Skip to main content

Full text of "Prawem i lewem; obyczaje na Czerwonej Rusi w pierwszej połowie XVII wieku"

See other formats


This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project 
to make the world's books discoverable online. 

It has survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one that was never subject 
to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books 
are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to discover. 

Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 
publisher to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying. 

We also ask that you: 

+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for 
personal, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's Information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers 
discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web 



at |http : //books . google . com/ 




Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznych pólkach, zanim została troskliwie zeska- 
nowana przez Google w ramach projektu światowej biblioteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 
dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 
dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 
dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 
długą podróż tej książki od wydawcy do biblioteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady użytkowania 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prace takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostarczać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 

Prosimy również o: 

• Wykorzystywanie tych plików jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w niekomercyjnych 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysyłanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tłumaczeniami maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości tekstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny "Google w każdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowych 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 

• Przestrzeganie prawa 

W każdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana książka została uznana za część powszechnego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób traktowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych krajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej używać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 



tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem http : //books . google . com/ 



1^ 



830,363 



•/ 




i.Ł. 



A -3'. 




Fn 



! 3,^ 









..O. 









.di 



PRAWEM I LEWEM 



PRAWEM I LEWEM 

OBYCZAJE NA CZERWONEJ RUSI 

w PIERWSZEJ POŁOWIE XVII. WIEKU 

PRZEZ 

WŁADYSŁAWA ŁOZIŃSKIEGO 



!<•- — 



WYDANIE DRUGIE, PRZEJRZANE I ZNACZNIE POMNOŻONE 



TOM PIERWSZY 

CZASY I LUDZIE 

z 42 RYCINAMI W TEKŚCIE 



- KZ>tl*lf'<04 -i*- 



WE LWOWIE 1904 

Nakładem księgarni H. Altenberga 

skład główny w księgarni p. f.: e. wende i sp. w warszawie. 



1>K 

H/l 
.uli 
IfoH 
^■1 



Z IłRrKARM WL. ŁOZIŃSKI Eli* ) - TtU) ZAKZĄDKM .1. NIEIm»PAI»A 



//?i-: 9t ? 



Materyał wyłącznie archiwalny, który posłużył 
do nakreślenia obrazu a raczej szeregu szkiców 
obyczajowycłi zawartycłi w tej książce, obejmuje 
Akta grodzkie ziemi lwowskiej (z żydaczowską), 
łialickiej (z trembowelską), przemyskiej i sanockiej, 
a więc całego Województwa Ruskiego z wyłącze- 
niem ksiąg ziemi cłiełmskiej, które nie były autorowi 
przystępne, a poczynając od ostatnicłi dwudziestu 
lat XVI. sięga aż do połowy XVII. wieku, posu- 
wając się tylko wyjątkowo w czas późniejszy. 

Luki, jakieby w tym obrazie życia całej jednej 
dzielnicy Polski uderzyć mogły czytelnika, niech 
usprawiedliwi uwaga, że praca niniejsza nie rości 
sobie pretensyi do monograficznej niejako dokład- 
ności, że jest raczej streszczeniem zawartości oby- 
czajowej wspomnianych u góry aktów i że traktuje 
społeczne życie w potrójnem ograniczeniu: 
czasu, miejsca i źródła. 

Niniejsze drugie wydanie różni się znacznie 
od pierwszego tak zasobem treści jak i jej ukła- 
dem. Pierwszą zwłaszcza część książki autor nie- 



tylko przerobił ale i w dwójnasób prawie pomno- 
żył; rozdziały bowiem, które w pierwszem wydaniu 
obejmywały razem wzięte mało co więcej nad 200 
stronic, składają się obecnie na tom osobny o 400 
przeszło stronicach. Taksamo w tomie drugim znaj- 
dzie czytelnik liczne uzupełnienia pierwotnej treści. 
Tłumaczy się to przyrostem materyału, wynikłym 
z rozszerzenia granic chronologicznycłi opowiadania, 
które w pierwszem wydaniu zamykało się z pano- 
waniem Zygmunta 111., w niniejszem zaś, drugiem, 
kończy się dopiero na r. 1650. 

Za przerobieniem i pomnożeniem treści poszła 
i zmiana jej układu. Kto miał kiedykolwiek do czy- 
nienia z materyałem arcliiwalnym tego rodzaju, jaki 
się zawarł w niniejszej pracy, materyałem złożonym 
z tysiąca faktów, rysów, szczegółów obyczajowycli 
z rozmaitycli dziedzin społecznego i towarzyskiego 
życia, ten wie, jakie trudności nastręcza takie jego 
ugrupowanie, aby całość nie była tylko czysto-me- 
chanicznym aglomeratem, ale cłioć do pewnego sto- 
pnia miała organiczną kompozycyę. Autor usiłował 
w drugiem wydaniu pokonać te trudności z lepszym 
skutkiem, aniżeli mu się to powiodło było w pierw- 
szem. O ile w usiłowaniu tem był szczęśliwy, osą- 
dzi czytelnik. 

We Lwowie, w lipcu 1904. 



SPIS TREŚCI TOMU I. 



Rozdział pierwszy: Niedostatki prawa .... 1 — 91 

Wstęp 3-5 

I. Laudatores temporis acti. Klątwa bezkarności. 
Brak władzy wykonawczej. In recenti. Prawne 
wybiegi. Salvus conducłus. Starościńskie egze- 
kucye. Mota nobiliłas. Kary kompromisowe. 
Wieża. Banicya i infamia. Labirynt procesowy. 

Intromisye. Woźny 6 52 

II. Odpowiedzi. Yadia regalia. Rzadkość poje- 
dynków. Zajazdy. Sprawa Derśniaka i konfe- 
deracya szlachty przemyskiej. Gubienie zwłok. 
Porywanie ludzi. Niemirycz i Uberowicz. Ła- 
ziński i Montelupi. Dalsze przykłady. Krwawe 
odwety. Konkiuzya 53 91 

Rozdział drugi: Sprawy domowe 93- 157 

I. Wolność czy niewola? Zameczki. Służba i cze- 
ladź zbrojna. Milicye domowe. Cudzoziem- 
skie żołdactwo. Hajduki i sabaty. Mieszkania. 
Zbytek. Zamki i dwory. ....... 95 129 

II. Fortuny. Gospodarstwo. Wywóz ziemiopło- 
dów. Niszczenie lasów. Popioły. Z roli i soli. 



VIII SPIS TREŚCI 

strona 

Żegluga. Dzierżawy. Z inwentarzy i testamen- 
tów. Obyczaj rycerski 130-157 

Rozdział trzeci: Plagi żywota 159- 254 

I. Tatarzy jako plaga chroniczna. Fatalistyczna 
rezygnacya. Rozprzężenie moralne. Wykup 
z jassyru. Alexander Bałaban i Jan Żółkiew- 
ski. Opowieść wypraw okupowych. Samo- 

zwańcy 161 -184 

II. Żołnierz swawolny. Związki wojskowe. Bez- 
karność buntowników. Wypłaty zaległego 
żołdu. Listy przypowiednie. Wybrańcy. Ciu- 
rowie. Werbunki zagraniczne. Ucisk wojskowy. 
Stacye. Lisowczycy 185-218 

III. Rozbójnidwo. Toporowski i Kostka. Opry- 
szki ziemi halickiej. Środki zaradcze. Herszto- 
wie szlacheccy. Beskidu icy. Bracia Białoskór- 
scy i bracia Policcy. Udział drobnej szlachty 

w rozbojach. Watahowie wołoscy 219 238 

IV. Zły sąsiad. Zatargi o miedzę. Ligęza i Hum- 
nicki. Zdradzieckie domy. Rosińscy. Obrazek 

z natury. Krwawe biesiady. Deprekacye. . . 239 - 254 

Rozdział czwarty: Amor i demon 255- 285 

I. Zajścia rodzinne. Tragedye domowe. Męźo- 
bójczynie. Beata Zawiszanka. Brat i siostra. 
Dramatyczna zagadka. Zofia Herburtowa i Ewa 
Podolecka. Piękna Helena. Mściwa świekra. 
Dwaj kochankowie. Piąty akt dramatu. Pani 
Klofasowa. Dramat w rodzinie Makowieckich. 257 -269 

II. Porywanie panien. Przyczyna raptów. Panna 
Halszka. Zosia Szpandowska. Kalinowski 
i Krystyna Strusiówna. Panna wojewodzanka 
Mniszchówna. Chorążanka Wyszogrodzka. 
Dramat grabownicki. Mieszczaneczka. Niedy- 

skrecya rodzinna. Mezaliansy 270-285 



SFIS TREŚCI IX 



Rozdział piąty: Rzesza szlachecka 287—350 

I. Drobna szlachta. Jej mnogość i stanowisko 
społeczne. Jej występowanie jako stan i jako 
ród. Jej stanowisko w walkach o unię. Wojna 

dwóch władyków 289- 320 

II. Drobna szlachta jako ród. Nagana szlache- 
ctwa i wywody rodowe. Kaduki. Krwawe 
odwety. Schłopienie. Ambicya stanu. Okazo- 
wanie. Rozrodzenie gniazd. Milites caligati. 
Pospolite ruszenie 321 — 350 

Rozdział szósty: Chłopi 351-411 

I. Infernus rustlcoranu Opieka królewska nad 
ludem. Akcya chłopów przeciw starostom 
i dzierżawcom. Glejty królewskie i ich lekce- 
ważenie. Inwentarze robót i danin. Nadzie- 
jów i Raków. Jerzy i Stanisław Krasiccy. 
Gminy Leżajskie. Komisye królewskie. Eko- 
nomia Samborska. Zamożność ludu. Osad- 

cowie 353—391 

II. Chłopi w dobrach szlacheckich. Przykład 
sądu na chłopa. Wypadki otwartego oporu. 
Opiekunowie ludu. Wybuch w roku 1648. 
Ihnat Wysoczan, dux primarius. Udział miast, 
księży i szlachty w buncie pokuckim. Kałusz 
jako stolica ruchu. Stłumienie buntu i odwet 392 411 



SPIS RYCIN 

ZAWARTYCH W TOMIE I. 



Strona 



Fig. 1. Ornamentyka z 451 tomu Aktów Gr. Lwowskich 16 
„ 2. Wieża więzienna, zachowana w ruinach zamku 
przemyskiego. (Rysunek uwidocznia piętro górne, 
przeznaczone na lekkie więzienie, i podziemia 
dla winowajców, odsiadujących karę in fundo, 
na samem dnie) 25 

3. Ornamentyka z 451 tomu Aktów Or. Lwowskich 48 

4. Szlachcic-zajazdowiec. (Według współczesnego 
sztychu K. Luykena w zbiorach Pawhkowskich) 64 

5. Lew Lorencowiczowski we Lwowie .... 77 

6. Inicyał z aktów Gr. Lwowskich 88 

7. Hajduk wielkopański. (Z ryciny współczesnej 
w zbiorach Pawhkowskich) . . . *. . . . 101 

8. Sabat. (Według statuetek w posiadaniu ks. Bat- 
thyany w Kormend) 105 

Q. Z zamku w Krasiczynie 109 

10. Z zamku w Krasiczynie 117 

11. Z zamku w Krasiczynie 121 

12. Wierzchowce magnackie w bogatych rzędach. 
(Według sztychu Stefana Della Bella) 125 

13. Zamek w Staremsiole 133 



SPIS RYCIN XI 

strona 

Fig. 14. Zamek w Staremsiole 141 

„ 15. Chorągiew nagrobna. (Ze zbiorów Muzeum 

Czartoryskich) 149 

„ 16. Ornament z Aktów Lwowskich XVn. w. . . 157 
„ 17. Pomnik Stanisława i Jana Żółkiewskich w kol- 

legiacie w Żółkwi 172 

„ 18. Regina Żółkiewska, żona hetmana. Z pomnika 

w kollegiacie żółkiewskiej 176 

„ 19. Wybraniec. (Z współczesnego malowidła w zamku 

podhoreckim) 188 

„ 20. Wybraniec. (Z współczesnego malowidła w zamku 

podhoreckim) 192 

„ 21. Dragon. (Z współczesnego malowidła w zamku 

podhoreckim) 197 

„ 22. Grupa Lisowczyków. (Współczesny szkic J. 

Callota) 201 

„ 23. Lisowczyk. (Współczesny szkic J. Callota) . . 205 
„ 24. Lisowczyk. (Według obrazu Rembrandta w zbio- 
rach Dzikowskich) 213 

„ 25. Rajtar. (Rysunek marginesowy z Aktów Gr. 

Lwowskich) 217 

„ 26. Herszt Beskidników. (Z współczesnego malo- 
widła) 229 

„ 27. Beskidnik. (Rysunek z Aktów Lwowskich) . . 237 
„ 28. Ornamentyka z Aktów Grodzkich Lwowskich 

(tom 451) 262 

„ 29. Władyka Atanazy Krupecki. Z pałacu biskupów 

gr. kat w Przemyślu 295 

W otoku portretu umieszczony następujący 

czterowiersz : 

Athanazy śmierć z swego wyrzucił imienia, 

Dobry to znak owczarni jego powodzenia; 

Był to pasterz Przemyski, cóż tera też myśli? 

Byśmy wszyscy do Nieba tamże za nim przyszli. 



XII SPIS RYCIN 

strona 

Fig. 30. Władyka Sylwester Hulewicz-Wojutyński. Z pa- 
łacu biskupów gi*. kat. w Przemyślu .... 303 

W otoku portretu umieszczony następujący 
czterowiersz : 

Sylwester Vester cóż był, zacni Przemyślanie? 
Że nie wiele pasł, trudno dać też o nim zdanie. 
Była w onym gorliwość wielka i staranie, 
Była i w drugim także. Bogu rozeznanie. 

„ 31. Monaster w Ławrowie 309 

„ 32. Krzyż (mirownik) cedrowy w złotem obramie- 
niu, zabytek z czasów naszego opowiadania, 
w skarbcu katedry ruskiej w Przemyślu . . . 313 
„ 33. Mitra władycza z skarbca katedry ruskiej w Prze- 
myślu 317 

„ 34. Typ szlachcica. (Ze zbiorów Pawlikowskich) . 325 
„ 35. Typ szlachcica. (Ze zbiorów Pawlikowskich) . 329 
„ 36. Typ szlachcica. (Ze zbiorów Pawlikowskich) . 333 
„ 37. Scena sejmikowa. (Z współczesnej ryciny w zbio- 
rach Pawlikowskich) 336 

„ 38. Grupa szlachty konnej. (Według sztychu St. 

Della Bella) 341 

„ 39. Chłop niemiecki, według rysunku A. Durera . 359 
„ 40. Torki pod Medyką z starożytną cerkiewką, która 
pamięta czasy naszego opowiadania. Rysunek 

Kielisińskiego 382 

„ 41. Chłopi polscy XVn. w. według rysunków Jana 

Matejki z współczesnych rycin i obrazów . . 397 
„ 42. Chłopi polscy i żydzi z XVI. i XVII. w. we- 
dług rysunków J. Matejki z współczesnych obra- 
zów i rycin 405 



ROZDZIAŁ PIERWSZY 



NIEDOSTATKI PRAWA 



Co za świat, co za świat ! Groźny, dziki, zabójczy. Świat 
ucisku i przemocy. Świat bez władzy, bez rządu, bezładu 
i bez miłosierdzia. Krew w nim tańsza od wina, człowiek 
tańszy od konia. Świat, w którym łatwo zabić, trudno nie 
być zabitym. Kogo nie zabił Tatarzyn, tego zabił opryszek, 
kogo nie zabił opryszek, zabił go sąsiad. Świat, w którym 
cnotliwym być trudno, spokojnym niepodobna. 

Takie jest pierwsze wrażenie, które się odnosi z czy- 
tania aktów grodzkicłi województwa ruskiego w pierwszej 
połowie XVH. wieku. Wrażenie odpychające, na prawdę 
bolesne. Uciec się chce z tego świata, od tych czasów 
i od tych ludzi, zostawić te księgi w pyle, tę przeszłość 
w zapomnieniu. Ale ten moment krytyczny jest rzeczywi- 
ście tylko momentem. Przezwyciężyć go łatwo — daleko 
trudniej byłoby przerwać czytanie. Zaczyna się oswajać 
z tym światem, poznawać tych ludzi, żyć z nimi poufnie, 
rozumieć te stosunki, a zrozumiawszy, wiele przebaczyć. 

Historya polityczna, trzymająca się wielkiego światła 
i szerokiego gościńca«, jak to pięknie powiedział Stryj- 
kowski, ogarnia dalekie horyzonty, ale oddaje wyraziście 
tylko pierwsze plany epok i wypadków. W aktach widzimy 
to, czego tam nie widać, widzimy drugi i trzeci plan dzie- 
jowego obrazu. Zbliżają one dziwnie stulecia, czasem aż 
w niebezpiecznym stopniu, bo stają się niekiedy z lunety 
mikroskopem. Synteza wielkiej historyi rozbija się w tych 



aktach znowu w życie, w ruch, w zjawiska, w pierwiastki, 
w przykłady, dokumenty; w kółka, ogniwka i sprężynki 
całego warsztatu ewolucyi społecznej. Nikt z tych aktów 
nie złoży historyi narodu, ale gdy je poznamy wszystkie, 
złożyć się z nich może historya naturalna Polaka. 

Ale pierwsze wrażenie nietylko, że przykre, ale co 
równie zniechęca: niejasne, bałamutne, prawie chaotyczne. 
Stoi się, jak gdyby przed stosem drobnych kamyczków roz- 
pryśniętych z tego, co było mozaikowym obrazem, jakby 
przed rozsypanym mechanizmem zegara, którego niepo- 
dobna tak złożyć, aby wskazywał i wydzwaniał godziny. 
Trzeba się dopiero uczyć tego życia na niem samem — 
zadanie tem trudniejsze, że t. zw. nauki* pomocnicze w lite- 
raturze naszej historycznej bardzo niedostatecznie były 
uprawiane i że przedewszystkiem brak jest dotkliwy prac, 
któreby traktowały prawo polskie, ten główny klucz do 
zoryentowania się w dawnem życiu naszem, w jego pra- 
ktycznej, niejako aktualnej relacyi nietylko z organizacyą 
i czynnością instytucyj publicznych, ale także z codzien- 
nemi sprawami i zwyczajami społeczeństwa. 

Po takiem oswojeniu się ze światem, od którego 
dzielą nas trzy wieki, zaczyna łagodnieć pierwsze wraże- 
nie. Powiadamy sobie, że przecież nie cały świat jest w tych 
aktach, że nie wszystkie objawy życia w nich się zawarły, 
że to są przeważnie akta prawne i sporne, protestacye 
i pozwy, obdukcye, wizye i t. p., a więc materyał obyczajowy 
pośredni, jednostronny, a o ile jest procesowej natury, 
nie zawsze i nie we wszystkiem wiarygodny. Pocieszamy 
się dalej spostrzeżeniem, że nie wszystko, co tam czytamy, 
stało się istotnie, że wobec zasady: acta nemini denegan- 
tiir, przyjmowano do ksiąg bez kontroli i krytyki urzędo- 
wej wszystko, co się komu podobało wnieść do nich: 
rekognicye bajek, manifestacye o zmyślonych wypadkach, 
wybryki satyryczne, paszkwile, oskarżenia podyktowane 
złością tylko i imaginacyą. Pocieszamy się doświadczeniem. 



którego rychło się nabywa, że w prołesłacyach o gwałty, 
o zajazdy I zabójstwa bywa najczęściej wielka przesada 
i że trzeba zawsze czekać, czy reprotestacye, pozwy, skru- 
tynia, a w końcu wyrok, a gdy i ten nie wystarcza, jeśli 
zaocznie wydany, czy sam fakt odbycia kary lub przejedna- 
nia strony potwierdzą zarzut jakiejś zbrodni, i że często 
takiego potwierdzenia nie ma. Bierzemy na uwagę, że po 
za tymi ludźmi, co się zaciekle pieniali, zajeżdżali zbrojno 
sąsiadów, srożyli się nad słabszymi, rozbijali i zabijali, 
istniała przecież większość spokojna, poczciwa, szanująca 
prawa boskie i ludzkie. Przychodzimy do przekonania, że 
przy niepojętych nam dziś brakach prawodawstwa i jeszcze 
trudniejszym do pojęcia niedostatku władz wykonawczych 
i policyjnych, trzeba było idealnych ludzi, aby było lepiej, 
niż bywało ; a w końcu pocieszamy się faktem, że równo- 
cześnie we wszystkich sąsiednich krajach 
działo się nie o wiele lepiej, jeźli nie równie 
źle albo jeszcze gorzej, niźli w Polsce. 

Ale nie bójmy się cieni na obrazie przeszłości. Nie 
zgaszą one światła a dadzą wypukłość. Wygląda to na 
, paradox, a przecież tak jest: Miarą wysokich przymiotów 
polskiego społeczeństwa są jego przywary. Miarą jego 
żywotności jest jego anarchia. Miarą jego światła są jego 
cienie. Bo gdzie drugi naród, coby tak, jak Polska, bez 
rządu był potężnem państwem, bez stałego żołnierza 
odnosił wielkie zwycięstwa, bez wewnętrznej zgody zdo- 
bywał się na taką jedność w patryotyzmie? Sarniatoriun 
virtus veluti extra ipsos. Cnota Polaków po za Polakami. 
Patrząc z osobna i z blizka na pewne epoki i objawy 
przeszłości, zda się nam, że to prawda, że nie ma w nich 
ani światła ani chwały. Obejmując jednak całe horyzonty 
wieków, widzimy, że jest i światło i chwała. Jest jakby 
po za Polakami, a przecie z nich, od nich i przez nicłi, 
jest w rasowym geniuszu, w zbiorowej duszy, w dziejowej 
emanacyi narodu. 



I. 

Laudatores temporis acti. Klątwa bezkarności. Brak 

WŁADZY WYKONAWCZEJ. In RECENTI. PRAWNE WYBIEGI. SAL- 
VUS CONDUCTUS. STAROŚCIŃSKIE EGZEKUCYE MOTA NOBILI- 

TAS. Kary kompromisowe Wieża. Banicya i infamia. 
Labirynt procesowy. Intromisye. Woźny. 

Odwoływanie się do dawnych lepszych- czasów 
jest tęsknotą do ideału, cofniętego w przeszłość. Jak pra- 
gniemy, aby było, tak nam się zdaje, że niegdyś było. Gdyby 
się opierać przyszło na samych głosach laudatorów tem- 
poris actiy dla których zawsze minione czasy były złotym 
wiekiem prawości i cnoty, trudno by było oznaczyć porę, 
w której zaczęła się anarchia społeczna w Polsce; posu- 
wać by trzeba początek skażenia obyczajów ciągle naprzód, 
albo jak kto chce, cofać epokę cnoty ciągle w tył, choćby 
do Piasta. Aby nie bardzo wychodzić po za chronologi- 
czne ramy, w które ujęliśmy tę pracę, wspomniemy tylko, 
że dla chwalców przeszłości z pierwszych lat WII. wieku 
taką błogosławioną porą społecznej cnoty były jeszcze 
ostatnie lata Zygmunta Augusta a nawet tak niedawny 
a krótki okres Batorego. Wszystko złe było dopiero dzi- 
siejsze, co najwyżej wczorajsze. Ale pominąwszy już głosy 
pisarzy naszych z najlepszej pory Zygmuntowskiej, nie 



NIEDOSTATKI PRAWA 7 

brakło przecież innych świadectw, aby najuporniejszych 
wielbicieli minionego czasu przekonać, że to popsucie spo- 
łecznego ładu, to zdziczenie obyczajów, jakie opłakują 
w spółczesnem sobie pokoleniu, było niestety w bardzo 
znacznej mierze spadkiem tej błogiej na pozór przeszłości, 
klątwą niejako dziedziczną, i nie urosło z samego uspo- 
sobienia spółczesnego społeczeństwa, ale miało swój za- 
wiązek w odległych wiekiem przyczynach, że było tylko 
pogorszeniem jednej i tej samej choroby, nurtującej w orga- 
nizmie polskim, a w miarę rozwoju swego wybuchającej 
coraz to ostrzejszemi symptomatami. 

Jeżeli w pierwszych zaraz latach panowania Zygmunta 
III. przyszło do ^zapalenia wszystkiej przemyskiej ziemia, 
która nas w tej pracy także specyalnie obchodzi, to był 
to już dalszy tylko a coraz gorszy skutek opłakanych, 
anarchicznych obyczajów w tej części Polski, jakie nam 
tak żywo skreślił Orzechowski w swoim liście do Jakóba 
Przyłuskiego,') była to już spuścizna czasów Zygmunta 
Augusta, który wszystko, na co się skarżył Orzechowski, 
stwierdza w mandacie swoim do przemyskiego starosty, 
gdzie czytamy, że z powodu bezkarności i niewykonywa- 
nia dekretów wzrosła tak straszliwie zuchwałość mężo- 
bójców, że w przemyskiej ziemi już nikt nie jest pewny 
życia«.*) Kto w tych czasach, o których mówimy, tęsknił 
do stosunków niedawnej pory Batorego, ten zapominał, 
że już Zygmunt August odumarł kraj w takim upadku 
instytucyj publicznych, że >została się tylko sama forma 
prawa, z której nikt nie miał korzyści, wyjąwszy rzeczni- 
ków, woźnych i pisarzy, że niespełniane były wcale wy- 
roki, a zbrodniom prywatnym nie było miary i granicy,^^) 

UwAOA: Skrócenie Agr. oznacza Akta grodzkie. 

