(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Biodiversity Heritage Library | Children's Library | Advanced Microdevices Manuals | Linear Circuits Manuals | Supertex Manuals | Sundry Manuals | Echelon Manuals | RCA Manuals | National Semiconductor Manuals | Hewlett Packard Manuals | Signetics Manuals | Fluke Manuals | Datel Manuals | Intersil Manuals | Zilog Manuals | Maxim Manuals | Dallas Semiconductor Manuals | Temperature Manuals | SGS Manuals | Quantum Electronics Manuals | STDBus Manuals | Texas Instruments Manuals | IBM Microsoft Manuals | Grammar Analysis | Harris Manuals | Arrow Manuals | Monolithic Memories Manuals | Intel Manuals | Fault Tolerance Manuals | Johns Hopkins University Commencement | PHOIBLE Online | International Rectifier Manuals | Rectifiers scrs Triacs Manuals | Standard Microsystems Manuals | Additional Collections | Control PID Fuzzy Logic Manuals | Densitron Manuals | Philips Manuals | The Andhra Pradesh Legislative Assembly Debates | Linear Technologies Manuals | Cermetek Manuals | Miscellaneous Manuals | Hitachi Manuals | The Video Box | Communication Manuals | Scenix Manuals | Motorola Manuals | Agilent Manuals
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Pisma. Wyd. kompletne, uzup. pismami pomiertnemi, pod red. Zygmunta Wasilewskiego"

'^. .«Ł.rfEr.* 



Pi 



istna 



€oszczgńskicgoi 



'Com drugi 




LWó^^—TOWARZYSTWO WYDAWNICZE— I90 



$ 



PISMA 

SEWERYNA GOSZCZYŃSKIEGO 



II 



>" <f cl 

PISMA 

SEIERYKIi GOSZCZYŃSKIEGO 



WYDANIE KOMPLETNE 
UZUPEŁNIONE PISIUAMI POŚMIEETNEMI 

POD REDAKCJĄ 

ZYGMUNTA WASILEWSKIEGO 

TOM n 



,%. Liowackiegc io# 




LWÓW-WARSZAWA 

NAKŁADEM TOWARZYSTWA WYDAWNICZEGO 
1904 




72523 



KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI. 



PIEŚNI OSSJANA 



PRZEDMO^A^A TŁUMACZA. 



Zarzuceni tłumaczeniami Wirgilj uszów, Horacju- 
szów, Owidjuszów i tym podobnych us%óiv i nie 
nszóiv, nie mogli Polacy doczekać się w swoim ję- 
zyku Ossjana. Jeżeli się co pokazało, to były raczej 
naśladowania, i takie naśladowania, że z nich trud- 
no było powziąć prawdziwe wyobrażenie o duchu 
tego poety. A przecież to poeta ludu północnego, 
pokrewnego nam z tylu względów; malarz nieprze- 
wyższony swojego narodu, wieku i uczuć tak sym- 
patyzujących z naszemi. Dzięki czasowi i nowszemu 
pokoleniu, że prawą opinją powraca każdemu, co mu 
wydarte lub zaprzeczone było. W duchu tej opinji 
niosę moim ziomkom ofiarę z tłumaczenia poezji Os- 
sjana. Czy będzie ich godna, czy nie, zostawiam to 
ich sądowi. Starałem się przynajmniej schwycić duch 
oryginału i przelać go jak najwierniej; dla tego 
obrałem prozę, jak jest w angielskim przez Macpher- 
sona przekładzie. 

Mógłbym tu skończyć przedmowę, gdybym nie 
czuł, że bez kilku objaśnień wstępnych czytanie tych 
poezji nie każdemu byłoby łatwe i zupełnie zrozu- 
miałe. 

Kaledończycy, przodkowie dzisiejszych Szkotów, 

PISMA OOSZCZYtiSKIEBO. IV. 1 



PRZEDMOWA TŁUMACZA 



ziomkowie Ossjana, byli szczepem Celtów, a z Galji 
wyszli. Osiedli naprzód brzegi Brytanji, sąsiedzkie 
stałemu lądowi; zczasem posunęli się do Szkocji, 
nakoniec do Irlandji się rozszerzyli. Sposób życia, 
klima, wyobrażenia religijne, okoliczności utworzyły 
z nich naród hartowny, burzliwy, wojenny i stra- 
szny samym E-zjonianom, panującym w Brytanji po- 
mimo murów Agrykoli. 

Żyli oni rozdzieleni na pokolenia (klany), pod 
teokratycznem panowaniem druidów. Od druidów za- 
leżał wybór wodza (Fer-Gubreta) na przypadek wojny 
i władza jego. 

Nieustanne wojny o ile powiększały powagę wo- 
dzów, o tyle pomniejszały znaczenie druidów. Po- 
woli wodzowie zaczęli smakować w rządach i przy- 
właszczać sobie najwyższą władzę. Stąd urosły krwawe 
spory między niemi i druidami, szkodliwe zawsze 
tym drugim, a które się skończyły na zupełnem ich 
wytępieniu. 

Trenmor, dziad sławnego w Ossjanowych pieśniach 
Fingala, zadał im cios ostatni i ogłosił się królem. 
Co zostało z druidów, to się kryło po skałach lub 
obwodach potęgi, gdzie guślarskie obrzędy podały 
ich do reszty w obmierzienie ludu. 

Po upadku druidów wystąpili uczniowie ich, bar- 
dowie. Jako nadAVorni poeci królów i znakomitych 
w pokoleniu rodzin, znacznie się im zasługiwali, 
wielbiąc czyny to przodków, to ich własne; za to 
też osoby bardów za święte poczytywano. Oni w imie- 
niu pana swojego w}'powiadali wojnę, układali się 
o pokój, zagrzewali wojsko do boju pieśniami, przod- 
kowali przy sypaniu pomników poległym i każdą 
ucztę ożywiali: nakoniec przeżyli swoich protektorów 
instytucją, a jeszcze dłużej pieśniami, Ale nad wszy- 
stkich podniósł się Ossjan, syn Fingala, króla Mor- 
wenu. Jego śpiewy trwały czternaście wieków już to 



PRZEDMOWA TŁUMACZA 



W podaniach ludu szkockiego, juz to w starych rę- 
kopisach, dopóki Macpherson, nauczyciel w domu 
Grahamów, nie zajął się ich zebraniem. Nie przesta- 
jąc na rękopisach, odbył w r. 1760 i 1761 podróż 
do północnej Szkocji oraz przyległych wysp i ze- 
brane zabytki poezji Ossjana ogłosił w prozie an- 
gielskiej. Dotąd nie mamy dokładniejszego nad to 
tłumaczenia. 

Treścią poematów Ossjana jest: ustanowienie kró- 
lestwa Kaledońskiego w północnej Szkocji przez 
Trenmora, a w północnej Irlandji przez jego syna 
Konara; osiedlenie się Firbolgów, wychodźców Bry- 
tanji, w południowej Irlandji; wojny Kaledończ3'^ków 
z Firbolgami, Skandynawami, Rzymianami i innemi; 
czyny rodziny Ossjanowej, jego własne, a mianowi- 
cie Fingala, jego ojca. Widownią tych zdarzeń są: 
północna Szkocja z przyległemi wyspami (dawny Mor- 
wen), Irlandja (dawny Eryn) i półwysep Jutlandzki 
(Lochlin podług Ossjana). 

Mało nas doszło szczegółów z życia kaledońskiego 
poety. Z jego pieśni przekonywamy się, że żył w dru- 
giej połowie trzeciego wieku po Chrystusie. Z po- 
dań i z jego słów własnych dowiadujemy się , że 
był synem i następcą króla Fingala, że na starość 
wzrok utracił i pędził życie tułacze w dumaniach 
i pieśniach o przeszłości. 

Przypisy do poezji Ossjana i rozważne czytanie 
samego tekstu staną za wszystko, coby się dało i)o- 
wiedzieć o charakterze, religji, zwyczajach i tym 
podobnych szczegółach kaledońskiego ludu. Nie wi- 
dzę więc potrzeby napychać tem przedmowy. Nie mam 
także powodu wdać się w rozstrzyganie: czy był, lub 
nie był Ossjan na świecie, czy te poemata są jego 
lub Macphersona tworem, i innych sprzeczek. Ja 
przynajmniej z dowodów za i przeciw powziąłem 
przekonanie, że nie można zaprzeczyć bytu Ossjana 

1* 



PRZEDMOWA TŁUMACZA 



i starożytności tych poematów; zresztą wygrana czy 
przegrana nie zmieni ich wartości. 

Wielu zapewne z czytających uderzy w tern tłu- 
maczeniu chropawość języka, niezwykłe wyrażenia, 
jednem słowem, styl nie wszędzie nowoczesny, okrze- 
sany, konwencjonalny; ale kto rozważy, że te poezje 
są z wieku tak różnego od lat naszych, że należą 
do ludu tak dalekiego od nas oświatą i językiem, 
ten mię usprawiedliwi i niejeden błąd mniemany za- 
letą nazwie; mniemany błąd mówię, bo nie chcę 
wszystkich błędów ubarwiać tym pozorem i własne 
grzechy na Ossjana zwalać, Ale robiłem, jak mogłem, 
nie jak chciałem. Najszczęśliwszy będę, jeśli mię ktoś 
lepszem tłumaczeniem zawstydzi! 



Roku 1832 pisano. 



KATLODA. 



PIESN PIERWSZA. 



Fingal odwiedzał raz w Inistorze swojego przyjaciela 
KatuUę, króla tej wyspy. W powrocie do Szkocji zapę- 
dzony został przez burzę ku brzegom Skandynawji, gdzie 
w zatoce Utornu, niedaleko Gormalu, stolicy Starna, króla 
lochliuskiego, swojego dawnego nieprzyjaciela, musiał 
zarzucić kotwicę. Skoro Starno dowiedział się, że cudzo- 
ziemcy wylądowali, wnet przyszedł nad zatokę z oddzia- 
łem wojska. Reszta jest treścią poematu. 
Starno wzywa Fingala na ucztę; Fińgal odrzuca we- 
zwanie, bo nie wierzy Starnowi. Noc. Dutmaruno radzi 
dawać baczno.ść na nieprzyjaciela. Sam Fingal idzie na 
zwiady: zbliża się do nieprzyjaciela i trafem przychodzi 
do jaskini Turtoru, gdzie Starno więził Konbankarglę, 
córkę sąsiedzkiego książecia. Ten ustęp niezupełny, bo 
ta część oryginału zaginęła. Fingal spotyka Starna i Swa- 
rana, którzy badali ducha Lody. Walka ze Starnem. Opi- 
sanie chmurnych sal Krutlody. 



Powieść przeszłości. 

Dla czego, niewidomy wędrowcze, który toczysz 
oset po Lorze, dla czego, wietrzyku doliny, odbiegłeś 
mojego uclia ? Nie słyszę ani szumu dalekiego stru- 



PIEŚNI OS8JANA 



mienia, ani dźwięku arfy od skały! Przybądź, łow- 
czym Luty *), wróć bardowi jego duszę! 

Widzę jeziorzysty LocMin i czarne skały zatold 
Utornu, gdzie Fingal z morza, ze szumu wiatrów na 
brzeg wysiadł. Niewielu bołiaterów morweńskicłi 
w nieznajomym kraju! Starno wysłał mieszkańca 
Lody zaprosić Fingala na ucztę. Ale król przypo- 
mniał sobie przeszłość, i zemsta się w nim ocknęła! 

»Nie ujrzy Fingal ani omszonych wieź Gormalu, 
ani Starna! Nad jego pyszną duszą krąży śmierć, 
jak pomrok! Alboź to ja zapomniałem o promieniu 
światła, białoramiennej córze królów? **) Odejdź, synu 
Lody. Jego słowa są dla Fingala wiatrem; wiatrem 
są, który jesienią toczy po dolinie już tu, już tam 
osty ! « 

»Dutmaruno, ramię śmierci, Krommaglasie z że- 
lazną tarczą, Strutmorze, mieszkańcze skrzydeł boju, 
Kormarze, którego okręt bezpiecznie się przemyka, 
jak szlak błyskawicy po ciemnopłynnych obłokach! 
Powstańcie, otoczcie mię w nieznajomym kraju, dzieci 
bohaterów! Niech każdy pojrzy ku swojej tarczy, 
jak Trenmor; znijdź do mnie, król tak mawiał, ty, 
co mieszkasz między arfami, odeprzyj ten strumień 
albo zamieszkaj ze mną w ziemi !« 

I otoczyli go pełni odwagi. Żadne słowo nie wy- 
szło; porwali się do oszczepów. Każda dusza w so- 
bie się zamknęła. Nakoniec znagła się podniósł ło- 
skot ich tarcz dźwięcznych. Każdy wstąpił na pa- 
górek śród nocy: stanęli pojedynczo i posępnie. Cza- 
sami przełamywał się dźwięk ich pieśni przez zabu- 
rzone wiatry. Nad niemi przechodził pełny księżyc. 
Przyszedł wysoki Dutmaruno w zbroi ze skalistego 
Kromacharnu, najzapaleńszy łowiec na dzika. Prze- 



*) Mai wina. 
**) Agandeka. 



bywał on fale w czarnej łodzi, kiedy się ocykały 
lasy Krumtormu. Ukazywał się między wrogami na 
polowaniu. Dutmaruno, ty nie znasz co trwoga! 

»Synu Komhala!« mówił on, »czy mam ja puścić 
się naprzód nocą ? Czy mam popatrzeć przez moją 
tarczę na błyszczące ich wojsko ? Starno, król jezior, 
i Swaran, nieprzyjaciel obcych, są przede mną. Da- 
remne są ich słowa przy kamieniu potęgi. Nie wróci-li 
Dutmaruno, to małżonka jego samotna będzie w ro- 
dzinnej ziemi, na dolinie Kratmokraulu, gdzie się 
spotykają dwa wrzące strumienie. Dokoła są wzgó- 
rza z lasami, a w pobliżu bujający ocean. Mój syn, 
młody pól wędrowiec, przypatruje się wrzaskli^yym 
wodnym ptakom! Daj Kandonowi głowę dzika i opo- 
wiedz mu radość ojca, kiedy najeżony siłacz Itornu 
natknął się na jego podniesiony oszczep! Powdedz 
jemu o moich dziełach na wojnie! Powiedz, gdzie 
jego ojciec poległ !« 

» Myśląc o moich ojcach« rzecze Fingal, » prze- 
bywałem zawichrzone morze. We dniach przeszłości 
był to czas niebezpieczeństwa; a lubo w młodzień- 
czych kędziorach, nie ogarniał mię smutkiem widok 
wroga. Wodzu Kratmokraulu! dla mnie jest pole nocy!« 

Puścił się naprzód we wszystkiej zbroi, przeska- 
kując strumień Turtoru, który dymiące się fale roz- 
lewał śród nocy po mglistej dolinie Gormalu. Pro- 
mień księżyca błyskał na skale, a na niej stała szla- 
chetna postać, postać z rozwianemi kędziorami, po- 
dobna do białopiersiej dziewicy Lochlinu. Chwiejące 
się były i drobne jej kroki; podawała wiatrom pieśń 
przytłumioną i machała niekiedy białą ręką; w jej 
duszy smutek mieszkał. 

»Torkultorno sędziwych kędziorów* mówiła ona, 
» gdzież teraz nad Lnianem twoje kroki ? Poległeś 
przy czarnym swoim strumieniu, o ojcze Konbankar- 
gli! Widzę cię jednak, o wodzu Lulanu, zawieszo- 



PIEŚNI OSSJANA 



nego przy salach Lody, kiedy noc ciemnoszata roz- 
lewa się po niebie !« 

» Często swoją tarczą zasłaniasz księżyc; widzę 
ją, jak ćmi się na niebie! Ogniem rozżarzasz swoje 
kędziory i noc przepływasz! Czemużem zapomniana 
w mojej jaskini, królu najeżonego dzika ? Spojrzyj 
ze sal Lody na samotną twoją córkę !« 

»Kto jesteś, nocny głosie ?« rzecze Fingal. Ona 
się odwróciła ze drżeniem. »Kto jesteś w swojem 
zasępieniu?* Ona ku jaskini zmierzała. Król zerwał 
z rąk jej więzy i o rodzinną ziemię zap}i:ał. 

»Torkultorno« mówiła ona, » mieszkał niegdyś 
nad pienistym strumieniem Lulanu; mieszkał, ale te- 
raz potrząsa w salach Lody dźwięczną konchą. Wal- 
czył w boju ze Starnem z Lochlinu, długo się bili 
czarnoocy królowie. Nakoniec ojciec mój poległ, błę- 
kitnotarczy Torkultorno, we krwi!« 

»Przy skale, nad strumieniem Lulanu, przeszyłam 
lotną sarnę. Białemi rękami zebrałam w strumieniach 
wiatru swoje kędziory; usłj-szałam wrzawę — podnio- 
słam oko — mocno uderzj^ła moja pierś łagodna! Po- 
śpieszyłam nad Lulan powitać ciebie, Torkultorno ! « 

»Był to Starno, król groźny. Ob\;\'iódł Konbar- 
karglę pałaj ącem okiem, posępnie zmarszczyło się 
jego czoło pod ukośn}Tn uśmiechem. « Gdzie jest móg 
ojciec ?« zapytałam, »gdzie mocarz na wojnie ?« — 
»Sama zostałaś między wrogami, córko Torkultorna!« 

» Porwał mię za rękę, podniósł żagiel; i przy- 
wiózł zasmuconą do tej jaskini. Przychodzi czasem, 
niby mgła gęsta, i błyska mi tarczą mojego ojca. 
Często zdaleka poprzed jaskinię przemyka się pro- 
mień młodości *); mieszka on samotnie w duszy córki 
Torkultorna!« 



*) Swaran, syn Starna, w którym Konbankarglas za- 
kochała się podczas swojej niewoli. 



» Dziewico Lulanu« rzecze Fingal, »białoramienna 
córo smutku! cłimura, poryta ogniopręgami, przeta- 
cza się nad twoją duszą — nie poglądaj ku ciemno 
odzianemu księżycowi ani ku ogniojawom *) nieba! 
Otacza cię moje błyszczące żelazo, postrach nieprzy- 
jaciół. Nie stal to słabego, ani takiego, co ma czarną 
duszę! Niema zamkniętych dziewic w naszych jaski- 
niach nad strumieniami. Nie łamią białych rąk sa- 
motnie. Piękne w kędziorach swoich, nachylają się 
nad arfami Selmy. Ich śpiew nie rozlega się po dzi- 
kiej puszczy. My rozpływamy się w rozkosznych 
dźwiękach!* 

Fingal posunął swoje kroki jeszcze dalej w łono 
nocy, aż tam, gdzie drzewa Lody drżą we wichrach. 
Stoją tam trzy kamienie z omszonemi głowami; stru- 
mień zapienionego łoza i groźnie ciemnoszkarłatny 
obłok Lody roztacza się dokoła. Z jej szczytu duch 
poziera, utworzony w połowie z mrocznej pary. Nie- 
kiedy między szum strumienia swój głos rozlewa. 
Przy nim, klęcząc między zwalonemi drzewy, przyj- 
mowali dwaj rycerze jego słowa: Swaran morza 
i Starno, wróg obcych. Ponuro wspierali się na tar- 
czach, ich oszczepy przewrócone. Podmuch ciemności 
przenikliwie gwizdał w rozwianą brodę Starna. 

Usłyszeli stąpanie Fingala. Skoczyli wojownicy 
do swoich zbroi. »Swaranie!« rzekł Starno w swojej 
pysze, »obal przechodnia! Weź ojcowską tarczę. Jest 
ona w boju skałą !« Swaran cisnął błyszczącym oszcze- 
pem i trafił drzewo Lody. Wystąpiły -wrogi z mie- 
czami. Zmieszali cięcia łoskotnej stali. Żelezce Luny 
przecięło rzemienie Swaranowej tarczy. Upadła, to- 
cząc się po ziemi. Zleciał rozłupany szyszak, a Fin- 
gal zatrzymał spadające już żelazo. Rozjadły, roz- 



*) Meteor, gwiazda spadająca. 



10 PIEŚNI OSSJANA 



brojony, stanął Swaran, w milczeniu potoczył okiem 
i rzucił miecz o ziemię. Zwolna przeszedł strumień; 
gwizdał, kędy odchodził. 

Nie był Swaran niep ostrzeżonym od swojego 
ojca. Starno odwrócił się z gniewem. Marszczyły się 
posępnie jego brwi kosmate nad tłumioną zemstą. 
Uderzył oszczepem o drzewo Lody i zabełkotał pie- 
śnią; przyszli do loclilińskiego wojska, każdy mro- 
czną swoją ścieżką, niby dwa strumienie, okryte 
pianą na dźdżącej dolinie! 

Fingal powrócił na płaszczyznę Turtoru. Pięknie 
obudził się promień poranku i zajaśniał na łupie lo- 
clilińskim w ręku króla. Wyszła z jaskini w swojej 
krasie córa Torkultorna. Zbierała po wietrze swoje 
kędziory. Zanuciła pieśń dziką, pieśń Lnianu, gdzie 
niegdyś ojciec jej mieszkał. Postrzegła skrwawioną 
tarczę Starna. Ocknęła się radość światłem na jej 
obliczu. Postrzegła rozłupany szyszak Swarana. Smu- 
tnie cofnęła się od króla. Czy już poległeś przy stu 
swoich strumieniach, o kochanie posępnej dziewicy ? *) 

Poruszyłaś się, Utorno, nad wodami! Na twoich 
poboczach są nocne ognie! Widzę, jak chmurny księ- 
życ zapada za szumiące twoje lasy! Na twoim szczy- 
cie, domie męskich duchów, mieszka mglisty Loda. 
Z głębi chmurnej sali wychyla się Krutloda mieczów. 
Jego postać zaledwie dostrzeżona pomiędzy kłębią- 
cemi się mgłami. Prawica spoczywa na tarczy, lewa 
podnosi wpółdoj rżaną konchę. Dach jego groźnej 
sali poryty jest nocnemi ogniami. 

Otóż się zbliża ród Krutlody, szereg poczwar- 
nych. cieni. Podaje on dźwięczną konchę tym tylko, 



*) Tu jest przerwa dla zagubionej tej części poematu, 
gdzie, jak się można dorozumiewać z reszt}^ powieści, 
było skonanie Konbankargli. 



KATLODA 11 



którzy w boju zajaśnieli, ale między nim a słabym 
stoi ciemną szybą jego tarcza. Dla słabego w zbroi 
jest on niszczącym ogniem. 

Świetna, jak tęcza nad strumieniem, przybyła 
białopiersia dziewica Lulanu. 



PIESN DRUGA. 

Poranek. Fingal powraca do obozu i zdaje Duttnaru- 
nowi dowództwo zacz3mającej się teraz bitwy; Dutma- 
runo zwycięża, a Fingal odwołuje' swoicli od ścigania za 
nieprzyjacielem. Dutinaruno jednak został śmiertelnie ra- 
niony i umiera nazajutrz. Ustęp Kolgorma i Strinadony ; 
tutaj również zginęło zakończenie. 

» Gdzież jesteś, synu królewski?* rzecze Dutma- 
runo czarnokędziory, » gdzież upadłeś, młody promie- 
niu Selmy? Nie powraca z łona nocy! Poranek roz- 
ciąga się nad Utornem. Nad wzgórzem, we mgłach 
jego słońce. Wojownicy, podnieście tarcze w mojem 
obliczu. Nie może on upaść, jak ogień z nieba, któ- 
rego śladu na ziemi nie widać! — Ale otóż i on 
przybywa, jak orzeł z rąbka burzy! W jego ręce 
łup z nieprzyjaciela! Królu Selmy! smuciły się na- 
sze dusze !« 

» Nieprzyjaciel niedaleko, o Dutmaruno. Nadcho- 
dzi, jak fale mgliste, kiedy zapienione ich wierzchy 
podnoszą się czasem z pod mgły opadającej. Wędro- 
wiec cofa się w podróży; nie wie dokąd uciekać. 
My nie drżący wędrowcy! — Synowie bohaterów! 
Dalej z orężem! Czy Fingal ma swój miecz podnieść, 
czy który inny z wojowników będzie dowodził ?« 



12 PIEŚNI OS8JANA 



» Czyny przeszłości* rzecze Dutmaruno, »są niby 
ścieżki dla naszych oczu, o Fingalu! Widzimy jesz- 
cze szerokotarczego Trenmora, otoczonego ciemnemi 
jego laty. Nie była słaba dusza tego króla, ani żad- 
na czarna sprawa nie cięży nad nim w przeszłości! 
Z nad setnych swoich strumieni przybyły pokolenia 
do zielonej Kolglankrony. Przed niemi szli ich wo- 
dzowie, a każdy chciał dowodzić na wojnie. Często 
wymykały się do połowy ich miecze i krążyły pała- 
jące gniewem oczy. Stanęli rozdzieleni i bełkotali 
posępne pieśni. Dla czegóż miał jeden drugiemu 
ustąpić? Ich ojcowie równi byli na wojnie !« 

»Był tam i Trenmor ze swoim ludem, okazały, 
w młodzieńczych kędziorach. Postrzegł nadchodzą- 
cego wroga. Ocknął się smutek jego duszy. Prosił 
wodzów, aby naprzemian dowodzili wojsku; oni do- 
wodzili, ale zostali odparci! Wtedy szerokotarczy 
Trenmor zeszedł ze swego wzgórza omszonego, po- 
prowadził odparte wojsko do boju, a cudzoziemcy 
pierzchnęli! Otoczyli go czarnośniadzi wojownicy 
i w tarcze radości uderzyli. Niby przyjazny wietrzyk, 
rozeszły się słowa mocy selmskiego króla; ale wodzo- 
wie naprzemian rozkazywali na wojnie, dopóki nie 
powstało mocne niebezpieczeństwo; wtedy przycho- 
dziła kolej na króla zwyciężać w polu bitwy !« 

» Znane są« rzecze Krommaglas, » sprawy tarcz 
naszych ojców! Któż ma teraz przywodzić wojsku, 
dopóki nie wystąpi ród królewski ? Na tych czte- 
rech wzgórzach rozpościera się czarny tuman. Niech 
na każdym z nich każdy wojownik uderzy w swoją 
tarczę. Oby się duchy spuściły ku nam w pomroku 
i poradziły nam względem bitwy !« 

Rozeszli się, każdy na swój mglisty pagórek. 
Bardowie uważali odgłos ich tarcz. Twój obłęk, 
Dutmaruno, na j donośniej zabrzmiał. Ty powinieneś 
prowadzić do boju! 



13 



Wnet, jak pomruk bałwanów, nadciągnął ród 
Utornu, Starno dowodził bitwą i Swaran burzliwej 
wyspy. Wyglądali z poza tarcz żelaznych niby Krut- 
loda dzikooki, kiedy wyziera z poza księżyca za- 
ćmionego i rozsypuje swoje nocne znaki. 

Spotkali nieprzyjaciół przy strumieniu Turtoru. 
Potoczyli się jak szeregi bałwanów. Zmieszano dźwię- 
czne cięcia. Mroczna śmierć przeleciała nad wojskiem. 
Byli oni chmurami gradu z wichrem. Ich grzmoty 
razem huczą. Pod niemi wzdyma się ciemno zabu- 
rzona głębia. 

Pola pochmurnego Utornu, jakże zdołam poli- 
czyć wasze rany? Przemykacie się po mojej duszy 
z ubiegłemi latami! Daleko naprzód zapędził Starno 
szereg swojego wojska, a Swaran czarne swoje skrzj^-- 
dło; ale miecz Dutmaruna nie jest próżnującym 
ogniem! Lochlin odparty został nad swoje strumie- 
nie. Gniewni królowie osłonili się dumami. Ciskają 
milczącemi oczami na ucieczkę swojego ludu. 

Róg Fingala zabrzmiał. Cofnęli się synome lesi- 
stego Albionu. Ale niemało leży przy strumieniu Tur- 
toru oniemiałych we krwi swojej. 

» Wodzu Kratmy« rzecze Pingal, »Dutmaruno, 
łowcze dzików! nie próżny powraca mój orzeł z pól 
nieprzyjacielskich. Niech się rozpłomieni białopiersia 
Lanul przy swoich strumieniach; niech się ucieszy 
Kandona, igrając po polach Kratmy.« 

»Kolgorm« wódz odpo^viedział, »był pierwszy 
z mojego rodu w Albionie, Kolgorm, jeździec oceanu 
na swoich wodnych dolinach. Zabił on w Itornie 
brata i opuścił ziemię ojców. Skrycie obrał sobie 
mieszkanie na skalistym Kratmokraulu. Ród jego 
wzrastał z latami; wychodzili na boje i zawsze po- 
legli! Rana moich ojców nie jest moją, królu rozgłoś- 
nej wyspy !« — Wyciągnął strzałę z boku i upadł 
blady, w nieznanej krainie. Dusza jego poszła do 



14 PIEŚNI OSSJANA 



ojców, do ich burzliwej wyspy. Tam oni polują na 
mgliste dziki po wiatrach! Milcząc, stali wokoło wo- 
dzowie, jak kamienie Lody na swoich wzgórzach; 
widzi je zmrokiem z dalekiej ścieżki wędrowiec i bie- 
rze za duchy przeszłości, które o przyszłych bitwach 
stanowią. Na Utornę noc się spuściła. Cicho stali 
wodzowie strapieni. Wiatr koleją pogwizdywał w ich 
kędziorach. Nareszcie Fingal odjął się dumom swo- 
jej duszy. Wezwał Ullina arfy i kazał pieśń podnieść. 
»Nie spadający ogień, który raz błyśnie i zagasa 
w nocy, nie przelotne powietrzne widmo książę Krat- 
mokraulu. Równał się on mocnopromiennemu słońcu, 
długo jaśniejącemu na swojem wzgórzu. Wezwij 
imiona jego ojców ze starych ich mieszkań.* Bard 
śpiewał: 

» Powstajesz, Itorno *), z mórz zaburzonych. Czemu 
głowa twoja tak pochmurna we mgłach oceanu ? 

»Z dolin twoich przybył ród niezlękły, jak moc- 
noskrzydły orzeł. Ród Kolgorma żelaznej tarczy, 
mieszkańca w salach Lody.« 

»Na brzmiącej wyspie Tormotu szumi Lurtan, 
strumienisty pagórek, i nachyla lesistą głowę nad 
milczącą doliną. « 

» Tutaj, przy źródle pieniącego się Krurutu, mie- 
szka Rurmar, łowiec dzika. Córka jego była piękna, 
jak słoneczny promień, białopiersia Strinadona!« 

» Niej eden król rycerzów, niejeden bohater żelaz- 
nej tarczy, niejeden młodzieniec z gęstemi kędzio- 
rami przychodził do brzmiącej sali Rurmara.« 

»Przychodzili zalecać się dziewicy, okazałej łoAV- 
czyni na zwierzynę Tormotu; ale ty obojętnie pa- 
trzysz na wszystkich, wysokołona Strinadono!« 



*) Pieśń ta ma być bardzo piękna w oryginale i śpie- 
Avana dziką melodją, którą górale zowią Fon Oi-Marra 
t. j. pieśń morskich dziewic. 



15 



»Kiedy szła przez błonia, jej pierś bielała jak 
})uch Kany; kiedy szła przy nadbrzeźnycli falach, to 
bielsza jak piana fal morskich !« 

»Jej oczy były dwoma jasnemi gwiazdami, jej 
oblicze jak tęcza niebios w deszczu. « 

» Czarny włos opływał ją, jak rozlane obłoki. 
Tyś była dusz mieszkanką, białoręka Strinadono!« 

» Przybył Kolgormo na okręcie i król konch, Kor- 
kulsuran. Bracia z Itornu przybyli zalecać się sło- 
necznemu promienio^vi Tormotu.« 

»Ujrzała ich we dźwięcznej stali. Dusza jej 
przylgnęła do modrookiego Kolgorma. Wyjrzało noc- 
ne oko Ullochlinu i mdziało, że Strinadona ręce ła- 
mała ! « 

»Rozjedli się gniewem bracia. Spotkały się milcz- 
kiem pałające ich oczy. Odwrócili się. Uderzj^li po 
swoich tarczach!* 

»Zadrźały ręce na mieczach. Wstąpili w bój ry- 
cerski o długowłosą Strinadonę!« 

»Korkulsuran poległ we krwi! Rozgniewał się 
jego ojciec na swojej wyspie. Zmusił Kolgorma wę- 
drować z Itornu wszystkiemi wiatrami!* 

»Na skalistych polach Kratmokraulu osiadł on 
przy obcym strumieniu. Ale nie sam król się smucił: 
był przy nim promień ŚAviatła,« 

» Córka brzmiącego Tormotu, białoramienna Stri- 
nadona!* 



PIEŚŃ TRZECIA. 

Wstęp liryczny. Stanowisko wojska. Rozmowa miedzy 
Starnem i Swaranem. Ustęp Kormantrunara i Foinabra- 
gali. Starno chce namówić swojego syna, aby zdradzie- 



16 PIEŚNI OSSJANA 



cko podczas nocy napaść i zamordować Fingala. Swaran 
wzbrania się; sam jednak Starno bierze to na siebie, ale 
od ostrożnego Fingala zostaje 8chwytan3\ Fingal wy- 
rzuca mu jego okrucieństwo i puszcza na wolność. 

Skąd przybywa strumień lat ? Dokąd upływa ? 
Gdzie strony swoje widobarwe odziewa mgłami ? 
Oglądam się na przeszłość, lecz ona ciemno jawi się 
oku Ossjana, niby promienie księżyca, odbite w da- 
leki em jeziorze! Tutaj wschodzą pałające promienie 
wojny; tam mieszka milczący ród słaby! Żadnego 
roku czynami nie naznacza, zwolna przemijając! 

Ty, co mieszkasz między tarczami, ty, co obu- 
dzasz gasnącą duszę, znijdź ze ściany, arfo Kony, 
z trzema głosami *). Znijdź z temi, co przeszłość oży- 
wiają i budzą znikłe postacie na ich czarnośniadych 
latach ! 

Utorno, wzgórzu burz, widzę ród mój na twoim 
wiszarze! Śród nocy nachyla się Fingal nad grobem 
Dutmaruna! Przy nim kroki jego rycerzy, łowców 
dzika. Przy strumieniu Turtoru, w głębokich cieniach 
stoi lochlińskie wojsko. Rozźarci królome stoją na 
dwóch wzgórzach i patrzą przez wypukłe tarcze. 
Patrzą na nocne g^viazdy, które pałając, wędrują na 
zachodzie. Krutloda nach^^la się z góry, jak po- 
cz warny w obłoku ogniojaw. Rozsyła on wiatry 
i naznacza je. Starno widzi, że król Morwenu nigdy 
nie ulegnie w boju! 

Dwa razy uderzył z wściekłości drzewo. Odwró- 
cił się od syna. Zanucił niezrozumiałą piosnkę i słu- 
chał wiatru we włosach! Odwi-óceni od siebie, stali 
oba, niby dwa dęby, nachylone przeciwnemi wiatrami; 
każdy wisi nad głośnym strumieniem i za pędem bu- 
rzy potrząsa gałęziami. 

»Annir« rzekł Starno jeziora, »był ogniem, który 



*) Widać z tego miejsca, że arfa miała trzy struny. 



17 



})rzeszłość pożerał. Wylewał z oczu śmierć na pola 
walki. Jego radość była w upadku ludzi. Krew była 
dla niego letnim strumieniem, który ze skał omszo- 
nych niesie pociechę zwiędłym dolinom. Przybył on 
nad jezioro Lutkornu bić się z wysokim Korman- 
ii-unarem z Urloru strumieni, mieszkańcem skrzydeł 
walki, 

»Wódz Urloru przypłynął był do Gormalu na 
czarnopiersich okrętach. Ujrzał córkę Annira, biało- 
ramienną Foinabragal. Ujrzał ją, a nieobojętnie spo- 
częło jej oko na jeźdźcu fal burzliwych! Uciekała 
zmrokiem na jego okręt, niby promień księżyca przez 
ciemną dolinę. Annir gonił ją po głębiach; przyzy- 
wał niebieskich wiatrów. Nie sam był Annir: Starno 
był przy jego boku. Niby młody orzeł Utornu, zwra- 
całem oko swoje na ojca! 

» Przybyliśmy do szumiącego Urloru. Naprzeciw 
nas wyszedł rosły Kormantrunar ze swoim ludem. 
Spotkaliśmy się — ale wróg przemógł. Annir jeziora 
stał rozjadły. Ścinał mieczem młode drzewka. Jego 
oko pałało z gniewu. Zrozumiałem duszę królewską 
i ustąpiłem w cienie. Zdjąłem na poboisku strza- 
skany szyszak i przebitą żelazem tarczę; oszczep mo- 
jej ręki nie miał ostrza. Tak poszedłem szukać nie- 
przjgaciela. 

» Rosły Kormantrunar siedział na skale przy pło- 
nącym dębie, a obok pod drzewem siedziała głębo- 
kołona Foinabragal. Rzuciłem przed niego rozbitą 
tarczę. Przemówiłem słowami pokoju: »Annir jeziora 
leży na wzburzonych morzach; król został przebity 
w boju, a Starno grób mu stawia! Przysyła on mnie, 
syna Lody, do białorękiej Foinabragali prosić ją 
o jeden kędzior jej wło.sów, aby spoczął z jej ojcem 
w grobie! A ty, królu szumiącego Urloru, ucisz bi- 
twę, dopóki Annir nie przyjmie konchy ognistookiego 
Krutlody!« 

PISMA eOSZCZyŃSKIEGO. IV. 2 



18 PIEŚNI OSSJANA 



» Powstała, łkając łzami, i ucięła kędzior swoich 
włosów, kędzior, który pływał po jej bujającycłi 
piersiach! Kormantrunar podał konchę i prosił mię, 
aby się z nim rozweselić. Spocząłem w cieniach nocy 
i głęboko oblicze swoje skryłem pod szyszak. Sen 
spadł na nieprzyjaciela. Wstałem, podobny do krą- 
żącego ducha. Przebiłem bok Kormantrunara, nie 
uszła mi i Foinabragal. We krwi bujało białe jej 
łono. Po cóż, o córko rycerzy, obudziłaś moją ze- 
mstę ? Ocknął się poranek; nieprzyjaciel pierzchnął, 
jak mgła ulatująca. Annir uderzył o wypukłą tar- 
czę. Odwołał czarnokędziorego syna. Przybyłem, krwią 
obryzgany. Trzy razy król wykrzyknął, jak ryk wi- 
chru między chmurami nocy. Trzy dni cieszyliśmy 
się nad pobitemi i zwoływaliśmy niebieskie sępy. 
Przybyły one od wszystkich wiatrów na ucztę nie- 
przyjaciół Annira. S waranie! Fingal sam jest na s wo- 
jem nocnem wzgórzu! Przebij skrycie króla swoim 
oszczepem! Jak Annir, uraduje się moja dusza !« 

»Synu Annira « rzecze S waran, »ja nie będę mor- 
dował w ciemnościach! Za światła pójdę naprzód. 
Szumią sępy od wszystkich wiatrów. Przywykły one 
do śladów mojej drogi, nie próżnują w bitwie !« Obu- 
dził się pałający gniew króla. Trzy razy podniósł 
błyskotny oszczep. Ale drżąc, oszczędził syna i z po- 
śpiechem w noc się zapuścił. 

Nad strumieniem Turtoru jest ciemna jaskinia, 
mieszkanie Konbankargb. Tam zdjął szyszak królów *) 
i zawołał na dziewicę Lulanu; ale ona daleko była 
w brzmiących salach Lody. 

Wzdęty gniewem, dążył, gdzie Fingal sam spo- 
czywał; król leżał na tarczy, na swojem tajemnem 



*) I tutaj królewski szyszak, jak między Kaledonami, 
musiał się czemś różnić. U ostatnich szyszak króla i jego 
synów miał orle skrzydło. 



KATLODA 19 

wzgórzu. Surowy łowcze najeżonego dzika, nie słaba 
to dziewica, ani to chłopiec na łożu z trawy leży 
przed tobą nad strumieniem Turtoru! Łoże to moca- 
rzy, od którycli powstają dzieła śmierci! Łowcze na- 
jeżonego dzika — nie budź straszliwego. 

Starno, mrucząc, przyszedł. Fingal porwał się 
w zbroi. »Kto jesteś, synu nocy?« Milcząc, cisnął 
oszczepem, mieszali przyćmione ciosy. Puklerz Starna 
upadł rozbity na ziemię; on sam przywiązany został 
u dęba. 

Ocknął się promień poranku. Fingal poznał króla 
Gormalu. Milcząc, patrzał na niego chwilę. Wspom- 
niał sobie na dni inne, kiedy białołona Agandeka 
snuła się jak dźwięk pieśni! Zdjął powrozy z rąk 
jego. »Odejdź« rzecze, »synu Annira; odejdź napo- 
wrót do Gormalu konch! Powraca promień, który był 
zaszedł! Wspomniałem na białopiersią twoją córkę! 
Precz stąd, straszny królu! Precz stąd do niespokoj- 
nego twojego mieszkania, pochmurny wrogu kochan- 
ków! Niech cudzoziemiec omija ciebie, zasępieńcze 
na swoich salach !« 

Powieść przeszłości! 



WYPRAWA DO INISTONY. 



Annir, król Iiiistony, byl od młodości przyjacielem Fin- 
gala. Miał on dwóch synów, Argona i Rura, i jedną córkę. 
Kormalo, wódz z nad jeziora Lami, zalecał się dziewicy 
i rozkochał ją; ale przez zemstę, że go Argon w jednym 
pojedynku zwyciężył, zabił zdradziecko na polowaniu 
obu braci, wziął z sobą kocłianl^ę i zagroził Annirowi, 
że go z tronu zepchnie i kraj jego opanuje. W takiej 
przygodzie posłał Fingal staremu przyjacielowi posiłliowe 
wojsko pod przywództwem swojego w nuka Oskara. Oskar 
zbił wojsko Kormala, jego samego zabił, a córkę Anni- 
rowi wrócił. 

Młodość nasza jest jako sen mj^śliwego na pa- 
górku błonia. Zasypia przy łagodnym promieniu 
słońca, budzi się śród burzy; płyną dokoła czerwone 
błyskawice, czoła drzew szumią wiatrem. On z rado- 
ścią ogląda się na dzień jasny i na wdzięczny sen 
\v}i}chnienia. 

Kiedyż poT\T.'óci młodość Ossjana ? Kiedyż się 
jego ucho rozweseli szczękiem oręża ? Kiedyż pójdę, 
jak Oskar, w blasku stali ? O pagórki Kony, przy- 
bądźcie z waszemi strumieniami! posłuchajcie głosu 
Ossjana! W duszy budzi się pieśń, jak słońce. Czuję 
radość upłyniouych czasów. 

Widzę, o Selmo! twoje wieże, twoich cienistych 



WYPRAWA DO INISTONY 21 

murów dęby. Szum twoich strumieni krąży przy mo- 
jem uchu! Zgromadzili się twoi rycerze. Fingal sie- 
dzi pośrodku. Opiera się na tarczy Trenmora; oszczep 
jego spoczywa przy ścianie, a on słucha pieśni bar- 
dów. Śpiewają czyny jego ramienia, bitwy młodości 
króla. 

Oskar powrócił z łowów i usłyszał pochwalną 
pieśń rycerzy. Zdjął ze ściany tarczę Branna. Oko 
jego napełniło się łzami. — Zapaliły się jagody mło- 
dzieńca. Drżący i przytłumiony głos jego. W jego 
dłoni mój oszczep podnosił promienną głowę. Oskar 
przemówił do króla Morweuu: 

»Fingalu, królu rycerzy, i Ossjanie, najbliższy 
jemu w bitwach! wyście przewalczyli waszą młodość, 
wasze imiona sł}aią w pieniach, a Oskar podobny 
mgle Kony! Pokazałem się i znikam. Bard nie bę- 
dzie znać mojego imienia. Myśliwy nie będzie szu- 
kał po błoniu mojego grobowca! O rycerze! pozwól- 
cie mi walczyć w bitwach Inistony. Daleki jest kraj 
mojej walki. Nie będziecie słyszeć o upadku Oskara! 
Może mię tam bard znajdzie; może bard imię moje 
pieśni poda. Córki cudzoziemca postrzegą mój gro- 
bowiec i zapłaczą nad młodzieńcem, co zdaleka przy- 
był. Bard powie po uczcie: posłuchajcie pieśni o Oska- 
rze z dalekiego kraju. « 

» Oskarze,* odpowiedział król Morwenu, »synu 
mojej sławy, będziesz walczył. Przygotujcie okręt 
czarnopiersi, ażeby mego rycerza do Inistony prze- 
prawił. Synu mego syna, zapatruj się na naszą sławę; 
ty jesteś z rodu sławy. Niechaj nie mówią dzieci 
cudzoziemca: słabi są synowie Morwenu! W bitwie 
bądź kipiącą burzą; w pokoju — łagodny, jak wie- 
czorne słońce. — Powiedz, Oskarze, królowi Inistony, 
że Fingal pamięta jego młodość, kiedyśmy w dniach 
Agandeki przeciw sobie walczyli.* 

Podniesiono gwiżdżący żagiel. Wiatr zaszeleścił 



22 PIEŚNI OSSJANA 



banderą; bałwan uderzył o mokre skały. Zahuczała 
potęga morza! Mój syn spostrzegł z fali kraj lasów. 
Zawinął w szumiącą zatokę Runy i Annirowi oszcze- 
pów miecz swój posłał. 

Powstał siwokędziory rycerz , skoro postrzegł 
miecz Fingala. Oczy jego napełniły się łzami; spo- 
mniał na boje młodości. Dwa razy oni ścierali się 
mieczami przed lubą Agandeką. Zdaleka stali ryce- 
rze, kiedy walczyli ze sobą, jak dwa duchy burzy. — 
»Ale dzisiaj « odezwał się król, »stary jestem, miecz 
nieużywany leży w mojej sali. Ty, który jesteś z po- 
kolenia Morwenu! Widział kiedyś Annir walkę oszcze- 
pów, ale dzisiaj zblakły on i z^^dędły, jak dąb Łanu. 
Me mam syna, żeby cię powitał z weselem i wpro- 
wadził do sali ojca. Argon zbladł w grobie i Ruro 
nie żyje. Moja córka w komnatach obcego, pragnie 
mój grób oglądać. Mąż jej potrząsa dziesięcią tysią- 
cami oszczepów; przybywa chmurą śmierci od Łanu. 
Pójdź, synu rozgłośnego Morwenu, zaszczycić ucztę 
Annira. « 

Trzy dni biesiadowano, czwartego usłyszał Annir 
imię Oskara. — Radowano się przy konchach. Ści- 
gano dziki Runy. 

Tuż pod omszonemi kamieniami spoczęli zdyszani 
rycerze. Nagle zaświeciły łzy w oczach Annira, wes- 
tchnął. »W mroku tu spoczywają — rzekł rycerz — 
dzieci mojej młodości. Ten kamień jest pomnikiem 
Rura, owo drzewo szumi nad grobem Argona. Sły- 
szycieź głos mój, o synowie moi, z waszego ciasnego 
domku ? Może to wy odzywacie się w szumie tego 
listka, kiedy się ocknie wiatr pustyni ?« 

> Królu Inistony« rzecze Oskar, »jak upadły dzieci 
młodości! Dzild wieprz obalił się na ich grobie, je- 
dnak nie miesza ich spoczynku! Oni gonią za dzi- 
kiem, z chmury utworzonym, i powietrzny łuk na- 
ciągają. Oni lubią młodzieńcze zabawy i z radością 



WYPRAWA DO INISTONY 



wstępują na wiatry. « — »Kormalo,« odpowiedział król, 
»jest wodzem dziesięciu tysięcy oszczepów. Mieszka 
przy wodach Łanu, gdzie się rozciągają tumany 
śmierci. Przybył on do dźwięcznych sal Runy i szu- 
kał zaszczytu oszczepów *). Miły to był młodzieniec, 
jak pierwszy promień słońca, a mało kto mógł mu 
w bitwie dostać. Moi rycerze ulegli Kormalowi; moja 
córka uwięzła w jego miłości! 

» Argon i Runo powrócili z łowów: oblały ich 
łzy dumy. Milczkiem poj rżeli na rycerzów Runy, że 
ulegli cudzoziemcowi. Trzy dni biesiadowali z Kor- 
malem, czwartego walczył młodzieńczy Argon. Ale 
któż z Argonem walczyć zdołał? Kormalo został po- 
konany. Wzdęło się jego serce dumą i zgryzotą; 
skrycie postanowił zgubę moich synów. Poszli mię- 
dzy wzgórza Runy; spłoszyli czaruośniadą łanię. 
Strzała Kormala przyleciała zdradziecko, a moje 
dzieci we krm upadły. Przyszedł do dziewczęcia 
swojej miłości, do długowłosego dziewczęcia Inistony. 
Uciekli na puszczę. Annir sam pozostał. 

Przyszła noc i dzień zaświtał, a głosu Argona 
i Rura nie słychać. Nareszcie ujrzano ich ulubieńca, 
szybkiego i skocznego Runara. Wbiegł do sali, wy- 
jąc, i zdawał się poglądać ku miejscu ich upadku. 
Poszliśmy za nim; tuśmy ich znaleźli i poniżej tego 
omszonego strumienia złożyli. Tu jest miejsce spo- 
czynku Annira, kiedy się kończą łowy na łanię. Na- 
chylam się, jak gałąź starego dębu, łzy moje płyną 
ciągle. « 

»0 Ronanie!« zawołał Oskar, podnosząc się, » Oga- 
rze, królu oszczepów, wezwij do mnie rycerzy, sy- 
nów strumienistego Morwenu. Dziś jeszcze idziemy 
ku wodom Łanu, gdzie się rozciągają tumany śmierci. 



*) Zaszczyt oszczepów — rodzaj gry rycerskiej czyli 
turnieju między północnemi narodami. 



24 PIEŚNI 088JANA 



Kormalo nie będzie się dłużej ciesz}-^!. Śmierć na 
ostrzu naszych mieczów często przebywa.* 

Pociągnęli puszczami, jak na walne chmury, kiedy 
je wiatr po błoniach pędzi; ich krawędzie umalo- 
wane błyska\^-icami; szumiące lasy przeczuwają bu- 
rzę. Wraz dał się słyszeć wojenny róg Oskara; wzbu- 
rzyły się wszystkie fale na Lanie. Dzieci jeziora sku- 
piły się przy dźwięcznej tarczy Kormala. 

Oskar walczył, jak przywykły do boju. Kormalo 
upadł pod jego mieczem. Synome zgubnego Łanu 
pokryli się w tajemnych dolinach. Oskar przyprowa- 
dził do brzmiącej sali Annira córkę Inistony. Źre- 
nice starca zajaśniały weselem, błogosławił króla 
mieczów. 

Jak wielkie było wesele Ossjana, kiedy zdaleka 
postrzegł żagiel swego syna! Podobny on był ja- 
snemu obłoko^^i, co się na wschodzie podnosi, kiedy 
wędrowiec smuci się w nieznajom\-m kraju, a noc 
groźna rozłoży się dokoła z duchami. Wprowadzili- 
śmy go na salę Selmy ze śpiewaniem. Fingal naka- 
zał ucztę konch. Tysiąc bardów -wielbiło imię Oskara. 
Morwen rozlegał się wrzawą. Była tam i córka To- 
skara; jej głos był jak arfa, kiedy wieczorem dźwięk 
jej rozpływa się na łagodnych powiewach doliny. 

O połóż mię, t}', co światło widzisz, przy skale 
moich pagórków! Niech mię gęsta mgła otoczy, niech 
Y>Tzy mnie dąb szumi! Niech będzie zielone miejsce 
mojego spoczynku; niech słyszę brzęk dalekiego po- 
toku! 

O córko Toskara, podnieś lubą pieśń Selmy, ażeby 
sen opanował duszę śród wesela, ażeby mogły po- 
wrócić sny młodości i dni potężnego Fingala. 

Selmo! widzę twoje wieże, twoje drzewa, twoje 
cieniste mury! Widzę rycerzy Morwenu: słucham pie- 
śni bardów. Oskar potrząsa mieczem Kormala; tysiąc 
młodzieńców" dziwi się jego strojnej zbroi. W zadzi- 



WYPRAWA DO INISTONY 25 

wieniu poglądają na mego syna; zdumiewają się nad 
siłą jego ramienia. Widzą radość w oczach ojca; tę- 
sknią do podobnej chwały! 

Miejcie waszą sławę, miejcie ją, synowie stru- 
mienistego Morwenu! Moja dusza rozjaśnia się czę- 
sto przy pieniach; przypominam sobie przyjaciół mło- 
dości. 

Ale sen w dźwiękach arfy schodzi; budzą się 
przyjazne marzenia! Synowie łowów, zatrzymajcie się 
zdała, nie kłóćcie mojego spoczynku. Bard innych 
czasów rozmawia teraz z ojcami, z wodzami dni sta- 
rych. Synowie łowów, zatrzymajcie się wdali, nie 
kłóćcie snów Ossjana.« 



WOJNA Z KAROSEM. 



Oskar, syn Ossjana. potykał się na granicach Kaledonji 
z Karosem. Podobna do prawdy, że ten Karos Jest znany 
tyran Karausius, który około rolvU 284 opanował Bryta- 
nję i dla wstrzymania kaledońskicłi napadów poprawił 
mur Agrykoli Ta potyczka i zwycięstwo Oskara stano- 
wią osnowę niniejszego poematu. 

Przynieś, córko Toskara, przynieś arfę. W duszy 
Ossjana budzi się światło pieśni. Podobne ono łanom, 
kiedy mrok pokrywa zewsząd pagórki, a na jasnem 
błoniu powoli rosną cienie. 

Przy omszonych skałach Krony widzę, Malwino, 
mojego syna. Jednak to tylko mgła puszczy, ubar- 
wiona promieniem zachodu! Miła jest mgła, co mi 
postać Oskara maluje! ZwTÓćcie się ku niemu, wiatry, 
kiedy na bokach Ardwenu zaszumicie! 

Któż się to zbliża do mojego syna z pomrukiem 
pieśni ? W ręku ma laskę; siwe kędziory pływają 
we metrze. Świeża radość rozjaśnia jego oblicze. 
Często ogląda się ua Karosa. To śpiewak Rjuo *); 
chodził on, aby się widzieć z nieprzyjacielem. »Cóż 



*) Nie potrzeba brać Ryna barda za jedno ze synem 
Fingala tegoż imienia. 



WOJNA Z KAROSEM 27 

tam robi Karos, król okrętów ?« zapytał syn długo 
smucącego się Ossjana, »czy rozciąga skrzydła py- 
chy *), bardzie przeszłości ?« — )>Rozciąga« bard odpo- 
wiedział, »ale za twierdzą. Pogląda z bojaźnią na 
swoje kamienie i z przerażeniem upatruje ciebie, 
jak ducłia nocy, który do jego okrętu pędzi bał- 
wany.* 

» Pójdź, pierwszy z moich bardów « rzecze Oskar, 
»i weź oszczep Fingala. Przytwierdź do jego ostrza 
ogień. Miotaj nim na niebieskie wiatry. Wezwij Ka- 
rosa pieśnią, aby się zbliżył, aby zestąpił ze swojej 
fali. Powiedz mu, że pragnę walki, bo łuk mój sprzy- 
krzył sobie polowania w Konie. Ponaedz mu, że mo- 
carza tu niema, że moje ramię jeszcze młodzieńcze !« 

Odszedł z dźwiękiem pieśni. Oskar podniósł głos 
na wyżynie. Zgromadził on jego rycerzy na Ard we- 
nie, podobny dźwiękowi jaskini, kiedy się przewala 
koło niej morze Togormy, a drzewa jej urągają szu- 
miącym wiatrom. Zgromadzili się wkoło mojego syna, 
jak po deszczu strumienie pagórków, toczące się 
z dumą w swoich łożach. 

Ryno stanął przed potężnym Karosem. Uderzył 
rozpłomienionym oszczepem. »Pójdź walczyć z Oska- 
rem, ty, co spoczywasz na pieniących się wodach. 
Fingal daleko; słucha w Mor wenie pieśni bardów. 
W jego kędziory dmucha wiatr jego sali; jego stra- 
szliwy oszczep, jego tarcza, podobna zaćmionemu 
księżyco\vi, spoczywają przy jego boku. Pójdź wal- 
czyć z Oskarem; sam jest rycerz!* 

Nie przeszedł strumienistego Karunu, tylko bard 
z pieśnią powrócił. Szara noc ściemniła się nad Kroną. 
Zastawiono ucztę konch. Sto dębów gorzało śród 
wiatru; przytłumione światło rozpływało się po bło- 
niach. Na jego promieniach przemykały się duchy 



^) Skrzydła rzymskiego orla. 



28 PIEŚNI OSSJANA 



Ardwenu i objawdały się w mrocznych a dalekich 
kształtach. Komala do połowy się pokazywała w ognio- 
jawie. Mroczny Hidallan podobny był do księżyca, 
kiedy go nocna mgła zasępi. 

» Czemu smutny jesteś ?« rzekł Ryno, bo sam 
tylko wodza postrzegł, » czemu smutny jesteś, Hidal- 
lanie, czy sławy swojej nie osiągnąłeś ? Słychać pie- 
śni Ossjana; duch twój jaśnieje śród Aviatru, kiedy 
się wychylasz z obłoku, aby posłuchać pieśni mor- 
weuskich bardów !« 

»Czy oko twoje widzi rycerza, podobnego mro- 
cznym ogniojawom nocy ?« zapytał Oskar. » Powiedz, 
Ryno, powiedz, jak upadł Hidallan, tak sła^vny za 
dni moich ojców ? Imię jego trv.'a na skale Kony. 
Często widywałem strumień jego pagórka!* 

»Fingal<' odpowiedział bard, »mgnał Hidallana 
z pomiędzy swoich wojowników. Królewska dusza 
smuciła się po Komali, a oko jego nie mogło patrzeć 
na Hidallana. « 

Samotny, milczącym krokiem przechodził on łany. 
W nieładzie wisiała broń przy jego boku. Spuszczone 
oczy łez były pełne, a pierś — tłumionych westchnień. 
Trzy dni szedł skrycie i samotnie, aź przyszedł do 
gmachów Lamora, do mszystych sal swojego ojca 
przy strumieniu Balwy. Tu Lamor siedział samotnie 
pod drzewem, bo lud swój wysłał z Hidallanem na 
wojnę; przy nogach bieżał strumień, na lasce spo- 
czywała siwa głowa. Ciemne miał ocz}-, śpiewał pieśń 
przeszłości. Tętent kroków Hidallana obudził jego 
ucho, poznał stąpanie swojego syna. 

»Czy to syn Lamora po\^TÓcił ? Czy to odgłos 
jego ducha ? Czy na brzegach Karunu upadłeś, s}tiu 
starego Lamora ? A jeśli kroki Hidallana sł3'szę, 
gdzież są potężni w boju ? Gdzie lud mój, Hidalla- 
nie, co z dzwoniącemi tarczami zwykł powracać ? 
Cz}^ polegli na brzegach Karunu ?« 



WOJNA Z KAROSEM 29 



»Nie« odpowiedział wzdychający młodzieniec, 
»źyją ludy Lamora. Wsławili się w bitwach, mój 
ojcze! — Ale Hidallan stracił sławę. — Samotnie 
muszę siedzieć na brzegu Balwy, kiedy się zgiełk 
bitwy podnosi. « 

»Ale ojcowie twoi nigdy samotnie nie siedzieli, « 
zawołał Lamor z budzącą się dumą. 

» Nigdy sami nie siedzieli na brzegach Balwy, 
kiedy się zgiełk bitwy podnosił. Czy ty widzisz ów 
grobowiec ? Moje oczy nie poznają go. Tam spoczy- 
wał szlachetny Garmallon, który nigdy nie ustąpił 
z bitwy. » Przybywaj,* mówi on, »ty wsławiony w bo- 
jach, przybywaj do grobu swoich ojców. »Jakze się 
wsławiłem, Garmałlonie! Syn mój z boju uciekł !« 

»Królu strumienistej Balwy, « rzekł Hidallan 
z westchnieniem, po cóż dręczysz duszę moją ? Ja 
się nikogo nie zląkłem! Fingal zasmucił się po Ko- 
mali i wzbronił Hidallanowi walczyć obok siebie. 
Idź do siwych strumieni swojego kraju i próchniej 
tam jak dąb bezlistny, co go wiatry nad Balwę na- 
chyliły, aby nie zazieleniał więcej !« 

»I powinienżem był słyszeć* odpowiedział La- 
mor, » samotne kroki Hidallana ? Kiedy tysiące wsła- 
wiają się w bojach, on jeden ma siedzieć przy moich 
siwych strumieniach? Duchu szlachetnego Garmallona! 
Prowadź Lamora na jego miejsce; jego oko ciemne, 
jego dusza smutna; syn jego stracił sławę. 

» Gdzież mam jej szukać « zapytał młodzieniec, 
» ażebym rozradował duszę Lamora? Skądże mam po- 
wracać ze sławą, ażeby dźwięk mego oręża pocie- 
szył jego ucho ? Jeśli pójdę łanie gonić, moje imię 
nie zasłynie. Lamor, rad z mego przyjścia na wzgó- 
rek, nie pogłaszcze swojemi rękami psów moich. Nie 
będzie rozpytywał o swoich górach, ani o ciemno- 
śniadej sarnie swoich pustyń !« 

»Muszę upaść, « mówił Lamor, »jak dąb bezlistny, 



30 PIEŚNI 08SJANA 



który wyrastał na skale, a burza go wyrwała. Będą 
widzieć mojego ducha na moim pagórku pełnego 
smutku za swoim młodym Hidallanem. Nie skryje- 
cież go przed mojem obliczem ? Synu mój, pójdź do 
sali Lamora, gdzie wiszą zbroje ojców. Przynieś mi 
miecz Garmallona; wziął go on nieprz3'jacielo\vi.« 

Poszedł, przyniósł miecz ze wszystkiemi pasami 
ugwoźdżonemi. Oddał go ojcu. Siwokędziory rycerz 
spróbował ostrza ręką. 

» Zaprowadź mnie, synu, do grobu Garmallona; 
stoi on pod owem szumiącem drzewem. Wysoka 
trawa uwiędła; słyszę gwiżdżący po niej wietrzyk. 
W pobliżu szemrze zdrój mały i Bal wie odsyła swoje 
nurty. Tam odpocznę. Południe i słońce naszym ła- 
nom prz}^ŚA%deca. » Zaprowadził go do grobu Garmal- 
lona. Lamor przebił bok syna. Dzisiaj śpią razem. 
Walą się stare ich sale. W południe pokazują się 
tam duchy; dolina cicha, a lud patrzy na miejsce 
spoczynku Lamora. « 

» Żałosna jest pomeść twoja,« rzekł Oskar. »Synu 
przeszłości, wzdycha moja dusza za Hidallanem, źe 
upadł we dniach młodości. Pływa on nad puszczami 
i błąka się po obcym kraju! Synowie rozgłośnego 
Morwenu! zbliżcie się do nieprz^^jaciół Pingala. Od- 
prawcie noc pieśniami i obudźcie potęgę Karosa. 
Oskar idzie do ludów przeszłości, do mroków mil- 
czącego Ardwenu, gdzie ciemni nasi ojcowie siedzą 
na chmurach i widzą przyszłą bitwę. Jesteśźe tam, 
Hidallanie, podobny do półzgasłego ogniojawu ? 
Przybądź do mnie ze smutkiem, wodzu krętej Bal- 
wy!«. 

Rycerze odeszli z pieśniami. Oskar zwolna wstę- 
pował na pagórek. Widma nocy siedziały przed nim 
po błoniu. Daleki potok słabo mruczał. Czasami po 
starych murach pogwizd wzdychał. Półjasny księżyc 



WOJNA Z KAR08EM 31 



mrocznie i krwawo spuszczał się za pagórki. Na bło- 
niu słychać przytłumione głosy. Oskar dobył miecza. 

» Przybywajcie, duchy ojców!« rzekł rycerz, »wy, 
coście walczyli z królem świata. Opowiedzcie mi 
sprawy przyszłe i swoje rozmowy na \\yźynach, kiedy 
siedzicie społem i widzicie swoje syny na polu wa- 
lecznych ! « 

Na wezwanie potężnego syna spuścił się Tren- 
mor ze swego pagórka. Chmura, jak koń cudzoziem- 
ski, niosła jego powietrzne członki. Odzież jego była 
z tumanów Łanu, które ludom śmierć niosą. ]\Iiecz 
jego wpółzgasły ogni oj aw. Oblicze potworne i czarne. 
Trzy razy westchnął nad rycerzem, trzy razy nocny 
wiatr zawył dokoła. Wiele było słów jego do Oskara, 
ale w połowie t3'lko przeszły do naszych uszu; ciemne 
były, jak powieści innych czasów, nim światło pie- 
śni weszło. Odpłynął zwolna, jak mgła, co znika na 
świtającym pagórku. Od tej to chwili, córko Toskara, 
syn mój zaczął być smutny. Przewidział on upadek 
swojego rodu; dla tego wydawał się niekiedy zamy- 
ślony i posępny, jak słońce, kiedy przed jego obli- 
czem chmura przeciąga, a ono ogląda się na pagórki 
Kony. 

Całą noc przepędził Oskar z ojcem; szary pora- 
nek wezwał go nad brzegi Karunu. Zielona dolina 
otacza tu grobowiec za dawnych czasów usypany. 
Wdali małe wzgórki podnoszą swoje głowy i na- 
jeżają ku wiatrom stare drzewa. Tu siedzieli wojow- 
nicy Karosa. Nocą przyszli nad strumień i przy 
bladem świetle poranku wydawali się jak kłody sta- 
rych sosen. 

Oskar stanął przy grobie i trzy razy straszliwy 
głos podniósł. Zabrzmiały dokoła echem skaliste pa- 
górki. Zeskoczyła spłoszona sarna. Drżące duchy 
śmierci uleciały na obłokach. Tak straszny był głos 
mojego syna, kiedy zwoływał przyjaciół. Tysiąc oszcze- 



32 PIEŚNI OSSJANA 



pów podniosło się dokoła; ocknął się lud Karosa. 
Skądże, o córko Toskara, skądże te łzy ? Syn mój 
choć sam, był waleczny. Ró^\aiał się Oskar niebie- 
skiemu promieniowi: kędy się z\vi'ócił, ludy padały. 
Jego ręka równa ramieniowi ducha, wyciągnionemu 
z obłoku; niemdoma jest reszta postaci, ale w do- 
linie lud umiera! 

Syn mój spostrzegł zbliżającego się nieprzyja- 
ciela; stanął milczący w pomroku siły. »Samźe je- 
stem* rzekł Oskar, »śród tysiąca nieprzyjaciół ? Nie- 
jeden tu oszczep, niejedno posępnie krążące oko. 
Mamże się cofnąć ku Ardwenowi ? A moiź ojcowie 
cofali się kiedy ? W tysiącu bitew zostawili pamią- 
tkę swojego ramienia. Oskar, jak oni, musi słynąć. 
Przybądźcie, posępne duchy moich ojców, i przy- 
patrzcie się moim sprawom w boju! Może upadnę, 
ale będę sławny, jak pokolenie rozgłośnego Mor- 
wenu!« 

Stanął, rozparty na s wojem miejscu, jak powódź 
w ciasnej dolinie. Wszczęła się bitwa; padali nie- 
prz3g'aciele; zakrwawił się miecz Oskara. Zgiełk do- 
szedł do jego ludu nad Kroną; przybyli ró\vni stu 
strumieniom. Wojo\Miicy Karosa pierzchnęli, a Oskar 
sam został, równy skale, którą spadające morze od- 
stąpiło. 

Dumny i ponury Karos przetaczał teraz potęgę 
wszystkiemi biegunami. Zabłąkały się strumyki w biegu, 
ziemia wokoło się trzęsła. Od skrzydła do skrzydła 
rozciągnęła się walka, tysiąc mieczów naraz błysnęło 
w powietrzu. Ale jakże Ossjanowi bitwy opiewać? 
Stal moja nie zaśwista już nigdy wśród walki. Ze 
smutkiem spominam dni młodości i czuję słabość ra- 
mienia! Szczęśliwy, kto za młodu upadnie, sławą oto- 
czony! Nie widzi on grobów przyjaciół, nie czuje się 
słabym naciągnąć łuka siły. SzczęśliN^^yś, Oskarze, 
pośrodku szumiącej burzy. Często nawiedzasz te pola 



WOJNA Z KAR08EM 33 



sławy, gdzie Karos ustąpił przed rozjadłym twoim 
mieczem. 

Ciemność osłania mi duszę, piękna córko Toskara! 
Nie widzę nad Karunem postaci syna! Nie widzę na 
Kronie obrazu mojego Oskara! Uniosły go daleko 
gwiżdżące wiatry, a serce ojca ciągle zasmucone! 

Ale zaprowadź mię, Malwino, w szelest lasu, 
w szum potoku. Niech usłyszę łowy na Konie, spomnę 
sobie dni innych czasów. Daj mi, dziewico, arfę, abym 
jej dotknął, kiedy się w duszy pieśń obudzi. Ale 
bądź blizko dla nauczenia się pieśni, a Ossjana przy- 
szłe czasy usłyszą. Kiedyś synowie słabych podniosą 
głosy na Konie i rzekną, patrząc na skały: Tu Os- 
sjan mieszkał! Będą się dziwić wodzom przeszłości, 
ale ich pokolenia nie będzie już wted}'. My tymcza- 
sem, Malwino, popłyniemy chmurami na skrzydłach 
szumiącego wiatru. Czasami głos nasz odezwie się 
w puszczy; wiatrem skały zaśpiewamy. 



PISMA G03ZCZVŃ3KI£G0. 



KATLIN Z KŁUTY. 



Wezwanie Malwiny. Poeta opowiada przybycie Katlina 
do Selmy z prośbą o pomoc przeciw Dutkarmoi-owi z Kłuty, 
któr}^ zabił Katmola za niewy danie córy Lanuli. Fingal 
zostawia wodzom swoim wybór tego, kto odbędzie tę 
wyprawę: udają się oni każdy na swoje wzgórze du- 
chów. Duch Trenniora pokazuje się Ossjanowi i Oska- 
rowi; żeglują oni i czwartego dnia wysiadają w Inishu- 
nie na dolinach Ratkolu, gdzie Dutkarmor założył swoje 
mieszkanie. Ossjan wysyła do Dutkarmora barda zoświad- 
czeniem bitwy. Noc. Óssjan zdaje dowództwo Oskarowi, 
który podlug-^ zwyczaju Fing-ała udaje się przed bitwą 
na wzgórze nocy. Ze dniem zaczyna się* bitwa. Oskar 
spot^^ka się z Dutkarmorem. Ostatni zabity. Oskar przy- 
nosi Katliuowi puklerz i szyszak Dutkarmora. Katlin 
odkrywa się, że jest przebraną córką Katmola. 

Przybądź z nocnej straży, samotny promieniu! 
Wokrąg zlatują wiatry ze wzgórzów rozgłośnych. 
Pałają nad stem strumieni moich rumiane ścieżki 
umarłych. Oni się weselą na ^^^chrach w nocnej do- 
bie. Czyż niema już radości w pianiach, biała ręko 
arf Luty ? Obudź struny; cofnij mi duszę. Jest ona 
opadłym strumieniem. Rozlej śpiew, o Malwino! 

Słyszę cię z mroku na Selmie, ciebie, co samo- 
tnie w nocy czuwasz! Czemuż tak długo odmawia- 
łaś pieśni uciśnionej duszy Ossjana ? Gzem jest szum 



KATLIN Z KŁUTY 35 

wodospadu dla uszu łowca, schodzącego ze wzgór- 
ków burzą odzianych — promień słońca płynie roz- 
głośnym strumieniem, a on słyszy go i otrząsa zro- 
szone kędziory — tem jest głos Luty dla przyja- 
ciela rycerskich duchów. Podnosi się moja pierś 
wzdęta. Oglądam się na dni minione. Przybądź z noc- 
nej straży, samotny promieniu! 

W rozgłośnej zatoce Karmony ujrzeliśmy dnia 
jednego igrający okręt. U wierzchu wisiała rozbita 
tarcza, sączącą się krwią poplamiona *). Z okrętu 
wyszedł uzbrojony młodzieniec i niósł przed sobą 
tępy oszczep. Na zapłakanych oczach rozsypywały 
się długie, bezładne kędziory. Fingal podał mu kon- 
chę królewską. Cudzoziemiec przemówił: »Katmol 
z Kłuty leżał na swojej sali przy zakrętach ciem- 
nego rodzinnego strumienia. Dutkarmor ujrzał biało- 
piersią Lanul i przeszył bok jej ojca. W szumiącej 
kniei były moje kroki. On uciekł nocą. Pomóż Ka- 
tlinowi pomścić ojca. Szukam ciebie, jak promienia 
w krainie obłoków. Jak słońce, znany jesteś królu 
rozgłośnej Selmy ! « 

Król Selmy pojrzał dokoła. Powstaliśmy zbrojno 
przed jego obliczem. Ale któż tarczę podniesie ? Bo 
każdy wzywał wojny. Noc się spuściła; odeszliśmy 
w milczeniu, każdy na wzgórek duchów, gdzie oni 
we snach przychodzą naznaczyć miejsce w polu. Ude- 
rzyliśmy w tarczę śmierci: podnieśliśmy brzęk śpiewu. 
Trzy razy wezwaliśmy duchy ojców. Usnęliśmy. Przed 
moje oczy przybył Trenmor, wysoka postać lat in- 
nych. Za nim były błękitne jego wojska w półdoj- 
rzanych szeregach. Zaledwo widziałem ich mgliste 
rzędy; i posuwanie się ich ku śmierci. Słuchałem: 



*) Z takiemi znakami przybywał, kto żądał pomocy. 
Proszący trzymał w jednej ręce skrwawioną tarcze, w dru- 
giej złamany oszczep, pierwsza była godłem śmierci jego 
przyjaciół, druga zwątpiałego położenia. 

3* 



36 PIEŚNI 088JANA 



ale żadnego dź\\'ięku. To były kształty marnego 
wiatru. 

Porwałem się ze snu duchów. Gwiżdżący włos 
mój uleciał na nagłym powiewie. Głucho zabrzmią- 
na dębie duch ulatujący. Porwałem z gałęzi tarczę 
Naraz przybliżył się chrzęst żelaza. To był Oskai 
Lęgu *). Ujrzał on swoje ojce. 

»Jak przelot wiatru po zbielałych falach, tak 
bezpieczny będzie pęd mój przez ocean do siedliska 
nieprzyjaciół. Widziałem umarłych, ojcze! Moja du- 
sza powstaje. Moja sława jaśnieje, jak smuga świa- 
tła na obłokach, kiedy szerokie słońce przechodzi, 
rumiany wędrowiec powietrza. « 

» Wnuku Branny, « rzekłem »nie sam Oskar spo- 
tka się z wi-ogiem. I ja pójdę przez ocean do lesi- 
stego siedliska rycerzy. Puszczajmy się, synu, jak 
orły ze skały, kiedy rozwiną szerokie skrzydła na 
strumieniach wiatru !« Rozpuściliśmy żagle w Kar- 
munie. Widać było moją tarczę z trzech okrętów, 
kiedy upatrywałem nocnej Tonteny, pałającej chmur 
wędro^vnicy. Cztery dni okrążały nas wiatry. Wystą- 
pił Lumon we mgle. Wiatr był we stu jego lasach. 
Promień słońca rysował niekiedy mroczne jego boki. 
Białe, zapienione strumienie spadały z rozgłośnych 
skał jego. 

Pomiędzy pagórkami ^viła się zielona, cicha łąka 
z rodzinnym modrym strumieniem. Tam, śród koły- 
szących się dębów było mieszkanie dawnych królów. 
Ale milczenie od melu lat ciemn3xh osiadło trawia- 
sty Ratkol, bo ród rycerzy poległ na wdzięcznej 
dolinie. Był tam Dutkarmor ze swoim ludem, ponury 
jeździec fali. Tontena skryła swoją głowę w niebio- 



*) Tu Oskar zowie się Oskarem Lęgu, od swojej ma- 
tki, córki Branny, który był potężnym wodzem na brze- 
gach tego jeziora. 



KATLIN Z KŁUTY 37 



sach. On zwinął białopiersi żagiel. Jego droga idzie 
na wzgórza Ratkolu, do łoża sarn. Przybyliśmy. Wy- 
słałem barda z pieśnią, aby wyzwał króla do walki: 
Dutkarmor z radością go słuchał. Dusza tego króla 
była promieniem ognia, promieniem ognia w łonie 
nocy, zadymionym, niespokojnym, zmiennym. Ciemne 
były sprawy Dutkarmora, choć ramię jego mocne. 

Przyszła noc z chmur nawałą. Siedzieliśmy przy 
promieniach dębu. W oddaleniu stał Katlin z Kłuty. 
Widziałem zmienną duszę cudzoziemca. Jak cienie 
płyną nad trawiastem polem, tak się zmieniały po- 
liczki Katlina. Piękny on był w kędziorach, które 
Ratkolu wiatr podnosił. Nie wchodziłem z mojemi 
słowami do jego dusz3^ Kazałem podnieść pieśni. 

» Oskarze Legu« rzekłem, » niech tajemne wzgó- 
rze do ciebie przez noc należy. Uderzaj w tarczę, 
jak król Morwenu. Z dniem pójdziesz do boju. Ja 
ze skały będę patrzał, Oskarze, na ciebie w groźnej 
postaci do boju wstępującego, jak zjawisko ducha 
między burzami, które podnosi. Na cóż zwracam 
oczy na zamierzchłe czasy przeszłości, zaczem pieśń 
powstała, jak nagłe porwanie się wiatru ? Ale mi- 
nione lata odznaczyły się potężnemi czynami. Jak 
nocny szereg bałwanów pogląda ku promiennej Ton- 
tenie, tak my obróćmy oczy na Trenmora, ojca kró- 
lów !« *) 

» Szeroko po rozgłośnych polach Karachy rozlał 
Karmal swoje pokolenia. Były one ciemnemi szere- 
gami fali. Siwowłosi bardowie szli przed niemi, jak 
piana na fal obliczu. Zapłomienionem okiem rozża- 
rzali bitwę. Nie sami byli skał mieszkańcy; był tam 



*) Cały ten ustęp odnosi sie do wojen Trenmora z drui- 
dami i ich upadku. Podług' dawnycli poematów druido- 
wie udawali się nieraz o pomoc do królów Skandynawji. 
Między posiłkująccmi znajdował się i czarownik, zwany 
przez Ossjana synem Lody. 



PIEŚNI OSSJANA 



syn Lody, głos wywołujący duchów ze wzgórza w ro- 
dzinnym ponurym kraju. Mieszkał on w Lochlinie, 
na wzgórzach śród bezlistnycli lasów. W pobliżu 
wznosiły się głowy pięciu kamieni. Głośno szumiał 
gwałtowny jego strumień. Często on podnosił głos 
ku wiatrom, kiedy ogniojaw rysował nocne ich skrzy- 
dła, kiedy księżyc ciemnoszaty zataczał się za wzgó- 
rza. Wysłuchały go duchy! Przybyły ze dźwiękiem 
orlich skrzydeł; kierowały przed króla mężów bitwą 
na polu. 

Ale Trenmor nie zwrócił się od bitwy. Naciskał 
ją naprzód. W jego ciemnych szeregach był Tratal 
jak wschodzące światło. Zmierzchło; syn Lody wy- 
lał na noc swoje hasła. Ale nie słaby przed tobą, 
synu innych krain. Wtedy zaczął się spór królów 
pod wzgórzem nocy, ale łagodny, jak dwa letnie 
wiatry, dmuchające po jeziorze lekkiemi skrzydłami. 
Trenmor ustąpił swojemu synowi, bo sł^męła już 
królewska sława. Tratal poszedł przed ojcem, a nie- 
przyjaciele na rozgłośnej Karasze upadli. Minione 
lata, mój synu, odznaczyły się potężnemi czynami. « 
Wstało w obłokach światło wschodu. Wyszedł 
wróg zbrojny. Zakłóciła się walka na Ratkolu, jak 
szum strumienia. Patrz na walczących królów! Spo- 
tkali się przy dębie. Zniknęły ciemne postacie w bły- 
skach stali; takie jest spotkanie się ogniojawów pod- 
czas nocy w dolinie; pryska dokoła czerwone świa- 
tło, a ludzie burzę przewidują. Dutkarmor leży we 
krwi! Zwyciężył syn Ossjana. Me próżnował on 
w boju. Mai wino, ręko arfy! 

Nie było w polu kroków Katlina. Cudzoziemiec 
stał nad ustronnj^m strumieniem, gdzie piany Ratkolu 
okrywały omszone głazy. Nad nim chyliła się gałę- 
zista brzoza i sj^aała wiatrom liście. Przewrócony 
oszczep Katlina trącał niekiedy strumień. Oskar przy- 
niósł puklerz Dutkarmora i jego szyszak z orłem 



39 



skrzydłem. Położył go przed cudzoziemcem i temi 
słowy przemówił: »Polegli nieprzyjaciele twojego 
ojca. Leżą na polu duchów. Wróciła sława do Mor- 
wenu, jak zrywający się wietrzyk. Czemuźeś posępny, 
wodzu Kłuty ? Jestże tutaj przyczyna smutku ? « 

»Synu Ossjana arf, moja dusza zamierzchła smu- 
tkiem. Widzę zbroje Katmola, które on w boju no- 
sił. Weź ten puklerz Katlina, zawieś go na salach 
Selmy, ażeby przypominał niepocieszonego w dale- 
kiej ziemi. « Zdjęła z białej piersi puklerz. To było 
plemię króla; pulchnoręka córa Katmola z nad stru- 
mienia Kłuty. Dutkarmor ujrzał jasność jej na sa- 
lach i przybył nocą do Kłuty. Spotkał się z nim 
Katmol w boju, ale upadł. Trzy dni mieszkał wróg 
z dziewicą. Czwartego ona uciekła w zbroi. Przy- 
pomniała sobie ród królewski i uczuła rwącą się 
duszę. 

Na cóż, o dziewico Toskara z Luty, na cóż ci 
opowiadać, jak Katlin poległa ? Grób jej na szumią- 
cym Lumonie, w dalekiej ziemi. Blizko niego są 
kroki Sulmalli, pędzącej dni smutku! Śpiewa ona 
córze cudzoziemca i dotyka posępnej arfy! 

Przybądź z nocnej straży, Malwino, samotny pro- 



KALTON I KOLMAL. 



Wstęp tej powieści zwrócony do jakiegoś Chuldaera czyli 
pustelnika, w którym Macpherson domyśla się chrześci- 
jańskiego misjonarza. Treść jej następująca. 
Za czfisów Fingala źylo w ziemi Bretonów dwoje ksią- 
żąt: Duntalmo nad Teutą i Ratmor na Kłutą. Ratmor 
slynąl przez szlachetność i gościnność, Duntalmo z dumy 
i okrucieństwa. Podczas jednej uczty Duntalmo zamor- 
dował Ratmora, zagarnął jego posiadłości i wziął na wy- 
chowanie dwóch jego synów, Kaltona i Kolmara. Kiedy 
ci doszli męskiego wieku, a Duntalmo postrzegł, że mają 
zamiar pomścić śmierci swojego ojca, natycłimiast rozka- 
zał ich uwięzić w osobnych jaskiniach nad Teutą. Jego 
córka Kolmał kochała słirycie Kaltona i umyśliła go oca- 
lić. Przyszła do niego nocą, rozwiązała jego kajdany 
i uciekła z nim do Fingala. Fingal posłał Ossjana z woj- 
skiem na uwolnienie Kolmara, Duntalmo wystąpił i kied.y 
Teuta rozdzielała dwa wojska, zabił Kolmara w oczach 
brata. Nazajutrz Duntalmo wstąpił do boju i padł pod 
mieczem Ossjana. Kalton połączył się z Kolmalą i objął 
rządy swojej ojcowizny. Ossjan do Morwenu powrócił. 

Wdzięczny jest głos twojej pieśni, samotny skał 
mieszkańcze! Przychodzi on z szumem strumienia 
wzdłuż ważkiej doliny. Ocuca moją duszę, o cudzo- 
ziemcze! śród mojej sali. Wyciągam rękę moją do 
oszczepa, jak za dni innych lat. Wyciągam rękę, 
lecz ręka słaba, a westchnienia piersi coraz liczniej- 



KALTON I KOLMAL 41 



sze. Nie chceszźe, synu skał, posłuchać pieśni Os- 
sjana ? Dusza moja pełna jest innycłi czasów — po- 
wracają uciechy mojej młodości! Tali się pokazuje 
słońce na zachodzie, kiedy blask jego kroków długo 
się krył za chmurą; zieleniejące wzgórza podnoszą 
uroszone głowy; błękitne strumienie igrają po bło- 
niu. Sędziwy rycerz objawia się na lasce, a siwe 
jego kędziory błyszczą promieniem! 

Czy widzisz, synu skał, tarczę na sali Ossjana ? 
Poznaczona jest kresami walk, zagasł blask jej 
grzbietu. Tarczę tę nosił wielki Duntalmo, wódz stru- 
mienistej Teuty. Duntalmo nosił ją do boju, nim po- 
legł pod mieczem Ossjana. 

Posłuchaj, synu skał, innych lat powieści. 

Ratmor był wodzem Kłuty. Słaby mieszkał w jego 
salach. Drzwi Ratmora zawsze były otwarte, uczta 
zawsze gotowa. Synowie obcych przybywali i błogo- 
sławili szlachetnego wodza Kłuty. Bardowie śpiewali 
i uderzali w arfy, a radość jaśniała na twarzach za- 
sępionych. Przybył w swojej dumie Duntalmo i wy- 
zwał Ratmora do walki. Wódz Kłuty zwyciężył: 
ocknęła się wściekłość Duntalmy! Nadszedł w nocy 
z wojownikami — potężny Ratmor upadł. Upadł na 
swoich salach, gdzie tak często zastawiał ucztę dla 
obcych ! 

Kolmar i Kalton, synowie wozokotczego Ratmora, 
byli młodzi i przybyli z uciechą młodości do sali 
swojego ojca; zobaczyli go we krwi, i łzy puściły 
się z ich oczu. Dusza Duntalmy zmiękła na widok 
dziatek młodości. Zaprowadził je do murów Aleuty; 
tu rośli oni w doraie nieprzyjaciela. Naciągali łuki 
w jego obecności i wychodzili z nim do boju. Wi- 
dzieli jednak połamane mury swoich ojców i cierń, 
zieleniący się na salach. Skrycie łzy ich płynęły, nie- 
kiedy zasępiały się ich oblicza. Duntalmo postrzegł 
ich smutek, a posępna jego dusza śmierć im zamie- 



42 PIEŚNI OSSJANA 



rzyła. Zamknął ich we dwóch jaskiniach na rozgłoś- 
nym brzegu Teuty. Nie dochodziły tam promienie 
słońca ani nocą niebieski księżyc. Syny Ratmora sie- 
działy w ciemnościach i widziały śmierć przed sobą. 
Milczkiem płakała córka Duntalmy, pięknowłosa, błę- 
kitnooka Kolmal. Jej oczy skrycie przypatrywały się 
Kaltonowi, a dusza jej miłość ich uczuła. Drżała 
o swego rycerza, ale cóż Kolmal może pomóc ? Jej 
ramię nie dźwiga oszczepu; miecz nie dla jej boku 
zrobiony. Biała pierś nie uderzała nigdy pod pan- 
cerzem. Oczy jej nie były nigdy postrachem ryce- 
rzy. Cóż ty możesz zrobić, o Kolmalo, dla ginących 
książąt ? Chwiały się jej kroki; w nieładzie były 
włosy; oczy dziko z poza łez jaśniały. 

Poszła nocą do sali i nadobną postać odziała 
zbroją, zbroją młodego rycerza, który poległ w pierw- 
szej ze swoich bitew. Weszła do jaskini Kaltona 
i zdjęła więzy z rąk jego. 

» Wstań, synu Ratmora « rzekła, » wstań; noc jest 
ciemna. Pozwoli nam uciec do króla Selmy, wodzu 
upadłej Kłuty! Jestem synem Lamgala, który mie- 
szkał na salach twojego ojca. Posłyszałem o twojem 
ciemnem mieszkaniu w jaskini i podniosła się we 
mnie dusza. Wstań, sjtiu Ratmora, wstań, noc jest 
ciemna!* 

» Wdzięczny głosie* wódz odpowiedział, »czy 
z chmury przybywasz ? Często w snach Kaltona stają 
duchy jego ojców, bo oczom jego odjęte słońce, a do- 
koła sama ciemność. Czy jesteś synem Lamgala wo- 
dza, którego tak często widywałem w Kłucie ? Ale 
ja miałbym uciekać do Fingala, a mój brat Kolmar 
ginie tutaj ? Ja do Morwenu miałbj^m uciekać, a noc 
ogarnia rycerza ? Nie ! synu Lamgala , daj mi ten 
oszczep. Kalton obroni swojego brata !« 

» Tysiąc wojo^\'ników« odpowiedziała dziewica, 
» otacza swojemi oszczepami wozokotczego Kolmara. 



KALTON I KOLMAL 43 



Czyż podoła Kalton tak wielkiemu wojsku ? Ucie- 
kajmy do króla Morwenu, on z wojną tu przybędzie. 
Jego ramię rozciąga się nad nieszczęśliwemi, a blask 
jego miecza czuwa nad niemocnym! Wstań, synu 
Ratmora, nocne cienie upł3'ną! Duntalmo dostrzeże 
twoich kroków na morzu, a ty upadniesz w swojej 
młodości ! « 

Z westchnieniem powstał rycerz, płyną mu łzy 
po Kolmarze. Przybył z dziewicą do sal Selmy; ale 
nie "udedział, że to była Kolmal. Szyszak zakrywał 
miłe jej oblicze, a jej pierś biła pod stalą. Fingal 
powrócił z łowów i zastał nadobnj-ch cudzoziemców. 
Na sali konch równi byli dwom promieniom światła. 

Król wysłuchał smutnej po\vieści i dokoła wzro- 
kiem potoczył. Tysiąc rycerzy powstało przed nim, 
żądając wojny z Teutą. Przyszedłem z pagórka 
ze swoim oszczepem, radość walki ocknęła się w mo- 
jej duszy; przed swoim ludem przemówił król do 
Ossjana: 

»Synu mojej siły« rzekł on, »weź oszczep Fin- 
gala i pójdź nad szumiący strumień Teuty, i wy- 
zwól wozokotczego Kolmara. Niech twoja sława pój- 
dzie przed tobą, jak łagodny wietrzyk, aby dusza 
moja ucieszyła się synem, który sławę naszych oj- 
ców odnama! Ossjanie! w bitwie bądź nawałnicą, 
ale łagodn\Tn, kiedy się nieprzyjaciel poddaje. Tak 
się podniosła moja sława, o mój synu! bądźże jak 
wódz Selmy! Kiedy pyszny wchodzi na moje sale, 
nie widzi go moje oko, ale moje ramię rozciąga się 
nad nieszczęśliwemi. Mój miecz broni słabych !« 

Ucieszyły mię słowa królewskie. Wdziałem dźwię- 
czną zbroję. Przy moim boku stanął Diaran i Dargo, 
król oszczepów, Trz3-stu młodzieńców poszło za nami, 
a obok mnie nadobni cudzoziemcy. Duntalmo posły- 
szał zgiełk naszego pochodu. Zgromadził potęgę 
Teuty. Stanął ze swojem wojskiem na jednym pa- 



44 PIEŚNI OSSJANA 



górku. Równi oni byli skałom od piorunu skruszo- 
nym, kiedy ich drzewa bezlistne i poderwane po- 
chylą się, a strumienie zaleją ich doliny. 

Przed ponurym nieprzyjacielem wił się w całej 
okazałości strumień Teuty. Wysłałem barda do Dun- 
talmy, aby mu zapowiedział walkę na błoniu; ale 
on uśmiechnął się w ponurej pysze. Niespokojne jego 
wojsko mąciło się na wzgórzu, jak chmura gór, 
w której łonie burza szaleje, a ciemność każdy jej 
bok kędzierzawi. Przynieśli Kolmara nad brzeg Teuty 
skrępowanego tysiącem więzów. Wódz był smutny, 
jednak okazały. Oko jego było na jego przyjacio- 
łach, bośmy w zbrojach stali; ale między nami pły- 
nęły fale Teuty. Przyszedł Duntalmo i przeszył oszcze- 
pem bok rycerza. Upadł we krwi na brzegu, słysze- 
liśmy stek jego przytłumiony. 

Kalton rzucił się w strumień; skoczyłem z oszcze- 
pem. Pokolenie Teuty upadło przed nami. Spadła 
noc. Duntalmo spoczął na skale, śród starego lasu. 
W piersi jego gorzała wściekłość ku wozokotczemu *) 
Kaltonowi. — Lecz Kalton stał w smutku, i żało- 
wał poległego Kolmara, » Kolmara, co upadł w mło- 
dości, zanim się podniosła jego sława. Kazałem pod- 
nieść pieśni narzekań dla pocieszenia smucącego się 
wodza. Ale on stał pod drzewem i często ciskał 
swój oszczep na ziemię. Blizko niego wilgotne oczy 
Kolmali zachodziły skrytemi łzami: przewidywała, że 
Duntalmo, lub walczący wódz Kłuty polec musi. 

