
tu bawiono, szczególni ey bardzo ładny miał bydź ieden bal ma- 
skowy. Jutro wielki bal dla ubogich na 5 tysięcy osób, wszyscy 
nim teraz tylko zaięci, ii y a des patronesses de la Societe. 
Opiszę wam go w przyszłym liście w którym przeniosę was 
znowu do Paryża, a teraz przenoszę się do was i nayprzód dzię- 
kuię Papci za wiadomości piotrowickie, a moiey Maradzi drogiey 
kochaney za warszawskie które bardzo mnie interesuią. Proszę nay- 
przód, ażeby Henryk, Diandzia i Nainuś w imieniu raoiem uści- 
skali ręce kochanego stiyia, proszę daley kłaniać tysiącznie wszy- 
stkim łaskawym; Ezewuskiego przeproście, żem mu dotąd nie odpi- 
sał, ale za dni kilka odbierze list móy. Domowych wszystkich iak 
nayczyley pozdrawiam, to iest i warszawskich i piotrowickich, 



Digitized by 



Google 



181 

ale napiszcie to do Piotrowic żeby wiedzieli, że zawsze o nich 
myślę. Sąsiadom Piotrowic także tysiąc czułości, bo wierzcie mnie 
bo niech wszyscy wierzą, których kocham, że zawsze myśl i seree 
moie z niemi. Chciałem dziś pisaó do Wólki, chciałem bydź u do- 
ktora TEau, lecz ledwiem po podróży odetchnął, dziś tylko do Nar 
nia świstek posyłam, lecz wstrzymnycie go niech osobnych listów 
nie pisze, bo i siebie i mnie zruynuie, wstrzymnycie go, niech się 
tu nie wybiera, bo za dwa miesiące iuż się zobaczem. Czy też Mo- 
rawski odebrał wszystkie moie listy, nie poymuię co się z niemi 
dzieie, ostatni do Puław adresowałem, tak był obszerny, że żało- 
wałbym gdyby zginął. Adieu moie naydroższe istoty, niech nasz 
anioł Stróż czuwa nad nami, moim aniołem iest moia miłość dla 
was, na którey spoczywaycie; bądźcie pewni, że ona nie da mi 
nic takiego zrobić coby mogło na chwilę czoło wasze zachmurzyć. 
Adieu encore une fois et mille fois. Je yous embrasse et vou8 
adore. Andrzej. 

W dobrym zdrowiu powrócił z Anglyi nasz kochany pan Ję- 
drzey, kontent bardzo ze swego odbytego woiażu, a ia niezmiernie 
z iego powrotu bo iego społeczność stała się dla mnie zbyt przy- 
iemnym zwyczaiem. Dziękuię serdecznie oboygu państwu za ła- 
skawe w każdym liście do kochanego iedynaka dla mnie przypisy; 
wdzięczny zawsze za ich niewzruszoną pamięć, całym życiem przy- 
wiązany do nich przyjaciel. A. Batowski, 



Co tu robić z mundurem ?^zaymę się nim zaraz, ale cóż to 
za bieda i co za eipens. Stryia dar pochłonęła Anglya, a wolę 
Anglyę niż mundur. Gdyby można się obeyśdź bez niego to bym 
wolał . . . odłożywszy go ad Saecula Saeculorum, 



Ce ii Fźvrier 1830. Paris. 
Moie nayukochańsze Istoty! Zaczynam dziś od interesu pana 
Ostrowskiego. Zaczynam od niego, bo mi ciężył na sumieniu. Wi- 
działem nakoniec pana Deleau i mówiłem z nim, a to iest dosło- 
wna odpowiedź, którą odebrałem: „Je gueris non seulement les 
sourds nes mais meme ceux, qui le sont deyenus, mais sans Yoir 
la personne affectee de surditć, je ne puis repondre, de sa guóri- 
son; un rapport meme des Medecins me serait insuf&sant, car 
pour me conyaincre, si la personne malade n'est point parmi les 



Digitized by 



Google 



132 

incurables, ii faut que j'exainłne les parties interieures de Toreille, 
ayec ma sondę, une fois que le malade sera ici je pourrai au bout 
de deui jours, lui dóclarer si sa guerison est possible ou non. 
U faudroit que la personne en question, courut le chance, et 
qu'elle vint ici. Tout ce qne je puis promettre c'est que je pour* 
rais trouyer des moyens, pour empecher, que la surdite ne devint 
plus forte". Te były iego słowa, poczera dał mi dwie broszurki 
o głuchocie. Pan Deleau ma tu reputacyę dośó znakomitą, szcze- 
gólniey w leczeniu tego rodzaju kalectwa; lecz teraz wynaleziono 
tu iakąś nową trąbę dla głuchych, iż nie przytykaiąc iey do ucha 
lecz trzymaiąc ią w kieszeni, osoba głucha słyszy wyraźnie, co się 
do niey nawet po cichu mówi. Trzebaby więc, ażeby pan Ostrowski 
spróbował albo trąby albo pana Deleau. Odbywszy się z cudzym 
interesem, teraz do moiego przechodzę, to iest do uściśnienia was 
iak nayozuley moie naydroższe istoty. W zeszły czwartek, o tey 
samey godzinie, minucie nawet, odebrałem wasz list, list, w któ- 
, rym moia kochana Mamdzia boi się, ażeby mnie nie aresztowano 
za to, że byłem na wieczorze u pani de Flahault. Domyślam się, 
że idzie tu o wieczór 21 stycznia dany. Dla zaspokoienia cię moia 
Mamdziu kochana, powiem ci tylko, że Paryż pod tjm względem 
do was nie podobny; że u dworu nie wiedzą, nie pytaią się co 
w prywatnych domach robią, bo prywatnych domów iest kilkadzie- 
siąt tysięcy. Zresztą na tym wieczorze był le Duc de Mouchy, fa- 
woryt królewski, pani de Noailles, Damę d^honneur X. Berry. Nie 
sam zresztą tańcowałem, pani Zamoyska tańcowała, a to iest, co cię 
zaspokoić powinno. Teraz co mnie usprawiedliwić powinno. Bydź 
zaproszonym na wieczór i nie bydź na nim, lub będąc, nie robić 
tego co wszyscy robili dlatego, że to był 2 Igo stycznia, byłoby to 
ściągnąć na siebie śmieszność, a wolałbym nawet bydź aresztowa- 
nym w Paryżu, iak śmiesznym. Un homme qui a le malheur de 
deyenir ici ridicule, est un homme perdu, tue, enfin un homme 
mort. Zapewne, że to iest śmiesznem, tak się bać śmieszności, lecz 
tu tak towarzystwo urządzone. Spodziewam się, że to tłómaczenie 
moie mnie usprawiedliwi, a Mamdzię zaspokoi, spodziewam się 
także, że list móy londyński w tey chwili iuż wasze niespokoy- 
ności złagodził i że iuż wiecie, żem ani utonął, ani zmarzł, lecz 
żem szczęśliwie poiechał, wrócił i żem bardzo z moiey przeiażdżki 
szczęśliwy. W przeszłym liście pięciuarkuszowym byłem z wami 
w Londynie, teraz wracamy do Paryża. Oto iest w skróceniu dya- 
ryusz tygodnia ubiegłego. Niedziela. Byłem na obiedzie u pp. Gra- 
ham, na wieczór u p. Flahault. Poniedziałek. Wielki bal dla ubo- 



Digitized by 



Google 



133 

gich, który wam niźey opiszę. Wtorek. Obiad u p. de Chastenay, 
bardzo ładny i zabawny z panią Caraman wieczór u X. de MaiUe, 
a bal u pana de la Bouillerie, ministra dworu królewskiego. Środa. 
Jedliśmy obiad razem z panem Batowskim i z Micielskim, który 
wigilią przyiechał, zdrów a zawsze wesoły i przyiemny i kontent, 
że inż iest w Paryżu. Bal u pani de Narbonne bardzo ładny, bo 
kostyumowy. Czwartek. Bal u X. Hamilton, nazwany balem mazur- 
kowym. Piątek. Nic. Sobota. Z rana lekcya Cuviego, na którą panie 
Zamoyską i X. Leonowę zawiozłem, a obiad au salon des Etrangers 
z Walewskim i Micielskim, zkąd na bal de TOpóra ruszyliśmy. 
Dziś, w niedzielę, iem obiad u Delmarów, a bal mamy u Xny de 
Montmorency. Takie było moie życie tygodniowe, trochę, nawet 
bardzo próżniacze, lecz iuż karnawał dogorywa, mniey próżniactwo 
będzie miało do czynienia, więcey umysł zaymowaó się będzie. 
Znowu zacznę moie eikursye do bibliotek, instytutów, okolic Pa- 
ryża i spodziewam się, że listy moie przestaną tchnąó życiem pró- 
żniaka paryskiego. Otóż macie le resume tych dni kilku, teraz 
weydę w niektóre szczegóły. Bal dla ubogich był iednym z nay- 
pięknieyszych widowisk, którem dotąd widział. Sala wielkiej opery 
połączoną została ze sceną, loże, le foyer, korytarze, otwarte zostały 
tak, iż 5000 osób pomieścić się w nich mogło. 27 dam z Towa- 
rzystwa były mianowane Patronesses, to iest, że sprzedawały bi- 
lety po 25 franków męskie, 20 kobiece. 27 komisarzy także z To- 
warzystwa było wyznaczonych do gospodarowania. Xiąże Chartres 
był prezesem komitetu. Les patronesses miały niebieskie kokardy, 
komisarze mieli medaliony. Bal ten, czyli raczey ta feta, to wido- 
wisko przyniosło czystego zysku 118.000 franków. Pierwszy rzut 
oka na tę ogromną salę, oświeconą tysiącem świateł, napełnioną 
mnóstwem osób, był prawdziwie zachwycający, szczególniey loże, 
galerye pełne kobiet wystroionych, wystawiały widok trudny do 
opisania. Zresztą bal był trochę nudny, bo tłum nigdy nie za- 
bawny. Lecz rozmawiano o nim dwa tygodnie naprzód, mówiono 
o nim dwa dni po nim i teraz iuż wszedł w przepaśó zapomnienia, 
bo pod tym względem towarzystwo paryskie do warszawskiego po- 
dobne, często iedno nic przez długi czas żywi rozmowę. Bal pani de 
Narbonne był bardzo ładny; byliśmy na wschód przeniesieni, gdyż 
ubiory były tylko wschodnie, nay więcey greckich i tureckich. Xna 
de Liancourt po chińsku była bardzo dobrze, pani Delessert, Karoly 
i Pani de Noailles po żydowsku ładnie wyglądały. Xiężna dlstrie 
śliczna po grecku, pani de Monteau en filie des Ues d'Archipel, 
ce sont des Ues enchantóes, bo bardzo iey ładnie było. P. de 



Digitized by 



Google 



134 

Caraman en Albanaise. Czterech tylko mężczjrzn było przebranych. 
Ks. Eohan i Laborde w kostiumach, które sobie ze wschodu przy- 
wieźli. Bal mazurkowy u X. Hamilton dla tego tak się nazywał, 
że musieliśmy tańcowa<5 mazurka i że przed kilku dniami przygo- 
towywaliśmy się do niego, to iest, że X. Leonowa dawała lekcye 
mazurka kilku Francuskom i Angielkom. Lady Susanne, córka X. 
Hamilton, która bardzo miła, młoda i ładna, po polsku go tańco- 
wała. Mimo te wszystkie bale, znayduią, że karnawał smutny, kilka 
też śmierci zasmuciło towarzystwo tuteysze ; lecz wprawdzie smutek 
trwa tu nie długo, jednakże śmieró X. Lewis, a szczególniey pani 
de Gontaut, liczną familię pokryła żałobą. Teraz kiedy się iuż kar- 
nawał kończy, zacznie się karnawał polityczny, to iest bby ; od tego 
wtorku za tydzień wielki dzień otwarcia tych Izb, których tak 
wszyscy ciekawi, 2go marca, ce sont les Ides de Mars, dzień sławny 
w Rzymie. Już też teraz o niczem nie mówią, tylko o izbach i 
o wyprawie do Algieru, która będzie miała miejsce niezawodnie. 
Jenerał Bourmont mianowany dowódzcą. Cała młodzież tuteysza 
rwie się na nią. Matki w obawie i zasmuceniu. Montebello chce 
się zaciągnąć za prostego żołnierza. Cóż to za krew ta krew fran- 
cuska, na odgłos dalekiego niebezpieczeństwa, na pierwszy dźwięk 
trąby, iuż wre, iuż się zapala. Teraz tańcuią, bawią się, szaleią, 
iutro wsiadaią na konia, biią się, kaleczą, giną. Dziwny naród, wiele 
można z nim dokazaó, ale i on sam wiele może dokazaó, kiedy się 
go samego zostawi. Ostrożnie nim kierowaó potrzeba. 



22. Luty Poniedziałek, 
Ponieważ może dowiecie się z gazet, że był wieczór u Chodźki, 
na którym Polacy ofiarowali Lafaietowi obraz Kościuszki, ażebyście 
nie byli niespokoynymi, czy i ia na nim nie byłem, zaspokoić was 
chcę, przypominaiąc wam, że nie znam p. Chodźki i że choó bardzo 
kocham moich rodaków, będących tutay a których z dawna nie 
znam, unikam, bo wielu ich i w Polscze będąc, unikałbym. Lecz 
dosyó o tem. Od iutra za tydzień pisaó do was będę, zaraz po 
sesyi otwarcia Izb, a zatem zaraz prześlę wam mowę królewską, 
któraby powinna bydź interesuiąca. Lecz naszych Izb kiedyż na- 
stąpi otwarcie ? O mundur układam się, lecz próbuię w kilku miey- 
scach, naytańsze wybiorę. Bolesław Potocki pożyczy mi swoiego 
munduru na model. Nim zapełnię tę ćwiartkę, chcę odpowiedzieć 
Mamdzi na dwa pytania. Nayprzód o p. Bigny, którą przecież wy- 
grzebałem i list oddałem, lecz jeszcze odpowiedzi nie mam. Po- 



Digitized by 



Google 



185 

wtóre o pp. 01ive i Scurbinni, którzy tu są, 01ive samego widzia- 
łem na balu u p. de la Bouillerie, muszę bydź u nich w tych 
dniach. Nie uwierzycie moie drogie kochanie iak mnie zasmuciła 
śmieró poczciwego Piasta, mego Miśka. Dowiedziałem się o niey 
z listu przez Micielskiego. I prawdziwie, że łzą nieiedną opłakałem 
go, bo mnie Paryż wcale dla Piotrowic nie oziębił. Niech tam Bóg 
dobry czuwa nad niemi, niech Anioł Stróż Piotrowic odwraca od 
nich klęski, ażeby w dzień radości, w którym do nich wrócę, żadna 
twarz smutna nie wyszła ku mnie. Pisząc tam, powtarzam zawsze, 
że niezadługo będę z niemi, powtarzaycie i sobie, bo wiem, że wam 
czasem tęskno do mnie. Adieu moie nayukochańsze Istoty. Ściskam 
wasze i stryiowskie ręce. Ściskam Nainusia, Henryka, Dziandzię, 
tysiące czułości przesyłam domowym i tym, którzy o mnie pamię- 
taią. P. Batowski łączy swoie, bydź może, że go wam przywiozę, 
ma wielką ochotę wróció na seym. 



Z7 Luty. ,1830 Paryż. 
Byłem tedy na pierwszey reprezentacyi Hemaniego, tey tra- 
gedyi Wiktora Hugo od kilku miesięcy niecierpliwie oczekiwaney, 
a która miała stanowió epokę w literaturze francuskiey, która miała 
zrzucić z tronu dramatycznego i Easyna i Kornela i która nareszcie 
miała światu obiawió nowego Szekspira. Parturiunt montes, nascitur 
ridiculus mus, choó to klasyk powiedział, iednakże to prawda. 
Od dwóch miesięcy wszystkie mieysca iuż naięte były, od godziny 
5 wezoray nawała przyiaciół i wielbicieli Hugona cisnęła się na 
teatr. Byłbym nigdy sobie nie przebaczył, gdybym był nie był na 
tey pierwszey reprezentacyi. Pani Alfred de Noailles i Flahault 
dali mi bilet do swoiey loży, a tak byłem, widziałem ten cud po- 
ezyi, czyli raczey tego cudaka. Jednakże mimo wszystkich szaleństw, 
nieprzyzwoitości, mimo zły gust, niegodziwy styl, przyznaó należy, 
że i w całym układzie sztuki i w wielu szczegółach przebiła się 
znakomity talent, który zamiast doskonalenia się, psuó się coraz 
będzie, ieżeli się zdrową krytyką kierowaó nie da. Tytuł tey tra- 
gedyi romantyczney iest : Hernani oń Vhonneur Castillan. Xiążę 
Sylva kocha się w swoiey synowicy, w którey również zakochał 
się Karol V, natenczas leszcze król hiszpański i Hernani, wódz 
rozbóyników. Dona Sol serce rozbóynikowi oddała. Stary Sylwa za- 
stałe w pokoiu synowicy dwóch młodych ludzi, to iest Karola i 
Hernaniego, odgraża się na obydwóch, gdy w tem Karol daie się 
mu poznać i oświadcza mu, iż nadeszła wiadomość o śmierci Ma- 



Digitized by 



Google 



136 

lymiliana cesarza, i że on przychodzi zasięgną^ iego rady. Sylwa 
oszukany tym wybiegiem nie zważa nawet na Hernaniego, który 
uchodzi za dworzanina królewskiego, lecz Karol dosłyszał Herna- 
niego, gdy się z kochanką umawiał, która o pewney godzinie 
w nocy ma się mu dadź wykraśó. Earol z trzema dworzanami 
swemi uprzedza rozbóynika i iuż Dona Sol oszukana, schodzi do 
niego i iuż iest w iego ręku, gdy w tem Hernani się ziawia i 
oświadcza Karolowi, iż iest iego ieńcem; lecz że on go znieważył 
chcąc znieważyó tę, która go kocha, chce się bió z nim w poje- 
dynku. Karol na to z zimną krwią odpowiada, iż bió się nie bę- 
dzie, iż iest iego królem, iż nie chce uzacnió oręża rozbóynika, 
lecz frappez lui dit-il, Assassinez moi! Hernani łamie szpadę i 
oddaie wolnośó Karolowi, lecz wkrótce potem słychaó dzwon, sły- 
chaó szczęk oręży, słychaó wrzawę walki żołnierzy królewskich 
z rozbóynikami Hernaniego. W 3/ akcie Sylwa ma za chwilę do 
ołtarza poprowadzić Donę Sol, gdy w tem nadciiodzi pielgrzym, 
który żąda gościnności; pielgrzymem tym iest Hernani, którego 
banda cała rozprószoną i zniszczoną została, za którego głowę wielka 
nadgroda obiecana, lecz który widząc, że Dona Soł ma zostaó żoną 
Sylwy, daie się poznaó i żąda ażeby go Karolowi wydano. Sylwa 
szanuie prawa gościnności: Etant mon Młe, tu me viem de Dieu 
powiada mu, i rozkazuie zamknąó bramy zamkowe, lecz gdy wraca 
na scenę, zastaie Hernaniego u nóg swoiey narzeczoney; przeięty 
zgrozą na ten widok wykrzyka: 

fTai vu cfcs CńmineU, des Monnoyeurs, des Traiłres 
Des faux valets d tobie empoisonnant leurs Maitres 
fPai vu Sforza, Borgia, je vois Luther. . . 

Mais je n'ai jamais vu, permrsitó si haute, 
Q'un homme osat tromper, au seuil de son Mte. 

Lecz wtem stukaią do bramy, hałas; wrzawa. Karol z woyskiem 
dobywa się do bram zamkowych. Sylwa iak prawowierny Hiszpan 
ukrywa Hernaniego, nie chce go wydaó królowi, który żąda iego 
lub rozbóynika głowy i który nareszcie w zakład bierze Donę Sol. 
Skoro Karol oddalił się z zamku, Sylwa wyprowadza z ukrycia 
Hernaniego i żąda, ażeby się bił z nim, lecz ten dowiedziawszy się, 
że Karol u wiózł Donę Sol, wykrzyka: Yieillard stupide U Vaime! 
odmawia bió się z nim, lecz następujący robi z nim układ: Życie 
moie — mówi do niego — należy do ciebie, gdyż ie kosztem swego 
ocaliłeś, teraz obadwaśmy znieważeni, połączmy siły nasze dla 



Digitized by 



Google 



137 

wspólnej zemsty, a pomściwszy się, skoro tylko zażądasz moiey 
śmierci, sam sobie życie odbiorę, na co przysięgam na głowę oyca 
moiego, którego oyciec Karola stració rozkazał. Sylwa przystaie na 
ten układ i bierze od razbóynika trąbkę czyli róg, w który, skoro 
zadzwoni, Hernani ma sam sobie życie odebraó. "W 4. akcie ie- 
steśmy w Akwisgranie, Karol V oczekuie przy grobie Karola Wgo 
odgłosu trzech wystrzałów armatnich, które maią oznaymió wybór 
iego na cesarstwo. Spiskowi na życie iego, między któremi iest 
Sylwa i Hernani, schodzą się w toż samo mieysce, wtem słychaó 
trzy wystrzały, Karol wychodzi z grobu, w którym był ukryty, roz- 
kazuie zatrzyraaó spiskowych, lecz chcąc pierwszy krok cesarski 
oznaczyó łaskawością, przebacza im, a Hernaniemu, który iest 
hrabią Arragonu i który skazany na wygnanie został hersztem ro- 
zbóyników, oddaie tytuł iego, dobra i nawet rękę Dony Sol. W 5. 
akcie iesteśray wśród uczty weselney, lecz wkrótce goście rozchodzą 
się i Dona Sol sama z kochankiem zostaie. Piękność nocy wiosen- 
ney, dźwięk głosu słowika rozczula ią wśród chwili tak rozko- 
szney; o gdyby, mówi ona, dźwięk muzyki iakiey dał się teraz 
słyszeó, iey tylko braknie, — zaledwie wymówiła te słowa, słychać 
odgłos rogu, który ją unosi, zachwyca, gdy Hernaniego zimnym 
dreszczem przeymuie. Domyśla się on, iż to znak zgonu iego, lecz 
leszcze się chwieie w dopełnieniu przysięgi, ale stary Sylwa nad- 
chodzi, wybladły i wywiędły iak upiór i dait mu do wyboru 
sztylet lub truciznę. Dona Sol rzuca się do nóg starca i iuż go 
łzami swemi zniewala do przebaczenia, gdy na te słowa, które 
nieuważnie wymawia: pardonnez lui, je Vaime tant! obudzą zazdrość 
w iego sercu. Dona Sol widząc, iż go przebłagać nie może, połyka 
truciznę. Hernani idzie za iey przykładem, a starzec przebiła się 
sztyletem. Oto iest treść tey sztuki, która niezmiernie przypomina 
tragedye Kalderona i Lopez de Vegi. Charakter hiszpański dobrze 
iest w niey rozwinięty i utrzymany. Lecz za to iakiż tłum sza- 
leństw i niedorzeczności. Co naywięcey mnie uderzyło, iż nie widać 
w tem dziele geniuszu twórczego, iest dosyć myśli, dosyć ładnych 
wierszy, ale wielkiey nowey myśli, nawet wiele nowych wyrażeń, 
któreby uderzyły, nie znalazłem. Pełno rozwlekłości ; skoro iaką 
myśl szczęśliwą znalazł autor, zamiast ściśnienia iey w parę wier- 
szach, rozpuścił ią w 50. Monolog Karola V przy grobie Karola W. 
ma sto wierszy, a prawie iedną myśl. Styl w ogólności taki, iak 
Mickiewicza w Dziadach. Dzikich, szalonych wyrażeń pełno, na 
przykład starzec, siedząc na krześle książęcem, takie Donie Sol 
oświadczenie robi: 



Digitized by 



Google 



188 

Mon Amour rCest point, comme un jomt de verre 
Oh non, c'est un Amour, passionni, shere 
Tendre, puissant, profond, pakmel, amical 
De bois de chene, ainsi que mon faułeuil ducal. 

Gdy Sylwa wymówki Hernaniemu czyni, znalazłszy go u nóg ko- 
chanki, powiada, iż niegodziwie, niecnie iest, ażeby starca zdradzid 
tak, iż nawet przed śmiercią, ten starzec 

Avant quHl tombe 
Bessemble a une Statuę, d mettre sur sa tombe. 

Jednakże mimo te wszystkie szaleństwa czuó często talent, są 
mieysca peJne poezyi. Wiersze, któremi Dona Sol obiawia swoią 
młodą miłośó, pełne młodości, świeżości; Easyn by się ich nie wy- 
parł. W 5. akcie wiele pięknych wierszy. W monologu Karola V., 
który naywięcey oklasków pozyskał, są bez zawodu śmiałe i silne 
wyrażenia obok śmiesznych i przesadzonych. Gdy Hernani wyznaie, 
że chciał zabió Karola, ażeby cesarzem nie został, temi słowy się 
tłómaczy : 

Je voulais 
Etoufer dans son oeuf, ton aigle Imperiale 

wiele zapewne śmiałości w tem wyrażeniu ! Jednem słowem sztuka 
ta ma i wiele dobrego i więcey złego i wyiawia talent, który by 
miał cechę oryginalności, gdyby się nie ubiegał za nią, lecz czekał 
na nią, gdyż iak w Mickiewiczu, tak i w Hugonie widaó ciągle 
chę(5, starania, pracę tłómaczenia sie inaczey, iak się zwykle myśli 
tłómaczy. Sala teatru francuskiego prawie cała napełniona była sza- 
leńcami, fanatykami romantycznymi, gdyby kto odważył się był 
świsnąó, pewnie byliby go udusili, lub zabili. Jakiś nieszczęśliwy 
Francuz z mocnym katarem przyszedł na teatr, że kaszlał, wyrzu- 
cono go za drzwi. Nie można sobie wystawió do iakiego stopnia 
posunięta tu iest tyrania w literaturze, każdy nawet oboiętny 
wiersz okryty był oklaskami, a im większa niedorzeczność, tem sil- 
niey zagrzmiały oklaski. Panna Mars doskonale grała i w ogólności 
z wielkiem staraniem sztuka wystawioną była. Żona autora była 
w loży, przy końcu sztuki wszyscy powstali, obrócili się ku iey 
loży i witali ią oklaskami i okrzykami entuzyazmu. Jak długo ten 
entuzyazm trwać będzie, zgadnąć trudno, po 6tej lub 7mej repre- 
zentacyi sztuka dopiero osądzoną zostanie, ia wrócę ieszcze raz na 
nią, nie dla sztuki samey, lecz dla szczegółów, z których wiele mi 
uszło wśród tey wrzawy uwielbienia szalonego. 



Digitized by 



Google 



139 

28 Luty. 
Skończył się iuż tedy karnawał i rozsądni eysze zaczęło się 
życie. W ostatni wtorek mieliśmy bal u pana Hoppe, który ma 
1,200.000 franków intraty, to iest tak wiele, że nie wie, iak ich wy- 
dawać. Bal iego w wspaniałych, lecz za małych apartamentach 
był dośd świetny i dość nudny. Te apartamenta iego, których 
umeblowanie kosztowało przeszło milion, iaśnieią od złota, srebra, 
kryształów, bronzów. Lecz za wiele w nich tych bogactw, więcey 
blasku aniżeli gustu. Po balu Hoppa byliśmy na balu au Salon des 
ótrangers, gdzie kadryle z opery, mazurki, kostiumy, stoliki gry 
otoczone graczami, wystawiały widok oryginalny i zabawny. Teraz 
życie salonowe wraca do dawnego trybu, wszystkie dnie w tygodniu 
rozebrane i iak mówią, teraz towarzystwo paryskie nayprzyiem- 
nieysze. Ja ie bardzo lubię, bo mi w niem bardzo dobrze, obezna- 
łem się z niem, przyzwyczaili się i do mnie i prawie więcey 
w niem iestem ustalony, aniżeli w warszawskiem. Wiele tu osób 
zostawię, które bardzo były dobre i łaskawe dla mnie. Co do życia 
przedsalonowego, to iest co do mego życia rannego, to znowu sobie 
porządkuię, podzielać ie teraz będę między kursami, instytutami 
publicznemi, które zwiedzać zacznę i Izbami, których otwarcie po- 
iutrze nastąpi. Czytam teraz i uczę się la Charte francaise, ażeby 
nie bydź obcym przedmiotom, nad któremi rozprawiać będą. 
W przeciągu trzech miesięcy będę przytomny otwarciu trzech Izb, 
angielskiey, francuskiey i naszey. Z przyiemnością odebrałem pole- 
cenie od kochanego stryia zwiedzenia serainaryum, zaymę się tern 
natychmiast i o tyle, o ile będę mógł zdam mu raport dokładny. 
Już prosiłem o bilet do Arcybiskupa paryskiego i spodziewam się, 
że mi to z łatwością przyidzie. Co do polecenia Mamdzi, albo ra- 
czey pani Grabowskiey, tem obiecała zaiąć się guwernantka, czyli 
bona dawna Walewskiego, która z nim mieszka, póydzie do fa- 
bryki i wywie się dokładnie, mówiła mi, że suknia blondynowa 
może kosztować od 350 do 400 lub 500 franków, lecz to leszcze 
nie ostateczna odpowiedź. Gdyby pani Grabowska chciała coś bardzo 
eleganckiego, tobym prosił albo pani Sobańskiey, albo X. Guiche 
(qui etablit les Modes) o wybór tey sukni. W przyszłym liście dam 
dokładną odpowiedź. Co do munduru mego, ten iuż kazałem robić; 
z suknem będzie zapewnie do 1.200 franków kosztować. Wziąłem 
na wzór mundur Bolesława Potockiego, który iest z Petersburga. 
Zdeymuią teraz deseń i w tych dniach zaczną haftować, wyracho- 
wawszy pierwey co do grosza, ile haft kosztować będzie. Żal mi 
tey expensy, lecz raz w życiu trzeba się zbyć. Cóż seym, będzie 



Digitized by 



Google 



140 

w maiu? Pan Zamoyski wraca na niego. Pani Zamoyska iedzie do 
wód akwizgrańskich. Xiężna Leonowa była -przez dni kilka w nie- 
spokoyności o swego synka, który na zapalenie chorował, lecz iuź 
iest prawie zupełnie dobrze. Co tu iest za tłum Polaków; z nich 
wszystkich tylko Micielskiego widuiem często, gdyż nawet X. Ra- 
dziwiłł tylko u restauratorów i na teatrach pędzi życie. Miciel- 
skiego w tych dniach wprowadzam w świat. Z całego ludu Poto- 
ckich, który Paryż napełnia, tylko Mieczysławowie, którzy teraz 
dobre obiady daią i Bolesławowie, którzy za dni kilka do Bzy mu 
iadą, w świecie bywaią. Mieczy sławowa, commence a trouyer des 
Gens qui lui disent, qu'elle est belle. Flahault en est du nombre. 
et ii y cherche ses derniers succ^s. 



Ce 2. Mars 1830. 
Wracam w tey chwili z otwarcia Izb, z sesyi królewskiey. 
Nim dam dokładny iey opis, we dwóch słowach wam powiem, że 
mowa była ostra i że wielkie uczyni wrażenie. Sesya otwarcia Izb 
ma zawsze mieysce w Louvrze. Xiężna Guiche wyrobiła mi bilet 
od X. Grammont do trybuny górney, naprzeciwko Tronu będącey, 
a tak bardzo dobrze wszystko i widziałem i słyszałem. Od godziny 
lOtej ławki i galerye i trybuny napełniać się zaczęły ; o 12tej pa- 
rowie przybrani w wspaniałe płaszcze aiamitne z gronostaiami, 
z kapeluszami, ozdobnemi strusiemi piórami, zaięli swoie ławki ; 
na drugiey stronie deputowani w ubogich mundurach swoie zasiedli 
mieysca. 8 Heroldów stanęło obok tronu, na pierwszey ławie z pra- 
wey strony siedziało czterech radzców stanu, wyznaczonych pi-zez 
króla, na drugiey czterech urzędników orderu św. Ducha, le Baron 
de la Eochefoucauld, Xiążę de Castries, X. Luxembourg i X. Fitz 
James, daley czterech marszałków także królewskim wyborem wy- 
znaczonych, Marmont, Soult, Mortier iMaisou; nakoniec ławka mi- 
nistrów. Z lewey strony tronu siedziało ośmiu ienerałów i ministrowie. 
Trybunę umyślnie urządzoną blisko tronu zaięły X. Delfinowa, X. Bor- 
deaux, Mademoiselle iXżna Orleanu. O Iszey 21 wystrzałów armatnich 
ogłosiło wyiście królewskie z pokoiów zamkowych. Król, przeszedłszy 
przez wielka galeryę obrazów w Louvrze, powitany został przez depu- 
tacye z Izby Parów i deputowanych. Wszedł do sali otoczony ca- 
łym dworem, okrzyki głośne vive le Boi powitały go. Zaiąwszy 
mieysce na tronie, po prawey stronie maiąc Delfina i X. Chartres, 
po lewey X. Orleanu i X. Nemours, włożywszy kapelusz na głowę, 
do parów te słowa powiedział: Messieurs les Pairs, asseyez Vous, 



Digitized by 



Google 



141 

po czem kanclerz (Pastout) do deputowanych odezwał się temi 
słowy: Mrs les Deputes, Je Eoi permet de vous asseoir. Eról 
mówię, zaczął czytaó mowę, którą przyłączam. Z początku drżącym 
mówił głosem, widać było pomięszanie, lecz przy końcu dwa osta- 
tnie periody mocniey, dobitniey powiedział. Po mowie okrzyki Vive 
le Eoi napełniły salę, po czem przysięgę złożyli nowo mianowani 
parowie i deputowani, a między innemi X. de Nemours, iako X. 
krwi królewskiey, który do lat doszedł. Po złożeniu przysięgi kanc- 
lerz ogłosił, że Izby są otwarte, ze się we środę — każdey członko- 
wie zebraó maią i król wśród okrzyków oddalił się. Piękny widok 
wystawiała sala i cała ta ceremonia miała w sobie wiele wystawy' 
i godności. Widaó było, iż król Wielkiego Narodu, król francuski 
przemawiał do reprezentantów tegoż narodu. Lecz ia przed kilku- 
nastu dniami widziałem otwarcie Izb, reprezentacyi innego narodu, 
równie wielkiego, równie używaiącego swobód iak francuski. 
I wiecie która ceremonia większe na mnie uczyniła wrażenie? Oto 
bardziey mnie uderzyła angielska swoią prostotą, iak francuska 
wielką wystawą. W Anglyi, iak wam to iuż donosiłem, w dzień 
otwarcia sześciu tylko było lordów, ze 20 deputowanych, w surdu- 
tach i w chustkach czarnych, tylko komisarze królewscy w pła- 
szczach parów, wypłowiałych, podartych, bo dawnych. Sala tu- 
teysza nowo ozdobiona, angielska obita materyą, którą stany holen- 
derskie przysłały Elżbiecie, a która wystawia zwycięztwo nad Ar- 
madą. W Anglyi poznaó można dawną reprezentacyę, tu widać 
nową, tam tak iuż do niey przyzwyczaieni, iak do zwyczaynych 
życia zatrudnień, tam w Izbach, w których naradzała się nad nay- 
ważnieyszemi interesami, ci reprezentanci narodu są iakby u siebie. 
We Francyi ta wystawa, ten tłum ciekawych, ci parowie w nowych 
płaszczach, ci deputowani w mundurach, wszystko razem wystawia 
widok bardziey zewnętrzną postacią iak istotą rzeczy, poważny. 
W Anglyi zdaią się używać swobód; tu zdaią się cieszyć, że ich 
używać będą. W Anglyi publiczność nie ciśnie się z tą ciekawo- 
ścią, iuż się napatrzyła od lat tylu na ten widok i co rok pewna, 
że go zobaczy. Zresztą i to nadmienić trzeba, że Francuzom trzeba 
zawsze świetnych form zewnętrznych, trzeba zawsze hałasu, wrzawy, 
wystawy. Wolność nawet, bez wystawy byłaby im nieznośną Otóż 
macie zdaną sprawę z tey sesyi, którey niecierpliwie oczekiwałem 
i oczekiwano. Mówią, że nadeszła chwila bardzo ciekawa. Wyrazy, 
które w mowie atramentem dodałem były wymówione przez króla, 
a opuszczone w druku. Teraz przez dni 8 lub 10 Izby naradzać się 
będą nad adresem, dopiero więc za dni 10 dla publiczności otwarte 



Digitized by 



Google 



142 

bijdą i to tylko Izba deputowanych, gdyż do parów Izby publiczność 
nie iest przypuszczoną. Moie naydroższe istoty, na dziś iuż dosyć, 
dośó wasze oczy namęczyłem, czekam niecierpliwie listu czwartko- 
wego, bo spodziewam się, że to będzie odpowiedź na móy list lon- 
dyński. Czy też Ezewuski odebrał ten, który w przeszłym tygodniu 
pisałem do niego, adresowałem Eue St. Croix. Nie poymuię, co się 
dzieie z listami do Jenerała. Podobno Lublin za daleko od Paryża, 
ażeby listy do niego dochodziły, gdyż iak widzę, aż trzy ich do 
Jenerała pisanych zginęło. Nie wiem także, czy Dłuski odebrał 
moią odezwę. Do Morawskiego chciałbym pisaó i miałbym co, lecz 
nie napiszę, póki mi nie wypłaci zaległości i nie doniesie, że ode- 
brał moie listy: h propos zaległości: Miał on przysła<5 120 franków 
dla krawca, który mi się naprzykrza. Do Puław w tych dniach na- 
piszę, iak się tam maią? Co to za*czas tutay, wiosna, wiosna, i na 
niebie, i zaczyna iuż na ziemi się zielenić, tak ciepło i tak łago- 
dnie, iak u nas w maiu. Po ulicach wszędzie słychać woń fiołków. 
Co za kray szczęśliwy. U nas tam pewnie ieszcze śniegi i mrozy. 
Biedne nasze iagnięta? Biedne Piotrowice? Od dni kilka co noc 
w nich iestem i co dzień modlę się za niemi. Jeśliby można, 
chciałbym, ażeby ieśli to innym robotom nie przeszkodzi, odmie- 
niono podłogę w moich pokoiach. lecz powtarzam, ieśli można. 
Adieu Piotrowicom, Adieu wam moie nayukochańsze istoty, wiecie, 
że iuż tylko dwa miesiące nas przedziela. Stryia kochanego ręce 
ściskam. Ściskam Nainusia, Dziandzię, Henryka, łaskawym przyia- 
ciołom kłaniam. Kończę następuiącą uwagą, którą móy minister 
finansów każe mi zrobić, że mundur kazałem haftować, lecz grosz 
każdy zostaiący ieszcze mam wyrachowany. Anglya ziadła zasiłek 
stryia, na ten niegodziwy mundur, trzeba będzie innego zasiłku. Co 
to za bieda śpiewać zawsze tę samą piosnkę. Adieu raz ieszcze. 
Pan Batowski łączy tysiące czułości, ieszcze nie wie, czy wróci 
ze mną do Polski lub nie, lecz może go namówię, oczekuie listu 
od Papy od dni kilku. P. Maudell iest teraz w Valenciennes. Ale- 
lander podobno dopiero w czerwcu wróci. 



11. Marca 1830. ParyŁ 
Moie naydroższe Istoty! O dwa dni spóźniłem oddanie listu 
na pocztę, chcąc dziś do niego przyłączyć odpowiedź p. Niemcewi- 
czowi. Widziałem' się iuż z Oleszczyńskim i czekam tylko na do- 
niesienie iego co mu w mennicy powiedziano i o cenie medalów i 
O czasie potrzebnym do ich wybicia. Skoro ie tylko odbiorę, zar^ 



Digitized by 



Google 



143 

odpisze mu z podziękowaniem, że mnie wybrał do wykonania po- 
lecenia tego. Nie uwierzycie, ile mnie list iego uszczęśliwił, nie 
uwierzycie, ilera w sobotę zeszłą był szczęśliwy. Takem się przez 
kilka miesięcy przyzwyczaił do regularnego, co czwartek o godzinie 
11 z rana, odbierania kochanych listów waszych, że w zeszły 
czwartek, ani nawet w piątek nie odebrawszy ich, iuż byłem nie- 
spokojny, smutny, przemyśliwający. Już mi Paryż był nieznośny, 
a nareszcie w sobotę rozweseliły się moie myśli, gdy wasz list ie 
uspokoił. Dziś powinienbym znowu nowego się 8podziewa<5, lecz 
drogi złe bydź muszą i poczta się opóźnia. Dzięki Niebu, żeście 
zdrowi, i że iuż nas tylko dwa miesiące przedziela. Jakem odie- 
żdźaiąc powiedział, tak bez zawodu zrobię, to iest, żel5. maja będę 
iuż z wami. Lecz czy seym pewnie będzie? Proszę was w pierw- 
szym liście odpowiedzieć obszernie na to zapytanie. Gdyż kochany 
nasz pan Batowski ma chęó szczerą i nawet zamiar nieodmienny 
iechania do Polski, skoro by tylko pewnośó była, że cesarz w maju 
będzie w Warszawie i że seym odłożonym nie zostanie. Jeżeli więc, 
iak piszecie, 15 maja seymowaó zaczniem, taki program wydaliśmy 
z panem Batowskim na te dwa miesiące. 14go kwietnia wyieżdżamy 
bez zawodu z Paryża. W Bruxelli dziesięó dni bawim, a zatem 
rachuiąc drogę, 28. puszczamy się w dalszą podróż, parę dni po- 
święcamy Weymarowi, parę dni Drezn owi lub Berlinowi i 14 maja 
staiem na ulicy Bielańskiey w domu Fraenkla, gdzie przyleci bę- 
dziem przez Dziandzię skaczącą, Nainusia beczącego i was moie 
drogie Istoty, ze łzą w oku, z radością w sercu. Lecz ieżeli seymu 
nie będzie, odmienia się układy, nie moie ale p. Batowskiego, i 
w takim razie razem podobno iechalibyśmy do Bruielli, a ztamtąd 
sam wróciłbym na Weymar, Drezno i Kalisz. Domyślacie się więc, 
ile żądam, ażebyśmy seym mieli i ażebym przywiózł wam kochanego 
naszego przyiaciela i łaskawcę. I dlatego proszę stanowczą, o ile można, 
dadź nam odpowiedź w przyszłym liście waszym. Te pierwsze stronnice 
poświęcam dziś interesom, a zatem od iednego do drugiego przechodzić 
będę. O dwa dni przed odebraniem tego listu, odbierzesz móy 
drogi oycze bilet z moim podpisem, za który 500 franków będziesz 
musiał zapłacić. Musiałem ruszyć ie, gdyż czerpałem dotąd ciągle 
w źródle p. Batowskiego, lecz spostrzegłem, że i on niecierpliwie 
wyglądał swego wexlu, nie chciałem się więc mu naprzykrzać, 
choć on taki dobry, że ostatniem by się podzielił. Spodziewam się, 
że w tym liście, który oczekuiem, będzie iuż przysłany kontyngens 
p. Batowskiego, gdyż przykro by mu było, gdyby leszcze iaka zwłoka 
nastąpiła. Ponieważ iuż wlazłem w tę nieszczęśliwą pieniężną ro- 



Digitized by 



Google 



144 

zmowę, donoszę więc, źe mundur iuż mi haftuiąi że będzie ko- 
sztować 1.350 lub 1.400 franków. Bóżnica nie wielka od kosztów 
petersburgskich. Lecz iakem pisał, moie fundusze co do grosza wy- 
rachowane; na Anglyę poszedł zasiłek stryia, na powrót muszę zo- 
stawić te 1000 franków, które mam leszcze na liście kredytowym. 
Gdybym mógł był przewidzieó tę nieszczęśliwą eipens, byłbym 
podobno nie poiechał do Londynu. Cette dópense inutile; ma fache 
et remue ma bile, ale cóż robió. Co do eipensy, nie mam nic 
sobie do wyrzucenia, gdybym komu powierzył taiemnicę moich fi- 
nansów, nigdy by nikt nie uwierzył, że choó iestem w świecie i 
tak przystoynie iak inny, tyle mniey od innych wydaję. Po prze- 
czytaniu tey ćwiartki, spalcie ią, bo tych tajemnic finansowych 
nikt znaó nie powinien. Teraz odpowiadam na zapytanie Mamdzi 
moiey. Odebrawszy odpowiedź od bony Walewskiego i złożywszy 
radę z elegantek, odpisuię w interesie sukni blondynowey. Rada ta 
złożona była z p. Alfredę de Noailles, Mde Sobańska, la D. de 
Guiche. Qui ont decidees qu'une robę en blondes, avec des yolants 
des Manches, est couterait de 450—600 francs. Mais que les 
Eobes eu dentelles de Bruxelles, ót-aient beaucoup plus k la modę, 
qu'elles coutaient ii est vrai 1000 — 1200 francs, mais elles ne per- 
daient jamais de leur prix et pouyaient 6tre leguees de mferes en- 
filles. Quant aux fichus en blondes, ilyen a de 80—300 francs. 
Les fichus en dentelles coutent 350 francs. Bona Walewskiego, 
która była w fabryce, tąż samą dała mi odpowiedź, ieźli więc pani 
Grabowska chce mieć piękną suknię, niech przyszłe 600 franków, 
lub 500, bęJę się starał zrobić komis iak naylepiey i iak 
naystaranniey, lecz będę prosił o miarę sukni, gdyż nie znalazłem 
tey, która miała bydź w liście; proszę iak nayspieszniey przysłać 
miarę i pieniądze a przed wyiazdem leszcze będę mógł sprawić 
ten komis. Morawski pisał do mnie, ażebym tu krawcowi zapłacił 
za niego. Zapłacę więc 120 franków, niechże on ie papie odda, 
ażeby przy pieniądzach p. Grabowskiey mogły mnie doyśdż; 120 
franków czyni prawie 210—215 zł. pol. Szukam dla niego zakon- 
nicy, którey żądał, lecz i ia i panBatowski, który także chciałby 
iey dostać, prosim o wypisanie nam podpisu, będącego pod portre- 
tem. Uradował mnie list Morawskiego, odpiszę mu, skoro tylko 
wyexpediuię depesze do was i do Niemcewicza. Kochany ienerał, 
ale coś srogi — surowy — nie podobny do siebie. Niech i on 
i wy także bądźcie spokoyni o mnie. Pan Batowski, któremu, iak 
by wam, gdybyście tu byli, zwierzam każdą myśl moią, zaświadczy 
mnie, żem nie skaził płochością postępowania moiego, że nic nie 



Digitized by 



Google 



146 

mam sobie do wyrzucenia i źe ponieważ trudno się tł6maczy<5 o 
220 mil, nie powinniśmy nawet o tera ani mówió z sobą. Bądźcie 
powtarzam spokoyni, Mamdziu kochana bądź spokoyna zupełnie, 
wrócę do ciebie takim, iakim wyiechał, a przynaymniey takim, 
że na żadne nie zasłużę wymówki. Teraz odbywszy się z interesami, 
przechodzę do dziennika mego życia tygodniowego. Eozstaliśmy się 
w przeszły ^wtorek, lecz nie chcę was nudzió opowiadaniem dnia 
każdego a szczególniey opowiadaniem życia salonowego, które za- 
wsze toż samo. Zawsze co tydzień mam kilka obiadów, co dzień 
gdzieś wieczór. Jednem słowem takem się tu usadowił, że mi się 
iuż zupełnie zdaie, że tu będąc, iestem u siebie, w towarzystwie, 
w którem się wychowałem i wzrosłem. W ogólności więc, mówiąc 
o tygodniu, który ubiegł, powiem wam, iż on równie był przyiemny 
iak inne, a może ieezcze przyiemnieyszy. I choó nie chciałem 
wchodzić dziś w szczegóły, iednak ażeby od zwyczaiu przyiętego 
nie odstąpić, wynotuię wam, codzienne nowiny z moiey salonowcy 
gazety. Wtorek obiad u X. Hamilton, na którym poznałem siostrę 
pani Wallenstein, p. Jarosławową Potocką, która dobra, miła, pełna 
rozumu i talentów, zdaie mi się wyobrażać swoią siostrę. Wieczór 
u X. Maille. Środa obiad u p. Delmar. Wieczór na Hernanim z p. 
Karoly i Caraman. Czwartek la Chasse au Clocher — pod Versai- 
lem. Miałem bydź na obiedzie u Flahaultów, lecz odmówić musia- 
łem dla obiadu z p. Batowskim u pp. Chauyelain. Wieczór u Lady 
Stuart. Piątek byłem z paniami w wielkiey loży na Operze, po- 
czem wieczór u p. de Guiche. Sobota u p. Gerardin. Dzień szczę- 
śliwy, bom wasze listy odebrał. Niedziela u Flahaultów. Poniedzia- 
łek rano spacer konno z p. Delmar i p. Caraman. Obiad u pp. 
Graham. Wieczór u pani Appony. Wtorek obiad u X. Hamilton 
z p. Zamoyskim, po którym szaleństwaśmy dokazywali. .Wieczór 
u X. de Mailló. Środa śniadanie obiadowe u Walewskiego, dla 
dwóch elegantów angielskich. Wieczór au theatre des Yarićt^s 
z Walewskim i p. Batowskim na nowey sztuce, po czem u pani 
de Sógur, żony autora, i u p. Jumilhac. Tydzień ten minął bez 
żadnego ważnego zdarzenia salonowego, żadnego balu, lub wielkiego 
wieczora lub głośnego komerażu; mnie iednak przyiemne wspo- 
mnienie zostawił. Dwa główne przedmioty zaymowały teraz roz- 
mowy towarzystwa, nie licząc w to politykę. 1. Hernani. 2. la 
Chasse au Clocher, o którey wam wspomniałem i którą zaraz wy- 
tłómaczę, W Anglyi SteepU Chase, la Chasse au Clocher jest to 
kurs koni, taki, iż ieźdzcy, tak iakby na polowaniu, pędzą przez 
pola, krzaki, skaczą przez rzeki, mury, płoty, rowy; kto nie zła- 

Iiif<if lAdn^A Koimiaiia. 10 



Digitized by 



Google 



146 

mawszy sobie karku, lub nie zabiwszy konia, pierwszy do wyzna- 
czonego mieysca dobiegnie, wygrywa zakład. Taki tedy kurs sześciu 
młodych ludzi, to iest d'Orsay, Karoly, X. de la Moskowa i dwóch 
Anglików, ułożyli tutay. Wyznaczone mieysce było o 2 mil od 
Paryża. Przestrzeń, którą przebiegnąć mieli, była długa na pół mili. 
We czwartek tedy tłum ciekawych udał się na wyznaczone mieysce. 
Prawie cała młodzież paryska na koniach. Wiele poiazdów, wiele 
ekwipażów eleganckich. Dzień był śliczny, słońce wiosenne przy- 
świecało, ia nie byłem na koniu, lecz w poieździe z p. Delmar i 
P. C. Przyienmą zrobiliśmy przeiażdżkę ; sam kurs bardzo był 
ładny do widzenia. Ładnie było widzieó pędzących przez pola 
i rzeki, skaczących przez płoty i rowy, nayprzód tych, którzy 
się zaHadali, a za niemi więcey iak 300 ieźdźców, między którymi 
było trzy czy cztery kobiet. Szczęśliwie, bo bez krwi, dobiegli 
wszyscy do mety, Mr. de Normandie wygrał zakład. Dwa konie 
tylko padły ofiarą tey zabawy bardziey zabawney iak rozsądney. 
Przez dni parę miano tedy czem się zaymowaó w towarzystwie, 
gdyż koniecznie dla rozmów tuteyszych trzeba iakiey nowości, ia- 
kiego zdarzenia salonowego. Drugą nowością, o którey mówią, iest 
Hemani; opisałem go wam obszernie w przeszłym liście, dziś po- 
syłam niektóre wyiątki dla p. Mostowskiego, gdyż właśnie wczoray 
wyszedł z druku. Byłem na nim drugi raz. Już tego wieczora, 
śmiano świstać, iednakże 5 akt pogodził krytyków ze sztuką i po 
iey skończeniu nie świstano ; ale też prawda, że panna Mars posuwa 
doskonałość gry do naywyższego stopnia, nic równie doskonałego 
nie widziałem. Teraz gdym dwa razy widział sztukę i gdym ią 
odczytał, ustaliłem się w moiem mniemaniu, że choć w niey 
więcey złego niż dobrego, choć pod względem de Vart wiele iest 
do wyrzucenia autorowi, choć styl niegodziwy, — iednak znakomity 
talent przebiła się. Czwarty akt nieznośnie nudny. Lecz w piątym 
tragiczność do naywyższego posunięta stopnia. Wątpię, ażeby Argus 
cenzury puścił tę tragedyą drukowaną do was i dla tego niektóre 
wyiątki niewinne przyłączam. Jutro grać maią na iednym z ma- 
łych teatrów parodyę Hemaniego, która ma bydż bardzo zabawna 
i dowcipna. Autorem iey ma bydź un Ooth. Autorem muzyki un 
Hun, cała intryga obraca się sur la contrainłe par cor (corps). Co 
też to za Francuzy. Gdzie oni tyle dowcipu czerpaią, Kiedy ie- 
stem w teatrach, powiem wam, żem widział nareście ieden z cudów 
paryskich, któregom leszcze nie był widział, to iest panią Taglioni. 
Nie wystawiałem sobie, ażeby można nogami przemawiać do duszy, 
do wyobrażenia a w istocie takie iest wrażenie, i£^e na mnie uczy- 



Digitized by 



Google 



147 

niła. Powiedziano o niej, że kiedy tańcnie, nie spada, ale spuszcza 
się, elle ne retambepas, elle redescend; a to spuszczenie się tak iest 
lekkie, iż tylko do śniegu spadaiącego porównanem bydż może. 
Mnie się zdaie, że się ona w powietrzu urodziła, że to iest iey 
żywioł. Teraz porzuciwszy teatr, na chwilę wstąpię do Sorbony, 
którey nigdy nie opuszczam: idę we dnie, które nią mam zaięte. 
Lecz Guizot opuścił ią, lub raczey odmienił godziny, tak, iż z tru- 
dnością mi przychodzi bywać na iego lekeyach. Odmienił zaś ie, 
gdyż Izby się otworzyły, a on został deputowanym. Yillemain, który 
miał się żenió i którego rozchwiał się maryaż, znowu swóy kurs 
rozpoczął, na ostatniey lekcyi mówił o deUa Divina comedia dd 
Dante. W żywym obrazie wystawił ogół tego wielkiego poematu 
i że tak powiem, uosobnił gieniusz Danta. Porównywał 6 księgę 
Eneidy z niektóremi częściami dzieła poety włoskiego i oddaiąc 
zupełną sprawiedliwośó pierwszemu co do siły utworu, żywości 
wyobraźni drugiemu wyźszośó przyznał. Zastanowił się szczególniey 
nad tym dwoiakiem charakterem poezyi Danta; to iest nadzwy- 
czaynością pomysłów, siłą częstokroó myśli i prostotą stylu i obra^ 
zów. Słowem mówił Yillemain o Dancie eon amore a co więcey 
z uniesieniem i zapałem. Cumer przeszedł teraz do średnich wie- 
ków. Ezuciwszy okiem na dzieła Arabów i pisarzy byzantyń- 
skich, zastanawia się nad stanem nauk przyrodzonych aż do 16 
wieku. Na przeszłey lekcyi mówił o Albercie Wielkim i o Eogie- 
rze Bakonie. W tym tygodniu chciałbym zwiedzió seminaryum, do 
którego ułatwiłem sobie weyście ; niech stryi będzie pewny, że 
będę się starał iak naydokładnieyszy zdaó mu rapport. Chciałbym 
także i inne zwiedzió instytuta i ten miesiąc który mi leszcze tu 
zostaie iak naybardziey zapełnić. Mamy też teraz niezmiernie przy- 
iemne ranki u pani Dolomieu. Ponieważ ona mieszka blisko Izby 
deputowanych, oprócz deputowanych, którzy się do niey schodzą, 
bywaią także prawie codzień Sismondi, z którym się dobrze pozna- 
łem; pan Barante, autor historyi Des ducs de Bourgogne; pp. 
deSt. Aulaire, Bostard, Vaudouvie i t. d. a więc łatwo domyślacie 
się, iak rozmowa musi iśdź dobrze i iak musi bydź zabawna. Jutro 
będę u X. de Broglie, córki p. de Stael, którey salon bardzo ma 
bydź poważny, lecz w którym można spotkać wiele nie głupich 
ludzi. Główną teraz rozmową w salonach iest polityka, wszyscy 
uważaią tę chwilę iako bardzo ważną dla Francyi. Prezesem Izby 
deputowanych, iak zobaczycie z żurnalów, mianowany p. Eoy er -Gol- 
lard. Adres Izby Parów, ieiaomyślnie wetowany, zrobił wrażenie, szcze- 
gólniey ten frazes: Que si des perfides manoeyres suscitaient des obstt^ 



Digitized by 



Google 



148 

cles au Gouyemement, ils seroient surmont^, par le conconrs 
simultanó des deux Charabres. Zdaie się prawie pewnem. że po adresie 
Izby deputowanych, albo ministrowie odesłani zostaną alboteż Izba bę- 
dzie rozpuszczoną. Jeszcze nie byłem w Izbie, bo dotąd nieciekawego 
nie było, a teraz publicznych sesyi nie będzie, aż po atlressie. 

W tey chwili odbieram wasz list Co za szczęście, co za ra- 
doś<S? — Jak wam podziękować, iak was uściska<5? Już przecież 
spokoyni iesteście o mnie, żem nie zamarzł z morzem między Dou- 
yres i Calais. To wyborny koncept kurierkowy. Cóż on wyrabia 
ten kurierek mrozi morze, a p. Zamoyską tak ubiera, że cały Paryż 
wzór z niey bierze, Lecz ieśliście spokoyni o morze widzę, że 
Mamdzia coraz niespokoynieysza o mnie co do p. C.; nie mogę 
dośiJ powtarzaó, ażeby była zupełnie spokoyna. Niech będzie nawet 
pewna, że bez rozpaczy, nawet żalu porzucę Paryż, wszakże do was 
wracaó będę. D'ailleurs elle ąuitte aussi Paris au mois d'avril; 
et d'ailleurs soyez tranąuilles et n'en parlonspas, je vou8 en conjure. 
Dziękuię Mamdzi za wiadomości warszawskie! Chwała Bogu, że 
przecież ta smutna Warszawa raz się rozweseliła. Cieszę się, żeście 
kontenci z tnoiey podróży do Londynu, chętnie byłbym tam dłużey 
został, lecz Londyn wiele kosztuie. Nie chcę iuż odkładaó oddania 
na pocztę listu i kończę go prośbą, ażebyście p. Niemcewiczowi 
powiedzieli w dzień, w którym go odbierzecie, że iuż widziałem się 
z Oleszczyńskiemi, zaś dziś odbiorę odpowiedz i że jutro odpiszę mu 
zaraz, a zatem obydwa listy razem może doydą do Warszawy. Koń- 
czę nayczulszem uściśnieniem i was moie nayukochańsze istoty 
i stryia kochanego i Dziandzię i Henryka. J'etouflFe le Nain dans 
mes embrassements, je Fadore, et m' erapresserai de lui repondre a ses 
charmants billets. Milion czułości Piotrowicom. 



Mille et mille tendres amitiós et remerciements de la part de 
votre attachfe et deyoue Ami, pour votre souvenir, y szacowny ko- 
chanych państwa przypis w liście kochanego ich syna. A. Batowski. 
Wielką przyiemnośó tuteyszą stracę w tych dniach, gdyż za dni 10 
Walewski iedzie do południow.ey Francyi i do Włoch. 



19. Marca 1830. Paryż. 

Wracam w tej chwili z Izby deputowanych, byłem tedy na 

iedney kwadransowey sesyi; i ta pierwsza sesya będzie dla mnie 

ostatnia, gdyż Izby odesłane zostały aż do 1. Septembra. Co się 

stanie przez te 5. miesięcy, przewidzieć nie można. Zaczynam dziś 



Digitized by 



Google 



149 

mój list, iutro go oddam na pocztę. Dziś 19. imieniny śtryiowskie, 
myślę o nim^ i tysiączne życzenia przesyłam. Chciałbym napisa<S do 
niego, ale nie wiem, czy do Warszawy, czy do Włocławka. Wczo- 
raj o godzinie 12. odebrałem wasz list; iest to zawsze gośó dla 
mnie naymilszy. Ten tydzień był szczęśliwszy od innych, dwa razy 
was czytałem, a co to za szczęście dla mnie czyta<S was, co to za 
szczęście będzie uściskać was. Bziś 19. , a więc za dwa miesiące 
będę już z wami. 13. Kwietnia wyieżdżamy ztąd bez zawodu. Pan 
Batowski w Brukselii dopiero z pewnością będzie mógł wiedzieó, 
czy pojedzie do Polski, lecz ieżli Sejm będzie, i rodzina cesarska 
ziedzie do Warszawy, pewnie go wam przywiozę , bo ma wielką 
ochotę iechać; żeby tylko ta podróż mogła mu się na iaką korzyśó 
obróció, w iego wieku iest to iednakże wielka ofiara przeszło 600 
mil w przeciągu roku zrobi<S. Ale Mamdzia moia kochana iedzie po- 
dobno na święta do Piotrowic, czy wróci na Seym? czy ią zastanę 
w Warszawie? smutno by mi było, gdybym iuż wróciwszy do Pol- 
ski, leszcze miał iakiś czas czekaó na przyiemnośó uściskania iej. 
Niech iednak nie zmienia swoich proiektów; a ia nie chciałbym 
długo bawić w Warszawie, bo i mnie pilno będzie po uściśnieniu 
was uściskać Piotrowice. 13. Kwietnia porzucam tedy Paryż, może 
z westchnieniem, ale bez łez może by i łzy były, gdybym nie do 
was wracał. W Brukselii zabawię iaki tydzień, wątpię, żebym był 
w LaHaye, gdzie iest dwór, bo i czasu mi nie stanie i koszt 
większy. Weymarowi parę dni poświęcę, wątpię, żeby mi list dano, 
lecz pewny iestem, że łaskawie przyięty będę, czy sam poiadę czy 
z panem Batowskim; bydź może, że się obrócę na Drezno, lecz 
leszcze sam nie wiem, będzie to zależeć od pewney okoliczności. 
Co by to za przyiemność była dla mnie wracać z p. Batowskim, 
dlatego czekamy niecierpliwie pewney wiadomości o przyieździe ce- 
sarskim. Ambasador mi mówił, że miał ią i że na 20. cesarz ma 
bydź w Warszawie. Za miesiąc tedy słuchaycie pierwszego śpiewu 
słowika, upatruycie pierwszego gniazda iaskółki, wszystko co wam 
bliskie przyiemności Maia zwiastować będzie, bliski móy powrót 
wy wróży. Tu iuż wiosna, tu iuż ciepło, ale iakże mi zimno za was, 
kiedy myślę, że u was wieią leszcze wiatry zimowe. Od dwóch 
tygodni mamy dzień ieden pięknieyszy od drugiego, wczoray iuż 
było gorąco. Drzewa puszczała, fiołków po ulicach pełno, zapach 
świeżey ziemi słychać po ogrodach. W południe Boulewardy wysta- 
wiała widok cudowny, ten tłum ludzi używaiących pierwszych cie- 
płych promieni, te ulice tak pełne wrzawy i ruchu, oświecone 
słońcem pogodnem, stanowią obraz pełen życia, pełen wesołości. 



Digitized by 



Google 



150 

Wiecie, że ia na wiosnę iakiś zupełnie inszy iak w zimie lub 
w lecie, zupełnie iestem iak Dziandzia, ani mnie utrzymać można 
w pokoiu, skoro widzę ten czysty błękit i tę iasność promieni, tę- 
sknię zaraz do powietrza świeżego. W tym tygodniu naywięcey by- 
łem zaięty wiosną i potem tem, czem wszyscy, to iest Izbami. Co 
dzień tedy bywałem u pani Dolomieu, gdzie co ranek przez ten 
tydzień schodzili się deputowani, parowie i t. d., i gdzie mówiono, 
rozprawiano o okolicznościach teraźnieyszych tak ważnych i cieka- 
wych. Parę godzin co dzień przepędzi<$ z pp. Pasąuier, Bostard, 
SŁ Aulaire, Barante, Vandoeuvre, Sismondi, nie było zapewnie 
stratą czasu. Ten tydzień był bardzo ciekawy, nayprzód w ponie- 
działek zaczęła się taiemna dyskusya nad adresem i dopiero 
we środę skończyła się, przeszedł adres bez żadney odmiany, więk- 
szością 40 kresek, większość ta była mnieysza, aniżeli się spodzie- 
wano, bo środek prawy przechylił się na stronę prawą i on to chciał 
przyięcia d'un amendement, któreby adres niezmiernie było osła- 
biło. We czwartek rano adres był podany królowi; choó sądzono, 
że go nie przyimie, przyiął go i odpowiedział ne niego, wyczytacie 
ta z gazet. Dziś była tedy sesya publiczna, o Iszey Eoyer Collard za^ 
siadł prezydenta krzesło. Po długim szmerze, ruchu i nieporządku, 
po kilkakrotnem poruszeniu dzwonka, ucieszyli się przecież. Prezy- 
dent przeczytał dwa listy deputowanych, z których ieden dla sła- 
bości zdrowia podał się do dymisyi, drugi przeszedł do Izby Parów 
Poczem wprowadzeni zostali dway ministrowie p. d'Hau8set i Mont- 
bel. Ten ostatni oddał prezydentowi dekret królewski, który przeczy- 
tany został i mocą którego Izby odroczone zostały aż do 1 Septembra, 
czego się nie spodziewano, myślano bowiem, że tylko do czerwca 
odłożono ie. Po przeczytaniu dekretu, strona prawa i środek prawy 
z naywiększym entuzyazmem, wszaskiem i gwałtownemi porusze- 
niami ciała, wołały Vive le Eoi, kiedy strona lewa milczała; po- 
wstawszy ktoś z trybuny, zawołał Vive la Charte, k bas les tri- 
bunes, krzyknęło sto głosów z prawey strony i co tylko nie przyszło 
do kłótni żwawey, między trybunami i deputowanemi. Na tey tylko 
iedney sesyi byłem. Co to za żal dla mnie, że ich więcey nie bę- 
dzie, co za żal, że nie będę mógł porównać Izb angielskich zfran- 
cuskiemi. Ta krótka sesya wczoraysza dała rai iecbak lekkie wy- 
obrażenie, co to bydź muszą Izby francuskie. Nayprzód przypomniały 
mi się moie lata szkolne, zdało mi się zupełnie, że iestem w ly- 
ceum na lekcyi Wagnera, którego i my za boskie stworzenie nie 
mieli i na którego lekcyi dokazywaliśmy naywiększe pustoty. Ta 
wrzawa, nieporządek, hałas, mimo wzywania kilkakrotnego prezy- 



Digitized by 



Google 



151 

denta, wystawiły mi szkoła dzieci nieposłusznych. Co to za trudne 
musi bydź zatrudnienie bydź prezydentem w Izbach francuskich, 
co to za trudnoś<5 czterystu gadułów przyrausi<5 do milczenia, i po- 
tem za8pokoi<5 czterystu gadułów, z których każdy ieden przed dru- 
gim chciałby mówió. W Angli skoro speaker zawoła: order order, 
zaraz cichość i porządek następnie. Mimo to, bardzo a bardzo mi 
żal, że nie zobaczę Izb, iest to pierwsza przeciwność, która mnie 
spotyka w moiey podróży, pierwsza, ale dośó wielka. Pani Zamoyska 
równie iak ia ubolewa nad nią. Ale gdybym był Francuzem, bar- 
dzieybym ieszcze był smutny. Trudno przewidzieć przyszłości; 
szkoda, wielka szkoda, gdyby ten kray piękny, który zaczął używać 
spokoyności, miał się na nowo zaburzyć. Mówią, że Izba dzputowa- 
nych rozpuszczoną zostanie (dissoute), że nowe elekcye nakażą, że 
przez te 5 miesięcy odmienia 80 prefektów. Dla nas oboiętnych cu- 
dzoziemców bardzo to wszystko zabawne, ale gdybym był Francu- 
zem, tobym się smucił. 

20. Marca 1830. Sobota. 
Czy chcecie mieć w skróceniu móy dziennik tygodniowy. 
W Sobotę bal u pani Flahault bardzo ładny i wesoły, może dla- 
tego, że w poście wszystkie nogi odpoczęły. W Niedzielą byłem 
z Potockiemi na teatrze des Nouyeautes dla widzenia nowey sztuki 
Henri V et ses compagnons, którą chwalono, a w którey to tylko 
iest do chwalenia, co przetłómaczono z Shakespeara, poczem wie- 
czór skończyłem u Flahaultów, gdziem po raz pierwszy słyszał en 
petii ćomite mówiącego pana Talleyranda. Dobrze, bez wątpienia, 
mówi, ale nic .nie powiedział, coby mi w pamięci zostało. Kiedy 
kto ma taką kolosalną reputacyę dowcipu, to z trudnością odpowiada 
pierwszy raz oczekiwaniu tych, którzy go nie znaią. Twarz iego 
zawsze iednakowa, zawsze ta sama, choć niezmiernie dowcipna, 
iest przerażaiącą, zdaie się, że się patrzy na ciało żyiące, ale bez 
duszy, zdaie się, że krwi w iego żyłach nie ma, iest coś zimna 
grobowego w wyrazie iego twarzy. Jakże zabawnie wygląda ta 
twarz wśród obłoków, zawieszona u p. Tyszkiewiczowey. Pan Talley- 
rand za aniołka, iest to prawdziwie kostium, pod którym nikt by 
go nigdy nie poznał. W Poniedziałek byłem na obiedzie u pani Ty- 
szkiewiczowey z pp. Zamoyskimi, X. Broglie, p. MoUe, Flahault 
etc. etc. i Xiężną Dino, którą pierwszy raz widziałem, z którą się 
poznałem i która śliczne ma oczy, a z twarzy bardzo wiecie do 
kogo podobna. Wieczór podzieliłem między pp. de St. Aulaire i 
Jumilhakową. We Wtorek u pani de Girardin. We Środą obiad 



Digitized by 



Google 



152 

u pp. Anissonów, wieczór między p. Delessert i Jumilhakową. We 
Czwartek obiad u X. Hamilton, wieczór iako w dzień de la mi- 
Caróme mieliśmy bal dla ubogich Anglików w sali des Menus 
Plaisirs. Pociągnąłem na niego i p. Batowskiego. z czego był kon- 
tent, bo się na ładne Angielki napatrzył. Lady Stuart ułożyła ten bal. 
Będące tu damy angielskie były des Patrone<9ses. Bal był bardzo 
ładny, był na nim i Xiąźe Chartres, i iak zawsze z uprzeymością 
tańcował, trudno bydź grzecznieyszym i milszym od niego. W Pią- 
tek, to iest wczoray, iadłem obiad u Flahaultów, a wieczór byłem 
u pani Appony, na którym pani Malibran przy fortepianie śpiewała 
małe różne piosneczki hiszpańskie, bolero, swoie tyroliennes, ale 
iakże ona śpiewała, dotąd ią słyszę. Otóż iest móy tydzień salo- 
nowy. Banki, iak wiecie, dzieliłem między p. Dolomieu, Sorboną i 
Muzeum, które znowu odwiedzam dla powtórzenia sobie tego, czegom 
się nauczył. Ponieważ Izby, niestety! ani chwili mnie nie zaymą, 
odmieniam móy plan, a teraz codziennie coś nowego chciałbym zo- 
baczy ó; w tym tygodniu puszczam się do szkół Lankastra, do szkół 
'apres la Móthode Jacotot, może co na tem moia szkółka zyska, 
a nawet i Dziandzia, ieżeli się nauczę tey ostatniey metody, którą 
wam w przyszłym liście opiszę. Seminaryum leszcze nie zwiedzi- 
łem, bo dyrektor iego słaby, ale bez zawodu zwiedzę ie. Oy! żeby 
to można czasu gdzie kupió w Paryżu, choó teraz słońce pogodne 
raniey mnie budzi, tak, że po ósmey wstaię, iednak nigdy nie mam 
dośó czasu, ażeby zrobió to co sobie zamierzę. Do ienerała iutro 
list na pocztę oddaię, obszerny, z wyiątkiem z Hernaniego. Na- 
piszcie do niego, żeby się o niego dopominał na poczcie lubelskiej, 
bo coś tam zagraniczne listy zalegaią. Do Niemcewicza napisałem.; 
spodziewam się, że list móy odebrał. Widziałem się przed paru 
dniami z Oleszczyńskiemi. Medale za tydzień gotowe będą. Skoro ie 
odbiorę i zapłacę należytośó, pospieszę z moim raportem. Czy też 
Ezewuski list móy odebrał. Gdybym tylko gdzie kupił czasu, tobym 
częściey pisywał do tych, którzy mnie nie zapomnieli. I teraz nie- 
dawno była 9, iuż dwunasta biie. Chciałbym iśó na kurs Cuviego, 
ale k propos kursu muszę wam opowiedzieó, co się na przedostat- 
nim stało. Dwóch nieznaiomych pokłóciło się o mieysce i wykuła- 
kowało się w przytomności wszystkich, wobec zgromadzenia lioz- 
nego, wobec kilkudziesiąt kobiet ; krzyczano na nutę A la porte, mimo 
to zostali w sali; na przeszłey lekcyi, nim Cuyier nadszedł, iakaś 
oryginalna figura wlazła na katedrę i akcentem angielskim krzy- 
knęła kilka razy : Seilence, Szilence^ uciszyli się wszyscy, a on w te 
słowa przemówił : d la demiere leszon je nietois dyszputi, pour la 



Digitized by 



Google 



153 

plasz^ un Gentleman wia dannS un coup de poing, je lui en ai 
donni deux, je suis alU le chercher dans son cafi, pour me haitre 
dans un duel^ U vfCa ripondu, qu'un Philosophe Chrśłien ne se bat- 
tait pas, je diclare que le Philosophe Chrśtien est un Idche. Philo» 
Bophe Chrłtieu Stes vous id ? une fois. Philosophe Ghritien etes vous 
id? deux fois, Trois fois Philosophe Chrśtien, vous etes un Idche 
et un poltron. Jak to iest angielskie i iak to zabawnie było. 
Moie kochane istoty, iakże ia szcz(jśliwy z waszych listów, 
iakźe ia szczęśliwy, że przecież spokoyniście o mnie i że roz- 
sądkowi moiemu ufacie. Czy o śmieszney uczcie Chodźki z mego 
listu, czy z gazet dowiedzieliście się; boię się, ażeby tym bie- 
dakom, którzy tu są o koszcie rządu, nie zaszkodziło to szaleń- 
stwo Chodźki. Pan Lafayette, który ::reEztą bardzo zacny i szano- 
wny, okrył się śmiesznością, przyimuiąc w imieniu Polaki portret, 
który mu reprezentanci tey Polski ofiarowali, a reprezentantami 
temi byli Chodźko i Podczaszyński. Au fond nic w tern złego nie 
było, wyiąwszj wielkiey śmieszności. Jest tu zawsze tłum Polaków, 
z których żadnego nie znam, gdyż w tym tłumie nie mieszczę 
tych, których dawniey znałem. Michałowski przyiechał prz^d kilku 
dniami, będę się starał bydź mu pomocnym, w czem zażąda, iutro 
go prowadzę do pp. Zamoyskich, a potem zaznaiomię go u p. Do« 
lomieu, z pp. St. Aulaire, ze Sismondim i t. d. Mycielski dziś 
wchodzi w świat, prezentowałem go p. Delmar i iest dziś na 
wieczór zaproszony. Walewskiemu przeczytałem list Mamdzi, bardzo 
za niego zlecił mnie podziękować, sam leszcze nie wie, co zrobi, 
odwlókł swóy wyiazd de południowey Francyi, łzy pięknych ócz 
go wstrzymały. Co do powrotu do Polski, bez zawodu chce faire 
ses excuses au Grand Duc, ii en cherche seulement Toccasion, si 
S. Al. venoit h Ems, ii s'y rendrait. Co do poleceń Mamdzi, 
o książki dla malutkiey, dopełnię ich bez zawodu, iakoteż i suknię 
i chustkę blondynowe, czekam tylko pieniędzy na te pierwsze. 
O Francuzkę będę się dopytywał, ale iak ią przetran8portowa<5, koszt 
wyniesie więcey iak 400 franków. Co do moich expensy, tom się 
iuż wyspowiadał w przeszłym liście. Mundur móy iuż się kończy, 
będzie paradny. Ale żal mi expensy, że iuż iest nieochybna i że 
wyniesie 1.400 franków, więc ieżeli można przysłać list kredytowy 
na 2000 franków, tobym tyle tylko z niego użył, ile by konieczna 
potrzeba wymagała. O iakże mi przykro prosió o to, lecz móy drogi 
Papciu, sameś ofiarował mi to, bo z czegożbyś ofiary dla mnie nie zrobił. 
Adieu moie nay droższe istoty. Stryia ręce ściskam. Do Nainusia 
przyszłą pocztą napiszę, dziś nie mam czasu, mais je Taime, je 



Digitized by 



Google 



154 

Tadore et j'aime et j'adore ses billets. Domowym czułe pozdrowie- 
nia i ukłony tym którzy pytaią o mnie. Co się tam w domu 
dzieie, niech pamiętai| na wiosnę zasiać oset, bo podobno nie za- 
siał go ogrodnik w iesieni. Cho<5 w Paryżu, choó przy elegant- 
kach, trzeba myśleó o oście. Zkądże ta bayka w Warszawie, że 
się aż w trzech kocham. Coż mi za szerokie serce daią. Czy to nie 
Dmuszewski napisał w Kurierku? 

26, Marca 1830. Paryż w Piątek. 
Wczoray o godzinie 11 minucie czterdziestey piątey odebra- 
łem list wasz. Zawsze mi lepiey po nim, zawsze, nim go odbiorę, 
iakieyś niespokoyności doznaię, boiąc się, ażeby się nie spóźnił. 
Dzięki niebu, żeście zdrowi, że w domu nic złego nie ma i że się 
przybliża chwila, w którey was uściskam. W dzień mego wyjazdu 
z Paryża tylko o tey chwili myśleć będę, a iestem pewny, że na- 
wet bez westchnienia wyiadę. Czekam listu czwartkowego, który 
ma nas upewnić o seymie. Tu znowu mówią, że odłożonym zosta- 
nie. Ambasador czeka kuriera za dni kilka, mówił mi, że bydź 
może, że sam poiedzie do Warszawy, pour se mettre aux pieds de 
Sa Majestć, gdyż leszcze cesarza nie zna cesarzem. Gdyby seym do 
piero na iesieni był zwołany, to mego wyiazdu nie odłożę, lecz pan 
Batowski zmieni swoie proiekta i iuż by do Polski nie iechał. Dotąd 
leszcze się waha i choć pragnie szczerze odwiedzić oyczyznę i przy- 
iaciół, różne względy go wstrzymuią, a między innemi eipens. Czy 
by też. mógł się spodziewać iakiey łaski, gdyby na seym przyie- 
chał? Wszakże w koronacyi zapomniano o nim? Czekamy tedy listu 
czwarlkowego, lecz ostateczną determinacyę chce on dopiero wziąść 
w Bruielli. Przed kilku dniami odebrał list od Alexandra, pisany 
w wrześniu, miał on za trzy tygodnie puścić się na morze. Mimo 
niebezpieczeństw i woyny i klimatu, zdrów iest zupełnie, to iest 
był nim we wrześniu. W iedney z ostatnich potyczek rannym zo- 
stał w brzuch bagnetem, szczęściem, iż raz ominął wnętrzności, 
a tak rana niebezpieczną nie była. Wyrachować nie można kiedy 
przypłynie do Europy, w maiu lub w czewcu zapewnie. Pani de 
Mandel, do którey iadąc do Bruxelli wstąpiemy, osiadła na wsi, 
mąż iey służbę porzucił, a ona veut deyenir comme elle Ta ecrit 
Gospodyni. Dzień naszego wyiazdu na 14. kwietnia oznaczyliśmy, 
we dwa dni po Wielkieynocy ; chciałbym wrócić brzegami Eenu, 
zatrzymać się dni parę w Weimarze, a co do Drezna, sam leszcze 
nie wiem, iak się z nim ułożę. Lecz w tym tygodniu iuż wiedzieć 
będę. Czy też stryi biskup będzie w Kaliszu w środku maia, chciał- 



Digitized by 



Google 



155 

bym wiedzied za wczasu. Taką moią przyszłoś<$ dwamiesięczną uło- 
żyłem sobie, chciałbym iuż ią przebyć, chciałbym iuż bydi z wami, 
gdyż przy was ani razu nie zatęsknię po Paryżu, ale podróż nudzić 
mnie będzie. W przeszłym tygodniu niezmiernie rozpisałem się do 
Polski. Nayprzód jenerałowi posłałem list dwuarkuszowy, pisałem 
także do Puław i nikomu długu listownego nie winienem, gdyż 
spodziewam się, że pan Niemcewicz odpis móy odebrał. Skoro tylko 
medale oddane mi zostaną i interes ukończonym będzie, drugi 
raz napiszę do niego. Pan Zamoyski za dni kilkanaście wyieźdża. 
Pani Zamoyska zostaie tu do maia, poczem iedzie do wód akwizgrań- 
skich. Niezadługo i niektórzy cudzoziemcy i zwyczayni mieszkańcy 
Paryża zaczną się rozieżdźaó, gdyż w tyra roku Izby aż dopiero 
we wrześniu się zbiorą. Paryż więc tey wiosny mniey ludny i 
świetny będzie. Dotąd w towarzystwie leszcze zwyczaie zimowe pa- 
nuią, lecz bale ustały, a nawet wieczory proszone iuż ustalą. X. de 
Maillć będzie miała ostatni swóy wieczór w ten wtorek, Łady 
Stuart i pani Appony iuż dnie swoie porzuciły, a tak zostały tylko 
przy swoich pani Flahault, Girardin, Jumilhac, Guiche, Sógur i p. 
Delmar, która wzięła soboty; lecz choó mniey teraz huczne zabawy, 
bardziey przyiemne. Jakoś rozmowa lepiey idzie w poście, iak pod- 
czas karnawału. Przez dni kilkanaście, które ubiegły, niezmiernie 
ożywioną była polityką. O niczem więcey nie mówiono, lecz teraz 
les politicomanes muszą czekać do września. W czerwcu Izby roz- 
puszczone bydź maią i nowe wybory nakazane zostaną, tymczasem 
spieszą przygotowania do wyprawy przeciwko Algierowi, która 
w maiu ma nastąpić, cała młodzież francuska rwie się na nią. 
Gustaw Montebello zaciągnął się za prostego żołnierza do jazdy. 
Wszyscy les Noailles, Caumont i stu innych, dobór młodzieży pa- 
ryskiey spieszy na brzegi Afryki, gdzie ich może febra i zatrute 
strzały czekaią. Mimo iednak ten zapał młodych ludzi, wyprawa 
ta nie iest zgodną z opinią powszechną i zapewne Izby byłyby 
kredytu na nią odmówiły. Dość przewrócić kilka kartek historyi, 
ażeby się przekonać, że żadna wyprawa europeyska przeciw Afryce 
nie udała się. Ludwik Sty, Don Sebastyan, nawet Karol V. zape- 
wnieby radzili, gdyby się ich radzono, ażeby nie rozpoczynać tak 
wątpliwey walki. Szczególniey w lecie, w maiu, puszczać się na 
wyprawę przeciw tey Afryce, dla którey południowa część Europy 
iest północą, może niezgodnem iest z roztropnością. Tu w tey 
chwili iuż iest ciepło, wczoray iuż gorąco było. Co za miłe po- 
wietrze, przecież tutay wiosna z pierwszym dniem wiosny zaczyna 
się, a u nas, bez zawodu 21 marca mieliście mróz, śnieg, zawie-* 



Digitized by 



Google 



166 

ruchy. Co tu iest kwiatów wszędzie, co za ruch, co za życie, co^za 
wrzawa na boulewardach; Les Champs Elysees napełnione poia- 
zdami. Ogród Tuileries pełen dzieci, słowem zimnem tegorocznem 
zamrożeni, odmarzaó zaczynaią Francuzi. I teraz iuż nie zimno, na- 
wet kochanemu naszemu p. Batowskiemu iuż czasem gorąco. Ba- 
^niey teraz wstaię, raniey wychodzę na miasto, ażeby nasyció się, 
napoid się tem miłem powietrzem. Życie moie w tym tygodniu 
podobne do przeszłotygodniowego. W przeszły wtorek zaprowadzi- 
łem Michałowskiego na lekcyę Yillemaina, a ztamtąd do p. Do- 
lomieu, gdzie go poznałem zeSismondim; prosił on mnie, ażeby go 
w kilku domach prezentować, zawiozę go więc do pp. St Aulaire, 
gdzie znaydzie beaucoup de Gens distingues i poprowadzę go na 
wieczór"! niedzielny do p. Plahault, na którym zobaczy en masse 
częśd towarzystwa paryskiego. Ponieważ tu nie długo zabawi, nie 
warto, żeby się bardzo w świat zapuszczał, a zresztą (soit dit entre 
nous, je ne le connois pas assez, pour savoir, si sa societe conyiendrait 
k ces Dames) iednakże co będę mógł zrobić dla niego z chęcią 
zrobię. Michałowski był iuż także u doktora Delot, ale zdaie 
się, que la surdite de Mr. Ostrowski est incurable. Mycielskiego 
iuż wprowadziliśmy w towarzystwa, comme ii a beaucoup d'e8prit, 
je suis sftr qu'il róussira, s'l veut 8'en donner la peine. Z Polek na- 
szych, oprócz pani Zamoyskiey i X. Leonowej, które naturalnie znay- 
duią bardzo przyiemne, pani Mieczysławowa iest teraz w modzie, 
szczególniey śpiew i Flahault lui ont donnes de la vogue ; śliczny 
ma głos. Co czwartek rano u Plahaultów bywa muzyka i ona iest 
słowikiem między spiewaiącemi. Nic tu nowego nie ma, ani 
w świecie eleganckim, ani politycznym, ani literackim. Hernani 
sparody cwany rozśmiesza teraz na czterech teatrach, ale naylepsza 
parodya iest z teatru de Vaudeville; nie widziałem iey leszcze. 
We czwartek akademia będzie miała sesyę, na którey przyiętym 
zostanie Lamartine, który wrócił do Paryża. Co za zmartwienie dla 
mnie, że biletu dostaó nie mogę, intiyguię o niego i intryguią dla 
mnie. Cuvier będzie miał mowę przyięcia, na którą nowy akademik 
Lamartine odpowie. Onegday pan Segur wybranym został, lecz 
dopiero za miesiąc przyiętym zostanie. Oyciec iego będzie go przyj- 
mował, a pan Filip Segur powie mowę pochwalną wuia swego Klę- 
cia Lewis, którego krzesło akademickie zaymie, a tak ce sera une 
fetę de familie. W tych dniach mam bydź na małym wieczorze, na 
którym Lamartine będzie czytaó swoie nowe poezye. Dziś idę zwie- 
dzić szkoły lankastrowskie ; przed parą dniami zwiedziłem pensyę, 
na którey uczą podług metody Jacotot. Metoda ta ma cudów doka- 



Digitized by 



Google 



157 

2ywa<5, we trzy miesiące naymniey poiętny uczeń może sią naytni- 
dnieyszego nauczyd ięzyka. Podług Pana Jacotot wszystkie poięcia 
8% iednakowe i każdy uczący się byleby tylko uwagi dołożył, nie 
powinien mnieyszego od drugich postępu uczynić. Ażeby nauczyd 
się ięzyka, trzeba nayprzód raie<5 w pamięci magazyn słów ; podług 
pana Jacotot, w sześciu pierwszych pieśniach Telemaka zawarte są 
nietylko wszystkie prawie słowa, ale nawet wszystkie prawie kom- 
binacye słów, iakich nayczęściey się używa. Każe on więc uczniom 
swoim nauczyć się na pamięó sześd pierwszych ksiąg Telemaka po 
francusku. Daley w ięzyku, iakiego maią się uczyó, bierze znowu 
Telemaka i powoli frazes po frazesie czytaiąc, wbiia im w pamięć 
te słowa, te frazesa, których nie rozumieią, lecz do których zrozu- 
mienia sami dochodzą, umieiąc na pamięć Telemaka francuskiego. 
Nie iestem ieszcze zupełnie przekonany o doskonałości tey metody, 
iednakze ^iele osób utrzymuie, iż szczególniey w uczeniu się ięzy- 
ków, wiele pracy i czasu oszczędza i że nie trzeba więcey nad trzy 
miesiące do nauczenia się nawet po grecka. Spróbuię tey metody 
na sobie, z włoskim lub greckim ięzykiem. A potem na Dziandzi 
próbę zrobiemy. Moia droga Mamdziu myślałem o Francuzce dla 
malutkiey, mówiłem o tehi z panią de Mory (dla którey poświęci- 
łem się onegday, przylawszy od niey obiad en tśte k tete) ale wąt- 
pię, ażeby mi się udało, nie tak znaleźdź iakiey, ale znaleźdź ta- 
kiey, któraby dogodną była, gdyż wiem, że guwernantki nie chcesz, 
a bony, któraby źle wymawiała i źle po prostu mówiła, niewarte 
o 200 mil sprowadzać. Przewiduię, iż będę miał ambaras z komisem 
pani Grabowskiey, nie chce ona, ażeby suknia iey więcey nad 400 
franków kosztowała, a tu i za 500 franków, z rękawami, i t. d. mieć 
iey nie będzie. Bona Walewskiego była w drugim składzie fabry- 
cznym, widziała suknię i chustki. Za suknię naymniey 600 fr. zapła- 
cić trzeba. Chustka bardzo piękna będzie za 130 fr. Te wszystkie 
panie eleganckie, których się radziłem, zapewniły mnie także, że 
suknia 600 franków kosztować musi. Jak mi tylko 40 dukatów 
przyślą, nie wiem co zrobię. 

27. marca, W tey chwili przyniesiono mi medale Kopernika, 
które szczęśliwie bez pęknięcia stemplu wybitemi zostały. Jest 
wprawdzie na nim i na medalach mała, ale bardzo mała skaza i 
tak mała, że dostrzedz iey nie można, lecz zresztą medal zdaie mi 
się dobrze wybity. Jutro piszę do Niemcewicza i zdaię mu raport! 
będę prosił p. Zamoyskiego, ażeby się podiął przewiezienia tey 
paczki z medalami, gdyż za kilka dni wyieżdża, a więc miesiącem 
prawie uprzedzi mnie. Kończę dzisiay moie naydroższe istoty nay- 



Digitized by 



Google 



158 

czulszem uściśnieniem, kończę, dziękuiąc wam za wasze listy i za 
wszystkie ofiary, które chcecie dla mnie robi(5 i które robicie. 
Mundur móy za kilka dni gotów będzie. Jutro wieczór przywdzieię 
mały. Jestem zaproszony au jeu du Boi, ma to bydź bardzo nudne, 
ale raz trzeba widzieó wszystko. Adieu, ściskam was po milion 
razy, niech wasze myśli i błogosławieństwo nie opuszczała nmie, 
a szczęśliwie do was wrócę. Ściskam Dziandzię, Henryczka, kłaniam 
domowym. Czy Franciszek dobrze się sprawnie ? spodziewam się, że 
wytrwa do końca. P. Batowski łączy tysiąc czułości. 



3. kwietnia 1830. Paryż. 
Moie naydroższe Istoty! Kiedy ia nayregularniey listy wasze 
co czwartek o 11 45/60 odbieram, nie poymuię dlaczego moie się 
opóźniała, chociaż i ia co tydzień pisuię. Spodziewam się, że w tę 
środę, w którąście go oczekiwali, odebraliście go, spodziewam się, 
że w tey chwili i p. Niemcewicza i Morawskiego i Puław doszły 
niezmierzone moie foliały. Nie powinnaby się Polska skarżyó na 
mnie, że zapominam o niey, bo też częste miewa odemnie wiado- 
mości, a niezadługo mnie iuż samego mieó będzie. Chcieliśmy iuż 
w ten czwartek ułożyó całą marszrutę naszą, lecz cóż, kiedyśmy 
żadney pewney o seymie nie odebrali wiadomości, iednak pani Za- 
moyska mówiła mi wczoray, że mąż miał i od pana Mostowskiego 
i od synów listy, w których go zapewniała, że cesarz na 21 ziedzie 
i że niezawodnie w maiu seymowaó będziem. Czekamy więc ieszcze 
iednego czwartku, ale p. Batowski dopiero w Bruielli wiedzieó bę- 
dzie, czy się będzie mógł dadź porwaó do Polski. Ja zawsze chcę 
ztąd 14 b. m. wyiechaó, kilka dni w Bruielli zabawió, parę ich 
Weymarowi i Dreznowi poświęcić i na 15. maia iuż bydź tara, 
gdzie mi naylepiey, to iest z wami. Jest to więc przedprzedostatni 
list, który do was piszę z Paryża. Piszę przy otwartem oknie i 
w blasku naypięknieyszego wiosennego słońca. Cóż to za szczęśliwe 
powietrze. Od dni piętnastu z orszakiem dni pogodnych zawitała 
wiosna, onegday mieliśmy 15 stopni ciepła, wczoray deszczyk ciepły 
ożywił i ochłodził iuż ogrzane powietrze i ziemię i iakby cza- 
rodzieyską laską dotknięte, iuż się drzewa i gazony zielenią, iuż 
młode listki okryły kasztany i graby w Tuileries. Bardziey niż 
całego przepychu Paryża, bardziey niż wszystkich iego bogactw i 
rozkoszy, zazdroszczę mu tego słońca tak iasnego. Paryż na wiosnę 
w istocie cudowny, zdaie się, że iak Sekwana tak i on odmarza, skoro 
tylko ciepło; cóż to za ruch, co za wrzawa. Jedząc teraz obiad au 



Digitized by 



Google 



169 

Cafó de Paris, używa się widoku pełnego życia i ruchu, ieszcze 
o 7. teraz widno i widzi się na Boulewarze des Italiens, i ten tłum 
ludzi, i ten ruch poiazdów większy niż kiedykolwiek. Jednakże 
w tym roku Paryż prędko wyludni się z towarzystwa, nie ma Izb, 
wiele więc osób wyieżdża wcześnie to na wieś, to za granicę, to 
do wód, lub kąpieli morskich. Po Wielkieynocy iuż wyiazdy 
zaczną się, począwszy od moiego. Pani Sobańska iedzie do Galicyi, 
Walewski podobno z Mycielskim wybiera się do południowey Fran- 
cyi. Pani Caraman z mężem iadą do Drezna dla odwiedzenia brata 
i wiele, wiele osób porzuca Paryż. P. Zamoyska przy końcu maia 
do wód akwizgrańskich poiedzie, a X. Leonowa sama nie wie, co 
zrobi, oczekuiąc zawsze męża, który coś opóźnia przyiazd. Jeźli pan 
Batowski wybierze się do Warszawy, to i niezmiernie przyiemnie i 
wygodnie odbędę podróż, ieżeli sam poiadę, to mi w drodze smutno 
będzie i tęskno do chwili, w którey was uściskam Moia kochana 
Mamdziu pomówmy słów parę o twoich komisach, kiedy mówiemy 
iuż o wyieździe moim. Cóż to ia nieszczęśliwy! naynieszczęśliwszy 
z ludzi zrobię z suknią pani Grabowskiey, wszakże iakera iuż to 
trzy razy donosił, ledwie za 600 franków mieó można taką, iaką 
ona mieó chce; więc cho<5bym nawet 200 franków dopłacił, iak ią 
przewieśó. Pani Zamoyska ledwie przy końcu lata będzie w Polsce. 
Czekam czwartkowego listu, w nim znaleźdź powinienbym odpo- 
wiedź na zapytanie, czy kupió ią, czy nie, — jeżeli 600 fr. kosztuie. 
Zatrzymam się. więc ieszcze z dopełnieniem tego polecenia do tey 
odpowiedzi, ieżeli będzie affirmative to mi ią kupi albo p. Guiche, 
albo p. de Noailles, a więc vous aurez tout ce qu'il y a de plus 
ólegant h Paris, et par consóąuent, dans les deux hómisphóres. Co 
zaś do chustki dla moiey kochaney i drogiey tę kupię, tę przy- 
wiozę, choćby mnie samego skonfiskować mieli. Książki dla Dziandzi 
poprzywożę także i w tym tygodniu iuż się zaymę przygotowaniem 
do wyiazdu i sprawunkami cudzemi i moiemi. Już tylko dni dzie- 
sięć mam dla Paryża, iakźeż one przelecą. Tydzień przeszły takie 
wspomnienia w swoim przelocie zostawił: Niedziela byłem au Jeu 
du Eoi, w Tuileries, po czem u p. de Flahault. Poniedziałek w bi- 
bliotece, poczem spacer na koniu z p. Alfred de Noailles. Obiad 
u Mieczysławów Potockich. Wieczór na operze dla p. Taglioni i 
koniec wieczoru u p. Jumilhac. Wtorek rano kurs Yillemaina, zwie- 
dziłem potem dwie szkoły Lankastra. Wieczorem byłem u p. de 
Montcalme, de St. Aulaire, gdziem się nagadał z Tillemainem, po- 
tem na ostatnim wieczorze wtorkowym u X. de Mailló, koniec 
wieczoru u P. Girardin. Środa rano w galeryi i muzeum, potem 



Digitized by 



Google 



160 

na poranku p. Dolomiea, gdzie zawsze zabawnie, bo zawsze mamy 
Sismondiego i kilku Sismondich. Obiad u X. Hamilton, wieczór 
bardzo przyiemny u p. Delessert. Czwartek rano sesya akademii, 
przyięcie Lamartina, na którą przecież wystarałem się o bilet. Po^ 
czem byłem ^dans TAtelier de Schóffer, iednego z naylepszych ma- 
larzy tuteyszych. Obiad u pp. Plahault obok Xięcia Talleyranda, 
którego przecież słyszałem m<}wiącego i z którym wiele i bardzo 
wiele mówiłem. Wieczór u p. de Boisgne, a przed nim z p. Za- 
moyską, Mieczysławami i t. d., na perodyi Hemaniego. Piątek rajio 
znowu w szkole Lankastrowskiey z p. Laborde i Delessert, zrobiono 
dla mnie mały eiamin, poczem p. Laborde rozdawała nadgrody, 
które co sześó miesięcy odbieraią. Obiad iadłem z p. Batowskim au 
Cafe, gdzieśmy wypili nayprzód za wasze zdrowie. Wieczór z La- 
bordami i p. Delessert byłem au Thćatre de Madame, poczem 
u moiey Jumilhakowey. Takim lotem uleciał ten tydzień; wiecie 
szczegóły iego teraz, do każdego muszę komentarze i obiaśnienia 
dodaó, ieżeli was nie przestraszy ieszcze dwa takie półarkuszki, 
iaki iuż ieden macie zapisany. Nayprzód słów parę o wieczorze 
w Tuileries. Ubrawszy się w mundur, iedzie się o 8mey, wchodzi 
się do salonów oświeconych, w których tłum mężczyzm w mundu- 
rach, tłum kobiet w dyamentach i stopni ciepła 200. O 8Vj otwie- 
rała się drzwi, słychaó wykrzyknienie Le Roi, który poprzedzony od 
dworu swoiego, przechodzi dwa szyki kobiet, wchodzi potem w koło, 
gdzie są mężczyźni, iednym kiwnie głową, drugim rzuci słów kilka; 
mnie rzucił pytanie, czym dawno w Paryżu, lecz z sąsiadem moim, 
którego nie znałem, był daleko czulszy, mówił mu : Je suis en- 
chantś de vous ; Vous agissez en brayes gens, en fidóles Sujets, sayez 
vous comment j'appele une conduite pareille, j'appele que c'e8t 
agir en vrais Prancais. Nie wiem, kto był ten móy sąsiad, lecz do- 
myślam się po tych słowach, że iakiś przyiaciel p. Polignac. Jak 
król przechodzi do drugiego salonu, zamykaią drzwi od tego,Jz któ- 
rego wyszedł, lecz kiedy iuż spacer skończył i siadł do whiska, 
otwierała wszystkie salony,'lG Monde circule i o 10Vj wszystko się 
kończy. Otóż to iest, co nazywaią Le Jeu du Eoi i które stanowi 
naygłównieyszą i iedyną przyiemnośó dworu francuskiego. Lecz nay- 
głównieyszą przyiemnością tego tygodnia była sesya akademii, która 
na dni kilka pożywiła rozmowy salonowe. Ponieważ Lamartine iest 
znanym w towarzystwie, cały więc świat wielki cisnął się na tę 
sesyę i od tygodnia trudno było dostaó biletu. Od godziny 12. sala 
posiedzeń akademii napełnioną była ciekawymi. Sesya zaczęła się 
o lVa* Skoro wszedł Lamartine, huczne oklaski zagrzmiały. Mowa 



Digitized by 



Google 



m 

łego, którą niektórzy bardzo chwalą, wcale mnie nie uderzyła, spo- 
dziewałem si<2 w niey znaleśó, ieżeli nie więcey wymowy, to przy- 
naymniey więcey poezyi i naypierwszy teraźnieyszy poeta francuski 
powinien był bardziey poetyczną aniżeli akademicką mowę po- 
wiedzieć. Są zapewnie w niey mieysca godne uwagi, są myśli i wy- 
rażenia szczęśliwe, iednakże tey przydługiey mowie czegoś bra- 
kuie, ażeby ią zupełnie pochwalić. Miał on stosownie do śmie- 
sznego zwyczaiu akademickiego chwalić swego poprzednika, tó iest 
pana Daru. I w istocie autor historyi Wenecyi godzien był po- 
chwały, lecz Lamartine bardzo był iey skąpy. W krótkości wspo- 
mniał i o życiu i o zasługach zmarłego akademika i zdawało się, 
że nawet i te krótkie wyrazy z przykrością wymówił. Lamartine 
iest royalisto-romantyczno-chrześciański poeta. Mowa więc iego 
miała ten troiaki kolor; i czasem iasny i świetny, iednakże nie 
we wszzstkich iey częściach byłbym iego zdania. 1 tak na przykład 
mówiąc o tłómaczeniu Horacyusza p. Daru, mówca niezmiernie 
lekko i surowo osądził poetę rzymskiego i zapomniawszy o zasłudze 
iego literackiey, o zasłudze poety, wyrzucał mu iego dworskość, iego 
charakter i charakter iego filozofii. Utrzymywał on, iż Horacyusfc 
naylepiey odpowiedział potrzebie wieku, w którym śpiewał, iż iego 
filozofia epikureyska niedbała i zmysłowa, dogadzała równie tyra- 
nom iak niewolnikom i że w chwili naywiększego zepsucia nay- 
większy pokup mieć musiały rady i przestrogi Horacyusza. Podług 
mówcy, czas, w którym zatrudnił się tłómaczeniem Horacyusza 
p. Daru, podobny był do wieku Augusta i dlatego właśnie w tym 
czasie nayprzyiemnieyszy poeta w wieku Augusta naybardziey się 
podobał. Lecz ia sądzę, że Horacyusz iest poetą wszystkich wieków, 
czasów, ludów, stanów, że w nim znayduią się rady, nauki, pociechy 
na wszystkie nieszczęścia, przeciwności, wszystkie, słowem, okolicz- 
ności życia i że nawet w wieku chrześciańskim, w wieku, w któ- 
rym zmysłowe nauki ustępuią idealizmowi, w wieku, w którym 
się czyta biblię, Miltona, Schillera, Lamartina, leszcze Horacyusz, 
ustalony na swoim tronie, naucza, podoba się, unosi i zachwyca. 
Skończył mówca swoią mowę pochwałą wieku obecnego, wystawił 
on wyższość iego nad innemi wiekami i rzuciwszy okiem na mury 
akademii, w którey spostrzegł i Homera Chrystyanizmu (pana Cha- 
teaubriand) i mówcę filozofa, którego przywłaszczają sobie i roya- 
lizm i wolność (pana Eoyer Collard) i Platona chrześciaństwa (Bo- 
nald) i kilku innych leszcze, których wymienił — uważał, że i te 
mury nie straciły blasku swoiego i że potomności i w tey chwili 
świetne przekazać mogą zaszczyty. Cuvier odpowiedział Lamarti* 

li^jlBdncdftKoŚBiuu. 11 



Digitized by 



Google 



162 

nowi; w mowie iego dośó suchej mniey było wymowy iak rozumu. 
Cuvier iest zupełnie antitezą Lamartina, ten ostatni religiyny i du- 
chowny, kiedy ten pierwszy prawie materyalista. Mowa więc iego 
zupełnie inny miała charakter i wprawdzie mniey ieszcze godna 
była od pierwszey oklasków. Skończyła się sesya wierszami, które 
Lebrun czytał, to iest kilka strof o Grecyi i odę napisaną na górze 
Parnasie, lecz tak to było nędzne, że nigdybym był nie zgadł, że 
był poeta na Parnasie i że pił wodę ze świętego źródła, W ogól- 
ności sesya ta mniey była zaymuiącą od przedostatniey, na którey 
Yillemain mówił. Lecz ieżeli mowa Lamartina nie bardzo mnie 
uderzyła, wiersze iego przed kilku dniami umieszczone dans le 
Joumal des Dóbats niezmiernie mi się podobały. Nie posyłam ich, 
bo przecież mieó musicie w Warszawie Journal des Dćbats. Jest to 
odpowiedź na list pana de St. Beuye. Zachwycaiące są w niey 1 
myśli i wiersze, ileż tam iest dźwięku, harmonii i czucia ! może 
niektóre wyrażenia są przesadzone i kilka wierszy zanadto, lecz 
małe plamy giną wśród przyiemnego blasku poezyi. Obraz swego 
szczęścia, który maluie poeta, iest pełen czułości; opisuiąc, co po- 
siada, kończy tem wierszem : 

Une harpe, humble icho d'espSrance et de foi^ 

Et qiAi chante au dehors^ guand mon coeur chante. 