*) Orichoviana, str. 99—112. 

*) Agr. Przemyskie, tom 24 p. 660. 

•^) Orzelski, Bezkrólewia, II. 61. 



8 NIEDOSTATKI PRAWA 

zapominał, że już właśnie sam Batory wkrótce po objęciu 
rządów w uniwersale swoim do szlaclity wypowiedział 
straszne zaprawdę słowa: » Nierząd wszystkie obyczaje 
psuje, na którycłi miejsce nastąpiły srogie zbrodnie, mężo- 
bójstwa, gwałty, łupieztwa, mordy, z rusznic zabijania, 
wszeteczeństwo, krzywoprzysięstwo, zbytki, utraty i in- 
nycłi wiele szkaradnych! występków.« *) 

Co za regestr! Co za werdykt na społeczeństwo, 
wydany przez człowieka, który widział może tem- lepiej, 
że nie był jego synem i patrzył nań obcem okiem 
a z wyżyn naczelnego stanowiska. Niestety, w sądzie tym 
nie było tak wiele przesady, chociaż go dosłownie nikt nie 
weźmie. Tak było po części, a że tak być mogło a nawet 
być musiało, temu główną przyczyną to wielkie nie- 
szczęście społeczeństwa polskiego, ciężka klątwa przeszło- 
ści: bezkarność. Nie brak prawa zgubił obyczaje, ale 
brak władzy, nie brak sankcyj karnych, ale brak ich wyko- 
nania. Wiemy, że prawa były dorywcze, niedostateczne, 
niestanowcze, niejasne i pełne niekonsekwencyi, ale to było 
mniejsze złe, stokroć gorszem było to, że były bezsilne, 
że istniejąc a nie działając, już samem tem martwem swo- 
jem istnieniem robiły niekiedy więcej szkody, niż gdyby 
ich wcale nie było, niż gdyby bieg spraw społecznych po- 
zostawiony był samym instynktom moralnym ludzi, przy- 
rodzonemu ich sumieniu i wyrabiającym się z społecznej 
konieczności zwyczajom. Bo przychodziło do tego, że kto 
chciał, aby prawo było wykonane, sam je wykonywać 
musiał, a wtedy nie mogło być inaczej, jak tylko, że prawa 
stawały się pozorem, legalnym tytułem występków, narzę- 
dziem gwałtu, środkiem przemocy, sankcyą samowoli. 

Dwa kardynalne warunki społecznego bytu: bezpie- 
czeństwo życia i bezpieczeństwo mienia były zachwiane; 

*) Źródła Dziejowe, Stefan Batory pod Gdańskiem 

p. xin. 



NIEDOSTATKI PRAWA 9 

ani jedno ani drugie nie miało dostatecznej opieki. Zabi- 
jano otwarcie i skrycie, po domach, po drogach i rynkach 
miejskich, na sejmikach, zjazdach, bankietach a nawet i są- 
dach, zabijano o co bądź, a zabijano bezkarnie. O zie- 
mio nasza, jakoś wiele krwi w się nabrała ! — woła z bole- 
ścią Skarga — jako z niej wiele głosów Ablowych puszcza 
się o pomstę wołających !«^) Górnicki pamiętał jednego, 
którego mianować nie chce, który za króla Zygmunta Sta- 
rego dwadzieścia głów zabił i umarł swą śmiercią, a do 
żadnej mu kaźni nie przyszło -) — cóżby dopiero powie- 
dział, patrząc na to, co się działo w województwie ruskiem 
w czasach Zygmunta III. a osobliwie w ziemi halickiej 
i przemyskiej! Są lata, w których akta tych ziem jakby 
ociekały krwią; co trzecia prawie stronica zapisuje pre- 
zentacyę trupa ( praesentatio cadaverls) lub obwołanie 
głowy (prodamatio capitis), co druga uderza nagłówkiem: 
A, vulneratuSy B. saucius, C, laesus, D, concussus, 

A przecież istniały prawa przeciw mężobójcom. Były 
one bardzo łagodne, bo nikt prawie prócz chłopa nie dawał 
głowy za głowę, nie płacił życiem za życie, ale gdyby i ta 
sankcya karna, jakkolwiek nie stała w sprawiedliwym sto- 
sunku do ciężkości winy, była bezwzględnie i zawsze wy- 
konywana, zabójstwa niewątpliwie byłyby w Polsce bardzo 
rzadkie. Tymczasem bywały pory, zwłaszcza w pierwszej 
połowie panowania Zygmunta III., w których trzeba było 
szczególnego nieszczęścia lub wielkiej osobistej pokory, 
aby uledz karze w rzeczywistym jej rygorze. Przypomnijmy 
sobie w zwięzłem streszczeniu najważniejsze szczegóły 
karnego prawodawstwa w Polsce. Szlachcic, który zabił 
szlachcica bronią sieczną lub obuchową, podlegał pier- 
wotnie karze siedzenia na dnie wieży przez rok i 6 tygo- 



Kazania Sejmowe. Wydanie Turowskiego p. 129. 
*) Rozmowa Polaka z Włochem. Wyd. Turow- 
skiego str. 19. 



10 NIEDOSTATKI PRAWA 

dni i musiał zapłacić za głowę zabitego 120 grzywien, 
konstytucya z r. 1588 podwoiła tylko sumę główszczyzny, 
nie podnosząc kary więziennej. Szlacłicic, który zabił szla- 
cticica z broni palnej, podlegał według tejże samej kon- 
stytucyi karze podwójnej : siedzieć miał in fundo dwa lata 
i 12 tygodni i zapłacić za głowę zabitego 480 grzywien. 
Krewni zabitego mieli obowiązek ścigać prawem zabójcę, 
mieli najdalej do dwunastu niedziel wnieść w grodzie pro- 
testacyę czyli ob wiedzenie głowy; ktoby się od tego uchylił 
i najdalej do roku o zbrodnię nie pozywał w tym celu, 
aby głównik t. j. zabójca uszedł bezkarnie, miał ponieść 
taką samą karę, jak gdyby sam dopuścił się zabójstwa; 
jednać się tedy z zabójcą prawo wzbraniało surowo. Odyby 
zabity nie miał krewnycłi, konwikcyę głowy przeprowadzić 
ma sam urząd grodzki. 

Kto zajedzie dom i gwałtu się dopuści, traci maję- 
tność swoją i poczciwość ipso iure et facto. Szlachcic, 
który szlachcica gwałtem pojmał, ma być karan winą 120 
•grzywien i jednym rokiem wieży pro poena publica a nadto 
ma tyle troje siedzieć, jak długo w więzieniu trzymał. 
Rusznic niewolno zażywać na sądach, zjazdach i biesia- 
dach, a ktoby kogo na tych miejscach zabił lub ranił 
z rusznicy, ten nietylko za zabitego główszczyznę a ran- 
nemu nawiązkę płacić ma, ale ipso facto gardłem karan 
być ma et poena infamiach) Rany zadane szlachcicowi 
opłacają się według osobno uchwalonej taryfy.'^) Niepod- 
danie się dekretom sądów królewskich i trybunalskich, 

») Konstytucyez lat 1576, 1588, 1601. Yolumina Le- 
gam, wyd. petersburskie t. II. pp. 172, 255 — 6, 402. 

-) Krwawa rana kosztowała 20 grzywien, sina 6 groszy 
z winą sądową, obliczna rana znaczna 30 grzywien, ucięcie 
każdego palca 30 grzywien, wybicie zęba 20 grzywien; chro- 
mota wieczna na nodze, ręce, tudzież oślepienie, także ucięcie 
nosa kosztowało połowicę głowę, a więc 120 grzywien. Kon- 
stytucya z r. 1588, Vol. Leg. II. p. 255. 



NIEDOSTATKI PRAWA 11 

nieodsiedzenie wieży, nieopłacenie główszczyzny i t. p., 
wogóle nieuczynienie zadość prawu pospolitemu i jego 
sankcyom karnym pociąga za sobą najwyższą karę, jaką 
rozporządza sprawiedliwość: wywołanie i infamię. 

Oto w krótkości wszystko, co miało strzedz życia, 
zdrowia i wolności osobistej. Mało tego, ale jak powie- 
dzieliśmy, i to, gdyby było surowo i ściśle przestrzegane, 
byłoby wystarczyło do zapobieżenia występkom, bo Włoch 
Górnickiego ma zupełną racyę, kiedy powiada: -Gdyby 
ustawicznie sądzono kryminały, maluczkoby tu było zbro- 
dni, bo natury wasze polskie dobre są, karne, łaska- 
we, dobrotliwe . Niestety kryminałów ustawicznie nie 
sądzono. Sprawy cywilne szły do trybunału, sprawy wy- 
bitnie kryminalne na sądy królewskie czyli sejmowe. Sejm 
zwoływany był raz co dwa lata i trwać miał sześć tygodni, 
a i w łycłi odstępach czasu często nie dochodził, jakżeż 
można było myśleć, aby wszystkie sprawy kryminalne, 
nagromadzone przez dwa lata, mogły być osądzone w tak 
krótkim czasie i to przy nawale spraw sejmowych? -Spra- 
wiedliwości nie masz; przez sejm cały, ledwie osądzim ze 
dwa kryminały<' — powiada poeta Grochowski, a Górnicki, 
ten najdowcipniejszy i najbystrzejszy krytyk instytucyj pol- 
skich, tak przedstawia praktyczne następstwa tego urzą- 
dzenia: ^Najedzie kto kogo na dom wnet po sejmie i za- 
bije. Naprzód to wygrał, iż ma frysztu dwie lecie, a tym- 
czasem zabije już i drugiego i trzeciego i dziesiątego 
a może tak długo bić, aż go samego zabiją. Tu obacz, że 
wszyscy, które ten mężobójca po owem pierwszem mężo- 
bójstwie pobił, byliby byli żywi, by ten był zbrodzień po 
pierwszem mężobójstwie pozy wan i skaran. Przez siedm- 
naście sejmów za szczęśliwego panowania króla naszego — 
woła Skarga — ledwie kilaś o najazdy i o zabijanie i o krew 
skarano, a mężobójców i krwie wylewców i najezdników 
sąsiad bez liczby się w oczach wszystkich urzędów włó- 



12 NIEDOSTATKI PRAWA 

czy.< ^) Za tem poszło, że o sprawy stanowczo krymi- 
nalne, jak n. p. zajazdy połączone z gwałtami i zabój- 
stwami, nie pozywano criminaliter ale chilitery aby tym 
sposobem rzecz przyspieszyć i przecież doczekać się nare- 
ście wyroku. 

Ale gdyby nawet sądy odbywały się i częściej i dłu- 
żej, gdyby nawet były czynne stale, szybkiemu wymiarowi 
sprawiedliwości stanęła by na zawadzie owa nietykalna 
zasada, palladyum i smutna chluba szlacheckiej wolności: 
Neminem captivabimus nisi iure victum, która nie pozwa- 
lała pojmać osiadłego szlachcica nawet po spełnieniu naj- 
oczywistszej zbrodni, chyba na gorącym uczynku, in re- 
centiy co się bardzo rzadko zdarzało, zwłaszcza gdy gwał- 
townikiem był możniejszy szlachcic, otoczony zawsze 
zgrają zbrojnej czeladzi, i co zresztą w razie możliwości 
takiego pojmania było rzeczą o tyle utrudnioną, że sta- 
rostowie przyjmowali do więzienia pojmanych prywatnie 
złoczyńców tylko pod warunkiem, że utrzymywani będą 
kosztem, wiktem i pod strażą — cara, custodia et victu — 
tego, który ich pojmał i dostawił. 

Pojmanie osiadłego szlachcica na gorącym uczynku 
i odstawienie go do grodu spotykamy też bardzo rzadko 
w aktach województwa ruskiego, a i w tych rzadkich wy- 
padkach uwięziony nie pada ofiarą gorącości prawa , ale 
najczęściej wyręczony przez krewnych i przyjaciół, opusz- 
cza więzienie, a sprawa bierze w dalszym ciągu zwykły, 
leniwy i niepewny obrót i nie kończy się mieczem, ale 
wieżą lub prostem odprzysiężeniem. Jedyny wypadek, 
w którym szlachcic, pojmany in recenti na zabójstwie, 
daje gardło pod miecz po straszliwie skróconej procedu- 
rze, zapisały nam pod rokiem 1596 akta trembowelskie.-) 
Ale i tu chodzi o chudopachołka, na którego głowę na- 

*) Wezwanie do pokuty. Wyd. Tur. str. 128. 
*^) Agr. Trembowelskie, tom. 102 pp. 1401- 7. 



NIEDOSTATKI PRAWA 13 

staje możniejszy szlachcic, a cała rzecz odbywa się tak 
doraźnie, z takim terroryzmem, z taką mściwą porywczo- 
ścią, z tak stronniczem odjęciem oskarżonemu środków 
obrony, że robi wrażenie improwizowanego okrucieństwa 
i jest tylko krwawym kontrastem owej pospolitej bezkar- 
ności, którą nazwaliśmy klątwą czasów. Wypadek ten 
nietylko rzadkością swoją, ale i z tego powodu zasługuje 
na uwagę, że daje nam wyobrażenie, jak wyglądała w pra- 
ktyce >gorącość prawa<, akta podają nam bowiem całą 
ostateczną rozprawę czyli t. z. actum controversiae. Oto 
wielce charakterystyczny przebieg rzeczy: 

Dwaj szlachcice ziemi trembowelskiej, Stanisław Ło- 
boski i Arnulf Chocimirski, toczyli z sobą proces zacięty 
i uporczywy. Chodziło o małą sumę, bo zaledwie o 50 zł., 
ale spór tak się zajątrzył i rozognił, że przyszło do namiętnej 
osołDistej nienawiści. Nieszczęście chciało, że obaj spotkali się 
w Kamieńcu; przyszło do czynnego starcia i Chocimirski 
padł z dłoni Łoboskiego. Krewny Chocimirskiego, Paweł 
Ciemierzyński, pospieszył mu z pomocą, ale przybył za 
późno, aby uratować mu życie, pojmał jednak Łoboskiego 
na miejscu utarczki i odstawił go do grodu. Nastąpił na- 
tychmiast sąd na winowajcę. -Naprzód uczynił przemowę 
p. Ciemierzyński od strony powodowej — czytamy w akcie 
kontrowersyi — uskarżając się żałobliwemi, a na poły po- 
pędliwemi słowy na p. Łoboskiego, iżby on miał gwałto- 
wnie, umyślnie, nie mając żadnego zajścia i przyczyny do 
nieboszczyka Chocimirskiego, onego zatracić. Tego doma- 
wiając szerokiemi słowy swemi, uderzył mową swą, iż do 
tej niewinności naszego powinnego nie zdobędziem się na 
instygatora do sprawy, a ten p. Łoboski będzie tak szczę- 
śliwy, iż mu się zarazem także zły, niebaczny człowiek, 
fautor et defensor jego haniebnego uczynku, znajdzie, i wi- 
dzę, że go już ma za sobą nagotowanego.< 

Ciemierzyńskiemu chodziło o to, aby odstraszyć 
obrońcę oskarżonego, niejakiego Jana Tchorzewskiego, któ- 



14 NIEDOSTATKI PRAWA 

remu też, jak się wyraża dalej akt kontrowersyi, z niema- 
łem ubliżeniem sławy jego sromotnemi słowy łajał i gro- 
źbami, pełnemi odpowiedzi, oddać mu to obiecował przed 
tym urzędem... Zatem jął p. Ciemierzyński prosić o insty- 
gatora, aby przydany był na stronę p. Cliocimirskiego, 
o czem były preces, aby się p. Zakrzowski tego podjął 
i przydawał go p. podstarości, lecz on się tego nie cłiciał 
podjąć, gdyż po temu czasu swego nie miał.<v 

>Tedy sam p. Ciemierzyński rzekł te słowa: >Ja sam 
jestem tej sprawy instygator jako przyjaciel i przywiązany 
krwią opiekun, a tak proponuję na niego, jakom wyżej 
nadmienił.<^ A tamże stojąc oblicznie szlacłietny Stanisław 
Łoboski, będąc zdrowy na ciele i umyśle, sam przez się 
rzekł ; 

>Wiem, iż się nieszczęsny casiis trafił; jestem w ręku 
i w mocy; nie proszę o więcej, tylko, aby to między mną 
a między onym było uznano, kto komu do tego przyczynę 
dał, bowiem gdym był w domu swym, cłicąc do obiadu 
sieść, tamże dwaj słudzy moi przyszli, powiadając mi, że 
p. Chocimirski z tym umysłem w domu był, pytając o mnie 
u Pawełkowej wdowy, gdziem przedtem miał gospodę, 
a dowiedziawszy się, gdziem stał, umyślnie z sługami 
i wielu inszych przyjaciół do gospody mej przyszedł, i na 
cłiłopca mego, który zamykać drzwi poszedł był, naprzód 
z łuku strzelił, zatem wpadłszy do dworu sługę mego 
Wałowskiego ranił szkodliwie, i tak bacząc go już dobrze 
zajuszonego, że się nie dał łiamować, musiałem się bronić 
i jakom mógł, odpór dawałem, i Bóg Wszechmogący niech 
mi będzie świadkiem, a niech mnie odeszle na męki ogniowe 
piekielne, bodaj dusza moja w piekle gorzała, iżem mu 
do tego przyczyny nie dał, anim do niego w dom nacho- 
dził. Lecz to, co i jako było, dawam o sobie sprawę, tylko 
proszę o sprawiedliwy sąd.« 

Zabiera teraz głos obrońca oskarżonego, podno- 
sząc, że i na gorącem prawie trzeba dobrze wysłuchać 



NIEDOSTATKI PRAWA 15 

tę rzecz, a wysłuchawszy i kontrowersyę popisawszy tak, 
iżby już ani ta ani owa strona nie myliła, ani więcej przy- 
taczała, choć na prędce poterminować, co kto mówi. Pro- 
szę o słuchanie, łaskawy panie urzędzie! Cńmen facti 
obudwu stron na placu stoi ; quod fadum adum, lecz du- 
bius evenłus litis. Kto czego nie szuka, ten nie najdzie, 
a kto czego szuka, ten najdzie. Pan Łoboski, który onus 
causae na sobie niesie, to przezemnie mówi : iż to uczynił 
broniąc swego żywota; jeśli się okaże z inkwizycyi albo 
z powieści świadków wiele wiarygodnych, że tak jest, 
jako p. Ciemierzyński mówi, za to poenas criminales; jeśli 
się też pokaże, że on w domu swoim spokojen był, tedy 
ujść ma gorącości prawa. A to i pan Jerzy Zieleniecki 
w tenże czas będąc postrzelony, da sam świadectwo, iż 
nie p. Łoboski do p. Chocimirskiego, ale p. Chocimirski 
do p. Łoboskiego szedł, et ad hanc inguisitionem zeszlij 
Wmość wiarygodnego, aby i jego świadectwo było w jedno 
zgodzone. Interim, jakie prawa między obiema stronami 
były, z tych Wmości trzeba uznawać, który się nie chciał 
usprawiedliwić. Nieboszczyk p. Chocimirski w młodości 
swojej chciał mieć i pieniądze i majętność, dał się pozy- 
wać, a na ostatek chciał i wygrozić, mając około siebie 
przyjacioły dosyć znaczne, co iż to nie tajemne jest, jeszcze 
sprawa jego w regestrze ad terminos guerellarum stoi 
wpisana nierozparta, a za tą tragedyą nie będzie miała 
końca. A tak proszę posłać do p. Zielenieckiego i do tych, 
którzy widzieli i słyszeli, iż nie p. Łoboski ale p. Choci- 
mirski dał przyczynę. < 

Sąd grodzki, a jest nim w rzeczy samej tylko sam 
jeden podstarości Walenty Pliszkowski, odrzuca to żąda- 
nie oskarżonego, a kiedy jego obrońca czyni ruszenie za 
dworem, t. j. odwołuje się przeciw temu do sądów kró- 
lewskich, odrzuca i tę apel^cyę, dekretując, że oskarżony 
ma direde respondere. Winowajca czyli pryncypał, bo to 
była nazwa używana, protestuje przeciw odjęciu sobie 








m 



\tno 




Fig. 1. 
Ornamentyka z 451 tomu Aktów Gr. Lwowskich. 



NIEDOSTATKI PRAWA 17 

Środków obrony i oświadcza, >że gdzieby mu się w tej 
mierze gwałt miał stać przez prawo, na potem to swoim 
sukcesorom zacłiowuje, czynić o to prawem, jako przy- 
muszony do dalszego postępku . Nie prze się tego — 
mówi delinkwent — że się stało mężobójstwo, ale z jego 
przyczyny in defensione vitae meae, i to nie wiem, przez 
którego sługę mego, który jeden z gorącego prawa uszedł. 
Kto dał przyczynę. Pan Bóg sam wie, a scrutinium to, 
o które silnie proszę, okaże, a tak biorę sobie na scruti- 
nium w tej sprawie do jutra. 

Sąd odrzuca i tę prośbę o jeden dzień delaty celem 
uzupełnienia śledztwa. Ponawia ją błagalnie Łoboski mó- 
wiąc: »Też wszystkie obrony me wcale sobie zachowy- 
wam i do nich się odwoływam, prosząc o dylacyę na 
krótki czas do jutra na inkwizycyę albo scrutinium; do 
tego, abym wżdy żonę i czeladź sporządził; niech gwałtu 
jako koronny syn w tem nie odnoszę. Uznajcie WMość 
panowie z tego scrutinium^ że być mogę próżen gorącości 
prawa. Proszę o miłosierdzie, o nieskwapliwość do małego 
czasu, abym tylko żonę oglądać mógł. 

Na ostatku p. Tchorzewski (obrońca) jako sfukany 
groźbami niemałemi, wody wodą próżno mierzyć nie chcąc, 
rzekł: Mam wolny umysł mój, czyniąc dosyć tym przemo- 
wom ze strony p. Łoboskiego. Tegom nie uczynił za na- 
jem, za obietnicę, za przyjaźń, nieprzyjaźń, lecz tylko sa- 
mego Pana Boga się bojąc a według miłości bliźniego, 
którą każdy chrześciański człowiek powinien okazać do 
ostatniego stopnia grobu jego. To, co się mówiło, i teraz 
mówię, to czego się prosiło, i teraz proszę, lecz iż też po 
sobie dekretu żadnego nie mam, solenniter obtestor, za- 
czem chociażbym co najmędrszego mówił do prawa, a vi 
et iudicio et potestate Uli attributa onego samego filozofią 
nie wydrę. Deus videat! Ale to samo na mnie tak zrozu- 
mieć przyszło, bym się sam oponował gardło zań stawić, 
mając takiego instygatora przeciwko sobie, który nietylko 

2 



18 NIEDOSTATKI PRAWA 

na pryncypale ale też radby i na prokuratorze (t. j. obrońcy) 
też winy otrzymał. A urząd u niego w mocy będąc 
i na jego się severitatem oglądając, tak już niech skaże, co 
rozumie. A zatem ostatek milczeniem zbywam. « Po tem 
przemówieniu próbuje jeszcze obrońca uratować głowę 
Łoboskiego, wnosząc, aby sąd pozwolił mu odprzysiądz 
się samosiedm, t. j. z sześciu świadkami, że mężobójstwa 
tego bezpośrednio nie winien. Wniosek ten sąd odrzuca 
i feruje wyrok śmierci. Łoboskiego natyclimiast ścięto. 
Wdowa straconego wytacza pozwy podstarościemu, nie 
dowiadujemy się jednak z aktów, jaki był skutek wytoczo- 
nego procesu. 

Wyjątkowy to, jak powiedzieliśmy, i osamotniony fakt 
»gorącości prawa« — w regule nietylko ukaranie ale na- 
wet samo tylko uwięzienie winowajcy in recenti było utru- 
dnione i najczęściej całkiem udaremnione, a jeżeli nie od- 
było się dosłownie w chwili czynu i na samym czynie, in 
manuali facto, narażało na przykrą odpowiedzialność i na 
ciężkie niekiedy kłopoty podstarościego czy też innego 
urzędnika grodu. Wymowny tego przykład znajdujemy 
w aktach sanockich. W górach tamtejszych pod Hołucz- 
kowem przebywał na ustroniu szlachcic nieosiadły w tej 
okolicy, niejaki Piotr Rambułt, którego domostwo uchodziło 
za schronienie rozbójniczym łotrzykom i za schowek zra- 
bowanych przez nich rzeczy. W r. 1634 wracał z jarmarku 
jarosławskiego bogaty kupiec z Krotoszyna, żyd Jeleń, który 
wiózł z sobą 70.000 złr. gotówką. Niedaleko Jarosławia, 
w osławionej karczmie pod Bukiem, zasadziło się na 
niego kilku opryszków szlacheckiego pochodzenia, a kiedy 
Jeleń minął karczmę, opadło go na odludnej drodze i złu- 
piło do nitki. Łotrzykowie ci należeli do bandy, która miała 
swoją główną kwaterę u wspomnianego Piotra Rambułta 
pod Hołuczkowem, tam też udali się wprost z pod Jaro- 
sławia, aby zadeponować swoją bogatą zdobycz. Odtąd 
już ich oko ludzkie nie oglądało więcej. Chodziła wieść. 