Noc w połowie upłynęła; milczenie i mrok okry- 
wały pole. Sen spoczywał na oczach rycerzy; ucichła 
niespokojna dusza w Kaltonie. Przez pół zamknął 



*) Jeżdżący wozem. Królowie tylko i wodzowie poko- 
leń W3^jeżdżaii w owym czasie do bitwy na wozach; stąd 
Ossjan dodaje im często przymiotnik: jeżdżący wozem. 
Kotczy jest dawny nasz wyraz; to samo, co powozowy. 
Znaleźć go można w Kochanowskim. 



KALTON I KOLMAL 45 



oko; ale nie ucichł w jego uchu pomruk Teuty. 
Blady, i wskazując na swoje rany, przyszedł ducli 
Kolmara; nachylił głowę ku rycerzowi i słaby głos 
podniósł: »Czy syn Ratmora zasypia, a brat jego 
leży ? Czy nie wyruszymy na łowy razem ? Czy nie 
pogonim ciemnośniadego jelenia ? Nie był Kolmar 
zapomniany, aź poległ — aż śmierć zdrętwiła jego 
młodość. Leżę ja blady pod skałami Lony. O Kal- 
tonie, wstań! Nadchodzi poranek ze swojemi pro- 
mieniami. Duntalmo będzie bezcześcił poległego !« 

I zniknął w burzy. Budzący się Kalton ujrzał 
kroki jego odchodu. Rzucił się z dźwiękiem swojej 
stali i nieszczęśliwą Kolmalę obudził. Szła ona za 
swoim rycerzem śród nocy, trzymając oszczep pod- 
niesiony. Przybywszy Kalton pod skały Lony, zna- 
lazł tam poległego brata. Wściekłość ocknęła się 
w jego piersi, rzucił się na nieprzyjaciół. Powstały 
jęki śmierci. Otoczono zewsząd wodza. Związano go 
i zaniesiono do ponurego Duntalmy. Podniosły się 
radosne krzyki, aż zabrzmiały wzgórza nocy. 

Rzuciłem się na ten odgłos i porwałem oszczep 
ojców. Przy moim boku stanął Diaran i młodzieńcza 
siła Dargi. Brakowało wodza Kłuty. Zasmuciły się 
nasze dusze. Zląkłem się utraty swojej sławy. Ocknęła 
się we mnie pycha waleczności. 

»Syny Morwenu« zawołałem, »nie tak walczyli 
nasi ojcowie. Nie spoczęli oni na obcych polach, aż 
nieprzyjaciel upadł. Moc ich była jak orzeł niebie- 
ski, ich sława żyje w pieśniach. Ale nasz lud upada 
powoli. Sława nasza odstępować nas poczyna. Cóż 
powie król Morwenu, że Ossjan nie zwycięża w Teu- 
cie ? Naprzód, w zbrojach, wojownicy, za dźwiękiem 
pieśni Ossjana. Nie powróci on bez sławy do dźwię- 
cznych murów Selmy !« 

Ocknął się poranek na błękitnych nurtach Teuty. 
Kolmal stanęła przede mną we łzach. Opowiedziała 



46 PIEŚNI 088JANA 



O wodzu Kłuty, a oszczep trzy razy wypadł jej 
z ręki. Zapalił się gniew mój liu cudzoziemco^wi, bo 
dusza moja drżała za Kaltona. 

»S}Tiu słabej ręlii« rzeliłem, »czy wojownicy 
Teuty łzami walczą ? Nie otrzymamy pola narzelła- 
niem, ani dusza wojownika nie mieszka av westchnie- 
niach! Idź na dzika Karunu albo do kochanych trzód 
Teuty. Ale zrzuć tę zbroję, synu bojaźni; jaldź wo- 
jownik może w niej do boju wj'stąpić ?« 

Zerwałem pancerz z jej barków — pokazała się 
pierś białośnieżna. Spłonione oblicze ku ziemi się 
nachyliło. W milczeniu patrzałem na wodza. Oszczep 
wypadł mi z ręki, westchnienie z piersi się wj^do- 
było; lecz kiedy imię dziewicy usłyszałem, łzy mi 
popłynęły; pobłogosła\^-iłem miły promień młodości 
i rozkazałem bitwę zacząć. Na cóż, o synu skał, 
opowiadać ma Ossjan, jak pomarli wojownicy Teuty? 
Zapomniani są we własnym kraju, niema już ich 
grobów na błoniu! 

Przychodzą lata ze swojemi burzami, rozsypują 
się zazielenione groby; zaledwie pokazują grób Dun- 
talmy, a raczej miejsce, gdzie poległ od dzidy Os- 
sjana. Może jaki siwy wojowmik, wpółciemny ze sta- 
rości, opowiada podczas nocy przy dębie, płomienią- 
cym się na sali, 'RTiuko%vi swojemu moje czyny i wy- 
padek ponurego Duntalmy. Oblicze młodzieńca po- 
chyla się na stronę ku jego głoso\^i. W jego oczach 
żarzy się zdumienie i radość! Znalazłem Kaltona 
przywiązanego do dębu. Miecz mój rozciął więzy 
jego rąk. Oddałem mu białopiersią Kolmal; pozostali 
w salach Teuty, a Ossjan do Selmy powrócił. 



KARTON. 



To poema nosi w oryginale tjtnł: Poema pieśni. Liryczne 
jeg^o zakończenie należy do miejsc najwznioślejszych, ja- 
kie w dawnych poezjfich napotkać można. 
Dla zrozumienia tej powieści musimy dać następne hi- 
storyczne objaśnienie. Klessamor, wuj Fingala, był pe- 
wnego razu zapędzony przez burzę na rzekę Klutę (Clyde) 
i wylądował w Balklucie, grodzie ulsterskim, gdzie go 
Eeutamir, tameczny wódz, uprzejmie podejmował. Kles- 
samor zakochał się w jedynaczce jego, Moinie, i dostał 
ją za żonę. Inny wódz, Reuda, starał się także o Moinę, 
posprzeczał się o nią z Klessamorem, zwiódł z nim walkę 
i zginął Otoczyli go towarzysze Reudy w tak przema- 
gającej sile, że się musiał ocalić ucieczką do rzeki, a po- 
tem na swój statek. Napróżno usiłował przez kilka nocy 
dostać się do brzegu i zabrać z sobą małżonkę — burza 
zapędziła go na głębię. Moina urodziła syna i umarła 
ze smutku. Reutarair nazwał dziecię Kartonem i wycho- 
wał go na dziedzica po sobie. Karton był jeszcze małym, 
kiedy Fingal opanował Balklutę; Reutamir zginął, Kar- 

tona uniesiono, a Balkluta zgorzała. 
Karton, dorósłszy, poatanoAvił zemścić się na Fingalu 
śmierci dziadka i zniszczenia rodzinnego i wysadził na 
brzeg Morwenu swoje wojska. To wylądowanie jest przed- 
miotem poematu. 
Karton, szczęśliwy z początku w bitwie, upadł z ręki 
własnego ojca, który dowiedziawszy się z ust Kartona 
o imieniu jego matki, skonał z żalu na synowskich 
zwłokach. 



48 PIESSI OSSJAIfA 



Powieść przeszłości! Czyaj z dni lat innych! 

Szemranie twego strumienia, o Loro, wraca mi 
spomnienie przeszłości. Szum twoich lasów, Garma- 
larze, luby jest mojemu uchu! Widzisz ty, Malwino, 
tę skałę i jej wierzchołek śród błonia ? Trzy stare 
sosny wiszą z jej oblicza; przy jej nogach zieleni 
się nizka płaszczyzna. Na niej rosną skalne kwiaty 
i powiewają w wietrze białemi główkami. Samotny 
oset potrząsa starą bródką. Dwa kamienie, do po- 
łowy zapadłe, wji^ykają omszone głow3\ Górny dzik 
unika tego miejsca, bo ujrzał siwego ducha, który 
tam czuwa. O Mahvino! w tynn nizkim wąwozie mo- 
carze leżą! 

Powieść przeszłości! Czyny z dni lat innych! 

Któż to przybywa z kraju obcych, otoczony ty- 
siącami ? Promień słońca rozlewa przed nim pała- 
jący strumień; powiew jego pagórków spotyka jego 
włosy! Oblicze jego odwrócone od bojów. Spokojny 
on jak promień wieczorny, co z zachodniego obłoku 
świta nad milczącą doliną Kony! Któż to, jeśli nie 
syn Komhala, król potężnych czynów? Patrzy wesoło 
na swoje wzgórza i każe się podnieść tysiącom gło- 
sów! 

» Przypłynęliście na wasze pola, syny dalekiej 
ziemi! Król świata siedzi na sali i słyszy o ucieczce 
swojego ludu. Podnosi pałające oko dumy i cliwyta 
za miecz przodków. Przepłynęliście na wasze pola, 
syny dalekiej ziemi !« 

Takie były słowa bardów, gdy przybyAvali do sal 
Selmy. Tysiączne światła z kraju obcych pałają po- 
środku ludu. Dokoła zasta^viono ucztę, noc na ucie- 
sze spływała. »Gdzie jest zacny Klessamor ?« pytał 
się pięknokędziory Fingal, >> gdzie jest brat Morwy 
w godzinie mojej radości ? Żałobne on przeżył i po- 
sępne dni na rozgłośnej dolinie Lory. Ale patrz, 
schodzi ze wzgórza, podobny do rumaka w całej jego 



49 



okazałości, który w powiewie szuka swoich towa- 
rzyszy i wysoko do wiatru potrząsa dumną grzywą! 
Pozdrowienie twojej duszy, Klessamorze! Czy dawno 
z Selmy ?« 

»Czy śród sławy « rzecze Klessamor, »wódz po- 
wraca ? Taką była sława Komliala w bitwach jego 
młodości! Często my przez Karun do kraju obcych 
przechodzili, a miecze nasze, nasycone kr\vią, powra- 
cały. — Król świata nie mógł się cieszyć! Dlacze- 
góż spominam czas moich bitew ? Włos mój pomie- 
szał się ze siwizną; ręka łuku zapomniała natężać; 
lżejszego miecza potrzebuję. O gdybym mógł powró- 
cić tę radość, kiedy na pierwszej uczcie ujrzałem 
dziewicę, białopiersią córkę cudzoziemca, Moinę z mo- 
dremi oczyma !« 

» Opowiedz nam« rzecze potężny Fingal, » dzieje 
twoich dni młodych. Zgryzota, niby chmura na słońcu, 
zasępiła duszę Klessamora; smutne są dumy twoje 
i samotne na brzegach szumiącej Lory. Opowiedz 
nam zgryzotę młodości, niepokój dni twoich!* 

»Było to w dniach pokój u « odpowiedział wielki 
Klessamor. »Na lekkim okręcie przybyłem do wie- 
żastych murów Balkluty. Za żaglem wyły wiatry, 
a fale Kłuty przyjęły okręt czarnopiersi. Trzy dni 
bawiłem na salach Reutamira i ujrzałem jego córkę, 
jasny promień. Obchodzono uciechę konch, i stary 
rycerz oddał mi piękną. Pierś jej była jak piana 
na fali, a jej oczy jak światłe gwiazdy. Jej włosy 
czarne, jak krucze skrzydła, a dusza szlachetna i ła- 
godna. Wielką była moja miłość dla Moiny. Moje 
serce rozpływało się w szczęściu. 

Przybył syn cudzoziemca, wódz, który kochał 
Moinę. Waleczne były jego słowa na sali i często 
dobywał w połowie miecza. 

» Gdzież jest«, mówił on, » potężny Komhal, nie- 
zmordowany wędrowiec dolin ? Czy z wojskiem do 

PISMA eOSZCZTŃtKlleO. IV. 4 



50 PIEŚNI OSSJANA 



Balkluty idzie, źe Klessamor tak śmiały ?« — » Wo- 
jowniku* odpowiedziałem, »dusza moja goreje wła- 
snym ogniem. Bez trwogi stanę śród tysiąców, clio- 
ciaż Komhal daleko! Cudzoziemcze! waleczne twoje 
słowa, bo niema nikogo przy Klessamorze; ale miecz 
drży przy boku i pragnie w dłoni zaś\vitać. Nie spo- 
minaj więcej Komhala, synu wijącej się Kłuty. « 

Ocknęła się pycha jego siły — złożyliśmy się — 
upadł od mego miecza. Brzegi Kłuty posłyszały jego 
upadek; tysiąc oszczepów błysnęło dokoła. Walczy- 
łem. Cudzoziemcy przemogli. Wskoczyłem do stru- 
mienia Kłuty. Biały mój żagiel podniósł się na fa- 
lach; krążyłem po modrem jeziorze. Moina przybyła 
do brzeg-u i patrzała ku mnie czerwonemi od łez 
oczami! RozjDuszczone jej kędziory pływały z wia- 
trem. Zdaleka słyszałem narzekające jej wołanie. 
Często zwracałem okręt, ale wiatr wschodni prze- 
magał. Nie widziałem już więcej ani Balkluty, ani 
ciemnokędziorej Moiny. Umarła w Balklucie. Widzia- 
łem jej ducha. Poznałem go, kiedy śród ciemnej 
nocy przesuwał się w szemraniu Lory; wyglądała 
jak młody księżyc, kiedy patrzy przez mgły natło- 
czone, kiedy niebo sieje płatkami śniegu, a świat 
milczący i pochmurny. 

» Podnieście, bardowie* rzekł potężny Fingal, 
» chwałę nieszczęśliwej Moiny! Wezwijcie pieśniami 
jej ducha na nasze wzgórki, aby odpoczęła z krasa- 
wicami Morwenu, słonecznemi promieńmi dni innych, 
weselem rycerzy przyszłych! 

Widziałem twoje mury, Balkluto, ale zniszczone 
i puste. Ogień szumiał po salach. Nie słychać było 
głosów ludu. 

Strumienie Kłuty zgubiły pod upadłemi murami 
swoje łoże. T^iko tam oset pochylał samotną głowę. 
Zburzone mieszkanie Moiny, a milczenie w domie 
jej ojców! Podnieście, bardowie, pieśń żałoby nad 



51 



ziemią obcych! — Wprawdzie przed nami oni upa- 
dli — jeden dzień — i my także upaść musimy! 
O na cóż budujesz salę, synu dni ulotnych! 

Dziś jeszcze poglądasz z wieź twoich, ale — tro- 
chę lat — a przyjdzie burza od puszczy i po pró- 
żnym podwórcu zawyje, i zagwiżdże na tarczy wpół- 
zbutwiałej. 

Niech idą burze od puszczy, a nasza sława nie- 
chaj za dni naszych wschodzi! — Moje bitwy są 
pomnikiem mojego ramienia. W pieśni bardów imię 
jest moje! 

Podnieście pienia, napełniajcie konchy; niech ra- 
dość zabrzmi po sali. Jeśli ty, o słońce niebieskie, 
także się zestarzejesz, jeśli także przeminiesz, o świa- 
tło potężne, jeśli blask twój tak znikomy, jak Fin- 
gal — to nasza sława przetrwa twoje promienie.* 

Taka była pieśń Fingala w dniach uciechy! Ty- 
siąc bardów pochyliło się na siedzeniach, aby sły- 
szeć głos króla. Równał się on dźwiękom arfy przy 
lekkim wiosennym poAviewie. Miłe były twoje dumy, 
Fingalu! Czemuż Ossjan nie ma mocy twojej duszy? 
Ale ty sam, ojcze mój, stoisz, i któż może wyrównać 
królowi Selmy? Przesunęła się noc na śpiewach; ra- 
nek z radością powrócił. Góry wyjrzały szaremi gło- 
wami, uśmiechnęło się błękitne obKcze oceanu. Koło 
dalekiej skały widać było kołyszące się białe fale. 
Powoli wstawał tuman z jeziora i przesuwał się 
w kształcie starca po milczącem błoniu. Ogromne 
jego członki nie ruszały się w stąpaniu; duch pły- 
nął wdzięcznem powietrzem. 

Wszedł na sale Selmy i rozpłynął się krwawj^m 
deszczem. Sam król tylko postrzegł widziadło i od- 
gadł śmierć ludu. Milcząc, wszedł do sali i wziął 
oszczep ojców. Na jego piersi chrzęściał pancerz. 
Wokoło skupili się rycerze. W podziwieniu patrzeli 
na siebie i śledzili wejrzeń Fingala. Ujrzeli na jego 

4* 



52 PIEŚNI OSSJANA 



obliczu bitwę; na jego oszczepie — śmierć walczą- 
cych! Ich barki tysiąc tarcz naraz uchwyciły; tysiąc 
mieczów dobyto! Roziskrzyła się sala Selmy — po- 
wstał szczęk oręża — szare psy zawyły. Wodzowie 
ani jednego słowa nie wymówili; każdy zważał na 
oczy króla i w połowie podniósł oszczep. 

»Syny Morwenu« zaczął król, »nie czas napeł- 
niać konchy. Blizko nas chmurzy się bitwa; nad kra- 
jem śmierć wisi. Życzliwy duch ostrzegł Fingala 
o nieprzyjacielu. Synowie obcych przybywają od 
ciemuonurtego morza. Dlatego z wody powstało ha- 
sło posępnych przygód Morwenu. Niech każdy po- 
trząśnie ciężką dzidę; niech każdy przypasze miecz 
ojców. Niech czarne szyszaki podniosą się na wszy- 
stkich głowach; niech pancerze zewsząd zaświecą. 
Gromadzi się bitwa, jak burza; wkrótce usłyszymy 
ryk śmierci !« 

Stąpał bohater przed wojskiem, niby chmura 
przed łuną ognia, co się objawia na nocnem niebie, 
a żeglarze przewadują nawałnicę. Stanęli na wznio- 
słej Kony równinie, widzi ich białopiersia dziewica, 
podobnych do boru; przeczuwa zgon swojego mło- 
dzieńca; klnąc, poziera na morze — łudzi ją wał 
białawy, bierze go za daleki żagiel, i łza na jagody 
jej spłynęła. Nad morzem podniosło się słońce, wi- 
dzimy oddaloną flotę. Nadchodzi, podobna mgle mor- 
skiej, i mlodź swoją na ląd wysadza. Wódz ich był 
między niemi, jak jeleń śród trzody. Tarcza jego na- 
bita złotem; pyszne było stąpanie króla oszczepów. 
Szedł ku Selmie, a jego tysiące szły za nim. 

»Ullinie« rzekł Fingal, »idź do króla mieczów 
z pieśnią pokoju. Powiedz mu, żeśmy potężni w boju, 
że liczne są duchy naszych nieprzyjaciół, ale że sław- 
ni są ci, którzy w mojej sali biesiadują, którzy 
oglądają zbroję moich ojców; dzi\\aą się jej syny 
cudzoziemców i błogosławią przyjaźń z pokoleniem 



53 



Morwenu; bo daleko słynie imię nasze. Królowie 
świata drżą wpośrodku wojsk swoich!* 

Odszedł Ullin z pieśnią. Fingal spoczyw^ał na 
oszczepie; przypatrywał się potężnemu nieprzyjacie- 
lowi w jego zbroi i podziwiał syna obcych: »Jaki 
okazały syn morza !« mówił król lesistego Morwenu. 
» Miecz twojego biodra jest promieniem ognia. Twój 
oszczep jest sosną, co wyzywa burzę. Rosnące obli- 
cze księżyca nie szersze od twojej tarczy. Rumiane 
są młodzieńcze policzki! miłe kędzior}^ w^łosów! Ale 
to drzewo musi upaść i zapomniana będzie jego pa- 
mięć. Córka obcych będzie się smucić, pozierając na 
zbałwanione morze, bo dzieci będą mówiły: » Wi- 
dzimy jakiś okręt! Może to król Balkluty.« Łzy ude- 
rzą do oka jego matki. — Ona duma o tem, co już 
śpi w Morwenie.« 

Takie były słowa królewskie, kiedy Ullin przy- 
był do potężnego Kartona. Schylił przed nim trzy 
razy oszczep i zanucił pieśń pokoju: 

» Pójdź na ucztę Fingala, Kartonie, od bałwanią- 
cego się morza; pójdź na ucztę królewską, lub oszczep 
wojny podnieś! Liczne są już duchy naszych nie- 
przyjaciół, ale słynie przyjaźń Morwenu. Patrz na 
to pole, Kartonie; wiele tu zielonych pagórków z om- 
szonemi kamieniami, ze szumiącą trawą: to groby 
nieprzyjaciół Fingala, s\tiu zbałwanionego morza. « 

»Czy to mówisz do niedorostka zbroi « rzekł Kar- 
ton, » bardzie lesistego Morwenu ? Czy moje oblicze 
blednie z bojaźni, synu spokojnej pieśni ? Skąd ta 
myśl, że mi niepokoisz duszę AV}-liczeniem tych, co 
polegli ? Moje ramię ścierało się w bitwach; rozlega 
się już moja sława. Idź do młokosa w zbroi i nama- 
wiaj go, by ustąpił przed Fingalem. Nie jaz to wi- 
działem upadłą Balklutę ? I ja miałbym godować ze 
synem Komhala ? Komhala, co w salę moich ojców 
zapuścił pożar ? Młody jeszcze byłem i nie wiedzia- 



54 PIEŚNI 088JANA 



łem, dla czego dziewice płakały. Słupy dymu, co 
wstawały nad murami, podobały się mojemu oku. 
Oglądałem się z radością, kiedy moi przyjaciele po 
wzgórkach pierzchali. Ale kiedy wiek dziewiczy prze- 
szedł, kiedy ujrzałem mchy powalonych moich mu- 
rów, westchnienie moje podnosiło się z porankiem, 
łzy sączyły się z nocą. Jażbym nie miał walczyć, 
rzekłem do duszy, z dziećmi moich nieprz^^jaciół ? 
Będę walczył, o bardzie! Czuję duszę w sile.« — 
Zgromadził się koło rycerza lud jego. Dobyto bły- 
szczących mieczy. On stał w środku, podobny ogni- 
stemu słupo%vi. Łzy napełniały w połowie oko; bo 
wspomniał na pustki Balkluty. Tłumiona pycha du- 
szy podniosła się. Spojrzał ukosem na wzgórze, gdzie 
nasi rycerze zbrojami połyskiwali. Oszczep drżał 
w jego ręku; chyląc się naprzód, królowi zdawał się 
grozić. 

»Mamźe« mówił do swojej duszy Fingal, j> pierw- 
szy z młodzieńcem zacząć ? Mamźe go wstrzymać 
na połowie drogi, wprzódy nim się jego sława pod- 
niesie ? Ale bard późniejszy, ujrzawszy kiedyś grób 
Kartona, mógłby powiedzieć: Fingal uz^^ł t3'siąców 
do boju, nim szlachetny Karton upadł. Nie, bardzie 
przyszłych czasów, nie będziesz mógł ująć sławie 
Fingala. Rycerze moi spotkają się z młodzieńcem, 
a Fingal będzie się przj^patrywał walce. Pokona ich, 
to wystąpię w całej sile, równy szumiącemu stru- 
mieniowi Kony. Któryż mój rycerz chce się mierzyć 
ze synem" pieniącego się morza ? Liczni są wojownicy 
na brzegu; mocny jest jego oszczep sosnowy. « 

S}-n potężnego Lormara, Katul, wystąpił naprzód 
w całej sile. Trzydziestu młodzieńców z pokolenia 
ojczystych strumieni towarzj-szy wodzowi. Słaby jego 
oręż przeciw Kartonowi upadł; jego rycerze pierz- 
clmęli. 

Konnal odnowił bitwę, ale skruszył ciężką dzidę. 



55 



Pokonany, upadł śród pola, a Karton ścigał lud 
jego. 

»Klessamorze« odezwał się król Morwenu, » gdzie 
oszczep twojej siły ? Czy możesz patrzyć na poko- 
nanego Konnala, na przyjaciela od strumienia Lory? 
Powstań, przyjacielu Konnala, w blasku stali! Daj 
uczuć młodzieńcowi Balkluty siłę morweńskiego po- 
kolenia.* Powstał Klessamor w sile stali, otrząsając 
siwe kędziory. Przytwierdził tarczę do boku i po- 
śpieszył w dumie męstwa. 

Karton stał przy skale i patrzał na zbliżającego 
się rycerza. Polubił groźną radość jego oblicza i moc 
w sędziwych kędziorach. »Mamże« mówił, » podnieść 
oszczep, który nie chybił nigdy nieprzyjaciela ? Lub 
słowem pokoju oszczędzić wojownika życie ? Jak 
okazały krok jego starości, jak miłe jego lat osta- 
tki! Może on był oblubieńcem Moiny, ojcem wozo- 
kotczego Kartona ? Często słyszałem, że mieszka przy 
rozgłośnym strumieniu Lory!« 

Te były jego słowa, kiedy Klessamor przybył 
i zmierzył się oszczepem. Młodzieniec odparł go tar- 
czą i przemówił słowami pokoju: » Rycerzu siwokę- 
dziory! niemaź tam żadnego z młodzieży któryby 
robił oszczepem, podnosił tarczę ojców i oparł się 
ramieniu młodzieńca ? Czy już niema małżonki twego 
kochania ? Czy płacze nad grobami swoich synów ? 
Jesteśże królem mężów ? Cóżby się stało ze sławą 
mojego miecza, gdybyś ty poległ ?« 

»Wielkąby ona była, synu pychy !« odpowiedział 
Klessamor; » słynąłem ja w bitwach, ale nigdy je- 
szcze nie odkryłem nieprzyjacielowi mojego imienia. 
Poddaj się, synu fali, a wtedy będziesz wiedział, na 
ilu polach stoją pomniki mojego miecza! 

»A ja nigdy nie ustąpiłem, królu oszczepów« 
rzecze ze szlachetną dumą Karton; » walczyłem w bi- 
twach i widziałem przyszłą moją sławę! Nie pogar- 



56 PIEŚNI 08SJANA 



dzaj tern ramieniem, wodzu mężów! Mocny jest mój 
oszczep. Ustąp do przyjaciół; niech młodsi rycerze 
walczą. « 

»Dlaczego rozraniasz mi duszę ?« rzecze Klessa- 
mor ze łzami, » starość nie trzęsie moją ręką; mogę 
jeszcze w^Tabiać mieczem. Mamźe ustąpić w oczacłi 
Fingala, wobec tego, Iłtórego ukocliałem ? O synu 
morza, nigdy nie ustąpię — podnoś ostrą dzidę !« 

Starli się równi dwum burzom walczącym, pod 
któremi fale powstają. Karton błagał swego oszczepa, 
ażeby błądził; zawsze on jeszcze myślał, że ten nie- 
przyjaciel jest oblubieńcem Moiny! Skrusz}'ł dre- 
wniany oszczep Klessamora; w\Twał mu miecz bły- 
szczący. Lecz kiedy Karton pasował się z wodzem, 
ten dobywa sztyletu ojca, postrzega odsłoniony bok 
nieprzyjaciela i zadaje mu ranę. 

Ujrzał Fingal, że Klessamor upada i pośpieszył 
z clirzęstem stali. Wojsko stało w milczeniu w jego 
obecności, obróciło oczy na bohatera. Przybył podo- 
bny nagłemu szumowi burzy, nim się \\datr podnie- 
sie; słyszy go w dolinie łoAyiec i chroni się w ska- 
listą iDieczarę. 

Karton stał w miejscu. Z jego boku krew pły- 
nęła. Postrzegł nadchodzącego króla; zbudziła się 
w nim nadzieja sławy, ale jagody jego były blade, 
włos rozczochrany, chwiał się szyszak. Przeszła moc 
Kartona, lecz dusza mocna została. Pingal ujrzał 
krew rycerza; zatrzymał wymierzony oszczep. »Pod- 
daj się, królu mieczów!* zawołał syn Komhala. » Wi- 
dzę krew twoją. Potężny byłeś w boju i sława twoja 
nie może się zachmurz}^.* 

»Czy ty jesteś tak daleko słynącym królem ?« 
zapytał wozokotczy Karton. »Czy ty jesteś błyska- 
wicą śmierci, która królów świata przestrasza ? Ale 
na cóż Karton ma pytać? Jest on jak strumień swo- 
ich wzgórzów; gwałtowny w pędzie, jak rzeka, szybki, 



57 



jak niebieski orzeł. O gdybym walczył z królem, to 
sława moja wielką byłaby w pieśni, to łowiec siad- 
szy na moim grobie, mógłby powiedzieć: on walczył 
z potężnym Fingalem! Lecz Karton umiera nieznany; 
strwonił swoje siły ze słabemi!« 

»Nie możesz nieznany umrzeć !« odpowiedział król 
lesistego Morwenu. » Dosyć mam bardów, o Kartonie, 
a ich pieśni idą w przyszłość. Dzieci lat potomnych 
usłyszą sławę Kartona, kiedy obsiędą dąb płonący 
i noc starym pieśniom poświęcą. Łowiec, siedzący 
na błoniu, usłyszy gwizd powie^vu i podniesie oko 
na skały, gdzie Karton upadł. Wtedy obróci się do 
swojego syna i pokaże mu miejsce, gdzie walczyli 
mocarze: »tu król Balkluty walczył jak potęga ty- 
siąca strumieni !« 

Obudziła się radość w Kartona obliczu. Podniósł 
ciężkie oczy; oddał miecz Fingalowi, aby go złożył 
na swojej sali i zachował w Morwenie na pamiątkę 
króla Balkluty. Umilkła bitwa na polach. Bardowie 
zanucili pieśń pokoju. Wodzowie zebrali się przy 
umierającym Kartonie i wzdychając, słuchali słów 
jego. W milczeniu podparli się oszczepami. Rycerz 
Balkluty mówił. Jego włos wzdychał wiatrem, a głos 
jego był smutny i miły. 

» Królu Morwenu !« rzecze Karton, » upadam na 
połowie drogi! Obcy grób obejmie młodzieńca, osta- 
tniego z pokolenia Reutamira. Ciemność zamieszka 
w Balklucie, cień smutku na Kratmie. Ale wznieście 
mi grobowiec na brzegach Lory, gdzie moi ojcowie 
mieszkają. Może oblubieniec Moiny zasmuci się po 
upadłym Kartonie !« 

Słowa jego trafiły w serce Klessamora; upadł 
w milczeniu na syna. Wojsko stoi dokoła w zasępie- 
niu; żadnego głosu na błoniach Lory. Nadeszła noc; 
od wschodu zajaśniał księżyc nad polem żałoby; — 
lecz oni stali, jak las milczący, którego głowa pod- 



58 PIEŚNI OSSJANA 



nosi się na Gormalu, kiedy szumiące wiatry ucichną 
i posępna jesień panuje na płaszczyznach. 

Trzy dni żałowano Kartona; czwartego slionał 
jego ojciec. Leżą oni na nizkiej płaszczyźnie skał, 
a duch posępny czuwa nad ich grobami. Daje się 
często tam widzieć i miła Moina, kiedy promień 
słońca zaginie na skałach i ciemność wszystko okrąż\\ 
Pokazuje się ona tam, o Malwino, ale nie podobna 
do córek wzgórza. Samotnie się tuła, a jej ubiór 
z obcego jest kraju. 

Fingal smutny był po Kartonie. Rozkazał bar- 
dom uważać dzień, kiedy powraca cienista jesień; 
uważano go często i śpiewano chwałę rycerza. 

Któż to przybywa tak posępnie od szumiącego 
oceanu, jak ciemna chmura w jesieni ? Śmierć drży 
w jego ręku — oczy pałaj ąc\Tii są ogniem. 

Któż to szumi po cłimurnych błoniach Lory ? 
Któż, jeżeli nie Karton, król mieczów? Patrz! lud 
tam upada, gdzie on walczy, — równy upartemu 
ducho^^i Morwenu. Ale dziś tutaj leży dąb okazały, 
wyrwany od gwałtownego wichru. Kiedyż się ockniesz, 
wesele Balkluty ? Kiedyż się. Kartonie, ockniesz ? 

Któż to przybywa tak posępnie od szumiącego 
oceanu, jak ciemna chmura w jesieni ? Te były słowa 
bardów w dniach żałoby. Często i Ossjan swój głos 
łączył i swoje pieśni przj^dawał. Dusza moja smuciła 
się po Kartonie; upadł on w dniach młodości. A ty, 
o Klessamorze, gdzież masz pometrzne mieszkanie ? 
Zapomniałże młodzieniec swojej rany ? Czy pływa 
z tobą na chmurach ? 

Malwino! czuję słońce; prowadź mię w moje 
ustronie. Może oni przyjdą do snów moich. Zdaje 
się, że słyszę głos ich słaby. Cieszy się niebieski 
promień, że świeci na grobie Kartona: czuję dokoła 
jego ciepło! 

O ty, co się toczysz tam w górze, 



59 



tarcza mojego ojca, o słońce, skąd twoje promienie, 
skąd twoje światło nieijokonane ? Przycłiodzisz w bło- 
gosławionej krasie; gwiazd}^ kryją się do nieba; księ- 
życ, zimny i blady, upada na zacłiodnie fale. Ale ty 
samo się błąkasz, i któż może być towarzyszem two- 
jej wędrówki ? 

Walą się dęby gór; góry z latami przechodzą; 
ocean j^odnosi się i opada; księżyc przepada w nie- 
bie; tylko ty ciągle to samo i rozweselasz jasnością 
swojej drogi. Kiedy ś\\dat zasępi się burzami, kiedy 
się potoczą grzmoty i popłyną błyskawice, ty wy- 
zierasz z obłoku w całej piękności i uśmiechasz się 
do burzy. 

Ale daremnie na Ossjana pozierasz, bo już nie 
zobaczy on twoich promieni ani złotych kędziorów, 
pływających po obłokach wschodu, ani u bram za- 
chodu drżących. Może jednak i t}', jak ja, znikome 
jesteś i skończj^sz swoje lata. Zaśniesz na obłokach, 
nie troszcząc się o głosy poranku. Raduj się więc, 
o słońce! w sile młodości. Niemiła jest pochmurna 
starość: równa się ona posępnemu światłu księżyca, 
kiedy się wymyka przez chmury połamane; na pa- 
górkach tuman, na błoniu poświst północny, a wę- 
drowca dreszcz bojaźni przejmuje. 



KARRIKTURA. 



Fingal, powracając z wojennej wyprawy, chce odwiedzić 
w Karrikturze swojego przyjaciela Katullę, króla Inistoru. 
Już był w podróży, już widział wieże Karriktury i z ognisk 
zapalonych domyślił się gwaltov\'nego niebezpieczeństwa 
swojego przyjaciela, kiedy nagle wiatr się zmienił i zmu- 
sił go zawinąć na chwile do pewnej zatoki. Trotal, król 
Sory, obiegł wtedy Karrikturę; ale dnia następnego był 

zbity od Fingala i schwytany. 
Oto jest osnowa tej powieści. Zacz^^na się w wieczór od- 
jazdu Fingala. 
Naprzód bard Ullin śpiewa powrót Fingala z wojny, po- 
tem Kronan i Minona pieśni Szylryka i Finfeli. Fingal 
wysiada na brzeg i wstępując w nocy na jeden pagórek, 
spotyka Kiutlodę, straszliwego ducha Lody, bożyszcze 
Skandynawów — zapewne Odina, — którj" mu grozi, je- 
śli nie odmieni zamiaru swojej podróży. Fingal zwodzi 

z nim walkę, a duch pokonany ulatuje. 

Po bitwie i pokonaniu Trotała Fingal godzi go ze swoim 

przyjacielem Katullą. Następuje uczta i śpiew Karilla, 

barda Selmy, o Komalu i Kremorze. 

»Toś to juz przebiegł błękitne szranki nieba, 
złotokędziory synu powietrza *)? Zacliód otworzył 
drzwi; tam jest łoże twego noclegu. Przychodzą 
fale oglądać twoją krasę i Avidzą cię mile usypiaj ą- 

*) Ossjan zawsze wyobraża słońce jako syna dnia, ^ 
a księż}^ jako cói'kę nocy. ■ 



KARKI KTUKA 61 

cego, ale je bojaźń zżyma! Spoczywaj, o słońce, 
w twojej cienistej jaskini i wracaj do nas wesołe! 

Lecz dozwól, by przy dźwięku arf Selmy podnio- 
sło się tysiąc promieni, dozwól, by ich światło roz- 
promieniło salę. 

Król konch powrócił. Powrócił z wyprawy na 
Karuna, jak dźmęk, co już był przebrzmiał. Podnie- 
ście pienia, o bardy! KjóI ze sławą powrócił !« 

Taki był śpiew Ullina, kiedy Fingal wrócił z woj- 
ny, kiedy przybywał, zarumieniony młodością z buj- 
nemi kędziorami. Błękitna zbroja okrywała bohatera, 
jak jasna chmurka słońce, kiedy się z niej w szacie 
tumanu wysuwa i strzela półpromieuiem. Za królem 
jego rycerze. Zastawiono ucztę konch. Fingal obrócił 
się do bardów i rozkazał pieśni podnieść. 

»Wy, głosy rozdźwięcznej Kony, śpiewacy innych 
czasów, wy, przed których duszą przetaczają się błę- 
kitne wozy naszych ojców, uderzcie na mojej sali 
po arf ach; niech waszych pieśni posłucham. Słodka 
jest radość smutku, podobna wiosennemu deszczowi, 
który podnosi zielone główki młodych listeczków. 
Śpiewajcie, bardowie! Jutro napniemy żagle. Błękit- 
ny mój szlak idzie przez ocean do murów Karrik- 
tury, do omszonych murów Sarna, gdzie Komala 
mieszka. Tam zacny KatuUa gotuje nam ucztę konch. 
W jego lasach wiele jest dzików; zgiełk łowów ma 
się tam podnieść, « 

»Kronanie, synu pieśni«*) rzecze Ullin, »Mnono, 
wdzięczna przy arfie, zacznijcie powieść Szylryka dla 
uciechy króla Morwenu. Wywołajcie Finfelę z całą 
jej krasą, podobną tęczy, kiedy w blasku chylącego 
się słońca podnosi głowę nad jeziorem! O Fingalu, 
już przychodzi. Głos jej łagodny, ale smutny. « 



*) Zdaje się, że Kronan śpiewał pieśń Szylryka, 
Minona pieśń Finfeli. 



62 PIEŚNI OSSJANA 



FLNFELA 

Mój kochanek jest sjmem pagórka. Ściga on ucho- 
dzącą sarnę. Jego psy siwe wietrzą dokoła. Jego 
cięciwa g^^^źdźe ^viatrem. Czy ty, zdroju skały, spo- 
czywasz śród szumu górnego strumienia? Wiatr po- 
rusza trzcinę: mgła przepływa pagórek. 

Niewidziana, zbliżę się do kochanka, pojrzę na 
niego ze skały. Otóż go \\-idzę pod starym dębem 
Branny. Powróciłeś więc z połowania, najpiękniejszy 
ze swoich przyjaciół! 



Jakiż to głos słyszę, głos niby letni wietrzyk? 
Nie widzę nic przy chwiejącej się trzcinie; nie sły- 
szę zdroju skał. Daleko, Finfelo, daleko idę na wojnę. 
Nie wstąpię więcej na pagórek; psy nie będą mi 
więcej towarzyszyć. Nie ujrzę cię z wyżyny idącej 
nad strumieniem równin, pięknej jak tęcza, jak mie- 
siąc na zachodniej fali. 



To już odszedłeś, o Sz\4r3'ku? Zostałam sama na 
wzgórku! Na urwisku widać sarny; bezpiecznie się 
pasą. Nie boją się już ani wiatru, ani skrzj^piącego 
drzewa! Daleko, daleko łowiec, na polu mogił. Cu- 
dzoziemcze, synu fali, oszczędzaj kochanego mego 
Szylryka. 



Muszę upaść w polu, Finfelo, a ty grób mi po- 
staw! Siwe kamienie i mogiła niech mię naznaczą 
dla przyszłych czasów. Kiedyś usiądzie przy nim ło- 
wiec, rozłoży południowy swój posiłek i powie: »może 
tu jaki wojownik spoczywa*, a moja sława obudzi 
się w jego pochwale. Pamiętaj o mnie, Finfelo, kiedy 
polegnę ! 



KARRIKTUEA 63 



Tak, będę o tobie pamiętać! Ach! mój Szylryk 
polegnie! Cóż ja pocznę, mój kochanku, kiedy odej- 
dziesz na zawsze? W południe będę się błąkać po 
tym pagórku; będę się błąkać po milczącem błoniu. 
Tam będę oglądać miejsce twojego wytchnienia, kie- 
dyś powracał z łowów. Ach! mój Szylryk polegnie! 
Jednak będę pamiętać o Szylryku! 

»I ja pamiętam wodza « rzecze król lesistego Mor- 
wenu. »W zapalczywości pożerał on bitwę. Ale te- 
raz nie widzi go moje oko. Zeszedłem go raz na 
pagórku; blade były jego policzki, zasępione czoło, 
pierś pełna westchnień, krok zwrócony ku puszczy. 
Lecz dzisiaj już go niema w tłumie wodzów, kiedy 
się podnoszą dźwięki mojej tarczy. Czy nie zamie- 
szkał wódz wysokiej Karmory w ciasnym domku *)?« 

»Kroname«, rzecze Ullin innych czasów, » pod- 
nieś pienie Szylryka, kiedy wrócił na swój pagórek 
i nie znalazł Finfeli. Oparł się na siwomch3'm ka- 
mieniu; dumał o Finfeli żyjącej. Ujrzał ją; szła po- 
nętnie płaszczyzną; ale piękna jej postać nie trwała. 
Promień słońca przebiegł po łanie, i ona zniknęła. 
Posłuchaj pieśni Szylryka; łagodna jest, ale smutna. 



Siedzę przy mszystem źródle, na szczycie wietrz- 
nego pagórka. Nade mną szumi drzewo. Ciemne fale 
toczą się po błoniach. Pode mną burzy się jezioro. 
Sarna schodzi z pagórka. Żaden łowiec nie ciągnie 
zdaleka. Południe, ale wszystko milczy. Żałosne są 
moje dumy samotne. 

Czy to ty, kochanko, idziesz błoniem? Za tobą 
włosy z wiatrem upływają; twoja pierś unosi się 



•) Ciasny dom, ponury dom, wietrzne mieszkanie itd. 
są to nazwiska grobu. 



64 



PIEŚNI 0S8JANA 



westchnieniami; twoje oko pełne łez po przyjacielu, 
którego mgły pagórka osłaniają! Chciałem cię po- 
cieszyć, o miła! zaprowadzić do domu twego ojca. — 
Ale onaź to pokazała się tam, jak promień światła 
na błoniu? Jasna, jak księżyc w jesieni, jak słońce 
śród letniej nawałnicy. Do mnież idziesz, o dziewico, 
przez góry i skały? Odezwała się. Ale jak słaby 
głos jej! Niby wietrzyk we trzcinach jeziora. 

FINFELA 

Zdrowoź, mój kochanku, z wojny powróciłeś? 
Gdzież są twoi przyjaciele? Posłyszałam z pagórka 
o twojej śmierci, posłyszałam i zasmuciłam się po 
tobie, Szylryku! 



Tak, moja piękna, powracam, ale sam z całego 
pokolenia! Już ich więcej nie zobaczysz; na polu bi- 
twy groby im posypałem. — Ale ty co robisz na 
t}Tn pustym pagórku? Dlaczegoś samotna na tem błoniu? 

FINFELA 

Samotna jestem, o Szylryku, samotna w domie 
wiatrów. Umarłam z żalu po tobie. Blada jestem, 
Szylryku, w grobie jestem! 



Ona odpływa, ona się rozpływa, jak tuman z -sWa- 
trem. Kochanko moja! Finfelo! i tyż się nie zatrzy- 
masz? Zatrzymaj się i patrz na łzy moje! Pięknie 
się objawiłaś, Finfelo! Pięknaś była i za życia. 

Przy omszonym zdroju, na wierzchu wietrznego 
pagórka będę ja przesiadywał. Kiedy dokoła umilknie 
południe, wtedy, o kochanko, pomów ze mną! Przy- 
iDywaj, niech tylko usłyszę głos twój, kiedy w mil- 
czące południe będziesz się zbliżać do mnie! 



KARRIKTUEA 65 

Taka była pieśń Kronana w radosnej nocy na 
Selmie. Ale na wschodzie podniósł się ranek; modre 
fale zaigrały światłem. Fingal rozkazał podnieść ża- 
gle; wiatrj^ przybyły, szumiąc z pagórków. Podniósł 
się widok Inistoru i mszystycli wież Karriktury. Ale 
na ich wierzchołku ujrzeliśmy hasło potrzeby, straż- 
niczy płomień, okrążony dymem. Król Morwenu ude- 
rzył się w piersi, razem nasroźył oszczep. Skłonił 
ku brzegom zachmurzone czoło, obejrzał się na opie- 
szałe wiatry. Włos rozczochrany spływał mu na barki. 
Straszliwe było milczenie króla! 

Noc opadła na morze; zatoka Roty prz}^jęła okręt. 
Skała z głośnemi lasami garbi się wzdłuż brzegu. 
Na wierzchołku jest okrąg Lody i omszony kamień 
potęgi. U spodu rozciąga się wazka dolina, pokryta 
trzciną i staremi drzewy, które wiatr północny po- 
zdzierał, szalejąc, ze skał chropawych. Tam błękit- 
nieje łoże strumienia i samotny poświst oceanu uga- 
nia bródkę ostu. 

Podniósł się płomień trzech dębów. Zastawiono 
dokoła ucztę, ale królewska dusza była w smutku 
nad nieszczęściem wodza Karriktury. Blady, zimny 
księżyc podniósł się na wschodzie. Sen opadł na 
młodzież. Błękitne szyszaki lśniły się promieńmi księ- 
życa; przetlałe ogniska dogasały. Ale na królu sen 
nie spoczął: wstał we zbroi, wstąpił zwolna na pa- 
górek, aby widzieć płomienie od wieź Sarna. 

Płomień był ciemny, daleki; księżyc na wschodzie 
zakrył czerwone oblicze. Z gór przyleciał poś\\ist; 
na jego skrzydłach duch Lody. Przybywał on ze 
swego mieszkania w całej okropności i potrząsał 
cłmiurzystym oszczepem. Oczy jego wydawały się na 
czarnem obliczu jak płomień; głos równał się odda- 
lonemu grzmotowi. Fingal nastawił w ciemności swój 
oszczep i donośnie zawołał: 

»Synu nocy, oddal się: zwołaj wiatry i uciekaj. 

PISMA G0S2C2VŃ8K|EG0. IV. 5 



PIEŚNI OSSJAKA 



Po CO tu przybywasz w tej zbroi z cienia? Czy mam 
się zlęknąć twojej chmurnej postawy, duchu stra- 
szliwej Lody? Słaba jest twoja tarcza z chmur, słaby 
ten ogni oj a w, twój miecz! Burza to wszystko miesza; 
ty sam znikomy jesteś! Uciekaj z przed mego obli- 
cza, synu nocy! Zwołaj twoje wiatry i uciekaj!* 

»Czy chcesz mię wygnać z mojego przj-bytku?* 
odpo^^aedział głos podziemny. » Przede mną ludy klę- 
kają. Ja kieruję bitwami w polu walecznych. Spoj- 
rzę na uarod}'^, i wnet znikają: mój oddech jest bu- 
rzą śmierci. Jeżdżę wiatrami, a nawałnice przed mo- 
jem są obliczem. Ale ciche jest moje mieszkanie na 
chmurach; wesołe są pola mojego wytchnienia!* 

»A ^\dęc na twoich wesołych polach mieszkaj* 
zawołał Fiugal. » Zapomnij o synu Komhala. Na 
twojeż błonia spokojne zeszły moje kroki ze swoich 
pagórków? Napastujęż oszczepem twoje chmury, du- 
chu straszliwej Lody? Dlaczegóż mi grozisz? Dlacze- 
go twój oszczep podnosisz? Daremnie grozisz! Ża- 
dnemu mocarzowi boju nie ustąpiłem, a jednego syna 
wiatru miałby się uląc król Morwenu? Nie! Znam 
ja niedołężność twojej zbroi!« 

»Ustąp do twojej ziemi* odpowiedziała postać. 
» Ujmij przyjazne wiatry i ustąp! Wiatry są w mo- 
jej garści; odemnie zależy pęd nawałnic. Król Sory 
jest moim synem; kłania się kamieniowi mojej po- 
tęgi. Opasał Karrikturę zbrój nemi i zwycięży. Ustąp 
do swojej ziemi, synu Komhala, albo poznasz mój 
gniew płomienisty!* 

Wysoko podniósł oszczep chmurzysty. Wychylił 
naprzód kibić straszliwą. Fingal przystąpił, dobył 
miecza, żelazo czarnobrewego Lum'. Iskrząca smuga 
stali przeszyła ducha na wylot. — Rozlał się w po- 
wietrzu bezkształtnie, jak słup dymu, rozdmuchniony 
pręcikiem chłopięcia, kiedy się wydobywa z pieca 
nawpół wygaszonego. Krzyknął duch Lody i zwi- 



KAEKIKTURA 67 

nąwszy się, popłynął z wiatrem. Na krzyk ten wstrzą- 
sła się Tnistore. Usłyszały go w ostatnicli głębinacłi 
fale. Z trwogi stanęły w biegu. Porwali się razem 
towarzysze Fingala i schwycili ciężkie dzidy. Po- 
śpieszyli do króla, unieśli się gniewem; wszystkie 
zbroje zadzw^oniły. 

Na wschodzie pokazał się księżyc. Król powró- 
cił w całym blasku zbroi. Wielka była jego mło- 
dzieży radość; ucieszyły się ich dusze, jak morze po 
nawałnicy. Ullin podniósł radosne pienie. Zabrzmiały 
echem pagórki Inistoru. Płomień dębu na nowo buch- 
nął i rycerskie pieśni znowu rozpoczęto. 

Ale Trotal, zagniewany król Sory, siedział w ża- 
łobie pod drzewem. Jego wojsko otaczało Karrikturę. 
Pozierał on zapalczywie na mury, żądał krwi Ka- 
tulli, który go raz pokonał we walce. Kiedy Annir 
panował w Sorze, ojciec żeglownego Trotala, pod- 
niosła się burza na jeziorze i zagnała Trotala do 
Inistoru. Trzy dni biesiadował on w salach Sarna 
i ujrzał ponętne oczy Komali. Pokochał ją ogniem 
młodości i zapalił się do posiadania białoramiennej 
dziewicy. Katulla sprzeciwiał się wodzowi; wszczęła 
się groźna walka. Trotal został na sali związany; 
trzy dni wzdychał samotnie; czwartego odesłał go 
Sarno na okręt, ażeby do swojej ziemi powrócił. Ale 
zemsta dla zacnego Katulli mieszała jego duszę. 
Kiedy się podniósł kamień sławy nad Annirem*), -wtedy 
przybył Trotal z potęgą. Zajęła się wojna przy Kar- 
rikturze i mszystych murach Sarna. 

Ocknął się na Inistorze poranek. Trotal uderzył 
w czarnośniadą tarczę. Na dźwięk jej zerwali się 
wodzowie Trotala, ale ich oczy ku morzu się kie- 
rowały. Postrzegli Fingala idącego w całej potędze, 
a zacny Tubar pierwszy przemówił: 



•) Jego grobowiec. 



68 PJEŚNI OSSJANA 



»Któż to idzie, podobny jeleniowi na górach, ma- 
jącemu trzodę za sobą? Trotalu, to nieprzyjaciel. 
Widzę podniesiony oszczep. Może to król Morwenu 
Fingal, pierwszy z ludzi? Dobrze są znane jego czyny 
w Lochlinie; na salach Starna jest krew jego nie- 
przyjaciół. Mamże od niego żądać pokoju? Miecz 
jego jest błyskawicą niebios. « 

»Śynu słabej ręki« zawołał Trotal, »mająź dni 
moje z niesławą się zacząć? Mamże niepokonany 
ustąpić, wodzu strumienistej Tory? Lud Sory po- 
wiedziałby: Trotal pokazał się jak ogniojaw, ale go 
spotkała ciemna chmura — a sława jego zgasła. 
Nie, Tubarze, nie, nie ustąpię. Moja sława musi mię 
otoczyć jak światło. Nie, nigdy nie ustąpię, wodzu 
strumienistej Tory!« 

Przybył on ze strumieniem ludu, ale na skałę 
trafił. Fingal stał niewzruszony. Złamani, potoczyli 
się napo wrót od jego boków. Ale nie odpłynęli bez- 
piecznie. Ścigał ich kroki oszczep króla. Pole okryło 
się rycerzami. Wyniosły pagórek zasłonił nieprzyjaciół. 

Trotal postrzegł ich ucieczkę. Podniosła się zaja- 
dłość w jego piersi. Uderzył wzrokiem o ziemię 
i wezwał zacnego Tubara. » Tubarze, mój lud ucieka. 
Moja sława przestaje się podnosić. Ja chcę z kró- 
lem walczyć. Czuję w duszy ogień. Wyślij barda 
z wyzwaniem do bitwy. Niech nic nie wymówi prze- 
ciwko słowu Trotala! Ale, Tubarze, ja kocham dzie- 
wicę. Mieszka ona przy strumieniu Tory. Jest to 
białopiersia córka Hermana, Uta ze słodkiem wejrze- 
niem. Lęka się uśpionej Komali *). Jej westchnienie 
skrycie się podniosło, kiedym żagiel rozpinał. Po- 
wiedz Ucie arfy, że się rozweseliła moja dusza w jej 
duszy. « Tak mówił w przedsięwzięciu spotkania się. 
Lecz blizkie było lekkie westchnienie Uty. W mę- 



I 



") Nie wiedziała o jej śmierci. 



KARRIKTDRA 69 

skiej zbroi towarzyszyła ona rycerzowi. Jej oko czu- 
wało z pod stali nad młodzieńcem. Postrzeg-ła, że 
bard odchodził; trzy razy upuściła oszczep z ręki. 
Włos jej pływał we wietrze. Jej biała pierś wzdy- 
mała się westchnieniami; pozierała na króla. Chciała 
przemómć — trzy razy moc ją odstąpiła. 

Fingal wysłuchał słów barda i przybył w całym 
blasku stali. Zmieszali zabójcze oszczepy; błyski mie- 
czów podnieśli. Ale miecz Fingala upadł z góry i wj- 
trącił Trotalowi tarczę. Odsłonił się piękny bok jego; 
ujrzał śmierć przed sobą. 

Ciemność osiadła duszę Uty; po jagodach łza 
się potoczyła. Skoczyła, aby swoją tarczą zasłonić 
wodza; ale dąb zwalony spotkał jej kroki. Upadła 
na śnieżne ramiona. Daleko odleciały szyszak i tar- 
cza. Białe piersi wznosiły się westchnieniami, ciemne 
kędziory okryły ziemię. 

Fingal ulitował się białoramiennej dzie^vicy, 
wstrzymał miecz wyniesiony. Łzy stały w oczach 
króla, kiedy nachyliw^szy się, mó\Adł: » Królu strumie- 
nistej Sory, nie bój się Fingalowego miecza; nigdy 
się on nie zrmnienił krwią pokonanego, nigdy nie 
przeszył upadłego nieprzyjaciela. Niech się cieszy 
lud twój przy rodzin|iych strumieniach. Niech się ra- 
duje dziewica twojej miłości. Po cóźbyś miał w kwie- 
cie młodości ginąć, królu struraienistej Sory?« 

Trotal usłuchał słów Fingala i ujrzał podnoszącą 
się dziewicę; stanęli milczący w całej krasie, rówoi 
dwom śród pola młodym drzewom, kiedy gwiżdżące 
wiatry ucichną, a deszcz wdosenny połyska na ich 
liściu. 

» Córko Hermana « rzecze Trotal, »na tożeś przy- 
była z nad strumienia Tory, na tożeś przybyła w two- 
jej krasie, abyś widziała, jak twój wojownik uległ ? 
Ale, dziemco ponętnych oczu, mocarzowi on uległ. 
Nie nikczemnik to pokonał syna wozokotczego Annira. 



70 PIEŚNI OSSJANA 



Straszliwy jesteś, o królu Morwenu, we walce oszcze- 
pów, Ale w pokoju jesteś niby słońce, kiedy prze- 
ziera przez cicby deszczyk; kwiatki podnoszą ku nie- 
mu piękne główki; wiatry z^^■ijają szumiące skrzy- 
dła. O gdybyś wstąpił do Sory, o gdybjnn biesiadą 
mógł cię uczcić! Przyszli królome Sory przypatry- 
waUb}' się twojej zbroi i cieszyliby się sławą ojca, 
który prz}-jmował u siebie potężnego Fingala.* — »Synu 
Aimira« król odpowiedział, » niech będzie głośną sława 
pokolenia Sory. Kiedy wódz silm* w boju, to odżyje 
w pieśni! Niechże miecz jego nad słabym się wyciąg- 
nie, niechże się zaczer\^ieni krwią pokonanego, za- 
pomni go bard w pieniach i grób jego nieznany bę- 
dzie. Przyjdzie obcy, zacznie budować na tern miej- 
scu, rozburz}'^ kopiec, znajdzie miecz wjDÓłzardze- 
wiały, nachyli się ku niemu i powde: »Ten oręż na- 
leży do wodza przeszłości, lecz jego imienia w pie- 
śniach niema !« Pójdź, Trotalu, na ucztę Inistoru! 
Weźmij ze sobą dziewicę miłości; niech jej oblicze 
rozjaśni się weselem !« 

Fingal ujął dzidę i stąpał krokami potęgi. Sze- 
roko się otwarły bramy Karriktury. Zastawiono ucztę 
konch. Podniósł się miły dźvkięk muzyki. Radość 
oświecała salę. Dał się słyszeć głos Ullina; uderzono 
po arfach Selmy. Cieszyła się \Jta i prosiła o pieśni 
smutku: pełne łzy jaśniały na jej oku, kiedy mówiła 
Krimora, Krimora, córka Rinfala, który mieszkał nad 
szumiąc}an strmnieniem Loty. Powieść była długa, 
lecz miła i podobała się zarumienionej Ucie. 



Któż to schodzi z pagórka, podobny chmurze, 
ubarwionej promieniem zachodu? Czyj to głos donoś- 
ny jak wiatry, jednak słodki, jak arfa Karila? To 



KiRRlKTURA 71 



mój kochanek w blasku stali *). Ale smutne czoło 
jego zachmurzone. Czy żyje potężny ród Fingala ? 
Co tak zasępia twoją duszę ? 



Żyją! Wracają z polowania, jak strumień światła. 

Na ich tarczach pała słońce. Jak smugi ognia, 
spuszczają się z pagórków. Donośny jest głos mło- 
dzieży. Wojna, kochanko moja, zbliża się ku nam. 

Jutro wychodzi straszliwy Dargo, doświadczyć 
potęgi naszego pokolenia. On gardzi pokoleniem Fin- 
gala, pokoleniem walk i zwycięstw. 



Konnalu, A\4działam jego żagiel, podobny szarej 
mgle na ścienmiałej fali. Zwolna przybijał do brzegu. 
Konnalu, liczni są wojownicy Darga. 



Przynieś mi tarczę ojca, wypukłą, stalową tarczę 
Rinfala, tarczę, podobną do księżyca w pełni, kiedy 
przechodzi zachmurzone niebo. 



Przjmiosę ci, Konnalu, tarczę. Ona jednak nie 
zasłoniła mojego ojca. Zginął od oszczepu Kormara. 
I ty także, Konnalu, możesz zginąć. 



Mogę zginąć! a ^vtedy, Krimoro, postaw mi gro- 
bowiec. Siwe kamienie i kopiec prześlą moje imię 
przyszłym czasom. Nachylisz zczerwieniałe oczy ku 
mojej mogile, będziesz tłukła żałośnie wzdychające 
łono! Kochanko moja, lubo jak światło jesteś pię- 



Konnal. 



72 PIEŚNI OSSJANA 



kną, weselszą niż wietrzyk na wzgórku, jednak nie 
mogę zostać. Krimoro, zbudujesz mi grobowiec. 



Daj mi więc tę błyszczącą zbroję, ten miecz 
i tę dzidę stalową. Obok ciebie będę walczyła z Dar- 
giem, będę wspierać mojego Konnala. Zegnam was, 
skały Ardwenu! wasze sarny i strumienie waszych 
pagórków! Juz tu nie wrócimy. Daleko stąd nasze 
groby! 

»I nie powrócili ?« zapytała Uta, westchnąwszy. 
»Upadłźe mocarz w walce, a Krimora czy żyje ? Sa- 
motneź były jej kroki ? Jej dusza czy tęskni po Kon- 
nalu ? Byłaż ona młoda i miła, podobna zachodzą- 
cemu słońcu ? « Ullin postrzegł łzy dziewicy i trącił 
w słodkodźwięczną arfę. Pieśń jego miła, ale smu- 
tna, a w Karrikturze milczenie. 



W górach mroczy jesień; szara mgła spoczywa 
na wzgórzach. Wicher przegania błoniem. Ciemno 
toczy się strumień po nizkim łanie. Na pagórku stoi 
samotne drzewo i oznacza uśpionego Komiala. Liś- 
cie kłębią się wiatrem i zaścielają grób zmarłego. 
Czasami duch jego daje się widzieć, kiedy samotnie 
dumający łowiec kroczy zwolna po błoniu. 

Któż zna, o Konnalu, źródło twojego rodu ? kto 
zliczy twoich ojców ? Twoja rodzina wzrastała równo 
z dębem gór , którego ^nerzch niebotyczny vxrąga 
burzom. Lecz teraz wj^rwano go z ziemi. Któż z nas 
Konnala zastąpi ? 

Tu był zgiełk oręża, tu były jęki konających! 
Krwawe są wojny Fingala! Tu, o Konnalu, poległeś! 
Ramię twoje ró\Naiało się burzy; miecz — niebie- 
skiemu promienioAAd; twój wzrost — skale śród bło- 
nia; twoje oko — naj)alonemu piecowi. Wołanie śród 



KARKIKTTJEA 73 



orężnej walki było grzmiące jak nawałnica. Padali 
wojownicy pod mieczem twoim, jak oset pod pręci- 
kiem chłopięcia! 

Trzyhjl mocarz Dargo w ponurym gnieme. 
Czoło jego zajadłe , pomarszczone. Oczy podobne 
dwom w skale jaskiniom. Wywinął na obie strony 
blaskiem miecza, a dźwięk jego stali głośno się roz- 
legł. Córka Rinfala była blizko; w męskiej zbroi 
Krimora jaśniała. Pływały za nią złote kędziory; 
w ręku łuk niosła. Szła na bitwę ze swoim młodzień- 
cem, z Konnalem kocliamTn. Celowała do Darga, lecz 
w obłąkaniu Konuala przeszyła. Upadł, jak dąb na 
błoniu, jak skała z cienistego wzgórza! Cóż ty 
poczniesz, dziewico niepocieszona? Twój Konnal krwią 
opł3'^va — umiera! Całą noc, cały dzień wołała: 
»0 Konnalu! mój kochanku! mój przyj acielu!« I ża- 
łośnie narzekając, umarła ze smutku. 

Tu pokrywa ziemię najmilsza para pagórków. 
Trawa rośnie między kamieniami ich grobów. Często 
tu siedzę w żałobnym poraroku. Poświst wzdycha 
w trawie, a przed moją dus^ą wschodzi spomnienie 
umarłych. Śpijcie tu razem nieprzebudzeni! Spoczy- 
wajcie samotnie w t3xh grobach śródgórnych. 

» Słodki wam spoczynek* rzekła Uta, » niepocie- 
szone dzieci strumienistej Loty. Ze łzami będę was 
spominała; samotna pieśń moja podniesie się dla was. 
Kiedy wiatr w lasach Tory, kiedy strumień blizkiego 
lasu zaszumi, wtedy przybywajcie do mojej duszy 
z waszym lubym smutldem.« Trzy dni zatrzymał się 
król dla uczty, cz^vartego podniosły się białe jego 
żagle. Północne wiatry przypędziły okręt Fingala do 
lesistej ziemi Morwenu. Ale duch Lody siedział na 
chmurze za Trotala okrętem. Wychylał się ze wszyst- 
kiemi burzami i dmuchał w białopiersi żagiel. Jesz- 
cze nie zapomniał rany, jeszcze się bał ręki króla. 



1 



KOLNADONA. 



Fingal, pobiwszy nieprzyjaciół na brzegach Krony, wy- 
słał Toskara z Luty, ojca Malwiny i Ossjana, ażeby w to- 
warzystwie bardów wznieśli na polu zwycięstwa lia- 
mienn}" pomnilś;. Było to niedalelio grodu IJarula, tame- 
cznego książęcia, który wysłanych na ucztę zaprosił. 
Wtedy Toslćar zalvOchał się w Kolnadonie, córce Karuła, 
i został wzajemnie pokocliany. Nazajutrz oba rycerze 
wyszli na łowy; w jednej dolinie spotkał ich uzbrojony 
młodzieniec i doniósł Toskarowi, że jakiś rycerz porwał 
córkę Karula. Toskar chciał w pierwszym zapale pójść 
za niemi w pogoń, a że na łowy nie wziął swojej tarczy, 
więc ją wyrwał owemu młodzieńcowi i poznał, odsło- 
niwszy go, że to była Kolnadona. 

Kolamonie mętnego strumienia, ciemny wędrow- 
cze rozległej doliny, widzę twoje łoże pomiędzy drze- 
wami, w pobliżu dźwięcznych sal Karula! Mieszkała 
tam piękna Kolnadona, córka króla. Oczy jej były 
płonącemi gwiazdami; ramiona białe, jak piana stru- 
mieni. Pierś podnosiła się do westchnień tak zwolna, 
jak wzdymająca się fala oceanu. Jej dusza była stru- 
mieniem światła. Któraź z dziewic była jak to ko- 
chanie rycerzy ? 

Na rozkaz króla pociągnęliśmy do wodnistej Krony, 
Toskar zielonej Luty i Ossjan, młodzieniec w polu 



KOLN A DON A 75 



bitwy. Trzej bardowie towarzyszyli nam z pieśniami. 
Niesiono przed nami trzy wypukłe tarcze, bo mieli- 
śmy postawić kamień na pamiątkę przeszłości! Fin- 
gal rozproszył nieprzyjaciela na mszyst3Tn brzegu 
Krony; odparł on cudzoziemców, jak wzburzone mo- 
rze. Noc z gór schodziła, kiedyśmy przyszli na miej- 
sce sławy. Rozłupałem dębowe drzewo na pagórku, 
i płomieniem wysolde ognisko zapałało. Błagałem 
ojców, aby z chmurnych sal swoich pojrzeli na nas, 
bo na sławę swego pokolenia jaśnieli we wiatrach! 

Przy pieśni bardów wyjąłem kamień ze strumie- 
nia. Krew nieprzyjaciół Fingala opłynęła mech jego. 
Potem układałem, jedna po drugiej, trzy grzbiety 
z tarcz nieprzyjacielskich podług tego, jak się pod- 
nosiła lub upadała nocna pieśń Ullina. Toskar Avrzu- 
cił do ziemi sztylet i pancerz ze dzwoniącej stali. 
Obsypaliśmy kamień ziemią i rozkazali jemu przema- 
wiać do innych lat. 

» Omszony synu strumienia, kamieniu wzniesiony 
tutaj, mów kiedyś słabym o upadłem pokoleniu 
Selmy. — Położy się kiedyś wędromec przed nocną 
burzą na twoim boku; gwiżdżący mech twój zagra 
snom jego, wrócą się byłe lata. Powstaną przed nim 
bitwy i błękitnotarczy królo^vie w bój wstąpią. Za- 
ćmiony księżyc pojrzy z nieba na zmącone bojo^visko. 

Porwde się rankiem ze snu i ujrzy dokoła groby 
wojowników. Spyta się o ten kamień, a starzec mu 
odpowie: »Ten siwy kamień wzniósł Ossjan, wódz 
przeszłości!* 

Prz^^szedł bard z Kolamonu od Karula, przyja- 
ciela cudzoziemców. Zaprosił nas na ucztę do króla, 
do mieszkania pięknej Kolnadony. Weszliśmy na salę 
arf. Rozjaśnił się Karid pod siwemi kędziorami, kiedy 
ujrzał s}Tiy swojego przyjaciela, niby dwie młode 
gałązki. 

»Syny mocarza* odezwał się, » przynosicie mi 



7fi PIEŚNI OS8JANA 



owe dni stare, Medy po raz pierwszy zeszedłem z fal 
na strumienie doliny Selmy. Ścigałem Dutmokargla, 
mieszkańca wiatrów oceanu. Ojcowie nasi byli nie- 
przyjaciółmi, a my się spotkali przy krętych wodach 
Kłuty. On uciekł na morze, a ja rozpiąłem żagiel 
za nim. Na głębi noc mię zmyKła. Przybyłem do 
mieszkania królów, do Selmy wysokopiersich dziewic. 
Fingal wwszedł z bardami i Konloch, ramię śmierci. 
Trzy dni ucztowałem na salach i zobaczyłem błękit- 
ne oczy Erynu, Roskranę, córkę rycerza, światło rodu 
Kormaka. Nie były zapomniane moje krold rozsta- 
nia się; lirólowie dali Karulowi swoje tarcze; wiszą 
one wysoko w Kolamonie na pamiątkę przeszłości. 
Syny walecznych królów, powracacie mi owe dni 
stare !« 

Karul rozpalił dąb uczty. Wziął dwie sprząźki od 
nasz5'ch tarcz. Złożył je w ziemi pod kamieniem, aby 
mó\viły kiedyś o pokoleniu rycerzy. » Gdyby kiedy « 
mówił król, » wojna się zerwała, a synowie nasi spo- 
tkali się w gniewie, pokolenie moje, wznosząc oszczep, 
spojrzy może na ten kamień. — »Czyż ojcowie nasi 
nie żyli w zgodzie '?« rzekną i złożą tarcze. « 

Noc opadła. Zbliżyła się córka Karula w długich 
kędziorach. Z wtórem arfy podniósł się głos biało- 
ramiennej Kolnadony. Zasępił się na swojem siedze- 
niu Toskar przed miłością rycerzy. Weszła ona do 
jego burzliwej duszy, jak promień do czarnonurtego 
oceanu, kiedy z chmury się wyłamie i rozjaśni za- 
pieniony bok bałwana. 

Z porankiem obudziliśmy lasy i tropili sarnj^ 
Upadły one przy rodzinnych swoich strumieniach. 
My wracali doliną Krony. Od lasu Avybiegł młodzie- 
niec z tarczą i tęp\TQ oszczepem. » Skądże « zapytał 
Toskar Luty, » skądże ten uciekający promień ? Czy 



KOLNADONA 77 



mieszka pokój przj^ Kolamonie, przy promiennej Kol- 
na donie arfy ?« 

»Przy strumieniu Kolamony« odpowiedział mło- 
dzieniec, » mieszkała promienna KoLnadona. Mieszkała 
tam, ale teraz błąka się po puszczy z królewskim 
synem, który pochw}'cił miłością jej duszę, kiedy 
przechodził przez salę.« 

» Cudzoziemcze wieści!* zawołał Toskar, »czy 
uważałeś drogę wojo^Miika ? On musi upaść! Daj mi 
tę wypukłą tarczę !« Zapalczy^vie porwał tarczę. Pię- 
knie wzdymała się za nią biała pierś dziewic}", biała, 
jak pierś łabędzia, który się unosi na rozkołysanej 
fali. Była to Kolnadona arfy, córka króla. Błękitne 
jej oczy padły na Toskara, i miłość w niej się 
ocknęła. 



KROMA. 



Krotar, książę Kromy (w Irlandji), był to starzec zgrzy- 
biały i ze starości ociemniał; jego syn Fowargormo nie 
miał jeszcze lat zupełnycli i nie sposobny był do oręża. 
Ośmielony tem, Rotmar, książę Tromli, wypowiedział mu 
wojnę. Krotar posyła do Fingala, l<;róla Morwenu, jako 
dawnego swego przyjaciela, z prośbą o wsparcie. Ossjan 
z rozkazu Fingala przybywa mu na pomoc; lecz zaczem 
zdążył, Rotmar tak się zbliżył do Kromy, że Fowar- 
g'ormo musiał mu stawić czoło, został porażony i zginął. 
Przybywa Ossjan, wydaje Rotmarowi bitwę, rozgramia 
jego wojsko i samego zabija. Krotar cieszy się i obcho- 
dzi z Ossjanem ucztę. 

Był to głos mojego Iłochanka. Jak rzadko przy- 
chodzisz do snów Mai winy! Otwórzcie poAvietrzne 
sale, ojcowie Toskara tarcz! Rozemknijcie bramy 
chmur waszych; blizkie są kroki Mai winy! We śnie 
głos posłyszałam i pódl ot duszy czuję! 

Po cóż, o wietrze, przyb\^wasz z oblicza jezior 
ciemnonurtych ? Twoje ski-zydło zaszumiało po drze- 
wie — a sen Mal^^iny pierzchnął. Ale widziała swo- 
jego kochanka, kiedy mglista jego szata z ^-iatrem 
ulatywała. Na jej rąbkach był promień słońca; błysz- 
czały one jak złoto cudzoziemców. 

Był to głos mojego kochanlia. Jak rzadko odwie- 



79 



dzasz sny moje! Ale w duszy Mai winy ty mieszkasz, 
synu potężnego Ossjana! Westclmienia moje podno- 
szą się z promieniem wschodu — moje łzy z nocną 
rosą opadają. Byłam przed tobą, Oskarze, nadobnem 
drzewem, otoczona gałązkami; ale nadeszła śmierć 
twoja, niby wicher pustjTii, i strąciła kwitnącą moją 
głowę! Powraca ^viosna z deszczem, nie powstanie 
mój listek. Dziewice patrzą, ze milczę na sali; brzą- 
kają na arfach radości. Łzy na jagodach Mai winy; 
dzieA\ace ^\ddzą, żem smutna. » Czemuś tak smutna, « 
mówią one, »o pierwsza z dziewic Luty? IMiłyż on 
był, jak promień poranku, i okazały w twoich oczach. « 

Wdzięczny twój śpiew dla uszu Ossjana, córko 
strumienistej Luty! W senman spoczynku słyszałaś 
ty pieśni pomarłych bardów, kiedy przy pomruku 
Moruty sen opadł na twoje oko. 

Kiedyś powi-acała z łowów na dniu pogodnym, 
to słuchałaś grania bardów, i twój śpiew miły, miły, 
o Malwino, ale duszę roztapia! I w smutku jest ra- 
dość, kiedy w piersi strapionego spokojność mieszka! 
Ale zgryzota niszczy płaczących, o córko Toskara, 
a dni ich są nieliczne! — Usychają oni, jak kwiaty, 
na które słońce mocno poziera; rdza je toczy, a główki 
gną się pod kroplami nocy! Posłuchaj, o dziemco, 
śpiewu Ossjana; duma on o dniach młodości! 

Król rozkazał; rozpiąłem żagiel i pośpieszyłem 
do zatoki Kromy, w miłym Inisfaile. Wysoko na 
brzegach podniosły się wieże Krotara, króla oszcze- 
pów, Krotara, sławnego bitwami młodości. Ale dzi- 
siaj starość osiadła wodza. Rotmar dobył miecza na 
rycerza, a gniew Fingala zajął się. Posłał Ossjana, 
aby wj^dał Rotmarowi bitwę, bo wódz Kromy był 
druhem jego młodości. 

Wysłałem przed sobą barda z pieśniami. Wszed- 
łem do sali Krotara. Wódz siedział między zbrojami 
ojców. Ale jego wzrok ścienmiał. Siwe kędziory wiły 



PIEŚNI OSSJANA 



się wkrąg laski, na której wspierał się wojownik. 
Nucił solbie po^\deść przeszłości, kiedy cłirzęst zbrój 
naszych doszedł jego uclia. Krotar powstał, Avy ciąg- 
nął starą rękę i powitał Fingalowego syna: »0s- 
sjanie« rzekł bolaater, » zniknęła moc Krotarowego 
ramienia. O! gdybym mógł robić mieczem, jak za 
dni ow}^ch, kiedy Fingal nad Strutą walczył! Był 
on pierwsz\Tn z ludzi, ale i Krotar miał sławę. Chwa- 
lił mię król Morwenu; włożył na moje ramię wypu- 
kłą tarczę Kattara, który poległ w boju od tego 
bohatera. Czy widzisz ją na tej ścianie ? Bo Kro- 
tar a oczy ściemniały. Czy twoja siła, Ossjanie, w/- 
rÓAvnywa sile twojego ojca ? Niech starzec dotknie 
twojej dłoni. « 

Podałem dłoń królom. Dotknął jej staremi rę- 
kami, Z piersi podniosło się westchnienie i łzy mu 
popłynęł3^ » Mocny jesteś, mój syiau.« powiedział, »ale 
nie tyle, co król Morwenu, Bo któż z mocarzów boju 
■wyró\vna bohaterowi ? Niech zgotują ucztę na mojej 
sali; niech moi bardowie pieśń zaczną! Wielki jest, 
o synowie dźwięcznej Kromy, ten, który dziś w mo- 
ich murach przebywa, « 

Zastawiono ucztę; arfy się odezwały, a radość 
napełniła salę, ale radość, pokrywająca tylko wes- 
tchnienia. Posępność mieszkała w każdej piersi; po- 
dobna ona była mdłemu promieniowi księżyca, świe- 
cącego na niebieskim obłoku! Nakoniec pieśń ucichła, 
a stary król Kromy przemówił. Mówił bez łez, ale 
w głosie znać było smutek. 

»S3Tiu Fingala, czy widzisz tę poclunurną radość 
Krotara ? Moja dusza nie zasępiała się przy uczcie, 
kiedy żył mój naród! Weseliłem się w obliczu ob- 
cych, kiedy syn mój igrał po sali! Ale, Ossjanie, był 
on promieniem, który zagasł. A za nim żadnej jas- 
nej smugi! Poległ, o synu Fingala, w bitwach ojca. 
Rotmar, wódz zielonej Tromli, posłyszał, że straci- 



81 



łem oczy; posfyszał, że mój oręż wisi na sali, i duma 
jego duszy powstała! Przyszedł pod Kromę, a mój 
lud poległ przed nim. — Porwałem w gniewie za 
oręż, ale cóż mógł zrobić Krotar bez oczu? Mój 
krok był niepe"svny, mój smutek był wielki! Żałowa- 
łem dni przeszłych, owych dni, kiedym na polu krwi 
zw}Tięźał. Syn mój powrócił z łowów, pięknowłosy 
Fowargormo ! Jeszcze on w bitwie nie robił mieczem, 
bo za młode było jego ramię — ale w oczach go- 
rzał płomień odwagi, a dusza młodzieńca była wielka! 
Postrzegł chwiejące się ojcowslde kroki i westchnął: 
» Królu Kromy« rzekł mi, »czy dla tego wzdychasz, 
że nie masz syna ? że ramię Fowargorma jeszcze 
słabe ? Mój ojcze! zaczjaiam już uczuwać siłę! Robi- 
łem mieczem młodości; naciągałem łuki. Pozwól mi 
spotkać się z Rotmarem; pozwól mi, ojcze, z nim się 
spotkać! Czuję, że dusza wre we mnie!« 

»I tyż walczyć z nim będziesz, synu Krotara ?« 
bez westchnień pomedziałem do niego. »Ale niech 
inni idą przed tobą, abym słuchał stąpania twoich 
kroków po^Totu, bo oczy moje nie widzą ciebie, pię- 
knowłosy Fowargormo !« — Poszedł, spotkał się z nie- 
przyjacielem i poległ! Rotmar zbliża się do Kromy. 
Ten, który mi syna zabił, zbliża się z naostrzonemi 
dzidami!* 

»Nie czas napełniać konchy« zawołałem i po- 
rwałem oszczep. Mój lud postrzegł ogień moich oczu 
i zewsząd się porwał. Całą noc szliśmy błoniami. 
Szary poranek ocknął się na wschodzie. Pokazał się 
nam zielony, wazki rozdół, a w nim strumień kręty. 
Na jego brzegach ujrzeliśmy posępne wojsko Rot- 
mara w łyskających zbrojach. Walczjdiśmy wzdłuż 
rozdołu. — Ucichli. Rotmar upadł pod moim mie- 
czem. Jeszcze się dzień na zachodzie nie spuścił, 
kiedy jego zbroję Krotarowi przyniosłem. Dotknął jej 
rękami stary bohater, i radość rozjaśniła jego myśli. 

PISMA SOSZCZYŃSKIEGO. IV. 6 



82 PIEŚNI 0S8JANA 



Lud przybył na salę. Konchy uczty zabrzmiały. 
Dziesięć arf zadzwoniło; zbliżyło się pięciu bardów 
i śpiewało uaprzemian pochwałę Ossjana. Rozlewali 
ogień dusz swoich, a ich głosom arfy wtórowały. 
Wielka była radość na Kromie, bo do kraju pokój 
wrócił. Nadeszła noc z milczeniem, poranek wrócił 
z radością. Podczas ciemności nie nadszedł żaden 
wróg z błyszczącjTn oszczepem. — Wielka była ra- 
dość na Kromie, bo posępny Rotmar poległ! 

Podniosłem śpiew dla Fowargorma, kiedy wodza 
do ziemi składano. Nadszedł stary Krotar, ale nie 
wzdychał. Szukał rany swojego syna i znalazł ją 
w piersiach. Ocknęła się radość na obliczu starca. 
Zbliżył się do Ossjana i mómł: 

» Królu oszczepów! mój syn nie poległ bez sławy. 
Młody AvojoA\Tiik nie ustąpił, ale śmierć spotkał, kiedy 
szedł naprzód w swojej mocy! Szczęśli\^^^, kto sko- 
nał za młodu! Rozlega się jego sława. Nie widzi go 
lękliwy w^ jego sali, nie śmieje się z drżących rąk 
jego. Jego pamiątkę pieśń uczci; młodzieńcze łzy 
dziewic popłyną za nim. Ale starzec powoli więdnie; 
sława jego młodości jeszcze za ź^-cia idzie w za- 
pomnienie. Upada niepostrzeżony. Nie słychać wes- 
tchnień jego syna. Radość otacza grobo^\dec, łza nie 
obm}^va kamienia sła\^y. Szczęśliwy, kto skonał za 
młodu, kiedy go otacza jego sława !« 



OINA - MORUL. 



Malorchol, książę Fuerfedy, odmówił swojej córki, Oiny, 
książęciu Sardrońli, Tontormodowi, bo się ich rody nie 
cierpiały, i miał z tego powodu wojnę z Tontormodem. 
Fingal, dawny jeg-o przyjaciel, uwiadomiony o tern, po- 
słał mu na pomoc Ossjana z wojskiem, który pokonał 
i wziął Tontormoda w niewolę. Malorchol z radości 
i przez wdzięczność dał Ossjanowi swoją córkę; lecz Os- 
sjan, dowiedziawszy się o tajemnej miłości Oiny dla Ton- 
tormoda, pogodził g-o z rozjątrzonym ojcem i połączył 
kochanków. 

Jak słońce niestałe przepływa nad traAAaastemi 
wzgórzami Larmonu, tak podczas nocy stare poAvie- 
ści przepływają przez inoją duszę. Kiedy bardowie 
ruszają z miejsc swoich, kiedy pozawieszają arfy na 
salach Selmy, wtedy przybywa jakiś głos do Ossjana 
i budzi jego duszę. Jest to głos lat upłynionych, 
które się przesuwają przede mną ze wszystkiemi dzie- 
łami swojemi. Chwytam powieści w przelocie i pusz- 
czam je w pieniach. Ale nie do mętnego strumienia 
podobna jest pieśń króla; jest ona jak podnoszące 
się granie strun Luty. O Luto wielostrunna! nie mil- 
czą twoje strumieniste opoki, kiedy Mai wina białemi 
rękami porusza arfę. Światło mrocznych dumań, co 
się krzyżują w mojej duszy, córko hełmonośnego To- 

6* 



84 PIEŚNI OSSJANA 



skara, chceszźe posłuchać mojej pieśni ? Przyzwiemy, 
dziewico Luty, dawno uphniione lata! 

Działo się to za dni króla. Młodzieńczy jeszcze 
był mój kędzior, kiedym z nocnycli fal oceanu ujrzał 
w górze Kon-Katlin *). Droga moja szła do ^vyspy 
Tuerfedy, lesistej morza mieszkanki. Fingal wysłał 
mię z pomocą Malorcholowi, królowi pustej Fuerfedy, 
bo go wojna okrążała, a ojcowie nasi społem przy 
uczcie siedzieli. W Kulkoiled zwinąłem żagiel i Ma- 
lorcłiolom konch miecz swój posłałem. Poznał znak 
Albionu i ocknęła się jego radość. Zeszedł ze sal 
wysokich i rękę moją smutnie uściskał. 

»Jakze przyb^-^ya pokolenie rycerzy do upadają- 
cego króla ? Tontormod mnogich oszczepów jest księ- 
ciem wodnistej Sardronli, zobaczył i pokochał moją 
córkę, białopiersią Oinę-Morul. Odmówiłem dziewicy, 
gd3'ź ojcowie nasi byli nieprzyjaciółmi. Teraz przy- 
był z wojną do Fuerfedy i lud mój rozproszył. Jakże 
przybywa pokolenie rycerzy do upadającego króla ?« 
»Nie przybywam* rzekłem, »przypatr\'wać się kłótni, 
jak chłopię. Pamięta Fingal Malorchola i jego sale 
gościnne. Od swoich fal posyła rycerzy na twoją le- 
sistą "wyspę. Nie byłeś dla niego obłudnym; twoja 
uczta pieśniami była uŚAvięcona. Dla tego miecz swój 
mam podnieść, a może twoje ^rrogi upadną. Nie za- 
pominamy nigdy naszych przyjaciół w przygodzie, 
jakkoh^iek kraj ich odległy. « 

»Potomku śmiałego Trenmora! słowa twoje po- 
dobne do głosu Krutlody, silnego mgłów mieszkańca, 
kiedy się odz^-wa z poza chmm" swoich. Wielu we- 
seliło się na moich biesiadach; lecz wszyscy zapom- 
nieli Malorchola. Każdy wiatr spotykałem oczami; 



*) Ujrzał w g-órze przyjazną żeglarzom gwiazdę. Gwia- 
zda ta zwala się Kon-Katlin,' t. j. mile światło fal. Nie- 
wiadomo, która "konstelacja nosiła to nazAvisko. 



OINA-MORUL 85 



ale żaden się biały żagiel nie pokazał. Dzisiaj stal 
tylko dzwoni po moich salach, a nie konchy wesołe. 
Pójdź, plemię rycerzy, do mojego mieszkania; blizka 
jest noc ciemnoszata. Posłuchasz głosu śpiewających 
dzie^vic dzikiej Fuerfedy!« 

Poszliśmy. Biała ręka Oiny-Morul ujęła arfę. 
Z każdą struną drżącą budziły się jej własne smut- 
ne dzieje. Stałem w milczeniu, bo jaśniała córka 
wielu wysp w kędziorach swoich. Jej oczy były dwie 
gwiazdy z poza deszczu wyzierające; żeglarz widzi 
je w górze i błogosławi mił\Tn promieniom. 

Rankiem wyciągnęliśmy do bitwy nad brzęczący 
strumień Tormula: nieprzyjaciel zebrał się na dźwięk 
wypukłej tarczy Tontormoda. Od skrzydła do skrzy- 
dła zamieszała się bitwa! Śród walki spotkałem Ton- 
tormoda. Daleko odleciała stal jego skruszona. Schwy- 
ciłem króla w boju i związanego oddałem Malorcho- 
lowi, rozdawcy konch. Ocknęła się radość przy bie- 
siadzie Fuerfedy, gdyż nieprzyjaciel został pobity. 
Tontormod od\vracał twarz swoją od Oiny-Morul wy- 
spy. »Synu Fiiigala« rzecze Malorchol, »nie po\vinie- 
neś zapomnieć rozstania się ze mną. Jedno światło 
powinno zamieszkać w twoim okręcie: Oina-Morul 
z ponętnemi oczami! Ona budzić będzie przyjaźń 
w twojej potężnej duszy. Dziewica nie wejdzie nie- 
postrzeżona do Selmy, mieszkania królów!* 

W nocy leżałem na sali. Oczy przez pół do snu 
zamknięte były. Do ucha przyszło wdzięczne granie, 
podobne powiewowi, co zrywając się, potrąca w bródkę 
ostu. Była to dzieAvica dzikiej Fuerfedy. Podnosiła 
śpiew nocny; wiedziała, że moja dusza była strumie- 
niem, który się rozpływa we wdzięcznych dźwiękach. 
Śpiewała ona: 

»Któż to poziera ze skały na gęstą mgłę oceanu ? 
Długie jego kędziory, podobne kruczym piórom, wę- 
drują z wiatrami. Okazały jego krok smutku. Łzy 



86 PIEŚNI OSSJANA 



W oku. Męska pierś pracuje nad kruszącą się duszą. 
O odejdź! już daleko odjechałam, tułaczka nieznanej 
krainy! Wokoło plemię królów; smutna jednak moja 
dusza. O dla czegóż ojcowie nasi nieprzyjaciółmi 
byli, Tontormodzie , kochanie dzie\^dcy?« 

» Słodki głosie strumienistej \\^spy« rzekłem, »dla 
czegóż się smucisz po nocy ? Niema w pokoleniu wa- 
lecznego Trenmora tak srogiej duszy! Nie będziesz 
ty się tułać nad nieznajomemi strumieniami, mo- 
drooka Oino-Morul ! W tej piersi jest głos jakiś; nie 
dochodzi on do innych uszu, on błaga Ossjana, aby 
słuchał niepocieszonych w godzinie strapienia. Wróć 
się, miła śpiewaczko nocy.« 

Niech Tontormod nie smuci się na skale! Rano 
uwolniłem króla i oddałem mu długokędziorą dzie- 
"wicę. Malorchol pośrodku sali posłuchał słów moich: 
» Królu dzikiej Fuerfedy, dla czegóż Tontormod ma 
się smucić ? Jest on z rodu rycerzy, a w bitwie pło- 
mieniem. Wasi ojcowie byli sobie wrogami — ale 
powietrzne ich duchy radują się po śmierci. Ściskają 
sobie mgliste dłonie nad konchą Lody. Zapomnijcie 
o ich gnie^yie, rycerze! Był to obłok lat upłynionych!« 

Te były Ossjana czyny, kiedy jego kędzior był 
jeszcze młodzieńczy, lubo córka Avielu ^yv^sp jaśniała 
niby w szacie z promieni. — Przyzywamy, o dzie- 
mco Luty, da"v^aio upłynione lata! 



KO MAŁA. 

Po^A^ieść dramatyczna. 



Osoby. 



FINGAL 
HIDALLAN 
KOMALA 
MELILKOMA \ 
DltRSAGRENA / 
BARDOWIE. 



CÓRKI MOKNIEGO 



Fino-al wyciągnął w pole przeciw Knrakulowi. Komala, 
jego koclianka, wygląda go niecierpliwie i zaczyna po- 
wątpiewać o jego miłości. Hidallan, kochający dawniej 
Komale, korzysta z tej chwili i zmyśla przed nią śmierć 
Fingala. Boleść bierze górę nad nieszczęsną dziewicą 
i kiedy Fingal nagle przybywa, gwałtowna zmiana uczuć 
zabija Komale. Fingal wygania na zawsze Hidallana ze 
swego wojska. 

DERSAGRENA 

Łowy przeszły — żadnego dźwięku na Ardwenie, 
tylko strumień szumi. Córko Morniego! przyjdź od 
brzegu Krony. Połóż łuk, a weź arfę! Niecli noc za- 
stanie nas przy pieśni, niecli wielka będzie nasza ra- 
dość na Ardwenie. 



PIEŚNI OSSJAJJA 



MELILKOMA 

Otóż, błękitnooka dziewico, noc się zbliża! Szara 
noc ciemnieje na błoniach. Nad strumieniem Krony 
widziałam jelenia; wj-dawał się w mroku jak brzeg 
omszony, ale nagie skrył się. Na gałęzistych rogach 
zaigrał ognisty wyziew, a dostojne postacie prze- 
szłości -^y^j rżały z obłoków Krony. 

DERSAGRENA 

To znak śmierci Fingala. Król tarcz upadł; zwy- 
ciężył go Karakuł, Podnieś się, Komalo, ze skały, 
podnieś się we łzach, córko Sarna. Zginął młodzie- 
niec twojej miłości — duch jego jest już na naszych 
pagórkach. 

MELlLKOilA 

Tam siedzi opuszczona Komala; koło niej dwa 
siwe psy strzygą szorstkiem uchem i ch-v\'3^tają prze- 
lotne powiew5^ Rumiany policzek spoczywa na ra- 
mieniu; górski wiatr igra w jej kędziorach. Błękitne 
oko zwraca się ku błoniom umowy. Gdzież jesteś, 
o Fingalu? Noc się wokoło gromadzi. 



O strumienisty Karunie! dla czegóż widzę twoje 
wody krwią płynące? Czy zgiełk wojny rozległ się 
po twoich brzegach? Czy król Morwenu zasypia? 

Wystąp, córko nocy, księżycu! Wyjrzyj z obło- 
ków, abym dostrzegła blasku stali na błoniu umowy. 
Albo niech przyjdzie ogniojaw różowy, który ojcom 
naszym wśród nocy przyświeca, i pokaże mi drogę 
do poległego mego rycerza. 

Jakże się obronię żalowi? Jak miłości BUdallana? 
Długo musi Komala czekać, zanim się Fingal woj- 
skiem otoczony pokaże, jasny, jak promień poranku 
w rannej dźdżowej chmurce! 



KOMA LA 89 



HID ALLAN 



Roztocz się, mgło posępnej Krony, roztocz się 
po ścieżce łowca; zakryj moim oczom ślad jego i wy- 
goń ze mnie pamięć przyjaciół. Rozproszyły się tłumy 
walczących; nie tłoczą się stąpania za dźwiękiem 
jego stali. O Karunie, płyń krwawym strumieniem! 
Wódz ludu poległ! 



