(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Biodiversity Heritage Library | Children's Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Pamiętniki czasów moich: dzieło pośmiertne"

Google 



This is a digital copy of a book that was prcscrvod for gcncrations on library shclvcs bcforc it was carcfully scannod by Google as part of a projcct 

to make the world's books discoverablc onlinc. 

It has survived long enough for the copyright to cxpirc and thc book to cntcr thc public domain. A public domain book is one that was never subjcct 

to copyright or whose legał copyright term has expircd. Whcthcr a book is in thc public domain may vary country to country. Public domain books 

are our gateways to the past, representing a wealth of history, cultuie and knowledge that's often difficult to discovcr. 

Marks, notations and other maiginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journcy from thc 

publishcr to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commcrcial partics, including placing lechnical rcstrictions on automated querying. 
We also ask that you: 

+ Make non-commercial use ofthefiles We designed Google Book Search for use by individuals, and we request that you use these files for 
person al, non-commercial purposes. 

+ Refrainfinm automated ąuerying Do not send automated querics of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a laige amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attributłonTht Goog^s "watermark" you see on each file is essential for in forming peopleabout thisproject and helping them lind 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can'l offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
anywhere in the world. Copyright infringement liabili^ can be quite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps rcaders 
discoYcr the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli icxi of this book on the web 

at |http: //books. google .com/l 



Google 



Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznydi pólkach, zanim została troskliwie zeska^ 

nowana przez Google w ramach projektu światowej bibhoteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 

dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 

dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 

dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 

długą podróż tej książki od wydawcy do bibhoteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady uźytkowEinia 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prEice takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostEu^czać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 
Prosimy również o; 

• Wykorzystywanie tych phków jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w nickomcrcyjnycti 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysylanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tlumaczeniEimi maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości telfstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny"Googłe w łsażdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowyeti 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 



Hganie prawa 

W ItEiżdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana łisiążka została uznana za część powszecłmego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób tralrtowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych lirajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej użj'wać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 
tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem [http : //books . google . comT] 



S.I a,v^ -7083. a^ 

THE SLAYIC COLLECTION 



l^arbarti CoUcge iLibrarg 

GIFT OF 

Archibald Cary Coolidge, Ph.D. 

(Claas of 1887.) 



Received ^ Oemfat i , 1895. 



'i 



^iaD'[0%5,l. 



i 



1 



BIBLIOTEKA' PISARZY POLSKICU. 



TOM PIĘĆDZIESIĄTY CZWARTY. 






\^ 



PAMIĘTNIKI 



CZASÓW MOICH 



• »7 *«•!«■ -•*■ rf /■- 1 *•«■ "• ■■"»' a. .- ' 



ł 



^ 



DZIEŁO POŚMIERTNE 



JULkN)^ URSYN j^ NIEMCE WICZ)(. 



WYDANIE NOWE. 



/ 



LIPSK: 

F. A. B R O C K H A U S 

1868. 



/ 



1 ■ " •• I . ■ I 



^fmmr^m 



i 



BIBLIOTEKA PISARZY POLSKICH. 



TOM ŁIV. 



® 



PAMIĘTNIKI 



CZASÓW MOICH. 



DZIEŁO POŚMIERTNE 



JUL3;ANA URSYNi^ NIEMCEWIOZa^ 



WYDANIE NOWE. 




LIPSK: 

F. A. BROCKHAUS. 
1868. 



S^?0^3. 




TT r> -^-r-r O ■»- /I r^ 



'^ I ILrc ry 
Co.li .g.- ,Płx. D. 



JUII28t9lt 









OD WYDAWCY. 



"x amiętniki czasów m oi eh » Juljana Ursyna Niemcewi- 
cza 8% dostatecznie znane wszystkim czytającym Polakom i oce- 
nione z równąż sprawiedliwością jak inne jego twory. Jako 
ostatnia praca piśmiennicza zgrzybiałego wieszcza, nie mogą 
one podlegać krytyce przez ich form§ lub powierzchowną gład- 
kość pióra, podobnie innym wypracowaniom , wydanym 
w chwilach jędrności żywota autora, po równi ze zwykłemi 
utworami literatury polskiej. Pamiętniki te są pomnikiem dzia- 
łań, a ponieważ takowe z historją narodu polskiego w najści- 
ślejszym stoją związku, dając wspomnienia czynów i życia mgźa, 
który niby ostatni filar niepodległości kraju, we wszystkich jego 
sprawach najczynniejszy brał udział, zajmują treścią swą w tym 
wyższym stopniu, podając ze szczegółowego stanowiska autora 
wszelkie wypadki i czynności polityczne kraju naszego. 

Autor pisał je pobieżnie, w formie biogra^i swego życia od 
dzieciństwa aż do jego zgrzybiałej starości. Obrazy przesuwa- 
jące się mu przez zgrzybiałą pamięć, spisywał bez właściwego 
porządku chronologicznego , powtarzając fakta lub pojedyncze 
wypadki, w których się znajdował, i odsyłając do innych prac 
swoich, w których systematyczniej nasuwające się mu obrazy 
pojedynczo określał. Te odsyłacze łatwo wypełniać się dadzą, 
jako do utworów męża, znanego z prac swych każdemu wy- 
kształconemu Polakowi. 



VI 

Obraz życia Niemcewicza, przez niego samego skreślony, 
zaleca się szczególną, skromnością. Nie znajdziemy w nim ani 
odrobiny zarozumiałości, pochwały, lub upiększenia czynów 
osobistych. Z prawdziwą, spartańską prostotą wyświeca on po- 
wody, jakie go do czynu wiodły, a to, co iniii sobie za wielką 
zasługę poczytują — on uważa za prostą powinność, każdemu 
Polakowi świętą, konieczną. Dziś niestety ! wiele się odmieniło, 
tern też bardziej godne są czytania -Pamiętniki czasów moich», 
ten wzór prawego obywatela, co nigdzie i nigdy nie zapomniał 
obowiązków urodzenia i miłości Bożej , poświęcając dla dobra 
ogółu wszystkie osobiste interesa. Pomimo materjalnie wyższe- 
go stanowiska, pomimo wszelkich środków do używania przy- 
jemności życia, tak w zasobach jak i w dostojeńsffwach, pomimo 
wspaniałych przynęt ze strony wroga zwycięzcy, Juljan Ursyn 
Niemcewicz przeniósł niepoślakowane życie w obczyźnie i bie- 
dzie, jako prawy obywatel -wygnaniec. Przyjaźń serdeczna 
z Kościuszką nakazała mu osładzać życie tegoż bohatera, i po- 
święcając dla niej szczęście osobiste, towarzyszył mu do Ame- 
ryki, gdzie sam długo zmuszony był pozostać, jak to obszernie 
w Pamiętnikach opowiada. Dopiero gdy ojczyzna na nowo żą- 
dała ofiar, porzuciwszy łono rodzinne i nowej ojczyzAy, po- 
śpieszył na tamtej usługi. I znowu zebrawszy wieniec gorzkich 
zawodów, w obczyźnie zamknął swój spracowany żywot , nie 
doczekawszy się słodkiego szczęścia wyswobodzenia ukocha- 
nego kraju. 

Juljan Ursyn Niemcewicz był i zostanie na długo dla Pola- 
ków wzorem żelaznej cnoty osobistej i narodowej. 

Odświeżając pamięci polskiej to życie nieskalane, przez wy- 
danie powtórne ((Pamiętników czasów moich », spodziewa 
się wydawca odpowiedzieć gorącym życzeniom wszystkich, 
szczególniej w chwilach obecnych! Czytanie tej książki po- 
winno być niejako rachunkiem sumienia osobistym i narodo- 
wym ; powinno, przez żywot i czyny w niczem nie naruszonej 
cnoty, przywoływać na pamięć obowiązki ludzkości, wypływa- 
jącej z prawa boskiego, z prawa natury i z prawa narodowości. 



VII 



I te powody miał wydawca na myśli, tern bardziej, że wydanie 
pierwsze książki tej rozkapiono całkowicie, a o odświeżeniu 
onego nikt dotychczas nie pomyślał. 

((Pamiętniki czasów moich » są, własnością narodową, i jako 
taka nie powinny zaginąć w niepamięci. 

Wydawcy gorącem życzeniem, aby to dziełko, czytane 
z nową nwagą, zwracało na prawą drogę wszystkich, którzy 
z niej zboczyli, a tym co na niej wytrwają, dodawało nowej 
otuchy i wytrwałości. Niechaj każdy Polak ożywia się zasadami 
służenia ogółowi na cnotliwej drodze; niechaj każdy wedle za- 
sad prawa Bożego nie dla siebie, ale dla bliźnich, dla ogółu 
żyje — a prędzej czy później obfite owoce wynagrodzą trudy 
poniesione; i jeżeli nie my, to potomkowie nasi, błogosławiąc 
swych ojców szlachetnych , używać będą plonów obfitych > jakie 
z prac, z nasienia uczciwości powstały — co daj Boże ! 



J 



^'CN 



SPIS RZECZY. 



Strona 

Przedmowa Y 

Pamiętniki czasów moich 1 



CZĘŚĆ PIERWSZA. 



ROZDZIAŁ I. Urodzenie. — Dzieciństwo. — Pierwsze wspomDieaia. — 

Poboiuos'ć owych czasów. — Sąsiedzi rodziców autora .... S 

ROZDZIAŁ II. Dalszy ciąg wspomnień lat dziecinnych. — Dziad autora 
w Kleaikach. — Śmierć Jego i pogrzeb w Brześciu. — Czasy Kon- 
federacji Barskiej. — Nauki autora. — Ma być oddany do Warszawy 9 

ROZDZIAŁ III. Obraz obyczajów majętniejszej szlachty przy początku 
panowania Stanisława Augusta. — Ojciec odwozi autora do kade- 
tów. — Opis tego korpusu. — Stanisław August Jako fundator. — 
Książę Adam Czartoryski i inni przeloieni. — Nauki i zabawy 
w korpusie IS 

ROZDZIAŁ lY. Porwanie króla przez konfederatów. — Pierwszy po- 
dział krąju. — Sejm w r. 1773. — Dwory wielkich panów w War- 
szawie. — Ton i obyczaje w tej stolicy. — Literatura. — Obiady 
czwartkowe 27 

ROZDZIAŁ V. Zniesienie Jezuitów. — Sejm delegacyjny. — Poniński. 
Zmiany prawodawcze i administracyjne 1776 r. — Autor kończy 
nauki swoje u kadetów. — Ojciec zawozi go do księcia Jenerała 
Czartoryskiego do Wołczyna. — Dwór księcia. — Autor zostaje 
przy nim adjutantem. — Wielki 8'wiat warszawski. — Theatre de 
societe, reduty, pojedynki 37 

ROZDZIAŁ YI. Wesele księłniczki Radziwiłłówny z Massalskim w Bia- 
łej. — Dwór pani hetmanowej BranickieJ w Białymstoku. — Dzi- 
wactwa naszych panów: księcia ex-podkomorzego , księcia Mar- 
cina Lubomirskiego, księcia Radziwiłła, krąjczego litewskiego. — 
Trybunał w Grodnie. — Książę Jenerał Jego marszałkiem. — Pod- 
skarbi litewski Tyzenhaus. — Książę Jenerał przyjmuje komendę 
gwardji galicyjskiej w Wiedniu. — Podróż do tej stolicy. — Sejm 
1782 r 4e 

ROZDZIAŁ VII. Podróż z księciem Jenerałem do dóbr Jego na Wo- 
łyniu, Podolu i Ukrainie. — Klewań. — Mikołajów. — Granów. — 
Grużek pod Kamieńcem Podolskim. — Szczęsny Potocki i Wit- 
towa. — Potemkin. — Wizyta u baszy w Chocimie. .— Starosta 



strona 
kaniowski. — Cesara Józef we Lwowie. — Podrói z luięciem jene- 
rałem po Łiiwie dla inspekcji wojska litewskiego. — Pińsk. — 
Hetman Ogiński w Słonimie. — Zima przepędzona w Wiedniu. — 
Wspomnienie o księciu Kannicu . 57 

BOZDZIAŁ VIU. Stan Polski około roku 1782. — Podróże. — Podróż 
autora w tej epoce z Wiednia na Triest, Wenecję, Florencję do 
Rzymu. — Wspomnienia Neapolu, Pompei i Herkulanum. — Podróż 
do Sjcylji. — Palermo, Katania i góra Etna. — Wycieczka na 
wyspę Maltę. — Powrót do Sycylji. — Wspomnienia o Gii^enti, 
Taorminie, Syraknzie i Messynie 70 

£CZDZIA£ IX. Podróż na Medjolan, Tnryu do Paryża. — Paryż i Wer- 
sal za Ludwika Xyi. — Znajomości pozabierane we Francji pnez 
autora. — Podróż do Anglji. — Londyn. — Ozford. — Powrót 
do kraju przez Holandję i Niemcy. — Sejm 1784 roku. — Dwór 
r księcia Jenerała w Puławacii. — Wybór księcia na posła na s^m 
w Kamieńcu Podolskim. — Sejm 1786 r. — Podróż kaniowska 
Stanisława Augusta. — Sejm 1788 roku czyli czteroletni. — 
Główne partje i osoby na tym sejmie 84 

KOZDZIAŁ X. Łuciiesłni. — Stakelberg. — Działania sejmu. — Prze- 
szkody. — Branecki. — Seweryn Rzewuski. — Szczęsny Potocki. 
Kossakowski biskup. — Sprawa Pouińskiego. — Wojciech Turski 
instygatorem. — Postęp zbyt wolny prac sejmu 102 

ROZDZIAŁ XI. Sejm w podwójnym komplecie. — Prawo o miastach. — 
Przygotowania do konstytucji 3. maja. — Opis szczegółowy dojścia 
do skutku tej uchwały. — Sprzysiężenie się mocarstw sąsiednich 
przeciw niej. — Minister pruski Schulenbnrg. — Śmierć Potem- 
kina szkodliwa dla Polski 111 

ROZDZIAŁ XII. Zabiegi twórców Konfederacji targowickiej przeciw 
konstytucji 3. mąja. — Położenie ówczesne Europy. — Obchód 
uroczysty pierwszej rocznicy Konstytucji 123 

ROZDZIAŁ XIII. Deklaracja moskiewska przeciw konstytucji 3. mąja. 
Odezwa sejmu do narodu z tej okazji. — Ignacy Potocki u Fryde- 
ryka Wilhelma. — Słabość charakteru Stanisława Augusta. — Ota- 
czające go osoby. — Wojna z Moskalami 1792 r. — Autor w obo- 
zie księcia Józefa Poniatowskiego. — Cofanie się Polaków. — 
Bitwa pod Dubienką. — Król przystępuje do Targowicy. — Autor 
z innymi patrjotaml opuszcza kraj i udaje się do Lipska . . . 130 

ROZDZIAŁ XIV. Panowanie . Targowiczanów. — Sejm grodzieński. — 

Drugi rozbiór kraju 146 



CZĘŚĆ DRUGA. 



ROZDZIAŁ I. Oburzenie powszechne w kraju. — Zamysły powstania. 
Jenerał Zajączek przyjeżdża z Polski do patrjotów w Lipsku. — 
Powstanie Jeszcze odłożone. — Autor jedzie do Wiednia i do 
Włoch. — Pobyt we Florencji i Rzymie. — Powstanie Kościu- 
szkowskie. — Bitwa pod Racławicami. — Insurekcja zwycięzka 
w Warszawie. — Autor dowiaduje się o tych wypadliach i prze- 
biera się do kraju 153 

ROZDZIAŁ II. Powstanie na Litwie. — Różne oddziały wojska łączą 
się z Kościuszką. — Obóz jego pod Połańcem. — Bitwa pod Szcze- 



XI 



strona 
kociuami. — Autor nierozłączny od naczelnika. -~ Bitwa pod 
Chełmem. — Wieszania w Warszawie. — Kołłątaj. — Darowanie 
iyci» biskupowi Skarszewskiemu. — Zawziętość odtąd Kołłątaja na 
Kościuszkę 159 

BOZDZIAŁ III. Nieprzyjaciel pod Warszawą. — Attak na Wolę. — 
Wypadki wojenne na Litwie. — Odstąpienie Prusaków od War- 
szawy. — Poraika Sierakowskiego. ■— Kościuszko i autor udi^ą 
się do jego korpusu 165 

ROZDZIAŁ IV. Korpus Sierakowskiego wzmocniony posiłkami z War- 
szawy. — Bitwa pod Maciejowicami. — Kościuszko i autor ranni 
i wzięci w niewolę. — Nieszczęśliwe następstwa tąj bitwy . . . 171 

ROZDZIAŁ y. Kościuszko i inni więźniowie pod eskortą Jenerała Chru* 
szczewa. — Postępowanie Moskali w Polsce. — Więźniowie pro- 
wadzeni na Włodawę, Zasław, zkąd Kościuszko, ai^utant Jego Fiszer 
i autor oddani pod straż majora Tytowa i poprowadzeni w głąb 
Moskwy 179 

ROZDZIAŁ VI. Transport na Kijów, Czerniechow, Homel, Witebsk. — 

Nowi dozorcy, ich obchodzenie się i charaktery 186 

ROZDZIAŁ VII. Przybycie do Petersburga. — Autor rozłączony od 
Kościuszki i osadzony w PetropawłowskieJ cytadeli. — Opis wię- 
zienia autora. — Śledztwo z niego wyprowadzone przez prokura- 
tora Jeneralnego Samoiłowa. — Zapytania i odpowiedzi na piśmie 193 

ROZDZIAŁ Vni. Pogróżki Samoiłowa. — Autor ściśle strzeżony. — 
Znosi się Jednak z sąsiadem swego więzienia Mostowskim. — Mo- 
stowski przeniesiony w inne miejsce 204 

ROZDZIAŁ IX. Inni więźniowie w cytadeli. — Konsul Francuzki Bon- 
neau. — Polacy: Kapostas, Kiliński. — Komunikowanie się ich 
z autorem. — Szczegóły o tych osobach 210 

ROZDZIAŁ X. Cierpienia, dumania, zatrudnienia autora w więzie- 
niu. — Dzieła czytane. — Roboty literackie. — Barbarzyństwa 
oficera«moskiew8kiego nad sołdatami. — Imperatorowa Katarzyna 
umiera. — Autor zostaje wypuszczony na wolność 217 

ROZDZIAŁ XI. Autor u Kościuszki, Ignacego Potockiego, Ifosto- 
wskiego. — Szczegóły o śmierci imperatorowej Katarzyny i wi- 
dzeniu się imperatora Pawła z Kościuszką i Potockim. — Pre- 
zentacja u dworu. — Parafia przenosin zwłok Piotra III. do 
wspólnego grobu z Katarzyną. — Autor wyjeżdża z Kościuszką do 
Zjednoczonych Stanów Ameryki 227 



CZĘŚĆ TRZECIA. 



ROZDZIAŁ I. Podróż przez Finlandję, Sztokholm, Gotheuburg do Lon- 
dynu. — Żegluga z Bristol do Ameryki. — Przybycie do Filadel^i 242 

ROZDZIAŁ II. Obraz Filadel^i i Nowego Jorku. — Pobyt Kościuszki 
autora u Jenerałów Oates i White. — Wracają do Filadel(Ji. — > 
Autor poznaje Jeffersona. — Przyjęty do towarzystwa filozoficznego 253 

ROZDZIAŁ III. Autor poznaje się z księciem Orleanu, późniejszym 
królem Francuzów. — Kościuszko odpływa do Europy. — Autor 
podróżuje po prowincjach Maine, Connecticut, Massachuset, Rho- 
deisland. — Poznaje jenerała Washingtona. — Osiada w Elisabeth- 
town, New-Yersey 258 



XII 



BtronA 

ROZDZIAŁ IV. Dłułssy pobyt aatora w Elisabethown. — Wspomnienie 
o jenerałach Miranda i Moreau. O panach John Adams , Hamilton 
i Dapont de Nemoars - . . 264 

ROZDZIAŁ V. Oienienie się autora c pani% Łiyingston Kean, wdow^ 
(rolŁU 1800). — Sposób iycia i zatrudnienia w Elisabethown. — 
Ojciec autora umiera w icraju. — Autor wraca dla interesów 
familijnych do Polski. — Pobyt w Brzeskiem. — Pobyt w Puła- 
wach u księcia jenerała. — > Wspomnienia o dworze tameczn3rm 
i poetach: Zabłockim i Kniaźninie. — Autor jedzie z księciem 
jenerałem do Barkowa. — Przepędza zimę z 1802 na 1803. roku* 
w Warszawie, a następną zimę w Puławach i Krakowie. — W marcu 
1804 wyjeidia napowrót przez Francję do Ameryki. — Obraz 
Francji za czasów kończącego się konsulatu 268 

ROZDZIAŁ VI. Pododróie autora po rółnych częściach Zjednoczonych 
Stanów. — Wspomnienie dawniejszej podróży do Niagara. — Wojna 
Napoleona z Prusami. — Francuzi wchodzą do Warszawy. — Autor 
wyjeźdia z Ameryki do kraju 282 

ROZDZIAŁ VII. Francja i Paryi za czasów cesarstwa. — Przejazd przez 
Niemcy. — Prezentacja królowi saskiemu, — Powrót do War- 
szawy. — Familja królewska tamże. — Osoby ziiaezące za czasów 
księstwa. — Wojna 1809 r. — Wspomnienia autora o tej epoce. — 
Przygotowania do kampai^i 1812 r. — Autor wizytatorem szkół na 
miejsce księdza Kopczyńskiego. — Katastrofa armji Napoleona. — 
Antor z osobami rządu Księstwa Warszawskieggo w Dreźnie, Bay- 
reuth, Ratyzbonie, znowu w Dreźnie, ai do kapitulacji tego mia- 
sta. — ! Ciężka choroba autora. — Jego powrót w zimie 1813 r. do 
Warszawy 28& 

ROZDZIAŁ VIII. Warszawa pod rządami Aleksandra. — Kalasanty Sza- 
niawski. — Wspomnienia licznych grabieży moskiewskich w Polsce 310 

ROZDZIAŁ IX. Cesarz Aleksander przestaje byó liberalnym. — Nowo- 
silcow w Wilnie. -> Obraz W. księcia Konstantego. — Wspomnie- 
nia o więźniach stanu roku 1826. 1 o sądzie sejmowym. — Wspo- 
mnienia o koronacji Mikołaja w Warszawie. — Żaboklicki. — Sza- 
leństwa W. księcia. — Inauguracja posągu Kopernika przed domem 
Towarzystwa Przyjaciół Nauk. — Autor jako prezes tego Towa- 
rzystwa przed W. Księciem 314 



PAMIĘTNIKI CZASÓW MOICH. 



Votiva pateat velati descripta tabella 
Vita seuis . . . 

HoRAT. Sat. 1. L. II. 



tyjemy w czasie pamiętników; nigdy ich nie wychodziło 
więcej; dziwić się temu nie należy. Ciekawość wrodzona jest 
w człowieku ; nie dosyć mu na udzielonych przez Opatrzność 
chwilach, cofa się w przeszłość, chce wiedzieć, co było przed 
nim, nie przestaje na dziejach, podających nam wielkie świata 
wypadki; żąda wchodzić nawet w domowe sprawy tych, którzy 
już dawno z domów swoich zstąpili do grobu , których i pro- 
chów już nie ma. Chciwie więc chwyta każdy dzieła, które 
podwajają, istnienie jego , łącząc przeszłość z czasem bieżącym, 
dając mu żyć, obcować, wzierać w zdarzenia prywatnego życia, 
których w poważnych dziejach nie znajdzie. Gęsty dzieł takich 
pokup, odnoszone przez autorów ich korzyści, coraz bardziej 
powiększają ich liczbę, niektórych prawdziwych, lecz najwięcej 
z pewnych, niepewnych podań, lub własnego nieraz wymysłu. 
<(Indocti doctiąue scribunt hsBC opera passim. » 

Zwyczajem jest wszystkich piszących pamiętniki zapowiadać 
w przedmowie, że to czynią tylko na usilne przyjaciół nalega- 
nia. Mogę i ja to , rękę położywszy na piersiach , powiedzieć : 
Żyjesz, mówią mi rodacy, mówią nawet i obcy, blizko % części 
wieku całego, patrzałeś wszakże na niezcudzoziemczałe jeszcze 
obyczaje, bo pamiętasz Augusta III.; byłeś świadkiem a czasem 
i czynmkiem ważnych na świecie i w kraju własnym wypadków ; 
skreślić je, ile siły i pamięć dozwolą, powinnością jest twoją. 
Powinność ta stanie się miłą pracą dla ciebie , zabawą a może 
i korzyścią dla tych, co przyjdą po tobie. — Zatrudniony przez 
cały bieg życia mego pracami literackiemi, już to prozą, już 
rymem , z których to prac ledwie połowa drukiem ogłoszona, 
nie byłem tak próżnym, bym moje osobiste spisywał przygody, 

NiBMCBwicz, Pamiętniki. 2 



PóŹDO je więc dzisiaj, zbyt późno zaczynam, gdy w ostatniej 
starości pamięć i umysł stępiony; gdy w obcym kraju wygna- 
niec, ogołocony ze wszelkich pamiętników czasów moich,, 
z wszelkich not, zapisek: widzę się, gdy nawet nie mam równo- 
wiecznych mi ludzi, którzyby w przypomnieniu zeszłych czasów 
dopomódz mi mogli, w tak więc smutnym niedostatku wszyst- 
kiego. W ostatnim szczeblu starości mojej zaczynając to dzieło^ 
ufam, iż ziomkowie moi, jeźli je dopełnię choć w części, wyba- 
czyć zechc% licznym i znacznym omyłkom, niedostatkom i opu- 
szczeniom, jakie w niem koniecznie znajdować się muszą. 



CZĘŚĆ PIERWSZA. 



ROZDZIAŁ I. 



Urodzenie. — Dzieciństwo. — Pierwsze wspomnieniA. — Pobożność owjeh 

czasów. — Sąsiedzi rodziców autora. 



iiód mój bardziej jest dawny, niż wielkiemi w kraju posia- 
danemi dostojeństwy zaszczytny. Nazwisko Niemcewicz dopiero 
za przyjściem do Polski przodków moich do nazwiska Ursyn 
dodanem było. Kojałowicz w historji litewskiej wspomina, że 
Juljan Ursyn z Palemonem przyszedł z Włoch do Litwy. Nie 
widzę w rodzie moim ni hetmanów, ni kanclerzy, ni prymasów: 
byli to ludzie majętni, uczciwi, nie ambitni, pełniący nieskazi- 
telnie powinności obywatelskie ; posłowali, szli na wojny, ginęli 
na nich, zresztą jak tysiące innych żenili się, płodzili dzieci, 
gospodarowali , umierali bez skazy. Niech Bóg świeci nad ich 
duszami. 

Urodziłem się dnia 16. lutego 1758 w Skokach, majętności 
o dużą milę od Brześcia litewskiego, z MarceUego Ursyna Niem- 
cewicza i Jadwigi Suchodolskiej. Ojciec mój bogobojny, wielce 
był biegłym w dziejach narodowych; znał dobrze wady bez- 
rządu naszego, ubolewał nad niemi, a co naówczas rzadko, 
przyjacielem był rządu monarchicznego i dziedzictwa berła. 
\V podeszłym wieku pobożność jego przykładna, ufność w Bogu, 
zamieniła się w ślepe przywiązanie do księży. Korzystali z tego 
niegodni urzędu kapłaństwa ludzie. Sam proboszcz ze Zbioro- 
wów wyłudził od dobrego starca 40G0 dukatów : zaciągnął on 
bowiem długi na dobra i wzięte pieniądze księżom oddawał, 
tak , że po śmierci z wielkiem zadziwieniem dzieci (był bowiem 
ojciec nasz najrządniejszy z ludzi, i raczej widocznie powiększał 
niż tracił majątek), spadły na nie ciążące długi — że chcąc 
się oswobodzić od nich , znaczną część majątków na eksdywizję 
puścić musieli. Lecz dość o tern. £ 



Znajdaję pociechę w wspomnieniu o matce mojej. Była to 
prawdziwie starodawna cnotliwa Polka*); do rzadkiej w mło- 
dym wieku i aż do późna piękności, łączyła ona czysty rozsą- 
dek, tkliwość serca i dobroć. Najlepsza matka i małżonka, wy- 
dała na świat 15 dzieci, z których ośmioro w młodym wieku 
pomarło , siedmioro żyło jeszcze w początku wieku tego ; dziś 
ja najstarszy sam jeden zostałem. 

Cofam się teraz pamięcią w pierwiastki dzieciństwa mego ; 
te może przytomniejszemi mi są jak świeższe zdarzenia: pa 
świeżym bowiem mózgu dziecinnym, nie stwardniałym przez 
lata, głębiej się wyobrażenia ryją. Nie wspomnę jak to, co oby- 
czaje i ducha wtenczas panującego malować może. 

Najznaczniejsza osoba, która wówczas u nas byweda, był 
ksiądz infułat Kogaliński, opat wistycki. Kiedykolwiek prałat 
ten miał nas odwiedzić, cały dom nasz pobożny nadzwyczaj był 
w poruszeniu; w pokojach, w kuchni, w piwnicy, przygotowy- 
wano wszystko, co mogło być najlepszego; zamiatano, oku- 
rzano, zatykano świece jarzące, stawiano stoliki, warcaby, nowe 
karty do marjasza. Opat infułat miejsca , gdzie był słynący cu- 
dami obraz Matki Boskiej, był to wielki personat. Ubierano 
mię w nowe sukienki, uczono, bym jak tylko ksiądz opat wnij- 
dzie do pokoju, wraz plackiem padł mu do nóg i całował obu- 
wie; jakoż tak czynuem. Infułat mię podnosił i całował 
policzki Był to ksiądz przystojny , otyły, wesoły, w powinno- 
ściach kapłańskich i obyczajach nieposzlakowany, lubiący polo- 
wanie. Pamiętam jak nieraz przyjeżdżał do ojca mego, by 
z ganku strzelać w lot jaskułki. Po obiedzie grano w warcaby, 
wieczorem w marjasza, pancerolę, kontra, tryszaka; kasztelan 
już nie był dobrego tonu. 

Na wszystkie święta jeździliśmy do Wisty c i zostawali nie 
tylko na obiad, lecz często i na noc. Opactwo było obszerne 
i dogodne , opat żył przystojnie, księża Cystersi toż samo; mieli 
oni codziennie szklankę miodu na obiad , w niedzielę i święta 
lampeczkę wina, jak to zwano na konsolację. 

We wszystkich życia tego smutnych przygodach , strapie- 
niach, udawano się ze szczerą wiarą do Matki Boskiej wistyckiej. 
Raz ja mały zachorowałem dość niebezpiecznie; ofiarowano mię 
do cudownego obrazu, a gdym wyzdrowiał, kazs^ mój ojciec 
zrobić Yotum, to jest wizerunek lany z czystego srebra, mnie 



*) Na dowód tego przytoczę jedną okoliczno jć. W roku 1768, gdy kuiftź 
Bepnin, poseł moskiewski w Warszawie, ze wzgard% wszystkich praw i prąv> 
stojności, porwał trzech senatorów i w głąb Moskwy zawieźć ich kazał, gdy 
wiadomo8'ó o tem przyszła w wieczór do moich rodziców, mówiących naów- 
czas rółaniec, matka moja uderzona tym gwałtem okropnym, zemdlała i czas 
dlngi upłynął , nim ją moina było otrzeźwić. 

Gdy burza kiedy powstała i biły pioruny, ona dając mi małemu dzwone- 
czek loretański, pomimo ulewy, kazała mi chodzić i dzwonić koło domu; 
powiedzieli jej bowiem ksicia, ii to dzwonienie dom i wszystkich ocali. 



maleńkiego. Poszliśmy, moi rodzice, panna dworska, służący, 
duży pajuk i ja, piechotłj do Wistycy na noc, by nazajutrz przy 
wotywie zawiesić ofiarowane ex votum. Nazajutrz poszliśmy 
do kościoła, a gdy miała wyjść wotywa i ksiądz opat miał już 
wyjść na pontificalibus, rozesłano dwa duże kobierce: dla mo- 
ich rodziców , dla mnie mały. Położyliśmy się wszyscy krzyżem 
jak dłudzy i przez całą wotyw§ śpiewaną pobożnie leżeli; zawie- 
szono potem srebrny wizerunek u pozłacanego rękawa Matid 
Boskiej. W czterdzieści kilka lat potem, gdym Wistyce odwie- 
dził, widziałem jeszcze ten świecący się mój wizerunek; uległ 
zapewne powszechnemu dziś zniszczeniu. 

Mówiąc o Wistycach, muszę jeszcze jedno uczynić wyznanie. 
Raz, gdy ksiądz infułat powrócił z Warszawy, pospieszyli ro- 
dzice moi odwiedzić go. Wieczorem zaczęto grać w karty. Ja 
postrzegłszy na bocznym stoliku leżący kalendarzyk polityczny, 
w czerwony safjan pięknie oprawny i pozłacany (podobno były 
w nim obrazki) przewracałem go długo ; nareszcie tak mi się 
podobał, iż schowałem go do kieszonki i z nim do domu wró- 
ciłem. Lecz o Boże! jaka burza, gdy to ojciec mój postrzegł; 
jak strofował, mówiąc, że kraść cudzą rzecz, jest to największy 
grzech przed Bogiem i wstyd przed ludźmi. Gdyby nie dobra 
matka moja, możeby się było skończyło na rózgach. Umyślnym 
odesłano kalendarzyk napowrót, a surowe napomnienie tak 
mocno przejęło mię trwogą, iż przysięgam, że odtąd nic w ży- 
ciu mojem nie ukradłem. 

Pamiątki wielkiego nabożeństwa rodziców moich silnie 
w umyśle moim utkwiły. Właśnie w r. 1764 zaczęła się misja 
w Brześciu u EEs. Dominikanów. Ksiądz kaznodzieja Obło- 
czyński z wymowy i świątobliwości swojej głośno słynąć zaczął. 
Całe województwo brzesko -litewskie zjeżdżało się, by go słu- 
chać. Moi rodzice byli pomiędzy pierwszymi i nieraz brali mię 
z sobą. Nauki księdza Obłóczyn skiego wiele dobrego sprawiały. 
Patetycznym głosem zachęcał on do zgody, do darowania uraz. 
Nieraz gdy silnie krzyknął: Przepraszajcie się! — zacięci od lat 
wielu nieprzyjaciele, występowali z ławek, szli ku sobie i łzy 
wylewając, ściskali się i przepraszali nawzajem. Jak piękny 
tryumf religji ! W uściech cnotliwego kapłana ileżby się przy- 
czyniała do uczynienia ludzi dobrymi ! Nie masz więcej tych 
misji: Moskale z siedmiu w Brześciu kościołów jeden tylko zo- 
stawili, reszta obrócona w magassyny; mieszkańcy grecko-uniccy 
przymuszeni do schyzmy , miasto obrócone w twierdzę. 

Wracam do księdza Obłoczyński ego. Wkrótce gorliwa pobo- 
żność, ostre pokutne życie jego uczyniły go więcej jak człowie- 
kiem , uczyniły go świętym. Był to człowiek średniego wzrostu, 
chudy, blady, słodki, pokorny: uszanowanie dla niego było bez 
granic, gdy do rodziców moich przyjeżdżał; wszyscy całowali- 
śmy go w ręce. Nie chciał stać we dworze , obrał sobie mały 



6 

pokoik W oficynie; rano, gdy mu zaniesiono kawę, dla umar- 
twienia lał do niej ukrop. Gdy odjechał, panna Chajęcka, panna 
matki mojej, jak wszyscy bardzo nabożna, klękała i gołemi 
kolanami sunęła się od dworu do oficyny^ gdzie ksiądz Obło- 
czyński nocował, całując cały czas ścieszkę, którą święty tea 
kapłan przechodził. Wkrótce mąż ten świątobliwy otrzymał 
sławę zgadywania i przepowiadania wszystkiego. Raz wśród 
kłania raptem się zatrzymał i rzekł: — Król umarł. — W kilka 
dni potem przyszła wiadomość , że August III. w Dreźnie życia 
dokonał. 

Dotąd dobrze , lecz wkrótce zbytecznie posunięto żarliwość. 
Brześć, jak na nieszczęście wszystkie miasta nasze, jest cs^y 
oblany żydami. Przyszło Dominikanom do głowy spędzaió 
żydów do kościoła swego, by tam słuchali nawracań ks« Obło- 
czyńskiego. Ten przymus słuchania przez godzin kilka czego 
nie rozumieli, czemu wierzyć nie chcieli, rozjątrzył ich nie mało. 
Wkrótce zdrowie kapłana pracą, umartwieniami ciała wycień- 
czone , coraz bardziej słabieć zaczęło. Zakończył żarliwe swe 
życie, a wieść się rozeszła, że żyd cyrulik zadał mu truciznę 
w enemie; wieść atoli samym wnioskiem puszczona. Wieść tę 
odebraliśmy tego dnia wieczorem. Wyrzykowski, szlachcic, 
sługa ojca mego , powracający z Brześcia , powiedział nam , że 
wraz po śmierci ś. kapłana wyjechawszy za miasto, uderzony 
był nadzwyczajnym na niebie widokiem: widział on, czy mnie- 
mał widzieć ks. Obłoczyńskiego z ziemi podnoszącego się do 
nieba, a Najświętszą Pannę spuszczającą się w obłoku ku nie- 
mu, biorącą go i niknącą w powietrza jasności. Wyrzykowski 
cud ten w kancelarji w Brześciu zaprzysiągł. 

Zbyt może rozciągnąłem się nad opisywaniem pobożności 
i nabożeństw; lecz malują one wiek ów mniej uczony i gardzący 
wszystkiem, jak dzisiejszy; lecz wolny od zgorszeń, zarozumia- 
łości i wyzucia się z wszelkiego wstydu, byleśmy się wznieśli, 
byle gadano o nas. 

Jedno jeszcze z przypomnień dzieciństwa mego, jest sie- 
dmioletnia wojna: często bowiem mówiono o niej. Dziwno, jak 
w narodzie naszym cenioną jest ta sława wojenna. Nieprzy- 
chylny nam król pruski , zuchwały nierządem i polityczną sła- 
bością naszą, nie uważał godności narodu: jak po własnym 
kraju wysyłał swe wojsko po Polsce, by do służby jego werbo- 
wali ludzi naszych. Przecież mimo tych obelg , że odnosił zwy- 
cięztwa, że w złych przygodach pokazał się wytrwałym, życze- 
nia Polaków były za nim. Żydzi kramarze niemało zarabiali, 
rozwożąc po dworach chustki z wyciskanemi na nich portretami 
Fryderyka pruskiego, nazwanego później przez Prusaków «der 
Einzigen, bo «der Grossen nie dość było dla nich. 

Nie trzeba szukać w zapisy waniach moich ni porządku ma- 
terji ciągłego, ni dat zupełnych; piszę jak mi wspomnienia 



przychodzą na pamięć. Około roku 1768 małe me serce żywem 
przejęte było smutkiem następującem zdarzeniem. Służył u ojca 
mojego kucharz nazwiskiem Jan: lubiliśmy go wszyscy, był bo- 
wiem dobry i bardzo wesoły człowiek. Ilekroć pokryjomu za- 
biegłem do kuchni , zwykł był dawać mi rozmaite przysmaczki. 
Mawiał on : czy pójdę do piekła, czy do czyszca, ogień ich nie 
wiele dokuczać mi będzie,, przyzwyczaiłem się bowiem piec się 
przy nim z dzieciństwa. Żartują;C podobnie , nie spodziewał aię 
mój Jan wesoły, jakie go nieszczęście wkrótce spotkać miało. 
Dnia jednego zajechał na dziedziniec nieznany jakiś wózek; 
sługa wysiadł z niego, wszedł do pokoju i oddał list memu ojcu. 
Widziałem smutne jakieś pomięszanie na twarzy ojca mego; 
gdy go skończył, przybliżywszy się do matki mojej : 

— Moja panno! — rzekł jej dość z cicha — list ten jest od 
pana Puławskiego, starosty wareckiego. Pisze on, że dowie- 
dziawszy się, że kucharz nasz Jan, poddany jego, znajduje się 
u nas , upomina się o wydanie go, inaczej procederem mi grozi. 

— Wielkie nieszczęście! — odpowiedziała matka moja. — 
Jan jest kucharz i człowiek dobry; może nieboraka katować 
będą, że uciekł. 

— Cóż robić — odparł ojciec mój — nienawidzę procesów: 
napiszę do pana starosty, iż nie wiedziałem że Jan był podda- 
nym jego; będę go prosił, żeby się z nim po chrześciańsku , ła- 
godnie obszedł, i odeszlę go. 

Nie długie było wybieranie się Jana: nie stracił on wcale do- 
brego humoru swego. Lecz gdy przyszło wyjeżdżać , gdy szla- 
chcic, co przyjechał po niego, z woźnicą zaczęli go okuwać 
w dyby , dopiero ja zacząłem zanosić się od płaczu po przyja- 
cielu moim i długo utulić się nie dałem. Ten pan Puławski, 
starosta warecki, uważający człowieka jako własność swoją, był 
ojcem Kazimierza Puławskiego, który w Ameryce walcząc mę- 
żnie za wolność , pod Sawanną życie za nie położył. 

W liczbie sąsiadów rodziców moich nie powinienem pominąć 
hrabiego Fleming, podskarbiego wielkiego litewskiego. Familja 
Flemingów z Holandji początkiem, przyszła do Polski za Augu- 
sta II. Feldmarszałek saski Fleming, faworyt Augusta II., 
pierwszy w niej osiadł. Syn jego, Jerzy Fleming, podskarbi, 
o którym mowa, mąż świiatły, czynny, więcej jak inni wtenczas 
w Polsce posiadający poloru i znajomości, dał przykład w wo- 
jewództwie naszem lepszego gospodarstwa i przemysłu. Do 
czasów jego wiele niw zostawało nieuprawnych. Majętniejsi po- 
syłali jedną komiengę żyta do Gdańska ; tak i dziad mój, właści- 
ciel ośmiu obszernych wsi , zwykł był czynić. Pierwszy pan Fle- 
ming wprowadził zwyczaj budowania szkut i dubasów. Po nim 
chwycili się do tego i inni , zaczęto wydzierać nowiny i siać 
pszenicę; słowem, pan Fleming stał się wzorem dobrego go- 
spodarstwa. Powiększył on majętności swoje nabyciem zna- 



8 

cznych dóbr po Pocieju, hetmanie wielkim litewskim: kupil^ 
"Włodawę, Różankę, Eossów i Terespol. Ostatni za miejsce 
przebywania swego obrał ; wybudował p^ac, założył miasteczko 
na wzór niemieckich , prawie całe murowane , osadzone przez 
Niemców rzemieślników. Był tam klasztor Dominikanów obser- 
wantów, gdzie złożono ciało ostatniego właściciela , hetmana 
Pocieja,, jeszcze ze zwykłą niepogrzebanego pompą,. Fleming 
był nawróconym katolikiem, nie bardzo nabożnym, dowcipnym^ 
wesoło uszczypliwym. 

— J W. panie — rzekł przeor — ś. p. hetman Pociej, którego 
ciało ((honoriiice ut decet diffnitati ejus» nie pogrzebano, już 
nam się kilkakroć pokazywał: i zapewnił, iż dot%d w czyszca zo- 
staje, póki mu pogrzeb hetmański sprawionym nie będzie. Do 
JW. pana więc należy ulitować się nad cierpieniem hetmana 
i przyzwoity sprawić mu pogrzeb. 

— Mości księże przeorze ! — z niemieckim akcentem prze- 
rwał mu hrabia Fleming — dziwię się nierozumowi pana Po- 
cieja: przychodzi do was księży, nic nie mających. Jak jeszcze 
raz wam się pokaże, powiedzcie mu, niech do mnie przyjdzie 
i przełoży żądanie swoje, a bądźcie pewni, że mu suty pogrzeb 
wyprawię. 

Pomieszani tern księża odeszli i już więcej nie domagali się 
pogrzebu. Ten hrabia Fleming umarł wojewodą pomorskim. 
Był on pojął za żonę księżniczkę Czartoryską, córkę księcia 
kanclerza w. litewskiego, a był ojcem księżny Czartoryskiej, 

generałowej ziem podolskich, matki cnotliwego księcia Adama 
zartoryskiego , dziś 92 rok życia swego liczącej. Drugi znako- 
mity nasz sąsiad i przyjaciel był pan Szujski , starosta niźyński^ 
mieszkający w Terebuniu. Był to mąż dziwnie przystojny , we- 
soły przyjemnie; mieszkał on zwykle w dobrach swoich na 
Ukrainie, w Jasnohorodce. Bunt kozacki chłopski na Ukrainie 
pod naczelnictwem Gonty, wyrżnięcie mieszkańców w Humaniu, 
przymusiły go do szukania bezpieczeństwa w Brzeskiem. Miał 
on w Terebuniu dość piękny dawny murowany pałac, piękniej- 
szy jeszcze ogród. Sama starościna była rzadkiej pięknością 
ścisłą przyjaźnią z matką moją złączona: wiele miłych chwil 
spędziliśmy w Terebuniu , a oni u nas. Bunt ukraiński podży- 
wiany przez carowę , trwał około lat trzech , aż Stempkowski, 
regimentarz partji ukraińskiej, później wojewoda kijowski, 
silniejsze otrzymawszy w poważnych znakach posiłki, przytłumił 
go. Herszt tego buntu. Gonta, dzikim dawnych czasów zwy- 
czajem, żywcem ćwiertowany i ścięty. Przed tą jednak tragedją 
po śmierci Augusta Ul, prymas Łubieński zwołał sejm elekcyjny. 
Mój ojciec, jeden z sędziów kapturowych, gotował się na tę 
elekcję. Kupił od pana Tołoezki z Rakowiec pięknego kaszta- 
nowatego konia, wziął z sobą dwóch dworskich szlachty, wsiadł 



-w czworokonną kolasę, pożegnał żonę, mnie przeżegnał 
i mszył. Pakowny wóz z kacharzem, tłumokami, ezedł za nim. 
Matka moja udała się przez czas niebytności męża do babki mo- 
jej do Falatycz w Podlaskie i mnie wzięła z sobą. 



ROZDZIAŁ II. 



Dalszy ciąg wspomnień lat dziecintaych. — Dziad autora w KleniJtach. — 
Śmierć Jego i pogrzeb w Brześciu. — Czasy Konfederacji Barskiej. — Nauki 

autora. — Ma być oddany do Warszawy. 

Pó kilku niedzielach bawienia w Warszawie, powrócił do 
Falatycz ojciec mój wraz z wujem, panem Suchodolskim. Jak 
tylko wszedł do pokoju, rzekł wesoło: 

— Mamy nakoniec króla Piasta. 

— Co to jest król Piast? — zapytałem. 

— Jest to , moje dziecię — rzekł ojciec — król z naszego 
narodu wybrany, Polak, który z nami mieszkać będzie, który 
nas zrozumie i my jego rozumieć będziemy. 

— Nie wiem — przerwała babka moja — czy nam z tem 
lepiej będzie; któż będzie pana Poniatowskiego , stolnika lite- 
wskiego, jako króla poważał? Będą, wielcy panowie nasi jeździć 
na nim, jak wrony na baranach. 

— Rozsądni i poczciwy Polacy. — odezwał się ojciec mój — 
będą, go szanować ; jest to pan rozumny, znający potrzeby pań- 
stwa swojego. 

Gdy się za i przeciw prowadzi rozmowa, zachodzi przed ga- 
nek pojazd , dwóch pajuków bierze pod pachy i wysadza pana 
jakiegoś. Był to pan Ossoliński , podkomorzy podlaski z Topo- 
rowa. Nigdy ludzka figura nie zadziwiła mię bardziej ; dotąd 
nie widziałem jak obywateli ubranych w polskim stroju. Cóż 
wówczas postrze&fam! Miernego wzrostu figurę z zaokrąglonym 
brzuchem, w pończochach, w trzewikach, w pluderkach penso- 
wych z złotą tasiemką u kolan, w krótkiej zielonej sukni z pę- 
tlicami złotemi, w lamowej białej kamizelce, w upudrowanej 
peruce, od której czarna wstążka morowa z obu stron zchodziła 
na piersi. Osłupiałem i po długiem milczeniu zawołałem głośno : 

— Ojcze, co to jest? 

— Milcz I — rzekł ojciec mój dosyć przykro — potem ci 
powiem. 



10 

Nie słyszałem, a słysząc, nie bardzo bym był zrozumiał dal- 
sze rozmowy o korzyściach, szkodach, nadziejach, powątpie- 
waniach, o nowo obranym królu. Cała uwaga moja zajęta była 
siedzącym przedemną panu podkomorzycem podlaskim. Dziś, 
gdy to piszę, równie może dziecko zdumiewa się nad osob% 
ubraną po polsku, jak ja przed 71 lat zdumiewałem się nad Po- 
lakiem po francuzku wystrojonym. 

Lubo nie pamiętam, kiedym się zaczął uczyć czytać, w sió- 
dmym atoli roku, wiem, żem już czytał gazety warszawskie 
ojcu memu; nadto 'gazety pisane, mające zawierać ciekawsze 
i tajemniej sze zdarzenia; lecz jak sobie przypominam, więcej 
nieprawdy i plotki same. Wtenczas to sejm pierwszy korona- 
cyjny pod laską księcia Adama Czartoryskiego, przyznał zaprze- 
czano dotąd carowej moskiewskiej i królowi pruskiemu : pier- 
wszej tytuł imperatorowej Wszech Rosji, drugiemu, zwanemu 
dotąd regentem, tytuł króla pruskiego. W zamian tego przy- 
znania carowa i król pruski zrzekli się raz na zawsze wszelkich, 
jakieby mogli mieć pretensji do prowincji, królestwo Polskie 
i w. księstwo Litewskie składających. Jak bezczelnie, bezwsty- 
dnie zgwałcony był ten traktat , po trzykroć pokazały to czasy 
następne. Tenże sam sejm pod konfederacją zawiązany, wiele 
pożytecznych ustaw uchwalił: zniósł liberum veto, ustano- 
wił komisję skarbową i wojny. Stanisław August przekonany, 
że od oświaty zaczynać należało, by naród z szkodliwych ule- 
czyć przesądów , założył korpus szlacheckich kadetów. Ksiądz 
Konarski pożytecznie konwikt pij arski urządził. Król. zachęcał 
nauki i literaturę, odezwały się muzy*); wszystko szczęśliwą, 
godną wielkiego narodu rokowało przyszłość. 

Ta acz słaba tylko zorza lepszego położenia Polski, wraz 
obudziła niespokojność i zazdrość jtatarzyny II. Udała się na- 
tychmiast do zwykłych sobie sposobów: wzniecenia niezgod 
w narodzie naszym. Pobudziła przeciwnych elekcji Stanisława 
Augusta, Radziwiłłów, Potockich; zawiązała się Konfederacja 



*) Pokąsało się pismo perjodycsne pod tytułem: Monitor. Nąjpierwsze 
osoby w.kraju przykładały się do niego. Ksiądz Wyrwicz, autor geograQi; ks. 
Bołiomolec, pierwszy pisarz komedji bez kobiet; Łą}ko, Chreptowicz, 
ksiąię Adam Czartoryski, mieli vr iiim udział. Wkrótce słynąć zaasęli: Na- 
ruszewicz z poezji; dalej Trębecki, Kniaźnin , er-jezuita; Zabłocki, piszący 
dobre komedje. Później zjawił się Węgierski, zrodzony z żywym dowcipem: 
ten zaprawiony na pisarzach francuskich, dotąd się bowiem u nas na łaciń- 
skich kształcono. Węgierski pełen Yoltaira i Boilean, J^ł ich w satyrach na- 
śladować, a nawet przesadzać z obrazą nieraz religji , obyczi^ćw, nade- 
wszystko sławy bliźniego. Około 1774 r. Stanisław August, zamiast ustano- 
wienia akademji uczonych, jak mógł był to uczynić, pamiętna koterji pani 
Geofrin w Paryżu , ustanowił czwartkowe uczone obiady, na które przedniejsi 
z wyżej wymienionych zapraszanymi byli. Obowiązkiem każdego było coś po 
obiedzie czytać: tara ksiądz Naruszewicz czytywał pierwsze księgi historji 
polskiej; Jakubowski, brygadjer w służbie francuzkiej, dziś z powrotem do 
Polski, tłómaczenie bajek Lafontena. Obiady te podług ówczasowego zwy- 
czaju, zaczynały się o drugiej z południu; o szóstej Jechano do teatru. 



11 

Radomska , by w oczach Europy i filozofów nabyć sławy z pro- 
tegowania tolerancji ; wskrzesiła sprawę dysydentów , by ich do 
równych praw z innymi przypuścić. Jakoż Yoltaire i d^Alem- 
bert zaczęli ją pod nieba wynosić. Lecz nie ten był jej cel pra- 
wdziwy: trzymać Polskę w ciemnocie i anarchji, to było jej 
polityką.. Jakoż co tylko było na sejmie pod lask% księcia Adama 
Czartoryskiego zbawiennego postanowionem, zwalonem zostało. 
Przywrócone liberum veto, skasowane komisje, potwier- 
dzona cała gubiąca nas anarchja. Lecz pocóż wdaję się w to, co 
jest udziałem dziejów poważnych, co tylko jak przez sen, przez 
narzekania ojca mego pamiętam. Wracam do dzieciństwa mego, 
do spraw domowych ; niech inni opisują ważne zdarzenia, ja 
wieku mego zwyczaje; wkrótce bowiem wiadomości i pamiątki 
ich znikną. 

Dziad mój Aleksander Ursyn Niemcewicz, urodzony w roku 
1680, żył jeszcze; posiadacz znacznych dóbr, umyślił w ostatniej 
starości swojej oddać synom majątek, a wolny kłopotów, spo- 
kojnie mieszkając przy synach, dni swoje zakończyć. Pamiętam 
go dobrze: był to nie wielkiej śtatury, przyjemny starzec; pa- 
miętał ostatki panowania Jana Sobieskiego , lecz więcej lubił 
mówić o Stanisławie Leszczyńskim, z którego był partji, i mę- 
żnie się z Sasami potykał. Jeszcze rodzice moi mieszkali w Sko- 
kach , a on w Klenikach , gdy nas zaprosił do siebie na obiad. 
Pojechaliśmy więc, rodzice moi, ja, mój brat Jan i siostra 
Rozalja, kilka lat młodsi odemnie. Obszerny jest, trwający 
dotąd dwór w Klenikach, ż modrzewiowego drzewa, przez 
pradziada mego Andrzeja Ursyna Niemcewicza stawiany. Sień 
w nim wielka biało wytynkowana ; całą jej ozdobą kilka gniazd 
jaskółczych ; po prawej ręce sala jadalna z dwoma pokojami dla 
gości, po lewej duży pokój płótnem drukowanem w kwiaty wy- 
bity , z wysokiemi krzesłami obitemi skórą , na której na dnie 
pozłacanem wybite były papugi dzióbiące winogrona. Dwa 
portrety króla Jana i żony jego , trzeci portret prapradziada 
mego, Kazimierza Niemcewicza, stolnika Wiłkomirskiego, dziad 
dziada mego; wyrażony on był klęczący, z założonemi rękoma, 
w delji karmazynowej , modlący się do stojącego przed nim na 
stoliku krucyfiksu. Z tego pokoju wchodziło się do drugiego, 
również obszernego. Pamiętam, że stał w nim zegar bijący; na 
podstawie jego wymalowana była Niemka grająca na szpinecie, 
a za nią młody Niemiec wtórujący jej na flotrowersie. Z tego 
prowadziły drzwi do sypialni dziada mego. Łóżko niezmiernie 
wązkie , kołda karmazynowa atłasowa, nad łóżkiem szabla, pan- 
cerz i hełm, w których dziad mój, jako będący w znaku powa- 
żnym pancernym , zwykł był wychodzić. Nad głowami Matka 
Boska Częstochowska. Na półce (jakem się później dowiedział), 
leżały następujące książki: Żywoty ŚŚ. Pańskich, Kazania 
Skargi, Tacyt, Horacjusz, Nowe Ateny, Sto potraw i oko, 



12 

Kantyczki , Kochanowski, Kroniki Miechowity i Bielskiego. -^ 
O samem południu dano obiad. Był barszcz zabielony z rurą^ 
sztuka mięsa z chrzanem , prosię szaro i zając pieczony, zamiast 
melszpajsu kasza gryczana ze szwedami. Stary mój dziad tak 
długo dłubał koło rury barszczowej, że wszystko postygło; 
ogrzał srę atoli starem winem węgierskiem. Po obiedzie poszedł 
dobry strzec do alkierza swego i wrócił, trzymając w ręku 
trzy worki: 

— Otóż dla was dzieci upominek : macie każde po 200O 
tynfów. 

— Do nóg dziadowi, dzieci ! — zawołał ojciec. 

My wraz z plackiem. Wielkie było w owych czasach uszano- 
wanie dla rodziców. Mój ojciec, acz przeszło 30 lat liczący^ 
nigdy nie śmiał przed ojcem swym usiąść , aż mu ten powie- 
dział: Siadaj Marcelli. 

Wkrótce, jakem wyżej powiedział, dziad mój oddał synom 
majątek, sam lato w Neplach u stryja mego, zimę u ojca mego 
przepędzał. Przenieśliśmy się zatem ze Skoków do obszerniej- 
szego mieszkania do Klenik. Dziad mój tak upadał na nogi, że- 
już chodzić nie mógł, i zawsze w duźem krześle siadywał; przy- 
noszono mu jeść osobno, czytał nabożne książki, lub kroniki. 
Obarczony ciężarem wieku 8 T -letniego, coraz bardziej słabieó 
zaczął , tak , że nieraz miano go za konającego. Posłał więc 
ojciec mój po spowiednika jezuitę , księdza Pierzchlińskiego. 
Ten przez sześć czy więcej niedziel gotował go do śmierci* 
Przyszedł nakoniec ostatni moment. Zawołał ojciec dzieci, by 
się zbliżyli do łoża konającego po ostatnie błogosławieństwo. 
Uklękli rodzice nasi, uklękliśmy i my dzieci: wyciągnął dziad 
drżącą rękę i błogosławił nas wszystkich ; w godzinę potem od- 
dał Bogu ducha. Nie będę opisywał płaczu nas wszystkich. 
Ojciec mój zawołał sługę Garwockiego i co tylko miał gotowych 
pieniędzy, wraz je przez niego wysłsi do Brześcia do wszystkich 
klasztorów na podzwonne i msze : 

— Ze dniem co prędzej — rzekł mu — niech wraz zaczynaj% 
się msze za duszę ojca mego i wykupienie go z czyszca ; każda 
chwila jest drogą. 

Taka była ojca mego wiara; rozumiał, że im więcej prędkich 
modłów, tem prędzej dusza uwolnioną zostanie z cierpień 
czyszcowych. 

Tymczasem ks. Pierzchliński skończywszy duchowne usługi 
swoje, wybrał się napowrót do konwentu swego. Przy rozsta- 
niu ojciec mój ofiarował mu piękną złotą dziada mego taba- 
kierkę, długo w rodzie naszym będącą. Pamiętałem ją dobrze, 
bośmy się nią nieraz za pozwoleniem dobrego starca bawili 
i nieraz tabaczkę z niej rozsj^ywali. Śmiał się starzec z naszej 
niezgrabności, nie wielka to bowiem była strata; nieznana 
wtenczas obcych tabak , robiono je z tytuniu rosnącego w ogro- 



13 



dzie, tarto go w dojnicy wałkiem drewnianym. Była to robota 
Łukasza kucharza. Tabakiera ta, jakem nadmienił, była złota; 
sześć pięknych szmaragdów wpuszczonych było w około , we 
środku na ciemnem dnie złotem nabijane żurawie. Ileżbym nie 
dał, by tabakiery tej dostać. 

Dziad mój umarł wieczorem w wilję dnia zadusznego 1767. 
Nazajutrz wystawiono w dużym stołowym pokoju katafalk, a na 
nim zwłoki dziada mego. Ubrany był w czarny atłasowy żupan, 
kontusz sukienny czarny; przepasano paskiem ś. Franciszka, 
włożono w usta medalik ś. Ignacego, zapalono sześć świec wo- 
skowych i modlono si§. Trzeciego dnia wywieziono ciało do 
Brześcia, do Jezuitów, do kaplicy ś. Florjana, gdzie był grób 
Niemcewiczów. Pogrzeb solenny odłożono do przyszłej wiosny. 
Gdy ta nadeszła, ojciec mój ro^eidał listy okólne do wszystkich 
urzędów województwa, przyjaciół i obywateli, zapraszając ich 
na pogrzeb. Że było wiele tych listów, a ja juzem nie źle pisać 
zaczynał, ojciec mój dawał mi do przepisywania listy te ; wszyst- 
kie bowiem hyly jednakowe. Pamiętam że się tak zaczynały : 
« Uciszenie jalaeśkolwiek w horyzoncie naszym, etc. » Ściągały 
się słowa te do zaczętej naówczas Konfederacji barskiej i roz- 
sypanych po całym kraju kupek jej przebiegających wszędy, nie 
zastanawiających się długo nigdzie, niszczących Lutrów i Kal- 
winów i przeciwnych sobie. Wtenczas to pan Grabowski, ojciec 
dzisiejszego ministra w Petersburgu Stefana, rozsiekany został. 
Doktor pana Fleminga, Miiller, także jako Luter drogo życie 
okupić musiał. Lepiejby były czyniły Konfederacje, by zamiast 
rozsiekiwania różnowierców ziomków, słabili byli Moskali ; lecz 
w tem nie bardzo byli szczęśliwi. W tymże czasie przyciągnął 
pod Brześć marszałek Bierzyński, nie pamiętam jakiego woje- 
wództwa. Zabrał on był dwa pułki piesze cudzoziemskiego au- 
toramentu królowej Jadwigi i Łanowy. Mój ojciec wybrał się 
do niego z wizytą niepotrzebnie sześciu końmi. Uderzyły te 
konie w oczy marszałka; miał je zabrać do korpusu swego, że 
jednak były za ciężkie, mój ojciec okup^ się, sto dukatów daw- 
szy miasto nich. 

Dał nam był marszałek Bierzyński towarzysza husarskiego, 
lecz ten dzień tylko jeden i noc przebywszy, odebrał rozkaz 
wrócenia do korpusu. Nakazał 10 podwód z prowiantem; sam 
zjadłszy na śniadanie kiełbasy i bigosu hultajskiego , oraz wy- 
piwszy butelkę wina, ruszył wraz z podwodami. W trzy dni po- 
wrócił, przystawa z podwodami, ze smutną nader wiadomością 
że Moskale napadli na naszych pod Orchowcem niedaleko Wło- 
dawy i ze szczętem korpus Bierzyńskiego rozbili. Dobra matka 
moja boleśnie opłakiwała tę stratę; ojciec ubolewał, że więcej 
<;zujno8ci i męztwa nie było w Polakach. Mieli nasi dobrą 
ochotę, lecz zalegli pole; prócz Puławskiego, Zaremby i kilku 
innych, nikt nie mia2 wyobrażenia oo wojna. Równie z niena- 



14 

wiści ku Moskalom jak z gorliwości o wiarę, pamiętam strofę 
pieśni, którą powszechnie śpiewano, i której jam się nanczyr 
1 śpiewał, zwłaszcza gdy przyjechali goście. Była ona jak na- 
stępuje: 

Lutry, Kalwiny, 
Bezbołne syny, 
Z ojcsyzny matki 
Chcą szarpać płatki. 

Pamiętam po dziś dzień nutę tę, ale z wierszów tylko 
strofę. 

Powinienbym byó wielce zabobonnym i bojącym się stra- 
chów: wśród strachów tych bowiem pierwotne dni młodości 
mojej spędziłem. Był ciemny, mniej uczęszczany pokój ; ileż- ' 
kroć idąc tam wieczór pokojowi, wypadli z przeraźliwym krzy- 
kiem , wołając , że stary jegomość się pokazał. Przerażeni my 
wszyscy, udawaliśmy się do różańca jako jedynej ucieczki. 
Obok tych strachów był jeszcze drugi. Miałem ja ciotkę Bene- 
dyktynkę w Drohiczynie na Polesiu , która była w korespon- 
dencji z dobrą matką. Ta odebrała od niej list, który ją nie 
pomału zmieszał. Treść listu tego była , że zakonnica, wielka 
jej przyjaciółka umarła, i że już po kilkakroó pokazuje się jej, 
oznajmując ie jest w mękach czyszcowych, i że potrzebuje 
dwóchset mszy, by z mąk tych wybawioną została. Natychmiast 
matka moja posłała jej sto złotych na msze do Drohiczyna, dru- 
gie sto mój ojciec do Brześcia, w nadziei że trzecie sto inni 
pobożni sąsiedzi złożą. Zdaje się jednak, że składka ta szła po- 
woli ; trwiUy bowiem pokazywania się te przez czas dość długi. 
Aż nareszcie przyszedł list od ciotki mej zakonnicy z doniesie- 
niem , że pokutująca w czyszcu pokazała się zakonnicom , dzię- 
kując im za msze i modlitwy, oraz donosząc, że z czyszca już 
się przeniosła do nieba. Co więcej, nużąca matki mojej , Ma- 
rjanna, we dwa dni po tern doniesieniu zaprzysięgała się, że taś 
zakonnica pokazała się jej w wielkiej światłości , polecając jej^ 
aby matce mojej podziękowała, że się tak hojnie do oswobodize- 
nia jej z mąk czyszcowych przyczyniła. 

Właśnie wtenczas przyjął mój ojciec dyrektora dla mnie, 
p. Jaszczołda ze szkół brzeskich; ten już był skończył retorykę 
1 rok jeden chodził na filozoCę. Pan Jaszczołd zaczął mnie 
uczyć z alwara koigugacji i deklinacji, komponował orację dla 
mnie na nowy rok, wszystkie święta wielkie, na imieniny ojca 
mego i matki. Uczyłem się tych oracji na pamięć : były liczne 
próby jak je mi^em powiedzieć, jak się kłaniać przed i po po- 
wiedzeniu oracji. Pamiętam dotąd pierwszy wiersz oracji na 
imieniny matki mojej Jadwigi. Byt on taki: 

Bntmiąctt ałymąc oknyki wesołego niob* — 



15 



Te brzmiące wesołe okrzyki w niebie były z przyczyny imie- 
nin matki mojej, podstoliny mielnickiej; taki był sens całej 
oracji. Pan Jaszczołd nie był jedynie uczeniem mnie alwara za- 
jęty : nie uszły oczu jego wdzięki garderobiany matki mojej, 
Marjanny. Lecz jak nieszczęsne były skutki zalotów tych ! 
Niedługo kochankowie uczuli znaki brzydkiej zarazy ; posłano 
po cyrulika żyda do Brześcia. Ten oświadczył, że pacjentów do 
siebie wziąść na leki musiał. Jakoż ojciec mój lękając się dal- 
szej zarazy, odesłał oboje. Przy inkwizycji, zkąd ta choroba, 
pokazało 8ię,źe Kiśliński, porucznik moskiewski, stojąc u nas 
na kwaterze, podarunek ten uczynił Marjannie, Marjanna 
Jaszczołdowi. Nie wspomniałbym tej brudnej okoliczności, 
gdyby ona nie dowodziła, że wszystkie nieszczęścia polityczne, 
moralne, fizyczne, całe zepsucie nieskażonych świętych, powiem, 
dotąd obyczajów w narodzie naszym poszło od Moskali. 

Aż do ich przyjścia do kraju czyste były obyczaje Polaków, 
święte było łoże małżeńskie: oni pierwsi wprowadzili zepsucie 
i występne zalotności. Pamiętam, jak powszechne było oburze- 
nie, gdy się wieść rozeszła, że pułkownik moskiewski Absole- 
wicz, stojący w Terespolu, widzianym był w nocy włażącym 
przez okno do pani sędziny Le Wołano że Sodoma i Go- 
mora, że się Terespol zapadnie. Niestety przyszły czasy, 
w których się podobnym nie dziwiono zepsuciom. 

Uganiający się Moskale za Konfederatami wyszli z Brześcia ; 
a ojciec mój chwilę tę za dogodną do sprawienia solennego po- 
grzebu dziadowi memu uznawszy, rozpisał zapraszające listy, 
o których wspomniałem. Niektórzy obywatele województwa 
mieli dworki swe w Brześciu ; ojciec mój nie miał, lecz ofiaro- 
wał mu swój pan Buchowiecki, chorąży brzeski, bhzko nasz 
krewny. Na kilka dni przed tą uroczystością wychodziły z fol- 
warku klenickiego pod wody z cielętami, baranami, indykami, 
kurami, gęśmi, kaczkami, zwierzyną. Spisano długi rejestr 
potraw, zawołany kucharz Łukasz, za pomocą książki, sto po- 
traw i oko, otrzymał dokładną instrukcję; przyjaciele ojca 
mego, panowie Sazin i Zadarnowski pożyczyli do pomocy swo- 
ich kucharzy. Było dla kogo gotować , bo cs^e prawie zjechało 
się województwo. 

Nadszedł nakoniec dzień pogrzebu. O godzinie 10. poszliśmy 
do kościoła 00. Jezuitów. Już był rzęsisto oświecony; wznie- 
siony w pośród katafjEiik , u góry na karmazynowym rozpostar- 
ciu wisiał portret dziada mojego. Odprawiła się solenna msza 
pogrzebowa; wśród niej wyszedł na ambonę kaznodzieja jezuita 
i miał pochwałę pogrzebową zmarłego. A lubo dziad mój żyjący 
-w letargicznych czasach dwóch Augustów, niczem się nie sła- 
wił, był poczciwym, dobrym człowiekiem, spijał wino z Jezui- 
tami jak wszyscy naówczas. Przecież kaznodzieja, nie mogąc 
przytaczać wielkich zasług i czynów, udał .się do parenteli 



16 

i dawności domu Ursynów, wyliczi^ spokrewnienia pradziadów, 
dziadów, prababek, babek, ciotek, wojów, ekoligowawszy nas 
z pierwszemi familjami w Polsce i Litwie; zakończył pate- 
tycznie wskazując na tnunnę z tyla wielkości dożoną: 

— Stat magni nominis umbra! 

Nie byłbym zapewne pamiętał słów tych, gdyby podług 
zwyczajów czasowych nie były później wydinkowane na żółtym 
atłasie z herbem Ursynów i przypisane ojcu mojemu. Zwsij się 
ofiary takie, przez księży sporządzone, konkluzje. Nad herbami 
i konkluzją był zwykle wyciśuiony święty obrazek jaki. 

Konkluzja ta na żółtym atłasie wybita, zawieszoną była 
w stołowym pokoju. W kilka lat potem, gdym czytał: «Stat 
magni nominis umbra 9, słowa godne chyba Karola Wielkiego 
lub Napoleona, położone pod portretem stolnika brzeskiego, 
nie mogłem się wstrzymać od śmiechu. Przed obduktem wy- 
stąpił ojciec mój na stopnie katafalku i żałobną mowę, często 
przetykaną łaciną, powiedział, dziękując przytomnym, że ob- 
chód ten żałobny prezencją swoją zaszczycić raczyli. 

Po skończonym obrządku pogrzebowym wysypali się wszyscy 
z kościoła na obiad. Stypa ta była suta i obfita: zaczęto o po- 
łudniu, skończono ją późno w nocy. Spełniano kielichami pa- 
mięć zeszłego , pito i płakano , płakano i pito , wino rozczulało 
serca i znów je tuliło. 

Był to rok 1768. Zwołany sejm uniwersałami; dumny kniaź 
Repnin, ambasador moskiewski, nie tylko w Warszawie, ale 
i w całej Polsce , po wszystkich sejmikach na wyborach posłów 
przewodził. Dało to powód do dosyć pociesznego zdarzenia. 
Kepnin powysyłał po wszystkich powiatach oficerów moskie- 
wskich, z listami do prezydujących w nich, wskazując im kogo 
mieli obrać posłem. Gdy jeden z oficerów tych przybył z podo- 
bnym listem do Kuczyńskiego, podkomorzego podlaskiego, 
podkomorzy przeczytawszy, tak przemawia: 

— Kochani panowie i bracia; jaśnie wielmożni, wielmożni, 
mnie wielce miłościwi panowie i bracia! Poseł najjaśniejszej 
cesarzowej Imci pisze do mnie, abym się starał wybrać posła 
przychylnego zbawiennym zamysłom dla nas tej wielkiej mo- 
narchini. Pewien będąc, że nie możemy nikogo przychylniej- 
szego tej monarchińi wybrać jak własnego jej kapitana tu przy- 
tomnego, proponuję go wam za posła. z województwa naszego. 

' Szlachta, u której podkomorzy Kuczyński był wszystkiem, 
tyle że go królem podlaskim zwano, wchodząc w ten żart: 

— Zgoda! zgoda! — zawołała jednomyślnie. 

Napisano laudum i oddano je kapitanowi. Uradowany Mo- 
skal powraca. 

— A któż wybran? — zapytuje kniaź Repnin. 

— Kakże ja — odpowiada kapitan. 



17 

— Durak f — zawołał rozgniewany Repnin , i kopiąc go 
nogą aż do przedpokoju, powtarza ustawnie: — Won durak, 
won durak! 

Sejm w 1766 r. obalał wszystko co było na ostatnim zba- 
wiennego ustanowionem. Carowa zawsze szukając, co by tylko 
niezgody wzniecić i kraj mogło zaburzyć , i u filozofów francu- 
skich tytuł opiekunki tolerancji dać jej mogło , podała do sta- 
nów przez Repnina notę, dumnie domagając się, aby stany 
wszystkich dysydentów do urzędów i do używania praw ob3rwa- 
telskich przypuściły. Carowa miała rację , życzyć ustawy rozsą- 
dnej ; lecz jakiem prawem nakazywać te zmiany, te nowe prawa? 
Kie dziw więc że w zebranych stanach jedni z fanatyzmu i prze- 
sądów religijnych, większa część z oburzenia na tak niegodne 
powagi narodowej nakazy, z wrzaskiem wielkim oburzyli się na 
notę posła moskiewskiego. Podwajała się niecierpliwość, cie- 
kawość rodziców moich na ciąg trwających w materji tej spo- 
rów — gdy dnia jednego, gdyśmy właśnie skończyli odprawiać 
różaniec , nadeszła poczta i wiadomość , iż ksiądz Sołtyk, biskup 
krakowski, Załuski , biskup kijowski , hetman Rzewuski i syn 
jego, że się wnioskom Repnina sprzeciwiali na sejmie, wycią- 
gnieni z izby senatu i w głąb Rosji zesłani zostali. 

Na tę wieść dobra matka moja zemdlała; padła na ziemię 
i długo do siebie przyjść nie mogła , tak silne to znieważanie 
dostojności narodu na słabej nawet kobiecie sprawiło wrażenie. 

Gwałt ten zaczynającą się Konfederację barską bardziej 
jeszcze rozjątrzył i rozszerzył. Zaczęła się ona i po Litwie two* 
rzyć. Michał Ogiński, hetman wielki litewski, zawiązał ją 
w Słonimie. *) Szczęśliwie pobił Moskali pod Brześciem, gdzie 
jenerał Absolewicz poległ, lecz korpus jego rozbity pod Sto- 
łowiczem ; sam za granicą szukał schronienia. Carowa znaczną 
część dóbr jego skonfiskowała ; toż samo spotkało i Radziwiłła, 
wojewodę wileńskiego ; nadto zabrali Moskale w Nieświeżu ko- 
sztowną bibljotekę radzi wiłłowską. 

Miałem już jedenasty rok, dyrektor mój nauczył mię al wara. 
Umiałem na pamięć : 

Qaae masculis solum tribuotnr maBcula sunt, 
Hascula censentur specie depicta Tirili. 

Umiałem to, mówię , lecz rozumiałem nic albo mało. Uważałem 
że korespondencja między ojcem moim a księciem Czartory- 
skim, jenerałem ziem podolskich, szła ustawicznie. Ojciec mój 



*) Saldern, przechodzący w dumie i grub^aństwie Repnina iWołkońskie- 
go, wjdał rozkaz hetmanowi litewskiemo, Oglńskiemn, aby wojsko litewskie 
rozpuaoił. Obruszony Ogi^iski ua tak§ obelgę, trzymający się dotąd w neu- 
tralności , zawiązał Konfederację i na Litwie. 

NiSMCBwicz, Pamiętniki. 2 



18 

listy te kbdł za zwierciadło. Zdjęła mię ciekawość dowiedzenia 
się o co rzecz szła, i raz w nieprzytomności ojca wlazłszy na 
stołek , wyj^em z za zwierciadła list ostatni. Dowiedziałem się 
wraz z niego, źe książę Czartoryski w wyrazach nader grze- 
cznych dozwaJał, aby ojciec mój przywiózł mnie do Warsza¥ry 
do umieszczenia w korpusie kadetów; nadto przygotowania 
matki mej w oporządzeniu mię, potwierdzały tę wiadomość. Tu 
wkrótce druga część życia mojego zacznie się. 



ROZDZIAŁ III. 



Obraz obycsajów majętniejszej szlachty przy pocz^tka panowania Stanisława 
Aognsta. — Ojciec odwozi antora do kadetów. — Opis tego korpusu. — Sta- 
nisław August jako fundator. — Ksi^ię Adam Oiartoryski i- inni przełożeni. — 

Nauki i zabawy w korpusie. 



Nim dom rodzicielski opuszczę i przystąpię do opisu dro- 
bnych zdarzeń życia mojego, nie będzie od rzeczy wspomnieć, 
jakie w drugiej połowie XVIII, wieku były w Polsce zwyczaje 
mieszkającej po prowincjach majętniejszej szlachty. Tem po- 
trzebniejszem to sądzę, iż zwyczaje te coraz bardziej zamierają, 
a wkrótce nie będzie nikogo , coby je pamiętał. 

Przedniejsze cechy obyczajów czasów owych były: pobo- 
żność, gospodarstwo rolnicze, gościnność, uprzejmość. Po 
śniadaniu rannem i modlitwie wyjeżdżał gospodarz w pole ob- 
zierać roboty wiejskie. Obiad zawsze na południu; ktokolwiek 
nań przyjechał, wdzięcznie przyjęty; po obiedzie grano w ma- 
rjasza lub warcaby, dalej rozmowy. O siódmej wieczerza, a po 
dziewiątej udawano się do łoża. W jesieni i zimie polowanie 
wiele czasu zabierało. Ojciec mój posiadał obszerne lasy ; pa- 
miętam że niedźwiedzie znajdowały się w nich czasem , lecz 
wkrótce, gdy zaczęto wydzierać nowiny, karczować, po- 
uciekały niedźwiedzie. Lecz dotąd mało znana pszenica. Zamiast 
komiengą, posyłane zboże do Gdańska szkutami, powiększyło 
dochody. 

Wielkie święta, imieniny, zapusl^, obchodzone były z hoj- 
nym dostatkiem, uroczystością, weselem. 

Na Boże Narodzenie, Wielkanoc i imieniny przyjeżdżali 
z Brześcia i okolic przełożeni klasztorów z oracjami. Na Boże 
Narodzenie kończyły się zawsze życzenia temi słowy: « Aby ten 



19 

maleńki urodzony Jezus zsylal largi ter na dostojny dom wasK 
wszystkie prosperitates i sakce88a.» 

Kie dosyć na tern. Przychodzili panpery, studenci z Brze- 
ścia, z gwiazdą, z jasełkami i djalogami. Treść wystawień tych 
było narodzenie Chrystusa, trzej królowie i Herod wycinający 
dzieci w Betleem. Wystawienie to zabawiało nas, zachwycało 
więcej niż dzisiejsze Rosiniego opery. W szkołach księży Jezui- 
tów w Brześciu na teatrze zwykli starsi studenci grywać djalogi 
nakształt melodramów dzisiejszych. Jeden z nich wystawiał 
ś. Franciszka Esawerego w Indjach, broniącego miasto przeciw 
niewiernym. Baszty i mury malowane były na kartonach. In- 
dianie strzelali do nich z łuków, wsJiły się baszty i yńeże, lecz 
ukazywał się śród kartonów ś. Ksawery: upadłe na ziemię mury 
sznurkami znów podnos% się do góry. Druga sztuka był sw, 
Antoni padewski , nad brzegiem morza każący do ryb ; karpie, 
szczupaki, okunie, raki, wyścibiwszy głowjf nad wodę z otwar- 
temi pyszczkami słuchały świętego. Przyznam się i ja, jak msJa 
płotka, buchałem, dziwiłem się i wierzyłem. 

Wigilja Bożeno Narodzenia była wielką uroczystością. Od 
świtu wychodzili domowi słudzy na ryby: robiono na rzece 
i toniach przeręby i zapuszczano niewód. Niecierpliwie oczeki- 
wano powrotu rybaków. Jakaż radość , gdy przyniesiono ceber 
z rybami, a matka moja dała kucharzowi rozkazy, jak każda 
ryba miała być przyprawioną. Dnia tego jednakowy po całej 
może Polsce był obiad. Trzy zupy : migdałowa z rodzynkami, 
barszcz z uszkami, grzybami i śledziem, kucja dla służących, 
krążki z chrzanem, karp do podłowy, szczupak z szafranem, 
placuszki z makiem i miodem, okunie zposiekanemi jajami 
i oliwą, i t. d., i t. d. Obrus koniecznie zasłany być musiał na 
sianie ; w czterech kątach izby jadalnej stjiy cztery snopy nie- 
młóconego zboża jakiego. Niecierpliwie pierwszej gwiazdy cze- 
kano ; gdy ta zajaśniała, zebrali się goście i dzieci. Kodzice moi 
wychodzili z opłatkiem na talerzu, a każde z nich biorąc opła- 
tek, obchodziło wszystkich zebranych , nawet służących, i ła- 
miąc go, postarzało słowa : Bodajbyśmy na przyszły rok łamali 
go z sobą. — Potem do uczty, która do późnej przeciągała się 
nocy; wino dodawało wesołości, śpiewano pieśni z kantyczek, 
szczególniej : 

w ilobie Jeiy , 

Ktoś pobiel 7 

Kolendowa^ małemu — i t. d. 

Nie od rzeczy będzie wspomnieć , że ta nuta, miani pol- 
skiego tańcu ułożona, była laworytnym tańcem króla Włady- 
sława lY. 

Obrzędy wielkanocne były następujące. W wielki czwartek 
stół równie suto rybno jak w wigiljją był zastawiony^ Na 

2* 



20 

^eBd piątek jeździliśmy do Brześcia do księży Jezuitów na 
pasję. Wchodziło do kościoła bractwo biczowników , okryte od 
stóp do głów białą płócienną kapą z kapturami, w których 
miejsce tylko na oczy było wycięte. W bractwie tern znajdowali 
się pierwsi obywatele województw-a. Na czele bractwa byli 
starsi z laskami w ręku ; za danym znakiem odkrywali poku- 
tnicy swe T)lecy nagie i chwostali się dyscyplinami , niektórzy 
tak okrutnie, iż plecy ich krwią spływały. Powtórne uderzenie 
laskami było znakiem, żeby przestać. Powtarzało się to pięć 
razy, na pamiątkę pięciu ran chrystusowych. Wiele osób 
w wielki piątek wstrzymywało się od jedzenia ; wieczorem prze- 
stając na szklance piwa, a z oliwą i kminem suchej, posolonej 
grzance chleba. Nie powinienem przepomnieć jednego jeszcze 
wielkanocnego obrządku. W wielką środę na pamiątkę że w ten 
dzień Judasz wydał Chrystusa Pana , studenci rzucali z chóru 
kościelnego kota, jakby to Judasza, drudzy czekali na dole 
z kijami, gonili go i bili, aż zabili. 

Wielka sobota poświęcona była do strojenia grobów Pań- - 
skich i do odwiedzania ich. Kobiety zatrudnione pieczeniem 
placków i ciast wielkanocnych na święcone. Późno w nocy lub 
nazajutrz odprawiała się rezurekcja z wielką uroczystością. 
Pierwsze osoby niosły baldachin nad celebrującym księdzem. 
Pyszne placki, mazurki, często trwały aż do przewodniej nie- 
dzieli; lecz grzechem było trzymać je dłużej, okruszyny nawet 
rzucano w ogień. 

PoBoźem narodzeniu zaczynało się życie wesołe: odwiedziny, 
polowanie na wilki. Te jako szkodliwe trzodom , starano się 
wszelkiemi sposobami wytępiać: kopano doły, z lekka wytrzę« 
sione słomą, w środku na żerdzi przywiązywano gęś lub kaczkę. 
Gdy słoma śnieciem przytrzęśniona została, a gęś krzyczeć za- 
częła, nieraz wilk chcąc ją jednym susem porwać, w dół wpa- 
dać: nic pokomiejszego jak wilk w dole głęDokim; wierzyć mu 
atoli nie można, psami zaszczwać, lub zabić go potrzeba. 

Niebezpieczniejsze polowanie na wilki było z prosięciem. 
Młodzi kawalerowie wsiadali na sanki, biorąc kilka sztutców 
i prosię z sobą. Kręcili prosię za ogon, kwik onego tak przyje- 
mny wilkom, zgromadzał ich zewsząd. Wtenczas młodzież strze- 
lała do nich kilku; lecz gdy gęsta była gromada, to śmieli na- 
pastnicy ściągali czasem strzelców i pożerali ich. 

Następowały zapusty. Tu ustawne zapraszania, kuliki, 
a w ostatki hulanie bez miary. Jeżdżono kulikami : to jak ze- 
brało się kilka familji i jechało do sąsiada, za ich przyjazdem 
gospodarz oddawał im klucz od piwnicy i spiżarni : jedli i pili, 
aż nie wypróżnili wszystkiego. Wtenczas zabrawszy z sobą go- 
spodarza, jechali daląj. Tak wesoła ta gromada powiększając 
się coraz juc kłąb śniegu, objeżdżała powiat cały; zwyczajnie 



21 

do najmajętniejszego przybywano na końcu. Zwyczaj kulików 
w ostatnich czasach coraz bardziej ustawał. 

Na same ostatki zapraszana była familja i bliżsi przyjaciele. 
Jak się tam zmieszczono, dziś, gdy obszerniejsze pałace i mie- 
szkania stawiają, trudno pojąc zdaje się. Przedniej si tylko go- 
ście mieli pokoje osobne, reszta mie8cy!a sig w obszernej stoło- 
wej izbie. Każde małżeństwo przybywało z pościelą w dużym 
tłumoku ; słano więc tę pościel pokotem. Farawanik na żelaznym 
drążku śrubowany, na prętach onego w górę zawieszona kar- 
mazynowa kitajkowa zasłona łoża i tajemnic małżeńskich. Po 
rannej kawie lub wódce z zakąską piernika, tłucznicy, lub tatar- 
skiego ziela, dla mężczyzn wnoszono na dużych półmiskach 
bigos hultajski, kwaśnej kapusty z wędliną i kiełbasy » i znów 
wódkę. Wszystko to spałaszowano, równie jak w godzinę potem 
zastawiony obiad obfity. Nie wiem jakie żołądki mieli ojcowie 
nasi, lecz jedli i pili, dziś nie do wiary. Po obiedzie grano 
w karty: marjasza, tryszaka, kontra, pancerolę; dzieci w gąskę. 
Ewindecza i Faraona, jak wszystko złe, Moskale dopiero wpro- 
wadzili. Tańce polskie, mazurki, kończyły wieczór. Muzykan- 
tów żydów sprowadzano z Brześcia. Orkiestra składała się z cym- 
bałów, ze skrzypców i z basetli. Cymbtły najwięcej czyniły 
hałasu: pejsaki żydowskie jak gdyby wichrem wzdęte, trzęsły 
się nad niemi okropnie. 

W początkach lutego o Gromnicach przypadały sejmiki de- 
putatskie. Zbierała się na nie szlachta do ojców Bernardynów 
i obierała dwóch deputatów na trybunał litewski, ostatecznie 
przez sześć miesięcy w Grodnie, przez drugie sześć w Wilnie 
sądzący. Wcześnie ukartowane wybory, kończyły jsię prędko 
i zgodnie. Wybrani lautissime traktowali szlachtę braci i każdy 
powracał do domu. Takie zwyczaje , takie życie nieobraźające 
wniczem, ni moralności, ni przystojności, mogły były długo 
zachować Polskę w pokoju (zatargi t czuby między panami nie 
^ugo bowiem trwały), gdyby Polska była wyspą, stromemi nie 
dostępnemi skałami otoczoną. Ale że była lurajem na wszystkie 
strony na oścież otwartym, że nie uważała, iż w koło jej 
z otwartemi na rozdarcie jej paszczami stały trzy okropne ty- 
grysy ; że szlachta, która sobie wszystkie rządy i prawa i piecze 
nad krajem przywłaszczała, dbała jedynie o wiarę katolicką 
i zgubne swe przywileje; że spuszczając się na wszystkich świę- 
tych, nie chciała ni płacić podatków, ni mieć wojska do obrony 
loraju: nie dziwić się przeto, że wkrótce przyszły czasy, iż czy- 
hający na dziedzictwa jej sąsiedzi, zabójcze swe zamysły spełnili 
na niej. 

Oporządzenie moje do kadetów przez dobrą matkę moją 
skończyło się. Przyszedł dzień wyjazdu mego. Każde tkliwe, 
przywiązane do matki swej serce, zgadnie jak ciężki był żal mój 
przy pierwszem rozstaniu się z najlepszą matką moją. Pier- 



22 

wszego dnia ruszyliśmy do dóbr stryja mego do Nepel. Ja całą 
drogę płakałem. Zaszedł nam drogę źydziak z cytrynami z Te- 
respola; kupiłem kilka i posłałem je matce mojej. Miałem za 
co: matka moja dała mi 20 złp. srebrem; prócz tego powie- 
działa mi, że w palcach od pończoch, przez ni% same robio- 
nych, zaszyła *dwa dukaty złotem. Było to wiele dla chłopca. 
Jechaliśmy ciężką, na pasach kolasą, sześciu cięźkiemi końmi 
drogą piasczyBtą^ tak powoli, źe nazajutrz trzy tylko mile uje- 
chawszy, stanęliśmy na noc w Janowie, i stanęli jak zwykle 
w karczmie u żyda. Ojciec mój, gorliwy katolik, miał zwyczaj 
dysputować z żydami, starając się wszelkiemi sposobami na- 
wracać ich. Wdał się więc z gospodarzem karczmy, dowodząc 
z proroków przyjście Chrystusa. Dysputa stawała się coraz go- 
rętszą; nareszcie żyd w zapale odważył się powiedzieć, źe kato- 
licy sfałszowali tekst hebrajskich proroków. Tu ojciec mój roz- 
gniewany zuchwalstwem takiem, chciał się wziąść do silniej- 
szych argumentów , to jest do pejsaków żydowskich , gdy pajuk 
wszedł z wazą rosołu i krótką popędliwość wstrzymał. Dobry, 
gorliwy mój ojciec tę pasję nawracania żydów do późnej zacho- 
wał starości: już to po popasach po drodze, już gdy żydzi 
krawcy przyjechali z Brześcia do robienia sukien dla familji, 
nic nie zrażony, źe przez wiele lat po żwawych dysputach ani 
jeden żyd nie nawrócił się. 

Lubo z domu rodziców moich nie ma jak 26 mil, takeśmy 
się powoli wlekli po piaskach, źe szóstego dopiero dnia zbliży- 
liśmy się pod Warszawę. Opieszałość także przypisać należy 
wieściom biegającym po drodze, że konfederaci włóczyli się 
wszędy i napadali na podróżnych. ' Raz tak ich wieści głosiły 
blizkimi, iż niespokojny ojciec mój kazał w lesie za Siedlcami 
zatrzymać się pojazdowi i wyjąwszy 200 dukatów , które miał 
z sobą , pozwijał częściami w osobne ładunki i rozdał je pomię- 
dzy woźnicę, forysia i służących, by je przechowali w swoich 
butach. Ostrożność jednak była zbyteczną: bez żadnej napaści 
zbliżyliśmy się o milę od Warszawy. Tam wysiadłszy z pojazdu, 
ojciec mój zaprowadził mię wśród lasu na wysoką gorę, nie 
żeby mnie ofiarować jak Abraham Izaaka, lecz żeby mi poka- 
jać Warszawę. Ja, com dotąd nie widział jak Brześć pokorny, 
zdumiałem się na tak wielkie miasto, na wieże Święto-Krzyskie, 
i t. d., i t. d. Tegoż wieczora stanęliśmy na Pradze w dworku 
znajomego ojcu memu bogatefico mieszkańca. Wyszliśmy na 
przecha<£:kę na brzeg Wisły. Nie było jeszcze żadnego mostu 
między Warszawą a rragą , szły tylko gęste przewozy. Wieczór 
był pogodny i piękny; wiele batów napełnionych używającemi 
przejazdki wodnej damami, kawalerami, z muzyką przesuwało 
się po bystrem strumieniu. Wszystko to zachwycało młodego 
chłopca. 



23 

Kazajntrz, dnia 8. sierpnia 1770 r., wstaliśmy rano. Ubra- 
łem się w najlepsze sukienki moje, to jest żupanik kitajkowy 
niebieski, w kontusik karmazynowy, pas przetykany srebrem. 
Przeprawiliśmy się promem do Warszawy. Wyszedłszy z Be- 
dnarskiej ulicy , spotkaliśmy ciągnącą do zamku wartę gwardii 
litewskiej ; brzmisSa na czele jej muzyka wojskowa. Ten widok, 
ten odgłos przejął mię całego: oczy moje zwracały się to na 
prawo , to na lewo , dziwiąc się murowanym kamienicom , pała- 
com, mnogości pojazdów i przechodzącego tłumami ludu. Wy- 
stawiałem ja sobie Warszawę jak niegdyś Tytus Wirgiljusza 
wystawiał sobie Rzym. 

Urbem quam dicuuŁ Romam Melibee puUvi 
Stoltus ego huic nostrie simiiem quo sospe solemus 
PaaŁores oTium teneras depellere fotus. 

Udaliśmy się na koszary kazimierowskie, gdzie stryj mój od 
lat trzech z familją na edukację dzieci się przeniósł. Pałac zbu- 
dowany przez Jana Kazimierza, wyporządkowany wtenczas na 
mieszkanie i klasy dla kadetów. Było ośm pawilonów, po cztery 
z każdej strony , przez tegoż króla dla gwardji jego , pruskim 
murem zbudowanych. Wchodziło się przez bramę kamienną. 
W pawilonach stali kadeci, oficerowie ich i profesorowie; 
wielu także oficerów od gwardji litewskiej. Opisałem już w Pa- 
miętnikach moich, jaki był pałac i ogrody jego w czasach Jana 
Kazimierza. 

Uprzejmie przyjęty byłem przez stryja, stryjecznych braci 
i siostry moje. Był to dzień ósmy sierpnia, święto ś. Kajetana, 
imieniny jednego z kadetów Miączyńskiego. Podług zwyczaju 
traktował on kolegów kawą i fruktami; jako kadet in ovo za- 
proszony byłem na ucztę. Dwunastego września zaczynały się 
klasy. Porzuciłem na zawsze żupamk mój i kontusik, przy- 
wdziałem mundurek kadecki , to jest na codzień katankę czer- 
woną z granatowemi obszle^ami, na święto długi mundur gra- 
natowy z ponsowemi wykładami, białe krótkie spodnie i kami- 
zelkę. Na wielkie parady mieliśmy pyszne kolety z cienkiego 
białego sukna, z granatowemi aksamitnemi obszlegami, hafto- 
wanemi złotem*, patrontasze także aksamitne ponsowe ze zło- 
tem , kaszkiety z cyfrą królewską i strusiemi piórami. 

Korpus kadecki założony przez Stanisława Augusta*) w r. 



*) Pierwszy raz ujrzałem króla Stanisława Augusta w. r. 1771, sdyprayj 
jechał konno na dciedsiniec kiisimierowski, Już wteuccas kadeclii. lió^ mieć 
naówcsas lat 37, twarz powaina i piękna, dość męiny, lees nie wysoki i od 
biódr do stóp raczej przj krótki. BywiU on na nascycłi popisach i wtenesas 
lepiej mogłem mu się przypatrzyć. Czynił on sam nieraz pytania kadetom 
s histoi;}i powszechnej, mianowicie polskiej. Słuiba Jego składała się naów- 
czas z Jednego adjutanta, dwóch paziów i 6 ułanów. Po porwaniu go dopiero 
sa rok przez konfederatów, wyjeżdżał w poczcie 24 ułanów. Trudnił on sif. 



24 

1764 składał si§ z sześćdziesięciu młodzieży, podzielonej na trzy 
brygady, po dwudziestu kadetów w każdej , jednego brygadjera 
i podbrygadjera. Przydano później jedną brygadę eksternów; 
ci płacili od siebie. Korpus ten zwał si§ szkołą rycerską szla- 
checką, gdyż podług ducha wieku owego nie mieszczono w nim 
jak samą niewątliwą szlachtę. Sam król był jej kapitanem, 
książę Adam Czartoryski, jenerał ziem podolskich, poruczni- 
kiem; hrabia Moszyński podporucznikiem. Rudawski chorążym, 
Wodzyński, Ciszewski, Francuz Laland brygadjerami ; Od- 
schmidt , dawny oficer pruski , nauczycielem musztry ; Grano- 
wski, Ciesielski, Frankowski, podbrygadjerami. Dyrektorem 
nauk był najprzód Angielczyk Linpe , po nim Pfieiderer z Ty- 
bingi ; ksiądz ex-jezuita Nagurczewski uczył literatury i historji 
polskiej; Dutaney, Francuz, literatury francuzkiej ; języka ła- 
cińskiego Konderski, francuzkiego Duclos , niemieckiego Jan- 
kowski z Prus polskich; arytmetyki i geometrji Edling; mate- 
matyki wyższej, fizyki Pfieiderer; nauki moralnej^ ekonomji 
politycznej Nikuta; fechtowania Martin; tańcowania Łilenheim, 
później Gober, po nim Dauvigny, Skurczyński; kapelanem był 
Dziewanowski. 



ile Moskwa pozwalała, -wszystkiem , co pogrążony długo w anarcbji kra| 
oświecić i podoieść mogło. W samej sile wieku, zalotuy z urodzenia, wiele 
czasu poświęcał zalotom. Księżna Sapieżyna^ wojewodzicowa Brauicka z do- 
mu, dalej tegoż imienia kanclerzyna wielka litewska, pierwszemi były jego 
kochankami; później Tomałys, Buonafini, Szmitowa, nakoniec Grabowska, 
ustąpiona mu przez brata księcia Kazimierza Poniatowskiego. Miał z nicłi 
wszystkich dzieci, dwóch Cichockich, dwóch Grabowskich, i t. d., i t. d. 
W początkach panowania, gdy Polska była jeszcze całą, gdy król nie mąjąo 
władzy w urządzaniu długo w letargu pogrążonego narodu, wiele chwil po- 
święcał zabawom , częste były promenady lądem i wodą ; te ostatnie z damami 
i muzyką. Czaplic. później łowczy koronny, komponował piosnki polskie- 
które na wodzie śpiewano; pisał je Wojna. Były n. p. «HeJ kurdesz nad 
kurdeszamio i a Niech żyje zawsze ten luby kątek, z którego mamy życia po- 
czątek. » Zarzucić można Stanisławowi Augustowi , że on wprowadził do kraja 
niemoralność w obyczajach , zdeptanie wiary małżeńskiej. Moskale przebywa- 
jący w kraju całym roznieśli zepsucie po prowincjach. Galanterja była 
w największej modzie: niebyło pięknej kobiety, któraby nie miała kochanka 
swego. 

W młodości swojej bawił król długo w Paryżu, w rozwiązłej epoce Lu- 
dwika XV. Tam popsuł obyczaje czyste dotąd i nabrał smaku do lekkiej li« 
teratury francuzkiej , którą potem jedynie naśladowano w Polsce. 

Zabrał on w Paryżu ścisłą znajomość ze sławną panią Geofrin. Ta przy* 
jechała go odwiedzić w Warszawie. Król posunął galauteiję do tego stopnia, 
że na przyjęcie jej kazał wyporządzić w zamku apartement zupełnie taici, jaki 
ta pani miała w Paryżu. Zapomniano o Homerze, Wirgiłjuszu , Horacjuszo ; 
jedeo Vol,taire był bogiem literatury, którą nie przestawano czytać i naśla- 
dować. Śmiać się z religji i cnoty stawało się zaletą. Fryderyk II. , Kata- 
rzyna II., pochlebiali Yoltairowi , pochlebiał i Stanisław; pisywał do niego 
i miał sobie za wielką cześć, gdy ten mu odpisał. 

Francuzezyzna we wszystkiem wzięła górę: zaczęto się na łeb i na szyj^ 
przebierać po francuzku. Pierwsze damy nie mówiły nie czytały, jak po fran- 
cuzku, nie znały innych mód Jak paryzkie. W czasie sejmu wr. 1788 jeszcze 
połowa posłów i senatorów chodziła w narodowym ubiorze , wielu nawet mło- 
dzieży przez patijotyam. Hetmani przebrali się po polsku. Dziś tego już pra- 
wie widzieć nie można. 



25 

Wstawaliśmy o szóstej z rana, szli na mszę świętą o siódmej ; 
na śniadanie bułka z masłem , o ósmej do klas aż do dwunastej. 
Obiad, przechadzka do drugiej, znów klasy do piątej, o ósmej 
wieczerza, o dziewiątej spać. 

Skoro pałac kazimierowski został wyporządzonym, wystąpił 
korpus pod bronią i wieczorem przeniósł się do dawnego kró- 
lów mieszkania. W czterech salach mieszczono cztery brygady, 
nad niemi mieszkania były brygadjerów; podbrygadjerowie 
stali w środku między kadetami przegrodzonymi na cztery czę- 
ści: w dwóch po rogach mieściło się po sześciu kadetów, 
w dwóch mniejszych po czterech. Każdy miał swoją skrzynkę 
z bielizną i sprzętami, duże cynowe naczynie z wodą i z mie- 
dnicą na spodzie, służyło do umywania; dwóch ordynansów 
było w każdej brygadzie do posługi. Obchodzenie się starszych 
było łagodne ; pokuty jednak, kary nawet cielesne miały miej- 
sce. Starszych karano płazem szpady, małych rózgą — i nie 
przyszło jeszcze żadnemu z nas to, co się później podobało 
wyrzec dzieciom : 

8ą prawa dzieci równie jak prawa człowieka. 

Eeż zarozumiałość ta w niedoświadczonych głowach spra- 
wiła złego na świecie I 

Za niedbałośó w naukach , winowajca , podczas gdy drudzy 
siedzieli, stał lub klęczał przez ciąg całego obiadu. Rzadko 
jednak zachodziły te kary. Komendant nasz, książę Adam Czar- 
toryski, jenerał ziem podolskich, postanowił kierować młode 
umysły i serca punktem honoru, a we wszystkich zdarzeniach 
przyjeżdżał do korpusu i miał mowy w tym duchu. Zdarzyło 
się, że dorośli dwaj kadeci, Miączyński i Rudnicki, uciekli. 
Komendant nasz, noszący prawie zawsze mundur kadecki, przy- 
jechał nazajutrz w mundurze gwardji litewskiej. 

— Mości panowie ! — rzekł — chciałem jak zwykle wziąść 
wasz mundur, ale znalazłem na nim dwie brzydkie plamy. Ztąd 
— mówił dalej — jakąż hańbę ciągnie wojskowy na siebie, gdy 
opuszcza znaki, pod któremi służy! 

Natychmiast imiona zbiegłych wymazać kazał z listy kor- 
I pusu. Ćojaźń najmniejszej zakały, żądza sławy, miłość ojczyzny, 
ustawicznie przez komendanta naszego, wbijane nam w umysły, 
sprawiły, że rzadko który wychowany w tej szkole, nie był 
uczciwym człowiekiem i dobrym Polakiem. Napisał był książę 
Adam Czartoryski polityczny katechizm dla kadetów, którego 
wszyscyśmy się na pamięć uczyli i w sobotę przed podbrygadje- 
rami powtarzać musieli. Był to wyborny moralny i polityczny 
kodeks , wskazujący wszystkie dobrego obywatela w tem życiu 
powinności Kiedym pierwszy raz widział księcia A. Czartory- 



26 

skiego, był to prawdziwie wzór już wypolerowanych panów 
polskich; mógł on mieć naówczas lat 36; był on nie ¥^oki, lecz 
pięknej i ujmującej postaci: uczony, grzeczny, ujmujący, rzadką 
miał pamięć, wyborny łacinnik, wesoły , dowcipny ; tiumaczyf 
i pisał wiele komedji, że nazwać go można pierwszym drama- 
tycznym autorem. Komedje jego oryginalne były: « Panna na 
wydaniu)), aKawa)), aPysznoskąpski)), « Mniejszy koncept jak 
przysługa »; tłómaczone z francuzkiego « Gracz i dumny )). On 
to zbierał do siebie aktorów i uczył ich grać. Odwiedzał on 
często kadetów w karecie pozłacanej z malowaniami na portje- 
rach. Laufer, pysznie ubrany podług zwyczajów ówczesnycłi, 
biegł przed nim z posrebrzaną laską z gałką i kutasami, dwóch 
huzarów po bokach , dwóch lokai z tyłu. Ile razy przyjechał, 
zawsze z pożyteczną jaką nauką; nieraz dawał nam podwie- 
czorki z przysmaczkami, a w zapusty bal okazały. 

Ile książę ten był od kadetów kochanym , tyle podkomen- 
dant nasz, graf Fryderyk Moszyński mało u nas wzbudzał sym- 
patji. Był on synem naturalnym Augusta II., z pięknej pani 
Orzelskiej , dla której August II. w sześciu niedzielach wybudo- 
wał pałac błękitny. Graf Moszyński, po większej części wycho- 
wany w Niemczech, miał przymioty i wady narodu tego: zimny, 
formalny, rządny, jak najporządniejszy bankier; ii^ bankier 
utrzymywał książki podwójne mienia swego ; miał buchaltera 
nazwiskiem Zernitz. Przeciwnie brat jego starszy stolnik, roz- 
wiązły i alchimista, co tylko miał, trwonił na kobiety i tyffielki. 
Komendant nasz, książę Czartoryski, żartobliwie nazyw&3 tych 
dwóch braci perceptą i expensą. Nasz więc kotnendant 
nasz graf Moszyński odebrał polerowniejszą edukację, niż 
wielu natenczas panów w Polsce; posiadał obce języki, wiele 
wiadomości i przyjemne talenta. On pierwszy wprowadził do 
Polski taniec, dziś już nie używany, nazwiskiem «allemande»; 
tańci:ge go kawaler z damą, rozmaite rękoma wykręcając łama- 
nie. Moszyński nie piękny i nie młody, lubił się z nim popisy- 
wać. Raz, gdy się na balu u posła moskiewskiego jak mógł 
przesadzał, skończywszy, stanął około księcia Kazimierza Czar- 
toryskiego, stolnika litewskiego, oczekując pochwały. Książe 
stolnik, sama szczerość i otwartość, odparł na to: 

— Vous avez danse comme un satyrę. Oui! oui, 
comme un satyrę. 

Mówiąc o balach, muszę tu jedną acz smutną przywieść 
okoliczność. Podróżowania przedniejszych panów naszych po 
cudzych krajach, ze strojem z wielu innemi obcemi zwyczajami 
wprowadziły do Polski obce tańce. Zaczęto więc na balach 
tańcować menuety i kontredanse, a że sama tylko młodzież 
ucząca się w korpusie kadetów i konwikcie piiarskim już je co- 
kolwiek umiała, państwo wydając bale, zwykli byli przysyłać 
karety swe po tuzin lub pół tuzina kadetów. Dobrze gdy przy- 



27 

słano karetę; lecz gdy zapomnienie lub przypadek jaki prze- 
szkodził, kłopot wielki w takim razie: jedyna ucieczka do 
słnźących obok żołnierzy gwardji litewskiej. Każdy kadet 
dawał żołnierzowi 15 groszy, ten wziąwszy go jak barana 
na plecy, zaniósł gdzie należało; napo wrót już była pewna 
kareta. 

Pamiętam iż w roku 1772, gdy żołnierze ci zanieśli nas do 
pałacu wojewodziny Hilzenowej, później Mostowskich, jak 
smutnie zadziwieni zostaliśmy , widząc wzdłuż całej sieni leżą- 
cych żołnierzy moskiewskich , obwiniętych w płaszcze , z nabitą 
bronią obok. Taka była po wszystkie czasy podejrzliwość mo- 
skiewska. Wiedzą, że nienawidzeni, dręczą się ustawną nie- 
spokojnością, wszystkiego się boją i wszędy, czy w dzień, czy 
w nocy, czuwają. Piekielna żądzo panowania nad niechętnymi, 
ileż ty ciężkich mąk zadajesz? 



ROZDZIAŁ IV. 



Porwanie króla przes koafederatów. — Pierwszy podział kraja. — Sejm w r. 
1773. — Dwory wielkich panów w Warszawie. — Ton i obyczaje w tej sto- 
licy. — Literatura. — Obiady czwartkowe. 



Przywiązani byli kadeci do króla swego Stanisława Augusta 
jak do rodaka, jak do założyciela swego. Przyjeżdżał on do nas 
na egzamina roczne, przemawiał, rozdawał nagrody. Mógł 
mieć wtenczas około lat 40; piękną miał głowę, regularne rysy 
twarzy, duże oczy, słodkie wejrzenie, wrodzoną prawie powagę. 
Następne lata przydawały mu właściwą wiekowi nadobuość. 
W roku 1794, gdym go raz ostatni widział, z uszanowaniem 
patrzałem na tę szanowną głowę, pod cierniową koroną, gę- 
stym łabędzim włosem okrytą. Nosił on zawsze mundur ka- 
decki ze złotym haftem na kołnierzu i łapkach; w jednej z nich 
na prawej ręce przypięty był mały zegarek. Nosił na palcu 
pierścień z wyrżniętą na pięknym krwawniku głową pierwszej 
miłośnicy swojej Katarzyny drugiej; w oddaleniu nie dłupfo 
mógł być jej wiernym , i przeniósł swe serce naprzód do księ- 
żny Sapieżynej, kanclerzyny wielkiej litewskiej, znów do 
z Branickich wojewodzicowej, i do innych; nakoniec do pani 
z Szydłowskich Grabowskiej i tę zatrzymał do końca dni swo- 
ich, a jak mówią, tajemnie zaślubił ją sobie. Miał z niej dwóch 



28 

synów: Michała, który mężnie zginął pod Smoleńskiem w roka 
1812, i Stanisława, śmieszne i nikczemne stworzenie żyjące do- 
tąd. Ta mało jeszcze znana w^ Polsce zalotność nie mało przy- 
czyniła się do rozwiązłości obyczajów, tak, iż prawie każda 
dama miała swego czciciela. Lecz nie będę w dzieje zalotów 
tych wchodził; wracam do zdarzeń ważniejszych. W r. .1771, 
dnia drugiego listopada, w pogodnej jesieni, wyszedł cały kor- 
pus kadecki, jak to często zwykł był czynić, na daleką prze- 
chadzkę, bo aż do Wilanowa. Pałac Wilanowski był naówczas 
takim , jak był za króla Jana III. *) , z przybudowanemi później 
przez Augusta II. skrzydłami. Stały jeszcze drewniane stajnie 
i wozownie króla tego; może jeszcze stał w nich ów koń 
bułany, na którym bohater ten oswobodził Wiedeń nie- 
wdzięczny. 

O godzinie blizko 9 powróciliśmy z przechadzki, nie mało 
zmordowani. Po wieczerzy ledwie udaliśmy się do spoczynku, 
gdy gwałtowne uderzenie bębnów i hałas w dużej sali jadalnej 
usłyszeliśmy. Cały pułk gwardji litewskiej hurmem cisnął się 
do niej. Porywamy się, pytamy o przyczynę tej trwogi. Konfe- 
deraci — odpowiedziano nam — porwali króla powracającego 
z wieczerzy od księcia Czartoryskiego, kanclerza wielkiego 
litewskiego. Przywiązani do króla, przerażeni tym przypadkiem, 
w smutku i niespokojności przepędziliśmy bezsennie noc całą. 
Nazajutrz rano przychodzi wiadomość, że król ocalony; że je- 
nerał Coccei odebrał od niego bilet, że się znajduje w młynie 
Marymontskim i żąda, by z kompan ją gwardji pospieszył po 
niego. Rozweseliły się młode serca nasze, powszechna była ra- 
dość w Warszawie; wszyscy cisnęli się do zamku, by Pana 
oglądać. Król szablą raniony był w głowę. Wszystkie okoli- 
czności porwania tego opowiedziane są w ówczasowych pi- 
smach. Myśmy okna pałacu z cyfrą królewską objaśnili lam- 
pami. 

Król dowiedziawszy się o naszej przychylności, skoro tylko 
uczuł się lepiej , wezwał cały korpus kadecki do siebie. Udali- 
śmy się wszyscy do zamku. Za otwarciem podwoi sali , którą 
zwano garderobą, postrzeglismy Stanisława Augusta, leżącego 
na sofie, z głową obwiązaną białą muślinową chustką, w szla- 
froku z materji tureckiej. W kilku przyjaznych słowach dzięko- 
wał nam za przychylność naszą , poczem kolejno do pocałowa- 
nia ręki królewskiej przypuszczeni byliśmy. Kosiński, który 
jeden z przysiężonych na schwytanie królewskie został przy 
królu w młynie i pilnował go, aż Coccei przybył, dostał od 



*) Hetman Sieniawski nabył od syna Jana Ilir, królewicza Jakuba, Wiła* 
nów. Po nim książę Czartoryski wziął go, ożeniwszy się z corkąSieniawskiego. 
August II. wziął go do życia, dawszy za to księciu Czartoryskiemu, wojewo- 
dzie jraskiemu , piUac błękitny w Warszawie. 



29 



króla pensję, pod warunkiem przemieszkiwania we "Włoszech. 
Był to człowiek prosty, służący niegdyś u jenerała Wodziń- 
skiego za masztalerza. "W r. 1783, w pierwszej podróży mojej 
do Włoch , widziałem go w Sinigaglia nad morzem , w szamero- 
wanej czamarce , z gęstą miną , właśnie jak wielu z emigrantów 
dzisiejszych, nie lepszych od niego, nazywających się Conte 
i Excellenza. Towarzysze jego : Łukaski , Cybulski , Strawiński, 
schwytani, sądzeni, mimo wstawienia się królewskiego za nimi, 
na śmierć skazani. 

Śmiałym był zamiar schwytania króla śród miasta napełnio- 
nego Moskalami i wykonanym zręcznie. Jakie byłyby skutki 
onego, gdyby się był udał, ciężko przewidzieć ; sami może kon- 
federaci nie wiedzieli : bo my wszystko porywczo bez uwagi na 
przyszłość czynimy. Gdyby król został przy życiu , możeby go 
Moskwa i inni jako wygodnego im przywrócili nazad. Inaczej 
rokiem prędzej nastąpiłby podział; jakoż i to porwanie się na 
króla wzięte było za jedne z przyczyn do niego. 

Śledztwa czynione ze sprzysięźonych pokazały, że Kazimierz 
Puławski był na czele onego: jako wygnany z kraju, udał się 
do Ameryki, gdzie odważnie walcząc, poległ pod Sawanną 
w Georgji. Mówią, że i Rzym wchodził w ten spisek; to pewna, 
że proszono o zmianę nuncjusza Yisconti i wraz na jego miejsce 
przybył Garampi. Po tym to przypadku zaczęto myśleć 
o utwierdzeniu Warszawy i sypać okopy ; znaczna część ludno- 
ści ifłarszawskiej wychodziła codziennie z rydlami za miasto 
pracować. Próżne staranie! Już nie tylko Warszawa, ale Polska 
cała wystiwioną była na ostateczną zgubę. Porwanie się na ży- 
cie króla oburzyło wszystkich monarchów: uważają się oni bo- 
wiem jak osobną między ludźmi składający familję, tak, że 
obraza jednego staje się obrazą wszystkich. Z wy cięztwa Moskali 
nad Turkami przymusiły ostatnich do żądania pokoju. Kata- 
rzyna II. żądała odstąpienia Multan i Wołoszczyzny. To wzbu- 
dziło zazdrość w Austrji; pogroziła Moskwie, że dobędzie 
oręża, b^ tego nie dopuścić. Katarzyna wychodząc z jednej 
i^ężkiej Wbjny, a nie chcąc z Austrją rozpoczynać drugiej, 
chwycÓa słę kobiecego wykrętu, Jeźli — rzekła do austrja- 
ckiego poślSi — lękacie się powiększenia mego ze strony Turcji, 
jest inny sposób powiększyć się nam wszystkim. Nie masz ża- 
dnego mocarstwa graniczącego z Polską, któreby nie mogło 
znaleźć pretensji do przyległych jej polskich prowincji. Bez ża- 
dnej straty, każde z nas szmatem nierządnej Polski powiększyć 
się może. — Książę Henryk, brat Fryderyka pruskiego, będący 
naówczas w Petersburgu, mówi w pamiętnikach swoich: — Na 
te słowa carowej chwyc^em za włosy fortunę , zgodziłem się na 
wszystko , co chcida carowa , i podział Polski został udecydo- 
wany. — 

Tymczasem wojsko moskiewskie powracające z Turcji , co- 



30 

raz bardziej Konfederatów ściskać zaczęło; ostatnie ich czynj 
były: wzięcie zamku krakowskiego i obrona Częstochowy. I^sy 
sprzysięźone na zgabę Polski zewsząd obarczać j% zacz^. Głód 
naprzód, dalej powietrze okazi^o się ze strony Wołoszczyzny^ 
Chwyciły się pozoru tego trzy sąsiedzkie mocarstwa. Austrja 
wkroczyła na Kuś Czerwoną, zajęia Lwów; Prusacy zajęli całe 
Prusy , wszystko niby dla zabezpieczenia się od zarazy. Zaręba, 
ostatni wódz Konfederacji, poddał się królowi; rozproszyły się 
ostatnie szczątki Konfederacji. Austrja zabronUa Konfederatom 
dłuższego w Cieszynie pobytu. Na dobitkę nieszczęść, książę 
Choiseul, pierwszy minister Francji, intrygą pani Du Barry od- 
dalony, przychylny Polsce, zastąpiony został przez niezdatnego 
duka d'Aiguillon. Ten natychmiast wysłanych do Polski jene- 
rałów Dumourier i Yiomesnil przywołał do Francji. Sprzysię- 
żone mocarstwa nigdzie już w wykonaniu zamiarów swoich nie 
znajdowały przeszkody. Zapóźno bowiem hetman Ogiński, Ka- 
rol Radzi wifi, schronieni w Bawaiji , ogłosili manifest, z pro- 
testacją przeciw spiskowi trzech mocarstw na Polskę. Mocar- 
stwa bowiem już nie wahały się ogłosić w oczach Furopy pre- 
tensji swoich do polskich prowincji. Ludwik XV. roskoszował 
się z małoletnim serajem au Parć aux Cerfs. Walpole, 
minister angielski , w przedanym sobie parlamencie szukał by 
w pokoju znaczenia swego używać. Po nim lord Butę, instruktor 
młodego Jerzego III., jedynie zatrudniony czuwaniem nad 
Francją, samolubną spokojność nad dostojeństwo Anglji prze- 
kładał. Gdyby caówczas Anglja i Francja zagroziły były trzem 
spiskowym potworom na nas , nie byłby podział nast^ił. Lecz 
zbyt oddaleni od Francji, bez portów morskich, bez znaczneso 
z Anglią handlu, obydwom mocarstwom obojętnymi stadi- 
śmy się. 

Lecz smutne te zdarzenia należą do pióra dziej opisów, i już 
przez nich, acz niedokładnie podane są potomności. My kadecie 
choć młodzi, czuliśmy je głęboko, choć słabe dochodziły nas 
wieści o ciężkich ojczyźnie naszej zagrożeniach, o zdeptania 
ffodności jej. Gdy nie tylko Moskale, ale już i Prusacy weszli 
do Warszawy, jaki bolesny był to dla nas widok! Z jakim ża- 
lem czytaliśmy w gazetach noty trzech posłów z bezczelnemi 
pretensjami do odwiecznie dzierżonych przez Polskę prowincji. 
Na miejscu dumnego, grubijańskiego Saldema przysyła carowit 
Stakelberga. Ten z lepszem wychowaniem, bardziei ogładzony, 
okrutne Hosudaryni swojej rozkazy starał się wykonywać jak 
mógł łagodnie. On to przemógł na carowei, że w r. 1767 wy- 
wiezieni do Kaługi senatorowie: Sołtyk, biskup krakowski, Za- 
łuski, biskup kijowski, i dwóch Rzewuskich, otrzymali pozwo- 
lenia wrócenia do kraju. Gdy całe pospólstwo Warszawy - 
wysypało się na ich spotkanie, wjechali śród radosnych okrzy- 
ków ; my słabe głosy nasze łączyliśmy z głosem ludu. Sołtyk 



31, 

zajechał do pałacu swego na Senatorskiej ulicy, lecz inny jak 
był niegdyś : ciężkie więzy pomieszały mu zmysły. Pamiętam 
jak brygadjer mój Ciszewski, powróciwszy z wieczornych 
asambli u niego, opowiadał jak biskup ten wyszedł z gabinetu 
swego do sali, gdzie byli zgromadzeni goście, chodząc w koło 
nich i grając na małym fleciku. Wkrótce udał się nieszczęsny 
prałat do Krakowa, gdzie coraz bardziej słabł na umyśle. Bi- 
skup kijowski, Załuski, rozrywał tęskne chwile niewoli, pisząc 
nieforemnemi rymami katalog niezmiernej bibljoteki swojej, 
którą w roku 1794 po rewolucji Kościuszki Moskale do Peters- 
burga wywieźli. Wacław Rzewuski, hetman polny, zapuścił 
brodę i lichym wierszem przełożył szczytne psalmy Dawida. 
Syn jego Seweryn pisał traktat o władzy hetmańskiej , dowo- 
dząc, że ta była pośrednią intra majestatem et liberta- 
tem. Ten to sam , cO' później przeszedł do Moskali, był sprawcą 
Konfederacji targowickiej. Tak od niego aż do Gurowskiego 
Adama , kończą wszyscy zagorzali demagodzy. 

Posłem austrjackim był Rewicki, uczony, a osobliwie 
w orientalnej literaturze. Posłem , a raczej rezydentem tylko 
pruskim Benoit. Ten, nie biorąc jak tylko 1000 talarów od 
króla swego, najnikczemniejszą grał rolę. Poselstwo pruskie 
miało małą karetę trafunkiem kupioną, w której poseł do dworu 
tylko wyjeżdżał; sam poseł w szarych sukniach, stalowa szpada 
klepała mu po cienkich łydeczkach; sam długi, z twarzą zgło- 
dniałą, jadał z garkuchni Grebla w Marywilu, lub u posła mo- 
skiewskiego. Ta jednak chuda, nikczemna figura, reprezentu- 
jąca hołdownika niegdyś potężnej korony polskiej, przemawiała 
dumnie do zgromadzonych narodu polskiego stanów. Coby na 
to powiedziały Zygmunty I 

Król pruski , by wesprzeć nikczemność posła swojego, przy- 
słał jenerała Lentulus (lubił on bowiem rzymskie imiona dawać 
jenerałom swoim). Był to Niemiec długi, pół siódmej stopy 
najmniej wzrostu mający, hardy, nie młody, jednak zalotny; 
przywodził on wojskom pruskim, które już Prusy i znaczną 
część Wielkiej Polski zabrały. Był także w Warszawie pułk ki- 
rysierów pruskich ; z tymi często żołnierze polscy od gwardji 
konnej koronnej pomyślne walki zwodzili. Gdy najezdnicy 
wkraczali do krajów naszych, szczupłe wojska nasze, bo ledwie 
17,000 ludzi składające się, w niektórych miejscach stawiły 
opór. I tak w Elblągu Kraszewski silnie bronił się Prusakom, za 
co później sejm dał mu 20 tysięcy dożywotnej pensji. Podzię- 
kowanie jego królowi w sejmie za tę łaskę daje nam wzór wy- 
mowy polskiej naówczas. Było one takie : 

— Najjaśniejszy panie! gdybym miał sto młynów w gębie 
a perpetuum mobile w karku (tu kiwał głową), nie mógł- 
bym nigdy dostatecznie Waszej Królewskiej Mości podziękować, 
za wyświadczoną mi generositatem. 



32 



Komendantem Warszawy był jenerał Romanius, Niemiec, 
katolik, już stary, wysoki, z zapaloną twarzą, dobry człowiek, 
z cienkim, długim z tyłu warkoczem. 

Tymczasem Turcy przeważnie porażeni przez Ramiancowa, 
szakali pokoju; ten zawarty wKainardżi. Moskwa zyskała prze- 
zeń prowincje tatarskie , od rzeki Bohu aż do morza z twierdzą 
Kinbum. Katarzyna II. wolne już mając ręce ze strony Porty, 
umówiwszy się z Prusakami i Austrją o podział Polski, zbrodni- 
cze dzieło to pozorem jakim prawnym zabezpieczyć chciała. 
Potrzeba było zezwolenia sejmu. Nim ten nastąpił, nalegał po- 
seł moskiewski na zwołanie SenatusGonsilium, a potem 
sejmu, z zastrzeżeniem jednak, że ni senatorowie, ni posłowie 
z prowincji już zabranych przez trzy mocarstwa wysłanemi nie 
będą. Zebrało się około trzydziestu senatorów , lecz ci zaraz 
odzywali się przeciw podziałowi, protestowali że nie są w kom.- 
plecie. Twierdzą, że Stanisław August oświadczył, że chce zło- 
żyć koronę raczej, jak uledz hańbie podobnej. Carowa kazała 
powiedzieć królowi, że jeżeli tak postąpi, cała Polska rozebraną 
zostanie. Szkoda, że król tdegł zagrożeniu takiemu: gdyby się 
był wytrwałym pokazał, moźeby obce mocarstwa wdały się 
wtenczas za nami. Inaczej chciały sprzysiężone na nas losy. 
Zatrwożony Stanisław August, wydał zwołujące na sejm uni- 
wersały. 

Sejm 1773 roku pod smutną nader otworzył się wieszczbą : 
trzeciej części senatorów i posłów nie dostawało w nim. Stolica 
obcem wojskiem napełniona, zasępione wszystkie umysły. 
Poseł moskiewski, by uniknąć wszelkiej protestacji, gwaranto- 
wane przez carowę prawo kardynalne liberum veto, w jedy- 
nym razie, gdzie dzikie to prawo mogło być pozy tęcz nem, 
zawiesił, i sejm pod związkiem konfederacji mieć chciał. Adam 
Poniński, znany z marnotrawności i rozwięzłych swych obycza- 
jów, ofiarował się za marszs^ka konfederacji, z przyrzeczeniem 
bycia we wszystkim życzeniom obcych posłusznym. W dzień, 
w którym Konfederacja ta miała być podpisaną i deklaracja 
trzech mocarstw miała być czytaną, Rejten, poseł nowogrodzki, 
i Korsak, kolega jego , przyszli rano do zamku, a gdy Poniński 
na czele posłów miał wchodzić do izby, Rejten położył się 
w progach jej : 

— Niech ci — rzekł — co chcą podział kraju podpisać, 
przechodzą i zdepczą mnie. 

Czyn tak śmiały zastanowił wszystkich. Rejten przez wiele 
godzin leżał, przeklinając Niemców i gwM moskdewski. Udano 
się do oszukanstwa: powiedziano Rejtenowi, że sesji dziś nie 
będzie i że zaczną się układy z posłami zagranicznemi. Wstał 
więc i odszedł do domu, nie bez protestacji jednak swojem 
i stanów imieniem , rozdanej po wszystkich dworach z dowo- 
dami, zbijającemi bezczelny fałsz pretensji w deklaracjach 



33 

trzech dworów zawartych. Napróżno jednak, jak później, jak 
dziś, zamilkły, opuściły nas dwory. Długie były targi między 
spiskowemi na nas dworami o część jaką, który z nich miał 
zabrać. Długo sumienna Marja Teresa wzdrygała się naczyń 
tak bezecny: syn jej Józef i ni*»przezorny Kaunitz przemówili 
spowiednika jej Jezuitę , który jej na tę zbrodnię dał rozgrze- 
szenie. Wtenczas Maija Teresa wzięła sobie na część 8W% naj- 
piękniejsze Polski prowincje i sól. Zazdrosna Katarzyna II. 
takiego powiększenia, zaczęła się za nas ujmować. Chciwość 
atoli łupów , niecierpliwość porwania ich i skończenia całej tej 
niecnej sprawy, pogodziły rozbójników. 

Zbrodnicze dziewo sejm przymuszony był podpisać. Wywie- 
ziono sprzeciwiającego się Rejtena ; ten wkrótce z żalu i rozpa- 
czy dostał pomieszania i życie zakończył. Gdy cała pozostała 
Polska na nowo urządzoną być musiała, zalimitowano sejm, 
. lecz przeznaczono delegację z 30 członków z nieograniczoną 
władzą, która ustawy rozmaite pod zatw^ierdzenie sejmu przy- 
gotować miała. 

Te wszystkie smutne polityczne wypadki, tyczące się roz- 
szarpanej ojczyzny naszej , dochodziły nas tylko z doniesień, lub 
z nikczemnej księdza jezuity Łuskiny gazety. Zakrwawiały się 
jednak dziecinne serca nasze okropnemi na Polskę przygody. 
Poniński, marszałek nieszczęsnego sejmu, podłością i skwapli- 
wością swoją na wszystkie rozkazy moskiewskie, najbardziej 
opinję publiczną i kraj cały oburzał. I my mali dzieliliśmy ją 
z całą wieku naszego żywością, tak dalece, że jeden z nas, Mi- 
chał Kochanowski, wykradając się w nocy z pałacu Kazimiero- 
wskiego , zatrzymany został przez bramowego, mając pod mun- 
durkiem ukryty psdasik. Zapytany, po co się w nocy z bronią 
wykradał? 

— Chciałem zabić Ponińskiego — odpowiedział -:- jako 
sprawcę nieszczęść ojczyzny naszej. 

Napominany bez surowości przez wzgląd na szlachetny po- 
wód, że nie do młodzieży sądzić i karać , przez dzień w areszcie 
był zatrzymany. 

Nie trzeba atoli rozumieć, że ta acz żywa i powszechna ża- 
łość po stracie tylu prowincji , wstrzymała długo niepowścią- 
gniętą w narodzie naszym żądzę zabaw i uczt wzajemnych. 
Warszawa była jeszcze miejscem pobytu najznakomitszych 
i naj majętniejszych panów naszych: mieszkał w niej ciągle 
książę August Czartoryski, wojewoda ruski; brat jego, książę 
kanclerz wielki litewski Sapieha, później kanclerz litewski; 
a wszyscy trzymali stoły otwarte : kto raz proszony, mógł do 
nich kiedy chciał przyjeżdżać. Oni to przedłużali dawną okaza- 
łość i dawny sposób życia wielkich magnatów naszych: trzymali 
w Warszawie część nadwornego wojska swego; przed bramami 
pałaców ich właśni ich żołnierze wartę trzymali; nie wyjeżdżali 

Niemcewicz, Pamiątki. 3 



34 

jak poszóstnie , często z kawalkatą,. Trzymali na dworze swoim 
rezydentów i dworzan licznych, synów przedni ej szych , maję- 
tnych, znaczących wiele w powiatach swych obywateli. Gdy 
pisywali do nich, kładli na czele listów: « Mnie wieloe mości 
panie i bracie!)) Mieli swych marszałków, sekretarzy, komisa- 
rzy, koniuszych, podskarbiów , znan^ i majętną szlachtę. Liczne 
były marszałkowskie ich stoły, do których przychodził kto 
chciał. Komisarze zawiadowcy niezmiernych dóbr ich byli zaw- 
sze urzędnikami ziemskiemi ; raz w rok przyjeżdżali z dalekich, 
prowincji zdawać rachunki z zawiadywania swego. Niektórzy 
z nich w krótkim czasie znaczne robili majątki; zasłużeni 
dworscy brali od panów swoich włoście dożywociem, czasem 
i darem. 

Magnaci na prowincjach okazalsze jeszcze prowadzili życie. 
Książę Karol Radziwiłł, wojewoda wileński, w Nieświeżu trzy- 
mał do 10,000 wojska nadwornego; szlachta służyła w niem jak 
w wojsku krajowem. Sławny był skarbiec radziwiłłowski: za- 
wierać on prócz drogich, bogatych sprzętów, dwunastu aposto- 
łów dwie stopy wysokości mających, ulanych ze szczerego 
złota ; stoły lane ze srebra i tysiące innych kosztownych i rzad- 
kich sprzętów, a między innemi namiot wielkiego wezyra za 
króla Jana pod Wiedniem wzięty. Skarb ten przez wierność 
strzeżących przeszedł napaści i burzliwe czasy aż do roku 18 12^ 
gdzie Moskale w czasie wojny z Napoleonem przechodząc przez 
Nieśwież, pogroziwszy strzegącemu burgrabiemu już wysta- 
wioną szubienicą, odkryli go i zabrali ze szczętem; dwóch braci 
Tuczków sprawcami byli łupieztwa tego. Car Aleksander kazał 
sobie oddać namiot w. wezyra ; ten z tylu łupami nieszczęsnej 
Polski znajduje się dotąd w Petersburgu. 

Familja Radziwiłłów wielce była popularną w Litwie: 
hojna, popularna, z licznemi familjami w prowincji spowinowa- 
cona, aż do czasów Tyzenhauza wielki wpływ miała. Gdyby 
i ten ród i inni w kraju magnaci używali wpływu tego do za- 
prowadzenia w kraju zbawiennego wolnego rządu, nie nastąpi- 
łyby były śmiertelne na Polskę ciosy. Lecz na cóż wpływ tea 
ich był użyty? By na sejmikach, sejmach, trybunałach najwię- 
cej mieć zwolenników. To jednak przyznać potrzeba, że więcej 
o tę niedbałość obwiniać trzeba Polaków za Jana Kazimierza 
i później żyjących ; za moich czasów już było zapóźno. Moskwa 
nad losami Polski już wzięła zupełną przewagę , już na nic po- 
żytecznego dla wzniesienia kraju nie pozwalała. Cieszyła się 
owszem zapasami między narodem i królem, między pierwszemi 
familjami. Były partje Radziwiłłów, Czartoryskich, Potockich; 
nie mogła już być partja dobra publicznego : każdemu bowiem 
zamiarowi dążącemu do tego, Moskwa na przeszkodzie stawała. 

Porywczo i cząstkowo, nie w cs^ej sile narodowej zaczęta 
Konfederacja barska, łatwo przytłumiona, zraziła umysły; nie 



35 

przeszkadzała Mosk^^a, żeby się bawić i hulać -^ bawiono się 
więc i hulano. 

Inni panowie nasi , którzy zwiedzili obce kraje i cudzoziem- 
skiego nabrali poloru, obyczajów i smaku, do przepychu pol* 
skiego łączyli francuzką wykwintnośó. Hetman Ogiński w Sło- 
nimie, Sapieha, kanclerz litewski, w Różance i Dereczynie, 
Branicki hetman w Biały msrtoku, trzymali teatra włoskie, fran- 
cuzkie i balety. Dwory ich okazalsze były, jak wiele dworów 
udzielnych książąt niemieckich; były to pochodnie dawnego 
blasku panów polskich, tern świetniej gorejące, że już wkrótce 
na zawsze zgasnąć miały. 

W Warszawie ton, obycza.je, ubiór, język francuzki coraz 
bardziej szerzyć się, wkrótce i górować zaczęły. Trzymano 
wszędzie guwernerów, guwernantki, kuchmistrzów, kamerdyne- 
rów Francuzów; nastały pensje żeńskie przez Francuzki trzy- 
mane. Ksiądz Konarski założył konwikt pijarski, gdzie już 
młodzież obszerniejszych nabywała nauk. Majętna młodzież 
hurmem przebierać się po francuzku i cudze kraje zwiedzać 
zaczęła, słowem dawna Polska przeistaczała się spiesznie. Król 
sam długo bawiąc we Francji, zaznajomiony tam z panią Geo- 
frin, Fontenellem, Montesąuieu, Yolterem, nabrał gustu do 
literatury i poloni , a te do Polski wprowadzić i chropowatość 
sarmacką ogładzić starał się. Nie mógł on ustanowić akademji 
dla braku w kraju uczonych ; zaprowadził atoli u siebie czwar- 
tkowe uczone obiady. Zapraszani bywali na nie: książę Czarto- 
ryski, jenerał ziem podolskich; Chreptowicz, podkanclerzy lite- 
wski ; Krasicki, biskup warmiński; Trembecki, Naruszewicz, 
Wyrwicz, Łojko, który wyborną odpowiedź na deklarację dwo- 
rów do prowincji naszych podpisał; Bohomolec i wielu innych. 
Portrety ich zachowane były w pokojach zamkowych; pozo- 
stały tam one aż do sprzedania ruchomości Stanisława Augusta 
w 1815 roku. Wtenczas Jan hrabia Tarnowski z Dzikowa je 
nabył. 

Na tych obiadach niektórzy z zaproszonych czytali płody 
swe literackie; najczęściej Jakubowski, odstawńy brygadjier 
w służbie francuzkiej , gruby, tłusty, wesoły; zdarzało musie 
nieraz lubą prostotę Lafontena szczęśliwie przełożyć. Rzadkie 
już są bajki jego. Czytywał Naruszewicz przekładania: Horacego 
Od, Satyr, dobitnie, lecte bez gustu; Nagurczewski swoje słabe 
Eklogi Wirgiljusza; Krasicki Myszeidos dowcipne, gładkim 
wierszem, przyjemne w allegorjach; ale przekładam nad nie 
stokroć jego Monomachje, wesołe, trafne, słowem, wyborne, 
z rzadkim dowcipem i wiernością malujące stan, zwyczaje, 
ciemnotę ó wczasową mnichów naszych. Właśnie wtenczas 
Trembecki, straciwszy majątek w Paryżu, przybył na dwór 
królewski; król mianował go szambelanem z pensją 600 czerwo- 
nych złotych rocznie. 