NIEDOSTATKI PRAWA 19 

Że chciwość popchnęła gospodarza do zdrady i morder- 
stwa, i że przy pomocy swego pasierba Samuela Krawiń- 
skiego i niejakiego Załuszkowskiego skrytobójczo zamor- 
dował wszystkich trzech opryszków a ciała ich pogubił, 
to jest zakopał czy też utopił. Ale żyd Jeleń, który uszedł 
był z życiem z napadu, wyśledził złoczyńców aż do Ho- 
łuczkowa i udał się do urzędu grodzkiego w Sanoku 
z skargą i prośbą o sprawiedliwość. Podstarości sanocki 
Jan Pieniążek rozwinął tym razem niezwykłą energię , wy- 
ruszył z gronem szlachty do Hołuczkowa, pojmał Rambułta, 
okuł i osadził w wieży zamkowej. 

Cóż tedy dalej ? Oto żona uwięzionego, Beata, zanosi 
protestacyę przeciw uwięzieniu męża, opierając się na wy- 
raźnem prawie, że szlachcica osiadłego nie wolno imać 
i więzić, chyba schwytanego na gorącym uczynku. Rambułt 
wprawdzie nie posiadał majątku w Sanockiem, ale posia- 
dał coś gdzieś indziej, i nie był schwytany in recenti, nie 
wzięto go na samym uczynku. Beata wytacza sprawę przed 
trybunał i sama spieszy do Piotrkowa, aby poprzeć ją oso- 
biście. Skutek był rychły i stanowczy. Trybunał orzekł, że 
urząd grodzki naruszył prawo i nietykalność szlachecką, 
nakazał Rambułta bezzwłocznie wypuścić z więzienia, ska- 
zał podstarościego na karę 120 grzywien i na rok wieży 
pod rygorem banicyi, a żyda Jelenia za to, że spowodo- 
wał uwięzienie, na 240 grzywien pod infamią i gardłem.. 
Sama istota czynu, zbrodnia ciężka i oczywista, pozostała 
na boku, poszła na nieskończenie daleki plan osobnego 
procesu, Rambułt po Q tygodniach odzyskał wolność i zu- 
pełne bezpieczeństwo swojej osoby aż do przyszłego wąt- 
pliwego dekretu, podstarości wyleczył się radykalnie z swo- 
jej niewczesnej energii, a złupiony Jeleń odszedł tym ra- 
zem dosłownie z kwitkiem, bo z poświadczeniem, że pod 
grozą miecza zapłacił grzywnę.^) 

^) Agr. Sanockie, tom 152 pp. 393— 5, tom 153 pp. 
790—1, 812 i tom 154 pp. 42—55. 

2* 



20 NIEDOSTATKI PRAWA 

Dalszą niemniej zgubną dla publicznego bezpieczeń- 
stwa zasadą było: Nemine iristigante reus absolvitur. Nie 
było właściwie władzy, któraby ścigała zbrodnie z urzędu, 
bez względu na to, czy kto prywatny skarży lub nie 
skarży — ściganie takie było wprost niedozwolone. Do 
przestępstw politycznej i skarbowej natury był instygator, 
ale i temu ścigać i pozywać nie było wolno bez delatora. 
Odzie nie było delatora, tam nie było pozwu, ścigania, 
dochodzenia, tam, jakby nie było zbrodni, choć zbrodnia 
się stała otwarta, oczywista, wszystkim i samej władzy 
wiadoma, o pomstę wołająca. Przy jednej tylko zbrodni 
mężobójstwa musiał być delator, oskarżyciel, ale prywatny. 
Prawo nakładało obowiązek delatorstwa i pozywania za- 
bójcy na krewnych zabitego, jak już wiemy, pod rygorem 
tej samej kary, jakiej podlegał sam zabójca. Miało to zapo- 
biegać bezkarności, ale akta grodzkie tych czasów, o któ- 
rych piszemy, zawierają niestety dowody, że tak nie było, 
że umiano obchodzić i to na pozór tak stanowcze i surowe 
prawo. Bliższy lub dalszy krewny zabitego oskarżał, t. j. 
zanosił protestacyę w grodzie i wytaczał pozew, czyniąc 
tem zadość prawu, następnie zaś godził się z zabójcą, brał 
pieniądze i procesu nie było, bo oskarżyciel nie stawał na 
terminy, nie domagał się śledztwa, czyli t. zw. scrutinuim, 
nie prezentował świadków i t. p., zgoła pozwalał na to, 
aby rzecz ugrzęzła na zawsze. Jakób Niezabitowski zabija 
w r. 1633 Gabryela Sadowskiego i jedna się następnie o głowę 
z bratem zabitego Andrzejem, a ten brat nie godzi się 
bynajmniej potajemnie, poza oczyma prawa, z wstydliwą 
świadomością występku, ale jawnie i otwarcie, bo nie waha 
się ugody roborować w grodzie. Dowiadujemy się o tem 
z protestacyi drugiego brata ofiary, Krzysztofa, który po- 
zywa Andrzeja o takie prawem wzbronione, a przecież 
prawnie roborowane jednanie, i przypuszczamy radzi, że 
czyni to wiedziony braterskim pietyzmem i obrażonem 
uczuciem prawa, a nie chęcią udziału w okupie.^) 

O Agr. Przemyskie, tom 351 p. 922. 



NIEDOSTATKI PRAWA 21 

Mamy w aktach przykłady, że obowiązek delatorstwa 
w wypadkach zabójstwa służy za sposobność do speku- 
lacyi. Najchudszy pachołek, najsamotniejszy na świecie 
szlachetka, jeżeli go zabił człowiek możny i zapaśny, znaj- 
dzie natychmiast krewnych, którzy występują w roli mści- 
cieli przed prawem, znajdzie ich w najdalszych stronach 
Polski, zabity n. p. na Rusi we Lwowie znajdzie ich w da- 
lekiej Wielkopolsce, na Mazowszu, na Litwie. Czasami 
znowu chęć zemsty i osobista nienawiść chwyta się takiej 
sprawy, krewny jest narzędziem w ręku obcych osób. Sta- 
nisław Warszycki, wojewoda mazowiecki, zabił niejaką 
Magdalenę Kopańską, a matkę jej trzymał samowolnie 
w więzieniu. Jako delatorowie zbrodni występują dwaj 
bracia zabitej, Władysław i Stefan Wyleżyńscy. Zapewne 
wiedzeni nienawiścią, chęcią zemsty lub inną jaką osobistą 
pobudką — akta nie dają pod tym względem wskazówki 
do domysłów — dwaj książęta Wiśniowieccy, Konstanty, 
starosta czerkawski, i syn jego, Janusz, koniuszy koronny, 
chwytają się tej sprawy i zawierają formalną intercyzę 
z Wyleżyńskimi, którzy »z pewnych respektów z panem 
wojewodą (Warszyckim) bez woli i osobliwego konsensu 
książąt Wiśniowieckich przystępować ani się jednać nie 
mają, owszem, doznawszy wielkiego dobrodziejstwa książąt 
Ich Mości, pozwalają tak, jako się będzie zdawało najlepiej 
na stronę książąt Ich Mości, z p. wojewodą jednać, czemu 
kontradykować nie mają, owszem pro rato et grato przyjąć 
i do tego ostatniego stopnia prawnego wedle woli książąt 
obudwóch popierać pod zakładem 100.000 polskich grzy- 
wien.^ Wyleżyńscy nie dotrzymują intercyzy, godzą się 
z Warszyckim, a Wiśniowieccy nie sami, ale przed podsta- 
wionego delatora pozywają ich o to i domagają się, aby 
obaj bracia za niedozwolone jednanie się o głowę ponieśli 
karę, ustanowioną na mężobójcę.*) Warszycki widocznie 
lepiej zapłacił — intryga się nie udała. 

^) Agr. Lwowskie, tom 388, pp. 371 — 3, 395—7. 



22 NIEDOSTATKI PRAWA 

A kiedy już nareście sprawa jakaś wytoczyła się 
przed sądy, ileż to jeszcze pozwanemu pozostawało wy- 
biegów, kruczków, środków przewłoki, ile t. zw. ^lekarstw 
prawnych,<^ zarówno w sprawach kryminalnych jak cywil- 
nych ! Dawano się zasądzać zaocznie, czekano na pierwszy 
wyrok banicyi, który nic albo bardzo mało znaczył, a do- 
piero wtenczas zaczynała się gra właściwa. Było mnogo 
środków obalenia wyroków, zniszczenia całej pracy i na- 
kładu strony pozywającej, cofnięcia sprawy tam, gdzie się 
dopiero zaczynała: pozwy źle położono, rzecz iniuridice 
traktowano, dekret nieważny de małe obtento, de małe nar- 
rata, i tak dalej bez końca. Charakterystyczne są pod tym 
względem kautele, jakie dla zapobieżenia późniejszym za- 
rzutom czyniono przy zawieraniu ugod i intercyz natury 
cywilnej, a nie lepiej mutatis mutandis działo się i w spra- 
wach natury kryminalnej. Strony zastrzegały sobie, że nie 
będą się w razie sporu zasłaniać i bronić »żadnemi lekar- 
stwy prawnemi, zwłokami, które tak z prawa jak i zwy- 
czaju pozwolone bywają, t. j. ani prawdziwą ani zmyśloną 
niemocą, ani na munimenta, na kwit o większą rzecz, na 
lata potomków młodych, na zastępcę wymówkami, ani 
także zawiłemi albo doskonałemi jako niedoskonałemi sta- 
tutami i konstytucyami, ani dawnością, ani odbiciem pra- 
wnem, ani złem i nierychłem na cudzych dobrach pozwu 
kładzeniem, ani woźnym niedoskonałym, ani zjazdem, ani 
sejmem, ani nieprzyjacielem postronnym, ani wody, ognia, 
mostów, grobli przeszkodami etc.<^) 

Jednym z najzwyczajniejszych środków przewlekania 
sprawy i tamowania biegu sprawiedliwości w procesach 
cywilnych zarówno jak kryminalnych, był glejt królewski, 
t. z. salvus condudus. Glejty były w zasadzie potrzebne 



^) Agr. Halickie, tom 105 pag. 309. W intercyzie 
między wojewodzanką Alexandrą Tyszkiewiczówną a Krzyszto- 
fem Łozińskim z r. 1598. 



NIEDOSTATKI PRAWA 23 

a nawet konieczne ; chroniły one przed bezzwłocznem wy- 
konaniem dekretu, wydanego zaocznie lub osiągniętego 
podstępnie, były zatem tarczą dla niewinnie lub nieważnie 
zasądzonych — ale niestety, wydawane zbyt pochopnie 
a lekkomyślnie przez kancelaryę królewską, przechodziły 
w nadużycie, bo częściej bywały ucieczką i ochroną win- 
nych aniżeli niewinnych. Taki glejt miewał niekiedy zna- 
czenie zupełnej restytucyi sprawy, która już docierała po 
długim czasie do mety, miał zazwyczaj walor sześciomie- 
sięczny, zasłaniał skazanego przed egzekucyą wyroku, ba- 
nicie przywracał prawa obywatelskie, pozwalając mu prze- 
bywać swobodnie i bezpiecznie — tiite, secure et liberę - 
w granicach państwa, stawać przed sądami, dokonywać 
aktów prawnych. Takąż samą rolę odgrywały sublewacye 
i relaxacye banicyi na czas pewien, po którego upływie 
następowały znowu prorogacye. Cóż powiedzieć o samej 
procedurze karnej, w której ostatecznie rozstrz>gała przy- 
sięga nie świadków, ale stron bezpośrednio interesowa- 
nych. Trybunał po wysłuchaniu stron i świadków, po 
zbadaniu wyników śledztwa (scrutinium) orzekał, kto ma 
przysięgać: oskarżający czy oskarżony, a tak nie sam do- 
wód winy rozstrzygał sprawę, ale potępiał przysięgą oskar- 
życiel, uwalniał się nią od winy oskarżony. Mało nie 
wszystko prawo wasze na przysiędze zawisło — mówi 
Włoch Górnickiego. 

Zapada wreszcie wyrok prawomocny. A więc według 
stopnia przewinienia: miecz, wieża, banicya, infamia. Kto 
miał wyrok wykonać, kto miał pojmać winowajcę i znie- 
wolić go do expiacyi, skoro władzy wykonawczej, silnej, 
trwałej, zorganizowanej tak jakby niebyło? Kara śmierci 
bardzo rzadko zdarzała się w Polsce — oczywiście mowa 
tu o szlachcie, bo chłop szedł za byle kradzież wołu na 
szubienicę a miasta nadużywały miecza na mocy swego 
okrutnego prawa magdeburskiego — chyba że winny 
ścigany był prawem przez bardzo możnego oskarżyciela. 



24 NIEDOSTATKI PRAWA 

chyba że był bardzo mizernym, nieosiadłym szlachetką 
i należał do warstwy herbowej »zgołoconej i obdartej — 
golotae et odardi, jak się w swojej zabawnej łacinie wy- 
rażają nasze akta — albo gdy podpalał i rozbijał a poj- 
many był in recenti na podstawie zasady prawnej: Fur, 
latro, incendiarius, viarum depopulator ubigue capiatur 
Ody się zważy mnogość najcięższych nawet zbrodni, nie- 
pomszczonych mieczem w Polsce — do tego przyszło, 
woła Skarga, że ten, co ojca własnego zabił, na tym prze- 
szłym sejmie bez karania został« — zrozumie się łatwo, 
dlaczego stracenie Samuela Zborowskiego na znacznej 
części społeczeństwa sprawiło wrażenie wyjątkowego okru- 
cieństwa, aktu osobistej zemsty. 

Wieża uchodziła za bardzo ciężką karę. Według kon- 
stytucyi z r. 1588 winowajca siedzieć miał in fundo, na 
samem dnie wieży, w takiej głębokości, że od podłogi do 
okna miało być 12 łokci odległości, a taż sama konstytu- 
cya wzbroniła starostom pod karą 400 grzywien czynić 
ulgi odsiadującym wieżę, mianowicie podbudowywać im 
piąterka i kominy. Była opinia, że gdyby ^tak siedział mę- 
żobójca, jako ma siedzieć, rzadkoby który wyszedł żyw 
z wieży <. Ale tak nie było; podstarościowie i burgrabio- 
wie czynili więźniom najrozmaitsze ulgi i ustępstwa; zo- 
baczymy, jak ta straszna kara w rzeczywistości wyglądała. 
»A co o wieży powiadasz — czytamy u Górnickiego — 
iż trudno rok w niej wysiedzieć, to wiem jednego, który 
trzy lata i kilka niedziel nie wychodząc w wieży siedział, 
a żyw i teraz, i ma się dobrze. ^^ Dokazał tego samego 
także szlachcic Walenty Cebrowski, który za zabicie dwóch 
braci Czerniowskich odsiedział trzy lata i 18 tygodni.^) 
W bardzo licznych wypadkach skazany wieży nie zasiadał 
i uchodziło mu to bezkarnie, bo nikt się o to nie upo- 
mniał. Mle to niektórzy farbują, wywodząc srogość kaźni 

^) Agr. Lwowskie, tom 355 p. 2246. 




Fig. 2. 

Wieża więzienna, zachowana w ruinach zamku przemyskiego. 
Rysunek uwidacznia piętro górne, przeznaczone na lekkie wię- 
zienie, i podziemia dla winowajców, odsiadujących karę in fundo, 
na samem dnie. 



26 NIEDOSTATKI PRAWA 

polskiej — czytamy u Modrzewskiego — że na rok do 
tarasu mężobójcę sadzają... O jako wiele jest ludzi, po- 
bitych za naszej pamięci w domu i na ulicach, w mieście 
i na polu, w świętych i nieświętych miejscach! A któryż 
był z tych morderców, któryby się nie wymknął z tego 
siedzenia dorocznego ?«') A działo się tak wobec surowych 
konstytucyj, które stanowiły, że >ktoby będąc convictus do 
wieży czasu oznaczonego nie siadł albo z niej wyszedł, 
nie wysiedziawszy, ma być infamis ipso facto; ma być 
przez starostę albo stronę imany i na gardle karany. 

Przez starostę albo stronę. Niestety, częściej przez 
stronę niż przez starostę. Spotykamy w aktach ciągle przy- 
kłady, że gdy chodziło o zniewolenie kogoś do zadośćuczy- 
nienia prawomocnemu wyrokowi, musiała zająć się tem 
strona, a tak egzekucya dekretu przechodziła w ręce pry- 
watne i nie bezstronne. Starosta był jedynym organem 
wykonawczym, a nie było bezczynniejszej władzy nad sta- 
rościńską. Nie dlatego, żeby zakres kompetencyi i środków 
starosty był niedostateczny — przeciwnie zakres ten pod 
względem sądowym, wykonawczym i administracyjnym 
był bardzo szeroki a dotacya materyalna bywała zwykle 
hojną, ale dlatego, że do rzadkości należał starosta, któryby 
na seryo i sumiennie pojmował swoje stanowisko urzę- 
dowe, któryby spełniał gorliwie swoje nadzwyczaj ważne 
funkcye jako szef władzy sądowej i policyjnej na wielkim 
zazwyczaj obszarze kraju, jako stróż bezpieczeństwa pu- 
blicznego, jak brachium regale i wykonawca woli prawa. 
Starostwo uważało się za osobistą dotacyę, za źródło 
dochodu, z którego zaledwie nieznaczna cząstka szła na 
cele urzędowe. Najczęściej pan starosta nie zajmował się 
sprawami swego urzędu, zdawał wszystko na swoich pod- 
władnych — podstarości bywał wszystkiem. Lepiej tak 



^) O poprawie Rzeczypospolitej. Wydanie Tur. 
str. 192. 



NIEDOSTATKI PRAWA 27 

może jeszcze było, aniżeli kiedy starosta chciwy i samo- 
wolny nadużywał swojej władzy, która w ręku despoty- 
cznego i bezwzględnego człowieka z rękojmi bezpieczeń- 
stwa zmieniała się w środek ucisku słabycli i bezbron- 
nych, jak tego mamy przykład na staroście przemyskim, 
sławnym i osławionym zarazem Kmicie, którego rządy 
w ziemi przemyskiej w tak czarnych kolorach odmalował 
nam Stanisław Orzechowski w cytowanym już wyżej liście 
do Przyłuskiego. Takich starostów, o jakich opowiada Sta- 
rowolski, który »pamiętał, gdy dwu starostów niegdy są- 
dzono o zdzierstwo alboli rozbój jawny: jednego, że dwóch 
cudzoziemców na moście wziąwszy, kazał potopić, pienią- 
dze i klejnoty od nich pobrawszy, drugiego, co sobie 
w jarmark targowe gwałtem wybierał od kupców, sztuk 
kilkanaście bławatów brał od sklepu, kiifę albo dwie mał- 
mazyi od piwnicy; za sługą, co wybierał, zaraz dwoje sań 
poszóstnych ze stem piechoty chodziło, któremi rzeczy 
wydarte na zamek odwożono*^) — takich starostów za- 
pewne do wyjątków liczono, ale do wyjątków też nale- 
żeli gorliwi, bezstronni i urząd swój na seryo biorący. 

Bez odpowiedniej siły zbrojnej trudno było strzedz 
bezpieczeństwa publicznego i być egzekutorem wyroków. 
Miał starosta przeciw sobie setki szabel niesfornej szlachty 
i powinien był utrzymywać znaczniejszą straż bezpieczeń- 
stwa. Pozwalały mu na to środki, których dostarczały do- 
chody starostwa — mógł ją mieć, ale nie miał, bo to ko- 
sztowało, a jeżeli miał, to nie zawsze dla utrzymania po- 
rządku a częściej dla prywatnych celów, n. p. dla staczania 
bitew z przeciwnikami swymi, jak mamy tego przykład na 
Janie Tomaszu Drohojowskim i Adamie Stadnickim, obu 
starostach przemyskich. Osobną straż zamkową spotykamy 
w województwie ruskiem tylko w Haliczu, gdzie starosta 



^) Reformacya obyczajów polskich. Wyd. Tur. 
str. 146. 



28 NIEDOSTATKI PRAWA 

Struś utrzymuje 100 piechoty służałej, zorganizowanej po 
wojskowemu, pod osobnym rotmistrzem, ale i tu ją roz- 
puszczono po kilku miesiącach,*) czego panu staroście 
przyszło w lat kilka później mocno żałować, bo Adam 
Kalinowski, starosta winnicki, podkopał się pod zamek 
i wykradł mu córkę. 

Cóż się tedy działo, kiedy nareście chodziło o konie- 
czne wykonanie wyroku siłą urzędową, o poskromienie 
zuchwalca, który nietylko urągał wszelkiej powadze kraju, 
ale był niebezpieczeństwem i plagą całego powiatu? Szedł 
mandat po mandacie od króla do starosty, aby wykonał 
egzekucyę mota nobilitate, szły uniwersały do szlachty, 
aby na mocy konstytucyi z r. 1609 dała mu pomoc. Na 
oznaczony przez starostę dzień, każdy szlachcic wyruszyć 
był obowiązany pod karą 100 grzywien — ale to pospolite 
ruszenie powiatu rzadko kiedy przychodziło do skutku 
w takiej sile, jakiej było potrzeba. Kiedy w r. 1603 wezwano 
uniwersałami królewskiemi i starościńskiemi szlachtę sa- 
nocką, aby ruszyła na Stanisława Tarnawskiego, chorążego 
sanockiego, jako banitę obłożonego infamią i buntownika 
przeciw pospolitemu prawu -- stanęło dwóch szlachci- 
ców, jak to z oburzeniem stwierdza w protestacyi swojej 
podstarości Zygmunt Chamiec.-) Kończyło się tedy na 
tem, że przy pomocy jakiejś błędnej chorągwi, wałęsającej 
się po kraju i wybierającej bezprawnie stacye, jeśli się na- 
winęła w pobliżu, po zebraniu zgraji luźnego hajductwa 
a nawet Tatarów i owych obszarpańców szlacheckich, 
ochrzczonych nazwą golotae et odardi, wyruszała wyprawa, 
podobna raczej do wszystkiego innego, aniżeli do prawo- 
witego brachium regale. To też t. zw. egzekucyę miewały 
niekiedy otwarte cechy gwałtu, wyglądały raczej na roz- 
bójniczy najazd, aniżeli na akt powagi i siły rządowej, na 
represyę z ramienia króla. 

1) Agr. Halickie, tom 120 p. 183, 285. 
-) Agr. Sanockie, tom 140 p. 2731—3. 



NIEDOSTATKI PRAWA 2Q 

Marcin Krasicki jako starosta przemyski wykonał 
kilka takich egzekucyj, między innemi na synach Stadni- 
ckiego Dyabła, Zygmuncie i Władysławie - wielbi go za 
to epitaphium: regurn rebelles, pacis turbatores et prae- 
dones yiriliter repressit Jak wyglądała jednak niekiedy taka 
urzędowa represya, dowiadujemy się od jednej z jej ofiar, 
szlachcica Maryana Zielińskiego, który zarzuca staroście, 
że pod pretextem egzekucyi prawie o północy nasłał na 
jego dwór w Rolowie sługi swe a z nimi Tatarów Has- 
sana, Sołumacha, Dusaja i inszych około 70 ludzi, którzy 
z okrzykiem tatarskim i strzelaniem drzwi do dworu doby- 
wać poczęli a nie mogąc dobyć, ogień pod nie położyli, 
a przepaliwszy drzwi, ostatek siekierami wyrąbali, Zieliń- 
skiego obuchami zbili, prawie nudufriy bo tylko w bieliźnie 
na koń wsadzili i nogi pod konia powrozami związali, 
interim wszystek sprzęt i ochędóstwo jego zabrali, a po- 
tem nocą, nie drogą ale manowcami do Dołhego wsi je- 
zuickiej zawieźli, nazajutrz przez Sambor captivum eon- 
tumeliose prowadzili, a z tamtąd na noc do Brześcian za- 
wieźli, gdzie Zieliński przy pomocy rodzonego brata 
uszedł. <^) 

Egzekucya starościńska z ramienia królewskiego - 
de brachio regali, fortiter et finalitery jak na to opiewała 
formułka — była zresztą rzadkim wypadkiem i mnóstwo 
spotykamy pozwów przeciw starostom, że mimo ostate- 
cznych dekretów trybunalskich i nakazów ich egzekucyj, 
nie chcą jej przeprowadzić urzędową mocą. I nie można 
się dziwić temu. Jak miał starosta przeprowadzić egzeku- 
cyę mocą, kiedy mocy tej nie miał, bo prócz prywatnej 
swojej służby i hajduków domowych publicznej siły zbroj- 
nej nie miał do dyspozycyi, a szlachta mimo mandatów 
królewskich nie wyruszała zbrojnie na jego wezwanie, jak 
miał spieszyć się z egzekucya nawet wtedy, kiedy miał siłę 

') Agr. Lwowskie, tom 379 z r. 1628 p. 1631—37. 