Kto poległ na zielonych brzegach Karunu, synu 
chmurnej nocy? By łże on biały, jak śnieg na Ard we- 
nie, kwitnący jak tęcza? Byłyż kędziory jego podob- 
ne mgle pagórków lekkiej i kłębiącej się śród dnia 
promiennego? Byłże on w bitwie, jak niebieski pio- 
run? By łże prędki, jak sarna pustyń? 



O miałźebym ja widzieć jego kochankę, wdzięcznie 
opartą na skale? Zapłomienione oczy we łzach przy- 
gasły; rumiane jagody skryły się przez pół w kę- 
dziorach. Dmuchnij, miły powiewie, podnieś pełne 
kędziory dziewicze, abjTn ujrzał białe jej ramię i za- 
smucony, luby policzek! 



I syn Komhala poległ, wodzu żałobnej wieści? 
Piorun przetacza się nad wzgórzem, błyskawica leci 
na ognistych skrzydłach — Komala nie lęka się, bo 
jej Fingal poległ! Powiedz, wodzu żałosnej wieści, 
czy upadł kruszyciel tarcz? 



Rozbiegły się ludy po pagórkach. Nie usłyszą 
już więcej głosu króla! 



90 PIEŚNI 03SJANA 



Niech przestrach ściga ciebie na twoich polach, 
niech cię zniszczenie porwie, królu świata! Niech na- 
gły będzie krok twój do grobu, niechaj dziewica nad 
tobą zawodzi! Niech zostanie podobną Komali — za- 
płakaną we dniach młodości! 

Na cóźeś mi, Hidallanie, poA\dedział, że mój wo- 
jownik poległ? Jeszczebym chwileczkę była w}^glą- 
dała jego powrotu; jeszczebym myślała, że go \^ddzę 
na dalekiej skale! Drzewo byłoby mię zwodziło jego 
postacią; wiatr pagórka brzmiałby dla mojego ucha 
dźwiękiem jego rogu! O gdybym była na brzegach 
Karunu, ażeby łzy moje gorące obmyły mu jagody! 

HIDALLAN 

Nie leży on na brzegach Karunu; na Ard wenie 
sypią mu r^^cerze grobo^^dec, Popatrz na niego, mie- 
siącu, z twojej chmurki; niech twój promień zaświta 
na jego piersiach, aby go Komala w blasku zbroi 
ujrzała! 

KOMALA 

Zatrzymajcie się, synowie grobu, aż zobaczę ko- 
chanka! Zostawił mię samą na polowaniu. Nie wie- 
działam, że na wojnę poszedł. Przyrzekł z nocą po- 
wrócić; i — powrócił król Morwenu! Drżący synu 
skał, czemużeś mi nie powiedział, że ma polec ? ^) 
Widziałeś go we krwi młodości, a nie powiedziałeś 
tego Komali! 

MELILKOMA 

Co za wrzawa na Ardwenie? Któż tam błyszczy 
w dolinie? Któż to idzie, podobny silnemu strumie- 
niom, kiedy tłumne jego fale pałają księżycem? 



1) Zapewne jakiś druid, których jeszcze teraz można 
znaleźć, a którym przypisują porozumiewanie się z du- 
szami i wyższą wiedzę. 



91 



Któż, jeżeli nie Komali nieprzyjaciel, syn króla 
świata? Duchu Fingala, wymierz łuk do Komali ze 
swego obłoku! — Niech padnę, jak jeleń pustyni! — 
To Fingal w tłumie duchów! Czegóż idziesz, mój ko- 
chanku, straszyć moją duszę i rozradować? 



Podnieście, bardowie, pieśń o bitwie strumieni- 
stego Karunu! Uciekł Karakuł przed moim orężem 
na pola swojej pychy! Siedzi zdaleka, niby ogniojaw, 
co skrywa ducha nocy, kiedy wiatry pędzą go nad 
błoniem, a dokoła czarny las pała! — Słyszę głos 
jakiś. Czy to powiew moich pagórków? Czy to łow- 
czym Ardwenu, białoręka córka Sarna? Pojrzyj ze 
skały, kochanko moja! Niech usłyszę głos Komali! 

KOMALA 

Weź mię do pieczary spoczynku, o miły synu 
śmierci! 



Chodź do pieczary mojego spoczynku! Burza mi- 
nęła, po błoniach słońce poziera! Chodź do pieczary 
mojego spoczynku, łowczyni brzmiącego Ardwenu! 



On ze sławą po^vraca. Dotykam prawej ręki jego 
bojów. Ale muszę spocząć na urwisku, póki dusza 
moja nie ochłonie z trwogi. Córki Morniego! porusz- 
cie arfę, podnieście piosnkę! 

DER8AGRRNA 

Komala trzy jelenie położyła na Ardwenie; na 
skale ognie pałają. Królu lesistego Morwenu, pójdź 
na biesiadę Komali! 



92 PIESm 088JANA 



Śpiewajcie, synowie pieśni, bitwę strumienistego 
Karunu, ażeby się ucieszyła białoręka moja dziewica. 
Tymczasem, kochanko, zobaczę twoją ucztę. 



Płyń, strumienny Karunie, płyń wesoło! Uciekli 
synowie walki. Nie widać konia na naszych polach. 
Skrzydła ich dumy roztocz;\'ły się ku innej ziemi. 
Słońce w pokoju będzie się budzić, a cienie z rado- 
ścią opadać będą. Usłysz}Tny głosy łowów; tarcze 
na salach za"wiesimy. Będziemy się weselić w bitwach 
oceanu, nasze ręce zarumienia się krwią Lochlinu! 

Płyń, strumienisty Karunie, płyń wesoło! Uciekli 
synowie walki! 

melilko:ma 

Opadnijcie, jasne mgły wyżyn! Promienie księ- 
życa, podnieście jej duszę! Dziewica leży na skale 
blada; Komali już niema! 



Jak to? Córka Sarna imaarła, białopiersia dziewica 
mojej miłości? Przychodź, Komalo, na moje błonia, 
kiedy samotnie nad strumieniem pagórków usiądę! 



Czy oniemiał głos łowczyni z Ardwenu? O na 
cóż zakłóciłem duszę dziewicy? Kiedyż ją ujrzę z ra- 
dością na łowach ciemnośniadej łani? 



Młodzieńcze posępnego czoła, nie przychodź wię- 
cej do mojej sali na ucztę. Nie przychodź więcej na 
moje łowy. Niechaj ^vróg mój nie ginie od twojego 
miecza! 



93 



Zaprowadźcie mię na miejsce jej spoczynku, abym 
się napatrzył jej krasy. Blada leży na skale; zimne 
wiatry włos podnoszą. Cięciwa jej łuku świszczę 
wiatrem, strzała skruszyła się w upadku. Wznieście 
pochwałę córki Sarna! Podajcie jej imię wiatrom 
pagórków! 

BARDOWIE 

Patrzcie! płomień miga nad dziewicą. Promień 
księżyca podnosi jej duszę. Poważne twarze ojców 
wj^chylają się z chmur dokoła. Czoło Sarna posępne, 
Hidallana oczy zapłomienione. Kiedyż się podniesie 
biała twoja ręka? Kiedyż głos twój zabrzmi na na- 
szych skałach? Dziewice będą cię szukać po błoniu 
i nigdy już nie znajdą. Będziesz do nich czasami 
we śnie przychodzić i przynosić pokój ich duszom. 
Głos twój będzie się zatrzymywał w ich uchu; z ra- 
dością będą wspominały na sny swojego spoczynku. 

Patrzcie! płomień krąży nad dziewicą. Promień 
księżyca podnosi jej duszę. 



FINGAL. 

Poema epiczne -w sześciu pieśniach. 



Pochód Fingala do północnej Irlandji, aby tam za- 
bezpieczyć Kaledońskie państ-no przeciw napaści Swara- 
na, króla Jutlandji. jest przedmiotem niniejszego poe- 
matu. Kormak, młody Icról Temor^^ blizki pokrewny 
Fingala, nie doszedł jeszcze lat zupełnych. Kutullin 
przeto, książę wysp}' mgłów (Sky), prowadził rządy. Swa- 
ran chciał z tego skorzystać i podbić Irlandję. Wylądo- 
wał wprzódy niż Fingal i zbił Kutullina wojsko; wtem 
Fingal przybywa. Odnawia się bitwa; Swaran zostaje 
zwyciężony i scliwj^tany, ale po zawartym pokoju wypu- 
szczony od Fingala na wolność. 



FINGAL. 

Pieśń pier-wsza. 



Swaran ląduje. Kutullin zgromadza wojenną radę. Kon- 
nal, król Togormy, jest za pokojem i radzi Kutullinowi 
przystać na wszystkie żądania Swaranowe, aż póki Fin- 
gal nie przybędzie. Kalmar, pan Lory, głosuje za wojną, 



95 



Kutullin z nim trzyma. Wojsko występuje przeciw Swa- 
ranowi. Kutullin nie znajduje trzech rycerzy — powieść 
o nich. Swaran w^ysyła syna Arny l^u nieprzyjacielskie- 
mu wojsku na zwiady; Avystany powraca i opisuje wo- 
jenny wóz Kutullina. Zaczyna się bitwa, ale ją noc prze- 
rywa. Kutullin poleca jednemu z bardów zaprosić Swa- 
rana na ucztę, ale ten z pychą odrzuca to wezwanie. 
Karril śpiewa' rycerskie pieśni. 



Kutullin siedział przy murach Tury, pode drze- 
wem szelestnego dźwięku. Jego oszczep oparty o skałę; 
tarcza leży na murawie. Dumał o potężnym Kairba- 
rze, o rycerzu, którego wódz na wojnie zabił; wtem 
przybył strażnik oceanu, Moran, syn Fitila. 

»Wstań!« rzekł młodzieniec, »wstań, Kutullinie! 
Widziałem okręty północy. Mnodzy są nieprzyjaciele, 
wodzu mężów. Mnodzy są rycerze żeglującego Swa- 
rana!« 

»Moranie« rzekł wódz błękitnooki, »ty zawsze 
drżysz, synu Fitila. Twoja bojaźń pomnożyła nie- 
przyjaciół. Jest to Fingal, król pustyń, z pomocą 
zielonemu Erynowi strumieni !« 

» Widziałem ich wodza « mówił Moran; » wysoki, 
jak lśniąca skała. Jego oszczep — okrzesana sosna. 
Jego tarcza — wschodzący księżyc. Siedział na brzegu, 
jak mglisty obłok na cichym pagórku. « — » Wiele « rze- 
kłem, » wodzu, rycerzy, wiele mamy rąk do wojny. 
Zowią ciebie potężnym mężem; ale i w podniebnych 
murach Tury wiele jest dzielnych !« 

On głos podniósł, niby wał przy skale: »Któż 
mi zrówna w tym liraju? Nie ostoją się przede mną 
rycerze, walą się od mojej ręki. Któż zdoła zetrzeć 
się ze Swaranem prócz Fingala, króla burzliwej Sel- 
my? Jednego razu Avalczyliśmy z sobą na Malmorze. 
Lasy zdeptaliśmy piętami; skały wyskoczyły ze swo- 
ich miejsc; potoki zapomniały starego łoża i mru- 
cząc gdzieindziej uciekły. Przez trzy dni bój pona- 



96 PIEŚNI 08SJANA 



wialiśmy: rycerze stali zdaleka i drżeli. Czwartego 
dnia Fingal zawołał: »Król oceanu upadł !« Ale Swa- 
ran odpowiedział: »stoi on! Niech ustąpi posępny 
Kutullin temu, który jest mocny, jak potoki Loch- 
linu!« 

»Nie!« odezwał się wódz błękitnooki, »nie ustą- 
pię nigdy śmiertelnemu! Posępny Kutullin będzie 
wielki lub zginie. Idź, synu Fitila, weź mój oszczep. 
Uderz w dźwięczną tarczę Kabaita. Wisi ona na 
skrzypiącej bramie Tury. Dź-^dęk pokoju nie jest jej 
odgłosem. Moi rycerze posłyszą ją i usłuchają.* Od- 
szedł. Uderzył w tarczę wypukłą. Zabrzmiały wzgó- 
rza i opoki. Rozległ się dimęk po lesie; zwierz od 
stawu sarny odskoczył. 

Porwał się ze brzmiącej opoki Kurach i Konnal 
krwawego oszczepu. Wzdęła się wysoko śnieżna pierś 
Krugala. Sjoi Pawiego odbiegł ciemnośniadej łani. 
»To tarcza wojny « rzekł Ronnar. »To oszczep Kutul- 
lina« rzekł Lugar. Synu morza, przywdziej zbroję! 
Uchwyć, Kolmarze, stal gwiżdżącą! Wstawaj, Puno, 
rycerzu groźny, i Kairbarze od płomieniącego się 
drzewa Kromli. Zegnij kolana, o Eto, i znijdź od 
strumienia Leny! Kaolcie, co obiegasz g\viżdżące 
błonia Mory, A^^^pręż białe członki, członki białe, jak 
piana wzburzonego morza, kiedy wiatr nawalny na- 
piera je na skalisty Kutton! 

Widzę wodzów w chlubie ich czynów dawniej - 
szych.Ich dusze goreją w bitwach przeszłości, w spra- 
wach lat upłynionych. Ich oczy są płomieniem. Prze- 
wracają się, szukając nieprzyjaciela ziemi. Waleczne 
ręce na mieczach. Błyskawica leci od stali ich bio- 
der. Nadchodzą jak strumienie z gór, każdy rzuca 
się szumiąc z -sAwżjTiy. Świetni są wodzowie bitew 
we zbrojach ojców. Za niemi ciemni r^^cerze, jak na- 
wała chmur dżdżystych za pałaj ącemi niebios ognio- 
jawami. Powstaje szczęk oręża. Naprzemiau wyją 



97 



psy szare. Czasami brzmi pieśń bojowa. Odpowiada 
skalista Kromla. Stanęli na zmierzchłych błoniach 
Leny, jak tuman, kiedy w jesieni górę omroczy, 
kiedy piętrząc się, czarny i połamany pnie ku nie- 
biosom głowę. 

» Pozdrowienie wam, syny ciasnych dolin !« rzekł 
Kutullin. » pozdrowienie wam, łowcy sarn! Inna za- 
bawa zbliża się ku nam. Równa się ona powodzi, 
wzdymającej się mrocznie przy brzegu. Czy mamy 
walczyć, synowie boju? Czy Eryn ma się ugiąć przed 
Lochlinem? Mów o Konnalu, pierwszy z mężów, kru- 
szycielu tarcz; już nieraz walczyłeś ty z Lochlinem; 
chceszże podnieść oszczep ojców?« 

»Kutullinie« spokojnie wódz odpowiedział, » ostry 
jest oszczep Konnala. Rad on jaśnieć w bitwie, za- 
czerwienić się kr^\'ią tysiąców. Jednak choć ręka 
przechyla się do boju, serce jest za pokojem dla 
Erynu. Pojrzyj, o pierwszy w Kormaka wojnach, 
pojrzyj na czarną flotę Swarana! Mnogie są jego 
maszty na brzegach, jak trzciny na jeziorze Lęgu. 
Jego okręty jak mgłą pokryte lasy, kiedy burza na- 
przemian ich drzewa ku sobie przygina. Liczni są 
jego wodze do boju. Konnal jest za pokojem. Fingal 
nawet unikałby tej walki, pierwszy ze śmiertelnych 
mężów, Fingal, który przegania śród walecznych, 
jak po błoniu wiatr burzliwy, kiedy przez dźmę- 
czną Konę potoki ryczą i noc ze wszystkiemi chmu- 
rami rozłoży się na wzgórzu!* 

»Ustąp« rzecze Kalmar, »męźu pokoju!« »Ustąp« 
rzecze syn Maty, »o Konnalu! Idź w ciche góry, 
gdzie nigdy oszczep boju nie błyska! Uganiaj po 
Kromli śniade jelenie; przeszywaj strzałą skoczne 
sarny Leny. Ale ty, Kutullinie, błękitnooki synu Se- 
my, władco bojowiska, ty rozgoń synów Lochlinu! 
Złam pyszne ich szeregi! Niech żaden okręt państwa 
śniegów nie odpłynie na czarne fale Inistoru. Po- 

PISMA GOSZCZYŃSKIEGO. II. 7 



98 PIESKI 08SJANA 



wstańcie, chmurne wiatry Erynu! Zaszumcie, wichry 
od Lary łań! Niech skonam śród burzy, rozszarpany 
w obłoku przez gniewne ducliy mężów; niecli Kal- 
mar skona śród burzy, jeśli łowy dla niego są za- 
bawą tak miłą, jak bitwa puklerzów !« 

/)Kalmarze!« zwolna odpowiedział Konnal, »mło- 
dy synu Maty, nigdy ja nie ustąpiłem. Skory byłem 
z mojemi przyjaciółmi do potyczki; ale — mała jest 
sława Konnala. Przed mojem obliczem spowszedniały 
bitwy; waleczny zwyciężał. Jednak, synu Semy, po- 
słuchaj mojego głosu, spomnij sobie na stary tron 
Kormaka! IDaj skarby, daj połowę kraju za pokój, 
dopóki Fingal nie przybędzie na nasze brzegi. Wy- 
bierzesz-li wojnę, ja pójdę z oszczepem i mieczem. 
Będę się radował pośrodku tysiąców; dusza moja 
zaświta w pomroku bitwy !« 

» Lubię ja wrzawę oręża « odezwie się Kutullin, 
»lubię ją, jak grzmot niebios przede dżdźem wioś- 
nianym. Ale zgromadź błyszczące pokolenia, abym 
się przypatrzył synom wojny. Niech przyjdą błoniem, 
świecąc, jak promienie słońca przed burzą, kiedy 
wiatr zachodni chmury nagania, a dęby Morwenu 
szumią. Ale gdzie są moi towarzysze boju, podpory 
mojego ramienia w przygodach? Gdzie jesteś, biało- 
piersi Katbo? Gdzie Duchomar, chmura wojny? Czy 
odstąpiłeś mię w dzień burzy, o Fergusie, Fergusie, 
pierwszy przy uciesze biesiad? Synu Rossy, ramię 
śmierci, czy jak sarna z Malmoru, czy jak jeleń 
z rozgłośnych wzgórków przybywasz? Pozdrawiam 
ciebie, synu Rossy. Cóż to zasępia duszę wojny ?« 

» Cztery kamienie* odpowiedział wódz, » sterczą 
na grobie Katby. Te ręce złożyły w ziemi Ducho- 
mara, ową chmurę wojny. Katbo, synu Tormana, by- 
łeś ty promieniem słonecznym Erynu! A ty, waleczny 
Duchomarze — mgłą bagnistego Łanu, roztaczającą 
się w jesieni po łąkach i niosącą śmierć tysiącom! 



99 



Morno, najpiękniejsza z dziewic, spokojny twój sen 
w jaskini skał! Upadłaś w ciemności zaró^\Tio z gwia- 
zdą, co ukośnie zaiskrzy nad pustynią, a wędrowiec 
zostaje samotny i żałuje zgasłego promienia. « 

» Opowiedz* rzecze błękitnooki syn Semy, » opo- 
wiedz, jak upadli wodzowie Erynu. Upadliż oni od 
Loclilinu synów, potykając się bojem rycerzy? Czy 
co innego zaprowadziło mocarzy we zbrój acli do 
ciemnego i ciasnego domu?« 

»Katba« odpowiedział rycerz, » poległ od miecza 
Ducliomara, przy dębie szumiącego strumienia. Du- 
chomar przj^szedł do jaskini Tury i powiedział mi- 
łej Mornie: »Morno, najpiękniejsza między kobietami, 
miła córko silnorękiego Kormaka, dla czegoś tak sa- 
motna w zagrodzie kamieni, w jaskini opok? IMruczy 
strumień. Stary dąb skrzypi wiatrem. Przed tobą je- 
zioro się burzy; czernieją chmury na niebie. Aleś ty 
śniegiem na błoniu; twoje włosy — mgła na Kromli, 
kiedy się kędzierzawi koło wzgórza i połyska pro- 
mieniem zachodu. Twoje piersi są dwie białe skały, 
które widać przy strumienistym Braunie. Twoje ra- 
miona podobne do dwóch białych kolumn na sali 
wielkiego Fingala.« 

»A skądże to idziesz* rzekła mu na to piękno- 
włosa dziewica, »skądźe to, Duchomai-ze, najposęp- 
niejszy z mężów? Czarne są brwi twoje i straszne. 
Czerwone, błąkające się oczy. Czy S waran ukazał się 
na morzu? Czy wiesz co o nieprzyjacielu, Duchoma- 
rze?« — »Ze wzgórza powracam, o Morno, ze wzgó- 
rza śniadej łani. Trzy położyłem z łuka, trzy rącze- 
mi psami łowów. Luba córko Kormaka, kocham cie- 
bie, jak moją duszę. Dla ciebie położyłem okazałego 
jelenia. Wzniosła była gałęzista jego głowa, a noga 
prędka, jak wiatr. « 

»Duchomarze« odpowiedziała spokojnie dziewica, 
»ja nie kocham ciebie, mężu posępny. Twoje serce 

7* 



100 PIEŚNI OSSJANA 



twarde, jak skała; ponure, groźne twoje czoło. Ale 
ty, Katbo, młody synu Tormana, ty jesteś Morny 
liochankieiu. Ty jesteś słonecznym promieniem na 
dniu clnnurnej burzy. Nie widziałżeś na pagórku łani 
młodego syna Tormanowego? Morua wygląda jego 
powrotu.* 

»Długo więc Morna będzie w_yglądać« rzekł Du- 
chomar, » długo będzie A\yg]ądać Katby! Widzisz ten 
miecz obnażony? Płynie jeszcze po nim krew Katby. 
Długo będzie go Morna wyglądać! Upadł przy stru- 
mieniu Branny. Na Kronie grób mu postawię, córko 
błękitnotarczego Kormaka. Zwróć oko swoje na Du- 
cliomara; jego ramię mocne jak burza.« — »Syn Tor- 
mana upadł !« oz wał się dziko przytłumiony głos 
dziewicy, » upadł na swoich rozgłośnych wzgórzach 
młodzieniec ze śnieżną piersią, pierwszy łowiec na 
łanie, nieprzyjaciel cudzoziemców oceanu! Czarny mi 
jesteś, Duchomarze, i ramię twoje krwawe jest dla 
Morny. Daj mi, mój nieprzyjacielu, miecz ten. Lubię 
sączącą się krew Katby. « 

* Oddał miecz łzom dziewicy. Przebiła jego pierś 
męską. Upadł jak brzeg potoku; wyciągnął rękę 
i przemówił: » Córko błękitnotarczego Kormaka, za- 
biłaś mię w^ niojej młodości. Zimny miecz w mojej 
piersi. O Morno, czuję chłód jego. Oddaj mię Moinie, 
dziewicy; Duchomar był jej snem podczas nocy. Ona 
grób mi postawi, a łowiec uczci mnie. Ale wyciągnij 
ten miecz z mojej piersi, o Morno; zimne jest źelazo.« 
Zbliżyła się we łzach, zbliŹ3'ła się i wyciągnęła miecz 
z piersi. A on przeszył bok jej biały. Rozesłał do- 
koła po ziemi piękne jej kędziory i krew kipiąca 
wytrysnęła z jej boku. Zaczerwieniło się krwią białe 
ramię. Skonała, tarzając się. Jaskinia odbiła jej 
westchnienie. « 

» Pokój rycerskim duszom !« rzekł posępny Kutul- 
lin, » wielkie były ich czyny w boju. Bodajby krą- 



101 



żyli przy mnie na obłokach, i ukazywali wojenne 
swoje postacie! Ducli mój krzepiłby się w przygo- 
dzie, a ramię zrównałoby niebieskiemu piorunowi. 
Ale ty, Morno, ty na promieniu księżyca spuść się 
do okien mego spoczynku, kiedy się myśli uspokoją, 
kiedy zgiełk oręża przeminie. « 

^Zgromadźcie siły pokoleń! Śpieszcie się na wojnę 
Erynu. Trzymajcie się mojego wozu bitew! Rozra- 
dujcie się dźwiękiem mojego pędu! Zawieście trzy 
oszczepy przy moim boku i pójdźcie za skokiem mo- 
jego rumaka! Niech mocny będzie duch mój w moich 
przyjaciołach, kiedy bitwa przyćmi dokoła promienie 
mojej stali !« 

Jak się rzuca strumień piany z czarnocienistych 
głębin Kromli, kiedy górą grzmot się przetacza, 
a noc brudna siedzi w połowie góry, z przełomów 
nawałnicy wyzierają mroczne oblicza duchów; tak 
zuchwale, tak szeroko, tak groźnie rzucili się syno- 
wie Erynu. Wódz — jak morski wieloryb, co otoczony 
falami, popędza naprzód swoją siłę, niby strumień, 
przetaczający wzdłuż brzegów swoją potęgę. Posł}''- 
szeli synowie Lochlinu wrzawę, podobną do wrzawy 
burzliwego wiatru. Swaran uderzył w Avypukłą tar- 
czę i zawołał na syna Arny: » Jakiż to pomruli ob- 
lata wzgórze, jak rój wieczornych owadów? Czy to 
synowie Erynu schodzą, czy wiatr szumiący wyje 
w dalekim lesie? Taki bywa gwar na Gormalu, nim 
wały moje podniosą białe głowy. Synu Arny, Avejdź 
na pagórek i pojrzyj po mrocznem pól obliczu !« 

Odszedł i wrócił natychmiast ze drżeniem. Dziko 
błąkały się jego oczy. Serce o piersi mocno ude- 
rzało. Słowa jego były jąkliwe, stłumione, powolne. 
» Wstawajcie, syny oceanu, wstawaj, o Avodzu czarno- 
śniadej tarczy! Widzę ponui-y potok bitwy, potęgę 
synów Erynu do dna zaburzoną. Wóz, wóz wojny 
jedzie, jak płomień śmierci, prędki wóz Kutullina, 



102 PIEŚNI OSSJANA 



szlachetnego syna Semy. On sam pochyla się naprzód, 
równy bałwanowi na skale, równy mgle na błoniu, 
kiedy ją słońce popędza. Boki wozu nasadzone ka- 
mieńmi, a iskrzy jak morska powódź przy nocnej 
łodzi. Dyszel z heblowanego cisu, siedzenie z kości 
wygładzonej. Boki jego wypełnione oszczepami; dno 
utrzymuje nogi rycerzów. Przed wozem naprawo 
widać dyszącego konia: wysokogrzywy, szerokopiersi, 
pyszny, dalekoskoczny, mocny syn wzgórza. Głośne 
i dźwięczne jego kop3'to; polot grzywy podobny do 
strumienia wyzieuai na szczycie opoki. Świecą się 
boki rumaka. Jego imię Sulin-Siffada. Przed wozem 
nalewo widać dyszącego konia: ciemuogrzywy, wznio- 
słog^łowy, mocnokoi^yty, cliyźj', lotny syn wzgórza; 
jego imię pomiędzy burzliwemi synami mieczów: Dus- 
ronal. Tysiąc pasów trzyma wóz w górze; twarde 
jarzmo połyskuje wieńcem piany. Ciemne pasy, bły- 
szczące kamieniami, zbiegają się na okazałych kar- 
kach rumaków, jak pręgi mgły, przelatującej nad 
strumienistą doliną, jak pęd jelenia, jak moc orła, 
ciskającego się na swoją zdobycz. Ich tętent równa 
się burzliwemu matrowi na wiszarach śnieźnogłowego 
Gormalu. 

Na wozie widać wodza mocnorękiego, syna mie- 
cza; imię rycerza Kutullin, syn Semy, król konch. 
Policzki jego podobne do wygładzonego cisu; wiel- 
kie jest spojrzenie błękitnego oka pod ciemnym łu- 
kiem brwi. Kędziory spływają z głowy jak płomień, 
kiedy nachyla się do ciśnienia dzidy. Uciekaj, królu 
oceanu, uciekaj! Idzie on, jak burza po strumienistej 
dolinie. 

» Kiedyż ja uciekałem?* zawołał król, »kied3''ź 
uciekał Swaran z walki oszczepów? Kiedj^ż się na- 
straszyłem niebezpieczeństwem, wodzu małej duszy? 
Spotykam burzę Gormalu, kiedy rozbija piany moich 
wałów. Spotykam chmur nawałnicę, a miałbym uciec 



103 



przed jednym rycerzem? Choćby sam Fingal stanął 
przede mną, to mego ducha trwoga nie ogarnie! 
Powstańcie, moje tysiące, powstańcie do boju! Oblej- 
cie mię, jak szumiące morze! Kupcie się wokrąg 
błyskotnej stali waszego króla, mocni, jak opoki mo- 
jej ziemi, co z uciechą spotykają burzę i jeżą ku 
wiatrom czarne swoje sosny. « 

Jak ciemne burze jesienne, pędzące z gór głoś- 
nych, zbliżyli się ku sobie rycerze. Jak dwa głębo- 
kie potoki, pędzące ze skał wysokich, zetrą się, zmie- 
szają i ryczą na równinie, tak głośno, przykro i po- 
nuro spotkał się Lochlin i Inisfail. Zamieniali ciosy 
wódz z wodzem, mąż z mężem. Stal dzwoniąc za- 
grała na stali. Zlatywały pękające szyszaki; pryskała 
i sączyła się krew dokoła. Na gładkim cisie brzmią 
cięciwy. Powietrzem gwiżdżą strzał}'. Padają oszczepy, 
jak kręgi światła, które ozłacają oblicze nocy. Jak 
łoskot rozhukanego oceanu, kiedy wszystkie wały 
podniesie, jak zgrzytający grzmot niebieski, taki był 
łoskot wojny. I choćby do śpiewania tej bitwy było 
stu bardów Kormaka, głos stu bardów nie zdołałby 
podać przyszłym czasom wszystkich konających. Bo 
wielu było poległych rycerzy; daleko rozlała się krew 
walecznych ! 

Jęknijcie, syny pieśni, jęknijcie nad śmiercią szla- 
chetnego Sitallina! Niech się podniesie westchnienie 
Fiony na samotnej łące ulubionego Ardana! Upadli 
oni, podobni dwom łaniom pustyni, z ręki potężnego 
Swarana, kiedy ryczał między tysiącami, niby wrzask- 
liwy duch burzy, co siedzi na chmurach północy 
i cieszy się śmiercią żeglarzy. Nie spała i twoja ręka 
przy boku, wodzu mglistej wyspy, synu Semy, Ku- 
tuUinie! Wielu poległo od twojego ramienia. Miecz 
jego był niebieskim promieniem, kiedy przeszywa sy- 
nów dolin, kiedy pobity lud pada, a góry dokoła 
goreją. Parska Dusronal na rycerskie zwłoki, kąpie 



104 PIEŚNI OSSJANA 



Siffada we krwi kopyto. Za niemi układa się bitwa, 
jak las połamany w puszczacti Kromli, kiedy nad ła- 
nami przepływa burza, obarczona ducłiami nocy. 

Zapłacz pod skałą szumiącego wiatru, dziewico 
Inistoru. Nachyl piękną głowę ku fali, o ty, milsza 
niż duchy pagórka, kiedy w południe przemykają się 
słonecznym promieniem ponad milczący Morwen! 
Upadł, zginął twój młodzieniec, zbladł pod mieczem 
KutuUina. Nie popędzi już odwaga twego kochanka, 
aby przelewał krew królów. Trenar, nadobny twój 
Trenar skonał, o dziewico Inistoru. Siwe psy wyją 
przed domem; widzą one, że się przemyka duch jego. 
Odpuszczony łuk leży na sali. Żadnego odgłosu na 
pagórku łani. Jak tysiąc bałwanów na skałę się wali, 
tak idą tłumy Swarana; jak skała opiera się tysiącu 
bałwanów, tak Eryn opiera się Swaranowi oszcze- 
pów. Ryczy śmierć dokoła wszelkiemi głosami i mie- 
sza się z tarcz łoskotem. Każdy rycerz jest słupem 
ciemności, a promieniem ognistym miecz jego ręki. 
Grzmi pole od skrzydła do skrzydła, jak gdyby sto 
młotów naprzemian podnosiło się i opadało i biło 
w czerwone dziecię pałającego pieca. 

Któż są ci na błoniu Leny, tak posępni i czarni? 
Któż są ci, niby dwie climury, z mieczami nad sobą, 
niby z błyskawicami? Drżą dokoła pagórki, wzdry- 
gają się omszone skały. Któż oni, jeśli nie syn oceanu 
i wozokotczy wódz Erynu? Wiele jest niespokojnych 
przyjacielskich ócz, które posępnie zważają ich śród 
błonia. — Ale noc osłania wodzów chmurami i koń- 
czy straszliwą walkę. 

Było to na cienistym wiszarze Kromli, gdzie Dor- 
glas przyrządzał zwierzynę, łup rycerzy, nim wzgó- 
rza opuścili. Stu młodzieńców zgromadzało gałęzie, 
dziesięciu wojowników rozniecało ogień, trzystu to- 
czyło gładkie głazy: szeroldm okręgiem dymiła się 
uczta. Kutullin, wódz eryuskich wojowników, zanurzył 



105 



się w potężnej dusz3^ Stał on oparty na dre^vnia- 
nym oszczepie i mówił do syna pieśni, do Karilla 
z innych czasów, siwowłosego syna Kinfenny: »Sam- 
źe odprawię ową ucztę, a król Locłilinu jest na 
Erynu brzegach, daleko od lasu swojego wzgórza, 
od dźwięcznych sal swojej uczty? Wstań, Karillu, 
synu przeszłości, zanieś moje słowa S waranowi. We- 
zwij go od łoskotu fal, bo Kutullin ucztę daje. Niech 
się tu nasłucha szumu moich lasów, pomiędzy noc- 
nemi obłokami. Bo chłodno i mroźnie gwiżdże wiatr 
burzliwy nad jego mórz pianą. Niech drżąca arfa 
tutaj go uczci, niech rycerskie pienia posłyszy!* 

Odszedł stary Karill wez^^ać króla tarcz ciemno- 
śniadych prz^gemnym głosem: »Podnieś się ze skór 
swoich łowów, Swaranie, królu lasów! Kutullin daje 
biesiadę konch. Podziel ucztę z modrookim wodzeni 
Erynu !« A on odpowiedział, niby mglisty grzmot 
Kromli przed burzą: ^>Inisfailczyku, gdyby wszystkie 
twoje córy wyciągnęły śnieżne ramiona, podniosły 
wysoko wzdychające piersi i patrzyły mile oczami 
miłości — Swaran, twardy, jak tysiąc lochlińskich 
opok, zostałby tutaj, aż dopóki ranek młodym pro- 
mieniem wschodu nie zaświta jemu nad śmiercią Ku- 
tullina. Miłe są mojemu uchu lochlińskie wiatry. 
Szumią one nad mojemi morzami, głośno rozmawiają 
z mojemi Linami i przynoszą do moich myśli zielone 
moje lasy, zielone lasy Gormalu, często odzywające 
się wiatrem, kiedy mój oszczep zarumieniał się na 
polowaniu dzików. Niech posępny Kutullin ustąpi mi 
starego tronu Kormaka, albo potoki Erynu, pędząc 
z gór jego, zaczerwienią swoją pianę jego krwią 
pyszną !« 

» Smutne « mówił Karill przeszłości, » smutne jest 
brzmienie Swaranowego głosu !« — » Smutne, ale dla 
niego !« rzekł błękitnooki .syn Semy. » Karillu, pod- 
nieś głos twój i zaśpiewaj o przeszłych sprawach. 



106 PIEŚNI OSSJANA 



Odpraw noc pieśniami, a nam daj uciechę smutku; 
bo wiele rycerz}^ i dziewic miłości przeminęło w Inis- 
faile, i miłe są pieśni narzel^ania, litóre się rozlegają 
po skałach Albionu, kiedy wrzawa łowów przejdzie, 
a fale Kony odpowiadają na głos Ossjana!« Karill 
zaczął: 

»We dniach przeszłości szli synowie oceanu ku 
Erynowi. Tysiąc okrętów przem3dłało się po falach 
na miłe pola Ullinu. Powstali synowie Inisfailu, aby 
dać odpór pokoleniu tarcz źelaznj^ch. 

Był tam Kairbar, pierwszy z mężów, i Grudar, 
okazały młodzieniec. Długo się oni spierali o pstro- 
katego byka, który się pasł na brzmiących łąkach 
Golbunu. Każdy pragnął go posiadać. Śmierć była 
często na ostrzu ich oręźów. 

Rycerze walczyli bok przy boku. Cudzoziemcy 
morza uciekli. Któreż imiona piękniejsze były na 
wzgórzu, jak Kairbar i Grudar? 

Ale, ach! dlaczegóż ryknął byk na brzmiących 
błoniach Golbunu? Ujrzeli go, kiedy szedł biały jak 
śnieg. Nienawiść rycerzy ocknęła się nanowo. 

Spotkali się na trawiastych brzegach Lubaru. 
Grudar upadł we krwi. Dziki Kairbar przybył na 
dolinę, gdzie Brassolis, najpiękniejsza ze sióstr jego, 
podnosiła na ustroniu pieśń smutku. 

Śpiewała ona czyny Grudara, młodzieńca jej skry- 
tej duszy. Smuciła się po nim na polach krwi; ale 
jeszcze spodziewała się, źe wróci. Jej pierś biała 
wyzierała z pod odzieży, niby księżyc z nocnych 
obłoków, kiedy poliazuje oku białą krawędź z ciem- 
ności, która osłania jego szj^bę. Wdzięczne, jak 
arfa, były jej głosy, kiedy nuciła pieśń smutku. Serce 
jej wisiało przy Grudarze; był on tajemnem spoj- 
rzeniem jej oka. » Kiedyż powTÓcisz we zbroi, naj- 
waleczniejszy na wojnie?* 

»'Weź, Brassolis « tak mówił Kairbar, »weź. Bras- 



107 



solis, tę skrwawioną tarczę, zbroję nieprzyjaciela, 
i zawieś ją wysoko na mojej sali.« Łagodne jej serce 
uderzyło w piersi, odeszła zmieszana i blada. Znala- 
zła swojego młodzieńca we krwi. — Skonała na bło- 
niach Kromli. Tutaj, Kutullinie, proch jej spoczywa. 
Z ich grobów wyrastają owe samotne cisy i bronią 
je od burzy. 

Piękna była Brassolis na łące. Okazały był Gru- 
dar na błoniu. Bard imiona ich zachowa i prześle je 
następnym czasom. 

»Miły głos twój, Karillu«, odezwał się błękitno- 
oki wódz Erynu, »miłe słowa przeszłości. Są one ci- 
chym deszczem wiosennym, kiedy słońce patrz}' na 
pola, a jasny obłok nad pagórkiem przepływa. O uderz 
w arfę na cześć mojej kochanej Brageli, samotnego 
promienia Dunskaichu. Uderz w arfę na cześć Bra- 
geli, małżonki syna Semy, którą na mglistej Avyspie 
zostawiłem. Czy podnosisz tam piękną głowę ze skały, 
upatrując żagli Kutullina ? Wdali burzy się morze; 
ty białą pianę bierzesz za mój żagiel. Odejdź, moja 
kochanko ! Już noc, a mroczne wiatry gwiżdżą w two- 
ich kędziorach. Pójdź do moich sal godowych i dumaj 
o upłynionych czasach. Nie wrócą, aż burza wojny 
oniemieje. O Konnalu! mów mi o wojnie i o zbro- 
jach; wypędź ją z mojej myśli. Miła jest z pływa- 
jącemi kędziorami białopiersia córka Targlana.« 

Konnal, powolny rozprawiacz, odpowiedział: » Strzeż 
się plemienia oceanu! Roześlij dokoła swoje nocne 
tłumy, ażeby szpiegowały potęgę Swarana. Kutulli- 
nie, ja jestem za pokojem, dopóki nie nadciągnie lud 
Selmy, dopóki nie nadciągnie Fingal, pierwszy z mę- 
żów, promień, równy słońcu na naszych polach !« Ry- 
cerz uderzył w tarczę wezwania; przybyli wojownicy 
nocy. Reszta spoczywała na łąkach lasu i zasypiała 
pod mglistemi Aviatrami. Dokoła w mętnych obło- 



108 PIEŚNI OS8JANA 



kach pływały duchy poległych za młodu, a zdała, 
w ponurej ciszy Leny słychać było załedwo roze- 
znane, prz3'tłumione głos}' śmierci. 



PIESN DRUGA. 



Konnalowi nkazuj(> się duch Krugala i zwiastuje mu 
przegraną Kutullhia. Konnal udziela tej przepoAviedni 
Kutulliuowi i radzi pokój; KutuUin przedsiębierze ciąg- 
nąć wojnę. Rano Swaran przysyła upokarzające warunlii 
pokoju, które KutuUin odrzuca. Rozpoczyna się bitwa 
z obu stron zapalczywa, długo niepewna; nakoniec Gru- 
mal, wódz irlandzki, pierzclia, wojsko idzie za nim, 
a Kutnllin i Konnal zasłaniają odwrót. W tej chwili po- 
jawia się przy brzegach Fingalowa flota. KutuUin pod- 
czas nocy rozmawia z Konnalem i Karillem, który w ustę- 
pie opowiada przygodę Komala i Galwiny. 

Konnal leżał przy szumie potoku pod zgrzybia- 
łemi drzewami. Omszony kamień podpierał mu głowę. 
Słuchał cichych odgłosów nocnych nad błoniami Leny. 
Leżał daleko od rycerzy; s\ti miecza nie lękał się 
nieprzyjaciela. W odpoczynku ujrzał r3xerza, zlatu- 
jącego z pagórka szkarłatnym strumieniem ognia. — 
Krugal siedział na tym promieniu, wódz, który po- 
legł w bitwie. Poległ on z ręki Swarana, walcząc 
rycerską walką. Jego oblicze było niby promień za- 
chodzącego księżyca. Z obłoków pagórka była jego 
odzież. Ocz}' — przygasły płomień. W piersiach czarna 
rana. »Krugalu!« zawołał potężny Konnal, »synu 
Dedgala, sławny na wzgórzu łani kruszycielu tarcz, 
czemuś tak smutny i blady? Nie bladłeś nigdy z trwogi. 
Cóż niepokoi lunarłego Krugala? « Chwiejący się stał 



109 



on we łzach i \\7ciągnął bladą rękę nad rycerzem. 
Zcicha słaby głos podniósł, niby powiew nad trzci- 
niastym Lęgu: »Mój duch na moich wzgórzach, Kon- 
nalu; moje ciało na eryńskich piaskach! Nie będziesz 
już więcej rozmav*'iał z Krugalem, ani na błoniach 
spotykał jego samotnych kroków. Lekki jestem, jak 
podmuch Kromli; przemykam się jak cień tumanu. 
Konnalu, widzę chmurę śmierci; czarno wisi ona nad 
polami Leny; synowie zielonego Ery nu muszą upaść... 
Ustąp z pola duchów !« Uleciał, niby zaćmiony księ- 
życ, w poświście wiatru. »Stój!« zawołał potężny 
Konnal, »stój, przyjacielu, coś mi tak ciemno zaja- 
śniał! Zaczekaj w niebieskim promieniu, synu wietrz- 
nej Kromli! Któraż jaskinia jest twoim samotnym 
domem? Któryż pagórek zielonogłowy jest miejscem 
twojego spoczynku? Nie usłyszymyż ciebie ani w bu- 
rzy, ani w szumie potoku? Kiedyż słabi synowie 
wiatru, zaledwo widziani, przemykają się nad pusz- 
czą?* 

Konnal miłogłosy podniósł się we dźwięcznej 
zbroi. Uderzył nad Kutullinem w tarczę i przebudził 
syna bitAvy. »Po co« zapytał sternik wozu, »po co 
Konnal przychodzi do mnie wśród nocy? Mój oszczep 
łatwoby się skierował na odgłos, i Kutullin smuciłby 
się po śmierci przyjaciela. Powiedz, Konnalu, po- 
wiedz! Twoja rada jest słońcem nieba!« — »Synu 
Semy« wódz odpowiedział, »duch Krugala przybył 
do mnie ze swojej jaskini; gwiazdy słabo pałały 
przez jego postać. Głos jego podobny był do szumu 
dalekiego strumienia. — Jest on posłańcem śmierci. 
Mówił o ciemnym i wązkim domu. -- Szukaj pokoju, 
o wodzu Erynu, albo ustąp na błonia Leny.<' 

» Mówił z Konnalem« odpowiedział książę; » cho- 
ciaż gwiazdy słabo pałały przez jego postać, synu 
Kolgara, to wiatr szemrał przy twoich uszach. — 
Albo, jeśli to była postać Krugala, czemuś go nie 



110 PIEŚNI OSSJANA 



zmusił, aby mnie się pokazał? Wypytałźeś się syna 
powietrza o jego jaskinię, o dom jego? To mój miecz 
mógłby głos ten znaleźć i wycisnąć z Krugala jego 
wiadomość. Ale, Konnalu, mała jest jego mądrość. 
Wszak jeszcze wczora był tutaj, jeszcze nie zaszedł 
na nasze wzgórza; któżby mógł jemu powiedzieć 
o naszej przegranej ?« — »Ducłiy wstępują na obłoki 
i jeżdżą wiatrami « — odpowiedział głos mądrości 
Konnala — »w swoich jaskiniach społem odpoczywają 
i rozmawiają o śmiertelnych mężach !« 

»To niech rozmawiają o śmiertelnych mężach, 
o każdym — tylko nie o eryńskim wodzu! Niech 
mię zapomną w swoich jaskiniach. — Nie ustąpię 
Swaranowi! A choćbym miał upaść, mój grób po- 
wstanie w słame przyszłych czasów. Łowiec łzą 
opłócze mój kamień; żałość osiądzie przy wysoko- 
piersiej Brageli. Nie lękam się ja śmierci — ale się 
boję uciekać, bo Fingal widział, żem z\\yciężał. Przy- 
bądź, słabe widmo pagórków, i mnie samemu pokaż 
się. Przybądź na niebieskim promieniu, pokaż w swo- 
jej ręce śmierć moją — i wted}' jednak nie ustąpię, 
słaby synu wiatrów! Idź, synu Kolgara, i uderz 
w tarczę! Wisi ona pomiędzj- oszczepami. Niech na 
dźwięk ten powstaną moi wojownicy w pośrodku bi- 
tew Erynu. Chociaż Fingal opóźnia przybycie ludu 
burzliwej swojej wj-spy, będziemy walczyć, synu Kol- 
gara, i pomrzemy av rycerskiej walce !« 

Daleko dźwięk się rozległ. Porwali się rycerze, 
niby fale błękitnej powodzi. Stanęli na błoniu na- 
kształt dębu rozłożystych gałęzi, kiedy odpowiada 
zmarzłemu strumieniowi i szumi na wiatr zwiędłym 
liściem. Szarzeje chmurna głowa Kromli. Drży pora- 
nek na wpółroz^^idnion^-m oceanie. Modry tuman 
przepływa zwolna i osłania synów Inisfaila. » Wsta- 
waj cie« odezwał się król czarnośniadych tarcz, »wy, 
coście przybyli od fal Lochlinu! Ustępują przed na- 



111 



szj^m orężem Erynu synowie. Pędźcie ich na równi- 
nach Leny! Morla! idź do sal Kormaka. Przełóż mu, 
aby się poddał Swaranowi, zaczem lud jego w groby 
zapadnie i milczenie zalegnie jego wyspę!« 

Porwali się z szumem, podobnym do gwaru wod- 
nych ptaków, które bałwan płoszy na brzegu. Gwar 
ich jak łoskot tysiąca potoków, kiedy po nocnej na- 
wałnicy spotkają się w dolinie Kony. Toczą się czarne 
wiry przy bladym brzasku zarania. 

Jak czarne cienie jesieni płyną nad trawiastem 
wzgórzem, tak posępnie, tak czarno przybyli wodzo- 
wie rozgłośnych lasów Lochlinu. Wysmukły, jak je- 
leń Morwenu, idzie przed niemi król okazały. Przy 
jego boku błyska tarcza, niby podczas nocy płomień 
na błoniu, kiedy świat ciemny i milczący, a wędro- 
wiec widzi ducha, igrającego na promieniu. Słabo 
połyskują dokoła góry i ukazują się ledwo dojrzane 
dęby. 

Powiew kołyszącego się oceanu przepędził mgłę 
szeroką. Ukazali się synowie Erynu, niby szereg skał 
na brzegu, kiedy żeglarze przy nieznajomym brzegu 
drżą pod niestałym wiatrem. »Idź, Morla « rzecze 
król Lochlinu, »idź i przełóż im pokój; przełóż, jak 
go dajemy królom, kiedy ludy naszym mieczom uleg- 
ną, kiedy waleczni polegną w boju, a dziewice pła- 
czą na poboisku!« 

Odszedł wysoki Morla, syn Swarta, i okazale szedł 
młodzieniec. Przemówił do modrookiego wodza ErNiiu 
pomiędzy mniejszemi rycerzami. 

»Przyjmij pokój od Swarana« mówił on, »pokój, 
jaki daje królom, kiedy ludy ulegną jego mieczowi. 
Oddaj nam strumieniste ró-wniiny ICrynu, swoją oblu- 
bienicę i swego psa łowczego. — Oblubienicę, wy- 
sokopiersią piękność, łowczego psa, który wiatry 
chwyta — oddaj, na dowód słabości twojego ramie- 
nia, i żyj wtedy pod naszą mocą!« 



112 PIEŚNI OSSJANA 



» Powiedz Swaranowi, sercu pychy, że Kutullin 
nigdy nie ulegnie! Dam jemu ciemnozaburzone mo- 
rze; dam w Erynie groby jego ludo\^d. Ale nigdy 
cudzoziemiec nie jDOsiędzie wdzięcznego promienia mo- 
jej miłości. Nie będzie żaden jeleń uciekał po wzgó- 
rzach Lochlinu przed moim prędkonogim Luatem!« 

» Próżny sterniku wozu« rzekł Morla, »i tyż 
chcesz pokonać króla, króla, którego okręty, z wielu 
lasów zbudowane, mogłyby prze%vieźć twoją wyspę? 
Tak mały jest zielonopagórki twój Eryn dla króla, 
który panuje burzliwym falom !« 

»Morlo, w słowach niejednemu ustąpię, ale mój 
miecz nikomu! Dopóki Konnal i Kutullin żyją, do- 
póty Eryn będzie własnością Kormaka!* 

»0 Konnalu! pierwszy z potężnych mężów, ty 
słyszałeś słowa Morli. Będziemyż jeszcze, ty tarcz 
kruszycielu, spokojni, jak radziłeś? Dlaczegóż, duchu 
poległego Krugala, grozisz nam śmiercią? Ciasny dom 
powita mię otoczonego blaskiem sła^vy. Podnieście, 
synowie Einoiu, podnieście oszczepy i łuki naciągnij- 
cie! Uderzcie we mroku na wroga, jak duchy burzli- 
wej nocy.« 

Dziesięć razy okropniej, grzmotniej, dziczej i głę- 
biej roztoczył się pomrok boju, jak chmura pędząca 
na dolinę, kied}' nieprzyjazne burze zakryją cichy 
promień słoneczny, Kutullin we zbroi szedł przodem, 
niby gnie'«Tiy duch obłoków, ogniojawem odziany, 
z czarną burzą w rękach. Karill daleko zabrzmiał 
po błoniach rogiem bitwy. Podniósł głos pieśni i roz- 
lał swojego ducha na myśli walecznych. Usta śpie- 
waka nuciły: 

» Gdzież jest Krugal poległy? Leży na ziemi za- 
pomniany. Dźwięki konch oniemiały. Smutna jest oblu- 
bienica Krugala, obca na salach swojego smutku !« 

»Ale któż jest ta, co jak promień słońca, prze- 



113 



latuje przed rzędami nieprzyjaciół ? To Degrena, 
miła piękność, żona poległego Krugala!« 

»Za nią kędziory unoszą się wiatrem; jej oko 
zapalone, głos dziki. « 

» Blady i marny twój Krugal; postać jego mieszka 
w jaskiniach gór. Przychodzi on we śnie do twojego 
ucha; podnosi słaby głos, niby brzęk pszczół, niby 
gwar meczornych owadów !« 

»Ale Degrena upada, niby poranny obłok; miecz 
Lochlinu bok jej przeszył. Upadło, o Kairbarze, ma- 
rzenie twojej kwitnącej młodości. Upadło, o Kairba- 
rze, marzenie twoich młodzieńczych godzin !« 

Dziki Kairbar posłyszał dź^^dęk żałobny. Rzucił 
się naprzód z łoskotem, jak wieloryb. Ujrzał śmierć 
swojej córki i ryknął pomiędzy tysiącami. Oszczep 
jego trafił syna Lochlinu, a bitwa leciała od skrzy- 
dła do skrzydła. Jak sto burz w lochlińskich lasach, 
jak pożar w sosnach stu pagórków, tak zgubnie walą 
się szeregi mężów. Kutullin skaszał rycerzy jak 
chwast; Swaran Eryn wyludniał. Poległ z jego ręki 
Kurach i Kairbar wypukłej tarczy. Na nieprzerwany 
spoczynek ułożył się Morglan. Drżał Kaoll, kiedy on 
konał. Krwawe pręgi po jego białej piersi; złoty 
kędzior rozesłany w pyle rodzinnej ziemi. Często za- 
stawiał tam ucztę, gdzie teraz poległ. Często podno- 
sił tu głos arfy, kiedy psy wesoło przy nim igrały, 
a łowcze chłopcy łuk mu narządzały. 

A Swaran jeszcze pędził, jak strumień, co się 
wyłamuje z puszczy. Roztacza pagórki w biegu; po 
bokach opoki się przewalają. Ale niby wzgórze, które 
obłoki nieba rozcina, stanął przed nim Kutullin. Bu- 
rze walczą na jego sosno watej głowde, głóg szumi 
na skałach, a ono w swojej mocy stale stoi i ocie- 
nia cichą dolinę Kony. Tak Kutullin zasłaniał eryń- 
skich synów i stał między tysiącami. Płynęła krew, 
niby skalne zdroje z umierających rycerzy. Lecz Eryn 

PISMA G03ZCZVI<SKIEQ0. II. 8 



114 PIEŚNI 08SJANA 



topnieje na kaźdem ski'Z3^{ile, niby śnieg w dniu po- 
godnym. 

» Synowie Erynu!« zawołał ^\'tenczas Grumal, 
»Loclilin posiada plac boju. Po cóż mamy walczyć, 
jak trzcina z "s^iatrem ? Ustąpmy ku górze czarno- 
śniadej łani.« I uciekł, niby jeleń Morwenu; jego 
oszczep drgał promieniem ś\%iatła za nim. Niewielu 
poszło za Grumalem, za wodzem małej duszy; — 
upadli oni w rycerskiej walce na rozgłośnych bło- 
niach Leny. Wysoko, na wozie drogich kamieni, stał 
wódz Erynu. Dobijał on potężnego sjoia Lochlinu 
i prędko mó\\-ił do Konnala: »0 Konnalu, pierwszy 
z śmiertelnych mężów, ty wyuczyłeś to ramię śmierci. 
Chociaż syno^yie Erynu pierzchnęli, my jeszcze 
walczmy z ^^Togiem. Karrilu, synu przeszłości, pro- 
wadź moich przyjaciół na krzaczyste wzgórze. A my, 
Konnalu, stańmy tu, jak skała, i ratujmy cofających 
się prz}'^jaciół!« 

Konnal usiadł na wóz kamieni. Zasłonili się tar- 
czami, jak zaćmiony księżyc, córka gwiaździstego 
nieba, kiedy ciemnym okręgiem przebiega po^-ietrze, 
a ludzie oczekują groźnej zmiany. Siffada robi bo- 
kami pod wzgórzem i pyszny rimaak, Dusronnal. Jak 
wały za ^^ielorybem, tak \xTÓg szumiał za niemi. Na 
\\wsokich biodrach Kromli stanęli smutni, nieliczni 
synoAvie Erynu, niby las, po któr^nn pożar przeszedł, 
stłuczony od wiatrów burzliwej nocy; samotny, z^\dę- 
dły i posępny, stoi bez liścia, któryby sziimiał z po- 
%viewem. 

Kutullin stał przy dębie. W milczeniu powodził 
zapłomienionem okiem i słuchał wiatru w gęstych 
kędziorach, kiedy nadszedł Moran, sjtii Fitila, stróż 
oceanu. Zawołał on: » Okręty, okręty samotnej wyspy! 
Fingal przybywa, pierwszy z mężów, kruszyciel tarcz! 
Fale pienią się przed ich czarnemi dziobami, a maszty 
w żaglach są niby lasy w chmurach!* 



115 



»Zaclmijcie« rzekł Kutullin, »zadmijcie, wdatry, 
które szumicie po mojej wyspy tumanach. Przyby- 
waj na śmierć tysiąców, o królu rozgłośnej Selmy! 
Twoje żagle, mój przyjacielu, są dla mnie obłokami 
poranku; twoje okręty niebieskiem światłem; ty sam 
słupem ognia, rozjaśniającjon ś-wiat nocy. O Konnalu, 
pierwszy z mężów, jakże są pocieszeni w smutku 
nasi prz^-jaciele! Ale dokoła noc się ściemni. Gdzież 
są teraz okręty Fingala ? Czuwajmy tu nad godzi- 
nami cieimiości i wyglądajmy niebieskiego księżyca!* 

Opuściły się burze na lasy. Potoki ze skał za- 
szumiały. Deszcz chłosta po głowie Kromli. Zapło- 
mienione gwiazdy drżą między przelatuj ącemi chmu- 
rami. Smutnie na brzegu strumienia, którego szu- 
mem brzmi drzewo, smutnie siedzieli wodzowie Erynu. 
Był tam Konnal, syn Kolgara, i Karill, syn przeszło- 
ści. » Nieszczęśliwa jest ręka Kutullina« rzekł błękit- 
nooki syn Semy, » nieszczęśliwa jest ręka Kutullina 
od czasu, jak swego przyjaciela zabił. — Ferdo, 
synu Dammana, kochałem ciebie, jak siebie samego !« 

» Jakże, Kuttullinie, synu Semy, jakże upadł kru- 
szyciel tarcz ? Nieraz ja m3'ślę« rzecze Konnal, 
»o synie szlachetnego Dammana. Był on smukły i pię- 
kny, jak niebieska tęcza !« 

»Z Albionu przybj^ł Ferda, wódz stu wzgórzów. 
W salach Muri uczył się on robić mieczem, i zyskał 
przyjaźń Kutullina. Poszliśmy razem na łowy i sta- 
nęliśmy obozem na błoniu. 

»Dengala była małżonką Kairbara, wodza Ullinu 
równin. Była ona okryta światłem piękności, ale jej 
serce było mieszkaniem pychy. Pokochała promień 
młodości, syna szlachetnego Dammana. »Kairbarze,« 
rzekła białoramienna Dengala, »daj mi połowę trzody. 
Nie chcę być dłużej na twoich salach. Rozdziel 
trzodę, posępny Kairbarze!« — Kairbar rzekł: » Ku- 
tullin niech podzieli na wzgórzu moją trzodę. Jego 

8* 



116 PIEŚNI OSSJANA 

serce jest stolicą spra^viedliwości. Idź do niego, świa- 
tło urody !« Poszedłem i rozdzieliłem trzodę. Pozo- 
stał byk białośiiieżny; tego byka dałem Kairbaro^^'i. 
Gniew Deugali ocknął się. 

»Synu Dammana« mówiła piękność, »Kutullin 
zranił moją duszę. Muszę słyszeć o jego śmierci, albo 
strumień Lubaru popłynie nade mną. Mój blady duch 
będzie przy tobie krążyć i narzekać na ranę mojej 
dumy. Albo rozlej krew Kutullina, albo przesz}^ tę 
pierś niespokojną !« — »Dengalo,« rzekł młodzieniec 
piękuowłosy, »jak zabić syna. Semy, przj^jaciela naj- 
skr\i;szycli moich myśU? Jak dobyć miecza na niego ?« 
Trzy dni płakała przed wodzem, czwartego przyrzekł, 
ze będzie walczył. »Będę walczj^ł z przyjacielem, je- 
dnak, Dengalo, — bodajb\Tn upadł od jego miecza! 
MógłźebjTn sam po wzgórzu chodzić ? Mógłźeb^in 
patrzeć na grób Kutulliua ?« Spotkaliśmy się na 
ró\sTiinie Muri. Chroniły się ran nasze miecze; śli- 
zgały się po stalowjTn szj^szaku, albo g\%dzdały po 
ślizkiej tarczj\ Dengala była blizką i z uśmiechem 
rzekła s^oiowi Dammana: » Słabe twoje ramię, pro- 
mieniu młodości. Twoje lata nie dojrzały do stali. 
Ustąp synowi Semy. Mocny on, jak skała na Mal- 
morze. « 

Łzy stanęły w oczach młodzieńca. Jąkając się 
rzekł do mnie: »Kutullinie, podnieś Avypukłą tarczę. 
Broń się ręce przyjaciela. Moja dusza obarczona jest 
smutldem, bo muszę zabić wodza mężów !« Jęknąłem, 
jak \\-iatr w skalnej szczelinie. Spuściłem ostrze 
oręża. Upadł promień boju, pierwszy z przyjaciół 
Kutullina. Nieszczęśliwa jest ręka Kutullina od czasu, 
jak rycerz przez nią upadł !« 

» Smutna jest twoja powieść, synu wrodzą « rzekł 
Karill imiych czasów. »Cofa ona mojego ducha ku 
dniom innych lat, ku starej przeszłości. Często sły- 
szałem ja o Komalu, który lubego przyjaciela zabił; 



117 



jednak ZT\^^cięstwo towarzyszyło jego żelazu i w jego 
obecności wygrywano bitwy. 

»Komal był synem Albionu, wodzem stu wzgó- 
rzów. Zwierz jego napawał się z tysiąca strumieni. 
Tj^siąc skał łajało się ze szczekaniem psów jego. 
Oblicze jego było słodyczą młodości; ręka — śmiercią 
rycerzy. Jedna była jego miłością, i piękną była ona, 
córka potężnego Konlocha, Zdawała się być słonecz- 
nym promieniem pomiędzy kobietami. Jej kędziory 
niby krucze skrzydła. Jej psy przyuczone do łowów. 
Cięciwa łuku g-wizdała z wiatrem, ale serce przy- 
kute do Komala. Często spotykały się ich oczy 
w miłości. Jedna droga im na łowj^ Szczęśliwe ich 
słowa na ustroniu. Ale Grumal pokochał dziewicę, 
czarny wódz pochmurnego Ardwenu. Czuwał nad sa- 
motnemi jej krokami po błoniu, wróg nieszczęsnego 
Komala. 

» Jednego dnia, powracając z łowów, kiedy mgła 
osłaniała ich przyjaźń, zeszli się w jaskini Ronnana 
Komal i córa Konlocha. Jaskinia była zA^ykł}TQ wy- 
poczynkiem Komala; ściany ob%vieszane były zbro- 
jami. Wisiało tam ze sto tarcz skórzanych i ze sto 
szyszaków z dźwięcznej stali. » Odpocznij tu, kochana 
Galwino« rzekł on. »Ty światło jaskini Ronnana! 
Tam widać jelenia; pójdę na wierzchołek Mory i na- 
tj^chmiast powTÓcę!« — » Lękam się mojego nieprzy- 
jaciela, ponurego Grumala« odpowiedziała ona, » przy- 
chodzi on często do jaskini Ronnana. Położę się mię- 
dzy zbrojami; tylko prędko po^vracaj, o mój ko- 
chanku !« 

»Poszedł za jeleniem na Morę. Córa Konlocha 
umyśliła doświadczyć jego miłości. Zawarła piękną 
pierś w zbroję i wyszła z jaskini Ronnana. On my- 
ślał, że to jego nieprzyjaciel. Mocno uderzyło w nim 
serce. Zmienił barwę lica, ciemność osłoniła oko. Na- 
piął łuk. Wyleciała strzała. Galwiua upadła we krwi. 



118 PIEŚNI OSSJANA 



Biegł po swojej ścieżce ze zwierzyną i wołał córy 
Konloclia. Żadnej odpowiedzi w samotnej skale! 
» Gdzież jesteś, lioclianko moja?« — Nareszcie po- 
strzegł jej serce, uderzone pierzastą strzałą! »0 córo 
Konloclia, tyż-to ?« — Upadł na jej łono. Łowcy 
znaleźli parę nieuratowaną. Błąkał się on potem po 
wzgórzu i często w milczeniu okrążał ciemne mie- 
szkanie kochanki. Przybyła morska flota. Komal wal- 
cz3'ł — cudzoziemcy pierzcMi! Szukał śmierci na 
polu bit^v}^; ale któż mógł zabić potężnego Komala ? 
Odrzucił czarnośniadą tarczę. Strzała znalazła jego 
pierś męską. Śpi on z ukochaną Galwiną przy po- 
mruku sączącego się źródła. Widzi żeglarz zielone ich 
groby, kiedy się przemyka po falach północy. « 



PIESN TRZECL4. 

Noc jeszcze. Kutullin uprasza Karrila, ab}' mu zanucił 
pieśni o dawnych rycerzach. Ten opowiada przygody 
Fiiigala w Jutlandji, kiedy przybył do króla tej ziemi 
Starna, Swaranowego ojca, w zamiarze pojęcia za żonę 
pięknej Agaudeki, córki Starnowej. Przy końcu pieśni 
nadchodzi Kalmar, który byl dla rany pozostał, i donosi 
Kutullinowi, że Swaran ma zamiar uderz^^ć na ostatki 
irlandzkiego wojska. Stają z Kutullinem w wąwozie 
i wstrzymują nieprzyjaciół, dopóki KarriI wojslc nie od- 
prowadził. Fing-al wysiada na brzeg. Swaran zwraca 
swoje siły na Kaledoiiczyków. Kutullin, zawstydzony 

swoją przegraną, chroni się do jaskini Tury. 
Fingal uderza na nieprzyjaciół i rozprasza ich, ale noc 
odwleka zwycięstwo zupełne. Fingal daje nauki walecz- 
nemu sj-nowi Óssjana, Oskarowi, i opoAviada mu prz}^- 
gody pięknej Fainasollis. Fiłlan i Oskar zostają wysłani 
na nocne zwiady. Gaul domaga się dowództv,'a na na- 
stępną bitwę i otrzymuje je. 

» Wdzięczne są słowa pieśni, miłe pomeści prze- 
szłości « rzekł Kutullin. »Są jak rosa poranku na 



119 



wzgórzu sarn, kiedy mdłe jeszcze słońce na jego 
boku, a jezioro doliny spokojne i modre. O! Karrilu, 
podnieś głos znowu i zanuć mi pieśń Selmy, co ją 
śpiewano w mych salach uciechy, kiedy był Fingal, 
król tarcz, i rozjaśniał się przy czynach swojego 
ojca.« Karril zaczął: »Fingalu, mieszkańcze bojowi- 
ska, wczesne były sprawy twojego oręża. Trawiłeś 
Lochlin w gnieme, kiedy twoja młodość jaśniała 
urodą dziewiczą. Uśmiechano się nad pięknie kwitną- 
cem licem rycerza, ale w jego rękach śmierć była.« 

» Silny był jak powódź Lory. Jego towarzysze — 
jak pęd tysiąca strumieni. Sch^\jtali w bitwie króla 
Lochliau i odesłali go napowrót na jego okręty. « 

» Próżne jego serce nadęło się pj^chą. — W du- 
szy czerniła się śmierć młodzieńca. Bo nikt oprócz 
Fingala nie pokonał mocy potężnego Stama.« 

» Siedział on na sali konch w lesistej krainie 
Lochlinu. Wezwał siwowłosego Sniwana, który czę- 
sto śpiewywał w okręgu Lody *), kiedy kamień po- 
tęgi słuchał jego wezwania i kierował bitwami 
w polu walecznych !« , 

»Pójdź, siwy Sniwanie« rzekł Starno »ku śród- 
wodnym skałom Ardwenu. Po^\aedz króloA\'i Selmy, 
najpiękniejszemu między tysiącami, powiedz, źe mu 
dam córkę, najpiękniejszą z dzie^\^c, które wzdychają 
śnieźnemi piersiami. Jej ramiona białe sa, jak piana 
moich fal; jej dusza szlachetna i łagodna.* 

»Niech przyjdzie z n aj dzielniej szem rycerstwem 
do tajemnych komnat mojej córki. « 

» Poszedł Sniwan do sal Selmy i powrócił z pię- 



*) Napomknienie o religii skandynawskiej. Te okręgi 
Lody przypominają znajdujące się i dziś jeszcze w nie- 
których stronach Niemiec ułożone po górach z wielkich 
kamieni koła. Kamień potęgi wewnątrz koła, tak często 
od Ossjana spoinłnany, l)yl bez wątpienia ołtarz, na któ- 
rym ofiary składano i przy którym nucono bóstwu hymny. 



120 PIEŚNI OSSJANA 



knokędziorym Fingalem. Wrzące jego serce leciało 
ku dziewicy, kiedy się przemakał po falach północy. 
» Pożądany! pożądany królu skalistego Morwenu!- 
wołał czarnośniady Stamo. » Pożądani jesteście, ry- 
cerze potęgi, S3^lowie dalekiej wj^spy! Trzy dni bie- 
siadujcie na mojej sali, trzy dni polujcie na moje 
dziki, ażeby wasza sława doszła do dziewicy, która 
mieszka w tajemnej komnacie. « 

» Stamo śmierć ich umyślił. Wydał ucztę konch. 
Fingal, niedo^\'ierzając wi-ogo\\d, stanął w żelaznej 
zbroi. Syno^vie śmierci zlękli się i poszli z oczu 
króla. « 

» Podniosły się wnet głos\^ pogodnej radości, 
i drżące arfy dzwoniły wesele. Bardo^vie śpiewali 
o rycerskich bojach — śpiewali o niespokojnych pier- 
siach miłości. « 

»Był tam i Ullin, bard Fingala, słodki głos 
dźwięcznej Kony. Sła\\ił on córę Lochlinu i \sysoko- 
rodego króla Morwenu. « 

» Słyszała to córa Lochlinu. Opuściła komnatę ta- 
jemnj'ch swoich westchnień. Wyszła w całej krasie, 
niby księżyc z wschodniego obłoku. « 

» Opływał ją urok, jak światło. Jej stąpanie było 
dźwięczeniem pieśni. Postrzegła młodzieńca i poko- 
chała. Był on ukradkowem westchnieniem jej duszy. 
Ukradkiem pozierało na niego błękitne jej oko. Bło- 
gosławiła wod^a rozgłośnego Morwenu. « 

» Trzeci dzień wszystkiemi promieniami oś^viecił 
las dzików. Wyszedł czarnośniady Stamo i Fingal, 
król tarcz. Pół dnia spędzili na łowach; oszczep 
Selmy krwią się zaczerwienił.* 

»Tak było, kiedy córka Starna, błękitnem okiem 
przez łzy pozierając, tak było, kiedy przyszła z gło- 
sem miłości i rzekła do króla ]\Iorwenu: 

»Fingalu, wodzu wysokorody! nie -wierz pysznemu 
sercu Starna. On w lesie ukrył swoje wodze. Strzeż 



121 



się lasu śmierci. Ale pamiętaj, s}tiu "wyspy, pamiętaj 
o Agandece. Ratuj mię od wściekłości mojego ojca, 
królu wietrznego Morwenu.« 

» Młodzieniec szedł bezpiecznie, a z nim jego ry- 
cerze. Synome śmierci upadli z jego ręki, a Gormal 
zabrzmiał dokoła. « 

» Stanęli synowie łowów przed salami Starna. 
Czarne brm króla podobne były do chmur, oczy do 
nocnego ognia. » Przyprowadź cie« krzyknął, » przy- 
prowadźcie tu Agandekę do kochanego jej króla 
Morwenu! Jego ręce zmazały się kr\Naą mojego ludu; 
nie poszły darmo jej słowa. « 

»Przyszła z oczami od łez czerwonemi. Przj'szła 
z pływaj ącemi w nieładzie kędziorami. Wzd^onało 
się białe łono tłumionem westchnieniem, niby piana 
strumienistego Lubaru. Starno przebił jej pierś że- 
lazem. — Upadła, jak płatek śniegu, ślizgający się 
po skałach Ronanu, kiedy lasy milczą, a Echo po- 
nurzy się w dolinę. « 

» Spojrzał Fingal na dzielne swoje wodze, a dzielni 
jego wodzowie clu\ycili za oręż. — Ryknął pomruk 
bitwy, a Lochlin pierzchnął lub zginął.* 

»Zaniósł dziewicę najłagodniejszej duszy, bladą, 
na mknący się swój okręt. Grób jej podnosi się 
w Ard wenie. Morze szumi przy ciemnem jej mie- 
szkaniu.* 

» Błogosławiona niech będzie jej dusza !« rzekł 
Kutullin, » błogosławione niech będą usta pieśni! Sihaa 
była młodość Fingala; silne jest ramię jego starości. 
Lochlin jeszcze raz upadnie przed królem brzmią- 
cego Morwenu. Wytknij, o księżycu, lice swoje 
z obłoku i oświeć białe jego żagle na falach. A je- 
śli mocny jaki duch niebieski siedzi w nawisłej chmu- 
rze, to odwróć, jeźdźcze burzy, czarne okręty od 
skały !« 

Takie były słowa Kutullina przy szumie potoku. 



122 PIEŚNI OSSJANA 



kiedy Kalmar, syn pokonanego Maty, wszedł na 
wzgórze. Przyb\"\vał on w kr^\d z poboiska. Podpie- 
rał się drewnianjTii oszczepem. Mdłe jest ramię boju, 
ale mocna rycerska dusza. » Pożądany sjtiu Maty!« 
zawołał Konnal, » pożądany jesteś swoim przyjacio- 
łom! Ale dla czegóż tłumione westchnienie -wyrywa 
się z piersi tego, który nigdy nie znał trwogi ?« 
»I nigdy jej nie poznam, Konnalu, wodzu zaostrzonego 
żelaza. Mój duch raduje się w przygodach i orężnym 
zgiełku. Jestem z rodu walki. Moi ojcowie nie bali 
się nigdy. 

»Korman był pierwszy z mojego pokolenia; igrał 
on z burzami fal. Czarny jego okręt pląsał po ocea- 
nie, wędrował skrzydłami A^aatrów. Eazu jednego 
duch noc za"svichrz3'ł. Morze się wzdęło, opoki za- 
brzmiały. Wiatr nagnał chmury. Wyleciały błyski na 
ognistych skrzydłach. On się idąkł i na brzeg wy- 
siadł; ale wstyd mu było, że się uląkł. — Puścił 
się znoA^ai na fale, szukał s^na burzy. Trzech mło- 
dzieńców popędzało bat chyży, on sam z dobytym 
stał mieczem. I oto przesuwa się głęboka chmura; 
on porywa za ^\'ichrowatą jej głowę i maca żelazem 
w czarmin jej brzuchu. Sj^n burzy A\'A'mknął się po- 
wietrzem. Księżyc i gA^azdy znowu po\ATÓciły. Taka 
była śmiałość mojego rodu. Kalmar podobny jest do 
swoich ojców. Przygoda ucieka od podniesionego 
miecza. Szczęście za śmiał3Tn idzie. 

»Ale dzisiaj, sjmowde zielonego Erynu, ustąpcie 
z krwawego błonia Leny. Zgromadźcie smutne osta- 
tki nasz3'ch przyjaciół i trz3'majcie się Fingalowego 
miecza. Słyszę chrzęst zbliżających się zbrój Loch- 
linu. Kalmar zostanie i będzie walczył. Przyjaciele! 
głos mój brzmieć będzie, jak gd3'by za mną b3^ły ty- 
siące. — Ale, S3-nu Senw, pamiętaj o mnie. Pamię- 
taj o martwem ciele Kalmara. Skoro Fiugal rozbu- 
rz}^ bojo%\-isko, to połóż mię prz3' kamieniu sponmie- 



123 



nia, ażeby przyszłe czasy mogły usłyszeć moją sławę, 
ażeby matka Kalmara ucieszyła się jego chwałą !« 
»Nie, synu Maty« odpowiedział Kutullin, »nigdy 
ja ciebie nie opuszczę! Nieró^vlly bój jest mojem we- 
selem; dusza moja rośnie w przygodzie. Konnalu 
I i Karrilu przeszłości, uprowadźcie zasmuconych sy- 
nów Erynu. Gdy się bój skończy, szukajcie nas na 
tej ważkiej drożynie. Blizko tego dęba uleguiem 
strumieniowi Avalki tysiąców. O! synu Fitila, puść się 
lotnym krokiem na błonia Leny. Powiedz Fingalowi, 
że Eryn upada. Proś króla Morwenu, niech prz}^- 
bywa. O! niech przyb>^va, jak słońce śród burzy, 
rozjaśnić — zbawić tę wyspę !« 

Na Kromli szarzeje poranek. Następują synowie 
morza. Kalmar stał na przodzie, aby się im opierać 
w dumie gorejącej swojej duszy. Blade jednak obli- 
cze rycerza. Podpiera się oszczepem ojców, oszcze- 
pem, który z Lary przyniósł, kiedy zasmucił duszę 
swojej matki, duszę samotnej Alklety, niknącej w lat 
zgryzocie. Zwolna jednak upada rycerz, niby drzewo 
śród pola. Ponury Kutullin sam stał, niby skała na 
piasczystej dolinie. Przypływa morze falami i Avre 
przy twardych bokach; głowa jej okrywa się pianą, 
a wzgórza dokoła się odzywają. 

Z szarej mgły oceanu majaczą białoźagle okręty 
Fiugala. Wysoki jest las jego masztów, co na})rze- 
mian zbliżają się na potoczystych falach. Ujrzał je 
Swaran ze wzgórza. Odwrócił się od synów Erynu. 
Jak rozhukane morze wali się przez sto wysp Lii- 
storu, tak głośno, tak dziko, tak nieobejrzanie za\tó- 
cili się ku królowi synowie Lochlinu. Lecz pochy- 
lony, płaczący, smutny i opieszały, wlokąc za sobą 
długi oszczep, wchodził Kutullin w lasy Kromli i ża- 
łował poległych przyjaciół. Wstydził się on pojrzeć 
w oblicze Fingala, który go zwykł pozdrawiać z pola 
sła^vy. 



124 PIEŚNI OSSJANA 

»Jak wielu leży tutaj moich rycerzy, wodzów 
er^Tiskiego plemienia, tych, co się tak weselili na 
salach, kiedy się dźwięki konch odzy^yały! Nie znajdę 
już nigdy ich kroków na błoniach; nigdy już nie 
usfyszę na łowach ich głosów. Bladzi i niemi, na 
skrwaA^donych łożach leżą ci, którzy mi przyjaciółmi 
byli. O! duchy poległych za młodu, spotkajcie Ku- 
tullina na jego błoniach. Przemówcie do niego wia- 
trem, kiedy skrzĄ-j^iące drzewo ozwie się przy jaskini 
Tury. Tam ja będę leżał daleki i nieznany. Żaden 
bard nie usłyszy o mnie. Żaden siwy kamień nie 
powstanie ku mojej sławie. O! płacz mię z umar- 
łemi, Bragelo. Przeszła moja sława !« 

Takie były słowa Kutullina , kiedy do lasów 
Kromli wchodził. 

Fingal, -^ysoki na swoim okręcie, \^yciągnął przed 
siebie jaskrawą dzidę. Przerażający jest połysk jego 
stali, podobny on do ogniojawu śmierci na błoniach 
Malmoru, kiedy wędrowiec samotny stoi, a na niebie 
ćmi się księżyc. »Bitwa już minęła !« król rzecze, 
» widzę krew moich przyjaciół. Smutne są pola Leny; 
dęby Kromli w żałobie. Upadli łowce w swojej sile; 
niema już syna Semj^ Hyno i Fillanie, synowie moi, 
uderzcie w róg Fingala. Wejdźcie na owo wzgórze 
nadbrzeżne i zawołajcie na dzieci wrogów. Zawołaj- 
cie na nich z grobu Lamdarga, wodza przeszłości. 
Niech głos wasz podobny będzie do głosu waszego 
ojca, kiedy rozpoczyna bitwy swojej mocy. Czekam 
potężnego cudzoziemca; czekam S warana na brzegu 
Leny, Niech przyjdzie z całunu swoim rodem; silni 
są przyjaciele poległych !« 

Poleciał piękny Ryno, jak błyskawica; posępny 
Fillan — jak mrok jesienny. Słychać ich głosy na bło- 
niach Leny. S\Tiowie oceanu słyszą róg Fingala; jak 
ryczący ^^ir oceanu, odparty od królestwa śniegów. 
z taką mocą, tak posępnie, tak nagie przybyli syno- 



125 



wie Lochlinu. Na ich czele król się pokazał w strasz- 
11 ( i p3-sze swego uzbrojenia. Zajadłość wrzała na 
( zarnobrewem licu; oczy krążyły w ogniu odwagi. 
Fiiigal postrzegł Starnowego syna i spomniał sobie 
Aiandekę: bo Swaran młodzieuczemi łzami płakał 
]:o białopiersiej siostrze. Wysłał do niego Ullina 
]ii'śni, aby go wezwał na ucztę konch; bo spomnie- 
11 ii' pierwszej miłości wdzięcznie ^vl•óciło do duszy 
Fino-ala. 

UUin przyszedł krokami starości i przemómł do 
Starnowego syna: »0 ty, który mieszkasz wdali 
śi '»d fal, jak skała, przyjdź na ucztę króla i prze- 
I)a(lź ten dzień w spoczynku! Jutro, o Swaranie, 
sjiotkamy się i będziemy kruszyć dźwięczne tarcze !« 

» Dziś jeszcze « rzekł popędliwy syn Starna, » skru- 
szamy dźmęczne tarcze! Jutro ja ucztę A^ydam, ale 
Fuigal będzie lezał.« — »Niech jutro wydaje ucztę« 
rzekł Fingal z uśmiechem; »dziś tedy, o sjoiowie moi, 
skruszymy tarcze! Ossjanie, ty stój blizko mojego 
ramienia; ty, Gaulu, podnieś twój miecz straszny; 
napnij, Fergusie , łuk skrzjnsdony; ciskaj, Fillanie, 
dzidą przez poA^aetrze! Podnieście wasze tarcze, niby 
chmurne księżyce. Niech wasze oszczepy będą ognio- 
jawami śmierci. Idźcie za mną ścieżką sławy; zrów- 
najcie mi w sprawach boj owych !« 

Jak sto Anatrów morweńskich, jak potoki stu 
wzgórzów, jak chmury, lecące po niebie, jak czarny 
ocean, sztummjący do brzegów puszczy; — z takim 
rykiem, tak ogromnie, tak strasznie spotkały się woj- 
ska na brzmiących polach Leny. Jęczenie ludów roz- 
legło się nad wzgórza, podobne do nocnego grzmotu, 
kiedy chmury zgrzytają na Konie, a tysiąc duchów 
zawodzi społem w podziemnej burzy. Pędzi w swo- 
jej mocy Fingal, straszlim', jak duch Trenmora, 
przybywającego nad Morwen w wichrze zobaczyć 
dzieci swojej pychy. Szmnią po górach dęby i skały 



126 PIE8NI OSSJANA 

przed nim się walą. Ledwo dojrzany, niby nocna bły- 
skawica, stąpa szeroko ze wzgórza na wzgórze. Skrwa- 
wiona była ręka mojego ojca, kied}'^ mclirzył błyska- 
■wicą miecza. Wspomniał na bit\vy młodości. Na jego 
drodze usłane pole. Ryno szedł przodem, niby słup 
ognia. Ponure było czoło Gaula. Fergus ciskał się 
nogami matru; Fillan — jak tuman wzgórza; Ossjan — 
jak skała. Radowałem się z mocy króla. Wielu było 
pobitych od mego ramienia. Niszczący był blask mo- 
jego miecza. Moje kędziory nie były wtedy tak siwe, 
ręce nie drżały starością; ciemność oczu nie zamy- 
kała; nie u.tykały nogi w biegu! 

Któż potrafi zliczyć lud pobity ? Kto sprawy po- 
tężnych rycerzy, kiedy gniewny Fingal rozganiał sy- 
nów Lochlinu? Wzdymał się jęk ze jęku, z wzgórza 
na wzgórze, aż noc wszystko pokryła. Bladzi, od- 
parci, jak trzoda jeleni, zebrali się na Lenie syno- 
wie Lochlinu. 

My usiedli nad miłym strumieniem Lubaru i słu- 
chali wesołej arfy. Fingal był najbliżej Avrogów; słu- 
chał powieści bardów. Wodzowie innych czasów, spa- 
niały ród jego, był w pieśni. Czujny, oparty na tar- 
czy, siedział król Morwenu. Wiatr gmzdał po jego 
kędziorach; dumy błąkały się międz}^ dniami lat in- 
nych. Przy nim, na pochylonym oszczepie stał mój 
młody, mój waleczny Oskar. Dziwił się królom Mor- 
wenu; podnosiły się jego czyny w duszy Oskara. 

»S\Tiu mojego syna!« król zaczął, » Oskarze, dumo 
młodości! widziałem połj^sk twojego miecza. Chlubi- 
łem się moim rodem. Naśladuj sławę ojców! Bądź 
tem, czem oni byli, kiedy żył Trenmor, pierwszy 
z mężów, i Trotal, ojciec rycerzy. Odbywali oni boje 
w młodości i są w pieśni bardów. O Oskarze, nagi- 
naj mocarzów zbroi, ale oszczędzaj rękę słabą. Bądź 
strumieniem wielu wód dla nieprzyjaciół twojego 
ludu, a powiewem trawy dla tego, kto pomocy błaga. 



127 



Tak żył Trenmor; takim był Trotal; takim jest Fin- 
gal. Moje ramię dźwigało skrz^nydzonj^h ; słaby od- 
poczywał za błyskawicą mojego żelaza, « 

»Oslvarze, byłem, jak ty, młodzieńcem, kiedy przj^- 
była wdzięczna Fainasollis, promień słoneczny, łagod- 
ne ś\^iatło miłości, córa króla Krald. PowTacałem 
z pól Kony, a mój orszak był mały. Zdaleka poka- 
zał się bat białożagli. Postrzegliśmy go, niby mgłę, 
która na metrze oceanu przelatuje. Zbliżał się prędko. 
Postrzegliśmy krasawicę. Wzdymała się pierś pełna 
westchnień, wiatr był w rozpuszczonych czarnych kę- 
dziorach; łzy wisiały na różanych jagodach. — »Córo 
piękności, « rzekłem spokojnie, »dla czego się w^zdyma 
pierś twoja westchnieniami ? Mogęź, o córko morza, 
ja, młodzieniec, obronić ciebie ? Mój miecz nie jest 
jeszcze potężny w boju, ale moje serce nieulękłe!« 

»Do ciebie uciekam* rzekła wzd3'cliając, »o książę 
potężnych mężów! Do ciebie uciekam, wodzu konch 
szlachetnych, podporo słabej ręki! Król brzmiącej 
Kraki nazywa mię słonecznym promieniem swojego 
rodu. Wzgórza Kromali słyszały westchnienia miło- 
ści dla nieszczęsnej Painasolli. Wódz Sory znalazł 
mię piękną i pokochał córę Kraki. Jego miecz jest 
promieniem światła przy boku wojo\vnika, ale czoło 
niespokojne, a w duszy burze. Uciekłam przed nim 
na rozhukane morze; ale król Sory goni za mną.« 

» Odpocznij za moją tarczą, « rzekłem, » odpocznij 
w pokoju, promieniu śmatła! Jeżeli ramię Fingala 
będzie jak jego dusza, to ucieknie wódz Sory. Mógł- 
bym cię ukryć w samotnej jaskim, córko morza, ale 
Fingal nigdy nie ustępuje. Grożą-li przygody, to się 
rozweselam w burzy oszczepów.* Postrzegłem łzy na 
jej jagodach. Krasawica Kraki wzbudziła moją litość. 

» Wdali , niby wał groźny, pokazał się okręt 
burzliwego Borbara. Jego maszty nachylone ku mo- 
rzu za śnieźnemi żaglami. Po stronach ubielone od- 



128 PIEŚNI 08SJANA 



pływały wody. Szumiała moc oceami. »Przybywaj,« 
rzekłem, »z szumów oceanu, jeźdźcze burzy. Podziel 
biesiadę mojej sali; jest ona mieszkaniem obcych. « 

Przy moim boku stała drżąca dziewica. On łuk 
napiął — ona upadła. »Niemylna« rzekłem »twoja 
ręka, ale przeciwnik słaby. Nie słabo spotkaliśmy się 
śmiertelnym bojem. Poległ od mojego miecza. Zło- 
żyliśmy w dwa kamienie groby nieporatowanych mło- 
dych kochanków. Takim ja byłem za młodu, o Oska- 
rze! Zrównaj starości Fingala. Nie szukaj nigdy 
boju, ale nie unikaj, kiedy nadejdzie. 

Fillanie! Oskarze z czarnośniademi kędziorami! 
oba chyży biegacze, lećcie na błonia przed mojem 
okiem i zobaczcie synów Lochlinu. Słyszę zdaleka 
tętent ich kroków, niby szum odległego lasu. Idźcie, 
ażeby się nie wymknęli na fale północy przed moim 
mieczem; bo wielu wodzów eryńskich leży tu na 
czarnem łożu śmierci. Upadły dzieci boju, S3naowie 
rozgłośnej Kromli.« 

Polecieli rycerze, niby dwa czarne obłoki, wozy 
duchów, któremi przybywają mroczne dzieci powie- 
trza straszyć mężów bez ratunku. W tej chmli Gaul 
stanął, 3301 Morniego, podobny skale śród nocy. Jego 
oszczep rozjaśniał gwiazdy; głos jak mnogie stru- 
mienie. »Synu bitwy « zawołał wódz, »Fingalu, królu 
konch! niech bardowie mnogich pieśni wezwą przy- 
jaciół Erynu na spoczynek. Fingalu, schowaj miecz 
śmierci, niech twój lud sam walczy; zwiędniejemy 
bez sławy, a nasz król sam tylko jest kruszy cielem 
tarcz. Kiedy poranek ocknie się na naszych wzgó- 
rzach, to popatrz zdaleka na nasze sprawy. Niech 
Lochlin pozna się z mieczem sjma Morniego, aby 
bardowie i o mnie zaśpiewali. Tak dawniej bywało 
w pokoleniu Fingala, w szlachetnem; tak i ty daw- 
niej robiłeś, królu mieczów, w walce oszczepów !« — 
» Walcz! synu Morniego* rzekł Fingal, »będę się 



129 



chlubił twoją sławą. Walcz, ale blizko ciebie będzie 
mój oszczep, zasłona w przygodzie. 

» Podnieście, podnieście głosy, synowie pieśni, 
i do spoczynku mię ukołyszcie! Tutaj położy się Fin- 
gal w nocnym Avietrze. Jeśli, o Agandeko, blizko 
mnie jesteś pomiędzy dziećmi swojej krainy, jeśli 
siedzisz w powiewie między ^yj^sokoźaglemi masztami 
Lochlinu; to przyjdź do snu mojego, jedyna moja 
piękności, i ukaż memu duchoA^i promienne swoje 
lica ! « 

Wiele głosów i mele arf podniosło miłobrzmiące 
dź\vięki. Śpiewano o szlachetnych sprawach Fingala, 
o szlachetnym Fingala rodzie. Niekiedy w miłym 
dźwięku ozwało się Ossjana imię. Często walczyłem 
i często zwyciężałem w bitwie oszczepów. — Ale 
ślepy, płaczący i zgubiony, tułam się dzisiaj z ma- 
łemi ludźmi. O Fingalu! nie mdzę już ciebie z twoim 
wojennym rodem. Dzikie sarny pasą się na zielon;yTn 
grobie potężnego króla Morwenu. Błogosławiona bądź 
twoja dusza, królu mieczów, najsław\miejszy na wzgó- 
rzach Konv! 



PIEŚŃ CZWARTA. 

Ossjan opowiada swojo, prz^ygody z kochaną Eweralliną, 
matką Oskara, zmarłą przed samym pochodem do Jr- 
landji! Ducii jej objawia się jemu śród nocy i wzyw^a g'o, 
aby ratował Oskara, l<tóry podsunąwszy się z Fillanem 
pod nieprzyjaciela, trafił na znaczną jego siłę i jest 
w niebezpieczeństwie. Ossjan przybywa na pomoc, nie- 
przyjaciele pierzchają; ale Swaran porusza całe swoje 
wojsko. Fingal zgromadza swoje, zdaje Gaulowi dowódz- 
two, a sam ustępuje, na górę, skąd może bitwę widzieć. 
Oskar dokazuje cudów waleczności, ale Swaran otacza 
Gaula i zmusza Avojsko do ustępowania. Fingal schodzi 
z góry, każe rozwinąć swoją chorągiew, szykuje wojsko 

PISMA GOSZCZyŃSKIEGO. II. 9 



130 PIEŚNI OSSJANA 



i postępuje naprzód. Swaran cofa się i ui-ządza wojsko 
do potyczki. Zaczyna się bitwa, Kutullin i Konnal sły- 
szą z jaskini Tury zgiełk bitwy, wychodzą na szczyt 
góry i przypatrują się. Kutullin chce pójść do boju, ale 
go konnal wstrzymuje, aby przez to nie ujął sławy Fiu- 
gąlowi, który sam nieprzyjaciół pokona. Karril wysłany 
do ring'ala z życzeniem powodzenia 

Któż to schodzi z góry z pieśnią, niby tęcza 
dżdżystej Leny ? To dziewica z głosem miłości *), 
białoramienna córa Toskara. Często słuchałaś ty mo- 
jego śpiewu; często płaciłaś piękności łzami. Czy 
idziesz na bojowiska swojego ludu posłyszeć o czy- 
nach Oskara? Kiedyż się skończy moja żałoba przy 
strumieniacli rozgłośnej Kony ? Moje lata w bitwach 
przemiuęł}', a starość smutkiem się zasępia. 