3* 



36 

Najpierwszem jego dziełem była Dythyramba, z okazji 
ozdrowienia królewskiego z odniesionej przez Konfederatów 
rany , gdy Stanisław August jechał w całej okazałości swej do 
kościoła ś. Krzyża na podziękowanie Bogu za swe ocalenie. 
Była to prawdziwie liryczna banialuka, pełna jednak wieszczego 
ducha. Trembecki był całą gębą, epikurejczyk. Stół dobry, 
wino, kobiety, to były bóstwa jego. Leniwy, pełen cynizmu 
i niedbalstwa koło siebie, nieumyty, rozczochrany, w tułubie 
baranim z lulką w gębie, dni całe pędził u siebie; czytał i umiał 
wiele. Poezja wycisnęła na nim znamię swoje: wyniosłej urody, 
z Wysokiem czołem, z wypukłym, by s trem niezmiernie okiem; 
wesoły, nieraz rozpustny w mowie, w pismach jędrny, wzniosły, 
władający jak rzadko kto językiem ojczystym, leniwy, rzadko 
pisał i żadnego dzieła ciągłego ; urywkowe atoli poezje jego 
i Zofijówka zostaną, póki polski język żyć będzie. 

Po rozbiciu Polski i śmierci Stanisława Augusta udał się on 
do Tulczyna, udał się w złej godzinie do Szczęsnego Potockiego, 
splamionego Konfederacją targowicką. Ten wyznaczył mu dom 
osobny z wszelkiemi wydatkami. Rozumiano, że Trembecki 
w dostatnim, wolnym od trosków bycie, uiści obietnice swoje 
pisania dziejów o początkach narodu polskiego; przeciwnie: 
lenistwo przeniosło się z nim i do Tulczyna. Znów zanurzony 
w tułubie swoim, bawił się oswajaniem wróbli, które znęcone 
żyrem, tysiącami zlatywały do niego. Znał on wszystkie ich 
genealogie, powinowactwa, pradziady, prababki, wnuki i pra- 
wnuki. Jaka szkoda , iż mąż ten zmarnował rzadki prawdziwie 
talent i nie zostawił ważnego dzieła, którem by i siebie i litera- 
turę polską uświetnił. 

Ksiądz Wyrwicz napisał, a raczej zebrał z różnych dzieł 
geograCę. Ksiądz Bohomolec, lubo duchowny, wziął się do pi- 
sania komedji, już to oryginalnych, już naśladowanych z Mol- 
liera. Nie pozwolił on sobie wprowadzać na scenę kobiet, ani 
miłości, musiały więc być suche; wesołość jednak przebijała się 
przez nie. Od początku panowania Stanisława Augusta zaczęło 
wychodzić wyborne pismo pod tytułem Monitor, w rodzaju 
angielskiego Spektatora; trwało one przez lat kilka, lecs jak 
wszystko u nas dla braku wytrwałości ustało. Panowanie dwóch 
Augustów Sasów nieumiejących po polsku, mniej dbających 
o literaturę polską, szkoły, akademje nawet przez Jezuitów, nie 
dbających jak o łacinę, trzymane, nie zakorzeniały gustu do 
czytania dzieł z czasów Zygmuntowskich, pierwsze dotąd trzy- 
mające miejsce. Nie znano jak nowe*Ateny, historję Koloandra, 
Królowej Magiellony, Argenidę. Szlachta na wsi nie trudniła 
eię jak gospodarstwem, ucztami i polowaniem. Tak mała była 
liczba czytelników, iż drukarze nie wybijali jak 500 egzempla- 
rzy dzieła. Przednięjsi drukarze w Warszawie byli: Afittler de 
Koloff, który przedrukował dawnych pisarzy polskich po łacinie 



37 

piszących , osobliwie statystycznych, przez co nie małą uczynił 
usługę ; mieszkał on blisko koszar kadeckich. Drugi dri^karz 
był Michał GroU; ten potoczne dzieła i pisma drukował. Później 
książę Adam Czartoryski, jenerał ziem podolskich , sprowadził 
własnym kosztem wielu profesorów do matematyki, rysowania: 
Norblina do malowania , do muzyki Patouar , do tańców d' Au- 
vigny. Ci u kadetów w konwikcie 00. Pijarów i po prywatnych 
domach dawali lekcje. Przybył także z nimi Dufour, księgarz 
i drukarz, i nową drukarnię na Starem mieście, porządniejszą 
nad inne założył. Wiele on ksiąg wydał, między innemi do 30 
podobno , lub więcej , samych poezji. 



ROZDZIAŁ y. 



Zniesienie Jezuitów. — Sejm delegacyjny. — Poniński. — Zmiany prawoda- 
-wcze i administracyjne 1776 r. — Autor kończy nauki swoje u kadetów. — 
Ojciec zawozi go do księcia jenerała Czartoryskiego do Wołczyna. — Dwór 
księcia. — Autor zostaje przy nim adiutantem. — Wielki świat warszawski. — 

Theatres de societe, reduty, pojedynki. 

W kreśleniu tych pamiętników wszędy widać pamięć znę- 
kaną, przywodzącą wprawdzie wspomnienia, lecz fakta miesza- 
jącą i bez porządku; za prawdę jednak ręczę. Zamknięty 
w szkole, nie wiedziałem może ich wszystkich dokładnie; lecz 
to piszący dzieje czasów sprostują. ^Tie opuszczę jednak dro- 
bnych okoliczności przemijanych przez powagę dziejopisarstwa, 
nieraz wszakże rzucających światło na stan umysłów i obyczaje 
ludów. 

Właśnie gdy sejm był zalimitowany, a wyznaczona przezeń 
delegacja gotowiU^a się do potwierdzenia projektów , Klemens 
XIV. na usilne nalegania wszystkich prawie europejskich dwo- 
rów, wydał bullę znoszącą zakon jezuicki. Bulla ta wszędzie, 
nigdzie jednak więcej jak w Polsce nie sprawiła wrażenia. Za- 
kon ten przez półtrzecia wieku opanował był publiczne, a często 
i prywatne wychowanie w kraju; nadto kredyt przez spowiedni- 
ków swoich, kredyt na dworach królewskich i najpierwszych 
w kraju panów. Mieścił on w sobie naj wyborniej szych pisarzy 
naszych: Skargę, Sarbiewskiego, Warszewickiego , Eojałowi- 
cza, Niesieckiego , Wujkę, Naruszewicza; posiadał najpiękniej- 
sze w kraju majątki, powznosił najwspanialsze świątynie 
i gmachy. Słowem, w Polsce i Litwie silnie wpływającem był 



38 

ciałem. Lecz niestety! wpływu dostatków swoich więcej używał 
na utrzymanie swojej i papiezkiej władzy, niż na rzetelne dobro 
kraju. Od ich to za Zygmunta Augusta wprowadzenia, od opa- 
nowania przez nich szkoły głównej krakowskiej, wileńskiej 
i wszystkich szkół po kraju, liczyć należy upadek oświaty publi- 
cznej w kraju. Ich wpływ na dworze Zygmunta III. przedłużył 
uciążliwą , niepotrzebną dla nas wojnę ze Szwedami. Kazania 
Skargi, równie wymowne jak moralne, w małej tylko części 
tyle ich grzechów wymówić mogą. 

Niezmierne włości po całej Polsce i Litwie bujnie rozkrze- 
wianego zakonu stały się z prawa własnością krajową. Rozsą- 
dek, obywatelstwo, kazało obrócić je na użytek publiczny. 
Joachim Chreptowicz, podkanclerzy litewski, mąż światły 
i uczony, pierwszy podał projekt, by dochody ich na wychowa- 
nie obrócić. Nim jednak prawo to stanęło, wyznaczono komisję 
do zawiadywania dobrami temi, i niecny Adam Poniński preze- 
sem komisji tej mianowany , otwarte miał pole do powiększenia 
tak wzgardy i ohydy publicznej , jak podle już zebranych bo- 
gactw. W końcu 1755 roku puszczono wszystkie te dobra 
w wieczystą arendę, z zabronieniem dzielenia ich na części ; pu- 
szczono je najwięcej posłom sejmu tego , lekko nader. Ustano- 
wiono komisję edukacyjną, złożoną z pierwszych w kraju świa- 
tłych obywateli, niepobierających żadnej płacy. 

Tak więc niepojętem zrządzeniem losów, wśród spiknionych 
na nas mocarstw, wśród spodlonego sejmu, ustawa, która 
w czasach pomyślności i niepodległości zaniedbaną była, usta- 
nowiona w czasie ślepego posłuszeństwa obcym. Nie przewidy- 
wała zapewne Katarzyna II., jaki ta opiekuńcza władza nad 
wychowaniem publicznem sprawi wpływ nad pokoleniem nastę- 
pnem. Cnota przygotowała ludzi, którzy później tak dzielnie 
i świetnie pokazali się w radach i bojach: Kościuszków, Knia- 
ziewiczów, Sułkowskich, Jasińskich, i t. d., i t. d. Iluż w cy- 
wilności ! 

Wraz po ustanowieniu swojem, komisja pod prezydencją 
księcia Michała Poniatowskiego , biskupa naówczas płockiego, 
skwapliwie wzięła się do dzieła: spisano wszelkie dobra po- 
jezuickie i ich dzierżawców, wejrzano w stan dwóch uniwersy- 
tetów: krakowskiego i wileńskiego, tudzież szkół po całym 
kraju, postanowiono i ogłoszono za granicą nagrody za najlepsze 
księgi elementarne. Wtenczas to Condillac otrzymał nagrodę 
zaloikę, Łhuillier z Genewy za matematykę, Garozzi za mine- 
ralosję, Kopczyński za gramatykę polską, jedną z najlepszych 
w jakimkolwiek bądź języku. Przepisano nowy rozkład nauk, 
powiększono je niewprowadzonemi wprzódy, wybrano z prze- 
branych już w świeckie sutany ex-jezuitów co zdatniejszych, 
profesorów ; nauki nowym trybem dawane być zaczęły. 



39 

W tym roku delegacja skończyła narzucone lub pozwolone 
od Moskwy kardynalne i administracyjne, nowym sposobem 
urządzające ustawy. Potwierdzony podział kraju, gdy mocar- 
stwa zaręczyły zrzeczenia się pretensji swoich do reszty króle- 
stwa. W kardynalnych prawach zachowano wszystkie zgubne 
dla kraju naszego nasiona, na czele ich liberum veto i wolne 
•elekcje królów. Ustanowiono do zarządzenia krajem radę nie- 
ustającą z dziką władzą tłumaczenia praw; odjęto królowi roz- 
dawnictwo urzędów, rada podawała mu trzech kandydatów, 
najobszerniejsze starostwa: Bohusławskie i Biatocerkiewskie, 
3)02wolono królowi dać komu się podoba — dał król pierwsze 
synowcowi księciu Stanisławowi Poniatowskiemu, drugie Bra- 
nickiemu, najnie wdzięczniejszemu złudzi. Inne starostwa emfi- 
teatycznem prawem na lat 40 rozdano zwolennikom moskie- 
wskim z obowiązkiem płacenia lekkiej kwarty. Poniński i Ma- 
salski, biskup wileński, otrzymali tytuły książęce. Urządzono 
i wojsko, założywszy wzręby onego (cadres). 

Pułki koronne nie miały jak po 300 ludzi, litewskie, w któ- 
rych służyłem , po 160. Massalski, biskup, pełen prozopopei, 
obiecał wystawić w Litwie pułk imienia Massalskich, do których 
już oficerów z Francji sprowadził, między tymi Roulcourt i Bel- 
court. Dwunastoletni synowiec jego, półwarjat, był szefem 
regimentu. Lecz gdy przyszło do nakładu na korpus ten , zna- 
lazło się, że biskup zwerbowawszy 80 ludzi, dopełnienie onego 
na skarb publiczny złożył. Nie było próżniejszej nad prałata 
tego purchawki : nie mogąc jako biskup nosić szpady, do la- 
ski, z którą chodził, przypiął sobie port d' epee. Rangi woj- 
skowe kupowały się naówczas, zapłaciwszy czteroletnie gaże 
temu , który ze służby żądał się oddalić. Młodzieniec nie zna- 
jący cienia wojskowości, mógł zostać nie tylko subaltemym, ale 
pułkownikiem , jenerałem , inspektorem , oboźnym. 

Jakkolwiek bądź ustawy sejmu tego były fatalne, zawsze 
nasiona zguby naszej w kardynalnych prawach noszące na so- 
bie, przecież wprowadziły cień jakiś porządku. Rada nieusta- 
jąca w załatwieniu małych w kraju zdarzeń była zawsze gotową. 
Składała się ona z 30 osób : 15 z senatu i 15 ze stanu rycer- 
skiego, z 10,000 złp. rocznej pensji. Obieraną była od sejmu 
do sejmu. 

Na tym to sejmie Poniński wyrobił sobie przywilej na posta- 
wienie mostu między Warszawą i Pragą, z prawem pobierania 
myta na nim przez lat kilkanaście. Od czasów Zygmunta Augu- 
sta, gdy most postawiony przez niego zerwanym został, aż do- 
tąd nie było mostu pod Warszawą. 

Przyszedł nakoniec dzień zakończenia tak długiego sejmu. 
Zatrudnienia naukowe kadetów nie pozwalały im bywać na 
sesjach. Chciał jednak książę Czartoryski, komendant nasz, ' 
abyśmy mieli pojęcie stanów zebranych, i kazał niektórym udać 



40 



się aa sesję. Zbiór króla, senatu i stanu rycerskiego zebranych 
razem, wielkie na nas sprawił wrażenie. Przy tronie stało 
dwóch starszych kadetów, w bogatych koletach i hełmach z stru- 
siemi piórami; senatorowie w trzech częściach, toż posłowie 
ubrani byli w poważnym stroju polskim. 

Zabrał głos Poniński, marszałek Konfederacji. Był to czło- 
wiek dosyć słusznej urody, otyły, z twarzą sniadawą, okiem 
czarnem, spojrzeniem zuchwałym, jakie zapewne musiał mieć 
niegdyś Katylina. Wyliczał on w głosie swoim to wszystko , co 
sejm pod laską jego uczynił: Delicta majorum — rzekł — 
innocui lugemus, z okazji podziału podpisanego przed ro- 
kiem. Inne ustawy sejmu dosyć były zbawienne dla kraju* 
Komisja rozdawnicza dóbr pojezuickich zniesioną została. 
Cztery pułki gwardji i dwa ułanów oddane pod władzę króle- 
wską. Pozwolono dysydentom mieć trzech posłów w sejmie. 
Postanowiono jednomyślnie, by prawa cywilne królestwa po- 
prawionemi i przelanemi zostały ; pracę tę powierzono Andrze- 
jowi Zamojskiemu. Zniesiono tortury w sądach kryminalnych ; 
odjęto nakoniec nieograniczoną władzę hetmanom. To prawo 
więcej jak podział oburzyło buławników naszych. Ogiński spo- 
kojnie poddał się prawu ; lecz nowi pseudo-magnaci , Branicki 
i Rzewuski , wściekali się ze złości. Rze^niski cierpiący buławo- 
manję w najwyższym stopniu, rozczochrany, zapieniony, lats^ 
po Warszawie, wołając, że już wolność zginęła. Branicki zam- 
knął się u siebie, czmychając i dąsając pod nosem, nie chciał 
na prawo to przysięgać. Przed 15 laty Tomasz Ostrowski, wten- 
czas prezes kamery królewskiej, w końcu prezes senatu, mó- 
wiąc o tym sejmie, powiadał mi, iż król posłał go do Brani- 
ckiego z prawem, by przysiągł na nie, zagrażając że mu buławę 
odbierze. Przerażony Branicki zezwolił na przysięgę. Nie było 
nigdzie — mówił Ostrowski — na dorędziu krzyża; leżały duże 
nożyce od papieru na stole: otworzyłem je na krzyż, i na ten 
krzyż Branicki przysięgę wykonał. 

Nastąpił rok 1777, a w nim kończy się bieg nauk moich 
w korpusie kadetów. Mogę powiedzieć, żem liznął wszystkich 
nauk w szkołach publicznych dawanych , żadnej jednak dokła- 
dnie. Do matematyki mało miałem zdolności, historja i litera- 
tura więcej dla mnie miała powabów. Wcześnie obudził się we 
mnie smak do poezji: w 16. roku napisałem poemat aMono- 
machiaD czyli wojna kobiet. Treść była następująca: Zwykli- 
śmy byli chodzić wieczorami w niedzielę do kapitanowej 
Daszkiewiczowej od gwardji litewskiej, tuż przy pałacu mie- 
szkającej. Schodziło się tam wiele żon i córek oficerskich: ztąd 
umizgi młodziuchnych kadetów do nich, zazdrości i kłótnie. 
Opisanie więc ich w poemacie epiczno-komicznym zawarłem ; 
'żałuję że to poema zginęło: ciekawym byłbym widzieć płód 



41 



chłopięcej muzy mojej. Pamiętam tylko dwa pierwsze onego 
wiersze, nie wiele o calem dziele rokujące: 

Walecznych bohaterek śpiewać będę dzieła, 
Zk%d się wojua kobieca w koszarach zaczęła. 

Nie wiem jak płód ten dziecinny dostał się do komendanta 
naszego , księcia Adama Czartoryskiego , jenerała ziem podol- 
skich. Raczył zwrócić nań uwagę i sam krytykę poematu tęga 
napisał i mnie oddać kazał, wytykając błędy. Jako dobre na- 
znaczył dwa wiersze i miejsce, gdzie dwa przeciwne wojska ko- 
biet z podniesionemi wachlarzami do starcia się : 

Krzycząc oiesmieroie, w takiej lec% wrzawie. 
Szeregiem długogarle do cieplic żurawie. 

Od tego czasu zacząłem bazgrać wiersze i nałóg ten nie opu- 
ścił mię przez lat z górą sześćdziesiąt. W miesiącu sierpniu 
1777, po odbytych egzaminach, wyjechałem z stryjecznym bra- 
tem moim Ignacym Niemcewiczem do rodziców. Ignacy został 
u ojca w Neptach, ja pospieszyłem do Klenik, do rodzinnego 
domu. Nic wyrównać nie moąe radości wybornej matki mojej, 
widząc dorosłego juz pierworodnego syna. Dwaj młodsi bracia 
moi, Jan i Kajetan, przyjechali także na wakacje ze szkół po- 
jezuickich pod księdzem Obrompalskim w Brześciji. Cztery sio- 
stry moje były jeszcze małe. Niestety! z siedmiorga nas naów- 
czas jam tylko jeden najstarszy ze wszystkich pozostał. 

Miło mi było na łonie rodziny, w domu dzieciństwa mego 
chwil swobodnych używać. Jednej tylko doznawałem przykro- 
ści, a to, gdy oficerowie moskiewscy stojący w Brześciu, przy- 
jechali do nas z wizytami. Cierpii^a dusza moja nad tern wro- 
gów naszych w kraju goszczeniem. Jakże naówczas byli jeszcze 
nieobyczajni , powiem grubjanie! Wtenczas to odebrał ojciec 
mój od księcia Czartoryskiego z Wołczyna zaproszenie, by go 
odwiedził. Był tam zjazd wielki z przyczyny spodziewanego tam 
przybycia króla Stanisława Augusta. Całe województwo brze- 
sko-litewskie zjechało się do Wołczyna. Rodzice moi, wziąwszy 
mię z sobą, przybyli tam także. Wołczyn był dawną majętno- 
ścią książąt Czartoryskich; objął go książę jenerał jako spadek 
po stryja swoim, księciu kanclerzu litewskim. Tu księcia kancle- 
rza siostrzeniec, król Stanisław August urodził się; pokazują 
dotąd dom, gdzie pierwszy raz dzień ujrzał. Pałac o jednym 
piętrze, obszerny, z kilku oficynami i trzema dziedzińcami , sale 
i pokoje bogato umeblowane. Między portretami pamiętam 
w naturalnej wielkości portrety: dwóch królów Augustów; żonę 
Augusta III., w bogatej na rogówce sukni, a na tej wyszywane 
były papugi winogrona jedzące ; portret Karola XII. , portret 



42 



aiatki królewskiej , trzymającej za rękę siedmioletniego Stani- 
sława Augusta, w żupaniku białym i kontusiku karmazynowym. 
Duże sale w marmurach, z zlotemi lisztowaniami — słowem 
wszystko po pańsku. 

Przyjechał nakoniec król. Całe województwo wysypało się 
na ganek dla przywitania go. Bawił dui kilka, przez które co- 
dzienne bale i uczty ; król tańcował z wszystkiemi urzędniczka- 
mi. Matka moja, nie lubiąca go dotąd, mniemając że z Moska- 
lami trzymał, ujęta grzecznością jego, pogodziła się z nim 
•wcale. 

Po odjeździe królewskim, gdy się przerzadziła kompanja, 
książę jenerał przystąpiwszy do ojca mego : 

— Syna waćpana biorę do siebie i będę miał o nim stara- 
nie. — A księżna żona jego, wtenczas w całej swojej piękności, 
siedząc z matką moją na kanapie, rzekła jej : — Tak jest, we- 
źmiemy go i nie oddamy aż ożenionego. 

Nie spełniło się to ostatnie przyrzeczenie, lecz spełniło 
«ię pierwsze : książę bowiem przez długie lata był mi prawdzi- 
wym ojcem. 

Powróciliśmy do domu dla oporządzenia mego, a gdy to się 
skończyło , ojciec odwiózł mię do Wciczyna i zostawił mi wier- 
nego hajduka swego Teodora, jak sługę i jak guwernera; mnie 
2aś dał 10 cz. złotych. Nigdy tak bogaty nie byłem. 

Znalazłem się na dworze pana wielkiego, lecz światłej szego, 
nczeńszego, niż inni panowie nasi. Dwór jego zawierał wielu 
urzędników, oficjalistów, cudzoziemców, metrów, prócz przy- 
jeżdżających codzień gości. Stół był zawsze na 60 osób nakryty, 
prócz marszałkowskiego. Sekretarzami byli: Dulemba, Zdzito- 
wiecki, Skowroński; marszs^kiem Borzęcki, bogato noszący 
«ię; koniuszym Paszkowski, podskarbim Blum; dworzanie: Ku- 
blicki, Przeczkowski , Świętorzecki, Kniaźnin poeta, Zabłocki 
i wielu innych. Rezydenci: Drohojewski, Wiłosławski, Mackie- 
wicz, Orłowski, Ciesielski, Borysławski; giermkowie czyli po* 
kojowcy: Sadowski, Bielawski, Krupiński. Ci ostatni, dawnym 
leszcze zwyczajem, za przewinienia na rozłożonym kobiercu 
brali plagi od marssałka. Książę sam był w kwiecie wieku, księ- 
żna błyszcząca powabem i wdziękami. Syn ich starszy , książę 
Adam, dziś z nami na wygnaniu, mógł mieć naó wczas lat osiem, 
brat jego Konstanty lat cztery, córka starsza Teresa lat jedena* 
ście, młodsza, dzisiejsza księżna wirtembergska, lat dziesięć. 
Książę Adam ubrany był jak źokej angielski, w żółtych jelenich 
spodenkach i pensowej z złotym galonem katance. Miał on 
przy sobie Francuza Boissy. Sprowadzeni z zagranicy metrowie 
byli następujący: do literatury Dupont de Nemours, przyjaciel 
Turgota, do matematyki Lhuillier, Genewczyk; do rysunków 
Norblin, do muzyki Patouart, do tańców d'Auingny, do litera- 
tury polskiej Kniaźnin, Zabłocki do historji; później do łacin- 



43 



skiego i greckiego języka sprowadzeni Skan i Grodek. Guwer- 
nantką księżniczek była pani Petit. 

Książę zostawszy właśnie wtenczas komendantem szczupłego 
wojska litewskiego po śmierci jenerała YithinghoflF, mianował 
kapitana Berken, przy nieboszczyku będącego adjutantem, po- 
rucznika Orłowskiego i mnie adjutantami swemi. 

Pannami księżnej były dwie panny Narbutówny, dwie panny 
Paszkowskie, Francuzka madame Parizot, do pilnowania małych 
dzieci Pichel z córką. Książę chcąc mię zapewne zaprawić do 
stylu i zatrudnień łatwą jaką pracą , dał mi do tłumaczenia da- 
wny romans francuski «Histoire secrete de laReine deNavarre.» 
Później tłumaczyłem inne stare romanse : « Uistoire de Jean 
de Bourbon, prince de Carency, le siege de Calais.)) Wszystko 
to dało mi jakąś łatwość w stylu, zwyczaj zatrudnienia; lecz jak 
nierównie lepiejby było, gdyby mi dano było coś ważniejszego 
i pożyteczniejszego do tłumaczenia, jak n. p. historję Karola Y. 
przez Robertsona. Mniemano zapewne, że dzieło tak ważne 
było jeszcze nad siły moje. Nie przestawałem przecież na pro- 
zie. Djabetek poezji kusił mię zawsze. Jąłem więc tłumaczyć 
pierwsze poezje, co mi wpadły pod ręce, to jest Henrjadę Vol- 
tera, i przetłumaczyłem dwie pieśni; dowiedziawszy się atoli, że 
pan Chomentowski już poema te przełożył, dałem pokój. 

Jesień była pogodna i piękna, dworscy wyjeżdżali na polo- 
wanie z chartami, szczując zające, lisy i wilki. Sam książę wy* 
chodził z krogulcem, puszczając go na przelatujące czaple i inne 
ptastwo; nieraz na przykrywanie siecią kuropatw. W listopa- 
dzie ruszyło księstwo przodem do Warszawy, dwór później za 
niemi. Dziwno dzisiaj zdawać się będzie, jak wielcy panowie 
podróżowali naówczas. Stanowniczy jechał dniem wprzódy, za- 
pisywać kwatery, przygotowywać żywność i furaże. Do dnia 
wychodziły sześciokonne bryki, z kuchnią, kredensem, piwnicą, 
dalej karety z dziećmi, damami; rezydenci jechali we własnych 
pojazdach, my adjutanci i dworscy konno; dawano nam atoli 
wózki pod rzeczy i sługi. Przyjeżdżając na popas, zastawaliśmy 
już obiad gotowy , toż samo na nocleg. Drogi tak były złe, cię- 
żary powozów tak ogromne, iż ledwo 5 mil na dzień ujeżdżali- 
śmy , i z Wołczyna do Warszawy 25 mil , pięć lub sześć dni 
wlekliśmy się. 

W Warszawie, w błękitnym pałacu, mnie i koledze memu 
Orłowskiemu dano jeden pokój z przegrodą dla sług; nikt bo- 
wiem wtenczas bez sługi obejść się nie mógł. Zacząłem wten- 
czas pobierać pensję moją adjutancką 8 czerwonych złotych na 
miesiąc; nadto książę każdemu z nas dawał konia wierzchowego 
i masztalerza. Powinnością naszą było utrzymywać korespon- 
dencję z pułkami wojska litewskiego, odpisywać na przycho- 
dzące listy i raporta. Z rana, gdy książę siadł do fryzowania, 
przychodziliśmy z listami do podpisu. Zwyczajem naówczas 



44 

było, że znaczni nawet urzędnicy przychodzili z rana do wiel- 
kich panów z czołobitnością swoją: jakoż przedpokoje i pokój 
ubieralny jego zawsze były pełne. Książę rzadko kiedy jadał 
u siebie, zawsze u ojca; małe księżniczki z guwernantką, my 
i adjutanci u marszałkowskiego stołu. 

Łubom porzucił korpus kadetów , jeszcze mi jeden do speł- 
nienia obowiązek pozostał. Zwyczajem było w korpusie , iż 
oddalający się od niego kadet , przy zebraniu oficerów , profe- 
sorów i całego zgromadzenia stawał przed ich sądem, jak nie- 
gdyś umarli królowie w Egipcie, by słyszeć wyrok o sprawowa- 
niu się swojem. Stanąłem i ja, i po tajemnej naradzie usłyszałem 
wyrok: sprawowanie się dobre, aplikacja dobra, zapisania imie- 
nia na srebrnej tablicy. Było takich tablic cztery: złota dla 
bardzo dobrych, srebrna dla dobrych, szara dla miernych^ 
czarna dla złych. 

Po ogłoszonym wyroku odchodzący obchodzi wszystkich 
kadetów swoich, żegna się z nimi, każdego ściskając za rękę. 
Wtenczas każdy te do niego słpwa przemawia: — Pamiętaj żeś 
miał honor być kadetem. 

Ile stara pamięć moja zasięga, wymienię choć część kade- 
tów, z którymi się znajdowałem: Książę Kazimierz Sapieha, 
później marszałek litewski na sejmie 1788; Borzęcki, podstolic 
koronny, Grabowski, później starosta wołkowyski; Michał Ko- 
chanowski, czterech Lanckorońskich , starościców rawskich, 
czterech Ostrorogów, książę Radziwiłł Antoni, wojewodzie miń- 
ski, Dowbor, Brochocki, Morykoni, Wyganowski, Czamek, 
Dzierzbicki, Lipski, książę Maciej Jabłonowski, Szwarczewski, 
Romanowski, Śleszyński, Ciepliński, Tęgoborski, dwaj stryje- 
czni bracia moi, Stanisław i Ignacy, Humicki, Grzymała, Molier, 
Ostrowski, Siemiaszko, Kniaziewicz, dziś znakomity jenerał, 
Bokum, Midleton, Wojczyński, etc, etc. 

We dwudziestym roku ujrzałem się więc na wielkim świe- 
cie. Jaką była naówczas Warszawa, sposób życia, ton towa- 
rzystw, skreślę pokrótce. Po zawieruchach barskich, po gwał- 
tach spełnionych przez Moskali na sejmach, naród jak po 
ciężkiej wycierpianej malignie^ naród, mówię, opadł zupełnie 
na siłach, i czyli ze zwątpienia, by zawziętości na zgubę nasz% 
Katarzyny mógł się już oprzeć, czyli z wrodzonej nam skłonno- 
ści do uciech i zbytków , cały się w nich pogrążył. Warszawa 
jeszcze była stolicą ogromnego królestwa, pobytem najzna- 
czniejszych w kraju osób. Dzieliła się na dawną sarmacką i no- 
womodną francuzką klasę. Na czele tej ostatniej był sam król, 
panowie i panie, które obce zwiedziwszy kraje, osobliwie Paryż, 
ton, mowę i zwyczaje jego przyjęły. Między tymi byJy koterje, 
zaloty i związki miłosne , zbierano się wieczorami , mówiono po 
francuzku, grano francuzkie komedje. Księżna Sapieżyna; kan- 
cłerzyna wielka litewska, otworzyła w pałacu swoim (dsiś 



45 

koszary na Nowem mieście), towarzyski teatr; aktorkami jego 
były córki księżnej, księżna z Przezdzieckich Radziwiłłowa, 
pani później Sewerynowa Potocka. Aktorowie Giair, sekretarz 
królewski, Szwajcar, Maisoneuye, oficer metr do fortyfikacji 
u kadetów, później znaczną rolę graj%cy Wojna, Jerzy Wielo- 
borski, szambelani królewscy. Grywano tragedje, komedje 
, i opery; sama tylko pierwsza kompania na te widowiska przy- 
puszczaną była. Wtenczas bowiem prawdziwa panowała ary- 
stokracja; dość nawet majętna szlachta nie mieszała się 
z panami, stopniami oświecenie powszechniejsze przybliżyło ją 
do niej. 

Kiedy mówię o teatrach prywatnych, nie od rzeczy będzie 
wspomnieć i o publicznych. Za Zygmunta Augusta widzimy 
alegorje i sztuki dramatyczne grywane w okolicznościach ślu- 
bów ; Władysław IV. miał porządną, operę włoską i balety. Po 
szkołach jezui<;kich wyprawiano djalogi, już to po łacinie, już 
to po polsku. Za dwóch Augustów nie było teatrów , Stanisław 
dopiero August, chciwy wprowadzić wszelkiego rodzaju ogładę, 
zaczął szumnie, bo sprowadził operę i balet, i pierwsi naówczas 
w Europie Yestris i Pie tańcowali w urządzonej na teatr 
rejtszuli saskiej obok ogrodu. W początkach dopiero sejmu 
Ponióskiego zaczęły się ciągle trwające teatra w Warszawie ; 
wyporządzono na teatr ogromną salę w pałacu Radziwiłłowskim, 
i tam polskie, włoskie, a czasem niemieckie grywano sztuki. 
Tłumaczono Moliera « Skąpca », wTartufo), małe operetki. 
Pierwszy książę Adam Czartoryski, jenerał ziem podolskich, 
zajął się na serjo narodową sceną, pisaniem lub przekładaniem 
sztuk klasycznych i formowaniem aktorów. Przetłumaczył on 
z Destouches i Regnarda « Dumnego », « Gracza » , napisał ory- 
ginalne sztuki: « Pannę na wydaniu)), aPysznoskąpskiegO)), 
« Mniejszy kłopot jak przysługa», «Kawę)). We wszystkich tych 
sztukach błyszczy dowcip , kreślą się wiernie obyczaje ówcza- 
sowe. Sam ów książę pracował nad nauczaniem aktorów , spro- 
wadzając ich do domu własnego, ucząc ich deklamacji i akcji. 
Najprzedniejszy z aktorów ówczesnych był bez wątpienia Świe- 
źawski: została w nim cała dawna polszczyzna, nic późniejszym 
czasem nie zmieniona, dawny- sposób mówienia, ruch, przesądy 
wszystkie. Kochał on liberum veto, elekcję królów jak oka 
źrenicę, nigdy ni czupryny, ni wąsów ogolić nie chciał; nic 
w nim nie było sztuki, lecz cała polska dawna natura. Później 
jeden tylko Żółkowski przybliżył się do niego. Witkowski, pó- 
źniej Bogusławski, Truskolaska, Owsiński, dobrzy byli aktoro- 
wie; Leduchowska, Żuczkowska, do późniejszych należą. Lubo 
drogie były miejsca w teatrach, bo po 9 złp. parter j ciśnięto 
się na nie. 

Pokój, wolny handel, znaczne dochody, przywodziły do 
zbytków i halatyki. Były naówczas reduty w Sułkowskich pa- 



46 

lacu na Nowym świecie; trzeba było koniecznie być w masce, 
w domino i bajucie. Beduty były razem domem gry. Drewno- 
wski, sekretarz sejmu Ponińskiego, znaczne o dobra po jezui- 
ckie biorący knbany, trzymał bank faraona: kupy ogromne 
złota leżały przed nim, w około najwięcej Moskali. Drewnowski 
w dominie i bajucie ze złotej siatki, tłusty, z ogoloną głową, 
dużemi wąsami, cały zróżowany, dmuchając pod nosem, obra- 
cał koło fortuny. Na dużej sali tańcowano polskiego, a skutkiem 
tego tańca był zawsze prawie pojedynek z Moskalem jo pierwszą 
parę. Skoro się Moskal posunął, natychmiast Kublicki, dworza- 
nin księcia Czartoryskiego, przecinał mu drogę' i sam szedł 
w pierwszą parę , lub mu na nogę następował. Nazajutrz pod 
Jeziorną puf, paf! aj, aj! Kublicki wielu pokaleczył, lecz 
i sam nie jeden wystrzał otrzymał, tak, iż zupełnie od ran ko- 
szlawiiJ. 

Pojedynki były naó wczas w wielkiej modzie , już to o pier- 
wszą parę w polskim tańcu, już to o kobiety. Gołkowski zabijał 
Kurowskiego; Rzewuski, pisarz koronny, najprzystojniejszy 
z młodzieży, tyle upośledzony w rozumie , ile dumny i pełen 
zarozumienia o sobie, tyle do pojedynków skory, ile unil^jący 
niebezpieczeństwa w boju, sześć razy się pojedynkował z Ko- 
złowskim, tak, że przeciwnikowi zgruchotawszy prawą rękę, 
zostawił go w niepodobieństwie walczenia dłużej. Znaczniejsi 
panowie mieli nadwornych sekundantów swoich. Wytknął to 
dobrze książę Adam Czartoryski, jenerał ziem podolskich, w je- 
dnej z komedji swoich. Ciągłym sekundantem Rzewuskiego był 
Jan Drohojewski| dawny sejmikowy rębacz. 



ROZDZIAŁ VL 



Wesele księżniczki Radziwiłłówny z Massalskim w Białej. — Dw6r pani het- 
manowej Branickiej w Białymstoku. — Dziwactwa naszych panów : księcia 
ex*podkomorzego, księcia Marcina Lubomirskiego, księcia Radziwiłła, krą)- 
czego litewskiego. — Trybunał w Grodnie. — Ksiąłę jemerat Jego marszał- 
kiem. — Podskarbi litewski Tyzenhaus. — Ksiąłę Jenerał przyjmuje komendę 
gwardji galicyjskiej w Wiedniu. -^ Podrói do tej stolicy. — Sejm 1782 r. 

Śmierć elektora bawarskiego dała powód do krótkiej między 
Austrją i Prusami wojny. Chciwy sławy wojennej i powiększenia 
państwa, Józef II«, cesarz niemiecki, rościł sobie prawo do suk- 
cesji bawarskiej. Książę Dwóch mostów, następca kolaterahiy 



47 



elektora, udał się o wsparcie do króla pruskiego. Ten nie mo* 
g%G pozwolić na dalsze jeszcze rozszerzenie się potęgi austrja- 
ckiejf wkroczył do Czech. Wojsko austrjackie zawarło się 
w potężnie umocnionym obozie; nie przyszło do wstępnego^ 
boju. Stary Fryderyk nie chciał długo nabytej sławy puszczad 
na hazard. Józef cesarz, mający przy sobie Lascego, marszałka,, 
nie odważał się mierzyć z tak doświadczonym wojownikiem^ 
Nie omieszkała dumna Katarzyna użyć tej chwili , by się sędzi% 
w tej sprawie uczynić : ofiarowała medjację i wysłała kniazia 
Repnina do Cieszyna na kongres w tej sprawie. Stanął tam po- 
kój, mocą którego część tylko dystryktu Inn-Viertel pozwolona 
Austrji. • 

W tym roku imperatorowa Katarzyna, otoczywszy szpiegami- 
syna swego Pawła, spłodzonego z Sołtykowa, wydała go na 
zwiedzenie obcych krajów. Jadąc do Wiednia, obrócił on drogę 
swą na Wiszniowiec na Wołyniu , dobra marszałka Mniszcha^ 
Stanisław August chcąc sobie wcześnie pozyskać przychylność 
carewicza, wybrał się do Wiszniowca, by go tam spotkać. 
Spędzono na ucztach dni kilka. Paweł nie tylko grzeczny , ale- 
uniżony był dla króla, często w przedpokoju na posłuchanie 
czekając, gdy król z kim innym rozmawiał. 

W roku 1780 Marja Teresa po czterdziestoletniem panowa- 
niu, pełna cnót i pobożności, z powszechnym żalem umarła^ 
Niespokojny syn jej Józef II. , z wrodzoną sobie skwapliwością 
zaczął wprowadzać długo w umyśle swym przygotowane od- 
miany; te najwięcej tyczyły się duchowieństwa katolickiego. 
Nie dbając na bullę papiezką, poznosił on wielką liczbę klaszto- 
rów zakonnych płci obojga. Wiele innych pożytecznych, 
wprowadził do państw swych odmian. Szczęśliwy, /gdyby do 
zbawiennych odmian nie mieszał ambicji powiększenia państw 
swoich : ta f^o najprzód wciągnęła w wojnę z Turkami , dalej 
w zatargi z Węgrami i Belgją. 

Na sejmie 1780, gdy powierzony Andrzejowi Zamojskiemu^ 
wprzód kanclerzowi wielkiemu koronnemu , kodeks praw do- 
kończonym został, wniesionym został do aprobacji stanów. 
Lecz gdy usłyszano zamiar nadania opieki i swobód miejskiemur 
i włościaiiskiemu stanowi, pełna jeszcze naówczas przesądów 
szlachta, z oburzeniem odrzuciła go całkiem. Byłem ja na tej 
sesji i nad tą zgrozą cierpiałem. Wnoszono nawet, by pod karą., 
odsądzenia od czci i sławy, nikt kodeksu tego na potem wno- 
się nie ważył; lecz głos księcia Stanisława Poniatowskiego od- 
wrócił ten brzydki wniosek. Hie pojmowała głupia szlachta, że 
ujarzmienie wszystkich stanów, a nadużycia zostawionej jei 
samej swawoli, przyprowadzając od dawna już upadek Polskie 
zniszczą ją nakoniec' na zawsze. 

W tym roku zaproszony został książę od Radziwiłła, woje- 
wody wileńskiego, do Białej, na wesele przyrodniej siostry jegOy 



48 

idącej za mąż za młodego Massalskiego , synowca biskupa wi- 
leńskiego. Zjazd był w Białej niezmierny. Prócz księcia przy- 
był tam hetman Ogiński i wielu litewskich panów. Oddawna 
obronny zamek bielski podobnego zjazdu nie widział. Lubo 
pośledniejszy od Nieświeża, w bogatych sprzętach i ozdobach 
wystawiał przecież dawny przepych polski. Sale obszerne jak 
stodoły, ozdobione portretami familji Radziwiłłowskiej. Bogaty 
gabinet, w którym wszystkie ściany, posadzka i sufit były 
ze zwierciadeł. Zamek otoczony ws^em, przekopem, z obronną 
bramą, z boku której były więzienia. Panowie bowiem sami 
sądzili sług , włościan swoich , a nieraz i ubogą szlachtę. Spro- 
wadził wtĘewoda na uroczystość tę 3000 nadwornego wojska. 
Grdzież ten cały przepych się podział? I Biała i inne po całej 
Polsce i Litwie dobra Radziwiłłowskie, równające się królestwa 
Saskiemu , z ostatnią Radziwiłłówną poszły w ręce .syna Witt- 
genszteina, jenerała moskiewskiego — wszystkie bogactwa na- 
sze poszły w ręce moskiewskie. Wracam do wesela. 

Długie były z biskupem spory koło intercyzy. Dom radzi- 
wiłłowski miał swą osobną pragmatykę, mocą której kobiety 
z domu tego nie miały więcej posagu jak 20,000 zł. polskich. 
Chciwy biskup domagał się więcej ; hojny lecz uparty Radziwiłł 
obstawał przy prawach i zwyczajach familji, nikt nie chciał 
ustąpić, schodziły dnie, nakoniec książę wojewoda wyznaczył 
godzinę do ślubu. 

Ubranie panny młodej odprawiało się publicznie. Fryzował 
perukarz, na kilka piątr wynosząc tupet, na nim pukle, z któ- 
rych dwa wijąc się z góry, spadały aż na piersi. Ileż gaz, blon- 
dyn, koronek! Panny będące na respekcie, stały w około, trzy- 
mając nalewki, miednice, haftowane tureckie ręczniki i części 
ubiorów żeńskich. My kawalerowie staliśmy z daleka i pa- 
trzyliśmy na te obrzędy. Księżniczka oblubienica nie była ładjia, 
lecz słodka i uprzejma. Cóż powiem o mężu jej Massalskim? 
Nikczemna, drobna, słabowita figurka, tyle tylko mająca roz- 
poznania, że się od zwierzęcia różniła. Był w niej nawet dobry 
zapas warjacji, raczej śmiesznej jak szkodliwej; długo by było 
wyliczać ją. Massalski powróciwszy z za granicy, udał się do 
dóbr swoich Olekszyc, jeżeli się nie mylę. W kilka dni urzę- 
dnicy powiatowi przyjechali, jak się mówiło naówczas, z reko- 
gnicją do księcia pana. Cóż robi książę pan? Wylatuje tyłem 
domu , po drabinie aż na szczyt drapiąc się i tam tlejący węgiel 
wziąwszy w zęby, żyga nim na stojących gości na dole. 

— A to afrykańska małpa — rzekł pisarz Szwejkowski — nie 
ma tu co robić — i odjechali. 

Massalski był szefem, jakem już wspomniał, maleńkiego 
pułku. Osobliwsze miał on wyobrażenie karności wojskowej: 
rozumiał, że każdy wyższego stopnia mógł niższego stopniem 
od siebie bić kijem, i tak porucznik chorążego, kapitan poru- 



49 



Gznika swego , książę Czartoryski , dowódca całego wojska lite- 
wskie^fo, i jego kijem wy trzepać. Ka tych zasadach wsparty, 
rozgniewawszy się raz na pułkownika swego Bełcourt, brał się 
już na niego do kija, gdy obruszony Francuz porwawszy go 
za piersi i z łatwością podnosząc do góry : 

— Youlez vou8, mon prince! — zawołał — que je 
vous jette par la fenetre — i już niósł go do okna. Nędzne 
stworzenie zaqzęło przepraszać i skończyło się na tern. 

Nie skończyłbym, gdybym wszystkie szały biedaka chciał 
wyliczać ; wracam do wesela. Gdy się gotowalnia księżniczki 
skończyła i już w wielkiej sali zebrani czekali, by do kościoła 
wyjeżdżać — nie pokazał się chudy, maleńki pan młody. Za- 
częto^ go wszędzie szukać i obleciano cały zamek: znaleziono go 
nakoniec w małej izdebce służącego, ubranego w lamowej sre- 
brnej sukni, jak już do ślubu, leżącego jak długi. 

— Cóż tu książę robisz? — zapytał podpułkownik jego 
Franko w^ski. 

— Chcę jeszcze cokolwiek utyć — odpowiedziało książątko. 
Przywiedziono go na dół do sali, gdzie cała familja i goście 

byli zgromadzeni. Zaczęto czytać intercyzę. Tu znów biskup 
wileński, stryj pana młodego, z przyczyny szczupłości posagu, 
zaczął się przeciwić. 

— Księże biskupie ! — zawołał stary Radziwiłł, rozdąsany, 
czerwony — synowiec waszmości ma już lata dojrzałe, może 
sam sobą się rządzić. Panie szwagrze! — rzekł, obracając się 
do Massalskiego — czy chcesz pojąć in sociam vit8e siostrę 
moją? 

— Bardzo proszę — odpowiedział Massalski. 

— Czytaj w^asze dalej — odezwał się Radziwiłł, obracając 
się do mecenasa. 

Gdy mecenas skończył i już się jechać do kościoła zabierano, 
znów wysunął się biskup: 

— Z pasterskiej powinności mojej — rzecze — powinienem 
jeszcze zapytać młodzieńca — czyli wstępując w stan święty 
małżeński, wyuczony jest w artykułach wiary świętej. Któż 
świat ten stworzył? 

— Pan Jezus — odpowie półgłówek. 

— Pan Bóg — odpowie biskup. — Wiele jest bogów ? 

— A trzy — odezwie się szczepleniwy Massalski. 

— Nie, nie, jeden w trzech osobach. 

— Panie księże biskupie! — zawołał książę Radziwiłł — to 
niepotrzebne mitręgi ; jedźmy do kościoła. 

To mówiąc, ruszył z miejsca, i wszyscy za nim. Gdy wsiadł 
do karety i my wszyscy za nim , stojące wojsko jego na obszer- 
nym dziedzińcu, artylerja, piechota, zaczęło ognia dawać 
i strzelało aż do końca obrządku ślubnego. Kościół gorzał 
lampami: stanęli państwo młodzi przed ołtarzem, gdy trzy 

Niemcewicz, Famiętoiki. 4 



50 

guwernantki księżniczki: pp. Tipelskirch, Sanoan i podobna 
Borucka , rozrzewnione tym widokiem , zemdlały i wywróciły 
się. Książę Radziwiłł tknięty tern zajściem , natyclimiast każdej 
po 6000 złp. dożywotnej pensji wyznaczył. Wróciliśmy śród 
huku armat do ślubnej wieczerzy. Hetman Ogiński wniósł zdro- 
wie familji ; gdy przyszła kolej na Massalskiego , powstał z kie- 
lichem w ręku i zawołał jak mógł tak głośno : 

— Zdrowie familji dobrodziki! 

Powstał śmiech powszechny i długo uspokoić się nie móg}. 
Przesadzonemi niejednemu zdadzą, się może te anegdoty o bie- 
dnym Massalskim , lecz ręczę za ich prawdę. 

Rozgniewauy biskup wyjechał i wraz zaczęła się dawna pol- 
ska, huczna, serdeczna wesołość. Pito porządnie na obiedzie, 
wraz po obiedzie zaczynały się tańce: nikt w nich, prócz kilku 
młodzieży nie uczył się tańczyć, szły jednak zamaszysto. Powa- 
żne polskie tańce stworzone do ubioru polskiego. Gdy nie tań- 
czono , bywały koncerta najpocieszniejsze w świecie. Któż na 
nich grał? Oto stary Radziwiłł i hetman Ogiński, obaj na kla- 
rynetach. Ogiński, umiejący muzykę, a nawet kompozytor, 
grał gładko ; lecz przebóg ! jakież były kwiczenia księcia Karola 
Radziwiłła? Lubił on opowiadać historję dzieciństwa i młodości 
swojej , a raczej wymyślone od siebie dzikie duby ; trwa ich tra- 
dycja jeszcze po Litwie. Pamiętają starzy ludzie różne historję, 
które Radziwiłł lubił opowiadać. Jak w pierwszej młodości 
swojej służył za chłopca u księdza, jak mu usługiwał do mszy, 
chędożył sutanę, opatrywał konia jego, jak często był bitym. 
Jak płynąc z Triestu do Wenecji, spotkała go burza, a gdy 
okręt całkiem na jedną stronę się przewalał, on skoczył w mo- 
rze i jak hajduk wywracającą się karetę, on okręt barkami 
swojemi wsparł i ocalił; jak pokazała się na morzu piękna sy- 
rena, zakochała się w nim , jak się z nią złączył. 

— Z tej koneksji, panie kochanku — mówił Radziwiłł — 
porodziły się śledzie, które jemy w posty. 

Raz opowiadał przez królem, że przewodził baterjom sztur- 
mującym do Gibraltaru, a gdy się w opowiadaniu do najwyż- 
szego stopnia zmyślania posuwał, zaczęto się uśmiechać. 

— Nie prawdaż, panie Michale — obróciwszy się do Mora- 
wskiego, zapytał — wszak byłeś ze mną? 

— Mości książę — odparł Morawski — nie mogę przy- 
świadczyć , gdyż w pierwszym szturmie zabity zostałem. 

Nie trzeba rozumieć, żeby Radziwiłł sam wierzył tym 
wszystkim baśniom. Opowiadał je przez jakąś prostotę; wre- 
szcie nieuczony, nic nigdy nie czytający, o nic nie pytający, 
lubiący mówić , o czemże miał gadać ? Lecz nieokrzesany ten 
człowiek posiadał najlepsze serce ; hojny, popularny, bez naj- 
mniejszej pychy, nie za przysłowie, ale w rzeczy saiiiej brał ou 



51 

wszystką szlachtę za rodzonych braci swoich; w przywiązania 
do ojczyzny nikt go nie przewyższył. 

Zbyt długo może rozciągnąłem się nad księciem Karolem 
Badziwiłłem i opowiadaniem weselnej w domu jego uroczysto- 
ści. Lecz miałem na uwadze , że to było ostatnie w Polsce po- 
dobne wesele i że drugiej takiej uroczystości następne pokole- 
nia nie ujrzą. Podaję ją raczej jako ciekawość, niż do naślado- 
wania przykład. Ciekawi obyczajów wieków dawnych, powinni 
by także starać się dostąpić czytania pamiętników księdza pijara 
Kitowicza. Ten będąc jeszcze w stanie świeckim, był świadkiem 
czynów Konfederacji barskiej i opisywał je z całą prostotą, ze 
wszystkiemi wieku owego przesądami, i dla tego są bardzo 
ciekawe. Kitowicz zniechęcony głupstwami Konfederatów, 
wstąpił do 00. Pijarów.*) 

Spędziliśmy dziewięć dni na ustawnych godach. Opuściliśmy 
Białe. Wjeżdżając na most od Pragi, książę, lubiący z ludem 
rozmawiać , spotkał furmana wiozącego drzewo. 

— Cóż tam słychać, mój bracie? — zapytał. 

— A cóż ! — odpowiedział furman — nic , tylko że córka 
starsza księcia spaliła się! 

Książę dalej pytać nie mógł. Co za cios dla ojca. Było to 
ulubione dziecko, rzadkiej piękności i przymiotów; spłonęła 
przez zajęcie się u komina muślinowej sukni i potrwożenie 
przytomnych. Nie będę rozwodził się nad ciężkim żalem rodzi- 
ców po stracie tak wielkiej. Książę atoli w obywatelskiej usłu- 
dze szukał pociechy. Trybunały, lubo już nie tak huczno 
pijatyckie , nawet krwawe jak dawniej , potrzebowały jednak 
przykładu ścisłej sprawiedliwości i przystojności. Książę więc 
Czartoryski postanowił na rok następujący być marszałkiem 
trybunału litewskiego. Został więc deputatem z Słonimskiego 
powiatu. Z całym to dworem ruszyliśmy tam w maju; odwie- 
dziliśmy w Białymstoku panie Krakowską, siostrę królewską. 
Miasteczko Białystok porządkiem , czystością celowało w Pol- 
sce. Wspaniały pałac jego mógłby być wszędy panujących 
mieszkaniem. Właściciel jego, hetman Branicki, długo prze- 
bywał we Francji i tam nabrawszy gustu do poloru i sztuk pię- 
knych, przeniósł je do majętności swojej. Dwór jego nie był tak 
tłumnym, jak innych polskich panów, lecz był dostojny i przy- 
stojny. Mokronowski, później wojewoda mazowiecki , obojga 
państwa był poufnym przyjacielem. Pałac umeblowany z najle- 
pszym smakiem; malarz nadworny Miris, Francuz, malował 
wcale dobrze supraporty i ozdoby ; ogrody pełne kanałów , wy- 
trysków, obszerne i roskoszne. Zastaliśmy tam księcia Poniato- 
wskiego, ex-podkomorzego wielkiego litewskiego. Był to oso- 



*) Wiadomo ie i. p. Edward Raczyński wydał drukiem te Pamiętniki 
Kitowicza w sześciu tomach. Nota wydawcy. 



52 

bliwazy człowiek, lekkości wszystkie młodociane, pasje, oie od- 
stąpiły go aż do zgrzybiałości. Nie lubił jak płatne miłostki ; 
miał naó wczas sławną Józefkę, z którą nie rumienił się przyje- 
chać do skromnej siostry swojej. Nie było lubieżniej szego 
człowieka, ni większego próżniaka; nie myślał całe życie jak 
o zabawach, ucztach iroskoszach. Dzikie jego były nieraz po- 
mysły. On to wystawił na Szulcu pałac wiejski z ogrodem, wo- 
dami, wśród których były małe wysepki, a na nich małe, dzi- 
waczne domki. Miał on na wysepkach tych i domkach zapro- 
wadzić kolonje małp; nie mógł atoU nigdy projektu tego 
doprowadzić do skutku: małpy gryzły się, topiły, zdychały. 
Lekki, niestały, odmieniał kochanki i faworytów. Z rana wy- 
jeżdżał latem w nankinach na białym angielskim koniu, bez 
masztalerza; lecz młody, jaskrawo ubrany Laufer jak motylek 
latał przed nim. O godzinie 2., jak był zwyczaj naówczas, miał 
obiad na 10 osób , na którym czarnooka JózeAca prezydowała. 
Dalej teatr. Iluż podobne prowadziło życie I 

Między tymi muszę wspomnieć księcia Marcina Lubomir- 
skiego, jednego z naj majętniejszych panów naszych. Ten w sto- 
licy królewskiej trzymał bataljon nadwornej piechoty, która pu- 
blicznie zaciągała warty u niego z bębnami i muzyką. Mniejsza 
że hulał, lecz niejednych dopuszczał się przestępstw publi- 
cznych. By się z nich wywinąć, pojął córkę feldmarszałka 
austrjackiego Haddika; protekcja związku tego wszystko po- 
kryła. W kilku latach stracił on prawie cały majątek swój ; na- 
koniec udał się do niejakiego Franka, żyda polskiego, wodza 
nowej sekty żydowskiej, znanej w Polsce pod imieniem Szapsa- 
świnników. Sekta ta łączyła obydwa testamenta, stary i nowy, 
przypuszczczała przyjście Mesjasza, chcąc uchodzić za chrze- 
scian; bardzo tajemnie trzymała się dawnych swoich obrząd- 
ków. Nie łączyła się jak między sobą, grzebała się osobno, 
zachowywała niedzielę i szabas, wszystko atoli tajemnie. Wiela 
żydów w Polsce przeszło na nią i między tymi najznaczniejsi : 
Wołoscy, Krysińscy, Szymanowscy, Lanckorońscy; obierali oni 
bowiem sobie bez skrupułu dawnej szlachty imiona. Frank ten 
niepospolity był człowiek. UmiaJ: wzbudzić w żydach rzadki 
entuzjazm; hojne składki zbierano na niego. Lękając się prze- 
śladowania w Polsce, przeniósł się do Austrji, gdzie cesarz Jó- 
zef dał mu protekcję; trzymał on dwór znaczny w Brynie i żył 
wspaniale. Pamiętam iż w r. 1783 jadąc do Wiednia, spotkałem 
go przez Bryn jadącego na spacer w pięknej karecie; sześciu 
ułanów poprzedzało pojazd. W dziesięć lat później przeniósł się 
on do Aszaffenburga , gdzie się z nim złączył książę Marcin Lu- 
bomirski, a jak mówiono, został pół-żydem i córkę jego pojął. 
Odtąd nie słyszano o nim. Zostawił z Haddykowuej jecmą córkę 
Lucję, wydaną za Janusza Tyszkiewicza. — Ktokolwiek czyty- 
wać będzie zapisywania te , niech się nie dziwi nieporządkowi 



53 

ich. Chwytam wspomnienia, jak się przesuwają w pami§ci mo- 
jej : cofają lub wyprzedzają czasy. Przerzucenie się Księcia Mar- 
cina Lubomirskiego na sektę Franka cofnęło mię w najdawniej- 
sze chwile dzieciństwa mojego. Rodzice moi mieszkali jeszcze 
w Skokach, ja mogłem mieć wtenczas lat 6, gdy pamiętam 
drogą idącą koło dworu z Brześcia do Skoków, w piątek mnó- 
stwo wózków żydowskich przelatywało pędem. 

— Mój dobry Boże I — rzekła dobra, pobożna matka moja 
— do czego to przyszło? Książę Radziwiłł został żydem, ka- 
pcany lecą do Czemawyc. 

Jakoż w rzeczy samej książę Radziwiłł, krajczy wielki lite- 
wski, do wielu już poprzednio okazanych znaków szaleństwa 
przydał i ten , że się żydem uczynił. Co piątek więc lecieli do 
niego żydy na boruchy, suty łokszyn, szczupaki i kugiel. Do te- 
go prowadziła samowładność panów i szlachty naszej ! Przecież 
zgorszenie moralne i obrażona pycha Radziwiłłowska tak były 
wielkie, iż familja postarała się o kuratelę nad księciem kraj- 
czym litewskim. Był on ojcem trzech synów : Jakuba , któty 
zwarjował, Dominika, który się z siostrzenicą moją ożenił, 
i księcia Michała, wojewody wileńskiego , który obu tych braci, 
lubo Dominik był zdrów, trzymał w kurateli. 

Szczegóły te malujące osoby, obyczaje wieku już zeszłego, 
odprowadziły mię od podróży naszej na trybunał litewski. Do 
Grodna, później do Wilna wyjechaliśmy zwykłym licznym tabo- 
rem i wlekliśmy się powoli z Białegostoku, przyjeżdżając do 
Grodna. Miasto to z drugiej strony Niemna korzystnie się wy- 
daje. Ponieważ prawa nakazywały, że każdy czwarty sejm dla 
dogodności Litwinów w Grodnie miał się odbywać, a dawny 
zamek, w którym król Stefan Batory umarł, już był zniszczony, 
August IIL wystawił nowy, nie zbyt jednak obszerny. W tym 
książę z całym swym dworem ulokował się, a izba sądowa była 
w sali sejmowej. Deputaci, jak zawsze większa część posłów 
w "Warszawie, tak i tu mieścili się po klasztorach. Codziennie 
był stół u księcia na 60 psób. Litwa miała nad Koroną tę ko- 
rzyść , że nierozrzucone w księgach praw, ale zawarte w jednym 
porządnym , jasnym statucie ustawy swe miała. Statut ten był 
dziełem Lwa Sapiehy, kanclerza i hetmana wielkiego litewskie- 
go. Zebrał on je ze wszystkich najlepszych prawoksiąg w owym 
wieku, mianowicie z praw angielskich. W ważnych bowiem 
sprawach, gdy dekret w jednym dniu napisanym być nie mógł, 
nie wychodzono z namowy, i sędziowie całą noc zamknięci byli 
w izbie aż do ogłoszenia dekretu; dla tego, by strony nie miały 
sposobności widzenia się z sędziami i ujmowania ich sobie. Gdy 
taki przypadek zachodził, ciekawa była rzecz widzieć haj- 
duków deputatskich , znoszących kilkadziesiąt piernatów, 
i na tych kilkiidziesiąt wąsatych deputatów, chrapiących po- 
kotem. 



54 



Z zaczęciem trybunału w Grodnie w letargicznym stanie 
Polski, zaszło ważne w kraju zdarzenie, o którem wspomnieć 
należy. Rozległa ekonomja, czyli dobra królewskie stołowe, 
dane były w zarządzenie Antoniemu Tyzenhauzowi, później 
podskarbiemu nadwornemu wielkiego księstwa litewskiego. 
Był to niepospolity człowiek. Zwyczajnem tylko naówczas je- 
zuickiem wychowaniem, naturalnem pojęciem, biegłym rozu- 
mem, pozgadywał czego się nie uczył, czego nie widział, o czem 
zaledwie słyszał. Urządził on na nowo dobra królewskie, a chcąc 
wzniecić nieznany w kraju przemysł, założył w kraju rozmaite 
rękodzieła i z zagranicy majstrów do nich sprowadził; w tern 
tylko błądził, że od jedwabnych i zbytkowych zaczął. Nie umie- 
jąc i słowa innego języka jak polski, w towarzystwie pana Bo- 
husza, przebiegłego jak sam człowieka, zwiedził obce kraje, 
mianowicie Francję i Holandję, i co w nich pożytecznego wi- 
dział , to bez względu na różnicę położenia , i moralnego i fizy- 
cznego, a nadewszystko politycznego wzajemnych krajów, cały 
gorliwością zajęty , chciał do siebie wprowadzić. Wesoły, ruba- 
szny, skory do kielicha, mający w ręku korzystne arendy i nie- 
ograniczony kredyt u króla , stał się nie tylko popularnym , ale 
całą Litwą rządzącym , tak dalece , że na sejmach , gdy przyszło 
wetować, pierwszy poseł litewski z Wileńskiego zniósłszy się 
z panem Tyzenhauzem, tak zawsze wetował: «Gała prowincja 
litewska affirmative lub negatiye.» Zarówno niestety! 
rządził on trybunałami, mimo możnych Radziwiłłów i Czar- 
toryskich — on szale sprawiedliwości jak chciał podnosił lub 
zniżał. 

Tak nieograniczony kredyt jednego człowieka, ta przez 
niego stworzona jedność w całej Litwie, obudziły podejrzenie 
i zawiść posła moskiewskiego, mającego za pierwsze zlecenie 
siać niezgody, przeszkadzać wszelkim pożytecznym dla kraju 
dziełom. Przyszedł więc rozkaz Katarzyny IL , aby król oddalił 
natychmiast Tyzenhauza od zawiadywania dóbr swoich w Li- 
twie. Jak piorunem uderzony upadł natychmiast Tyzenhans, 
rozlecieli się przyjaciele jego , jak potrzaskane i oderwane od 
drzewa konary. Wystawił on był w Grodnie pałac Horodnicą 
zwany, z budowami fabrycznemi w około. Pałac tak huczny, 
budowy tak czynne , tak zaży wionę , jużeśmy pustkami znaleźli. 
Rzewuski, marszałek wielki koronny, objął rządy ekonomji. 
W salach , gdzie niedawno panował Tyzenhaus , gdzie widziano 
tłum kontuszów, wąsów, czupryn, gdzie pełne krążyły kielichy, 
dziś cichość : kilku sekretarzy , kamerdynerów, lokajów, wszyst- 
kich po francuzku ubranych. Tak gwałtowne przeistoczenia 
działy się w czasach moich. Lubo nie zawsze trafny w używ^ania 
władzy swej , Tyzenhaus był jednak twórczym umysłem , i gdy- 
by nie piekielna zawziętość Moskwy na Polskę, wiele ważnych 
i pożytecznych usług mógł był ojczyźnie swojej oddać. 



55 



W tymże czasie odebrał książę Adam Czartoryski list od 
cesarza Józefa II., oznąjmujący mu, że chce utworzyć gwardję 
galicyjską, czyli polską w Wiedniu, i jemu ofiaruje na ni^ do» 
wództwo. Książę zważywszy, że istnienie tej gwardji w stroju 
polskim, z komendą polską, zachowa w całej części kraju na- 
szego narodowość, nie wahał się ofiary tej przyjąć, i sam 
po skończeniu kadencji grodzieńskiej do Wiednia udać się za- 
myślał. 

Jakoż wcześnie w tern lecie udaliśmy się w tę podróż. Ucie- 
szony byłem niezmiernie tą pierwszą podróżą moją za granicę. 
Przejeżdżaliśmy Szląsk, Morawy, Austrję; dziwiły mię nawet 
wsie murowane. Cieszyłem się, widząc w pospólstwie język pol- 
ski, rozciągający s\ę aż do Nikolsburga, o 12 mil od Wiednia. 
Zazdrościłem jako Polak zamożnemu stanu królestwa tego. 
Podobał mi się Wiedeń, zwłaszcza ogromne wesołe ogrody 
i zwierzyńce onego. Cesarza Józefa II. wszędzie widzieć można 
było ; pracował ciągle w kanceiarji swojej, lub objeżdżał wszyst- 
kie kancelarje. Czynny i prędki, ustawiczne wprowadzał od- 
miany; nieprzyjaciel okazałości i etykiety, uczęszczał na prywa- 
tne towarzystwa; był pierwszym z monarchów, co odrzucił od 
siebie zachowywaną dotąd uroczą zasłonę i pokazał się ludom 
człowiekiem jak oni. Poszła za przykładem jego siostra jego 
Marja Antonina , królowa Francji ; lecz co uszło w Niemczech; 
we Francji sprowadziło fatalne skutki. Książę objął komendę 
nad gwardją : Sierakowski, dawny oficer w służbie austrjackiej, 
był jego podkomendnym. Gwardja galicyjska nie składała się 
jak z pierwszych familji galicyjskich; wszyscy z niej wychodzili 
do wojska na oficerów. 

Czas naglił. Przez Warszawę udaliśmy się do Wilna na ka- 
dencję zimową trybunału. Wilno w najpiękniejszem jest poło- 
żeniu. Sterczały jeszcze ruiny zamku wielkich książąt litewskich; 
co więcej, gdzie była świątynia pogańska, widać było reszty 
kości na ofiary spalonych. Pod zamkiem pałac książąt Radzi- 
wiłłów, do którego młody Zygmunt August spuszczał się w za- 
lotach do Barbary Radziwiłłównej. Miasto ca}e prawie muro- 
wane. Jakaż różnica od dzisiejszego stanu ! Zamek zniszczony, 
mieszkańcy sami Żydzi , lub gorsi od nich Moskale. 

Do Wilna, jako do stolicy Litwy, zjeżdża się wielu obywa- 
teli znaczniejszych. Towarzystwo liczne, bale, reduty, zima nie- 
równie sroższa jak w Warszawie, Pamiętam że na nowy rok 
było 27 gradusów mrozu: ja jednak o jednym tylko mundurku, 
konno objeżdżałem wszystkie wizyty powinszowania. W ciągu 
trybunału z rzadką bezstronnością sądzącego , dwie sprawy pa- 
miętam: jedną między księciem Czartoryskim, ojcem księcia 
Adama, a prywatnym obywatelem, w której syn skazał ojca 
wojewodę ruskiego nie tylko na uiszczenie czynionych mu pre- 
tensji, ale nawet na zapłacenie grzywien. Dowód ten sprawie- 



56 



dliwosci, niestety! tak rzadkiej dotąd, czyniąc honor cnocie 
marszałka, wielkie sprawił wrażenie. Druga sprawa nie powinna 
była nigdy przechodzić przez s%d publiczny. Oskarżony został 
niejaki ksiądz Ogonowski o obcowanie z krową; ztąd rumor 
niezmierny. Całe duchowieństwo, z Massalskim biskupem na 
czele, powstało, przecząc, że sąd cywilny nie powinien sądzić 
duchownego. Przyjechał do Wilna nuncjusz papieski Saluzzi, 
ofiarując medjację swoją; po wielu zachodach, lubo podług 
statutu sodomja powinna była być śmiercią karana, ks. Ogono- 
wski na więzienie został skazany. 

W tym to r. 1782 przypadła śmierć ks. Augusta Czartoryskie- 
go, wojewody ruskiego. Miał on 86 lat. Dom Czartoryskich, 
lubo szczep familji jagiellońskiej, nie był z najbogatszych. 
Książę August, pojąwszy Zofję Sieniawską, córkę hetmana 
widkiego koronnego, dziedziczkę, wziął z nią niezmierne 
w rolsce i Litwie dobra. W młodości swojej , jak wielu Pola- 
ków, książę ten służył w wojsku austrjackiem. W r. 1715 zwie- 
dził Francję, lecz Ludwika XIV. zastał już na marach. Był to 
człowiek wielce rozsądny, zimny, rządny, gospodarny; nie 
mieszał się do żadnych fakcji, sprawy publiczne zostawiając 
starszemu bratu, księciu Michałowi Czartoryskiemu, kancle- 
rzowi wielkiemu litewskiemu, wspierając je tylko pieniędzmi. 
Dwór jego, acz okazały, miał już coś obcego: wśród wąsów 
i czupryn, kręciły się Francuzy, Włochy i Niemcy. 

Nie zostawały Polsce nieszczęsnej jak błahe formy prawdzi- 
wych niepodległego ludu swobód. Z temi Katarzyna II. rządziła 
krajem jak własną prowincją. Sześcio-niedzielne sejmy z li- 
berum ve to były tylko ludibrium wolności.' Jak prócz wybra- 
nia na nich rady nieustającej i komisjów, nic na nich dla dobra 
kraju nie ustanawiając i stanowić nie mogąc , chwytały się nie- 
spokojne umysły każdego zdarzenia, by królowi dokuczać. 

Rzecz prawdziwa niepojęta : król ten równie z władzy ogo- 
łocony , jak cały naród z wolności, jeszcze wzbudzał zawiść , od 
tych nawet, którzy przez niego dobrodziejstwami byli okryci. 
Na czele ich był Ksawery Branicki, tenże sam, któremu król 
i hetmaństwo wielkie koronne i niezmierne starostwo białocer- 
kiewskie nadał, syn drążkowego kasztelana bracławskiego, 
z innej jak Branicki familji urodzony, z 20,000 złotych polskich 
intraty, posiadał ambicję i pychę niegdyś tylko wielkim magna- 
tom właściwą. 

Nastąpił sejm 1782 r. , który z pozwoleniem Sztakelberga, 
posła moskiewskiego, wrzaskom swoim wolne wodze puścił. 
Powód tego następujący. Nadmieniłem już wyżej, że biskup 
krakowski Sołtyk wraz po powrocie swoim z niewoli moskie- 
wskiej z Kaługi, już znaki pomieszania zmysłów dawać zaczął. 
Za powrotem jego do Krakowa smutna ta choroba coraz bar- 
dziej wzmagać się zaczęła, tak dalece, że synowcowie, kapituła. 



57 

zniósłszy się Z królem i radą nieustającą, postanowili usunąć 
go od zawiadywania djecezją i wziąśó w kuratelę. O to więc 
powstały żarliwe na sejmie 1782 r. mowy. Pozwalał na to poseł 
moskiewski i owszem cieszył się z tego ; kłócić bowiem naród 
z królem, możnych z możnymi, pierwezem było monarchini 
jego zaleceniem. Na tern więc zszedł sejm cały, podobnież jak 
i inne schodziły czasy sejmu: były tylko zjazdami publicznemi; 
nie wolno było nic zbawiennego ustanowić dla kraju , odzwy- 
czajono się nawet od tego. Zjeżdżali się panowie, trzymali 
stoły otwarte, dawali bale, na sesjach łajali króla, a dopełniw- 
szy tego wszystkiego, znowu z wielkiemi taborami swemi do 
państw swoich wracali. 

W ciągu sejmu tego odebrał książę Adam Czartoryski wia- 
domość , że cesarz Józef drugi mocno zasłabł na oczy. Doktor 
księcia, pan Goltz, wynalazł był właśnie wtenczas jakąś wodę 
na słabość tę , która wielu już uleczyła. Książę prawdziwą dla 
cesarza czując przychylność, powziął myśl posłania mu tej 
wody i mnie za posłańca wybrał. Pocztą, z skrzynią tej wody, 
z biletem do cesarza, w kilka dni przybyłem do Wiednia. Feld- 
marszałek Haddik wyrobił mi posłuchanie. Wprowadzony do 
cesarza , oddałem mu list ; uczynił mi kilka zapytań o księciu, 
o sejmie i nazajutrz do siebie przyjść kazał. Oddał mi odpis 
i złotą piękną tabakierę z emalją. Znalazłem wtenczas w Wie- 
dniu pana Michała Zabiełłę; ten po dziesięcioletnim pobycie 
w Paryżu, gdzie dla rzadko pięknej postaci i grzeczności swej 
nlubieńcem był kobiet , wszedł był nawet w służbę francuzką 
Royal AUemand; straciwszy majątek, wracać chciał do kraju. 
Nie miał za co , jam go więc zabrał. 



ROZDZIAŁ VII. 



Podróż z księciem Jenerałem do dóbr jego na Wołyniu, Podolu i Ukrainie. — 
Klewań. — Mikołajów. — Granów. — Grużek pod Kamieńcem Podolskim. — 
Szczęsny Potocki i Wittowa. — Potemkin. — Wizyta u baszy w Ciiocimie. — 
Starosta kaniowski. — Cesarz Józef we Lwowie. — Podróż z księciem jenera- 
łem po Litwie dla inspekcji wojska litewskiego. — Pińsk. — Hetman Ogiń- 
ski w Słonimie. — Zima przepędzona w Wiedniu. — Wspomnienie o księciu 

Kaunicu. 

Za powrotem moim z Wiednia zastałem sejm już się koń- 
czący, bez żadnej dla dobra kraju ustawy. Przez śmierć księcia 



58 

wojewody ruskiego, syn jego książę Adam, jenerał ziem podoi*- 
skich, w dniu jednym uczynił z siostrą swoją, księżną z Czarto- 
ryskich Lubomirską, niezmiernych dóbr ojcowskich podziaL 
Chęć widzenia przypadających dóbr na niego, skłoniła go do 
podróży na Wołyń, Podole i Ukrainę. Ruszył więc podług zwy- 
czaju panów wielkich naó wczas, z licznym nader taborem. Ten 
coraz bardziej się powiększał, bo gdzie tylko zatrzymał się, 
przybywali do niego obywatele z atencją i zaproszeni jechali 
z nim dalej. Nie pamiętając dokładnie dat, by nie przerywać 
materji, wszystkie te podróże w ciągu lat kilku odprawione, 
pokrótce opiszę tu razem. W pierwszej więc z tych podróży 
ujrzałem pierwszy raz sławne Puławy, roskoszne położeniem 
8 wojem na górze panującej nad Wisłą, obszernym ogrodem, 
bogato umeblowanym pałacem, licznemi w około budowy. 
Było to prawdziwie pańskie siedlisko. Lecz ostatni mieszkańcy 
jego, książę Adam i małżonka, jakże go interesującym uczynili 
dla całej Polski? Świątynia Sy billi, zawierająca najdroższe da- 
wnej Polski pandiątki, dom gotycki, zawierający ciekawe zbiory 
wszystkich krajów i narodów, dziś to wszystko odarte stoi 
w gruzach. Właściciel Puław i 91-letnia matka jego u postron- 
nych tułać się muszą ! 

Z Puław puściliśmy się dalej ku Wołyniowi. W Lublinie za- 
trzymaliśmy się, zaproszeni na gody od pana Ossolińskiego, 
wojewody podlaskiego i marszałka. Im dalej jechaliśmy, tem 
bardziej jak kłęb śnieżny powiększał się tabor nasz mnóstwem 
^kupiących się do nas obywateli, tak dalece, że liczba koni wy- 
nosiła do 400 i 14 niosących namioty wielbłądów. Książę bo- 
wiem sprowadził z Carogrodu wielbłądy , które codziennie roz- 
mnażały się. Niejaki pan Radzikowski wyznaczonym był stada 
tego koniuszym. Był to dobry, prosty, śmieszny oryginał; ko- 
chał on swoje wielbłądy jak własne dzieci, a kiedy młody wiel- 
błądek zdechł, rozpaczał z żalu, wymawiał się że nie jego 
w tem wina; opisywał początki i progres choroby, ostatnie 
zwierzęcia momenta, żal ciężki po nim, gdyż rzadkie to stwo- 
rzenie wielkie po sobie dawało nadzieje. Ciekawe były listy 
jego , czasem wierszami przeplatane. . Pamiętam , że w jednym 
z nich do sekretarza księcia, pana Daniela Skowrońskiego, 
donosząc, że się ma żenić, były te wiersze: 

Już inklinacja o indult się stara. 
By się słączyła tale dobraaa para. 

Zastanowiliśmy się w Klewaniu , dawnem siedlisku książąt 
Czartoryskich ; dalej w Mikołajowie, już na Podolu. Przebyw- 
szy rzekę Bug, coraz bardziej piękność i żyzność kraju za- 
chwyca. Już prawie nigdzie nie widać sosen; żyzne niwy, roz- 
ległe zielone błonia, wesołe dąbrowy , odkrywają się wszędy. 



59 

w takiej krainie leży Mikołajów. Nie było tam zamku, lecz 
tylko dom komisarski porządny, gdyż komisarze wielkich pa- 
nów żyli jak sami prawie panowie. Mieściliśmy się jak mogli, 
najczęściej po stodołach. Szczęśliwy przypadek przydarzył że mi 
dostała się stodoła wieśniaka , starca z długą siwą brodą. 

— Ileż masz lat, przyjacielu? — zapytałem. 

— Sto sześć — odpowiedział. 

— Musisz wiele pamiętać ? 

— Byłem — odpowie — z królem Janem pod Wiedniem, 
służyłem za masztalerza u pana hetmana Sieniawskiego. 

Jak miło mi było widzieć człowieka, który widział Jana 
Sobieskiego! Dwa wieki, pomyślałem sobie, spotkały się z sobą: 
człowiek, co widział ostatnie tryumfy Polski, i ten nieszczęśliwy, 
co z^onu jej doczekał. 

W blizkości Mikołajowa mieszkał pan Onufry Morski, pó- 
źniej kasztelan Kamiński w Kajkowcach. Był to człowiek nie 
bez talentów zrodzony; lecz zbytnia skłonność do kieliszka 
wszystko w nim popsuła. Miał on dom wyborny i wina stare 
jak świat; zaprosił nas kilku z Mikołajowa. Po sutym obiedzie 
i wypróżnionych już wielu butelkach, przy wetach, przyniesiono 
pękatą butelkę , całą siwą i mchem prawie obrosłą. Gospodarz 
zaczął nam długo genealogję jej opowiadać ; z uszanowaniem 
schyliliśmy się przed tak dawną familją. Nalano każdemu kie- 
liszek : świadomsi zwyczajów, smoktali zwolna ten boski nektar ; 
ja, młody nieuk, jednym haustem wypiłem cały kielich. 
Trzeba było widzieć zgorszenie gospodarza i gości; osłupieli 
w^szyscy. 

— Któż widział — odezwał się gospodarz — trzywieczne 
wino wychlać tak szybko? Nie wartoż to, żeby się z nim po- 
pieścić? Za karę musisz wypić drugi, ale tak jak my, patrzaj ! 

Smoktałem więc tak jak oni. 

Morski miał ładną, grzeczną, młodą żonę. Przyszło jej do 
głowy grać komedję ; wyrzekła i być musiało. Piękna gospo- 
dyni jak róźczką magiczną stworzyła teatr, wyznaczyła kome- 
dję « Bliźnięta » , tłómaczoną przez księcia Adama Czartoryskie- 
go. Ja byłem jednym z bliźniaków, pan Malczewski drugim. 
Gospodyni Arymeną podobno; sam gospodarz podjął się być 
suflerem. W scenie, w której oświadczenie miłości mojej czyni- 
łem Arymenie, stojąc przy samym oknie suflera, gospodarz 
przy widzia wszy sobie , żem je czynił ze zbytnim zapałem, obu- 
dzony niesłusznie żądłem zazdrości, porwał mnie za nogi i do 
dziury suflerskiej chciał wciągnąć. Śmiech patrzących na to 
widzów uparoiętał go przecież i rzecz całą w żart puszczono. 

Posuwając się dalej Podolem na Ukrainę do Granowa , kraj 
coraz bardziej otwartszy, piękniejszy, bujniejszy; szparagi so- 
sną bujnie po nieuprawnych niwach, nie potrzebują gnoju. 
Kraj jednak po tylu napadach tatarskich, wojnach kozackich, 



60 

nie ludny, rzadkie wsie, rzadsze jeszcze miasteczka. Lud śpiewa 
jeszcze ballady o sławnym Chmielnickim , o wojnach z Polaka- 
mi, o Nieczaju; tę jadący koło pojazdu księcia kozacy jego 
często śpiewali. Nie była ona bez poezji i obrazów ; umiałem j% 
csJą, dziś tylko jedna w pamięci pozostała strofa: 

Sidłay Wasyl konia swoho, 
A mnie woronoiio, 
Idet Lahow sorok tysiacz, 
Eszczesz to uemnoho. 

Ten gust do śpiewów i łatwość składania pieśni do wszyst- 
kich ważnych zdarzeń, często politycznych, trwa tam dot^d. 
Kiedy w 1792 roku Szczęsny Potocki uformował Konfederację 
targowicką, i wezwał wsparcia Katarzyny, lud ukraiński tę 
złożył na niego piosneczkę : 

Oj ty Potocki, wojewódzki synu! 
Zaprodałes Polszczu i wsiu Ukrainu. 

W takowych to pieśniach zachowują, się wśród ludu pro- 
stego pamiątki ważniejszych w ojczyźnie jego zdarzeń. Alboż 
i ostatnia rewolucja nasza i legje Dombrowskiego nie zrodziły 
pieśni (takiej : « Marsz, marsz. Dąbrowski! z ziemi włoskiej do 
Polski » , mazurka Chłopickiego — nie zostań ąż wielką zapasów 
naszych pamiątką? 

Z Granowa wyjechaliśmy odwiedzić w Tulczynie tak smu- 
tnie później sławnego Szczęsnego Potockiego , w r. 1792 mar- 
szałka Konfederacji targowi ckiej. Trzy tylko mile liczą z Gra- 
nowa do Tulczyna ; lekkim atoli wózkiem po potoczystej drodze 
jechałem dzień prawie cały. Zamiast pałacu, niezmiernych dzi- 
siejszych gmachów, kosztownych ozdób, malowań, pan naów- 
czas Ukrainy, mieścił się w dużym dworze drewnianym. Humań, 
sławny rzezią hajdamaków, powstawał z gruzów, zdziałanych 
przez tychże. Nie opisuję tu miejsc tych, gdyż w podróżach 
moich historycznych, którem przez wiele lat odprawiał po Polsce, 
opisanie i tych miejsc znajduje się. 

Z Ukrainy pi^zerżnęliśmy się znów do Kamieńca Podolskie- 
go, gdzie stary Witt, dziad służącego u Moskali, przywodził. 
Był to starzec niski , krępy , czarniawy, przypominający dobrze 
ród swój ormjański; dobry i czujny żołnierz, nie bez nauki, 
kochający się w numizmatyce. Miał on piękny i liczny zbi^ nie 
tylko polskich, lecz i dawnych medalów; podobny miał i Szczę- 
sny Potocki. Nie wiem gdzie się obydwaj podziały. Dziś już 
w całej Polsce jeden tylko podobny zbiór posiada książę Henryk 
Lubomirski. Gabinet uniwersytetu warszawskiego zabrali Mo- 
skale. Pan Bentkowski wysztychował był część onego, lecz 
blachy równie zabrali Moskale j ledwie coś rycin uratowano. 



61 

Mój skromny , niepośledni jednak zbiór , dostał się panu Fran- 
ciszkowi Potockiemu w służbie moskiewskiej. — W tym czasie 
widziałem pierwszy raz tak długo sławną z piękności swojej panią 
"Wittowę. Taka jest jej historja. Urodziła się ona naPera, przed- 
mieściu carogrodzkiem, z ubogich rodziców greckich i służyła 
w kafenhauzie , gdy Boshamp wysłany był od Stanisława Au- 
gusta w poselstwie do sułtana. Mój(vią że miał w instrukcji 
swojej przywieść piękną jaką Greczynkę. Jakoż ^piękniejszej 
przywieść nie mógł. Boshamp zatrzymał się dni kilka nad samą 
polską granicą. Ujrzano Greczynkę i wraz rozniosła się sława 
o czarodziejskich jej wdziękach : kto mógł, jechał, by ją przynaj- 
mniej ujrzyć. Między tymi i syn komendanta Kamieńca, młody 
podpułkownik Witt. Ujrzeć ją i zapamiętale zakochać się , było 
dziełem jednego momentu. W kilka dni tajemnie, bez wiedzy 
ojca, młody Witt ożenił się z Greczynką. Jakież było zadziwie- 
nie ojca, gdy ujrzał syna wprowadzającego nieznaną mu ko< 
bietę jako żonę. Stary ormjanin małżeństwo takie uznawał za 
uwłaczające sobie; nie przewidywał, jakie ją wyniesienie cze- 
kało. Przez kilka lat została Wittowa w Kamieńcu, zawracając 
głowy wszystkiej okolicznej młodzieży. W r. 1788 przyjechała 
do Warszawy, i piękna jak bogini Gnidu, ubierała się raz po 
grecku , znów po europejsku. Gdzie się pokazała, zachwycała 
wszystkich. Ciśnięto się w pędy, stawano na stołkach, na stoli- 
kach, byle ją tylko widzieć. Wtenczas to ujrzał ją Szczęsny 
Potocki i zakochał się zapamiętale. Lecz rozgniewany, że go 
sejm nie słuchał i o sukcesji tronu zamyślał, odroczył swą mi- 
łość na czas wygodniejszy, i z Sewerynem Rzewuskim do Wie- 
dnia się wyniósł, by z posłem moskiewskim Eazumowskim na- 
radzić się, jak za pomocą carowej tym fatalnym ciosom na 
wolność zapobiedz. We dwa lata potem, gdy carowa pokój 
z Porta zawierała, i Potemkin przyjechał do Jass, pojechał tam 
Szczęsny z Rzewuskim podać pod aprobację jego projekt Kon- 
federacji targowickiej. Nie omieszkała zręczna Wittowa udać 
się do Jass, by ułożony od dawna zamysł swój przywieść do 
skutku. Jakoż tak umiejętnie umiała rozpalić płomienie Szczę- 
snego, raz nadzieją, znów udawaną srogością, iż przyrzekł, 
przysiągł nawet, iż bez względu że z pierwszej żony Mniszchó- 
wny z domu , miał dziesięcioro dzieci , rozwiedzie się i ^sojmie 
ją za małżonkę. Bogatemu wszystko nie trudno. Znalazł Szczę- 
sny rozwiązłego jak sam, już od Moskali nominowanego bi- 
skupa kamienieckiego Sierakowskiego. Ten za pieniądze dał 
rozwód: mąż pierwszy Wittowej za pieniądze zezwolił, Gre- 
czynka, służąca w kafenhauzie, stała się Potocką, jedną z naj- 
znakomitszych pań w Polsce. Zacząwszy raz rozprawiać o tej 
epoce przebywania Szczęsnego w Jassach, wspomnieć muszę, 
choć nie w porządku lat , co się tam działo. Sławny Potemkin 
wszechwładnego u Katarzyny używał naówczas kredytu. Byt 



62 

on tylko podoficerem w gwardji, gdy Katarzyna II., udasiwszy 
męża swego Piotra III., przywłaszczyła sobie berło moskiewskie. 
Zuchwały, wyniosły, wiedząc że tylko przez miłosne za^ugi 
przez rozwiąs^ą, pani§ wynieść się do władzy można było, uda- 
wał przed nią. zapamiętałego kochanka. Będąc w stopniu tak 
niskim , wiedział, że mu mocniejszych jak zwykle dowodów mi- 
łości tej potrzeba było. Zamkn^ się, prócz kilku poufałych nie 
chciał widzieć nikogo , udając że z gwałtownej miłości dla mc- 
narchini swej płacze ciągle i od rozumu odchodzi. Rozchodzi 
się ta wieść po Petersburgu wkrótce, że Potemkin od ustawnego 
łez wylewania stracił jedne, oko. Wieść tak pochlebna dla pró- 
żności Katarzyny, łatwo do uszu jej dochodzi; chce widzieć 
człowieka, na którym tak gwałtowną miłość wzbudziła. Staje 
Potemkin , w rzeczy samej ślepy na jedne oko , lecz z innej 
przyczyny. Potemkin był olbrzymiej postaci , twarzy męzkiej ; 
padł na kolana przed Katarzyną, zapamiętałą miłość swoją tak 
śmiało, gorąco, wymownie wyrazić umiał, iż łatwo Katarzynę 
natychmiast do nagrodzenia tak rzadkiej miłości zniewolił. Nie 
jeden Potemkin posiadaniem faworów tej monarchini szczycił 
się; lecz co jest do zadziwienia, to, że przestawszy być jej fawo- 
rytem, on nowych mianował, wybierał kochanków i aż do 
śmierci zupełnie nią rządził. 

W czasie pobytu swego w Jassach, Potemkin prawdziwie 
azjatycki przepych wystawiał. Kochał się on wtenczas w knia- 
hini Dołhorukoj, i gody, jakie nam tylko bajki Tysiąc i Jednej 
Nocy podają, dla niej wyprawiał. Choć jedno napomknąć mu« 
szę. Kazał wykopać niezmierne podziemia, w nich obszerne 
komnaty i sale ; w tych rzęsisto oświeconych , w dzień dawał 
bale. Prowadził życie leniwe , dzień prawie cały rozczochrany, 
rozmamany w dużym tułubie , leżał rozciągnięty. Kochał on się 
w drogich kamieniach. Zabawką jego było kazać sobie przy- 
nieść dużą szkatułę, całą napełnioną djamentami, perłami, ru- 
binami, szafirami, i pełną garścią przesypywać je. Gusta jego 
były prawdziwie barbarzyńskie, moskiewskie : nie lubił jak pro- 
ste narodu swego potrawy , osobliwie surowe warzywo ; pożerał 
je bez miary, i to mu śmierć przyniosło. Najadłszy się bowiem 
surowizny tej zbytecznie, strawić jej nie mógł, i w drodze do 
Mikołajowa, wyniesiony z pojazdu i na czystem położony polu, 
życia dokonał. Śmierć jego była może stratą dla Polski. 
Wszystkie bowiem kroki jego dowodzą, że zamyślał o koronie 
polskiej. Starał się naprzód o indygenat polski i w roku 1786 
otrzymał go. Na czteroletnim sejmie , tak przeciwnym Katarzy- 
nie, gdy sejjn ten wojsko pomnażał, jako Polak przysłał 
w ofierze tysiąc sztuk broni i cztery działa. Gdyby był nie 
umarł, wszystko mogąc na Katarzynie, byłby otrzymał koronę 
i zapobiegł drugiemu podziałowi. Byłby to król barbarzyński. 



63 



lecz nie wiekuisty, i lepszy, jak ostatnie zatarcie imienia pol> 
skiego: 

Ustawnie zbaczam i ustawnie do materji powracać muszę. 
Idę dalej do przypomnień podróży, a raczej objażdżek moich 
z księciem już to dla popisu wojsk, już dla zwiedzania szkół; 
by} bowiem książę jednym z komisarzy edukacji. Nadmienię 
o przychodzącem mi na pamięć zdarzeniu. Gdyśmy dojeżdżali 
do Zienkowa na Podolu, szły jak zwyczaj wielbłądy z ciężarami, 
gdy nieszczęściem chłop, jadący maJ% kobyłą na wózku, spotkał 
te niezgrabne stworzenia: na widok ten kobyła padła i zdechła 
ze strachu. Tak silnym jest i na zwierzętach strach niespo- 
dziany; nie uzbraja ich jak ludzi, uwaga i umysł męŻDiejszy. 
Kmieć, jak wnosić można, zyskał w tym przypadku, hojnie na- 
grodzony od księcia. 

Bywało, że księżna i dzieci towarzyszyli księciu w podróżach 
tych. Raz, gdyśmy byli w Dłuszku, wsi księcia od starostwa 
latyczowskiego, pod Kamieńcem, wzięła chęć księżnę odwiedzić 
baszę w Chocimie i widzieć seraj jego. Pojechaliśmy więc. Ba- 
sza przyjął nas otoczony całym swym dworem. Między urzędni- 
kami dworu tego był także i błazen, śmieszna, niepoczesna 
figurka , dziko ubrana , z mnóstwem małych młoteczków za pa- 
sem. Wykrzywiania się atoli jego nie rozrywały posępnego 
baszy; nic prawie nie mówił. Dano kawę i lulki; rozdano ka- 
żdemu po chustce ze złotemi brzegami. Gdyśmy się oddalali, 
zapytała księżna znajomego Tatara, mówiącego po polsku, dla 
czego basza tak smutny? 

— Nic to — rzekł. — Wczoraj przywidziało się baszy, że je- 
dna z żon jego była mu niewierną , więc kazał ją obszyć w wór, 
wrzucić wBniestr i utopić; dziś rano przekonał się, że była nie- 
winną, jest więc trochę markotny — ale to przejdzie. 

Odwiedziła księżna seraj baszy, wysokim parkanem ogro- 
dzony; znalazła w nim z tuzin żon, wszystkie tłuste i białe: 
w tern bowiem piękność u Turków zależy. Zaproszeni byliśmy 
na obiad do jednego z pierwszych mieszkańców : dla każdego 
był osobny stolik nizki przy samej prawie ziemi ; usiedliśmy na 
dywanie, z skurczonemi nogami. Przyniesiono ze czterdzieści 
potraw drobno siekanych, jedna po drugiej, tak prędko, 
że ledwie skosztować można było , tak wraz odnoszono je na- 
powrót. 

Z Podola udaliśmy się do Galicji, dawniej Rusią Czerwoną 
zwaną, nie bez boleści serca widząc tę tak piękną krainę oder- 
waną od Królestwa Polskiego. Wtenczas to zdarzyło mi się 
widzieć pierwszy raz znakomitego wieszcza naszego Karpińskie- 

fo; trzymał on dzierżawą małą wioskę, podo))no od sławnego 
otockiego , starosty kaniowskiego. Była już godzina dziesiąta 
wieczorem, gdym zajechał przed biało tynkowany domek. 
Wszedłszy z sieni do izby, zastałem wieszcza siedzącego na 



n 



64 



krześle i moczącego nogi. Twarz jego sinugła, włosy czarne, 
oczy czarne i żywe, przyjemny uśmiech, mowa łagodna. Był to 
poeta z tkliwości, naturalności swojej powszechnie znany. 
Dzieła jego są w ręku wszystkich. Książe Adam Czartoryskie 
jenerał ziem podolskich , przyzwał go na dwór swój za sekreta- 
rza, gdzie wiele lat pozostał. Po ostatnim podziale kraju, kniaź 
Repnin dał mu z ekonomji grodzieńskiej małą swobodę, w któ- 
rej do śmierci pozostał. Pierwsze wiersze jego do Narussewicza 
dały go poznać światu polskiemu. Zaczynały się one tym wier- 
szem: 

Po Kochanowskim długo pozostały «ieni«c, i t. d. 

Wiersze jego do Zygmunta Augusta: 

Ty śpisz, Auguście, a w dom twój goście przyjecłiali , i t. d. 

tkliwe Elegje do Justyny, nie zatracą nigdy ni sławy, ni pamięci 
Karpińskiego. 

Mówiąc o objaźdżce naszej po Galicji nie powinienem prze- 
pomnió odwiedzin pana Potockiego, sDlirosty kaniowskiego. 
Był to jeden pozostały z początku ośmnastego wieka magnat 
polski. Tradycja zachowuje dotąd dzikie (a wtenczas bezkarne) 
dziwactwa i czyny jego. I tak, gdy zabił w 1730 r. sąsiadowi 
żyda, a ten się o to skarżył, na duży drabiasty wóz kazał nawalić 
żydów, zawieźć ich przed bramę sąsiada i wóz wywrócić; 
a w liście były tylko te słowa: « Za jednego piędziesiąt, wasz- 
mosci brat i sługa. » Potocki ten rozkazywał babom włazić na 
jabłoń i kukać jak kukawki; wtenczas strzelał do nich śrutem 
w tylec, baby spadały, a on się śmiał do rozpuku i płacił 
dobrze. 

Ten starosta kaniowski był wujem księcia po OpalińskicL 
Zmierzając drogę do niego, zajechaliśmy przed ogromny ganek 
ogromnego drewnianego, bez piątr, domu jego. Wyszedł sta- 
rosta na ganek. Dotąd stawa w pamięci mojej nadzwyczajna 
postać jego. Wzrost prawie olbrzymi, twarz rumiana, zawiędła, 
zawiesisty wąs siwy, sieledziec na głowie zakręcony za ucho. 
Choć to było w lipcu, żup^n siarczysty aUasowy, pikowany ba- 
wełną, kontusz na opuszki oliwkowy krótki, ciężki niezmierny 
cybuch w ręku. Weszliśmy do dużej izby , której czwartą część 
przynajmniej zabierał ogromny piec czworograniasty z podo- 
bnymże zapieckiem. Zaczęła się rozmowa o czasach Augusta II, 
w której widać było, że starosta żałował tych czasów, a poró- 
wnywając je z czasami i rządem austrjackim, wzdychał ełęboko. 
Książę , chcąc go odwrócić od wspomnień tak żi^osnych, zaczął 
inną rozmowę, gdy starosta się odezwał: 

— Panie siostrzeńcze, chciałbym z waszecią mówić sam 
na sam. 



65 

Tu książę dał nam znak, żebyśmy wyszli. Gdyśmy tak 
uczynili , zapytał ksiąźe : 

— Cóż mi wujaszek rozkaże ? 

— Zaczekaj wasze — rzekł starosta — jesteśmy nie sami. 
Tu świsnął i cybuchem uderzył o stół dębowy. Natychmiast 

sześciu czy ośmiu małych chłopców pokojowych w żapanikach 
i kurtkach runęło jeden przez drugiego z za pieca i wraz do 
sieni. Obiad dano o samem południu, tłusty, zawiesisty, 
obfity, potrawy zapewnie takie, jakie jeszcze za Jagiełłów ja- 
dano ; wszystko na ważnem srebrze , lecz srebro to nie było wy- 
chędoźone. 

Starosta kaniowski żył do ostatniej starości pod Sokalem, 
z sławnym klasztorem bazyljąńskim, gdzie jest cudowna Matka 
Boska. ■ Wielce on klasztorowi temu świadczył, tam też leży 
w grobie; a choć prowadził życie rozwiązłe, ciało jego od lat 
piędziesięciu konserwuje się jak żywe. 

Odwiedziliśmy dalej Brzeżany, wspaniałe dobra po Sien^a- 
wskich w nowszym czasie do książąt Czartoryskich przeszłe. 
Jest blizko miasta miejsce wiejskie pod nazwiskiem Raj , i słu- 
sznie: ciężko bowiem piękniejsze położenie, lepiej użyte i pię- 
kniej utrzymane widzieć. Jest ono zupełnie w guście willów 
włoskich, pełno w niem dobrych malowań i starodawnych por- 
tretów. Tu to przybył do księcia kapitan cyrkułu brzeżańskiego 
Gotschalk, ubrany jak najpooieszniej w świecie: suknia niebie- 
ska jedwabna , kamizelka i porteczki żółte, ufryzowany w pukle 
na kształt pistoletów; w rUrze każdego pistoletu wsadzony był 
gwoździk ponsowy. Taka była elegancja niemiecka! 

We Lwowie spotkaliśmy cesarza Józefa II. Ten całe życie 
jeździł po niezmiernych państwach swoich , wszędy dobre lub 
złe , lecz zawsze porywczo wprowadzając odmiany. Ciężko on 
później porywczość tę przypłacił : zrządził bunt w Niderlandach, 
obruszył na siebie Węgrów , doznał klęsk od Turków , gdy nie- 
potrzebnie namówiony od Katarzyny w roku 1788, wdał się 
w wojnę z nimi. Bywał on na kompanjach we Lwowie. Raz 
tańcząc z księżną jenerałową polskiego, zapytał jej, czy dobrze 
tańcuje. Odpowiedziała księżna: 

— Votre majeste a un pen d'accent. 

Cesarz ten równie jak i inni, co Polskę rozszarpali, usiłował 
wygładzić język polski , a wprowadzić niemiecki ; w szkołach 
nigdzie już nie uczono po polsku. Wprowadził on równie Ur- 
barium, czyli ocenienie dóbr wszystkich do równej proporcji 
podatków. 

Mówiąc o podróżach naszych, nie należy mi opuścić zwie- 
dzenia wojska litewskiego wtenczas, gdy książę Czartoryski był 
jego komendantem, a ja adjutantem przy nim, wraz z pp. Ber- 
ken i Orłowskim. Zaczęliśmy przegląd od pułku stojącego 
w Brześciu Litewskim. Sldadał się on tylko z 160 ludzi, czterech 

NiBMCEwics, Pamiętoiki. 5 



66 

kompanji po 40, jaż jednak lepiej wymuBztrowaDyoh, w lepszym 
porządku i karności, jak dawne wojsko, w r. 1717 za namow% 
Piotni I. zwinięte. W Pińska oglądaliśmy brygadę Petyhorską, 
poważnego znaku zwaną. Taki bowiem tytuF miała kawalerja 
narodowa, by ją odróżnić od piechoty i dragonów, zwanych od 
dawna cudzoziemskim autoramentem. Brygada ta nie miała jak 
200 koni; każdy towarzysz szlachcic musiał mieć szeregowego 
czyli pacholika z koniem, na co wszyatko, jeżeli dobrze parnie 
tam, brał 600 złp. na rok. Dowódcą brygady tej -był pan Cho* 
miński, później wojewoda witebski, człowiek nie bez rzadkiego 
dowcipu, talentu i wymowy. Podejmował on księcia i dwór 
cały własnym kosztem. Pasibrzuch doskonały, nie mało on łożył 
starania koło spiżarni swojej. Pamiętam iż raz rano spotkałem 
go na folwarku wśród mnogich kojców, karmiącego kurczęta 
gałeczkami chleba w mleku gotowane mi. 

Pińsk jest ważne miasto z położenia swego i do obrony wo- 
jennej, i do handlu; położone nad rzeką Prypeć, wskroś ogro- 
mnych bagnisk, biegącą aż do Dniepru , przy dobrym rządzie 
bogaty handel z morzem Czamem mogące prowadzić i niedo- 
bytą prawie być twierdzą. Nie umieli z tego korzystać przodko- 
wie nasi, zaspani w winowajczym letargu. Ciekawą-jest prowincja 
taco do historji naturalnej, jak druga Wenecja nie kanałami, lecz 
spławami, bagnami napełniona, posiada mnóstwo nieznanego 
ptastwa, ryb , płazów i owadów. Ma znaczne wśród błot swych 
wyspy; płynęliśmy do jednej z najznaczniejszych Horodle, 
gdzie był wspaniały klasztor Cystersów. Statki zowią szuchaleje. 
Hetman Ogiński własnym kosztem wybitym kanałem Muchawiec 
z Prypecią złączywszy, wskazał pierwszy drogę, jak z położe- 
nia Pińska korzystać można. Ach! gdyby nas byli zostawili 
z konstytucją 3. maja 1791 r., gdzie nowe pokolenie uleczone 
z dawnych przesądów i nieczułości na dobro publiczne, duchem 
tylko dobra tego tchnęło, czemźebyśmy dzisiaj nie byli? 
' Biyffada huzarska, imieniem tylko przypominająca dawnych, 
polskich hussarzy, ciężko uzbrojonych, nieraz ze skrzydłami 
w srebro oprawionemi, gdzie najpierwsza szlachta służyła^ 
gdzie rotmistrzami byli najpierwsi panowie — dziś urządzona 
inaczej co do przepychu i sKładu , stała w Kownie pod dowódz- 
twem pana Giedrojcia. Już tylko uboższa szlachta szła do niej, 
nosiła mundur karmazynowy, a Petyhorcy granatowy, obiedwie 
bez bechterów i pancerzy. Pamiętam, że w dzieciństwie mojem 
widziałem u ojca mego, służącego w młodości w poważnym 
znaku Petyhorskim (poważnymi bowiem zwały się te znaki),, 
pamiętam, mówię, żem widział wiszący u niego na ścianie pan- 
cerz petyhorski, najdawniejsza może zbroja polska z wieków,, 
gdy ojcowie nasi wyszli z Piathor do Czerkasji. Dziad mój pa- 
miętał jeszcze w Brześciu ostatniego rzemieślnika łucznika. 
Pamiętam i ja niektórych starych Polaków używających iukn^ 



67 

ale tylko dla zabawy; nosili oni na palcu duży pierścień srebrny, 
jak pierścień konstytucji 3. maja, do łatwiejszego naciągania 
cięciwy. 

Z powrotem z Pińska odwiedziliśmy w Słouimie hetmana 
Ogińskiego. Żył on po pańsku , lecz już się u niego cudzoziem- 
czyzna mieszała. Miał wielki gust do sztuk pięknych , malowa- 
nia, więcej jeszcze do muzyki: nie tylko grał dobrze na wielu 
instrumentach, ale nawet i komponował. Jemu to przypisać 
wynalazek pedałów na harfie. Komponował on i słowa i muzykę 
do polskiclToper swoich. Miał nadworny teatr, nie tylko polski, 
lecz i włoski ; na jednej z tych oper widziałem wjeżdżającego na 
koniu kastrata Włocha. Codziennie mieliśmy widowiska podo- 
bne, a gdyśmy mieli wyjeżdżać, koniecznie nalegał na księcia, 
aby się choć pół następnego dnia zatrzymał, mówiąc: 

— Dam ci, mój książę, jutro rano Alzyrkę, przetłómaczoną 
prozą przez marszałka mego Lachnickiego. 

Jakoż nazajutrz widzieliśmy tę Alzyrkę prozą. 

Był hetman Ogiński najlepszy w świecie człowiek, gorliwy 
ojczyzny swej miłośnik, lecz przytem aż do dzieciństwa próżny, 
osobliwie co do hożej ciała postaci. Raz chodząc z nim po po- 
kojach w Sielcach na Podlasiu u żony jego, widząc portret jego 
w młodości malowany, rzekłem mu: 

— Jakże ten portret dziś jeszcze (miał on naówczas lat 
sześćdziesiąt) do JWPana podobny. 

On na to, wziąwszy się za wargę i spojrzawszy na portret, 
te mi słowa powiedział : 

— Ja jestem piękniejszy! 

Lecz ta dziecinna próżność iluż dobremi przymiotami była 
nagrodzoną 1 

Z Słonima udaliśmy się do Różany, dóbr księcia Aleksandra 
Sapiehy, kanclerza wielkiego litewskiego, jednego także 
z pierwszych magnatów w Litwie. I on także utrzymywał teatr 
francuzki i polski, złożony z wychowanych w sokole jego dzieci 
wieśniackich. Grano więc na bardzo ładnym, nie wielkim tea- 
trze operetkę J. J. Rousseau : « Le Devin du Yillage. » Tuśmy 
nie długo bawili i ku jesieni do Wołczyna wrócili. Eu zimie 
w roku 1783, książę zdawszy komendę wojska litewskiego Jun- 
dziłłowi, zatrzymaiwszy tylko pułk gwardji litewskiej , wyłożyw- 
szy nie mało na utrzymanie go, udał się do Wiednia na uroczy- 
stość nowego roku, wspaniale tamże obchodzoną. Cesarz Józef 
drugi był to chybiony filozof; wspomniałem jak w czwał wszyst*- 
kie odmiany wprowadzał w wielkich państwach swoich. Chciał 
on pogodzić dwa niezgodne ze sobą czyny : i samowładne dzia- 
łanie i wszelkie zgładzenie tego uroku, którym majestatyczność 
monarchy poddanych swoich uderzać powinna. Chciałby żyć, 
obcować z ludźmi, jak im równy, i poddać ich pod ślepe po- 
słuszeństwo woli swojej. Skasował na dworze swoim wszelką 

5* 



68 

etykietę, chodził w mnndarkH zielonym pałka dragronów, 
uczęszczał po prywatnych domach wieczorami, mieszał się j&k 
każdy inny do rozmów, słowem przyzwyczaił ludzi do widzenia 
w sobie nic więcej , jak człowieka równego wszystkim. Monar- 
cha, który chce tego uniknąć, powinien odosobnić się i otoczyć 
majestaty cznością , uderzającą umysły ludu. Przyjdzie zapewne 
czas, gdzie tego wszystkiego nie będzie potrzeba; gdzie ladzie 
będą dosyć oświeceni, że zamiast rÓ¥mie ułomnemu jak sami 
cdeku, prawom tylko samym podlegać będą. Ale czas ten 
jeszcze nie przyszedł. ^ 

Nie mógł się Józef IL uwolnić od obchodzenia jak zwykle 
uroczystości nowego roku. Wtenczas to gwardja niemiecka, 
węgierska i galicyjska czyli polska, występują w całym swoim 
przepychu. Książę Esterhazy, dowódca gwardji węgierskiej, 
jaśniał cały od djamentów i pereł. Dolman, spodnie, buty na- 
wet jego były oloryte niemi. Książę w żupanie, kontuszu, szara- 
warach, ładownicy, stroju zupełnie polskim, nie mógł z nim 
walczyć w przepychu; miał jednak u czapki kitę brylantową 
z gruszką z dużego szmaragdu u dola, i taśmę od ładownicy 
także złożoną z brylantów. Później wszystkie te brylanty 
córka księcia, Marja wirtemberska, Matce Boskiej Loretańskiej 
darowała. 

Przebyliśmy zimę całą w Wiedniu. Książę i Michał Wielo- 
horski przedstawili mnie w pierwszych towarzystwach. Wysoka 
arystokracja wiedeńska, czyli raczej oligarchja, z najpierwszych 
tylko składała się familji. Pierworodność ciągle utrzymuje 
je w bogactwach, a zatem i znaczeniu. Panujący mają ich za 
najmocniejszą podstawę swej władzy, a lubo z drugą klassą 
szlachty nie miesza się, nie jest dumną, raczej uprzejmą. Oby- 
czaje jej rozwiązłe; przyjmują wspanisJe, lecz bardzo rzadko. 
l«ajpierwszą naó wczas matadora w Wiedniu był sławny książę 
Kaunitz, kanclerz państwa , człowiek między powszechnie upo- 
śledzonymi, z niejakim talentem, nie przewidujący też polityk, 
kiedy na pierwszy podział Polski pozwolił. Marja Teresa upor- 
czywie opierała się onemu. Któżby powiedział, haniebne zgła- 
dzenie ze świata pierwszej żony Szczęsnego Potockiego przez 
własnego jej świekra, usunęło skrupuły cesarzownej! 

— Zniesieź że pani — rzekł jej Kaunitz — by kraj, w którym 
tak zbrodnicze popełniają się występki, dłużej w szkaradnym 
bezrządzie swoim zostawał? 

Zezwoliła Marja Teresa. 

Kaunitz w prywatnem życiu swojem był wielce szczególnym, 
a bardziej jeszcze oryginalność udawał. Postać nieokazała, 
wzrost wyższy miernego, twarz chuda, blada; nosił płaską pe- 
rukę , która mu aż do orwi zakrywała całe czoto. Pamiętam, że 
gdy poseł turecki był u niego pierwszy raz, patrząc na tę figurę 



69 

i perukę, oczu w głowie zapomniał, i obróciwszy się do Thu- 
guta, umiejącego po turecku, rzecze: 

— Allah ! jeszczem też w życiu mojem nie widział takiego 
zawoju, jak ten, który wielki wezyr wasz nosi. 

Któż ze starych nie pamięta ckliwych jego obrządków płu- 
kania gęby po skończonym obiedzie, gdy w obec siedzących 
koło siebie dam płukał, czyścił i gargaryzował sobie gębę. Do 
późnej starości miał on wielką pretensję do wybornego jeżdże- 
nia na koniu. Miał on własną ujeżdżalnię i tam sztuki i szprynce 
•wyprawiał. Jedyny sposób podobania mu się był przychodzić 
od rajtszuli i dziwić się zręczności jego. 

Mógł sobie dokazywać Kaunitz na maneżu. Spokojny był 
stan Europy, wojna nawet o niepodległość amerykańską 
skończyła się. Użyła Katarzyna tej spokojności w zabrania 
sobie ważnego półwyspu Krymu. Kierym Giraj był naówczas 
hanem tatarskim : dała mu pewną sumę pieniędzy za ustąpienie 
i przekupiła dywan w Sztambule. Zaczarowanie jakieś wtenczas 
ciężyło na oczach całej £uropy: nie tylko stary Kaunitz i Józef 
drugi już panujący, lecz Anglja i Francja nic na to nie powie- 
działy. O zaślepienie! Nie przewidywały, że posiadanie Krymu 
dawfido Moskwie panowanie nad morzem Czarnem, otwierało 
drogę do Carogrodu , co mówię , do Wschodu całego ; że w Se- 
bastopolu mogła Moskwa liowe floty wystawiać, tak, jak już 
dziś wystawiła. Ślepota, zaczarowanie to musi. być skutkiem 
niezgłębionych przeznaczeń Najwyższego. Rośnie Rosja jak 
grzyb w ciemnej nocy wilgotnej ; zaświeci kiedyś słońce , roz- 
pędzi kiedyś chmury ciężące na oczach i rządzących i ludów, 
a w jednej chwili grzyb ten zniszczonym będzie. 

Nie będę tu opisywał "Wiednia, jego rozlicznych galcrji, 
zbiorów , charakteru ludu ; tyle jest tych opisów wielce wier- 
nych. Lud ten, zresztą dobry , łatwy, spokojny, nie zna umy- 
słowych roskoszy; zwierzęce chęci jedynie nim rządzą, przesta- 
jąc na tern czem jest, ani wiedzieć pragnie, co się dzieje gdzie 
indziej. Przez cały tydzień zatrudniają się powołaniem swojem. 
W niedzielę wysypuje się miasto całe do rozległych ogrodów 
i zwierzyńców swoich, nie żeby używać świeżego powietrza, 
piękności natury , lecz by jeść smażone kurczęta i pić kwaśne 
wino. Gdyby to można zapomnieć, że człek stworzony do wyż* 
szych przeznaczeń , życie takie uwolniłoby nas zaiste od wielu 
zawodów i ciężkich walk z losami. 

Na początku wiosny cesarz Józef wyjechał, by objeżdżać 
podług zwyczaju swego , włoskie prowincje swoje. Książę po- 
wrócił do siebie. Między znajdującymi się w Wiedniu Polakami 
był Stanisław Sołtyk, synowiec biskupa krakowskiego. Ten 
właśnie wyjeżdżał do Włoch, a będąc u księcia, rzekł do 
niego : 



70 



— Chciałbym wziąść ze sobą pana Niemcewicza jako towa- 
rzysza podróży Da wspólne koszta. 

— Wyborna myśl — odparł książę. 

Wiedział atoli książę, że ojciec nie wiele mi dawał, lubo 
miał z czego , wiedział że z porucznikowskiej pensji mojej nie 
wielem mógł zebrać zapasu; nazajutrz zawoławszy mnie do sie- 
bie, rzekł: 

— Panie Juljanie! Przyj m tymczasem 300 czerwonych zło- 
tych na początek podróży swej. 

Dar od tego, któregom z dzieciństwa jako ojca uważał, 
który nie znał w życiu większej roskoszy jak dobrze czynić, 
sprawił żem go bez zapłonienia przyjął. 



ROZDZIAŁ Vm. 



Stan Polski około r. 1782. — Podróże. — Podrół autora w tej epoce z Wie- 
dnia aa Triest, Wenecję, Florencję do Reymu. — Wspomnienia Neapolu, Pom- 
pei i Herkulana. — Podrói do Sycylji. — Palermo , Katania i góra Btna. — 
Wycieczka na wyspę Maltę. — Powrót do Sycy^Ji. — Wspomnienia o Girgenti, 

■ Taorminie , Syrakuzie i Messynie. 



Pierwsze podróże moje po Włoszech, Sycylji, Malcie, 
Francji, Anglji, HoUandji, Niemczech opisałem dawniej ; lecz 
te opisy zapewne z innemi rękopismami memi zginęły w 08ta> 
tniej chlubnej , lecz nieszczęśliwej politycznej zawierusze naszej. 
Dziś szczególniejsze tylko w tych podróżach opiszę zdarzenia, 
lecz nim i do tego przystąpię, choć pokrótce opowiem, w ja* 
kim stanie zostawiłem rodzinną ziemię moją, a choć się może 
w datach pomylę, niech to darowanem będzie stępionej wiekiem 
pamięci mojej. 

Stanisław August nazywsd się królem, Stakelberg, poseł 
moskiewski, rządził Polską, starannie przeszkadzając temu, 
coby nawet w wewnętrznych urządzeniach byt kraju polepszyć 
mogło. Jeden tylko wymienię tego przykład. Jedyne przyparcie 
do morza, które po pierwszym podziale pozostało Polsce, była 
Połonga na Źmuoizi , na piasczystym brzegu morza , niewielkim 
tylko statkom morskim przystępna. Król w radzie chciał temu 
zaradzić i głębokim przekopem dać sposobność choć mniejszym 
okrętom przystępować do lądu. Natychmiast Stakelberg pioru- 
nujący bilet napisał do króla, wymagając, by natychmiast myśl 



71 

^awet czynienia tego , jako przeciwną woli carowej zaniechał. 
Król więc podług zwyczaju swego wraz uległ. 

Co do literatury ) ta wzrastała spieszniej jak umiejętności. 
Te ostatnie zaczęły się dopiero krzewić w urządzonych na nowo 
-akademjach krakowskiej i wileńskiej. Poczobut w Wilnie obrany 
-członkiem Towarzystwa krakowskiego, w Londynie znany 
w świecie uczonym, nauczał astronomji, Gilbert historji natu- 
ralnej, Bem medycyny. W Krakowie sposobili się dwaj bracia 
>Śniadeccy, w Warszawie biskup Naruszewicz pracował nad hi- 
fltorją polską, ksiądz Staszyc wydał: Uwagi nad życiem Zamoj- 
skiego; Kniaźnin pisał rymy polskie i łacińskie, Zabłocki prze- 
tłumaczył dzieła St. Real i pisał komedje, Węgierski dowcipne, 
uszczypliwe wiersze, przetłumaczył także powieści moralne 
Marmontela, Jakubowski Lafontaine , Wyrwicz geografję. Ja 
na nieszczęście romanse: La Reine de Navarre, Jana Bourbon, 
księcia z Karencji, oblężenie miasta Calais. U króla trwały 
obiady czwartkowe aż do roku 1788. 

W r. 1783 w październiku upływało sto lat po oswobodzeniu 
Wiednia przez Jana III. Stanisław August chciał tę świetną 
pamiątkę najuroczyściej obchodzić. Wyprawił więc w willi 
swojej w Łazienkach rycerskie gonitwy, do których użył dwu- 
nastu paziów swoich, wychowywanych pod dowództwem puł- 
kownika Koenigsfeld: zdejmowano pierścienie, kruszono kopje 
o tarcze, kartonowe głowy tureckie. Wtenczas to nastąpiła 
inauguracja posągu króla Jana na moście Łazienkowskim, 
dzieło co do sztuki mniej jak mierne, lecz chlubnej pamięci. 

Nie omieszkali właściciele Puław , czystem zawsze tchnący 
obywatelstwem, obchodzić dnia tak pamiętnego. Wezwano 
mnie do napisania hymnu do tej uroczystości ; dwa tylko wier- 
sze pierwszej strofy pamiętam z niego. 

Były one jak następuje: 

DtiB wiek upływa, jak nasi prsodkowie 

W ozdobnych zbrojach pod Wiedniem stanęli — 

m 

Po tei wycieczce w poprzedzające czasy , przystępuję znów 
do podróż moich. Rozstałem się z żalem i wdzięcznością z do- 
brym księciem moim i na koszt wspólny z panem Sołtykiem 
puściłem się do Włoch drogą na Triest. Jakem powiedział 
wprzódy, cursiye tylko tę podróż opiszę ; rozciągłe bowiem i na 
miejscu pisana zaginęła z resztą. Przejechawszy Styrję, kraje 
górzyste, pierwszy raz dojeżdżając do Triestu, z wyniosłej 
góry ujrzałem morze. Jestże człowiek , co pierwszy raz widząc 
ię okiem nieścignioną przestrzeń, te białe żagle sunące się po 
niej, ten las masztów, wracających, idących w różne części 
świata — jestże człowiek , któryby widokiem tym nie był za- 
chwycony i nie podawał się głębokim dumaniem? Jak pięknie 



72 

lord Byron opisał morze! Przetlómaczylem praed rokiem py- 
szne jego strofy. 

Zabawiliśmy par§ niedziel w Trieście. Cesarz Józef IL 
z powrotem z Medjolann odwiedzał to miasto ; widziałem go 
na Towarzystwie kupieckiem rozmawiającego z kupcami. Ża- 
den z cesarzów niemieckich nie śmiał dawniej tak się pospoliio- 
wać. Nic lepszego i pożyteczniejszego, gdyby familjamość ta 
nie prowadzua ładzi do zuchwałych wstrząśnień, gdy się przy- 
zwyczają nic nie szanować. Dość dobra była w Trieście opera 
włoska. Dawano «Didone abandonatao Anfossego, gdzie Chri- 
sostomi śpiewak, Wołoch, cadów dokazywał. 

Umyśliliśmy odwiedzić lUyrję i Dalmację, kolonje sławiad- 
skie. Pobratymstwo z temi ludami silnie mię do tej podróży 
nędziło. Wzięliśmy więc w Trieście felukę i płynąc brzegiem 
Istrji, stanęliśmy nad świtem w mieście Pola. Jakież było moje 
zadziwienie, gdy obudziwszy się, usłyszałem na brzegu mówią- 
cych mową ojczystą moją , z niewielką odmianą. Dziś Pola jest 
małem, nieludnem miasteczkiem; znacznem musiało być za 
czasów Bzymian: świadkiem tego kościół ś. Augusta, całkiem 
zachowany. Amfiteatr dziś się pławiący w morzu, dawniej 
może wśród miasta, tantum potuit matare locos to- 
t u s t as. Ludność uboga , obdarta ; przy świątyni Cezara , pana 
świata, stał przywiązany i zamyślony jak ja — osiołek. 

Wypytując się, jak się można dostać do Spalatro , sławnego 
miasta, gdzie Djoklecjau, sprzykrzywszy sobie wielkość świata, 
usunął się od niej , woląc spokojnie w ogrodzie sadzić kapustę : 
odpowiedziano nam, że się tam pokazało powietrze; trzeba więc 
było porzucić nadzieję widzenia Dahuacji i powrócić nazad do 
Triestu. 

Wkrótce atoli prowadząc dalej podróż naszą włoską, wy- 

Cły Dęliśmy do Wenecji , wraz z jenerałem austijackim Feketą. 
*en woził z sobą jakąś awanturnicę, nazywającą się panią Lu- 
bińską, lecz i słowa nie umiejącą po polsku. Jedynowładnie 
rządziła ona tym austrjackim rycerzem. 

Jeżeli zbliżając się do Triestu, zadziwił mnie sam widok 
morza, cóż dopiero, gdy pomyślnym pędzony wiatrem, ujrzałem 
z łona tego powstające, wspaniałe miasto z wieżami i wspania- 
łemi gmachami swemi; co więcej, gdym ujrzał mieszkańców 
miasta tego, nie chodzących, nie jeżdżących, ale {bywających 
jak ryby ! Przecież mieszkańcy miasta tego , w V. wieku naja-* 
zdem barbarzyńców z lądów wygnani, w tych zatokach Adrja- 
tyckieeo morza schronienia szukając, z czasem najbogatsze, 
najpiękniejsze, a w Xl. i Xn. wieku potężną rzeczpospolitę 
założyli. Kie masz jej dzisiaj i śladu ; mało kto widział rzeczpo- 
spolitę wenecką, tak jako nie w sile i poważaniu, ale w ze- 
wnętrznych formach swoich była. Jam ją jeszcze tak zastał. 



73 



Widziałem Dożę w lamowym złotym płaszcza z gronostajami, 
na ogromnym złocistym bucentaurzę , otoczonego senatorami, 
zaślubiającego morze. W maju więc cała przestrzeń wodna 
okryta była gondolami; mnóstwo cudzoziemców, cała ludność 
wenecka wysypała się. Doża stanąwszy na środku pomostu, 
rzucił ważny złoty pierścień wgłębię, mówiąc: — Zaślubiam 
cię , morze I — Natychmiast biegli nurkowie rzucili się za pier- 
ścieniem i podnosili go. Mało kto w tak żywym okazałym sta- 
nie widział to świetne miasto. Przypadkiem zjechało się do 
niego trzech monarchów: Gustaw III., król szwedzki, książę 
panujący parmeński; i arcy książę Ferdynand, rządca Medjo- 
łanu. W zdarzeniach podobnych zwyczajem było w Wenecji, 
że rzeczpospolita dawała dla znakomitych gości zawody na mo- 
rzu, czyli kursą statkami. Najpierwsi patrycjusze wysadzali się, 
kto łódź piękniejszą , z bogaciej ubranemi majtkami wyszle na 
zawody; te ftregate» zwano. Było tych łodzi wiele, piękniejszych 
jedna od drugiej ; nie płynęły , ale lotem orła leciały. 

Wieczorem Fizani dał bal wielki dla monarchów i cudzo- 
ziemców. Bal ten był na wyspie należącej do familji Pizanicb, 
wśród której wznosi się wspaniały pałac. Pałac ten i ogrody rzę- 
sisto oświecone były lampami, na drzewach wisiały lampy 
w kształt rozmaitych kolorowych owoców ; widziałem więc po- 
marańcze, cytryny, granaty gorejące ogniami, przeźroczyste. 
Pałac cały i ogród napełniony śmiejącemi się i wytwornie ubra- 
nemi damami i kawalerami, wszystko ta czarodziejski, zachwy- 
cający przedstawiało widok. 

Na ważniejsze atoli nad te, patrzałem ja przedmioty. Trwała 
jeszcze rzeczpospolita wenecka, lubo już bez dawnej potęgi 
i znaczenia, ze wszystkiemi atoli w rządzie swym nienaruszo- 
nemi formami. Szlachta tylko składała rząd. Doża prócz repre- 
zentacji mało miał władzy. Wielka rada, senat, inkwizytorowie, 
byli panami osób i życia. Byłem ja na ich obradach. W ogro- 
mnych salach , ozdobionych obrazami Tintoretto i Pawła Vero- 
nese, zbiera się kilkaset szlachty, w czarnych togach i nie- 
zmiernych upudrowanych perukach. Peruki te ściśnięte z sobą, 
noszący je kandydaci, kłaniający się do stóp senatorom i pro- 
szący ich o wota , miały postać zburzonego bałwanami morza. 
I wielka rada i senat służą tylko do wyborów; wykonanie praw 
i rząd cały zależy od rady dziesięciu i trzech inkwizytorów. Ci to 
więżą, karzą śmiercią, wskazują na wygnanie. W czasie bytno^ 
ści mojej, podczas asumpcji, wśród ustawnych uciech, wesoło- 
ści, powszechnych maskarad, jeden z Pizanich schwycony i na 
wygnanie posłany był. Był to już rząd słaby na zewnątrz, nie- 
raz okrutny u siebie , podejrzliwy jak każdy despotyzm, leniwy, 
cały roskoszom oddany. Z czasem sam by się poprawił, lecz 
nie mieli prawa obcy wywracać go, niszczyć niepodległości 



74 



jego. Tę jednak zbrodnię popełnił dyrektorjat francuzki, a pó- 
źniej Napoleon. 

W Wenecji towarzysz podróży mojej , pan Sołtyk , przymu- 
szony dla śmierci stryja swego, biskupa krakowskiego, wracać 
do Polski , rozstał się ze mną. Odtąd sam kontyunowałem po- 
dróż moją po Włoszech : z Wenecji kanałem do Mestra , dalej 
furmanem czyli weturynem puściłem się do Bononji, zatrzy- 
mawszy się tam ile było potrzeba, by obejrzeć piękne malowa- 
nia' miasta tego. Nic mię nie zachwyciło więcej lubością kanału 
i domów wiejskich jak Brenta, gdzie po obu brzegach rzeki 
tworząc ulicę, ciągną się najpiękniejsze pałace pierwszej szla- 
chty weneckiej. Tam ona choć krótko poznaje się z lądem^ 
patrzyć może na powaby natury, drzewa, kwiaty, i t. d. Z Bo- 
nonji przebywszy Apeniny, spuściłem się w przyjemną dolinę 
Toskanji. W Apeninach widziałem chmury lecące pod nogami 
meroi , pasterzy trzód karmiących się polentą czyli pyzami zro- 
bionemi z mąki kasztanów. Zachwyciła mnie Florencja nado- 
bnością budowl swoich, przepyszną galerją, którą ród Medy- 
ceuszów sam jeden zebrał i darem ojczyźnie swej zostawił. Jak 
niegdyś w Grecji , tak tu piękne posągi niezamknięte pod da- 
chem; lecz na ulicach, po placach publicznych, zachwycają 
przechodnia oczy. 

Panował wtenczas nad Toskanją arcy-ksiąźę Leopold, brat 
cesarza Józefa II. Nie było mędrszego i sprawiedliwszego pana, 
a rozwięźlejszego człowieka; pociąg jego do kobiet był nie- 
wstrzymany : mówią że do 200 dzieci naturalnych zostawił. Lecz 
przy tej lubieżności umiał rządzić, dał Toskanji kodeks praw 
pełen ludzkości. Widziałem go idącego w publicznej procesji 
wraz z licznemi dziećmi; świeżo zmarły syn jego Franciszek 1., 
którego Józef IL wziął do siebie na wychowanie, małym był na- 
ówczas chłopakiem. Hrabia Colo redo, ochmistrz jego, sam mi 
powiadał, iż za najpierwsze w rządzeniu dawał mu prawidło, 
nie rządzić nazbyt. 

Stępiona wiekiem pamięć moja wstecz coraz cofać się musi, 
bo co tylko narodowego pragnie w zapisywaniu niniejszem 
umieszczać. Na wieży ś. Marka w Wenecji znalazłem ostrzem 
na kamieniu wyryte imiona polskie w XVI. jeszcze wieku , mię- 
dzy temi Firleja; nie ma zapewne i prochów jego, a to, co 
szpilką wyrył , trwa dotąd. W Padwie jest wiele pamiątek Po- 
laków , uczęszczających do akademji padewskiej. Włochy, pó- 
źniej Francja, były kraje, do których przodkowie nasi od 
wieków aż do KYIII. wieku cisnęli się po naukę. Niemcy do- 
piero po reformie Lutra rzucili się do nauk. Od wnijścia Prusa- 
ków do Polski , wielu naszych , nie tak jak wprzódy majętnych 
tylko, ale nawet i uboższych, do uniwersytetów niemieclach 
udawać się zaczęło. Filozofja Kanta wielu skantowała głowy: 
dowodem Kalasanty Szaniawski, rzucający się we wszystkie me- 



75 



tafizyczne manowce: dziś ateusz, jutro fanatyk, znów Napoleo- 
nista , zDÓw Moskal, a nigdy Polak. 

Oglądając muzeum w Bononji, spostrzegłem wypchanego 
rysia z przyklejoną kartką z końca XVI. wieku, wyrażającą, że 
król polski Stefan zwierzę to, jako nieznane we Włoszech, pa- 
pieżowi , podobno Grzegorzowi XIII., darem przysłać. 

We Florencji poznałem kawalera Mann , posła angielskiego, 
przyjaciela Horace Walpole. Ciekawa jest korespondencja tych 
dwóch uczonych Anglików. 

Odwiedzałem często galerję florencką, dziwiąc się zawsze 
niezmiernym jej we wszystkich literackich i pięknych sztukach 
skarbom. Rzadkie kosztowne obrazy, posągi, starożytności, 
bronzy, rycia na kamieniu, wszystko to jedna Medyceuszów ze- 
brała familja. O Boże! — pomyślałem sobie — były i u nas le- 
dwie nie tak możne jak Medyceuszów rody; wychowując się we 
Włoszech , powinny były nabrać smaku do kunsztów pięknych 
i nauk , i poczynić ich zbiory. Przecież nie widziałem ich ni- 
gdzie. Jagiellony i Wazowie kochali się w pięknych sztukach 
i mieli ich , jak to pamiętniki owych czasów twierdzą , znaczne 
zapasy; do podobieństwa, że i magnaci nasi musieli mieć ko- 
sztowne zbiory. W Zamościu był piękny obraz Zwiastowania, 
Carlo Dolce; w Białej u Bernardynów, w Pożajsciu u Eamedu- 
łów , w Berezie u Kartuzów, widziałem niedawno piękne obrazy 
w ołtarzach kościelnych. Gdzież się podziały? Po skończonej 
nieszczęśliwie rewolucji Kościuszki, gdy Moskale opanowali 
Warszawę , zabrali całą bibljotekę Załuskich , do 300,000 ksiąg 
zawierającą; nadto sławne srebrem tkane szpalery obicia, ko- 
ronne wyrażające potop, o które Jan Kazimierz po swojej 
abdykacji tak się uporczywie upominał. Któżby wszystkie 
rabunki opisał? Pytasz, gdzie się podziały? Ach! jedź do 
Moskwy, do Petersburga, do Szwecji: znajdziesz tam wszystkie 
łupy, wszystkie bogactwa zabrane przez najazdy nierządnej 
Polski , przez te ludy łupieżne. Po dwakroó Szwedzi przebiegali 
i łupili Polskę. Ja sam będąc w tym kraju w r. 1797 w Sztok- 
holmie i Drottingholraie, widziałem kosztowne łupy na królach 
i magnatach polskich zdarte. Ksiądz biskup Albertrandy po- 
siany do Szwecji przez Stanisława Augusta dla zbierania tam 
materjałów do historji polskiej, mówił mi , że zwiedzając zna- 
czniejsze domy panów szwedzkich, widział tam wiele sprzętów 
polskich, między innymi posągi wojowników i biskupów, wzięte 
z grobowców, z kościołów polskich i użyte za flizy, pokrywające 
niezmierne ich kominy. Rudawski w historji swojej powiada, 
że Szwedzi rabując Warszawę i zamek królewski , zdzierali na- 
wet marmurowe posadzki, któremi korytarze zamków były wy- 
moszczone. Jakże mieli przepuścić kosztowniejszym rzeczom, 
obrazom i posągom. 

Lecz najwięcej drogich zabytków naszych osiadło u Moskali. 



76 

Kiedy Piotr Wielki odwiedził Augusta II. w Warszawie, August 
nie mógł odmówić napierającemu się obrazu , przez Dolabellę 
malowanego, wyrażającego Żółkiewskiego stawiącego przed 
Zygmuntem III. i zebranemi stanami więzionych carów. 
A w dalszym czasie, gdy Moskale przewodzili elekcjom królów 
naszych , zabrali w Wilanowie w ogrodzie sprowadzone przez 
Jana III. najprzedniejsze starożytności i posągi lane z ołowiu 
i pozłacane. Dziś posągi te stoją na śniegu w ogrodach Peter- 
hofu. Za czasów Konfederacji barskiej zabrała Katarzyna II. 
bibljotekę radziwiłłowską w Nieświeżu, najciekawszą osobliwie 
co do dzieł polskich. W roku 1812, w czasie wojny Napoleona 
z Moskwą, gdy Polacy najsilniejszemi byli jego pomocnikami, 
jenerał Tuczkow oszczędzone dotąd starannie ukryte tamże 
niezmierne skarby, wiodąc stróża ich na szubienicę, jeśli miej- 
sca nie odkryje, zabrał wszystkie, a później podzielił się niemi 
z carem Aleksandrem. Ten wziął naówczas ogromny namiot 
wielkiego wezyra, przez króla Jana pod Wiedniem zdobyty. 
Żona Radziwiłła była rodzoną siostrą królowej Janowej Marji 
d'Arquien. 

Mamże mówić o bezwstydnych zdzierstwach Mikołaja L! 
Zabrał on wszystkie pyszne ozdoby królów naszych zamku war- 
szawskiego: obrazy, posągi, bronzy, marmury, mozajki, bibljo- 
tekę uniwersytetu. Towarzystwa przyjaciół nauk, medale, ga- 
binet historji naturalnej, bibljotekę księcia Adama Czartory- 
skiego w Puławach. Nie wstydził się nawet zabrać ubogich 
sprzętów i obrazów moich, bibljotekę wileńską, krzemieniecką. 
Obdarł nas ze wszystkiego, zostawił nieszczęsną Polskę jacet 
sine nomine umbra. 

Trudno mi opisać wzruszenie, które uczułem , gdym się zbli- 
żał do Rzymu. Całe dzieje potężnego tego ludu pana świata 
stanęły mi w pamięci. Stąpać po ziemi klasycznej , po ziemi, 
po której stąpało tylu bohaterów męztwem, miłością ojczyzny, 
świętemi cnotami świetnych , zanurzyło mię w głębokich duma- 
niach. Na ostatniej poczcie Starta już mię uderzyła olbrzymia 
kopuła ś. Piotra, lecz nie nowy Rzym. Rzym dawny zajmows^ 
mię całego. Nikły atoli stopniami te uniesienia, gdy wjechawszy 
przez Porta de popolo , spotkałem zamiast Quiritów i synów 
Marsa, mnóstwo Abusiów w czarnych kitajkowych płaszczykach, 
upudrowanych, z wachlarzami w ręku, snujących się po ulicach. 
Przyjechałem do Rzymu w najsilniejsze letnie gorąca. Upały 
nie osłabiły nadzwyczajnej żądzy co prędzej widzenia wszyst- 
kiego: w nankinowym fraku, w szarych dla kurzu trzewikach; 
wybiegłem zaraz, by widzieć kościół ś. Piotra. Proporcje w tym 
ogromnym gmachu, najwspanialszym ze wszystkich na świecie 
wieków późniejszych, tak są dobrze zachowane, że nie wydaje 
się tak wielkim jak jest w rzeczy samej. Po egipskich atoli pi- 
ramidach nic świat bardziej zadziwiającego nie ma. Zbierane 



77 



na wystawienie i ozdobienie gmachu tego podatki, były jedn% 
z pierwszych przyczyn odszczepienia się Lutra. 