30 NIEDOSTATKI PRAWA 

po temu, kiedy po każdej zbrojnej jego interwencyi, pod- 
jętej na mocy prawomocnych wyroków, przynaglonej 
kilkukrotnemi mandatami króla, wytaczano mu pozwy 
o gwałt publiczny i naruszenie wolności szlacheckiej, wy- 
grywano przeciw niemu procesy, zyskiwano dekrety od- 
szkodowania? Doświadczył tego na sobie starosta prze- 
myski, wspomniany właśnie Marcin Krasicki. Za przepro- 
wadzenie egzekucyi na Zygmuncie Stadnickim, synu Łań- 
cuckiego Dyabła, w Rudawce, pozywa go brat tegoż Zy- 
gmunta Stanisław o 200.000 złr. odszkodowania, uzyskuje 
nawet w trybunale dekret przychylny i jeszcze w r. 1642, 
a więc w 20 blisko lat po tej egzekucyi rudawieckiej, ściga 
jego spadkobierców i w r. 1642 pozywa starostę przemy- 
skiego Daniłowicza, że nie chce przeprowadzić przymuso- 
wej egzekucyi za szkody wynikłe — z przymusowej egze- 
kucyi.^) Po egzekucyi na innym synie Dyabła, Stanisła- 
wie, pozywają Krasickiego mieszczanie łańcuccy o 18.000 zł. 
odszkodowania, bo im popsuł bramy i ostrokoły miejskie. 
Powierzenie siły wykonawczej samym że obywatelom, 
oddanie sprawiedliwości pod opiekę ich szabel, było nie- 
wątpliwie w zasadzie rzeczą szlachetną, godną wolnego 
i cnotliwego narodu, a fantastom i chwalcom przeszłości 
wydać się może obyczajem, w którym zakochać się warto. 
Jak większa część praw polskich, tak i to urządzenie wy- 
chodziło z supozycyi idealnego społeczeństwa, którego 
szukać by chyba w bajecznej krainie Morusa, in nova in- 
sula Utopia, Takiemu społeczeństwu nie potrzeba by było 
zresztą ani praw ani ich wykonawców. Widzieliśmy na 
kilku przytoczonych u góry przykładach, jak to wyglądało 
w rzeczywistości, na ziemskim gruncie, i jak się praktyka 
biła z ideałem — a grubo silniejsza bywała od niego. W obrę- 
bie całego województwa ruskiego i w okresie całego pół- 
wiecza jedynego może tylko spotykamy starostę, który 

O Agr. Sanockie, tom 156 p. 920. 



NIEDOSTATKI PRAWA 31 

umiał jako tako pogodzić ustawę z trudnościami praktyki 
i miał szczęśliwą rękę przy egzekucyach mota nobilitate— 
ale była w tem zasługa jego osobistych wyjątkowych przy- 
miotów, jego sprytu i popularności u braci szlachty. 

Był nim Piotr z Ossy Ozga, referendarz kor., po Pret- 
ficzu w latach 1609 — 1623 starosta trembowelski. Osobi- 
stość wielce charakterystyczna, szlachcic wyjadacz, jowia- 
lista, do tańca i do różańca, mocny w gębie i w pięści, 
łeb tęgi przy kuflu, gracz na szable, orator, statysta, go- 
spodarz, nawigator, zawsze dobrze na swojem miejscu 
i dobrze w swojej roli, czy to na bankiecie przy dobrej 
myśli, czy marszałkując na sejmiku, czy zasiadając w są- 
dach, czy też odprawując poselstwa do Wysokiej Porty. 
Umiał gadać doskonale z sułtanem, z królem, z magnatem, 
szlachcicem i żydem, a z tym ostatnim mawiał gęsto, bo 
pozostał po nim nawet foliał z wymownym tytułem : Ra- 
chuba z żydy. Miał w skrzyni żelaznej zawsze kupę złota; 
kiedy umarł, doliczono się 8.000 dukatów, 270 portuga- 
łów, każdy po 20 dukatów, 700 duplonów, 1000 złotych 
dzięg moskiewskich i 2000 talarów; utrzymywał całą flo- 
tylę, którą słał pszenicę do Gdańska; na okazowaniu roz- 
pinał namiot, który go kosztował 800 zł. w Stambule, miał 
dwie stadniny ale jeździł na starym koniu -dożywotniku,< 
a kiedy parada, to w aksamitnej karecie okutej srebrem, miał 
w domu 200 ksiąg dużych a 100 mniejszych, i co mu także 
jednało reputacyę niepospolitego człowieka, trzymał w Trem- 
bowli papugi.') 

Otóż ten pan referendarz Ozga umiał wybornie prze- 
prowadzać egzekucye i sam jeden przeprowadził ich może 
tyleż, co wszyscy współcześni mu starostowie całego wo- 
jewództwa razem wzięci, a zawsze gładko i skutecznie, 
nie narażając się nigdy na rekryminacye i na pozwy o gwałt 
i nadużycie władzy. Nim się zabrał do takiej egzekucyi 



') Agr. Trembowelskie, tom 115 pp. 616 — 618. 



32 NIEDOSTATKI PRAWA 

zapomocą szlachty swego powiatu, zwlekał jak najdłużej, 
dał się pozywać przez stronę, domagającą się od niego 
wykonania dekretu, czekał na powtórne mandaty królewskie 
i nakazy trybunalskie, aby zrzucić z siebie wszelkie odium 
osobiste i przekonać szlacłitę, że nie p. Ozga ale nieszczę- 
śliwy starosta pod gwałtem prawa domaga się od nicłi 
pomocy, a od opornej strony uległości. Dopiero, gdy nad- 
szedł ten moment krytyczny, zabierał się do dzieła po są- 
siedzku, po ludzku, w familiarny poniekąd sposób. Oto 
próbka jego uniwersałów, wzywających szlachtę do rusze- 
nia się przeciw opornej dekretom stronie: Moim Mości- 
wym Panom i łaskawym braciom po zaleceniu służb moich 
łasce Waszmościów, wiadomo czynię, iż szlachetna pani 
Jadwiga Rudzka przewiódłszy prawo przeciw księżnej 
JMć Annie Chodkiewiczównej Koreckiej pozywała mnie 
z urzędu mego starościńskiego pro facienda finali execU' 
tione z księżnej Jejmości na trybunał i tam na mnie otrzy- 
mawszy zysk, żądała egzekucyi i świętej sprawiedliwości, 
zarazem ja będąc prawu posłuszny czas tej egzekucyi 
i Św. sprawiedliwości składam pro die 30 miesiąca sier- 
pnia, na który proszę, abyście się Waszmości bez wy- 
mówki podług powinności swej pod miasteczko Borek 
zjechać raczyli a z tamtąd do Skałata majętności księżnej 
Jejmości ruszyli się i tamże czynili, co święta sprawiedli- 
wość nieść będzie, gdzie i ja, użyczyli mi Pan Bóg zdro- 
wia, nie będę li służbą Króla JMci zabawny, na pośrzo- 
dek Waszmościów stawić się nie omieszkam.«^) Egzeku- 
cya poszła gładko, > świętej sprawiedliwości stało się za- 
dość, a szlachta rozjechała się do domów z wielką satys- 
fakcyą, że pomogła biednej wdowie przeciw potężnej księ- 
żnej. Ale, niestety, takich Ozgów nie wielu było między 
starostami na Rusi. 



^) Agr. Trembowelskie, tom 114 p. 1472. 



NIEDOSTATKI PRAWA 33 

Jest to W Ogóle bardzo znaczącym objawem, że od- 
bycie jakiejś kary, zapłacenie winy, spełnienie obowiązku 
upokarzającej deprekacyi, najpewniej i najłatwiej przycho- 
dziło do skutku, jeźli wypływało nie z prawomocnego wy- 
roku sądowego ale z kompromisu, z t. zw. przyjacielskiego 
wynalazku. Więcej ufano naciskowi prywatnemu, niż urzę- 
dowej egzekucyi. Spotykamy często takie przykłady. » Szla- 
chetny Maciej Wrocki jawnie i dobrowolnie opowiada się, 
iż za urazę, którą JM. panu Jakóbowi Dobrzyńskiemu, 
szlachcicowi zacnemu, sławy jego i domu starożytnego 
dotykając, wyrządził, idzie na Wysoki Zamek tutejszy 
lwowski siedzieć do wieży, żałując i pokutując za to, i tam 
tak długo siedzieć powinien będzie, aż p. Dobrzyński nad 
nim miłosierdzie chrześciańskie uczyni.«^) Feliks Zawisza 
zasiada wieżę ex amicorum consensu za krzywdę wyrzą- 
dzoną Tobiaszowi Krzywieckiemu; tak samo Mikołaj Sta- 
niński ex Concordia certa, t. j. za ugodą zawartą z Piotrem 
Ożgą;*) Stanisław Błoński odsiaduje wieżę w Przemyślu 
na mocy intercyzy zawartej z braćmi Grzybowskimi; Pa- 
weł Jasieński i Andrzej Sarnicki czyniąc zadość amicabili 
composltioniy poddają się taksamo karze siedzenia w wieży 
przemyskiej, jak niemniej Konstanty Korniakt na mocy 
prywatnej interwencyi Stanisława Żółkiewskiego w spra- 
wie z rotmistrzem Stanisławem Branickim.'*^) Kiedy nato- 
miast chodziło o odsiedzenie wieży z wyroku sądowego, 
czuwać nad tem musiała najczęściej sama strona przeci- 
wna, aby winowajca odbył karę istotnie, a jeżeli przyszło 
do jakiej interwencyi grodu, to tylko na prośby i skargi 
z prywatnej strony, a nie z urzędowej inicyatywy. 

Dowiadujemy się z takich prywatnych upomnień 
i reklamacyj, z skarg wnoszonych na starostów, że nie 

^) Agr. Lwowskie, tom 356 p. 251. 
2) Ibidem p. 72, 242. 

») Agr. Przemyskie, tom 320 p. 857; tom 332 p. 
1029; tom 334 p. 296; tom 319 p. 1740. 



34 NIEDOSTATKI PRAWA 

spełniają swego obowiązku czuwania nad egzekucyą wy- 
roków, że wieża, którą prawo karne chciało mieć ciężkiem 
więzieniem, nie zawsze bywała tak straszną, jak ją sobie 
malowano. Pan burgrabia był ludzki człowiek, przystępny 
argumentom zwłaszcza brzęczącej natury — wychodzono 
też z wieży do miasta, bawiono się w niej niekiedy we- 
soło, przerywano siedzenie według upodobania. Strona, 
która osiągnęła dekret wieży na winowajcę, doglądać mu- 
siała przez woźnego lub czeladź, czy też skazaniec siedzi 
in fundo, Stanisław Ligęza, członek bardzo burzliwej i ro- 
gatej rodziny, o której nam później mówić przyjdzie, po- 
przestaje n. p. na manifestacyi, że impedimenta nie pozwa- 
lają mu odsiadywać wieży za zabicie Jana Leszczyńskiego, 
i to wystarcza władzy; drugi Ligęza siedzi niby na Wy- 
sokim Zamku lwowskim w baszcie t. zw. Żulińskiej, ale 
spaceruje po mieście; Krzysztof Żurawiński i jego dwo- 
rzanin, skazani na wieżę we Lwowie za gwałtowny zajazd 
Zboisk, zamiast in fundo siedzą »na wierzchu,« a i tam 
właściwie nie siedzą, ale »rekreacye swawolne i bankiety 
rozmaite czynią- i t. p.^). 

Ale najjaskrawszy przykład tego, pod jakim rygorem 
odbywało się niekiedy siedzenie w wieży, daje nam wy- 
padek, który się zdarzył na zamku halickim (r. 1647). Teo- 
dor Bełzecki skazany był na wieżę za gwałty zbrojne, po- 
pełnione w zatargach z własnym rodzonym bratem Ewa- 
rystem. Sługa Ewarysta, Dymidecki, dowiedziawszy się, 
że Teodor nie siedzi bezustannie — sine intermissione — 
ale nocami opuszcza więzienie i robi sobie wycieczki, 
udaje się do wieży z woźnym i dwoma szlachcicami, aby 
formalnie sprawdzić takie lekceważenie prawa. O godzinie 
1 w nocy łapie Bełzeckiego w bramie zamkowej na go- 
rącym uczynku, bo wychodzącego właśnie do miasta. Na 



O Agr. Lwowskie, t. 357 p. 777. Rok 1601. T. 383 
p. 3227. 



NIEDOSTATKI PRAWA 35 

widok Dymideckiego wpada Bełzecki w furyę, uderza go 
czekanem, chwyta go za czuprynę, wlecze go za sobą do 
wieży, tam go okłada kijem, a gdy Dymidecki chce uciec 
drzwiami górnej wieży, dwaj hajducy Bełzeckiego chwy- 
tają go i zrzucają na dno, in funduniy wieży, ztamtąd 
omdlałego i owiniętego w płachtę na rozkaz swego pana 
wynoszą, aby go utopić w Dniestrze, ale na szczęście 
przestraszeni krzykiem jakiejś kobiety, nie spełniają rozkazu.^) 
A cóż z najsroższą karą na szlachcica, z proskrypcyą 
i infamią, która naznaczona była za nieodsiedzenie wieży, 
jak w ogóle za każdy bunt przeciw woli i rozkazaniu po- 
spolitego prawa? Infamia, gdyby w całej swej grozie i we 
wszystkich swych konsekwencyach zaciężyła nad głową 
winowajcy, byłaby zaiste straszliwą karą, szczytem zemsty 
społecznej. Prosta banicya była tylko śmiercią cywilną, 
pozbawiała skazańca praw obywatelskich, czyniła go nie- 
zdolnym do spełniania aktów prawnych — infamia skazy- 
wała na śmierć cywilną, moralną i fizyczną zarazem, wy- 
rzucała z społeczeństwa, robiła z winowajcy dzikiego zwie- 
rza; można było nań polować jak na wilka, zabijać bez- 
karnie na miejscu. Tak przynajmniej wypływało z formuły 
dekretu, skazującego na infamię. Według swojej osnowy 
dekret infamii odejmywał cześć osobista^ wszelkie urzędy 
i zaszczyty, bezpieczeństwo wolności i życia, wywoływał 
z wszystkich ziem Rzeczypospolitej, pozwalał a nawet na- 
kazywał winowajcę imać i zabijać bezkarnie, zabraniał 
wszystkim utrzymywania z nim jakichkolwiek stosunków, 
nakładał na każdego, ktobykolwiek dał imfamisowi radę, 
pomoc, schronienie, opiekę choćby chwilową, takąż samą 
karę infamii. Ale formuła dekretu stała w sprzeczności 
z konstytucyą, uchwaloną na sejmie w r. 1588, a konsty- 
tucya stała znowu w sprzeczności z sobą samą. Orzeka, 
źe >nie mają starostowie w dworzech szlacheckich wy- 



^) Agr. Halickie, tom 140 p. 45—8. 

3* 



36 NIEDOSTATKI PRAWA 

wołańców imać, chybaby im tego szlachcic dozwolił do- 
browolnie; na innych miejscach imać wolno« — i zaraz 
dalej powiada: »Ktoby wywołańca w domu przechowywał 
albo mu rady i pomocy użyczał i z nim obcował, ma być 
pojmany od iudicium castrense i podpada poenae compli- 
citatisS) Tedy jak? Nie wolno przechowywać wywołańca, 
i nie wolno imać przechowanego? Ależ ten, kto przecho- 
wuje wywołańca, według brzmienia prawa ipso facto staje 
się wywołańcem, a więc nie wolno imać wywołańca 
w domu wywołańca? Nie wolno imać wywołańca w domu 
szlachcica, ale znowu wolno imać tegoż szlachcica? Na 
domiar tych sprzeczności taż sama cytowana powyżej 
konstytucya powiada : że wolno imać wywołańców stronie 
jare vincenti, t. j. stronie, która wyrok na osobie wywo- 
łańca przewiodła, a powiada to bez wszelkiego bliższego 
zastrzeżenia, z czego by znowu wypływało, że czego nie 
wolno staroście, stróżowi bezpieczeństwa i wykonawcy 
woli prawa, to wolno prywatnej osobie. 

Nie dziw, że przy takiej chwiejności i dwuznaczności 
prawnych przepisów, nie tak źle się działo wywołańcom 
i infamisom. Urągają władzy, zuchwale uwijają się po kraju, 
sieją postrach na okół; zamiast żeby oni się bali społe- 
czeństwa, społeczeństwo ich się boi, bo wywołaniec nie 
ma nic do stracenia i waży się na wszystko. » Wywołaniec 
mieszka sobie doma albo u powinnego — mówi Górnicki 
najmniej go to nie obchodzi, że jest wywołany, a będzie 
miał na sobie nie jedną, ale siedm, ośm i dalej banicyj, 
na które on spi bardzo dobrze. A będzie takich 50, 60 
i więcej w jednym powiecie... Nie wiem, co po tern od- 
sądzać ich czci, gdy się do prawa nie stawią? Bo ten, 
kto go o to przeprawił, ciepło głowę o to chować musi; 
jeść, pić, spać w domu swym bezpiecznie nie może, usta- 
wicznie bać się musi, a ów, co jest czci odsądzony, nie 

1) VoI. Legum, tom II. p. 257. 



NIEDOSTATKI PRAWA 37 

boi się nikogo, owszem, każdy się go boi, jako szalo- 
nego.«0 Sejmik wiszeiiski wstawia się w r. 1632 za nie- 
jakim Janem Mościńskim, który będąc skazany na infamię 
za zamordowanie Kaspra Prusinowskiego, 24 lat miał ją 
na sobie i nic mu się nie stało, aż się nareście doczekał, 
że szlaclita uznała go za godnego »łaski i klemencyi« i po- 
leciła swoim posłom, aby się starali u króla o jego rełia- 
bilitacyę. Tym razem jednak, trzeba przyznać, nie uczyniła 
tego szlacłita bez waźnycłi powodów, bo najpierw syn 
zabitego, Janusz Prusinowski, zgadzał się na to, powtóre 
Mościński na polu bitwy krwią własną starał się zmyć 
z siebie tę plamę. > Zdrowie i dostatki swoje — są słowa 
sejmikowej ucłiwały — na wszelakicłi expedycyacłi mo- 
skiewskicli ważył pod Smoleńskiem, na wycieczkach i sztur- 
mach pod oczyma ś. p. króla Zygmunta, pod Carowem 
Zamieściem, pod Kłuszynem i pod Moskwą, potem w wy- 
prawie chocimskiej i z Tatary.-'^) 

Jeżeli wywołaniec jest istotnie ścigany, to najczęściej 
nie ściga go prawo, nie ściga starosta, ale zemsta tego, 
którego skrzywdził. Tak ściga n. p. Jadwiga z Herburtów 
Ossolińska Prokopa Orzeckiego, wynajduje go schronio- 
nego u brata Adama w Ursku i na tego brata wyrabia 
wyrok wywołania.^) Tak ścigają wywołańca Stanisława 
Tarnawskiego, chorążego sanockiego, Drohojowscy, ści- 
gają go u Stanisława Derśniaka, później u Marcina Sie- 
nieńskiego i obu pozywają o przechowywanie infamisa.^) 
Zdarza się także, że strona pokrzywdzona, widząc bezkar- 
ność człowieka, na którym wyrok infamii wywalczyła, 
sama bierze na siebie rolę sprawiedliwości. Leonard Wy- 
szyński, osiągnąwszy dekret wywołania i infamii na Adama 

O L. c. str. 73, 74. 

-) Agr. Przemyskie, tom 383 p. 3459—60 i Agr. 
Sanockie, tom 151 p. 2249. 

^) Agr. Przemyskie, tom 316 z r. 1600 p. 1439. 
*) Agr. Przemyskie, tom 321 z r. 1605 p. 519, 1126. 



38 NIEDOSTATKI PRAWA 

Świechowskiego, widząc go obracającego się mimo to 
swobodnie po sąsiedztwach, chwyta gp w r. 1613, naj- 
muje kata i sam na własną rękę ściąć go każe; Jakób 
Cebrowski i jego czterej synowie imają w r. 1616 wywo- 
łańca Jakóba Stockiego, odstawiają go do zamku w Trem- 
bowli, ale nie ufając w miecz sprawiedliwości, sami go 
na zamku koncerzami przebijają a ciało topią, ^) Krzysztof 
Kurzański cliwyta skazanego infamisa, niejakiego Łysaka 
Kisiela alias Zgłobickiego, przebywającego sobie swobodnie 
w domu szlachcica Łubniowskiego w Ułycznem, i na 
progu domostwa głowę mu ucina, mszcząc się tym spo- 
sobem na wywołanym przez trybunał łotrze, który na- 
padłszy w r. 1631 na dwór jego krewnej Doroty Czarto- 
ryskiej w Poddniestrzanach porwał jej starszą córkę, po- 
tem wrócił, samą Czartoryską okrutnie zamordował, a jej 
młodszej córce, dwunastoletniej dzieweczce, głowę na 
progu domu uciął. ^) Nie godzien był piekielny łotr innego 
losu, ale smutne to znamię czasu, że zbójcę po zbójecku 
karać było potrzeba. Tym sposobem ukaranie zbrodni 
staje się znowu zbrodnią, aktem gwałtu i prywatnej zem- 
sty, a tak sprawdzają się słowa Orzechowskiego: Parit 
una iniuria mille iniuńas, unus latro innumeros latrones.^) 
Bardzo wymownym przykładem upadku władz i po- 
wagi rządów jest sprawa wywołańca Mikołaja Białoskór- 
skiego. Ten Białoskórski za zbrodnie publicznej natury, 
bo jak czytamy w mandacie królewskim: in causa nos et 
Rempublicam afficiente, a więc za zdradę stanu, na infamię 
i proskrypcyę jeszcze w r. 1619 na sądach sejmowych ska- 
zany, przez sześć lat bezkarnie i swobodnie żyje sobie 
w Polsce i kto wie, jak długoby był szydził z dekretów 
królewskich i sejmowych, gdyby tak, jak w przytoczonych 

^) Agr. Przemyskie, tom 329 p. 1205 i Agr. Lwow- 
skie, tom 370 p. 1741—3. 

*) Agr. Przemyskie, tom 350 pp. 611 — 14. 
^) Orichoviana, p. 21. 



NIEDOSTATKI PRAWA 3Q 

powyżej wypadkach, nie doścignęła go nienawiść i zem- 
sta osobistej natury. Miał na niego nieprzejednany »rankor« 
słynny starosta doliński, Jerzy Krasicki, o jakieś nieznane 
nam zajścia i kiedy Białoskórski bawił sobie bezpiecznie 
we Lwowie w r. 1625, zwabił go przez swoją służbę pod 
pozorem kupna konia na scłiadzkę, pojmał, okuł, zakne- 
blował mu usta, rzucił go do krytej karety i uwiózł do 
Dubiecka, gdzie go osadził w najgłębszym i najciemniej- 
szym lochu swego zamku. 

Całe cztery lata trzymał starosta doliński infamisa 
w swojem prywatnem więzieniu. Ale Białoskórski miał 
krewnych i przyjaciół, którzy dowiedziawszy się o jego 
losach, zaczęli przemyśliwać o jego wyswobodzeniu. Ująć 
się otwarcie i w drodze legalnej o szlachcica więzionego 
bezprawnie, było w tym wypadku trudno, bo uchodzić by 
to mogło za protegowanie infamisa, a więc za czyn, który 
prawo karało równą infamią. Znalazł się przecież śmiały 
szlachcic do protestacyi i znalazł się też sposób nadania 
tej protestacyi poniekąd prawnej podstawy. Niejaki Jan 
Otwinowski zaprotestował r. 1629 w grodzie sanockim 
przeciw Krasickiemu, zastrzegając się, że czyni to nie 
w obronie infamisa, którego potępia, ale w obronie zgwał- 
conych praw pospolitych i znieważonej wolności szlache- 
ckiej, bo starosta doliński nie pojmał Białoskórskiego z gor- 
liwości obywatelskiej, ale z osobistej nienawiści i żądzy 
zemsty, prywatnym gwałtem i z pominięciem władz pu- 
blicznych, bo zamiast go wydać staroście dla czynienia 
zeń egzekucyi, trzyma go w swojem dubieckiem więzieniu. 
Równocześnie woźny, którego Otwinowski wysłał był do 
Dubiecka, stwierdził urzędowo uwięzienie Białoskórskiego 
i zdał przed grodem relacyę. 