Córo śnieżnoręka! nie byłem ja taki ślepy i za- 
smucony. Nie byłem ja tułaczem i posępnym, kiedy 
mię Ewerallin kochała, Ewerallin z czaruośniademi 
kędziorami, białopiersia córa Branny. Tysiąc rycerzy 
szukało dzie^^icy, odrzuciła miłość tysiąca. Wzgar- 
dzeni zostali synowie miecza, bo miłym był Ossjan 
w jej oczach. Poszedłem zażądać dzie^\^icy ku pias- 
czystym zdrojom Lęgu. Dwunastu sjaiów strumieni- 
stego Morwenu z mojego ludu szło ze mną. Przy- 
szliśmy do Branny, przyjaciela obcych, do Branny 
z dźwięcznym pancerzem. »Skądże« p3^tał się on, »te 
stalowe zbroje ? Niełatwo będzie dla dzicA^dcy odpra- 
wić modrookich synów Erynu. Ale bądź pozdrowiony, 
synu Fingala! Szczęśliwa dziemca, która ciebie wy- 
gląda! I bodajbym miał dwanaście córek piękności, 
abyś wybrał pomiędzy niemi, synu słaA^y!« 

Otworzył salę dzie\vicy, ciemnokędziorej Eweral- 
liny. Radość spłonęła w naszych męskich piersiach. 
Pozdrowiliśnw dziewicę Branny. Ale na górze nad 



^) Malwina. 



131 



nami pokazał się lud okazałego Kormaka. Ośmiu 
było rycerzy tego wodza. Daleko od ich zbroi pa- 
łało pole. Był tam Kolia i Durranan, potężny To- 
skar i Tago, i Frestal zwycięski, i Dairo szczęśli- 
wych cz3'nów, i Dala, tama bitwy na w^ązkiej dro- 
ź}iiie. W ręce Kormaka miecz pałał. Wdzięczne spoj- 
rzenie rycerza. Ośmiu było r^^cerzy Ossjana: Ullin, 
burzliwy s}Ti walki, Mullo zacnych czynów, szlache- 
tny, nadobny Sulacha, Oglan i popędliw;y' Cerdal, 
czoło śmierci Dumarikanow^e, i ty! dla czegóż osta- 
tni? Ogarze, tak daleko sławmy na górach Ardw^enu! 

Ogar spotkał Dale siłacza twarzą w tw^arz na 
rycerskiem polu. Walka wodzów równała się burzy 
na zapienionych w^ałach oceanu. Ogar przypomniał 
sobie sztylet, broń, którą lubił, i dziemęć razy wTa- 
ził ją w bok Dali. Zawichrzyła burzliwa walka. Trzy 
razy skruszyłem oszczep na tarczy Kormaka; trzy 
razy jego oszczep skruszyłem. Ale — nieszczęsny 
młodzieńcze miłości! uciąłem mu głowię. Pięć razy 
jDotrząsłem jej liędziorami. Przyjaciele Kormaka ucie- 
kli. Któżby, kochana dziewdco, kiedym szedł do walki, 
któżby mi był wtedy powiedział, że opuszczony, ślepy, 
i błądzący, będę się smucił ])0 nocach. Mocny byćby 
musiał jego pancerz i niepokonane w boju ramię. 

Skonały dźwięczne głosy na zamroczonych bło- 
niach Len}^ Przykro dął wiatr niestały. Wysokie 
dęby potrząsały dokoła liściem. Moje dimiania były 
przy Ewerallinie, kiedy przyszła w całem świetle 
swojej krasy. Błękitne jej oko przez łzy patrzało. 
Stanęła na obłoku przed mojem spojrzeniem i prze- 
mówiła słabym głosem: » Wstań, Ossjanie, wstań 
i wybaw mojego syna; wybaw Oskara, książęcia mę- 
żó^\. Przy płonących dębach nad strumieniem Lu- 
baru w^alczy on z Lochlinu .synami. « Zagasła w obłoku. 
Okryłem się stalą. Oszczep kroki ])odi)ierał; cln-zęsz- 
cząca zbroja dzwoniła. Zaśpiewałem, podług mego 



132 PIEŚNI OSSJANA 



zwyczaju, pieśń o rycerzach przeszłości. Niby grzmot 
daleki, posłyszał ją Locłilin. Pierzclinęli; mój syn 
gonił icli. 

Zawołałem na niego, nib}^ oddalony strumień. 
» Oskarze « wołałem, »wtóć na Lenę. Nie goń dalej 
v\TOga, chociaż Ossjan jest za tobą!« Przj-szedł i miły 
był mojemu uchu dź\^'ięk Oskarowej stali. »Dla czego 
zatrz}inałeś moją rękę,« mó\^-ił on, »nim śmiercią wszyst- 
kich okiyła ? Czarni i groźni spotkali oni przy stru- 
mieniu Fillana i twego syna. Czuwali nad nocnym 
postrachem. Nasze miecze zwyciężały; ale jak nocne 
burze rozlewają ocean po białych piaskach Mory 
tak mrocznie zbliżają się s3Tiowie Lochlinu na szu- 
miące błonia Leny. Wdali wyją duchy nocy. Po- 
strzegłem ^\-idma śmierci. Obudzę ja króla Morwenu, 
który się uśmiecha Vv- przygodach. Jest on niebie- 
skiem słońcem, wychodzącem z burzy. « 

Skoczył Fiiigal ze snu i wsparł się na tarczę 
Tremnora, na czarnośniadą tarczę ojców, której oni 
w bitwach przedwiecznych uźj-wali. Bohater Avidział 
we śnie smutną postać Agandeki. Przybyła szlakiem 
od oceanu. Zwolna i samotnie przesuwała się po Le- 
nie. Blade było jej oblicze, jak mgła na Kromli. 
Łzy jagód mętne. Często v\'ysuwała rękę, led^\-ie doj- 
rzaną z pod szaty; szata urobiona z chmur puszczy; 
wyciągnęła rękę nad Fingalem i od^\TÓciła milczące 
oczy. »Dla czego córka Starna płacze ?« zapytał Fin- 
gal z westchnieniem. » Czego oblicze twoje tak blade, 
piękna clmiiu' wędro^iMiico ?« Umknęła się ua ma- 
trach Leny. Zosta^\"iła go śród nocy. Żałowała ona 
s^^nów swojego ludu, którz}' mieli upaść z ręki Fin- 
gala. 

Skoczył bohater ze snu. Trzjinał ją jeszcze 
w swoim duchu. Zbliżył się odgłos kroków Oskara. 
Ujrzał król siwą jego tarczę, bo słabe promienie po- 
ranku przepramały się juz przez wody UUinu. »Cóź 



133 



tam wi'óg- robi w swojej bojaźni ?« zapytał, podno- 
sząc się, król Morwenu, »czy ucieka przez piaiiy mo- 
rza, czy pragnie boju stali ? Ale — po cóź ma Fin- 
gal pytać ? Słyszę głos ich w południowym wietrze. 
Leć, Oskarze, przez błonia Leny, i budź przyj aciół!« 

Król stanął przy kamieniu Lubaru. Trzy razy 
podniósł głos straszliw. Porwał się zwderz przy 
zdrojach Kromli. Na wszystkich wzgórzach zadrżały 
opoki. Jak szum stu potoków, kiedy sic z góry ła- 
mią, ryczą i pienią, jako chmury, kiedy gromadzą się 
do burzy na błękitnem obliczu nieba; tak spotkał 
wszędzie synów puszczy straszliwy głos Fingala. 
Przyjemny był głos króla dla wojo%vników jego krainy. 
Często on prowadził ich do bit\\w; często zwracał 
z nieprzyjacielskiemi łupami. 

»Przybywajcie do boju« król wołał, » dzieci brzmią- 
cej Selmy! Przybywajcie na śmierć tysiąców! Syn 
Komhali będzie się przypatrywał bitme. Na owej 
górze ma się kołysać miecz mój, zasłona mojego ludu 
w walce. Nie będziecie go potrzebować, wojo^\^lic3^, 
bo walczy syn Morniego, wódz i)otężnych mężów. 
On was poprowadzi do boju, ażeby jego sława pod- 
niosła się w pieśni. O! duchy poległych rycerzy, 
jeźdźcy nawałnic Kromli, przyjmujcie wesoło mój lud 
padający i wprowadzajcie go na wasze wzgórza. Bo- 
dajby wietrzyki Leny przeniosły ich ])rzez moje mo- 
rze, ażeby mogli przychodzić do moich snów cichych 
i w drzemaniu rozweselać moją duszę. Oskarze z czar- 
nośniademi kędziorami, Fillanie, piękny Ryno z ostrem 
żelazem, idźcie do bitwy śmiało. Zapatrujcie się na 
syna Morniego. Niech wasze miecze zró^vnają w walce 
jego mieczowi. Zapatrujcie się na dzieła jego ręki. 
Zasłaniajcie przyjacioły waszych ojców. Pamiętajcie 
na wodzów przeszłości. Zobacz3'my się jeszcze, moje 
dzieci, choćbyście upadli w Erynie. Nasze zimne 



134 PIEŚNI OSSJANA 



i blade duchy spotkają się prędko w obłoku na 
wichrach Kony.« 

Wnet, niby czarna i nawalna chmura, rozdymana 
błyskami niebios, ulatująca na zachód przed promie- 
niami poranku, ustąpił król Sehny. Groźny jest po- 
łysk jego zbroi. Dwa oszczepy w jego ręku. Siwy 
kędzior pływa z A\iatrem, a sam często się ogląda 
na bojomsko. Trzech bardów towarzyszy synowi 
sławy, aby słowa jego wodzom odnosić. Wysoko 
usiadł na wiszarze Kromli i kołysał błyska^yicą mie- 
cza; a gdy on kołysał, my się naprzód posunęli. 

Ocknęła się radość w obliczu Oskara; jagody 
spłonęły, oko łez pełne, a miecz w ręku jak pro- 
mień ognia. Uśmiechając się, przemómł do Ossjana: 
»Sterniku bojów stali, ojcze mój, posłuchaj syna! 
Zostań z potężmon królem Morwenu i zdaj na mnie 
sławę Ossjana. Gdybym tu upadł, o wodzu, pamiętaj 
o samotuĄan promieniu mojej miłości, o śnieżnopier- 
siej, białoramiennej córce Toskara. Bo jagodami za- 
płoni onemi nachyla się ona ze skały nad strumień; 
jej włos piękny pływa po piersi, kiedy za Oskarem 
wzdycha. Po^\iedz jej, źem został na moich wzgó- 
rzach przelotmTu s^Tiem pometrza. Po^dedz jej, że 
w obłoku po^^dtam kochaną dziewicę Toskara.* — 
»Lepiej mnie, Oskarze, postaw grobomec. Nie zdam 
na ciebie boju. Najpierwsze i najkrwawsze w po- 
tyczce, moje ramię powinno twoje przyuczać do wal- 
czenia. Ale pamiętaj, mój synu, włożyć ten miecz, 
ten łuk, ten róg mojego jelenia w ciemne i ciasne 
mieszkanie, kamieniem naznaczone. Oskarze, nie mam 
kochanki, którąbym polecił staraniu mojego sjoia, bo 
Eweralliu, miła córa Branny, juz nie źyje.« 

Takie b}'ły nasze słowa, kiedy donośny głos Gaula 
zabrzmiał na wiatrach. Wysoko on bujał mieczem 
ojca. Poszliśmy na rany i śmierć. Jak białe fale wrą 
na głębi, wzdymają się i szumią, jak brzegi opierają 



135 



się wrzącym falom; tak nas nieprzyjaciel ogarnął 
i walczył. Mąż z mężem, stal ze stalą się spotkała. 
Zadzwoniły tarcze; wojoAvnicy padają. Jak sto mło- 
tów nad rozpalonym synem pieca, tak się podnoszą, 
tak huczą miecze. 

Gaul na przodzie, jak T\dcher Ardwenu. Zagłada 
bohaterów na jego mieczu. Swaran jak ogień pusz- 
czy na brzmiących łąkach Gormalu. Jakżebym zdołał 
podać pieśni śmierć tjdu oszczepów ? Mój miecz wy- 
soko się podnosił i pałał śród krwawej potyczki. 
Straszliwy byłeś, Oskarze, mój najlepszy, mój naj- 
większy synu! Cieszyłem się we ^\aaętrzu duszy, kiedy 
miecz jego palił się nad pobitemi. Prędko pierzchnęli 
przez błonia Leny; my ścigali i bili. Jako głazy, ze 
skał na skały skaczące, jak topory w brzmiących 
lasach, jak gromy, toczące się z góry na górę 
w kruszących, zgubnych uderzeniach; tak szły cięcia 
na cięcia i śmierć na śmierć z ręki Oskara i mojej. 
Wszakże Swaran obiegł S3^na Morniego, jak siła Ini- 
storskiej powodzi. Na ten ^\adok podniósł się król 
w połowie na swojej górze. W poło"\vie podniósł 
oszczep. »Idź, Ullinie, idź, stary mój bardzie* zaczął 
król Morwenu; » przypomnij potężnemu Gaul owi bi- 
twę. Przypomnij mu jego ojców. Wes}}rzyj śpiewem 
słabnące wojsko, bo pieśni bój oź}'^viają.« 

Poszedł Ullin krokami starości i przemówił do 
króla mieczów: 

»Synu wodza, jeźdźca na szlachetnym rumaku, 
szerokokroki królu oszczepów, silne ramię we wszel- 
kiej przygodzie, twarde serce, nigdy nie mięknące, 
wodzu ostrego oręża śmierci, bij v\Toga! Niech ża- 
den biały żagiel nie igra koło chmurnego Inistoru! 
Niech twoje ramię będzie piorunem, oko ogniem, 
serce twardą skałą! Wywijaj mieczem, jak ognioja- 
wem; — podnoś tarczę, jak płomień śmierci! Synu 
wodza, jeźdźca na szlachetnjTn rumaku, druzgotaj. 



136 PIEŚNI OSSJANA 

krusz ^\Toga!« Mocno uderzyło bohaterskie serce; 
ale Swaran przybył z walką i rozbił na dwoje tar- 
czę Gaida. — SynoA\ie Selmy uciekli. 

Fingal po^^'stał w zbroi. Trzy razy zabrzmiał jego 
głos przeraźliwy. Kromla zewsząd odpowiedziała. Sta- 
nęli cicho s}Tiowie puszczy. Spuścili ku ziemi zapło- 
nione lica, zawstydzeni obecnością króla. On przybył 
jak dżdżysta chmura, kiedy na dniu pogodnym zwolna 
ze wzgórza się spuszcza, a deszcz ogarnia pola. Mil- 
czenie pilnuje leniwego pochodu, ale w królu nawał- 
nica się ocknie. Postrzegł Swaran strasznego króla 
Morwenu. Stanął w połowie pędu. Niespokojnie pod- 
parł się oszczepem; krążyło rozpalone oko. Wysoki 
i milcząc}^, wydawał się bj^ć dębem na brzegach Lu- 
baru, którego gałęzie opaliła kiedyś niebios błyska- 
A\'ica; pochylił się nad strumieniem; gwiżdże wiatrem 
si^^w mech jego. Tak król stanął. Potem odciągnął 
powoli ku brzmiącjTn błoniom Leny. Opłynęły boha- 
tera jego tysiące, a pomrok rozłożył się na wzgórzu. 

Fingal, jak niebieski promień, jaśnieje śród swo- 
jego ludu. Kupią się przy nim r^^erze. Zabrzmiał 
głosem potęgi: » Podnieście w górę moje sztandary, 
rozpuśćcie je wiatrom Leny, niby płomienie stu wzgó- 
rzów! Mech szumią watrami Erynu, a nas napowrót 
do bit-wj^ modą. Synowie szumiących strumieni, które 
z tysiąca gór spadają, bądźcie blizko króla Morwenu 
i zważajcie na słowa jego potęgi! Gaulu, potężne 
ramię śmierci, Oskarze przyszłych bojów, Konnalu, 
s}Tiu błękitnych tarcz Sory, Dermidzie czamośuia- 
dego włosa, Ossjanie, królu mnogich pieśni, ty bądź 
blizko ojcowskiego ramienia !« Zajaśniało w górze 
słońce boju, królewski sztandar; a każdy bohater 
rozradował się pełnem weselem, kiedy A\wsoko buja- 
jąc, rozpłynął się z matrami. Z merzchu nabity był 
złotem, jak szerokie, modre sklepienie nocnych nie- 



137 



bios. Każdy bohater miał własnego chorążego i l^a- 
źcly miał własnych ponurych mężów. 

» Patrzcie « rzecze król konch, »jak Lochlin roz- 
dziela się na Lenie. Stoją, jak podarte chmury na 
wzgórzu, albo jak gaj dębo^w przez pół zwalony; 
Avidzimy niebo przez jego gałęzie i przemykające się 
za nim ogniojawy. Niech każdy wódz, przyjazny Fin- 
galowi, wybierze sobie między temi czarnemi tłu- 
mami jednego z tych, którzy nam tak donośnie grożą; 
nie dozwólcie żadnemu syno^\'i głośnych lasów imiknąć 
na fale do Inistoru.« 

»Mojemi są« rzecze Gaul, »siedm wodzów, któ- 
rzy przybywają od jeziora Lany.« — »Król chmur- 
nego Inistoru« zawołał Oskar, » niech przyjdzie na 
miecz Ossjanowego syna!« — »Dla mnie król Ini- 
storu« rzecze Konnal, »to stalowe serce. « — »Wódz 
Mudanu lub ja« zawołał czarnowłosy Dermid, » po- 
winien usnąć na chłoduopyłej ziemi. « — Mój wybór, 
chociaż dzisiaj tak słaby i ciemny jestem, padł na 
bitnego króla Termanu: przyrzekłem położyć swoją 
ręką bohatera ciemnośniadej tarczy. » Niech będą bło- 
gosławieni i zwycięscy moi wodzo^\'ie!« rzecze Fin- 
gal z wdzięcznem spojrzeniem. »Swaranie, królu fal 
szumiących, ty dla Fingala zostajesz. « 

W tejże chwili, jak sto wiatrów odmiennych, po- 
sunęli się synowie Selmy ciemni i rozdzielni. Kromla 
wokrąg zabrzmiała ! 

Jakżebym zdołał wyśpiewać pobitych, kiedyśmy 
się stłocz3di na bojowisku! O! córko Toskara, skrwa- 
wione były nasze ręce. — Ciemne szyki Lochlinu 
upadły, jak brzegi wrzącej Kony. Nasze zbroje wzięły 
górę na Lenie, każdy wódz dopełnił swojej obietnicy. 

Często siedziałaś, o dziewico, przy pomruku stru- 
mienia; często się podnosiło białe twoje łono, niby 
pierze łabędzia, kiedy poważnie płynie jeziorem, a wia- 
try podnoszą ukośnie jego skrzydła. Patrzałaś, jak 



138 PIEŚNI OSSJANA 

słońce zapłonione i ociężałe upadało za obłoki, a po 
góracli noc się rozkładała, — tjTuczasem w ciasnej 
dolinie wyje burza. Nakoniec silny deszcz uderza — 
toczą się gTomy, bł3'ska^Wce rozlewają się po ska- 
łach, duchy pędzą na ognistych promieniach, ze wzgó- 
rza ciska się potęga potoku. Taki był łoskot boju, 
o dziewico śnieźnoręka ! Skądże te łzy, córko Toskara ? 
Dziewice Lochlinu mają przyczynę płakać — lud ich 
krainy poległ. Skrwawione były błękitne miecze mo- 
jego rodu, moich rycerzy. Ale smutny jestem, błędny 
i ślepy; już nie towarzysz bohaterów. Daj mi, ko- 
chana dziewico, daj mi łzy swoje. Widziałem groby 
wszystkich moich przj^jaciół. 

Wtedy to było, ze z ręki Fingala poległ jeden 
bohater na jego smutek. Siwowłosy tarzał się po 
ziemi. Wzniósł na króla słabe oko. »Tyź to ode mnie 
poległeś « zawoła syn Komhala, » przyjacielu Agan- 
deki ? Widziałem łzj' twoje za dziewicą mojej miło- 
ści na salach krwawego Starna. Ty byłeś A^TOgiem 
wroga mojej kochanki, a z mojej ręki poległeś. Wy- 
syp, UUinie, grób Matonowi i podaj jego imię pie- 
śni o Agandece. — Drogą byłaś dla mojej dusz}', 
ciemnomieszkająca dziewico Ardwenu.« 

Kutullin słuchał w podziemiu KromH zgiełku za- 
jadłej bitwy. Wezwał Konnala, wodza mieczów, i Kar- 
rila przeszłości. Usłuchali go rycerze siwowłosi. Wzięli 
ostre oszczepy. Poszli i widzieli powódź bitwy jak 
wirowate wały oceanu, kiedy mroczna burza pląsa 
po głębiach i wj^tacza bałwany na piasczyste doliny. 

Na ten mdok zawrzał KutulHn. Ciemność roze- 
szła się po czole. Ręka na mieczu ojców, zapalne 
oko błyska na \vroga. Trzy razy usiłował rzucić się 
do walki; trzy razy wstrz^nnał go Konnal: » Wodzu 
mglistej Avyspy!< mówił mu, »Fiugal dokonywa ^\TOga. 
Nie chciej rozdzielać sławy króla, — rÓA\Tia się on 
burzy. « 



.139 



»Idź >AT.ęc, Karrilu« oclpo^^aedział wódz, »idi i po- 
zdrów króla Morwenu! A kiedy Lochlin opadnie, jak 
potok po deszczu, kiedy wrzawa boju przemiaie, to 
niech głos twój będzie słodki dla jego ucha i uczci 
króla Selmy. Daj mu potem miecz Kaitbata. Kutul- 
lin niegodzien nosić zbroi ojców. « 

Przybądźcie, o ducby odludnej Kromli, duchy wo- 
dzów, których już niema; bądźcie blizko w pobliżu 
Kutullina kroków; rozmawiajcie z nim w jaskini jego 
smutku. Nigdy się juz nie wsławię pomiędzy moca- 
rzami tej ziemi. Jestem promieniem, który prześwie- 
cił, mgłą, która chyżo uleciała, skoro przyszło tchnie- 
nie poranku i rozjaśniło mroczne pobocza góry. Kon- 
nalu, nie mów ze mną więcej o zbroi — minęła moja 
sława. Moje westchnienia będą obciążać wiatry Kromli, 
dopóki mój ślad nie przestanie być widomym. I ty, 
Bragelo białopiersia, zasmuć się z upadku mojej 
sławy! Pokonany, nie wrócę już do ciebie, słoneczny 
promieniu mojej duszy !« 



PIESN PIĄTA. 



KutuUin i Koniial przypatrują się bitwie. Fingai i Swa- 
raii schodzą sie śród walki. Opisanie ich spotkania. Swa- 
ran zostaje pokonany, schwytany i oddany pod straż 
Gaulowi i Ossjaiiowi. Fingal ściga nie])rzyjaciól; spotyka 
ranionego Orle, który go zmusza do walczenia z sobą. 
Ryno, syn Fing-ala, znaleziony bez życia na bojowisku. 
Zal Fingala po nim. Historya Lanidcrga, jego walka 
z Ullinem o piękną Gelszossc. Tymczasem przychodzi 
do Ossjana Karril. Rozmowa dwóch bardów zamyka tę 
pieśń i sprawy czwjirtego dnia. 

Na rozgłośnem i)oboczu Kromli mówił Konnal do 
wodza szlachetnego wozu: » Czemuś tak posępny, 
synu Semy ? Przyjaciele nasi potężni są w boju. 



140 PIEŚNI OSSJANA 



Sławny jesteś, o wojo^vBiku! Wielu pomarło od two- 
jego żelaza. Często pozierała na ciebie Bragela błę- 
kitnem, wesołem okiem; często wychodziła naprzeciw 
swojego rycerza, kiedy powracał śród walecznych, 
kiedy miecz jego rumiany był z bitwy, a na polu 
grobów 'wróg niemy. Przyjemni byli dla jej ucha 
twoi bardowie, kiedy śpiew ich głosił twoje czyny. 

Ale, patrz tam! na króla Morwenu; postępuje, 
niby słup ognia. Siła jego jak strumień Lubaru, albo 
burza na głośnej Kromli, kiedy nocą gałęziste lasy 
walą się ze wszystkich opok. Szczęśliwy twój lud, 
o Fingalu! Twoje ramię zakończy jego wojny. Pierw- 
szym jesteś w jego przygodach, najmędrszy w dniach 
pokoju. Odezwiesz się — a tysiące słuchają ciebie. 
Wojska drżą na dźwięk twojego żelaza. Szczęśliwy 
twój lud, o Fingalu, królu rozgłośnej Selmy! — 
Któż to tak posępnie i groźnie przybywa grzmotem 
pędu ? Któż, jeśli nie syn Starna, aby się spotkać 
z królem Morwenu ? Patrzaj na walkę wodzów. Jest 
ona burzą oceanu, kiedy dwa duchy zdaleka się 
zejdą i walczą o huczące bałwany. Łowiec przy 
wzgórzu słyszy ich łoskot; — widzi zbliżające się 
wysokie wały ku brzegom Ardwenu.« 

Takie były słowa Konnala, kiedy bohaterowie 
bojem się spotkali. Powstał szczęk oręża, a każde 
cięcie rozlegało się jak sto młotów kowalskich. 
Straszny był bój królów; przerażające spojrzenie ich 
oczu. Popękały czarnośniade tarcze. Odleciały mie- 
cze, skruszone o szyszaki. Cisnęli rękojeści. — Każdy 
śpieszył sch^v}^cić swojego bohatera. Związały się 
żylaste ramiona; przechylają się z boku na bok, wy- 
prężają i rozciągają mocne członki. Ale kiedy się 
podniosła pycha ich siły, zadrżało wzgórze pod ich 
nogami. Opoki z wyżyn runęły i pokruszyły się zie- 
lone krzewy. Nakoniec uległa moc Swarana; król la- 
sów został skrępowany. To ja kiedyś widziałem na 



141 



Konie — ale już dzisiaj Kony nie widzę; dwa 
czarne wzgórza ruszyły się z miejsca przed mocą 
wrzącego strumienia; chwiały się w upadku z boku 
na boli. Tłukły się społem wysolde dęby; runęły po- 
tem ze wszystkiemi opokami i drzewami. U ich bo- 
ków rozdzielił się strumień. Zdaleka wddać opalone 
gruzy. 

»Syny dalekiego Morwenu!« rzekł Fingal, » pil- 
nujcie króla Lochlinu! Sihiy on jak tysiąc wałów. 
Jego ramię doświadczone w boju. Jego ród dawny. 
Gaulu, pierwszy z moich bohaterów, i Ossjanie, królu 
pieśni, pilnujcie jego! Jest on przyjacielem Agan- 
deki. — Cieszcie jego strapienie! Ale wy, Oskarze, 
Fillanie i Ryno, A^y dzieci rodu, ścigajcie Lochlin 
po Lenie, ażeby żaden olo-ęt nie mógł się A\ymknąć 
na czarne fale Inistoru!« 

Błyskiem polecieli po błoniu. On szedł zwolna, 
jak chmura gromowa, kiedy jasne letne pola ćmią 
się i milczą. Przed nim kołysał się miecz jego, sło- 
neczny promień, straszny, jak lejący się ogni oj aw 
nocy. Napotkał jednego z wodzów lochlińsldch i ode- 
zwał się do syna fali: »Któż to posępny i smutny 
czuwa przy skale wTzącego strumienia ? Nie może 
strumienia przeskoczyć. Jak wódz okazały! Przy boku 
wypukła tarcza, oszczep ró^yna się drzewu puszczy. 
Młodzieńcze ciemnoczerwonych włosów, czy ty nale- 
żysz do wrogów Fingala ?« — » Jestem syn Lochlinu « 
zawołał, » silne moje ramię w boju. Moja oblubienica 
płacze na ustroniu, bo Orla nigdy nie powróci!* — 
» Czy bohater podda się, czy chce walczyć ? « za])y- 
tał Fingal szlachetnych czynów. » Nieprzyjaciele nie 
zwyciężają przed mojem obliczem, ale słaAvni są przy- 
jaciele na mojej sali. Synu fali, pójdź i podziel ucztę 
moich konch. Poluj na zwierza moich ])ustyń i bądź 
przyjacielem Fingala !« — »Nie« odpowiedział ry- 
cerz, »ja słabego wspieram, do niego tylko należy 



142 PIEŚNI OSSJANA 



moja siła. Mój miecz nie bj^ł nigdy pokonany. O wo- 
jowniku, niech się ki-ól Morwenu podda !« — » Nigdy. 
Orlo, nigdy się ja nie poddam! Nikomu jeszcze nie 
poddawał się Fiugal! Dobądź miecza i poszukaj sb- 
bie nieprzyjaciela; liczni są moi rycerze.* — »A król 
odmawia mi walki?* rzekł Orla czamośniadej tar- 
czy. »Fingal jest przeciwnikiem dla Orli, on sam 
z całego swojego rodu! Wszakże, królu Monvenu, 
gdybym upadł — każdy wojownik musi kiedyś um- 
rzeć — us}'p mi grobowiec pośrodku Leny i niech 
nad wszystkie będzie Avyźszy. Poślij przez czarno- 
błękitne fale ten miecz żonie Orli, aby ze łzami po- 
kazała go synowi i zapaliła jego duszę do walki. « — 
»SjTiu smutnej mo^y^-* rzekł Fingal, »po co budzisz 
łzy moje ? Kiedyś każdy wojowTiik upaść musi, 
a dzieci poglądać będą w^ sali na zbroję nieuży- 
teczną. Ale, Orla, twój gTÓb wĄ'soki będzie, a t\voja 
żona białopiersia zapłacze nad twoim mieczem!* 

Starli się na błoniu Leny. Mdłe było ramię Orli. 
]\Iiecz Fiugala rozbił jego tarczę. Padła na ziemię, 
iskrząc się, jak miesiąc na marszczkach strumienia. 
» Królu Morwenu !« rzekł rycerz, » podnieś twój miecz 
i pierś mi przeszyj. Ranionego w boju i osłabłego 
zostawili mnie tutaj przyjaciele. Smutna powieść doj- 
dzie mojej ukochanej na brzegach strumienistej Loty, 
kiedy sama będzie w lesie, a wietrzyk w liściacli 
zaszumi.* 

»Nie, Orlo« rzecze król MorAvenu, »ja cię nie 
zranię! Ujrzy ona ciebie na brzegach Loty, wycią- 
gającego ręce do walki! Niech twój ojciec siwo- 
włosy — może już ślepy ze starości — usłyszy 
dźwięk twojego głosu i ucieszy się na swojej sali! 
Niech bohater z radością powstanie i poszuka rę- 
kami swojego syna.* — » Nigdy on go nie znajdzie, 
Fingalu!* rzekł młodzieniec strumienistej Lot}^, »na 
błoniach Leny ja lunrę; obcy bardowie powiedzą 



143 



o mnie. Mój pas szeroki zakr3'wa ranę śmierci. Oto 
A\'iatrom go oddaję !« 

Ciemna krew trysnęła z boku, a on, blady, upadł 
na polach Leny. Scliylił się nad nim Fingal, Idedy 
skonał, i wezwał młodsze swoje wodze: » Oskarze 
i Fillanie, synoAvie moi, wystawcie Orli Ts-ysoki pom- 
nik. Niecił tutaj spocznie rycerz czarnowłosy zdaleka 
od zony swojej miłości! Niech tutaj spocznie w cia- 
snym domku, zdaleka od szumu Loty. Słaby znajdzie 
w rodzinnej stronie łuk jego, ale nie potrafi go na- 
ciągnąć! Jego psy wierne wyją na górach; radują 
się dziki, na które polował. Upadło ramię walki, 
niema już mocarza między walecznemi! Podnieście 
głos; zabrzmijcie w róg, S3Tiowie króla Morwenu! 
Powróćmy do Swarana i spędźmy noc na pieniach. 
Fillanie, Oskarze i Ryno, lećcie przez błonia Leny. 
Ale Ryno, gdzież jesteś, młody synu sła-w}' ? Nie 
z^vykłeś być ostatnim na zawołanie ojca.« 

»Ryno« rzekł pierwszy z bardów, »jest już przy 
sędzi^vych postaciach swoich ojców, przy Trotalu, 
królu tarcz , przy Trenmorze potężnych czynów. 
Niema już młodzieńca! Młodzieniec zbladł — i leży 
na błoniu Leny!« — >/ Upadł najskorszy w biegu « 
zawołał król, »najpierwszy w naciąganiu łuka ? Po 
cóźeś, zaledwo mi znany, upadł, o młody Ryno ? Ale 
śpij mile na Lenie. Wkrótce Fingal zobaczy się z tobą! 
Wkrótce nie będzie słychać mojego głosu, nie bę- 
dzie widać moich śladów! Bardowie będą śjjiewać 
imię Fingala, kamienie będą o mnie mówić. Ty jed- 
nak, o Ryno, upadłeś, nie zyskałeś sobie sławy! Ul- 
linie, porusz arfę dla R}Tia i powiedz, czemby wódz 
był kiedyś. Bądź zdrów, pierwszy na każdem ])olu! 
Nie będę Adęcej kierował twoją dzidą. Ty tak piękny 
byłeś. Nie zobaczę już ciebie więcej. Bądź zdrów !<' 
Łzy popłynęły po jagodach króla, bo straszny był 
w boju syn jego. Podobny do ognistego promienia 



144 PIEŚNI OSSJANA 



W nocy na Avzgórzu, kiedy w przelocie lasy obala — 
drży wędroAA-iec przed jego grzmotem. Ale burze za- 
pędzają go za skały; znika z oczu, i ciemność bie- 
rze górę.« 

»Czyjąż sławę opo-^iada ten grób ciemnozielony?* 
zaczął ki-ól szlachetnych konch. »wStoją tu cztery ka- 
mienie z omszonemi głowami. Pokazują ciasny dom 
śmierci. Złóżcie przy nich mojego R^Tia. Niech tutaj 
leży sąsiadem walecznego. Może wódz sławy będzie 
stąd z moim synem wstępował na obłoki. Podnieś, 
Ullinie, pieśń przeszłości. Obudź pamiątkę ich gro- 
bów. Jeśli nigdy z pola nie ustąpili, mój syn może 
przy nich spocząć. Niech spocznie zdała od Morwenu, 
na rozgłośnych błoniach Leny.« 

Bard pieśni zaczął: 

»Spoczy^va tu pierwszy z bohaterów. Na tych 
brzegach ucichł Lamderg i Ullin oniemiał, król mie- 
czów. « 

»Któż się to mile uśmiecha i pokazuje mi z obłoku 
wdzięczne oblicze ? Dla czego, o córko, dla czegoś 
tak blada, pierwsza z dzie\^'ic Kromli ? I tyż tu za- 
s\ińasz przy wrogach bitwy, białopiersia córo Tua- 
tala ? Ty byłaś kochaniem tysiąców, ale twojem ko- 
chaniem był Lamderg. Przyszedł on do mszystych 
wież Tury i uderzając w czarną tarczę, powiedział, 
» Gdzie jest Gelszosa, moja kochanka, córka szlache- 
tnego Tuatala?« 

»Zosta-ndłem ją w salach Tury, kiedym walczył 
z wielkim Ulfadą. O Lamdergu, — mó^^iła — po- 
A\Tacaj do mnie prędko, bo w żalu będę tu sie- 
dzieć !« 

« Białe jej łono westchnienia podnosiły, łza ob- 
mywała jagody; przecie nie widzę, ażeby wyszła na- 
przeciw pokrzepić po bitwach moją duszę. « 

» Niema jest sala mojej pociechy. Nie słyszę głosu 
bardów. Nie bije przy bramie ogonem Bran, ucie- 



145 



szony z powrotu Lamderga. Gdzie jest Gelszosa, 
moja kochanka, córka szlachetnego Tuatala?« 

»Lamdergu« rzekł Ferchios, syn Aidona, » Gel- 
szosa przy Kromli chodzi okazale; ona i dziewice 
łuku gonią pierzchającą zwierzynę !« 

»Wódz Kromli odpowiedział: »Nie, Ferchiosie, 
żaden okrzyk ło^^decki nie spotkał się z uchem Lam- 
derga; żadnego di%vięku w lasach Leny! Żaden z^derz 
pierzchający, ścigany od psów chyżych, nie A^^sko- 
czył.« 

»Nie widziałem Gelszosy, mojej kochanki, pięk- 
nej, jako księżyc pełny, kiedy za wzgórza zapada !« 

»Idź, Ferchiosie, idź do syna skały, do siwowło- 
sego Allada *). Jego mieszkanie w obwodzie kamieni. 
Może on wie co o promiennej Gelszosie.« 

»Syn Aidona poszedł i powiedział w ucho starca: 
»Alladzie, mieszkańcze skał, ty, co drżysz odludnie, 
co widzi twoje oko starości ?« 

» Widziałem « odpowiedział stary Allad, »Ullina, 
syna Kairbarowego. Szedł mrokiem z Kromli i nucił 
pieśń zuchwałą, podobną do burzy w bezlistnym le- 
sie. Poszedł do sal Tury.« 

»Lamdergu,« wołał on, » najgroźniejszy z mężów, 
bij się, albo ustąp Ullinowi!« » Niema tu« odpowie- 
działa Gelszosa, » Lamderga, syna bitwy. Walczy on 
z Ulfadą, z potężman wodzem! Niema go tu, pierw- 
szy z mężów — Lamderg jednak nigdy nie ustę- 
puje. Będzie się bił z synem Kairbara!« 

» Straszny Ullin odpowiedział: Miła jesteś córko 
szlachetnego Tuatala! Zajrrowadzę ciebie do sal Kair- 
bara! Naj waleczniej szy powinien Gelszosę posiadać. 
Trzy dni będę czekał przy Kromli Lamderga, spia 



*) Ten Allad wystawiony tu widocznie jako druid; 
i-ównic każdego, mianowanego synem skały samotnym, 
za druida mieć potrzeba. 

PISMA Q03ZCZVŃSKIEQQ. II 10 



146 PIEŚNI OSSJANA 

bitwy; czwartego Gelszosa moja, bo potężny Lam- 
derg ustąpił. « 

»Allad.zie, » rzekł wódz Kromli,« pokój twoim snom 
w jaskini! Fercliiosie, zabrzmij w róg Lamderga; 
niech go na swoicli salacli Ullin posł3^szy.« 

»Lamderg ustąpił na wzgórze Tury, niby ^vi'ząca 
burza, a idąc, śpiewał pieśń dmnną, niby szum spa- 
dającego strumienia. Stanął posępnie na Avzgórzu, 
niby obłok, litórego postać wiatr przemienia. Zrzucił 
Iłamień, liasło wojny. I posłyszał Ullin w salach Kair- 
bara; z radością posłyszał bohatera, swojego wroga. « 

» Wziął oszczep ojców. Uśmiech rozjaśniał czar- 
nośniade policzki , Idedy do boku miecz zakładał. 
W ręku iskrzy się sztylet, i poszedł, gwiżdżąc* 

» Gelszosa postrzegła milczącego wodza, wstępu- 
jącego na wzgórze, jak smuga tumanu. Uderzyła się 
w białe, bujające piersi. Milcząca i zapłakana, boi 
się o Lamderga. « 

»Siwy wodzu konch, Kairbarze!« mówiła pulchnej 
ręki dziewica, » muszę ja na Kromli łuk naciągnąć; 
widzę czarnośniadą łanię! Pośpiesza na wzgórze. 
Darmo! Posępni rycerze walczyli. « 

»Po cóż mówić królowi Selmy, jak walczyli gniew- 
ni rycerze. Dziki Ullin ijoległ. Młodzieńczy Lam- 
derg przybył, blady, do córki szlachetnego Tuatala.« 

»Co za krew, mój kochanku — z -drżeniem za- 
pytała — co za krew sączy się z boku mojego wo- 
jownika ?« — » Piękniej sza od śniegu, « wódz odpo- 
wiedział; »to krew Ullina! Dozwól mi, Gelszoso, spo- 
cząć tu trochę. « — Potężny Lamderg skonał. »I także 
to prędko śpisz na ziemi, wodzu cienistej Tury ?« 
Trzy dni narzekała po kochanku — łowcy znaleźli 
ją zastygłą. Wznieśli te groby nad trzema. — Twój 
syn, o królu, może spocząć przy rycerzach !« 

»Tak,« rzekł Fingal, »mój syn powinien tu spo- 
cząć. Odgłos ich sławy doszedł mojego ucha. Filia- 



147 



nie i Fergusie, przynieście tu Orlę, bladego mło- 
dzieńca z nad strumienia Loty. Nie będzie Ryno le- 
żał v/ ziemi przy niegodnjau — Orla przy nim bę- 
dzie! Płaczcie, dziewice strumienistej Loty! Upadli 
oni jak dęby na puszczy, kiedy wiszą nad strumie- 
niem i więdną w wietrze. Oskarze, wodzu młodości, 
widziałeś, jak upadli — bądźźe im podobny, sław- 
nym na ziemi i pieśnią bardów. Straszne były ich 
posta^yy w bitwie; ale Ryno cichy był w dniach po- 
koju, jak tęcza na dżdżystym obłoku, którą zdała 
\^ddać przy strumieniu, kiedy nad Morą słońce się 
spuszcza, a milczenie przebywa na lesistem wzgórzu. 
Spoczjwaj, najmłodszy z moich synów, o Ryno, spo- 
czywaj na Lenie! Kiedyś i nas także nie będzie — 
bo przyjdzie na wojownika dzień ten, że musi upaść. « 

Taki był żal twój, królu mieczów, kiedy Ryno 
ziemię zaległ. Jakiż być musiał żal Ossjana, kiedy 
ciebie samego nie stało! Nie słyszę więcej dalekiego 
głosu twojego na Konie; moje oko nie postrzega cie- 
bie. Często siedzę zadumany na twoim grobie i do- 
tykam go rękami. Wtedy zdaje mi się, że głos twój 
słyszę, ale to powiew przelotny. Dawno już Fingal, 
sternik bitew, dawno już w sen zapadł! 

Gaul i Ossjan siedzieli przy S waranie, na mięk- 
kich, zielonych brzegach Lubaru. Trącałem arfę dla 
rozweselenia króla. Ale czoło jego pochmurne było. 
Poglądał na Lenę pałającem okiem. — Żałował król 
swojego wojska. Zwróciłem spojrzenie ku wierzchoud 
Kromli i postrzegłem syna szlachetnego Semy. Smu- 
tnie i powoli schodził ze wzgórza ku odludnej pie- 
czarze Tury. Ujrzał Fingala zwycięskim i przymie- 
szał pociechy do swego smutku. Słońce jaśniało na 
jego zbroi; Konnal zwolna szedł za nim. Spadli za 
wzgórze, niby dwa ogniosłui)y nocne, kiedy nad gó- 
rami uganiają się burze i odpowiadają im pałające 
błonia. 

10* 



148 PIEŚNI OSSJANA 



Nad potokiem wTzącej piany jest jego jaskinia 
w skale. Nad nią ^^-isi drzewo. Szumiące wdatry 
brzmią po ścianach. Tutaj spoczął książę Erjoiu, syn 
szlachetnego Semy. Dumał o straconej bitwie. Łzy 
miał na jagodach. Żałował sławy minionej, jak mgła 
Kony. O Bragelo, za daleko jesteś, abyś pokrzepiła 
duszę bohatera. Pokaż mu jednak w duchu swoją 
postać promienną, ażeby dumy jego A\TÓciły się do 
samotnego promienia jego miłości. 

Któż to przyb3^a ze spojrzeniem starości ? To 
syn pieśni! » Pozdrowienie Karrilowi przeszłości! Głos 
twój podobny do arfy w salach Tury! Twoje słowa 
są wdzięczne, jak dźdźowe chmui"ki nad jasnem po- 
lem! Karrilu, wyrodzony z dawTiych czasów, z czem 
przychodzisz od s}Tia szlachetnego Semy ?« 

»Ossjanie, królu mieczów« bard odpo^\iedział, 
»ty potrafisz najlepiej pieśń podnieść! Da^yno już 
znany jesteś Karrilowi, sterniku bitww! Często potrą- 
całem ja arfę u nadobnej Ewiraliny. Ty sam często 
wtórzyłeś mojemu głosowi w sali Branna szlachetnych 
konch. Często śród naszych głosów łagodna Ewira- 
lina słyszeć się dawała. Raz nuciła upadek Kormaka, 
młodzieńca, który umarł dla jej miłości. Widziałem 
łzy na jej jagodach i na twoich także, wodzu mę- 
żów! Wzruszyła się jej dusza nad młodzieńcem nie- 
szczęsmTn, chociaż go nie kochała. Jakże piękną 
była między tysiącem dziemc córka szlachetnego 
Branny !« 

»Nie przywracaj, o Karrilu !« odpowiedziałem, 
»nie przj^wracaj tego spomnienia mojemu duchowi! 
Przy jej pamiątce musi topnieć moja dusza, a oko 
łzami się napełniać! Blada leży w ziemi, wdzięcznie 
zapłoniona krasawica mojej miłości. — Ale, o bar- 
dzie, przysiądź tu na błoniu i daj nam swój głos 
usłyszeć. Mły on, jak wiosenny powiew, który wżdy- 



149 



cha przy uchu łowca, kiedy się ocknie ze snu we- 
sołego i słyszy w nim melodję górskicli ducliów.« 



PIESN SZÓSTA. 

Noc. Fing-al wydaje swoim rycerzom ucztę, gdzie się 
i Swaran znajduje. Ullin powinien śpiewać pieśń, pokoju, 
Ictóra podług' zwyczajów owoczesnych ma wojnę zalioń- 
czyć. Ullin śpiewa prz^^gody Trenmora, Fingalowego 
dziadn, w Jutlandji i jego wesele z królewską siostrą, 
Inibaką. Fingal i Swaran są przez to krewnemi. Król 
powraca schwytanemu królowi wolność i pozwala mu 
z ostatkiem wojska wrócić do swojej ziemi. Noc prze- 
chodzi na wesołej uczcie; rankiem Swaran odpływa. Fin- 
gal idzie ze swojem rycerstAvem na poloAvanie; odwiedza 
Kutullina, pociesza go z jego przegranej, obchodzi z nim 
ucztę i nazajutrz odpływa do Szkocji. 

Stoczyły się nocne obłoki. Ciemność spoczęła na 
szczytach Kromli. Nad powodzią erjoiskich wałów 
zeszły północne g^^•iazdy i ^^7tykały ogniste głowy 
przez płynącą mgłę niebios. W dalekim lesie wiatr 
szumiał. Ciche i czarne było pole śmierci. Zcicha na 
mrocznej Lenie dochodził głos Karrila do mojego 
ucha. Śpiewał przyjaciół naszej młodości, dni lat 
dawniejszych , kiedyśmy się spotkali na brzegach 
Lęgu, kiedyśmy się obsyłali weselem konch. Kromla 
na głos jego odpowiadała. Duchy tych, których śpie- 
wał, przybyły na szumiących wiatrach. Widziano, ze 
radośnie nachylały się do dź\\ięków pochwały. 

Błogosławiona niech będzie twoja dusza, o Karrilu, 
wśród twoich wichrów! O gdybyś przybył na moją 
salę, kiedy w nocy samotny siedzę! Często ja słyszę 
na mojej arfie lekką twoją rękę, kiedy ona wisi na 
oddalonej ścianie i słabym dźwdękiem potrąca mię 
w ucho. Czemu nie pomówisz ze mną w moim żalu 



150 PIEŚNI OSSJANA 



i nie obwieścisz, kiedy znowu przyjaciół zobaczę ? 
Ale ty przemykasz się w szemrzącym powiewie; wiatr 
gwiżdże po siwych włosach Ossjana! 

Otóż na poboczu Mory zgromadzili się rycerze 
do uczt}^ Tysiąc starych dębów pałało we -\\aetrze. 
Moc konch krążyła. Dusze wojoA\-ników promieniły 
się radością. Ale król Lochlinu był niemy. Zal za- 
czerwieniał dumne jego oko. Często się zv,Tacał ku 
Lenie i dumał o swoim upadku. Fingal oparty na 
tarczy ojców; siwe jego włosy zwolna bujały na 
wietrze, igrały w promieniach nocy. Postrzegł żałość 
Swarana i po^viedział pierwszemu z bardów: 

»Podnieś, Ullinie, pieśń pokoju. Utul mi duszę 
po walce. Niech przy tym dźwięku zapomni moje 
ucho chropawego zgiełku oręźy. Niech się zbliży sto 
arf dla rozweselenia króla Lochlinu. Musi on z nami 
wesoło się rozstać. Nikt jeszcze nie odszedł smutny 
od Fingala. Oskar, błyskamca mojego miecza, jest 
przeciwko mocnym w boju. Ale spokojnie leży na 
stronie, bo wojo^\Tucy ustąpili z bojowiska.« Usta 
śpiewaków zaczęły: 

»Trenmor żył w latach przeszłości. Przemykał 
się — jak towarzysz burzy — po falach północy, 
W3'sokie skały lochlińskiej krain}^, jej lasy szumią- 
cego liścia ukazały się przez mgłę bohaterowi: on 
napiął swój żagiel białopiersi. 

»Trenmor ścigał dzika, który hukał w lasach 
Gormalu. Wielu już przed nim uciekło, ale zwinął 
się śmiercią na oszczepie Trenmora. 

» Trzej rycerze widzieli tę sprawę i gadali o sil- 
njTn cudzoziemcu. Mówili oni, że stał jak ogniosłup 
w połysku oręża swojej sił}^ 

»Król Lochlinu zgotował ucztę i zaprosił kwitną- 
cego Trenmora. Trzy dni biesiadował on we wznio- 
słych A^deżach Gormalu; potem dano mu wybór walki. 
Lochlin jednak nie miał bohatera, któryby Tremno- 



151 



ro-\vi nie ustąpił w boju. Koncha radości krążyła 
z pieśniami na cześć króla Morwenu, tego, który 
przebył fale, i najj^ierwszego z potężnych mężów. 

»Ale kiedy się ocknął czwartego dnia poranek, 
wtedy bohater jiodniósł kotwicę. Błąkał się przy 
milczącym brzegu i wzywał szumiącego ■\\aatru, bo 
słyszał zdaleka a głośno mruczącą za lasami burzę. 

»Owóź ^-tedy przybył s}ti lesistego Gormalu, 
okryty stalową zbroją. Jego policzki były rumiane, 
włosy piękne, ciało niby śnieg na Morwenie. Mile 
pozierało błękitne, śmiejące się oko, kiedy mówił do 
króla mieczów: 

»Zaczekaj, Trenmorze, zaczekaj; nie pokonałeś 
jeszcze Lonwalowego syaal Miecz mój często się 
mierzył z walecznemi. Świadomy unika mocy mojego 
łuka. 

»Pięknowłosy młodzieńcze* odpowiedział Tren- 
mor, »ja nie chcę walczyć z Lonwala synem! Twoje 
ramię słabe, słoneczny promieniu młodości! Idź, udaj 
się na czarnośniade łanie Gormalu! 

» Dobrze « odpo^^'iedział młodzieniec, » pójdę, ale 
z mieczem Trenmora — wj^skakując w dźwięku swo- 
jej sławy. Dziewczęta, uśmiechając się, zbiorą się koło 
mnie, koło tego, który z\\yciężył potężnego Tren- 
mora. Będą one wzdychać westchnieniami miłości; 
będą się dziwić ostrzu twojego oszczepu, kiedy go 
zaniosę między tysiące i będę wywijać ku słońcu 
błyskającem żelezcem.« 

»Nie uniesiesz mojego oszczepu « rzecze król roz- 
gniewany; »bladego, na brzegu znajdzie ciebie twoja 
matka i przez modre fale będzie pozierać ku żaglom 
tego, kt()ry jej syna zabił. « 

»Ja nie podniosę oszczepu* odpo^^'iedział mło- 
dzieniec, »moje ramię nie jest jeszcze mocne w la- 
tach. Alem się uczył upierzonjTu grotem zdaleka 
przebijać wroga. Zrzuć ze siebie ciężki stalowy ">an- 



152 PIEŚNI OSSJANA 



cerz. Trenmor odział się przed śmiercią. Ja pierw- 
sza cisnę mój pancerz na ziemię. Rzucaj grot, królu 
Morwenu!« 

»W tej chwili postrzegł bujające łono; była to 
siostra lirólewska. Postrzegła go na sali i zakochała 
się w obliczu młodzieńca. Z ręki Trenmora wypadł 
oszczep — schylił ku ziemi spłonione policzki. Była 
ona jemu promieniem ś^datła, który się spotyka ze 
synem jaskini , kiedy ten wyjdzie na jasne pole 
i schyla olśnione oczy. 

» Wodzu wzniosłego Morwenu« zaczęła śnieżno- 
ramienna dziewica, » dozwól mi spocząć w chyżym 
swoim okręcie, zdała od miłości Korli. Bo, jak pio- 
run puszcz}'^, straszny on dla Inibaki. Kocha mię 
w pochmurnej swojej pysze, a dziesięcią tysiącami 
dzid wstrząsa!* 

» Spoczywaj w pokoju* rzekł Trenmor, » spoczy- 
waj pod tarczą moich ojców! Ja nie ustąpię wodzowi, 
lubo on dziesięcią tysiącami dzid wstrząsa !« Trzy 
dni czekał u brzegu i dokoła róg swój posyłał, aby 
wywołać Korlę do walki z jego brzmiącego wzgó- 
rza. Korla jednak nie stanął do walki. Wtedy wy- 
szedł król Loclilinu ze swojej sali i dał ucztę na 
szumiącym brzegu, i dał dziewicę Trenmorowi. 

» Królu Lochlinu« rzekł Fingal, » twój a krew pł}^- 
nie w żyłach twojego wToga. Ojcowie nasi spotkali 
się w boju, bo lubili bój oszczepów. Ale też nieraz 
i w salacli biesiadowali i puszczali w kolej uciechę 
konch. Dozwól swojemu licu pogodniej zajaśnieć, 
a uchu rozweselić się arfą. Groźnie, jak burza two- 
jego oceanu, roztoczyłeś swoją potęgę. Twój głos 
ró"wnał się głosom tysiąca w bojowym zgiełku. Ju- 
tro rozepnij wiatrom biały żagiel — bracie Agan- 
deki! Jasna, jali promień południa, zbliżyła się ona 
do zasmuconej mojej duszy. Widziałem twoje łzy 
po jedynej piękności i oszczędziłem ciebie na salach 



153 



Starna, kiedy się miecz mój w bitwie zarumienił, 
a oko pełne łez było po dziewicy. Może walkę Avy- 
bierzesz ? Walka, którą twoi ojcowie Trenmorowi 
wydali, jest twoją, ażebyś się rozstał w sławie, niby 
słońce opadające na zachodzie.* 

»Królu morweńskiego rodu« rzecze król brzmią- 
cego Lochlinu, »nigdy już Swaran nie będzie avojo- 
wał z tobą, pierwszy z tysiąca bohaterów. Widzia- 
łem ciebie w salach Starna; mało co więcej było 
twoich lat od moich. Mówiłem sam do siebie: kie- 
dyż będę robił oszczepem, jak szlachetny Fingal ? 
Dawniej, o wojowTiiku, walczjdiśmy na Aviszarze mrocz- 
nego Malmoru; poczem moje fale zaniosły mię do 
sal twoich i uczta z tysiąca konch została sporzą- 
dzona. Niech bardowie poślą przyszłym latom imię 
tego, który zwj^ciężył, bo szlachetny był bój na Mal- 
morze. Ale wiele okrętów lochlińskich straciło swoją 
młodzież na Lenie. Weź je, królu Morwenu, i bądź 
przyjacielem Swarana. Kiedy synowie twoi do Gor- 
malu przyjdą, zastawię im ucztę i wydam im walkę 
w dolinie !« 

»Ani okrętów « odpowiedział król, »nie weźmie 
ringal, ani kraju mnogich pagórków. Dosyć mi wła- 
snej puszczy z jej zwierzyną i lasami. Odjeżdżaj fa- 
lami, szlachetny przyjacielu Agandeki! Przy promie- 
niach poranku rozepnij biały żagiel i powracaj na 
brzmiące wzgórza Gormalu!« — » Błogosławiona niech 
będzie twoja dusza, o królu !« odpowiedział Swaran 
czarnośniadej tarczy; »w pokoju jesteś wiosennym 
powiewem, ale w boju burzą górską. Weź moją rękę 
na znak przyjaźni, królu brzmiącej Selmy! Niech 
twoi bardowie opłaczą wszystkich, którzy upadli; 
niech Eryn synów Lochlinu ziemi odda. Niech wy- 
soko wzniosą omszone kamienie ich sławy, ażeby 
dzieci północy widziały kiedyś te pola, gdzie ich oj- 
cowie walczyli. Łowiec powie, usiadszy kiedyś na 



154 PIEŚNI OSSJANA 

omszonym grobie: Tu walczyli Fingal i S waran, bo- 
haterowie innych lat. Tak on kiedyś będzie mówił, 
a nasza sława na zawsze zostanie. « 

»Swaranie« rzecze król wzgórzów, »nasza sława 
dziś jest najwyżej — przeminiemy, jak sen, żaden 
dźwięk nie zostanie na poboisku. Nasze grobowce 
zaginą na błoniach. Łowiec nie pozna miejsca na- 
szego spoczynku. Na cóż się przyda słyszeć w pie- 
śniach nasze imiona, kiedy siła zniknęła ? 

»0 Ossjanie, Karrilu i Ullinie, wy znacie boha- 
terów, których niema; dajcież nam pieśni przeszło- 
ści! Niechaj przy dźwiękach noc przemija, a ranek 
z weselem powróci. « 

Daliśmy królowi pieśni. Sto arf przeplatało śpiew 
nasz swojemi dźwiękami. Promieniło się oblicze Swa- 
rana, niby pełny księżyc na niebie, kiedy chmury 
przelecą i zostawią go śród nieba spokojnym i wy- 
jaśnionym. 

» Gdzie jest, Karrilu przeszłości « zapytał wielki 
Fingal, »syn Semy, król mglistej wyspy ? Czy po- 
wrócił, podobny do ogniojawa śmierci, pod zamierz- 
chłą jaskinię Tury ?« — »Kutullin« rzekł Karril 
przeszłości, »leży w zamierzchłej jaskini Tury. Jego 
ręka na mieczu jego siły: duma on o straconej bi- 
twie. Smutny jest król oszczepów, ten, którego do- 
tąd nikt nie pokonał. Odsyła swój miecz, aby spo- 
czął przy boku Fingala, bo jak burza puszczy, roz- 
pędziłeś wrogów. Weź, Fingalu, miecz bohatera. 
Jego sława przeszła niby mgła, która po jasnej do- 
linie umknęła przed szumiącym wiatrem. « 

»Nie« odpo^viedział król, » nigdy Fingal nie weź- 
mie jego miecza. Jego ramię potężne jest w boju: 
sława jego nigdy nie przeminie. Wielu zostało po- 
konanemi w bitwie, a sława ich po upadku wzrosła. 
O Swaranie, królu głośnych lasów, przepędź wszyst- 
Ide twoje smutki. Pokonani, byli dzielni, będą zaw- 



155 



sze słynąć. Są oni słońcem śród obłoków, które o po- 
łudniu twarz im zasłaniają; ale wkrótce zajaśnieje 
po wzgórzach i trawach. 

»Grumal był wodzem Kony. Zwodził walki na 
wszystkich brzegach. Radował się krwią duch jego, 
a ucho łoskotem zbroi. Wysadził swoich wojo^^Tii- 
ków na Krakę. Król Kraki wyszedł naprzeciw niemu 
z gaju, gdzie w obwodzie Brumy rozmawiał z ka- 
mieniem potęgi. Dziki był bój bohaterów o dziewicę 
ze śnieżną piersią. Sława Krakowej córy doszła Gru- 
mala przy strumieniach Kony, i umyślił on albo po- 
siąść białopiersią dziewicę, albo umrzeć na rozgłoś- 
nej Krace. Trzy dni walczyli, czwartego skrępowano 
Grumala. Zdała od przyjaciół zaprowadzony został 
do straszliwego obwodu Brumy, gdzie często, jak 
powiadano, wjgą duchy śmierci przy kamieniu zgrozy. 
Ale on znowu zajaśniał, niby słup światła na nie- 
bie; upadli z jego Avalecznej ręki, a Grmnal osiągnął 
sławę. « 

Wielki Fingal mówił dalej: » Podnieście, bardo- 
wie przeszłości, podnieście pochwałę bohaterów, ażeby 
moja dusza pokrzepiła się ich sławą, a duch S wa- 
rana smutku poprzestał. « Leżeli oni na błoniach 
Mory. Mroczne wiatry szumiały nad wodzami. Sto 
głosów razem zaczęło i sto arf zabrzmiało. Śpie- 
wano stare czasy, wodze lat upłynionych! Kiedyż ja 
znowu usłyszę bardów? Kiedyż się rozraduje sława 
ojców ? Nie brzmią na Morwenie arfy. ]\Iilczą w Ko- 
nie dźwięczne głosy. Śmierć z mocarzami i bardami. 
Niema więcej sławy w pustyniach. 

Zadrżał poranek w^ promieniach wschodu; spło- 
nął na wiszarze Kromli. Nad Leną dał się słyszeć 
róg Swarana. Zebrali się synowie oceanu. Smutni 
a milczący wstąpili na fale. W ich żaglach wiatr 
z Erynu. Białe, jak mgły na Morwenie, popłynęły 
morzem. 



156 PIEŚNI OSSJANA 



» Zawołajcie* rzekł Fingal, » zawołajcie psy moje, 
dalekoskoczue syny polowania! Zawołajcie białopier- 
siego Brana, mocnego i chyżego Luata. Fillanie 
i Ryno — ale jego tu niema. Syn mój spoczywa na 
łożu śmierci. Fillanie i Fergusie, uderzcie w róg, 
ażeby się podniosła radość łowów, ażeby usłyszał go 
jeleń na Kromli i odskocz^^ł od jeziora Sarny. « 

Donośny rozdźwięk przeniknął lasy. Porwali się 
synowie błoniastej Kromli. Tysiąc psów odrazu wy- 
leciało siwych, przeskakujących błonie. Każdy pies 
położył jednego jelenia, ale Bran białopiersi trzech. 
W pogoni napędzał je do Fingala, ażeby wielka 
była królewska radość. Przy grobie Ryna upadł je- 
den jeleń i rozbudził boleść Fingalową. Patrzał się 
on, ze tak spokojnie leżał kamień na nim, — na 
pierwszym niedawno między łowcami! »Nie obudzisz 
się więcej, o mój sjtiu; nie podzielisz biesiady na 
Kromli. Wkrótce pokryje się grób twój, i poplątane 
zielsko obrośnie jamę twoją. Będą przechodzić syno- 
wie niedołężnych i widzieć nie będą, gdzie mocarz 
leżał. 

»Ossjanie i Fillanie, sjTiowie mojej siły, Gaulu, 
wodzu błękitnej stali bojów, zejdźmy ze wzgórza 
w jaskinię Tury; poszukajmy wodza eryńskich bi- 
tew. Czy to ściany Tury, co się tak szaro i samot- 
nie podnoszą na błoniu ? Smutny jest wódz konch, 
a sale bezludne i milczące. Wstańmy, poszukajmy 
KutuUina podzielić z nim nasze uciechy. Ale o Fil- 
lanie, czy to Kutullin, czy słup dymu na błoniu ? 
Wiatr Kromli mroczy mi oko. Nie poznaję przy- 
jaciela,* 

»To syn Semy« rzecze młodzieniec, » Pochmurny 
i smutny jest bohater; ręka na mieczu. « — » Pozdro- 
wienie synowi boju, kruszycielowi tarcz !« — » Po- 
zdrowienie tobie, « odpowiedział Kutullin, » pozdro- 
wienie wszystkim synom Morwenu! Pocieszająca jest 



157 



obecność twoja, o Fingalu, niby słońce na Kromli, 
kiedy na długo odstąpi łowca i znowu z pomiędzy 
climur wyjrzy. Synowie twoi, do gwiazd podobni, 
towarzyszą twojej drodze i noc rozwidniają. Nie ta- 
kim widziałeś mię, Fingalu, kied\an powracał z two- 
jej krainy bitew, kiedy królowie świata pierzchnęli, 
a radość powróciła na v/zgórza łani!« 

»Kutullinie, mnogie są twoje słowa« rzecze Kon- 
nan, który się mało wsławił; » mnogie są twoje słowa, 
synu Semy, ale gdzież są twoje czjTiy w zbroi ? Dla 
czegóż p7'zebyliśmy ocean pomagać słabemu two- 
jemu mieczowi ? Ustąpiłeś do jaskini smutku, a Kon- 
nan walczy w twoich bitwach. Odstąp mi tę jasną 
zbroję, ustąp mi, wodzu Er>Tiu!« 

»Nie, wojowniku,* odpowiedział wódz, »nikt jesz- 
cze nie żądał zbroi Kutullina, a choćby jej tysiąc 
bohaterów żądało, to napróźno, pochmurny młodzień- 
cze! Nie wprzódy ustąpiłem do jaskini smutku, aż 
Eryn poległ przy swoich strumieniach !« 

»Młodzieńcze słabego ramienia, Konnanie« zawo- 
łał Fingal, » przestań tej mowy. Kutullin sławny 
jest w boju, groźny po świecie. Nieraz juź słysza- 
łem o twojej sławie, burzliwy wodzu Inisfalu! Ro- 
zepnij biały swój żagiel i płyń do wyspy tumanów. 
Zobacz Bragelę, opartą o skałę. Łagodne jej oczy 
we łzach, i wiatr zwiewa jej włos długi z bujają- 
cej piersi. Podsłuchiwa ona powiew nocny, aby za- 
słyszeć głos twojego wioślarza, aby zasłyszeć śpiew 
morza, dźwięk dalekiej twojej arfy.« *) 

» Długo będzie daremnie podsłuchiwać. Kutullin 
nigdy nie wróci! Jak ja mogę widzieć się z Bra- 
gelą, ażeby obudzić westchnienia jej łona ? O Fin- 



*) Między Szkotami ijólnocnych brzegów dotąd pozo- 
stały podobne śpiewy żeglarskie i nucone są od wio- 
ślarzy. 



158 PIEŚNI OSSJANA 



galu, jeszcze ja z\vy ciężę w bitwie innych oszcze- 
pów. « — »I zwyciężysz jeszcze, « odpowiedział Fin- 
gal szlachetnych konch, » sława Kutullina będzie 
wzrastać, niby gałęziste drzewo Kromli. Mnogie jesz- 
cze bitwy czekają cię, o wodzu; mnogie będą rany 
twojej ręki, Oskarze, przynieś tu zwierzynę. Urządź 
ucztę konch. Niech nasze dusze pokrzepią się po nie- 
bezpieczeństwach; niech przyjaciele radują się w na- 
szej obecności.* 

Siedzieliśmy, biesiadowaliśmy, nuciliśmy. Ocknęła 
się dusza Kutullina. Powi-óciła moc jego ramienia. 
Pogoda rozpi-omieniła jego oblicze. UUin dał pieśni, 
Karril głos podniósł. Ja także przyłączyłem się do 
bardów i śpiewałem boje oszczepów, boje, w których 
często walcz3'^łem. — Dzisiaj już nie walczę. Onie- 
miała sława dawniejszych moich czynów. Zapom- 
niany, siedzę na grobach prz^gaciół. 

Tak przeszła noc na pieśniach. Przyjęliśmy ra- 
dośnie poranek. Fingal wstał z błonia, potrząsł ja- 
skraw}^m oszczepem i odszedł, pierwszy z mężów, ku 
polom Leny. Poszliśmy za nim w całem swojem 
uzbrojeniu. 

»Podnieście żagiel « król zawołał, »i schwyćcie 
wiatr}^, które z Leny płyną !« Z liieśniami wstąpi- 
liśmy na fale i polecieliśmy z szumem po pianach 
głębi. 



BITV\^A LORY. 



Fingal, powracając z wyprawy do Irlandji przeciw Sv.'a- 
ranowi, daje swojemu rycerstwu wielka ucztę. Zapom- 
niano wezwać do niej Morannana i Aide; obrażeni tern, 
udają się w sluźbę Erragona, króla Sory w Skandyna- 
wji. Aldo uwodzi żonę królewską, Lormę, i ucieka z nią 
do Selmy. Erragon ściga ich z wojskiem. Fingal podaje 
mu warunki zgody, na które Erragon nie przyst;ije. Za- 
czyna się walka. Aldo ginie w pojedynku z Erragoncm, 
a Errtigon z ręki Gaula. Lorma umiera wkrótce ze smutku. 
Ta powieść zowie się w oryginale: Duan a Culdich to 
jest: powieść Chuldura czyli pustelnika, o którym we 
wstępie jest mowa Że on był chrześcijaninem, to tylko 
domysł Macphersona. 

Synu dalekiej krainy, mieszkańcze ustronnej kom- 
naty, czy to ja szura twojego gaju, czy głos twoich 
śpiewów słyszę ? Głośno szumi potok w mojera uchu, 
ale słyszę głos dźwięczny. Czy ty sławisz wodzów 
twojej krainy, czy duchy wiatru ? Ale spojrzyj, sa- 
motny skał mieszkańcze, na równiny błonia. Ujrzysz 
tam zielone groby z wy sokiem, wijącem się zielem 
i kamienie ich głów omszonych. Synu skał, ty je 
widzisz, ale oczy Ossjana oślepły. 

U spodu szumi potok i okrąża nurtem swoim 
zielone wzgórze. Cztery omszone kamienie opierają 



160 PIEŚNI 08SJANA 



na wierzchołku swoje głowy, zA^iędłem zielem oto- 
czone. Dwa drzewa, nagięte od burzy, rozciągają do- 
koła gwiżdżące konary. Twoje to mieszkanie, Errago- 
nie, twój to dom ciasny. Zapomniano w Sorze twoich 
konch brzęku, zczerniała na sali twoja tarcza. Erra- 
gonie, królu okrętów, wodzu dalekiej Sory! czy ty 
poległeś na naszych górach ? Czy mocarz nie żyje ? 

Synu ustronnej komnaty, czy ty lubisz pieśni ? 
Posłuchaj o bitwie Lory. Dawno przeleciał łoskot 
ich oręży. Tak na chmurnem wzgórzu piorun zary- 
czy, i już go niema. Powraca słońce z cichemi pro- 
mieniami, rozjaśniają się skały i śmieją się zielone 
gór głowy. 

Zatoka Kony przyjęła nasz okręt z potoczystych 
fal Erynu. Białe żagle obwisły spokojnie na masztach. 

Popędliwe wiatry szmnią za lasami Morwenu. 
Zagrzmiał róg króla; jelenie ze skał wyskoczyły. 
Przeleciały po lasach strzały. Na wzgórzu zastawiono 
ucztę. Wielka była radość na naszych skałach, bo 
upadł straszny Swaran. 

O dwóch rycerzach zapomniano przy uczcie. Gniew 
rozgorzał w ich piersiach. W skrytości zataczali pa- 
łaj ącemi oczami. Z piersi westchnienia się dobywały. 
Widziano ich, że szli razem i ciskali oszczepy na 
ziemię. Byli oni dwoma czarnemi chmurami śród na- 
szej uciechy, dwoma mgłosłupami na uspokój onem 
morzu. Jaśnieją one słońcem, ale żeglarze lękają się 
burzy. 

» Podnieście biały mój żagiel « zawołał Morannan, 
» podnieście go na A\-iatr zachodni. Śpieszmy, o Aldo, 
przez piany północnych wałów. Zapomniani jesteśmy 
przy uczcie, lubo nasze zbroje krwią się czerwienią. 
Opuśćmy wzgórze Fingala, a służmy królowi Sory. 
Dzikie jego oblicze. Wojna zasępia się dokoła jego 
oszczepu. Wsławiajmy się, o Aldo, w bojach innych 
krain. « 



BITWA LOBY 161 

Zabrali miecze i skórzane tarcze i pośpieszyli do 
głośnej zatoki Lumaru. Przybyli do pysznego króla 
Sory, do wodza skocznych rumaków. Erragon powró- 
cił; był krwią zrumieniony. Schylał ku ziemi czarne 
oblicze i gwizdał idąc. Wezwał cudzoziemców na 
ucztę; a oni walczyli i zwyciężali w jego bojach. 

Aldo powracał ze sławą do wzniosłych murów 
Sory. Z jej wieź wyziera zwilżone, śledzące oko 
Lormy, małżonki Erragoua. Płowe włosy ulatywały 
z wiatrem oceanu. Białe łono wzdymało się jak śnieg 
na błoniu, kiedy lekkie wietrzyki po wioną, a on buja 
zwolna w świetle. Ujrzała ona młodzieńczego Aldę, 
niby promień zachodzącego słońca na Sorze. Wes- 
tchnęło tkliwe jej serce. Łzy napełniły oko, biała 
ręka głowę podparła. 

Trzy dni siedziała smutna na sali i wesołością 
pokrywała smutek; czwartego uciekła z rycerzem na 
wzburzone morze. Przybyli do mszystych wieź Kony, 
do Pingala, króla oszczepów. 

»Aldo, serce pychy « rzekł Fingal, w gniew się 
podnosząc, »jaż cię mam zasłaniać przed zapalczy- 
wością obrażonego króla Sory ? Któż przyjmie lud 
mój do sal swoich, kto obcych na ucztę zaprosi od 
czasu, jak Aldo małej duszy zniesławił w Sorze moje 
imię ? Pójdź, słaba ręko, na swoje wzgórza i tam 
się w jaskiniach ukryj. Smutna będzie walka, którą 
z posępnym królem Sory zwieść musimy. Duchu szla- 
chetnego Trenmora, kiedyż Fingal przestanie wal- 
czyć ? Urodziłem się śród bojów *), i moje kroki do 
grobu po krwi się przemykają. Ale ta ręka nie 
skrzywdziła nigdy słabego — żelazo zbroi nie do- 
tknęło się lękliwego. Widzę, o Morwenie, burze, które 
będą pustoszyć moje sale, kiedy dzieci poginą mi 



*) Fingal narodził się tego samego dnia, kiedy ojciec 
jego w bitwie zginął. 

PISMA OOSZCZYASKIEeO. II. 11 



162 PIEŚNI OSSJANA 



W boju, a nikt nie zostanie, żeby Selmę zamieszkał. 
Wtedy przyjdą słabi, ale nie poznają mojego grobu. 
Moja sława będzie w pieśniach. Spra-w^y moje snem 
będą dla przyszłych czasów. « 

Przy Erragonie lud się zgromadził, jak burza 
przy duchu nocy, kiedy ją zwoływa ze szczytów 
morweńskich i rozsyła na obce krainy. Przybił on 
do brzegów Kony. Wysłał barda do króla, żądając 
albo walki tysiąców, albo kraju mnogich wzgórzów. 

Fingal siedział na sali, a wokrąg niego towa- 
rzysze młodości. Młodzi rycerze byli na łowach, da- 
leko, w puszczy. Siwi wodzowie rozmawiali o innych 
czasach i sprawach młodości, kiedy przybył letni 
Nartmor, wódz strumienistej Lory. Książę ten zaczął: 

»Nie pora słuchać śpiewów o innych latach! Er- 
ragon grozi przy brzegach i podnosi dziesięć tysięcy 
mieczów. Posępny jest król między wodzami, niby 
zaćmiony księżyc pomiędzy ogniojawami nocy,« 

» Przyjdź ze sali« rzecze Fingal, » córko mojej 
miłości, przyjdź ze sali, Bosmino, dziewico strumie- 
nistego Morwenu! Nartmorze, weź rumaka cudzo- 
ziemskiego i towarzysz córce Fingala. Wezwie ona 
króla Sory na ucztę do mrocznych murów Sebny. 
Daj mu, o Bosmino, pokój rycerzy i skarby zacnego 
Aldj. Nasi młodzieńce są daleko. W naszych drżą- 
cych rękach starość. « 

Przybyła do wojsk Erragona, jak promień świa- 
tła do chmury. W praAvej ręce dymiąca się koncha: 
w lewej złota strzała. Pierwsza — wesoły znak po- 
koju, druga — znak wojny! Rozjaśnił się Erragonj 
w jej przytomności, jak skała niespodzianym sło- 
necznym promieniem, który spada przez połamany] 
obłok, kiedy go niespokojny wiatr rozerwie. 

Wdzięcznie płonąca dziewica zaczęła: 

»Synu dalekiej Sory, pójdź na ucztę króla Mori] 
wenu, do mrocznych murów Selmy. Przyjmij wojow| j^ 



BITWA LORY 163 

niku, pokój rycerzy. Zostaw w spoczynku czarny 
miecz swojego boku. Jeżeli obierzesz skarby królew- 
skie, to posłuchaj słów zacnego Aldy. Daje on Er- 
ragonowi sto rumaków, dzieci zębów, sto dziewic 
z dalekiej krainy i sto sokołów z trzepiocącemi 
skrzydłami, które się krz^^źują pod niebem. Daje on 
tobie sto pasów *) do przepasywania wysokołonych 
dziewic, przyj acioły urodzin wiejskich, a uzdrowie- 
nie synów bólu. 

»Dziesięć konch, osadzonych w drogi kamień,, ma 
zabłyszczeć w Sory wieżach. Na ich gwiazdach drży 
błękitna woda i dymiące się wino iskrzy. Niegdyś 
rozweselały one królów świata w ich hucznych sa- 
lach. Ma to być twojem, o bohaterze; albo twoja 
żona, białopiersia Lorma, znowu pojrzy jaśniejącem 
okiem po twoich salach, jakkolwiek Fingal kocha 
szlachetnego Aldę, Fingal, który nigdy nie krzywdzi 
rycerza, chociaż jego ramię mocne jest w zbroi. « 

»Wdzięczny głosie Kony!« król odpowiedział, 
»powiedz Fingalowi, że napróźno ucztę przyrządza. 
Niech mi odda swoje zdobycze. Niech sam ulegnie 
mojej mocy. Niech mi odda miecze swoich ojców 
i tarcze przeszłości, ażeby moje dzieci widziały je 
na salach i mówiły: to zbroje Fingala!« 

»Nigdy dzieci nie ujrzą ich na twoich salach « 
rzekła obudzona pycha dziewicy; »są one w ręku 
potężnego bohatera, który nigdy w boju nie uległ. 
Królu głośnej Sory! na naszych pagórkach zgroma- 
dza się burza. Synu dalekiej ziemi, nie przewidu- 
jeszże upadku swojego ludu?« 

Powróciła do milczących sal Selmy. Postrzegł 



*) Przesąd, że pas, ozdobiony podobnie mistycznenii 
znakami, ujmuje cierpień położnicom, zachował się w pół- 
nocnej Szkocji do naszycli prawie czasów. Zawiązywano 
je z dziwnemi szeptami i obrzędami, co zdradza pocho- 
dzenie ich od druidów. 

11* 



164 PIEŚNI 088JANA 



król spuszczone jej oczy. Powstał w swojej sile 
i otrząsł sędziwe kędziory. Wziął grzmiący pancerz 
Trenmora i czarnośniadą tarczę swoich ojców. Ciem- 
ność napełniła sale Selmy, kiedy wyciągnął rękę do 
oszczepa. Otoczyły go duchy tysiąców i przejrzały 
śmierć ludu. Groźna radość ocknęła się na licach sę- 
dziwych rycerzy; pośpieszj-li na spotkanie wroga. 
W ich myślach były cz}Tiy innych lat i sława grobu, 
wschodząca ze śmierci. 

Otóż przy grobie Tratala ukazały się i psy łow- 
ców. Fingal wiedział, że za niemi idą młodzi ry- 
cerze. 

Zatrzymał się w pochodzie. Oskar naprzód się 
zjaA^dł; potem syn Morniego, z Nemiego rodu. Potem 
Ferhut ukazał posępną postać. Czarne kędziory Der- 
mida pływały na wietrze. Ossjan przybył naostatku. 
Śpiewałem pieśń z innych czasów; oszczep przenosił 
moje kroki przez małe strumienie. Dumałem o po- 
tężnych mężach. Fingal uderzył w wypukłą tarczę 
i dał straszny znak wojny. Tysiąc mieczów razem 
dobytych zaiskrzyło na wzburzonych błoniach. Trzej 
synowie pieśni siwokędziorzy podnieśli dźwięczne, 
żałobne głosy. Z wysoka i posępnie pośpieszaliśmy 
grzmiącemi krokami w ciemnych szeregach, jak deszcz 
nawalny, który się rozszerza po ważkiej dolinie. 

Król Morwenu usiadł na wzgórzu. Słoneczny pro- 
mień bitwy pły\s^ał w 's\'ietrze. Z bujaj ącemi kędzio- 
rami starości otaczali króla towarzysze jego młodo- 
ści. Radość budziła się w oczach rycerzy, kiedy pa- 
trzali na syny swoje w boju, otoczone błyskawicami 
mieczów i ojcowskich dzieł pamiętne. Nadszedł Er- 
ragon w swojej sile, niby szum zimowego potoku. 
Koło jego kroków opadała bitwa i śmierć mrocznie 
się sunęła przy jego boku. 

»Któż to nadchodzi « rzecze Fingal, 'iiiby polotna 
sarna, niby jeleń rozgłośnej Kony ? Przy boku bły- 



BITWA LORY 165 

ska tarcza. Dźwaęk jego zbroi żałobny. Któż to sta- 
wia Erragonowi czoło w boju? Otóż bitwa wodzów! 
Równają się oni duchom, walczącym w posępnej na- 
wałnicy, — Ale, synu wzgórza, ty upadłeś, twojeżto 
białe łono krwią opłynęło ? — Płacz, Lormo nieszczę- 
śliwa! Niema już Aldy!« Król pochwycił oszczep 
swojej siły, bo się zasmucił upadkiem Aldy. Cisnął 
na nieprzyjaciela zabój czem okiem, ale króla Sory 
Gaul spotkał. Któż potrafi opisać walkę wodzów ? 
Potężny cudzoziemiec poległ. 

» Synowie Kony« głośno zawołał Fingal, » wstrzy- 
majcie rękę śmierci! Mocarz to był, który teraz po- 
legł. Mocno będzie żałowany w Sorze. Cudzoziemiec 
przyjdzie do sal jego i będzie się dzi^^dł, że tak ci- 
cho. Poległ król, o cudzoziemcze, i uciecha jego domu 
oniemiała. Będzie się przysłuchiwał szumoA\a lasów; 
może w ich pomruku duch jego. Ale on daleko na 
Morwenie, pod mieczem obcego nieprzyjaciela.* 

Te były słowa Fingalowe, kiedy bard podniósł pieśń 
pokoju. Zatrzymaliśmy wyniesione miecze. Oszczę- 
dziliśmy słabego nieprzyjaciela. Erragona złożyli- 
śmy w grobie, a ja pieśń smutku podniosłem. Kłę- 
biąc się, opadły nocne obłoki, a niektórj^m objawił 
się duch Erragona. Jego oblicze było chmurne, 
i ciemne, a z piersi dobywał}^ się półwestchnienia. 
Błogosławiona bądź twoja dusza, o królu Sory! 
Twoje ramię straszliwe było na wojnie. 

Lorma siedziała w sali Aldy. Siedziała przy 
świetle pałającego dębu. Nadeszła noc; Aldo nie 
powracał. Smutna była dusza Lormy. »Cóź cię za- 
trzymuje , o łowcze Kony ? Przyrzekłeś po\\TÓcić. 
Czy zwierzyna była tak daleko ? Czy czarne wiatry 
wzdychają koło ciebie na błoniu ? Jestem w krainie 
cudzoziemców; któż mój przyjaciel , oprócz Aldy ? 
Przybywaj ze brzmiących pagórków, mój najmilszy 
kochanku!* 



166 PIEŚNI 069JANA 



Jej oczy ku bramie były zwrócone. Podsłuchi- 
wała szum matru. Myślała, ze to stąpanie Aida. Ra- 
dość budziła się na jej obliczu, ale powracała tro- 
ska, jak chmura na księżyc. »Czy nie powracasz, 
mój kochanku? Niechże ujrzę oblicze twoje na wzgó- 
rzu. Na wschodzie księżyc. Łono jeziora spokojne 
i jasne. Kiedyż ujrzę psy jego, wracające z łowów? 
Kiedyż głos twój donośny i daleki usłyszę na wie- 
trze ? Przybywaj z szumiących pagórków, łowcze le- 
sistej Kony!« 

Ponury duch jego objawił się na skale, niby 
wilgotny promień mdłego światełka, kiedy się księ- 
życ z chmur wj^łamuje, a na polach stoją północne 
deszcze. Poszła przez błonia za czczą postacią. Do- 
myśliła się, że jej rycerz poległ. Słyszałem we wie- 
trze jej szlochanie coraz bliższe, niby narzekający 
głos wietrzyka, który wzdycha w trawie jaskini. 

Przyszła, znalazła swego rycerza. Już więcej nie 
słyszano jej głosu. W milczeniu potoczyła okiem. 
Była blada i w dzikim smutku. 

Krótkie były jej dni w Konie; zapadła do grobu. 
Fiugal rozkazał swoim bardom opiąć śmierć Lormy. 
Córki Morwenu smuciły się po niej jeden dzień 
w roku *), kiedy \vracały ponure wiatry jesienne. 

Synu dalekiej krainy, ty na polach sławy miesz- 
kasz. Podnieś niekiedy śpiew na pochwałę tych, któ- 
rzy polegli, ażeby mgliste ich duchy poigrały przy 
tobie, ażeby, kiedy spoczniesz, a księżyc do jaskini 
twojej zajrzy, pokazała się tobie na jego promieniu 
Lorma. Wtedy zobaczysz nadobną — ale na jej po- 
liczkach jeszcze łza stoi. 



*) Zdaje się, że ten dzień, poświęcony pamiątce ryce- 
rzy poległych, obchodzono w jesieni, ponieważ Ossjan 
zawsze go w tej porze roku kładzie. 



LATMON. 



Kied}-^ Fing'al zajęty był wyprawą do Irlandji, Latmon, 
jeden z książąt brytańskich, Avpadł do Morwenu. Już się 
zbliżał do Selmj^ mieszkania królów. Nag-le przybywa 
Fingal. Latmon cofa się z wojskiem na wzgórza. Pod- 
czas przygotowań Fingala, Morni przyprowadza mu swo- 
jego syna Gaula, aby po raz pierwszy spróbował się 
z nieprzyjacielem. Fingal daje Gaulowi Ossjana za to- 
warzysza i oba dostają zlecenie szpiegować nieprzyja- 
ciela przez noc. Oni posuwają się aż do obozu Latmona 
i znaczną klęsko im zadają. Rano w3'zyAva Latmon Os- 
sjana na pojedynek; Ossjan pokonywa Latmona, ale Gaul 
zasłania go swoją tarczą przed śmiertelnym ciosem. Lat- 
mon poddaj(! się i zostaje od Fingala na wolno.ść pusz- 
czony. 

Ciche, o Selmo, są twoje sale. Nic nie brzmi 
w lasach Morwenu! Samotnie toczy się fala przy 
brzegach, a na polach milczący promień słońca. Prze- 
chodzą dziewice Morwenu, do tęcz podobne; poglą- 
dają ku zielonemu Erynowi, za białemi żaglami króla. 
Obiecał powrócić, ale północne wiatry wieją. 

Cóż się to rozpływa ze wschodniego wzgórza, 
niby strumień ciemności ? To wojsko Latmona. Po- 
słyszał on, że Fingala niema. ZAvierzył się ^viatrom 
północy. Dusza jego zajaśniała weselem. Po cóż przy- 
bywasz, o Latmonie ? Mocarza niema w Selmie. Po 



168 PIEŚNI 08SJANA 



CO prz3'b}'wasz z nasrożonemi oszczepami ? Czy chcesz 
zwalczyć córki Morwenu ? Ale się zatrzymaj w pę- 
dzie, potężny strumieniu. Czy nie \Addzisz, Latmonie, 
owego żagla ? Czemużeś umknął, Latmonie, jak mgła 
jeziora ? Ale za tobą mchrząca burza; twoje kroki 
Fingal ściga. 

Król Morwenu zerwał się ze snu, kiedy nas opły- 
wały czarnomodre fale. Wyciągnął rękę do oszczepa, 
a jego rycerze zewsząd powstali. Domyśliliśmy się, 
że mdział ojców. Często oni schodzili do snów jego, 
kiedy miecz nieprzj^jaciela podnosił się nad krajem, 
a przed nami mroczyła się bitwa. » Gdzież uleciałeś, 
o wietrze ?« rzekł król Morwenu. »Czy ty gwiżdżesz 
po komnatach południa, czy uganiasz dźdźe w in- 
nych krainach ? Czemu nie przyb\^vasz do moich 
żaglów, na błękitne oblicze mojego morza ? Nieprzy- 
jaciel w ziemiach Morwenu, a król daleko. Każdy 
jednak niech prz)i:wierdzi pancerz i weźmie tarczę. 
Niech każdy podniesie oszczep nad fale, niech każdy 
miecza dobędzie. Latmon ze swojem wojskiem jest 
przed nami: ten, który uciekł przed Fingalem na 
równinach Lory. Ale powraca, jak nadęty strumień, 
a szum jego między naszemi wzgórzami.* 

Te były słowa Fingalowe. Udaliśmy się do zatoki 
Karmony. Ossjan wj^szedł na wzgórze; trzy razy ude- 
rzył w wj^ukłą tarczę. Skały Morwenu odpo^^de- 
działy; uciekły chyże sarny. Zmieszał się nieprzyja- 
ciel w mojej prz}i:onmości; zgromadził ciemne woj- 
sko. Stałem, niby chmura na wzgórzu, i radowałem 
się w młodzieńczej zbroi. 

Morni siedział pod drzewem przy szumiących 
nurtach Strumonu. Siwe były stare kędziory; pod- 
pierał się kijem. Młody Gaul był przy rycerzu i słu- 
chał o bitwach jego młodości. Często się por\^'ał 
w ogniu duszy na potężne cz\Tiy Morniego. 

Starzec usłyszał dź^ńęk Oss janowej tarczy: poznał 



169 



hasło boju. Zerwał się z miejsca. Siwe kędziory roz- 
płynęły się po barkach. Wspomniał na czyny lat in- 
nych. »Synu mój!« rzekł pięknowłosemu Gaulom, 
» słyszę dźwięk boju. Król Morwenu po^TÓcił, roz- 
syła hasło wiatrami. Idź do sal Strumonu; przynieś 
Morniemu zbroję. Przynieś tarczę, którą ojcowie moi 
na starość nosili, gdyż ramię moje zaczyna słabnąć. 
Weź także dla siebie, o Gaulu, oręż i śpiesz na 
pierwszą ze swoich bitew. Niech ramię twoje dosięg- 
nie sławy ojców. Niech będzie twój bieg na bojo- 
msku, jak lot orła. Czegóż, mój s\tiu, masz się lę- 
kać śmierci ? Waleczny z częścią upada. Tarcza jego 
od\\Taca mroczny strumień niebezpieczeństw; na si- 

I wych kędziorach sława mieszka. Czyż nie widzisz, 
o Gaulu, jak czczone są kroki mojego wieku ? Morni 
przychodzi — a młodzieniec w uniżeniu go ^^ita 

^i z milczącą radością obraca oczy na jego drogę. 
Ale ja, mój synu, nie unikałem nigdy niebezpieczeństw. 
Jaśniał miecz mój przez pomrokę bitwy. Cudzozie- 
miec tajał przede mną; mocarze w mojej obecności 
\\datrem byli.« Gaul przyniósł Morniemu zlDroję; stary 
wojownik okrył się żelazem. Do ręki wziął oszczep, 
który często się zarumieniał krwią walecznych. Szedł 
do ringala, a syn towarzyszył jego krokom. S}ni 
Komhala powstał wesoło, gdy przybył av kędziorach 
starości. 

» Wodzu szumiącego Strumonu « odezwała się ura- 
dowana dusza Fingala, » widzę cię Ave zbroi, choć 
już twoja moc przemija, Często Morni jaśniał w bi- 
twach, jak promień wschodzącego słońca, kiedy roz- 
pędzi nawałnicę na wzgórzu i ŚAvitającym polom spo- 
kój niesie. Ale czemu nie spoczywasz na starość ? 
Twoja sława jest już w i)ieśniach. Lud Avidzi ciebie 
i błogosławi skonowi potężnego Morniego. Czemu 
nie odpoczywasz na starość ? Nieprzyjaciel zniknie 
przed Fingalem,« 



I 



170 PIEŚNI OSSJANA 



»Synu Komhala« wódz odpowiedział, » straciło ra- 
mię Morniego swoją siłę. Siliłem się dobyć miecza 
młodości, ale pozostał w pocłiwie. Cisnąłem oszczep --- 
i nie dosiągł celu. Czuję ciężar tarczy. Wiedniem}^, 
jak trawa pagórków; moc nasza nie powraca. Ale 
mam syna, Fingalu. Jego dusza rozpływa się nad 
czynami Morniego; ale jego miecz nie był jeszcze 
dobyty na wroga, nie zaczęła się jeszcze jego sława. 
Z nimto przychodzę ja na bitwę. Chcę prowadzić 
jego ramię. Jego sława będzie dla mojej duszy słoń- 
cem w czarnej godzinie mojego skonu. O! bodaj lud 
nie zapomniał imienia Morniego! bodaj rycerz kiedyś 
powiedział: oto ojciec Gaula!« 

» Królu Strumonu« odpowiedział Tingal, » niech 
Gaul robi mieczem w bitme. Ale niech blizko Fin- 
gala robi; moje ramię będzie zasłaniało jego mło- 
dość. A ty odpoczywaj w salach Selmy i słuchaj 
o naszej słaAvie. Niech uderzą w arfy i głosy bar- 
dów niech się podniosą, ażeby ci, którzy polegną, 
ucieszyli się swoją sławą i żeby dusza Morniego za- 
jaśniała wesołością! Ossjanie, ty już walczyłeś w bi- 
twach; krew cudzoziemców jest już na twoim oszcze- 
pie: niechże w potyczce droga twoja będzie przy 
Gaulu, ale nie odłączaj się od boku Fingala. Nie- 
przyjaciel mógłby was samych znaleźć i sława wa- 
sza zginąćby mogła. « 

Ujrzałem Gaula we zbroi. Moja dusza i jego 
były jedną. W jego oku był ogień boju; z radością 
})Oglądał na nieprz3gaciela. Zcicha AV}^mÓAviliśmy słowa 
przyjaźni; razem się rozlały błyskamce naszych mie- 
czów. Dobyliśmy je za lasem i doświadczaliśmy na 
próżnem powietrzu siły naszych ramion. 