Nazajutrz udałem się do Capitolium. Z jakąż czcią postępo- 
wałem temi wschodami, któremi szli niegdyś tryumfujący 
bohaterowie rzymscy. Lecz i tu omamienie znika: zamiast 
kościoła Jowisza kapitolijskiego , stoi duży konwent Bernardy- 
nów, Ara coeli zwany. Ujrzałem przed podwojami kościoła 
tego poszóstną karetę; wkrótce wyszli w procesji Bernardyni, 
niosący małe dziecko w wosku ulepione : jeden z nich w komży 
i stule siadł w tyle, trzymając dziecko na łonie, a dwóch dru- 
gich na przodzie. Pytam co by to znaczyło? — Questo e Jesu 
bambino — odpowiedziano mi. By to zrozumieć, potrzeba 
wiedzieć, że w Rzymie panuje powszechna wiara, iż to wy- 
obrażenie woskowe małego Jezusa jest cudowne i że położone 
na łóżku chorego dziecka, zdrowie mu przywraca. Posyłają 
więc po nie, i zdarza się, że dziecko chore wyzdrowieje. Tu 
nie można powiedzieć, że « wiara twoja uzdrowiła ciel)) bo nie- 
mowlę wiary mieć nie może ; wiara chyba rodziców cud ten 
otrzymuje. 

Zwiedziłem wszystkie zabytki starożytności, muzea, i t. d. 
Nieraz wieczorem udawałem się do Coliseum. Jakież naówczas-- 
były moje dumania w ulatujących pędem latach i wiekach! Iluż 
wypadków, scen i odmian ten gmach ogromny, acz dużo przez 
Baberinich uszkodzony, nie był świadkiem? Tu niezłomni 
w wierze swej pierwsi chrześcianie pasowali się z lwami 
i wśród okrzyków tysiącznego ludu konając, obracali się do Ce- 
zarów, mówiąc: Morituri te salutant. Miejsce to przy po- 
fodnej , cichej nocy, w najsłodsze zadumania wprawia umysł, 
u młodzież muzyczna włoska, niemieccy artyści zbierają się, 
i śpiewając chórami, odpowiadają sobie. Tu słodka muzyka, 
niemniej słodka cichość nocy i jasność księżyca rozczula serce 
głęboko i myśl w tkliwych pogrąża dumaniach. Eto wie, my- 
ślałem sobie, może w tym gmachu, gdzie Cezary, tryumfujący 
konsulowie, przychodzili okropnym się przypatrywać zjawiskom, 
gdy te ustały, tak jak dziś w tejże nocnej cichości, po tymże 
blasku drżącego księżyca, rzewny Wirgili , przychodził dumać 
i składać boskie rymy swoje. Nie przewidywał żyjący pod cesa- 
rzem Augustem, gdy Rzym był panem świata, że przyjdzie 
czas, gdzie hordy barbarzyńców wyleją się z północy i zniszczą 
to państwo tak pyszne ; nie przewidywał tego tak, jak nie prze- 
widuje dzisiaj odrętwiała Europa, że przyjdą wkrótce może 
Moskale, Baszkiry i Kałmuki, zagładzą te wiekami nabyte 
z taką pracą cywilizacji owoce. 

Pokrótce tylko wspomnę o dalszych moich podróżach, by co 
prędzej do spraw domowych powrócić. Obejrzawszy przez 
cztery miesiące co było godnego w Rzymie, widząc papieża 
celebrującego w dzień ś. Piotra, sławną w ten dzień iluminację 



78 

zamku ś. Anioła, miejsce gdzie był grób Adrjana, wyjechałem 
do Neapolu. Lubo w same upały kanikuły przebywałem bagna 
Pontyńskie, tak miane za zaraźliwe, zdrów jednak stanąłem 
w Parthenopie. Widziałem króla Ferdynanda IV., łowiącego 
ryby , przedającego je na targu i kłócącego się z przekupkami. 
Widziałem dzieci jego, wtenczas małe; dziś już oni panowali 
i umarlL Co mię bardziej zajęło, widziałem Pompeję i Herkula- 
num. Te miasta przed ośmnastu wiekami lawą i popiołem żywcem 
zakryte, dziś znów na widoku stojące, jak gdyby Opatrzność 
umyślnie je zachowała, by nam dać poznać, jakie były u da- 
wnych zwyczaje, ich sztuki piękne, narzędzia, słowem życie 
domowe. Wszystkie te bowiem przedmioty, nawet kości 
i zgliszcza naówczas żyjących widzieć tam można. Wyrazić nie 
mogę, w jak głębokich zadumaniach pogrążył mię widok. tych 
domów, ulic, świątyń, zawierających mnóstwa tak jak my dziś 
żyjących. Iluzja tak była wielka, iż zdawało mi się, że i ja tara 
żyłem. Co więcej , w blizko pół wieku później , gdy wędrowny 
artysta przybył do Warszawy z panorama miejsc ciekawszych, 
między temi i Pompeją, interesowanie się moje do miejsca tego 
tak było żywe , żem zaniechawszy inne widoki, blizko godzinę 
«iedział przed nim. Zdawało mi się, żem tam żył, żem poznał 
dom, w którym mieszkałem. Podług mnie, jest to jeden z naj- 
ciekawszych starożytności zabytków. 

Czemuż, o nieba! nie żyłem w Pompei, nie byłem w niej 
zagrzebanym? Nie patrzałbym na dzisiejszą zgubę ojczyzny 
mojej ! 

W Neapolu spotkałem się z kapitanem angielskim Hiddel 
i panami Cunningham, znajomemi memi z Wiednia. Umyśliłem 
odwiedzić Sycylję i Maltę, i raz, gdym powracał z okrętu pły- 
nącego do Palermu, zamówiwszy tam przejazd, spotykam tych 
dwóch wymienionych Anglików. 

— Zkądże idziesz? — zapytali. 

— Z okrętu płynącego do Palermu, gdziem zapłacił już 
przejazd. 

— I my tam popłyniem. 

— Lecz okręt za pół godziny wychodzi. 

— Nic to nie szkodzi — odparli. 

Jakoż polecieli i na czas przyszli z tłumoczkami na nawę. 
Ten pośpiech do raptusa podobny, dobrze maluje Anglików. 
Zapłynąwszy szczęśliwie kilka dni , musieliśmy wytrwać kwa- 
rantanę. Wypuszczony nakoniec, pooddawałem liczne listy po- 
lecające do pierwszych panów w Sycylji; były i do yice-króla, 
sławnego Carracioli. To mi sprawiło najlepsze przyjęcie i ła- 
twość widzenia wszystkiego. Pałac królewski jeszcze nosi na 
sobie napisy arabskie i pamiątki królów Normandów. Willa 
księcia Palagonia ciekawa była naówczas dziwactwami właści- 
ciela swego, w mózg pono dobrze postrzelonego: p^no mon- 



79 

strów niesłychanych, posągi dużych żab z głowami abusiów, 
z ich kołnierzykami i płaszczykami , wszystko do góry nogami, 
tak dalece, że Chrystus Pan za nogi na krzyżu był zawieszony. 
Odsyłam do podróży " Anglika Brydone, który tak dowcipnie 
opisał Neapol i Sycylję. Staliśmy w tym samym domu gościn- 
nym, w którym i on mieszkał. Widzieliśmy śmiesznie opisane 
portrety gospodarstwa domu: m%ż sachy podaje z uśmiechem 
niezmiernie otyłej żonie kawałek pomarańczy. Palermo, jak 
wszystkie znaczne miasta we Włoszech, jest miejscem roskosz, 
muzyki i zabaw. Z Palermu nająwszy muły , puściliśmy si^ da 
Katanji pod górę Etmg. Przejeżdżając kraj najżyzniejszy, lecz 
dla niedbalstwa r^ądu i lenistwa mieszkańców wszędy ubogi. 
Nie było nigdzie bitych dróg, tek dalece, że wozami nie można 
było podróżować. Poła nie uprawne, zarosłe po większej części 
dzikiemi kolącemi aloesami, pełno drzew granatowych, rozpu- 
kłych od dojrzałości; purpurowy sok ich rozlewał się po ziemi; 
również i drzewa oliwne, gdy nie dbano zbierać ich owoc, 
miotały go na ziemię, a oliwa lała się z nich obficie. Miasteczka 
nędzne, bez domów zajezdnych, tak, iż prawie zawsze noclegi 
mieliśmy w klasztorach rozmaitych mnichów. 

Przybywszy do Katanji, pospieszyłem oddać polecające ino 
listy księciu Biscari, najznaczniejszemu obywatelowi miasta 
tego, co więcej, uczonemu człowiekowi. Posiadał on bogate 
muzeum starożytności. Darował mi ciekawe dziełko swoje: 
«Dei tractatti dei antichi bambini», o zabawkach dzieci staro- 
żytnych, z którego widać, że ludzie i dzieci były zawsze takiemi 
jak są dzisiaj. Nie ma dziś żadnej zabawki dziecinnej, którejby 
nie było u starodawnych. Część Katanji zbudowana jest na po- 
wierzchni zapadłego dawniej miasta i przykrytego lawą Etny. 
Spuściliśmy się w to podziemie i widzieliśmy tam słonia z lawy 
wykutego; musiał on służyć za podstawę jakiejś pamiątki na 
cześć Pompejusza wystawionej. Ileż pamiątek powierzchnia 
ziemi pokrywał Mówię powierzchnia, w znacznej bowiem głę- 
bokości nic się nie znajduje, koście tylko zwierząt przedpoto- 
powych; ludzkich bowiem, a nawet małpich samokostów, jak 
uważał Cuvier, nigdzie nie znaleziono; dowód, że człowiek 
ostatnim był Twórcy dziełem. Tu umyśliliśmy odprawić podrób 
aź na sam szczyt wulkanu tej góry. 

Góra Etna dzieli się na trzy strefy : silyosa, scoperta, nivosa. 
Pierwsza ogromnemi okryta drzewami; te coraz się zmniejszają, 
nikną nakoniec; sam szczyt góry śniegiem okryty. Wzięliśmy 
więc muły i przewodnika, drapali się cały dzień, aż pod prawie 
regione nivosa. Tam noc trzeba było przepędzić i za najpier- 
wszym brzaskiem jutrzenki, dla przykrości wstępu, drapać się^ 
rekami i nogami aż na sam wierzchołek, gdzie paszcza wulkanu. 
Nic bardziej zachwycającego jak wschód słońca z tej wysokości 
pod nogi naszemil Czarne plamki oznaczały miasto Katanję, 



80 

przed nami Ealabrja i Włochy, po prawej ręce w szarej mgle 
brzegi Grecji, po lewej i w około ubarwione blad% różowo8ci% 
burzy, rozlane morza kryształy. Jak zachwycające widoki, jak 
głębokie dumanie ! 

Obszerna jest paszcza wulkanu tego; milczał, nie wyziewał, 
w samej otchłani czarne tylko kłęby dymu kręciły się w około. 
Czasami huk podziemny słyszeć się dawał. Obszedłszy części 
niezmiernego krateru , zabawiwszy na tern miejscu blisko go- 
dzinę , powróciliśmy do mułów naszych , a na nich wieczorem 
do Katanji. 

Odpocząwszy po tak pracowitej podróży, pożegnawszy księ- 
cia Biscari, najęliśmy we trzech felukę i z |£atanji puściliśmy 
się do wyspy Malty. Feluka jest mały stajiek nie przykryty, 
z żagielkiem i czterema w^iosłami, w spokojnej pogodzie prędko 
i bezpiecznie pędzący. Majtkowie dwoma męczeni są strachami : 
burzą i rozbójnikami morskimi z Algieru; za najmniejszym 
więc pokazującym się żaglem z daleka, już rozumiejąc że to 
korsarze, pędzili do najmniejszej jakiej zatoki, by przed 
niebezpieczeństwem schronić się. Nieraz pod gołem niebem, 
na pustych miejscach przychociziło nam noc przepędzić. 
Po dwóch dniach i dwóch nocach zawinęliśmy nakoniec do 
Malty. 

Malta, u dawnych Melita, przez wielu uważaną była jako 
należąca do Afryki. Święty Paweł przemieszkiwał w niej i do- 
tąd pokazują grotę, gdzie się schronił. Po wydarciu vryspj 
Ebodus Kawalerom maltańskim przez Muzułmanów, Karol V. 
nadał ją Kawalerom maltańskim, której obowiązkiem było 
trwałą wojnę toczyć z Turkami. Francuzi opanowali ją i koniec 
położyli zakonowi za złożeniem mistrzostwa przez barona Hora- 
pesch w r. 1799. Anglicy odebrali ją Francuzom i dotąd trzy- 
mają. Te wzięcia tak łatwe twierdzy, jednej z najmocniejszych 
w świecie, jedynie przypisać należy nieumiejącym lub niechcą^ 
cym jej bronić ; część bowiem twierdzy La Yalette uzbrojona 
jest czterema piętrami bastjonów ogromnych. 

Widziałem ja Maltę jak była własnością Kawalerów. Dziwny 
ten zakon świecki obowiązany był do bezżeństwa, we wszyst- 
kich krajach posiadał znaczne dobra. I u nas także sławny był 
za Zygmunta III. Nowodworski, kawaler maltański. W roku 
1775 komandor Sacramosa przyjechał do Warszawy dla zawar- 
cia ze Stanami nowej ugody względem Kawalerów w Poltce. 
I tej gratki chwycił się niecny Adam Poniński, naówozaa mar- 
szałek sejmu : ogłosił się przeorem Kawalerów w Polsce , po- 
przedawał, porozdawał komendarje i krzyżyki różnym, między 
innemi nikczemnemu Żaboklickiemu , sławnemu z podłości 
swojej we wszystkich zdarzeniach. Paweł car między innemi 
szałami miał i ten, że się wielkim mistrzem maltańskim 
ogłosił. 



81 



Bawiliśmy się blisko tydzień w Malcie. Miasto piękne, lecz 
smutne, z bezżeńców złożone; ulice w pagórkach i spadkach. 
^Niewolnicy algierscy, z obrączkami żelaznemi na nogach, służą, 
Kawalerom. Ci dwa razy pono na rok wychodzą na ogromnych 
galerach, by łapać rozbójników morskich; nie często jednak 
i nie wiele statków ich chwytają. Piękny jest pałac Wielkiego 
Mistrza ; był nim naó wczas książę de Rohan. W wieczór przyj- 
muje znaczniejszych Kawalerów i gra z nimi w karty. Zresztą 
te bailhfy, komendatory, opatrzeni znacznymi dochodami, nie 
mając do czynienia żadnych wydatków, obracają je na wytworne 
i obfite stoły. Morze, Sycylja, Afryka, w obfitości dodają im 
wszystkiego. Grunt na wyspie cały się prawie składa z kredy, 
tak dalece, że ledwie na trzy miesiące mieszkańcom zboża do- 
daje; cokolwiek bawełny i pomarańcz. Miasto Malta, acz pię- 
knie zabudowane, nie celuje ni starożytnościami, ni pysznemi 
budowy. Kościół katedralny ś. Jana piękny jest i ozdobny; cała 
w nim posadzka złożoną jest z ogromnych flizów, przykrywają- 
cych groby zeszłych już kawalerów , zawierających w mozajce 
florenckiej ich herby, nazwiska i czyny. Przepadł ten zakon, 
w wieku naszym pożerającym wszystko. Dziś, jak słyszę, jeden 
tylko pozostał kawaler stary, biorący małą pensję od panują- 
cych nad Maltą Anglików. 

Zastaliśmy w Malcie pułkownika angielskiego , pana Camp- 
bell, człeka przystojnego, grzecznego, majętnego. Ten nająw- 
szy w Marsy Iji okręt, by zwiedzić Sycylję i Maltę, ofiarował 
nam miejsce na nim. W jego więcmiłem towarzystwie objecha- 
liśmy przedniej sze miasta Sycylji, Agrigentum, dawne Lan- 
tium, Taorminę. W Agrigencie stoją jeszcze całe świątynie 
greckie. W kościele dzisiejszym znajdują się piękne sarkofagi 
i rżnięte kamienie. Zadziwiły nas olbrzymie zwaliska dawnych 
świątyń greckich, między temi kolumny fugowane świątyni 
Jowisza; na każdej było w około 21 fug, tak ogromnych, iż 
w każdej z nich człek mógł się zmieścić. W Taorminie dawny 
amfiteatr wykuty w skale nad morzem, jest prawie cały. Pogo- 
dne niebo dozwalało mieszkańcom bez pokrycia przypatrywać 
się teatralnym widokom. Choć już w listopadzie, dzień był po- 
godny i ciepły. Moi Anglicy, wyborni pływacze, rozebrali się 
i rzucili w morze, by użyć kąpieli; ja jak kura wodząca kur- 
częta, a nie umiejąca pływać , chodziłem za nimi po brzegu, lub 
usiadłszy na stopniach teatru, przypatrywałem się ich igra- 
szkom. Obszerniejszy podróży mych dziennik, na miejscach 
pisany, został z całą bibljoteką i ruchomością moją w Warsza- 
wie; tu tylko z pamięci piszę. 

Z Taorminy udaliśmy się do Syrakuzy znowu feluką, gdyż 
nas pan Campbell, płynący w inną stronę, w Agrigencie porzu- 
cił. Tu nie dano nam lądować , żeśmy z Malty płynęli. Stanęli- 
śmy więc pod wyspą Ortigią na kwarantannie przez tydzień. 

NiKMCEWicz, Pamiętniki. (j 



82 

Pułkownik W służbie neapolitańskiej, Irlandczyk 0'Donell, od- 
wiedził nas ; zaprosiliśmy go na obiad. Kupiliśmy małą baryłkę 
małmazji syrakuzańskiej , mięsa i ryb morskich. Baryłka wina 
coraz bardziej zagrzewała ochotę do stopnia, że porządnie 
pijani, przypomniawszy sobie, w jakiej czci było źródło Are- 
thuzy w dawnych wiekach, mimo straży Włochów, udaliśmy się 
na brzegi jej. Miasto hożych nimf kąpiących się w źródle Are- 
thuzy, znaleźliśmy tylko brudne Syrakuzanki, piorące brudniej - 
Bze od sieb,ie w tym sławnym zdroju chusty. Nie przeszkodziło 
to jednak Anglikom moim deklamować rymy Teokryta i Virgi- 
lego na cześć Arethuzy : 

Extremum hunc Aretbu^ia, mihi concede laborem. 

Po deklamacjach odezwał się pan Bidulphe : 

— Wielu odwiedzało Arethuzę; my więcej uczyńmy: wleźmy 
w zdrój jej tak jak jesteśmy ubrani. 

Jakoż wleźhśmy wszyscy trzej. Ja równie pijany, a nie 
chcąc się dać drugim wyprzedzić, wniosłem: żebyśmy tak zmo- 
czeni poszli na operę. — Hurra ! hurra! — wykrzyknęli Anglicy. 
Ruszyliśmy natychmiast. Łatwo sobie wystawić podziwienie 
Włochów. — Matti Inglesi! — zaczęli szemrać po cichu. 
Grzeczni jednak dla cudzoziemców , dali nam lożę i zostawili 
spokojnych. 

Potrzeba było powrócić na w^rsepkę naszą, nieludną Ortygję. 
Już nas pilnowano ściślej; wolno było atoli po wysepce tej 
chodzić. Na niej to Cycero znalazł grób Archimedesa, tak jak 
w dwa tysiące lat potem nasz Tadeusz Czacki znalazł w Frau- 
enburgu grób Kopernika zaniedbany. Poznał go po sferze wy- 
ry^tej na kamieniu: podniesiono go i nie znaleziono jak kilka 
kostek. Pomścił tę niedbałość Staszyc, prezes Towarzystwa 
Król. Przyjaciół Nauk, wystawując mu w r. 1830 piękny spiżowy 
posąg. Nie zburzyli go jeszcze Moskale. Lecz w połowie odlany 
i niedokonany przez rewolucję ostatnią posąg księcia Józefa 
Poniatowskiego porwali i na aziała stopić mieli. Dowiedzieli- 
śmy się później , iż zrobili z niego ś. Jerzego i w twierdzy mo- 
dlińskiej umieścili. 

Wracam do Syrakuzy. Jedną z ulubionych przechadzek na- 
szych była do skały Orechio di Dionisio , gdzie Grecy w wojnie 
z Syrakuzami w niewolę wzięci ; zamkniętemi byli. Słodzili oni 
tęsknotę więzienia swego deklamowaniem wierszów Sofokla 
i Eurypida. Są jeszcze dotąd wyryte na ścianach głazowych 
imiona ich , a nawet i rymy. 

Skończywszy kwarantannę kilkodniowa znów na tejże fe- 
luce. puściliśmy się do Messyny. 

Pomyślnym pędzeni wiatrem , w niewielu godzinach zapły- 
nęliśmy do Messyny. Było to właśnie w pół roku po ostatniem, 



83 



okropnem trzęsieniu ziemi, które w r. 1783 w Sycylji i znacznej 
części Kalabrji tyle klęsk sprawiło ; leżały jeszcze nad brzegiem 
morskim gruzy zwalonych świątyń i gmachów. Nad portem 
wznosił się niedawno szereg przepysznych gmachów najpier- 
wszych w Messynie panów , Palazzata zwanych. Rząd tengma- 
chów obalony cały, smutnie zawalił całe morza brzegi. Widać 
w połach leżących na ziemi murów reszty pięknych fresków, 
ułomki sprzętów domowych ; po za niemi, na stoku łańcucha 
gór okólnych, szlachta pobudowała sobie na prędce drewniane 
klitki^ postawiała namioty, aż trwalsze obmyśli sobie siedliska. 
Tam przyjmuje, tam się zbiera na wieczory , tam i my zapra- 
szani bywaliśmy. Ostatnia klęska zasępiała te towarzystwa. 
Smutno było słuchać śpiewane dumy o okolicznościach okro- 
pnego tego zdarzenia. Sławne jest ono w epokach natury. 
Wyszło dokładne opisanie onego w owym czasie, jeżeli się nie 
mylę , przez komandora Dolomieux. 

Kilka dni tylko zatrzymała nas Messyna ; bo cóż w zburzo- 
nem mieście zatrzymać nas mogło? Najęliśmy przewóz na 
okręcie płynącym do Neapolu. Jakże niezmierny postęp uczy- 
niła żegluga od dawnych czasów ! Tę cieśninę morską, między 
Messyną i Reggio w Kalabrji, te szczekające i pożerające nawy 
i ludzi Scyllę i Charybdę, tak przerażające starożytne ludy, my 
z największą przepłynęliśmy łatwością. W nocy, nie odpoczywa- 
jący nigdy, wulkan na wyspie Stromboli długo nam przyświecał: 
płynęliśmy tuż obok niego. Perjodyczny jest co kilka minut 
huk wulkanu; zawsze wyziewa płomienistą lawę: ta jak rozto- 
pione rubiny płynie wężykiem po czarnych żużlach, aż z gło- 
śnem kipieniem wpada w tonie morskie. i ginie. 

Trzeciego dnia stanęliśmy na widoku Neapolu i tu nam 
kwarantanę dwudniową wyznaczono ; w czasie tej dowiedziałem 
się, że przyjaciel mój, pan Józef Szymanowski , znajdował się 
w Neapolu. 

Zabawiłem jeszcze czas niejaki w Neapolu , bo któż nie za- 
pomni czasu w tak słodkim klimacie, w tak zachwycającem 
położeniu. Nieraz 'w grudniu i styczniu przechodziłem się 
w nocy po szczycie płaskich włoskich dachów, prowadząc okiem 
po niezmiernej morza przestrzeni, po dymiącym się Wezuwju- 
szu, zielonym Pauzy lipie, sięgając wyspy Kaprit i innych 
bliższych. Wszystko we Włoszech jest wystawną uroczystością, 
pieniem, muzyką. Co za przepych w prezepjach czyli jasełkach 
ich w czasie Bożego Narodzenia ! Są to pobożne teatralne wy- 
stawy; najpierwsi artyści użyci do robienia ich, a wiele familji 
rujnuje się na nie. W wigilję Bożego Narodzenia , by uczcić 
święto księcia Adama Czartoryskiego, pojechaliśmy do Portyci, 
by raz jeszcze widzieć ■ całą Pompeję. Miejsce to miało dla 
mnie nadzwyczajny pociąg. Przyjaciel mój Szymanowski, 

6* 



84 

autor ((Świątyni Gnidu», niemniej się nad tą żyjącą staroży- 
tnością unosił. 

Po nowym roku wyjechałem do Rzymu. W czasie zapust 
Dozwolone są w Rzymie teatra; lecz w moim czasie nie wolno 
było kobietom wstępować na nie. Zastępowane one były przez 
młodych rzezańców , grających rolę kobiet. Co za bezwstydne 
pojęcie skromności! W czasie pobytu, a raczej panowania 
Francuzów we Włoszech, trzebienie to chłopców ustało. Za 
mnie pełno ich było : i w kościelnej muzyce Watykanu i po in- 
nych kościołach i teatrach* 

Nic bardziej nie jest tak tkliwie przejmującego, jak "Wielki 
tydzień w Rzymie i ceremonje papiezkie w kościele św. Piotra. 
To klęczenie osiwiałych kardyns^ów, ta benedykcja papiezka 
urbi et orbi, kiedy kilkadziesiąt tysięcy ludzi jakby błyska- 
wicą tkniętych, to wojsko w karacenach łuszczystych pada na 
kolana! Czystsze może, lecz jakże nagie są przy tern wyznania 
protestanckiego obrządki ! 



ROZDZIAŁ IX. 



Podr()ż na Medjolan, Turyu do Paryża. — Paryi i Wersal za Ludwika XVr. — 
Znąjomoeci pozabierane we Francji przez autora-. — Podróż do Anglji. — 
Londyn. — Oxford. — Powrót do kraju przez Holandję i Niemcy. — Sejm 
1784 roku. — Dwór księcia jenerała w Puławach. — Wybór księcia na posła 
na sejm w Kamieilca Podolskim. — Sejm 1786 r. — Podróż kaniowska Su- 
nisława Augusta. — Sejm 1788 roku czyli czteroletni. — Główne partje 

i osoby na tym sejmie. 



Po Wielkiejnocy opuściwszy Rzym, przedsięwziąłem podróż 
mą do Francji na Medjolan i Turyn. W pierwsze m mieście za- 
dziwiła mnie pyszna onego katedra , niezrównana w architektu- 
rze gotyckiej , niemniej jak obraz ^wieczerzy Pańskiej przez 
Leonarda da Yinci. Malarz ten ma sztukę dania zachwycającego 
wdzięku twarzom żeńskim. Wieczerza Pańska malowana jest na 
murze i już zaczynała pełznąć. Słyszę, że ją kazano przekopjo- 
waó mozajką: jedyny sposób uwiecznienia tak pięknego dzieła. 
Turyn jest małem, lecz pięknem miastem, z wielką regularno- 
ścią budowanem. Na górze jest kościół Superga, zawierający 
groby królów. Piemont jest jedyne we Włoszech królestwo, 
mające regularne i porządne wojsko ; królowie od dawna panu- 
jący nad niem, zręczną polityką raz trzymają z Francją, znów 



85 

Z Austrją ; umieli się rozprzestrzeniać i do dziś dnia utrzymać. 
Dzisiejszy , z linji pobocznej , póki nie panował liberalny, wstą- 
piwszy na tron, całkiem przystał do systemu absolutyzmu. 
Matka jego była córką księżnej króiewiczowej saskiej z domu 
Krasińskiej. W marcu przebywałem Mont-Cenis i śnieżne nie- 
botyczne Alpy , poczem spuściłem się do Francji. 

Z Chambery przez Lyon, Macon, Autun, Fontaineblau, 
w miesiącu maju stanąłem w Paryżu. W pierwszej młodości 
mojej, Paryż, Francja, literatura jej , wszystko co jest francuz- 
kie, były uważanemi jako nec plus ultra wszystkich dosko- 
nałości ludzkich; nie dziw więc, że dostawszy się do tego mia- 
sta, sądziłem się znajdować więcej jak na ziemi. Powoli atoli 
ustawało omamienie. Arystokracja była naó wczas w samym 
kwiecie; przedziały między szlachtą a nieszlachtą niezmierne. 
Szlachta miała wyłączne prawo do wszystkiego, co było zaszczy- 
tem honorowym lub korzystnym. Ona jedna otaczaJa tron, nie 
pozwalając nikomu przybliżyć się do niego. Urzędy dworu, 
wojska, marynarki, rządy prowincji, mitry duchowne, szlachcie 
tylko były dawane ; wolną była od podatków i ciężarów. Dzie- 
liła sięna noblesse d'epee i noblesse de robę. Lecz 
i między sobą różne jeszcze poczyniła oddziały. Trzeba było 
mieć 200 lat starożytności, by mieć prawo siadać do karet 
królewskich. Król rzadko bardzo zjeżdżał do Paryża; zawsze 
zamknięty w Wersalu, przez samo odosobienie się od podda- 
nych swoich, wzbudzał tę jakąś religijną cześć i uszanowanie 
jakie wzbudza niewidzialne bóstwo. Po szlachcie szła klasa 
parlamentowa, des Receveurs generaux, des Ban- 
quiers, i tych wszystkich, co znaczne bogactwa zebrali. Do 
tych raczyła się zniżać i szlachta, których córki miljonowe po- 
sagi wnosić mogły. Od czasów zwłaszcza Woltera, znakomici 
pisarze przez panów szukających od nich pochlebstw i pochwał 
szukani być zaczęli, z poważnem atoli uprzedzeniem; później 
i znakomici artyści uważanemi być zaczęli. Reszta mieszkań- 
ców, nie sięgając, ani mogąc sięgnąć wysoko, przemysłowi 
i handlowi poświęciła się; zaś we wszystkich tych klasach, na- 
wet w ludzie prostym, nadzwyczajna grzeczność. 

Zamiast 20 jak dziś teatrów, nie było jak francuzki, opera, 
Fejdeau, Nicolet, i te rzadko bardzo napełnione, czy to że gust 
widowisk nie upowszechnił się w niższych klasach jak dziś, 
czyli że sztuki dawane na nich podług surowych dawnych prze- 
pisów nie ściągały tyle widzów jak dzisiejsze, gdzie wszystko, 
co jest okropne i krwawe, rozdzierające serca, skupiano i wy- 
stawiano codziennie. Eóżne wcale były od dzisiejszych ubiory: 
nie znano pantalonów, na kompanjach nie można się było po- 
kazać we fraku; trzeba było mieć suknie ubrane, szpadę, kape- 
lusz rogowy, albo przynajmniej trykotową suknię. Różne fraki 
były: sdbo zebrę, to jest , w paski ciemne i białe, albo też 



86 



pąsowe z duźemi guzikami ze szkłem, otoczone stało wemi pe- 
rełkami , w pośrodku mające malowane różne gąsienice i mo- 
tyle. Między wolno żyjącemi kobietami była także arystokracja, 
upoważniona urodą, dowcipem, talentami, lub samą tylko 
modą. Należały do niej panna Dutłie, Gaimard, Dervieuxy 
Julie, Theyenot. Do tych nie tyłko bogata młodzież, lecz 
pierwsi panowie dworscy i przedniejsi pisarze zbierać się zwykli. 
Wieczory takie, gdzie panowała przystojnosć i dowcip, były 
bardzo zabawne. 

Widziałem w Paryżu, co tylko wędrowcy widzieć zwykli. 
Bywałem na sesjach akademji , widziałem panów : Bailly, Mar- 
montel, Ducis, Bemardin de St. Pierre, Buffon; w Wersalu 
Ludwika XVI. i braci jego młodych naówczas. Przy mnie za- 
częła się sprawa sławnego GoUier i kardynała de Rohan , zale- 
cającego się królowej. Przy mnie Cagliostro, sławny oszust, 
temuż kardynałowi, jak u nas Ponińskiemu, obiecywał nie- 
skończoną trwałość życia. 

Jeździłem do Ermenoville, by wid^eć grób przed kilku 
laty zmarłego J. J. Rousseau. Poznałem sławną panie Fanny 
Beauhamais, autorkę wielu romansów, panów Mercier, Cu- 
bieres , Retif de la Bretonne , oraz wielu uczonych , bywających 
u niej. 

Zabawiwszy pięć miesięcy we Francji, puściłem się do An- 

§lji. Zadziwił mnie ten kraj pięknością uprawy roi, ogrodów, 
omów, porządkiem i dobrym bytem ludu w powszechności. 
Bywałem na parlamencie, słyszałem mówiących : Pitta, Foxa, 
Burka j Szeridana, Grey. Byłem przytomnym, kiedy Burkę 
wniósł do izby parów oskarżenie na pana Warren Hastings 
o zdzierstwa popełniane w czasie rządów jego w Indjach. 

Zaznajomiony w domu Sir Ralph Penu, który się ożenił 
z honorową panną księżnej Poniatowskiej,. jenerałowej austrja- 
ckiej, bratowej króla Stanisława Augusta, miałem sposobność 
poznania tam znakomite owego czasu osoby: lorda North, 
Foza, Cońway i całą uczęszczającą tam opozycję. Na czele jej 
był książę Wallji , później król Jerzy IV., młody, piękny, we- 
soły, grzeczny naówczas. W tem miejscu muszę ciekawą przy- 
wieść anegdotę. Któżby — widząc mnie dzisiaj tak starego, 
grubego — powiedział, żem ja w młodości mojej był sławnym 
tancerzem! Pani Sewerynowa Potocka, uczęszczająca do domu 
tego , powiedziała o tem księciu następcy tronu. Natychmiast 
królewicz koniecznie ją nalegać, bym tańczył kozaka, gdyż 
tańca tego nigdy nie widział. Nie wypadało odmawiać , pokaza- 
łem więc kilka kroków. Te tak księciu się podobały, że chciał 
bym go ich nauczył; jakoż nauczyłem: a tak mnie winna Anglja, 
że później król jej Jerzy IV. umiał tańczyć kozaka. 

Nie będąc nigdy dworakiem , ściśle jednak znałem dwóch 
pierwszych królów w Europie. Znałem panującego dziś we 



J 



87 

Francji Ludwika Filipa , kiedy on wygnanym został przez kon- 
wencję do Ameryki, a ja do tejże z jenerałem Kościuszką, po 
uwolnieniu naszem z więzienia moskiewskiego schroniłem się. 
Bywał on często u nas i ja u niego. Raz gdy mnie prosił na 
obiad, odmówiłem, powiadając żem zaproszony gdzie indziej. 
Jednakże tak mało lubię zbliżać się do tronów , że teraz , gdym 
przyjechał do Paryża, najmniejszego nie uczyniłem kroku, bym 
się dziś panującemu przypomniał. Później atoli, gdy na życie 
jego czyhano i ocalony został, gdy Anglicy, Amerykanie, bę- 
dący w Paryżu, deputacje do niego wysłali, wysłali i emigranci 
Polacy; i ja , jako dawny znajomy, byłem na czele jej. Lecz Lu- 
dwik Filip ledwie mnie sobie przypomnieć raczył, z bojaźni 
zapewne narażenia się Moskalom. 

Zwiedziłem przedniej szych panów w Anglji; pyszne ich na 
wsi mieszkania. Arystokracja angielska wystawia cały swój 
przepych, tak w sposobie życia , jak i wspaniałych gmachach 
i ozdobach ich. Nie apasz domu takiego, gdziebyś nie znalazł 
galerji malowań, posągów, licznej dobranej bibljoteki, rosko- 
sznych ogrodów , myślistwa. W Oxford widziałem sławną tego 
uniwersytetu bibljotekę bolejańską i oryginalne marmury, 
zwane «marmora Arundeliana», z wyrytym na nich porządkiem 
wszystkich Olimpiad tak jak przed 2000 lat były, jak i od 2000 
lat egzystujące. Widziałem lorda Mansfield, sławnego juris 
eon s ul te, pana Wilkes, śmiałego opozycją swoją przeciw 
dworowi; malarza Sir Jezua Reynolds i malarza amerykańskiego 
kwakra West; panią Siddons, wspaniałą postacią, najpierwszą 
w Anglji aktorkę tragiczną ; panią Jordans, długo utrzymywaną 
przez dziś panująceofo króla Wilhelma, matkę licznych synów 
i córek króla tego, przecież mimo takiego spokrewnienia ze-, 
szła w ubóstwie we Francji. 

Im więcej czuję się upadającym na siłach i zbliżającym do 
grobu, tem spieszniej skreślać muszę to cursive opisywanie po- 
dróży moich, by mieć czas zastanowić się nad ważniejszemi 
tyczącemi się kraju mego sprawami. 

Zabawiwszy cztery miesiące w Londynie , morzem puściłem 
się do Holandji, objechałem Delft, Rotterdam, Amsterdam, 
Hagę. W tej ostatniej zastałem dobrego hetmana Ogińskiego 
i przy nim pana Lachnickiego. Wszędy oglądałem co było cie- 
kawego, a co drudzy już dobrze i dokładnie opisali. Dalej przez 
Koblentz, Ratisbonę, Lintz, stanąłem w Wiedniu i złączyłem 
się z księciem Adamem Czartoryskim, jenerałem ziem podol- 
skich i wkrótce z nim wróciłem do Polski. 

Po krotce teraz opiszę , co w czasie letargu naszego polity- 
cznego stało się w Polsce. Nie cierpiała nigdy Katarzyna IL, by 
Polska w niedołężności nawet swojej zostawała w pokoju ; po- 
trzeba jej zawsze było burzyć ją, jątrzyć, kłócić króla z naro- 
dem. Dotąd król i książę Czartoryski, acz nie w ścisłości, jak 



88 

krewnym należy, przecież w dobrem żyli zachowaniu, i to się 
nie podobało najpodejrzliwszemu z rządów. Umyśliła carowa 
poróżnić ich i następnych użyła sposobów. Była w Warszawie 
niejaka awanturnica francuzka, mająca za męża Moskala, zwa> 
nego Dugrumow. Ta już to naprawiona przez Moskali, już 
chcąca sobie zyskać hojną nagrodę przez Anglika jednego, wie- 
szającego się przy księciu Czartoryskim, Taylor, ds^a znać 
panu Stanisławowi Potockiemu, podstolemu koronnemu, ma- 
jącemu za sobą siostrzenicę księcia, najzacniejszą kobietę, 
księżniczkę Lubomirską, córkę marszałka wielkiego koronnego, 
że Ryx , pierwszy kamerdyner i pouMy królewski, miał zamiar 
otruć księcia Czartoryskiego , i że go o tem dowodami prze- 
kona. Jakoż dała obu spotkanie, gdzie ukryci, słyszeć mieli 
rozmowę jej z Ryxem. Przyszła godzina: Taylor i Stanisław 
Potocki skryli się w tuż blizkim alkierzu. Przybył i Ryx. Tu 
ciężko dojść prawdy, jaka była między nimi rozmowa; trzeba 
by mi«ć ze stron obydwóch indukty i repUki sprawy, od której 
już 50 lat minęło z górą. Zdaje się jednak, że intrygantka sztu- 
cznie z Ryxem prowadziła swą rozmowę, że Taylor ledwie słów 
kilka rozumiejący po francuzku, źle i to zrozumiał, a pan Sta- 
nisław Potocki zbyt łatwo uwierzył — słowem , obydwaj wypa- 
dli , wszczęli hałas , oskarżyli DugrumoTvę. Sprawa wytoczyła 
się przed sąd marszałkowski. Książę Czartoryski nie stanął, nic 
jednak Rysowi z zarzuconej mu zbrodni dowieść nie można 
było. Dugrumow skazana na więzienie i chłostę pod pręgierzem, 
książę Czartoryski został pod kondemnatą. Caią korzyść z tej 
nieszczęsnej sprawy odniosła Katarzyna , carowa moskiewska : 
poróżniła bowiem do ostatka króla z familją Czartoryskich. 
Odtąd książę Czartoryski porzucił Warszawę i mieszkał w Pu- 
ławach. Siostra jego , księżna marszałkowa Lubomirską, porzu- 
ciła całkiem Polskę i w Paryżu aż do rewolucji, później całkiem 
w Wiedniu aż do śmierci została. 

W przeciągu tych czasów, to jest w roku 1784, zaszedł sejm 
zwyczajny w Grodnie pod laską Chomińskiego , człeka z niepo- 
spolitym rozumem , łatwej i płynnej wymowy. Był on rezyden- 
tem, jak się zwało wtenczas, u hetmana Ogińskiego i używał 
tego nad nim wpływu, którego zwykle używają silne umysły 
nad słabemi. Zarządzać on całym ogromnym majątkiem jego, 
nie zapominając , jak powiadali, o sobie. Sejm ten atoli w Gro- 
dnie z wielką prowadził trafnością. Przeszły na nim pomniejsze 
pożyteczne , a pozwolone od Moskwy ustawy. Na tym to sejmie 
Szczęsny Potocki , tak niecnie sławny potem, zyskał popular- 
ność, której potem utrzymać nie umiał. Pan niezmiernego na 
Ukrainie majątku, zaciągnął bataljon piechoty własnym ko- 
sztem i ofiarował go rzeczypospolltej. Natychmiast Moskwa 
przerażona tem tak lichem powiększeniem szczupłego wojska 
polskiego , zaczęła przez przyjaciół swych straszyć Szczęsnego, 



89 

Że znaczniejsza część dóbr jego ukraińskich nieprawnie posia- 
daną była przez niego i należała do rzeczypospolitej. IFstały 
jednak postrachy, skoro Szczęsny Potocki zatrzymał się w oby- 
watelskiej swej hojności i bataijon ten na żołd rzeczypospolitej 
oddał. 

Słuszna jest oddać sprawiedliwość komu się należy. Szczę- 
snemu winna Ukraina zaludnienie i później powodzenie oraz 
rolnictwo swoje. On pierwszy z panów polskich mieszkać 
w niej zaczął. Ukraina po większej części przez wielkie staro- 
stwa i obszerne nadania, mało pomniejszych mająca właścicieli, 
aż do zajęcia Krymu przez carowę , ustawnym podlegała naja- 
zdom Tatarów, niemniej jak buntom kozactwa i chłopstwa, 
mało zamieszkałą i prawie opuszczoną była. Podbicie Tatarów 
dało jej nakoniec pożądany pokój. Jak wyżej powiedziałem, 
Szczęsny Potocki pierwszy z panów mieszkać w niej zaczął. 
Tulczyn, stolica pobytu jego, za mojej jeszcze pamięci nędznem 
był tylko miasteczkiem, z niewielkim drewnianym dworem — 
dziś miasto znaczne, handlowe, z pałacem, gmachami, ledwie 
nie równającemi się Wersalowi , zadziwia przechodnia. Takim 
Tulczyn widziałem w r. 1818. 

Po tej smutnej historji Dugrumowej, jak powiedziałem, 
księstwo Czartoryscy opuścili Warszawę i częścią zwiedzali 
obszerne dobra swoje na Wołyniu, Podolu i w Galicji. Dobra 
te , tak długo zostające pod zawiadywaniem rozsądnego i go- 
spodarnego księcia wojewody ruskiego, w porównaniu z innych 
panów dobrami, były w najlepszym porządku i stanie. Kościoły, 
domy folwarczne, domy zajezdne, dobrze zbudowane; naj- 
piękniejsze stada koni , więcej z tysiąc klaczy i stu dobranych 
ogierów składające się. Wszystko to rozszarpane dziś przez 
Moskali. Bataijon piechoty nadwornej i pułk kozaków ukraiń- 
skich stały w miejscach znaczniejszych. Komisarze mieli tytuły 
urzędników powiatowych, mieszkali w pięknych dworach 
i żyli wystawnie ; im poruczone było kierować sejmikami i wy- 
borami. 

Mieszkanie księstwa w Puławach nie było nieużytecznem 
dla kraju. Przebywali tam ludzie literaturze oddani : Szymano- 
wski, Kniaźnin, Zabłocki, Karpiński, później Woronicz. Sam 
książę przykładem swoim zachęcał piszących. Jeżeli Zabłocki 
scenę teatralną porzucił dla świętych ołtarzy, Kniaźnin aż do 
śmierci pisał rymy łacińskie i polskie. Okoliczna młodzież, 
ze stron nawet dalekich , przebywając w Puławach , nabierała 
poloru, dobrego tonu, nadewszystko nauki i przykładu czystego 
obywatelstwa. Wielu uczonych sprowadzonych z obcych kra- 
jów: Lhuillier matematyk z Genewy , Skan, Grodek, do gre- 
ckiego języka, Norblin do rysunków, zdobili towarzystwa do- 
brane. Grano komedje i opery. Matkę Spartankę i inne tchnące 
najczystszą miłością ojczyzny. Wtenczas to księżna zaczęła 



90 

zbierać drogie pamiątki świetnych czasów Polski, założyła 
pierwszy kamień swią-tyni Sybilli , mającej zawierać drogie te 
skarby. Słowem nigdy pan polski hojniej dostatków swoich na 
wychowanie młodzieży i dobro kraju nie używał, jak książę 
Adam Czartoryski, jenerał ziem podolskich. 

W roku 1786 księstwo wybrali się latem na Podole. Przy- 
byli do Dłuźka pod Kamieńcem Podolskim , by być na sejmi- 
kach, następujących wkrótce. Książę Czartoryski, będąc jene- 
rałem ziem podolskich, t. j. mianującym sędziów na wszystkie 
grody, czyli sądy kryminalne, posiadającym niezmierne dobra, 
których nie mało włości dawane były w dożywocia przychylnym 
obywatelom domowi temu, pewien był, że bez żadnej prze- 
szkody obranym zostanie posłem na sejm. Jakoż nic nie poka- 
zało się, coby najmniejsze przeciw temu podejrzenie wzniecać 
mogło: wszyscy urzędnicy i mała szlachta garnęła się do niego, 
osobliwie pan Orłowski , wkrótce mianowany łowczym nadwor- 
nym koronnym ; ten na krok nie odstępował księcia i zalecał 
mu się jak mógł. Dniem wprzódy dowiedzieliśmy się, że książę 
Nassau-Siegen , mający indygenat, a zatem prawo używania 
wszystkich prerogatyw szlachcica polskiego, syn naturalny 
księcia Oranji, awanturzysta we wszystkich politycznych zda- 
rzeniach w jakimkolwiek bądź kraju, przybył do Kamieńca. 
Nie pojmowaliśmy , po co ten obcy człowiek zjeżdżać miał na 
obrady krajowe. Wkrótce odkryła się tajemnica. Już byliśmy 
przy kościele prawie , gdy Orłowski i niektórzy z nim , zamiast 
do kościoła zwyczajnego, w bok się udali. Zaczęły się obrady 
spokojnie, gd|j dano znać, że pan Orłowski i książę Nassau ze- 
brali się ze swemi w niezwyczajnym sejmikom kościele Domini- 
kańskim, i choć w małej liczbie, posłów obierać zaczęli. Rozją- 
trzona taką zdradą szlachta i przyjaciele księcia Adama 
Czartoryskiego, już z pochew wyciągali szable, chcąc iść ukarać 
to podejście , gdy książę uśmierzj^ł ten popęd i do spokojnego 
obrania posłów zachęcał. Usłuchano go; wybrani posłowie 
ściśle podług prawa. Książę z przyjaciółmi swemi powrócił na 
Dłużek , wieś do starostwa księcia należącą. W Kamieńcu przy- 
jaciele jego traktowali liczną szlachtę. 

Po obiedzie, gdyśmy w Dłużku po dziedzińcu chodzili, ktoś 
spostrzegł na stoku tw^ierdzy Kamieńca pijaną szlachtę leżąc% 
na murawie jak długą, a innych nad nimi zaginających im kon- 
tusze i żupany, płazując szablami tych, co leżeli pijani. Posła- 
liśmy dowiedzieć się , coby to znaczyło : oznajmiono nam 
wkrótce, iż partja księcia płazowała partję przeciwną i niektó- 
rym z niej poprzecinała lylne melony na czworo.. Zmartwiło to 
niezmiernie księcia, nie spodziewającego się tego zbytku gorli- 
wości w stronnikach swoich. Jakoż posłał natychmiast, by się 
w niej pohamowali; obrażonych hojnie nadgrodził i zany opa- 
trzyć kazał. Przybiegli żydzi cyrulicy, pozszywali dratwą roz- 



91 



cięte melony. Byl to w owych czasach żart , z którego wszyscy 
do rozpuku się śmiali, malujący niestety! grubość obyczajów 
prostej szlachty naszej. 

Wspominam o tym wypadku jako malującym wiek ów, lubo 
nie bardzo świeży; pijaństwo go zrządziło. Dziś zawroty dumy, 
zarozumienia zbytecznego , gorsze broją występki. 

Sejm 1786 pod laską Gadomskiego nic ważnego nie posta- 
nowił, bo postanowić nie mógł. Powstały silne i śmiałe skargi 
na wojsko moskiewskie, przebywające jeszcze na Wołyniu i Po- 
dolu, werbujące ludzi do świeżo nabytych pustyń przez Kata- 
rzynę II. Lecz nie ona jedna burmistrzowała w Polsce. Pamię- 
tam jak jeszcze w pierwszem dzieciństwie mojem werbownicy 
pruscy chodzili po wioskach naszych i bezkarnie wybierali co 
naj rosiej szych kmieciów: była to zniewaga żywo bodąca serca 
obywatelskie; nie obudziła atoli haniebnego letargu naszego. 
Na tym sejmie najśmielej powstaw£^ Rybiński, poseł kijowski; 
duch bowiem godności narodowej już wtenczas budzić się za- 
czął. I to zdarzenie zapisać tu należy, że na tym i na następu- 
jącym sejmie ojciec i syn młodszy Rybińscy byli posłami, syn 
zaś starszy Rybiński, biskup kujawski, siedział w senatorski em 
krześle. 

Pokój powszechny w Europie i u nas głucha spokojność, 
pozwoliły naukom i publicznemu wychowaniu rozwijać się co- 
raz bardziej. Akademja krakowska i wileńska lepiej urządzone, 
bujne owoce wydawać zaczęły. Astronom Poczobut europejską 
zjednał już sobie sławę i obrany został członkiem Towarzystwa 
królewskiego w Londynie ; Śniadeccy przez biegłość i talenta 
swoje obiecywali, co wkrótce spełnili. Kopczyński wyborną 
swoją wydał gramatykę ; na dworze królewskim , w Puławach 
nie próżnowały muzy. Naruszewicz prawie co rok wydawał tom 
jeden Historji narodu polskiego; nie doprowadził jej jednak jak 
do Kazimierza Wielkiego : Katarzyna II. zakazała dalej prowa- 
dzić. Pierwszy tom , wydrukowany dopiero w tym wieku , gdy 
rękopism onego nie znany, odkrył Józef Sierakowski, a Towa- 
rzystwo królewskie Przyjaciół Nauk kosztem swoim w r. 1824 
wydrukować go dało. 

Lecz nie tylko oświata, wychowanie publiczne, nauki, lite- 
ratura podniosły się przez kilkanaście lat pokoju; przemysł, 
publiczne i domowe gospodarstwo , gdy tym nie przeszkadzali 
Moskale , silnego nabrały ruchu. Zabranie prowincji pruskich 
przez Fryderyka II., ogromne cła na Wiśle, zabranie przez 
Austrję Wieliczki i Bochni, okropny cios bogactwu krajowemu 
zadały. Za panowania Augusta III. , jeden podskarbi koronny, 
człek poczciwy i sumienny, zdał rachunki z ceł i kwart starostw. 
Któżby dziś uwierzył, że te dochody nie dochodziły dwóch 
miljonówl W początkach za Stanisława Augusta cała Polska 
nie przynosiła jak 13,070,000 złotych dochodu, wydatków zaś 



92 



było 31,820,000, a zatem deficit 18,750,000. zł. Wkrótce co dwa 
lata 0(Uoźono ze skarbu miljon, a drugi miljon dwakroć sto ty- 
sięcy z dobrowolnych składek duchowieństwa na umorzenie 
<^ugu tego. Ustanowiono nowe podatki: podymne, czopowe, 
stempel ; podniosły się cła, lecz na wszystko to szlachta i jedne- 
go grosza nie przyłożyła. Przecież w r. 1788 okazał się dochód 
dwuletni 35,000,000 zł. , z których 9 miljonów szło na wojsko, 
reszta na inne wydatki. Królowi płacono 7 miljonów i jeszcze 
remanenta zostawały. Administracja dochodów była prosta, 
każdy dowoził do kancelarji powiatu swego podatek ; nie było 
biura , hetmani tylko i podskarbiowie byli płatni. Za czasów 
sejmu dopiero czteroletniego pierwszy raz szlachta dziesiąty 
grosz płacić zaczęła, lecz prócz małych wyjątków, wstyd powie- 
dzieć ! ledwie trzeci lub drugi płacił. Dochody przed drugim 
podziałem z całego kraju wynosiły rocznie 40 miljonów ; wten- 
czas , gdy po odpadnięciu 1815 roku całej Wielkiej Polski i bez 
Litwy, Wołynia i Podola, książę Łubecki, prawda że nieraz 
g^»'ałtownie, dochody te podniósł do 70 miljonów. — Najzna- 
czniejsza gałąź handlu naszego jest zboże : ta wielce się zmniej- 
szyła przez nałożone cło pruskie na Wiśle. Tu , acz ze wstydem 
przywieść muszę chciwość księdza Młodziejowskiego , kanclerza 
wielkiego koronnego, biskupa poznańskiego. Młodziej o wski, 
nie bez zdatności , był człowiek najrozwiąźlejszych obyczajów. 
Jak wszyscy ludzie bez moralności i zdrowych prawideł , w pas- 
sjach swoich nie umieją się hamować, tak i on niepowściągnięty 
lubownik płci żeńskiej , wszystko łożył na nią, a gdy nie dostar- 
czały dochody, by nowych dostać zasileń, nie wstrzymywały go 
ni na wstyd, ni na cnotę względy. W czasie sejmu Ponińskiego, 
gdy rzecz szła o ilość cła tego , król pruski napisał do Benoit, 
rezydenta swego w Warszawie, by się starał otrzymać cło to po 
4 od sta. Benoit, znając ludzi, dał Młodzi ej owskiemu 4000 czer. 
złotych i otrzymał nie cztery, lecz dwanaście od sta. Tegom się 
dowiedział później od samych Prusaków. 

Gdy te wstydliwe wspominam przekupstwa , muszę też nie 
przeminąć i czyniące nam honor choć później okoliczności. 
W czasie sejmu 1791 roku jeden tylko Polak, i to nie członek 
sejmu, Bieliński, cześnik koronny, prosił i otrzymał 400 czer. 
złotych od posła pruskiego Łuchesiniego ! To mam od tegoż 
Luchesiniego. 

Jakże nieporządnie zapisuję dawne przypomnienia moje! 
Możnaż inaczej z stępioną pamięcią, bez materjałów, nie widząc 
nikogo z równowiecznych ze mną , którzyby mi zdarzenia czy 
to przypomnieć, czy sprostować mogli? 

Rok 1787 był ostatnim spokojności naszej, w materjalnym 
nawet względzie powiększającym nieco korzyści handlu jak 
i oświaty. Odtąd ciągłe nieszczęścia snuły się nieprzerwanym 
pasmem. Lecz i w nim już zaczęły się okazywać zarody wkrótce 



93 

spełnić się mających i u nas i w Europie ważnych, smutnych 
wypadków , zmieniających zupełnie stan polityczny w Europie. 
Nienasycona nigdy pycha Katarzyny U. , popychała ją ustawnie 
do spełnienia upragnionego od niej dzieła opanowania Caro- 
grodu. Przeznaczała ona państwo Osmanów drugiemu wnukowi 
swemu, szalonej pamięci Konstantemu, tak dalece, że wybito 
już , lubo wkrótce złamano , medal z popiersiem Konstantego 
i napisem « cesarz wschodni ». W roku 1813 widziałem sam wy- 
cisk medalu tego z złamanej już formy u hrabiego 

w owym czasie ministra pruskiego w Petersburgu , a wtenczas 
juz oddalonego od spraw publicznych i żyjącego w Ratysbonie 
w zaciszu. Medal ten wzbudził zawiść i trwogę w gabinetach 
europejskich; wtenczas Katarzyna skruszyć formę kazała. 
Choć medal złamany, nie złamała się w nim wola Katarzyny 
opanowania Carogrodu; wiedziała ona dobrze, że bez ściągnie- 
nia na siebie całej potęgi Austrji, sama tak olbrzymiego zamy- 
słu dokonać nie mogła: potrzeba więc jej było pozyskać sobie 
cesarza Józefa II. , równie jak ona chciwego zamiarów. W tym 
celu proponowała mu spotkanie się w Krymie, dokąd umyśliła 
sobie wyjechać, pod pozorem widzenia tej zdradliwym sposo- 
bem nabytej pięknej prowincji. 

Stanisław August dowiedziawszy się o tej podróży carowej 
Katarzyny i że puszczając się Dnieprem , brzeżyć będzie gra- 
nicą królestwa, napisał do niej, by mu pozwoliła widzieć się 
z nią. Nie odmówiła Katarzyna, już to rada z tego publicznie 
oddanego sobie hołdu głowy koronowanej, już też przez cieka- 
wość osoby, którą w młodości swojej kochała tak żywo. 

Stanisław August chcąc może korzystać z tej podróży, by 
rozległe prowincje polskie od Wisły do Dniepru odwiedzić, 
wyjechał z Warszawy w lutym z znacznym dość orszakiem; 
byli w nim między innymi ksiądz biskup Naruszewicz , dziejo- 
pisarz*), Trembecki, nadworny prawie poeta. W całym prze- 
jeździe przez te obfite, rozległe krainy król z wielką uprzejmo- 
ścią i przepychem przez obywateli był przyjmowanym. Szlachta 
przedniejsza przez kilkanaście lat pokoju przyszła była do za- 
możności. Mieszkania jej , sposób życia , już były wykwintniej- 
szemi. Została jednak przodków gościnność i do przepychu 
skłonność; w wielu miejscach szlachta spotykała króla na ko- 
niach, byli i tacy, co jeszcze włożyli na barki puklerze, hełmy 



*) Djarjasz podróży tej nie wiem czy egzystuje; lecs miałem w zbiorze 
moim ciekawy wcale djai^usz Naruszewicza podróży królewskiej do Nieświeża. 
Wtenczas to ras ostatni księże Karol Radziwiłł , wojewoda wileński, pokazując 
królowi wspaniałe przodków swych zbiory, rozkazał, by co mu się tylko po- 
doba, wraz w darze do pokojów królewskich odnoszono. — Żartobliwy ten 
książę nie mało wtenczas przestraszył nuncjusza papiezkiego Saluzzi, gdy 
wyjeżdżając na promenadę, zamiast zwyczajnego pojazdu, zajechał po niego 
karjolką, zaprzężoną sze8'ciu niedźwiedziami, Włoch ledwie nie zemdlał ze 
strachu. 



94 



i karaceny. Jeszcze się był do ostatka nie okrył sromotą słabo- 
ści nieszczęsny nasz Aug^tulus. Przez uprzejmość i słodycz 
swoją lubionym był dosyć, i nie dziw ! miło było Polakowi mieć 
króla ziomka, rozmawiać z nim ojczystym językiem. Niestety! 
byłoż to już raz ostatni ! 

Stanął nakoniec król polski w Kaniowie nad Dnieprem, 
gdzie przez sześć niedziel czekać musiał na autokratkę północy. 
Ta bow^iem, jak niegdyś Kleopatra na wspaniałej nawie An- 
tonjusza, tak ona na wyzłacauej gondoli czyli raczej galerze 
Potemkina po grzbiecie Dniepru przypławiła się pod leniów. 
Ułożono ceremoniał. Z południa 7. maja 1787 przystąpiła do 
brzegu wspaniała galera, na którą wsiadł Stanisław August 
z przedniejszemi dworu swego. Wyszedł na spotkanie jego na 
pomost kniaź Potemkin i jako indygenatem polskim zaszczy- 
cony, pocałował go w rękę i do osobnego gabinetu Katarzyny 
wprowadził. Po trzydziestu blizko leciech niewidzenia się , ja- 
kież musiało być dwóch kochanków zadziwienie, kiedy oko 
w oko stanęli przed sobą? Rozmowa nie była długą: co z sobą 
mówili ; wnoszę, iż król starał się otrzymać od carowej pozwo- 
lenie na usunięcie z konstytucji narzuconej przez nią liberum 
veto i innych szkodliwych zasad, tudzież na powiększenie woj- 
ska. To jednak pewnem, że tylko grzeczne, lecz nie wiele zna- 
czące , obojętne odpowiedzie otrzymał. Zazdrosny Mamonow, 
panujący naówczas kochanek Katarzyny, nie dał się tej rozmo- 
wie przedłużać: wszedł z Potemkinem i wkrótce dano znać, że 
obiad czeka. Ku wieczorowi Stanisław August do Kaniowa po- 
wrócił. Wkrótce carowa przysłała królowi order św. Andrzeja 
brylantami obłożony ; Stanisław August nawzajem przysłał jej 
order Orła białego. 

W blizko dwa lata potem , gdym był z królem na wieczerzy 
u pani Podolskiej, siostry jego, pan ten mówiąc o widzeniu się 
swój em z carową w Kaniowie, mówił, iż mu powiedzianc, że 
gdy się od carowej oddalił, ta obracając się do swoich, miała 
pow^iedzieć : 

— Jak się król polski odmienił I — Wkrótce potem rzekła 
z westchnieniem: — Pewna jestem, że i on toż samo myśli 
o mnie. 

W powrocie z tej podróży Stanisław August obrócił drogę 
na Kraków i tam w wyporządzonym na prędce zamku, mieszka- 
niu Piastów i Jagiellonów, mieszkał. Pierwszy on był król pol- 
ski, co się koronował w Warszawie i ważnej ceremonii odwie- 
dzenia kościółka świętego Stanisława nie dopełnił. Chcąc dziś 
opuszczenie to dopełnić, szedł w procesji jak poprzednicy jego 
z zamku na Skałkę. 

W tymże czasie cesarz Józef II. spiesząc do Katarzyny , za- 
wadził o Kaniów i wńdział się z królem polskim. Biedny Stani- 



95 



sław August aż na dziedziniec wybiegł przeciw Józefowi. 
Obydwaj monarchowie uściskali się. 

— Słyszałem — rzekł Józef II. do Stanisława Augusta — 
żeś mię życzył widzieć ; otóż jestem. 

Eozmowa pięć minut nie trwała. Cesarz prędki we wszyst- 
kiem, który nawet jak gdyby pocztą państwa swe rządził, wsiadł 
do kolaski i dalej. Kiedy cesarz i carowa zjeżdżali się, by losy 
wschodu układać, król polski był tylko celem ciekawości 
dla nich. 01 wy Bolesławy, Stefany, cóżbyście powiedzieli 
na to ? — 

Carowa w Chersonie spotkała się z Józefem II.. Wtenczas 
to ułożono wojnę z Porta i korzyści z niej zabezpieczono sobie 
nawzajem. Wzniecone w Belgjum rozruchy wkrótce odwołały 
Józefa U. do państw jego. Carowa raz wodą, znów lądem 
z Kijowa prowadziła tryumfalnie swą podróż do Krymu. 

W dzisiejszych czasach, gdzie monarchowie sprzykrzywszy 
sobie nudzącą ich okazałość i wystawę, żyją jak prywatni pra- 
wie, latają pocztą i odwiedzają się w małym sług orszaku, cie- 
kawem być może, zostawić opisanie, jakim sposobem Kata- 
rzyna II. podróże swe odbywała. Wyjechała ona z Petersburga 
umyślnie do podróży tej zbudowanym pojazdem. Był to raczej 
dom na kołach , w nim gabinet i salon na osm osób , stolik do 
grania, mała bibljoteka, kredens i wszystkie wygody. Prócz 
damy honorowej, Potemkina, Mamonowa, dwóch szambelanów. 
zaproszeni byli do pojazdu posłowie francuzki i angielski , hra- 
bia Segur i Fitz Herbert. Rozmawiano , czytano, grano w karty 
lub kwestje. Gdziekolwiek zastanowiono się na obiad, już cze- 
kał nowy po temu wystawiony dom obszerniejszy na nocleg. 
W r. 1794 , gdy nas ranionych z pod Maciejowic prowadzono 
do Petersburga , często zdarzało się nam iv tych domach noco- 
wać. W pokoju sypialnym Katarzyny było zawsze w głębi 
cnego umieszczone zwierciadło , które za przyciśnieniem sprę- 
żyny podnosiło się w górę : wtenczas odkrywało się drugie łoże, 
stykające się z pierwszem — łoże Mamonowa. Wygody te zgo- 
towane były dla kobiety lat blizko 60 liczącej. 

Napomknąłem już, że w dużej karecie przez 30 koni cią- 
gnionej caryca była jak we własnym swym ps^acu. Starano się 
dowcipnemi rozmowami bawić ją. Wyjeżdżając z Kijowa , za- 
pytała Katarzyna posła francuzkiego , hrabiego de Segur, jak 
mu się podobało to miasto ? 

—> C'est le souyenir et l'espoir d^une grandę 
vi Ile! — odpowiedział pochlebiający dyplomata. 

— Et vous, monsieur de Fitz-Herbert? — zapytała 
carowa, obracając się do posła angielskiego. 

— Detestable! — odpowiedział zimno Angielczyk. 
Jak dobrze te dwie odpowiedzi malują dwa narody ! 



^ 



96 

Nigdy podobno pochlebcy nie oszukiwali bezczelniej monar- 
chów swoich , jak w tej sławnej podróży oszukiwał Potemkiiiy 
nazwany Tauryckim , Katarzynę. Jak w wielkiej operze , usta- 
wicznie wystawiał on wśród bezludnych stepów, opodal malo- 
w^ane na tarcicach wizerunki jakby wizerunki nowo zbudowa- 
nych miast i włości, a spędzeni z dalekich stron włościanie 
kręcili się w pośród nich. Przypędzone zkądinąd trzody pasły 
się po szerokich błoniach, a na widok ten carowa składała 
dzięki za jego błogosławione rządy. Takie to jest oszukaństwo 
w całej polityce i dyplomacji moskiewskiej ! Ełamliwemi jak 
w stepach dekoracjami mami Moskwa Europę. Nic ja tu no- 
wego nie piszę. Iluż podało już drukiem okoliczności tej sławnej 
do Krymu podróży carowej! To jeszcze przydać muszę, że 
ffdy wjeżdżała w granice Krymu, znalazła wystawioną tryum- 
falną bramę, a na czele tej napisano było : Tędy droga do 
Carogrodul 

Te zjazdy i umowy dwóch najsilniejszych monarchów, ta 
tryumfalna podróż, te napisy, to głośne odkazywanie się na 
Turków , wznieciły niespokojność w Anglji , zazdrość w Prusa- 
kach ; obydwie pobudziły Szwecję i Hollandję. Pitt był wówczas 
pierwszym wszechwładnym w Anglji ministrem, w Prusiech 
Wilhelm tłusty słuchał jeszcze rad doświadczonego Hertzberga. 
Gustaw III. panował w Szwecji. Posiadał on więcej imaginacji 
niżeli rozsądku, więcej żądzy sławy niż talentów nabycia onej. 
Próżny, lekki, oprócz rewolucji w r. 1772, w której dumę szla- 
chty przykłócił i potrzebną dzierżącemu berło władzę przywró- 
cił; od czasu tego do drobiazgów przywiązujący ważność, znów 
więc żądzą sławy wojennej zagrzany, namowom Anglji i Szwecji 
łatwo się dał nakłonić. 

Skoro tylko Austrja z Rosją zaczęły wojnę z Porta, dziekania 
Anglji i Prus w przeszkodzeniu im obiecywanych korzyści coraz 
się silniejszemi stawały. Czuły te mocarstwa, że wydarcie Polski 
carowej z pod wielo władnego jej wpływu, znacznem było potęgi 
jej zmniejszeniem. Pierwszy raz Anglja i Prusy zwróciły uwagę 
swą na Polskę. Fryderyk Wilhelm przysłał nowego posia 
w osobie margrabiego Luchesini , a Anglja pana Hailes. Pierw- 
szy przebiegły, czynny, wkradający się w umysły, posiadający 
w najwyższym stopniu znaną we Włoszech dyplomatyczną 
zręczność; drugi, acz zimny, pełen przekąsów, dość że Anglik, 
u sprzyjających narodowi temu Polaków znaleźli łaskę i dobre 
przyjęcie. 

Niezbyt pomyślny początek wojny Moskwy z Turkami 
i Szwecją zwiększył jeszcze śmiałość sejmujących. Potemkin 
dobywał zimę całą nikczemną Oczakowa twierdzę. Ogołocone 
z wojska granice moskiewskie od Szwecji dały sposobność kró- 
lowi szwedzkiemu Gustawowi III. do napadnięcia bezbronnej ' 
prawie Finlandji i posunięcia się aż blizko Petersburga. 



97 

Wtenczas to dumna Katarzyna o stolicę swą i własną swą 
osobę drżeć zaczęła. Niezmierna była trwoga w Petersburgu : 
jnż archiwa, skarby, sama nawet carowa pakować i do ucieczki 
gotować się zaczęła. Gdyby nie przekupstwo jej wojska szwedz- 
kiego w Finlandji i zdrada mówią Szwedów, kto wie, czy sto- 
lica carstwa nie przeniosłaby się była nazad do Moskwy. Król 
pruski z swojej strony wszelkiemi sposobami niepokoił Austrję, 
do czego pomagał mu sam panujący Józef II. 

Pan ten, acz pałający zapewne duchem dobra poddanych 
swoich, wszystko popędliwie, bez dojrzałej rozwagi, despoty- 
cznie czyniący, zniechęcił sobie dwa ludy, pamiętne dawnych 
przywilejów i swobód swoich: Belgów i Węgrów. Pierwsi po- 
dnieśli oręż za zgwałcenie przywilejów swoich, «la joyeuse en- 
tree» zwanych, wysłali deputację do króla pruskiego o protek- 
cję i otrzymali zachęcenie do dalszego popierania swych praw 
zgwałconych : wszystko to na danem im publicznem posłucha- 
niu. Węgrzy także burzyć się zaczęli o spóźnione swe sejmy 
i przeniesienie korony ś. Stefana z Budy do Wiednia. Józef If . 
przyciśnicny niepomyślną wojną z Turkami, zastraszony od 
Prus, nie chcąc się na domową narażać wojnę, widział się przy- 
muszonym do powrócenia Belgom aPentree joyeuse », a odesła- 
nia korony węgierskiej do Budy. 

Gdy w ten sposób ciężko zatrudnieni sąsiedzi, z drugiej 
strony Prusy i Anglja przyrzekają nam wsparcie swoje , dziwić 
się nie należy, że duch odżył w Polakach, że śmiało ku popra- 
wie bezrządu swego i stworzenia sił wojennych brać się zaczęli. 
Lecz i w tej gorhwości nie mało znaleźli przeszkody. 

By przeszkody te poznać, skreślimy pokrótce wierny obraz 
stronnictw, z jakich się naówczas składał sejm 1788 r. Ogólnie 
mówiąc, składał on się już to z mężów doświadczeniem i do- 
znanych już w kraju nieszczęść nauką, już to z młodzieży po 
podniesieniu wychowania publicznego, świetlejszych nad przod- 
ków swoich, oczyszczonych z, zgubnych ich przesądów. Lecz 
pasje i w pośród oświecenia wywierają swą potęgę. Nie ustał 
był jeszcze znaczny wpływ królewski i możnych w kraju osób. 
Poseł moskiewski liczył wielu już to zobowiązanych rocznemi 
jurgieltami, już trwożliwością i ulegania nałogiem. Wielu było 
takich, którzy acz nie ulegający, tuta presentia quam 
noya et incerta malebant. Młodzież żywo i śmiało brała 
się do wszystkiego , co widziała zbawiennem dla kraju ; starych 
lękliwość, opieszałość i nałóg zapatrywania się na możnych, 
•opieszałymi czyniły. 

Sejm rozpoczął się 6. października 1788 roku. Zebrały się 
stany, każdy w swej izbie. W poselskiej przystąpiono do wy- 
brania marszałka; dwóch było ubiegających się: Stanisław 
Małachowski i Józef Potocki, starosta szczyrzecki; ten tylko ze 
iwietności imienia, tamten z nieskażonego życia, gorliwości 

Niemcewicz, Pamiątki. 7 



98 

obywatelskiej i umiłowania w cnocie znany. Czyn następujący 
zalecił go krajowi całemu: kiedy był marszałkiem trybunalskim, 
osądził sprawę ze znaczną dla strony jednej str&tą. Wątpliwość 
że się pomylił, uwiedsiony zręcznością patronów, poprowadsiła 
go na dojrzalsze tej sprawy zgłębienie. Przekonany o błędzie, 
skrzywdzonej stronie z własnej kieszeni stratę powrócił. 
Obrany więc został marszałkiem nazajutrz jednomyślnie prawie. 
Sejm chcąc uniknąć wolnego liberum veto i spieszniej 
działać, spoił się związkiem Konfederacji, a zaproszony przez 
poselstwo do senatu, udał się do senatorskiej izby. 

Ponieważ ostatni raz na tym sejmie sejmujący zbierali się 
dawnym przodków swych trybem, nie od rzeczy będzie wspo- 
mnieć o nim pokrótce. Uwiadomiony król o zebrania się, wy- 
chodził z pokojów swoich. Poprzedzali go licznym orszakiem 
senatorowie i urzędnicy koronni ; przed samą osobą królewską 
szło czterech marszałków wielkich i nadwornych, niosących 
laski hebanowe, w złoto oprawne, z herbami Królestwa i Wiel- 
kiego księstwa Litewskiego. Stanisław August piękną miał i po- 
ważną postać; nosił zawsze mundur ustanowionego przez siebie 
korpusu kadetów. Miał zwyczaj nosić na lewem ręku przy pię- 
ści przymocowany zegarek, by tem łatwiej, bez dobywania ^o, 
widzieć godzinę. Gdy zasiadł na tronie, czterech marszałków, 
pokłoniwszy ma się głęboko, odchodziło na miejsca swe na ko- 
niec krzeseł senatorskich. Natenczas marszałek wielki koronny 
trzykrotnie uderzywszy laską, dawał głos marszałkowi sejmo- 
wemu. Po głosie tym minister jum udało się do tronu. Uderzył 
marszałek laską, mówiąc: Wielki kanclerz od tronu mówić 
będzie. — Nie mam materjałów do poradzenia się ; pamiętam 
tylko , że w tej mowie i propozycjach od tronu , proponowane 
prawa nie tyczyły się żywotnych odmian w rządzie, mniej jesz- 
cze politycznego stanu Europy, bo o polityce od dawna nie 
wolno nam było mówić. Zasolwowano sesję do jutra. 

Uroczyste było to sejmu otwarcie, jak i uroczystemi są 
wszystkie narodowe zgromadzenia. Jak. dalekie jednak od da- 
wniejszych, zygmuntowskich sejmów! Już przez połowę 
senatorowie byli w cudzoziemskim stroju; jeden tylko książę 
Karol Radziwiłł, wojewoda wileński, przypominał dawne wiekL 
Był to mąż urodziwy, raczej z góry dumnie patrzący. Miał on 
na sobie karmazynowa aksamitną delję na opuszki spiętą, 
u góry klamrę z djamentów, w pośród której drogi jaśniał kar- 
bunkuł, sobolowy kołpat, karabela od złota i djamentów, wąs 
zawiesisty ; zasapany siadał w krześle. Jak błaho wydawali się 
przy nim inni senatorowie, w mundjarach wojewódzkich, z ma- 
łymi roźenkami zamiast karabel u boku! Między posłami wię- 
cej jeszcze było ubranych po polsku; nadto w ciągu sejmo tego 
wszczął się zwyczaj przebierania się po polsku. 

Nim przystąpię do opisywania, ile pamięć zasięgnie, działań 
sejmowych , powiem pokrótce, jaką była wtenczas Warszawa. 



99 

Rozległa jeszcze naówczas w granicach swych Polska, 
liczyła wieltt za możnych , niezmierne włości posiadających pa- 
nów. Radziwiłłowie , Czartoryscy , Sanguszkowie , Lubomirscy, 
Potoccy, posiadali nie majątki, lecz równające się prowincje 
wieln udzielnie panującym w Niemczech książętom. Cóż się dziś 
z nimi wszystkimi stało ! Wszystkie lub całkiem , jak Czartory- 
skich, lub w znaczniejszej części zniknęły. 

Ostatnia Radziwiłłówna, przymuszona dać rękę jenerałowi 
moskiewskiemu Wittgensteinówi, niezmierne dobra wprowa- 
dziła w obcy dom moskiewski. Roman Sanguszko, prosty sołdat 
moskiewski, jęczy w górach kaukazkich. Czartoryskim wszystko 
wydarł car Mikołaj. Szczęsnego Potockiego synowie i córki, na 
kilkanaście części podzieliwszy majątki, drobnieją i niszczeją ; 
jeden z nich Aleksander został także ofiarą chciwości i zemsty 
Mikołaja, równie jak i synowie Włodzimierza. Lubomirscy 
także zdrobnieli. Słowem, nie masz już w Polsce magnatów. 
Nie dzisiejszym , ale przodkom ich słusznie w znacznej części 
zgubę Polski przypisać by można ; może nieba w synach i wnu- 
kach ich ukarały dziś ojców i dziadów winy. Oni to pychą rzą- 
dzeni, toczyli wojny z królami, zakłucali kraj, trzymali w nie* 
wolniczej podległości szlachtę uboższą, w niewoli włościan. 
Postrzegli się lepiej wychowani późniejsi ich następcy, lecz już 
za późno. Nad nimi ubolewać, lecz poprzednikom ich złorzeczyć 
należy. 

W jakież mnie ustawiczne ubocza myśl błędna uwodzi ! Idę 
to w tył, to naprzód, jak się co pamięci nawinie. Mówiłem 
o Warszawie w 1788 roku. I wtenczas magnaci dawnej i świe- 
żej daty, zaślepieni-pychą, zniweczyli dzieło sejmu konstytucyj- 
nego , a z niem i całą przyszłość naszą szczęśliwą. Wracam do 
materjalnego opisu społeczeństw Warszawy w czasie zaczęcia 
sejmu tego. 

Prócz osób sejmujących, jak gdyby przeczuciem jakiem, że 
to raz ostatni, co było znacznego i majętnego w Koronie i Li- 
twie, zjechało się do stolicy. Panowie, prócz niektórych, nie 
już z temi licznemi dworami, jak w dawnych czasach, dostatnie 
atoli niektórzy z urzędu, wielu z zwyczaju i okazałości, trzymali 
stoły i dawali zgromadzenia wieczorne. Książę prymas Ponia- 
towski, marszałek sejmowy Stanisław Małachowski, ks. Adam 
Czartoryski, jenerał ziem podolskich, książę kanclerz Sapieha, 
pani hetmanowa Ogińska, księżna kanclerzyna Czartoryska, 
trzymali domy prawie otwarte. Któż inne policzy ! Książę Ra- 
dziwiłł, wojewoda wileński, prowadził życie wcale dawnym 
polskim zwyczajem. Pałac jego przez kardynała Radziwiłła zbu- 
dowany, później przez Moskali złupiony, nie był urządzony ni 
ozdobiony na nowo. Książę stał w prosto wytynkowanych po- 
kojach; dwór po oficynach i w starym drewnianym, walącym 
się przy bramie dworku. Na górze był teatr w 1775 roku 

7* 



100 

urządzony, gdzie grywano polskie komedje i włoskie opery, 
nim Ryx, kamerdyner królewski, nowy teatr wystawił. Cała 
Litwa zbierała się do Radziwiłła: on bowiem przez bogactwa, 
dawność rodu , spokrewnienie z wielu szlacheckiemi famiijami, 
ludzkość, rubaszność swoją, był, można powiedzieć , wielkim 
księciem litewskim. U niego codzień śniadania i obiady dla 
wszystkich, nie delikatne, lecz sute; dowożono wszystkiego 
z Białej, a nawet sanną drogą od Nieświeża. Na niezmiernym 
dziedzińcu widać było szaragi z.duźemi hakami żelaznemi, a na 
nich wisiały: łosie, dziki, niedźwiedzie, sarny, zające, jarząbki 
i mnóstwo ptastwa różnego. Wszystko to prędko sprzątnione, 
napełniało się nowym przywozem. 

Przed sesją sejmową zwyczaj był miewać sesje prowincjo- 
nalne: Małej Polski, Wielkiej Polski i Litwy. Pamiętam, gdy- 
śmy posłowie Litwini raz przybyli na sesję tę do pierwszego 
senatora, księcia Radziwiłła, wojewody wileńskiego, zastaliśmy 
w dużej sali na dole wąski stół nakryty na sto i więcej osób, za- 
walony mnóstwem ciężkiego, lecz nie wychędożonego srebra. 

— Panowie bracia! — rzekł Radziwiłł, wychodząc przeciw 
posłom — nim zaczniemy radzić o dobru rzeczypospolitej , po- 
silmy się trochę. 

Napiwszy się wódki gdańskiej, zakąsiwszy ją piernikami 
i tłuczeńcami, zasiedliśmy do stołu. Po lewej i prawej ręce 
stołu tego stały szeregiem beczułki ; nie wiedzieliśmy co w nich 
było, aż gdy je z stukiem wielkim odbito, pokazały się ostrzygi. 
Wysypywano je na ogromne blaty srebrne i na stół stawiano. 
Sprzątniono je wkrótce i wraz stół okrył się bigosami hultaj- 
skiemi, kiełbasami, wędzonkami z łosia, marynowanemi 
w occie chrapami zwierza tego, pieczeniami, pirogami i innemi 
tegoż rodzaju potrawami , nie licząc gęstych wina węgierskiego 
butelek. 

Po skończonem śniadaniu jako prezes zagaił sesję Radziwiłł, 
wystawując na przyjść mającą sesję sejmową materje tak 
gładko , jasno, rozsądnie, iż mnie i wielu innych, nie trzymają- 
cych wiele o jego zdatnościach , nie mało zadziwił. W kilka 
miesięcy, oznajmił, że jedzie do Litwy, a gdy posłowie prosili, 
by nie opuszczał prowincji : 

— Panie kochanku! — odpowiedział — nie mogę. 

— A cóż — zapytano — książę pan ma do czynienia? 

— Zakładam morze w Nieświeżu! — odpowiedział. 

Trwa dotąd w pamięci żyjących, jakie Radziwiłł ten miał 
upodobanie w opowiadaniu o sobie samym najdzikszych po- 
wieści. 

Niestety! czemuż ważniejszych wypadków zapisywać nie 
mogę? Lecz takie brednie nasuwają się mi na pamięć : wzgar- 
dzą niemi poważne dzieje, niechże je zgrzybiałemu starcowi 



101 

wolno będzie, jeżeli nie dla użytku drugich, to dla zabawy 
swojej nadmienić. Wracam do sejmu. 

Przy samem otwarciu onego dwie tylko można było widzieć 
strony: królewską, z nałogu powolną, drżącą, jeszcze przed 
Moskwą, i patrjotów, tuszącą sobie, że korzystając z zatrudnień 
Moskwy, pożyteczne dla ojczyzny sprawić będzie mogła od- • 
miany. Wodzowie tej strony: Potoccy , Szczęsny nawet , Bra- 
necki, książę Czartoryski, zdawali się trzymać razem, lubo 
w rzeczy samej hetman Branecki, mający za sobą siostrzenicę 
Potemkina, pannę Engelhardt, obracając się zawsze ku Mo- 
skwie, nie znajdował w opozycji innej roskoszy, jakby tylko 
gryźć i martwić króla; a hetman polny Rzewusla, by odebrane 
sam o władztwo hetmanom nazad odzyskać. Wkrótce atoli nade- 
szła chwila , ^dzie pierwsi wodzowie i trzymający z nimi w pra- 
wdziwem świetle okazać się musieli. 

Tegoż 1788. roku, 18. listopada, poseł pruski, imieniem 
pana swego, Fryderyka Wilhelma II., podał notę do stanów 
sejmujących, w której wyraził, że gwarancja moskiewska do 
tych czasów praw kardynalnych zgubnych dla Polski, nie może 
hamować wolnego działaijia sejmu, w czynieniu odmian w kon- 
stytucji swojej, jakie dla siebie zbawiennemi i niepodległość 
swą zabezpierzającemi za przyzwoite uzna. Przyrzekał nadto 
król pruski pomoc swą w przypadku , gdyby Polska o czyn ten 
niepokojoną być miała. Polacy przez tyle lat nie słysząc jak 
tylko górne rozkazy, przesyłane sobie przez posłów moskie- 
wskich, wyrazy noty pruskiej, wszelkie względy winne narodowi 
niepodległemu zachowującej, przyjęli z radością prawdziwą. 
Ile się cieszyli przyjaciele niepodległości, tyle przerażeni nią 
zostali ślepi zwolennicy carowej. Przerażony Stanisław August 
zabrał głos , w umiarkowanych wyrazach przekładając stanom 
potrzebę ostrożnego postępowania, by nie ściągnąć na siebie 
niechęci imperatorowej rosyjskiej. 

— Nie taję się — rzecze — że jestem przyjacielem impera- 
torowej, bo dobrze znam, że dobro ojczyzny naszej być mi nim 
każe. — 

Branecki , Szczęsny Potocki , marszałek litewski Gurowski, 
w podobnych odzywali się słowach. W kilka dni Stakelberg, 
poseł moskiewski, podał notę, w której zimno i sucho 
ostrzegał stany, by się nie ważyły tykać w czemkolwiek 
zagwarantowanych przez monarchinię jego praw dla dobra 
Polski nadanych. Ile nota pruska wzbudziła przychylności 
do przemawiającego przez nią , tyle moskiewska sprawiła 
odrazy. 

Wtenczas to napisałem pierwszą polityczną bajkę moją przez 
aluzję do tych dwóch not, pod tytułem Zięba i sowa. 
Wszystkie w ciągu sejmu tego pisane bajki moje były polity- 
cznego rodzaju. Bajka: Krety, pisana była, gdy stronnicy 



102 



Braneckiego i Szczęenego Potockiego, nie mogąc przemódz 
dobrze myślących , starali się stratą czasu podkopywać wszyst- 
kie zbawienne zamiary nasze. 



ROZDZIAŁ X. 



Lachesiai. — Stalcelberg. — Działania sejmu. — Przeszkody. — Branecki. — 
Seweryn Rzewuski. — Szczęsny Potocki. — Kossakowski biskup. — Spraw* 
Ponińskiego. — Wojciecli i'urski instygatorem. — Postęp zbyt wolny prac 

sejmu. 



Mocarstwa europejskie, widząc słabą, poniżoną Polskę 
we względzie politycznym, poddaną woli carowej moskiewskiej, 
nie trzymali u niej posłów. Francjań Hiszpanja nie miały ża- 
dnego w Warszawie; pograniczne nawet potencje, Austrja 
i Prusy, nie chcąc reprezentantów swoich widzieć przytłumio- 
nymi przez dumnego posła moskiewskiego, miały tylko dro- 
bnych rezydentów. Takimi byli: Decachet austrjacki, Buchholtz 
pruski. W tym ostatnim widziałeś materjalnosć samą , ledwie 
małą odrobinę ducha nieśmiertelnego. Uchodziło to , póki sy- 
stemat dworu berlińskiego było: nie przeciwić się panowaniu 
Moskwy nad Polską. Lecz gdy wydarcie jej ze szponów moskie- 
wskich stało się dworu tego niepoślednim przedmiotem , uległy 
Stakelbergowi przez długi nałóg Buchholtz , w odmiennym no- 
wym systemacie przestał być właściwy. Herzberg rzucił oczy 
na margrabiego Luchesini. Wspomniałem już o nim ; dodać 
tylko muszę, że był rodem z Luki. Biegły w dziejach i polityce, 
czynny, ruchawy do niewypowiedzenia, gotowy podjąć się 
wszystkiego, by celu dopiąć, tak dalece, że gdy szJo o wybór 
arcybiskupa na elektora mogunckiego , a zachodziła lukta mię- 
Austrją i Prusami, Luchesini przebrany za kupca jubilera, krę- 
cił się między kanonikami mogunckiemi, i to darami, to obie- 
tnicami otrzymał, że kandydat sprzyjający Prusom wybranym 
został. Mam tę anegdotę od żony jego. 

W dzisiejszem zdarzeniu, już nie przebrany, ale w całej 
okazałości posła do niepodległego narodu wysłany przybył i dom 
przyzwoity godności takiej otworzył. Nie dosyć na tem. Ile Sta- 
kelberg, acz nie ze wszystkiem w obejściu swem Moskal, prze- 
cież dumny i z brwią wyniosłą przyjmujący wszystkich — tyle 
zręczny Włoch był grzecznym i zalecającym się. Objechii oa 



103 

osobiście wszystkich sejmujących z oświadczeniem imieniem 
króla swego , iż monarcha ten szczerze chce pomyślności i nie- 
podległości szlachetnego narodu polskiego i użyje silnych środ« 
ków , by mu takowe zapewnić. Jakoż pi'zekouani byliśmy, że 
gdy w owym czasie interes jego zgadzał się z myślą podniesie- 
nia nas y wyrazy te były szczere. Niestety ! tak haniebnie w lat 
trzy potem, chciwość zaborów, powiększenia się, zawiodła za- 
ręczane obietnice, przytłumiła wszelki wstyd, zgwałciła wszelką 
dobrą wiarę i świętość w przymierzu. 

Któż tę zdradę naówczas mógł przewidywać , gdy i interes 
Wilhelma i coraz nowe dowody życzliwych jego chęci szczerość 
tę zaręczały. Najsilniejszy dowód przychylności jego ku Polsce 
był ten, iż gdy oświadczył, że odporne i zaczepne przymierze 
życzył zawrzeć z stanami , dodał, iż żąda , aby zgromadzone na- 
ówczas zniosły liberum yeto i zagwarantowane im anarchi- 
czne prawa. Mógłźe lepiej dobrze życzący ojczyźnie swej Polak 
do serc i umysłów przemawiać? Jakoż oświadczenie to, 'prócz 
stronników Moskwy, przekonało wahających się jeszcze, ośmie- 
liło bardziej jeszcze sejmujących. Z zapałem właściwym Pola- 
kom rzucono się do zniesienia gwarancji moskiewskiej , rady 
nieustającej i wszystkiego co nas zgubiło i w haniebnej podle- 
głości tak długo trzymało. Napróżno król, drżący na samą myśl 
obrażenia carowej, przekładał niebezpieczeństwo ściągnienia 
gniewu jej; napróżno Branecki, Szczęsny Potocki, Massalski, 
Surowski, w tenże sposób mówili; napróżno sam poseł moskie- 
wski Stakelberg groził gniewem swej pani — nic szlachetnego 
popędu wstrzymać nie mogło. Choć nieznaczną większością, 
rada nieustająca, tak nienawistna krajowi, zniesioną została. 
Z podobnym zapałem uchwalono sto tysięcy wojska, dobrowolne 
składki i podatek dziesiątego grosza z dóbr ziemskich i ducho- 
wnych, a połowę ze starostw. Gorący duch Polaków jak ognista 
raca wzbija się rączo w górę i jaśnieje żywym ogniem; lecz nie- 
stety! pęka jak raca i pada na ziemię. Złożono natychmiast 
kilkakroć sto tysięcy dobrowolnej ofiary. Sejmujący dali przy- 
kład: i ja mając naówczas 1000 złotych gotowych, zaniosłem 
500. Marjański, kowal warszawski, ofiarował dwa wozy amuni- 
cyjne. Podatek ze skór skarb nieco zasilił, lecz w przywiedzeniu 
do skutku podatku dziesiątego grosza wielkie znalazły się tru- 
dności i opóźnienia. Wstyd mi wyznać, że nie wielka tylko 
liczba obywateli była, co dochody swoje wiernie podała, wię- 
ksza nierównie , co je zataiła. 

Skoro tylko zrzucono gwarancję moskiewską i nowy porzą- 
dek rzeczy zaprowadzać zaczęto , najprzód Seweryn Rzewuski, 
hetman polny koronny, widząc że o powróceniu władzy hetmań- 
skiej i wzmianki nie było , bez tej uważając wszystko za stra- 
stracone, rozdąsany wyjechał do Wiednia. Dotąd za dobrego 
obywatela miany Szczęsny Potocki, obrażony w swej dumie, że 



104 



stany rad jego buchać nie chciały, w gorą.cej mowie pożegnał 
sejm , oświadczając : że widząc w nowym porządku rzeczy za- 
machy na wolność szlachecką, z dziesięciorgiem dzieci do Sta- 
nów Zjednoczonych Ameryki przenieść si^ zamyśla. Szalony, 
nie wiedział, że przeniósłszy się tam i chcąc zostać obywatelem, 
sam szlachectwa swego zrzec by się musiał Nie udał się jednak 
do Ameryki, lecz najpród do Wiednia, gdzie wspólnie z szalo- 
nym Ezewuskim wszedł zaraz w praktyki z Razumowskim, 
posłem moskiewskim, względem wywrócenia dzieła sejmu; 
ztamtąd do Targowicy, dla zawiązania tam Konfederacji pod 
protekcją moskiewską; dalej do Petersburga, znów do Ham- 
burga, gdzie, gdy dla senatu miasta tego chciśił dać obiad, ża- 
den z zaproszonych nie przyszedł. Wrócił nakoniec do dóbr 
swych Tulczyna, gdzie budując wystawne gmachy, tworząc 
i upiękniając Zofjówkę, rozwodził się i żenił. Napróźno zgry- 
zoty sumienia usiłował rozpędzać. Robak ciężkich zarzutów 
nie przestał go toczyć. Umarł okryty niesławą, smutna ofiara 
dumy i oszukaństw moskiewskich. Wystawił on wspaniały ko- 
ściół z grobem dla siebie. Jak gdyby nieba ukarać go chciały 
za zbrodnie przeciw ojczyźnie, Moskale obrócili ten kościół na 
cerkiew schyzmatycką, wyrzucili ciało jego, a car ukochaną 
Zofjówkę jego zabrał i żonie swej darował. 

Na nieszczęście nasze, nie wszyscy naczelnicy partji moskie- 
wskiej oddalili się od sejmu; najniebezpieczniejsi może zostali: 
Branecki i Kossakowski, biskup infiantski. Wspomniałem wy- 
żej o pierwszym, jak dd dawna znany carowej, spokrewniony 
z Potemkinem, dumny, przewrotny, śmiały, popularny z kie- 
lichem , niebezpiecznym stawał się. Innym był w powierzcho- 
wności biskup Kossakowski. Rzadko bardzo odzywał się on 
w senacie, wszystko pokątnie i szeptami działając. Poufale 
związany z posłem moskiewskim, dawał mu rady jak postępo- 
wać. Nigdy on wręcz i otwarcie nie sprzeciwiał się żadnemu 
projektowi, lecz nie! umiał on lepiej, przez stronników moskie- 
wskich chwaląc go nawet, wzniecać przeszkody, zwlekać dłu- 
żej, a nie mogąc całkiem odrzucić, przynajmniej go, ile mo- 
żna, zepsuć. Wszystko to czynił nie z braku światła, lecz żeby 
za wypływem moskiewskim otrzymać intratne biskupstwo wileń- 
skie, cel gorącydi swych życzeń. Massalski, biskup, przez 
bojaźń Moskali , nałóg ulegania, trzymał się tejże strony. Guro- 
wski brał pensję. Poniński, Raczyński, toż samo; wielu zyski 
lub trwożliwe ść wiązały do nich. 

Pomnożenie wojska najmilszem było sejmu zatrudnieniem. 
Zaczęto drobne dotąd pułki , a raczej ich zawiązki , do przy- 
zwoitej liczby doprowadzać. Przywołano Polaków w obcych 
krajach służących. Przybyli z Austrji : ks. Józef Poniatowski, 
Wielhorski Michał i Wieniawski : z Prus: Grochowski; z Sakso- 
nji: tak głośny potem Henryk Dąbrowski ; z Francji: Mokro- 



105 

weki i Michał Zabiełło. Tym wszystkim wyższe zabezpieczono 
stopnie. Gdy przyszło do podziała wojska na rozmaite właściwe 
mu bronie, stanął silnie hetman Branecki za wystawieniem jak 
najliczniejszej kawalerji narodowej. Czyli to chęć szkodzenia 
zamiarowi, czyli żądza popularności prowadziła go do tego, nie 
wiedzieć. Tu wiedzieć należy, że od dawnych czasów czoło 
jazdy polskiej składało się z poważnych, jak je nazywano, zna- 
ków: husarzy, pancernych, w Litwie Petyhorcow. Służyła 
w nich niegdyś sama majgtna szlachta; każdy brał płacę na 
wiele chciał koni. Chorągwie acz nie liczne , lecz zagrzane oby- 
watelstwem i chęcią sławy, póki wojny, nie licznem toczyły się 
wojskiem : nieraz przeważne stanowiły zwycięztwa , nieraz wro- 
dzona w szlachcie polskiej do nieposłuszeństwa skłonność, pod 
pozorem zaległej l^acy, prowadziła je do rokoszów i konfede- 
racji, w ostatnim stopniu dla ojczyzny zgubnych. Jakież liczne 
w dziejach naszych dowody są tego ! Kis idąc dalej , patrz za 
Jana Kazimierza Pamiętniki Paska i przed nim jeszcze Maszkie- 
wicza za Zygmunta III. w wyprawach na Moskwę. 

Na sejmie 1775 r., gdy wojsko nasze urządzano na nowo, zo- 
stawiono nielicznie te złożone chorągwie. Za taką to jazdą 
w rubasznej mowie obstawał Branecki : 

— Nie wiele bym ufał — wykrzykiwał — tej z chłopstwa 
złożonej piechocie , lecz wszystkiego dokażę , kiedy obróciwszy 
się do szlachty , do chorągwi poważnych, zawołam ; « Panie Pio* 
trze, panie Pawle! Hejże bracia za mną ! » 

Wytknąłem ja te słowa w komedji mojej « Powrót posła », 
w r. 1791 pierwszy raz granej. 

Do smaku była wielu sejmującym ta mowa. Lecz wkrótce, 
gdy przyszło do ustanowienia etatu wojska , rynsztunku i płacy 
cnego, zeszła na tem znaczna część długiego sejmu naszego. 
Nie znano bowiem jeszcze naówczas komisji roztrząsających 
wprzód projekt do prawa. Przy końcu dopiero sejmu wprowa- 
dzony ten tak potrzebny porządek; lecz w chwili, o której 
mowa, do każdego patrontasza, kamaszy, ładownicy, osobne 
były mowy i osobne wetowania sejmujących. Pisarz koronny, 
Kazimierz Rzewuski, wiele znany z odbytych pojedynków, mało 
z odwagi przed nieprzyjacielem, nie służący nigdy wojskowo, 
ckliwemi uwagi swemi nad guzikami i sprzączkami , najwięcej 
się przyczynił do straty czasu drogiego. 

Nie mając ani materjałów, ani nawet zapisek żadnych, się- 
gając starą, znękaną pamięcią czasów już blizko od pół wieku 
upłynionych, przedniejsze tylko przygody sejmu tego, czyny 
chwalebne lub niecne epoki tej, pokrótce skreślić tu mogę. Nie 
przestawał król pruski pobudzać sejmujących do spieszenia 
z poprawą drożnych ick ustaw , równie jak do pomnożenia sil 
zbrojnych królestwa. Ustąpił on skarbowi za słuszną opłatą do 
30,000 sztuk broni , wsparł silnie w Petersburgu domaganie się 



106 



sejmu, aby wojska moskiewskie wyszły z Podola i Ukrainy. 
Wtenczas kniaź J^otemkin, zamyślając wcześnie (jak to wszyst- 
kie jego kroki dowodzą) o polskiej koronie, doniósł stanom, że 
juz wojska moskiewskie wyszły ze wszystkiem z granic polskich, 
i że on jako indygenatem szlachectwa polskiego zaszczycony, 
gdy inni czynią ofiary , pewną liczbę palnej strzelby ofiaruje 
rzeczypospolitej. Ofiara ta nie dowodziż, że Potemkin zamyślał 
o berle polskiem? To jedno bowiem tylko nie dostawało do 
szczytnych żądz i zamysłów jego. Zgadywał nadto, co po 
śmierci Katarzyny go czekało, gdyż srogi gniew następcy jej 
Pawła I. ściągnął był na siebie. 

Sejm zrzuciwszy gwarancję moskiewską, zwaliwszy nieusta- 
jącą radę, nienawistną krajowi, najwięcej z przyczyn nadany 
jej władzy tłómaczenia prawa, zaczął na zwaliskach wznosić 
fundamenta nowego rzeczy porządku. Wyznaczona więc depu- 
tacja do ułożenia projektu względem nowej formy rządu. Skła- 
dali ją mężowie światłem , obywatelstwem i wzięciem w kraju 
znakomici: Krasiński, biskup kamieniecki, Potocki, marszałek 
litewski, Chreptowicz, podkanclerzy litewski, T. Wawrzecki, 
Hugo Kołłątaj i Wejsenhoff, poseł inflantski. Przynieśli 
wkrótce do stanów projekt pod tytułem: Zasady rządu. 
Nie zawierał jak tylko główne części rządu, rozciągłej w dalszym 
czasie opisać się mającego. W nim postanowiono zniesienie 
na zawsze liberum veto, poprawiwszy sposób elekcji królów, 
wezwanie króla saskiego, a po nim córki jego infantki do berła 
polskiego, opisanie rządzących komisji, wojskowej, skarbowej, 
i edukacyjnej. Zasady te przeszły zgodnie. 

Zwrócono uwagę na stan wiejski i miejski. Ślizka jeszcze 
naówczas materja ze szlachtą, uważającą kmieci jak ziemską 
swą własność. Pamiętam , żem i ja w żywych wyrazach opisu- 
jąc stan wieśniaków, odezwał się za nimi. Głos mój tak niektó- 
rych oburzył, że po skończonej sesji Walewski, wojewoda sie- 
radzki, przystąpiwszy do mnie na pozór z miną rubasznie przy- 
jacielską, którą wewnętrzny gniew źle pokrywał: 

— Wyrodku! — rzecze — i ty sam dawny szlachcic, za 
chłopami odzywać się odważasz? 

— Panie wojewodo ! — rzekłem — mam to sobie za zaszczyt 
i chrześciańską powinność. 

On, silny nadzwyczaj, ściskając mnie za rękę, tak, żem za- 
krzyczał: 

— Bez urazy — rzecze — bądźźe u mnie dziś wieczorem na 
ostrzygach. 

Walewski ten był w Konfederacji barskiej; Dumourier 
wspomina on jak o odważnym mężu. Jakoż był on dość gorli- 
wym obywatelem, kochał ojczyznę, lecz po swojemu. Ksi%ię 
Eustachy Sanguszko, sąsiad jego na Wołyniu, powiadał roi 
o nim szczególną anegdotę. W roku 1795, już po podziale osta- 



107 

tnim Polski, gdy wojewoda daźo był słabym, książę Sanguszko 
odwiedzić go przyjechał. Ucieszony t% wizytą Walewski, porwał 
się z łoża, wyprowadzić się kazał na ganek i podać ulubionego 
obydwom węgrzyna. Podchmieliwszy już sobie dobrze, nalał 
nareszcie duży kielich i podnosząc go w niebo : 

— Twoje zdrowie , o Boże ! — zawołał. — Wkrótce stanę 
przed tobą i zapytam się ciebie: dla czego tak uporczywie prze- 
śladujesz Polskę i zgubiłeś ją na wieki. A jeżeli mi nie dasz 
dobrej racji, będziesz się musiał wybić ze mną. 

Niech Bóg pijanemu odpuści to bluźnierstwo i świeci nad 
<lu8zą jego. 

Nie przestawali stronnicy moskiewscy szukać wszelkich spo- 
sobów, by gorliwości dobrze myślących w sejmie coraz nowe 
wzniecać przeszkody i zwłoki. Wspomnę o dwóch znaczniej- 
szych. Odkryto, że władyka schyzmatycki na Wołyniu namawiał 
pospólstwo wiejskie do wykonania przysięgi wierności carowej, 
jako najwyższej głowie kościoła dyzunickiego. Podniecani mo- 
wami jego chłopi, jęli się przeciw panom swoim buntować. Je- 
den z obywateli wołyńskich, Wieleżyński, zabitym od nich 
został. Wyznaczona do tego na miejscu indagacja, przekona- 
nych o zbrodnie gardłem skarała. Władyka wzięty i osadzony 
w więzieniu w Warszawie. 

Więcej jeszcze zabrała czasu niewcześnie wzniecona sprawa 
przeciw Ponińskiemu, marszałkowi sejmu 1775 r. Ten lubo się 
mógł nieco zasłaniać , że silnej przemocy trzech dworów musiał 
ulegać, nie mógł się jednak usprawiedliwić: Dla czego, wadząc 
tę przemoc, dążącą do zaboru najpiękniejszych prowincji na- 
szych, przyjął ten urząd? Nie mógł się usprawiedliwić, dla 
czego niecnych na ojczyźnie swojej szukał zysków i rozkazał 
stanom okryć się za czyny takie książęcym tytułem. Dany rok 
Ponińskiemu , by się stawił przed sąd sejmowy. Wtenczas to 
zjawił się człowiek z mnogich względów, wielu dzisiejszym po- 
dobien. Urodzony w najuboższym stanie, wyperswadował so- 
bie, że był udarowany od Boga większem nad wszystkich ludzi 
światłem, genjuszem oraz umiejętnością, i że jako takiemu 
wszelka władza, wszelkie dostojeństwa jemu jednemu przed 
wszystkimi należały się. Z rzadką bezczelnością potwarzał 
wszystkich , sięgał po wszystko. Że jednak zdolności nie odpo- 
wiadały pretensjom, grzecznie pozbywano się go wszędy. 
Chwycił się więc sprawy Ponińskiego, by wyjść na widok publi- 
czny: otrzymał tytuł instygatora publicznego przy sądzie sej- 
mowym. Jak łatwo, jak wymownie można było oskarżać tak 
wielkiego zbrodniarza! Przecież mowa Turskiego, ckliwą bez 
związku i tęgości, była banialuką. Dopiął atoli celu swego 
oskarżyciel: zażądał 1000 czerwonych złotych za fatygę i te 
otrzymał. 



108 

Skazany Poniński dekretem sejmowym na wieczne wygna- 
nie, utratę wszystkich urzędów, boj%c się nawet o życie od 
oburzonego przeciw sobie ludu , ratował się ucieczk% do Pras, 
lecz i tam dościgniony, schwytany, uwięziony, aż do czasu 
opanowania stolicy przez Moskali w r. 1794. 

Nie będzie od rzeczy powiedzieć, jaki był koniec oskarżo* 
nego i oskarżyciela. 

Poniński urodzony w Wielkiej Polsce z miernym majątkiem, 
nie bez wrodzonych jednak talentów, rozwiązły, rozpasany na 
wszystkie roskosze, nie oglądający się na nic, byle tylko chu- 
ciom swoim dogodzić, bezwstydnie podejmował się wszystkiego, 
byle go zapłacono hojnie. Acz z hańbą i krzywdą kraju zboga- 
cony na sejmie, którego był marszałkiem, gdy miary w mamd- 
trawstwie swem nie znał, źle nabyte dostatki przy początku 
sejmu naszego wszystkie prawie utracił, tak, że gdy w r. 1795 
Warszawa dostała się Prusakom i on uwolnionym został, żył 
w tak wielkiej nędzy , że wierny służący jego opatrywał go ży- 
wnością. Rozpacz uczyniła go pijakiem, obdarty chodził po 
ulicach, wstępując do każdej szynkowni i pijąc prostą gorzałkę. 
W r. 1799 w zimie znaleziono go bez duszy leżącego pod mu- 
rem. Godny koniec przedajcy ojczyzny swojej ! 

Nie ochydził się Wojciech Turski podobnemi jak Poniński 
zbrodniami. Nie można go oskarżać, jak o rozkiełznaną do sza- 
leństwa próżność, przerzucanie się z jednej strony na drugą, 
żądzę pieniędzy i słynności, bez zastanowienia się, czy złej czy 
dobrej. Zaczął on być naprzód nadskakiwaczem i zausznikiem 
brata królewskiego księcia podkomorzego, który mu nawet 
szambelaństwo z pensją wyrobił u króla ; wkrótce coraz nowe 
domagania się o nowe zaszczyty poróżniły go z mecenasem 
jego. Rzucił się do Rzewuskiego , hetmana polnego koronnego, 
i niedawno dworak, stał się obrońcą władzy hetmańskiej, libe- 
rumyeto i elekcji królów. Książę nawet napisał, dowodząc £e 
na tych trzech zasadach gruntowała się szczęśliwość Polski. 
Gdy w roku 1792 Moskale z Targowiczanami wkroczyli zbroj- 
nie do Polski, znów Turski pokazał się na scenie. Udał się do 
rządu, przysięgając na wszystko, co jest najświętszem , że ma 
sposób niezawodny z kilkuset danych ludzi zniszczyć wojsko 
nieprzyjacielskie. Pytano go, jaki to był sposób? Odpowiedział, 
że wyjawić go, byłoby to go całkiem zniszczyć. Żądał 2000 cz. 
złotych. Nieograniczona tylko żądza zgubienia zajadłego wroga 
zaślepić mogła rząd , że przyjął propozycję jego i żądaną sumę 
mu wypłacił. 

W ciągu krótkiej wyprawy w r. 1792, wódz nasz najwyższy, 
książę Józef Poniatowski, przy którego kwaterze czepiał się 
Turski, kilkakrotnie przypomniał mu przyjęty przez niego obo- 
wiązek zniszczenia wojska moskiewskiego; lecz ciągle odbierał 
odpowiedź , że jeszcze pora nie przyszła. W Kurowie dopiero, 



109 

^dy przyszła wiadomość , że król Konfederację targowicką pod- 
pisał i wojsku cofać się kazał, Tarski zniknął zupełnie, a w mie- 
siąc dopiero dowiedzieliśmy się, że był w Paryżu, w epoce 
zaczętych tam rewolucyjnych okropności. Tam zapoznawszy się 
ściśle z wodzami Jakubinów: Robespierre, Marat, S. Just i in- 
nymi , dał sobie tytuł reprezentanta narodu polskiego , nazwał 
się Albert le Sarmatę, otrzymał audjencję w konwencji naro- 
dowej i miał tę zapalczywą jakubińską mowę, którą w dzienni- 
kach owej^ epoki czytać można. 

Tymczasem gdy po rozbiciu nieszczęsnej Polski, jenerałowie 
Eniaziewicz, Zajączek, Dąbrowski i wielu innych mieli szczęście 
unieść osoby, zranione serce swoje i iskrę jakąś nadziei do 
obcej ziemi , gdy za staraniem ich uformowały się legje polskie, 
Turski wyrobił sobie silny list od Barrasa do jenerała Kniazie- 
wicza, aby jeden z tych pułków dał mu w komendę. Przymu- 
szony był jenerał Kniaziewicz uczynić tak. Wkrótce i tam 
Wojciech Turski pokazał się we właściwem świetle. Gdy korpus 
jenerała Moreau , którego części przywodził Kniaziewicz , cią- 
gnął pod Hohen-Linden, Turski przystąpił do Kniaziewicza, 
mówiąc mu: 

— Panie jenerale ! pozwól, bym się oddalił. 

— Chcesz się oddalić w dzień bitwy! — z gniewem zawołał 
Kniaziewicz. — Precz od wojska, i jeżeli jutro nie podasz się 
do dymisji, rozstrzelać cię każę! 

Przelękniony fanfaron , j>odal się do dymisji , wrócił do Pa- 
ryża , zaczął znów konszachty swoje z rządem , otrzymał prywa- 
tną misję do Carogrodu i znaczną na podróż tę sumę. Nic nie 
zrobiwszy; strwonił ją, narobił długów i odwołanym został. 
Dobrze od rządzących Francją poznany, już więcej imponować 
nie mógł. Trzeba się było do innej rzucić spekulacji. Poznał 
niemłodą, niepiękną, lecz majętną Francuzkę, odezwał się o jej 
rękę i otrzymał ją. Jakim był w stadle małżeńskim, powiedzieć 
mi trudno , dopiero bowiem w 1812 roku , w czasie wyprawy na 
Moskwę, niespodzianie zjawił się w Warszawie, z dawną dumą 
i dawnemi pretensjami; lecz odgłos świeżych, a pamięć da- 
wnych jego czynów, nigdzie nie zjednały mu ufaości Zjadłszy 
majątek żony, nie miał po co wrócić do Francji: okryty nie- 
sławą, tyle razy bogaty, znów w nędzy, umarł gdzieś w Wielkiej 
Polsce. 

Zbyt rozciągłe może zatrzymałem się nad Wojciechem Tur- 
skim, lecz uważałem w nim jak doskoni^y obraz rewolucyjnego 
awanturnika polskiego. Iluż naszym awanturnikom dzisiejszym 
biografja Turskiego prawie słowo w słowo służyć by mogła? 
I tak być musi w rewolucji , mianowicie w epoce , gdzie istność 
narodu zupełnie zniszczoną zostanie, a najnieznośniejsze ze 
wszystkich jarzm, to jest jarzmo obcego despotyzmu, przygnie- 
cie go bez nadziei. Wtenczas , gdy już zniknie jedyny punkt 



110 



centralny, do którego zmierzają wszystkie najdroższe serc na- 
szych uczucia, gdy zniknie ojczyzna, człowiek, zostawiony sam 
sobie , be zatradnienia , bez obowiązku ; gdy go religja i silnie 
zaszczepione prawidła uczciwości i wstydu nie zatrzymują, roz- 
paczy, drażliwym chuciom swoim, samolubstwu, wolne wodze 
podaje. Niesprawiedliwy, nieuważny, rozjątrzony, że płocho 
przez niego zaczęte dzieło chybiło, że nie przyniosło mu tych 
korzyści, które sobie obiecywał, miota się, pryska zajadłością 
swoją bez względu na prawdę. Podobny do wściekłego zwierzę- 
cia, długo warczy, kąsa, pieni się i zdycha. 

Widzieliżbyśmy takie występne obłąkania, gdyby ci, co się 
im poddają, mieli własną ojczyznę, niepodległą od obcych 
w wolnościach i prawach swoich ustaloną bezpiecznie ? Wten- 
czas każdy na rodzinnej swej ziemi, wśród krewnych, przyja- 
ciół, znajomych, znajdując w czułych uczuciach pokarm dla 
serca, w zatrudnieniach odpowiadających zdolnościom każdego, 
przyzwoity zawód , nie drażniony prześladowaniem , nie zepsuty 
zagranicznemi przykładami, wznosił by się w miarę zasług, prze- 
stawał na swojem , żył i umierał spokojnie. I któż przeszkodził, 
że nie jest tak? Bezbożne despoty, co nas rozszarpali. 

Niech mi darowanemi będą te ustawiczne zboczenia , te za- 
stanowiania się nad szczególnemi nawet osobami; ale naoczny 
świadek, pamiętając jak podobni awanturnicy i wonczas i dziś 
szkodzili i szkodzą ojczyźnie swojej, wymieniam ich, aby podo- 
bni im wiedząc, że imiona ich i czyny odkryte będą przed świa- 
tem, poskramiali się w bezczelnościach swoich. 

Sejm, acz nie z tym pośpiechem, jak okoliczności wymagały, 
postępując w swych dziełach, przyjęciem zasad konstytucyjnymi 
zabezpieczając naród od zgubnej anarchji gwarancją narzuco- 
nej, coraz większe u obcych wzbudzał zaufanie, coraz więcej 
i sam poważać się zaczął. Wysłano do wszystkich dworów po- 
selstwa; dotąd bowiem przez zakaz Katarzyny nie śmiano trzy- 
mać jak nikczemnych u sąsiedzkich dworów rezydentów. 

Ksiądz Pohrebiata, ex-jezuita, mieszkał w Wiedniu, Deboli 
w wyższym stopniu w Petersburgu. Zajadła atoli na Polskę 
Katarzyna, zdawała się w poniżeniu jej szukać jakiejś roskoss^. 
U dworu swego, gdy wszyscy zagraniczni posłowie byli zebrani, 
mówiąc z każdym z nich, zawsze posła polskiego w milczeniu 
omijała. Czuł to żywo Polak, pamiętny na dawną swą potęgę 
i świeże , wczorajsze dopiero w Europie barbarzyńskich jeszcze 
Moskali znaczenie. Przez sejm zbyt wcześnie może, chcąc utra- 
coną odzyskać powagę, 29. marca 1790 zawarte zosti^o z królem 
pruskim przymierze. Najważniejszy onego warunek był ten: 
że gdyby Polska za polepszenie swej konstytucji zaczepioną 
być miała, król pruski w obronie jej z wojskiem stawać przy- 
rzekał. Opuścić nie mogę, iż w rokowaniach o traktat ten, po- 
seł pruski nie przestawał żądać odstąpienia Gdańska , przyrze- 



111 



kając, że na to miejsce wymusi na Anstrji odstąpienie znacznej 
części Galicji. Jakoż czynione były względem tego negocjacje ;. 
dalsze polityczne wypadki, szczególniej wybuchnienie rewolucji 
franciizkiej , zniweczyły te układy. 

W tymże czasie i z tymże duchem przypomnienia państwom 
europejskim, że Polska niepodległość swą odzyskała, wysłana 
do przedniej szych poselstwa: do Porty Ottomańskiej Piotra Po- 
tockiego, starostę seczyrzeckiego ; do Danji Adama Rzewuskie- 
go; do Szwecji Jerzego Potockiego, starostę tłumackiego; do 
Berlina księcia Józefa Czartoryskiego , stolnika litewskiego 
Holandji Michała Ogińskiego; do Francji Oraczewskiego 
Londynu Bukatego; do Drezna Nepomucena Małachowskiego ; 
do Petersburga Szczęsnego Potockiego, lecz ten do ważniej- 
szego gotując się dzieła, do Wiednia już nieukontentowany 
wyjechał. Do Madrytu wysłany Morski. Wkrótce po wezwania 
na tron elektora saskiego , wysłany książę Adam Czartoryski 
do Drezna , by pana tego do przyjęcia propozycji tej nakłaniał. 

Cesarz Józef II. niepotrzebnie w wojnę turecką wplątany^ 
nie doznawszy w niej jak przeciwności, smutnie umiera. Na- 
stępca jego, Leopold II., z rzadką mądrością przez lat wiele 
Toskanją rządzący, obejmuje rządy po nim i wraz stara się 
wojnę z Turkami zakończyć. Otworzył się kongres w Reichen- 
bach, gdzie Luchesini z Warszawy jako medjator pojechał. 



do 
do 



ROZDZIAŁ XT. 



Sejm w podwójnym komplecie. — Prawo o miastach. — Przygotowania do 

konstytacjł 3. mą)a. — Opis szczegółowy dojścia do skntku tej uchwały. -^ 

Sprzysiężenie się mocarst;!^ sąsiednich przeciw niej. — Minister pruski Schu- 

lenburg. — Śmierć Potemkinn szkodliwa dla Polski. 



Rokowanie Austrji z Porta powinno było upominać sejm, że 
i Moskwa, nie chcąc sama dłużej toczyć wojny z Turkami, nie- 
spokojna o niebezpieczną dla niej w Polsce rządu odmianę,, 
zbliży się również do pogodzenia się z przeciwnikami swymi 
i całą nwągę swą na Polskę obróci. Przecież trudności w otrzy- 
maniu nie poniżających dumę Katarzyny warunków, zostawiły 
nam jeszcze półtora roku czasu. Upływał czas dwuletniego 
sejmu ; •nastąpić musiał drugi. Sejm atoli nie chcąc opuszczać 
zaczętego dzieła, zamiast rozwiązania się , postanowił nakazać 



112 



nowe sejmiki, nowych posłów wybór, by w podwójnej reprezen- 
tantów liczbie przyszłe losy rzeczypospolitej tern uroczyściej 
ustalić. 

Dnia więc 16. grudnia 1790 r. zebrał się naród w podwójnej 
reprezentantów liczbie; uzyskane już poprawy, nadzieja wa- 
żniejszych jeszcze, ufność w potężnym sprzymierzeńcu , napeł- 
niały serca wszystkich otuchą, najpomyślniejszej przyszłości. 
Kiestety! mogliźeśmy przewidywać najbezwstydniejszą zdradę 
od tego sprzymierzeńca , który podnieciwszy nas sam przeciw 
Moskwie, wkrótce się z nią złączył na ostatnią naszą zagubę! 

Nikt tak haniebnej nie przewidywał zdrady. Niezgłębione 
wyroki niebios rzucają jakieś zaślepienie równie na królów, jak 
i na narody. Cieszyliśmy się na powierzchni tej ojczyzny, której 
grób już kopać zaczęto. Nigdy Warszawa świetniejszą nie była 
tłumami ciekawych wypadków, zjeżdżających się zewsząd oby- 
wateli; ludność Warszawy ledwie nie połowę powiększyła się. 
Wszyscy w pismach, zdaniach i mowach, najzupełniejszej uży- 
wali wolności. Pod bokiem zgromadzonych stanów, w samych 
przedsieniach sejmu, przedawano pisma hetmana Rzewuskiego, 
Turskiego , małego żygawki Mira za liberum yeto i elekcją 
królów, a obok te głupstwa zbijające odpowiedzi Staszyca 
i Kołłątaja, ks. Jezierskiego, i t. d. Ja, chcąc wyszydzić ostatek 
zakorzenionych przesądów, napisałem komedję «Powrót posła », 
gdzie wszystkie te zdrożności wyśmianemi były. Nieporównany 
aktor Śwież awski grał pryncypalną rolę z rzadką doskonałością. 
Podobała się i sztuka, gdyż bawiła ; Świeżawskiemu worek pełen 
złota rzucono z parteru. 

Nazajutrz na sesji powstał sławny później z niegodziwości 
swojej poseł kaliski Suchorzewski i w ognistej mowie zapozwał 
mię przed sąd sejmowy, jako śmiejącego się targać na kardy- 
nalne prawo narodu wolnych elekcji królów. Podziw na podo- 
bny wniosek zamknął usta wszystkich ; Suchorzewski, widząc że 
nikt go nie popiera, sam projekt swój wziął na deliberację. 
Niezrażony atoli tem zaskarżeniem , gdy kwestja wezwania ele- 
ktora saskiego do tronu toczyła się w izbie, zabrałem głos, 
silnie przedstawiając z dziejów nieszczęścia, które z wolnych 
elekcji spłynęły na Polskę, i dziedzictwo berła radziłem. Sucho- 
rzewski w odpowiedzi na argumenta moje rzekł : 

— Furdy to są te inkonweniencje wolnych elekcji w poró- 
wnaniu z nieszczęściami dziedzictwa. Dobrze, kiedy się co pocz- 
ciwego urodzi; ale kiedy zasiądzie po nim kiep, dureń, błazen, 
warjat, będzież mu musiał naród być posłusznym? 

Mimo niedelikatności ostatnich wyrazów względem wstrętu 
swojego do sukcesji wyrazów, miałby Suchorzewski rację, gdy- 
by nie uwaga , że i w przypadkach niezdatności monarchy do 
panowania, konstytucja opatruje sposoby zaradzenia wynikają- 
cym ze zdarzenia podobnego niebezpieczeństwom. 



113 

W pośród ciągłych uciech i zabaw, którym się licznie ze- 
brani i lubiący je Polacy poddawali, acz dla przeszkód, nie 
z takim jak życzono pośpiechem, przecież postępowały czyn- 
ności sejmowe. Dnia 7. maja 1790 stanęło prawo urządzające 
sejmiki, usuwające wszelkie dawne w nich nadużycia; niedługo 
potem prawo o miastach, przez co pozwolono mieszczanom 
z miast znaczniejszych wybierać reprezentantów swoich na 
sejmy, lecz tylko z doradczym głosem. Natychmiast więc mia- 
sta wybrały reprezentantów swoich ; na czele ich był Wybicki, 
głośny od dawna z obywatelstwa swego. Był już w 1764 roku 
posłem, przed pierwszym podziałem kraju, z ziem pruskich, 
naówczas należących do nas. On więc imieniem wszystkich re- 
przentantów miejskich miał mowę do króla i stanów. 

W tymże czasie, to jest 17. września 1790, carowa w Wereli 
zawarła pokój z Szwecją. Domowe sprawy w tych notach krót- 
kich mając na pierwszym celu , nie wiele wspomnieliśmy o po- 
4stronnych. Tu o wojnie z Szwedami to tylko nadmieniam , że 
wojna ta z obu stron na lądzie dosyć toczyła się słabo, żywiej 
galerami na morzu , przemiennem dla stron obu powodzeniem. 
W ostatniej atoli potrzebie flotylla moskiewska pod komendą 
księcia de Nassau prawie ze szczętem przez Szwedów zniesioną 
została. Wtenczas to bojary moskiewskie, zawsze cudzoziemcom 
zazdrosne , głośno księcia Nassau oskarżać zaczęli. On tedy na- 
pisał list do carowej, uskarżając się na to i winę na podkomen- 
dnych swoich składając. Katarzyna zaś odpisała mu : 

— Ne faites pas attention a toutes ces criaille- 
ries, c'est vous qui avez raison, car je .veux que 
vous 1'ayez. 

Własnoręczny list Katarzyny, w którym powyższe znajdo- 
wały się wyrazy, przypadkiem dostał się był do zbioru mego. 
Niestety ! z tylu innymi drogiemi dla dziejów naszych zabytkami 
zabrany, przepadł. 

Po wspomnionem na morzu zwycięztwie, Gustaw III. wszyst- 
kich stt swoich natężył, by i na lądzie przeważnie zgromić Mo- 
skali: zebrał znaczne wojsko wFinlandji. Walczącym z Moskwą 
nie dość jest być pewnym pobicia ich w polu orężem: nie jednej 
oni używają broni, a ta im zawsze lepiej jak szabla służy; bron 
ta jest: zdrada, oszukanie, przekupstwo. Do tych rzuciła si§ 
Katarzyna. Rozsypany miljon rubli między oficerów szwedzkich 
"W wojsku finlandzkiem, pobudził ich do podniesienia buntu 
przeciw królowi swemu i oświadczenia, że w obc^ granice nie 
wkroczą. Zdrada tak szkodliwa, zniszczyła wielki plan Gu- 
stawa ; postanowił atoli nie cofać się w przedsięwzięciu swojem. 
Zwołał stany szwedzkie nie już do Sztokholmu , lecz do miasta 
Gefle. Otoczył sejm wiernem sobie wojskiem i wszystko, co 
żądał, otrzymał. Tu niech mi wolno będzie drobną przytoczyć 
łokolicznośó. Gdy wieść o tem otoczeniu sejmu wojskiem przez 

NisMCBWicz, Pamiętniki. 3 



114 

króla przyszła do Warszawy, Suchorze wski, poseł kaliski, nie 
wiedzieć czy jako obrońca niepodległości obrad pablicznych, 
na asamblach u marszałka sejmowego Małachowskiego, przy- 
biegł do posła szwedzkiego, hr. d^Engestróm, i cały zapyrzony, 
rzekłszy mu te tylko słowa: «Yotre roi est un quatre 
lettres)), odszedł natychmiast. Polacy zrozumieją , co słowa 
te znaczyły; dla obcych nie widzę tłumaczenia onych po- 
trzeby. 

Wszystkie wzięte przez króla szwedzkiego środki prowadze- 
nia dalej wojny odwróciła Katarzyna proponowanym mu 
i otrzymanym w Wereli pokojem. Głośny onego warunek był 
zostawienie granic i dawnych związków , jak były przed wojną. 
Będąc atoli w Szwecji w r. 1795, po wyjściu z niewoli moskie- 
wskiej , słyszałem znakomitszych Szwedów , którzy mi powie- 
dzieli, że znając umysł Gustawa, skłonny do nowości, ujęła go 
najbardziej obietnicą korony polskiej po śmierci Stanisława 
Augusta. Jak daleko to było dokładnem, powiedzieć nie mogę, 
to atoli rzecz podobną do prawdy czynić się zdaje, co obecny 
naówczas w Sztokholmie świadek a żyjący dotąd Antoni Bory- 
Iławski, przywiązany do poselstwa naszego, powiadał nam 
wszystkim, iź zaraz po zawartym z Moskwą pokoju, Gustaw III. 
ustawiczne pytania o Polsce czynił posłowi naszemu; co więcej, 
sprawił sobie ubiór narodowy polski i w prywatnych pokojach 
swoich zwykł był w nim chodzić. Tak lekki tylko człowiek , jak 
był Gustaw III., mógł się dać złapać na wędzidło obłudnej Ka- 
tarzyny ; nigdy by mu była nie dotrzyme^a słowa. Wracam do 
materji. 

Dotąd poczynione w rządzie naszym ustawy i odmiany, 
przyrównać można do głazu marmuru, w którym snycerz prze- 
dniejsze tylko części z gruba oznaczył i ociosał: nie było życia, 
ogólna tylko ustawa konstytucyjna tę całość, to życie dziełu 
nadać mogła. Od dawna w tajemnicy najprzód pracowano koło 
czynu tego. Marszałek Iflrnacy Potocki był duszą dzieła tego; 
pomagali mu: marszałek Małachowski, Kołłątaj i kilku innych. 
Przypuszczony do tajemnicy sekretarz królewski do włoskiej 
ekspedycji, Pabbe Piatoli, człowiek światły, uczony, poczciwy, 
posiadający ufność królewską. Przez niego zaczęto wprzód ma- 
cać trwożliwego Stanisława Augusta. Przeląkł się z razu słaby 
z natury monarcha, lecz gdy mu przełożono, jak wielkie 
z ustawy tej dla kraju spłynie dobrodziejstwo, jak wielką sam 
przez nią zyska władzę, jak imię swe drogie Polakom, nie- 
smiertelnem w potomności zostawi, skłonił się do dzieła i silne 
mu dawał wsparcie. 

Narady koło dzieła tego zaczęły się najprzód w skromnem 
mieszkaniu Pabbe Piatoli w zamku królewskim. Wieczorami 
zawsze byłem przypuszczany na nie. Król, jak tylko można, 
incognito wymykał się z swoich pokojów i bocznymi koryta- 



115 

rzami spuszczał się do Piatolego ; towarzyszy! mu tylko dworza- 
nin jego gJuchy i niemy Wilczewski, kasztelanie wiski, dwie 
zapalone świece, schylony ku ziemi, niosąc przed nim. Tam już 
sprzysiężonych swoich zebranych zostawał. 

Czytano i roztrząsano każdy paragraf osobno. Król pamię- 
tny przesądów i anarehji w całym ciągu panowania Augusta III., 
nieraz się odzywał: 

— Lepiej ja od was znam naród mój ; to nie przejdzie. 

Myśmy ga zachęcali, mówiąc, że znaczniejsza część sejmu- 
jących inaczej wychowana , jak byli ojcowie ich. Nadto starano 
się przygotowywać umysły i w stolicy i w kraju, miotając po- 
śmiewisko na dawne przesądy, zalecając mające nastąpić zba- 
wienne odmiany. Wtenczas to zaczęła wychodzić gazeta naro- 
dowa i obca; autorami byli: Tadeusz Mostowski, kasztelan ra- 
ciążski, Józef Wejsenhoff i Juljan Ursyn Niemcewicz, posłowie 
inflantscy. Duch gazety tej równie był daleki od pochlebstw, 
jak i od obelg: pierwszy raz zaczęto zdawać sprawę z toczących 
się materji na sejmie, kłaść wyjątki ważniejszych głosów, czy- 
nić uwagi bezstronne , dawać wiadomości o wszystkiem , co się 
działo -W postronnych narodach. Pismo to znalazło łaskę u pu- 
bliczności i szeroko rozchodziło się. 

Gdy już ustawa rządowa wypracowaną i ukończoną została, 
gdy jej nawet czytanie udzielone wielu, złożono dnia 2. maja 
1791 r. sesję trzech prowincji w dużej sali pałacu Kadziwiłło- 
wskiego. Zebrali się tam posłowie przeciwnej nawet strony, 
i wyznać muszę, że wielu z nich, między nimi Erzucki, wołyń- 
ski, oddawali jej sprawiedliwość. Lecz strona moskiewska, co 
nie znając jej nawet, wcześnie ułożyła sobie być jej przeciwną, 
po usłyszeniu jej , bardziej się jeszcze dąsać i choć po cichu od- 
kazywać zaczęła. Liczba jej jednak nie była ni wielka ni śmiała. 
Branecki, Kossakowski, Raczyński, posłowie Szczęsnego Po- 
tockiego, Suchorzewski , zebrali się w nocy u Bułhakowa, 
który po Stakelbergu był posłem w Warszawie; był z nimi 
i Małachowski, kanclerz, tyle zły obywatel, ile przykładnym 
był brat jego, marszałek sejmowy. 

Na schadzce tej podburzono Suchorze wskiego aż dó szaleń- 
stwa, perswadując mu, że ustawa ta, dziedzictwo berła, wpro- 
wadzały na wieczne czasy w Polsce ohydny despotyzm , i że dziś 
otwarte było każdemu pole, przeciwiając się jej z całej siły 
podać imię swoje do najpóźniejszej potomności. Łatwo w przy- 
gotowanej już do tego duszy utkwiły te słowa. Niech mi t« 
jednak będzie wolno względem Suchorzewskiego zdanie moje 
otworzyć. Był on mi zawsze przeciwnym, nieprzyjaznym nawet, 
nikt mnie więc o stronnictwo dla niego nie posądzi. Przecież 
rozumiem, że w początkach sejmu nie był on bynajmniej przy- 
jacielem Moskwy; później może, sam może nie spostrzegając 
tego, przez biskupa Kossakowskiego i Braneckiego dsl się 

8* 



116 



wciągnąć do ohydnego przeciw ojczyźnie swej spiska. Kossa- 
kowski poznawszy wkorzenione w nim przesądy elekcji, wyłą- 
cznych przywilejów szlachty, złotej tejże wolności, nie przesta^ 
wał wbijać mu w głowę, że przyjaciele konstytucji byli prze- 
dajnemi narzędziami despotyzmu , chcącymi szlachtę porównać 
z chłopami; że Moskwa, by podobnego porządku rzeczy 
i u siebie nie doznawać, była jedyną opiekunką szlachty, i że 
przywileje jej wszelkiemi siłami popierać gotowa. Częste podo- 
bne rozmowy zawiodły do poufałości. Kossakowski zapoznał 
Suchorzewskiego z Bułhakowem, a ten jak najsilniej starał się 
przekonać go o najlepszych życzeniach carowej dla Polski, za- 
prosił go na obiad, dalej z sobą, Kossakowskimi Braneckim 
proponował wiska: Suchorzewski wygrał 400 czerwonych zło- 
tych, drugi raz 200 czerwonych złotych, trzeci raz 300 czerwo- 
nych złotych. Nie pojmując Suchorzewski, jak mu szczęście 
służyło, polubił dom Bułhakowa i codziennym prawie stał się 
gościem jego. 

Tymczasem 2. maja 1791 r., gdy treść cała ustawy 3. maja 
głośną się stała, rozeszła się wieść, jakoby strona moskiewska 
zbrojną ręką przeciwić się jej chciała. Uczyniło to patrjotów 
ostrożnymi. Kołłątaj , referendarz naonczas koronny, co w cza- 
sie rewolucji stał się tak głośnym i czynnym, człowiek śmiały, 
pierwszy, co u ludu i mieszczan wziętość sobie skarbić zaczął, 
pierwszy, co ich za sprężynę (Jo dopięcia widoków swych użył, 
Kołłątaj, mówię, przez zauszników swoich : Konopkę, przechrztę 
Dembowskiego, i prezydenta naówczas miasta, gorliwego oby- 
watela Dekerta, pobudził mieszczan warszawskich, że tłumnie 
zgromadzili się koło zamku królewskiego i wszystkie przystępy 
do niego zajęli, głośno wołając: — Wiwat konstytucja! — 
Przyszła godzina zaczęcia sesji ; senat i posłowie zgromadzili się 
licznie; na galerjach dla arbitrów, w każdem pozostałem miej- 
scu mnóstwo ciekawych tak ważnego zdarzenia. Gdy król za- 
siadł na tronie i marszałek sesję zagaił, spostrzegłem Brane- 
ckiego otoczonego rębaczami swymi; żem z tyłu niedaleko 
siedział, słyszałem jak jeden z najpoufalszy eh jego zbliżywszy 
się do ucha, rzekł mu: 

— A cóż, panie Ksawery, machniemy? 

Branecki, pomieszany, tern tylko odpowiedział słowem: 

— Wara! 

Odtąd nie było podobieństwa opozycji. Wezwał marszałek 
dpputację spraw zagranicznych, by dała sprawę o położeniu 
i związkach naszych z obcemi mocarstwami. Lecz nie dopuścił 
tego Suchorzewski, poseł kaliski, sam domagając się głosu, 
a gdy mu przeczono, mówiąc, że pierwszeństwo depatacji się 
należy, wyszedł Suchorzewski z miejsca swego, a w pośród 
izby sejmowej padłszy jak długi na ziemię i machając nogami 
i rękami, jak gdyby pływał, zbliżył się do tronu, wrzeszcząc do 



I 



117 

króla, aby nie dopuścił gwałcić świętych rzpczypospolitej 
wolności. Porwawszy się potem za nogi i uchwyciwszy dziewię- 
cioletniego syna za rękę , rzecze : 

— Wiem ja, że nie tylko na rzeczpospolitę, ale na najpier- 
wszego obrońcę jej , na moje życie jest sprzysiężenie (tu niepo- 
jęte o sprzyaiężeniu tern zaczął prawić duby), kończąc, że sobie 
i synowi śmierć zadać gotów, gdyby wolność szlachecka zginąć 
miała. Zapewniono go zewsząd, że nikt ani na wolność , ani 
na życie jego nie dybie. Wyszedł więc Suchorzewski ; naza* 
jutrz ruszył do Wiednia do Szczęsnego Potockiego i Rzewu- 
skiego. 

Deputacja zaczęła czytać swe sprawozdanie. Doniosła, źe 
pomyślne dotąd dla Polski okoliczności, stosunki między mo- 
carstwami europejskiemi i nami tak dotąd pochlebne, do obawy 
o losy nasze i niespokojności słuszne dają powody; że Moskwa 
zawarła już pokój ze Szwecją, a pomyślnym odtąd z Porta wo- 
jując orężem, i z tą pokój uczynić może; źe cesarz Leopold już 
z tąż Porta rokowania zaczyna; że przezorność i przykłady nas 
uczą, że i na wierze sprzymierzeńców nie zawsze ślepo polegać 
można; że nakoniec niewierni ojczyźnie swej ziomkowie prze- 
ciw ustawom sejmowym praktykują z obcymi. 