Sprawa stała się głośną i wywołała poruszenie mię- 
dzy szlachtą. Krasicki, widząc, że to był pierwszy sygnał 
do akcyi, która się skończyć może jakimś zamachem na 
niego i gwałtownem uwolnieniem Białoskórskiego, nie 



40 NIEDOSTATKI PRAWA 

zastanawiał się długo, ale zaraz odstawił więźnia do zamku 
sanockiego i równocześnie doniósł o jego pojmaniu i od- 
stawieniu królowi. Zbrodnie publicznej natury, jakich się 
dopuścił Białoskórski, musiały być bardzo ciężkie i mimo 
upływu dziesięciu lat niewymazane z pamięci, bo Zygmunt 
III. wyprawił Idczz włócznie mandat do starosty sanockiego 
Mniszcha, wzywając go, aby najdalej w przeciągu trzech 
dni zarządził stracenie Białoskórskiego. Tymczasem poka- 
zało się, że Białoskórski posiadał nietylko glejt hetmański 
ale i salvum conductum od króla samego. Mniszech, czy to 
rzeczywiście z szczerej wątpliwości, czy też ujęty przez 
przyjaciół i krewnych Białoskórskiego, odwlókł egzeku- 
cyę i udał się do króla po wyjaśnienie, pro meliore infor- 
matione, podnosząc zarazem, że w tej sprawie brak wa- 
żnej formalności, bo nie ma delatora. Król odpisał, że 
delatora wobec przewiedzionego wywołańca nie potrzeba 
a glejty i listy żelazne, jakiemiby się zasłaniać mógł Bia- 
łoskórski, uważać należy za nieważne. Był to więc nie- 
odwołalny wyrok śmierci. Ody tak sprawa stoi, krewny 
Białoskórskiego, kasztelan oświęcimski Andrzej Zborow- 
ski, który z swojemi rotami znajdował się w pobliżu, 
wpada na czele 500 żołnierzy i ośmiu dział do Sanoka, 
uwalnia skazańca i zabiera go z sobą.^) 

Taka możliwość i łatwość prywatnej egzekucyi na 
wywołańcach nietylko że niegodna była praworządnego 
państwa, ale kryła w sobie i pod innym względem wiel- 
kie niebezpieczeństwo, bo zagrażała osobom mało winnym 
lub wcale niewinnym, wydając ich na łup zemście i intry- 
dze, robiąc z nich ofiary t. zw. wexy ze strony ludzi prze- 
możnych i podstępnych. Bo trzeba wiedzieć, że bardzo 
łatwo było ściągnąć na siebie wyrok infamii i wywołania. 
Każde nieposłuszeństwo prawomocnemu wyrokowi karane 



O A gr. Sanockie, tom 150 pp. 2205, 2325, 2380 
i Agr. Przemyskie, tom 348 p. 2157. 



NIEDOSTATKI PRAWA 41 

było infamią, a prawomocny wyrok mógł zapaść i doj- 
rzeć zaocznie, przez zaniedbanie, ubóstwo lub nieporadność 
pozwanej osoby. Dość było nieuiścić wywalczonego 
długu, przegrać proces o niedotrzymanie intercyzy, nie za- 
płacić winy sądowej, nie odsiedzieć dwunastu tygodni 
wieży za obrazę czci i t. p., aby w ostatecznej konsekwen- 
cyi po pierwszych banicyach narazić się na dekret infamii, 
a wtedy było się na łasce przeciwnika, który wygrał sprawę, 
t zv^. jurę vincentis, zwłaszcza jeżeli ten Jurę vincens był 
stroną znaczniejszą, silniejszą, wpływową. To też było 
dobrą stroną królewskich glejtów, owych sabus conduc- 
tuSy że zawieszały na pewien przeciąg czasu następstwa 
dekretu infamii i dawały niewinnie lub zaocznie skazanemu 
czas i możliwość obronnych kroków prawnych. Ale kogo 
ścigała wexa możniejszego, w kogo godziła nienawiść 
i żądza osobistej zemsty, ten w czasie między ferowa- 
niem dekretu a uzyskaniem sublewacyi i glejtu, był w nie- 
bezpieczeństwie mienia, wolności a nawet życia. 

Jako przykład posłuży nam sprawa niejakiej Zofii 
Parżnickiej, szlachcianki ziemi sanockiej. Była to niespo- 
kojna bardzo kobieta, oddana nałogowo grasującemu w ów- 
czesnem społeczeństwie pieniactwu, pozywała i proceso- 
wała się zawzięcie, nie szczędząc w swoich pozwach i pro- 
testacyach najcięższych i najdotkliwszych zarzutów. Miała 
sprawę w r. 1632 w grodzkim sądzie sanockim, przegrała 
ją i czując się pokrzywdzoną wytoczyła pozwy staroście 
Mniszchowi, pisarzom tegoż grodu Włostowskiemu i Ko- 
smowskiemu i wszystkim w ogóle urzędnikom sądowym 
o zgwałcenie prawa, o korupcyę, o pofałszowanie i kra- 
dzież skrutyniów i munimentów. Proces źle się skończył 
dla Parżnickiej; nie mogła udowodnić żadnego z swoich 
hańbiących zarzutów i skazana została na trybunale za 
oszczerstwo. Nim skazana zdążyła wyrobić sobie sabum 
conductum, jeden z spotwarzonych przez nią, Kosmowski, 
zasadza się na nią, chwyta ją jadącą do Piotrkowa i jako 



42 NIEDOSTATKI PRAWA 

wywołankę odstawia do zamku sanockiego. Okuta w ciężkie 
kajdany, z obręczem żelaznym na szyji, zagrożona karą 
miecza, w śmiertelnej trwodze przebywa ta kobieta dłuż- 
szy czas w więzieniu, aż nareście krewny czy też przy- 
jaciel jej domu Jan Skarbek wyręcza ją z wieży, płaci za 
nią grzywny i daje satysfakcyę spotwarzonym przez nią 
osobom. Swoją drogą, Parżnicka wyszedłszy z więzienia, 
niepoprawna litygantka, zasypuje znowu wszystkich po- 
zwami, nie wyjmując nawet i Skarbka, któremu zawdzię- 
czała ocalenie.^) 

Ten sam brak władzy wykonawczej przy zawiłości 
prawa, którego >nikt nie umiał,- *) sprawiał, że nie było 
także bezpieczeństwa mienia. Procesy nie miały końca. Szły 
w fatalnym spadku z pradziada na prawnuka, bywały dzie- 
dziczną klątwą rodzin. Nikt, cłiyba jakiś specyalny znawca 
starodawnego polskiego prawa, nie zoryentuje się w tym 
labiryncie, do którego autor nie próbuje wieść czytelnika, 
aby się w nim zaraz na wstępie nie zgubić. Nie podobna 
według aktów zoryentować się w tym cłiaosie pozwów, 
terminów, astycyj, kontrawersyj, dekretów i nareście intro- 
misyj, które mają kończyć sprawę a zaczynają ją ab ovo. 
Taka niejasna, powikłana, ciężka i leniwa procedura mu- 
siała przy wrodzonej szlaclicie skłonności do pieniactwa 
wywołać liczną klasę zawodowycti prawników, t. z. pro- 
kuratorów, którzy dla zysku włóczyli biednego klienta 
przez ten ciemny labirynt procesowy, podniecali waśnie 
rodzinne, budzili najgorsze instynkta napaści i cłiciwości, 
odwodzili od zgody, podejmowali się spraw najniesłu- 
szniejszycłi i bogacili się ruiną swoicłi ofiar. » Wspomnę 
najemne łgarze, prokuratory — powiada anonim-szlachcic 
około r. 1606 w liście do przyjaciela — jest to u nas 
pestientiale virus; azaż nie widzisz, jako idą w rzeczach, 

O Agr. Sanockie, tom 143 pp. 97—100, tom 150 
pp. 22, 661, 1464. 

*) Górnicki, Rozmowa Polaka z Włochem, str. 46. 



NIEDOSTATKI PRAWA 43 

jako się bogacą, jaka presumpcya u nich; ludzie zacni 
przededrzwiami stoją u nich, a jakiemi figlami, szalbier- 
stwy ci ludzie rostą!... Najemnymi łgarzami dlatego je 
zowę, że ja, kiedybym miał jaką niesprawiedliwą kauzę, 
wstydziłbym się jej popierać. Ale najmę prokuratora, dam 
mu, a on łże za mnie, łże tak dobrze, że ziemia schnie, 
czyni z białego czarne, z czarnego białe. A toż i tymby 
się zabieżało, kiedy by był gęstszy człowiek w Koronie 
godny, coby pokój między ludźmi krzewili, jednaliby lity- 
ganty, samiby się sądzili, a ci szalbierze stanieliby prędko. 
Bym tego jeszcze doczekać mógł, daj mi to Panie Boże, 
aby się w tym powiecie naszym choć dziesięć osób go- 
dnych a cnotliwych na to udało, żeby tę fatygę propter 
Deum podjęli, niźli nadejdzie trybunał, a wszystkie sprawy, 
któreby per appellationem wyszły na trybunał, doma po- 
jednali, porównali, aby wżdy choć jeden powiat nie był 
na trybunale, a tym kauzo-łgarzom, aby ile tyle guestu 
ubyło — jużbym rad potem umarł zaraz. ^) 

Takim zawodowym prawnikom, wierutnym szynka- 
rzom moralnego alkoholu, którym dosłownie rozpajali 
swych klientów aż do szału pieniactwa, zależało nietylko 
na tem, aby sprawę powierzoną sobie wikłać, jątrzyć, 
przewlekać, ale także na tem, aby z drobnej rzeczy zro- 
bić wielką, z małego zajścia srogi gwałt, z drobnego 
przewinienia zbrodnię. Na samym wstępie tej książki pod- 
nieśliśmy już, jak ostrożnie trzeba się liczyć z prawdo- 
mównością protestacyj i pozwów, jak trzeba koniecznie 
doszukać się prawomocnego wyroku lub aktu jednania, aby 
uwierzyć w sam fakt, o który chodzi. Najdziksza, że się 
tak wyrazimy, przesada panuje w protestacyach i pozwach, 
spisywanych przez prawnych rabulistów owego czasu 
w imieniu strony pozywającej. Niekiedy protestacya cała 
jest zmyśleniem, zuchwałem kłamstwem co do joty. Na- 



1) Rękopis Bibl. Ossol. nr. 314 p. 29. 



44 NIEDOSTATKI PRAWA 

zywało się to robić ex causa mentali realem, ex cmii cri- 
minalem; chodziło o prostą napaść, o zastraszenie słab- 
szych i lękliwszych, o extorsyę czyh* jak to zwano o usil- 
stwo, czasem o sam paszkwil tylko bez dalszych konse- 
kwencyj. Wyrobił się osobny styl w tych pozwach i pro- 
testacyach : przesadny, napuszysty, pełny fałszywego akcentu 
tragiczności i niesmacznej a czasem komicznej tautologii, 
która miała sam fakt podnieść, uwydatnić i jak najjaskra- 
wiej oświetlić, a zasypywała go raczej sieczką słów nie- 
potrzebnych. Wyrządził ktoś komuś małą szkodę w lesie, 
to sakramentalną formułką pozwu było, że >1000 drzew 
rodzajnych, ogromnych, budulcowych, masztowych wy- 
rębał,vv nigdy mniej i nigdy więcej; naruszył ktoś komuś 
uprawne pole, to już je » spustoszył, zniszczył, zniósł 
i w niwec obrócił;: dopuściła się służba czyjaś burdy 
na własną rękę, o czem służbodawca nie wiedział i nie 
słyszał, to stało się to przecież »za jego sprawą, wolą, 
wiedzą, mandatem, zmową i rozkazaniem ;« a zabił ktoś 
kogoś w zwadzie, to nie zabił go krótko i węzłowato, 
ale :^ ważył się zabić, zamordować, uśmiercić i z żywego 
nieżywym uczynić, jakoż i zabił, zamordował, uśmiercił 
i z żywego nieżywym uczynił.<: 

Wobec tego wszystkiego nie dziw, że sprawy cy- 
wilne z powodu swojej przewlekłości wyczerpują cierpli- 
wość przeciwników i przechodzą w sprawy kryminalne. 
Cose lunghe diventano biscie, powiada włoskie przysło- 
wie, a zastosować je można z osobliwą trafnością do 
procesów polskich, które rzeczywiście przez nieskończe- 
nie długie trwanie plątały się w jakiś nierozwikłany nigdy 
kłąb żmij jadowitych. Pomagano sobie gwałtem; urosła 
owa nieszczęsna praktyka dochodzenia swoich pretensyj 
>prawem i lewem,^ trybunałem i kryminałem. Prawem 
I Lewem weszło w zwyczaj i w codzienny słownik szla- 
checki — Jare et gladio nazywano to po łacinie już 
w pierwszej połowie XV. wieku ^) — i odtąd aż w głąb 

*) Ulanowski, Acta Capitularia III. 375 z r. 1440. 



NIEDOSTATKI PRAWA 45 

XVIII, stulecia ani słowo ani rzecz nie wychodzi z użycia. 
Używa tych słów jeszcze Matuszewicz w swoich pamię- 
tnikach i to wcale nie w znaczeniu tradycyjnego tylko 
przeżytku, ale jako żywego hasła. 

Pozew położony w domu szlachcica przez woźnego 
był zazwyczaj straszliwym gościem ; był żagwią wniesioną 
w dom zdradziecko, zniszczeniem bytu i spokoju, zapo- 
wiedzią nieszczęścia, wojny, ruiny — i wprawdzie niepo- 
dobna usprawiedliwić ale łatwo zrozumieć, że w r. 1604 
trzej bracia Grochowscy, ujmując się za swym krewnym 
starcem schorzałym, napadli na niejakiego Przyłuskiego 
w Sanoku i z okrzykiem: Tyżeś to ten Przyłuski, co 
starca twojemi pozwami nękasz! — wypalili do niego 
z półhaków i na miejscu trupem położyli. ^) > Jeśli mnie 
p. Hościsławski będzie pozywał — odgraża się szlachcic 
sanocki Paweł Dwernicki — tedy pozew jego uwiążę ko- 
niowi do ogona, szukać go będę w domu jego, szyję mu 
utnę, a sam ujdę na Ukrainę — niech mnie tam żona 
jego szuka !« -Czemu mnie pozywasz! -woła Aleksan- 
der Mużyło Buczacki — i przebija sztychem szabli szla- 
chcica Radziszewskiego, który go ciągle obsyłał pozwami. -) 
Wszystkie prawie głośne i niekiedy bardzo krwawe wojny 
prywatne w województwie ruskiem, o których w dalszym 
toku będzie mowa, bratobójcze zajścia między Łahodow- 
skimi w ziemi lwowskiej, między wojewodziną Oolską 
a Potockimi, Bałabanem a Jabłonowskim, między braćmi 
Bełzeckimi w ziemi halickiej, między Stadnickimi a Dro- 
hojowskimi, Stadnickim a Herburtem, Herburtem a Poru- 
deńskimi w ziemi przemyskiej miały źródło w procesach 
cywilnych. Bo i w nich, gdy już ostatecznie, niekiedy po 
najdłuższych latach, przyszło do dekretu, nie było go 
komu wykonać. 

') Agr. Sanockie, tom 141 p. 3 — 6. 

-) Agr. Trembowelskie, tom 117 p. 616. 



46 NIEDOSTATKI PRAWA 

Po przysądzeniu komuś jakiejś wywalczonej sumy 
lub jakiejś posiadłości ziemskiej miała nastąpić t. zw. in- 
tromisya, t. j. oddanie wyprocesowanej rzeczy. Na tę 
intromisyę udawał się zawsze woźny z swoimi dwoma 
szlactieckimi asystentami i oczywiście powracał z kwitkiem, 
bo zasądzony wzbraniał zawsze intromisyi, czyli jak się 
wyrażał stereotypowy frazes relacyi woźnego lub wices- 
gerenta: temere denegavit Po każdej takiej intromisyi ro- 
sły koszta i zakłady, rosły zyski i przezyski, intromisya 
szła za intromisya, a zawsze była denegata, i stawało na 
tem, że wygrywający proces, mając sobie przysądzony 
przedmiot sporu cum lucris, perlucris et vadiis dupUcatis, 
triplicatis itp. widział się bezwładnym i bezradnym wobec 
upornego dłużnika. >Ono lepak bardzo śmieszna — mówi 
o tem Modrzewski — że też i władności królewskiej, 
którą ramieniem królewskiem zową, majętność czyją z wy- 
nalazku prawa wziąć i baba jednem słówkiem za- 
bronić może. Skazując więc sędziowie sowite i trojakie 
zakłady tym, co wyganiają z przysądzonycti imion, ale 
nie wiem, jeśli kto kiedy płacił.«^) I tu starosta miał obo- 
wiązek wykonać egzekucyę zbrojną ręką, armata manu, 
i z przyzwaniem szlactity całego powiatu do pomocy, mota 
nobilitate, ale widzieliśmy już przy sprawacti kryminal- 
nycti, z jaką trudnością przyctiodziły do skutku takie sta- 
rościńskie egzekucyę. Cóż tedy pozostawało? Nie można 
było dojść końca >prawem,« doctiodziło się go »lewem.<: 
Następował zbrojny zajazd — co miało być aktem spra- 
wiedliwości, zmieniało się w akt prywatnego gwałtu. 

A przez ten cały labirynt prawny i obyczajowy, przez 
ten cały kalejdoskop społeczny przemyka się bezustannie 
w najrozmaitszycłi rolacłi postać szczególna, specyficznie 
polska, od całego życia w przeszłości nieodłączna, jaskra- 
wym kontrastem między pozornie wysokiem znaczeniem 

^) O poprawie Rzeczypospolitej str. 234 — 5. 



NIEDOSTATKI PRAWA 47 

a rzeczywistą nicością niewiedzieć czy komiczna czy tra- 
giczna, wszędzie obecna, wszędzie konieczna, wszędzie 
posyłana i zewsząd wypędzana — woźny! Lekceważony, 
przepłaszany kijem, szczuty psami, pławiony w wodzie, 
czasem okrutnie zabijany — ten woźny polski jest prze- 
cież początkiem, środkiem i końcem wszystkiego, alfą 
i omegą każdej sprawy, sprężyną administracyi i sądowni- 
ctwa, okiem i ucłiem władzy, człowiekiem na wszystko, 
dla wszystkicłi i do wszystkiego. A jakby w dziwnem 
dopełnieniu tycłi swoicli losów, człowieczek ten sam jeden 
żyje do dziś dnia, kiedy to wszystko zginęło. Mickiewicz 
zactiował nam woźnego w Panu Tadeuszu jak muszkę 
w bursztynie,<^ zrobił go postacią wieczystą. 

Nie wiemy, czy jest w liistoryi prawnej i obyczajo- 
wej jakiegoś innego narodu postać podobna, jak naszego 
polskiego woźnego, z takim szumnym tytułem a z tak 
nikczemną dolą, z takim ogromnym zakcesem agend a z tak 
nędznemi warunkami do icti spełniania. Mianowany przez 
samego króla, osobnym majestatycznym dekretem czyli 
t. zw. autentykiem pod pieczęcią koronną, który go »obiera, 
czyni i postanawia^ funkcyonaryuszem publicznym, daje 
mu >moc i wolność« do spełniania swego urzędu we 
^^^ wszystkicłi województwacti i powiatacti,<v obdarzony tytu- 
łem, który brzmi równie pompatycznie po łacinie: Ministe- 
rialis Regni Generalls, jak po polsku: Woźny Ziemski, 
Generał Koronny,<^ zaszczycony przydomkiem opatrzny,' 
który ma określać niejako warunek czujności i przezor- 
ności — woźny spełnia czynności sądowe i administra- 
cyjne niepospolitej wagi, bo nawet takie, które dziś powie- 
rzane bywają tylko notaryuszom a nawet całym komisyom 
sądowym i politycznym. On jest nietylko woźnym w dzi- 
siejszem tego słowa znaczeniu, nietylko sługą i posłańcem 
sądu, nietylko doręcza, czyli jak to się nazywało kładzie<: 
pozwy, ale odprawia urzędowe wizye, zbiera informacye 
dla stron i sądu, daje roki licowe, ogląda rany i klasyfi- 




Fig. 3. 
Ornamentyka z 451 tomu Aktów Gr. Lwowskich. 



NIEDOSTATKI PRAWA 49 

kuje je według obowiązującej taxy, jeździ na czynienie 
sprawiedliwości przy oddawaniu zbiegłych poddanycli, nad- 
zoruje wykonanie wyroków, asystuje przy przysięgacti, 
>aresztuje« rzeczy i osoby, to znaczy stwierdza urzędownie 
icłi istnienie na pewnem miejscu i w pewnym czasie i kła- 
dzie na nie niejako dłoń prawa, obwołuje głowę zabitego 
czyli odprawia t. zw. prodamatio capitiSy co się zawsze 
odbywało uroczyście w ten sposób, że woźny przy po- 
grzebie zabitego, nim trumnę złożono do grobu, obwoły- 
wał po trzy i cztery kroć ponad formę prawa — ter 
quaterque ultra formam iuris — kto jest sprawcą zabój- 
stwa. Oczywiście, że stosownie do powszectinego zwy- 
czaju szlaclity popierania sporu ^>prawem i Iewem,« i on 
też służy stronom na prawo i na lewo, nadaje formę pra- 
wną najprzeciwniejszym prawu obwieszczeniom, bo nosi 
kartele wojownicze czyli t. zw. odpowiedzi, i na rynkacłi 
i jarmarkacti ogłasza nawet, że ktoś na kogoś zamierza 
uczynić zbrojny najazd. W każdej czynności jego asysto- 
wać muszą mu dwaj osiadli szlacticice. 

Ale ten funkcyonaryusz publiczny, spełniający urząd 
tak wielostronny i pełny odpowiedzialności, jest zazwyczaj 
prostym ctiłopem, bardzo często nie eliberowanym jeszcze 
poddanym szlactieckim, bierze za każdą czynność po gro- 
szu od mili, nie umie najczęściej ani czytać ani pisać, 
a owa »moc i wolność<< w spełnianiu urzędu, zapewniona 
mu dekretem monarszym, w rzeczywistości tak wygląda, 
że nic nie może i nic mu nie wolno, jeżeli nie cłice się na- 
razić na zniewagę, na sińce, na rany albo na śmierć na- 
wet, i jeżeli nie umie się ratować sprytem, cłiytrym pod- 
stępem, i nie potrafi położyć pozwu z nienacka, szybko, 
złodziejskim chyłkiem, aby zaraz potem ratować zdrowie 
ucieczką. Ci dwaj asystenci jego, ci dwaj sakramentalni 
szlachcice, co powagą swego świadectwa mają uwierzy- 
telniać jego relacye, to dwaj chodaczkowi lub zagonowi 
biedacy, tego samego zapewne co i on poziomu, na któ- 

4 



50 NIEDOSTATKI PRAWA 

rych pan wójt lwowski, Anczewski, nie waha się wołać 
publicznie: »Bijcie kijem woźnego i szlachtę a wypchnij- 
cie ich z ratusza! Wej że wej! Łacno dostać za szóstak 
szlachcica !<' *) Można sobie wyobrazić, jakiej wagi i war- 
tości były relacye takiej trójki! Prawo ustanawiało ciężkie 
kary na woźnych przekupnych i zeznających fałsze; wo- 
źny przekonany o to przez sześciu świadków, >miał być 
z urzędu zrzucon a na twarzy na wieczny znak jego 
fałszu miał być przepalon i pryskowan,« ^) ale to, jak tyle 
innych surowych a nigdy niewykonywanych postanowień 
karnych, nie zapobiegało złemu. Mówią ci woźniowie — 
czytamy u Górnickiego — gdy, prawi, zeznam sprawie- 
dliwie, tylko mi grosz dadzą, a gdy nieprawdę zeznam, 
dadzą mi kopę. A co większa, woźne macie swe własne 
chłopy, których życie i śmierć jest w ręku waszych, ja- 
koż tu woźny zeznać nie musi tego, co mu każą?«^) 

I kurta, której poły podpięte na guzy 

Można zakasać albo spuścić na kolana; 

Czapka z uszami, sznurkiem u wierzchu związana, 

Wznosi się na pogodę, spuszcza się przed słotą. 

Tak ubrany wziął pałkę i ruszył piechotą, 

Bo woźni przed procesem, jak szpiegi przed bojem, 

Muszą kryć się pod różną postacią i strojem. 

Tak opisał Mickiewicz woźnego Protazego, wybie- 
rającego się z pozwem. Obrazek ten dałby się przenieść 
zapewne i w czasy, o których piszemy. Mamy atoli kilka 
szczegółów, które pozwalają nam wyobrazić sobie, jak 
wyglądał ówczesny woźny, i dostarczają także garstki ry- 
sów do charakterystyki jego fizyognomji zewnętrznej 
i moralnej — a to dzięki humorystycznej oblacie, jednemu 
z tych żartobliwych konceptów, któremi podpiskowie za- 



^) Agr. Lwowskie, tom 396 p. 1601. 
^ Volumina Legum, tom 11. p. 169. 
3) L. c. str. 47. 



NIEDOSTATKI PRAWA 51 

pełniali niekiedy próżne karty ksiąg grodzkich. W aktach 
lwowskich ^) czytamy ujętą we wszystkie formułki i flo- 
resy prawne inskrypcyę, zeznaną przed grodem konstan- 
tynopolitańskim, mocą której chan tatarski Szangierej Soł- 
tan darowuje (dat, donat, inscribit et resignat) lwow- 
skiemu woźnemu Maryanowi Krobzniewskiemu w wie- 
czyste posiadanie miasto Oczaków i pozwala mu intro- 
mitować się tam bezzwłocznie przez któregokolwiek 
woźnego, jednakże w asystencyi nie dwóch ale 200.000 szla- 
chty polskiej i t. p. Dowiadujemy się z tej wesołej eluku- 
bracyi, że woźny miewał przy lewym boku szablę z ka- 
gańcem a przy prawym torbę sarnią seu capsam, w której 
prócz papierów miał »czarną juchę < na posiłek w po- 
dróży; że lubił bawić w hultajskiej gospodzie,« zaglą- 
dać do kieliszka, że pod hasłem : Pal bracie, aby do mnie ! 
multos guatircas et półgarnczków gorzałki ebibity że gry- 
wał w karty i kości antę stajniam cum masztalerzibus 
i t. d. — same szczegóły, które nie zbyt pochlebne dają 
wyobrażenie o obyczajach i gustach tego sługi prawa. 