Noc opadła na Morwen. Fingal siedział przy pro- 
mieniach dębu. Przy jego boku siedział Morni w si- 
wych, pływających kędziorach. Rozmowa ich była 
o przeszłości i o dziełach ich ojców. Trzech bardów 



171 



trącało kolejno w arfy; Ullin z pieśnią był przy 
królu. Śpiewał o potężnym Komhalu; ale na czole 
Morniego zbierał się pomrok *). Cisnął zapłomienionem 
okiem na Ullina; śpiew barda oniemiał. Fingal zwa- 
żał starego rycerza i rzekł łagodnie: 

» Wodzu Strumonu, skąd to zasępienie ? Zapom- 
nijmy o dniacli przeszłości! Nasi ojcowie walczyli 
w bitwach, a my przy uczcie siedzimy. Nasze mie- 
cze zrwrócone na wroga naszej ziemi; niknie on przed 
nami w polu bitwy. Zapomnijmy o dniach naszych 
ojców, rycerzu mszystego Strmnonu!« 

» Królu Morwenu« wódz odpowiedział, *z radością 
spominam twojego ojca. Był on straszliAvy w boju; 
gniew wodza był zabójczy. Moje oczy pełne łez były, 
kiedy król rycerzy poległ, o Fingalu; waleczny upada, 
a słaby zostaje na wzgórzach. Iluż rycerzy przemi- 
nęło za dni Morniego! A ja jednak nie unikam walki; 
nie ustąpiłem nigdy z rozprawy walecznych.* 

» Teraz niech spoczną przyjaciele Fingala, bo noc 
dokoła, ażeby się zbudzili z mocą do bitAvy przeciw 
wozokotczemu Latmonowi. Słyszę zgiełk jego woj- 
ska, niby grzmot na dalekiem błoniu. Ossjanie i pięk- 
nowłosy Gaulu, jesteście młodzi i skorzy w pokole- 
niu; zważajcie nieprzyjaciół z owego lesistego wzgó- 
rza. Jednak nie zbliżajcie się do niego, bo wasi oj- 
cowie nie będą blizko, aby wam pomogli. Niech wa- 
sza sława nie upada na ])oczątku. Odwaga młodości 
może zawieść.* 

Wysłuchaliśmy z radością słów wodza. Odeszliśmy 
we dźwięku zbroi. Nasze kroki dążyły ku lesistemu 
wzgórzu. Niebo gorzało wszystkiemi gwiazdami. 
Ogniojawy śmierci ulatywały nad i)olem. Daleki gwar 



*) Morni obawiał się, ażeby pieśń ])ar(la nie wzno- 
wiła w pamięci Fingala nieprzyjaźui, jal<a trwała mię- 
dzy Fingala ojcem a Mornim. 



172 PIEŚNI 08SJANA 



nieprzyjaciela dosięgał naszego ucha. Wtedy Gaul 
odezwał się w swojej waleczności, a jego ręka miecz 
obnażała: 

»Synu Fingala« mómł, » czemuż wre Gaulowa 
dusza ? Moje serce mocno uderza. Moje kroki plączą 
się; ręka drży na mieczu. Kiedy spojrzę na nieprzy- 
jaciela, moja dusza przede mną jaśnieje. Widzę jego 
wojsko śpiące. Czy tak drżą dusze walecznych w bi- 
tme oszczepów ? Jakżeby się podniosła dusza Mor- 
niego, gdybyśmy się rzucili na nieprzyjaciela! Nasza 
sława zaświtałaby w pieśniach. Nasze kroki byłyby 
okazałe w oczach walecznego. « 

»Synu Morniego« odpowiedziałem, »bój rozwesela 
moją duszę. Miło mi zajaśnieć samemu w bitwie 
i swoje imię podać bardom. Ale gdyby nas teraz 
nieprzyjaciel pokonał ? Mógłżebym ujrzeć oczy kró- 
lewskie ? Straszne są one, kiedy się rozgniewają, 
podobne do płomienia śmierci. Ale nie ujrzę ich za- 
palczywości. Ossjan zAvycięźy albo polegnie. Ale czy 
sława pokonanych powstanie ? Nikną oni, jak cień; 
ale powstanie sława Ossjana. Jego czyny zrównają 
czynom ojców. Śpieszmy, synu Morniego, w naszych 
zbrojach; śpieszmy do walki. Gaulu, jeżeli powrócisz, 
pójdź do wzniosłych sal Selmy. Pomedz Eweralinie, 
że ze sławą poległem; zanieś ten miecz córce Branna. 
Niech go da Oskarowi, kiedy przyjdą jego lata mło- 
dzieńcze. <' 

»Synu Fingala* odpowiedział Gaul z westchnie- 
niem, » jaz bym powrócił, kiedy Ossjan zginie? Coby 
powiedział mój ojciec, co Fingal, król mężów ? Lęk- 
liwi zwróciliby na mnie oczy i mówiliby: Oto Gaul, 
który zostawił swego przyjaciela we krwi. Nie uj- 
rzycie mię, lękliwi, chyba sławą otoczonego. Ossja- 
nie, słyszałem od mojego ojca o mocarskich dziełach 
rycerzy, o ich mocarskich dziełach, kiedy sami byli; 
bo w niebezpieczeństwie podnosi się dusza. « 



173 



»Synu Morniego« odpowiedziałem, i szedłem przo- 
dem po błoniu, »nasi ojcowie ocenią naszą odwagę, 
kiedy z upadku smucić się będą. Promień radości 
ocknie się w ich duszach, kiedy oczy napełnią się 
łzami. Powiedzą oni: sjmome nasi nie upadli nie- 
znani; śmierć wokrąg rozpostarli. Ale dla czego myś- 
leć o ciasnym domie ? Miecz broni walecznego; ale 
śmierć ściga ucieczkę lękliwych, a o jego sławie nikt 
nie usłyszy. « 

Pośpieszyliśmy śród nocy; przyszliśmy nad szum 
strumienia, który błękitne łoże wokrąg nieprzyja- 
ciela zataczał, przez drzewa, które brzmiały jego 
szumem. Przyszliśmy nad brzeg tego strimiienia i uj- 
rzeliśmy śpiące wojsko. Pogasły ich ogniska na rów- 
ninie; samotne kroki warty daleko były. Wyciągną- 
łem przed siebie oszczep, ażeby strumień przesadzić, 
ale Gaul porwał mię za rękę i rzekł słowami wa- 
lecznego : 

»Maź syn Fingala rzucić się na śpiące wojsko ? 
Maż przyjść jak wicher nocny, kiedy niewidomie 
wywraca młode drzewa ? Nie tak Fingal pozyskał 
sławę; nie za takie spraA^y cześć mieszka przy si- 
wych włosach Morniego. Uderz, Ossjanie, uderz w tar- 
czę bitwy; niech się ockną tysiące. Dozwól Gaulowi 
w jego pierwszej bitwie walczyć, ażeby doświadczył 
siły swojego ramienia.* 

Ucieszyła się moja dusza wojownikiem i łzy mi 
trysnęły. » Nieprzyjaciel ma się z Gaulem zmierzyć « 
rzekłem; » sława sjTia Morniego ma się podnieść. Jed- 
nak, mój rycerzu, nie puszczaj się za daleko, niech 
twoje żelazo iskrzy się blizko Ossjana. Połączmy na- 
sze ręce. Gaulu, czy ^vidzisz owę skałę ? Siwy jej 
wiszar połyska we świetle gwiazd. Gdyby nieprzyja- 
ciel przemagał, oprzemy o nią nasze plecy. Wtedy 
będą się bali zbliżyć do naszych oszczepów, bo w na- 
szych rękach śmierć będzie. « 



174 PIEŚNI 0S8JANA 



Uderzj^łem trz}^ razy we dźmęczną tarczę; po- 
rwał się zbudzony nieprzyjaciel. Puściliśmy się we 
dź^^^ęku zbrój naszych. Zmieszane ich kroki umknęły 
na błonia. Myśleli, że tam był potężny Fingal. Moc 
ich ramion opadła. Zgiełk ich ucieczki podobny był 
do trzasku ognia, który szumi w zawichrzonych la- 
sach. 

Wtedy wyleciał oszczep Gaula we swojej sile 
i miecz się jego podniósł. Poległ Kremor i Let po- 
tężny. Duntarmo rzuca się we krwi. Wierci żelazo 
w boku Kro ty, kiedy z łoża na oszczepie wstawał; 
czarny strumień prysnął z rany i zaskmerczał na 
AviDÓłprzygasłym dębie. Katmin ujrzał za sobą kroki 
rycerza, lezie na opalone drzewo; ale oszczep z tyłu 
go przebił. Spadł, krzycząc i charcząc. Mech i uschłe 
konary zleciały za nim i okryły błękitną zbroję 
Gaula. 

Te były sprawy syna Morniego w jego pierwszej 
bit\\de. I przy twoim boku miecz nie spał, ostatni 
z rodu Fingala! Ossjan pędził naprzód we swojej 
sile, padał lud przed nim, jak trawa przed prętem 
chłopca, kied}^ gwiżdże wzdłuż łanów i ścina siwe 
bródki ostu. Bezpiecznie przechodzi młodzieniec, 
a kroki jego ku puszczy zmierzają. 

Ocknął się wkoło nas szary poranek i kręty stru- 
mień zajaśniał wzdłuż błonia. Nieprzyjaciel skupił 
się na wzgórzu, a gniew Latmona zawrzał. Pełen 
wściekłości, spuścił na dół pałające oko i milczał we 
wschodzącej zgryzocie. Często po ^yypukłej tarczy 
uderzał, a kroki jego po błoniu błędne były. Ujrza- 
łem dalekie zasępienie rycerza i rzekłem do syna 
Morniego : 

»Wozokotczy wodzu Strumonu, czy widzisz nie- 
przyjaciela ? Zgromadza się on rozjadły na wzgórzu. 
Wróćmy się do króla. Powstanie on we swojej mocy 
i zniszczy wojsko Latmona. Wojo-s\aiiku, otoczyła nas 



175 



sława. Rozradują się oczy starców. Ale ustąpmy, 
synu Morniego, Latnion schodzi ua wzgórza.* 

» Niech więc nasze kroki będą powolne « odpo- 
wiedział Gaul pięknowłosy, » ażeby wi-ogi nie powie- 
działy z uśmiechem: patrzajcie wojowników nocy. 
Są oni, jak duchy, straszni w ciemnościach; znikają 
przed promieniami poranku. Ossjanie, weź tarczę 
Gormara, który poległ od twojego oszczepa. Niech 
się ucieszą starzy bohaterowie, ujrzawszy sprawy swoich 
synów. « Gdyśmy to mówili, na błoniu do Latmona wo- 
zokotczego przybył Sulmat, Sulmat, wódz Duty, nad 
czarnonurt3'^m strumieniem Duwranny. » Czemu, synu 
Nuata, nie idziesz naprzód z tysiącem swoich ryce- 
rzy ? Czemu nie schodzisz z wojskiem, zanim avojow- 
nicy ustąpią ? Błękitne ich zbroje promienia budzą- 
cem się światłem, a ich kroki przed nami są na bło- 
niu.* 

»Synu słabej ręki« rzecze Latmon, »jakźe ma zejść 
moje wojsko ? Oni we dwóch tylko, synu Duty, a ty- 
siąc miałoby wznieść swoje miecze ? Smuciłby się 
Nuat w swojej sali, że tak sławę stracił. Jego oko 
odwTÓciłoby się od Latmona, gdyby się zbliżało stą- 
panie nóg jego. Idź do tych rycerzy, wodzu Duty, 
bo widzę szlachetny krok Ossjana. Jego sława godna 
mojej stali. Wyzmj go do walki z Latmonem.« 

Przybył szlachetny Sulmat. Ucieszyłem się sło- 
wami króla. Podniosłem tarczę na ramię, a Gaul dał 
w moją rękę miecz Morniego. Wróciliśmy nad szem- 
rzący strumień; Latmon w swojej sile przyszedł. Za 
nim płynęło, jak obłok, jego wojsko; ale syn Nuata 
stalą jaśniał. 

»Synu Fingala« rzecze rycerz, » sława twoja roś- 
nie na naszym upadku. Wielu z mojego ludu po- 
legło od twojej ręki, królu mężó\\'! Ciśnij że teraz 
swój oszczep na Latmona i obal Nuatowego syna. 
Obal go przed jego ludem, albo sam polec musisz. 



176 PIEŚNI 0S8JANA 



Nigdy nie powiedzą na moich salach, że moi wojow- 
nicy polegli przed mojem obliczem, że polegli przed 
obliczem Latmona, podczas gdy miecz spoczywał przy 
jego boku. Błękitne oczy Kuty z poza łezby patrzały, 
a jej kroki byłyby samotne na dolinach Dunlatmonu,« 

» Nigdy nie powinni mó^\'ić« odpowiedziałem, »źe 
S}Ti Fingala ustąpił. Chociażby ciemność osłoniła jego 
kroki, Ossjan jednak nigdy nie ustąpi! Jego dusza 
mówiłaby jemu: czyż bard Selmy lęka się nieprzy- 
jaciela ? — Nie, on się nie boi nieprzyjaciela. Cie- 
szy go walka. « 

Latmon przybył z oszczepem i przeszył tarczę 
Ossjana. Uczułem w boku zimne żelazo. Dobyłem 
miecza Morniego; przeciąłem oszcze]). Jasne ostrze 
upadło, połyskując, na ziemię. Syn Nuata rozgorzał 
gniewem. Wzniósł do góry dźwięczną tarczę. Czarne 
jego oczy pałały nad nią, kiedy się pochylał, i jaś- 
niały, jak miedziana brama. Ale oszczep Ossjana 
przeszył blask obłęku i utkwił w drzewie, które za 
nim stało. Tarcza zawisła na drżącej dzidzie; Lat- 
mon jednak się zbliżał. Gaul przewid\^wał upadek 
wodza. Zastawił go tarczą, zaczem miecz mój, pro- 
mień światła, spadł na króla Dunlatmonu. 

Latmon ujrzał syna Morniego. Łza puściła się 
z jego oka. Cisnął miecz ojców na ziemię i przemó- 
■s^ił słowami walecznego: »Na cóżby Latmon miał 
walczyć przeciw pierwsz\nn ze śmiertelnych ludzi ? 
Wasze dusze są promieńmi nieba; wasze miecze — 
płomieniami śmierci. Któż potrafi zrównać sławie ry- 
cerzy, których młodzieńcze dzieła są tak wielkie ? 
O gdybyście byli w salach Nuata, w zielonem miesz- 
kaniu Latmona, — ^vtenczas mój ojciec powiedziałby, 
że syn jego nie przed słabemi ustąpił. Ale któż to 
idzie potężnjTn strumieniem po brzmiącem błoniu ? 
Małe wzgórza drżą przed nim; tysiączne duchy na 
IJromieniach jego stali, duchy tych, którzy polegli 



177 



z ręki króla rozgłośnego Morwenu. Szczęśliwy jesteś, 
o Fingalu! Twoi synowie będą walczyli w twoich 
bitwach. Idą przed tobą i powracają krokami sławy. « 

Fingal przybył w swojej łagodności, ciesząc się 
skrycie ze spraw swojego syna. Wesoło jaśniały lica 
Morniego; stare oko słabo pozierało z poza łez uciechy! 

Przybyliśmy do sal Selmy. Obsiedliśmy ucztę konch. 
Przyszły do nas dziewice pieśni i w^dzięcznie zapło- 
niona Eweralin. Czarny włos opłj-wał śnieżne jej 
plecy, a oko ukradkiem poglądało na Ossjana. Po- 
trąciła dźwięczną arf ę, a my błogosła^vili córce Branna. 

Fingal powstał z miejsca i przemówił do Lat- 
mona, króla oszczepów. Drżał przy jego boku miecz 
Trenmora , kiedy podnosił potężne ramię, »Synu 
Nuata,« mówił, »dla czego w Morwenie szukasz sławy? 
My nie należymy do rodu lękliwych, ani nasz miecz 
nie błyska nad słabemi. Kiedyż przj'chodziliśmy do 
Dunlatmonu z wojenną wrzawą ? Fingala nie cieszy 
bitwa, chociaż jego ramię jest mocne. Moja sława 
^vyrasta z upadku pysznego. BłyskaA\ica mojej stali 
goni śmiałka we zbroi. Poczyna się bitwa — i wstają 
groby walecznych, groby mojego ludu powstają. 
O moi ojcowie, a w końcu ja sam jeszcze pozostać 
muszę. Ale sła\\Tiym pozostanę, a odejście mojej du- 
szy powinno być strumieniem ś\viatła! Latmonie, wra- 
caj do swojego siedliska. Na inne krainy skieruj 
swoje bitw}'. Ród JMorwenu jest sławny; jego wrogi 
są synami nieszczęścia!* 



PISMA OOSZCZYNSKIEGO. II. 



12 



ŚMIERĆ KUTULINA. 



Następna powieść ma w oryginale tytuł: Duan loch Leigo 
t. j. powieść Lęgu, bo na brzegach tego jeziora odb^-Ia 

się śpiewana tu bitwa. 
Kutulin był opiekunem młodego Kormałia, liróla Te- 
mory w północnej Irłandji. Torlat, jeden z wodzów Ir- 
landji południowej z plemienia Firbolgów czyli brytań- 
skich Bolgów, napadł Kormaka. Wyciągnął przeciw niemu 
Kutulin z wojskiem, wydał mu bitwę nad Lęgiem, po- 
bił jego wojsko i samego Torlata na miejscu położył, ale 
za gwałtowny w ściganiu, został raniony strzałą i naza- 
jutrz umarł. 

Wiatrźe to na tarczy Fiugala ? Czy na mojej 
sali głos upłynionych czasów ? Śpiewaj, słodki gło- 
sie, bo wdzięczny jesteś. Ty noc moją w radości 
unosisz. Śpiewaj, o Bragelo, córko wozokotczego Sor- 
glana ! 

»To nie żagiel Kutulina; to biała fala pod skałą. 
Często za żagiel kochanka biorę tuman, kiedy się 
wokrąg ducha podnosi i na wdatr szare kłęby roz- 
wija. Czemuż się ociągasz z przybyciem, synu szla- 
chetnego Semy ? Czwarty raz po-^^Taca już jesień 
z wiatrami i podnosi morze Togormy od czasu, jak 
przebywasz we wrzawie bitew i zdała od Brageli. 
O wzgórza mglistej wyspy! kiedyż się odezwiecie 



ŚMIERĆ KITTULINA 179 



szczekaniem psów jego? Ale ^vy zachmurzone. Smut- 
na Bragela daremnie woła. Noc się stoczyła. Opa- 
dło oblicze morza. Dzika kaczka skryła głowę pod 
skrzydło. Zasypia łania z jeleniem puszczy. Ockną 
się one rannem światłem i nad mszystym strumie- 
niem paść się będą. A moje łzy ze słońcem wracają, 
a westchnienia z nocą. Kiedyż przybędziesz we zbroi, 
o wodzu omszonej Tury ?« 

Wdzięczny głos twój w Ossjana uchu, córko wo- 
zokotczego Sorglana! Ale powróć do sali konch, do 
płomienia żarzącego się dębu. Słyszysz ten łoskot 
morza ? Burzy się przy murach Dunskaju; niech 
sen spadnie na twoje błękitne oczy. Niech rycerz 
do snów twoich przybędzie. 

Kutulin siedział przy jeziorze Lęgu, przy ciem- 
nofalich wodach. Noc otacza rycerza. Jego tysiące 
rozsypane po błoniu. W ich pośrodku sto dębów go- 
reje. Szeroko uczta konch dymi. Karril uderza w arfę 
pod drzewem. Siwe jego kędziory lśnią się łuną 
ogniska. Świst nocnego wietrzyka rozwiewał sędziwe 
włosy. 

Pieśń jego z błękitnej Togormy o przyjacielu 
wodza jego Kutulina: 

» Czemuż cię niema, Konnalu, we dniach chmu- 
rzącej się burzy ? Wodzowie południa zmówili się 
na wozokotczego Kormaka. W żaglach trzymasz wia- 
try. Opływają cię modre twoje wody. Ale Kormak 
nie sam. Syn Semy walczy w jego bitwach. Syn 
Semy, postrach cudzoziemców, walczy w jego bi- 
twach. Jest on jak wyziew śmierci, płynący zwolna 
na spiekłych wiatrach. Słońce krwawi się przed nim, 
ludy wokrąg upadają. « 

Taka była pieśń Karrila, kiedy się ukazał syn 
nieprzyjaciela. Trzy razy schylił tępy swój oszczep 
i oddał słowo od Torlata, wodza rycerzy z nad pias- 
czystych zdrojów Lęgu. Przyprowadził on tysiące do 

12* 



180 PIEŚNI OSSJANA 



walki z wozokotczym Kormakiem, Kormakiem, który 
daleko w rozgłośnych salach Temory przebywał. 
Uczył się tam naciągać łuk ojców i oszczepem ro- 
bić. Niedługo robiłeś oszczepem, miły promieniu mło- 
dości! Śmierć ponura stała za tobą, podobna zaćmio- 
nej połome księżyca za rosnącem ś\\aatłem. 

Kutulin powstał przed barda, którego prz}'słał 
szlachetny Torlat. Podał mu konchę uciechy. Uczcił 
syna pieśni. »Łagodny głosie Legu!« rzekł, » jakież 
są słowa Torlata ? Czy na ucztę naszą, czy do walki 
przychodzi wozokotczy syn Kanteli ?« 

»Do walki przychodzi « bard odpowiedział, »na 
brzmiące spotkanie oszczepów. Skoro poranek zasza- 
rzeje nad Lęgiem, Torlat rozpocznie bitwę w doli- 
nie. Chceszźe przeciw niemu stanąć z orężem, królu 
mglistej wyspy ? Straszny jest oszczep Torlata; jest 
on ogniojawem nocnjTn. Podniesie go, a ludy padają. 
Śmierć siedzi w błyskawicy jego miecza. « 

»A jaź lękam się oszczepa wozokotczego Tor- 
lata ? Waleczny on, jak tysiąc rycerzy, ale i moją 
duszę wojna rozwesela. Nie spocz\"wa miecz przy 
Kutulina boku. Śpiewaku przeszłości, poranek spotka 
się ze mną w dolinie i zaświta na błękitnej zbroi 
syna Semy. Ale ty, o bardzie, usiądź na błoniu i daj 
nam swój głos usłyszeć. Podziel z nami konch ucie- 
chę i śpiewów Temory posłuchaj!* 

»Nie pora« bard odpo^\iedział, »słuchać pieśni 
uciech, kiedy mocarze gotują się do walki jak po- 
tęga bałwanów Legu.« 

» Czemuś tak zachmurzona, Slimoro, lasami mil- 
czącemi ? Żadna gwiazda nie drży na twoim A\derz- 
chołku. Żadnego promyka od księżyca na twoim boku. 
Ale są tam ogniojawy śmierci, szare, wilgotne po- 
stacie duchów. Czemuźeś tak zachmurzona, Slimoro, 
lasami milczącemi ?« 

Odszedł przy dź^Węku swojej pieśni. Karril towa- 



ŚMIERĆ KUTULINA 181 



rzyszył jego głosowi. Granie ich podobne było spom- 
nieniom ubiegłych uciech, miłjan dla duszy i smut- 
nym. Duchy pomarłych bardów przysłuchiwały się 
im ze stoków Slimory. Łagodne dźwięki rozchodziły 
się po lesie. Radowały się milczące, ciemne doliny. 
Tak kiedy Ossjan podczas dnia cichego siedzi w do- 
linie świeżego powiewu, przychodzi do jego ucha 
brzęk leśnej pszczoły; nieraz unosi go wietrzyk 
w swoim locie, ale brzęk wdzięczny znowu powraca. 
Słońce patrzało jeszcze na pola, cień pagórków przy- 
rastał. 

» Podnieście* rzekł Kutulin do stu swoich bar- 
dów, » pieśń szlachetnego Fingala, pieśń, której słu- 
chał podczas nocy, kiedy łzy spocz^Tiek jego mie- 
szały, kiedy oddaleni bardowie w arfy uderzali, 
a słabe światło na murach Selmy błyszczało. Albo 
niech się smutek Lory odezwie i westchnienie matki 
Kalmara, kied}^ go daremnie szukała na jego pagór- 
kach, kiedy na sali jego łuk postrzegła! Karrilu! 
oprzyj tarczę Kaitbata o tę gałąź, postaw bHzko 
dzidę Kutulina, aby zgiełk walki rozpoczął się ze 
szarym promieniem wschodu. « Rycerz wsparł się na 
tarczy ojców; zaczęto pieśń Lory. Stu bardów sie- 
działo wdali. Karril tylko był przy wodzu. Jego 
były słowa pieśni; dźwięki jego arfy pełne żałoby. 

»Alkleto siwowłosa, matko wozokotczego Kal- 
mara, dla czegóż poglądasz ku puszczy, upatrując 
powrotu syna ? Czerniejący tam na błoniu to nie 
jego rycerze. Nie głos to Kalmara. To las daleki, 
Alkleto, to szum górskiego wiatru*. Któż się to na- 
chyla nad strumieniem Lory, siostro szlachetnego 
Kalmara ? Czy Alkleta oszczep jego widzi ? Ale jej 
wzrok słaby. Nie synże to Maty, córko mojej mi- 
łości ?« 

»To dąb stary, Alkleto « odpoAviedziała mile pła- 
cząca Al ona; »to tylko dąb, Alkleto, nachyla się nad 



182 PIEŚNI 088JANA 



strumień Lon*. Ale któż to idzie doliną ? W jego 
krokach smutek. Trzcina do góry dzidę Kalmara, — 
Alkleto! na niej krew.« 

»Ale krew nieprzyjaciela, siostro wozokotczego 
Kalmara! Nigdy nie po^\Tacał jego oszczep krwią 
zbr^zgany, ani łuk jego z walki mocarzów. Kończy 
się w jego obliczu bitwa. On jest płomieniem śmierci.* 

» Młodzieńcze smutnych kroków, gdzie jest syn 
Alklety ? Powracaź on ze sławą pośrodku dźwięcz- 
nych tarcz swoich ? Posępny jesteś i milczysz. Więc 
Kalmar już nie żyje. Nie mów mi, wojo^^aiiku, jak 
poległ. Nie mogę słyszeć o jego ranach! Czegóż 
poglądasz ku puszczy, matko wozokotczego Kal- 
mara ?« 

Taka była pieśń Karrila, kiedy Kutulin leżał na 
swojej tarczy. Spoczęli bardowie na arfach. Opadł 
sen łagodny. Tjdko s\ti Semy czuwał. Dusza jego 
zajmowała się wojną. Płonące dęby zaczęły gasnąć. 
Mdły blask czerwona\^y strzelał dokoła. Słaby głos 
dał się słyszeć; duch Kalmara przybył. Chwiał się 
posępnie na promieniu. W boku czerniła się rana. 
W nieładzie był jego włos nastroszony. W obliczu 
blada radość. Zdawało się, że wabił Kutulina do 
swojej pieczary. 

»Synu chmm-nej nocy« rzekł, podnosząc się, wódz 
ErjTiu, » duchu wozokotczego Kalmara, czemu skła- 
niasz ku mnie czai*ne oczy ? Czy chcesz mię odstra- 
sz}^ć, o synu Maty, od bitew Kormaka ? Ręka twoja 
nie była słabą na wojnie, ani twój głos dla pokoju. 
Jakże się zmieniłeś, wodzu Lory, jeśli mię do cof- 
nięcia się namamasz! Ale ja, Kalmarze, ja nigdy 
nie uciekam. Nigdy się nie lękam duchów nocy. Mała 
ich wiadomość, słaba ręka, a mieszkanie na wiatrach. 
Ale dusza moja rośnie w przygodzie i raduje się ło- 
skotem stali. Ustąp do swojej pieczary. Nie jesteś 



ŚMIERĆ KUTULINA 183 



ty duchem Kalmara. Jego cieszyły bitwy, jego ra- 
mię równało się piorunowi niebios.* 

Oddalił się na wiatrach z radością, bo usłyszał 
głos swojej sła^v}^ Ocknął się mdły promień poranku. 
Rozległ się dźwięk tarczy Kaitbata. Zeszli się wo- 
jownicy zielonego Erynu, jak szum wielu strumieni. 
Wojenny róg zagrał nad Lęgiem; potężny Torlat 
przybył. »Po co przechodzisz z tysiącami, Kutulinie?« 
odezwał się wódz Lęgu. »Znam siłę twojego ramie- 
nia. Dusza twoja jest płomień nieugaszony. Dla cze- 
góż sami nie walczymy w dolinie i nie pozwalamy 
rycerzom przypatrywać się naszym sprawom ? Niech 
patrzą na nas, jak na ryczące bałwany, co do skały 
szturmują. Żeglarz wstecz ucieka i z bojaźnią po- 
gląda na tę walkę. « 

» Wschodzisz ty jak słońce w mojej duszy « od- 
powiedział syn Semy. » Potężne jest ramię twoje, 
o Torlacie, i godne mojego gniewu. Odstąpcie, mę- 
żowie Erynu! na mroczne stoki Slimory. Patrzcie na 
wodza ErjTiu w dniu jego sła^vy. Karrilu, powiedz 
potężnemu Konnalowi, jeśli Kutulin upadnie; powiedz 
mu, że narzekałem na wiatry, które szumią po fa- 
lach Togormy. Nigdy się on nie oddalał od bitwy, 
kiedy się walka mojej sławy podnosiła; niech miecz 
jego, jak niebieski promień, podniesie się dla Kor- 
maka; niech na dniu przygody rady jego zabrzmią 
w Temorze.« 

Rzucił się z łoskotem zbroi, jak straszliwy duch 
Lody, kiedy nadchodzi w szumie tysiąca nawałnic 
i bitwy ze swego oka wytrząsa. Siedzi na chmurze 
nad morzem Lochlinu. Jego potężna ręka na mieczu. 
Wiatr unosi płomienne kędziory. Jego mroczne obli- 
cze jak półświatło ubywającego księżyca. Rysy twa- 
rzy mieszają się w ciemności. Tak straszny był Ku- 
tulin w dniu swojej sławy. Poległ Torlat z jego 
ręki. Jęknęli rycerze Lęgu. Otoczyli wodza, niby 



184 PIEŚNI OSSJANA 



chmury pustĄ-ni. Tysiąc mieczów naraz dobyto, ty- 
siąc strzał wyleciało; ale on stoi, niby skała w środku 
ryczącego morza. Padli dokoła; ou odszedł we krwi 
cały. 

Zabrzmiała echem czarna Slimora. Przybyli sy- 
nowie Erynu. Rozwinęła się bitwa nad Lęgiem. Wódz 
Erynu zwyciężył. Powrócił ze sławą polem bitwy. 

Ale powrócił blady. Posępna radość jego oblicza. 
Milcząc, wodził oczami. Miecz obnażony Avisiał w ręku. 
Za kaźd}Tn krokiem podpierał się oszczepem. 

»Karrilu!« rzekł król na stronie, » przeszła moc 
Kutulina! Dni moje należą już do lat upłynionych. 
Poranek już mię nie przebudzi. Będą mię szukać 
w Temorze i nie znajdą. Kormak zapłacze na sali 
i spyta: gdzie jest wódz Erynu? Ale wsławione moje 
imię, moja sława u bardów. Młodzieniec będzie mó- 
wił do siebie: obym umarł jak Kutulin! Cześć ota- 
cza go, jak szata. Wielki blask jego sławy. — Wy- 
ciągnij strzałę z mojego boku i złóż mię pod owym 
dębem. Zostaw tu także tarczę Kaitbata, aby mię 
widziano pośród zbroi ojców. « 

» Także to ginie syn Semy ?« rzekł Karril, wzdy- 
chając. » Smutne są teraz ściany Tuiy. Żal mieszka 
przy Dunskaju. Samotna za młodu twoja żona. Sa- 
motny syn twojej miłości. Przyjdzie on do Brageli 
i spyta się jej, czego płacze. Podniesie oko na ścianę 
i ujrzy miecz ojca. Czyj to miecz ? zapyta i zasmuci 
duszę matki. Któż to podobny jeleniom puszczy tę- 
tentem swojego pędu ? Oko jego dziko błyska do- 
koła; szuka przyjaciela. Konnalu, synu Kolgara, gdzież 
byłeś, kiedy mocarz upadł ? Czy cię morza Tegormy 
zalały ? Czy południowe wiatry były w twoich żag- 
lach ? Mocarz upadł w bitwie, a ty tam nie byłeś. 
Nie mów tego w Selmie, nie mów tego w lesistej 
ziemi Morweuu. Smuciłby się Fingal; narzekaliby sy- 
nowie puszczy. 



ŚMIERĆ KUTUŁINA 185 



Przy błękitnonurtym Lęgu usypano grób rycerza. 
Luat, towarzysz łowów Kutulina, spoczął obok niego. 
Pieśń bardów podniosła się nad umarłym: »Cześć 
twojej duszy, synu .Semy! Potężny byłeś w boju. 
Moc twoja niby moc potoku, twój pęd jak polot orła. 
Straszna była ścieżka twoja w bit\\de. Za mieczem 
szły kroki śmierci. Cześć tv,'ojej duszy, synu Semy, 
wozokotczy wodzu Dunskaju! Nie ległeś ty pod mie- 
czem mocarza. Oszczep walecznego nie zarumienił 
się krwią tAvoją. Z wiatrem przyszła strzała, jak 
żądło śmierci. « 

»Nie można się ustrzec słabej ręki, co łuk na- 
ciąga. Pokój twojej duszy w twojem podziemiu, wo- 
dzu mglistej wyspy !« 

» Rozproszeni mocarze Temory; niema nikogo w sa- 
lach Kormaka. Narzeka król młody. Nie widzi cie- 
bie, jak powracasz! Oniemiał dźwięk twojej tarczy; 
otoczyli go nieprzyjaciele. Spoczywaj mile w podzie- 
miu, wodzu wojowników Er3'nu!« 

»Bragela nie doczeka się twojego powrotu, nie 
ujrzy twojego żagla na morskiej pianie. Nie błąka 
się po brzegu, nie śledzi głosu twoich wioślarzy !« 

» Siedzi na sali konch. Patrzy na zbroję tego, 
którego już niema. Pełne łez twoje oczy, córko wo- 
zokotczego Sorglana! Cześć pośmiertna twojej duszy, 
wodzu mrocznej Tury!« 



DARTULA. 



Natos, Altos i Ardan, trzej bracia, synowie Usnota, wo- 
dza Ety i Slissamy, córki Semosa a siostry Kutulina, 
byli wyprawieni przez swojego ojca do Irlandji, ażeby 
pod okiem wuja zaprawiali się do oręża. Wysiadających 
na brzeg' Irlandji doszła wiadomość o śmierci Kutulina. 
Natos ważne czynił przysługi młodemu Kormakowi, i Ka- 
irbara. który na czele Firbolgów wciąż walczył z Kale- 
donami, pokonał w niejednej bitwie. Nakoniec Kairbar 
napadł Temorę i Kormaka zamordował. Natos umyślił 
powrócić z braćmi do Ety. Wprzódy jeszcze poznał był 
w grodzie Selamy kochankę Kairbara, Dartulę, córkę 
Kolasa, zakochał się w niej i miał wzajemność. Dartula 
wsiadła z Natosem na okręt, ale nocna burza wyrzuciła 
ich na brzeg irlandzki, właśnie blizko obozu Kairbara. 
Zaczęła się nierówna walka. Trzej bracia, otoczeni ze- 
wsząd, polegli od strzał. Dartula, trafiona także strzałą, 
skonała na kochanka zwłokach. 

Piękna jesteś, córo nieba, wdzięczne jest milcze- 
nie twojego oblicza! Przechadzasz się w krasie. 
Gwiazdy służą ci na wschodzie po modrym twoim 
szlaku. Chmur}', o księżycu, radują się w twojej 
obecności, rozjaśniają ciemnośniade swoje krawędzie. 



187 



Któż jest, jako ty na niebie, o światło milczącej 
nocy ? Przed tobą gwiazdy się płonią; odwracają 
zaiskrzone oczy. Gdzież schodzisz ze ścieżki, kiedy 
wzrasta cień twojego oblicza ? Czy i ty masz salę, 
jak Ossjan ? Czy i ty mieszkasz w cieniach smutku ? 
Czy twoje siostry upadły z nieba ? Czy niema już 
tych, które się z tobą w nocy radowały ? Tak, upa- 
dły one, o piękne światło! a ty często do smutku 
powracasz! Ale i ty może przepadniesz kiedyś dla 
nocy i opuścisz modrą na niebiosach dziedzinę. Wtedy 
gwiazdy podniosą głowy swoje, i te, co się dzisiaj 
płonią, radować się będą. Jeszcześ osłoniona jasno- 
ścią! Wyjrzyj że z bram powietrznych. Rozpędź chmury, 
o wietrze, ażeby córka nocy wyjrzała, ażeby mroczne 
góry zaświtały, a ocean potoczył w blasku białe 
bałwany ! 

Natos jest na głębinie i Altos, promień mło- 
dości. Ardan przy swoich braciach. Płynęli w mroku 
żeglugi. Synowie Usnota odpływali w cieniach przed 
gniewem Kairbara Erynu. Któż to majaczy przy ich 
boku ? Noc pokryła jej krasę. Wiatrem oceanu wzdy- 
cha kędzior. Jej odzież spływa w ciemnych fałdach. 
Wygląda jak piękny duch nieba av mrocznym tu- 
manie. Któż to, jeśli nie Dartula, pierwsza z dziewic 
Erynu ? Ucieka przed miłością Kairbara z błękitno- 
tarczym Natosem. Ale wiatry zawodzą ciebie, Dar- 
tulo! Zaprzeczają twoim żaglom lesistej Ety. Nie są 
to góry Natosa, ani szum kłębiących się jego wałów. 
Blizkie są Kairbara sale; wieże nieprzyjaciela podno- 
szą swoje głowy. Eryn wyciągnął zieloną głowę nad 
morze. Zatoka Tury przyjęła okręt. Gdzieżeście były, 
południowe wiatry, kiedy się omylili synowie mojej 
miłości ? Igrałyście wtedy po dolinach, goniłyście 
bródkę ostu. O gdybyście zagwizdały w żagiel, ażby 
się podniosły pagórki Ety, ażby się w chmurach 
swoich podniosły i ujrzały wracających wodzów! 



188 PIEŚNI OS8JANA 



Długo, O Natosie, nieobecny byłeś: dzień twego po- 
wrotu już minął! *) 

Ale w kraju cudzoziemców miłym się wydałeś, mi- 
łym w oczach Dartuli. Oblicze twoje było jak blask 
poranny. Twój włos jak krucze skrzydła. Twoja du- 
sza szlachetna i łagodna, jak chwila zachodzącego 
słońca. Twoje słowa były szelestem trzciny, szeple- 
niącym strumieniem Lory. Lecz kiedy zajadłość walki 
powstała , wted}" byłeś jak morze w nawałnicy; 
straszny był twojej zbroi łoskot; przy grzmocie two- 
jego pędu wojska znikały. Takim widziała ciebie 
Dartiila z \vierzchołka mszystej wieży, z Avieży nad 
Selamą, gdzie jej ojco\We mieszkali. 

»Miły jesteś, o cudzoziemcze!* mówiła ona, bo 
się ocknęła drżąca jej dusza; » piękny jesteś w bi- 
twach, przyjacielu upadłego Kormaka! Po co ciśniesz 
się naprzód w swojej odwadze, młodzieńcze surowego 
spojrzenia ? Mało jest rąk twoich do bitwy z ciem- 
noczołym Kairbarem. O gdybym mogła uwolnić się 
od jego miłości i radować się przy Natosie! Szczę- 
śliwe skały Ety! One będą widziały polujący krok 
jego, będą widziały jego pierś białą, kiedy wiatr 
podniesie pływające włosy. « 

Takie były twoje słowa, Dartulo, w omszonych 
\Ndeźach Selamy. Teraz noc ciebie otacza. Wiatry 
oszukały twój żagiel, Dartulo. Dzwoni w górze ich 
g-^'izdanie. Umilknij na chwilkę, o wietrze północny! 
Niech usłyszę głos kochanków. Miły jest głos twój, 
Dartulo, między wyjącym wichrem. 

»Czy to skały Natosa ? Czy to szum górskich 
jego potoków ? Czy ten promień ś^viatła przybywa 
z nocnej sali Usnota ? Mgły ciągną zewsząd; pro- 



*) Wiara av przeznaczenie. Natos miał tylko dzień je- 
den, w którym przeznaczono mu było wrócić do Ety, 
a ten dzień właśnie upłynął. 



189 



mień słaby i daleki! Ale światło dla duszy Dartuli 
mieszka w wodzu Ety. Synu szlachetnego Usnota, 
skąd to nagłe westchnienie ? Czy my w kraju ob- 
cych, AYodzu rozgłośnej Ety ? « 

»Nie są to skały Natosa« odpowiedział, »ani szum 
jego potoków. Nie dochodzą tu światła sal Ety, bo 
są daleko. Jesteśmy w kraju obcych, w kraju okrut- 
nego Kairbara. Oszukały nas wiatry, Dartulo. Tu 
Eryn podnosi swoje wzgórki. Idź, Altosie, ku pół- 
nocy. Ardanie, weźmij się brzegiem, ażeby nieprzy- 
jaciel nie podszedł nas w ciemności i nie zniszczył 
naszej nadziei do Ety. Ja pójdę ku owym wieżom 
omszonym zobaczyć, kto przy tem świetle mieszka. 
Dartulo! ty zostań przy brzegu i bądź spokojną, 
luby mój promieniu! Miecz Natosa otacza ciebie, jak 
błyskawdca niebios ! « 

Odszedł. Sama usiadła i przysłuchiwała się ry- 
czącym wałom. Pełne łzy stoją jej w oku. Wygląda 
■wTacającego Natosa. Dusza jej lęka się wichru. Nad- 
stawiała ucho ku stąpaniu jego kroków. Nie słyszy 
stąpania. » Gdzież jesteś, synu mojej miłości? Ryk bu- 
rzy mnie okrąża, czerni się noc chmurna, a Natos 
nie powraca! Cóż cię zatrzymuje, wodzu Ety? Czy 
nieprzyjaciele zastąpili rycerza w nocnym pochodzie ?« 

Powrócił, ale posępne było jego oblicze. Widział 
umarłego przyjaciela. Były to gmachy Tury. Duch 
Kutulina błąkał się przy nich. Częste było wzdy- 
chanie jego piersi, a straszny, A\-półprzy gasły pło- 
mień jego oka. Oszczep jego był słupem tumanu. 
Gwiazdy słabo przez postać świeciły. Głos — jak pod- 
ziemny wiatr jaskini, oczy — jak dalekie światła. 
Gadał po%Weść smutku. Zasępiła się dusza Natosa, 
jak słońce na dniu mglistym, kiedy jego oblicze wil- 
gotne jest i przyćmione. »Dla czegoś, Natosie, tak 
smutny ?« zapytała miła córa Kolii; »ty dla Dartuli 
słupem światła. Wódz Ety jest radością jej oczu. 



190 P1E8N1 OSSJANA 



Któż mój przyjaciel oprócz Natosa ? Mój ojciec, moi 
bracia polegli. Milczenie mieszka w Selamie. Mo- 
dremi strumieniami mojego ki-aju płynie żałoba. Przy- 
jaciele polegli z Kormakiem. Mocarz zginął w bitwie 
Erynu. Posłuchaj, synu Usnota, posłuchaj, Natosie, 
powieści smutku! 

»Na dolinie zmierzchał się meczór. Modre stru- 
mienie ginęły z przed oczu. Błędny wiatr szumiał 
po wierzchołkach selamskich lasów. Siedziałam pod 
drzewem, na wałach mojego ojca. Koło duszy prze- 
mknął się Trutil, brat mojej miłości; co się oddalił 
na "wojnę z dunmym Kairbarem. Przybył siwokędziory 
Kolia, sparty na oszczepie. Posępne było schylone 
jego oblicze; zgryzota osiadła w jego duszy. Mecz 
hyl przy boku rycerza, na głowie szyszak ojców. 
W piersiach wschodziła bitwa; siUł się ukryć łzy 
swoje. « 

»Dartido« rzekł, » córko moja! ostatnią jesteś 
z rodu Kolii. Trutil poległ w bitwie. Wodza Selamy 
juz niema. Kairbar idzie z tysiącami ku selamskim 
wałom. Kolia stawi czoło jego dumie, pomści syna. 
Ale gdzież dla ciebie przytułek, Dartulo ciemnokę- 
dziora ? Mła jesteś, jak promień niebieskiego słońca, 
a twoi prz3'jaciele polegli!* 

»To syn boju poległ ?< rzekłam z przytłumionym 
westchnieniem, »to szlachetna dusza Trutila już nie 
jaśnieje na polach? Kolio, mój przytułek w t}Tn łuku. 
Nauczyłam się przebijać dziki, — a Kairbar nie po- 
dobnj-ź do jelenia puszczy, ojcze potężnego Trutila ?« 
Oblicze starca zajaśniało weselem. Łzy, w oku ze- 
brane, spłynęły na dół. Zadrżały wargi Kolii. Siwa 
broda gwiadała wiatrem. » Jesteś* rzekł, » siostrą 
Trutila; ty gorejesz ogniem jego duszy. Weź, Dar- 
tulo! weź ten oszczep, tę tarczę, ten szyszak lśniący; 
są to łupy wojownika, syna czerstwej młodości. Skoro 
się nad Sełamą obudzi światło, wydamy bitwę wo- 



191 



zokotczemu Kairbarowi. Ale trzymaj się ramienia 
Kolii, cienia mojej tarczy. Twój ojciec, Dartulo, po- 
trafi jeszcze ciebie zasłonić, chociaż w jego rękach 
drży starość. Przepadła moc jego ramienia. Smutek 
duszę zasępił !« 

»Niespokojnie noc nam przeszła. Ocknął się po- 
ranek. Wystąpiłam w zbroi. Przede mną szedł siwo- 
włosy rycerz. Synowie Selamy zebrali się przy jego 
dźwięcznej tarczy. Ale mało ich było na dolinie; 
a ich włosy siwe. Młodzież poległa z Trutilem w bi- 
twie wozokotczego Kormaka. 

» Przyjaciele młodości!* rzekł Kolia, » nigdy jesz- 
cze nie widzieliście mnie tak uzbrojonego. Nie by- 
łem w bitwie od czasu, jak wielld Konfadan poległ. 
I was także smutek obciąża. Ciemność lat przycho- 
dzi jak mgła pustyni. Tarczę moją zużyły lata, miecz 
wisi już na swojem miejscu *). Mómłem do duszy: 
spokojny będzie twój wieczór; twój skon jak zga- 
szone światło. Ale burza wróciła; nachylam się jak 
dąb stary. Moje latorośle poległy na Selamie, a ja 
drżę w miejscu. Gdzież jesteś z poległemi rycerzami, 
o mój luby Trutilu ? Nie odpowiadasz mi ze szu- 
miącego wichru. Dusza ojcowska w żałobie. Ale nie 
będę dłużej się smucił. Kairbar albo Kolia musi 
upaść! Czuję w sobie powrót siły. Serce moje rwie 
się za wrzawą boju.« 

» Rycerz dobył miecza. Podniosły się iskrzące 
oręże jego ludu. Szli płaszczyzną. Siwe ich kędziory 
pływały wiatrem. Kairbar siedział przy uczcie na 
milczącej dolinie Lory. Ujrzał poczet rycerzy, — 
wezwał wodzów do boju. Na cóż mam opowiadać, 
Natosie, jak bitwa powstała ? Widziałam cię opasa- 



*) U starych rycerzy był zwyczaj zawieszać na pa- 
miątkę swój oi-ęż, skoro już dla wieku nosić go nie 
mogli. 



192 PIEŚNI OSSJANA 



nego tysiącami, podobnego promieniowi niebieskiego 
ognia. Piękny on, ale straszny, a na czerwonym jego 
szlaku ludy padają. Latał oszczep Kolii. Przypom- 
niał sobie boje młodości. Świszcząc, przyleciała strzała. 
Przeszyła bok starca; upadł na dź^^^lęczną tarczę. 
Dusza moja zdrętwiała z bojaźni. Zakryłam go tar- 
czą, ale się pokazała robiąca pierś moja. Kairbar 
nadbiegł z oszczepem. Ujrzał dziewicę Selamy. Na 
czarnośniadem obliczu ocknęła się radość. Zatrzymał 
wyniesione żelazo. Usypał grób Kolii. Zaniósł mię 
płaczącą do Selmy. Gadał słowami miłości, ale du- 
sza moja była w żałobie. Ujrzałam tarczę ojca, miecz 
wozokotczego Trutila. Ujrzałam zbroję poległych; 
łzy ^\dsiały na moich jagodach. 

» Natenczas przybyłeś, o Natosie, a ponury Kair- 
bar ustąpił, jak duch pustyni przed porannym pro- 
mieniem. Wojska jego były daleko, a ramię słabe 
przeciwko twojej stali. »Czemużeś smutny, o Nato- 
sie ?« rzekła miła dziewica Kolii. »Za młodu « rzekł 
rycerz, » staczałem bitwy. Jeszcze ramię nie umiało 
w\Tabiać oszczepem, kiedy pierwsze niebezpieczeń- 
stwo powstało. Ale dusza jaśniała na mdok bitwy, 
jak zielony wąwóz, po którym słońce rozlewa stru- 
mienisty swój promień, nim głowę w burzy ukryje. 
Samotny węclro^\iec czuje posępną radość. Widzi on, 
że ciemność powoli nadchodzi. Jaśniała w przygo- 
dach dusza, pokąd nie ujrzałem krasawicy Selamy, 
pokąd jej nie ujrzałem, niby gwiazdę, która śród 
nocy nad wzgórkiem świta; podsuwa się chmura 
i zagraża miłemu światłu! 

» Jesteśmy w kraju nieprzyjaciela, Dartulo. Wia- 
try nas oszukały! Daleko jest potęga naszych przy- 
jaciół, daleko są góry Ety. Gdzież ja dla ciebie spo- 
kojność znajdę, córko potężnego Kolii ? Bracia Na- 
tosa są waleczni, i jego własny miecz w bojach po- 
łyskał. Ale czernie są synowie Usnota przeciwko 



193 



wojsku czarnolicego Kairbara ? O gdyby wiatry 
przygnały twój żagiel, Oskarze, królu mężów! Obie- 
całeś przybyć na boje poległego Kormaka. Wtedy 
moja ręka byłaby jak płomieniste ramię śmierci. 
Zadrżałby Kairbar w swoich salach i pokój by za- 
mieszkał przy miłej Dartuli! Ale, duszo moja, dla cze- 
góż upadasz ? Synowie Usnota mogą jeszcze zwycię- 
źyć!« — »I zwyciężą, Natosie!« rzekła podnosząca się 
dusza dziewicy. »Nigdy Dartula nie ujrzy sal ponu- 
rego Kairbara. Daj mi zbroję miedzianą, co się iskrzy 
1 przelotnym ogniojawem. Widzę ją na czarnopiersim 
\ okręcie. Dartula wejdzie w bój orężów. Duchu szla- 
chetnego Kolii, ciebież ja widzę na tym obłoku ? 
Któż to majaczy obok ciebie ? To wozokotczy Tru- 
til. Zobaczęż ja salę tego, który pobił wodzów Se- 
lamy ? Nie, nie zobaczę ich, duchy mojej miłości!* 
W obliczu Natosa budziła się radość, kiedy słu- 
chał białopiersiej dziewicy. » Córko Selamy! ty roz- 
jaśniasz moją duszę. PrzybyAvaj, Kairbarze, z tysią- 
cami! Powróciła moc Natosa. A ty, stary Usnocie, 
ty nie usłyszysz, że syn twój ustąpił! Pamiętam 
twoje słowa na Ecie, kiedy się mój żagiel podnosił, 
kiedym się spuszczał ku Erynowi, ku mszystym oko- 
pani Tury: »Idziesz« mówił, »o Natosie, do króla tarcz. 
Idziesz do Kutulina, wodza mężów, który w przygo- 
I dzie nigdy nie ustąpił. Niechże ramię twoje nie słab- 
nie! Nie myśl nigdy o ucieczce; niech nigdy s\Tiowie 
Semy nie po"\viedzą, że trwożliwe jest pokolenie Ety. 
Słowa ich mogłyby dojść Usnota, a jego dusza za- 
smuciłaby się w sali.« Łzy miał na twarzy... dał mi ten 
miecz błyszczący. Przybyłem do zatoki Tury; lecz 
sale Tury oniemiały. Pojrzałem dokoła, ale nie było 
nikogo, coby mi dał wiadomość o synu szlachetnego 
Semy. Wszedłem do sali konch, gdzie jego ojca 
zbroje wiszą. Ale zbroi nie było, a stary Lamhor 
we łzach siedział. » Skądże te zbroje stalowe?* rzekł 

PISMA GOSZCZyilSK EGO. II. 1 3 



194 PIEŚNI 08SJANA 

Lamhor, podnosząc się. »Blask oszczepów tak dawno 
już oddalił się od ciemnych murów Tury. Czy z bał- 
wanistego morza, czy z posępnych sal Temory przy- 
bywasz ?« — »0d morza przybywamy « rzekłem, »od 
wysokich wież Usnota. Jesteśmy synowie Slissamy, 
córki wozokotczego Semy. Gdzie jest wódz Tury, 
syn tej milczącej sali ? Ale po cóż się Natos pyta ? 
Widzę łzy twoje. Jakże upadł mocarz, syn samotnej 
Tury ?« 

»Nie upadł on« odpowiedział Lamhor, »jak mil- 
cząca gwiazda nocy, co przepłjmie mrokiem i już 
jej niema, ale jak ogniojaw, co w oddalonej ziemi 
zapada. Śmierć towarzyszy czerwonemu jego szla- 
kowi. Jest on przepowiednią wojny. Posępne są brzegi 
Lęgu i szimi strumienistej Lory. Tam, synu szla- 
chetnego Usnota, tam upadł rycerz !« — »To rycerz 
upadł śród boju« rzekłem z przytłumionem westchnie- 
niem. »Jego ręka mocna była. Mroczna śmierć sie- 
działa na mieczu !« Przybyliśmy nad brzmiące brzegi 
Lęgu. Znaleźliśmy wysoki grobowiec. Byli tam jego 
towarzysze boju i bardowie mnogich pieśni. Trzy 
dni płakaliśmy rycerza; czwartego uderzyłem w tar- 
czę Kairbara. Zebrali się rycerze z radością i wstrzęśli 
drewniane oszczepy. Korlat, przyjaciel wozokotczego 
Kairbara, blizko był z wojskiem. Przybyliśmy pod- 
czas nocy, rÓA^Tii strumienio^vi. Jego rycerze polegli; 
kiedy się lud doliny ocknął, ujrzał krew ich przy 
świetle poranku. My jednak śpieszyli, jak smugi tu- 
manu, do dziedzicznych sal Kormaka. Podniosły się 
nasze miecze w obronie króla, ale sale Temory były 
puste. Kormak poległ w swojej młodości! Nie było 
już króla Er\am. 

» Smutek objął synów Erynu. Powoli i smutnie 
ciągnęli napowrót, jak obłoki, co długo deszczem 
grożąc, giną za wzgórzem. Synowie Usnota udali się 
w smutku ku szumiącej zatoce Tury. Przeszliśmy Se- 



195 



lamę, a Kairbar umknął, jak mgła Lami, Idedy ją 
wiatry ścigają. 

» Wtedy to ujrzałem ciebie, o dziewico, jak świa- 
tło słońca Ety. Miły jest ten promień, rzekłem. Za- 
mknięte westchnienia ocknęły się w mojej piersi. Wtedy 
przyszłaś w krasie, Dartulo! do smutnego wodza 
Ety. — Ale wiatry nam skłamały, córo Kolii; nie- 
przyjaciel jest blizko!« — »Tak! nieprzyjaciel jest 
blizko!« rzekła nadchodząca moc Altosa. Usłyszałem 
na brzegu szczęk ich oręża. Widziałem ciemne pręgi 
sztandarów Erynu. Poznałem głos Kairbara, donośny, 
jak spadający strumień Kromlahu. Widział on na 
morzu czarny okręt, nim posępna noc opadła. Na 
dolinach Leny czuwa lud jego i dobywa tj-siąc mie- 
czów. — » Choćby ich dziesięć tysięcy dobyto* rzekł 
Natos z uśmiechem, » synowie wozokotczego Usnota 
nie zadrżą w przygodzie. Czegóż się poruszasz ze 
wszystkiemi pianami, mOrze Erynu ? Czegóż warczy- 
cie na czarnych skrzydłach, szumiące burze ? Czy 
myślicie, burze, że to wy zatrzymujecie Natosa na 
brzegu? Nie, dzieci nocy! Tylko jego dusza zatrzy- 
muje go tutaj. Altosie! przynieś mi zbroję ojców, 
Widzisz ją? Iskrzy się blaskiem gwiazd. Przynieś 
oszczep Semy; stoi on na czarnopiersim okręcie.* 

Altos przyniósł zbroję. Natos odział calem przej- 
rzy stem uzbrojeniem swoje członki. Nadobne było 
stąpanie wodza. Straszna jego oczu radość. Patrzał 
ku nadchodzącemu Kairbarowi. We włosach wiatr 
gwizdał. Dartula stała cicho przy jego boku. Spoj- 
rzenia jej przykute do wodza. Walczyła z wydzie- 
raj ącem się westchnieniem. Dwie łzy nabrzmiewały 
w promiennych oczach. 

» Altosie !« rzekł wódz Ety, »w owej skale widzę 
jaskinię. Zaprowadź tam Dartulę. Mocne niech bę- 
dzie twoje ramię. My, Ardanie, spotkamy się z wro- 

13* 



196 PIEŚNI OSSJANA 



giem; wyzwiemy posępnego Kairbara do Avalki. 
O! gdyby AYj^szedł we dźwięczącem żelazie naprze- 
ciw synów Usnota! Dartulo, jeśli się ocalisz, nie pa- 
trzaj na poległego Natosa. Napnij, o Altosie, żagiel 
ku brzmiącym gajom Ety. Powiedz wodzowi, że syn 
jego ze sławą poległ, że mój miecz nie zląkł się bi- 
tw}\ Powiedz mu, że upadłem pośrodku tysiąców. — 
Niech wielka będzie pociecha jego smutku. Córo 
Kolii! zawołaj dziewicę do dźwięcznych sal Ety. 
Kiedy mroczna jesień powróci, każ zanucić pieśni 
o Natosie. O gdyby głos Kony, gdyby Ossjan mógł 
się odezwać na cześć moją, wtedy rozradowałby się 
duch mój śród szumiących wiatrów !« 

I mój głos powinien cię sławić, Natosie, wodzu 
lesistej Ety. Głos Ossjana powinien się odezwać na 
cześć twoją, synu wielkomyślnego Usnota! Czemuż 
nie byłem na Lenie, kiedy bitwa powstała ? Wtedy 
miecz Ossjana byłby ciebie obronił, albo on sam 
byłby poległ. 

Siedzieliśmy w nocy na Selmie, wokrąg potężnej 
konchy. Wiatr gwizdał po dębach. Szumiał duch 
góry. Wicher oblatał salę i trącał zlekka moją arfę. 
Dźwięk był smutny i luby, jak pieśń grobu. Fingal 
naprzód go usłyszał. Ściśnione westchnienie podnio- 
sło się w jego piersi. » Jeden z moich rycerzy po- 
legł !« rzekł siwowłosy król Morwenu; » słyszę dźwięk 
śmierci na arfie. Ossjanie! porusz dźwięczne struny. 
Niechaj się smutek obudzi, ażeby duch jego z ra- 
dością wpłynął na lesiste wzgórza Morwenu. « — 
Trąciłem arfę przed królem; dż\\aęk jej był smutny 
i luby — zaśpiewałem. 

» Wychylcie się z obłoków, duchy moich ojców, 
wychylcie się! Okryjcie się zgrozą pałającego wa- 
szego lotu. Przyjmijcie poległego wodza, który przy- 
bywa z dalekiego kraju, albo od pienistego morza. 



197 



Wdziejcie na niego szatę z tumanu: utwórzcie mu 
dzidę z chmury; przypaszcie do jego boku wpół- 
zgasły ogniojaw kształtu rycerskiego miecza. A niech 
miłe będzie jego oblicze, ażeby przyjaciele radowali 
się w jego obecności. Wychylcie się z obłoków, du- 
chy moich ojców, wychylcie się!« 

Taka była pieśń moja na Selmie do lekkodrźącej 
arfy. Ale Natos był na brzegach Erynu nocą opa- 
sany. Słyszał głosy nieprzyjaciół przez łoskot tłu- 
czących się wałów. W milczeniu słuchał ich głosów 
i spoczywał na oszczepie. 

Ocknął się poranek w promieniach. Ukazali się 
synowie Erynu, podobni siwym skałom z drzevv'ami; 
rozciągnęli się wzdłuż brzegów. Pomiędzy niemi stał 
Kairbar. Dziko się uśmiechnął, kiedy nieprzyjaciela 
postrzegł. Natos wystąpił naprzód w swojej mocy. 
Dartula nie mogła się zostać; szła z rycerzem i po- 
trząsała błyszczący oszczep. A któż są ci we zbroi, 
w chlubie młodości ? SjTiowie Usnota, Altos i ciem- 
nowłosy Ardan! 

» Wystąp « odezwał się Natos, » wystąp, wodzu 
wysokiej Temory! Spotkamy się na brzegu o biało- 
piersią dziewicę. Natos nie ma przy sobie swojego 
ludu; został on za pienistem morzem. Dla czegóż 
prowadzisz tysiące na wodza Ety ? Uciekłbyś przed 
nim w spotkaniu, gdyby przyjaciele zebrali się przy 
jego oszczepie. « 

»Młodzieńcze pysznego serca! król Erynu miałby 
się potykać z tobą ? Twoi ojcowie nie są pomiędzy 
wsławionemi, nie są królami mężów. Mająż na swo- 
ich salach zbroje nieprzyjaciół lub tarcze z daw- 
nych czasów ? Kairbar wsławił się w Temorze, nie 
może walczyć ze słabemi mężami. « Łzy się rzuciły 
wozokotczemu Natosowi. Z\wócił oczy ku braciom. 
Naraz wyleciały trzy ich oszczepy. Trzech rycerzy 
upadło na ziemię. Wtedy zaiskrzył się blask ich 



198 PIEŚNI OSSJANA 



mieczów. Cofnęły się szeregi Erynu, jak czarne 
chmury przed wiatrów oddechem. 

Wtedy Kairbar dał rozkaz ludowi. Naprężono ty- 
siąc łuków, tysiąc strzał wyleciało. Synowie Usnota 
upadli we krwi. Upadli, jak trzy młode dęby, co sa- 
motnie na brzegu stały. Wędrowiec patrzy na miłe 
drzewa i dziwi się, że tak samotnie rosły; wicher 
pustyni przyszedł nocą i obalił zielone ich głowy; 
dniem później wracał wędrowiec, ale drzewa już 
zwiędły, a łan pusty został. 

Dartula stała w niemym smutku i patrzała na 
ich upadek. Spojrzenie jej dziko-smutne, blade ja- 
gody; drżące usta zdrętwiały na półsłowie. Czarny 
włos po wietrze pływał. Nadszedł posępny Kairbar. 
» Gdzież teraz twój kochanek, wozokotczy wódz Ety? 
Widziałażeś sale Usnota lub ciemne pagórki Finga- 
lowe ? Moja bitwa byłaby w Morwenie zabrzmiała, 
Dartulo! Wiatry ci nie usłużyły. Sam Fingal byłby 
poległ, a na Selmie osiadłaby żałoba. « 

Spadła tarcza z ramienia Dartuli. Odkryła się 
pierś śnieżna — odkryła się krwią zaczerwieniona! 
W boku tkwiła strzała. Upadła na poległego Na- 
tosa, jak płatek śniegu. Włos rozsypał się po twa- 
rzy. Krew się ich pomieszała. Stu bardów Kairbara 
zaśpiewało: 

»Upadłaś, córo Kolii! Milczenie przy błękitnym 
strumieniu Selamy. Zagasł ród Trutila!« 

» Kiedyż się obudzisz w krasie, pierwsza z dzie- 
wic Erynu ? Długi sen twój w grobie. Poranek 
się oddalił. Słońce nie przyjdzie do twojego łoża, 
nie powie: obudź się, Dartulo, obudź, pierwsza 
z niewiast !« 

» Szumią wiosenne powiewy, kwdaty na zielonych 
wzgórzach główkami chwieją, lasy kołyszą liść zie- 
leniejący. Ustąp, o słońce! Córa Kolii usnęła. Nie 



DABTTJLA 199 

przyjdzie już w krasie. — Nie będzie już stawiać 
miłych kroków !« 

Taka była pieśń bardów, kiedy grób sypali. I ja 
śpiewałem na icłi grobie, kiedy król Morwenu przy- 
był, kiedy przybył do zielonego Erynu, aby się spot- 
kać z wozokotczym Kairbarem. 



TEMORA. 

Poema -w ośmiu pieśniach. 

PRZEDMOWA. 

Południowa Irlandja zamieszkana była przez Bolgów 
czyli Firbolgów, którzy tu z południowej Anglji przyszli; 
północna zaś przez Kaelów, Kaledończylców, wycliodźców 
Szkocji. Bolgowie rozdzieleni pomiędzy wielu wodzów, 
Kaledończ^kowic, zdaje się, że pod władzą jedneg'o zo- 
stawali. Nakoniec Krotar zaprowadził w Acie osadę Bol- 
gów i złączył wiele pokoleń w jedno państwo; cała Al- 
nekma (Connaught) była mu podległą. W Ul linie, w pół- 
nocnej Irlandji panował wtedy Katmin, także wódz bol- 
gijski, którego córkę Konlamę Krotar za żonę pojął. Stąd 
zajęła się wojna z Turlocliem, wodzem innego pokolenia, 
kochającym także Konlamę; do tej wojny wwikłali się 

powoli inni wodzowie, w końcu naród cały. 
Konar, syn Trenmora, pierwszy król Selmy w Szkocji, 
korzystał z tycłi niezgod, zawinął do Irlandji z mocną 
osadą, połączył się z ziomkami już tam dawno przyby- 
łemi, zabił Krotara w boju i ustanowił Irlandzko-kale- 
dońskie królestwo. Od tego czasu wyspa ta rozdzieliła 
się na dwie części: na południe było państwo Bolgów 
pod królami Aty, na północy Kaledońskie pod królami 

Temory. Oba w ciągłej wojnie. 
Północne państwo, zdaje się, że było słabsze i nieraz 
blizkie upadku, gdyby nie pomoc królów Selmy. Osta- 
tnia krwawa walka dwócłi królów jest przedmiotem ni- 
niejszego poematu. W Katmorze, który podczas tej wojny 



i 



201 



zginął od Fingala, zagasł w Acie ród Krotara, a Fingal 
wprowadził na tron Temory Feradarte, prawnulia Kona- 
rowego. 



PIESN PIERWSZA. 

Kairbar, król Aty, zamordował Kormalia, liróla Temoiy, 
w jego własnym pałacu i zagarnął pod moc swoją Ka- 
ledońskie państwo. Oburzony tern Fingal, król Selmy, 
postanowił udać się z wojskiem do Irlandji, ukarać Kair- 
bara i rodowi Konara tron przywrócić. Kairbar, dowie- 
dziawszy się o tem, poszedł do Ulsteru i tam zgroma- 
dził wodzów ludu. Katmor, brat jego, przyprowadził mu 

swoje wojsko w pomoc. 
Powieść zaczyna się rano. Fingal wysiada na brzeg. 
Kairbar w naradzie' ze swojemi wodzami postanawia 
wezwać na ucztę Oskara, Ossjanowego syna a Fingalo- 
wego wnuka, i zamordować go zdradziecko. Zaproszony 
Oskar przybywa ze trzystem młodzieży. Kairbar podnosi 
sprzeczkę; zaczyna się walka. Oskar jest walecznym, ale 
Kairbar ugadza go z poza skały oszczepem. Oskar upada, 
ale upadając, rozwala mieczem głowę Kairbara. Pow- 
szechna walka. Fingal przybywa z wojskiem i zwycięża 
nieprzyjaciół, którzy się cofają ku nadchodzącemu woj- 
sku Katmora. Fingal poleca bardowi Ullinowi odwieźć 
ciało Oskara do Selmy. Bard Altan opowiada Fingalowi 
straszliwe zabójstwo Kormaka, młodego króla Temory, 
przez Kairbara dokonane. Fingal poleca synowi swojemu 
Fillanowi mieć oko na ruchy Katmora, i na tem kończy 
się dzień pierwszy. Scena działania w pobliżu góry Mory, 
na błoniach Moileny w Ulsterze. 



Błękitne fale Erynu toczą się w świetle. Dzień 
opływa góry. Oddech wiatru potrząsa cienistemi 
drzew głowami. Wzdymają się szumiące nurty si- 
wych potoków. Dwa zielone wzgórza ze staremi dę- 
bami ściskają wazką dolinę. Błękitnieje w niej łoże 
strumienia. Nad brzegiem stoi Kairbar z Aty. Opiera 



202 PIEŚNI OSSJANA 



się na oszczepie; posępne jest, zapłomienione jego 
oko trwogi. W duszy króla podniósł się Kormak 
z zakrwawionemi swojemi ranami. Szara postać mło- 
dzieńca objawia się we mroku. Krew strumieni się 
z boku przezroczystego. Trzy razy cisnął Kairbar 
oszczep na ziemię. Trzy razy brodę szarpnął. Krok 
jego krótki. Często się zatrzymuje. Macliał żylastem 
ramieniem. Jest on jak obłok pustyni, który za każ- 
dym powiewem kształt przemienia. Dokoła zasępiają 
się doliny i mienią się w obawie burzy. Upamiętał 
się król nakoniec. Podniósł -s^yostrzony oszczep. Zwró- 
cił oczy ku Moilenie. Nadeszli strażnicy błękitnego 
oceanu. Szli krokiem bojaźni i często się oglądali. 
Kairbar poznał, że mocarz był blizko. Zwołał ponure 
swoje wodze. Zbliżyły się dźwięczne kroki jego wo- 
jo\vników. Dobyli mieczów jak jeden. Stał tu Mor- 
lat z poczerniałem obliczem. Długie włosy Hidali 
wzdychały wiatrem. Czerwonokędziory Kormar opie- 
rał się na oszczepie i zataczał wkoło zezowatem 
okiem. Dzikie jest wejrzenie Maltosa z pod brwi 
zamroczonych. Foldat stoi jak skała nadwodna, któ- 
rej czarne boki okrywa piana. Oszczep jego jak 
sosna Slimory, walcząca z niebieskim wiatrem. Tar- 
cza poryta kresami bojów. Oko zapalone urąga nie- 
bezpieczeństwom. Ci i tysiąc innych wodzów otaczali 
króla Ery nu, kiedy przybył stróż oceanu, Moranual 
od strumienistej Moileny. Oczy na twarz mu wyszły; 
drżały pobladłe wargi. 

» Wodzowie ErjTiu stoją spokojnie* zawołał, »niby 
gaj wieczorem. Stoją niby las milczący, a Fingal 
jest na brzegu! Fingal, straszliwy w bitwach król 
strumienistego Morwenu!« — »Widziałżeś wojow- 
nika ?« zapytał Kairbar z westchnieniem. »Czy liczni 
są jego rycerze na brzegu ? Czy podnosi oszczep bi- 
twy, czy w pokoju król przychodzi ?« — » Królu 
Erynu! nie w pokoju on przychodzi. Podniesiony 



oszczep widziałem *). Jest on ogniojawem śmierci. 
Krew tysiąca na jego stali. Pierwszy na brzeg- wy- 
skoczył, silny w siwych włosach starości. Sprężyście 
robiły jego członki, kiedy w całym pędzie wj^skaki- 
wał. Przy jego boku ten miecz wisi, co drugiej rany 
nigdy nie zadaje. Jego tarcza straszna, jak zakrwa- 
wiony miesiąc, idący śród burzy. Potem wystąpił Os- 
sjan, król pieśni. Potem syn Morniego, pierwszy z mę- 
żów. Konnal wyskoczył na oszczepie. Za nim roz- 
wiały się czarne kędziory Dermida. Fillan, młody ło- 
wiec strumienistego Morutu, łuk naciąga. Ale, któż to 
przed nim, niby groźne łoże strumienia ? To syn Os- 
sjana, piękny w swoich kędziorach. W tył powiewa 
długi włos jego. Stal zakrywa do połowy brwi czarne. 
Wolno wisi miecz przy jego boku. Kiedy w}xliodził, 
błysnął oszczepem. — O królu wyniosłej Temory, 
uciekłem przed strasznemi jego oczami !« 

»Uciekaj więc, słaby człowieku!* zawołał w po- 
nurym gniewie Foldat, » uciekaj ku siwym strumie- 
niom swojego kraju, synu małej duszy! I ja także 
widziałem tego Oskara. Widziałem go w bitwie. Nie- 
bezpieczno mu z mocarzami — a tu są tacy, którzy 
umieją robić oszczepem — królu lesistej Temory. 
Eryn ma tylu walecznych synów. Pozwól Foldatowi, 
aby się im oparł swoją siłą; pozwól mi zatamować 
ten potężny strumień. Mój oszczep jest krwią okryty. 
Moja tarcza rówoia się murom Tury!« 

»Czyż tylko sam Foldat ma się potykać z nie- 
przjgacielem?« odezwał się ciemnoczoły Maltos. »Nie 
podobniż oni na nasz^^m brzegu wodom wielu stru- 
mieni ? Nie sąż to ci sami wodzowie, którzy pokonali 
Swarana, kiedy synome zielonego I]rynu pierzchnęli ? 



*) Podniesiony albo podany naprzód oszczep, równie 
jak podniesiona tarcza, były znakiem wojny; oszczep 
zniżony lub w tył obrócony ostrzem — znakiem pokoju. 



204 PIEŚia OSSJANA 



Czyż Foldat oprze się naj waleczniej szym z ich ryce- 
rzy ? Foldacie ze sercem dumy, weź moc ludu i do- 
zwól iść Maltosowi. Mój miecz rumieni się bitwami, 
ale któż moje słowa słyszał ?« 

»Syno-wie zielonego Erynu,« rzekł Hidala, »nie 
powinien Fingal waszych rozmów słyszeć; mógłby 
się nieprzyjaciel ucieszyć i wzmocnić swoje ramię 
nad krajem. Waleczni jesteście, o rycerze. W bitwach 
jesteście nawałnicą. Jesteście jak burza, która bez 
trwogi rzuca się na skały i niszczy lasy. Ale wy- 
chodźmy w całej sile, zamknięci, jak gęste chmury. 
Wtedy zadrży mocarz; upadnie oszczep z ręki wa- 
lecznego. Widzimy obłok śmierci; po^-iedzą, po któ- 
rego obliczu cienie przelatują. Zasępi się Fingal na 
starość. Zobaczy ginącą swoją sławę! Ślady jego w-o- 
dzów zaginą w Morwenie. Mech lat porośnie na 
Selmie!* 

W milczeniu słuchał tej mowy Kairbar, jak 
chmura dżdźowa, co się czarno rozkłada po Kromli, 
dopóki błyskawica nie złamie jej krawędzi. Spłonie 
dolina ogniem nieba; zawyją duchy burzy. Tak stał 
milczący król Temory; nakoniec głos podniósł: 

»Zastawcie ucztę na Moilenie! Wezwijcie stu mo- 
ich bardów! Ty, rudowłosy Olla, weź królewską arfę. 
Idź do Oskara, wrodzą mieczów, i wezwij go na na- 
szą uciechę! Dzisiaj biesiadujemy i słuchamy pieśni; 
jutro skruszymy oszczepy. Powiedz mu, że -^Ay stawi- 
łem Katolo^^d grobowiec, ze bardome podali wia- 
trom jego przĄgaciela. Powiedz mu, że Kairbar sły- 
szał o jego sławie przy strumieniach głośnego Ka- 
runu. Katmora, mego brata, niema. Jeszcze go niema 
z jego tysiącami, a nasze ramiona są słabe. Katmor 
jest nieprzyjacielem walczenia przy uczcie. Jego du- 
sza jasna, jak słońce. Ale Kairbar musi spotkać się 
z Oskarem, o wodzowie lesistej Temory! Wiele było 
jego słów o Katola; gniew Kairbara goreje. On 



205 



musi upaść na Moilenie. Moja sława ze krwi musi 
powstać. « 

Rozpromieniły się radością wszystkie twarze. Roz- 
łożyli się na Moilenie. Przyrządzono ucztę konch. 
Zabrzmiały pieśni bardów. 

Wodzowie Selmy posłyszeli ich radość. Myśle- 
liśmy, że potężny Katmor przybył, Katmor, przyja- 
ciel obcych, brat rudowłosego Kairbara. Dusze ich 
nie były sobie w niczem podobne. Niebieskie światło 
jaśniało w piersi Katmora. Nad brzegiem Aty stał 
gród jego; siedra ścieżek prowadziło do jego sal. 
Siedmiu wodzów stało, na każdej ścieżce jeden, i wzy- 
wali obcych na ucztę. Lecz Katmor mieszka w lesie 
i wstydzi się głosu pochwały. 

Olla przybył z pieśniami. Oskar poszedł na ucztę 
Kairbara. Trzystu wojowników udało się na strumie- 
nistą Moilenę. Szare psy wietrzyły po błoniu. Ich 
łajanie daleko się rozlegało. Fingal postrzegł odcho- 
dzącego rycerza. Zasępiła się dusza jego. Bał się 
on ponurych myśli Kairbara nawet podczas uczty 
konch. 

Syn mój wysoko niósł dzidę Kormaka. Stu bar- 
dów powitało go pieśniami. Kairbar pokrył uśmie- 
chem śmierć, która się czerniła w jego dusz}^ Za- 
częto ucztę. Zadzwoniły konchy. Radość opromieniła 
twarze wojska, ale radość podobna do rozdzielonych 
promieni słońca, kiedy głowa zakrwawiona obwija 
się nawałnicą. 

Wstał Kairbar we zbroi. Pomrok skupił się na 
czoło. Sto arf umilkło, jak jedna. Rozległ się dźwięk 
tarczy. Wdali na błoniu Olla })odniósł pieśń narze- 
kania. Syn mój poznał hasło śmierci; skoczył i uchwy- 
cił oszczep. » Oskarze !« zawołał rudowłosy Kairbar, 
»to, widzę, oszczep Erynu! Oszczep Temory błyska 
w twoim ręku, synu lesistego Morwenu. Był on 
chlubą stu królów, śmiercią dla rycerzów przeszłości. 



PIEŚm OSSJANA 



Oddaj go, synu Ossjaua, oddaj wozokotczemu Kair- 
barowi!« 

»Ja ci mam oddać « odpowiedział Oskar, »dar 
skrzj-wdzonego króla Erynu, dar pięknowłosego Kor- 
maka, za rozproszenie jego nieprzyjaciół ? Przyszed- 
łem do radosnycłi sal Kormaka, kiedy Swaran przed 
Fingalem pierzchnął. Pogoda ocknęła się na obliczu 
młodzieńca. Darował mi ten oszczep. Nie darował 
go bezsilnemu ani lękliwej duszy. Ciemność twojej 
twarzy nie jest dla mnie burzą, ani twoje oko pło- 
mieniem śmierci. Czy zląkłem się dzwoniącej tar- 
czy ? Czy zadrżałem na pieśń Olli ? Nie, Kairbarze; 
słabych przestraszaj. Oskar jest skałą !« 

»Nie chcesz więc oddać mi oszczepu?* rzekł 
Kairbar w budzącej się dumie. »Czy twoje słowa 
dla tego tak śmiałe, ze Fingal blizko, Fingal ze 
staremi kędziorami od Morwenu stuleśnego ? On 
z małemi tylko mężami walczył. Ale musi zniknąć 
przed Kairbarem, jak ulotny słup dymu przed wia- 
trami Aty.« 

»Byłżeby ten, co z małemi tylko mężami wal- 
czył, zbliżył się do popędliwego wodza Aty, a wódz 
Aty byłżeby mu zostawił Eryn zielony, uciekając 
przed jego gniewem ? Nie mów mi, Kairbarze, na 
mocarza. Wymierz swój miecz ku mnie, bo siły na- 
sze są równe; ale sławny jest Fingal, pierwszy ze 
śmiertelnych ludzi !« 

Ludy postrzegły swoich wodzów w gniewie. Za- 
tętniły dokoła tłoczące się kroki. Oczy ich krążą 
w ogniu. Tysiąc mieczów do pół dobyto. Rudowłosy 
Olla podniósł pieśń boju. W duszy Oskara ocknął 
się dreszcz radości, radości rodzimej w jego duszy, 
skoro usłyszał róg Fingala. Czarne, jak bałwany 
oceanu, wzdymające się na blizką burzę, kiedy swoje 
głoAvy na brzeg wychylą, przybyło wojsko Kairbara. 

Skąd te łzy, córko Toskara ? Jeszcze on nie 



207 



upadł! Wielu umarło pod jego ramieniem, zanim ry- 
cerz mój upadł! Oto walą się przed moim synem, 
jak las pustyni, kiedy gniewny duch ryczy śród nocy 
i chwyta ręką zielone jego głowy. Morlat poległ, 
Morannan kona. Drga we krwi Konnachar. Kairbar 
drży przed mieczem Oskara i kryje się w mroku 
kamienia. Skrycie wypuszcza oszczep i przeszywa 
bok mojego Oskara! Upada na tarczę... kolana utrzy- 
mują wodza. Trzyma jeszcze oszczep. Patrz! zwalił 
się ponury Kairbar! Stal przeszyła jego czoło, roz- 
dzielając z tyłu czerwony kędzior. Zwalił się jak 
strzaskana opoka, którą Kromla strząśnie ze swoich 
mrocznych boków, kiedy zielonołąki Eryn zżyma od 
morza do morza swoje góry! 

Lecz Oskar nigdy już nie powstanie. Opiera się 
na wypukłej tarcz3^ W straszliwej ręce trzyma jesz- 
cze oszczep. Synowie Ery nu stoją zdaleka i ponuro. 
Wrzasnęli, jak zawichrzony strumień. Szeroko za- 
brzmiały echa Moileny. 

Fingal usłyszał tę wrzawę. Porwał oszczep Selmy. 
Stanął przed nami na błoniu. Przemówił słowami 
narzekania: » Słyszę zgiełk bitwy. Sam poszedł młody 
Oskar. Wstańcie, syny Morwenu! Połączcie się z mie- 



czem rycerza 



Ossjan rzucił się błoniem. Fillan skoczył na Moi- 
lenę. Fingal dążył w całej sile. Straszli\\y był blask 
jego tarczy. Ujrzeli go zdaleka synowie Erynu. Za- 
drżały w nich dusze. Wiedzieli, że obudzili gniew 
króla, i śmierć ich stanęła przed niemi. 

Pierwsi przybyliśmy. Natarliśmy — oparli się 
wodzowie Erynu naszej wściekłości. Lecz kiedy król 
z dźwiękiem swojego pędu przybył, jakież stalowe 
serce mogło się ostać ? Pierzchał jeleń po Moilenie. 
Śmierć ścigała ucieczkę. Postrzegliśmy Oskara na 
tarczy. Postrzegliśmy dokoła krew jego. Ściemniło 
się milczeniem wszelkie oblicze. Każdy odwrócił się 



208 PIEŚNI OSSJANA 



i płakał. Król silił się łzy ukryć. Gwizdała wiatrem 
siwa jego broda. Nachylił głowę nad wodzem. Słowa 
jego pomieszane były z westchnieniami. »Upadłeś 
więc, o Oskarze* mówił, »w połowie swojej drogi! 
Uderza po tobie serce starca. Widzi on przyszłe 
twoje bitwy, Avidzi wojny, co nadejść muszą, ode- 
rwane dzisiaj od twojej sławy. Kiedyż zamieszka 
w Selmie radość ? Kiedyż się smutek rozstanie z Mor- 
wenem ? Upadają po jednemu synowie moi; Fingal 
już ostatni w swoim rodzie! Moja sława zaczyna 
przemijać. Moja starość bez przyjaciół będzie. Usiądę 
na sali, jak siwa chmura. Nie usłyszę powrotu syna 
we dźwięcznej zbroi. Płaczcie, rycerze Morwenu, 
Nigdy już Oskar nie powstanie !« 

I płaczą. O Fingalu, drogim był ten rycerz dla 
ich duszy. Wyszedł do bitwy, a nieprzyjaciele zni- 
kali. Wracał w pokoju, cieszyli się wszyscy. Ojciec 
nie narzekał nad synem poległym za młodu, brat 
nad bratem swojej miłości; bez łez upadli — bo 
wódz ludów poległ. Bran wyje przy jego nogach; 
Luat się zasępia, bo często prowadził je na łowy, 
na lękliwe sarny pustyń. 

Jak tylko Oskar ujrzał koło siebie przyjaciół, 
podniosła się ciężko pierś jego i przemówił: »Jęki 
starych wodzów, psa mojego wycie, nagły dźwięk 
pieśni smutku zmiękczyły duszę Oskara, duszę, któ- 
rej wprzódy nic nie miękczyło. Równała się ona 
stali mojego miecza. Zaprowadź mię, Ossjanie, na 
moje wzgórza. Postaw mi kamień sławy. Połóż przy 
mnie róg jelenia i miecz mój. Może kiedyś potok 
rozgrzebie ziemię; łowiec znajdzie stal moją i po- 
wie: byłto miecz Oskara, chluby innych lat!« 

Tak upadłeś, synu mojej sławy; nie ujrzę już 
ciebie, Oskarze. Kiedy inni będą słyszeć o swoich 
synach, ja o tobie nigdy już nie posłyszę. Na two- 
ich czterech kamieniach siwy mech rośnie i wietrzyk 



209 



smutno zawodzi. Bez ciebie walki stoczymy. Nie bę- 
dziesz ścigać ciemnej łani. Powróci wojownilł z ^^y- 
prawy, będzie mómł, opowiadając o innych krajach: 
» Widziałem nad szumiącjon strumieniem grobo-sWec, 
mroczne mieszkanie jakiegoś wodza. Poległ on z ręki 
wozokotczego Oskara, pierwszego ze śmiertelnych. 
Może usłyszę głos jego, a promień pociechy ocknie 
się w mojej duszy. « Noc byłaby zapadła, byłby po- 
ranek w cieniach smutku powrócił; zostaliby nasi 
rycerze, staliby, jak sączące się chłodno skały Moi- 
leny, i zapoimiieliby o wojnie, gdyby król, żal swój 
miarkując, nie był podniósł potężnego głosu. Wo- 
dzowie, jak ze snu ocknieni, podnieśli głowy swoje. 
»Długoź mamy płakać na Moilenie ? Długo mamy 
na Erynie łzy wylewać ? Mocarz przecie nie po- 
wróci. Nie powstanie Oskar we swojej sile! Każdy 
waleczny w swoim dniu upaść musi i zostać zapom- 
nianym na swoich wzgórzach. Gdzież są nasi ojco- 
wie, o wojownicy, wodzome przeszłości! Zaszli, jak 
gwiazdy, co niegdyś jaśniały. Słyszymy tylko odgłos 
ich pochwał, ale sławni byli w swoich latach; po- 
strach przeszłości. Kiedyś i my tak przeminiemy we 
dniu naszego upadku. Zarabiajmy więc na sławę, 
póki możemy, ażeby została po nas, jak ostatni pro- 
mień słońca, kiedy się czerwona jego głowa na za- 
chodzie skrĄ-je. Zasępia się wędrowiec, spominając 
na ogień jego promieni. Ullinie, stary mój bardzie, 
weź królewski okręt i zawieź Oskara do Selmy arf! 
Niech córy Morwenu płaczą. My musimy walczyć 
w Erynie za plemię poległego Kormaka. Dni lat mo- 
ich zaczynają przemijać. Czuję niemoc w ramieniu, 
ijcowie wychylają się z obłoków na przyjęcie siwo- 
łosego syna. Lecz nim stąd odejdę, podniesie się 
romień mojej sławy. Dni moje skończą się, jak się 
aczęły moje lata — we sławie! Niech życie moje 
ędzie strumieniem światła dla bardów przyszłego 

PISMA Q0S2CZVŃ3KIEG0 II. 14 



210 PIEŚNI OS8JANA 



czasu. « Ullin podniósł biały żagiel. Zerwał się wiatr 
południowy. Pomknęli falami ku Selmie. Zostałem 
w smutku, ale nikt nie słyszał moich wyrzekań. Dano 
na Moilenie ucztę. Stu rycerzy sypało groboAviec 
Kairbara. Nie podniosła się żadna pieśń nad wo- 
dzem. Krwawa była i czarna jego dusza. Bardowie 
myśleli o duszy Kormaka — cóż mogli na pochwałę 
Kairbara powiedzieć ? 

Noc się roztoczyła. Podniosła się jasność stu dę- 
bów. Fingal siedział pod drzewem. Siwy Altan stał 
w środku, opowiadał o śmierci Kormaka, Altan, syn 
Konachara, przyjaciel wozokotczego Kutulina. Miesz- 
kał on z Kormakiem we wzniosłej Temorze, kiedy 
syn Semy nad strumieniem Lęgu upadł. Smutna była 
powieść Altana. Łzy miał w oku, kiedy mówił. 

» Zachodzące słońce złociło się na Dorze « tak on 
mówił, » zaczynał się szary wieczór. Wstrząsły się 
lasy Temory pod nieustałych wiatrów powiewem. Na 
zachodzie zbierała się climura. Przez jej krawędź 
wj'zierała płomieniąca się gwiazda. Samotny stałem 
w lesie. Ujrzałem ducha w przymierzchłem pome- 
trzu. Spiesznie stąpał ze wzgórka na wzgórek. Przy 
jego boku wisiała ciemna tarcza. Był to syn Semy. 
Poznałem twarz wojownika. Ale przeleciał z wia- 
trem, i wszystko dokoła zamierzchło. Zasmuciła się 
moja dusza. Przyszedłem do sali konch. Tysiąc świa- 
teł gorzało. Stu bardów poruszało arfy. W ich po- 
środku stał Kormak, podobny rannej zorzy, kiedy się 
weseli na wschodnim pagórku i kąpie młode pro- 
myki we świeżej rosie. Cicho i jasno postępuje ona; 
ale blizko jest chmura, co ją osłoni. W ręce króla 
był miecz Arty *). Wesoło poglądał na błyszczącą 
jego rękojeść. Trzy razy usiłował go dobyć, ale na- 
próżno. Złote jego kędziory spływały po barkach; 



') Jego Ojca 



i 



211 



rumiane były jagody młodzieńca. Zasępiłem się nad 
promieniem młodości — wkrótce miał zagasnąć. 

» Altanie « rzekł do mnie z uśmiechem, »czy ty 
widziałeś mojego ojca ? Ciężki jest miecz króla; za- 
pewne jego ramię silne było. O gd3^bym zrównał mu 
w bitwach, kiedy się budził zapęd jego gnie^vu! 
Wtedy bylibyśmy razem walczyli z Kutullinem, wo- 
zokotcz3^m synem Kanteli. Ale, o Altanie, przyjdą 
lata i wzmocni się moje ramię. Czy nie słyszałeś co 
o synie Semy, władcy wysokiej Temory ? O gdyby 
ze sławą powrócił! — Obiecał być tu z nocą. Moi 
bardowie czekają go z pieśniami. Uczta stoi na sali 
króla. « 

Słuchałem Konnaka w milczeniu. Łzy zaczęły mi 
płynąć. Zakryłem je staremi kędziorami. Król po- 
strzegł mój smutek. « — »Synu Konachara« zawołał, 
»czy S3'n Semy poległ? Czego wzdychasz ukradkiem? 
Czego ci łzy płyną ? Czy wozokotczy Torlat przy- 
bywa ? Czy wrzawa rudowłosego Kairbara ? Przy- 
chodzą — bo widzę twój smutek! Wódz mszystej 
Tury poległ *). A jaź nie pośpieszę do bitwy ? Ale — 
nie mogę robić oszczepem. O gdyby moje ramię miało 
siłę KutuUina, prędkoby Kairbar uciekł! Odnowiłaby 
się sława moich ojców i sprawy przeszłości.* 

Porwał się do łuka. Łzy spadły z błyszczących 
jego oczu. Smutek wszystkich objął. Bardowie oparli 
się na arfach. Wietrzyk potrącał drżące struny. 
Dźwięk stłumiony był i żałobny. Wdali dał się sły- 
szeć odgłos, jakby głos strapienia. Karril, śpiewak 
przeszłości, przybywał z posępnej Slimory. Opowie- 
dział upadek Kutullina i potężne jego sprawy. Lud 
rozpierzchł się przy jego grobie. Ich zbroje po ziemi 
leżą. Zapomnieli o wojnie, bo im zagasł ich ogień. 
»Ale któż są ci,« rzekł Karril łagodnym głosem, 



*) KutuUin, tak mianowany od grodu Tury. 