Nie wszyscy zechcą zrozumieć ostatniego wyrażenia, nie zechcą 
poiąó, ażeby serce mogło śpiewaó, lecz też nie wszyscy maią serce, 
które dźwięk i harmonię posiada. 



4. Kwietnia Niedziela. 
Daley w komentarzach postępuiąc, powtarzam, że przecież sły- 
szałem rozmawiaiącego pana Talleyranda długo i o różnych przed- 
miotach. Bardzo był w dobrym humorze na tyra obiedzie, wiele 
mówił i kilka rzeczy powiedział godnych Talleyranda. Między in- 
nemi tę maiymę, którą zapewnie własnem doświadczeniem mógł 
poprzeó. Quand la flatterie ne róussit pas c'e8t toujours la faute du 
flatteur. Jednakże mimo chwil krótkich, w których się obudzą, iuż 
zna<5 na nim starośó i zmordowanie życiem. Widziałem też u Schof- 
fera, iednego z naylepszych malarzy tuteyszych, portret iego nie- 
zmiernie podobny i dopiero z niego wynalazłem podobieństwo Tal- 
leyranda do lwa starego. Zupełnie ma lwią twarz, a włosy iego 
siwe, spadaiące na ramiona, powiększała to podobieństwo, zastępuiąc 
kudły grzywy. Jest coś i kociego w iego twarzy, a bardzo mało ludz- 



Digitized by 



Google 



163 

kiego. Sch5ffer, u którego we czwartek byłem, ma wiele Imaginacyi, 
dowcipu i talentu malarskiego. Lecz iest tu Anglik Hayter, który tey 
zimy był niezmiernie w modzie i wszystkie modne twarze malował i 
w istocie niezmiernie podobne portrety robi. Lecz teraz zaczynaią 
go porzucaó i Schoffer zaczyna bydź en ydgue. Hayter doskonale 
robi portrety, ten drugi ie maluie ; pierwszy iest rzemieślnikiem, 
drugi malarzem. Widziałem kilka obrazów u SchoflFera bardzo pięk- 
nych, między innemi Pan Jezus otoczony dzieómi w ubiorze arab- 
skim i z nogami po oryentalnemu załoźonemi. Jest to nowość, którą 
malarz wprowadził w swóy obraz, chcąc go uczynió ściśle history- 
cznym. Początek balady Burgera Eleonora czyli powrót woyska iest 
bardzo ładnie pomyślany i wykonany. Dwa obrazy, ieden Fausta, 
drugi Małgorzaty. Faust dręczony iest niespokoynością umysłu, ko- 
chanka iego niespokoynością serca, te dwa wyrazy doskonale wy- 
dane. SchoflFer iest romantykiem w malarstwie ; utrzymuie on, że 
mitologia, starożytna historya, nawet histprya Święta iuż iest po- 
lem, na którem ani kłoska zebrać nie można i że teraz tak poe- 
tom iak malarzom nie pozostałe tylko koniecznośó czerpania w źró- 
dłach bliższych nas, to iest w historyi średnich wieków. Jak 
w świecie literackim tak i w świecie sztuk pięknych, iest tu 
wielki ruch w umysłach, który dotąd niczem zn^komitem leszcze się 
nie odznaczył, lecz który zapewnie bardziey będzie korzystnym ani- 
żeli szkodliwym. Wystawcie sobie, że tak rzadko graią teraz Ea- 
syna, Comeilla, że ia ani na iedney ich sztuce nie byłem i nie 
wiem prawdziwie, czy od czasu iak tu iestem, grano ie raz czy 
dwa. Kiedy Easyn i Voltaire milczą, wszystkie teatra na wyścig 
daią romantyczne dramata i tragedye. Graią teraz nową h TOdeon 
pod tytułem Christine ou Stockholm, Fontainebleau et Eome, która 
podobno iest w litu aktach. Hernani zawsze się utrzymuie, byliśmy 
też na parodyi iego au Vaudeville, pełna wesołości i dowcipu. 
W ostatnim akcie starzec daie do wyboru sztylet lub truciznę. Je 
vous laisse powiada Ie choix de la Mort, na co po namyśle odpo- 
wiada: Ni, ni. Ma foi je youdrois bien, mourrir de yieillesse. W pa- 
rodyi du Vaudeville, to iest w Harnalim dobrze bardzo błędy 
sztuki są wyśmiane. Parasol, kochanka Harnaliego, wziąwszy połowę 
proszków, oddaie drugą połowę kochankowi, mówiąc : Je ne suis pas 
gourmande, je t'ai laissó ta part i tysiąc innych tyra podobnych 
szaleństw. We Francyi wszystko się kończy albo na śmiechu, albo 
na łzach krwawych. Jest to naród szczególnieyszy, który przymusza 
bardziey do zadziwienia iak do szacunku. Dla nas Polaków, którzy 
w istocie mamy iakąś styczność charakteru z Francuzami, niezmier- 

11* 



Digitized by 



Google 



164 

nie 8trzedz'siQ powinniśmy naśladowania ich, bo nie maiąc wszyst- 
kich zdolności ich, łatwieybyśmy ich wady aniżeli przymioty prze- 
leli. Mnie się zdaie, że nasze wychowanie narodowe leszcze nie 
ukończone i że możnaby z nas co chcieć zrobió. Przeciwnie we 
Francyi, iuż nic do zrobienia nie ma. Jest to dziecko pełne zdol- 
ności, lecz niepoprawne, na którem wychowanie nic nie może, 
które doyrzewa z swoiemi wrodzonemi i przymiotami i wadami. 
Kiedy rewolucya ich nie poprawiła, kiedy przeyście z rozpusty pod 
despotyzm nie mogło ustalid ich charakteru, czyż p. Polignac lub 
Guemon Bouyille będą mogli to zrobić ? I 

10. Kwietnia 1830, ParyL 
Przedostatni list piszę z Paryża, gdyż w dzień wyiazdu, to 
iest we czwartek 15. choć kilka słów wam prześlę. Już postano- 
liśmy i stanowiemy z p. Batowskim, że 15. ztąd wyiedziem, parę 
dni zatrzymamy sięuiego córki w Yalenciennes i 20. lub 21. będziem 
w Bruielli. Stosownie do pewnych wiadomości o seymie ułoży 
dalsze swoie proiekta p. Batowski, moie zaś iuż są ułożone i tak, 
ażeby 20. maia was uściskać. Was, to iest ciebie móy drogi oycze, 
gdyż iak widzę z waszych listów, Mamdzi nie zastanę w Warsza- 
wie. Lecz niezadługo pospieszę do niey, gdyż mi będzie spieszno i 
ią zobaczyć i usłyszyć słowiki piotrowickie. Już tylko 120 godzin 
mam przebyć w Paryżu, te 120 godzin tak prędko iakby na statku 
parowym przepłyną. Czas tu leci wśród przyieranego próżnowania, 
płochości, pustoty i zabaw tak prędko, iakby wśród poważnych i 
użytecznych zatrudnień. Bez łez porzucę Paryż, lecz byłbym nie- 
wdzięczny dla niego, gdybym go porzucił bez westchnienia. Tyle 
przyiemnych wspomnień nabyłem w nim, tyle chwil miłych mu 
Winienem, tyle osób zostawię, które mi przychylność okazały, że 
muszę lubić Paryż i muszę z nieiakim żalem go porzucić, żalem, 
który ustanie zupełnie, skoro tylko z wami się połączę. Podróż nu- 
dzić mnie będzie, szczególniey ieśli mi przyidzie samemu ią odbydź 
w dyliżansach niemieckich, ieżeli zaś z p. Batowskim bym iechał, 
podróż sama będzie przyiemnością i każdy dzień, który mnie przy- 
bliży do was, co dzień milszym mi będzie. W tym tygodniu robię 
sprawunki, pakuię się, płacę regestra, widzę czegom ieszcze nie 
widział i nareszcie żegnam się. Polecenia mi dane iuż wypełniłem, 
idzie mi teraz o to iak ie poprzewozić. Wielki będę mieć ambaras 
z medalami. Pan Zamoyski odmówił mi przewiezienia ich, prosiłem 
ażeby choć połowę, choć trzecią część wziął, ale prosiłem nadare- 
mnie. Pac poiechał do Anglyi dyliżansem. Wszystkie więc 150 me- 



Digitized by 



Google 



165 

dalów, które może więcey iak pół cetnara ważą, zostały mi na 
karku. Gdybym iechał z p. Batowskim, to byśmy ie zabrali, lecz 
ieżeli sam poiadę, nie wiem prawdziwie co mi zrobió wypadnie 
chyba prześl(j ie dyliżansem. Podobnyż ambaras będą mieó z suknią 
p. Grabowskiey, która iest kupiona za 500 franków. Jeśli X. Leo- 
ne wa ią wziąśó zechce, wielką mi łaskę zrobi. Spodziewam się, że 
p. Grabowska będzie kontenta ze sprawunku, je m'en suis occupó 
pour faire plaisir a Maman mais je yous prie de ne pas Ie faire 
yaloir, car c'est uniąuement pour vous^ que je Tai fait ma bonne 
Maman. Comme M. Grab. a voulu avoir une robę avec deux ou 
trois Tolants, elle en aura une pareille ; c'est la Duchesse de Guiche 
qui Ta choisie ^t qui la trouye de toute beaute, elle m'a assuree, que 
Tannee passóe elle aurait coutee mille francs, mais comme ce sont des 
robes h un seul yolant, qui sont k la Modę du Jour, celles de Fanneó 
passóe baissent de prii, tandis que les Bobes h la Modę coutent 
900— 700 francs. Nie trzeba więc nawet mówió p. Grabowskiey, że iey 
suknia iest przeszłoroczney, nie tegoroczney mody, ale za to iest daleko 
pięknieysza i daleko tańsza. Ponieważ odebrałem wezel na 400 fr. 
dodałem sto, które niech papci zwróci. Chustka Mamdzi kosztuie 
160 franków, wybrała ią także p. de Guiche i zapewniła mnie 
qu'elle a choisi tout ce qu'il y ayait de plus ólegant. Książki dla 
Dziandzi wiozę, tańsze tu są o Ys częśó, co w Warszawie kosztuje 
15 fl. tu 10. Mundur móy iuż zrobiony i paradny, mały mundur 
przerobiony i nowemi galonami oświecony, ale co to wszystko ko- 
sztuie, aż strach bierze i na co? Po co mi te mundury? Byłem 
u Lafitta i upewniłem się o kredyt na 3000 franków. Tysiąc dzię- 
ków drogi oycze za wszystkie twoie łaski, twoią hoynośó dla mnie, 
żebyś wiedział, ile cierpię na tem, że tyle kosztuie, a tak mało za- 
rabiam. Wexle, czyli raczey listy kredytowe wezmę od Lafitta do 
Bruxelli i Frankfurtu, tu ieszcze będę musiał ruszyó pieniędzy dla 
zapłacenia krawca. Morawski niech zwróci 120 franków, to iest 
200 złot. Pani Grabowska 100 franków, które za nich tu zapłaciłem. 



11. Kwietnia Niedziela. 
Już tu wszystkie drzewa zielone, pełno kwiatów, bzy kwitnąó 
wkrótce zaczną, słowem wiosnę w Paryżu zostawiam, czyli ią 
w Polsce zastanę^ Tuileries w tey chwili wesołe, piękne nawet, 
ta masa drzew odzianych młodemi listkami, wśród tych murów, 
które się nie odmładzają, piękny przedstawia widok. Przez trzy dni 
w tyra tygodniu trwały paryskie Bielany, to iest Longchamps, lecz 



Digitized by 



Google 



166 

Bielany warszawskie daleko weselsze i piękniejsze. W dawnych 
czasaeb za lasem bulońskiin była kaplica w Longchamps, w której 
dobrze opiewano i do którey przez trzy dni w Wielkim tygodnia 
na nabożeństwo ieidźono. Zwyesay ten stał się modą i wkrótce za- 
pomniano o naboleństwie, a myślano tylko o zabawie i ztąd to 
przed kilkoma laty ieszeze do Longehamps w wielki ezwartd i 
piątek eały Paryi iechaŁ Ztąd to w ten dzień — mody na rok cały 
tak męskie iak kobiece stanowiono. Lecz ie wszystko z czasem 
upada, upadł i Longehamps, teraz mało iuź kto iedzie aż do niego. 
Już nawet nie cały Paryż wyieżdża w te dnie na spacer, do Champs 
Elisćes i od barriere de TEtoile zawraca, powiadam nie cały Paryi, 
gdyż le beau monde, albo wcale nie pokaźnie się, albo też pieszo 
przechadza się. W tym roku Longehamps był ieszeze mniey świetny 
iak lat zeszłych, z ekwipażów pięknych było zaledwie trzy czy 
cztery. Naypięknieysze Walewskiego i lorda Pembroke. Widzieć zaś 
szereg poiazdów, iadących jk) iedney, wracaiących po drogiey stronie, 
wcale nie wielka przyiemnoś<S. Tyle słyszałem o Longehamps, nimem 
był w Paryżu, że ta przyiemność paryska zupełnie mnie zawiodła. 
Chcąc korzystali z ostatnich chwil, które tu mam przepędzić, zwie- 
dziłem le Musee Charles X. i galeryę marszałka Soulta, któryck 
leszczem nie był widział; le Musee Charles X. iest umieszczone ns 
górze w Louwrze w salach, które z wielkim kosztem urządzaią i 
ozdabiaią teraz. Będzie to muzeum godne króla francuskiego, skoro 
ukończonem zostanie. W pierwszey sali złożone są różne starożyt- 
ności francuskie, w dalszych starożytności rzymskie, greckie i egipskie, 
te ostatnie, z których wiele iest niezmiernie rzadkich i drogich 
zbogacone ieszeze zostaną temi dniami temi, które Champolion 
wiezie. Wiezie on także z sobą Alfabet Hieroglifów, a tak będziem 
czytaó Hieroglify. La Galerie d^AngouUme także nowo otwarta, 
obeymuie rzeźby tegoczesne, w niey widziałem po raz pierwszy 
dwa dzieła Kanowy: TAmour et P&yche w dwóch grupach. Pier- 
wszy szczególniey iest cudowney piękności, lecz wszystkich szcze- 
gółów obiąó nie można, gdyż twarz Psychy, leżącey na skale, 
z trudnością widzieó się daie. Z posągów, będących w tey galeryi, 
naygodnieyszym uwagi, iest wielki posąg Milona z Krotony, wysta- 
wuiący go w chwili, w którey pozbawiony władzy rąk utkwionych 
w drzewo rozłupane, napadniętym zostaie przez lwa, który pazury 
swoie utkwił w iego ciele i iuż go pożera. Ezeźbiarz umiał wyda<5 
ten dwoiaki wyraz i wielkiey boleści fizyczney i wielkiego natęże- 
nia sił dla wyrwania rąk z drzewa, czuie się, że gdyby tylko ten 
szermierz odzyskał władze rąk, lew byłby pokonany. Posąg ten iest 



Digitized by 



Google 



167 

Pugeta. Zresztą wszystkie cztery sale tey galeryi nie warte pół sali 
posągów starożytnych. Lecz iedną z naywiejkszych ciekawości pary- 
skich iest bez zawodu galerya obrazów marszałka Soulta; nie ma 
on Galeryi, lecz zacząwszy od przedpokoiu, a skończywszy na sali 
iadalney, wszystkie pokoie swoie poustraiał w arcydzieła sztuki. Co 
to za meble paradne. Pomijam kilka obrazów Ticiana, Bubensa, 
Guida Eeni, lecz zebraó 8 czy 9 arcydzieł Murillosa, zebra<S obrazy 
prawie wszystkich malarzy hiszpańskich Eibery, Velasquesa, Espa- 
gnoletta i t. d. iest to utworzyć sobie iedną z nayciekawszych ga- 
leryi. U niego to, w iego bibliotece znayduie się teraz arcydzieło 
Murillosa, sławna panna Sewilska, która na obłoku wniesionym 
przez aniołków, wzbiia się ku górze. Tylko wzbiiaiąc się ku niebu, 
można mieó taki wyraz twarzy. Twarz ta, maiąca ieszcze rysy ziem- 
skie, zdaie się coraz większey świętości nabieraó, zdaie się coraz silniey 
iaśnieó światłem niebieskiem i promieniami nayświętszego uczu- 
cia uwielbienia, pokory i wdzięczności. Syn Marnotrawny, Narodze- 
nie P. Jezusa, Zapowietrzeni, są to ieszcze arcydzieła godne ma- 
larza Madonny Sewilskiey. Lecz iest ieden obraz, z którego możnaby 
baladę napisaó. Podczas wielkiego głodu w Sewilli, zakonnik, sła- 
wny z cnót i świętości, wchodzi do domu, w którym rodzina cała 
iuż prawie dogorywała z niedostatku; ukląkłszy, modlił się, a wkrótce 
otoczyły go obłoki i aniołowie, zstąpiwszy z Niebios, składaią różne 
pokarmy, ieden z nich ogień zapala, drugi warzywa obstruguie, 
trzeci mięso myie, słowem cały obiad kilkunastu aniołów przygoto- 
wuie, wszyscy przytomni widzą ten cud, ieden tylko zakonnik wśród 
obłoków widzieó go nie może. Oto mi obraz romantyczny, a ied- 
nakże bardzo piękny. Móy drogi oycze nie kończ Ziemiaństwa, a na- 
tomiast napisz balladę z tego obrazu. Marszałek Soult iuż dwa razy 
przedawał swoią galeryę, żądał za nią 1.500,000 franków. Lecz nigdy 
do ostatniego układu nie przyszło; mówią, że skoroby te obrazy, 
które teraz widzieó można, sprzedał, zaraz ściany swoie okryie no- 
wemi, które ukryte trzyma pod strychem. Wszystko to łupy Hi- 
szpanii. To mi to był wiek dla woiowników, iuż teraz minął i wąt- 
pię, ażeby Bourmont z Algieru wielkie skarby poprzywoził. Ciekawa 
ta wyprawa do Algieru, gdybym nie wracał do was, a miał czas, 
wolnośó i pieniądze, to bym bez zawodu iechał do Tulonu dla wi- 
dzenia tey wyprawy. Jednak wartoby było zobaczyó 600 żagli, 
30.000 ludzi zbroynych i woynę na morzu. Urządzony został statek 
parowy dla amatorów tey expedycyi, który płynąó będzie za 
okrętami i z którego i całą żeglugę i oblężenie, i zdobycie Algieru 
widzieó będzie można za 15 franków na dzień. A tak bez wieUdey 



Digitized by 



Google 



168 ^ 

Btraty czasu i pieniędzy, prawie bez naymnieyszego niebezpieczeń- 
stwa zobaczyłoby się woynę,. żeglugę floty, całe oblężenie i Afrykę. 
Jednakże nie boycie się, ażebym się dał zrekrutowa<5. Pierwey wy 
mnie zobaczycie aniżeli Dey algierski. Pisałem do stryia, że Nai- 
nusia wzy waią na tę wyprawę. Ściskam Nainusia i proszę go, ażeby 
powiedział stryiowi, że seminaryum zwiedziłem, że mu wiozę plan 
i opisanie obszerne tego wzorowego instytutu. Czy też Morawski, 
czy Puławy odebrały listy moie w zeszłym tygodniu pisane. Wa- 
szego czekam iutro. Dziś u was święcone, myślicie o mnie i może 
wam niedostaię. Jeszcze chwila cierpliwości, a będę z wami, uści- 
skam was, przeczytam nową pieśń Ziemiaństwa, zobaczę Nainusia 
piianego i ieś<5 będę zrazy z kaszą. To mi to przyiemności, których 
Paryż dadż mi nie może. Nie chcę dłużey listu zatrzymywać, kończę 
go, ściskaiąc was nayczuley moie drogie, naydroższe istoty, moie 
szczęście, chwało, praesidium et decus; łaskawym kłaniam, domowych 
czule pozdrawiam, Dziandzię, Henrykar, i t. d. ściskam. Jutro bydź 
mam u p. Beginy, która przez p. Jana Potockiego kas^ała mi po- 
wiedzieć, że żąda mnie widzieó. Muszę bydź także u pani Sczerbin- 
nin ale doprswdy czasu mi nie wystarcza. 



19. Kwietnia 1830, Paryi. Poniedziałek. 
Zdziwicie się może naydroższe I&toty, że chociaż 15. wyie- 
chać miałem z Paryża, dziś ieszcze w nim iestem, a nawet będę 
aż do wtorku. Zwykle oznaczywszy dzień wyiazdu, nie lubię go 
zmieniać, szczególniey kiedy wyieżdżam, aby ku wam iechaó; 
lecz po waszym liście czwartkowym zmieniły się proiekta nasze ; 
to iest Pan Batowski iuż nie tylko do Polski, ale nawet teraz do 
Bruxelii nie iedzie , gdyż iak się zdaie , seymu iuż nie będzie. 
A zatem, ażeby ieszcze dni parę bydź z nim dłużey, wstrzyma- 
łem móy wyiazd; poiutrze będę mied móy paszport, moie mun- 
dury, moie tłumoki gotowe, i słońce środowe iuż mnie uyrzy na 
drodze między Bruiella a Paryżem. ladę mał% pocztą; w Bru- 
selli zabawię do wtorku, ztamtąd na Akwizgran ruszam do Ko- 
lonii, zkąd albo wodą, to iest Renem, albo lądem koło 1. Maia 
stanę w Moguncyi. Z Moguncyi droga do Weymaru zabierze mi 
trzy dni; w Weymarze zabawię dwa dni; 8. Maia będę w Dreź- 
nie; kilka dni mu poświęcę, toiest tylko tyle, ile będę mógł, 
nie zmieniwszy proiektu zieehania na 20. do Warszawy. Pierwszy 
więc list po odebraniu dzisieyszego napiszcie do Weymaru poste 
restante, następne do Drezna. Nie uwierzycie, iakbym chciał iuż 



Digitized by 



Google 



169 

bydź w drodze, chciałbym iuż wyiechad, nienawidzę ostatnich 
dni pobytu w mieyscn, z którego trzeba się oddalić. Nie wiele 
przyiemności obiecuię sobie w ciągu moiey podróży, ai do War- 
szawy; rozkosz wleczenia się dyliżansami niemieckiemi nie bar- 
dzo mi się uśmiecha. Żal mi niezmiarnie, ie kochany nasz Pan 
Batowski nie iedzie, gdybym z nim iechał, podróż sama byłaby 
przyiemnością. Lecz iak myślę, że dzień, w którym was uściskam, 
sowicie nadgrodzi mi nudę podróży, rozweselam się i myślę tylko 
o przyieździe. Przebaczcie mnie, ieźli móy list trochę czarno bę- 
dzie dziś wyglądać; iak was kocham, tak chociaż mi tu tak do- 
brze było, chociaż i w chwili odiazdu , znayduię tyle osób przy- 
iacielskich i łaskawych dla mnie, iednak z mnieyszym żalem po- 
rzucam Paryż, aniżelim się spodziewał. Nie trudno mi będzie 
z niego wyiechać; lecz zawsze wesołym bydź nie można, i iakoś 
mi smutno w sercu. Wiecie, że żołnierze zwykle w 10. roku, to 
iest w tym, w którym maią kończyć służbę, zbiegaią z woyska; 
ia ich bardzo rozumiem, im się bardziey przybliża chwila, w któ- 
rey was zobaczę, t<^m mi bardziey tęskno, do was, do Polski, do 
Piotrowic. I to ieszcze powiększa moią niespokoyność , iż przewi- 
duię, że na większe expensa wyciągnie podróż moia, niżelim 
z początku mniemał. Im większe dla mnie ofiary czynicie, tem 
mi przykrzey, że ich potrzebnie. Dziś muszę znowu kredytu 
użyć dla zapłacenia krawca, te mundury wiele mię kosztuią. Idę 
w tey chwili do Lafitta z żądaniem , ażeby mi dał list kredy- 
towy, taki, ażebym mógł go użyć bądź w Bruielii, bądź w Wey- 
marze, bądź w Dreźnie. Moie więc interesa podróżne ułożę so- 
bie, lecz iakże ułożyć cudze, nie mogę, doprawdy uie mogę pod- 
iąć się przewiezienia sukien, boby mnie ie na pierwszey komorze 
skonfiskowali. Medali takie ani podobieństwo, abym mógł zabrać. 
Te więc ostatnie w pudełku dobrze upakowane wraz ze stęplem 
oddałem do ambasady, lecz poważyłem się zaadresować do pana 
Mostowskiego, to iest do ministra Spraw wewnętrznych. Amba- 
sador obiecał mi, że pierwszym kurierem posłanym do Berlina 
każe przesłać ie do ambasady rosyiskiey, zkąd z łatwością dostaną 
się do Warszawy. Idzie więc teraz tylko o to, ażeby napisać do 
pana Alopensa, lub do kogoś będącego przy ambasadzie, ażeby, 
skoro ta paczka nadeydzie z Paryża, iak nayspieszniey odesłali 
ią pierwszą okazyą lub kurierem. Ponieważ medale bronzowe są 
iuż wybite, trudno było ie zostawić, posyłam ie więc z innemi, 
kurier ambasady z łatwością ie przez komorę przewiezie. Niech 
pan Niemcewicz raczy mnie wyrozumieć, że mimo nayszczerszey 



Digitized by 



Google 



170 

chęci, zabrać ich nie mogłem. Zresztą prędzey i pewniej dostaną 
się na miejsce tą drogą, którą obrałem, aniżeli gdjbj ze mną 
podróżowałj. Teraz co do sukien blondjnowjcb, te oddalę Xnie 
Leonowej, która wkrótce po mnie wróci do Warszawj. Zresztą 
lepiej ie mied później a pewnie, aniżeli gdjbj mnie ie na ko- 
morze zabrali. Mój drogi ojcze, bądź moim obrońcą, i wjtłó- 
macz tjm wszjstkira, którzj mi komisa dali, dlaczego zrobiwszj 
ie, przewieść ich nie mogę. Będąc iuż na wjlocie, a przed wjlo- 
tem maiąc leszcze pełno małjeh zatrudnień , króciej dziś piszę, 
aniżeli zwjkle. Przed wjiazdem z Bruxelli zdam raport o wjież- 
dzie z Parjża i przjieździe do Bruxelii, ńastępnj list pisaó będę 
z Wejmaru, i nakoniec z Drezna. Oprócz więc dzisiejszego, trzj 
listj odemnie odbierzecie. Dzisiaj biegam z pożegnaniem, pakuię 
się , płacę , kupuię , słowem, chwili nie mam wolnej. Parjż w tej 
chwili wjludniaó się zaezjna; iedni na wieś iadą, drudzj do 
wód wjbieraią się , trzeci, cudzoziemcj wracaią do siebie , inni 
nakoniec iadą do Algieru. Wczoraj pożegnałem się z iadącjm do Al- 
gieru Gustawem Montebello. Wjstawcie sobie, że zaciągnął się 
do wojska za prostego żołnierza. Matka w rozpaczj, iedzie za 
nim do Tulonu, ażebj go dłużej widzieó. W zeszłj wtorek mie- 
liśmj bal u pani Apponj, na którjm wszjscj się żegnali nawza- 
jem, lecz mimo tjlu osób wjieżdżającjch, Parjż zawsze fównie 
ludnj i świetnj zostanie. Wkrótce nawet bardzo będzie swietnj 
pobjtem króla neapolitańskiego, dla którego fetj i bale przjgo- 
towuią, ch)ba śmierć króla angielskiego im przeszkodzi, gdjż 
znowu zapadł; i mało iuż czjnią nadziei. Te wszjstkie wielkości, 
bale, zabawj, bjnajmniej mnie nie nęcą, gdjbj poiutrze zacząć 
się raiałj, zawsze bjm poiutrze wjiechał. Juzem się ich nasjcił, 
innej teraz fetj potrzebuię ; potrzebuię was uściskać i użjć wio- 
snj Piotrowickiej, potrzebuię wrócić do moich zatrudnień, do mo- 
ich szpargałów, do moich książek. O iakże mógłbjm bjł ich liczbę 
powiększjć, małjm kosztem, kupuiąc ie tutaj; lecz niegodziwa 
komora i cenzura przestraszaią mnie. Mało więc co wiozę ze sobą ; 
iednakże co rok wartałobj tu nakupić za paręset franków książek 
przedawanjch sur les quais, a tak w kilka lat, można bj sobie 
ładną utworzjć bibliotekę. A propos książek, muszę wam opisać 
moią wi^sjtę u pana Chateaubriand , ponieważ on teraz bardzo 
mało gdzie bjwa, i mieszka przj Bogatkach, na samjm końcu 
Parjża ; nie spotkałem go w świecie ani razu, a źe wjiechać nie 
chciałem nie zobaczjwszj go, prosiłem pani de St. Aularre, ażebj 
mnie wjrobiła pozwolenie odwiedzenia go. Wjznaczjł mi więc 



Digitized by 



Google 



171 

godzinę o 12 w sobotę, i tak byłem n niego. Zastałem go wehnsłca 
na głowie, w pantoflach, otoczonego książkami, dyktuiącego coś 
swemu sekretarzowi. Niezmiernie grzecznie mnie przyiął, wiele 
mówił; widać było, iż chciał bydź tym, co nazywaią aimable, 
i naturalnie był nim. Bawiłem u niego przeszło pół godziny. 
Mówiliśmy o Anglii, o parlamencie, o Ameryce, o naturze pół- 
nocnej; i znalazłem, że rozmowa iego, podobna do iego dzieł. 
Powiedział mi, ii chciałby był odbydź podróż w północnych kra- 
iach, widzieć lasy w Norwegii, lasy nietknięte ieszcze ręką ludzką, 
tak iak lasy amerykańskie, a iednakże inny zupełnie maiące cha- 
rakter, dodał, iż ażeby mieć wyobrażenie całey natury, trzeba było 
widzieć i południe i północ. Apres ayoir yd« a t-il ajoute le soleil 
du tropiąue, j' aurais encore voulu voir V ótoile polaire. Twarz iego 
iest pełna wyrazu, i zupełnie wygląda na autora dzieł swoich. 
Tak więc widziałem podobno wszystkie ciekawości Paryża, iednego 
tylko Hugona nie widziałem. Okolic także Paryża nie widziałem, 
ale bo też ten Paryż tyle czasu zabiera, że ieżeli się w pierw- 
szych dniach pobytu nie zobaczy wszystkiego, to późniey trudno 
się iuż zebrać. Jaki teraz wesoły Paryż, iakie piękne Tuileries ; 
nadeszła chwila rozwoiu bzów i kwitnienia kasztanów ; powietrze 
napełnione wonią, przy rogach ulic pełno kwiatów, bukietów; 
a wszędzie pełno życia, ruchu i wrzawy. Czy też w Piotrowicach 
trochę iuż się zieleni. Tutay częste deszcze przechodzą, dzisiay 
leie z powietrza , nie dobrze dla mnie , bo mam wiele biegać. 
Dziś kończę moie życie salonowe, umieram u p. Jumilhac, a iutro 
choć będę w Paryżu, iuż nie będę dla Paryża. Nie uwierzycie, 
ile tu iest osób, które prawdziwie dobre są dla mnie, w chwili 
wyiazdu widzę, że ich przyuaymniey nie znudziłem i że gdybym 
kiedykolwiek tu wrócił, byłbym znowu dobrze przyięty. Już go- 
dzina bije, w którey wyiśdź miałem, maczam więc pióro, ażeby 
was pożegnać, uściskać, i polecić się myślom waszym, adieu; 
ieszcze trzy razy to słowo powtórzę; iak miło myśleć, że iuż tylko 
trzy razy. tociskam Nainusia, Dziandzię, Henryka, Domowych po- 
zdrawiam iak nayczuley. 

NB. Byłem też u pani Rigny, ma mi przysłać list do Ma- 
ryni, którą czule wspomina. Pan Douson był u mnie dwa razy, 
oddał listy, ale ani razu mnie nie zastał, ani adresu swego nie 
zostawił. Bardzo żałUię, że się z nim o Wólce nie nagadam. Je- 
żeli do moiey ciotki pisać będziecie, prześlijcie iey odemnie ty- 
siące czułości, napiszę do niey z drogi. U p, Sczerbinin ieszcsie 
nie byłem. 



Digitized by 



Google 



172 

Niezadługo inż z szanownym y kochanym Twoim Synem 
kochany przyiacielu rozstać mi się przyidzie , przez niego pisać 
do Ciebie obszerniey będę, dzisiay, oboygu Państwu oświadczam 
móy serdeczny ukJon mestm sum, Batotoski. NB. I in monłos sum, ie 
rozstaię się z kochanym opiekunem moim. Żeby Bóg dał,łebyś(Dy 
go w Piotrowicach kiedy widzieli, i żebyście mogli mu podzięko- 
wać za tyle dowodów przyiaźni. Moia wdzięczność nigdy w sercu 
nie wygaśnie. Andrzej. 



Poniedziałek, Bmocella, 26. Kwietnia 1830. 
Już nie z Paryża piszę do was ; dodałbym niestety ! gdyby 
mnie myśl, że na tom go porzucił, ażeby do was pospieszyć, nie 
pocieszała i rozweselała. Nie mogłem żądać po sobie, ażebym bez 
żalu naymnieyszego, oddalił się z miejsca, gdziem tyle chwil 
przyiemnych przepędził; nie wymawiam więc sobie, że żaluię 
Paryża, dopóki z wami nie iestem, lecz nie przebaczyłbym nigdy 
sobie, gdybym go ieszcze żałował, gdy iuż przy was będę. Z re- 
sztą oprócz mieysca samego, oprócz osób, które w nim zosta- 
wiam, a z któremi połączyłem się nowemi stosunkami; żal mi, 
i żal naybardziey, kochanego naszego przyiaciela, z którym roz- 
stanie było prawdziwie trudnem dla mego serca. Nadtom go 
z blizka poznał, a nadtom doznał dowodów iego przyiaźni, nad- 
tom wresacie obeznał się z iego zacnem sercem, z łatwością iego 
pożycia, przyiemnością towarzystwa, ażebym nie żałował i szczerze 
i bardzo, że ich dłużey używać nie będę. Czemu on ze mną nie 
iedzie? czemu pierwey nie mieliśmy pewności o przyieździe car- 
skim, byłby może wziął determinacię iechania; teraz będzie iuł 
może za późno. I choć mu natychmiast list twóy, móy Oycze, 
posyłam, wątpię, ażeby mógł się tak łatwo i prędko wybrać z Pa- 
ryża. Szkoda, że przynaymniey do Bruxelli ze mną nie przyie- 
chał, lecz i zdrowie i interesa zatrzymały go w Paryżu. Alexan- 
dra dotąd nie widać, w Czerwcu lub na koniec Maia spodziewała 
się okrętu, na którym ma przypłynąć. I iego powrót zatrzymuie 
go, i nareszcie koszt, i c.yby się ta podróż na co przydała. Je- 
dnakże bydź ieszcze może, że się nagle zmieni proiekt, że każe 
zaprządz do poiazdu, wsiądzie w niego i w dni ośm stanie w War- 
szawie, gdyż mimo tych wszystkich powodów, dla których został, 
wielką miał chęć iechania, odwiedzenia ieszcze Oyczyzny, brata 
i przyiaciół. Wielkie to nieszczęście mieć dwie oyczyzny, tak iak 
Batowski, ciągle się cierpi le mai du pays, ciągle się do iedney 



Digitized by 



Google 



173 

z nich tęskni. W Weymarze spodziewam się odebrać list od niego, 
w którym mi doniesie ostatecznie, czy iedzie lub nie; w pierw- 
szym razie moiebyśmy się w Dreźnie spotkali. Tak tedy moie 
drogie Istoty, iuż o mil dwadzieścia kilka iestem was bliżey 
z Paryża do Bruxelli mamy 72 lieues 36 mil, ztąd do Moguncyi 
42. Kiedy z Paryża do Moguncyi 70, a zatem nadłożyłem drogi 
mil 8, lecz za to przeyrzę trochę oyczyznę Nainusia, i napatrzę 
się brzegom Renu. Ostatni list móy pisałem do was tydzień tema 
z Paryża, zkąd wyiechać chciałem we wtorek, lecz że leszcze 
munduru krawiec mi nie wygotował, zatrzymałem się do środy, 
a że leszcze o dzień ieden prosił pan Batowski, dopiero we czwar- 
tek wyiechałem. Trudno wyruszyć się z Paryża, z tylu osobami 
żegnać się trzeba, tyle małych sprawunków narobić, tyle paczek 
i pakietów ułożyć, że ostatnich dni choć byłem leszcze dans notre 
bonne ville deParis, iuż iey nie używałem. Dla świata paryskiego 
umrzeć chciałem w poniedziałek w salonie P. Jumilhac, i w nim 
się pożegnałem ze wszystkiemi. odebrałem błogosławieństwo na 
drogę; słowem w nim skonałem i pochowany zostałem dla salo- 
nów; lecz że p. Flahault chciała koniecznie, ażebym leszcze naza- 
iutrz przylał un diner d' adieu, i że pociągnęła mnie koniecznie 
na wielki koncert do Xny Beauyeau, a ztamtąddo pani Girardin, 
znowu więc we wtorek zmartwychwstałem na kilka godzin. Do- 
piero u pani Girardin odebrałem ostatnie i ostateczne pożegnanie, 
i pożegnałem się ze wszystkiemi. Nienawidzę tego wszystkiego, 
co otacza „odiazd^, nienawidzę żegnać się nie tylko z osobami, 
z któremi by się żyć chciało, ale nawet z oboiętnemi, odiazd każdy 
zawsze mi śmierć przypomina, która iest odiazdem bez powrotu, 
lecz żegnaiąc się w Paryżu, miałem tę pociechę, że przekonałem 
się, que je n'ai pas etó un intrus dans la societó, et que les per- 
sonnes, qui ont eu qu ląues bontóes pour moi, me yoyoient partir 
avec quelques regrets. We środę i czwartek iuż niby mnie nie 
było w Paryżu, byłem tylko dla trzech czy czterech osób. Środę 
całą przepędziłem z Walewskim, Micielskim i Batowskim, razem 
iedliśmy obiad u Walewskiego, razem byliśmy na teatre, razem 
wieczór przebyliśmy. A we czwartek o 4tej popołudniu, ze łzami 
pożegnawszy się z kochanym p. ^Katowskim, który także ze łzą 
w oku wsadził mnie do poiazdu; woźnica deliżansu trzasnął bi- 
czem, to ogromne monstrum, które tu deliżansem nazywaią, ru- 
szyło, i w iednei chwili przestałem bydź Paryżaninem. We 24 
godzin stanęliśmy w Yalenciennes, gdzie się parę godzin zatrzy- 
mano, nie zastałem pani Mundel, gdyż teraz iest na wsi, zrobiła 



Digitized by 



Google 



174 

się gospodyuii, widziałem tylko brata, siostrę, ciotkę, matkę iey 
męż^. Nad wieczorem wyiechaliśmy zFrancyi, a wiechali doBel- 
gium; wyieżdżaiąc z kraiu , w którym Paryż stolicę, z krain, 
w którym urwałem kilka miłych kwiatków, mimowolnie westchną- 
łem, ale raz tylko, nie więcey. Strażnicy komory, którzy chcieli 
rozpakowywać mon ballot z mundurami, wyprowadzili mnie z du- 
mania i tęsknoty, iednakże móy paszport i depesze, które miałem 
powierzone od ambasadora z Paryża do pana Gurief, ministra 
w Bruxe]li, pomogły mi, i bardzo się grzecznie ze mną komora 
obeszła. W nocy przeiechawszy przez Mons, ładne i porządne 
miasto, stanęliśmy około 8 z rana w Bruxelli, dosyć zmęczony, 
a bardziey znudzony czterdziestogodzinną podróżą. Kray, który 
przebiegłem, nie wydał mi się wesołym, szczególniey część fran- 
cuzka; drogi nie dobre, wsie brudne, słowem i ta część Francyi 
zdała mi się podobna do Szampanii i Pikardyi. W tych prowin- 
cyach francuzkich, które zwiedziłem, nie znalazłem tey piękney 
Francyi, którą sobie wystawiamy i marzymy. Piękna Francya, po- 
dług mnie, iest tylko w Paryżu, prawda, żem nie był ani w Nor- 
mandy!, ani W Turraine. Niderlandy inszą maią wcale postać. 
Wsie i miasta porządnieysze , i nawet porządne i czyste , drogi 
wysadzane, pola wybornie uprawne. Kray dość piękny, lecz wię- 
cey upiększony. Te mil kilkanaście kraiu, które w Belgiura prze- 
byłem, przypominały mnie czasem Francyę, czasem Niemcy, cza- 
sem nawet Anglię. Stanąwszy w sobotę w Bruxelli, wysiadłem 
a r Hotel de Flandre, odpocząwszy trochę, pobiegłem zaraz do 
pana Gurieff z listem od Pozza ; nie zastałem go, gdyż iest przy 
dworze w Hadze ^ oddałem więc list pani Gurieff, która bardzo 
ładna i grzeczna. List ten dyplomatyczny powierzony mi i zale- 
cony przez ambasadora, dowiedzie wam, że nie miałem malam 
notam, i że nie byłem na uczcie Chodźki. Z przyiemnością pra- 
wdziwą, zastałem tu Linowskiego, który iest przy tuteyszey am- 
basadzie, który mnie po mieście oprowadził, lecz którego wczo- 
ray straciłem, gdyż go z tym listem Pozza wysłano do Hagi, 
a tak zostałem tu sierotą. Wczoray obiegłszy miasto, byłem z Pa- 
nią Gurieff na teatrze, dziś oglądam co iest do widzenia, iem obiad 
u Xcia Augusta d' Arenberg, który tu pierwszy dom trzyma, a iu- 
tro o 7mey wyieżdżam do Liege, gdzie nocować będę; a we 
środę zaś około południa stanę w Akwizgranie. Dwa deliżanse 
codziennie wychodzą ztąd do Akwizgranu, ieden rano, drugi 
wieczór. Wybrałem ranny dlatego, że dniem iadąc będę się mógł 
kraiowi przypatrzyć. W Akwizgranie będę miał ambaras z memi 



Digitized by 



Google 



176 

pakietami, schnell Posty niemieckie nie przyimuią tylko 40 funtów, 
ia mam ich przeszło sto, będę więc musiał i mundury i ieden 
tłomok wjsłać wprost do Weymaru, wycierpiawszy wszystkie szy- 
kany komory pruskiey, która iest nieznośna. O terque quaterque 
beati, którzy deliiansami nie ieżdż^. Nie poymuię tych, którzy 
w tem iakąś przyiemnośc upatruią, nic nudnieyszego w świecie 
nad towarzystwo deliżansów. Z Akwizgranu iadę do Kolonii, zkąd 
Renem na statku parowym puszczam się do Koblenzy i Moguncyi, 
a tak poznam się z obydwoma brzegami Renu. Myślę, lego stanę 
w Moguncyi, a 3go lub 4go Maia będę w Weymarze, gdzie iuż- 
bym powinien zastad moie pakiety. W Weymarze zatrzymam się 
dni parę i będę u Dworu, Tu się nie prezentuię, dla bardzo 
prostey przyczyny, gdyż dwór iest w Hadze. Pierwszy list po 
dzisieyszym napiszę z Weymaru, następny z Drezna, gdzie na 8go 
stanę, i gdzie dni kilka zabawię. Myślę, że koło 17go będę na 
granicy polskiey, żeby tak można komu mnie i moie pakiety, 
które mnie poprzedzą, zarekomendować. Doprawdy, tak żadney 
kontrabandy nie wiozę. Jadę na Ealisz, choć stryia tam nie za- 
stanę, gdyż to nayprzyiemnieysza i naylepsza droga. Moie drogie 
Istoty! za miesiąc iuż będę z wami, to iest z Tobą móy Oycze. 
Eiedy Mamdzia iedzie na wieś? iakże mi smutno, że iey nie za- 
stanę. Czemuż w iedney chwili wszyscy radować się nie będziem. 
Ależ ia i nie potrzebnie bydź długo w Warszawie, i niQ wytrzy- 
mam w niey długo; dość się pokazać, lecz prawda, że nie dość 
dla mnie tylko kilka chwil z Papcia przebydź. Czemuż, czemuż 
razem was wszystkich nie uściskam. Spodziewam się, że Nainu- 
sia zastanę na progu. Szukam tu w Bruxelli iego śladów, i tylko 
po kawiarniach i cukierniach je znayduię, doprawdy, tak nigdzie 
go tu nie znaią, tylko au Cafe de 1' Amitie. Bruxella iest do- 
syć ładnem miastem, lecz po Paryżu wydaie się bardziey prowin- 
eyonalnem miastem, iak stolicą. Po tym wielkim ruchu, po tem 
życiu pełnem wrzawy, które ożywia ulice paryskie, wszędzie zdaie 
się cicho i smutno. Bruiella przywłaszcza sobie tytuł małego Paryża, 
lecz ledwie iest przedmieściem paryskiem. Miasto dzieli się na 
wyższe i niższe, w wyższem ulice szersze i pięknieysze budynki. 
Ulice otaczaiące parki są bardzo wesołe. Ten park sławny iest 
w istocie piękny, pięknieyszy od Tuileries, lecz nie wart ogrodu 
saskiego. W niższem mieście kilka kościołów gotyckich, a szcze- 
gólniey ratusz godne uwagi, pokazuią tu mieysce, w którem Horn 
i Egmont straceni zostali, i okno, którem X. d' Albę na ich śmierć 
patrzał. Bruxella dość mi przypomina Warszawę, bardziey ona do 



Digitized by 



Google 



1^6 

niemieckich miast podobna, aniżeli do angielskich lub francuzkich. 
Jednakże w Warszawie więcey wrzawy i więcey podobieństwa do 
stolicy. Czy też będzie teraz świetna podczas seymu , czytałem 
wczoray część uniwersału w gazecie tuteyszey, listy zaś wasze 
odebrałem ieszcze onegday. Zasmuciłem się tern, co mi mamdzia 
pisała, gdyż wymawiam sobie, że kosztem waszych przjiemności, 
ia ich tylko używam. Ma bonne maman qu ii me tarde de yous 
Yoir; decauser, bavarder avec vous, j'esp6re ąueje causerai aussi 
avec Jeanatte mais je n'entendrai plus son Polonais, ii faut qu' 
elle me parle francais, je lui apporte tous les livres que vous 
m'avez dśmandó Mais je n'ai pu trouver nulle part, le 2 volume 
de Weis, je V ai cherchó, sur tous les Quais et chez tous les 
bouquinistes Quant aux commissios de Md. Grab. et Mad. Wiel 
ii m'a ćte impossible de me charger des robes et je les ai 
remises k la Princ. Leon qui m'a promis, de me les faire par* 
venir au plutót. Quant aux flchus vous les aurez a mon 
arrivśe. Co zaś do medali, te opieczętowane i dobrze w paczce 
ułożone, zaadresowane do ministra Spraw wewnętrznych złożyłem 
w ambasadzie. Łabęcki nayświęciey mnie przyrzekł, że będzie 
mieć o nich staranie, i że pewno i prędko doydą do Berlina, 
a może teraz wprost do Warszawy, kiedy cesarz przyieżdża. Pro- 
szę powiedzieć panu Niemcewiczowi, ile cierpię na tem, że się 
podiąć nie mogłem ich przewiezienia, lecz nie na chęci, ale na 
możności mi zbywało. Żałuię także bardzo, żem nie dopełnił po- 
lecenia p. Sierakowskiego, lecz na samem wsiadaniu odebrałem 
bilecik iego pod kopertą Lafitta pisany. Co zaś, obracaiąc się teraz 
do mamdzi, o pani Rigny zdaie mi się, że iuż doniosłem, że by« 
łem u niey, widziałem i§, i że bardzo czule wspomina i Marynię 
i Wólkę. P. Batowski omylił się mówiąc mi, że zwariowała, gdyż 
była tylko oślepła, lecz operacya szczęśliwa, wzrok iey przywró- 
ciła. Miała mi list przysłać do Skrzyńskiey; Iścz nie przysłała 
go, wyieżdżaiąc pisałem do niey prosząc, ażeby odesłała go do 
p. Batowskiego, który mi go do Weymaru przyszłe. Pisząc do Wólki, 
proszę napisać, że bardzo żałowałem, żem się nie widział z tym 
panem cukrowym, lecz dwa razy był u mnie i nie zastał mnie, 
a ani razu adresu nie zostawił. Straszniem się rozpisał, przebacz- 
cie mi wszystkie szczegóły i drobnostki, któremi nadużywam wa- 
szey cierpliwości; lecz listy do was pisane, są dziennikami moiey 
podróży. Adieu moie naydroższe Istoty, za tydzień pisać będę 
z Weymaru, teraz was ściskam, was, Piotrowice, Dziandzię i t. d. 
Za godzin 364 uściskam cię prawdziwie móy drogi Oycze. Adieu. 



Digitized by 



Google 



iii 

Ce 29, Aoril A hord du bałeau 
a vapeur Frćdiric Guillaume entre Cologne 
et Coblentz. 

Bądź że w Weymarze list ten oddam na pocztę, bądźże go 
wam pierwej przeszłe, dziś go zaczynam; bo ieżeli z morza 
z okrętu nie pisałem do was, chcę przynaymniey ze statku paro- 
wego, z Benu list jeden datowa(f. Jostem tedy na Renie, i w chwili 
gdy to wam mówię, woda albo raczey silą pary (gdyż pod wodę 
płyniem) unosi nas coraz daley. Dzień mamy cudowny, godzien 
wiosny. Statek ładny i wygodny. Brzegi Renu iuż zielone. Przy- 
patruię im się U z pokładu, to z mego pokoiu, w którym dziwnem 
szczęściem sam iako król panuię, a więc żegluga moia udała mi 
się i nagrodzi mi nieprzyiemnośd dyliżansów. Dziś staniem na 
noc wKoblentz; iutro będziem w Moguncyi, zkąd podobno ieszcze 
wodą popłynę do Frankfurtu. Jakem pisał do was, takem zrobił 
z wyiazdem moim z Bruxelli. W poniedziałek rano obiegłem 
miasto, zwiedziłem iego ciekawości, byłem na obiedzie u Xięcia 
Augusta d'Arenberg, a we wtorek rano wyiechałem do Leodyum. 
Lecz teraz niezmiernie i niezmiernie żałuię, żem ieszcze dzień 
ieden dłużey nie zabawił, dla zwiedzenia Antwerpii, która tylko 
o mil pięć od Bruxelli leży, i gdzie się rano iedzie, bawi godzin 
kilka i wraca na noc. Niedbałością, którey sobie dziś przebaczyć 
nie mogę, opuściłem sposobność zobaczenia pięknego portu, miasta 
handlowego, z którera iuż dzisiay Amsterdam o pierwszeństwo 
walczyć nie może, i czego mi żal naybardziey, własną winą nie 
poznałem naysławnieyszego dzieła Eubensa, które ozdabia kośeiół 
Św. Jakóba, to sławne zdięcie z Krzyża. W Brukselli obiegłem 
miasto, zwiedziłem Instytut starców, który zapewnie iest iedynym 
w Europie. Cóż to za porządek, czystość, co za urządzenie wy- 
borne tego wspaniałego gmachu, w którym 300 starców i 300 
kobiet przytułek znayduią. budynek sam zaymuie dwa ogromne 
prostokąty, w każdym z nich iest 10 wielkich sal na 30 łóżek, 
a oprócz nich kilkadziesiąt małych pokoiów, w których, osoby 
wstydzące się żebrać, za franka iednego na dzień mieszkaią, 
i w których kosztem Instytutu maią pożywienie, opał, pościel 
i usługę. Ażeby bydź do Instytutu przyiętym, trzeba bydź ubogim 
i mieć 70 lat. Każdy starzec dostaie odzież, bieliznę, śniadanie, 
obiad ze czterech potraw, kolacyę ze dwóch, i każdy oprócz tego 
ma zupełną wolność, może w mieście pracować, i co zyska, za- 
trzymać dla siebie. Słowem nie można bez uczucia zadziwienia 
i ukontentowania zwiedzić tego Instytutu, który tak hoynie 

Listy Andneja Koiadaiu. U^ 



Digitized by 



Google 



'^ " " ^"^ 



178 

wspiera, i tak troskliwie pielęgnuie nędzę i starość. Więzienie 
w Wilwort, o milę od Bruxelli, nie mniey dobrze iest urządzone 
iak poprzedzaiąey Instytut. Jeżeli prezes lubelski chce koniecznie 
więzienie lubelskie na wzór amerykańskich uporządkować, trzeba 
go wprzódy do Wilwort przysJać. Dość powiedzieć, że to więzienie, 
w którem przeszfo 1000 mieści się więżni, ani grosza rządu nie 
kosztuie, i owszem w roku zeszłym miało czystego zysku przeszło 
100000 franków. A dodać leszcze trzeba, że tO; co więźnie zara- 
biała, na trzy dzieli się części, pierwsza idzie do rąk tego, który 
zarobił, druga złożona bywa w kasie oszczędności dla utworzenia 
kapitału, który oddalą więźniowi wychodzącemu z więzienia, 
ostatnia dopiero obraca się na korzyść Instytutu. Wszyscy tam 
pracować muszą. Naywięcey iest tkaczy. Każdy naywiększy nawet 
zbrodniarz iest tam bez kaydan, wszyscy wybornie są żywieni, 
słowem tak im tam dobrze, że nawet za dobrze, gdyż zdarzały 
się przypadki, iż umyślnie dopuszczali się powtórnie kradzieży, 
ażeby dostać się na powrót do więzienia. Co do Instytutów w tym 
rodziaiu, Belgium za wzór służyć może, nie miałem czasu zwie- 
dzić Thospice de Mendicitó, które bardzo iest zachwalane. Bogi 
nieśmiertelne I iakie my biedaki daleko we wszystkiem od innych, 
iakże u nas człowiek daleko od człowieka ucywilizowanego. Im 
większey doznaie się przyiemności, przypatruiąc się temu wszyst- 
kiemu, czem w innych kraiach darzy cywilizacya, tem smutnieysze 
cisną się uczucia, gdy się na naszą biedną Polskę oko zwraca. 
Bruiella, to iest miasto same; mniey mi się podobało, aniżelim 
się spodziewał.. Nay większa iego zaleta, iest bliskość Paryża 
i Londynu. We 30 godzin można bydź w pierwszey lub drugiey 
stolicy świata. Co my Panu Bogu zrobili, że nas w taki kąt za- 
pakował? Jednakże drogi ten kąt. Z radością wracam do niego. 
We wtorek tedy rano wyiechałem z Bruxelli w towarzystwie 
iakiegoś poczciwego Belgyiczyka, niezmiernie podobnego do Nai- 
nusia, i który wiele mi ciekawych udzielił szczegółów o stanie 
teraźnieyszym Niderlandów, o ich przemyśle, bogactwie, rolnictwie 
i t. d. Podróżowałem z nim aż do Leodyum, gdzieśmy na noc 
stanęli.' Kray, który przebiegłem dnia tego, więcey ozdobiony prze- 
mysłem, iak pięknością położenia, i więcey wzbogacony ręką 
ludzką, iak dłonią natury. W Leodyum dopiero się widok zmienił. 
Zaczęły wychylać czoła swoie wspaniałe góry i skały. Brzegi 
Mozy (La Meuze) są cudowne, i bardzo żałuię, żem wodą nie po- 
popłynął do Leodymu. Przenocowawszy tam, nazaiutrz niegodzi- 
wym dyliżansem ruszyłem do Akwizgranu. Nie, nigdy nie wi- 



Digitized by 



Google 



m 

działem nic piękniejszego, bogatszego, weselszego, nad kray, 
rozciągaiacy się między Leodyum a Akwizgranem. Anglyę okryt% 
śniegiem widziałem, kiedy odzian% iest zielonością, musi bydź 
podobną do tych cudownych okolic Akwizgranu. Wystawcie sobie, 
z iedney strony nie góry lecz wesołe pagórki zielenieiące się 
świeżą trawą i tworzące małe łąki, z którychr iedna od drugiey 
żywym płotem przedzielona, wystawcie sobie porządne domy, 
przeglądaiące wśród gaiów drzew owocowych, kiedy z drugiey 
strony wzgórza okoliczne okryte są winnicami, wśród których 
przeciska się Mfielki gościniec, drzewami wysadzony i ożywiony 
płotkami zielenieiącemi się, które się wzdłuż iego ciągną. Nigdziem 
tyle żywych płotów nie widział i nigdzie tyle wesołości w widoku 
nie znalazłem. W Akwizgranie ziadłszy obiad, wysławszy mundury 
moie i część bagażów wprost do Weymaru, zwiedziwszy ka- 
tedrę, usiadłszy na krześle marmurowem, na którem Karol Wielki 
był pochowany, wsiadłem znowu do dyliżansu i nocą ruszyłem 
do Kolonii. Noc tę nienayprzyiemniey spędziłem, z iedney str»)ny 
iakiś gruby fabrykant holenderski cisnął mi boki, kiedy z drugiey 
akademik niemiecki pokładał się na mnie. Nadedniem stanęliśmy 
w Kolonii, i o szóstey z rana machina parowa graó zaczęła. Dym 
czarny wzniósł się z komina i na odgłos dzwonu odbił od brzegu 
nasz statek. Lecz muszę was na chwilę porzucić, bo bieli się 
zdała iakaś ruina na skale, porzucam was dla Renu, rozle walą- 
cego się iakby iezioro, dla skał, czernieiących się wzdłuż niego, 
i dla ruin, które szczyty tych skał zdobią. 

Muszę iednak leszcze dziś te słów parę dodadź, bo boię 
się, ażebym ich iutro nie zapomniał, że przecież znalazłem fabry- 
kanta dla Lublina Jest to fabrykant sukienny z Verviers, który 
straciwszy parękroć stotysięcy franków w bankructwie iednego 
bankiera, chce wraz z dwoma swemi braćmi, wynieść się z Belgii, 
ledzie on teraz do Medyolanu do brata, który tam ma swoią fa- 
brykę, dla rozmówienia się z nim, i ztamtąd bez zawodu napisze 
do mnie, przysyłaiąc mi kondycye, pod któremi przeniósłby się do 
Polski. Ma on machiny carowe i inne machiny fabryczne, których 
wartość wynosi blisko 200.000 franków. Chce z sobą przypro- 
wadzić kilku fabrykantów, i podeymie się wielkiey fabryki. Na- 
zywa się Jacąues Pirard. Napisze do mnie do Warszawy. Coby 
to za szczęście było, gdyby się to udało. Mówiłem z drugim fa- 
brykantem, który go zna, i który mnie zapewnił, że iego fabryka 
w Verviers iest iedną z naypierwszych. Proszę powiedzieć to 



Digitized by 



Google 



180 

Panu Radoszewskiemu, ażeby nie myślał, żem zapomniał o iego 
poleceniu. 

30. Piątek. 
Nie śmieycie się ze mnie, ieżeli mówiąc wam dzisiay o moiey 
wodney podróży, będę mówił z uniesieniem. Poymuię iż entu- 
zyazm móy śmiesznym się może zdawaź, patrząc przez okno na 
bruk warszawski i kantor Fraenkla. Lecz ia iakże się nie mam 
unosić, Medy przez ciąg dwudziestu czterech godzin same góry, 
skały, ruiny, doliny, rzeki, wyspy, przesuwała mi się przed okiem. 
Cóż to za przepych natury na tych brzegach Renu. Wczoray 
miałem chwile zadziwienia, ale dzisiay w ciągłem uniesieniu 
iestem, gdyż prawdziwie piękne wspaniałe brzegi dopiero od Ko- 
blentz ciągnąć się zaczynaią. leżeli możecie wystawić sobie rzekę 
rozlewaiącą się tak obszernie i szeroko i swobodnie iakgdyby 
iezioro, a płynącą tak szybko i gwałtownie iakgdyby potok, roz- 
biiaiącą się co chwila o skałę, która wznosi się na iey drodze, 
i zakręcaiącą się co chwila w wielkie, w niezmierne kłęby, bę- 
dziecie mieli Ren przed oczyma. Ren iest iakby niezmierny gad, 
boć ogromny, zwiiaiący się w skręty i szerokie i grube. Nie iest 
on podobny do rzek innych, ma on w sobie i wspaniałość, po- 
wagę starca i żywość młodzieńczą. Teraz wystawcie sobie po ie- 
dney i po drugiey stronie iego, wznoszące się to góry, to skały. 
Góry, i skały dziwną architekturą zbudowane, których budownik 
nie znany, lecz znać po nich iednak, iż są dziełem tey samey ręki, 
która sklepienie niebieskie nad ziemią zawiesiła. Te góry, te 
skały, odziane są to lasami, to zielenieiącemi się krzakami, to są 
nagie, puste, iałowe, to znowu ręką ludzką użyźnione. Szczyty 
ich uwieńczone są staremi zamkami, wieżami, murami na wpół 
obalonemi. Co chwila oko wśród murów naturalnych przez skały 
utworzonych rozpoznaie mury, zwaliska dłonią ludzką wzniesione, 
obalone siłą czasu. Jeżeli oko z przyiemnością spostrzega ciągle 
zwycięstwo pracy człowieka odniesione nad naturą, widząc te 
nagie skały, odziane zielenieiącemi się winnicami, ze smutkiem 
widzi tryumf czasu nad pracą ludzką, przypatruiąc się tym smu- 
tnym zwaliskom walącym się, obalonym, a wzniesionym na tych 
skałach, których samych czas przemódz nie może. Tak w iednym 
obrazie dostrzegamy i władzę człowieka i słabości iego i wszech- 
mocności natury. 

Kędy tylko spoyrzenie błędne człowieka ciska 
Wszędzie spostrzega groby i wszędzie zwaliska. 



Digitized by 



Google 



181 

Te ska^y, których czoła ukoronowane temi ruinami, na któ- 
rych grzbiecie pnie się latorośl winna, a u których stóp rozcią- 
gała się wsie i miasta, przedstawiaią obrazy, których gdzieindziey 
widzieó nie można. leżeli tedy wystawicie sobie ten Ren wspa- 
niały, ten Een bez bałwanów, bez fali, tak gładki iakby szyba 
szkła, zdaiący się bydź zwierciadłem, w którem się te ogromne 
góry i skały przeglądaią, wdzieraiący si(j między te dwa brzegi 
i zakręcaiący się między niemi, będziecie mieli słabe wyobrażenie 
brzegów Renu. Lecz widok niepodobny do opisania, a który łączy 
w sobie i straszliwość piekielną i smętnośó czyscową, i rozkosz 
przyiemności raiu, iest to widok na miasto Bingen. Płynąc ku 
niemu, spostrzegasz iakiś okręt posuwaiący się ku tobie. To nie 
okręt, to wyspa, z którey wznosi się wieża, wieża waląca się, 
wieżą myszą nazwaną, w którey biskup moguncki iak Popiel 
w Kruszwicy przez myszy pożarty został. Dopływaiąc do niey, 
słyszysz szum głuchy, i spostrzegasz ten Ren spokoyny w gniewie. 
Skały podwodne rozciągnęły mu się wśród łoża, przelewa się przez 
nie, lecz przelewa się z gniewem. Po iedney i po drugiey stronie 
wznoszą szczyty swoie posępne góry, i skały odziane naysławniey- 
szemi winnicami nadreńskiemi. Smutne wieże, zamki walące się, 
przez których okna iakby niebieska zasłona błękit niebios prze- 
ziera, zdaią się smętnie patrzyć na siebie. Lecz minąwszy myszą 
wieżę, spostrzegasz miasto naprzeciwko siebie, iakby z wód po- 
wstaiące. Ren się zakręca i widzisz iuż nie rzekę lecz iezioro 
ogromne, swobodnie rozlewaiące się, otoczone brzegami niskiemi, 
ozdobionemi wesołemi miastami i wsiami, i które o mil kilka 
dostrzega się. Tutay przy moście przyimuie Ren do łoża swego rzekę 
Xahe, która wypływa z powabney doliny, i na którey zarzucony 
most kamienny dodaie niepoiętego wdzięku do tego widoku. To 
pomięszanie natury i piękney i dzikiey, z dziełami ludzkiemi 
i pięknemi i smutnemi czynią czaruiącym ten obraz. Patrząc na 
niego, przekonywamy się, iż Wszechmocny Stwórca natury prze- 
znaczył człowieka na to, ażeby ią ozdabiał, kształcił, upiękniał. 
W tey chwili wypływaliśmy na Ren nayszerszy, szeroki na ówieró 
mili przeszło, minęliśmy lohanisberg pałac i winnicę Metternicha 
i dążemy ku Moguncyi. lakże tu dobrze i przyiemnie płynąć stat- 
kiem parowym. Postępuiąc coraz daley, można ieśó, pió, ezytaó, 
pisaó, tancowaó nawet. Pomyślnem dla mnie zdarzeniem, nikt 
mnie nie wziął mieysca, w pierszym i naylepszym pokoiu. Sam 
tedy w nim iestem, sam w nim króluię, i tym sposobem napi- 
sałem ten list do was bez żadney przeszkody. Mamy tu na statku 



Digitized by 



Google 



183 

dobrą wcale oberżę, parę ładnych Niemek, kliku Niemców z faj- 
kami. Ale iednego, którego niezmiernie pokochałem, i który wy- 
stawia mi Tidóal de. la bonhomie et de la simplicitó Alle- 
mande, a przy tem nie głupi i wiele nawet umie. Mamy także 
i angielską familię, tak mam kiedy chcę towarzystwo, kiedy chcę 
samotność. 

i. Maia Frankfurt 
Wczoray o 9tey dopłynęliśmy do Moguncyi. Natychmiast 
wziąłem eine Gelegenheit i iako gruby Niemiec siadłszy sam 
w kocz niemiecki, z koszem wielkim z tyłu, ruszyłem do Frank- 
fortu, który tylko o mil 4 od Moguncyi. Zapieczętowawszy list 
do was, pobiegnę do bankiera, zamówię mieysce w Schnele Poczta 
i dziś koło południa wyiadę do Weymaru, i iechac iuż będę Dez 
zatrzymania się. Ztąd do Weymaru mamy mil 32, będę więc 
w poniedziałek rano. Lecz wątpię ażebym iuż zastał moie bagaże 
i mundury, bez których nie mam co robić w Weymarze, i dla 
tego nie tak bardzo się spieszę. leżeli znaydę iuż mundury, we 
wtorek będę u W. Xiężny, zabawię przez wtorek i środę, a w pią- 
tek na noc, to iest 7., stanę w Dreźnie. Przed wyiazdem z Wey- 
maru będę ieszcze pisać do was a potem z Drezna. Więc iuż 
tylko oprócz dzisieyszego, dwa listy tylko odbierzecie, nim mnie 
odbierzecie samego. Adieu moie naydroższe istoty. Moia Mamdzia 
musi iuż bydż na wsi. Iuż też may, i tu od dni kilku dnie ma- 
iowe. Żal mi bzów piotrowieckich, iuż to drugi rok iak kwitną 
bezemnie. Adieu, Jenerała kochanego ściskam nayczuley, ani mo- 
głem znaleźć dla niego zakonnicy, szukałem iey wszędzie z p. 
Ba twskim. Łaskawym wszystkim kłaniam. Niech p. Niemcewicz 
będzie spokoyny o medale, bez zawodu wkrótce nadeydą. Piszę 
do Paryża z prośbą, ażeby teraz, kiedy N. Pan przyiedzie, iak 
nayspieszniey ie przysłali. 

Weimar 8! Maia 1830. Sobota, 
Przecież dostałem się do Weymaru, lecz, iak widzicie po 
dacie, o dni cztery opóźniony iestem.. Żółwim postępuię krokiem, 
a chciałbym iaskółczym lotem zbliżać się do was. Dziś w nocy 
ztąd wyieżdżam, gdzie mnie przyięto iak zobaczycie z dalszego 
opowiadania, z tą dobrocią, z tą uprzeymością, która prosto do 
serca idzie. Lecz wyieżdżam w niespokoyności, mieliście pisać 
do mnie do Weymaru, powinien bym był list wasz tu zastać, a ani 
go zastałem, ani nadszedł przez te dni cztery, które tu bawię. 



Digitized by 



Google 



183 

leżeli czego, niech Bóg broni, i w Dreźnie żadney od was nie 
będę miał wiadomości, wystawcie sobie stan móy, i z iakiem 
serca drżeniem dalszą podróż odbędę. lednakże przedkładam wam 
marszrutę moią i wiecie gdzie każdego dnia bydź powinienem. 
Cała moia nadzieia, która łagodzi moią niespokoynośó^ iest w li- 
ście do Drezna pisanym. Ostatni list móy iutro tydzień przesła- 
łem wam z Frankfurtu, zapieczętowawszy go, myślałem ze zaraz 
wsiądę do dyliżansu i daley ruszę. Wyobraźcie sobie, móy gniew, 
smutek, rozpacz, gdym się dowiedział, że do poniedziałku do wie- 
czora czekać muszę, że dopiero w ten dzień o 6. Schnele Poczta 
odchodzi, a że moie mundury, które prosto z Akwizgramu wy- 
słałem, dopiero^ we środę będą w Wey marze. Chciałem to Gele- 
genhaitą to pocztą wydobydź się z Frankfurtu, lecz namy- 
śliwszy się, znalazłem w cierpliwości naylepsze lekarstwo na tę moią 
.biedę, i iuż zezwoliłem czekać do poniedziałkowego wieczoru. 
Przez te trzy dni długie, nieskończone iak wieczność, które prze- 
byłem w Frankfurcie, zrachowałem wszystkie kamienie brukowe. 
Nudząc się śmiertelnie i nie wiedząc iak się bawić, ażeby utwo- 
rzyć sobie iaką przyiemność, odmawiałem sobie nawet potrzeb, 
ażeby potem dozwoliwszy ich sobie, znaleźdź przyiemność. I tak 
głodziłem się przez cały dzień, ażeby wieczór o 10 znaleźdź 
przyiemność w złym obiedzie niemieckim, wiele przez dzień eho- 
dziłeif aż do znużenia, ażeby spać smaczniey. Tym sposobem 
przelazły mi nakoniec te trzy dni. W Poniedziałek wieczór ze 
sześcioma Niemcami wyiechałem z Frankfurtu, a we środę na- 
dedniem stanąłem w Weymarze, lecz że mundury moie dopiero 
po południu nadeszły, w ten dzień nie mogłem być u dworu, 
byłem tylko u wszystkich znaiomych, oddałem wizytę wszystkim 
figurom dworskim, i zaraz we czwartek na obiad zaproszony zo- 
stałem. Nie, nie można sobie wystawić, z iaką dobrocią, z iaką 
uprzeimością raczyła mnie przyiąć Wielka Xiężna. Powtarzam, że 
nie można sobie wystawić, gdyż doprawdy zdawało mi się, żem 
do Niędrzewicy lub Jabłonny przyiechał. Tylu wyrazami łaska- 
wemi powitała mnie, dziękowała mi nawet, żem nie ominął Wey- 
maru. W. Xiąże także bardzo grzeczny i dobry po swoiemu, 
i wszystkich znalazłem tu bardzo łaskawych dla siebie. Słowem 
zrobiono mi powtórzenie przyięcia, którem nas z p. Batowskim 
uczczono. Wieczór czwartkowy byłem u dworu. Wczoray iadłem 
tam znowu obiad i iuż chciałem się żegnać, gdy W. Xiężna 
oświadczyła mi życzenia, ażebym ieszcze dzień ieden został, do- 
daiąc, że W^ Xiąże (który wczoray do Gotta poiechał i dopiero 



Digitized by 



Google 



184 

na noc wracał) zlecił iey, ażeby mnie ieszcze zatrzymad, chc%o 
mnie widzieć przed wyiazdem. Dziś więc znowu cały dzień iestem 
u dworu, i w nocy o 12 wyieżdżam do Drezna. Wątpię, ażeby 
W. Xiężna dała mi listy do Warszawy, gdyż chociaż ieszcze nie 
iest to urzędownie oznaymionem, powiedziano mi ieduak do ucha, 
iż 15 poiedzie do Warszawy i tam cały miesiąc zabawi.. Tern 
lepiey, cieszę się prawdziwie na przyieranośó widzenia iey w War- 
szawie. Oprócz tego wszystkiego, co wam opowiadam, żebyście 
wiedzieli tous les petits ć^ards, które raczy mieć dla mnie, jak 
codzień myśli, ażebym coś nowego widział. Wczoray kazała mnie 
zawieźdź do Belwederu dla obeyrzenia orangeryi, ogrodu i pałacu. 
Dziś poleciła profesorowi iednemu, bardzo uczonemu, ażeby mnie 
do biblioteki i gabinetów zaprowadził. Sama raczyła mnie za- 
poznać z kilkoma uczonemi tuteyszemi. Słowem gdybym miał 
głowę Żaboklickiego, byłbym iuż oszalał. Lecz to wszystko wam 
opowiadam nie z dumą i ukontentowaniem dworaka, gdyż znacie 
mnie que Tambition est ma dernióre passion, lecz z wdzięczności 
serca, które by nawet ią czuło dla równego mnie, któryby z taką 
uprzeimością mnie przyiął. Gdyby wszyscy Xiążęta byli tym po- 
dobni, czyżby było słychać skargę ludów, czyżby były rewolucye? 
Kiedy nie iestem u dworu, iestem u pani Goethe, która mnie 
przyięła, iak dobrze i od dawna znaiomego, która do uprzeymości 
francuskiey łączy duszę i imaginacyę niemiecką, i z która nay- 
przyiemniey płyną godziny. U Goethego dziś będę. Nie śmiałem 
mu się naprzykrzać, lecz sam oświadczył, że chce mnie widzie. 
A tak domyślacie się, że Weymar wysoko stanie w sercu moiem, i że 
zawsze z ukontentowaniem wspominać będę chwile w nim prze- 
pędzone. Żal mi tylko, że teraz sam ich używałem i że móy ko- 
chany towarzysz i opiekun opuścił mnie. Pisałem do niego 
i z Bruxelli i ztąd, napiszę ieszcze z Drezna. Cieszę się na 
Drezno, moia Mamdziu droga bądź pewna, że wszystkich znaio- 
mych odwiedzę, nawet Gustela nie zapomnę. Póki pamiętam, pro- 
szę powiedzieć p. Niemcewiczowi, że pisałem do Paryża z prośbą, 
ażeby iak nayprędzey wysłali medale, lecz bydź może, że iuż są 
w drodze. Proszę mu także dodać, że bardzo żałuię, że mu szkiełek, 
których żądał, nie wiozę, lecz naypierwszy zegarmistrz paryzki 
zapewnił mnie, że nie maiąc zegarka lub przynaymniey miary, 
dobrać szkiełka niepodobna, i że te, które by mu przedał, na 
nic by się nie zdały. Weźmiemy więc miarę z zegarka, poszlemy 
ią, a przyszłą nam szkiełka. Proszę mu to powiedzić, bo boię 



Digitized by 



Google 



185 

się, ażeby się nie skrzywił na mnie, a wolałbym obrazić świętego 
laliana, iak luliana Niemcewicza. 

Po 11. wieczór. 
Wracam z teatru, gdzie byłem w loży z W. Xięstwem. luż 
się pożógnałem, iuż pakiety moie i tłomoki ponapychałem i za 
godzinę wyieżdzam. Byłem także u Goethego, sam na sam z nim 
blisko godziny siedziałem. Był niezmiernie gadaiący, i bardzo 
uprzeymy. II 8'etait mis en frais. Mówiliśmy wiele o literaturze, 
o szale dzisieyszych romantyków francuskich. W Hugonie uważa 
on wielki talent poetycki, lecz ubolewa nad nieszczęśliwą manią 
pisania koniecznie inaczey iak inni, i pisania źle, kiedy mógłby 
pisać dobrze. Utrzymuie on, iż Francuzi nie zrozumieli dobrze 
literatury romaatyczney, i że ieszcze błąkaia się. Mówił mi 
z niezmiernem uwielbieniem o Kornelu i Rasynie. lakże dobrze 
brzmiały te pochwały w ustach oyca literatury romantyczney 
nowych czasów. Tak tedy godzinę spędziłem z pierwszym naszego 
wiekn geniuszem i nabyłem wspomnienia, które zapewnie do 
ostatniego dnia mego życia dotrwa. 

Lecz iuż biie 12sta, muszę was porzucić i ruszać w drogę. 
W poniedziałek do dnia spodziewam się bydź w Dreźnie. Noc 
mam piękną, wiosnę i księżyc. Czyli też u was pięknie i zielono, 
i czy też moia droga Mamdzia używa Piotrowic. Ja podróżnie 
z wiosną. Gdzie tylko stąpię nogą, bzy i kasztany rozkwitała, 
spodziewam się, że i bzy warszawskie zaczekaią na mnie, pio- 
trowickie i bezemnie okwitną. Adieu moie drogie istoty. Coraz 
bliżey, coraz bliżey nas godzina, w którey się połączem, uści- 
śniem. Adieu na dziś, z Drezna znowu wigilię wyiazdu napiszę, 
a teraz ściskam Dziandzię, Nainusia, Piotrowice, domowych, ko- 
chanego lenerała i t. d. 



13. Maia 1830. Drezno. 
List ten moie naydroższe Istoty, powinien by mnie tylko 
o dni parę poprzedzić, gdyż w tey chwili iest 7ma, a o lltey 
wsiadam do poiazdu i ruszam, i ruszać będę bez zatrzymania 
się. Ponieważ w Dreźnie zamiast dni sześciu tylko 3 zabawiłem, 
przeto o dni 3 prędzey cię uściskam móy drogi Oycze. Myślę, że 
w Wrocławiu będę w sobotę rano, to iest 15., w Kaliszu nayda- 
ley w poniedziałek, a we środę, to iest 19 naydaley w Warszawie, 
za tydzień od tey chwili, w którey ten list piszę, będziem iuż ra- 



Digitized by 



Google 



186 

zem. Ponieważ dyliżans, to iest Eilwagen dopiero w niedzielę 
ztąd wychodzi, a moie rzeczy dopiero za dni pięć po niedzieli 
doyźdź by mogły do Wrocławia, wyrachowałem, żebym ledwie 
koło 25. dostawid mógł do Warszawy i siebie i rzeczy; i dlatego 
zdecydowałem się, wydadź iakie sto złotych więcey, a bydź prę- 
dzey, wygodniey i bez ambarasu ; będę więc iechał to Gelegenhei- 
tami, to wózkami pocztowerai, słowem lędem, wodą, powietrzem, 
iak będę mógł, byle iuż iak nayprędzey na progu domowym sta- 
nąć. Ztąd wyieżdżam Gelegenheitą aż do Bautzen, ztamtąd prze- 
siędę się, albo do drugiey Gelegenheity lub wsiądę na wózek 
pocztowy, a tak przynaymniey będę miał moie kufry ze sobą 
i uniknę ambarasów na komorze pruskiey. O iakże iuż potrzeba 
moiemu sercu przycisnąć się do waszego, i teraz więcey niż kiedy 
Spieszyć, spieszyć będę do was, spieszyć do swobody wieyskiey' 
powietrza świeżego, zatrudnień moich. Tęsknię prawdziwie do za- 
trudnień, do pracy, potrzebnie ich koniecznie móy umysł. Ależ 
wróćmy teraz do Weymaru i opowiedzmy wam te kilka dni ubie- 
głych. W sobotę tedy wieczorem o Iszey wyiechałem Gelegen- 
heytą z Weymaru, zmoczony deszczem przywlokłem się w nie- 
dzielę o 7mey do Lipska, gdzie nie mogąc znaleźdż drugiey Ge- 
legenheity, wziąłem Poste chaise, i na każdey staeyi zmieniaiąc 
ią, o 10. z rana w poniedziałek stanąłem w Dreźnie, z przyiem- 
nością uirzałem z daleka wieże drezdeńskie, z przyiemnością wie- 
chałem w miasto, wszystko na swoiem mieyscu znalazłem, i zdało 
mi się, żem wrócił do roku 1835. Stanąwszy pod „Złotym Anio- 
łem", pobiegłem natychmiast do Jenerała Kniaziewicza , którego 
zawsze łaskawego, dobrego, a przytem zdrowego zupełnie zasta- 
łem, nic się nie odmienił, zawsze czerstwy, choć pod siwemi wło- 
sami. Od niego pobiegłem do pani Bierzyńskiey, która mnie iako 
syna swoiey Marysi przyięła. Kochana pani Bierzyńska, iaka do- 
bra, miła, ładna, zabawna, doprawdy, żem się w niey pokochał. 
Wczoray leszcze część dnia i wieczór z nią spędziłem u p. Jara- 
czewskiey, i bardzo przyiemnie, wiozę dla Mamdzi pełno anegdo- 
tek o niey, z których będziecie się razem śmiali, wiozę także 
i listy, i ieszcze coś. Od p. Bierzyńskiey poszedłem do pp. Cara- 
man Paryzkich, którzy ta trzema dniami przedemną przyiechali, 
gdyż choć tygodniem pierwey wyruszyli z Paryża, bawili kilka 
dni w Weymarze, i obieżdżali z bratem ministrem tuteyszym, 
małe dwory książąt niemieckich. W Weymarze zastałem wszyst- 
kich zakochanych w pani Caraman; nawet Goethego. Tutay będzie 
mieć mniey tryumfów, bo iey bratowa ich nie dozwoli. Wczoray 



Digitized by 



Google 



187 

wyiechali oboie do Berlina na parę tygodni, cafy czerwiec potem 
w Dreźnie zabawią. Lecz wracam do mego opowiadania, od pp. 
Caraman pobiegłem do p. Jezierskiey, do p. Bielińskiey, ziadłem 
obiad z p. Bierzyńska. Wieczór byłem na teatrze z pp. Caraman, 
poczera byłem n ich bratowey. Bratowa Me George Caraman^ 
która zna p. Osolińska, u nóg, którey całe Drezno leży, zupełnie 
mi się nie podobała, cboó piękna, choć mówią, że dowcipna, ro- 
zumna i zalotna. Twarz iey ładna, lecz nic nie mówi, lub raczey 
mówi, że serca nie ma. Cest enfin en tout le conraste le plus 
parfait, de sa belle soeur. Na drugi dzień, to iest onegday, znowu 
poodwiedzawszy znaiomych zrana, nawet PieKarza i Gustela, który 
żyie, a nawet zdrów, wieczór spędziłem u p. George Caraman. 
Był to wieczór ułożony dla ich bratowey, zaczął się od spektaklu, 
grano dwie sztuczki, w których aktorami byli, pan Caraman (Geor- 
ge to iest minister), żona iego, Xże i Xna Galicynowa, żona 
ministra dońskiego, która naylepiey grała. Mr et Me de Caraman 
jouent trós bien, mais j'ai tant entendu parler du jeu de Me, 
qu'il ne m'a pas frappe, d'ailleurs je suis peut-śtre partial, car 
elle me deplait souverainement. Wieczór zakończył się balem, 
który wesoło do 2 przeciągnął się. Wczoray prawie cały dzień 
spędziłem z kochaną Bierzyńska, poodbywałem także raoie wizyty 
u rodaków, którzy mnie obciążyli pakietami. Dziś iuż tylko będę 
u lenerała i u p. Bierzyńskiey, i ukłoniwszy się Dreznowi wyież- 
dżam o lltey. Ostatni to iuż list piszę, iakże ta myśl przyiemna. 
Co za szczęście za tydzień wpatrywać się iuż w tę oycowską 
twarz drogą, dusić Nainusia i czytać Ziemiaństwo. Jakiem się ura- 
dował wiadomością, że iuż skończone, zdało mi się, żem dosta- 
brata. Czemuż, czemuż Mamdzi moiey w Warszawie nie zastanę, 
oj, spieszyć, spieszyć będę do niey. Tak tedy iuż wracam z mo- 
iey podróży, którey winienem może niektóre wiadomości nabyte, 
poznanie ludzi lepszych, oswoienie się ze światem , przeyrzenie 
kilku kraiów, a szcze^ólniey wiele przyiemności , wiele miłych 
wspomnień. Wracam do was, z tem samem zdrowiem, z tem sa- 
mem sercem, z którem wyiechałem, wracam z radością i bez nie- 
smaku dla wsi, samotności i kraiu. Lecz ieżeli znaydziecie może 
we mnie laką zmianę, która wam się nie podoba, powiecie mi 
szczerze. Serce moie otwarte dla was, i nigdy w nie ani nieuf- 
ność ku wam, ani skrytość nieweydzie. Przebaczycie mnie, ieżeli 
mieć będziecie co do wyrzucenia mnie. Wierzcie mnie, że każdą 
chwilą, która z moiey przyczyny mogła by wam bydź nieprzyie- 
mną, surowo ukarany iestem, lecz spodziewam się, że nie ściągnę 



Digitized by 



Google 



188 

na siebie tego zarzutu, i że radość połączenia się na nowo niczem 
zatrutą nie będzie. Co ranie trapi naywięcey, to eipens, którą 
ściągnąłem, iakże się będzie trzeba rachować, aż strach bierze, 
cóż robić, przyiemności każde, trzeba iakąś nieprzyiemnością opła- 
cić. Adieu moie naydroższe Istoty, poraź ostatni Adieu i przytu- 
lam się do waszego serca. Odebrałem też list od p Batowskiego 
i posyłam go wam. 

Ce 21. Mai 1830. Varsovie. ^) 

Ma bonne, ma ch^re Maman I Quel bonheur, quelle jouissance 
pour moi, de dater ma lettre de Varsovie, de vous ecrire sur la 
table de mon p^re, mais quel bonheur, quelle jouissance, cela 
aurait ete pour moi, si je n^ayais pas besoin de vous ócrire, 
si je vous avais deja revue. Pourąuoi etes vous partie, pourąuoi 
notre łriniU c'est k dire nous trois, n'avons nous pas jouis ensem- 
ble, et dans le mśme moment, du plaisir de nous . revoir. Cela 
s'est mai arrange et a prósent, j'aurai la peine de ąuitter mon p^re, 
pour avoir le bonheur de voler aupres de vous. Mais ce bonheur 
sera bien grand, et j'en jouirai dans dix a 12 jours. L'Empereur 
part le 2, le 3 je me remettrai en route, le 4 de Juin, je serai dejk 
avec vous. J'ai *(ścris a mon pere de Dresde, le jcur de mon dó- 
part, et j'ai devance ma lettre de trois jours, de manierę qu'il 
n'y avait que Nainus qui s'attendit a me voir lundi demier, 
jour de mon arrivee. Je ne vous rendrai pas compte de mon 
sójour de Dresde, qui n'a duró que trois jours, j'aime mieux yous 
envoyer la lettre que je vous y est ecrit et qui ne vous est pas 
encore parvenue. Vou8 savez donc ma bonne Maman, que je suis 
arrive a la barri^re de Varsovie, Lundi passo, a midi; aprós qu'on 
y ait bien fouilló dans mes Malles, on me donna un sous-oflficier, 
bui me mena au Belyódke ou j'attendi8 trois heures ; le land- 
main j'ai fait ma Cour a monseigneur, qui m'accuillit da la ma- 
nierę la plus aimable. J'ai deja fait la toumóe de toutes mes con- 
naissances, j'ai deja v4 tous ceux que j'avais voulii voir. J'ai re- 
trouve Varsovie telleque je Tai laissó, pas de changements. 11 n'y 
a que moi qui ai peut etre un peu change pour Yarsoyie, je ne 
pourrais pas y rester longtemps, mais je resterai longtemps, 
et toujours avec plaisir a Piotrowice ou je retrouverai vous, ma bonne 



') List pisany do matki, bawiącej w Piotrowicach po powrocie 
z Paryża (P. W.) 



Digitized by 



Google 



189 

Maman, mes habitudes et mes occupations. Wiem, że kłopoty cze- 
kaią tam na mnie. Mais j'ai deja prepare mes ópaules pour sup- 
porter le fardeau. J'ai eu trop de plaisirs pendant les neut mois 
qui yiennent de s'ócouler pour ne point me soumettre avec patience 
aux peines, qui les suivront peut etre. L'Empereur est arrive 
avanthier matin, llmperatrice est attendue demain, on dit que 
lundi, jour de ranniversaire du couronneraent, ii y aura cercie 
h la Cour, bal le soir, et que nous commencerons a faire le ser- 
vice. Ou dit qu'on própare des fetes et des bals, mais rien n*a ótó 
encore decide et Ton sera extremmement embarrase pour trouver des 
danseuses, les femmes manqueront! ii y en a plus de 40 qui ont 
pris la fuite, vous Mes la 41. Aujourdhui ii y a une soiree chez 
la Psse Therfese que j'ai trouve rajeunie de dix ans ; et laNamiest- 
nikowa me parait plus jeune de cent aus. Que je vous remercie 
moia droga i luba de m'avoir renvoye Franus, j'en avais besoin, 
Que je vous remercie za tyle, tyle dowodów tey macierzyńskiey 
czułości. Móy oyeiec powiada, że dopiero iak mnie nie ma to 
widzi całe swoie przywiązanie do mnie, mais moi, je n'ai pas be- 
soin d'Mre loin de vous, pour savoir combien vous m'aimez et 
combien je vous aime. Je me fais une fśte de revoir Jeanette, je 
lui apporte toute une biblioteque, j'ai aussi beaucoup de choses pour 
vous, et je cherche une occasion pour vous les envoyer. Les fichus 
je les ai apporte, j'ai laisse les robes a la P. Leon. On me jette 
ici la pierre et plus d'une pierre, enfin je suis lapide de ne m'Mre 
pas charge d'une robę de Cour, pour M. Josephine Ezewuska, ii 
parait qu'on youlait qu'elle fót confisquee a la douane. Adieu ma 
bonne, mon adorable mśre, je vous ecrirai Mardi, Samedi prochain, 
enfin je ne laisserai partir aucun courier sans vous ecrire. J'espfere 
que nous nous reverrons k Puławy, si cela ne vous derange 
faites le, quelques heures de gagne apr^s neuf mois de separation 
doiyent entrer en compte. Domowym tysiące czułości. 



Prawdopodobnie z czasu pobytu w Londynie mamy następu- 
jące — pod względem historycznym wcale zajmujące — pismo, 
autora Listów, które tu dołączamy. 

Teka toypisów z kancelaryi państwa Wielkiej Brytanii, powie 
rzona mi do przejrzenia, — pisze A. E. Koźmian — obejmuje wy- 
ciągi z czterech tomów od 40 do 44 włącznie korespondencyj spraw 
Polski dotyczących. To jest przeciąg czasu od początku roku 1733 



Digitized by 



Google 



190 

do końca 1735. Aby ocenió dostatecznie całą wartość tych wypi- 
sów i zasługę pracy tych, którzy się niemi zajmują, ograniczę 
się na dokładnem sprawozdaniu z małej ich tylko cząstki. Pilne 
wszystkich przejrzenie więcejby czasu wymagało i lękałbym się zbyt 
utrudzić uwagę zgromadzenia obszerniejszy zakres nadając powie- 
rzonej mi pracy. Poprzestanę więc na przeglądzie szacownych 
materyałów do dziejów naszych, jakich nam na częśó roku 1873 
kancelarya państwa W. Brytanii dostarczyła. 

Polska od śmierci Augusta II. do Elekcyi Stanisława Le- 
szczyhskiego podług koreśpondencyi w architoum angielskiem przecho- 
wywanej. 

Historyk polski dzieląc dzieje narodowe na epoki, panowanie 
Augusta II. naznaczyć może, jako czas, w którym zarody rozprzę- 
żenia rzeczypospolitej do rozwinięcia zupełnego doszły, w którym 
znaki upadku narodu stały si^ i wyraźniejsze i w coraz większej 
obławiały się liczbie. W tym 36 letnim przeciągu czasu, nietylko 
siły materyalne słabły, ale i niemoc moralna, ale i zatrucie ducha 
narodu coraz widoczniejszemi się stawały. Tak wewnętrzne jak ze- 
wnętrzne okoliczności upadek przyspieszały. Wewnątrz przy naj- 
błędniejszej organizacyi państwa, coraz głębsza ciemnota umysłów i 
zepsucie obyczajów. Zewnątrz, spieszny wzrost państw ościennych 
Prus, Moskwy i pr7ypadko\va okoliczność, że na trzech północnych 
tronach zasiedli trzej monarchowie żądni wyniesienia, podbojów, 
chwały, a pozbawieni wewnętrznego ostrzegacza — sumienia. Piotr 
na Moskiewskim, Karol XII na Szwedzkim, Fryderyk III. na Bran- 
deburgskim przeistoczywszy go na tron królewski i nazwawszy się 
Fryderykiem I. Prawo elekcyi stało się niestety zasadniczem pra- 
wem Rzeczypospolitej. Jednakże jak zacność i czerstwość obyczajów 
narodowych przez długi czas naprawiała niedostatek zbawiennych 
i silnych instytucyi, tak i elekcyjnej zasadzie zaradzał monarchiezny 
instynkt narodu, a który wiódł go zawsze do wyboru potomstwa po 
ojcu i niejako dziedziczność zaprowadzał. Przy śmierci Jana HI już 
zmysł polityczny był osłabł — osłabiony sprowadził wybór obcego 
narodowi monarchy, stał się następnie przyczyną podwójnego wy- 
boru, a więc rozdziału, wszystkie klęski jakie zgubna instytucya 
elekcyi mieściła w sobie ściągnął na naród. August II. był mo- 
narchą znakomitych przymiotów, lecz te przymioty były tego ro- 
dzaju, że równie jak liczne jego wady przyczyniały się do zepsucia 
powszechnego. Wspaniałego umysłu, odważny w boju, hojny aż do 
rozrzutności, a przytem folgujący namiętnościom i naJtogom, dogadzał 



Digitized by 



Google 



191 

usposobieniu' narodowemu i najzgubniejszy wpływ wywierał. Vol- 
taire rzekł, że aią Polska upijała gdy pił August. 

Quand Augustę huvait la Pologne itait ivre. Lecz nietylko upi- 
jała Bi({ Polska jak August, ale jako on stawała się rozpustną, mar- 
notrawną, niepohamowaną w swawoli i namiętnościach. Za panowa- 
nia jego cóż spostrzegamy? .W życiu publicznem utrzymujący się 
zwyczaj zrywania sejmów a więc niemoc polityczną, szerzący się 
bezrząd i prywatę, upadającą cnotę dawną i skrzywione sumienie, 
utratę niepodległości narodowej, w skutku nabywającego się nawy- 
knienia do przebywania wojsk cudzoziemskich w kraju, rozszerzanie 
się wpływu mocarstw zagranicznych. W życiu pry watnem, w miejscu 
dawnej, głębokiej i niepokalanej wiary, wiodącej do poświęcenia i 
wielkich dzieł, wiarę zabobonną, nieoświeconą, zdolniejszą rodzi(S 
nienawiść jak miłość, a przy niej szerzącą się ciemnotę umysłów, 
upowszechnienie ohydnych nałogów i idące za niem marnotrawstwo 
czasu i mienia. 

W takim stanie politycznym i moralnym znajdował się naród 
przy końcu panowania Augusta, a więc na początku roku 1733. 
Ciągle wzrastającym nieporządkiem powołany do*Polski król, dnia 
16 stycznia wybrał się z Drezna do Warszawy. Podupadłszy na 
zdrowiu, które mimo silnej konstytucyi rozpusta stargała, nie dał 
się odwieść od podróży i do lekarzy usiłujących go wstrzymać wy- 
rzekł te godne wspomnienia słowa: „Wiem, że dla zdrowia powi- 
nienbym pozostać, lecz wiem także, że więcej winienem ludowi 
memu niż sobie samemu". 