Po skończonem sprawozdaniu deputacji , zabrał głos marsza- 
łek litewski, Ignacy Potocki, prosząc króla, aby podał narodowi 
środek, jak ma sobie w zegrażających niebezpieczeństwach po- 
stąpić. Król zawołał ministerjum do tronu i w głosie dobitnym 
wskazał, iż najdogodniejszym środkiem uważał przyjęcie goto- 
wej już konstytucji, kładącej koniec długiej polskiej anarchji. 
Po niejakich przeciwianiach się czytaniu, odczytano ją nako- 
niec. Zaczęły się natychmiast jeden po drugim głosy zwolenni- 
ków moskiewskich; to jednak godne uwagi, że ani Branecki, 
ani Kossakowski , ani Massalski , nie odezwali się , a gdy po 
kilku godzinach ckliwego gadania powszechna okazała się nie- 
cierpliwość , Michał Zabiełło , poseł inflantski , który przez cały 
ciąg sejmu nie odezwał się i razu , powstał i zawołał : 

— Mości królu! Prosimy WKMości, abyś wezwał stany do 
zaprzysiężenia całej konstytucji. 

Powszechny okrzyk nie tylko sejmujących, ale i arbitrów 
głos ten powtórzył. Senat i posłowie ruszyli się do tronu; król 
natychmiast wezwał biskupa krakowskiego, Turskiego, a ten 
z ewangielją zbliżył się do tronu. Król i my wszyscy z niewy- 
mownym zapałem poprzysięgliśmy wszyscy, ręce do góry po- 
dnosząc. Król przysiągłszy , te dodał słowa : «Juravietnon 
me penitebit. » Ruszył wraz sejm cały do katedry ś. Jana, 
odśpiewano Te deum laudamus przy huku dział i radosnych 
okrzykach niezliczonego ludu. 

Tegoż jeszcze wieczora Gazeta narodowa o przyjęciu kon- 
stytucji dała publiczności wiadomość : nazajutrz całą tę opisała 



118 

8e6J§, amieszczając głos Suchorzewskiego i innych. Jest to je- 
den z najciekawszych zabytków tej epoki. 

Jak w życiu człowieka , tak w życiu narodów s% chwile, nie- 
stety 1 krótkie, gdzie im zdarza Opatrzność czuć radość i wesele 
niezmięszane żadną goryczą. Taka to była chwila, w której 
ustawa 3. maja ogłoszoną została. Dla dania jej tem większej 
powagi, na sesji 5. t. m. za wnioskiem biskupa Kossakowskiego, 
marszałek raz jeszcze po trzykroć zapytał stanów o zgodę na 
nią: powszechna zgoda bez żadnego już przeciwieństwa po- 
twierdziła tę ustawę. 

Podług przyjętego zwyczaju, członkowie sejmowi do kon- 
stytucji wyznaczeni, podpisali ją. Między innymi biskup Kossa- 
kowski podpisując, to przydał do podpisu: biskup inflantski, 
koadjutor wileński — wcześnie sobie zabezpieczając tę infułę 
w razie, gdyby konstytucja utrzymać się miała; w przeciwnym 
przypadku już ją od carowej zapewnioną mając. 

Lecz nie tylko naród polski przyjął z radością ustawę tę ; co 
tylko było w Europie mężów cnotą , światłem i zasługami zna- 
komitych, pospieszyli wszyscy z oddaniem hołdu i pochwał 
królowi oraz narodowi za tak ważne dzieło. Między wszystkie- 
mi atoli pospieszył najpierwszy z oddaniem hołdu Polakom sam 
Fryderyk Wilhelm IL, król pruski, w liście swoim z 23. maja 
1791 r. do króla, a czytanym publicznie na sesji sejmowej, win- 
szując Polakom tak zbawiennej dla nich ustawy. Któżby był 
zgadł naó wczas , że nie ubieży i rok, a tenże monarcha odważy 
się wyprzeć bezwstydnie i listów i przyrzeczeń i uroczystego 
zawartego z Polską przymierza; co więcej, że pierwszy poda 
myśl rozszarpania na szmaty kraju, który sam bronić, wspierać 
i powiększyć przyrzekał. 

Lubo ustawa 3. maja 1791 r. znaną jest dobrze światu, nie 
będzie od rzeczy, choć celniejsze jej punkta w tem miejsca po- 
łożyć. Podług więc tej ustawy , berło polskie dziedzicznem się 
stawało, tolerancję wszystkich religijnych wyznań zapewniono, 
a stanowi szlacheckiemu równość między sobą i używanie 
wszelkich swych przywilejów; królewskie miasta wysyłały de- 
putowanych. Służba cywilna lub wojskowa otwierała mieszcza- 
nom do szlachectwa drogę. Stan wiejski zabezpieczony od 
arbitralności szlachty i pod opiekę prawa wzięty. Władza pra- 
wodawcza w dwóch izbach sejmowych, wykonawcza przy królu, 
z przydaną mu strażą z ministrów złożona. Ministrowie odpo- 
wiedzialni; % części sejmujących ministra oddalić mogło. Są- 
downictwo niepodległe. Cztery komisje: edukacji, policji, 
wojny i skarbu, składały zarządzenie kraju. Trybunał pierwszej 
instancji, trybunał apelacyjny; liberum veto i wszelkie kon- 
federacje usunięto na zawsze. Konstytucja co lat 25 poprawianą 
być miała. 

Porównywając ustawę tę z temi, które bieg czasu, a z nim 



119 

rozprzestrzeniające się coraz światło powszechnie innym nadało 
później narodom, wyznać należy, iź wiele jeszcze podług pojęć 
dzisiejszych nie dostawało polskiej, mianowicie tej wielkiej za- 
aady , że w obliczu prawa każdy człowiek jest sobie równym. 
Lecz ktokolwiek przenieść się zechce w owe czasy; kto zważy, 
źe sama szlachta sejm ten składała, że znaczna jej część zasta* 
rzałemi przesądami rządzoną była, lub ślepo partyzantom 
moskiewskim powolną; kto zważy, iż położono zastrzeżenie, źe 
konstytucja co 25 lat poprawianą być mogła — przyznać powi- 
nien, źe sejm 1791 r. w położeniu swojem czyniąc, nie co chciał, 
lecz co mógł, zostawił następcom swoim sposobność udoskona- 
lenia dzieła swego. 

Po ustanowieniu konstytucji zaczęto uzupełniać rozmaite jej 
części, porządek sejmowania; przez ten nie już jak wprzódy 
artykułami, lecz całe przechodziły projekta. Organizowano ko- 
misje wojewódzkie, jedno z najlepszych urządzeń, zaprowadza- 
jące po całej przestrzeni kraju czujną staranność na miejscowe 
dobro i ubieganie się w niem między komisjami; zasiadali 
w nich młodzi obywatele, duchowni, wojskowi nawet. Do ja- 
jakiegoż by porządku kraj nie przyszedł, gdyby go była za- 
wzięta polityka moskiewska nie popchnęła w wir zatracenia. 
Zarzucić atoli słusznie można sejmowi, że urządzeniami temi 
trudniąc się , zaniechał tego , co powinno było być pierwszym 
pieczołowitości jego przedmiotem , zaniechał, mówię, opatrza- 
nia coraz bardziej kraju w dostateczną siłę zbrojną i skarb za- 
możny. 

Tu winny hołd oddać muszę cieniom posła litewskiego 
Korsaka. Sprawiedliwiej niż niegdyś Katon w Rzymie, wy- 
krzykiwał wDelenda Carthago»; poczciwy nasz Korsak, jak 
druga Kassandra, przy każdej mowie powtarzał: Skarb i woj- 
sko! Niestety! nie więcej jak Kassandra słuchany. Mam dotąd 
najlepszego obywatela tego postać przed oczyma. Nie tylko 
mały, ale prawdziwie maleńki, z głową wygoloną, z małymi 
wąsikami, zdaje mi się, że go dotąd słyszę wołającego litewskim 
akcentem : Skarbiwojsko! Nie był on z dzisiejszych pseudo- 
patrjotów, napełnionych dumą i żółcią, co oszczędzając drogie 
swe osóbki w czasie niebezpieczeństwa , gdy to przejdzie i bez- 
piecznie krzyczeć można, sami , żadnej nie oddawszy krajowi 
usługi, krzyczą i szkalują. Korsak święte powinności oby- 
watela głęboko mając w sercu wyryte, radził śmiało, gdzie 
radzić trzeba było; walczył, gdy ojczyzna obrońców wołała. 
Acz drobny i słaby na siłach', w czasie powstania Kościuszki 
wsiadał na konia, walczył odważnie i z chwałą poległ na 
Pradze. 

Posłowie długo i ciągle zajęci sprawcami publicznemi, potrze- 
l)Owali wytchnięcia i odwiedzenia domowych swych bogów. Za- 
limitowano więc sejm od czerwca do września. Go się w tym 



120 

przeciągu czasu w wypadkach i układach politycznych stało, 
powiemy pokrótce. 

Nie ustały jeszcze polityczne związki między Anglj^ , Pru- 
sami i Holandją. trwające, celem położenia tamy dUmie Kata- 
rzyny. Król pruski posunął wojsko swoje ku granicom moskie- 
wskim , Anglja gotowała flotę na morze Bałtyckie. Przyjaciel 
Katarzyny, Józef II. umarł, wszystko zdaw8J:o się pogarszać po- 
łożenie Katarzyny. Lecz ta, nie powątpiewająca nigdy, wszyst- 
kich użyła sposobów, by koło fortuny na swoją obrócić stronę. 
Za wstąpieniem na tron Leopolda IL , cesarz ten , król pruski 
i elektor saski, złożyli tajemne konferencje w Pilnitz pod Dre- 
znem, gdzie wzięte były środki naprzeciw zagrażającej spokoj- 
ności Europy rewolucji francuzkiej, tudzież względem ustalenia 
niepodległości Polski, zapewniając trwałość konstytucji 3. maja 
i berło polskie w familji elektora saskiego. 

Prze-ciw tej więc konwencji Katarzyna wszystkie swoje usi- 
łowania zwróciła. Ujęła sobie najprzód pierwszego ministra 
i faworyta elektora saskiego, Marcolini, przez ozdobienie go 
orderem ś. Andrząja , grożąc zemstą swoją Fryderykowi Augu- 
stowi , jeżeliby ten pospieszył się z przyjęciem korony polskiej. 
Napróżno książę Adam Czartoryski wysłany był do Drezna, by 
uśmierzyć obawy elektora i skłonić go. do przyjęcia ofiarowa- 
nego sobie tronu. Elektor oświadczył księciu głęboką 8w% 
wdzięczność za ten dowód ufności w nim narodu polskiego ; nie 
odmówił, lecz dla zyskania czasu, żądał, by niektóre warunki 
w konstytucji 3. maja odmienionemi zostały, między innemi: by 
nie naród, lecz panujący sam zatrudnił się wychowaniem swych 
dzieci, i inne mniej ważne, dowodzące, że dla zyskania czasu 
tylko wzniecone. 

Też same intrygi moskiewskie wszędy jak najsilniej działały* 
Miłośnik pokoju, cesarz Leopold, zaczął skłaniać ucha do 
do perswazji Katarzyny. WAnglji Pitt w uzbrajaniu eskadry na 
morze Bałtyckie niespodzianej doznał opozycji. Do czegóż duch. 
stronnictwa nie zaprowadzi człowieka ! Ten Fox , tak gorliwy 
wolności przyjaciel, dla tego, że przeciwnik jego Pitt oświad- 
czył się przeciw Moskwie, on w obronie jej stanął, pobudził 
licznych kupców w Anglji, korzystny handel z cesarstwem mo- 
skiewskiem prowadzących, źe podali do parlamentu petycję 
przeciw wojnie z Moskwą. Pitt więc kilkoletnie zachody swoje 
i świeże przygotowania cofnąć musiał, zamieniwszy je na me- 
4JA<^J€ ofiarowaną Katarzynie , między nią a Porta. W tym cela 
Fritz Herbert do Petersburga wysłany. Te wszystkie jednak 
nieszykujące się dla nas polityczne zdarzenia, mogły się były 
ułożyć pomyślnie, gdyby zbierające się coraz bardziej czarne 
przerażające chmury z zachodu , gdyby okropności rewolucji 
francuzkiej nie rzuciły trwogi na europejskich monarchów. 



121 



Umiała z nieb Katarzyna korzystać , powiększając jeszcze nie^ 
bezpieczeństwa nadchodzącej burzy. 

Właśnie wtenczas Fryderyk Wilhelm , król pruski, marze- 
niom illuminatyzmu słaby swój umysł poddawać zaczął. Bi- 
BcboflFswerder, adjutant, powiernik niestałych, brudnych jego 
miłostek, pokazując mu różne fantasmagoryczne przyszłości,, 
-w jedną obłąkał go do ostatka. Nowa więc w gabinecie pruskim 
nastąpiła odmiana. Pierwszy minister Hertzberg, wychowany 
w szkole Fryderyka Wielkiego, znający dokładnie interesa 
Europy i kraju swego, przeciwny potędze moskiewskiej, jako 
zagrażającej całości obydwóch, widząc wzgardzone swe rady^ 
a rosnącą coraz bardziej ślepotę króla swego dla awanturników^ 
opłakując przyszłą smutną dolę Prus, złożył swój urząd. 

Chwycili całą władzę jego Szulemburg i Bischoff swerder : 
wraz na obydwóch krocie tysięcy rublów wysypały się. Acz nie 
głośno jeszcze, opuszczono od tej chwili przymierze z Anglją 
i Porta, postanowiono poświęcić Polskę i przybliżyć się do sy- 
stemu Katarzyny. Widocznie to atoli postrzegać można było 
z mów i obejścia Luchesiniego , posła pruskiego w Warszawie, 
gdy ten wróciwszy z kongresu w Szystowie , gdzie kilka mie- 
sięcy bawił dla ułożenia pokoju między Austrją a Porta, od- 
miennym się pokazał wcale od tego, jakim był wprzódy. Nie 
tylko, że się jak dawniej nie kręcił, nie wiercił, ale i owszem 
unikał od najgorliwszych przyjaciół konstytucji, lub gdy z kim 
z nas mówił, to zawsze żałując, wyrzucając nam nawet, żeśmy 
ją utworzyli. Raz, gdy na wieczorze księżnej Sanguszkowej 
marszałkowej litewskiej , w ten sposób zaczął ze mną rozpra- 
wiać, nie znający i wtenczas i dziś podwójności dyplomatycznej,, 
rzekłem : 

— Dziwno mi, iż waćpan, coś był najgorliwszym namawia- 
czem nas na zerwanie z Moskwą i poprawienie nierządu na- 
szego, dziś nam wyrzucasz, żeśmy za radami dworu jego poszli; 
dziwno mi , że gabinet berliński przysłał waćpana , byś dziś ga- 
dał czarno, to coś wprzód mówił biało, a najdziwniej nade- 
wszystko , żeś się podjął tego. 

Pan Alopeus, poseł moskiewski w Berlinie, któregom do- 
brze znał, gdy w podróży naszej do Ameryki byliśmy z Ko- 
ściuszką w Szwecji w Sztokholmie, odwiedzając mnie przed 
pięciu laty, powiedział mi, że znalazł w Archiwum legacji 
swojej dowody , iż minister pruski Szulemburg był pierwszym, 
który podał projekt Katarzynie drugiego JPolski podziału. 
Przedstawiał on projekt królowi swojemu , w którym tak się 
wyrażał : 

Zmiana okoliczności nakazuje zmianę w polityce naszej : nic 
nam nie przybędzie z upierania się przy niepoległości Polski, 
gdy przy zawieraniu nawet przymierza nie chciała nam dać 
Gdańska. Rokowania z Austrją o wynagrodzenie jej za to mia- 



122 



sto cz§ści% Galicji nie obiecują, skutku. Któż nam Gdańsk i To- 
ruń i więcej jeszcze dać może, jeżeli nie ścisłe z Rosją połącze- 
nie? Imperatorowa głęboko rozjątrzona jest na Polaków za 
usunięcie się ich z pod jej gwarancji i opieki. Wiem, że uczy- 
nione jej przez nas propozycje powtórnego podziału Polski 
z radością przyjmie. 

Jakoż z radością przyjęła je Katarzyna IL, rzecz jednak za- 
chowano w tajemnicy: pokój bowiem z Porta Ottomańską nie 
był jeszcze zawartym. Mojem ubogiem zdaniem jest, że i po 
zawarciu onego bylibyśmy uszli ostatniego zgonu, gdyby nie 
niespodziana śmierć Potemkina. Satrapa ten prawdziwie azja- 
tycki, jadąc z Jass do Mikołajowa z siostrzenicą swoją Branecką, 
objadłszy się surowych buraków, tak zasłabł gwałtownie, że 
ledwie był czas wysadzić go z pojazdu, położyć w czystem polu, 
gdzie wkrótce głowę wsparłszy na kolanach ulubionej siostrze- 
nicy swojej, duszę wyzionął. Taki był koniec dziwnego człeka 
tego, który przez lat blizko trzydzieści, acz pod dumną panią, 
władał despotycznie ogromnem cesarstwem moskiewskiem. 



ROZDZIAŁ XII. 



Zabiegi twórców Konfederacji targowickiej przeciw konstytucji 3. iiią|a« — 
Położenie ówczesne Europy. — • Obchód uroczysty pierwszej rocznicy Kon- 
stytucji. 



Powtarzam raz jeszcze, że sądzę nieszczęściem dla Polski, 
że Potemkin umarł w tym czasie : nie dopuściłby on podziała 
Polski, w nadziei, że po śmierci Stanisława Augusta on sam, 
wsparty potęgą Katarzyny, osiadłby był na tronie polskim. Gdy 
Stanisław umarł we dwa lata po Katarzynie, następca jej, 
Paweł I. , który wszystko na wspak matce swej czynił, byłby 
zachował Polskę, umyślnie dla tego, że ją matka J€go zniszczyć 
chciała. Lecz niestety ! i w tern zdarzeniu jak w tysiącznych 
innych, łatwo spostrzegać się mogących, zawzięte na Polskę 
niebios przeznaczenie inaczej wypadki zrządziły. Tak pierwszy 
podział w r. 1772 zdziałany był przez zmianę ministerjum we 
Francji, gdy Duc d« Choiseul intrygą nierządnicy Du Barry 
ustąpić musiał podłemu i niedołężnemu księciu d'Aigaillon. 
Choiseul otwartym będąc nieprzyjacielem potęgi moskiewskiej, 
nigdyby był nie zezwolił na zajęcie przez nią tylu polskich 



123 

prowincji. D'Aiguillon nie wiedział nawet, aż gdy już podział 
między sąsiadami Polaki był ułożony. Pamiętne 8% słowa 
Ludwika XV., który wśród sprośnych lubieźności swoich, dowie- 
dziawszy się z boku o zmowie trzech mocarstw na podział 
Polski, rzekł: 

— Cela ne serait pas arrive si Choiseul etait 
<encore a sa place. 

Do drugiego podziału Polski nie dałaż powodu rewolucja 
Francuzka w 1793 r Upadek Napoleona nie pociągnął że za sobą 
zgubnego upadku Księstwa Warszawskiego i poddania nas pod 
jarzmo moskiewskie? Rzecz smutna i dziwna, że naród, do 
którego Polacy tak silną czują sympatję, którą i on czuje do 
Polaków, zbiegiem fatalnych okoliczności, niewinnie zapewnie, 
lecz zawsze silnie przyczyniał się do upadku naszego. Wróćmy 
do rzeczy. 

Nie dość, że chciwi sąsiedzi gotują się do okropnych na 
ojczyznę naszą zamachów ; nie dość że i inne mocarstwa lub 
nie mogą, lub nie chcą przeszkodzić ostatniemu zatraceniu 
imienia Polski — potrzeba jeszcze było, by właśni i wyrodni 
Polacy diimą i ślepotą swoją przyczyniali się do własnej swej 
utraty. Wspomniałem już jak Szczęsny Potocki i Seweryn Rze- 
wuski z początku sejmu udali się do Wiednia, by tam z posłem 
moskiewskim czynić układy niszczące wszystkie zbawienne 
ustawy, przedsięwzięte przez sejm konstytucyjny. W tymże 
zbrodniczym zawodzie pracujący z nimi, równie przewrotny jak 
zuchwały Szymon Kossakowski, niegdyś konfederat barski, udał 
się wprost do Petersburga i tam w korespondencji z jenerałem 
Budberg proponował: najprzód, zawiązanie konfederacji prze- 
ciw sejmowi; powtóre, prośbę do carowej o wsparcie tejże 
konfederacji wojskiem swojem i przywrócenie utraconej podług 
niego dawnej złotej wolności polskiej.*) 

Posłano natychmiast rozkaz do Szczęsnego i Rzewuskiego 
do Wiednia, by się natychmiast stawili do Jass w Mołdawji, 
Jeszcze był nie umarł naówcza Potemkin , z nim więc układy 
względem przyszłych losów Polski czynić się miały. Tak zu- 
chwałe wyrodków kroki oburzyły nakoniec cierpliwość sejmu- 
ł jących. Wstydliwa atoli uległość dla magnatów nie ośmieliła 
nikogo względem wniesienia na nich zasłużonej kary. Na we- 
zwanie sejmu, by się do kraju i na sejm wrócili, odmowną, zu- 



*) Między innymi rękopismami , wielce do dawnych i późniejszych dzie- 
jów naszych wainemi, miałem dokładny zbiór listów i układów Kossaków- 
flkiego z Moskalami, tyczących się zawiązania Konfederacji. Kossakowski 
temi słowy wyraia się w nich: « Proste wkroczenie wojsk imceratorskich nie 
tylko że nam nie zjedna stronników, lecz nadto oburzy naród. Ja sam od- 
daliłbym się naówczas. Lecz gdy się zawiąże Konfederacja wsparta wojskiem 
Tosyjskiem, wtenczas Już nieco prawnie poczynać będziemy mogli i na stron- 
nikkch polegać. » 



124 

chwałą, przysłali odpowiedź. Wtenczas, zdjęty zniewagą na 
zbrodniczą ich krnąbrność , wniosłem projekt do laski (mowa 
moja znajduje się pono w rzadkiej już nader Gazecie Narodowej 
i obcej), aby Szczęsnemu Potockiemu i Rzewuskiemu odebrać 
urzędy i pensje do nich przywiązane*), dać raz jeszcze termin 
do stawienia się , a gdyby nie stanęli , dobra ich poddać pod 
sekwestr. Nie wielu było takich, coby winowajców publicznie 
bronić chciało. Propozycja moja poszła ad turnum i znaczną 
większością utrzymała się. Wołano o sekretne kreski; rzecz 
dziwna, że w tych większość przeciw winowajcom jeszcze była 
liczniejsza. Partyzanci bowiem królewscy, za natchnieniem 
lękliwego króla, w głośnych kreskach, byli przeciw wnioskowi. 

Przytomny dziś w Paryżu jenerał Kniaziewicz, porucznik 
tylko naówczas w pułku fizyljerów, wysłany był do Jass do 
malkontentów z powyższą sejmu decyzją. Stanisław August, 
nieprzyjaciel wszelkiej silnej decyzji, który największe zbrodnie 
chciałby polubownie kończyć, łagodnym wprawdzie sposobem 
strofował mnie za wniosek mój. Nie dość na tern: wysłał do 
Jass Stanisława Kostkę Potockiego, by ten jako krewny, wszel- 
kiej użył perswazji do nakłonienia malkontentów , by powrócili 
na łono sejmujących i krokiem tym uszli wymierzonej kary. 
Powrócił Stanisław Potocki, nic nie wskórawszy, i doniósł, że 
Szczęsny możeby się był dał nakłonić, gdyby go był Rzewuski 
nie odwrócił od tego. 

Nadszedł rok 1792. W samym onego początku, to jest 9. 
stycznia carowa zawarła pokój z Porta Ottomańską. Ten w naj- 
większej traktował się tajemnicy, tak dalece, że poseł angielski 
Fitzherbert, bawiący w Petersburgu jako medjator, nic o tra- 
ktowaniach nie wiedział, gdy mu złośliwa Katarzyna, jak gdyby 
na urągowanie, doniosła, że już dalej medjacją nie trzeba si§ 
trudnić, gdyż pokój z Porta zawarty. 

Upokarzającem było doniesienie to dla Anglji, niemiłem dla 
innych mocarstw, przerażającem . dla Polaków; lecz zamiast 
użycia ostatnich kilku miesięcy czasu, by wysilić wszystkie 
sposoby, dla postawienia się w stanie obrony grożącemu nie- 
bezpieczeństwu, dania dzielnego odporu: król nie wojenny 
i stary, naród długim ociężały pokojem, sejm częścią ufny 
w waleczność rycerstwa polskiego, częścią niepojmujący, do 
jakiego stopnia dojdzie bezwstyd i niewiara sprzymierzeńca 
króla pruskiego — nie użył jak był powinien tych uciekających 
już chwil niepodległości swojej. Dokonywano cząstkowe rozwi- 
nięcie konstytucji, dopełniano pułki i wojsko nie już ze 100. 
lecz z 60 tysięcy ludzi składające się ; dla zasilenia skarbu , za- 



*) Szczęsny Potocki Jako jenerał artylerji, Rzewuski jako hetman polny^ 
znaczne pobierali pensje. Brauecki, pilnujący na sejmie interesa Potemkina, 
po śmierci dopiero Jego wyjechał do Petersburga. 



125 



miast do powiększenia lekkich podatków, udano się o pożyczkę 
do Holandji, lecz i tam przeszkodził jej poseł moskiewski, gdyż 
lubo Polska czystą była od długów, przewidywano, że samo 
istnienie jej było niepewnem. 

Kie należy opuścić zdarzonej w tym czasie śmierci dwóch 
europejskich mocarzów: Leopolda II., cesarza niemieckiego, 
i Gustawa III., króla szwedzkiego. Pierwszy stworzony do po- 
koju, w wysokim stopniu posiadał naukę rządzenia; nadał on 
Toskanji księgę praw znakomitą duchem zdrowej filozofji 
i ludzkości. Oswobodził duchowieństwo swoje od nieograniczo- 
nej władzy papiezkiej. Rządził roztropnie i sprawiedliwie. Je- 
dyną wadą jego była rozwiązła miłość do kobiet: nie rządziły 
one umysłem jego, lecz zdrowie niszczyły. Namiętność ta zdaje 
się domowi Lotaryóskiemu powszechną. Takim był ojciec Jó- 
zefa II. i Leopolda, takim był ostatni Franciszek; lecz w osta- 
tnim religja hamowała tę skłonność. 

Gustaw III. poległ od ręki zabójcy Ankarstroma: ten na 
wielkim balu maskowym strzelił do króla z pistoletu nabitego 
kilku kulami. Był to monarcha światły, prędki w uniesieniach, 
lecz próżny i więcej do reprezentacji jak do rządzenia stwo- 
rzony. Zszedł ze świata, gdy napojony nietykalnością władzy 
królewskiej , rozjątrzył się niewypowiedzianie na zgromadzenie 
narodowe francuzkie, że władzę tę ograniczać chciało, i na 
czele ligi monarchów przeciw Francji stanąć zamyślał. 

Franciszek II., syn Leopolda, objął rządy po nim; młody, 
nie ufający sobie, podał się cały radom Kaunitza. Ks. Eaunitz, 
któremu tak tanio dano tytuł wielkiego dyplomaty , przy wybu- 
chnięciu rewolucji fraucuzkiej liczący blisko lat 80, nie pojmo- 
wał bynajmniej nowego porządku rzeczy, który rewolucja fran- 
cuzka wprowadzała do Francji, zapowiadała reszcie Europy ; 
nie pojmował, czego mógł dokazać powszechny zapał w gorą- 
cym, popędliwym narodzie. Rozumiał, że rewolucję tę mógł 
tak łatwo przytłumić, jak powstanie w Siedmiogrodzkiej ziemi 
lub Węgrzech. Toż samo mniemanie dzielił z nim gabinet ber- 
liński, a carowa popierała silnie to urojenie, rada, że zaprzą- 
tnąwszy oddaleńszą wojną Austrję i Prusy, sama mściwie swe na 
Polskę zamysły tem łatwiej będzie mogła uskutecznić. Obiecy- 
wała więc Prusom znaczny udział łupu na Polsce , Austrji win- 
szowała już odzyskania Lotaryngji na Francji. Stary Kaunitz 
przystał na te układy : zniszczona pilnicka umowa, nowy podział 
JPolski postanowiony. 

Ucieczka Ludwika XVI. z Paryża, przytrzymanie go w Va- 
rennes. wkrótce srogie z nim postępowanie, oburzyły panują- 
cych.' iPrzyczyniło się do tego oburzenia oddalenie stę braci 
królewskich , a z nimi pierwszej szlachty francuzkiej , która po 
wszystkich dworach i krajach żebrała obcej pomocy, by nowo- 
ści grożące wszystkim monarchom jak najprędzej poskromić 



126 

i dawny stan rzeczy przywrócić; Najpierwszymi podżegaczami 
byli, nie licząc braci królewskich: PP. de Calonne, Saint-Priest, 
Bretenly familja Polignac, le Dnc de Gniche, Yandreoil, Ester- 
hazy, Losignan, le duc de Richelien, Langeron. Ci ostatni 
weszli nawet w ^użbę moskiewską, nżywani ustawicznie za 
knijerów między Petersburgiem i Wiedniem. Znalem ich 
wszystkich, po podpisie Konfederacji targowickiej do Wiednia 
schroniony, słyszałem ich wyrzekania, widziałem zabiegi. Nie- 
stety f skłaniano ucha do tych, co żebrali wojny przeciw swej 
ojczyźnie , by uchylone w niej dawne bezprawia powrócić. Głn- 
cnymi były wszystkie dwory na przedstawiania Polaków, którzy 
zwatiwszy dawny swój nierząd, na gruzach onego gmach prawej 
monarchji ustanowili. 

Niezmordowana Katarzyna, uśpiwszy Austrję, przeknpiwszy 
obietnicą nowego podziała króla praskiego, szukała jeszcze 
sposobów , czyli bez toczenia ze zmordowanem swem wojskiem 
z Polakami wojny, podejściem nie będzie mogła zamiarów swo- 
ich dokonać. W tym celu przysłane Braneckiemu zlecenie , by 
się starał zręcznie i prędko uwieść króla z Warszawy. Przygo- 
towania do tego były już tajemnie czynione, król miesdćat 
wtenczas w Łazienkach: noc jedna mogła to sprawić. Szczę- 
ściem zwietrzono zamach, pomnożono straż w Łazienkach, po- 
dwojono ostrożność. Rzecz spełzła na niczem. 

Jeden z największych błędów popełnionych w sejmie naszym, 
a popełnianych i w innych czasach, był ten, że chcąc pozyskać 
ludzi przeciwnych nam celów i prawideł, używać ich zwykliśmy 
do dzieł , do których doświadczeni tylko w czystem obywatel- 
stwie adział mieć byli powinni. Tak do ważnych deputacji, 
utworzenie praw za cel mających, użyci byli więcej jak wątpli- 
wego patrjotyzmu biskupi: Kosaakowski, Massalski i inni. Tak 
po ustanowieniu już konstytucji 3. maja i utworzeniu straży, 
hetman Branecki, siostrzeniec Potemkina , jako minister wojny 
miejsce w niej zasiadł i do tajemnic stanu przypuszczony w niej 
został i wszystko towarzyszom sprzysięźenia : Szczęsnemu, 
Rzewuskiemu i Kossakowskiemu, donosił, 
r ^ W marcu Branecki ten udał się do króla z prośbą, by mn 
pozwolił dla interesów niby po wuju żony, Potemkinie, do Pe- 
tersburga wyjechać. Pozwalać oddalać się ministrowi wojny, 
członkowi rady państwa, było rzeczą niezwyczajną, a w naszem 
położeniu, zważając związki i uczucia Braneckiego, niebezpie- 
czną nawet. Stanisław August, acz słaby, długo się temu opie- 
rał, lecz gdy Branecki przysięgał, że bytności swej w Peters- 
burgu użyje do zmiękczenia gniewu carowej i skłonienia jej do 
dawnej ku królowi przychylności ; gdy żona Braneckiego , sio- 
stry królewskie, Grabowska, miłośnica jego, i wiele innych 
kwoch, połączyły do tych zapewnień uprzykrzone prośby swoje. 



127 

król , który w źadnem ważnem przedsięwzięcia stałym być nie 
umiał, zezwolił. 

Zaledwie Branecki wyjechał, aż o prawdziwym powodzie 
podróży jego dowiedzieliśmy się. Szczęsny Potocki, Rzewuskie 
opuścili Jassy i udali się od Petersburga. Szymon Kossakowski 
od dawna tam przebywał. Nie dostawało Braneckiego ; przybył 
atoli spiesznie. Czytałem z owych czasów depesze pana Deboii, 
posła naszego u carowej , który o zjeździe tych zdrajców cie- 
kawe donosił okoliczności. Mieli oni posłuchanie u Katarzyny^ 
nie publicznie jednak. Pisze Deboli (rzecz dziwna!): że zna- 
czniejsi Moskale, szlachetnie myśl%cy, nie taili się z pogardą 
Bwą dla tych zmienników, nazywając ich perekińczykami. 

Acz pokój z Port% zawarty był jeszcze w początkach stycznia 
i wojska moskiewskie zostawały na Wołoszczyznie, czyli to, że 
trzeba im było dłuższego czasu do wypoczynku, czyli że her- 
sztowie Targowicy nie byli jeszcze z dziełem swem gotowi , ża- 
den czyn, żadne pisma publiczne nie zapowiadały nieprzyjaciel- 
skich kroków z Polską. 

Żywa imaginacja Polaków, lubiąca się raczej łudzić pomysl- 
nemi nadziejami, jak przewidywać grożące niebezpieczeństwa, 
jakaś ufność w męstwie wojsk ojczystych, nie zmniejszyły ducha 
obywatelskiego. Wysłano przecie rozkazy, by się wojsko pol- 
skie ku granicom Wołoszczyzny zbliżało, a sejm nie mogąc się 
dość nacieszyć dziełem swojem konstytucji 3. maja, rocznicę jej 
z największą okazałością postanowił obchodzić. 

Wyszły uniwersały do województw, by z każdego po dwóch 
deputowanych wysłano, aby ci obchodowi rocznicy tej przyto- 
mnymi byli. Lubo dzień ś. Stanisława imienin królewskich 
przypadał zawsze 8. maja , by jednak dwie uroczystości i imie- 
nin króla i ustawy konstytucyjnej razem połączyć, wyrobiono 
u papieża Piusa YL, że święto ś. Stanisława z 8. na 3. maja 
przeniósł.*) 

Cała stolica zajęta była przygotowaniami do tej uroczystości, 
a że była ona ostatnia prawdziwie wielka i krajowa, nie będzie 
od rzeczy opisać ją cokolwiek rozciągłej. W zatracie dziś już 
wszystkiego, każde wspomnienie tego, co było narodowem, 
drogiem być powinno dla potomności. 

Odgłos tak ważnej uroczystości ściągnął do stolicy nie tylko 
deputowanych z województw i powiatów, lecz mnóstwo obywa- 
teli ciekawych widzieć ją. Nigdy Warszawa ludniejszą i świe- 
tniejszą nie była. Radością i nadzieją oddychali wszyscy. Był 
to ostatni dzień Pompei , cieszącej się w obliczu gorejącego już 
ii^lkanu, mającego zawalić ją na zawsze. Ułożono wcześnie 



*) Wkrótce Katarsyna pogroziwszy papieżowi gniewem swoim , przymo* 
silą go, choć nieomyluego , że cofnął swą balię i znów s'w. Stauisława ua 
dzień 8. maja powrócił. 



128 

programa; lecz na tydzień dopiero przed aroczystością przyszta 
królowi myśl , by dać w teatrze narodowym stosowną do dnia 
tego sztukę. Raczył o to udać się do mnie. 

Lubo wola była najszczersza, przecież niespodzianość roz- 
kazu, nagłość czasu zakłopociły mię nie mało. Myśl pod rozka- 
zem i pośpiechem pracująca, nic nie tworzy dobrego. Rzuciłem 
oczy na pasmo dziejów ojczystych, szakając coby w nich stóso- 
^nuiego do dzisiejszej chwili znaleźć można. Zdawało mi się, że 
Kazimierz, nasz wielki król, więcej spokojny jak wojownik, na- 
dawca praw w Wiślicy, przywołujący za życia na następcę berła 
siostrzeńca swego , Ludwika węgierskiego , najłatwiej do poło- 
żenia dzisiejszego mógł być przystosowanym. Na tej więc zasa- 
dzie oparłem drama moje Kazimierza Wielkiego. Od czasu, ja- 
kem go w czwał napisał, aż do dzisiaj, nie odczytałem tej 
sztuki i razu. Re jednak przypomnieć ją sobie mogę, była ona 
słabą, tak co do związku scen, jako też i rozwinięcia. Cała jej 
zasługa w przystosowaniu okoliczności i staraniu naśladowania, 
ile można było, dawnej mowy polskiej. 

Stokrotne uderzenie dział powitało dzień 3. maja 1792, jasno 
wschodzący. Postanowiono , by sesja sejmowa dnia tego , oby- 
czajem dawnych Rzymian, w świątyni Pańskiej ś. Krzyża od- 
prawiła się; już to dla większej okazałości, już że zwykłe miej- 
sce obrad nie objęło by było i sejmujących i deputowanych 
i mnóstwa ciekawych. Od samego rana gwardje królewskie 
i kawalerja narodowa pysznie jubrana zajęły miejsce od zamku 
aż do ś. Krzyża. O godzinie 11. z rana ruszył król z zamku, 
znów wśród huku dział i radosnych ludu okrzyków; król ubrany 
był w srebrnej lamowej sukni. Czterech marszałków z laskami 
w ręku poprzedzali go w karecie. Dygnitarze , koniuszy wielcy 
koronni i cały dwór królewski otaczali karetę jego. U drzwi 
kościoła spotkali go marszałkowie sejmowi i ministrowie. Po- 

Srzedzony od nich, gdy senat, izba poselska, deputowani i wi- 
zowie stali , przeszedł przez kościół i zasiadł na tronie. Cała 
świątynia napełniona byfa do ścisku, porządek jednak i milcze- 
nie największe. Ganek wyższy po lewej ręce od tronu przezna- 
osony był dla posłów zagranicznych. Ci byli jak następuje: 
Nuncjusz papiezki, monsignore Saluzzi, arcybiskup kariageński; 
poseł francuski hrabia Descorches St. Croix, hiszpański chcTa- 
lier Normaodes, austrjacki Ducachet, angielski Hules, szwedzki 
baron d^Engestrom, duński Burkę, holenderski Reder, pruski 
margrabia Lucheaini. Jeden moskiewski Bułhaków nie pokazał 
się; wyjechał do wsi Kobyłki do Unruha, dyrektora mennicy. 

Po odprawionej mssy śpiewanej i kazaniu, odśpiewano Te 
Beum laudamus, przez będącego wówczas w Warszawie 
sławnego kompozytora Paesiellego umyślnie komponowane. 
Dalej marsaałkowie zagaili sesję, winszując królowi, że naród 
ttsaci^śliwil i sam siebie unieśmiertelnił ustawą 3. maja. TrzecK 



129 

deputowanych, po jednym z każdej prowincji, w tenże sens 
winszowali królowi i oświadczyli wdzięczność narodu. 

Król chcąc dzień ten oznaczyć względami swymi, mianował 
30 kawalerów orderu ś. Stanisława, w liczbie tej znajdowałem 
się i ja; nie przyjąłem go atoli, by się nie zdawało, że za winne 
od każdego usługi obywatelskie odbieram nagrodę. 

Po skończonych obrządkach kościelnych król udał się na 
miejsce , gdzie stany ślubowały kościół Opatrzności jako wdzię- 
czność , że dozwoliła Polsce stać się rządną i niepodległą. 
W dzisiejszym ogrodzie botanicznym jest murek oznaczający 
gdzie świątynia miała być wystawioną. Stany i publiczność 
cała udała się za królem. Nie jestem zabobonnym, ani we 
wróżby wierzącym ; muszę tu jednak powiedzieć , iż gdy król, 
położywszy pod kamień węgielny rozmaite pod wizerunkiem 
swoim bite pieniądze, chwycił kielnię i wapno ciskać zaczął, 
dzień dotąd jasny i pogodny, zachmurzył się i z deszczem wiatr 
gwałtowny powstał. Wielu natychmiast wzięło to za złą wróżbę 
dla trwałości konstytucji. *) 

Widowisko publiczne skończyło dzień ten uroczysty. Otwie- 
rały się naówczas teatra o godzinie 6. Ja niespokojny, jak zwy- 
kle jest autor o powodzenie sztuki swojej , wcześnie udałem się 
na scenę , by widzieć, czy wszystko w porządku i czy aktorowie 
ubrani stosownie do wieku. Owsiński, jeden z najlepszych, 
z najprzyjemniejszym wdziękiem głosu, miał grać rolę Kazimie- 
rza Wielkiego. Pytam, gdzie jest? Prowadzą mnie do ustron- 
nego pokoju, zamkniętego na klucz, otwierają, patrzę — mój 
Kazimierz Wielki w królewskich szatach, z koroną na głowie, 
siedzi na krześle. Pytam na boku pana Bogusławskiego, już 
wtenczas dyrektora teatru. Powiada mi, że dobry Owsiński 
miał nałóg upijać się często, i że go więc dla ostrożności 
i dobra sztuki zamknął po samym obiedzie, by trzeźwo rolę swą 
odegrał. 



*) Nie mogf przenieść na sobie, gdybym tu nie wspomniał dwóch w pó- 
śniejszych Jui csasach i' w równie wainych okolicznościach złych ^różb dla 
Polski. W roku 1812, gdy Napoleon wyciągnął na wyprawę moskiewską, 
a sejm Księstwa Warszawskiego obchodził wskrzeszenie Królestwa Polskiego; 
między iunemi aroczystościami oświecono pałao rzeczypospolitej, Krasińskich 
zwany. Na facjacie pałacu tego od ogrodu umieszczono piękny duży trans- 
parent, wyrażi^ący cesarza Napoleona, podnoszącego z ziemi zemdlałą 
Polskę. Gdy się wszyscy z słodkiem zachwyceniem na ten obraz wpatru- 
jemy, raptem płomień od bocznej lampy , wiatrem zgięty zapewnie, chwyta 
się płótna, zapala je i transparent znika w płomieniach. 

W roku 1815, gdy car Aleksander ogłosił się królem polskim i części 
Księstwa Warszawskiego tytuł Królestwa Polskiego przywrócił, zawieszony 
świeżo nowy herb królestwa, to Jest rozdarty orzeł moskiewski z bia- 
łym orzełkiem polskim na piersiach, ledwie kilka godzin potrwał na miejscu, 
porwał się niespodzianie potęiny wicher, zerwał go z haków, któremi był 
przymocowany i rzuciwszy na ziemię, potrzaskał w kawałki. 

Niech każdy te trzy wspomnione przypadki tłumaczy Jak chce , zawsze 
-zadziwienia są godne. 

NiBMCBwicz, Pamiętniki. 9 



130 

Sala teatralna pyszny wystawiana widok. Wszystkie loże na- 
pełnione damami; te przez patijotyzm umówiły się, by się poka- 
zać w narodowych kolorach: ubrane więc były wszystkie 
w białym z ponsowym kolorem; te bowiem kolory są tłem 
herbn Polski i Wielkiego księstwa Litewskiego. Widok ten był 
prawdziwie zachwycającym. Między pięknemi najpiękniejsze 
były : księżna Aleksandrowa Lubomirska , z domu Chodkiewi- 
czówna, pani Kossowska, pani Julja Potocka, pani Mirska 
z Litwy; pani krajczyna Potocka, acz już blizko pół wiekn li- 
cząc, nie ustępowała im. Król przyjęty z oklaskami. Powstali 
wszyscy na wnijście jego. W ciągu sztuki, gdy (nie pamiętam, 
który) czy Kazimierz W., czy następca jego Ludwik , te wyrzekł 
słowa : — W potrzebie stanę na czele narodu mego — powstet 
i wychyliwszy się z loży swej Stenisław August, wyrzekł do pu- 
bliczności słowa te : 

— Stanę i wystawię się! 

Grzmiące oklaski nadgrodziły go za to oświadczenie. Nie- 
stety! czemuż nie dotrzymał słowa? Zbawiłby był kraj i siebie. 



ROZDZIAŁ XIII. 



Deklaracja moskiewska pnetfiw konstytncji 3. mąja. — Odezwa sejmu do na- 
roda B tej okasJI. — Ignacy Potocki u Fryderyka Wilhelma. — Słabość cha- 
rakteru Stanisława Angosta. — Otaesą]%ee go osoby. — Wojna s Moskalami 
1792 r. — Antor w obozie księcia Jósefa Poniatowskiego. — Cofiinie się Po- 
laków. — Bitwa pod Dabienką. — Król pnystępuje do Targowicy. — Antor 
z innymi patijotami opuszcza krąj i udaje się do Lipska. 

Jak W Życiu potocznem człowieka, tak i w biega obrotów 
politycznych na świecie często krótka chwila radości styka się 
z bolesnym wypadkiem. Dnia 3. maja wszyscy unosiliśmy się 
weselem — dniu 18. tegoż miesiąca czytany był w stanach ma- 
nifest Katarzyny, zapowiadający nam ciężką jej zemstę. Treść 
bezczelnego dzieła tego była następująca : 

((Wolność i niepodległość Rzeczypospolitej polskiej wzbu- 
dzały we wszystkich czasach najżywszą troskliwość i uwagę 
sąsiadów jej. Imperatorowa zajmowała się szczególoiej czuwa- 
niem, by te dwie drogie własności istnienia Polski nienaruszo- 
nemi zostały, i te nieustające usiłowania JCMości przykrzyły się 
zapewnie tym , którzy nie przestając na udziale pozwolonej im 
władzy, chcieli ją powiększyć z uszczerbkiem praw egzystąją- 



131 

cych. Wystawiali oni zbawienną gwarancję rosyjską jako jarzmo 
nieznośne. Korzystając więc z chwili, w której Rosja napadniętą 
była przez dwa razem mocarstwa, zwołali sejm pod związkiem 
Konfederacji , przedłużyli go do półczwarta rokn , a przywła- 
szczywszy sobie wszystkie władze, na dniu nakoniec 3. maja 
obalili całą budowę dawnego rządu , pod którym rzeczpospolita 
ich przez tyle wieków i z taką pomyślnością kwitnęła. Wznieśli 
na jej obalinach rząd monarchiczny, zamiast wolnej 
elekcji królów, o którą przodkowie ich tak byli zazdrosny- 
mi. Ustanowili dziedzictwo tronu; sposoby, których użyli do 
osiągnienia zamiarów swoich, były pełne gwałtu i przemocy. 
W ten dzień pospólstwo otaczało zamek; poseł kaliski, pan Su- 
chorzewski, czołgający się po ziemi do tronu, przypominający 
królowi poprzysiężone apacta conventa», ze ząorszenieni pra- 
wdziwych przyjaciół wolności znieważony był i podeptany. 
Zuchwały sejm nie poprzestawał na tych ciosach zadanych swo- 
bodom krajowym: wziął się winowajczymi postępkami przeciw 
Najjaśniejszej imperatorowej Wszech Rosji, wciągnąć Polskę 
w wojnę z Rosją; krótkie skreślenie postępowania sejmu rze- 
telność postępowań tych dowiedzie. W czasie zaczęcia wojny 
z Porta Ottomańską , poseł imperatorowej oznajmił ministrowi 
rzeczypospolitej , że wojska rosyjskie przechodzić będą przez 
prowincje polskie, żądając, by po województwach wyznaczeni 
byli komisarze do dostawienia żywności. Zaczęto układy , lecz 
skoro sejm się rozpoczął , wraz zaczęto o oddalenie się wojsk 
tych nalegać , wymagać nawet cła od przewożonego zboża za 
Dniestr. Godziłoż się tak postępować z najprzychylniejszem 
Polsce mocarstwem? Mamyż wspomnieć o uwięzieniu włady- 
ków Pereasławskiego i Słuckiego, posądzonych o mniemane 
jakieś buntowanie pospólstwa; wysłanie posła do Turcji, w cza- 
sie gdy Rosja była w otwartej wojnie z Porta Ottomańską; 
uszanowanie nawet winne dostojnej osobie wielkiej monarchini 
nie było zachowanem w mowach mianych na sejmie. Te wszyst- 
kie urazy (dla krótkości czasu opuszczając wiele innych) aż 
nadto usprawiedliwiają przed Bogiem i światem postanowienie 
imperatorowej, szukania najgłośniejszej satysfakcji za tak zu- 
chwałe obelgi. Choćby nawet imperatorowa Imć. chciała puścić 
w niepamięć osobiste swe urazy, nie może być głuchą na głos 
wołających do niej Polaków , między którymi znajduje się nie 
mała liczba znakomitych urodzeniem, dostojnościami, które 
w rzeczypospolitej posiadają, niemniej jak cnotami, doznanem 
obywatelstwem i zasługami. Oni to udali się do imperatorowej, 
^&g^j%c jej wsparcia i pomocy. Nie wahi^a się najjaśniejsza 
imperatorowa w przyrzeczeniu im obojga. By więc ujście się 
w tych obietnicach, najjaśniejsza monarchini dała rozkaz części 
wojsk swoich wnyścia na terytorjum rzeczypospolitej. Ws;5yscy 
ci , którzy je przyjmą ochoczo, nie będą się mieli czego obawiać ; 

9* 



132 

przeciwnie ci, którzy uporczywie zostaną przy błędach i zaśle- 
pieniu swojem, nie wyrzekną się konstytucji 3. maja, nie po- 
przysięgną zniesionych przez nią praw i wolności, tacy zaśle- 
pieniu tylko swemu przypisać będą musieli nieszczęścia, które 
ich czekają. 

« Niżej podpisany, umocowany do podania niniejszej dekla- 
racji, wzywa naród polski do pokładania najzupełniejszej ufno- 
ści w wspaniałomyślności, bezinterowności imperatorowej, 
która niczego nie pragnie, jak widzieć rzeczpospolitę ustaloną 
przez równowagę władz, która jedynie zapewnić jej może spo- 
kojność i dobrą harmonję jej sąsiadowi. » Dan w Warszawie, 
18 maja 1792 r. J. de Bułhakow. 

Wyrazić trudno , z jaką godnością, powagą i zimną krwią 
sejm' deklarację tę przyjął. Widać było w twarzach wszystkich 
spokojną zniewagę, lecz razem mocne postanowienie odparcia 
siły siłą. Szlachetne* uniesienia miłości ojczyzny i chwały, wznie- 
cone w zgromadzeniu stanów, przeszły do narodu całego. 
Środki walecznej obrony jednomyślnie przyjęte zostały; posta- 
nowiono, że pułki dopełnione będą; że wodzowie jakiegobądź 
narodu przywołani będą; że dwa pułki Tatarów i dwa Kozaków 
zaciągnione i 20 miljonów zł. zapożyczone zostaną. Gdyby Po- 
lacy rokiem wprzódy uczynili byli to wszystko, gdyby był czło- 
wiek z energją na tronie, mąż dzielny i zdatny na czele wojska, 
bylibyśmy już wtenczas złamali potęgę moskiewską i zaczęli być 
narodem. 

Odezwa do narodu całego z powodu tej powyższej moskie- 
wskiej deklaracji była w treści następująca: 

Stanisław August, etc. etc. 

((Deklaracja imperatorowej rosyjskiej, udzielona sejmowi 
przez ministra jej , już jest zapewne znaną całej Polsce. Dekla- 
racja rzuca wzgardę i potwarze na całą rzeczpospolitę. Sejm 
umocowany przez naród cały, całą jego potęgę, którego zba- 
wienne czyny zawsze zgodne z prawami, znalazły aprobację 
narodu, nazwanym jest przez nią stroną przewodzącą, przeci- 
wną prawom. Zagraża ta deklaracja nowym sejmem, obiecuje 
tym, którzy go składać będą, pomoc wojska obcego, wzywa 
stany i wiernych ojczyźnie obywateli do wyznania żalu , że opu- 
ścili gwarancję , pobudza mieszkańców do buntu przeciw ojczy- 
źnie ich, grozi prześladowaniem i śmiercią tym wszystkim, 
którzyby się rozkazom moskiewskim przeciwiać mieli. 

(( Bezecni zdrajcy własnej swej ojczyzny, dyktowali bez wąt- 
pienia deklarację tę, stanęli dziś na czele hord obcych; przedani 
Moskwie, chcą jej ojczyznę swą poświęcić. Nie mogła Bosja 
widzieć bez zazdrości i obawy tę Polskę, w której długo pano- 
wała, które gwarancją swoją pogrążyła w anarchji, widzieć 



133 

•przychodzącą do prawdziwej wolności, niepodległości, po- 
rządku , znaczenia u państw zagranicznych. Poprzysiągłszy od- 
dawna zagubę imienia polskiego, chce dziś bezbożny zamysł 
swój przyprowadzić do skutka : wprowadza wojska swoje na 
ziemię naszą ; z niemi to wyrodki nasze łączą się. Ostrzegamy 
was wcześnie : będą oni starać się zwodzić łudzącemi pismami, 
obietnicami. Lecz jakąż ufność możecie pokładać i w Moska- 
lach i w wyrodkach, co kraj swój zdradzają? Czegóż możecie 
oczekiwać od nich? Niewoli. Cóż im się od was należmy? 
Śmierć. 

aWidzianoż kiedy w dziejach świata naród jaki przemawia- 
jący do drugiego z taką pogardą? Deklaracja ta wywraca 
święte prawo wszystkich narodów; traktuje ona Polskę nie jak 
istniejący naród, lecz jak podbitą prowincję , której można sa- 
mowładnie narzucać rozkazy. 

« Wiecie dobrze, ile was kosztowała opieka moskiewska. 
Senatorowie wasi, ministrowie, posłowie, porywani z świątyni 
praw i zawożeni w bezludne stepj'*, obywatele, włościanie wasi, 
porywani z własnych siedlisk, przenoszeni w dzikie pustynie ; 
rozszarpane nakoniec prowincje nasze. Takie są skutki narzu- 
conej nam gwarancji. Ach! gdybyście (co niech Bóg odwróci!) 
dali się im uwieść na chwilę, otworzyłyby się natychmiast da- 
wne rany wasze ; powódź niezliczonych klęsk i nieszczęść zala- 
lałaby wszystkie stany: szlachtę, mieszczan i poczciwych 
kmieci. Nowy nakoniec podział Polski, zgaśnienie imienia 
polskiego, byłyby skutkiem barbarzyńskich scen, któreby 
niezgody i wojna obca oraz domowa ściągnęły na nieszczęsną 
ojczyznę. 

« Znacie, obywatele, i niebezpieczeństwa wasze i możność 
odwrócenia ich. Niechaj miłość ojczyzny rozpłomienia serca 
wasze, niech ogniwa braterskie złączą was w jeden łańcuch. 
Król wasz pała żądzą wylania za ojczyznę tej krwi, którą na 
łonie jej wyssał; nie lęka się on wystawić ua hazardy walk 
osiwiałej wiekiem głowy. Idźcie za jego chorągwią, jest ona 
godłem honoru. Niech bohaterskie ubieganie się jednych z dru- 
gimi zapala nas wszystkich ogniem męztwa, wytrwałości 
i zgody , a znikną wszystkie przeciwności i potomkowie nasi, 
szczęśliwi poświęcaniem się poprzedników, błogosławić nas 
będą. Ty, Boże ojców naszych. Boże opiekuńczy, który czytasz 
w sercach naszych , sciśnij nas węzłem jedności, prowadź od- 
wagę naszą, błogosław usiłowaniom wojowników naszych. Ty 
wiesz;, o Boże! że nie próżna nas pycha uwodzi, lecz obrona 
świętych ołtarzy twoich , święta miłość wolności , zaszczepionej 
w sercach ludzkich przez ciebie , miłości kraju tego , któryś Ty 
od zatracenia wyrwać raczył. Naród cały, czczący od wieków 
święte imię twoje, przez usta króla swego do ciebie, o Panie,. 



134 

wznosi pokorne modły swoje; wysłuchaj ich, a dzięki nasze, 
wiecznie sławić będą potężną opiekę twoją. 

« By bardziej upowszechnić deklarację niniejszą, rozkazujemy 
komisjom wojewódzkim, wpisać ją w akta swoje i rozesłać po 
miastach; rozkazujemy nadto, żeby przez cztery niedziele czy- 
taną była ze wszystkich ambon. » 

Dan V Warszawie 29. maja 1792 r. 

Stanisław Małachowski. Kazimierz Sapieha. 

Marszałkowie sejmu. 

Opuszczone dogodne chwile starano się , niestety! niewcze- 
snym już pospiechem nagrodzić: posłano notę do posła pra- 
skiego, przypominając mu casus foederis i żądając wytknię- 
tej w zawartem świeżo przymierzu pomocy. W zawiłych, ale 
niemniej przeto bezwstydnych wybiegach uczyniona odpowiedź 
posła pruskiego. Nie dosyć na tem. Wyprawiono umyślnych 
posłów do dworu wiedeńskiego i berlińskiego: wyjechał do 
Wiednia książę Adam Czartoryski , do Berlina marszałek lite- 
wski Potocki. Pierwszy od zgrzybiałego już Kaunitza odebrał 
odpowiedź, że Austrja zagrożona od Francji, nie może się 
w sprawy polskie wdawać. Marszałek Potocki przypuszczony na 
audjencję do tłustego Fryderyka Wilhelma II., gdy mu przypo- 
mniał, że on pierwszy nastawaniem, zachęcaniem swojem, 
obietnicą silnej pomocy, zawartym nakoniec z Polską trakta- 
tem, podniecał Polaków do zerwania wszelkich stosunków 
z Moskwą, a przez to ściągnienia jej zemsty na kraj; że z tych 
wszystkich względów godność i dobra wiara monarchy wkła- 
dała na niego obowiązek nieopuszczania sprzymierzeńca w tak 
ciężkim razie. Gdy mu to wszystko przełożył, tłusty Wilhelm 
(mam to z ust samego Ignacego Potockiego) zaczął się nie- 
zmiernie pocić, pomieszany, milczał długo; nakoniec te tylko 
słowa przemówił: aOdmieniły się okoliczności.))*) 

Jak długo świat cierpieć będzie bezczelną niewiarę monar- 
chów i bezwstydne naigrawanie się z sojuszów? Jakże dane 
słowo honoru, uroczyste umowy między prywatnymi gdy nie 
dotrzymane, zgwałcone, będą ich okrywać niesławą, wiekuistą 
hańbą; a podobna niewiara w tych, co narodami rządzą, bę- 
dziesz nie tylko uchodzić bezkarnie, ale im nawet imię mądrych 
i zręcznych nadawać? Źródłem wszystkich klęsk i nieszczęść na 
świecie cóż jest? Jeżeli nie gorszące mniemanie, że taż sama 
moralność, która służy ludziom na niewzruszone prawidła, 
uwalnia od niej monarchów. 

Stosownie do konstytucji 3. maja, sejm powierzywszy kró- 
lowi najwyższą władzę nad siłą zbrojną narodową , zalimilował 

*) Szulembarg, minister Jego, widząc półniemego, zakłopocouego pana, 
zdobył się na łacinę i powiedział: «Posteriora ligaut. » W dziejach nie- 
wiary i zdrady uie ma nic bezecniejszego , jak to wyparcie się naj^więcl^ za- 
przysięgłego sojuszu króla prusJuego. 



135 



się. Ostatnia sesja onego trwała do godziny 2 w nocy; rzecz 
godna uwagi , nie był odroczony jak zwykle. Król i stany roze- 
sdy się bez solwowania, tak, iż wedle przepisów, sejm 1792 r. 
dziś jeszcze mógłby być zwołanym; lecz prócz mnie, nie wiem 
czy trzech posłów onego jest jeszcze żyjących. Jeszcze wprzódy 
oddał król władzę nad wojskiem synowcowi księciu Józefowi 
Poniatowskiemu. Młodzieniec ten, syn Andrzeja Poniatowskie- 
go , dzielnego niegdyś jenerała w wojsku austrjackiem , odzie- 
dziczył po ojcu odwagę, łączył do niej duszę najczystszą i naj- 
szlachetniejszą. Lecz nie służący w wyższych stopniach, świadek 
tylko krótkiej z Turkami wojny, w której pod Sabaczem ciężko 
był raniony , nie posiadał tej biegłości w sztuce wojennej, tej 
uiiiości w własnych talentach, które rządzącemu naczelnie woj- 
skiem tak nieodbycie są potrzebnemi. Często nie zwyciężył dla 
tego, że się lękał być pobitym. Przydać do tego należy, że 
przybrał sobie za adjutantów niedoświadczoną, lekką młodzież, 
najwięcej z pułku Szczęsnego Potockiego , a zatem nieprzyjazną 
konstytucji 3. maja, przychylną systematowi pryncypała swego 
Szczęsnego. Będąc w obozie księcia Józefa, ileż razy słyszałem 
ze zgorszeniem wyrzekających na tę wojnę! Takimi byli: Ka- 
menecki, Jan Krasicki , Poniatowski. Ich ustawiczne powątpie- 
wania o szczęśliwym skutku tej wojny odbijały się o uszy na- 
czelnego wodza i od stanowczych odwracały go kroków. 

Lecz nie było to najważniejszą przyczyną nieudania się: 
winniejszym był stryj król, niżeli młody synowiec. Ociężały 
wiekiem, bez najmniejszej tęgości duszy, postępował wszędy 
jakby paraliżem ruszony. Ustanowił on radę wojenną z osób nic 
nie znających cię na wojnie; komisja wojskowa nie z bieglej- 
szych w niej złożona , zawierała w sobie duchy moskiewskie. 
Same początkowe rozporządzenia i kroki okazywały niepewność, 
wahanie się , nadzieje jakiegoś z Moskwą kompromisu. Mimo 
wypowiedzianej wojny, pozwolono Bułhakowowi, posłowi mo- 
skiewskiemu , zostać w Warszawie. Pobytowi to jego w War- 
szawie wszystkie publiczne nieszczęścia epoki tej przypisać 
należy.*) 



*) Bez przykłada , by po wypoigriedcianej i zaczętej wojnie poseł nieprzy- 
jacielski zostawał w stolicy. Został cały czas Bułhakow , durząc damy nas^e 
i zapewniając je, że carowa chce tylko przywie^<5 Polaków do przeproszenia 
Jej, nic więcej nie iądając od nich. Wygodnie było przychylnym Moskwie 




Augusta zupełnie z drogi powinności jego zwróciły: nie wyglądał on, jak przy- 
słania aronestji od Katarzyny. Dodać jeszcze muszę, że nie mało to koszto- 
wało skarb moskiewski. Pani Grabowska otrzymała w prezencie od Bułha- 
kowa przepyszne bransoletki z potęinemi szafirami w środku, otoczone du- 
żymi brylantami; biskupi: Massalski, Kossakowski, Ankwicc i inni bogate 
krzyże biskupie lub tabakiery. Ostatni odpokutowali na szubienicy, lecz 
bransoletki Grabowskiej sam wilziałem później u niej. 



136 

Z największym pośpiechem ksiaźę Józef Poniatowski udał 
się na Ukrainę do wojska z 20,000 składającego się^ w bliskości 
Tulczyna i Bracławia. Michał Lubomirski, idący do Lubani 
w 10,000, miał się z nim złączyć. Książę Ludwik Wirtemberg* 
ski, zięć księcia Adama Czartoryskiego, wysłany do Litwy dla 
objęcia dowództwa nad korpusem z 14,000 składającym się. 

Tymczasem wraz po ogłoszeniu deklaracji moskiewskiej 
i wkroczeniu wojsk carowej, wyrodkowie nasi, Szczęsny Po- 
tocki, Seweryn Rzewuski i Ksawery Branecki, za- 
wiązali w małem miasteczku Targowica zawiązek Konfedercji, 
targowicką zwanej. Wydali do narodu uniwerssJ, 08karżaj%c 
sejm czteroletni o zdradę, o bunt, zffwałoenie kardynalnych 
praw złotej wolności, zachęcając naród do obalenia ^k zbro- 
dniczego dzieła i odzyskania zniszczonych konstytucją 8. maja 
swobód szlacheckich. Dla honoru narodu powiedzieć muszę, że 
kilkunastu tylko zaprzedanych służalców hersztom targowickim 
podpisało się na zbrodniczem tem piśmie. Karód cały wiernym 
ojczyźnie swej został. 

Przy wkroczeniu wojsk moskiewskich w granice Polski, 
Szczęsny i Rzewuski trzymali się w tyle ; lecz Branecki, hetman 
polski, który nigdy nie dobył oręża jak w Konfederacji barskiej 
przeciw rodakom, który świeżo zaprzysiągł konstytucję 3. maja 
i jako minister wojny zasiadł w straży, Branecki, mówię, het- 
man polski, wśród hufców nieprzyjacielskich, walczących prze- 
ciw Ojczyźnie jego, nie wstydził się znajdować. Muszę tu jednak 
powiedzieć, com słyszał na chwałę jego, to jest, że raz, gdy 
w spotkaniu jednem nasza jazda pędziła moskiewską, on patrząc 
na to i obracając się do adjutanta, rzekł zwykłym sobie ruba- 
sznym tonem: — Tak kpów biją. — Któż naturę ludzką wytłu- 
maczyć potrafi ? 

Nie jest zamiarem moim, bez potrzebnych do tego mateija- 
łów , opisywać rozciągłe niefortunne , chlubne nieraz z przewa- 
żającym wrogiem boje, błędy wodzów, a nadewszystko nieda- 
rowane wahanie się, opieszałość i trwożliwość panującego; 
bardziej opatrzonym w dowody, bieglej szym, poważniejszym 
to piórom zostawiam; wspomnę tylko to, co sam widziałem, 
lub słyszałem. 

Nic bardziej nie dowodzi zawziętości i żądzy zemsty Kata- 
rzyny nad Polakami, jak użycie środków, by tej zemście dogo- 
dzić. Sądziła ona, że 80,000 było dostatecznem, by przez lat 
cztery walczyć z Turkami; przeciw Polakom do korpusu tego 
przydała jeszcze 30,000, które weszły do Litwy, drugie jeszcze 
10,000 wtargnęło od Kijowa w granice Polski. Polacy me 
mieli w Koronie i Litwie jak 55,0(K^. Lecz i te, gdyby im był 
Napoleon, Stefan Batory, lub Sobieski przywodzi, byłyby na- 
jeźdźców zwalczyły. 

Nie dosyć na ogromnych siłach wojennych : potrzeba było 



137 

liżyó jeszcze podstępów i zdrady. Uwiodła carowa obietiiic% 
przywrócenia w Polsce anarcbji ślepych Targów iczan. Pocią- 
gowa obietnicą łupów na Polsce wiarołomnego i bezwstydnego 
Fryderyka Wilhelma. Pan Alopeus , poseł moskiewski w Berli- 
nie, zapewnił mnie jednak, źe minister pruski Szulemburg^ 
pierwszy proponował drugi podział Polski. Nie wiem, koma 
wierzyć; lecz kiedy chciwość z żądzą zemsty połączą się, łatwa 
zgoda. 

Tymczasem książę Poniatowski przybliżywszy się do granic^ 
dla wiadomości o ruchu nieprzyjaciela wysłał jenerała Kościu- 
szkę z 3000 ludzi ku Kijowowi, jenerała Michała Wielohorskiego 
ku Czeczelnikom; pułkownik Grochowski uważał Męskali od 
Mohilowa. Wszystkie te oddziały spotkawszy nierównie prze- 
ważniejsze siły nieprzyjaciół, cofnęły się w porządku ku korpu- 
sowi księcia Poniatowskiego; lecz i ten, w kraju płaskim, ze- 
wsząd otwartym, bez gór, rzek wielkich, wąwozów, najmniejszej 
twierdzy , nie sądząc się w stanie z tak licznym nieprzyjacielem 
spierać w polu otwartem, cofnął się do Tyrowa na Wołyniu, 
uwiozłszy z sobą magazyny. Z tego to miejsca wysłał wódz na- 
czelny na wszystkie szlaki po 300 i 400 ludzi dla wiadomości 
o obrotach nieprzyjacielskich. Tu jak i w całym ciągu tej wojny 
pokazały się widocznie w przywódcach korpusów tych niezna- 
jomość wojny, nieostrożność, zupełna niewprawność w boje. 
Oddziały te tak źle były prowadzone, że osobliwie obrotnic 
przemyślni kozacy pochwytali lub rozproszyli je wszystkie. 

Porażki te potrwoźyły, zraziły wojsko całe , tak dotąd pełne 
odwagi i najlepszej ochoty. Następnie książę Poniatowski cofnął 
się do Lubaru: tam mógł się był trzymać, gdyby był książę Mi- 
chsl Lubomirski, zostawiony w Zasławiu, przyszedł mu na po- 
moc ; nie ściągnął jednak. Nieprzyjaciel w masie nadchodził. 
Poniatowski znów musiał się cofnąć. Nadedniem natarli na^ 
niego Moskale: na grobli Boruszkowickiej hufce nasze poplą- 
tawszy się z taborami, znaczną klęskę poniosły. 

Łatwo sobie wystawić można , jsJc te porażki , to ustawne 
cofanie się zrażało żołnierza. Jakoż zmordowany ciągłym pocho- 
dem, niewprawny do znojów wojennych, zaczął chorągwie 
swoje porzucać. W takim stanie przyciągnęło wojsko doPołon- 
nego, gdzie były magazyny nasze, i gdzie Sierakowski, pułko- 
wnik od inżynierów, naprawiał na prędce dawne ws^y i baszty 
twierdzy. Uznano, że okopy te nie obiecywały długiej obrony. 
Pułki hurmem cisnęły się do miasta, na dopełnienie nieszczęść, 
wśród zgiełku i nieporządku , pożar wszczął się w mieście. Co 
za noc okropna! Nieodstępna czujność Kościuszki sprawiła, źe 
ugaszono płomienie, przywrócono porządek. Magazyny jednak 
zgorzały. 

Wychodząc z Połonnego, książę Poniatowski wysłał do jene- 
rała Trokin, stojącego w Zasławiu, by się ruszył do Szepetówki. 



138 

Trokin ruszył natychmiast, lecz zaskoczony przez noc, 8ciągxi%ć 
nie mógł. Wódz naczelny przybywszy do Szepetówki, a niewy- 
godnem położenie jej znala^szy, wysłał natychmiast rozkaz 
Trokinowi, by ciągn^ do pobliższej wsi Zielińce. Wśród nocy 
przybyła tam kolumna, porozstawiano czaty na ślep, wojsko 
pod bronią, noc przepędziło. O świtania Zajączek i Trokin prze- 
biegli okolice. Zajączek posunąwszy się dalej , w wielkiej odle- 
głości spostrzegł nieprzyjaciela i wraz wieść o tem przyniósł do 
obozu. 

Na wzgórku w pół księżyca uszykowało się 2800 piechoty 
polskiej i 800 jazdy ; z tyłu las zakrywał obóz księcia Poniato- 
wskiego. Pospieszył książę Poniatowski z brygadą jazdy Mokro- 
nowslaego i z czterema działami dwunastu-, ośmiu- i sześciu- 
funtowemi. Wojsko moskiewskie pod dowództwem jenerała 
Marków, brata ministra, postępowało w czterech kolumnach 
pod ogniem dział polskich. Zaczął się ogień z dział, trwający od 
godziny 5. z rana do 12.; jazda polska cierpiała od niego 
i chwiać się zaczęła. Korzystając z tego Moskale, natarli na 
prawe skrzydło księcia Poniatowskiego, które już cofać się za- 
częło, gdy widok drugiej linji naszej zatrzymał Markowa. Mo- 
kronowski, korzystając z tego wahania się, na czele brygady 
swojej uderzył na jazdę moskiewską, złamał i wielką rzeź spra- 
wił w niej. Tu bataljon piechoty polskiej, w pierwszej linji 
stojący, nie wiedzieć z jakiej przyczyny, zaczął się mieszać, gdy 
Poniatowski, sam stanąwszy na czele dwóch bataljonów z dru- 
griej linji, uderzył na piechotę moskiewską i odparł ją. Moskale 
ciężką tu stratę ponieśli, już to od ręcznej broni naszej, już od 
dziesięciu dział naszych , kartaczami prażących do nich. Mar- 
ków, widząc piechotę swą odparte, złamaną i startą jazdę, 
uszykowawszy się w czworobok, spiesznie się oddalił. Zwy- 
cięzcy Polacy mogli byli znieść zupełnie nieprzyjaciela, lecz 
zwycięzcy zostali spokojnie na pobojowisku. 

Tu mimo czci mojej dla pięknej rycerskiej duszy księcia Po- 
niatowskiego, wyznać muszę, że wielki błąd popełnił, nie ko- 
rzystając z tak przeważnego zwycięztwa. Nie brak męztwa, 
młodość, nieufność, a może powątpiewanie, że od podkomen- 
dnych śmis^o wspartym nie będzie , opieszsiości tej były przy- 
czyną. Jakoż jenerał Czapski, sdy odebrał rozkaz, by opanowiał 
wieś Zielińce, nie usłuchał rozkazu, mówiąc. że mu przez adiu- 
tantów nie wyraźnie był danym. Książę Poniatowski głęboko 
czuł błąd swój ; nieraz sam słyszd^em go mówiącego z westchnie- 
niem, że Zieliniec sobie nigdy nie daruje. 

Wojsko polskie przez 6 godzin pozostało na polu bitwy; 
miasto korzystania ze zwycięztwa, zacz^o znowu systema od- 
wrotu. Opuszczam cofauie się jego i małe w niem, z rożnem 
szczęściem staczane utarczki Przegrana przez Moskali pod 
Zielińcami ostudziła śmiałość ich; przez dziesięć dni nie stawili 



139 

nam boju. Nieporozumienia między Łubomirskim a Poniato- 
wskim nie wiele zapewne przyczyniły się do wzięcia wspólnych 
środków , by raz jeszcze nieprzyjaciela pobić. Podzielono się 
więc: Lubomirski ci%gn%ł pod Lachowce, Poniatowski pod 
Ostróg. Wodzowie niezgodni , wojsko znużone ciągłym pocho- 
dem, przyszło nad Bug. Zaczął się ogień z dział ze stron oby- 
dwóch, lecz i tu niedostatek amunicji przymusił księcia Ponia- 
towskiego do dalszego odwrotu. Wysłano do Warszawy, 
nalegając by amunicje nawet pocztą przysłano czem prędzej ; 
tak mało było przewidzenia w tern wszystkiem, co» należało do 
boju. 

Wojsko polskie przeszło nakoniec Bug. Wódz przejście tej 
rzeki Moskalom przeszkadzać umyślił. Zatrzymano się pod 
Dubienką i podzielono się na trzy części. Kościuszko przywo- 
dził jednej, zajmując miejsce od granic Galicji doDorohobuska: 
Poniatowski od Dorohobuska do Świerzowa; Wielohorski roz- 
ciągnął się od Stulna do Włodawy. To ustawne cofanie się 
naszych sprawiły w mieszkańcach Warszawy zniewagę i nie- 
ukontentowanie. Niemniej niespokojny i rozgniewany jak dru- 
dzy, poszedłem do króla, oświadczając mu, że chcę jechać do 
wojska, widzieć naocznie co się dzieje, zapytując nakoniec, czy 
nie ma jakich rozkazów do przesłania przezemnie. Zastałem 
Stanisława Augusta strapionego niezmiernie ; długie włosy siwe 
spadały mu na ramiona ; było to bowiem rano i król nie był 
ubrany. Gdy wchodzę, przybywa z Litwy kurjerem porucznik 
Pernet, brat dzisiejszej księżnej Zajączkowej, z wiadomością 
o jakiemś spotkaniu naszych z Moskalami, w którem Zubów, 
brat faworyta, miał poledz. Wieść ta pokazała się później być 
fałszywą. Lecz na wzmiankę jej Stanisław August z niecierpli- 
wością tupnął nogą, jak gdyby o największem dowiedział się 
nieszczęściu. Równie do żywego zmartwiony tem poruszeniem, 
rokuj ącem smutny koniec tylu usiłowaniom naszytn , gdy smu- 
tny stoję w rogu gabinetu, postrzega król i przytomność moją 
i smutek, i z zwykłą sobie łagodnością przybliżając się do 
mnie , zapytał : 

— Czegóż chcesz? 

Opowiedziałemu mu powód przyjścia mego. 

— Niepotrzebnie tam jedziesz ; źle rzeczy idą. 

— Prawda, lecz naprawić się mogą, jeżeli WKMość jeszcze 
staniesz na czele narodu i zwołasz pospolite zuszenie. 

— Dziś jeszcze ruszysz do korpusu jenerała Byszewskiego, 
stojącego za Pragą. 

— Tak też myślę uczynić. 

— No, jedź, jeżeli chcesz; prześlę ci list do księcia Józefa. 
Przysłał mi ten list, a ja dawny mój mundur majorowski 

wywlókłszy, ubrałem się weń i prostym wózkiem pocztowym, 
mieniając go na każdej poczcie, spiesznie przybyłem do głó- 



140 

"wnej kwatery księcia do Dorohuska. Przyjęty byłem raczej 
zimno ; rozamiano , źe gorliwy partyzant konstytucji przybyłem 
zgłębiać przyczyny niepomyślnych skntków tej wojny. Wielu 
starszych niekontentych było z jej prowadzenia; młodzi adja- 
tanci żartowaii z samej zaczętej wojny, nazywając ją nie wojn% 
między Moskwą a Polską, ale wojną między Ignacym a Szczę- 
snym Potockimi, grzez aluzję, że pierwszy był jednym z twór- 
ców najczynoiejszych konstytucji 3. maja, a drugi chcącym j% 
wywrócić. 

— Nie dfciwuję się — rzekłem im — że wojna źle idzie^ 
kiedy takie zdania słyszę u waćpanów. 

Znalazłem jenerała księcia Poniatowskiego niespokojnego 
o jenerała Kościuszkę , któremu pod Dubienką poruczone było 
bronienie Moskalom przejścia Bugu. Ofiarowałem mu się więc 
dotrzeć do Kościuszki i wiadomość o położeniu jego przywieść ► 
Zezwolił i dał mi list do niego. Nie była ta podróż bez niebez- 
pieczeństwa wpadnięcia w ręce wszędy snujących się kozaków. 
Wypytując się tylko w każdej wiosce, zasięgając wiadomości od 
każdego, com go spotkał, późno już wieczorem stanąłem w Ku- 
mowie, gdzie Kościuszko po walce pod Dubienką ściągnął. 
O bitwie tej taką otrzymałem wiadomość. Jenerał Kościuszko^ 
że niepodobna było wstępnym bojem zapobiedz przeprawieniu 
się Moskali przez Bug , usunął się od rzeki o dwa wystrzały* 
z dział, oparłszy lewe skrzydło swoje o las, prawe o granice 
Galicji , pewien , że Kachowski na czele 20,000 ludzi ciągnący 
przeciw niemu , nie odważy się przestąpić granic austrjackich. 
Lecz inaczej się stało. Po pięciu godzinach najzaciętszej Walki, 
w której Moskale do 2000 ludzi, a my 98 stracili, Kościuszko 
widząc, że Kachowski zaczął go. od Galicji przeskrzydlać , dat 
rozkaz odwrotu. Bitwa trwała do nocy; ta tak była ciemną, źe 
Kościuszko z dwoma tylko bataljonami piechoty i jednym puł- 
kiem jazdy stan^ w Kumowie ; resztę miał za stracone , gdy 
w godzinę potem biegły i waleczny jenerał Wielo wiejski przy- 
prowadził mu hufce , miane już za stracone. 

Nie trzeba się dziwić, że strata Moskali nierównie była wię> 
kszą od naszej: przypisać to należy wybomoąci artyleiji naszej, 
ta bowiem wybornie strzelała. W tej bitwie poległ ze strony 
moskiewskiej jeden z walecznych jej oficerów, pułkownik Pa- 
lenbach ; dzielny po nim koń biały kozacki dostał się Kościu- 
szce. Rzecz dziwna, że we dwa lata potem, w wojnie i powsta> 
niu Kościuszki w r. 1794, Kościuszko na tymże samym koniu 
przywodził. 

Zwycięż twa pod Zielińcami i Dubienką nie zostawią oręża 
polskiego bez laurów. Pierwsze miało miejsce 18. czerwca, dru- 
gie 17. lipca. 

Skreśliliśmy pokrótce, co się działo na Litwie. Niestety 1 tam 
większa jeszcze jak w Koronie okazała się niezdatność wodzów^ 



141 



niesforność podkomendnych, niestety I bezwstydna zdrada. 
Był naówczas w służbie polskiej Ijudwik książę Wirtembergski, 
brat panującego naówczas książęcia, później króla. Ten w roku 
1784 zaślubił sobie księżniczkę Marję Czartoryską, córkę księcia 
Adama Czartoryskiego , z którą spłodził syna, dzisiejsze mon- 
strum, co wojsko nasze zdrackiło, przeszło do Moskali i na 
własnej matce otrzymało konfiskatę majątku. Ojciec jego Lu- 
dwik przez spowinowacenie swoje z książętami Czartoryskiemi, 
otrzymał najprzód indegenat, wszedł w służbę polską, a przed 
zaczęciem wojny otrzymał dowództwo nad całem wojskiem lite- 
wskiem. I tu dowód zagniewania niebios nad nami. Książę 
Wirtembergski, zamiast udania się do wojska i wzięcia potrze- 
bnych kroków do przyjęcia dzielnie nieprzyjaciela, pamiętny 
bardziej na dane sobie prusko-moskiewskie iustrukcje tajemne, 
jak na to, co mu własny honor, uczciwość i wdzięczność kazały, 
zamiast udania się na granice, lub w głąb Litwy, osiadł na kra- 
wędzi tej Litwy, w "Wołczynie, dobrach teścia swego, rozrzu- 
conym wojskom żadnych nie dając rozkazów. 

Powody nieczynności tej okazały się wkrótce. Przejęto list 
jego do króla pruskiego pisany, w którym mu donosił, iż podług 
zleceń jego zostaje nieczynnym, .nie ściąga nigdzie korpusów 
polskich i owszenl trzyma je rozrzuconymi, by tem łatwiej stały 
się łupem wojsk imperatorowej. Potrzebaż było większych 
zdrady dowodów? Powszechna nienawiść i wzgarda okryły 
bezwstydnego zdrajcę; nikt jej żywiej nie uczuł, jak nieszczę- 
śliwa żona i świekra. Pierwsza zaraz podała mu pozew do roz- 
wodu i podług zwyczaju zamknęła się w klasztorze panien 
Sakramentek. Rozpacz matki, księżnej Czartoryskiej, naj- 
gorliwszej z Polek , była bez granic. Gdym ją przyszedł koić 
i cieszyć: 

— Jam to — zawołała — nieszczęsną popchnięta ambicją 
spokrewnienia się z monarchami (Ludwik książę Wirtemberski 
był stryjecznym bratem carowej moskiewskiej, żony Pawła, nie- 
mniej potem żony cesarza Franciszka U.), przymusiła córkę 
moją do dania ręki bezecnemu zdrajcy temu! Jakoż przysięgła; 
otrzymany rozwód, lecz niewyrodne plemię, godne ojca, po- 
zostało w dzisiejszym zbiegu z wojska naszego, Adamie Wir- 
temberskim. — 

Ludwik książę Wirtemberski widząc zdradę swoją odkrytą, 
kryjomo udał się dó Prus. Dano mu za następcę Judyckiego. 
Ten był wprawdzie odważnym, lecz bez żadnej znajomości 
wojny. Spotkał się on z Moskalami pod Mirem, poniósł stratę 
w ludziach i działach, poczem cofnął się do Grodna. Tu mu za 
następcę przysłano Michała Zabiełłę. Ten, lubo służył w wojsku 
francuzkiem, w czasie pokoju nie wiele mógł nabrać nauki 
wojskowej ; nadto z zrażonem rycerstwem przeciw przeważnemu 



142 



nieprzyjacielowi nie zostawało mu jak unikać wstępnego boju, 
i jak inni, cofać się. 

Mimo tych wszystkich błędów i niepomyślności , z wale- 
cznym, pełnym energji królem, można było jeszcze odeprzeć, 
zwalczyć nawet nieprzyjaciela. Do 50,000 było jeszcze wojska 
w Koronie i Litwie, 3000 ochotników, 6000 pod Byszewskim za 
Pragą. Z takiem wojskiem , z duchem , jaki naówczas panował 
w narodzie, czegóż by Bolesław Chrobry, Napoleon, nie był 
jeszcze dokonał! Lecz nie był podobnym im Stanisław August ; 
z rozciągłą, nauką, lubymi przymiotami w życiu prywatnem, nie 
posiadał żadnej stałości duszy. Wychowany w bojaźni Boga 
i Moskwy, przyzwyczajony do ulegania, otoczony kobietami, 
równie trwożliwymi jak sam zausznikami, na wy Idy do posłu- 
szeństwa, rozkazywać nie umiał; nie mający własnej woli, ucie- 
kał się po rady do innych i zawsze obierał taką, która najwięcej 
zgadzała się z trwożliwym , wahającym się charakterem jego. 
Słabość ta w stanowczych dzisiejszych okolicznościach pokazała 
się jawnie. I jakżeż , z kogóż towarzystwo królewskie składało 
się naówczas? Wspomniałem, że poseł moskiewski Bułhakow 
nie wyruszył się z Warszawy i wszędy miał donoszących sobie 
co się działo. Odwiedzał on potajemnie podkanclerza Chrepto- 
wicza, siostry królewskie, panie Krakowską i Podolską, panic 
Grabowską, miłośnicę królewską, panie Sewerynowę Potocka. 
O wszystkich tych osobach niech mi będzie wolno wspomnieć 
pokrótce. 

Joachim Chreptowicz, lat 60 z górą naówczas liczący, był 
z dawnej, lubo nie najbogatszej familji litewskiej. Był on je- 
dnym z zabytków dawnego wychowania i obyczajów polskich, 
niewyczerpanem źródłem anegdot i tradycji czasów, już wiele 
odleglejszych od naszych. Patrząc na wypukłe czoło jego, na 
niezwykłą obszemość głowy, śmiele rzec mogłeś, iż Chrepto- 
wicz podwójną ilość mózgu zwyczajnego ludziom zawierał. 
Jakoż posiadał niepospolite zdolności, nauczywszy się tego 
wszystkiego , czego naówczas w szkołach naszych nauczyć się 
można było, to jest łaciny i prawa; sam się później w naukach 
i językach wydoskonalił. Pojął on pannę Przezdziecką, córkę 
podkanclerza litewskiego, a po śmierci teścia urząd ten objął. 
Powiadał mi , iż dawnym było zwyczajem , iż gdy król pieczęć 
większą lub mniejszą oddawał komu, oddawał ją publicznie 
w aksamitnym haftowanym worku, wyrytą na srebrze. Ileś 
dawnych co do obyczajów, historycznych nawet wiadmości 
dowiedziałem się od niego ! Mąż ten zachował jakąś powagę, 
niczem się niecnem nie skaził, ztąd i dla zdatności swej powsze- 
chnie był poważanym; lecz w nim, jak wówczas prawie we 
wszystkich, była jakaś słabość duszy, nałóg ulegania okoliczno- 
iciom i strach przed Moskwą. Równie jak król tak i on stm- 



143 

chlał na pierwsze zapowiedzenie jej gniewa. Skłonił ucha do 
podszeptów Bułhakowa, zapewniającego, źe jedynym sposobem 
ubłagania carowej i odwrócenia klęsk najsroższych, było zdanie 
się na jej wielkomyslność. — Biskup Kossakowski sam nocami, 
łaził do Bułhakowa. Był to prałat ogromnej kościstej postaci, 
z lamparcią, twarzą, z lisiem spojrzeniem; czyny jego wiadome. 
Pani krakowska Branicka, żona ostatniego hetmana, była pani 
wielkich cnót i pobożności, roztropna, uprzejma i ludzka; lecz 
równie jak tylu innych bojaźnią przejęta dla Moskwy, nie do- 
dawała serca królowi, dając wiarę zwodniczym obietnicom po- 
sła moskiewskiego. Takąż była jej siostra, pani podolska Za- 
mojska, księżna Radziwiłłowa, wojewodzina wileńska, pani 
Sewerynowa Potocka z domu.Sapieżanka. Dalej poszła pani 
z Szydłowskich Grabowska, kochanica królewska, publicznie 
chełpiąc się manelami z dużych szafirów, otoczonemi djamen- 
tami. Dodajmy do nich Małachowskiego kanclerza, niegodnego 
brata, marszałka sejmowego, Raczyńskiego, Dziekońskiego, 
ministrów, a uznamy jak poseł moskiewski i do rad, i do gabi- 
netu, i do sypialnego nawet pokoju Stanisława Augusta znalazł 
wpływ przemożny. 

W pośród namów tej gromady potrwożonych kokosz, w po- 
śród tych podłych doradców, podobien był Stanisław August 
temu uszczwanemu już jeleniowi, któryż wywieszonym ozorem, 
lejąc łzy obfite , nie śmiejąc w żadną rzucić się stronę , czeka 
zgonu swego na miejscu. 

Napróżno marszałek litewski Ignacy Potocki , dwaj marszał- 
kowie sejmowi. Ostrowski podskarbi, Sołtan marszałek, Kołłą- 
taj, jak mogli starali mu się serca dodawać i naglić by jechał 
do wojska; rady ich i szemranie ludu w Warszawie tyle tylko 
dokazały, źe król pojechał do obozu do Byszewskiego, przejrzał 
hufce ze smutkiem na twarzy i nie do obozu synowca, lecz na 
wieczerzę do pani Grabowskiej powrócił. 

Ci, co nie umieją wziąśó stanowczych kroków, zawsze się 
środkowych trzymają. Wśród okropnych mąk niepewności, 
wśród wstydu przed światem, nienawiści w narodzie i zemsty 
Katarzyny, raz jeszcze Stanisław August wzniósł ręce do niej: 
napisał pokorny list, proponując pojednanie i ofiarując berło 
polskie wnukowi jej, W. księciu Konstantemu. Odpis Katarzyny 
był w najsurowszych wyrazach zawarty: wyrzucała Stanisławowi 
niewdzięczność i chytrość jego, zapowiadała mu, źe w żadne 
z nim układy wchodzić nie chce , za króla go nawet i brata 
uznawać przestanie, póki przed wszystkiem nie podpisze Konfe- 
deracji targowickiej. Tu zważać należy, że nim odpis ten przy- 
szedł, król dnia 2. lipca, naglony od dobrze myślących mini- 
strów, wydał uniwersały na pospolite ruszenie. Przyszedł list 
Katarzyny dnia 21. lipca; nazajutrz 22. król zwołał radę nie 



144 



straży tylko, lecz wszystkich ministrów. W wigiljc sesji król 
udzielił listu carowej otaczającym go paniom i zausznikom; 
wszyscy przejęci bojaźnią zaklinali go, aby woli Katarzyny 
2ado8yć uczynił, twierdząc, że tym sposobem zapobieży się 
wiszącym nad krajem nieszczęściom. Tak może rozumiał i Sta- 
nisław August , albo raczej widział w tym kroku koniec udrę- 
<:zeń, które go tak długo męczyły. 

Dnia 22. lipca, gdy się ministrowie zebrali, król przeczytał 
im list carowej i zapytał każdego o zdanie. Natychmiast przy- 
wołani na tę radę książę Michał prymas i Kazimierz, podkomo- 
rzy koronny, Hyacynt Małachowski kanclerz, Mniszech, mar- 
szałek wielki koronny, Tyszkiewicz, hetman polny litewskie 
Dziekoński, podskarbi litewski, prosili króla, by żądaniom 
•carowej zadosyć uczynił. Dziekoński nawet ukląkłszy, z po- 
dniesionemi rękoma błagał go o to. Przeciwnie, obydwaj, 
marszałkowie sejmowi, Ignacy Potocki, Sołtan, marszałek 
nadworny litewski. Ostrowski podskarbi, Kołłątaj podkancle- 
rzy, w żarliwych słowach starali się strwożonego króla pokrze- 
piać, odwrócić go od zguby kraju i okrycia się samemu wieczną 

hańbą. 

— Lubo — mówili oni — wojna nie poszła tak pomyślnie, 
jak się należało spodziewać , rzeczy jeszcze nie stracone i po- 
prawić się mogą. Znaczne jest jeszcze wojsko nasze i bardziej 
niż dotąd skupione; mamy jeszcze Wisłę przed sobą, Wołyń, 
Podole mogą się ruszyć, niepokoić w tyle nieprzyjaciela i ży- 
wność mu odjąć. Rokować z Moskalami jest to już się poddać 
i hańbą okryć na wieki. Zaklinamy więc WKMość, jedź wraz 
do obozu; jeżeli nie chcesz do wojska, udaj się do Krakowa; my 
wszyscy powinność naszą czynić będziemy. 

— Tak jest , kochany marszałku ! — przerwał król — lecz 
zkądże pieniędzy weźmiemy? Jakże potrzeby publiczne zała- 
twić? Z czegóż i ja sam podróż tę odprawię? 

— Nie miej WKMosć żadnej obawy — odpowiedział mar- 
szałek sejmowy Małachowski. — Wojsko opatrzone jest na 
trzy miesiące. Go do potrzeb Waszej Królewskiej Mości, ja 
ofiaruję WKMości sto tysięcy czerwonych złotych , lecz niech 
mi wolno będzie włożyć je do pojazdu, którym WKMość do 
obozu wyjedzie. 

Stanisław August zdawał się zezwalać, cofnął się jednak, 
i powiadając, że większości zdań ulegać powinien, podpisał 
podane sobie przez Moskwę warunki , które imię jego skaziły 
na wieki. 

Skoro tylko wieść podłości takiej rozeszła się po mieście, 
a wkrótce i dalej , trudno wyrazić pomieszania, trwogi i znie- 
wagi wszystkich kraju mieszkańców. Nie spotykano po ulicach 



145 

jak smętne twarze, blade lica, uieraz łzami gniewu, żalu i znie«> 
wagi skropione. Stanisław August atoli juz spokojniejszy , że 
wyszedł z katusz niepewności, czytaniem rlutarcha usiłował się 
cieszyć. 

Gdy naród cały w żałobie, stolica pogrążona w smutku, 
król nie wychylając »ę z zamku, słucha pociech niewieś(>ich| 
które ufne w słowach Bułhakowa, durzącego je, że parow9» 
zniósłszy konstytucję Trzeciego Maja , wszystko jak było przed 
sejmem zostawi. Wojska nasze, cofając się ciągle ku Wiśle, 
w Kurowie nakoniec o cztery mile od Lublina stanęły. Ja cią- 
gle zostawałem w głównej kwaterze. Tu jak piorun bez poprze- 
dzającego grzmotu, spadł rozkaz królewski, by wraz z Moska- 
lami uczynić zawieszenie broni , gdyż król Konfederację targo- 
wicką podpisał. Któż wyrazić potrafi smutek i pomięszanie 
rycerstwa całego? Książę Poniatowski, obiecujący sobie na 
przeprawie Wisły ciężką klęskę zadać najeźdźcom , jak z nóg 
był tę wieścią zwalony ; czuł poniżenie jako wódz , jako Polak, 
jako synowiec królewski. ^ 

W powszechnej rozpaczy, szemrania wodzów i żołniei^y, 
złożył Poniatowski radę wojenną. Ustanowiono na niej , by pi- 
sać do króla, wystawując mu hańbę, którą się zmaże, propo- 
nując mu, by się dał niby gwałtem uwieść z Warszawy i zawieść 
do wojska. Jenerał Wielohorski z listem tym wysłany, lecz 
Stanisław August, w podłych tylko. postanowieniach trwały, ni 
listowi synowca, ni silnym namowom Wielohorskiego nie dając 
się nakłonić, oświadczył, że od wziętego przedsięwzięcia odstą- 
pić nie może. 

Lepiej byłby postąpił książę Poniatowski , gdyby nie pisząc 
do króla, sam był uwięzienie to uskutecznił, czego łatwo mógł 
był dokonać przy pomocy na króla oburzonej publiczności, 
wtenczas, gdy naród cały brał się do broni: tysiąc nieprzewi- 
dzianych klęsk spaść by mogło na MoskaH i losy nasze odmie- 
nić by się mogły. 

Odpowiedź królewska w ostatniej pogrążyła nas rozpaczy. 
Smutni chodziliśmy jak błędni, nie śmiejąc ni spojrzeć na sie- 
bie , ni słowa przemówić. Wtenczas to jenerałowie : książę Po- 
niatowski, Zabiełło, ICościuszko, Zajączek, pułkownik. Strzał- 
kowski, majorowie: Gawroński, Chomentowski , Józef Wielo- 
horski, Sierakowski, Kniaziewicz i wielu innych, podali się do 
dymisji. Pod Puławami wojsko przeszło Wisłę. 

Ostatni raz naówczas widzieć można było prawdziwe wojsko 
polskie, z tym większym żalem, że piękne, porządne, liczne, 
lecz zr&żone i smutne. Ostatnie starcie się jego z Moskalami 
było pod Kurowem, w którem ja znajdowałem się. Ubiliśfny 
kilkunastu Moskali i kilkunastu oficerów ich wzięli w niewol§r 

NiBMCBWicz, Pamiętniki. 10 



146 



Leoz wkrótce Kochowski wysłał pałkownika Bauer z trębaczem 
i zadziwieniem, dla czego się bito, gdy zawieszenie broni i po- 
kój z Ro8J% już podpisane przez króla. 

Tak się" skończyła ta wojna nieszczęsna. Ja, nie chcąc 
być świadkiem widzenia Moskali w stolicy, pospieszyłem do 
niej, by wraz z innymi porzucić j% i nie paśó oczu mych hańb% 
narodu. 



ROZDZIAŁ XIV. 



Panowanie Targowiczanów. — Sejm grodtieftski. — Dragi rosbiór kraju. 



Zniechęcone wojsko przeszedłszy Wisłę, rozeszło się w roz- 
maite strony, oddalili się wodzowie. Ja także wziąwszy pocztę, 
pospieszyłem do Warszawy. O Boże 1 jakaż odmiana 1 Zostawi- 
łem stolicę ludną, pełną ruchu i nadziei, a zastałem ją zasępioną, 
potrwożoną: rzadki mieszkaniec przechodził ulicę; rozjechs^ 
się członkowie sejmu i co było najgorliwszych przy konstytui^i. 
Marszałkowie sejmowi: marszE^ek Ignacy Potocki, SołŁim, 
Kołłątaj, Wejsenhof, porzucili miasto. Ja ich przyjaciel i jedno 
z nimi myślący, kupiłem kowany wóz z fabryki w Końskich, 
zabrałem skromne manatki moje i jak oni puściłem się do 
Lipska. Niestety! ileż razy w życiu mojem aż do ostatniej 
starości przychodziło mi te gwałtowne przedsiębierać po- 
dróże! Życie moje było ciągłą wędrówką. Gdzież spocznę? 
W grobie! 

Nie zostały w Warszawie jak szczebigtliwe kwochy, przy- 
chylni Moskalom, przywiązani do dworu, i te samoluby, co 
obojętni na cześć własną i narodu , na wolność , na niepodle- 
głość, w zwierzęcem używaniu dóbr świata tego zakładają 
szczęśliwość swoją. Ci na wnijście Kochowskiego na czele 
wojsk moskiewskich do Warszawy patrzyli, jak na obojętną pa- 
radę wojskową. 

Wkrótce atoli Stanisław August odebrał nagrodę podłej 
i trwożliwej słabości swojej. Nie tylko bowiem po podpisania 
Konfederacji targowickiej carowa okazywała ma pogardę i nie- 



147 

cbęó, ale same herszty rokoszu targowickiego pisywali do niego 
listy pełne wyrzutów i zniewagi. *) 

Nie mogli Targowiczanie nie czuć zgryzoty sumienia, że 
tylko sił% obcego oręża i wylewem krwi braterskiej dokupili się 
skutku zbrodniczych zamysłów swoich; przewidywali, jakie ich 
imię w potomności czekało. Zamiast więc na ślepą własną swą 
pychę f na tych , którzy im się przeciwiać śmieli , wywierali zar 
jadłość swoją. 

Wolni już od wszelkiej obawy i przeszkody, wsparci siłą 
zbrojną moskiewską herszci spisku targowickiego , wydali uni- 
wersały do narodu, w których hańbą okrywszy sejm zeszły 
i konstytucję 3. maja , przyrzekali mu powrócenie złotej wolno- 
ści szlacheckiej i zgwałcone dawno prawo krajowe. 

Pierwszy zjazd Targowiczan był w Brześciu litewskim; 
ztamtąd to wydawali deklaracje swoje i podług woli Katarzyny 
rozkazali królowi wydać uniwersał, zwołujący naród na sejm 
w Grodnie. Wiele innych wydawałi ukazów, między tymi re- 
dukcję wojska, zniesienie krzyża wojskowego , tudzież Gazety 
Narodowej i obcej. Wtenczas ja to napisałem pamflet pod 
tytułem : « Ustawa rządu Konfederacji Targowickiej » , nie 
oszczędzając w nim szyderstwa z szalonych jej ustaw. 

Niech mi wolno będzie przywieść śmieszne zdarzenie, zaszłe 
w czasie zjazdu Targowiczan w Brześciu Litewskim. Naczelnicy 
ich, chcąc wznawiać wszystkie przodków naszych starożytne 
zwyczaje, a wiedząc że oni w czasie ewangielji świętej doby- 
wali na pół oręża , na znak , że wiary świętej bronić są gotowi, 
i oni też umówili się, by przy czytaniu ewangielji dobyć pała- 
szów swoich ; lecz nikczemny hetman Rzewuski , który w całem 
życiu swojem nie dobył nigdy zardzewiałego rożenka swego, 
gdy długo mocuje się, by go dobyć, nareszcie z powszechnym 
śmiechem z pochwą podniósł szpadę swoją do góry. 

Dnia 14. września 1792 wysłała Targowica wielkie poselstwo 
do carowej do Petersburga, z podziękowaniem za powrócenie 
dawnych jej swobód. Nie' masz w regestrze podłości dość nik- 
czemnego wyrazu, by go w mowach i pismach swych do caro- 
wej nie użyli. Szlachetność, wspaniałość, wielkomyślność nie 
znajdując dostatecznemi dla niej , nazwali ją nakoniec boską 
Katarzyną. 

Dnia 25. października jeneralność Konfederacji przeniosła 
eię do Grodna. 

Nie jest rzeczą moją, jako nieprzytomnemu sprawom sejmu 
grodzieńskiego opisywać czyny onego. Wraz z innymi ustawy 



*) wtenczas, mam .to a pewnego źródła, StanisJaw AngasŁ upokoraony do 
Icońea, raz siedząc u stołu, temi sło^i^; do otaczająrych i chcących go cieszyć 
kwoeh edf odessał: aWyicie mnio w to błoto wciągnęły. 9 

10* 



148 

S. maja czytinikami byłem za granicą, najprzód w Lipsku, 
w Wiednia, we Włoszech nakoniec. Przytomni tym obradom, 
a bieglejsi odemnie podadzą potomności obrciz nie widzianych 
nigdzie, nie wspomnianych nawet w dziejach okratnych, bar- 
barzyńskich postępków carowej i od wielu spodlonych sejmują- 
cych oddzielą imiona tych, którzy stale protestując przeciw 
gwałtom, wśród gróźb i prześladowań nie zapomnieli ni ojczy- 
zny, ni swobód jej. Dla nieprzerwania tylko ciągu wypadków 
politycznych, pokrótce skreślę, co w tej smutnej epoce zaszło 
najważniejszego. 

Jeneralnosó targowicka założywszy stolicę swą w Grodnie, 
cieszyła się dumnie sam owładn ością swą. Szczęsny Potocki 
trzymał stoły otwarte. Nikczemny Rzewuski, Kossakowski, 
wszyscy służalcy naczelników, ustawnie tam uczęszczali. Szczę- 
sny bawił się pisaniem nowej konstytucji dla kraju , gdzie Rze- 
wuski o nic innego nie nalegał, jak o przywrócenie władzy 
hetmańskiej. Kossakowscy śmiejąc się z wszystkiego, pamiętaU 
jedynie o sobie , ogłaszając konfiskaty dóbr przeciwników swo- 
ich. Tym sposobem między innemi zabrali sobie dobra naar- 
szałka Ignacego Potockiego i innych. 

Nie długie atoli było ich panowanie, nie długie tryumfy 
wśród uczt i biesiad. Dnia 6. stycznia 1793 przyszła deklaracja 
króla pruskiego, równie bezczelna jak całe postępowanie jego; 
wyrażał on w niej, że zatrudniony wojną z Francją, przyniu- 
szonym się widzi do zabezpieczenia własnych państw swych od 
Polski, w której równie jak w Paryżu szerzące się zgubne fakcje 
ludzkości jakubinów zagrażają wszystkim narodom. By nie- 
szczęściom tym zapobiedz, rozkazuje wojskom swoim objąć 
województwa wielkopolskie, miasto Gdańsk i Toruń. Dekla- 
racja ta była śmiertelnem uderzeniem piorunu dla Targowi- 
czanów. Postrzegli zaślepieni, jak uwieść się dalL Przecież 
dnia 3. lutego ogłosili uniwersały na pospolite ruszenie, oświad- 
czając, prędzej życie położyć , niż zezwolić na oderwanie pro- 
wincji rzeczypospolitej. Bez żadnych trudności uśmierzył 
Sieyers, poseł moskiewski, ten wybuch gorliwości , wstrzymał 
uniwersały, przeprowadził wojsko polskie wa Ukrainę i sam je 
rozproszył. 

Nie dość na zabraniu miast i prowincji przez króla pra- 
skiego; wkrótce sroższy cios jeszcze Targowiczan uderzyL 
Poseł moskiewski wręczył Szczęsnemu manifest boskiej Kata- 
rzyny, w którym wyrażała, że chcąc wstrzymać w Polsce szerze- 
nie zasad sekty jakubińskiej, do zniszczenia wszelkich relig^- 
nych, politycznych i moralnych związków dążącej, uznała za rzecz 
zbawienną granice królestwa Polskiego ścieśnić. Zajmuje więc 
wschodnią połowę Polski, jak wskazuje lii^a* prosta, ręką wła- 
sną imperatorowej kreślona, od końca Kurlandji, mimo Hńska 
przez Wołyń ku granicom Galicji idąca. 



149 

Tu Szczęsny zbladł i długo jak wryty do ziemi został; ufny 
atoli, że pokazaniem się swojem w obliczu carowej odwróci za- 
mierzone klęski , co iywo kopnął się do Petersburga. Tam gdy 
stanął przed Katarzyną, a ta zapytała go o zdrowie jego, od- 
powiedział: 

— Ja mam się dobrze, ale ojczyzna moja! — 

Tu carowa tupnąwszy nogą i palcem pokazując na ziemię, 
rzekła z gniewem : 

— Votre patrie est ici! 

Wkrótce atoli przysłała jemu i Braneckiemu patenta na 
jenerałów en chef: obydwaj więc w tych mundurach prezen- 
towali się u dworu. Rzewuski wziął po Braneckim buławę 
wielką i z nią pojechawszy do Wiednia, tam wstyd swój 
ukrywał. 

Dnia 18. czerwca 1793 król za rozkazem Sieyersa otworzył 
sejm w Grodnie płaczącą mową nad nieszczęściami wiszącemi 
nad ojczyzną. Zdaje się, iż jakby na okrutne igrzysko jakie 
sejm ten zwołany. Nic podobnego nie wystawują dzieje na- 
rodów. 

Co tylko gwałt siły barbarzyńskiej, wzgarda przystojnosci 
wszelkiej, zuchwały bezwstyd wymyślić i spełnić mogą, to speł- 
niono na tych ostatnichjuż ludu polskiego obradach. Dziesięciu 
tylko senatorów, posłowie z tych tylko ziem, które przy zosta- 
wionym kawałku obszernej niegdyś Polski pozostać miały, 
składali to igrzysko sejmowe. Nie przez nirh jednak pierwszy 
w obradach tych krok, lecz przez posła moskiewskiego Sieyersa 
i pruskiego Bucholtza był uczyniony, naleganiem zuchwałą notą 
o wyznaczenie deputacji do ułożenia się z nimi. Acz grono 
sejmowe po większej części złożone było z poświęconych Mo- 
skwie osób, przecież oburzenie się na myśl poświęcenia ziemi 
ojczystej bezbożnym najezdcom tak było silne^ iż odpowiedzi 
nawet na żądanie to dać nie chciano. Sieyers do zwyczajnych 
bierze się gwałtów: wstrzymuje dochody królewskie, więzi po- 
słów lub sekwestruje ich dobra. Na ten krok podwaja się 
energja posłów; oświadczają, iż dalej obradować nie będą. 
Sieyers uwolnił uwięzionych posłów, z oświadczeniem , że jeże- 
liby w stanach dalszy okazał się opór, cały kraj rozebranym 
zostanie, a wichrzyciele (tak bowiem nazwał obrońców ojczy- 
zny) z obrad usunięci zostaną. 

Na te groźby, powszechne oburzenie powstało w izbie sejmo- 
wej. Co tylko zniewaga i rozpacz w sercu ludzkiem wzbudzić 
może, to wszystko w narzekaniach i przekleństwach rozlegało 
wśród murów sali sejmowej. 

— Gotowi jesteśmy — wołali Mikorski, Gałęzowski, Kira- 
bar. Karski, Ciemniewski — raczej śmierć ponieść, błąkać się 
po pustyniach Syberji, niż hańbę naszą i stratę prowincji pol- 
skich podpisać. 



150 

Giemniewflki przypomnia} królowi i stanom w7konan% przy- 
sięgę na akt Konfederacji targowickiej , w której ci^ośc kraju 
hyuk zaręczoną. Na to przypomnienie, z obrazą religji i chara- 
kteru kapłańskiego, zabierali głosy : Massalski , biskup wileński. 
Skarszewski, biskup chełmski, i Kossakowski, biskup inflant- 
ski , silnie uchylając niepotrzebne skrupuły, objaśniając i dowo- 
dząc, jak w wielu zdarzeniach i restrykcje są nieuchronnemi. 
Zachęcał nadto Kossakowski do nieupierania się dabzego, za- 
pewniając, że okazana dla Rosji powolność ocali prowincje od 
króla pruskiego zajęte. Król potwierdził to zdanie. Wielu najgor- 
liwszych posłów wyszło z izby ; zostali sami ulegli. Bezwstydny 
Ziobarzewski, korzystając z tej chwili, poddał śmiałemu w po- 
dłości S. Bielińskiemu, marszałkowi sejmowemu, projekt 
odstąpienia prowincji carowej , i w ten sposób podpisano zabór 
moskiewski. 

Niczem atoli był opór okazany w podpisaniu prowincji caro- 
wej w porównaniu z tym, który okazały stany, gdy podobneż 
od posła pruskiego przyszło domaganie się. I nie dziw, wszyscy 
głęboko oburzeni byli bezczelną obłudą i zdradą bezwstydnego 
sprzymierzeńca. Od 24. lipca do 23. września okazywały stany 
najszlachetniejszy opór. Poseł moskiewski dopuszczał się naj- 
okropniejszych gwałtów i zniewag. Każdy dzień do dawnych 
nowe przydawał obelgi; każdy opór sejmujących nowe ściągał 
za sobą gwałty. Na samo wspomnienie odstąpienia prowincji 
królowi pruskiemu, powstawały przeciw zdrajcy najobelżywsze 
wyrzuty. Przypominano hołdownictwo przodków jego Polsce, 
jego niewiarę i niewdzięczność. 

Dziś porwał Sievers posłów: Krasnodębskiego, Giemnie- 
wskiego , Mikorskiego , Skarżyńskiego , nazajutrz nowe prote- 
staoje i przekleństwa. Nie szczędzono wyrzutów i obelg królowi, 
gdy zamiast w tak okropnej chwili utopienia w piersiach swych 
sztyletu, podał do ratyfikacji traktat z Moskwą, odstępujący 
jej więcej połowy królestwa. Bezczelny Sievers to święte obsta- 
wanie przy własnościach, krwią przodków naszych nabytych, 
jakubinizmem nazywał. 

Trwały sesje sejmowe przez dnie i noce, Sievers bowiem 
nikogo nie wypuszczał, chcąc stany głodem przymusić do pod- 
pisania traktatu z królem pruskim. 

Gdy i to nie pomogło , w nocy z 22. na 23. września otacza 
poseł moskiewski wojskiem gmach sejmowy i stawia działa po 
rogach onego. Jenerał moskiewski Rautenfeld wchodzi do izby 
sejmowej i siada obok tronu. Na widok ten odrętwieli sejmu- 
jący. Zadana potężnemu niegdyś narodowi zniewaga , trzy dni 
1 trzy nocy zadusznego zawarcia, bez żadnego pokarmu, zni- 
szczyły i moralne i fizyczne siły. Go za noc okropna 1 Głuche 
milczenie, nie słychać jak ciężkie kroki Rautenfelda, wycho- 
dzącego z sali, znów wracającego i siadającego obok tronu. 



151 



Napróźno sekretarz sejmowy czyta projekt traktatu praskiego, 
nikt się nie odzywa; w świątyni praw panowała cichość sklepień 
grobowych. 

W tern okropnem milczeniu wlokły się powoli nocne go- 
dziny, gdy nakoniec jiiż nadedniem Ankwicz, kasztelan san* 
decki, odezwij sig, proponując, by milczenie sejmujących 
uznać za zgodę. Chwycił się Bieliński środka tego. Cichym 
głosem i prędko raz po drugi zapytawszy o zgodę , milczenie za 
zezwolenie uznał. Tu siedzący obok króla jenerał moskiewski 
Bautenfeld, wziąwszy króla za rękę, włożył w niął ołówek, i ten 
traktat podpisał. 

Podobnem okrutnem szyderstwem skończył się ów sejm 
grodzieński. Ta w Katarzynie żądza zachowania form 
jakichsiś, więcej jej przynieść powinna hańby , niż było przy- 
niosło samowolne zagarnienie prowincji naszych. Nie tu 
atoli koniec. Współzemdleni posłowie nazajutrz, to jest dnia 
24. września, kryjomo udawszy się do kancelarji, zanieśli 
manifest przeciw dokonanym gwałtom i zaborom polskich 
prowincji. 

To tak haniebne postępowanie Moskwy i Prus z niewinnym 
narodem polskim, o zgrozo! żadnej w mocarstwach europej- 
skich nie wzbudziło sympatji. Ubolewały może ludy, lecz 
milczały rządy, zaprzątnione okropną wojną z Francją, drżące 
o rozszerzenie u siebie obalających porządek towarzyski 
i wszystko burzących terroryzmu zasad. A tak i czasy , w któ- 
rycheśmy się porwali, i wypadki polityczne, wszystko nako- 
koniec sprzy sięgało się zawsze przeciw nieszczęsnej ojczyźnie 
naszej. 

Szczęśliwy, chlubny Sievers, że tak pomyślnie dokonał 
dane sobie od carowej polecenia, łagodniejszym się okazał 
w dalszych czynach sejmowych , już tylko wewnętrzne urządze- 
nie kraju na celu mających. Stanęło wyborne prawo , skraca- 
jące, ułatwiające procedurę sądową ; ocalono dobra pojezuickie, 
przeznaczone na wychowanie publiczne; wiele z nich Kossa- 
kowscy już byli Sancytami zagarnęli dla siebie; przymuszono 
powrócić inne Targowiczan łotrostwa. Co więcej , sama Kon- 
federacja targowicka zniesiona; kazano skasować wszystkie 
postanowienia konstytucyjnego sejmu, powrócona rada nieusta- 
jąca i cały skład rządu dawnego. Rozesłano wojsko do zabra- 
nych prowincji, gdzie je wkrótce rozbrojono. Pozostałej Polsce 
pozwolono tylko mieć 15 tysięcy. 

Nagrodzone wyrodki, co wstyd i dobrą cześć za błahe za- 
przedali korzyści. Przed sejmem jeszcze Szymon Kossakowski, 
niegdyś konfederat barski, sam się ogłosił hetmanem wiel- 
kim litewskim z woli narodu. Zapewniono bratu jego koadju- 
torję wileńską. Biskup Skarszewski otrzymał pieczęć koronną. 
Ożarowski, dotąd kasztelan wojnicki, mąż kochanki Stakel- 



152 

berga , wzi%l buławę koronną ; Zabiełlo buławę polną litewsk%y 
a i^kwicz został marszałkiem rady nieustającej. 

A tak, gdy twórcy konstytucji Trzeciego Maja i niepodle- 
głości krajowej po obcych krajach tułać się musieli, wyrodki 
wraz z Moskwą i Prusami dzielili się łupami rozszarpanej 
ojczyzny. 



\ 



CZĘŚĆ DRUGA. 



ROZDZIAŁ I. 



Obarsenie powszechne w krąjn. — Zamysły powstania. — Jenerał Zajączek 
prsyjeśdia s Polski do patrjotów w Lipsku. — Powstanie Jesaeae odłożone, — 
Aator Jedsie do Wiednia i do Włoch. — Pobyt we Florencfi i Rzymie. — 
Powstanie Kościuszkowskie. — Bitwa pod Racławicami. — Insurekcja swy- 
eięzka w Warszawie. ^ Autor dowiaduje się o tych wypadkach i przebiera 

się do kraju. 

^ ie ta jeszcze koniec sprowadzonych przez Targowiczanów 
na Polskę nieszczęść. OsUitni śmiertelny jej cios wkrótce nie* 
cierpliwa rozpacz przyniosła. Naród, jak dawniej nie nmiejący 
nźywaó wolności, tak dziś niezdolny ugiąć się pod jarzmo; 
żywy, prędki do porwania się , nie uważający , czy skatki odpo- 
wiedzą śmiałości przedsięwzięcia , nie mógł znieść spokojnie ni 
strat obszernych własności ojczystych, ni doznanych w czasie 
obrad swych obelg, ni na nowo zaczynającej się sromotnej 
opieki moskiewskiej. Smutne te uczucia wrzały głęboko w pier- 
siach każdego Polaka. Rok trwania konstytucji 3. maja dał po- 
znać Polakom słodycz rozsądnej wolności i odzyskanej między 
narodami powagi. Nikt nie rozumiał, by stan dzisiejszej nikcze- 
mności długie mógł mieć trwanie. Jakoż zaledwie sejm się 
skończył, zaledwie król wrócił do Warszawy, tajemne w wojsku, 
między obywatelami, osobliwie między młodzieżą, zaczęły się 
zmowy w celu wyłamania się z jarzma moskiewskiego i odzy- 
skania utraconej niepodległości. 

Przyczyniła się do wybuchnięcia powstania barbarzyńska 
duma Moskali, nieumiejących obyczajncm postępowaniem 
jarzma niewoli osłodzić. Podług zwyczaju moskiewskiego utwo- 
rzyło się wojsko szpiegów. Igielstrom, najwyższy wódz moskie- 
wski, nie znał miary w prześladowaniach i zdzierstwach. Naj- 
^ • pierwszem staraniem jego było rozpuścić wojsko. Wielu woj- 
, " skowych, równie zagrzanych obywatelstwem, jak widzących 



154 

w odebraniu sobie stopni wojskowy^ch odebrany jedyny sposób 
do życia, postanowiło oprzeć się temu. Odebranie krzyżów woj- 
skowych nie mało żołnierzy jątrzyło. Wysłano ze wszystkich 
korpusów deputacje do Warszawy, celem zniesienia się z nie- 
chętnymi w stolicy, ułożenia środków i wybrania wodza. Łatwo 
wybór ten padł na jenerała Kościuszkę. Oprócz zasług i od- 
wagi, Kościuszko w rzędzie acz dawnej, lecz nie majętnej szla- 
chty zrodzony , ni bogactwy , ni ż%dzą wyniesienia się, ni nawet 
bijącemi zbyt w oczy talentami , nie wzbudzał nieszczęsnej pasji 
zawiści. Wychowany w szkole rycerskiej kadetów kosztem 
księcia Adama Czartoryskiego , jenerała ziem podolskich, wy- 
słany był do Paryża, by się tam w nauce wojennej i inźynierji 
wydoskonalić. Za powrotem nieszczęsna miłość do panny So- 
snowskiej, córki hetmana polnego litewskiego, przymusiła go do 
opuszczenia kraju. Udał się do Ameryki, właśnie gdy się wojna 
o niepodległość tych prowincji zaczęła. Przez cały ci%g tej 
wojny służył z wielką zaletą ; znajdował się w bitwach : pod Sa- 
ratogą, Trenton, Yellow spring, West point. Po zawartym 
pokoju do ojczyzny powrócił, a za powiększeniem wojska jene- 
rałem brygady mianowany. Wspomnieliśmy o czynach jego 
w ostatniej wyprawie. Dziś nam dalsze czyny jego pokrótce 
opisywać przychodzi. 

Po nieszczęsnej w roku 1792 wojnie i poddaniu się króla 
Konfederacji targowickiej , Kościuszko wraz z Ignacym Poto- 
ekim, Kołłątajem, Wejsenhofiem, Niemcewiczem, udał się do 
Lipska. Tu jenerał Zajączek , jeden z najczynniejszych rewo- 
lucjonistów, przybył tajemnie z doniesieniem o powszechnem 
w kraju nieakontentowaniu i zamyśle powstania; dodał atoli, 
że ile było zapału, tyle niedostatku możności zaczęcia zapasów 
z tak potężnym nieprzyjacielem. Zebrani w Lipsku Polacy za- 
częli głębiej rzecz całą rozbierać. Po zaszłych konfiskatach 
i przecięciu sposobów odbierania najmniejszych zasiłków, cóż 
mogli złożyć na tak wielkie przedsięwzięcie? Czegóż się mogli 
spodziewać od obcych mocarstw lub nam przeciwnydi, lub 
wojną francuzką i niespokojnością o własną swą całość zaję- 
tych? Przychodziła na pamięć i niestałość charakteru narodo- 
wego, który porywczy w przedsięwzięcia, łatwo się zrażał 
i upadał na duchu; nieusposobienie , ciemnota ludu wiejskiego, 
nie mała liczba trzymających z Moskwą, większa obojętnych, 
słabość króla, potęga nieprzyjaciół. Wszystkie te uwagi spra- 
wiły, iż gdy rzeczy nie dojrzały jeszcze, lepiej chwilę wybu- 
chnienia odwlec nieco , dać czas do przygotowania i dopiero 
zaczynać. 

Widząc oddaloną chwilę powstania, z Lipska oddaliłem eie 
do Wiednia. Tam napisałem ostrą satyrę na Targowicę pod 
tytułem: «Biblja targo wieka », « Księgi Szczęsnowe», wiersze 
do hersztów targowiokich; a gdy wieść o podziale kraju nade* 



155 

szła, elegję nad tymże podziałem, zaczynąj%o% się od<wiersza: 
« Przyszła wiosna majowa uwieńczona wiankiem », i t. d. 

Wszystkie te pisma drukowane były w Wiedniu, a co 
szczególniejszego, że emigranci francnzcy: książę de Richelieu 
i hrabia de Langeron, będący już w służbie moskiewskiej 
i często z Petersburga przez Warszawę kurj erami do Wiednia 
wysyłani, przewozili paki tych druków do Warszawy do księżnej 
Jał)łonowskiej , zkąd do łiersztów targowickich i po całej 
rozchodziły się Polsce. Szczęsny i Rzewuski nie pojmowalj, 
zkąd te groty, maczane w zniewadze obywatelskiej, przycho- 
dziły na nich. 

Przebyłem część znaczną zimy z r. 1792 na 1793 w Wiedniu. 
2i Polaków znalazłem księcia Adama Czartoryskiego, przed 
wojną posła naszego, i jenerała Zajączka. Ciżba tam się zje- 
chała emigrantów francuzkich ze strony królewskiej: familja 
Polignac, piękna córka ich, księżna de Grammont, pan Yau* 
dreul, de Riviere, Esterhazy, Lusignan i wielu innych. Rzecz 
dziwna, uciekać oni musieli z kraju swego, że wiernymi rządowi 
monarchicznemu zostali; my wygnani dla tego, że z anar- 
chicznej rzeczypospolitej konstytucyjną monarchję usiłowali- 
śmy ustalić. 

Umówiwszy się z jenerd:em Zajączkiem, że mię wcześnie 
ostrzeże, gdyby do powstania przyjść miało, zapewniwszy sobie 
korespondencję z marszałkiem Potockim i pozostałymi wŁipsku 
Polakami, chcąc smutne myśli me rozerwać, na wiosnę w roku 
1793 udałem się do Włoch. Nie miała, niestety! ta piękna 
kraina tych dla mnie powabów, jakie w niej znajdowałem, 
gdym ją przed laty dziesięciu pierwszy raz odwiedzał. Achl jak 
wielki wpływ mają okoliczności na uczucia nasze i na przed- 
mioty malujące się przed nami ! Wtenczas był kraj jeszcze pra- 
wie cały, obszerne pole nadziei wydobycia się z niepodległości; 
dziś rozszarpany, do ostatka zgnębiony, bezsilny; znikły 
wszystkie miłe uroki , a tak i lazur niebios i te wielkie pamiątki 
i te cuda sztuk pięknych — wszystko to mi kir żałobny pokry- 
wać zdawał się. Osiadłem w Florencji, gdzie wkrótce przybył 
z Rzymu marszałek sejmowy, Stanisław Małachowski. Smucili- 
śmy się i pocieszali nawzajem. Z słynących naówczas ludzi po- 
znałem Pabbe Fontana, sławnego filologa, Faboni chemika, 
Manfredini, przyjaciela panującego naówczas wielkiego księcia, 
pana Gros, później jednego z pierwszych wieku tego mala- 
rzy, który dziś portret mój malowsJ:, a który tak smutnie życie 
zakończył. 

Raz , gdym w wieczór przy lampie siedział u siebie i czytała 
słyszę otwierające się drzwi i te słowa po polsku: 

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus 1 Jak się masz, 
braciszku? — Zdziwiony patrzę silniej i poznaję Jelskiego, ko- 
legę mego na sejmie. Uściskaliśmy się serdecznie. 



156 

— CÓŻ tu robisz? 

— Przyjechałem po was, po Kościuszkę i ciebie; gotujemy 
się do rewolucji. 

Tu gdym niu uczynił pytania o przygotowaniach tych, 
o liczbie wojska, zapasach pieniężnych duchu publicznym, po- 
znałem to, co i Zajączek: że więcej było zapału, niż rzeczywi- 
stego przygotowania i nadziei, by się rzeczy udały. Nie zraża- 
łem atoli gorliwości i owszem zapewniłem, że za pierwszem 
wezwaniem władzy narodowej pospieszę najchętniej. 

Wkrótce przyjechał jenerał Kościuszko i udzielił mi wiado- 
mości , jakie miał z kraju i z Lipska. Oświadczył mi , że na tak 
błahych jak dotąd podstawach nie można budować ; że smutnie 
byłoby, lekko i nierozmyślnie zacząć , by upaść. Kościuszko, 
zwiedziwszy już Rzym i Neapol, pojechs^ do Lombardji. Ja 
chcąc być przytomnym uroczystościom i obrządkom wielkiego 
tygodnia w Rzymie , pojechałem do tej stolicy. 

Licznych Polaków zastałem w Rzymie : księcia Stanisława 
Poniatowskiego, od lat kilku już tam osiadłego; podkanclerzego 
Chreptowicza , Adama Walewskiego z żoną, panią Radzisze- 
wskę , Sobolewskiego Walentego, Stasia Grabowskiego, którego 
król chciał koniecznie uczynić duchownym , lecz ten wszelkiemi 
sposobami wzdrygał się na samą myśl bycia księdzem; i wielu 
innych rodaków. 

W czasie pobytu mego w Rzymie, pozn<ili się Polacy z kró- 
lewiczem angielskim , księciem Augustem de Sussez. Prosił on 
nas często na obiady : my więc , tknięci punktem honoru, złoży- 
liśmy się i dali mu ucztę, gdzie między włoskiemi i fi*ancuzkie- 
mi potrawami były i polskie, a między temi zrazy. Książę 
wielce tę potrawę polubił, a zamiast zrazy nazywał je Ester- 
hazy; ztąd śmiech wielki. Zapomniano na chwilę biedy i ob- 
ciążającego nas smutku ; coraz bardziej gęste krążyły kielichy. 
Przypomnieliśmy sobie Targowicę, haniebne gwałty moskie- 
wskie, wstydną słabość królewską, ztąd narzekania i przekleń- 
stwa na niego. Nakoniec Adam Walewski, z dużym kielichem 
w ręku, wnosi detronizację Stanisława Augusta i wybór na 
króla polskiego księcia Augusta de Sussex. Tu radośnie po- 
powtórzyli wszyscy: Wiwat August IV., król Polski! — i wras 
wszyscy ruszyliśmy do niego i klęcząc, złożyliśmy mu przysięgę 
na wierność. W roku 1831 , gdym był wysłany do Londynu 
i odwiedził księcia de Sussex , powiedział on mi : 

— Wyście mnie obrali królem , i nie darmo , gdyż w kilka 
lat potem , gdym był w Berlinie i oglądał skarbiec tameczny, 
włożono mi na głowę koronę jednego z królów waszych. 

Była to korona zabrana z innemi insygniami królewskiemt 
w roku 179 i, w czasie krótkiego pobytu Prusaków w Krakowie. 

Obejrzałem raz jeszcze starożytności Rzymu ; lecz najmilszą 
przechadzką moją było wieczorem przy blasku księżyca wyjść 



157 

na Koliseum i tam usiadłszy na spadłym z ^ymsów głazie, za- 
nurzyć się w dumaniach. Tam stawały mi w oczach świetne 
dzieje olbrzymiego ludu rzymskiego. Gdzież się podziała po- 
tęga jego, gdzie tylu Cezarów, bohaterów, tylu pokoleń, co 
niegdyś pełne życia, pysznym igrzyskom przypatrywały się 
w tych miejscach? Z tylu pokoleń, z tylu miljonów tworów ży- 
jących nie masz dzisiaj i pyłów. Jak znikomą rzeczą jest czło- 
wiek, jak pełen jednak pychy i nadziei póki się rusza! Nieraz 
słodziły dumania moje głosy dobrane Włochów i Niemców, 
przychodzących w te miejsca śpiewać najwyborniejsze kompo- 
zytorów swoich kawałki. Jak słodkiemi uczuciami zalewało się 
naówczas serce moje, jak lotnie przenosiła się myśl moja raz 
w dawno ubiegłe czasy, i znów w przyszłość nieznaną! I to 
minie, mówiłem sobie. 

Wkrótce po Wielkiej nocy, gdym czytał u siebie, przyszedł 
ksiądz Bernardyn , Polak. 

— Wielką mam udzielić wiadomość panu — rzekł. — Ojco- 
wie nasi z Krakowa piszą, że jenerał Kościuszko podniósł po- 
wstanie w Krakowie, że pod Racławicami zbił na głowę Mo- 
skali i działa im zabrał, że cały kraj w poruszeniu. 

Dosyć to było dla mnie, by wraz manatki moje ułożyć i pu- 
ścić się w drogę. Im spieszniej postępowałem, tem częstsze 
dochodziły mnie wiadomości; w Wiedniu dopiero dokładny opis 
powstania i czynów jego otrzymałem. 

Skreślę tu krótki ich obraz aż do chwili , w której złączyłem 
się z Kościuszką. 

Im bardziej zwiększały się prześladowania i uciski Moskali, 
tem bardziej rosła w Polakach żądza wyłamania się z nich. 
Młodzież wojskowa i cywilna , nie baczna na skutki , pałająca 
tylko zemstą, bez przygotowań żadnych, porwała się pierwsza. 
Zwinienie wojska przyspieszyło chwilę wybuchu. Madaliński, 
komenderujący jedną brygadą , ruszył z Płocka , wpadł w gra- 
nicę pruską świeżo zabranego kraju , poznosił oddziały pruskie, 
pozabierał ich kasy, i mijając Warszawę, ciągnął ku Krako- 
wowi. Moskale, zwątpiwszy by się w Krakowie utrzymać mogli, 
opuścili to miasto. W kilka godzin po ich wyjściu przybywa 
Kościuszko i dnia 24. marca 1794 r. ogłoszony najwyższym wo- 
dzem, odbiera od miasta przysięgę i sam ją narodowi wypełnia. 
Najwyższa dyktatorska władza jego trwać miała aż do oswobo- 
dzenia kraju z niewoli moskiewskiej. Kościuszko, znając jak 
szkodliwemi były nam zwłoki, nie tracąc czasu, wychodzi 
z Krakowa z pułkiem piechoty Wodzickiego. Wkrótce łączy się 
z nim Madaliński i Manget z pułkiem jazdy. O kilka mil ztam- 
tąd stał korpus moskiewski pod dowództwem Tormansowa 
i Denissowa, kozaka. Kościuszko wzmocniony po drodze 300 
wieśniakami, uzbrojonymi tylko w kosy, straciwszy dzień jeden 
na porządkowaniu tego małego wojska, ciągnie pod Racławice, 



158 

gdzie już zastaje Moskali w górzystej pozycji. Śmis^ość, chęć 
zemsty, popędliwosó, zwyciężają i przewagę sil i wyższość po- 
zycji: wróg na głowę pobity, zdobyto 12 dział jego, mnóstwo 
jeńców zabrano. Zwycięstwo to odniesione było dnia 4. kwie- 
tnia 1794 r. 

Wieść o pokazaniu się Kościuszki w kraju i razem zwycię- 
stwie jego, ile w Polakach wzbudziła radości i dobrej nadziei, 
tyle napełniła Igielstroma, komendanta moskiewskiego w War- 
szawie, obawą, i niespokojnością. Powiększył ostrożności 
i środki surowe, aresztował, wyganiał, zamyślsi odebrać wojska 
polskiemu zbrojownię. Kroki tak surowe powiększyły 'Rozdra- 
żnienie, nagliły do rozpoczęcia dzieła oswobodzenia. Dwaj naj- 
znaczniejsi mieszczanie : Kapostas bankier i £[iliński szewc za- 
możny, śmieli, mający wpływ wielki w pospólstwie, nie prze- 
stawali pospólstwo to do porwania się i wypędzenia Moskali 
tajemnie podniecać. Naznaczono więc na tajemnej radzie dzień 
17. kwietnia, wielki czwartek, do porwania się do broni. 

W dniu tym od samego świtu ujrzano lud ze wszystkich 
stron gromadzący się tłumami. Cichocki , dowodzący artylerją 
naszą, który umiał pozyskać zaufanie Igielstroma i odwrócić go 
od odebrania naszym arsenału , uczuł serce polskie bijące w so- 
bie, i arsenał ten pospólstwu otworzył. Uzbrojony lud rzucił się 
na zbierających się Moskali. Zaczęła się okropna walka: strze- 
lano po ulicach, z okien nawet płeć żeńska sprzątnęła ich nie 
mało. Na Krakowskiem przedmieściu pułkownik Bauman, pro- 
wadzący pułk Działyńskiego, spotkał kniazia Gagaryna na czele 
dywizji swojej : rzucili się na nią Polacy i rozbili ją. Gagaryn 
zginął. Pospiesza na pomoc w trzy tysięcy jenerał moskiewski 
Nowicki z artyleiją; obskoczony od pospólstwa na Saskim 
dziedzińcu, z ciasta cofać się musi. Wymierzone najbardziej 
siły Polaków na mieszkanie Igielstroma na Miodowej ulicy: po 
długim oporze dom ten zdobyty; sam Igielstrom przebrany 
tyłnemi drzwiami ucieka do stojących niedaleko a świeżo przy- 
byłych z Sochaczewa Prusaków. 

Zginęło około 3000 Moskali; 1800 żołnierzy i 160 oficerów 
dostało się w niewolę. Pospólstwo w zapale zaczęło domy ich 
rabować ; wkrótce atoli powściągnięte zostało. Zabrane archiwa 
poselstwa i około 95,000 czerwonych złotych oddano wraz 
utworzonemu rządowi; zabezpieczono domy posłów zagrani- 
cznych. Pospólstwo wykrzyknęło prezydentem swoim ulubio- 
nego sobie Ignacego Zakrzewskiego, który urząd ten w r. 1794 
pis^ował. Dnia 20. kwietnia wezwany lud, by broń do arseni^a 
odniósł, stał się posłusznym. Wysłano do Kościuszki gońca, ró- 
wnie jak i do będących w Lipsku marszałka Potockiego i Koł- 
łątaja z oznajmieniem o oswobodzeniu stolicy. Korpus Prusa- 
ków przybyły pod Warszawę, widząc wyparowanych Moakali, 
nie śmiał kusić się o stolicę i oddalił się. 



159 

Nigdy święta Wielkanocne weselszemi nie były; lud unie« 
siony szczęściem, nie zastanawiał się nad przyszłością. Miespo- 
kojność tylko na zaniku królewskim. Odsazywania się demo* 
kracyjne, świeży przykład okrutnej, bezprawnej śmierci 
Ludwika XVI. trwożyły Stanisławą Au^sta, familję jego, 
własne ich nakoniec trwożyło sumienie. Pierwszy raz naówczas 
ujrzano majestat i pierwszą arystokrację polską zniżającą się 
aż do głaskania ludzi gminnych. Pani Krakowska, siostra kró^ 
lewska, łącząca do grzeczności największą powagę, pochlebiając 
dowódcom ludu, zaprosiła na obiad szewca Kilińskiego i rze* 
znika Morawskiego. €i gdy przybyli, Kiliuski pocałował panią 
Krakowską w rękę; przybliżył się i rzeźnik, a gdy pani Krako* 
wska wyciągnęła mu rękę: 

— Pani! — odezwał się Morawski — jestem rzeźnikiem, nic 
nie mam do czynienia ze skórą, lecz z gołem mięsem; niech 
pani raczy zdjąć rękawiczkę. 

Uczyniła tak dostojna matrona i dopiero rzeźnik pociJował 
ją w rękę. 

Król po dwóch mieszczan bral zawsze do boku swego do 
czynienia szambelańskiej służby. Ten dowód poważania stanu 
miejskiego, wrodzona uprzejmość w Stanisławie Auguście, tak 
żywo przeduiejszych mieszczan warszawskich ujęły, iżby go byli 
do upadłego bronili. 