14* 



212 PIEŚNI 088JANA 



» którzy nakształt igrających sarn przybywają ? Ki- 
bić ich równa się młodym drzewkom doliny, zrosłym 
pod -sA-iosennemi deszczami. Miłe i rumiane ich ja- 
gody, ismiała dusza wyziera z oczu. To są sjTiome 
Usnota *), wodza strumienistej Ety. Z każdej strony 
lud się podnosi, mocny, jak ogień przygasły, kiedy 
nagle wiatry pustyni dmuchną szumiącemi skrzydłami. 
Zarumienia się ciemne czoło góry i mknący okręt 
leniów ej e na swoich ^\'iatrach. 

Dał się słyszeć dźwięk tarczy Kairbara. Wojow- 
nicy w Natosie postrzegli Kutullina. Tak się toczyło 
iskrzące jego oko, taki był krok jego na błoniach! 
Stoczono przy Lęgu bitwę. Miecz Natosa przemógł. 
Wkrótce ujrzysz go w swoich salach, królu lesistej 
Temory ! 

»Obym jak najprędzej mógł ujrzeć wodza !« za- 
wołał król błękitnooki. »Ale dusza moja smuci się 
po Kutulliuie. Luby dla mojego ucha był głos jego. 
Często my razem chodzili na Dorę ścigać ciemne 
łanie. Niechybny był jego łuk na górach. Często 
on mi gadał o potężnych mężach; gadał mi o spra- 
wach moich ojców. Czuję budzącą się radość moją. 
Ale zasiądź, Karrilu, do uczty. Już nieraz głos twój 
słyszałem. Zanuć pochwałę Kutulina. Zanuć o Nato- 
sie z Ety!« 

Na Temorze ocknął się dzień ze wszystkiemi pro- 
mieniami wschodu. Do sali wszedł Kratin, syn sta- 
rego Gellamy. » Widziałem* rzekł, » chmurę w pusz- 
czy, królu Erynu! Naprzód pokazała się chmura, po- 
tem tłumy mężów. Jeden prowadził je w całej swo- 
jej sile. Czerwony jego włos pływa z wiatrem. Tar- 
cza błyska promieniem wschodu. W ręku ma oszczep. « 
» Wezwij go na ucztę Temory « odpowiedział król 
uradowany. »Moja sala jest mieszkaniem obcego, 



*) Natos, Altos i Arclau. 



213 



S3T1U szlachetnego Gellamy. Może to książę Ety przy- 
bywa, sławą otoczony. Pozdrowienie tobie, możny cu- 
dzoziemcze! Czy należysz ty do przyjaciół Kormaka? 
Ale, Karrilu, niemiły on i ponury. Dobj^wa miecza. 
Bardzie przeszłości, jestże to syn Usnota ?« 

»To nie syn Usnota« rzecze Karil, »to Kairbar, 
twój nieprzyjaciel. Po co przybywasz we zbroi, wo- 
dzu ponurego czoła ? Nie podnoś miecza przeciw 
Kormakowi. Skądże idziesz ?« On przeszedł ponuro. 
Skrępował ręce króla, Kormak ujrzał śmierć przed 
sobą, wściekłość ocknęła się w jego oku. — » Ustąp, 
wodzu Aty!« zawołał on. »Natos przybywa z wojną. 
Śmiały jesteś w sali Kormaka, ponieAvaż jego ramię 
słabe !« — Wpadł miecz do boku króla, a on poległ 
na sali ojców. Piękny jego kędzior legł w pyle, krew 
wokoło się zad\Tniła. 

»Upadłeś w swojej sali« mówił Karril, »o! synu 
szlachetnego Arty! Daleko była tarcza Kutullina 
i oszczep twoich ojców! Smucą się teraz góry Erynu, 
bo niema wodza ludów! Błogosławiona bądź twoja 
dusza, o Kormaku. Zagasłeś w młodości !« 

Słowa jego doszły uszu Kairbara. Zamknął nas 
w ciemności *), lękając się dobywać miecza na bar- 
dów, chociaż jego dusza była czarna. Długo cierpie- 
liśmy samotnie. Nakoniec przybył szlachetny Katmor. 
Usłyszał głosy w jaskini. Zwrócił gniewne oko na 
Kairbara. 

»Bracie Katmora« rzekł do niego, »dopókiź bę- 
dziesz dręczył moją duszę ? Opoką jest serce twoje. 
Twoje myśli są krwawe i czarne! Jednak jesteś bra- 
tem Katmora, i Katmor ma jaśnieć w twoich woj- 
nach. Ale moja dusza nie podobna do twojej, słaba 
ręka w spotkaniu ! Twoje czyny plamią jasność moich. 



*) Osoby bardów byiy święte; dla togo Kairbar lękał 
ich pomordować. 



214 PIEŚNI OSSJANA 

Bardowie nie będą śpiewać mojej sławy. Powiedzą 
oni: Katmor był śmiały, ale walczył za ponurego 
Kairbara. Milcząc przejdą koło mojego grobu. Sława 
moja nigd}' się nie rozgłosi. Kairbarze, uwolnij bar- 
dów. Oni są synami przyszłego czasu. Głos ich ode- 
zwie się w innych latach, kiedy króloA\de Temory 
przeminą. Za słowem wodza zostaliśmy uwolnieni. 
Widziałem go w całej mocy jego. Był on, Fingalu, 
takim, jakim ty byłeś w młodości, kiedyś po raz 
pierwszy dzidą w3'A\-ijał. Lice jego jak pole w po- 
godzie. Żaden cień nie przemykał się po czole. Ale 
przybył z tysiącami do rudowłosego Kairbara. Teraz 
przychodzi pomścić się jego śmierci, królu lesistego 
Morwenu!« 

» Niech przyjdzie Katmor « król odpoA%iedział. » Lu- 
bię ja nieprzyjaciela, jak on, -wielkiego. Jego dusza 
pogodna, ramię silne, jego bitwy sławne. Ale mała 
dusza jest parą, która się rozpościera po bagnistem 
jeziorze. Nigdy ona nie wstąpi na zielone wzgórze, 
by ją wiatry spotkały. Jej mieszkanie w jaskini, 
skąd śmiertelne strzały rozsyła. Nasi młodzi rycerze, 
o wojoA\-niku! dochodzą sławy naszych ojców. Wal- 
czą w młodości, a imiona ich zostają w pieśniach. 
Fingala otaczają ciemne jego lata. Ale nie upadnie, 
jak dąb stary nad oddalonym strumieniem. Przecho- 
dzi łowiec, kiedy go wiatr obalił. Jak upadło to 
drzewo ? mówi do siebie i gwizdając idzie dalej. 
Podnieście, bardy Morwenu, pieśń radości. Niech du- 
sze nasze zapomną juz o tern, czego niema! Zapło- 
nione gwiazdy poglądają na nas przez chmury i za- 
chodzą w milczeniu. 

Wkrótce wejdzie szary promień poranku i po- 
każe nam nieprzyjaciół Kormaka. S}tiu mój, Filla- 
nie, weź królewski oszczep. Wyjdź na czarny wiszar 
Mory. Zwróć oczy na błonia. Dawaj baczność na nie- 
prz};jaciół Fingala; śledź ruchy szlachetnego Kat- 



215 



mora. Słyszę daleki łoskot, jak gdyby waliła się 
skała pustyni. Uderzaj niekiedy w tarczę, ażeby nie 
podeszli nas nocą, ażeby nie zginęła sława Morwenu. 
Sam prawdę jestem, mój synu, i lękam się upadku 
swojej chwały !« 

Podniosły się głosy bardów. Król wsparł się na 
tarczę Trenmora. Spuścił się sen na jego oczy. Przy- 
szłe bit-wy w}'stąpiły przed sny jego. Wojsko do- 
koła spało. Ciemnowłosy Fillan szpiegował nieprzy- 
jaciela. Na dalekiem wzgórzu było jego stąpanie. 
Czasem słyszeliśmy dzwoniącą tarczę. 



PIEŚŃ DRUGA. 

Noc. Ossjan opłakuje w monologu syna swojego Oskara. 
Słyszy tętent nadcliodzacycti wojsk Katmora i idzie zna- 
leźć brata Fillana, który był na zwiadach. Powieść Ko- 
nara, syna Trenmorowego, pierwszego króla Kaledończy- 
ków w Irlandji, wyjaśnia początek wojen między Kae- 
lami i Firbolgami. Ossjan rozpala ognisko, a Katnior, 
poznając z tfgo czujność Fingalowego wojska, zatrzy- 
muje się, składa wojenną radę i cofa się. Bard Fonar 
opowiada przygody Krotara, pierwszego króla Aty. Woj- 
sko udaje się na spoczynek; sam Katmor straż trzyma, 
obcliodzi obóz i spotyka Ossjana. Rozmowa dwóch iwce- 
rzy. Ossjan przyrzelca Katmorowi, że bardowie będą śpie- 
wać nad grobem Kairljara, bo bez tego ducli jego nie 
może unieść się do wiatrów, tylko, gęstemi mgłami 
okryty, musi po bagnach się tułać. Nadchodzi poranek; 
rycerze rozstają się w przyjaźni Ossjan, wracając do 
obozu, spotyka barda Karrila i zaleca mu odprawie śpie- 
wanie nad grobem Kairbara. 



Ojcze rycerzy, Trenmorze! wzniosły mieszkańcze 
wichrzących wiatrów, gdzie ciemnoczerwony piorun 
rysuje kołyszące się chmury, otwórz burzliwe swoje 
sale. Niech się zbliżą bardowie przeszłości. Niech się 



216 PIEŚNI 088JANA 



zbliżą z pieśniami i arfami napółwidzialnemi. Nie 
przychodzi tu mieszkaniec mglistej doliny, ani ło- 
wiec własnym strumieniom nieznany; to wozokotczy 
Oskar przybywa. Przybywa z pola bitwy. Nie tak 
szedłeś, mój synu, kiedyś był na Moilenie. Burza 
osłania ciebie swoją szatą i ryczy przez powietrza. 
Nie mdziszże swojego ojca nad strumieniem nocy ? 
Daleko śpią wodzowie Morwenu, Oni nie potracili 
synów. Aleście stracili rycerza, wodza rozgłośnego 
Morwenu. Któż zrÓT\Tiał jego sile, kiedy się bitwa 
toczyła na niego, jak pomruk szalejącej wody ? 
Skądże ta chmura na duszy Ossjana ? Ona powinna 
się zapalić w niebezpieczeństwie. Er^Ti ze swojem 
wojskiem blizko, a król Morwenu sam tylko. Nie po- 
winieneś sam b_yć, mój ojcze, dopóki ja oszczep 
dźwigam. 

Powstałem we zbroi. Powstałem i badałem wia- 
trów. Nie słychać było tarczy Fillana. Zadrżałem 
o Fingalowego syna. Jak to? Miałżeby nieprzyjaciel 
podejść nocą? Czarnowłosy młodzieniec miałby upaść? 
Nagle powstał daleki łoskot, jak łoskot Lęgu, kiedy 
wodj^ jego zdręt^\ieją we dniach mrozu i lód pęka- 
jący dokoła zagrzmi. Lud Lary pogląda na niebo 
i przepowiada burzę. Udałem się na błonia. W mo- 
jej ręce był oszczep Oskara, Zapłomienione g^\dazdy 
poglądały z góry. Błyszczałem śród nocy. Ujrzałem 
przed sobą Fillana; wj^chylał się nad skałą Mory. 
Słuchał krzyku nieprzyjaciół. Radość ocknęła się 
w jego duszy. Słuchał głośnego mego stąpania i pod- 
niesiony oszczep wymierzył ku mnie. 

»Cz3^ w pokoju przychodzisz, sjnn nocy, czy 
chcesz się spotkać z moim gniewem? Nieprzyjaciele 
Fingala są mojemi. Mów, albo lękaj się mojej stali! 
Nie napróżno stoję,« wołał, »z tarczą pokolenia Mor- 
wenu.* — »Obyś nigdy napróżno nie stał, sjtiu błę- 
kitnookiej Klaty !« rzekłem; »Fingal zaczyna być sa- 



217 



motny. Ciemność pokrywa jego dni ostatnie. Ale ma 
jeszcze dwóch s}tiów *), którzy będą jaśnieli w bo- 
jach. Będą jaśnieli, jak dwa promienie śmatła przy 
jego zachodzie. « — »Synu Fingala« odpowiedział 
młodzieniec, »nie dawno robię oszczepem. Mało jest 
blizn mojego miecza. Ale dusza Fillana jest ogniem. 
Wodzowie Bolgi kupią się przy tarczy szlachetnego 
Katmora. Zgromadzają się na błoniu. Mamźe się 
zbliżyć do ich wojska ? Oskarowi tylko musiałem 
ustąpić w bieganiu do mety na konie. « 

»Fillanie, ty nie powinieneś zbliżać się do woj- 
ska ani upadać, aż się sława twoja podniesie. Imię 
moje słynie w pieśniach; ja idę naprzód, kiedy, tego 
potrzeba. Będę widział przez zasłonę nocy jaśniejące 
ich pokolenia. Dla czegóż obudzasz moje westchnie- 
nia ? Muszę zapomnieć wojownika, aż burza minie. 
Smutek nie zamieszka w niebezpieczeństwach, ani 
łza w oku wojny. Nasi ojcome zapominali poległych 
synów, dopóki trwała wrzawa bitwy. Później żal 
wracał do grobu i zaczynały się pieśni bardów. Pa- 
mięć poległego pośpieszała za odejściem boju; kiedy 
zgiełk bitwy przeminął, wi;edy dusza rozpływała się 
w milczeniu nad umarłemi. 

» Konar, pierwszy ze śmiertelnych ludzi był bra- 
tem Tratala. Jego bitwy odbywały się na wszyst- 
kich brzegach. Tysiąc strumieni unosiło krew jego 
niepi'Z}gaciół. Zielony Eryn napełnił się jego sławą, 
niby przyjaznym wietrzykiem. Ludy zbierały się 
w Ullinie i błogosławiły króla, króla z rodu ich oj- 
ców, z kraju Selmy. 

» Wodze południowi zebrali się we mroku swojej 
pychy. W okropnej pieczarze Momy zamieniali skryte 
słowa. Przybywały tam często, mówili oni, duchy 



*) Dwóch synów, ma się rozumieć w Irlaudji: Ossjan 
Fillan. Trzeci, Fergus, był nieobecny. 



218 PIEŚNI 08SJANA 



ojców i szczelinami skał pokazywały blade swoje 
kształty, przypominając cześć Bolgi. Mówili oni: Dla 
czegóż panować ma Konar, syn rozgłośnego Mor- 
wenu ? Wyszli stamtąd, niby strumienie puszczy, ze 
Avrzawą stu pokoleń. Oparł się im Konar, jak skała; 
złamani, odbili się od jego boków. Ale często wra- 
cali, a synowie Selmy padali. Król wtedy stanął po- 
między grobami wojowTiików. Lice jego zasmucone 
posępnie opadło. Dusza zanurzyła się w samej sobie. 
Oznaczył juz miejsce, gdzie miał polec, kiedy Tratal, 
brat jego, przybył w całej sile z chmurzystego Mor- 
wenu. Nie sam też przj^był. Przy jego boku był 
Kolgar, Kolgar, syn króla i białopiersiej Solin-Kormy. 

»Jak Trenmor, otoczony burzami, schodzi ze sali 
piorunów i dmucha mroczną nawałnicą na huczące 
morze, tak Kolgar wstąpił do walki, pustosząc zgiełk- 
liwe pole. Cieszył się r^^cerzem ojciec jego; lecz 
przyszła strzała... Bez łez grób mu postawiono! Król 
pomścił s\Tia. Zajaśniał w bitwie i zagnał Bolgę aż 
do jej strumieni. 

» Kiedy pokój do kraju wrócił, kiedy błękitne 
fale przyniosły króla do Morwenu, wtedy spomniał 
na syna i nieme łzy wylał. Trzy razy wezwali bar- 
dowie duszę Kolgara do jaskini Furmona. Wezwali 
go na rodzinne wzgórza. Sł^^szał on ich we mgle 
swojej. Tratal złożył w jaskini miecz jego, aby się 
duch sj-na ucieszył. « 

»Kolgarze, s\tiu Tratala,« rzekł Fillan, » sławny 
ty byłeś za młodu; ale król nie dostrzegł jeszcze, 
żeby miecz mój w boju ś-\viecił. W tłumie tłoczę się 
naprzód, i bez swojej sławy powracam. Ale nieprzy- 
jaciel, Ossjanie, zbliża się. Słj^szę szmer na błoniu. 
Odgłos jego stąpania podobny jest do grzmotu w ło- 
nie ziemi, kiedy skaliste wzgórza wieją lasami, a ża- 
den wicher zamroczonem powietrzem nie nadchodzi.* 

Szybko zwTÓcił się Ossjan na oszczepie. Obudził 



219 



na wyŹ3mie płomień dębu. Szeroko rozdmuchałem go 
na wiatr Mory. Katmor wstrzymał swój pochód. 

Stał on błyszczący, jak sikała, po której bokach 
przemykają się burze, ściskają szumiące jej strumie- 
nie i lodem je nad\-raają. Tak stał przyjaciel obcych. 
Wiatr podnosił pełne jego kędziory. Ty jesteś naj- 
wyższy w rodzie Erynu, królu strumienistej Aty! 

»Fonarze, pierwszy z bardów, « rzekł Katmor, 
» zwołaj wodzów Erynu. Wezwij rudowłosego Kor- 
mara, Maltosa czarnobrewego i zezowatego, posęp- 
nego Morannana. Niech się też pokaże pycha Fol- 
data i zapłomienione oko Turlota! Nie zapomnij 
i Hidalli. Głos jego w niebezpieczeństme równa się 
szumoT.vi deszczu, co pada na wietrznej dolinie przy 
spadającym strumieniu Aty. Miły ten szum na polu, 
kiedy gwałtowny piorun przemknie się powietrzem. « 

Przybyli we dźwięcznych zbrojach i nakłonili 
ucha na głos jego, jak gdyby duch ojców przema- 
Aviał z nocnego obłoku. Grożnem światłem błyszczeli, 
jak wodospad strumienia Brumy, kiedy błyska^\dca 
rozjaśnia go przed nocmm wędrowcem. Staje on 
drżąc na swojej drodze i wygląda porannych pro- 
mieni. 

»Dla czego, « król rzecze, »lubi Foldat rozlewać 
krew nieprzyjacielską po nocy ? Czy zawodzi go ra- 
mię w bitwie przy dziennych promieniach ? Mało 
mamy przed sobą nieprzyjaciół; dla czegóż osłaniać 
się cieniami ? Waleczny lubi jaśnieć w bitwie swo- 
jego kraju. Daremna była, wodzu Momy, twoja rada. 
Oczy Morwenu nie śpią; czujne są, jak orzeł na 
mszystej skale! Niech każdy za swoją chmurą zgro- 
madzi siły własnego pokolenia. Jutro po dniu pój- 
dziem spotkać nieprzyjaciół Bolgi. Potężny to był, 
co przeminął, ród Bai'bar-Dutula!« 

»Pokolenie t\voje« odpowiedział Foldat, »ani bę- 
dzie zważać na moje kroki. W dzień potykałem się 



220 PIEŚNI 088JANA 



Z wrogami Kairbara; król wysławiał moje czyny. 
Jednak bez łez jDowstał jego kamień. Żaden bard 
nie zaśpiewał nad królem Erynu. Maź się nieprzy- 
jaciel weselić na omszonych górach ? Nie, nie będą 
się weselić. On był przyjacielem Foldata. Już w mil- 
czącej pieczarze Momy zamienialiśmy skrycie nasze 
słowa, kiedy ty, chłopczyk jeszcze, uganiałeś po polu 
bródkę ostu. Rzucę się z synami Momy i znajdę nie- 
przyjaciela na omroczonych górach. Pingal, siwo- 
włosy król Selm}^, musi upaść bez pieśni!* 

»I ty myślisz, słaby czło\\deku,« odporne Katmor 
wpółgniewny, »i ty myślisz, że Fingal może upaść 
w Erynie bez sławy ? Mogliżby bardowie milczeć 
przy grobie króla Selmy ? Skrycie przynieśliby mu 
pieśni i duch króla byłby zadowolony. Gdybyś ty 
upadł, to bard zapomniałby o pieśni. Ponur}' jesteś, 
wodzu Momy, chociaż ramię twoje burzą jest w bi- 
twie. Zapominamże króla Erynu w jego ciasnym 
domu ? Dla Kairbara, dla brata mojej miłości, nie 
stra\^Tia moja dusza. — Widziałem jasny promień 
radości przemykający się po jego myślach, kiedym 
poAvi'acał ze sławą do strumienistej Aty.« 

Odeszli po słowach króla, każdy do własnego 
mrocznego pokolenia, które się snuły po błoniach, 
brzęcząc i blaskiem g^^dazd słabo połyskując, po- 
dobni falom w skalistej zatoce, kiedy je nocu}' wiatr 
podnosi. 

Wódz Aty położył się pod dębem. Wysoko, jak 
ciemny cel, wisiała jego tarcza. Niedaleko opierał 
się o skałę *) piękny cudzoziemiec z Inishuny; pro- 
mień światła z pływającym kędziorem z Lumonu 
sarn. Zdała podnosił się głos Fonara ze sprawami 
przeszłości. Niekiedy pieśń ginęła w rosnącym szu- 
mie Lubaru. Bard zaczął: 



*■) Sulmala. 



221 



> Pierwszy Krotar zamieszkał przy omszonym stru- 
ip.i niu Aty. Z tysiąca górnych dębów zbudował on 
dźwięczne sale. 

Zbierał się tam lud na biesiady błękitnookiego 
króla; ale któryż z wodzów wyrówiia okazałemu Kro- 
tarowi ? 

Na jeg^o wejrzenie rozpromieniali się wojownicy 
i budziły się tajemne westchnienia dziewic. 

Czczono wojownika w Alnekmie, pierwszego z po- 
kolenia Bolgi. W Ullinie . na mszystych dolinach 
Drumardy, zabamał się on łowami. 

Ujrzała go z lasu córka Katmina, błękitne oko 
Konlamy. Skrycie podniosły się jej westchnienia. 
Skłoniła głowę w rozpuszczone kędzior3^ 

W nocy pojrzał miesiąc i widział załamane jej 
białe ramiona, bo potężny Krotar był jej myślą pod- 
czas uśnienia. 

Trzy dni ucztował Krotar z Katminem. Czwar- 
tego obudzili łanie. 

Konlama poszła miłym krokiem na łowy. 

Na ważkiej drożynie spotkała Krotara, i razem 
łuk wypadł z jej ręki. 

Odwróciła oblicze przez pół kędziorami zakryte. 

Ocknęła się miłość Krotara. Zaprowadził biało- 
piersią dziewicę do Aty; bardowie zanucili przed 
niemi. Radość zamieszkała przy górze Katmina. Za- 
palił się gniew Turlocha, młodzieńca, który kochał 
Konlamę białoręką. 

Przyszedł z bitwą do Alnekmy, do Aty sarn. 

Pośpieszył Kormul, brat Krotara wozokotczego, 
ku walce. 

Przyszedł i upadł. Podniosły się westchnienia 
ludu jego. 

W milczeniu i spiesznie przeszła strumień rozją- 
trzona moc Krotara. 

Wygnał nieprzyjaciół z Alnekmy i powrócił na 



222 PIEŚNI OSSJANA 



pociechę Konlamy. Bitwa po bitwie następowała. 
Krew ki-wią się obmywała. Podnosiły się obłoki 
Erynu nawisłe duchami. 

Wodzome południa zgromadzili się przy tarczy 
Krotara. Poszedł ze śmiercią w ślad nieprzyjaciół. 
Zapłakały dziewice nad strumieniami Ullinu. Pozie- 
rały ku mgłom góry — żaden ło^\iec nie spuszczał 
się ze zdobyczą. 

Milczenie zasępiło się nad krajem. Samotny me- 
trzyk jęczał po zielonych grobach. 

Az przybył jak podniebny orzeł, kiedy na szu- 
miących skrzydłach wesoło doświadcza wiatru, syn 
Trenmora, ramię śmierci. Konar od lesistego Mor- 
wenu. 

Rozciągnął potęgę swoje nad zielonym Erjaiem. 
Śmierć stąpała ponuro za jego mieczem. 

Uciekli z jego drogi synome Bolgi, jak przed 
strumieniem, który wypada z burzliwej pustyni, za- 
lewając razem pola i szumiące ich lasy. 

Krotar stanął do boju; wszakże pierzchnęli wo- 
jownicy Alnekmy. Król Aty we smutku duszy odciąg- 
nął zwolna. 

Raz jeszcze zajaśniał na południu, ale słabo, jak 
jesienne słońce, kiedy od\^dedza we mglistej szacie 
ponury strumień Lory. Zwiędłą trawę pokrywa rosa; 
pole, choć błyszczy, ale posępne. « 

»Na co, bardzie, « rzekł Katmor, »obudzasz mi 
pamięć tych, którzy uciekli ? Może duch jaki szepce 
z ponurego obłoku w twoje ucho, aby tą po^\^eścią 
przeszłości odstraszyć Katmora od pola bitwy ? Mie- 
szkańcy rąbków nocy, głos wasz jest dla mnie po- 
wiewem, który strąca główkę siwego ostu i jego 
bródkę po strumieniu rozprasza. W mojem łonie jest 
głos jeden. Nikt go oprócz mnie nie słyszy. Dusza 
króla Erynu zabrania mu chronić się bitwy. » Zawsty- 
dzony bard przepadł w nocy; odszedł pochylony nad 



strumień. Dumał o dniach Aty, kiedy Katmor z ra- 
dością jego pieśń przyjmował. Łzy mu popłynęły. 
Wiatr podnosił jego brodę. 

Dokoła spał Eryn. Na oczach Katmora snu nie 
było. Ciemno, w duszy widział ducha zmarłego Kair- 
bara. Widział, jak nieośpiewanym pomiatał nocny 
wiater. Porwał się. Okrążył wielkim krokiem swoje 
wojska; czasem uderzył wypukłą tarczę. Ten dź^vięk 
doszedł uszu Ossjana, na omszonej wyżynie Mory. 

»Fillanie,« rzekłem, » nieprzyjaciele podchodzą. 
Słyszę tarczę wojny. Stań tu na tej ważkiej ścieżce. 
Ja będę drogę ich szpiegował. Gdyby ich wojsko 
spotkało się ze nmą, to uderzę w twoją tarczę. Obudź 
króla na błoniu, ażeby jego sława nie przepadła. « 
Poszedłem w dźwięczącej zbroi; dalej nieco przesko- 
czyłem strumień, który przed królem Aty wił się 
mrocznie po łąkach. Król zielonej Aty zaszedł mi 
drogę z podniesionym oszczepem. Juz mieliśmy się 
zmierzyć w straszliwej walce, podobni dwom walczą- 
cym duchom, co wychyleni z obłoków, posyłają ku 
sobie ryczące burze, gdyby Ossjan nie dostrzegł 
w górze szyszaku er^Tiskiego króla. Orle skrzydło, 
szumiąc z wiatrem, pływało po nim. Zapłomienione 
gwiazdy patrzały przez pióra. Cofnąłem podniesiony 
oszczep. 

» Królewski szyszak przede mną! Kto jesteś, synu 
nocy ? Czy wsławi się oszczep Ossjana, jeśli ciebie 
obali ?« On zatrzymał nagle błyszczący oszczep. Po- 
stać jego zdaw^ała się podrastać. Wyciągnął w noc 
rękę i przemówił słowami króla: 

»Przyjacielu rycerskich duchów, trzebaż mi było 
spotkać ciebie w takich cieniach ? Często życzyłem 
sobie widzieć ciebie na Acie we dniach radości. Dla 
czegóż dzisiaj mam podnosić oszczep? Ossjanie, słońce 
powinno patrzeć, kiedy jaśni spotkamy się bojem! 
Potomni wojownicy będą uważać to miejsce i dumać 



224 PIEŚNI OSSJANA 



ze drżeniem o starych latach. Będą je uważać jak 
siedlisko ducha, miłego i groźnego duszy !« 

»Powinnoż się zapomnieć* rzekłem, »to miejsce, 
gdzie się w pokoju spotykam}^ ? Czyż tylko spom- 
nienie bitew przyjemne jest dla duszy ? Nie -widzi- 
myź z pociechą tego miejsca, gdzie nasi ojcowie 
ucztowali ? Jednak łzy napełniają nam oczy na po- 
lach ich bitew. 

Te omszone kamienie pomnny się podnieść i przy- 
szłym latom mómć: tu się spotkali Katmor i Os- 
sjan; w pokoju spotkali się wojo^^aiicy. Kiedy już 
znikniesz, o kamieniu, kiedy strumień Lubaru precz 
stąd odpł3aiie, wtedy jaki wędrowdec przyjdzie tu 
może odpocząć. Kiedy zachmurzony księżyc roztoczy 
się nad jego głową, te nasze mroczne postacie wmie- 
szają się we sny jego i będą mu to miejsce przy- 
pominać. Ale dlaczegóż, synu Barbar-Dutula, odcho- 
dzisz posępny ?« 

» Niezapomniani, synu Fingala, wstąpimy kiedyś 
na wiatry. Nasze czyny są strumieniem ŚAviatła dla 
oka bardów. Ale ciemność przetacza się po Acie — 
król umarł bez pieśni. Z jego burzliwej duszy upadł 
na Katmora promień, podobny księżycom we chmu- 
rze, wpośrodku pałających piorunowych ścieżek !« 

»S3mu Erynu,« odpomedziałem, » gniew mój nie 
mieszka w jego ziemi! Nienawiść moja odpływa or- 
lim lotem od nieprzyjaciela, który upadł. Usłyszy on 
pieśń bardów. Kairbar rozraduje się na \^datrach.« 

Podniosła się \^Tząca dusza w Katmorze. Wziął 
od swego boku puginał i błyskający złożył w moje 
ręce. Złożył go w moje ręce z westchnieniem i od- 
szedł w milczeniu. Oko moje odprowadzało odcho- 
dzącego. Bł^^skał posępnie, jak postać ducha, który 
na czarnoosłonionem błoniu spotyka w nocy wę- 
drowca. Słowa jego są ciemne, jak pieśń przeszłości, 
a rano znika niewyraźnym cieniem. 



I 



225 



Któż to -wjTliodzi z doliny Lubani, z krawędzi 
nigłów rannycli ? Na jego gło\vie błyszczą niebieskie 
krople. Jego krold na ścieżce smutku. To Karril 
przeszłości. Wychodzi z milczącej pieczary Tury. 
Widziałem, jak czerniła się w skale przez mgłów 
zasłonę. Może tam siedzi Kutullin w burzy, która 
nagina drzewa ? Miłe jest ranne pienie barda Erynu! 

Karril zaczął: 

» Ukołysały się fale, ukołysały się trwogą; słyszą 
one, o słońce! dźwięk twojego Avschodu. Synu nieba! 
straszliwa jest twoja krasa, kiedy na twoich kędzio- 
rach śmierć się spuszcza, kiedy wytaczasz przed 
sobą tumany na pokonane wojska! 

Ale miły twój promień dla łowca, siedzącego 
śród burzy na skale, kiedy pokazujesz się jemu z pod 
zasłony chmur i promienisz na zroszonych kędzio- 
rach. Spojrzał na strumienistą dolinę i postrzegł 
nadchodzącą sarnę. 

Jakże długo wschodzić będziesz nad bojami i prze- 
chodzić niebiosa, niby krwawa tarcza ? Widzę, że 
-śmierć rycerzy przemyka się ciemno po twojem obli- 
czu. « 

» Skąd te skłopotane słowa Karrila ? Czy syn 
nieba zasępia się ?« rzekłem. »Jest on bez plamki 
w swoim obiegu i zawsze rad ze swego ognia. 

Tocz się, tocz, beztroskie światło! I ty jednak 
możesz kiedyś upaść. I ciebie może ogarnąć czarna 
twoja godzina, kiedy nastrzępiony, przepływać bę- 
dziesz niebiosa! 

Jednak miły jest głos barda i pożądany dla du- 
szy Ossjana. Jest on jak poranek na szumiącej do- 
linie, na którą słońce przez mgły poziera, kiedy na 
skały występuje. 

Ale teraz nie czas, o bardzie, dosiadywać w szran- 
kach pieśni! Na dolinie Fingal we zbroi. Patrz na 
płomieniącą się tarczę króla! Zasępia się jego obli- 

PliMA 60SZ«irŃSKIEG0. I' 15 



226 PIEŚNI OS?JANA 



cze między kędziorami. Przypatruje się szerokiej po- 
wodzi Erynu. Czy widzisz, Karrilu, ów grobowiec 
przy brzegu szumiącego strumienia ? Trzy kamienie 
najeżają szare głowy pod nagiętym dębem. Król tam 
pogrzebiony. Oddaj wiatrom jego duszę. Jest on bra- 
tem Katmora. Otwórz mu po^vietrzną salę. Niech 
pieśń twoja będzie strumieniem wesela dla ponurej 
duszy Kairbara!« 



PIESN TRZECIA. 

Poranek. Fing-al zdaje dowództwo wojska na Gaula, syna 
Morniego, a sam odchodzi z Ossjanem na górę Kormul, 
skąd bitwie przypatrywać się można. Bardowip zaczy- 
nają pieśń boju. Obraz bitwy. Czyny Gaula i Foldata. 
Foldat prz3' wodzi wojsku Katmora, który równie jak 
Fing-al, siedzi spokojnie na wzgórzu. Gaul i Foldat chcą 
się osobiście spotkać, ale strzała kaleczy rękę Gaulowi. 
Fillan, syn Fingala, przybywa mu na pomoc. Nadchodzi 

noc; oba wojska rozłączają się. 
Podczas uczty Fingal nie znajduje między swojemi wo- 
dzami Konnala, przyjaciela swojej młodości; zabił go 
w boju Foldat. Ustęp o młodzieiiczych przygodach Kon- 
nala. Bard Karril posłany dla postawienia grobu K onna- 
lowd. Ta pieśń obejmuje sprawy drugiego dnia. 

Któż to przy błękitnym Lubaru strumieniu na 
spadzistym sarn pagórku ? Wysoki, opiera się na dę- 
bie, który nocna burza u szczytu obszarpała. Któż, 
jeśli nie s^ti Komhala, jaśniejący w ostatniej swojej 
bitwie ? Wietrzyk podnosi sędziwe kędziory. Miecz 
Luna do połowy obnażony. Oko jego zwrócone ku 
Moilenie, na ciemne ruchy nieprzyjaciół. Czy nie sły- 
szysz głosu króla ? Ryczy on, jak strumień pustyni, 
kiedy się wwłamuje z pomiędzy rozgłośm'ch opok na 
szumiące łany słońca. 



227 



Nadchodzi szeroko rozwinięty nieprzyjaciel. » Wsta- 
wajcie, syny lesistej Selmy! — Bądźcie jak skały 
waszej krainy, o których ciemne boki rozbija się 
powódź strumieni. Promień radości pada na moją 
duszę. Potężnego widzę przed sobą nieprzyjaciela. 
Tylko kiedy on słaby, to Fingal w^zdycha; bo śmierć 
jego niesławna być może i mrok zamieszka przy 
jego grobie. Któż będzie dow^odził w bitwie z woj- 
skiem Aluekmy ? Mój miecz wtedy tylko błyska, 
kiedy niebezpieczeństw-o w-zrasta. Taki był już daw- 
niej zwyczaj Trenmora, władcy wiatrów. Tak szedł 
do w'alki błękitnotarcz}' Tratal.« 

Książęta pokłonili się królowi; każdyby chciał 
rozkazy W' ać w boju. Opowiadają w półsłowach prze- 
ważne swoje cz}Tiy. ŹwTacają oczy na Eryn. Ale 
wdali od wszystkich stał syn Morniego, stał w mil- 
czeniu; bo któżby nie słyszał o bitwach Gaula ? Pod- 
niosły się one w jego duszy. Skrycie pochwycił miecz, 
miecz, który wyniósł ze Strumonu *), kiedy potęga 
Morniego zgasła. 

Oparty na oszczepie, stał Fillan Selmy w pły- 
wających kędziorach. Trzy razy podniósł oko na Fin- 
gala; trzy razy zabrakło mu głosu do przemówienia. 
Brat mój nie mógł pochlubić się bitwami; odszedł 
nagle. Schylił się nad oddalon3Tn strumieniem; łzy 
wisiały w oczach. Czasami zbijał przewróconym oszcze- 



*) Strumon, to jest sti-umień wzgórza, byl fjfniazdem 
rodziny Gaula w 8{jsiedztvv ie Selmy. Podczas pochodu 
Gaula do Tromatonu zmarł mu ojciec, jak sic to w Oito- 
nie opowiada. Morni zalecił, ażeby iniccz Strumonu, 
który się zachowywał w icłi rodzinie jalc świętość od 
czasów Kulgacha, najsławniejszego z przodków, złożono 
przy nim \\' grobie^ i żeby syn go nie dobywał, chyba 
w nadzv. yczajncm niH)('zpłeczpństv,'ie. Wkrótce potem 
zabito Gaulowi w boju dwóch braci, a on dostał miecza 
z grobu. iMacphcrson przywodzi wiersz, któr}' opiewa 
cala tę czynność Gaula. 

15* 



228 PIEŚNI 088JANA 

pem główki ostu. Postrzegł to Fingal. Spojrzał uko- 
sem na syua. Patrzał na niego z tłumioną radością 
i odwrócił się z pełną duszą. W milczeniu z^\TÓcił 
się król ku lesistej Morze, zakr^n^'ając kędziorami 
łzy pełne. Nalioniec odezwał się: 

» Pierwszy między synami Morniego, ty skało, 
która burzom urąga, ty przewodź bitme za ród po- 
ległego Kormaka! 

Twój oszczep nie jest laską chłopięcia, ani twój 
miecz marm^n promieniem śmatła. Synu Morniego, 
spojrzyj na wroga i rozprosz go! Fillanie, uważaj 
wodza! On nie spoczywa w potyczce; jednak w boju 
nie zapala się bezprz\i:omnie. Synu mój, zapatruj się 
na wodza. Mocny on, jak strumień Lubaru, nigdy się 
jednak nie pieni, nie ryczy. Z wysoka, z chmurzy stej 
Mory będzie Fingal przypatrywał się bitwie. Ossja- 
nie *), staniesz przy twoim ojcu, gdzie strumień spada. 
Podnieście głos, o bardy, a Selma pod tym dźwię- 
kiem niech naprzód postępuje. Ostatnie to jest moje 
pole bitwj^; opromieńcież je ś^^^atłem!« 

Jak przebudzenie się gwałtownych wiatrów, jak 
dalekie przewalanie się zburzonego morza, kiedy duch 
ponury ze wściekłości napiętrza bałwany nad wyspą, 
nad siedliskiem tiunanów na głębi; tak straszliwy 
był zgiełk Avojska, szeroko ruszającego w pole. Ro- 
sły Gani przed wszystkiemi. Pod jego krokami iskrzyły 
się strumienie. Obok bardowie śpiewali. On tymcza- 
sem uderzał w tarczę, a dźwięczne odgłosy unosiły 
się na skrzydłach wiatrów. 

Bardowie śpiewali: 

»Na Kronie szumi po nocy strumień. Nadjina się 
w mrocznym korycie aż do wczesnego promienia 



*) Kiedy Ullin, pierwszy bard Fingala, posiany był 
z ciałem Oskara do Morwenu, wtedy, zdaje się, Ossjan 
zastępował jogo miejsce. 



229 



j)oranku. Wtedy spuszcza się biało ze wzgórza z gła- 
;^ami i setnemi lasy. Niech krok mój daleki będzie 
od Krony. Tam śmierć się kołysze. Bądźcie strumie- 
niem Mory, sjTi}^ chmurnego Morwenu! 

»Któź to stoi na wozie, na Kłucie ? *) Wzgórza 
drżą przed królem. Ponure lasy brzmią dokoła, oświe- 
cone jego stalą. Widzicie go, jak okrążony wrogami, 
równa się zręcznemu duchowa Kolgacha, kiedj' roz- 
joędza chmury i harcuje na wichrach! To skoczny 
biegun Morniego. Wyrównaj twojemu ojcu, o Gaulu! 

» Szeroko otmera się Selma. Bardo^vie ujmują 
drżące ariy. Dziesięciu młodzieńców niesie dąb uczty. 
Słoneczny promień pokazuje wzgórza dalekie. Ponure 
fale burzy pł\Tią po trawiastych łanach. Czemuś tak 
cicha, o Selmo ? Król powraca z całą sławą! Czyż 
nie ryczy bitwa ? Jednak jego czoło spokojne. Bi- 
twa ryczy, a Fingal zwyciężył. — Bądź podobny 
swojemu ojcu, o Fillanie!« 

Poszli za pieśnią. Wysoko mieszały się oszczepy, 
jak błonia, trzciną porosłe, pod jesiennemi wiatrami. 
Na Morze stał król we zbroi. Mgła opływała sze- 
roką jego tarczę, co na omszonej skale Konnula wy- 
soko na gałęzi wisi. Cicho stałem przy Fingalu 
z okiem obróconem na lasy Kromli, abym nie patrzał 
na wojsko i nie leciał naprzód we wTzącej duszy. 
Noga moja wystąpiła na błonie. Wysoko połyskiwa- 
łem w stali, podobny spadkom strumienia Tromy, 
kiedy nocne wiatry skrępują go lodem. Widzi go 
chłopiec, jak połyska w górze rannym promieniem, 
nadstawia ku niemu ucho i dziwi się, że taki mil- 
czący. 

I Katmor też nie siedział przy strumieniu, jak 
młodzieniec na spokój nem polu. Szeroko popychał on 



*) Pochód Morniego do Kłuty, o którym tu wzmiankc 
zachował się w podaniu. 



230 PIEŚNI OSPJANA 



bitwę, równą czarnym, zmąconym falom. Lecz kiedy 
ujrzał Fingala na Morze, ocknęła się w nim szla- 
chetna duma. »Miałżeby wódz Aty walczyć, a króla 
w polu niema ? Foldacie, przy wódź mojemu ludowi. 
Ty jesteś promieniem ognia !« 

Wystąpił Foldat z Moray, jak chmura, co ducha 
odziewa. Wziął od boku swój miecz, jak płomień, 
i poprowadził wojenne szeregi naprzód. Pokolenia, 
jak wirowate fale, rozlały dokoła ponure swoje siły. 
Dumny przed niemi krok jego. Zapłomienione oko 
ciska gniewem. Wezwał Kormula, wodza Dunraty, 
i tak się odezwał: 

»Kormulu, widzisz ową drożynę, co zielono skręca 
się za nieprzyjaciela ? Postaw tam lud swój, żeby 
Selma nie w^anknęła się przed moim mieczem. Bar- 
dowie zielonych dolin Erynu, niech się żadnego głos 
nie podniesie! Bez pieśni powinni upaść syny Mor- 
wenu. Są oni nieprzyjaciółmi Kairbara. Spotka kie- 
d3'^ś wędrowiec na Lenie czarną, gęstą mgłę, co bę- 
dzie snuć się z ich duchami po brzegu zarosłych 
baguisk. Nigdy się oni nie wzniosą bez pieśni do 
mieszkania wiatrów. « 

Kormul zachmurzył się, kiedy odchodził. Ruszyło 
za nim jego pokolenie. Przepadli między skałami. Oko 
Gaula śledziło czarnookiego wodza Dunraty. Rzekł 
on do Fillana Selmy: »Czy widzisz kroki Kormula? 
Niech mocne będą twoje ramiona; kiedy upadnę, 
spomnij sobie Gaula w bitwie. Teraz rzucam się do 
walki między szeregi tarcz !« Podniosło się hasło 
śmierci, groźny dźwięk tarczy Morniego, i niekiedy 
głos Gaula. Na Morze powstał Fingal i widział od 
skrzydła do skrzydła, jak wszystko razem tłoczyło 
się do bitwy. 

Katmor strumienistej Aty stał, połyskując, na 
mrocznem swojem wzgórzu. Równali się dwaj królo- 
wie dwom niebieskim duchom na mrocznych obło- 



231 



kach, kiedy rozpuszczają wiatry i wzdymają rozhu- 
kane morze. Przewalają się pod niemi błękitne fale, 
prute ścieżką wieloryba. Oni sami spokojni są i ja- 
śnieją, a powiew zlekka unosi mgliste ich kędziory. 

Jakiż to promień zawisł wysoko w powietrzu ? 
Ten promień to straszny miecz Morniego! Jego śla- 
dem śmierć się ciśnie. O Gaulu, to ty ciskasz nim 
w gniewie! Upadł Turlaton, jak młody dąbczak ze 
swojemi latoroślami. Wysokołona jego oblubienica 
wyciąga przez sen białe ramiona ku powracającemu 
wodzowi, przez sen z jDod rozpłynionych kędziorów 
przy kipiącym Morwie. Oichomo, to duch jego! Wódz 
poległ. Nie śledź na wiatrach Turlatonu dzwoniącej 
jego tarczy. Przeszyto ją przy jej strumieniach. 
Dźwięk jej przeminął. 

I ręka też Foldata nie była spokojna. Nurtuje 
we kr^\d jej droga. Konnal spotkał się z nim w^e 
walce. Zamienili dzwoniące stale. Dla czegóż oko 
moje musiało na to patrzeć ? Konnalu, siwe są tw^oje 
kędziory. Byłeś ty przyjacielem cudzoziemców na 
omszonych skałach Dunloru. Kiedy się chmury mą- 
ciły, wtedy u ciebie sporządzono ucztę. Obcy słyszał 
burze na dworze i radował się przy gorejącym dę- 
bie. Po cóżeś, synu Dutkarona, poległ we krwi ? Wpół- 
spróchniałe drzewo nagina się nad tobą. Przy tobie 
leży złamana tarcza. Krew twoja spłpva do stru- 
mienia, o ty tarcz kruszycielu! 

Ze wściekłością porwał Ossjan swój oszczep — 
ale Gaul rzucił się na Foldata, pominął słabych, 
a na wodza Momy gniew swój obrócił. Mieli już 
podnieść straszliwe dzidy, kiedy przypadła niewi- 
doma strzała i przeszyła rękę Gaula. Stal jego, 
gwiżdżąc, upadła na ziemię. Przybył Fillan młody 
z tarczą Kormula i zastawił nią wodza. Donośnie 
huknął Foldat i w szerokim okręgu rozżarzył pole 



232 PIEŚNI OSSJANA 



bitwy, podobny do burzy, która prowadzi szeroko- 
ski'zydły płomień na rozgłośne lasy Lumonu. 

»Synu błękitnookiej Klaty, rillanie!« przemówił 
Gaul, »ty jesteś niebieskim promieniem, który pada- 
jąc na rozhukaną głębię, krępuje skrzydła nawal- 
nych wiatrów. Kormul przez ciebie upadł — rano 
ty dościgniesz sław}^ swojego ojca! Ale nie zapędzaj 
się zb^^t daleko, mój rycerzu! Nie mogę ci pomóc 
oszczepem. Spokojnie będę stał śród walki; — wszakże 
głos mój daleko się rozlegnie. Posłyszą go s^Tiowie 
Selmy i spomną sobie wcześniejsze moje czyny. « 

Podniósł się na wietrze głos straszliwy; wojsko 
poszło do walki. Słyszeli go często nad Strumonem, 
kiedy obwoływał polowania łani. Wznosił się on śród 
walki, jak śród burzy, która na wyŻ3'^nie to mgłą się 
odziewa, to wytyka szeroko plN-^rającą głowę. Zamy- 
ślony ło^%dec z błonia, zarosłego trzciną, podnosi ku 
niemu oczy. 

Dusza moja, o Fillanie, śledzi ciebie na ścieżce 
sławy! Pędzisz przed sobą nieprz^^jaciela. Może te- 
raz i Foldat pierzchnie... Ale noc z obłokami przj-- 
chodzi. Z wyżyny dał się słyszeć róg Katmora. Sy- 
nowie Selmy posłyszeli głos Fingala z gęstego tu- 
manu Mory, Bardowie rozleli pieśni, jak rosę, na 
^\Tacające wojsko. 

Śpiewali oni: 

»Któż to idzie od Strumonu w pł^nyających kę- 
dziorach ? Chód jej smutny, błękitne jej oko z^\tó- 
cone ku Erynowi.« 

»Dla czegoś tak smutna, Ewrichomo ? Któż tak 
sławTiy jak twój wódz ? Groźnie wstąpił do bitwy; 
powrócił jak ś^viatło zza chmury. Podniósł miecz 
swój w gniewie — ulękli się błękitnotarczego Gaula.« 

» Wpadła radość, jak szumiący poicie w, do kró- 
lewskiej duszy. Spomniał na bitwy przeszłości, na 
dni, kiedy ojcowde walczyli. Dni przeszłości wróciły 



233 



do myśli Fingala, kiedy zobaczył sławę swojego syna. 
Jak się cieszy słońce na obłoliu z drzewa, podnie- 
sionego swoim promieniem, Idedy samotna jego głowa 
wstrząsa się na błoniu, tak się cieszył król z Fillana.* 
Jak toczące się po wzgórzach grzmoty, kiedy 
! i Lary pochmurne są i ciche, tak są wdzięczne, 
l. Jv są groźne kroki Selmy. Po^Tacają w dźwięku, 
1 ik orły do swoich skał czarnobrunatnych, kiedy 

l)Qdą na błoniach słabe dzieci polotnej łani. Cie- 

się wami ojcowie na swoich obłokach, syny stru- 
i : 1 1 -iiistego Morwenu ! « 

Taki był na Morze łan nocny głos bardów. Na 
.-.:( życie Kormula, od burz podart\Tn, wzniósł się pło- 
mień stu dębów. Przyrządzono ucztę, a błyskotni wo- 
dzowie zasiedli kołem. Był tam Fingal w całej swo- 
jej mocy; szumiało na jego szyszaku orle skrzydło. 
Mruczący wiatr zachodu przewiewał czasami. Długo 
poglądał król dokoła; nakoniec ^wmówił te słowa: 

»Moja dusza czuje brak śród naszej radości. Nie 
dostrzegam jednego z moich prz^^jaciół. Spadł wierz- 
chołek drzewa. . Burzliwy wdcher trafił na Sehnę. 
Gdzie jest wódz Dunlory ? Moźnaż przy uczcie za- 
pomnieć Konnala, tego, któr}^ na dźwięcznej swojej 
sali nie zapomniał nigdy o cudzoziemcu ? Milczycie 
w rnojej obecności ? A \%dęc Konnala już niema! Niech 
radość, o wojowTiiku, spotka ciebie, jak strumień 
światła! Niech szybki będzie na szumiących wiatrach 
twój przechód do twoich ojców! Ossjanie, twoja du- 
sza jest ogniem; rozpłomień pamięć króla! Obudź 
bitwy Konnala, kiedy po raz pierwszy zajaśniał na 
wojnie! Kędziory Konnala były siwe *), a dni jego 
młodości były też i mojemi. Jednego dnia naciągnął 



*) Po śmierci Komaln, Dutkaron, ojciec Konnaht, wy 
chowy waJ Fingala; stąd ich przyjaźń. 



234 PIEŚNI OSSJANA 



Dutkaron po raz pierwszy nasze łuki ku sarnom 
Dunlory.« 

Ja zaśpiewałem: 

»Wiele jest ścieżek do naszych bitew na zielo- 
ny cli dolinach Erynu. Często podnosił się żagiel na 
modrych, rucha wych falach. Ciągnęliśmy kiedyś, we 
dniach innych, na pomoc pokoleniu Konara. Wrzała 
walka w Alnekmie, przy pienist_'/m stnunieniu Du- 
tuli. Z Kormakiem poszedł do bitwy Dutkaron od 
chmurzystej Selmy. Nie sam Dutkaron poszedł; jego 
syn szedł przy jego boku; młodzieńczy Konnal z dłu- 
giem! kędziorami po raz pierwszy ujął tu swoją 
dzidę. Wysłałeś ich, o Fingalu, na pomoc królowi 
Erynu. Równa potędze wrzącego oceanu, rzuciła się 
Bolga do walki. Na czele szedł dmmiy Kalkula, wódz 
modrostrumienistej Aty. Zaczęła się bitwa. Kormak 
jaśniał w boju, jak postacie jego ojców. Ale nad 
wszystkich skarał Dutkaron nieprzyjaciół. I twoje, 
o Konnalu, ramię nie spało pod ojcowskim bokiem. 
Kalkida przemógł; jak mgły rozpędzane, tak pierz- 
chnęły lud}^ Kormaka. Wtedy podniósł się miecz 
Dutkarona i żelazo szerokotarczego Konnala. Zasła- 
niali pierzchających przyjaciół, jak dwie skały z sos- 
no wemi wierzchołkami. Noc spadła na Dutulę; niemo 
stali wodzo-rtde śród pola. Potok szumiał ^ypoprzek 
drogi; Dutkaron nie mógł go przebyć. 

» Czego stoisz, mój ojcze ?« rzekł Konnal. » Słyszę 
wrzawę nieprzyj aciół ! « 

»Uciekaj, Konnalu, uciekaj !« zawołał głośno. »Gi- 
nie już siła twojego ojca! Raniony, powracam z bi- 
twy. Tu na noc zostanę. « 

»Ale nie sam tu zostaniesz!* przemówił Konnal 
z głębokiem westchnieniem. 

»Moja tarcza, jak orle skrzydło, zasłoni króla 
Dunlory.« I usiadł smutny przy ojcu — potężny 
Dutkaron skonał. Dzień się ocknął, noc powi*óciła. 



235 



Nie pokazał się żaden bard, dumający samotnie na 
błoniu. Mógłże Konnal odstąjDić grobu ojca, zaczemby 
ten odebrał swoją cześć? Naprężył łuk na sarnę; 
urządził samotną ucztę. Siedm nocy spoczywała jego 
głowa na ojcowskim grobie. I zawsze widywał ojca 
we śnie. Wid}"^vał ponurego we mglistej odzieży, 
podobnego ^vĄ"ziewom zarosłego Lęgu. Nakoniec uj- 
rzał Kalgana, barda wysokiej Temory. Wtedy Dut- 
karon odebrał cześć swoją i wstąpił na wiatry. « 

»Miła jest ucłiu,« rzekł Fingal, »poc}iwała króla 
mężów, kiedy łuk jego silny był w boju, kiedy wy- 
pogadzało się przy nim lice zasmuconego. Oby i moje 
imię było tak wsławione, kiedy bardo^\ie przyświecą 
podnoszącej się mojej duszy! Karrilu, sjaiu Kinteny, 
weź bardów i postaw grobowiec. Niech jeszcze tej 
nocy zamieszka Konnal ciasny swój domek. Niech 
dusza walecznego nie błąka się po wiatrach. Słabo 
świeci księżyc na Moilenie przez szerokowierzche 
lasy wzgórza; przy jego promieniach postawcie ka- 
mienie wszystkim, którzy w tej bitwie upadli. Cho- 
ciaż nie byli wodzami, jednak ramiona ich silne były 
śród boju. Byli oni moją skałą w przygodzie, górą, 
z której spuszczało się moje orle skrzydło. Przez 
nich sławnym zostałem. — O Karrilu, nie zapomi- 
naj pobitych!* 

Głośno, odrazu podniosła się pieśń grobowa stu 
bardów. Karril przodkował; poszli za nim, jak szmer 
za strumieniem. Milczenie przebywa na dolinach Moi- 
leny; każda z ciemnym sti'umieniem skręcała się po- 
między górami. Słyszałem głos bardów, cichszy i cich- 
szy, im dalej odchodzili. Wsparłem się na tarczę 
i uczułem, że się rozpromienia moja dusza. W pół- 
utworzonych słowach rozleciała się moja pieśń na 
wiatry. Tak słychać Aviosenny głos drzewa na doli- 
nie. Słońce zielony liść skubie, a ono potrząsa sa- 



236 PIEŚNI OSSJANA 

motną głową. Okrąża go pszczół brzęczenie. Z ra- 
dością pogląda ku niemu łowiec gwarnego błonia. 

Zdała stał młodzieńczy Fillan. Błyskotny jego 
szyszali leżał na ziemi. Czarny włos spływał z wia- 
trem. Promieniem śmatła jest syn Klat^^ Słucliał 
z radością słów królewskicli. Wspierał się na oszczep. 

Wozokotczy Fingal mówił: 

»Synu mój, widziałem tAvoje czyn}!-, i radowała 
się we mnie dusza. Sława naszych ojców, mówiłem, 
przełamuje się przez to gęste climurzysko. Waleczny 
jesteś, synu Klaty, ale za porywczy w boju. Nie rzu- 
cał się tak Fingal, chociaż nie lękał się nieprzyja- 
ciela. Niech za tobą będzie twój lud w szeregach; 
tam jest potęga w polu! Wtedy długo będziesz sław- 
ny i zobaczysz groby stare. Po\\Taca do mnie du- 
manie o przeszłości, o cz^Tiach dni innych, kiedy po 
raz pierwszy wj^szedłem z oceanu na "^wspę zielo- 
nych dolin. « Nakłoniliśmy się ku głosowi króla. Księ- 
życ wjgrzał w pełni ze swojego obłoku. Zbliżyły się 
mgły szarobokie, mieszkania duchów. 



PIESN CZWARTA. 

Po mowie Fingala, w której opisuje swoje wesele z Ro- 
skraną, córką Kormaka, króla Temory, zwraca się poeta 
ku wojsku Bolg-ów i kreśli położenie Katmora i Sulmali. 
Sulmala, kochanka króla, córka Konmora, króla Inishuuy, 
przebrana za rycerza, towarzyszmy tajemnie KatmoroAvi. 
Kłótnia Foldata i IMaltosa, którą kończy -s^ danie się Kat- 
mora; poczem oddala się król na spoczynek. Duch Kair- 
bara przepowiada mu śmiei'ć blizlvą. Katmor poznaje 
śpiąca Sulmalę. Poranek. Monolog Sulmali. 

» Siedziałem pod dębem, na strumienistej opoce 
Selmy, « mÓT^dł król, » kiedy przyszedł od morza Kon- 



237 



nal ze złaraamTn oszczepem Dutkarona. Młodzieniec 
stał w oddaleniu i od^^Tacał ocz}". Dumał o l^rokach 
ojca na jego zielonych wzgórzach. Zachmurzyłem się 
na siedzeniu. Ponure dumy nawisły nad moją duszą. 
Królowie Erynu wystąpili przede mnie. Wychwyci- 
łem miecz do połowy. Powoli zbliżyli się wodzome 
i wznieśli ku mnie milczące ocz}'^, głosu mojego cze- 
kając; stali jak szereg obłoków; głos mój był dla 
nich wiatrem nieba, który mgłę przepędza. 

» Kazałem rozpiąć biały mój żagiel przed szimiera 
wiatrów Kony. Trz^-stu młodzieńców patrzało z fal 
swoich na w^^^ukłą tarczę Fingala. Wisiała wysoko 
na maszcie, jak hasło na modrem morzu, ale kiedy 
noc opadła, uderzałem niekiedy w czuwającą tarczę; 
uderzałem i patrzałem w górę na ogniokędziory Ule- 
rin. Pokazała się gwiazda nieba. Zapłomieniona, wę- 
drowała pomiędzy obłokami. Płynąłem za przyjaznym 
promieniem po słabołyskającej głębi. Rano podniósł 
się Eryn we mgle. Przybyliśmy do zatoki Moileny, 
gdzie modre fale kołyszą się w łonie rozgłośnych 
lasów. Tu w skrytych salach uniknął Kormak potęgi 
Kolkula. Nie sam uniknął nieprzyjaciela: było tu mo- 
dre oko Roskrany, Roskrany, córy króla, dziewicy 
białorękiej. 

»Siwy, na stępionym oszczepie, w}'szedł Kormak 
zgrzybiałym krokiem. Uśmiechnął się w pływających 
kędziorach, ale w jego duszy była zgryzota. Przej- 
rzał małą naszych liczbę i westchnienie jego podnio- 
sło się. — » Widzę zbroję Trenmora,« rzekł; »ten 
chód jest królewski. Fingalu, ty jesteś promieniem 
światła dla zachmurzonej duszy Kormaka! Wcześnie, 
synu mój, podniosła się twoja sława; ale mocni są 
nieprzyjaciele Erjoiu. O synu wozokotczego Komhala, 
są oni jak nurty strumienistego kraju !« — » Jed- 
nak, « mówiłem ze wznoszącą się duszą, » możemy ich 
odpędzić. Nie z rodu słabych jesteśmy, królu błękit- 



PIEŚNI OSSJANA 



notarczego wojska! Czyż wchodzi między nas bojaźń, 
kiedy się w polu nieprzyjaciel pomnaża ? Nie rozto- 
czy się pomrok, królu eryński, ua tę młodzież boju! 

» Puściły się łzy królowi; w milczeniu ścisnął mię 
za rękę. »Latorośli wspaniałego Trenmora,« rzekł 
nakoniec, »nie napędzam na ciebie żadnej chmury. 
Ty gorejesz ogniem swoich ojców. Widzę twoją 
sławę. Odznacza ona twoją drogę śród bitew, jak 
strumień światła. Ale zaczekaj na prz^^bycie Kair- 
bara *); mój syn połącz}' miecz swój z twoim. Zwo- 
łuje on synów Erj-nu z nad ich strumieni dalekich. 

» Przyszliśmy do sali króla, opasanej skałami, na 
których innym boku dawny strumień ślad zostawił. 
Gałęziste we mchu dęby nachylały się dokoła moc- 
na brzoza kołysała się w pobliżu. Skryta przez 
pół w cienist^Tn gaju, podniosła pieśń Roskrana; 
brząkała po arfie białemi rękami. Postrzegłem błę- 
kitne jej oko. Zdawała się być niebieskim duchem, 
odziamon do połowy w rąbek chmury. 

»Trzy dni ucztowaliśmy na Moilenie. Jaśniejąc, 
podniosła się ona we wzruszonej mojej duszy. Kor- 
mak zobaczył moje zasępienie i dał mi białopiersią 
dzie\\icę. Prz3szła ze spuszczonem okiem, okryta peł- 
nemi kędziorami. Przyszła — nagle zawrzała bitwa. 
Kolkula się pokazał. Pochwyciłem oszczep. Mój miecz 
z moim ludem poleciał ku szeregom nieprzyjaciół. 
Alnekma pierzchła, Kolkula upadł, a Fingal ze sławą 
po-^TÓcił. 

» Wsławia się ten, o Fillanie, kto walczy mocą 
swojego wojska. Bard stąpa jego śladem przez kraj 
nieprzyjaciela. Ale kto sam walcz;\^ — z tego czy- 
nów mało przejdzie do potomności. Dziś jaśnieje, 



*) Kairbar, syn Kormaka, został po niui królem, ale 
krótko panował. Nastąpił po nim jego syn Areto, ojciec 
Kormaka, którego zamordował Kairłjar, król Aty. 



239 



jak potężne światło — jutro juz go niema. Jedna 
pieśń objęła jego sławę; na jednem ciemnem polu 
jest jego imię! Zapomniany tam, gdzie się nie roz- 
rasta gęsta murawa jego grobu !« 

Te były słowa Fingala na Morze sarn. Trzech 
bardów ze skały Kormula zlało śpiew miły. Sen spu- 
ścił się z dźwiękami na daleko rozłożone wojsko. 
Karril powTÓcił z bardami od grobu wodza Dunlory. 
Głos poranny nie dojdzie już do ciemnego łoża Dut- 
karona. Nie usłyszy więcej biegu sarn przy sw-ojem 
wązkiem mieszkaniu! 

Jak skłócone chmury tłoczą się do ogniojawa 
nocy, kiedy światło jego błyska nad burzącem się 
morzem, tak tłoczył się Eryn do pałającej postaci 
Katmora. Wyniosły, w ich pośrodku podnosił on cza- 
sem niedbale oszczep, jak się podnosił i opadał 
dźwięk dalekiej arfy Fonara. 

Blizko niego opierała się o skałę błękitnooka 
Sulmala, białopiersia córa Konmora, króla Inishuny. 
Błękitnotarczy Katmor przyszedł mu na pomoc i zbił 
nieprzyjaciela. Sulmala widziała go okazał^TU na bie- 
siadnej sali. Ale oczy Katmora obojętnie patrzały 
na dziewicę długowłosą. 

Trzeci dzień następował , kiedy przybył Fitil 
z Erynu strumieni. On opowiedział o podniesieniu 
tarcz na Selmie, niebezpieczeństwa Kairbara. Katmor 
podniósł żagiel na Kłucie, ale wiatry zaba\\dły się 
w innych ziemiach. Trzy dni czekał na brzegu i zAvra- 
cał oko na sale Konmora. Myślał o córce obcego, 
a westchnienie jego podniosło się. Wiatry obudziły 
już falę, kiedy przybył z pagórka młodzieniec we 
zbroi, aby przy Katmorze zażył swojego miecza na 
głośnych jego polach. Była to białoramienna Sul- 
mala. Skrycie przebywała pod szyszakiem; kroki jej 
pilnowały króla; z radością patrzała na niego błę- 
kitnem okiem, kiedy leżał przy szumiącym strumie- 



240 PIEŚNI OSSJANA 



niu. Ale Katmor myślał, że ona sarny ściga na Lu- 
monie. Myślał, źe piękna wyciąga ze skały białą rękę 
na wietrzyk, aby czuć lot jego do Er^oiu, do zielo- 
nego mieszkania jej kochanka. Przyrzekł jej poAvró- 
cić białopiersim żaglem. O Katmorze! dziewica przy 
tobie, oparta o skałę. 

AVysokie postacie wodzów stały dokoła; brako- 
wało czarnobrewego Foldata. A on, oparty na odda- 
lonem drzewie, zanurzył się w dumnej duszy. Gęsty 
włos jego gwizdał wiatrem. Niekiedy pieśń mruczał. 
Nakoniec uderzył w gniewie drzewo i udał się do 
króla. Spokojna i szlachetna, podniosła się przy świe- 
tle dębu postać młodego Hidali. Spły^^ał mu włos 
po rumian3'ch jagodach smugami płynącego światła. 
Słodki był głos jego w Klorze, w dolinie ojców. 
Słodki był głos jego, kiedy trącał arfę na sali, w po- 
bliżu szumiących swoich strumieni. 

»Królu Er3'nu,« rzekł Hidala, »teraz właśnie czas 
uczty. Rozkaż, aby się podniosły głosy bardów, aby 
odśpiewały noc uchodzącą. Dusza groźniej powraca 
od pieśni do walki. Ciemność spocz^nya na Er3aue. 
Rąbek obłoku ze wzgórka na wzgórek spada. Da- 
leko i mrocznie ^vidać na błoniach groźny przechód 
duchów. Duchy upadłych nachylają się ku pieśniom. 
Rozkaż, o Katmorze, trącić arfy, aby pocieszyć umar- 
łych na ich wędrownych wiatrach!* 

» Zapomnienie wszystkim umarłym!* rzekł Foldat 
z Avybuchającym gniewem. »Nie musiałżera ustąpić 
z placu bitwy? I jeszcze miałbym pieśni słuchać? 
Jednak nie próżnowałem w boju. Strumieniła się 
krew po moich śladach. — Ale — niedołężni byli 
za mną. Nieprzj^jaciel umknął przed moim mieczem. 
Na dolinie Klonny potrącaj arfę. Dura niech odpo- 
wiada głosom Hidali. Za twoim długim, złotym kę- 
dziorem wj^gląda dziewica z lasu. Ustąp na głośne 
łąki Lubaru. Tutaj pole rycerzy!* 



241 



» Królu Erynu,« rzekł Maltos, »ty sam nami do- 
wodź! Ty jesteś dla naszych oczu ogniem na mgii- 
stoczarnych polach. Przechodzisz wojsko jak burza 
i w krew je ciskasz. Ale kiedy powTacasz z bitwy, 
któż twoje słowa słyszy ? Okrutnik bawi się śmier- 
cią. Pamięć jego odpoczywa na ranach od jego 
oszczepa. Bój wre w jego myślach; jego słowa nieu- 
staimie słychać. Twój pęd, wodzu Momy, rówaiał się 
mętnemu strumieniowa. Śmierć biegła za twoim śla- 
dem. Ale i inni robili oszczepami. Nie było za tobą 
niedołężnych, tylko że nieprzyjaciel był silny. « 

Widzi Katmor, że wściekłość rośnie, że każdy 
■występuje naprzód. Już miecze były ^yjDÓłdobyte, już 
w milczeniu zataczali oczami. Wraz byliby się zmie- 
rzyli strasznem spotkaniem, gdyby gniew Katmora 
nie był wybuchnął. Dobył on miecza, że aż błysnął 
śród nocy od wysoko pałającego dębu. » Synowie py- 
chy !« zawołał król, »poskromcie w^zburzone dusze! 
Precz w ciemność! Na cóż mam rozżarzać swoją 
wściekłość? Mamźe was obu orężem ugłaskać? Nie 
jest tu pora do kłótni. Odstąpcie, chmury, od mojej 
uczty! Nie budźcie wdęcej mojej duszy !« 

Przepadli oczom króla każdy w swojej stronie, 
jak dwa bałwany mgły porannej, kiedy na jaśnieją- 
cej skale słońce pomiędzy niemi się wzniesie. Czarne, 
rozpływają się na strony każda do swego zarosłego 
bagna. 

W milczeniu siedzieli wodzo%vie przy uczcie. Po- 
zierali czasem na króla Aty, który się przechadzał 
po skale dla uspokojenia duszy. Wojsko leżało na 
polu. Sen spadł na Moilenę. Głos tylko Fonara od- 
zywał się pod drzewem oddalonem. Brzmiał on na 
cześć Katmora, Lartonowego syna z Lumonu. Ale 
Katmor nie słuchał swojej pochwały. Układł się przy 
szumie strumienia. Szepcący podmuch nocy pływał 
po gwiżdżących jego kędziorach. 

PISMA GOSZCZłfi3KlE00. II. 16 



242 PIEŚNI OSSJANA 



Brat, napółwidomy, zeszedł z nizkozawieszonej 
chmury do snów jego. Radość świtała na jego obli- 
czu; wysłuchał on pieśni Karrila, Burza niosła ciem- 
nolirawędzią chmurę, którą z łona nocy porwał, wstę- 
pując ze sławą do powietrznej sali ojców. Zabrzmiał 
słabemi słow}' •\vi3Ółzmieszanemi ze szumem strumienia. 

»Niech radość spotka duszę Katmora! Głos jego 
dał się słyszeć na Moilenie. Bard Kairbarowi dał 
pieśń swoją. Już on wędruje na wiatrach. Moja po- 
stać na sali ojców - jak jiołysk groźnego śwdatła, 
które śród burzliwej nocy przebiega pustynie, Kiedy 
upadniesz, nie będzie przy twoim grobie brakowało 
barda. Synowie pieśni kochają walecznych. Katmo- 
rze, imię twoje jest wdzięcznym powiewem! Powstaje 
dźwięk żałoby. Tam, na łonach Lubaru głos jakiś! 
Jeszcze głośniej, o mroczne duchy! Zmarli są sławoii! 
Wyraźnie wzd}Tna się dźwdęk słaby. Słychać jedynie 
chrypiącą burzę. Ach! wkrótce Katmor polegnie!* 

Zmnięty w samego siebie, odpłynął duch na łono 
burzy; stare dęby uczuły jego i^rzelot i wstrząsły 
szumiącemi głowami. Katmor skoczył z ustronia od- 
poczynku. Ujął groźny oszczep. Pojrzał dokoła i nic 
nie widział, jak noc czarnoszatą. 

»Był to głos króla, « rzekł on, »ale postać jego 
zniknęła. Dzieci nocy, nie dostrzec waszego śladu 
w powietrzu! Często ^vidać was w dzikiej puszczy, 
jak odbity promień, ale kryjecie się w burzy, nim 
się nasze kroki zbliżą. Odejdź ^^ięc, słaby rodzie! 
Niczem jest wasza madomość! Wasza radość zni- 
koma, jak sny naszego odpoczynku albo jak prze- 
lotne po naszej duszy marzenia! Prędko więc spo- 
cząć ma Katmor ciemno nakryty w ciasnym domku, 
gdzie nie dochodzi poranek z półotwartemi oczami. 
Precz, cieniu! Moja jest walka! Precz podobne my- 
śli! Pójdę na orlich skrzydłach ogarnąć promień 
sławy! W samotnej dolinie strumienia przebj^ya po- 



243 



zioma dusza. Upływają lata, wieki powracają, a ona 
nieznana. W burzy przychodzi śmierć climurzysta 
i powala siwą głową. Duch jego odziewa się wyzie- 
wami bagnistego błonia. Nie ustępuje on nigdy na 
wzgórza; zawsze on w omszonych, wietrznych doli- 
nach. Nie, Katmor nie tak umrze! Nie był on chłop- 
cem w polu, który tylko szuka łoża spocz3aiku sarn 
na rozgłośnem wzgórzu. Z królmi ja szedłem; groźne 
pole walki było dla mnie weselem, to pole, gdzie 
się wojska łamały, jak morze przed burzą. « 

Takrozma\\'iał król Alnekmy, rozpromieniony w pod- 
niosłej duszy. Męstwo, jak miły płomień, zajaśniało 
w jego piersi. Okazale szedł błoniem; ramiy ' pro- 
mień rozlewał się wokrąg. Zobaczył szare wojsko na 
polach, rozciągające się długiemi szeregami w świe- 
tle. Uradował się, jak duch niebieski, który przemy- 
kając morzem, widzi je w spokoju i wszystkie ma- 
try uciszone. Lecz wkrótce obudzi on te wały i po- 
toczy je daleko na rozgłośne brzegi. 

Na zarosłym brzegu strumienia spała córa Inis- 
huny. Szyszak zleciał z jej głowy. Sen jej był w krai- 
nie ojców. Tam poranek na polach. Siwe strumienie 
igrają po skałach. Wietrzyk w cieniowanych falach 
przepływa zarosłe pola. Tam dźwięk, który wzywa 
na łowy, tam stąpanie wojowników ze sal. Ale wy- 
żej wszystkich widać rycerza strumienistej Aty. Prze- 
chodząc okazale, rzuca na Sulmalę spojrzenie pełne 
miłości. Ona odwraca lice z dumą i obojętnie łuk 
naciąga. 

Te hyly sny dziewicy, kiedy Katmor z Aty nad- 
szedł. Postrzegł piękne oblicze, opłynione rozwianemi 
kędziorami. Poznał dziewicę Lumonu. Cóż miał Kat- 
mor począć? Podniosło się jego westchnienie; łzy się 
polały. Ale nagle się odwrócił. Nie czas, o królu 
Aty, rozbudzać tajemną duszę! Przed tobą krąży bi- 
twa, jak wzbierający strumień. 



244 PIEŚNI OSSJANA 

Uderzył ostrzegającą tarczę *), w której mieszkały 
głosy wojny. Porwał się dokoła Eryn, jak szum or- 
licli skrzydeł. Rzuciła .się Sulmala ze snu z rozczocli- 
ranemi kędziorami. Podjęła z ziemi szyszak i zadrżała 
na swojem siedzeniu. Na cóż mieliby poznać w Ery- 
nie córę Inisliimy? Spomniała na ród królewski. 
Wstała duma jej duszy. Poszła między skały nad 
snujący się błękitnie strumień doliny, gdzie, nim 
wojna powstała, mieszkały brunatne łanie. Tu głos 
Katmora dochodził czasem do uszu Sulmali. Dusza 
jej zasępiona. Te słowa na wiatr wylała: 

» Odeszły sny Inishuny, pierzchły od mojej du- 
szy. Nie słyszę polowania w mojej krainie: okrytam 
szatą wojny. Wyzieram z obłoku. Żaden promień nie 
przybywa rozjaśnić mojej ścieżki. Widzę, że mój wo- 
jownik upada, bo blizko jest król szerokotarczy, Fin- 
gal ze Selmy oszczepów. Duchu zmarłego Konmora, 
twojeż to stąpanie w łonie tej burzy? Czy j^rzy cho- 
dzisz ty kiedy do imiych krain, ojcze żałosnej Sul- 
mali? Przychodzisz; słyszę głos twój śród nocy, kiedy 
się podnoszą fale strumienistego Erynu. Powiadają, 
że duchy ojców przywołują duszę swojego rodu, kiedy 
je ujrzą samotne i w biedzie. Przywołaj mię, ojcze! 
Kiedy Katmor polęże, wtedy Sulmala będzie sa- 
motna i w biedzie !« 



*) Owa tarcza opisana jest w siódmej pieśni. Miała 
ona siedm obłęków ; każdy kr uderzeniem wydawał dźwięk 
inny, a każdy dźwięk osobne miał znaczenie. 



245 



PEEŚN PIĄTA. 

Wezwanie arfy. Opisanie szj^ku obu wojsk na brzegach 
Lubaru. Fingal zdaje Fillanowi najwyższe dowództwo. 
Foldat na czele FirbolpÓAY. Obraz spotkania się; wielkie 
dzieła Fillana. Zabija Rotmara i Kulmina. Jego skrzydło 
zw3xieża , ale na drugieni skrzydle przemaga Foldat 
i rani Derniida. Dermid wyzywa Foldata na pojedynczą 
Avalkę. Na spotkaniu się dwóch książąt przybywa Fillan, 
a Foldat upada pod jego mieczem. Fillan odpędza całe 
wojsko Firbolgów. 



Ty, co mieszkasz między tarczami, zawieszona 
wysoko na sali Ossjana, znijdź, o arfo! i daj mi swój 
głos usłyszeć! Sjoiu Alpina, trąć struny. Ty musisz 
obudzić duszę barda! Pomruk strumienia Lory napę- 
dza powieść. Stoję w chmurze lat. Małe jej szcze- 
liny ku przeszłości — a choć przyjdzie zjawisko, to 
ciemne i słabe. Słyszę ciebie, arfo Selmy! Moja du- 
sza powraca jak powiew, który słoiice odnosi na do- 
linę, gdzie mieszka leni^^^ tuman. 

Przede nuią połyska Lubar na wijącej się doli- 
nie. Na wzgórzach, po każdej stronie stają wyniosłe 
postacie królów. Wokrąg nich lud się strumieni, na- 
kłaniając się ku ich słowom, jak żeby ojcowie prze- 
mawiali, schodząc z wiatrów. Pośrodku królowie, 
równi dwom skałom; głowa każdej obrosła sosnami 
i "wyziera z pustyni na pł^^nące spodem tumany. Wy- 
soko na ich obliczu są strumienie, które pryskają 
pianą śród burz}'-. 

Na głos Katmora rozlał się Eryn, jak szum pło- 
mienia. Szeroko szli nad Lubar. Przewodził im Fol- 
dat. Katmor powrócił na górę pod dąb na niej za- 
czepiony. Niedaleko króla huczący strumień. Czasami 
podnosi on błyskotny oszczep. Jest to i)łomień walki 
dla jego ludzi. Niedaleko stała córa Konmora, oparta 
o skałę. Nie cieszyła się ona walką. Jej duszy krew 



246 PIEŚNI OSSJANA 



nie weseliła. Pod górą zielona dolina z trzema mo- 
dremi strumieniami. Jasno tu i cicho. Tu schodzi 
z góry chyża sarna; tam Sulmala, zbłąkana w du- 
mach, obraca swoje oko. 

Fingal widzi na wyżynie Katmora, syna Barbar- 
Dutula, widzi na mrocznem błoniu głęboką powódź 
ErjTiu. Uderza w ostrzegającą tarczę, której słuchać 
rozkazał ludowi, kiedy wodze swoje wysyła na pole 
sławy. Szeroko poruszyły się oszczepy do słońca. Ze- 
wsząd odpowiedziały dźwięczne tarcze. Nie obwiała 
wojska bojaźń, jak wyziew, bo on, bo król był blizko, 
ta potęga strumienistej Selmy. W oddaleniu promie- 
nił się rycerz. Usłyszeliśmy z radością jego słowo: 

»Do szumu wiatrów podobny zgiełk synów Mor- 
wenu. Są oni wodą gór, obrzeżoną w swoim biegu; 
dla tego Fingal jest sławny, dla tego imię jego jest 
w innych ziemiach. W przygodzie nie był on sa- 
motmon promieniem, bo ich kroki zawsze koło niego. 
Ale w ich obliczu nie był nigdy Fingal straszliwym, 
zaślepionym od gniewu! Głos mój nie grzmiał nigdy 
dla ich ucha; moje oko nigdy nie rozsyłało śmierci. 
Jeśli się pyszny pokazał, nie widziałem go. Zapom- 
niano o nim na mojej uczcie. Jak mgła stajał! Młody 
promyk idzie przed niemi. Nieliczne są jego ścieżki 
do bojów, nieliczne, — ale on dzielny. Brońcie mi 
czarnowłosego syna. Wróćcie mi Fillana z radością! 
Później on sam potrafi stanąć. Postać jego jak po- 
stać ojców. Jego dusza — jak płomień ich ognia. 
Synu Morniego, towarzysz młodzieńcowi. Ze zgiełku 
bitw}- dosięgaj swoim głosem jego ucha. Niech nie- 
postrzeźony, pobudza przed tobą bitwę, tarcz kru- 
szy ci elu ! « 

Odszedł król na wzniosłą Kormula skałę. Czasem 
błysnęło światło tarczy, kiedy szedł król rycerzy. 
Z ukosa przebiegał okiem błonia, gdzie się tworzyły 
szeregi i naprzód postępowały. Wdzięcznie rozpły- 



247 



wał się półsiwy kędzior po królewskiej skroni, ja- 
śniejącej groźną radością. Szedłem za nim zwolna 
i posępnie. Rączo śpieszyła naprzód moc Gaula. Tar- 
cza próżnująca wisiała na jego barkach. Przemówił 
do Ossjana z pośpiechem: »Uwiąź, synu Fingala, tę 
tarczę, uwiąż ją wysoko przy boku Gaula. Zobaczy 
ją nieprzyjaciel i pomyśli, że robię oszczepem *). 

Jeśli upadnę, niech grób mój ukryty będzie w polu, 
bo muszę upaść bez sławy. Moje ramię nie może stali 
podnieść. Niech Ewrichoma nie słyszy o tern; zapło- 
niłaby się między kędziorami. Fillanie, mocarz pa- 
trzy na nas. Nie zapominajmy się w walce! Po cóżby 
miał schodzić ze wzgórza w pomoc ustępującjTn na- 
szym krokom ?« 

Poleciał naprzód ze dźwiękiem tarczy. Goniłem 
go głosem: mógłźeby syn Morniego upaść na Ery- 
nie bez sła^VJ^ ? Ale mocarze tylko nie pomną na swoje 
czyny. Obojętnie idę na pole sławy. Ich słów nikt 
nie słyszy! Rozpływałem się nad krokami wodza. 
Wyszedłem na skałę króla, gdzie już siedział w gór- 
nym wietrze z pływaj ącemi kędziorami. 

We dwóch czarnych rzędach podały się ku so- 
bie wojska nad Lubarem. Tam podnosi się Foldat, 
jak słup zmierzchu; tu jaśnieje młodość Fillana. 
Każdy z oszczepem w strumieniu zabrzmi głosem 
wojny. Gaul uderzył w tarczę Selmy. Rzucili się do 
boju. Bł3"ska stal na stali. Tak rozjaśnia pole spa- 
dek strumieni, kiedy ich piany wzajemnie się rozbi- 
jają, ze dwóch czarnych opok. Patrzcie, przybywa 
syn sławy, lud obala! Wokrąg niego polegli siedzą 
na burzach. Wojownicy, o Fillanie, zalegają twoje 
ścieżki ! 

Rotmar , tarcza wojowników, stanął pomiędzy 
dwiema zębatemi skałami. Dwa dęby, nagięte wia- 



*) Pamiętajmy, że Gaul ranny. 



248 PIEŚNJ OSSJANA 



trem z wyżyny, rozpuściły na wszystkie strony swoje 
gałęzie. Rzuca on posępne oko na Fillana i milcząc, 
zasłania swoich przyjaciół. — Fingal postrzegł blizką 
walkę. Podniosła się w nim dusza. Ale jak upada 
kamień Lody, oderwany gwałtownie od skalistego 
Drumanardu, kiedy duch gniewny wstrząsa ziemię, 
tak upadł błękitnotarczy Rotmar. Blizko niego był 
krok Kulmina. Nadbiegł młodzieniec, łzy lejąc. Za- 
jadle uderzał w powietrze, kiedy zmieszał swoje ciosy 
z Fillanem. Po raz pierwszy naciągał on łuk z Rot- 
marem na skale rodzinnego błękitnego strumienia. 
Tam oni tropili gniazdo sarn, skoro promień słońca 
rozpłynął się nad kniejami. Na cóż ci, o synie Ku- 
lalina, na cóż ci, Kulminie, rzucać się na ten pro- 
mień śwdatła? Jest on trawiącjon ogniem. Ustąp, 
synu Kulalina! Ojcowie wasi nie byli sobie równi 
w błyskotnych sprzeczkach boju. Matka Kulmina 
została na sali i poziera na modrofalą Strute. Wstaje 
mcher na strumieniu, czarno pryskając przy duchu 
jej s^ma. Wielkie psy zawyły *). Zakrwawiła się jego 
tarcza na sali. — »Upadłźeś,« zawołała ona, » w niszczą- 
cej wojnie Erynu, synu mój pięknowłosy!« 

Jak sarna, skrycie przeszyta, leży, ciężko oddy- 
chając, przy rodzinnym strumieniu, łowiec poziera 
na wdatrolotne jej nogi i myśli, że niedaAvno oka- 
zale się pomykały; tak leżał syn Kulalina przed 
okiem Fillana. W strumyku pływał włos jego. Po 
tarczy krew się snuła. Jeszcze trzymał w ręku miecz, 
który go odstąpił w przygodzie. » Upadłeś,* rzekł 
Fillan, »AV2)rzódy, nim usłyszano o twojej sławie. Po- 
słał cię ojciec na wojnę i spodziewał się usłyszeć 
o twoich czynach. — Może on, osiwiały nad swoim 



*) Wierzono wtedy, jak to i dzisiaj po części lud wie- 
rzy, że psy mogą widzieć duchy umarłych, których na- 
wet ludzie nie widzą, a zbroje zostawione w domu krwa- 
wiły sie. 



249 



strumieniem, zwraca ku Moilenie oczy... Ty jednak 
nie powrócisz, obciążony łupami poległych nieprzy- 
jaciół !« 

Naciskał przed sobą Fillan powódź Erynu przez 
rozgłośne błonia. Jednak upadał w Morwenie mąż 
na męża od ciemnopałającego gniewu Foldata, bo 
daleki od pola, rozlał on A\Tzawę połowy swoich po- 
koleń. Stanął przed nim rozjadły Dermid, otoczony 
synami Selmy, ale Foldat rozwalił mu tarczę, a lud 
jego uciekł błoniem. 

Rzekł więc nieprzyjaciel w swojej pysze: » Ucie- 
kli! Moja sława zaczyna się! Już, Maltosie, idź do 
Katmora; niech czuwa nad czarnym oceanem, aby 
Fingal nie umknął przed moim mieczem! Tutaj musi 
być grób jego; bez pieśni musi powstać. Duch jego 
powinien we mgle zawisnąć nad zarosłą kałużą !« 

Słyszał to Maltos z posępnem wątpieniem. Znał 
pychę Foldata i milczkiem wokrąg pozierał. Zoba- 
czył Fingala na górze, odwTÓcił się, zatopiony w nie- 
pewności, i miecz swój w bitwie zanurzył. 

Na ważkiej dolinie Klona nachyliły się dwa drzewa 
nad strumień. Tam stał, ponury w swoim żalu, mil- 
czący syn Dutmosa; krew płynęła z boku Demiida. 
Rozbita tarcza leżała przed nim. Jego oszczep stał 
wsparty o skałę. Czemuś tak smutny, Dermidzie? 
» Słyszę zgiełk bitwy. Mój lud sam pozostał. Po- 
wolny mój krok na błoniu. Mojej tarczy niema. Maź 
on zwjTiężyć? Tylko wtedy, kiedy Dermid polegnie. 
Wyzwę ciebie, Foldacie, i spotkam cię w boju!« 

Wziął oszczep z groźną radością. Nadszedł syn 
Morniego. »Stój, synu Dutny! Wstrzymaj ten po- 
śpiech. Krew znaczy twoje kroki. Przy twoim boku 
niema wypukłej tarczy. Dla czego chcesz polec 
nieuzbrojony?* — »Synu Morniego, daj mi swoją tar- 
czę! Często przeganiała ona bitwę. Zatrz\Tnam wo- 
dza w pędzie. Synu Morniego, widzisz ten kamień? 



250 PIEŚNI OSSJANA 



Wytyka z trawy szarą głowę... Tam mieszka wódz 
z rodu Dermida... tam złóż mię w nocy!« 

Powoli wstąpił na wzgórek i patrzał na zakłó- 
cone pole bitwy, na błyszczące szeregi boju, rozsy- 
pane i połamane. Jak śród nocy daleki ogień na bło- 
niu to znika w ciemności, to rumiane strumienie do 
wzgórka posyła, podług tego, jak się wiatr zer\s-ie 
lub spocz3'wa, — tak się w^'dawała zmienna bitwa 
oku szerokotarczego Dermida. Przerzynał się przez 
wojska Foldat, jak czarny okręt po falach, kiedy się 
wysuwa z pomiędzy skał, aby poigrać na głośnym 
oceanie. 

Dermid ze wściekłością widział bieg jego. Usiło- 
wał iść dalej, lecz upadł w połowie drogi i łzy mu 
się polały. Zadzwonił w róg ojców. Trzy razy ude- 
rzył w tarczę ^yypukłą. Trzy razy wywołał Foldata 
po imieniu z rozjuszonych jego pokoleń. Foldat po- 
strzegł z radością wodza. Wzniósł wysoko krwawy 
swój oszczep. Podobny skale zmoczonej strumieniem, 
kiedy ją burza obala, tak ponury wódz Momy krwią 
był opryskany. Na obie strony cofnęło się wojsko 
od spotykających się królów. Razem podnieśli pała- 
jące ostrze. Hucząc, wjDadł Fillan ze Selmy. Trzy 
kroki ustąpił Foldat, oślepiono' promieniem światła, 
który strzelił, niby z chmury, na ratunek rannego 
wodza. Stanął, rosnąc we swojej pysze, i przyzwał 
wszystką stal swoją. 

Jako dwa orły szerokoskrzydłe spotykają się 
w gwiźdźąc}Tn polocie na wiatrach, tak dwaj wo- 
dzowie rzucili się razem do ponurej walki na Moi- 
lenie. 

Kroki królów *) postąpiły naprzód na ich wznio- 
słych skałach, bo zdawało się teraz, ze ciemna bi- 
twa oprze się na ich mieczach. Katmor na omszonym 



*) Fingala i Katmora. 



251 



wzgórku uczuł radość wojownika, tajemniczą radość, 
kiedy nadchodzi niebezpieczeństwo godne jego du- 
szy. Oko jego nie z^Taca się na Lubar, ale na groź- 
nego króla Selmy; postrzegł, że na Morze podnosi 
się w zbroi. 

Foldat upadł na swoją tarczę; oszczep Fillana 
przeszył króla. Młodzieniec ani spojrzał na poległego, 
tylko dalej bitwę popędził. Sto głosów śmierci ocknęło 
się. »Stój, synu Fingala, wstrz\Tnaj ten pośpiech! 
Czy nie widzisz tej pałającej postaci, straszliwego 
znamienia śmierci? Nie budź króla Erynu! O! po- 
\^TÓć, synu błękitnookiej Klaty !« 

Maltos postrzegł, źe Foldat upadł; stanął po- 
sępny nad wodzem. Zniknęła z jego duszy nienawiść. 
Podobny był skale na puszczy, przy której ciemnych 
bokach sączą się wody, kied}' ją odstąpią mgły niz- 
kopł;^Tiące, a wiatr drzewa rozburzy. Mówił z umiera- 
jącym r^^cerzem o jego ciasnym domku. » Gdzież ma 
się podnieść szary twój kamień, czy w Ullinie, czy 
w lesistym kraju Momy, gdzie słońce skrj-cie pogląda 
na błękitne strumienie Dalruty? Tam są kroki two- 
jej córki, błękitnookiej Darduleny!« *) 

»Ty myślisz o niej,« rzekł Foldat, »źe nie mam 
żadnego syna, żadnego młodzieńca, ażeby potoczył 
przed sobą bitwę i pomścił się za mnie? Maltosie, 
ja jestem pomszczony! Nie spoczyAvałem w polu. Po- 
staw groby tych, których pobiłem, przy moim ciasnym 
domku. Często porzucę ja burzę, aby się uradować 
na ich grobach, skoro je ujrzę w długiej, gwiżdżącej 
trawie. « 

Dusza jego odpłynęła na dolinę Momy, ku snom 



*) Dardulona znaczy ciemny las na Moilenie. Za- 
pewne Foldat (lal to iiiiie swojej córc' przez dumę, jak 
Macpherson mniema — ponieważ dawniej otrzymał w tern 
miejscu zwycięstwo nad Kaledończykami. 