Posłem Wielkiej Brytanii przy królu polskim był natenczas 
p. Woodward. W depeszy z 17 stycznia z Drezna donosi Lordowi 
Harrington, naczelnikowi zagranicznych spraw ministerstwa o sze- 
rzącym się nieładzie w Polsce, o trudnościach przewidywanych przy 
nadchodzącym sejmie. August przybywszy do Warszawy ciężko za- 
padł na zdrowiu. Sejm rozpoczął się dnia 26 stycznia. W dniu na- 
stępnym, nad wszelkie spodziewanie, obrany został zgodnie mar- 
szałkiem Ożarowski ; przeciw jego wyborowi zaprotestował jeden 
tylko poseł i wyszedł z izby, lecz gdy szczęściem dowiedziono 
że nie był prawnie wybrany, protestacya jego biegu spraw nie za- 
tamowała. Wybór Ożarowskiego tem mniej był spodziewany, że 
w instrukcyach wielu posłów znajdowało się zalecenie, aby się do- 
magali sądu na Ożarowskiego za udzielenie rady królowi rozdania 
wakujących wielkich urzędów. Wakującą była wówczas między 
innemi godność Wielkiego hetmana. Stronnicy dworscy, na których 
czele stali wówczas Czartoryscy i Poniatowski, niepokoili się zabie- 



Digitized by 



Google 



192 

gami hr. Levoid, posła moskiewskiego, który wszelkiego starania 
dokładał, aby wielka buława nie była oddana Poniatowskiemu, któ- 
rego jako przeciwnika dworu petersburgskiego uważał. Od tych za- 
biegów rozpoczął się sejm, gdy dnia Igo lutego król życia dokonał 
opatrzony w Wigilię św. Sakramentami. Ciało zaraz przeniesiono 
do zamku królewskiego — nabalsamowane na widok publiczny wy- 
stawiono. Sejm rozwiązał się, a prymas książę arcybiskup Teodor 
Potocki, jako interrex objął najwyższe w narodzie dostojeństwo. Czar- 
toryscy i Poniatowski pospieszyli zaraz z oświadczeniem do niego, 
że go we wszystkiem co dobra Ezeczypospolitej dotyczy popiera<5 
będą. Prymas ^ przyjął to zaręczenie z wdzięcznością zapewniając ich 
o swojej i całej swej rodziny przychylności z wyjątkiem jednak 
Michała Potockiego, wojewedy wołyńskiego. Senatorowie rozpoczęli 
bez zwłoki posiedzenia u prymasa w celu ogłoszenia bezkrólewia 
i wyznaczenia sejmu konwokacyjnego. Nie należy pominąć drobnej 
okoliczności, lecz która daje wyobrażenie do jakiego nieprzyzwoitego 
lekceważenia narodu i majestatu królewskidgo w Polsce doszła 
Moskwa i posłowie, iż w sam dzień śmierci króla jejpan Levold, 
poseł moskiewski, jako w rocznicę wstąpienia na tron carycy Anny 
dawał bal, że go odłożyó nie chciał i że choó wszyscy ambasadoro- 
wie odmówili przybycia i zgromadzenie było nieliczne, przecież 
jakby na urągowisko powszechnej żałobie weselono si^ w domu po- 
selstwa moskiewskiego. 

W państwach monarchicznych król umiera, król żyje. W Pol- 
sce przy każdym zgonie króla rozpoczynała się gra hazardowna 
elekcyi, i przyszłość Ezeczypospolitej wywiązywać się musiała 
z waUd stronnictw, z wiru intryg, i ze starcia się obudzonych na- 
miętności. Zaledwie August zakończył życie już wśród samych pa- 
nów polskich, dwunastu jak donosi p. Woodward, pretendentów do 
korony powstało, a z których żaden nie położył znakomitych w kraju 
zasług. Nie było zaprawdę błędniejszej formy rządu nad monar- 
chię elekcyjną. Pojmuję monarchiczną adopcię Ezymską w braku 
dziedziczności — pojmuję elekcyę w Ezeczypospolitej. Pierwsza albo 
zapewnia albo wskazuje narodowi tego, którego monarcha za naj- 
godniejszego po sobie następstwa uzna , druga bywa pożądaną przez 
wolnych obywateli, nie jako dogadzająca dumie i żądzy władzy, lecz 
jako otwierająca pole do najwyższych zasług w ojczyźnie, i do za- 
prowadzenia polityki z którą wybranego łączy głębokie przekonanie. 
Elekcya w monarchii rozbudza i utrzymuje raczej złe namiętności 
jak cnot)- publiczne, podsyca dumę, próżność, chęć nie zawsze uspra- 
wiedliwioną przodkowania, która z pokolenia do pokolenia przecho- 



Digitized by 



Google 



193 

dzi, tak iż wyznajmy z boleścią, iż my synowie dawnych elektorów 
królewskich, po tylu nieszczęściach kraju, po upadku narodu, je- 
szcześmy się tych wad, przodków naszych nie pozbyli, i dziś jeszcze 
żądza pierwszeństwa, roszczenie sobie prawa do niego, bez usprawie- 
dliwiających je zasług, jest tą wadą dziedziczną, która nam owych dwu- 
nastu pretendentów do korony polskiej po zgonie Augusta II przypomina. 
W pierwszych dniach osierocenia tronu okazało się zaraz, że 
Stanisław Leszczyński najwięcej liczył stronników zwłaszcza w Wiel- 
kopolsce. Zamiary księcia Elektora Saskiego znanemi nie były, mnie- 
mano jednak, że gdyby pozyskał za sobą dwory Petersburski i Wie- 
deński, wybór mógłby mieć zapewniony. Eozeszła się była wieśó 
w Warszawie, że pretendent do tronu Angielskiego Karol Edward 
Sztuart, ma stanąć w liczbie kandydatów do korony polskiej. Poseł 
Angielski w depeszy z 14 lutego zażądał od lorda Harington in- 
strukcyi jak solnie ma postąpić w razie, gdyby wieść ta sprawdziła 
się, i gdyby w imieniu pretendenta, złożone zostały Prymasowi listy 
wierzytelne. Pan Woodward zostawał dotąd z Prymasem w najlep- 
szem porozumieniu i otrzymał zapewnienie, że chce z Anglią naj- 
przyjaźniejsze zachować stosunki. Z drugiej strony książę Czarto- 
ryski, podkanclerzy Litewski, naczelnik partyi Poniatowskiego oświad- 
czył posłowi Angielskiemu chęć odbycia z nim i z posłami Holen- 
derskim i Szwedzkim narady nad ówczesnym stanem Ezeczypospo- 
litej. Na tem zebraniu książę Czartoryski przedstawił, że pokój 
i bezpieczeństwo Europy wymaga, aby elekcyi króla Polskiego zu- 
pełna wolność była zostawiona, i wszelki zewnętrzny wpływ usu- 
nięty. Że gdy Moskwa tej wolności zagraża, gdy pan Levold głośno 
daje się słyszeć, że wojsko rossyjskie wkroczy w granice lizeczypospo- 
litej skoroby tylko objawiła się skłonność ku wyborowi Stanisława 
Leszczyńskiego, życzyć należy, aby inne mocarstwa porozumiały się 
z sobą w celu odwrócenia zapowiedzianego przez Moskwę bezpra- 
wia. Przełożenia księcia Czartoryskiego nie otrzymały pożądanego 
skutku. Lord Harrington pod dniem 9 marca polecił posłowi, aby 
wspólnie działał z ministrem austryackim i moskiewskim, z którymi 
gabinet Londyński porozumiał się już co do elekcyi w Polsce i zgo- 
dził się na przeszkadzanie wyborowi Leszczyńskiego z obawy, aby 
Francya zbyt przeważnego wpływu na północy nie zyskała. Dodał 
jednak minister przestrogę, że poseł nie ma złożyć deklaracyi prze- 
ciw żadnej kandydaturze, i że tak zręcznie działać powinien prze- 
ciw Leszczyńskiemu, aby mu powodu do urazy nie dał, w razie 
gdyby wybranym został. — Co zaś do kandydatury Sztuarta, tę 
miał z pogardą uważać, i pogardę dla niej okazywać. 

laatf Andnejft Koźmiaiw. 13 



Digitized by 



Google 



194 

W parę tygodni po śmierci królewskiej, hrabia Brtihl z innymi 
dworzanami i dworskimi sługami, których liczba tysiąca dosięgała, 
opuścił Warszawę, lecz przed wyjazdem poufnie przyjaciołom zwie- 
rzył się, że Elektor Saski życzy sobie następstwa po ojcu na kró- 
lestwo polskie. W narodzie jednak wstręt do wpływu cudzoziem- 
skiego i wyboru cudzoziemca zdawał się rozszerzaó, i w Krakowie 
zawiązała się konfederacya, na której czele stanął książę wojewoda 
Lubomirski, która oświadczyła, że jedynie tylko na wybór Piasta 
zgodzi się, z wyłączeniem wszystkich zagranicznych książąt. Prymas 
Potocki sprzyjał konfederacyi, i taką podejrzliwość względem wpływu 
Saskiego okazywał, że gdy Elektor zażądał od niego upoważnienia 
do posłania paruset ludzi dla strzeżenia pałaców i własności po 
ojcu pozostałych, wręcz mu go odmówił, odkładając roztrząśnienie 
tego żądania do Sejmu konwokacyinego. Do Sejmu tego przygoto- 
wywał się naród. Nastąpiły sejmiki. Na niektórych jakoto w Opa- 
towie przyszło do krwi rozlewu, i kilkanaście osób wśród bójki po- 
legło. W Warszawie, z wielkiem podziwieniem posła Angielskiego 
wybrany był Mniszech syn W. Marszałka, chłopiec czternastoletni 
którego Gazeta Warszawska nadzwyczajne zdolności i wymowę sła- 
wiąc, twierdziła, że był nazwanym delicyarai narodu. 

Kiedy sejmiki prawie wzystkie zalecały w instrukcyach po- 
słom, aby przeciw wyborowi cudzoziemca protestowali, kiedy mani- 
fest Stanisława Leszczyńskiego rozszedł się po kraju, posłowie austrya- 
cki. moskiewski, pruski nie opuszczali żadnej sposobności, aby Po- 
lakom narzucić przekonanie, że ich dwory nigdy na wybór Stani- 
sława nie zezwolą. Poseł moskiewski hr. Levold zapewniał, że 
w miesiącu kwietniu znaczne siły moskiewskie granice Polski obsa- 
dzą, a hr. Wilczek poseł cesarski oświadczał, że cesarz w Szląsku 
18000 wojska rozłoży. Nadto ci trzej posłowie, oświadczali się za 
wyborem na króla Polskiego Elektora Saskiego. Ta okoliczność spo- 
wodowała margrabiego Monty, posła francuskiego, do złożenia pry- 
masowi w dniu 8 kwietnia w imieniu swego dworu oświadczenia, 
że JKr. Mość chrześciańska bierze w obronę prawo Ezeczypospolitej, 
i wszelkiemi siłami popierać je będzie przeciw roszczeniom innych 
mocarstw. W braku upowszechnienia peryodycznego druku zwycza- 
jem było w Polsce, a którego upowszechnienie mimo mnogości 
dzienników dziś we Francyi widzimy, drukowanie i rozrzucanie 
w rękopismach ulotnych pism rozbierających bieżące polityczne wy- 
padki i okoliczności. Jednem z nich, którego kopię w tłómaczeniu 
francuskiera p. Woodward przesłał do Londynu była przestroga bra- 
terska Stanom E. P. dana przez szlachcica polskiego. W niej autor 



Digitized by 



Google 



195 

obszernie i gruntownie rozbierał i popierał prawa Leszczyńskiego do 
nowej elekcyi. Lecz oprócz Stanisława inni Piastowie byli jeszcze 
pretendentami do korony polskiej. Wymieniając ich pan Woodward 
największe pochwały daje księciu Czartoryskiemu, wojewodzie ru- 
skiemu, ożenionemu z bogatą wdową Denhoffową. która mu jak po- 
seł powiada 50.000 funtów szterlingów dochodu rocznego przyniosła. 
Przecież książę wojewoda oświadczył posłowi, że szczęśliwego poło- 
żenia w jakiem się znajduje nie chciałby przemienić na koronę 
tylu troskami obarczoną. Nie twierdzę jednak, dodaje pan Wood- 
ward, żeby ją odrzucił Y dont Idl you, that heing łhe case, he will 
refuse it Innymi pretendentami byli książę Podkanclerzy Czarto- 
ryski, ks. Lubomirski, wojewoda krakowski, książę Sanguszko, mar- 
szałek Litewski, książę Radziwiłł, koniuszy W. K. Litewskiego, 
Mniszech, W. Marszałek koronny, Starosta Bełzki, Potocki, który 
długi czas przebywał na dworze Petersburskim, i miał jak mówiono 
zaślubić W. księżnę Elżbietę, która potem carowała. Dodaje p. 
Woodward, że jeżeliby minister znajdował tę listę za krótką, w na- 
stępnej depesi^ będzie ją mógł w dwójnasób uzupełnić. .Obiawia 
nakoniec obawę, ażeby jak ironicznie się wyraża łhis blessed royalły, 
ta błogosławiona królewska godność, nie zapaliła pożaru powszech- 
nej wojny w Europie. W chwili, gdy naród cały dbały jeszcze 
o niepodległość i wolność, skłaniał umysł ku Leszczyńskiemu, po- 
słowie moskiewski i cesarski złożyli Prymasowi deklaracyę przeciw 
jego elekcyi. Dwór wiedeński przyszedłszy do porozumienia się 
z Elektorem o sankcyę pragmatyczną wyraźnie jego kandydaturę 
popierał. Na dniu 22 kwietnia przybyli też komisarze Sascy i pry- 
masowi chęć ich pana oświadczyli starania się o koronę. Prymas 
uprzejmie ich przyjął, lecz na ich oświadczenie odpowiedział uwagą, 
że Elektor nie posiada języka polskiego, choć on Prymas zwykł był 
błagać zmarłego tróla, aby syna po polsku uczyć kazaL Pan Wa- 
cherbach komisarz saski zapewniał, że Elektor coraz lepiej wprawia 
się w mowę polską, i oswaja z prawami i ustawami EP., mając 
zawsze Polaków przy sobie. 

W dniu 27 kwietnia nastąpiło otwarcie Sejmu konwokacyj- 
nego. Przewodniczył mu Ożarowski, jako Marszałek poprzedniego 
Sejmu. Na pierwszej zaraz sesyi powstał rozruch z powodu wniosku 
posła Litewskiego, który zażądał wyłączenia z obrad 12 posłów 
dyssydentów z Prus wybranych, i który w gwałtownej mowie po- 
sunął się do powiedzenia, „że jeżeli ci posłowie dobrowolnie się 
nie usuną, przez okno wyrzucić ich należy". Na to poseł Wielko- 
polski odpowiedział, „że kto chce przez okno wyrzucać, musi sam 

13* 



Digitized by 



Google 



196 

być blisko okna". Przyszło więc do s warów, które się i w dniu na- 
stępnym w tej samej sprawie ponowiły, i były tak żywe, że już wielu 
posłów do szabli się brało. Dla uspokojenia umysłów zgodzono się, że 
posłowie dyssydenccy wstrzymają się od przybycia na na stępne posie- 
dzenie, na którera przedewszystkiem przystąpiono do wyboru marszałka. 
Między dwoma kandydatami podzieliła się Izba , między Scypionem 
starostą Lidzkim i Sapiehą, starostą Mereckim. Lecz poseł Kusze- 
wicz sprzeciwiał się obiorowi Sapiehy okazując kondemnatę wydaną 
na niego za jakiś dług nieopłacony. Sapieha składał się kwitem. 
Kuszewicz twierdził, że kwit sfałszowany. Aby usunąć tę prze- 
szkodę musiał Sapieha kilka dukatów wcisnąć w rękę posła. Niemi 
zniewolony od zaskarżenia odstąpił. Nie obeszło się jednak i bez 
dalszych sprzeczek i zamieszania, i tak na sesyi 4 maja, gdy Ra- 
dzimiński, poseł Bracławski, chcąc wniosek swój przeprowadzić cy- 
tacyą z dzieła prawniczego, wziął je do ręki, szlachcic nazwiskiem 
Mikusza, nie należący nawet do koła poselskiego, wyrwał mu książkę, 
wołając, że prawa nie kroniki przytaczać trzeba! Wszczął się roz- 
ruch, kłótnia, szamotanie się o książkę, już i szable z pochew bły- 
snęły, nakoniec wzięto za barki Mikuszę i wypchnięto go za drawi 
Te i tym podobne swary ponawiały się ciągle; nakoniec 7 maja 
gdy oba pretendenci Sapieha i Scypion zrzekli się kandydatury je- 
dnomyślnie obrano Masalskiego, pisarza Litewskiego. Po odbytych, 
rugach, które się do dnia 12 maja przeciągnęły, w dniu tym połą- 
czyła się Izba poselska z senatorską. Obszerny i dokładnie spoi-zą- 
dzony diariusz każdej sesyi w języku francuskim znajduje się mię- 
dzy wypisami. Poseł angielski przesyłał go swemu rządowi. Trwał 
Sejm do 23 maja, zamieniwszy się w konfederacyę. Pierwsze po- 
stanowienie ogłosił pod przysięgą przyjęte, „że do korony przy- 
puszczony będzie tylko Polak z ojca i matki katoliczki zrodzony", 
że tylko Prymas ogłosić go królem będzie miał prawo. Nadto sej- 
miki relacyjne na dzień 17 lipca, a elekcya na 25 sierpnia na- 
znaczona. 

Kiedy Sejm konwokacyjny ogłaszał wyłączenie od tronu cu- 
dzoziemca, mocarstwa ościenne porozumiały się tymczasem z sobą 
aby popierać elekcyę Sasa. Caryca zgodziła się na nią pod trzema 
warunkami: 1. aby król nowy zachował wszystkie przywileje ko- 
ściołowi greckiemu. 2. aby ją uznał Imperatorową. 3. aby Kurlandya 
o śmierci panującego księcia nie była podzielona na województwa, 
lecz zachowała dawną formę rządu i prawo wyboru nowego księcia. 
Pan Woodward otrzymał polecenie przystąpienia do tego porozu- 
mienia się większą jednak od innych posłów mając żale- 



Digitized by 



Google 



197 

coną ostrożność, lecz miał on sobie szczególniej nakazaną obronę 
praw Dyssydentów, przeciw którym umysły w Sejmie wielkie roz- 
jątrzenie okazywały, jakeśmy to widzieli w wyłączeniu ich od obrad 
sejmowych. Co zaś do wezwania jakie W. Marszałek w imieniu 
Ezpltej przesłał do wszystkich posłów cudzoziemskich aby w czter- 
naście dni przed elekcyą stosownie do ustawy krajowej opuścili 
Warszawę o 6 mil odległości, miał p. Woodword z innemi znieść 
się posłami, i zastosować do ich postępowania. Wyłączenie cudzo- 
ziem a od tronu nastąpiło w znacznej części, w skutku zabiegów 
i obietnic margrabiego Monty i miało go według mniemania 
pana Woodword znaczne sumy pieniężne kosztować. Tymczasem 
hr. Levold wróciwszy po krótkiej niebytności z Petersburga, 
stawił się u prymasa wraz z posłem cesarskim z ponowioną 
protestacyą i z oświadczeniem, że przez przyjaźń dla Eze- 
czypospolitej dwory sprzeciwiać się muszą wyborowi, któryby 
jej pokój wewnętrzny i dobre stosunki z innemi mocarstwami mógł 
zakłócić. Gdy wśród tych odwiedzin prymas zapytał posła moskiew- 
skiego, dla czegoby caryca tak znaczne siły na granicy Rzeczypo- 
spolitej zbierała, hr. Levold z zuchwalstwem, do którego już posło- 
wie moskiewscy w Polsce nawykać zaczęli, odpowiedział: „Że się 
nie widzi jego monarchini obowiązaną do zdania komukolwiek bądź 
sprawy z tego co u siebie przedsiębierze, lecz gdy dom sąsiedni 
w pożarze, należy strzedz swojego". Podczas sejmu rozmaite stron- 
nictwa wyraźniej się odcieniowały. Powszechne narodu nachylenie 
się było ku Leszczyńskiemu. Prymas, Poniatowski, Czartoryscy, po- 
łączyli się z jego stronnikami. Na jednym kasztelanie krakowskim 
księciu Wiśniowieckim dwory przeciwne wyborowi Stanisława po- 
legały, w nadziei, że się za elektorem oświadczy, lecz i ten ra- 
czej dla siebie jak dla niego myślał o koronie. Posłowie cesarski 
i moskiewski widząc, że ich usiłowania, że ich zniewolenia umy- 
słów będą nadaremne, zgodzili się, że im nie pozostaje jak siłą 
opierać się elekcyi Stanisława, lub gdy nastąpi, przemocą zrzucić 
go z tronu. Z pogróżkami temi głośno odzywał się p. Levold, i de- 
putacyi wysłanej do niego z zapytaniem, czyli caryca myśli wpro- 
wadzić wejska do Polski, i czy przed lub po elekcyi — i czy są 
tacy Polacy, którzy tego od niej żądają, odpowiedzi wyraźnej nie 
dał lecz gdy wzmiankę o Leszczyńskim uczjmiono z dumą rzekł: 
„że najlepiej by Polacy zrobili, żeby nie marzyli o nim, jeżeli nie 
chcą nieszczęść na kraj ściągnąć". Tak to już wtenczas jak i w na- 
szych czasach, odwoływania się do praw najświętszych, gwałt mo- 
skiewski jako niepotrzebnego marzenia Polsce zabraniał. 



Digitized by 



Google 



198 

Jeżeli skłonienie się narodu do Stanisława w części przypisane 
byó ma użytym przez posła francuskiego środkom, przyznać z po- 
ciechą można, że w niem daje się także dostrzedz szlachetne 
uczucie narodowe, które się obrażone czuło groźbami dworów 
ościennych i dla tego też książę kasztelan krakowski dora- 
dzał, aby wojska nie wkraczały w granice Ezpltej przed elekcyą, 
gdyż gwałt ten popchnąłby cały naród ku wyborowi Stanisława. 
Sascy komisarze opieszale i niezręcznie działali, w wydatkach oszczę- 
dni nie zdołali sobie zjednać stronników. Na początku leź lipca 
zaszła okoliczność, która ich na nieprzyjemne zatargi z Ezecząpo- 
spolitą naraziła. Lasocki, proboszcz Ujazdowski, któiy do zmarłego 
króla rościł sobie pretensye na 150 dukatów za szkody poniesione 
podczas obozowania w jego probostwie wojska Saskiego, kilkakrot- 
nie udawał się do komisarzy saskich o ich zapłatę — ci go zawsze 
odsyłali do komisyi na ten cel wyznaczonej. Nakoniec ów proboszcz 
znalazł przystęp do p. Wackerbach, który rozmówiwszy się z nim 
mniemał znaleśó w nim stronnika domu Saskiego, i sądząc że 
może mu być użytecznym wśród drobnej szlachty, żądającemu ja- 
kiegokolwiek bądź zasiłku, ośm czerwonych złotych dał mu do ręki. 

Właśnie zaś tej chwili odebrawszy pocztą pismo polskie po- 
pierające sprawę elektora i występujące silnie przeciw prymasowi 
i stronnikom Stanisława, dozwolił mu je przepisać dla zrobienia 
z niego właściwego użytku. Tak rzecz komisarz Saski opowiadał. 
Proboszcz zaś twierdził i zaprzysiągł, że p. Wackerbach owemi 
8 dukatami chciał go przekupić i namówić, aby pismo w licznych 
odpisach między współobywateli rozrzucił. Prymas w Gazecie war- 
szawskiej umieścić kazał opis całego wypadku, ów zaś paszkwil 
jako ubliżający powadze Ezeczypospolitej i jako potwarczy do sądu 
kapturowego odesłał, który je na spalenie na rynku ręką kata 
skazał. Co też niezwłocznie wykonanem zostało. Komisarze sascy 
zanieśli skargę do Prymasa i do W. Marszałka o obrazę swojej go- 
dności i zażądali zadość uczynienia, zwłaszcza za wymienienie ich 
przez Herolda przy odczytaniu wyroku Sądu kapturowego, nadto 
udali się do wszystkich posłów zagranicznych o poparcie. Odbyła 
się narada posłów u hr. Wilczka, ambasadom cesarskiego. Jeden 
tylko margrabia Monty i hr. Eudenschold, poseł szwedzki, uchylili 
się od niej. Wszyscy inni uznali, że prawo międzynarodowe zgwał- 
conem zostało przy ogłoszeniu wyroku i wszyscy mając na czele 
nuncyusza papiezkiego Paulucci udali się do prymasa z żądaniem 
zaspokojenia słusznych domagań p. Wackerbach i Generała Bau- 
ditz. Nuncyusz w imieniu ciała dyplomatycznego przemówił. Prymas 



Digitized by 



Google 



199 

piśmieniiie odpowiedział w cyrkularzu wyjaśniającym całą sprawę, 
a oprócz tego w liście do elektora zaniósł skargę na ko- 
misarzy, iż pismami potwarczerai rozsiewają w narodzie nie- 
nawiść i niezgodę, lecz elektor acz w łagodnych wyrazach 
w liście odpowiednim ujął się za nimi i zadość uczynienia 
zażądał. Sprawa ta przeciągnęła się aż do końca sierpnia. 
Jeszcze 19 tegoż miesiąca ministrowie zagraniczni zebrali się 
w calu ponowienia przedstawień do prymasa, lecz ten baczny na 
honor Ezpltej na tem się tylko ograniczył, iż nadworny marszałek 
Sobolewski złożył świadectwo, iż przy ogłoszeniu wyroku przez He- 
rolda, Komisarze sascy wspomniani nie byli. Te nalegania ich dra- 
żniły wprawdzie wiele umysłów, przecież jednomyślność, jaka co do 
przysięgi wykluczenia od tronu cudzoziemca objawiła się na sejmie 
konwokacyjnym, psuć się zaczęła, zachwiana i zabiegami saskiemi 
i pogróżkami dworów. Piei^wszy wojewoda Podlaski zawiązał konfedera- 
cyę, która z początku tylko 400 szlachty liczyła i która uchylając się od 
przysięgi wyłączenia, oświadczyła jednak że na polu elekcyi za Piastem 
głosować będzie. Ten nieszczęśliwy rozdział umysłów intrygami obcych 
sprowadzony, objawił się na sejmikach przedelekcyjnych na których Vs 
część szlachty nie wykonała owego juramentum ezclusionis. Szerzyły 
się też wieści o wkroczeniu wojska moskiewskiego w granice Rzeczy- 
pospolitej. > Wieści te przedwczesne i jeszcze w lipcu rozsiane były 
jakby błyskawicami grom poprzedzającemi. Grom uderzył 10 sier- 
pnia, w którym dniu a więc przed dniem na elekcyę naznaczonym, 
przeszło wojsko rossyjskie od strony Eygi granice Litewskie pod 
rozkazami jenerała Lacy. Drugi korpus od Smoleńska miał wkro- 
czyć, a Grodno miało być punktem zejścia się dwóch korpusów. 
Ta wieść, a razem coraz zuchwalsze postępowanie hr. Levold, coraz 
gwałtowniej oburzało umysły. Na powtórne wezwanie, które mar- 
szałek nadworny uczynił, aby posłowie zagraniczni w czasie elekcyi 
oddalili się z Warszawy, gdyż za ich całość odpowiedzialności przy- 
jąć nie może, poseł rossyjski odpowiedział, że jeżeli który z posłów 
dozna obelgi, jenerał Lacy ma nakazanem poszukiwanie zemsty, 
i że nie poprzestanie na powieszeniu dwóch lub trzech winowajców 
lecz na całej Ezeczypospolitej mścić się będzie. To oświadczenie 
wywołało takie oburzenie, iż tego samego wieczoru hrabia Levold, 
młodszy brat ambasadora, jadąc karetą, przed bramą pałacu pry- 
masa napadnięty został przez oboźnego i koniuszego Płockiego, 
którzy właśnie z dziedzińca prymasowskiego na koniach wyjeżdżali. 
Pierwszy wystrzelił z pistoletu, drugi dobył szabli, oba w mgnieniu 
oka zemknęli i choć laufer hrabiego puścił się za nimi w pogoń 



Digitized by 



Google 



200 

uchwycić ich nie mógł. Hr. Levold pospieszył do prymasa z Hkargą 
zastał go przy grze karcianej i w gwałtownych i nieprzyzwoitych 
wyrazach dopominał się o ukaranie winnych. Prymas żal sw5j 
oświadczał, lecz przypisywał ten wypadek rozdrażnieniu umysłów, 
do którego ambasador pogróżkami dał powód. Hrabia Levold wy- 
chodząc z ka ztelanem lubelskim od prymasa wyrażał się w sposób 
ubliżający marszałkowi nadwornemu Sobolewskiemu; pewien szlach- 
cic obrażony wyzwał go na pojedynek stante pede, wyzwany nie 
zrozumiawszy go, chciał się oddalić, gdy w jednej chwili ujrzał 
się obskoczonym przez kilku szlachty z dobyte mi szablami i byłby 
na miejscu rozsiekany bez wstawienia się p. kasztelana lubelskiego. 
Na drugi dzień poseł cesarski i rossyjski zanieśli skargę do W. 
Marszałka. Przywołany p. Sobolewski potwierdził swoje poprzednie 
zeznanie co do groźnego oświadczenia hr. Levold, ten zwyczajem 
moskiewskim wyparł się i bezczelne kłamstwo zadał Sobolewskiemu 
i nakoniec w gniewie oświadczył, że Warszawę i kraj opuści, 
i żąda aby dla bezpieczeństwa dodany mu był komisarz do granic 
Ezeczypospolitej. 

Wśród tak burzliwego usposobienia rozpoczął się sejm elek- 
cyjny 25 sierpnia. Urząd marszałkowski sprawował na pierwszych 
sesyach Masalski, marszałek sejmu konwokacyjnego. Głosowanie na 
nowego marszałka dni siedem ti-wało wśród rozlicznych zatargów 
i protestacyi przeciw tym, którzy u obecnych żądali poparcia ich 
zamiarów. 2go września Eadzewski poseł poznański najwięcej gło- 
sów otrzymawszy marszałkiem sejmu elekcyjnego ogłoszony. Lecz 
w przeciągu tych dni ośmiu partya saska zaczęła srłowę podnosić, 
sprzyjając jej książę Wiśniowiecki regimentarz litewski- dla zastra- 
szenia przeciwników głośno na polu elekcyi rozpowiadał, że się woj- 
sko rossyjskie posuwa ku Warszawie. Pewien pomcznik wojska ko- 
ronnego zbliżył się do niego na polu elekcyi, zapytując go groźnie : 
„jakim sposobem Moskale wkroczyli na Litwę nie doznawszy oporu 
ze strony regimentarza, litewskiego?" Książę odpowiedział, że nie 
było możności opierania się. Porucznik zawołał „że łatwoby znaleść 
innego regimentarza, któryby o możności nie powątpiewał". Od 
słów do słów przyszło do sprzeczki, powstał rozruch i książę Wi- 
śniowiecki w gniewie opuścił pole elekcyi wraz z ks. Sanguszką 
i Eadziwiłłem owymi pretendentami do tronu i udał się na Pragę 
do wojska litewskiego w celu zawiązania konfederacyi. Wojsko ros- 
syjskie w istocie postępowało ku granicom korony, lecz zwolna 
z powodu dróg utrudnionych przez deszcze, lecz jak donosił jenerał 
Lacy posłowi, z pewnością że nie znajdzie oporu, gdyż szczupłe 



Digitized by 



Google 



201 

wojsko Ezeczypospoltej nie było opatrzone ani w proch, ani 
w kule. Kiedy tak dwór petersburski wyraźnie przeciw prawom 
i swobodom narodu występował, gabinet berliński nie chciał się 
do gwałtownych środków przyłączyć, lecz już wtenczas przyjąwszy 
ową niepewną dwuznaczną politykę, której dotąd się trzyma, zno- 
sząc się z ościennemi mocarstwami nieprzyjaznemi Polsce, znosił 
się i z Prymasem, 24000 wojska posiłkowego ofiarował za odstąpie- 
nie Elbląga, i występował z pośrednictwem między Ezpltą a zwa- 
śnionemi z nią dworami. Ta żądza pośredniczenia i dziś jeszcze 
cechuje w każdych okolicznościach politykę pruską. Poseł moskiew- 
ski postanowił wezwać jenerała Lacy aby jak najspieszniej podążył 
do Warszawy i urzędownie o tem chciał prymasa zawiadomić, pan 
Woodword stosownie do zaleceń gabinetu angielskiego, usiłował 
skłonić go do wstrzymania się od tak gwałtownego kroku i po 
długim ze strony jego oporze potrafił go od zamiaru odwieść. Ele- 
kcyjne więc czynności pod groźbą zbliżania się wojsk rossyjskich 
lecz bez ich obecności ciągnęły się dalej. Dopiero dnia 10 wrze- 
śnia połączył się w okopach senat z stanem szlacheckim i prymas 
przystąpił do zbierania głosów. Z małym wyjątkiem kilku powia- 
tów, województwa jednomyślnie oświadczyły się za Stanisławem 
Leszczyńskim. Zbieranie głosów dwa dni trwało, ligo prymas ogło- 
szenie elekta do dnia następnego odłożył. Obraz jaki przedstawiała 
elekcya surowe lecz w części sprawiedliwe nastręczył uwagi posłowi 
angielskiemu. W liście z 8 września pisze do p. Weston „jeżeli 
to ma być wolnością, niech Bóg nas broni od takiej wolności" 
If this is Liberthy, the Lord presera us from such liherty. Dodaje 
on „jest tu mniejsza i wyższa szlachta, która kolejno staje się je- 
dna względem drugiej niewolniczą. Wszystko się tu odbywa w za- 
mieszaniu i nieporządku. Charakter narodowy jest dzielny i wy- 
niosły w szczęściu, uniżony wśród niepomyślności". Opisuje nareszcie, 
że przez czas elekcyi chwili spoczynku w mieście znaleść nie mo- 
żna, ciągły 55giełk i huk palnej broni. Szlachta strzela po ulicach 
często nie samym prochem. Drobna szlachta upija się co ranek, 
potem dąży na pole elekcyi, tam odgraża się przeciw Moskwie, 
łamie, bije jej wojska, lecz skoro wino wyszumi odbiega owe zu- 
chowate męstwo i to się zawsze nad wieczorem dzieje. Kiedy tak 
wszystkie umysły skłoniły się ku Stanisławowi, już 10 książę Wi- 
śniowiecki podpisał na Pradze wraz z innymi senatorami protesta- 
cyę przeciw jego wyborowi. W tem ligo z rana król Stanisław 
Leszczyński nagle i niespodziewanie pokazał się w kościele śgo 
krzyża , na mszy wśród licznego tłumu, uprzedzonego o jego przy- 



Digitized by 



Google 



202 

byciu. Po mszy wrócił do margrabiego Monty dokąd potajemnie 
przybył w nocy i gdzie go wielka liczba osób płci obojej oczeki- 
wała, i zaraz mu się przedstawiła, między niemi był i hr. Euden- 
schold pose^l szwedzki, któremu król opowiadał że 23 sierpnia wy- 
jechał z Paryża, że pod przybranem nazwiskiem przebył potajemnie 
Niemcy w towarzystwie jednego oficera i dwóch sług, że francuzka 
flota wkrótce przypłynie do Gdańska i że dla zmylenia uwagi nie- 
przyjaciół, wyprawił na niej osobę z postaci i wzrostu podobną do 
siebie, przebraną w jego suknie. Wiadomość o ukazaniu się Le- 
szczyńskiego odjęła ducha Wiśniowieckiemu, lecz ufny w pomoc 
moskiewską spisał, i na pole elekcyi wyprawił nową przeciw wy- 
borowi protestacyę. Nadszedł nakoniec dzień ogłoszenia nowego 
króla. Dnia 12 września po zebraniu głosów, o w pół do czwartej 
po południu potrójny wykrzyk zebranych stanów Rzeczypospolitej 
ogłosił królem polskim, W. ks. litewskim, księstw i ziem do Ezpltej 
należących Stanisława Leszczyńskiego ; prymas zaintonował w oko- 
pach Te Deum Laudamus, i zaraz potem poprzedzony urzędnikami 
otoczony licznym orszakiem senatorów i szlachty, udał się do mie- 
szkania posła francuskiego, zkąd elekta do katedry śgo Jana po- 
wiódł. Tam hymn Boże Ciebie chwalimy ponowił, a po nim gan- 
kami zamkowemi nowego króla do zamku królewskiego przepro- 
wadził. 

Na tym drobnym szkicu historycznym ograniczam się wśród 
przeglądu wypisów o Polsce z archiwum państwa W. Brytanii. Lecz 
jak w cząstce roztrzaskanego zwierciadła można się równie wyra- 
źnie przejrzeć jak w całej szybie zwierciadlanej, tak i w tym uła- 
mku dziejów ojczystych można było ujrzeć dokładnie odbite oblicze 
narodu z owej epoki. Smutny wprawdzie przedstawił nam się obraz. 
Obraz rozwijającego się zepsucia instytucyi z natury błędnych 
i obyczajów dotąd zacnością swoją te instytucye poprawiających. 
Obraz niemocy wewnętrznej, a zewnętrznych potęg rosnących w siłę 
coraz zuchwalszych w gwałcie, coraz gwałtowniejszych w niena- 
wiści. Widzieliśmy w tym krótkim rysie, to na cośmy własnemi 
oczyma patrzyli i na co jeszcze patrzymy. Skłonność narodu do 
oglądania się na pomoc obcą i najchętniejsze poleganie na Francyi. 
Widzimy Moskwę skojarzoną z aastryackim i pruskim dworem na 
niepodległość i swobody narodu, poszukujących przeważnego wpływu 
nim się na grabież odważą. Uważaliśmy jednak, że jeszcze wszelki 
wstyd nie zatarł się był w narodzie, jeszcze w nim uczucie nie- 
podległości narodowej mogło choć' na krótko do zgody skłonić i 
jednomyślność wywołać i ostatnim może głosem godności narodu, 



Digitized by 



Google 



203 

który się dopiero z «ejrau konstytucyjnego po tylu latach hańby 
na nowo odezwał, był jednozgodny okrzyk, który Stanisława Leszczyń- 
skiego królem obwołał. 

Na zakończenie dodać winienem, że przejrzenie wypisów, 
które miałem pod ręką. wystarczyło mi do przekonania ranie o bo- 
gactwie i wielkiej wartości materyałów do dziejów, do historyi 
polskiej dotąd ukrytych w archiwum angielskiom. Sprawozdania 
posłów i ajentów W. Brytanii są staranne i szczegółowe, towarzyszą 
im liczne pisma objaśniające i aneia. Ci którym powierzoną zo- 
stała praca robienia wypisów z gorliwością jej dopełniają. Indei 
treść każdego pisma podający jest dokładny i staje się niemylnym 
drogoskazem. Wśród prac i usiłowań wychodźtwa polskiego nie 
poślednią więc będzie zasługą wyjednanie przystępu do archiwum 
kancelaryi angielskiej, myśl korzystania na obcej ziemi z źródeł 
zasilić mogących strumień dziejów ojczystych i zdolnych nam roz- 
jaśnić tajemnice i ukryte działanie odwiecznej nienawiści i chytrej 
chciwości jednych mocarstw, drugich obojętności, trzecich bezsku- 
tecznej przyjaźni. 

Dalszy ciąg roku 1733. w Polsce podług korespondencyi posła 

angielskiego. 

Dzień 12. września roku 1733., w którym wybór narodowy 
padł na Stanisława Leszczyńskiego, był więc za bytu niepodległego 
Polski ostatnim dniem, wktórym się jeszcze obiawiła niepodległość 
i godność narodu. Wybór ten dokonany był nie za wpływem są- 
siednich mocarstw, ale w brew ich woli i wpływowi, nie pod strażą 
bagnetów cudzoziemskich, lecz mimo groź ich groźby. Dokonany, 
jeżeli nie jednomyślnie; to przynajmniej wielką większością. Sam 
bowiem poseł angielski, który był skłonny do przeczenia jednozgo- 
dności wyboru, w depeszy z 14. września donosi, że na Pradze 
liczba konfederatów sprzeciwiających się Elekcyi, nie więcej Panów 
ze sługami nad 6.000 osób wynosiła, kiedy na polu elekcyjnem do 
30.000 naliczyć można było. Dodaje wprawdzie p. Woodward, że 
i między tymi wyborcami znajdowali się przeciwnicy Stanisława, 
lecz źe głos ich stłumiły okrzyki większości, Prymas bowiem jak 
zapewniano, wezwawszy województwa, aby zbliżyły się i wielkiem 
kołem otoczyły szopę dla głosowania, zręcznie w pierwszych rzę- 
dach ustawił te powiaty, które znane były z przychylności do Le- 
szczyńskiego, i których okrzyk zagłuszył przeciwne mu głosy. Je- 
żeli to posądzenie było może niesprawiedliwe, nie zupełnie także 



Digitized by 



Google 



204 

dokładne doniesienie mieścił list Margrabiego Monty, zawiada- 
miający Ludwika XV. o wyborze jego teścia, W dzień elekcyi na- 
pisany brzmiał jak następuje: 

S i r e! 

Le roi beau p6re de Votre Majeste a ete proclarae aujourdhu 
h trois heures et demie, nemine contradicente avec un 
applaudissement generał. Dieu a bćni les saintes intentions ^de V. M. 
et le raerite et les vertus du Eoi Son beau pere. II sort dans ce 
moment de mon palais ou le Primat avec toiite la cour est venu 
le chercher pour le mener au Te Deum. Je suis etc. Wprawdzie 
stronnicy Stanisława protestacyę książąt Wiszniowieckich i innych 
oponentów za nieważną uważali jako nie złożoną na polu elekcyjnera 
lecz posłowie mocarstw obcych na niej się opierali, zarzu- 
cając elekcyi brak jednomyślności. Margrabia Monty obrał posła 
szwedzkiego p. Eudenschold za pośrednika, i jego wysłał do hr. 
Wilczka posła cesarskiego z oznajmieniem wyboru, z żądaniem, aby 
posłowie mocarstw przyjaznych Rzeczypospolitej skłonili się do niego, 
aby wojska rosyjskie wstrzymały się w pochodzie, i za gmnice pol- 
skie wróciły, i z zapewnieniem, że w takim razie wojsko francuskie, 
jeżeliby już przeszło Een, otrzyma rozkaz cofnienia się. Hrabia Wil 
sek w odpowiedzi zaprzeczył jednozgodności wyboru. Oświadczył, 
że caryca była Monarchinią niepodległą, a więc Panią swoich kro- 
ków, co zaś do przejścia wojsk francuskich za Ren, objawił zadzi- 
wienie, nie mniemając, aby Jego Cesarska Mość dała królowi fran- 
cuskiemu powód jaki do zaczepki i napaści. Gdy z jednej strony 
zabiegi posła francuskiego pożądanego u zagranicznych posłów nie 
otrzymały skutku, z drugiej, wysłani do konfederacyi deputaci z na- 
leganiem o uznanie Stanisława królem, odmowną przynieśli odpo- 
wiedź. Wojska rossyjskie zbliżały się i przybycie ich za dwa lub 
trzy dni spodziewane było. Na ich poparciu, na przemocy obcej 
nadzieje niestety! konfederatów polegały. Była to jawna zdrada 
kraju, nie pierwsza nie ostatnia. 

Przebiegając okiem dzieje ojczyzny z czasów jej niepodległego 
bytu, zbyt często z boleścią dostrzegamy tak nazwane praktyki 
3udzoziemskie. Mieliśmy zdrajców zaprzedanych nieprzyjacielowi 
i łączących się z nim na szkodę Rzeczypospolitej. Pamiętna jest 
zdrada Glińskiego, zaprzedawanie się domowi rakuskiemu, łączenie 
się dyssydentów polskich z najeźdźcami szwedzkimi. Elekcye dwóch 
ostatnich królów wobec wojsk cudzoziemskich i następnie coraz 
większą sprzedajnośó wtrącającą w niewolę, której najohydniejszym 



Digitized by 



Google 



2Ó6 

i ostatnim wyrazem stała się Targowica, Tak się działo, dopóki na- 
ród był przy życiu. Uważamy, że od cłiwili zgonu ojczyzny, 
wśród kilkakrotnych jej wysileń, prawdziwej zdrady nie znaj- 
dziemy śladów. Nie splamiła ona walki Kościuszkowskiej, nie 
znajdziemy zdrajców ani w roku 1806, ani w 1809, ani w 1812. 
Nie było ich nawet wśród ostatniego narodowego powstania. Pa- 
mięć jednak zdrad poprzednich, zwłaszcza Targowicy, tak się wpo- 
iła w umysł narodu, że go pochopnym uczyniła do nieufności i po- 
sądzeń. Jak człowieka pojedynczego, tak i naród cały nieszczęście 
czyni podejrzliwym. Klęski krajowe wszczepiły w narodzie tę wadę 
podejrzliwości, która nam większe szkody niż korzyści przynosi. Wię- 
cej się traci, odmawiając wiary tym, którym ufać należy, niż się 
zyskuje, podglądając tych, o których powątpiewać można Większa 
zawsze siła w twierdzeniu, jak w zaprzeczeniu. 

Moskwa opierając się na małej cząstce narodu, w przeciwnem 
sobie stronnictwie liczyła wytrwałych nieprzyjaciół, którzy się stali 
celem jej nienawiści. Kilkunastu najznakomitszych wymienia pan 
Woodword, a między nimi Poniatowskiego, księcia podkanclerzego 
Czartoryskiego, Potockiego wojewodę kijowskiego, wielkiego podskar- 
biego koronnego Ossolińskiego, litewskiego Sołohuba, wojewodę lubel- 
skiego Tarłę, biskupa płockiego Załuskiego. Co zaś doPiymasa Te- 
odora Potockiego, on twierdzi, iż Moskale widzą w nim tylko zdol- 
niejsze od niego narzędzie, i że jeśli nieprzyjaciołom swoim szkodzi 
i dokucza, równie jest szkodliwym i niedogodnym zupełnym bra- 
kiem silnej woli, tym, którzy nim rządzą. Nie mniej i konfedera- 
tów pragskich spis przesyłał poseł angielski swemu gabinetowi. 
Przewódzcami ich byli kanclerz koronny i regimentarz litewski 
książę Wiśniowiecki, wojewoda krakowski Lubomirski, w. marszałek 
litewski Sanguszko, dwaj Radziwiłłowie w. koniuszy litewski i wo- 
jewoda nowogrodzki, biskup poznański. Po ogłoszeniu zaś Sta- 
nisława królem, połączyli się z nimi książę kasztelan krakowski 
Wiśniowiecki, jenerał artyleryi Branicki, biskupi krakowski i kujaw- 
ski Lipski i Szembek. Gdy tak rosło stronnictwo przeciwne Le- 
szczyńskiemu, i on sam i jego wyborcy zaczęli powątpiewać o mo- 
żności stawiania czoła wojsku rosyjskiemu i utrzymanie się w War- 
szawie, i już 19. września ki'ól się sposobił do podróży. Siła woj- 
skowa była nader słaba, zaledwie cztery do pięć tysięcy ludzi liczyła. 
Piechoty regularnej, to jest gwardyi koronnej 600 ludzi, z 200 dra- 
gonów pułku Lubomirskiego, tyleż jezdnych pułku Irenusa i Miera, 
Oczekiwano jeszcze przybycia pułku Przebendowskiego, także z 200 
ludzi złożonego, resztę siły zbrojnej stanowiły roty towarzyszów, 



Digitized by 



Google 



206 

podług dawnego trybu polskiego źle uzbrojone i nie wprawne w służ- 
bie. Kilka armat, lecz bez zapasu prochu i kul, uzupełniało ten 
rynsztunek wojenny Ezeczypospolitej zostającej pod dowództwem 
regimentarza Józefa Potockiego wojewody kijowskiego, i szczegółowo 
przez posła angielskiego opisany. Nim król Stanisław opuścił War- 
szawę, starał się i o skłonienie ku sobie konfederatów, i o wyje- 
dnanie u hr. Levolda wstrzymania pochodu wojska rosyjskiego, gdy 
jednakże wysłany przez niego Morsztin kasztelan Sandecki odmo- 
wną otrzymał odpowiedź, dnia 22. września król wyruszył ku Pru- 
som w towarzystwie posłów francuskiego i szwedzkiego; wszyscy 
znakomitsi przewódzcy jego stronnictwa poprzednio jeszcze, lub zaraz 
po wyjeździe jego puścili się za nim. Warszawa stała się pustą. 
Po ruchu i wrzawie elekcyjnej zaległa ją cisza ponura, jaka zwykle 
w wielkich miastach poprzedza przewidywane zajęcie przez nieprzy- 
jaciela. Król Stanisław w nadziei nadpłynienia floty francuskiej 
z posiłkami, nie mniej zapewniony o przychylnera usposobieniu 
Gdańska, dążył ku temu miastu, naznaczywszy je stronnikom swoim 
jako punkt zebrania. W stolicy wojewoda kijowski nowo mianowany 
regimentarz wraz z wojewodą lubelskim i Tarła przyspasabiali się 
do utrudnienia przeprawy przez Wisłę. Lękając się zdrady, naglili 
kilkakrotnie posłów saskich i rosyjskiego do wyjazdu, a gdy ci na 
wezwanie ich nie zważali, uznali, że jest koniecznością siłą się 
ich pozbyó. Ci bowiem zagraniczni posłowie, nie tylko znosili się z kon- 
federatami, rozsiewali w stolicy niezgodę i postrach, ale nadto każdy 
z nich w pałacu swoim miał pewną liczbę zbrojnych ludzi, którzy 
w godzinę walki mogliby rozruch w mieście wzniecić, i z tyłu zdradnie 
napaść. W dniu więc 29. września z rozkazu wcgewody kijowskiego 
gwardya koronna obsaczyła pałac elektora saskiego, będący na przedmie- 
ściu, i dom rosyjskich posłów, nadto praygotowywała się do napadu 
na pałac ambasadora cesarskiego, w którym ministrowie sascy i ro- 
syjscy szukali schronienia. Eegimentarz posłał do pana Woodword 
z oznajmieniem o uczynionych rozporządzeniach i z zape\mieniem, 
iż on jako reprezentant przyjaznego mocarstwa, zupełnego bezpie- 
czeństwa pewnym być może. Poseł angielski starał się odwieś'- do- 
wódzców wojska od użycia gwałtownych środków, zwłaszcza przeciw 
posłom cesarskiemu i saskiemu. Co zaś do rosyjskich, nie mógł nie 
przyznać, że ich obecność dłużej cierpianą być nie może, i w prze- 
łożeniach swoich, wzmianki o nich nie uczynił, gdyż jak sam się 
wyraził, ich położenie zupełnie było odmienne. Gdy hr. Wilczek na 
wezwanie regimentarza, aby z mieszkania swego oddalił nieprzyja- 
znych Rzeczypospolitej posłów, odmownie odpowiedział, gdy i ci 



Digitized by 



Google 



207 

mimo ofiarowanej im straży, któraby ich aż do granicy odprowa- 
dziła, oświadczyli, że poty się nie ruszą, dopóki od swych dworów 
rozkazu nie otrzymają, dnia 28. o godz. 6. z wieczora rozpoczął się 
atak na pałac elektora, gdzie 60 żołnierzy saskich i ze 40 sług 
uzbrojonych obwarowało się. Strzały armatnie rozwaliły bramy, pie- 
chota polska wpadłszy do ogrodu i dziedzińca dała z karabinów 
ognia : Sasy dopuściwszy ją na bliski strzał, użyli przygotowanej 
machiny piekielnej, którą p. Woodword organami nazywa-, a która 
składając się z pewnej liczby strzelb i baryłek prochu, obok siebie 
ułożonych zapalona razem wystrzelała, tak że cały pałac zdawał 
się w ogniu. Do 30 żołnierzy polskich poległo, czterdziestu było 
rannych, kiedy tylko jeden Sas zabity. Do godziny 10 trwał opór. 
a gdy z znaczniejszą siłą powtórzył się atak w dniu następnym, 
Sascy ministrowie nakazali dowódzcy oddziału, aby uzyskawszy 
uczciwe waiiinki kapitulował. Jakoż po południu ułożoną kapituła- 
cię obie strony podpisały, która życie, bezpieczeństwo i odprowa- 
dzenie ż(^nierzy saskich pod strażą aż do granicy Szląskiej zawa- 
rowala. Poseł rosyjski schroniony u hr. Wilczka rozkazał dragonom 
i sługom swoim aby oporu nie stawiali Nie przyszło więc do boju 
w pałacu poselstwa rosyjskiego. Oficer z dwudziestu dragonami 
poddał się złożywszy protestacyę przeciw zadanemu gwałtowi. 
W dniu napadu na pałac elektora piei-wsze oddziały wojska rosyj- 
skiego zajęły Pragę. Dnia 3 października przybył trębacz od jene- 
rała Lacy z listem do regimentarza w ten sposób podpisanym 
Au Comtnandanł des troupes de nos ennemis. Co tak obraziło woje- 
wodę kłjowskiego, iż chciał go odesłać bez odpieczętowania. Pocha- 
mowawszy się jednak w gniewie przyjął list, a w nim znalazł 
żądanie tłómaczenia z napadu na pałac posła rossyjskiego i wyja- 
śnienia wszelkich okoliczności, które mu towarzyszyły. Regimentarz 
w dniu następnym dopiero odesłał trębacza z odpowiedzą i tegoż 
dnia popołudniu usłyszano w Warszawie liczne wystrzały armatnie 
i karabinowe na Pradze, a po wystrzałach bicie w dzwony i doj- 
rzano tłum cisnący się do kościoła i koło dziewiątej z wieczora, 
z przeciwnego brzegu Pragi wznowiły się groźne okrzyki i użyto 
trąby tubalnej aby go przesłać do Warszawy, a ten okrzyk brzmiał 
Vivał liex Fredericus Augustus! Tak więc bezprawie drugiej ele- 
kcyi pod opieką nieprzyjacielskiego oręża, wolą obcych mocarstw 
narzucone, przez małą cząstkę narodu w dniu 4 paźdz. dokonanęm 
zostało; Elektor Saski królem Polskim ogłoszony. W czasach 
wstrząśnień wewnętrznych w stanie rewolucyjnym zbyt często się 
zdarza, iż zuchwała mniejszość narzuca swoją wolę i w imieniu 



Digitized by 



Google 



1 



208 

wolności dopuszcza się nad większością gwałtu. Gwałt ten jest bez 
wątpienia zawsze zbrodnią, którą w oczach hołdowników raczej 
przemocy materyalnej, a więc bezwarunkowego powodzenia, pomyśl- 
ność skutku usprawiedliwia. Lecz jakże nazwać gwałt mniejszości 
nad większością w narodzie dokonany przy pomocy obcego oręża? 
Użycia go przeciw własnym rodakom nawet zwolennicy faktów 
dokonanych usprawiedliwić nie mogą, a obowiązkiem staje się dzie- 
jopisarza na pamięci czy pojedynczych ludzi, czy stronnictwa całego, 
które się tej zbrodni dopuszcza, niezatarte piętno wybić hańby 
i zdrady. 



Digitized by 



Google 



Treść. 



Stronioi 

Słowo wstępne wydawcy 1—2 

Rok 1889. 3—89 

Październik. 

Autor wyjeżdża z Warszawy w towarzystwie W. Łow- 
czego Aleksandra hrabiego Batowskiego do Paryża. — 
Przyjazd do Metz. — Wspomnienie o pobycie na dworze 
w Weimarze. — Przybycie do Paryża 18go. — Autor od- 
wiedza Aleksandra Walewskiego, syna naturalnego cesarza 
Napoleona I. — Teatra. — Wilhelm Tdl Eossiniego. — 
Otello w „Teatrze francuskim" i panna Mars. — Wieczór 
u państwa Flahault. — Zapoznanie się z towarzystwem 
paryskiem. — Pani de Girardin. — Lord John Bussel. — 
Księstwo Hamilton. — Książę de Guiche. 

Listopad. 

Objad u pani Tyszkiewicjowej. — Znajomość z ks. 
Talleyrand. — Wieczór u pani Appony, ambasadorowej 
austryackiej. — Pani de Dolomieu, dama honorowa księ- 
żnej Orleanu. — Panna Sontag. — Pierwsza wzmianka 
o pani Oezarynie de Caraman. — Obiad u Rotschilda. — 
Ambasador rossyjski Pozzo di Borgo. — Wieczór u Lady 
Cumbermeere. — S^d Parysa. — Pani de Jumilhac, jej 
przyjaźń z autorem, jej salon. — Koterya. — Faubourg. 
St. Honoró, — Teafera. — Pani Malibran. — Muzea. — 
Obrazy. — Rzeźby. — Gladyator Agaziasza. — Jardin des 
Planłes, — Wycieczka do St. Ouen. — Wyścigi i konie 
Walewskiego oraz ks. de Guiche. — Teatr francuski i panna 
Mars. — Pani Zamoyska i ks. Leonowa Sapieżyna. — Pani 
Sobańska. — Towarzystwo paryskie eleganckie. — Wycie- 
czka do towarzystwa liberalnego. — Prezentacya u dworu. — 
Karol X, — Delfin i Delfinowa. — Moda. — Walewski 



Digitized by 



y Google 



StronloA 

i Żyrafa. — Dalsze wycieczki po mnzeach. — Władysław 
Małachowski. — Gustaw Montebello. — Wieczór u ks. de 
Guiche z ks. Leopoldem Koburgskim i ks. Soutza, hospoda- 
rem wołowskim. — Uisprit de Pozeo, — Cmentarz Pere 
la chaise i śmiech. — Ministeryum ks. Polignac. 

Grudzień. 

Aleksander hr. Batowski. — Wielki świat paryski. — 
Mała koterya. — Pani Alfredowa de Noailles. — Pani de 
Ohastenay Lady Cumbermeere, ' — Znajomość z p. de Mar- 
tignac. — Tommson. — St. Priest. — Księżna de Nar- 
bonne i Ks. de Maillś. — Hrabia Alfred d'Orsay i Lady 
Blessington. — Bmiaceek. — Theatre de Madame. - 
Odeon i Marino Faliero, — K. Delavigne. — Ukazanie się 
pamiętników St. Simona. — Galerya obrazów w pałacu Lu- 
lemburgskim. — Wizyta u księżnej de Gontaut - Biron. 
Guwernantki de Mademoiselle. — Mistyfikacya brzuchomo- 
woy Comte na śniadaniu danem przez Walewskiego. — Spa- 
cer ekwipażem Walewskiego. — Prelekcye w Sorhonne i Gol- 
. Uge de France Yillemain, Guizot, Andrieui, Cuvier. — In- 
walidy. — Żołnierz, który służył pod Maurycym Saskim. — 
Lord Palmerston. — Obiad w Scdon des ółrangers. — Po^ 
myłka ks. d'Aumont z panią Zamoyską — Bale. — Raut 
w ambasadzie angielskiej. — Bal w ambasadzie rossyjskiej. — 
Książę Chartres. ■— Portrety dam de la petite cot^srie du 
Faubourg St, Honore, — Akademia francuska, przyjęcie 
pp. Arnault i Etienne. — Bal u pani Delmar. — KotyUon 
z panią Cezaryną de Caraman. — Pani Karoli i ks. Leo- 
nowa Sapieżyna. — Faubourg St. Gertnain i jego towa- 
rzystwo. — Angielsczyzna. 

Eok 1830. 89—189 

Styczeń. 

Portrety dam z towarzystwa Faubourg St. Germain. — 
Książę Tufiiakin i jego bal. — Bal u księżnej de Mailló 
i księżna dlstrie. — Wizyta noworoczna u króla i Delfina. — 
Wizyta w Palais Boyal u księcia i księżnej Orleanu, 
u książąt Chartres i Nemours. — Margrabina Lule, siostra 
Don Miguela. — Karnawał paryski. - Bale, wieczory, 
rauty, obiady. — Przyjaźń autora z panią de Jumilhac 
i z panią de Dolomieu i jej córką. — Niedziele muzykalne u pani 
Appony. — Obiad z lordem Castelreagh. — Bal w Tuileries 
chee Mademoiselle, — Księżna Berry. — Bale w ambasa- 
dzie angielskiej i u Rotschilda. — Prelekcye. — Dalszy ciąg 
portretów pań francuskich. — Portret pani Cezaryny de Ca- 
raman. — Poznanie się autora z Guizotem. — P. Aubertin 



Digitized by 



Google 




pyta autora, czy jest synem sekretarza konfederacyi w 181 2 r. — 
Salon państwa St. Aulaire. — Obiad n księstwa Hamilton 
z panem i panią Zamoyską. — Mazurek na wieczorze u hrab- 
stwa Plahanlt. — Przedstawienie w W. Operze z panną Son- 
tag w obecności króla na nbogich. — Obiad u ks. Beauvau 
z panią de Caylns. — Wieczór u Lady Stuart, ambasadoro- 
wej angielskiej. — Autor uspakaja matkę co do pani Ceza- 
ryny de Caraman. — Wyjeżdża do Londynu. 

Luty. 

Podróż do Anglii. — Pierwsze wrażenie. — Skała 
Shakspeara. — Podróż z Douvres do Londynu z Sir G. War- 
render. — Wjazd do Londynu. — Obiad w Gatek Club. — 
Sobolewski. — Westminster. — Lord Palmerston i jego cha- 
rakterystyka. — Couvent-(jarden i Miss Kemble. — Wieczór 
u księżnej Lieven. — Znajomość z Wellingtonem, Strattfor- 
dem, Caningem, Aberdeennem, z Lady Cooper i Miss Arbuth- 
not. — Książę Lieven i margrabia Lansdown. — Amba- 
sada austryacka i księstwo Pawłowie Esterhazy. — Au — 
jest obecnym na otwarciu parlamentu i na pi*'rwszej setor 
izby niższej. — Uwagi. — Przemówienia 0'Oonnela i Peela.syi 
Mowa królewska. — Muzeum bretońskie. — Spostrzeżenia 
i wrażenia. — Anglia. — Obiad w Traveller's Club. — 
Opera włoska. — Obiad u księżnej Liven z księciem Leo- 
poldem Eoburgskim i Whigami, na którym usiłują skłonić 
księcia do przyjęcia korony greckiej. — Lady Emily Cowper, 
podobieństwo jej do Lorda Palmerston. — Opis Londynu 
i towarzystwa, Lady Graves i X. Cumberland, skandal. — 
Powrót do Paryża. — Powitanie autora przez towarzystwo 
paryskie. — Bal u p. de la Bouillerie, ministra dworu kró- 
lewskiego. — Bal mazurkowy u księżnej Hamilton. — Bal 
dla ubogich. — Ks. Chartres prezesem komitetu. — Bal 
kostiumowy u pani de Narbonne. — Kerwsze przedstawie- 
nie Hernaniego W. Hugo. — Koniec karnawału. — Bal 
Hoppa. 

Marzec. 

Otwarcie izb. — Sesya królewska. — Odpowiedź Niem- 
cewiczowi. — Tualety, — List od jenerała Morawskiego. — 
Obiady. — Wieczory podczas postu. — La chasse au Clo- 
cher, czyli Steeple-Chase. — Autor jedzie z panią Delmar 
i Cezaryną de Caraman. — P. de Normandie pierwszy u mety. — 
Drugie przedstawienie Hernaniego. — Taglioni. — Zapo- 
wiedź wypadków politycznych. — Posiedzenie izby deputo- 
wanych 19 marca. — Eozprawy izb nad adresem odrocze- 
nia. — Wiosna paryska. — Autor zwiastrye swój powrót 
do Warszawy z powodu przyjazdu cesarza, zapowiedzianego 
mu przez ambasadora Pozzo. — Bal u pani de Flahault. — 



Digitized by 



Google 



Spotkanie z ks. Talleyrand i jego portret. — Księżna Dino. — 
Bal dla ubogich Anglików. — Zabawne zajście na prelekcji 
Cuviego. — Lafayette, Chodźko i Podczaszyński. — Łzy 
pięknych ócz wstrzymują wyjazd Walewskiego. — Polityka. — 
Przygotowania do wyprawy przeciwko Algierowi. — Koniec 
sezonu paryskiego. — Ostatnie bale i wieczory. — Piotr 
Michałowski. — Parodia Hemaniego, — Metoda Jacotot. — 
Medale Kopernika. 

Kwiecień. 

Pani de Caraman jedzie do Drezna. — Autor jest 
w Tuileries na Jeu du Boi, — Sesya Akademii, na której 
przyjętym został Lamartine. — Błyszcząca rozmowa ks. Tal- 
leyrand. — Portret jego przez Schoffera. — Sąd autora o Pa- 
ryżu i własnym pobycie. — Longchamps. — Dwa najpię- 
kniejsze ekwipaże Walewskiego i Palmerstona. — Ghampo- 
lion. — La galerie d' AngouleiHe, — Galerya marszałka 
Soulta. — Autor opóźnia swój wyjazd. — Wizyta u Cha- 
teaubrianda — Miłe wrażenia z pobytu w Paryżu — Wy- 
jazd do Bruxelli. — Pożegnanie z Paryżem w salonie pani 
de Jumilhac. —- Jeszcze jeden obiad u pani Plahault. — 
Ostatnie pożegnanie w salonie pani de Girardin. — Obiad 
ostatni u Walewskiego. — Podróż do Bruielli. — Pan Gu- 
riefF, minister rossyjski. — Linowski. — Obiad u ks. d*Aren- 
berg. — Bruiella. — Droga Renem z Kolonii do Koblencyi. 

Maj. 

List z Frankfurtu nad Menem. — Przybycie do Wei- 
maru. — Przyjęcie autora przez W. Księżnę. — Wieczór 
u dworu, obiad tamże. — W. Księżna zatrzymuje autora. — 
Wizyty u pani Goethe. — Teatr dworski. — Clodzina 
rozmowy z Go§them. — Pożegnanie z W. Księstwem. — 
List z Drezna. — Jenerał Kniaziewioz. — Wieczór u mi- 
nistra francuskiego, p. George de Caraman. — Teatr ama- 
torski. — Na tym wieczorze jest pani Cezaryna de Caraman, 
porównanie jej z bratową. — Wieczór zakończony balem. — 
List z Warszawy 21 maja do matki. — Opis przyjęcia au- 
tora przez W. ks. Konstantego po powrocie z Paryża. — 
Autor jako kameijunkier dworu wezwany do służby dworskiej 
z powodu zapowiedzianego przyjazdu cesarzowej. 

Polski od śnierol Augusta II. do elekeyl Staslsława LeszezfA- 189-308 
sklefo podłóg korispondencfl w arehiwon aaglelskien przeekowywaRe). 



Digitized by 



Google 



Omyłki druku. 



stronica 1 w ósmym wierszu brak wyrazu: stopnia. 
„ 7 niesjsacowanego zamiast nieoszacowanego. 

„ 19 da zamiast du; a zam. ce. 

„ 22 € zam. ^. 

„ 23 rzeha zam. traeba. 

„ 24 zostałem zam. zastałem. 

„ 25 LubiewsJci zam. Lubienaki. 

„ 26 ie zam. ;8ra, es zam. ef, Girindesi zam. Girardin. 

„ 27 f/e« zam. ses. 

„ 30 ie>w zam. źe. 

„ 34 knrsach zam. kursach. 

„ 40 księżna de Yandemont zam. Yaudemont. 

„ 44 paysagów zam. peisazótc. 

„ 50 Za Jltf^re zam. ia Jfere. 

„ 53 Lady Aembermeere zam. Gumhermeere. 

„ 73 Chasełenny zam. Chaseteney. 

„ 75 Madame vous m'avez avec zam. Madame vous in^avez 
ecrit avec, 
79 wV zam. y. 

„ 81 d'esprit zam. Vesprit 

„ 93 Marullus zam. Marcellus, d'Esulignac zam. Polignac. 

„ 117 oris^y zam. toasty. 

„ 118 Goningów zam. Caningów. 

„ 119 panów zam. j^arrfw. 

„ 120 soletude zam. solitude. 

„ 144 esf zam. e^. 

„ 156 (2^ zam. cfu. 

„ 162 ^«m zam. ^ym. 

„ 188 6wf zam. gwi. 

Pomijamy inne pomyłki druku, które zwłaszcza w tekstach fran- 
cuskich znaleźć może czytelnik, gdyż sam je sprostuje. 



Digitized by V:rOOQlC 



Digitized by 



Google 



LISTY 




(1829-1864.) 



II. 

CZĘŚĆ PIŁRWSZA. 

(1830 - 1856.) 



i^A. 



WE LWOWIE. 
NAKŁADEM KSIĘGARNI GUBRYNOWICZ^A I SCHMIDTA. 

Z dnlMroi WMysławi Łozińskie;;o, Zarządca Włady«Uw J. Vi'eber 
Y ' 1894. 

i '» ' ^ ■ Digitizedby VjOOQIC 



Digitized by 



Google 



^' ■ ■ 



LISTY 

ANDRZEJA EDWARDA KOŹMIANA 



(1829—1864.) 
II. 



Digitized by V:rOOQlC 



w BIBLIOTECE POWIEŚCI 
podróży, pamiętników i opowiadań liistorycziiyeh 

wydanej nakładem 

KSIĘGARNI GUBRYNOWICZA I SCHMIDTA 

wyszły następujące dzieła: 



Ainsworth W., Crichton. 2 tomy. 
Kersezio W., Rina, romans włoski. 
Herthoud, Poświęcenie Icobiety. 
Brackel F., Nora. 

BulwerL., Rienzi, ostat. trybun rzymski. 
Bronikowski A. Powieści historyczne: 
Kazimierz Wielki i Estera Moina. 

— Jan III. Sobieski i dwór jego. 2 t. 
Caballero, Klemencya, pow. hiszp. 
Carcano J., Angioia Marya. 

Carlen F., Rok zamęicia. 

— Kapryśna kobieta. H t. 

— Bracia mleczni. 2 t. 

— Róża z Tistelenu. 2 t. 
Collins W , O zmroku. 

— Panna czy pani ? 
Conscience H., Talizman. 

Cooper J. F.. Ostatni Mohikanin. 2 t. 

— Pionierowie nad źródłami Suske- 
hany. 2 t. 

Dickens, Klub Pickwioka. 

Ebers G. Dr., Córka króla egipskiego. 

— Serapis. Romans histor. 2 tomy. 
Edwards A. B. Tysiąc mii na falach 

Nilu. 2 tomy. 
Enault K., Przeznaczenie. 
Feuillet O , Historya Paryżanki. 

— Hr. de Camors. 

GerstScker F.. Regulatorzy z Arkanzas. 
Goeranyons K., Synowie Barona. 
Gryzoń, Wojewodzie. 2 tomy. 
Hacklaender F., Burzyk, powieści z nad 

jeziora. 
Z hr. Łosiów baronowa M. Hagen. 

Z życia. Nowele. 
Horain. Z życia poety. Wspomnienia 

o Władysławie Syrokomli. 
J. Antoni Dr., Nowe opowiadania hist. 

Serya I. II. VI. VII. 

— Gawędy z przeszłości. 2 tomy. 
James H., Amerykanin. 2 tomy. 
Jokaj M., Złoty człowiek. 3 tomy. 

— Nowy dziedzic. 2 tomy. 

— Serce kamienne. 3 tomy. 

— Powieści pomniejsze. 

— Bielica liwoczańska. 2 tomy. 

— Biedni bogacze. 2 tomy. 
Kitowicz X. Opis obyczajów i zwycza- 
jów. 2 tomy. 

Kraszewski J. I., Na cmentarzu, na 
wulkanie. 

— Pan z Panów. 

— Złoto i Błoto, powieść 8 tomy. 
Kubala L.. Jerzy Ossoliński. 2 tomy. 



Księżniczka z IMinsterbergu , powieść 

bist. z XIV. wieku. 
Listy Jana III. króla polskiego do kró- 

lowv Kaziniiry w ciągu wyprawy 

pod Wiedeń r. 16aS.' 
Łoziński W., Nowe opowiadania J. M. Ć. 

Pana Narwoia. 
Niemcewicz J. N., Jan z Tenczyna. 
Pamiętniki Paska. 
Pieńkowski K., Powieści. 

— Pomyłka serca. 
Przyborowski W.. Rubin Wezyrski. 
Reade K , Kto chce kochać, cierpieć 

musi. 

Reade C. i Boucicault D., Skazaniec. 

Ridderstadt C. F., Czarna ręka. 

Sarnecki Zygm., Złote serce, powieść. 
3 tomy. 

Sas B., Mozaika. 2 tomy. 

Sass Paweł. Pamiętnik znaleziony. 2 to- 
my w jednym. 

Sawicki, Podróże po Hiszpanii. 

Scherr J., Charaktery osób historyozn. 

Scbwartz Z. M., Namiętności. 
~ Bratowe. 

— Dwaj bracia. 

— Dwie matki. 

— Korsykanka. 

— Na rozstajnych drogach. 

— Ofiara zemsty. 

— Pan z rodu i kobieta z gminu. 3 t. 

— Przygody mojego życia. 

— Przyszłość Gertrudy. 

— Wdowa i jej dzieci. 
Sędzimir, Księżniczka z gminu. 
Smitb F. J., Boleść i radość. 

— Straszna gospoda. 

Stanley H., Jak odszukałem Living- 

stona. 
Stinde, Rodzina Buchholców. 2 tomy. 
Szumski T., Zmierzchy i świty. 
Tarnowski Wł.. Archiwum Wróble- 

wieckie. 
Tatomir L.. Ferye alpejskie. 
Tretiak J., Pamiętnik Daniela. 
Wetberell F., Szeroki świat. 
Wilczyński A.. Opiekunowie wdowca. 

— Kłopoty starego komendanta. 

— Nowe fotografie społeczeństwa. 2 Ł. 
Wilkońska L, Powołanie. 
Wiśniowski S.. Powieści. 

Yonge, Dziedzic z Redclyffe. 2 tomy. 
Zacharjasiewicz J.. Teorya pana Filipa. 

— Jedna krew. 



Digitized by 



Google 



LISTY 






(1829—1864.) 



II. 

CZĘŚĆ PIERWSZA. 

(1830 - 1856.) 



M^. 



WE LW^OWIE. 
NAKŁADEM KSIĘGARNI GUBRYNOWICZA I SCHMIDTA. 

t Z drukarni Władysława Łozińskiego. Zarządca Władjslaw J. Weber. 

1894. 



Digitized by 



Google 



<Ji<^^.'■ C ^^^' *? 



HARYARO COLLEGE UBRARY 

BOUGHT FROM 

DUPLICATE MONEY 

DEC 12 1938 



Digitized by 



Google 



Po powrocie z zagranicy nie dJugo czekał Andrzej Ed. Ko- 
zmian na rozstrzygające a smutne dla nas wypadki. Wracając z Pio- 
trowic do Warszawy, dowiedział się na drodze o wybuchu rewolu- 
cyi 1830 r., a pomimo iż ojciec ją potępił, przystąpił do niej i 
wstąpił na początku do służby dyplomatycznej. Wysłany na spotka- 
nie ks. Mortemar, ambasadora francuskiego, spieszącego do Peters- 
burga, miał z nim długą a doniosłą rozmowę, podczas której padły 
pamiętne słowa; ze strony ajenta polskiego: Nou$ voulons tout ou 
rim a ze strony ambasadora francuskiego: Eh hien vou8 n^aurez rien^). 

Pierwsze chwile rewolucyi do dyktatury Chłopickiego opisał 
And. Ed. Koźmian w przytoczonych powyżej Wspomnieniach. Z owej 
epoki nie posiadamy jego listów. 

Po nieszczęsnem rozwiązaniu narodowego dramatu An. Ed. 
Koźmian, ulegając woli ojca, nie emigrował, lecz pozostał w kraju. 
Osiadł w majątku dziedzicznym Piotrowice w Królestwie Pol- 
skiem, w dawnem województwie lubelskiem położonem. 

Tu dzielił czas między obowiązkami rodzinnemi. gospodar- 
stwem, literaturą i wycieczkami do Warszawy, Galicyi lub za gra- 
nicę, nie przestając zachowywać rozlicznych stosunków światowych. 
Od tej też epoki zaczyna się zbiór Listów, jako dalszy ciąg Wspo- 
mnień. Musimy tu zrobió wybór, a chwile życia autora mniej zaj- 
mujące objąó krótką tylko wzmianką lub przytoczeniem jednego 
lub kilku zaledwie listów. 



^) Andrzej Edward Koźmian złożył o rozmowie z ambasadorem 
obszerny raport Eządowi Narodowemu, który był później druko- 
wany. Eaport odejmował wszelką nadzieję pomocy ze strony Francy!. 
Lelewel po przeczytaniu go, z najżywszą radością uściskał rękę Ko- 
źmiana i nie taił swojego zadowolenia. Koźmian zdziwiony, zapytał co 
to ma znaczyć, na co Lelewel odparł: „Pzecież ja im wciąż mówię, 
że tylko na własne siły liczyó trzeba". Zawsze to samo! (P. W.) 

IMj AndneJAKoMuA. T. U, 1 



Digitized by 



Google 



2 

Pierwsze lata po wielkim narodowym pogromie, smutne były 
dla wszystkich. Zbyt świeże były straty i zawiedzione nadzieje. Go- 
ryczą przepełnione były te czasy wśród śladów i skutków klęsk 
świeżych, w rozłączeniu z najbliższymi duchem i przekonaniami, 
a snuły się pod terroryzmem zwycięskiej potęgi. Pierwsze lata po- 
rewolucyjne przepędził Andrzej Ed. Koźmian z rodzicami na wsi, 
w Piotrowicach. Pierwszy ślad wyjazdu do Warszawy znajdujemy 
w następującym liście, w którym odzwierciedlają się ponure usposo- 
bienia chwili i czuó się dają smutne porewolucyjne czasy. 



9. Listopada 1833. Warszawa, 
Jeszcze nie mam paszportu^). Od tygodnia blisko ten ieden 
tylko zatrzymuie mnie tu interes i dręczy niespokoynością i nudą. 
Przedstawienie przychylne poszło od Jenerała-Gubernatora do Xcia 
Namiestnika, lecz ztamtąd leszcze zatwierdzenie nie wyszło. Móy 
opiekun zaspakaia mnie i obiecuie, że dziś lub iutro cała rzecz uła- 
twioną zostanie. Chcąc dopełnić obowiązków przystoyności, dziś 
będę przedstawiony Jwi Gubernatorowi przez pana Stanisława Gra- 
bowskiego, mam do niego iechać o 2giej, a więc przed odeyściem 
poczty słowo o wizycie moiey dodam. Jeżeli będę mógł się prezen- 
tować X. Namiestnikowi, uczynię to. Nie łatwo tu idą, a szczegól- 
niey nie prędko paszportowe interesa. Ja czy móy do wtorku uła- 
twię lub nie, we wtorek wyieżdżam ; ieżeli nie z paszportem, to 
przynaymniey z zapewnieniem, że go dostanę, lub też z wyiaśnie- 
niem skutku moiey prośby. Opiekun móy nie opuści mnie, daie on 
mnie tyłe dowodów uprzeymości, że mogę na iego słowie polegać. 
Skoro tylko wrócę, będzie trzeba, ażeby Papcio starał się zaraz przez 
listy o paszporta dla siebie, bo opóźnienie w podaniu prośby mogło 
by aż za Nowy Eok przeciągnąć oczekiwane odpowiedzi. Nieszczę- 
ściem moiem iest, że moie podanie nie wyszło z Lublina wtenczas 
kiedy wyjść miało. Cały tydzień stracony! Ile kosztu, ile nudów! 
przez ten tydzień. Dotąd iuż b3'łbym wiedział o skutku moiey prośby. 
Ze ten pomyślny będzie, spodziewać mi się każą i spodziewam się, 
ale zupełnie spokoynym być nie mogę. Jeżeliby się nadzielą nie 
ziściła, co pocznę nieszczęśliwy! Gubię się w smutnych przewidy- 
waniach i żałuię, żem i siebie i was i biedną Teonię na tyle wy- 



*) Paszport do Gralicyi, dokąd autor udawał się, aby odwiedzić 
swoich krewnych Skrzyńskich, oraz w zamiarze zaślubienia kuzynki 
Teofili Skrzyńskiej (P. W.) 



Digitized by 



Google 



3 

stawił niespokoyności, obawy, udręczeń. W Bogu nadzieja, że nas 
nie opuści J'ai confiance dans mon Ange. Dieu ne Tabandonnera 
pas. Sprawunki pokończyłem dzięki Niebu! Krawiec móy aż do- 
piero dzisiaj gotów będzie. Jutro rano wyprawiam do Lublina nowo 
przyiętego stangreta, pakę ze zwierciadłem jenerała^ paczkę ze szkłem 
i drugą z kapeluszami i czapkami. Staną oni u Bieczyńskich we 
wtorek na noc, lub we środę w południe, we środę więc trzeba fiirę 
po te rzeczy i po stangreta posłać. Stangreta iuż byłem przyiął 
innego, tamten był ogromny i przystoyny, lecz drogi i zgodziwszy 
się nie wrócił więeey; ten trochę niski, bo wzrostu Dzadzkow- 
skiego, chudy i iaiiś blady, niezdrowy, nie wiem czy utrzyma cztery 
konie, ale taki iuż był potrzebny do skompletowania mego dworu 
pięknego, z czego Mamdzia będzie bardzo kontenta. Ma zaświadcze- 
nia bardzo dobre, służył przez lat jed/naście u W. Xięcla, musi 
więc znać służbę i porządek. Eeyner wtorkowym dyliżansem wy- 
ieżdża, przy pomocy moiey otrzymał to czego żądał, udawałem się 
za nim do Kuczkowskiego. W poniedziałek spodziewam się Badliń- 
skiego, zabiorę go więc z sobą. O paszport ienerała*) dowiadywa- 
łem się, kazano mi ieszcze raz wrócić, podobno zapytanie poszło za 
granicę. Może się nie obeydzie bez późnieyszego przybycifit tu Jene- 
rała. Henryk Łubieński tak zawsze zatrudniony, że trudno na se- 
kundę go złapać dla rozmówienia się. X. Tadeusz wyiechał bez powrotu 
podobno. Widziałem wiele znaiomych, lecz mało gdzie bywam, 
parę wieczorów spędziłem u X. Teresy, kilka u siebie, nayczęściey 
iestem u Łaskich, u Fredry czasem bywam z rana. Wyieżdża do 
Petersburga, szuka tylko tego, czego nigdy nie ma, aby wyiechać. 
Jest on dla mnie przyiacielski, ale mało może, mniey chce módz. 
Tymowski mnie się nie wyparł, ale on niczyiego nie podeymuie się 
interesu. Onegday przebyłem wieczór u P. Masson, w którego domu 
widzę obraz szczęścia domowego. On równie iest przyierany comme 
^ocióte, iak gotowy do wspierania iako dawny znaiomy; w nim 
ufność i nadzieia. P. Grabowski zawsze uprzeymy i ona także 
bardzo, byłem i u nich iednego wieczoru. Od czasu iak nie mam 
tylko ieden interes, czas zabiiać się staram, ale niegodziwy, żyie 
aby mnie nudzić. Okropnie nudno, tęskno do was, do Teoni, do 
mego przyszłego szczęścia, a przytem dręczy mnie Wołyń, interesa 
piotrowickie, browar, sagi, wszystko mi dokucza, trapi, spleen mnie 
napada. Boże co się to stało ze nmą. Do Teoni dziś piszę. Już iest 
pewnie w Dobrzechowie, wygląda mnie, a może nie prędko, może 



') Franciszka Morawskiego (P. W.) 



Digitized by 



Google 



nigdy mnie nie doyrzy. Pisałem do Paryża do nieszczęśliwey matki, 
której list przyłączam. O, bardzo a niezmiernie żal mi iey córki. 
Cetait une amie sur laąuelle je pouyais compter. Wszystko smutne 
wszędzie smutno. 

Pan Berowski bywa u mnie, ponowił usiłowania, Bóg by dał, 
aby się powiodły. Jest tu także Zyrzyński, musiałem biegaó, pisaó 
za nim, nie wiem czy mole prośby co potrafią. Mówiłem mu o po- 
dróży na Wołyó, nie odmawia, fiozpisałem się dzisiay, to was o mo- 
iem zdrowie zaspokoić powinno, zdrów teraz iestem. Adieu moi^ 
naydroższe istoty i ty kochany jenerale. Uprzeymości p. Berowskiey 
i Pannie Hofmann. Spodziewaycie się mnie koło piątku, choóby na- 
wet z paszportem, kiedyż wybrałbym się do Galicyi, kiedyż byłbym 
z Teosią. 

Co za szkoda, że kazaliśmy malowaó Bafaelowi Lubelskiemu 
pokoie Teosi, są tu obicia bardzo ładne i nie drogie. 

Wracam od jenerała gubernatora, który o 2 czekał na nas, 
lecz winą stangreta P. Grabowskiego spóźniliśmy się i iuż go nie 
zastali. Preecież wie, że miałem bydź, i będzie wiedz ał że byłem. 

Z Henryk em Łubieńskim dopiero co widziałem się, iutro ma mi 
dadź znaó co się z paszportem Jenerała dzicie, nie iest on zdania, 
iż będzie potrzebna bytność Jenerała, myśli, że paszport będzie, 
ale kiedy, gwiazdy wiedzą. 

Po tym liście znajdujemy następny z Dobrzeckowa, majątku 
państwa Ksawerów Skrzyńskich, położonego w Galicyi w Jasielskiem. 
Jest to list donoszący rodzicom, iż rodzice panny Teofili Skrzyń- 
skiej zezwolili na jej związek małżeński z autorem Listów, spo- 
krewnionym zresztą ze swoją naraeczoną. List ten przedsbiwia 
w jasnem świetle ówczesny obyczaj szlachecki i uczucia jakiemi 
wtedy jeszcze ożywionera było społeczeństwo szlacheckie. 

29 Stycznia 1833. Dobrzechów. 

Bóg dobry, ia szczęśliwy, Teosia moia. Wyrzucam sobie teraz 
iak występek iaki, moje złe przeczucia i fałszywe przewidywania. 
Niewdzięczny byłem przed czasem i ludziom i niebu, dziś składam 
mu dzięki, choó wiem, że nie sobie winien będę szczęście, które 
mnie czeka, ale westchnieniom matki i cnotom Maryni, które i na 
tey ziemi nadgrodQ znaleśdź muszą, w uiszczeniu ich życzeń ma- 
cierzyńskich. Nadspodziewanie szczęśliwy obrót, rzeczy wzięły. Serce 
mole pełne szczęścia i radości, weselę się i moiem i waszem we- 



Digitized by 



Google 



selem. Ani Marynia*), ani Teonia, a tern mniey ia spcdziowałem 
8iQ, ftżeby tak mało cierni, na ścieszce do róży było, nie mniey 
iednak drogą, droższą nawet ieszcze będzie ta róża. Pan Xawery 
postąpił sobie iak człowiek, pełen uczciwości i rozsądku, iak oyciec 
czuły, słowera nigdzie bym więcey uprzeymości, i przychylności 
nie mógł znaleśdź; — ani ia, ani nawet wy. — Zwyczaiem moim 
historycznie opowiem wam dni moiey radości, &żeby każde uczucie 
nasze i w waszem odbiło się sercu. Pisałem do was w przeszły pią- 
tek ; Piątek i Soboty połowa przeszły w obawie o was, bom wiado- 
mości z Polski żadney ieszcze nie był odebrał. W sobotę siedzie- 
liśmy u stołu, gdy drzwi się otworzyły i wszedł iakiś czerwony 
opalony wiatrem, chociaż tęgiey miny młodzian, przez chwilę 
wszyscyśmy się mu przypatrywali, nakoniec ia zawołałem Oleś. 
Był to Oleś*), rzuciliśmy się do niego, w mgnieniu oka, sto pytań 
uczynili, on każdą odpowiedzią nas pocieszył, ale długo i z mrozu 
i ze wzruszenia odpowiadać nie mógł. Listy wasze rozradowały na- 
sze dusze; moia zadrżała szczęściem gdym przeczytał wyrazy, 
tak szczerą, tak czułą miłością dla Teoni brzmiące Przyznaycie, że 
ią równie iak mnie kochacie; przyznaycie bo ia nie będę zazdro- 
sny, owszem będę szczęśliwy. Odczytaliśmy wszyscy, wszystkie wa- 
sze pisma, kopię listu znaleźliśmy zupełnie taką, iakiey potrzeba 
było, ułożyłem się przeto z Marynią, że przygotuie pana Xawerego 
do przyięcia tego listu, i oświadczenia moiego. Gdy tak iak żołnie- 
rze gotowaliśmy się do boju śmiertelnego; nadiechał pan Spaventi 
a za nim Ignacy^; był to więc dzień wypadków i przyiazdu. 
Tego samego ieszcze wieczora, Marynia upatrzywszy chwile, we- 
stchnąwszy serdecznie, drżąca iak listek, z listem któryście do 
niey napisali, poszła do pokoiu mężowskiego. Wystawcie sobie, co 
w duszy działo się przez ten czas. Eozmawiałem ze Spayentim; 
ale co myślałem, co czułem. Rozmowa długo trwała, zniecierpli- 
wiona Marynia mała *) pobiegła i wróciła wkrótce z zasmuconą 
twarzyczką i z doniesieniem, że wielka burza w pokoiu oycowskim 
powstała. Ja zadrżałem, łzy z oczu niebieskich Teoni puściły się. 
Marynia mała znowu pobiegła i wróciła zaraz z weselszemi oczyma 



^) Marya z Bobrownickich Ksawerowa Skrzyńska, siostra cio- 
teczna autora (P. W.) 

*) Aleksander Koźmian, brat stryjeczny autora (P. W.) 

') Ignacy Skrzyński, brat stryjeczny Teofili, syn Wincentego, pó- 
źniej poseł na sejm. (P. W.) 

*) Marya Skrzyńska, siostra Teofili, później żona Ignacego Skrzyń- 
skiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



6 

bo te słowa usłyszała „ia nie mam nic przecim temu, ale nie spo- 
dziewałem się, żeby to tak nagle było". Wkrótce i matka nadeszła, 
z uśmiechem na twarzy, z weyrzeniem pociechy i radości. Baport 
pierwszy naszey kochaney małey dyplomatki był fałszywy, nie 
było żadney burzy, owszem powiedziano, że przeszkody nie chce 
żadney stawiać, że nie myślał abym żądał tak prędko odpowiedzi, 
lecz że list i oświadczenie moie przyimie. Ucieszycie się przeczy- 
tawszy te słowa, iakem ia się ucieszył gdym ie usłys2Jał. Słowa 
te to samo znaczyły, co bądź szczęśliwy i rodzice twoi niech szczę- 
śliwi będą; przyiąłem ie do duszy, tak iak się przyimuie święto- 
ści, z wdzięcznością, z uszanowaniem, z weselem. Ułożyłem się 
przeto z Marynią, że na drugi dzień rano list oddam, a ten dzień 
radości, wśród marzeń i uniesień weselnych dokończyliśmy. Ten 
dzień drugi był niedzielą, a więc kościół, przybycie pani Andrze- 
iowey odwlekły do wieczora chwilę stanowczą. Lecz już w ciągu 
dnia wzmocniły się nadzielę pomyślne. Pan Xawery pierwszy Spa- 
ventemu ') o nadeyściu Kstu wspomniał. „Wie pan co, może co bę- 
dzie, powiedział, nadeszły iakieś depesze do mnie", a poczciwy Spa- 
venti przychylne o mnie rzekł zdanie, i gdy mu p. Xawery mówił 
^ale czemuż to tak nagle" on odpowiedział, iż doktór radzi ażeby 
na długo dokończenia tego rodzaiu układów nie odwlekać, gdyż 
tęsknota, smutek, miłość nawet może zdrowiu młodych osób szko- 
dzić. I pani Andrzejewa znalazła sposobność w ciągu dnia prze- 
mówienia za mną, i równie wtedy łaskawie wspomniał o nadeszłym 
liście P. Xawery, dodaiąc, ale czemuż go nie oddalą. Wieczorem więc 
prowadzony przez Marynię, westchnąwszy do nieba i do matki, 
pomyślawszy o was, wszedłem do pokoiu p. Skrzyńskiego gdzie 
uprzedzony przez żonę, czekał na mnie ; ażeby w pamięci zachować 
rozmowę, która los móy postanowiła, opowiem ią wam dosłownie, 
a więc ta część listu, będzie iak Nainusia listy dyalogiem, Nainu- 
sia który byłby z łez radosnych oczy teraz stracił. P. Xawery, 
Na faieczkę pan przychodzisz". Ja. „Mam do oddania list od moich 
rodziców". P. X ia leszcze odpis winien, ale kiedyż nadszedł ten 
list, przez pocztę, czy przez tego pana. Ja. Oleś go przywiózł, a ia 
do niego wiele leszcze mam dodadź; chciałbym wytłómaczyć się 
panu, z uczuć i życzeń moich, tak otwarcie iak się iuż Maryni 
wytiumaczyłem. P. X A to dobrze, ia nic nie mam przeciw temu 
ale trzeba się serca zapytać. Ja, Czuię, ja sam, iż nie dość ie&zcze 
dałem się poznać, nie mogę więc żądać stanowczey odpowiedzi, ale 



*) Lekarz i przyjaciel domu Skrzyńskich. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



proszę o pozwolenie starania się o pana przychylność. Wiem ia, 
iż oyciec w podobnych okolicznościach, wiele ma zapytań do uczy- 
nienia, tak ia, iak móy oyciec gotowiśmy odpowiedzieć na każde. 
P. X Niema żadnych zapytań do czynienia, idzie tylko o to, żeby 
trafić do serca panny, reszta będzie iak Bóg dał. Ja. Teosia odwo- 
łuie się' we wszystkiem do oyca. P. X Ale cóż ia mogę mieć 
przeciw temu; widząc osobę, nie mogę iak tylko bydź za nią; 
trzeba się tylko panny Teofili zapytać, ona leszcze młoda, bardzo 
poymuię, żeś się iey podobał, ale trzeba wiedzieć czy to długo 
trwać będzie, czy się nie odmieni. Marynia. Będą też mieli czas 
leszcze do wypróbowania się. Ja Niech rodzice zechcą ią zapytać 
im powinna tak odpowiedzieć iakby Bogu odpowiadała. P. X Już 
to matka naylepiey to wybada; przyznaię żem się nie spodziewał 
żeby się to tak nagle zrobiło, i rodzice pana Andrzeia i ia po raz 
pierwszy znaiduiem się w takich okolicznościach, trzeba z rozwagą 
postępować, gdzie idzie o tak stanowczy krok. Ja. Bardzo poymuię 
tę troskliwość oyca, sam żądam czasu próby, chce ażeby rodzice 
powierzając mi szczęście córki pewni byli, że szczęśliwą będzie. 
Co do mnie, nie iestem iuż tak młody, wielem myślał nim przy- 
stąpiłem do tego kroku; i mogę ręczyć za moie przywiązanie, 
zresztą wierzę przeczuciom rodzicielskim, a w tym iedynie zwią- 
zku rodzice moi szczęście moip upatruią, wierzę nakoniec przezna- 
czeniu, a tak wszystko układało się, iż zdaie mi się, iż prowa- 
dzony iestem przeznaczeiiiem. P. X Tak to mówią, że żona to 
przeznaczona: i ia tego po sobie doświadczyłem, kiedym z moią 
się połączył, nie znaiąc się dawniey, z innego kraiu. Ja I szczęście 
pan znalazłeś, przekonany iestem, że córka Maryni szczęśliwym 
musi uczynić; moi rodzice tak iak ia myślą i Teosię równie iak 
mnie iuż kochaią. P. X Ale może ią popsuli. Ja Nie da się ona 
łatwo zepsuć. Niech więc pan pozwoli, ażebym raz leszcze moie 
zapytanie powtórzył; P. X Ale cóż ia mogę mieć przeciw temu, 
dawniey to brano dwoie młodych ludzi, i żeniono ich, choć się nie 
znali, czasem dobrze trafiono, ale częściey źle; teraz trzeba się 
skłonności radzić. Oyciec nie może, iak tylko serca córki pytać. 
Marynia tu powstała i ściskaiąc męża rzekła, niech ci podziękuię 
kochany Xawery, za twoie przywiązanie oycowskie, za to że nie 
odrzucasz Jędrusia. P. Xawery uścisnął ią czule i rzekł; ale 
iakże można było myśleć, żebym ia odrzucił. Doświadczyłem ia 
wiele uprzeymości od oyca i pana Andrzeia, bardzom szczęśliwy, 
że mogę mu wywdzięczyć się. Marynia do mnie. Wiesz 
iuż teraz to co chciałeś wiedzieć ; widzisz, że Xawery nie sprzeciwia 



Digitized by 



Google 



8 

się. Tu mu podziękowałem i w moiem i w waszem imieniu ; 
i gdym wychodził rzekł do mnie : Pomówimy ieszcze o tem. Wy- 
szedłem od niego z radością iaką sobie wyobrażacie, ale i z przy- 
wiązaniem i z wdzięcznością, dla niego, którą łatwo poymiecie po- 
kochałem go iuż iak oyca Teosi, iak mego drugiego oyca ; bo zapytuię 
was, czyli oyciec nayczulszy i naywięcey dziecięciu czułości . okazu- 
iący, ściskaiący ie i całuiący ie co minuta, mógłby dadź lepsze do- 
wody przywiązania prawdziwego i rozsądnego, zapytuię, czyli szla- 
chetniey i przyzwoiciey na zapytania moje można było odpowiedzieć ? 
Trzeba zawsze wierzyć Mamdzi, która zawsze mówiła, że pan Xa- 
wery zacne i szlachetne ma serce. Nie będę wam opisywał radości 
naszey, przyiemności dnia wczorayszego, wszyscyśmy szczęśliwi, 
pani Andrzeiowa dzieli z nami nasze szczęścia, Spayenti cieszy się; 
Oleszko skacze do góry; Ignacy nawet któremu wyiawiłem nadzieię 
połączenia się z nim związkami familiynemi, przyiażnie przyiął 
moie oświadczenie, iest to dobry, poczciwy, młody człowiek, lecz 
na którego dotąd dyplomatka oboiętnie patrzy, nawet rączką od- 
pycha, ale ia utrzymuię, że coraz słabiey, i że nakoniec ręka 
się zmęczy, opuści się, a on ią uchwyci, niech ią uchwyci, ieżeli 
ią ma szczęśliwą uczynić. Moie naydroższe istoty wy szczęśliwe 
będziecie z listu tego, a wiecie ile ia szczęśliwy ! Nie pytaycie 
czy kocham, czy kocham się; trzeba nie kochać się, bo trzeba ró- 
wnie widzieć dobre, iak niedobre, trzeba mieć oczy i dla widzenia 
i przymiotów i niedoskonałości, trzeba mieć usta i dla chwalenia, 
wielbienia i dla poprawiania, łaiania nawet czasem. O dalszych 
układach, nic wam dziś pisać nie będę; zależą one od podróży 
Maryni, od tego co mi ieszcze p. Xawery powie, myślę przecież, 
że za rok iuż moią, iuż naszą będzie Toonia. Pewny iestem, że 
wszystko uczynicie dla mnie, o co was w imieniu szczęścia mego, 
prosić będę, że w ciągu lata, gdyby tego była potrzeba, wybrali- 
byście się do Dobrzechowa, dla odwiedzenia p. Xawerego i rozmó- 
wienia się z nim ostatecznie. Marynia zawsze trwa w zamiarze ie- 
chania do Wiednia; ia bardzo tego pragnę, ale bym iuż nie pra- 
gnął, gdyby to miało przyiśdź z wielką przykrością oyca Teosi. 
Choć mnie tu kochaią, i ia kocham bardzo, niezmiernie, choć mnie 
tu wstrzymuią, choć mi urlop przedłużyliście przecież ia go 
sobie zbyt nie przedłużę, i myślę, że koło 8, lub 10 będę iuż 
2 wami, bo wołaią interesa, a dziś o interesach więcey niż kiedy- 
kolwiek myśleć trzeba. Na tey drodze szczęścia moim Aniołem 
przewodnikiem, opiekunem, była kochana Marynia; choć się ia 
iuż podobno nie doczekam odpowiedzi na ten list; wy napiszcie 



Digitized by 



Google 



zaraz albo do samey Maryni, albo do oboyga. ale raoże lepiej do 
samej list taki, któryby był dla obojga i z którego pan Xawery 
byłby kontent; wart tego, iak sami si(j przekonacie. Oleszko 
w wielkich tu łaskach u niego; gra z nim w billard, pali z nim 
w iego pokoiu faykę, którey łaski, ani ia, ani Ignacy nie dostę- 
puiemy, iako może przyszli zięciowie. 



Z późnieyszego roku przytoczymy list opisuiący dożynki wGa- 
licyi i spotkanie z Polem. 