Lecz w całem powstaniu Kościuszki nie przyszło nigdy do 
tej ostateczności. Obchodzono się owszem z królem z najwię- 
kszymi względami, tak dalece, że złożona na prędce rada po- 
syłała mu codziennie raporta o czynnościach swoich. Najwię- 
kszą ludzkość także okazano samym jeńcom moskiewskim, 
osobliwie kobietom. Utrzymywani byli z największymi wygo- 
dami, co mówię, zbytkami, kosztem publicznym. 



ROZDZIAŁ II. 



Powstanie na Litwie. — Rółne oddziały wojska )ącz% się x Kościuszką. — 
Obós Jego pod Połańcem. — Bitwa pod Szczekocinami. — Autor nierozłączny 
od naeśelnika. — Bitwa pod Chełmem. — Wiessania w Warssawie. — Kołłą- 
tąj. — Darowanie ijcia biskupowi Skarszewskiemu. — Zawziętość odtąd Koł- 
łątaja na Kościuszkę. 

Wieść o powstaniu w Warszawie szybkością światła słone- 
cznego rozniosła się po całym kraju; 'tozprossone wojska nasze 



160 

ośmieliły do złączenia się z walczącą jaz bracią. W cywilnych 
więcej obziei*ania się było na to, co nastąpi. Przecież w Sza- 
wlych na Żmudzi jenerał Niesiołowski, Romuald Giedroić, 
Antoni Prozor, Piotr Zawisza , brygadjer Sulistrowski, przemo- 
gli na świeżo przybyłym do siebie jenerale Ghlewińskim, że do 
powstania przystąpił. Ciągnęli wszyscy do Wilna, gdzie od 
niemałego czasu Jakób Jasiński , mąż pełen odwagi, rzadkich 
zdolności, obywatel wzorowy, już wcześnie do zerwania jarzma 
moskiewskiego sposobił umysły. Jakoż w nocy dnia 23. kwie- 
tnia napadł na domy Arseniewa, komendanta moskiewskiego, 
i Kosssikowskiego, co się w czasie Targawicy sam hetmanem 
litewskim ogłosił, uwięził ich, a w 300 tylko żołnierzy polskich 
wypędził z Wilna Moskali. Wyznaczył sąd wojskowy na Szy- 
mona Kossakowskiego i kolegę jego Szwykowskiego ; obydwaj 
za zbrodnie swoje skarani na śmierć, niecne życie swe na szu- 
bienicy skończyli. Zabrano wszystkie papiery Szymona Kossa- 
kowskiego. Dość było tych dowodów , by go potępić, miałem 
ich kopje ; z resztą sprzętów przepadły i te. 

Ogłoszono w Wilnie akt powstania, wysłano deputację 
do naczelnika Kościuszki. Jasiński puścił się za Moskalami , od- 
parł ich pod Niemenczynem i Sołą, cofnąć się atoli musiał, 
widząc znaczne korpusa pod Knoryngiem, Cycjanowem, Micha- 
łem Zubowem i Benningsenem, przeciw niemu ciągnące. 

Tymczasem rycerstwo nasze, już w zabranych prowincjach 
przez Moskwę stojące , już po większej części zwinięte i rozbro- 
jone, przebijało się zbrojną ręką do braci swoich. Przyprowa- 
dził dzielny Kopeć 600 jazdy z pod Owrucza i Żytomierza; Wy- 
szkowski z pod Starego Konstantynowa około 1200 ludzi; Ła- 
zniński przez Galicję i Multany kilkuset. Oddziały w Chełmskiem 
i Lubelskiem stojące obrały sobie wodzem, mimo innych jene- 
rałów mniej wzbudzających zaufania, podpułkownika Grocho- 
wskiego , służącego niegdyś w wojsku pruskiem. 

W Litwie zdołali Moskale uwieść wielu zasłużonych , gorli- 
wych obywateli. Taki los spotkał Sołtana, marszałka nadwor- 
nego litewskiego, Eadziszewskiego , posła na sejm konstytu- 
cyjny, Michała Brzostowskiego, księdza Bohusza, brata sławnego 
sekretarza Konfederacji barskiej. Wiele było dowodów poświę- 
cenia się w oddzielnych osobach, w płci nawet pięknej : znoszono 
co dzień ofiary na ołtarz ojczyzny, matrony polskie znosiły 
kosztowne ozdoby swoje. Ks. Józef Poniatowski, przed rokiem 
dowodzący całem wojskiem, ofiarował się służyć za prostego 
żołnierza. Kazimierz Sapieha, niedawno jenerał artylerji lite- 
wskiej, ofiarował się służyć w randze kapitana. Ileż innych 
podobnych przykładów ? Niestety ! czemuż podobny duch nie 
zagrzewał całego narodu? Przyzwyczajona szlachta do używa- 
nia bez przeszkód korzyści z dóbr i włościan swoich, oporną 
fiię stała w wykonaniu rozkazu naczelnika, wysłania piątego 



161 

Leśniaka z kos% do wojska. Lud nawet wiejski, tak dlago 
yr niewoli, po większej części nie przewidując lepszego losu, nie 
znając go nawet, był obojętnym. Napróżno Kościuszko uniwer- 
sałem swoim z pod Połańca 7. maja 1794 ogłosił lud wiejski 
wolnym i zabezpieczał mu wolność. Uniwersały te lub nie do- 
szły , lub nie znajdywały wiary. 

Jenerał Kościuszko , oczekując na ściągnienie oczekiwanych 
wojska oddziałów, równie jak i kosynierów, stanął naprzód 
w Bu8towie(?); ztamtąd pod Połaniec pociągnął i wraz się nad 
Wisłą silnie okopał. Lubo militarne jego położenie dawało na- 
dzieję, że się tam długo będzie mógł utrzymać, zwłoka jednak 
w nadejściu oczekiwanych posiłków ciężkiem strapieniem obar- 
czała duszę jego. Liczył on na szlachetne poświęcenie się całego 
narodu; mniemał, że w dzielnej rozpaczy cały powstanie. To 
tylko poświęcenie się, ta rozpacz mogła przedsięwzięte dzieło 
przywieść do szczęśliwego końca. Przeciwnie, dzieło tak ogro- 
mne opierało się tylko na kilkunastu tysięcach ludzi, i to po 
części źle zbrojnych! Moskale szturmowali po kilkakroć obóz 
Kościuszkowski pod dowództwem Denisowa, zawsze jednak ze 
stratą odparci ; dochodziła wiadomość , że i Prusacy nadchodzą. 
Ociągali się oni długo z przyczyny rokowań o nagrodę za udzie- 
loną pomoc; lecz skoro Katarzyna przyrzekła, że cała Polska 
rozszarpaną zostanie i że Prusacy hojnym łupem nagrodzeni 
będą, sam król pruski na czele licznego wojska ruszył się , by 
sią z. Denisowem złączyć. 

W tymże samym czasie, gdy już Kościuszko, rozgniewany 
paleniem na około włości naszych, gotował się uderzyć na De- 
nisowa, ten z wojskiem swem uchodzi w nocy. Grochowski 
gwałtownym pochodem przybywa łączyć się z Kościuszką. 
Wtenczas ten mocny do 15,000 żołnierza, idzie za nieprzyjacie- 
lem i spotyka go pod Szczekocinami. Początek bitwy był dla 
nas najpomyślniejszy. Jazda nasza przełamała jazdę moskie- 
wską i zdobyła ośm dział; już piechota moskiewska uchodzić 
zaczynała, gdy 24,000 wojska pruskiego pokazało się z mnogiemi 
działami ; te natychmiast gęsty wyzionęły ogień i pomięszanie 
w naszych sprawiły. Jenerfiowie Wodzicki, Grochowski i dwu- 
dziestu oficerów poległo. Kościuszko miał dwa konie ubite pod 
sobą; Adam Poniński, Kropiński, Paweł Bieliński, mężnie się 
stawili. Kościuszko widząc tak silnie przeważające nieprzyjaciół 
hufbe , rozkazał zatrąbić na odwrót. Połączone wojska moskie- 
wskie i pruskie nie ścigały go. Kościuszko pociągnął pod Ko- 
złów , otoczony lasami. Bitwa pod Szczekocinami stoczoną była 
8. czerwca 1794. Tam Aleksander Linowski, sprawujący dotąd 
przy Kościuszce urząd ministra sekretarza stanu, oddalił się do 
Warszawy. Naczelnik urząd jego mnie powierzył. Nieoddzielny 
od niego, sprawowałem go wiernie aż do chwili, w której i on 
i ja ciężko ranieni, dostaliśmy się w ręce moskiewskie. 

NiEMCBWics, Pamiftniki. 11 



162 



Odtąd aź do Maciejowic pomniejsze tylko staczały się bitwy. 
Mało jaż pomnażały się siły nasze, rosły moskiewskie. Naczel- 
nik wyprawił jenerała Zajączka, by pilnował Bugu od ciągną- 
cego ku tej rzece moskiewskiego jenerała Derfeldeu. Siły jego 
składały się wraz z kosynierami z około 5000, jednego działa 
dwunasto-funtowego i pięciu sześcio-funtowych. Lubo w poró- 
wnaniu z siłami wrogów siły nasze były słabe, z tern wszystkiem 
ponieważ wieść nadeszła, iż znaczniejszy korpus moskiewski 
miał się złączyć z Derfeldenem , Zajączek porozumiawszy się 
z jenerałami: Hauman, Wedelsztetem, Wyszkowskim, Choroen- 
towskim, postanowił uderzyć na nieprzyjaciela. Bitwa zaszła 
pod Chełmem. Moskale mieli 38 dział; nic posuwając się sami, 
od rana do wieczora ciągły z nich ogień zionęli. Pułkownik 
Chomętowski, dowodzący artylerją naszą, miał urwaną głowę 
od kuli armatniej. Śmierć jego w nowo zaciężnem wojsku spra- 
wiła zamieszanie: zaczęło uchodzić. Wedelszt i Wyszkowski, 
mieniąc, iż wojsku całemu dano rozkaz odwrotu, porzucili także 
swe stanowiska. Cienie nocy rozjęły walczących. 

W rewolucjach, gdy nierozeznane mnóstwo opanuje opinję 
publiczną, najmniejsze niepowodzenie przypisane jest zaraz 
zdradzie. Taki los spotkał Zajączka. Podkomendni jego przy- 
musili go do przejścia Wisły. Województwo lubelskie, stolica 
trybunałów i pieniactwa , nie okazało się gorliwem ni w zasile- 
niu wojska żywnością, ni dostawieniu wieśniaków ; cofał się więc 
Zajączek ku Warszawie. Pod Gołkowem spotkał się raz jeszcze 
z Moskalami i pierwszego dnia plac bitwy otrzymał: jenerał 
Kniaziewicz dzielnie się dma tego odznaczył. Gdy w ten sposób 
Zajączek i Kościuszko przed przewyźszającemi siłami Prusaków 
i Moskali ciągną do Warszawy, by stolicę, skład rządu i wszyst- 
kich zapasów wojennych od napaści zasłonić , rzućmy pokrótce 
oczy na smutne, ważne wypadki, jakich stolica ta była świad- 
kiem. 

Ustanowiona rada narodowa przez naczelnika składała się: 
z marszałka Potockiego , Kołłątaja , Mostowskiego , Kochano- 
wskiego i Sulistrowskiego; trudniła się tem wszystkiem, co 
tylko potrzeb wojennych, żywności, dział, tyczyć się mogło. 
Lud w pierwszych dniach gorliwy, od świtu aż do nocy sypał 
szańce i reduty w około miasta. Przykład okropności rewolu- 
cyjnych we Francji opanował i zagorzalców naszych. Sprawie- 
dliwie za przedajność swoją i zbrodnie przeciw ojczyźnie uka- 
rani: Ożarowski, hetman targo wieki, Kossakowski, biskup 
inflantski, i Zabito. Bodajby się na tej sprawiedliwej surowo- 
ści było skończyło. Lecz później lud warszawski, zawsze do 
krwaMrych egzekucji skory , wywlókł z więzienia Massalskiego, 
biskupa wileńskiego, Antoniego Czetwertyńskiego , Boshampa, 
Greka przedane^o Moskwie , i sam ich na ulicy powiesił. Byli 
to ludzie splamieni, lecz sąd nic jeszcze nie wyrzekł o nich. 



163 



Powieszono nawet niewinnych: Wulfersa, adwokata, zdatnego 
i gorliwego obywatela, oraz Majewskiego, który ludowi bronił 
wnijścia do więzienia, W blizko czterdzieści lat potem wi- 
dziano teź same okropności w Warszawie dnia 15. sierpnia 
1831 roku. 

Kościuszko , zgorszony tem nieprawnem rewolucyjnem ludu 
postępowaniem, z pod Warki kazał mi napisać list do rady, 
wyrzucając jej, źe dopuściła zgorszenia tak szkodliwego świętej 
sprawie narodu. By jednak bieg sprawiedliwości przyspieszyć, 
wyznaczył osobny sąd kryminalny, który hersztów Konfederacji 
targowickiej miał sądzić. Prezesem onego mianowany jenerał 
Zajączek. Osądzeni więc zostali na szubienicę: Szczęsny Potocki, 
hetman Branecki i Seweryn Rzewuski, hersztowie Targowicy; 
biskup Skarszewski za to, że na sejmie grodzieńskim posłów od 
przysięgi na konstytucję 3. maja uwolnił. 

Jeden tylko Skarszewski był przytomnym w Warszawie. 
Względem pcalenia mu życia wszelkie zewsząd czyniono 
zabiegi. 

Pod Gołkowem ostatni raz wstrzymane połączone wojska 
Prusaków i Moskali.. Naczelnik Kościuszko nie spodziewając się 
w otwartem polu dłużej cisnącej go ze wszech stron oprzeć się 
nawale, ściągnął pod Warszawę i w pół księżyca od brzegu Wir 
sły na Szulcu aż pod Marymont zasłonił stolicę. Główna kwa- 
tera była w pośrodku. Szańce zwane ((des fleches» , natychmiast 
podług zwyczaju swego wysypał. Połączone wojska po kilkakroć 
starały się złamać szyki nasze, lecz ze stratą odparte. 

W Falentach jeszcze pod Warszawą doszła wiadomość nk- 
czelnika o wyżej wspomnianych w Warszawie wypadkach. Nie 
skończyło się na nich. Podburzone przez zaślepionych czynni- 
ków i oszczerców wszystkich, co wyżej stoją w opinji publi- 
cznej, przez rodem żyda, który przyjął imię Demboskiego, 
przez drugiego Konopkę, pospólstwo tłumnie zaczęło się gro- 
madzić, oskarżając (któżby powiedział!) niedawno ulubionego 
sobie Kołłątaja. Jest podejrzenie, źe przychylni Moskalom^ 
a może i sam dwór lętający się, by Kołłątaj nie powtórzył 
w Warszawie scen tragicznych Paryża, tę burzę przeciw Kołłą- 
tajowi podniecili. Jakoż charakter Kołłątaja mógł zaniepokoić 
wielu. Był to człowiek posiadający te wszystkie zalety, co pro- 
wadź, do znaczenia i sławy. Chciwy władzy, skory do nagro- 
dzenia tych, co mu się ślepo poświęcali, mściwy, nieumiejący 
darować urazy , gotowy wszystkich użyć sposobów , by zatrzeć 
na proch stojących mu na przeszkodzie, słowem: w kraju nie 
już upadającym, lecz w kraju, gdzie są jeszcze siły i sposoby, 
a wodza tylko potrzeba, w kraju takim, mówię, Kromwel albo 
Bichelieu drugi. Wiele zmartwienia ucierpiał od niego Ko- 
ściuszko, że nie szedł dość śmiało i prędko. Wiem to dobrze, 
przez cały ciąg rewolucji nieodstępny Kościuszki, śpiący 

11* 



164 

« 

W jednym namiocie. Wspomniałem o biskupie Skarszewskim, 
skazanym na śmierć i o silnych wdawaniach się za nim. Król 
sam przyjeżdżał do obozu, dalej nuncjusz papieski Łitta, wysta- 
wiając, że już wiele biskupów haniebną śmiercią zginęło, źe nie 
przystało wiernemu BogU) szlachetnemu narodowi polskiemu 
naśladować wściekłe okrucieństwa wzburzonych Francuzów. Ko- 
ściuszko, łatwo zakłopocony, kilka niewyraźnych słów odpowie- 
dział; lecz resztę dnia wielce był niespokojnym. Był to człowiek, 
przy wielkiej odwadze, łagodny, bynajmniej krwi nie chciwy; 
w nocy długo męczył się z sobą, oka zmrużyć nie mogąc. Na- 
reszcie zapytał mnie, co ja w sprawie Skarszewskiego myślałem, 
czy koniecznie wieszać go trzeba? 

— Nie widzę w tem konieczności — rzekłem. — Dla przy- 
kładu zdrajców już nawieszono nie mało. Egzekucje podobne 
coraz bardziej rozjuszają lud ; im dłużej patrzeć będzie na nie, 
tem zuchwalszym się stanie i na podejrzanych, a może niewin- 
nych rzucać się będzie, a ohyda, miotana dziś na Robespierra, 
Marata, i na nas spadnie. Uchowajmy rewolucję naszą, ile mo- 
żna, wolną od okrucieństwa zarzutów. , 

— Masz rację — odparł Kościuszko — ale cóż robić? 

— Czy nie możnaby go złożyć z biskupstwa i na całe życie 
zamknąć w więzieniu? 

— Masz rację, tak zrobię. 

Jakoż nazajutrz odmienił wyrok: Skarszewski odświęcony 
i w więzieniu zamkniętym został. Na tę wieść Kołłątaj nie po- 
siadał się ze złości; zawzięty on był szczególnie na Skarsze- 
wskiego, źe w czasie Targowicy przyjął odjętą Kołłątajowi pie- 
częć mniejszą koronną. Napisał więc do Kościuszki list surowy, 
obraźliwy, wyrzucający mu brak energji, powolność dla dworu, 
i t. d. Kościuszko tak był listem tym dotknięty, iż odpisał, skła- 
dając najwyższą władzę naczelnika. Tu kłopot dla Kołłątaja: 
wiedział jak był Kościuszko od narodu całego kochany, u po- 
spólstwa wzięty ; lękał się więc , by oddalenie się wodza jemu 
nie przypisywano. Pojednał się więc z naczelnikiem , niechęć 
jednak ku niemu głęboko w sercu chowając. 



165 



ROZDZIAŁ ffl. 



Ifieprzyjaciel pod Warszawą. — Attak na Wolę. — Wypadki wojenne na Li- 
twie. — Odstąpienie Prusaków od Warssawy. — Porażka Sierakowskiego. — 
Kościuszko i autor udają się do jego korpusu. 



Nie jestem w stanie opisywać powstania Kościuszki z samej 
tylko pamięci. Pozbawiony potrzebnych mi materjałów, z pa- 
mięci i pokrótce tylko skreślę znakomitsze wypadki , zdarzone 
w czasie oblężenia Warszawy od 9. lipca 1794 r. aź gdyśmy pod 
Maciejowice wyszli. 

Dnia 9. lipca Kościuszko od Falent, Zajączek od Gółkowa 
ściągnęli pod Warszawę. Mokronowski na czele dwóch brygad 
jazdy uczynił wycieczkę przeciw Prusakom pod Błonie, silnie 
na nich natarł i do ustąpienia przymusił. Wkrótce odebrał roz- 
kaz zasłonienia Warszawy od Marymontu. Zajączek stanął pod 
Czystem; sam Kościuszko w pośrodku od Mokotowa. Całe 
nasze siły nie wynosiły jak około 17,000 piechoty, złożonej po 
większej części z kosynierów wieśniaków i 50()0 jazdy. Połą- 
czone wojska Moskali i Prusaków liczyły przeszło 50,000 
i miały liczne działa. 

Dziwno, że nieprzyjaciele tak przeważne posiadając siły, 
wraz na zmordowanych i nieokopanych jeszcze nie uderzyli po- 
wstańców, lecz przez trzy miesiące na małych tylko czas trawili 
utarczkach. 

Kościuszko niespracowanym był przez cały ten czas. 
Ubrany w szarą kapotę wraz ze sztabem swoim, na kształt sier- 
mięgi chłopskiej, objeżdżał na koniu wszystkie stanowiska 
wojska, odpisywał na wszystkie raporta, dawał rozkazy, przyj - 
mow8^ posłuchania i prośby. Lubo nieraz powątpiewał o szczę- 
śliwym końcu wyprawy, nic nie opuścił, coby przynajmniej* 
mogło walkę uczynić świetną i na mogile ojczyzny wieniec 
chwały zawiesić. Prócz dziennych utarczek czynił on nieraz 
nocne wycieczki. Nic niebezpieczniejszego jak te w ciemnościach 
nocy wyprawy; we wszystkich nieodstępnym byłem Kościuszki. 
Podstępowaliśmy aź pod samie baterje moskiewskie z kosynie- 
rami, którzy mieli rozkaz zagważdżać działa nieprzyjacielskie. 
Szliśmy w cichości aż pod same nieprzyjaciół działobitnie : ' 
wtenczas przy przeraźliwym, raptownym krzyku biegli kosy- 
niery na wały; czasem udawało im się posiekać artylerzystów 
moskiewskich i zagwoździć działa, czasem byli odparci, nie do- 
kazawszy zamiaru. Lecz w czarnej nocy błysk tylko ogni od 
dział i strzelb , krzyk przeraźliwy walczących i rannych okro- 
pnością przerażał. 



166 

Dnia 28. przypuścili Prusacy szturm do Woli, gdzie dowo- 
dził Zajączek, i opanowali tę wioskę; nasi ustępowali na Czy- 
ste. Prusacy opanowawszy Wolę, codzienny bez ustanku gęsty 
ogień do Warszawy puszczali. Lecz zbytnie oddalenie sprawiało, 
że ogień ten żadnej prawie szkody oblężonym nie czynił. Pa- 
miętam, że będąc raz na Czystem w baterji z Kościuszką, obsy- 
pani byliśmy kulami pruskiemi , już bezsilnemi. Huk i łoskot 
tak był wielki, że się ledwie słyszeć można było. Wtem postrze- 
gam, że ktoś kaczkowatym głosem krzyczy mi do ucha : 

— A waćpan będziesz u mnie na wieczerzy ! 

Patrzę , aż to poczciwy Zakrzewski , poseł poznański i pre- 
zydent miasta Warszawy. Zapisuję to jako przykład dowodzący 
jak obecne niebezpieczeństwa nie zrażały w nas ducha, a nie 
zmniejszały na chwilę towarzyskiej gościnności polskiej. Przez 
tyle dni ciągle trwająca kanonada, kule jej padające na ulicę, 
tak z nią oswoiły wszystkich , iż dzieci małe z góry padające 
kule, gdy siły swe straciły, zbierały i do arsenału sprzedawały 
pó trzy grosze. 

Jak w czasie pokoju majętny człowiek wyjeżdża na prze- 
chadzkę , tak my codzień wyjeżdżaliśmy na małe z nieprzyjacie- 
lem utarczki. Przedniejsze z nich były, gdy jenerał Dąbrowski 
zręcznie ułożonym manewrem wygnał Moskali z Wilanowa, 
i gdy przeciwnie Prusacy, podszedłszy naszych, zajęli bateije, 
szwedzkiemi zwane , od Młocin. 

Lecz nie pod samą tylko walczono Warszawą. W Litwie 
przywodził Wielohorski; wychowany w służbie austrjackiej , do 
drobnej akuratności łączący powolność jej , nie był równy oko- 
licznościom. Póki przywodził nieodżałowany Jasiński, nie 
opuszcza! Litwinów duch śmiały. Giedroić i Wawrzecki wkro- 
czyli dg Eurlandji. Mieszkańcy Połągi , jednego miejsca, gdzie 
do Polski przytykało morze, uzbroili dwa statki i szalupę mo- 
skiewską z amunicją zabrali. Stefan Grabowski na czele 3000 
ludzi wpadł aż do Inflant i zdobył Dynaburg; Michał Ogiński 
do tejże wkroczył prowincji. Jerzy Grabowski długo bronił 
Wilna. Lecz wszyscy ci wodzowie, widząc coraz liczniejsze siły 
moskiewskie gromadzące się przeciw nim , a nie odbierając ża- 
dnych posiłków, za rozkazem Wielohorskiego ku Kownu 
i Grodnu cofać się musieli. Litwini nie kontenci z wodza tego, 
o innego naczelnika prosili. Posłany im więc Mokronowski, 
a dowództwo sił od Młocin i Bielan oddano księciu Józefowi 
Poniatowskiemu. 

Tymczasem coraz smutniejsze dochodziły nas codzień wia- 
domości. Kościuszko oddalając się z Krakowa , zdał komendę 
Wieniawskiemu, wychowanemu w gwardji galicyjskiej w Wie- 
dniu , z rozkazem by się bronił, a w ostatnim razie oddał miasto 
Austrjakom. Tymczasem, nie wiem z jakich powodów, trzymam 
jednak, że nie przez bojaźń ani przekupstwo, za zbliżeniem się 



r 



167 



lvojsk praskich, Wieniawski otworzył im bramy miasta. Won- 
czas to (jakem już to kilkokrotnie powiedział) złodziejsldm 
sposobem wykradli Prusacy ze skarbu królewskiego korony 
i klejnoty koronne. Szczęściem, że wprzódy Kościuszko wziąść 
kazał krzyż duży szczerozłoty, stopił go i na trzy dukatowe su- 
wereny przebił. Jedną z tych sztuk zawiozłem z sobą. do Fila- 
deliji i ofiarowałem j% do zbioru medalów towarzystwu filozo- 
ficznemu, którego byłem obrany członkiem. 

Tegoż czasu książę Michał Poniatowski, brat królewski, 
życie zakończył, nie bez odgłosu, jak bywa w podobnych okoli- 
cznościach, zadanój mu trucizny przez Kołłątaja. Nie wierzę 
jednak ani rozumiem, by tak być mogło; bojaźń może o siebie, 
strapienie z widoku chylącej się do ostatniego upadku ojczyzny, 
zgonu tego były przyczyną. 

Nie przestawały atoli, owszem częstemi stawały się walki 
szczególniej z Prusakami, dowodzonymi przez samego króla 
i młodego syna jego. Utarczki te zachodziły od Powązek, naj- 
bardziej one były krwawe i Prusacy wiele w nich ludzi stracili. 
Cywilni mieszkańcy Warszawy tak się ośmielili , że jak gdyby 
na polowanie , wychodzili z fuzyjkami strzelać do piechoty pru- 
skiej. Zginął w utarczkach tych kamerdyner pani hetmanowej 
Gumiński, porzuciwszy na kilka godzin panią, by bić się z nie- 
przyjacielem. W ważniejszych wycieczkach okryli się chwałą: 
pułkownik Krasiński, podpułkownik Jabłonowski, brygadjer 
Kopeć, Kołysko, Dunikowski; ten ostatni poległ, dokazując 
cudów męztwa. Oficer od artylerji naszej Zeferin wpadł nocą do 
Woli, opanował baterję pruską, zagwoździł 9 dział pruskich 
i kilkunastu jeńców przyprowadził z sobą. 

Już miesiąc wrzesień nadchodził; dnia 5. tego miesiąca 
Prusacy z nadzwyczajną siłą wypuścili strzelbę od Woli na 
Warszawę , bez skutku atoli. Tegoż dnia z południa przebiera 
się do głównej kwatery obywatel w narodowym stroju, obdarty 
i tak unużony, że wszedłszy do namiotu Kościuszki, padł na 
pół zemdlony. Ocucony, oddał naczelnikowi list od Mniewskie- 
go, kasztelana kmawskiego, donoszący że w 30 koni napadł na 
idące Wisłą do Warszawy działa szturmowe i amunicją, a po- 
biwszy oddział pruski , działa te i amunicję zatopił. Ta wieść 
napełniła nas radością. Jakoż z rana z 6. na 7. września prze- 
dnie czaty nasze dały znać naczelnikowi, że połączone wojska 
Prusaków i Moskali ruszyły z stanowisk swoich i już daleko 
w zupełnym odwrocie. 

Nie powinienem jednak opuścić, co dniem przed odwrotem 
tym nastąpiło. PodCzystem, cdzie przywodził Zajączek, ujrzano 
zbliżającego się trębacza pruwciego, a za nim jenerała Manstein. 
Celem tej wizyty było żądanie rozmowy z przywodzącym jene- 
rałem. Zezwolił na nią Zajączek; znając atoli jak w czasach 
rewulncyjnych lud nasz skory jest do podejrzeń , chciał mieć 



168 

rozmowy tej świadków. Zaczął Manstein ź%ćUić pozwolenia, by 
mógł widzieć jeńców praskich. Poznał Zajączek, że prośba ta. 
była tylko pretekstem. Jakoż po dość długiej obojętnej rozmo- 
wie zapytał Manstein, czy nie byłoby jakiego sposobn zawiesze- 
nia kroków nieprzyjacielskich. Zajączek nie spodziewając sic^ 
korzystnych warunków, nie chcąc w próżne zapędzać się roz- 
mowy, krótką ds^ ma odpowiedź, że król praski damawszy 
sam przymierze , do którego pierwszy sam wciągnął Polaków, 
nie powinien się spodziewać, by naród raz zdradzony, mósł 
dobrej wierze jego zaafać. Manstein odebrawszy tak suchą od- 
powiedź , zamilkł i oddalił się. 

Oddalenie nieprzyjaciół nie zmniejszyło trosków i trądów 
naczelnika. Zawsze toż samo skromne prowadził życie. Ubrany 
jak wieśniak, zawsze czynny. Stół jego nie wykwintny, lecs 
dostateczny. Przysyłano mu zewsząd stare wino węgierskie^ 
które lubił; pił kawę gorącą, zimną i zmarzłą. Kto z znaczniej- 
szych przyjeżdżał, na obiedzie zostawał. Po odciągnieniu nie- 
przyjaciół pierwszy raz nieubrani spaliśmy. 

Niedługie wytchnienie. Zewsząd jedna po drugiej zagraża- 
jące przychodziły wiadomości. Moralny nawet gabinet wiedeń- 
ski przewidując smutny koniec walki naszej , a może ostateczny 
S odział, chciał wcześnie zabezpieczyć sobie część pewną ohy- 
nego łupu. W tym celu wysłs^ pod jenerałem d'Harnoncourt 
wojsko w Sandomierskie i Chełmskie. Ciśnieni od coraz tłu- 
mniej cisnących się hufców Moskali i Prusaków , nie mieliśmy 
wojska do postawienia przeciw Austrjakom. Kościuszko jednak 
nie tracił jednak serca. Jak wąż przyciśniony nogą wędrownika, 
jeszcze się na wszystkie strony wije i tłoczącą go noąę ranić 
usiłuje , tak Kościuszko na wszystkie strony rzucał się i bronił. 
Zwrócił najprzód uwagę swą na Litwę i wziąwszy mnie z aobą, 
bez żadnej eskorty puścił się do korpusu Mokronowskiego pod 
Grodno. Biegliśmy pocztą, zastanowiwszy się tylko w Siedlcach 
u hetmanowej Ogińskiej. Lubo przywiązana do dawnych zasad 
pani ta nie była przyjaciółką zasad konstytucji 3. maja, przecież 
jako dobra Polka nienawidziła Moskali. Przyjęty Kościuszko 
jak najuprzejmiej ; znaleźliśmy w jej domu ciężkiego , niezda- 
tnego do niczego dawniej hetmana polnego litewskiego Tysz- 
kiewicza. Wraz po obiedzie ruszyliśmy w dalszą drogę; przy 
rozstaniu pani Ogińska darowała Kościuszce piękny nader tur- 
kus osadzony djamentami. l^iestety! pod Maciejowicami dostał 
się w ręce Moskali. Kościuszko obejrzawszy nieliczny korpus 
Mokronowskiego , którego pierwszą ozdobą był pałk sławnego 
Bielaka, i dawszy mu rozkazy i instrukcje, równie spiesznie 
wrócił do Warszawy. Kozacy włóczyli się po wszystkich dro- 
gach ; cudem się stało , żeśmy schwytani nie byli. 

Kościuszko nacierany ze wszystkich stron, na wszystkie 
strony słabe swe sfly dzielić musiał. Trzeba było wzmocnić po- 



\ 



169 

wstańców wielkopolskich pod Mniewskim i przeszkodzić połą* 
czeniu Bi§ korpusów Suwarowa i Derfeldena z ciągnącym do> 
Warszawy Fersenem. Pierwsze to dzieło powierzono jenerałowi 
Dąbrowskiemu, który wraz pociągnął przeciw jenerałowi pru* 
skiemu Sekuli, zbił ąo pod Bydgoszczą, zdobył to miasto i sa- 
mego Sekulego wzi^ w niewolę. Mniej szczęśliwym był Adanv 
Poniński, który odebrał rozkaz, by w 4000 wojska bronił prze- 
prawy Wisły korpusowi Fersena. Wysłany iiakoniec waleczny 
Liberacki na Wołyń dla uczynienia z tamtej strony dywersji,, 
poznosił małe oddziały Moskali; nie mogąc się jednak długa 
utrzymać, wrócił. 

Zaledwie powróciliśipy z podróży naszej z pod Grodna, f^dy 
przybiegł goniec od jenerała Sierakowskiego, będącego w Brze- 
ściu, z doniesieniem, że stoczył bitwę pod Krupczycami z połą* 
czonymi pod Suwarowem i Derfeldenem korpusami, i że mima 
przeważającej .wysoko siły , do nocy utrzymywał się na placu 
boju, lecz że się cofa ku Brześciowi i że bez nadesłanych natych- 
miast posiłków nic będzie w stanie oprzeć się dłużej. Wysłał 
natychmiast Kościuszko równie zdatnego jak walecznego jene- 
r£^a Eniaziewicza na pomoc mu z trzema bataljonami piechoty 
i nieco jazdy, i mnie jednemu powierzył, że nazajutrz o świcie 
na koniach puścimy się co spieszniej do Sierakowskiego. Wie- 
czorem byliśmy u Kołłątaja. Miałem na palcu pierścień antyk 
<tscarabe» , na drugiej stronie mający wyrytego leżącego gladja-^ 
torą, czyli wojownika z tarczą; byłem go przed rokiem kupił 
w Rzymie. Zważając na niepewności w bojach i że kamień ten 
mógł się dostać Moskalom, dałem go panu Ignacemu Potockie- 
mu, marszałkowi, mówiąc: 

— Chciejcie tę pamiątkę zachować aż do skończenia wojny.. 

Pierścień ten został aż do śmierci u marszałka i w lat IS 
dopiero przez brata jego Jana został mi oddany. Mam go dziś- 
z sobą. 

Dnia 6. października podług postanowienia ruszyliśmy 
z obozu pod Mokotowem , na koniach, bez masztalerzów nawet,, 
żostawiwszę komendę jenerałowi Zajączkowi. Biegliśmy spie- 
sznie, bo nadeszła wieść, że jenerał Fersen, dowodzący Moska^ 
lom pod Warszawą, mimo dywizji Ponińskiego, postawionego 
na prawym brzegu Wisły, by mu przejścia jej bronił, przeszed^ 
ją pod Maciejoydcami. Biegliśmy więc prędko, a gdy konie- 
nasze ustały, braliśmy chłopskie z miejsca na miejsce. O godzi- 
nie czwartej spotkaliśmy oficera z korpusu jenerała Sierako- 
wskiego, który nam doniósł, że jenerał ten w odwrocie swym. 
z podKrupczyc, oparłszy się na grobli Terespolskiej, napadnięty 
był w nocy przez Suwarowa; że wojsko jego stropione tą 
nocną napaścią, w większej części pierzchnęło, i że w popłochu 
tym i działa swoje utracił. Trzeba oyło jednak co prędzej prze* 



170 



szliodzió złączeniu się Suwarowa z Fersenem i tego ostatniego 
starać się zwalczyć. 

Późno wieczorem stanęliśmy w gJównej kwaterze Sierako- 
wskiego, liczącego ledwie 2500 żołnierza; porzuciwszy swój 
korpus, przybył tam jenerał Poniński. Była mała rada wojenna, 
a dniem wprzódy gwałtownym marszem złączył się z nim 
dzielny jenerał Kniaziewicz. Dziwiłem się, że Poniński nie ode- 
brał rozkazu ciągnienia z nami razem; być może , iż myślą było 
naczelnika przywołać Ponińskiego później , by w czasie bitwy 
pokazał się niespodzianie na lewem skrzydle moskiewskiem 
i szyki im zamieszał. Skutek okazał, iż to już było zapóźno. 
"Wszystkie domy zniszczone były przez kozaków. Brygadjer Ko- 
peć ustąpił rai powózki swojej, w której przenocowałem. 

Nazajutrz szczupłe wojska nasze, nie czekając na 2000 pie- 
choty, 10 szwadronów jazdy i 12 dział, które podług rozkazu 
jenerał Zajączek już był nam wysłał na pomoc, nazajutrz, mó- 
wię, 7. października ruszyliśmy dalej. Czas był piękny, żołnierz 
wesoły, śpiewający. Zatrzymaliśmy się w Żelechowie, miaste- 
czku do poczciwego Zakrzewskiego należącem, zupełnie zni- 
szczonem przez Moskali. Pod wieczór przycięgnęliśmy pod 
Korytnicę, również złupioną. Dom właściciela oznaczony na 
jeneralną kwaterę, zburzony był zupełnie przez kozaków. Stoły, 
stołki, krzesła, kanapy, biórka, wszystko posiekane w kawałki, 
książki, papiery powyrzucane, porąbane w kawałki, zawalały 
podłogę. 

Małe wojsko nasze stanęło nad parowem, mając o las oparte 
swe skrzydła. Około południa jeden z patrolów naszych przy- 
prowadził dziesięciu huzarów moskiewskich z pułku Wołkowa 
i majora od inżynierów Polaka, nazwiskiem Podczaskiego , wy- 
słanego na zdjęcie planu okolic. Nieszczęsny ten człowiek był 
z województwa bracławskiego ; przelękniony niezmiernie, bo 
jako walczący przeciw ojczyźnie wart był szubienicy. Zapewni- 
liśmy go jednak, że będzie żyw, byle nam dał jak najdokładniej- 
sze wiadomości o liczbie i położeniu Moskali. Zadość temu 
uczynił: skreślił obóz moskiewski, dał liczbę żołnierza i dział, 
zapewnił, że nieprzyjaciel silnie nas przewyższał strzelbą i lu- 
dem , i walczyć nam nie radził. Nie chcieliśmy dać mu wiary. 



171 



ROZDZIAŁ IV. 



Korpus Sierakowskiego wzmocniony posiłkami z Warssawy. — Bitwa pod 
Maciejowicami. — Kościuszko i autor ranni i wzięci w niewolę. — Nieszczę- 
śliwe następstwa tej bitwy. 



Z południa przybył Molski, niepośledni poeta , gońcem od 
jenerała Dąbrowskiego z urzędownem doniesieniem o wzięcia 
przez niego Bydgoszczy i zniesieniu korpusu pruskiego pod 
•Sekulim. Napisałem wraz rozkaz dzienny, donosząc wojsku 
o tern zwycicztwie, zachęcając je, by się nabytej przez towarzy- 
szy broni sławy wkrótce w stoczyć się mającym boju stali go- 
dnymi. Ku wieczorowi deszcz przestał padać , wypogodziło się 
niebo. Żołnierze broń nabili na nowo. Przechodziłem się z to- 
warzyszami mymi szkolnymi , jenerałami Kniaziewiczem i Ka- 
mińskim. Wśród rozmowy postrzega Kamiński dwa kruki lecące 
po prawej ręce naszej i wraz się odzywa: 

— Czy pamiętasz Liwjusza twego? Te kruki lecą po prawej 
ręce naszej : zła to dla nas wróżba. 

— Nie wierzę jej — rzekłem — mam jakieś przeczucie, że 
się nam powiedzie. 

Ach! jak się okropnie zawiodłem! 

Opisywania moje odtąd będą dokładniejsze; niespodziewa- 
nym bowiem przypadkiem zachowane od grabieży moskiewskiej 
notatki więzienia mego na Moskwie, tu mi cudem przesłane 
zostały. Z tych ja to co poniżej wyciągam. 

Dzień 9. października równie był jasny, jak dżdżystym był 
poprzedzający. Z rana pułkownik Krzycki przybył do obozu 
naszego z dwoma pięknymi pułkami piechoty, wysłanymi 
z Warszawy. Znużony gwałtownym nocnym pochodem żołnierz, 
pomrukiwał nieco; lecz rozdana wódka i żywność powróciła 
dobry humor. Siły nasże wtenczas wynosiły do 5600 ludzi i 21 
dział. Przybył z nim także S. Fiszer, dawny adjutant Kościuszki. 
O dziewiątej z rana ruszyło wojsko naprzód ; o czwartej wyru- 
szyliśmy z lasu i przybliżać zaczęli do Maciejowic. Naczelnik ze 
mną i kilkoma ułanami posunął się naprzód, by rozpoznać nie- 
przyjaciela. Ujrzeliśmy wkrótce wojsko nieprzyjacielskie. Roz- 
ciągał się obóz jego nad brzegiem Wisły jak tylko oko zajrzeć 
mogło. Lubo odległość nie dozwalała dobrze rozeznawać przed- 
miotów, wspaniałym był widok ten! Ostatnie promienie zacho- 
dzącego słońca odbijały się jasno o bagnety piechoty; rżenie 
koni, gwar niezmiernego mnóstwa tego, napełniający powie- 
trze, miał w sobie coś przerażającego. Rzuciliśmy na prędce 
strzelców naszych po obu stronach boczącego nas lasku. Prze- 



172 



dnie czaty nasze zaczęły z kozakami utarczkę na równinie roz- 
ciąjirającej się od Wisły do wzgórza, na którem stoi dom Macie- 
jowic. Nasi zabili kilku kozaków i obdarli natychmiast z trzo- 
sów, zawierających same monety polskie. Na widok ten leci 
w zawód ich oddział w szyku pół księżyca (jak jest zwyczaj 
koz9cki), przeskrzydla nas, zewsząd otacza, nagli tak, że dzidy 
kozackie tuż widzieliśmy za sobą, i nie pojmuję jak nie byliśmy 
schwytani. Szczęściem pokazanie się szwadronu pułku Ka-* 
mińskiego zagroziło kozakom, tak, że się w tył cofnęli 
O godzinie piątej uspokoiło się wszystko; całe nasze wojsko 
ściągnęło na miejsce. 

Wieś Maciejowice, dziś Podzamczem zwana, leży w nizinie^ 
lecz sam dom murowany na wzgórzu, naprzeciw Wisły, dłoga 
grobla prowadzi do niego; po prawej ręce rzeczka Okrzeja, po 
lewej błota i zarośla. Położenie to zdało nam się wybornem. 
Całe siły nasze umieściły się na wzgórzu, od domu postawiono 
działobitnię, przeszywającą całą długość grobli. I>wa pnłki 
fizyljerów i pułk Działyńskiego były pod dowództwem jenerała 
Sierakowskiego; resztę okręgu napełniała piechota, brygada 
jazdy Kopcia, ułany Kamińskiego, dwa szwadrody jazdy gwar- 
dji koronnej i tyleż milicji województwa brzesko-litewskiego ; 
wszystko pod dowództwem jenerała Kniaziewicza. Rozkazał 
naczelnik w kilku miejscach posypać wały, lecz noc zaskoczyła, 
gdy je ledwo zaczęto. Całe woisko zostało przez noc pod bronią. 
Podwojono czaty, każdemu konnemu przydano strzelca pie- 
szego. Poczyniwszy te rozporządzenia, udaliśmy się do pomie- 
nionego powyżej domu. 

Nie wierzę odtąd przeczuciom. Była to wigilja jednego 
z najnieszczęśliwszych dni życia mego, dnia, w którym straci- 
łem mą wolność, a co stokroć boleśniej szem , dnia, w którym 
ojczyźnie mojej cios śmiertelny zadany. Przecież byłem spo- 
kojny, co więcej, wesoły. 

Pałac murowany, do któregośmy się schronili, był zrabo- 
wany i zniszczony, jak wszystkie te , przez które przechodzili 
Moskale. Maciejowice w dawnych czasach należały do rodu 
Maciejowskich, później do Potockich, od których je nabył An- 
drzej ordynat Zamojski. Sala górna ozdobiona była portretami 
prymasów, kanclerzó w, hetmanów, biskupów; wszystkim tym 
wizerunkom Moskale powykałali oczy dzidami , szablami porą- 
bali twarze. Takie to było wojsko sławnej Katarzyny II., pro- 
tektorki nauk i sztuk pięknych. Nie znaleźliśmy już bibljoteki, 
zabrali ją oficerowie moskiewscy; skrzynia tylko jedna, zawie- 
rająca małe druki i zbiór gazet polskich z początku KYIIL 
wieku, leżała rozbita, a zawarte w niej gazety zawalały po- 
sadzkę kaplicy. Między innemi znalazłem gazety donoszące 
u śmierci Augusta U., i dziennik sejmu konwokacyjnego. Na- 
dęty styl , pełne makaronizmów łacińskich perjody , pobudzały 



173 



mnie do śmiechu; wziąłem z nich kilka i przy wieczerzy czyta- 
łem Kościuszce. Rozmawialiśmy o dniu jutrzejszym , o trudno- 
ściach, jakie znajd% Moskale w atakowaniu nas. O drugiej 
z północy obudził mnie Kościuszko i napisać zlecił rozkaz 
Ponińskiemu, by jak najprędzej pospieszał złączyć się z nami. 
Niestety! już to było za późno: za daleko zostawiony, nie mógł 
już zdążyć , i z tej strony wolnym być powinien od posądzań 
i winy. 

O samym świcie adjutant od służby Kuniewski dał nam znać, 
że nieprzyjaciel w szyku wojennym postępuje naprzód. Szczu- 
płe wojsko nasze do przyjęcia go wkrótce było gotowem. 
W minutę jużeśmy byli na koniach. Naczelnik postrzegłszy 
w tyle wioskę, by jej nie opanowali Moskale, ka-^^ał ją zapalić. 
Nie zapomnę nigdy okropności widoku tego: obejmują wieś tę 
płomienie, wznoszą się nad nią kłęby dymu czarnego, wieśniacy 
i kobiety z dziećmi na łonie, bydło, ptastwo, ucieka we wszyst- 
kie strony, napełniając powietrze płaczem i jękami. 

Moskal, mając działa większego kalibru, pierwszy kulami 
swemi dosięgać nas zaczął. Ogromne te kule z straszliwym ło- 
skotem przedzierając się przez drzewa i krzaki, łamały je i okry- 
wały nas gałęziami. Nie mieliśmy jak trzy lub cztery dwunasto- 
frintowe działa. Skoro nieprzyjaciel na ich dosięgnienie zbliżył 
eię, wypuściliśmy z nich ogień; sam je naczelnik celował, z ta- 
kim skutkiem, iż widać można było chwiejące się szyki. Przez 
trzy godziny mieliśmy nad nieprzyjacielem górę, tak dalece, iż 
przystąpiwszy do naczelnika jenerał Sierakowski, rzekł: 

— Zdaje się, że Moskaluszki zabierają się do odwrotu. 

Wkrótce pokazało się przeciwnie : w czwórnasób liczniejsi 
od nas i w ludziach i w działach, stratę ludzi licząc za nic, nie 
zważając ni na trudności przystępu, ni na morderczy ogień 
nasz, coraz zbliżali się więcej. Ogień ich stawał się prędszym 
i coraz straszniejszym. Grad kul i granatów gwiżdżąc bez 
ustanku około uszu, padał pomiędzy hufce nasze; nie pojmowa- 
łem, jak w porównaniu gęstości kul tych nie więct^j ludzi pa- 
dało. Ze wszystkich stron śmierć latała koło nas. Przypominam 
sobie, że rozpalony granat padł w miejsce, gdzie naczelnik, 
Fiszer i ja staliśmy razem, pękł i o piędziesiąt od nas kroków 
kanoniera trupem położył. Za większem zbliżeniem się nie- 
przyjaciela z ręcznej strzelby gęsty z obu stron zaczął się ogień. 
Okrywała się ziemia trupami, przerażały powietrze jęki ranio- 
nych i konających; żaden atoli z naszych nie opuścił miejsca, 
na którem walczyć zaczął. Już pobito konie od dział, już wy- 
próżniono amunicję, gdy pułkownik Krzycki, nie mogąc dłużej 
utrzymać stojącego przez sześć godzin na jednem miejscu żoł- 
nierza , ruszył naprzód i przerwał stykające się dotąd z sobą 
szyki. Stał się roztwór. Pobiegłem do Kościuszki, oznajmując 
mu, że nieprzyjacielska jazda juz do luki tej się zbliża w za- 



174 

wód. Sam zbliżam się do szwadronu powstańców brzesko- 
litewskich i zachęciwszy ich, rzucam się naprzód — gdy kula 
z pistoletu przeszywa mi na wskroś rękę praw% powyżej łokcia. 
Wypada mi oręż, krew się leje obficie. Boga atoli biorę na 
świadectwo , że widz%c lejącą się krew moją , pierwszem uczu- 
ciem mojem był nie ból rany, lecz jakaś pycna, żem nią się 
broczył w obronie lubej ojczyzny mojej. 

Lecz ta radość, ta patrjotyczna pycha, ustąpiły wkrótce 
boleści, gdym ujrzs^ zupełną przegrane naszą. Oddział milicji, 
który prowadziłem, zszedł z pola. Wszędzie pomięszanie i nie- 
ład. Już całe wojsko moskiewskie ustępowało i otaczsio nas 
zewsząd. Piechota nasza, acz przerzedzona, walczyła jednak, 
kłuła się z Moskalami, ustępując ku pałacowi, na dziedzińca 
onego, na ganku, w piwnicach nawet. W pośród tej rzezi na- 
czelnik stara się zebrać resztę jazdy naszej , w tern koń zabity 
pada pod nim; podają mu świeżego. Odpieramy jeszcze na 
chwilę kozaków, lecz cała massa dragonów moskiewskich wpada 
na nas, oficer chwyta konia mego za cugle; raniony, bez oręża, 
dalej bronić się nie mogłem — stałem się jeńcem. 

Oficer ten zaprowadził mnie do pobliskiego lasku i tam stał 
się mym szatnym : wziął mi naprzód zegarek i worek z pie- 
niędzmi. Zdejmując skrwawioną mą kurtkę, postrzegł piękny 
pierścień antyk na palcu moim. Rzucił się nań, chcąc go 
zdjąć ; lecz ręka i palec z przyczyny odniesionej rany krwią 
nabiegłe, czyniły rzecz trudną. Oficer ją się do prędszego spo- 
sobu! włożył palec mój w gębę i chcii^ go wraz z pierścieniem 
odgryźć. Czując już zęby jego, zawołałem: 

— Poczekaj , ja go sam zdejmę. 

Jakoż dobrze pośliniwszy ów palec, acz z ciężkością, zdjąłem 
pierścień i oddałem mu go. Tu nic już nie mając do wzięcia, 
zdjąwszy mundur z zabitego żołnierza, narzucił go na mnie 
i puścił. 

Coraz bardziej upływem krwi słabieć zacząłem. Przebiegali 
oficerowie moskiewscy na wszystkie strony, radosne barbarzyń- 
skie krzyki nad zwycięztwem s wojem wydając, a każdy z nich 
lżąc ranie grubiańskiemi słowy, kańczugiem po plecach okładał. 
Nie wiem jak długo trwałoby to pastwienie, gdyby szczęściem 
nie przybył podpułkownik Tołstoj. Ten zgromiwszy tych opra- 
wców, wziął mię z sobą i do głównej kwatery zaprowadził. 
Przejeżdżaliśmy przez całe pobojowisko. Pobojowisko to całe 
zasłane było trupami , obdartymi do naga. To krwawe śmierci 
widowisko miało coś wielkiego, w samej nawet nagości swo- 
jej. Ogromne te ciała po większej części z przebitemi bagnetem 
piersiami, silne ich członki zlane krwią już skrzepłą, z wyrazem 
jeszcze zgrozy lub rozpaczy na martwych ich twarzach , nade- 
wszystko myśl, że waleczni ci ludzie polegli, zasłaniając oj czy- 



175 

znę piersiami swemi, wszystko to napełniało duszę moją wraże* 
niami, które się nigdy nie zatrą. 

Przybyliśmy nakoniec do najwyższego wodza, jenerała 
Fersen, Już sześćdziesięcio-letniego starca. Przechodził się po 
dziedzińcu. Suchy, wysoki, zamiast munduru miał on suknie 
z felpy pąsowej , z małym złotym galonkiem, bez szpady, sło- 
wem po cywilnemu jak tylko można, zwłaszcza w dzień bitwy. 
Byłem mu przedstawiony i zaprowadzony do domu, który sie- 
dmiu godzinami wprzódy służył mu za główną kwaterę. Izba 
napełniona była jener£^ami moskiewskimi i wielu naszymi ^ 
jako to jenerałowie: Kniaziewicz, Sierakowski, Kamiński, bry- 
gadjer Kopeć. Łzy nam się puściły, gdyśmy spojrzeli na siebie,. 
Jenerałowie moskiewscy byli następujący: Chruszczew, Torman- 
8ÓW, Denisów, Engelhard. Znali oni wszyscy familję moją 
i przyszli mię cieszyć, oraz wielkie czynić oświadczenia. «Nie 
jesteśmy barbarzyńcami! nie jesteśmy barbarzyńcami!)) powta- 
rzali ustawnie. Usilność, z którą powtarzali to zapewnienie, do- 
wodziła, jak własne ich sumienie przypominało im ustawnie, że 
byli nimi. 

Bezstronność jednak wyznać mi każe, iż w tej chwili grze- 
czność ich dla nas może była nieudawaną. W chwilach powo- 
dzenia i radości złym nie jest człowiek. Wyszli oni szczęśliwie 
z krwawej i uporczywej walki, pozbyli się wodza powstania, 
z którym wojnę uważali za skończoną na zawsze. Zamiast tru- 
dów obozowych, niebezpiepzeństw , śmierci, świetne nagrody: 
gwiazdy, wstęgi, krzyże, ruble, nadane włości w pięknym 
orszaku tańcowały w ich głowach. Powtarzam więc, że w tych 
pierwszych chwilach radości, uważając nas jako narzędzia przy- 
szłego ich szczęścia, nie mogli nas nienawidzić. Ubiegania się 
ich w atencjach nie miały granic. Oblany byłem krwią i nie- 
opatrzony jeszcze. Pułkownicy Moronzow i Chlebów posłali 
natychmiast po cyrulików swoich ; ci w tych chwilach, jak wno- 
sić łatwo, aż nadto byli zatrudnieni; przyszli jednak i zgłębili 
mą ranę. Kula przeszyła na wylot prawą mą rękę, w miejscu, 
gdzie zwykle krew puszczają, poprzerzynawszy mniejsze żyły, 
nienar uszy wszy kości. W pierwszem opatrywaniu nie czułem 
wielkiego bólu; nie przewidywałem, na jakie później wysta- 
wiony być miałem boleści. 

Tymczasem główna kwatera coraz się bardziej zaludniała. 
Między przybywającymi ujrzeliśmy żonę i synowice jenerała 
Ghruszczewa; przebierały się one przez plac bitwy. Nie mo- 
gliśmy się dość dziwić, z jaką zimną krwią i wesołością prze- 
kraczały one rozciągnięte nagie ciała pobitych , zawalające im 
przejście. 

Okropniejsze nad wszystko czekało nas widowisko ; właśnie 
gdy niespokojny pytam wszystkich, co się stało z Kościuszką^ 
gdy Moskale powiadają mi, źe poległ w boju, widzę żołnierzy 



176 

dźwigajfcych na noszach dnźo skaleczonego cdowieka: bjFł to 
waleczny, lecz nieszczęśliwy nasz naczelnik. Krew oblewająca 
go całego, okropną czyniła sprzeczność z siniała bladością twm* 
rzy jego. Kościuszko odniósł głębokie cięcie w ^owę i dwie 
rany od dzidy poniżej biodr; ledwie oddychał. Ścisnęło aę 
serce moje, łzy pościły mi się z oczn; od tej chwili aż do te|, 
w której stanąwszy w twierdzy petersburskiej , zamknięci byli- 
śmy osobno, nie opuściłem go i na moment. Zaniesiono go do 
■sali na górę , a chirurg opatrzył rany. Jam smntny usiadł przy 
nim, dwóch grenadjerów stanęło przy drzwiach. Ku zmierz- 
chowi, że Fersen potrzebował tej sali na jadalną swą izbę, prae- 
niesiono ranionego do dolnego pokoju nad samą piwnicą. Noe 
następująca po dniu tym nieszczęsnym była najboleśniejszą dla 
mnie. Leżałem na słomie przy chorym, cierpiąc więcej na umy- 
śle, niżeli na ciele. Tłum Moskali napełniający dom już się po- 
woli rozchodził, już gasły światła, gdy gwar ten pomieszany 
wykrzykującej tłuszczy ustąpił jękom i wyrzekaniem ranio- 
nych i konających. 

Powiedziałem już wyżej , iż przy końcu okropnej tej bitwy, 
n raczej rzezi, około sta żołnierzy z pułku Działy ńskiego i fizy- 
Ijerów, ustępując krok za krokiem i koląc się bagnetami z nie- 
przyjacielem, przewagą onego wpędzeni byli aż do sklepów 
pałacu maciejowskiego , aż nie zostali tylko ciężko ranni i nie- 
inogący się bronić. Jęczenia ich i krzyki , ustawne głosy: Niech 
nas kto dobije I — rozdzierały mi duszę. Biedni wojownicy wal- 
czący za ojczyznę , nie mogąc jej ocalić , konali w boleściach, 
zostawiając w brzydkiej niewoli wdowy i siergty. 

W pośród tych głosów bolesnych, w pośród krzyków barba- 
rzyńskich straży, w pośród dojmującego już jesiennego zimna, 
w pośród udręczających uwag nad dniem tym i okropnych 
onego dla ojczyzny mej skutkach , patrząc na ciężko zranionego 
przyjaciela, przepędziłem noc najokrutniejszą. Jutrzenka nako- 
nieć rozpędziła smutne tej nccy cienie. Ocknął się naczelnik, 
jak człowiek, co się z ciężkiego przebudza letargu. Widząc 
mnie ranionego przy sobie, zapytał: 

— Co się to znaczy, i gdzież jesteśmy? 

— Niestety I jesteśmy ranni i jeńcami Moskali. Ja cię nie 
opuszczę. 

— Jaka pociecha w nieszczęściu — rzekł ze łzami Kościu- 
szko — mieć tak wiernego przyjaciela! 

Z radością postrzegłem naówczas, że naczelnik nie był 
tak niebezpiecznie rannym, jak się tego lękałem. Nadejście 
oficerów moskiewskich nie dozwoliło nam dłuższej rozmowy. 

Pierwszego dnia zatrudnienia wojskowe nie dozwoliły Fer- 
senowi zajmować się nami. Nagrodzono tę opieszałość dzisiej- 
szego poranka. Wyznaczono oficerów i żołnierzy, którzy nas 
powinni byli pilnować, podsłuchiwać i na chwUę z oka nie 



177 



spuszczać. Do Eosciaszki wyznaczono majora Iwana Petrowicza 
Tytow, do mnie kapitana Żmijewskiego, do Fiszera porucznika 
Earpen. Przydano do nich porucznika Mitrow i trzech grena- 
djerów. Instrukcje ich, jakem się później dowiedział, były: 
uważać każde słowo i czyn nasz; bronić, byśmy nie rozmawiali 
z sobą. Kazano im czynić codziennie raporta z postrzeżeń ich. 
O 10. mieliśmy wizytę jenerała Fersen. 

— Ubolewam — rzekł on do Kościuszki — ,nad stanem wa- 
szym, ale taki jest los nasz, ludzi wojennych. 

Nie umiejąc po francnzku, sam Niemiec, mówił po niemie- 
cku, a ja tłumaczyłem. Rozmowa skończyła się na tem. Po to- 
" nie Fersena ze mną postrzegłem, co mi później sami potwier- 
dzili Moskale , że mnie uważał za największego nieprzyjaciela 
carowej i całego rodzaju moskiewskiego. 

O godzinie 12. wszystkie działa i strzelby, bębny, kotły 
i trąby nieznośnym hukiem obchodziły wczorajsze zwycięztwo. 
Jak smutny dla nas obchód? Jedyna pociecha, że zwycięztwo 
to kosztowało Moskalom 1200 ludzi w poległych i rannych, co 
dowodzi, że każdy piąty żołnierz nasz zabił Moskala. Po skoń- 
czonym huku strzelby dał Fersen obiad na sto osób, na który 
i naszych jenerałów zaprosił. Uczta ta nie kosztowała go i gro- 
sza: rozesłani na około kozacy zabierali po domach wino, mię- 
siwa, drób , korzenie i wszystko^ co do uczty tej potrzebnem 
było. Fersen w czasie uczty grzecznym był z jeners^ami 
naszymi, pił nawet zdrowie Sierakowskiego, Kniaziewicza i Ka- 
mińskiego. 

Pozwolono nam dnia tego pisać do Warszawy i żądać przy- 
słania rzeczy naszych. Użyłem lewej ręki (prawej ruszyć nie 
mogąc), do skreślenia kilka słów do jenerała Zajączka i woje- 
wodziny Zyberg, prosząc by nam przysłali służących i rzeczy 
nasze. Nazajutrz jeszcze odpoczynek po bitwie, a może i po 
uczcie. W poniedziałek dopiero, to jest 13. października całe 
wojsko z jeńcami ruszyło w pochód. Posadzono Kościuszkę 
z chirurgiem w małym powozie; mnie, Fiszera i jenerałów 
w większej teledze. Szwadrony kawalerji otaczały pojazdy 
nasze. 

Po długich korowodach ruszyliśmy nakoniec. Co za nie- 
przejrzany tabor pojazdów, wozów, wózków, teleg, kibitek! 
Wojsko chyba Darjusza wystawiać mogło podobny. Żadne 
wojsko nie toczy wojny z tak wielkiemi wygodami. Jenerałowie 
prowadzą karety i bryki, każdy oficer ma przynajmniej choć 
jeden powóz. Król pruski w pamiętnikach swoich mówi, w roku 
1737. w wojnie Moskali z Turkami liczono w wojsku feldmar- 
szałka Munich tyle powózek ile żołnierzy. Zważywszy w jaki 
sposób i tę z nami prowadzili wojnę, dziwić się tej mnogości 
taborów nie trzeba. Składały się one z niezmiernych łupów, po 
pajacach panów i szlachty zabranych. Nie tylko sprzęty, lecz 

NnMCBWicX| Pamiętniki. 12 



178 

pojazdy, konie, bydło, zabierało to łupieskie wojsko. Jenerale- 
wie, pułkownicy, sztaby, odprawiali ten marsz w pięknych 
karetach, z herbami polskich familji; odprawiali go z żonami, 
nałożnicami, garderobianemi, z kacharzami, licznym słag or- 
szakiem. Jenerał Fersen jechał w pięknej karecie koloru lila ze 
srebrem, sześciu pięknemi końmi siwemi zabranemi w Puła- 
wach. Obok starca tego siedziała szesnastoletnia dziewczynka, 
piękna jak anioł, swawolna, pusta. Po boju, gdy źa4en z nas 
nie miał do przemienienia koszuli, ona to rzuciła majorowi 
Fiszerowi kobiecą koszulę swoją; mnie dał pułkownik Mor on- 
zów swoją. 

Posuwając się ku środkowi ciągnącego wojska nieprzyjaciel-' 
skiego, jakże smutny uderzył nas widoki Dwa tysiące jeńców, 
naszych niedobitków, postępowało z smutnie zwieszonemi 
w ziemię głowami , za nimi 20 zabranych nam dział ; dalej wóz, 
na nim dwa czyli trzy sztandary z orłami polskimi pysznie 
srebrem haftowanemi. Na widok ten od łez nie mogliśmy się 
wstrzymać. Cisnąc dalej mil sześć , wieczorem przybyliśmy do 
Korytnicy. 

Dzień następujący był jeszcze spoczynkiem ; żywy ból czuć 
zacząłem w mej ranie. Około 10. z rana przybyli z Warszawy 
słudzy i bagaż naczelnika, a z niemi sługa mój Franciszek 
z tłumokiem moim. Rada narodowa przysłała jednego z adja- 
tantów Kościuszki z listem do niego, w czułych i szlachetnych 
wyrazach zawartym. Ofiarowała rada wodzowi moskiewskiemu 
w zamian za naczelnika wszystkich jenerałów, oficerów, żołnie- 
rzy, jeńców u nas do 3000 wynoszących. Ofiara ta przyjętą nie 
była. Przez tegoż przybyłego oficera rada narodowa przysłała 
naczelnikowi 4000 dukatów, złotą tabakierkę i trz^ zegarki. 
Kościuszko połowę pieniędzy zatrzymał, drugą połowę rozdał 
na jeńców naszych oficerów i żołnierzy. 

Skoro tylko rzeczy nasze przybyły , wyznaczył Fersen komi- 
tet z poufałych oficerów swoich do ścisłego przejrzenia wszyst- 
kiego. Otworzono kuferki, tłumoki, tłumoczki i co tylko w nich 
było, wypróżniono na podłogę. Zaczęto wszystko rozwijać, 
oglądać , przewracać , patrząc czy nie było gdzie skrytej broni, 
trucizny, lub utajonych listów. Niepojęte głupstwo poczciwego 
mego Franciszka bogate skarby odkryło im wkrQtce. Biedny 
ten cdowiek zamiast napełnienia tłumoka mego bielizną, po- 
trzebnemi rzeczami, napchał go wszystkimi drukami wydawa- 
nymi przezemnie w czasie konstytucyjnego sejmu i później. 
Łatwo sobie wystawić można, że ani Katarzyna II., ani Moskale 
nie byli oszczędzani w tych pismach. W liczbie ich były : Biblja 
Szczęsnego, Elegja nad drugim podziałem Polski, List do 
zdrajców, drugi niby od oficera moskiewskiego do hersztów 
targowickich, Forma rządu Konfederacji targowickiej, i wiele 
podobnych. Fragment biblji Szczęsnowej był pden ironji i naj- 



179 



mniej zly od wszystkich. Trzeba było widzieć radość tego no- 
wego rodzaju celników na widok takiej kontrabandy! Pochwy- 
tali wszystko do najmniejszego papierka i zanieśli do wodea 
swego. To głupstwo poczciwego Franciszka mego nie mało sig 
przyczyniło do okropnych srogości, które później więcej nad 
innych wyrzą,dzano nademną. 



ROZDZIAŁ V. 



Kościuszko i inni w^ięźnio^^ie pod eskortą Jenerała Chruszczewa. — Postępo- 
wanie Moskali w PoJsce. — Więćniowie prowadzeni na Włodawę, Zaslaw, 
zkąd Kościuszko, adjutant Jego Fiszer i autor oddani pod straż majora Tytawa 

i poprowadzeni w głąb Moskwy. 



Po dwóch dniach marszu jenerał Fersen odebrał rozkaz od 
feldmarszałka Suwarowa, aby spiesznie ciągnął łączyć się z nim 
pod Warszawą. Fersen oddzielił natychmiast 2000 pośledniej- 
szego wojska pod komendą jenerała Chruszczew, do prowadze- 
nia nas w głąb Moskwy. Dane mu instrukcje względem naa, 
najsurowsze były co do najmniejszych drobiazgów. Prowadzono 
nas przez Chełm, Wołyń, Podole, Ukrainę. Marsz nasz z Chru- 
szczewem do Zasławia tylko trwał cztery niedziele. Miałem 
więc sposobność przez czas ten uważać dobrze charakter, mo- 
ralność, obyczaje niższych i wyższych dostrzegaczów naszych. 

Skreślę je tu 'pokrótce , żeby pokazać , co to jest ten naród 
moskiewski , którego zabory na sąsiadach tak go uczyniły Ro- 
śnym i strasznym , a którego prawdziwa wartość tak mało jest 
znaną. 

Carowie i carzyce moskiewscy rządzą z nieograniczouą 
niczem samowładnością. Opinja publiczna, owoc świata i cy- 
wilizacji, pod któremi w Europie najwyższe nawet uginają, się 
władze, nieznane są u ludu ciemnego i barbarzyńskiego. We 
wszystkich rewolucjach, które wstrząsały nieraz trony carów, 
nie ludzie dawnością rodu i znaczeniem, ale śmieli, zuchwali, 
z niższego rzędu sprawcami byli odmian, stanowiących nie 
o losie ilarodu , lecz tylko o losie tego , który miał krajem za- 
rządzać. 

W narodzie, w którym nieznany zaszczyt urodzenia ni pa- 
mięci dawnych zasług , w monarchji nie liczącej jeszcze wieku 
jednego znaczenia w Europie, któż może wyliczać czyny przod- 

12» 



180 

ków, odwc^ywać się do dziejów, przywileju tak wielkiej wagi 
gdzieindziej. Laski, nagrody wszechwładnego pana, spuszczają 
się czasem na wyniesione głowy, czasem na te, co si§ tarzają 
po ziemi. Cnota, uczciwość, honor, nie są w żadnej cenie; ide 
odwaga, zdatnosci wojenne , muszą ściągać uwagę panującego 
w narodzie w wojnach bez przerwy będącym. Oficer znakomi- 
tego talentu pewnym jest wyniesienia się. Większa część wo- 
dzów moskiewskich wzniosła się z niższego rzędu do najwyż- 
szych stopni wojskowych. I Ghruszczew był z tej liczby. 

Wysoki na sześć stóp najmniej, pleczysty w miarę, miał po- 
stać rzymskiego szermierza; rysy twarzy nadobne, obejście się 
malujące tę niby otwartość , która się tylko w obozach nabywa. 
Co do moralności, ta wspólną mu byłą ze wszystkimi współ- 
ziomkami jego. najznakomitsze cnoty jego były: chciwość 
i obżarstwo. Popełniał on najszkaradniejsze zdzierstwa i ra- 
bunki, nie tylko bez wstydu, lecz z niejaką chlubą. I czemuż 
ich pop^niaó nie miał? Czegóż go innego z młodu, starsi, 
czegóż go wychowanie jego uczyło? Postępował więc z wewnę- 
trzną satysfakcją drogą najbrzydszych podłości. 

W chwili , w której byliśmy oddani pod dozór Chruszczewa, 
miał on już 40 wozów naładowanych rabunkami. Kozienice, 
pałac zimowy królów polskich (miejsce urodzenia Zygmunta 
Augusta), Kozienice, mówię, o 13 mil od Warszawy, znaczniej- 
szem były tych panów żniwem. Że król nie zjeżdżał tam jsJc 
w zimę na łowy jeleni i dzików, pałac nie był zbyt bogato ume- 
blowany; lecz zawierał całą zimową garderobę królewską, ko- 
sztowne rzadkie futra, zbiór najprzedbuiejszej broni, obfitą wy- 
bornych win piwnicę. W dniu jednym wszystko było rozbite, 
zabrane; ubiegano się, kto mógł kraść więcej i prędzej. Uważać 
należy, że ani niżsi oficerowie, ani żołnierze do rabunków tych 
żadnego nie mieli udziału; tym pozwolono obdzierać mieszczan 
i wieśniaków z ich sprzętów i bydła. Chwała rabowania pałaców 
zostawioną była wyłącznie wyższym i sztabowym oficerom. 
Iwan Petrowicz Tytow, pilnowacz nasz, rozpowiadając o ra- 
bunku tym, skarżył się ze łzami, że na część jego przypadły 
tylko adamaszkowe firanki^ zdarte z łóżka kamerdynera króle- 
wskiego. 

Im daląj postępowaliśmy, tem się powiększały te łupy: 
miasta, miasteczka, wsie, najbardziej domy wiejskie szlachty, 
wszystko było zrabowane, spustoszone, rozbite. 

Puławy, mieszkanie książąt Czartoryskich, najokropniąj 
doznały barbarzyństwa Moskali. Zamek ozdobiony był z równą 
wspaniałością jidk smakiem. Potężna sala cała złocona* z lustra- 
mi, porcelaną, nadedrzwiami malowanemi przez Boucher; nie- 
mniej bogate pokoje księstwa, obrazy, księgarnia, zabrane lub 
posiekane w kawaUci. Nie oszczędzono ogrodów. Niejaki Bibi- 



181 

ków, łączący świergotliwość perokarza firancnzkiego z barbi^ 
rzyństwem moskiewskiem , wyprawy tej był Achilesem. 

Oddział wojska przeznaczony jedynie do pilnowania nas, 
przechodził przez kraj spokojny, już zniszczony, nie mający ni 
jednego żołnierza polskiego. Przecież Ghmszczew nakładał 
kontry bncje, bnrzył i rabował wszystko. Sposób rabowania jego 
był jak następuje. Skoro tylko przybył na miejsce jakie, wraz 
jeńców naszych zamykano w stodole, żołnierz moskiewski roz- 
sadzony po domach, sam Ghmszczew z żoną, dziećmi i plemie- 
nicą lokował się w domu właściciela, a nas mieszczono w ofi- 
cynach. Natychmiast adjutanci Chruszczewa i oficerowie przy- 
boczni rozbiegali się każdy do wydziału swego. Jeden z nich 
spuszczał się do ciemnych piwnic i zabierał wszystkie wina, 
drugi szedł do stajni i wyprowadzał co najlepsze konie; wielu 
rozbiegało się po miasteczku,/ nakładając kontrybucje na mie- 
szkańców; wielu chwytało żydów, zamykało ich w świnińcach, 
póki nie wyznali, gdzie są ukryte pieniądze. 

Gdy tym sposobem odprawiła się służba adjutantów Quru- 
szozewa, sam ten najwyższy wódz z żoną, małemi dziećmi, 
córką plemienicą, przebiegał właściciela mieszkanie, otwierał 
komody, zabierał co w nich było, zdejmował ze ścian zegary, 
obrazy, ryciny, zwierciadła, wszystko to wśród^miechów i naj- 
dowcipniej szych żartów. Mamże powiedzieć, zabierano nawet 
dzieciom zabawki. Jeden z licznych wozów wiozących łupy , 
Chruszczewa, był przeznaczony do wiezienia zabawek tych. 
Pociesznie było patrzyć na naładowane na nim a powieszane 
razem konie drewniane, lalki, małe wózeczki, trąbki, i t. d. . 
Mały Iwan, pięcioletni synek Chruszczewa, w lalki i zabawki 
najbogatszem był dzieckiem na świecie. Jakoż doznawał on już 
nudy i S3rtości tylu bogactw: gdy je wysypano przed nim, bri^ 
te cacka jedno po drugiem, bawił się niemi chwilę, leansA 
i rzucał na ziemię. 

Na pół godziny przed obiadem wysłani na rabunek oficero- 
wie przybywali z raportami swemi. Tyle tuzinów butelek wina, 
tyle ogierów, tyle Maczy, tyle tysięcy złotych w złocie, w mo- 
necie! Jeżeli obłów był obfity, co się najczęściej zdarzało, 
Chruszczew zacierając sobie ręce, wołał ze śmiechem: 

— Oczen choroszo, oczen choroszol — iw dobrym humo- 
rze zasiadł do obiadu. 

Potraw było bez końca, a im bardziej pływały w tłustości, 
zaprawne były szafranem, pieprzem i imbirem, tem bardziej 
krzyczał Chruszczew: — Oczen choroszo, oczen choroszol — 
i połykał żarłocznie. Zaraz po skończonym obiedzie on sam 
i cała rodzina kładła się spać i spali aż do wieczora. Po zacho- 
dzie słońca budził ich wszystkich brzęk filiżanek, łyżeczek, im- 
bryczków; wraz porywali się wszyscy i zasiadali do «czaju», 
piJ4C go filiżanka po filiżance. Oprócz ciast, ciasteczek, konfi- 



182 

tur, roznoszono duże miski srebrne -z rodzynkami, migdiiami, 
figami, zrabowanemi po sklepach żydowskieh. Wszysto wkrótce 
zmiecione , poczem karty i wieczerza. 

Przez cały pochód, taki był sposób życia Ghraszczewa. Jak 
różny był stan nasz ze zwierzęcemi roskoszami Chruszczewa! 
Fizyczne i moralne męki ponosiliśmy razem." Rany jenerała 
Kościuszki zamknęły się już prawie ; postrzegłem atoli, że tracił 
siły w nogach. Co do mnie, w ranionej ręce mojej nieznośne 
ponosiłem boleści, nie tylko w ranie samej, lecz bardziej 
w dłoni tej ręki. Ramię i cała ręka spuchły mi jak kłoda, czyli 
to przez nieumiejętność i złe opatrywanie cyrulika, czyli że 
kula poszarpawszy żyły, bieg krwi zatamowała, ' sprawiały 
mi bole i palenia, nie pozwalając i chwili spoczynku. Jęczenia 
moje tak się stsUy majorowi Tytow nieznośnemi , że już mówił 
cyrulikowi, żeby mi rękę upiłował. Rozkaz ten byłby może 
przywiedziony do skutku, a ja z lew% tylko zostawiony ręką, 
gdyby Opatrzność nie zesłała do Radzynia sztabs-chirurga na- 
szego Francuza pana Maignan. Ten przysłany był od rządu dla 
dowiedzenia się o stanie zdrowia naszego. On spojrzawszy na 
spuchniętą rękę moją, rzekł po francuzku, że chirurg moskie- 
wski był osieł i źle mnie z początku opatrzył; kazc^ mi krew 
puścić, przepisał^ataplazmy i plastry, co mi prędko jakąś ulgę 
w cierpieniach moich przyniosło. 

Gdyśmy stanęli w Włodawie, siostra moja Duninowa do- 
wiedziawszy się o mnie, mieszkając blisko z mężem i dwojgiem 
dzieci, przybyła mnie odwiedzić. Znajoma Chruszczewowi , ró- 
wnie jak i cała familja moja, łatwo otrzymała pozwolenie wi- 
dzenia mnie. Ileż bolesnych rozmów i lez wylanych, zawsze 
jednak w obecności strzegących nas oficerów. Przywiozła mi 
całą pościel, z której poduszkę tylko wziąłem. Po krótkich 
chwilach kazano nam się rozstać. Nazajutrz brat mój stryjeczny 
starosta Rywiatycki , przysłał mi przez umyślnego 50 cz. zł., 
donosząc, że po powszechnem w tej chwili zniszczeniu nie mógł 
mi większego przysłać zasiłku. 

Wdzięczność nie dozwala mi zapomnieć o dowodach przy- 
chylności innych ziomków moich. Gdyśmy przyjeżdżali nieda- 
leko dóbr pani Czackiej , z domu księżniczki Sanguszkównej, 
i księżnej Józefy Lubomirskiej, pierwsza wysłała dworskiego, 
druga własnego syna, dowiadując się o zdrowiu naszem. Oby- 
dwie przyłączyły do tej uprzejmości znaczny zapas bielizny, 
sukien, przedniejszych zapasów wina, i t. d., i t. d. Odpisałem 
z wdzięcznością najczulszą. Lecz ledwie oddalili się posłańcy, 
gdy Tytów i jego koledzy , mówiąc że to wszystko niepotrze- 
bne chorym, sprzęty rozdziehli między siebie, a żywność i napoje 
zjedli i wypili. 

Te dowody pamięci tak szanownych dam naszych żywo nas 
dotknęły: były one jedyną pociechą w bolesnym stanie naszym, 



183 

pędzącym nocy bezseime, wśród meastającycłt^ bólów i najsmu- 
tniejszych myśli. 

Ciągnienie nasze aź do Zasławia trwało cztery niedziele. 
Wyjeżdżaliśmy z noclegów o 8. z rana , a ujechawszy mil kilka, 
o 3. stawaliśmy na popasie i już tam nocowali. Jazda moskie- 
wska poprzedzała każdy z pojazdów naszych. Gdyśmy wjechali 
na Wołyń i Podole , prowincje porwane nam w czasie powtór- 
nego podziału, a które w ostatniej rewolucji nie miały żadnego 
udziału, znaleźliśmy jednak w nich ślady wojny 1792 roku. 

Chruszczew odbierający codzień gońców od Suwarowa 
i Fersena, dowiedział się od nich, że wieść się po kraju rozeszła, 
że prawdziwy naczelnik Kościuszko uszedł cały z bitwy. pod 
Maciejowicami, i że Moskale, by rzucić postrach na Polaków, 
fałszywego naczelnika prowadzą. Koncept ten, godny Moskali, 
liczących tylu fałszywych Dymitrów i Piotrów , był powodem, 
aby dla zniszczenia tej wieści, wszędzie gdzieśmy się tylko za- 
stanowili, zwoływać właściciela i przedniejszych obywateli, by 
pokazać im jenerała Kościuszkę. Żałośnem było to widzenie się 
z współrodakami naszymi ; nie mogliśmy mówić , tylko to , co 
pozwolonem było w przytomności stróżów naszych. 

W Ostrogu, jednem z przedniejszych miast na Wołyniu, 
znaleźliśmy mocny garnizon, pod dowództwem jenerała Ra- 
zumowskiego, syna feldmarszałka, który z prostego kozaka, 
podobawszy się carowej Elżbiecie, przyszedł do najwyższych 
stopni i bogactw niezmiernych. Eazumowski, o którym mówię, 
był przyjemny, grzeczny, co więcej , pełen ludzkości; odwiedził 
nas, przysłał nam wyborną wieczerzę i nazajutrz zaprosił nas 
na obiad. Mimo opium, dawane mi sporo, bezsenną noc prze- 
pędziłem. Ku wieczorowi dopiero w towarzystwie Argusa mego 
byłem w stanie oddać Razumowskiemu wizytę moją. Znalazłem 
dom jenerała tego pełen gości, najwięcej Moskali, Polaków nie 
wielu; w tej liczbie panią Poupart, żonę Francuza jenerała 
w służbie polskiej, lecz dziś już w służbie moskiewskiej. Miała 
ona z sobą siostrę swą, pannę Kamieńską; obydWie piękne 
i czułe. Łzy, które wylewała nad nędznym stanem naszym, 
słodką były dla nas pociechą. W tym to domu słyszałem raz 
pierwszy sławną muzykę moskiewską, zwaną rogi. Orkiestra, 
aby była pełną, zawierać powinna 60 muzykantów, każdy z nich 
bowiem jedną tylko nutę wydaje. Ciężki jest nader sposób wy- 
konywania tej muzyki, i tylko obfitem szafowaniem kijów 
otrzymanym być może. 

Dwa dni zatrzymaliśmy się w Ostrogu dla odpoczynku; sta- 
liśmy w klasztorze pojezuickim. W poranku dnia wyjazdu, gdy 
jeszcze cierpiący leżałem na łóżku, słyszę uderzenia podobne do 
tego, gdy trzepią suknie, silniejsze jednak; sklepienia gotyckie 
klasztoru długo się temi uderzeniami rozlegały. Gdy po strze- 
głem majora Fiszera, adjutanta Kościuszki, pytam: 



184 

— Go to jest za lokaj tak dbały o suknie pana swego, co je 
więcej od poł godziny trzepie? 

— Co za lokaj? — odpowie Fiszer. — Jest to nasz pod- 
cłiirug Xenophon, co nas opatruje, a którego major Tytów tak 
perzynie kijami okładać każe. 

Tu Tytów zacz^ się smiaó do rozpuku z zadziwienia mego. 

— Cóż popełnił Xenophon? — pytam Tytowa. 

— Brednie! — odpowie Moskal — ale że już dawno nie 
brał pałek, kazałem mu je dać, by się nie odzwyczaił od nich. 
Inaczej z łajdactwem tem sprawy by dojść nie można. 

O Xenofonie ! — pomyślałem sobie — o odwrocie dziesięć 
tysięcy, o wyzwolona sztuko medycyny! jakże cię traktuj%! 
Gdyśmy ruszyli z miejsca, ujrzałem Xenofona w marszu, śpiewa- 
jącego, świszczącego, jak gdyby mu się nic nie przytrafiło. 

Droga nasza aż do Zasławia, gdzieśmy się z Chruszczewem 
rozstali, jak już wyżej o tem powiedziałem, cztery nam nie- 
dziele zabrała. Zasław , niewielkie miasteczko z pięknym zam- 
kiem, należał do księcia Janusza Sanguszki. Umieszczono nas 
w austetji. Ghruszczew bez żadnego zaproszenia zajechał z źon% 
i familj% do zamku i tam się rozlokował. Księżna sama przysłała 
do nas marszałka dworu, dowiadując się czego potrzebujemy. 
Przez trzy dni tam pobytu naszego przysyłała nam codziennie 
śniadanie, objad i wieczerzę. Zbliżaliśmy się spiesznie z towa- 
rzyszami naszymi boju i niewoli do smutnego rozstania. Dnia 
17. listopada przybiegł kuijer od Suwarowa z wiadomością 
o wzięciu szturmem Pragi i o okropnej rzezi , która po wzięciu 
już miasta z zimną krwią wygubiła mieszkańców. Przyniósł on 
także względem nas stróżom naszym instrukcje. Domyślaliśmy 
się tego z ustawnych między Tytowem i kolegami jego rozmów, 
które w osobnej izbie między nimi trwały. W szponach chy- 
trego i barbarz^rńskiego ludu będącym, wszystko wzbudscało 
niespokojność i podejrzenie. Wiedzieliśmy, że jakaś nastąpi 
odmiana, nie najlepsza zapewnie; gubiliśmy się w domniemy- 
waniach: raz mniemaliśmy, że nas w głąb Moskwy zawiozą, 
znów że do Kamczatki. Wszystko przychodziło na myśl, oprócz 
okropnego więzienia, które nas czekało. Wieczorem Ghruszczew 
przysłał do mnie z doniesieniem, że księżna Sanguszkowa żą- 
dała mnie widzieć i pożegnać. Natychmiast z stróżem moim 
Tytowem udi^em się do zamku. Księżna ta, z bojaźni zapewne, 
ci^a poświęcona Moskalom, po przywitaniu wzięła mnie na 
stronę i po tkliwych nad losem moich ubolewaniach, rzekła mi, 
że los moj jest w ręku moim, że mogłem odbierać albo najświe- 
tniejsze nagrody, albo też najsroższe kary; że wszystko od 
szczerości mojej zawisło w odkryciu wszystkich tajemnic rewo- 
lucji i wymienieniu tych, którzy się do niej przyłożyli najwięcej. 

— Pani! — odparłem — rewolucja nasza nie miała sekretów. 
Rozszarpana ojczyzna, do zdzierstw i gwałtów przydane obelgi, 



185 



to jest , co wzbudziło rozpacz i chwycenie się do oręźsu Jeżeli 
Bóg nie poszczęścił dobrej sprawie, nie dopuścił bynajmniej 
byśmy z hańbą i podle zginęli. 

— Więc nie odkryjecie nawet imion? 

— Nie; najsroźsze katusze nie przymuszą, mnie do wysta- 
wienia na zemstę cnotliwych ziomków moich. 

— Żałuję was z duszy. 

— Pani zbyt łaskawa. 

Tak się skończyła napięta przez Chruszczewa rozmowa. 
Powracając do austerji, Tytów tak raptem odezwał się do 
mnie: 

— Czy djabli nadali! Nie rozumiałem nigdy, żeby was za- 
słać miano w tak dobre miejsce. 

Nie chciał się dalej tłómaczyć , a ja i Fiszer wnosiliśmy po 
dobrem miejscu, że zapewne nas poszlą, do Nowogrodu, Kaza- 
nia lub Astrachanu; wiedzieliśmy bowiem, że podobnych nam 
więźniów nie trzymaj % w Petersburgu. 

Zapowiedziano nam, że nazajutrz ze świtem ruszymy; zaczę- 
liśmy więc gotować się do tej nieznanej a zachwalonej podróży. 
Nazajutrz wiJgotne , przenikające zimno i gęsta zamieć śnieżna. 
Koledzy nasi, jenerałowie: Kniaziewicz, Sierakowski, Kamiń* 
ski, Kopeć, których osobno wieść miano do Kijowa, przyszli po 
ostatni raz pożegnać się z nami Dotąd lubo nam broniono roz- 
mawiać z sobą, wiedzieliśmy przynajmniej że byli z nami; cza- 
sem niezrozumiane dla stróżów naszych, dla nas znaczące mo- 
gliśmy kilka słów sobie powiedzieć. Dziś i ta słodycz już ustać 
miała — byliśmy sami. Bóg wie , czyli kiedy przyjdzie nam 
ujrzeć się z sobą. Pełne łez było pożegnanie nasze, przerwane 
nakoniec hucznym głosem Tytowa, że siadać trzeba. 

Jenerał Kościuszko z sztabs-chirurgiem w własnym umie- 
szczony był koczu. Major Fiszer, ja, Tytów i dwóch jeszcze 
oficerów, wsiedliśmy do potężnej telegi; za obydwoma poja- 
zdami siedziało po dwóch grenadjerów, przed obydwoma z tyłu 
i przodu jechała konnica. Zimno było dojmujące, grad i śnieg 
biły o szyby pojazdu. W ziemi tłustej , rozkisłej zapadały koła 
po osie; uderzenia te ciężko ranie mojej czuć się dawały. Te- 
raźniejszość, przyszłość, wieść o rzezi Pragi, ostatnia ojczyzny 
naszej zaguba, którą nam stróże nasi zapowiadali, wszystko to 
cisnęło nas boleścią i smutkiem. 

Tytów, dotąd dość z nami układny, przybrał w tej chwili 
ton najwyższej władzy i śmiesznej powagi, czyli to że nie wi- 
dząc wyższego nad siebie, sądził należącą sobie tę powagę, czyli 
też stosując się do nadesłanych świeżo instrukcji. Widziałeś 
w nim doskonały skład zarozumienia, okrucieństwa iginibijań- 
stwa. Towarzysze jego byli: Ostafi Ostaficz, kapitan Udom, 
chytry, lecz grzeczniejszy od innych; Żmijewski, grubijanin 
i pijak; Mitrów, dobry człowiek; porucznik Karpen, z łepszem 



186 



nieco wychowaniem, lecz jak wszyscy Moskale, chytry i fiit- 
szywy. Z takimi to ludźmi dnie i nocy trawić nam przyszło. 
Zamiast ubolewania, wrodzonego duszom szlachetnym, nie sły- 
szeliśmy jak grube urąganie i barbarzyńskie przycinki. 



ROZDZIAŁ VI. 

Transport na Kijów, Czemiecbow, Homel, Witebsk. — Nowi dozorcy, ich 

obchodzenie się i charaktery. 

Ini dalej w przypomnieniach moich postępuję, tern bardziej 
widzę, że jestem rozwlekłym i zapędzającym się w drobiazgi 
Pisałem je był w Zjednoczonych Stanach Ameryki , wkrótce po 
oswobodzeniu mojem. Wszystkie okoliczności świeżemi jeszcze 
były w pamięci ; opisywaniem ich słodziłem tęsknotę samotno- 
ści mojej, często myśląc sobie: ((Forsanet hoec olim me- 
minisse juyabit.» 

Wkrótce po rozdzieleniu się naszem z Ghruszczewem , kapi« 
tan Udom, który wychowany w Polsce, miał słodsze obejście, 
postrzegał i hamował grubiaństwa Tytowa, tajemnie przed 
wyższymi ruszył do Warszawy. Celem podróży tej było odwie- 
dzić protektorkę swoją, kniahinię Gagarin , wdowę po zabitym 
w czasie rewolucji mężu. W czasie dwóch niedziel miał on nas 
dogonić. Oddalenie się jego o stokroć stan nasz pogorszyło, 
zostawując nas zupełnie na wolę dzikich kaprysów Tytowa. 
Fersen oddając nas w ręce jego, dał mu 1000 czerwonych zło- 
tych na utrzymanie nasze. Tytów z samego początku pieniądze 
te dla siebie i swoich przeznaczył. Gdyśmy przejeżdżali koto 
Brodów, nabrał towarów od żydów miasta tego: sukna, płócien 
i t. d., i t. d., i niemi siebie, a potem kolegów swoich od stóp 
do głów oporządził. 

Pókiśmy byli w prowincjach jeszcze polskich, wszystko 
darmo obywatele dostarczać musieli ; gdyśmy się w kraj już 
zabrany dostali, ledwie trzecią część winnej kwoty zapłacd. 
Nakoniec, prócz skromnego obiadu, wszystkośmy z własnej 
kieszeni dostarczać musieli. Na pocztach podobne kradzieże, co 
więcej, barbarzyńskie czyny. Pasją Tytowa było bić ludzi 
pocztowych, a gdy ci się schronili, bić konie, psy i co tylko 
pod ręce wpadło. Tem okrucieństwem taki postrach rzucił 
przed sobą, iż poczmistrze dowiedziawszy się, że już był stacji 



187 

blizkim, rzucali domy, zostawując konie i nie źą,dają.c zapłaty. 
Wszystko to pomnażało dochody Tytowa. 

Zastanowiliśmy się w Międzybożu. W Hołostkowie pod 
Międzybożem, w dobrach księcia Czartoryskiego , jenerała ziem 
podolskich , miał książę najliczniejsze w Polsce stado , składa- 
jące się z tysiąca klaczy i stu ogierów arabskich, perskich, hi- 
szpańskich, polskich, nie licząc młodego przychówku. Wszystko 
to rozkradzione było przez jenerałów, lub sprzedane na rzecz 
carowej. Taką to była ta wielkomyślna Katarzyna, którą Vol- 
taire, d'Alembert i Diderot wynosili pod nieba. 

Liczną była w Międzybożu załoga pod dowództwem jenerała 
Sołtyków. Umieszczono nas w klasztorze. Nazajutrz rano przy- 
słał jenerał Sołtyków z oświadczeniem , że dla słabości zdrowia 
sam nie może nas odwiedzić, ale przysyła adjutanta swego. 
Jakoż wszedł oficer już nie młody , w kapitańskim mundurze ; 
widać w nim było jakiś przymuszony układ i grzeczność. Z sło- 
dyczą węża ubolewał nad nieszczęściem naszem, i zapewniał, że 
niczego nie mieliśmy się lękać przyczyny, że monarchini jest 
wspaniałomyślna. «Nie bójcie się niczego !» ustawicznie powta- 
rzał. Po tych wszystkich cieszeniach i zapewnieniach nas, ru- 
szyliśmy z Międzyboża. Jakież było zadziwienie nasze, gdy pi- 
jany Mitrów powiedział nam, że ten adjutant Sołtykowa nikim 
innym nie był, jak samym Sołtykowem, pierwszym kochankiem 
Katarzyny II., z którym spłodziła Pawła, wprzód jeszcze, nim 
sobie Stanisława Augusta przybrała. Paweł spłodził panujących 
dziś bękartów. Dla czego Sołtyków tę z nami grał komedję, po 
co te przebierania, udawania, te słodkie pociechy, powiedzieć 
nie mogę ; chyba z tej wrodzonej we wszystkich Moskalach ro- 
skoszy, aby koniecznie łgać, udawać i oszukiwać. Tu Tytów 
odebrał rozkaz, ażeby codziennie posyłał raport do Peters- 
burga, donoszący nie tylko o pośpiechu w drodze, ale o sło- 
wach, czynach, a może i gestach naszych. 

Trudne to było niezmiernie dzieło dla nieumiejętnego Ty- 
towa. Tajny konsyljarz jego Udom odjechał, musiał więc sub- 
alternów wezwać do pomocy. Żmijewski i Karpen przywołani 
do układania tych raportów. Nigdy najpiękniejsze rymy Wir- 
gilego tyle go nie kosztowały pracy , ile te szczytne raporta pi- 
sarzy naszych. Późno wieczorem zabierali sią oni do dzieła 
tego : ileż każdy wyraz , każde słowo na szali dowcipów swoich 
rozbierali, ważyli. Nieraz domki, w których stawaliśmy na noc, 
nie miały jak jedną izbę , w której wszyscy mieściliśmy się po- 
kotem. Skoro więc autorowie raportu zabierali się do pracy, 
leżąc na słomie i udając śpiącego, mogłem słyszeć ich spory co 
do gładkości stylu, mocy wyrazów, spory, które mnie przymu- 
szały zakrywać głowę płaszczem moim, by nie słyszeli duszącego 
mnie śmiechu. 

Nie wiem, czyli to te ważne prace pisania raportów, czyli 



188 

długość drogi, znudziły Tytowa, bo codzieó stawek się bardziej 
nieznośnym i przykrym. Największą było dla niego roskoszą 
złorzeczyć Polsce i Polakom; choć jeniec, nie mogłem ja i Fi- 
szer znieść tego. Napróżno przekładałem mu, jak nieszlache- 
tnie, niedelikatnie z strony jego było, w taki sposób bezbronnym 
jeńcom urągać. Widząc nakoniec, źe słowa na barbarzyńca ża- 
dnego nie sprawiały skutku, postanowiłem nic nie mówić , nie 
odpowiadać i czytać książkę. 

Rozdrażniony do ostatka Tytow, cóż robi? Podnosi stoiy 
drewniane u okien karety, by mi czytać nie dać. Lecz na nie- 
szczęście jego była znaczna szpara w deskach, pozwalająca 
światłu dochodzić, a mnie czytać. Tytów gryzie wargi ze złości 
i odzywa się nareszcie: 

— Czytaj sobie ile chcesz, nie będziesz nigdy tak uczony jak 
Pigmalion. 

— Pigmalion I — zawołał Fiszer ze śmiechem — cóż on na- 
pisał? 

— Nie śmiej się! — zawołał Tytów. — Widzicie jak z całem 
waszem czytaniem jesteście nieumiejętnikamL Pigmalion, uro- 
dzony w T werze, błahoczesnej wiary, tak był uczony, że ma- 
jąc u siebie dziewczynę uciosaną z marmuru, nauczył ją czytać, 
pisać, a nawet i gadać. 

— I kiedyż to było? — zapytam. 

— Oh I — odpowie Tytow — jeszcze za carycy Anny. 
Odkryliśmy nakoniec pięć pozłocistych kopuł Kijowa. Nie 

pozwolono nam przejechać przez to starożytne miasto; rozkazy 
bowiem dane były: nigdzie się z nami w znaczniejszych miastach 
nie zatrzymywać. Straciliśmy blizko trzy godziny, przeprawia- 
jąc się przez krę już pędzącą Dnieprem; zawieziono nas na 
drugą stronę do plebanji popa jednego. Tytow został na dru- 
giej stronie i aż do zmierzdiu bawił w Kijowie. 

Kijów u Moskali za święte miejsce jest miany. Ciągną się 
pod kościołem jego podziemia, pieczarami zwane, zawierające 
70 zwiędłych ciał świętych męczenników moskiewskich. Samo- 
koście te czarne i zeschłe, okropne na wejrzenie, zanurzone są 
w stągwiach oliwy aż po pas; większa ich część okryta jest bo- 
gatemi biskupiemi ozdobami. W roku 1787 odwiedzałem te 
obrzydliwe relikwie. Moskale odwiedzają je tłumami. Kijów 
jest Mekka dla nich. Moskal powątpiewałby o zbawieniu swojem, 
gdyby choć raz w życiu nie odwiedził tych pieczar. Tytów nie 
myślał inaczej : wczoraj okryty łzami i krwią nieszczęśliwych 
pocztyljonów , poczmistrzów, dzieci, okrutnie przez niego kor- 
baczami okładanych, dziś z sercem skruszonem, z pokomem 
czołem , szedł odwiedzać miejsca te święte. Za powrotem wie- 
czorem , promienisty radością opowiadał towarzyszom swoim, 
jak mu serce biło religijną trwogą, gdy się zbliżał do uwędzo- 
nych tych trupów w oleju; jak słodkie były jego uczucia, gdy 



189 



pop zdjąiWBzy czapeczkę z głowy męczennika, kładł ją. na głowę 
jego ; jak nakoniec olejem, w którym moszył się ów święty, na- 
mazywał czoło , uszy, oczy i usta pobożnego majora. 

Przyprowadził nam Tytów gości: dwóch jenerałów i chi- 
rurga wojskowego Francuza. Sądz%c po rozmowie ostatniego, 
wnosić łatwo można było , iż ledwie gohbrodą był we Francji. 
Pełno jest po Moskwie całej podobnych golibrodów i perukarzy 
służących za guwernerów po pierwszych fami\jach. 

Ledwie się oddalili ci goście, aż wpada niespodzianie kurjer 
wysłany z Petersburga przez Aleksego Mikołaj ewicza Samoi- 
łowa, prokuratora i ministra tajnych spraw carowej. Był to 
major Achmatow, który z żołnierza wyniósł się na stopień ma- 
jora; jeżeli można, nieoświeceńszy od wszystkich stróżów na- 
szych, lecz w gruncie dobry człowiek. Katarzyna bojąc się, by 
Tyto w , koledzy jego i grenadjerowie nie byli dostateczni do 
straży trzech biednych ranionych , w posiłek Achmatowa przy- 
słała. Ten podział w^ zwierzchnictwie wcale nie był Tytowowi 
do smaku; przecież fałszywy i umiejący udawać, umiał to po- 
kryć. Łagodność i prostota nowo przybyłego wkrótce Tytowowi 
dała nad nim przewagę. Przybycie tego nowego stróża dało 
nam niejaki spoczynek od grubiaństw Tytowa. Lubiący nie- 
zmiernie gadać, różne czyniąc pytania Achmatowowi, nam da- 
wał pokój. Achmatow służył w ostatniej wojnie ze Szwedami 
na małym statku morskim. Godnym jest wspomnienia jeden 
z czynów jego , jako malujący jak mało honor jest u Moskali 
znanym. « W bitwie morskiej pod Syenska Sund napadnięty 
byłem — mówił nam — przez silniejszy od mego statek szwedzki. 
Broniłem się ile mogłem; widząc nakoniec, że walczyć dłużej 
było napróżno , spuściłem flagę statku mego, na znak że poddać 
się pragnę : ustaje ogień szwedzki, zbliża się statek do wzięcia 
mnie. Ja go jak najbliżej przypuszczam, a gdy był już koło 
mnie, daję ognia ze wszystkich dział i strzelb : zmiotłem wszyst- 
kich Szwedów, co nie spodziewając się takiego figla, spokojnie 
patrzali na mnie z pomostu. Dwa razy podobną sztukę udało 
mi się im wypłatać. 

Nim się od Kijowa oddalim, powinienem wspomnieć o losie 
kolegów naszych, z którymi rozstaliśmy się w Zasławiu. Zawie* 
ziono ich do zamku feldmarszałka Romancowa, dóbr skonfisko- 
wanych na hetmanie Ogińskim. 

Stanęli więc przed nim jenerałowie : Sierakowski, Kniazie- 
wicz i Kamiński. Grzecznie ich przyjął Romancow, i zapewne 
podług danych sobie instrukcji , ofiarował im łaskę carowej , co 
więcej, też same stopnie co mieli, jeśliby weszli w służbę caro- 
wej. Wszyscy trzej, lubo urodzeni bez majątku, wymówili się 
z czynionych im ofiar. Sierakowski wolał pójść za nauczyciela 
do synów księcia Sanguszki; Kniaziewicz wzi^ małą na Woły- 
niu dzierżawę, aż do czasu, w którym mógł się dostać do nowo 



190 

tworzących się we Francji legji polskich , w których się później 
tak wsławił ; Eamińskiego z żoną i dziećmi przygarnęła w dom 
swój pani Mniszchowa, marszałkowa wielka koronna. Tak ci 
ubodzy wodzowie przekładali nizki byt u siebie nad wyniesie- 
nie u nieprzyjaciół ojczyzny. 

Po dwóch dniach drogi przybyliśmy do Czemiechowa , pię- 
knie z drzewa zbudowanego miasta, równie jak Kijów przed 
stem laty należącego do Polski, aż je Jan Sobieski, cały wojną 
z Turkami zajęty, carowi Michałowi Aleksiewiczowi za niewielką 
sumę odstąpił. Obywatele czerniechowscy zachowują po dziś 
dzień szczere przywiązanie do dawnej ojczyzny swojej ; wielu 
z nich nosi jeszcze strój polski. Po obiedzie przyszło dwóch 
oficerów rodem Polaków, niosących niezmierny półmisek pełen 
jabłek najpiękniejszych, prosząc byśmy je od nich przyjęli. 
W chwili , gdy się stróże nasi oddalili, zaczęli mówić po polsku. 

— Ubolewamy ^— rzekli — nad losem waszym ! Krew pol- 
ska płynie w żyłach naszych , ale niestety ! 

Wnijście Tytowa dalszą mowę przerwało. 

Nie tylko że Czemiechow czysto i gładko jest zabudowany, 
ale nadto handel prowadzi gotowemi już ociosanemi domami. 
Wszystkie sztuki są posznurowane, można je jak najdalej prze- 
wieść i w dniu jednym złożyć i postawić. We wszystkich zna- 
czniejszych miastach moskiewskich są targi z gotowemi domami 
na sprzedaż. 

Od chwili, jakeśmy z granic polskich wyjechali, aż do same- 
go Petersburga, nie widzieliśmy i jednego pieniądza srebrnego: 
wszystko mi^dź lub bomaźki (papierowe bilety). Miedź składa 
się z piątaków ciężkich i ogromnych: za bilet dziesięcio- 
rublowy dają ogromny wór miedziaków takich. Chcąc mieć sre- 
bro, trzeba było wtenczas dać sto rubli papierami za 40 sre- 
brem. Dla podróżnych co za niewygoda, wozić takie towaiy! 

Wjechaliśmy na Ruś białą, w 1773. roku oderwaną od Pol- 
ski. Zacząwszy od miasta Homel, 20 mil kraju żyznego, upra- 
wionego wybornie , było niedawno własnością mężnego domu 
książąt Radziwiłłów. Wspaniała Katarzyna rozdała go pomiędzy 
nałożników lub wodzów swoich. W Mohilowie raz jeszcze 
przeprawiwszy się przez Dniepr, zatrzymaliśmy się jedynie 
dla przeprzężenia koni. Mohilow był niegdyś ekonomją, czyli 
stołowemi dobrami królów polskich; dziś stolicą gubemj i tegoż 
imienia. 

Mnóstwo ludu skupiło się przed domem pocztowym, nie 
z ciekawości, lecz żeby choć wejrzeniem litości pocieszyć 
nieszczęśliwych ziomków. Między tymi nie zapomnę siedmdzie- 
sięcioletniego starca w stroju polskim , najszlachetniejszej po- 
staci. Ten długo z wyrazem boleści miał wlepione w nas oczy ; 
nakoniec rzewnie zalawszy się łzami, z rozciągnionemi rękoma 
biegł do karety , by przynajmniej dłoń swą połączyć z naazemi, 



191 



gdy na nieszczęście wypada Tytów, jak zawsze, z nahajem 
w ręku , i byłby nim szanownego starca obłożył, gdyby ten nie 
usunął się skwapliwie. 

Nazajutrz przybyliśmy do Sźkłowa, handlowego miasta, 
należącego niegdyś do księcia Adama Czartoryskiego , jenerała 
ziem podolskich; ten przedać je musiał carowej Katarzynie dla 
nałożnika jej Zorycza. 

Ta oddalona metresa męska Katarzyny założyła w tem mie- 
ście trwały swój pobyt: gnębi żydów i chrześcian, żyje z jak 
największym przepychem , utrzymuje teatr włoski, zakłada na- 
wet szkołę rycerską. Z tem wszystkiem najnieszczęśliwszą jest 
z ludzi. Carowa kochała Zorycza do zapamiętania; on nadęty 
tem szczęściem , mniemał że mu wszystko już wolno. Grając 
raz w bilard z Potemkinem, pokłócił się i zapomniał się do sto- 
pnia, że go po moskiewski! kijem uderzył. Wpływ Potemkina 
na umyśle carowej mocniejszym był nad miłość jej ku kochan- 
kowi : Zorycz na zawsze z Petersburga do dóbr swoich wygna- 
nym został. Tam opływając w dostatkach , wolny od wszyst- 
kich powinności i trosków, nie przestał wzdychać za utraconą 
kochanką; a choć Katarzyna do dwudziestu po nim miała już 
kochanków, Zorycz przecież nie przestaje karmić się nadzieją, 
że kolej pieszczenia starej już Katarzyny jeszcze przyjdzie na 
niego* Przypadek zdarzył, że Korsaków, następca Zorycza 
w faworach Katarzyny, najęty na rok jeden, znowu innemu 
miejsca ustąpić musiał i otrzymał w nagrodę skonfiskowane 
dobra na Polakach , tuż przy Szkłowie. Obydwaj smutne monu- 
menta Katarzyny zalotów i wspólności w losie dzisiejszym, od- 
wiedzają się często. Zamknięci w ustronnym pokoju, nie mając 
świadka jak tylko wazę ponczu, nocy trawią na przeklinaniu 
dzisiejszych faworytów carowej, udzielaniu sobie szczegółów 
dawnych z nią używanych roskoszy. Poufałe te rozmowy, gdyby 
pisanemi były, utworzyłyby duży tom suplementu do miłości 
dwunastu cezarów. Nie powinienem opuścić rzadkiej prawdzi- 
wie w Moskalu galanterji Zorycza dla dawnej kochanki swej. 
Gdy Katarzyna w podróży swojej do Krymu przejeżdżać mu- 
siała przez Szkłów, Zorycz ją przyjął na kolanach, poczem ją 
i csly dwór jak najwspanialej częstował. Po wieczerzy, gdy do 
sypialni udać się miano , Zorycz jej podał rękę. Jakież było jej 
zadziwienie, gdy się znalazła we własnych swych petersburskich 
pokojach! Był w nich tenże sam rozmiar, też same obicia, me- 
ble , też same nawet u łóżka firanki. Nie można było w delika- 
tniejszy sposób przekonać Katarzynę, ile pamięć kosztowanych 
z nią miłosnych słodyczy silnie w pamięci jego była wyrytą. 

Między Orszą i Witebskiem dognał nas kapitan Udom , wra- 
cający z podróży swej do Warszawy. Czekaliśmy go wszyscy 
z niecierpliwością: ja, że mi przywiezie odpowiedź na pisane 
przezeń do przyjaciół, a przy nich zasiłek mój pieniężny; 



192 



Tytow, źe ujrzy ukochaną sobie Jewnszkę, ntSUmncęy hsór^ 
Udom miał mu przywieść. Była omi przedmiotem 
szaconka i awielbienia majora. Jakież było jego 
jego boleść, jego wściekłość, gdy ńę dowiedział, że 
ten wzór doskonałości, zabrawszy wszystkie jego 
ncielda z Warszawy nie wiedzieć dokąd i z kim. Nalji 
zapieniony Tyto w, ten wzór cnót i wdzięków, tę niedai 
ską Jewoszkę jął okrywać wszelkiemi obelgami, i ~ ' 
harapem swoim po ziemi, dodawał: « Jakżebym ją chłostał, bez 
duszy zostawiłbym ją na tem miejsca ! » Tn Odom wziąwirj go 
na stronę: a Widzę — rzecze — źe piękny nałóg bicia loda, 
koni, psów, nawet i ziemi, nie opuszcza cię dotąd; ale cię 
ostrzegam, źe narobisz ztąd^obie wielkiej biedy. W^iedz, ie po 
całej drodze pełno narzekań i przekleństw na ciebie: me widbć 
wszędy jak ludzi zbitych i skrwawionych przez ciebie. Wiesńe 
jacy są gubernatorowie tych krajów? Oto Romanow i RefHun, 
ludzie ludzcy i oświeceni; jeżeli do nich skargi zajdą na ciebie, 
zamiast spodziewanych nagród, ciężkie może czekają cię 

Przełożenia te nie był^ bez skutku na okropnym l^^i 
odtąd rzadko kiedy brał się do kijów , nie pozwalając sobie 
tylko obelg i przekleństw. Udom przywiózł mi listy od krewnego 
meso Borysławskiego i marszałka Potockiego. Borysławaki do- 
nosił mi, iż Udom oprócz trochy bielizny i zimowych sukien, nie 
chciał się obciążać znaczniejszym bagażem; dodawał że przy- 
syłał mi także wyjęte z szkatułki mojej 200 cz. zł. Udom nie od- 
dał mi atoli jak 120 cz. zł. Zapytany gdzie się reszta podziale ? 

— Wydaiem ją — rzecze — na oporządzenie majora Tytowa 
i siebie. Z czasem powrócim to wam. 

Nowy dowód moralności i delikatności moskiewskiej. Po 
uwolnieniu naszem widziałem się z Tytowem, lecz pieniędzy 
moich nie ujrzałem więcej. 

Przejeżdżając przez Witebsk, ujrzeliśmy chłopów biało- 
ruskich młodych i czerstwych. Ci, wiedząc żeśmy Polacy, po- 
zdejmowali czapki, uprzejmie nas witając. Ach! jakiż widok! 
nieszczęśni ci mieli poł głowy ogolone, a pół z włosamL ByU 
to rekruci przeznaczeni do wojska. Golą im pół głowy dla tego, 
aby w przypadku ucieczki tem łatwiej schwytanymi i odpro- 
wadzonymi być mogli. 



193 



ROZDZIAŁ Vn. 



Pijtybyoie do Petersbarga. — Autor rozłączony od Kosciusski i osadzony 
w Petropawłowskiej' cytadelL — Opis więzienia autora. — Sledatwo z niego 
-wyprowadzone przez prokuratora Jeneralnego Samoiłowa. — Zapytania i od- 
powiedzi na pigmie. 



Już podobno w pierwszej części pamiętników tych wspo- 
mniałem , jakeśmy przejeżdżali przez miejsca, w których przy- 
gotowane były na prędce z drzewa zbudowane pałace , w któ- 
rych Katarzyna II. w czasie podróży swej do Krymu nocować 
zwykła, równie jak rozporządzenie pokojów do wygodniejszego 
z nałożnikami swemi połączenia się w nocy. Nie chcę się więc 
powtarzać , i idę dalej. 

O dwa czyli trzy dni drogi od Witebska, porzuciliśmy da- 
wną Ruś białą, zabraną nam przez Katarzynę w pierwszym roz- 
biorze Polski, i wjechaliśmy w gubernię Nowogrodzka, czyli 
dawną Rosję. Pierwsze znaczniejsze miasto moskiewskie było: 
Wielkie Łuki, gubernia Nowogrodzka. Miasto Wielkie Łuki, 
Psków i inne, były przed dwoma wiekami polem najświetniej- 
szych zwycięztw i tryumfów walecznego króla naszego Stefana 
Batorego. Wojownik ten byłby może przy tarł na zawsze potęgę 
carów, gdyby car Iwan Wasilewicz nie wysłał był jezuitę Posse- 
wina do papieża Grzegorza XIII., obiecując mu nawrócić się 
z całym swym ludem na wiarę rzymską, jeżeli ten odwróci króla 
Stefana od prowadzenia dalszej wojny i zawrze z nim pokój. 
Niebaczni, nieznający chytrości moskiewskiej i król i papież 
uwierzyli obietnicom. Król Stefan, wziąwszy Wielkie Łuki 
i Psków, nie szedł dalej i pokój zawarł, a car nie przestając 
szydzić z łatwowierności obydwóch, pozostał w schyzmatyckiej 
swej wierze. 

Mieszkańcy Wielkich Łuk i Pskowa otrzymali od carowej 
niektóre swobody, przez co handel ich znacznie się powiększył. 
Czynnym i przemyślnym jest naród moskiewski. Zdarzało się 
nam często nocować w domach kupieckich. Kupcy ci z dużemi 
brodami, w azjatyckich kaftanach, zwiedzając z towarami swemi 
Europę i Azję od granic chińskich , przenoszą się aż do Lipska 
i Frankfurtu. Bomy ich są porządne i opatrzone we wszystko ; 
obraz świętego Mikołaja w bogatych ramach, w sukni z blachy 
srebrnej , wchodzącego najpierwej uderza. W mniemaniu Mo- 
skali święty Mikołaj wraz idzie po carowej i wraz Boga Ojca 
poprzedza. Zaledwie Moskal wnijdzie do izby, wraz się obraca 
ku świętemu bożyszczowi , kłania się aż do ziemi i żegna się po 
dziewięć razy. Wożą oni wszędy to bożyszcze, na wojny lądowe 
i na morze. 

NiBMCBwicz, Pamiętniki. 13 



194 



W czasie ostatniej wojny naszej w 1831. r., wiele świętych 
Mikołajów zabrało wojsko nasze wraz z icłi popami. Najbogat- 
szy ołtarz dostał się jenerałowi Skrzyneckiemu ; ten go dla bez- 
pieczeństwa do Galicji odesłał. 

Tymczasem coraz częstsze gońce z Petersburga przybywały 
do Tytowa, coraz pomnażały się namowy i szepty stróżów na- 
szych. Tytow nakoniec się nam nie taił, że do Petersburga się 
zbliżamy, i czyli to przez urąganie, czyli przez błąd, nie prze- 
staws^ się rozwodzić, z jaką czcią i łaskawością od hosudaryni 
przyjęci będziemy. Wkrótce atoli nie wielką wiarę , którąśmy 
w tych zapewnieniach pokładali , zniszczył list do Tytowa. Taki 
był na nim adres wielkiemi literami: aDo naczelnika 
eskorty, prowadzącego buntownika Kościuszkę 
i innych.)) 

Im więcej zbliżaliśmy się do stolicy, tem bardziej Tytow, 
niecierpliwy by roskoszy jej używać, naglił podróż naszą. 
Mimo tęgości mrozów i krótkości dni , budził nas o godzinie 
czwartej z rana i dawszy filiżankę kawy, pakował nas w telegę. 
Nie zapomnę nigdy tych nocnych podróży. Droga była oświe- 
cona białością śniegu, jk) którym nieraz odbijało się krwawe, 
bezsilne łuno. Często przebywaliśmy gęste czarne bory sosnowe. 
Ciemność i cisza panowały w całej naturze. Pilnowacze nasi 
spali i chrapali ; od nas obciążonych ciężkim smutkiem , niespo- 
kojnością, srogiemi przeczuciami, sen dobroczynny uciekał. 
Czasem trzask sosnowych gałęzi , łamiących się pod ciężarem 
śniegu, przebudził majora; wtenczas ten, by ułagodzić prze- 
strach i znów zasnąć, rozkazywał zwoszczykom piat, to jest 
śpiewać. Moskale rzadką mają zdatność do muzyki; melo- 
dyjne są głosy ich. Nic nie jest bardziej smutnie rozrzewniają- 
cego serce, jak pieśni ich i wyraz, z jakim je śpiewają. Zdaje 
się, że niewola ich, stan nieszczęsny, w którym żyją, wy- 
ziewa się w żałosnych ich pieniach. Głosy te płaczliwe , dobrze 
się z położeniem mojem zgadzały i rozrzewniały mię nieraz do 
płaczu. 

Kraj około stolicy nieurodzajny jest i nieuprawny prawie ; 
składa się z bagnisk i wrzosów płonnych; prócz trochę owsa, 
żadne tam inne zboże nie rośnie. Co jest także szczególnego 
w tem niezmiemem państwie, to, że im się bardziej zbliży do 
stolicy, tem bardziej ginie język moskiewski. Lud cały po fiń- 
sku mówi. Jadąc ciągle nieurodzajnemi stepami, nie mało za* 
dziwieni byliśmy, postrzegając znienacka duży zamek archi- 
tektury gotyckiej; założony on był przed 60 laty, otoczony wa- 
łem i przekopem. Zatrzymani zostaliśmy przy rogatkach przez 
sierżanta od grenadjerów, opiętego w ciasnych kamaszach 
i z spiczastą blachą obłożoną bermycą, słowem, w dawnym 
ubiorze wojsk pruskich. Był to bataljon wielkiego kniazia na- 



196 

ó wczas , później Pawła I. Katarzyna II. w zamian wydartego 
8yno\ivi berła, pozwoliła mu męczyć ten biedny bataljon. 

Nakoniec 17. listopada 1794. roku, o trzeciej z południa, 
gdy już mrok ciemny padał, zatrzymała się telega nasza w au- 
Bterji Carskiego- Sioła. Carskie Sioło jest Wersalem carów mo- 
skiewskich, wystawionym wraz z Petersburgiem przez Piotra 
"Wielkiego. , Ozdobił on gmachy onego różnemi sprzętami i cie- 
kawościami, których się w czasie podróż swoich zagranicą od 
różnych ponapierał monarchów. W Paryżu naparł się niezmier- 
nej wielkości globu ziemskiego, w Berlinie całego gabinetu 
z bursztynu , w Warszawie od Augusta II. wielu obrazów , mię- 
dzy temi obrazu wyrażająjCego hetmana Żółkiewskiego , stawia- 
jącego carów przed Zygmuntem III. i stanami królestwa. Pałac 
ten służy przez lato, to jest półtrzecia miesiąca, za letnie mie- 
szkanie carom. Opuścił go był Paweł I., lecz Aleksander zna- 
cznie go powiększył i ozdobił ; Katarzyna II zawsze tu zjeżdżała 
w czerwcu , a porzucała w sierpniu. Tu to ona blask korony 
zdejmuje i chce uchodzić za prostą, poczciwą, wiejską szla- 
chciankę. Z tem wszystkiem , ze swoim dużym , słomianym ka- 
peluszem, w czarnej kitajkowej mantylce , parasolem w ręku, 
dobra ta gospodyni szlachcianka spokojnie wydaje sobie roz- 
kazy na zabicie męża, cara Iwana, Elżbiety Tarrakanow, wszyst- 
kich, co jej na przeszkodzie stawali; ztąd wyprawiła do Syberji 
krocie tysięcy Polaków i tylu swoich. 

Tyleśmy tylko widzieli Carskiego-Sioła, ile go przez okno 
aUsterji widzieć można było: jakiś łęk tryumfalny poświęcony 
faworytowi Orłowowi za to, że w czasie panującego w Moskwie 
powietrza, on drogie dni swoje narażał, jeżdżąc od carowej do 
miasta tego. 

Juźeśmy trzy godziny, wydani na najsroższe niespokojności^ 
w tej austeiji bawili, gdy nakoniec Achmatow, wprzód do Pe- 
tersburga wysłany, przybył z powrotem. Po krótkiej z kolegami 
konferencji, sprowadzono nas na dół i do pojazdów wsadzono. 
Zwyczajem jest w Moskwie przywiązywać do dyszla pojazdów 
pocztą jadących spory dzwon , by głos jego ostrzegał inne po- 
jazdy do ustępowania się z dro^. Dziś odwiązano te dzwony : 
postępowaliśmy z największą cichością szeroką drogą, z obu 
stron wysadzaną nędznemi wierzbami. Nie zatrzymaliśmy się 
nawet u rogatek , lecz wraz odludnemi małemi uliczkami kręcąc 
się długo po mieście, zastanowiliśmy się raptownie. Wszystko 
to smutną było wieszczbą. Ze wszystkich mąk, które Moskale 
więźniom zadają, te przesadzone ostrożności, te tajemnice, te 
szepty , ta niezmierna skrytość , jest najokropniejszą. Mieli mię 
więc w swej mocy, ranionego ciężko, osłabionego, otoczonego 
zbirami , w własnej swej stolicy, pocóż te tajemnice i ostrożno- 
ści? Pojazd zatrzymał się nakoniec. Noc była ciemna i mróz 
trzaskący. Zdało mi się, żem postrzegł kilka osób w dużych 

13* 



196 

wilczurach i kosmatych szlapach , szepcących z 8ob% do ucha. 
Trwało to przez kwadrans; ten zdał mi się wiekiem. Pojazd 
otworzył się nakoniec: dwie z tych figur wzięło mnie z każdej 
strony pod pachę. Nie miałem czasu jak ścisn%ć Fiszera za 
rękę ; zbiry porwały mnie natychmiast i prowadziły spiesznie. 
Id%c dalej , słyszę szum wody i szmaty lodu tłukące się z trza- 
skiem. Uszedłszy ze sto kroków, zbiry silniej mię jeszcze z oba 
stron trzymając, wprowadzają do łodzi całkiem zakrytej, sadzają 
koło siebie na ławie, dwóch innych siada przy stopach moich, 
przewoźnicy w największem milczeniu zaczynają robić wiosłamL 
Nic nie widzę, nie słyszę, jak tylko potężne uderzenie kry 
o boki statku tego. Wyznaję, że chwila ta była jedną z naj- 
okropniejszych; poznałem że nie jak jeniec wojskowy, leczjaJc 
zbrodniarz stanu traktowany byłem. Zdobyłem więc wszystide 
siły umysłu, by się oprzeć rozpaczy i przez cały czas ciężkiej tej 
żeglugi powtarzałem sobie Odę Horacego: ((Jus tum et te- 
nacem propositi yirum.» Poeta rzymski w pięknych 
swych rymach , leżąc na kanapie w roskosznem Tybur swojem, 
wygodnie mógł nam zalecać stoicką stałość w ciężkich przygo- 
dach; ale gdyby się znalazł w łapach moskiewskich, ciekawy 
jestem, czy śpiewałby tak ładnie. 

W pół godziny czasu łódź przybiła do brzegu. Porwali mię 
znów pod pachy anioły stróże moje i zawiedli pod mur bastjonu 
twierdzy ; ztamtąd przez obszerne podwórze do wielkiej bramy, 
za którą szerokie wznosiły się schody. Rozmaite figury cywilne 
i wojskowe, w ogromnych futrach, wchodząc na nie i zchodząc 
z nich, zatrzymały się na chwilę, by sobie coś szepnąć do ucha. 
Tu nowe figury porwały mię i na dół sprowadzać zaczęły; gdy 
wkrótce dwie inne przybiegły, znów sobie coś szepn^y i znów 
mnie na górę porwano. Postrzegłem z daleka Fiszera; ucieszy- 
łem się tym widokiem w nadziei, że sam jeden osobno nie będę 
zamknięty. Wprowadzono nas do wielkiej sali, z tej Kościuszkę 
do ubocznego gabinetu ; nas zostawiono. Izba napełniona była 
mnóstwem ugalonowanych urzędników, stojących jak wrytych, 
milczących, niekiedy tylko pozwalających sobie szepnąć, lab 
patrząc na nas, uśmiechnąć się szydersko. Przez poł godziny 
trwała ta okropna cisza, gdy nareszcie otworzyły się podwoje. 
Natychmiast bardziej jeszcze wyprężyły się wszystkie figoiy 
i oczy w ziemię spuściły: wszedł człek ogromnej postaci w ubio- 
rze dworskim z aksamitu fioletowego, z czterema orderami, 
z prawego ramienia na lewe i z lewego na prawe tyleż wstęg; 
nadto krzyż spadający z szyi i mniejszy przypięty u boku, dla* 
gie koronkowe mankiety, warkocz z tyłu i buty fbtrzane. Po* 
mimo tych wszystkich wspaniałości coś okrutnego i fałszywego 
dawało się widzieć w oczach i twarzy. Był to Aleksander Miko* 
lajewicz Samoiłow , minister spraw tajnych i prokurator jene* 



197 

neralny państwa. Dumnie zbliżył się do mnie i po niejakiej 
chwili milczenia odezwał się w te słowa: 

— W jakim czynie byliście przy jenerale Kościuszce? 

— W czynie przyjaciela i oficera ochotnika — odpowie- 
działem. 

Znów długie milczenie. Podróżny mój ubiór nie był wy- 
tworny: miałem na sobie nędzną wilczurę, ranioną rękę na 
temblaku i rozczochrane włosy. Widząc że Samoiłow ruszał 
wargami, a nic nie mówił, chcąc go wyprowadzić z zakłopoce- 
nia, rzekłem: 

— Przykro mi jest, prezentować się JWPanu w tak zanie- 
dbanym stroju. 

— Nie jest to chwila być grzecznym — odpowiedział mi 
z uśmiechem aprobującym tak dowcipny komplement. Chcia- 
łem odpowiedzieć, że nie masz chwili, w którejby człowiek 
dobrze urodzony i wychowany być niegrzecznym mógł sobie 
pozwolić. Zamilkłem atoli i dobrze zrobiłem. 

Zadarł głowę do góry i kiwnął : natychmiast dwa zbiry por- 
wali mię pod pachy i sprowadzili ze schodów. Przeszedłszy 
ogromny dziedziniec twierdzy, wyszliśmy wielką bramą, pro- 
wadzącą do mostu łączącego twierdzę samą z zewnętrznymi 
webami. Zbliżamy się do długiego starego, drewnianego domu : 
otwierają się drzwi niewielkie , wchodzę. Widzę ciasny kory- 
tarz, jedną świeczką łojową oświecony, po obu stronach ko- 
mórki, a przy drzwiach każdej żołnierz na warcie. Wprowadzają 
mnie do ostatniej. Zapach wapna i wilgoć oznaczały, że świeżo 
potynkowaną była. 

— Tu wasze mieszkanie — rzekł jeden z aniołów stróżów 
moich. — Ukaz boskiej Hosudaryni mieć chce, aby każdy, co tu 
wchodzi, był przetrzęśnionym. Kapral! — zawołał. 

Widząc , że kapral zabiera się do trzęsienia mię , rzekłem : 

— Jeśli takie jest prawo , sam oddam wszystko , co mam na 
sobie. 

Jakoż wyciągn^em z kieszeni dwa ładunki złota, zegarek 
i com tylko miał przy sobie. Wyszli oficerowie , a na ich miej- 
sce wszedł kapral i pięciu sołdatów. Rzuciłem oczy na moje 
nowe mieszkanie. Była to izba mogąca mieć ośm kroków dłu- 
gości i szerokości, świeżo wytynkowana, z małem oknem, ze- 
wnątrz grubą kratą przepasanem, z dużym piecem, jednym 
stołkiem i nie wielkim stolikiem , na którym paliła się świeczka 
łojowa w lichtarzu drewnianym; nakoniec wązkiem łóżkiem 
z: siennikiem. Żądałem wody do picia; przyniesiono mi ią 
w czarce drewnianej. Służący mój Franciszek Bińdziechowski 
przyniósł mój tłómoczek, położył poduszkę, pokrył siennik 
prześcieradłem, a miasto kołdry dał płaszcz do przykrycia. Był 
to dzień 10. grudnia 1794. roku, dzień okropny, który mi nigdy 
nie wyjdzie z pamięci. Położyłem się , nie pozwolono mi świecy 



198 

zagasić. Pięciu żołnierzy obwinąwszy się w płaszcze, położyli 
się na ziemi w koło łóżka moiego, ze strzelbą obok; szyldwach 
stanął z bronią we drzwiach. Dla jednego człeka rannego 
i chorego ileż ostrożności! Widok tak smutnego więzienia, 
blade światło palącej się świecy , więcej nadto smutne uwagi 
moje, noc całą, acz zmordowanemu, nie dozwoliły oka zmrużyć. 
Straszne milczenie panowało w tym domu; czasem tylko zdało 
mi się słyszeć chodzącego na palcach człowieka, zatrzymującego 
się pod drzwiami memi, zapewne by podsłuchiwać. Wstałem 
o szóstej z rana; przyniesiono mi kawę w brązowej pozłacanej 
filiżance Kościuszki: widok ten pocieszył mnie nieco, bo po- 
znałem , żem był niedaleko od przyjaciela mego. Od tej chwili, 
wsparty czystem sumieniem, byłem tyle spokojnym, ile tylko 
w podobnem położeniu można nim być. Dzień nie zajaśniał jak 

godzinie dziesiątej. Odskrobawszy lód zalewający szybę, wyj- 
rzałem na dwór. Róg bastjonu, z kazamatami u dołu dla żołnie- 
rzy pilnujących więzienie , uderzył me oczy. Światło dnia bar- 
dziej mię jeszcze przekonało, jak izba moja była wilgotną; 
mimo ognia w piecu, woda sączyła się z pod podłogi i grzyby 
rosły w około. Uczyniłem obojętne pytanie żołnierzowi; ten 
głowę kiwnął i nic mi nie odpowiedział. Przezornie bardzo 
opatrzyłem się był w niektóre książki; były między niemi: Biblja 
po polsku, Horacy, Wirgili, Plutarch, nocy Aulugella. Tra- 
wiłem więc godziny moje ua czytaniu, przechodzeniu się djago- 
nalnem po izbie i na rozmyślaniu. Przez trzy pierwsze dni, 
prócz pilnujących mnie sołdatów , nie widziałem nikogo. Raz 
tylko słyszałem głos Fiszera, nucącego piosnkę polską; i jam 
także zanucił: tym sposobem pod pozorem śpiewania pieśni 
mogliśmy coś z sobą rozmawiać. Czwartego dnia pokazał się 
sławny nasz Tytow. Lękając się , bym nie skarżył na grubjań- 
skie jego z nami obejście, był grzecznym nadzwyczaj, udziela- 
jącym się nawet. Powiedział mi , że jenerał Kościuszko był bli- 
sko mnie, że hosudaryni , przez wzgląd na słabość jego, pozwo- 
liła mu mieszkać u komendanta fortecy, że gdy Samoiłow 
w rozmowie z Kościuszką w dzień przybycia jego nie mógł go 
dobrze zrozumieć , zlecił mu położyć na piśmie przyczyny po- 
wstania naszego, zamiar onego, związki, jakieśmy mieli z za- 
^ranicznemi dworami , jakiemi sposobami utrzymaliśmy wojnę 

1 inne ściągające się do tego okoliczności. Przydał Tytow, że 
jenerał Kościuszko wielce się tem pismem mozolił, pracując 
około niego z równym trudem , jak wstrętem. 

Nazajutrz pokazał się Aleksander Siemienowicz Makarów, 
pierwszy dozorca więzienia naszego i pierwszy sekretarz Samoi- 
łowa. Mówił on po niemiecku. 

— Zima — rzekł on (rozumiałem że żartuje) — tak jest tego 
roku łagodna i późna , że dziś dopiero Newa stafaęła i pozwolua 
m was odwiedzić. 



199 



Zapytał, czy byłem dobrze karmiony? Prosiłem go o przy-- 
słanie mi chirurga; lubo bowiem rana moja już się prawie 
zamknęła , ramię jednak było spucbłe , nie mogłem ręką władać 
i czasami cftułem bolesne paleme. Przynoszono mi jedzenie joź 
krajane, bez widelców i noża, co więcej, zabironiono mi 
szczypców^ do ucierania knotu; broda kłuć mię poczęła, nie mo- 
głem jej golić. Te wszystkie niepotrzebne surowości trwały 
przez więcej dwa lata, aż do dnia uwolnienia mego. Przybył 
cyrulik i oświadczył , że mineralne wody tylko zupełnie uleczyć 
mię mogą. Nie zawiozą mię do nich, pomyślałem sobie, trzeba 
się zdać na wolę bożą i rzecz naturze zostawić. We dwa dni 
potem, o godzinie jedenastej z rana, usłyszałem gęste stąpanie 
1 ruch wielki na korytarzu. Obok mnie drzwiczki od celki 
Fiszera otworzyły się i ktoś wszedł do niego. Domyślałem się, że 
to Samoiłów. Jakoż^po kwadransie rozmowy z nim, wszedł Sa- 
moiłow do mnie. 

— Nie jest wam zapewne tajno — rzekł mi — że zawziętość 
wasza przeciw Bosjanom, obrazy, którycheś sobie pozwolił 
przeciw poświęconej osobie monarchini, zasługują na najsroź- 
8zy odwet. Los wasz jest w ręku naszym. Będziesz li szczerym 
i otwartym, los ten będzie zazdrości godnym; przeciwnie, jeżeli 
będziesz upartym , najsroższe ściągniesz na siebie nieszczęścia. 

— Nic — rzekłem — w rewolucji naszej nie znajdowało się 
takiego , coby nie tylko gabinet tutejszy, ale cała Europa juz 
nie wiedziała. Całe to dzieło było dziełem rozpaczy, i możnaź 
mu się dziwić ? Zabraliście najpiękniejsze prowincje nasze , wy- 
wróciliście zbawienne ustawy nasze; nie dosyć, do ucisków 
przydaliście obelgi. Powtarzam więc , rozpacz a nie rachuba 
pobudziła nas do chwycenia się do broni. 

— Jaki był wasz cel i jakie związki z obcymi? 

— Wewnątrz, jedynem naszem staraniem było mieć jak naj- 
więcej wojska, broni i żywności. Zewnątrz, z kimźeśmy się 
mogli znosić ? Otoczeni przez trzy ifiocarstwa, wszystkie drogi 
zapartemi nam były. 

— Nie możesz mi zaprzeczyć — rzekł — że Francja pomagała 
wam pieniędzmi i ludźmi. 

— Słyszałem wprawdzie, że komitet zbawienia publicznego 
obiecywał nam trzy miljony i kilku oficerów od artylerji. Lecz 
były to tylko gadania. Ręczyć wam mogę , że przez całą wojn§ 
tę nie widzieliśmy ni jednego Francuza, ani grosza jednego nie 
odebraliśmy od nich. 

— Wiemy — mówił dałej — że naczelnik wasz miał w waa 
nieograniczone zaufanie; że wiesz o wszystkiem, ale powiedzieć 
mi nie chcesz, będziesz tego żałował; mogłeś mieć w dyploma- 
cji najpiękniejsze miejsce, lecz widzę po uporze, że w tej ciupie 
życie zakończysz. 

— Wchodząc do tej ciupy — odpowiedziałem — zostawiłem 



200 



2a sobą. wszelką nadzieję ; a co do pogróżek waszych , wiedzcie, 
iż więcej pragnę śmierci, niż się jej boję. 

Tu widząc, że mię pogróżki jego nie lękały, raptownie tok 
caJy zmienił i z tygrysa zrobiwszy się lisem , z słodziuchną miną 
rzekł: 

— Między nami wyznajmy, że Kościuszko głupi jest wcale. 

— Pokazał wam - przerwałem mu — w niejednej okoliceno- 
ści, że nie jest takim. 

— Jakkolwiek bądź — znów się odezwał — wiadomo wszyst- 
kim, że Potocki, Kołłątaj i wy prowadziliście go całkiem. 

— Mości panie! — odparłem — nigdy nie miałem zarozu- 
mienia prowadzenia kogokolwiek na świecie, prócz siebie 
samego. Widzicie, jak mało posiadam w tern zdolności, gdy 
mnie widzicie w tej turmie. Co do pana Potockiego i Kołłątaja, 
jenerał Kościuszko mógł czasem zasięgać ich rady, lecz nigdy 
nie był od nich rządzonym. Lecz on sam nam powiedział, że 
oni wszystko to dzieło prowadzili. 

— Potocki ten — mówił dalej — jest wielki łajdak. 

— Pierwszy raz — rzekłem — słyszę go tak nazwanym. 
Potocki powszechnie szanowanym jest w kraju, równie z talen- 
tów jak z uczciwości swojej. Jest to człowiek pełen ambicji. 
Miał on ambicję ratowania kraju swego. 

Uśmiechnąwszy się sardonicznie : — Nie zaprzeczysz przy- 
najmniej, że wasz Kołłątaj jest ostatni złoczyńca. 