Życie i zdrowie woźnego stało pod opieką prawa; 
kto woźnego rani, płaci sowito za ranę szlachecką, choćby 
woźny szlachcicem nie był; kto go zabije w urzędzie, 
płaci sowito głowę szlachecką a za winę ma siedzieć 
rok i sześć niedziel. Tak przynajmniej było wedle zwy- 
czajów mazowieckich, zatwierdzonych na sejmie walnym 
toruńskim z r. 1576,^) czy jednak te same postanowienia 
obowiązywały w innych ziemiach polskich, nie wiemy; 
w aktach województwa ruskiego, jakie znamy, spotykali- 
śmy liczne zapiski o gwałtach popełnionych na osobie 
woźnego, ale ani jednego śladu ukarania winowajcy. 
W rzeczywistości biedna ta figura narażona bywała na 
dotkliwe zniewagi a nawet na okrucieństwa. Woźny mu- 



1) Tom 382 pp. 713—722. 

^) Volumina Legum, tom II. p. 169. 



4* 



52 NIEDOSTATKI PRAWA 

siał często używać podstępu, aby dostać się niepostrze- 
żenie do dworu i położyć pozew, bo wiedział, że tak bę- 
dzie przyjęty, jak gdyby podkładał ogień; kiedy cłiodzi 
o położenie pozwu Jerzemu Krasickiemu w Dolinie, wo- 
źny dostaje się na furze w beczce soli do zamku. Z przy- 
krości, jakie spotykały woźnego, najczęstsza była i naj- 
dłużej też żyła w tradycyi ta, która Prołazego spotyka 
ze strony VĆ^ołodkowicza, co 

Przyjąwszy urzędowy pozew, zdarł na sztuki, 
1 postawiwszy przy drzwiach z kijami hajduki. 
Sam nad woźnego głową trzymał goły rapier, 
Krzycząc: albo cię zetnę albo zjedz twój papier! 

Protazy skradłszy się do okna wpadł w ogród ko- 
nopny. Nie tak szczęśliwie powiodło się woźnemu Ma- 
ciejowi Wołosieckiemu, któremu szlachcic Jan Hynek w Du- 
blanach każe w r. 1588 zjeść pozew, a gdy się biedak 
wzbrania, zmusza go do tego, wpychając mu papier sza- 
blą do gęby, czem go okrutnie rani, poczem przywiązuje 
do ogona końskiego i tak ze wsi wywlec każe. ^) Inny 
szlachcic, Stanisław Bolestraszycki, każe gwałtem pić wo- 
źnemu wodę z solą, wlewa mu ją przemocą w gardło 
i taką torturą o śmierć go przyprawia. *) Adryan Orze- 
chowski w okrutny sposób zabija woźnego, który jawi 
się u niego z dekretem intromisyjnym na rzecz Maryi 
Fredrowej, ^) Jerzy Ostrowski, rozgniewany, że mu wo- 
źny Jan Terlecki doręcza pozew przy gościach, każe go 
służliie bić aż do omdlenia, do na pół żywego strzela 
jak do celu, zwłoki rzuca do wiru Zgniłej Lipy, a doko- 
nawszy tej zbrodni woła z satysfakcyą: Juzem wygrał 
i juzem libery bom woźnego zabił !<^^) 



1) Agr. Przemyskie, tom 304 p. 1330. 

^) Agr. Przemyskie, tom 304 p. 1264. 

5) Agr. Przemyskie, tom 339 p. 563. 

^) Agr. Halickie, tom 118 p. 744—8. R. 1608. 



Odpowiedzi. Vadia regalia. Rzadkość pojedynków. Za- 
jazdy. Sprawa derśniaka i konfederacya szlachty prze- 
myskiej. Gubienie zwłok. Porywanie ludzi. Niemirycz 
I Uberowicz. Łaziński i Montelupi. Dalsze przykłady. 
Krwawe odwety. Konkluzya. 

Rozprawiano w Polsce ustawicznie o korekturze 
prawa i o skróceniu postępku sądowego, ale kończyło 
się na tern, że jedyną korekturą była »odpowiedź < i gwałt 
za nią idący, a jedynem skróceniem zajazd i wojna są- 
siedzka. 

Odpowiedź, po łacinie litterae diffidationis, była kar- 
telem, pisemnem uwiadomieniem, które szlachcic przesyłał 
szlachcicowi, wypowiadając mu walkę na śmierć lub życie 
i wzywając go, aby się strzegł przed nim na każdym 
kroku. Odpowiedź nie była zwyczajem pierwotnie pol- 
skim, z gruntu swojskiego urosłym; jak tyle innych zwy- 
czajów dostała się do nas z Niemiec. Sama nazwa odpo- 
wiedź< jest niezgrabnem przetłumaczeniem niemieckiego 
terminu Absage, Absagebrief, W Niemczech bardzo staro- 
żytny, obyczaj ten u nas a specyalnie na Rusi Czerwonej 
jeszcze w wieku XV. nie istnieje; najstarsza zresztą od- 
powiedź, jaką znamy z literatury, datuje się z r. 1532 



54 NIEDOSTATKI PRAWA 

a publikowana była wraz z innemi późniejszemi z aktów 
płockich, sandomierskich i łomżyńskich. O Z zwyczaju za- 
pewne rozpowszechnionego ale prawnie nie uznanego, 
a więc tylko tolerowanego, odpowiedź stała się od r. 1588 
rodzajem legalnego aktu, autoryzowanego środka obrony 
na wypadek następstw kryminalnych po krwawej jakiejś 
waśni osobistej. Konstytucya z pomienionego roku, wierna 
tradycyjnej niekonsekwencyi ustawodawstwa sejmowego, 
zabrania właściwie odpowiedzi i uważa ją za naruszenie 
pospolitego pokoju, orzeka bowiem, że szlachcic, któryby 
szlachcicowi posłał odpowiedź, ma zapłacić szkody ztąd 
wynikłe i winę 100 grzywien, ale zaraz następnie stanowi: 
»A gdyby kto będąc pozwany criminaliter, bronić się 
chciał odpowiedzią, którąby antę crimen miał posłać, 
tedy się inakszą bronić nie może, jedno taką, którąby 
przez woźnego i dwóch szlachciców uczynił i onę dał do 
ksiąg grodu, pod którymby mieszkał ten, komu odpowie- 
dział, wpisać personaliter, a po wpisaniu nie ma prze- 
ciwko stronie on odpowiednik nic violentim poczynać do 
sześciu niedziel. Gdyby się tak nie zachował, tedy takowa 
odpowiedź nie ma iść ad defensionem criminis,<Ą Z kon- 
stytucyi tej i z samej jej niekonsekwencyi wypływałoby, że 
właśnie około tego czasu odpowiedzi zagęściły się bardzo 
i przybrały dziką cechę gwałtów; próbowano tedy naj- 
pierw odwieść szlachtę od zwyczaju przesyłania sobie od- 
powiedzi nałożeniem dotkliwej dla wielu kary pieniężnej, 
a równocześnie ująć sam zwyczaj w karby przystojniejsze, 
nadać mu cechę pewnej lojalności, utrudnić go warunkiem 
osobistego stawienia się z odpowiedzią do grodu, dać 
czas dłuższy, bo sześciotygodniowy, stronie wyzwanej do 
obrony, wyzywającej do rozwagi. 



^) Adolf Pawiński w artykule o > Odpowiedzi. < Ate- 
neum z r. 1896 tom IV. str. 389. 

-) Yolumina Legum, tom 11. p. 254. 



NIEDOSTATKI PRAWA 55 

Odtąd zaczynają się w aktach pojawiać odpowiedzi 
z powołaniem się >na konstytucyę szczęśliwej koronacyi 
króla Pana naszego <^ i mają walor obrony na przyszłość. 
W grodzie przyjmują je do ksiąg z początku tylko na za- 
sadzie: cum nemini acta deneganda sint\ z zastrzeżeniem, 
że to się czyni bez uszczerbku i zagrożenia pospolitego 
prawa i spokoju, później jednak bez żadnych wyraźnych 
zastrzeżeń. Spotykamy odpowiedzi często aż do pierwszych 
kilkunastu lat XVII. stulecia, poczem zwyczaj ten ginie 
powoli. Najwięcej było ich w ziemi przemyskiej — sam 
Dyabeł Stadnicki wydał ich kilkadziesiąt — mniej w ziemi 
lwowskiej i halickiej, najmniej w sanockiej. Odpowiedź 
miała swoją stałą formę, której się zawsze trzymano z ma- 
łemi odmianami; zaczynała się od powodu, który ją wy- 
wołał, a kończyła się przestrogą, aby wyzwany strzegł się 
odpowiadającego -w domu, w kościele, w łaźni, na polu, 
pijąc, jedząc, spiąć, w drodze i na każdem miejscu, bo się 
na nim mścić będzie i na gardle jego usiędzie.<< Czasem 
odpowiedź wbrew konstytucyi jest ustną i nie zgłoszoną 
w grodzie; tak n. p. w r. 1602 Kasper Krzeczowski po- 
syła woźnego z dwoma szlachcicami do Teodora Szepty- 
ckiego z krótkiem poleceniem: -Powiedzcie mu, że go 
koniecznie zabiję i na gardle jego usiędę.«^) Zazwyczaj 
odpowiedź idzie od jednej osoby do jednej osoby, zdarzają 
się jednak przykłady, że całe grono osób przesyła jednemu 
lub jeden całemu gronu odpowiedź. Stanisław Kałuski, 
Piotr Zawadowski, Floryan Ostrowski i Bartosz Żminkowski 
przesyłają zbiorową odpowiedź Michałowi Moszyńskiemu, 
iż >żałując niepomału okrutnej śmierci nieboszczyka pana 
Jana Kałuskiego, brata ich i powinnego, przez niego za- 
bitego etc, mścić się chcą na gardle jego, aby krew krwią 
zapłacona była. -) Maciej Poradowski odpowiada Krzy- 



^) Agr. Przemyskie, tom 318 p. 68. 
-) Agr. Lwowskie, tom 368 p. 1094—5. 



56 NIEDOSTATKI PRAWA 

sztofowi Kostce, wojewodzicowi pomorskiemu, datując 
z obozu pod Derptem, »jemu i wszystkim sługom jego 
szlachcicom, których na ten czas przy nim zastanie i ko- 
gokolwiek zastanie.«*) 

Przy zbiorowej odpowiedzi zachodzą niekiedy osobne 
zastrzeżenia; przesyłający odpowiedź oświadczają, że tylko 
w pewnym szczególnym wypadku nastawać komuś będą 
>na gardło. <^ Tak n. p. niejaki Tomasz Kulczyński przesyła 
w r. 1574 odpowiedź Alexemu Krasickiemu z Rusiatycz, 
»za krzywdę nieznośną, a to dlatego, iżeś ty, gdym ci 
służył, częścią namową a na ostatek srogą kaźnią 
mnie jako tego, który nie rozmyśliwszy się na to, żem 
powinniejszy był gardło był dać, aniżeli takowy cyrograf 
na się , przywiodłeś do tego, iżem ci pozwolił był, w wię- 
zieniu będąc, na cyrograf od ciebie wedle myśli twojej 
napisany, którym mnie obowiązałeś, wyjmując mnie z szla- 
chectwa mego, tobie z przodków twych dobrze wiado- 
mego,« t. j. za to, że Krasicki zmusił Kulczyńskiego do 
podpisania dokumentu, w którym tenże zeznawał, że nie 
jest szlachcicem. Za Kulczyńskim ujęło się całe grono 
przeciw Krasickiemu, oświadczając że wszyscy wespół 
przy pokrzywdzonym >o gardło stawać mu będą, ^ jednakże 
tylko wtedy, jeśli go spotkają w obecności Kulczyńskiego. 
Przyłącza się do tej gromadnej odpowiedzi także Andrzej 
Fredro z Pleszowic z tem samem ograniczeniem: >>Że 
Kulczyński, przyjaciel mój — są słowa jego odpowiedzi — 
tak wielce jest od ciebie ukrzywdzon, przy nim opowie- 
dzieć się, przestrzegając gniazda swego poczciwego Fre- 
drowego, muszę... A gdziebym się z tobą bez przyja- 
ciela swego potkał (t. j. bez Kulczyńskiego), pokój za- 
chowuję, ale przy bytności jego o gardło ci stać będę. -) 



^) Ibidem, p. 476. 

^) Agr. Przemyskie, tom 291 pp. 630, 631—3. 



NIEDOSTATKI PRAWA 57 

Zdarza się także, że wyrwie się szlachcic »lew i re- 
zoIuł,« który na wzór niemieckich Raubgrafów przesyła 
odpowiedź całemu miastu. Tak zrobił w r. 1623 Janusz 
Tyszkiewicz, który odpowiada burmistrzowi, wszystkim 
rajcom i całemu miastu Lwowowi, tak, że mieszczanie 
lwowscy, niepewni życia w domu i podróży, uciekają się 
pod opiekę króla, który ustanawia przeciw Tyszkiewi- 
czowi vadium w sumie 50.000 dukatów. ^ Za przykładem 
Tyszkiewicza poszedł w cztery lata później wojewodzie 
bełzki Aleksander Prusinowski, który przesłał odpowiedź 
proconsuli, consuUbus, advocato, scabinis totigue cmtati 
LeopoUensi za obrazę, która go spotkała ze strony magi- 
stratu lwowskiego.-) Bywa i tak, że odpowiedź traci ry- 
cerskie cechy otwartego wyzwania, a staje się tylko środ- 
kiem pospolitego gwałtu i extorsyi. Tomasz Grochowski, 
kasztelan derpski, posyła dworzan swych do szlachcica 
z Komarnik Libichowskiego z odpowiedzią taką: »Jeśli 
mnie z tych wszystkich protestacyj, procesów prawnych 
i dekretów wszelkich kwitować nie będziesz, wiedz o tem, 
źe cię pewnie zabić każę.« Czeladź swoją wszędzie ro- 
zesłał — żali się biedny szlachcic — którzy mnie ustawi- 
cznie szpiegowali, nigdzie bezpieczny zdrowia nie byłem, 
w dzień nigdy secure nie mogłem jechać, chyba nocą i to 
drogami niezwyczajnemi — co ja widząc a wiedząc, że 
już kilku przedtem z takiejże przyczyny zabić rozkazał 
i według jego rozkazu pozabijano, musiałem poniewol- 
nie w grodzie przemyskim z procesów i dekretów kwi- 
tować.:^) Pomijamy dalsze przykłady, chociaż każdy z nich 
dorzuca jakiś drobny rys do charakterystyki społecznej, 
a przytoczymy w całości jedną odpowiedź z r. 1603, 
która nietylko oryginalną swoją formą ale i treścią jest 



*) Agr. Lwowskie, tom 376 p. 216. 

2) Agr. Lwowskie, tom 378 p. 2518—21. 

») Agr. Halickie, tom 131 p. 905. 



58 NIEDOSTATKI PRAWA 

małym obrazkiem obyczajowym. Stanisław Malawski prze- 
syła Stanisławowi Chinowskiemu do Chmielnika następu- 
jącą odpowiedź: 

»Chinowski! Żeś ty zapomniawszy przystojności szla- 
cłieckiej, zapomniawszy zwyczaju cnotliwycłi ludzi i prawa 
pospolitego, nie ^ odpowiednie, « bez wszelkiej przyczyny 
strzeliłeś do mnie, gdym polując, jechał z charty, zdradliwie 
z tyłu, czego nie zwykli jeno zdrajcy czynić, koniaś pode- 
mną postrzelił, który mi zaraz, skórom do domu przyje- 
chał, zdechł — a iż lepiej poczuwam się w przystojności 
szlacheckiej, niźli ty, i zwyczajem takich zdradliwych spo- 
sobów i sztuk, których ty nademną bez wszelkiej przy- 
czyny dania zażył, podchodzić cię nie chcę, przeto czyniąc 
prawu pospolitemu dosyć i powinności mej szlacheckiej, 
odpowiadam ci przez woźnego i szlachtę, abyś się mnie 
strzegł na wszelkiem miejscu, w domu, w kościele, w polu, 
w łaźni, spiąć, chodząc, za to postrzelenie, któreś do mnie 
czynił zdradliwie a niecnotliwie, bez wszelkiej przyczyny 
mi dania, bom z tobą, jako żywo, ani jadł ani pił i dzie- 
sięciu słów nigdy nie mówił, zaczem na twem gardle mścić 
się będę. Pochwaliłeś się po tem strzelaniu rycerstwem; 
siła takich rycerzy, co z krzaków strzelają, poćwiartowano ; 
ciebie to nie minie. A kiedyżeś ty rycerstwa dokazał? 
Któż o tem słychał? Przeciwko któremu też się ty nieprzy- 
jacielowi koronnemu mężnie stawił? A kiedyżeś Turczyna, 
Tatarzyna, Moskwicina w polu do boju stojącego widział? 
Cożeś ty za rycerz, żeś rok, albo dwa, żołniersko służąc, 
kokosze dławił? I takiś ty rycerz, jako ów Cieszko, błazen 
litewski, który króla Stefana tak prosił: Miłostywy korolu, 
proszu o nahrodu, na dwudziestu wojnach bu wał, nikoli 
sia nie bijał! Toś ty też tak żołniersko służył, a jako ży- 
weś, nieprzyjaciela koronnego nie widział. Ażaż nie pod 
wiechą gęba i oko przecięte? Dobryś basarunek za to 
wziął, na który i teraz zarabiasz. Mój miły panie rycerzu, 
czemużeś się też o oko nie zemścił, kiedyś tak mężny, 



NIEDOSTATKI PRAWA 59 

O CO zawżdy, upiwszy się, przegrażasz? Wszystko twoje 
męstwo w gębie. Ukażę ja tobie, że cię lepiej ugodzę, niż 
ty mnie, nie konia, jako ty, ale ciebie.«^) 

Nie było żadnej władzy prewencyjnej, któraby zapo- 
biegała z urzędu swego takim jawnym groźbom, takim 
głośnym, publicznym zapowiedziom gwałtu i zabójstwa. 
Był tylko jeden środek, na pozor bardzo potężny, w istocie 
rzeczy bardzo błahy i płonny. Były to zakłady, czyli t. zw. 
vadia. Jeszcze w XV. wieku takie vadium uallałum albo 
treuga pacis zakładane bywa między stronami przez woje- 
wodów, starostów i t. zw. tutorów ziemskich, a rzadko 
bardzo przez samego króla; później już tylko król je usta- 
nawia. Na zażalenie i prośbę zagrożonej strony, czasem 
także, ale rzadziej, za interwencyą osób trzecich, król zakła- 
dał między przeciwnikami uadium pieniężne, stanowiąc, że 
strona, która pierwsza rozpocznie kroki nieprzyjacielskie, 
zapłacić ma stronie, która zachowała się spokojnie, połowę 
zakładowej sumy, druga zaś połowa ma być wzięta na 
skarb królewski. Spotykamy w aktach bardzo wiele man- 
datów takich królewskich, najwięcej w aktach ziemi prze- 
myskiej, a opiewają one na rozmaite, czasem bardzo wyso- 
kie sumy. Najniższy zakład wynosi 300 zł., najwyższy 
dochodzi do 200.000 zł. i 150.000 grzywien, jak n. p. 
w r. 1605 między referendarzem kor. Janem Tomaszem 
Drohojowskim a Stanisławem Stadnickiem z Leska, między 
Łukaszem Opalińskim a Stanisławem Stadnickim z Łań- 
cuta (Dyabłem). Zdarzają się takie wadya nietylko między 
jednostką a jednostką, ale także niekiedy między całym za- 
stępem ludzi a jedną osobą, jak n. p. w r. 1611 wadyum 
między całą niemal drobną szlachtą ruską ziemi przemy- 
skiej a wyniesionym wbrew jej woli na biskupią stolicę 
władyką Atanazym Krupeckim (50.000 dukatów;^) dalej 



^) Agr. Przemyskie, tom 319 pp. 474 — 5. 
-) Agr. Przemyskie, tom 327 p. 19. 



60 NIEDOSTATKI PRAWA 

nietylko między szlachcicem a szlachcicem, ale między 
szlachcicem a plebejuszem, jak n. p. w r. 1621 między cho- 
rążym przemyskim Prokopem Pieniążkiem a » uczciwym « 
Tomaszem Bieńkowiczem (300 zł.) ; między szlachtą a całemi 
miastami, jak n. p. w r. 1608 między Janem Brzuchowskim 
a miastem Rzeszowem (5000 grzywien), między Januszem 
Tyszkiewiczem i Aleksandrem Prusinowskim a miastem 
Lwowem (50.000 dukatów), między Piotrem Bolestraszy- 
ckim a mieszczanami przemyskimi (10.000 zł.); między wo- 
jewodzicem lubelskim Piotrem Firlejem a miastem Kro- 
snem (20.000 zł.); między Janem Męcińskim a miastem 
Jasłem (6000 zł.); czasem także między mężczyzną a ko- 
bietą, jak n. p. w r. 1607 między Jordanem Spytkiem a cho- 
rążyną czerwińską, Jadwigą Biejkowską, (30.000 zł.) lub 
między Stadnickim z Leska a wdową po Janie Toma- 
szu Drohojowskim (200.000 zł.). Nikogo te wadya kró- 
lewskie nie obroniły i żadnej wojnie prywatnej nie 
zapobiegły. Mimo olbrzymich zakładów królewskich ode- 
grała się krwawo i skończyła tragicznie wojna Stadnickiego 
Dyabła z Opalińskim, zginął z rąk żołnierzy swego prze- 
ciwnika referendarz Drohojowski, zastrzelił Jan Bąk Lanc- 
koroński Jerzego Wystempa, miecznika ziemi halickiej. 
Nie spotkaliśmy się też z najmniejszym choćby śladem, 
aby ktokolwiek zapłacił lub przynajmniej był pozywany 
o zapłacenie takiego królewskiego wadyum. Niestety, po- 
waga królewska w owych czasach tylko cieniem i echem 
stoi, a jedno i drugie fałszywe ; majestat rzuca cień okazały 
w uniwersałach i mandatach, odbija się uroczystem echem 
w nieszczerych, pełnych lojalności frazesach szlachty — 
ale po za cieniem nie ma rzeczy, po za echem nie ma 
gromu. Dzwon pusty a od małego serca głośny. 

Odpowiedzi uchodziły za rzecz rycerską a nie były 
nią wcale. Gdyby były deklaracyą wojny między rodem 
a rodem, byłyby miały przynajmniej za sobą tytuł tradycyj- 
nej, niejako rasowej, fizycznej nienawiści szczepu przeciw 



NIEDOSTATKI PRAWA 61 

szczepowi, imienia przeciw imieniu, jak n. p. walki clanów 
szkockich, albo to dzikie zapewne, choć ze stanowiska 
rodowego zrozumiałe poczuwanie się do obowiązku dzie- 
dzicznej pomsty za krew przodków, jakie było zasadą 
yendetty włoskiej. Ale zapowiedź morderczej zasadzki je- 
dnego przeciw jednemu z przyczyn dorywczych, przygo- 
dnich, nie miała honorowego, rycerskiego uzasadnienia; 
wzięta żywcem z grubych, zbójeckich obyczajów niemie- 
ckich najgorszego czasu, nie przystawała do charakteru 
polskiego. Lepszym i uczciwszym byłby już pojedynek, 
bo otwierał najkrótszą drogę do celu. Ale, dziwna rzecz, 
w społeczeństwie niewątpliwie na wskroś rycerskiem, jak 
polskie, w tym świecie szlacheckim, gdzie tak co chwila 
wołano: *Bij się ze mną!« — że jeden z tych zabijaków 
dobywa szabli przed figurą Chrystusa pod kościołem fran- 
ciszkańskim we Lwowie i woła: »Jeśliś Bóg, bij się ze 
mną!<' a to bardziej z nałogu niż z bluźnierczej intencyi — 
w tym świecie pojedynki właśnie o tej porze należały do 
rzadkości. Podzielać można zupełnie zdanie Górnickiego, 
który mówi: »Ba i duella, chociaż ich concUium zakazało, 
nie wiem, czemuby wrócić nie miały? Bywały za króla 
Zygmunta Starego i potrzebnie bywały. ') O ileż potrze- 
bniejsze byłyby w tym właśnie czasie, o którym piszemy ! 
Szkoda byłaby daleko mniejszą a zdziczenie obyczajów, od 
którego nie uchroniła się nawet najwyższa warstwa spo- 
łeczna, nie byłoby przybrało takich rozmiarów. Ileż to 
krwi, ile spustoszenia oszczędziłoby się było ziemi prze- 
myskiej, gdyby spór Stadnickiego z Drohojowskim i Her- 
burtem, Dyabła łiańcuckiego z Opalińskim, załatwił się był 
pojedynkiem ! 