252 PIEŚNI 08SJANA 



Darduleny, która spała przy strumieniu Dalruty, po- 
Avracając z łowów łani. Luli odpuszczony leżał przy 
niej. 

Wietrzyk pierścienił po jej łonie długie kędziory. 
Leżała miłość rycerzy, odziana krasą młodości. Mroczny, 
wychylony z rąbka lasów, stanął przed nią ranami 
okryty ojciec, to widomie, to mgłami odziany. Po- 
rwała się we łzach. Domyśliła się, że wódz poległ, 
że padł na nią promieniem duszy, kiedy się burzą 
odziewał. Byłaś ostatnią z jego rodu, błękitnooka 
Darduileno ! 

Daleko za głośny Lubar zagnano powódź Bolgi. 
Fillan wisiał przy ich krokach, zaścielając błonia 
umarłemi! Fingal cieszył się synem. Błękitnotarczy 
Katmor powstał. 

»Synu Alpina, przj^nieś arfę; podaj wiatrom po- 
chwałę Fillana! Wysław go wysoko przed mojem 
uchem, bo jeszcze jaśnieje w boju.« 

» Opuść, błękitnooka Klato, opuść swoją salę. 
Spojrzyj na ranny swój promień! Wojsko więdnie 
w swoim biegu. Dalej nie patrz — dalej ciemno. 

Uderzcie, dziemce, uderzcie w dźwięki lekkodrżą- 
cej arfy! Nie schodzi on łowcem z uroszonego gnia- 
zda lotnej sarny. Nie naciąga łuka na wiatry, nie 
wysyła szaropierzatej strzały. 

Głęboko zapędził się w krwawą walkę. Patrzcie, 
jak bitwa wre przy jego bokach! Przebiegając 
środkiem zamchrzonych szeregów, rozlewa śmierć na 
tysiące. Fillan równy jest niebieskiemu duchowi, 
który "wychodzi z rąbka burzy. Rozhukany ocean 
czuje jego stąpanie, kiedy z fali na falę przechodzi. 
Za nim wre jego ścieżka. Wyspy potrząsają gło- 
wami nad wzburzonera morzem. Opuść, błękitnooka 
Klato, opuść swoje sale!« 



TEMORA 253 



PIESN SZÓSTA. 

Monolog; Fing-ala widzącego, jak Katmor pośpiesza wes- 
przeć pierzchające wojsko. Fingal posyJa Ossjaiia Filla- 
nowi w pomoc i kryje się za skałą, aby nie widzieć 
wall<i Fillana z i\almorem. Katmor wznawia bitwę, i spo- 
tyka tio z Fillanem; przyb.ycie Ossjana przei-ywa ich 
walkę. Óssjan i Katmor gotują się do spotkania, ale noc 

rozdziela walczące wojska. 
Ossjan udaje się na miejsce, gdzie Katmor walczył z Fil- 
lanem, i znajduje Fillana śmiertelnie rannego, którego, 
gdy skonał, składa w jednej jaskini nad Lubarem Fin- 
gal dowiaduje się o śmierci swojego syna, umyślą sam 
nazajutrz walczyć i powraca na Kormul. Katmor postrzeg- 
szy odwrót Kałedończyków, posuwa się z wojskiem na- 
przód i przychodzi do jaskini, gdzie były zwlołii Fillana. 
Bran, pies Fillana, postrzegszy, że pana niema, wyszu- 
kał go, położył się przed jaskinią i pilnował jego ciała. 
Ten widok obudzą posępne myśli w Katmorze, odchodzi 
i każe rozłożyć się wojsku. Pieśń samotnej Sulmali za- 
mj^ka tę pieśń poematu w połowie trzeciej nocy od za- 
częcia poematu. 



» Wstał Katmor na swojem wzgórzu! Maź Fingal 
wziąć się do miecza Luny? Ale cóźby się stało 
z twoją sławą, syiin białoj^iersiej Klaty ? Nie zwra- 
caj oka twego ku Fingalo\\d, piękna córo Inistory! 
Nie zgaszę rannego twojego promyka. Jaśnieje on 
w mojej duszy! Podnieś się, Moro, przepasana lasera, 
pomiędzy nmą a bojem! Jakżeby mógł Fingal pa- 
trzeć na walkę, gdyby mój wojownik ciemnowłosy 
upadł? Rozlej, o Karrilu, śród śpiewu dź\vięki drżą- 
cej arfy! Tu głosy skał *), tam wody, kołysząc się, 
połyskują. Ojcze Oskara, podnieś oszczep i czuwaj 
nad młodzieńcem. Ukryj twe kroki przed Fillanem. 
Nie powinien widzieć, że wątpię o jego stali. Nie 



^) Głosy skał — echo. 



254 PIEŚNI OSSJANA 



chcę napędzać chmury na ogień twojej duszy, mój 
synu!« 

Zapadł za skałę przy dź^^dęku Karrilowej pieśni. 
Rozjaśniony w rosnącej duszy, pocliwyciłem wesoło 
oszczep Temory. Ujrzałem na Moilenie dziką, powódź 
bitTsy, rozprawę śmierci, rozerwaną i połamaną w błysz- 
czących szeregach, Fillan jest promieniem ognia. Po- 
śpiesza ze skrzydła na skrzydło niszczącym pędem. 
Topnieją przed nim szeregi boju. Toczą się w pyle 
z poboislia. 

Teraz przybył Katmor w królewsłdej zbroi. Czarno 
kołysze się orle skrzydło na szyszaku z ognia. Spo- 
kojne jego kroki, jak gdyby w Acie szedł na łowJ^ 
Czasem straszli^w głos podniesie. Gromadzi się przy 
nim zapłoniony Eryn. PowTacają ich dusze, jak stru- 
mień. Dziwią się krokom swojej trwogi. Przybył, jak 
płomień poranku, na niespokojne błonia; spuszczonem 
oldem patrzy wędrowiec po polach za groźnemi 
kształtami. Niespodzianie nadeszły ze skał Moileny 
drżące kroki Sulmali. Wyrwane drzewo oszczepu jej 
ręki. Niedbale trz^-ma wpółnachyloną dzidę. Ale na 
królu jej oczy pomiędzy rozpłj-nionemi kędziorami. 
Niema przed nią przyjaznego orszaku ani lekkiego 
spółza wodnika łuku, jak gdyby młodzież Inishuny 
ćwiczyła się pod okiem Koimiora. 

Jak skała Runy, którą płynące chmury obejmą, 
zdaje się Avzrastać śród zgęszczonego mroku nad stru- 
mienistem błoniem, tak się zdawał być wj-źszym 
wódz Aty, kiedy lud przy nim się zgromadził. Jak 
rozliczne ^Adatry płyną po morzu każdy za swoim 
czarnomodr}in bałwanem, tak słowo Katmora rozpro- 
szyło we wszystkie strony wojo^Miików. Nie umilkł 
i Fillan na swoim pagórku. Mieszał słowa ze dżwią- 
kiem tarcz}^ Zdawał się być orłem ze szumiącemi 
skrzydłami, który A%idzi sarnę biegnącą })o zarosłem 
błoniu Luty i przy woły wa wiatry na swoją opokę. 






255 



Wraz porwali się do boju. Zagrzmiało sto gło- 
sów śmierci. Królome obu stron wydawali się ogniem 
w duszach wojsk swoich. Ossjan pośpieszał bokiem. 
Wysokie skały i drzewa podnosiły się między mną 
a bitwą. Słyszałem jednak łoskot stali między mo- 
jego oręża dźwiękiem. Błyszcząc, wyszedłem na pa- 
górek i ujrzałem ustępujące kroki wojsk, ujrzałem 
ustępujące ze stron obu i dziko błyskające oczy. Wo- 
dzo\vie spotkali się groźmon bojem, dwaj błękitno- 
tarczy królowie! Wj^soko i mrocznie widać było przez 
płomienie stali walczących rycerzy. Rzuciłem się na- 
przód. Trwoga o Fillana przepłynęła warem przez 
moją duszę! 

Przybyłem. Katmor nie ustępował i nie napierał. 
Odszedł bokiem. Zdawał się być lodowatą skałą, 
zimną i wysoką. Przywołałem wszystką stal moją. 
Po obu brzegach szumiącego strumienia szliśmy milcz- 
kiem; ^vtedy, z^\Tacając się nagle, podnieśliśmy nagle 
kończate dzidy. Podnieśliśmy nasze dzidy — ale noc 
opadła. Ściemniło się i ucichło dokoła; tylko dalekie 
wojsk stąpanie brzmiało na błoniach. 

Przybiegłem na miejsce, gdzie Fillan walczył. 
Żadnego dźwięku, żadnego tam głosu! Złamany, le- 
żał na ziemi szyszak i rozłupana tarcza. Gdzie je- 
steś, Fillanie, gdzie jesteś, młody wodzu głośnego 
Morwenu? Usłyszał mię, oparty o skałę, która szarą 
głowę pochylała nad strumień. Usłyszał mię, ale stał 
smutny i milczący. Nareszcie ujrzałem rycerza. 

»Dla czegóż stoisz odziany mrokiem, synu lesi- 
stej Selmy? Świetna twoja ścieżka, mój bracie, na 
zmroczonych polach! Twoja bitwa długo trwała. Te- 
raz słychać róg Fingala. Pójdź do chmury ojca na 
pagórek uczty! Siedzi on we mgle wieczornej i słu- 
cha dźwięku Karrilowej arfy. Nieś radość osiwia- 
łemu, młody tarcz kruszycielu!« 

»Moźeż pokonany nieść radość? Ossjanie, już ja 



256 PIEŚNI OSSJANA 



nie mam tarczy; leży rozbita na polu! Zdarte z szy- 
szaka moje orle skrzydło. Ojcowie radują się nad 
synem, kiedy mu nieprz^^jaciel ustąpi. Ale skrycie 
podnoszą się ich westclmienia, kiedy młodzi ich wo- 
jownicy ulegają. Nie, Fillan nie powinien widzieć 
króla! Po cóźby miał zasmucać rycerza ?« 

»S}Tiu błękituookiej Klaty, Fillanie, nie rozbu- 
dzaj mojej duszy! Nie b^łźeś przed nim żarzącym 
się ogniem, a onby nie miał się cieszyć? Ossjan nie 
ma podobnej sławy, król jednak jest słońcem dla 
mnie, Z radością widzi moje kroki. Na jego obliczu 
niema nigdy cienia. Wejdź, o Fillanie, na Morę! Tam, 
pod zasłoną mgłów ucztę przyrządzono.* 

»Daj mi, Ossjanie, złamaną tarczę i to pióro, 
tarzające się z wdatrem. Połóż je blizko Fillana, 
ażeby jego sława nie zaginęła, Ossjanie! zaczynam 
słabnąć. Złóż mię w podziemnej skale. Nie stawiaj 
żadnego kamienia, ażeby nie zap\i;ano o moją sławę. 
Upadłem bez sławy, upadłem na polu pierwszej swo- 
jej bitw;}^ Jedynie głos twój niech przyśle radość 
odlatującej duszy! Po cóż bard ma \\-iedzieć, gdzie 
mieszka ostatni promień Klaty ?« 

»Czy duch twój na wichrach, Fillanie, młody 
tarcz kruszycielu? Rycerzu mój, niech ci radość to- 
warzj'szy przez chmurne zasłony! Postacie ojców na- 
chylają się, o Fillanie, by S}Tia przyjąć. Widzę na 
Morze wichi-zące ich ognie, modre wały ich tuma- 
nów. Niech radość spotka ciebie, mój bracie! Jednak 
smutni jesteśmy i ponm-zy. Widzę sędziwego króla 
otoczonego wTogami, Widzę upadek jego sławy,.. Sam 
zostaniesz na placu bitAW, siwokędziory królu Selmy!* 

Złożyłem go w podziemnych skałach przy szu- 
mie nocnego strumienia. Poglądała na rycerza pała- 
jąca gwiazda, Z jego kędziorami wiatr igrał. Pod- 
słuchiwałem — żadnego głosu. Usnął wojownik... 
Jak błyska^\•ica przez chmurę, przeleciała myśl przez 



257 



duszę. Oko moje potoczyło się w ogniu, krok mój 
był we dź^vięku stali. Znajdę ciebie, królu Erynu, 
znajdę ciebie we środku twoich tysiąców! Miałyżby 
umknąć chmury, co zagasiły nasz ranny promień? 
Rozpłomieńcie wasze ogniojawy na waszych wzgó- 
rzach, ojcowie moi! Oświećcie mój krok burzliwy. 
Będę pożerać w gniewie. A jeśli nie powrócę, król 
zostanie bez s\Tia, siwowłosy śród nieprzyjaciół. Jego 
ramię już nie to, co przed laty. Sława jego ciem- 
nieje w Erynie. O! bodajbym go nie widział obalo- 
nego na ostatniej bitwy polu! Ale jak powrócić do 
króla? Nie spytaż się o syna: »Powinieneś był czu- 
Avać nad młodym Fillanem?« Ossjan spotka się z nie- 
przyjacielem. Zielony ErjTiie, twoje głośne stąpanie 
miłe jest mojemu uchu! Rzucę się na szeregi wojsk 
twoich, abym rozjaśnił oczy Fingala! Na mglistem 
wzgórzu Mor}' słyszę głos króla. Woła obudwóch 
synów. Idę, mój ojcze, idę w smutku. Idę, jak orzeł, 
którego nocne płomienie spotkały w pustyni i z po- 
łowy skrzydeł obdarły. 

Zdała wokoło króla płjnięły po Morze złamane 
szeregi Morwenu. Odwracali oczj^; każdy nachylał 
się posępnie na olszow;\'m swoim oszczepie. 

Milczący król stał pomiędzy niemi. Duma po du- 
mie przepływała jego duszę, jak wały na skrytem 
śród gór jeziorze z pieniącemi się grzbietami. Spo- 
zierał dokoła — nie widać żadnego s>Tia z wysoko 
podniesionym oszczepem; z duszy jego cisnęły się 
westchnienia; ukrywał jednak smutek. Nareszcie sta- 
nąłem przy dębie, ale nie odzywałem się. Cóż mia- 
łem powiedzieć Fingalo\\d w godzinie jego klęski? 
Nakoniec podniósł mowę. Odstąpił lud, kiedy prze- 
mówił. 

» Gdzie jest snti Selmy, który prowadził bitwę? 
Nie widzę między ludem jego kroków, po\\Tacają- 
cych z pola walki. Czy upadło to młode, chyże sar- 

PI8WA GOSZCZyŃSKIEGO. II 17 



258 PIEŚNI OSSJANA 

nię, tak okazałe na moich wzgórzach ? On upadł — 
boście oniemieli! Rozłupana tarcza wojoA\Tiika! — 
Prz}Tiieście Fingalowi zbroję i miecz smagłego Luny. 
Zbudzono mię na wzgórzach; jutro "wi^stąpię do bi- 
twj-!« 

Wysoko na skale Kormula zapałał dąb śród wia- 
trów. Siwe mgłów zasłony roz^^inęły się wkoło. Tam 
odszedł król w gniewie *). Zawsze zdaleka od woj- 
ska leżał, kiedy w jego duszy ^yi-zała bitwa. Wysoko 
na dwóch oszczepach -s^asiała jego tarcza, pałające 
znamię śmierci, tarcza, w którą uderzał nocą, nim 
się do boju rzucił. Po tern poznawali rycerze, że 
król będzie bitwę prowadził, bo nigdy nie słyszano 
tarczy, aż kiedy się ocknął gniew Fingala. Niejed- 
nakowy był krok jego na wj'ź\Tiie przy promieniach 
pałającego dębu. Groźny był, jak postać ducha noc- 
nego, kiedy na wzgórzach mgłą się odziewa, scho- 
dzi na fale naAvałnicy i ocean wzburza. 

Nie uspokoiło się po burzy eroiskie morze bi- 
twy. Połyskiwali w księżycu i snuli się na poboisku, 
zcicha brzęcząc. Samotne były kroki Katmora na 
błoniu. Wisiał on zdaleka w zbroi nad ustępuj ącem 
wojskiem Morwenu. Teraz prz^-był do omszonej ja- 
skini, gdzie leżał Fillan śród nocy. Drzewo gięło się 
pod strumieniem, co wyłyskiwał ze skałj^ Tam, 
w świetle księżyca migała rozłupana tarcza Fillana; 
przy niej leżał w trawie Bran szorstkonogi. Nie do- 
strzegł wodza na Morze i szukał go za wiatrem. 
Zdawało mu się teraz, że łomec błękitnooki zasy- 
pia, i położył się na jego tarczo'. Żaden powiew nie 
przeleciał nad błoniem, żeby go nie poczuł Bran chyży. 



*) Zwyczaj ustępowania w nocy przed bitwą na Jaką 
g-órę zachowany był od wszystkich kaledouskicii królów. 
W poezjach Ossjana wymieniony jest Trenmor, który 
najpierwszy ten zwyczaj zaprowadził, cłiociaż późniejsi 
bardowie przypisują to Fergusowi, synowi Arkata. 



259 



Katmor postrzegł psa białopiersiego, postrzegł 
rozbitą tarczę, i posępność weszła do jego duszy. 
Dumał o upadłych ludu: ;'>Napływają strumieniem, 
odpływają... za niemi inny ród nadcłiodzi! Ale nie- 
którzy znaczą własnemi, potęźnemi imiony pola bi- 
tew. Im należy błonie w ciemnj^ch, dalekich mękach. 
Dla ich sławy przemyka się błękitny strumień. Oby 
wódz Aty do nich należał, kiedy ziemię zalegnie! 
Oby często głos przyszłych ^^ieków witał Katmora 
w powietrzu, kiedy będzie przechodził z ^^datrów na 
wiatr, albo odziewał się skrzydłami burzy !« 

Zielony Eryn skupił się przy królu dla słucha- 
nia słów jego potęgi. Niespokojni \^ystamali , ra- 
dosne oblicza przy śmetle dębu. Straszliwi zostali 
odparci, a Lubar znowu -udł się między ich woj- 
skiem *). Katmor był niebieskim promieniem, który 
wtenczas błysnął, kiedy zamierzchał lud jego. Został 
A^ysła-^dony w ich pośrodku. Podniosły się dusze za- 
pałem. Sam król nie pokazywał radości, a wojna 
jemu nie obca. 

» Czemu król tak smutny? rzekł orlooki Maltos. 
»Zostaliź jeszcze przed Lubarem nieprzyjaciele? Ży- 
jeż tu z pomiędzy nich aby jeden, któryby mógł ro- 
bić oszczepem? Nie był tak spokojny twój ojciec, 
Barbar-Dutul, król oszczepów. Gniew jego był ogniem, 
który ciągle gorzał, a jego radość nad upadłym nie- 
przyjacielem wielka była. Trzy dni biesiadował ry- 
cerz siwowłosy, kiedy posłyszał, że upadł Kalmar 
z nad strumienia Lory, który pomagał pokoleniu Ul- 
linu. Często dotykał rękami stali, o której powie- 
dziano, że nieprzyjaciela przeszyła. Dotykał jej rę- 



*) W początku walki wojska tak stah', że Lubar je 
rozdzielał. Po' śmierci Foldata Fillan przef>-Tia} AA-ojsko 
Katmora, a wtedy Lubar w tyle Kaiedoiiczyków plyiiąl. 
Teraz Katmor odpędził Kaledouczyków po upadku Fił- 
lana i przeszedł Lubar. 

17* 



260 PIEŚNI Oi?SJANA 



kami, bo ciemne było oko Barbar-Dutula ! Ale sło- 
necznym promieniem był król dla przyjaciół, wie- 
trzykiem, podejmującym wkoło ich latorośle. Radość 
otaczała go w salach; kochał sjtiów Bolgi. Lnie jego 
trwa w Acie, jak uwielbiona pamiątka duchÓAV, któ- 
rych obecność przeraża, ale odpędzają burzę. Teraz, 
głosy Erynu *), podnieście królewską duszę! Jaśniał, 
kiedy się bitwa chmurzyła, i obalał mocarzy! Fona- 
rze, rozlej ze siwego skał szczytu pieśń przeszłości! 
Rozlej ją nad Erynem, aby się daleko wokrąg roz- 
płynęła!* 

»Nie podnoście dla mnie pieśni !« rzekł Katmor. 
» Niech Fonar siedzi na skałach Lubaru. Tu moca- 
rze padali. Daj pokój śpieszącym ich duchom! Od- 
dal, Maltosie, oddal dźwięk eryńskiej pieśni ! Nie cie- 
szę się nad nieprzyjacielem, skoro przestał robić 
oszczepem. Jutro moc nasza dalej się rozleje. Fingal 
ocknął się na swojem głośnem łoźu!« 

Jak fale, odepchnięte gwałto\\Tiym ^^•iat^em, tak 
Er}^! ustąpił przed głosem króla. Głęboko zanurzone 
w polach nocy, rozbiegły się gAvarne pokolenia. Tu 
i owdzie pod drzewem siedział bard z arfą **). Pod- 
nosili pieśni, trącali struny, każdy dla wodza, któ- 
rego lubił. 

Przy gorejącym dębie trącała niekiedy arfę Sul- 
mala. Trącała arfę i podsłuchiwała pogwizdu wło- 
sów. Niedaleko, w pomroku pod staremi drzewami 
leżał król Aty. Promień dębu odwrócił się od niego; 
widział dziewicę, ale nie był Avidziany. Rozpływała 



=•) Bardowie Erynu. 

**) Każdy udzielny książę miał swego barda, który 
mu na wojnach towarzyszył pod rozkazami arcybarda, 
który był przy osobie króla. Przy uroczystych obrzędach 
łączyli się bardowie pod swoim naczelnikiem i chór two- 
rzyli. Działo sic to przy uroczystych, tryumfalnych śpie- 
wach albo przy pieśniach nad poległemi. 



261 



się skrycie jego dusza, kiedy widział niespokojne jej 
oko. Ale przed tobą bitwa, synu Barbar-Dutula! 

Ona brząkała; czasem słucłiała, czy wojownik 
usnął. Wezbrała jej dusza; pragnęła rozlać tajem- 
nie smutną pieśń rodzinną. Umilkły pola. Uleciały 
nocne wiatry na swoich skrzydłach. Bardowie onie- 
mieli. Ogniojawy snuły się krwawo z duchami. Niebo 
było mroczne; postacie zmarłych wisiały po chmu- 
rach. A córka Konmora nachyliła się niedbale nad 
konający płomień. Tylko ty byłeś w jej duszy, wo- 
zokotczy wodzu Aty! Podniosła głos pieśni, brząka- 
jąc na arfie: 

» Przybyła Klungala, nie znalazła dziewicy. Pro- 
mieniu światła, gdzie jesteś? 

Czy nie -widzieliście na mszystych skałach, o ! łowcy, 
mojej modrookiej krasawicy? 

Czy kroki jej na trawiastym Lumonie, przy łożu 
sarny? Biada mnie! Widzę łuk jej na sali! Promie- 
niu światła, gdzież jesteś? 

Cicho, kochanko Konmora, cicho! Nie słyszę cie- 
bie na chropawem błoniu, Moje oko przykute do 
króla, którego ścieżka w bitwie okropna. Pełna jest 
jego moja dusza podczas mego spoczj^nku. Głęboko 
zatopiony w bitwie, stoi on i nie wddzi mnie ze swo- 
jej chmury! 

Dla czego, o! słońce Sulmali, dla czego nie poj- 
rzysz tutaj ? Tu we mroku ja mieszkam. Nade mną 
płyną mgły ciemne. Nasiąkły rosą moje kędziory. 
O! pojrzyj ze swojej chmury, ty słońce duszy Sul- 
mali ! « 



PIEŚŃ SIÓDMA. 

Opisanie mgły, która powstaje z Lęgu, a w którą odzie- 
wają się duchy, zaczem otrzymają od bardów pir'.-:'i po- 



262 PLEŚNI GSSJANA 



grzebową. Duch Fillana siedzi na skale, nad jaskinią, 
g-dzie jego ciało leży; głos jego docliodzi Fingala na 
Kormulu. Zrywa się król i uderza w tarczę, co było 
pewnym znakiem, że on sam następującą bitwą będzie 

kierować. 
Sulmala porywa się ze snu i niespokojna o Katmora, 
bieży do niego i budzi go niechcący. Ich rozmowa. Kat- 
mor poznaje Sulmalę i posyła ją na dolinę Lony, do 
mieszkania starego druida. Uderzeniem tarczy rozbudza 
swoje wojsko. Opisanie tej tarczy. Bard Fonar opowiada 
pierwsze wylądowanie ^Bolgów do Irlandji pod wodzem 
Lartonem. Poranek. Śpiew Ossjana pieśń tę kończy. 

Z wód Lęgu, opasanych lasami, powstają czasem 
szarołone tumany, kiedy nad orłem okiem słońca 
zamkną się bramj^ zachodu. Szeroko nad strumieniem 
Lor}" roztacza się wyziew mroczny i głęboki. Przez 
jego zasłony płynie księżyc, jak zamroczona tarcza. 
Nim to odziewają duclij- przeszłości na ^^datrach dzi- 
kie swoje postacie, kiedy wędrują z burzy na burzę 
pomroldem nocy. Często mgły te wietrzyłdem kłębią 
się przy grobie wojo\^Tiika, prz\' siwem pomieszkaniu 
jego duclia, dopółd się pieśni nie podniosą. 

Przyleciał dźwięk z pustj-ni; był to Fonar, król 
Liisfailu. Wylał mgłę swoją na grób Fillana przy 
modrokrętym Lubarze *). Smutnie i ponuro siedział 
duch w szarej smudze wyziewu. Niekiedy ulatywał 
z wiatrem, ale znowu T\Tacał. Wracał ze spuszczo- 
nemi oczami i ciemnokrętemi, mglistemi kędziorami. 

Ciemno było. Śpiące wojsko milkło w zasłonach 
nocy. Konał płomień na pagórku Fingala. Król sa- 
motnie leżał na tarczy; sen mu zamykał pół oka. 



*) Dopóki nad grobem poległego nie dał się słyszeć 
uroczysty śpiew pogrzebowy, dopóty duch jego nie śmiał 
wstąpić na wiatry i wejść do powietrznej sali swoich 
ojców. Duch tego. który go poprzedził, przytacza z po- 
blizkiego jeziora albo bagna gęstą mgłę na grób, w którą 
się on tymczasem odziewa. Tutaj Konar, syn Trenmora, 
przynosi FillauoAvi mgłę jego. 



263 



Przyleciał głos Fillana: »Czy śpi małżonek Klaty? 
Czy spocz>^va ojciec poległego? A ja, mi"okiem 
odziany, zapomniany jestem; sam jestem śród nocy.« 

»Po co przyb3'\vasz,« król się odezwał, »ze snami 
swojego ojca? Mogęź, mój s\tiu, zapomnieć ciebie 
albo twoją ognistą ścieżkę na polach boju? Nie prze- 
chodzą tak czyny walecznych w duszy Fingala! Nie 
są tam one promieniem błyskawicy, który się pokaże 
i zgaśnie. Pamiętam o twoich, Fillanie, sprawach, 
i gniew mój budzić się poczyna!* 

Pochw;yxił król groźny oszczep i uderzył w głę- 
bokobrzmiącą tarczę, tarczę, która wysoko wisiała 
śród nocy — okropne hasło boju, Pierzchnęły duchy 
na wsz}'stkie strony i potoczj^ły po wiatrach ści- 
śnione postaci. Trzy razy podniósł się odgłos śmierci 
z krętej doliny. Zabrzmiały nieruszane arfy posęp- 
nym dźwiękiem nad pagórkami. 

On znowu uderzj^ł. Wystąpiły bit^yy we snach 
wojska. Szeroko wzburzone poboisko błysnęło nad 
ich duszami. Błękitnotarczy królo^de w bój wstąpili. 
Oglądając się, płyną wojska, i potężne czyny odziały 
się przez pół pogodnym błyskiem stali. 

Ale kiedy się trzeci dźwięk podniósł, wyskoczyły 
jelenie ze skalnych rozpadlin. Po puszczy rozległ się 
okrzyk ptaków; spłoszone, pierzchnęły każdy na swoim 
wietrze. Synowie Selmy pół powstali, pół podnieśli 
oszczepy. Ale milczenie spadło znowu na wojsko; 
poznali tarczę króla; do oczu sen powrócił; pole za- 
sępiło się i ucichło. 

Nie było snu we mroku dla ciebie, błękitnooka 
córo Konmora. Sulmala posłyszała groźną tarczę 
i rzuciła się śród nocy. Krok jej zwrócił się do 
króla Aty. Mogąż niebezpieczeństwa zachwiać mężną 
jego duszę? Stanęła w niepewności ze spuszczonemi 
oczami. Niebo gorzało wszystkiemi gwdazdami. 

Tarcza znowu zabrzmiała. Ona pośpieszyła i — 



264 PIEŚNI OSSJANA 



stanęła. Podniosła połowę głosu — i oniemiała. Po- 
strzegła go we zbroi, świecącego niebieskim ogniem. 
Postrzegła omroczonego liędziorami, Iłtóre się noc- 
nym wiatrem podnosiły. Z bojaźnią cofnęła lirol^i. 
»Po cóż mam budzić liróla Erynu? Nie jesteś ty sy- 
nem dla jego spocz}Tiku, córo Inisliuny!« 

Jeszcze okropniej brzmi tarcza; Sulmala rzuca 
się. Spada jej szyszak; z głośnem echem toczy się 
stal po głazach Lubaru. 

Wybity ze snów nocnycli, podniósł się w poło- 
wie Katmor pod drzewem. Ujrzał na skale, nad 
sobą, postać dziewicy. Rmniana gwiazda pozierała 
przygasłym promieniem przez rozwiane jej kędziory. 

»Któź to przychodzi do Katmora nocą, w ciem- 
nej snów porze? Czy przynosisz ^dadomość o woj- 
nie? Kto jesteś, synu nocy? Czy stoisz przede mną 
postacią przeszłości, głosem z odzienia obłoków, aby 
mię ostrzec o niebezpieczeństwie Erynu? 

Czy słyszysz ten odgłos? Nie słaby ten, królu 
Aty, co wylewa na noc to hasło !« 

» Niech wojowTiik Avylewa,« odpo^oiedział, » swoje 
hasła! Są one dla Katmora dź^Wękiem arfy. Wielka 
jest moja radość, o głosie nocy! Rozżarza ona nad 
wszystko moje myśli! Jest to granie dla królów na 
samotmon pagórku nocy, Idedy synowie dzieł potęż- 
nych rozpłomieniają mężne swoje dusze. Słaby mie- 
szka samotnie w dolinie \N'ietrzyka, gdzie mgła pod- 
nosi ranną swoją szatę z modrokrętych strumieni.* 

»Nie byli słabi, królu mężów, ojcowie mojego 
rodu! Mieszkali oni w oponach bitwy, w dalekich 
swoich ziemiach. Ale hasło śmierci nie rozwesela 
mojej duszy. Występuje ten, który się nigdy nie 
cofnął *). O! wj^-ślij bardów pokoju !« 

*) Saga twierdzi o Fingalu, że nigdy nie b}'! poko- 
nany. Stąd w jednym poemacie otrzymał przydomek 
Zwycięzcy. 



265 



Podobny do sączącej się skały pust\^i, stanął 
Katmor we łzach. Głos jej wleciał wietrzykiem do 
jego duszy i obudził spomnienia tej krainy, gdzie 
mieszkała przy spokojnych strumieniach, zanim przy- 
była na w^ojnę Katmora. 

» Córko obcego !« rzekł — a ta cofnęła się ze 
drżeniem — »daAvno ja dostrzegłem w mojej stali 
młodą sosnę Inishuny, ale mówiłem: dusza moja 
odziana jest burzą! Na cóż ma mi zaświtać ten pro- 
mień wprzódy, nim kroki moje w pokoju wrócą? 
Zbladłemźe przed tobą, że mię błagasz obawiać się 
króla? Chwila niebezpieczeństwa, o! dziewico, jest 
wiekiem dla mojej duszy, bo ona wzd\Tna się wtedy 
potężnym strumieniem i pędzi mię ku nieprzyjacie- 
lowi. 

Między omszonemi skałami Lony, w pobliżu 
głośnego strumienia , mieszka w siwych kędziorach 
starości Klonmal, król arf. Nad nim jest skrzypiące 
drzewo i lotnie zmykająca sarna. Zgiełk naszego 
boju dosięga jego uszu, kiedy się ponurza w dumy 
lat upłynionych. Tam, Sulmalo, niech będzie twoje 
spocznienie, aż nasze bitwy przeminą, aż powrócę 
w zbroi z rąbka mgły wieczornej, która wstaje na 
Łonie przy mieszkaniu mojej kochanki. « 

Upadło światło na duszę dziewicy; rozgorzała 
przed królem. Zwróciła na Katmora oblicze, obwiane 
pływaj ącemi kędziorami. » Prędzej niebieski orzeł 
zwróci się od strumienia szumiącego wiatru, kiedy 
widzi przed sobą łatwą zdobycz , dziecię lotnej 
sarny — jak ty, o! Katmorze, od pochodu sławy! 
Bodajbym , wojowniku , mogła cię prędko widzieć 
w rąbku mgły wieczornej, kiedy się nad strumie- 
niami Lony wokrąg mnie rozpłynie! Lecz jeśli się 
oddalisz, uderz, Katmorze, uderz w tarczę, ażeby ra- 
dość powróciła do smucącej się duszy, kiedy się we- 
sprę na omszonych skałach! Ty jednak upadniesz — 



266 PIEŚNI OSSJANA 



ja jestem w kraju obcj^ch — o! ześlij, Katmorze, 
głos twój z obłoku dla dziewicy Inishuny!« 

»Dla czego, młoda latorośli zielonowierzcłiego 
Lumouu, dla czego drżysz w burzy? Często już Kat- 
mor powracał z ciemnoburzącycli się bitew! Groty 
śmierci są dla mnie kolcem głogu; odskakują stę- 
pione od mojej tarczy. Często A\7chodziłem z bitwy 
jaśniejszej, jak ogni oj a w z na walnej chmury. Nie 
■vvi'acaj, piękny promieniu, ze swojej doliny, kiedy 
ryk bitwy powstanie! Mógłby mi wtedy umknąć nie- 
przyjaciel, jak niegdyś moim ojcom!« 

» Powiedziano Sonmorowi, że Kormak zabił Klu- 
nara w boju. Trzy dni smucił się Somnor z upadku 
swojego brata. Jego kochanka widziała go milczą- 
cego i przeczuła jego kroki ku bitwie. Tajemnie łuk 
sobie sporządziła, aby towarzyszyć błękitnotarczemu 
rycerzo\vi. Żałoba osiadła w Acie, że jej tam nie 
było. Nadeszli nocą od stu strumieni synowie Al- 
nekmy. Posłyszeli tarczę króla, i zemsta się w nich 
ocknęła. W dźwięczących zbrojach poszli ku Uli- 
uo\\T. lasów. Sonmor uderzał czasem >v tarczę, ska- 
zówkę bitew. « 

» Daleko za nim postępowała Sulallin po strumie- 
nistem wzgórzu. Była światłem na górach, kiedy 
wojownicy spuszczali się na dolinę. Szlachetny był 
chód jej w dolinie, kiedy oni ustępowali na omszone 
pagórki. Bała się zbliżać do króla, który ją w głoś- 
nej Acie zostawił. Ale kiedy powstał zgiełk bitwy, 
kiedy się wojsko do wojska porwało, kiedy Soumor 
pałał jak niebieski ogień w chmurach — wtedy 
przybiegła Sulallin z rozwianemi włosami, bo drżała 
o swojego króla! Wstrz^nnał on rozżarzony pochód, 
aby ratować kochanie rycerzy. Nieprzyjaciel nocą 
uszedł, a Klunar zasnął bez krwi jego, bez kr\\d, 
która na grobie wojownika pł.^Tiąć powinna była.« 

»Nie podniosła się więcej zemsta Sonmora, ale 



267 



dni jego były posępne i ciche. Przy siwych swoich 
strumieniach błąkała się Sulallin z zapłalianemi oczami. 
Często pozierała na rycerza, kiedy się obwinął w du- 
mania. — Ale drżała przed jego oczami i odwra- 
cała krok samotny. Nadeszły bitwy, jak nawałnice, 
i zegnały mgłę z jego duszy. Ujrzał znowu z ra- 
dością Ijrok jej na sali i białe jej ręce na arfie.« 

We zbroi poszedł wódz Aty ku swojej tarczy, 
która wysoko śród nocy wisiała na mszystej gałęzi 
nad strumienistym szumem Lubaru. Siedm wypu- 
kłości miała ta tarcza, siedm głosów króla , które 
jego wojo^^^licy odbierali przez ^^datry i wszystkie 
pokolenia znały. Jedna gwiazda ozdabiała każdą wy- 
pukłość: Kanmaton z trefionemi promieniami; Kol- 
derna, wstająca z obłoków; Uloicho, mgłą odziany, 
i miły promień Katlinu, połyskujący nad skałą. Uśmie- 
chająca się na rodzinnej modrej fali, mroczy się po- 
łową Reldurat zachodni em światłem. Pałające oko 
Berthina pogląda przez gaj na łowca, który nocą 
wraca do domu, zdobywszy skoczną sarnę. We środku 
a szeroko rozchodzi niezachmurzony promień Ton- 
teny, Tonteny, która w nocy pogląda na pęd Lar- 
tona żeglującego, Lartona, pierwszego w pokoleniu 
Bolgi, który wiatrami jeździł. Płynie białopiersi ża- 
giel króla do strumienistego Inisfailu; posępnie prze- 
myka się noc przed nim z mglistemi zasłonami; wia- 
try niejednakowo wieją i ciskają nim z fali na falę. 
Tu występuje Tontena ogniowłosa , uśmiecha się 
z rozdzielonej chmury, a Larton błogosławi znanemu 
promieniowi, źe słabo oświeca głębię. 

Pod oszczepem Katmora ocknęły się głosy, które 
bardów zbudziły. Zeszli się, majacząc, z każdej strony 
każdy ze dźwiękiem arfy. Przed niemi król się ra- 
dował, podobny do wędrowca na dniu jasnym, kiedy 
usłyszy płynący zdaleka pomruk mszystych strumieni, 
strumieni, które na puszczy ze skal sarny spadają. 



268 PIEŚNI OSSJANA 



»Dla czego słyszymy, « zapytał Fonar, »głos króla 
w porze jego spoczynku? Cz\' mroczne postacie oj- 
ców przychodzą do snów twoicli ? Może one są w owej 
cłimurze i czekają pieśni Fouara? Często one scho- 
dzą na poboisko, gdzie ich syno^vie ciskają oszcze- 
pami. Albo może nasza pieśń dla tego ma się pod- 
nieść, który już więcej nie ciśnie oszczepem lesistej 
Momy, dla tego, który usłał pole bitwy ?« 

» Niezapomniana jest, bardzie przeszłości, ta chmura 
boju! Wysoko na Moilenie powstanie jego grobowiec, 
mieszkanie sławy! Ale teraz odeślij moją duszę 
w czasy ojców, w te lata, kiedy po raz pierwszy 
przebyli fale Inishuny! Nie sam Katmor rozraduje 
się na spomnienie skrytego lasem Limionu, Lumonu 
strumieni, mieszkania białopiersiej dziewicy !« 

»Lumonie strumieni, wchodzisz oto do duszy Fo- 
nara! Twoim bokiem wędruje słońce po skałach ob- 
\\'ieszonych drzewami! Chyża sarna przesadza krzewy; 
jeleń podnosi gałęzistą głowę — bo \^idzi czasem psa 
na ^3)ółokrytem błoniu. Tam, po dolinie dążą zwolna 
kroki dziewic, białoramiennych córek łuka. Podnoszą 
na pagórek błękitne oczy, osłoni one pł\^vającemi kę- 
dziorami. 

Nie dla nich pochód Lartona, wodza Inishuny. 
Na rodzinnym, czarnym dębie puścił się on na fale 
w skalistej zatoce Kluby, na dębie, co go obalił na 
Lumonie, aby nim przesadzić morze. Dzie\s'ice od- 
wracają oczy — król może upaść — bo nigdy nie wi- 
działy okrętu, czarnego jeźdźca fali. 

Teraz ośmiela się on wezwać wiatry i zmieszać 
się ze mgłą oceanu. Modry Inisfail powstał w tu- 
manie, ale noc ciemnoszata zapadła. Wtedy weszła 
ogniokędziora Tontena *), i zatoka Kulbinu przyjęła 
okręt na łono rozgłośnych lasów. 



*) Ta saga o Lartonie głosi to, co wyżej było powie- 



269 



Tu ryczał strumień z okropnego podziemia Dun- 
teny, gdzie czasem świeciła postać ducha wpół- 
utworzona. 

Zeszły sny na Lartona; ujrzał siedmiu ducłiów 
swoicłi ojców. Słuchał słów ich półmówionych i pa- 
trzał na rozjaśnione czas}' przyszłości. Widział liró- 
lów Aty, synów dni przyszłych. Prowadzili wojslło 
polem bitwy — niby szeregi tumanów, które w je- 
sieni przepływają wiatrem nad lasami Aty. 

Zbudował tedy Larton przy dźwiękach arfy sale 
Samli *). Poszedł na sarny Erynu, nad rodzinne ich 
strumienie. Jednak nie zapomniał zielonowierzchego 
Lumonu; często przemykał się morzem tam, gdzie 
białoręka Flatal ze wzgórka sarn poglądała. Wcho- 
dzisz do duszy Fonara, Limionie pieniących się stru- 
mieni!* 

Rozlał się od wschodu poranek. Wyjrzały mgli- 
ste gór wierzchołki. W dolinach pokazały się szero- 
kokręte strumienie. Porwało tarczę wojsko Katmora 
i razem powstało, jak bałwaniste morze, które po 
raz pierwszy czuje skrzydła burzy. Wały nie wie- 
dzą jeszcze, gdzie się potoczą, a wznoszą do góry 
niespokojne głowy. 

Zwolna i smutnie szła Sulmala ku Łonie stru- 
mieni. Szła i często się obracała; błękitne jej oko 
przez łz}' patrzało. Lecz kiedy doszła do skały, która 
zakrywa posępną dolinę Lony, jeszcze raz obejrzała 



dziane o tym bohaterze i gwieździe Tonteny przy opi- 
saniu tarczy Katmora. 

*) Samhi znaczy zjawisko. Larton nazwał tę salę, ro- 
dzaj świątyni, jak' się zdaje, salą zjawisk, tutrij albowiem 
objawiły się jemu duchy przodków i jego przyszłość na 
oko pokaznły. Przytein wypad.i uważać, ze liczba .sicdni 
w osobliwszcm byhi znaczeniu pomiędzy Bolg-ami Siedm 
duchów objawiło się Lartonowi, siedm gwiazd było na 
tarczy Katmora itp.' 



270 PIEŚNI nSSJANA 



się na króla ze skruszoną duszą i razem przepadła 
za nią. 

Synu Alpina! potrać struny! A jeśli znajdzie się 
jeszcze w arfie cokolwiek pociechy, to ją wylej na 
duszę Ossjana; mgły ją obwiały! O! bardzie, słyszę 
ciebie w mojej nocy! Ale przygłusz ten dźwięk lek- 
kodrżący! Radość smutku pożądana Ossjanowi av jego 
czarnych latach. 

Głogu, zieleniejący na pagórku duchów, co w noc- 
nych wiatrach potrząsasz główką — nie słyszę w to- 
bie gwizdania! Żadnego ducha powietrzna odzież 
nie zaszeleści po twoim listku. Częste są kroki umar- 
łych we mroku wichrzącej burzy, kiedy księżyc, jak 
ciemna tarcza, przetacza się od wschodu po niebie. 

Ullinie, Karrilu i Ryno, głosy przeszłości, oz wij- 
cie się do mnie, bo noc jest; ocućcie moją duszę 
i pocieszcie ją! Nie słyszę was, sjniowie pieśni! W ja- 
kiejźe sali obłoków spoczywacie? Czy odziani mgłą 
poranną, potrącacie arfy cienia tam, gdzie słońce 
wychodzi z fal zielonowierzchych ? 



PIESN ÓSMA. 

Świt czwartego poranku. Fingal schodzi z Kormula 
i wysyła na dolinę Kluny Gaula, Dermida i barda Kar- 
rila^ ażeby przyprowadzili do wojska Feradartę, Kairba- 
roAvego syna, który był jedynym potomkiem Konara, 
pierwszego kaledońsldeg'o króla w Irlandji. Sam Fingal 
obejmuje do^^•ództwo wojska i urządza bitwę. Postępu- 
jąc, przychodzi do jaskini, gdzie były zwłoki Fillana 
i 'gdzie wierny Bran leżał na straży. Boleść Fingala. 
Wojsko BolgÓAA' prowadzi Katnior. Sprawcy Fingala i Kat- 
mora. Powstaje gwałtowna burza. Firbolgowie uciekają. 
Fingal i Katmor schodzą się i walczą we mgłach. Kat- 
mor poległ. Fingal ustępuje Trenmorowego oszczepa 
Osśjanowi. 



271 



Duch Katmoia pokazuje się w dolinie Leny Sulmali, 
Jej smutek. Wieczór. Fingal nakazuje ucztę i zleca Os- 
sjanowi wprowadzić Fei-adartę na tron jego przodków. 



Jako gdy zimowe wiatry obwiały falę górnego 
jeziora i podczas burzliwej nocy lodem je pociąg- 
nęły, ranne oko łowca widzi je w bieli, wały zdają 
się płynąć, on posyła ucho za szumem każdej chro- 
pawej brózdy, ale każda jest niema i, połyskując, 
jerzy się gałęźmi i krzaczystą trawą, które drżą 
i gwiżdżą wiatrem na siwych włościach mrozu; tak 
milczącemi ^wdały się rano szeregi morweńskiego 
wojska, kiedy każdy wojo-s\Tiik poglądał z pod szy- 
szaka na wzgórze króla , na ochmurzone wzgórze 
Fingala, gdzie się przechadza we mgłów odzieży. 
Niekiedy widać rycerza, wielkiego i posępnego w ca- 
lem uzbrojeniu. Z myśli na myśl przetaczała się bi- 
twa w jego potężnej duszy. 

Teraz dąży król ku nam. Najpierwej pokazał się 
miecz Luny; oszczep w połowie z chmury w}'zierał, 
tarcza jeszcze mgłą zasępiona. Ale kiedy król scho- 
dził ze zroszonemi siwemi kędziorami we metrze, 
powstał okrzyk wojska w każdem ruszaj ącem się 
pokoleniu. Jaśniejąc, gromadzą się zewsząd z dzwo- 
niącemi tarczami. Tak powstają zielone morza wo- 
krąg ducha, który schodzi z wichrzącej burzy. Wę- 
dro\viec słyszy zdaleka wrzawę i podnosi głowę nad 
skały; poziera na zhukaną potokę i mniema dostrze- 
gać mroczną postać. Niezmierzone fale igrają dokoła 
pieniącemi się grzbietami. 

Zdała stał syn Morniego, latorośl Dutn}', i bard 
Kony. Zdała staliśmy każdy pod swojem drzewem. 
Wstydziliśmy się oczu króla; nie zwyciężyliśmy w polu. 
Przy moich nogach sączył się mały strumień; poru- 
szałem oszczepem lekkie wały, poruszałem je oszcze- 
pem... ale gdzie była dusza Ossjana? Posępnie prze- 



272 PIEŚNI OSSJANA 



my kała się z dumy na dumę — i rozsyłała wokrąg 
westctmienia. 

»S}Tiu Morniego,« rzekł król, »Dermidzie, łowcze 
sam, czemuście tak mroczni, jak dwie skały ze są- 
czącemi się po nicli wodami? W duszy Fingala niema 
żadnej urazy ku wodzom mężów! Wy jesteście w bi- 
twie moją siłą, av pokoju — iskrą mojej radości. 
Dawniej głos mój był dla waszego ucha przyjaznym 
powiewem, kiedy jeszcze Fillan łuk naciągał! Niema 
już Fingalowego syna; niema go na łowach skocznej 
samy! Dla czegóżby jednak kruszyciele tarcz stali 
tak daleko i smutnie ? « 

Oni poszli ku królowi w górę i ujrzeli odwraca- 
jącego się ku wiatrom Mory. Łzy pł\Tięły jemu po 
błękitnookim synie, po tym, który spał w pieczarze 
strumienia. Jednak wypogodził się i przemó\vił do 
szerokotarczych królów: 

»Kromnal z lesistą skałą z omglonym szczytem, 
bojowisko wiatrów, wylewa na światło strumienm'' 
szum błękitnego Lubaru. Za nim, w cichej dolinie 
jeleni , pł^-nie kręto przejrzysty Lawat. Jest tam 
w skale ciemna jaskinia; nad nią mieszkają mocno- 
skrzydłe orły; przed nią szeleszczą w lesie Kluny 
szerokogałęzie dęby. Jest tam Feradarto w kędzio- 
rach młodości, król błękitnooki, syn szerokotarczego 
Kairbara z Ullinu sarn. Słucha głosu Kondana, kiedy 
ten, siwy, spuszcza się w slabem świetle. A on słu- 
cha — bo nieprzyjaciele mieszkają w dźmęcznych 
salach Temory. Czasem krąży we mgłów odzieży 
i przeszywa skoczne samy. Lecz skoro słońce błyśnie 
na polach, jego niema ani przy skale, ani nad stru- 
mieniem. Wstydzi się rodu Bolgi, że zamieszkał jego 
ojców sale. PoAviedzcie jemu, że Fingal podniósł 
oszczep, że nieprzyjaciel może upaść! Podnieś, o Gaulu, 
przed nim tarczę; ty, Dermidzie, Avstrząśnij dzidą 
Temory! Twój głos, Karrilu, niech czynami ojców 



273 



dosięźe jego ucha. Sprowadźcie go na zieloną Moi- 
lenę, na posępne pola duchów! Ja tutaj rzucę się 
na bojowisko ze zgiełkiem bit^vy. Nim noc zapadnie, 
wejdźcie na Avysoki szczj^t Dunmory i patrzajcie 
przez szare mgłów zasłony na strumienistą Lonę! 
Jeśli moje znamię rozpłynie się z ^\datrem nad błysz- 
czącym strumieniem Lubaru, to Fingal nie upadł 
w ostatniej swojej bitwie !« 

Takie były jego słowa. Nie ociągając się, odeszli 
królowie w milczeniu. Poglądali z ukosa na wojsko 
Erynu i zasępili się, kiedy odchodzili. Nigdy jeszcze 
nie odstąpili króla na burzliwem polu bitwy. Siwo- 
kędziory Karril szedł za niemi i ruszał niekiedy arfę. 
Przewidywał upadek ludu, a dźwięk był żałobny. 
Był on jak pogwizd, co przylata od zarosłego jeziora 
Lęgu, kiedy półsen spuszcza się na łowca w omszonej 
pieczarze. 

» Czego bard Kony schyla się,« rzekł Fingal, 
»nad ustronnym strumieniem? Jestźe to pora do 
smutku, ojcze poległego Oskara? O wojownikach 
duma się w pokoju, kiedy tarcze przedzwonią! Wtedy 
nachyl się w smutku nad falą, kędy górny \vietrzyk 
oddycha. Wtedy pozAvól modrookiemu mieszkańcom 
grobu nawiedzić duszę! Ale Eryn ciśnie się do boju, 
daleko rozkołysany, zgiełkliwy i ponury. — Podnieś, 
Ossjanie, podnieś tarcze; synu mój, sam jestem !« 

Jak nagły szum wiatrów przybywa do spokojnego 
okrętu Inishuny i czarnego jeźdźca wałów daleko 
na głębię zapędza, tak daleko głos Fingala zepchnął 
Ossjana z góry na błonia. Podniósł on tarczę, błysz- 
czącą w ciemnem skrzydle bitwy, jak pełny księżyc 
w odzieniu obłoków, zaczem się burza zerwie. 

Głośno od omszonej Mory rozlała się razem sze- 
rokoskrzydła bitwa. Fingal, król strumienistego Mor- 
wenu, lud swój prowadził. Wysoko powiewało orle 
skrzydło. Siwe kędziory spływały z barków szero- 

PISMA GOSZCZYŃSKIEGO. II. 18 



274 PIEŚNI OSSJANA 



kich. Grzmiał krok jego potężny. Często stawał, 
często oglądał się na daleko błyszczącą powódź 
orężną. Wydawał się skałą, pokrytą lodem a siwą; 
wysoko są jej lasy we wietrze; z jej głowy rzucają 
się błyszczące strumienie i pryskają na wiatr pia- 
nami. 

Teraz przybył do jaskini Lubaru, gdzie spał Fil- 
lan omroczony. Na rozłupanej tarczy Bran jeszcze 
leżał; A\datry oskubały orle skrzydło. Błyskając z pod 
suchych powojów, wyzierał oszczep rycerza. Smutek 
objął duszę króla, jak wdcher zwierciadło jeziora. 
Nagle odwrócił kroki i wsparł się na zgiętym oszczepie. 

Radośnie przybiegł Bran białopiersi na znane 
stąpanie Fingala. Przybiegł i wskaz}Tvał spojrzeniem 
na jaskinię, gdzie spał modrooki łoAviec, bo przy- 
zwj^czajony był \\ychodzić rano do zroszonego lego- 
wiska sarny. Dopiero polały się łzy królowi i zaćmiła 
się cała jego dusza. Ale jak \viatr zbudzony prze- 
gania nawalne deszcze i białe strumienie i wysokie 
góry z trawiastemi szczytami słońcu powraca — tak 
wracająca bitwa rozjaśniła umysł Fingala. Przesko- 
czył na oszczepie Lubar i uderzył rozgłośną tarczę. 
Razem posunęło się uszykowane wojsko z ostrym 
orężem. 

Nie z trwogą słuchał Eryn tego dźwięku; szli 
oni szeroko rozlani. Ponury Maltos wyzierał z pod 
brwi zamierzchłych na skrzydle bit\vy. Blizko niego 
podnosił się promień światła, Hidalla; tuż zezooki, 
niespokojny Morannan. Klonar błękitnotarczy potrzą- 
sał oszczepem; Kormar gęste kędziory we wietrze 
otrząsał. Zwolna za skałami podnosiła się błyszcząca 
postać Aty. Naprzód pokazały się dwa kończate 
oszczepy; potem pół tarczy przezroczystej, podobnej 
do nocnego ognia, Avschodzącego nad doliną duchów. 
Kiedy się cały pokazał, wtedy rzuciły się wojska do 
walki. Pałające fale oręża polały się z każdej strony. 



275 



Jak dwa rozhukane morza spotykają się z całą 
bałwanów powodzią, kiedy się ich dotkną skrzydła 
nawałnic, walczących przy skalistym brzegu Lumonu, 
posępnie przebiegają duchy po rozgłośnych wzgó- 
rzach, wyrwane od burzy, padają na głębinę lasy, 
na zapienioną ścieżkę wieloryba; tak się zmieszały 
dwa wojska... Tu Fingal, tu Katmor krąży. Mrocznie 
ulatuje śmierć przed niemi. Blask pryskającej stali 
ślady ich obsypuje, kiedy szerokokroczący króloAvie 
szeregi tarcz skaszają! 

Od Fingala upadł Morannan, szeroko wpoprzek 
strumienia. Przy jego bokach bałwani się woda i za- 
lewa wypukłą tarczę. Klonar został przeszyty, od 
Katmora. Wódz jednak nie upadł na ziemię. Dąb 
uchwycił go w upadku za włosy. Szyszak potoczył 
się po ziemi. Na pasie wisi szeroko tarcza, a po 
niej krew się strumieni. Będzie płakała na sali Tla- 
min, będzie biła pierś stękającą! 

Nie zapomniał też i Ossjan oszczepa na skrz}'dle 
swojej bitwy. Zasłał pole umarłemi. Przybył mło- 
dzieńczy Hidalla. »Miły głosie strumienistej Klory, 
na cóż ty stalą robisz? Obyśmy się spotkali byli 
Ave szrankach pieśni na twojej rodzinnej, zarosłej 
dolinie !« — Postrzegł go Maltos, jak upadał, i po- 
nury, rzucił się ku mnie. Ze dwóch brzegów stru- 
mienia przeginaliśmy się do dźwdęcznej walki. Wraz 
nadeszło wzburzone niebo; zawrzały głosy wichrzą- 
cych nawałnic; ogień co chwila pokrywał wzgórza. 
Grzmot przetaczał się po mglistych pasmach. Zadrżał 
we mroku nieprzyjaciel; stanęli wojownicy Morwenu! 
A ja nachylałem się jeszcze w gwiżdżących kędzio- 
rach nad strumień. 

Wtem podniósł się głos Fingala i wrzask wstę- 
pujących nieprzyjaciół. Czasem widziałem króla przy 
błyskawicach, mrocznie kroczącego w całej potędze. 
Uderzałem w dźwięczną arfę i za^^dsłem przy kro- 

18* 



276 PIEŚNI 0S8JANA 



kach Alnekmy. Nieprzyjaciel został odpędzony, jak 

pręga d^Tiiu. 

Słońce W3'j rżało z obłoków. Na Moilenie zajaś- 
niało sto strumieni. Zwolna podniosły się modre 
kłęby tumanu ku połyskującym wzgórzom. Gdzież 
są potężni królowie? *) Niema ich nad strumieniem, 
niema pod lasem. Słyszę dźwięk oręża. Ich walka 
we mgłów łonie. Taka jest walka duchów w nocnej 
chmurze, kiedy się potykają o wietrzne skrzydła bu- 
rzy i powódź zapienionych wałów. 

Puściłem się naprzód. Podniosła się mgła szara. 
Wysocy i błyszczący stali oni nad Lubarem. Katmor 
opierał się o skałę. Wpółupadła tarcza leżała w stru- 
mieniu, który po mchach bieżał. Dochodził go Fin- 
gal i ujrzał krew rycerza. Zwolna opadł miecz przy 
jego boku, a on przemó^vił z posępną radością: 

»Czy ustępuje pokolenie Barbar-Dutula ? Czy jesz- 
cze robi oszczepem? Znane jest imię twoje w Acie, 
w zielonem mieszkaniu obcych. Przychodziło ono do 
uszu Fingala, jak powiew jego pustyni. Pójdź na 
warowne moje wzgórza; czasem i mocarz upada! Nie 
jestem ja ogniem dla upadłego nieprz\-jaciela; nie 
raduję się z upadku walecznego. Moją rzeczą leczyć 
także rany. Znałem rośliny wzgórzów **). Zrywałem 
na wyżynach piękne ich główki, kiedy się chwieją 
nad samotnym strumieniem. Smutny jesteś i mil- 
czący, królu gościnnej Aty!« 

»Przy strumieniach Aty,« odpowiedział Katmor, 
»podnosi się mszysta skała. Gałęzie obwiewają jej 
głowę pod pędem wiatrów. Jest na jej obliczu po- 
nura jaskinia z rodzinmTn, głośn\Tn potokiem. Tam 
ja słuchałem stąpania cudzoziemców, przychodzących 



*) Fingal i Katmor. 

*) Fingal słynął bardzo w sagach z wielkiej biegłości 

sztuce leczenia. 



277 



Ido mojej sali konch. W duszy mojej obudzała się 
równa płomieniowi radość; błogosławiłem rozgłośną 
skałę. Tam niech zamieszkam we mroku, na mojej 
trawiastej dolinie. Stamtąd wstąpię na powiew, który 
ugina bródkę mojego ostu; tam ze mgły tułającej 
się będę poglądał na błękitnie snującą się Atę!« 

»Dla czego król o grobie móv/i?... Ossjanie, 
wojownik poległ!... Niech radość spotka twoją 
duszę, Katmorze, przyjacielu obcych !« 

»Synu mój, słyszę wołanie lat, odpływając; za- 
bierają mi mój oszczep! »Dla czego, « zdają się mó- 
wić, »nie spoczywa Fingal w swojej sali? Czyż 
ciągle będzie się lubował we krwi, we łzach zasmu- 
conego? Me, o lata mrocznie płj^nące, Fingala krew 
nie cieszy! Łzy są strumieniami zimy, które pustoszą 
jego duszę! Lecz skoro legnę do spoczynku, przy- 
bywa potężny głos wojny! Budzi mnie w mojej sali 
i wyzywa stal moją! Już jej odtąd nie wyzwie. Os- 
sjanie, weź ten oszczep ojców. Noś go w boju, kiedy 
się pycha podniesie! 

» Ossjanie! ojcowie wiodą moje kroki; moje czyny 
wzrok ich rozweselają. Gdzie tylko N\TJdę do boju, 
kłęby ich mgliste podnoszą się na bojowisku, Ale 
moje ramię wspierało ciągle słabych, a gniew mój 
był ogniem dla pysznego tylko. Nigdy moje oko nie 
rozjaśniło się nad poległym. Dla tego spotkają mię 
ojcowie w bramach sal po\vietrznych, wysoko, w sza- 
tach ze światła, łagodnie pałaj ącemi oczami. Ale 
pysznemu we zbroi są oni zaćmion\Tn księżycem nieba 
i posyłają mu nocny ogień, pałający na ich obliczu. 

» Ojcze rycerzy, Trenmorze , mieszkańcze burz 
wichrzących, oddaję twój oszczep Ossjanowi! Niech 
się rozraduje oko twoje. Czasami A^ddv"vvałem ciebie, 
jaśniejącego w obłokach; tak się objaw i mojemu 
synowi, skoro w}'^\Ninie twoim oszczepem! Sponmi on 



278 PIEŚNI (jSSJANA 



wtedy na potężne twoje czyny, choć teraz wdatrem 
tylko jesteś !« 

Oddał w moje ręce oszczep i razem podniósł Ica- 
mień *), ażeby gadał do lat przyszłych szarzejącą 
mchem głową. Pod nim złożył w ziemi miecz swój 
i jasny obłęk swojej tarczy. Posępnie zapadł w dumy, 
stał chwilę pochylon}-; potem ozwał się temi słowy: 

»Kied3-, o kamieniu, w pył zapadniesz i we mchu 
lat zginiesz, wtedy nadejdzie wędro^\iec i przejdzie, 
gwiżdżąc. Słaby człowieku, ty nie wiesz, że tu sława 
kiedyś jaśniała! Tu Fingal zrzekł się oszczepa na 
ostatniem swojem bojowisku! Rozejdź się, marny cie- 
niu! W twoim głosie niema sławy! Ty mieszkasz przy 
cichym strumieniu, ale trochę lat, a i ty przeminiesz! 
Nikt nie pomyśli o tobie, gęstej mgły mieszkańcze! 
Ale Fingal, odziany sławą, będzie promieniem świa- 
tła dla potomnych czasów, bo skory był we dźwię- 
czącej stali ratować słabych oręża !« 

Jaśniejący sławą, odszedł król ku brzmiąc}Tn dę- 
bom Lubaru, co nawisły z opok nad kołyszący się 
jasno strumień. Pod niemi wazka łąka i szum skal- 
nego zdroju. Tu rozpuścił na matr znamię Mor- 
wenu, aby wskazać Feradartowd drogę z jego tajem- 
nej dolin3^ Jaśniejąc na zachodzie rozstania się, i)o- 
zierało dokoła słońce nieba. Rycerz ujrzał lud swój 
i posłyszał okrzyk jego radości. Wkoło, połamanym 
szeregiem błyskali oni w promieniach. Ucieszył się 
król, jak ło^^'iec na rodzinnej, zielonej dolinie, kiedy 
po przejściu burzy postrzeże opromieniony bok skały. 



*) Macphersou upewnia, że i dziś jeszcze znajdują się 
w północnej Irlandji takie kamienie, które mają bN-ć pom- 
nikami podobnych czynności. Pospolicie znajdują pod 
niemi zbroje i kawał drzewa wpółpizppalouego. To' osta- 
tnie jest może znakiem uroczystej biesiady, jaką przy 
takich obrzędach wyprawiano. 



279 



Na jej obliczu głóg- zielony kołysze główką, a sarna 
pogląda na dół z wierzchołka. 

We mszystej pieczarze siedziała szarozgrzybiała 
postać Klonmala. Ciemne były oczy barda. Wspierał 
się na kiju. Jasna w swoich kędziorach, siedziała 
przed nim Sulmala i słuchała powieści, powieści 
królach Aty we dniach przeszłości. Zgiełk bitwy 
lustał do jego ucha, zatriymał się... wyrwało się 
skryte westchnienie. Mówią, że duchy poległych czę- 
sto oświecały jego duszę. Ujrzał on króla Aty, upa- 
dającego pod jego nawisłem drzewem. 

»Czemuś tak posępny ?« rzekła dziewica. » Walka 
oręźy przeminęła. Wkrótce przyjdzie on do twojej 
jaskini, nad twoje kręte strumienie. Słońce pogląda 
ze skał zachodu. Mgły jeziora występują. Szaro 
chwieje się na pagórku trzciniaste mieszkanie sarny. 
Mój król we mgle się pokaże. Otóż i on przybywa 
we zbroi! Przybywaj, najmilszy, do jaskini Klonmala !« 

Był to duch Katmora łagodnej, ogromnej, jasnej 
postaci. Zapadł przy podziemnym strumieniu pomię- 
dzy dwa wzgórza szumiące. »Był to tylko łowiec, « 
rzekła, »który szuka łoża sarny. Nie do bitwy szedł 
krok jego; żona wygląda go na noc. Gwiżdżąc, po- 
wróci do niej ze zdobytą śniadą łanią. « 

Jej oko zwrócone było ku wzgórzu; okazała po- 
stać znowu zeszła. Skoczyła dziewica z radością. 
On znowu we mgłę się cofnął. Powoli rozpływały 
się członki z tumanu i zmieszały się z wiatrem góry. 
Dopiero poznała, że poległ: » Królu Erynu! ty poleg- 
łeś!« Ossjanie, zapomnij o jej żalu; niszczy on du- 
szę starości... *) 

Wieczór spadł na Moilenę. Szaro płynęły stru- 



*) Według podania av dzień po bitwie Ossjan odwie- 
dził Sulmnlę. Jego przemówienie do Sulmali zatrzymało 
się i znajduje się pomiędzy ułamkami przyłaczonemi do 
poezji Ossjann. 



280 PIEŚNI OSSJANA 

mienie kraju. Donośnie ozwał się głos Fingala; pod- 
niósł się promień dębu. Z radością rozłożył się lud 
dolioła, z radością, zamierzcliłą cieniami. Pozierali 
na króla ukosem i nie ^Wdzieli zupełnego wesela. 

W porę przybył drogą puszczy głos pieśni. Zrazu 
zdawał się być szumem strumienia dalekiej skały. 
Zwolna spływał ze wzgórza, jak szemrzące skrzydło 
powiewu, kiedy go schwyci gęsta broda skały w ci- 
chej, nocnej dobie. Był to głos Kondana, wi:órzony 
drżącą arfą Karrila. Przybywali do strumienistej Mory 
z modrookim Feradartem. 

Nagle podniosła się na Łonie pieśń naszych bar- 
dów. Wojsko śród grania uderzało w tarczę. Na 
królu jaśniała pogoda, jak promień po dniu pochmur- 
nym, kiedy poziera na zielone pagórki przed szu- 
mem A^ńatru. Uderzył w wypukłą, królewską tarczę, 
i wszystko dokoła ucichło. Lud zwiesił się na oszcze- 
pach ku głosom swojej ziemi: 

»Syny Morwenu, przyrządźcie ucztę! Spędźcie noc 
na pieśniach! Jaśnieliście przy mnie; minęła ponura 
burza. Lud mój był podniebną skałą, z której roz- 
winąłem moje orle skrzydło, kiedym się puścił za 
sławą i schwytał ją na bojowisku! Ossjanie! ty masz 
oszczep Fingala! Nie jest on laską chłopca, młodego 
pól wędrowca, któr}' nią bródki ostu ścina. Nie; jestto 
dzida mocarzy, którą oni rękę do śmierci zaprawiali. 
Zapatruj się, mój synu, na swoich ojców; są oni zba- 
wiennjTn promieniem! Jutro zaprowadzisz Feradarta 
do dźwięcznych sal Temory. Przypomnij mu królów 
Erynu, okazałe postacie przeszłości! Nie zapomnij 
też i o poległych, którzy byli potężnemi w boju. 
Niech Karril pieśń podniesie, ażeby króloAvie pocie- 
szyli się we mgle swojej! Jutro napnę swój żagiel 
ku mrocznym Selmy murom, gdzie się strumienista 
Dutula przez łożyska sarn snuje. 



SULMALA Z LUMONU. 



Ossjan, powracając z doliny Natkol ze zwycięstwa nad 
! Dutkarmorem , spotyka na polowaniu Sulmale, córkę 
króla Inishuny, i zostaje spoinie z Oskarem zaproszony 
od niej na ucztę do grodu ojca, który się na wojnę był 
oddalił. Podczas uczty wprowadzają się powieści w ustę- 
pach; jednak ta powieść nie jest zupełna, gdyż jej cześć 
zaiłiueła. 



Któż to idzie nad Lumonem tak okazale przy 
szumie wód zapienionych ? AVłos opada na pierś pły- 
wającą. Białe jej ramię, kiedy zwolna łuk napręża. 
Czegóż to się tułasz po pustyni, jak światło po 
chmurnem polu? Młode sarny dyszą przy ustronnych 
skałach. Wróć się, córko królów; pochmurna noc już 
blizko. 

Była to młoda latorośl zielonej Inishuny, Sul- 
mala błękitnych oczu. Wysłała ze skał jednego barda, 
aby nas wezwał na ucztę. Śród pieśni siedzieliśmy 
na dźwięcznych salach Kluby. Biało przepły^vały ręce 
Sulmali po drżących strunach. Między dźwiękami 
przez pół słychać było imię króla Aty, który daleko 
za rodzinny, zielony kraj walczył. Ale nie był da- 
leko od jej duszy! Przybywał nocą do jej dumań. 



282 PIEŚNI OSSJANA 



Tontena zairzała z nieba w jej komnatę i widziała 
załamane jej ręce. 

Ucichły dźwięki konch; powstała Sulmala w dłu- 
gich kędziorach. Stanęła ze spuszczonemi oczami 
i pytała o naszej podróży przez morza: »Wy nale- 
życie do króla mężów, rośli jeźdźcy fal!« — »Znani 
są« rzekłem, »przy twoich strumieniach ojcowie na- 
szego rodu. Słyszano o Fingalu w Klubie, modrooka 
córo królów! I nie przy Kony tylko strumieniach 
znajomi są Ossjan i Oskar. Drżeli i w innych zie- 
miach nieprzyjaciele przed naszym głosem i pierz- 
chali.* 

»Uwaźała Sulmala« rzekła dziewica, »tarczę króla 
Morwenu. Wisi ona wysoko w sali ojca na pamiątkę 
przeszłości, kiedy Fingal przybył do Kluby w^e dniach 
innych lat. Głośno ryczał dzik Kuldarnu śród skał 
i lasów. Inishuna wysłała młodzieńce, ale upadli, 
a dziewice płakały przy grobach. Z zimną krwią po- 
szedł Fingal do Kuldarnu; na jego oszczepie pomy- 
kała się siła lasów; jaśniał, po\%iadano, w kędzio- 
rach pierwszy ze śmiertelnych ludzi. Ale przy uczcie 
nie słyszano słów jego. Jego czyny przemakały się 
po duszy z ognia, jak obłoki po obliczu wędrują- 
cego słońca. Nie obojętnie patrzały błękitne oczy 
Kluby na jego chód okazały. W białych piersiach 
śród nocnych dumań budził się król Selmy. Ale wia- 
try zaniosły cudzoziemca na głośne doliny jego sarn. 
Ale nie zginął dla innych krain, jak ogni oj a w, kiedy 
w chmury upadnie. Czasami przybyw^ał w sw^oim bla- 
sku do dalekiego siedliska swoich nieprzyjaciół. Jak 
szum wiatru, zalat^^wała jego sława na lesistą do- 
linę Kluby. 

»Mrok osiada w Klubie arf; daleko jest ród kró- 
lów; na wojnie są mój ojciec Konmor i mój brat 
Lormar, król strumieni. Ale nie sami są daleko; jest 
z niemi promień innych krain, przyjaciel obcych 



SULMALA Z LUMONTJ 283 



W Acie, niszczyciel bojowisk. Z wysoka, z mglistych 
pagórków patrzą za nim błękitne oczy Erynu, bo 
daleko poszedł młody ich dusz mieszkaniec. Me pró- 
żnuje on, o białe ręce Er^oiu! Jest on w pierwszym 
szeregu w bituie. Dziesięć tysięcy pędzi przed sobą 
na dalekich polach.* 

» Widział Ossjan« rzekłem, »jak pośpieszał Kat- 
mor od swoich strumieni, jak roztaczał potęgę na 
Itornie, wyspie mnogich bałwanów. Na Itornie zeszło 
się dwóch królów, Kulgorm i Surandronlo; każdy 
z nich, zapalony łowiec na dziki, przybył z rozgłoś- 
nej swojej wyspy. Znaleźli dzika przy pieniącym się 
strumieniu i każdy przeszył go oszczepem. Skłócili 
się o cześć czjmi, a stąd powstała zacięta walka. 
Od W3'spy do wyspy rozesłali skruszone i zakrwa- 
wione oszczepy, wzywając przj^jacieli swoich ojców 
we dźwięcznych zbrojach. Katmor przybył z Erynu 
do Kolgorma, ognistookiego króla; ja wspierałem Su- 
randronla w krainie dzików. Pośpiesz}iiśmy dwoma 
brzegami strumienia, który szumiał po jałowem bło- 
niu. Dokoła były wysokie, pokruszone skały z wi- 
szącemi drzewami. W blizkości były dwa okręgi 
Lody z kamieniami potęgi, gdzie duchy w szkarła- 
tnych strumieniach ognia nocą schodziły. Tu, pomie- 
szane ze szemraniem fali, podniosły się głosy sta- 
rych mężów; wzywały one nocnych postaci, aby im 
na wojnie pomagały. 

» Spokojnie stanąłem ze swoim ludem, gdzie pie- 
niący się strumień ze skały spadał. Zapłomieniony, 
wyszedł z gór księżyc. Moja pieśń podnosiła się cza- 
sami. Młodzieńczy Katmor, oćmiony na drugim brzegu, 
słuchał mojego głosu, bo leżał pod dębem w błysz- 
czącej zbroi. Nadszedł poranek, a my pośpieszyli do 
walki; od skrzydła do skrzydła zamąciło się bojo- 
wisko. 

» Padali jak główki ostu pod jesiennym wiatrem. 



284 PIEŚNI OSSJANA 



Nadeszła we zbroi postać okazała: starłem się z kró- 
lem. Przeszyliśmy tarcze jeden drugiemu; głośno za- 
dzwoniły stalowe pancerze. Rozłupany jego upadł 
na ziemię. Nieprzyjaciel pokazał się jasno; jego oczy, 
dwa płomienie przyjazne, poglądały między pływają- 
cemi kędziorami. Poznałem Katmora Aty i rzuciłem 
oszczep o ziemię. Posępnie od%\TÓciliśmy się i po- 
szliśmy w milczeniu na innych przeciwników. Nie 
tak się rozeszli pokłóceni królowie. Zetknęli się 
w gwarnym boju, równi dwom duchom, potykającym 
się na czarnych skrzydłach burzy. Przez pierś każ- 
dego przeleciał oszczep, ale jeszcze nie upadli na 
ziemię; skała zatrzymała ich upadek, i wpółoparci, 
pokładli się na śmierć. Każdy z nich uch^yycił prze- 
ciwnika za kędziory; ich oczy zdawały się dziko 
przewracać. Strumień skały bił w ich tarcze i ze 
krwią się mieszał. 

» Ucichła bitwa na Itornie. W pokoju spotkali 
się cudzoziemcy: Katmor strumienistej Aty i Ossjan, 
król arf. Oddaliśmy umarłych ziemi. Kroki nasze 
pośpieszyły do zatoki Rumaru. Zdała, z lotnym ba- 
tem przybliżył się szereg fal. Czarny był jeździec 
morza, ale na nim był promień światła, podobny pro- 
mieniowi słońca w kłębiących się wyziewach Stromli. 
Była to córka Surandronli, dzika w promiennem wej- 
rzeniu. Jej oczy były płomieniem, błąkającym się 
między rozrzuconemi kędziorami. Białe jej ramię na- 
przód wychylało oszczep; widać było jej pierś wy- 
soko podniesioną, białą jak piana wałów, które się 
między skałami jeden po drugim kołyszą.* 

» Przybądźcie* rzekła ona, » mieszkańcy Lody, 
przybądźcie! Karcharze, blady śród chmur! Slutmorze, 
co wprowadzasz do sal powietrznych! Korchturze, 
okropny w burzach! Przyjmcie nieprzyjaciół Suran- 
dronli od oszczepa jego córki. 

»Nie było żadnego cienia przy szumiącym stru- 



ł 



SULMALA Z LUMONU 285 

mieniu, żadnej postaci, jaśniejącej mile. Kiedy on 
podniósł oszczep, sępy trzepotały skrzydłami; krew 
zalewała zewsząd twoje ślady, czarnooki Surandronlo! 
» Oświecił mię nie czczym promieniem, abym 
błysnęła przy jego strmnieniach. Błyszcząca byłam 
jak ogniojaw, alem rozproszyła wrogów Surandronli ! « 

Nie bez wzruszenia słuchała Sulmala pochwały 
Katmora tarcz. Był on dla jej duszy ogniem ustron- 
nego błonia, który się budzi na głos wiatru i pro- 
mienie wokrąg rozsyła. Śród pieśni odprowadziłem 
córkę królów, podobną tchnieniu letniego wietrzyka, 
który kwiatom główki podnosi i marszczy jeziora 
i strumienie. W nocy przyszedł sen na Ossjana; bez- 
kształtny cień Trenmora stanął przed nim. Zdawało 
się, ze uderzał w ciemną tarczę na strumienistych 
skałach Selmy. Porwałem się we dzwoniącej stali; 
poznałem, że się wojna zbliża RozpięKśray żagiel na 
■wiatry, skoro Lumon swoje strumienie porankowi 
ukazał. 

Przybądź z czat nocnych, Malwino, samotny pro- 



OITONA. 



Oitona bvła narzeczoną Gania, jednego z najznakomit- 
szych rycerzy Fingala. Przed ich połączeniem się od- 
biera Gaul od Fingala rozkaz znajdowania się na pewnej 
Tvyprav,'ie. Kochanka zostnje w Dnnlatmonie, grodzie 
swojego ojca. Nu^t, ojciec Oitony, i Latmon, brat, wyszli 
równie na wojnę i Oitonę samą porzucili, Dunromat, 
książę Kutalu (zdaje się. ze to jedna z wysp Orkadzkich), 
którego miłość odrzuciła dawniej Oitona, korzysta z pory, 
napada gród bezbronny i porywa Oitonę. Zawozi ją do 
Tromatonu, pustej wysepki, i tam zam.yka w jnskini i co- 
dzieu odwiedza Po skończonej wypranie wraca Gaul do 
Dunlatmonu , zastaje gród zburzony i dowiaduje się 
o porwaniu kochanki. Wyśledziwszy miejsce jej więzie- 
nia, śpiesz}" do Tromatonu i kiedy znajduje Oitonę, v>-j'- 
siada na brzeg Dunromat. Gaul błaga Oitonę, aby przez 
ciąg bitwy siedziała w jaskini, ale ta, uzbr-oiwszy się. 
zostaje między walcząc-^mi i szuka śmierci. Dunromat 
zostaje zabity; Oitona jednak, śmiertelnie raniona strzałą, 
umiera. 



»Pomrok mieszka koło Dunlatmonu, chociaż księ- 
życ ukazuje na wzgórzu swoje półoblicze. Córa nocy 
odwróciła oczy; widzi nadchodzący smutek. 

»S3'n Morniego jest na rÓAvninie, ale żadnego 
dźwięku na sali; żaden strumienny promień dalekiego 



287 



światła nie przepływa, drżąc mrokiem. Nie słycliać 
głosu Oitony w szumie strumienia Duwranny. 

»Dokądżeś odeszła w swojej krasie, czarnokę- 
dziora córo Nuata? Latmon jest na polu waleczny cli; 
ale ty obiecałaś na sali zostać; obiecałaś zostać, do- 
póki nie wróci syn Morniego, dopóki, dziewico jego 
miłości, nie wróci ze Strumonu! Łza była przy roz- 
staniu się na twoich policzkach, a westchnienie skry- 
cie pierś ci podnosiło. A nie w>'chodzisz naprzeciw 
niego z pieśniami, z dźwiękami arfy lekkodrźącemi.« 

Te były Gaulowe słowa, kiedy przybywał do 
wieź Dunlatmonu. Bramy były otwarte i mroczne. 
Po salach wiatry gwizdały. Drzewa zaścielały liściem 
progi, a wokrąg gwar nocy. Smutny i milczący, 
usiadł syn Morniego na skale; dusza jego drżała 
o dziewicę, ale nie wiedział, dokąd obrócić drogę. 
Zdała od niego stał syn Leta *) i słuchał wiatru 
w gęstych swoich włosach, ale nie podnosił głosu, 
bo widział strapienie Gaula. 

Spuścił się sen na wodzów. Wstały nocne vn- 
dziadła. Oitona stanęła przed oczami syna Morniego 
we śnie. Czarny jej włos rozpływał się w nieładzie, 
miłe oko przez łzy poglądało. Krew plamiła śnieżne 
ramię. Ranę w piersi zasłaniała do połowy odzież. 
Stanęła nad wodzem, a on słaby głos jej usłyszał: 

»Czy śpi syn Morniego, ten, który był miły 
w oczach Oitony? Czy śpi Gaul na dalekiej skale, 
a córa Nuata w strapieniu? Burzy się morze przy 
pochmurnej wyspie Tromatonu. Ja we łzach w ja- 
skini siedzę. Nie sama siedzę, o Gaulu! Jest tu czarny 
wódz Kutalu. Jest tu w zapale miłości. Cóż ma po- 
cząć Oitona ?« 

Przykry wiatr zaszumiał w dębie. Pierzchnął sen 
nocy. Gaul porwał osikowy oszczep. Powstał w szale 



*■) ^Torlo, jeden z nąjsławnifjszych rycerz}- Fingala. 



288 PIEŚNI 06SJANA 

duszy. Często zwracał oczy ku wschodowi. Żalił się 
na opieszałe śmatło. Nareszcie ocknął się poranek; 
rycerz podniósł swój żagiel. Szumiąc, przybyły wia- 
try ze wzgórza, a on przemykał się po wałach głębi 
Trzeciego dnia pokazał się, opasany morzeni, Tro- 
maton, niby błękitna tarcza. Białe fale hukały przy 
jego skałach, a na brzegu siedziała smutna Oitona. 
Pogiądała na rozhukane wały, a łzy jej płynęły. 
Lecz skoro ujrzała Gaula we zbroi, zerwała się i od- 
wróciła oczy. Twarz jej nadobna — schylona i pała- 
jąca; białe ramiona drżały zwisłe u boków. Trzy 
razy siliła się uciec z przed jego oblicza — trzy razy 
padła, odchodząc. 

»Córo Nuata,« rzekł rj^cerz, »dla czego uciekasz 
przed Gaidem? Czy z mojego oka płomień śmierci 
■wygląda, czy nienawiść zaciemnia moją duszę? Ty 
jesteś dla mnie promieniem poranku, który wschodzi 
w nieznajomej krainie. Ale, córo wozokotczego Nuata, 
twoje oblicze zgryzota pokrywa. Czy wróg Oitony 
blizko? Wre moja dusza, aby się z nim spotkać. 
Drży miecz przy boku Gaula i pragnie zabł3^snąć 
w jego ręku. Mów, córo Nuata, czy nie widzisz łez 
moich ?« 

»Młody wodzu Strumonu,« odpowiedziała dzie- 
wica wzdychając, »po co przebyłeś czarnomodre fale 
dla strapionej córy Nuata? Czemu skrycie nie zwię- 
dłam, jak skalny kwiatek, który niepostrzeżenie pod- 
nosi piękną głowę i usycha w listkach, rozwianych 
od wiatru? Po co przybywasz, o Gaulu, słyszeć że- 
gnające moje westchnienia? Znikam w młodości; nie 
będzie słychać o mojem imieniu, albo je ze smutkiem 
usłyszą, a łzy Nuata będą płynęły. Będziesz żałował, 
synu Morniego, po upadłej sławie Oitony! Ale ona 
spać będzie w ciasnym grobie, zdaleka od głosu ża- 
łującego. Po cóźeś przybył, o wodzu Strumonu, do 
skał Tromatonu morzem tłuczonych?* 



289 



»Córo wozokotczego Nuata, przybyłem znaleźć 
twojego wroga! Zamroczy się przede mną śmierć 
wodza Kutalu, albo syn Morniego polegnie, Oitono! 
gdyby Gaul poległ, wznieś mu grobowiec na skale 
tych moczar. Kiedy będzie przepływał mglistolotny 
okręt, to zawołaj na synów morza; zawołaj na nich 
i ten miecz im oddaj, aby go zawdeźli do sal Mor- 
niego. Niech wódz siwowłosy przestanie wyglądać 
od puszczy powrotu swojego syna!« 

»A mogłaźby źyć córa Nuata, « odpowiedziała 
z tłumionem westchnieniem, »mogłażbym ja źyć 
w Tromatonie, gdyby syn Morniego zginął? Nie 
z tej skały moje serce, ani moja dusza tak obojętna, 
jak to morze, co swoje wały do każdego wiatru 
podnosi i wzdyma się pod burzą. Wicher, który cie- 
bie obali, rzuci na ziemię i latorośl Oitony! Razem 
zwiędniemy, o synu Morniego! Pożądany mi dom 
ciasny i cztery kamienie śmierci, bo nigdy ja nie 
porzucę skał twoich śródwodnych, Tromatonie! 

»Noc się spuściła ze swojemi obłokami po od- 
jeździe Latmona, który pociągnął na wojnę swojego 
ojca ku mszystym skałom Dutormotu. Noc nadeszła. 
Siedziałam na sali przy promieniach dębu. Wiatr 
szumiał w drzewach. Posłyszałam łoskot zbroi; ra- 
dość W5'stąpiła na moje lice. Pomyślałam o twoim 
powrocie. Był to wódz Kutalu, siła rudowłosego 
Dunromata. Jego oko płomień roztaczało; krew mo- 
jego ludu miecz mu rumieniła. Ci, którzy strzegli 
Oitony, polegli od ponurego wodza! Cóż mogłam 
zrobić? Moje ramię było słabe; nie umiałam robić 
oszczepem! Porwał mię w mojem strapieniu, z mo- 
jemi łzami i swój żagiel podniósł. Bał się powraca- 
jącego Latmona, brata nieszczęśliwej Oitony. — Ale 
otóż i on ze swoim ludem nadchodzi. Rozbiegają się 
przed nim czarne wał3^ Dokądże, synu Morniego, 

PISM* GOSrCZYŃSKEGO. 11. 19 



290 PIEŚNI 088JANA 



odAvi'ócisz swoje kroki? Liczni są wojownicy two- 
jego wroga !« 

»Moje kroki nigdy się nie odwracają od bit^vy,« 
odpowiedział bohater i dobył miecza; »a teraz, 01- 
tono, miałbym się lękać, kiedy się pokazali twoi 
nieprzyjaciele? Odejdź, moja kochanko, do swojej ja- 
skini, póki nasz bój nie przeminie. Synu Leta, przy- 
nieś łuk naszych ojców i dźwaęczny kołczan Mor- 
niego. Niech nasi trzej wojo\^Tiicy łuk naciągają; 
my sami oszczepem będziemy ciskać. Są oni woj- 
skiem na skale, mocne są nasze dusze w boju!« 

Córa Nuata odeszła do jaskini. Niespokojna ra- 
dość budziła się w jej duchu, niby płomienisty szlak 
bł3'sku na chmurze nawaluej. Zawarła się jej dusza; 
łzy oschły na oku dziko pozieraj ącem. Zwolna zbli- 
żał się Dunromat. Postrzegł Morniego syna. Pogarda 
zmarszczyła mu oblicze; na ciemnośniadych policz- 
kach był uśmiech, a rozpalone oko, wpółprzywarte, 
krążj^ło pod mrocznemi brwiami. 

»Skąd, synowie morza ?« zaczął ponurj^ książę. 
»Czy was wiatry zapędziły na skały Tromatonu ? 
Czy białorękiej dziemcy szukacie? Słabi mężowie, 
s3^nowie nieszczęścia wpadają w ręce Dunromata. 
Jego oko nie oszczędza słabego, on się cieszy krwią 
cudzoziemców. Oitona jest promieniem światła, a wódz 
Kutalu skrycie z nią igra. Czy chciałbyś mi zasło- 
nić jej powaby, s\tiu słabej ręki, niby chmura? Mo- 
głeś przybyć, ale nie powrócisz do sali swoich oj- 
ców !« 

»Czy nie znasz mię,« Gaul rzecze, »rudokędziory 
wodzu Kutalu? Prędkie były twoje nogi na bło- 
niach, w bit^^^e wozokotczego Latmona, kiedy miecz 
syna Morniego ścigał twoje wojsko po lesistej krai- 
nie Morwenu. Dunromacie! waleczne twoje słowa, 
bo twoi wojownicy zebrani są za tobą. Ale czy się 
ich lękam, synu pychy? Nie jestem ja z rodu trwoź- 



291 



liwych!« Wysunął się Gaul we zbroi, Dunromat za 
swój lud uciekł. Ale oszczep Gaula przeszył ponu- 
rego wodza, a gdy się pod śmiercią tarzał, miecz 
Gaula głowę mu uciął. S}ti Morniego trzy raz\' ją 
potrząsł za kędziory. Wojownicy Dunromata ucie- 
kali; goniły ich strzały morweńskie, a oni padali po 
omszonych skałach. Pozostali rozpięli żagle i wy- 
mknęli się na wzburzone głębie. 

Gaul zbliżył się ku jaskini Oitony i postrzegł 
młodzieńca opartego o skałę. Strzała bok mu prze- 
szyła, a oko omdlałe spozierało z pod szyszaka. Za- 
smuciła się dusza syna Morniego, zbliżył się i prze- 
mówił słowa pokoju: 

»Czy ręka Gaula może cię ulecz^^ć, młodzieńcze 
strapionego czoła? Szukałem ziół po górach; zbie- 
rałem je nad strumieniami ustronnych brzegów. Moja 
ręka goiła rany walecznych, a ich oczy błogosła- 
wiły synowi Morniego. Wojowniku, gdzie twoi ojco- 
wie mieszkają? Czy są oni synami mocarzów? Ża- 
łoba, jak noc, opadnie na ojczyste twoje strumienie. 
Za młodo giniesz!* 

»Moi ojcowie, « odpowiedział cudzoziemiec, »są 
z rodu mocarzy! Ale nie będą mnie żałować, bo 
moja sława, jak mgła poranku, przeszła! Wysokie 
mury podnoszą się nad brzegami Dm^Tanny; widzą 
one w strumieniu omszone swoje wieże; za niemi 
wyziera skała z nawisłemi sosnami. Możesz ją zda- 
leka widzieć. Tam brat mój mieszka. Sławny on 
w bitwach. Oddaj mu ten błyszczący szyszak !« 

Szyszak wypadł z rąk Gaula. Była to ranna 
Oitona! Uzbroiła się w jaskini i wj^szła śmierci szu- 
kać. Czarne jej oko zawarte było do połowy; krew 
się lała z pracujących jej boków. 

»Synu Morniego !« rzekła, » przyrządź mi grób 
ciasny. Sen, jak ciemność, cięży na mojej duszy! Ga- 
śnie oko Oitony! O gdybym mogła była mieszkać 



SSyiJ PIEŚNI OSSJANA 

w Duwrannie, w jaśniejącym promieniu swojej sławy! 
Wówczas moje lata wesołoby przechodziły; dziewice 
błogosławiłyby moim krokom. Ale, synu Morniego, 
za młodu upadam; mój ojciec będzie się płonił na 
swojej sali.« 

Upadła, blednąc, na skałę Tromatonu. Zasmucony 
rycerz grób jej postawił. Powrócił do Morwenu, ale 
w jego duszy widzieliśmy strapienie. Ossjan ujął 
arfę na cześć Oitony, a radość wróciła na lice Gaula. 
Często jednak śród przyjaciół podnosiło się jego 
westchnienie, niby powiew, który trzepoce niestałem 
skrzydłem, kiedy burzliwe wiatry oniemieją. 



KONLAT I KUTONA. 



Konlat, najmłodszy syn Mornieg'o a brat sławnego Gauła, 
załiochał się w Kutonie, córce Rumara. Toslcar, syn Kin- 
fenny, wylądował l^iedyś w Morze, paiistwie Konlata, 
i trzy dni był od niego podejmowany. Czwartego odpły- 
nął dalej, a płj^nąc koło Inistonj^ ujrzał na jej brzegu 
polującą Kutonę, zaliochał się w niej i porwał ją prze- 
mocą na swój oliręt. Burza zmusiła go wysiąść na jedną 
pustą wyspę. Konlat, dowiedziawszy się o porwaniu ko- 
cłianki, puścił się w pogoń i dognał Toskara. Zaczęła się 
walka, w której wodzowie i cały icli orszalc wzajemnie 
się pozabijali. We trzy dni potem umarła ze smutl^u Ku- 
lona. Fingal, posłyszawszy o tej bitwie, wysłał Stormała, 
Moranowego syna, pogrześć poległycłi, ale zapomniał 
o bardzie, któryby im ostatnią pieśń sławy zaśpiewał. 
Dla tego później objawił się Óssjanowi duch Konlata, 
ażeby jego i Kutony sławę podał potomności w pieśniach. 