— Kołłątaj — rzekłem — jest pełen talentu i mocnego 
charakteru; gwałtowny nieco i prędzej stworzony do wulka- 
nicznego charakteru Francuzów, jak do ludzkości i łagodności 
Polaków, 

Tysiąc jeszcze podobnych czynił mi pytań i po długiej roz- 
mowie rzecze : 

— Żal mi, że was widzę tak zaciętym w tajeniu wszystkiego; 
będziecie tego srodze żelować : znajdziemy sposoby przerwać 
wasze milczenie. 

— Jestem w ręku waszym, gotów na wszystko. 

— Zobaczymy 1 — rzekł, nacisnął sobolową szlapę i wyszedł. 
Sądziłem że po takiej rozmowie już innej nie będziei, chyba 

tylko tortury i męki; wiedziałem bowiem z dziejów i przyUa- 
dów Municha, Bestużewa i innych, że podejrzliwość moskie- 
wska chwyta się zwykle tych środków. Tak byłem tego pewien, 
że gdy pod ścianą bastjonu cieśle obrabiali drzewo, przyszło mi 
na myśl , że przez zemstę za powieszenie Kossakowskich , Oża- 
rowskich, Ankwiczów, gotowano drzewo to na szubienice dla 
nas. Dla rozerwania się atoli, przy małej łojowej świeczce 
wziąłem czytać Plutarcha. Aliści około dziewiątej wieczorem 
słyszę powoli otwierające się drzwi: widzę wchodzącą mslą nie- 
poczesną w kożuchu figurkę , ta mi , nic nie mówiąc , oddala 
duży pakiet zapieczętowany do mnie i wyszła. 



201 

List byJ od Samoiłowa ; wyrażał on , że aczkolwiek w roz- 
mowie z nim okazałem się skrytym, niechcącym nic wydać, 
s]^odziewa się atoli, że na piśmie okażę się otwartszym. W tern 
przekonaniu posyłają mi się zapytania, na które, jeżeli szczerze 
i dokładnie odpowiem, wraz uwolnionym zostanę; nadto otrzy- 
mam lub znaczne miejsce w dyplomacji, lub hojną pensję doży- 
wotnią. Przeciwnie, jeśli dalej w uporze moim zaciętym zostanę, 
8dm sobie będę musiał przypisać ciężkie oczekujące mię kary. 

Sekstern zawierał 20 stronnic in folio, zgiętych we dwoje, 
ponumerowanych. Z jednej strony zapytania, z drugiej miejsce 
zostawione na odpowiedzi. Zapytania te po większej części były 
też same, co czynione już ustnie; Znajdowały się dalej nastę- 
pujące: 

Pytanie. Jaki był cel rewolucji i z jakich przyczyn po- 
wstała? 

Odpowiedź. Polacy pomimo dwukrotnego podziału przez 
swych sąsiadów, mimo wszystkich swych nieszczęść, sądzili się 
zawsze ludem samowładnym i niepodległym. W tem przekona- 
niu mniemali być powinnością swoją, czynić wszelkie usiłowa- 
nia, by odzyskać równie niepodległość, jak utracone prowincje. 
Chwycili się więc do broni, nie jak buntownicy, lecz jak wierni 
ojczyźnie swojej synowie. Impera torowa Imosć tak dobrze 
umiejąca oceniać wszystkie szlachetne uczucia, nie odmówi z&* 
pewne szacunku swego Polakom* Chcecie hrabio, bym wam bez 
ogródki szczerą prawdę powiedział, więc gdybym się miał na- 
wet narazić, powiem ją. Zabranie prowincji naszych, zwalenie 
konstytucji, na której rozsądną wolność i szczęśliwość naszą 
gruntowaliśmy; prześladowanie, wygnanie na Sybir , zgwałce- 
nie praw najświętszych, obelgi, zniewagi, uciski te nas do 
rozpaczy przywiodły. Nie dosyć , żeście zabrali najpiękniejsze 
prowincje nasze; nad zostawiona nawet małą częścią rozciąga- 
liście żelazne berło wasze. Przeciwiliście się wszelkim zbawien- 
nym ustawom; uporczywie utrzymywaliście zgubne, broniące 
zbawiennych popraw ustawy ; nie zachowaliście ni dla króla, ni 
dla narodu ani przystojności, ani najmniejszych względów. Na 
ostatnim sejmie w Grodnie otoczyło wojsko wasze z działami 
izbę obrad narodowych ; jenerał wasz usiadł obok tronu króle- 
wskiego, grożąc sejmującym, gdyby z nich którykolwiek sprze- 
ciwił się zaborowi prowincji. Nie dosyć że wojska wasze, pozo- 
stałe w kraju, darmo żywione były; jakichże nie dopuszczały 
się występków? Ludzie gwałtem brani i wywożeni w głąb 
pustyń, kobiety gwałcone, bydło wyrzynane. Wasi więc 
wodzowie, wasi posłowie, przez swoje przewodzenie, wy 
sami, nie Polacy, ostatniego dzieła rozpaczy staliście się spra- 
wcami. 

2. Jakie były związki powstańców z Francją, Turkami? 
Jakie ich uczucia względem Austrji i Prus ? 



202 

Odpowiedź. Juzem powiedział, że otoczeni ze wszystkich 
stron przez spiknionych na nas sąsiadów , byliśmy odosobnieni 
od reszty Europy. Żadne mocarstwo , nie wyjąwszy Francji, nie 
chciało się mieszać do sprawy narodu tak oddalonego od sie- 
bie f obarczonego zewnątrz tak silnemi nieprzyjaciółmi. Co do 
Austrji, mniej czuliśmy do niej niechęci, niż do innych. Ku 
Prusakom największą czuliśmy zawziętość, przez pamięć, że 
książęta pruscy byli hołdownikami naszymi, a bardziej jeszcze 
ze świeżych uraz, że król pruski, zawarłszy z nami zaczepne 
i odporne przymierze , poróźniwszy nas z Rosją , zachęciwszy 
nas do ustanowienia konstytucji 3. maja, zagwarantowawszy 
nam i tę konstytucję i posiadłości nasze, tak haniebnie wiaro- 
łomnym okazał się dla nas, zdeptał przymierze z nami, serca 
nasze zemstą napełnił. Nie jest król pruski bardziej szczerym 
i wiernym sprzymierzeńcem Kosji jak Polski ; świadkiem koi^e- 
rencja jenerała Mansteina z jenerałem Zajączkiem, w której 
pierwszy proponował Polakom , by wpuścili Prusaków do War- 
szawy , twierdząc że szczęśliws^emi będą Polacy pod europej- 
skim rządem, jak pod moskiewskim. (Wyznaję że celem moim 
było w tem zeznaniu wzbudzić nieufność i niechęć carowej 
przeciw tłustemu Wilhelmowi.) 

3. Coby byli powstańcy czynili, gdyby się była ich rewolucja 
udała? 

Odpowiedź. Celem powstania Polaków było: odzyskać 
swobody i niepodległość swoją, dawne granice, oderwane pro- 
wincje, tak od Rosji, jak od Prusaków. Jak przodkowie nasi, 
tak i my nie mieliśmy próżnej pychy wydzierać cudze i czynić 
zabory. Słyszałem, że król Stanisław miał proponować impera- 
torowej za następcę po sobie w. księcia Konstantego. 

4. Którzy to byli Polacy z przyłączonych już do imperjum 
prowincji, którzy zostawali w związkach z Kościuszką i przy- 
rzekali wspierać go? NB. Nalega się jak najmocniej na wię- 
źnia, aby ich wymienił, inaczej ciężko będzie karany. 

Odpowiedź. Nie jest mi wcale wiadomo, by którzy 
z obywateli zabranych prowincji mieli jakiekolwiek z jenerałem 
Kościuszką stosunki , lub zamierzyli łączyć się do powstania, 

. 5. Jakie były związki Kościuszki z księciem Adamem Czar- 
tpryskim, i jakie sumy książę ten przysłał na wspieranie re- 
wolucji? 

Odpowiedź. Rokiem jeszcze przed rewolucją i przez cały 
ciąg jej ks. Adam Czartoryski bawił z familją swoją w Wiedniu, 
jako kapitan i komendant gwardji galic^skiej cesarza austija- 
ckiego. O przysłaniu jakich sum nigdy nie słyszałem. 

6. Zkąd pochodziły pieniądze na utrzymanie wojska i pro- 
wadzenie wojny? 

Odpowiedź. Pieniądze na prowadzenie wojny pochodziły 



203 

W początkach z zabranych kas pruekich przez jenerała Madaliń- 
skiego; dalej z zabranych sreber kościelnych w Warszawie 
i Krakowie , między innemi dużego krzyża ulanego z szczerego 
złota, zabranego we Lwowie przez Kazimierza Wielkiego 
w czasie pobicia Kasi Czerwonej ; dalej z ustanowionego po- 
datku płacenia przez wszystkich połowy intraty. Podatek 
w dwóch miesiących wypłacony został ; nadto nie małe mieliśmy 
wsparcie z dobrowolnych ofiar, osobliwie od płci żeńskiej. Nie 
było dnia, żeby nie przynoszono drogich klejnotów, bogatych 
sprzętów, złota, srebrnych serwisów; mężczyźni dawali pienią- 
dze, konie, działa, broń różnego rodzaju. 

7. Król polski byłże bardzo gorliwym i czynnym w rewo- 
lucji? Jakie było jego postępowanie? 

Odpowiedź. Nikomu lepiej charakter króla Stanisława 
znanym być nie powinien, jak gabinetowi petersburskiemu. 
Dobry, uprzejmy, uczony, hojny, nie posiadał on tej odwagi, tej 
tęgości charakteru , które osobliwie w tak trudnem położeniu, 
w jakiem się Polska znajdowała, wodzowi narodu potrzebnemi 
były. Nie sprzyjał on w duszy rewolucji, był ostrożnym, mając 
przed oczyma przykład we Francji; nie wzdychał jak za poko- 
jem i dokończeniem w nim podeszłego już wieku. Bząd atoli 
rewolucyjny troskliwy , by w niczem nie naśladować rewolucjo- 
nistów francuskich, miał* ciągłe względy dla ukoronowanej 
głowy; rada ze wszystkich czynów i postanowień swoich, wierną 
mu sprawę zdawała. 

8. Jakim sposobem Kołłątaj otruł księcia prymasa? 
Odpowiedź. Nie słyszałem nawet podejrzenia o zbrodni 

tak czarnej. Książę prymas umarł śmiercią naturalną na wą- 
trobę, jak okazała autopsja jego. 

9. Gdzie pozosts^y archiwa rady i papiery Kościuszki? 

Odpowiedź. O pierwszych nie wiem, drugie musiały zo- 
stać w głównej kwaterze w Marymoncie. 

Post scriptum. Stosownie do żądania, pisałem te odpo- 
wiedzi z szczerością, równie bez bojaźni jak i nadziei. Acz 
jeniec wojenny , zamknięty atoli jestem jak więzień stanu, w ta- 
rassie niezdrowym i samotnym , acz chory i z raną bolesną. 
Wiem, że niczego dobrego nie mogę się spodziewać; nie to 
wszystko atoli sprawia największe me nieszczęście. Obraz ko- 
chanej ojczyzny mojej, wydanej na wszystkie uciski, a może 
izagubę ostatnią, zburzonej ^ zniszczonej, miasta jej spalone, 
niwy, błonia, zasłane trupami, najdrożsi przyjaciele w więzach, 
ogołoceni z majątku, żal, ubóstwo i nędza powszechna — to 
jest, co mię najwyższą obarcza boleścią. 

Jeżeli wielka monarchini, która słowem jednem może 
podnosić i niszczyć królestwa, zechce podać Polsce potężną 



204 

prawicę swoj%, nabędzie prawa do najżywszej wdzięczności 
Polaków — wtenczas oni, i ja z nimi, zapomniemy wszyst- 
kich nieszczęść naszych. 



ROZDZIAŁ Vin. 



Pogróżki Smnoiłowa. — Antor ściśle strzeżony. — Znosi się Jednak z sąsia- 
dem swego więzienia Mostowskim. — Mostowski przeniesiony w inne miejsce. 

Więcej może było Samoiłowa zapytań, których nie Wadę, że 
wyszły może z pamięci, lub dla niedorzeczności i małej ich 
wagi. Wspomniałem wyżej, że już była godzina dziewiąta 
w wieczór, gdym ten duży sekstern zapytań odebrał, z zalece- 
niem, bym odpisał na wszystko nazajutrz na ósm% godzinę; 
o tym bowiem czasie carowej pismo iQiało być oddanem. 

Chory, nie mogąc trzymać pióra zranioną mą ręką, musiałem 
przy bladem świetle małej łojowej świeczki lewą ręką męczyć 
się pisaniem charakterów, które nie wiem czy wielka monar- 
chini i ministrowie jej rozplatać mogli. Już była szósta z rana, 
gdy nie odstępujący mnie a zawsze patrzący na mnie kapral 
odezwał się pierwszy raz, bym się pospieszał. 

— Skończę — rzekłem — kiedy będę mógł. Sam widziałeś 
żem całą noc pisał i że lewą ręką nie można tak prędko pisać 
jak prawą. 

Około dziewiątej z rana oddałem me dzieło. Zmordowany 
niezmiernie całonocnem pisaniem, tak srodze nieprzyjemnem 
dla mnie, rzuciłem się na łoże. Nie mogłem jednak ni oka 
zmrużyć, tern tylko ciesząc się, że po odpowiedzeniu na ich za- 
pytania, już przecie zostawią mię spokojnym — gdy około po- 
łudnia widzę wchodzącego głównego dozorcę więzień tajnych, 
Makarowa, wraz z sekretarzem i tłumaczem obcych języków, 
panem Fuchs. 

— Z zeznań waszych — rzekli mi — hosudaryni i prokuror 
bardzo są niekontenci , i jeżeli nie chcecie samowolnie się zgu- 
bić, przynosimy wam drugi sekstern, byście pamiętni na siebie, 
powtórnie opisali wszystko. 

— Cóż mam więcej pisać, rzekłem, gdy nic więcej nie wiem? 

— Nic to nie szkodzi — rzekł Fuchs — potrzeba pisać, oso- 
bliwie wyznać imiona tych , którzy z Wołynia i Podola do rewo- 
lucji wpływali. 



205 

Nic nie maluje bardziej żelaznej duszy tych barbarzyńców^ 
jak to uporczywe nastawanie na chorego, strapionego więźnia^ 
nie przez interes kraju (czegóż bowiem już lękać się mogli?), 
lecz jedynie przez nienasyconą, żądzę zemsty i chciwość łupów 
naszych. Lecz brzmiały w uszach te słowa Fuchsa: « potrzeba 
pisać ». Nie wiele to mi czasu zabrało: odpisałem, a raczej po- 
wtórzyłem krótko , że nie wiem o żadnych związkach z obcymi 
dworami , ani o żadnych obywatelach z Wołynia i Podola, któ- 
rzy by do rewolucji wpływ jaki mieli Napisawszy to, wraz 
sekstem do Samoiłowa odesłałem. 

We dwa dni potem znów głuche turmy milczenie przerywa 
głośne po korytarzu stąpanie: znów drzwiczki turmy mojej 
otwierają się z trzaskiem, znów wchodzi olbrzymi Samoiłow. 
Ubrany był w aksamitnej zielonej bekieszy podbitej sobolami, 
z pętlicami, sznurami, kutasami złotymi, dużym sobolowym rę- 
kawem, podobnąż napuszoną szlapą i ze sześciu przynajmniej 
po obu bokach gwiazdami. Bałwan ten napuszony napełnił pra- 
wie całą moją komórkę. Z niedźwiedzim wzrokiem stał długo 
zasapany, nakoniec dech odzyskawszy, tak się odezwał: 

— Nic nie jest warte zeznanie wasze; z winowajcy stałeś się 
oskarżycielem, zwalając winę rewolucji na wiernych, cnotliwych 
poddanych monarchini. 

— Chcieliście wiedzieć prawdę — rzekłem. — Nie moja 
wina, że chcecie wietrzyć o tajemnicach, które nigdy nie 
istniały. 

Tu ogromnym głosem i z największem uniesieniem przerwał 
mi : Istniały, istniały, znajome są nam. Po raz ostatni zapytuję 
was , byście wyjawili imiona tych wszystkich Polaków z Woły- 
nia i Podola, którzy pisywali do was i przyrzekali wam podnieść 
bunt przeciw monarchini swojej. Pamiętaj, że wiemy ich; pa- 
miętaj, że nie masz już waszej Polski, że wszyscy hersztowie 
wasi, Potocki, Kołłątaj, są w ręku naszym; że tajenie imion 
występnych próżne jest; że jeżeli dłużej upornym będziesz, 
udamy się do sposobów używanych, by zaciętych zbrodniarzy 
do wyjawienia prawdy przymusić. 

— Znam ja te sposoby — rzekłem — lecz wiedźcie, że i tor- 
turami nic więcej nie wymusicie na mnie. 

Na te słowa zatrząsł się cały ze złości, i gryząc wargi, rzekł 
stłumionym głosem: — Nie wyjdziesz ztąd nigdy I — 

Wyszedł i trzasnął drzwiami za sobą. 

Widziałem dobrze , dla czego tak bez żadnego względu na 
smutny stan mój, dla czego ż taką uBilności% nastawano na wy- 
mienię osób z zabranych prowincji, które wpływ paki do rewo- 
lucji naszej mieć mogły. Carowa , już sama z siebie zawzięta na 
Polaków, bardziej jeszcze podżeganą była przez faworytów, 
ministrów, chmarę chciwych jenerałów; za najmniejszem podej- 
rzeniem konfiskowała majątki ich i rozdawała Moskalom: im 



206 

większa była liczba konfiskat, tem większe puścizny dla niena- 
syconych dworaków. Tak Znbow, Marków, Fersen, Samoiłow, 
i t. d., i t. d., ogromne dobra Polaków posiedli. Podał nawet 
Marków projekt, aby w celu zmoskwicenia Polski, wszystkich 
znaczniejszych Polaków przenieść w nieludne stepy moskie- 
wskie, tam im ziemię nadać, a majętności ich w Polsce między 
Moskali podzielić: zagładzeniem tylko Polaków, mówił on, 
Rosja bezpieczną być może. Niestety! projekt ten do wykona- 
nia zostawiony był Mikołajowi. 

Lubo nie mam sobie do wyrzucenia , bym czyjekolwiek imię 
wymienił, kogokolwiek na okrutną zemstę moskiewską wysta- 
wił, mam atoli podejrzenie, ze był bezwstydny człowiek, który 
się tak bezecnego czynu dopuścił, a to z następującej przyczyny. 
W czasie, gdy pod Warszawą Moskale naprzeciw nas stali, 
zbiegł do nas jeden oficer kozacki i na prywatnem posłuchaniu 
oświadczył Kościuszce, że kozacy sprzykrzywszy sobie ustawne 
wojny , wszystkie czaty i największe trudy obozowe mając zwa- 
lone na siebie , chętni są przejść do Polaków i pod niektórymi 
warunkami jeden z nimi naród składać. Trudno wyrazić , jaką 
radością udzielenie to napełniło nas. Wiedzieliśmy- dobrze , ile 
Polska straciła na zniechęceniu i odpadnieniu od siebie tej tak 
potężnej milicji; wiedzieliśmy, ile Moskale we wszystkich woj- 
nach swoich ważnych odnoszą z niej korzyści. ISic więc pożyte- 
czniejszego dla Polski stać się nie mogło , jak Ind ten nazad po- 
zyskać dla siebie. Naczelnik mnie tylko i panu D...., umiejącemu 
po rusku , traktowanie z oficerem kozackim powierzył. 

Jakież było moje podziwienie, gdy Samoiłow w rozmowie 
ze mną, wspomniał mi o zbiegu kozackim i układach naszych 
z nim. Odpowiedziałem , że w rzeczy samej mieliśmy u siebie 
oficera kozackiego, lecz że ja, jako nieumiejący po moskiewsko, 
nie mogę powiedzieć , o czem z nim była rozmowa. 

— Mamy ją co do słowa — odpowiedział Samoiłow z sardo- 
nicznym przekąsem. 

Tymczasem wymówione przez odchodzącego odemnie Sa- 
moiłowa słowa : « nie wyjdziesz ztąd nigdy ! » , ciężyły na umyśle 
moim. Mówią, że świadectwo czystego sumienia pociesza nas 
w najsroższych cierpieniach. Wyznaję prawdę, może nas mę- 
żnych i spokojnych zaprowadzić pod miecz katowski , sprawić, 
że wytrwamy najokropniejsze, cnoć krótkie męki. Lecz gdy 
mniej okrutne, lecz ciągle, nie mające końca dolegliwości, •obar- 
czają nas bez przerwy, gdy codzień nic jak niewola, nic jak 
tęsknota, głucha. samotność, ciągle wymyślane dokuczanie, 
ustawnie stojące w pamięci te okrutne słowa : ((nie wyjdziesz 
ztąd nigdy 1 » — gdy, mówię, to wszystko razem i w nocv obar- 
cza umysł nieszczęsnego więźnia , trudno żeby z całą nlozoCą 
nie łajał kiedy smutnemu przeznaczeniu swemu. 

Przyzwyczajonemu z młodości do swobód, źyoia czynnego^ 



207 

powabów społeczeństwa, jak ciężko było widzieć się w szczu* 
płem , nędznem zamknięciu , nie oddychać wolnem powietrzem^ 
nie widzieć niebios lazuru , nie słyszeć głosu ludzkiego , mieć 
zawsze przed sobą siedzącego niemego sołdata — nie jestże 
to większe okrucieństwo , jak w jednej chwili pozbawić życia 
człowieka! 

Kończył się właśnie grudzień 1794. roku. Dzień wschodził 
o godzinie 9. z rana, nikł o trzeciej. Niebo ciągle powleczone 
chmurami, mrozy tak tę^ie, iż nieraz zdan^^ło mi się widzieć 
wronę lecącą przez powietrze i padającą na ziemię zmarzłą 
i nieżywą. Lubo pożywienie było dostateczne, lecz któż zam- 
knięty, bez żywego powietrza, bez ruchu, mógł się niem kar- 
mić? Nie dawano mi noża, ni grabek, palcami rozrywać 
mięso musiałem; do nędznych nawet świeczek łojowych nie 
dawano mi szczypców, aż przemysł, matka potrzeby, doradził 
mi odkładać z obiadu mego skórkę od chleba, by nią zginać 
knot i płomień świecy objaśniać. 

Izdebka moja stała się dla ranie światem całym : nic nie wie> 
działem , co się dzieje w nieszczęsnej ojczyźnie mojej , co z kre- 
wnymi, przyjaciółmi, co w świecie całym; powiększał przykrość 
siedzący dzień i noc przedemną żołnierz. Raz w nocy zapytałem 
go, czego siedzi przedemną? 

— Żebyście czego złego nie zrobili duszy waszej ! — odpo- 
wiedział. 

O , jaka delikatność, jak tkliwe o duszy mojej staranie! 
Od wielu dni nikt nie pokazywał się w więzieniu, aż raptem 
wpada sowietnik Fuchs z żądaniem, bym napisał moje imię, 
wiek, gdziem się wychował, jakie obce kraje zwiedziłem. Pó- 
źniej dopiero dowiedziałem się, że miano mnie wywieść na 
Syberję, lecz uwaga, że ztamtąd jak drugi Beniowski mogłem 
się do Japonji dostać, radziła, iż bezpieczniej było ciągle mnie 
trzymać pod okiem. Na uczynione zapytania wraz odpisałem. 

Niedługo potem, o dziesiątej wieczorem, gdym już na sien- 
niku mym spoczywał, usłyszałem rozmowę jakąś w izdebce Fi- 
szera, wchodzących i wychodzących z niej sołdatów. Wkrótce 
wpada do mnie Fuchs i zapytuje, ile we wziętej od nas szkatułce 
było pieniędzy moich, a ile Fiszera. Powiedziałem mu ilość, po- 
czem zniknął. Znów stupanie wychodzących kurytarzem i cisza. 
Domyśliwałem się, że uwolniono Fiszera, i cieszyłem się z tego 
szczerze, bo mnie już odjęta nadzieja. Później atoli pokazała 
się inaczej. Wywieziono go do Nowogrodu , gdzie pozostał aż 
do uwolnienia nas wszystkich przez Pawła I. 

Nazajutrz w nocy obudził mię pilnujący więzienia i mieszka- 
jący w niem praporczyk, mówiąc, żebym natychmiast wstawał, 
gdyż do innej izdebki na czas krótki przeniesiony być miałem.. 
Jakoż zaprowadzono mnie natychmiast, trzymając pod boki,, 
żebym nie uciekł — do tak małej izdebki , że od okna do drzwi-^ 



208 

czek nie było jak trzy kroki. Taki był cały rozmiar smutnych 
przechadzek moich. Słyszałem rzemieślników pukających, bie* 
ląoych na świeżo mury. Wszystko zapowiadało przybycie no- 
wych do tarasu gości. Jakoż we trzy czy cztery dni znów się 
pokazał praporczyk z kapralem, porwali mnie pod boki i ze zwy- 
kłemi ostrożnościami do dawnej odprowadzili izby. 

Te w samem nawet w więzieniu ostrożności, smntnie po- 
winny mi były pochlebiać, przez ważność, jak% przywiązywali 
do mienia mię w swem ręka, i nadzwyczajne staranie, bym nie 
uszedł. 

Domniemywania moje, że nowych spodziewano się przybyl- 
ców , sprawdziły się wkrótce. Dnia 13. stycznia 1795. r., około 
północy usłyszałem hałas, a raczej skrzypienie kół powozowych 
po twardym, zmarzłym śniegu. Usłyszałem otwierające się 
drzwi więzienia i wiele osób wchodzących do niego. W położę- 
niu samotnego więźnia , jakież natężenia uwagi i słuchu , żeby 
podchwycić choć jedno słowo, najmniejszy ruch, szepnienie, 
jakieś wnioski z nich tworzyć 1 Otworzyły się drzwi izdebki 
obok ronie , gdzie był wprzód Fiszer, drugie dalej , trzecie na 
przeciwnej stronie. Mimo największej ostrożności, żeby cichość 
zachować, usłyszałem jak postawiono kufer, jak Makarów do 
przybyłego mówił po niemiecku, równie jak kilka słów po pol- 
sku, jakby do służącego. Zeszła reszta nocy na tysiącznych 
wnioskach i niespokojnościaeh. 

Nazajutrz około jedenastej z rana usłyszałem głos Samoi- 
łowa w poblizkiej mi izbie ; nie wątpiłem że podobne jak ze 
mną zaczną się egzamina. Jakoż po niejakim czasie odwiedził 
Samoiłow. izby dwóch nowo przybyłych. W godzinę wszedł do 
mnie, z twarzą wypogodzoną i pełną radości, rzekłbyś rybaka, 
któremu udało się wiele ryb sporych ułowić. Urągliwie patrząc 
na mnie , w te odezwał się słowa : 

— Mamy nakoniec w ręku naszym waszego PotockiegOi 
Zakrzewskiego, Wawrzeckiego , Mostowskiego, Eapostasa. 

— Ubolewam — rzekłem — że powiększa się liczba nie- 
szczęśliwych. 

— Schwytaliśmy także — mówił dalej — króla Kilińskiego. 

— Nie mam szczęścia — odpowiedziałem — znać takiego 
monarchy. 

Rozśmiał się złośliwie i wyszedł. Widocznie wstąpił do mnie 
jedynie, by mi swój nowy tryumf oznajmić. Nic bardziej nie 
dowodzi podłej barbarzyńskiej duszy, jak urąganie z człowieka 
będącego w nieszczęściu. Tegoż dnia ku wieczorowi zdało mi 
się usłyszy ć głos przyjaciela mego Mostowskiego. 

Gdy losem jego było znajdować się w tern nieszczęsliwem 
miejsca, było to dla mnie pociechą być blizko niego. - By mn 
dać poznać, że byłem jego sąsiadem, zacz^em nucić niby 
piosnkę francuzką, powtarzając często słowo «I>apont», słowo 



209 

znaczące po polsku nazwisko jego. Zanucił i on wkrótce , po- 
wtarzając słowo ((Allemand», odpowiadające po części nazwiska 
memu. l^ie śmieliśmy atoli często używać tego komunikowania 
Bię sposobu , z bojaźni by nas nie oddalono jednego od dru- 
giego. By się nie narazić na to, Mostowski prosił Makarowa, 
aby mu pozwolonem było, książki swoje drugim posyłać. Ze- 
zwolił na to Makarów, lecz wraz dał rozkaz pilnującemu wię- 
zienia praporczykowi, by nim książki odeszle, przejrzał każdą 
kartkę , czyli nie ma na niej czego napisanego. Wraz więc wie- 
czorem pokazał się kapral, żądając odemnie książki dla więźnia. 
Dałem mu ją; powraca w kwadrans, powiadając że książka nie 
dobra i proszą o inną. — Poszukam innej — rzekłem, a gdy ka- 
pral wyszedł, wyłgałem pilnującego mięsołdatapo wodę, po* 
ozem porwawszy grzebień, zębem od niego te na kartce książki 
lewą ręką napissSem słowa: Od dwócn miesięcy jęczę w tej 
ciupie, ręki prawej używać nie mogę. Wypytywano mię, po- 
chlebiano , grożono ; odpowiedziałem bez podłości : Nie nara- 
ziłem nikogo. Jacy są inni przystawieni z tobą jeńcy? Zabrano 
mi wszystkie pieniądze ; daj dukata oddawcy. Ściskam cię ser- 
decznie. — 

Przekonałem się, że dukat był dany: nazajutrz bowiem tenże 
kapral przyniói^ mi książkę; był to «Le Yoyage de le yaillant.»> 
Mostowski, nie żenując się, całą białą tytułową kartkę zapisał 
atramentem. Wiadomości, które mi donosił, były następujące. 

Pomimo kapitulacji warszawskiej, podpisanej przez Suwa- 
warowa, w której całość i bezpieczeństwo wszystkich w imieniu 
carowej zaręczonemi były , przyszedł rozkaz od tejże carowej, 
by marszałek Potocki, Mostowski, Zakrzewski, bankier Eapo- 
stas, Eiliński, wraz pochwytani i do Petersburga dostawieni 
byli; że Kołłątaj uciekł, lecz przez Austr jaków schwytanym zo- 
Btsi; że Mostowskiemu Samo&ow przy zapytaniach czynił obie- 
tnice i groźby, że odpowiedzi jego były takie jak moje. Że 
odebrawszy je Samoiłow, powiedział, że romans napisał, nie 
win zeznanie. « Wiemy — rzekł dalej Samoiłow — że w r. 1793 
byłeś w Paryżu i ściśle związany ze stroną Girondy. » Domagd! 
się więc, aby otwarcie wypisał, jakie były buntowników fran- 
cuzkich plany i zamysły względem państw europejskich, miano- 
wicie Polski. 

Mostowski dość otwarcie na zapytania te odpowiedzieć, że 
odrodzenie Polski acz oddalone, wchodziło w zamiary Francu- 
zów; że zamierzali o podbiciu Włoch, o posunięciu granic rze- 
czypospolitej do Benu, o wyrwaniu Holandji z rąk Stadhudera, 
o wyprawie nawet do Egiptu. Doniósł mi dalej Mostowski, że 
zty stan zdrowia Potockiego i Zakrzewskiego sprawił, iż ich na 
drugiej stronie Newy w wygodniejszych zostawiono mieszka- 
niach; że Sokolnicki ofiarował się towarzyszyć Zakrzewskiemu, 
a Libiszewski Wawrzeckiemu, którego inną prowadzono drogą. 

Niemcewicz, Pamiętniki. 24 



210 

Tak udzielając się, raz nucąc, znów pisając do siebie, cie- 
szyliśmy tęsknotę więzienia. Gdyśmy obszerniej pisać chcieli, 
nie życząc siebie i kaprala narażać, następnego używaliśmy 
sposobu. Jest jednym z snroWych przepisów sekretnego więzie- 
nia tego , iż gdy więzień jaki wychodzi do prywatnego miejsca, 
pilnujący go sołdat wola: «Pustoli?» Natychmiast, jeżeli 
miejsce próżne , przed każdemi drzwiami korytarza stawa żoł- 
nierz, pilnujący więzienia swego, aż póki wychodzący nie 
wróci. Ułożyliśmy się więc, że każdy z nas mając coś obszerniej 
do doniesienia, weźmie pismo swe i w wychodku pod belkę 
u góry położy i da to znać krótkiem kaszlaniem. Natenczas 
przyjaciel po chwili szedł w toż miejsce i w umówionem 
miejscu pismo znajdował. 



ROZDZIAŁ IX. 



Inni -więźniowie w cytadeli. — Konsul franeoski Bonneau. — Polacy: Kapo. 
atas, Kiliński. — Komuniliowauie się ich z autorem. — Sacsegóiy o tycli 

osobach. 



Niestety! i ta mała pociecha wkrótce znikła dla mnie. Żona 
Mostowskiego, Radziwiłłówna z domu, przybyła do Peters- 
burga i tyle naleganiem swojem na Zubowa , natożnika Kata- 
rzyny , sprawiła, że przeniesiono męża jej na miasto , w miejsce 
zdrowsze i obszerniejsze i połączono go z Zakrzewskim. Nime- 
śmy się rozstali , przyrzekł mi Mostowski , że ciągle przysyłać 
mi będzie książki i że na białej ich karcie, przekłutej szpilką, 
pisać będzie sympatycznym atramentem. Dotrzymał ^owa, 
pisaliśmy do siebie tym sposobem aż do końca niewoli naszej. 
W tem miejscu, powiedzieć mogę, skończyły się ważniejsze 
zdarzenia zamknięcia mego. Samoiłow i Fuchs nie pokazywali 
się więcej , Makarów co dwa lub trzy miesiące. W przeciąg 
więcej dwóch lat warownego zamknięcia tego, nie ujrzs^em 
postaci ludzkiej, nie ujrz£^em nieba, nie odetchnąłem świeźem 
powietrzem. Człowiek używający wolności, więcej spotyka do 
zastanowienia się przedmiotów w godzinie jednej, niż niewol- 
nik w długim czasu i lat przeciągu. Lecz gdyby pierwszył źy) 
wiek cały na świecie , serce jego nie ucierpiałoby tyle , 'ile serce 
więźnia samotnego, zostawionego tylko smutnym uczuciom 
i rozpamiętywaniu. Gdyby mi przyszło opisać, jakie widma 



211 

stawały w wyobraźni mojej, jakie męki cierpiało serce moje, 
księgi bym pisać musiał; lecz opowiadania te byłyby smutne 
i nieużyteczne. Pamięć sama wzdryga się na nie. Wspomnę więc 
tylko w krótkich słowach o towarzyszach moich, w temże zam- 
niętych więzieniu, o małych w niem wypadkach, i o sposobiek 
życia, jakie prowadziłem aż do chwili, w której śmierć wszete- 
cznej Katarzyny więzy moje skruszyła. 

Syberja i Kamczatka 8% dwie bastylje carstwa moskiewskie- 
go. Schliisselburg nad jeziorem Ładog% jest forteca, gdzie wię- 
źniów zamykają na całe życie, i gdzie Katarzyna biednego 
Iwana udusić kazała. Więzienie zaś w twierdzy, w którem ja 
byłem, nazwano tajemnem. Służyło ono do zamykania więźniów 
stanu poty, póki śledztwo ich nie skończyło się, kara i los ich 
oznaczonemi nie były. Kie wiem dla czego względem nas od- 
dalono się od tego przypisu. Przed przybyciem naszem wysłano 
zamkniętych tam więźni na Sybir ; dwóch tylko zastałem. 

Najdawniejszy z nich ten, który w czasie przybycia mego 
iuż blizko lat dwóch w więzieniu tern jęczał, był Jan Baptysta 
Bonneau, konsul jeneralny francuzki w Warszawie, zastępujący 
ostatniego posła francuzkiego w Polsce, pana Descorches de 
Sainte-CS-oiK. Z podeptaniem wszelkich praw narodów , poseł 
moskiewski przymusiwszy do wyjazdu posła, napadł na dom 
jego, konsula z łona żony i dzieci porwał w kibitkę i nad brze- 
giem Newy w srogiem tem więzieniu osadził. Zabrano papiery 
jego, w których ze zniewagą dawał rządowi swemu sprawę 
o ostatniem rozszarpaniu Polski, okrucieństwach i zdzierstwach 
Moskali. To było csiłą zbrodnią jego. Był to człowiek ze wszech 
miar godny szacunku , z ozdobionym umysłem, z sercem tkli- 
wem, przykładny mąż, ojciec, obywatel. Z trudnością znosił 
swe więzy, jęczał nad oddaleniem ^d żony, od córki, którą 
uwielbiał. Nie wiedziałem , że się w tym tarasie znajdował, gdy 
nazajutrz po wyprowadzeniu Mostowskiego tenże sam kapral 
przyniósł mi jedną z książek pożyczoną wprzód od Mostowskie- 
go, w której znalazłem drobnym charakterem pisane te słowa: 
((Cherchez dans la table des matieres.» Jakoż znala- 
lazłem tam bilet, w którym dowiadywał się, czy żona jego 
i córka żyły jeszcze, i proponował mi ciągłą korespondencję. 
Odpowiedziałem mu i pocieszyłem ile mogłem. Pisywaliśmy 
więc do siebie tymże samym sposobem, eo z Mostowskim, i nic 
się się nie odkryło , aż do chwili uwolnienia naszego. 

Mostowski przysyłał mi czasem ukradkiem Gazetę Hambur- 
ską. Że Bonneau po niemiecku nie umiał, a chciwy był wiedzieć 
co się na świecie, mianowicie we Francji dzieje, lubo z ciężko- 
ścią przychodziło mi pisać lewą ręką, tłumaczyłem dla niego 
po francuzku ważniejsze wieści i w umówionem miejscu składa- 
Mm dla niego. Czasem kłóciliśmy się w tych listach. Bonneau, 
labo nie terrorysta, usiłował jednak wymawiać rewolucyjne 

14* 



212 

zbrodnie. Mnie to obruszało, przez uwagę, jak krwawe nie- 
ludzkie czyny podobne po wszystkich narodach niszczyły 
nadzieje wolności. Nie długo atoli te poróżnienia trwały: uspa- 
kajał je prawdziwy dla niego szacunek. Biedny Bonneau tern 
bardziej był do żałowania, że więzy swoje winien był ziomkowi 
swemu, niejakiemu Aubert. Był to awanturnik; przyjęty za 
sekretarza przez jenerała Mokronowskiego , po śmierci onego 
i ostatnim podziale kraju, wszedł w służbę moskiewską i stal się 
ich szpiegiem. Wiadomo wszystkim, jak Moskale, m&^o maj%c 
krajowców zdatnych i oświeconych, łatwo cudzoziemców przyj- 
migą. i wynoszą,. Aubert stopniami zaszedł wysoko. Dla zysków 
zrzekł się Francji, pięknej ojczyzny swojej. On to podszczul 
Sieyersa na Bonneau , oczerniał Mostowskiego i nas wszystkicdi, 
i więzów naszych stał się przyczjrną. W r. 1816 wraz z Moska- 
lami powrócił do Warszawy i w 81. roku życia umarł, żałowany 
dla nienawiści swej ku Polakom przez Nowosilcowa, wzgar- 
dzony od wszystkich. 

Drugi więzień, którego również już zastałem, jest mi dotąd 
nieznanym. Zwyczajem bowiem w tym tarasie jest, że nazwiska 
więźniów są niewiadome pilnującym. Więźniowie oznaczeni b% 
tylko numerami. Tyle doniósł mi Bonneau, że więzień ten byt 
ł'rancuz, osadzony pod pozorem, że paszport jego nie był re- 
gularnym. Po sześciu miesiącach niewoli pomieszał się umysł 
jego, odesłano go do czubków; tam skoro odzyskał zmysljy 
(któżby uwierzył!), zamknięto go powtórnie w ciemnej, maleń- 
kiej ciupie jego. Wkrótce wpadł w prawdziwa szaleństwo, wy- 
dawał krzyki przeraźliwe, czasem jednak pięknym głosem śpie- 
wał msze i nieszpory. 

Baz przechodząc przez korytarz, gdy z izdebki jego żołnierz 
wychodził, spostrzegłem Ipiednego Francuza: zdało misie, że 
mógł mieć lat około 25, postać przyjemną, lubo bladą i wycień- 
czoną. Chcąc więcej o nim zasiągnąć wiadomości, posłsiem ma 
tom Plutarcha. Odniesiono mi go nazajutrz, lecz z kilku wydar- 
temi kartami : domyśliłem się , że nieostrożny musiał w nich co 
napisać, a praporczyk musiał je wydrzeć. Kie zrażony tym za- 
wodem, w kilka dni posłałem mu inną książkę. Nie dawano mu 
kałamarza ni pióra: gdy ją odesłał, znalazłem ością od ryby 
czyli drewienkiem umoczonem w krwi napisane te słowa bardzo 
niewyraźnie: aJe sois Forges)) i znów«c'est pour tous 
queje suis ici Pol....» Stan biednego młodzieńca tego żywo 
mię obchodził; może z przyczyny sprawy naszej był uwięzionym. 
Kieraz gdy nadto hałasował, lub słuchać nie chciał, bito go 
kijem; dawano 25 kopiejek na wyżywienie go dzienne: mii^ 
ciepłe mleko na rano, polewkę i kawałek mięsa na obiad; po- 
łowę tego kradł jeszcze praporczyk. Po uwolnieniu mojem mó- 
wiłem panu Ilińskiemu, będącemu w wielkich łaskach n cara 
Pawła L, by się starał o wypuszczenie biednego tego Francnss. 



213 

Żadna z celek smutnego tego tarasu dhigo próżno nie stała; 
'W tej , gdzie mieszkał Mostowski, umieszczono Kapostasa. Był 
to bogaty bankier warszawski, urodzony w Węgrzech, lecz od 
młodości osiadły w Warszawie. Acz mały i z wątłą cit^a bu- 
dową, posiadał Kapostas tęgą, sprężystą duszę ; nadzwyczajna 
czynność w czasie rewolucji zniszczyła resztę sił, które posiadał. 
Miał on wielkie u ludu warszawskiego znaczenie i był równie 
hojnym jak gorliwym obrońcą sprawy publicznej. Z tern 
wBzystkiem miał on szczęście nie podpaść jak ja zawziętej nie- 
nawiści Samoiłowa. Umiał on nie obrazić go w odpowiedziach 
na czynione mu pytania. Gdy wymawiał łagodnie Samoiłowi, 
że po kapitulacji Warszawy z Suwarowem i danem przez niego 
w imieniu carowej słowie honoru : źe wszystko zapomnianem 
zostanie, źe osobiste bezpieczeństwo i wolność wchodzących do 
rewolucji zgwałconemi nie będą, że po zaręczeniach tak świę- 
tych , nigdy się nie spodziewał być w tak w srogiem więzieniu 
zamknięty, gdy mu to wszystko przekładał, Samoiłow z zadzi- 
wiającą prawdziwie otwartością odpowiedział mu w te słowa: 
«Les raisons d'etat, przyczyny stanu nie znają ni dobrej 
wiary, ni sprawiedliwości)), słowa zawierające cały kodeks po- 
lityki moskiewskiej. Kapostas we dwa miesiące po wnijściu 
swem do więzienia napadniętym był przez wielką chorobę. 
Ścianą tylko oddzielony od niego, jakiż był mój przestrach, gdy 
nie spodziewając się niczego, raptem uderzony byłem przeraźli- 
wym krzykiem, równie jak gwałtownem padnięciem człowieka 
drgającego i tarzającego się po ziemi. A ja o ścianę tylko , nie 
mogący mu przynieść najmniejszego ratunku ! Było to srogą 
dla mnie męką. Paroksyzmy te powtarzały się dość często, t&y 
że lekarz lękający się o życie więźnia , przekładał Samoiłowi, iż 
mu koniecznie świeże powietrze i przechadzka potrzebnemi 
były. Po długiem czekaniu przysdo nareszcie pozwolenie, że 
Kapostas pilnowany od żołnierzy trzymających go pod boki, 
mógł się przechodzić godzinę po ciasnem podwórku więzienia. 
Zachęcony tym przykładem , domagałem się i ja podobnej ulgi, 
ale mi odmówioną została. 

Świeże powietrze i przechadzka pomogły Kapostasowi. Paro- 
ksyzmy rzadszemi już były. Człowiek skazany na długą samo- 
tność, nie ma za towarzysza jak imaginację swoją; byłaby ona 
miłą zabawą, gdyby bez żadnej przerwy jednem tylko zatru- 
dniona obrazem, nie przemieniała się nakoniec w monomanję. 
Niestety ! taki był los sąsiada mego. Z natury miał on wielka 
skłonność do zatapiania się w matafizykach, tajemnicach ; umiał 
po hebrajskn, lubił czytać księgi rabinów kabaiistów, niemniej 
jak dzieła Szeffera, martynistów. Wszystko to obłąkało mu 
zmysły zupełnie. Przekonanym był , że zachowując pewien ro- 
dzaj życia, wstrzymując się od pewnych pokarmów, zakazując 
sobie wszelkich uczuć , wszelkich myśli obcych przedmiotowi, 



214 

za którym się goniło, połączaj^c z sobą pewne acz dalekie słowa 
Biblji i czyniąc przez nie zaklęcia swoje, dostąpi błogosławień- 
stwa obcowania z niewidomymi dachami, odkryje tajemnice nie- 
znane zaślepionym ludziom przenosić się w sfery niebieskie, 
oglądać Twórcę świata i z nim rozmawiać. Codziennie przy 
zachodzie słońca następowały hebrajskie jego duchów wywc^y- 
wania, a choć duchy nie odpowiadały, nie zrażał się ich 
milczeniem, przypisując to omylnemu składowi wersetów 
Biblji. (Przeczucie objawień spirityzmu. Uwaga wyd.) 

Miał on inną jeszcze pasję , pożyteczniejszą zapewne. Uczył 
sługę swojego czytać i pisać, wykładał mu pismo święte , ale 
własnym swoim sposobem. Utrzymywał, że słowa Biblji były 
tylko symboliczne, że prawdziwe ich znaczenie kabalistom tylko 
było znane. Żyliśmy w najlepszej zgodzie, udzielaliśmy się 
z sobą. We dwa dni po mnie uwolnionym zoatsl. 

Ostatni z więźniów, przyprowadzony razem z Eapostasenif 
był Eiliński, szewc z profesji, lecz obdarzony od natury duszą 
hartowną i śmiałą, niezmordowaną czynnością, wrodzonym 
darem popularnej wymowy. Nie dziw więc, że przed wybu- 
chnięciem jeszcze powstania stał się jednym z najsilniej wpły- 
wających do niej sprawców. Trzydzieści tysięcy rzemieślników 
i chłopców sklepowych posłusznych było na wolę jego. On 
pierwszy dał uczuć pospólstwu ważność i siły jego. PrzyrzeU 
tymczasowemu rządowi wystawić pułk z samych jedynie mie- 
szczan warszawskich. Odtąd człek taki przestał być uważanym 
za szewca. Wyznaczono go pułkownikiem pułku tego i uczy- 
niono dobrze: najprzód tysiącem ludzi wybornych powiększy! 
słabe siły nasze; po wtóre zajęty służbą wojskową, rzadko kiedy 
mógł bywać na sesjach rady najwyższej , której był członkiem. 
Oszczędzał przeto wielu dysput i zwłok w deliberacjach, w któ- 
rych jako nie obeznany z publicznemi sprawami, a jak zwykle 
tacy chcący się odznaczać, częściej szkodził jak pomagał. Cie- 
kawa była rzecz, widzieć paniczów naszych z pierwszych familji, 
lecz niemających jak stopnie podoficerów i chorążych, z uszano- 
waniem przystępujących do pułkownika szewca i pytających się 
o rozkazy jego. Ten i temu podobne przykłady pierwsze wpro- 
wadziły do Polski demokratyczne pojęcia. Eiliński był czynnym 
pułku dowódcą; nie pamiętam jednak, czy pułk jego tak świeży 
był kiedy w ogniu. Szkoda, że Eiliński już będąc pułkownikiem, 
zachował nałogi dawnego stanu swego, upijał się i raz powa- 
dziwszy się z pułkownikiem Granowskim, wskoczył na wóz, 
kazał stanąć pod bronią pułkowi swemu i uderzyć na pułk prze- 
ciwnika swego , sam z dobytą szablą zachęcając do boju. Z tru- 
dnością przyszło nam upamiętać go. Zresztą był to najlepszy 
człowiek, daleki od krwi chciwych demagogów paryzkich, któ- 
rzy w owym czasie ścinali głowy: Malesherbom, Baillim, La 
Yoisierom , pani Rolland i tysiącom innych. 



215 

Był jeszcze, przypominam sobie, drugi mieszczanin, na po« 
spólstwie wpływ znaczny mający, nazwiskiem Morawski, rze<* 
źaik. Jak Kilińskiego tak i rzeźnika, jednym gorliwość ich 
i obywatelstwo , drugim bojaiń poważać kazała. Jak o tem juz 
wyżej wspomniałem, pani Krakowska, siostra królewska, pełna 
naj pierwszej powagi dama, uznała być trafną polityką, skarbić 
sobie ich przychylność i obydwóch zaprosić na obiad. Przyszli 
obydwaj, pięknie ubrani po polsku, w bogatych pasach. Kiliń- 
ski pocałował w rękę panie Krakowską; zbliżył się i Morawski, 
lecz widząc rękę w rękawiczce: 

— Pani dobrodziko 1 — rzekł z rzeźniczym dowcipem — ja 
jako rzeźnik mało mam do czynienia ze skórą, mnie trzeba 
mięsa. Niech pani raczy zdjąć rękawiczkę. 

A gdy szanowna pani zadość uczyniła żądaniu , dopiero rze- 
źnik usta swe z ogromnemi wąsami do ręki jej przycisnął. 
I Morawski nie pragnął ni krwi, ni wieszania. Wracam do 
Kilińskiego. 

Moskale przykremi dolegliwościami chcieli go ukarać, za to 
że będąc szewcem, śmiał zostać pułkownikiem. Nie dawano mu 
jak 25 kopiejek na dzień na całe wyżywienie. Kiliński mężnie 
znosił barbarzyńców przykrości, nieraz bawił mię korespon- 
dencją swoją z Kapostasem, komunikowaną mi przez ostatniego. 
Ze wszystkich dolegliwości najnieznośniejszą mu była prywacja 
kobiet. Elegje jego w tej mierze warte były złota. Zachowywał 
on wszystkie dnie świąteczne: gdy te nadeszły, ubierał się 
w najbogatsze suknie swoje i w pas lity złotem i srebrem, 
'wszystko to, by z poważną miną, wąsa zakręcając i patrząc 
z góry na sołdatów , iść do prewetu. 

Że Kiliński, prócz ojczystego języka, żadnego innego nie 
umiał, nie mogłem mu udzielać książek moich. Chcąc atoli by 
miał jakąś sabawę, poradziłem mu przez Kapostasa, aby pisał 
życie swoje od urodzenia swego. Podziękował mi za radę i tak 
uczynił. Jest to jedna z najdroższych produkcji. Od Cezara aż 
do dni dzisiejszych tylu wodzów , statystów, literatów, panienek 
nawet, pisało pamiętniki swoje; nigdym jednak nie słyszał 
o pamiętnikach przez szewca pisanych. Darował mi je Kiliński, 
i później odwdzięczyłem mu się za nie, niedostatecznie może. 
Szczerością, naturalną prostotą, wiernym obrazem obyczajów 
rzemieślniczej klasy ludzi, nieocenioną miały te pamiętniki 
ważność. Kiliński wypuszczonym był wraz prawie ze mną. Za 
powrotem moim z Ameryki jeszcze go zastałem i oglądałem 
z radością. Już za panowania Pawła I. zajadłość Moskali na Po- 
laków sprawiła, że wielu ich oskarżono; zChomińskim i innymi 
i Kiliński zawieziony był do Petersburga; lecz wszyscy się 
usprawiedliwili i uwolnieni zostali. 

Przez czas cały więzienia mego trzy tylko obce osoby przy- 
wieziono do tego domu żałości. Jedną w sierpniu 1795. roku. 



216 

Dowiedziałem się później , źe to był młodzieniec dawniej w sła- 
żbie Potemkina, który, nie wiem za jak% urazę, oskarżył panie 
Branecką, siostrzenicę jego a żonę zdrajcy Braneckiego, jakoby 
ta przytomna zgonowi Potemkina, dużą szkatułkę jego z dro- 
giemi klejnotami sprzątnąć miała. Wiadomo żyjącym jeszcze, 
że Potemkin miał dużą szkatałę pełną najdroższych, nieopra^ 
wnych jeszcze klejnotów, częścią swoich, częścią należących 
jeszcze do carowej. Największem jego było upodobaniem, gdy 
rozczochrany, rozmamany, leżał w sobolim tułubie na loka 
i jak gdyby groch przesypywał garścią te drogie kamienie. 
Strata tak drogiego skarbu dotykała i carowę, lecz boleśniej 
jeszcze innych współsukcesorów Potemkina: Samoiłowa, Sko- 
wrońskich, Engelhardów. Wszyscy więc pragnący odzyskać 
tak ciężką stratę , wtrącili wspomnionego młodzieńca do turmy, 
by wszystkie okoliczności kradzieży tej odkryć. Po dwóch atoli 
niedzielach , gdy więzień nic więcej powiedzieć nie mógł nad to 
co już powiedział, wypuszczonym został. 

Mówią (nie wiem czy prawdziwie) , źe Branecka ukochana 
wprzód od carowej jak własna siostra, po czynie tym z łaski 
wypadła i odesłana do Białocerkwi ; jeżeli tak, nieba chciały 
skarać w żonie zbrodniczą pychę męża. 

W miesiącu lipcu 1795. roku przywiedziono dwóch razem 
więźniów; śledztwo ich trwało więcej sześciu tygodni. Trzy razy 
sam Samoiłow przyjeżdżał do nich i dnia prawie nie było, żeby 
ich nie odwiedził Makarów, lub inny jaki sowietnik. Często 
budzono ich o północy i do inkwizytora na drugą stronę Newy 
wożono. Te porywania w nocy przypominały mi postępowanie 
świętej Hermandaty w Hiszpanji. Niestety! obyczaje despoty- 
czne wszędzie jednakie. Długość czasu i niezmordowana czyn- 
ność inkwizytorów wnosić dawała, że sprawa była największej 
wagi. Nakoniec dnia 14. września przybył raz jeszcze Makarów 
po ostatni raz wypytywać się jednego więźniów. Głos jego co- 
raz się bardziej gniewem unosił. Po godzinie żywych zatargów 
zawołał Markarow : — Siuda ! — Dwóch oprawców weszło do 
izby, porwało nieszczęśliwego pod pachy i widziałem przez 
okienko jak go wleczono do kazamaty. Przejął mnie żalem ten 
widok, lecz jakże żywiej, gdy usłyszałem przeraźliwe krzyki 
jego. Nie mogłem wątpić, że go wzięto na tortury, albo okła- 
dano knutem. Wycia jego przenikały mą duszę. O Boże I — po- 
myślałem sobie — i tę to Katarzynę Yoltaire i tylu innych 
filozofów francuzkich wynoszą pod nieba , nazywają ją przykła- 
dem ludzkości, wielkomyślności , słowem, nazywają boską, nie- 
śmiertelną. Ufajże poetom i filozofom ! 

Po oswobodzeniu już mojem dowiedziałem się od samychże 
oficerów moskiewskich, że więźniowie ci byli radcami banku 
petersburskiego, synami możnych ludzi. Okazał się w tym 
banku deficit 600,000 rubli. Radcy ci nic bez rozkazu prezy- 



217 

denta i zwierzchnich swoich nie czynili; lecz ci uazli bezkarnie; 
subalterni jak zwykle w Moskwie ponieśli karę. 

Nie od rzeczy będzie słów kilka powiedzieć o więzieniu, 
w którem nas zamknięto. Był to dom drewniany, dingi, zbu- 
dowany przez Piotra Wielkiego, lubo stary, oblepiany, bielony 
tylekroó, wilgotny i niewygodny. Podłogi podnosiły się od 
ziemi, mnóstwo ogromnych szczurów wychodziło ustawnie 
przez szpary, biegało bez bojaźni po izbie, nieraz w nocy po 
mnie samym. Pierwszym więźniem w tym domu był syn własny 
okrutnego cara; ten poległ z rozkazu barbarzyńskiego ojca. 
Osadzono tu także Bieniowskiego , sławnego awanturzystę, ro- 
dem z Węgier. Schwytany w czasie Konfederacji barskiej , zt%d 
wysłano go do Kamczatki; tam zmówiwszy się z innymi wię- 
źniami , opanował okręt kupiecki, zapłyn%ł do Japonji , ztamtąd 
do Indji i do Madagaskar. Pamiętniki jego są bardzo ciekawe; 
awanturnicze życie jego opisują dokładnie. Umieszczono mnie 
w tej samej izbie, gdzie on był osadzonym. Wielu znakomitych 
cudzoziemców, jenerałów, statystów, pędziło tu dni utrapienia, 
żaden atoli tyle , ile my Polacy. 



ROZDZIAŁ X. 



Cierpienia, dumania, zatrudnienia autora w więzieniu. — Dzieła czytane. — 
Roboty literacJiie. — Barbarzyństwa oficera moskiewskiego nad sołdatami. — 
Imperatorowa Katarzyna umiera. — Autor zostaje wypuszczony na wolność. 



Nim przystąpię do opisywania drobnych, lecz zbyt przy- 
krych zdarzeń późniejszych więzienia mego, wspomnieć mi na- 
leży o wypadku za drzwiami tarasu mego , niestiety ! tak srogi 
wpływ dziś na losy ojczyzny mojej mającym. 

Dnia 11. czerwca r. 1796 usłyszałem głośne bicie z armat. 
Pytam o przyczynę, żołnierz pilnujący odpowiada mi: 

— Welika kniahini raczyła urodzić syna. 

Syn ten był to dzisiejszy car Mikołaj Pawłowicz, zrodzony 
niestety! na zgładzenie całego istnienia naszego. Tak, jaszczem 
nie wyszedł z więzienia, gdy się już urodził ten, który mnie 
miał skazać na wieczne wygnanie. 

Przystępuję do dalszych , prawdziwie nazwać można trenów 
moich; smutno mi je przypominać i kreślić trudno będzie, 



218 

lecz pisząc je, mówiłem sobie: aEtiam et haec olim meminisse 
jurabit.w 

Nadmieniłem juz wyżej, że gdym się rozdzielał z Mosto- 
wskim, umówiliśmy się, że będziemy pisywać do siebie na 
książkach, w białych miejscach, sposobem używanym przez 
więźniów. Przyrzekł on mi, że żona jego używać będzie wszel- 
kiego wpływu swego na ministrach, by mię przeniesiono na 
miejsce mniej okropne. W tydzień lub więcej nieco Mostowski 
przysłał mi kilka książek. Z jakimże pośpiechem szukałem 
znaku przekłutego szpilką, z jakąż radością znalazłem go, z jaką 
niecierpliwością czekałem wieczora i świecy, by dawane mi 
wiadomości wydecyfrować ! Przyszła nakoniec żądana chwila, 
i gdy sługa mój , będący w sekrecie , zabawiał pilnującego mię 
żołnierza, wydarłem białą kartkę z książki i rozgrzałem ją kilka 
razy nad świecą. Jakie okropne donoszono mi wieści ! Donosił 
mi Mostowski , że dwa razy tylko pozwolonem mu było widzieć 
się przez mały kwadrans z żoną, i to w obecności dwóch sowie- 
tników; że atoli znalazł sposób, względem mnie pisać do niej, 
że ona pracowała koło tego z jak największą przyjaźni gorliwo- 
ścią. — Próżne wasze starania! — pdpo wiedziano jej. — Prócz 
występków rewolucyjnych, Niemcewicz inne winny nosi na so- 
bie: jego obrażające podczas sejmu mowy przeciw monarchini; 
jego uszczypliwe żarty przeciw niej, Zubowowi, Samoiłowi; 
jego nienawiść przeciw całemu narodowi ruskiemu i tym 
wszystkim Polakom, co byli wiernymi Moskwie; wszystko to 
uczyniło go godnym surowszych jeszcze kar, jak te, które po- 
nosi. — Ten wyrok długiej, ciężkiej niewoli, zmartwił mię 
żywo. Od tej chwili powiedziałem sobie: Nie wyjdę z tego ta- 
rasu, póki zbójczyni ojczyzny mojej, a moja prześladowniczyni, 
nie zakończy zbrodniczych dni swoich. Jedyną pociechą było 
świadectwo sumienia mego, że cierpię dla tego , żem wszyst- 
kich powinności dobrego obywatela dopełniać się stan^, i że 
szacunek współziomków moich będzie jedyną nagrodą moją. 
Prawda, mawiałem na sejmie przeciw Katarzynie IL cierpko 
i zapalczywie; lecz mógłżem mówić z przychylnością o tej, 
która z zimną krwią obarczała ojczyznę moją wszelkiemi klę- 
skami, ciągle ją znieważała, zdradzs^a, uderzała ją nakoniec 
ciosem śmiertelnym? Mógłżem kochać, mógłżem pochlebiać 
bezczelnym ulubieńcom jej, tym, którzy podzielali lub doradzali 
jej wszystkie spełnione na nas okropności? Mógłżem nie być 
zdjętym zniewagą przeciw tym zdrajcom Polakom , którzy żą- 
dali pomocy odwiecznych nieprzyjaciół naszych? Ucierpiałem 
wiele, jestem atoli pewien w czystem sumienia mego przekona- 
niu, że gdyby podobne okoliczności powróciły raz jeszcze, nie 
czyniłbym , nie postępowałbym inaczej jak wprzódy. 

Czyli to, że miano z początku chęć uwolnienia Polaków, 
czyli cień jakiś litości w stróżach naszych , to pewna, że łudzono 



219 

• 

ich z razu obietnicami, iż \ekrótce oswobodzonymi być mieli. 
Mnie tylko jednej w nieszczęścia pociechy, nadziei, nie dawano 
nigdy. Gdy nawet kto wstawiał się za mną,, zawsze jedna 
dawaną była przez Samoiłowa odpowiedź : — Jest to chcieć 
zepsuć sprawę Polaków wszystkich, wspomnieć tylko imię 
Niemcewicza. 

Pozbawiony wszelkiej nadziei , starałem się uzbroić w od- 
wagę, na jaką tylko zdobyć się mogłem; usiłowałem czas mój 
zapd:nić jak można było najlepiej. Przecież mimo tych starań 
ciężko wlekły się godziny: pamiętam, iź raz znużony snem po 
bezsennej nocy, położyłem się na sienniku moim o godzinie 
pierwszej z południa i usnąłem* Jakaż była radość moja, gdy 
obudziwszy się , słyszałem na zegarze twierdzy bijącą godzinę 
trzecią. 

— Przecież — pomyślałem sobie — uleciały dwie godziny, 
a jam nie czuł smutnej niedoli mojej. Okropne były moje noce, 
osobliwie w pierwszych miesiącach niewoli: bez świeżego po- 
wietrza, bez żadnego ruchu, z myślą smutkiem zawsze drę- 
czoną, choć czas przyszedł spoczynku, spoczynek ten z oczu 
uciekał. Wtenczas to tysiąc marzeń i widm snuło się przed 
oczyma memi; powiększył udręczenie siedzący zawsze przy 
łóżku moim sołdat z wytrzeszczonemi oczyma. Kuranty wieży 
zamkowej, co kwadrans grające, nieznośnemi mi były. Gdy 
te się skończyły, zaczęły się chrapania Franciszka mego i ka- 
, prała. Ku porankowi sen nakoniec zmordowane powieki moje 
zamyki^. 

lleżkroć w tych nocnych bezsennościach nie wzdych£J:em do 
Boga, by mi daru czynienia cudów udzielił, stania się niewido- 
mym. Tą jedną mocą byłbym ojczyźnie mej przywrócił istność, 
wrócił jej byt szczęśliwy, ukarał Katarzynę, i nie tylko nam 
więźniom, ale wszystkim powrócił wolność i swobodę. 

Około siódmej z rana znękana natura odzyskiwała część 
władz swoich. Ubierałem się naówczas, myłem głowę, czesałem 
brodę moją, śniadałem. Jeżeli był dzień, w którym miano mi 
przynieść książki od Mostowskiego, z jakąż oczekiwałem ich 
niecierpliwością ! Szpilką naznaczona karta przez więcej dwóch 
lat, nie wiele przynosiła pociechy. Baz przyniesiono mi dzieło 
Benardin de St. Pierre, bez pierwszego tomu; dowiaduję się że 
ten skonfiskowany, dla tego że na nim było coś napisanego nie- 
znanym wcale językiem, i że go posłano do akademji, by wie- 
dzieć , co słowa te znaczyły. W tydzień dopiero powrócono mi 
ten tom. Szukam miejsca, gdzie były słowa w nieznajomym 
języku pisane, a które aż do akademji posyłano. Cóż znajduję? 
«Sum ex libris Stanislai Sokolnicki.)) Wyznaję, że od zamknię- 
cia mego w tern więzieniu pierwszy raz śmiałem się do rozpuku. 
I ten to jest kraj, do którego, jak mówi Yoltaire, uciekły się 
nauki i piękne sztuki 1 



220 

Przez sześć miesięcy książki były jedyn% ucieczką, nie po- 
zwalano mi bowiem ni kałamarza, ni papieru, ni pióra. Dla pa- 
mięci zapisuję, jakie dzieła przez dwa lata czytałem: 

Histoire gćnerale des Yoyages Vol. 24 

Condillac, podobno 26 

Oeuyres de Benardin St. Pierre . 6 

Oeuvres de Charles Bonnet ... 10 

Fergus8on's History of Romę . . 2 

Humes History of England ... 8 

Pope's Works 8 

owiit ........... 8 

Odyssee d'Homere 8 

Richesses des nation par Smith . 5 

Plutarąue , ... 15 

Horace 2 

Yirgile 3 

Ovide 3 

Yoyages de Cook 3 

Yoyages aux ileś de Pelew ... 1 

Yoyage du Cap. Bligb 1 

Voyage du Cap. Dixon .... 2 

Romans de Yoltaire 3 

Inne różne romanse około ... 23 

Darvin's Works 2 

Steme 3 

Wat8on's History of Philip II. . . 2 

Monthly Review 10 

Inne, których nie pamiętam , około 50 

Ogółe^^ 228 

Czytanie więc było jedyną rozrywką moją, lecz serce żalem 
ściśnięte, umysł znękany, nie dozwalały ciągle książką się ba- 
wić. Nie mając na dworze przechadzki , musiałem jej używać, 
przechodząc się po izbie, brały mię jakieś ckliwości, czysta 
woda strumieniami toczyła się ze mnie. By większej używać 
agitacji, przyszedł mi pomysł inny. Od wnijścia mego zacząłem 
prędko siwieć i na głowie i na brodzie włosy leźć mi zaczęły. 
Zbierałem je więc i uzbierawszy znacznie , otrzymałem pozwo- 
lenie, że mi z nich piłkę zrobiono ; w tę więc piłkę grałem po 
godzinach, rzucając ją o ścianę, tak, żem się potem oblewał. 
Ta gra podobno zachowała mię przy życiu. 

Po kilku miesięcach, Makarów, dość na Moskala mający 
ludzkości , pozwolił mi pióra i papieru. Znalazłem w tem ulgę 
niejaką; a lubo postanowiłem sobie ograniczać się jedynie do 
tłumaczeń , ciężko było jednakże wstrzymać przepełnienie bole- 
snych uczuć moich i oprzeć się chęci wylania ich na papier. 



221 



Napijałem więc trzy elegje : jedną o bitwie pod Maciejowicami, 
drugą opisującą podróż po niej do Petersburga, trzecią nako<* 
nieć nad upadkiem ojczyzny i ciężkiem więzieniem naszem. 
Wisi^em do nich epigraf z Owidjusza: «Flebili8 est status meus, 
uti flebile carmen. » I w tym wylewie uczuć moich trzeba było 
się pilnować i strzedz, bym co obraźliwego dla tyranów naszych 
nie napisał; jakoż to widać po słabości obrazów i wyrazów. 
Trudność była w samem mechanicznem pisaniu. Ręka prawa 
była jeszcze bezwładną, schnąć mi nawet zaczną; trzeba więc 
było lewej używać. 

Dzieła, które w więzieniu mojem przetłumaczyłem, były 
następujące: 

1. La Ghaumiere Indienne de Bernardin de St. Pierre. 

2. Rasselas, prince of Abissinia, par Johnson. 

3. La yie de Caton d^Utiąue, par Plutarąue. 

4. La bóucle des cheyeux enlevee, par Pope. 

5. Athale , tragedję Racina. 

6. Go się damom podoba, Yoltaire. 

7. Ze dwadzieścia bajek, częścią oryginalnych, częścią na- 
śladowanych. 

8. £kloga moskiewskich pasterzy, cierpka, nie pojmuję jak 
na miejsce i okoliczności pusta. 

Zacząłem był także powieść o Bielawskim, pociesznym 
niby poecie czasów naszych, ale jej nie skończyłem. Bajka 
aKura i Indyczka » dowodzi, że są i w więzieniu błyskawice we- 
sołości, tak jak wśród chmur najczarniejszych. Przeszła na zatru- 
dnieniach tych zima i dnie , ledwie sześć godzin między świtem 
i zachodem trwające. Z tamtej strony Newy przynoszono mi 
jedzenie. Praporczyk kradł go połowę, jednak było dosyć dla 
zamkniętego bez żadnego ruchu. Newa puściła dopiero 1. maja, 
lecz słońce, nie zachodzące prawie, tak silnie ogrzało ziemię, iż 
w dniu jednym .prawie ziemia zazieleniła się trawą i drzewa pę- 
kać zaczęły. Próżnem było dla mnie to pierwsze uśmiechnienie 
się wiosny, oko moje nie widziało powabów jej : mur kazamat 
zakrywał wszystko. Gdyby przynajmniej choć j^dno zieleniło 
się drzewko, żeby choć jedna zięba, lub szczygieł, usiadłszy na 
gałązce, zanuciły mi piosnkę swoją I Lecz jak latem, tak i zimą 
zawsze głucho, zawsze smętno. Pamiętam jednak, że dwa lub 
trzy razy uczułem prawdziwą roskosz, gdy siedząc smutny przy 
oknie w nocy i patrząc na niezasunięte żadnym mrokiem 
niebo, równie jasne jak w dzień biały, usłyszałem pełną słody- 
czy na dętych instrumentach muzykę; mile rozlewając się po 
Newie, dochodziła do uszu moich. Przebóg 1 jak słodkie, jak 
rzewne wzbudza we mnie uczucia! Niedługo jednak: wkrótce 
coraz ciszej i ciszej, gubiąc się po wodzie, znilda nakoniec, 
a z nią i roskosz moja. Byłą to kompanja dam i kawalerów mo- 
skiewskich, z muzyką pływającą po Newie. Wdzięczną jest 



222 

zawsze muzyka dla serca tkliwego, iiajwdzicczniejsE% atoli dla 
odosobnionego od świata i zamlmiętego więźnia. 

Jakkolwiek mocna była fizyczna budowa moja, aczkolwiek 
35 lat liczący, byłem w samej sile wieku, przecież tak dłagie, 
bez przechadzki i świeżego powietrza zamknięcie znacznie zdro- 
wie moje nadwerężyło. Wtenczas to napadła mig ta choroba 
nerwowa , którą, dotąd trapiony jestem. Kie masz na całym 
świecie rządu, w którymby tak okrutnie postępowano z wię- 
źniami. Nie tylko że wtrąceni są do turmy bez żadnego sądu, 
bez żadnej obrony, ale gdy już zupełnie są w ręku bezpiecznej 
władzy, gdy zamknięci z pod niej wyjść nie mogą, niepotrzebne 
ostrożności, pastwienia się nie ustają nigdy. W Bastylji mieli 
więźniowie godziny do przechadzki: okrutny Robespierre nie 
odmawiał jej skazanym przez siebie ofiarom — azjatyckie tylko 
barbarzyństwo moskiewskie, czując jak było niesprawiedliwem, 
lękając się, by się im nie wymknęła ofiara, pogrążyło je żywcem 
w głuchej grobów ciemności. Jedną także z oiężkich boleści 
moich było słyszeć jęki i narzekania sołdatów. Paweł Iwano- 
wicz, praporczyk i przełożony nad nimi, ciągłe okrucieństwa 
wyrządzał nad* nimi. Sam był prostym żołnierzem; wziąwszy 
za żonę córkę wspomnianego tylekroć prokuratora Śamoilowa, 
jej wyniesienie swoje na oficera (chorążego) był winien. Ten 
pierwszy stopień w hierarchji wojskowej zawrócił ma całkiem 
głowę. By dostojeństwo swoje i sobie i drugim przypominać, 
ustawicznie katowi będących pod nim żołnierzy. W kraju 
tylko moskiewskim nie liczbą razów, lecz czasem dawania ich 
wymierzone są kary: i tak, każą bić kwadrans, 20 minut, pół 
godziny, wprzód mundur zdjąwszy, tak, że nieraz kosnila 
krwią się zWa. Jakże boleśnie przejmował mnie ten widok, jęki 
i wołania biednych tych ludzi. Nieraz przekładałem praporczy- 
kowi okrucieństwo jego , mówiłem że przed Bogiem i świętym 
Mikołajem odpowie za nie. «Sztoż dziełat — odpowiadał na 
przełożenia moje — jest to moja powinność. Ja sam byłem żoł- 
nierzem, brałem batogi; wierzcie mi , że nie tak to bardzo boli, 
jak się wam zdaje.» 

Ludzkość, uczucia litości w pospólstwie tylko moskiewskiem 
znaleźć można. Widziałem to w otaczających mię i przemienia- 
jących się często a pilnujących mię żołnierzy. Nie pomyślności, 
dostatki, dni błogie, lecz wspólne cierpienia i nieszczęścia 
wzbudzają między ludźmi sympatję. Wiedzieli ci nieszezęsliwif 
żem ubolewał nad ich losem, i oni więc ubolewali nad moim. 
Nadto, co było w mocy mojej , czyniłem dla nich. Odebrano mi 
pieniądze, więc z jadła, z drobnych rupieci do niezbędnego 
użytku nie potrzebnych, dawałem im. Tern wszysikiem 
przywiązałem ich do siebie, tak, że przy końcu niewoli mojej 
już po cichu rozmawiali ze mną i donosili, co tylko wiedzieć 
mogli. 



223 

Upływały tymczasem dni, miesiące i lata, gdy 17. listopada 
1796 służący mój, stawiając obiad na stół, rzekł mi: 

— Cos się musiało stać nadzwyczajnego, sołdaty ustawicznie 
szepcą z sobą. Podchwyciłem kilka wyrazów bez związku. Jeden 
mówił: Błąd zginął, a prawda zajaśniała; drugi przydał: nie 
będzie się to mogło odprawić bez archimandryty nowogrodz- 
kiego. 

Te kilka wyrazów dały mi poznać , że Katarzyna druga już 
żyć przestała. Od dwóch lat zwiędłe me serce pierwszy raz 
otworzyło się radości. 

— Zdejm obiad — rzekłem do Franciszka mego — nie mogę 
jeść. Zdaje mi się, że carowa umarła, a my nakoniec uwolnieni 
będziemy. Miej pilną baczność na najmniejsze słowo, co się 
wymknie sołdatom. 

Trudno to będzie — odpowiedział — gdyż praporczyk zwo- 
łał ich wszystkich i coś im na serjo zalecał, zapewne żeby nio 
nam nie powiadali. 

Dowiedziałem się później , że w rzeczy samej tak było. Zbyt 
był praporczyk gorliwym , by pocieszająca wieść jaka przyjść 
mogła do nieszczęśliwych. 

Po obiedzie praporczyk wyszedł na miasto ; sołdaci, wyszedł^ 
6zy na kurytarz , stanęli każdy przy drzwiach więźnia swojego. 
Niespokojność , ciekawość dowiedzenia się prawdy wypadku za- 
szłego, sprawiły, że zrzuciwszy pantofle, w pończochach tylko 
po cichu zbliżyłem się do drzwi i przyłożywszy do nich ucha, 
z największą pilnością słuchałem rozmawiających, a raczej sze- 
pcących z sobą żołnierzy. Wkrótce następujące doszły mię 
słowa: — Mówią — rzekł jeden — że ci wszyscy, co lat 30 wy- 
służyli, do domów swoich odesłanemi będą. — Bogu chwała — 
odezwał się drugi — ale któryż z nas , z tak dalekich gubernji, 
zastanie przy życiu matuszkę, batuszkę, żensczynu, rabiatu? — 
tu ciężko westchnął. — Budiet teperycz car — rzekł inny — 
już dawno tego nie było. — Staraia hasudarynia — znów się je- 
den odezwał — dość długo hulała sobie. — Aż nadto — odparł 
inny — lecz na każdego kolej przyjść mttsi. Zapewne biedni 
więźniowie nasi oswobodzeni będą. 

Te mowy, tak już wyraźne, napełniły mię niewymowną ra- 
dością. Jak niedawno ze smutku , tak dziś z radości spać nie 
mogłem. 

Nazajutrz z rana usłyszałem salwę z dział wszystkicB tak 
w twierdzy, jako też na mieście, ruch wielki w garnizonie, żoł- 
nierze poubierani na nowo i praporczyk na ich czele, prowa- 
dzący ich do cerkwi , zapewne dla złożenia przysięgi. Naten- 
czas żołnierz Makar, najprzychylniejszy mi, wpadł do izdebki 
mojej i rzekł: 

— Praporczyk pod karą godziny kijów zakazał nam mówić 
z wami; lecz wiedzcie, że caryca pomarła. 



224 



To mówiąc, wyszedł. Natychmiast zacząłem nacić a De pro- 
fondis ((, aby dać znać o tern Kapostasowi, prosząc go, by Ki- 
lińskiemu o tak szczęśliwej doniósł wiadomości, jako jaż nie- 
wątpliwej , zwyczajną drogą (przez wychodek). Doniosłem tei 
o tern panu fionneau ; wzajemne, tkliwe, radosne były między 
nami powinszowania. 

Juz tydzień upływał od chwili , w której dowiedzieliśmy aię 
z pewnością o zgonie carowej ; nic jednak nie okazywało , że 
uwolnieni będziemy. Drżącego w nadziei wszystko niepokoi 
Rozsądek atoli nastręczał myśl, że monarcha przez blisko lat 
czterdzieści oddalony od tronu przez przywłaścicielkę, wiele 
miał do czynienia wprzód, nim o nas przyssać mu pomyśleć. 
Trzeba więc było przestawać na rozmaitych doniesieniach soł- 
datów naszych o wielkich odmianach w całej administracjL 
Niestety 1 zbyt gwałtownie Paweł I. porwał się do nich i ścią- 
gną na siebie zemstę zepsutych przez Katarzynę Moskali. 

W tych to czasach zaszła żywa kłótnia między mną a pra- 
porczykiem. Lekarz odwiedzający mnie raz ostatni, zostawił 
u niego flaszeczkę kropli Hoffinana na riabość moją i zawroty 
głowy. Czując się nie dobrze, posłałem kaprala po nie. Gdym 
je użył, kapral chciał je odnieść nazad. 

— Zostaw je u mnie — rzekłem — mogę je wkrótce potrze- 
bować. 

— Iwan Pawłowicz przykazał, żebym mu je zaraz odniósŁ 

— Powiedz mu , że flaszeczki nie oddam. 

Wyszedł kapral i doniósł praporczykowi. Ten w kilka minut 
wpada zapyrzony, blady, zielony, niebieski, wargi mu drżały. 

— Sztosz takoje, sztosz takojel Buntujesz się niegodyni 
Oddaj zaraz te krople, bo doktor kazał, by były u mnie. 

— Słuchaj ! — rzekłem — gdybyś mi to powiedział łagodnie, 
nie grubijaóskim tonem, oddałbym je; lecz gdy gaditsz zu- 
chwale, nie oddam wcale. — To mówiąc, schowałem flaszeczkę 
w kieszeń. 

— Oddaj zaraz! Kapral, wydrzyj mu. 

Tu kapral posunął się do mnie, chcąc mi ją wydrzyć; ja 
w obronie porwałem stołek i podniósłszy, zamierzyłem na niego. 
Zdziwiony tą śmiałością praporczyk, stanął jak wryty i długo 
milcząc, rzekł: — Idę czynić mój raport prokuratorowi. 

— A ja z mojej strony wraz piszę do niego i do samej ho- 
sudaryni — (wymieniłem ją , żeby mu dać poznać , że nie wie- 
działem o jej śmierci, a przeto uwolnić biednych żołnierzy od 
wszelkich podejrzeń). — Dowie się caryca — rzekłem dalej — 
o wszystkich sztukach i kradzieżach twoich. 

Na te słowa wyszedł zbladły i struchlały , a jam się zabrał 
do pisania. Posłałem po świecę i lak, a gdy już listy zapieczęto* 
wanemi były, praporczyk równie podły jak zuchwały, przyszedł 
już słodki i pokorny, kazał wyjść sołdatowi i kłaniając się nisko : 



225 

— Cóż się to pomiędzy nami eftato ? — rzekł. — Tak dobrze 
żyliśmy z sobą. 

— Tj uchybiłeś mi — rzekłem — porywając «ię zuchwale 
na mnie. 

— Winowat, wino wat I — odpowiedaiał — ale pełniłem 
swoją powinność. Niech to pójdzie w zapomnienie, ja was prze- 
praszam. Nie dosyć że na tern ? Nie posilę raportu mego, jeżeli 
wy nie poszlecie listów waszych — to mówiąc , raz jess^cze się 
ukłonił i pocałował mię w rękę. 

— Dość na tern — rzekłem •— niech i tak będeie. — Podar- ' 
łem więc listy moje. Odtąd praporczyk słodki był jak baranek. 

W niedzielę 27 listopada, Makar, który chodził po obiad 
mój do Kościuszki, będąc wieczorem na straży, wpa£ do mej 
izby z twarzą śmiejącą się i na pół pijany, donosząc mi, że tegoż 
dnia car Paweł odwiedził Kościuszkę i oznajmił mu, że był 
wolnym . a z nim wszyscy Polacy; że w kuchni Kościuszki była 
wielka uczta, że wszyscy pili i jemu pić kazali. Zaczął o wizycie 
cara obszerniej się rozwodzić , lecz po swojettiti. Jam tyte tylko 
dociekł, że rada ministrów sprzeciwiła się oswobodzeniu mar- 
szałka Potockiego i memu; lecz Paweł I. odpowiedział, że chciał 
być panem i rozkazał, by Polacy, tak będący w Petersburgu, 
Jak 1 w głębi carstwa, wszyscy uwolnionymi zostali. Było ich, 

Crócz więźniów stanu, jeńców wojennych i innych, do 20,000. 
u słuszność i wdzięczność każą mi zapisać, iż do oswobodzenia 
naszego najwięcej się przyczynił pan Iliński. Ten za życia 
jeszcze carowej szczególniej zalecił się Pawłowi i pierwszy 
o śmierci jej przyniósł mu wiadomość. Gdy Paweł zostawszy 
carem, zapytał go, czego żąda od niego? « Uwolnienia mych 
uwięzionych ziomków », odpowiedział szlachetnie. Paweł atoli 
później wielkiemi darami i dobrodziejstwy go obsypał. 

Za tak pomyślne udzielone mi wiadomości, gdy powtórnie 
wszedł Makar do mnie, nie mając pieniędzy, darowałem mu 
jedne z kilku pozostałych mi koszul i chustkę. Odwdzięczył się 
za dar ten Makar, donosząc mi dnia 28. listopada, że jenerał 
Kościuszko wyjechał karetą na audjencję do Pawła L, i że oswo- 
bodzenie moje nastąpi niezwłocznie. Kilka dni atoli przeszło 
bez żadnej wiadomości. Znów więc byłem niespokojny. Aliści 
dnia 1. grudnia późno wieczorem , kiedy wedle zwyczaju mego 
chodziłem po ciemku, postrzegłem wchodzącego z pokorną 
miną praporczyka mego. Kazał on wyjść pilnującemu mięi^stró- 
żowi, sam długo stał przy drzwiach, słuchając czy go nie pod- 
słuchują, nakoniec zbliżając się do mnie, rzekł cicho: 

' — W dowód przywiązania mego do was powiem wam wa- 
żny sekret* 

— Cóż takiego V 

— Hosudaryni nasza izwolda pomreć. 

— Ja z największem zadziwieniem pytam : — Kiedy? 

NiBMCBWics , Pamiętniki. 15 



226 

— Joż dni kilka ^ odpowiedsiaŁ 

— Będzież io miało iaki wp}yw na smutny stan nask? 

On na to: — Powiedziałbym wam coś, ale się lękam, byście 
mnie nie zdradzili. 

— Nie miejźe żadnej obawy — rzekłem — przysięgam, źe 
was nie wydam. 

Wtenczas on: — Taka była wola Boga i ś. MikcJaja, ie 
wielk% hosndarynię naszą zawołali do nielm, stosz diełat. Ale 
hosudar dzisiejszy — na to słowo schylił się do ziemi — wszyst- 
kich was uwolnił, a sołdat, który chodził dla was po obiad, 
odebrał rozkaz, by już jutro nie chodził, gdyż będziecie wolnymi. 

— Bogu niecn będą dzięki za wasze doniesienie ! — Prapor- 
czyk niżej niż kiedy sUonił się i wyszedŁ 

Łatwo każdy pozna, jak żywo serce moje biło z radości. 
Rozdałem sołdatom resztę prawie garderoby mojej, a memu 
Franciszkowi kazałem, by pozostałe tr^ kawałki łojowych 
świeczek moich zapalił, i wraz zacz^em śpiewać hymn do Ea- 
postasa, daj%c mu znać o prędkiem nas wyzwoleniu, oraz napi- 
sałem do Bonneau, zapewniając wszystkich, iż w przypadku, 
gdvby razem ze mn% uwolnieni nie byli, dołożę wszystkich sta- 
rań, by to wraz nas^piło. 

Długo chodząc, położyłem się raz ostatni na twardem łożu 
moim, sen jednakże nie przystępował do oczu moich. Wkrótce, 
mówiłem sobie, ujrzę towarzyszy moich, za miesiąc może złączę 
się z rodziną moją, odzyskam osobistą wolność. Lecz niestety! 
ojczyzna rozszarpana w niewoli. 

Nazajutrz ósma, dziewiąta, dziesiąta gdzina wybiła, nikt ńę 
nie ukazige. Stałaż się odmiana? Wrócify hiespokojności moje, 
gdy około jedenastej usłyszałem hałas po kory^rzUi Otwierają 
się drzwi: wchodzi Makarów strasznie zadyszany. Udaję jak 
gdybym o niczem nie wiedział, i zaczynam się skarżyć, żem go 
już dawno nie widział. 

— Nie czcgę tchu w sobie — rzekł — niech trochę odpocznę. 
Siadł na mem łóżku, ja przy nim. Po kilku minutach czasu 

wyjął papier z kieszeni. Był to ukaz cara, oznajmujący niezwło- 
czne mię uwolnienie, podpisany własną ręką jego. Przeczytaw- 
szy, uściskał mię i powinszował. Praporczyk aż do ziemi się 
sldonił. 

— Ostrzyż — rzecze Makarów — i ogól brodę twoją. 

— Pozwól — odezwałepa się — bym z nią odwiedzi przyja- 
ciół moich. Jeżeli nic nie było dego w zakazaniu mi jej golió, 
jakież zło , że jej i dziś nie ogolę. 

— To być nie może — odparł z niejakim gniewem — jeżeli 
chcecie wyjść i być wolnym, wraz ją ogolić musicie. 

Ciężka była alternatywa. — Pójdźcie więc oznajmić — rze- 
Idem — druffim wolność ich , gdyż nie wątpię, że i oni wolność 
swą otrzymali. 



227 

— B^% j% mieć — odpowiedział — lecz jeszcze nie mam do 
tego rozkazu. 

Wyszedł odwiedzić innych , a mnie sołdat ostrzyrf najprzód 
brodę, potem namydlił i ogolił. Mamże powiedzieć , że mi jej 
ial było ! Wziąłem natychmiast bnty ze skóry psa morskiego, 
włożyłem wilczurę, szlapę , a gdy wrócił Makarów, juzem był 
gotów. Przywiozłem był kilkanaście książek z sobą, a chcąc 
nieszczęsnym następcom moim w tem miejscu zostawić jaką 
pociechę, prosiłem Makarowa, abym z tych książek mógł zro- 
bić dla nich fundację w* tym domu. Zezwolił, co mię wielce 
ucieszyło; choć bowiem nie będą wiedzieć, od kogo ten dar po- 
chodzi, przecież myśl sama, że im ulgę i rozrywkę przyniosłem, 
już mię napełnia radością , ilekroć pomyślę o tem. 



ROZDZIAŁ XI. 



Aator u Kościuaiki, Ignacego Potockiego, Mostowskiego. — Btcteg^lj 
o śmierci Imperatorów ej KatanyoY i widzeniu się imperatora Pawła z Ko- 
tfcittsikf i Potockim. — Prezentacja a dworu. — Parada przenosin zwłok 
Piotra III. do wspólnego grobu z Katarzyną. — A.utor wyjeidia z Kościuszką 

do Zjednoczonych Stanów Ameryki. 



Nie mogę wyrazić poruszeń moich, gdym przestąpił progi 
więzienia. Zdało mi się , że po drugi raz na świat przychodzę. 
Przeszliśmy dziedziniec twierdzy, most zwodzony, nakoniec 
Newę po lodzie. Po drodze rzekł mi Makarów: 

— W radzie ministrów wielkie były spory i przeciwieństwa 
uwolnieniu waszemu; przemogła je wola carska. Lecz zaklinam 
was, bądźcie ostrożnymi : jedno słowo zgubić was może. 

Podziękowałem mu za jego przyjacielską radę. Muszę tu od- 
dać sprawiedliwość : w całym ciągu niewoli mojej zawsze oka- 
zywał się uprzejmym, ubolewającym. 

Wolne powietrze, iskrzące się mroźne niebo, widok ogro- 
mnych przybrzeżów granitowych, mnóstwo latających sanek, 
nowość pojazdów i zaprzęgów, wrzask przeraźliwy powoźczy- 
ków, silnie zamkniętemu tak długo w cichości i ciemności pra- 
wie, ćmiły oczy; zabijał się oddech, krew mocno biła do głowy. 
Przebywszy Newę , znaleźliśmy sanie Makarowa. Zawiózł mię 
najprzód do Mostowskiego , który razem z Zakrzewskim i Bo- 
kolnickim mieszkał. 

15* 



228 

Mamie mówić , z j«k% rzewn% aściskaliśmy się radości%, ile 
łez wylanych 1 Znalazłem ich zmizemiałych , oni mnie zes^rza- 
łym. Odwiedziłem potem marszałka Potockiego; ten ź%dał wi- 
dzieć bliznę rany odebranej pod Maciejowicami; pocałował j%, 
mówiąc : święta, bo poniesiona sa ojczyznę. Znalazłem go także 
wielce zmienionym, lecz nikogo tyle, ile samego Kościuszką 
Niepojęty duch podejrzliwości pomieszał mu prawie zmysły, nie 
mówił o obojętnych nawet rzeczach , lecz szeptał je tyUco po- 
cichu ; a gdym ja słowo głośno wymówił, szeptał mi : Tu wszę- 
dzie, za ścianą, pod podłogą, nad sufitem siedzą szpiegi. — 
Przywitałmię jednak uprzejmie, a podniósłszy głowę do ucha 
mego , rzekł mi : 

— Dałeś mi dowody prawdziwej przyjaźni; jeszcze jedną 
musisz mi uczynić przysługę. Postanowiłem udać się ztąd do 
Zjednoczonych Stanów Ameryki: musisz jechać ze mną. 

— Uczyniłbym to z ochotą — odpowiedziałem — lecz po 
tak długim przeciągu czasu miło by mi było oelądać sędziwego 
ojca, uściskać braci i siostry, przyjaciół, i odzyskać małe me 
mienie. 

— Za tydzień chciałbym wyjechać — odrzekł Kościuszko — 
a co do sposobów, mam więcej , niż dla nas dwóch potrzeba. 

— Nie chcę ci być ciężarem — odpowiedziałem. 

— Ach! nie ciężarem, pomocą, pociechą mi będziesz. Wi- 
dzisz w jak niedołężnym jestem stanie: ni moralnie, ni fizycznie 
rady sobie dać nie mogę — tu rzewnie zaczął płakać. 

Te łzy, ten stan jego opuszczony, przejęły mię do żywego: 
zapomnifliem domu, zapomniałem krewnych. 

— Niech i tak będzie — rzekłem — nie chcę cię do końca 
opuszczać ; pojadę z tobą. 

— A eh I co to za przyjaciel — rzekł, ściskając mię kilka- 
krotnie. 

Makarów, nim nas opuścił, oznajmił nam, źe tegoż wie- 
czora mieliśmy się zebrać do Samoiłowa i tam złożyć przysięgę 
imperatorowi. Kościuszko złożył ją u siebie w ręce Jerzego 
Wielohorskiego , który przyjął msrszałkostwo u dworu; my 
wszyscy u Samoiłowa, niestety, z jakąż serca boleścią! Zasta- 
łem wielu Polaków i Polek w Petersburg przy oswobodzeniu 
naszem: księżnę Radziwiłłowę, wojewodzinę wileńską z męż^iiy 
Ilińskiego, wojewodę bełskiego Potockiego , panie Ożarowską, 
Zabielinę, później Gutakowską, Giżyckiego, Komara, adju- 
tan ta Zubowa, i wielu innych; panie Działyńską, Woronicz 
z domu. 

Kilka chwil wolnych od pilnowania Kościoszki przepędzałem 
z nimi. Od nich to dowiedziałem się o ciekawycn szczegółach 
śmierci Katarzyny II., które tu jako dziś mało , a później mniej 
jeszcze znane będą, za świeżej pamięci położę. Carowa Kata- 
rzyna noc 15. listopada 1796 roku podług zwyczaju swego prze* 



229 

pędziła w jednem }oiu z nałoźnikieiB arwoim Platonem Zubo- 
wem, wstała rano zupełnie zdrowa i wraz sama, jak zwykle, za- 
paliła na kominie ogień, zagrzała kaw^ i napiwszy się jej, usia-^ 
dła do stolika, pisać bilet jakiś, odee^wszy wprzódy swą 
faworytkę garderobianę. W pośród pisania tego uezuła gwałto- 
wną potrzebę pójścia na wychodek. Byto wtenczas około ósmej 
z rana. W godzinę przyszli ministrowie z papierami swemi ; nie 
znalazłszy jej , czekali. Jeszcze upłynęła godzina, gdy zdziwiony 
kamerdyner jej Zachariew, mniemając że imperatorowa prze- 
chodzi po zimowym ogrodzie Eremitaźa, poszedł szukać jej 
w tem miejscu. Zwiedzi! kużdy klomb, wszystkie części, ustępy 
czarodziejskie ogrodu tej północnej, blizko siedmdziesięcio- 
letniej Armidy — napróżno. Przyszła mu nakoniec myśl zajrzyó 
do wychodka: chce go otworzyć, coś się opiera; woła, nie ma 
odpowiedzi; pchnie mocniej, cóż widzi? — Katarzyna II. , po- 
strach świata , ciemięźycielka ludów , siedzi na stolcu z zadar- 
temi do góry nogami, obnażona od dołu, w postaci najnieprzy- 
zwoitszej : brzuch jej mszał się jeszcze, otwiers^a oczy, lecz nio 
nie widziała; była zupełhie bez zmysłów. Puszczono krew, lecz 
nie odmienno to stanu jej. Dowiedziawszy się o tera nasz Iliń- 
ski , wsiadł natychmiast na sanki i pobiegł do Gatszyny, donieść 
o tem Pawłowi; zastał go tam u nowo budującego się młynka. 

— Patrz ! — rzecze Paweł — jak się koło obraca. Każde 
pióro onego ra? jest na górze, znów się znajduje u dołu. Jest to 
obraz fortuny każdego z nas. 

— Pióra wasze — odpowie Iliński — będą zawsze na górze. 
Pozdrawiam was imperatorem , przywłaścicielka Katarzyna żyć 
przestała. 

— Możeź być! — zawołał Paweł, ściskając i całując Iliń- 
skiego. Wraz kazał mu wsiąść z sobą do sanek i do Petersburga 
dążyć co prędzej. W drodze spotykają Mikołaja Zubowa, brata 
faworyta, który z podobnąż już wieścią spieszył. Zubow po- 
strzegłszy sanie Mikołaja, piorunem wyskakuje, klęka w śniega 
i wrzeszczy : — Pozdrawlaju was hosudarem. — Sady sia durak, 
była Pawła odpowiedź. 

W mniej jak dwie godziny czasu już stał Paweł przed łożem, 
na którem rozciągnięta mratka jego leżała. Już była obumarła, 
jakem wyżej powiedział, brzuch się jej tylko ruszał. Seweryn 
Potocki, który w dzień ten odprawiał służbę szambelańską 
i był w sali przytomnym, powiadał, iź nio pocieszniejszego nie 
było jak chwila ta. Kłopotliwą i trudna ona była dla zebranych 
dworaków: z jednej strony widzieli hosudarynię swą, która 
przez przeszło lat trzydzieści była panią majątków i życia ich, 
która jeszcze przyjść mogła do siebie ; widzieli z drugiej w całej 
sile wieku Pawła. W tem tak delikatnem , trudnem położeniu, 
postanowili sobie wziąść za igłę magnetyczną ruszanie się brzu* 
cha carowej : wznosiłże się on żywiej, wraz wszyscy przechodzili 



230 

do niej ; wolnialźe w swym nichu,.ciBnęli się do następcy tronu. 
Ten niezupełny stan śmierci carowej trwał przez trzydzieści 
godzin , brzuch jej bowiem nazajutrz dopiero rzucać się prze- 
stał. Otworzono ją i znaleziono pękniętą żyłę w głowie i mózg 
krwią zalany. Wielki książę Paweł wraz ogłoszony carem. Od 
tej chwili chwycił jedną ręką wodze państwa, drugą bicz do 
popędzania koni; ochoczy puścił się galopem, z niecierpliwo- 
ścią młodego woźnicy, który długo czekał roskoszy , by siedział 
na koźle. Wracam do przerwanego ciągu moich wspomnień. 

Wieczorem, podług zapo wiedzenia Makarowa: marszałek 
Potocki, Wawrzecki , Zakrzewski, Mostowski, udaliśmy się do 
Samoiłowa dla wykonania przysięgi wierności. Czytał nam ią 
ksiądz katolicki po polsku. Okrutny ten cerograf trzeba było 
dopełnić. Po skończeniu tej bolesnej cerem onji, Samoiłow ko- 
leją uściskał wszystkich moich kolegów niewoli , lecz gdy przy- 
stąpił do mnie , spojrzawszy przypadkiem na portret Potem- 
kina i przypomniawszy sobie zapewne, com o nim pisał i mówił, 
odskoczył, jak gdyby zjadła żmiję napotkał. 

O odwiedzeniu przez Pawła I. jenerała Kościuszki i mar- 
szałka Potockiego, następujące od nich samych otrzymałem 
wiadomości. Dnia 26. listopada 1796 Paweł I. w towarzystwie 
dwóch synów swoich i wielu znakomitszych bojarów przyje- 
chał do pałacu Orłowa, gdzie Kościuszko mieszkał, i wraz 
mu rzekł : 

— Długo nic dla was uczynić nie mogąc, jak tylko nad lo- 
sem waszym ubolewać, szczęśliwym się sądzę, że dając wam 
dzisiaj wolność , choć po części nagrodzić wam mogę wszystkie 
cierpienia wasze. Jesteś wolnym; chciałem sam przynieść wam 
tę wieść pocieszającą. 

Lubo jenerał Kościuszko przygotowanym już był do tej 
wiadomości, tak się czuł pomieszanym, że i słowa odpowiedzieć 
nie mógł. Imperator dotknięty tem jego milczeniem, usiadł 
obok niego i z wielką słodyczą rozmawiał z nim, chcąc śmiałość 
i ufność wzbudzić w nim. Jakoż ośmielony Kościuszko zapytał 
go , czyli i inni więźniowie polscy uwolnionymi będą ? 

— Będą bez wątpienia — odparł car — lubo względem Po- 
tockiego i Niemcewicza wielki był opór w radzie ministrów 
moich; sądzą ich za zbyt niebezpiecznych. Chcesz że ręczyć 
za nich? 

— Za Niemcewicza ręczę — odpowiedział natychmiast Ko- 
ściuszko — lecz za Potockiego nie dam słowa, nim się wprzódy 
z nim nie rozmówię. 

— Podoba mi się ta wasza ostrożność — rzekł PaweŁ — 
Możesz więc natychmiast jechać do Potockiego i rozmówić 
się z nim. 

Kościuszko prosił cara o pozwolenie , by się mógł schronić 
do Zjednoczonych Stanów Ameryki. 



231 



Paweł wraz na to zezwolił, dodawszy: — Dam wam nawet 
sposoby zajechania tam najwygodniej. To mówi%c, pożegnał 
go i wyszedł. W. książę Aleksander przed wyjściem jak najczu* 
lej uściski^ Kościuszkę. 

Nazajutrz Kościuszko udał się do słabego marszałka Poto- 
ckiego. Po krótkiej rozmowie zgodzili się obydwaj, że nie był 
to czas targować się i że na wszystko zezwolić należs^o. 
W ciągu rozmowy zapytał Kościuszko, cży Niemcewicz już jest 
wolny? 

— Nie jeszcze — odpowie Kościuszko. 

— Jedźże co prędzej do cara, prosić by był uwolnionym; 
wiesz jak wielu ma on nieprzyjaciół. Jedna chwilka może go 
zgubić. 

Nazajutrz Kościuszko pojechał do dworu z listą wszystkich 
więźniów, którą wraz Paweł podpisał. 

Paweł 1. odwiedził także marszi^ka Potockiego. W wizycie 
tej cesarz okazał się pełen dobroci, dowcipu i wesołości. 

— Wiem ja — rzekł — jak ciężko byłeś prześladowany, mę- 
czony ; lecz pod ostatniem panowaniem wszyscy uczciwi ludzie 
prześladowanymi byli: ja sam pierwszy. Ministrowie moi prze- 
ciwili się uwolnieniu waszemu, jam jeden go żądał i jeden byłem 
przeciwnego zdania ; nie wiem jakim sposobem to zdanie prze- 
mogło. Ci panowie chcieliby mię za nos wodzić , lecz na ich 
nieszczęście nie mam go — to mówiąc pociągnął ręką po twa- 
rzy, która bez żadnego oporu ześlizgnęła się aż za brodę, jak 
gdyby na gładkiej , równej płaszczyźnie; Paweł bowiem zamiast 
nosa miał nie wielką płaską naróść. — Wolnym już jesteś — 
mówił dalej Paweł — lecz przyrzecz mi, że się spokojnie zacho- 
wasz. Sam rozsądek powinien ci rozkazywać potrzebę tego; 
nowe porwanie się, nowe ściągnęłoby na was nieszczęścia. 
Byłem zawsze przeciwny podziałowi Polski, uważałem go za 
równie niesprawiedliwy jak niepolityczny. Żeby powrócić Pol- 
skę, trzebaby zgody trzech mocarstw: zezwoli ż na to Austrja, 
mniej jeszcze Prusy ? Mamźe dla Polski wypowiadać im wojnę? 
Państwo moje po tak ciągłych, niepotrzebnych wojnach aż 
nadto potrzebuje pokoju. Trzeba nam się więc oddać konie- 
czności smutnej, , 

Od tej chwili nie mówiono u dworu i na mieście, jak tylko 
o nadzwyczajnych łaskach, w których Polacy znajdowali się 
u cara. Moskale zżymali się ze złości i zawiści, a przytomni 
adrajcy Polacy z trwogą i zawiścią poglądali na nas ; czuli oni, 
że te dowody szacunku okazywane nam, były wyrzutem ich po- 
dłości. 

Czuł to najżywiej Jerzy Wielohorski. Hoży, pełen dowcipu, 
zręczny, od roku 1791 udał się do Petersburga, nowy tam sobie 
zawód do wyniesienia i bogactw sposobiąc; pojął za żonę pannę 
Matuszkin, bogatą dziedziczkę. Z szambelana Katarzyny II. 



232 

zosta] marszałkiem dwora Pawia I. Widok nas nieszczęsnych, 
lecz czystych od plamy, zawsze mu przypominał jego podłość 
i odstąpienie sprawy ojczystej. Chciał więc błotem ol^ywają- 
cem go choć dwóch przedniejszych z nas obryzgać. On to wy- 
perswadował carowi , iż równie się to zgadzało z hojiaością jak 
z polityką jego, nadać niektórym z nas dobra lub peneję, przy- 
musić ich do zostania Moskalami. ((Przez to — dodał — zmniej- 
szysz kredyt i popularność ich w kraju. » Paweł I. zasmakował 
w tym projekcie, nadał Kościuszce i marszałkowi Potockiemu 
po 1000 dusz w Moskwie i przysiądz im jak właścicielom roz- 
kazał. Kościuszko prosił, by mu za te dusze wykup dano na 
drogę. Dano mu więc 60,000 rubli srebrnych, które on, stanąw- 
szy w Ameryce, odesłał. Marszałek Potocki także dobra na 
pensję zamienił. 

Między znajdującymi się w Petersburgu Polakami, prócz 
tych, o których już wspomniałem , byli dwaj młodzi synowie 
księcia Adama Czartoryskiego, Adam i Konstanty, obydw^ 
wychowani najlepiej i dający po sobie wielkie nadzieje. Pod 
warunkiem tylko, że ci synowie przybędą, uwolniono z pod 
konfiskaty dobra ojca, część ich jednak Markowowi oddano. 
Książę Adam był szambelanem , obydwaj na pozór lubieni od 
carowej. Pierwszy najściślejszą przyjaźnią złączył się z wielkim 
księciem wtenczas Aleksandrem, później carem. Mówił on mu 
ustawicznie o Polsce, i tym to wpojonym w młodości przez 
nieffo wrażeniom winniśmy później odnowienie choć po części 
krolestwaPolskiego. Przybył tam także książę Stanisław Ponia- 
towski, synowiec Stanisława Augusta, ostatniego króla naszego, 
człek uczciwy, lecz z niewielkim talentem i obywatelstwem. 
Nadane sobie niezmierne starostwa kaniowskie i bohusławikie 
sprzedał za bezcen i przeniósł się za granicę ; tam zakupi w sta- 
rożytnościach, dawnych kamieniach, obrazach, skarby nie- 
zmierne, a kupiwszy dobra, ożenił się z własną kucharką, na- 
płodził dzieci, i zapomniawszy ojczyzny, wszystko obcym 
zostawił. 

Byli tam nadto: Potocki, wojewoda bełski, pani z Woroni- 
czów Działyńska, księżna Biron, bratowa panującego ostatniego 
księcia kurlandskiego. Z niemi miło mi byio obcować, lubo 
mniej zdatnym byłem do towarzystwa. Długie osobne zamknię- 
cie, osłabione nerwy, uozynii^ mię jak na pół pomieszanym: 
zapomniałem prawie mówić, z ciężkością słów szukałem; grana 
nuta narodowa na klawikorcia, śpiewanie ich, łzy z oczu mi 
wyciskały. 

Dzień niedzielny przeznaczonym był ku przedstawieniu nar 
szemu Pawłowi i małżonce jego. Etykieta nakazywała, stawić 
się w ciężkiej grubej żałobie, przepisaniej przez samego Pawła, 
z zwykłą jemu dziką nadzwyczignoscią. Ubiór ten składał się 
z czarnej sukni, z trzema tylko na przodzie guzikami, z Iamówk% 



233 

bła}%y msÓB} lub więcej szeroką, podłóg stopnia nosząeego, 
u trzewików sprzączki ozamą krep% okryte, u szpady , u kape- 
lusza podobnaź krepa wleki|ca się aź po ziemi, bez pudra na 
głowie; podobnie ubrani, nie mało do kominiarzy byliśmy po- 
dobni. Trzeba było te suknie mieć w mgnieniu oka zrobione, 
więo je też trzeba było obficie opłacać , tak , iź moja zdaje się 
kosztowała 30 cz. zł. , na to, aby przed kilku dniami buntownik, 
więzień kryminalny , dziś stawić się na dworze potgźneąo cara, 
przed ciałem strasznej niedawno carowej. W tłumie z Europy 
1 Azji zebranych znakomitości, widok dworu tego bardziej mi 
się dzikim i nadzwyczajnym , niź wspaniałym okazał. Zebrane 
tam były wszystkie azjatyckie narody, zawisłe od Moskwy, 
każdy w swoim ubiorze. Jenerałowie, ministrowie, przepasani 
czterema lub pięciu wstęgami, z tyluż gwiazdami, tak złotem 
i djamentami upstrzeni, iź gwiazda i szlifa djamentowa przesta- 
wała być dystynkcją. Tu szambelani, mimo żałoby tak wymu- 
skani, jak Moliera Markizy; obok nich, w długich sukniach, 
wysokiej czapce i z brodą jal]^owatą metropolita nowogrodzki. 
Tu wysmukły Czerkas lub Kirgiz, dalej Kafmuk, zamiast oczu 
mający dwie dziurki w głowie. Korpus CheyaliersGardes uderza 
bogactwem ubioru swego; składa on się z .wyboru młodych 
oficerów, najprzystojniejszej postaci. Z tego to stada ogierów 
wybierała Katarzyna II. lubowników swoich. Odprawują oni 
straż wewnątrz apartamentów carskich. No«zą oni kolety białe 
z wyłogami granatowemi aksamitnemi ; galony złote po wszyst- 
kich szwach, nad glonami jeszcze hafi; złoty. Lekka zbroja 
srebrna, srebrne łańcuchy spadające na piersi, srebrne pozłoci- 
ste hełmy na głowie z piórami strusiemi , na butach nawet po 
obu stronach na szwach grube blachy srebrne. Na dworze tym 
wszystko przesadzone. 

Ciżba ta różnorodna wahała się w różne strony jak morza 
bałwany: raptem rostąpiła się, zostawiając w pośród przejście 
wolne i głowy schylając do ziemi. Rozumiałem że car idzie, lecz 
był to tylko ostatni nałożnik carowąj, Platon Zubow, a choć po 
śmierci Katarzyny ustał kredyt i powaga jego, przecież nałóg 
Moskali gięcia się przed wielkością jeszcze nie ustał. Była to 
figura miernego wzrostu, biała, wymokła nawet, z dużemi, 
czamemi oczyma; misi w ręku hebanową laskę i szedł do ko- 
mnaty, gdzie na katafalku leżało ciało carowej. Syn jej bowiem 
Paweł I. nie omieszkał żadnej okoliczności, w którejby pamięei 
matki swej nie drasnął. I tak po wystawieniu na katafalku 
ciała Katarzyny, Paweł L wyznaczył jej dwór, jakby jeszcze 
żyła, i zwierzclmość nad dworem dal kochankowi jej Zubo- 
wowi, mówiąc do niego te słowa: 

^- Tak wiernie i przykładnie służyłeś matce mojej za życia 
że i po śmierci nawet miło ci będzie widzieć się najbliższym 
jej boku. 



234 

Wkróce kazał car Bobrynskiego , syna Katarzyny U., 
i wszystkie naturalne jej dzieci sprowadzić do Petersburga. 
Stanku ; kazał im wziąść się za ręce i wziąwszy Bobryńskiego za 
rękę, pociągnął rząd ich za sobą do pokoju carowej i dzieci 
swych, mówiąc: 

— Je vou8 presente ces Messieurs qui nous appar- 
tiennent de bien pres. 

Darować można te drobne zemsty carowi, który przez 
blizko lat czterdzieści nie tylko widział własny tron swój przy- 
właszczony, ojca zamordowanego, lecz nadto sam takowych 
obejść od zbrodniczej kobiety i największego doznawał upo- 
korzenia. 

Widząc, że wielu szło do sali, gdzie spoczywała Katarzyna, 
ciekawością zdjęty i ja poszedłem , lecz nie chciwy całować ręki, 
która ojczyznę moją wywróciła, zatrzymałem się u drzwi. Na 
Wysokiem łożu , do którego po dwunastu stopniach przybliżać 
43ię trzeba było, leżał olbrzymiej postaci trup Katarzyny. 
Brzuch jej tak się wynosił w górę, że twarz jej zupełnie za- 
krywał ; nogi jej tak były ogromne i nabrzmiałe , że słoń mógł 
aię przyznać do nich. Ubrano ją w długą suknię moskiewską, 
aksamitną, zieloiią, podbitą sobolami, z szerokim haftem 
-złotym. 

Mnóstwo koron, berł, globów, wszystkie ordery, jakie tylko 
posiadała, leżały na stopniach katafalku. Jak za życia miała 
carowa dwór swój, szambelanów, junkrów, paziów, gwardzi- 
stów, odmieniających się co dwie godziny. (Jciążliwemi były 
dla dworaków powinności te; prócz bowiem umarłej carowej 
i żyjącego cara, tęż samą służbę odprawiać musieli przy tru- 
mnie zamordowanego przez Katarzynę męża jej Piotra III. 
przed 34. laty. 

Paw^eł I. w dzień wstąpienia swego na tron, nie mogąc po- 
mścić się zabójstwa tego , cieniom ojca chciał winną cześć od- 
dać. Wiadomo, że Piotr III. po zamordowaniu swem nie w cer- 
kwi, gdzie chowają carów, lecz w cerkwi świętego Aleksandra 
Newskiego w prostym mundurze, bez znaków panującego, Wł 
pogrzebiony. Jeden tylko pozostał pop świadomy miejsca, kędy 
spoczywał. Paweł pierwszy zaprowadzony przez niego , kaziU 
trumnę otworzyć: nie znaleziono w niej jak tylko popioły, ka- 
wałki munduru i guziki. Car skropiwszy łzami zwłoki ojca, roz- 
kazał, by w tymże kościele wystawiono katafalk podobny temu, 
na jakim Katarzyna II. spoczywała na zamku, i przy nim równo 
jak przy pierwszym wyznaczył służbę wojskową i dworską; co 
więcej , wybrał do tej służby dwóch pozostałych jeszcze przy 
życiu zabójców ojca swego: Baratyńskiego iOiłowa. Codziennie 
Paweł I. przychodził z żoną i całą familją do żegnania się , jak 
mówiono, z matką, po trzykroć kłaniał się przed nią i w rękę 



235 

całował. Wszyscy, pospólstwo nawet, chędogo ubrane, przy* 
puszczane było do tego szczęścia; każdy całując rękę, mówił to 
słowo: «Praszczajte!» (Bywaj zdrowa.) Tenże sam obrządek 
odbywał się przy trumnie Piotra III., z różnicą, że gdy w tru- 
mnie już nic do całowania nie było, trzykrotne tylko oddawano 
ukłony. 

Imperator , chciwy jak najgłośniej uczcić pamięć ojca i na- 
grodzić zbyt czerkiesko sprawiony mu pogrzeb, raz publicznie 
z temi odezwał się słowy : Ojciec i matka moja za życia nie 
w najlepszej żyli zgodzie; po śmierci przynajmniej chcę ich po- 
jednać. Niech wraz przygotują dużą salę, niech obydwie tru- 
' mny, męża i żony, obok siebie postawione będą. — Rzekł i stalo^ 
się. Duży na trumnach położony był napis: ((Rozdwojeni za 
życia, połączeni po śmierci. » Sala ta ubrana była z jak najwię- 
kszą wspaniałością. Wszystkie tam widziano godła panowania, 
pięć koron: moskiewską, kazańską, astrachańską, syberyjską 
i taurycką. Mitry książęce bez liku, berła, globy, ordery, herby 
wszystkich gubernji i prowincji, należących do państwa mo- ' 
skiewskiego. Drżano na myśl , że tyle krajów , tyle miljonów 
ludzi, ich losy, majątki, życie, zawisły od jednego człowieka. 

Gdy już wszystkie przygotowania do pogrzebu były ukoń- 
czone, nakazano uroczystą procesję przeniesienia ciał do ko- 
ścioła świętego Piotra i Pawła w twierdzy. 

Byłem świadkiem całej tej pompy , wiernie więc opisać ją 
mogę. Korpus kadetów, cztery pułki gwardji, dziesięć tysięcy 
linjowego wojska stało wzdłuż szeregami od pałacu cesarskiego 
aż do cerkwi. Zaczęła się procesja jak tylko rozedniało, to jest 
około 10. z rana. Szedł najprzód oddział gwardji konnej, za nim 
drugi korpus kadetów, znów cztery kompanie gwardji, za niemi 
wszystkie departamenta rządowe , każdy mając ministra swego 
na Czele; dalej 60 heroldów w zupełnych zbrojach, za każdym 
z nich prowadzono rumaka czarnym dyf tykiem okrytego, z cho- 
rągwią i herbem jednej gubernji. Z jakąż żałością przyszło mi 
widzieć herby województw dawniej i świeżo Polsce wydartych I 
Dalej dygnitarze koronni, każdy niosąc godło jakie carstwa: 
koronę, berło, jabłko, miecze, mitry książęce, ordery rozmai- 
tych kształtów i kolorów. Gdy się tłumy te coraz bardziej 
przerzadzały , ujrzano nakoniec ogromny wóz ciągniony przez 
osiem koni białych, okrytych bialemi kapami, na wozie nie- 
zmierna trumna obita karmazynowym aksamitem ze złotemi 
galonami: w trumnie tej było ciało Katarzyny. Na drugim po- 
dobnym wozie druga podobna trumna z ciałem Piotra III; 
obok niej kazał Paweł iść Baratyńskiemu i Orłowowi , pozosta- 
łym jeszcze zabójcom ojca swego. Uważać należy, że miejsce 
honoru dane było zwłokom Piotra III. jako prawego cara. Po- 
kazała się nakoniec najjaśniejsza familja cara, stopniami, podług 
wzrostu i wieku, maleńkie i wielkie księżniczki, wielkie książęta 



236 

Aleksander i Konstanty z ionami swemi. Mikołaj jeszcze był 
w kolebce. Car chciał , 'żeby go mamka niosła, lecz przeciwili 
się doktorowie, mówi%Cy że był mrósi 18 gradusów Bonrara, 
dziecko mogło zmarznąć. Postępował nakoni^c poważnym kro- 
kiem sam car z carową, otoczony pierwszymi dworzanami. 
Bóźne oddziały wojsk zamykały procesję. Trzy tygodnie 
leżały cisJ^a w dworca, znów trzy tygodnie w cerkwi, aż je spu- 
szczono do grobu. 

Przedstawienie nasze u dworu odbyło się zwyczajnym spo- 
sobem. Marszałek dworu przyprowadziwszy nas przed monar- 
chę, wymawia imię przedstawionego, ten pada na kolana 
i mocno uderza niemi o ziemię; car podnosi go i cahije w poli- 
czek. Pamiętam, że podniósłszy się i odchodąc od cara, nie- 
baczny, obróciłem się do niego tyłem. 

— O nieba! — krzyknęli szambelani — co robisz I Obracasz 
się tyłem do monarchy 1 

Natychmiast porwali mię pod pachy i obróciwszy mię bo- 
kieni , przymusili trawersować djagonalnie jak konia na 
ujeżdżalni, aż do imperatorowej. Tu powtórnie klękać i cało- 
wać w rękę potrzeba było, bez wstrętu zapewne: carowa 
bowiem była piękną, kobietą, miała rękę białą i przyjemnie 
pachnącą. 

Dowiedziałem się później , że car uważał moje obrócenie się 
tyłem, nie zapalił się atoli gniewem, lecz ze śmiechem tylko 
powiedział: 

— Ce monsieur a encore son bonnet de Jacobin 
sur la tete. 

Nie tylko kawalerowie , damy nawet musiały klękać przed 
carstwem i rękę ich całować. I te ubrane były w ciężkiej żało- 
bie, z krepą idącą od głowy i wlekącą się po ziemi, bez żadnej 
egzageracji , przynajmniej na trzy łokcie ; nadto potężny język 
z aksamitu czarnego na czele. Łatwo wnosić , jak Moskiewkif 
nie udarowane od natury wdziękami, w podobnym stroju wy- 
dawać się musiały. 

Nie będę się dłużej rozciągać nad ceremonjami i etykietami 
dworu; wszędzie w nich mieszała się azjatycka duma z europej- 
skim pokostem. Nie dziwiłem ich jak tyle, ile bez narażenia się 
widzieć potrzeba było. Obrządki ich kościelne są doayó wspa- 
niałe, trzymają wiele diaków z pięknemi głosami. Dziw^na, ie 
diaki te ubrane są po polsku; pienia ich pełne metody. Zwy- 
czajem jest, że po bene dykcji wszyscy całują popa w rękę: 
pierwsza carska familja; lecz gdy ta przystępi;ye do pocałowania, 
pop okrywa swą rękę ornatem, i ten car i książęta całigą. Pe- 
tersburg, gdzie tyle łupów z Azji i Europy zdartych łożono, 
gdzie próżność monarchów tyle zakupiła drogich obrazów 



237 

i sprsętów , wiele godnych widzenia zamyka przedmiotów. Ża- 
łuję dziś, żem icfa nie oglądat; a raczej tak dziń jak i wtenczas, 
po stracie ojczyzny, wszystko mi było oboj^nem. 

Raz tylko z kilku ziomkami zostawszy na pokojach , po od- 
dalenia się dworu proponowano naon, widzieć przynajmniej 
zbiór djamentów korony. Nie opisuję ni korony, ni berła, bo je 
widziano w Warszawie, i duży djament, niegdyś Wielkiego 
Mongoła , nabyty od Ormjanina za 100,000 rubli dożywotniej 
pensji (Ormjanin ten drugiego roku po podpisaniu kontraktu 
przedaży tej umarł), waź%cy 779 karatów w kształcie łyżki, 
z jednej strony płaskiej, z drugiej wypukłej; ani potężnego 
w berle rubina. To co było w szafach pod szkłem, nie odpowia- 
dało oczekiwaniu mojemu. 

Przez krótki czas pobytu mego wolnego w Petersburgu, 
pilnując chorego Eosciusdd, czasem tylko wyjeżdżałem, by 
widzieć rodaków moich, tych, którzy Polakami być nie prze- 
stali. Wielu bowiem było takich z obojga pogłowia, którzy za- 
pomnieli ojczyzny swojej i wj^glądali tylko dobrodziejstw od 
cara. Już im była Katarzyna II. podłość ich nagrodziła, lecz od 
nowego cara nowych czekali datków. Zazdrośni uprzejmości 
i wzgl^ów, które carstwo oboje okazjrwali Kościuszce, lękając 
się, by on kredytu swego przeciw nim nie użył, podszczuwali 
Moskali przeciw nam, by nas co prędzej z Petersburga oddalić. 
Wkrótce ja doznałem skutków niegodziwych ich podstępów. 
Czynili oni i mnie honor, obawiając się, bym nie wpadł w łaski 
cara i nie szkodził im. Te ich tak płonne trwogi doszły mych 
uszu: nie byłem więc bez niespokojności, gdy dnia jednego, 
gdym był u obiadu z Kościuszką , wpada oficer od Areharowa, 
ministra policji petersburskiej, z żądaniem bym natychmiast 
do pałacu ministra tego udał się. Wiedziałem dobrze, kto to 
był Archarow i pałac jego, wiedziałem iż z tego domu wysyłano 
ofiary do więzień rozmaitych , lub też na Sybir. Lubo przeko- 
nany, żem nic podejrzanego ni to powiedział, ni też uczynił, 
znając atoli oszczerstwa, podstępy zajadłych na mnie mi- 
nistrów, nie byłem bez trwogi nowych nieszczęść. Wstałem 
więc od stołu , nie mając czasu jak te tylko słowa wyrzec do 
Kościuszki : 

— Widzisz w jakiem jestem niebezpieczeństwie ! Nie opu- 
szczaj mię. 

Kareta nasza była w pogotowiu: wsiadam w nią z przyby- 
łym oficerem. Przybywamy przed pałac policji. Minister jeszcze 
był z obiadu nie wrócił; wprowadzają mię do dużego pokoju. 
Patrzę przez okna na dziedziniec: widzę na nim kilka zaprzę- 
żonych kibitek, któremi więźniów stanu wysyłają na zsyłkę, 
kilku oficerów i tyluż kozaków ubranych do podroży, przecho- 
dzących się wprzód i wzad, a czekając tylko swych ofiar i słowa 
tego: «PaszołI» 



238 

Widok ten powiększył niespokojności moje: już ni6 wątpi- 
łem że skutkiem oskarżeń i kalumnji ja będę jednym z przezna- 
czonych do tej podróży. Trzy godziny zosts^em sam jeden 
w tym ciemnym pokoju, jnź układając w głowie sposób, jakim 
będę trawił na Syberji smutne dni moje. Były to jedne z naj- 
przykrzejszych cliwil życia mego. Pamiętałem, iż gdy mię 
pierwszy raz osadzono w więzieniu, trzęsiono mię i odebrano 
wszystko, co miałem na sobie. Nauczony doświadczeniem, ścią- 
gnąłem rękę do kieszeni, chcąc wiedzieć, ile miałem pieniędzy: 
znalazłem około 30 czerwonych złotych. Te wyjąłem i spuściłem 
za kpłnierz koszuli mojej , bym miał coś na wygnaniu. Gdy tak 
w niespokojności tykającej rozpaczy chodzę w ciemności, 
otwierają się drzwi i zakazana jakaś figura bierze mię za rękę 
i do gabinetu wprowadza. Postrzegam olbrzyma z kałmackiem 
wejrzeniem i twarzą: był to Archarow. 

— Kakźe — zawołał po moskiewsku — wy , którego do- 
piero hosudar uwolnił z więzienia, znów na niełaskę jego za- 
sługujecie? 

— Jakimże sposobem ? — zapytam. 

— Jakto, śmieliście być z wizytą u różnych dam dworu? 

— U jakich, jak się zowią, gdzie mieszkają? Nie widuję jak 
tylko ziomków i ziomki moje. 

— Nie pamiętam — odpowie. — Tą rażą hosudar daruje 
wam, a ja wam życzę, abyście jak najprędzej wyjechali z Pe- 
tersburga. 

— Wyjeżdżamy za dwa dni — rzekłem. 

— Im prędzej tem lepiej. — 

To mówiąc, nie skłoniwszy się nawet, otworzył drzwi ga- 
binetu i znikn^. 

Powróciłem co prędzej do Kościuszki, donieść mu, ie to 
musiała być omyłka, qui pro quo, gdyż mi zarzucano rzecz, 
wizytę jakąś, o której nie wiem ; lecz radzono przytem , abyśmy 
co najprędzej wyjechali z Petersburga, gdyż zdaje się, że jeste- 
śmy im solą w oku. Od Kościuszki udałem się do marszałka 
Potockiego , gdziem zastał wszystkich moich przyjadą zebra* 
nych i żywo zaniepokojonych o mnie. Z niezmierną powitali 
mię radością; opowiedziałem im w krótkości całą przygodę 
moją. Oni nawzajem oznajmili, że skoro o porwaniu mojem 
dowiedzieli się , wszyscy się zgodzili , że gdy jenerał Kościunko 
był w największych łaskach u dworu, winien prosić o ocalenie 
moje. Wraz więc Mostowski udał się do niego. Pytałem wszyst- 
kich, co było powodem tej napaści Archarowa, czyli mię wzięto 
za kogo innego, gdyż u żadnej damy dworu nie byłem, starając 
się nie zabierać, raczej unikać wszelkiej znajomością Nikt za- 
gadki tej wytłumaczyć nie umiał. Nazajutrz dopiero, gdym byt 
u księżnej kurlandzkiej, bratowej księżnej panującej, ta mi do- 
piero głęboką tę tajemnicę objawiła. 



239 



— Wytłómaczę wam wszystko — rzelda mi. — Pomnij cie^ 
że przed kilku dniami nalegany od przyjaciela waszego Mosto- 
wskiego y pojechaliście widzieć C. i jej córkę. 

— Prawda — rzekłem — lecz panie te nie przyjęły nas. 

— To nic nie szkodzi. Wszystkie te wdowy po powie- 
szanych w czasie rewolucji mężach, lękając się dziś tak wiel- 
kich względów, które okazuje wam Paweł, lękając się, byście 
łask tych ku szkodzeniu im nie używali, pobudziły Archarowa^ 
by was przestraszył i najprędzej do opuszczenia Petersburga 
przynaglił. 

Osłupiałem na tak czarne podstępy; ani Kościuszko, ani ja 
nie byliśmy w Warszawie, gdy zdrajców tych płatnych lud 
oburzony powiesił. 

Sądząc po tem zdarzeniu, jak łatwo zawziętość nie tylko 
samych Moskali , ale wyrodzonych nawet ziomków naszych raz^ 
jeszcze o utracenie ledwie odzyskanej swobody przyprawić nas 
mogły, dnia wyjazdu mego niecierpliwie czekałem. 

Listy moje do ojca, braci kochanych, przyjaciół, pełne 
tkliwego pożegnania, już były popisane; wszystkie chwile spę- 
dzane w tej strasznej stolicy były zaprawione trwogą i ustawną 
niespokojnością. 

Jakoż popędliwość Pawła I. i prędkość , nie wstrzymane źa- 
dnem zastanowieniem, tak były straszne, iż nie można było 
dość prędko usunąć się od nich. Używając dość pospolitego 
podobieństwa, niech mi wolno będzie powiedzieć : monarcha 
ten popędzał pojazd państwa, jak woźnica długo napróżno 
chcący wozić. Raz jechał prostą drogą, znów zbaczał w parowy, 
zaczepiał za zawady różne, kamienie, wyboje, sam siedział na 
koźle jak pijany, fa przerażał strachem siedzących w pojeździe. 
Ukazy Pawła I. odznaczały się raz roztropnością, znów zawro- 
tem głowy i prawie szaleństwem. Odesłanie przekupnego mini- 
stra, skasowanie niesprawiedliwego wyroku, ustanowienie zba- 
wiennej ustawy, przepis, jakie nosić kapelusze, kamizelki, tęż 
samą miały u niego ważność. Tak częste w państwie jego 
wstrząśnienia , zabójstwa panujących, świeże okropności rewo- 
lucji francuskiej, w ustawicznej trzymały go niespokojności* 
Ślepo zakochany w samowładztwie swojem , chciał ustawicznie 
doświadczać, czyli w rzeczy samej był panem. Od piątej z rana 
do dziesiątej w wieczór nic innego nie robił tylko panował. Co- 
dziennie słychać było o wielkich łaskach , wyniesieniach , i o su- 
rowych karach i wygnaniach. Trwoga była powszechna, rzekł- 
byś że w obłęźonem mieście, gdzie co ehwila bomba spaść i za- 
bić kogo nłoże, niespodzianie bez różnicy. Wystrzegano się na- 
wzajem, tak, że nie mówiono do siebie jak po cichu, lub do 
ucha, w pojazdach nawet, bo woźnice i lokaje byli szpiegami. 
Paweł kazał sobie boską cześć oddawać : jechałeś w karecie, 



240 

« z daleka spotkałeś cara, natychmiast sastanawiat się pojazd, 
otwierały się drzinczki, piorunem musiałeś wysiąść , i czy to 
wśród śniegu lub błota padać na kolana, z czołem zniionem ; 
inaczej ujrzałbyś się może w twierdzy, lub na Syberji. 

Gdy rzadko wyjeżdżając, zdarzyło mi się odkryć cerkiew 
krepości i więzienie, gdzie tak smutne i nędzne dni spędziłem, 
dreszcz jakiś przebiegał me kości. Wdzięczność i sprawiedli- 
wość wyznać mi jednak każą, że EatarzynalL w okrucieństwach 
przechodziła Pawła L , bo ten popędliwy, rozjątrzony długiem 
odepchnięciem od tronu z upokorzeniem, unosił się otwarcie, 
tamta skiycie, pokryj omu popełniała swe okrucieństwa i zbro- 
dnie. Ileż nieszczęsnych jej ofiar ginęło w tarasach, lub zmar- 
łych stepach Syberji? Ustanowiła ona była tajny trybunał na 
kobiety, z jednego poufałego jenerała złożony, do niego odsy- 
łała kobiety, które miały nieszczęście podobać się któremu 
z jej nałożników. W pisanym bilecie do jenerała tego te znaj- 
dowały się słowa: 

— Pojedziesz do pani lub panny N". N. i dasz jej 
300 rózek. Katarzyna. — 

Paweł ze wszystkiemi uniesieniami, miał ważną cnotę, to 
jest : sprawiedliwość. Ubolewał on nad haniebnym podzii^em 
Polski, nie najeżdżał obcych krajów, ani ich sobie przywłasz- 
czał. Przyłączył Georgję do państwa, lecz sama Georgja żą- 
dała tego. 

Przygotowania nakoniec do podróży naszej już adę skoń- 
czyły. Imperator przysłał Kościuszce umyślnie sporządzoną 
do podróży karetę z pyszną bielizną stołową, z naczyniami kn- 
chennemi; piękne sobolowe futro, podobnąż czapkę i buły 
futrzane. Mnie takoż przysłał futro, czapkę i buty, które później 
za bezcen sprzedałem w Filadelfji, nie mając żyć z czego. Dnia 
18. grudnia 1796 r. Kościuszko pojechał do dworu dla podzię- 
kowania carowi za jego łaski i dary, oraz pożegnania się z nim 
i całą jego rodziną. 

Co za sprzeczność w zdarzeniach światat Gdy Kościuszko 
przybył do schodów dworu, znalazł czekające już na siebie 
krzesło, toż same, w którem zeszła Katarzyna (nie mogąc dla 
otyłości chodzić po schodach) z dołu na górę windowaną byte. 
Pnybywszy na gorę, dworzanie Gardes du Gorps ubiegali się, 
by go przez szereg obszernych komnat w dworcu aż do drzwi 
komnaty cara zatoczyć. 

Paweł I. otoczony całą swoją familją, przyjął go jak najła- 
skawiej. Sam car, carowa, wielcy książęta i księżniczki ubie- 

fali się w uprzejmościaf^h i oświadczeniach dla niego ; prosiU, 
y im przyrzekł często pisywać do nich. Imperatorowa prosiła 
go, by jej przysłał nasion ogrodowych z Ameryki, darowała mn 
nadto zbiór własnej roboty Kameów, wyrażających portrety 
całej swojej familji. 



i 



241 

Gdy jenerał Kościuszko był z monarchami, jam objeżdżał 
ziomków, przyjaciół moich, ze łzami i sercem ściśnionem; 
'wielu już nie ujrzałem więcej. 

Dnia 19. grudnia 1796 roku opusciUsmy Petersburg. Przy 
pakowaniu pokradziono nam niektóre rzeczy. Przy rogatkach 
spotkał nas adjutant carski, pan Nelidow, brat damy dworskiej, 
do której Paweł zaczął si§ zalecać. 



l^'iBMCXWics, Pamittnilci. 16 



CZĘŚĆ TRZECIA. 



ROZDZIAŁ I, 



Podrói przez Finlandję, Sztokholm, GoŁhenburg do Londynn. ^ Źeglng& 
z Bristol do Ameryki. — Przybycie do FiladelÓi. 



i^byt długo zapewne rozciągnąłem się nad opisaniem uwię- 
zienia mego w twierdzy śś. Piotra i Pawła w Petersburgu ; ze 
wszystkich bowiem notatek i rękopismów, tyczących się wy- 
padków politycznych, to jedno tylko opisanie pozostało w cało- 
ści; z innemi Bóg wie co się stało! Ileźbym nie dał, gdybym je 
mógł mieć pod ręką, osobliwie dzienniki moje podróżne i inne! 
W ciągu dzisiejszych pamiętników moich mniej byłoby opu- 
szczeń, więcej dokładności. Ze wszystkich strat, co poniosłem, 
zaguba rękopismów moich nie jest najmniej bolesną. 'Nie mieć 
innych materjałów, jak tylko starą, dziurawą jak rzeszoto pa- 
mięć, jest to całe opisanie dawne uczynić, w wielu miejscach 
pełne opuszczeń i pomyłek. Przecież gdy nastawają przyjaciele, 
bym ciągnąc je dalej , gdy w pracy tej znajduję w strapieniu 
i tęsknocie mojej niejakieś roztargnienie, piszę dalej. 

Nie wyjechaliśmy sami z Petersburga. Jenerał Kościuszko, 
by większą w imperatorze wzbudzić ufność, prosił go, aby jeden 
z oficerów jego odprowadził nas do Sztokholmu. Wyznaczony 
do tego major Udom, tenże sam, co nas od Maciejowic prowa- 
dził , człowiek obyczajniejszy od swych kolegów. 

Pan Libiszewski z Wielkiej Polski, który towarzyszył w wię- 
zieniu Tomaszowi Wawrzeckiemu , ofiarował się odprowadzić 
jenerała Kościuszkę do Ameryki. Był to młodzieniec w samej 
sile wieku, hoży, mocny, usłużny, posiadający doskonale mu- 
zykę, grający na waltomi do podziwienia i śpiewający dobrze. 
Był on nam wielce pomocny: jenerał Kościuszko nie mógł 
jeszcze chodzić, trzeba go było nosić z powozu do powozu; 



243 

Libiszewski tę ciężką usługę odbywał z najlepszą chęcią. Miał 
nadto jenerał murzyna i kucharza Jean. 

Dla znacznych śniegów nie ujechaliśmy dnia tego jak ledwie 
trzy mile. Stanąwszy na noc w pocztowym domu, wszyscy spa- 
liśmy w jednej izbie na ziemi wraz z małemi świnkami. To 
ubóstwo tak blizko stolicy zadziwiło mię nie mało , lecz więcej 
nierównie, że o kilka mil od stolicy już mieszkańcy nie rozu- 
mieli prawie po rusku, lecz po fińsku mówili, a tak stolica tak 
potężnego kraju już była jakby w obcej krainie. Taka to jest 
nienasycona chciwość moslaewska. Dziś ludy i prowincje, SKła- 
dające carstwo moskiewskie , przewyższają liczbą ludność pra- 
wdziwych ruskich. Jadąc dalej drogą finlandzką aż do Abo, 
znaleźliśmy toż samo. Abo , stolica naówczas Finlandji szwedz- 
kiej , całe prawie drewniane , z dachami krwią wołową pomalo- 
wanemi, dość porządne; tam pierwszy raz widziałem zwierzęta 
reny, równie do pożywienia jak do pociągu służące. Mie- 
szkańcy mówią po szwedzku , są religji luterskiej. Poznaliśmy 
tam jenerała Wrede, jednego z faworytów Gustawa III.; mie- 
szkał on w swoim Bostel, to jest w folwarku od rządu; wojsko 
bowiem prowincjonalne szwedzkie, od jenerałów aż do żołnie* 
rza, zamiast pieniędzmi bierze żołd swój w ziemi podług stopnia 
jaki posiada. Jenerał Wrede z największą podejmował nas go- 
ścinnością. 