Przez całe niemal półwiecze w całem województwie 
ruskiem przechowały się w aktach zaledwie ślady trzech 
pojedynków, a i z tych jeden był raczej morderstwem, ani- 

1) L c. str. 101. 



62 NIEDOSTATKI PRAWA 

Żeli rozprawą rycerską. Piotr Łaszcz wyzwał Joachima 
Ślaslciego w r. 1607 na l<opie i pchnięciem w głowę zabił 
swego przeciwnika, ale i tutaj trzeba dodać, że obaj byli 
husarzami. Łukasz Dzierżek wyzwał rotmistrza Rafała Lipni- 
ckiego, a za warunek postawiono, aby pojedynek odbył 
się na lodzie stawu gródeckiego. Lipnicki padł zabity 
a Dzierżka skazał trybunał na wieżę. Mikołaj Grochowski, 
wyzwawszy Stanisława Cikowskiego, dopuścił, że wyzwa- 
nego jego służący zastrzelił. ') Spotykamy natomiast daleko 
liczniejsze protestacye wyzwanych, uciekających się przed 
pojedynkiem pod opiekę prawa, które według konstytucyi 
z r. 1588 karało pojedynkujących się siedzeniem przez sześć 
miesięcy w wieży i winą 60 grzywien. Zabawnie żali się 
przed urzędem grodzkim halickim szlachcic Adam Kuczyń- 
ski na Stefana Strzemeskiego : »iż on nie wiem jakim du- 
chem wiedziony, przed mojem gumnem we wsi Chocimie- 
rzu i przed mojemi oczyma zajął moich świń dwadzieścia 
i morzył trzy dni i trzy noce; ja posyłałem trzy razy 
szlachtę do niego, nie chciał puścić; poszedłem sam do 
niego a on porywając się do mnie z szablą wyzwał mnie 
na pojedynek. Potem wyjechawszy w pole z p. Jabłono- 
wskim na koniach z pistoletami, wyzwali mnie na poje- 
dynek. Mało co potem z szwagrem swoim p. Miłaszowskim 
podjechawszy na mój dwór, wyzwał mnie na pojedynek... <- 
Tak samo skarży się Jakób Michałowski na Jana Tele- 
jowskiego, a Jerzy Koniecki na Feliksa Wilczka, który kiedy 
Koniecki jako paccatus et guietus dves bić się nie chciał, 
kazał go famulusom swoim poturbować, coby było nie- 
wątpliwie nastąpiło, gdyby bogobojny szlachcic za po- 
mocą Bożą nie poradził zdrowiu ucieczką. «^) 



^) Agr. Sanockie, tom 141 p. 142, Lwowskie, tom 
378 p. 2879, Lwowskie, tom 372 p. 415. 

2) Agr. Halickie, tom 131 p. 705, tom 116 p. 615, 
tom 138 p. 646. 



NIEDOSTATKI PRAWA 63 

Jak » odpowiedź ^v była uprawnieniem bezprawia, tak 
znowu zajazd był ubezprawnieniem prawa. Odpowiedź 
była ujętym w pewne prawne formy aktem iuris manuarii, 
niemieckiego Fausłrechłu, przeniesionego w polskie sto- 
sunki — inecuiłałio, po polsku zajazd, była pierwotnie 
aktem prawnego objęcia w posiadanie rzeczy, przyznanej 
wyrokiem sądowym. Wykonywać się miała całkiem le- 
galnie za interwencyą organu urzędowego, a w razie 
oporu pokonanej strony następować miała egzekucya z ra- 
mienia króla. Ale gdy tym organem był znany już nam 
woźny wraz z swymi dwoma szlaclicicami, a władza egze- 
kucyjna istniała tylko z imienia, więc po całym szeregu 
intromisyj, niedopuszczonycłi przez dłużnika — ternere 
et rebelliter denegatae — zniecierpliwiony wierzyciel wy- 
konywał zajazd zbrojny i zajmował przemocą majątek 
strony pokonanej prawem. Niekiedy gwałtowny taki zajazd 
maskowany był pozorami egzekucyi prawnej; ten, który 
go urządzał, przybierał sobie wices-gerenta i woźnego, 
najczęściej jednak i bez tego się obcliodziło. W takim 
stanie rzeczy zrobiły się zajazdy rozbójniczemi napadami, 
a jeśli strona przeciwna miała środki po temu i pomy- 
ślała o obronie, przycłiodziło do krwawych bitew, do za- 
bójstw i spustoszeń całych majątków. Zajazdami obejmo- 
wali zaraz po śmierci czyjejś — niekiedy nawet jeszcze 
praesente cadavere — spadkobiercy pozostawiony majątek, 
rugowano w ten sposób dzierżawców, zajmowano prze- 
mocą sporne grunta i t. p. 

Zajazdy bywały tak częste, w porze przez nas tra- 
ktowanej tak weszły w obyczaj, zresztą wobec niemocy 
władz bywały niekiedy tak konieczne, że wyrobiła się 
klasa specyalistów, którzy fachowo trudnili się ich orga- 
nizacyą i dostawą potrzebnych szabel. Udawano się do 
nich z zamówieniami, godzono się z nimi stosownie do 
trudności i niebezpieczeństwa wyprawy. I nie mogło być 
inaczej: jak był specyalista - prawnik do prawa, tak mu- 




Fig. 4. 

Szlachcic Zajazdowiec. 
Według spółczesnego sztychu K. Luykena w zbiorach 
Pawlikowskich. 



NIEDOSTATKI PRAWA 65 

siał być specyalista-rębacz do »lewa.« Takim specya- 
listą był n. p. Jacek Dydynski z Niewistki w sanockiej 
ziemi, rodzaj zajazdowego condottiera, który oddawał się 
na usługi braci szlachty, potrzebującej jego szabli i jego 
doświadczenia. Lisowczyk, zaprawiony w dobrej szkole, 
ćwiczony na czatach, zasadzkach i podjazdach, śmiały ale 
bardzo ostrożny i przebiegły, lis szczwany, co się zowie, 
tylko do terminu wierny, po terminie bez skrupułu gotów 
przejść do partyi przeciwnej. Służył młodym Stadnickim, 
synom Dyabła, ale sparzył się na tem, bo kiedy ich po 
swojemu porzucił, doznał bardzo przykrego odwetu; od 
Stadnickich przeszedł też wprost do ich śmiertelnego wroga 
Konstantego Korniakta; służył Stanisławowi Krasickiemu 
w zajeździe starostwa dolińskiego i przerzucił się wkrótce 
do obozu jego przeciwników. Oberwał też tem, czem wo- 
jował, bo trafiwszy na niemniej dobrego gracza, również 
starego Lisowczyka, Mikołaja Tarnawskiego z sanockiej 
ziemi, przegrał z nim i prawem i lewem, bo Tarnawski 
w drodze do Lublina porąbał go srodze a trybunał do- 
prawił, bo skazał go na sześć tygodni wieży. ^) 

W czasie naszego opowiadania najczęstsze i najgwał- 
towniejsze zajazdy zdarzały się w ziemi halickiej. Odby- 
wały się na wielką skalę i z bardzo potężnym aparatem 
wojennym, bo chodziło o wielkie fortuny i o bardzo możne 
osobistości. W niedługim okresie czasu zbiegły się tam 
takie zacięte wojny zajazdowe, jak Radziwiłłów i Potockich 
z wojewodziną Oolską o Buczacz i Podhajce, jak zięciów 
Mohiłowych o dobra Uście i inne majątki, jak Bałabanów 
o Perehińsk i t. p., o których będzie później mowa. Na 
tem miejscu podamy tylko kilka ciekawszych przykładów 
zajazdu. Osobliwością w swoim rodzaju bywały zajazdy, 
że tak powiemy rolnicze, w których chodziło o gwałtowne 
odjęcie zbiorów, o wykonanie prawa używania pewnej 



^) Agr. Przemyskie, tom 373 p. 62. 



66 NIEDOSTATKI PRAWA 

spornej przestrzeni roli. Pod silną eskortą zbrojną wy- 
jeżdżano w setkę pługów i orano rolę, spędzano setki 
żeńców i zaraz wywożono snopy. Takim był w r. 1604 
zajazd, wykonany przez Kaspra Wielżyńskiego z Teme- 
rowic, słynnego z gwałtowności, na Medynię Olbryclita 
Odrowskiego. »Zebrawszy ludzi, jezdnycli kozaków i usa- 
rzy i inszego towarzystwa także liczbę niemałą, która wy- 
nosiła 200 — czytamy w akcie protestacyi — z działki, 
liakownicami i inszą armatą wojenną, ręką zbrojną, umyśl- 
nie i gwałtownie przyszedłszy i sprawiwszy ławami ludzi 
do bitwy, od wsi Temerowic na grunt wsi Medyni, 
a działka i liakownice za niemi na kołacli i woziecłi pro- 
wadząc, we zboże jare i ozime weszli, piecliotę na dwa 
boki z strzelbą ręczną wprzód puściwszy, a potem podda- 
nycłi z różnycli majętności swycłi na 100 człowieka z ko- 
sami przywiódłszy, ono zboże tak ozime jako jare pokosili, 
na wozy, którycłi także było nad sto, nie wiążąc brali, 
a ten lud do bitwy zbrojny po inszem zbożu liarcował 
i liarce ku wsi Medyni czynił, a gdy skarżący do Wiel- 
żyńskiego posłał szlaclietnego Eustacliego Żylińskiego, aby 
takiej szkody nie robił, ten odpowiedział: ^Jedźże, skądeś 
przyjecliał, nietylko żebym zboża psować nie miał, ale 
i wieś spalę a tego przywójcę Odrowskiego i w domu 
szukać będę i od moicli rąk pewnie gardło da!<:< I zaledwie 
ten posłany zdrów odjecliał, za nim zaraz kopijników 
w zbrojacłi 30 puściło się i skarżącycli się, do bitwy nie- 
gotowycli, jęli gonić, za którymi także kozacy na stronacli 
zasadzeni na koń wpadłszy gonili i strzelali, i tam Barto- 
sza Odrowskiego, brata tego Olbryclita, p. Wielżyński poj- 
mał, którego kazał związać i w izbie piekarnianej w Teme- 
rowcacli osadził, clicąc go dać ściąć, którego potem w nocy 
wyprosili pacłiolikowie jego.... I tak cały tydzień zboże 
medyńskie kosili — takim ordynkiem, gwałtem, zbrojną 
ręką, jako na Tatarzyna pewnie by się nie stawił; zboże 



NIEDOSTATKI PRAWA 67 

jako trawę wywożono a nakoniec bydła i stada zagnano 
ku wiecznemu zniszczeniu tej wsi.«^) 

Zajazdy uważane były za rzecz zwyczajną, za malum 
necessańum, i nie obruszały sumienia publicznego, cłiyba 
kiedy dokonane były z niezwykłem okrucieństwem lub 
kiedy ofiarą zajazdu padła jakaś osobistość szczególnie 
szanowna lub między szlachtą bardzo popularna. Tak było 
w ziemi przemyskiej z sprawą Stanisława Derśniaka z Ro- 
kitnicy. Derśniak był winien Jakóbowi Sienieńskiemu, wo- 
jewodzicowi podolskiemu, 12.000 zł. inskrybowanycli na 
Rokitnicy i Woli Rokitnickiej. Sienieński na mocy wyroku 
sądowego cliciał wykonać intromisyę w dobracli swego 
dłużnika i wysłał w tym celu woźnego w nieodłącznej 
asystencyi dwócłi szlacłiciców, przydawszy mu orszak 
swojej czeladzi. Woźny posiłkowany taką eskortą śmiało 
spełnił swoją czynność, wtargnął nawet do dworu i zwy- 
kłym trybem cłiciał ogłosić intromisyę poddanym, prze- 
kazując im posłuszeństwo nowemu panu. Na to Derśniak 
kazał uderzyć w dzwony kościelne, zwołał gromadę ro- 
kitnicką i swoją służbę, obiegł dwór, bombardował go 
ogniem z pułłiaków i przypuściwszy szturm, zmusił do 
ucieczki woźnego wraz z czeladzią Sienieńskiego. W krotce 
potem przypadały roki ziemskie i Derśniak pojecliał do 
Przemyśla, aby w grodzie złożyć przypadającą Sienieńskiemu 
sumę i zadeponować ją aż do formalności kwitacyjnycli. 
A trzeba wiedzieć, że odliczanie znaczniejszej sumy 
w ówczesnej monecie, wyłącznie brzęczącej, przeważnie 
srebrnej, było rzeczą nadzwyczaj pracowitą, wymagającą 
bardzo długiego czasu i przerywaną dla odpoczynku. I tak 
n. p. szlachcic Mikołaj Staniński, odbierając 10.000 gotówką 
od chorążyny Sieniawskiej, liczyć je musiał przez całe trzy 
dni.^) Podczas kiedy więc Derśniak odlicza w Przemyślu 



^) Agr. Halickie, tom 110 p. 1459. 
^) Agr. Lwowskie, tom 387 p. 16. 



5* 



68 NIEDOSTATKI PRAWA 

pieniądze, Sienieński, korzystając z jego nieobecności, roz- 
gniewany despektem, jaki go spotkał przy niedopuszczo- 
nej intromisyi, urządza zbrojny zajazd na Rokitnicę. 
Dragoni jego i kozacy wdzierają się gwałtem do dworu, 
staczają krwawą walkę z broniącą im wstępu czeladzią 
Derśniaka, zabijają z niej jednego, kilku śmiertelnie ranią, 
wpadają do komnat wśród ciągłego strzelania, przyczem 
kula z pułhaka rani w czoło dwuletnią córeczkę Derśniaka, 
dobywają się do skarbca, zabierają zeń 400 czerwonych 
złotych, srebra i inne kosztowne przedmioty, i kto wie, na 
czem by się był skończył ten barbarzyński zajazd, gdyby 
nie przypadkowa interwencya Stanisława Lubomirskiego, 
który przejeżdżając właśnie po pod dwór rokitnicki do 
Żurawicy wysłał swych dworzan na pomoc Derśniakowej 
i spłoszył napastników.^) 

Stało się to dnia 2. lutego. W Przemyślu zgroma- 
dziła się była na roczki ziemskie bardzo licznie szlachta 
okoliczna; wieść o tym gwałcie, która zaraz w parę go- 
dzin po jego dokonaniu dostała się do Przemyśla, wywo- 
łała żywe oburzenie. Postanowiono bezzwłocznie ująć się 
za Derśniakiem i w tym celu zawiązano zaraz na miejscu 
i tegoż samego dnia konfederacyę. Spisano też formalny 
akt tej konfederacyi totius nobilitatis terrae Premisliensis^ 
który obiato wano w grodzie. > Rycerstwo i obywatele 
ziemi przemyskiej — opiewa akt w skróceniu — zjechaw- 
szy się tu do Przemyśla na roki ziemskie, wziąwszy ża- 
łosną wiadomość i skargę o nasłaniu JM. pana Derśniaka 
w Rokitnicy przez p. Jakóba Sienieńskiego, wojewodzica 
podolskiego, (tu następuje opis dokonanych gwałtów)^ 
my tedy przeszłemi domowemi nieszczęsnemi przykłady 
i trwogami ukarani będąc a idąc torem cnych i dzielnych 
przodków naszych, którzy przy każdem zgwałceniu praw, 
swobód i pokoju pospolitego uciekali się ad rnutuas et 



O Agr. Przemyskie, tom 323 pp. 161—163, 199. 



NIEDOSTATKI PRAWA 69 

unitas vires suas, ponieważ nam majestas et authoritas 
Jego Kr. Mości Pana naszego i prawa tudzież egzekucya 
labefaktowana jest, et misere flectuatur ta Rzeczpospolita 
nasza, obowiązujemy się dobrem sumieniem, wiarą, cnotą, 
szlachectwem i poczciwościami naszemi, iż w tej sprawie 
przy p. Derśniaku, bracie naszym, tudzież przy JM. panu 
Adamie Stadnickim, kasztelanie kaliskim i staroście naszym 
a ramieniu Jego Kr. Mości, którego o proces dalszy w tej 
sprawie prosimy, także i sami przy sobie i przy każdym 
z nas z osobna do gardł i majętności naszych stać i po- 
pierać tej krzywdy na każdym placu aż do dojścia osta- 
tecznej egzekucyi będziemy, i ktoby nas od tej zgody na- 
szej rozrywać chciał, tak też ktoby się na potem do 
takiego excesu udać i domy i wsie szlacheckie najeżdżać, 
pokój pospolity gwałcić chciał, przeciw takiemu wszyscy 
powstaniemy i popierać krzywdę każdego chcemy subfide 
et honore nostris, nie folgując w tem ani krewności ani 
przyjaźni.« Podpisali ten akt Adam i Stanisław Stadniccy, 
Stan. Wapowski, Remigian Orzechowski, Wojciech Her- 
burt, Jan Krasicki i wielu innych. ^) 

Ten szumny akt konfederacyi nie miał oczywiście 
żadnych następstw. Do egzekucyi nie przyszło, Sienień- 
skiemu nic się nie stało, a wśród zawichrzeń i gwałtów, 
jakich po tym akcie konfederacyjnym była widownią zie- 
mia przemyska, nie ma śladu jakiejś zbiorowej interwencyi. 
Ale sam akt wart był zapisania jako dokument do psy- 
chologji ówczesnej szlachty polskiej. Zapał jej i zamiary 
nie miały jutra. Upijała się nie tyle winem, co własnym 
temperamentem. Oburzenie, które podyktowało konfede- 
racyę, było najniewątpliwiej szczere, decyzya w danej 
chwili całkiem na seryo; gdyby Sienieński był w Prze- 
myślu, rozniesionoby go na szablach. Co więcej, każdy 
szlachcic, co podpisał akt konfederacyjny, odjeżdżał do 



1) Agr. Przemyskie, tom 323 p. 258. 



70 NIEDOSTATKI PRAWA 

domu Z najgłębszem i najpoczciwszem przekonaniem, źe 
spełnił czyn, źe złożył pozytywny dowód obywatelskiej 
cnoty i szlacłieckiej rezolucyi. Zrobił swoje — niechże 
teraz król Jego Mość, niecłi p. starosta przemyski, niecłi 
wreście sam p. Derśniak dokończą roboty. 

Podaliśmy już przykład zajazdów, które możnaby 
nazwać rolniczemi, przytoczymy teraz takie, którym by dać 
można nazwę pogrzebowych. Na śmierć chorego czekali 
w pogotowiu krewni; jeden czujniejszy od drugiego, ka- 
żdy przemyśliwający wcześnie nad tem, jakby uprzedzić 
innych członków rodziny i mieć za sobą ius pńmum oc- 
cupantb. Leżały jeszcze niepogrzebione zwłoki spadkoda- 
wcy a już wykonywano zajazd zbrojną siłą, aby zająć 
majątek i nie dopuścić współzawodnika, roszczącego so- 
bie również prawo do schedy. Działo się to niekiedy pod 
pozorem uczczenia zmarłego, wzięcia udziału w pogrzebie 
z licznym honorowym orszakiem. Tak zrobili zięciowie 
Strusiowej, wdowy po słynnym żołnierzu Mikołaju, ka- 
sztelanie kamienieckim, tak zrobił książę Władysław 
Ostrogski po śmierci swego teścia kasztelana Ligęzy 
w Rzeszowie; tak postąpił sobie książę Janusz Zasławski 
wspólnie z Janem Szczęsnym Herburtem po śmierci Sta- 
nisława łlerburta w Dobromilu, o czem znajdzie czytel- 
nik bliższe szczegóły w ustępie poświęconym stosunkom 
rodzinnego życia owych czasów. Z innych przykładów 
dość przytoczyć zajazd na Załoźce, urządzony przez księ- 
cia Michała łlieremiego Wiśniowieckiego pod pretekstem 
nawiedzenia ciała zmarłego ks. Jerzego Wiśniowieckiego, 
przyczem wygnano zaraz wdowę Eufrozynę z Tarnow- 
skich i złupiono zamek z kosztowności i gotówki, która 
wynosić miała według zeznań srodze pokrzywdzonej 
wdowy 58.000 zł. ^) Rafał Grochowski, podkoniuszy kró- 
lewski, zajeżdża tak samo praesente cadavere dobra Mi- 



') Agr. Lwowskie, tom 392 p. 821—8. 



NIEDOSTATKI PRAWA 71 

kulińce po śmierci Alexandra Zborowskiego teścia swego, 
i wypędza z zamku syna nieboszczykowskiego Adama, 
Jezuitę, który jednakże nie dbając o sukienkę zakonną, 
zbiera zaraz szlachtę i przyjaciół a znalazłszy nadto suk- 
kurs w dawnych żołnierzach z pod chorągwi zmarłego 
ojca, wraca i wypędza nawzajem Grochowskiego. ^) Jan 
Strzeszowski dopuszcza się haniebnego barbarzyństwa 
przy podobnej okazyi, bo zajecłiawszy po śmierci rotmi- 
strza Władysława Łaszczą wieś królewską Tuczapy, do 
której rości sobie pretensyę, nietylko wygania na mróz 
rodzinę ale wyrzuca z dworu contumeliose niepogrzebione 
jeszcze zwłoki zmarłego.^) Trzej bracia Pełczyccy na 
wieść o śmierci Wiktoryna Łodzińskiego, który był oże- 
niony z ich owdowiałą matką, zjeżdżają tłumnie przed sa- 
mym pogrzebem nieboszczyka do Czaszyna, wypędzają 
rodzinę ojczyma i fortyfikują się w dworze, ale Łodzińscy 
zwerbowawszy sobie naprędce zbrojną kupę, uderzają na 
nich szturmem i oto stacza się krwawa potyczka, w któ- 
rej dwór i całe obejście czaszyńskie idzie z dymem a je- 
den z Pełczyckich ginie od kuli. Z spalonego domo- 
stwa wynoszą dwie trumny i podwójny odbywa się po- 
grzeb.') 

Okrucieństwo jednakże nie leżało nigdy w naturze 
polskiej. Jak zabójstwa, popełnione w pierwszem uniesie- 
niu gniewu, jak krwawe starcia, do których przychodziło 
o lada słowo, były nadzwyczaj częste i nadawały społe- 
czeństwu nietylko szlacheckiemu cechę dzikości, tak znowu, 
przykłady zimnego, obmyślanego okrucieństwa były rzad- 
kie. Zdarzały się, ale należały do wyjątków i budziły 
grozę. Istniał jednak łotrowski zwyczaj ucinania głowy po 



^) Agr. Lwowskie, tom 389 p. 418—20. 
^) Agr. Halickie, tom 132 p. 52. 
») Agr. Sanockie, tom 156 p. 512, 517, 598 z roku 
1641. 



72 NIEDOSTATKI PRAWA 

zabiciu i t. zw. gubienie ciał. Nie działo się to jednak by- 
najmniej z okrutnej clięci pastwienia się nad zwłokami 
nieprzyjaciela i nasycenia serca zemstą, było to tylko 
środkiem zatarcia śladów zbrodni, a czyniono tak za radą 
jurydycznycłi praktyków. »A iź się mężobójstwa różne 
trafiają — powiada Górnicki — bo drugi zabije i spali ciało, 
drugi utopi, trzeci pocliowa na roli albo w ogrodzie, po- 
orze na zabitym ziemię i posieje... To gubienie ciał pospo- 
licie z prawników rady się stawa. < Prawo wymagało, 
aby zwłoki zabitego krewni prezentowali w grodzie 
jako dowód dokonanej zbrodni i dla sprawdzenia osoby, 
gubienie więc zwłok utrudniało dowód morderstwa a ucię- 
cie głowy nie pozwalało stwierdzić, kto był zabity. Jan 
Raszowski kładzie dziesięciu strzałami trupem Stanisława 
Rabrowskiego, odcina głowę, zabiera ją z sobą i ukrywa. ^) 
Tak samo Stanisław Ciekliński czyni zabitemu przez się 
Piotrowi Skibickiemu, tak samo trzej bracia Rytarowscy, 
którzy z zgrają żołnierzy i kozaków z wyprawy moskiew- 
skiej Mniszclia, stojącycłi pod Samborem w r. 1604, na- 
padają na dwór Wawrzyńca Wessia w Beńkowej Wiszni, 
rabują 10.000 zł. gotówki i dużo klejnotów, zabierają Wes- 
sia do Lubienia, własności swego wspólnika Mikołaja 
Wilczka, ztamtąd prowadzą go do lasu, rąbią nieszczę- 
śliwą swą ofiarę niemal w sztuki, ucinają głowę i oso- 
bno ciało a osobno głowę porzucają w lesie.-) Mikołaj 
Tysarowski kazawszy zabić sługom swym Abratiama Cie- 
szanowskiego, rzuca zwłoki do stawu; łlieronim Horno- 
staj najeżdża na Tomasza Żołądzia w Ryclicicach, łupi 
dwór do szczętu, Żołądzia zabija, a ciało jego każe porą- 
bać w małe sztuki i częścią zakopać, częścią rzucić do 



») Agr. Halickie, tom 131 p. 742—7. 

^ Agr. Przemyskie, tom 335 p. 1319, tom 320 p. 
1173, 1523. 