15 Września 1839, Dcbrzechów. 
List dzisieyszy, będzie podobno przedostatnim, naydrożsi rodzice. 
Od dziś za tygodni 2, imieniny Śpiocha Michałka, to iest dzień 
śgo Michała, a Staś*) zawsze tu powtarza, że do śgo Michała zaba- 
wimy w Dobrzechowie. W przyszłą niedzielę napiszę, kiedy konie 
maią po waszego wnuka przybydź do Krzeszowa. Ten wnuk wasz 
zdrów, dobrze wygląda i bardzo wygrzeczniony. Widzę z listów 
waszych, że wam tęskno do niego, nie będę więc zwlekał chwili 
w którey się rzuci wam na szyię. Dzięki Bogu, dzięki wam, że 
Marynia *) zdrowa, rumiana, i coraz rozumnieysza. Jakże ia iey 
wdzięczny za iey miłość dla moiego portretu. Czuię, że i teraz 
i późniey bardzo będziemy się wzaiemnie kochać. W imieniu Te- 
oni — Mamy, w imieniu własnem, Papci ręce ściskam, i dziękuię 
i przepraszam za gospodarstwo. Nie kłopoczeie się ani szafarką, 
ani deszczem, ani fabrykami. W gospodarstwie wiele dobrego, 
kiedy nic bardzo złego niema. Ten tydzień, piękny, pogodny, wy- 
nadgrodził nam za słoty przeszło tygodniowe. Zbiór więc skończy 
się, siać parową machiną będziecie, i iestem pewny, że wróciwszy 
zastanę wszędzie w gospodarstwie ślady moiey niebytności, to iest 
wszystko sprężyściey i porządniey urządzone iak przy mnie. 
Ale mnie chodzi mniey ó to, iak o zdrowie twoie drogi oycze ! 
powtarzam więc modlitwy moie do ciebie, ażebyś się nie męczył, 
i nie gniewał, ani na ludzi, ani na powietrze. Prawda, że niezno- 
śny był zaprzeszły tydzień, ale za to ostatnie dni ośm, iakież cie- 
płe ! iakież pogodne ! Korzystaiąc z nich podróżowaliśmy i po lą- 
dzie i po wodach. Chcecie wiedzieć, gdzie i iak? słuchaycie co- 
dzienney gazety doniesienia. 



1) Syn autora. (P. W.) 

*) Marya Koźmianówna, córka autora, dziś Romanowa Micha- 



łowska (P. W.) 



Digitized by 



Google 



10 

Niedziela. Po wyprawieniu listu do was, Kościół, msza, liczno 
zgromadzenie sąsiedztwa, na obiedzie w Dobrzechowie p. Szymo- 
nowa z swoiem gronem. Po obiedzie wizyta księcia Jabłonowskiego, 
i wizyta gromad Ignacego i naszey; to iest, okrężne obrzynki po 
dług nas, wienczowiny po tuteyszemu. Inne tu iak u nas zwyczaie 
od oyców przekazane panuią, i tuteysze okrężne więcey malowni- 
cze, iak lubelskie. Szkoda, że go śpiewak Zieraiaństwa nie widział 
i że go nie śpiewał. Tutay iedzie przodem kilku młodych parobków 
na koniach, z rózgami takiemi iakich u nas na weselach uźywaią, 
za niemi toczy się wóz tryumfalny. Wóz tryumfu odniesionego na 
polu żniw, w środku wozu wznosi się ogromny wieniec, w kształcie 
korony królewskiey, wysokości snopka, iest on przystroiony w iaia, 
w iabłka, w kurczęta żywe, otaczaią go cztery dziewice i czterech 
parobków, na przodku siedzi skrzypek i cymbalista. Z konia po- 
wozi dorodny parobek, za wozem postępuie gromada, muzyka gra, 
Dziewice śpiewaią. Czy nie piękny obraz, czy ten obraz nie przy- 
pomina les Moissoneurs Leopolda Roberta, i czyli iak tam na wozie 
rolniczym poznaó można następców owych Ezymian, którzy kró- 
lów w więzach za wozami tryumfalnemi wiedli, czyli tu po tym 
tryumfie wieyskim, nie przypomniałbyś sobie wiazdu do stolicy 
Żółkiewskiego lub Czarnieckiego. Wóz ten na dziedziniec wie- 
chawszy, z głośnym śpiewem i trzaskiem z biczów, w pędzie ga- 
lopu objeżdża kilkakrotnie koło dziedzińcowe; zatrzymuią się potem 
przed państwem, składaią wieniec i dary wieyskie. Parobcy, wo- 
źnica, muzyka, dostaie nadgrodę w pieniądzach. Dziewczyny i pie- 
niądze i wstążki z rąk pani. Następuią tańce, toasty, poczem gro- 
mada dostaie leszcze podarunek, z kilku garncy wódki i idzie na 
wieś pió i skakaó. Takiem iest okrężne tut<^ysze. Myśmy przygoto- 
wani na nie nie byli, przyleliśmy więc tylko wieniec z Wysokicy 
małym odwdzięczyliśmy się datkiem, a na dziś zaprosiliśmy nasz 
lud na Wienczowiny. Teonia nakupiła wstążek, ia przygotowałem cwan- 
cygiery i wódkę. Czemuście Stasia przoszłey niedzieli nie widzieli, 
z iaką godnością witał wszystkich, z iaką powagą powitania przyy- 
mował. Po odbytych wienczowinach gromad Ignacego, p. Szymo- 
nowa odiechała, a my zabawiali się skromnym ćwikiem. 

Poniedziałek. Bano odwiedziłem pieszo Wysoką^ pociągnęła się 
za mną i Teosia i Marynia i Staś i Amelcia i Seweryś. Staś go- 
spodarował na Wysokiey, różne powydawał rozkazy. Zaczynam go 
podglądaó, czy nie zechce mnie wziąść w kuratelę. Odebrawszy od 



*) Wieś, należąca do Dobrzechowa. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



11 

Tadeusza Skrzyńskiego list bardzo uprzejmy, że nas czeka, że cieszy się 
na nasze przybycie, złożyliśmy naradę czyli zaraz na drugi dzień 
iechać, iakeśmy to Tadeuszowi obiecali, czyli Wtorek ciotuni z Ko- 
złówka poświęcić, u którey ieszcze dotąd nie byliśmy. Większość 
głosów postanowiła, że we Środę do Zagórzan poiedziem, we Wto- 
rek więc lOgo byliśmy na obiedzie w Kozłówku, wszyscy wy- 
lawszy Ignacego i p. Skrzyńskiego był także i pan Stanisław, 
który w wielkich iest łaskach u Babuni z Kozłówka. Sołtys pocz- 
ciwy którego na pocztę wysłałem, domyślaiąc się niecierpliwości 
z iaką powrotu iego oczekiwałam, przyniósł mi do Kozłówka wasze 
kochane listy z Igo września które mnie zaspokoiły ; o was i o Ma- 
rynię, a które od dni 4 spóźniły się. Weselszy więc wróciłem do 
Dobrzechowa, gdzie wieczorem poczyniliśmy potrzebne przygotowa- 
nia do naszey podróży familiyno- malowniczo -literackiey. Przed 
wieczerzą przybył pan Łętowski zięó pani Zakliczyney, zacny i do- 
bry człowiek; Polak z czasów dawnych, u którego na ustach to co 
w krwi, a którego iak ubiór tak i czucia polskie. 

11 Środa, Zbudziłem towarzyszów moiey podróży to iest Te- 
onię, Marynię i Sewercia o 5 zrana. Ledwie o 9 ruszyliśmy dwoma 
poiazdami o dwie mile przeprzęgłszy konie, zatrzymaliśmy się nieco 
w Jaśle i odwiedziliśmy doktora Kdnigsberga. Czas był cudowny, 
droga dobra, kray prześliczny, więc wesoło podróżowaliśmy i koło 
6tey stanęliśmy w Zagórzanach. Cóż to za wspaniały ogród, ta cała 
okolica od Jasła do Zagórzan. Jedzie się wesołemi brzegami rzeki 
Ropy, blisko wznoszą się góry okryte osadami, za niemi pasma 
gór smutnych, posępnych odzianych lasami iodłowemi, za któremi 
pokazuią we mgle głowy, naydalsi strażnicy dawney Polski, Tatry 
i Karpaty. Zagórzany bardzo piękne widokami i zamkiem Lancego, 
który iuż zewnątrz skończony. Pod względem architektury, sztuki, 
iest to prześliczny budynek. Kwadrat którego boki każdy inny 
przedstawia obraz. Ale wewnętrzny roskład niewygodny, czyli ra- 
czey nie dośó wygodny na taki gmach. Z radością nieobłudną 
powitano nas w Zagórzanach; zastaliśmy tam p. Stadnicką, siostrę 
radzcy stanu Badeniego, przybyła wkrótce p. Kreiskapitanowa 
Jasielska. Domowe towarzystwo liczne; bo gdzie dzieci tam i gu 
wemerzy i guwernantki. Kremer dawny nauczyciel Władysia syna 
Tadeusza, a który teraz mieszka w Krakowie iest iego duszą. Jest 
to młody ieszcze człowiek, niepospolitych zdolności. Wielo myśli, 
wiele umie; i wiele mówi. 

Na drugi dzień Czwartek, obeszliśmy rano wszystkie zakątki 
gmachu; szkółki drzew, kwiatów, zakłady ogrodnicze, wyborne 



Digitized by 



Google 



owoce w Zagórzanach, wszystkie sprowadzane z Prancyi i z Nie- 
miec. Ananasy, figi, śliwki doskonałe, którycł^ używaliśmy do sy- 
tości. Towarzystwo nasze powiijkszyło si(j przybyciem pana Kreis- 
kapitana któremu moią czołobitność złożyłem, iako nowy podko- 
mendny i pani Trzecieskiey; która iest la belle Helenę du pays, 
et la rivale du Mindzius au bal de Jasło. Wtem dowiaduię się 
że w Luźny w iedney ze wsi Tadeusza mieszka proboszcz który 
zbiera stare książki i który część zbiorów swoich ofiarował Janowi 
Tarnowskiemu. Czem prędzey wyprawiaią kuriera po liędza^ czekam 
na iego powrót z bieiem serca. Wraca kurier, bez xiędza, dopiero 
na dzień następny obiecał się. Zamiast więc rano wyiechać, cze- 
kamy w Piątek do lltey na przybycie proboszcza i starych książek 
przybywa i przybywała, rzucam się na nie, wybieram te których 
nie mam ; poczciwy proboszcz oddziela te, które Tarnowskiemu 
obiecał, inne mnie ofiarnie. Nie wiele ich bo tylko 7, ale kilka 
bardzo rzadkich. Lecz od tych książek lepsza zabrana znajomość, 
bo poczciwy xiądz Nowakowski, obiecał mi więcoy ieszcze dostar- 
czyć i podiął się bydź moim bibliotecznym ajentem w tamtych 
stronach. W tern przyieżdża Pol, którego spodziewałem się zastać 
w Zagórzanach, który czekał na nas we Wtorek, lecz żeśmy o dzień 
przybycie odwlekli, wyiechał był w sąsiedztwo. Pol (brat stryieczny 
p. Berowskiey) iest Bard galicyiski, on to wydał pieśni Janusza, 
gdzie wiele talentu Berengerowskiego okazał. 1 w istocie wielką 
ma łatwość rymowania i talent właściwy sobie a co lepszego po- 
czciwą polską duszę. Ci co go znaią bardzo go chwalą i lubią. 
Osiada on o ćwierć mili od Zagórzan, Tadeuszowie miłego w nim 
będą mieli sąsiada. 

Po zabraney znaiomości, zażądaliśmy aby nam co przeczytał, 
czytał więc małą powieść, w którey wystawił obyczaie narodowe, 
z początku panowania Stanisława Augusta i dwór Pana Kochanku. 
Wyborny obraz prawdziwie narodowy, czuie się, że iest wierny 
i rzetelny. Młody poeta tak się wpatrzył w dawne czasy, że zna ie, 
iak gdyby w nich żył. Jeździł on po całej Polsce...') 



Przytłaczamy tu listy z 1842, opisujące pobyt we Lwowie. 

18 września w Niedzielą, w Dóbreechowie 1842. 
Przez bryczkę, która wywiozła Ewę z raju, to jest Niedźwiedzkę 
z Dobrzechowa, odesłał mi Szmaja listy wasze z poczty, te, które 



^) Koniec tego listu zagubiony. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



13 

dziś dopiero popołudniu odebrać miałem, to jest te, któreście 
we środę wyprawili. Z przeszłego zaś tygodnia niedzielne z rapor- 
tem gdzieś zaginęły, to jest i list Alberta O z roztargnieniem pod- 
pisany i przy nim wasze. To, co dziś piszę, prześlę wam ze Lwo- 
wa. Ponieważ Teonia*) zdrowsza, jutro rano jadę, ale dziś za- 
cząłem mój list, bo mi najmilej z wami rozmawiać. Wczoraj 
z Włodzikowskim chodziliśmy z wyżłami na przepiórki, a ubiwszy 
kilka sztuk na pieczyste dla Teosi, wróciliśmy na obiad, na który 
niecierpliwie Gołuski wyglądał. Na wieczór, na herbatę, przyje- 
chał proboszcz, skończyliśmy posiedzenie partyą wiska. Dziś, po 
przetarciu oczów, ujrzałem listy wasze, i list od pani Rzewuskiej®) 
z Ezymu. Dzięki niech będą niebu, żeście wszyscy zdrowi ! Żal mi 
szczerze, że Balińskiego mieliście u siebie bez nas. Żal mi, że 
zginął list, w którym się do mnie przypisał. Naśmiałem się z Luin- 
dego konferencyi, bo widzę go wśród niej, słyszę jego słowa, jego 
głos, widzę jego długą stopę. Pani Ezewuska odebrała moje dwa 
listy i odpowiedziała mi wyrazami przyjaźni. Jest silną ale nie- 
pocieszoną. Zobojętniało dla niej życie mówi, że tylko przyjaźń jej 
przyjaciół wstrzymuje ją od znienawidzenia tego świata. Wzywa 
więc i potrzebuje przyjaźni. Wraca do kraju, skoro ze Lwowa pa- 
piery tyczące się rozporządzeń ostatnich Kalisty*) odbierze. W Ischl 
zabawi dni 15 najmniej, u pani Urbna i u X. Jabłonowskiej. Mąż 
Kalisty był prze wy bornym dla niej, w ostatnich jej chwilach „dont 
seul ii a occupó lesderniferes pensees", mówi p. Ezewuska. Nieszczę- 
śliwa matka I o, jak ja pojmuję, jej niesmak do życia, jej znużenie, jej 
taediura Vitae. Wieczorem. Gołuski zapewnił mnie, że katar Teosi 
już się kończy, że mogę śmiało jechać do Lwowa i Dobromila, 
i że za dni 9 wróciwszy, zastanę ją zupełnie zdrową. Jadę więc 
jutro rano na Bachórz, gdzie na chwilę wstąpię. Dziś byłem 
w kościele z dziecinami, które się bardzo nabożne zrobiły i 
co niedziela chcą bywać na mszy, za co ich matka nie łaje. Na 
obiedzie mieliśmy panią Szymonowę i Gołuskiego z córką, wielką 
przyjaciółkę Maryni. Marynia nią ciągle zajęta, bawi się z nią, ca- 



^) Albert Potocki, nie Piławita, ale literat i pułkownik w wojsku 
rossyjskiem. Osobistość znana z „Pamiętników" Kajetana Koźmiana. (P.W.) 

») Żona autora. (P. W.) 

^) Eozalia z Lubomirskich Rzewuska, córka ks. Lubomirskiej, 
ściętej w Paryżu podczas rewolucyi, żona Emira, pani słynna z ro- 
zumu, przyjaciółka autora. (P. W.) 

*) Kalista z Rzewuskich, księżna Teona, córka pani Rozalii Rze- 
wuskiej. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



14 

łuje ją, ciągnie do siebie, męczy mnie, ażebym posłał po nią, lub 
ją do niej wyprawił, a kiedy przyjedzie, wielka radość w pokoju 
dziecinnym. Obiadował także z nami nudny xiądz z Oparówki, a na 
wieczór proboszcz przyjechał. Włodzik jedzie jutro do Kozłówka na 
obiad, na noc do Ferdynanda, od niego do Jaworza i Mokrzca, to 
jest do brata i siostry. Tak jest odurzony snami złotemi, że smutne 
będzie obudzenie, jeżeli mu się te sny nie wyśnią. W Poniedziałek. 
Teonia mniej kaszlała w nocy. Dobry dzień wam zasyłam, ją poca- 
łuję, dzieci pobłogosławię i ruszam w drogę rozstawiwszy konie. 
Wrócił posłaniec z Bzeszowa bez listów Ze list Alberta zaginął, 
podpisany do Dobrzechowa, jakby Dobrzechów był Ezymem lub 
Paryżem, to mnie nie dziwi. (Stryj Wincenty z Treptau, i teraz 
z Warszawy zawsze na liście podpisywał tylko w Gałęzowie, i Hen- 
ryk tak samo czyni, a listy dochodzą, ale bo też Gałęzów jest 
Ezymem, co więcej, całym krajem, bo jest Egiptem), ale że wasz 
list nie doszedł, to mnie dziwi i smuci. Smuci podwójnie, bo co 
za tryumf będzie dla mojej matki, tej zawziętej potwarczyni poczt 
i loteryj. 

20 we Wtorek, Przemyśl. Już z Eusi Czerwonej dobrydzień 
wam przesyłam. Wyjechawszy wczoraj o wpół do ósmej z Dobrze- 
chowa, rozstawnemi końmi, stanąłem po pierwszej w Bachorzu. 
O 6tej wieczorem ruszywszy z Bachorza śliczną drogą, oświeconą 
pełnią księżycową, przeleciałem mil sześć do Przemyśla w czterech 
godzinach. Ale już bułany i siwy i ślepy i gniady zaprzężone, ru- 
szam dalej i stanąć dziś powinienem we Lwowie, dokąd jest mil 12. 

W Sądowej Wiszni na popasie. W Bachorzu bardzo byli 
uprzejmi dla mnie, chcieli koniecznie zatrzymać mnie na noc i 
musiałem obiecać, że wstąpię wracając Zastałem był tylko panie 
Wincento wą"). Sam pan z synami był na polowaniu, z którego o 4tej 
na obiad wrócił ; dobrze wygląda, lepiej nawet jak dawniej. Zdrowia 
i sił przybywać mu musi, w miaHrę przybywania .kapitałów. 
Poznałem mego dawnego rywala Xawerka, który przystojny, ale 
nie tak piękny jak Władysław. Bachórz bardzo się przyozdabia i 
nowemi budynkami i coraz większą mnogością kwiatów, ale Do- 
brzechów lepiej utrzymany i czyściejszy. Po obiedzie o 6tej wy- 
jechałem; śliczny to kraj, ciągnie się od Bachorza* do Przemyśla. 
San go przerzyna i użyźnia. Koło Krasiczyna przejechałem o 9tej, 
gdybym był wcześniej jechał, byłbym tam na noc wstąpił, bo 



*) Z Fredrów Skrzyńska, siostra wielkiego komedyopisarza, żona 
Wincentego Skrzyńskiego, właściciela Bachorza. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



15 

cho<5 Klęcia Leona O nie ma, gdyż jest we Lwowie, jest Xiężna 
Aleksandrowa, którą wracając odwidzę. W tej chwili wychodzi 
odemnie pani Tadeuszowa Skrzyńska, która tu także na popas zaje- 
chała, jadąc z matką męża do Lwowa. Pani Maciejowa wybrała się 
do dentysty, chciała zapewne odnowić zęby; tymczasem wyjechawszy 
wczoraj z domu, dziś w drodze zachorowała. Boi się synowa o nią. 

21 we Środą, ze Lwowa, O 7mej wieczorem stanąłem wczoraj 
we Lwowie. Swojemi końmi zrobiłem mil 12 bez zmęczenia ich. 
Jak nie lubić bitych gościńców, jak nie lubió kolei żelaznych, kiedy 
niemi we 3 godziny, bez bułanego i siwego tę samą odbyłbym 
drogę. Wszystkie domy zajezdne są tu napełnione sejmującymi, za- 
ledwie w oficynie w hotelu Dresnera pokoik z przedpokojem zna- 
lazłem. Chcąc się spotkać ze Spayentem poszedłem na chwilę na 
teatr; nie zastałem go, tylko spotkałem się z Leonem Bzewuskim. 
obadwajśmy się w pierwszej chwili nie poznali, obadwajśmy się 
zmienili. On zawsze piękny, ale twarz jego nabrała wyrazu, którego 
nie miał dawniej ; nieszczęścia i okoliczności rozjątrzyły go, jest coś 
ostrego, surowego w jego wejrzeniu. Tłum dawnych znajomych spo- 
tkałem tutaj, Leona Sapiehę, Izydora Pietruskiego, Załuskiego Je- 
nerała, Xcia Henryka*). Ze Spayentem widziałem się wczoraj po te- 
atrze; tak jest zajęty mundurem swoim, szlifami, Arcyksięciem, 
obiadami, obradami, że nie był jeszcze u mego adwokata i że do- 
brze podobno zrobiłem, żem sam tu do niego przyjechał. Sławny 
teatr Skarbka nie odpowiedział memu oczekiwaniu. Scena i sala 
teatralna jeszcze świeża i dość obszerna, ale korytarze już brudne, 
ciemne, nie zamiecione i już nie pachną, jak po wszystkich niemie- 
ckich teatrach. 

Zdać powinienem Wam sprawę z mego dnia dzisiejszego. Po 
naradzie małej z krawcem wyszedłszy od siebie, pobiegłem do Le- 
osia Sapiehy. Znalazłem go zawsze z tem samem sercem, zawsze 
miłego i przyjacielskiego. Zastałem u niego jenerała Załug(kiego i 
wkrótce potem nadszedł jakiś pan niski, otyły, siwy i łysy, z twarzą 
okrągłą, z małemi oczyma. Gdyśmy powstali i Xżę Leon mnie nowo 
przybyłemu, nowo przybyłego, mnie przedstawił, rozwarliśmy oba 
ramiona i on krzyknął Uruś, a ja pan Izydor. Był to w istocie Izy- 
dor Piotruski. Uściskaliśmy się jak dawni znajomi, przyjaciele od 
lat trzydziestu. Bardzo się wypytywał o was i zachowuje dla was 
najczulszą pamięć. Od lat 30 obaśmy się bardzo zmienili i mie- 



1) Sapiehy (P. W.) 

*) Lubomirskiego (P. W.) 



Digitized by 



Google 



16 

liśmy dośó czasu, aby się zmienić. Od X. Leona, który z tymi pa- 
nami poszedł na sesyę sejmową, pobiegłem do mego adwokata Ba- 
czyńskiego, którego jeszcze nie znałem. Podobał mi się z mowy i 
czynności, bo podopełniał w wielkiej części danych poleceń. Już 
tedy Teosia jest nieodwołalnie dziedziczką Dobrzechowa i Wysokiej. 
Transakcya jest zaintabulowaną i przed wyjazdem odbiorę ją, opa- 
trzoną potrzebną obiatą. Interes pożyczki pójdzie teraz z łatwo- 
ścią i na nowy rok będziem już mieli listy zastawne, ale wiele ich 
dadzą, jeszcze z pewnością nie wiem. Zdaje się, że kurs ich nie 
będzie niski, i że lepiej się stało, żem ze szparkasy pożyczki nie 
zaciągnf^. Jutro będę znowu u mego adwokata dla oddania mu po- 
trzebnych papierów i pełnomocnictwa jeneralnego, które Teosia dla 
mnie wydała, a które do tabuli wnieśó trzeba. Od Baczyńskiego 
pobiegłem po małe sprawunki moje i Teosi i do księgarzy i do ży- 
dów, staremi książkami kupczących i do bankiera Hausnera, z któ- 
rym się poznałem. Odwiedziłem potem Leona Bzewuskiego, któremu 
list jego matki do mnie pisany zaniosłem, bo on od niej. żadnej 
wiadomości nie ma. Po 4tej Leon Sapieha przyjechał po mnie i 
zawiózł mnie do Pana Kriega, prezydenta tutejszego rządu, którego 
był o naszej wizycie uprzedził, lecz że pani baronowa zachorowała, 
przeprosił nas i nie przyjął, a tak jeszcze raz będziemy u niego. 
Pojechaliśmy potem do biskupa przemyskiego, do którego mam 
prośbę o zapewnienie dwojgu istotom szczęścia doczesnego i o ocale- 
nie ich od zaguby wieczystej. Chcę się postarać o dyspensę dla 
mego ekonoma Boszczyńskiego, bo dzieci mnożą się ; dłużej na to 
obojętnie patrzeć nie mogę i dłużej nie mógłbym ścierpieć takiej 
kolonii dzieci naturalnych. Baz już to nieprawe łoże trzeba pra- 
wem zrobić. Biskup wychodził gdyśmy przed dom jego zajechali; 
jutro więc będę z moją prośbą u niego, lecz, że bardzo się nisko 
Sapieźe kłaniał i ciągle powtarzał: Xiążę Pan, jaki zaszczyt rai 
czyni, Xiążę Pan jaki łaskaw ; mam nadzieję, że skłoni ucho Jego 
Eicelencya ku mojej prośbie, gdyż ranie winna zaszczyt, jaki jej 
Xiążę Pan uczynił. Do Teoni list dziś wyprawiłem, do was dopiero 
w sobotę pójdzie, a zatem odbierzecie raport z całego mego lwow- 
skiego pobytu. O 7mej pójdę na teatr, a ztamtąd do państwa Al- 
fredów^) na wieczór. 

22 Września, loe Czwartek. Byłem na polskira teatrze na 
dwóch sztuczkach dość nędznych, po których pojechałem do państwa 
Alfredów, którzy z wielką uprzejmością mnie przyjęli. Pan Alfred 



1) Potockich. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



17 



zaprosił mnid do Łańcuta na pierwsze dni października, gdzie bę- 
dzie liczne zgromadzenie, polowania, kursą i t. d. Ale ja wolę 
jechać do Piotrowic. Xiąźę Henryk zawsze dobry, poczciwy i ser- 
deczny; powitał mnie ze zwykłą sobie uprzejmością, nie widzieliśmy 
się od epoki, w której częstośmy się widywali i która tyle wspo- 
mnień różnego rodzaju zostawiła. Wraca on z Wołynia; podług jego 
wiadomości NPan 24go miał by 6 w Poczajowie. Był on także 
w Niewirbowie i wiele mi zabawnych opowiadał rzeczy o X. Jó- 
zefie i o Natalce. Widziałem się także z X. Władysławem^) i nakoniec 
na tym wieczorze u pp. Alfredów, spotkałem się z Karolem Kra- 
sickim, dobrym moim z r. 1831 znajomym i towarzyszem. Obadwa- 
śmy się poznali, cho<5 obadwaśmy się zmienili. Dziś rano przyszedł 
do mnie Pietruski, parę godzin przegawędziliśmy, potem on na 
sesyę, a ja pobiegłem do biskupa, który obiecał mi ułatwić inte- 
res Euszczyńskiego, ale sam od dania dyspensy wymówił się; 
jeszcze Xięcia Pana nasadzę na niego, to może ją wyjednam. Od 
biskupa wróciwszy i zabrawszy papiery, poszedłem do Baczyńskiego, 
z którym odbyłem naradę, w różnych moich interesach. Już tedy 
transakcyę intabulowaną mam w ręku, już i inne formalności, któ- 
rych dopełnienia taż transakcya nakazywała, dokonane. Do pożyczki 
kredytowej wszystko przygotowane, i jeżeli nie wcześniej to na 
Nowy Eok niezawodnie listy zastawne otrzymam, wiele z pewnością 
nie wiem, ale podobno więcej jak 4000 dukatów. Oddałem także 
adwokatowi jeneralne pełnomocnictwo, które mi Teonia wydała, 
a które poleciłem zaintabulować. Od adwokata poszedłem do Bi- 
blioteki Ossolińskich, gdzie się poznałem z Kłodzińskim, dyrektorem 
biblioteki, gdzie potem zeszło się bardzo wiele osób i gdzie przy- 
jemnie ze trzy godziny przepędziłem z ks. Henrykiem, z Batowskim, 
z Pawlikowskim, właścicielem Medyki, owego sławnego ogrodu i 
najpiękniejszego zbioru rycin i dawnych książek polskich. Przyrze- 
kłem Pawlikowskiemu, że będę u niego w Medyce, ale to nie prę- 
dzej nastąpi jak w roku przyszłym. Z Batowskim Aleksandrem po- 
witaliśmy się tak serdecznie, jak gdybyśmy się znali od dawna, 
ale bo też w istocie znaliśmy się przez jego stryja, którego on twarzą 
nieco przypomina. Nie powtórzę wszystkiego, co on kazał ci kochany 
ojcze ! powiedzieć, ale czci cię, wielbi i kocha, bo cię także przez 
stryja zna. Artykuł twój nie dostał się do niego, obiecałem mu go 
przesłać. Biografię Tarnowskiego już widziałem wydrukowaną, jest 
ona i w czasopiśmie umieszczona i w 150 egzemplarzach odbita, 



*) Sanguszko. (P. W.) 

Łlstj AndnciJa Koiniaiu. T. II. 



Digitized by 



Google 



18 

ale te 150 egz. zabrał pan Władysław, Bibliotece Ossolińskich tylko 
3 zostało: jeden dla X. Henryka, drugi dla biblioteki, trzeci dla 
Kłodzińskiego. Wszyscy twoi znajomi Xżę Henryk, Piotruski, Leoś 
Sapieha bardzo sitj o ciebie dopytują i zlecili mnie przypomnieć 
ich twej pamięci. Miło to jednakowoż bydź synem takiego ojca, 
jakim ty jesteś. Ale się już zciemniło, pisać więcej nie mogę. 

W Piątek rano. Już pokończyłem wszystkie moje czynności 
lwowskie i jutro rano wyjadę. Dziś spodziewam się wiadomości 
od Teoni, bodaj by dobre o jej kaszlu odebrać. Wczoraj część wie- 
czoru przepędziłam z Batowskimi, a skończyłem dzień u państwa 
Alfredów, gdzie w wieczór zbiera się kilkanaście osób, które się 
uraczają wyborną wieczerzą^ Spotkałem tam Xżnę Lichtenstein, 
którą przed kilkoma laty poznałem był i Panią Kownacką. Bozmowa 
w tutejszych towarzystwach a toute la nuUite des conversations de 
Yienne, de Petersbourg, ou Ton ne parle jamais politiąue ni lit- 
terature, mais ou Ton s'entretient uniąuement des petits śveneraents 
du jour, des modes, des diners et des bals. Dziś jestem z Sapiehą 
na obiedzie u Kriega, będę jeszcze w Bibliotece Ossolińskich i 
w Bibliotece Uniwersytetu. Dziś dzień święta mojej kochanej ciotki, 
powtórzcie jej moje życzenia, wyrazy przywiązania mego. 

Wracam z Biblioteki Ossolińskich, przeczytałem całą biografię 
wydrukowang, i tylko dwa błędy w niej znalazłem. Przywiozę ją 
w czasopiśmie, ale o osobny egzemplarz trzeba się do Pana Wła- 
dysława udadź. Jeżeli ten list zastanie jeszcze Alberta w Piotrowi- 
cach, raczcie mu powiedzieć, że wiele o nim mówiłem z Leonem 
Sapiehą, który zawsze dla niego czułą zachowuje pamięć ; mówił 
mi, że w Bibliotece zawsze jego artykułów szuka; i że w nich 
znajduje i jego serce i jego rozum. Pożegnajcie go odemnie, nie 
piszę do niego, bo zaledwie mi czas wystarcza do was pisać. Listu 
od Teoni nie mam; jestem trochę niespokojny, może dziś po obie- 
dzie nadejdzie. Miałem jutro do dnia wyjechać, nie wyjadę aż po 
8mej, bo muszę się jeszcze z moim adwokatem widzieć. Wracam 
z obiadu od p. Kriega, na którym był p.- Alfred, X. Henryk, Pie- 
truski, Pawlikowski i inni. Cały ten dom bardzo uprzejmy. Sam 
baron bardzo łaskawie mnie przyjął, powiedzia-ł, że znał mego 
stryja w Markuszewie, pytał o niego. Więcej wam dziś nie powiem, 
bo nie chcę poczty opuścić, ale was ściskam, całuję, kocham, i tę- 
sknię do was, do cioci, do Dziandzi, Piotrowic całych. 



Digitized by 



Google 



19 
24. Września 1842 z Rudek. 

Nocuje dziś w Rudkach, o sześó mil za Lwowem, w miasteczku 
do pana Fredry należącem. Wyjechałem ze Lwowa o 2giej, staną- 
łem tu o 7mej, jestem jeszcze o mil sześć od Dobromila. Do dnia 
jutro chcę wyjechać, ażeby choć na lOtą ściągnąć na targ, który 
podobno nie bardzo będzie pomyślny, tak zapowiada jakiś jegomość, 
który ztamtąd wraca. Wczoraj po obiedzie u barona Kriega posze- 
dłem do Batowskiego i cały wieczór zeszedł tak prędko na poga- 
dance, że nie byliśmy ani na teatrze, ani gdzieindziej, tylko połowa 
wieczoru przegawędziła się u niego, a druga połowa u mnie. Dziś 
rano pooddawałem wszystkie wizyty męskie pożegnawcze, naliczy- 
łem ich jedenaście. I Galicya ma ludzi, z którymi miło byłoby żyć; 
szczególniej od niedawna kilku nabyła, jako Sapiehę, Ezewuskiego, 
Załuskiego, lecz w ogólności więcej u nas i starsi i młodzi pracują, 
uczą się i umieją: próżniactwo, jest plagą galicyjską. Na tegorocz- 
nym sejmie ważne przedmioty rozbierano, ustawę Towarzystwa kre- 
dytowego, którą w niektórych punktach poprawią, i kolej żelazną, 
którą od Bochni aż do granicy mołdawskiej chcą prowadzić. Niwe- 
lacye już wzięte, anszlagi porobione, kraj chce się przyłożyć do 
wydatków, lecz wszystkich sam podjąć nie jest w stanie ; idzie więc 
o to, aby rząd ogłosił kolej galicyjską za rządową i sam się nią 
zajął. Leon Sapieha bardzo w tem wszystkiem jest czynny, i dotąd 
obywatele oddają mu sprawiedliwość i oceniają jego dobre chęci. 
Wielką on Towarzystwu Kredytowemu, a zatem całemu krajowi 
przysługę zrobił, kupiwszy za 20.000 dukatów listów zastawnych, 
których jeszcze nie ma po 95. To kupno jego ustaliło kurs i dziś 
po tej cenie można by listy sprzedawać. Zdaje się, że obywatele 
jego prezesem dyrekcyi towarzystwa wybiorą. Miałem dziś list od 
Teoni; zaręcza mnie że jest zdrowszą, że prawie już nie kaszle, 
Bogu niech będą dzięki. 

W Poniedziałek z Przemyśla. Całą noc wczorajszą deszcz lał, 
myślałem, że jeszcze nie zupełnie z podróży do Eudek osuszony, 
zmoknę do nitki, nim do Dobromila dojadę, tymczasem patron wę- 
drowników wysłuchał mojej modlitwy, wypogodziło się niebo, i po 
ociężałej drodze w siedem godzin stanąłem w mieście Herburto- 
wem. Spotkałem się zaraz z moim ekonomem, który mi oddał list 
od Teoni z zapewnieniem, że jest zdrową, ale od was żadnej nie 
mam wiadomości, bo Eajmond, która jeździła do Ezeszowa po spra- 
wunki, do których Szwajcarka ma namiętność niepohamowaną, za- 
pomniała poczty odebrać, a tak Teonia nie miała waszych listów 



Digitized by 



Google 



20 

z niedzieli przeszłej, i nie mogła mi ich odesłar^. Spie8ZQ, spie- 
szę do domu, ażeby przekona<5 się o zdrowiu Teoni, o postęp- 
kach hultajów moich, hultaja Stasia i hultajki Maryni, i ażeby do- 
stać się do waszych listów. Ale wróćmy do Dobromila. Najprzód 
co do części prozaicznej. Święta żydowskie tak pobałamuciły kup- 
ców i kupujących, że targ rozpoczął się był jeszcze we czwartek; 
było na nim do 2000 wołów, wczoraj zaś tylko 300 sztuk przypę- 
dzono od Bukowiny, nie było więc z czego wybierać, a co było, 
było drogie. Już kupowałem partję ogromnych 50 wołów i dawa- 
łem po fl. 80 m. k. za parę, to jest złp. 380, ale gdy i na tę cenę 
przystać nie chcieli, kupiłem także 50 mniejszych nieco i dłuższego 
karmienia potrzebujących po 67 mk., t. j. po złp. 280 za parę, 
a więc wydałem oprócz kosztów transportu złp. 7.000, oprócz wy- 
datku na dwa śliczne woły pamicze także na wypas, które od 
chłopa za 270 złp. kupiłem. Ale nie dość jest wyjechać z wołami 
z Dobromila, trzeba było koniecznie postarać się o jaki stary 
szpargał, w miejscu gdzie była dawniej wsławiona drukarnia. Naj- 
przód pokłoniłem się staremu zamkowi Herbui-tów, który wznosi 
się na najwyższej górze, zarosłej dziś drzewami o pół mili za mia- 
stem, albo raczej nad miastem. Potem zacząłem pytkć o stare 
książki; powiedziano mi, że proboszcz ma kilka kufrów dawnych 
dzieł, ale że, jeżeli już podług zwyczaju swego wychylił garniec oko- 
wity, nie tralię z nim do końca. Udałem się do niego, dopiero był 
pół garnca wypił. Więc bałamucił, bajał, nim, przecież kilka książek 
pokazał. Jedną z nich chętnie byłb) m pożyczył, zabrał, lub kupił. 
Więc w targ z nim. Po długich rozprawach wziął nareszcie kilka 
cwancygierów, to jest ze 3 garnce okowity i djił mi książkę, ale 
że okowita zaczęła była już skutkować, że z okazaniem swoich 
kufrów ociągał się, tylko bajał, bajał — pożegnałem go — i z je- 
dnym tylko brańcem wsiadłszy na bryczko, ruszyłt»m na noc do 
Przemyśla. Dziś będę nocował w Bachorzu, a jadąc blisko Krasi- 
czyna, wstąpię do Xny Sapicżyny matki. Dobrydzień wam, dobry- 
dzień Piotrowicom. 

We Wtorek, Bachórz. Winszujcie mi! Winszujcie! Wynala- 
złem polskiego Reboula. Przypominacie sobie, że Jan Bcboul, pie- 
karz we Francyi. śliczne składa wiersze i że tom jeden jego po- 
ezyi z uniesieniem przyjęty został. Otóż i my mamy Keboula Wy- 
nalazłem go w Przemyślu na strychu, w domku ubogim, w izdebce 
trzyłokciowej. Jest on krawcem, zaledwie na życie nędzne dla siebie 
i żony igłą zarobić może, a jest poczciwym, pracowitym, a ży ie 
jego było pełne różnych przygód, a pisze i opowiada lepiej przyje- 



Digitized by 



Google 



21 

mniej, aniżeli wiele arcy-geniuszów dzisiejszych. Posłuchajcie jakim 
go sposobem wynalazłem. Nocując w Przemyślu, zwyczajem biblio- 
fila, zacząłem pytać czy kto nie wie o jakich starych książkach 
u mieszczan lub żydów. Kościelny od fary zaprowadził ranie do 
starego introligatora ; nie znalazłem żadnej książki u niego, ale ko- 
bieta w jego domu mieszkająca, wskazała na Dmochowskiego, 
krawca, za mostem, obok Dominikanów mieszkającego. Idę do 
Dmochowskiego krawca, zastaję go przy robocie w ciasnej na strychu 
izdebce, obok niego żouę jego. Pytam go o stare książki, odpowiada, 
że mii^ Kochanowskiego i Bielskiego, lecz darował je jednemu 
księdzu, „ale ja tu mam rękopis mój własny, w którym opisałem 
przygody mego życia i niektóre umieściłem wierszyki". Czytam 
wiersze gładkie, jasne, zalecające się zawsze myślą i czuciem mo- 
ralnem. Czytam prozę, pełną prostoty, wdzięku i życia. W wier- 
szach wiele poezyi nie znajdziesz, ale pamiętniki jego życia nie- 
zmiernie zdały mi się zajmujące. Nie mając czasu przeczytać ani 
nawet przejrzeć wszystkiego, pytam mego poczciwego krawca, oży- 
liby mi swój rękopism powierzył, a ja bym mu pomógł do wydru- 
kowania go i do zapewnienia pewnej korzyści z niego, jeśli by mi 
się zdawał godnym druku. Z wdzięcznością mój Eeboul skłania się 
do mego żądania; składa w moje ręce pismo swoje, a ja mu daję 
mój adres, rewers, do którego mały datek dołączam. W drodze 
z Przemyśla do Krasiczyna czytam pamiętniki mego jtrawca, czy- 
tam je z zajęciem i z największą przyjemnością. Pamiętniki te 
dzielą się na dwie części. W pierwszej przyjąwszy formę rozmowy, 
wprowadza autor swojego starego ojca, który przyjacielowi, podsęd- 
kowi opowiada niektóre przygody swego życia przy szklaneczce 
miodu i talerzu krupniku. Opowiada on mu powieść z Palestry Lu- 
belskiej, a potem pobyt swój na dworze Eadziwiłłowskim w Nie- 
świeżu, ożenienie swoje, &łowem kilka przedstawia obrazów z cza- 
sów dawniejszych. W drugiej części mój krawiec z prostotą, lecz 
z czuciem i farbami żywemi opisuje życie swoje, zacząwszy od wej- 
ścia w służbę pruską. Bitwę pod Pułtuskiem, niewolę we Francyi, 
miłość dla młodej Bretonki, wojnę w Hiszpanii, wojnę w Austryi, 
podróż do Petersburga z majorem, który kurjerem był posłany. Do 
tego rozdziału dotychczas doczytałem i prawdziwie więcej mnie 
opowiadanie krawca zajęło, aniżeli tyle nędznych powieści, sfałszo- 
wanych pamiętników, lub wysmażonych opisów. Mogą, mogą bydź 
te wspomnienia drukowane, wiem nawet, że będą przyjęte wdzię- 
cznie od publiczności. Bo opowiadanie o wojnach ówczesnych przez 
prostego żołnierza, zapatrywanie się na wypadki z jego stanowiska 



Digitized by 



Google 



22 

będzie zupełnie nowe i zajmujące. Będę więc te pamiętniki dni- 
kował, ogłoszę na nich prenumeratę, ażeby wydobyć z nędzy mego 
poczciwego krawca, do którego lgnie się sercem, czytając jego po- 
czciwe, pełne prostoty i szlachetności opowiadania. Piszę do Alex. 
Batowskiego z doniesieniem o wynalezieniu naszego Reboula i poślę 
mu stosowny artykulik do „Gazety Lwowskiej". Ażeby wam dadź 
wyobrażenie o sposobie pisania mego krawca, przytoczę kilka słów, 
kończących jego Wspomnienia: „Po śmierci mojej pierwszej żony 
nie sądziłem, aby mogły bydź na świecie dobre kobiety, lękałem 
się jak grobu stanu małżeńskiego. Lecz za namową godnych osób 
spuściwszy się na wolę najwyższego Twórcy, poszedłem za radą do- 
brych przyjaciół i znalazłem godną osobę, która ma Pana Boga 
w sercu, wstyd w oczach; w latach jest moją córką, w uszanowa- 
niu żoną, w przyjaźni przyjaciółką, w miłości kochanką, w posłudze 
stróżem moim, a za łaską Boską jest matką pięknego synka. Przy 
niej nabrałem chęci do życia, a nawet i śmieró już mniej jest dla 
mnie straszną". Oto są wierszyki, które do żony, noszącej imię 
Maryi, ułożył w dzień jej imienin: 

Na dzień Twojego Imienia 
Nie mam nic Ci złoży<$ w darze, 
Tylko serdeczne życzenia, 
A przy nich serce w ofiarze. 

Niech ta, której imię nosisz 

Da ci wszystko, o co prosisz. 

Marya w kwiecie młodości 
Posłuszeństwu przykład dała, 
Józefa w późnej starości 
Zaślubić się nie lękała. 

Niech ta, której imię nosisz, 

Da ci wszystko, o co prosisz. 

Jeżeli jest Albert jeszcze, przeczytajcie mu cały ustęp o mo- 
im krawcu pisarzu, a wiem, że go zajmie moje odkrycie i że mi 
dopomoże w zbieraniu prenumeraty, gdy tę ogłosimy. Myśląc, że 
Albert już po św. Tekli was porzuci, nie piszę dziś do niego do 
Piotrowic, ale do Młynowa. Niesprawiedliwy byłby, gdyby myślał, 
że mogłem wrócić, a nie wróciłem. Najlepszy dam dowód, że nie 
mogłem zdążyć na pierwsze dni października, że ledwie w dni 15 
po jego wyjeździe stanę w Piotrowicach. Wczoraj z Przemyśla rano 
wyjechawszy, stanąłem około 10 we wspaniałym, w prześlicznym 
Krasiczynie. Xiężna tak mi była rada, tak prędko i miło na rozmo- 
wie schodziły chwile, że godzinę tylko zabawić miałem, zostałem 



Digitized by 



Google 



23 

na obiad i nie wyjechałem jak po 4tej. Xięźna przyjechała z Pa- 
ryża w lipcu już po śmierci Xcia Orleańskiego. Zięć jej mocno był 
cierpiący. Bany otworzyły się na nodze i zrobiły go kaleką — przy 
mnie list odebrała z lepszemi wiadomościami, lecz doktorowie naj- 
lepsi wezwani, oświadczyli, że jedna rana w nodze na zawsze po 
zostanie. Mam polecenie od Xiężny nastręczenia jej dóbr do kupie- 
nia i wynalezienia jej lustratora ze 6 lub 8000 złp. rządcy z 4000 
pensyą i sekretarza, który by z nią do Paryża pojechał, bo ona po- 
dobno na zimę tam wróci. Gdybyście o jakim pretendencie zasły- 
szeli, to zamówcie go. Wyjechawszy z Krasiczyna po 4tej, stanąłem 
w Bachorzu wieczorem. W tej chwili przynoszą mi list od Teosi 
z wszystkierai listami waszemi, porzucam Was, aby pójśó do Was. 
Dnia 27 na popasie w Gwoźnicy. Jechałem ze Lwowa z wy- 
pogodzonem czołem, bo mi się podróż nie źle udała, gdyż wracałem 
do żony i dzieci. Listy wasze zachmurzyły to biedne czoło. Szaleństwa, 
intrygi Albeiiia męczą mnie i gniewają. Jakiemże fatalnem zrzą- 
dzeniem nasze ciche, spokojne, patryarchalne Piotrowice stały się 
stolicą podstępów, plotek, fortelów i intryg, i kiedyż to się skończy? 
Z listów, które Alb. pisał do mnie, widać, że wre złością na ranie, 
lecz tę złość jeszcze ukrywa, jeszcze ostatni list pisząc, spodziewał 
si(j, że na św. Teklę wrócimy. Ten człowiek oszalał. Otóż to tak 
zapłaceni jesteśmy za naszą przychylność dla niego, za gościnność 
naszą, za nieprzypuszczanie do serc naszych podejrzeń i przestróg, 
któremi nas chciano ostrożnemi z nim uczynić. Cóż my mu złego 
zrobili, żeby sobie ułożył pokój nasz zakłócić. Chociaż ja myślę, że on 
nie ma tyle złości w sercu, on łatwo wrażenia przyjmuje i łatwo 
je traci. A zresztą choćby mi przysiągł nieprzyjaźń i zemstę, nie 
wiem za co? Za to, żem się nie stał głupiem . narzędziem jego pla- 
nów. W czemże mnie szkodzić może. Dołączam kartkę do niego, 
która go podobno już nie zastanie, bo dzisiejszy mój list dojdzie 
was 4go, a on 3go wyjeżdża. Piszę więc do niego do Młynowa bez 
dyplomacyi, ale w sposób, który mi się najwłaściwszy zdaje. Drugą 
chmurę, która zasępiła brwi moje, nawiał wiatr od niwy kartofla- 
nej. Jeszcze w żadnym roku tak złego zbioru nie mieliśmy. Susze 
zaszkodziły obfitemu plonowi, ale i Żukowski zaszkodził krajaniem. 
Jeżeli z 5 pomiarów (bo tam jest 5 pomiarów) między dołami 
otrzymaliśmy tylko na najlepszych ziemniakach nie zupełnie trzysta 
korcy, to ja się nie spodziewam w ogóle jak 2000 korcy, z czego 
to będzie wódkę palić, z czego to będzie żyć? Spodziewam się, że 
choć teraz powiem: Papa nous sommes perdus, śmiać się ze mnie 
nie będziecie. Ja tu jeszcze ziemniaków nie kopię, chcę ażeby 



Digitized by 



Google 



24 

nieco podrosły po deszczach. U was czeka<5 nie można, bo kiedyż 
by się wykopały. Z siewem uwijacie się, ale wątpię, żeby w przy- 
szłym tygodniu zasiew pszenicy mógł bydź skończony. Niechże Żu- 
kowski i Włodarz nie zapomną o tych wszystkich małych kawał- 
kach na pszenicę przeznaczonych, jako to: o pomiarze pod cegielnię 
o 3 pomiarach pod nową kopaniną na koniczysku. W tym roku po- 
winno koniecznie wyjść 80 korcy pszenicy do siewu. Ale skoro wy 
tylko zdrowi i zawsze nas kochacie, nie dbam o ziemniaki, psze- 
nicę i rozpędzam chmury z czoła mego. Konie moje popasają, a ja 
tymczasem rozmawiam z wami. Wyjechałem z Bachorza o litej 
stanąłem tu na Iszą. Spotkałem^ się tu z panią Seweryno wą Fre- 
drową i z jej śliczną córką. Bardzo ona jeszcze młoda, jeszcze nie 
zupełnie ukształcona, ale będzie wkrótce bardzo piękną. Cest la 
Belle aux ch^yres, i wystawiam sobie, że wśród białych jak świeca 
kóz, ta łania z czarnemi, kruczemi oczyma, musi ślicznie wyglądać. 
28 we Środą. Już jestem z moim Tokusiem nie kaszlącym i 
z dziecinami rumianemi i zdrowemi. Trzeba czasem rozłączyć się 
na krótko, dla doznania przyjemności powrotu. Stanąłem tu wczoraj 
o 5tej. Ileż to radości było w powitaniu po dziesięciodniowej nie- 
bytności, mogłem śpiewać z panią Malibran: Qu'il est doui de se 
reyoir, aprfes dix jours d'absence. Ile było ciekawości, ale przyzwo- 
itej i nie natrętnej w dziecinach, czy też we Lwowie, pomyślałem 
o jakim gościńcu. Zastałem Teonię zdrową zupełnie, ale bardzo 
schudła; muszę ją odpaść przed powrotem do was. W gospodar- 
stwie nic złego nie znalazłem, wyjąwszy śmierć nowo przyjętego 
leśniczego, który pomimo moich powtarzanych pytań i napomnień, 
czy zdrowie jego obowiązkom leśniczego wystarczy, podjął się ich, 
mając rupturę w najwyższym stopniu. Nie powiedział mnie on nic 
o niej, ja też go nie rewidowałem, przyjąłem go i teraz mam biedę 
i ambaras i znowu muszę starać się o leśniczego, bo bez dozorcy 
lasu zostawić nie mogę. Siew pszenicy dziś kończę. Żyto skończy- 
łem. Konicz na nasienie rżnę. Cena jego coraz podnosi się, ale bo 
też nie wiele go będzie. W piątek w Imię Pańskie rozpoczynam 
kopanie ziemniaków. Zdaje mi się, że Galicya w tym roku lepiej się 
popisze jak Królestwo. Co do konia Albertowego, zapomniałem po- 
wiedzieć, żem go w istocie nabył. Ale komuż należytość za niego 
mam złożyć. Kupiłem tego konia nie dlatego, żebym go sobie ży- 
czył mieć, lecz wiedząc, że Albert chciał oddadź Olesiowi kwotę, 
którą mu był winien, chciałem ułatwić dłużnikowi wypłatę, a wie- 
rzycielowi odebranie należytości. Ten był jedyny powód, dla którego 
wszedłem w to kupno, nie pytając nawet o cenę, tylko ustanowie- 



Digitized by 



Google 



25 

nie jej zdając na sprzedającego. Teonia wyprawiła wczoraj z listem 
do was, ja dziś drugiego wysyłam posłańca, boście przeszłej poczty 
nie odebrali słowa oderanie. Nie mogłem pisać, bom kupował woły 
w Dobromilu. Woły jutro nadejdą. Już teraz nie ruszę się z Do- 
brzechowa, tylko urządzam gospodarstwo zimowe i robię przygoto- 
wania do powrotu. Gdybyśmy dłużej tu bawili, odebralibyśmy pole- 
cenie zakupienia całej Galicyi. Co za szkoda, że nie wiedziano 
u nas, że jadę do Lwowa, to by mi to sprawunków nadawano. Ty- 
bet najlepszy i najtańszy jest w Tybecie, a że się tam wkrótce 
wybieram, więc ztamtąd go przywiozę. Cieszymy się niezmiernie 
z wyzdrowienia Kostuni (soit dit entre nous, wyzdrowieje zupełnie 
bez Tybetu). Teonia gniewa się o to co piszę, bo ma niepohamo- 
waną chęó kupienia Tybetu. Czy kupi czy nie, nie czytajcie nikomu 
tego, co żartem napisałem. Niezawodnie będziem mieli jakąś biedę 
na komorze, bo 12 kufrów napchanych sprawunkami wiezie Teosia. 
A Jędruś całą Bibliotkę Ossolińskich. Żegnam was i całuję wasze 
ręce moi najdrożsi rodzice i kochana ciotko moja! Pannie Zosi 
czułości. Adasia żegnam i życzę mu najszczęśliwszej przyszłości. 
Przepraszam ciocię za to, com pisał o nim, ale miałem do tego po- 
wody ważne. Nowickiemu proszę oświadczyć moje zadowolnienie za 
raporta dokładne. Czy browar już idzie? Czy Abuś zapłacił resztę 
pieniędzy^ Czy o podatku pamiętaliście? W sąsiedztwie proszę 
oświadczyć nasze uprzejmości. Pana Władysława Tarnowskiego 
nie widziałem we Lwowie. Wszystkie 150 egzemplarzy biografii 
pana Jana zabrał do siebie, zapewne prześle autorowi parę eg- 
zemplarzy. Czy wiersz o medalu wydrukowany w ;, Pielgrzymie"? 
Moja odpowiedź Wężykowi jest umieszczona w „Przyjacielu ludu". 



W tem miejscu brak zwykłej korespondencyi z rodzicami. Za- 
stąpić ją musimy listami do jenerała Franciszka Morawskiego, oraz 
do brata stryjecznego Stanisława Koźmiana, późniejszego prezesa 
Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk i znanego autora, który 
wówczas bawił w Anglii na emigracyi. Korespondencya z rodzicami 
rozpoczyna się znowu dopiero w 1851 r. i obejmuje opis wyjazdu 
autora do Krakowa w celu dalszego kształcenia syna. Pierwszy list, 
który tu umieszczamy jest z 1844, pisany do brata stryjecznego do 
Londynu. Imię Edward użyte jest ze względów ostrożności, wówczas 
koniecznej, gdy się pisało do emigranta. 



Digitized by 



Google 



26 

20. Czerwca 1844. Warszawa, 

Przybyłem tu kochany mój Edwardzie od tygodnia ; przybyłem 
dla wełny, dla Zosi i dla Maryni Morawskiej. Wełnę sprzedałem. 
Zosi interes odgrzałem i wywiedziałem się, jak w nim postąpić 
sobie. Marynię Morawską za mąż wydajem. Dziś powierzone mi 
przez panią Wronowską zasiłki dla Jasia i dla Ciebie zamieniłem 
na weksle i wyprawiam do Prus przez pewną okazyę. List ten wraz 
z wexlem posyłam przez pana Ludwika Małachowskiego, który go 
w Poznaniu odda na pocztę. Chciałem kupió kupiecki jaki papier, 
ale na złp. 4000, nigdzie znaleśó nie mogłem wexlu pewnego, 
wszystkie u Fraenkla na wyższe sumy były wystawione, a bank 
albo drogo je sprzedaje, albo wcale ich sprzedać nie chce Fraenkel, 
policzywszy za funt szterling złp. 42 gr. 15 wraz z kosztami prze- 
syłki, dał mi przyłączony wexel do Eotschilda, który zaraz będziesz 
mógł spieniężyć. Dowiesz się z listu pani Wiktoryi, że Józefowi 
odmówiono wolności powrotu. Wiadomość ta uderzyła w Zosię 
krwawym grotem i nas wszystkich bardzo zasmuciła. Chodzę tu i 
biegam za tym interesem, który z początku był skrzywiony; zdaje 
się, że można spodziewać się pomyślnego skutku, gdy się nowe 
kroki rozpoczną, ale trzeba cierpliwości, a miłość naszej biednej 
Zosi jest niecierpliwa. Nowa przybyła w tych dniach troska. Ka- 
sztelan Kulikowski umarł, jak o tem po przybyciu do Warszawy 
dowiedziałem się. Ciotka Józefa będzie zapewne przymuszona opu- 
ścić dom męża, gdyż jej, rodzina kasztelana nie lubi. Nie będzie 
ona więcej w możności dopomożenia synowcowi, a tak jeżeli się po- 
biorą, całym ich funduszem będzie posag Zosi. W nieszczęśliwą 
godzinę poznali się oni w Ezymie. Uczucia Zosi są tak żywe, że 
im opierać się nie można, lecz te nieszczęśliwe zwłoki i trudności 
zniszczą jej zdrowie. Panią Wiktoryę *) zdrową zostawiłem, ma ona 
nie mało kłopotu ze swojem gospodarstwem, lecz ją utrzymuje przy 
siłach i wytrwałości miłość dla tych, dla których pracuje. Seweryn*) 
trudni się teraz więcej rolą i o porządnem zamyśla życiu U mnie 
było na wiosnę smutno, bo Staś*) mocno chorował, bo Teonia po- 
trzebuje podratowania zdrowia. Teraz wszyscy lepiej się mają, więc 
weselej. Ojciec mój od kilku miesięcy nie miewa nagabywań swoich 
zwykłych dolegliwości, Czarniecki też postępuje. Całą pieśń 



*) Matka Stanisława i Jana Eoźmianów. (P. W.) 
*) Brat Stanisława i Jana Koźmianów. (P. W.) 
3) Syn autora (P. W.) 



Digitized by 



Google 



27 

szóstą przywiozłem Zygmuntowi^), z którym codziennie kilka miłych 
chwil przepędzam. Zona jego przy nadziei w piątym miesiącu, 
wielka witjc radość. Uczucie ojcowskie przywiąźe go do ziemi i 
zmusi do praktyczniejszego życia. Wielka to pottjga i umysłu i 
serca w tym człowieku. Gazety w tym czasie chciwieśmy czytali, 
czytaliśmy i to, co tu cenzura maże. Mamy wit^c wyobrażenie cie- 
kawego tygodnia. Pisząc do Galicy i do mnie, opowiedz mi go szcze- 
gółowo. Tuttij nie zdają się bydź wszyscy bardzo uradowanymi 
z tego tygodnia i wielkim nazwać go nie mogą. Ja tu do id ocze- 
kuję przybycia Morawskiego, jeżeli go się nie doczekam, wracam do 
Piotrowic. W sierpniu sam lub z żoną będę w Galicyi. Marysia 
Morawska^), która* bardzo się tu podobała, obudziła w panu Theis, 
konsulu francuskim, najżywsze uczucie. Oświadczył się, lecz nie zy- 
skał jej serca, choć to bardzo zacny i szlachetny człowiek, lecz cu- 
dzoziemiec i już czterdziestoletni kawaler. Wczoraj przezemnie za- 
żądał jej ręki młody Jezierski z Mińska, bardzo miły, dobry, przy- 
stojny młodzieniec; i ona go kocha i on ją, śliczna to będzie para 
i pod każdym względem wybornie dobrana. Tak szczęśliwy jestem 
z tego związku, jak gdybym moją Marynię za mąż wydawał. 
I w Piotrowicach będziem mieli wesele, zdaje się, że w jesieni, 
miłość pięcioletnia Zanci i Włodzia uwieńczoną zostanie*)- 

Cóż ci ztąd donieść — smutno tu i bardzo smutno. Nowe 
prawo o paszportach utrudni sposobność wyjrzenia czasem za 
drzwiczki klatki. Opłata 200 rubli srebnych od osoby, ma bydź 
ustanowiona. Podatek od gorzelni zuboży nasze kieszenie, które i tak 
nie bardzo bogate. Naszem głównem teraz zajęciem jest oczynszo 
wanie i usamowolnienie włościan Ja co rok kilku zyskuję czyn- 
szowników. 16. lipca będziem znowu mieli zjazd w Klemensowie*), 
na którym i ten przedmiot rozbierany będzie. Wkrótce wyjdzie ukaz, 
zwijający 8 gubernij, a ustanawiający tylko 5. Mazowiecka będzie 
z Kaliską, stolica w Łowiczu, Krakowska z Sandomierską, stolica 
w Kielcach, Podlaska z Lubelską, stolica w Lublinie. Płocka i Au- 
gustowska pozostaje tak jak była. Oszczędność roczna wyniesie 
złp. 700.000, koszta przeniesienia wyrachowane na 6,000.000. Jest 
więc w tem postanowieniu inny cel niż oszczędność. Kończę, bo 



*) Krasińskiemu (P. W.) 

*) Córka jenerała Franciszka Morawskiego. (P. W.) 
*) Joanna Hoflfmannówna, znana już z tych Listów i Włodzimierz 
Bobrownicki (P. W.) 

*) U Andrzeja Zamoyskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



28 

pan Ludwik za parę godzin wyjeżdża. Ściskam cię serdecznie mój 
drogi i kochany, pisuj do mnie, myśl czasem o ranie, kochaj mnie 
jednem zawsze sercem. Przyślij mi adres angielski: Sir George 
Warrendera, napiszę do niego, William^ jest tutaj, kupił wieś pod 
Zwolemem i gospodarować będzie. 



^ Jutro puszczam się Jo Galicyi, zapewniają, że jechać można 
bez obawy skonania pod cepami, jadę więc, aby ratować rozbitki 
naszego okrętu Dobrzechowskiego. Smutno mi, żem się nie doczekał 
odpowiedzi od kochanego Jenerała, odpowiedzi na długi mój list 
pisany w chwili najdotkliwszej boleści. Dziś parę słów tylko prze- 
syłam, bo już jestem jedną nogą na bryczce pocztowej, lecz nie 
chciałem puścić się w drogę bez odezwania się do Jenerała, bez 
udzielenia mu wiadomości o moim ojcu, który zdrów, lecz przygnę- 
biony nieszczęściami obecnemi. Staś nasz ósmej recydywy febry 
dostał, od dni kilku stracił ją, lecz któż zaręczy, że dziewiąty raz 
nie wróci. Beszta rodziny zdrowa. Wronów w waszych stronach. 
Spodziewam się, że już cieszy się szczęściem, które mu jest naj- 
droższem. Ja chcę tu wrócić pierwszych dni czerwca, bo któż w ja- 
skini zbójców chciałby długo zabawić. Nie mam żadnej wiadomości 
o trykach oporowskich, chciałbym przynajmniej trzy lub cztery 
uzyskać, jednego najcelniejszego, dwa drugie niech będą gęste, 
rosłe, wełniste. Cenę przyjmę z chęcią, jaka ustanowioną zostanie. 
Po odebraniu tego listu, racz kochany Jenerale tę prośbę moją za- 
nieść do Oporowa i porozumieć się, na który dzień te tryki będą 
mogły bydź odesłane do Kotowiecka i zaraz donieść memu ojcu 
o dniu, w którym mój posłaniec ma przybyć po nie na granicę. 
A gdyby żądanie moje nie mogło być wysłuchane, chciej także na- 
pisać i zawiadomić nas, abym gdzieindziej o barany się postarał. 
Co u was słychać, czyście zupełnie spokojni? W Mińsku wszyscy 
zdrowi i szczęśliwi i Matka i dzieci, i Marynia i Zygmuntek. Panu 
Tadeuszowi serdeczne wyrazy. Uszanowanie w Oporowie. Polecam 
się pamięci p. Michała, a sercu pana Franciszka, którego zawsze 
jednem uczucie kocham i czczę. 

Andrzej Edward Kożmian. 

15 Maja 1846. Piotrowice. 



^) Whit obecnie ambasador W. Brytanii w Konstantynopolu. (P. W.) 
^) List pisany do Morawskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



29 

Ściskam cię nayserdeczniey rozbolałem naszemi nieszczęściami 
y stratami sercem. Znasz mnie, że się ubóstwa nie lękam. Straty 
nie z własney winy, straty powszechne y spólne mniey są dotkliwe, 
nad ten ięk gallicyiski y rozdzierayące serce obrazy. Nie uwierzą 
wieki potomne w takie okrucieństwa, iakich się lud wieyski dopu- 
ścił. Biada tym, co do tego powód dali. Oby się ieszcze kiedy obaczyd, 
oby się uścisnąć y pożegnać, rzucaiąc ten świat, obrzydzony tylu 
zbrodniami. Uściskay Oporów. Pisz, co możesz i pociesz przyiaciela. 

Kajetan Koimian.^) 



1 Sierpnia 1847, Karlsbad,^) 

Wolniejszem odetchnąwszy powietrzem, mogąc cię swobodnie 
bratem nazwać, wyciągam do ciebie rękę, drogi, kochany Stasiu ! 
Już musiałeś odebrać list Zosi i Jasia, w którym ci doniosłem, że 
mnie wypuszczono z klatki, i że gotuję skrzydła do lotu ku tobie. 
Czyż potrzebuję ci powiedzieć z jaką siłą, jaką radością bije mi 
serce na myśl, że cię zobaczę, że cię uścisnę, bo wszakże cię uści- 
snę, wszakże ułożymy się o porę, o miejsce, w którem, się zoba- 
czymy, poznamy na nowo i dawne, braterskie odświeżymy uczucia 
Nim ci określę mój dalszy program, powiem ci, jakie były obroty 
moje od dnia, w którym cię z Turwi*) powitałem. Stanąłem tam, 
jak wiesz 8 lipca. Tego samego dnia Jaś*) nas opuścił, bo nie chciał 
nadużyć przedłużonego pozwolenia pobytu. Bawiłem w Turwi wraz 
z Morawskim, który na moje spotkanie przybył, dni cztery. Przeszły 
one jak najprzyjemniej obok naszej kochanej Zosi*) w kole jej ro- 
dziny z zacnemi jej rodzicami. Z radością ujrzałem przemysł rol- 
nictwa angielskiego i belgijskiego, przeniesiony na nasze polskie 



*) W listach z tych lat są częste przypiski lub całe ustępy pióra 
ojca Andrzeja Koźmiana, autora „Ziemiaństwa" i „Czarnieckiego", Ka- 
jetana Koźmiana, które przytoczymy. (P. W.) 

') Tu się rozpoczynają listy z podróży do Karlsbadu i Paryża, 
lecz są bez ciągu. Listy do rodziców obejmowały r. 1846, podróże za 
granicę, powtórny pobyt w Paryżu, podczas którego autor odnowił da- 
wne znajomości, oraz pobyty w Warszawie. Listy te zaginęły. Powyższy 
list pisany był do brata stryjecznego, Stanisława. (P. W.). 

*) Znany majątek jenerała D. Chłapowskiego w W. Księstwie 
Poznańskiam (P. W.) 

*) Jan Koźmian, ożeniony z córką jenerała Chłapowskiego, później 
prałat i słynny publicysta (P. W.) 

*) Żona Jana Koźmiana. (P. W.) 



Digjtized by 



Google 



30 

piaski, tworzący cuda, wynagradzający pracę. Uczyłem się, podziwia- 
łem i miłe i użyteczne uniosłem wspomnienie. Ti'zy dni zabawiłem 
w Luboni u Morawskiego, pięć dni w Berlinie przy sercu Jasia, 
w gronie jego młodzieży. Z pociechą ujrzałem, poznawszy ją lepiej, 
że przykład dobry, wpływ zbawienny i u nas nie zawsze jest stra- 
conym i że w kwitnącem pokoleniu polskiem jest jeszcze Spes 
Eomae. Wyjechałem z Berlina 20go, stanąłem tu 2lgo. Zastałem 
w Karlsbadzie ' panowanie towarzystwa rossyjskiego, które składały, 
(bo już się rozjechało) wszystkie wysokości petersburgskie, a na 
których czele była p. WoronzoflF Daszków, sławna Iwica^ północy. 
Zastałem tłum Polaków, ale nieznanych. Ze znanych utworzyliśmy 
nasze towarzystwo, do którego należy pani Eóża Rembielińska, pp. 
Michałowie Potoccy, Chłopicki, Jen. Skarżyński, Lenkiewicz, Ba- 
towski, Dowgiełło, ze znajomych twoich. Ponieważ rada Schonlema 
w Berlinie sprzeczną była radzie Malcza, bo ten ostatni zalecał mi 
Karlsbad, a berliński lekarz zakazał go i wprost do Toplitz jechać 
kazał, wezwałem na super arbitra tutejszego doktora, który wczo- 
raj właśnie ostateczny następujący wyrok wydał. Do 12 sierpnia 
będę tu pił wody i będę się tu kąpał, poczem na trzy tygodnie 
pojadę do Toplitz, gdzie jeszcze przez dni 15 wód karlsbadzkich 
mam używać. Koło 3 września zakończę kuracyę, połączę się z An- 
tonim Batowskim, moim dobrym i zacnym przyjacielem, synowcem 
nieboszczyka Łowczego i razem nad Een ruszymy. Ja nad Een, nie 
do Eenu, lecz do ciebie mój drogi. Eozważ więc dobrze cały ten 
program i powiedz gdzie się zjechać mamy. Ja ci trzy miejsca daję 
do wyboru : Bad-Baden, Heidelberg lub Frankfurt. Dnia zjazdu dziś 
oznaczyć nie mogę, lecz wyjechawszy z Toplitz 4go, 7go będę mógł 
Drezno opuścić, koło 10 będę w Frankfurcie, koło ligo mogę bydź 
w Badcn-Baden. Wybrałbym Heidelberg, gdybym wiedział, że tam 
jeszcze Zygmunta Krasińskiego zastanę, z którym koniecznie chciał- 
bym się spotkać. Piszę do niego, zapytuję go, gdzie go znajdę. Muszę 
ci powiedzieć, że mam zamiar wędrówkę nad Eenem odbyć, może 
bydź w Bruxelli, może nawet ujechać na dni 8, lub 10 koleją tam, 
gdzie mnie sama poniesie! Spodziewam się, że się tak ułożysz, iż 
ranie wszędzie towarzyszyć będziesz, że mnie nie opuścisz, dopóki 
nie dotrę do granic, których ci przekroczyć nie wolno. Pomyśl otem, 
pomyśl sercem. Ten list wyprawiam do Genewy. Wszak Stanisław 
Małachowski był tam z Tobą. Czybyś nie mógł z nim się znieść, 
zapytać go, czy by nie chciał zjechać się gdzie z nami, ileż bym 
radości doznał w uściśnieniu jego ręki. Pisz do mnie zaraz, pisz do 
Karlsbadu Inb do Toplitz, wymiarkowawszy po czasie, gdzie mnie 



Digitized by 



Google 



31 

twoja odpowiedź zastanie. Ja z Toplitz znowu się zgłoszę do ciebie, 
i dzień i godzinę spotkania oznaczę. Pamiętaj, mój ty kochany, 
Ty którego zawsze najchętniej w latach młodości bratem nazywa- 
łem i za rodzonego uważałem, że w tym roku jedyna wydarzyła 
mi się sposobność zetknięcia się z tobą i że ta nie prędko wróci. 
Z domu miewam dwa razy w tydzień wiadomości. Seweryn 22go 
miał wyjechać z Warszawy, musi już bydź we Wronowie. Zosia 
jeszcze z Podola nie wróciła. Matka twoja kochana zdrowa, lecz 
wprost od niej wiadomości nie miałem. Pisałem ztąd do niej i do 
Seweryna. Od Jasia oczekuję listu. Kochany Jaś, chluba naszego 
rodu, niech Bóg błogosławi i będzie błogosławił jego zacnym za- 
miarom. Już mu je wynagrodził w części, dając mu Zosię, której 
on godny, którego ona godna. Przy wodach tutejszych długo pisać 
zakazują, wbrew zakazowi zapełniłem trzy stronnice. Kończę naj- 
serdeczniejszym uściskiem, wyrazem utęsknienia z jakiem najprzód 
twego listu, potem ciebie oczekiwać będę. Jeszcze raz cię ściskam. 
Kocham zawsze dawnem uczuciem, a wiem, że i nowem pokocham. 
Odebrałem wczoraj list od Morawskiego z doniesieniem bardzo 
miłem, że syn jego Tadeusz otrzymał rękę pny Taczanowskiej, tej, 
którą pani Hoffman w Paryżu wychowywała. Ma bydź wybornie 
wychowana i bogata, 

5. Września 1847. Paris^). 

Stanęliśmy tu onegdaj. Wczoraj do Jasia, dziś do Ciebie zgła- 
szamy się i najmocniej prosimy cię, abyś nam zaraz, tej chwili po 
odebraniu tej ćwiartki odpisał do Bruxelli d,V Hotel de Flandre lub 
Rue du Cerf. Nr. 6. do mieszkania jenerała^). Od Twojej odpowiedzi 
zależyć będzie nasz dalszy program podróży. Ponieważ za długo za- 
bawiliśmy w BruxQlli, ponieważ tu do 11. lub 12. zosfamieray, zbyt 
moja wędrówka się przedłuża i gotów jestem na teraz poświęcić 
Monachium, a wracać naHannover, Dessau, zkąd koleją dostałbym 
się do Wiednia. Jeżeli więc w tym właśnie czasie naznaczyłeś 
ciotkom i Jasiowi zjazd wasz dessauski i ja choć na chwilę nale- 
żałbym do niego. Jeżeli inaczej ułożyłeś się, czekaj nas w Heidel- 
bergu lub przybądź do Frankfurtu, zkąd wprost do Bawaryi dostał- 
bym się. Widzieć się z Tobą potrzebuję, chcę, muszę, lecz gdzie i 



') Do Stanisława Koźmiana w Heidelbergu. 
*) Skrzyneckiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



32 

jak, ułóż jak ci dogodniej, tylko donieś zaraz, abyśmy wracając przez 
BruxellQ, list twój zastali. Dotąd nie odebraliśmy od Ciebie wiado- 
mości, któreśmy tu zastać spodziewali si(^, prawda^ że Seweryn 
jeszcze nie widział si<j z p. Królikowskim, dziś si(j z nim zobaczy. 
Oddaje teraz pióro memu towarzyszowi, a sam po nim w krótkości 
opowiem ci naszą wędrówk(j ciągle miłą, tu najmilszą. 

Akmzgran 26, Września 1847 r. 
Po pierwszym noclegu przesyłamy Ci uściśnienia. Wczoraj tak 
nagłe, tak spieszne nastąpiło pożegnanie, że ciQ nawet dobrze nie 
uścisnąłem, to jest tak jakem ci(j pokochał na nowo. Chc(j konie- 
cznie widzieć ci(j jeszcze przed powrotem do klatki, ale gdzie? 
napisz ! bo ty teraz od ciotki zależyó będziesz, ułóż więc jak ci do- 
godniej i pisz zaraz albo pod adresem Królikowskiego, albo pana 
Łanie wskiego Eue Monsigny Nr. 5. chez Mr. Touly. Nasze klęski 
kolońskie miał ci Seweiyn opisać. Wczoraj na tutejszym progu, 
przyjął nas Zygmunt i list z domu. Dziś drugi odebrałem, pierwszy 
był wesoły i zaspakający, drugi złej wieści był gońcem, bo Teosia 
febry dostała. Już miała trzeci paroxyzm, a febra jesienna nie 
łatwa do zabicia na zawsze. Od wszystkiego odpadła mnie ochota 
nawet od Paryża, bo jakże tu się bawić kiedy poczciwa żona cierpi 
nudno i nieznośnie. Febra nie jest niebezpieczna, ale nudna i mę- 
cząca. Mój kochany Stasiu, mam prośbę do Ciebie. Moja matka 
życzy sobie nabyć dobry zegarek damski, nie zbyt mały, nie zbyt 
wielki, lecz któryby nie więcej nad 120 lub 140 franków kosztował. 
Czy byś ty nie mógł od Patka sprowadzić go, ale tak spiesznie, że- 
bym go z sobą zabrał wracając. Odpowiedz mi na to, bo gdyby 
trudność w tem jaka zachodziła, musiałbym w Paryżu kupić taki 
zegarek. Musiał ci Seweryn powiedzieć, żeśmy wczoraj obiadowali 
u Zygmunta^) z Konstantym i niespodziewanie z Augustem Ciesz- 
kowskim. Mając chwilę wolną, przybiegł on do Zygmunta na dwa 
dni, spotkali się oba w Kolonii na kolei. Gaszyńskiego byłbym nie 
poznał, ale go też znałem młodzieńcem w mundurze akademickim 
i bez 17 lat tułactwa. Przez dziś tu zostajem, obejrzeliśmy w Ko- 
lonij kościoły, tu katedrę, lecz Seweryn ani Murraya chce czytać, 
ani ma trochę wyspiarskiej ciekawości. Jutro w Imię Boże ruszamy, 
przecież może pomoc Boska nas nie opuści. Ściskam cię serdecznie 
drogi bracie i zaklinam, abyś się radził i leczył^). 



1) Krasińskiego. (P. W.) ^ 

*) Autor udał się był po raz drugi do Paryża w 1847 r., a że 
pierwszy jego pobyt tamże miał miejsce w 1822 — 1830 zwykł był 



Digitized by 



Google 



33 

Drezno 23. Października 1847, 
Nie zwodzą smutne przeczucia. Mówiłem ci drogi mój Stasiu, 
że jestem niespokojny, że coś złego przeczuwam i spieszyłem tu 
po wiadomość o moich, i zastałem ją — ale jaką! Henryko wa^) żyć 
przestała. Boleśó rozdarła mi serce, żal rai jej niezmiernie, ale żal 
najwięcej nieszczęśliwego męża, żal tego szczęścia, które się tak 
dobrze zaczęło układać, które było tak skromne, tak spokojne a tak 
istotne. Zepsuło nam się nasze koło rodzinne, bo Henryk, bo Gałę- 
zów już stracony dia nas. Przybywszy tu wczoraj po 4tej, wysia- 
dłem do hotelu, w którym stoi pani Stadnicka i wprost do niej po- 
biegłem. Pytam o wiadomości o moich, wyrazem żalu odpowiada 
myśląc, że wiem już o naszej strecie. W pierwszej chwili przeszyła 
mnie myśl, że cios wprost we mnie uderzył. Zadrżałem. Gdym 
usłyszał, że Józia nie żyje, z przerażenia przeszedłem w ciężką 
żałość. Po połogu dostała zapalenie kiszek, obstawiono ją pijaw- 
kami i szalonym zwyczajem tarnogórskim dano na wymioty. Była 
zdrowsza i tak zdrowsza, że mąż na 4go października na święto je- 
nerała Bohlanda, pojechał do Tuszowa, tam spiesznie dano mu znać, 
że stan jej się nagle pogorszył. Podążył do niej i podobno już jej 
przy życiu nie zastał. Podobno karmiąc dziecię, nagle uczuła mocny 
ból w piersiach, padła i w kilka godzin żyć przestała. Zapewne 
żyła pękła. Matka, mąż niepocieszeni. Jeszcze Henryk nie był 
w Piotrowicach. Kiedy wszyscy moi zalewali się łzami, ja właśnie 
wtenczas najweselszych chwil używałem, wymawiam je teraz sobie, 
ciężą mnie one jak zgryzota. W Piotrowicach podobno wszyscy 
zdrowi, ale czemże jest zdrowie? czem szczęście? Jedna chwila 
całe życie niszczy. Wiadomości p. Stadnickiej dochodzą do 14go, 
lecz że listy posłała mężowi do Turwi, nie czytałem ich, mało 
w nich miało bydź o Piotrowicach, tylko opowiadanie o śmierci 
Henrykowej. Wiem, że wszyscy zasmucicie się tą wiadomością, 
wiem, ze kochana Azia uczuje ją boleśnie. Bozstawszy się z wami, 
w Lipsku standem o lOtej, odwiedziłem Bobrowicza, zapytałem go 
o Patka, który na kwadrans przed mojem przybyciem wyjechał do 
Berlina. Dowiedziałem się, że zegarek, pocztą do Dessau wyprawił; 
już go pewnie otrzymałeś i oddałeś do przewiezienia Sewerynowi, 
lub łaskawości pań Abraraowskich. Franków 160, to jest podług 
twego wyrachowania talarów 42 i złp. 4 posyłam, to jest talarów 



mówić. „że przyjazd mój do Paryża wywołuje zawsze rewoluoye". Opis 
tego pobytu w Paryżu zaginął. (P. W.) 

^) Henrykowa Koźmianowa, żona brata stryjecznego (P. W.) 

lislU AndnąfaKoŚBiaiuL T. n. 3 



Digitized by 



Google 



34 

43, a złp. 2 oddasz Sewerynowi na mój rachunek. Uściskaj go i 
powiedz mu, że ten rachunek zrobiemy za powrotem jego do kraju. 
Byłbym mu ztąd odesłał dług mój, gdyby był tego żądał, żadnej 
nie było by mi to różnicy zrobiło, bo bankier tutejszy oświadczył 
gotowość na moje żądanie. Powiedz pani Kazimirze, że w Lipsku 
odwiedziłem p. GoUschachową, bardzo mi była wdzięczna, lecz za- 
stałem ją złożoną febrą reumatyczną. W Dreźnie pełno Poloków, 
całe grono weselne panny Branickiej, której ślub odbędzie się 
we wtorek wieczorem. Jsst tu pani Liza z dzieómi, jedzie na zimę 
do Ezymu, bo Zygmuś bardzo chory i koniecznie ciepłego powietrza 
potrzebuje. Widziałem ją wczoraj, ona także bardzo zmieniona. 
Męża w tych dniach się spodziewa, czatuj na niego na kolei, lecz 
on zapewne na Hanower pojedzie. Widziałem Alexandra Potockiego, 
który ci się kłania, ale tak niewyraźną mową, że nie wiem jak ten 
ukłon wygląda. Jest tu pani Arturowa. Syn jej, pan młody z licz- 
nemi sofizmatami, Maurycy Potocki, Chłopicki i całe drugie we- 
sele, Adam Czartoryski i pani Działyńska z córkami. Są także Dow- 
giałłowie i stoj% w moim hotelu. Ja przez dziś tu bawię, jem obiad 
u pani Branickiej, jutro o lOtej z rana wyjeżdżam koleją, wyjechał- 
bym dzisiej, ale na ranną nie podążę, a wieczorna gdzieś nocuje. 
Jadę z krwawym smutkiem w sercu. Dziś odwidzę panie Kulikow 
ską i Mycielskę Ludwikową. Ściskam cię drogi mój, ucałuj ręce 
ciotek, prześlij uściśnienie do Berlina, poleó mnie przychylności 
p. Stefana. Piszcie do mnie p. Kraków, EzeSzów do Dobrzechowa, 
bo nie zdążycie do Wiednia. Cesarz 17go wyjechał z Warszawy. 
Mówią, że ośmiu ze sprawy Konarskiego ułaskawił, pierwszy to 
czyn tego rodzaju. Beaupre ma bydź ułaskawiony. Zresztą nic no- 
wego, oprócz parad, krzyżów i gratyfikacyj. O nowych odmianach 
nie wiedzą, ale zapewne nastąpią. Panie warszawskie w ruskich 
ubiorach przedstawione były W. księżnom, po wyjeździe cesarskim. 
Jeszcze jedno uściśnienie drogi bracie i przyjacielu, dla ciebie i 
Seweryna. 

Na kolei hymn przetłómaczony posyłam, zaśpiewajcie go myśląc 
o ranie. 



6. Xbris 1847 Piotrowice ^). 
Kochany móy y naydroższy przyiacielu. List twóy ostatni za- 
stał nas w radości y prawdziwera uszczęśliwieniu z przybycia na- 



^) List Kajetana Koźmiana do Morawskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



86 

szego Jędrusia. Wrócił znacznie zdrowszy, schudł, iednak nie iest 
tak zdrów, aby iuż nie było potrzeby ieszcze raz odwiedzić Karls- 
bad, który tyle mu dobrego zrobił, pokrzepił zdrowie wodami, umysł 
towarzystwem y widokami szczęśliwszych kraiów. Widział wiele — 
przypatrywał się y przyglądał przedmiotom nauk, sztuce gospodar- 
stwa z całą swoią żywą imaginacyą, duszą y rozumem, umieiącym 
ccenió rzeczy i ludzi. Przyiechał wesoły, teraz tę wesołoś<5 tępią 
w domu przykre czasy y nieprzyiaźne obydwom jego maiątkom oko- 
liczności. W Galicyi głód i nędza, kłopoty z włościanami, kłopoty 
z urządzeniami nagłemi, ubożącemi, a chociaż urodzaje były znako- 
mite y ceny zboża wysokie, nie nagradzaią iednak tego, co się traci 
przez ubytek robocizny. Tu spokoyniey z chłopami, którzy chcieli, 
czynszuią, którzy nie chcieli, bez oporu odrabiają utrzymane powin- 
ności, Wchodziemy w kłopotliwe parobcze gospodarstwo, bieda bez 
ludzi, bieda bez dobrych dozorców, bieda bez kartofli. Browar musi 
chłonąó żyto, które chociaż się znakomicie urodziło, trzeba się ob- 
zieraó na głodną wiosnę, bo jarzyny, szczególniey jęczmień y hre- 
czka chybiły, a poczciwe chłopki nieoględni na nią, piją szczęśliwie 
po karczmach, y pańszczyznę dworowi odrabianą przenieśli do ży- 
dów, którzy niemi orzą, wożą. zgoła, póki będzie głupota, poty bę- 
dzie nędza. 

List twóy y uradował mnie y boleśnie zasmucił. Szczęśliwem 
postanowieniem Tadzia*) ucieszyliśmy się, równie iak obiecaną twoią 
bytnością, lecz słabość twoiey synowcy w pierwszych momentach 
pobrania boleśnie nas dotknęła. Podobno iest iak Mania delikatnego 
zdrowia, niechże się szanuie principiis obsta. Dzięki Bogu, że do- 
ktorowie nie znaleźli słabość zagrażającą. Młoda, łagodna, podobaiąca 
sobie w nowey rodzinie, a zatem szczęśliwa prędko do zdrowia 
wróci y gdy te życzenia z serca przywiązanego y już ją przez cie- 
bie y Tadzia kochającego piszę, spodziewam się, że wróciła do sił i 
szczęścia. Uprzedziłeś ją o nas. My już dawno o niey uprzedzeni 
iesteśmy. Wychowanica cnotliwey y czułey HoflFmanowey nie może 
nie być godną kochania. Nie dodałeś mi nic o Maryni *) iak się ma, 
kiedy się spodziewa rozwiązania — domyślać się tylko mogę z dnia. 
w którym mi odwiedziny iey zwiastuyesz. Po odbytey słabości Ma- 
ryni będą konie gotowe bądź do Byk, bądź do Garbowa, gdzie za- 
wołasz, y kiedy zawołasz, zawsze byłeś pożądany y będziesz, teraz 
tem więcey nim iesteś. Że Czarniecki już zupełnie ukończony, już 



*) Syn jenerała Morawskiego (P. W.) 

*) Córka jenerała Morawskiego, dziś hrabina Jezierska (P. W.) 



Digitized by 



Google 



36 

położone basta, odczytujemy teraz cały ciąg iak się będzie wyda- 
wał. Uważamy wrażenia, robiemy treści każdej pieśni y niemiło- 
siernie się z Jędrusiem kłucieray. Nie o słowa, nie o wiersze, nie 
o długości, nie o zdania moralne, ale o wyobrażenia o epopei. Ję- 
druś by chciał, żeby autor mało opowiadał, a same tylko obrazy 
dawał. Nie mogę tego poiąć, iak piórem daiąc obraz, można uniknąć 
opowiadania, chciałbym aby kto tego dokazał y wzorem to poparł. 
W Wallenrodzie, który nie iest epopeią, ani z toku, ani z formy, 
ani z celu moralnego, przeplataią opowiadania, śpiewki etc. etc. Ale 
ja autora tego naśladować nie myślę, mara coś lepszego w Ho- 
merze y Wirgiliuszu, y dotąd w świecie uczonym trwa definicya epo- 
pei Aristotelesa y Horacyusza y dotąd według tey definicyi wszyscy 
naysławnieysi poeci swoie dzieła układali we wszystkich kraiaćh y 
ięzykach. Epopeifi iest opowiadaniem iedney, wielkiey, świetney ak- 
■ cyi sławnego bohatera, w pewnym przeciągu czasu rozpoczętey i do- 
konaney. Cel powinna mieć moralny. Częściami iey są: prawdziwa 
akcya, zmyślenia poety nie niepodobne do wiary, ozdobą zdania, 
epizody y styl. Tego chciałem dokazać, y zdaje mi się, że się wywiąza- 
łem memu bohaterowi i literaturze. Wreszcie spory nasze rozetniesz, 
zmaż^^cie, poprawicie, wygładzicie, bylebyście mnie nie zmuszali od- 
mieniać lub dodawać. Zostawicie mi moją indywidualność, tak pisać 
iak teraz piszą nie potrafię, gdybym się o to kusił, nie byłbym sa- 
mym sobą, chcę w potomności, ieżeli do niey dojdę, reprezentować 
móy wiek, w którym żyłem, chcę go zamknąć sobą y być choćby 
ostatnim po Krasickich, Trembeckich, Osińskich. Woroniczach; 
wolę być z niemi razem skazanym na autodafę przez Woycickich, 
Grabowskich, Mickiewiczów, jak od tamtych na tamtym świecie 
być odepchniętym, iak renegat ich nauki y wzorów. Są tak szczę- 
śliwie uposażone umysły, są uprzywilejowane geniusze, tym ty ie- 
den iesteś, co by cię radzi starzy przyswoić; a nowi się tobą chlu- 
bią, lub ci zazdroszczą. Sam uznasz, że byłoby naywiększą z moiey 
strony śmiesznością, żebym w 75 wieku życia mego, ja Polak, za- 
miast poważnego, narodowego tańca, skakał bolero z Hiszpanami. 
Zygmunt,^) iak ci pisałem, błagał mnie, abym osnowy poematu nie 
przecinał wzmianką o nim fiat yoluntas tua, wie iak poważam jego 
pióro a więcey uczucia, dość na tem. Wiele nie znasz z Pieśni X, 
XI. y XII; rozumiem że figura Paska żywcem odmalowana, iak się 
sam odmalował w swoich pamiętnikach podoba ci się, bo się Ję- 
drusiowi podobała. Homer malował Tersyta, Wirgiliusz Dranma. Mnie 



O Krasiński. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



87 

posłużył wojak z Gosławic, poczciwy, waleczny, ale fanatyk, pijak 
burda, chełpliwy; łgarz ale na placu boju pożyteczny. Jest to typ 
nie występków, nie zbrodni, ale wad, nawyknień y uprzedzeń owego 
wieku, który wychowanie młodzieży szlacheckiej powierzył mnichom, 
ale dosyó o tem. Wpadła mi teraz w ręce książka „Bękopis Jana 
Potockiego". Naprzód czemu rękopis, nie rękopism, rękopisma, nie 
rękopisa. Co za manja kaleczenia wyrazów, lub poprawiania na 
gorsze pisma, nie pisy lub pisa; iest to coś iak tysiąc nocy i iedna, 
lub Ciemnogród Stanisława Potockiego. Autor w naśladowaniu po- 
wieści arabskich chciał dokazaó zaostrzenia ciekawości bredniami 
dziecinnemi i trzymania jey w zawieszeniu póki zechce, chciał prócz 
tego pokaza<5, że zna ludzi y świat iak się toczy, y rozsuł swoje 
skryte mniemania o wszystkiem, co świat czci y czera się rządzi. 
Staszyc był śmiesznieyszym w swoim poemacie: Bud ludzki lecz 
razem szczerszym. Wreszcie z polskich książek nie mam nic do czy- 
tania. Eadbym trzymaó dziennik petersburski, który ogłosił nowe 
dziełko Henryka Bzewuskiego; chciałbym je mieó y przeczytać. 
Otóż w Szwaycaryi woyna domowa. Wściekli Eobespierzyści już 
się zdradzili w Fryburgu y spodziewam się, że ościenne mocarstwa 
utną tej hydrze głowę. Nie wiem, czy cię ten list zastanie w Lu- 
beni, dlatego piszę go pod kopertą Marysi do Mińska. Skoro sta- 
niesz, napisz zaraz do nas o synowcy, o synu, o kochaney Marysi, 
którey niech Bóg da szczęśliwe rozwiązanie. Gorąco go o to bła- 
gam. Szczęśliwsza od naszey Żanci, ma przy sobie męża, ciotkę, 
mieć będzie oyca. A nasz kochany Włodzio od dnia do dnia ocze- 
kiwany, poluje, ryby łapie, i przez lenistwo zaniedbanego paszportu 
oczekuje ; kiedy żona, co moment spodziewająca się połogu, co dzień 
w okno patrzy y co dzień odchodzi zasmucona. Dzieci nasze rosną 
iak na drożdżach y nauki im przybywa. Staś teraz do niey nabrał 
ochoty ; y na swóy wiek dosyć, a może nadto umieyą. Cóż powiesz, 
że Staś służy co niedziela proboszczowi do mszy y ministrantury się 
wyuczył; Marysia sama się jej nauczyła y iak sroczka trzepie i 
podpowiada bratu. Na święty Jędrzey mieliśmy iak zwykle grono 
sąsiedzkie ; na św. Teofilę Teosia nie będzie w domu, wyieżdża do 
pani Whit do Góry ^). Biedny Henryk tuła się od domu matki do 
swego. Oczekuje przybycia panny Bemond aby jej mógt powierzyć 
córeczkę. Bohlandzi zdrowi, młodzi gospodarują, starzy Bwobodni 
patryarchalnie żyią. Dłuscy, iak zwykle, zakłopotani Grabowskim, 



^) Matka Sir W. Wbita, obecnie ambasadora W. Urytaoi i w Kon- 
stantynopolu, 



Digitized by 



Google 



Łączyńskira y Anusią, która ma kawalera w Deskurze młodym 
nie wiemj czy jej rękęotrzjma, bo nie hrabia. Dziś jestwNędrzwicy 
święto samey p. Dłuskiey. Wszyscy tam moi iadą. Ja sam zostaję 
y ten list kończę. Ściskam cię nayserdeczniey, pisz przed rozwią- 
zaniem Marysi, pisz po rozwiązaniu. Czemuż przez prokuracyę nie 
mogę do chrztu trzymać twego wnuka, lub wnuczki. P. Kamilli, 
p. Karolowi tysiące ukłonów nayprzyiaźnieyszych. 
Yale Amantissime 

Kajetan Ko&mian. 

W niełaskę popadłem u tego, który jest i obroną i ozdobą 
moją. Pisałem z Wrocławia; odpowiedzi w Dobrzechowie oczekiwa- 
łem i nie doczekałem się. Chciałem wiedzieć, który dzień zacznie 
szczęście Tadzia i nie wiedziałem, y nie mogłem połączyć się 
z wami modlitwą i myślą. Niech Bóg przyjmie w opiekę to szczę- 
ście wasze, niech je uczyni tak trwałem, jak jest rzeczywistem. 
Mamże ci kochany Przyjacielu powiedzieć, z jaką radością przyjętą 
została w Piotrowicach wiadomość, że przybywasz w te strony, że 
w środku stycznia powitamy cię tutaj ! Ożywił się mój ojciec na tę 
wieść, na tę obietnicę i „Czarniecki" na koniu podskoczył. Wracają- 
cego z długiej wędrówki, przyjął mnie już całkiem wydłutowany. 
Posąg ukończony. Uroczystość odkrycia go za twem przybyciem 
obchodzić będziem. Ostatnia pieśń nie niższą będzie od innych, 
gdy niektórym zmianom ulegnie. Pierwszą najmniej lubię. List ten 
do Luboni posyłam, może cię już nie zastanie, może już pospieszysz 
do Mińska, po nowy order Dziada. Niechże tam się wszystko szczę- 
śliwie odbędzie. Wczoraj odebraliśmy wiadomość, że Zańcia syna 
jak najłatwiej powiła. Syna i Maryni życzeray. Do Mińska do je- 
nerała wkrótce napiszę, bo mam wiele do powiedzenia. Dziś ści- 
skam najdroższe dłonie najserdeczniej i życzę zdrowia pani Zofii, 
to życzenie najmilsze ci dzisiaj. Chciej mnie polecić jej łaskawości; 
wszakże się już Morawską nazywa. P. Tadeusza serdecznie ściskam. 
Wszyscy łączą i życzenia i czułości. 

Andrzej E. Koimian. 

10 grudnia 1847 Piotrowice. 



Dnia 3 ktoietnia 1848 Piotrowice. 
Drogi móy przyiacielu. Dziś w gronie naszem familijnem 
wszyscy koleją wychyliliśmy kielich wina za twoje zdrowie; dzię- 
kując Bogu, że nam dał takiego przyiaciela, y powtarzając sobie te 



Digitized by 



Google 



39 

życzenia, które sercem swoyem zgadniesz. Obejmowały one ciebie, 
Marynię, Tadzia, zięcia synowę, Oporów, zgoła to wszystko, w czem 
szczęście swoje zakładasz. Od tygodnia iesteśmy tu wraz z całem 
naszera sąsiedztwem pod wpływem bolesnego smutku y żałości, 
zacny, nieoszacowscny, ukochany od wszystkich Tomasz Dłuski nagle 
niespodzianie przez tyfus, ledwie po kilkudniowej chorobie, wyrwany 
nam został, padł ofiarą poświęcenia się gorliwego, a nieostrożnego 
dla zarażonych tą chorobą włościan, chodząc po chatach z lekarzami, 
pocieszając, radząc, wspierając, naciągnął choroby, a w pierwszych 
dniach zaniedbawszy ratunku, już uratowanym byó nie mógł. Osie- 
rocił liczną familię y nas wszystkich. Biedne kobiety rady sobie 
nie dadzą. Wyiechały do Lublina pod oko doktora, bo Łączyńska 
także słabująca, potrzebuje pielęgnowania. Wnuki drobne są u nas. 
Alexander i Jędruś trudnili się pogrzebem. Zgasło na nim imię 
Dłuskich. Jenerałowa mieszkająca w Wrocławiu, familia rozpierzchła 
po Galicyi y za granicą, iakże boleśnie wiadomością z „Kuryerka" 
dotkniętą zostanie. Wkrótce czytać będziesz nekrolog jego w ga- 
zetach warszawskich, który z bolejącego serca wylałem, bo to był 
móy wieyski najdawniejszy przyiaciel, y synowską czcią wypłacał mi 
się stale za piędziesięcioletnie związki z jego rodziną. 

Co to się znaczy drogi przyjacielu, że żadnego od ciebie nie 
odbieramy listu? Czy umyślnie milczysz, czy też nas listy nie do- 
chodzą, chociaż je odbieramy z Galicyi, a nawet y z odlegleyszych 
stron, o waszych, to tylko wiemy, co gazety nasze piszą, y troskamy 
się o waszą spokoynośó, niech Bóg wam jej użycza. U Rohlandów 
także był smutek. Eomcio, powróciwszy z Warszawy wytańcowany 
po balach zapadł na początki tyfusu, czy zapalenie mózgu, prędki 
ratunek uratował go; już jest w konwalescencyi. Stadnicki po swoim 
nieszczęśliwym przypadku zdrów, lecz zasmucony stratami, które 
w Galicyi poniósł. Wiosna nakoniec przyszła, zaczynamy oraó y siaó. 
Urodzaje pokazują się w części bardzo liche. My wszyscy chociaż 
zasmuceni, iako tako zdrowi. Cóż wam więcej pisaó. Oto uścisnąć 
cię nayserdeczniey y oddać synowi pióro. 

Vale Amantissime K. Ko&mian. 