Dalej dla nawały śniegów musieliśmy używać dwóch dylów 
spojonych z sobą w kształt Y; te ciągnione końmi, odgarniały 
śnieg na dwie strony i gładziły drogę dla pojazdów naszych. 
Postępowaliśmy jednak powoli, najprzód dla dni krótkich, gdyż 
ledwie 4 godziny było widno i o drugiej z południa trzeba już 
było na obiad i nocleg zajeżdżać. Nie tylko napoje, woda, ale 
i mięso, drób, ryby zmarznięte, tak, że wszystko siekierą 
trzeba było^rozcinać. Pułapy w domach finlandzkich są jak ka- 
biny okrętowe budowane ; górą widać drągi , na których nawią- 
zane są duże przedziurawione we* środku żytnie chleby, z tatar- 
skiem zielem, twarde niezmiernie, potrzebujące dobrych zębów; 
nie wiem czy je dwa razy •pieką na rok. Domy chłopów szwedz- 
kich są czyste i porządne. Stan wiejski jest wolny, ma wpływ 
do prawodawstwa i odbiera dostateczne wychowanie i naukń 
Zastaliśmy nieraz familje zgromadzone koło dużego ogniska^ 
przy którem wisii^ kocioł, zawierający warzącego się psa mor- 
skiego. 

Ogromne bory z świrków i sosen , łamiące się z trzaskiem 
gałęzie ich pod ciężarem śniegu, jarząbki czarne z ponsowemi 
brwiami, cietrzewie przelatywały gęsto. I Finlandja i Szwecja, 
kraj co do rolnictwa nieżyzny, mało ma ornego pola, same je- 
ziora i skały. Przedniejszy handel jest żelazo , śledzie i wytło- 
czony olej z ostatnich ; reszty z wytoczonych śledzi służą za na- 
wóz. Bydło małe i nędzne; codzień rano gospodynie gotują 

16* 



244 

obrzynki i reszty z warzywa, i krowy karmią niemi, paszy pra- 
wie nie ma. Z Abo przyszło nam przebierać się do Szwecji mo- 
rzem czyli golfem botnickim, sięgającym Laponji. Trudną była 
przeprawa ta: raz bowiem po wierzchu zamarzłego juz morza, 
gdy ludzie biegli przodem z bosakami, próbując czy lód dość 
mocny , znów otwartemi statkami , wolnem morzem płynąc po 
wysepkach archipelagu tego, aż przybyliśmy do wyspy Ekrew. 
Tam taka nawała śniegu spadła na nas , iż dom, w którym mie- 
szkaliśmy, zupełnie z dachem śniegiem tym był zawalony, tak 
dalece, źe kominem spuszczano nam żywność, najwięcej białe 
zające, jarząbki, w tej północnej krainie pospolitsze od woło- 
wego mięsa. Drzewa w około same tylko wyścibiały wierzchołki 
swoje, zresztą zakopane w śniegu. Przez kilka dni jak w oblę- 
żeniu trzymani byliśmy na tej wyspie. 

O milę drogi od Sztokholmu sam jeden puściłem się sane- 
czkami do tej stolicy , by jenerałowi Kościuszce opatrzyć wy- 
godną gospodę. Wieczorem już, gdy tak pędzę, uderza mnie 
obok drogi żywy blask jak gdyby gorejących świec: poznałem 
wkrótce , iż to były dwa wilki stojące. Szczęściem nie rzuciły 
się na mnie; nie pospieszając prędzej, by nie okazać im trwogi, 
szczęśliwie zajechałem do Sztokholmu. 

Obrałem wygodne mieszkanie dla jenerała Kościuszki 
yr hotelu trzymanym przez Francuza, w najpierwszej ulicy, nie- 
daleko pałacu królewskiego. Nazajutrz wziąwszy najętego lo- 
kaja, obszedłem miasto nie zawierające jak 60,000 mieszkań- 
ców, ale dla położenia swego nadmorskiego, dla mnóstwa 
wysepek rozsianych przed sobą, wielce przyjemne. Z południa 
wyjechałem naprzeciw jenerała Kościuszki i wprowadziłem go 
do mieszkania jego. 

Przyjazd jego sprawił znaczne w Sztokholmie wrażenie. 
Wszyscy starali się widzieć męża, który tak mężnie bronił ko- 
^%c^j swej ojczyzny. Jakoż nie zamykały się podwoje ; uważa- 
łem jednak, źe jak w Anglji, tak i tu lud nie cisnął się pod 
okna, lecz wszyscy urzędnicy, ministrowie krajowi i zagraniczni 
odwiedzali chorego wodza. Pan Bosenkrantz, jeden z fawory- 
tów młodego króla, mówił ze mną, bym naMonił Kościuszkę, 
aby prosił o audjencję u króla. Nie chciał jednak tego Kościu- 
szko, lubo mu nawet proponowano prywatne spotkanie w wiej- 
skiem mieszkaniu królewskiem. 

Panował naówczas Gustaw lY., syn sławnego awanturniczego 
Gustawa III. Jeszcze on naówczas nie okazfu znaków tego pra- 
wie pomieszania, które go dziś włóczęgą po Niemczech i Szwaj - 
carji uczyniło. Widziałem go na paradzie wojskowej. Wyższy 
od miernego wzrostu, chudy, blady, rzekłbyś źe drogi Ceiar 
rzymski, &k królewską powagą swoją był zajęty. Już był do- 
stąpił pełnoletności, sam rządzu; usunął się sti^j jeffo, k8i%ię 
8aaermanji. Carowa Katanga chciała mu była koniecznie 



245 

jedn§ z córek wielkiego księcia Pawła dać za żonę. Kontrakt 
ślubny juz był ugodzony, przygotowany ołtarz. Dano kontrakt 
do podpisu Gustawowi, lecz gdy ten czyta go raz jeszcze, widzi 
pełen oburzenia, źe inne artykuły, jak te, na które się zgo* 
dzono, były w nim umieszczone. Rzucił więc o ziemię król 
szwedzki podstępny papier i wraz do wyjazdu się zabrał. Zda- 
rzenie to tak żywo ubodło Katarzynę, iż lekkim paraliżem 
czuła się tkniętą, który zapewne później śmierci jej stał się 
przyczyną. 

Wszystkie, jak już wspomniałem, wyższe matedory usta- 
wnie nas odwiedzały, bez huku i stuku karet, wszystkie przy- 
chodziły piechotą. Przedpokój nasz pełen był błotników (ga- 
loches): dosyó, by ubóstwo kraju oznaczyć. Znaleźliśmy tam 
jeszcze ostatniego posła polskiego Jerzego Potockiego, starostę 
tłumackiego, gdyż mimo nastawań carowej, aby mu kazano 
porzucić Sztokholm , pozwolono mu w nim bawić ; królowa na- 
wet matka naznaczyła mu małą pensję. Z dawnych znajomych 
widziałem tam barona Toil, ostatniego posła szwedzkiego 
w Warszawie, i pana Hailes, również tam ostatniego posła an- 
gielskiego. Ten ostatni z dowcipem cierpko-satyrycznym, zawi- 
stny najmniejszego postępu, czy to wolności, czy przemysłu, 
w innych narodach, a chcący by tylko jedna Anglja je miała na 
świecie. 

Oglądałem niektóre ciekawości w Sztokholmie: katedrę, 
gdzie jeszcze obrazy czci katolickiej były zarzucone na chórze ; 
grób Karola XII., który tak niepotrzebnie obudził barbarzyń- 
skiego Piotra I. Nie masz w grobie tym żadnych posągów, ża- 
dnych ozdób. Ogromna trumna z marmuru czarnego i na niej 
z pozłacanego spiżu potężna rozciągniona lwia skóra z napisem : 
Karol XII. Jeździłem do Drottingholm , wiejskiego pałacu kró- 
lewskiego, o milę od Sztokholmu. Z jakiemże ściśnieniem 
serca widziałem tam potężne obrazy, wyrażające zwycięztwa 
Karola nad Polakami , wszystkie przesadzone , podług podania 
uprzedzonego przeciw nam Puffendorfa. Puffendorf udawał się 
najprzód do Polski, prosząc o tytuł historjografa i pensję, dalej 
do Danji; odrzucony od obu dworów, udał się do Szwecji, 
gdzie przyjęty i nagrodzony, osobistą zemstę wywarł na Pola- 
ków, ze zgwałceniem pierwszego obowiązku dziejopisa prawdy 
i bezstronności. 

Ominąwszy atoli stronnictwo Puffendorfa, wyznać należy, 
że wojny nasze ze Szwedami za Jana Kazimierza haniebną są 
dla narodu naszego epoką. Ileż rozwiązłości, słabości w radach, 
nieodwagi w wojsku, niestałości, lekkości we wszystkich czy- 
nach I Trwaliśmy w nich zbyt długo , aż nie wzrósł w siły hoł- 
downik nasz, elektor brandenburski, aż nie powstał Piotr W. 
Postrzegliśmy się w błędzie, w r. 1791 obudziliśmy się z letargu,. 



246 

lecz już za późno. Miejsce, które my powinniśmy byli zajmowa 
w Europie, zajęła Moskwa. 

Paweł I. posunął grzeczność swoją tak dalece, że dał rozkaz 
posłowi swemu w Sztokholmie, by codzień odwiedzał jenerała 
Kościuszkę i donosił mu o stanie zdrowia jego. Wtenczas to 
poznałem się z panem Alopens, sekretarzem jego, przystojnym 
naó wczas młodzieńcem , który aż do śmierci takim być się 8%- 
dził; zost£^ posłem w Berlinie i tam umarł. Powzięta w Szwecji 
znajomość trwała zawsze. Odwiedzał mię w Warszawie, gdzie 
bywał, ilekroć car tam zjeżdżał. On to zapewnił mię, iź drugi 
podział Polski stał się za naleganiem hr. Szulemburg, ministra 
pruskiego. 

W Sztokholmie rozstaliśmy się z moskiewskim oficerem 
Udom , któremu Kościuszko darował piękny zegarek. Odprawi- 
liśmy także murzyna i kucharza Jean, a wzięliśmy na miejsce 
jego kamerdynera starosty tłumackiego Potockiego, dawniej 
posła tam naszego. Przez odjeżdżającego do Petersburga Mo- 
skala przychodziło pisać do cara, podług danego przyrzeczenia. 
Wiele to kosztowało Kościuszkę : wolna dusza jego wzbraniała 
się podpisać poddanym. W liście tym kłanii^ się impera- 
torowej. 

Zastałem tu kilku dawnych żołnierzy polskich, wziętych 
w niewolę pod Maciejowicami i zasłanych do Finlandji moskie- 
wskiej , zkąd umknęli do Szwecji. Baz gdym szedł uficą , usły- 
szałem śpiewanie słowika: patrzę, aż to znajomy mi żołnierz 
z pułku Działyńskich. Ten nieraz zwykł był nas bawić w obozie 
doskonałem swojem naśladowaniem słowika; był on jak Niemcy 
zowią «lu8tig» Regimentu. Trudy i wygnania nie zmieniły weso- 
łości jego. Z czułością przywitaliśmy się z sobą ; dałem słowi- 
kowi mały podarek. 

Między odwiedzającymi has osobami był także wikarjuss 
papiezki: ten co wieczór przychodził do nas i zostawał na ¥rie- 
czerzy. Powiadał nam, iż w instrukcjach swoich od Piusa YL 
miał także poleconem sobie, aby doniósł, jakim sposobem mo- 
żnaby Szwedów do kościoła rzymskiego nazad powrócić, i że 
napisał do sekretarza stanu, iż bezżeństwo duchowieństwa 
katolickiego było do tego jedną z największych przeszkód. 
Na to mu odpisano, że jeżeli nie ma innej przeszkody, papież 
łatwo da pozwolenie duchowieństwu szwedzkiemu brania mał- 
żonek. 

Poseł holenderski, którego równie nie pamiętam imienia, 
lubo w zatraconych dziennikach moich znajdować się musi , był 
osobą, przez którą, ponieważ Holandja była naówczas sprzy- 
mierzoną rzeczypospolitej francuzkiej, zaczął jenerał Kościuszko 
korespondować z rządem francuzkim. Korespondencja ta trwali 
aż do wyjazdu jego z Ameryki. Wtenczas już chciał Kościuszko 
wyprawić mię do Kopenhagi, bym tam opatrzył okręt dla niego 



247 

do wypłynienia; rozumiem że już do Francji, lubo nie wyjawiał 
•tego wyraźnie ; nie przyszło jednak do tego. Przedsięwzięliśmy 
podróż do Gotbenburga, gdzie więcej było okrętów. Jako prze- 
byliśmy tę drogę lądem, ciągle przebywając krainę skalistą, 
przecinaną strumieniami i niezmiememi jeziorami. Te i uprawę 
i ludność ścieśniały niezmiernie. Drogi wybornie robione, 
poczty, acz przez chłopów trzymane, regularne; na każdej 
stacji jest księga, w której podróżni zapisują, czy z posługi byli 
lub nie byli kontenci. Gospody acz ubogie, przecież chędogie; 
wszędy widać, że lud nie żyje w niewoli. 

Zboczyliśmy umyślnie z drogi, by widzieć sławny kanał 
Trolhaetta, połączyć mający za pomocą jezior Weneru i Orebro 
Bałtyckie morze z Północnem czyli Niemieckiem. Dwa tysiące 
żołnierzy z linjowego wojska pracowało koło niego od lat kilku 
i po tyluż ledwie dzieło skończonem zostało. 

Jak wprzódy sekretarz stanu , tak dziś sprawując przy Ko- 
ściuszce urząd kwatermistrza, o dzień jazdy od Gothenburga 
wyjechałem przodem, by mu tam wygodne mieszkanie opa- 
trzyć. Bankier nasz w Sztokholmie , pan Arrowąuist , dał^nam 
list do korespondenta swego, panaMitchel w Gothenburgu, za- 
lecając nas jak najmocniej, ^ie zastałem go, był na jarmarku 
żelaza; lecz pierwszy buchalter jego, pan Lambert, zastąpił go 
jak najlepiej. Wzięliśmy dom wygodny, poczem wyjechaliśmy 
naprzeciw Kościuszki o milę za miasto , do porządnej austerji, 
gdzie po dobrym obiedzie dał mi pan Lambert poznać zwyczaje 
Gothenburga , to jest porządnego picia. Przerwał ucztę przy- 
jazd naczelnika; w dobrym humorze wprowadziliśmy go do 
miasta. 

Gothenburg najhandlowniejszem jest miastem w Szwecji, 
^ajznaczniejsze przedmioty handlu są: żelazo i olej tłoczony 
z pozostałych od solenia śledzi; handluje z Chinami nawet, bo 
gdzież bez żelaza obejść się można? Wiele kupców angielskich 
osiadłych jest w mieście , między nimi nasz pan Mitchel , Smith 
Erskin, Hall. Bogactwo wprowadziło gust do biesiad i obfitego 
picia. Dom pułkownika Treffemberg był także przyjemnym. 
Tu przyznać się muszę do popełnienia jednego z siedmiu grze- 
chów, który mi się rzadko kiedy popełnić zdarzyło. Pan Smith, 
naajętny kupiec winny, proponował mi raz, żebym obejrzał pi- 
wnicę jego. Weszliśmy w podziemne ogromne sklepienie, gdzie 
mnóstwo okseftów różnego wina stało szeregami i wynosiło się 
AŻ do pułapu. Chciał gospodarz , abym pokosztował co lepsze, 
lecz gdy tak kosztuiem od dobrych, lepszych, wybornych, aż 
do nieporównanych, tak się nam zakręciło w głowach, że 
wsparłszy głowy na tych beczkach, obydwaj twardo zasnęliśmy. 
Tymczasem nie widząc nas powracających, poczuto niespokoj- 
ność , co się z nami stało ; późno dopiero w nocy odkryto nas 
ipiących w piwnicy. 



348 

Zima roku 1797. jak w Sztokholmie, tak i w Gotbenburga 
łagodniejszą, była, niż się po Wysokiem położenia kraju należała 
spodziewać. Przecież nie mogliśmy wypłynąć do An^ji jak 
w pierwszych dniach maja i to na kupieckim , małym i niewy- 
godnym statku. Wiatry tak były przeciwne, czyli umiejętność 
żeglugi nie wiele wydoskonalona, że niedaleka ta podróż za- 
brała nam trzy niedziele. Płynęliśmy morzem Niemiecki^n 
między północną kończyną duńskiej Jutlandji Skagln a Norwe- 
gią. Ztamtąd spuszczając się ku południowi, weszliśmy 
nakoniec w Tamizę. W Gravesend porzuciłem okręt i wsiadł- 
szy w dyliżans , puściłem się do Londynu dla opatrzenia nam 
mieszkania. Wybrałem je w Tablioners hotel, Leicester sąnare. 

Napotkałem szczęściem znajomego mi od pierwszej bytności 
mojej w Anglji r. 1784 pana Kołaczkowskiego z Wielkiej Polski, 
człowieka pełnego słodyczy, rozsądku i uczciwoścL Ten w po- 
dróżach swoich przeniósł Anglję nad wszystkie inne kraje, 
w niej długo przebywał, ożenił się, wrócił do kraju, dalej do 
Drezna, gdzie życie zakończył. Miłe było. spotkanie. Pan Koła- 
czkowski przy wyjezdnem darował mi piękny pałasz; nagłowni 
jego wypisane były słowa: «Za konstytucję 3. maja 1791. » 
Pałasz ten w roku 1803 darowałem w Ameryce pułkownikowi 
Aron Ogden , gdy ten trzymał mię jakby do chrztu , gdym był 
naturalizowany obywatelem Zjednoczonych Stanów AmerykL 
Dwóch jeszcze dawnych znajomych znalazłem w Londynie z r. 
1783, z którymi odbyłem podróż do Sycylji i Malty, pana Gn- 
mingham i Bidołf. Pierwszy Szkot, drugi majętny bankier 
w Londynie. Miło było z nimi przypomnieć «memoriam tem- 
poris acti.» 

W żadnym kraju miłość wolności , szacunek dla obrońców 
jej, słowem wszystkie szlachetne uczucia powszechniejszemi 
i żywszemi nie są jak w Anglji. Dziwić się więc nie trzeba, źe 
przybycie jenerała Kościuszki po Londynie rozgłoszone, spra- 
wiło największe wrażenie i ściągnęło do widzenia go najznako- 
mitsze w kraju osoby. Le duc de Bedford, Fox, Skeridan, Grey, 
który wtenczas jeszcze nie był parem, wszyscy znaczniejsi esy 
to w naukach, czy w sztukach, damy nawet patijotki, między 
niemi piękna lady Oxford, cisnęli się do mieszkania Kościuszki. 
Poseł naówczas moskiewski w Londynie, Woroncow, miał roz- 
kaz od Pawła L bywać często u niego. Bywał więc lub codzień 
przysyłał młodego naówczas syna swego, dziś gubernatora Bes- 
sarabji. Woroncow stary osobiście nam sprzyjał, iako ofiarom 
okrucieństwa Katarzyny II., którą z przyczyny zgładzenia Pio- 
tra III., którego ulubioną była siostra jego , serdecznie nienawi- 
dził , nie nazywając jej inaczej , tylko acette impndigne usur- 
patrice». Byłem u niego na obiedzie z księciem de Niyemois 
i innymi emigrantami. Widziałem dawną moją znajomą panic 
Cosway, malarkę i żonę sławnego malarza. Ten gdy mu Ko- 



249 

ścitiszko nie pozwolił dać się malować , ukradkiem odrysował 
go i wysztychował tak podobnego jak żaden. Wyraził on go 
lezącego na sofie w surducie z obwiązaną, głową. Sławny nasz 
Orłowski odrysował go także stojącego przed carem Pawłem I., 
i mnie tam umieścił. Dziś słyszę, że wyszedł ukaz Mikołaja I., 
aby nikt portretu Kościuszki nie ważył się mieć u siebie. Poeta 
Wileot, znany pod imieniem Peter Pindar , często nas odwie- 
dzał. Jeden minister pierwszy Pitt, nie znający innego uczucia 
jak nienawiść ku Francji , ubiegający się naowczas o związek 
z Moskwą, nie tylko że nie zajrzał do nas, ale widać było, że 
pobyt nasz w Londynie czynił go niespokojnym. Jakoż po 
dwóch niedzielach pobytu naszego w Londynie, kapitan okrętu 
kupieckiego amerykańskiego , Frederick Lee, przybył umyślnie 
z Bristol, oświadczając że ma tam gotowy do wypłynienia 
okręt, na którym do Filadelfji przewieść nas przyrzeka. 

Puściliśmy się więc do Bristol , a przenocowawszy w Bath, 
nazajutrz rano stanęliśmy w tem mieście. Udałem się natych- 
miast do pana Yandehorst, konsula amerykańskiego w tem 
mieście, majętnego kupca, człowieka uprzejmego i gościnnego, 
który nas natycnmiast do domu swego zaprosił, gdzieśmy 
przez dwie niedziele najhojniej podejmowani byli. I tu prze- 
dniejsi mieszkańcy odwiedzali nas ustawnie. Co więcej , miaisto 
ofiarowało Kościuszce piękny serwis srebrny z pochlebnym na- 
pisem. Przedał on później tę pamiątkę w FiladelĘi. Między 
odwiedzającymi nas ujrzeliśmy panią Janowe Potocką z domu 
Altoy, po rozdzieleniu się z mężem u lorda M. mieszkającej. 
-Prosiła o zaświadczenie jenerała Kościuszki, jako była Potocką ; 
to łatwo jej dane było. Znaleźliśmy tam jeszcze syna bankiera 
warszawskiego Tepera, oficera w zagranicznym pułku w służbie 
angielskiej. 

Około dwóch niedziel , nim się okręt i:dadowaJ, bawiliśmy 
w Bristol, będąc celem wszystkich grzeczności i uprzedzeń 
mieszkańców. Udaliśmy się nakoniec na okręt « Adriana » kapi- 
tana Lee, gorącego radykała, z którym nieraz, gdy potwarzał 
jeners^a Washingtona, żywe miewałem spory. 

Wypłynęliśmy przy końcu czerwca. Wszystkie znajomości 
nasze bristolskie, osobliwie damy, odprowadziły nas na po- 
most i kilka mil płynęły z nami , aż gdy wiatr tęgi powstawać 
zaczął, wsiadły do batu i nie bez niebezpieczeństwa powróciły 
na ląd. 

Zapisywałem podług zwyczaju mego wszystkie przygody 
pierwszej żeglugi mojej na Oceanie Atlantyckim. Zostały one 
z resztą rękopismów moich w Warszawie. Bóg wie , co z niemi 
się stało ! Oprócz nas trzech był jeszcze jeden w Kabinie kapi- 
tańskiej kwaker Angielczyk, już nie pamiętam nazwiska, i nie 
mała liczba rolników z Wa\)i i Irlandji, idących osiąść w Zje- 
dnoczonych Stanach. Wieleśmy mieli wiatrów przeciwnych, 



250 

mimo tych jednak w każdą niedzielę kajdan gallicki miewał 
naukę dp presbyterjańskiej trzódki swojej. Te słowa boskie ka- 
zane wśród burz zawziętych , to śpiewanie psalmów, mieszające 
się z dęciem wichrów, miało coś przejmującego i uroczystego. 
Raz, gdy się morze cokolwiek ukołysało, postrzeglismy statek 
j£upiecki; kapitan nasz wraz zgadł, że powracał z Indji Wscho- 
dnich. Skąpo nas kapitan Lee żywił: tylko jenerał Kościuszko 
miewał drób świeży; myśmy się solonem mięsem, sucharami 
i śmierdzącą już wodzą karmili. 

— Okręt ten — rzekł kapitan — idzie z Indji i zapewne 
musi mieć żółwie morskie, które nas cokolwiek posilą. Jeżeli 
chcecie — rzekł, obracając się do mnie — każę spuścić bat 
i popłyniemy do niego. 

— Całem sercem — odpowiedziałem. 

Wsiedliśmy i wkrótce na pomoście stanęli. Był to niewielki 
statek kupiecki, cukrem i rumem naładowany; lecz na pomoście 
pełzało kilkanaście ogromnych żółwi morskich. Kapitan przyjął 
nas grzecznie, traktował grokiem i przedał nam jednego z żółwL 
Wkrótce znów powstał tęgi wiatr, tak, że z niebezpieczeństwem 
mogliśmy się dostać napowrót, osobliwie gdy siedzącemu 
w bacie , kołyszącym strasznie , trzeba było chwytać się za linę 
rzuconą z okrętu i nań windować. 

Pełen zadziwienia byłem naówczas świadkiem niepojętej 
trwałości życia w amfibjach. Nazajutrz z rana ucięto żółwiowi 
głowę, zdjęto skorupę i poćwiertowano na stół. Odcięta głowa 
ruszała się; co więcej, trzeciego dnia jeszcze po odcięciu jej 
gdym przyłożył koniec mej laski do dzioba jej, jeszcze go chwy- 
tała i gryzła ; trwało to blizko pono tygodnia. Widać że im 
słabsze są siły umysłowe , tem mocniejsze siły żywotne. 

Jeżeli żegluga ma swoje niebezpieczeństwa i nieprzyjemno- 
ści, ma też swoje chwile przyjemne. Mieszkaniec lądu, nie może 
sobie wystawić pysznego, zachwycającego widoku słońca. 
Kiedy morze małym tylko marszczy się wietrzykiem , kiedy ża- 
gle z lekka zaokrąglone , suną okręt łagodnie , słońce wydoby- 
wające się na widnokresie, jakąż purpurą, jakiemiż bryłami 
złota i farb rozmaitych barwi obłoki, niż samo jak gdyby dło- 
nią Wszechmocnego pchnięte, stanie na krawędzi morskiego 
kryształu! Jak miłe pokazanie się wieloryba, wyrzucającego 
wytryski wód, przerywa jednostajność zawsze tegoż samego 
widoku! Zielsko morskie, polipy, w kształcie wielkich gwiazd, 
mnogiemi rączkami łapiące niedostrzeżone oku robaczki i kar- 
miące się niemi, często w nocy fosforyczne te płazy całą prze- 
strzeń morską jak płaszczem ognistym okrywające, wszystko to 
bawi, zachwyca, zanurza myśl naszą w słodkich, głębokich 
•dumaniach. 

Cóż gdy na horyzoncie zabieli się żagiel jaki ! Nikt go jesz- 
cze nie widzi, a już majtek na górze masztu, lub kapitan przez 



251 

perspektywy powiada, jakiej jest wijslkości, zk%d i dokąd pły- 
nie. Chęć widzenia podobnych sobie stworzeń , dowiedzenia się 
<» szerokości, udzielenia sobie wiadomości nawzajem, sprawia, 
źe dwa okręta zbliźaj% się do siebie, a gdy już blizko siebie 
staną, największa cichość panuje. Wtenczas kapitan bierze 
morską trąbę i głosem tubalnym zapytuje: nZkąd i dokąd pły- 
niesz, jaka twoja szerokość, jakie nowiny ?» Po udzielonych 
nawzajem odpowiedziach: « Bądźcie zdrowi .!», mówią sobie, 
obracają się rudle, napełniają się żagle, warzy się morze szu- 
mem: coraz bardziej oddalają się nawy, zmniejszają i nikną. 

Latające stadami ryby , uganiające się za niemi delfiny, znu- 
żonym jednostajnością nastręczają rozrywkę. Tu dodać muszę, 
że ryba, którą Anglicy zowią dziś Delfinem , nie jest rybą u da* 
wnych imieniem tem zwaną; głowa jej cokolwiek przypomina 
dawnego delfina, lecz bynajmniej wielkość: ta jest tylko spo- 
rego szczupaka. Szczególna własność jego jest, źe gdy złapany 
i wyciągnięty na pomost , łuska jego mieni się ustawnie w naj- 
żywsze farby: raz złote, pensowe, zielone i inne. Mieliśmy go 
gotowanego. Pospolite u żeglujących mniemanie, że czasem 
jest jadowitym, zwłaszcza gdy się ociera o miedziane gi'unta. 
Jakoż gdy go gotują, wrzucają w kocioł srebrny talar: jeśli ja- 
dowity, gryszpan na talarze osiada; przeciwnie czysty, wcale 
Jest smaczny. Francuzi zowią go cda doradę ». 

Nie powinienem tu opuścić zdarzenia w tej podróży , które 
nas ledwie o wielkie niebezpieczeństwo nie przyprawiło. 

Na szerokości 40^, gdy z słabym bardzo wiatrem płyniemy 
spokojnie, o godzinie pierwszej z północy donoszą kapitanowi, 
że w niedalekiem oddaleniu postrzega się liczna flota, ze świa- 
tłem na każdym statku. Zrywamy się , wybiegamy na pomost. 
Nic piękniejszego jak widok ten: te żagle białe, te liczne miga- 
jące się świata, ta ogromna fregata strzegąca je jak guwer- 
nantka dzieci — wszystko to bawiło, ale nie długo. Jeden 
z okrętów tych kupieckich wyboczył z drogi i prosto sztabę 
swoją ku nam obrócił. Napróżno kapitan przez trąbę morską 
wołał na sternika, napróżno sam okręt swój rudlem chciał 
zwrócić w inną stronę, by uderzenia przeciwnej nawy uniknąć, 
wiatr tak był lekki i słaby, iż okręt kierować się nie dał. 
Wtenczas dopiero powszechna trwoga, gdy naprzeciw idący 
okręt tak do naszego 2bliżył się, gdy się obydwóch żagle, liny, 
maszty, pozaczepi^y z sobą i boki statki okropnie tłuc się 
z sobą zaczęły. A gdy kapitan, chcąc wiedzieć, czyli już otworu 
nie było w bokach statku, zawołał : 

— Allhands to the pompsl (Wszystkie ręce do pomp !) 
— taka trwosa powstała w mnóstwie płynących osadników, 
osobliwie w kobietach i dzieciach, że wszystkie z płaczem 
i krzykiem wcisnęły się do kabiny naszej, jak gdybyśmy im 
mogli pomódz. 



252 

Blizko godziny trwało to niebezpieczeństwo , aź póki maj- 
tkowie, pobiegłszy po linach z siekierami, nie porozcinali po- 
plątanych żagli i sznurów, i nie uwolnili dwie nawy. Straciliśmy 
w tej przygodzie wierzchni maszt, wiele lin i żagli; statek atoii 
uszedł bez szkody. 

Flota, którąśmy spotkali, złożoną była z blizko sta kupie- 
ckich okrętów , z Jamaiki do Londynu płynących. Okręt, który 
wpadł na nas, był ((Anna)>; sternik jego pijany spał na rudln, 
i to było przyczyną przygody. Nazajutrz fregata konwoju z cał% 
flotą ze dniem wróciła ku nam, pytając czy nie potrzebujemy 
jakiej pomocy. Atencja prawdziwie chwalebna. 

Z nasztukowanym masztem, z podartymi żaglami postępo- 
waliśmy leniwo, aż ujrzeliśmy się na mieliznach Newfoundland- 
Banks. Morze w tem miejscu wieczną jest okryte mgłą i niepo- 
godą. Ujrzeliśmy tam naokoło mnóstwo wielorybów , silnemi 
wytryskami wyrzucających wodę do góry , niemniej jak wielk% 
liczbę rybackich okrętów z różnych krajów, zatrudnionych po- 
łowem sztokfiszu. Zatrzymaliśmy się i my, chcąc sobie równie 
świeżą żywność zdobyć. Kapitan wszystkim nam rozdał wędy, 
z dużymi hakami przywiązanymi do mocnych sznurów ; kawałki 
wieprzowiny służyły za pierwszą ponętę, dalej wnętrzności 
z pierwszych sztokfiszów złapanych. Ryby te niezmiernie 8% 
żarłoczne i prędko się nader chwytają. Pamiętam, iż raz gdym 
jednego wyciągnął z morza , hak, u którego wisiał, urwał się 
i ryba w głębie morza wpadła nazad. Lecz zaledwie inną wzią- 
łem wędkę i zarzuciłem , wraz taż sama ryba uchwyciła się, mó- 
wię taż sama, gdyż urwany pierwszy hak miała jeszcze wiszący 
u pyska. W godzinę czasu ułowiliśmy blizko sta tych ryb. Nie- 
które z tych ryb miały wpojone w swe brzuchy duże pijawki, 
krew ich ssące. Najsmaczniejsza część w sztokfiszu jest język; 
wyrzynają go gdy przychodzi do suszenia. Rybacy płatają 
sastokfisz i wraz na pomoście solą. Stanąwszy na brzegach, suszą 
i wędzą. Namarynowaliśmy języki dla ienerała Kościuszki. 
Z reszty sami przez wiele dni smaczne mieliśmy pożywienie. 

Lubo wolni od burz i wiatrów gwałtownych, długa jednak 
żeglug przykrzyć nam się zaczęła, zwłaszcza iż tylko solonem 
żywiliśmy się mięsem, pili zepsutą wodę, w które- już robactwo 
okaz3rwać się zaczęło. Przecież litośne niebo , nigdy c^go nie 
przedłużające cierpień ludzkich, zaczęło nam zapowiadać pręd- 
kie ujrzenie długo niewidzianej ziemi. Kawałki drzew jakby 
świeżo uciętych, okazały się na morzu; wkrótce ptastwo lądowe 
dało się widzieć i jakieś zawiania, zapach ziemi noszące z sobą. 
Ujrzeli nakoniec majtkowie ląd i radosnemi powitali go okrzy- 
kami. Ci tylko bowiem, co długo żeglowali, pojąć mogą radość, 
jaki ten widok roznieca. My na pomoście w kilka godzin do> 
piero postrzegliśmy ziemię. Kreśliła się ona nisko z płaczącemi 
wierzbami, pławiącemi gibkie swe i długie swe gałęzie w morza 



?53 

kryształach. Rzeka Delaware tak jest przy ujściu swem szeroka, 
iż długo nią płynąc , jeszcze się zdaje , że jesteśmy na morzu. 
Płynąc nią dalej, okazują się dobrze uprawne niwy, okryte naj- 
więcej indyjskim zbożem amais». Przybywszy wieczorem na- 
przeciw miasteczka, którego nazwiska już nie pamiętam, kapi- 
tan kazał spuścić bat i wziąwszy mię z sobą popłynął do onego. 
Pierwszy raz postawiłem stopę na ziemi nowego świata. Naj- 
więcej mię uderzyły zapach cedrowego drzewa i wielka liczba 
murzynów. Kupiliśmy potężną sztukę świeżego wołowego 
mięsa, włoszczyznę i świeżego chleba. Z jakąż radością poży- 
waliśmy je nazajutrz! Wyj^em butelkę wina Du Gap, darowa- 
nego nam w Londynie przez dawnego gubernatora przylądku 
tego. O godzinie czwartej z południa przybliżył się okręt do 
nadbrzeźów FiladelCi. Uprzedzone pospólstwo czekało już 
jenerała Kościuszkę z powozem, i angielskim sposobem, samo 
zaprzęgłszy się doń , zaciągnęło go do hotelu pani LoYCSon na 
Śecond Street. 



ROZDZIAŁ II. 



Obraz FiladelQi i Nowego Jorku. — Pobyt Kosciusski autora u Jenerałów 
Gates i Wbite. — Wracają do Filadel^i. — Autor poznaje Jeffersona. — 

Przyjęty do towarzystwa filozoficznego. 



Przebywszy na morzu 81 dni, miło było ujrzeć się na stałym 
lądzie. Wrażenie jednak jednostainości tej wodnej przestrzeni 
tak silnem było na źrenicach moich|y iż nazajutrz obudziwszy się 
i otworzywszy oczy, przez wiele minut zdało mi się, żem pa- 
trzał na morską równinę. Lecz boleśniejszego nad te doznałem 
uczucia: ból nieznośny w wielkim palcu u nogi, czerwoność 
i nabrzmienie onego nieznośnie dokuczać mi zaczęły. Doktor 
Roche, pierwszy z lekarzy w FHadeli^i i dawny przyjaciel Ko- 
ściuszki, szczęściem pospieszył go odwiedzić, i do mnie zajrzał. 
Ten więc nauczył mię, le ból mój nic innego nie był, jak pa- 
dagra, sprowadzona pnez długą moKską podróż, brak ruchu, 
żywność soloną i złą wódę. Przeszkoda ta przyszła właśnie 
wtenczas, fdy stan i interesa Kościuszki, pierwsze jego umie- 
szczenie ,{ ciekawość nakoniec oglądania miasta i tak nowej dla 
mnie krainy potrzebowały chodzenia. Wziąłem więc kule 



254 



i opierając się na nich , powloldem się powoli do bankiera i 
różnymi dla Kościuszki potrzebnemi sprawnnkami. W pięć dni 
świeże powietrze , świeży a skromny pokarm , przy¥n"ócił mi 
zdrowie. 

Przybyliśmy do Filadelfji w kilka dni po zakończeniu sesji 
kongresu, na której nieśmiertebiy Washington urzędowanie 
swe prezydenta złożył. Jenerał Kościuszko nie wielu dawnych 
swych znajomych zastał, między tymi był jenerał Mifflin. Ten 
acz urodzony kwakrem , podniósł oręż w czasie wojny o niepo- 
dległość i walczył z chwałą. Był on naówczas gubernator Pen- 
sylwanji. Z ciekawością obchodziłem miasto; domy w sposobie 
angielskim, czerwone, niepobielane; miasto, widać że na urząd 
przez W. Penn budowane; wzdłuż ulice noszą nazwiska ró- 
żnych amerykańskich drzew, wszerz numerów: 1, 2, 3,4,5^ 
i t. d. Miasto leży między spławną rzeką Delaware i nie wielką 
rzeczką Shuykiil. Między jedną a drugą (rozciągały się pola na 
ćwierć mili ; dziś przestwór ten już napełniony domami. 

Sama postać kraju, płody onego, zadziwiły mię nie pomału. 
W ogrodzie publicznym drzewa Katalpy z pięknym kwiatem 
i Lyljodendrum, rodzaj klonu noszący wonny kwiat na wzór 
tulipanów, Judithree, które wcześnie na wiosnę, nim wypuści 
liście, oblewa się całe jak krwią czerwonym kwiatem; Rhodo- 
dendron, Camelia, i t. d., nowością przyjemną były dla mnie. 
Towarzystw nie miałem czasu poznać, wkrótce bowiem okaziJa 
się w Filadelfji żółta febra , która nas do wyjazdu przymusiła. 
Udaliśmy się do miasta New- York, do dawnego znajomego 
Kościuszki, jenerała Gates, sławnego zbiciem i wzięciem w nie- 
wolę pod Saratogą jenerała angielskiego Bourgoyne z całem 
wojskiem jego. Miał on piękne, wiejskie mieszkanie pod samem 
miastem. Dziś słyszę, że dom ten już wchodzi prawie w środek 
miasta. W Trenton wjechaliśmy do stanu New-Jersey, przeje- 
jeżdżaliśmy przez Pincestown, gdzie jest gimnazjum, przez 
Elisabethown , gdzie później osiadłem , poczem przeprawi&śmy 
się przez North-riyier czyli Hudson , i o południu stanęliśmy 
przed domem jenerała Gates. Stary ten wojownik i podeszła 
żona jego przyjęli nas jak najuprzejmiej i wygodne dali mie- 
szkanie. 

Przedniejsi mieszkanie z New- Yorku jTOspieszyli odwiedzić 
jenerała Kościuszkę, między innymi Brockholst-LiTingston 
i Edward kuzyn jego, ten co świeżo był posłem w Paryżu. 
Miasto New- York dalekiem jeszcze było od tego , czem jest dzi- 
siaj. Ledwie 30 tysięcy mieszkańców liczyło, dziś ich liczy 150 
tysięcy. Przywiozłem list do pana Gahn, konsula szwedzkiego 
w New- Yorku , który później porządnie zarwał s. p. żonę moją. 
Z tym byłem w teatrze publicznym, co ledwie był skończony. 
Nie było na teatrze tym podłogi, tak, iżeśmy stali w piasku. 



255 

W 10 lat potem teatr w temże mieście równał się angielskim. 
Sławny Cooper grał na nim. 

Zabawiwszy przez dwie niedziele u jenerała Gates, wrócili- 
śmy się napowrót do Filadelfj i, najprzód do Elisabethown, 
później) do New-Brunswick , czekając aż zaraza żółtej febry 
w Filadelfji ustanie. Stanęliśmy w prywatnym domu i wraz 
wszyscy obywatele z miasteczka tego i okolic zaczęli Kościuszkę 
odwiedzać. Pospieszyła przed wszystkimi wdowa po dawnym 
przyjacielu Kościuszlu, pani Suzanna Kean, osoba przystojna, 
posiadająca wiele wiadomości, wybornego ułożenia i tonu, wraz 
z ośmioletnim synem swym Piotrem. Mógłźem ja wtenczas zga* 
dywać , że osoba ta stanie się w kilka lat małżonką moją! Sio- 
stra jej pani Ricketts i kuzyn pan Brockholst-Liyingston tuż 
pod Elisabethown mieli majętności swoje. Zabawą moją było 
cłiodzić z fuzją i strzelać ptaszki, Robins zwane, na obiad dla 
Kościuszki. Wkrótce jenerał Wbite, równie dawny znajomy 
Kościuszki , osiadł w tejże samej prowincji w New-Bruuswick 
nad rzeką Passaile, i napisał do nas list, zapraszając do siebie^ 
Udaliśmy się bez zwłoki. Zastaliśmy dom czysty i porządny, 
familję składającą się z jenerała Wbite, żony jego z domu Ellis, 
ich córki Elizy i siostry gospodyni, starej panny Ellis, wybor- 
nej kobiety, lubiącej ogrodnictwo. Czytanie, przechadzka 
z fuzją , strzelanie robinsów i turkawek było moją zabawą. Mie- 
liśmy w ogrodzie dzikie kaczki ubrane w pierza najżywszych 
i niaj piękniejszych kolorów, a «colibri», acz już w jesieni, uno- 
siły się jeszcze nad kwiatami, nie siadając nigdy, lecz wpuszcza- 
jąc dziobek swój nie większy od igły w samym locie, smokcząc 
z nich nektary. 

Z wielką trudnością złapałem jednego. Odzież jego ze 
szmaragdów, rubinów i złota. Wsadziłem go do małej klatki^ 
lecz łubom kładł najwyborniejsze kwiaty i wodę obficie ocukro- 
waną, nie ruszył niczego, mocno trzepiąc się i tłukąc po klatce, 
ti^, że bojąc się, by się nie zabił, wypuściłem go na wolność. 
Maleńka ta ptaszyna, nie mająca jak półtora cala, znieść nie 
może i chwili niewoli. W tak malem stworzeniu jakaż dusza 
szlachetna ! Jakież szczęście dla kolibrów , że się nie urodzili 
w Moskwie I 

W ciągu bytności naszej w New-Brunswick , po skończonej 
sesji kongresu powracs^ prezydent naó wczas John Adams, na- 
stępny po Washingtonie, z powrotem do domu, do prowincji 
Massachuset. Pawracał w dyliżansie wraz z drup^mi, a że zimna 
było , poszedł starzec grzać się do kuchni, gdzie kucharka mu- 
rzynka przygotowywała śniadanie. Nic bardziej nie maluje pro- 
stoty obyczajów naówczas Ameryki, jak że pierwszy urzędnik 
potężnego kraju tak się stosował do systemu przyjętego ró- 
wności. Będzież tak długo ? 



256 

Zabawiwszy aż do grudnia u państwa Wbite w New-Brim- 
8 wiek, postanowiliśmy udać się do Filadelfji na zimę. Tym 
końcem wybrałem się przodem, by Kościuszce obrać mieszka- 
nie. Wybrałem je na Second Street, naprzeciw Grand jagę M. 
Eean. Sesja kongresu właśnie się była zaczęła. Jenerał Eościa- 
szko nie zapłacony był jeszcze za dawne służby swoje w czasie 
wojny o niepodległość; wniesiono to na sefirji kongresu. Stanęło 
jednomyślnie , by sumę z zaległym procentem zamącić. Wyno- 
nosiło to 12,000 czerwonych złotych. Kościuszko umieścił je na 
procencie, część wziąwszy do siebie. Wtenczas powzi%ł on myśl 
odesłania carowi Pawłowi jego pieniędzy. Gdy mi myśl tę od- 
krył, tak% dałem mu odpowiedź: 

— Godne jest ciebie to szlachetne postanowienie. Będ%c 
w tak odległej części świata, możesz to bezpiecznie co do osoby 
swojej wykonać. Ale patrz, z kim masz do czynienia: z carem 
Pawłem, prędkim, popędliwym. Ten im więcej byłłas^wym 
dla ciebie, tem żywiej to wprost odesłanie daru swego uczuje 
i mścić się będzie na ziomkach twoich. Trzeba to uczynić 
w sposób, by i twojej szlachetności duszy dogodzić i nie nara- 
żać drugich na zemstę samo władcy. Napisz więc list grzeczny, 
wyraź, że odebrawszy od Stanów Zjednoczonych Ameryki dług 
twój, nie chcesz być dłużej ciężarem carowi i prosisz, by daro- 
wana ci suma obróconą być mogła na zniszczonych mieszkań- 
ców Pragi. 

Nic nie odpowiedział Kościuszko, lecz wkrótce sanf napisał 
ostry list do Pawła, sucho odsyłając darowaną mu sumę. 

Nie dziw więc , że z natury popędliwy Paweł I. rozjuszył się 
niezmiernie. Nie mogąc oddalonych zemstą swoją dosięgnąć, 
obrócił ją na bliskich. Wawrzecki, Ohomiński, KiUńskł nawet^ 
porwani i do Petersburga zawiezieni, z trudnością wymówić się 
mogli. Do braci moich napisano , że jeśliby mi szeląg jeden 
przysłali, cały majątek skonfiskowanym zostanie. 

Pobyt nasz w FiladelCi przez zimę zjednał mi wiele znajo- 
mości. Kościuszko rzucił się do opozycji przeciw prezydentowi 
Adams i całkiem do Jeffersona przyległ. Ja w obcym kraju nie 
chciałem się mieszać do stronnictw. Zaprzyjaźniłem się atoH 
z wielu członkami kongresu i obywatelami w FiladdQi, między 
tymi z Jeffersonem, którego dawniej w czasie poselstwa jego 
do Francji poznałem, z panem Gallatin, rodem z Genewy, je- 
dnym z najznakomitszych członków kongresu, który z dawna 
tam osiadły, poselstwa i najznaezniejsze urzędy sprawował 
w rzeczypospohtej , i. do którego po ostatniej rewolucji pisałam 
za wygnańcami naszymi w Stanach Zjednoczonych Amer^^. 
Po^jąT się on był opieki nad nimi, lecz naprzykrzeniem i gm- 
bijaństwem naszych złożył ten urząd. Pan Law, syn biskupa de 
Carlisle, który był pojął córkę jenerałowej Washin^n, casłek 
światły i wyborny. Pan Macneal, wielki sędzia, z którego córką 



257. 

ożenił się le marquis de Caza-Imjo, poseł hiszpański w Fila- 
del^i. Pan Paterson, później prezes towarzystwa filozoficznego. 
Za wstawieniem si^ więc prezydenta Jefferson obrany zostałem 
-członkiem wzwyż wmiankowanego towarzystwa. Na pamiątkę 
ofiarowałem do zbioru tegoż towarzystwa sztukę złota wartu- 
jącą 3 czerw, zł., bitą w czasie rewolucji 1794. roku. Była to 
moneta bita z tytułem Stanisława Augusta, króla polskiego 
i wielkiego księcia litewskiego. O całem panowaniu jego można 
z Tacytem powiedzieć: ((Dignus imperii nisi impe- 
rasset.B Do tak trudnych okoliczności, w jakich się Polska 
rpod przemocą Moskwy, Austrji i Prus znajdowała, potrzeba 
było W' wodzu jej tyle męstwa, stałości i hartowności chara- 
kteru, ile Augustulus nasz posiadał słabości i niewieściej mięk- 
kości Wiele mu winny nauki; był on przystępnym i dobrym, 
bo niewolno mu było być surowym. Potomność nie daruje mu 
-dwóch okropnych błędów: pierwszego, że w czasie pierwszego 
3>odziału w r. 1773 nie złożył korony, przez co byłby zakłopocił 
•dzielących nas sąsiadów , rozbudził interesowanie się za nami 
JEuropy i wieńcem chwały skronie swe ozdobił ; powtóre, że gdy 
-w roku 1792 Moskwa najechała Polskę, gdy sam pokilkakroó 
oświadczył narodowi, że w obronie onego i konstytucji 3. maja 
«tanie na czele wojska, wolał dać się u¥rieść babskim podsze- 
ptom i radom, niż dotrzymać ideowa, udać się do wojska, zwal- 
czyć nieprzyjaciela, lub zagrzebać się pod gruzami ojczyzny. 

Zjednoczone Stany Ameryki byfy naówczas w żywych zatar- 
gach z rzeczpospolitą francuską. Korsarze francuzcy zuchwale 
nabierali okręty amerykańskie; co więcej, konsul francuski 
•Genet uzbrajs^ w portach amerykańskich korsarzy, a wiedząc 
Jakie wychodziły amerykańskie statki, wysyłał swoje zbrojne 
dla zabierania ich. Ten Genet był bratem pani Campan, ąarde- 
robiang' Marji Antonietty, później trzymającej dom wycnowa- 
nia dla płci żeńskiej. Ożenif się Genet w Ameryce z córką gu- 
l)ematora New-YorKu Clinton; prowadzi zupełnie życie ziemia- 
nina, sam koło roli pracując. 

Razdraźniony prezydent Adams rozbojami francuskiemi, 
posłał do kongresu projekt, by w odwecie zbrojne okręty ame- 
rykańskie napadały i zabierały francuskie. Nie bez tęgiego 
oporu w izbie przeszedł ten wniosek. Duch stronnictwa przema- 
gał w wielu boleść urazy i krzywd. Jefferson, wiceprezes, Li- 
Tingstonowie i inni, przeciwni Adamsowi, trzymali za Francją; 
JaldEolwiek bądź, komodor amerykański Dekatur, wysłany 
2 firegatą od 50 dział, w pierwszem spotkaniu z francuską sil- 
niejszą fregatą, po uporc^wej walce wziął j^ i do portu ame- 
rykańskiego zaprowadził, n drugiem spotkamu okręt francuski 
'<(le Yengeur)) tak był źle przywitany i postrzelany, że ledwie 
mógł się usunąć od bitwy i do Haranny zawinąć. Powodzenia 
;te nap^niały radością^ mieszkańców, pierwsze tryumfy po 

NiBKCBwics, Pamiętniki. 17 



258 

oswobodzeniu swem odnoszących. Przeciwnie, dyrektoijat fran* 
cuski, mając przeciw sobie całąEaropę, nie chciał w dalekie 
wchodzić wojny i przez konsula swego w Filadelfji, pana La- 
jambe, oznajmi, iż rad był, aby kongres wysłał do Francji ko-> 
misarzy dla ułożenia ugodnie sporów między dwoma narodami. 
Wysłani więc komisarze , słowa p6 francusku nie umiejący. Pan 
Talleyrand, w czasie terroryzmu schroniony do Stanów Zjedno- 
czonych Ameryki, przed rokiem otrzymał był wymazanie z listy 
emigrantów, wrócił do Paryża i dzięki nieporównanej zręczno- 
ści i układności swej , niemniej związkom z kochankami Dyre- 
ktorów, został ministrem spraw zagranicznych. Z nim więc 
komisarze amerykańscy przez tłumacza zaczęli rokowanie. 
Miasto zaspokojenia dłużnych pretensji Amerykanów za uczy- 
nione na nich zabory, Talleyrand domagał się wynagrodzenia 
za nie od kongresu. Czytano depesze komisarzy, w których 
donosili, iż Talleyrand oświadczył, iż rzeczy mogą się ułożyć, 
«mais qu'il fallait beaucoup d' argen t , beaucoup d'argent» 

Zgroza i śmiech powstały na te słowa ^w izbach kongresu, 
przez wiele dni nie słyszano w Filadel^i jak tylko te powtar- 
rżane słowa: Beaucoup d'argent. 

Konsul francuski, pan Lajambe, już podeszły, dziwnie byl 
człowiek grzeczny i ludzki. Raz, gdy u niego byłem na obie- 
dzie, dano znać że przyszedł «le timonier du yaisseau l'Orient». 
Wiedzieliśmy wszyscy, że okręt ten z wielu innymi wysadzony 
był w Egipcie na powietrze przez admirała Nelson. Zdziwiony 
tą wizytą konsul, kazał przyjść człowiekowi, który nam opowie- 
dział dokładnie rzecz całą i że on wysadzony na powietrze, 
wpadł w morze nieuszkodzony, potem złowiony był przez okręt 
kupiecki amerykański i w nim się do FiladelCi dosti^. 



ROZDZIAŁ III. 



Autor poznaje się z ksi^iem Orleanu, póiniejssym kr<Slem FrancaKÓw. — 
Kościuszko odpływa do Buropy. — Autor podr&inje po prowincjach llaine^ 
Connecticut, Uassachuset, Rhodeisland. — Posnaje Jenerała Wasłiingtona. — 

Osiada w Elisabetłiown , New-Ter«ey. 

Nie powinienem zamilczeć innej ważnej znajomości, któr% 
zimy tej w Filadelfji zabrałem. Znajdował się tam książę 
Orleanu, późniejszy Ludwik Filip, król Francuzów, wraz 



1 



259 

T dwoma braćmi swymi , księciem de Montpensier i Beaujolais. 
Przychodzili oni często do jenerała Kościuszki na wieczory 
i sam ich odwiedzał. Wysłani do Ameryki przez Dyrektoijat, 
znajdowali się tam jako prości obywatele francuzcy, nosili trój- 
kolorowe kokardy, i co niedziela obowią,zani byli stawić si§ 
przed konsulem francuskim Lajambe ; mieli przy sobie Fran- 
cuza szlachcica, pana Montjoie, wielce przywiązanego do nich. 
Wszyscy trzej wybornie wychowani, uczeni, skromni. Mont- 
pensier wybornie rysował. Beaujolais mógł mieć lat piętnaście, 
żywy, dowcipny, wielce Ludwika Xiy. przypominający. Prze- 
pędziwszy zimę w FiladelCi , ku wiośnie wybrali się na zwiedze- 
nie odległych i>rowincji Stanów Zjednoczonych, by się ztamtad 
rzeką Mississipi do Nowego Orleanu spuścić. Pamiętam, że gdy 
przyszli do nas na pożegnanie, Kościuszko darował najmłodsze- 
mu księciu Beaujolais parę butów futrzanych. Dar ten z rado- 
ścią i wdzięcznością był przyjętym. Gdy przybyli do Nowego 
Orleanu , obywatele bogatego miasta tego złożyli się dla nich 
na 60,000 piastrów, z którymi przyjechali do Nowego Jorku. 
I tam ich spotykałem często i wraz z nimi na obiady byłem 
proszony. Książę d'Orleans, już zamożniejszy naówczas, dawał 
małe obiadki. Kaz, gdy mię nań prosił, odpowiedziałem mu, że 
nie mogę mu służyć, gdyż już byłem zaproszony do pani 
Ghurch. Mogłem że wtenczas rozumieć, że odmawiałem przy- 
szłemu królowi Francji? Zdaje się, że Ludwik Filip nie zapo- 
mniał tego uchybienia mego księciu Orleanu : gdym bowiem 
lata przyszłego, po uczynionym na życie jego zamachu, z woli 
ziomków był u niego, aby mu powinszować, że uszedł śmierci, 
ledwie mię przypomniał sobie i nie przyj- jak dawną dobrą 
znajomość, przez bojaźń zapewne posła moskiewskiego, albo 
też że honores mutant mores. 

Wkrótce książęta ci porzucili Amerykę i w Anglji złączyli 
się z familją Ludwika XVIII. Przepędziliśmy całą zimę w Fila- 
delCi; ja niektóre porobiłem znajomości między kwakrami: 
Pemberton, £liot, Lagan; ostatni jest krewnym założyciela 
Filadelfji, Wilhelma Penn. Dał mi on niektóre listy jego i na- 
rzędzie wymyślone przez niego do pisania w nocy. Wszystko to 
złożyłem później do Sybilli Puławskiej , niemniej jak filiżankę 
od jeneralowej Washington. Modą było między młodemi pan- 
nami odwiedzać jenersSa Kościuszkę ; niektórych rysowsł por- 
trety, równie jak pana Jefferson, który mu się dobrze udał 
i który wkrótce jenerał Sokolnicki wysztychował. 

Zaczęła się wiosna, w kwietniu umaiły się drzewa, pokazały 
się kwiaty. W początku maja Kościuszko częstsze z Jeffersonem 
miewał rozmowy , i raz wieczorem oznajmił mi , że chce płynąć 
do Francji, dla wywiedzenia się, czy można co dla nieszczęsnej 
ojczyzny wyrobić. 

— Zostań tu — rze!:ł - - gdyż, jeśli żadnej już nie będzie 

17* 



260 

nadziei , ja najsad wrócę , kupię osadę wiejską i będziemy razem 
gospodarować. — Jakoi wkrótce z paszportem barona Niemca 
w]/jechał, zostawiwszy sługę swego Stanisława. Zostałem więc 
sam jeden. Kazałem słudze pozbierać rzeczy jenen^a i odnieść 
je do pana Jeffersona. Otwierając szufladę w stoliku, ig rżałem 
paczkę z podpisem źe dla mnie. Było w niej obwiniętych sto 
piastrów. Zadziwił mię ten postępek, a źe sługa Stanisław tę- 
sknił do kraju, ds^em mu te pieniądze i wyprawiłem ao do 
Hamburga. Libiszewski, dawniej oddalony, lecz posiadający 
doskonale muzykę, zawsze pewny chleba, udał się na wyspę 
Kuba do Hayanny , ądzie wkrótce dość się zapomogi. W rok 
Atoli uległ krajowej dliorobie. Żałowałem go szczerze; był to 
wyborny, przyjemny młodzieniec. 

Ciężko mi było widzieć się samotnym w tej nowej części 
świata. Lubo przekonany, źe pnsyjaciel mój nic we Francji nie 
wskóra i będzie musiał powrócić, nie było nadziei, żeby tak 
prędko. Gdzie się podziać, z czego żyć? IHugo chodziłem po 
ulicach Filadel^i jak błędny. Jal^em żałował wtenczas, że za- 
miast literatury, nie posiadałem jakiego rzemiosła, lub talentu 
w pięknych sztukach. Łatwo posiadając je, mogłem był sobie 
na utrzymanie siebie zarobić. Ach ! jak zbawienną radę dał In- 
dziom J. J. Rousseau , gdy im zalecał , aby dzieci swe jakiego 
nauczali rzemiosła. Nie słuchano. U nas osobliwie w Polsce 
myśl ta uważaną była za zhańbienie szlachectwa. W zakłopoce- 
niu i smutku moim potrzeba się było rozerwać. Bodła mię chęć 
zwiedzić prowincje Zjednoczonych Stanów, a nadewszystko od- 
dać uszanowanie moje wielkiemu mężowi, jenerałowi Washing- 
ton. Lecz nie było pieniędzy. Poszedłem więc do wiceprezy- 
denta Jefferson, którego jeszcze w r. 1787, w czasie poselstwa 
jeffo poznałem w Paryżu ; ten mi pożyczył 100 piastrów. Napi- 
sałem do ojca meffo i do księcia Adama Czartoryskiego, jene- 
nen^a ziem po£)l8kich, do pani Stanisławowej Potockiej, 
oznig'mcgąc im o smutnem położeniu mojem. To uczyniwszy, 
wybrałem się do Nowego Jorku, ztamtąd rzeką Hudson do 
Albany, by ztamtąd zwiedzić wschodnio-południowe prowincje, 
zwane nową An^lją. 

Całą tę podroż moią po Ameryce od prowincji Maine i rzeki 
Potomak opisałem dokładnie. Wszystko to pozostało w War- 
szawie ęrzy nagłym mytn w^'eździe z niej. Gdzież jest? Prze- 
trwał wicłury i rabunki ? Nie zapewne. Tu ¥rięc niektóie tylko 
przypomnienia podróży tej umieszczę. Przejeżdżając z Kościa- 
szb^ przez Łonayn. poznałem się ze słftwnym malarzem amery- 
kańskim, panem Thrumbull, który wiele obrazów z amerykań- 
skiej woinv o niepodległość malowaŁ Ten dał mi list do brata 
swego, który był gubernatorem prowindi Connecticut. (Hym 
więc przez stolicę stanu tego przejeżdżał, zatrzymałem się 
i miałem sobie za powinność odwiedzić go. Przychodzę i za- 



261 

staję w domu gabernatora tylko matkę jego, żonę i siostrę. 
Jeana czytała głośno , dwie drugie szyły. 

— Żałujemy — rzekła żona, przeczytawszy list szwagra — 
źe męża m^o nie ma w domu; jest na kośbie, ale wróci od 
roboty o go£inie trzeciej. Chcierjcie o tej godzinie przyjść na 
obiad do nas. 

Przychodzę; przyjeżdża wkrótce i gubernator w małej ka- 
brjolce z 8tercz%c% w tyle kos%. Przebrawszy się, przyszedł 
i uprzejmie przywitał się ze mną. Udaliśmy się do obiadu: rybiu 
morska Blackfish, pieczeń barania, tort z jabłek, wyborne wina 
Madere i Constance, składały ucztę. Rozmowa toczyła się 
o rolnictwie i handlu, o cenach zboża i innych towarów. 
Wkrótce po obiedzie rzekł: 

— Darujcie mi , źe was muszę porzucić. Dziś kończę kośbę 
moją., mam najemników, muszę jechać by ich pilnować i sam 
dopomagać. 

Wizyta ta dała mi poznać, co to jest prostota obyczajów, co 
to jest rozsądna równość w tym wolnym kraju. Gubernator, 
najwyższy urzędnik prowincji, sam kosi swą łąkę. Wzięliźby się 
do tego demokraci dzisiejsi, żydy, przekrzty i ciury? 

Dyliżans nie- przechodził tędy do Boston jak za dni kilka. 
Nie chcąc tracić dni tych napróżno , musiałem wziąść osobny 
kabrjolet, by w mieście Providence w ((Rhode Islandw publi- 
czny pojazd dogonić. Porządnie ubrany obywatel podjął się za 
pieniądze usługi tej. 

Po drodze rozmowa. Gdy mu wyraziłem podziwienie moje, 
że gubernator sampracował, odpowiedział: 

— Widać, żeś Europejczyk. Jakżeby żył, gdyby nie robił? 
U nas podzielone majątki, nie mamy murzynów, najemnik 
drogi, każdy coś ma, ale nie wiele. Choć gubernator nasz cho- 
dzi z kosą, słachamy go chętniej może, jak wy królów waszych, 
bo nic głupiego ani chce, ani może rozkazać. 

— Ależ kobiety jego — zapytałem dalej — czem się bawią? 

— Jak urządzą gospodarskie potrzeby — odpowie — to 
czytają biblję, a czytając, czasem drzemią, a zawsze wierzą. 

Zadziwiła mię ta lekka odpowiedź , ale w Ameryce acz re- 
łigja jest w wielkiem poważaniu, jest jednak wielu zbyt lekko 
myślących. 

Zabawiłem w Boston dni kilka. W jednem tem mieście 
Zjednoczonych Stanów Ameryki widziałem kościół budową zu- 
pełnie gotycką wzniesiony; jakoż prowincje te Nowej Antrlji 
najdawniej zaludnione przez wygnańców Presbyterjanów. Bli- 
sko Bostonu jest miasteczko Cambridge z uniwersytem. 
Z ukontentowaniem postrzegłem w bibljotece wspaniałe dzieło 
w wielu tomach in folio socyniańskie , pod tytułem: « Fratrem 
polonorum.)) 

Wracając nazad do Albany, zatrzymałem się dni kilka 



262 

W małem miasieozku Lebanon, zamieszkanym przez cieką w% 
sektę tańcujących kwakrów. Zyj% oni, uprawiają rolę, gospo- 
darują wspólnie ; wszystka własność jest wspólna. Obydwie 
płcie osobno mieszkają. Byłem na ich kościelnych obrządkach. 
Kongregacja zbiera si§ po kazaniu, osobno mężczyźni, osobno 
kobiety, zdejmują zwierzchnie suknie i stawają we dwa rzędy. 
J^ode dziewczęta na bokji zaczynają śpiewać, a starsi tańcują 
na kształt angleza, obracając się często w koło aź do stracenia 
oddechu. Do jakiegoź zawrotu dzikości nie posuwa się myśl 
cdo wieka. Tańcząc kontredanse, uwielbiać Wszechmocnego! 

Zwiedziwszy prowincje Nowej Anglji: Massachuset, Rhode- 
Island, Connecticut, wróciłem do Albany. Odwiedziłem dawną 
znajome moją, panie Ghurch, córkę jenerała Skyler, którą 
niegdyś poznałem w Paryżu w r. 1787. W Albany pozostało 
jeszcze wiele zwyczajów Holendrów, pierwszych miejsc tych 
osadników. 

Nic nie dowodzi bardziej wielkich usług, które statki parowe 
oddały żegludze, jak pośpiech, z którym się podróże za pomocą 
pary wodą i lądem odbywają. Powrót mój do New- Yorku w r. 
1797 zabrał mi blisko l^godnia, gdy dziś statki parowe tęź 
£amą odległość przebywaią w ośmiu godzinach. 

Rzeka Hudson, ocembrowana, że tak rzekę, niezmiernemi 
^kalistemi górami, malownicze wszędzie wystawia widoki. 
U spodu gór tych widzisz wiele kwitnących miasteczek, między 
innemi West-point, twierdzę, więcej naturą jak sztuką silną. 
W niej to jenerał Kościuszko w czasie rewolucyjnej wojny ko- 
menderował. Jest dotąd w skale wykowany przez niego ogró- 
dek: widziałem w nim jeszcze ślady zagonów, uprawianych 
i zasiewanych przez niego. Jest tam dziś szkoła wojskowa, 
« młodzież, jak się dowiaduję, wystawiła marmurową kolumnę 
z napisem na cześć wojownika. Rzeka Hudson jest głęboka 
i szeroka, żeśmy wśród niej spotkali duży trzech-masztowy 
okręt, z rozpiętymi żaglami. Zapytany, zkąd płynął? Z Chin, 
odpowiedzią. 

Przybyłem do New- York w czasie, gdy najsrożej grasowała 
żółta febra. Miasto niedawno tak ludne, ulice tak napełnione, 
smutne i puste. Kto mógł, oddalił się na wieś; nie można było 
spotkać jak murzynów niosących na barkach swoich żółte wy- 
cieńczone trupy. Przez trwogę prędko chwytającej się zarazy 
odstępowali krewni, przyjaciele, najdroższe sobie istoty. 
Rzadko przechodzący po ulicach, gdy się spotkali, mijali się, 
nie śmiejąc się pozdrawiać, ni nawet mówić z sobą. Wtenczas 
to straciłem dobrego mego przyjaciela, doktora Scandola, męża 
wielce uczonego i miłego w pożyciu. Nie znalazłszy niko|^o ze 
znajomych moich w New- Jork, nie chcąc się niepotrzebnie na 
zarazę narażać, przenocowawszy tylko, wsiadłem na bat i uda- 
łem się do £]i8abethown. 



263 

Nie długo bawiłem w tern miasteczku. Niecierpliwy Widzieć 
założyciela wolności amerykańskiej , jenerała Wasbingthon, pa- 
iciłem się do nowo założonej i. no8z%cej nazwisko jego stolicy. 
Już mieszkał w niej przyjaciel mój, pan Ław, który poj^ córkę 
Jenerałowej Washington, pannę Custis. Z uprzejmą gościnno- 
ścią przyjęty byłem w domu jego. Nie znalazłem w tej przyszłej 
^stolicy potężnego państwa jak tylko gmach wielki Kapitolium, 
pałac prezydenta, jeszcze nie dokończone; ulice przyszłe wy- 
tknięte i rozrzuconych tu i owdzie kilka domów. Przebiegającą 
f>rzez nie małą rzeczkę pycha amerykańska, czyli przeczucie 
przyszłej wielkości nazwiJy Tybrem. Zresztą zarośla i las, tak, 
2e w tej wielkiej stolicy chodziłem z fuzją i strzelałem ptaszki. 
Za sto lat jak się temu dziwić będą? W kilka dni potem przy- 
jechał jenerał Washington pdwiiMizió państwo Law i w Georges- 
town panią Peters, siostrę jej. U tej widziałem pierwszy raz 
tego znakomitego męża. Wstrzymuję się tutaj z mówieniem 
o nim ; wszystko bowiem , co mogłem o nim powiedzieć, powie- 
działem w pierwszym tomie dzieła mego w edycji Mostowskie- 
go, w zbiorze pisarzów polskich w r. 1803 wydanego. Washing- 
ton zaprosił mię do siebie do Mount-Yemon, gdzie blisko trzech 
niedziel przebywałem. 

Zwiedziwszy już wschodnie, średnie i część południowych 
prowincji Zjednoczonych Stanów , wydawszy wszystkie prawie 
pożyczone mi od pana Jefferson pieniądze, czas było myśleć 
o kątku , gdzie się mogłem schronić. Udałem się więc do Elisa- 
bethown, gdzie się już dawniej z mieszkańcami zaznajomiłem. 
Miasto to naonczasbyło schronieniem wielu francuskicn familji 
z wysep St. Domingo, Martyniki, Guadalupy, etc, uchodzących 
przed okrucieństwami murzynów. Niektórych tylko pamiętam 
imiona: Carudem, Eirkadeau, Mufron, Jovin, du Buc, Marolles. 
Pomnożył ten poczet lord Bolingbroke, pod imieniem Bellassis ; 
iiwiózł on pannę Hompesch, synowicę ostatniego wielkiego mi- 
strza w Malcie. Człowiek żywych namiętności , lecz grzeczny 
i uczony. Wszystko to przypomniało Europę, której pamięć 
ciężko było zatracić. Z mieszkańców miejscowych była na czele 
fami]^Bicketts, pani sama z domu Łiving8ton, siostra przyszłej 
2ony mojej; familje rozrodzone: Dayton, Williamson, Ogden 
i tak dalej. 

Nająłem sobie izdebkę u krawca nazwiskiem Rieyers, jada- 
łem a nim i z czeladnikami je^o , kupowałem drzewo na opał 
i sam je rżnąłem. Już mi me zostawało jak kilka piastrów 
w kieszeni , gdym odebrał list z Warszawy od pani Stanisławo- 
wej Potockiej. Ta mi donosiła, że po powrocie Kościuszki dc 
Paryża i śmiałym liście jego do Pawfa, odsyłając daną mu 
w Petersburgu sumę pieniężną, ponieważ to wszystko radom 
moim przypisywane było, wyszło zapo wiedzenie od rządu mo- 
skiewskiego do braci moich, iż jeśli kiedy słowo do mnie napi- 



264 

82%, Inb grosz jeden mi przyszła, wszystkie dobra ich skonfi- 
-skowane zostaną. Dodała na to pisząca, źe książę Adam Czar-- 
toryski, dawny mój komendant, dowiedziawszy się o tem^ 
z wrodzoną sobie dla wszystkich, a dla mnie l^lekroć doswiad* 
czoną dobrocią, przysyła mi weksel na 250 czerwonych złotych* 
Dotknięty do żywego tym darem, jak gdyby w ciężkiej toni 
przez Opatrzność zesłanj^, pospieszyłem do New- Yorku dla. 
odebrania pieniędzy. 

Ciężył mi na sercu dług stu piastrów , zaoiągniony u wice- 
prezesa Jefferson ; wraz mu go więc odesłałem, żyjąc z reszty 
u krawca mego, jak można, najskromniej. 

Czytanie, pisanie, chodzenie na ptaszki z fuzją, zapełniała 
godziny moje. Byłem w samej sile wieku, pędząc 40. rok życia 
mego. Troski więc, niedostatek, nie tyle mię obarczały, ile 
dzisiejsze ciężkie nieszczęścia moje w wieku, gdzie i umysł i fi- 
zyczne siły moje już w zgrzybis^ości na oczach , gdzie tylekroó 
zwodzący mię promień nadziei już nie zabłyśnie. Miałem wten- 
czas przed sobą niekrótką przyszłość, wieUde w£uropie wypadki 
mogące los nasz odmienić. Cóż mam przed oczyma dzisiaj? — 
Smutną mogiłę. 



ROZDZIAŁ IV. 



Dłttissj pobyt autora w ElisabeŁhown. — Wspomnienie o JenerUack Mirand* 
i Moreau. O panach John Adams, Hamilton i Dupont de Nemonrs. 

Od roku 1798 aż do początku bieżącego wieku zostawałem 
w Elisabethown, New*Jersey, mieszkając zawsze i stołując nę^ 
u krawca mego. Wspomnę tylko o ważniejszych zasz^ch w tym 
przeciągu czasu zdarzeniach. Coraz bardziej zaznajomiłem się^ 
z mieszkańcami i sąsiadami miejsca tego. Między tymi pani 
Kean, wdowa po przyjacielu Kościuszla, żywe okazywała mi 
ubolewanie nad opuszczonym stanem moim. To interesowanie 
B^§ j^j sprawiło, żem ją często odwiedzał, tak, źe raz wycia* 
gnąwszy swą rękę, rzekła: 

— Chcesz ją mieć? 

Podziękowałem czule, nie nagłym jednak spełnienia obie« 
tnicy, zostawując czas rozwadze dalszej. Przez dwa lata ciągnęła 
fuę przyjaźń, nim się zamieniła w śluby małżeńskie. 



266 

W r. 1799 dosda nas wie^ć o śmierci Stanisława Augusta. 
Żalowi^em go jak człeka , bynajmniej jak króla. Przeniesiony 
przez Pawła I. do Petersburga, rok tylko jeden żył tam, dając 
obligi nałożnicom i ulubieńcom swoim , które potem trzy po- 
dzielające nas dwory płacić musiały; dawał obiady, wieczory 
dla Pawła ; jeździć musiał na koronację jego w Moskwie , gdzie 
stary, zmordowany długiem staniem, gdy usiadł , Paweł posłał 
do niego , by się nie zapomniał i powstał. Tej to jeszcze po 
spełnionym śmiertelnym ciosie naszym potrzebowaliśmy znie- 
wagi. Powróciwszy z Moskwy do Petersburga w zimie, obudził 
się zdrów, a wstawszy z łóżka, poszedł do okna, by ujrzeć 
na termometrze stopień zimna, gdy go raz apoplektyczny 
uderzył. Zaniesiony na łoże, we dwie godziny w 66. roku żyć 
przestał. 

Paweł z honorami monarchom winnymi w kościele katoli- 
ckim pochować go kazał; włożył mu koronę królewską na 
głowę i żegnając, w twarz pocałował. Zostawił Stanisław Au- 
gust Kilkoro naturalnych dzieci, między temi z pani Grabowskiej 
śmiesznie sławnego Stasia Grabowskiego, którego mistyczny 
Aleksander I. z podziwem kraju całego wyniósł na stopień mi- 
nistra oświecenia, a który razem próżny i podły, najprzód No- 
-wosilcowi, dziś Paszkiewiczowi bije ezołem. 

W rok późnij ważniejsza dla miłośników cnót i wolności 
śmierć jenerała Washingtona okryła żałobą Zjednoczone Stany. 
Okoliczności ostatnich chwil jego znajdują się w liście pisanym 
do mnie przez pana Law, a umieszczonym w pierwszym tomie 
dzieł moich pisarzów polskich , edycji Mostowskiego. Wszyst- 
kie znaczniejsze miasta Ameryki obchodziły pogrzeb jego; ja 
byłem na obchodzie tym w New-Tork. Goyemor Moms, jeden 
z najznaczniejszych obywateli miasta tego, miał piękną, po- 
grzebową mowę. Wolni mularze w pompatycznej procesji pro- 
wadzili trumnę jego. Gała milicja miasta wystąpiła i trzechkro- 
tnym wystrzałem pożegnała cienie wielkiego męża. Wszędzie 
atoli prawdziwa zasługa ma swoich oszczerców, więcej może 
jak gdzieindziej w rzeczpospolitach , gdzie każdemu wolno mó- 
wić rozsądnie, wolno też i bredzić, gdzie zawiść tak jest śmiała 
i bezkarna. Ueż razy zdarzyło mi się słyszeć utrzymigących, że 
Washington był tchórz, a Franklin głupi! Pomszczą ich sławę 
tak haniebnie uciskani murzyni. 

Między znakomitemi osobami, które mi się zdarzyło widzieć 
w Stanach Zjednoczonych Ameryki, nie powinienem opuścić 
jenerała Miranda. Ten wszedłszy w początku rewolucji w służbę 
francuską, dowodził dywizją pod Dumourier w bitwie pod Je- 
mapes. Gdy jednakże konwencja stała się wściekłym katem, 
opuścił Francję i wrócił do ojczyzny swej , do Ameryki połu- 
dniowej, do Caraccas. Tam zrobił powstanie, lecz słabe siły 
jego wkrótce zgniecione. Schwytani i potraceni zostali pierwsi 



266 

powstańcy: między tymi był jeden Polak z Gdańska, któreg^o 
nazwiska nie pamiętam. Miranda potrafił schronić się do New- 
York, gdzie go widywałem. Był to człowiek ogromnej postaci, 
tłumaczący się łatwo i z ogniem. Nie pamiętam , jak skończyŁ 
Drugi z zbiegłych do Ameryki mężów smutno sławnych 
w Europie, był jenerał Moreau, tenże sam, co zginął pod Dre- 
2nem. Powracając do Ameryki po krótkiem odwiedzaniu pro- 
gów domowych w r. 1803, przejeżdżając przez Paryż, traMem 
właśnie na sprawę George Cadoudal i innych sprzysiężonych na 
życie Napoleona. Był Moreau w liczbie oskarżonych, widziałem 
go z innymi na ławie, z Polignakiem, Riviereni, i t. d. Skazany 
na wygnanie do Ameryki, z żoną i adjutantem, osiadł nąiprzód 
w wiejskim domu blisko FiladelCi, i tam odwiedziłem go. 
Bywał w New- York i przejeżdżając przez Elisabethown, wstę- 
pował do domu naszego. Raz z synem Dudont de Nemours był 
u mnie na obiedzie. Przywiozłem był z sobą dwa nieznane przy- 
smaki w Ameryce: esencję z trufli i stare wino węgierskie. 
Traktowałem go niemi. Nie mógł pojąć, jak tych rzadkości 
dostałem; mówił, że od czasu jak mu arcy-ksiąźę Karol w czasie 
rozejmu przysłał wina węgierskiego , pierwszy raz go u mnie 
ko6zt.ował. Odwiedzałem go często w New- York. Był to mąż 
przyjemnej wcale postaci, biegły w strategji, mówiący rozsą- 
dnie, prócz gdy była mowa o Napoleonie lub Muracie; wten- 
czas nienawiść tłumiła rozsądek. Żona rodem z wyspy Boorbon, 
ładna, intrygantka, rządząca mężem zupełnie. Ona to podobno 
namówiła go do powrotu do Europy ; chciał on zrzucić Napo- ' 
leona z tronu, lecz nigdy nie sprzysiągł się przeciw Francji. 
Lubo śmierć jego w 10 lat nastąpiła później , mówiąc o nim, 
jako oczywisty świadek , okoliczności jej muszę tu wymienić. 
Popchnięty sprawiedliwą poniekąd zemstą ku Napoleonowi, 
wrócił do Europy, a nie mogąc udać się do zamkniętej mu wy- 
rokiem sądowym Francji, udał się do wód do Teplitz. Znajdo- 
wali się tam naówczas sprzymierzeni północni mocarze. Car 
Aleksander, który jak wszyscy Moskale, podług potrzeby 
wszystkie postacie przybrać mogąc na siebie, car Aleksander, 
mówię, ubrawszy się w mundur pułkownika, przepasany szarfą, 
przyszedł niespodzianie do jenerała Moreau i wyprężywszy się 
i rękę do kapelusza przykładając , jak zwykł czynić oficer przed 
starszym swoim : 

— Mon generał — rzecze — je viens demander yos 
ordres. 

Osłupiały Moreau tą niespodzianą aparycją (widział już bo- 
wiem cara na promenadzie, lecz mu się nie prezentował), dłu^o 
nie wiedział, co mu powiedzieć. Przerws^ nakoniec milczeme, 
wyrażając podziw swój nad wizytą i uczynionym mu komple- 
mentem. 

— Je suis serieux — rzekł mu Aleksander — je Tiens 



267 

>demander yos ordres. — . To mówiąc, wzi%ł go za rękę. 
Udali się obydwaj do pobocznego alkierza. Jaka tam była mię- 
vdzy nimi rozmowa, nikt nie wie ; to tylko mówiono, że Aleksan- 
der toczy wojnę nie przeciw Francji, ale przeciw Napoleonowi, 
<2zemu tern więcej można było wierzyć, źe później publicznie te 
■słowa powtarzał. 

W kilka dni , gdy Napoleon udał się do oglądania o kilka 
mil stojącego korpusu wojsk swoich , wojska sprzymierzonych 
potencji przypuściły szturm do Drezna. Juz się nieprzyjaciel 
ubliżył do miasta, kiedy Napoleon jak gdyby bóstwo jakie uka- 
zał się na moście drezdeńskim; dodało to serca wojsku. W naj- 
większym zapale bitwy Aleksander, który koniecznie prawą 
rękę dawał jenerałowi Moreau, gdy nad mostek mały obaj 
przybyli, Aleksander chciał koniecznie, by Moreau pierwszy 
wjechał. Po długich ceremonjach posunął się Moreau i w tejże 
chwili urwd:a mu kula armatnia obydwie nogi. Wieczorem 
^dy ustała bitwa, znaleziono psa z obrożą, na której było imię 
JSIoreau. Wkrótce przyszła wiadomość, że jenerał ten śmiertel- 
nie raniony, w kilka dni żyć przestał; ciało jego zabalsamo- 
i^ane przez Warszawę zawieziono do Petersburga. Jedyną 
jeszcze osobliwszą okoliczność uważać tu należy , że gdy kara- 
wan, niosący ciało jenerała Moreau do Petersburga, zatrzymał 
się na noc w Warszawie, w gospodzie Gąsiorowskiego « Hotel 
d'Angleterre», wniesiono trumnę do tegoż samego pokoju, 
w którym Napoleon, wracając z klęski berezyńskiej , zabrzymat 
fiię przez godzinę i jadł w nim obiad. 

Wracam do opisania znakomitych osób, znajomych mi 
-w czasie pobytu mego w Ameryce. Powstanie murzynów na 
wyspach łrancusko-antylskich , przymusiło białych osadników 
do uciekania przed śmiercią z chudobą, jaką mogli unieść 
2 sobą. Wielu z nich osiadło w temźe Elisabethown , gdzie i ja 
byłem. Z St. Domingo: pani Garaday z siostą swoją Kerludan, 
paniMasson, Marolles, Jovin, d'Allemans , Budam , Cotineau, 
du Bac; w State- Island: Dupont de Nemours , przyjaciel Tur- 
ffota, człowiek dowcipny, pełen imaginacji, lecz lekki, autor 
dzieła: «De la Philosophie de la naturę », w którem utrzymy- 
wał, że rozumie język wszystkich zwierząt. Wrócił on później 
do Francji za Burbonów, lecz gdy Napoleon wrócił z wyspy 
Elby, on nazad do Ameryki umkn^ do syna swego, który tam 
miał fabrykę prochu, i napisał do Francji: — aFuyant les dan- 
gers de la France, je me sais pour ma plus grandę surete, 
refugie en Amerique, dans un moulin apoudre.» Tenże Dupont 
de Nemours był przez czas krótki w r. 1776 guwernerem dzisiej- 
Bze^o księcia Adama Czartoryskiego , lecz wrodzona w nim nie* 
sta^ść popchnęła ^o nazad do Francji. 

Nie tylko Washmgtona, ale jakem wyżei powiedział, miałem 
jeszcze szczęście poznać następcę jego, John Adams, Tomasza 



268 

Jefferson i jenerała Hamilton. Jefferson więcej nad innycb po- 
siadał nauki, wydał dziełko: Noty nad Wirginją. Gorliwy repu- 
blikanin, zachęcał naakL On to, on pierwszy w czasie prezy- 
dencji swojej założył publiczna księffamię w Washington 
i wniósł zwyczaj , nie przychodzić sam do izb na otwarcie kon- 
gresu, lecz przysyłać otwierającą mowę. Ci trzej prezydenci 
i nie wielu innych, byli ci, co podpisali akt niepodległości 
Stanów Zjednoczonych. Rzecz godna uwagi, że prezydenci 
Adams i Jefferson przeżywszy obydwaj pół wieku od ogłoszenia 
niepodległości, obydwaj jednego roku, jednego dnia, jednej 
prawie godziny żyć przestali. 

Nie powinienem przepomnieć jenerała Hamilton, w czasie 
wojny adjutanta Washingtona, Był on bez wątpienia pierwszy 

geniusz w Ameryce, nie tylko jako adwokat, ale jako ufinancier*. 
>n to pierwszy wynalazł system umarzania długów, który po- 
tem Pitt tak silnie wprowadził do Anglji. 



ROZDZIAIi V. 



Oienienłe się autora % pani% LiDvingston Kean, wdowf (r. 1800). — 8p«««b 
iycia i satrudnienia w EliMbethown. — Ojciec aatora umiera w kn^a. —- 
▲utor irraea dla interesów familijnych do Polski. — Pobyt w Braeskiem. — 
Pobyt w Puławach u księcia Jenerała. — Wspomnienia o dworse tamecsnym 
i poetach: Zabłockim i Kniaśninie. — Autor Jedzie z ksifciem Jenerałem do 
Bar^Jowa, — Pnepfdsa sim^ a 1803 na 1803. roku w Warsaawie, a następni 
ximę w Puławach i Krakowie. — W marcu 1801 wyjełdia napowrdt pnes 
Francjf do Ameryki. — Obraz Francji za czasów kończącego się konsulatu. 



Powiedziawszy o drugich, ile pamięć dawnych czasów 
zasięgnąć może, niech mi wolno będzie pokrótce wrócić do 
siebie. 

Dwa lata spędziłem, mieszkając i słołąjąc się u krawca mego, 
pana Rivers. Przez ten przeciąg znajomość moja z przyszłą żoną 
moją, panią Kean z domu Leyingston, coraz się ściślejszą sta- 
wiła. Opuszczony wygnaniec, nie odważyłem się o jej rękf 
odzywać, by nie wnosiSt i nie mniemała, że ubogiego nie sama 
jej wartość osobista, lecz i znaczny jej wabił majątek. Gdy raz 
w rozmowie wyciągając rękę, rzekła: — Jeśli chcesz, ręka ta 
jest twoja — wziąłem ją z wdzięcznością i ucałowałem. Tu 
obraz jej skreślić muszę. Pani z Leyingston Kean była z pierw- 
szych familj i w New-Tork, hożego wzrostu, blondynka , oczy 



269. 

niebieskie, biała, bardziej hoża i przystojna niź piękna. Wiele 
czytała i pamiętała , przyjemna w mowie, dowcipna w odpo¥ńe- 
dziach. Nerwowe napaści czyniły ją czasami drażliwa, lecz ro* 
zam jej rzadki i serce wyborne, l&ała dziesięcioletniego syna 
Piotra Kean, którego ja później pd pobraniu się naszem zatru- 
dniłem się wychowaniem. 

Pobranie się to jednak dopiero w roku 1800 nastąpiło. Nie 
nagliłem go bynajmniej. Ona także uwagami brata i siostry, 
pani Bicketts, zastraszona, by się z nieznajomym cudzoziemcem 
nie łączyła, wahała się nieraz. Czas m^jał, ja już zamyślałem 
udać się do miasta nowego Washington i tam księffamię zało- 
żyć, gdy zatrwożona oblubienica moja napisała do mnie, iż 
gotowa jest z ochotą spełnić przyrzeczenie swoje i dzień do 
ślubu wyznaczyć. Odpisałem, że nie chcę jej przymuszać, że 
uwalniam ją od dawniej danego mi słowa; a jeśli sądzi, że bę- 
dzie ze mną szczęśliwą, inaczej jej nie pojmę , aż w kontrakcie 
ślubnym zastrzeżono będzie, iż zupełnie zrzekam się prawa do 
majątku jej. Zadziwili się brat i krewni nad tą bezinteresowno- 
ścią moją, i iuż nie przeczyli, ale naglili raczej pobranie się na- 
sze. Nastąpił slab w czerwcu 1800. r. 

Gklyśmy jeszcze kwilili na gniazdo , żona moja stołująca się 
i mieszkająca dotąd u państwa William Dayton, kupiła od do- 
ktora Ciarkę niewielki domek z ogrodem i łączką, niemniej za 
miasteczkiem 18 morgów gruntu częścią omego, częścią słonej 
łąki (tak w Ameryce zowią łąki, które przepływ wody morskiej 
peijodycznie zalewa). Ta była w Elisabethtown w New-Jersey 
Jej ziemska własność. W papierach krajowych , w bankadi, i t. 
d., jak się pokazało po śmierci jej, miała ją nader znaczną, 
e ilości jej atoli dotąd nie wiem. Domek składał się z dwóch 
niewielkich pokojów na dole, tyluź na górze, z maleńkim gabi- 
netem, z kuchnią, poddaszem, z stajnią na parę koni i krowę. 
2 mojej strony, w skutku zakazów rządu moskiewskiego, nie 
mii^em może jak sto złotych w kieszeni. 

Gdy nastąpił dzień wesela i kontrakt ślubu, w którym zrze- 
kłem się wszelkiego prawa do majątku mojej żony, przed cere- 
monją udałem się do niedalekiej rzeczki, by się ^nrkąpaó. 
Przyniosłem ze stancji mojej od krawca zawinięcie z bielizną 
i suknią, udałem się do stajenki, gdzie się ubrałem. Kilku tylko 
ścisłych przyjaciół zaproszonych było na akt ten. Ksiądz angli- 
kański Hobart, później biskup, ślub nam dawał. Herbata 
i poncz z araku, bo tu na weselach z araku go tylko robią, za- 
kończyły to skromne wesele. . 

Było ono w rzeczy samej skromne i niegłośne. Nazajutrz 
poszedłem pożegnać się z Uustą gospodynią moją, krawcową 
panią Riyers. DiSem jej na pamiątkę łyżkę srebrną do zupy, za* 
l)rałem tłómoczek mói i przeniosłem się do żony. 

Tu nie od rzeczy będzie skreślić sposób życia mego w tym 



270 

nowym dla mnie stanie małżeńskim. Był on stosownym do 
zwyczajów krają tego , gdzie każdy czemsiś trudnić się mnsi : 
rolą, prawnictwem, handlem, kupiectwem, doktorstwem, sta-* 
nem dachownym, rzemiosłem nakoniec. Wychowanie moje 
w korpusie kadetów, przebywanie dalej w domu ksi^ia Adama 
Czartoryskiego , jenerała ziem podolskich i dowódcy wojsk lite- 
wskich, nie dały mi jak tylko lekką, znajomość służby wojsko- 
wej, więcej nieco literatury, do której wrodzona skłonność do- 
tąd nie przestała mię ciągnąć. W kraju, w którym nie było jak 
3 lub 4000 wojska regularnego, lecz za to 800,000 miligi, wnijść 
w służbę wojskową nie było podobnem. Mie umiałem na nie* 
szczęście żadnej innej profesji, nie mogłem atoli być nieczyn- 
nym. Umyśliłem stać się ogrodnikiem i cokolwiek rolnikiem 
szczupłej ziemskiej własności żony mojej. 

Pierwszego roku, rzadko kiedy z najemnikiem, skopi^em 
sam i zagnoifem ogród mój , sprowadziłem do niego z Karoliny 
słodkie kartofle, starałem się o najlepsze nasiona i najlepsze 
zrazy do oczkowania i szczepienia drzew owocowych , najbar- 
dziej brzoskwiń, morelów, nektarynów. Któż zaszczepienia 
mego zbiera dziś owoc, podobnie jak w Ursynowie moim? Już 
nie ja. Między warzywem , prócz wybornych i zwyczajnych, 
były Berangine (Egg plant), bo kształt gęsiego jaja mające, 
i «poor man's beanso. Był to drobny bobek; ziarno ouego dziś 
rano posiane, nazajutrz już znacznie wschodziło, a w tydzień 
już mogło służyć do stołu. 

W zagrodzie za miasteczkiem uprawiałem : mais , kartofle, 
pumkins, ogromne dynie i zbierałem słone siano. Od drogi za- 
sadziłem rzędem drzewa Lylyodendrum tulipiferum, pachnący 
kwiat tulipowy noszące. W ogrodzie moim także od drogi za- 
sadziłem potężne orzechowe drzewa Blacknnt, Hikory i inne. 
Przy wyjeździe moim w r. 1807 już to wszystko w pomyślnym 
było stanie. 

Sprowadzone nasiona perskich melonów najpiękniejsze wy- 
dawały plony, arbuzy ważyły 40 funtów, dynie do 70. Powró- 
ciwszy do Polski, sprowadzdein te nasiona do Orsynpwa mego, 
równie jak ogromną kapustę zwaną Drumhead, czyli głowa od 
bębna. Z powodu niedostatku słońca nasiona te acz mniejsze 
wydały owoce, przecież nierównie większe jak zwykle u nas. 
Skonfiskowano Ursynów; pan doktor Malcz trzyma go od rządu 
moskiewskiego arendą. Acz zagroda ta nie moja i już jej więcej 
nie ujrzę, cieszę się, że poczciwy cdowiek o niej ma staranie 
i używa zasianych i zaszczepionych przezemnie owoców. 

Wracam do mateiji i skreślę pokrótce jaki był tryb żyda 
mego w tem nowego świata ustroniu. Wstawszy z rana i odda- 
wszy winną cześć Bogu, brałem kosz i szedłem na targ kupo- 
wać mięso lub rybę. Stół nasz był skromny jak wszędy w Ame- 
ryce. Obfitość i przepych wtenczas tylko mają w tym kraju 



271 

miejsce, gdy zaproszeni goście. To się zaczyna po nowym 
roku, gdzie wszyscy znaczniejsi mieszkańcy miasteczka daj% 
sobie koleją uczty. Wety czyli desert składa 8i§ z niezmiernego 
mnóstwa konfitur, owoców krajowych i sprowadzonych z wysp. 
Bywa czasem i świeża trzcina cukrowa; pamiętam jak mnie 
i żonie mojej gotowanie galaret i Blanc manger zabierało kilka 
wieczorów. Dalej godzina pracy w ogrodzie, śniadanie z her- 
baty i kawi^ka pieczonej ryby morskiej Schaad, po francusku > 
alose. Zapas tej ryby robi się w kwietniu, gdzie się równie pra- 
wie jak śledzie w wielkiem mnóstwie poławia; solą ją i pakują 
w beczki. Beczka ta nie kosztuje jak 8 złp. Po śniadaniu dawa- 
łem lekcję pasierzbowi mojemu, Piotrowi Kean, łacińskiego 
i francuskiego języka, jeografji, i t. d. Było to chłopię nie pię- 
kne na twarzy, lecz pojętne i wybornego serca. Dalej znów 
praca w ogrodzie, lub w polu za miasteczkiem, jeśli byli naje- 
mnicy. Ci drodzy są w Ameryce: najemnik bierze na dzień naj- 
mniej 8 złp., śniadanie, obiad, wódkę i herbatę. Przychodząc, 
to powiaoa: «I oblige you» (obliguję was). Abraham Mann 
zwykł zwyczajnie obligować mię. 

Wspomnę kilka słów o potocznem życiu miasteczek amery- 
kańskich. Cały dzień poświęca każdy powołaniu swemu. Wśród 
dnia pokazuje się zwyczajnie dziecko, murzynek lub murzynka, 
mało co jeszcze umiejące mówić, z karteczką przypiętą do 
boku; ważniejsze bowiem zatrudnienia nie pozwalają sług 
rosłych używać. Gospodyni odpina tę kartkę i czyta: jest to 
zwyczajnie zaproszenie na herbatę, na wieczór. Wieczorem bo- 
wiem tylko ustaje praca i zebrania towarzyskie nadchodzą. 
Wtenczas, gdy już zebrane kobiety, przychodzą mężczyźni; ci 
umywają się i ochędoźają. Przynoszą herbatę, chleb, grzanki, 
struganą w listki wędzoną wołowinę; zaczynają jozmowę męż- 
czyźni o gospodarstwie, handlu, polityce; kobiety rozwodzą się 
ze skargami nad krnąbrnością murzynek, i tam dalej. Po her- 
bacie roznoszą konfitury w domu smażone, owoce, wino Malagę. 
Tak się dzień ci^ kończy. 

Za sąsiada domu naszego mieliśmy pana Horacego Dayton, 
który dom ten z ogrodem w posagu z kuzyna swą dostał. Kre- 
wni panny sprzeciwiali się małżeństwu temu, a że uwięzienie 
panny podług praw krajowych jest kryminalnym występkiem, 
ułożyli więc kochankowie, że panna uwięzie kawalera. Jakoż 
w nocy zajechała po niego na koniu: wsiadł kawaler z tyłu za 
nią na koniu, zawiózł do pierwszego księdza i wziął ślub. Tym 
sposobem, jako że nie on uwiózł, lecz panna, uszedł przepisa- 
nej kary. 

W r. 1802 latem odebrałem niespodzianie list od dawnego 
kolegi mego, Tadeusza Matuszewicza, z doniesieniem, że ojciec 
mój żyć przestał, i że familijne interesa moje wymagały, abym 
choć na czas do kraju pospieszył. Już Aleksander I. panował, 



272 

rzucone na mnie klątwy i interdykta ustały. Nie bez tradności 
pozwoliła żona moja na ten wyjazd. Wypłynąłem w lipca i po 
piędziesięcio-dniowej żegludze stanąłem w Londynie. Tam nie 
zabawiwszy jak tydzień, popłyn^em do Hamburga, zkąd 
przez Berlin, w początkach października, stanąłem w War- 
szawie. 

Jakże opiszę silne wrażenie, które na mnie sprawił wjazd 
do tej stolicy, w której w roku 1791 Polska odzyskała znaczenie 
i niepodległość, a która dziś z resztą całej Polski już była pod 
obcem panowaniem. U Wolskich rogatek pruski żołnierz po 
niemiecku mię pytałl Miasto niegdyś tak huczne i ludne, dziś 
milczące i z rzadkim mieszkańcem. Kie bawiłem jak trzy dni, 
odwiedziwszy tylko marszałka Małachowskiego i Tadeusza Mo- 
stowskiego, kolegę więzienia mego w Petersburgu. Ileż smu- 
tnych i rzewnych wspomnień 1 Na to żeśmy przez lat cztery 
dzień i noc pracowali , na to tyle ofiar ponieśli , na to krew na- 
szą leli, cierpieli więzy, by widzieć ojczyznę naszą rozszarpaną 
i ujarzmioną? Oddać jednakże należy sprawiedliwość rządowi 
pruskiemu, iż nie szerzył ni prześladowań ni okrucieństw. 
Każdy używał rozsądnej wolności i bezpieczeństwa. Jenerał 
Kohler, komendant wojskowy, Meier i inni pierwsi cywilni 
urzędnicy zdawali się raczej cudzoziemcami w mieście , niżeli 
rządcami. 

Wyjechałem do brata w Brzeskie w początkach października* 
Przebywszy granice nie bez zwykłych w Moskwie na komorze 
przekor, zajechałem do Adamkowa, do stryjecznego brata mego 
Stanisława Ursyna Niemcewicza, starosty rywiatyckiego. Tu 
nowe rozrzewnienia. Brat mój rodzony Jan, siostry, panie: 
Dunin, Erosnowska, Hryniewiecka, w dwie godziny czasu 
przybyły. Ileż lat minęło, jakeśmy się nie widzieli! Ileż wa- 
żnych a smutnych te lata napełniło zdarzeń, łez i ucisków! 
Siedmioro nas rodzeństwa, od lat tylu niewidzących się z sobą, 
zebrs^o się pierwszy raz. Niestety I dziś wszyscy już w grobie. 
Jam jeden najstarszy, najbardziej skołatany, pozostał sam jeden. 
Oboje rodzice już leżeli w kościele naprzeciw pałacu. 

Słodki lecz rzewny był pobyt mój mięcby rodzeństwem. 
Beż dawnych czasów, wspomnień wyciskało mi łez s ocsnt 
Sąsiedzi odwiedzali nas często, lecz ledwie część pozostała tydi, 
których znałem w dzieciństwie mojem. Każde drzewo^ każda 
chatka poczciwych kmieci naszych, przypominała mi dzieciń- 
stwo moje. 

Za czasów cara Aleksandra nie było jeszcze ciężkiem jarzmo 
moskiewskie, zostawało nawet wiele dawnej narodowości pol- 
skiej. Mowa, wychowanie jesflcze podług komisji edukacyjnej, 
sejmiki po^ug porządku ustanowionego na sejmie 1791 roku; 
wybierano marszałka i sędziów; Moskale pokazywali się rzadko. 
Dziś wszystko zg^rałcone ! 1 ! 



273 

Obowiązki wdzięczności księciu Adamowi Gzartoryskiemu, 
jenerałowi ziem podolskich, za wychowanie, szczególną pieczę 
nademną i świadczone mi dobrodziejstwa, słodką nakazywały 
mi powinność odwiedzania go co prędzej. Wyjechałem więc do 
Puław na święto księżnej. Miejsce, w którem spędziłem swobo- 
dnie najlepsze dni młodości mojej, słodko było odwiedzać. 
Przyjęty jak prawie dziecię domowe , nie znalazłem już Puław 
w dawnej świetności i okazałości swojej. Byt atoli onych był 
jeszcze dostatni. Dom zrabowany przez Bibikowa w czasie re- 
wolucji kościuszkowskiej, wracd! do dawnych ozdób. Dwór 
i rezydenci mniej liczni , byli jednak. Ostatni młody Dominik 
Radziwiłł, którego córka, przymuszona przez Moskali, poszła 
za jednego z nich i wniosła niezmierny majątek tej familji w ich 
ręce , ostatni mówię Radziwiłł chował się przy księciu. Zwycza- 
jem bowiem było wielce chwalebnym pana tego, znaczniejszą 
młodzież polską wychowywać w swym domu i sentymenta religji 
i miłości ojczyzny wpajać w młode ich umysły. 

Zastałem w Puławach wielu jeszcze z dawnych znakomitych 
domowników księcia, z którymi będąc adjutantem u księcia, 
wiele lat mile strachem: jenerała Orłowskiego, pułkownika 
Ciesielskiego. Lecz iluż straciłem? Ksiądz Grzegorz Piramo- 
wicz, kanonik kamieniecki, ksiądz Kobylański , dwaj wieszcz- 
bo wie Kniaźnin i Zabłocki , już nie żyli. Choć kilka słów winie- 
nem pamięci ich poświęcić. Piramowicz, z rodu Ormian we 
Lwowie, był jezuitą. Mało co nad cztery stopy wysoki, krępy, 
gruby, z niezmierną głową i krótkiemi nogami, prawie ślepy, 
niemile uderzający postacią, lecz w obcowaniu, w mowie , jak 
przyjemny, jak wzbudzający szacunek, przychylność, przyjaźń! 
W r. 1775, przy ustanowieniu komisji edukacyjnej, został on jej 
sekretarzem i aż do końca trwania jej na tym pozostał urzędzie. 
Z rozmaitych dzieł jego te tylko pamiętam dzisiaj: O wymo- 
wie i Dykcjonarz starożytności. Niepospolitym był on 
kaznodzieją. Nie wiem czy się znsgduje kazanie jego po pomno- 
żeniu wojska na sejmie r. 1788 do tegoż pod Puławami miane. 
W potocznych towarzystwach był on pożądanym , prz^emnym, 
dowcipnym, wesołym. Był najprzód proboszczem w Kurowie, 
dobrach przyjaciela swego Ignacego Potockiego, marszałka 
wielkiego litewskiego. Przed śmiercią kd. Czartoryski, jenerał 
ziem podolskich, dał mu jedno z najintratniejszych probostw 
w Międzyrzeczu. Tam w smutku po stracie ojczyzny życia do- 
konał w 1800. roku. 

Ksiądz Kobylańskie ex-jezuita, uczony, rozsądny, mniej 
z świątobliwości znany, jedno tylko zostawił dzieło pisarza 
Rzewuskiego , i to mu nie wiele sławy przyniosło. Inaczej się 
ma z Kniaźninem i Zabłockim. Obaj na krótko przed zniesie- 
niem Jezuitów wstąpili do ich zakonu. Książę Adam Czartory- 
ski, postrzegłszy w obydwóch talenta, na dwór swój wziął ich 

NiBMCBwics, Pamiętniki. 28 



274 

za sekretarzy. Kniaśnin miernego wzrostu , blady, z wypukłemi 
oczyma, lecz słabym wzrokiem, z wąsem gęstym, rudym; nosił 
się po polsku. Cały on poświęcił się poezji i z równą łatwością 
pisał rymy ojczyste jak i łacińskie. Niektóre wyszły drukiem^ 
więcej w rękopiśmie do dziś dnia pozostało. Matka Spar- 
tanka jest celnem dziełem jego. Kniaźnin, słodki w pożyciu, 
był niezmiernie tkliwego serca; wszystko głęboko brał do da- 
szy. Ostatni cios zadany lubej ojczyźnie isi. żywo uczuł, że mu 
się umysł pomieszał, wpadł w głęboką melancholję i świat sobie 
zbrzydził. Książę ds^ mu mieszkanie i wszelkie wygody w Koń- 
skiej Woli, gdzie życia dokonał. 

Zabłocki jak Kniaźnin równy wiekiem, jak on kleryk jezui- 
cki, przez księcia Adama Czartoryskiego za kancelarzystę w ko- 
misji edukacyjnej umieszczony , z gustem i talentem do litera- 
tury zrodzony, popędliwszy w miłości, pojął żonę, lecz wkrótce 
ją utracił. Zachęcony od księcia Adama Czartoryskiego , prze- 
tłumaczył piękne dzieło St. Reala w pięciu tomach , gładką 
i piękną polszczyzną. Niepohamowana atoli pasja do teatm 
uczyniła go dramatycznym autorem: przetłumaczył Amfitrjona 
Moliera , kilka innych sztuk z francuskiego. Napisał wierszem 
dobrą, oryginalną komedję pod tytułem: Zabobony. Wkrótce 
tak blisko ocierający się o kulisy, ścisłe znajomości z aktorami 
zabierał, nie przestając pisać komedji, mniej lub więcej szczę- 
śliwie. Trwało to aż do drugiego rozbioru kraju. Wtenczas 
zniechęcony ze światem, poznawszy marność wszystkiego, udat 
się do duchownego stanu. Mecenas Polski, książę Adam Czarto- 
ryski, dał mu probostwo w Końskiej Woli. Dziwne tych dwóch 
poetów i przyjaciół zdarzenie. Kniaźnin ze stratą ojczyzny stra- 
cił i rozum; szczęśliwszy Zabłocki, szukając u ołtarzy boskich 
pociechy, w przykładnem życiu kapłańskiem przedłużył życie. 
Odwiedzał on nieraz obłąkanego przyjaciela. Rzecz dziwna, że 
biedny Kniaźnin widząc go i rozmawiajęc z nim, nierównie 
przytomniej szym i spokojniejszym był niż zwykle ; o dawnych 
nawet czasach rozmawiając, był zupinie przytomnym. 

Kniaźnin już nie żył; zastałem jednak Zabłockiego i odwie- 
dziłem go w jego plebanji. Z światowego, wesołego młodzieńca 
zastałem spokojnego, smutnego, zniechęconego ze światem 
człowieka. Nie wyruszył się prawie z probostwa; to lubo ob- 
szerne i wygodne, w największym jednak trzymane przez niego 
nieporządku i niedbalstwie. Znalazłem w salonie koszyk z jaja- 
mi, krubkę z miodem, wory z kaszami, wędzonką, słoniną; na 
stole księgi nabożne i zaczęte kazanie. Zdarzenia smutne poli- 
tyczne ze światowego człowieka uczyniły przykładnego księdza, 
zarywającego cokolwiek klechostwa. 

Księżna Czartoryska z największem staraniem , pracą i gor- 
liwością zbierała najdawniejsze pamiątki i starożytności polude,. 
i by im godny dać przytułek, wznosiła świątynię Sybilli, na 



275 

vrzór tej I która trwa dotąd w Tivoli, niedaleko Rzymu. Później 
wzniosła domek gotycki, gdzie starożytności średnich wieków 
złożyła. Niestety ! wszystko to się stało pastwą, barbarzyńskich 
Moskali. Zburzyli i złupili ten pobyt, te zbiory znikłego już 
szczęśliwszego istnienia naszego. 

Z słodką smętnością przypominając tę przeszłość, przebyłem 
czas niejaki w Puławach, które długo były jak własnym domem 
moim. Wtenczas to napisałem o nich poema, dzieląc je na 
cztery części: ranek, południe, wieczór i noc, zawierające cały 
tryb życia puławskiego. Nie było one drukowane nigdy. 

Zimę przepędziłem w Warszawie, dawszy atoli księcia 
słowo , że go jeszcze na wiosnę odwiedzę. Dawna przyjaciółka 
moja, pani Stanisławowa Potocka, dała mi w pałacu swoim 
mieszkanie. Założone świeżo przez uczonego Albertrandego 
Towarzystwo przyjaciół nauk raczyło mię obrać członkiem 
swoim. Towarzystwo to założone pod obcym rządem, acz dosyć 
liberalnym, dążącym jednak do zniemczenia nas, z wielką 
ostrożnością postępować musiało. Jakoż pierwotne roczniki 
cnego mało co zawierają narodowego. Sam nawet Albertrandy,. 
jeden z najpierwszych antykwarjuszów, czytał rozprawę o ko* 
niachFaetona. Trwożliwy bez granic, nie śmiał on narodowości 
i dziejów Polski dotykać. Był on prawdziwie uczonym i nadto 
znanym w literaturze naszej , bym o nim rozciągłej nie wspó* 
mniał. 

Ród Albertrandego od dawnych czasów z Włoch przeniósł 
się do Polski. Brat jego był rytownikiem małych winietek. On 
sam udawszy się do stanu duchownego, wydał najprzód po 
francusku i po polsku krótki , suchy nawet zbiór dziejów pol- 
kich, na wzór historji francuskiej prezydenta Henault. Nie- 
zmierną pracowitością swoją i nauką zalecił się królowi Stani- 
sławowi Augustowi, który zamierzywszy, by biskup Naruszewicz 
wydał historję polską, chciwy materjałów do niej, wysłał 
Albertrandego do Rzymu, dla szperania w bibljotece watykań- 
skiej. Ztamtąd do początków dziejów naszych wiele wyczerpał* 
Zwiedził i niemieckie księgarnie, różniej król znając jak wiele 
łupów za Jana Kazimierza wywieźli Szwedzi z Polski, posłał go 
do Sztokholmu; ta podróż znaczne przyniosła skarby. Po 
śmierci królewskiej wszystkie te rękopisma nabył Tadeusz 
Czacki, starosta nowogrodzki, któremu nauki w zabranych 
prowincjach polskich, osobliwie gimnazjum krzemienieckie, 
tyle są winne. Wszystkie te skarby po śmierci Czackiego nabył 
żyjący dziś książę Czartoryski do puławskiej sławnej bibljoteki. 
Znaczna jej część zrabowana przez Moskali; mówią, że rękopi- 
sma i niektóre pamiątki z Sybylli ocalono i przewieziono do 
Galicji. 

Wracam do Albertrandego. Zwiędł on i wysechł nad książ- 
kami. Szczupły, blady, suchy, niedbały w ubiorze i swej 

18* 



276 

osobie , nie wychodził prawie od siebie. W jednym ręku jego 
było pióro , w drugim niezmierna lulka; tg on od świtu do pół- 
nocy nigdy z ust nie wypuszczał. ZoBiei on przed śmiercią bi- 
skupem in partibus. Umarł dość podeszły. 

Radzono mi, abym rozrzucone dotąd pisma moje wydał 
razem, i że to nawet szczupłym zapasom moim korzyść jakąś 
przyniesie. Jakoż zebrałem je i ogłosiłem prenumeratę ; pozwo- 
lenie drukowania najmniejszej od rządu pruskiego nie doznało 
trudności. Pierwszy tom w drukami Mostowskiego wyszedł ; 
prenumerata nań była obfita, lecz zysk ten (jak później powiem) 
był dla mnie stracony. Drugi tom już po wyjeździe moim dru- 
kowany, nic mi prawie nie przyniósł: oddano mi bowiem moją 
należność w książkach drugiej edycji, gdy pierwsza zaspokoiła 
już była wszystkich. 

Na posiedzeniach publicznych Towarzystwa czytałem nie- 
które poezje: Glińskiego, i tłumaczenia z Gay Country - 
churchyard, i t. d. 

Właśnie wtenczas za staraniem księcia Adama Czartory- 
skiego, wielkie względy i ufność posiadającego u Aleksandra I., 
uniwersytet wileński na nowo urządzony i obficie obdarzony 
został. Zapisywano kosztem wielkim ze wszystkich krajów naj- 
bieglej szych do wszystkich nauk profesorów i hojne dawano im 
opatrzenie. Uniwersytet napisał do mnie, proponując mi katedrę 
literatury polskiej ; lecz nie czując si§ dość biegłym i zdatnym 
do takiego zawodu, związany nadto w innej części świata 
ślubami małżeńskiemi , składając winne dzięki, podziękowałem 
za ofiarę. 

Z nadejściem wiosny r. 1803, podług przyrzeczenia mego, 
wybrałem się do ojczystego mego siedliska. Niestety I już nie za- 
stałem ukochanej siostry mojej Krassowskiej : w kwiecie wieku 
zeszła ze świata. Była to kobieta równie z przyjemnej postaci, 
jak z rzadkiego rozsądku powszechnie ceniona. Mi^a ona pra- 
wdziwie męzką odwagę i skłonności. Podczas wojny 1794 za 
Kościuszki, ledwie lat 14 licząca, słysząc o walkach Kościuszki, 
bez wiedzy rodziców wykradła się z domu, wziąwszy ojcowski 
pałasz i pistolet, wsiadła na koń i pędziła drogą do obozu; 
ledwie ją o dwie mile dopędzono i przywieziono do domu. Miłe 
chwile spędziwszy z braćmi i krewnymi, pojechałem podług 
przyrzeczenia m ego do Puław , zkąd razem z księciem do wód 
bardjowskich w Węgrzech , w tej części, gdzie lud jeszcze mówi 
po polsku. Wielu tam zastałem panów węgierskich, od których 
nie mało odebrałem grzeczności. Wody te przyjemne są do pi- 
cia i wzmacniające. Powracaliśmy przez Galicję i wstąpiliśmy 
do siostry księcia, księżnej marszałkowej Lubomirskiej , do 
Łańcuta. Jest to dawny starożytny zamek, utwierdzony przeciw 
Tatarom; dziś obszerne gmachy jego ozdobione pięknym posą- 
giem Kanowy, obrazami Roberta, Dawida, pani Le Bron 



277 

i wielu innymi. Życie w tym zamka było prawdziwie pańskie. 
Starożytna polska gościnność łączyła się z tonem modnym dzi- 
siejszym. Zamek, acz obszerny, napełniony gośćmi krajowymi 
i obcymi. Widziano tam jeszcze kontusze , lecz tonęły w mnó- 
stwie fraków. Stary cukiernik księżnej, odziedziczony po ojcu, 
księciu Czartoryskim, wojewodzie ruskim, ogolony, w kontuszu, 
naj wyborniej sze cukry zastawiał. Księżna sama powagę z uprzej- 
mością łączyła. 

Spędziłem zimę częścią w Krakowie, częścią w Puławach. 
Ilekroć Kraków odwiedzam, patrzę na dawnosci i świetności 
naszej zabytki. Zdaje mi się, że prawdziwem polskiem powie- 
trzem oddycham, lubo niestety! już w nim panowali Austrjacy, 
wolni jednak od barbarzyństwa i powszechnego zepsucia, razem 
dumy i podłości moskiewskiej. W Puławach dawnych czasów 
odnowiły się zabawy : wielu było młodzieży rezydującej na dwo- 
rze księcia, wiele ładnych rezydentek, panien, odwiedzających 
gości. Zaczęto wystawiać obrazy z osób żyjących, reprezentu- 
jące lub pierwszych malarzy malowania , lub z dziejów polskich 
znakomitsze zdarzenia, wszystko w celu odświeżenia w umy- 
słach młodzieży zeszłych ^uż czasów, świetniejszej, szczęśliwszej 
i chlubniejszej nad dzisiejszą przeszłości. 

Pierwszy pomysł wystawienia podobnych obrazów należy 
się księżnie Izabelli Czartoryskiej; później naśladowano je 
w Berlinie i w Wiedniu. 

Księżna Radziwiłłowa, z familji pruskiej, ciotka panującego 
króla, wydana za księcia Antoniego Radziwiłła, odwiedziła Pu- 
ławy. Dano dla niej widowisko obrazów i pyszniejszy nad inne: 
wjazd baszy tureckiego do Mekki. Scena była na schodzącej 
drodze, za bramą pałacu do drogi kuWłostowicy. Jeszcze znaj- 
dowały się wielbłądy i piękne konie na stajni książęcej. Skar- 
biec zawierał wiele bogatych a starożytnych kulbak , rzędów, 
dyftyków, czapraków, ubiorów nawet tureckich. Użyto tych 
wszystkich bogactw, by wystawę tę jak najwspanialszą uczynić. 
Księżna pruska była cs^a w zachwyceniu , a wróciwszy do Ber- 
lina, modę podobnych wystaw zaprowadziła do niego. 

Spędziwszy półtora roku z krewnymi i przyjaciółmi mymi 
w ojczyźnie, dzieliłem czas między jednymi i drugimi. Z poczci- 
wym bratem moim Janem łatwo zakończyłem interes. Biedny 
ojciec mój w starości swej zupełnie opanowany od księży, na 
znaczny majątek swój gdzie mógł zaciągał długi i hypotekował 
je na ziemslnch dobrach swoich, zaciągnione zaś pieniądze 
księżom oddawał, mianowicie księdzu proboszczowi w Zbiero- 
wach, tak, że po śmierci jego przyjść musiało do eksdywizji. 
Znaczna więc część majątku odpadła od pięknej włości Klennik, 
a mnie po odtrąceniu dawniej zaciągniętych długów nie zostało 
jak 4000 cz. zł. 

W Warszawie od pani Stanisławowej Potockiej, w Puławach 



278 

od księstwa Czartoryskich, wszędzie doznawszy najżywszych 
dowodów przyjaźni i uprzejmości , z jakimźe żalem przyszło mi 
się rozstawać z tak dobrymi przyjaciółmi, ze smutną myślą, że 
ich już może nie ujrzę więcej. Wyruszyłem przy końcu marca 
1804 r. na Berlin, drogą, do Paryża, w kompanji z panem W^ 
gierskim, który się później z pann% Wielopolską ożenił. 
W Dreźnie ujrzałem z radością księżnę stolnikowę Czartoryska 
i niezamężne jeszcze naówczas córki jej, wraz z Teklą Wejsen- 
hofówną, córką przyjaciela i kolegi mego sejmu 1788. Bez ża- 
dnego przypadku w końcu kwietnia stanąłem w Paryżu* 

Choć w krótkich słowach skreślić muszę, w jakim stanie 
znalazłem Francję na wiosnę w roku 1804. Napoleon był jeszcze 
konsulem do życia; lubo władza cała była przy nim, kraj jednak 
nosił imię rzeczypospolitej. Po objęciu znów władzy przezPitta, 
zawarty przez Foxa pokój z Francją zerwany. Po przybyciu 
moim do Paryża , w cztery dni rzeczpospolita zamieniona na 
cesarstwo. Murat, później król neapolitański, później jeszcze 
rozstrzelany, na czele kirysjerów i 12 mairów paryzkicn ogła- 
szał Francji , że trybunał i senat tytuł i władzę cesarza ofiaro- 
wały Napoleonowi. Powodem do tego był spisek Jerzego Ca- 
doudal, Pichegru i Moreau na życie Napoleona. Spiskowi 
wszyscy schwytani i osadzeni w więzieniu. Do sądzenia ich, 
przeciwnie wszystkim zasadom, jak gdyby w Moskwie, ustano- 
wiony osobny ad hoc trybunał. Pan Armstrong, krewny mojej 
żony , był naówczas posłem amerykańskim. Za jego więc wpły- 
wem, jak gdyby należący do poselstwa, znalazłem w biegu tej 
sprawy miejsce w loży dyplomatów. To wszystko , na co wów- 
czas patrzałem i co słyszc^em, szczerze pokrótce opiszę. Na- 
przeciw na wyższem miejscu siedzących sędziów przyprowadzili 
żandarmowie oskarżonych. Nie pamiętam już imiona wszyst- 
kich, lecz jeden z nich, podobno Picot, wzniósł jak sprasowane 
ręce do góry: 

— Patrzajcie — rzecze — jakie mi zadawano męki , bym 
wyznał co chciano. 

Drugi pokazał się bez chustki na szyi, z odpiętym w koszuli 
kołnierzem. 

— Patrzcie — rzecze — że kiedy wam powiedzą, że sam się 
udusiłem w więzieniu jak Pichegru (tak bowiem było), byście 
wiedzieli że nieprawda, i że ni chustki, ni halsztuka nie mam. 

Było tam i dwóch Polignaków i La Riyiere; ci zachowali się 
skromnie. Inni, jak zwykle w takich razach Francuzi, pokazali 
śmiałość i wzgardę śmierci. Na wstawienie się cesarzowej Józe- 
finy, Polignac, La Biyiere wskazani na więzienie , Moreau na 
wygnanie, inni pod miecz katowski. 

Upływało już lat 18, jak po raz ostatni, za panowania jeszcze 
nieszczęśliwego Ludwika XVL, Paryż widziałem. Co za odmiany I 
Nie wiele już dawnych znajomości moich zastałem, nie starałem 



279 

«iQ bardzo o nowe. Wstąpienie na tron Napoleona snem 8i§ dla 
wszystkich zdawało. 

Po rozwiązłej i krwaw-ej swawoli Jakubinów nastąpiło despo- 
tyzmu milczenie. Despota jednak był rozsądny, niezapamiętały 
w swem szczęściu, jakim się później okazał. Przystępem łatwym, 
nagrodami, ustanowieniem orderu legji narodowej, chciał przy- 
ciągnąć do siebie republikanów. Najzdatniejsi, najgłośniejsi 
z nich otrzymywali pierwsze miejsca i znaczne dochody. 
Taylleyrand był ministrem spraw zagranicznych. Byłem u nie- 
^o: przyjął mnie grzecznie, lecz z dawną arystokratyczną po- 
wagą. Zastałem Uim z Zamojskich księżnę Sapieżynę , dobrą 
przyjaciółkę moją. Przez nią nowe poczyniłem znajomości: 
z panem Bouflers i żoną jego, panią de Sabran, panem Cha- 
teaubriant, Ducis i sławnym Bemardin de St.-Pierre, który 
w 72. roku pojął 18-letnią panienkę, panią de Roguefeuille, 
i pana de. Segur. Zastałem z dawnych znajomych panią Beau- 
hamais, pana de Cubieres, panią £. Heryey, dobrą mą znajome 
we Włoszech jeszcze, rozsądną i wyborną kobietę; panią de 
Oorry, malarza sławnego Dawida i również wielkiego p. Gros, 
który dziś tak podobnie portret mój odmalował. Teatra w tym 
czasie nie tak Óumnie jak dziś uczęszczanymi były, nie tak był 
obfity obieg pieniędzy; wojnę i ścieśnienie handlu wszędy wi- 
działeś. 

Nie powinienem opuścić zabranej znajomości z 1'abbe Delisle, 
jednym z najpierwszych poetów Francji. Był to mały , drobny 
człeczek, z niepiękną, lecz pełną dowcipu twarzą. Otwarty, pro- 
sty , dobroduszny jak dziecko. Byłem u niego z księżną Sapie- 
źyną i z nim u niej na obiedzie. Chciał widzieć próbkę poezji 
polskiej. Księżna przetłumaczyła mu prozą napisaną przy od- 
jeździe moim do Ameryki bajkę moją Gałązka; miała szczę- 
ście podobać się mu. L'abbe Delisle już był wówczas prawie 
ślepym. Żona jego (nie był bowiem wyświęconym) wielkie 
miała o nim staranie. L^abbe Delisle był jak dziecko słodkim, 
niewinnym, łakomym, lubił łakotki i wino, lecz gdy nadto so- 
bie nalewał, żona sprzątała mu napełnione kieliszki, a próżne 
stawiała; lecz on nie postrzegał tego. 

Nie tylko żem widywał pamiętnego tego wieszczbę , słysza- 
łem go i na publicznej sesji instytutu. Skoro ęię ten ślepy wie- 
szczek, prowadzony przez żonę swą ukazał, ^wsze grzeczni 
Francuzi odezwali się: aPlace au Yirgile francais!» 
Ślepy już prawie całkiem Delisle, nie mógł ni pisać, ni czytać, 
lecz obdarzony najszczęśliwszą pamięcią, ułożywszy w pamięci 
swej wiersze, zachowywał je wiernie i deklamował bez błędu 
żadnego; żona je potem przenosiła na papier. I na tej więc 
sesji Tabbe Delisle deklamował na pamięć znaczną część poe- 
matu swego: «Sur la conversation.» 

Zabawiwszy dwa miesiące w Paryżu, obejrzawszy w nim, 



1 



280 

CO by?o godnego widzenia, wyjechałem do Nantes, by ztamtąd 
wsiąść na okręt i do Ameryki wrócić. Droga moja do miasta 
tego , doznane mitręgi z jednym z kapitanów amerykańskieg^o 
okrętu «Monticelllo» i żegluga na nim opisane były w straco- 
nym już podobno dzienniku moim. Przygody w tym czasa 
przeciągu nie były zbyt ważne. Był to czas, w którym Napoleon 
zamierzał wylądować w Anglji. W tym celu budować kazał 
mnogą liczbę małych statków, «peniches» zwanych, o dwóch 
działach, na których 50 żołnierzy na każdym zamierzał prze- 
wieść na brzegi angielskie ; lecz wkrótce wojna z Austrją prze- 
rwała tę zuchwałą i niepodobną do wykonania wyprawę. Nan- 
tes jest jednem ze znaczniejszych miast we Francji. Świeżo 
o Maltę wypowiedziana z Anglją wojna, zniweczyła w niem kwi- 
tnący niegdyś handel ; wszędzie w niem widać było omdlenie 
jakieś i smutek. Obywatele jednak gościnni i grzeczni. Pokaza- 
nie się czasem okrętu amerykańskiego z trochą cukru i kawy, 
ważnym było naówczas wypadkiem. We wrześniu dopiero wsie- 
dliśmy na okręt «Monticello», w kompanji kilku Francuzów, 
Szwajcarów i kupczy ni jednej , pani Maganes. Żegluga nasza 
była dosyć pomyślna aż do dni solstycji, gdzie przez trzy dni 
i noce najstraszniejszą miotani byliśmy burzą, a gdy ta ustała, 
przy wzięciu wysokości słońca pokazało się , że przez cały ten 
czas kręciliśmy się na jednem miejscu. Tęgość wiatru wyrzucała 
nas z łóżek, nie dozwalała ognia w kuchni utrzymać; kucharz 
chyląc się jak pijany, podawał nam po kawałku zimnego mięsa 
i sucharu. Byliśmy wtenczas niedaleko wyspy Bermudes. Por- 
wane z niej małe ptaszęta, uniesione wichrem na morze , tak 
były zmordowane, iż tłumem siadały na masztach i linach, wla- 
tywały w kabiny i nie znając już bojaźui, przyciśnione głodem, 
siadały na chlebie i na półmiskach , dziobiąc co mogły. 

Wśród października stanęliśmy nakoniec w Norfolk w Wir- 
ginji. Znaczne jeszcze panowało ciepło. Nieznane w Europie 
drzewa i krzewy nosiły jeszcze swe kwiaty. Po skromnym, wo- 
nym na morzu wikcie, z jakąż radością ujrzałem stół zastawiony 
ostrzygami , słodkiemi ziemniakami i kurczętami. 

Zaledwie stanąłem, obstąpiła mię natychmiast czereda pi- 
szących gazety, pytając o nowiny z Europy. Ciekawość ich tern 
była większa, iż właśnie wtenczas skończyła się była sprawa 
kryminalna spisku George Cadoudal i jenerała Moreau. Opowie- 
działem dziennikarzom wiernie jak sprawa ta po wojskowemu 
prowadzoną była. Zabawiwszy dwa dni w Norfolk, korzystałem 
z pierwszego statku płynącego przez Baltimore do Filadelfji, 
bym się z manatkami memi zabrał. 

Osobliwszem zdarzeniem wiozłem z sobą listy do stron 
przeciwnych. Pełnomocnik będącego na wygnaniu księcia 
Angouleme, syna strąconego za naszych czasów z tronu 
Karola X., dał mi od księcia tego list i tabakierkę z portretem 



281 

do przyjaciela księcia, którego nazwiska już sobie nie przypo- 
minam. Z drugiej strony, przyjaciel Hieronima Bonaparte, 
później króla westfalskiego, dał mi pakiet do niego. Dopełniłem 
wiernie poleceń. 

Przybywszy do Baltimore, mogłem, gdybym był dworakiem^ 
sam pakiet bratu wielkiego Napoleona odwieść ; lecz nie będąc 
nim i spiesząc do żony, odesłałem go przez pewną okazję. 
Później tabakierkę z portretem i listem księcia d' Angouleme 
oddałem w New- York osobie , do której adresowane były. 

W Filadel^i zastałem szwagra mego , pana Bicketts z żoną 
i córką. Przywiozłem im gościńce z Paryża i dwa dni strawiw- 
szy z nimi, ruszyłem do domu. W New-Brunswick, gdzie za 
przybyciem moim do Ameryki przepędziłem zimę w domu je- 
nerała White , dowiedziałem się, że jenerał ten życie zakończyła 
zostawiwszy wdowę i jedną córkę. Nazajutrz ruszywszy z rana,^ 
o godzinie drugiej stanąłem w Elisabethown , miejscu mieszka- 
nia mego. 

Po półtorarocznem oddaleniu, przejeżdżając przez miaste- 
czko , zdało mi się , żem się z niego nie oddalił i na dzień , tak 
wszyscy mieszkańcy jednemi zatrudnieni byli zabawami, do 
tego punktu , że M. Mann, który przy wyjeździe moim heblował 
gonty przed domem C. Billy Dayton, i dziś siedział na temże 
miejscu, tąż samą zatrudniony pracą, jak gdyby przez półtora 
roku nie wstał ze stołka. 

Dowiedziałem się, że żona moja nająwszy mały swój domek^ 
najęła i obszerniejszy ; pobiegłem więc tam co prędzej , kufer za 
sobą przynieść zleciwszy. Czułe było przywitanie. Znalazłem ją 
zatrudnioną wyporządzeniem syna Piotra Kean do gimnazjum 
Printstown. Ileż wzajemnych pytań i ściskań ! Przyniesiono me 
rzeczy: nie wiele było w kufrze drobiazgów moich, cały prawie 
napełniony był podarkami dla żony, pasierba, przyjaciół i ozdoby 
domu. Przywiozłem dla żony piękną szubę z maserji tureckiej 
na tle zielonem złote kwiatki rzucone, szal piękny, naszyjnik 
z mozajki, zegar, lichtarze bronzowe ; dla pasierzba, dany mi dla 
niego przez dawnego komendanta mego, pięknie oprawny pałasz 
turecki i duży kapelusz , w który natychmiast poczciwy i dobry 
wyrostek ubrawszy się, z biegącymi za sobą chłopcami jął się 
•po ulicy przechodzić. Nadto portrety przyjaciół moich w minia- 
turach i olejno, widoki Warszawy, Puław, ojczystego domu 
w Skokach, i tym podobne. Wszystko to zostawione, zdobi 
mieszkanie syna pasierzba mego, nabyte już po mym wyjeździe 
i na pamiątkę moją Ursynów nazwane. 



282 



ROZDZIAŁ VL 



Podróże aatora po różnych częściach Zjednoczonych Stanów. — Wspomnienie 

-dawniejszej podróży do Niagara. — Wojna Napoleona z Prasami. — Francaci 

wchodzą do Warszawy. — Autor wyjeidża z Ameryki do kraj a. 



Wygodniej nierównie znalazłem się w nowym, obszernym 
domu żony mojej , niż w dawniejszej klatce. Miałem osobny 
gabinet do pisania i do czytania. Wzi%łem się więc do konty- 
nuacji od dawna zamierzonego i niedawno zaczętego poematu: 
€ztery części wieku ludzkiego. Skończyłem poema to później 
i dałem kopję onego panu Sienkiewiczowi, sekretarzowi księcia 
Adama Czartoryskiego, do Puław, równie jak tyle innych 
kompozycji moich, mianowicie podróże moje historyczne po 
Polsce. 

Odwiedziliśmy w zimie brata żony mojej, Filipa Łi^ingston, 
póki zdrowie, wiek i siły służyły, jednego z najznakomitszych 
obywateli w Stanach Zjednoczonych i prezydenta banku w New- 
York. Lecz w jakże odmiennym znaleźliśmy go stanie ! Tra- 
piąca od lat kilku podagra tak się wzmagała, iż nieraz zachmu- 
rzając mu głowę, odwodziła go od rozumu. Gdy się wznosiła 
ku piersiom , nie znał innego lekarstwa jak wychylić szklankę 
rumu; schodziła natychmiast podagra do stóp, lecz zawracała 
się głowa. Wtenczas mój szwagier kazał się wsadzić na toczące 
się na kołach krzesło , jeździł po całym domu, a, nieraz drapiąc 
się na schody drugiego piętra , głośno deklamując i śpiewając, 
przebudzał dom cały. 

Na wiosnę roku 1805 żona moja przedsięwzięła odwiedzić 
krewnych swoich, mieszkających po większej części ciągiem 
West-River i Hudson. Chcieliśmy zacząć od brata jej Filipa, 
o którym dopiero wspomniałem, lecz wprzód odwiedziliśmy 
siostrzenicę jej, panią Budekes, z domu Bajard. Tam nie wiem 
z jakiego powodu napadła mię febra, zbliżająca się do żółtej; 
musieliśmy się więc wrócić do Elisabethown. W paroksyzmach 
cierpiałem tak nieznośne bóle głowy, żem się zrzucał z łoża 
i tarzał po ziemi. Doktor Williamson, by mię uleczyć, uciekł 
się do gwałtownego lekarstwa , to jest do arszeniku dawanego 
w niezmiernie małej dozie ; jakoż w dwóch niedzielach zginęła 
febra. Raz więc jeszcze wyjechaliśmy, tym i*azem statkiem aż 
do West-point, miejsca sławnego w czasie wojny o niepodle- 
głość amerykańską. Celem podróży było odwiedzenie państwa 
Williams. Pan pułkownik WUliams był komendantem tej twier- 
dzy, więcej naturą jak sztuką mocnej. Żona Angielka z domu 
Hanke; oboje grzeczni, świetU, znać że £uropę zwiedzili. Pał- 



283 

kownik był siostrzeńcem efownego Franklina. Córka icb, wy- 
borna kobieta, malująca dobrze, dziwnie podobny wymalowała 
dla mnie portret Franklina, który dotąd noszę na tabakierce. 

Tegoż lata sąsiad mój, lord Bolingbroke, dla ważnych przy- 
czyn pod imieniem pana Belassis do Ameryki schroniony, wraz 
z żoną Hompesch wypłynął do Anglji. Wielka była to dla mnie 
strata. Obcowanie z ludźmi lepszego wychowania, wiadomości 
i pozycji , rzadkie jest w Ameryce. 

Będąc u państwa Williams, odwiedzaliśmy znajomości nad 
brzegami North-Riyer mieszkające. Nic wspanialszego jak rzeka 
ta, oskrzyniona między niebotycznemi, stromemi skałami; tak 
jest szeroka i głęboka, iż ogromne trzymasztowe okręty idą nią 
i powracają. My małą łódką puściliśmy się do sąsiada i wra- 
cając późno, w żegludze naszej przez wpływ wody morskiej za- 
trzymani, musieliśmy schronić się w zaciszny ustęp. Między 
nami i bezdenną przepaścią wątła tylko deska była; w koło 
«kały, cichość nocna wszędy : była to uroczysta chwila. Późno 
vrróciliśmy do domu. 

Późno w jesieni r. 1806 zaczęły nas dochodzić wiadomości 
o wojnie między Napoleonem, Prusami i Moskwą, chełpliwością 
Prusaków i zawziętością pięknej królowej pruskiej wznieconej. 
Kapoleon wsparty szczęściem, szedł naprzód jak nawi^nica 
jaka, wszystko sprzątając. Bitwa pod Jena i przeważne zwycię- 
stwo w tem miejscu, aż do Poznania otworzyły Napoleonowi 
drogę. Tam Wybicki, Badoliński i inni Polacy, zawsze gotowi 
przy każdej okazji dopominać się o utraconą ojczyznę, zaszli 
drogę Napoleonowi, ofiarując mu usługi swoje, byle przywró- 
cenie ojczyzny przedsięwzi^. W odpowiedzi oświadczył pod- 
bijacz te słowa: — Wystawcie mi 30,000 wojska, a wrócę wam 
Polskę. — 

Nie trzeba było więcej Polakom. W dwóch miesiącach czasu 
stanęło około 40,000 Polaków pod bronią; wszystka młodzież, 
chłopięta nawet cisnęli się do szyków ; i z zabranych na Prusa- 
kach jeńcach polskich w ich służbie będących, utworzyło się 
kilka pułków. Wincenty Krasiński, dziś tak niegodnie wsła- 
wiony , mający naówczas lat 21 , pierwszy z Polaków włożył był 
mundur pruski i nadskakując królowej , wyjednał sobie staro- 
stwo knyszyńskie. Skoro odmieniły się rzeczy, pierwszy poleciał 
do Napoleona i padłszy przed nim na kolana, wierność mu i>o- 
przysiągł i gwardje dla niego zaciągać zaczął. Poszedł za nim 
Aleksander Sapieha i Michał ks. Radziwiłł. Napoleon bowiem 
lubił się już wielkiemi imionami otaczać. 