Czy Ossjan głos jaki słyszy, czy to dźwięk dni, 
co przeszły? Częste spomnienie ranniejszych czasów, 
podobne wieczornemu słońcu, przycliodzi do mojej 
duszy... Odnawia się zgiełk łowów... W dumach wy- 
wijam oszczepem... Ale Ossjan słyszy głos jakiś. Kto 
jesteś, synu nocy? Śpią dzieci słabych. Na mojej 
sali wiatr północny. — Może to wietrzyk dzwoni 
w tarczę Fingala... Wisi ona w sali Ossjaua. Często 
jej dotykam rękami. 



294 PIEŚNI OSSJANA 



Tak! słyszę ciebie, mój przyjacielu! Jakże dawTio 
byłeś w mojem uchu! Cóż cię przyprowadza na t}Tii 
obłoku do Ossjana, synu szlachetnego Morniego? 
Czy przyjaciele starca są przy tobie? Gdzież Oskar, 
syn sław}'? Często, o Konlacie, byliście ze sobą, kiedy 
powstawał zgiełk boju! 

DUCH KONLATA 

Czy słodki głos Kony śpi na dźv.ięcznej sali? 
Czy Ossjan śpi na sali, a jego przyjaciele bez sławy? 
Morze opływa ponurą Itonę. Naszych grobów nie 
widać na naszej "wj-spie. Długoż jeszcze nie będzie 
słychać o naszej sławie, s}tiu brzmiącej Selmy? 



O gdyby oczy moje mogły cię dostrzec, jak świe- 
cący, siedzisz na swoim obłoku! Czy jesteś jak mgła 
Leny, czy jak półzgasły ogniojaw? Z czego twój 
łuk powietrzny? Przybył on na \^detrze, jak cień 
wędro^vnej chmury. Znijdi ze ściany, arfo, i zabrzmij ! 
Niech światło spomnień zaświta nad Itoną! Niech 
jeszcze ujrzę przyjaciół! I oto widzi Ossjan swoich 
przyjaciół na modrej wj-spie. Jaskinia Tony objawia 
mi się z omszonemi skałami, z nau-isłemi drzewa-. 
Przy jej ustach szumi potok. Nad jego łożem nachy- 
lony Toskar. Obok niego smutny Ferkut. Dalej sie- 
dzi Kutona i płacze *). Czy mię zwodzisz, morski 
wietrze ? Czy mówiących słyszę ? 



Noc była burzliwa. Skrzypiące dęby pochylały 
się z pagórków. Posępnie wzdymało się morze pod 
burzą. Częsta błyskawica odsłaniała wichrzące za- 
rośla. Ryczące bałwany rozbijały się przy opokach. 



*) Kutona, którą Toskar porwał. 



KONLAT I KUTONA 295 



Ferkucie! postrzegłem ducha nocy, gdzie noc naj- 
gęstsza. Milcząc, stał na brzegu. Mglista jego odzież 
pływała z wiatrem. Mogłem łzy jego widzieć. Zda- 
wał mi się być starym i zatopionym w myślach. 



Był to twój ojciec, Toskarze! Przewidywał on 
śmierć w swojem pokoleniu. Tak się objawił na 
Kromli, zanim wielki Morannan poległ. Erynie tra- 
wiastych wzgórzów, jakże wdzięczne twoje doliny! 
Przy twoich błękitnych strumieniach milczenie. Na 
twoich polach słońce! Miły jest dźwięk twojej se- 
lamskiej arfy, luby — zgiełk łowów na Kromli. Ale 
na ponurej Itonie jesteśmy burzą otoczeni. Bałwany 
wznoszą ponad skały białe głowy, a my drżymy śród 
nocy! 

TOSKAR 

Ferkucie! czy z kędziorami starości odbiegła cię 
dusza boju? Widziałem cię niezlękłego w przygo- 
dzie; w bitwach oko twoje gorzało weselem. Gdzież 
uciekła dusza boju? Nasi ojcowie nigdy się nie 
bali! Pójdź! oto morze spokojne, nawalne wiatry 
ucichły. Na głębi drżą fale; zdają się lękać burzy. 
Pójdź, oto morze spokojne! Na naszych skałach sza- 
rzeje poranek. Wkrótce wyjrzy słońce Avschodu w prze- 
pychu światła. Z radością podniosłem żagiel przed 
palami szlachetnego Konlata. Droga moja szła pod 
pustą wyspę, gdzie Kutona ścigała sarny. Ujrzałem 
ją, podobną do słonecznego promienia, kiedy się wy- 
snuwa z chmury. Kędziory jej były na wyniosłej 
piersi. Podała się naprzód i łuk naciągnęła. Przed 
nią jaśniała ręka, jak śnieg na Kromli. Pójdź do 
mojej duszy, zawołałem, o łowczyni pustyń! Lecz 
ona we łzach czas przepędza. Duma o szlachetnym 
Konlacie. Gdzież ci znajdę uspokojenie, Kutono, naj- 
milsza dziewico? 



PIEŚNI OSSJANA 



Daleki wiszar chyli się nad morzem ze staremi 
drzewami i opokami mszystemi. Bałwany tłuką się 
przy jego stopach. W poboczu mieszka sarna. Lud 
zowie go Morą. Tam się wznoszą wieże mojego ko- 
chanka, tam Konlat upatruje po morzu jedynej swo- 
jej kochanki. Powracają córki łowów. Widzi ich oczy 
spuszczone: » Gdzie jest córka Rumara?« Lecz one 
nie odpowiadają. S^^nu dalekiej ziemi, na Morze mie- 
szka moje uspokojenie. 



Kutona powróci do spokojności, do wież szla- 
chetnego Konlata. Jest on przyjacielem Toskara. 
Biesiadowałem w jego salach. Ocknijcie się, łagodne 
powiewj' Er^-nu! NajDędźcie mój żagiel ku Morze! 
Odpocznie tam Kutona, lecz smutne będą dni To- 
skara. Na opromienionych polach będę siedział w ja- 
skini. Po drzewach wicher zaszumi; ja będę myślał, 
że to głos Kutony. Lecz ona daleko, w salach po- 
tężnego Konlata! 

KUTONA 

Ha! jakiż to obłok? On niesie duchy moich oj- 
ców! Widzę ich odzież ulatującą, jak mgły szare 
i wilgotne. Kiedyż umrę o Rumarze? Smutna Ku- 
tona wddzi śmierć swoją! Nie ujrzyż mię Konlat 
wprzódy, nim wstąpię do ciasnego domku? 



Ujrzy cię, o dziewico! Przebywa już wzdęte mo- 
rze. Czerni się jego oszczep śmiercią Toskara. W boku 
ma ranę. Blady, leży w pieczarze Tony. Pokazuje 
krwawiącą się ranę. Gdzież jesteś, Kutono ze łzami? 
Wódz Mory umarł! 



KONLAT I KUTONA 297 



Znikły widzenia z jDrzed mojego ducha. Nie wi- 
dzę już wodzów. Lecz wy, bardowie przyszłości, opo- 
wiedzcie ze łzami śmierć Konlata. Za wcześnie upadł. 
Żałoba zasępiła jego sale. Matlja postrzegła na ścia- 
nie tarczę — skrwa^\aona była. Domyśliła się, że 
rycerz poległ. Narzekanie jej rozległo się po Morze. 

I ty, Kutono, blada jesteś pod skałą, przy po- 
ległych wodzach. Przyszła noc, po^vrócił dzień, a nikt 
się nie pokazał, aby im grób usypać. Ty odganiasz 
kraczące ptaki. Łzy ciągle płyną! Blada jesteś, jak 
wilgotny obłok, co się z jeziora podnosi! 

Nadeszli synowie Selmy *). Znaleźli Kutonę zimną. 
Wysypali grobowiec nad rycerzami, a ona spoczęła 
przy boku Konlata. 

Nie przychodź do snów moich, Konlacie, bo już 
cześć odebrałeś. Niech głos twój zdała będzie od 
mojej sali, ażeby w nocy sen się ku mnie spuścił. 

O! gdybym potrafił zapomnieć moich przyjaciół, 
aż póki mojego śladu nikt \s'ięcej nie ujrzy, póki 
z radością nie pójdę do nich, póki stare moje członki 
nie układa się w ciasnym domku! 



*) Stormal, wysłany od Fingala. 



PIEŚNI SELMY. 



Za dawnych czasów panował w Szkocji i Irlandji zwy- 
czaj, że na dworach książąt obchodzono doroczne święta, 
podczas których bardowie śpiewali swoje pieśni; z tych 
niektóre, uznane za lepsze, wybierano i uczono młodzież 
na pamięć, ażeby tym sposobem przechodziły do potom- 
ności. Taki obchód jest osnową niniejszeg"o poematu. 
Działo się w Selmie. Naprzód śpiewa Minona żal Kolmy 
po kochanku i bracie, którzy w pojedynku od siebie zgi- 
nęli; potem bard Alpin żałuje poległego rycerza Morara; 
nakoniec Armin opłakuje smutny los i lvomec dwojga 
swoich dzieci, Arindala i Daury. 

Gwiazdo zapadającej nocy, j^iękne jest twoje 
światło na zachodzie! Wytykasz kędzierzawą głowę 
z obłoku; twoje kroki okazałe są na twoich wjży- 
nach. Czegóż poglądasz po równinie? Burzliwe wia- 
try ucichły, szmer potoku przybywa zdaleka. Szu- 
miące wały czołgają się przy oddalonej skale. Wie- 
czorny owad brzęczy przez błonia nidłem skrzydeł- 
kiem. Czego poglądasz, piękne światło ? Ale ty uśmie- 
chasz się i uchodzisz. Wesoło bujają przy tobie fale, 
kąpią włos twój luby. Bądź zdrów, milczący promie- 
niu! Wejdź, światło, w duszy Ossjana! 

I weszło w swojej sile; postrzegam pomarły eh 



PIEŚNI SELMY 299 



moich przyjaciół. Zgromadzili się na Lorze, jak za 
dni innych czasów. Przybywa Fingal, jak wilgotny 
słup tumanu; dokoła rycerze; otóż i bardowie pieśni: 
siwokędziory Ullin, okazały Ryno, Alpin z donośnym 
głosem i wdzięczny źal Minony! Jakżeście się zmie- 
nili, moi przyjaciele, po dniach biesiad na Selmie, 
gdzieśmy igrali, jak wietrzyki wiosenne, które prze- 
latują wzdłuż pagórka i nachylają po kolei głucho- 
gwiżdźące trawy! 

Minona wystąpiła w swojej krasie, ze smutnem 
wejrzeniem i zapłakanem okiem. Jej włos ciężko 
pływał wiatrem, który niestale wiał ze wzgórza. 
Zasmuciły się dusze rycerzy, kiedy dźwięczny głos 
podniosła. Często widywali oni grób Salgara i po- 
nure mieszkanie białołonej Kolmy. Kolma, zostawiona 
sama na wzgórzu, pełnym głosem śpiewa. Salgar 
obiecał przybyć, ale wokoło noc się spuściła. Słu- 
chajcie głosu Kolmy, kiedy sama na wzgórzu sie- 
działa. 



Noc już, a ja sama, porzucona na wzgórku bu- 
rz3^ W górach wiatr szumi. Ze skały spada potok. 
Chatka nie zasłania mię przed deszczem porzuconą 
na wzgórku wiatrów. 

Wyjdź, księżycu, z obłoku; gwiazdo nocy, wstań! 
Prowadź mię, błędne ś\viatło, do tego miejsca, gdzie 
mój kochanek samotnie po łowach spoczywa; przy 
nim łuk odpuszczony, moręgie psy koło niego. Ale 
sama muszę tu siedzieć przy skale omszonego po- 
toku. Potok i wiatr głośno szumią. Nie mogę sły- 
szeć głosu mojego kochanka. Czemuż się ociąga mój 
Salgar? Na cóż obiecywałeś, wodzu wzgórza? Tutaj 
jest skała, tutaj drzewo; tu jest szumiący potok! 
Obiecałeś być tutaj z nocą. Ach! gdzież poszedł mój 
Salgar? Z tobą chciałam uciec od mojego ojca, z tobą 



300 PIEŚNI 0S8JANA 



od mojego brata pysznego! Nasze rody długo były 
sobie nieprzyjazne, ale my nie jesteśmy nieprzyja- 
ciółmi, o Salgarze! 

Zamilknij na chwilkę, o wietrze! Potoku, ucichnij 
na chwilkę! Niech głos mój zawoła, niech mię mój 
wędrowiec usłyszy! Salgarze, to Kolma, co woła. 
Tutai jest drzewo i skała, Salgarze! mój kochanku! 
Ja tu jestem. Dla czego nie przybywasz? Patrz, ci- 
chy księżyc schodzi, na dolinie błyszczy powódź. Tam 
na obliczu wzgórza majaczą skały. Nie -widzę go na 
■wierzchołku; psy nie oznajmiają, ze się zbliża... Sama 
muszę tu siedzieć... 

Któż to leży pode mną na błoniu? Byłżeby to 
mój kochanek i mój brat? Przemówcie do mnie, 
o moi przyjaciele! Nie odpowiadają Kolmie! Prze- 
mówcie do mnie, jestem sama. Obawa dręczj' moją 
duszę! Ach, oni umarli! Ich miecze zaczerwieniły się 
od boju. O mój bracie, mój bracie! na cóźeś zabił 
mojego Salgara? Na cóż, o Salgarze, zabiłeś mojego 
brata? Obydwa byliście mi drodzy. Cóż mam powie- 
dzieć na cześć waszą? Ty byłeś najpiękniejszy na 
wzgórzu między tysiącami, on był straszliwy w boju. 
Przemówcie do mnie, usłuchajcie mojego głosu, usłu- 
chajcie mnie, syny mojej miłości! Oni zamilkli, za- 
milkli na zawsze! Zimne, zimne są piersi prochów! 
Och! ze skały wzgórza, ze szczytu wietrznej gór}' 
przemówcie, duchy umarł3-ch, przemówcie! Ja się nie 
zlęknę. W której jaskini wzgórza mam szukać zmar- 
łych? Żadnego słabego głosu we wietrze, żadnej od- 
powiedzi wpół^^iejącej śród burzy! 

Siedzę w strapieniu... Czekam poranku we łzach... 
Wznoście gi'obowiec, przyjaciele umarłych. Nie za- 
mykajcie go, aż Kolma przybędzie. Moje życie ule- 
ciało, jak sen; jakżebym dłużej została? Tu ja 
spocznę z mojemi przyjaciółmi, przy potoku brzmią- 
cej skały; kiedy noc nadejdzie ze wzgórza, kiedy 



PIEŚNI SELMY 301 



głośne wiatry powstaną, niechaj duch mój stoi w bu- 
rzy i smuci się śmiercią moich przyjaciół! Niech ło- 
wiec słyszy go w swoim szałasie i boi się lubego 
jemu mojego głosu! Mile głos mój będzie jęczał po 
przyjaciołach; drodzy byli Kolmie jej przyjaciele. 

Taka była twoja pieśń, Minono, wdzięcznie za- 
rumieniona córko Tormana. Łzy nam płynęły za 
Kolmą, a dusze się zasmuciły. Ullin przybył z arfą 
i dał nam pieśń Alpina. Głos Alpina był wdzięczny; 
dusza Ryny była iDromieniem ognia. Ale spoczęK 
w ciasnym domie, ich głosy ustały na Selmie. Kie- 
dyś powracał Ullin z łowów, nim jeszcze rycerze 
polegli. Słyszał na wzgórzu ich pożegnanie; ich pieśń 
była wdzięczna, ale smutna. Narzekali po upadku 
Morara, pierwszego ze śmiertelnych mężów. Jego du- 
sza była jak dusza Fingalowa, jego miecz — jak miecz 
Oskarów. Ale poległ, a jego ojciec narzekał, a oczy 
jego siostry pełne łez były. Pełne łez były oczy Mi- 
nony, siostry wozojezdnego Morara. Ustąpiła ona 
przed pieśnią Ullina, niby księżyc na zachodzie, 
kiedy niepogody przewiduje i skrywa piękną głowę 
w obłoku. Uderzyłem arfę z Ullinem; pieśń narze- 
kania powstała. 



Wiatr i deszcz przeszły; ciche jest południe. Po 
-liebie obłoki się rozchodzą. Nad zielonem wzgórzem 
przepływa niestateczne słońce. Rumiano po kamieni- 
stej dolinie przebiega strumień wzgórza. Wdzięczne 
twoje szemranie, o strumieniu, ale ja słyszę wdzięcz- 
niejsze głosy. To głos Alpina, syna pieśni, narzeka- 
jący nad umarłemi. Pochylona jego głowa starości; 
czerwienią się zapłakane oczy, Alpinie, synu pieśni, 
dla czego sam jesteś na milczącem wzgórzu? Dla 
czego się skarżysz, jak wietrzyk w lesie, jak fala 
na odludnym brzegu? 



302 PIEŚNI OSSJANA 



Moje Izj, o Ryno, płyną po umarłych; mój głos 
brzmi nad temi, co przeszli. Smukły jesteś na wzgó- 
rzu, piękny między synami doliny. Ale upadniesz, 
jak Morar; narzekający usiądzie na twoim grobie. 
Wzgórze nie będzie znało ciebie; łuk twój odpusz- 
czony będzie na sali. 

Chyży byłeś, o Morarze, jak sarna puszczy; stra- 
szliwy — jak ogniojaw! Gniew twój był jak burza; 
twój miecz w bitwie — jak błyskawica na polach. 
Twój głos był potokiem po deszczu, niby grzmot na 
dalekiem wzgórzu. Wielu poległo z twojej ręki; stra- 
wieni zostali płomieniem twojego gniewu. Lecz kiedy 
z wojny powracałeś, jakże spokojne były twoje oczy! 
Twarz twoja była jak słońce po deszczu, jak księ- 
życ w nocnej ciszy, cicha, jak łono jeziora, kiedy 
głośne wiatry oniemieją, 

Nizkie teraz twoje mieszkanie, ponure miejsce 
twojego spoczynku. Trzema krokami grób twój ob- 
chodzę, grób tego, który przedtem tak był ^\ielki. 
Cztery kamienie z omszonemi głowami są jedyn^an 
twoim pomnikiem. Drzewo rzadkiego liścia, wysoka, 
gwiżdżąca, wiatrem trawa pokazują oku łowcy grób 
potężnego Morara. Morarze, nizko jesteś, a nie masz 
matki, któraby narzekała po tobie, ani dziewicy ze 
łzami miłości! Umarła ta, co ciebie rodziła. Upadła 
córka Morglanda. 

Któż to na kiju? Któż ten jest z głową, białą 
ze starości, którego oczy łzami się czerwienią, który 
drży w każdem stąpieniu? To twój ojciec, o Mora- 
rze! ojciec, ale bez syna, bez ciebie. Słyszał on 
o twojej sławie na wojnach, słyszał o rozproszonych 
nieprzyjaciołach. Słyszał o sławie Morara; czemuż 
o jego ranach nie słyszał? Płacz, ojcze Morara! 
płacz; twój syn nie słyszy ciebie. Głęboki jest sen 



PIEŚNI SELMY 



umartych, nizkie ich wezgłowie z pyłu. Już on nie 
usłyszy twojego głosu, nie obudzi się na twoje wo- 
łanie... Kiedyż zadnieje w grobie i śpiący obudzi się? 
Bądź zdrów, najwaleczniejszy z ludzi, zwycięzco bo- 
jowisk! Ale nigdy już nie ujrzą ciebie pola, ani 
ciemny las nie zajaśnieje blaskiem twojej stali. Nie 
zostawiłeś żadnego syna. Pieśń zachowała twoje imię. 
Przyszłe czasy będą słyszeć o tobie, będą słyszeć 
o poległym Morarze. 

Ocknął się smutek wszystkich, a najbardziej przy- 
tłumione westchnienia Armina. Spomniał sobie śmierć 
swojego syna, który poległ we dniach młodoici. Kar- 
mor, książę brzmiącego Galmala, był blizko rycerza. 
»Dla czego westchnienie przemaga ciebie, Arminie?* 
rzekł on. »Czy tutaj jest przycz3'na twojego smu- 
tku? Pieśń przybywa ze dźwiękami zmiękczyć i po- 
cieszyć duszę! Jest ona jak łagodny tuman, który 
powstając z jeziora, rozpływa się po milczącej doli- 
nie; zielone kwiaty napełniają się rosą, ale sionce 
powraca w swojej sile, a mgła znika. Czemuś tak 
smutny, o Arminie, książę śródmorzej Gormy?« 

» Smutny, tak, smutny jestem, i niemała przy- 
czyna mojego smutku. Karmorze, ty nie straciłeś 
syna, ty nie straciłeś córki wdzięków. Żyje waleczny 
Kolgar i Annira, najpiękniejsza dziewica. Gałąź two- 
jego rodu kwitnie, o Karmorze! ale Armin ostatni 
ze swojego rodu. Ponure twoje łoże, o Dauro *), głę- 



*) John Smith w rozprawie swojej o poezjach Ossjnna 
dowodzi, że miejsca, wymieniane w tym ustępie, znaj- 
dują się istotnie w Szkocji, w niedostępnym prawie za- 
kątku Aroyleshiru. Wysepka, na która Erat zawiózł 
Daurę, dziś jeszcze zowie się Inis-Erat, wysepka Erata. 
Na przeciwnym brzeyu znajduje się struniici'), zwany 
Dura-im, strumień Daury. W tejże okolicy więcej miejsc 
wywodzi nazAvy swoje od rycerzy Ossjana, n. p. Kon- 
nala i innych. 



304 PIEŚNI OSSJANA 



boki sen twój w grobie! Kiedyż się obudzisz ze swo- 
jemi pieśniami, ze swoim głosem grającym? 

Powstańcie, wiatry jesienne, powstańcie; powiej- 
cie błoniem! Potolii górsliie, zaszumcie! Zaryczcie, 
burze, po lasacłi moich dębów! Pójdź przez poła- 
mane cłimury, o lisięźycu! Pokazuj mi czasem bladą 
twarz swoją! Powróć mojemu duchowi tę noc, łiiedy 
moje dzieci zginęły, liiedy Arindal potężny poległ, 
kiedy kochana Daura skonała! Dauro, córko moja! 
ty byłaś piękna, piękna, jak księżyc na Furze, biała, 
jak śnieg spadły, miła, jak dyszący wiosenny po- 
wiew! Arindal u, twój łuk był mocny. Twój oszczep 
trafny był w polu. Twoje spojrzenie — jak mgła 
na wodach; twoja tarcza — jak czerwony obłok 
w huTzy. Armar, sławny na wojnach, starał się o mi- 
łość Daury, Nie długo była mu wzbronną. Piękna 
była nadzieja naszj^ch przyjaciół. 

Erat, syn Odgala, rozgniewał się; brat jego zgi- 
nął od Armara. Przybył ubrany jak syn morza; 
piękny był jego okręt na falach, bielały się kędziory 
wieku, spokojne jego pogodne czoło. »Najpiękniej- 
sza z kobiet, « mówił on, »luba córko Armina, nie- 
daleko na morzu jest rafa, na boku ma drzewo; zda- 
leka czerwieni się jego owoc. Tam Armar czeka na 
Daurę. Przybywam odweźć mu jego kochankę. « 
Poszła , wołała na Armara. Nikt nie odpowiadał 
oprócz syna skały *). »Armarze! mój kochanku! mój 
kochanku! dla czego dręczysz mię bojaźnią? Słuchaj, 
synu Ardnata, słuchaj. To Daura woła ciebie !« Erat 
zdrajca, śmiejąc się, odpływał do lądu. Ona głos 
podnosiła; wołała brata i ojca: Arindal! Armin! nikt 
nie ratuje Daury !« 



*) Echo. Dawni wierzyli, że w skałach mieszkały du- 
chy i powtarzały głos ludzki. Zwano ich Mac-Salla, syn 
8kałv. 



PIEŚNI SELMY 305 



Jej głos przebył morze. Arindal, mój syn, scho- 
dził ze wzgórza, obciążony zdobyczą łowów. Strzały 
chrzęściły przy jego boku, łuk był w jego ręce. 
Pięć psów moręgich biegło za jego krokami. Ujrzał 
dzikiego Erata przy brzegu, scliwytał go i przywią- 
zał do dębu. Tęgie rzemienie ścisnęły skórę wokoło 
jego członków; obciążył on wiatry jękami. Arindal 
spuścił się na fale w jego łodzi, aby Daurę do lądu 
przywieźć. Armar przybył w gniewie i wypuścił grot 
siwopierzasty. Wpadł on, wpadł w twoje serce, o Arin- 
dalu, mój synu! Umarłeś za Erata zdrajcę. Nagle 
zatrzymało się wiosło... on upadł przy skale i sko- 
nał. Jakaż była twoja żałość, o Dauro, kiedy koło 
nóg twoich rozlała się krew brata! Łódź tłukła się 
po falach. Armar skoczył w morze, aby ocalić swoją 
Daurę lub zginąć. Nagle mcher ze wzgórza uderzył 
na morze. On zniknął w falach i nie pokazał się 
więcej. 

Samą, na śródmorzej skale, słychać było narze- 
kającą moją córkę. Długie i głośne było jej woła- 
nie. Cóż ojciec miał począć? Całą noc stałem na 
brzegu i patrzałem na nią przy bladym promieniu 
księżyca. Całą noc słuchałem jej narzekania. Wiatr 
był głośny; deszcz twardo bił wzgórze. Zaczem się 
poranek ukazał, głos jej omdlał. Skonała, jak wie- 
czorny powiew między skalną trawą. Skonała, wysi- 
liwszy się na smutek, i zostawiła ciebie, Arminie, 
samego! Zniknęła moja siła w boju, upadła moja 
chluba między niewiastami! Kiedy w górach powstaje 
burza, kiedy północ nadyma fale, siadam na brzmią- 
cym brzegu i patrzę na nieszczęsną skałę. Często 
przy zachodzącym księżycu widzę duchy moich dzieci. 
Półwidome, idą w smutnej rozmowie razem. Zadneż 
z was nie odezwie się do mnie przez litość? Nie 
patrzą na swojego ojca! Smutny jestem, o Karmo- 
rze, i niemała jest przyczyna mojej żałoby !« 

PISMA GOSZCZYŃSKIEGO. II. 20 



306 PIEŚNI OSSJANA 



Takie były słowa bardów za dni pieśni, kiedy 
król słuchał dźwięku arf i powieści innych czasów. 
Zbierali się książęta ze wszystkich swoich wzgórzów, 
aby słuchać lubego dźwięku. Sławili głos Kony *), 
pierwszego między tysiącem bardów. Ale starość krę- 
puje dzisiaj mój język, moja dusza bezsilna... Słyszę 
czasem duchy bardów i uczę się ich pieśni upadłej. 
Ale pamięć mojego ducha słabnie. Słyszę wołanie 
lat... Mówią one, ulatując: »Dla czego Ossjan jeszcze 
śpiewa? Wkrótce spocznie w ciasnym domie, a ża- 
den bard nie podniesie jego części !« Toczcie się, 
ponure lata; nie przynosicie radości wasz3^m biegiem. 
Niech się otworzy grób Ossjana, bo jego moc upa- 
dła. Synowie pieśni odeszli na spoczynek. Tylko mój 
głos pozostał, jak wietrzyk, który samotnie gwiżdże 
na śródmorzej skale, kiedy wiatry oniemieją. Czarny 
mech szepleni... Daleki żeglarz mdzi kołyszące się 
drzewa... 



^) Ossjan często się tak nazywa. 



BERRATON. 



Lartmor, książę na Berratonie, jednej z Avy8p Skandy- 
nawskich, podejmował kiedyś gościnnie Fingala i tern 
zyskał jego przyjaźń. Gdy się podstarzał i osłabł, jego 
syn Utai powstał przeciw niemu, odebrał mu rządy, do 
więzienia zamlś;nął. Skoro Fing^al dowiedział się o nie- 
szczęściu przyjaciela, posiał natychmiast syna swojego 
Ossjana i Toskara z potężnem wojskiem, aby wyzwolili 

Lartmora, a zuchwałość Utala skarali. 
Rycerze w żegludze swojej kolo jednej pustej wysepki, 
znaleźli na niej piękną Niuatonę, córkę księcia Tortomy, 
która zakochawszy się w Utalu, skrycie z nim od ojca 
uciekła i zdradziecko na tej wyspie została porzucona. 
Ossjan wziął ją na okręt i wkrótce przybił do brzegów 
Berratonu. Utai wyszedł na spotkanie z wojskiem, został 
pokonany i zginął. Ninatona umarła na widok zabitego 
kochanka; sam stary Lartmor, dowiedziawszy się o śmierci 
syna, gorzko narzekał. 

Wij się, o strumieniu, błękitnem łożem po waż- 
kiej równinie Luty! Niech zielone lasy zwieszają się 
nad nią z pagórków! Niech w południe słońce na 
nie poziera! 

Jest tu na skale oset i chwieje bródką we wie- 
trze. Kwiaty zwieszają ciężką główkę, bujając cza- 
sem w powiewie. Dla czego zdaje się on mówić: bu- 
dzisz mię, wietrzyku? Pokryty jestem kroplami nieba. 

20* 



308 PIEŚNI OSSJANA 



Blizki jest czas mojego opadnienia, blizka burza, 
która moje listki rozwieje. Jutro przyjdzie wędro- 
wiec; przyjdzie ten, który mię widział w mojej kra- 
sie, przepatrzy okiem pola — a nigdzie mię nie 
znajdzie! — Tak napróżno będą szukać głosu Kony, 
kiedy oniemieje na polach. Przyjdzie ranliiem łowiec 
i nie usłyszy głosu mojej arfy! Gdzież jest s}ti wo- 
zokotczego Fingala? Łzy będą na jego policzkach! 

Natenczas przybądź, o Mahvino, ze wszystkiemi 
swojemi dźwiękami! Złóż Ossjana na równinie Luty; 
niech na łubem polu grób się jego podniesie! Gdzież 
jesteś, o Malwino, z pieśniami twojemi, z łagodnym 
szelestem twojego chodu? Synu Alpina, czy blizko 
jesteś? Gdzież jest córka Toskara? 

» Przechodziłem, o synu Fingala, koło omszonych 
murów Farluty. Dymy ich sal uleciały. Milczenie 
między drzewami wzgórza. Na wzgórzach okrzj^ki 
łowów. Ujrzałem dziewice łuka. Zapytałem o Mal- 
winę, ale nie odpowiadały! Odwróciły lica; zasępie- 
nie okryło ich krasę. Podobne były gwiazdom, które 
podczas nocy słabo z poza mgły świecą dżdżystemu 
wzgórzu. 

Słodki tobie spoczynek, o luby promieniu! Wcześ- 
nieś odeszła z naszj^ch wzgórzów. Okazałe było stą- 
panie twojego odejścia, jak księżj^c na drżących, 
błękitnych falach. Ale nas w ciemności zostawiłaś, 
o pierwsza z dziewic Luty! Siedzimy na skale — 
i żadnego głosu, żadnego światła, chyba ogniojaw. 
Za wcześnie odeszłaś, Malwino, córko szlachetnego 
Toskara. Ale jak promień poranku, wschodzisz mię- 
dzy duchami swoich przyjaciół, kędy one siedzą 
w burzliwych salach, w komnatach piorunu. Nad 
Kona wisi obłok. Wysoko są modre, nastrzępione 
jego boki. Pod nim wiatry ze skrzydłami, a w nim 
mieszkanie Fingala. Siedzi tam bohater w pomroce, 
powietrzny oszczep w ręku. Tarcza, ochmurzona do 



BER RA TON 



połowy, wygląda jak gasnący księżyc, gdy jedną po- 
łowę kryje w falacłi, a drugą, bladą, poziera na 
pola. Około króla siedzą na mgłach jego przyjaciele. 
Słuchają pieśni Ullina: uderza on po arfie półwido- 
mej i cichy głos podnosi. Mniejsi rycerze oświecają 
tysiącem ogniojawów powietrzną salę. Między niemi 
staje Malwina z zapłomienionemi jagodami. Postrzega 
nieznajome oblicza swoich ojców i zwTaca na stronę 
łzawe oczy.« 

»Takźeto wcześnie przybywasz* rzecze Fingal, 
» córko szlachetnego Toskara? Teraz to żałoba mie- 
szka w salach Kony... Zasmucony mój syn zgrzy- 
biały... Słyszę powiew Kony, który, bywało, igrał 
z pełnemi twojemi kędziorami. Przybywa do sali — 
ciebie tam niema! Żałobny głos jego między zbro- 
jami twoich ojców. Leć, wietrzyku; gwiźdżącem 
skrzydłem wzdychaj nad grobem Malwiny! Tam, przy 
błękitnym strumieniu Luty, wznosi się on pod skałą. 
Dziewice powróciły do swoich mieszkań *), a ty, 
wietrzyku, sam się smucisz! Ale któż to przybywa 
od pałającego zachodu, chmurą niesiony? Uśmiech 
rozjaśnia szare, mgliste oblicze; kędziory z tumanu 
na wietrze pływają. Pochyla się na powietrznym 
oszczepie. To, Malwino, twój ojciec. »0! dla czegóż 
tak rychło stajesz na naszych obłokach, « mówi on, 
» wdzięczne światło Luty? Ale smutno ci było, moja 
córko, bo odeszli ciebie twoi przyjaciele. Na salach 
byli synowie małych ludzi. Nie został żaden z ryce- 
rzy oprócz Ossjana, króla oszczepów !« 

I jeszczeż s2)ominasz Ossjana, wozokotczy Toska- 
rze, synu Konlocha? Mnogie były boje naszej mło- 
dości. Nasze miecze razem się w polu dobywały. 
Widziano nas idących, niby dwie padające skały. 



*) Dziewczęta, które podług zwyczaju śpiewały na 
grobach. 



310 PIEŚNI 0S8JANA 



Synowie cudzoziemców uciekali. »Tam idą wojownicy 
Kony,« mówili oni. »Ich kroki trzymają się ścieżki 
zwycięzców!* 

Przybliż się, synu Alpina, ku pieśniom starca. 
W mojej duszy są spraw}^ innych czasów. Moja pa- 
mięć jaśnieje na dniach, które przeminęły, na dniach 
potężnego Toskara, kiedy na głębiach była nasza 
droga. Przybliż się, S}tiu Alpina, ku ostatnim dźwię- 
kom głosu Kony! 



Król Morwenu rozkazał. Rozpiąłem żagiel na 
wiatry. Toskar, książę Luty, stał przy moim boku. 
Wstąpiłem na czarnomodre fale. Pęd mój był do 
śródmorzego Berratonu, wyspy burz mnogich. Mie- 
szkała tam w kędziorach starości czcigodna moc 
Lartmora, który dawał ucztę potężnemu synowi Ko- 
mala, kiedy ten za dni Agandeki dążył do sal Starna. 

Ale kiedy się wódz zestarzał, podniosła się py- 
cha jego syna, pycha pięknowłosego Utala, miłości 
tysiąca dziewic. Związał zgrzybiałego Lartmora i za- 
mieszkał w jego dźwięcznych salach. 

Długo cierpiał król w jaskini nad brzegiem bu- 
jającego morza. Dzień nigdy nie dochodził do jego 
mieszkania, ani nocą dąb gorejący. Tylko wiatry 
oceanu tam były i gasnący promień księżyca. Pała- 
jąca gwiazda pozierała na króla, drżąc na zachod- 
niej fali. 

Do sal Selmy przybył Snito, Snito, towarzysz 
młodości Lartmora. On opowiedział o królu Berra- 
tonu. Podniósł się gniew Fingala. Trzy razy porwał 
oszczep w zamiarze wyciągnienia ręki na Utala, ale 
wystąpiła przed niego pamięć na jego dzieła. Wy- 
słał swojego syna i Toskara. 

Nasza radość wielka była na bujającem mo- 
rzu. Często obnażaliśmy do połowy nasze miecze. 



311 



Bo jeszcze dotąd nie walczyliśmy sami w bitwach 
oszczepów. 

Na ocean noc spadła. Wiatry pierzchnęły na 
skrzydłach, księżyc był zimny i blady. Pałające 
gwiazdy podniosły głowy. Nasza droga brzegami 
Berratonu. Białe bałwany huczały przy skałach. 

»Jaki to głos,« rzekł Toskar, » dzwoni śród szumu 
bałwanów? Tkliwy on, ale smutny, niby głos zmar- 
łych bardów. Ale postrzegam dziewicę *). Sama sie- 
dzi na skale. Jej głowa opada na ramię ze śniegu. 
Ciemny włos po wiatrach pływa. Słuchaj, synu Fin- 
gala, jej śpiewu; przyjemny on, jak sączący się stru- 
mień !« Przybyliśmy do milczącej zatoki i słuchali 
nocnej dziewicy: 

» Dopóki będziecie mię opływać, modre, kołyszące 
się fale oceanu? Nie zawsze moje mieszkanie było 
w jaskini, ani pod gwiźdźącem drzewem. Zasta\viano 
uczty w salach Tortomy. Moja pieśń rozweselała 
ojca. Młodzieńcy patrzeli na moje kroki nadobne. 
Błogosławili ciemnowłosą Ninatonę. Było to wówczas, 
kiedy ty, o Utalu, przybyłeś, podobny do słońca nie- 
bios! Dusze dziewic są twoje, o synu szlachetnego 
Lartmora. « 

»Ale dla czegoś mię porzucił samą śród huczą- 
cej powodzi? Czy moja dusza czerniała myślą o two- 
jej śmierci? Czy białą ręką miecz podniosłam? Dla 
czegóż, o królu wysokiego Fintormu **), dla czegóźeś 
mię porzucił ?« 

Łzy się puściły z mojego oka, skórom zrozumiał 
głos dziewicy. Stanąłem przed nią we zbroi i prze- 
mówiłem słowami pokoju: » Czego wzdychasz, na- 
dobna mieszkanko pustyni? Maż Ossjan dobyć w two- 
jem obliczu miecza śmierci twoich nieprzyjaciół ? 



*) Ninatonę, cói-ke Tortomy. 
*•) Gród Utala. ' 



312 PIEŚNI OSSJANA 



Wstań, córko Tortomy! Słyszałem słowa twojego 
strapienia. Przy tobie jest ród Morwenu, który nigdy 
słaby cłi nie dręczy. Jasna, jak zacłiodzący księżyc, 
pójdź na nasz okręt czarnopiersi! Nasz bieg zwraca 
się do skalistego Berratonu, do rozgłośnych murów 
Fintormu.« 

Przjbyła w swojej krasie; przybyła wdzięcznemi 
krokami, a milcząca radość rozjaśniała jej oblicze, 
jaku kiedy mroki pierzchają z pól wiosny, błękitny 
strumień wytacza się w blasku, a nad nim wiszą 
zielone krzewy. 

Ocknął się poranek ze swojemi promieniami. We- 
szliśmy w zatokę Rotmy. Z lasu dzik wypadł; mój 
oszczep bok mu przeszył. Radowałem się ze kr^vi. 
Przewidywałem wzrastającą moją sławę. 

Ale w tej chwili przyb}^! z wysokiego Fintormu 
zgiełk orszaku Utala. Gotowano się po błoniu na 
łowy dzika. Otóż i on sam przybył w pysze swej 
mocy. Wybijał dwiema kouczatemi dzidami; przy 
jego boku miecz rycerski. Trzech młodzieńców niosło 
ociosane jego łuki. Poskoki pięciu psów były przed 
nim. Jego wojowTiicy szli zdaleka, podziwiając chód 
królewski. Okazały był syn Lartmora, ale jego du- 
sza ciemna, jak pochmurne oblicze księżyca, kiedy 
burzę zapo\\-iada. 

Wyszliśmy na błonia przeciwko królowi. Zatrzy- 
mał się w połowie drogi. Wokrąg niego skupili się 
jego wojo^^^licy. Si\\w bard przyszedł od nich: »Skąd, 
sj-no^^de cudzoziemców?* Bard zagaił: » Tylko dzieci 
nieszczęścia zachodzą od Berratonu pod miecz wozo- 
kotczego Utala. Nie daje on uczt w swoich salach. 
KreAv cudzoziemców rumieni jego strumienie. Jeżeli 
przychodzicie z murów Selmy, z omszonych Pingala 
murów, to wybierzcie trzech młodzieńców, aby poszli 
do waszego władcy i oznajmili jemu upadek jego 
ludu. Może naówczas przj^będzie bohater i krwią 



313 



swoją opryska miecz Utala. Wówczas pozostanie sława 
Fiutormu, niby rosnące drzewo doliny. « 

»Nigdy ona nie powstanie, o bardzie !« rzekłem 
■V pysze gniewii. — » Przelękłaby się obecności Fin- 
Liala, którego oczy są płomieniem śmierci. Pokaże 
się syn Kombala, a królowie znikają z przed jego 
-^'blicza. Nikną, niby mgła przed oddechem jego 
L!;nie\\Ti. Trzech młodzieńców ma Fingalowi oznajmić, 
że jego lud upadł? Tak, o bardzie, mogą to oznaj- 
mić, ale ze sławą jego lud upadnie !« 

Stanąłem w pomroku siły. Przy moim boku To- 
skar dobył miecza. Nieprzyjaciel nadszedł, niby stru- 
mień. Powstała druzgocąca ■\\Tzawa śmierci. Mąż 
męża spotkał, tarcza tarczę, stal ze stalą zamieniali 
.swoje promienie. Strzały gwiżdżą w powietrzu. Na 
pancerzach dzwonią oszczepy. Skaczą miecze i)0 pę- 
kających tarczach. Jak łoskot starego lasu śród nocy 
pod ryczącą burzą, kiedy tysiąc duchów łamie drzewa, 
taki był łoskot oręża. Ale Utai pod moim legł mie- 
czem. Synowie Berratonu pierzchnęli. Ujrzałem go 
w jego krasie; łza obwisła na mojem oku. 

»Upadłoś, młode drzewko !« tak mówiłem, »z całą, 
wokrąg siebie pięknością swoją! Upadłoś na swoich 
łąkach, i puste są pola! Przychodzi wiatr pustyni... 
żadnego szelestu w twoich liściach. Jeszcze i po 
śmierci wdzięczny jesteś, o synu wozokotczego Lart- 
mora ! « 

Ninatona siedziała na brzegu i słuchała zgiełku 
bitw}'. Zwróciła pałające oko do Letmala, siwowło- 
sego barda Selmy. Zostawiliśmy go na brzegu z córką 
Tortomy. Mówiła ona: »Synu przeszłości! słyszę zgiełk 
śmierci! Twoi przyjaciele spotkali się z Utalem, 
a wódz poległ. O bodajbym została była na skale, 
opasanej bujającemi falami! Smuciłaby się tam du- 
sza moja, ale jego śmierć nie doszłaby ucha. Czyś 
poległ na błoniach, synu w^i^sokiego Fintormu? Po- 



314 PIEŚNI OSSJANA 



rzuciłeś mię na skale; pełna jednak była ciebie moja 
dusza! Synu wysokiego Fintormu, czyś poległ na 
błoniach ?« 

Podniosła się blada, we łzach. Ujrzała skrwa- 
wioną Utala tarczę. Ujrzała ją w rękach Ossjana. 
Plątały się jej kroki po błoniu... pobiegła — zna- 
lazła go — upadła. Jej dusza z westchnieniem pierz- 
chnęła. Włosy twarz osłoniły. Mnie łzy popłynę!} . 
Postawiono grobowiec nad nieszczęśliwemi. Mój śpiew 
narzekania dał się słyszeć: 

»SpoczyAvajcie, nieszczęsne dzieci młodości, przy 
szumie omszonego strumienia! Dzie\^'ice ujrzą na ło- 
wach wasz grobowiec i oduTÓcą zapłakane oko. Wa- 
sza sława będzie w pieśniach, uczci was głos arfy, 
usłyszą go córki Selmy! W obcych krainach będzie 
wasza sława! Spoczywajcie, dzieci młodości, przy 
szumie omszonego strumienia !« 

Dwa dni jeszcze zatrzymaliśmy się na \\ybrzezu. 
Rycerze Berratonu zebrali się. Y/prowadziliśmy Lart- 
mora na jego sale. Zastawiono ucztę konch. Wielka 
była radość starca. Pogiądał na zbroje ojców, na 
zbroje, których używał, nim się podniosła pycha 
Utala. Czczono nas przed Lartmorem. Błogosławił 
on wodzów Morwenu, ale nie wiedział o tem, ze syn 
jego poległ, okazała moc Utalowa. Mówiono jemu, 
że ze łzami smutku uciekł w lasy. Tak jemu mó- 
wiono, a on był oniemiały w grobie na błoniach 
Rotmy. 

Czwartego dnia w szumie północnego wiatru roz- 
pięliśmy swoje żagle. Lartmor przybył na wybrzeże. 
Jego bardowie pieśń podjęli. Wielka była radość 
króla; pozierał po ciemnych błoniach Rotnw ~ uj- 
rzał grób syna. Ocknęło się w nim spomnienie Utala. 

»Któż tu leży z moich mocarzów?« zapytał. »Zdaje 
się, że był królem mężów. Czy sła%vny on był na 
moich salach, zaczem się Utalowa pycha podniosła ? 



315 



Milczycie, synowie Berratonu! Czy to król rycerzy 
poległ? Moje serce rozpływa się po tobie, o Utalu, 
chociaż twoje ramię podniosło się na ojca. O! bo- 
(lajbym został był w jaskini, a mój syn panował we 
Fintormie! Słyszałbym może stąpanie nóg jego, kiedy 
wychodził na łowy dzika. Słyszałbym głos jego we 
wietrze jaskini. Moja dusza byłaby się cieszyła, a te- 
raz posępność na moich salach zamieszka.* 

Takie były moje dzieła, sjmi Alpina, kiedy mło- 
dzieńcze ramię było jeszcze silne. Takie były czyny 
Toskara, syna wozokotczego Konlocha. Ale Toskar 
na przelotnym swoim obłoku, a ja sam w Lucie zo- 
stałem. Mój głos podobny ostatniemu szelestowi wia- 
tru, kiedy lasy opuszcza. Ale nie długo Ossjanowi 
być samotnym. Widzi on mgłę, która kiedyś jego 
szatą zostanie, kiedy się tam, na wzgórzach ukaże. 
Ujrzą go synowie małych ludzi i dziwiąc się postaci 
rycerza starych czasów, schronią się do jaskini, z bo- 
jaźnią będą poglądać na niebo. Bo krok mój będzie 
szedł po chmurach, a ciemność będzie się kłębić przy 
moich bokach. 

O synu Alpina, prowadź starca w jego lasy! Wia- 
try powstają, burzą się czarne fale jeziora. — Czy 
tu jakie drzewo nachyla się z Mory z nagiemi ko- 
narami ? — To ono się nachyla, synu Alpina, w gwiż- 
dżącym powiewie. Moja arfa wisi na nagiej gałęzi. 
Dźwięk jej strun posępny. Czy to \vietrzyk dotyka 
ciebie, o arfo, czy duch przelatujący? To ręka Mal- 
winy! Przynieś mi arfę, synu Alpina. Niech się inna 
pieśń podniesie! Niech duch mój z dźwiękami odej- 
dzie! Niech ojcowie moi usłyszą je w powietrznych 
salach! Niech pałające oblicza zwieszą w radości ze 
swoich obłoków, a ręce ich niech przyjmą syna! 
Stary dąb zwiesza się nad strumieniem *). Gwiżdże 



*) Ta część w oryginale j(.'8t właściwie liryczną i ma 



316 PIESKI OSSJANA 



on wszystkiemi mchami. Szeleści u\viędły powój i pły- 
wając, plącze się we włosach Ossjaua. 

Uderz w arfę i śpiew podnieś. Przybywajcie, 
wiatry, wszystkiemi skrzydłami! Zanieście żałobne 
dźwięki do powietrznej sali Fingala! Zanieście je do 
sali Fingala , ażeby słyszał głos syna, głos tego, 
któr}' waelbi mocarzów! 

Wiatr północny otwiera twoje bramy, o lirólu! 
Widzę ciebie, jak na mgle siedzisz i świtasz ciemno 
we wszystkiej zbroi! Twoja postać nie jest już po- 
strachem walecznych. Podobna ona do mglistej clunury, 
przez którą gwiazdy płaczącem okiem wyzierają. 
Twoja tarcza podobna do zgrzybiałego księżyca, twój 
miecz — do wyziewu wpółpałającego. Posępny jest 
wódz; słaby ten, co niegdyś w blasku się przecha- 
dzał. Ale twoje kroki są na wiatrach pustyni. 
W twoim ręku burze się zasęjjiają. Porywasz słońce 
w gniewie i odziewasz je obłokiem. Drżą synowie 
małych ludzi. Tysiąc deszczów spada. Ale kiedy ła- 
godnie przybędziesz, wietrzyk poranku dmucha na 
twój polot. Słońce uśmiecha się błękitnym polom. 
Szary strumień snuje się po dolinie. Zielone głowy 
krzaków pływają wiatrem. Sarny igrają po kniejach. 

Tam, na błoniu coś szemrze; opadły burzliwe 
wiatr}^ Słyszę głos Fingala! Długo brakował on mo- 
jemu uchu. Przyb\'^vaj, Ossjanie, przybywaj, mówi 
on. Fingal otrz^Toał swoją sławę. Przeszliśmy, jak 
płomienie, które tylko jakiś czas świecą. Ale nasze 
odejście było pełne sła\vy. Podobne ono do naszych 
pobojoT^risk, ciemnych i milczących; nasza sława we 
czterech kamieniach. Przesłuchano głosu Ossjana, 
przegrane na arfach Selmy. Przybywaj, Ossjanie, 
przybywaj! mówi on. PrzybyAvaj i pływaj z ojcami 



swoją muzykę; jeszcze dotąd nucą ją m' północnej Szko- 
cji. Macpherson. 



317 



po obłokach! — Przybędę, przybędę, królu mężów! 
Ossjana życie gaśnie. Poczynam znikać w Konie. 
Nie ^\ddać już moich śladów po Selmie. Zasnę ja 
przy kamieniach Mory. Nie zbudzi mię świst wiatrów 
w siw;yxh moich kędziorach. Odlatuj, wietrze, na 
swoich skrzydłach, nie potrafisz zakłócić spoczynku 
barda. Noc długa, ale jego oko ciężkie. Odlatuj, 
pierzchliwy wietrze! 

Ale czemuś tak smutny, synu Fingala ? Dla czego 
powiększa się chmura twojej duszy? Przeszli wo- 
dzowie dawnych czasów, przeszli bez sławy! Przejdą 
synowie lat przyszłych. Inny ród powstanie. Ludy 
są jak fale oceanu, jak liście morweńskich lasów: 
ulatują one z przechodzącą burzą, a inne listki pod- 
noszą zielone swoje głowy. 

Czyż przetrwała twoja piękność, o Ryno, czy 
oparła się twoja siła, wozojezdny Oskarze? Sam Fin- 
gal przeminął. Sale ojców zapomniały jego śladów. 
Miałżebyś tylko ty pozostać, stary bardzie, kiedy 
mocarze upadli? Ale moja sława pozostać musi 
i wzrastać jak dąb Morwenu, który potężną głowę 
nadstawia burzom i raduje się w pędzie wiatrów! 



UŁAMKI, 

które Macpherson przywodzi jako pozostałki 
"Większych poemató^A^ Ossjana. 



MALWINA. 

"W większym poemacie śpiewał Ossjan, jak Malwina wi- 
dzi okręt przybywający z ciałem Oskara do Morwenu 
i jak wyciąga z Ullinu powieść o śmii>rci swojego ko- 
clianka. "^Pozostał z tego jedynie monolog- Malwiny, kiedy 
siedzi w dolinie Moiluty i postrzega daleki okręt. 

Mah\ina podobna do tęczy dżdzowej na ustron- 
nej dolinie strumieni. Jaśnieje ona, ale niebieskie 
krople toczą się po prz}xmionem jej świetle! Po- 
wiadają, że piękna jestem w moich kędziorach, ale 
po mojej urodzie łzy sphnvają, Pomrok rozpływa 
się nad duszą, jak cienista fala wietrzyka nad trawą 
Luty. Nie zbywa mi jednak na sarnach, kiedy pójdę 
między pagórki. Dź^rięk arfy wdzięcznie budzi się 
pod moją białą ręką. Cóż więc, o córko Luty, snuje 
się po twojej duszy, niby groźny szlak ducha po 
nocnym promieniu? Miałźeby młody rycerz upaść 



319 



w zgiełku bojowiska? Powstańcie, dziewice Luty! 
Przywołajcie zbłąkane dumania Mai winy! Obudźcie 
głos arfy na mojej rozgłośnej dolinie! Wtedy pod- 
niesie się moja dusza, jak światło w bramie poranku, 
kiedy obłoki z połamanemi krawędziami kłębią się 
dokoła! 

Mieszkańcze moich dumań nocnych, którego po- 
stać poszła na niespokojne pola, daleki synu kró- 
lewski, dla czego trapisz moją duszę? Okrętźe to 
mojego kochanka? Jegoż to pęd mroczny przez fale 
oceanu ? Czemuż tak nagle powracasz, Oskarze, z bło- 
nia tarcz? 



ZAL MmWANY PO RYNIE. 

Minwana, córka Morniego ą siostra Gaula, była kochanką 
Ryna, syna Fingalowego. Śmierć Ryna opowiada Ossjan 
w Fingalu, a żal niniejszy przywodzi Macphersou w no- 
cie do poematu Berraton, jak ułamek większego poe- 
matu Ossjana. 

Zapłoniona i smutna, nachyla się ona ze skał 
Morwenu nad posępnie wzburzone morze. Postrzega 
młodzież w całem uzbrojeniu. 

> Gdzież jesteś, Ryno, gdzież jesteś? 

Wasze pochmurne wejrzenia mówią, że on po- 
legł, że blady, uleciał na chmury, że w trawie pa- 
górków morweńskich słychać we wietrze jego głos 
słaby... 

Poległźe syn Fingala na mszystych płaszczyznach 
Ullinu? Mocne było ramię, co go pokonało. Biada 
mi! Sama zostałam! 



320 PIEŚNI OSSJANA 



Nie będę sama, o wiatry, co mój włos ciemny 
podnosicie! Nie długo westclmienie moje będzie się 
mieszać z waszym strumieniem, bo ja z R3Tiem usnąć 
muszę! 

Nie widzę ciebie po^^Tacająceg•o z łowów kro- 
kami urody! Noc objęła koclianie Minwany. Mroczna 
cisza mieszka prz}^ Rynie! 

Gdzie są psy twoje? Gdzie łuk twój, twoja tar- 
cza tak mocna, twój miecz, jak ogień, spadający 
z nieba ? Gdzie twój krwawy oszczep, o Ryno ? 

Widzę je pomieszane w twoim głębokim okręcie, 
widzę je krwią umalowane, W twojej ciasnej sali 
niema żadnego oręża, o Ryno, mieszkańcze mroku! 

Kiedyś przyjdzie poranek i pome: wstań, królu 
oszczepów, wstań! Łowy dokoła, łanie, o Ryno, blizko 
ciebie ! 

Ustąp, pięknowłosy poranku, ustąp! Nie słyszy 
ciebie król drzemający. Łanie skaczą po jego cia- 
snym grobie, bo śmierć mieszka przy młodzieńczym 
Rynie. Zcicha ja przystąpię, mój królu, zcicłia się 
skradnę do łoża spoczynku twojego. Milczkiem po- 
łoży się Minwana przy drzemiącym swoim R^nie. 

Dziewice będą mię szukać, ale nie znajdą. Pie- 
śniami będą żegnać moje rozstanie się, — ale nie 
usłyszę Avas, o dziewice! Z moim Rynem pięknowło- 
sym będę ja spała! 



3. 

OSSJAN DO SUŁMALI. 

Ossjan prędko ucina historje Sulmali w ósmej pieśni Te- 
mory po śmierci Katmora, Saga opowiada, że w dzień 
po tej bitwie odwiedził ją Oasjan, pocieszał, a Sulmala 



321 



powróciła do ojczyzny; Ossjan opial to w większym poe- 
macie, z którego Macpherson następujące tylko wiersze 
wynalazł. 



Przybądź, córko Konmora, z odzianych krzewami 
jaskiń Lony! Obudź się, promieniu na pustyni! Wo- 
jo\viiicy muszą raz upaść. Pędzą jak błyskawice 
groźne, ale blizko jest ich obłok. Zejdź na strumie- 
niste doliny, do błąkających się trzód Lumonu. Tam, 
we mgle bagien mieszkają męźe dni mnogich. Ale 
nieznani są oni, Sulmalo, jak osty na skałach sarny; 
chwieją we wietrze siwemi głowami i opadają nie- 
postrzeźeni od żadnego oka. Nie tacy są królome 
mężów! Odchodzą, jak ogniste widma, co strumienia 
pałającą ścieżką z pustyni na łono nocy. 

Połączył się on z wojownikami przeszłości, z ognia- 
mi, które im gło^vy osłaniają. Czasem prz3gdą oni 
w pieśni, bo wojownik niezapomniany upadł! Nie 
widział on, Sulmalo, zmierzchu własnego promienia 
ani pięknowłosego syna we krwi, młodego burz}-- 
ciela bojowisk! Ja to samotny jestem, o młoda ga- 
łązko Lumonu! Ja mogę słyszeć głos słabych, kiedy 
moc moja z latami uwiędnie, bo oniemiał na swojej 
tarczy młodzieńczy Oskar! 



4. 

MIECZ MORNIEGO. 

Morni, ojciec Gaula, rozporządził przy swojej śmierci, 
ażeby miecz jeg-o, który po ojcach, a mianowicie po sła- 
wnym Kolg-achu dziedziczył, położono przy nim w gro- 
bie, i przykazał synowi Gaulowi, aby go nie wprzód wy- 
dobył, aż się ujrzy w wielkiej przygodzie. Niedługo po- 

PISMA GOSZCZYŃSKIEGO. II. 21 



322 PIESI,'! OSSJANA 



tern dwaj bracia jego z Koldoramanu, książęta Kłuty, 
zginęli w bitwie ; Gaul więc przychodzi do' g'robu ojca 
po sławny miecz jego. Ossjan śpiewał to w osobnym poe- 
macie, z litórego następne tyllło pozostały wiersze. 



GAUL 

Kruszycielu tarcz dźwięcznych, którego głowa 
głęboko w cieniacli spoczywa, słucliaj mię z mroku 
Klery, o synu Kolgacha, słuchaj! 

Żaden szum prócz orlego skrzydła nie przelata 
nad łożem moich strumieni. Głucho w łonie tuma- 
nów pustyni; o królu Strumonu, słuchaj mię! 

Czj ty mieszkasz w cienistym powiewie, który 
mroczne swoje fale po trawach strumieni ? Przestań 
zrywać bródki ostu, o wodzu Klory, słuchaj mnie! 

Czy ty przejeżdżasz się na promieniu pomiędzy 
ciemnemi chmur wałami? Czy \v3lewasz głośne wia- 
trj" na Morze, aby modre fale na ^vJ^spę ^'ytoczyć? 
Słuchaj mię, ojcze Graula, wpośrodku swojej zgrozy, 
słuchaj mię! Słyszę szumiącego orła. Na pagórku 
zaszeleścił głową dąb mruczący. Groźne i pociesza- 
jące twoje zbliżenie się, przyjacielu rj^cerskich mie- 
szkań. 

MORNI 

Kto mnie budzi śród obłoku, gdzie moje mgliste 
kędziory we wietrze pływają? Dla czego ze szumem 
strumieni swój głos, o Gaulu, mieszasz? 



Morni! otaczają mię nieprzyjaciele! Przyślizgały 
się falami czarne ich okręty. Daj mi miecz Stru- 
monu, który w swojej nocy schowałeś. 



Weź miecz głośnego Strumonu. Ja, mój synu, 
będę patrzał na twoje bit-«w; będę patrzał posęp- 



323 



nym ogniem z mojego obłoku. Zw}'cięźaj, błękitno- 
tarczy Gaulu! 



5. 

ŚMIERĆ FILLANA. 



Ossjan z tej okoliczności, którą opowiedział w Temorze, 
wygotował osobne poema, ale została z niego tylko na- 
stępująca rozmowa pomiędzy Klatą, matką Fillana, a Bo- 
sminą, jego siostrą. 



Wstań, córko Fingala, światło pomiędzy kędzio- 
rami! Podnieś ze snu piękną głowę, mile błyszczący 
promieniu Selmy! Widziałem białe twoje ręce sple- 
cione na łonie pod pływaj ącemi kędziorami, kiedy 
brzęczący powiew poranku przyleciał od strumienia 
pustyni. Czy ojcowie zeszli do snów twoich? Czy 
widziałaś ich, Bosmino? Wstań, córko Klaty. Może 
troska mieszka w twojej duszy. 



Jakaś ciemna postać przeszła przede mną, ga- 
snąc, kiedy odchodziła, jak cieniste wały wietrzyka 
na trawiastej łące. Znijdź ze ściany, o arfo, i przy- 
wołaj duszę Bosminy! Przepłynęła ona jak stru- 
mień. — Słyszę ciebie, arfo, i głos mój wznieść się 
powinien. 

Jakże często będziecie śpieszyć do bitwy, mie- 
szkance mojej duszy? Dalekie są wasze ślady, królo- 
wie mężów, przy modrych strumieniach Erynu! Pod- 
nieś swoje skrzydło, południo\\'y wietrzyku, z mierz- 

21* 



324 piEŚJn ossjANA 



chnących pól Klony! Przyprowadź żagiel Fingala do 
brzegów jego ziemi! 

Ale któż to jest we swojej sile, posępny w obli- 
czu bitwy? Jego ramię ku wrogom wyciągnione, jak 
promień zasłabłego słońca, kiedy mrok ogarnia jego 
boki, a ono śpieszy przez niebo w groźnym zawo- 
dzie. Któż on, jeśli nie ojciec Bosminy? Miałżeby 
powracać, zaczem niebezpieczeństwo minęło? 

Fillanie, ty jesteś promieniem przy jego boku; 
piękne, ale straszne twoje światło. Twój miecz przed 
tobą jest błękitn_yTn ogniem nocy. Kiedyż powrócisz 
na twoje sarny do strumieni pól zarosłych? Kaedyż 
postrzegę ciebie od Mory w twoich długich kędzio- 
rach przez wiatry po mchu rozrzuconych? Ale czyż 
powinien wTÓcić młody orzeł z pola, na którem ry- 
cerze padają? 

KLATO 

Łagodny jest, jak pieśń Lody, głos dziewicy ze 
Selmy. Miłe jest uchu Klaty imię kruszyciela tarcz! 

Patrzaj! z oceanu król przybywa. Bardowie niosą 
tarcze Morwenu. Nieprzyjaciel uciekł przed nim, jak 
mgła znikoma! Ale nie słyszę szumiących skrzydeł 
mojego orła, śpieszącego syna Klaty. Fingalu, zasę- 
piony jesteś; nigdyż wojownik nie wróci? 



6. 

IMIŁOŚĆ KLONARA I TLA^ANY. 

W ósmej pieśni Temory opowiedziana jest śmierć mło- 
dego rycerza, Klonara, którego Katmor zabił. Namienia 
tam Ossjan o Tlaminie, jego kochance. Miłość tej pary 
sławna była pomiędzy bardami, a Macpherson wynalazł 



następujący ułamek z poematu w tym przedmiocie i przy^ 
pisuje go Ossjanowi. 



Klonarze, synu Konglasa z Imoru, młody łowcze 
chyżej sarny, gdzież ty leżysz we trzcinie pod prze- 
lotnem skrzydłem wietrzyka? Mój kochanku, widzę 
ciebie na łące twoich rodzinnych, mrocznych stini- 
mieni. Głóg pływa we wietrze i skrzypi po tarczy. 
On leży jasny w swoich kędziorach, a dumy snów 
jego przepływają mrocznie przez jego oblicze! Ty 
dumasz o bitwach Ossjana, młody synu rozgłośnej 
wyspy! 

Półskryta, usiadam w lesie. — Odpłyńcie, mgły 
pagórka! Dla czego chcecie przed okiem Tlaminy 
arf schować jej kochanka? 



Jak duch, widziany we śnie, ucieka przed otwar- 
tem okiem, a my mniemamy widzieć ślad jego mię- 
dzy oddalonemi pagórkami, tak uciekła córa Klun- 
gala przed spojrzeniem Klonara tarcz! Wynijdź z pod 
drzew gęstych, błękitnooka Tlamino, wynijdź! 



Odwracam się od jego kroków. Jakże się dowie 
o mojej miłości? Białe moje łono spływa westchnie- 
niami, jak piana po czarnych strumieniach, ale on 
odchodzi we zbroi. O synu Konglas, smutna jest 
moja dusza! 

KLONAR 

Była to tarcza Fingala, odgłos króla Selmy arf. 
Moja droga do zielonego Erynu. Wstań ze swojego 
cienia, piękne światło! Wznijdź na polach mojej du- 
szy; tam się wojska rozwijają. Wznijdź w zaburzonej 
duszy Klonara, młoda córko szerokotarczego Klungala! 



326 PIEŚNI OSSJANA 



OSSJAN DO KONGALA, 
syna Fergusowego. 

Te wiersze, przyznawane Ossjanowi, zdają się być wstę- 
pem do zagubionego poematu, poświęconego Kongalowi. 
Późniejsi bardowie umieścili je w poemacie: Katlin z Kłuty, 
z którym jednak w żadnym nie zostają związku. 

Kongalu , synu Fergusa z Duratu , ty, światło 
pomiędzy twojemi kędziorami, znijdź ze skał Selmy 
pod dąb kruszyciela tarcz! Pojrzyj na łono nocy; 
posmagane ono zapłomienionemi ścieżkami umarłych! 
Pojrzyj na noc ducliów, Kongalu, i zapal swoją du- 
szę! Nie bądź podobny do księżyca na strumieniu 
samotnego, otoczonego chmurami. Ciemność go za- 
myka — niknie jego promień! Nie znikaj, synu Fer- 
gusa, póki swoim mieczem bojowiska nie naznaczysz. 
Znijdź ze skał Selmy pod dąb kruszyciela tarcz! 



SŁOWNICZEK OBJAŚNIElv[. 



Ag-andeka — córka Starna, króla Lochlinu, zabita od 
ojca, że wydała Fingalowi spisek na jego życie. 

Aleuta , raczej Bal-Teuta — miasto Tweed , stolica 
Duntalmy. 

Alkleta, w języku galickim Ald-cla-ta — zwiędła 
piękność. 

Alnekma, cz^^li Alnekmacht — dawniejsze nazwisko 
prowincji Connaught. 

Alona, w gal. Aluina — wybrana piękność; imię ko- 
biety. 

Altan — pierwszy bard Arty, króla Temory. Po jego 
śmierci był przy Kormaku; kiedy Kairbar zamordował 
Kormaka, Altan opuścił Temorę i udał się do Fingala. 

Altos, w gal Ailtas — bardzo piękny; imię rycerza, 
syna Usnotowego, 

Ardan, w gal. dumny — imię rycerza, syna Usno- 
towego. 

Armin — rycerz , pan Gormy, jednej z wysp He- 
brydzkich. 

Art, czyli Arto — ojciec Kormaka, króla Irlandji. 

Ata —"sucha rzeka; nazwisko grodu króla Bolgów 
w Irlandji. 



Balkluta — miasto Clyde. 

Balwa — cichy strumień; może to być mały potok, 
który i dzisiaj pod tem imieniem przepływa w hrab- 
stwie Stielingu romantyczną dolinę Glentiwaru. 



328 PIKŚNl OSSJANA 



Barbar-Dutul — ponury wojownik z czarnemi brwiami; 
ojciec Kairbara i Katmora, królów Aty. 

Berraton — przedgórza śród fali; wyspa. 

Bertin — ogień gór; jedna z siedmiu gwiazd na tar- 
czy Katmora. 

Bolga, bolg — sajdak; stąd Fir-bolg — człowiek łuka, 
łucznik. Południowa część Irlandji zwała się Bolga od 
osady Bolgów brytauskich, 

Bosmina, w gal. Bos-młiina — przyjemna, pulchna 
ręka; córka Fingala, najmłodsza z jego dzieci. 

Bran — leśny strumień; nazwisko psa Oskarowego, 
dotąd w Szkocji używane. 

Branno — potok', rzeka. W południoM^ej Szkocji znaj- 
duje się dotąd wiele rzek podobnego imienia; między 
temi wpada jedna przy Dunkeld do Taju. 

Branno — ojciec Ewerraliny, żony Ossjana; pan brze- 
gów Lęgu. 

Brassolis — kobieta z białą piersią. 

Brumo — miejsce czci boskiej, bardzo szanowane na 
Krace, jednej z wysp Szkockich. 



Dalruto, w gal. Dal-rueth — piasczyste pole. 

Dartula , w gal. Dartleile — kobieta pięknooka — 
kochanka Natosa. 

Degrana, w gal. Deo-grena — słoneczny promień; 
imię kobiety. 

Dersagrena — połysk słonecznego promienia; córka 
Morniego. 

Diaran — ojciec Komali, kochanki Fingala. 

Dora, w gal. Doira — lesisty bok góry; góra przy 
Temorze. 

Drumanard albo Drumardo — wysoki szereg; góra 
w Ułlinie. 

Duchomar, w gal. Dubchomar — czarny, kształtuj-^ 
mężczyzna; imię rycerza. 

Dunlora — góra szumiącego strumienia. 

Dunrato — góra z polaną na szczycie. 

Dusronnal — nazwisko konia. 

Dutcaron — mąż czarnobrewy; nazwisko rycerza., 

Dutmaruno — bardzo sławne imię w podaniach. Żył, 
jak się zdaje, w północnej Szkocji naprzeciw wysp Ork- 
nejskićh. Dutmaruno, Krommaglas, Strutmor i Kormar 



SŁOWNICZEK OBJAŚNIEŃ 329 



spomnieni są w jednym dawnym poemacie dotąd zacho- 
wanym, jako towarzysze Komhala w jego ostatniej bi- 
twie z pokoleniem Morniego. 

Dutula — ponuro szumiąca woda ; rzeka w Connaught. 

Duwranna, w gal. Dubh-bhranna — posępny potok, 
nazwisko jednej z rzek szkockich, zwanej dotąd Duwran. 



Erragon — wściekłość walów; król Sory. W sagach 
zowie się Annir. Zdaje się, że Ossjan dowolnie nadał mu 
pierwsze imię. 

Eryn — nazwisko Irlandji. Składa się z Ear (zacho- 
dni) i In (kraj). 

Ewerallin — żona Ossjana. 

Ewirchoma, w gal. Ewir-choama — łagodna, okazała 
dziewica; córa Kardu-Konglassa, wodza Idronli, jednej 
z wysp Hcbrjdzkich, a żona Gaula. 



Fiona — piękna dziewica. 

Fitil albo Fili — bard podwładny. 

Flatal — niebiańsko-piękny; imię kobiety. 

Foldat — spaniały; był głową jednego z najznako- 
mitszych firbolskłch pokoleń i pierAvszym powiernikiem 
Kairbara z Aty. 

Fonar — mąż pieśni; imię barda. W przedchrześci- 
jańskich Szkocji wiekach nie miał nikt własnego nazwi- 
ska, kto się nie wsławił czomkolwiek. Zwał się od ry- 
sów oblicza, jak większa część kobiet. 

Fowargormo, w gal. Faobhar-garmo — błękitne ostrze 
żelaza; imię rycerza. 

Fuerfed — jedna z wysp Skandynawskich. 

Feradarto znaczy: na miejscu Arty. Jego ojciec Kair- 
bar miał syna Arto; gdy ten podrósł, umarła mu matka, 
a Kairbar pojął drugą żonę. Arto schwytany był na wy- 
prawie przeciw Bolgom, a wieść fałszyAva rozniosła, że 
zginął. Kairbar narodzonemu wtedy synowi dal imię 
Ferad-Arto. 

Ferchios — zwycięzca mężów; imię rycerza. 

Fergus, w gal. Foar-guth* — mąż 'słowa, albo wódz 
wojska; syn Fingala. 

Ferkut, w gal. Fear-cut — to samo co Fergus. 



330 PIEŚNI 088JANA 



Fura, w gal. Fuar-a — zimna wyspa; nazwisko pu- 
stej wysepki. 

G. 

Gaul — syn Mornieg-o, sławny w wojnach Fingala. 
Gellama, w gal. Geal-lama — białoręka; imię kobiety. 
Gelszosa — bialonoga; imię kobiety. 
Gollun, w gal. Golb-bhean — skaliste wzgórze; na- 
zwisko wzgórza. 

Gorma — błękitna wyspa ; jedna z wysp Hebrydzkich. 
Gormal — gród królewski w Lochlinie. 
Gormuił — błekitnooka dziewczyna. 



H. 

Hidalla — wdzięcznie patrzący rycerz; wódz Klonry, 
małego okręgu na brzegach Lęgu. 

Hidallan' — jeden z rycerzy Fingala; posłany, aby 
uwiadomił Komalę o Fingala powi-ocie, przez zemstę za 
wzgardzoną miłość zmyślił przed nią śmierć Fingala. 
Komala umarła ze wzruszenia, a rozgniewany Fingal 
wygnał Hidalłana z Avojsk swoich. 



Inisfail — Irlandja. 

Inishuna — zielona wyspa; część południowej Bryta- 
nji naprzeciw irlandzkich brzegÓAv. 

Iniskon — jedna z wysp Szkockich. 

Inistona — wyspa wałów; jedna z wysp Hebrydzkich. 

Inistore — jedna z wysp Orkadzkich. Właściwie: wy- 
spa wielorybów. 

Irin — to samo co Eryn. 

Itona, w gal. Itonn — wyspa bałwanów; jedna z pu- 
stych zachodnich wysp. 

Itorno — jedna "z wysp Skandynawskich. 



Kairbar, w gal. Kairbre — mąż silny. Kairbar, syn 
Barbar- Dutula, potomek Lartona, ' wodza Firbolgów, co 
pierwszy osiadł av południowej Irlandji. Kaelowie posia- 
dali północną stronę tej wyspy i pierwsi monarcho \vie 



SŁOWNICZEK OBJAŚNIEŃ 331 



Irlandji byli z ich rodu. Stąd ciągłe wojny między temi 
narodami aż do zabicia Kormaka, króla Temory, przez 
Kairbara. Kairbar był także krół Temory. 

Kalmar, w gal. Kalm-er — mąż silny; syn Maty, 
udzielny wódz JFirbolgów. Walczył z Kaledończykami 
przeciw Swaranowi. Mieszkał nad Lorą niedaleko Lęgu. 

Kamienie potęgi hyly obrazami bóstw skandynaw- 
skich. 

Kammaton, w g-al. Ecan-maton — głowa niedźwie- 
dzia. Jedna z siedmiu g^wiazd na tarczy Katmora. 

Kana — g^atunek rośliny, której pełno po mokrych 
łąkach północnej Szkocji. Jej łodyga trzciniasta, a puch 
do bawełny podobny. 

Karmona — zatoka śniadego wzgórza; nazwisko od- 
nogi w pobliżu Selmy. 

Karmor, w gal. Cear-mor — wysoki, ponury mąż; 
imię rycerza. 

Karmora, w gal. Carn-mor — wysoka, skalista góra; 
nazwisko miejsca. 

Karos — Kiirauzyusz, który pod Djoklecjanem i Ma- 
ksyminianem dowodził rzymską flotą przeciw korsarzom 
galickim i saksońskim; ale około 288 roku opanował 
Brytanję , ogłosił się cesarzem i utrzymywał się , aż 
w 295 zamordowany został. 

Karril — jasna harmonja; imię barda. 

Karton — szemranie fali; imię rycerza. 

Karul, w gal. Car-ul — ponurooki. Karakalla, syn 
Sewei'a, cesarza rzymskiego. 

Karunalbo Karon — kręta rzeka; odgraniczała w An- 
glji rzymskie zabory od niepodległej Szkocji. Jeszcze 
nosi to imię i wpada do Forth, mila od Falkrilu. 

Katlin — promień wałów; jedna z gwiazd na tarczy 
Katmora. 

Katmin — spokojny w bitwie; imię rycerza. 

Katmon, w g-al. Cat-amon — wazki strumień. 

Katmor — wielki w bitwie; syn Barbar-Dutula, jeden 
z najznakomitszych rycerzy w poezjach Ossjana. Przed 
powstaniem Firbolgów przeciw królowi Temory poszedł 
do Inituny wspierać tamecznego króla i powrócił na 
wezwanie brata swojego Kairbara. 

Katol — syn Maronnana, przyjaciel Oskara, zabity od 
Kairbara za wierne przywiązanie do Kormaka, króla Te- 
mory. Oskar posłał Kairbarowi wyzwanie do boju, które 
Kairbar odrzucił, ale odtąd nienawidził Oskara, aż go 
zabił w bitwie, gdzie i sam od niego poległ. 



PIKSNI 088JANA 



Katul, W gal. Cath-huil — oko bitwy; imię rycerza. 

Kinfona, w gal. Cean-feana — głowa ludu;' imię ry- 
cerza. 

Klato — córka Kutulli, króla Inistoru. Fingal na je- 
dnej ze swoich wypraw do tej wyspy, rozkochał się 
w Klacie i pojął ją po śmierci Roskrauy. Klato była 
matka Ryny, Fillana i Bosminy. 

Klessamor, w gal. Clessamh-or — potężne czyny; wuj 
Fingala. 

Klona — nazwisko doliny od Klony, syna Letmalo- 
wego, jednego z przodków Dermida. Klono był zabity 
od Firbolgów i pochowany w tej dolinie. 

Klonmal, w gal. Claon-mal — brwi zatoczone: imię 
rycerza; Klonmal, według podania, arcydruid, najstarszy 
syn Tratala; Komal, Fingala ojciec, był daleko młodszy. 

Klonra, w gal. Claon-rat — jałowe pole. 

Kluba — zatoka w Inishunie. 

Klunar, w gal. Cluan-er — mąż bojowisk; imię ry- 
cerza. 

Klungal — wódz Imoru, jednej z w^^sp Hebrydzkich. 

Klungallo — matka Sulmali. 

Kłuta, albo Kliet — kretv; galickie nazwisko rzeki 
Clyde. 

Kolamon, w gal. Col-amon — nizka, cienista rzeka; 
nazwisko rzeki i leżącego przy niej grodu Karula nie- 
daleko murów Agrykoli. 

Kolderna — skwarny promień; jedna z gwiazd na 
tarczy Katmora. 

Kolgach — łagodnie patrzący; imię rycerza. 

Kolgan, syn Katmula, był pierwszym bardem Kor- 
maka, króla Irlandji. 

Kolgar, w gal. Colg-er, wojownik dzikiego spojrze- 
nia. Imię rycerza. 

Kolkulla — pewne spojrzenie w boju; imię rycerza. 

Kolma, w gal. Cul-mat — pięknokędziora. 

Kolmal, w gal. Caol-mal — wązkobrewa. 

Kolnadona — miłość rycerzy; imię kobiety. 

Komal — ojciec Fingala, 

Komala — dziewica wdzięcznego czoła; kochanka 
Fingala. 

Kona — rzeczka w Argyleshire, płynąca przez Glanko. 
Jeden z pagórków, otaczających tę romantyczną dolinę, 
zowie się Skornafena, to jest wzgórze Fingalowego ludu. 
K-ona była także dolina przy Selmie, ulubiona Ossja- 
nowi, a od której on sam często się nazywa głosem Kony. 



SŁOWNICZEK OBJAŚNIEŃ 333 



Konar — pierwszy król Irlandji, syn Trenmora, pra- 
dziada Fingalowego, a przodek królów Temory. To po- 
krewieństwo było powodem licznych wojen Fingala z nie- 
przyjaciółmi rodu Konara. 

lionkatlin — wdzięczny promień wałów; gwiazda. 

Konlama, w gal. Con-lama — wdzięczna ręka; imię 
kobiety. 

Konmor, w gal. Caoii-mor — łagodny i rosły; imię 
rycerza. Konmor był ojcem Sulmali, zginął w bitwie, na 
którą przybył posiłkujący mu Katmor. 

Konnan — rycerz z pokolenia Momiiego, we wszyst- 
kich pieśniach Óssjana niezaszczytnie wspominany. 

Konnal — syn Diaran;i, jeden z najsławniejszych ry- 
cerzy Ossjana. Poległ w bitwie przeciw Dargowi. Kon- 
nal był przyjacielem i nauczycielem Kutulina. 

Kormar — bywały na morzu; imię rycerza. 

Kormak — syn Konara, drugiego króla Irlandji z po- 
kolenia kaledońskiego. Kormak, zabity od Kairbara, był 
synem Arty. 

Kormul — błękitne oko; imię rycerza. 

Kraka — zdaje się, że jedna z wysp Szkockich. 

Krimora — kobieta wielkiej duszy. 

Kromla, w gal. Crom-leach — święte miejsce drui- 
dów; nazwisko góry na brzeg"ach Ulstoru. 

Krona — szemrzący; nazwisko miejsca. 

Kronnan — dźwięk żałobny; imię barda. 

Kulalin, w gal. Cul-allin — pięknokędziora; imię ko- 
biety. 

Król świata — rzymski cesarz. 

Krugal, w gal. Crut-geal — pięknie zbudowanj' ; imię 
rycerza. 

Kulmin — miękkowłosy; imię rycerza. 

Kurach, w gal. Cu-raoch — bicz Ijoju: imię rycerza. 

Kutona — żałobny dźwięk fali; córka Rumara, którą 
Oskar gwałtem porwał. 

Kutulin — głos Ullinu; syn Selmy, króla wyspy Sky, 
i opiekun małoletniego króla Temory, Kormaka. Lubo 
zginął w dwudziestym siódmym roku życia, tyle się je- 
dnak wsławił, że jego siła i waleczność w przysłowie 
poszły. W Dunskaju, na wyspie Sky, jeszcze dotąd po- 
kazują gruzy jego pałacu. 

Krotar — pierwszy z przodków Katmora , którzy 
w Acie osiedli. Za jego czasów zaczęły się wojny mię- 
dzy Kaelami i Firbolgami. 



334 PIEŚNI OSSJANA 



Lamderg', w gal. Lamh-dhearg — krwawa ręka; imię 
rycerza. 

Lamor, w gal. Lamh-mhor — potężna ręka; imię ry- 
cerza. 

Lano — bagniste jezioro w Skandynawji, słynące za 
dni Ossjana z jesiennych zaraźliwych wyziewów. 

Lauul — wielkooka; małżonka Dutmaruny. 

Larton, w gal. Lear-thon — morska fala; przodek 
królów Aty. 

Lochlin — attyckie nazwisko Skandynawji, w określ- 
nem znaczeniu — półwysep Jutlandzki. 

Loda — to samo co później Walhalla; święty przed- 
miot u Skandynawów. Obwód Lody — ołtarz.' " 

Łona — bagnista płaszczyzna; nazwisko miejsca. 

Lora — rzeka w okolicach Selmy. 

Lota — jeden z największych strumieni w północnej 
Szkocji. 

Luat — ulubiony pies Kutulina, pochowany z nim 
podług ówczesnego zwyczaju. W Dunskaju pokazują do- 
tąd kamień, do którego Kutuliu zwykł był Luata przy- 
wiązywać. Ten kamień i dziś jeszcze nosi jego nazwisko. 

Lubar — gwarny, głośny; rzeka w Ulsterze. 

Lumon — przykre wzgórze; góra w Inishunie, naj- 
dawniejsze siedlisko Firbolgów. 

Luno — kowal, który ukuł sławny miecz Fingala, 
używany przez niego w wielkich tylko niebezpieczeń- 
stwach. Pierwsze jego cięcie śmierć zadawało. 

Luta — prędki strumień, rzeka Morwenu. Dziś nie- 
wiadomo, gdzie się znajdowała. Zwala się też Luta do- 
lina w Morwenie, gdzie mieszkał Toskar, ojciec Malwiny. 
synowej Ossjana, zwanej stąd dziewicą Luty. 



Malmor — wielka góra, nazwisko jednej z gór szkoc- 
kich. 

Maltos — powolny w mówieniu; imię rycerza. 

Malwina — córka" Toskara, wdowa po Oskarze, synu 
Ossjana, jego towarzyszka w starości. Do niej odnosi się 
Ossjan we wszystkich prawie swoich pieśniach. 

Maroman — brat Toskara. 

Melilkoma — oko mile patrzące; córka Morniego. 



SŁOWNICZEK OBJAŚNIEŃ 335 



Miliona — łagodna melodja; imię kobiety. 

Moina — wdzięczna, pulchna ręka; matka Kartona. 

Moma — państwo w południowym Connaughcie, sie- 
dlisko arcydruida. Stąd jaskinia Mom}- spominana jako 
miejsce, gdzie się radzą dusz umarłycti. Niesie podanie, 
że Foldat, idąc do Ullińu, zapytywał tu ducłia swojego 
ojca o skutku wyprawy, ale został zwiedziony dwu- 
znaczną odpowiedzią. 

Mora — góra w Szkocji. 

Moran — mnogi; imię rycerza. 

Morannan — mocny oddech; imię rycerza. 

Morar, w g-al. Mor-er — wielki mąż; imię rycerza. 

Morlat — wielki w dniu bitwy; imię rycerza. 

Morna, w gał. Muirna — kochana od wszystkich; imię 
kobiety. 

Morni — głowa jednego z morweńskich pokoleń; wal- 
czył długo o niepodległość z ojcem Fingala, Komhalem, 
i zabił go; dopiero Fingalowi dobrowolnie się poddał. 
Gaul był jego synem. 

Mo rut — wielka rzeka; nazwisko rzeki. 

Morwen — szereg- wysokich gór; nazwisko północnej 
Szkocji. 

Muri — miejsce w Ulsterze , gdzie młodzi rycerze 
ćwiczyli się z bronią. 



Nartmor, w gal. Nearth-mor — wielka siła; imię ry- 
cerza. 

Natos — młodzieńczy; syn Usnota. 



Oitona — dziewica wałów; imię wałów. 
Oichaoma — wdzięczna dziewica; imię kobiety. 



Ratkol — lesiste pole; nazwisko miejsca. 

Reldurat, w gal. Reul-durath — gwiazda zmierzchu; 
jedna z siedmiu gwiazd na tarczy Katmora. 

Roskrana — promień wschodzącego słońca; matka 
Ossjana. 

Rotmar — szum morza przed burzą; imię rycerza. 



33t) PIEŚNI OSSJANA 



S. 

Salgar w gal. Sealg-er — łowiec. 

Sarno — ojciec Komali, kochanki Fingala. 

Selama, w gal. Sela-math — piękny widok; stolica 
Toskara w Ulsterze pod Kromlachem. 

Selma — mieszkanie króla w Morweńskich górach. 

Sifadda, w gal. Sith-fadda — wielki krok; nazwisko 
Fingalowego konia. 

Sitallin — zręczny mąż; imię rycerza. 

Slimora, w gal. Sli-amor — wielka góra; nazwisko 
góry. 

Slissama, w gal. Slis-seamha — wdzięczne łono; żona 
Usnota, córka Semy, króla Sky. 

Sonmor — mąż rosły, smukły; ojciec Barbar-Dutula, 
dziad Katmora. 

Sora — państwo w Danji. 

Starno — król Lochliuu, ojciec Swarana i Ag"andeki. 

Strumon — strumień wzgórza; nazwisko grodu w po- 
koleniu morweńskiem; takoż potok niedaleko Selmy. 

Struta — strumienna rzeką; nazv>"isko strumienia. 

Sulallin, w gal. Suil-alłuin - piękna; imię kobiety. 

Sulinkorma — błękitne oko; imię kobiety. 

Sulmala — oko łagodnie patrzące; córka Konmora, 
króla Inishuny. 



Temora, w gal. Ti-mori — dom wielkiego króla; sto- 
lica ostatnich królów irlandzkich. 

Teuta — rzeka; Tweed dzisiejszy. 

Togorma — wyspa fal modrych, jedna z wysp He- 
brydzkich; należała do Konnala, Kutulinowego przy- 
jaciela. 

Tonman — grzmot; imię rycerza. 

Tontena — światło fal; jedna z gwiazd na tarczy 
Katmora. 

Torkultorno — podług sagi był on królem Kratki 
nue, w Szwecji nad rzeką Luląmm. Jego nieprzyjażń z( 
Starnem stąd się zaczęła: Torkultorno zaprosił Starn 
na polowanie i sam zabił pierwszego dzika; Starno źl 
to przyjął, pokłócili się, a Torkultorno życie strącił. 

Trenmor — dziad Fingala; jeden z najsławniejszycl 
rycerzy w szkockiej starożytności. 



SŁOWNICZEK OBJAŚNIEŃ 337 



Tromaton — g-łucho brzmiąca fala; nazwisko miejsca. 

Trutill — głowa rodu Dartuli. 

Tuatal — zuchwały; imię rycerza. 

Tura — gród na brzegach Ulsteru. Mieszlvanie Kutu- 
lina, ile razy pod małoletniość Kormaka trudnił się spra- 
wami Irlandji. 

Turlaton — mocny pień; imię rycerza. 

Turloch — maź kołczana; imię rycerza. 

U. 

Ulerin — przewodnik Erynu. Gwiazda, znajoma pod 
tem nazwiskiem za dni Ossjana , służyła żeglującym 
z Hebrydów lub Kaledonji do Ulsteru za skazówkę'. ' 

Ulfada — długa broda; imię rycerza. 

Ullin — jeszcze i dzisiaj irlandzka nazwa Ulsteru. 

Ullochio — władca nocy; jedna z gwiazd na tarczy 
Katmora. 

Ullochlin — opiekuńcza gwiazda Lochlinu. Każdy 
kraj miał taką gwiazdę. Ossjan przyzywa zazwyczaj Ul- 
loclilinu na świadka skrytej dziewic miłości. 

Usnot — wódz Ety, na zachodnim brzegu Szkocji. 
Miał trzech synów: Natosa, Altosa i Ardana, ze Slissamy, 
siostry Kutulina, których wysłał do wuja dla ćwiczenia 
się w broni. Przybyli oni do Ulsteru wtedy właśnie, kiedy 
Kutulin zginął, Natos, najstarszy z braci, objął doAvódz- 
two nad wojskiem Kutulina przeciw Kairbarowi, królowi 
Aty; tymczasem Kairbar zamordował Kormaka, króla 
Temory, wojsko Natosa pierzchnęło, a bracia przymu- 
szeni byli wrócić do Ety. Keszta ich przygód opowie- 
dziana w Dartuli. 



PISMA G08ZCZVŃSKIEQ0 



PRZYPISEK WYDAWCY. 



Przekładu Ossjana Goszczyński dokonał na wiosnę 
r. 1832 w Mikolajowicacła pod Tarnowem w domu pp. 
Tetmajerów. Tlumaczvł z tekstu angielskiego, posiłkując 
się przytem niemieclcim przekładem Ossjana, ogłoszo- 
nym przez Eołide'go, oraz słownikiem angiełsko-nie- 
niieckim. Pomagali mu w pracy Józef Tetmajer i Szu- 
miński, wołynianin, umiejący po angielsku a mieszka- 
jący wówczas w Tarnowie.' (Por. listy Augusta Bielo- 
wskiego w książce Władysława Zawadzkiego »Ludwik 
Nabielak. Opowieść liistoryczna*. L^tów 1886, str. 46—48). 
Wydanie niniejsze dokonane zostało ściśle według edy- 
cyi lwowskiej z r. 1838 (u Pillera) z modyfikacjami ko- 
rektowemi i z poprawkami, zaznaczonemi własnoręcznie 
przez Goszczyńskiego na egzemplarzu (ze zbiorów Aga- 
tona Gillera), znajdującym się obecnie w bibliotece rap- 
perswylskiej. 



SPIS RZECZY. 



Str. 

Przedmowa tłumacza . 1 

Katloda. Pieśń pierwsza 5 

» » druga 11 

» » trzecia 15 

Wyprawa do Inistony 20 

Wojna z Karosem 26 

Katlin z Kłuty 34 

Kalton i Kolmal 40 

Karton 47 

Karriktura 60 

Kolnadona 74 

Kroma 78 

Oina-Morul 83 

Komala 87 

Fingal. Pieśń pierwsza 94 

» » druga 108 

» » trzecia 118 

» > czwarta 129 

» piata 139 

» » szósta 149 

Bitwa Lory 159 

Latmon 167 

Śmierć Kutulina 178 

Dąrtula 186 

Temora. Pieśń pierwsza 200 

» » druga 215 

» trzecia 226 

» » czwarta 236 



340 PIEŚNI OSSJANA 



Temora. Pieśń piąta 245 

» > szósta 253 

» » siódma 261 

» » ósma 270 

Sulmala z Lumonu 281 

Oitona • . . . 28« 

Konlat i Kutona 293 

Pieśni Selmy 298 

Berraton . • ..... 308 

Ułamki. 1. Malwina 318 

2. Żal Minwany po Rvnie 319 

3. Ossjan do Sulmali " 320 

4. Miecz Morniego 321 

5. Śmierć Fillana • ... 323 

6. Miłość Klonara i Tlaminy 324 

7. Ossjan do liongala • ■ • 326 

Słowniczek objaśnień 327 

Przypisek wydawc}"^ 338 



PG Goszczyński, Seweryn 

715B Pisma 

G7 t. 2 

1904 

t.2 



PLEASE DO NOT REMOYE 
CARDS OR SLIPS FROM THIS POCKET 

UNIYERSITY OF TORONTO LIBRARY