Odmęt teraz w duszy, zbieg najsprzeczniejszych uczuć, lecz 
dziś nad wszystkiemi góruje, uczucie dla najdroższego dla nas sole- 
nizanta Straciliśmy przed kilku dniami jednego z najdawniejszych, 
najszczerszych przyjaciół ; wiem, że nasz głęboki żal podzielisz i łzę 
nad tak bolesna stratą uronisz. Znikł z oczu naszych wzór prawości, 
obywatelstwa, wszystkich cnót chrześciańskich. O ileż cięższy byłby 



Digitized by 



Google 



40 

jeszcze ten kamień smutku, gdyby był nas w imiym czasie przy- 
gniótł; lecz dziś myśl tak rozerwana, tak co chwila uderzona, 
wstrząśniona, że się nawet i o takiej stracie nie ciągle pamięta. 
Przecież żal zawsze się odzywa. Jak nie potrzebuję, drogi nasz przy- 
jacielu powtarzać ci, jaka jest nasza dla ciebie przyjaźń, tak i nie 
mam mówić, jakie są życzenia. Dziś każdy każdemu więcej ma do 
życzenia, niż kiedykolwiek. Z Galicyi mamy wiadomości, od was ani 
słowa. Fury moje z koniczynami przed parą dniami nadeszły, choć 
się już ich nie spodziewałem. Wielki tam ruch, wielkie zajęcie. Na 
wszelkie straty i ofiary właściciele tamtejsi przygotować się powin- 
niśmy. Wiesz, jakie moje w tem usposobienie. Tu cicho, spokojnie, 
ostrożnie, a na wsi głucho, ledwie kiedyś jakaś wieść doleci. Jour- 
nal des Dibats dopiero od 4 dni odbieramy, przez cały miesiąc by- 
liśmy go pozbawieni. Pisz do nas drogi jenerale, napisz choć dwa 
słowa, abyśmy o tobie i twoich wiedzieli. My także częściej damy 
o sobie wiadomość. Serce potrzebuje dziś wiedzieć wszystko o tych, 
którzy mu drodzy. Ściskam serdecznie p. Tadeusza, całuję ręce 
pani Zofii. Bóg z wami i z nami. Andrzej Ed, Kożmian. 



12. września 1848 Dóbraechów ^). 

Eok temu, drogi mój Stanisławie dążyłem do ciebie i 16go 
września, jednej z najżywszych radości w Heidelbergu doznałem, 
radości powitania cię po siedemnastu latach rozdziału. W tym roku, 
tak różnym od przeszłego, niechże przynajmniej list mój spieszy ku 
tobie, i w rocznicę naszego spotkania stanie u ciebie. Nie wiedząc, 
gdzie cię szukać, czy w Landek czy w Turwi, czy gdzie na kolei, 
na ręce Jasia list ten przesyłam. Mógłbyś na niego jeszcze odpo- 
wiedzieć tak, aby mnie odpowiedź doszła, jeżeli zaraz weźmiesz się 
do niej. Zabawię tu jeszcze dni 12, t. j. do 24, do dnia, w którym 
wyjdzie mi termin paszportu. Na miesiąc go tylko otrzymałem, 
sam, bez służących, na komorze zastałem rozkaz zdania raportu, 
kiedy granicę przebędę, kiedy wrócę, a z nim polecenie poddania 
mnie najściślejszej rewizyi. Żadnego więc świstka ztąd nie wy- 
wiozę ; aby co podejrzanego znaleźli, musieliby moją głowę i pa- 
mięć rewidować. Od dwóch tygodni tu jestem i jakoś wolniejszemi 
płucami oddycham i jakoś zdrowszym i rzeźwiejszym się czuję. 
Nic tu jeszcze ustalonego nie ma, wszystko wątpliwe, loteryjne, 



») Do Stanisława Koźmiana. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



41 

wszystkie tu jeszcze sprzeczne żywioły w walce, ale choó nieliczne 
błyszczą barwy narodowe, ale choć malutkie gnieżdżą się na ka- 
szkietach i furażerkach orliki białe, ale cbo<S nie wprawne jeszcze, 
noszą broń ramiona polskie; ale cho6 dotąd niechętny braciom, 
a dawnym panom, wolnym i właścicielem jest włościanin, ale cho<S 
jeszcze małoletnie walczą z sobą mową ojczystą, pisma publiczne, 
ale jest wszelka wolność mówienia, pisania, działania. Słowem jest 
tu wolne powietrze, kiedy u nas loch i ciemnica. Nie taję ci, że 
stan tego kraju jest jeszcze bardzo niepewny, złość binrokracyi, 
szał komunizmu wersalskiego, zapał rewolucyjny ,| chytrość rządo- 
wego stronnictwa, obojętność egoizmu, brak odwagi, rozsądku i za- 
cnego razem rozważnego umiarkowania, nieufność ludu, poddają ten 
kraj w niebezpieczeństwo, a przecież tu się może ma odegrać osta- 
tni akt dramatu narodowego. Tu przeniesione Palladium ojczyste. 
Nigdy jeszcze Galicya tak świętego i wielkiego powołania nie miała. 
Oby je pojąć i wywiązać się z niego potrafiła. Wiesz może, jaki jest 
jej stan obecny. W tej chwili nie ma prawie żadnego rządu, bo 
gubernator Zaleski, na którego wszystkich oczy zwrócone, jeszcze 
Kraków urządza. Nie ma więc prawie rządu, a przecież porządek i 
spokojność zupełna w kraju panuje, fiady narodowe potworzyły się 
wszędzie. Główna rada jest we Lwowie, obwodowe po miastach 
obwodowych, filialne po mniejszych miasteczkach. Organizacya tych 
rad mogłaby się stać bardzo użyteczna, nie wychodząc z zakresu 
prawnego, lecz tada lwowska tak różne, tak wulkaniczne mieści 
w sobie żywioły, tyle błędów popełniła, tyle zachciwań dyktator- 
skich objawiła, że jej wpływ w każdej chwili stać się może bardzo 
szkodliwym. Aby zrównoważyć jej potęgę, zawiązało się stowarzy- 
szenie ziemiańskie, które nic dobrego dokonać nie potrafi, bo nie 
ma żadnego oparcia na opinii, bo złożone z ludzi wątpliwych za- 
sad i z ludzi majętniejszych, obudzą podejrzenie wstecznych usiło- 
wań, organem tego stowarzyszenia jest Polska, wydawana przez Me- 
ciszewsMego, która wdała się w takie osobistości, w takie szermier- 
stwo, a raczej bójkę na kije, że nigdy nie nabędzie powagi go- 
dnego i szlachetnego dziennnika. Usiłowaniem wszystkich zacnych 
obywateli powinno być oczyszczenie, przetworzenie rady narodowej 
i połączenie jej z przetworzonem ziemiaństwem. Wtenczas dopiero 
ustałaby bojaźń, aby rada nie oszalała^ nie przywłaszczała sobie 
władzy materyalnej, której mieć nie może, a poprzestała na moral- 
nej, którą mieć powinna. Zaleski, o którego dobrych chęciach wiele 
mówią, napotka tu liczne bardzo trudności. Najpierwszą z nich bę- 
dzie zwrócenie rady i rad wszystkich w zakres legalny. Dzienniki 



Digitized by 



Google 



42 

tu głośno hałasują, ale jest to wrzawa dziecinna, wrzawa studen- 
tów na wakacjach. Najlepszym dziennikiem będzie, jeżeli się 
utrzymana obranej drodze: „Gazeta powszechna **, której dopiero kilka 
numerów wyszło; pierwszy umieścił wyznanie wiary, w bardzo wła- 
ściwy i godny sposób napisane. Pod taki sztandar każdy uczciwy 
ezłowiek zapisaó się może. Zalecam ci ten dziennik jak najmocniej. 
Heltman zaczął wydawaó Disiennik Stanisławowski. Przecież przemó- 
. wił, bo dotąd podobno milczał, lecz milcząc, działał. Dowie się 
przecież kraj, czego chcą i po co tu są. Bardzo jestem ciekawy, ja- 
kie wrażenie jenerał Chłapowski uniesie ztąd; bo wyznać trzeba, że 
ocknęło się życie, że poruszyły się martwe dotąd umysły. Wielka 
też odmiana w towarzystwie tutejszem nastała. Zbytki wygnane, 
karty ostracyzmem dotknięte; zbytkująca, grająca, pijąca i hulająca 
Galicya, gdy była niewolnicą, stawszy się wolną odmieniła się i po- 
zbywa się złych nałogów. Jenerała pojutrze zobaczę, jadę na jego 
powitanie do Tarnowa. Mój szwagier Ignacy Skrzyński, spotkał go 
na kolei krakowskiej. Cieszę się nadzieją, że go na chwilę w Do- 
brzechowie mieć będę. Ignacy, który jest deputowanym na sejmie 
wiedeńskim, za urlopem na dni 15 przybył tutaj. Bardzo ciekawe 
szczegóły opowiada o Wiedniu, o sejmie, o naszych deputowanych 
włościanach. Wiesz, że ważne wnioski o wynagrodzeniu, w których 
mieściło się uznanie świętości prawa własności, po zaciętym sporze 
przyjęte zostały. Włościanie nasi w tym razie odłączyli się od 
rządu i przeciw wynagrodzeniu głosowali. Wkrótce przyjdzie do 
rozprawy nad wnioskiem Lóhnera, naczelnika partyi ultra-demo- 
kratycznej frankfurckiej, o zapewnieniu narodowości galicyjskiej i 
dalmackiej i ustanowieniu stosunków tych krajów do państwa. 
Wniosek ten, acz korzystny dla Galicyi. jest bardzo podstępny. Roz- 
pisałem się o tem, czem myśl zajęta, a tu jeszcze tak wiele byłoby 
do mówienia. Z domu miewam listy, z Wronowa donoszą mi za- 
spakające wiadomości. Cholera zabiwszy w Lublinie pięć osób, czy 
ustąpiła, czy schowała się, lecz ręczą mnie, że obawa niebezpie- 
czeństwa znikła. Pisząc do matki, wspomniałeś o zamiarze Adama, 
zażądania odemnie zarządu tutejszego majątku. Odwiedź go od tej 
myśli, abym nie był wystawiony na kłopot odmowy. My tak tu 
znędznieli, tak widocznym upadkiem zagrożeni jesteśmy, że tak 
w większych, jak w najmniejszych wydatkach najściślejszą oszczę- 
dność zaprowadzać musiemy. Ja część znaczną oficyalistów musia- 
łem odprawić i dziś jeszcze przewidzieć nie mogę, czy będę miał 
jaki grosz czystej intraty. Do Henryka pisałem, aby resztę należy- 
tośtiji bratu posłał, lecz namawiać go na przybycie tutaj sumiennie 



Digitized by 



Google 



43 

i dla mnie i dla niego nie mogę. Jeżeli drogi mój bracie zastanie 
cię ten list przy Azi *), uściskaj jej obie ręce i powiedz jej mój żal, 
że o mnie zapomniała. Czy pisujesz do Zygmunta*) i czy odbierasz 
wieści od niego, lub o nim. Słyszę że duch jego upadł, że zwątpiał. 
Czemu zwątpiał? 

„Eh quel temps, fiit jamais plus fertil en miracles". Janie 
wątpię ani o ludzkości, ani o narodowościach, które są tylko rozmai- 
tością w całości. Nie wątpię o zwysięztwie, prawdy i sprawiedli- 
wości. Wierzę w grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, 
w żywot wieczny, co daj Boże Amen. 

Czy piszesz co ? Czy można dziś pisaó, pisaó nie o tem, 
o czem się jedynie myśli. Coś zrobił w Anglii, gdzie egoizm indy- 
widualny i narodowy przemógł i odciągnął naród szlachetny od 
warstatu ludzkości. 

Napisz prędko, jeżeli możesz, list twój umocni mnie na powrót 
do klatki żelaznej. 

Gwardye narodowe tworzą się tutaj nie tak prędko, jakbyśmy 
chcieli, ale przecież wszędzie są ich zawiązki. Dziś właśnie widzia- 
łem tutejszą i pieszą i konną, które przybyły na powitanie deputo- 
wanego tego okręgu, Ignacego Skrzyńskiego. Wiele jest dobrych chęci 
i zacnych uczuó, brak doświadczenia i wprawy łatwo przebaczyć. Eo- 
zdział narodowości ruskiej od polskiej, dzieło pośmiertne Stadiona, 
które coraz wyraźniejszem bydź zaczyna, jest jednym z największych 
kłopotów Galicyi. Czyby wpływ Ezymu nie mógł tego wstrzymać. 
Wszakże to jeszcze katolicy ślepo ulegli duchowieństwu swemu, 
a które pracuje dla schizmy. 

Ściskam cię serdecznie, kocham sercem i umysłem. Czemu ty 
nie pomyślał Stasiu o podróży z jenerałem. Bramy Galicyi otwarte 
dla wszystkich. Jaka by to była radośó powitaó Cię w Dobrzecho- 
wie, który jest mojem ulubionem miejscem. 

Andrzej E. Koimian. 



6. Grudnia 1848. Piotrounce^). 
Najukochańszy mój przyjacielu. Smutne nas dobiegły wiado- 
mości o tobie. Napisano nam z Turwi żeś słaby, smutny, znękany, 
obojętny na wszystko, zgoła cierpiący, a zatem i my cierpiemy 



^) Zofia z Chłapowskich Janowa Koźmianowa. (K. W.) 
*) Krasińskiego. (P. W.) 
') Do Morawskiego. (P. W,") 



Digitized by 



Google 



44 

z tobą i tęskniem z obawą do lepszych wiadomości. Panna Kamila 
i Marynia zapomniały o nas, lub też nie chcą nas smucić,/ jeżeli 
nie mają nic dobrego do doniesienia o tobie i o sobie. Jakież to 
kłopoty tak twoją duszę znękały, że w milczeniu je trawisz, a ra- 
czej trawisz samego siebie. Na tem świecie złe i dobre koleją się 
przeplata; szczęśliwy kto ma na to dobrze przygotowane piersi. 
Niedawno byłeś tak szczęśliwy postanowieniem syna, urodzeniem 
drugiego wnuka w Mińsku. Burza polityczna zmąciła czyste y spo- 
koyne twe życie. Niechże odetchnienie po niej nie będzie zatrute 
domowemi troskami tego twój przyjaciel pragnie, życzy, o to niebo 
błaga i czeka z utęsknieniem wiadomości, że się pragnienia jego 
spełniły. I my w naszym spokojnym kącie nie byliśmy bez dotkli- 
wych kłopotów. Jędruś obiegł był na swoją podagrę, przecież się 
z niej dźwignął. Brat mój Wincenty chorował śmiertelnie na dy- 
aryą, a następnie upadł, potłukł się, zagrożony był tyfusem, wy- 
ratował go Eeyner. Marynia nasza chorowała na szkarlatynę, połą- 
czoną z szkrofułami, wydobrzała nam z miłosierdzia Boskiego, teraz 
ślicznie wygląda, ładnieje, dobra to dziecina, miła, pojętna, lubiąca 
zatrudnienia, już to dziś dziewiąty tydzień po chorobie, już niebez 
pieczeństwo zaziębienia przeszło, a zatem możem sobie powiedzieć; 
że zdrowa; moja żona zawsze skrzypi swojemi atrytyzmami, jednak 
krzepi się i wyjeżdża. U somsiedztwa smutki. Dzieci Stadnickiego 
w Warszawie na kuracyi. Eohlandowie w Lublinie od tygodnia 
bawią dla kuracyi Kostusi, która jest zagrożoną chronicznem zapa- 
leniem żołądka. Młodzi radziby się żenić, nie mają z kim. Cholera 
nas jeszcze niespokoi, w Lublinie ustała, wałęsa się jeszcze po 
wsiach. Zagnała do Osmolić i Niedrzwicy i parę ofiar wyrwała. Nas 
dzięki Bogu dotąd nie nawidziła. Ze wszystkich nas najszczę- 
śliwszy Seweryn, żeni się z panuą Boncewicz, doktora y słusznego 
człowieka córką, panną bardzo dobrze wychowaną, przystojną, po- 
wszechnie chwaloną y od wielu życzoną, a jak mówią, bogatą je- 
dynaczką. Pisał do nas o błogosławieństwo i posłaliśmy go z szcze- 
rością serca. Bóg go w roku przeszłym niemiłosiernie chłostnął, 
może mu szczęśliwem postanowieniem nagradza. Co się tam 
u was dzieje w Berlinie, co w Frankfurcie, co w Kolonii, strach 
o skutkach pomyśleć, a i we Prancyi wrą sporne żywioły, prośmy 
Boga, aby ludzkość przyszła do rozsądnego umiarkowania i nie 
zbroczyła się krwią, prośmy, abyśmy starość mogli w pokoju do- 
prowadzić do końca. P. Józefa, Tadzia serdecznie ściskam. P, Ta- 
deuszowej rączki całuję. „Kubematon^*' pozdrawiam. 

Yale amantissim^ Kajetan Koimian. 



Digitized by 



Google 



45 

Długie milczenie twoje, drogi przyjacielu smuciło, nas, lecz 
nie niepokoiło, boś nas do niego nieraz starał się przyuczać, lecz 
odebrane wiadomości przez Turwię obudziły naszą troskliwość. Piszą 
nam żeś nie zdrów i żeś smutny. Wierzemy, żeś niezdrów, kiedyś 
smutny, bo choć trudno dziś się weselić w czasach nawałnic i gra- 
dów, przecież widząc się otoczonym tak miłem, tak ładnem szczę- 
ściem, które sobie Tadzio usnuł, nie możesz, nie powinieneś się 
smucić, lecz każdą myśl czarną powinieneś rozświecić promieniem 
miłości i szczęścia twoich dzieci i Lubońskich i Mińskich. Czyżby 
cię stan Maiyni niepokoił, pisano do nas, że jest przy nadziei ; dwa 
połogi szczęśliwie przebywszy i trzeci pomyślnie odbędzie i da ci 
wnuka. Tak wróży Malcz, z którym widziałem się w Niedrzwicy, 
gdy go przed dwoma tygodniami sprowadzono do pani Łączyńskiej. 
Stęsknieni do wiadomości z Mińska, piszemy tam jutro, kiedy się 
zapytania doczekać nie można, to może przecież odpowiedzi nam 
nie odmówią. Mój ojciec opowiedział ci nasze troski, i choroby i 
obawy. Podczas dramatu wiedeńskiego żyliśmy w ciągłej gorączce, 
mieliśmy w Baden Włodziów Bobrownickich, w Wiedniu Ignacego 
Skrzyńskiego. Od pierwszych, od trzech tygodni żadnej wiadomości 
nie mamy, drugi wrócił cały do domu, a z domu pojechał do 
Kremsier. Choroby w naszej chacie ustały, od tygodnia chodzę 
w butach zwyczajnych, lecz cholera zagląda do nas, w Niedrzwicy 
7 osób umarło, w Osmolicach 4 zachorowało, zdaje się, że zarazę 
wszędzie słabiejącą, sprowadzają ciągłe przechody wojska, które 
idzie, wraca i znowu postępuje i znowu się cofa, jakby merkuryusz 
w barometrze. Mój ojc.ec od dawna tak zdrów nie był jak teraz, 
czegoś mu jednak brak, bo „Czarniecki** skończony. To coś czego brak, 
jest praca, zajęcie umysłowe, do którego tak nawykł. Czasem więc 
odczytuje i poprawia, lecz to zajęcie niedostateczne, on ciągle po- 
trzebuje tworzyć, rodzić, jak ukraińska ziemia. Chce się więc wziąść 
do spisywania swoich wspomnień, bardzo byłbym szczęśliwy, gdyby 
się tem zajął, a że on do każdej roboty bodźca potrzebuje, a twoja 
pobudka najmilsza dla jego ucha, więc w pierwszym liście namów 
go, zachęć do tej nowej pracy. Zajmuje go teraz nieco tłómaczenie 
Maisouneuya ^), który wybornie 2gą pieśń przekładać zaczął. W dzi- 
siejszych czasach w godzinę nadejścia poczty, zawsze puls mocniej 
bije i jeszcze mocniej teraz bić będzie, gdy się odpowiedzi z Lu- 



^) Nauczyciel i przyjaciel domu Koźmianów, który później został 
księdzem i znany był w społeczeństwie polskiem. Zmarł we Lwowie 
w klasztorze 00. Dominikanów. (W. P.) 



Digitized by 



Google 



46 

boni spodziewać mamy. Niechże nie czekamy na nią długo. Na- 
piszcie, obdzieliwszy naszemi serdecznemi wyrazami i Lubonie 
młodą i Oporów i mieszkańca z pod kogutka. Ściskam ojca, ści- 
skam syna i łaskawym sercom polecam się. 

Andrzej Koimian. 



7. paidziemika 1849 Dobrzechów *). 
Do ciebie dziś obracam mowę kochany Edwardzie, a przez 
ciebie do wszystkich i do tych, którzy są z tobą i do tych, którzy 
wkrótce będą. Jestem tutaj od siedmiu tygodni, a żaden głos 
ze stron waszych nie doleciał do mnie, aby mnie pocieszyć, ożywić 
i pokrzepić wśród rozlicznych trosk i kłopotów, które zasmucają 
moje samotne dni tutejsze. Zabawię tu jeszcze do 20go. Gdyby ty, 
lub kto z was chciał po otrzymaniu tego listu zaraz pióro umaczać, 
odebrałbym jeszcze przed wyjazdem wasze, zawsze miłe i pożądane 
wyrazy, a tutaj tem milsze, że nikt by ich nie podsłuchał i nie 
przejął. Przed tygodniem doszedł mnie z Ostendy list od Zosi i od 
waszej matki, spragniony byłem wiadomości o nieb, one bardzo po- 
czciwie domyśliły się tego i napisały, niech więc tu wyczytają moje 
dzięki, bo mniemam, że je ta ćwiartka albo o parę dni poprzedzi, 
albo już w Turwi zastanie. Nadmieniła mi pani Wiktorya słów 
parę o chorobie Jasia, o przerwanej karacyi w Landek, lecz ta 
krótka wzmianka nie zaspakaja ani uspokaja mnie. Chciałbym wie- 
dzieć, jak się nasz ukcchany teraz ma; jak się ma Azia, czy sil- 
niejsza, czy dość silna, abym mógł się spodziewać, że wezwany zo- 
stanę na bardzo pożądaną przez nas uroczystość, jak mi to Jaś przy- 
rzekł i zapowiedział dwa lata temu, w chwili naszego rozstania. 
A ty mój Edwardzie! czyś zdrów z Priesnitzem czy bez Priesnitza 
czyś po tylu zawodach, rozwianych nadziejach, po tylu rozmaitych 
a licznych wrażeniach, nie upadł na sile duszy, czyś się nie za- 
chwiał w ufności i w wierze? Czy nowo nabytem doświadczeniem 
nie zesrautniał twój umysł? Chciałbym to wszystko wiedzieć, bo 
w takich właśnie dniach próby, trzebaby się z sobą znosić, ażeby 
się wzajemnie wspierać i krzepić. Bywa i dla ludzkości czas om- 
dlenia i powątpienia, w którym jak sam Syn Boży woła tristis est 
anima mea; dźwignie się ona jednak z tego stanu niemocy, dźwi- 
gnie sama, zbawi sama, jeżeli tylko cierpliwością i ufnością zasłuży 
na łaskę. Bóg chce, ażeby była cierpliwa, bo jej obszerny i wygo- 



*) Do Stanisława Koźmiana. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



47 

dny gościniec do dalszego postępu usłał, bo jej tyle cudownych na- 
rzędzi do stopniowego a porządnego ruchu przygotował. Przekonany 
też jestem, że w tej epoce ani żadna rewolucya zbawczą, ani ża- 
den człowiek zbawcą by<5 nie może. Wieki zbawców, wieki Mojże- 
szów i Dawid5w przeszły, dlatego to każdy, który się z początku 
wzniósł wysoko, upadł tak nisko. Upadł Lamartine, Goergej, nie 
utrzymał się i ten, którego uwielbianego imienia bez krwawej bo- 
leści wspomnieć dziś nie można. Wystawiam sobie wszystkie wra- 
żenia wasze, kiedy się toczyła sprawa na południu, dziś o niej do- 
kładne możem sobie utworzyć wyobrażenie. Mieliśmy tu w prze- 
chodzie wracające wojska sprzymierzone. Widziałem się i rozma- 
wiałem z wielu wojskowymi, a między innemi z księciem Bebutoff, 
naczelnikiem pułku muzułmańskiego, który zawsze był w przedniej 
straży i zawsze (lecz to zawsze rzadko się wydarzyło) pierwszy 
działał. Ze zgodnych opowiadań przekonywamy się, że o ile Węgrzy 
zacięcie bili się z Austryakami, o tyle nie bili się i zupełnie bić 
się nie chcieli z Bossyanami. Jak tylko ujrzeli ich zastępy, znie- 
chęcenie ogarnęło ich i Goergej od chwili wejścia wojska sprzymie- 
rzonego na ziemię węgierską, powziął myśl poddania się mu. Za 
każdem spotkaniem się liczne hufce broń rzucały, coraz liczniejsze 
rozchodziły się, lub nawet przechodziły do obozu nieprzyjacielskiego. 
Węgrzy artyleryą tylko silni byli. Ich armata była wyboraa ; nią 
wszystkie odnosili korzyści, lecz później stała się ona dla nich nie- 
dogodnością i ciężarem, utrudniając ich ruchy. Jeżeli ta wojna po- 
służyła do połączenia obydwóch rządów, to bynajmniej nie przyczy- 
niła się do obudzenia w obydwóch narodach, a przynajmniej w oby- 
dwóch wojskach, współczucia i przyjaznych skłonności. Oba wojska 
stanąwszy obok siebie i poznawszy się, znienawidziły się. Nie mo- 
żna sobie wystawić do jakiego stopnia ta nienawiść dochodzi, kiedy 
przeciwnie dla zwyciężonych unoszą zwycięzcy najprzychylniejsze 
uczucia. Po poddaniu się Goergeja wojskowi rossyjscy żyli jak naj- 
przyjaźniej z węgierskimi, za każdem spotkaniem się, w każdem 
miejscu, w każdej chwili z Austryakami następowały spory, kłótnie, 
pojedynki. I ten to jest podobno jeden z powodów, dla którego co- 
fnięte zostały nawet te wojska, które w pokonanym kraju zimować 
miały. Sami Muzułmani z Kaukazu rozkochali się i w kraju i 
w mieszkańcach; w ich mowie znajdowali podobieństwo do swojej 
mowy. Przypominali sobie wspólność rodu, powitali się jak krewni. 
Głos krwi przemówił. Postępowanie wojsk rosyjskich było wzorowe 
i tu w powrotnym przechodzie, nikt się na nie nie może uskarżać. 
Dla obywateli tutejszych byli oni niezwykle uprzejmi. Po uspokoje- 



Digitized by 



Google 



m 



48 

niu nawałnicy południowej, wiecie jakie się teraz chmury na wscho- 
dzie gromadzą? Bijdzie jednak z wielkiej chmury mały deszcz. 
Onegdaj przejeżdżał przez Ezeszów, gdym był w Staromieściu, po- 
seł turecki, który jechał do Wiednia, drugi udał się do Peters- 
burga; od skutku ich posłannictwa zależeć będzie pokój wschodniej 
Europy i los wielu nieszczęśliwych. Tymczasem stan tego kraju jest 
opłakany. Nową torturą, nie wymyśloną ani przez żadnego Kaligolę, 
ani przez Sw. inkwizycyę jest teraźniejsze gospodarstwo tutaj. Od 
siedmiu tygodni umęczony jestem tą torturą. Wśród kraju urodzaj- 
nego, ludnego, w roku, w którym Bóg zarodził, marnieją się dary 
Boże i praca ludzka. Wiele nieszczęśliwych dla gospodarza zbiegło 
się okoliczności, cholera, różne inne choroby, mocna rekruta,cya, 
wojna, a więc podwody i przechody wojsk, lecz złem najgorszem 
jest zła wola wiejskiej ludności. Kiedy tak nagle, tak zupełnie, tak 
bezwarunkowo wyzwalano i uwłaszczano włościan tutejszych, zapo- 
mniano o naturze słowiańskiej, krnąbrnej, leniwej i niedbałej o byt 
dobry. Podwoiła się wysokość zarobku, ale ta nie obraca się na ko- 
rzyść lepszego bytu i oświaty pracowników, ale na korzyść ich le- 
nistwa; więcej chcą zarobić i zarabiają, nie na to, aby się zbogacić 
i użyć bogactwa, lecz na to, ażeby mniej pracować. Każdy więc po- 

Ij niedziałek, każdy dzień targu lub jarmarku przechodzi bez pracy. 

|l: Czy uwierzycie, że zaledwieśmy żniwo wszelkie ukończyli, zaledwie 

rozpoczęli zbiór ziemniaków, a co gorszego, że dziś 7 października 
jesteśmy zaledwie w połowie siewów. O to opóźnienie zgubne nie 
można skrzętności gospodarzy obwiniać, bo i machiny zaprowadai- 
liśmy i pomnożyliśmy prawie nad możność naszą, zaprzęgi dwor- 
skie. Lecz cóż ztąd, gdy do zaprzęgów rąk nie ma. W wielu miej- 
scach owsy jeszcze na pniu stoją, w wielu wypasają je końmi na 
niwach. Jeżeli cud się nie stanie, jakiejś bardzo przychylnej jesieni 
zimy i wiosny, na rok przyszły niewątpliwy nieurodzaj i głód. Czyli 
w następnych latach, gdy ludność wiejska odpocznie sobie, wyzdro- 
wieje i znudzi się próżnowaniem, lepiej i chętniej weźmie się do 
pracy, trudno odgadnąć. Nam, którzy ją praktycznie znamy, zdaje 
się, że dopóki nie zostanie przymuszona do pracy, czy nowemi ci^ 
żarami, czy obudzoną żądzą nowych potrzeb, poty pracować nie 
zechce tak, jakby powinna. Patent o wynagrodzeniu już został ogło- 
szony, musieliście go widzieć, a może i czytać w Czctsie krakow- 
skim. Jeżeliście go czytali, powiedzcie, czyście go zrozumieli, czyście 
pojęli takie na przykład wyrażenie : „Wypośrodkowana upra- 
wnionym należytość, wysokość wartości obrachan- 
kuustawisięit. d."i tym podobne wysłowienia. Czy godzi 



.;-?;, 



m^ 



Digitized by 



Google 



49 

się cokolwiekbądź tak pisać, a zwłaszcza prawa. Prawo powinno 
by<5 krótkie, zwięzłe, jasne, powinno by<5 tak prostemi wyrażone 
słowy, jak Dziesięcioro Przykazania Boskiego. Powinno być słoń- 
cem, a to jest noc, noc najciemniejsza; dwuznaczność wyroczni Pi- 
tonis. Z tej nocy my uprawnieni, a raczej upragnieni 
tyleśmy tylko światła dostrzedz mogli, te mało co nam się dosta- 
nie, i że na to co się dostanie, sami składać się na siebie będziem 
gdyż zapewne z kieszeni naszych obmyślony zostanie fundusz. 
Naradzają się teraz w Wiedniu nad sposobem wprowadzenia 
w życie tego patentu, do czego wezwani są także z Galicyi, tak 
nazwani ludzie ufności, długi jednak czas jeszcze przejdzie, nim 
wykonanie prawa nastąpi, a my tymczasem tą tymczasowością chud- - 
niemy, schniemy, nikniemy. Mówiłem z wracającemi z Wiednia, 
twierdzą, i sam pan Alfred z Łańcuta ^) tego nie zaprzecza, że mini- 
strowie zwłaszcza Bach, Bruck, otaczają się samymi teoretykami, 
doktorami prawa, uczonymi profesorami, kiedy chcąc rządzić, trzeba 
dziś najzdrowszego sądu, najpraktyczniejszego umysłu, znajomości 
kraju i ludzi. Widzimy jak wszędzie lilozpfy, uczeni, profesorowie 
okazali się bezwładnemi. JSłusznie mój ojciec powstaje zawsze na 
ich wpływ, na ich rządy i dodaje r „Wystawcie sobie kraj rządzony 
przez Lindego, Woelkego i Maciejowskiego. Jak tu teorya rządzi, 
tak u nas sama praktyka, bez żadnego wpływu teoryi. Mówią, że 
podczas bytności swojej Cesarz pozaprowadzać kazał różne zmiany 
przygotowawcze, do zupełnego zrównania królestwa z cesarstwem; 
e cz przybycie feldmarszałka wstrzymało ich rozwinięcie. Warszawa 
przez całe lato, była bardzo świetna, nawet Kuryer stał się był 
najznakomitszą gazetą, gdyż w nim umieszczano biuletyny zaraz 
po ich odebraniu. Badość tryumfu zamąconą została śmiercią W. 
Księcia. Któż w tym wypadku, napomnienia Bożego nie dostrzeże? 
W. Książę, odbywając przegląd swego pułku ułanów tknięty został 
apopleksyą, 15 dni walczył ze śmiercią, przez te dni 15 tylko trzy 
wyrazy wymówił: Mon frere, widząc wchodzącego cesarza, Merci, przy- 
ciskając głowę żony do piersi po jej przybyciu, i raz ma femme, 
widząc ją wchodzącą; poznawał ludzi wśród tego długiego konania, 
lecz nic mówić nie mógł. Cesarz po kilka razy bywał u niego w dzień 
i w nocy, i głęboko miał uczuć tę stratę. W. Książę miał lat 51, 
był młodszym bratem, a lata panowania 25, a rok życia 50 mają 
być fatalnemi cyframi tego rodu. Łatwo sobie wyobrażam, jaką was 
boleścią przejmuje stan sprawy rzymskiej; jak nieszczęśliwe zawi- 



^) Potocki, ojciec późniejszego namiestnika. (P. W.) 

Ligty Andnejft Kośmluw. T. U. 



Digitized by 



Google 



SO 

kłanie, jakie zagmatwanie nici prostych w węzeł Gordyjski. Czego 
tu życzyć sobie, czego się bać w tej sprawie ? Znowu duchowieństwo 
zapuszcza się w kręte manowce, z wyprostowanych zeszedłszy ścieżek. 
Czy czytaliście Odezwę biskupów państwa austryackiego potępiającą 
narodowości? Gdziekolwiek rzucić okiem, wszędzie zamęt, chmury 
i błoto, a z żadnej strony na teraz nie przebija się promyk pogodny. 
Od dwóch miesięcy blisko będąc tutaj, nigdzie się nie wyruszyłem, 
miałem być w Krakowie, we Lwowie, lecz czasu nie wystarczyło, 
trzeba było roli, jak prosty kmieć pilnować. Odwiedziłem tylko 
w Bachorzu stryja mojej żony, teraz dni kilka u Włodzia w Sta- 
reramieście przepędziłem, byłem także w Łańcucie u Alfredów Po- 
tockich, zastałem ich więcej jeszcze jak zawsze zastałych, skrysta- 
lizowanych; a syna więcej jak dawniej spolszczonego, pojmującego 
czas i ruch obecny, choć nie jest ani demagogiem, ani rewolucyo- 
nistą. Dom Łańcucki zawsze wspaniały, nie znać w niem, ani pa- 
tentu, znoszącego pańszczyznę, ani patentu ustanawiającego wyna- 
grodzenie. Gościnność w nim uprzejma. Odwiedziny przeszłoroczne 
jenerała'), miłe w nim zostawiły wspomnienie. Ja tutaj dni pęd/ę 
w pracy kmiecej, wieczory jedne samotnie, drugie na Przedmieściu 
u Ignc. Skrzyńskich, z któremi dawne, braterskie i serdeczne sto- 
sunki zawsze trwają. Poczciwy i bardzo mi pr/yjazny proboszcz tu- 
tejszy, należy do naszego ciasnego koła. Miałem tu u siebie, przez 
dni kilka Włodziów Bobrów nickich. Moje godziny wieczorne chciał- 
bym wyłącznie pracy umysłowej poświęcać, lecz tyle mam i ra- 
chunków i listów do pisania, i innych nie zabawnych zajęć, że bie- 
dny umysł często pościć musi. Znalazłem tu z dwóch lat, przysłane 
mi przez księgarza lwowskiego „Przeglądy" z 1847—48.*) Na rok 
bieżący nie zaprenumerował, i pozbawiony jestem tegorocznej pracy 
waszej, będę się nią karmił nieco później, bom już ją zapisał w no- 
wo otworzonej księgarni w Ezeszowie, z której oficerowie rossyjscy 
powykupywali wszystkie Ojcze nasze, Przedburze, Psalmy, Przeglądy 
i Ostatnich, wszystkie wizerunki wszystkich naczelników powstań lub 
rewolucyi. Kropla po kropli wydrąża nawet głaz, a wszystkie te 
książki i portrety są kroplami. Z Piotrowic miewam regularnie dwa 
razy na tydzień obszerne listy, i oni dwa razy w tygodniu moje 
odbierają. Muszę przed wami wyznać, że z prawdziwą przyjemnością 
czytuję listy mego Stasia i Maryni; co piątek kolejno pisują do 



*) Chłapowskiego. (P. W.) 

*) Pismo peryodyczne, wydawane w Poznaniu przez Jana i Stani- 
rtawa Koźmianów. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



51 

mnie/ donoszą o tern czego się uczą, i ozem się trudnią, i pochwa- 
lić ich muszę przed wami, że wcale nie źle się tłómaczą, zwłaszcza 
Stach, którego listy już prawie nie dziecinnemi, lecz młodzieńczemi na- 
zwać można. Eaz piszą po polsku, drugi raz po francusku. W Pio- 
trowicach wszyscy zdrowi, i gospodarstwo nie źle tam idzie; lecz 
biedny Henryk i bolesną sercu i bolesną kieszeni poniósł stratę. Po 
długiej chorobie umarł Jaś Czyżewski, i nawiedziła Gołężów, ową 
Arkadyę szczęśliwą, ów Eden Lubelski, klęska zarazy na bydło. 
Pracowity, rozsądny i poczciwy gospodarz Gałęzowski stracił całą 
oborę, podobno i włościanie w Woli dotknięci tą klęską księgosuszu. 
My tutaj w Galicyi wszelkiego rodzaju klęskami dotknięci,- mamy 
nie zły urodzaj, lecz ziemniaki i lichy plon wydadzą, i w połowie 
psują się. Już to podobno ród ziemniaczany, który tak długo pa- 
nował w Państwie gospodarskiem, tak jak tyle panujących rodów 
zpruchniał i znikczemniał. W Turwi zawsze zapewne Egipt, ale 
Nilem tego Egiptu jest przemysł gospodarza. Powiedz kochany 
Edwardzie jenerałowi że na polu, które wbrew zwyczajowi tutej- 
szemu, zorać kazał bez zagonów, bardzo się piękny jęczmień udał, 
po kóp 12 na morgu, i że teraz pole to zieleni się tak gęstym 
koniczem, tegorocznym, że sam woła na kosarzy, a kosarze wy- 
słuchać go nie chcą. Potrawie zbieramy tutaj, dając połowę zbioru 
za skoszenie i ususzenie. Prawdziwych mąk Tantala doznajemy, 
wśród ludnego kraju, nie mogąc dostatecznie dostać rąk do pracy. 
U was w Turwi wkrótce będą obchodzone gody, w ich sam dzień, 
złóż moje życzenia i nowożeńcowi i jego szanownym rodzicom. Za- 
pewne panie karslbadzko-ostendzkie pozostaną z wami na tę uro- 
czystość; pojmuję jak wam miło z niemi, nie zatrzymujcie jednak 
zbyt długo Zosi, bo biedny Józef, ów klejnot mężów, bardzo bez 
niej tęskni, i warto na raz następny, nie stracić u niego kredytu. 
Myślę że podróżni zamorscy ściągną także do was, przy końcu tego 
miesiąca. Wszystkim oświadcz moje serdeczne wyrazy. 

Zacznij od kochanej mojej kumy. Azi zapytaj czy ode- 
brała list mojej matki z moim dopiskiem, który ztąd wyprawiłem. 
Całej Turwi powiedz moje uczucia, i uprzejmości towarzyszom Jasia. 
Przerzucając w księgami Przeglądy tegoroczne, dowiedziałem się, 
że Miś jest jego redaktorem odpowiedzialnym. Czy Zygmunt wziął 
się także do redakcyi, do której się zabierał, a Adolf gdzie jest? 
Całe to młodzieńcze grono*) zbierze się zapewne w Turwi, na dzień 

*) Jest tu mowa o znanem gronie młodzieży, które skupiało się 
w Berlinie około Jana Koźmiana, później prałata i kończyło pod jego 
okiem nauki uniwersyteckie. (P. W.). 



Digitized by 



Google 



5% 

wesela. Czy z panem Franciszkiem nie widzieliście się, po jego 
powrocie z wód, od dawna żadnej od niego nie odebrałem litery. 
Ściskam cię serdecznie, a w tobie wszystkich. Posłuchaj teraz 
z uwagą co powiem; wyjeżdżam ztąd 22go, jeżeli odebrawszy ten 
list pomiarkujecie, że mnie odpowiedź jeszcze zastanie, napiszcie 
cho<5 krótko; miło by mi było wracać do Piotrowic, z wiadomością 
świeżą od was. 

Andrzej E. Kahnian. 



Dnia 29, Stycznia 1850 z Piotrowic *). 

List twóy ostatni naydroższy przyjacielu! — długi, zawsze 
poczciwy, a na ten raz wesoły y nas weselszemi zrobił, wnosiemy 
z niego, żeś zdrowszy, że się spodziewasz pokrzepić wodami y tak 
będzie niezawodnie. Bóg wysłucha modłów twojej rodziny, twoich 
przyjaciół. Małe troski, nieoddzielne od doli ludzkiej niech cię 
nie trapią, któż bez nich odchował drobne dziecię? Etóre dziecię 
bez choroby na zęby, na robaki, na odry, szkarlatyny, wyrosło. My 
to wszystko przebyli — a przebywszy, żałowaliśmy naszych udrę- 
czeń; nie kłopocz więc twego życia, choćby dlatego, aby było 
komu westchnąć na moim grobie, łzę iaką y słowo na kartę uronić. 
Podziękuy odemnie serdecznem uściśnieniem panu Michałowi, że 
tak pięknie odmienił prowincyalizm, poprawiemy jego bajeczkę tak, 
iak sobie życzy, lecz że poprawiwszy okazał trochę Wielkopolskiego 
uporku, niesprawiedliwie napadł na Lindego, y broni wyrzuconey 
wady, powagą Trębeckiego, wykłócę się z nim trochę Naprzód 
Trębecki nie jest żadną powagą w baykach, a tern mniey może być 
wzorem dla pisarzy dobrego smaku, powtóre Trembecki używał ma- 
karonizmów i trewializmów, wyrazów grubych, często gminnych 
y prostackich; lecz będąc poetą stolicy y kraju, nigdzie nie użył 
prowincionalizmu , to co mi pan Michał cytuje, stoi przeciw niemu 
za dowód, Przytem Trębecki był poetą lirycznym, epicznym, ieżeli 
chce pan Michał. Kilka bajek, które napisał, w których jak wszę- 
dzie złym smakiem zgrzeszył, nie postawią go w liczbie bajko- 
pisów; stanąć obok Lafontena (niech się nato nie krzywi pan Mi- 
chał), było przeznaczone rządkiem do tego rodzaju talentom pana Ju- 
liana y pana Franciszka. Snadność, łatwość, prostota opowiadania s4 
zaletą bayki, nawet pewny rodzaj zaniedbania stylu iak w Julianie 
przebacza się, przystoją jey przysłowia, makaronizmy, trewializmy, 



*) List Kajetana Koźmiana do Morawskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



58 

choćby gminne, byle niegrubiańskie i obrażające uszy y smak. 
Ostatnia bayka pana Franciszka o małpie^) ma kilka makaronizmów, 
ale w mieyscu y ze smakiem użyte, nie krzywdzą ani języka w braku 
jego właściwych wyrazów, ani smaku, y bayka nie przestaje byó 
mniey piękną. Gdyby Julian*) nie napisał był tylko dwie bajki, 
lo Niedźwiedź, 2o Pawie, a pan Franciszek tylko jedną „Kogutek 
pijaaiy", już by mieli pierwsze miejsce między pisarzami tego 
rodzaju, a wiele napisali szczególniej Franciszek, pięknych y bar- 
dzo pięknych. Bóg rymów będzie musiał na dwie nierówne 
części przełamać bluszczowy wieniec y dlatego wahać się będzie, 
czy Juliana czy Franciszka , czoło większą jego połową uwieńczyć, 
ale żaden z was jak Trębecki nie napisał w bayce „chyć baba 
z tapczana" — i o kogucie „a na czole mięsa kawał, jakby mu kto 
powykrawał" — bo by się go spytała była zaraz o pierwsze śp. p. 
Zamoyska, xżna Teresa, pani Wąsowiczowa, x. liadziwiłłowa i t. d. 
„Co to jest chyć?" a na drugie wzdrygnęły by się wszystkie. Kobiety 
w przedmiocie smaku naylepszemi są sędziami — Są iak ody tak 
bayki, w których im obrzydliwsze wyrazy, tem dobitniej rzecz 
malują; używało ich pióro Pirona we Francyi, u nas Gawdzickiego, 
a nawet Naruszewicza y Trembeckiego, ale to wzory nie do naśla- 
dowania — dla skromnych a wstydliwych chrześciańskich pisarzy. 
P. Franciszek raz tylko tem zgrzeszył w opisaniu Amorów Zawidz- 
kiego, lecz nie drukował. 

Ale ja się rozpisałem o prawidłach bajek, za co mnie pan Michał 
połajać może że się w jego rzecz wdaję, wrócę się więc do pro win - 
cionalizmu ; — raz wyprawiłem Taraoka*) mego do Lublina po iakieś 
kupno, dawałem mu pieniądzie, odezwał się do mnie: z adoś ć pan ka- 
żesz kupić — a już ci będzie dosyć tego — ale za dość każesz kupić, 
on się pyta powtóre, dopiero po długiej dyspucie, dowiedziałem się, 
że to się miało znaczyć, za wiele pan każesz kupić, y że tak w Wiel- 
kopolsce po wszystkich sklepach mówią, gdzie z biskupem kaliskim 
mieszkał, na moją perswazyą, pozbył się Badlina tego wyrażenia; 
niechże się y pan Michał pozbędzie, nie broni prowincionalizmu, 
bo Tamok t)lko przy swoim tamoku twardym został, jako wyrazie 
jego gminy. Pan Michał może się pogniewa znowu na mnie, 
niechże się teraz naśmieje ze mnie; dam mu do tego powód. 



*) Jenerała Morawskiego. (P. W.) 
*) Niemcewicz. (P. W.) 

•) Kamerdyner Kajetana Koźmiana nazywał się Radliński, a miał 
przysłowie „tamok". (P, W.) 



Digitized by 



Google 



54 

Czy uwierzysz kochany Franusin, iak ludzie na starość niedołężnieją 
y głupieją. Oto mnie w 78 roku życia przyśniło się, napaść z nie- 
nacka na państwo pana Michała, z którego nim mnie z wstydem 
moim wypędzi, uciekam aż się kurzy za mną y przepraszam. Oto 
przyszło mi do głowy napisać baykę, którą przeczytay, osądź, pokaż 
komu lub niepokaż i ieśli niedobrą osądzisz, spal, oszczędzając do- 
brej sławy przyiaeiela. Napisałem ją z następującey okoliczności : 
Móy syn w roku zeszłym, bawiąc w Galicyi, w chwilach seymu 
wiedeńskiego y nadaney przez cesarza Ferdynanda konstytucyi demo- 
kratyczney, przyirzawszy się wszystkiemu co się tam działo we Lwo- 
wie, po miastach, po wsiach, iaka anarchya, iaki bezrząd iaka 
zuchwałość chłopstwa, podniecana przez demokratów biuralistów, 
iaka śmieszność z Maćków y Bartków, wezwanych na reprezentan- 
tów niemieckich, wróciwszy napisał do pani Rzewuskiej swoją opinię 
w słowach: „Austrya tak zrobiła jak ten starzec, co się chcąc od- 
młodzić, ożenił się z młodą dziewczyną y umiera ** — ta idea dała 
powód do bajeczki, namawiałem na nią mego syna, niechciał na- 
pisać, więc ja nabazgrałem, posłałem ją Krasińskiemu^), nie zadziwisz 
się, że ją znalazł dobrą, sed non ego credulus illi. Lecz mam drugą 
ideę do lepszej bajki, z której ty jeden możesz zrobić wyborną. 
Musiałeś czytać w Journalach Francuskich, roztrąbioną przez wszyst- 
kie pisma sławną ucztę, którą sobie dali Gu— i— rze francuzcy na 
obchód tryumfu z zamordowanych po kloakach szczurów; za same 
skórki wzięli 60 fr., zakupił Anglik na rękawiczki w nadziei^ 
że królowa Wiktorya, jeżeli weźmie na rączkę rękawiczkę szczurzą, 
miliony zarobi. Cóż mówisz i na tę rzeź okropną, która się równa 
połowie ludności Paryża i na bohaterów, którzy ją sprawili i na 
trąbę sławy, która głosi zwycięztwo z szczurów, kiedy ślepe krety 
toczą pod niemi ziemię i wkrótce niepomni zrobią ją niepłodną 
tak, że i ludzie i krety z głodu pomrą? Jacy ludzie takie sprawy, 
pomyśl a pod twoim piórem może się urodzić piękna bajka. Ja 
teraz bazgrzę żywot brata mego biskupa kaliskiego, z którym wspól- 
nie przebyłem publiczny zawód, piszę nie dla świata, ale dla syna 
i wnuków ; będzie w nim część pamiętników mego życia aż do roku 
1830, dam poznać sprawy i ludzi sine ira et studio. Nie mam 
pismaka, coby podział mego poematu wykonał, niemiał by do prze- 
pisania jak 24 arkuszów, bo cały poemat zamyka blisko 100. Przy- 
słano mi śliczny twój nagrobek dla śp. pani Whit i zapewne będą 
mieli racyę umieścić go z twojej łaski i ja dać musiałem; bo po to 



*) Jenerał Wincenty Krasiński, ojciec Zygmunta (P. W.) 



Digitized by 



Google 



65 

do mnie poczciwy Weycik przyjechał, w kilku godzinach starcowi 
niepodobna było co dobrego a jeszcze wierszami zrobić, zwłaszcza, 
że Weycik życzył sobie aby mógł być umieszczony, żal powszechny 
i synowski, cnoty jej, a szczególniej poświęcenie się dla matki 
i śmierć z żalu po jej śmierci, na to potrzeba by było przynajmniej 
10 do 8 wierszy, a zatem trzeba było wyść ze stylu lapidarnego, 
godząc to wszystko dałem napis prozą a zakończyłem dwoma wier- 
szami, nie może się on porównać z twoim, masz go na drugiej 
strooie bajki. Czytamy teraz pamiętniki Ghateaubriana ; moja żona 
bardzo sobie w nich podoba, znać zapewne wszędzie znakomite jego 
pióro; lecz możnasz z zupełną wiarą na jego sadzie przestać? Co 
do mnie uderza mnie w nim próżność wygórowana, miłość własna, 
zawiść i uraza za to że niedość był oceniony i jak pisarz i jak po- 
lityk , i jak człowiek nec plus ultra, co jest nie do przebaczenia 
w autorze „Ducha chrystranizmu" i rzuca podejrzenie i niedowierza- 
nie na wiele szczegółów tej epoki, którą opisuje. Czytałem broszurkę 
p. Lorantie i drugą drobną ale ważną pana Weill, La Republique 
et la Monarchie, obie wybornie choć nieco metafizycznie napisane, 
a umonarchicznyra duchu, teraz czytam Gonie de la Monarchie, przez 
tego samego Weill, dowodzi on filozoficznie, historycznie i prakty- 
cznie z wielkim zapałem i werwą pióra, że Rzeczpospolita we 
wszystkich narodach i wiekach nigdzie się nieutrzyraała , nigdzie 
utrzymać się nie może i we Francyi się nie utrzyma lub Francya 
pożai^ta anarchią zginie; wała o religię, o iusłytucye monarchiczne, 
sukcessyine itp., rychło w czas się obudzili, kiedy ten wulkan już 
wybuchem rozprószył iskry po Europie i czyli krater jego zaginie 
lub się zapadnie już wiele narobił okropności i jeszcze narobić może 
jeżeli królowie te rozrzucone iskry niezadepcą. W rozdziale la Patrie, 
la Nation w § 1 czytam te słowa, la Pologue n'a jamais produit 
ni un homme ni un livre i inne sarkazmy wbrew historyi; co za 
gruba niewiadomość, co za lekkość z stolicy kraju, w którym jest 
katedra literatury słowiańskiej; godziło się, aby mu kto odpisał. 
Ale z tych wiadomości wolę przejść do naszych familijnych i domo- 
wych. Cieszę się i cieszemy się wszyscy powodzeniem i zdrowiem 
kochanego pana Józefa, bo jedną córkę wydał, druga przykładnie 
poświęca się ludzkości, a że jest piękna, dobra i dobrze wychowana, 
życzę, aby jaki Volnis wpadł pod jej delikatne starania; Wosia 
poczciwego uściskaj, dobrze robi , że stryja pisma głosi, „ta jedna 
w jego sercu niech trwa zawsze zdrada". Trembecki. Skarżysz się 
na twego fagasa, mam i ja takiego ale bardzo przystojnego, śpiocha 
z tą tylko różnicą, że się nie rozwala po moich krzesłach, bo 



Digitized by 



Google 



66 

ja w zimie rzadko wychodzę, moja żona nigdy, a Radliński 
z prętem nad nim czuwa. Wiele tu od twego wyjazdu scen komi- 
cznych wydarzyło się między fiadlińskim a chłopcami, których jest 
aż trzech, jeden od drugiego rozpustniejszych, Tamok nazywa ich 
susłami, dlatego, że suseł z jamy na przechodzącego człowieka 
szczeka i kryje się w norę, co i chłopcy robią kiedy go obaczą. Co 
za nieustanne spory, co za warcholenia się, gawędztwa, gniewy, go- 
nitwy. Ten co u mnie jest najpuściejszy, ten co u Jędrusia naj- 
skrytszy, jak to mówią z cicha pęk, ten co u Staśka najbrzydszy, 
i najgłupszy, zgoła chodząca głupota^ a przytem Staś pustak, jak to 
niegdyś bywał p. Franciszek, tak mu głowę przewrócił naukami, 
jak niegdyś ty owemu Kociowi. Jeden tylko Aleksander czasem ich 
poskromi z nienacka spadłszy z Bystrzycy, za co go Tamok błogo- 
sławi a sobie dyscyplinarną kamośó z pychą przyznaje. Tamok jest 
to prawdziwy typ z apostolskich czasów, nie wstydzi się swego 
stanu, ani swojej rodziny i względem niej praktykuje chrześciańskie 
cnoty, co rok sprawia żałobne nabożeństwo za swoich rodziców 
w kościele parafialnym w Potoku, sprowadził dwóch swoich siostrzeń- 
ców z żonami do Piotrowic wziął dla nich grunta na czynsz, wypo- 
rządził budynki^ kupił narzędzia gospodarskie, woły, krowy, konie, 
płaci za nich czynsze, podatki, bez żadnych innych obowiązków 
tylko aby go jego końmi co niedziela na mszę wozili i sami bywali, 
za to muszą codzień odbieraó od niego dyspozycye, przynosić raporta 
o gospodarstwie i słuchaó codziennego marudztwa i gawędztwa, ci 
siostrzeńcowie nazywają się Witki, jeden ma żonę brzydką starą jak 
koczkodan, której się Tamok poczciwy boi bo zła i tylko starem i 
butami wykupuje się od tej megiery, w których ona chodzi., młodszy 
ma żonę młodą, ładną, lecz nie Zuzanna ani Lukrecya. Otóż młodsza 
taką awanturę wyprawiła poczciwemu Tamokowi: dwóch przystoj- 
nych chłopców młodych, syn wójta Piotrowickiego i drugi hultaj 
z Bychawki agasowani podobno przez Witkowa, upatrzyli ją na 
weselu, zwabili do bliskiej stodoły i pozwolili sobie żartów, które 
nie były żartami. Mąż nie widząc żony, poszedł za jej śladem, a 
słysząc w stodole uciechy, wybił drzwi, wypędził młodych rozpust- 
ników, a żonę napół pijaną znalazłszy ukrytą pod słomę, tak zbił 
i pokaleczył, że trzeba było po felczera posyłać, żeby zupełnie 
wyzdrowiała ; biedny Tamok zmartwiony i zgorszony, żonie jak Ma- 
gdalenie przebaczył, a męża za srogie postępowanie skarcił. Mnie 
w pustocie, bo i starzy mają chwile pustoty, przyszło do głowy 
wyprawić mu następującą scenę. Wiesz albo może słyszałeś że Ł., 
który się separował z żoną, jak mówią puścił się na hulankę, ma przy 



Digitized by 



Google 



&7 

sobie córki ekonoma, miał szafarkę przystojną, zaprasza gości, przy- 
musza do picia i prawie w gardło leje. To Tamokowi opowiedziała 
wypędzona od Ł. szafarka, która przybyła do Piotrowic i prosiła 
Tamoka, aby jaką szafarkę na jej miejsce naraił, Tamok zgorszony 
i zdziwiony, z politowaniem nad Ł. z zgrozą opowiadał nam to 
poselstwo, susząc sobie głowę, co to znaczy, że szafarka do niego 
udała się po drugą dla Ł.? Wśród tych jego kłopotów/ odbiera 
skomponowany list odemnie jakby od Ł., w którym ten wyraża, że 
dowiedziawszy się, iż starszego Witka żona (właśnia baba koczko- 
dan), jest przystojną, młodą i zdatną do usług dworskich, prosi go, 
aby mu ją przysłał na próbę, że jemu i mężowi sowicie nagrodzi 
tę krótką ofiarę; trzeba było widzieć^ ile rozmaitych domysłów, 
myśli, obaw, walczyło w poczciwym Tamoku. Najprzód chluba z ode- 
branego od hrabiego listu, powtóre xobawa niebezpieczeństwa z od- 
mowy, trzecie, konieczność jej; w głowę zachodził, dlaczego chce 
brzydkiej, starej, nieładnej i niemłodej a nuż to pomyłka? więc zrobił 
sobie dilemma, poszlę młodą — niebezpieczeństwo, poszlę starą — 
weźmie za insultę, nie poszlę żadnej rozgniewa się o posądzenie go 
o niegodne myśli a gwałtowny w gniewie może się mśció będzie, 
nakoniec jak sekret utrzymać, nieodpisaó? niegrzecznie, odpisać — 
wyda się wszystko, bo nieumiejąc pisać musi użyć cudzej ręki, 
a pan hrabia sekret wyraźnie zalecił. Mnie więc nawet nie powie- 
rzył swego kłopotu lecz że Jędrusia tak kocha jak niegdyś Nainuś 
zapytany od niego że musi mieć jakąś zgryzotę, powierzył list 
i prosił o radę co ma odpisać. Jędruś będący w sekrecie nastraszył 
go jeszcze bardziej rozbiorem jego dylemmy, radził sekret i odpisać. 
Tymczasem przybył do Piotrowic Wojciech, dawny lokaj Włodzia 
Bobrownickiego a przez rok służący u Ł., świadek wszystkich 
zboczeń i szaleństw swego pana, na którego on rozgniewany, 
kazał wejść na stół pod hak, że biedny Wojciech myślał, że go 
wieszać będzie, a on lał mu tylko wino w gardło, poty, że aż spadł 
ze stoła, gdy to wszystko Wojciech opowiedział Tamokowi, wysta- 
wisz sobie jego przestrach, na którego powiększenie kazałem puścić 
wieść; że Ł. przejeżdża do Piotrowic i że prosi Eadlińskiego, aby 
się z nim widział, nakoniec drugi list zmyśliłem, który się zaczynał 
od tego, że kazał dać 50 plag posłańcowi, że mu odpisu nie przy- 
wiózł i nowe prośby, aby Tamok przyjechał z Witkowa koniecznie 
do kontraktu, aby mu chciał urządzić pasiekę i piwnicę, dodając, 
że spróbujemy zaraz wina, zaprosiłem pułk. Zawidzkiego i innych 
przyjaciół, wywdzięczę się panu Eadlińskiemu po mojemu i zajechały 
sanki jakby po fiadlińskiego przysłane. 

Us^ AndnejaKośmiaitt. TU. 5 



Digitized by 



Google 



^?^?^~'*! 



68 

Tu siężart musiał skończyć, gdyż tak si^ przeląkł, tak wyrzekał : 
ja nie głupi tam jechać, on mnie zapoi, albo powiesi! Dotąd nie wie że 
to był żart, tai jego większą połowę, a chlubi się, że miał korre- 
spondencyę z hrabią. Kochany przyjacielu, co to jest próżność, wada 
nieoddzielna prawie od natury człowieka, równa jest w najprościej- 
szym, jak w najznakomitszym człowieku, tak, że zacząwszy od mego 
śp. Sobestego i idąc szczeblami do góry przez Tamoka, śp. Owidz- 
kiego, Lubowickiego, Staszyca itd. doszlibyśmy aż do Chateaubriana. 
Eozśmiejesz się jeszcze raz z Tamoka; przy stole gdyśmy mówili 
jak teraz nikt nie kontent z swojego stanu , odezwał się do nas : 
dobrze Horacyusz powiedział do swego włodarza: bąć kontent 
z swego losu, nie tęsknąó do miasta, nie upajaj się i pracuj, a bę- 
dziesz spokojnym i szczęśliwym. Bozumieliśmy że oślica Balaama 
do nas przemówiła, a on dodawał: mądry to był ten Horacjrusz, 
a już to temu 1800 przeszło lat jak pisał ; dopiero po examinie 
dowiedzieliśmy się zkąd tej erudycyi nabył. Moja żona wzię& 
z mego stolika książkę Horacyusza tłómaczenie Białkowskiego, a na- 
padłszy na Epitre ad Villicum— jak wytłómaczył Fiałkowski — do 
włodarza, przeczytała ią głośno Tamokowi jako pochwałę dla niego, 
że on się tym prawidłem rządzi, ztąd rozprawa, kto był Horacyusz, 
kiedy i co pisał i ztąd erudycya Tamoka. Odtąd ciągłe przytaczania 
Horacyusza i sława jego do Witków d jjdzie. Naśmiej że się do woli 
że u mnie wdają się w klassyków ludzie nawet czytać i pisać nie 
umiejący. Ale te żarty skończyły się z rokiem przeszłym Anni pre- 
dantes orripuere jocos. Nie wiemy jak zejdzie ten rok i czyli dla 
mnie zejdzie. Jak w przeszłym tak teraźniejszym, całą naszą po- 
ciechą są moje ukochane wnuki, nie brzydkie, nie głupie, do nauk 
chętne i z dobrem sercem, już dziś więcej umieją jak ja w 24 roku 
i to może nadto, bo ja przecież głupim nie umrę, ale matkę i ojca 
trudno w tem względzie przekonać, już to w powietrzu jest inne 
mniemanie o wychowaniu bez pamięci na tę rozsądną przestrogę 
wyrzeczoną przez Stanisława Potockiego: „kiedy my młodość doj- 
rzałą mieć chcemy, dojrzałość robi ich dziećmi. Maisonneuve, Wer- 
bergier Bawarczyk, filozof niemiecki. Zacny i przyjazny x. Bara- 
noski, ojciec i matka są ich nauczycielami ja tylko czasem wołam 
dosyć, dosyć, mniej nauki więcej baczności na zdrowie. Staś będzie 
miał wzrost Aleiandra Chodkiewicza bez jego głowy. Chłopak żywy. 
bystry, pojętny, hartujący się na niewygody i przygody, Gaudet 
ignis canibusque et Aprici gramine campi, poluje, strzela, zabija, raz 
się wśród mrozu i śniegu w lasach Gałęzowskich zabłąkał aż do 
nocy, na pół bosy bo buty w śniegu pogubił, wystarczył sam sobie 



Digitized by 



Google 



69 

doMąkał się do^Bychawy, najął sobie furę i przyjechał do stroska- 
nych rodziców zdziwiony, że się troskali, a nie ufali jego odwadze 
i roztropności. Marynia niższa głowę od brata, figurkę ma ładną 
i zgrabną, dobra i czuła, pojęciem, bystrością i pamięcią ledwie 
nie przechodzi brata, nie tak ładna jak twoja Marysia, lecz ma 
podobny wyraz dobroci, tańcuje, gra, rysuje, po te talenta co tydzień 
jeździ z nią matka do Lublina, troskał: bym się o jej dalsze wy- 
kształcenie, gdybym sobie nie przypomniał twojej Maryni przez 
zacną ciotkę na Wołyniu z pomocą Krzemieńca bez Warszawy tak 
wybornie wychowaną, ale Lublin jeszcze nie jest i może nigdy nie 
będzie Krzemieńcem. Pisałem ci w przeszłym liście o naszym 
sąsiedztwie, że osiadło po większej części w Lublinie. Użalisz 
się nad smutną niedolą poczciwego Leona Dembowskiego, kasztel- 
lana, wiesz jego ożenienie z młodą Chłędowską, wiesz stratę 
Bóg wie jak wychowanego na jego udręczenie syna; z młodą żoną 
Fan Bóg dwoma go pocieszył, temczasem dostała melancholji zbli- 
żającej się do obłąkania, zawiózł więc ją do Puław na kuracyą. 
Otóż drogi przyjacielu chciałeś długiego listu, otóż masz długi 
i nadto długi, wywiąż że się wzajemnością i pisz podobne choó raz 
w miesiącu ; połóż to sobie za prawo, winieneś to przyjaźni naszej. Ja, 
póki ręka nie drży nie przestanę cię napastować mojemi, pisz o 
swoim zdrowiu, o Oporowie, o Tadziu, o Maryni, o wnukach; pisz 
w sposobie Et amora temperet risu. Podziel swojemi i mojej żony 
uczuciami, wszystkich twoich. 
Vale Amantissime 

Kajetan Koimian. 

D. 31. Stycznia 1850 Piotrowice. Jak się ma poczciwy Marcin 
Kroata, „kupemator" Luboni, pozdrów go i jego famillią od nas. 



^) 30. Stycznia 1850 Piotrowice. 
Dawno już nie doznałem takiej przyjemności i umysłu i serca 
jaką mi przyniósł, najdroższy przyjacielu! twój liflt ostatni. Miły, 
bo pełen przyjaźni, drogi, bo z nową bajeczką i z innemi wier- 
szami, pocieszający, bo weselszy od innych. Czytając go, odczytując, 
karmiąc nim i siebie i drugich, tyle najmilszych wrażeń doświad- 
czyłem, że prawdziwie wdzięczność ci za niego winienem. Naj- 
przód przypomniał on mnie owe dawne niezrównane listy, z czasów 



^) List Andrzeja Edwarda Koźmiana do Morawskiego. (P. W.) 

5* 



Digitized by 



Google 



60 

szczęśliwszych, w których jeszcze uraysł nasz umiał się i zabawić 
i rozśmiać; z czasów Jaxy, Lubowieckiego, Jarochny, Nainusia, 
a więc ten list odmłodził ranie, potem znalazłem w nim śliczny 
napis grobowy dla p. Whit, którego godne były jej cnoty, jej po- 
święcenie. Znalazłem trafną, stosowną, szczęśliwą, odznaczającą się 
myślą, bajeczkę, a więc ten list przekonał mnie, źe ani moralne, 
ani fizyczne cierpienia nie stłumiły ducha, nie stępiły ostrza do- 
wcipu, któremu podobnego na próżno by szukaó. Dalej list ten tak 
zabawnie prześladuje Lindego, tak wesoło broni prowincyonalizmu, 
iż wnoszę z niego, że musisz być zdrowszym, kiedy jesteś wesel- 
szym. Nakoniec w liście tym mój poczciwy Nainuś tak mnie roz- 
czulił i rozśmieszył na jawie, jak kochanego Jenerała we śnie, 
a wzmianka o nim, wspomnienie o jego Prowerze i jego P^re- 
Adamie, dało mi poznaó, że równie dawne jak dzisiejsze Piotrowice 
stają ci czasem na myśli, i nie obojętne są twej pamięci. Niemniej 
jak mnie ucieszył ten list ojca mojego, wywdzięczając się za niego 
przez czas dwudniowej wycieczki naszej w sąsiedztwo do pani Róży 
Eembielińskiej, zapisał on do ciebie ośm stronnic, które cię także 
rozweselą, i które przyjemnemi ci się staną, bo w nich znajdziesz 
zdrowie; wesołośó, czerstwośó, nawet pustotę młodości, a nie zaś 
tristem senectutem. Kiedy się mój ojciec tak dziś rozciągnął, ja 
się dziś skrócę, bo przesiąknięty tym ciągle wiejącym wichrem za- 
wieruchy, bo umrożony temi mrozami syberyjskiemi, bo zawiany za- 
spami śniegowemi, bo pozbawiony dzienników, które nawet koleją 
do Warszawy nie dochodzą dla wielkich mas śniegu, tak, że od 
pięciu dni jesteśmy bez żadnego głosu europejskiego, czuję jak głu- 
pieję, jak zgłupiałem i przewiduję, że wkrótce Piotrowice staną się 
Zaraszowem, gdzie jeszcze czytają gazety z roku zeszłego. Z War- 
szawy rzadkie mamy wiadomości; Jen. Krasiński co dni dziesięć 
pisuje, lecz jego lisiy rzadko kiedy jaką nową wiadomość ze świata, 
lub wiadomostkę z Warszawy przyniosą. Najczęściej znajdujemy cy- 
tacyę z Salomona: yanitas yanitatum! lub z ewangalii : fiat yoluntas 
tua. O synu donosi, że ciągle cierpiący, że teraz na oczy się skarży, 
o synowej, że jest podobno znowu przy nadziei. Pani Augustowa') 
wyszła z ospy, lecz nie wychodzi jeszcze z pokoju, znaków tej zja- 
dliwej choroby nie zachowa, lecz za to August pozostanie ospowa- 
tym; a więc postrada tę urodę, do której wiele ceny przy wiązy wał. 
Oboje zimują w Wilanowie, na czem Warszawa wiele przyjemności 
traci. Od pani Rzewuskiej spodziewam się w tych dniach listu i 



») Potocka (P. W.) 



^ 

i 



Digitized by 



Google 



61 

doniesienia o mającym nastąpić związku Leona z Taidą. Mówią 
o nim głośno, są tacy, którzy mu się dziwią, ja mu wierzC; bo 
Taida ma wiele rozumu i podobać się może, a biedna jej matka 
ma raka i umiera. Zresztą ten sposób książęcy; monarszy żenienia 
się przez listy, z portretów zamienionych, przez ambasadorów, bar- 
dzo musi dogadzać próżności Leonsa; już on tak raz chciał się oże- 
nić przez listy z Wandą Ossolińską, ale go ubiegł dawny w arty- 
leryi kolega Tomasz Potocki starając się osobiście o panny rękę. Książę 
Michał Eadziwiłł tknięty został paraliżem i mówić nie może, bie- 
dna księżna Michałowa, w ciągłych jest troskach. Nagrodę za nie 
gotuje jej niebo, w świetnem ożenieniu syna Karola. Karol Ea- 
dziwiłł jest miły młodzieniec, tylko szlachetny marnotrawnik i miło- 
śnik baletu, przy pięknej żonie zapomni o balecie, a tak bogate 
wiano wystarczy mu do zmarnowania na lat kilka. Z Turwi dawno 
nie miałem wiadomości, mają oni zwyczaj pisania najregularniej, 
z życzeniami na dzień imienin ; na inny dzień trudno doczekać 
się listu, zapewniłem więc ich, że w Hiszpanii przyjętym zwycza- 
jem, kilkanaście chrzestnych imion noszę: i wybrałem sobie patrona 
jednego w każdym miesiącu ; spodziewam się więc w styczniu listu 
na Polikarpa, a w lutym na Eucheriusza. Pojmuję ja, że Tierew- 
czyki żebrzą do Przeglądu o Dworzec, pisali do mnie o nim 
z najwyższemi pochwałami, pisali, że całość jest śliczna, szczegóły 
przewybome, a cała rzecz kończy się rzewnie, jak wszystko w Polsce. 
Zgaduję, że całego poemaciku nie mogę w liście otrzymać, lecz 
czyżby jakiej okruszyny nie można nam udzielić, jakiej belki, ja^ 
kiego pieca, lub stołu. Z radością widzę, że mój ojciec wziął się 
znowu do pracy, opisując życie brata, które tylko za ramy posłuży, 
zbierze swoje wspomnienia, spisze swój pamiętnik]; aby go zachęcić 
do tej roboty, od której się wymawiał, zacząłem sam opisywać to, 
com w przeszłości zasłyszał od niego. Sposób, którego przeciw 
niemu użyłem, okazał się bardzo skutecznym. Usłyszawszy opowie- 
dziane przezemnie niektóre jego wspomnienia, sam się wziął do ich 
opowiadania. W lutym chciałbym zajrzyć do Warszawy, a więc i 
do Mińska; do Warszawy pojechałbym dla Zygmunta') i dla Mińska. 
Dawno ztamtąd nie mieliśmy wiadomości, póki Marynia prozą tylko 
pisywała, to nam się czasem cokolwiek z prozy dostało, a teraz gdy 
wierszami pisze, ani wiersza się doczekać. I ja także znalazłem i 
zdaje mi się, żem to nawet w jednym z listów do Luboni powiedział, 
że cierpienia i fizyczne i moralne niezmiernie rozwinęły jej pojęcie, 



*) Krasińskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



62 

wzDiosły jej umysł. Chciałem dziś bydź krótkim, a nie umiem nim 
bydź, rozmawiając z kochanym jenerałem. WOporowie chciej mnie 
łaskawości ich polecić. Dziwnie to w istocie ten Oporów poetyczny. 
Dwie córki są świętemi hymnami lub psalmami, jedna jest baladą. 
Woś jest romantyczną pieśnią, a Pan Michał krotofilą. Na wst^p 
do bajki przyszła mi jedna myśl, lecz którą trzeba jeszcze wyrobić, 
w twoim ręku stałaby się tabaką Maisonneuya. W pierwszym liście 
opowiem ją prozą. Niech gospodarz, gospodyni i vice-gospodyni 
Luboni panna Elżbieta, przyjmą zapewnienia i oś?riadczenia pio- 
trowickie. 

Andrzej Koimian. 



Odbieram w tej chwili list od pani Bzewuskiej; pisze mi 
o ożenieniu syna. Je trouyerais L. fort heureux d'ópouser Melle 
Taida, mais jusqu' a prósent les partis interśsses, ne se connaissent 
pas, ne se yoient pas, et mfime ne se rencontrent point — autre- 
fois ou eiit appele cela des empdchements, mais a present le si^le 
est si inyentif qu'on ne trouv6 plus de difficulte h rien. 

^) 23. Marca 1850 Warszatm. 
Pan Ludwik Małachowski łaskawie przyrzeka mi, że najdalej 
we środę czytać będziecie te wyrazy spieszną ręką skreślone. Nie 
będę się dziś długo rozciągał, wolę za powrotem do domu, po dwu- 
tygodniowej bytności w Warszawie, obszerniej do was, moi drodzy 
napisać, choć wy zupełnie o mnie zapomnieli ; od trzech miesięcy 
oczekuję, azali jaki wietrzyk wielkopolski nie przyniesie mi głosu 
waszego. Dziś we dwóch słowach powiem wam to wszystko, co was 
obchodzi. Donoszą mi z domu, że pani Wiktorya, po bytności w Ba- 
domiu, gdzie zachorowała, po opuszczeniu krwi i po pijawkach, 
gdyż lękano się zapalenia płuC; jest jeszcze osłabiona. Obawy po- 
wrotu niebezpieczeństwa nie ma, lecz ja się lękam następności 
złych, z ubytku krwi pochodzących. Staś był z Aleksandrem w Wro- 
nowie, w dzień św. Józefa, i on to złożył mi raport o zdrowiu 
mojej kumy. W Piotrowicach wszyscy zdrowi. Zygmunt*) cierpi i na 
ciele i na duchu, czarne chmury ciężą nad myślą jego. Przecież 
czasem się ożywia, rozognia, a zawsze nawet w chwilach zniechęce- 



") Do Stanisława Koźmiana (P. W.) 
«) Krasiński. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



63 

mie, nawet serdecznie mnie przyjęli i przyjmują. Trapią się, troszczą, 
smucą i długą nieobecnością córki i więcej jeszcze uporczywem i 
nielitośnem milczeniem. Ostatni list mieli z 16 lutego z Paryża. 
To milczenie ze strony Anielki, kiedy jednem słowem, co tydzień 
lub dwa tygodnie przesłanem, mogła była wlać pociechę w serca 
rodzicielskie, i żal ich ułagodzić, jest dla mnie niepojętem. Ja się 
starałem koić boleść niejednej rany, rozmaite rozdrażnienia uspo- 
koić; i szkoda, że Sewerynowie nie przybyli tu podczas mojej byt- 
ności, obydwom stronom byłby się może zdał pośrednik w pier- 
wszych chwilach po powrocie. Z listów, z Paryża pisywanych, wie- 
dzą tu wszyscy, jak podróżni Wolańscy czas tam przepędzali. 
Wiedzą, że przy końcu lutego mieli wyjechać, a dotąd ich nie ma. 
Łatwo więc jest zrozumieć rodzicielską troskliwość, a nawet żal. 
Sądzę, że wstrzymywać ich długo w waszych stronach nie będzie- 
cie, pomnąc na rodziców Amelki. Owszem, namawiajcie Seweryna 
do prędszego powrotu, bo im dłuższa żałoba, tem większe rozdra- 
żnienie. Niech na święta pospieszą, ażeby okazać rodzicom jakąś 
pamięć o nich. Piszę do ciebie kochany Stanisławie z proźbą, 
abyś z uwag moich zrobił właściwy użytek, nie pokazuj listu ani 
Sewerynowi ani Amelce, boby może dobre chęci moje źle zostały 
ocenione; do nich wprost nie piszę, bo nie wiem czy są w Turwi, 
gdzie są? kiedy będą? Eozdziel między otaczające cię osoby moją 
uniżoność; przyjaźń, serdeczność i uściśnienie. Wszystko to razem 
przyjmij dla siebie i wspomnij czasem o mnie i daj kiedy dowód 
że wspominasz. 

Andrzej Koimian. 

Powiedz Azi ^), że byłem na Grybowie u p. Gutakowskiej, ale 
jej nie zastałem; chcę wrócić przed wyjazdem, to jest przed po- 
niedziałkiem 25 marca, aby z nią pomówić o Turwi. P.Bartosiewicz 
widziałem. Poznałem tu p. Giżyckę, jest z niebrzydką i podobającą 
się córkę. Jest tu także Henryk Wodzicki, ale on od dwóch mie- 
sięcy opuścił Poznańskie. 

22. lipca 1850 Karlsbad*). 

Program podróży, który ci przed wyjazdem kochany Jasiu 
przesłałem, wykonałem co do joty, co do minuty. lOgo byłem 
nia jest sam sobą. Co dzień go widuję. PP. Bącewiczowie uprzej- 



*) Janowa Koźmianowa (P. W.) 
*) List do Jana Koźmiana (P. W.) 



Digitized by 



Google 



64 

w Warszawie, 12go wyjechałem pierwszym pociągiem, stanąłem na 
noc w Mysłowicach. 13go upatrywałem w Brzegu, azali kto mnie 
nie wygląda. Niestety! nikogo nie było. Wierzę, że albo mój list 
zbyt późno cię doszedł, albo nie mogłeś przyjechaó, kiedy nie przy- 
jechałeś. Nocowałem raz w Wrocławiu, drugi raz w Dreźnie, 16go 
z rana stanąłem tutaj, 17go rozpocząłem kuracyę. Piję po 7 kub- 
ków Miihlbrunn z pożądanym skutkiem i wolny teraz jestem od 
wszelkich dolegliwości. Zastałem tu kolonię polską, która się już 
uzupełniła i uorganizowała, jest nas 14tu, którzy razem jadamy, 
chodzimy, spacerujemy. Wszyscy się dobrze znamy i miło nam 
byó razem. Prezyduje Morawski, a do Zgromadzenia należą: jen. 
Skarżyński, Lewiński, kasztelan Poletyłło, dwaj Potoccy, Kaszyc, 
Juliusz Stadnicki, Siemiński, Michał Grabowski, Dębowski, Tykiel, 
Paweł Eohland i ja. Mamy więc senat, izbę poselską, wojsko. Mie- 
liśmy także przez dni parę więźnia Sybiru, poczciwego Piotra Mo- 
szyńskiego. Z pań naszych, które mile widujemy, jest pani Augu- 
stowa Potocka, księżna Woroniecka, które się nie łączą z towarzy- 
stwem karlsbadzkiem, żyją w odosobnieniu, leczą się z sumienno- 
ścią i pedantyczną akuratnością i tylko nas przyjmują. Od dwóch 
dni przybyła nam pani Delfina Potocka, przyjechał z nią szwagier, 
książę Karol Beauveau, mój dawny paryski znajomy. Jedzie na Po- 
dole do Aleksandra Komara. Ale trzeba na to być Francuzem, ażeby 
mając kilka kroó sto tysięcy intraty, wybrać się bez pojazdu, bez 
służącego i nie umiejąc ani słowa po niemiecku, ani po polsku, 
ani po rosyjsku. Karlsbad tak jest ludny, jak dawno nie był. Po- 
lonia przemaga, Bossyan nie wiele, z Anglików namiestnik ir- 
landzki Lord de Grey jest najznakomitszy. Z książąt jest W. Książę 
Weimarski i nieszczęśliwy Ferdynand d'Este. Opowiedziałem wam 
moi drodzy mój Karlsbad, wy teraz opowiedzcie mnie wasz Landeck, 
a najprzód jak służą jego wody kochanej naszej pacyentce. Czy 
macie jakie towarzystwo znośne? Czy macie i jakie macie wiado- 
mości z domu? Ja z Piotrowic dopiero jeden list otrzymałem, od 
podróżnych podlaskich żadnego, wiem tylko, źe szczęśliwie Bug i 
komorę przebyły. Wyjeżdżając 9go z Lublina, widziałem się z ca- 
łym Wronowem i z Wolą. Wszyscy byli zdrowi i wszyscy wraz 
z Sobieską Wolą, do Wronowa jechali. Amelkę znalazłem w War- 
szawie z poprawioną cerą. Na drugi dzień po mojem przybyciu, 
przyjechał do niej Seweryn i znowu miał do swego dziedzictwa 
wrócić. Amelka już do Ostendy w tym roku nie pojedzie, pije wody 
w Warszawie, kąpać się będzie w Wiśle. Po ukończonej kuracyi 
zjedzie do Wierzchowisk. Ja tutaj do środka sierpnia zabawię, mam 



Digitized by 



Google 



65 

potem wybór między Tóplitzem a Akwizgranem; milszy Akwizgran, 
rozsądniejszy Toplitz. A więc zapewne Toplitz wybiorę, po trzech 
tygodniach kąpieli może zajrzę do Homburga i zwiedzę Pragę, któ- 
rej nie znam, a potem w środku września przybiegnę w poznańskie, 
bo przecież musiemy się zobaczyó, potrzebujemy się rozmówić, na- 
gadać, naradzić. Mam też mój drogi jedno pytanie do ciebie. Księ- 
żna Michałowa Radziwiłłowa usilne żądania zaniosła do mnie, abym 
napisał artykuł nekrologiczny o jej mężu, który życzyłaby sobie wi- 
dzieć umieszczonym w najlepszem piśmie peryodycznem polskiem, 
a więc w Przeglądzie. Nie mogłem się wymówić dla wielu przy- 
czyn i dla tej także, że przecież wart poczciwy i prawdziwy Polak 
polskiego wspomnienia. Artykuł ten nie jest łatwym do napisania, 
bo w pochwale zmarłego wielką miarę zachować trzeba. Nie 
odznaczył się on znakomiterai zdolnościami i zasługami. Odznaczał 
zawsze jednem, tem samem zacnem polskiem uczuciem. Pisząc ten 
nekrolog, trzeba wiele względów mieć na uwadze, być ostrożnym i 
zręcznym. Zapytuję cię, czyli taki artykuł przyjęlibyście do Prze- 
glądu; jeszczem go nie napisał, lecz w tych dniach napiszę, a od. 
dam do druku dopiero po naradzie z Morawskim i z Wami. Proszę 
o szczerą odpowiedź. Kochany jenerał widocznie zdrowszy, bo i we- 
selszy i pisze wiersze. Napisał wczoraj wiersz na cześć Sprudla, 
mnie dedykowany, który bez wątpienia więcej wart od wszystkich 
podziękowań der Quelle^ wszystkiemi językami tu po skałach wyry- 
tych. Wiersz i poetyczny i jędrny i rzewny. Czytałem z wielką 
przyjemnością cały Dtwrzec. Część obyczajowa i obrazowa wyborna, 
rozciągnąć tylko chciałbym akcyę i wzmocnić dramatyczność. Jene- 
rał dawnych swoich figlów nie zapomniał, i tak w krawca naszego 
tutejszego Niemca i w cały warstat jego wmówił, że jestem bisku- 
pem anglikańskim, naturalnie dobrze wykarmionym na beefsteku i 
rostbefie. Odtąd z największem są dla mnie uszanowaniem, tytułują 
mnie excellencyą, mówią Eure Onade i zapewne przy rachunku 
porządnie obedrą. Do którego dnia bawicie w Landeck ? Znośmy się 
z sobą, kiedyśmy bliżej siebie. Edwardowi list ten poszlijcie, lub 
powiedźcie mu, że go ściskam i cieszę się, że uściskam na jawie. 
Dodajcie, że księżna Odeschalchi w Warszawie kazała go zapytać, 
czy odebrał jej odpowiedź. Zegnam cię moja ukochana paro ! życze- 
niami mojemi otaczam każdą kroplę wody, której Azia używa. Pi- 
sząc do Turwi wspomnijcie o mnie. List od poczciwego bliźniaka 
Starszego (czy młodszego?) to jest od Kostusia przyłączam. Smutna 
tu dziś wieść się rozeszła o pożarze Krakowa, miało sto domów 
spłonąć i dwa kościoły, między niemi kościół Panny Maryi, jeszcze 



Digitized by 



Google 



66 

powątpiewamy, jeszcze nie przypuszczamy takiej zawziętości losu, 
na zagładę naszych pamiątek. 
Wasz obojga 

Andrzej Ko&mian. 



10. Listopada 1850, Dobrzechów.^) 

O dni dwa opóźniłem mój wyjazd, zatrzymany bólem gardła 
Maryni, który j% przez dni parę uwięził w łóżku. Jutro pnszczam 
się drogą ku Piotrowicom. Parę dni zabawię w Staremmieście, 
gdzie Żancia ciężką złożona chorobą. Drżę o nią, drżę o moich ro- 
dziców, którzy ją jak własne dziecię kochają. Od dwóch dni słabe 
polepszenie nastąpiło, które mnie pocieszy, gdy się naocznie o niem 
przekonam. Wyjechawszy 13go z Staromieścia, 16go będę w domu 
z wszystkiemi mojemi stęsknionemi do nas, ze Stasiom, który jak 
piszą wolny od febry, lecz jeszcze nędzny i wybladły. 

Otóż moi drodzy posyłam wam pismo pana J. S., które mi 
powierzone było i niejako w imieniu autora czynię wam parę py- 
tań dotyczących go. Stosownie do odpowiedzi, jakie byście dali, 
zmieńcie co będzie do zmienienia. 

Zapytuję więc, czy kgf. Antoni był w istocie bratem starszym 
ks. Michała. Pan Jenerał twierdzi, że był młodszym, mnie zaś się zdaje, 
że taki był porządek starszeństwa: 1. Ludwik, 2. Antoni, 3. Michał, 
4. Walenty. Twierdzenie moje opieram na tem, że Ludwik był or- 
dynatem kleckim. Antoni także miał ordynacyę, a Michał żadnej. 
Trzeba ten szczegół dokładnie wyświeció. 2do Czy ks. Antoni 
ożenił się za życia Wilhelma grubego, czy też już za panowania 
Fryderyka Wilhelma, jak to autor jeszcze mniema. 3tio Jak się 
pisze imi^ marszałka Lefóvre, czy Lefóbyre, księcia gdańskiego. 

Zresztą ogłaszam was w imieniu Pana J. S. samodzierżcami 
tego pisemka; zmieniajcie w niem, poprawiajcie co chcecie, losy 
jego w waszym ręku. O Warszawie mało mi z domu donieśli. Owa 
ulewa łask, która miała oblaó Królestwo, już kilką grubemi kro- 
plami padła; kroplami temi 1. Zniesienie granic, 2. ustanowienie 
wójtów gmin rządowych. 3. wywiezienie Henryka Łubieńskiego i 
Lubowickiego z Zamościa i t. d. Zebranych obywateli przypuścił 
do siebie ks. Feldmarszałek, lecz nie mieli szczęścia byó przedsta- 
wionemi N. P. 



^) Do Stanisława i Jana Koźmianów, 



Digitized by 



Google 



67 

Tu taj jak najprędzej powołano urlopników, a nawet furwezów, 
pogłoski wojenne krąży<5 zaczęły, lecz podobno już uczniowie Hegla 
dzielni duchem i myślą, cofnęli się przed czynem, ustąpili grubej 
materyi, bo zawsze mądry głupiemu ustąpi; i na tern właśnie 
mądroś<5 polega. Mogą zaś tem pociesza<5 się i pocieszają się, że 
i jedność niemiecka i przewaga państwa Heglowskiego zawsze 
w idei pozostanie. 

Uczmy, uczmy dzieci nasze filozofii niemieckiej, bo jeżeli nie 
czego innego, to przynajmniej rezygnacyi politycznej się nauczą. 
Nie rozpisuję się dziś długo, bo przed wyjazdem wiele mam do 
załatwienia. Ściskam was obu najserdeczniej. Co najmilszego i naj- 
czulszego powiedzcie Azi, której charakter, której dusza jest jak 
owe piękne dzieła sztuki, w których rozpatrując się na nowo, nowe 
się zawsze odkrywa piękności. Uczucia moje państwu Jeneralstwu. 
Kończę parą słowami o panu Olizarowskim. Jeżeli chce otrzymaó 
pozwolenie powrotu do Galicyi, nie dośó jest, aby prywatnie napisał 
do p. Gtołuchowskiego, trzeba ażeby urzędową prośbę wygotował, 
jako do namiestnika królestwa i takową choóby drogą poczty prze- 
słał. Skoro tego dopełni (a w tej suplice niech rzecz całą dokła- 
dnie wyjaśnij) jeden z was niech doniesie Ignacemu Skrzyńskiemu 
przez Kraków, Rzeszów do Strzyżowa, którego dnia proźba ta pocztą 
odeszła, niech mu nawet kopię jej przeszłe. Ignacy zaraz do brata 
Xawerego napisze, który w wojsku austryackiem służył i ma wzię- 
tośó u namiestnika, a ten bez zwłoki z wstawieniem się swojem 
wystąpi. Bardzoby dobrze było, żeby i p. jenerał polecił dopilno- 
wanie skutku tej proźby księciu Leonowi i panu Kazimierzowi Kra- 
sickiemu. Świadectwo p. jenerała będzie miało wielką wagę u pana 
Gołuchowskiego. 

Serdeczne uściśnienie raz jeszcze. 

Andrzej Koimian. 

Chciejcie też spytać p. jenerała, czyli pamięta Maxymiliana 
Dzięgielowskiego, który przez rok 1848 zostawał w szkole agrono- 
micznej w Turwi, a potem praktykował gdzieś w Szląsku, jakie 
on zdolności okazał, jaka jego moralność i na jakie miejsce w za* 
rządzie gospodarskim byłby zdatny. 

Rzeszów 12ty. Takie deszcze spadły tutaj, że przerwane zo- 
stały przeprawy na rzekach i ja znowu o dzień wyjazd opóźniłem. 
Dziś ledwie manowcami przez góry, bez przypadku dostałem się 
tutaj, Teosia połączy się ze mną, skoro tylko promy na nowo urzą- 
dzą. Myślę, że pojutrze będzie już tutaj, a pojutrze 15go puścimy 



Digitized by 



Google 



68 

się w dalszą drogę. Zanci jeszcze nie widziałem, ma by<5 nieco 
zdrowsza. Tu wiadomości brzmią dźwiękiem trąby wojennej. He- 
gliści odważyli się na nieco odwagi. Mniemam, że to ostudzi trochę 
tutejszy zapał wojenny, i że pokój utrzymany będzie. Nie chcę 
i5włóczy(5 dłużej wyprawienia tego listu, i zaraz go na pocztę po- 
syłam, a w nim serdeczne ponowione uściśnienie. 



Piotrotoice 19 torzeSnia 1851 ')• 

Podobało się Bogu, ugodzi<S we mnie ciosem najboleśniejszym, 
roztrzaskać szczęście moje ; zabrać mi tę, która je stanowiła, zabrać 
najzacniejszą, najprzy wiązańszą żonę, najczulszą matkę moich dzieci. 
Nie wyrzekam, nie rozpaczam, korzę się przed wyrokami boskiemi, 
ale czuję, że lepsza połowa duszy mi wydarta, i że to, co mogłem 
nazywać życiem mojem, wraz z jej życiem się skończyło. O moi 
ukochani, zapłaczcie nademną, nad biednemi jej sierotami, nad ca- 
łym domem naszym, nad szczęściem utraconem. Szczęściem cichem, 
skromnem, tak jak ona była cicha i skromna, ale istotnem. Wyście 
jej sami przez siebie nie znali, nie możecie więc wiedzieć, jakie 
się skarby w jej duszy ukrywały. Ile tam było silnej wiary, miłości 
Boga i ludzi, nieograniczonego przywiązania do męża, dzieci, ro- 
dziców, jakie wysokie pojęcie powołania kobiety, jaka zdolność po- 
święcenia, wyzucie się samej siebie ; w ostatniej chwili życia, obja- 
wiła się ona przed wszystkiemi, taką jaką ją znałem, ukochałem 
i czciłem. Opis najprawdziwszy tej chwili, słowa jej własne bez 
, żadnej odmiany, posyłam wam. Prawdę tego opisu stwierdził za- 
cny nasz pleban, w mowie pogrzebowej najczulszej, jaką w życiu 
powiedział, stwierdza zeznanie lekarza świadka jej ostatniej godziny, 
które w odpisie przyłączam. Ileż pociechy czerpam, w wspomnieniu 
wzniosłości jej zgonu, którą za łaskę bożą uważam. Nie wszyscy 
może, którzy ją znali, dostatecznie ją zbadali i ocenili. Sama wolna 
od wszelkiej miłości własnej, nie dbała o pozory i przez tych szcze- 
gólniej pojętą i w wartości swojej istotnej uznaną nie była, którzy 
w zaspokojeniu miłości własnej, najwięcej uciechy i przyjemności 
poszukują. Moi rodzice nieutuleni są w żalu, codzień łzy ronią wraz 
ze mną, a mnie każdy dzień staje się boleśniejszym i trudniejszym 
do przeżycia. Dzieci biedne, zaledwie od śmierci uratowane czują 
cały ogrom straty. Staś płakać nie może, walczy on z boleścią, juź 
prawie po męzku, lecz na każde wspomnienie matki, bladość jego 



*) List do Stanisława i Jana Koźmianów. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



lice pokrywa. Na twarzy Maryni, wyrył się głęboki smutek i ten 
wyraz może jej na zawsze pozostanie. Wiecie że na początku sierp- 
nia, w dzień wyjazdu Adolfa, dotknęła Marynię choroba zgubna dla 
rodziny naszej, w kilka dni po niej, zapadł na tę samą niemoc Staś. 
Dziesięć lat temu, o tej samej porze, ta sama choroba nawiedziła 
Bobrzechów i cztery osoby z rodziny mojej żony w grób wtrąciła. 
To bolesne wspomnienie, obudzało nasze najżywsze obawy. W tem 
18 sierpnia i moja biedna żona położyła się. Choroba Stasia przy- 
brała była w tym właśnie czasie, najniebezpieczniejszy charakter, 
ocalenie jego winienem Bacewiczowi i jego przyjacielowi Szleglowi. 
Ledwieśmy się o dzieci nieco zaspokoili, zwróciła się troskliwość 
ku matce, zdawało się że choroba nic zatrważającego nie przedsta- 
wiała, czekaliśmy 15go dnia. W tem 4 września przyszły mocne 
boleści, przywiozłem Szlegla; ten już nie postępami dyssenteryi. 
ale objawiającem się zapaleniem błony brzusznej, zatrwożył się ; 
w sobotę 6go w nocy, boleści powiększyły się, zebraliśmy na na- 
radę Bacewicza, Szlegla, Pileckiego. W użyciu maści merkuryalnej 
upatrywali jedynie zbawienie; ta bole uśmierzyła. Nadzieja nas 
ożywiła, ale w tem przyszła dyaria gwałtowna, resztę sił wycień- 
czająca. Bacewicz który zjechał z żoną do Bychawy, gdzie ta także 
na dyaryę zachorowała, codzień po dwa razy ztamtąd przez dni 
cztery, przybywał do chorej. lOgo we środę rano, siły mocną dozą 
kamfory nie wskrzeszone, zaczęły ustawać, wszelka nadzieja zgasła. 
W przyłączonym opisie znajdziecie opowiedziany cały ten dzień naj- 
nieszczęśliwszy, najboleśniejszy z życia mojego, przeżyłem go, bo bo- 
leść duszy nie zabija ciała. 12go nastąpiło wyprowadzenie zwłok, 
wszyscy z okolicy, nawet i dalszej zebrali się. Powiem wam śmiało 
że dawno tak powszechnego, tak głębokiego żalu nie widziałem. Mimo 
słotnej pory, nieśli jej trumnę krewni, przyjaciele, sąsiedzi, potem 
oficyaliści. włościanie, jedni drugim oddawać jej nie chcieli. Kara- 
wan próżny szedł. Wszyscy aż do Bychawki pieszo postępywali za 
trumną, na drugi dzień na nabożeństwie, ten sam natłok, ten sam 
żal. Ksiądz Baranowski z kazalnicy; przeor dominikański ks. Ino- 
centy przy grobie, jak najczulej i jak najrzetelniej przemówili. Sami 
się rozczulili i rozczulali wszystkich, rozległ się płacz włościan naj- 
przód w kościele, potem na cmentarzu. Byli tacy włościanie, którzy 
za pracę około grobu, za udzielone wozy z końmi, żadnego wyna- 
grodzenia przyjąć nie chcieli, mówiąc: więcej myśmy od niej od- 
bierali. 1 w istocie, zawsze ona obdarzała, o wszystkich pamiętała, 
dzieci wiejskie uczyła i karmiła. Ten żal tak powszechny, to oce- 
nienie cnót mojej najdroższej żony, przynosiło mi jedyną pociechę, 



Digitized by 



Google 



70 

jaką przyjąć byłem zdolny. Nie dziwcie się, żem się tak przed 
wami rozszerzył w opowiadaniu o niej ; ulgę wtenczas tylko znaj- 
duję, kiedy o niej myślę, mówię i w jakiem sercu słyszę słowa 
i czucia moje odbijające się. Jeżeli ten list zastanie jeszcze wasze 
panie w Turwi, wiem, że zapłaczą nad nią, nademną, nad nami, 
wiem, jaką moja droga kuma przejęta będzie żałością. Mój ojciec 
chce kazać drukować* trzy mowy pogrzebowe na eksportacyi i na- 
bożeństwie powiedziane, chce je drukować li tylko dla krewnych i przy 
jaciół. Seweryn był i pierwszego i drugiego dnia, Winienem mu isto- 
tnie wdzięczność za ocalenie Stasia ; on to pierwszy uprosił teścia 
aby pospieszył z radą do niego. Moja droga Teosia bardzo była wdzię- 
czna Bacewiczowi, za jego prawdziwie przyjazne starania, około niej, 
i ja mu wieczną wdzięczność zachowam; bo całem sercem naj- 
troskliwsze usiłowania łożył, bo cierpiał i płakał z nami. Mój ojciec 
zdrów, lecz przygnębiony. Moja matka dwoi w sobie siły, aby wy- 
starczyć wszystkim obowiązkom, któremi nasze nieszczęście ją obar- 
czyło. Marynia jest przy niej. W chwili, -w której Staś dowiedział 
się, że już nie ma matki, wziął siostrę za rękę, zaprowadził ją do 
babki, rzucił się w jej objęcie i zawołał Maryniu to teraz nasza 
matka. O moi drodzy! tak, nie mają już matki moje biedne sieroty, 
ona żyć jeszcze chciała, dla nich i dla mnie, rozdzierająca była ta 
walka jej rezygnacyi religijnej, z chęcią życia. Z całego opowiada- 
nia mojego, łatwo domyślicie się jak wszystkie wrażenia tych okro- 
pnych pięciu tygodni, wszystkie obawy o dzieci, o nią, żal po niej, 
zużyły moje siły. Ten miesiąc stał się długim ciągiem lat. Prze- 
cież zdrowie moje dziwnie te wszystkie przejścia wytrzymało, w ciągu 
choroby Teoni, jednego tylko attaku doznałem. Uderzony ciosem 
najboleśniejszym ozdrowiałem i dopiero od wczoraj moje zwykłe 
cierpienie przeniosło się i z gwałtownością zajęło łokieć prawy, 
gdzie dotąd nigdy nie było, z trudnością więc i niewyraźnie piszę. 
O czem innem mówić z wami w stanie nie jestem, tylko o niej, 
zawsze o niej. Moje sieroty polecam waszym trzem sercom, waszej 
opiece, może jej potrzebować będą, bo kto wie, jaka ich przyszłość 
czeka. Żegnam was ukochani, rzucam się w wasze objęcie z łzą 
w oku, na którą łzą odpowiecie, poświęconą i jej i nam nieszczę- 
śliwym. 

Andrzej Koimian. 

Tadzia list z Warszawy doszedł mnie w dzień smutnego ob- 
chodu, dzięki mu za pamięć. 