Niczem niewstrzymany Napoleon ciągnął do Warszawy. 
Murat, szwagier jego, już wtenczas książę udzielny de Berg, 
i jenerał Excellmans , na czele jazdy pierwsi stanęli na Krako- 
wskiem przedmieściu naprzeciw Bernardynów. Wyrazić trudno 
radość mieszkańców miasta Warszawy i po warzenie Niemców. 



284 

Moskale, sprzymierzeńcy ich, już wprzódy opnśrali miasto. 
Francuzi jednak nie odpłacili się wdzięcznością za przychylność 
i hojność Polaków, gdyż ci ich częstowali ozem mogli najlepiej, 
a oni tymczasem rabowali. Zniesiono władze prosUe. Wybicki 
zgromadziwszy ich na mnnicypalności, tak krótico do nich 
przemówił: 

— Fort ztąd, wy derdidassy! 

Ustanowiona komisja rządząca z Stanisława Małachowskie- 
go, Stanisława Potockiego, Działy ńskiego , Gutakowskiego 
i Łuszczewskiego. Ta zarządzała krajem przez czas wojny aż do 
pokoju. Zwycięztwo pod Frydland sprowadziło pokój tylżycki. 
Zamiast Polski otrzymaliśmy Księstwo Warszawskie, s^ożone 
z części wydartej nam niegdyś przez niewierne Prusy. 

Mieszkającemu w drugiej połowie świata, późno bardzo 
wiadomość o wojnie tej dos;da. Z jakiemże upragnieniem ocze- 
kiwałem okrętów -przybywających z Europy i doniesień o wy- 
padkach wojny, tak żywo mię obchodzącej. Obumarła już na- 
dzieja znów się odżywiać zaczęła. Miotała mną niespokojność 
wrócenia co prędzej do ojczyzny i bycia jej pożytecznym. Naj- 
większa trudność zachodziła od przywiązanej żony. Niemocnego 
zdrowia, nie umiejąca jak po angielsku, obca zwyczajom euro- 
pejskim, mająca jedynaka młodego syna, nie chciała ze mną 
jechać, a wzdrygała się na oddalenie moje. Użyłem więc za 
pośrednika pana Rudefort, krewnego jej, jednego z najznako- 
mitszych ludzi w Ameryce. Ten przełożeniami swemi tyle na 
żonie mej dokazał, że sama uznała, iż powinnością moją jako 
Polaka było, w tak ważnem położeniu, w jakiem ojczyzna moja 
się znajdowana, spieszyć jej na pomoc; przyrzekła nawet, iż jeśli 
Polska przywróconą zostanie , pospieszy za mną. 

W starej i słabej głowie mojej mieszają się wspomnienia 
faktów: i tak, zapomniałem dwóch ważnych okoliczności, zda- 
rzonych pierwej rokiem. Najprzód: naturalizacji mojej na oby- 
watela amerykańskiego; powtóre, podróży mojej do Nii^ara, 
sławnego na świecie spadu wody. Przebywszy czas przepisany 
w Ameryce , by mieć prawo stania się obywatelem , udałem się 
do pułkownika Ogden , jednego z pierwszych adwokatów w £li- 
sabethown , by mi ten interes ułatwił. Wyjechaliśmy więc ra- 
zem do Newark, stolicy powiatu naszego. Tam gdy pułkownik 
Ogden poprzysiągł, żem ja mieszkał w Stanach Zjednoczonych 
przez lata prawem przepisane, a ja wyprzysiągłem się szlache- 
ckiego stanu mego , poddaństwa carowi , a przysiągłem wier- 
ność prawom nowej ojczyzny mojej , wydał mi magistrat świa- 
dectwo z pieczęcią, że jestem obywatelem amerykańskim. 
Świadectwo to wielce mi w opłakanym stanie moim dzisiejszym 
pożytecznem jest i będzie. Jeżdżę bowiem i przebywam tu za 
paszportem amerykańskim. Przez wdzięczność dla pana Ogden 
ofiarowałem mu szablę daną mi w Londynie od wybornego 



285 



pana Kołaczkowskiego, z napisem na główni : « Wiwat konsty* 
tucja 3. maja 1791. » Zostanie więc ta pamiątka i w nowej czę* 
ści świata. Qaae ora in terris nostri non plena labo- 
r is 1 W towarzystwie lorda i lady Bolingbroke, sąsiada mego, 
odbyłem podróż doKiagary. Wyrzucałbym bowiem sobie, gdy- 
bym bgdąc w Ameryce, nie widział tego cndu natury. Niestety! 
puszcze, przez które przebywaliśmy, były naó wczas bezdroźne, 
tak, żeśmy siekierą drogi sobie otwierać musieli. Dziś już ludne 
tam miasta kwitną. Podróż ta cała opisana została w Warsza- 
wie wraz z innemi memi rękopismami. 



ROZDZIAŁ VII. 



Francja i Paryi za cesarstwa. — Przejazd praez Niemcy. — Prezentacja kró- 
lowi saskiemu, — Powrót do Warszawy. — FamiIJa królewska tamże. — 
Osoby znaczące za czasów księstwa. — Wojna 1809 r. — Wspomnienia autora 
o tej epoce. — Przygotowania do kampaiv|.ł 1812 r. — Autor wizytatorem szkół 
na miejsce księdza Kopczyńskiego. — Katastrofa armji Napoleona. — Autor 
z osobami rządu Księstwa Warszawskieggo w Dreźnie, Bayreuth, Ratyzbonie, 
znowu w Dreźnie , al do kapitulacji tego miasta. — Cięika choroba autora. -~ 
Jego powrót w zimie 1813 r. do Warssawy. 



Z oporem prawdziwie staję się powolnym naleganiom przy- 
jaciół moich, w zapisywaniu zdarzeń długiego życia mego. 
Zwyczajem mym było w biegu dni moich skreślać co było wa- 
żniejszem; wszystko to dziś czy zatracone, czyli pastwą barba- 
rzyńskich Moskali stało się. Znajdęż to dzisiaj w znękanej pa- 
mięci mojej? Co się w niej jednak znaleźć mogło, starać się 
będę wydobyć. 

Stanąłem w przeszłym rozdziale w chwili wybierania się 
mego do Europy , i powinnością obywatela i listem dawnego 
marszałka konstytucyjnego S. Małachowskiego, męża wieko- 
pomnej pamięci godnego, zagrzany. Żona moja a^oli żądała 
wprzód wraz ze mną Filadelfię odwiedzić i dawnych w niąj 
przyjaciół moich. Niemniej i ja rad byłem pożegnać osoby tak 
dla mnie uprzejme w pierwszych chwilach pobytu mego w Ame- 
ryce. Stanęliśmy w domu córki przyjaciół państwa Williams, 
Chrystyny Biddel. Byłem więc u doktora Rusch , którego lekcji 
przed dziewięciu laty słuchałem, dalej u państwa Bingham, naj- 
majętniejszych ludzi wFiladeli^i, u wielu innych, i nakoniec 
u państwa Paterson, których ojciec najwięcej się przyłożył, 



286 

mimo woli mojej , do wybrania mię za członka towarzystwa 
filozoficznego w Filadelfji, ustanowionego niegdyś przez Ben- 
jamina Franklin; wreszcie i n dobrych kwakrów: Pemberton, 
Łogan i Glarke. Pemberton 84 lat mający i żona jego równie 
letnia, wielce mi byli przychylni : prawdziwe wzory oryginal- 
nych kwakrów, majętni, uprzejmi, grzeczni po swojemu. Gdyn> 
wszedł, siedzieli oboje w dużych krzesłach z złoźonemi rękoma,, 
każde z nich dwa wielkie swe palce obracając w koło. 

— Jak się masz? — rzekł sam Pemberton — cóż tu po* 
rabiasa? 

— Przyszedłem pożegnać się z wami — rzekłem — wracam 
bowiem do ojczyzny mojej. 

— To cos nowego. Czy odzyskała swoją niepodległość? 

— Na drodze dopiero jest do tego. Napoleon wkroczył do 
Polski , przyrzekł powrócić nam istność, a Prusaków i Moskali 
wszędzie pędzi przed sobą. 

Kwak er: I cóż ztąd? Nie puszczaj się płocho, bo się smu- 
tnie zawiedziesz. 

J a : Talenta i nieodstępujące szczęście bohatera tego ufać 
każą; każdy przyzna, że jest wielkim wojownikiem. 

Tu milcząca dotąd żona, pani Pemberton, siedząca jak 
wryta, kręcąc duże swe palce, odezwała się: 

— Radabym widzieć to dziwne stworzenie. 

— Będziesz je widziała — zawołał mąż jej — będzie on 
chodził po ulicach FiladelCi. Skończy się na tern , że go zwal- 
czą nakoniec i wypędzą z Europy — i znów obracając się do 
mnie: — Nie jedź, nie jedź — rzecze — wszystkie hałasy człeka 
tego, wierz mi, pójdą z wiatrem. 

— Chcę — odpowiedziałem — dopełnić do końca powinno- 
ści mojej. Dziękuję wam za radę — i oboje uścisnąwszy za ręce, 
oddaliłem się. 

Mówiąc o kwakrach, niech mi wolno będzie drugie tyczące 
się ich zdarzenie przytoczyć. W czasie terroryzmu we Francji, 
kwakier jeden narodu tego , kapitan dragonów , jak wielu in- 
nych , schronił się do Filadel^i i przez spekulację przyłączył się 
do towarzystwa kwakrów. Uradowani nabyciem podobnem 
kwakrowie, przyjęli go najlepiej, ubrali po swojemu, to jest 
w szare cienkie suknie, od stóp do głów, w szare pończochy 
i w okrągły niezmierny kapelusz; opatrzyli w stół, mieszkanie, 
wszystkie życia potrzeby, słowem: młody Francuz opływał we 
wszystko. Ź starszymi braćmi odwiedzał Kościuszkę, mnie czę- 
ściej jeszcze, stosując się do zakonu i zachowując ponure mil- 
czenie. Trwało to przez zimę. Jakież było na wiosnę podziwie- 
nie nasze, gdyśmy się dowiedzieli, że Francuz raptem FiladelCę 
porzucił i do Europy wypłynął. Nie prędko dowiedzieliśmy się 
przyczyny. Mieszkaj Francuz u kwakra jednego nazwiskiem 
Olarke , jednego z pierwszych aptekarzy w mieście. Ten miał 



287 

Smużące młodą i ładną: podobała się Francuzowi i on jej. Zwy» 
czajne skutki ścisłej miłości wkrótce widocznymi się stały ^ 
Straszny hałas w całem zgromadzeniu. Nalegano na Francuza,, 
by się ożenił. On za przeszkodę do ślubów sUiwiał szlachectwo 
i wysokie urodzenie swoje. W oczach kwakrów najgorsza to* 
była wymówka: na publicznym więc zbiorze wymazany z towa- 
rzystwa i skazany na oddalenie z kraju. Gdybyź się Francuz, 
tyle łask doznawszy, poddał spokojnie wyrokowi temu; ale 
przeciwnie, do niewdzięczności przydał i oszczerstwo. Skoro 
go bowiem starsi odprowadzili na odpływający okręt, zrzncH 
z siebie ubiór kwakierski , a wziąwszy mundur dragonów , por- 
wał skrzypce i jął wesoło grać i tańczyć po pomoście. Nie 
potrzeba mi mówić, jaki żal, jakie było poczciwych kwakrów 
zgorszenie. 

Po tygodniu wróciliśmy z Filadelfji do domu, a ostrzeżeni, 
że okręt gotów był wychodzić do Bordeaux, pospieszyliśmy da 
New- York i tam jeszcze z krewnymi żony mojej zabawiłem dni 
kilka. Lęksiem się ostatniego pożegnania. Zapewniony przez 
nią, że się wkrótce złączy ze mną, kazałem skromne manatki 
moje zanieść na okręt i napisawszy list do żony, sam się na po- 
most udałem. Okręt był nowy, porządny, opatrzony w mnóstwo 
drobiu, baranów, wieprzów, porteru, win różnych, tak, że 
przez całą drogę rzadko kto kroplę wody kosztował. Żyliśmy 
jak w dostatnim domu na lądzie. Towarzystwo dobrane i liczne, 
czas majowy najpogodniejszy, słowem, czwarta to już podrób 
moja atlantycka najprzyjemniejsza była ze wszystkich. Kilka 
tylko małych burz doświadczywszy, w czerwcu naprzeciw Segur 
zarzuciliśmy kotwicę. Tu dwuniedzielną kazano nam odprawić 
kwarantannę, i tu już sami utrzymywaliśmy się, nie gorzej jak 
przez kapitana, któremu każdy za przejazd zapłacił blizko 100 
czerw. zł. Niecierpliwy wiedzieć o ciągu wojny Napoleona 
z Prusami i Moskwą, pytałem o nowiny każdego statku, co się 
do nas przybliżył : dowiedziałem się o zwycięztwie pod Fried- 
land i wkrótce o pokoju tylżyckim. 

Wysiedziawszy przepisany czas w kwarantannie, pozwolono 
nam udać się do Bordeaux. Po Lugdunie miasto to jest pier- 
wszem we Francji, ludne, pięknie zabudowane; ma reszty tea- 
tru z czasów rzymskich, sławne winami swemi. O milę jest 
zamek Breda, własność niegdyś prezydenta Monte8quieu, autora 
«De P£sprit des Lois» i innych dzieł. Jeździłem go odwiedzić, 
bo jak nienawidzę podłości i przewrotności, tak czołem biję 
cnocie i zasługom, i pamiątki wielkich ludzi szanuję. Systema 
kontynentalne Napoleona, broniące światu handlu z Anglją, 
wielki cios miastu Bordeaux zadały; z Ameryką tylko handlować 
mogło, a czasem tylko za grubem opłaceniem pozwalano ku- 
pcom Bordeaux sprowadzić nieco kawy i cukru. Funt kawy 
płacił się wtenczas po 5 franków. Miasto to pyszne ma teatrum.. 



288 

Zabawiwszy w Bordeaax blizko tygodnia, puściłem się do 
Paryża na Angonleme , Blois , Tours , i t. d. Małom gdzie po- 
strzegł wojska, wszystkie były wtenczas nad Niemnem. Kraj 
wyludniony tak dalece, iż nieraz zdarzs^o mi się widzieć, kobiety 
i osła zaprzężone obok do pługa i ziemię orzące. Pan de Ma- 
rolłes , sąsiad mój w Elisabethown, dał mi list do brata swego 
mieszkającego w bok Angouleme, niedaleko Mont- Richard 
w Chisse, zamku przez sławnego Dunois stawianym. Wziąłem 
więc w Angouleme do miejsca tego powóz. Wystawić sobie nie 
można tak szkaradnych cbóg, jak są we Francji drogi powsze- 
chne. Z ciężkością zawlokłem się na miejsce. Przyjęty byłem 
uprzejmie: dano mi stancję w narożnej gotyckiej wieżyczce, 
z herbami jeszcze Dunois. Nie byli tu Moskale, nikt jak u nas 
dawnych pamiątek nie zrabował i nie zburzył. Pan de Marol- 
les ożenił się z córką bogatego Anglika. Pani Bourbantain, 
którą dziś dopiero poznałem w Montmorency, jest jedną 
z trojga dzieci jego. 

Odwiedziłem z gospodarstwem mmem pobliższe ciekawe 
miejsca. Ghenonceaux przez Dianę de Poitiers, kochankę Hen- 
ryka II. budowany, z trwającemi dotąd cyfi-ami, portretami, 
a nawet meblami jej. Nie wiele rewolucja francuska zostawiła 
zamków w tak doskonc^em zachowaniu. Napoleon, przezorny 
na wszystko, zabranych na wojnie jeńców moskiewskich odsyłf^ 
do Francji, gdzie w ogołoconych z młodzieży departamentach 
zastępowali rolnicze ich prace. Pan de Marolles mis^ u siebie 
kilku takich. Rozmawiałem z nimi: Byli oni z zabranych na 
Polsce prowincji, a lubo przeszło 30 lat minęło od pierwszego 
zaboru, nie zapomnieli jednak, że niegdyś należeli do Pol£. 
Oby pamięć ta tak u nich, jak u obywateli później ujarzmionych 
nie ustawała nigdy ! 

Pełen wdzięczności za gościnność panów de Marolles, po- 
rzuciłem ich, dążąc dalej do Paryża drogą, którą opisałem 
w dawnych moich pamiętnikach. W czerwcu nadedniem przy- 
jechałem do Paryża, a już ubodzy ludzie zbierający po ulicadł 
gałgany, chciwie je haczykami porywali i rzucali w kosze za 
sobą. Ileż rodzajów przemysłów nieznanych u nasi Często je- 
dnak ludzie tacy do majątku przychodzą. Stanąłem w Hotełn 
des Bains, rue Richelieu, tam gdziem stal przed trzema latami. 
Nie zastałem z Polaków jak księżnę z Zamojskich Sapieżynę 
z dziećmi, księcia Walentego Radziwifia i jenerała Armstrong, 
mającego za sobą kuzynę mej żony, posła amerykańskiego, 
i jako obywatel Ameryki jego oddałem się protekcji. Tu doszły 
mię wiadomości o utworzeniu Księstwa Warszawskiego. Po 
obietnicach Napoleona spodziewaliśmy się czegoś więcej; 
lecz i ten zawiązek przyszłego istnienia naszego już był po« 
cieszającym. Jakoż [we dwa lata przybyła znaczna część 
Galicji. Dla czego Napoleon odzyskanej części Polski nadał 



289 



imi§ Księstwa Warszawskiego, nie zaś Polski, wspomnieć tu 
powinienem. 

Wiadomość tę mam od będącego naówczas w Petersburga 
brata mego stryjecznego Stanisława Ursyna Niemcewicza, 
później gubernatora grodzieńskiego. Ciekawy wiedzieć z pe- 
wnego źródła o wypadkach toczącej się wojny między Napoleo- 
nem i carem , bywał on często u pani Naryszkinowej , Czetwer- 
tyńskiej z domu. « Raz — mówił on — gdym siedział u niej, 
oddano jej list od cara Aleksandra , kochającego się w niej na- 
ówczas. Przeczytała go najprzód cicho, potem głośno niektóre 
szczegóły o pobycie jego z Napoleonem w Tylży i o zawartym 
tam pokoju. Co mię najbardziej zadziwiło — mówił brat mój — 
były te słowa: «Au moins ii n'y aura pas de Pologne, 
mais un ridicule duche de Varsoyie.ł) A tak i w tym 
niby nam przychylnym carze jakaż zajadłość przeciw imieniowi 
polskiemu ! 

Wracam choć do krótkiego opisu przedniejszych zdarzeń 
w czasie przejazdu mego przez Paryż latem w roku 1807. Przy- 
był Napoleon z Tylży : publiczne widowiska i festyny przywi- 
tały zwycięzcę. Nakazano Te Deum w katedralnym kościele; 
dostałem bilet od pana Segur, ojca, mistrza ceremonji, do ko- 
ścioła. Ten był ubrany jak dawne świątynie Rzymian. Krzesła 
dla senatorów, ławy dla deputowanych. Napoleon ośmiu bia- 
łymi końmi przybył do przedsieni katedry, gdzie już 90-łetni 
biskup paryzki, de Belloy, wraz z duchowieństwem i kadzielni- 
cami czekai go u podwoi. Napoleon ubrany był w stroju Hen- 
ryka IV., z tokiem i białem piórem na głowie. Pierwszy raz wi- 
działem go naówczas i zachwycił mnie szczególnie znaczącą 
osobą swoją. Wzrost jego średni już się do otyłości skłaniał, 
uśmiech przyjemny okazał najpiękniejsze białe zęby. Wśród 
ministrów, marszałków i licznego dworu, wszystkich w ubiorze 
tegoż stroju co cesarz, postępował spieszno ku ołtarzowi, gdzie 
tron dla niego naprzeciw senatu był wzniesiony. Skoro się po- 
kazał, senat zawołał jednogłośnie: «Viye l'Empereur!)> 
wywijając do góry swe kapelusze z białemi piórami. Msza 
odbyła się prędko , później «Te Deum» przy grzmocie licznych 
dział. W tym samym porządku powrócił ł^apoleon do Tuileries. 
Przez cały dzień naumacl^e na rzece , festyny dla ludu po mie- 
ście. Wieczorem był bal w ratuszu cesarstwa, i ja się na nim 
w mundurze amerykańskim pokazałem. Zatrudniony Napoleon 
nie przyjechał, lecz ładna jeszcze Józefina, żona jego, przybyła 
z całym dworem , z siostrami cesarskiemi i z ministrami. Cesa- 
rzowa nie tańczyła. Uważałem jak kulawy Talleyrand, ledwie 
się trzymający na nogach, z pokorną miną stał przed nią, że- 
brząc łaskawego spojrzenia. Któżby był wtenczas powiedział, że 
w lat siedm później pierwszy męża jej zdradzi 1 Zadziwił mię 
teatralnym strojem swoim Joachim Murat, naówczas książę 

NiBifCBWicz, Paml^iDiU. 19 



290 

Bergu, później król neapolitański, a szwagier Napoleona. Żona 
jego Karolina, wcale ładna, tańczyła z Junot duc d^Abrantes. 

Byłem wkrótce świadkiem otwarcia prawodawczegro ciała. 
Przybył Napoleon , ubrany jak wprzódy i powitany jak przed- 
tem. Czytał mow§ w jędrnym , wojskowym, przyzwoitym zwy- 
cięzcy stylu. Mówiąc o Prusach, te wyrzekł słowa, pamiętne mi 
po dziś dzień: 

— Si la maison de Brandenbourg regne encore, 
elleneledoit qu'a Pamitie sincere que m'a inspire 
le puissant Empereur du Nord. 

Jak różn% była postać Francji w r. 1807 od postaci dzisiej- 
szej ! Znał dobrze Napoleon lekki i burzliwy genjusz narodu 
francuskiego; wiedział, że naród ten zupełnej wolności używać 
nie może , aż nadto więc ją określił. Izby prawodawcze uczynił 
niememi; sami tylko komisarze do praw, wyznaczeni przez 
niego , przymawiać się mogli. W szkołach ścisłe tylko i potrze- 
bne nauki dawane i zachęcane były. Znaczna część burzliwej 
młodzieży szła do wojska, bo w niem tylko wyniesienia i bo- 
gactw spodziewać się mogła. Wolność druku określona najści- 
ślej. Tymi sposobami i odgłosem ustawicznych zwycięztw umini 
cesarz pochlebiać próżności narodowej i trzymać ją razem na 
wodzy. Acz policja mniej była liczna i kosztowna jak dzisiaj, 
nie było nigdzie towarzystw ni głośnych , ni tajnych. Kupcy 
nawet przez przerwę handlu tracący, milczeli — tak silnie umiaJ 
nakazywać Napoleon. 

Dwadzieścia jeden lat pokoju wyddło wcale nowe poko- 
lenie, pomnożyło zamożność wszystkich, a zatem i żądzę uży- 
wania jej i znaczenia jak drudzy. Każdy wieśniak, każdy rze- 
mieślnik wychowuje synów swoich już nie do rolniczego stanu, 
lecz do wyższego: na prawnika, doktora, artystę, profesora. 
Do 4000 młodzieży jest w samej szkole lekarskiej, i ta najburz- 
liwsza. Łatwe nabycie nauk obszernych, lubo wiekiem i do- 
świadczeniem niestrawionych, czyni ich zarozumiałymi. Czemu 
ja nie mam być ministrem , radcą jak drugi ? — mówią sobie — 
rząd niegodziwy, wywrócić go trzeba, zabić króla, wrócić rzecz- 
pospolitę. — Ztąd ustawiczne sprzysiężenia i zamachy. Karę 
śmierci uważają jak sposób podania imion swych do nieśmier- 
telności. Massa młodzieży , nie zmniejszana jak za Napoleona 
przez wojny, powiększa się codzień; systema Ludwika FUipa 
znoszenia raczej od absolutystów wszystkich upokorzeń, jak 
wdania się w wojnę , coraz nowemi grozi niebezpieczeństwami. 

Teatra nie były tak liczne ani tak napełnione jak dzisiaj. 
Nie grano na nich jak dawne sztuki, lub napisane do okoliczno- 
ści. Nie znano jeszcze dzisiejszych okropności ; spokojność wi- 
dzów wielka ; młodzież próżniacka i wrząca, wszystka w obozach. 
Po prowincjach widzialnem było zmniejszenie ludności. Po 
drodze z 6ordeaux nieraz , jak już wspomniałem , widzieć mo- 



291 



żna było w polu kobietę, a przy niej osła, zaprzężonych razem 
i porzących lemieszem niwę. Słowem, kraj nie używał dobrego 
bytu , nie był jak dziś szczęśliwym. Napoleon aż do sytości na- 
karmiał próżność Francuzów odgłosem zwycięztw swoich ; lecz 
te pokarmem były dla niego więcej jak dla ogółu narodu. Przy 
ustawnych konskrypcjach, przy ścieśnionym handlu, milczeli 
i znosili wszystko Francuzi; dziś przy bogactwach i wolności 
burzą się codziennie. 

Po dwóch miesięcach bawienia w Paryżu, w początkach 
września, puściłem się do Drezna, by hołd oddać nowemu 
monarsze memu, Fryderykowi, królowi saskiemu, księciu war- 
szawskiemu. 

Nie tylko po Ren, ale za Renem nawet , w Niemczech, wszę- 
dzie widać było wielowładne panowanie Napoleona. W Frank- 
furcie nad Menem widziałem dowód tego, niemniej jak i dowód, 
że kiedy Polak puści się na awantumictwo , żaden mu nie zró- 
wna. Stanąłem w Frankfurcie « a la maison rouge». W czasie 
table d'hote gospodarz odezwał się do gości: 

— Książę nasz Plater wyjechał do Moguncji i nie będzie jak 
w wieczór. 

— Jaki Plater? — zapytam. 

— Polak, pułkownik w służbie francuskiej — odpowiedział 
gospodarz. 

W wieczór siada u stołu młody człowiek w haftowanym 
mundurze francuzkim. Wszyscy księcia witają; książę odpo- 
wiada, jak mile przyjętym był od jenerała francuskiego w Mo- 
guncji. Młoda kobieta siedziała obok księcia Platera; gospodarz 
traktował ją jak księżnę. Gdy się wszyscy oddalili , zapytałem 
znienacka młodzieńca : 

— Jakich to WPan Platerów? 

Zmieszał się niezmiernie. — A pan widzę Polak — odparł 
po cichu. Z kimże mam honor mówić. 
Powiedziałem mu nazwisko. 

— Ach, pan mój dobroczyńca! Czy przypomina mnie? Ja 
jestem Pągowski, ten, co w czasie rewolucii Kościuszki był 
w jego gwardji huzarów. Miałem naówczas lat tylko 16. Pan 
mię wybawił od biedy, kiedym jeździł po wszystkich okolicach 
Warszawy, zabierając niby dla naczelnika wszystkie konfitury 
w rekwizycję, i sam je zjadając. 

Przypominam sobie — rzekłem — wtenczas było to dzieciń- 
stwo; ale dziś, w 30. roku, brać cudze imię, to wcale nie 
pięknie. 

— Uczyniłem to — odpowie — dla dania sobie większej po- 
wagi. Jestem bowiem w wielkich łaskach u Napoleona , zrobił 
mię pułkownikiem i posyłał mię w ważnych a tajemnych spra- 
wach do Anglji; dziś wracam do Francji. 

Takie i podobne chełpliwości długo mi prawił. Nie wierzy- 

19* 



292 

łem im , owszem upomniałem , by się w płochosciacb swoich 
upami^tał. W mundurze pułkownika, z miną górną, tak umia) 
nakazywać wszystkim, iż darmo i sam i nałożnica jego przeno- 
sili się z miejsca na miejsce, wszędy po gospodach karmieni, 
pojeni i przemieszkiwani darmo. Nikt się nie spytał, czy w rze- 
czy samej Pągowski był tym, za kogo się udawał. W licznem 
wojsku Napoleona wojskowi nawet nie znali się z sobą. Za po- 
wrotem moim do Warszawy w październiku, podobno 1807 r., 
odebrałem list z Paryża od sądu wojskowego, zapytujący mnie, 
kto jest Pągowski? Obwiniony bowiem o wałęsanie się i prze- 
stępstwa, do mego udaje się świadectwa i mieni, że jest synem 
naturalnym cesarza Józefa II. Odpisałem, że prawda, iż w mło- 
dości swojej był mi znanym, że go niedawno spotkałem 
w Frankfurcie, że postępowanie jego, jak wnoszę, bardziej 
było płocbe jak winowajcze. Z tern wszystkiem wkrótce wyczy- 
tałem w dziennikach francuskich, że Pągowski ten jako niebez- 
pieczny włóczęga był rozstrzelany. Iluż winniejszych od niego 
huia dziś w Paryżu i Londynie! 

W początkach września stanąłem w Dreźnie i zastałem tam 
nowy rząd Księstwa Warszawskiego przy monarsze swoim, jako 
to: Gutakowskiego , Stanisława Potockiego i Łubieńskiego. 
Pan Breza już nominowany był sekretarzem stanu, mieszkają- 
cym przy królu. W mundurze moim amerykańskim przedsta- 
wiony byłem Fryderykowi Augustowi i mile przyjętym od 
niego. Sławny utracjusz Broniec, z zalecenia francuskich władz, 
nominowany marszałkiem dworu królewskiego, i już na kredyt 
dawał obiady. Pan de Bourgoing, autor podróży po Hiszpanji^ 
mianowany posłem przy królu saskim, człowiek przyjemny, 
uczony i grzeczny. Żona, synowie, już w służbie wojskowej, 
córka Ernestyna, później żona marszałka Macdonald, trzymali 
dom przyjemny. Zaprzyjaźniłem się z nimi. Król w paździer- 
niku miał do Warszawy wyjeżdżać. Uprzedziliśmy go nieco, 
a ja z panią i panną Bourgoing podróż tę w moim pojeździe 
odbyłem. 

Przyjeżdżając do rogatek wolskich, miło mi było widzieć 
straż przy nich przez polskiego żołnierza trzymaną. Niestety ! 
przez lat 11 trzymali ją Prusacy, niegdyś hołdownicy nasL 
Było także w Warszawie kilka pułków francuskich, wszystko 
to pod dowództwem marszałka JDayoust. Nie była to zupełna 
niepodległość , nie bez uciąźUwców , znośniejsza jednak od pa- 
nowania drapieżców naszych. Wojsko polskie, już to z nowosa- 
ciężnych , już z zabranych jeńców pruskich do 30,000 pięknego 
żołnierza wynosiło. Nadto Wincenty Krasiński (we wszystkich 
przygodach przychylny temu, co w obecnej chwili mocniejszy), 
piękny pułk formujący gwardję Napoleona zaciągnął i do Fran- 
cji ruszył, wyrobiwszy wprzód sobie od Napoleona starostwo 
opinogórskie dziedzictwem ; później od cara Aleksandra dostał 



293 

starostwo knyszyńskie, a później jeszcze lasy przył%czne do 
niego. Warszawa dość świetną była, połączonemi towarzystwa- 
mi polskiemi i francuskiemi. 

Pierwsze domy trzymali : książę Józef Poniatowski, naczelny 
dowódca wojsk polskich, i państwo Stanisławowie Potoccy. 
Przybył król saski z królową i królewną, konstytucją roku 1791 
infantką polską i dziedziczkę berła polskiego przeznaczoną. 
Zajechał prosto przed kościół katedralny ś. Jana, jeszcze za 
czasów książąt mazowieckich zbudowany. Łoża w nim króle- 
wska, od czasów Stanisława Augusta zamknięta, otworzyła się 
dla pobożnego króla tego. Wprzód jednak udał się przed wielki 
ołtarz i klęcząc z królową i infantką. Bogu się modlił. Śpie- 
wano Te Deum. Zwyczaj był za Francuzów, że wojsko szykiem 
stawało W kościele, podczas podniesienia broń prezentując. 
Później zwyczaj ten ustał. Po ostatnim wyjeździe króla z War- 
w r 1813, zamknęła się też, daj Boże, nie po raz ostatni, loża 
królewska w kościele. Nastał król schyzmatyk , który do swej 
cerkwi w zamku urządzonej chodził na swoje boruchy. Czasem 
tylko księżna Łowicka , żona Konstantego, z matką swą, pani% 
Brońcową pokazywała się w niej : przekładała jednak do nabo- 
żeństwa podziemną kaplicę swą w Belwederze. 

Sposób życia Fryderyka Augusta , i publiczny i prywatny, 
wiernie duszę i charakter jego malował. Widać w nim było (jak 
dawne niesie u nas przysłowie) pana z panów: powaga bez 
dumy, pobożność bez fanatyzmu, przykładne, pracowite peł- 
nienie obowiązków najwyższego rządcy. Nie chybił nigdy po- 
winności ni chrześcianina, ni króla. Sam zawsze prezydował 
w radzie stanu; obrady odprawowały się po polsku i król acz 
nie płynnie , gramatycznie jednak mówił po polsku i wszystkie 
sprawy i postanowienia pilnie roztrząsał. Za drugiem odwiedze- 
niem Polski był w Krakowie, spuścił się do Wieliczki, odwiedził 
Puławy i drugą stroną Wisły do Warszawy przybył. 

Co niedziela bywaiy pokoje w zamku. Król, królowa, in- 
fantka, po mszy wychodzili z podwojów swoich. Wszyscy pre- 
zentowani stawali w koło; królestwo obchodziło ich, każdemu 
coś grzecznego mówiąc. O godzinie 2 dawano do stołu. Zapro- 
szeni w liczbie 40, już mieli miejsca swe wyznaczone. Potrawy 
takie , jak bywały za króla Augusta IL ; nic się bowiem na dwo- 
rze saskim nie odmienia. W zapusty bywały bale ; król do upa- 
dłego tańczył. Nie było wieczerzy, lecz naj wyborniej szych chło- 
dników, ciast, cukrów obficie. Gdy nie było tańców, grano 
w karty, to jest w trysetę, tak jak przed stem laty. Król wyzna- 
czył trzy damy, zwykle żony senatorów ; królowa senatorów lub 
ministrów. Marszałek Davoust, poseł francuski Bourgoing, je- 
nerałowie: Friand, Morand, Ricard, wielce byli poważani. 
Marszałek Dayoust bezinteresowny, lecz popędliwy i skłonny 
do podejrzliwości, dawał obiady , a mieszkał często w Skier* 



294 

niewicach, dobrach niegdyś prymasa, danych sobie przez Na- 
poleona. 

Największego kredytu u króla używał Tomasz Łubieński, 
minister sprawiedliwości, głowa całej licznej familji Łubieńskich 
od lat wielu znanej z obrotności swojej we wszystkich rewolu- 
cyjnych i najtrudniejszych położeniach kraju, a zawsze wycho- 
dzącej korzystnie. Spekulacje handlowe, korzystne małżeństwa, 
tanie kupna dóbr: nic to bacznej troskliwości ich nie ujdzie. 
W czasie panowania saskiego , Tomasz Łubieński , znaj%c ducha 
pobożności Fryderyka Augusta, ujął sobie spowiednika jego, 
pater Sznejder, i przez niego i przez ustawne uczęszczanie do 
kościołów umiał sobie największą, ufność pana tego pozyskać, 
tak dalece, że po przejściu kraju pod panowanie moskiewskie. 
Łubieński otrzymał od Fryderyka Augusta pensję 3000 talarów. 
Osłabiony wiekiem, usunął się od spraw publicznych; dzieci 
wstąpiły na jego drogę. Tomasz starszy pojął bogatą pannę 
Ossolińską, Jan dziedziczkę Klickiego bogacza, Henryk Potockę, 
córkę Jana Potockiego, udał się pod opiekę księcia Lubeckiego 
i stał się pierwszym sprawcą nowo ustanowionego w Polsce 
banku. W czasie ostatniej rewolucji uczynił sobie zasługę 
u Moskali , wywożąc z miasta Lubowdzkiego, prezesa tajnej po- 
licji. Dziś cała liczna familja w wielkiem u Moskali wzięcia, ro- 
śnie w bogactwa i kredyt. 

W r. 1809 , gdy Austrja, korzystając z przygotowań Napole- 
ona do wylądowania wAnglji, raz jeszcze porwała się na niego, 
zdaje mi się , że król nasz po przyjacielsku był o tern przestrze- 
ganym przez nią: w marcu bowiem jeszcze dość raptownie po- 
rzucił Warszawę. Większą część wojsk naszych zabrał Napoleon 
do wyprawy hiszpańskiej; nie zostało w kraju jak kilka tysięcy 
pod komendą księcia Józefa Poniatowskiego ; byli pod nim je- 
nerale wie: Zajączek, Dąbrowski i Pelletier , Francuz , jenerał 
artylerji. Pierwszy zalimitował na chwilę nienawiść swą ku 
księciu , Dąbrowski przykładnie był czynnym , Pelletier często 
pożytecznemi radami. 

Lubo w samym czasie prowadzenia tej wojny zostawiłem 
notatki przedniej szych ich wypadków w Warszawie, przecież 
że w powszechnem dziś rozbiciu naszem zaginąć mogły , po- 
krótce powtórzę je tutaj. 

WnijścieAustrjaków tak było raptowne, że pamiętam byłem 
na pogrzebie ś. p. Dembowskiego, ministra skarbu, gdy wycho- 
dząc z kościoła, postrzegłem całe miasto w poruszeniu, ciągnące 
pułki i wiadomość, że Austrjacy weszli do Księstwa Warsza- 
wskiego. We dwa dni nieprzyjaciel już pod Raszynem stanął 
i szczupłe pułki nasze pod dowództwem księcia Józefa Poniato- 
wskiego zastał na grobli do Raszyna wiodącej. Zaczęła się za- 
cięta bitwa, późno w noc trwająca. Poległ w niej pułkownik 
Godebski, żołnierz i poeta*, jenerał Fiszer ciężko raniony. 



295 

^oc walkę przerwała, naai jednak zostali na pobojowisku. 
Ustanowiono w mieście dyrektorjat dla pilnowania spokój ności 
i porządku w szpitalach wojskowych, iśie było bojaźni o spo- 
kojność; studenci bowiem i podoficerowie nie mieszali się do 
rządów, nie pisali konstytucii, ani pism burzących. Byłem i ja 
jednym z dyrektorów; trudniłem sig jedynie opatrywaniem 
chorych. 

Późno w nocy ustała walka, późno książę Józef i jenerało- 
wie zebrali się w domu Chodkiewiczów, gdzie już Serra czekał 
na nich. Ułożono, by rokować z księciem Ferdynandem d'Est, 
wodzem austrjackim , a dla dania większej siły rokowaniu , ka- 
2ać mieszczanom wystąpić na otaczające miasto okopy. Dyre- 
ktorowie objęli władzę nad tern pospolitem ruszeniem ; ja z od- 
działem moim stałem od strony Raszyna. Wyjechali w pole 
arcyksiąźę Ferdynand i nasz książę Poniatowski. Po długich 
i gorących rozmowach, już bliskich zerwania (gdyż książę Józef 
już chciał odjeżdżać i konia odwracał), stanęła następna ugoda: 
że wojsko polskie będzie miało 30 godzin czasu do przeprawie- 
nia się za Wisłę i przewiezienia z sobą wszystkich sprzętów wo- 
jennych, poczem połowa mostu między Pragą i Warszawą zrzu- 
coną będzie i posłuży za nieprzestępną granicę między dwoma 
wojskami. Wyszli więc nasi z Warszawy i około Jabłonny roz- 
łożyli się obozem; Austrjacy przeprawili się pod Górę. We dwa 
dni przyszli nasi pod Pragę, dać pole nieprzyjacielowi. Nie pa- 
miętam tak radosnego dla serc polskich widoku, jako naówczas. 
Z terasu domu Tarnowskich, gdzie mieszkałem, można było 
widzieć walkę całą: nastiępujących naszych, a uchodzących 
spiesznie Austrjaków. Bylibyśmy im wszystkie działa zabrali, 
gdyby Maksymiljan Fredro, stojący z szwadronem swoim blisko 
nich, usłuchał był rozkazu księcia Józefa, by natarł na ich ba- 
terję i zabrał ją. Nie uczynił tego, wymawiając się później, że 
mając krótki wzrok, wziął baterję za płot i nie uderzył na nią. 
Nie w jednem zdarzeniu człowiek ten, zawsze dobrze widzący, 
gdy szło o własny jego interes, miał krótki wzrok, kiedy szło 
o sprawę publiczną. 

W tej wojnie, tak chlubnej dla nas, wszystkie spotkania 
z Austrjakami były zupełnie na naszą korzyść. Pod Górą wzię- 
liśmy szturmem ich szańce ; gdy chcieli opanować Toruń , spali- 
liśmy most i odpędzili z klęską; jenerał Sokolnicki wziął sztur- 
mem Sandomierz, Stanisław Potocki Zamość; nakoniec jenerał 
Dąbrowski uczynił w Wielkiej Polsce powstanie i ciągnął z nim 
pod Warszawę. Natenczas książę Ferdynand umyślił opuścić 
Warszawę. Zaszła jeszcze bitwa pod Jedlińcem , gdzie Moskale 
pod Galiczynem , niby jak sprzymierzeńcy Napoleona wspólnie 
z nami walczący, nieczynnymi zostali. Prawie razem z nimi 
wszedł książę Józef do Krakowa i broniącego mu wstępu na 
most podoficera Moskala ciął szablą i rum sobie uczynił. 



296 

Za wkroczeniem jenerała Dąbrowskiego, gdy Austrjacy wy- 
ciągnęli z Warszawy i kraju, książę Józef Poniatowski posłał 
Napoleonowi raport całej wyprawy. Zapytany, wiele wzi^ jeń- 
ców, odpowiedział, że tyle, ile miał wojska całego. Sam tylko 
walczył , Moskale bowiem chodzili z daleka od nieprzyjaciela 
nigdzie nie wystrzeliwszy, obłudą swoją zwyczajną więcej nam 
szkodząc, niż pomagając. Napoleon napisał list pochwalny do 
księcia Poniatowskiego i przysłał mu wielki krzyż legji honoro- 
wej. Wszystkie zabiegi zazdrosnego Wincentego Krasińskiego^ 
aby to zepsuć, nic nie pomogły. Nasi weszli do Lwowa i oby- 
dwie Galicje opanowali. Wkrótce nastąpił pokój. Zyskaliśmy 
wschodnią Galicję, cyrkuł zamojski i połowę soli w Wieliczce. 
Wojna ta czteromiesięczna okryła nas chwałą. 

W czasie, gdyśmy na lądzie bitwy staczali, eskadra angielska 
podstąpiła pod Gdańsk i szturmując od morza przez czas niejakie 
odstąpić musiała. Francuzi miasto to silnemi wzmocnili bate- 
rjami, niestety! nie dla siebie, nie dla nas, dla Prusaków. 

Król saski wysłał poselstwo do Napoleona z podziękowaniem 
za przyłączenie Galicji. Składało się ono z panów : Stanisława 
Potockiego, Bielińskiego i Działyńskiego, wojewodów, niestety ! 
już wszystkich nieżyjących. Zastali oni Paryż opływający 
w zbytkach i radości; kontrybucje napełniły skarb jego; ciągłe 
powodzenia podniosły pychę. Nigdy on tyle nie okazał wspa-. 
niałości. W Paryżu, w Fontaineblau ustawne biesiady; Napo- 
leon rozdawał hojnie, lecz chciał żeby biorący żyli okazale. 
Wkrótce widząc niepłodność małżonki Józefiny, a żądając na- 
stępcy, rozpoczął rokowania razem w Wiedniu i wPetersburgu. 
Carowa wdowa, matka Aleksandra, acz w najmniejszych z do- 
mów udzielnych zrodzona, sprzeciwiła się temu. Zręczniejszy 
Metternich namówił cesarza Franciszka, że córkę swą Marję 
Ludwikę przyrzekł. Wyprawiony Berthier, by ją w imienia 
jego przyrzekł. 

Niech mówią inni o festynach dawanych z okazji tej uroczy- 
stości. Pożar w pałacu księcia Szwarcemberg i pochłonione 
w nim ofiary, zdawały się być wróżbą upadku Napoleona. Był 
to szczyt chwały jego; nie umiał się na nim zatrzymać, zbyt się 
wzniósł wysoko , zawróciło mu się w głowie i upadł. Nim o tern 
wspomniemy, rzućmy oczy na stan kawałka Polski imię Esię-- 
stwa Warszawskiego noszącej. 

Pod dobrym i cnotliwym królem Fryderykiem Augustem, 
mimo ścieśnionego handlu i ciężaru utrzymania licznego wojska 
dla Napoleona , kraj był spokojny. Zaprowadzały się użyteczne 
zakłady ; odnowiono Towarzystwo Przyjaciół Nauk , a za stara- 
niem niespracowanego w usługach dla kraju księdza Staszyca 
ustanowiona szkoła lekarska. Podniósł się teatr narodowy, 
Kurpiński dał się poznać z talentem w praktyce i kompozycji. 
Wszystko to dzis^o się w obrębie lat sześciu; w roku bo*^ 



297 

wiem 1812 fatalna jędza natchnęła znów Napoleona żądzą 
podbić. 

Zdaje się , że zamysł jego toczenia wojny z Moskwą miał za 
cel przymuszenie jej do działania wspólnie z nim przeciw An- 
glji, którą słusznie uważał za jedyną przeszkodę olbrzymiej jego 
żądzy podbicia świata i osadzenia na tronach własnej swojej 
rodziny. Nie wziął się jednak do dzieła tego z zwykłą sobie 
przezornością. W maju przyjechał do Drezna, gdzie cesarz 
austrjacki, król pruski i inni monarchowie pospieszyli do niego 
z czołobitnością swoją. Tam monarchowie ci zawarli z nim 
przymierza czynienia z nim wspólnie naprzeciw Moskwie. Do- 
tąd była to sprawa europejska, sprawa cywilizacji, oswobodze- 
nia świata z zagrażającego mu despotyzmu i barbarzyństwa. 
Ach ! czemuż prowadzona tak płocho. W czerwcu dopiero po- 
rzucił Napoleon Drezno i na początku lipca przybył na granicę 
Litwy, zostawiwszy za sobą brata Hieronima, króla westfal- 
skiego, z licznem wojskiem, który zamiast dążyć za nim spie- 
sznie , bawił się* w Warszawie i w Wilanowie , dawał wieczory 
damom , kąpał się w mleku , lub rumie , dając czas Czyczako- 
wowi powrócić z wojskiem działaj ącem przeciw Turkom, po 
zawarciu z nimi pokoju. 

Mamy już bez końca dziejów i opisań tej pamiętnej wyprawy 
Napoleona na Moskwę. Wybrał on się na nią z krucjatą euro- 
pejską, do 400,000 ludzi różnych narodów, w której Polacy 
najmniej piątą część składali, a których Napoleon, nie wiem 
z jakich przyczyn, zamiast w jednej trzymać massie, do różnych 
korpusów swoich poprzyczepiał szczątki. Gdyby byli razem 
pod swoim wodzem, jakżeby byli pomocnymi Napoleonowi! 
Inni lepiej dowiodą to i wyjaśnią. Ja wracam do tego, co jest 
moją prowincją , do stanu rzeczy w Warszawie. 

Napoleon stanąwszy w Wilnie, utworzył tam rząd narodowy. 
Zdzierstwa oraz rabunki wojsk jego i niemieckich sprzymierzeń- 
ców, niepowrócenie natychmiast prowincji tych do Polski, 
ostudziły nieco umysły. Nie mały błąd popełniony w Warsza- 
wie. Osadził tam Napoleon w urzędzie wielkiego posła ((1'abbe 
de Pradt», biskupa de Malines. Nie było człeka mniej stworzo- 
nego do tak ważnego urzędu: figura nikczemna, żadnej nie ma- 
jąca w sobie godności ; zamiast rozsądku , dowcip satyryczny ; 
zamiast powagi , ustawiczne kręcielstwo ; zamiast gorliwości 
dla swego monarchy, przedrwiwanie i krytyka wszystkich 
jego postępków; słowem, nie wzbudzał on ni zaufania, ni po- 
ważania. 

Pod takim to opiekunem zwołany sejm i zawiązany akt 
Konfederacji, a ośmdziesięcioletni książę Adam Czartoryski, 
jenerał ziem podolskich, marszałkiem onego mianowany. Sejm 
ten cały czas swój trawił na odbieraniu adresów od wszystkich 
dykasteiji , powiatów litewskich do Konfederacji. Jam wyzna- 



298 

czony był do tego od komisji edukacyjnej. Wysłano poselstwo 
od sejmu do Napoleona, w Wilnie już będącego. Odpowiedź 
jego nie wzbudzała wielkiej ufności w dotrzymaniu wielkich 
obietnic : 

— Jeżeli — mówił on — cał% siłą pomagać mi będziecie, je- 
żeli to i to zrobicie, wtenczas będę mógł przyłączyć do kraju 
waszego te i owe powiaty. 

Zdaje się, że Napoleon, jakby się bal obszernej Polski, miał 
w zamiarze poćwiertować ją na małe księstwa dla marszsiłków 
swych. Nigdy on (jak mię o tem zapewniał Talleyrand w Lon- 
dynie), nie miał zamiaru podniesienia całego Królestwa Pol- 
skiego. 

— II vous regardait — mówił — comme une bonne 
pepiniere de soldats, voila tout. 

Obojętność tę dowodzą jeszcze traktowania po wojnie mo- 
skiewskiej, gdzie na początku wszystkich traktatów, jak 
świadczy baron Fain, za pierwszy artykuł proponował: «I1 n'y 
aura pas de Duche de Var80vie.» 

Zwyczajnym trybem szły rzeczy w Warszawie. Wszystkich 
umysły niecierpliwe, natężone jedynie na wieści przychodzące 
od wielkiego wojska; mówię wielkiego, gdyż Napoleon wycią- 
gnął z krucjatą w^szystkich ludów europejskich: Francuzów, 
Niemców, Polaków, Włochów, Hiszpanów i Portugalczyków. 
Czemuż nie chciał ich użyć roztropnie? Czemuż 80,000 wojska 
polskiego nie wysłał razem na Wołyń i Podole , które by nam 
drugie tyle dodały ? Czemuż nie zapewnił sobie tyłu ? 

Gdy wizytator szkół po prowincjach, ksiądz Kopczyński, 
sławny autor wybornej gramatyki języka polskiego, obciążony 
latami, nie mógł już obowiązków wizytatora dopełnić, podjąłem 
się ja zastąpić go. Wyjechałem więc, jeśli się nie mylę, we 
wrześniu, objeżdżając szkoły wielkopolskie i Prus polskich, tra- 
ktatem tylżyckim odzyskanych napo wrót. Opisanie wizyty tej 
i miejsc wszystkich , zostało wraz z innemi podróżami memi 
historyczne mi, równie .co do stanu szkół, w raportach moich do 
komisji edukacyjnej; pokrótce więc tylko, ile zgrzybiała pamięć 
przypomnieć zdoła, nadmienię o nich. 

Pierwszy raz widziałem Gniezno, gniazdo narodu naszego, 
założone przez Lecha, długo stolica Piastów i dziś dość porzą- 
dne. Katedra wspaniała, zawierające piękne groby arcybisku- 
pów. Rzewnego tam doznałem uczucia, gdy kanonicy przez 
łaskawość dla mnie , stanąwszy przed trumną świętego Wojcie- 
cha, śpiewali pieśń «Boga Rodzice », złożoną przez niego. Jest 
to najdawniejszy zabytek języka naszego; dano mi jej nutę ory- 
jjinalną, która później w «Spiewach historycznych)) umieszczona. 
Pokazywano mi kościół z polnego kamienia zbudowany, który 
mienią być świątynią jeszcze z czasów pogańskich. Niedaleko 
onego jest nie wielkie jezioro; pewien jestem, iż gdyby je 



299 

spuszczono, znaleziono by może na dnie bałwany, przy strące- 
niu ich w czasie ogłoszenia wiary Chrystusowej zatopione, 
UdiJem się ztamtąd do Kruszwicy, stolicy Popielów; były długo 
szczątki zamku ich. Prusacy je na cegłę rozebrali, nie pozostała 
tylko wieża dosyć wysoka nad jeziorem Gopło. Od niej szedł 
niegdyś most, prowadzący przez Gopło na małą wyspę, gdzie 
lubieżne Popiele mieli pałac swój. I w tych miejscach kopalnie 
ciekawe mogłyby nam odkryć pierwsze dawności naszej za- 
bytki. 

Około Brześcia Kujawskiego znalazłem starodawną nader 
świątynię, w której głowy posągów, zapewne bożyszcz pogań- 
skich jeszcze, w ścianach kościoła wmurowane były. Mimo 
wszelkich później starań moich, nie mogłem ich dostać do domu 
Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Szczęśliwszy byłem w sprowa- 
dzeniu nieforemnego posągu, w postaci osoby klęczącej, z pod 
góry klasztoru świętego Krzyża Łysej Góry, zbudowanego 
przez Bolesława Chrobrego. Za staraniem podprefekta , pana 
Różyckiego, przywiezionym był ten ciekawy posąg do domu 
Towarzystwa naszego do Warszawy i umieszczony na wnijściu 
przy schodach. Z innymi skarbami naszymi i ten posąg łupieżca 
Mikołaj do Petersburga zawieść kazał. Jeśli się Najwyższy zli- 
tuje nad nami, klęski, nieszczęścia, zagubę naszą na Moskali 
odwróci, ileż nam skarbów odzyskiwać przyjdzie I Spełnij to, 
o wielki Boże I 

Pierwszy raz przejeżdżałem przez Toruń, miasto założone 
przez Krzyżaków, jak wszystkie, co oni posiadali, porządne 
i murowane. Zwiedziłem tam szkołę, silnie zalecając uczącym 
i uczniom, by się pilnie uczyli języka polskiego; w mieście bo- 
wiem już panowała niemczyzna, lubo w około na wsiach nie 
tylko mowa , ale i duch polski przemagał , czego dano dowód 
w r, 1809, gdy spaleniem mostu nie dopuszczono wnijścia arcy- 
książęciu Ferdynandowi* 

W Chełmnie, powróconem do Polski, w Bydgoszczy, w Ma- 
riemburgu, również zachęcałem do powrotu do mowy ojczystej. 
Opisania wszystkich tych miejsc znajdują się obszernie w po- 
dróżach moich historycznych. Przez Bydgoszcz i Poznań po- 
wracałem nazad. Pod Poznaniem, w wrześniu podobno, spotka- 
łem kilku Francuzów; pełno ich było naó wczas w Polsce. Ci mi 
oznajmili o krwawej bitwie stoczonej między Moskalami i Fran- 
cuzami pod Możajskiem: strata poniesiona przez naszych 
w zabitych, smutne jakieś na dalsze skutki przeczucia, sen mi 
odjęły. Pospieszyłem więc co prędzej do Warszawy. 

Wydawałem ja w tym czasie Listy moje litewskie w celu 
Wzbudzenia odwagi i ducha obywatelskiego w Litwinach. Daro- 
wałem manuskrypt XX. Pijarom; zarobili na nich, bo je rozry- 
wano. Dziś niezmiernie są rzadkie. 

W Grodnie uformował się rząd polski, prezydowany przez 



300 

Francuza; zasiadł w nim brat mój, ś. p. Jan Ursyn Niemcewicz. 
Stryjecznego brata me^o Stanisława wcześnie, równie jak 
wielu innych przedniejszych w Litwie obywateli, wywieźK 
w głąb kraju Moskale. 

Juz głucha jesień nastała, już zimna dojmować zaczęły, Na- 
poleon atoli bawił w Kremlinie, czekając na kuijera, którego 
powrót Moskale codzień obiecywali , jakoby odpowiedź na pro- 
ponowany pokój miał przywieść z sobą. Tymczasem z począ- 
tkiem listopada nastały gęste śuiegi i mrozy. Roztopczyn spa- 
lił był Moskwę. Wojsko długo żyło z znalezionych w niej zapa- 
sów, raczej zbytkownych jak pożywnych. Pełno było po domach 
bojarskich czokolady, kawy i herbaty; lecz chleba i mięsa 
wkrótce zabrakło. Admirał Czyczakow, zawarłszy pokój z Tur- 
kami, już zachodził tył Francuzom.*) Jenerał pruski Jork od- 
stąpił ich zdradliwie; Szwarcenberg , dowódca Austrjaków, do- 
wiedziawszy się o odwrocie Napoleona z Moskwy, z granic 
Wołynia już się ku Warszawie zbliżał, a porozumiawszy się 
z Moskalami, już nie został przez nich nacierany. Doszła nas 
nakoniec wieść o klęsce pod Berezyną: pokazywali się coraz 
gęściej zbiegli Francuzi, daleko później od nich nasi Polacy 
zmarzli, pokaleczeni. Oddziały Moskali nachodziły już Księstwo 
Warszawskie. Przybył i książę Szwarcenberg, wódz rakuski, 
z rabującymi wszędy Austrjakami. 

L'abbe de Pradt, autor dzieł, z dowcipem, lecz z przesądami, 
bez najmniejszego rozsądku pisanych, nieszczęsnym był dla Na- 
poleona wyborem na dostojeństwo ambasadora w Warszawie. 
Sześćdziesięcioletni starzec, miał on całą lekkość i świegotliwość 
młodego Francuza. Poseł Napoleona nieraz gadał jak poseł mo- 
skiewski: krytykował, wyśmiewał wszystkie kroki pana swego, 
słowem nie wzbudzał ni ufności , ni szacunka. 

Wtenczas, jak wspomniałem, przybył i książę Szwarcenberg 
i książę Józef Poniatowski , naczelny wódz wojsk naszych, le- 
dwie z 6000 pozostałego wojska, lecz z działami, które Polacy 
zachowali, a wojsko francuskie zachować nie umiało. Juź 
i Austrjacy nie bronili postępu Moskalom ku Warszawie. 
Złożono naówczas radę stanu , na którą poseł francuski 1'abbe 
de Pradt i książę Szwarcenberg byli zaproszeni. Użyto wssel- 



*) Wrac po rosbicia wojsk franeaskich i sprsy mierzonych pod Beresynf, 
Napoleon spiesznie puścił się do Francji. .lechał on małemi sankami, nie 
mając z sobą jak pana Caulaincoait i pana Wąsowicza, oficera z gwardji pol- 
Hko-francuskiej. Przybył on niespodzianie do Warszawy i stanął u Gąsioro- 
wskiego, Hdtel d*Angleterre. W futrze ogarniony; nikt so nie posnął. Dano 
lou na obiad zrazów z kartoflami. Po obiedzie przywołał do siebie l'abb^ de 
Pradt, Stanisława Potockiego, prezesa rady, i Uatusewicza, ministra skarbu. 
Był jak zawsze iywy i gadatliwy. Mówiąc o klęsce wyprawy, otył tych wy- 
razów: aDu sublime au ridicale ii n'y a qa'un pas.s Wycinał 
pospolitego ruszenia, cłicąc tem naprawić to, co mając pół miijona wojska, 
całej Europy zepsuł. Zabawiwszy godzinę , ruszył dalej do Drezna. 



301 

kich pobudek, by skłonić rakuskiego wodza do odparcia Moskali 
od Warszawy, przypominając mu, iż to była jedyna pora wy- 
płacenia się Austrjaków z długu winnego Polsce za ocalenie 
Wiednia. Napróźno ; przyrzekł tylko, że wymoże na Moskalach, 
aby do małego czasu wnijście swe do Warszawy wstrzymali. 

Tymczasem Warszawa napełniała sig coraz bardziej powra- 
cającymi z okropnego pogromu oficerami wojsk różnych naro- 
dów: Francuzami, Włochami, Niemcami, Hiszpanami, Portu- 
galczykami; wszystko to bowiem wlókł był za sobą Napoleon. 
Trzeba było wszystkim dać pomieszkania ; pakować więc bez 
miary nie tylko do właścicielow domów, ale i po stancjach tych, 
którzy u nich mieszkania najęte mieli, najeżdżających tych go- 
ści. Jam ustąpić musiał z najętego u pani Tarnowskiej mie- 
szkania. Szczęściem dawna przyjaciółka moja, pani wojewodzina 
Stanisławowa Potocka dała mi schronienie w domu swoim , nie 
na długo atoli: przyszedł bowiem rozkaz od króla saskiego, 
monarchy naówczas naszego, aby osoby, rząd księstwa Warsza- 
wskiego składające, udały się do niego, do Drezna. 

Dnia 1. lutego 1818, podług rozkazu królewskiego, wyjecha- 
łem do Drezna. Jak przykra i ciężka droga! Do srogości mro- 
źnego nieba przyczyniały się okropne wszędy widoki. Ileż 
z okropnej wyprawy wojsk całej prawie Europy na tę nieszczę- 
sną krucjatę spotykałem ofiar ! Ileż żołnierzy leżało po drogach, 
na polach, zmarzłych, bez duszy! O Napoleonie! o nielitościwy 
na ludzkość podbijaczul jakże ciężko odpowiesz przed Bogiem! 
Jadąc dość spieszno, przybyłem do Drezna. Tegoż dnia przyje- 
chał Aleksander Linowski, jako poseł od Konfederacji, zawią- 
zanej , jakem już nadmienił, w początkach wyprawy Napoleona. 
Tu miejsce by było wspomnieć nieco o tym człowieku. Uro- 
dzony z niepospolitą zdatnością i wymową, z większą jeszcze 
próżnością Był on jak tylu i tylu innych, chciwy głośności 
i znaczenia, bez najmniejszego atoli narażania oso by i mienia 
swego na niebezpieczeństwo. Zawsze wierny pospolitemu dla 
wielu systemu, «e viva chi commanda», za czasów sejmu kon- 
stytucyjnego od r. 1788 do 1791 był gorliwym za konstytucją. 
Podczas powstania Kościuszki przywiązał się na czas do niego 
i do Kołłątaja; uszedł przed niebezpieczeństwem dość wcześnie 
i spokojnie siedział w Warszawie. Po ostatnim rozbiorze udał 
się do rodzinnego miasta Krakowa i wraz z komenderującym 
tam jenerałem Kaunitzem w najściślejszą wszedł przyjaźń. W r. 
1806 nastali Francuzi; wraz Linowski najściślejszy przyjaciel 
marszałka Dayoust, zwolennik Napoleona. Przyszli Moskale; 
Linowski duszą i ciałem poświęcony najniegodziwszemu z ludzi, 
INowosilcowi, i namiestnikowi Zajączkowi. Wprzód zalecił się 
ś. p. księciu Józefowi Poniatowskiemu, tak, źe go egzekutorem 
testamentu swego naznaczył, a później siostra jego, pani Win- 
centowa Tyszkiewiczowa, rządcą niezmiernego po nim majątku. 



302 

Acz urodzony z szczupłym majątkiem , umarł miljonowy. Chwy- 
tać się r§ki wyciągniętej ku dźwignieniu ojczyzny naszej , po- 
winnością jest każdego prawego obywatela; lecz czepiać się 
podle fałdów każdego, co ma władzę i zbogacić nas może, na- 
ganną jest podłością. 

Przecież do tej łatwości przerzucania się i łaszenia się to- 
warzyszyli mu Nie chcę ich lekce wspominać , by mię 

nie posądzono , że czernić lubię. 

Stanął Linowski w Dreźnie w tym dniu co i ja. U bramy 
znalazłem bilet od ministra królewskiego , hrabiego de Senft- 
Pilsach, wielce mi przychylnego, zapraszający bym do doma 
jego zajechał. Linowski napisał natychmiast list do tegoż mini- 
stra, żądając, by jako będącemu posłem Konfederacji, król dał 
mu audjencję na tronie, otoczony wszystkimi ministrami. Roz- 
śmiał się dobry Fryderyk Augnist, a że w tak ciężkich razach 
miał wiele ważnych zatrudnień i kłopotów, zlecił hr. Senft, by 
wysłuchał , co mu miał Linowski powiedzieć. 

Z ukontentowaniem zastałem pana Serra, posła firancuskie- 
go , dawniej rezydenta w Warszawie. Był Grenueńczykiem ro- 
dem, głęboko uczony, klasyczny. Pisał on historję przedosta- 
tniej wojny Napoleona , godnem Salustjusza piórem. 

Nie długo zabawiłem w Dreźnie. Przychodziły codzień do- 
niesienia, że Moskale coraz się bardziej zbliżają. Już Prusacy 
odstąpili Napoleona i złączyli się z nimi. Austrjaków wiara nie- 
pewna : gotowi się obrócić w tę stronę, która im większe dałaby 
korzyści. Już Księstwo Warszawskie zalane Moskalami; dzięla 
atoli ludzkości i chęci zjednania sobie w świecie sławy liberalno- 
ści cara Aleksandra, postępowanie ich było łagodne, ujmujące 
nawet. Ustanowił w Warszawie administrację, z gubernatora 
Łąckiego , Nowosilcowa, Wawrzeckiego, Lubeckiego i Świczyna 
złożoną; Dombcz3rński był sekretarzem. Zachowany w aktach 
język ojczysty, wszystko szło dawnym trybem. Ostatki wojska 
naszego z pogromu pod Berezyną otrzymały pozwolenie od 
dworu wiedeńskiego, przejścia państwa jego i spaczenia się 
z wojskiem Napoleona. Reszta lycerstwa naszego mogła do 
10,000 wynosić. Dawny rząd Księstwa Warszawskiego udał się 
do Krakowa. Składał się on z prezesa Stanisława Potockiego, 
księcia Józefa Poniatowskiego, Mostowskiego, Ignacego Sobo- 
lewskiego. Matusewicz pospieszył do Drezna, zkąd przez króla 
do Paryża wysłany. Linowski powrócił do Warszawy i wraz się 
ściśle z Nowosilcowem złączył. Ja odebn^em od króla rozkaz, 
bym się do Bayreuth udał, miasteczko to niegdyś do margrabiów 
dAnspach należące, dziś do Bawarji, nosi jeszcze pamiątkę 
stolicy małego księstwa. Książęta ich trzymali od królów pol- 
skich lennością Prusy, aż niedarowaną przezornością Zyg- 
munta lU. lenność ta z linji Anspachów do elektorów branden- 
burskich przeniesiona. 



303 

Jeszcze jest dosó obszerny pałac z ogrodem , a chęć małpo* 
wania wielkich monarchów sprawiła, że na placu wystawiono 
posąg konny jednemu z dawnych książątek , posąg pół tylko 
wielkości naturalnej mający. Nic śmieszni ej szego. 

Po trzech niedzielach, gdy się Moskale coraz bardziej ku 
Dreznowi zbliżać zaczęli i sam król o usunięciu się z stolicy 
przemyśliwać zaczął. Przejeżdżał najprzód minister jego, pan 
Senft, zatrzymał się przed domem moim, a wypiwszy kieliszek 
malagi, puścił się w dalszą drogę do Ratyzbony, zalecając^ 
abym tamże się udał. Wkrótce i sam król z całą swą rodzin% 
pospieszył. 

Tymczasem Moskale weszli już do Księstwa Warszawskiego 
i do stolicy, sprawując się podług danych rozkazów jak najprzy- 
kładniej , lubo w zajętych dawniej prowincjach jenerjJowie po- 
zwalali sobie zdzierstwa, a nawet wieszań i rozstrzelań, co po- 
skromiono później i Aleksander powszechną ogłosił amnestię* 
Napojony przez księcia Adama Czartoryskiego przychylnemi ala 
Polaków uczuciami, zamierzając nawet ogłosić się ich królem, 
wcześnie serca przyszłych poddanych zniewolić sobie usiłował. 
Lecz w tej chwili Austrja i Prusy już wcześnie zamyślały o od- 
zyskaniu oderwanych im od Polski prowincji. Tym końcem wy- 
słany od Prusaków do Krakowa, gdzie był rząd nasz, książę 
Antoni Radziwiłł. Ożenił się on był z księżniczką pruską, córką 
księcia Ferdynanda, brata Fryderyka Wielkiego ; związek ten 
i kilkonastoletni pobyt w Berlinie, uczynił go całkiem przywią- 
zanym do sprawy pruskiej. Lecz książę Józef Poniatowski, Sta- 
nisław Potocki i inni ministrowie nasi odrzucili ze wzgardą ku- 
szenia podobne. 

Połączone wojska moskiewskie i pruskie zbliżały się tym- 
czasem do Niemiec. Austrja z ciężkiego położenia Napoleona 
chcąca korzystać, nie wchodziła jeszcze do koalicji, lecz przy- 
najmniej illiryjskie prowincje chciała na nim wytargować. Na- 
poleon, chcący wszystko zatrzymać , odrzucił te propozycje ; 
wiedząc jednak, że Księstwo Warszawskie najbardziej doku- 
czało sprzymierzonym , księstwo to im na łup oddawał. Baron 
Fain wyraźnie to w pamiętnikach swoich świadczy. 

W czasie pobytu naszego w Ratyzbonie, nim Napoleon nad- 
ciągnął z Francji, trwały rokowania na wszystkie strony. 
Sprzymierzeńcy już byli weiszli do Drezna. Wygrana przez 
Francuzów nad nimi bitwa pod Liitzen pomieszała im szyki; 
cofnęli się, kawał mostu na Elbie zrzuciwszy za sobą. Gonił ich 
Napoleon i most naprawił. Stanął rozejm na dwa miesiące. 
Austrja jeszcze się nie oświadczyła, czyniła atoli pod ręką 
wszelkie starania, by państwa niemieckie : Saksonję, Bawarjc 
i Wiirtemberg oderwać od Napoleona i do siebie przyciągnąć. 
Senft , miliister króla saskiego , skłonił go do odstąpienia pod 
zyskownymi wcale warunkami: Austija bowiem gwarantowała 



304 



mu posiadanie Księstwa Warszawskiego. Napoleon, dowi< 
dziawszy się o tern, pan Drezna, pogroził mu surowo. Zrzuć 
się więc poczciwy król Fryderyk August z umowy z Austr 
i znów do Francji powrócił. Hrabia Senft, szlachetnem z 
grzany uczuciem, by króla swego oszczędzić, na siebie wzi; 
cał% winę. Polacy, będący z nim, korzystając z wolnej chwi] 
udali się do wód karlsbadzkich. Król między Katyzboną i Pra^ 
przebywał. 

Pełen był Karlsbad gości z różnych narodów, Polaków na 
więcej. Byli tam i Moskale. Zaznajomiłem się w Ratyzbon: 
z księżną de la Tour Taxis, Mecklemburg-Strelitz z dom; 
siostrą zes^ej królowej pruskiej. Miłym był dom jej, zachowa- 
ona ciągle uprzejmą życzliwość ku mnie. W początkach siei 
pnia znów zaczęto przemawiać, że Austrja żadnego odstąpieni 
nie mogąc zyskać na Napoleonie, przystąpić chciała do kot 
licji. Dano i nam aconsilium abeundi». Jakoż ruszyliśmy k 
Dreznowi. 

W drodze mojej z Karlsbadu do Drezna widzii^em wszędzi 
zbierające się wojska austrjackie, lecz kryjące się, ile możni 
między górami. Po gościnnych domach, u stołów, powszecbn 
między Niemcami mowa, tchnąca największą zawziętością prze 
ciw Napoleonowi. 1 nie dziw. 

Stanąwszy w Dreźnie , znaleźliśmy już króla z dworem i fa 
milją, równie jak Napoleona, który go do łaski swojej przypu 
ścił. Prezentowani byli Polacy Napoleonowi; ten stał w miej 
skim domu Marcoliniego na przedmieściu. Zawieszenie broni 
podpisane po bitwie pod Liitzen, nie przyniosło poźądaneg< 
pokoju. Napoleon z jednej strony upierał się, by wszystko za 
trzymać , z drugiej zaniedbał środków wzmocnić wojsko swe 
wyprawą na Moskwę zniszczone, ściągnieniem osad francuzkicł 
z Hamburga, Lubeki, Gdańska, i t. d. Z Austrją trwały jeszcze 
rokowania. Obraził Napoleon w ciągu nich nawet Metterni- 
cha zwykłą zuchwałością. Gdy ten bowiem obstawał, by cesan 
Napoleon odstąpił wszystkich zaborów swoich, Napoleon po- 
rywczo zapytał: 

— Combien l'Angleterre vous a-t-elle donnę 
pour empecher la paix? — 

Uczuł to żywo Metternich, a gdy wkrótce rzucając się, Na- 
poleon upuścił swój kapelusz, Metternich, który dawniej byłby 
się plackiem rzucił, żeby go podnieść, nie zgiął się nawet, tak, 
że podbijacz sam go musiał podnieść. 

Dnia 15. sierpnia 1813 upływs^ termin rozejmu. Był to 
dzień urodzin Napoleona. Cesarz Franciszek, teść jego, napisał 
do niego list z powinszowaniem, nakłaniając go po raz ostatni 
do pokoju. List ten przyszedł w dzień popisu wojsk francu- 
skich. Na błoniach Drezna było go może ze 30 tysięcy, rachując 
z naszem. Uderzyły mię najbardziej szwadrony mameluków 



305 

w służbie francuskiej. Ubiór ich, uzbrojenie, wzrok ognisty, 

odbijały od europejskich hufców. Król saski na uczczenie przy- 
I mierzeńca swego dał wielki obiad, na który sprowadzono 

wszystko złoto i srebro z sławnej fortecy Kónigstein, bogactwa 
J bez ocenienia prawie. 

° Król mając po prawej ręce Napoleona, siedział na wyniosłym 

9 od ziemi stole z całą swoją familją. Przypuszczono do niej mar- 

sz&^ka Berthier, jako udzielnego księcia NeufchateL Napoleon 
^ miał na sobie order saski, król legji honorowej. Przedniejsi 
■ Polacy zaproszeni byli za świadków. Nie było ścisku. Noc cie- 
" pła, spokojna; odgłosy muzyki słyszeć się dawały; słowem, był 
r to ostatni może dla nas dzień pogodny. Napoleon , jak gdyby 
* przeczuwał już upadek swój, był zamyślony, jadł nie wiele, 
^ najwięcej jednak raków; i nie dziw, bo ich dużych nie ma we 
^* Francji. 
f*' Pochlebiał sobie książę Bassano, że jeszcze Austrję od koa- 

licji odciągnie, dla tego zatrzymał jenerała Bubnę dla dalszych 
^ negocjacji. Dawał dla niego wielki wieczór, gdzie nie było 
'^ grzeczności, atencji, nadskakiwać, któremi by hojnie nie sza- 
^ fowi^ dla żony jenerała (bogatej, dość ładnej, żydówki z domu). 
>^ Sam Bubna , acz chory na podagrę , puścił się jeszcze raz do 
Czech do pana swego, by go nakłonić do opuszczenia koalicji. 
> ^ Napróżno ; zagniewany Metternich nie dopuścił tego. Przycho- 
^ dziły wraz wieści, że nieprzyjaciel już się zbliżył; już się zaczy- 
^*J; nały potyczki nie z korzyścią dla Francuzów. Napoleon wyje- 
0^ chał z Drezna do wojska, kazał, ile można było na prędce, usy- 
^ pać baterje w koło miasta. Wojska sprzymierzonych zaczęły 
}^ opasywać Drezno; codzień ważnego czynu spodziewać się było 
^ można. 

^^ Napoleon raz w Dreźnie, znów do korpusów swoich przeno- 

^ sił się; gdy na miejscu , miewaliśmy co niedziela trzy lub cztery 
i^ dwory do od¥nedzenia : Napoleona, Murata, króla neapolitań- 
^ skiego, króla naszego, a nawet i Berthier. Murat w hiszpańsko- 
ip''' arlekińskim stroju swoim, zwracał oczy wszystkich na siebie. 
Raz , gdym od dworów tych powracał, spotkałem księcia Domi- 
do< nika Kadziwiłła z smutnym wzrokiem. Oznajmił mi o pobiciu 
Francuzów pod Katzbach przez sprzymierzone wojska. Radzi* 
1^*^ witt urodzony z księżniczki de la Tour-Taxis, nie z rozciągłym 
^Ą umysłem, lecz z najlepszem sercem, z nieustraszoną odwagą, 
A ciężko był tą porażką strapiony. Niestety ! niedługo ją przeżył. 
We dwa miesiące śmiertelnie raniony, umarł, zostawiwszy jedną 
l^ córkę Stefanię. Ta zawieziona do Petersburffa i tam wychowąnai 
pi^ przymuszona później pójść za jenerała moskiewskiego Wittgen- 
tt^ szteina, przez co cała niezmierna fortuna radziwiłłowska przeszła 
u>^' w ręce Moskali. 

^ Francuzi atoli, jakby w najpewnieiszych chwilach, podawali 

1^ się w Dreźnie zabawom. Grane były komecie przez sprowadzo* 

NiiMCBWici, Pamiętniki. 20 



306 

Dych z Paryża najlepszych aktorów : pannę Mars , Fleury, i t. d^ 
Nie próżnowałem i ja, dawając do sztychowania rysunki do 
śpiewów historycznych moich. Sprzymierzeńcy obudzili jednak 
ten letarg, zbliżigąc się pod same Drezno, gdy Napoleon wyje* 
chał był do innych korpusów. Raptem ujrzeliśmy wojska mo- 
skiewskie, pruskie i austrjackie, opasujące w około miasto. 
Dziwno jest, jak to nas mało zatrwożyło: czyli to ufnoić 
w szczęśliwej gwiazdzie Napoleona , czy w ludzkości oblegają- 
cych, czyli nakoniec że niebezpieczeństwo zagrażające razem 
wielkiemu mnóstwu, mniej jest strasznem. Wszyscy, kobiety 
nawet w najlepszej myśli, poszliśmy na szcz3rt domu, gdzie pan 
Serra, posd: francuski, mieszkał. Wystawił się on naprzeciw 
((GroB8garten», zkąd się rozwijała równina, po której wojska 
oblegających zbliżały się do szturmu. Gdy w towarzystwie dam 
patrzymy na to jakby na rewię, raptem wystrzał z dział nieprzy- 
jacielskich zrywa szczyt domu i damy i nas gruzami okrywa. 
Łatwo pojąć można, jaka trwoga pomiędzy damami. Te były: 
pani Loss, pani Stanii^awowa Fotocka, księżna Sidkowska 
z siostrą swą, panną Teresą Eicką, pani Olędzka; z mężczyzn: 
książę Bassano, pan Serra, pan Stanisław Potocki, prezes rady 
stanu , Matuszewicz , Niemcewicz i kilku innych. Każdy z nas 
porwawszy za rękę jedne z dam, spiesznie po schodach spuści- 
liśmy się na dół. Tu okropny znów widok: kula nieprzyjacielska 
zgruchotała na miazgę karetę księżnej Sułkowskiej , a co smu- 
tniejszego , zabiła stojącą na dziedzińcu garderobianę jej. Roz- 
tropność kazała coprędzej z miejsca tego uchodzić. Prowadzimy 
więc damy ku Neumarkt, zawsze trzymając się ścian ulic I tu 
padają kule; -pułk piechoty wirtemberąskiej stał na tym płaca: 
w oczach naszych dwóch żołnierzy zabitych. Dostaliśmy się na- 
koniec do domu państwa Potockich. 

Gdy się to dzieje, dowiadigemy się, że Napoleon, jak bóstwa 
w teatralnej sztuce, pokazał się na moście drezdeńskim. W oka 
mgnieniu czyni rozporządzenie. Już był jeden pułk nieprzyja- 
cielski wdarł się na przedmieście: nie tylko wypędzony, ale 
hufce francuzkie i polskie wypadają z miasta, odpędzają sprzy- 
mierzonych. Niebo okropną spuszcza ulewę. Rozstawione an- 
stijackie oddziały odebrały przed bitwą rozkaz, by się nie ru- 
szały z naznaczonego im miejsca. Wpada na nie jazda nasza* 
Z zamokłą bronią strzelać nie mogą. Murat, król neapolitańsAd, 
zabiera niewolnika tysiącami i do Drezna prowadzi. Bitwa 
skończona. W kilku godzinach co za odmiana ! Uwolnione mia- 
sto, coraz większe mnóstwo jeńców pędzonych na place. Murata 
mówiąc po prostu, zbiera ich pomokfych jak grzyby. Gwardia 
cesarska powraca, rozkłada się po schodach zamkowy^ 
rozbiera się bez ceremonji, odmienia bieliznę i odzież , śmieje 
się i śpiewa. 

Nazajutrz po odpędzenia sprzymierzonych od Drezna, pro* 



307 

wadzono jeszcze zmokłych jeńców anstrjaćkich. Gdy się wypo- 
godziło, wyszedłem oglądać pobojowisko. Smutny widok. Le- 
żały jeszcze na stoku działobitni ciała austijackich landwerów, 
połamane bronie, kaszkiety. 

Sprzymierzeńcy oddalili się pod Kulm ku granicy saskiej. 
Napoleon wysłał za nimi jenerała Yandamme z znacznym kor- 
pusem, by się spuściwszy z gór pod Pimą, uderzył i zgniótł ich. 
Właśnie wtenczas pan Serra, poseł francuski, dał wielki obiad, 
na który i ja byłem proszony. Zbieramy się, czekamy na jene- 
rała Sebastiani do godziny siódmej i poł. Przybywa nakoniec 
i przeprasza, że towarzyszyć musiał cesarzowi, który wyjechał 
był ku Pirnie i dopiero powrócił. 

— Cesarz — rzekł on — te słowa w drodze wyrzekł do 
mnie: «Chce mi się wziąść ^ardje moje i pójść zobaczyć, co 
Yandamme robi.». Po chwili znów przydał: «Mniejsza o to, 
Yandammowi chce się buławy marszałkowskiej ; potrafi on sam 
sobie poradzić. » 

Od tej powtórnej myśli zniknęły wszystkie powodzenia Na- 
poleona, odmieniła się na zawsze cała postać Europy. Yan- 
damme tak sobie dobrze poradził, że zgubił całe prawie swe 
wojsko i sam się dostał w pojmanie. 

Porażka tak ciężka zmordowała bardziej jeszcze już stępioną 
tylu. wojnami ochotę do bojów w wodzach i żołnierzach, a po- 
dniosła śmiałość sprzymierzonych. Przeważający w sile, zaczęli 
wojsko Napoleona przeskrzydlać , tak dalece, że się uczuł w po- 
trzebie opuścić Drezno i wziąwszy z sobą króla saskiego i mini- 
strów polskich, udał się do Lipska, zostawiwszy atoli w Dreźnie 
16,000 wojska pod rozkazami marszałka 6ouvion St. Cyr. Mo- 
skale pod jenerałem Tołstoj oblegali miasto w około. Uczynił 
marszałek wycieczkę, mając z sobą trochę jazdy naszej: spędził 
nieprzyjaciela z stanowisK jego i zabrał mu 10 dział i kilkuset 
niewolników. Miło mi było patrzeć z wałów na bitwę tę , ucie- 
kających Moskali i ścigających ich Francuzów; miło spoglądać 
na zyskane zdobycze. 

Radość nie długo trwała. Przyszła wieść o przegranej pod 
Lipskiem i o śmierci walecznego księcia Józefa Poniatowskiego. 
Żywo nas przebrana ta strapiła ; dopiero powątpiewać zaczęli- 
śmy. Zaczęto doznawać niedostatku żywności. Jesień była pię- 
kna, przechadzką rozrywaliśmy smutki nasze. Chodziliśmy 
w koło miasta. Raz natrafiliśmy na opuszczony dom pełen tru- 
pów żołnierzy francuskich w pierwszym kwiecie młodości i zu- 
pełnie nagich. Wyziewy z nich zaraźliwemi być musiały; 
wkrótce bowiem okazała się w Dreźnie choroba^ febira szpitalna. 
Ta i mnie wkrótce obarczyła, a tak gwałtownie, żem się poło- 
żyć musiał. Pierwszej nocy ogarnęła mię maligna: zdawało mi 
się widzieć przed oczyma szeroko rozlane morze i na nim dwa 
oloręty jakby należące do mnie. Pirzyjadele sprowadzili mi 

20* 



308 

trzech najlepszych doktorów. Gorączka, ból głowy niezmierny, 
dręczyły mię przez dni wiele, tak dalece , iż »raz, gdy przyszli 
doktorowie i rozbierali stan choroby , nie wiedząc żem ja rozu- 
miał po niemiecku, rzekli do siebie: ((Es ist schon au8!» 
Kie zmieszało mię to bynajmniej : postawili mi na nogach i go- 
leniach wizykatorje , a w nocy przesiliła się choroba tak zna- 
cznie , iż nazajutrz, prócz osłabienia , uczułem się wolnym od 
boleści. 

Tymczasem Drezno oblężone ze wszystkich stron przez Aa- 
strjaków i Moskali, ciężkiego doznawało głodu, tak, iż bułeczka 
białego chleba, posłana komu, wielkim była darem. Podobny 
dar uczyniłem ja panu Bignon, ostatniemu w Warszawie po- 
słowi francuskiemu. Głód ten licznemu garnizonowi francu- 
skiemu tak stał się nieznośnym , że nakoniec marszałek Saint- 
Cyr musiał kapitulować z przywódcami sprzymierzonych, au- 
strjackim i moskiewskim: Klenau i Tołstojem. Warunki 
kapitulacji były, że wojsko francuskie wyjść miało z bronią, 
działami, wszelkiemi honorami i wolno, bez napaści, złączyć się 
z głównem wojskiem Napoleona. Lecz, o niewiaro I o sromoto! 
Zaledwie tak święta umowa doszła do cara Aleksandra^ natych- 
miast porwał ją i podarł, przysyłając rozkaz Tołstojowi, by całe 
wojsko francuskie złożyło broń i poszło w pojmanie. Najbardziej 
dojmujący ze wszystkich nieprzyjaciół, głód, przymusił, że mu- 
siano uledz tak krzywdzącej konieczności. 

Skoro tylko wojsko francuskie oddaliło się i szlaki od gra- 
nicy carskiej otworzonymi zostały, dziwno jak obfity w dniu 
jednym ujrzano dowóz wszystkiego. Nie zbywało na niczem. 
Weszli Moskale pod jenerałem Tołstojem, tym samym, który 
przed 208tu laty w bitwie pod Maciejowicami wziął mnie w nie- 
wolę, dużo już ranionego. W dni kilka, gdym jnż nieco przy- 
szedł do sił, nie chcąc dłużej w zdobytem mieście zostawać, 
poszedłem do Tołstoja. Poznał mię i przyjął uprzejmie. 

— Nie będzie wam tu dobrze — rzeld. — Imperator jest 
panem Warszawy, ogłosił amnestję, chce być waszym dobro- 
czyńcą; wracaj do siebie. 

To mówiąc, wysłał ze mną adjutanta swego do komendanta, 
zalecając mu, by mi wraz paszport do Warszawy udzieliL 
Wchodzę do komendanta, podobno Gorczakowa: zastaję w aali 
dużej stół długi, obsiadły przez chłopów w siermięgach i pilnie 
piszących. Byli to sekretarze i kancelarzyści sztaba moskie- 
wskiego. Ileźby to tysięcy w innym kraju kosztowała kancelaija 
podobna ? Tu chleb i kilka kopiejek na dzień. 

Acz słaby , nim się puściłem w drogę , starałem się jeszcze 
naglić rytowników, by ryciny moje do śpiewów historycznych 
pokończyli. Te zabrawszy, wielce jeszcze osłabiony, porzuciłem 
Drezno. Po bitwie pod Lipskiem, gdzie waleczny nasz książę 
Józef Poniatowski w rzece Els ter śmierć znalazł, wszystko na 



i 



309 

głowę walić się zaczęło. Wywieziony przez Napoleona dobry 
król saski , pozostał w Lipska , a z nim i prezes rady Księstwa 
Warszawskiego, Stanisław Potocki. Skoro tylko Moskale opa- 
nowali miasto Lipsk, wraz porwano szanownego króla saskiego 
i zawieziono go do Berlina. Do pana Stanisława Potockiego 
wpadł pułkownik moskiewski , a postrzegłszy na stoliku złot% 
tabakierkę i zegarek , zabrał je i do kieszeni schował. Potocki 
długo był potem więziony. 

Tylu już pisało o odwodzie Napoleona przez Niemcy , o sta- 
czanych w nim bitwach, iż nie dla mnie dzisiaj wypada pisać 
o nich. Wolę więc pokrótce wspomnieć , co się w nieszczę- 
snej ojczyźnie mej działo. 

Liberalny naówczas Aleksander, opanowawszy opuszczom| 
Warszawę, postanowił w niej rz%d, nakształt Księstwa Warsza- 
wskiego, naznaczył prezesem Łanskoja, członkami rady: Nowo- 
silcowa, Swiczyna, Wawrzeckiego , Lubeckiego i księcia Adama 
Czartoryskiego, zalecając im jak największą łagodność. Wojsko 
moskiewskie było pod rozkazami najprzód Barkiay de ToUy, 
potem Labanowa. Spokojną była Warszawa, lecz w prowincjach 
dawniej zabranych jenerał Hertel wielu naszych, mimo ogło- 
szonej amnestji, rozstrzelać kazał. Po opanowaniu Paryża i wy- 
gnaniu Napoleona na wyspę Elbę, car nie czekając dłużej, 
ogłosił się królem polskim , wdział mundur polski i order Orła 
białego przepasał. Wincenty Krasiński pierwszy mu oddał czo- 
łobitność swoją; później i iiini. Wojsko polskie wróciło do 
Warszawy, z 80,000 niegdyś, ledwie kilka tysięcy wynoszące. 

Powróciłem i ja. Zastałem Warszawę spokojną, Moskali 
stosownie do ukazu powolnych, grzecznych. Tymczasem losy 
ludów rozstrzygały się na kongresie wiedeńskim. Względem 
Polski długie i silne były zatargi: wzbraniano się oddać Księ- 
stwa Warszawskiego carowi Aleksandrowi i zezwolić, by się 
królem polskim nazywał. Wylądowanie Napoleona z wyspy 
Elby sprawiło na nieszczęście nasze , że mu się nie sprzeciwiano 
więcej. W ciągu jednak zatargów na kongresie do tego stopnia 
sprzeczki o Polskę przyszły, iż już do wojny przychodzić miało, 
i że w Warszawie ogłoszono formującemu się wojsku naszemu, 
by gotowe było do boju w sprawie własnej ojczyzny. Wylądo- 
wanie Napoleona , jakem już wspomniał , pogodziło wszystko. 

Przepadło do 60,000 wojska naszego. Kraj ciągłym przecho- 
dem wojsk i dostawami im wszystkim potrzeb wycieńczony, jak 
po ustaniu maligny, nie żądał jak odpoczynku. Liberalne 
i szczere naówczas systema Aleksandra , po tylu burzach , pogo- 
dną okazywały zorzę przyszłości. Ostateczny upadek Napoleona 
pod Waterloo, w nikim, prócz Aleksandra, nie wskazywał na- 
dziei. Czekano więc cierpliwie. Rząd prowadził administrację 
kraju, komitet wojskowy pod prezydencją Wielkiego księcia 
Konstantego urządzał formację i liczbę wojska. Wtenczas to 



310 

jenerałowie KnisLziewicz i Wojczyński, przewidując pod jakiem! 
kurbaczami pod szalonym Konstantym rycerstwo polskie żyć 
miało, usunęli się. Eniaziewicz, stilaciwszy ukochaną żonę, udał 
się do DrezDa; Wojczyński skrył się w zaciszu domowem. 
Później atoli, w srogich zapasach w r. 1830, obydwóch znalazła 
ojczyzna w usługach swoich. Eniaziewicz przez rząd tymczasowy 
wydany był do Francji; Wojczyński stanął pod chorągwiami 
powstania. 

Wkrótce w Warszawie zacząłem powrJBicać do zdrowia, a że 
(cnullum me a labore reclinat otium», zacząłem przy- 
gotowania do wydania śpiewów historycznych i kontynuowania 
dalszego Dziejów Zygmunta III. Wiele mię to kosztowało za- 
chodów i łażenia po trzech piętrach. 



ROZDZIAŁ YIII. 



Warszawa pod rządami Aleksandra. — Kalasanty Szaniawski. — Wspomnieuia 

licznych grabieży moskiewskich w^ Polsce. 

Eorzystając z liberalnego paroksyzmu cara Aleksandra 
i tymczasowej łagodności rządu, który w niczem jeszcze zawzię- 
tości swej przeciw imieniowi polskiemu nie okazał , zająłem się 
drukiem śpiewów, później bajek i wydałem powieść « Dwóch 
Sieciechów)). Zapisać tu muszę, że bajki te w dwóch tomach in 
8^ minori drukowane były na papierze, który już kiedyś służył 
do druku ; lecz druk ten chemicznym sposobem zdjęty. 

Po tylu politycznych burzach zeszła zima spokojnie. Chci- 
wie dowiadywaliśmy się o wypadkach wojennych. Napoleon 
bowiem opierając się na całej krucjacie europejskiej , jeszcze się 
za zwyciężonego nie miał. Twierdzą znawcy , iż nigdy więcej 
nie dał dowodów zdatności wodza, jak w tej wyprawie. Byłby 
może wyszedł szczęśliwie, gdy niespodzianym obrotem wziąwszy 
tył Austr jakom , cstłą koalicję zatrwożył. Nieszczęściem przejęty 
list jego do żony wszystkie zamiary jego odkrył sprzymierzeń- 
com, a silne upominania Pozzo di Borgo, dodały im ducha. 
Posunęli się więc obławą do Paryża, a Napoleon z rozbitymi 
szczątkami do Fontainebleau, gdzie odstąpiony od najpoufal- 
szych swoich , zrzeczenie swoje tronu podpisać i na wyspę Elbę 
udać się musiał. 

Pan świata niedawno , osadzony na tej małej wysepce z kil- 



311 

kuBet żołnierzy i niewielu Polakami , równie tam był czynnym, 
jak wtenczas gdy światem władał. Kruszce żelazne są jedynem 
wysepki tej bogactwem ; temi się szczególniej zajął , niemniej 
jednak jak administracją maleńkiego państwa swego. Ustano- 
wił sobie radę państwa, paradę, mały dwór. Odwiedzili go kre- 
wni, matka , Paulina księżna Borghese i pani Walewska , naj- 
ulubieńsza ze wszystkich kochanek jego. Pobyt ich nie był 
długi , już bowiem Napoleon inne karmił nadzieje. Baron Fain, 
emisarjusz przyjaciół jego, odwiedzał go często na wyspie, 
o błędach Bourbonów, o nieukontentowaniu we Francji i o po- 
dobieństwie odzyskania tronu zapewniając. Jak łatwo i prędko 
do niego wojsko przystało, gdy wylądował; jak łatwo dostał się 
do Paryża, jak walczył, jak pod Waterloo runął na zawsze — 
nie do mnie, zapisującego szczególniej wypadki biednej ojczy- 
zny mojej, należy. 

Ciągnął się jeszcze kongres wiedeński. Wszyscy monarcho- 
wie świata sami lub przez pełnomocników swoich byli tam 
przytomni. Ułożono zasady przyszłej konstytucji Królestwa 
Polskiego, mniejszego od Księstwa odpadnieniem całej Wielkiej 
Polski, Bydgoszczy, Chełmna, i t. d., które Aleksander I., unie- 
siony hojnością szafowania nieswojem, darował królowi pru- 
skiemu. Z zasadami konstytucji przybył z Wiednia Kalasanty 
Szaniawski, wtenczas sekretarz księcia Adama Czartoryskiego, 
posiadającego jeszcze całe zaufanie cara. Nie od rzeczy tu bę- 
dzie coś o nim powiedzieć. 

Szaniawski, rodem ze wsi czynszowej szlachty Szaniawy 
w Mazowszu. Ze szkół polskich dostał się jako pauper do uni- 
wersytetu niemieckiego w Jena; tam przejął się całkiem filo- 
zofa Kanta i całą głęboką niezrozumiałością jego. Nie wiem, 
z którym paniczem polskim dostał się ztamtąd do Paryża w r. 
1795, i tam znów sobie zaszczepił całą manję równości i niepo- 
dobnych praw człowieka. Przydajmy do tego jeszcze jedną pię- 
kną zaletę, ateizm, jak to dowodzi dykcjonarz ateistów Lalanda. 
Powrócił do Polski i zawiadywał dobrami pani . . . Tam poznał 
się z bogatą wdową i zaślubił ją sobie. Dalej został komisarzem 
pana ordynata Zamojskiego. Przyzwyczajony odmieniać zdania 
i sytuację podług widoków lepszych korzyści, gdy spostrzegł że 
Polska zajętą być miała przez Aleksandra, udał się, jakem po- 
wiedział, do księcia Adama Czartoryskiego. Po ustanowieniu 
niby rządu polskiego, został prokuratorem jeneralnym , i ten, 
który niedawno niósł w procesji kodeks Napoleona i jego tylko 
za Boga uznawał, dziś uznawszy go szatanem, czcił AlcKsandra. 
Wszystkie jego związki były odtąd z Moskalami, wszystkie pła- 
skie pochlebstwa dla zaprzysiągłego nieprzyjaciela naszego 
Nowosilcowa. Niedawno ateusz, dziś fanatyk, przywiązał się 
cały do systemu obskurantyzmu i przytłumienia wszelkiego 
światła w narodzie, jak to wkrótce ujrzymy. Porzucił on da- 



312 

-wnych mecenasów swoich, księcia Adama Czartoryskiego i pana 
Zamojskiego , gdy spostrzegł że car Aleksander po krótkim pa- 
roksyzmie liberalizmu, przestraszony na kongresie w Opawie 
przez Mettemicha rewolucją we Włoszech i Hiszpanji, do 
czego nadanie swobód narody prowadzi, gdy ujrzał nowego 
pana wstecz cofającego się, i Szaniawski tą drogą z góry na łeb 
puścił się. 

Jakoż Aleksander za powrotem swoim z Opawy był nie do 
poznania. Jak przedtem ufny w danej Polakom przez siebie 
ustawie , tak dziś źródło niebezpieczeństwa w niej upatrywaL 
By temu zaradzić, pod pozorem, że akt konstytucji błędnie 
w wielu punktach był wysłowiony, kazał go komisji senatu na 
nowo przerobić i oryginał do przejrzenia do Petersburga posiać 
z przyrzeczeniem powrotu. Jakoż tak się stało; lecz nigdy ory- 
ginał konstytucji, podpisany przez Aleksandra, powróconym 
nie został. Była to jednak nasza arka przymierza. Prezes se- 
natu, naówczas pan Zamojski, kazał na nią zrobić ozdobn% 
złotem obitą skrzynkę. Kancelarja senatu miała 3000 fr. na rok 
wyznaczonego dochodu. Z oszczędności tych, jako sekretarz 
senatu , tyle zebrałem , iż mogłem izbę senatorską ozdobić na- 
stępującymi sprzętami: 1) Duży kobierzec fabryki krajowej; 
2) krucyfiks srebrny odlany z modelu Jean de Boiogne ; 3) zegar 
także w Warszawie robiony ; 4) lampy ; 6) wielkie lustro angiel- 
skie od Hempla kupione. Wszystko to dzisiaj zawiezione do 
Petersburga, lub zdobi komnaty Paszkiewicza. 

Mówiąc o tych małych grabieżach , przychodzi mi na myśl 
wspomnieć o tych wielkich rabunkach, które Polska od półtora 
wieku ponosiła i ponosi. Nie wspominam o dawnych tatarskich, 
późniejszych za Jana Kazimierza szwedzkich, lubo ogromnych; 
wspomnę tylko o moskiewskich. A najprzód za Augusta IL, 
przyjaciel jego na nieszczęście. Piotr I., będąc w zamku warsza- 
wskim, naparł się obrazu, przypominającego najświetniejszy 
czyn dziejów naszych, obrazu, który wystawiał przedstawienie 
pojmanych carów moskiewskich Zygmuntowi III. i stanom. Nie 
odmówd August. Szczęściem, że kopja obrazu tego znajduje się 
u księcia Sanguszki w Zasławiu. Widziałem ją sam w roku 1786 
w Lubartowie; mówią, że dobrze dziś schowana. Odwiedził on 
(Piotr) i ogrody Wilanowa , mieszkanie króla Jana. Między in- 
nemi bogatemi ozdobami były sprowadzone z Włoch przez króla 
tego najprzedniejsze posągi starożytności, jak: Apollo , Yenus 
de Medicis, Gladjator, i t. d., ulane z ołowiu , pozłacane i roz- j 

stawione w ogrodzie wilanowskim. Uderzył blask ich barba- 
rzyńca, naparł się ich, i hetman Sieniawski, właściciel naówczas 
Wilanowa, dsi mu je; stoją one dzisiaj w ogrodach Peterhofu.*) 

*) Piotr w. V podróżach swoich wszędy się czegoś napierał. I tak w Pa- 
ryża naparł się globusa (kuli ziemskiej), w bibliotece królewskiej; w Berlinie 
gabinetu bursztynowego ; ten jest dzitf w Carskiem Siele. 



313 

Idźmy dalej. W czasie Konfederacji barskiej carowa, nie- 
dość że konfiskowała znaczne dobra księciu Radziwiłłowi, wo- 
jewodzie wileńskiemu,- i Ogińskiemu łietmanowi, zabrała jeszcze 
pierwszemu najbogatszą, bibljotekę polską, w Nieświeżu i do 
Petersburga przeniosła. Okropniejszy jeszcze cios czekał zamo- 
żny dom książąt Radziwiłłów , gdy w czasie wyprawy moskie- 
wskiej przez Napoleona w r. 1812 weszli Moskale do Nieświeża. 
Zbierany przez tyle wieków sławny skarbiec radziwiłłowski, 
owe 12. apostołów, ulane z szczerego złota; owe stoły, wanny, 
konwie złote i srebrne, które kryte tajemnie i przez przysięgłe- 
go burgrabiego były zamurowane, w tymże roku 1812 stały się 
Moskwicinów łupem. Jenerał Tuczko , zaprowadziwszy pod szu- 
bienicę burgrabiego i grożąc mu niezwłocznym stryczkiem, tak 
biednego przestraszył, że ten nieznane nikomu lochy otworzył. 
Tuczkow zabrał bogactwa. Zazdrosny tak bogatych łupów car 
Aleksander, natarł na Tuczko wa, tak, że ten część bogactw 
tych oddać mu musiał , między temi namiot wielkiego wezyra, 
który szwagier Radziwiłła , król Jan III., zabrał przy uwolnieniu 
Wiednia. 

Po nieszczęsnym końcu rewolucji Kościuszki, gdy Moskale 
stali się panami Warszawy, Buxhowden, komendant miasta, za- 
brał ze skarbcu sławne szpalery (Gobelins), wystawujące potop 
świata, nie pamiętam przez jakiego z dawnych królów naszych 
nabyte , lecz zawsze w największej cenie miane : były bowiem 
cudnie pięknej roboty na dnie litem złotem. Jan Kazimierz po 
abdykacji swojej nie żałował ni korony, ni innych skarbów, lecz 
ustawicznie pisywał do prymasa Olszewskiego i innych poufa- 
łych swoich, by mu te szpalery przysłano. Któż inne wyliczy 
rabunki, nie już w czasie wojen, lecz w czasie pokoju spełnione ! 
Ileż jurt moskiewskich świeci się łupami naszymi ! Ileż dzisiaj 
ze zniszczeniem ostatniem kraju, zniszczono nie tylko publi- 
cznych, ale prywatnych majątków i sprzętów kosztownych! 
Świadkiem Puławy , Dereczyn , i t. d. Któż z Polaków nie prze- 
stanie opłakiwać straty niezmiernej bibljoteki Załuskich, zawie- 
rającej 400,000 tomów ksiąg i rękopismów najważniejszych, naj- 
droższych dla dziejów polskich i literatury. Szczęściem niektóre 
z nich udało się Tadeuszowi Czackiemu wydobyć i przewieść do 
Poryoka, zkąd potem A. Czartoryski nabył je do Puław. Podobno 
uszły losu bibljoteki złupionej przez Moskali i są gdzieś schowane. 



314 



ROZDZIAŁ IX. 



Cesarz Aleksander przestaje być liberalnym. — Nowosilcow w Wilnie. — 
Obraz W. księcia Konstantego. — Wspomnienia o więźniach staną roku 1826 
i o sądzie sejmowym. — Wspomnienia o koronacji Uikołaja w Warszawie. — 
Żaboklicki. — Szaleństwa W. księcia. — Inauguracja posągu Kopernika przed 
domem Towarzystwa Przyjaciół Nauk. — Autor Jako prezes tego Towarzystwa 

przed W. księciem. 

W zajadłej zawziętości Mikołaja, by zagładzić wszelka 
pamięć istnienia naszego, przeistoczyć nawet to, co się pod 
rządem jego i poprzednika jego działo, powinnością jest acz 
zgrzybiałego starca, skreślić choć przedniejsze czasów owych 
wypadki i zdarzenia. 

Wspomniałem już o gwałtownej zmianie w polityce i zasa- 
dach cara Aleksandra od zjazdu z Metternichem w Opawie, 
który wziąwszy pochop z wybuchłych naówczas w Portagalji, 
Neapolu i Piemoncie rewolucji, przestraszył chwiejący się 
umysł Aleksandra nieszczęśliwymi skutkami konstytucyjnych 
i liberalnych rządów. Przyjęły się one bujnie i rozrosły w mięk- 
kim mózgu Aleksandra; nie widział wszędy jak karbonarów 
i jakubinów. Umiał wszeteczny Nowosilcow użyć tego sza^a na 
przywiedzenie do skutku zniszczenia istnienia Polski. Z zawi- 
ścią patrzał on, jak wielce oświecenie rozkrzewiało się po ma- 
łem królestwie i dawniej zabranej przez Moskwę Polsce; jakich 
ludzi wydawało Wilno, Krzemieniec i wszystkie szkoły po kraju. 
Od zniszczenia więc wychowania i oświaty plan swój rozpocz^. 
Udał się do Wilna z poufnikiem s¥rym Bajkowem, wymyślił ja- 
kieś bez żadnego fundamentu sprzysięźenia , zamachy, pochwy- 
tał krocie niewinnych studentów , męczył ich przez blisko dwa 
lata inkwizycjami w więzieniach, wyznaczał trybunały ^ które 
mimo wszelkich używanych podejść, nie mogąc prawdziwej 
znaleźć winy , wydały wyrok, że z powodu przesadzonego ducha 
narodowości, skazuje się na wygnsmie do dalekich prowincji 
carstwa kilkuset studentów, właśnie najbieglejszych, właśnie 
tych, którzy najświetniejsze po sobie dawali na przyszłość na- 
dzieje. Nie dość nad tem. Poleciał sam do Petersburga i wysta- 
wił odkrycia swoje za najważniejsze. Tak dwór cały i sama ca- 
rowa nazwali go : « Spasytiel nasz » czyli wybawca. Odmalował 
kuratora do tych czasów jako sprawcę anty-ruskiego ducha tak 
dalece, że Aleksander zapomniawszy młodocianych związków 
swych z księciem Czartoryskim, odjął mu urząd kuratora i Ko- 
wosilcowi oddał. 

W tym to czasie Aleksander przestraszony od Metternicha, 
o niebezpieczeństwie dawania swobód ludom, słabe ich nadanie 



315 

w Polsce coraz bardziej ścieśniał; usłuchał nawet namów Nowo- 
silcowa, by Wielkiemu księciu Konstantemu nadać dyskrecjo- 
nalną władzę, to atoli tajemnie, bez ogłoszenia ukazu. Nowo- 
silcow wtenczas opanował całą ufność Konstantego. Książę ten 
był nadzwyczajnym przyrodzenia tworem. Pan Jelski dokładnie 
charakter i czyny jego opisał. Ja pokrótce moralny i fizyczny 
wizerunek jego skreślę. Książę ten co do postaci wystawiał ulany 
posąg wyprężonego moskiewskiego żołnierza; w twarzy jego 
więcej surowej dzikości niż męztwa; oczy jasno-niebieskie, brwi 
i rzęsy białe, nosa prawie żadnego; zresztą biały, czerwony, 
świeży, zęby białe i zdrowe, w oczach niespokojność, podejrzli- 
wość i bojaźń, mars prawie ciągły na czole, głos chrapliwy arle- 
kina, odrażającym go zupełnie uczynił. Jakoż jak od źle wróżą- 
cego ptaka , uciekali wszyscy od niego. Przestrachem chciał 
wszystkich do posłuszeństwa i grobowej ciszy przymusić. Sro- 
gośó ta była skutkiem bojaźni; równego bowiem nie widziano 
tchórza. Jeden tylko przykład przytoczę. Miał książę ten kilka 
małp u siebie; jedna z nich w nocy urwała się i zaczęła po de- 
mie czynić hałasy. Dość tego, by dać mniemać odważnemu 
panu, że rewolucja w mieście i że go przychodzą zabijać: po- 
rywa się z łóżka , bierze raptownie szlafrok i papucie , do bli- 
skich koszar ułanów ucieka i wśród nich noc całą przepędza. 

Acz niechronologiczniei nieporządnie, wracam do notowa- 
nia zdarzeń, jakie mi biedna pamięć moja nastręczy. Aż do 
śmierci Aleksandra, acz były popełnione gwałty, zachowana 
przecie jaka przystojność. Skończył Aleksander I. w Taganrogu 
na Krymie w r. 1825. Ogłoszony carem i królem Wielki książę 
Konstanty, przeląkł się tej korony i winszujących mu dostojeń- 
stwa z pogardą zgromił. Chytry Mikołaj , lubo wiedział , że mu 
korona tajemnym aktem zabezpieczoną była, przysłał gońca do 
brata, uznając go swym panem. Konstanty atoli, znając swą 
popędliwość i prędkie carów egzekucje na Moskwie, został przy 
postanowieniu swojem. Wysłani nawet komisarze pełnomocni 
do Warszawy, nie mogli go nakłonić; przywieźli przeciwnie 
uroczyste zrzeczenie się jego. Nie potrzebowano go atoli, bo 
już Aleksander I. zrzeczenie się to jego tajemnie w Moskwie 
i Petersburgu w monasterach i senacie wcześnie był złożył. 

Tymczasem , gdy się te marudztwa między braćmi wleką, 
uknowane jeszcze przy końcu panowania Aleksandra sprzysięże- 
nie wybucha w Petersburgu , później na Podolu. Sprzysiężeni 
kształt rządu despotycznego odmienić pragnęli: jedni na kon- 
stytucyjną monarchję, drudzy na rzeczpospolitę. Jak przedsię- 
wzięcie to prowadzonem, jak zniszczonem było, już sam rząd 
moskiewski dość wiernie drukiem ogłosił. Kilku naszych woj- 
skowych, do których się Antoni Jabłonowski przymięszał, posia- 
dający więcej lekkości , niż potrzebnego w tak ważnem dziele 
bartu, niektórzy z naszych ze spiskowemi Moskalami wchodzą 



316 

W układy. Lecz przytłumienie źle ukartowanej rewolucji Ył Pe- 
tersburgu, przytrzymanie Trubeckiego, Rylejewa i innych, od- 
kryły wszystkie układy sprzysięźonych. Ciż sami Moskale , co 
wciągnęli naszych w te spiski , którzy przyrzekali im powróce- 
nie niemal wszystkich zagamionych nam prowincji, ciż sami 
imiona naszych wydali. Przyszedł rozkaz do Warszawy pochwy- 
taó ich i do Petersburga przystawić. W drodze nasi znaleźli 
sposób ułożyć się z sobą w zgodnych odpowiedziach, tak, że 
usprawiedliwienie ich zdawało się niezaprzeczonem i byłoby na- 
stąpiło, gdyby Mikołaj nie postrzegł był Antoniego Jabłono- 
wskiego , bladego i drżącego całkiem. Tchórz ! — pomyślał so- 
bie — przestraszony, wyjawi wszystko. Jakoż nazajutrz kazał 
go zawołać, a raz strasznemi groźbami, znów obietnicą darowa- 
nia winy , zmógłszy łatwo przelęknionego , zamknął go w ubo- 
cznym pokoju, a posławszy po Krzyżanowskiego i innych, 
przeczących wszystko , otworzył drzwi gabinetu i wyprowadził 
Jabłonowskiego , który zapomniawszy, co uczciwości i sobie był 
winien, pamiętny tylko na ocalenie siebie , w oczach kolegów 
swoich powiedział, że musiał prawdę powiedzieć, i padłszy do 
nóg cara, o przebaczenie prosił. Takie są skutki przyjmowania 
ludzi trwożliwych do sprawy , wymagającej odwagi i zupełnego 
poświęcenia się. 

Od tej chwili poczęły się w drobnem Królestwie Polskiem 
powszechne, samowolne uwięzienia wszystkich stanowi wieku 
ludzi. Obrzydliwy Nowosilcow miał obszerne pole nasycenia 
swej ku nam nienawiści. Dosyć mu było być niemiłym, by zo- 
stać podejrzanym, dość podejrzanym, by winnym. Ponapeł- 
niano wszystkie w Warszawie więzienia, zajęto klasztor Karme- 
litów na Lesznie, po wszystkich celach posadzono nieszczęsne 
oiiary. Dziki Wielki książę Konstanty kazał narysować plan 
wszystkich w więzieniu tem klatek, z nazwiskami w nich każde- 
go więźnia. Patrząc nań, roskoszował się , przedrwiwając ka- 
żdego, co w niem robił. Przedniejsi w niem byli: S. Sołtyk, 
kasztelan, 80-letni starzec; podpułkownik Krzyżanowski,' Ci- 
cho wski, Plichta, Grzymała, Zabłocki, ksiądz Dembek, Prą- 
dzyński. Ksiądz Dembek umarł; Sabiński zabił się; wielu innych 
w tym smutnym tarasie życie sobie odjąć usiłowało. 

Zaczęły się inkwizycje wszystkich, złożone z połowy Moskali, 
z połowy Polaków, iłiestety! pan Zamojski prezydował w nich, 
Nowosilcow rej wodził, Kuruta, Rautensztrauch i wielu innych 
zasiadali. Rok cały trwały inkwizycje, nakoniec mimo nastawań 
w. księcia i Nowosilcowa, by obwinieni sądem wojskowym są- 
dzeni byli, Mikołaj tą rażą trzymając się niby konstytucji, po- 
stanowił, że podług niej sąd sejmowy miał sądzić. 

Zwołany więc senat. Godzien z zamkniętemi oknami karety, 
otoczone mocną strażą konną, woziły obwinionych do pałacu 
Krasińskich, gdzie się sąd zgromadzał. Wojewoda Bieliński 



317 

prczydował. Pozwolono obwinionym mieć obrońców; mówili 
i sami. Sąd nie postrzegłszy w obwinionych żadnego sprzysię- 
żenia, żadnej zbrodni stanu, Krzyżanowskiego na kilkoletnie, 
innych na mniejsze jeszcze więzienie osądził. Senat prawie cały 
zachował godność swoją. Książę Adam Czartoryski zachował 
w tem dziele całą czystość duszy i nieobzieranie się na skutki. 
On to wojewodę Bielińskiego, męża uczciwego, a nawet słabo- 
myślnych, do męztwa zagrzał. Dwóch tylko z senatu, jenerał 
Wincenty Krasiński i wzór nikczemnej podłości Czarnecki, od- 
strychnęli się od innych i obwinionych na śmierć skazali. 
Wielki kniaź i Nowosilcow nie posiadali się ze złości. Pierwszy 
niesłychanem zuchwalstwem cały senat na więzienie w Warsza- 
wie skazał. Więźniowie przeciw wyraźnemu prawu w konsty- 
tucji, że Polak za szrankami królestwa więzionym być nie może, 
do Petersburga zaprowadzeni. 

Nie stałoby papieru, by opisywać wszystkie srogości i sza- 
leństwa carewicza Konstantego, Nie było dnia jednego bez nich, 
a wszystkie biorące swe źródło w tchórzostwie i podejrzliwości 
bez granic. Zakazywał wszelkich zagranicznych dzienników 
i książek. Ktokolwiek z zagranicy powrócił, mężczyzna czy ko- 
bieta , wraz od rogatek żołnierz siadał na powóz i nie do domu, 
l«cz do Belwederu do carewicza go zawoził : dopieroż inkwi- 
zycja, szukanie listów i książek i bez powrotu zatrzymywanie je 
na zawsze. Tak między innymi straciła swe książki pani Toma- 
szowa Łubieńska i pani Nakwaska; tak i do mnie list w litera- 
rackim interesie z Paryża pisany, przez dyrektora policji, a od- 
pieczętowany przez w. księcia, był mi oddanym. 

Wybuchła wojna z Turkami. Car Mikołaj po długiem oblę- 
żeniu Warny, w czasie którego zawsze na okręcie się znajdował, 
powrócił do Petersburga. Lubiący się przenosić z miejsca na 
miejsce , umyślił pokazać się w Warszawie. Nakazał koronację 
i sejm, pod kondycją, by ten nic nie radząc, nie stanowiąc, był 
tylko uroczystości przytomnym. Ileż zatrudnień i wydatków do 
świetności aktu tego! Senat na nowo musiał się ulamować 
w hafty srebrne; szkarłatne niegdyś szaty Czarnieckich, Chod- 
kiewiczów, miały więcej powagi. Odnowiono obydwie izby sej- 
mowe, odnowiono tron, niestety! tak krótko trwać mający. 
Wysadzono się z przepychem, jakby zgadując, że to już raz 
ostatni. Przyjechał car w maju 1829 do Jabłonny z żoną i dwu- 
nastoletnim synem swoim Aleksandrem. 

Tymczasem lubiący wszystkie gwałtowne zatrudnienia, W. 
książę Konstanty, jak najlepszy burgrabia, zajmował się upo- 
rządkowaniem zamku. Nowosilcow pękał się ze złości na ten 
obchód, przypominający, że jest jakaś Polska. Chciał najprzód, 
by Mikołaj położył tylko koronę na łokciu, gdyż w Moskwie 
koronujący się carem już przez to jest i królem polskim. Gdy 
jednak to odrzucono, uparł siei otrzymał, że korona carska 



318 

Sprowadzona będzie z Petersburga i że tą car koronować ńę 
będzie. Do sprowadzenia jej naznaczony mistrz ceremonji , naj- 
nikczemniejsze w świecie stworzenie, Żaboklicki. Można się 
stać głośnym przez nikczemność i podłość, gdy do ostatniego 
posunięte stopnia, równie jak i przez czyny szlachetne. W kilku 
słowach skreślimy wizerunek płazu tego. Żaboklicki, dobry 
z przodków szlachcic, urodził się w Przemyskiem, dzisiaj 
Galicji. W młodości miał postać ładnej dziewczynki; szczupły, 
biały, składny, zaczął on zawód swój od palestry i mówią, że 
dość pomyślnie stawał u kratek. Wojewodzanka Potocka upo- 
dobała sobie to niewieście stworzenie. Natychmiast Żaboklicki 
zapuścił czuprynę i po francusku się przebrał. Porządnie pod- 
doiwszy wojewodzankę, za pieniądze jej puścił się na podróż do 
Włoch, udając, jak wielu naszych, hrabiego; powrócił do War- 
szawy za sejmu Ponińskiego , przeora naówczas w Polsce kawa- 
lerów maltańskich; a że u tego wszystko było przedajnem, ku- 
pił sobie krzyżyk maltański. Nadęty tą nową ozdobą, pchał się 
bezczelnie do towarzystw najpierwszych, a przez kobiety otrzy- 
mał od Stanisława Augusta klucz szambelański. Wydały się 
jednak wojewodzanki pieniądze, trzeba było wrócić do Lwowa 
do podeszłej kochanki, szukać nowych posiłków. W czasie 
sejmu 1788 roku, rewolucji Kościuszki i pobytu mego w Ame- 
ryce, straciłem z oczu Żaboklickiego. Za powrotem moim 
z Ameryki, oprócz że lata uczyniły go zeschłą, pargaminową, 
maleńką figurką , co do moralności żadnej w nim nie znaiaidem 
odmiana : toż samo pięcie się do najpierwszych towarzystw , toż 
samo usiłowanie podłością i podchlebstwami rozbroić pogardę, 
toż samo nadskakiwanie będącym przy władzy i kredycie. 
Francuzi pogardzili tą lalką, lecz kroi saski na przedstawienie 
jego, że był szambelanem za Stanisława Augusta, potwierdzi) 
mu ten urząd. Jeździło więc to drobne stworzenie do Drezna, 
by w Pilnitz latem pełnić szambelańską służbę ; złote jednak 
żniwo jeszcze się dla niego nie zaczęło, aż za wngściem 
Moskali. W nich bowiem pierwszemi cnotami : podłość i ni- 
kczemność. 

Jakoż skoro tylko w 1813 roku weszli Moskale do Warszawy, 
wraz Żabsztel rzucił się w objęcia ich, nie zrażony oziębłością, 
z którą miłoście te były przyjmowane* Nie ma atoli przeci- 
wieństw, którychby podła i bezczelna wytrwałość nie zmoria. 
W tych jednych tylko śmiały, napisał list do cara Aleksandra, 
prosząc go, by mu raczył dać urząd ministra ceremonji z pensją 
i mieszkaniem w zamku, i wszystko otrzymał. Już na tym urzę- 
dzie zastał go Mikołaj. Za ogłoszeniem, że chce się koronować 
w Warszawie, wyprawiono go więc na ąranice Królestwa, by tam 
odebrał od ministra ceremonji moskiewskiego carską koronę 
i do Warszawy ją przywiózł. £tykieta przepisywała , żeby ko- 
rona jechała w dużej poszóstnej karecie, siedząc na tyle, mistrz 



319 

zaś ceremonji na przodzie. Ci, co na podróż tę patrzyli, powia- 
dali mi, że nic nie było pocieszniej szego jak patrzeć na Źabo- 
klickiego, poroszonego dwoma uczuciami: raz pychą, że siedzi 
naprzeciw tej djamentowej wszelkiej potęgi oznaki, znów głę- 
bokiego uszanowania dla mej, dumniejszy tą wyprawą, niż Cezar 
gdy Gallów podbił. Mikołaj na stworzenie to, cel wszystkich 
szyderstw, wrzucił czerwoną wstęgę ś. Stanisława. Pierwszy 
raz wtenczas zaczerwienił się Żabsztel. Odtąd niespracowany 
w garderobie , jak ze szpontonem stał wyprężony z laską przed 
stołem, gdy car obiadował publicznie. 

W dzień rewolucji, by ujść niebezpieczeństwa, dobył sza- 
belki i pomiędzy zagorzałym ludem chodził jak nieustraszony 
insurgent. Dziś, gdy car wyrzekł się zamku i Paszkiewiczowi go 
ustąpił, Żabsztel z laseczką swą czarną w 85. roku życia łazi 
przed nim. O cudo nałogu ! Nie wiem, czemu się tak długo nad 
tem stworzeniem rozwodziłem; śmieszne i podłe, lecz ilu wino- 
wniej szych od niego! 

W zostawionych papierach moich w Warszawie był Dziennik 
tego niby to sejmu koronacyjnego; pewnie zaginął. Kilka więc 
tylko okoliczności epoki tej położę. Wielki kniaź Konstanty 
pojechał do Jabłonny przywitać cara; zwyczajne, między braćmi 
silnie w gruncie serca nienawidzącemi się , ludybria. Mikołaj 
kazał synowi upaść do nóg Konstantemu. Nie uśmierzyło to je- 
dnak złego humoru: nie mógł darować bratu, że panował, lubo 
sam panować lękał się ; złość jego ztąd wybuchała ustawicznie. 
Nazajutrz, w dzień koronacji, całe wojsko polskie i moskiewskie 
wystąpiło pod broń. Wszędzie rusztowania dla patrzących, su- 
knem karmazynowem wybite. Krótka droga z zamku do ko- 
ścioła takiemże suknem wysłana. Carowa ubrana w kolory 
narodowe, pierwsza przyjechała karetą, dalej sam car; nakoniec 
brat jego był obok niego. Nim car zsiadł z konia na znak po- 
dziękowania, ścisnął Konstantego za rękę; ten uchwyciwszy 
carską , ucałował ją. Co za judaszostwo ! 

To pierwsze przybycie nowego cara do zamku królów pol- 
skich, przywodzi mi na myśl, żem podobno w pamiętnikach 
tych opuścił okoliczność, wypadłą dziesięć lat wprzódy: gdy 
car Aleksander w roku 1815 z kongresu wiedeńskiego pierwszy 
raz do Warszawy zawitał. Ciekawość widzenia nowego pana, 
zebranie na pokojach uczyniło licznem. Coly senat, ministrowie, 
rada stanu, co tylko było przedniejszego w kraju, zebrało się na 
powitanie monarchy. Gdy wszyscy czekają powrócić mającego 
z cerkwi Aleksandra, wpada brat jego Konstanty, zaperzony, 
zapieniony i krzyczy: — Won ztąd cywilni, sami tylko wojskowi 
dziś prezentować się mają ! — Trzeba było widzieć osłupienie 
nasze; nie było długie. Konstanty, gdzie tylko mógł cywilnego 
uchwycić za ramię, wypychał go za drzwi. Runęli więc wszyscy, 
starcy i młodzi, duchowni, biskupi, tłumem cisnęU się na 



320 

schody, nie jeden szwank niemały poniósłszy. Dziś inna zaba- 
wiła nas scena. 

Mikołaj pochlebiając się bratu jak tylko mógł, w dzień 
przyjazdu zaprosił się do niego na obiad, i dla zabawy udał się 
do pałacu Brylowskiego , gdzie sig wtenczas przeniósł Kon- 
stanty. Lud nasz pamiętny ludzkości i przystępności Stanisława 
i Fryderyka Augusta, cisnąć się około Mikołaja zaczął, gdy ktoś 
z policji , chcąc tłum ten rozegnać , krzyknął głośno : Wielki 
książę Konstanty ! — Na głos ten cały tłum ludu jak piorunem 
rażony, rozpierzchnął się na wszystkie strony. Mógł naówczas 
Mikołaj widzieć, pod jak okropnego monstrum rządy poddał 
naród polski. 

W kilka dni nastąpiła uroczystość koronacji, i podług zwy- 
czaju, wylew łask rozmaitych. Tu uważać należy, że kilku go- 
dzinami, nim król biorąc koronę, zaprzysięgał konstytucję, 
wiele jej artykułów zgwałcił bezczelnie , mieszając władze kon- 
stytucją oddzielone , radców stanu mianując senatorami. Nie 
wspominam rozdania orderu Orła białego, ozdabiając nim okry- 
tych powszechną pogardą ludzi, jako to: Czarneckiego, Win- 
centego Krasińskiego i innych podobnych. 

Przecież rzecz zadziwiająca, że Mikołaj przystępując do za- 
przysiężenia konstytucji, tak rzewnie płakać zaczął, iź łkania 
na kilka minut przerwały mu głos mówienia. Zkądże to rozrze- 
wnienie w duszy tak twardej , tak nieludzkiej , tak okrutnej ? 
Niech to fizjologowie rozwiążą. Po koronacji, gdy prymas Wo- 
ronicz zawołał: « Vivat rex in aetemumi)), cichość powszechna; 
nikt głosu tego nie powtórzył; taki bowiem był rozkaz. Każdy 
głos ludu, radości nawet, niemiły jest despotom. — Sejm zwo- 
łany, był tylko przytomnym, lecz do żadnej sprawy nie wolno 
mu było przystąpić. 

Nie zbywało na festynach. Senat i posłowie w pałacu skar- 
bowym dali bal wspaniały, niemniej książę Czartoryski i ordy- 
nat Zamojski. Car dawał w Łazienkach pomniejsze dla wybra- 
nych bale; miasto gorzało ogniami z rożnami w przezroczach 
fodłami. Dana była nadto dla pospólstwa biesiada : stoły mię- 
zy Ujazdowem a Łazienkami , setne stoły zastawione rozmaite- 
mi mięsiwami, drobiem, chlebem, piwem i wódką. Lud ten 
jednak nie wiele tego używał i bynajmniej nie był wesoły. 
Powyżej tych stołów były wyniesione altany, gdzie carostwo 
oboje, królewicz Pruski, księżna Weimarska z córkami siedzieli. 

W. książę Konstanty, lękający się najmniejszego tłumu, są- 
dzący o pospólstwie naszem jak o moskiewskiem , mniemał ie 
będzie i pijaństwo i towarzyszące mu kłótnie i wrzawy. Przygo- 
tował więc wszędzie kadzie z wodą czarną farbą zaprawne, 
z przyprą wnemi do nich sikawkami , z rozkazem, że gdziekol- 
wiek najmniejsze zajdzie zamieszanie , by tam tą czarną wodą 
sikać 1 wraz naznaczonych nią porywać i do więzienia prowa- 



321 

dzić po odebranie liczby oznaczonych knutów. Nie było jednak 
tego potrzeby. Lud cały zachował się cicho, spokojnie, smutnie. 

Dowiedziałem się atoli od jednego, już za granicą, że nie 
tylko sikawki, lecz silniejsze potrzebne były środki ostrożności. 
Wybuchnięta blisko rokiem później rewolucja okropniej szym 
sposobem dnia tego spełnić się miała. Szkoła podchorążych ze 
studentami, a może i wojskiem otaczającem altanę carowską, 
postanowiła była dnia tego do całej carskiej rodziny , wziąwszy 
każdego za cel, dać ognia kulami i jednym razem całe gniazdo 
samowładców zgładzić. Zabrakło serca temu , co miał dać znak 
wystrzału. Bóg nie dopuścił, by naród polski skaził się tern 
zdradzieckiem zabójstwem, mniej winnych, na sroższe zachował 
nieszczęścia ! 

Jedną jeszcze z tej epoki przypomnieć muszę okoliczność, 
z innemi związek mającą. Od roku i więcej zajmowałem się na 
posąg Kopernika składką publiczną, a nadewszystko hojnem 
przyczynieniem się niezgasłej pamięci najgorliwszego obywa- 
tela, księdza Stanisława Staszyca, w Rzymie przez Torwaldsena 
ulanego. Jako prezes Towarzystwa Przyjaciół Nauk , a bardziej 
jak miłośnik sprawy narodowej, nie żałowałem w tej mierze 
trudów. Pan Norblin, urodzony ^ Polsce, ulał ten posąg. 
W początkach więc maja już był do postawienia gotów, już za- 
łożono fundamenta, gdzie na pargaminie w puszce blaszanej 
złożono imiona prezesa i wszystkich członków towarzystwa. 
Architekt chybił w proporcji podstawy. Dzień 5. maja wybrano 
za dzień uroczystości. Że to była rzecz publiczna, a zatem po- 
trzebowała oznajmienia rządowi, napisałem do Mohrenheima, 
sekretarza w. knazia Konstantego, jako dyskrecjonalną władzę 
mającego od cara, prosząc go, by o tem w. księcia Konstantego 
uwiadomił. Dowiedział się o tem najzawziętszy Polski nieprzy- 
jaciel, Nowosilcow. Widząc, że w. książę zezwalał, przypadł do 
niego. — Przebóg, co czynisz? — rzecze — zważ jaki tłum po- 
spólstwa będzie na tej uroczystości, zważ kto będzie mówił: 
najzapaleńszy Polak, naj główniej szy nieprzyjaciel Rosji. Gotów 
on użyć tej chwili, by publiczność całą zapalić i pobudzić do 
buntu. — Konstanty, któremu mniej potrzeba było, by wzbudzić 
wszystkie podejrzenia i trwogi, rzekł: — Masz rację — i obra- 
cając się do Mohrenheima : — Napisz zaraz do Niemcewicza, by 
wprzód przemówkę swoją dał mi do przeczytania. — Uczynił tak 
Mohrenheim , a ja, nie chcąc dać Nowosilcowi prawa wtrącania 
się w rzecz naszą, odpisałem, że gdy tyle trudności, odsłonienie 
posągu Kopernika może się obejść bez żadnej mowy. — Czy 
widzisz starego rewolucjonistę ? — rzekł Konstanty. — Cóż mu 
to szkodzi, że ja mowę jego przeczytam. — Tu Mohrenheim, 
człowiek dobry , rzekł mi : — Pocóż masz się dłużej spierać ? 
Pójdź sam i przeczytaj mu, co masz mówić. Czas naglił, pierw- 
szy raz w życiu mojem udałem się do Belwederu , do w. kniazia. 

NIEMCEWICZ, Pamiętniki. 21 



322 

Wpuszczony bez czekania) rzekłem: Książę! nie chciałeś za- 
ufać rozsądkowi memu. Żądałeś czytać wprzód mowę moją: 
owoż ją masz. — To mówiąc , wręczyłem mu tłumaczoną po 
francusku krótką przemówkg moją. Zaczął ją czytać. Wkrótce 
zmarszczywszy białe brwi swoje, z opryskliwym jak zwykle to- 
nem zawołał: — Jakże śmiesz chwalić obywatelstwo łajdaka 
tego Staszyca? — Staszyc — rzekłem — był człowiek powsze- 
chnie szacowany. Nadto , mógłżem zamilczeć , że on ledwie nie 
w połowie przyczynił się do kosztów posągu tego? — No! — 
rzecze — to można powiedzieć , bez żadnych innych pochwał — 
i oddając mi papier, dodał 1 — Przyrzecz mi, że nic więcej nie 
powiesz nad to, co tu jeat napisanem. — Przyrzekam — rzekłem 

— nadto niepokalany pan Nowosilców będzie obrządkowi temu 
przytomnym; on w^ięc zda raport. — Na to słowo po francusku 
wyrzeczone «immacule«, z prawdziwą wściekłością porwał się 
Konstanty: — Qu'est ce que c'est que ce persiflage(!), vous 
n'aimez pas Mr. Nowosiltzoff, parce qu'il est contrę vos idees de 
libertę, de nationalite, d'emancipation ? Śavez vous que Mon- 
sier Nowosiltzoff est Thomme qui a rendu le plus grand service 
a TEmpire Eusse ! Je ferai mon rapport a PErapereur sur votre 
audace. — Widząc, że napróźno było dalej mówić, rzekłem mu : 

— Je suis fache d'avoir deplu a votre Altesse — poczem 
skłoniłem się i odszedłem. Wkrótce atoli dowiedziałem się, że 
w. książę żałował swego uniesienia i kazał mi to powiedzieć. 

Tu właśnie miejsce nadmienić, zkąd pochodziła ta zawzię- 
tość w. knazia przeciw Staszycowi. Staszyc urodzony z duszą 
pełną gorliwego obywatelstwa , w młodości chwytał się rozmai- 
tych nauk: teologji, mineralogji, literatury; wędrował po Fran- 
cji, pisał o polityce, statystyce, pisał nawet poema o rodzie 
ludzkim, wierszem nierymowym, z wymyślonemi przez siebie 
nowemi, dzikiemi wyrazami i obrotami. Wydal to poema 
i dzieła swoje ozdobione rycinami z niesłychanym przepychem. 
Znając srogośó cenzury brzydkiego Szaniawskiego, cały pyszny 
nakład dzieł swoich oddał w schowanie Towarzystwu Przyjaciół 
Nauk. Mimo tajemnicy atoli, ultra-świętoszki nasze, nienawi- 
dzący liberaln3'ch zdań Staszyca, znaleźli sposób doniesienia 
przez Nowosilcowa w. księciu , że dzieło Staszyca nie tylko było 
bezbożnem, lecz burzącem naród przeciw najwyższej władzy. 
Dosyć na tem. Posyła popędliwy Konstanty swoich Seidów 
z żołnierzami, odbija skład, gdzie było to dzieło, porywają 
wszystkie egzemplarze i do Belwederu do w. księcia przywożą. 
Któż uwierzy? Barbarzyniec ten, jak drugi Kalif Omar , przez 
całą zimę innego na kominku swym nie miał opału, jak egzem- 
plarze dzieła Staszyca. Na honor mój za prawdę ręczę. 

Wracam do obchodu odkrycia posągu Kopernika. Odbył się 
on dnia 5. maja 1829 ; od dawna fundament i podstawa już były 
gotowe. Napisaliśmy program, podług którego, jak należało, od 



323 



mszy ś. w kościele ś. Krzyża uroczystość zacząć się miała. Cała 
publiczność z weselem czekała tej chwili. Całe przedmieście 
Krakowskie napełnione było tłumami ludu. Na gruntach domu 
Towarzystwa stangła muzyka i śpiewacy, którzy stosowny do 
uroczystości hymn wykonywać mieli. Zebrani wszyscy członko- 
wie, udaliśmy się do kościoła, lecz jakież było nasze zadziwie- 
nie, gdy zamówionej mszy nie zastaliśmy. Później dowiedziałem 
się tego przyczyny. Duchowieństwo nasze naówczas , oprócz nie 
wielu światłych i przykładnych , dzieliło się na dwie części : na 
rozwiązłych i na fanatyków. Ci się tajemnie złączywszy, posta- 
nowili: że ponieważ Kopernik systematem swoim zgrzeszył 
przeciw Pismu św. i wyklętym został przez papieża , uczcić ob- 
chód jego mszą ś., byłoby świętokradztwem. Wyszliśmy nako- 
niec z kościoła. Stanąłem na postumencie i krótką uczyniłem 
przemowę, w ówczasowych gazetach znajdującą się. Zasłona 
przykrywająca posąg spadła, zabrzmiała huczna muzyka i hymn 
stosowny do okoliczności, okrzyki ludu rozdzierały powietrze. 
Niestety ! ostatni to był dzień naszej radości ! 

Jeszcze tu jedną okoliczność położyć muszę, dowodzącą, że 
barbarzyński wielki kniaź Konstanty nie znał innej roskoszy jak 
przykrość ludziom wyrządzać. Wkrótce po poświęceniu posągu 
Kopernika i przyjeździe cara na koronację, przybył z Berlina 
■do Warszawy sławny wędrownik Humboldt, niedawno z powro- 
tem z podróży swej na Ural, do Syberji, aż na granicę chińską. 
Że przed rokiem obraliśmy go byli członkiem Towarzystwa na- 
szego, by uczcić tak znakomitego mędrca, daliśmy dla niego 
wielki obiad. Dowiedział ńę o tem wielki książę Konstanty. Cóż 
robi? Z rana tegoż samego dnia zaprasza pana Humboldta na 
obiad do siebie i od godziny 2. trzyma go do 6., naigrawając 
i śmiejąc się ustawnie do swoich, że nam figla wyrządził. 

Humboldt jest zapewne jednym z pierwszych uczonych 
w historji naturalnej i jeograCi; lecz nie widziałem gadatywusa 
większego. Gdy był na sesji naszej, zamiast odpowiedzenia na 
komplement, który mu uczyniłem, przez więcej półtorej godziny 
trzepał nam ustawnie o podróżach swoich; toż samo u stołu, 
toż samo za każdem spotkaniem. 



KONIEC. 



DSUKIBM F. k. BBOCKHAUSA W LIPSKU.