Digitized by 



Google 



71 



26, Listopada 1851 Dóbrzechów, 

Nie będę się skarżył, żeście zapomnieli o mnie w mojej bo- 
leści, ale was obwinie o bojaźń drażnienia jej, przemawiając do 
mnie. Tak ja sobie tłómaczę wasze długie milczenie, boć wiem 
przecie, że nieraz w waszem kole wspomnieliście o moich bez córki 
pielęgnującej rodzicach, o moich bez matki sierotach, o mnie bez 
dawnego szczęścia. Nie — nie drażni mojego cierpienia wspomnie- 
nie o mojej niedoli. Owszem, jedyną obecną przyjemnością moją 
jest myśleć, mówić, słyszeć mówiących o mojej ukochanej zmarłej, 
rozpamiętywać jej cnoty i wpatrywać się w wzór, jaki nam w osta- 
tniej godzinie życia zostawiła: „I ara foud of my grief" — i serce 
moje potrzebuje serc, które by je wysłuchać i zrozumieć zdolne 
były; dlatego też zwracało się ku wam, bo czuło, że żadne wasze 
słowo nie byłoby zimne i obojętne, lecz niosłoby ulgę i pokrze- 
pienie. Nie odezwaliście się do mnie przez wasze panie, nie ode- 
zwali później, spodziewam się więc, że podczas mego krótkiego 
w Galicyi pobytu doleci do mnie głos od was, bo przecież tu swo- 
bodniej i bezpieczniej pomówić można. Już trzeci miesiąc upływa 
od dnia mojego nieszczęścia i od mego ostatniego do was listu; 
lecz z doniesień Wronowskich wiecie zapewne, żem i ja chorował 
na tę samą słabość, która wszystkich dotknęła. Leczono mnie spie- 
sznie i silnie, i spiesznie wyleczono, lecz lekars wami i zgryzotą 
poruszone humory wznowiły moje zwykłe dolegliwości, których by*- 
liście w roku zeszłym świadkami. Odjęte miałem nogi, kolana, jedną 
rękę, a że z powodu pierwszej choroby brać moich mocnych kropel 
nie mogłem, długom chorował i jest temu zaledwie parę tygodni, 
jak i noga i ręka odkaleczała. Lecz nie myślcie, ażeby bi- da już 
wyszła z pod dachu naszego. W dzień śmierci matki Marynia 
ze wzruszenia dostała kaszlu, który się zamienił w koklusz ner- 
wowy. Koklusz ten męczy i ją i nas od dwóch przeszło miesięcy, 
i to w chwili ważnej bardzo dla jej zdrowia. Jeszcze ją kaszlącą 
zosfaiwiłem i może kaszlącą zastanę. Staś wrócił do sił młodzień- 
czych. Mój ojciec krzepi się, aby mnie pokrzepić, wrócił więc do 
swoich zajęć, co dzień zapisuje ćwiartkę swego Pamiętnika, w któ- 
rym kreśli wizerunki ludzi publicznych, z którymi żył i pracował. 
Kochana matka dziwną siłę czerpiąc w kochającem nas sercu, 
krząta się, trudni się domem, Marynią, nami wszystkiemi zdro- 
wemi i choremi, i wystarcza dotąd obowiązkom, które ją obarczyły, 
mimo ciągłe cierpienia i zdrowie zawsze biedne. Wasze panie wi- 
działem w Lublinie. Zosia była raz u nas, domyślicie się łatwo, 

Ustj Andiaeja Eoźmiana. TU. 6 



Digitized by 



Google 



72 

jak smutne było nasze powitanie. Uzbroiłem się w siłę, zakazałem 
sobie rozczulenia, aby waszej matki nie rozrzewniać. Stan jej zdro- 
wia zadziwił lekarzy lubelskich, nie spodziewali się, aby od wód 
z takim zapasem sił wróciła; jednakże zawsze te same obawy 
trwają. Gdym wyjeżdżał, znowu się okazało obrzmienie, stwardnie- 
nie brzucha. Ale biedna, biedna Sewerynowa, biedni jej rodzice. 
Matka ją pielęgnuje, ojciec rozpacza w Warszawie. Pilecki i Szle- 
gel upatrują początki suchot ; chorpwała mocno na zapalenie, zazię- 
biwszy się w domu, w którym dla reperacyi wszystkie piece w pó- 
źnej jesieni rozrzucono, okna i drzwi powyjmowano. Wyleczyli ją 
z zapalenia, lecz przed moim wyjazdem znowu zapadła. Seweryn 
nie widzi niebezpieczeństwa i w dziwnym zanurza się optymizmie. 
Z całej rodziny najszczęśliwszy Józef: Józef poczciwy, ale 
poeta-gospodarz. U niego równie jak u jego sąsiada Henryka — na- 
dzieja, nawet marzenie ma całą wartośó rzeczywistości. On żyje 
w przyszłości pełniej szem życiem jak inny w obecności. On przeto 
stawia na przyszły rok w Woli 46 budynków. Wszystkie pola pło- 
tami żywemi ogradza; kopie 400 morgów kopaniny, hoduje 3000 
owiec i t. d. Wiele on robi, wiele już zrobił, więcej jeszcze zrobi 
przy swojej pracowitości i sprężystości, mniej jednak zrobi jak 
marzy, a ja doświadczony i w marzeniach i w zawodach gospodar- 
skich, z obawą i ubolewaniem spoglądam na zawodną bujnośó jego 
marzeń. Tydzień temu przybyłem tutaj, w ten czwartek 28go jadę 
do Krakowa, bawię tam dni trzy, czy cztery, wracam w drugi 
czwartek, zostaję tu jeszcze dni 10 i na 15go grudnia jestem 
w Piotrowicach z powrotem. Dwa mam ważne powody do wycieczki 
krakowskiej. Chcę najprzód rozpoznać dzisiejszą organizacyę szkół 
tamtejszych, stan nauk, stan obyczajów i moralności młodzieży 
szkolnej. Chcę poznaó nauczycieli zasięgnąć rady ludzi, na których 
zdaniu polegaó mogę, Wielogłowskiego, Pola, Michałowskiego, Mor- 
sztyna, Wężyka, chcę upatrzyć miejsce dla mego jedynaka na przy- 
szłą wiosnę, albo gdzie go umieszczę u profesora godnego ufności, 
albo może usadowię przy nim Maisonneuya. Lecz czy te wszystkie 
układy nie rozbiją się o paszport emigracyjny? Czy go uzyskam 
u dobrego humoru naszego władzcy warszawskiego, czy też go przez 
zły humor ujrzę odrzuconym, tego nie łatwo zgadnąó. Drugi mój 
interes krakowski jest ostateczne porozumienie się o nabycie mojej 
starożytnej biblioteki przez Branickiego, które on p. Adamowi Potoc- 
kiemu powierzył. Przypomniecie sobie, że mi Branicki ofiarował 45.000, 
chociaż żądałem był 60 przez wzgląd, że moje poczciwe staruszki 
w dobre dostaną się ręce, i że zbiór mój u możnego nabywcy bę- 



Digitized by 



Google 



73 

dzie się mógł zbogaca<5 i uzupełniać. Przystałem na zmniejszoną 
cyfrę, co więcej nad zobowiązanie dodałem w katalogu, który wy- 
gotowałem, 200 inkonabułów obcych, bardzo rzadkich, których 
większa częśó z XV. wieku. Pan Adam po długiej zwłoce napisał 
do Leona Łubieńskiego, że do odebrania biblioteki wkrótce wyszle 
Strzeleckiego, lecz że przez wzgląd na krylycznośó obecnych czasów, 
więcej nad 30.000 ofiarować nie może, dodał jednak, iż służy mi 
prawo odwołania się do nabywcy. Użyłem tego prawa, napisałem 
do Branickiego, który natychmiast z Bagnferes odpisał mi, a raczej 
żona odpisała, bo on był wyjechał w Pireneje; że uznaje słuszność 
mojego przełożenia, że nie cofa wyrzeczonej cyfry i że pisze z pro- 
żbą do pana Adama, aby zadość uczynił jego zobowiązaniu. Kiedy 
miałem bezpośrednio z nim się porozumieć, dowiedziałem się z bo- 
leśnem zadziwieniem o jego przytrzymaniu. Mniemam jednak, że 
przez matkę lub Chłopickiego znajdę sposób zniesienia się z nim, 
i dowiedzenia się, jakie jest jego usposobienie. Na spiesznem zała- 
twieniu tej sprawy wiele mi zależy. 

Czyniąc tak bolesną dla mnie ofiarę, z najdroższej cząstki 
mego mienia, chciałbym ażeby ona przynajmniej nie była bezsku- 
teczną i mamą. Nie potrzebuję wam wyrazić, ile mi ten interes 
jest nieprzyjemnym, lecz uległem konieczności, a zresztą wyznam 
wam, że im dalej w życie idę, tem więcej obojętnieję, na to wszy- 
stko, co mi dawniej miłem było, co mnie dawniej zajmowało, i 
tylko jedynem ogniwem, które mnie z życiem spaja, jest uczucie 
obowiązku. Będąc w Krakowie, będę was bliżej; czemu, czemu nie 
porozumieliśmy się wcześniej, możeby który z was mógł był tam 
na chwilę przybiedz. Kiedy nie mogę być z wami, chciałbym was 
przynajmniej czytywać często i peryodycznie , czytywać w listach, 
czytywać w Przeglądzie. Tego ostatniego coraz trudniej dostać, bądź 
w Warszawie, bądź tutaj. Przedarł się przecież rok 1850, z któ- 
rego ostatniego poszytu nie znałem. Znalazłem w nim korespon- 
. dencyc C. Norwida, a w Czasie spotkałem się z wyjątkami z jego 
Promethidiona i Zwolona. Przeczytawszy je, zadrżałem o stan jego 
umysłu. Żal mi go szczerze, był to miły, dowcipny, poczciwy mło- 
dzieniec w początkach swego zawodu. Jak mu zaczęli w Warszawie 
kadzić, na piedestale wynosić, jak na wieczorze Biblioteki War. 
przy odjeździe jego zaimprowizował mu pożegnanie, jeden z ge- 
niuszów bibliotecznych, kończące się tym wierszem: 



Już wiek twój idzie 
Orle Norwidzie. 



6» 



Digitized by 



Google 



74 

Tak uwierzył, że jest orłem i stał się prawdziwie orłem, ale dwu- 
głowym, potwornym. Ciemniejszej nocy i zamętu nikt z ludzi utwo- 
rzyć nie zdoła. Cóż to za wymęczenie, wykoszlawienie dźwięków 
bez myśli. U nas Leon Grabowski, którego jedyną waryacyą jest 
żona i ekonomia polityczna, zapisuje foliały, pracuje od roku nad 
dziełem, mającem tytuł: „Szkic metafizyki wartości, w uwzględnio- 
nym obrębie, zrealizowanej myśli zamknięty". Z tych całych folia- 
łów ani słowa zrozumieć. Gzem jest Leon Grabowski w prozie, tern 
Norwid wpoezyi. Bylibyście mu przysługę wyrządzili, nie umieszcza- 
jąc jego korespondencyi. Musiały was jakieś osobiste względy do 
tego skłonić. Mam nadzieję, że w Krakowie zrobię na zimę zapas 
niektórych pism i dzieł, o które u nas trudno. Z żywą radością zasły- 
szałem odgłos szczęścia Michasia Micielskiego z jego miłą wdzięczną 
uroczą nową waszą p. Zofią i odgłos pochwał jego obron w sądach 
przysięgłych. Powiedzcie mu to i życzcie i jemu i jej wszelkiej 
we wszystkiem pomyślności. Pisał do mnie jenerał, że miały się 
przez parę niedziel ciągnąć w waszych stronach festyny na cześć 
nowożeńców; pewnieście należeli do nich, jeżeli jeszcze należycie 
to nie zapomnijcie o kielichu w mojem imieniu, acz wodą wznie- 
sionym. Uściskajcie także Adolfa^), nader miłe zostawił on wśród 
nas wspomnienie. Moja kochana żona bardzo go polubiła i oceniła. 
Porzucił on nas w dzień, który zaczął nasze smutki. Nie wątpię, że 
westchnął i za odeszła od nas i za naszem zgruchotanem szczę- 
ściem. W niedoli mojej wiele doznałem dowodów przyjaznego 
współuczucia, chowam je wszystkie, bo one świadczą, że moja uko- 
chana była cenioną, jak warta tego, przez tych, którzy ją znali, lub 
zasłyszeli o niej. Pan Andrzej Zamojski, kochany i zacny Zygmunt-) 
pokrzepili mnie ślicznemi i z głębi serca dobytemi słowami. Pismo 
Morawskiego rzewną i miłą zbolałej duszy przyniosło pociechę. 
Wszędzie tutaj z rozrzewnieniem czytane było. Dwie mowy pogrze- 
bowe przez dwóch zacnych kapłanów powiedziane, drukujemy 
w Warszawie, w małej liczbie egzemplarzy dla rodziny i małej 
liczby przyjaciół. Przy pierwszej sposobności kilka wam prześlemy. 
Mój ojciec dodał krótką przedmowę do tych dwóch kazań. Z po- 
ciechą przekonałem się tutaj o głębokim żalu Ignacowej po stracie 
siostry, tak ją żałuję, jak chcę, żeby była żałowaną. 

W roku zeszłym była ona u babki, była tutaj, jak gdyby 
a pożegnanie, i tem tkliwsze zostało po niej wspomnienie. Prze- 



>) Koczorowski. (P. W.) 
2) Krasiński. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



75 

praszam was, ie was tak mojem cierpieniem zajmuję. Ściskam naj- 
czulej rękę kochanej Azi. PP. Jeneralstwu dzięki za ich współu- 
czucie. Polecam i zmarłą i nas osieroconych waszym pobożnym 
westchnieniom. Na osobnej kartce piszę do Jasia o naszym inte- 
resie. Jak tam Stasiu kłopotom Przylepki wystarczasz? 



9 Grudnia 1851 Dobrzechów.^) 

Nie opuszczasz ranie na chwilę w mej boleści i osieroceniu, 
drogi, najdroższy przyjacielu. Myśl twoja towarzyszy mi wśród ścian 
domowych i za niem», wyrazy twoje, niosące mi ulg(j i pokrzepie- 
nie szukają mnie i znajdują, a serce twoje domyśla się wszystkich 
wrażeń i uczuć, jakich w każdej chwili i w każdem miejscu do- 
znaję. Odgadłeś te, które mnie przejęły, wstępując w progi tutejsze, 
za któremi znalazłem jej miłość, otrzymałem jej rękę, skąd unio- 
słem szczęście moje i gdzie każda ściana, każda ścieżka, uświęcona 
jest jakiemś miłem, a dziś rzewnem wspomnieniem. Przybyłem tu 
w środku listopada, zabawiłem dni 8, zrobiłem wycieczkę do Kra- 
kowa, gdziem się przez dni cztery zatrzymał. Wróciłem tu onegdaj, 
zostanę tu jeszcze tydzień cały i na szesnasty grudnia chcę już 
uściskać rodziców i dzieci. Wróciwszy z Krakowa zastałem pakę 
listów, a między niemi twój najmilszy. Potrzebuję ja teraz więcej 
niż kiedykolwiek głosu serc kochających i przyjaznych, ażebym prze- 
cież przypominał sobie, że jest jeszcze żyć dla kogo, bo są chwile, 
w których zdaje mi się, żem gdzieś w puszczy, na pustyni — sam, 
sam jeden tylko. Dziś, gdy znowu ziemia zadrżała, wulkan zahu- 
czał, gdy dla świata nowa, ciemnością jeszcze okryta, zaczyna się 
epoka, wszystkie umysły zwrócą się ku stronie, zkad burza wyrasta, 
wszystkie znajdą zajęcie, zadrżą obawą lub nadzieją. Ja sam, acz 
nie mogę obojętnem okiem spoglądać na to, co się dzieje i co 
się stanie, sam zostanę z moją boleścią, sam może wiemy moim 
wspomnieniom. Powiedziałeś gdzieś, że u ludzi chwała chwałę za- 
ciera, można także powiedzieć, że boleść zaciera boleść. Moja je- 
dnak niezatartą pozostanie, jakakolwiek nowa dotknąć by mnie oso- 
biście lub wspólnie ze wszystkiemi miała. Zostaję dziś pod wraże- 
niem pierwszej depeszy telegraficznej, o wypadkach paryskich; z go- 
rączką niespokojnej ciekawości oczekuję co chwila wiadomości na- 
stępnych. Miałżeby krzywoprzysięzca, intrygant, awanturnik, wie- 



^) Do jenerała Morawskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



76 

dziony tylko ambitem, opętany szatanem swego imienia pozostać 
zwycięzcą. Gdyby tak było, byłby ktoś nikczemniejszy, nikczemniej- 
szy jeszcze od niego, to jest Prancya, która by zniosła upodlenie 
jego przywłaszczenia. Wiem ja, że był przed laty 18 Brumaire, 
który kraj zbawił, ale sprawcą jego nie był ani Napoleon, ani Bo- 
naparte, lecz Tulon, Marengo i Piramidy. Epaminondas mówił, że 
ma dwie szlachetne i wiekopomne córy Leuktrę i Mantineję, dzi- 
siejszy przywłaszczyciel wiarołomny ma także swoje potomstwo, 
dwóch synów Boulogne i Strassburg i ojcu takich dzieci, miałażby 
uledz Francya ? 

Przerwały mi rozmowę o krzy woprzysięzcy dalsze o jego chwa- 
lebnych czynach wiadomości. Mamy w Czasie depesze telegraficzne 
z 2 i 3 grudnia. Mniej mnie dziwi jego zuchwałe targnięcie na 
rzecz i ludzi, jak niemoc i niedołężnośó, która tychże ludzi i 
Francyę, a przynajmniej Paryż ogarnęła. Jeżeli się utrzyma, upie- 
rając się na sile kolb i bagnetów, to będzie musiał zaprowadzić 
nietylko żelazny, ale nawet okrutny, krwawy despotyzm. Nową 
znowu odbieram gazetę z wiadomością o boju z 4. grudnia. Jak to 
się skończy? Czy z tego pożaru wicher nie zaniesie aż do nas 
iskier, a przynajmniej dymu? Lecz mówmy o czem innem, cho<5 
trudno o czem innem myśleó i mówió. 

Przybyłem tu w środku listopada. Ośm dni wśród rzewnych 
wspomnień, wśród zwykłych trosk tutejszych, wśród rozmów o niej 
i łez po niej, z siostrą jej wylanych przepędziłem. Siostra jej 
mieszka tylko o ówierć mili od Dobrzechowa, co dzień więc ją wi- 
duję. Ona ją żałuje tak jak ja chcę, żeby żałowaną była. Głęboko 
ona stratę swoją i naszą uczuła. Koniec mojej drogiej Teosi tak święty, 
tak budujący, pamięć jej tem droższą i tem świętszą dla niej uczynił. 
I ona wdzięczność ci swoją wynurzyć mi zleciła za tak piękne, tak 
rzewne wyrazy pamięci zmarłej poświęcone. Dzięki ci, dzięki raz 
jeszcze i odemnie. Tyś ją przypomniał tym, którzy ją znali. Tyś ją 
dał poznać tym, którym znaną nie była. Tyś ją przedstawił w tak 
jasnem, w tak cudownem świetle. Nekrolog czytany tu był, przepi- 
sywany z uczuciem uniesienia tak dla zmarłej jak dla autora. To 
uczucie znalazłem i tu i w Krakowie. Dzięki ci więc, dzięki raz 
jeszcze. Po ośmiodniowym pobycie pojechałem do Krakowa tak dla 
interesu z panem Adamem Potockim o moją bibliotekę, jak dla roz- 
patrzenia się w nowej organizacyi szkół krakowskich. Chciałem poznać 
szkoły, mistrzów i uczniów. Pierwsze, jeżeli z tą samą wolnością 
nauczania z językiem narodowym, z tą samą liczbą nauczycieli po- 
zostaną i nie znajdą jakich nowych zapor, mogą dojść wkrótce 



Digitized by 



Google 



77 

do dawnej świetności. Nauczycieli jest dosyć wielu dobrych, lecz 
główną wadą zakładów naukowych krakowskich jest brak gorli- 
wości, jakaś martwośó, otrętwiałośó. To samo daje się spostrzegać 
w uczniach. Pod względem moralności i obyczajności, nawet roz- 
sądku odznaczają się od innej młodzi polskiej. Tylko skłonność do 
próżniactwa, brak żądzy, gorączki naukowej jest u nich widoczny. 
Zdaje się, że wśród tych ruin i pogorzeliska miasta wszystko tam 
zgasło i zamarło. Mimo to uniosłem przekonanie, że w dzisiejszych 
okolicznościach najwłaści wszem miejscem na umieszczenie ucznia 
polskiego jest Kraków. Ale jak mojego umieścić nad tem przemy- 
śliwam. Pensyi żadnej nie ma, któraby odpowiadała najskromniej- 
szym wymaganiom. Mnie by najlepiej dogadzało, żeby cały dom 
piotrowicki przeniósł się do Krakowa, tym sposobem ułatwiłoby się 
uzupełnienie wychowania Maryni. Lecz o przeniesieniu mego ojca 
z miejsca na miejsce i to jeszcze tak daleko, ani myśleć mogę. 
Cztery dni spędziłem w Krakowie z Chłopickim, który jeszcze 
bardzo żwawy, z Wielogłowskim, z Piotrem Michałowskim, z Wę- 
żykiem i z redaktorami „Czasu". Zacny, kochany Paweł Popiel, był 
mi we wszystkiem radą i pomocą. Z panem Adamem nie skończy- 
łem interesu, ani też mogłem się z nim widzieć, lecz porozumia- 
łem się przez Chłopickiego i Popiela. W styczniu mam przyrze- 
czone oostateczne załatwienie mojej bibliotecznej sprawy. Pan Adam 
jeszcze uwięziony, cały Kraków zajęty i zasmucony niesprawiedli- 
wością wyrządzoną mu. Pani Arturowa jest w Wiedniu. Pani Ada- 
mowa równie śliczna, dobra i miła jak jej siostra, od widza co drugi 
dzień męża. Zastałem jeszcze w Krakowie panie Augustowa Potocką, 
która ód powrotu z Francyi nie odstępowała kuzynki, przy mnie wyje- 
chała do Warszawy, z Władysławem Zamojskim, wracającym 
z Anglii, a który jest taki, jakim być syn zacnego p. Andrzeja po- 
winien. Kraków smutny, każdy tam mieszkaniec wygląda na po- 
gorzelcłi. Księżna Iza Sanguszkowa zimuje tam z oblubienicą Adama 
Sapiehy i z drugą śliczną młodszą córką, Heleną, prawdziwą He- 
leną, która pięknością matki piękną będzie. Młodzi Sanguszkowie 
chodzą na Uniwersytet krakowski, lecz niestety w kwietniu jedzie 
księżna do Petersburga z starszym synem, oddaje go tam do wojska 
dla uratowania Sławuty i Zasławia. Jedzie biedna Minotaurowi ha- 
racz ze swego młodzieńca złożyć. Wracając, przepędziłem wieczór 
wTarnowie u ks. Klementyny Sanguszkowej, która bardzo miły i czuły 
napisała list do mnie do Krakowa, w którym o mojej stracie z tkliwą 
łzą wspominając, powiedziała mi, z jakiem rozrzewnieniem nekrolog 
czytała, w którym poznała, jak się wyraziła, najmilsze i nieporó- 



Digitized by 



Google 



78 

vniane pióro kochanego pana Franciszka. Zawsze ona was wszyst- 
kich z czułą przyjaźnią wspomina. Na czgść zimy jedzie ona do 
Łańcuta, gdzie w tym miesiącu wnuczka połóg odbędzie. Doznawszy 
wiele trudności i przeszkód, przybyli tam nakoniec młodzi pp. Alfre- 
dowie Potoccy. W Krakowie przyjemnych kilka chwil spędziłem 
z redaktorami „Czasu", z których kilku bardzo zdatnych poznałem. 
Był między nimi i p. Mann, który się wkrótce w wasze strony 
wybiera. Na zgromadzeniu u p. Popiela wniesiono zapytanie, czyli 
„Czas" ma dalej wychodzić. Tyle teraz redakcya trudności tam do- 
znaje z cenzurą, źe zniechęcenie niektórych członków opanowało. 
Zaklinałem ich, aby wytrwali w swoim chlubnym zawodzie, jeże- 
liby już nie dla czego innego, to dlatego, aby uczyli Galicyę pol- 
skiej mowy, która po polsku najniegodziwiej pisze. Czytałem w Kra- 
kowie Pokłosie i mam dwom Morawskim podziękować za słowa po- 
święcone śpiewakowi Czarnieckiego, i jedne i drugie przepisałem i 
posłałem do Piotrowic, choć podpis pod portretem był już nam 
znany. Pytasz, czyśmy wszystkie listy z Luboni odebrali. Zdaje mi 
się, że wszystkie, bo i ten w którym z prawdziwą przyjemnością 
czytaliśmy Xenie i ten, który w wigilię mego wyjazdu nadszedł, 
a który nas uradował trzema wybornemi bajeczkami. W Xeniach 
właściwo i trafne myśli, właściwemi i pięknemi wyrażone słowami. 
„Niebo i ziemia", „Ciężar życia", y. Wdzięczność" przypadły mi 
szczególniej do myśli, niemniej perspektywa, jako oddająca sprawie- 
dliwość orłowi Norwidowi. Czytałem wyjątki z jego Promethidiona 
i Zwolona, posłałem je i memu ojcu. Oszalał biedak niezawodnie, 
powinien spółkę zawiązać z Leonem Grabowskim. Leon będzie pi- 
sał rys metafizyki wartości, lub też wykład uwzględnienia rzeczy- 
wistości płodów, uduchownionej natury ludzkiej. Norwid będzie 
śpiewał chórem — rynien Promethidiony. Tamten będzie szalał prozą, 
ten wierszem. Orzeł to, orzeł prawdziwy ten Norwid, ale dwu- 
głowy, potwór istny. Trzy bajeczki przysłane mi w liście, w któ- 
rym kilka miłych i pokrzepiających wierszy znalazłem, są wy- 
borne, są one wypływem dzisiejszej chwili. Doskonale naśladowana 
bajeczka z Floriana, zdaje się być dziś napisaną, brakuje tylko de- 
dykacyi do Norwida. Chociaż trudno bardzo o nowe książki w Ga- 
licyi, zwłaszcza dobre, przecież mały zapas na zimę zrobiłem. Do- 
nosa Cortes dał mi Leon Ezewuski. Czytałem teraz ważne dzieło 
Ozanasza. Wiozę z sobąKrzysztopora i Gołuchowskiego. Ten ostatni 
rozwlekły, ale w niektórych rozdziałach wyborny. Obraz właściciela 
polskiego jest doskonałym daguerotypem. „Moje sny", o których 
mi wspominałeś, są snami Lublanina, Stanisława Sufozyńskiego, 



Digitized by 



Google 



79 

jak mnie zapewnił Siemieński. Ale mniejsza o sny, kiedy się ta 
taka straszliwa rzeczywistości przedstawia. Co się tam dzieje w Pa- 
ryżu. W przerażający sposób zadanie do rozwiązania przedstawione 
między despotyzmem a anarchią; cesarstwem a socyalizmem, wszy- 
stkie pośrednie potęgi zgniecone zbrodnią Bonapartego. Zdaje się, 
że to socyaliści do boju wystąpili. Komuż to życzyd zwycięstwa? 
Boże zmiłuj się nad nami, bo o nas już mniejsza, ale nad dziećmi 
naszemi. Całuję rękę, która nademną, nad domem moim krzyżyk 
błogosławieństwa skreśliła. Pani Zofii, kochanemu jej mężowi przy- 
jaźń moją proszę oświadczyó. Dzieci do serca tulę, bijącego dla was 
wszystkich. Wyjeżdżam ztąd w niedzielę, 14go w Piotrowicach cze- 
kaó będę na nowy głos ożywczy z Lubonii. 



U grudnia 1851 Dohrzechów.^) 
Po powrocie z Krakowa odebrałem waszą odpowiedź moi 
drodzy. Nim ztąd wyjadę za dni dwa, zgłaszam się jeszcze raz do 
was. Grzmią armaty, świszczą kule na bruku paryskim, osta- 
tnie wiadomości, które nas tu doszły, są z 4go grudnia. Trudno 
przewidzieć jakiego rodzaju rozwiązanie nastąpi, ale w spo- 
sób przerażający zadanie postawione: despotyzm lub anarchia, ce- 
sarstwo lub socyalizm. Wszystkie pośrednie siły skruszone zbrodni- 
czym ambitem, wiarołomstwem, szaleństwem tego szatana Francyi, 
który ją sprawiedliwie karze za to zaślepienie, w którem mu po- 
wierzyła swoje losy i wydźwignęła go ze śmieszności awanturni- 
czych zamachów jego w Boulogne i Strassburgu. Przepełniojiy je- 
stem zgrozą i oburzeniem, a mimo to nie wiem, której stronie zwy- 
eięztwa życzyó, pomnąc na następstwa jednego lub drugiego. W tej 
chwili już może los Francyi, los świata rozstrzygnięty. Ale jak ? 
Ale na jak długo ? Gorączka niespokojności i pełnej obawy ciekawości 
pożera. Mniemam, że nas iskry tego pożaru nie poparzą, ani dym 
okopci, ale pewnie w bycie raateryalnym i my dotknięci zostaniem. 
Smutno, ciemno, strasznie na świecie, albo zanadto zimno, albo za- 
nadto gorąco. Pierwsza wiadomość o wypadkach paryskich z 2go 
grudnia doszła do Krakowa w dzień mego wyjazdu, ja ją dopiero 
w Rzeszowie wyczytałem. W Krakowie bawiłem dni cztery. Z panem 
Adamem Potockim nie mogłem się widzieć, lecz porozumiałem się 
z nim przez Chłopickiego i Pawła Popiela. Cała zwłoka w ostateczne m 
ukończeniu interesu pochodzi z mylnego zapatrywania się na rzecz. 



^) Do Stanisława i Jana Koźmianów. (P. W ) 



Digitized by 



Google 



80 

P. Adam mniemał, że może jeszcze negocyowa<5, kiedy on by powi- 
nien tylko wypłacić. Przekonał go Paweł les pieces justificatiyes en 
main, że nie może być negocyatorem, lecz tylko bankierem pana 
Branickiego Otrzymałem przyrzeczenie, że w styczniu koniec będzie całej 
sprawie. Zygmunta^) więc nią trudzić nie chcę, udałbym się do niego 
dopiero wtenczas, gdyby nowe trudności zaszły. Proszę zaś cie- 
bie kochany Stanisławie, abyś pisząc do mnie, w pierwszym 
liście doniósł mi, w jaki sposób wspomniał ci Zygmunt o tym 
interesie, mam ważne powody do żądania tego. Kochany Zy- 
gmunt napisał do mnie prześliczny list, dowiedziawszy się o mem 
nieszczęściu. Jest on już w Bzymie, lecz czy tam długo będzie, czy 
i tam burza nie zahuczy. Eozpatrzywszy się w Krakowie, w szko- 
łach, w nauczycielach, w uczniach, nabyłem przekonania, że jak na 
dzisiaj, najwłaściwszem będzie, umieszczenie tam mego ucznia, lecz 
na żadnej pensyi, bo ani jednej dobrej nie ma, leczzMaisonneuvem, 
lub innym dozorcą. Najwięcej by mnie dogadzało, gdybym mógł 
cały dom piotro wieki tam przenieść. Ale czyż ja mogę myśleć o prze- 
niesieniu mego ojca tak daleko i o wyrwaniu go z miejsca, do któ- 
rego nawykł. Główną wadą. jaką upatruję w krakowskich i mi- 
strzach i uczniach, jest pewna otrętwiałość, upodobanie w dolce 
famiente. Spodziewam się, że mój jedynak nie zaraziłby się tą 
wadą. Cztery dni pobytu w Krakowie przepędziłem z Chłopickim, 
z redaktorami „Czasu", z dawnemi znajomemi : z Piotrem Micha- 
łowskim, z Wężykiem, z Popielem, z zacnym Wielogłowskim, który 
mnie zobowiązał swojem serdecznem przyjęciem, chętną radą i po- 
mocą. ,Widy wałem Skrzynecką i jej dwie córki znudzone Krakowem, 
tęskniące za Bruxellą. Mało jest domów w Krakowie otwartych, 
mało i zamkniętych. Pani Arturowa w Wiedniu. Pani Adamowa 
zawsze piękna, dobra i miła jak jej siostra, zastałem u niej jeszcze 
panie Augustowa, przy mnie wyjechała do Warszawy. Księżna Iza 
zimuje w Krakowie, po Wielkanocy ślub jej starszej córki z Ad. 
Sapiehą. Młodsza wznowi piękność matki. W kwietniu księżna je- 
dzie do Petersburga z synem najstarszym, którego oddaje na okup 
Sławuty i Zasławia. Wracając, byłem w Tarnowie u ks. Klemen- 
tyny Sanguszkowej, u której i z ks. Władysławem Sanguszko widzia- 
łem się. Poczciwa księżna bardzo wiele Jasia wspomina. Nekrolog 
jenerała dał poznać i całą wartość mojej kochanej zmarłej i ogrom 
mojej straty. Wiele współczucia w sercach zacnych znalazłem. 
Bedaktorowie „Czasu^ zniechęceni coraz ostrzejszą cenzurą, naradzali 



^) Krasińskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



81 

się przy mnie na zgromadzeniu u Popiela, czyli nie zaniechać rozpoczę- 
tego zawodu, zaklinałem aby w nim wytrwali i ażeby, jeżeliby 
nie mogli czego innego uczyd, to przynajmniej żeby uczyli Galieyę 
polskiego języka. Przyrzekli dalej pasować się z trudnościami, lecz 
Popiel wyjechał na kilka miesięcy do Królestwa, Mann wraca do 
was, wątpię aby bez nich równie dobrze szła dyrekcya. Mniemałem, 
że w Krakowie potrafię zaopatrzyć się w żywność na zimę, lecz 
tara głód, dostałem tylko Krzysztopora, — Gołuchowskiego, Dwa 
Bałwochwalstwa, które z wielką przyjemnością czytałem. Winszuję 
autorowi odwagi, z jaką pierwszy wystąpił przeciw zgubnemu wpły- 
wowi Wallenroda. Gołuchowski rozwlekły, gadatliwy, często ru- 
baszny, ale wyborny w niektórych obrazach z natury wziętych. 
Daguerotyp właściciela polskiego doskonały. Leon Rzewuski dał 
mi Donoso Kortesa, który mi tak bardzo był zachwalony. 

Co dzień widywałem Rzewuskich, zdają się zupełnie szczę- 
śliwi sobą, żyją w odosobnieniu, lecz pewnie się nie nudzą. W nim 
widoczną odmianę spostrzegłem. Stał się łatwiejszym, milszym, nie 
razi pychą rozumu, nie sofizmatuje jak dawniej. W wyobrażeniach 
Józefa Kremera także zmiana frontu nastąpiła. Nagina swoją filo- 
zofię do prawd Chrystyanizmu. Poznanie i wczytanie się w Nico- 
lasa miało tę odmianę sprawić. Pan Adam czytał go także w wię- 
zieniu i twierdzi, że to wyborne dzieło, najzbawienniejszy wpływ 
na całe jego umysłowe usposobienie wywarło. Kończy się ćwiartka, 
a jeszcze miałbym wam \^iele do powiedzenia. Z domu nie złe 
odbieram wiadomości. Doniesiono mi o smutnym wypadku Sewe- 
ryna. Pilecki obawia się, aby wzroku nie stracił, lecz on łatwo i 
siebie i innych straszy. Stan Amelki z większym powodem zatrważa. 
Nieszczęśliwi rodzice. Ojciec w Warszawie, matka przy niej w roz- 
paczy pogrążona. Polecenie Jasia co do młodego agronoma będę się 
starał dopełnić, choć pośrednio, gdyż z ks. Leonem nie zobaczę się. 
O Zygm. Kaczkowskiego nie zaniedbam pytać. Ściskam kochana 
trójko wasze trzy dłonie. Uszanowanie pp. jeneralstwu. Od dwóch 
dni zalegają gazety i posłańcy z Rzeszowa nie wracają, tak wody 
powylewały. Okropną będę miał podróż powrotną. 

Dnia 12 7brt8 1852 Piotrowice. ^) 
Ukochany i najdroższy przyjacielu ! W tych czasach panują- 
cej i włóczącej się po całej przestrzeni ziemi polskiej zabójczej 



^) Do Morawskiego (P. W.) 



Digitized by 



Google 



82 

epidemii, która jak mi przed kilku tygodniami pisałeś od Pozna- 
nia i wasze włości okrąia, nie można być spokojnym o przyjaciół 
i krewnych. My ciągle niespokojną myślą dręczeni jesteśmy o Lu- 
bonie, o Turwię i Oporów^ zwłaszcza źe pani Ikierat już od nieja- 
kiego czasu nic z tamlych stron nie odbiera. A ty, drogi przyja- 
cielu nic nie piszesz, milczysz, jeżeliś zdrów i twoi wszyscy, prawdziwie 
niemiłosierny jesteś i nas zabijasz. Po odebraniu przed trzema tygodniami 
twego listu, zaraz ci odpisałem długo i szczegółowo. Jędruś przyłą- 
czył ci wiersze Odyńca do starościny. Donosiłem ci o powrocie naszej 
drogiej Maryni, urosłej, wydobrzałej i ślicznie wyglądającej ; we dwa 
dni po wyprawieniu listu na pocztę to drogie i ukochane dziecko do- 
staje nagłej i silnej z bolami dyarhyi, a to kiedy już epidemia za- 
częła wyrywać ofiary w Lublinie, a tu Pilecki wyjechał za granicę, 
w żadnym innym doktorze, prócz Szlegla ufiiości nie mamy; lecz 
ten nigdzie nie oddala się od szpitalów wojskowych. I sam słabo- 
wity, nigdy nie wyjeżdża. Co za przestrach, co za zmartwienie 
dla nas i ojca, przecież Basia Koźmianówua znajdowała się w Lu- 
blinie, pobiegła do niego. On przyjazny naszemu domowi, wsiadł 
do pojazdu, i po kilku godzinach zaczętej choroby, nadspodzianie jak 
Anioł Opiekuńczy przybiegł, znalazł dyarhyę mocną, lecz nie 
cholerę; pochwalił, źe ojciec nie czekając na niego, dał jej mocną 
dozę hypekakauny, która sprawiła kilkakrotne womity, dał krople, 
które z sobą przywiózł, przepisał lekarstwo z rhebarbarum i nasza 
ukochana Marynia w parę dni wstała z łóżka, i już od kilkunastu 
dni dziwnie zdrowa, ładna i świeża, jest naszą pociechą. Powiedział 
Szlegiel, że teraz wszystkie dyarhye i dyssenterye zwykły mieć 
znamiona choleryny lub cholery, bo jest w powietrzu; womity 
sądzi jedyną prezerwatywą. Jemu mimo cholery grasującej, szczegól- 
niej między żydami w Lublinie, żaden żołnierz w lazarecie wojsko- 
wym nie umarł. W Warszawie cholera znacznie się zmniejsza, jak 
wiesz z gazet, lecz ileż już ofiar wybrała; mówią, że do dwudziestu 
tysięcy zmniejszyła ludność. Przez Puławy przebiegła, w Kurowie, 
między żydowstwem jeszcze trwa. W Lublinie nie jest sUna, jednak 
już kilkanaście osób wyrwała, a nawet jednego doktora, syna sta- 
rego Artza, mówią że zacny i jedyny doktor; matka dotąd żyje, lecz 
mało jest nadziei, aby wyzdrowiała. Boncewicz, najlepszy doktor 
warszawski, wraz z żoną odchorowali na cholerę; po zmniejszeniu się 
tej epidemii w Warszawie, przyjechali do córki i zięcia do Wierz- 
chowisk na spoczynek. Pisze nam Seweryn, że wymizemieli oboje, 
jak szkielety. Jenerał Eohland bawił kilka dni w Tuszowie, był 
u nas; bardzo dobrze wygląda co do twarzy, nogami jednak po- 



Digitized by 



Google 



88 

włóczy i na osłabienie ich narzeka. Zasłabł onegdaj trochę na to 
łądek, jest to jego zwyczajna i częsta słabość, jednak obawiając się 
zostaó na wsi bez doktora, wczoraj wrócił na mieszkanie do Lu- 
blina, uciekł był przed cholerą, teraz przeciw niej pojechał. Pani 
Dłuska zapadła w Tomaszowicach na dyarhię z zaziębienia i jest 
bardzo źle. Jędruś tam dziś pojechał stary Wieniaski, którego zna- 
łeś, leczy ją, niechże Bóg ocali ten dom od tego nieszczęścia; zgi- 
nęłyby te nieszczęśliwe córki jak już dwie giną. U nas w domu 
od dwóch tygodni wygnane ze stołu kartofle, wszystkie owoce, ja- 
rzyny, ogórki i t. d., a jak na drażnienie tego roku sady obrodziły; 
w (jiiłęzowie jednak i Zaraszowie jedzą i gruszki i jabłka i nic im 
dotąd nie szkodzą. Mój syn wrócił z Tomaszowic; pani Dłuskiej jest 
lepiej, ale nie tak, aby można być bezpiecznym i spokojnym, 
a córki, jak ich znasz, głowę tracą. Zgoła — drogi przyjacielu smutki 
na około. Mnie starego najwięcej zasępia odjazd bliski mego syna 
wraz z wnukiem do Galicyi. Chce go umieścić w Krakowie, jeźli 
po wy egzaminowaniu rzeczy, znajdzie to z jego pożytkiem ; powrotu 
syna przy miłosierdziu Bożem może dożyję, lecz kto wie, czyli już 
wnuka ukochanego obaczę, a wart tej miłości, którą u wszystkich 
przymiotami serca i umysłu pozyskał. Zostaniemy tylko z ukochaną 
Marynią ; jakbyś ją pokochał, gdybyś ją teraz ujrzał. Jakże to ona 
ciebie kocha i uwielbia, i z pism twoich, i z tego wszystkiego, 
z czego my cię kochamy. Ona mnie prawie egzekucyą zmusiła do 
tego listu. Niespokojna, co się dzieje z wami i z Mińskiem. Niczego 
tam złego dotąd nie ma. Cholera minęła, to ustronie, tak nam do- 
noszą z Garbowa. Mój syn pisał do Maryni, ale jeszcze nie odebrał 
odpowiedzi. Nie piszę ci nic ani o naszem gospodarstwie, ani o po- 
litycznych wiadomościach, bo głowa i serce czem innem zajęte. 
Ściskam cię więc serdecznie wraz z twoimi wszystkimi. Napisz, jak 
możesz najprędzej do Turwi, daj wiadomość że matka zdrowa, i co 
ruz silniejsza i wszyscy we Wronowie zdrowi. Zosia czasami cierpi 
na nerwy, jest to stan siedmiomiesięcznej ciąży. Oddaję pióro sy- 
nowi. — Yale amantissime K. Koimian, 

13 września, W dzisiejszych czasach chciałoby się mieć co 
dzień wiadomość o tych, którzy nam drodzy, chciałoby się połączyć 
z niemi telegrafem elektrycznym. Dawnośmy z Luboni nie otrzy- 
mali słówka zaskokojenia; ostatniem zastraszyłeś nas, że potwór 
zarazy zbliża się do was. Odtąd pisaliśmy raz, teraz drugi raz pi- 
szemy i błagamy o spieszne doniesienie, żeście wszyscy zdrowi i 
spokojni. W Warszawie już coraz bezpieczniej. W Lublinie raz 



Digitized by 



Google 



84 

sroży się; znowu łagodnieje. Walczy z potworem energicznie gorli- 
wość naszego gubernatora, i może Bóg wsie od niego zachowa. Ja 
dotąd wstrzymałem się z wyjazdem, tak z powodu zbliżającej się 
cholery, jak w nadziei ukończenia wiadomego interesu, w którym 
pośredniczy p. Andrzej Zamojski, a który zdany został p. Augu- 
stowi. Zgadłeś, że z trudnością przyjdzie doprowadzić go do końca. 
Zdaje mi się, że przyjdzie mi zerwać umowę, chociaż dotąd Branickim 
nic do zarzucenia nie ma. Fatalność jakaś popchnęła mnie w ten 
interes. Zdawało mi się, że obowiązek względem dzieci i różne 
zobowiązania moje nakazywały mi uczynić ofiarę z mienia, wyłą- 
cznie do mnie należącego^ i które mi najdroższem było. Prędkie 
spełnienie tej ofiary byłoby mi wiele dopomogło. Rzecz ciągnie się 
już blisko dwa lata, a miała być w kilku miesiącach ukończona. 
Zawody kilkaki-otne naraziły ranie na liczne straty, i dziś już ofiara 
o połowę mniej stanie się pomocną. Boleśnie jest ofiarę, tyle kosztu- 
jącą spełnić bezużytecznie. Ponieważ widzę, że z panem Aug. 
będę musiał wszelkiego znoszenia się zaprzestać, że przyjdzie cze- 
kać na powrót Branickiego, lub zerwać zupełnie, w przyszłym ty- 
godniu już zabieram Stasia i jadę do Galicyi. Z Turwi na dwa 
listy odpowiedzi nie mam. Wszyscy zapomnieli o nas, nawet Lu- 
bonia. Do Mińska w tych dniach napisałem. Ojciec mój zdrów i 
bardzo ostrożnie się zachowuje. Smutno mi pomyśleć na rozstanie 
się Stasia z dziadkiem, babką i siosti^ą. Już nie sklejemy nigdy 
dawnego szczęścia naszego. lOgo obchodziliśmy modlitwą i łzanń 
rocznicę dnia, który je roztrzaskał. Wiera, żeś rayślą połączył się 
z nami. Z Galicyi napiszę, ale jakbym chciał przed wyjazdem 
ztąd, a więc w ciągu dni 10, odebrać od was tutaj wiadomość za- 
spokajającą. Ściskam twe ręce z czułością synowską. Powiedz, drogi 
przyjacielu, młodej twej parze moje serdeczności i przypomnij mnie 
w Oporowie. Co się dzieje z panem Michałem; coś o nim nic już, 
nie wspominają, jak o tylu tegoczesnych, innych znakomitościach 

Staś, Marynia całują twe ręce. 

Andrzej Koimian, 



3 paideiernika 1852 r, w niedziela. Słaronm^ck. 
Jesteśmy pod dachera Żanci, która zdrowa, dobrze wygląda, 
zawsze najpoczciwsza i uradowana naszem przybyciem. Rozstawszy 
się z Parciem, odbyliśmy wszystkie nudy komory i dopiero o Iszej 
ruszyliśmy w podróż. Popasaliśmy w Łętowni, zkąd jednym ciągiem 
na lOtą przy świetle księżyca stanęliśmy w Staromieściu. Maisonneuye 



Digitized by 



Google 



8S 

nas poprzedził; w drodze zabił zająca i w tryumfie, zajechawszy 
przed ganek Żanci, złożył go u jej nóg. Zastaliśmy tu pp. Boznań- 
skich i Jtjdrzejowiczów. Dzieciny już spały. Sławcio był, pojechał 
i dziś znowu spodziewany, a Włodzio nie spodziewan tak prędko, 
bo w ostatnim liście pisał, że jeszcze ma nadzieję sprzedania Ucho- 
wiecka przed wyjazdem. Żancia już się nie niepokoi i czeka cier- 
pliwie ce qui est le parti le plus sagę. Chłopczyk Jędrzejowiczów 
już zdrów, ale Marynia cierpiąca; dziś sprowadzili doktora. Wybor- 
nie wyspaliśmy się i odpoczęli. Dziś rano uściskałem dzieciny. Gu- 
ście ładny, grzeczny, uczący się, urósł, a razem z wzrostem przy- 
było mu powagi, zimnej krwi. Włodyga czarnooki, ładny chłopczyk, 
żywy, zabawny, z uśmiechem na ustach, wielki figlarz, śmiały, mu- 
struje się, udaje i ludzi i zwierzęta; jest zabawą i pieszczotą wszy- 
stkich. Zachowując więc należny respekt i afekt panu Augustynowi, 
czuję, że i mnie podbije Włodyga, którego można za fenomen uwa- 
żać; jest to bowiem jedyny Bobrownicki żywy. Zostajemy tu przez 
dzisiaj, jutro na obiedzie będziem w Przedmieściu. Czeka na mnie 
w Dobrzechowie jakiś pan Chrzanowski, z Turwi przysłany, który 
stał się postrachem moich oficyalistów, bo myślą, że to agronom, 
którego na rządcę sprowadziłem.. Tymczasem ja nie wiem, kto to 
jest ; tylko domyślam się, że mąż Azi ^) go przysłał, bo mi w ostat- 
nim liście napisał, że wyprawił do mnie list polecający. Co ja 
z tym poznańskim agronomem zrobię. Zabawiwszy osra dni w Do- 
brzechowie, chcę na wycieczki familijne wybraó się, wracaó z nich 
przez Staromieście, zajrzyó jeszcze na parę dni do domu, a potem 
dalej do Krakowa. W Dobrzechowie nic podobno złego nie ma, ale 
pe wnie też i nic dobrego. Ceny zbóż bardzo wysokie, za korzec żyta 
i pszenicę dają Ib— 17 fl. cm., co czyni 60 zł. Organizacyą kraju 
mają się teraz zajraowaó, lecz twierdzą, że nie przyjdzie do skutku. 
O inderanizacyi ani słychać, ani myśleć. W komisyi do niej prze- 
znaczonej, zasiadają samo żółwie. Idziemy teraz do kościoła Sta- 
romiejskiego. Ust ten na Kraków wysyłam, bo lwowska poczta 
już odeszła. 

An, E. Koimian. 

Ściskam was moi drodzy, ukochani, ściskam z sercem, pełnem 
radości, że widzę moich najdroższych; wystawcie sobie moje szczę- 
ście, a ja sobie łatwo wystawić mogę, ile wam jest smutno, bole- 
śnie, jak tam smutno bez drogiego, najlepszego, najmilszego Stasia, 



1) Jan Koźmian. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



M 

jakże ja go kocham, z jak| radością patrzę się na niego. Ale jakże 
go nie kochać, kiedy każe się kochać, bo mnie się zdaje, że nie 
może być nikt lepiej, nie może być nikt milszy, jak nasz Staś, jakże się 
cieszę, że go w jednym kraju mieć będziemy; łatwiej będzie odwi- 
dzieć go, czuwać i być pomocą w jakimkolwiek razie. Jędruś ko- 
chany dobrze wygląda, zupełnie nie kuleje i zawsze ten sam. On 
wam szczegółowo opisuje o nas, o naszych dziecinach; ja was nu- 
dzić nie będę, więc kończę, ściskając wasze ręce. Maniusi z serca 
żałuję, biedaczka, ileż cierpieć musi jej czułe serce, pojmuję i dzielę 
jej żal. Włodzia nie ma i nie ma, może jeszcze upłynie parę mie- 
sięcy, nim ja się zaspokoję i pocieszę. Bywajcie zdrowi; Bogu was 
polecając drogie istoty, polecam się waszej drogiej mi pamięci. Za 
dary dzieci i ja ręce twoje z wdzięcznością całują. 

Joanna Bobrownicka. 

Szczęśliwie nareszcie stanęliśmy u pierwszego celu naszej po- 
dróży, u kochanej Żanci, która nas karmi i przyjmuje z właściwą 
sobie gościnnością. Dziś zabawimy w Staremmieściu, jutro będziemy 
w Dobrzechowie, a myślą zawsze w Piotrowicach. Czy też tam 
wszyscy zdrowi? Mam nadzieję w Bogu, że tak jest. Nie mam 
potrzeby szczegółowo do was pisać, gdyż widzę, że tatko tego do- 
pełnił; zachowuję sobie więc tę przyjemność na później, to jest na 
ten czas, kiedy trzeba będzie się rozstać z tatką. Teraz zaś ściskam 
wasze ręce Kochani Eodzice, a Maniusia serdecznie ściskam. 

S. Koimian. 



Dodaję jeszcze słowo, wróciwszy z kościoła. Ściskam wasze 
ręcO; a mego drogiego Maniusia tulę do serca. Pani Berowskiej 
czułe wyrazy, wszystkim a wszystkim ukłony. Dziś tu deszczyk 
ożywczy pada. Może i Piotrowickie zasiewy pokropi. Z Dobrzechowa 
napiszę. Na samy dobrzechowskie chcemy sprowadzić Sławcia i 
i p. Boznański obiecał się. Chcę, t»żeby przed pracą chłopczyk za- 
bawił się. Jenerałowa Skrzynecka była w tych dniach u Ignaców 
Skrzyńskich na przedmieściu, lecz już wyjechała. Jeszcze raz ściskam. 

Andrzej Koimian, 

Pogromca zająca Maisonneuye łączy uszanowania i ukłony. 
Smutny był po rozstaniu w Gałęzowie. Dziś już rozweselony nieco. 



Digitized by 



Google 



87 

15 pa&dziefmika 1852 r. u) piątek z Bachorza ^). 

Bozstałem się z wami w chwili wyjazdu z Dobrzechowa, zkąd 
po odbytem nabożeństwie o 12 wyruszyliśmy z Plebanii. O 3ciej 
stanęliśmy w Krośnie, odwiedzili ks. Henryka*), kaplicę Oświęcimów, 
farę i pożywiwszy się nieco, pojechaliśmy do Krościenka do Xawe- 
rostwa Skrzyńskich. Pierwszy raz byłem w Krościenku, które jest 
dawną Jabłonowskich siedzibą. Dom jest zewnątrz prawdziwym, da- 
wnym dworcem polskim. Pierwsze piętro w dachu, całe obite gon- 
tami. Bardzo prosiłem za zachowaniem tego antyku, bo jest rzad- 
kim w swoim rodzaju egzemplarzem. Ogród z pięknemi drzewami, 
Wisłok go przerzyna. Z góry, panującej nad ogrodem wspaniały 
widok na Karpaty, na Krosno, na kilkanaście mil kraju. Xawerego 
znalazłem z lepszą cerą i mniej smutnego humoru. Kuracya tego- 
roczna okazuje się skuteczną. Panią Xawerkową znałem panną 
bardzo świeżą i białą. Czworo dzieci ślicznych; zwłaszcza có- 
reczka obiecuje byó kiedyś znakomicie piękną. I ksiądz Henryk 
i Xawerek bardzo lubili Teonię. Z czułością więc i rozrze- 
wnieniem i mnie i Stasia przyjęli. Z czułością upatrywali w nim 
podobieństwo do matki i przypominali ostatni jej pobyt w Dobrze- 
chowie. Wczoraj rano obszedłszy ogród, wyjechaliśmy o 11 do Ba- 
chorza, dokąd dzisiaj mają podążyć i ksiądz i Xawerostwo. Popa- 
saliśmy w Jasiennicy, w majątku jenerała Załuskiego, chciałem go 
odwiedzić, ale nie był w domu. Zjadłszy obiad z deserem wino- 
gron węgierskich i wziąwszy ich zapas na drogę, ruszyliśmy przed 
3cią. Staś unosił się nad wspaniałością widoków, wśród których 
pochmurne Karpaty królowały. W Gwoźdnicy, która jest punktem, 
do którego na gościniec cesarski dojeżdża się ze Strzyżowa, jadąc 
do Bachorza, jak gdybyśmy się o godzinę umówili, zjechaliśmy się 
z Ignacym), ale co więcej z Marynią, która zrobiła nam niespo- 
dziankę i zabrała się z mężem. Ponieważ ich konie musiały popa- 
sać, więc ja wziąłem ich do mego kocza i we czworo ruszyliśmy 
zaraz do Bachorza, gdzie samym zmrokiem stanęliśmy. PaniWin- 



^) Opuszczamy tu parę listów z Dobrzechowa jako wyłącznie fa- 
milijnej treści i nie potrzebnych dla ciągłości. Umieszczamy zaś list 
z Bachorza, własności Władysława Skrzyńskiego w Przemyskiem, opi- 
sujący polowanie ówczesne i obznajmiająoy z życiem obywatelskiem, 
szlacheckiem i rodzinnem. (P. W.) 

2) Ks. Kanonik Henryk Skrzyński, dziś proboszcz w Wieliczce. 
(P. W.) 

3) Skrzyńskim (P. W.) 

Łiaiijr AndnąfaKośniaiia. T. D. 7 



Digitized by 



Google 



88 

centowa^) na nogi zawsze cierpiąca, o lasce chodzi, ale dobrze i swo- 
bodnie wygląda. Panią Wandę Paryż zupełnie uzdrowił, tutejsi lekarze 
byliby ją zabili. Panna Wanda już na wydaniu, Władysław swobodą 
i dostatkiem kwitnie. Jesteśmy więc wśród trzeciego aktu naszej 
podróży. Stacho kontent z niej i z poznania rodziny matczynej. 
Stacho mój jeszcze spoczywa snem siedemnastoletnim. Ignacy, który 
z nami stoi, już się budzi, a więc dobry dzień wam. Stacha trzeba 
zbudzić, a samemu z łóżka się ruszyć. 

17go w niedzielą. Mam zda<5 sprawę z dwóch dni, i po dwóch 
dniach jeszcze jesteśmy w Bachorzu. Bałamucimy się niezmiernie, 
dzień za dniem schodzi, a tu czas określony, w którym jeszcze 
wiele jest do dopełnienia Bardzo nam tu radzi. Stacha wujowie 
polubili, a wszyscy są zgromadzeni, nie puszczają więc nas, i przez 
dziś jeszcze zostajemy. W piątek po śniadaniu wybraliśmy się oba 
z Ignacową do Nożdrca, do Ludwikostwa Skrzyńskich. Staś w wiel- 
kich łaskach u ciotki, więc w wielkiej części dla niego przyjechała 
tutaj. W Noidrcu zastaliśmy śliczną panią, śliczny dom, śliczny 
ogród, śliczne położenie, śliczne dzieci. Ja mało znam w Polszczę 
tak pięknych kampanii, przenoszę ją nad Bachórz, nad Zagórzany. 
Dom jest arcydziełem praktyczności i wykończenia. Wszystko jest 
ładne, nawet eleganckie, a zbytku niepotrzebnego nie ma. Ogród 
na wzgórkach i dolinach rozrzucony ma piękne drzewa i San. Ob- 
szedłszy go i zabawiwszy parę godzin, zabraliśmy z sobą panią 
Ludkową i pana Ludka na obiad do Bachorza. Staś z początku 
znalazł, że wujenka tylko dosyó ładna, ale gdy się rozpatrzył, przy- 
znał, że trzeba dosyć na bardzo zamienić i przez cały wieczór słó- 
żył jej, dostarczając tłoczonych włoskich orzechów. Chcieliśmy 
w sobotę dalej jechać, ale Ignacy zapowiedział u siebie w Charcie 
walne łowy, gdzie sławne kniejki z obfitości zwierzyny, zwłaszcza 
lisów. W piątek wieczorem stawili się, jak przyrzekli i Xawerko- 
stwo z dziećmi, i ks. Henryk i Ludko został na noc. Wczoraj 
rano ruch i wrzawa przygotowań myśliwskich. Czas był mro- 
źny, ale pogodny. Dyktator polowania, Ignacy, wszystko jak 
najlepiej urządził. Było kilkanaście psów, ze 30 chłopców z kła- 
paczkami do obławy, kilkanaście sieci i kilkunastu strzelców. 
Dawno nie pamiętam tak zabawnego i pi^^knego polowania. Na 
niwach Charty jest rozrzuconych kilkanaście gaików z parowami, 
wąwozami, górami i dolinami. Po kolei każdy obstawialiśmy; 
stojąc na stanowisku górnem, widzi się prawie całe polowa- 



*) Z Fredrów Wincentowa Skrzyńska wówczas już wdowa. (P.W.) 



Digitized by 



Google 



89 

nie, w każdym miocie było kilka sztuk zwierza, żaden prawie bez 
strzału nie uszedł. Przez cały dzień było przeszło 60 strzałów, chy- 
biliśmy wiele. Ja na 8 strzałach tylkom jednego zająca zabjł. 
Stacho także miał 8 strzałów i jednego zająca. Po koniec polowania 
było 4 lisów i 12 zajęcy. Marynia z Dunią wyjechały do nas po 
południu i w ich oczach zmykały i padały koty i lisy. Stacho uba- 
wił się wybornie, ale i wzruszenia myśliwskie i trud i powietrze 
c^ego dnia tak go zmęczyły, że w salonie wieczorem usnął snem 
siedemnastoletniego młodzieńca. Bardzo on przylgnął do księdza 
Henryka i ksiądz bardzo go polubił. Chciałem dziś ¥ryjechaó w po- 
łudnie; do południa zatrzymać się musiałem, bo po Chrzanowskiego 
posłałem. Byó może, że mu znajdziemy miejsce u Władysława, na 
pierwszą byó tu powinien. Że zaś twierdzono, że w niedzielę nikt 
z Bachorza nie wyjeżdża, bo to dzień zgromadzenia familijnego, że 
cała rodzina jest w tej chwili w zupełnym składzie, że Stacho po- 
pierał żądanie gospodyni, więc przez dziś zostaniemy, aby jutro do 
dnia wyjechaó. Marysia da się zapewne siostrzeńcowi namówić do 
zostania; sama miała dziś do domu wrócić. 

W poniedziałek rano. Mam dziś odbyć Zaklikę i Łańcut, bu- 
dzę się więc wraz z dniem, po przebudzeniu zwracam myśl ku 
wam i zaraz wybieram się w drogę. Wczoraj po śniadaniu byliśmy 
na mszy ks. Henryka; nadjechał Chrzanowski z Dobrzechowa. Podo- 
bał się Władysławowi i zdaje się, że się ułożą i że otrzyma umie- 
szczenie u niego jako ogólny kontroler. Na obiad zjechali Ludwiko- 
wie z panią Sewerynową Fredrową. Dziś tu powtórne polowa- 
nie, wszelkich myśliwskich używano sedukcyi, aby nas zatrzy- 
mać, ale już dłużej zostać nie mogliśmy, bo i Żanci także należy 
parę dni poświęcić. Marysia dziś wyjeżdża, Ignacy zostaje. Mamy 
się wszyscy w Staremmieście zjechać. 

We wtorek, Staromieście, Powitały mnie tu dwa wasze listy. 
'Miłe, najmilsze powitanie, boście zdrowi, choć smutni i tęskni po 
naszym jedynaku. Bądźcież przynajmniej spokojni o nas, bośmy 
zdrowi, zdrowiuteńcy. Chłopczyk dobrze wygląda, je dobrze, spi 
lepiej, jest uważny i rozsądny, okrywa się dobrze i bryndzy nie 
jada. Przecież się nieznośny interes zakończył ^) ; oczekuję wiadomości 
od poczciwego Taczanowskiego % co jeszcze do zrobienia pozostaje. 
Oświadczcie mu moją wdzięczność, że mi z taką przychylnością i gorli- 



^) Sprzedaż biblioteki Piotrowickiej. (P. W.) 

^) Władysław Taczanowski, słynny ornitolog, dyrektor muzeum 
warszawskiego, przyjaciel rodziny Koźmianów, niedawno zmarły. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



90 

wością pomógł. Jeszcze nie mam dokładnego wyobrażenia, jak fundusze 
użyte zostaną. Prosztj zastosować si<{ do zostawionego przezemnie 
Tpro memoria. Parylewicz naplótł coś, żem za małą cenę posprzeda- 
wał wódkę i pszenicę. Jest to forma tylko, która nic nie znaczy, 
i o Eosseta skoroby termin przedłużył, można było być spokojnym. 
Wolałbym był, żeby było okowity nie sprzedawać, bo i tak dosyć 
się już sprzedało. Berkowi nie zostawiłem żadnego upoważnienia do 
sprzedaży i fundusze nadeszłe wraz z zostawionemi, powinny były 
wystarczyć na wszystkie opłaty konieczne, podczas niebytności mojej. 
O zachowanie 2000 zł. dla mnie, a raczej dla Stasia do Krakowa 
upraszam. W pierwszym liście powiem, kiedy je wyprawić* Wolał- 
bym był, żeby się było 100 korcy pszenicy sprzedało, niż okowitę, 
bo na pierwszej mniejsza strata. Okowitę zaś, po rozpoczęciu pale- 
nia małemi partyami po droższej cenie sprzedawać należy. Uważam 
także, że zboża w Kraśniku skontraktowanego wcale nie sprowa- 
dzacie; browar nie pójdzie, jeżeli go skupionem zbożem nie we- 
sprzemy. Kartofli ledwie na półtora miesiąca wystarczy, a bez jęcz- 
mienia w drugim miesiącu pozostaniem. I żyto więc i jęczmień ko- 
niecznie potrzebny. Wypłata częściowa, więc nie uciążliwa. Proszę 
więc bardzo o zaopatrzenie się w zboże kraśnickie. Jakże mi żal 
p. Dłuskiej, lecz czyż można było poprzestać na jednym lekarzu, a przy 
tem chorej dozwolić robić, co się je j podobało. Nie mogłem bez rozrze- 
wnienia czytać wyrazów miłości Maniusia dla brata, i Stacho bardzo 
niemi rozczulony, niemniej jak twemi łzami i tęsknotą, najlepsza 
najdroższa matko i babko! Teraz wracam do mojej gazety. Wyje- 
chawszy wczoraj o 8mej z Bachorza, pożegnani z serdecznością, 
stanęliśmy u Zakliki o 12, nie zastaliśmy pani, tylko jego samego 
wśród 30 chłopów, 20 żydów i 10 dzieci, Zaklika jest to typ 
w swoim rodzaju, a raczej indywidualność jedyna na świecie. Jest 
to bankier wszystkich stanów, wieków, płci, wyznania, narodowości, 
na wszystkiem zyskuje. Każdy zysk mu dobry grajcurowy, jak ryń- 
skowy. Kupuje wszystko, co jest do kupienia i wszystko sprze- 
daje. Przy tem wszystkiem ma poczciwe serce, tylko że mu co rok 
dziecko przybywa, więc co rok więcej potrzebuje. Teraz mu się 
jedenaste dziecię narodzi. Był nam bardzo rad. Wyjechawszy od 
niego o 2giej i dobiwszy się w Przeworsku do gościńca, stanęliśmy 
przed 6tą w Łańcucie, chciałem ze Stachem być u pp. Alfredów, 
lecz dowiedziawszy się, że właśnie wczoraj odebrali smutną dla 
nich wiadomość, że pan Dietrichstein, ich drogi zięć, dawny w Lon- 
dynie ambasador, w piątek zeszły nagle umarł, nie chciałem tru- 
dzić zasmuconych memi odwiedzinami, i tylko poszedłem do ich 



Digitized by 



Google 



91 

marszałka Haentzla, z żądaniem, aby oświadczył p. Alfredowi chęć 
moją i ubolewanie nad jego stratą. Zasmucony on jest także wia- 
domością, że p. Adama*) nagle z Tryestu powołano do Wiednia. Nie 
wiedzieć, czy ażeby przedłużyć, czy ażeby koniec położyć uwięzie- 
niu. Chociaż już wieczór zapadł, przy świetle młodego księżyca 
oprowadziłem Stacha po ogrodzie łańcuckim. Uderzony był wspa- 
niałością zamku i powtarzał sobie wiersz z Czarnieckiego, o otwar- 
ciu wspaniałych podwojów Łańcuta. Popasłszy konie, ruszyliśmy ku 
Żancikowi, stanęliśmy przed 10. Zastaliśmy Boznańskiego iMaisou- 
neuva. Sławcio mimo przyrzeczeń, nie przybył. Żancik zdrijw i 
chłopczyki. Zamiast Włodzia znalazłem dwa listy jego, z 5goi lOgo 
października, zawsze jeszcze czeka na paszport i tęskni i nudzi się, i 
narzeka. Maisonneuye^) bardzo zadowolniony z swojej wycieczki. Sławcio 
pieścił go i dogadzał mu. polował ciągle, strzelał i chybiał. Stach 
także bardzo kontent z naszej objażdżki i z poznania rodziny, która 
bardzo na niego łaskawa. Polubił wujów. Z całej jednak rodziny 
czarne oczy pani Ludkowej najwięcej się podobałjr. Nasz program 
dalszy następujący: dzisiejszy dzień oddajemy Zanci. pojutrzejszy 
Jasionce'), gdzie podobnie polować będziem. Na czwartek przybędą 
tu Ighacowie, a więc i przez czwartek tu pozostaniem, w piątek 
wrócimv i w następnym tygodniu dalej do Krakowa. Chciałem być 
ze Stasiem w Słocinie, ale Szymanowski pojechał do Wiednia, ża- 
łuję, że mój chłopiec wewnątrz nie poznał Łańcuta. I Stachuś i 
Żancik muszą się jeszcze dopisać, więc ja muszę skończyć. Michał- 
uprasza pokornie o oddanie listu żonie. Klucz od garderóbki jest 
u Jacentego. Mój Wojtek niespokojny o swoją ukochaną złośnicę; 
donieście słowo o niej. Żegnam was moi najdrożsi, moją ukochaną, 
najmilszą, tęskniącą, śpiewającą córeczkę do serca przytulam. Wszy- 
stkim serdeczne uprzejmości. Dzięki kochanemu kanonikowi*) za list 
i odwiedzanie was, ale gdzież jest ten list. Do p. Zamojskiego 
stąd napiszę. Niech też Parcel zda mi raport o Bystrzycy i Piotro- 
wicach. Maisonneuve bardzo wdzięczny za wasze miłe dla niego wyrazy, 
bardzo niespokojny, że kanonik o nim zapomniał. Proszę powiedzieć 
temuż, że ks. Henryk bardzo pragnie wybrać się w nasze strony; 
mówi on, że marzeniem jego jest poznać ciebie kochany ojcze i 



1) Potockiego. (P. W.) 

*) Francuz nauczyciel i przyjaciel domu Koźmianów, później 
ksiądz (P. W.) 

^) Własność Henryka Jędrzejowicza w Rzeszowskiem. (P. W.) 
*) Baranowskiemu, później biskupowi lubelskiemu. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



92 

plebana w Bychowie. Zacny to, gorliwy i oświecony kapłan i naj- 
lepszy człowiek. 

Jeszcze jedno dla was troje uściśnienie. P. Juliuszowi *) po 
wiedzcie całą moją przyjaźń. 

Poniedziałek 1 list 1852 r. Tarnów. Korzystając z dwóch godzin 
czasu wolnego i wnuk i syn siadają do rozmowy z wamL Dotąd 
wnuk zawsze na prędce dopisywał si§, ze strzelbą na plecach, lub 
rozespany ze snu albo do snu, teraz swobodnie pisa(5 może, a więc 
wyraźniej i czytelniej. O tem niegodziwem piśmie jego musimy 
także pomyśleć w Krakowie. Wyjechawszy o lOtej od Sławcia^), 
który dla nas i wstał rano i o parę fajek mniej wypalił i do prze- 
wozu odprowadził, stanęliśmy na 12 w Tarnowie, a więc zdążyli 
jeszcze na Mszę ostatnią. Kiedy więc wy wśród kościoła Bychawie- 
ckiego, w całą swą odpustną świetność przybranego, wznosiliście 
waszą modlitwę, w której i my zapomnieni nie byli, — my obok 
grobu Wielkiego Tarnowskiego modlili się za wszystko, co nam drogie 
a więc za was. Po mszy oprowadziłem moich podróżnych po ka- 
tedrze i po mieście. Poszedłem potem do mego adwokata, który 
zaręcza, że po powrocie moim z Krakowa inwentacya zaraz się od- 
będzie, umówiłem się z nim^ rozmówiłem^ zaliczenie dałem i jeszcze 
mam byó u prezesa trybunału z prośbą o przyspieszenie komisso- 
rium komornika. Zajeżdżając do tutejszego Hotelu krakowskiego, 
spotkaliśmy ks. Władysława 3), który ranie poznawszy, zaraz zawrócił 
pojazd, wysiadł do nas, zapraszając do siebie; ja i tak miałem 
byó u niego w Gumniskach i dlatego dzień dzisiejszy na Tarnów 
był przeznaczony; nie przyjąłem noclegu, lecz będziemy na obie- 
dzie i wieczorze. Księżny Władysławo wej nie ma, wraca z Paryża za 
dni kilka, ale jest młoda ks. Adamowa Sapieżyna, tegoroczna mę- 
żatka, jest młody Roman Sanguszko. Kontent jestem, że się Staś 
z nim pozna. W tej chwili Stachuś porzucił pisanie, a poszedł 
z Maisonneuyem do katedry na nieszpor, na którym biskup ma ce- 
lebrować. Będzie to dla drugiego milionowa część przyjemności, ja- 
kiejby dziś w Bychawce doznał. Od wczoraj nie wieziemy tylko 
martwe ciało Maisonneuva, bez mowy, ruchu i czucia, bez ducha 
i myśli, duch i myśl ciągle s% w Bychawce, nią ściga każdą chwilę 
dzisiejszej uroczystości, a gdy odzyskuje mowę to na to, aby kwa- 
drans po kwadransie opisywać, wymieniać osoby, które tam przy- 



*) Stadnickiemu. (P. W.) 

*) Mieczysław Bobrownicki w Jaworzn (P. W.) 

«) Sanguszkę (P. W.) 



Digitized by 



Google 



d3 

były? potrawy, które się gotują, butelki, które się na stół stawiają. 
W wymienieniu potraw tworzy jakiś obiad idealny, w obliczeniu 
osób rachuje i te, których nie ma w naszej okolicy, i te nawet, 
których już nie ma na świecie, a niektóre po dwa i trzy razy wy- 
mienia, tym sposobem naturalnie uzbiera się 60 do 80 osób ; i tak 
liczy i pana Wentzla, i pana Pawła Stadnickiego i nawet Pile- 
ckiego, dalej mianuje wśród zebranych gości Papieskiego i Jani- 
ckiego, (który od roku umarł), następnie le Proyincial des Domini- 
cains, a wkrótce potem le Pfere Suliga, le Curó de Chodel, TAbbó 
Centulski, jedne i te same osoby pod różną nazwą. Jak on jest 
myślą, duszą w Bychawce, tak mniema, że i każdy z nieobecnych 
jest tam, i ztąd i nieobecnych liczy, a gdy mu ze Stasiom wspomi- 
namy, że pewnie i jego zdrowie pió będą, łza mu błyska w oku, 
i znajduje jeszcze dość siły na zawołanie: „Oui, je le sais**. Z tego 
co tu mówię, łatwo się domyślicie, że przez całą drogę, z Jaworza 
do Tamowa, tylko o Bychawce gwarzyliśmy, a że nie wątpię, że i 
nas tam wspominają, więc myślą łączymy się dziś z sobą. 

We wtorek o 6 z rana. Ja już gotów do drogi, ale z mymi 
towarzyszami wielka bieda, strasznie im się wstawaó nie chce. 
Prawda, że Maisonneuye po wczorajszych trudach odpustowych 
w Bychawce musi trochę dłużej odpocząć. Z wczorajszej bytności 
w Gumniskach i Staś i Maisonneuye bardzo ukontentowani, obydwa 
dobrze się zapoznali z młodymi Sanguszkami i starszym Bomanem, 
który już jest zapisany do gwardyi w Petersburgu i za pięó tygo- 
dni tam jedzie i z młodszym Pawłem, który bgdzie tego roku zdawał 
egzamin w Krakowie, a więc będzie tam przez zimę uczył się. Mili 
to bardzo i dobrze wychowani młodzieńcy przypadli do smaku i 
uczniowi i nauczycielowi, i wzajem oni chętnie z nimi zabrali zna- 
jomość i wiele rozmawiali. Adaś Sapieha, którego chłopcem 16to le- 
tnim znałem, bardzo się do ojca podobnym zrobił ; przyjemną ma 
postawę, choć nieco wątłą; przebywając długo w Anglii, stał się 
w manierach Anglikiem. Zapalony agronom orze po angielsku, głę- 
boko na 14 cali, i twierdzi, że do coraz lepszych rezultatów do- 
chodzi. Żona jego, księżna Jadwiga, ma Sanguszkowskie oczy i 
wiele przyjemności i łagodności w wyrazie twarzy. Mówią, że jest 
aniołem dobroci i patrząc na nią łatwo temu wierzyć. Podczas 
obiadu przyjechał biskup Tarnowski z dwoma kanonikami, przed 
którymi Maisonneuye wyprostował się jak żołnierz przed oficerami. 
Zabawiwszy do wpół do jedynastej, o jedynastej byliśmy w łóżku. 
Ze Stacha byłem kontent, nie był ani zbyt śmiały, ani nieśmiały, 
rozmawiał z wszystkimi, i nawet raniej się garbił jak zwykle. 



Digitized by 



Google 



94 

Ks. Iza wraca w tych dniach. Ożenienie jej brata z wnuczką kg. 
Aleks. Sapieżyny nie przyjdzie do skutku, pisały gazety niemieckie, 
że podobno Napoleon III zamyśla o niej. Ja temu nie wierzę, ale 
są osoby; które twierdzą, że mogłoby to nastąpić, gdyby za granicą 
jakiej księżniczki nie znalazł. 

3. listopada, Kraków, środa. Dobiliśmy do portu Stasiowego, 
wyjechawszy wczoraj po 8 z Tarnowa, bo trzeba było z rana konia 
przekuwać. Popasaliśmy w Bochni,apo 6tej wjechaliśmy do świę- 
tego miasta. Niestety! otoczeni ciemnością nocy do naszych ruin i 
pamiątek zbliżyliśmy się i wśród mroku ciemnego po kolei wska- 
zywałem i uczniowi i mistrzowi, i mogiłę Krakusa, i Skałkę, i za- 
mek królów, i kościół, gdzie Skarga kazał, i dom, gdzie Długosz 
mieszkał; i miejsce gdzie św. Wojciech nawracał, i najpiękniejszą 
Bazylikę polską P. Maryi. Stanęliśmy u Pollera, gdzie zwykle sta- 
wam, nie chciało się nam przebierać, więc postanowiliśmy wieczór 
ten spoczynkowi i herbacie poświęcić dla wynagrodzenia sobie tą 
ostatnią zawodu w Wieliczce doznanego. Ponieważ nad wieczorem 
chłodno było, stanęliśmy tam przed cukiernią o pompatycznym 
szyldzie i napisach. Pytamy o herbatę, tylko spieszną, obiecują, że 
zaraz ją mieć będziem. Po tem wyraźnem żądaniU; uważamy jakiś 
ruch w cukierni, a w drugiej izbie słyszymy trzask rozpalającego 
się ognia i jakieś szepty, jakąś naradę. Czekamy, czekamy, lecz 
widząc to pomięszanie, to szeptanie i naradzanie się i bieganie tam 
i napowrót, źle wróżymy o naszej herbacie. Nakoniec przynoszą na 
tacy trzy szklanki pełne i butelkę araku. Uderza nas jakiś kolor 
niewłaściwy, bladawy, jednakże przez ciekawość kosztujemy z od- 
wagą. Zgadnijcie co to była za herbata — lipowy kwiat, jednym 
śmiechem parsknęliśmy i prosząc gospodynią, aby za nas spociła się 
zapłaciliśmy lipowy kwiat i pojechali. Ona zaś w tłóraaczenie; że 
w Wieliczce nie lubią mocnej herbaty i że słysząC; żeśmy mówili 
że zimno, chciała, abyśmy się rozgrzali i spocili. Niechże Maniuś 
pamięta, że jak tylko złą nam da kiedy herbatę, to ją nazywać 
będziem le łhi de Wieliczka. Nie chcąc wczoraj wyjść na miasto, 
a dowiedziawszy się, że w tym samym hotelu stoi p. Zdzisław Za- 
mojski; poszedłem do* niego wraz ze Stasiom, zastaliśmy i panią 
Zdzisławową i kasztelana Wichlińskiego. Bardzo mile zostaliśmy 
przyjęci. PP. Zdzisławowie jechali do Wysocka, lecz ona tu na za- 
palenie płuc zachorowała i dopiero wczoraj po 15-to dniowej choro- 
bie po raz pierwszy wstała. On więc sam dalej pojedzie, a ona do 
Wiednia do ojca wróci. Zabawiwszy tam parę godzin, wróciliśmy 
po Maisonneuya na kolacyę i o lOtej po krakowsku poszliśmy do 



Digitized by 



Google 



95 

łóżka. Dziś rozpoczynamy nasze zapoznanie się z Krakowem i 
Krakowianami. Zaczniemy dzień od Mszy u Panny Maryi, a przed 
wszystkiem list ten wyprawimy, abyście jak najprędzej dowiedzieli 
się, żeśmy u porta. Stoi tu w tym samym hotelu Sebastian Badeni. 
Popiel przed kilkoma dniami wyjechał, ale może się go doczekam, 
bo ma wkrótce wróció. Pan Adam Potocki jest już w Krzeszowicach. 
Czy był w waszych gazetach ogłoszony wyrok na niego na 5 lat 
więzienia w kajdanach i ułaskawienie. Jest tu on w trudnem teraz 
położeniu i zapewne wkrótce wyjedzie najprzód do Łańcuta, potem 
może za granicę. Bardzo on musi być ostrożnym, ażeby niczem nie 
razić, a więc nikogo nie widuje i życzy sobie, aby nikt u niego 
w Krzeszowicach nie bywał. Pan Zdzisław był u niego, opowie- 
dziawszy się gubernatorowi, który tu jest jeszcze. Będę u niego 
(u Gołuchowskiego) jeśli jeszcze parę dni zabawi. Mówią, że próba, 
przez którą przeszedł p. Adam obróciła się na korzyść jego cha- 
rakteru, jego wyobrażeń religijnych. Eok próby ciężkiej wykształcił, 
wydoskonalił go moralnie, powściągnął wyniosłość i zbyteczną uftiość 
jego umysłu. O tem, przez co przeszedł, mówi bez żółci, bez gniewu, 
a nawet nie lubi o tem mówić. Matka, żona odżyły od czasu, jak 
są z nim wolnym. Dziś więc zaraz ten list wyprawię, tylko Stacho 
dogryzmoli kilka słów. We dwa lub trzy dni znowu pisać będziem 
i pisać o Krakowie, napiszę i do kanonika^ i do p. Pawła, i do p. 
Juliusza ^). Do Wężyka pisałem z Dobrzechowa, nie wiem, czy jest 
w mieście, ale zapewne zjedzie tu, nim wyjadę. Spodziewam się 
znaleść dziś na poczcie pierwszy wasz list do Krakowa pisany. Że- 
gnam was moi najukochańsi ojcze! matko! córeczko moja droga. 
Serdeczne ukłony w domu i za domem dla najlepszych sąsiadów, 
(a więc nie dla arystokratycznej i skoligaconej Horodyskiej). Jakżem 
wdzięczny p. Borowskiej, że was nie opuszcza. Domowych pozdra- 
wiam, Toczyńskiemu dziękuję za raport, a proszę o doniesienie, jak 
wyglądają tegoroczne zasiewy w Piotrowicach i w Bystrzycy. Ści- 
skam wasze ręce — za parę dni znowu napiszę. 

A. E, Koimian, 

Enfiu nous voici a Cracovie, le tenips des plaisirs est passo, 
celui du trayail commence. Je ne vous dis rien de cette ville 
car je n'en ai encore vu que Thótel ou nous avons passe la nuit. 
Nous allons aujourd' hui faire quelques visites et chercher un 
logement, le peu de temps que j'aurai de librę j'en profiterai 



O Stadnickich (P. W.) 



Digitized by 



Google 



96 

pour commencer ma correspondance. Pour aujourd' hui yeuillez ac- 
cepter mes compliments respectueux vou8 tous chers habitants de 
Piotrowice et yeuillez les faire accepter k Monsieur le curó et k 
toutes les autres personnes de la sociśte. 

Maisonneuve, 



Tarnów 1, b, m. 
Nareszcie wyrwawszy się z objęd kochających i wstrzymują- 
cych nas krewnych, przejechawszy przez drogę, która kochana 
babcia przebyła kiedyś, w oburzeniu swem i bojażni, gór przedzie- 
lających Dobrzechów od Ezeszowa, stanęliśmy w sławnym i staro- 
dawnym Tarnowie; na wjeździe spotkaliśmy księcia, który po- 
znawszy tatkę, przyszedł do nas i zaprosił nas na obiad i na noc; 
nie przyjęliśmy noclegu, bo chcemy jutro rano wyjechaó, na obiad 
zaś wybieramy się (widzę ztąd; jak Maniuś się uśmiecha). Byliśmy 
w obawie, że nie zastaniemy już Mszy Świętej, lecz zastaliśmy 
jeszcze ostatnią w Farze; modliliśmy się więc w kościele, w któ- 
rym spoczywa Wielki Tarnowski. Oglądaliśmy pomniki, ładne, 
a nawet wspaniałe, napisy są nadto pompatyczne dla tak wielkich 
ludzi. Ja cały byłem zajęty Tarnowskim i do niego myśl wznosi- 
łem. Go chwila przenosimy się dziś do Bychawki, szanowny nasz 
kanonik musi mieć dużo gości. Pan Maisonneuve wzdycha, wyo- 
braża sobie, że jest w Bychawce i rachuje sześćdziesiąt osób na 
objedzie. Czy też deszcz nie przeszkodził Piotrowicom asystować 
tej wielkiej parafialnej uroczystości, bo ray całą drogę mokliśmy, 
a przestankami tylko suszyliśmy się. Jutro staniemy u celu naszej 
podróży. Nie wiem jeszcze, jak się tatko ułoży, mamy już lokaja, 
gdyż ojciec przyjął Piotrusia, który służył u Włodziów co do reszty 
tam dopiero zobaczemy. List ten wyprawimy z Krakowa, dodamy 
więc pewnie tam kilka słów. Tatko nie chce, żebyście odebrali 
zkądinąd listu jak z Krakowa, gdyż; jak mówi, wstydzi się, że tak 
długo dawał się zatrzymywać, ale trzeba było się wywdzicczeć 
Żancikowi za tak miłą niespodziankę. Wczoraj przewiózłszy się po 
ciemku przez Wisłokę, stanęliśmy w Jaworzn ; Sławcie gdzieś się 
włóczył w sąsiedztwie, posłaliśmy więc po niego, przybył, i bardzo 
gościnnie nas przyjął. Z Jaworza śliczne są widoki, samo miejsce 
jest ruiną dobrze zachowaną świetności dawnego Jaworza, takiego, 
jak wy go zapewne jeszcze Kochani Rodzice znali. Tatko pokazy- 
wał mnie miejsce, gdzie dostał klapsa za zwalanie swego ubrania. 
Co wy też porabiacie ? Z regularnych listów widzimy, żeście 



Digitized by 



Google 



97 

zdrowi. Jak widzę nic się w naszej okolicy nie zmieniło. Kochany 
Taczanowski na miejscu, jak widzę, nie może usiedzieć, Boman ^) się 
włóczy, pan Stadnicki i kanonik odwidzają was. Maniaś zawsze zu- 
chwały, Maisonneuye każe mu dziękować za epigramat. Prawda, 
kochany dziadziu, że ciekawą dziewczynę napadła teraz mania śpie- 
wania? Co też w Osmolicach porabiają? Pan Wemberger *), jak 
widzę, bywa w Piotrowicach. Proszę mu oświadczyć moje ukłony, 
jest to człowiek, który ma niezmiernie wiele wiadomości, a ja 
w każdym szanuję naukę. Kończyć muszę, dość na dzisiaj, bo je- 
szcze raz chcę pójść na grób Tarnowskiego, a już dzwonią na nie- 
szpory. Wracamy z świetnych nieszpór, na których celebrował 
biskup, który przypadkiem został biskupem. W chwili bowiem, 
kiedy był u cesarza, przyszła Arcyksiężna Zofia i ona zrobiła go bi- 
skupem. Jechaliśmy do Tarnowa, teatrum okropności czterdziestego 
szóstego, serce się wzdryga na myśl, że mogą być miejsca, gdzie 
się takie okropności działy. Ale już na prawdę trzeba z wami 
kończyć rozmowę, gdyż musimy się ubierać i jechać do Gumnisk. 

Sta. Koimian. 



Kraków. 
Jak widzicie, po wielu zboczeniach z drogi przybyliśmy do 
Krakowa; jedno z tych zboczeń, to jest wstąpienie do Gumnisk, 
było bardzo miłe. Zastaliśmy tam młodych Sapiehów, tych, którzy 
połączyli wszystkie mitry polskie; on Anglik, przyjemny, ładny i 
szlachetną ma postawę; ona ładna i dobroć na jej twarzy wy- 
malowana. Zapoznałem się także z młodymi książętami, z jednym 
kolegować będę w Krakowie, z drugim w wojsku, podobali mi się 
każden w swoim rodzaju, ei nous avons faił bonne connaissance^ 
sam książę Władysław bardzo grzeczny i dobry, ale zabawną ma 
wymowę; przed obiadem przybył biskup z kanonikami, lecz nie 
obiadował, my zaś o szóstej obiadowali bardzo przyjemnie i zaba- 
wiwszy do dziesiątej, wróciliśmy do Tamowa. Na drugi dzień by- 
liśmy ranni, i nawet dość rano wyjechaliśmy; w Bochni popasa- 
liśmy. Już ciągle, jak widzicie, jedziemy teatrem wypadków histo- 
rycznych. Dojechaliśmy nareszcie do sławnej Wieliczki, tam tatko 
koniecznie chciał napić się herbaty, ja odradzałem, lecz stało się 
podług woli ojca; prosimy więc o herbatę, ale w cukierni nie 



*) Eohland, syn jenerała. (P. W.) 

*) Nauczyciel w^domu Stadnickich w Osmolicach (P. W.) 



Digitized by 



Google 



98 

wiedzą co to jest herbata, narada więc, czy to co stałego czy płyn- 
nego, jak to gotować, my przez ten czas czekamy i czekamy, 
a la fin des firn przynoszą nam trzy szklanki wody gorącej, zapra- 
wionej lipowym kwiatem et pour nous consoler ogromną flachę 
araku. Tatko myślał, iż tylko w ciemności tak okropną się wydaje, 
lecz gdy przyniesiono świecę, stracił wszelką nadzieję i opinię 
o herbacie wieliczkowskiej, odwrócił się, ofiarował zapłacić dubelt, 
byle go gospodyni od wypicia uwolniła. Maisonneuve się skrzywił, 
ja uśmiałem się. Michał dodawszy araku wypił całą szklankę, a tak 
chacun ayant sa parł ruszyliśmy ku Krakowowi. Wjeżdżając ukło- 
niłem się przed tąstarodawnąstolicą jednego z państw Słowiańszczy- 
zny, ukłoniłem się także przed zamkiem królewskim, gdzie tylu 
królów spoczywa. Więcej nie mogę wam pisać dzisiaj o Krakowie, 
gdyż w nocy wjeżdżaliśmy. Przybywszy, zastaliśmy w tym samym 
hotelu Zd. Zamojskiego, a że nie chciało się nam ubierać, poszli- 
śmy tylko do niego. Miły i rozmowny jak wszyscy Zamojscy, za- 
staliśmy u niego kasztelana Wichlińskiego i panie Zamojską; po po- 
gadance i herbacie, wróciliśmy do siebie i przespawszy się dobrze, 
obudziliśmy się, by z wami rozpocząć rozmowę. Teraz przynoszą 
nam śniadanie, żegnam więc was kochani rodzice i jak zawsze, 
kończę, ściskając zuchwałego, kochanego Maniusia Maniusiskiego. 

Sta, Koimian. 



W piątek 5 listopada Kraków, 1852. 
Z dwóch dni krakowskich mam zdać wam sprawę, lecz od 
was ani tu listu nie zastałem, ani z Rzeszowa dotąd żadnego mi 
nie odesłano. Nie chcę być niespokojnym, ale dziś, jutro zacznę 
nim być. Jużby i pieniężna przesyłka nadejść tu była powinna, 
nie wątpię, że nadejdzie, że się nie spóźni, lecz niech przed wszy- 
stkiem wiem, żeście wszyscy zdrowi. Onegdaj we środę, wypra- 
wiwszy list do waS; pierwsze kroki nasze do najdawniejszej świą- 
tyni krakowskiej zwróciliśmy. Tam więc u Panny Maryi wysłucha- 
liśmy mszy, a znalazłszy żałobne nabożeństwo za naszą drogą 
zmarłą modliliśmy się. Z kościoła poszliśmy do Wielogłowskiego *), 
bo ten i przez uczynność i czynność swoją i przez liczne związki, 
najwięcej nam być może użytecznym. Następnie zaprowadziłem 
moich podróżnych do generała Chłopickiego, którego czerstwego za- 
stałem i zawsze łaskawego dla mnie. Od niego na Wawel forty- 



») Walerego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



99 

fikowany, lecz nie do fortyfikacyi, ale do grobów naszych królów. 
Wawel, groby, wszystkie pamiątki i pomniki przeszłości bardzo 
moich panów zajęły. Wrócimy jeszcze na Wawel z Czarnieckim 
V r(jku i po śladach Karola Gustawa i Starowolskiego, obejdziemy 
je. Obiad jedliśmy u PoUera wraz z Chłopickim. Wyprowadziłem 
go na opowiadania wojenne Włoch i Hiszpanii. Zagrzał ogniem, 
odmłodniał, stał się wymownym i niezmiernie zajął i Stasia i jego 
nauczyciela. Po obiedzie, który dośó długo się przeciągnął, dowie- 
dziawszy się, że Wężyk jest w mieście, bez wytchnienia pobiegli- 
śmy do Wężyka. Przyjął nas bardzo łaskawie, najłaskawiej jak tylko 
przyjąó zdolny. Przez półtory godziny zabawiliśmy u niego, słucha- 
jąc go i poklaskując mu. Trudno byó złośliwszym często z dowci- 
pem, trudno być ostrzejszym krytykiem, trudno wszystko czarniej 
widzieć jak p. Franciszek. Dla ciebie, kochany ojcze, zawsze jest 
z wielką czcią i przyjaźnią. Czarnieckiego już oddałem w jego ręce. 
Wyjątki z Bezkrólewia przezemnie przyśle. Od Wężyka poszliśmy 
do jenerałowej Skrzyneckiej, gdzie byli i Tadeuszowie Skrzyńscy, 
wracający z zagranicy. Ona zawsze dobra, poczciwa i dla wszystkich 
krewnych swoich z otwartem sercem. 

Staś więc jak najczulej został przyjęty. Wczoraj był 4ty, 
a więc św. Karol, a więc w Piotrowicach zawsze wielkie łowy. 
Święto Karola Huberta ^). Tutaj chociaż we dwóch chcieliśmy obcho- 
dzić, rano wyszedłem, aby wrócić z małemi wiązaniami, z kapelu- 
szem od Stasia, z dywanikiem odemnie. Śniadanie przygotować ka- 
załem z wszystkiemi przysmaczkami solenizanta. Obiad jedliśmy 
w najlepszej restauracyi, najlepszy, jaki mogliśmy z karty ułożyć, 
a więc z pstrągami, ze zwierzyną i z butelką wina. Po śniadaniu 
poszliśmy do Wielogłowskiego na naradę o stancyę, wikt, metrów 
i t. d Stanęło na tem, że co do stancyi, tej z meblami nie znaj- 
dziemy i trzeba jakieś mebliki kupić, że metrów najlepszych za- 
raówiemy na prywatne lekcye, a na niektóre kursą akademickie 
uczęszczać będzie nasz uczeń, na co pozwolenie łatwo się otrzyma; 
że tym sposobem przygotuje się do 5 kursu technicznego; a czy 
później zapisze się na niego lub nie, zależeć będzie od wielu oko- 
liczności. Od Wielogłowskiego chciałem pójść do pałacu rządowego 
dla wyrobienia sobie audyencyi u namiestnika, lecz właśnie dowie- 
dzieliśmy się, że choć miał do soboty tu zabawić, wezwany tele- 
grafem, spiesznie o lOtej z rana do Wiednia pojechał. Puściliśmy 
się więc na dalszą bieganinę; i tak, aby solenizantowi dogodzić, 



^) Dzień imienin Maisonneuva. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



100 

który niecierpliwie tej chwili wyglądał, odwiedziliśmy Dominika- 
nów i on oddał przeorowi powierzone mu papiery. Dominikanie cu- 
dem prawdziwie, bo ze składek tylko, odbudowują swój kościół. Już 
jest pod dachem i filary główne już wymurowane. Przeor tutejszy 
jeździł po Europie, był w Paryżu, gdzie ks. Lacordaire miał kaza- 
nie o tymże sf)alonym kościele, które dośó znaczną kwotę przy- 
niosło. Zostawiwszy solenizanta z Dominikanami, poszedłem ze Sta- 
chem do uniwersytetu i od 2giej do 3ciej słuchaliśmy prelekcyi 
profesora Helcia, szwagra Bielskich, historyi prawa polskiego. 
Uczony to i zacny człowiek i dobry mój znajomy. Po godzinnej 
nauce zaszliśmy do ks. Jakubowskiego z listem kanonika, lecz go 
nie zastaliśmy, bo on przez cały prawie dzień za domem. Po obie- 
dzie wystroiwszy się, puściliśmy się na wizyty. Moje furkę dobrze- 
chowską odesłałem, lecz szpaki z Wojtkiem zatrzymałem, myśląc, 
że będę mieó z nich tutaj użytek. Le^z Wojtuś, może z niespokoj- 
ności o swoją małżonkę, bo nic o niej, ani o nowonarodzonym nie 
donosicie, dostał róży, opuchł, wozió nas nie może. A więc Michał 
zaprzągł nam do koczyka i zawiózł do biskupa Łętowskiego, do 
pani Józefowej Krasińskiej, która jeszcze ładna i bardzo dla was 
przyjazna, do Wojewodzianek Małachowskich. U nich spotkaliśmy 
p. Annę Tarnowską i ks. Scypiona i młodych TarnowskiT^h, synów 
p. Gabryeli, z którymi Staś zaraz się dobrze zapoznał. Najstarszy 
Jaś, 18-to letni, jest wyższy o łokieć od mego młodzieńca, bardzo 
go chwalą i z niego dobrego mieć będzie Staś towarzysza. Zosta- 
wiłem więc Maisonneuva ze Stachem u wojewodzianek na cały wie- 
czór, a sam poszedłem do pani Zdzisławo wej, która pisała do mnie, 
prosząc, abym był u niej, gdyż dziś wyjeżdża do Wiednia. Tak 
więc już mój chłopiec wiele porobił znajomości. 1 Maisonneuve jest już 
tu, jak u siebie. Poznałem ich także z Leonem Ezewuskim, który 
wczoraj z żoną do Łańcuta wyjechał, lecz zamówił sobie i mistrza 
i ucznia, aby byli les habitues de leur fnaison. Taidy nie widziałem, 
tylko wyjeżdżającą w pojeździe bo nie byłem u nich, lecz Leona 
spotkałem w księgarni. Mam się ubierać i wyjść, a tu wizyty nad- 
chodzą i przeszkodzą. 

6ty w sobotą. Nie ma listu od was, nie nads/edł ani drogą 
warszawską, ani rzeszowską. Już i zażądany przezemnie zasiłek 
nadejść by powinien i zaczynam się lękać, aby się nie opóźnił. 
Wczoraj odebrałem tylko list od p. Andrzeja^) z doniesieniem o zu- 
pełnem ukończeniu interesu i o przeznaczeniu mego zbioru, który 



^) Zamoyskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



101 

Branicki zachowa dla siebie, a razem z nowym silnym atakiem 
na Maisonneuya. Bardzo i bardzo nalega na niego p. Andrzej, aby 
przed przyjęciem prawdziwego kapłaństwa, lat parc^ poświęcił 
temu drugiemu kapłaństwu nauczycielstwa przy jego młodszych sy- 
nach. Lecz Maisonneuye niewzruszony jak skała, a więc stanowczo 
odmowną odpowiedź • będę musiał przesłać p. Andrzejowi. Mieliśmy 
wczoraj rano wyjść, ale przyszedł Tadeusz Skrzyński, przyszedł ks. 
Jakubowski, ten przyjemną i ożywioną rozmową zajął nam parę 
godzin, a tak dopiero przed litą poszliśmy do Wielogłowskiego i 
przy jego pomocy umówiliśmy pierwszego profesora do fizyki, który 
może także i matematyki dawać będzie. Następnie udaliśmy się na 
Wawel, gdzie nas dla pokazania skarbca z polecenia biskupa ocze- 
kiwali, lecz spóźniśliśmy się. Spotkawszy się jednak przy grobach 
królów z Maurycym Dzieduszyckim, autorem Życia i wieku Skargi, 
razem z tak dobrym przewodnikiem obeszliśmy na nowo katedrę. 
Dzieduszycki jest tu przejazdem do Wiednia i jutro wyjedzie, pisze 
teraz życie Zbigniewa Oleśnickiego. Wróciwszy z Wawelu, puści- 
liśmy się z Wielogłowskim na szukanie stancyi dwupokojowej z przed- 
pokoikiem, lecz niestety, dotąd wynaleśó takiej nie możem. Ułat- 
wiliśmy się więc z krawcem, który dość znaczne zabierze nam pie- 
niądze, lecz trzeba było ochronić mego jedynaka od zimna i wil- 
goci i ogarnąć go porządnie. Odwiedziwszy margrabiego Wielopol- 
skiego, który tu przejazdem do Wrocławia na parę dni wstąpił, 
obiadowaliśmy z Chłopickim, który znowu mego przyszłego wojaka 
zajął swojera opowiadaniem. Po obiedzie wyprawiłem Stacha do 
Tarnowskich, a sam poszedłem do Helcia, który mnie na resursę, 
gdzie są różne gazety, zaprowadził. O 6tej biskup Łętowski przy- 
jechał po mnie i zawiózł ranie do Pana Ettmajera vice-gubernatora 
tutejszego ; nie zobaczywszy się bowiem z Gołuchowskim, chciałem 
sobie jego protekcyę zapewnić, której przyrzeczenie otrzymałem. Po 
urzędowej wizycie pojechaliśmy razem do Wężyka, Ten już od 
wczoraj Czarnieckim zajęty. Zaczął czytanie od oblężenia Krakowa. 
Ażeby jak najprędzej błędy miejscowości sprostować, których dosyć 
wynalazł, jak mi powiedział, w celu dokładniejszego ich poprawie- 
nia, zażądał od Muczkowskiego jego rękopismu o oblężeniu Kra- 
kowa przez Karola Gust., gdzie najmniejszy szczegół opisany. Wie- 
czór skończyłem u Wielogłowskiego, który zebrał u siebie kilka 
osób: pp. Kaź. Krasickich, Maurycego Dzieduszyckiego, jen. Skrzy- 
necką, nas i kilka nie młodych panien i nie młodych kawalerów. 
Mój Stacho podoba się, przyzwoite ma obejście się, do ogólnej ro- 
zmowy nie miesza się; szczególnej poszukuje i chętnie rozmawia; 



Digitized by 



Google 



102 

i tak wczoraj prawie przez cały wieczór rozmawiał z Dziedaszy- 
ckira. Mam nadzieję, że do pracy weźmie się gorliwie i że będzie 
się starał należy<J do celnych młodzieńców tutejszych, których jest 
kilku. 

7go listopada w niedzielą. Wczoraj wieczorem odebrałem wasz 
list z Igo listopada. Pocieszył mnie, uspokoił o was, zasmucił 
śmiercią pani Dłuskiej. Widzę, że jednego mi numeru waszego bra- 
kuje, pewnieście go do Ezeszowa przesłali, a głupi mój faktor nie 
odesłał go. Ostatni, który odebrałem w Dobrzechowie, był z 24go. 
Ten, który 27go wysłaliście, nie doszedł mnie, w nim pewnie była 
wiadomość o zgonie zacnej pani Dłuskiej. Żal mi jej, bardzo żal, 
z córek najwięcej Łączyńskiej, ona ją bardzo kochała i bardzo była 
kochaną. Cieszę się, że tam teraz nie jestem i że do działów we- 
zwany nie będę. Dziękuję za ułatwienie interesu Józefowskiego, lecz 
Maniuś miał polecenie zdaó mi z niego raport, a nie zdał. Czy Be- 
rek umarł, żeście go nie użyli. Maisonneuve uszczczęśliwiony z opisu 
odpustu, z toastu i cyfry. Dziękuję za zasiłek dla wnuka, dziś go 
zapewne odbiorę, bo dziś poczta z pieniądzmi przychodzi. Ten 9ty 
numer dziś wyprawiam, odbierzecie go koło czwartku. O dniu 
wczorajszym dodaję słów parę. Dzień zaczęliśmy od wizyty, u ks. 
Jakubowskiego, pod którego sąd poddaliśmy nasz program nauk i 
który nas wsparł swoją radą i w wyborze nauczycieli i w wyborze 
prelekcyi Poszliśmy od niego na nabożeństwo do kościoła akademi- 
ckiego Św. Anny, gdzie się zwyczajem odwiecznym odbywało wczo- 
raj nabożeństwo doroczne za dobrodziejów uniwersytetu. Wstąpili- 
śmy do Wielogłowskiego, który wczoraj wraz z żoną oczadział, on 
mniej, ona tak silnie, że leży w łóżku i brała na wymioty. Odwie- 
dziwszy Sebastyana Badeniego, oczekiwaliśmy ks. Jakubowskiego, 
który miał przyjść do nas dla zaprowadzenia nas do Steczkowskiego. 
Przyszedł, a po nim nadszedł margrabia Wielopolski z Helclem, i 
godzina na rozmowie zeszła. Poszliśmy potem do znajomego kano- 
nika, matematyka, który potwierdził nasz wybór profesora fizyki i 
matematyki i badał Stacha, czego się uczył i jak się uczył. O 3ciej 
obiadowaliśmy d la Bose, tabula franca z margrabią, Krasickim, St. 
Potockim, Helclem. Wróciwszy z obiadu, Stacho wziął się do pisa- 
nia, a w tem list wasz nadszedł tak niecierpliwie oczekiwany. 
Czytaliśmy go razem i znowu każdy po kolei. Wróciwszy z gazet 
resursowych, poszedłem ze Stachem do p. Tadeuszowej Ostrowskiej, 
której byłbym nie poznał, tak utyła i posiwiała, bardzo nas czule 
przyjęła i z czułością o was pytała. Od niej idąc do hotelu na 
wieczór, Stacha posłałem do Wężyka po Czarnieckiego^ gdyż mar- 



Digitized by 



Google 



108 

grabią koniecznie prosił, ażeby niektóre wyjątki przeczyta(5. Wysoko 
on ceni to dzieło, z całą czerstwością swojego rozumu i z uczu- 
ciem klasy czności.. Wężyk dał rękopism i dołączył do niego ręko- 
pisra Muczkowskiego, który przeczytałem, który jest niejako dzien- 
nikiem oblężenia, wypisanym z Kochowskiego, Eudawskiego, a szcze- 
gólniej z rękopismu współczesnego Eadomińskiego. Podług nie^o 
będzie można niektóre omyłki sprostować. U Helcia nie było licznego 
zgromadzenia, lecz dobrze dobrane; był margrabia, Siemiński, ks. 
Jakubowski. Cmrniecki nowe zwycięztwo i tryumf odniósł. Pierwej 
czytaliśmy jakąś teraźniejszą, chorobliwą poezyę, nie dał jej mar- 
grabia dokończyć, wołając: teraz lekarstwa, lekarstwa, zdrowego po- 
karmu — Czarnieckiego, Helcel rzekł, że tak wzruszony, że noc bez- 
senną przebędzie. Siemiński, ks. Jakubowski równe zajęcie okazali. 
Za jedynastą przeciągnął się wieczór. Dziś z mymi towarzyszami 
jem obiad u Wężyka, zaprosił mnie także biskup, ale pierwsze we- 
zwanie było Wężyka. Do kochanego pana Juliusza za parę dni na- 
piszę. Do pana Pawła dziś list wyprawiam. Wy jeszcze jeden, naj- 
więcej dwa listy ztąd odbierzecie. Całuję wasze ręce drogi ojcze, 
najdroższa Matko! najpoczciwszy mój ManiusiuT 

Od Toczyńskiego domagam się nowego raportu i wiadomości 
o stanie zasiewów. Czas tu łagodny, pochmurno, lecz deszczu 
nie ma. 



8go Listopada z Krakowa, 
Chcieliśmy byó wczoraj na Wielkiej Mszy u Panny Maryi, aby 
poznać świetność nabożeństwa krakowskiego, tymczasem tak jedna 
wizyta po drugiej następowała, żeśmy dopiero na dwie ostatnie 
Mszy trafili. O Iszej Staś przyjmował Tarnowskich, o 2giej obiad 
u Wężyka, który zawsze jest satyrą i epigramatem wcielonym. Staś 
smutnieje, słuchając go, choć na nas bardzo łaskaw. Dyaryusz 
Muczkowskiego chce kazać dla ciebie kochany ojcze przepisać. 
Bezkrólewie przygotowuje i uwagi nad Czarnieckim. Po obiedzie 
Wężyka, u któregośmy do 5tej siedzieli, poszliśmy do p. Michała 
Badeniego, gdzie nas Sebastyan oczekiwał, i gdzie Staś poznał i 
Marcinka Popiela i dwóch młodych Badenich, principes juventidis 
tutejszej. Następnie bylimy u Michałowskiego, tam zastałem panią 
Antoniową Ostrowską, która z Prancyi tu przybyła i bardzo się 
o ciebie moja droga matko dopytywała, mówiąc, że pamięta, jak 
sobie jej matka ceniła z tobą związki pokrewieństwa. Staś Micha- 
łowski, najstarszy syn Piotra, jest wysokich zdolnolności młodzie- 

litij iBdnąJftKośmiua. T. H. 8 



Digitized by 



Google 



104 

nieć, tak jak ojciec umie 8 języków, po łacinie pisze i rozmawii 
jak Cyceron, po grecku jak Tucydyd. Jest on o trzy lata stami 
od Stasia mojego, lecz przebywanie z nim, nie może jak tylkc 
być korzystnem. Poznali się więc oba Stanisławy i spodziewam się, 
że mój znajdzie w jego towarzystwie przyjenmość i upodobinie 
Margrabia ^) tak się zajął Czarnieckim^ iż był u mnie z prośbą, abym 
wieczorem przyniósł go do niego i żonie i synowi dał poznać nie- 
które wyjątki. Nie mogłem się wymówić, a przy tern z przyjemBo- 
ścią czytuję tym, którzy umieją cenić dzieło. O 8mej więc posze- 
dłem ze Stasiem; był tylko Helcel, syn młodszy margrabiego 
i młody Potocki. Zastaliśmy na stole Ziemiaństwo, które, jak nekl 
margrabia, nigdy go nie odstępuje i którem się karmi jako zdro- 
wym pokarmem. Czytałem inne ułamki od tych, które onegdaj czj- 
tane były, tylko Bylinę powtórzyć musiałem, który na matce, mi- 
jącej syna w wojsku, silne zrobił wrażenie. Nowy więc tryumf db 
Stefana, którego znaczną część poznał margrabia i którym tak za- 
jęty i uniesiony, że ma pisać do autora, błagając, aby nie zwleka! 
wydania dzieła, i dowodząc, że teraz jest właśnie na to pora wła- 
ściwa. Dziś Stacho rozpoczyna swój kurs matematyczny, o 10 mi«t 
będzie pierwszą lekcyę. Ja do Janka napisałem i do Piszla, dopo- 
minając się o wasz list, który mnie nie doszedł, a w którym a- 
pewne donosiliście o zgonie p. Dłuskiej i o oznaczonym terminie 
na ślub Henryka*). 

Ogo we wtorek. Każdy dzień ułoży i uporządkuje jakąś cząstki 
przyszłości krakowskiej mego młodzieńca, nie idzie to jednak t4£ 
prędko jakbym sobie tego życzył. Wczoraj o 10 już rozpoczął on mj 
kurs matematyki i profesor jego oświadczył mi, że widać, ie rai 
jak najlepsze zasady, jak największą chęć i że z przyjemnością uciyć 
będzie takiego ucznia. Z rana wczoraj, jak zwykle, pisałem listy, na- 
stępnie wizyta po wizycie nadeszła i nie mogłem wyjść z^ domu 
jak o litej. Pod przewodnictwem zacnego ks. Jakubowskiego*), któiy 
jak najgorliwiej i najłaskawiej nam dopomaga, poszliśmy do biblio- 
teki uniwersyteckiej, która już uporządkowana i którą nam szcze- 
gółowo okazał Muczkowski i jego pomocnik Mutkowski. Zwidzenie 
biblioteki zabrało nam kilka godzin. 

Odwiedziliśmy także Światowida (Potockiego Mieczysława' 
Jest to niezawodny Światowid i pokłoniłem mu się ze czcią, ni^ 



O Wielopolski. (P. W.) 

«) Koźmian. (P. W.) 

^) Znany rektor Plarcw. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



106 

jako bóstwU; lecz jako najdawniejszemu pomnikowi nass^ch dziejów 
słowiańskich. Wracając z biblioteki, zaprowadziłem Stacha do pani 
Tadeaszowej Ostrowskiej, która nas jak najmilej przyjęła, z czuło- 
ścią dopytywała o was i poznała Stasia z synem swoim, także Sta- 
siem, który chodzi na tutejszy uniwersytet. Zjadłszy obiady kazałem 
szpaki zaprządz do koczyka, przyszedł ks. Jakubowski i pod jego 
przewodnictwem pojechaliśmy na kopiec Kościuszki, który niezmie- 
rnie mego młodzieńca zajął i pamiątką, i wspaniałością widoków, 
któlre z jego wysokości uderzają. Mgła była, więc przez przezro- 
czystą zasłonę na częśó widnokręgu spoglądaliśmy. Ale przecież da- 
leko zasięgliśmy okiem i widzieliśmy Tatry śniegami odziane. Ko- 
piec fortyfikują teraz, będzie tam mocna warownia. Przy drodze, 
przy kościółku św. Bronisławy, odwiedziliśmy groby Stan. fizewur 
skiego i Walickiego. Wracając, objechaliśmy Kraków na około i 
poznaliśmy cały z przedmieściami. Przeczytawszy gazety na resur- 
sie, a w nich Senatus consuUe^ zaszczycający Francyę, że się od- 
daje tak cnotliwemu i wielkiemu człowiekowi, wyprawiłem Stacha 
z Maisonneuyem do Tarnowskich, młodego Popiela i do jenerało- 
wej Skrzyneckiej, mieszkającej u Tad. Skrzyńskich. Sam poszedłem 
do księżny Władysławowej '), wracającej z Paryża i opowiadającej 
ciekawe szczegóły o dzisiejszym Paryżu. Księżna wraca z swoją 
piękną księżniczką Heleną do Gumnisk. Książę Władysław jedzie 
do Wiednia. Oczekują tu dzisiaj przybycia ks. Marcelowej *), jadącej 
na zimę do Palermo. Następnie obiecawszy się Wężykowi na wiska, 
poszedłem do niego i 6 robrów wygrawszy, bez najmniejszego znie- 
cierpliwienia gospodarza, gdyż w wisku bardzo jest łagodny i 
uprzejmy, poszedłem po moich panów do jenerałowej, u której, 
z wielkiem zgorszeniem zasypiającego o 10 Krakowa, przeciągnę- 
liśmy wieczór do 11. Zdobyczą dnia wczorajszą było umówienie 
dwóch nowych nauczycieli: Mutkowskiego do łaciny, inżyniera tu- 
tejszego Żebrawskiego do geometryi wykreślnej, który ma byó 
wielką znakomitością, którego wszyscy mi winszują, że się podjąć 
zechciał. Winniśmy go ks. Jakubowskiemu. Nakoniec u dziekana 
uniwersytetu zapewniłem wstęp do liceum uczniowi na prelekcye, 
jakie wybierze. Dziś stancya będzie mojem głównem zajęciem. 
Ubieram się i szukać ją idę, bo później wizyty przeszkodzą. 

lOgo %ce irodą. Chcąc memu Stachowi dać poznać jazdę ko- 
leją żelazną, ułożyłem sobie o 4tej pociągiem wyjechać do Krze- 



*) Sanguszkowej (P. W.) 
*) Lubomirskiej. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



106 

szowic, pociąg ten o 5tej tara staje; mysłowicki zaś do Krakowa 
idący zaraz po 5tej tamże nadchodzi tak, iż zwykle bywa kilka 
minut czasu między nadejściem jednego a odejściem drugiego po- 
ciągu, tak mnie wszyscy zapewniali i na słowo wszystkich puści- 
łem się ze Stachem o 4 po południu na parowy spacer. Stach 
był z niego bardzo szczęśliwy, przez całą drogę rozmawiał po nie- 
miecku z oficerem austryackim. W godzinę przyjeżdżamy do Krze- 
szowic, słyszymy złowrogi świst drugiego pociągu, patrzymy z prze- 
rażeniem mysłowicki pociąg już rusza, nim nasz zatrzymał się. Próżne 
prośby i wołania, uleciał pociąg, a my wysiadłszy z naszego wa- 
gonu zostali bez możności dostania się do Krakowa. Nasz pociąg 
trochę się spóźnił, mysłowicki pospieszył się i ztąd nasz zawód. 
Zostawszy sami, opuszczeni, wśród ciemności dworca kolei krze- 
szowickiej, cóż mieliśmy począć? Do pałacu nie mieliśmy myśli 
iś<5, bośmy byli nieubrani, zabłoceni i pan Adam z matką pojechał 
wczoraj do Łańcuta. Mimo więc namów, ażebyśmy nocowali, a ran- 
nym pojechali pociągiem, najęliśmy chłopski wóz krakowski, 
z krakowskim parobczakiem i krakowskiemi końmi i ten dziarsko 
nas wioząc po złej drodze i wśród ciemności, we cztery godziny 
przywiózł do Krakowa. Ale łatwo sobie wyobrazicie jak po je- 
ździe parowej mile nam się wydawała jazda wozem i jak długie 
były te cztery mile, któreśmy pierwej w godzinę przebyli. Wró- 
ciwszy, zastaliśmy już Maisonneuva we śnie pogrążonego, a Mi- 
chała niespokojnego, co się z nami stało. Dzień więc wczorajszy 
ten wypadek nam popsuł, cały zaś jego ranek spędziłem na szu- 
kaniu mieszkania i na skupowaniu wszystkiego, co potrzebnem do 
gospodarstwa mego jedynaka. Ma już więc kredens i inne różne 
potrzebne naczynia. Odbył on wczoraj lekcyę fizyki, umówił się 
o chemię z adjunktem laboratorium, panem Bażanem. Z dziekanem 
uniwersytetu już także się ułożyłem i dozwolonem mu zostanie 
uczęszczanie na prelekcye. Część więc naukowa już załatwiona. 
Wczoraj byłem ze Stasiem u ks. Rozwadowskiego, który bardzo 
a bardzo zalecił mnie, abym go twej pamięci kochany ojcze po- 
lecił. Obiad jedliśmy o 2giej z Chłopickim i Zdzisławem Zamoj- 
skim, a o 4tej ruszyliśmy na naszą niefortunną wycieczkę i nie- 
fortunnie cały wieczór straciliśmy. Wczoraj spotkała mnie przy- 
jemność listu kochanego p. Juliusza ^), dziś mój do niego wyprawiam. 
Teraz wracam ze stancyi, którą zapewne najmę na Floryańskiej 
ulicy. Brudna trochę, ale ma inne dogodności ; osobna, cicha, sucha 



1) Stadnickiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



107 

i tania, jeszcze raz pójdę do niej z Wielogłowskim dla ostatecznego 
obejrzenia. 

We cztccrtek 11. Nie ma nic w świecie nudniejszego jak 
szukać Stancy i. Wiecie jak nienawidzę robić sprawunków, otóż ten 
sprawunek najnieznośniejszy. Nachodziłem się wczoraj i jeszcze 
wyboru ostatecznie nie zrobiłem. Nie ma wprawdzie z czego wy- 
brać. Stancya na Ploryańskiej Stasiowi nie przypada do smaku, bo 
w istocie straszliwie brudna. Inna jest, w której za wielkie pokoje, 
boję się, aby nie była zimna. Choć stancyi nie nająłem, juzem 
część mebli kupił, z wielką obchodząc się oszczędnością przy po- 
mocy Wielogłowskiego, wydam jednak do 500 zł. na meble. Ulo- 
kowanie mego chłopca więcej więc będzie kosztować aniżelim 
mniemał. Sami metrowie do 400 zł. miesięcznie wyniosą. Pćźuiej 
gdy się dostatecznie prywatnie przygotuje, zmniejszy się ten wyda- 
datek. Ale w wielkim jestem kłopocie, bo zasiłek piotrowicki do- 
tąd nie nadszedł Tu trzeba płacić krawca, kupować meble, a tu 
już dwie poczty minęły, które mogły były te pieniądze przynieść i 
nie przyniosły. Musiał Parel źle zaadresować, lub gdzieś się zabłą- 
kały. Trzeba się zaraz o nie upomnieć w Lublinie. Ja zaś sam 
będę dziś na poczcie dla przekonania się, że w istocie nie na- 
deszły. Wczorajszy ranek zeszedł cały na szukaniu stancyi i kupo- 
waniu mebli. Wyprawiłem także wczoraj list do pana Juliusza, 
o Sciej obiad, po obiedzie z ks. Jakubowskim byłem u Żebraw- 
skiego. Odwiedziłem Siemińskiego^), Sobolewskiego, redaktorów Gposw 
We wczorajszym Czasie umieszczono wierszyk Odyńca do autora 
Ziemiaństwa i jest odpowiedź Przeglądowi na jakąś korespondencyę 
z Krakowe, którą niepotrzebnie umieścił, a w której zaczerpił Wie- 
logłowskiego, co jemu bardzo bolesne, bo jest z Przeglądem z je- 
dnego obozu. Przez czas moich wizyt Staś przyjmował u siebie 
kolegów swoich : Popiela i Badenieh. Zabrałem go potem do księżny 
Henrykowej Lubomirskiej, która go bardzo łaskawie przyjęła i za- 
mówiła, aby bywał u niej. Odwiózł mnie potem Staś do Wężyka 
na partyę, a sam z Maisonneuyem pojechał do pp. Badenieh, gdzie 
go oczekiwano. U Wężyka uchodzić będę za niezwyciężonego, bo 
znowu zgrałem moich partnerów. Pan Franciszek bardzo łaskawy, 
dziś ma mi czytać swoje Bezkróleicie^ którego wyjątki przeszłe ci 
przezemnie. Jest to zacny człowiek, ale wcielony w niego jest 
duch przeciwieństwa. On jest uosobnieniem satyry, krytyki, epigra- 
matu i opozycyi. Piszę do was przy brzasku dnia nowego i przy 



1) Lusiana. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



108 

blasku pierwszego śniegu, który zaraz staje, lecz niestety, przypo- 
mina, żeśmy 11 listopadau Jak widzę do 14 będę tu musiał zaba- 
wić, a jeżeli zasiłek nie nadejdzie, to nie wiem co pocznę. Dziś 
ten list wyprawię, a na wsiadanem napiszę jeszcze słów kilka. Wy 
zaś już do mnie do Dobrzechowa przez Ezeszów przesyłajcie wasze 
pisma. 

O 2giej we czwartek. Już wielka sprawa najęcia stancyi załat- 
wiona. Przyszedł do nas ks. Jakubowski i zdecydował mnie, obej- 
rzawszy mieszkanie na Mikołajskiej ulicy, abym je najął, gdyż po- 
koje zdrowe, obszerne na południe wystawione, i ulica nie odległa 
od środka Tniasta, a trotuar wygodny, od domu aż do uniwersytetu. 
Jest mały przedpokoik, jeden pokój obszerny z dwoma oknami, 
drugi jeszcze większy, garderóbka i kuchenka, wszystko na drugiem 
piętsze z dobremi schodami, za pół roku złp. 300 czyli 75 fl. cm. 
Zdaje mi się, że i zdrowo i wygodnie będzie moim panom. Jatro 
zaraz wprowadzam tam zakupione meble i zaraz się przenosiny od- 
będą. Nająwszy stancyę, czem ciężar spadł z myśli, pojecha- 
łem na pocztę i przecież odebrałem list z zasiłkiem, który dopiero 
wczoraj nadszedł, od drugiego więc ciężaru myśl uwolniona i tak 
powoli lokacya mego jedynaka urządza się. Stacho miał lekcye 
w gabinecie fizycznym, o 11 przyszedł na Wawel, gdziem czekał 
na niego i gdzie zamówiony przez biskupa Łętowskiego kustosz 
skarbcu, okazał nam go w szczegółach, już w nim tylko ślady da- 
wnej zamożności. Są jeszcze pamiątki lecz mało już skarbów. 

An. Ed. Koimian. 



We czwartek wieczorem, Kraków. 
Zaledwiem wyprawił na pocztę mój numer lOty, nadszedł 
wasz list z niedzieli, to jest z 7go. Dzięki niech będą Bogu, że 
nadszedł, że mnie o was zaspokoił; ale \vyznaję, że mnie zasmucił 
wiadomością o śmierci Berka, nie dlatego żeby to miało jaką ró- 
żnicę zrobió w moich interesach, lecz że żal mi żyda, który mi 
był zawsze czy w dzień, czy w nocy, czy w pogodę, czy w słotę 
usłużny i który był przywiązany do mnie z swoją wprawdzie ko- 
rzyścią, bo też nie Mojżesz, ale dopiero Chrystus powiedział: „Ko- 
chaj bliźniego jak siebie samego". Co do interesów moich, jakie 
śmieró Berka do załatwienia zostawia, nie będę cię trudził kochany 
ojcze mój, lecz osobno o nich piszę do Parcia, który potrafi je uło- 
żyó do mego powrotu. Nie są one naglące, i nie narażią cię na ża- 



Digitized by 



Google 



109 

dną nieprzyjemiioś<5. Na co umarł Berek, czy nie było sposobu ura- 
towania, czy jego koń kasztanowaty wraz z panem swoim skończył? 
Biedny Berek, żal mi go szczerze! Cóż znowu za sceny Basia wy- 
prawia, biedna ona! Nie gniewać się na nią, lecz litować się nad 
nią potrzeba. Przyznaję jednak, że nie jest to towarzystwo dla 
Maryni i że unikać go potrzeba, skoro tylko jest przy niezupełnych 
zmysłach. Bardzo się ucieszyłem śliczną odpowiedzią drogiego Ojca 
do Deotymy; wiersz ten pełen jest delikatności i uczucia, że tak 
powiem ojcowskiego; nawet Wężykowi niezmiernie się podopał. 

Jeżeli poezye improwizatorki są fenomenalne jako czternasto- 
letnie, to i ten wiersz jest fenomenalny jako ośmdziesięcioletni. 
Śliczna jest myśl, obejmująca przestrogę, i jak zręcznie i delikatnie 
wyrażona. Jeden tylko wiersz zdawał się nam niejasny; Wężyk po- 
djął się go rozjaśnić i jutro poprawkę mi przesłać. Poślę więc — 
poślę tę odpowiedź p. Ninie ^) i uszczęśliwię nią i matkę i córkę. 
Nie uwierzysz drogi mój ojcze, jak się raduje moje serce, -gdy się 
przekonywam o całej czerstwości i sile twego ducha. Dziś tedy po 
objedzie, kiedy Stach pierwszą swą lekcyę odbywał z panem Że- 
brawskim, ja poszedłem do Wężyka na słuchanie Bezkrólewia i 
prawie trzy akty wysłuchałem. Jest to dramat historyczny, na wzór 
Szekspirowskich ale nie Szekspirowski. Obraz epoki, zwłaszcza 
w szczegółach, jest dokładny. Mowa i wyobrażenia ówczesne, ale 
w Szekspirze takowe obrazy są podniesione żywą akcyą i silnemi 
charakterami. Tu nie ma akcyi, nie ma charakterów, nie ma więc 
dramatu. Wiersz płynny, czysty, jasny, ale wszystko zimne i dla- 
tego zdaje się rozwlekłe. Przywiozę wyjątki, które przygotował, 
sam więc osądzisz. Łatwo się domyślicie, że co tu piszę, autorowi 
nie powiedziałem, owszem, dziękując mu rzekłem, żeśmy dotąd nie- 
nawidzili Bezkrólewiów, a teraz choć jedno chwalić będziem. 
W sobotę mam wysłuchać reszty. Jest to jednak sumienna praca i 
szlachetne usiłowanie, brak dramatyczności jest może w części winą 
naszych dziejów. Stach przyszedł na koniec aktu 3go dla przy- 
podobania się autorowi. Grałem trzy robry wiska, po których po- 
szedłem ze Stasiem i Maisonneuvem do panien Małachowskich, 
gdzie byli młodzi Tarnowscy. Nie zastawszy jenerałowej Skrzyneckiej 
wyprawiłem do domu moich towarzyszów, a sam wstąpiłem na re- 
sursę dla przeczytania le Rapporł trop long, de Mr. Troplong o Ce- 
sarstwie. Będzie więc cesarstwo, cesarz, tylko nie cezar, ani nawet 
August, ale jakiś Heliogabal. Dobranoc, jutro trzeba wstać rano i 



*) Pani Nina Łuszczewska, matka Deotymy (P. W.) 



Digitized by 



Google 



110 

zająó się timeblowaniem pokoików mego jedynaka, który nie moie 
nigdy bez rozczulenia czytać to, co o nim pisze i dziadek i babka. 
W piątek 12 listopada. Już mebli resztę dokupiłem, już prze- 
niesione do najętej i opłaconej na pół roku stancyi. Mają moi pa- 
nowie bardzo porządną kanapę z 6cioma krzesłami za złp. 192. 
Warta była tyle pieniędzy i za rok z małą stratą można ją sprze- 
dać. Mają stół okrągły orzechowy, stół do obiadu i szafkę na kre- 
dens, w drugim pokoju dwa łóżka, nocna szafeczka, szafa na rzeczy 
nauczyciela, komoda na rzeczy ucznia, 6 krzesełek wyplatanych, 
stólik do pisania dla Maisonneuya, drugi dla Stasia; te wszystkie 
meble kosztują złp. 445. Bardzo wygodne, zdrowe, na południe wy- 
stawione, obszerne mają pokoiki. Jest gdzie się uczyć, jest nawet 
gdzie chodzić, gdzie biegać. Już i krawiec część roboty odniósł, 
a więc Stach w ciepłym bajowym surducie chodzi już po mieście. 
Krawiec 500 zł. weźmie. Stancyę 300 zapłaciłem, a więc już 1250 
wydałem, dodać do tego drobne wydatki na talerze, szklanki, sa- 
mowar, słowem na kredens i gospodarstwo, dodać pobyt w Krako- 
wie, a z przysłanych 2000 mało co zostanie w kasie, którą tu zo- 
stawiam. Nie będzie mało kosztowało tutejsze umieszczenie, bo 
sami metrowie 400 zł. na miesiąc pobierać będą. Stół ugodziłem 
na dwie osób, za złp. 120 miesięcznie, trzecia osoba, lokaja, pożywi 
się; kawę i herbatę mieć będę u siebie. Otóż macie wszelkie szcze- 
góły lokacyi naszego chłopaka. Wiem, że babka kochana przemy- 
śliwa, czy tam mu czego nie brakuje. Cały ranek zeszedł na urzą- 
dzenie, opłacenie auli mojego ucznia, którą i ks. Jakóbowski i Wie- 
logłowski, moi i Stasia opiekuni zaaprobowali. Przed obiadem by- 
łem w komisyi indemnizacyjnej. Pan Hitzger, naczelnik, bardzo 
grzeczny i rozsądny człowiek, mniema, że za trzy lata cała czyn- 
ność w całej ukończy się Galicyi. W roku następnym ma być W. ks. 
Krakowskie obrobione i już w grudniu mają komisye wyjechać; na 
końcu 1853 po całej Galicyi się rozjadą. Ja pytałem o mój dobrze- 
chowski operat, bo miała w nim jakaś zajść omyłka. Jutro mara 
wrócić po wiadomość. O 2giej obiadowaliśmy postno z jenerałem, 
a przed 4tą przyszedł do nas Wielogłowski i pojechał z nami do 
p. Neissera, tutejszego starosty grodowego, czyli naczelnika policyi. 
Bardzo to uczciwy i zacny urzędnik, chciałem więc mu polecić i 
Stacha i Maisonneuya, bo tu na cudzoziemców czujne oko zwró- 
cone. Bardzo uprzejmie nas przyjął i opiekę mieć przyrzekł. Staś 
o 4tej miał pierwszą lekcyę niemiecką, ja zaś z Wielogłowskim po- 
jechałem do pani Brandys, u której i Staś z Wielogłowskim bę- 
dzie w tych dniach. Pani Brandys bardzo uprzejma wdzię- 



Digitized by 



Google 



111 

czna była za odwiedziny, bardzo mile wspomina nasze strony i 
z żalem Teonicj moją wspominała. Córka jej już poszła za mąż, 
młodszej ani syna nie poznałem. Pani Brandys zimuje w Krako- 
wie w pięknym własnym domu, nabytym po prezesie Wodzickim. 
Pan jest w Kalwaryi z córką i zięciem. Tak brzydki był czas wczo- 
raj, że musiałem memi szpakami jeździć; od pani Brandys poje- 
chałem do Pola, lecz go nie zastałem i dotąd nigdzie się z nim 
nie spotkałem. Wróciwszy do domu, zabrałem moich panów i zawio- 
złem do pani Tadeuszowej Ostrowskiej, tam Staś u Stasia Ostrow- 
skiego zastał młodzież Michałowskich, Eodryga Potockiego, i już prze- 
wiódł z nimi dysputę o Mickiewiczu. Ja pojechałem na partyę do 
Wężyka, po której poszedłem po moich towarzyszów od jenerałowej 
Skrzyneckiej. Od poniedziałku zacznie się dopiero kurs nauk po- 
rządny i już wtenczas wieczorami trzeba będzie w domu siedzie<J 
i uczyć się. Będzie można tylko parę razy na tydzień wyjść na 
świat. Wczoraj bardzo rano już odesłał mi Wężyk wiersz dO p. 
Łuszczewskiej z następującą poprawką, zamiast strofy: 

Z lotem skowronka łączysz głos słowika, 
Oo jest w twej wiośnie zjawiskiem 

chce mieć: 

Gdy ogień z nieba pierś twą rozpłomień!, 
Z lotem skowronka łączysz głos słowika 
Lubisz aż do tych wzbijać się przestrzeni, 
Gdzie starca oko i słuch nie przenika. 

Strofę zaś oryginalną dlatego poprawić chcieliśmy, że ostatni wiersz. 
„Co jest w twej wiośnie zjawiskiem" nie jasny, zdaje się, że słowik 
jest zjawiskiem, a to ma być zjawiskiem połączenie lotu skowronka 
z głosem słowika. Możnaby przyjąć poprawkę Wężyka, ale trzebaby 
cały wiersz przepisać, kiedy o to chodzi, aby był w oryginale ode- 
słany. Zostawię go więc tak, jak jest, bo jest prześliczny i uszczę- 
śliwi i Korynnę i jej matkę, do której jutro napiszę. Do p. An- 
drzeja wczoraj pisałem i przyłączyłem list Maisonneuva, tłómaczący 
mu się z niemożności przyjęcia ofiarowanego miejsca. 

13 listopada w schotą. Uzupełniłem dziś sprawunki do gospo- 
darstwa mego Stacha potrzebne, i dziś już zaczęły się przenosiny. 
On dziś o 8mej już poszedł do laboratorium fizycznego, o 11 miał 



^) Zamoyskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



112 

lekcyę niemiecką, o 4tej jeonietryę wykreśłną, na którą się przygo- 
towywał i linie proste kreślił. Przed południem zaprowadziłem go 
do państwa Faliszewskich, którzy z matki krewni, bo ona Skrzyńska 
z domu. Bogaci to ludzie, kupili dom w Krakowie i tu mieszkają. 
O Iszej poszliśmy do dziekana wydziału filozoficznego i zapis na 
słuchacza nadzwyczajnego dokonany. Po trzeciej poszedłem do Wę- 
żyka na dosłuchanie Bezkrólewia, którego dosłuchałem. Obraz hi- 
storyczny rzetelny, lecz brak zupełny dramatyczności i charakterów. 
Przed 5tą wróciłem do Stacha, który skończył był swoją jeometryę 
i pojechałem z nim na obiad do ks. Henryko wej Lubomirskiej, 
która bardzo łaskawa na nas obu i gdzieśmy obiadowali z Zdzisła- 
wem Zamojskim, z Helclem, z Adasiem Sapiehą i t. d. Ja chcę 
koniecznie jutro wyjechaó, aby Igo módz stanąć u Żanci. Stach 
mnie nie puszcza i Maisonneuye także, proszą, ażebym dopiero w po- 
niedziałek do dnia ruszył, a że Adaś Sapieha tego dnia wyjeżdża 
i będzie miał w Bochni na przeprząg konie, więc może ułożymy 
się o wspólne jazdę i wysłucham żądania Stacha. Po obiedzie 
księżny pojechaliśmy po Maisonneuva i zabrawszy go, poszliśmy na 
wieczór do Helcia, był tam i ks. Jakubowski i Zdzisław Zamojski, 
który wydaje tłómaczenie całego Nikolas. Na żądanie powszechne 
przeczytałem wiersz do Słowika o locie skowronka, który bardzo 
się podobał i czytałem kilka scen z Makbeta ^) przed wielbicielami 
Szekspira. Dziś mieliśmy dzień śliczny, mróz suchy. Lecz już późno. 
Dobranoc Wam. 

Niedziela 14, Stało się jak chciał Stacho, jutro dopiero wy- 
jadę z Adamem Sapiehą, biorę go do Bochni, do^ mego pojazdu, 
a z Bochni, gdzie konie jego czekają z pojazdem, on mnie weźmie 
do swego. Tym sposobem wcześnie stanę w Tarnowie i będę mógł 
z adwokatem się widzieó i byó w Gumniskach. Wyjedziemy jutro 
o szóstej z rana, dziś już u Stacha nocowaó będę. Dzień dzisiejszy 
rozpocząłem od listu do p. Niny, której posłałem wiersz niezmie- 
niony. Nastąpiły potem rachunki z Maisonneuvem, urządzenie kasy 
naszego chłopaka, zakupienie reszty sprawunków. Sumy ogromne wy- 
dałem i przed wyjazdem z Dobrzechowabędę musiał nadesłać zasiłek. 
Po mszy u Panny Maryi, z muzyką, poszliśmy do jen. Chłopickiego 
lecz go nie zastałem, pojechał do Krzeszowic, bo pani Arturowa i 
p. Adam wrócili z Łańcuta. Wstąpiłem na resursę dla przeczyta- 
nia wyjątków z listu o Pileckim, podpisanego Kajetan Koźmian, 
umieszczonego w Kuryerze i w Gazecie, a o którym mi wczoraj 



^) W przekładzie autora „Listów". (P. W.) 



Digitized by 



Google 



118 

wspominał ks. Jakubowski. Na mszy spotkałem się z panią Desku- 
rową, która już rano przysłała do mnie z zapytaniem o zdrowie 
p. Dłuskiej. Przygotowałem ją do bolesnego ciosu, a pannie Szy- 
manowskiej powiedziałem całą prawdę. Po mszy zaprowadziłem 
Stasia do nowego mieszkania, gdzie mu umeblowane pokoiki odda- 
łem ze stolikiem jego, przybranym w potrzebne rzeczy do pisania. 
Właśnie też odebrał poczciwy list od poczciwego Romana, a z nim 
dawniejszy od Taczana. Ja zaś miałem list od Żanci, która na 17go 
męża wygląda, aby tylko nie nadaremnie. Oddawszy parę wizyt 
pożegnalnych, zabrałem moich panów na obiad ostatni. Smutno, 
smutno rozstawać się z moim poczciwym chłopakiem, mam na- 
dzieję, że ten nasz smutek na jego korzyść się obróci i że tu nie 
straci mamie czasu. List ten Stasiowi zostawię, jutro go wyprawi; 
wieczorem, słowo dodam. 

O lOtej wieczorem. Ostatnią już noc przebędę z moim Sta- 
chem w jego nowem mieszkaniu, które wcale schludne i wygodne. 
Pobłogosławcie temu mieszkaniu w myśli. Zjadłszy obiad, puściłem 
się ńa pożegnanie do Wielogłowskich, Wężyka, który bardzo czule 
ranie żegnał, a z wielkiem uszanowaniem i czcią mówił o Czar- 
nieckim, którego po raz drugi czyta. Jutro wyprawię ten list. 



16go listopada Tarnów. 
Już nie widzę miłej i poczciwej twarzyczki mego Stacha. Już 
mi tak smutno i tęskno po nim jak i wam. Wczoraj o 7mej na- 
stąpiło bolesne rozstanie. Wstaliśmy o 5tej, ostatnie rozporządzenia 
i układy poczynili. Dałem Stachowi na rezerwę 4 dukaty w złocie 
z błogosławieństwem, po czem poszliśmy do PoUera na śniadanie, 
gdzie na mnie Sapieha czekał. Ztamtąd więc wyjechałem, tam po- 
żegnanie nastąpiło. Poczciwy Maisonneuye był rozczulony, Staś był 
mężny i ja na męstwo się zdobyłem. Do Bochni prędko przeby- 
liśmy sześciomilową przestrzeń, w towarzystwie rozmawiając, czas 
nie długi się zdawał. W Bochni czekały konie i pojazd Sapiehy; 
zostawiwszy więc moje z Michałem, ruszyliśmy zaraz i o 5tej by- 
liśmy w Tarnowie. Na chwilę wstąpiłem do mego adwokata dla 
porozumienia się o spis inwentarza, który zaraz nastąpi, poczem 
pojechaliśmy do Gumnisk na obiad i wieczór. Ks. Władysław^) 
jest w Wiedniu, jest tylko księżna z córkami i synami. Po obiedzie 
młodzież pojechała na jakieś widowisko do Tarnowa, ja pozostałem 



1) Sanguszko. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



114 

z księżną i z Sapiehami. Księżna opowiedziała rai cały swój pobyt 
na północy i wszystko, co się w jej sercu dzieje. O lOtej odesłano 
mnie do Tarnowa, do hotelu, gdyż chciałem rano ztąd wyjechaó. 
Idę jeszcze do adwokata i zaraz ruszam do Źanci, u której dziś 
chcę stanąć. 

Zapomniałem doda<5, że wczoraj w Gdowie spotkaliśmy się 
z Janem Wielopolskim, teściem Stanisława Jabłonowskiego, który 
się bardzo o ciebie kochany ojcze dopytywał i przypomnieć go pa- 
mięci twej polecił. Ma lat 80, dobrze wygląda miły i grzeczny 
staruszek. 

17go we środą od Żancika. Umówiwszy się z adwokatem, że 
w niedzielę 22 zjedzie z komornikiem do Dobrzechowa, do spisa- 
nia inwentarza, o 9tej ruszyłem z Tamowa. Już tedy sądy austry- 
ackie przyjęły uchwałę rady familijnej i przecież nie będę miał 
do czynienia z forum, co by było zabójczcra. Obiecuje mi adwokat, 
że w ośm dni czynność inwentacyi zakończy się. Będę więc mógł 
tak, jak sobie układałem, wyjechać pierwszych dni grudnia. Dnia 
jeszcze nie oznaczam, ale nie znajdziecie we mnie Włodzia i nie 
po Włodziowsku spieszyć do was będę. Około litej stanąłem 
w Parkoszu, lecz już Bobrowskich nie zastałem. Popasłem więc 
w Dębicy i ztamtąd na drugi popas do Kopczyc ruszyłem. Tam 
zjechałem się z Bobrowskimi. Wsiadłem więc do ich pojazdu po 
popasie, lecz że ich konie wolniej szły od moich, o milę od Rze- 
szowa wyprzedziłem ich mojemi, ażeby prędzej uściskać Żaneię i 
Włodzia Zajechawszy przed ganek staromiejski, pierwsze pytanie 
było: A jest Włodzio? Naturalna odpowiedź była nie ma. A więc 
już nigdy nie przyjedzie pomyślałem, kiedy nawet na imieniny 
matki nie starał się podążyć. I matka i żona i dzieci oczekują go 
dzisiaj i już od dwóch dni wysłali konie po niego na granicę i do 
Sokołowa. Ja się go nie spodziewam. Dusio dziś w nocy co chwila 
się budził i pytał: A przyjechał tatko? Takie mantyctwo prze- 
chodzi wszelką miarę. Pisał do Żanci, że ligo z Uchowiecka nie- 
zawodnie wyjedzie. Fizyczne jest więc niepodobieństwo, aby tu 
dziś zdążył, zwłaszcza jeżeli u was parę dni odpoczywał. Eóżne mu 
tu gotujemy niespodzianki na karę. Ja go nazwałem Sitarzem Bił- 
gorajskim, który, jak wiecie, porzuca żonę i dzieci i idzie w świat 
na rok dwa, trzy, nigdy nie mogąc oznaczyć czasu powrotu. Za- 
stałem tu poczciwego Ignacego ^), który jak przyrzekł, tak zjechał na 
dzień dzisiejszy. Marysia przelękła się złej drogi która w istocie 



1) Skrzyńskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



116 

na szossę niegodziwa. Sławcio nie przyjechał, bo zachorował i do- 
ktor nie pozwolił mu ruszyć się z domu. Włodzio i u matki i 
u żony byłby zmazał winy swoje, gdyby był na dziś podążył. 
Bardzo będzie przykro i jednej i drugiej, jeżeli się go dziś nie do- 
czekają. Żancik krząta się od rana i przygotowuje na przyjęcie 
gości. Wspomogłem jej stół kwiczołami krakowskiemi, które się jej 
przydały, bo zwierzyny mało miała. Zastałem tu list od p. Pawła 
Stadnickiego z wiadomościami warszawskiemi i z Turwi. Edwarda 
list bardzo rozsądny, zapatruje się na swoje postanowienie z wła- 
ściwego stanowiska; nie poetyzuje i ani siebie, ani swej przyszłej 
w krainie marzeń nie stawia. Ślub na 18 maja naznaczony, bła- 
gają, abym się na niego wybrał. 

18go we Czwartek, Włodzia nie ma, przez cały dzień wczoraj 
yi^vjQQi^ go oczekiwali i spodziewali się, tylko ja jeden twierdzi- 
łem, że nie przyjedzie i założyłem się, i wygrałem zakład. 

Jasnym wieczorem, gdy już goście zaczęli się zjeżdżaó, 
nadszedł list mamy z 13go o przybyciu Jakóba, który zabił Żanci 
nadzieję, chociaż jeszcze można było mniemaó, że przyjechawszy 
13go, zabawiwszy przez 14go, wyjechawszy I5go, ściągnie tu l7go 
w nocy. Dziś 18go rano, a nie ma go, a koni 12cie rozstawionych 
na granicy i w Sokołowie czeka. Ja przez dziś tu zostaję, acz bez 
nadziei doczekania się go: Wyście w zeszłą sobotę musieli pisaó 
do Krakowa, źle porachowaliście dni mego tamże pobytu. Ja nie 
Włodzio, i jak powiedziałem, że na 17go tu będę, tak byłem. Pó- 
źniej więc wasze listy odbiorę, ten zaś, którego mi brakuje, w któ- 
rym donosiliście o śmierci p. Dłuskiej, gdzieś zaległ w Krakowie, 
bo go Fiszel tam odesłał. Wczoraj od rana Żancik się krzątał i 
wszystko co potrzeba, przygotowywał na festyn, którym chciał święto 
matki i przybycie męża uczció. W tem patrzę łzy w oczach, jakieś 
zmartwienie ; pytam jakie, kucharze się popili i pewnie wszystko 
popsują i na czas nie zrobią. Niepotrzebne były łzy i kłopot, bo 
wszystko jak najlepiej się odbyło. Obiad był na czas w szczuplej- 
szem gronie, wieczorem Żancik oświecił al giomo pokoje. Zjechali 
się goście, do 40 osób. Herbata była elegancka z różnemi przysma- 
kami, po herbacie odezwał się fortepian i skrzypce, zaczęły się 
ochocze tany, było par siedem. Żancik był bardzo ładny, w cie- 
mnej sukni z czarną aksamitną katanką, włosy w tyle w puklach ; i 
ładnie była ubrana i była bardzo po dawnemu ładna, a jej Siciarz 
nie wrócił, aby ją widzieó. Tańcowała żwawo i bardzo jej to chwa- 
liłem. Chłopczyki były grzeczne, wystrojone i ładne. Bozdawano 



Digitized by 



Google 



116 

obficie chłodniki, przed półnoeą kolacja suta i smaczna. Tancerze 
podoohocili sobie częstemi kielichami i po wieczerzy tany szły 
jeszcze żwawiej za godzinę pierwszą. Słowem, festyn zupełnie się 
udał, nic nie chybiło, nawet i to, że Włodzio nie przyjechał. Dziś 
rano Ignacy opuścił nas, ja zostaję przez dziś, bo mam w Bzeszowie 
parę interesów i wiele listów do pisania, a najprzód do mego 
Stacha. Do kanonika napisałem i przyłączam, proszę go zaraz 
odesłać. 

19go w sobota. Cud się stał. Zjawisko nadzwyczajne! Dziś 
o 3ciej w nocy, ktoś, czy może duch jaki przybrawszy postaó Wło- 
dzia, napadł Staromieście, stukał, stukał jak mówią, dobijał się do 
drzwi, nie mógł się dostukaó; przez garderobę więc przebił się do 
pokoju Żanci, co się dalej stało, nie wiem, taki tylko raport przez 
Michała miałem. Lękam się o Żancię, bo powtarzam to duch jakiś 
lub oszust, to nie może byó sam, prawdziwy Włodzio. Gdzieżby 
prawdziwy tak spiesznie i akuratnie przyjechał, tylko w dzień po 
ostatecznym terminie. Czy to fałszywy czy prawdziwy Włodzio, 
zawsze mi od was wieści przywiezie, czekam więc na jego ocknie- 
nie i ukazanie się. Praworny przewidywał wszystkie kary, które 
tu na niego czekały i w nocy przyjechawszy, wszystkie plany nasze 
popsuł. Mantyka, Maruda, bałamut nie wart amnestyi. Ale chwała 
Bogu, że już jest i że Żancia odpocznie po tylu kłopotach i niespo- 
kojnościach. 

Wczoraj rano pisałem długo, zajrzałem do Bzeszowa, a po 
objedzie pojechałem z Boznańskim i proboszczem do Henryków 
Jędrzejowiczów, u których zostaliśmy na wieczór na wisku. Mie- 
szkają oni w Bzeszowie i bardzo ładne mają mieszkanie. Zawsze 
poczciwi i szczęśliwi. Panie nasze nie pojechały z nami, bo po 
pracy i tanach onegdajszych Żancię trochę głowa bolała. Miałem 
zaraz wysłać list na pocztę, wstrzymuję się aż do ujrzenia owego 
ducha, który postać Włodzia wziął na siebie. 

Dotknąłem się go, on to sam jest. Fury, rzeczy, Jakób, zostali 
jeszcze na granicy, lecz wszystko przeprawił przez komorę, a sam 
rosŁstawionemi końmi pospieszył. Żancik odurzony radością, dzieci 
nszczęśliwione. Guścio już zdał przed ojcem egzamin, wydziwić 
się nie może postępom, bo już chłopczyk czytać zaczyna po polsku, 
a sylabizuje po niemiecku. Dzięki Bogu, żeście zdrowi. Włodzio Ma- 
musia chwali, a ja go do serca przyciskam. Cieszę się, że browar 
nie źle idzie. O Stacha bądźcie spokojni, ma on dobrych opiekunów 
i zdrowia i umysłu i duszy. Gdyby się czuł przeciążony lekcyami, 
zmniejszemy ich liczbę, posyłam mu waszą kartkę. Zatrzymują 



Digitized by 



Google 



117 

ranie koniecznie przez dzisiaj, nie wiem, czy się potrafię oprze<5. 
Do Turwi dziś list wyprawiam. Prośbę St. do was zaniesioną 
o błogosławieństwo z rozrzewnieniem czytałem, spodziewam się, 
żeście mu je przesłali. Żegnam was moi najdrożsi, za trzy tygodnie 
najdalej uściskam was. Pokoje moje ułóż, droga matko, jak ci się 
podoba, najmilsze mi będą przez ciebie urządzone. Niech tylko zo- 
staną portrety Stacha, które mi go przypominać będą. Wszystkim 
czułości, a wam trojgu uściśnienia miłości. 

A, E, Koimian, 

Dodaję słówko do listu Jędrusia; on wam o wszystkiem do- 
nosi, o tera, co było i nie było, bo on zawsze najdroższy, najlepszy 
figlować musi; drogie istoty pojmiecie już moją spokojność, że 
widzę, że już go mamy między nami ; zawsze Włodzio jest naj- 
lepszy i zawsze kochaó się każe. Dzięki wam za drogie wasze wy- 
razy, z wdzięcznością ręce całuję za nie i za dary. Moja luba 
Mamdziu, co tylko masz najładniejszego, mnie tym obdarzasz, czyż 
ja warta, żebyś się zawsze ogałacała. Ale ja już serca twego nie 
odmienię, więc z serca przyjmuję każdą twoją drogą mi pamięó. 
Manusi dziękuję za przypisek, najmilsza, najlepsza kocbaneczka pa- 
mięta o mnie. Niech ją Bóg błogosławi i niech pewna będzie, że 
ją szczerze kocham, tak jak Stachusia; bo jakże ich nie kochaó. 
Jędrusia może uprosimy, że dzień dzisiejszy poświęci już nie dla 
nas, ale dla Włodzia, smutno nam znowu będzie, bo dla mnie 
chwile są najszczęśliwsze, kiedy go widzieó mogę. Ściskam was 
moi ukochani, wkrótce pisać będę, teraz wam ponawiam moje naj- 
szczersze do was przywiązanie. 

Joanna Bobrotenicka. 

Proszę powiedzieć p. Juliuszowi, że dziś ostatecznie kupuję 
wino i wyprawiam plenipotencyę, nie mogłem prędzej, bo musi 
być legalizowana przez cyrkuł, aby była tam przyjęta. 

A, E. Koimian. 



Staromieście 18 listopiula 1852^). 
Wyznaję, że nie odbierając od Was moi drodzy odpowiedzi 
na mój list z Dobrzechowa pisany, juzem się zaczął niecierpliwić, 
i już skarżyłem się na was i oskarżyłem was przed matką. Pismo 



^) Do Stanisława i Jana Koźmianów. 



Digitized by 



Google 



118 

wasze^ które mnie wczoraj tu doszło za powrotem z Krakowa, za- 
spokoiło ranie, i waszą winę zatarło — odebrałem przy niera skrypt 
w oryginale, na który rewers przyłączam, bo nie tylko Kartuzy 
powtarzać sobie powinni memento moń — w tych dniach użyję 
tego skryptu ; w następnym bowiem tygodniu rozpocznie się inwen- 
tacya majątku małoletnich. Z wielką przyjemnością i uradowaniem 
czytałem i odczytałem list Stasia. Miło mi widzieć, że przystępuje 
do najważniejszego aktu życia domowego, z usposobieniem, dalsze 
szczęście zapewniającem, z namysłem, z powagą, bez zbytecznych 
uniesień i poezyi; a jednak z pewnym pociągiem i skłonnością, 
bez których nie byłoby przyjemności w pożyciu. Zdaje mi się, ko- 
chany mój Stasiu, że oceniasz swoją przyszłą towarzyszkę w wła- 
ściwy sposób. Nie znam jej dobrze, ale z tego, com słyszał o niej 
i ze spostrzeżeń jakie zrobić mogłem, widząc ją, zgadzam się z tobą 
że tam jest grunt wyborny. 

Niech ci Bóg dopomaga i dopomoże, bo to jego widocznie 
zrządzenie i ani na chwilę nie wątpię, że co się stało zgodnie z jego 
wolą stało się dla twego szczęścia. Nie mogę więc jak tylko rado- 
wać się, wraz z wszystkierai, którzy ci najprzychylniejsi, a sobie 
życzyć żebym był świadkiem dnia i aktu, który twój nowy zawód 
rozpocznie. Nie mogę dziś zaręczyć, że mi się uda spełnić to gorące 
życzenie moje, ale ci zaręczam, że wszelkiego starania dołożę, 
abym je spełnił. Podając więc prośbę o paszport wiośniany do Ga- 
licyi, zażądam go razem i w Poznańskie — lecz na to będzie mi 
potrzebny list jakiego adwokata, wzywający mnie tam dla intere- 
sów małoletnich, o czem później pomówimy. Teraz chcecie wie- 
dzieć jakie były obroty moje, od czasu wysłania do was mego listu 
Dobrzechowskiego. Objechawszy ze Stasiem rodzinę jego matki, na 
którą wycieczkę zeszło mi dni dziesięć, zabawiłem tydzień w Do- 
brzechowie, po czem wybrałem się ze Stasiem i Maisonneuyem do 
Krakowa. Po drodze wstąpiliśmy do Gumnisk do ks. Władysława 
Sanguszki, gdzie Staś dobrze się poznał, i ze starszym jego synem 
Bomanem, który za miesiąc jedzie do Petersburga, dla wejścia 
w służbę wojskową, i z młodszym Pawłem, który z nim w Krako- 
wie koUegować będzie. Do Krakowa przybyliśmy w dzień Zadu- 
szny; właściwy to dzień na przybycie do miasta smutku, grobów 
i pamiątek. Zabawiłem w Krakowie dni 15 — pozostałem dopó- 
kim Stasia nie umieścił — i planu naszego nauk w wykonanie nie 
wprowadził. Po długim namyśle i naradzie z osobami, na których 
zdaniu polegać mogłem, postanowiłem dać mu najlepszych nau- 
czycieli do lekcyi prywatnych, i zapisać go na nadzwyczajnego 



Digitized by 



Google 



110 

ucznia Uniwersytetu, dla słuchania przedmiotów potrzebnych do 
uzupełnienia naszego planu nauki. W ułatwieniu wszelkich tru- 
dności, w naradzie, w wyborze przedmiotów nauki i nauczycieli, 
najczynniejszą i najskuteczniejszą pomoc znalazłem u Wielogłow- 
skiego i u ks. Jakubowskiego, rektora Pijarów, który jest bardzo 
zdolnym, uczonym, a gorliwym kapłanem. Prywatnych lekcyi będzie 
więc miał mój jedynak 24 tygodniowo — 8 godziny matematyki, 
3 chemii, 3 fizyki, 3 niemieckiego języka, 2 łaciny, 3 geometryi 
wykreślnej, 2 rossyjskiego języka, 3 fechtunku, 4 z Maisonneuvem 
łaciny i stylu fruncuskiego ; w Uniwersytecie będzie słuchał 6 go- 
dzin hist. prawa polskiego Helcia, nie dla prawa, lecz dlahistoryi, 
bo to jedyny kurs, wykładający rzeczy polskie, 6 godzin hist. 
Walewskiego, 3 fizyki Kuczyńskiego, bardzo znakomitego profesora, 
3 matematyki Steczkowskiego. Zdaje się, że w wyborze nauczycieli 
prywatnych byłem szczęśliwy. Najwięcej mi winszują Żebrawskiego 
do geora. wykreślnej, który jest wielką znakomitością w tej nauce, 
a który będąc inżynierem naczelnym okręgu krak., nie podejmuje 
się dawania lekcyi prywatnych. Jak widzicie, mój jedynak będzie 
miał czas zapełniony. Nająłem mu mieszkanie na Mikołajskiej ulicy, 
umeblowałem je, urządziłem całe gospodarstwo i pod strażą Boską 
Maisonneuya i łaskawych na niego, a wybranych przeżeranie opie- 
kunów, zostawiłem go i rozstałem się z nim 15go w poniedziałek. 
Smutne to bardzo było rozstanie, ale dało mi pociechę i zaspoko- 
jenie, jakiego się doznaje, dopełniwszy obowiązku. Poznawszy do- 
brze Kraków, nabyłem przekonania, że to jest dziś miejsce najwła- 
ściwsze na naukę dla młodzieńca polskiego. Wielu tam jest zdol- 
nych, nawet znakomitych nauczycieli, wiele pomocy dla nauki. Do- 
tąd w powietrzu był brak elektryczności, który w ospałości i nie- 
dbalstwie utrzymywał i uczniów i nauczycieli — dziś to powietrze 
elektryzuje się. Jest tam zawiązek zdolnej i pracowitej młodzieży, 
podobny do tego, jaki utworzyłeś kochany Jasiu w Berlinie. Z tą 
celną młodzieżą zapoznałem Stasia, należą do niej Michałowscy, 
synowie Piotra, Tarnowscy z Dzikowa. Marcin Popiel, dwaj Bade- 
niowie, Wodzicki, Gorajski, Sanguszko, Eodryg Potocki z Chrząstowa, 
Ostrowski, syn Tadeusza. Mimo to, jakże mało Galicya korzysta 
z Krakowa. Wstyd to i zgorszenie. Poszukujemy Tirlemontów, 
Brugeletów, a zaniedbujemy jedyną szkołę narodową ; w Wiedniu 
jest 800 uczniów polskich, we Lwowie 400, w Krakowie ledwie 
200. Ta występna obojętność grozi istotnem niebezpieczeństwem 
bytowi zakładów krakowskich. W Krakowie widziałem się z wielu 
znajomemi, u Wężyka codzień bywałem, przywiozłem mu Czarnie - 

SJBtj Andnejft EoimiaiiA. T. U. 10 



Digitized by 



Google 



120 

ckiego, wysłuchałem jego Bezkrólewie. Spotkałem się z Margr. 
Wielopolskim, który się do Cezarego wybiera, z Zdzisławem Zamoj- 
skim, który u Walerego drukuje tłómaczenie Nicolasa. Chłopickiego 
codzień widywałem; zdrów i dziarski, zajął bardzo Stasia opowia- 
daniami wojennemi, na które gdy się go wyprowadzi, młodnieje, 
ożywia się i wymownym się staje. Pana Adama nie widziałem, 
gdyż był w Krzeszowicach, nie chciał i nie mógł przyjmowa<S tylko 
najbliższych i najpoufalszych, potem jeździł do Łańcuta. lOgo zaś 
grudnia wypływa wraz z żoną z Tryestu na pielgrzymkę do ziemi 
świętej, którą ślubował. Zapewniano mnie, że próba przez którą 
przeszedł, najzbawienniej wpłynęła na jego charakter, który się 
wykształcił, dojrzał, pozbył się wyniosłości i wszelkiej żółci. Wi- 
działem się z Polem, czytał wyjątki, z ukończonego po- 
ematu żołnierskiego z czasów Stanisława Augusta, bohaterem jego 
jest Mohort i takiż tytuł jego, przepisuje go teraz i chce go 
w Petersburgu drukować. Widziałem się z redaktorami Czasu, 
lecz Manna nie zastałem. Ale muszę was przestrzedz, że zapewne 
mimowolnie, bardzoście boleśnie dotknęli Wielogłowskiego, umie- 
szczając o nim w Przeglądzie korespondencyę z Krakowa. Czyta- 
łem ją i znalazłem ją niesprawiedliwą, niewłaściwą, i takież same 
jest zdanie wszystkich ludzi bezstronnych i rozsądnych. Walery 
ma wielu przeciwników, lecz nie wierzcie potwarzom. Jest on ostro- 
żnym, ma wiele względów do szanowania, ale zawsze jego 
usiłowania są poczciwe i działanie użyteczne. Odwołajcie jakim 
sposobem sąd nieuważny i niesprawiedliwy, zaspokójcie, go uła- 
godźcie jego boleść, która się łatwo da pojąć. On się bronić musi, 
nie chcąc czepiać się korespondenta aby go nie wystawić na od- 
powiedzialność polityczną, musi przyjąć wydaną walkę i walczyć 
z redakcyą Przeglądu. Czas będzie jego sprzymierzeńcem. Po co ta 
walka, ta wojna domowa w jednym i tym samym obozie. Wierzcie 
mi, że ten artykuł Przeglądu, najboleśniejsze zrobił w Krakowie 
wrażenie, uradował tylko przeciwną rotę. Ponieważ Przegląd nie 
ma tu w Galicyi przystępu, nie czytałem całego ostatniego numeru 
tylko poprzedzające u Ludwika Skrzyńskiego, który ma osobne i po- 
dobno jedyne na niego pozwolenie. Nie mogąc więc mieć nadziei 
dostania zeszytu bieżącego, proszę waS; ażebyście mnie tu bez zwłoki 
nadesłali przepisany wiersz jenerała Morawskiego „Okręt zamarzły". 
Jeżeli mi zaraz na ten list odpiszecie, dojdzie mnie jeszcze wasza 
odpowiedź. Pioszę kochanej Azi, ażeby przypilnowała pospiechu 
w odpowiedzi i swą drogą ręką przepisała mi Okręt, wszakże ja 
wam udzielam co mogę, i dziś posyłam ostatni śliczny wierszyk 



Digitized by 



Google 



121 

ojca mego do panny Łuszczewskiej. Pisałem wam dawniej obszernie 
o tem fenomenalnem dziewczęciu. Gdym po powrocie z Warszawy 
opowiadał o niem mojemu ojcu, wierzyć nie chciał, twierdził że 
się daję uwodzić imaginacyi. Tymczasem na żądanie moje, aby mój 
ojciec ręką najstarszego wieszcza pobłogosławił młodemu natchnie- 
niu, pani Nina , po wyjeździe moim do Galicyi , nadesłała mi kilka 
poezyi czternastoletniej improwizatorki , między niemi był jeden 
wiersz do mnie, drugi do mego ojca, a najznakomitszym utworem 
była poezya bohater na słowo dane przez pana Andrzeja Zamoj- 
skiego zaimprowizowana. Otóż te poezye, przekonały, nawet mego 
ojca o rzeczywistości fenomenu, złożył broń i pisząc mi o nich, 
wyznał, że tego rodzaju natchnienie jest zadziwiające ; że nie mo- 
żna pojąć, zkąd w tak młodej dziewczynie, tyle ducha, myśli, tyle 
wiadomości, taka czystość i znajomość języka. Wrażenie jakiego 
doznał, musiało być silnem, kiedy w trzy tygodnie po odebraniu 
tych poezyj, nadesłał mi wiersz, który przyłączam, a który z Kra- 
kowa posłałem pani Łuszczewskiej. Pytasz mnie kochany Janie, 
co z biblioteki dałem Branickiemu. Z wyjątkiem dzieł praktycznej 
użyteczności, oddałem cały zbiór starożytny polski, wszystkie dawne 
rękopisma, dyplomata i starożytne autografy. Zachowałem tylko 
to wszystko, co jest pamiątką osób mi drogich, wszystkie autografy 
obce i nasze współczesne i nowsze, wiele więc ciekawości piśmien- 
nych zostało. Dubletami zapełniły się próżne półki, a że jestem 
pszczołą, znowu na miód pracującą, gdy jej ul podbiorą, znowu 
gdy się sposobność zdarzy zbieram i teraz z Krakowa, kilkanaście 
nie złych staruszków wiozę. Pozbycie się mego zbioru, było jedną 
z najboleśniejszych ofiar na jaką w życiu skazany byłem, nie lubię 
o niej myśleć. Nie umiem ci powiedzieć co się dzieje z biblioteką 
Odnowską, lecz napiszę do Batowskiego i doniosę ci. Mam polecenie 
od jenerałowej Skrzyneckiej powinszowania d Stasiu i złożenia jej 
najszczerszych życzeń, bardzo cię mile ona wspomina. Wyjechawszy 
z Krakowa 15 stanąłem tu 16go, bo 17 obchodziliśmy dzień święta 
matki Wlodzia", jego dotąd tu niema, od roku biedna a poczciwa 
i zawsze ładna i miła żona jego tęskni bez niego, codzień spo- 
dziewany powrót jego z Wołynia. Ja jutro ztąd wyjeżdżam. Zabawię 
w Dobrzechowie do pierwszych dni grudnia. Chrzanowskiego umie- 
ściłem u Władysława Skrzyńskiego, a poleciłem go nie jednemu 
i Sapieże Adamowi i Krasickiemu. Miał on pisać do ciebie, już 
objął miejsce kontrolera w Bachorzu, jest to posada tymczasowa, 
^nim się z miejscowością obezna. Eozpisałem się, a niewyraźnie 
koszlawo. bo piszę w nocy, chcąc zaraz jutro list ten wyprawić. 



Digitized by 



Google 



m 

Broszurkę p. Montalembert nadeszle rai Wielogłowski, nie mniej 
nowe dzieło Nicolasa: Sur le protestantisme, które ma zawierać 
zwycięską odpowiedź na mowę p. Guizot. Nie odpowiedziałeś mi 
na moje zapytanie listu poprzedzającego, gdzie można dostać rysu 
życia ks. Radziwiłła mojego piói a ; proszę cię bardzo o odpowiedź w przy- 
szłym liście a teraz was żegnam, ściskam i zawsze jednem sercem 
kocham. Wystawiam sobie jakie było wasze przerażenie, gdy napad 
choleryczny objawił się u jenerała, powiedźcie mu moje uczczenia 
równie jak i pani jenerałowej. W wigilią mego wyjazdu nadszedł 
do Krakowa list ks. Baczyńskiego z nader bolesną wiadomością 
o niebezpiecznym stanie ks. Antoniewicza, nie wspominano mnie 
o nim, mam więc nadzieję, że wieść ta była przesadzona. Gdy 
się rozeszła, powszechny smutek ogarnął cały Kraków. 

Teraz macie ostatnie rymy mego ojca : Do Jadwigi Łuszczew- 
skiej odpowiedź starego rymoklety na jej wiersze : 

Bujaj nadludzkie dziewczę nad obłoki , 
Kiedy ci skrzydła zesłali Anieli, 
Mnie ciągnie ziemia, — Grób czeka na zwłoki. 
Duch zgasły w piersiach, lotu nie ośmieli. 

Tobie gdy z ognia niebieskiego błyskiem, 
Wieszcze natchnienie, mdłe piersi przenika, 
Z lotem skowronka , łączysz głos słowika ; 
I to twej wiosny zjawiskiem. 

Jak zwać, co samym mędrcom podziw czyni 
Przychodzą młode podchwycić pojęcia, 
Odpowiedź w rymach płynie z ust dziewczęcia, 
Jak kumejskiej prorokini. 

Dziwiąc się razem troszczę się o Ciebie, 
Gdy wzlecisz w górę, nieścigniona okiem, 
By zachwyceni, twych pieśni urokiem. 
Nie zatrzymali Cię, Anieli w niebie. 

Nie same zwiedzaj nadpowietrzne światy. 
Skieruj ku ziemi i lot i źrenice. 
Są na niej ciernie, ale są i kwiaty, 
Wieńcz niemi siebie, braci i rodzice. 

A jeźli mojej, zaprzeczysz obawie, 

I w wyższych sferach, wsławisz pierś dziecinną, 

Witam Cię! starą ręką błogosławię, 

Eośnij dla Polski! druga w niej Korynno. 



Digitized by 



Google 



128 

Kajetan Koźmian w 81 roku życia przeprasza za pokusą 
rymoklectwa. 4 łistop. 1852 w Piotrowicach. 

Dodać winienem co do Walerego, że on nie okazuje dla Prze- 
glądu ani gniewu ani urazy; lecz bardzo mu bolesnym był ten nie- 
spodziewany atak. Tem więc więcej winniście mu zadość uczy- 
nienie. 

W tej chwili dziś 19 wrócił Włodzio — przywiózł mi do- 
bre wiadomości z Piotrowic, mój ojciec przysłał mi list twój Stasiu 
do niego pisany, czytałem go z rozrzewnieniem, panie Zamojskie 
były w Wronowie. 



W tem miejscu rozpoczynają się listy do rodziców, oraz cią- 
głość korespondencyj. 

8go stycznia 1853 w sobotą MińsJc,^) 
Z pod dachu kochanej i najmilszej Maryni i poczciwego Ka- 
rola przesyłam wam pierwsze uściśnienie podróżne. Eozstawszy się 
z moim Maniusiem w Lublinie, jechaliśmy nie zbyt ciasno i dość 
wygodnie. W Kurowie dostaliśmy za towarzyszkę jakąś panie, któ- 
rej Aleksander obok niej siedzący, przez całą drogę przyśpiewywał, 
jakby słowik samiczce na wiosnę. Co to pani Słowikowa na to po- 
wie. Przyjechaliśmy o 8mej do Dąbrowy i tam rozstanie nastąpiło. 
Aleksander z dobrym humorem, z śpiewkami i z swoją sąsiadką, 
Bieczyna i Staś Skrz. ulecieli ku Warszawie, a ja ogarnąwszy się 
i posiliwszy, bryczką pocztową pospieszyłem do Mińska i stanąłem 
tam na 11. Zastałem wszystkich zdrowych, lecz na Maryni i ra- 
wet Karolu znać obawy i trudy choleryczne, oboje pomizemieli, 
dzieciny zaś kwitnące, śliczniutkie, milutkie, słodziutkie, jakiś lep 
mają w sobie, że zaraz lgną do serca. Przyjęto mnie w pokoju panny 
Kamilli, która ze wszystkich najlepiej wygląda i ma bardzo ładnie 
i wygodnie urządzony pokoik, tak że zwykle u niej się wszyscy 
zbierają. Zastałem tu panie Jezierską, która się z czułością przypo- 
mina waszej pamięci. Hu tu obsypano mnie zapytaniami o was, 
o Maniusia, o Stachu; Maniuś i Stach w wielkich są łaskach, 
a o Stachu krakowskie wiadomości ciągle brzmią pochlebnie. Taida*) 
pisała do siostry z wielkiemi o nim pochwałami, dodając, że się 



^) W Królestwie Polskiem, majątek hr. Karola Jezierskiego, zię- 
cia jenerała Morawskiego. (P. W.) 

*) Hrabina Leonsowa Rzewuska (P. W.) 



Digitized by 



Google 



124 

bardzo Leonsowi podobał, a tak nasz poczciwy chłopczyk już za- 
czyna zapracowywać na nie złą reputacyę. Wczoraj odebrała Mary- 
nia list od ojca, przy mnie nadszedł ; domyślał się jenerał, że przy 
mnie nadejdzie i wiele dał Maryni przyjaznych co do mnie pole- 
ceń i zaleceń, aby mi nie było ani chłodno, ani głodno, ani nudno 
i t. d Nie jest mi też ani głodno, ani nudno, ani zimno. Mało co 
znano tu z poezyi Deotymy, czytaliśmy wczoraj niektóre, czytaliśmy 
wiersz do wieszcza i odpowiedź. Oba zachwyciły i jako bardzo 
pi«jkne i jako utwory, pierwszy najranniejszej młodości, drugi sę- 
dziwości. I w istocie cud to prawdziwy, żeby wiosna rodziła owoce, 
a zima kwiaty. Ja przez dziś tu bawię, jutro Karol daje mi konie 
o 5 mil do Radzymina, zkąd biorę pocztę do Serocka, i może ku- 
ryerkę warszawską uchwycę. Z Warszawy mało co tu wiedzą, nie 
ma by(5 bardzo świetna. Pan Konstanty Zamojski, acz bardzo chory, 
na wyraźny i silny rozkaz ks. feldmarszałka powrócił z całą ro- 
dziną i podobno już wszyscy pozostaną tutaj. Wiecie z gazet, że 
pani Edwardowa Baczyńska umarła, bardzo mi jej żal. Ona zawsze 
taka była łaskawa i uprzejma dla mnie i taka wielbicielka Czar- 
nieckiego. 

9go w niedzielą o 10 ztąd wyjeżdżam do Eadzymina, mil 5. 
Karol daje mi swoje konie. W Eadzyminie biorę pocztę do Se- 
rocka o półtorej mili i mam nadzieję, że wieczorem około 8mej 
uchwycę kuryerkę warszawską, którą do Łomży na lOtą z rana 
przybędę. Tam odpocząwszy, przed wieczorem będę w Jeziorkach, 
jutro, t. j. w poniedziałek. Gdybym kuryerki uchybił, lub miejsca 
w niej nie znalazł, pojadę bryczkami pocztowemi. Wczorajszy dzień 
zeszedł mi bardzo przyjemnie, z temi paniami, z Karolem, z temi 
ślicznemi dziewczątkami, które bardzo, zwłaszcza starsza przylgnęły 
do ranie. Seweryn Biernacki z synem przyjechał, a wieczorem pó- 
źnym żona jego z córką. Do jenerała napisałem, bo chciałem mu 
z Mińska Mińsk cały opowiedzieó. Posyłam mu wiersz Deotymy 
o Wieszczu. Ciekawym co powie o nim. Na drugi dzień po ślubie 
Henryka^) napiszę do was choó słów kilka, jeźli wśród zgiełku we- 
selnego nie będzie można obszerniej się rozpisać. Żegnam was, ca- 
łuję wasze ręce, najdrożsi rodzice i przyciskam z całą czułością oj- 
cowską moją kochane córeczkę, która zapomniała mi daó Okręt ZiP- 
marzły, a Marynia bardzo była ciekawa go poznaó. Wszyscy ztąd 
łączą wam uszanowanie, a czułości dla Maniusia. Jak się Parel po- 
pisał w Kazimierzu. Proszę mi donieść wagę naszej pszenicy i 



^) Koźmiana brata stryjecznego autora (P. W.) 



Digitized by 



Google 



125 

wiele się wymierzyło, a wiele wzięto. Jeszcze raz całuję, aim do La- 
ponii zawitam. 

We wtorek 11 Jurzec, 
Wyjechawszy o 11 z Mińska w niedzielę, stanąłem na 2gą 
w Radzyminie; a na 6tą w Serocku na trakcie petersburgskim. 
Tam czekałem do lOtej, bo się Steinkielerka spóźniła. Szczęśliwym 
trafem było dwa miejsca próżne, dla mnie i Michała, a więc nie 
potrzebowałem braó ekstrapoczty. Kuryerki na tym trakcie daleko 
wygodniejsze, jak na lubelskim; po 4 osoby siadają do nich, piąta z po- 
cztylionem. Można i nogi dobrze wyciągnąć i spać wygodnie, ale 
ja spać nie mogłem, bo miałem za towarzysza jakiegoś Moskalo- 
Polaka, pijanicę, który jak mi mówili jadący z nim z Warszawy do 
Serocka, wypróżnił całą flaszkę wódki, i któremu ciągle się zda- 
wało, to że się wywracamy, to że wypada z karetki, to że zbójcy 
nas napadają, to że ktoś w lesie wdziera się do pojazdu. Krzyczał 
więc, miotał się, wrzeszczał, aż nakoniec tak twardo zasnął, że go 
na żadnej stacyi nie można było zbudzić. Przebywszy pola Puł- 
tuska, zbroczone krwią francuską, i ostrołęckie zlane krwią polską, 
krwią p. Juliusza^), stanęliśmy o 12tej w Łomży. Tam czekał na 
mnie kocz czterokonny, który mnie zawiózł nie do Jeziorka, gdzie się 
odbędzie wesele, lecz do Jurca, gdzie mieszka p. Antoni Szatkow- 
ski, brat żonaty panny Maryanny, i gdzie wszyscy zebrani byli. 
Jurzec o 272 niili od Łomży; stanąłem więc na 3ciej. Zastałem 
Olesia, Bieczynę, Czyżewskiego, dniem wprzódy przybyłych. Pozna- 
łem część znaczną rodziny, z którą się spokrewniamy, a najprzód 
przyszłą bratowę. O ile z pierwszego rzutu oka sądzić można, bar- 
dzo szczęśliwy wybór zrobił Henryk. Panna Maryanna powierzcho- 
wność ma przyjemną, profil nawet piękny i regularny, nie tyle 
ładną się wydaje, wprost na nią patrząc, szczególniej gdy się śmieje 
brak jej ładnego uśmiechu i wejrzenia. Ułożenie ma przyjemne, 
żywość jej bardziej się w grze twarzy jak ruchach objawia. Widać 
że ma wiele serca, dobroci i łagodności. Cała rodzina niezmiernie 
się wzajemnie kocha. Bracia zdają się dobrzy, poczciwi. Antoni żo- 
naty, zacny, uprzejmy. Walenty, który kilka lat był za granicą, 
towarzyski i bardzo przyzwoity. Bardzo gościnnie jesteśmy podej- 
mowani. Dom tutaj ładny, wygodny, widać w nim zamożność, ku- 
charz dobry. Srebra bardzo piękne. Zdaje się, że się panna Mary- 
anna szczerze do Henryba przywiązała. On zaś odmłodniały, rozma- 



*) Stadnickiego sąsiada autora (P. W.) 



Digitized by 



Google 



126 

rzony, z miłośnem i wejrzeniem i słowem, i ściśnieniem ręki, ale 
swoim zwyczajem do jutra odłożył, i tak ślub, który miał być 
dzisiaj ligo odłożony został do jutra. Był do tego słuszny powód, bo 
to dziś rocznica śmierci pani Wincentowej. Dziś więc po obiedzie 
jedziemy do Jeziorka, gdzie nas wczoraj wieczorem poprzedziły panie 
to jest panna młoda z swoją siostrą, panią Kisielnicką. Lękam się, 
że ta zwłoka jednodzienna opóźni o dzień mój wyjazd do Warszawy, 
gdzie 15 najdalej powinienem stanąó. Aleksander chce się ze mną 
trzymać; razem wróciemy, już tęskni do Linci i w Warszawie chce 
tylko kilka godzin zabawić. Bieczyna najzabawniejsze o nim szcze- 
góły opowiada, z pobytu przez dzień jeden w Warszawie, które 
mnie stryja Wincentego przypomniały. Nigdzie nie mógł trafió. 
Wieczorem zbłądził na Krakowskiem Przedmieściu i króla Zygmunta 
wziął na chwilę za Kopernika. Augustowskie płaskie, kamieniste, 
przypomina Wielkopolskę ; budynki porządniejsze jak u nas, gninta 
za Łomżą urodzajniejsze i lepiej uprawne jak w Płockiem od Se- 
rocka do Ostrołęki. Po tutejszych płaszczyznach bez drzew i pięk- 
nych widokóW; Gałęzów będzie się mógł zdawaó edenem. To też 
Milton tak raju nie opisał, jak Eadzca^) swojej Ewie opisuje Gałęzów. 
We środę, w d^ień przywrócenia stanu małżeńskiego radzcy 
Jeziorka. Wczoraj w Jurcu powiększyło się nasze towarzystwo 
przybyciem pana Włodzimierza KisielnickiegO; zięcia pana Stani- 
sława Kisielnickiego, który jest pierwszą głową tutejszej rodziny. 
Ezątkowski, kolega w Radzie stanu Ks. Warszawskiego, mego ojca, 
był stryjem ojca przyszłej pani Henrykowej, jest tu jego portret, 
który mi go przypomniał. Po rannym obiedzie wyjechaliśmy wczo- 
raj z Jurca i stanęli tu o półtory mili razem z mrokiem. Przyjęci 
zostaliśmy przez trzy panny Bzątkowskie. Dom tutaj obszerniejszy jak 
w Jurcu, a równie porządny i wygodny. Dziś o 7mej z rana wyciągnęli 
radzcę z łóżka, wśród którego kołysany był edeńskiemi snami, i zawieźli 
do Łomży do Kapucynów, do spowiedzi i pokuty. Kochany radzca ze 
zwykłą sobie powagą działając, nie opatrzył się dotąd w pozwolenie 
miejscowego proboszcza wzięcia ślubu w sąsiedniej parafii, gdzie i ko- 
ściół i proboszcz porządniejszy. Dziś dopiero, jadąc do Łomży, miał 
wstąpió i prosió się. Jeżeli proboszcz obrazi się, zechce figla wy- 
płatać, schowa się lub wyjedzie, Radzca nie będzie miał ślubu. 
Mimo to nie stracił on miny, ani spuścił z powagi. Dobrej i roz- 
kochanej jest myśli i o niczem nie wątpi. Choć bardzo nas tutaj 
gościnnie i uprzejmie przyjmują, każdemu z nas chciałoby się spie- 



Henryk Koźmian radca „Towarzystwa Kredytowego" (P. W.) 



Digitized by 



Google 



127 

sznie wyjechać : Olesiowi do Linci, Bieczynie do pracy, Czyżew- 
skiemu do jego floty na Wieprzu^ mnie najprzód do Warszawy, 
a potem do was. A tu będzie jeszcze festyn u pana Stanisława 
Kisielnickiego, na który się zostaniemy. Do Stacha piszę jutro. 
Zmartwiłem się, wyczytawszy w gazetach, że uniwersytet kra- 
kowski uległ od Nowego Roku różnym zmianom, że nie po- 
twierdzono wyboru rektora i dziekanów, że najlepszych profeso- 
rów Helcia, Małeckiego, Pola, usunięto. Na dwóch pierwszych 
kursą Staś uczęszczał, a więc przerwie rozpoczętą naukę. Zasmucił 
się zapewne nasz chłopiec tą niespodziewaną odmianą. TTf wtorek 
13go. Już mamy panie Henryko wą. O 4tej popołudniu wyrzekł 
radzca przysięgę, ale zacznijmy od rana: Rano tedy pojechali pań- 
stwo młodzi do spowiedzi; po siedmiu mszach u Kapucynów łom- 
żyńskizh i całogodzinnej spowiedzi wdowca, u Ojca Militona, wró- 
cili około 12tej. Wkrótce zaczęli się zjeżdżaó zaproszeni goście, 
wszyscy prawie krewni, Kisielniccy, Milbergi, Rzątkowscy. Pierwszy 
przybył poeta-mowca-filozof, naczelnik opozycyi, współzawodnik na 
niwie literackiej Jakóba Mikulicza, mistrz Łosia, Rowicki. Z obcych 
był on tylko i prezes Zaborowski z żoną, który się przypomina wraz 
z nią waszej pamięci; niemniej poczciwy jenerał Milberg, ucieszy- 
liśmy się do siebie, bośmy sobie dawne a lepsze przypomnieli 
czasy, bo już i ja należę ad laudatores tefnporis acti me puero, 
o 2giej śniadanie zimne z wszelkiemi zimnemi przysmakami: na- 
stępnie zaczęły pojazdy zajeżdżać, pięciokonne, czterokonne, było 
ich 13. Pana młodego pojazd z sześóma końmi pocztowemi, dwoma 
pocztylionami, ubranemi jakby cesarzowę wieźli. Ukazała się wre- 
szcie panna młoda skromnie lecz ładnie ubrana, z welonem gład- 
kim, nie było żadnego błogosławieństwa, bo nie ma już ani matki 
ani ojca. Radzca był spokojny, wesoły, nie inny od zwyczajnego 
radzcy jakby w dzień powszedni. Panna młoda rozczulona, drżąca. 
Po 3ciej ruszyliśmy do kościoła, do Dobrzysłowa, bo przecież pan 
młody wymodlił sobie na klęczkach dyspensę. Obrzęd cały odbył 
się z powagą i przyzwoitością. Proboszcz krótko i dobrze przemó- 
wił i z uroczystą spokojnością pobłogosławił. Do ślubu prowadzili 
pannę młodą brat jej Walenty i Witołd Kisielnicki, syn pana Sta- 
nisława; od ślubu jenerał Milberg i ja wezwany zostałem, choć się 
wymawiałem, że jako wdowiec nie mam do tego prawa. Po odby- 
tym obrzędzie pan młody uwiózł żonę swoją pocztą, pospieszyliśmy 
za nim. Około 6tej obiad weselny bez wykwintnego zbytku, lecz 
bardzo smaczny, w dobrym rodzaju i dogadzający wszelkim wyma- 
ganiom godowym. W winie żadnego nadużycia. Jeden tylko wielki 



Digitized by 



Google 



128 

kielich szampańskiego za zdrowie pp. młodych. Jam go wypił 
w irałpniu swojem i wszystkiej nieobecnej naszej rodziny, witając 
wśród niej pannę młodą, jak siostrę. Parę jeszcze było toastów, 
a ostatni wniesiony przez poetę-mowcę, improwizatora Eowickiego 
z następującą improwizacyą : 

Wieszcz, który uczył uprawy łanów. 
Zasługą w kraju wsławiony człek. 

Patryarcha Koźmianów 
Niechaj żyje w długi wiek! 

Szczęście masz w tym roku kochany ojcze! Głoszonyś i przez Ku- 
ryera i przez Eowickiego. Wstaliśmy od stołu zupełnie trzeźwi, 
nikt kropli nadto nie miał w głowie, nawet pan młody ani słowa 
po rossyjsku nie zagadał. Po obiedzie zaczęły się tańce przy dźwięku 
fortepianu, następnie roznoszono cukry, chłodniki, stare wino; był 
we wszystkiem dostatek, nie było zbytku. O 3ciej każdy udał się 
do spoczynku i radzca do spoczynku także, jak każdy z nas poszedł. 
Osób godowych było wszystkich 42. Najładniejsza była panna 
młoda i pani Włodzimierzowa Kisielnicka; ale za nich dwie, ileż 
cieciów i wojenek przerażających, choó zapewne bardzo dobrych i 
poczciwych. Otóż macie najdokładniejszy opis kuryerkowy. W tej 
chwili już wszystko się poruszyło w domu; podobno wszyscy się 
rozjadą, aby się jutro zjecha<$ u p. Kisielnickiego, który chce uczcić 
pp. młodych obiadem, balem. 

Wczoraj przywiózł mi radzca wasz list; dzięki za niego. Prze- 
czytałem pannie młodej wasze życzenia i błogosławieństwo, które 
z czułością przyjęte zostały. Już ona przygotowana was kochać i szano- 
wać, Z Warszawy zaraz do was napiszę. Mój najdroższy Maniuś niech 
mi doniesie, gdzie mieszka p. Saymond. Przyślijcie mi także list 
od Sikorskiego, bo z daty muszę dojść, czy jaki nie zaginął; wi4zę 
bowiem, że mi nie donosi wszystkiego, co miał donieść. Teraz 
każcie bić w dzwony, strzelać z armat, uderzyć w kotły i trąby, 
aby ogłosić światu, że już radzca ma żonę. Niech ten odgłos doj- 
dzie i do Bychowy i do Zaraszowa i do Wolburgowej. Całuję wasze 
ręce z miłością. Z miłością moje drogą dziewczynkę tulę do serca. 

Andrzej Koimian. 

14 stycznia Jeeiórko. 
Wczorajszy dzień poświęcony był spoczynkowi. Po śniadaniu 
prawie wszyscy się rozjechali. Pan Kisielnicki na dzisiaj przygoto- 



Digitized by 



Google 



129 

wał festyn godowy. Postanowiłem wraz z memi towarzyszami wy- 
mówić się od niego, lecz po przypuszczonym szturmie zaproszeń, 
próśb, nalegań, wymówek, moi towarzysze mnie odstąpili. Ja byłem 
tenax propositi impavidus^ bo w istocie 15go powinienem byó 
w Warszawie; lecz usilnej prośbie nowej bratowej oprzeó się nie 
mogłem. Będę więc dzisiaj na obiedzie w Korzenistym u wujaszka 
Nr. Igo, a bal opuszczę poobiedni i zaraz koło lOtej wyjadę do 
Łomży, zkąd wziąwszy eitrapocztę powinienem stanąó około Iszej 
po południu w Warszawie. Wczoraj wszyscy rozeszliśmy się o lOtej, 
a i radzca, gdy go po rozjechaniu się gości w osobnym umieszczono 
pokoju, jak każdy inny śmiertelny wyspał się na bal dzisiejszy. 
Wyjeżdżamy stąd o 12tej, bo to o trzy mile ten festyn. Wyznaję, 
żem zmęczony, więcej nawet jak radzca, a Olesia jęki, tęsknota, 
coraz się powiększają. Wczoraj pan młody przy śniadaniu wznosząc 
toast na cześó rodziny żony, w bardzo właściwych i czułych przemówił 
wyrazach. Gdyby go Gintoft słyszał, toby dopiero wpadł w uniesie- 
nie nad jego wymową. 

16go stycznia w niedzielę z Warszatoy. Po trudach wesel- 
nych i podróżnych dobiłem wczoraj wieczorem do Warszawy 
z Bieczyną i Aleksandrem. Ci dwaj opuszczają mnie dzisiaj. 
Feliks spieszy do żony i prac swoich, Aleksandr r wstępuje do 
Zadybia i bije sarny dla całej rodziny. Bieczyną doniesie wam 
słowo o mnie. Aleksandra ledwie za trzy lub cztery dni ujrzycie. 
Ale wróómy się do Laponii, która wcale nie złym jest krajem, 
z dobrem winem, dobremi kucharzami, z gościnnością ujmującą i 
z dobremi ludźmi. Onegdaj, w piątek po śniadaniu, wyjechawszy 
z Jeziorka, stanęliśmy o 3ciej w Korzenistem u pp. Stanisł. Ki- 
sielnickich. On sam, mąż ciotki pani Henrykowej, członek gł. tow 
kred., uważany jest za głowę rodu Kisielnickich i za opiekuna 
Itzątkowskich; nie mogłem więc bez uchybienia mu odmówić jego 
zaproszeń. I dobrze się stało, żem nie odmówił, bo wszyscy byli 
bardzo uradowani, żeśmy się do pozostania na jego festyn skłonili, 
i jego samego bardzo zobowiązałem. Przyjęcia też doznaliśmy jak 
najbardziej uprzejmego. Dom w Korzenistem bardzo wygodny, 
z salą balową o dwóch piętrach. Widni w domu dostatek i gościn- 
ność z chęcią wystawy połączoną. Kucharz bardzo dobry, wszystko 
było w dobrym rodzaju, a lody fruktowe takie, jakie tylko CoutS 
daje. Wina wyborne, zwłaszcza węgierskie, i że wyborne były, naj- 
lepszy miałem dowód, gdyż wiele pili, a nikt nie był ani chory, 
ani nawet pijany, było tylko rozweselenie w samą miarę. Po przy- 
byciu naszem dano sute śniadanie. Gdy się zmierzchało, oświecono 



Digitized by 



Google 



130 

salę. Muzyka wojskowa zagrzmiała, nast^jpiły przedobiedae tany. 
Towarzystwo to samo było co i w Jeziorku, z dodatkiem pani Bu- 
dziszewskiej, Tymowskiej z domu, synowicy szambelanaj elewki p. 
Eaymond, którą Aleksander tak się zajął, że ciągle o niej w drodze 
i w śnie i bez snu marzył; przystojną mężatką się zrobiła. Było 
także dwócłi wybornych sędziów, namiętnie tańcujących. O 9tej 
• dano bankiet godowy bez zbytecznej mnogości potraw, ale smaczny, 
nawet wystawny. Przy pożegnaniu w toaście przemówił p. Kisiel- 
nicki do Państwa młodych^ z czułością do pani młodej, z napomnie- 
niem dośó surowem do p. młodego, czyniąc go odpowiedzialnym 
za szczęście, ukochanej od całej rodziny, jego małżonki, do nas 
z ufnością i podziękowaniem. Do ciebie kochany ojcze ze czcią i 
wdzięcznością za błogosławieństwo. Jako sąsiad dawny i Owidz- 
kiego i Brzezińskiego i Lempickiego, trzech naszej okolicy mówców, 
odpowiedziałem w kilku wyrazach, a po mnie mistrz RomuUa po- 
wstał i przerwał rozczulenie powszechne, wołając: niech sittcha go- 
lerya i improwizując wierszem pożegnalny toast, w kt<5rym umie- 
ścił się i cały parnas, i cały olymp, i hipokrena, i pegaz. Zaczął 
się toast od tego wiersza: 

Jak tu uży<$ mojej weny 

Obok Koźmianów sławnej hipokreny. 

Bajał staruszek blisko przez kwandrans, a w około tylko śmiech 
przyduszony słychać było. Po obiedzie, który się o litej skończył, 
zabraliśmy się do podróży. Czyżewski, jako tanujący odstąpił nas. 
Lecz przy wyjezdnem nowe toasty starem winem, to strzemienneco, 
to wsiadanego, to moje, to wasze, to wiwat Lubelskie, to wiwat 
Augustowskie. Włodzimierz Kisielnicki, zięó gospodarza dowo- 
dził, zachęcał, a i gospodarz był ochoczy i wdzięczny. O IStej 
wyruszyliśmy i przy przewodniku z latarnią odwiezieni zostaliśmy 
o mil trzy do Łomży. Choó piliśmy dosyó, nic nam prze- 
cież dobre wino nie szkodziło. O 3ciej stanęliśmy w Łomży, gdzie 
na nas czekał Michał z rzeczami. Dano nam krytą karetę, w któ- 
rej we trzech extrapocztą ruszyliśmy; że śnieg obfity padał, droga 
ociężała z początku powoli jechaliśmy. Na każdej stacyi dawano 
nam podobne karetki, wygodnie i bez wielkiego kosztu stanęliśmy 
o 8mej w Warszawie. Aby dowiedzieć się, co się tu dzieje, posze- 
dłem do szambelana^), zastałem liczne grono męskie. Warszawa nie 
bardzo rozbawiona, mało tańcuje. Wczoraj był bal w resurcie, na 
którym z nudów i panie elegantki warszawskie być miały. W domu 
Potockich żałoba po pani Raczyńskiej. Pani Augustowa nie wraca, 



Digitized by 



Google 



ISI 

jak na początku lutego, a August wygrawszy 200.000 franków na 
akcyach w Paryżu, jeździ kabrioletem po Paryżu, i nie myśli wra- 
cać; lecz trzeba iść do konsula. Na dziś was żegnam. 

17 stycznia w Poniedziałek, Wczoraj w nocy umarł pan Fran- 
ciszek Potocki. Śmierć jego dobija do reszty karnawał, który i tak 
żył słabem życiem. Lecz jedyny dom, w którym tańcować miano, 
to jest dom Uruskich, na miesiąc przywdziewa żałobej, a nawet se- 
natorowa, ministrowa, to jest Wyczechowska odłożyła na później, 
zapowiedziany wieczór. Śmierć p. Franciszka była przykładna i 
przytomna; zostawił krótki testament, w którym zrzekając si<j wszel- 
kiej próżności, żąda, aby pogrzeb jego nie więcej jak 2000 fl. ko- 
sztował, ażeby był wprost wywieziony na Powązki, aby żadnego 
pomnika żona mu nie postawiła, tylko wzniosła krzyż prosty. Żonę 
uczynił dziedziczką całego majątku. Choć nie śmierć, lecz życie 
pana Franciszka było niespodziewanem zdarzeniem, przecież w to- 
warzystwie jest żałowanym, bo ubywa jeden dom, który zgroma- 
dzał, a tych domów zwłaszcza teraz tak mało. Nie pamiętam War- 
szawy tak pustej i smutnej. Że taką jest, widać to nawet na uli- 
cach, tak mało jest ruchu pojazdów. Wczoraj przed obiadem odwie- 
dziłem głównych znajomych: pana Pawła Stadnickiego, jenerała 
Krasińskiego, panie Załuską, Ezewuską, Kossakowską. Jenerała za- 
stałem z ręką obrzmiałą, lecz dobrze na twarzy wyglądającego. 
Zawsze jest z jedną przyjaźnią. Zaprosił mnie zaraz na obiad, 
lecz wiedząc że Wł. Małachowski będzie tam dzisiaj, wymó- 
wiłem się od wczoraj, a przyjąłem zaprosiny na dzisiaj. Pani 
Załuska miała 10 wyjechać, lecz ochrypiała, od kilku dni nie wy- 
chodzi, kaszle, leczy się i jeszcze z 10 dni tu zabawi. Pałac więc 
Krasińskich jest szpitalem, bo i Zygmunta stan zdrowia najnędz- 
niejszy. Pani Ezewuską zawsze jedna i ta sama, nieco na twarzy 
zmieniła się, i szósty krzyżyk zaczyna już. czoło marszczyć. Przy- 
jęła mnie ze zwykłą łaskawością. Nie odebrała w Ezymie listu mo- 
jego, odpowiadającego na ten, który do ranie po śmierci Teoni na- 
pisała, a więc nie wiedziała wszystkich szczegółów mego nieszczę- 
ścia. Mówiła mi, że pisano do niej z Krakowa z pochwałami Sta- 
sia. O was się dopytywała bardzo. Życie prowadzi tu zawsze jednym 
trybem, przyjmuje od 12 do 4. Pan Paweł skarży się na War- 
szawę, ale w ciągłym jest ruchu. Po obiedzie u Herteux posze- 
dłem do Karola Jezierskiego, który mnie szukał wracając z Eado- 
mia. Dziś wraca do Mińska. Poczciwy Karol przejął dla mnie przy- 



^) Tymoskiego (P. W.) 



Digitized by 



Google 



jaźń Morawskich. Wieczór cały spędziłem u Zygmunta^) z p. Za- 
łuską i z Władysławem;*) smutny stan jego. Nigdy go jeszcze tak 
rozstrojonym nie widziałem. Słaby moralnie i fizycznie. Jak bole- 
śnie widzieć w tym domu tyle żywiołów szczęścia i brak jego zu- 
pełny. Ojciec skarży się na syna, syn na ojca, oba się dla siebie 
poświęcają, oba poświęceń tych nie uznają. Widzę w obydwóch 
wielkie rozdrażnienie. Zygmunta powietrze tutejsze i fizyczne i 
inne zabija. Ojciec twierdzi, że zdrowszy jest tutaj jak gdzieindziej. 
Przez połowę wieczora Zygmunt był cierpiący, otrętwiały, przy 
końcu dopiero ożywił się, zajaśniał; zawsze jest zajmujący i świetny. 
Mówił mi, że dopiero onegdaj był w stanie podziękować ci za 
twój list. Deotimy nie znał i nie czytał żadnego jej utworu. Prze- 
czytałem mu wiersz do ciebie i inny do. . . i nową jej improwizacyę 
o tańcu, umieszczoną w „Czasie". Udurzony był tem nadzwyczaj- 
nem usposobieniem, znajomością języka, łatwością władania nim 
Przyznał jej ducha poetycznego i wyborny sąd o niej wydał. Lęka 
się, aby erudycya jej nie przemieniła się w pedantyzm i nie zabiła 
natchnienia, gani tę łatwośó improwizowania na dane temata, jako 
sprzeczną prawdziwemu natchnieniu, przewiduje, że to nadzwy- 
czajne i natchnione dziewczę stanie się ofiarą próżności i zowie 
to występowanie publiczne une prosłitution ducha. Prosił mnie 
o więcej jej poezyj. Wierszyk twój, kochany ojcze, bardzo mu się 
podobał i całym tokiem i ojcowską nauką w nim daną. W tej 
chwili przy kawie i cygarze, przynosi mi Michał, jako najmilszy 
ranny przysmak wasz list piątkowy i drugi od Stasia z 12go, który 
wam posyłam, a w którym znaó nieco wpływ karnawału. Łatwo 
odgadliście, że mimo zmian, zaprowadzonych w uniwersytecie, za- 
trzymam go dla zdrowia do roku, co później zrobiem zobaczeray. 
Do Stasia napiszę bez łajania i napominania, lecz z właściwemi 
uwagami; nie pamięta chłopiec moich zaleceń i szczerze się gnie- 
wam na niego za Brandysów, Paliszewskich i Stanisława Jabło- 
nowskiego. Eoztrzepany młodzieniec nie doniósł, czy odebrał pie- 
niądze, nie przysłał mi rachunku. Co do interesów piotrowickich 
nic nie piszę, bo wkrótce sam się niemi zajmę. Nie zabawię tu 
długo, chcę się tylko p. Juliusza doczekać. Kończę ten list, aby go 
dziś wyprawić, za parę dni nowy odbierzecie. Maniusiowi dziękuję, 
że pisał do Mińska. Z nowości politycznych nic tu nie ma. Mówią 
tylko, że się zbliża rozpadniecie Turcyi. Jenerał Ltiders, dowodzący 



^) Krasińskiego (P. W.) 
*) Małachowskim (P. W.) 



Digitized by 



Google 



133 

nad granicą turecką, został do Petersburga powołany. Leon Łu- 
bieński wrócił z Paryża, raa ciekawe szczegóły opowiadać, jeszcze 
go nie widziałem. Ściskam najserdeczniej wasze ręce, zdrów zupeł- 
nie jestem, mimo festynów weselnych i utrudzającej podróży. No- 
^ożeniec ma tu stanąó w piątek Maniusiu drogi, tulę, cię do serca. 
Wasz 

, Andrzej Koimian. 



18 stycznia 1853 r, we wtorek Warszawa. 

Dowiedziałem się wczoraj, że Henryk Bzewuski nietylko ode- 
brał twój list, kochany Ojcze! ale nawet wyjątek z niego wydru- 
kował w swoim dzienniku, ale wydrukował z myślą, jak się zdaje, 
raczej nieprzychylną jak życzliwą. Uderz w stół, nożyce się odezwą; 
i tu odezwały się nożyce. Poczuł on przymówkę i chytrym i zdra- 
dzieckim sposobem odpowiedział na nią, ogłaszając ten tylko wyją- 
tek z listu, w którym jest porównanie do dziada z kruchty, i do- 
dając poprzednio wstęp, w którym mówi, jak to czasem niesprawie- 
dliwość, wymierzona zasłudze, głęboko rani i dotkliwie boli, kończy 
cytacyę temi słow) : ...A te słowa gdzie tyle wspania- 
łego wyrozumienia, choć trochę goryczy zostało, 
pisał pierwszy liryk polski — pisał Kajetan Ko- 
źmian. Traeba przeczytać cały artykuł, ażeby ocenić złośliwą 
myśl jego, jest on w Nr. 317 Dzień. Warsz. z 28 listopada, mo- 
żnaby go dostać z Lublina. Od ludzi takich, z którymi nic wspól- 
nego mieć nie- możemy, trzeba stronić, a choć jesteśmy zaczepieni 
przez nich, trzeba milczeniem odpowiedzieć na zaczepkę, choćby 
nawet pozornie przychylną. Od pani Bzewuskiej dowiedziałem się 
o tym artykule, która, jak mi mówiła, wolałaby była, aby sędziwa 
zasługa nie była wyjawiała żalów swoich przed takim człowiekiem 
jak Henryk Rzewuski. Wczoraj, wyprawij?szy list do was, zacząłem 
moje wędrówki warszawskie od p. Pawła ^),^ którego codziennie od- 
wiedzam. Następnie byłem u p. And. Zamojskiego, u Marcina 
Tarnowskiego, u pani Bzewuskiej, która zawsze jest z jedną dla 
nas przyjaźnią. O 3. obiad u Jenerała^), który mnie nakazał, aże- 
bym bez zaproszenia bywał u niego na obiedzie, skoro tylko gdzie- 
indziej zaproszony nie będę. Użyję, lecz nie nadużyję tego pozwo- 



1) Stadnickiego. (P. W.) 

2) Krasińskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



134 

lenia. Po obiedzie poszedłem do pani Załuskiej na poufałą poga- 
dankę, poczerń oddałem wizytę Uruskim i Woronieekira. Trzy robry 
wiska wygrałem u szambelana ^) i o 1 1 pojechałem do Niny i Deo- 
tymy, bo tam tak późno się zjeżdżają, a do 4. siedzą. Przyjęty zo- 
stałem i przez córkę i przez rodziców z oznakami radości i wdzię- 
czności dla ciebie, które się jeszcze powiększyły, gdym im opowie- 
dział wrażenia Zygmunta ^) i jego rady i uwagi zgodne z twojemi. 
Odebrałem więc przyrzeczenie, że od metody improwizacyi na te- 
mata dane odstąpią i że wszelkich improwizacyj bardzo oszczędnie 
dozwalaó będą. Wieczór pani Nmy był jak zawsze bardzo ludny i 
ożywiony, przyprowadzała ona do mnie po kolei wszystkie geniusze 
warszawskie i poznawała mnie z niemi. Nawet z Szymanowskim, 
współredaktorem Dziennika i z Kucem, t. j. z Kurierem, który 
mnie znowu dziękował za twoje drogi ojcze wspomaganie Kuryera. 
Po północy otworzyły się drzwi świątyni Feba i występowały sztuki 
piękne jedna po drugiej, najprzód śpiew polski p. Komorowskiego, 
potem koncert na wiolonczeli przy towarzyszeniu na fortepianie 
Kątskiego. Wiele osób było na tym wieczorze w nadziei słyszenia 
Deotymy, lecz i ona i rodzice, będąc pod wrażeniem uwag twoich 
i Zygmunta, nie chcieli iść przeciw nim, choó może w duchu pra- 
gnęli nowego wystąpienia. Widząc to i gdy mnie napastowano, 
abym się wstawił i wyprosił na ten ostatni raz, aby Sybilla prze- 
mówiła, udałem się do matki i córki, mówiąc, że należy pożegnać 
Kątskiego, a zostawując improwizatorce wybór przedmiotu do impro- 
wizacyi. Po półgodzinnem oczekiwaniu przemówiła Sybilla o rze- 
źbiarstwie, gdyż była pod wrażeniem rzeźb, które i^łaśnie w tym 
dniu oglądała. Wiele było pięknych myśli i obrazów, przedstawiła 
oku naszemu najcelniejsze pomniki sztuki z dziwną erudycyą Zrę- 
cznie z początku wspomniała o posągu z soli żony Lota i wypro- 
wadziła naukę, aby się nie oglądaó za przeszłością, którą deszcz 
ognisty spalił za karę, lecz ażeby iśó naprzód z ufnością i nadzieją. 
Przy końcu zwróciła się zręcznie z słowem pożegnania do Kąts- 
kiego, który wy wdzięczając się, zagrał silnie i z pięknem natchnie- 
niem. Wszyscy byli zadowolnieni i w istocie niepodobnem jest nie 
czuć najsilniejszego współuczucia dla tego nadzwyczajnego dziew- 
częcia. Pisze ona teraz poemacik Siegfried; niech pisze, — niech 
pisze, a nie wysila się w improwizacyach, które są tylko gimnastyką 
natchnienia. Pogrzeb p. Franciszka Potockiego przerwał wszystkie 



1) Tymowskiego. (P. W.) 
«) Krasińskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



135 

wieczory i zebrania i przez dziś i jutro towarzystwo tutejsze grze 
ba<5 i modlić się tylko będzie. 

We środę 19go rano. Wczoraj odwiedziłem jak zwyczajnie 
p. Pawła, u którego cygaro ranne palę Władysława Małachow- 
skiego, p. Franciszka zmarłego, pp. Wentzlów; o 3ciej exportacya, 
na którą poszedłem bez myśli zapuszczenia się aż na Powązki, lecz 
że pani Kossakowska ofiarowała mi miejsce w swoim pojeździe, 
więc aż na Powązki pojechałem. Opis pogrzebu znajdziecie w Ku- 
ryerze. Wszyscy jenerałowie znajdowali się w wielkich mundurach, 
nikogo osobnemi biletami nie proszono, a przecież wszyscy znajomi 
zebrali się, bo pominąwszy publiczny zawód, to w towarzyskim był 
zmarły ujmującej uprzejmości, umiał byó gospodarzem domu, za- 
chował tradycye wielkiego pana i wielkiego świata, a nawet i za 
tym obrębem nigdy nikomu nie szkodził, a gdy mógł pomagał. 
Artykuł w Kuryerze o nim jest Badeniego ; w dzienniku swoim 
Henr. Ezewuski szumny, a licho napisany panegiryk umieścił. Po po- 
grzebie u Herteui zjadłem obiad w zwykłem towarzystwie Włady- 
sława, jen. Lewińskiego i t. d. Po obiedzie odbyłem resztę nale- 
żnych wizyt, u Przeździeckich, gdziem poznał młodą p. Przeździecką, 
córkę Pelagii Komarowej, wnuczkę Mostowskiego, u Fraenklów. 
Pani Fraenklowa bardzo mi Maniusia chwaliła, lecz uskarżała się, 
że go tak mało widziała; u Maurycostwa Potockich, pani Maury- 
cowa zawsze ładna, a jej siostra panna Bóbr, najładniejsza i nabo- 
gatsza partya tego karnawału, który w cichości i spokojności prze- 
chodzi. Nigdy jeszcze nie widziałem Warszawy tak smętnej, tak 
mało ożywionej. Zdaje się czuó i brak wesołości, i brak pieniędzy. 
Kupcy twierdzą, że pobankrutują, panny, że staremi pannami pozo- 
staną, młodzież, że do Lublina hurmem pospieszy, ażeby bawió się 
i tańcować. Wieczór wczorajszy spędziłem u Kossakowskich, do któ- 
rych obiecałem się na partyę. Przegrałem cztery robry, lecz róg 
żnica nie wielka, bo tu i w wisku reformy zaprowadzono z 10 gr. 
na 5 i nie sto, lecz 50 do robra dopisują; zgraó się więc w tego 
wiska nie można. Dziś nabożeństwo za duszę p. Franciszka, nikt 
nie będzie uważaó, żem nie był, a chcąc do was i do Stasia list 
wyprawić dzisiejszą pocztą, wolę w domu pozostać. Wczoraj mie- 
liśmy czas najbrzydszy, zawieruchę śniegową, dziś trochę suszej, bo 
przymrozek. Sanki dzwonią na ulicach. Do Stacha więc piszę, aże- 
by świadectwo lekarza nadesłał, a tu już przedsiębiorę kroki ku 
uzyskaniu przedłużenia paszportu. Dziwna ich myśl była, że ja ich 
i od lekarza zaufanego oderwę i w ciągu roku przerwę rozpoczęte 
nauki. Zresztą oba kursą skasowane nie były głównemi przedmio- 

Lktj AndiMJa KoAmuna. T. U. 10 



Digitized by 



Google 



136 

tami, tylko uzupełniały nasz plan nauki. Co do zabaw kamawało* 
wy eh, pis^ę do Stasia, aby na żadnej publicznej nie był, ani też 
na żadnym wiblkim balu, ani też w żadnym domu, w któryby 
nowo był wprowadzony. Eozgrzeszenie tylko daję na wieczorki 
w domach, gdzie młodzież jego wieku, u Michałowskich, Badenich. 
Nie oznaczam wam dziś jeszcze dnia mego powrotu, chcę się do- 
czekać p. Juliusza ^) i z nim się porozumieć. Nie wiem, czy mi nie 
wypadnie jeszcze raz być w Warszawie przed wiosną, bo teraz 
Strzeleckiego nie ma i interesu biblioteki nie skończę, a przy tern 
wypadnie może osobiście starania o paszport ponowić. Dziś będę 
może na obiedzie u Jenerała, jeżeli przed 3cią załatwię się, jutro 
obiaduję u Deotymy, w piątek u Kossakowskich, jutro wieczór męski 
u pułkownika Tarnowskiego. 

Dowiedziałem się wczoraj, że Pilecki, wezwany do jen. Eoh- 
landa, który miał niebezpiecznie zachorować, spiesznie wyjechał. 
Zasmuciłem się i jestem wielce niespokojny. Będę dziś u Pileckich 
dla powzięcia nowszej wiadomości. Z politycznych wieści różne tu 
biegają, wielu mniema, że zbliża się ostatni dzień Turcyi. Dwa 
korpusa stoją na stopie wojennej. Ltiders powołany do Petersburga. 
Podług wczorajszych wiadomości marszałek St. Arnaud i p. Drouyn 
de Luis, minister spraw zagr., mieli się podać do dymisyi z powodu 
listu naszego cesarza, w którym bardzo sprawiedliwie nie dał Bo- 
napartemu tytułu brata. Tymczasem on kocha się zapamiętale 
w pięknej Hiszpance, pannie Montijo, która chce być cesarzową. 

O poleceniach warszawskich danych i ranie i przelanych na 
mnie przez Aleksandra, pamiętam ; zapewne ujraycie go koło piątku. 

O gospodarstwie nic nie piszę, niech młócą pszenicę, aby od- 
dać tę, która się sprzedała i zrobić nowy zapas na nową odstawę. 
Za parę dni znowu do was napiszę, a zaraz po niedzieli was uści- 
skam lepiej jak ściskam teraz. Kochaną moją dziewczynkę tulę do 
serca. Kątski w piątek daje koncert w Lublinie, dziś ztąd wyjeżdża; 
bardzo bym sobie życzył, aby Maniuś był na tym koncercie, jeżeli 
więc droga dobra i czas nie brzydki, pojedźcie, lub sprowadźcie 
p. Aleksandrowa, aby z Maniusiera jechała. Obiecałem Kątskierau 
że będziesz Maniusiu. Jeszcze jedno uścisnienie potrójne. 

Andrzej Koimian. 



1) Stadnickiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



137 

Czwartek 20 stycznia 1853, Warszawa. 
Hotel Angielski. 
Pocieszył ranie wczoraj Pilecki zapewnieniem, że zostawił je- 
nerała w stanie polepszenia i że bynajmniej nie traci nadziei oca- 
lenia go środkami, na które on się ze Szleglem zgodził. Spodzie- 
wam się więc, że następujące wiadomości będą zaspakajające i że 
odwrócony zostanie nowy cios bolesny od sąsiedztwa naszego. Wczo- 
raj wyprawiłem list do was i do Stacha, a po wyprawieniu pierw- 
szego nadszedł wasz z 17go wraz z listem krakowskim, że właśnie 
wtenczas był u mnie p. Wentzel, więc głośno przeczytałem ustęp 
z listu Stasia o pp. Brandys. W piśmie zaś mojem do Stacha co- 
fnąłem burę za Faliszewskich i Brandysów. Zmartwiłem się listem 
dobrzechowskim, ale ja nawykły do tego rodzaju zmartwień, dziś 
na niego odpisałem. Wczoraj chciałem byó na nabożeństwie po 
p. Franciszku, ale odezwało mi się w palcu od nogi wesele, wolałem 
więc daó nodze wypocząć, zażyłem moich cudownych kropel i już 
w południe odkulałem, a odkulawszy, byłem u pani Ezewuskiej, 
u p. Izabelli Starzeńskiej, która cierpiąca, o 3. na obiedzie u jenerała, po 
nim godzinkę u p. Załuskiej, następnie u p. Pileckich, którzy nie 
skarżą się bynajmniej na Warszawę, zwłaszcza że powietrze pani 
posłużyło i jest przy nadziei. Odwiedziłem potem Józefowiczów, 
oboje zdrowi, pieszczą i psują najmłodszego synka. Dalej byłem 
u Bacewiczów, którzy niespokojni o córkę, bo od dni 1 5 wiadomości 
od niej nie mieli. Po drodze wstąpiłem do Stanisł. Zamojskich, 
gdziem całą rodzinę zebraną zastał i miłą, dobrą a nieszczęśliwą 
panią Brzozowską. O 9tej poszedłem na cały wieczór do Zygmunta 0; 
przyniosłem mu różne wiersze Deotymy, nadzwyczajnie był ude- 
rzony niemi i przez cały wieczór o niej tylko i o niej mówił, wy- 
dając sąd o charakterze jej talentu najjaśniejszy, najtrafniejszy. 
Tak się rozegrzał, zajął, że zapomnitił o swych cierpieniach i naj- 
milszy wieczór spędziłem wraz z panią Załuską. Z właściwą żywo- 
ścią imaginacyi swojej tłómaczył się; twierdził, że jest coś przera- 
żającego w tym talencie, bo nie jest nacechowany młodzieńczością, 
dziewiczością, ale dojrzałością, mądrością. To jest Portentum za- 
walał, to nie Schiller ale Gothe. Góthe w szesnastu latach, to coś 
strasznego. Twierdził jeszcze, że wiersz o krucyatach i tańcu nie 
mógł byó improwizowany, a jeśli nim był, to ona jest Salomonem, 
który zasnął i po kilkudziesięciu wiekach zbudził się i przemówił, 
ale wyraźniej, jaśniej jak w Przysłowiach i w Ekleziastiku. Wskazał 



^) Krasińskiego. (P. W.) 

10* 



Digitized by 



Google 



138 

on i niebezpieczeństwo tego talentu, a zda miewał się nad sztuką i 
miarą właściwą, jaką zachowuje tak młode dziewczę. W tej właśnie 
chwili ojciec Deotymy wyszedł odemnie, zdałem mu sprawę z wra- 
żeń Zygmunta i nowe otrzymałem przyrzeczenie, że nie będą wy- 
silać tego młodocianego talentu w nakazanych i narzuconych im- 
prowizacyach. 

W piątek 25 stycznia. Posłałem wczoraj jenerałowi^) receptę 
na krople moje, które mnie cudownie służą. Jakbym się cieszył, 
gdyby mu pomogły, a że one są z przepisu Pileckiego, możeby 
mi się udało polecić go i wprowadzić do domu jenerała. Wczoraj 
wybrawszy się na ranną wędrówkę, odwiedziłem p. Pawła, radzcę 
tajnego (Badeniego), p. Tomasza Łubieńskiego, p. Zuzannę Eozdolską, 
p. Bzewuską, u której zastałem panie Cestier, guwernantkę zam- 
kową, która jest entuzyazmowana Pileckim i jego homeopatyą. 
O czwartej gbiad u Łuszczewskich z 12tuosób. Uradowałem matkę 
i córkę, opowiadając im wrażenia i zdanie Zygmunta, a ta ostatnia 
oddała mi śliczny wiersz^ który do niego przed obiadem napisała. 
Widzieć Zygmunta jest jej marzeniem i matka tego poznania i ze- 
tknięcia się Jlagrantissime cupit; użyty jestem do wyjednania u niego 
pozwolenia odwidzenia go, lub spotkania się z nim u pani Zału- 
skiej. Obiad był wesoły; dowcip Leona Łubieńskiego, który z Pa- 
ryża wraca, rozweselał go. Przy końcu wniosłem toast na cześć na- 
tchnienia Deotymy, która powstawszy, kilkoma zaimprowizowanemi 
wierszami podziękowała. Po obiedzie odczytaliśmy niektóre poezye 
Deotymy, za które się odwdzięczając, przeczytałem dla niej zwła- 
szcza kilka wyjątków z Czarnieckiego, które i w niej i w przyto- 
mnych najżywsze obudziły uniesienie. Widziałem, że to ogólne 
uniesienie było prawdziwe i wrażenie bardzo silne, gdybym tylko 
był zażądał, byłaby nam Deotyma coś pięknego o Stefanie zaim- 
prowizowała. Przeczytaliśmy także jej wiersze do ciebie i odpowiedź, 
która się po całej Warszawie już rozleciała i zaleciała już na mocy 
mego upoważnienia do Biblioteki Warszawskiej Tym sposobem po 
obiedzie p Łuszczewskiej z wszystkich zadowolnieniem przeciągnęło 
się do 9. Poszedłem potem do ks. Konstant. Lubomirskich, gdyż ks, 
Konstantego właśnie z rana poznałem był u p. Bzewuskiej. Cóż to 
za zacny i miły człowiek! Pospieszyłem do niego z uszanowaniem 
mojem, bo wart tego. Mówiliśmy z sobą o naszym szanownym ka- 
noniku, którego on poznał w Petersburgu; z pociechą słuchał to 
wszystko, co mu opowiadałem. Od ks. Lubomirskich pojechałem na 



^) Krasińskiemu. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



139 

wieczór do pułkownika Tarnowskiego, bo we czwartki daje męskie 
wieczory. Zajmuje on ładny apartament pani Bromirskiej. Bardzo 
lubiane są te wieczory, bo sędziwy gospodarz zacny, miły, uprzejmy, 
bo zgromadzenie liczne, cygara, wisk, kolacya dobra, wina wyborne. 
Wczorajszy wieczór był bardzo wesoły, a gdyśmy zasiedli razem: 
szarabelan, Badeni, Leon Łubieński, Maurycy Potocki, Henryk Po- 
tocki, kilka buteleczek wypróżniło się (ale ja tylko udawałem, że 
piję) ja tylko dopomagałem do wnoszenia toastów, między któremi 
był jeden huczny na cześó twoją. Wesoło się zabawiono, było z 50 
mężczyzn i jam wygrał w Gierylasa Wczoraj byłem proszony na 
obiad do Uruskich z ks. Romanem Sanguszką, dla Deotymy odmó- 
wić musiałem; dziś więc, chcąc dawną znajomość odnowić, napisa- 
łem do ks. Eomana parę słów, gdyż nie ma innego sposobu ro- 
zmawiania z nim. Bilecik mój nie zastał go, ale gdy wróci przyj- 
mie mnie. Dziś jestem na obiedzie u Kossakowskich, jutro u Mau- 
ryców Potockich; wyprawiam ten list na pocztę, aby rozweselić 
waszą do mnie tęsknotę, dnia wyjazdu jeszcze nie oznaczam, ozna- 
czę po przyjeździe p. Juliusza. Oby Bóg ulitował się nad rodziną 
Eohlandów i zachował nam szanownego jenerała. Do Parcia kartkę 
przyłączam, niech zaraz pojedzie mi do Lublina i napisze ztamtąd, 
czy dopełnił mych poleceń. Ja was we środę lub w czwartek uści- 
snę. Czekam na Henryka lub p. Juliusza, aby się zdecydować co 
do Kurierowa, którego po towarzystwach widuję, lecz się z nim 
jeszcze nie poznałem. Za parę dni znowu napiszę. W sobotę wie- 
czór tańcujący u senatorowej Wyczechowskiej, zaprosiła mnie, na- 
zywając zawsze kasztelanem. Jedyny to wieczór, na którym młodzież 
poskacze. Gniewacie się może na mnie, że nie wracam, zwłaszcza 
gniewu Maniusia się boję, ale gdy mnie zobaczycie, uściskacie i 
przebaczycie, a teraz ja was ściskam i do niedzieli żegnam. 
Wasz biedak, który trochę się rozerwał 

Andrzej Koimian. 
Wszystkim czułe uprzejmości, zacząwszy od kochanego kanonika. 



Ce Samedi 22 Varsovie. 

Książę Boman był u mnie i nie zastał, byłem potem u niego 

i także go nie zastałem, dziś w nocy wyjechał, więc się z nim nie 

' spotkałem. Żałuję, bo mówią, że mimo swej głuchoty, bardzo jest 

ożywiony i zajmujący. Nasz poczciwy nowożeniec wczoraj przybył, 

dziś rano mnie odwiedził, bawi tu do poniedziałku; bardzo zdaje 



Digitized by 



Google 



140 

sig szczęśliwy, mówi, że jego Marynia jest drugą Józią. Będę dziś 
u nich o 4tej. Już pierwsza, jeszczem nie wychodził, zamknąłem 
się, bom pisał wiele, napisałem do Mińska, bo mnie prosiła Ma- 
rynia, abym ją rozerwał opowiadaniem o Warszawie. Zamknięty na 
klucz, nie puszczałem dobijających się do mnie, musiałem tylko 
Bacewicza przyjąć, który mi przywiózł 1000 zł., wiązania dla 
wnuczka na dzień urodzin i pudełko z róźnemi aptycznemi pachni- 
dłami dla Mamy. Co to znaczy, że p. Juliusza dotąd nie ma, lękam 
się, czy nieszczęście nie dotknęło rodziny Rohlandów. Oczekuję wa- 
szego listu z niecierpliwością. Wczoraj rano niektóre małe interesa 
poułatwiałem, następnie odwiedziłem jenerała, którego mocno na 
rękę cierpiącego zastałem. Potem zaniosłem Zygmuntowi śliczny 
wiersz Deotymy, na jego cześó ułożony. Bardzo był nim uszczęśli- 
wiony i zdumiony, lecz z goryczą rzekł: „ten wiersz nie do mnie, 
nie przyjmuję go, jakoby był do mnie — jeżeli do mnie chce na- 
pisać, niech napisze do trupa". Zlecił mnie potem wiele pięknych 
powiedzieć jej rad i przestróg, które dosłownie jej powtórzyłem. 
Wyszedłszy od Zygmunta, byłem u pani Pranciszkowej Potockiej, 
która mnie przyjęła, bo serca, które boleją lub bolały łatwo się 
zrozumieją, a iej boleść jest prawdziwa, nie grana, nie udana, jest 
to boleść wdzięczności. Zacna to bardzo osoba. Ztamtąd z Pawłem 
zajrzałem do pani Ezewuskiej, u której byliśmy świadkiem bardzo 
zabawnej sceny, którą wara za widzeniem opowiem, a po której 
odwiedziliśmy Izabellę. Przed obiadem Kossakowskich, zaniosłem 
Deotymie dzięki Zygmunta. O 5tej obiad przyjemny, bo trudno 
znaleść więcej gościnnej uprzejmości. Po trzech robrach wiska, 
wieczór literacki u Przeździeckiego, a na którym oprócz herbaty i 
ciastek literackich nic literackiego nie było. Około lOtej wszyscy 
zebrali się u szambelana]^), było ze 6 stolików wiska i ćwik. Wisk 
dość łaskaw na mnie, ale ćwik zawsze mnie oćwiczy, dwa razy 
grałem, dwa razy przegrałem parę set złotych, już więcej grać nie 
będę. 

W niedzielę 28, Wielka wiadomość. Najjaśniejszy cesarz Fran- 
cuzów żeni się z panną Montijos, oświadczył to w radzie 18go 
wieczorem. Wczoraj wieczorem odebrał Zygmunt list kilkowyrazowy 
z Paryża z tą wiadomością, która zdaje się pewna, bo ją przyniósł 
pani Delfinie ktoś, który wracał od ks. Matyldy, która jest w roz- 
paczy. Panna Montijos jest to młoda Hiszpanka, czarnobrewa, a ja- 
snowłosa; kochała się w księciu d'Albe, który się z jej siostrą ożenił, 



*) Tymoskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



141 

z rozpaczy otruła się, lecz ją odtruli; dla rozerwania jej, a raczej dla 
otrucia Francji, przywiozła ją raatka do Paryża. Piękność jej pod- 
biła w jednej chwili i uwięziła tego, który Franeyę uwięził. Zaczął 
szaleć za nią. Ona Hiszpanka i dumna ułożyła sobie być cesarzową. 
Niedawno matka wołała na nią Euginie. Cesarz po cichu po niej 
szepnął: Quand me sera t-il per mis de vous appeler de ce nom, a ona 
głośno wobec całego dworu odpowiedziała : Le jour ou je serai Im- 
piratrice. Będzie cesarzową, jak długo — nie wiem. Wczoraj, wypra- 
wiwszy listy na pocztę, dość późno wyszedłem na miasto, do banku 
najprzód dla widzenia się z Niepokojczyckim, szambelauem iinnemi 
bankowemi figurami i dla polecenia im Jasia Skrzyńskiego, któremu 
wyrobiłem zaprosiny do Wy Czechowskiej. Niepokojczyckiemu da- 
wniej już list oddałem, który przyjął uprzejmie i zapewnił, że bę- 
dzie o żądaniu pamiętał, lecz przejście na etat musi iść porząd- 
kiem starszeństwa, a on ma jeszcze sześciu przed sobą. Otrzymałem 
jednak zepewnienie, że będą mieli wzgląd na niego i przywoławszy 
go do szambelana, oddałem go w jego opiekę, którą rozpoczął od 
zawiezienia go na bal do senatorowej. Z banku po drodze odwie- 
dziłem p. Jana Zamojskiego. O 4tej stawiłem się u nowożeńca: nie 
zastałem go, ani też pani młodej, choć mi tę godzinę wyznaczyli. 
Byli gdzieś na obiedzie u cioci. O 5 obiad u Maur. Potockich, na 
którym poznałem panią Bóbr, pierwszą miłość Zygmunta. Pani Bóbr 
jest matką pani Maurycowej, widać że była piękną. Po obiedzie 
pojechałem z Maurycym do Pani Konstantowej Zamojskiej, która 
mnie jak dawnego, jednego z najdawniejszych znajomych przyjęła, 
zawsze uprzejma i dobra. Nie widziałem jej od r. 1833. Córki jej 
nie ładne, ułożenie mają angielskie. Pan Konstanty nie mógł nas 
przyjąć, bo właśnie był w ataku boleści kurczowych. Zdaje się, że 
się już nie ruszą z Warszawy. Po tej wizycie wieczór do litej spę- 
dziłem z Zygmuntem i z panią Załuską. Oświecono npm sławny 
obraz Franciszki de Eimini; który Schaffer mu ofiarował w darze,' 
a za który dar posłał on mu potem 17000 franków. Prześliczny 
obraz, szczególniej wyrazem namiętności Franceski; Dant w nim zu- 
pełnie do Pawła Stadnickiego podobny. Czytałem Zygmuntowi wy- 
drukowane w Gazecie Rzeźbiarstwo Deotymy, w którym bardzo 
piękne są ustępy, zwłaszcza z początku. Wiara, nadziya i miłość 
improwizowane z Kątskim, o której improwizacyi Kuryer tak szu- 
mnie pisał, jest najsłabszym jej utworem. Wczoraj dziennik Eze- 
wuskiego wydrukował jej Podróżni, ofiarowane JW. Kajetanowi Ko- 
źmianowi. Czytaliśmy je w Piotrowicach, śliczne są niektóre obrazy, 
ale całość źle powiązana. Dotąd najcelniejsze jej poezye: Krucyaty, 



Digitized by 



Google 



142 

Taniec i wiersz do Zygmunta. Wiadomość o szaleństwie namięt- 
ności Bonapartego zasmuciła Zygmunta, bo on na nim wielkie na- 
dzieje budował. O litej poszedłem na wieczór Senatorowej, który 
w apartamnntach pani Stanisławowej Potockiej, był bardzo ładny, 
choó ładnych twarzy nie ma. Najładniejsza pani Maurycowa Po- 
tocka, a z panien to bardzo jest już ładna ta, która nie jest 
brzydka. Natalka Woroniecka była na tym wieczorze, bo to niby 
był wieczór des Adolescents. Młodzież wypoczęta, ochoczo do 4tej 
hasała i wybornie wieczerzę zajadała. Kiedy to mój Maniuś w więk- 
szem kole zatańcuje. Patrząc na te młode panienki, myślałem z ro- 
rzewnieniem o mojej dziewczynie. W tej chwili oddają mi wasz 
list z czwartku ; zaczynałem się niepokoić waszem milczeniem; ucie- 
szyłem się lepszą o jenerale wiadomością i bliskiem przybj'ciem 
p. Juliusza, lecz jeżeli w piątek miał wyjechać, to już byłby po- 
winien tu być; dziś go zapewne i wasz nowy list powitam. Ja za- 
pewne we środę ztąd wyjadę, pierwej jednak jeszcze napiszę 
we wtorek choć słów kilka. Czy się nie gniewacie na mnie, żem 
o trzy dni przedłużył pobyt. Wchodzi do mnie pan Wentzel, więc 
kończyć muszę za jego pozwoleniem. Składa on wam uszanowanie 
swoje. Żegnam was moi najdrożsi. Dziś obiaduję u jenerała, wcze- 
śniej mnie zamówił, aby mnie gdzieindziej nie zaproszono. Spieszę 
się, aby przed 12 list oddać. Marynię całuję w czoło, cieszę się, że 
usłyszała Kątskiego. — Wasz 

Andrjsej Koimian. 



24 stycznia w poniedziatek. 
Jak nie ma, tak nie ma p. Juliusza, nie pojmuję tej zwłoki- 
Nie przyjeżdża, nie pisze do p. Pawła. Wszak miał wyjechać 
w piątek, wszak dla koncertu nie zostałby.* Wyjazd od rozmówie- 
nia się z nim zależyć będzie. Wczoraj rano wyprawiłem mój list 
do was, a wyprawiwszy go, poszedłem na mszę do św. Krzyża. 
Wstąpiłem do Pawła, od niego na zgromadzenie niedzielne do Le- 
ona*), było ze 60 osób. Na chwilę zajechałem do pani Rzewuskiej, 
byłem u jenerała Kosseckiego, lecz go nie zastałem i punkt o Sciej 
stawiłem się na obiad u jenerała. Poobiednią godzinkę przepę- 
dziwszy u pani Załuskiej, która jeszcze przez tydzień cały zostaje, 
wróciłem do siebie i nieco odpocząwszy, pojechałem do Kossakow- 



*) Łubieńskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



143 

skich, a od nich na cały wieczór do Zygmunta, z któryra przeczyta- 
łem niektóre poezye Deotymy, dotąd mu nieznane. Legenda 
o ptaszku rajskim bardzo mu się podobała. Mam już na nią wła- 
ściwą definicyę, zawołał, to nie dziewczę, ale przez dziewczę mówi 1 
Cho6 ciągle cierpiący, ożywił się Zygmunt, mówił i do późna prze- 
ciągnął rozmowę. Pani Załuska co dzień z nim wieczory przepędza 
i dla niego jeszcze na dni kilka pozostała. U naszej nowo pobra- 
nej pary byłem, lecz nie zastałem, była na obiedzie u p. Dunino- 
wej, a poprzednio całą noc tańcowała u Czyżewskiej, która ciągle 
tańcuje. O lOtej dziś będę i u Kurierowa. lOta — więc wychodzę. 

25 we wtorek. Dostaliśmy już nareszcie pana Juliusza. Wczo- 
raj rano przybył zdrów, zapewniający mnie, żeście zdrowi, twier- 
dzący, że mnie się tak prędko nie spodziewacie i opowiadający 
cuda, o cudach karnawału lubelskiego. Maniuś nic mi nie doniósł 
o koncercie, wiem tylko, że był na nim, że go spotkał pan Juliusz 
wracającego wśród upojenia muzycznego. Dzięki za wasze listy i 
wszystkie listy przyłączone, ale od Stacha nie ma nowego, a byó 
by już powinien. Ja już mam dosyó ruchu, wrzawy i utrudzenia 
światowego, już mi do was i do pracy i do obowiązku spieszno. 
Pan Juliusz mnie bałamuci, wy mnie rozgrzeszacie, przecież nie na 
długo zbałamuci i jutro doniosę, kiedy powrócę. Wracam teraz do 
dziennego opowiadania. Wyszedłszy wczoraj rano, odwiedziłem nową 
bratowę, która, zdaje się oswojona już z mężem i którą poznacie 
w niedzielę. Wszędzie, gdzie tu była, podobała się, bo naturalna i 
rozsądna i pełna serca. O litej byłem u Kurierowa, ułożyłem się 
z nim o komis 250 korcy, na które dał mi zaliczenie po złp. 20, 
a więc 5000 złp. zapewniając, że pierwszą wodą pójdzie. Przedstawił 
on mi się u Leona Łubieńskiego i tam wszedłem z nim w obowiąza^ 
nie; może dostawię do 300 korcy podług drogi i wydatku pszenicy. 
Z tych pieniędzy zaraz poszlę i mojej ciotce należytość i Stasiowi 
zasiłek; na resztę ileż dziur w domu ! Kuryerow bardzo ugrzeczniony, 
gładki, światowy, cygarowy, bawiący się, karnawałowy; więcej kan- 
torowy ajent wzbudzałby więcej ufności. Odbywszy się u Kurye 
rowa, odwiedziłem J. Kosseckiego, który bardzo umysłowo podu- 
padł, lecz mnie bardzo czule przyjął i z czułością o tobie mówił 
i wypytywał się. Wiemy jestem rankom p. Ezewuskiej, zawsze się 
u niej wybornie nią zabawię, zawsze jedna i ta sama, a wśród sa- 
motności swego serca, zawsze szyderczo i złośliwie na świat spo- 
gląda. Wszyscy w Warszawie zajęci teraz małżeństwem cesarza, 
różne o niem szczegóły przychodzą w listach z Paryża. Pani Con- 



Digitized by 



Google 



144 

tades prowadziła intrygę, namawiała ją, aby się stała panną La Val- 
liere, ona broniła się bojaźnią zgryzot sumienia. 11 yaut mieux 
avoir des reraords, que des regrets, odpowiedziała pani Contades; 
straszliwy wyraz zepsucia moralnego; w Paryżu wielka konsternacya, 
czują Francuzi swoje poniżenie, ale Francuzi wyższej sfery; lud 
obojętny. Cesarstwo dzisiejsze to Rzym Heliogabala. Wracając do 
do stancyi, uradowałem się spotkaniem z p. Juliuszem i waszemi 
listami. O 5tej obiad u ładnej, zawsze ładnej p. Fraenkel, był tam 
konsul francuski, przyniósł ostatnie wiadomości paryskie i o nich 
tylko była mowa. Od Fraenkla pojechałem do pp. Wentzlów, na- 
stępnie spotkałem się z rodem Stadnickich u J. Lewińskiego, wy- 
grałem kilka robrów, a o litej pospieszyłem na wieczór ponie- 
działkowy do Deotymy. Był on bardzo tłumny. Temperatura doszła 
do klimatu Indyi, a obłoki dymu cygarowego osłonęły sklepienia 
podwoi. Improwizacyi żadnej nie było przez uszanowanie na wasze 
rady, lecz się ułożył wieczór na dzień następny, na którym Kossa- 
kowski ma czytać swoją komedyę Myśliwi i na który Deotyma 
nowy utwór do czytania gotuje. Przez uprzejmość dla mnie, wie- 
czór ten przyspieszono, bo miał być w sobotę. Rozeszliśmy się po 
drugiej. Dziś na przebudzenie ujrzałem kochanego p. Juliusza. 
Stanął w hotelu saskim, lecz dziś do Angielskiego się przenosi, 
bierzem stancyę dość obszerną, abyśmy razem stać mogli. Nie wy- 
syłam dziś tego listu, bo dopiero za kilka godzin postanowię, kiedy 
wyjadę. Radca wyjechał wczoraj w nocy, nie zabrawszy ani listów, 
ani paczek do pani Łaniewskiej. Ja tego dopełnię. Pan Wentzel 
wychodzi odemnie. Pani ma żal do radcy, ale wiele mu musi 
być przepuszczonem, kiedy bardzo miłuje, jak mówi ewangelia. 

26 we środą. Jestem jeszcze pod wrażeniem dźwięków, któ- 
remi mnie wczoraj uczciła Deotyma, ale o nich później, wracam 
do porządku dziennego. Piszę do was z nowej naszej stancyi i za- 
czynam od tego, że wszystko zważywszy, pomiarkowawszy, roze- 
brawszy, wszystkim względom dogadzając, a nie uchybiając żadnemu, 
pozostaję tu do soboty, która jest ostatecznym terminem. Nie wy- 
robiłbym się ze wszystkiem, krócej bawiąc. Muszę do ciotki napi- 
sać, pieniądze posłać, toż i Stasiowi. W sobotę pojadę bez żydów, 
stanę u was w niedzielę. Na niedzielę proszę o furkę, tę, która 
Lynka odwiezie, tylko wcześnie go wyprawcie. W sobotę będziecie 
jeszcze list odemnie mieli Ale Parel nie dopełnił mego polecenia, 
nie był w niedzielę w Lublinie, nie odebrałem od niego raportu, 
niech więc zaraz jedzie w piątek, jeżeli pomiarkuje tego potrzebę. 
Piszę do niego i instrukcyę daję. A teraz dalej opowiadam. Wczo- 



Digitized by 



Google 



145 

raj ułożyłem sitj z poczciwą Marysią Rozdolaką, że będę u niej na 
śniadaniu i potem na sprawunki z nią pojadę. Byłem na herbacie, 
lecz zastałem ją z bólem gardła, jechać więc nie mogła. Odwie- 
dziwszy pannę Zuzannę, zawsze łaskawą i uczynną, zaszedłem do 
p. Pawła i tam wszystkich Stadnickich zastałem i zawiskowaliśmy; 
o 3ciej byłem u p. Rozalii *), o 5tej obiad u Kossakowskich, po obie- 
dzie przybył p. Juliusz, poznałem go z uprzejmem gospodarstwem 
domu. Odwiedziwszy Bacewiczów, przepędziwszy, godzinę z Zy- 
gmuntem, pojechałem na Polowanie Kossakowskiego do pani Niny. 
Czekano na mnie z czytaniem z wielkim wstydem moim spóźni- 
łem się : były zebrane wszystkie znakomitości literackie i Korze- 
niowski i Rzewuski, było z 50 osób. Komedya wybornie czytaną, 
a raczej odegraną była, lecz wolałem tym razem aktora jak autora. 
Lepsze jego dawniejsze komedye, w tej żadnego nie ma węzła, 
intrygi, charakterów, tylko sceny zabawne, niektóre za długie, na- 
wet nudne. 5 aktów wysłuchaliśmy. Po lekturze oddała mi Deo- 
tyma wiersz, mnie poświęcony pod tytułem Sm. Gdym go sam 
sobie odczytał z rozrzewnieniem i wdzięcznością, uczułem, że nie 
wypadało publicznie go daó do czytania. Obskoczono mnie, aby go 
daó odczytaó, nalegano, proszono. Ja prosiłem, aby opuszczono to, 
co mnie się dotyczy. Matka nie pozwalała na to opuszczenie. Wy- 
tłómaezyłem się dlaczego wzbraniam się, aby z tym pięknym 
wierszem wystąpiono wobec już zmniejszonego; lecz jeszcze licz- 
nego towarzystwa. W końcu uledz musiałem. Odczytał więc ten 
wiersz tkliwy i piękny aktor Komierowski, i odczytał bardzo do- 
brze. Jest w nim bardzo poetyczne i rzewne wspomnienie o Teosi, 
i nawet o mojej Maryni, i dlatego nie chciałem, aby był czytany. 
Wszyscy byli zachwyceni i rozrzewnieni; nawet pan Andrzej Zara. 
wziął zaraz odemnie ten wiersz, aby go przepisać sobie. Na zakoń- 
czenie wieczoru ja odczytałem inny jej utwór improwizowany, 
Wiosna, bardzo świeży, wonny, barwisty. Nadzwyczajne to dziewczę 
i w istocie jak Zygmunt rzekł to przez dziewczę mówi. Od- 
bieram w tej chwili wasz list poniedziałkowy, nie mam czasu roz- 
ciągać się z odpowiedzią, wziąśó obrony Deotymy tak surowo osą- 
dzonej. Co do Rzewuskiego, wyznaję, żem może się omylił, to też 
bardzo grzecznie przywitałem się z nim wczoraj, przy odczytaniu 
wierszy nie był on, bo przy nim czytać bym nie dał. Z listu kra- 
kowskiego nie bardzo jestem zadowolniony, i wiele wydają i za- 
nadto w świat dają się pociągać, muszę poddać pewnej regule; ale 



') Rzewuskiej. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



146 

już 12ta dochodzi, boję się poczty uchybid; odbierzecie jeszcze je- 
den list odemnie, a potem mnie samego ujrzycie. Ściskam was 
najserdeczniej. P. Juliusz łączy ukłony. Widziałem się wczoraj 
z bratem ks. kanonika^), był u p. Niny. 



i. lutego. Piotrotoice 1853^). 
Wróciwszy z mojej wędrówki Łomżyńsko-Warszawskiej, zasta- 
łem w Piotrowicach odpowiedź na inój list z pod dachu Maryni 3) 
pisany. Po rodzicach i po mojej Maryni *), drogie twoje wyrazy naj- 
radośniej powitałem, czekały one na mnie dni kilka, bo w War- 
szawie dłużej, jakem sobie układał, zabawiłem. Przez dni piętnaście 
tam pozostałem i czas prędko i przyjemnie zeszedł. Byłem z Zy- 
gmuntem*), z Deotyma, z panią Załuską, z licznymi znajoraemi 
z dawnych czasów. Marynia®) obiecywała, że może przyjedzie podczas 
mego pobytu, nie przyjechała, więc tylko pisywaliśmy do siebie 
i ja dwa razy posłałem jej wór korcowy różnych wiadoraostek war- 
szawskich, aby ją wśród zimowych wieczorów zabawió i rozerwać. 
I tobie najdroższy przyjacielu powiem słów parę o tej Warszawie, 
która była dawniej naszą i którąśmy tak nazywali, a która i dotąd 
jeszcze, acz różna od dawnej, obojętną nam byó nie może. Dla Zy- 
gmunta'') głównie tam pojechałem i przebywałem, dla niego wkrótce 
zapewne jeszcze wrócę, bo łzie j6go pożegnalnej obiecać to musia- 
łem. Stan jego zdrowia najsmutniejszy, nigdy go jeszcze tak roz- 
strojonego nie widziałem. Eozprzężenie nerwów zupełne, uderzenia 
krwi do głowy ciągłe, a przy tem bolesne moralne usposobienie, 
cały organizm niemocą ogarniające, do tego wzrok tak słaby, że 
ani czytać ani pisać nie może, ani światła lampy, ani światła 
dziennego nie znosi, widok zaś śniegu takie mu sprawia olśnienie, 
że zaraz zawrotu głowy dostaje, a będąc przymuszonym co dzień 
godzin trzy na świeżem powietrzu chodzić, biega w ogrodzie po 
ścieżce na kilkadziesiąt kroków długiej, ścianami płóciennemi od- 
dzielonej. O jak boleśno patrzeć na cierpienie i tego wątłego ciała 
i tego silnego i jasnego ducha. Życie jego w Warszawie najsmut- 



1) Baranowski astronom. (P. W.) 

*) Do Morawskiego (P. W.) 

*) Maryi Jezierskiej, córki jenerała Morawskiego. (P. W.) 

*) Córka autora. (P. W.) 

») Krasińskim. (P. W.) 

«) Jezierska. (P. W.) 

^) Krasińskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



147 

niejsze, część dnia u chorego na chiragrę ojca przepędza, część 
wśród ścian płóciennych w ogrodzie. Wieczorem lektor czyta mu 
dzienniki. O 8^2 odwiedzają go tylko najbliżsi i najpoufalsi, mało 
l}owiera kogo przyjmuje. Pani Załuska od miesiąca jest z nim, lecz 
dziś właśnie porzucić go miała. Ja prawie co dzień część znaczną 
wieczoru, a czasem cały wieczór z nim przepędzałem. Chwilami 
był oniemiały, to znów się ożywiał, mówił, mówił po swojemu 
świetnie, wybornie, ale każdą rozmowę więcej ożywioną opłacalna 
drugi dzień powiększonem cierpieniem. Niezmiernie on teraz do 
żony' przywiązany, która z dziećmi przy chorej matce pozostała i 
dopiero na wiosnę ma tu przybyć ; co dzień odbiera od niej listy 
polskie, długie, obszerne, pięknie pisane i co dzień pisze do niej, 
a raczej dyktuje. Niesłychanie zajęła go Deotyma, której utwory ja 
dopiero poznać mu dałem. Marynia miała ci przesłać wiersz, który 
Deotyma do niego skreśliła, lecz którego nie należy puścić w obieg. 
Zygmunt z właściwym sobie sądem i trafnością ocenia charakter 
jej nadzwyczajnego natchnienia i przesłał jej przezemnie najzba- 
wienniejsze uwagi i rady. Wiele on, bardzo wiele ślicznych o niej 
myśli wyraził, a najtreściwiej ją określił, rzekłszy: „To nie dziewczę, 
ale przez dziewczę mówi". I w istocie jest w tem dziewczęciu coś 
niezwykłego. Świta, świta nam nowa zorza poezyi, nowa po- 
ranna gwiazda błyska. Oby tylko nie skrzywiono, nie wysi- 
lono jej ducha. Zgodne rady i przestrogi, jakie od mego ojca i 
Zygmunta matce i córce zawiozłem, wrażenie sprawiły i mam 
nadzieję, że już tylko rzadko marnotrawić będzie swoje na- 
tchnienie w improwizacyach, zwłaszcza nakazanych i obrabia- 
jących narzucone temata, co jest tylko gimnastyką talentu. Za- 
częła ona teraz skupiać swoje natchnienie i w słowie pisanem je 
wylewać, i od czasu jak pisze, rośnie, rośnie ku niebu. Ostatnim 
jej utworem jest Sen, który mnie poświęciła, w którem czułość 
córki, czułość dziewicza objawiła się, dotąd, jak to słusznie uwa- 
żałeś, uśpiona Posyłam ci ten śliczny wiersz, sam go osądzisz, 
ja może stronny sędzia, bo w nim tak tkliwie, tak pięknie o mojej 
Teosi i o Maryni wspomniała. Dziś tydzień był wieczór u jej matki, 
na którym Kossakowski (który się przypomina twej pamięci) czytał 
jedną z swoich komedyi. Zgromadzenie było liczne, po odczytaniu 
Kossakowskiego, oddaje mi Deotyma wiersz mnie poświecony. Czy- 
tałem go z rozrzewnieniem i z wdzięcznością. Zgromadzeni dopo- 
minają się o niego. Tłóraaczę się, że ten wiersz dla mnie jedynie 
napisany, w części zbyt pochlebny, w części do moich tylko uczuć 
przemawiający. Byli tacy, którzy mnie pojęli i odmowę usprawiedli- 



Digitized by 



Google 



148 

wiali, lecz większość nalegała, domagała się; ustąpi<$ musiałem, pu- 
blicznie przeczytano go. Wrażenie było niezmierne, ale jakże mi 
boleśno było, gdy widowiskiem stało się rozrzewnienie moje, któ- 
remu się oprze<5 nie mogłem. Marynia, wyczytawszy w gazetach 
wzmiankę o tym utworze, pisała do mnie, prosząc o przesłanie go. 
Poślę, lecz najprzód posyłam go jej ojcu, zechcesz go Stanisławowi 
i Jasiowi udzielić. Zastawszy tu twój list, drogi przyjacielu, a w nim 
zdanie twe o naszej młodej Sybilli, wypisuję go zaraz i przesyłam 
jej matce. Dołączam do niego i sąd Wężyka zgodny z twoim, a do 
którego dodał dość zręcznie zastosowane słowa, któremi w jednym 
z jego dramatów przemawia do królowej Jadwigi, jeden z sena- 
torów, usprawiedliwiając cześć, jaką jej najstarsi, ojcowie narodu 
niosą. Wspierajcie, wspierajcie radami, zachętą tę młodą a nad- 
zwyczajną istotę. Niech wie, że najdoświadczeńsi, najwięcej zasłu- 
żeni, najpiękniej natchnieni wieszcze nasi czuwają nad nią i duch 
jej duchem swym wspierają. Ona warta tego, bo pray tem nad- 
zwyczajnem usposobieniu taka skromna, pokorna, bogobojna i dla- 
tego Deotyma przezwana. Deotyma, Montijo i nakoniec pani Alfre- 
dowa Potocka były głównemi zajęciami Warszawy podczas mego 
tam pobytu. O Najjaśniejszej cesarzowej Francuzów nie mam co 
mówić, bo bliżej jesteście Paryża i wiecie wszystko, co jest do 
wiedzenia o niej. Twierdzą jedni, że ustali dynastyę, inni że nie, 
opierająa się na tych słowach panny Doche, odprawionej bez skutku, 
Sire, TEmpire ne donnę pas la puissance Wiele osób, a między 
nimi Zygmunt, wiele wróżą po Ludwiku Napoleonie jeżeli nie 
w dzieci, to w czyny wielkie ma być płodny; ja o tem wątpię, 
lecz mimo całej mojej do niego niechęci, wyznać muszę, że jest 
zręcznym kuglarzem, i że ostatnia mowa jego jest arcydziełem tej 
zręczności. Ale wróćmy do swojskich rzeczy. Otóż Alfredowie Po- 
toccy przybyli z Petersburga i już ks. Komana nie zastali, który 
na nich parę tygodni czekał. Ona piękna. Wspomnienie pięk- 
ności matczynej nie szkodziło wrażeniu, jakie córka w Warszawie 
zrobiła. Warszi.wa tego karnawału wcale nie tańcowała. Ża- 
łoba po p. Baczyńskiej, której zgon prawdziwie mnie zasmucił, 
śmierć Franciszka ^) wstrzymały prąd karnawałowy, dopiero w tym 
tygodniu miano się rozruszać i roztańcować. Umarł więc p. Fran- 
ciszek, choć jak twierdziłeś, będąc kruszcem^ umrzeć nie był powi- 
niem. Koniec jego był przykładniejszy jak życie. Skończył z od- 
wagą i z spokojnością, i przed zgonem wyrzekł się wszelkich pró- 



1) Potockiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



349 

żności, żądając i skromnego pogrzebu, i krzyża prostego w miejsce 
nagrobka. Żona jego szczerze go żałuje, jest to żal wdzięczności, 
a ona, która ten żal czuć zdolna, jest szlachetną i zacną osobą. 
W Warszawie teraz najprzyjemniejsze i na rozcież otwarte są domy 
Kossakowskich, i Uruskich. Jenerał ^) daje dobre, lecz dla nie- 
wielu gości obiady, bo ciągle jest z ręką opuchłą. Ja, który nie 
poszukuję hucznych zabaw, przyjemnie czas mój w Warszawie spę- 
dziłem, i tak czynnie i ruchawo, że wszystkim wezwaniom wystarczyó 
nie mogłem, fiozruszaó się na dni piętnaście, to jeszcze ujdzie, ale 
po 15tu dniach w mym wieku już nieco odpocząó trzeba po ruchu 
i po nieczynności, bo taka jałowa nieczynnośó w końcu męczy. 
Wróciłem więc z przyjemnością do cichych Piotrowic, do cichej 
mojej Maryni, cboó mnie starano się dłużej zatrzymaó. I Juliusz 
Stadnicki wśród mego pobytu przybył i chciał mnie zbałamució. 
Spodziewałem się. że mi p. Ludwik Małachowski przywiezie wia- 
domości najświeższe i o Turwi i o Luboni, lecz się go nie docze- 
kałem. Nasz nowożeniec już przybył z małżonką, która się moim 
rodzicom podobała, jutro jedziem do niego, obchodzi święto nowo- 
zaślubionej i razem przedstawia ją rodzinie i sąsiedztwu. Wesele 
odbyło się w przyzwoity sposób, bez pijatyki i zbytecznej wystawy. 
Nie było tam nic śmiesznego. Tak to zmieniają się czasy, obyczaje, 
ludzie, już teraz i na prowincyi i nawet w Łomżyńskiem nie znaj- 
dziesz powodu do śmiechu ; żadnej karykatury, żadnego oryginału, 
żadnego Jaxy ! ^) Eównośó wśród nieznośnej mierności zaległa 
cały świat Cały świat jest płaszczyzną bez żadnej góry i do- 
liny. Zostawiam tę stronnicę dla mego ojca i tylko na niej zamie- 
szczam serdeczne uprzejmości dla młodej pary Lubońskiej, a dla 
jej małej parki uściśnienia, a dla głowy rodziny to wszystko, co 
najczulszego w najczulszej przyjaźni być może. 

A, E. Koimian, 

Po wyrazach J«jdrzeja ja ci nie mam nic dodać, kochany 
przyjacielu, bo ci wszystko opisał. Na ostatni twój list to ci tylko 
odpowiem, że co do języka nigdy się z tobą nie zgodzę. Sądzisz go 
z dawnem uprzedzeniem i dodam ci tylko, że lubo nie wątpię, że 
żal nad bolesną stratą Antoniewicza, pod twoim piórem może byłby 
rzewniejszy, dlatego nie byłby prawdziwszy; i jeżeli go na papier 
kiedy wylejesz, chroń się silnych i brzmiących wierszy, wzniosłych 



^J Krasiński. (P. W.) 

*) Marcinkowskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



150 

porównań, uderzających uraysł myśli; bo elegia tego nie przy- 
puszcza, non hic locus erit, w żalach lepsze zaniedbanie, nawet mały 
usterek, jak wyszukanie zbliżające się do afektacyi. Żal szczery 
musi być prosty, płaczący nie raa baczności śpiewaka, nie wie on 
czy harmonijnie płacze, lecz wszyscy czują, że płacze i wraz z nim 
płaczą. Pomięszanie Brodzińskiego z Dantem może mimowolne, 
może z naturalnego pomieszania myśli wypływające, nie jest przeto 
mniej rzewne, a zatem nie jest niewłaściwe. Co do Deotymy, zga- 
dzam się zupełnie z twojem zdaniem, radbym a capite, aby wróciła 
do swego chrzestnego imienia, 2do aby nie improwizowała, Sio 
aby nie dozwalała szargaó się i pospolitowac po gazetach i dzien- 
nikach, a tem mniej z klawicymbalistą Kontskim. Ta natchniona 
darem Bożym dziewica, którą teraz anieli wznoszą nad poziom 
ludzki ; boję się, aby nie padła ofiarą szatanów tegoczesnych, którzy 
przez poklaski, podziwienia, pochlebtwa chcą ją wprowadzić na 
drogę próżności i dumy, którą sami, jak piekielnym ogniem, tchną. 
Dotąd ona w nieskalanej trwa niewinności, tuli się do starszych 
1 na ich potwierdzenie się obziera. Trzeba więc ją zachęcać, ale 
nie psuó. Talent jej, łatwość wierszowania, bogactwo języka, wy- 
obraźnia, inwencya są nadnaturalne, zadziwiające w młodem dziew- 
częciu, ale pessimum genus inimicos laudantes Są to przed nią 
skopuły, których oby uniknęła. Wkrótce dłużej do ciebie napiszę, 
gdy nam na ten list odpiszesz. Teraz cię ściskam serdecznie z sy- 
nem, synową, wnukami i Oporo wem. — Vale amantissimo. 

Kajetan Kozmian. 



17go lutego 1853, Piotrowice. 

') O moim pobycie dwutygodniowym w Warszawie nic wam 
nie piszę, bo Edward czytał mój list do jenerała, w którym mu 
wszystko opowiedziałem, to tylko nadmienię, o czem wiesz dobrze, 
że Zygmunt*) zawsze niesie ci najczulszą przyjaźń, że z wielkiera za- 
jęciem dopytywał mnie się o twoją przyszłą i że życzenia jego towa- 
rzyszą ci zawsze. Bardzo go także obchodzi powodzenie waszego 
pisma*), które wysoko ceni, i chce wam tego dać dowód za moją 
powtórną w Warszawie bytnością. On tak cierpiący, tak smutny. 



*) Do Stanisława i Jana Koźmianów. (P. W.) 
«) Krasiński. (P. W.) 
») „Przegląd^ (P. W.) 



Digitized by 



Google 



151 

tak samotny, że mu pramec musiałem, że go powtórnie odwidzę, 
i za 10 lub 15 dni wybiorę się zapewne do niego. O nadzwyczajnym 
tegoczesnym warszawskim a raczej polskim fenomenie, to jest 
o Deotymie, obszernie rozpisałem się do jenerała, posłałem mu jej 
ostatni utwór Sen, prosząc, aby go wam udzielił. Podobno macie 
coś o niej napisać. Oddajcież jej sprawiedliwość, zachęćcie ją, 
a razem zaklnijcie, aby nie rozpraszała swego natchnienia, nie wy- 
dawała go na ulotne, drobne i narzucone improwizacye. Niech 
skupia i wzmacnia swego ducha. Niech zgodne rady wszystkich 
szczerze jej i naszej poezyi życzliwych, szczerze podziwiających jej 
dar Boży, otoczą ją i wspierają. Wróciwszy z Warszawy, zastałem 
tu dwa listy pełne jej, jeden od jenerała O, drugi od kasztelana 
Wężyka, w obydwóch zgodny i trafny sąd wyrzeczony o niej. 
Jenerała w bardzo pięknych i poetycznych wyrazach, a z sądem 
Wężyka, połączony wyjątek z jego dramatu bezkrólewia po Kazi- 
mierzu W., w któiym autor bardzo zręcznie i pochlebnie zastosował 
słowa do królowej Jadwigi wyrzeczone, i zwrócił je do Jadwigi 
wieszczki. Oba te wypisy z obydwóch listów posłałem matce i córce 
do Warszawy i pewnie je niemi uszczęśliwiłem. Sam zaś, chcąc 
odwdzięczyć się za Sen, który mi ofiarowała, w którym tak czule 
o mojej drogiej zmarłej wspomniała, napisałem wiersz jej poświę- 
cony, ze zwrotem do niej przy końcu, pod tytułem Ecce Deus-Ecce 
Hoino. Ponieważ mój ojciec go pochwalił, więc go jej zawiozę. 
Nie wiem dla czego jenerał mniema, że ustęp dla mnie poświęcony, 
jest przyczepiony do dawniejszej jej pracy. Ten wiersz Sen napisała 
jednego wieczoru, który poprzedził dzień, w którym mi go ofiaro- 
wała. Obraz ogrodu byl z natury wziętym, była to właśnie jedyna 
noc, w której pierwszy śnieg go pokrył. I Zygmunt i wszyscy 
najstarsi bardzo zajęci tem nadzwyczajnem dziewczęciem, jeżeli tak 
dalej rosnąć będzie, kto wie, czy nie otworzy nowej ery naszej 
poezyi, w której duch, wyobrażenia, czucia ery ostatnej, ale wyja- 
śnione, uzdrowione, oczyszczone panować będą, a czystość form? 
sztuki i mowy z dawnej epoki przejętą zostanie. Mój ojciec mówi, 
że kto wie, czy ta dziewica nie jest dziewicą orleańską naszej 
poezyi, przeznaczoną do uwolnienia jej od najezdnych, drapieżnych 
i rozpustnych Anglów. Bóg by to dał! Oby tylko nie skrzywiła się 
i nie obłąkała się wśród trudnej drogi. Oby wytrwała w pokorze, 
w bogobojności i w czystości uczuć. Jenerał napisał do mnie 
w dzień wyjazdu Edwarda z Luboni. Bardzo zabawnie on opisuje, 



*) Morawskiego. (P. W.) 

Lisij Andnąjft Kośmiawt. T. n. H 



Digitized by 



Google 



152 

na jakie go skazujecie tortury, jak go karcicie, krytykujecie, jak 
obcinacie jego wiersze, wyrzucacie wyrazy, które was rażą, i jak 
on to wszystko znosi z pokorą i potulnością, przez miłość waszą 
i Przeglądu. Od powrotu mego z Warszawy nie byłem jeszcze 
w Wronowie, lecz posyłałem tam z obszernym listem, opisującym 
wszystko, co tamtejsze panie obchodzić mogło ; bardzo mi za to 
wdzięczne były. Dziś zaś odebrałem od mojej kumy długie pismo, 
dawniej zapowiedziane, w którem zawsze jedną dla mnie przemawia 
przychylnością. Od Stasia miewam regularnie tygodniowe listy. 
Uczy się chłopiec gorliwie, a choć mu dałem pozwolenie na 
zabawienie się w ostatnie dni karnawałowe^ nie korzystał z niego 
i nie był na żadnej hucznej zabawie, na które niestety cała 
młodzież ucząca się uczęszcza. Parę razy tylko poskakał na ma- 
łych wieczorach i grał u Piotra Michałowskiego w sztuce fran- 
cuskiej, którą młodzież przedstawiła, i która się udała. Drugi raz 
ma grać u ks. Henrykowej ^), która dla pani Arturowej *) to niespo- 
dziewane przedstawienie przygotowuje. Ś.p.Jaia^) raz tylko bardzo 
coś mądrego napisał, to jest „Stój piórko rozbrykane". Otóż i ja za 
nim ten mądry wykrzyknik powtórzę, bo w istocie galopuję pi- 
sząc do was i nie wiem, gdzie i kiedy bym się wstrzymał, gdyby 
mi Jaxa nie był przyszedł na pamięć. Wy mi nie odpiszecie tak 
długo i nie żądam tego, bo znam wasze zajęcia, wiem że Stanisław 
nie może wydołać wszystkim podziękowaniom za życzenia, które go 
z stałego lądu i z wysp dochodzą. Przecież obdarujcie mnie jakiem 
błowem. Żegnam was moi drodzy! a z wami najukochańszą Azie. 
Turwia opuszczona, nie ma tam komu mnie polecić, ale wspomnijcie 
o mnie w Szołdrach i wszędzie w okolicy, gdzie zupełnie zapomniany 
nie jestem. Gdybyście chcieli umieścić w Przeglądzie jaki wiersz 
Deotymy, powiedzcie, a przeszłe go wam. Zygmunt bardzo ceni jej 
legendę o „Rajskim Ptaku", teraz zajmuje się ona Siegfriedem i 
chce coś innego znowu utworzyć, w czem Jan z Kulna będzie bo- 
haterem. Jeszcze jedno pożegnanie i uściśnienie. Wasz 



A. Koimian, 



^) Lubomirskiej. (P. W.) 
*) Potockiej. (P. W.) 
*) Marcinkowski (P. W.) 



Digitized by 



Google 



15Ś 

Warseawa 6. marca, w niedzielę^). 

Wyprawiwszy list do waS; wyszedłem na moje ranne kursą, 
które zacząłem od pani Amelii Łubieńskiej, aby ją zaspokoić o ojca, 
lecz nie zastałem jej. O 12 czekał mnie Badeni z Nicolasem*), 
i z wierszem do Deotymy, któryśmy po trudzie całogodzinnym po- 
prawili, i który teraz jako tako wygląda. Nic zabawniejszego jak 
męki porodu Badeniego, ja byłem jego Sąchecką^). Odebrawszy od 
pani Kossakowskiej wezwanie na obiad na poniedziałek z księżną 
Michałowa Radziwiłłowa a nie mogąc być, bo poprzednio Fraenkel 
zamówił, poszedłem wymówić się wraz z Badenim, który także być 
nie może, mając być u Fraenkla. Odwidzając jenerała Kosseckiego, 
zabawny a raczej zasłużony wstyd mnie spotkał ; mówię lokajowi moje 
nazwisko; jenerał mnie przyjmuje, ale wychodzi naprzeciw mnie, 
cały drżący i wzruszony, ze łzami w oczach, przyjmuje mnie czule 
jak zawsze, ale ściskając mówi: „Czy wiesz kogo spodziewałem się 
uściskać, twego ojca. Powiedziano mi „stary pan Koźmian". W pier- 
wszej chwili zapomniałem, że twój ojciec nie wyjeżdża i z łzanii 
radości spieszyłem na jego przyjęcie". Lokaj na moje włosy spoj- 
rzawszy, nazwał mnie starym, i sprawiedliwie, już jestem stary, 
i nie miałem żalu do tego logicznego lokaja, gdyż mi podał spo- 
sobność do przekonania się, że ci jenerał prawdziwym przyjacielem. 
Z regularnością tak cenioną przez p. Rozalię Rzewuską byłem 
u niej o zwykłej godzinie i zastałem Wydrychiewicza, który zbiegł 
od swoich imienin. O pół do szóstej obiad u Łaskiej, która obra- 
żona na Warszawę za wyłączenia piknikowe. Wieczór zaczą- 
łem od Zosi*), która już w salonie swoim wśród swoich trzech 
piesków faworytów przyjmuje. Jednego z nich nazwała le Prince de 
Galles, bo cały parszywy, ale mimo to faworyt. Choć dziś nie było 
wieczoru u Uruskich, przysłali prosić na 9, było tam bowiem ze- 
branie szaradowe. Wyszedłem więc na chwilę od Zygmunta na to 
zebranie, ale tak to było nudne, tak próby robione nie udawały się, 
choć najpiękniejsze warszawskie panie należały do nich, że zaraz 
wyszedłem. Wybór także szarad nie szczególny. Mariage-Moissons 



*) Listy do rodziców z powtórnego w tym roku pobytu w War- 
szawie. (P. W.) 

*) Radca stanu Badeni zajmował się wtedy przekładem dzieła 
Nicolasa „Filozofia Chrześcijaństwa". (P. W.) 

») Akuszerka. (P. W.) 

*) Zofia z Chodkiewiczów Ossolińska, przyjaciółka rodziny Ko- 
źmianów. (P. W.) 

n* 



Digitized by 



Google 



154 

i rOrange i czwarta, która tajemnicą pozostanie i b(jdzie do od- 
gadnięcia. Wróciwszy do Zygmunta z p. Andrzejem ^) i z Stasiem 
jego bratem, do w pół do pierwszej przeciągnęliśmy jego wieczór. 
Byl dośó żwawy i weselszy, jednakże przy końcu uczuł potrzebę 
odpoczynku i sam solwował sesyę. 

Do Strzeleckiego napisałem do Willanowa, ażeby tu którego 
dnia przyjechał lub mnie wyznaczył dzień, w którym bym go od- 
widził dla ukończenia interesu *). Pani Augustowej jeszcze nie ma, 
i zapewne nie wróci jak na Wielkanoc. Z nowin wczoraj nic nie 
było. Dzienniki nadeszły i nic ciekawego nie przyniosły. Ks. feld- 
marszałek wróci w nasz wielki tydzień. 

7. marca w poniedziałek. Odebrałem wczoraj wasz drugi list, 
o pierwszy dopytywałem się i powiedziano mi na poczcie, że ża- 
dnego nie ma. Za ten drugi całuję wasze ręce. Doszły mnie także 
polecenia p, Juliusza^), których będę • się starał jak najdokładniej 
dopełnić, nie wiem, tylko czy już mają w banku takie cer- 
tyfikata na mniejsze sumy, bo ich nie mieli, gdym ich za 
pierwszą bytnością potrzebował, a na giełdzie nie wiem, czy 
ich dostanie. Wczoraj o 10 z rana wymknąłem się z domu, 
ażeby uniknąć wizyt Reinerowskich i innych, które by ranie wiele 
czasu zajęły. Byłem zaraz u pani Amelii Łubieńskiej, która naj- 
wdzięczniejsza wam za przyjęcie, jakiego jej chłopczyki u was do- 
znali. Zaspokoiłem ją o ojca*), którego koniecznie zaraz z wiosny do 
wód wyprawić powinni. Po mszy u św. Krzyża poszedłem do Ba- 
deniego, któremu obiecałem jeszcze raz jego wiersz do Deotymy 
przejrzyć. Znowu się więc ponowiły męki tworzenia i nakoniec dość 
kształtny wierszyk się ułożył pod tytułem Żal do Deotj^my, na któ- 
rego odczytanie ja zostałem przeznaczony. O lej zwyczajne, liczne 
zgromadzenie niedzielne u Leona ^), z którego zaszedłem do jenerała 
Krasińskiego Zastałem go mocno cierpiącego, miał przy mnie dreszcz, 
przepowiednią nowego ataku i w istocie zaraz położył się, i wieczorem 
był nieco lepiej, bo zaczął się pocić. Mówił mi, że pisał do ciebie 
a wymawiał, żem przez parę dni nie jadł z nim obiadu, obiecałem 



^) Zamoyskim. (P. W.) 

2) Nabycie biblioteki Piotrowickiej przez Aleksandra Brani- 
ckiego. (P. W.) 

3) Stadnickiego. (P. W.) 

*) Hr. Jezierski z Garbowa, marszałek szlachty gubernii lubel- 
skiej. (P. W.) 

*) Łubieńskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



155 

sitj na wtorek. Na chwilę wstąpiłem do pani Eozalii ^), lecz gdy 
nadjechał hr. Zichy, który wraca z Petersburga, j'ai fait le discret, 
i wyszedłem, aby ułatwić p. Ezewuskiej sposobność wydobycia z niego 
wszystkiego, czego by się dowiedzieć chciała, O 4 obiad u pani 
Łuszczewskiej. Przy obiedzie toast na cześć Deotymy, która odpo- 
wiadając toastom twoim i moim, dodała: 

Z Piotrowic, kędy nauk dziedzina. 

Dwojakie światło nam świeci; 
Tam dwaj śpiewają nasi poeci 

Zdrowie ojca ! zdrowie syna ! 

Deotima to klawisz, którego tylko dotknąć się, zai*az się dźwię- 
kiem odezwie. Po obiedzie przybył Badeni z swoim Źaletn^ zaraz 
go odczytałem, mile był przyjęty i podobał się jak lekki, salonowy 
wierszyk. Ze zdradzony zostałem przez Deotymę o moje Ecce Deus 
więc na naleganie jenerała Łubieńskiego i innych osób obiadujących 
musiałem je przeczytać i już zaraz tego wieczora rozlegała się wia- 
domość o tym wierszu, tak tu głodni każdej nowości. Badeni był 
najgłośniejszą trąbą i dzwonem, który mnie wydał. Od p. Łuszczewskiej 
pojechałem do pana Ludwika Małachowskiego i panny Hortensyi, 
po półgodzinnej wizycie jadę do pani Bóbr, która co niedziela otwiera 
swój salon i przyjmuje, i tam już zastaję dzwon bijący, trąbę trą- 
biącą. Żądają koniecznie, abym powiedział Ecce Deus, żąda p.Mau- 
ryoowa Potocka, a że ja dla niej mam słabość, więc ulegam. Wczoraj 
był także wieczór u księżny Eadziwiłłownej, jadę z panem Marcinem 
i już zastaję rozgłoszoną wieść o moim wierszu nie tylko przez 
Badeniego, ale i przez jenerała Łubieńskiego i przez Kossakowskiego. 
Księżna napastuje mnie, bronię się, i dopiero przy końcu wieczora 
w dość licznem lecz dobranem gronie dopełniłem żądania księżny. 
Zapewniano mnie ze wszech stron o wrażeniu doznanem, lecz ja 
wiem dobrze, co warte te zapewnienia salonowe. Dzisiaj z ust do 
ust przechodzić będzie wiadomość o mojem Ecce Deus, bo nie mają 
o czem mówić. 



8. marca 1853. Warszawa, Wtorek. 
Oj wizyty, wizyty ranne zabijają mnie, co chwila ktoś przy- 
chodzi i przerywa mi listy, które piszę. Już po 10 godz. a ledwie 
zdołałem napisać i wyprawić list do Stasia z pieniądzmi^ posłałen) 



1) Ezewuskiej. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



156 

rau 600 zł., co by im zabrakło, wezmą z Dobrzechowa. Eeiner 
jest teraz codziennym moim wizytatorem. Wydrycliewicz dopiero 
co wyszedł. Od Stachusia wczoraj dwa listy odebrałem, jeden rano 
z 4 marca i ten wam posyłam, drugi dawniejszy z 28, który ście 
mnie odesłali. Zdrów, niech będą dzięki Bogu. Zdrów i poczciwy 
i zaleceniom moim posłuszny. Wczoraj w nocy napadł mnie mój 
ból w palcu od nogi. Myślałem, że wypadnie cały dzień leżyó, 
leżąc pisałem do was i dlatego nie wyraźnie. Uciekłem się do bło- 
gosławionych moich kropelek, poleżaieni do 2 i już o 3 wyjechać 
mogłem na miasto, do pana Sawickiego, który cierpiący nie wy- 
chodzi z domu, a który dni temu 10 widział Stachusia. Byłem 
u Bacewiczów, u pp. Wentzlów, wstąpiłem do tego słynnego obrazu 
Chosroe Dusi, który wczoraj po raz ostatni był wystawiony, a na- 
byty został za 20.000 zł. przez Idzkowskiego. Jest to obraz efe- 
ktowny, światło tak jest zręcznie użyte, że figury zdają się odstawać 
od płótna. Przed 6 obiad u Praenklów z 12 osób, byli Uruscy, bo 
oni jedni okazali się z przychylnością dla ładnej pani Frankel. Obiad 
bardzo wykwintny, gospodyni domu śliczna. Około 8 pojechałem do 
Kossakowskich, myśląc, że tam jeszcze zastanę osoby obiadowe, 
lecz już nie było nikogo oprócz gospodarza. Zaszedłem potem do 
Zosi a od niej z Przezdzieckim do Zygmunta, który był dośó zdrów 
i ożywiony, lecz jenerał, cały dzień przecierpiał i przeleżał. Od 
Zygmunta z p. Andrzejem *) i z Przezdzieckim o 12 udaliśmy się do 
pani Niny. Grała jakaś wirtuozka na fortepianie^ śpiewał Komie - 
rowski. Czytano, gdy już zmiejszyło się zebranie, poezye Kondrato- 
wicza. Osobliwością wieczoru wczorajszego był Wolf, ów nowy 
wydawca pism polskich w Petersburgu. Do 2 przeciągnęliśmy z p. 
Andrzejem w nie wielkiem kole rozmowę, bo wiecie, że on jest 
nocnym ptakiem. Z wiadomości wczoraj nic ważnego, oprócz mowy 
Lorda Palmerston, który oświadczył, że wydalenie z Anglii emigrantów 
miejsca mieó nie będzie. Cesarz austryacM zdrowszy, już zaczyna 
wychodzić, bardzo -uszczęśliwiony, że misya hr. Leiningen zupełnie 
się powiodła. Była to pierwsza jego próba dyplomatyczna, on sam 
hr. Leiningen wybrał i instrukcye mu dawał. Czytałem trzy listy 
z Wiednia do p. Bzewuskiej, w których są różne ciekawe szcze- 
góły, zdaje się, że na 21 był przygotowany rozruch w Peszcie, i że 
schwycono tego, który miał Arcyks. Alberta zabić. Pospólstwo 
w Wiedniu wyświstało ambasadora angielskiego, po dokonanym 
zamachu na cesarza. W tej chwili odbieram bilecik od nieoszaco- 



1) Zamoyskim. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



157 

wanej p. Zuzanny, która mi donosi o naszych pasportach i wska- 
zuje, co robić wypada. Będ(} u konsula austryackiego i zrobię co 
należy. Podanie o mój pasport nadeszło, lecz jeszcze nie ma opinii 
naczelnika wojennego. Dziś już zupełnie zdrów jestem na nogę, 
chcę zaraz wyjść i być dziś u Muchanowa, do którego mam cztery 
interesa, a między niemi jeden ks. kanonika^). Ponieważ jenerał za- 
pewne nie wstanie dziś z łóżka i nie będzie mógł obiadować, więc 
przyjąłem zaproszenie do Uruskich. Jeżeli jenerał wstanie, to będę 
skazany na dwa obiady, co będzie i śmiesznem i uciążliwem. 

9, we środą. Byłem wczoraj w biurze pasportowem, zapewniono 
mnie, że bez żadnej obawy strofu, może Stachuś pozostać gdzie jest, 
dopóki nie otrzyma przedłużenia i że to przedłużenie wydanem 
będzie, skoro tylko zbiorą potrzebne wiadomości. Odwiedziwszy p. 
Pawła *) i poczciwą Marysię Eozdolską, pojechałem do jen. Paniutyna, 
którego nie zastałem, od niego do Muchanowa, którego spotkałem 
wychodzącego z śliczną swoją córką; umówiłem się więc z nim na 
godzinę poobiednią. Następnie byłem u Jenerała*), który mniej cier- 
piący, lecz jeszcze w łóżku i przez cały dzień miał w niem pozo- 
stać, mimo to obiad nie był odwołanym, i jen. Łubieński miał gości 
przyjmować, ja się od niego wymówiłem, woląc być, gdy jenerał 
zdrów będzie. Po 2 byłem u pani Sobańskiej, która otworzyła 
swój salon na ranne przyjęcia. Zacna to i bardzo uprzejma osoba, 
dalej do p. Rzewuskiej z żądaniem, aby napisała do konsula au- 
stryackiego o wyznaczenie mi godziny, w której bym go zastał. 
Odwiedziłem Pileckich, lecz ona była w łóżku cierpiąca, on do ja- 
kiejś chorej nagle został powołany. Mając jeszcze jzas przed obiadem, 
wstąpiłem do Salon des etrangers warszawskiego, to jest do Poletyłły 
dla przypatrzenia się rublowemu gierylasowi, który się odbywa bez 
hałasu, łajania, wymówek, nie jak trzy groszowy. Ja tu zupełnie 
nie wiskuję, największą część wieczorów spędzając zawsze z Zy- 
gmuntem, a nie ma kochanego p. Juliusza, ażeby rano u p. Pawła 
rozstawiano stolik. O 5 wczoraj obiad u Uruskich z moją faworytą 
p. Maurycową Potocką i z kilkoma innemi osobami. Obiad dobry i 
gospodarstwo grzeczne. Wieczorem miały się próby odbywać szarad 
i obrazów. Ja poszedłem do p. Muchanowa, który mnie bardzo 



^) Baranowskiego, proboszcza w Bychawce, później biskupa lubel- 
skiego. (P. W.) 

2) Stadnickiego. (P. W.) 

3) Krasińskiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



158 

grzecznie przyjął i wysłuchał moich próśb, a raczej słuchał je, a 
obiecał wysłuchać. Prosiłem go o wydanie książek zatrzymanych 
w cenzurze, o dozwolenie imprimatur na tłumaczenie Makbeta'), 
i nakoniec o przyspieszenie przychylnej odpowiedzi dla szkółki (nie 
parafialnej) lecz początkowej w Bychawce. Najusilniej nalegałem na 
to ostatnie żądanie; trzeba by teraz dopilnować, ażeby ten interes 
z gubemii prędko był wyprawiony do kuratoryi. Po pół godzinnej 
przyjemnej rozmowie, bo Muchanow, kiedy chce, jest przyjemny, 
poszedłem z Makbetem do Deotymy. Prosiłem jej matkę, aby zgro- 
madzenie było nieliczne, bez dziennikarzy, żeby nie opisali wieczoru, 
i w istocie publikum całe składało się z 20 osób. Ks. Eadziwiłłowa, 
Kossakowscy z córkami i z synem, pani Amelia Łubieńska, Łu- 
bieńscy, ojciec i syn, Przeździecki, Zamojskich trzech, Badeni, Ku- 
ryerow, Tyszyński, Humniecki. — Korzeniowski miał być, lecz zacho- 
rował ; kilku słuchaczy uzbrojonych było w tekst angielski, pan 
Andrzej ^). Tyszyński, p. Kossakowski, postępowali wiersz za wierszem. 
Ucieszyłem się, widząc, żem nie musiał zupełnie popsuć i prze- 
istoczyć Szekspira, gdyż wrażenie zdawało się silne i bitwa została 
wygrana, przyznano rai wierność, jakiej się nie spodziewano. Deotyma 
była raz blada, to znowu płoniła się, nie znała wcale Szekspira, 
nowy to świat poezyi, poezya namiętności ludzkich, rozwarł się przed 
nią. Nikt nie zasnął, wszyscy mnie dziękowali, więc mniemam, że 
się nie znudzili. Jeżeli inne zapewnienia mogą mi być podejrzane, 
wierzę tym, które mi dał p. Andrzej, który doskonale rozumie 
Szekspira. Pp. Łuszczewscy i Deotyma bardzo mi byli wdzięczni, 
a tak choć w części odwdzięczyłem się za Sen i za ich uprzejmość 
dla mnie. Czytanie trwało od 9 do 12, lecz że byłem przy głosie, 
nie zmęczyłem się. Nie wiem, czy druku dozwolą, choć Hołowiń- 
skiego tłómaczenie jest drukowane. Otóż macie i dzień wczorajszy, 
zapomniałem tylko dodać, że byłem u Skarbka, który z wielką czcią 
pytał mnie o ciebie drogi ojcze ! Byłem u Skarbka dla poparcia sprawy 
jednego z kupców lubelskich, lecz bardzo uprzedzony, przeciw niemu. 
Wypadnie mi podobno prezentować się ks. GorczakoiF, gdy od szarad 
sobotnich nie chcą mnie puścić, jeżeli więc z listów waszych nie 
dowiem się, że powrót mój potrzebny lub żądany przez was, pozo- 
stanę do niedzieli a poniedziałku najdalej. Karol Jezierski przyjedzie 
tu do mnie we czwartek lub w piątek, muszę więc na niego czekać, 
gdy tu się z nim zobaczę, nie wstąpię już do Mińska. Warszawa 



') Przekład Makbeta An. Ed. Koźmiana; autora „Listów" (P.W.) 
2) Zamoyski. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



159 

nie wiele mnie kosztuje bo sucho, wi^c pieszo chodzę, obiady jem 
proszone, tylko więc mam wydatek na stancye i Michała ; a kiedy 
Maniuś pozwolił mi nieco rozerwać się, więc się rozrywam, lecz nie 
bałamucę jak p. Juliusz i fiomanus, i was także rozerwać staram 
się opowiadaniem mojem. W Piątek znowu pisać będę, a teraz ści- 
skam wasze ręce i moją kochaną dziewczynkę przyciskam do serca, 
i mego kochanego chłopczyka list przyłączam. Serdeczności p. Ju- 
liuszowi i kanonikowi. Niech też tam ostrożnie obchodzą się z paszą, 
czy zwieźli stóg ze stawu i koniczynę z Bystrzycy. Wódki jaką 
małą party ę po fl. 4 można sprzedać. 

A, Koźmian, 



10. marca 1853. Warszawa. 
Kiedy wy dziś otwieracie kaplicę, święcicie ją i pierwsze w niej 
modlitwy wznosicie za naszą ukochaną zmarłą, i ja łączę się z wami 
westchnieniem i o w pół do jedenastej u kapucynów mszę żałobną 
mieć będę, na którą moją ofiarę posłałem. Wolałbym był być dziś 
z wami, cały dzień z wami przepędzić, ale kiedy tu jestem, w ranek 
przynajmniej z nią i z wami się połączę. Odebrałem wczoraj wasz 
list z 7 i listy z Dobrzechowa. Pierwszy zawsze miły, drugie zawsze 
zgryzotę przynoszące. Przewidywałem, z jaką radością powitany zo- 
stanie zwartwychwstały Jaxa^). Jenerał niecierpliwie wyglądał wia- 
domości o wrażeniU; jakie zrobi z grobu wywołana postać jego, 
dziś mu zaraz wiozę list odebrany, i wyjątek z niego i podpis pod 
portret dany czytam, chory i rozśmieje się i zabawi. Wczorajszy 
ranek rozpocząłem od wizyty do ratusza; gdzie się chciałem do- 
wiedzieć, kiedy się będę miał przedstawić ks. GorczakofF. Odpowie- 
dziano mnie, że po 10 dniach zawiadomiony zostanę. Odwiedziwszy 
p. Pawła o lej, w godzinę wyznaczoną, poszedłem do konsula au- 
stryackiego, który mi przyrzekł, w razie mylnego raportu sprostować 
go a przynajmniej osłabić, lecz radził, postarać się na miejscu tam 
gdzie jest młodzieniec, ażeby raport nie był fałszywy. P. Rzewuska 
pisała do konsula za mną i przyrzekła mi dopilnować go, ażeby 



^) Jaxa Marcinkowski, znany pseudo poeta, przedmiot żartów 
obozu klasyków przed rewolucyą 1830 r., zwłaszcza na obiadach u je- 
nerała Krasińskiego. Jest tu mowa o portrecie Jaxy Marcinkowskiego 
przesłanym przez jenerała Krasińskiego Kajetanowi Koźmianowi, a który 
znajduje się w trzecim tomie jego „Pamiętników". (P. W.) 



Digitized by 



Google 



160 

obietnicy danej dotrzymał. Mogę więc uważać interes paszportu 
Stasia za ułatwiony. Od Strzeleckiego list, to jest odpowiedź na 
mój list, odebrałem, że w żaden sposób nie może zająć się teraz 
porównaniem katalogów, że tak jest pracą obarczony, że ani on tu 
przybyć, ani mnie w Willanowie przyjąć nie może, że zre- 
sztą bezemnie porównania dokona, i sumiennie wykaże niedostatki 
lub naddatki. Tego więc interesu za tym pobytem nie załatwię. 
Wyszedłszy od konsula, byłem u Jenerała, który, choć jeszcze cier- 
piący i w łóżku, przyjął mnie na chwilę; zdrowszy jest, dziś może 
już wstanie, ale cztery całe dni przespał i pamięć ich zupełnie 
stracił. Zwyczajem codziennym u pani Eozalii kilka chwil spędziwszy, 
poszedłem na górę w tym samym domu, chcąc wywiązać się z danej 
obietnicy fiomanowi. Przyjęła mnie pani Ostrowska, ale się panna 
Amelia nie pokazała i nie mogłem pokłonić się jej za wujaszka. 
Na święta jadą te panie na wieś, a po świętach chciały by być 
w Żabiej woli. Przerwał mi z wami rozmowę Wścieklica, dość długą 
wizytą i opowiadaniem o kandydatach, kandydaturach, posadach, 
protekcyach a nawet o śniadanku danem przez Klamborowskiego, 
prawdziwa rozmowa urzędnika. Wracam do wczorajszego poranku. 
Wyszedłszy od pani Ostrowskiej, spotkałem p. Pawła i Michała *), 
dążących do Poletyłły, poszedłem więc z niemi. Zrobiliśmy partię 
i sprofanowali stolik Poletyłłowski wiskiem dziesięciogroszowym 
obok rublowego. Wygrałem 21 zł. i z Pawłem poszedłem na obiad 
do Heurteux, bo jako w postny dzień nie było żadnego proszonego 
obiadu. Po obiedzie odwiedziłem Woronieckich, Zosię, u Zygmunta 
od 9 do 11 przesiedziałem a zakończyłem wieczór u Kossakowskich. 
Wczorajsza środa była bardzo tłumna. Lecz żeby wam dać wyobra- 
żenie jak Warszawa jest małem miastem, powiem wam, że już 
wczoraj wszędzie mówiono o wieczorze Makbetowym u pani Niny, 
i każdy, kto mnie spotkał, wymawiał mnie, żem go nie zażądał na 
słuchacza. Te same wymówki powtórzyły się u pani Kossakowskiej, 
a konsul angielski dziękował mi za swego rodaka Szekspira. Oso- 
bliwością wczorajszego wieczoru był p. senator Storożeńko ze wszy 
stkiemi swemi gwiazdami, z uśmiechem przymilającym się na ustach, 
z powitaniami czułemi. Spotkałem się tam także z Paniutynem, 
grzeczny był, ale już nie tak serdeczny jak w Akwizgranie. Wiem, 
że mi nie odda wizyty, nie rzuci biletu, bo ci panowie nie chcą 
tu żyć po europejsku. Ale opuszczam was i spieszę do Kapucynów 
na modlitwę za moją ukochaną. 



O Stadnickich. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



161 

W piątek 11. O 10 Vi miałem wczoraj mszę żałobną u Kapu- 
cynów przy wielkim ołtarzu, wy ich zapewne kilka mieli w nowo 
otwartej kaplicy. Żałuję, że nie byłem z wami, że byłem tylko 
uczuciem i myślą. Ze mszy wyszedłszy, zajechałem do nieoszacowanej 
panny Zuzanny, która podobno niesłychane doniesienia o mnie prze- 
słała do Osmolić. Proszę pana Juliusza, żeby list ten 
przeczytał gdzie w Lublinie, żeby się przecież ba- 
jeczki o mnie rozniosły na wszystkie wiatry. Po Zu- 
zannie odwiedziłem Wirginię, którą zastałem chorą w łóżku, miała 
trochę żalu do mnie za mój szczery list, lecz wytłómaczyłem się 
i żal ukoiłem. Zdaje się, że przyjmie miejsce na Litwie, ale pierwej 
przybędzie na dni kilka do Piotr(Jwic. Dowiedziawszy się od panny 
Zuzanny, że pani Leonowa jest w Warszawie z wszystkiemi dziećmi, 
zaszedłem do niej do hotelu krakowskiego, lecz nie zastałem jej. 
Mówiła mi Zuzia, że się ślicznie odświeża u Adeli, i że tu parę 
tygodni zabawi, i że Jachowicz (który podobno bzików dostał) już 
z lekcyami polskiego języka chodzi do jej dzieci, Z hotelu krako- 
wskiego udałem się do banku dla odwidzenia Szambelana ^), który 
od wczoraj cieszy się podagrą i u którego od tygodnia nie byłem. 
Przy jego pomocy, bez żadnych] not na piśmie podawanych, dosta- 
łem dla p. Juliusza certyfikat na 30 rubli, który ko- 
sztuje zł. pol. 81. Zajrzałem także do Niepokojczyckiego a od niego 
pojechałem do jenerała, który jeszcze w łóżku leży i wczoraj czuł 
się bardzo osłabionym, lecz przyjął mnie i z uśmiechem ukonten- 
towania wysłuchał wyjątku z twego listu o portrecikach i podpisu 
pod wizerunkiem Jaxy. Odwiedziwszy panią Józefowicz, poszedłem 
na ranne przyjęcie do księżny Badziwiłłowej, gdyż we czwartek 
przyjmuje od 2 do 5, tam spotkawszy się z panią Pusłowską (córką 
ks, Lubeckiego), którą od dawna chciałem poznać i którą dopiero 
u Kossakowskich poznałem, przerwaną u nich rozmowę i rozprawę 
z nią dalej prowadziłem. Jest to osoba bardzo zacna, dobroczynna, 
pełna imaginacyi, żywości uczuć i bardzo oryginalna. O 5 jadłem 
obiad u Kossakowskich, u których zawsze przyjemnie i zabawnie, 
choć obiady mniej dobre jak u innych. 



W sobotą 13. marca 1853. 
Bardzo późno poszedłem spać wczoraj i do 9 zaspałem. W tem 
naszli mnie w łóżku jeszcze kasztelan Debowski, p. Wentzl, kozak 



*) Tymoskiego, (P. W.) 



Digitized by 



Google 



162 

literacki Salezy, nakoniec Seweryn Łubieński, i dopiero o południu 
mogłem wstać, ubrać się i dobrydzień wam powiedzieć, i opowie- 
dzieć dzień piątkowy, który zacząłem od p. Pawła, następnie z Ma- 
rysią Rozdolska niektóre porobiłem sprawunki, oglądałem z nią 
kielichy, ale ładne kosztują 80 zł. Cynowego nie warto kupić. 
Ma jeszcze Marysia pochodzić za tym sprawunkiem. Odwiedziwszy 
jenerała, który już powstał z łóżka, lecz jeszcze bardzo osłabiony, 
i w szlafroku przyjmuje i nic jeszcze nie je, poszedłem do pani 
Eozalii; po 3 z p. Pawłem zeszedłem się podług umowy u kaszte- 
lana Poletyłły i znowu profanowaliśmy stolik jego dziesięciogroszowym 
wiskiem od którego z wygraną 70 zł. wstałem. O 5ej na współke 
obiad postny z p. Pawłem u Herteux. Wieczorem zebranie niby lite- 
rackie a zawsze nie zabawne u Przezdzieckiego; poznałem na niem 
p. Choiseul młodego, sławnego magnetyzera, który cudów sztuk Pi- 
netego dokazuje magnetyzinem ; ma go do Zygmunta Przeździecki 
w poniedziałek przyprowadzić. Po literaturze Przezdzieckiego poje- 
chałem do Zygmunta, który żądał, abym mu Makbeta przeczytał. 
Przyszedł p. Andrzej i był skazany na powtórne słuchanie, przeczy- 
taliśmy cztery akty a potem gwarzyliśmy do wpół do pierwszej. 
Uwagi Zygmunta o sztuce i każda o tłómaczeniu była trafna, wy- 
borna. Dziwił się wierności tłómaczenia i dodał, żem nie tylko tłó- 
maezył, ale i rozjaśnił Szekspira. Wątpi, ażeby cenzura druk ze- 
zwoliła. Ponieważ obiecałem się pedagrycznemu szambelanowi na 
wieczór, a nie byłem, więc poszedłem do niego na noc. O wpół 
do 1 zastałem jeszcze partyę^ do 4 zabałamuciliśmy się z moją wy- 
graną 115 zł., dotąd więc jestem wygrany w Warszawie, co mi 
się nigdy prawie nie zdarza, lecz niech nikt nie będzie nazwań 
szczęśliwym przed śmiercią. Pp. Augustowie^) przyjechali wczoraj. 
Będę lub nie będę u pani Augusto wej, pierwej chcę się z nią 
spotkać i od powitania zależyć będzie, czy będę czy nie będę, ale 
już po 12 trzeba prowadzić panią Amelię Łubieńską do Franceski 
z Rimini *). 

W niedziele 13, tnarca. Odebrałem wczoraj wieczorem wasz 
list czwartkowy po odbytem nabożeństwie pisany, wdzięczny jestem 
każdemu, kto był na niem i westchnął za moją drogą Teonią. Nie 
pojmuję, jak poczty chodzą i jak nieregularnie listy oddają. Ja pi- 
suję co drugi dzień a więc pisałem 3., 5., 7., 9., U., we czwartek 



1) Potoccy. (P. W.) 

*) Słynny obraz Ari Schaffera, malowany dla Zygmunta Krasiń- 



skiego. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



J63 

10., powinniście byli odebrać Gazetę z 9. Wasze listy wszystkie 
mnie doszły i ten, który był poste-restante pisany. Chciałbym do- 
pełnić wszystkich waszych poleceń, lecz o panią Ossińską nie mogę 
się dopytać a portretów żądanych nie mogę wynaleźć. Przywiozę 
tylko te, które mi p. Andrzej ^) da, to jest portret ojca, a rycinę na- 
grobku matki, bo portretu nie mógł znaleźć. Mówisz kochany ojcze, 
żebym nie wyjeżdżał, dopóki mostu nie postawią. Most i za cztery 
tygodnie nie stanie, trzeba więc będzie promem się przewieźć, dotąd 
jeszcze woda jest wielka i zator z pod Siekierek nie ruszył, ale za 
parę dni i woda opadnie i zator przejdzie. Słucham więc twego 
nakazu i parę dni zatrzymuję się jeszcze, to jest do wtorku a naj- 
dalej do środy. Jeszcze więc jeden list odbierzecie odemnie we 
wtorek lub we środę. Jeżeli będzie list we wtorek, to na środę 
przyjadę, jeżeli będzie we środę, to we czwartek dopiero was po- 
witam. Jednym z powodów, dla których wstrzymuję się z wyjazdem, 
jest chęć doczekania się Karola Jezierskiego, mitvł przyjechać we czwar- 
tek lub w piątek, nie przyjechał i wczoraj nawet! Zapewne Wiała 
go straszy i zatrzymuje. Wczoraj był wielki dzień szaradowy, próba 
onegdajsza skończyła się o 3, lękano się, aby i widowisko nie prze- 
ciągnęło się tak długo. Ale opowiadanie o niem na koniec dnia 
odkładam. Zaczynam od ranka. Podług wziętego zobowiązania o 1372 
poszedłem do p. Pauliny Łubieńskiej i zaprowadziłem ją z synem 
i z Sebastyanem Badenim do Franceski. Zygmunt^) kazał otworzyć 
pokoje i na moje żądanie, przysłał do okazania ów śliczny portret 
żony przez Winterhaltera. Wpratrując się w Franceske i podzi- 
wiając ją, odczytaliśmy wiersz Deotymy o tym obrazie, którego 
znaczenia nie mogła ona odgadnąć, lecz który jej natchnął dziwnej 
siły i znaczenie myśli. Bardzo te panie były mi wdzięczne za 
chwilę przyjemną, jakiej doznały, podziwiając Franceske, panią Lizę 
i Deotyme. Kozstiiwszy się z niemi, odwiedziłem chorego radcę 
Badeniego, który cierpiąc na różę w nodze cierpi dwojako i mo- 
ralnie i fizycznie. Moralnie, bo ani zjadać nie może dobrych obiadów, 
ani wychylać kielichów, ani wiskować. Pociesza się więc Nikolasera. 
Od Badeniego ki*ok stąpiłem i byłem u Pawła, który kupił jakiś 
domek na Białej ulicy, niby to dla Mieczysława Komara, ale jak 
wszyscy twierdzą dla siebie. Biała ulica i domek jest przedmiotem 
żartów powszechnych, a Paweł szczególniej przed kobietami rumieni 
się. Chcąc widzieć, jak się rumieni, zabrałem go z sobą na ranne 



1) Zamoyski. (P. W.) 
») Krasiński. (P. W.) 



Digitized by 



Google 



164 

wizyty. Odwiedziliśmy jenerała,