NIEDOSTATKI PRAWA 73 

rzeki, *) a dwaj szlachcice Albert Skniłowski i Piotr Oa- 
jowski rozstrzelawszy Piotra Chamca ćwiartują ciało i rzu- 
cają je psom (in receptaculum caninum vulgo do psiarni -) 
i t. d. 

W zestawieniu okrucieństwa te sprawić by mogły 
straszne wrażenie i rzucić czarniejszy cień na społeczeń- 
stwo ówczesne, aniżeli ono na to zasługuje ; jakoż i w sa- 
mych aktach, skracających wielkie przestrzenie miejsca 
i czasu, robią one optyczne, że tak powiemy, złudzenie 
wielkiej gęstości — w rzeczy samej, jeżeli zważymy, w ja- 
kim okresie czasu i na jak rozległej zdarzyły się widowni, 
musimy przyjść do przekonania, że były wyjątkowemi 
zjawiskami i nie mogą żadną miarą uważane być za do- 
wód wrodzonych instynktów barbarzyństwa. Przykłady 
okrucieństwa jakie znaleźliśmy w aktach, złożyłyby się 
może na liczbę trzydziestu jaskrawych wypadków, oczy- 
wiście z pominięciem tego, czego się dopuszczał taki wy- 
jątkowy tyran i gwałtownik, jak Dyabeł Łańcucki. Jak na 
całe półwiecze i na całe województwo ruskie, jest to bar- 
dzo nieznaczna cyfra, i niewiemy, czy w porze współcze- 
snej mogłyby się nią były pochwalić w tym samym sto- 
sunku sąsiednie Polsce kraje, nie wyjmując Niemiec. 

Do bardzo częstych zbrodni w całej Europie owego 
czasu a nawet i znacznie później należało porywanie ludzi, 
albo dla wywarcia na nich zemsty albo dla okupu lub 
wymuszenia pewnych ustępstw. W niektórych językach 
pozostał po tym zwyczaju osobny pomnik w słowniku, 
w Anglii n. p. kidnapping i blackmail, we Włoszech 
ricatto. Przy braku władz bezpieczeństwa i bardzo niedo- 
łężnem wykonywaniu ustaw, zdawałoby się, że w Polsce 
występek ten należeć był powinien do rzeczy codziennych. 



O Agr. Halickie, tom 139 p. 1285; Agr. Prze- 
myskie, tom 312 p. 1499. 

^) Agr. Lwowskie, tom 395 p. 1006—8. 



74 NIEDOSTATKI PRAWA 

Przecież tak nie było. Wypadki imania i więzienia ludzi 
były dość rzadkie, jeżeli i tu pominiemy to, co wyprawiał 
Stadnicki z Łańcuta, zwany Dyabłem, który więził szlachtę, 
mieszczan i chłopów, i kazał się im szacować. Oczywiście 
mówimy tu tylko w ograniczeniu lokalnem, jakiego trzyma 
się nasza opowieść. Dopuszczał się takiego porywania Jan 
Szczęsny Hubert, jednakże nie dla okupu, dopuszczał się 
i słynny z swoich wybryków Jerzy Krasicki, starosta do- 
liński, który w r. 1603 porywa z gospody w Przemyślu 
mieszczanina gdańskiego Teodora Schulemberga, uwozi do 
Dubiecka i tam osadza w zamkowem więzieniu. ^ Dwa 
takie wypadki porwania osób głośne były swego czasu 
w lwowskiej i sanockiej ziemi. W jednym z nich pobudką 
była chęć pomszczenia obrazy, w drugim zbójecka chci- 
wość, oba skończyły się źle dla sprawców. 

W roku 1619 bawił we Lwowie Samuel Niemirycz, 
z możnej szlacheckiej rodziny, osiadłej w Kijowskiem. 
Mieszkając gospodą na halickiem przedmieściu, dopuszczał 
się rozmaitych gwałtów i awantur, rzucał się na przedmie- 
szczan, strzelał do nich, siał postrach do koła, a w końcu 
zgwałcił kobietę, która roznosiła placki. Burmistrz ówcze- 
sny, Bartłomiej Uberowicz, korzystając z prawa, jakie mu 
przysługiwało, wysłał nań cepaków miejskich, pojmał go, 
osadził w ratuszu i stawił przed sąd mieszany (iudicium 
compositum)y który go na śmierć skazał. Za instancyą 
usilną szlachty darowano Niemiryczowi życie i zmieniono 
karę na odsiedzenie wieży na Wysokim Zamku i na 
zapłacenie winy pieniężnej. Niemirycz poprzysiągł za to 
zemstę miastu i zaraz po opuszczeniu Lwowa zabrał się 
do jej spełnienia. Wróciwszy do swojej majętności, Iwania, 
oddalonej o 64 mil ode Lwowa, zel^rał kilkunastu jak on 
sam rezolutnych pachołków i posiłkowany przez szwagra 
swego Jerzego Lasotę, stanął z nimi pode Lwowem i zasa- 



*) Agr. Lwowskie, tom 356 p. 495. 



NIEDOSTATKI PRAWA 75 

dził się na to, aby któregoś z najznaczniejszych mieszczan, 
przedewszystkiem któregoś z rajców, dostać w ręce. Ube- 
rowicz bawił właśnie w Skniłówku, który dzierżawił, o czem 
dowiedziawszy się Niemirycz, udał się tam dnia 23. lipca 
o północy. Zapukał do drzwi dworu a na zapytanie Ube- 
rowicza, ktoby go budził tak późno, udał, że jest Swo- 
szowskim, i prosi o nocleg. Swoszowski, pisarz ziemski 
lwowski, był bardzo popularną osobistością, znał go i Ube- 
rowicz, i na takie wezwanie, nieubrany, tak jak wstał z łóżka, 
szubkę tylko narzuciwszy, drzwi otworzyć pospieszył. 
Ledwie się jednak drzwi uchyliły, Niemirycz chwycił go, 
na konia rzucił i nogi pod konia podwiązać kazał; mieszek 
aksamitny z 47 dukatami, który Uberowicz ówczesnym 
pospolitym zwyczajem dla przygody^ na szyi nosił, zer- 
wał, konia zaciąć kazał i tak z więźniem swym pędem 
w drogę ruszył. » Ujeżdżał ze mną dziwnemi manowcami 
bez wszelakiego miłosierdzia — opowiada tę przygodę 
swoją sam Uberowicz — tak żem dwa razy omdlewał, 
a gdym do siebie przychodził, prosiłem, aby mnie ściął dla 
ciężkości, którą cierpiałem, odpuszczając mu przed Panem 
Bogiem. I tak gwałtownie mnie pobrawszy, na świtaniu 
Żurów miał, potem jechaliśmy mimo Putiatyńce zamek, 
mimo Gliniany, mimo Oołogóry, przez przedmieście 
załozieckie, przez Inopole, mimo Zasław, wsi JM. księcia 
Zasławskiego, wojewody wołyńskiego.« ^) Tu jednak przy- 
była odsiecz Uberowiczowi. Niósł ją jego kolega, rajca 
lwowski Jan Julian Lorencowicz, który korzystając z tego, 
że tuż nazajutrz po porwaniu Uberowicza przechodziła 
przez Lwów rota ks. Zasławskiego, uprosił sobie u księcia 
pościg za Niemiryczem. Dopadnięto go pod samemi Woł- 
kowicami, majętnością księcia, i odbito jeńca. Wielka była 
radość we Lwowie z szczęśliwego powrotu starca, odpra- 
wiano tryumfy na cześć jego i na cześć jego wybawiciela 



O Agr. Lwowskie, tom 372 pp. 1028-1033. 



76 NIEDOSTATKI PRAWA 

Lorencowicza, którego czyn burmistrz Marcin Kampian 
upamiętnił olbrzymim lwem kamiennym, do dziś dnia za- 
chowanym we Lwowie. ^) 

Uwolniony z rąk Niemirycza Uberowicz nie zaraz 
wrócił do Lwowa. Bał się powracać bez odpowiedniej 
osłony zbrojnej i dopiero hetman Stanisław Żółkiewski 
w sierpniu zapewnił mu bezpieczeństwo w powrocie. 
Hetman wydał osobny uniwersał w tej sprawie, w którym 
mówi: »P. Uberowicz obawiając się i znowu od tego 
łotra (Niemirycza) niebezpieczeństwa, w Zasławiu dotąd 
się bawi, co przywodząc do wiadomości WPanów, proszę 
wszech obec, iżbyście z ludzkości swojej, mając kommi- 
zeracyą nad tym utrapionym sędziwym starcem, raczyli go 
glejtować, jakoby przezpiecznie do Lwowa zajechać mógł, 
a ten łotr Niemirzyc, jeśliby gdzie prześcigniony był, żeby- 
ście W. M. jako przeciw zbójcy i gwałtownikowi raczyli 
dodać pomocy i ratunku, żeby go tern snadniej mogło się 
pojmać.«^) Niemirycza wprawdzie nie pojmano, ale bez 
kłopotów dla niego się nie obeszło. Poparte przez tak 
możne osobistości, jak hetman Żółkiewski, książę Zasławski 
i inni, miasto Lwów poczęło rozprawiać się cńminaliter 
z Niemiryczem, a musiało dojąć mu bardzo, skoro i on 
sam i jego krewni i przyjaciele udają się z prośbami i in- 
stancyami do mieszczan, aby zaniechali kroków prawnych. 
Szwagier Niemirycza, ten sam Jerzy Lasota, który go po- 
siłkował w pojmaniu Uberowicza, udaje się listownie z pro- 
śbą o pośrednictwo do Stefana Czołhańskiego, podwoje- 
wodzego ruskiego. List ten, na pół w prośbie na pół 
w groźbie, jako charakterystyczny przyczynek do historyi 
wyobrażeń ówczesnych, jest rodzajem obyczajowego doku- 
mentu, który nie stracił i dziś wagi swojej. 

*) Obecnie ustawiony przy kopcu Unji Lubelskiej. Cf. 
Patrycyat i mieszczaństwo lwowskie w XVI. i XVII. 
wieku, str. 106 — 7. 

-) Agr. Lwowskie, tom 372 p. 1039. 




Fig. 5. 
Lew Lorencowiczowski we Lwowie. 



78 NIEDOSTATKI PRAWA 

>> Bystrości młodych ludzi — pisze pan Lasota — ile 
żalem uwiedzionych, Waszmości jako bacznemu niewiele 
trzeba deklarować, bo wspomnij Waszmość na spowiedź 
swoją, kiedy się Waszmość w młodym wieku spowiadał; 
mało powiedzieć: szyderstwo, a wiele powiedzieć: ciężka 
pokuta. Poświadcza za młodymi i Kochanowski: Jakoby 
ludzie rok bez wiosny mieć chcieli, żeby młodzi nie szaleli. 
I Paweł Św. powiada o sobie, że gdy był młody, młodość 
miał przed oczyma. Waszmości jako mądremu a w mło- 
dości lat będącemu wiele się tego przygadzało, aż się z gęby 
i szkło wybierało. Mając ja to przed sobą, że WPan moim 
mościwym panem i przyjacielem być raczysz, uciekam się 
z prośbą swoją a to w tej sprawie : Szwagier mój, p. Nie- 
mierzycz, za żalem pojmał był mieszczanina lwowskiego, 
za którego Lwowianie otrzymali na nim banicyę zaocznie ; 
wziąwszy o tem wiadomość a nie chcąc w tem leżeć, chce 
to z siebie złożyć przystojnie, życząc sobie tego, żeby 
przez zgodę a nie przez prawo; umyślnie tedy z tem pisa- 
niem mojem do Waszmości mego pana posyłam i wielce 
proszę, racz mi Waszmość w tej sprawie być przychylny 
i pomocny jako we własnej mojej, a o to starania przyło- 
żyć, żeby się pp. mieszczanie z p. Niemierzycem pogodzili, 
bo urodziwszy się znacznym szlachcicem, zmazy żadnej 
na sobie mieć nie chce i onę prawem spychać gotów. Nie 
wiem, co za rozkosz z tego panom Lwowianom będzie, 
jeśli przy uporze staną; niech uważa jego młodość i prze- 
wagę; uchowaj Boże, aby potem do gorszego komuś z nich 
nie przyszło, o czem nie rozumiem, bo urodziwszy się 
w domu zacnym, przestrzegać chce honoru swego, mając 
na to przystojne sposoby, bo jako jego bystrej młodości 
i tego, co uczynił, przyjaciele ganią, ale ciż przyjaciele 
a prawie wszystko województwo tej krzywdy i zelżenia od 
Lwowian brata swego żałują i przy onym stać chcą, nie za- 
niedbywając tego i na sejmikach i na każdym placu i t. d.«^) 

^) Agr. Lwowskie, tom 373 p. 1593—5. 



NIEDOSTATKI PRAWA 79 

Drugi wypadek był już tylko zbójeckim zamachem, 
obliczonym na okup. Bogaty kupiec krakowski Waleryan 
Montelupi, członek znakomitej rodziny florentyńskiej, która 
ze względów politycznych opuściła swoją ojczyznę i osie- 
dliła się w Polsce, posiadał folwark Piersice w sandomier- 
skiej ziemi. Kiedy w r. 1609 Montelupi bawił w Piersicach, 
napadł go w nocy szlachcic Zygmunt Łaziński z bandą 
zbrojną, pojmał go, zawiązał mu oczy, wsadził na konia 
czyli jak się Montelupi skarży: »w jarczak na kłusaka,< 
i bocznemi drogami zawiódł do jakiejś nieznanej miejsco- 
wości, gdzie znowu wrzucił go do jego własnej karety, 
zrabowanej w Piersicach, przykrył mu głowę kobiercem 
i w trzecią noc po porwaniu zawiózł go do swojej posia- 
dłości Siniawy w sanockiej ziemi. Tu go zamknął w lochu 
piwnicznym i dręcząc podeszłego już wiekiem Montelu- 
piego pogróżkami tortur i śmierci, usiłował go zmusić do 
hojnego okupu wolności a raczej już i głowy. Kazał wy- 
kopać grób w piwnicy, w której go zamknął, i groził, że 
go w nim żywcem zakopie, jeśli nie rozpisze listów do 
swoich braci, zapewne Dominika i Karola, i do krakow- 
skiego kupca Forzoniego, i nie skłoni ich, aby przysłali 
na wykupienie go od śmierci 12.600 zł., z których 8000 zł. 
miało być wypłaconych gotówką w złocie, 4000 zł. w pu- 
harach i misach srebrnych nie według wartości roboty ale 
według wagi srebra, 600 zaś złotych w innych włoskich 
towarach. Z Siniawy, gdzie się Łaziński nie czuł bezpie- 
cznym, przewiózł Montelupiego do Moszczańca i umieścił 
go w domu tamtejszego popa, ale ten, jak się zdaje, ujęty 
przez sprytnego Włocha, dał znać do Sanoka, zkąd przy- 
był z odpowiednią eskortą podstarości i jeńca Łazińskiemu 
odbił. ^) Sam Łaziński uciekł, ale zemsta Montelupiego do- 
ścignęła go w rok później. Była to zemsta okrutna i krwawa, 
wykonana na własną rękę, bez interwencyi władz — jedna 



^) Agr. Sanockie, tom 142 pp. 1334—6. 



80 NIEDOSTATKI PRAWA 

Z tak licznych niestety illustracyj anarchicznych stosunków 
ówczesnych. Miał Montelupi w sanockiej ziemi zięcia, 
szlachcica Damiana Balińskiego, i wraz z nim i gromadą 
zbrojnej czeladzi napadł po północy na dwór Łazińskiego 
w Siniawie. Pojmanego szlachcica-opryszka, zamiast do- 
stawić do grodu w Sanoku, wywiedziono na podwórze, 
przywiązano do drzewa i rostrzelano. ^) 

Słudzy Adama Alexandra Sanguszki, wojewody wo- 
łyńskiego, porywają gwałtem braci Brzezińskich i dosta- 
wiają ich najpierw księciu do Sambora, ztamtąd wiozą ich 
dalej do Drohobycza, gdzie ich wykupuje »od gardła<: 
żona jednego z nich sumą 800 zł. -) Możny szlachcic 
ziemi halickiej, Alexander Oiedziński, niewiadomo z jakiej 
przyczyny, osadza Zofię z Bolinowskich Mniszewską wraz 
z dwoma jej synkami najpierw w zameczku w Łuce a na- 
stępnie w Bolechowie i trzyma ją przez całe lata w wię- 
zieniu, gdzie też Mniszewską umiera. Mąż zmarłej upo- 
mina się o zwłoki, ale Oiedziński odmawia i każe grzebać 
je sine obsecuiis et observantia Christiana homini solita. 
Sam Oiedziński umiera, a synowie jego trzymają nadal 
w więzieniu obie małe sierotki. Sprawa oparła się o try- 
bunał, który nakazał dekretem swym uwolnić bezzwło- 
cznie obu chłopców i oddać ich ojcu, a obu Oiedziń- 
skich i ich siostry, które były współwinne w tem niesły- 
chanem bezprawiu, skazał za samą inkarceracyę Mniszew- 
skiej na rok wieży w zamku halickim i na zapłacenie 
10.000 zł. mężowi, zaś za spowodowanie jej śmierci na 
dalsze siedzenie wieży przez rok i sześć tygodni i na 
zwykłą główszczyznę 240 grzywien. ^) Trzeba wierzyć, że 
każdy z tych opisanych gwałtów był tylko odwetem za 
jakąś ciężką obrazę, krzywdę, czyn zbrodniczy, ale zawsze 
takie wymierzanie sobie samemu doraźnej sprawiedliwo- 

1) Agr. Sanockie, tom 143 pp. 97—100. 

*) Agr. Halickie, tom 137 p. 1501. 

^) Agr. Halickie, tom 141 pp. 1431—6. 



NIEDOSTATKI PRAWA 81 

ści, czy to Z buty i samowoli, czy to nawet z konieczno- 
ści spowodowanej brakiem lub niedołęztwem władz kar- 
nych i wykonawczych, jest zarówno smutną cechą spo- 
łecznych stosunków. 

Trafiał się odwet i na tych przemocnych, wszech- 
władnych, udzielnych — trafiał się odwet i na swawolną 
szlachtę, ale to było wielką rzadkością. Nie ruszał się lud 
przywalony ciężarem ucisku, cierpliwy, milczący, otępiały 
w rezygnacyi, nie ruszały się i miasta, wydane na pa- 
stwę samowoli, pozbawione najkonieczniejszych warun- 
ków nie już rozwoju, ale prostego bytu. Dopiero na 
kilka lat przed wielką katastrofą polityczną i społeczną, 
przed buntem kozackim, jakoby wstępne, ostrzegające wy- 
buchy kipiącego już wulkanu, zdarzają się objawy zbio- 
rowego oporu miast, osobliwie w ziemi halickiej. W roku 
1646 Śniatyn podnosi formalny rokosz przeciw swemu 
staroście Piotrowi Potockiemu, który odbiera mu resztkę 
dawnych municypalnych wolności. Mieszczanie i przed- 
mieszczanie zdobywają się na krok oryginalnej, prawdzi- 
wie rozpaczliwej determinacyi — opuszczają miasto wszy- 
scy co do głowy. Cała ludność z dziećmi, dobytkiem, by- 
dłem, nawet z ulami pszczół wynosi się z miasta i za- 
kłada wielki obóz w czystem polu nad granicą wołoską. 
Odbywszy tam wiece, mężczyźni wracają do Śniatyna, 
wpadają do cerkwi, wynoszą krzyż na rynek i przysię- 
gają na mękę Zbawiciela, że się nawzajem nie opuszczą 
i wytrwają w walce o swoje prawa przeciw staroście. 
Następnie z swoich obozowisk wysyłają delegatów do 
króla, a po ich powrocie z glejtem królewskim wpadają 
tłumnie do opustoszałego miasta, każą woźnemu obwo- 
ływać pismo królewskie na czterech rogach rynku, sztur- 
mują i opanowują ratusz i usiłują dostać się do zamku. 
Dowodził im niejaki Wasyl Cynta, wołoskiego pochodze- 
nia. ^) 



iia. ) 

O Agr. Halickie, tom 139 p. 1479. 



82 NIEDOSTATKI PRAWA 

Rok jeszcze przedtem wybucha podobny bunt w Ha- 
liczu także przeciw staroście, drugiemu Potockiemu, Sta- 
nisławowi. Tym razem szlachcic, dzierżawca wójtowstwa 
halickiego, Wojciech Tyrawski, mając osobiste powody do 
nienawiści przeciw Potockiemu, staje na czele ruchu. Na 
jego wezwanie mieszczanie gromadzą się zbrojni w nasa- 
dzone kosy na rynku i opanowują ratusz; Tyrawski od- 
bija jednego z przewódców ruchu, który był więziony 
w zamku, niejakiego Lesiuka z Załukwi, prezentuje go 
jeszcze okutego ludowi i wśród podburzającego przemó- 
wienia każe go uwolnić z łańcuchów, a gdy nadbiega 
z strażą burgrabia zamkowy Paweł Grembowski, Tyraw- 
ski woła na Haliczan: ^Zrzućcie go z góry, rozsiekajcie 
psiego syna!« Grembowski ledwie uchodzi z życiem, mie- 
szczanie pewni są wygranej sprawy, ale cały ruch kończy 
się na zuchwałej awanturze, wyprawionej przez Tyraw- 
skiego, który lud podburzał tylko dla dogodzenia osobistej 
zemście. Urządza zamach na Potockiego w czasie sejmiku 
a umówiwszy się z mieszczanami, że na gwałt uderzony 
w dzwony kościelne mają mu przybyć z zbrojną pomocą, 
i ukrywszy w plebanji gromadkę żołnierzy, których mu 
dostarczył jego przyjaciel Adam Kałuski, wpada do ko- 
ścioła, gdzie się odbywał właśnie sejmik i z okrzykiem: 
»Co ma być potem, czemu nie zaraz !<v rzuca się z szablą 
na Potockiego, rani go i byłby go zabił na miejscu, gdyby 
oboźny Adam Kazanowski i chorąży ruski Jan Turoboj- 
ski nie byli pospieszyli z ratunkiem. Tymczasem kilku 
z szlachty zapobiegło uderzeniu na gwałt w dzwony, 
a tem samem zbiegowisku i nieochybnemu rozlewowi 
krwi. *) 

Skazanie szlachcica schwytanego in recenti crimine 
przez władze miejskie po za Lwowem prawie nigdy się 
nie zdarza, a i Lwów, który oprócz większych praw miał 

O Agr. Halickie, tom 138 pp. 501—3, 559—562. 



NIEDOSTATKI PRAWA 83 

także i większe siły do ich wykonania, ciężko nieraz za 
taki akt sprawiedliwości musiał pokutować — zdarzył się 
nawet w r. 1647 godny zapisania fakt, że szlachcic pe- 
wien nieznaczny, Piotr Kaliszkowski, skazany na ratuszu 
lwowskim za poranienie mieszczanina na 100 grzywien 
i na 6 tygodni więzienia, osiągnął formalny wyrok śmierci 
(poenam talionis videlicet colli) na całym urzędzie lwow- 
skim, bo trybunał zadekretował, aby burmistrz i ławnicy 
dali głowy pod miecz katowski (eosdem capite plectendos 
esse demandat! ^) Nie spotykamy śladu, aby w którem- 
kolwiek z najznaczniejszych po Lwowie miast wojewódz- 
twa ruskiego magistrat śmiał ukarać szlachcica. Jeden tylko 
Halicz w roku 1610 wyjątkowo zdobył się na to. Urząd 
miejski pojmał za jakiś szkaradny występek Jakóba Jabło- 
nowskiego, osądził go na śmierć i natychmiast ściąć kazał, 
o co wdowa po straconym wytoczyła miastu proces.-) 
Kołomyjski magistrat uczynił tak samo z administratorem 
prowentów starostwa, ale ten nie był szlachcicem. Nato- 
miast tłumny odwet uciskanej i krzywdzonej ludności — 
rodzaj dzisiejszego amerykańskiego lynchu — zdarza się 
niekiedy. Liczna rodzina Ramułtów była bardzo ciężkim są- 
siadem miastu Drohobyczowi, najeżdżała je nawet zbrojno 
i dopuszczała się otwartych gwałtów, jak n. p. w roku 
1603, kiedy to Ramułtowie wyprawili w mieście krwawą 
awanturę i dwóch ruskich księży ranili a trzeciego, Fedora, 
popa Raniowskiego, zabili — przy najbliższej sposobności 
mieszczanie uderzają na gwałt w dzwony, napadają tłumnie 
na dwóch Ramułtów, srodze ich turbują, do uciekających 
szturmują w gospodzie, czeladź ich rozpędzają, tak że obaj 
szlachcice tylko cudownym sposobem uchodzą śmierci 
chroniąc się do kościoła.^) Tego samego doznał w r. 1633 
w Krośnie podkomorzyc sanocki Stanisław Sienieński, 

^) Agr. Lwowskie, tom 396, p. 2115—20. 

2) Agr. Halickie, tom 114 p. 1624. 

3) Agr. Przemyskie, tom 320 p. 527, 653. 

6* 



84 NIEDOSTATKI PRAWA 

który długo swawolnemi wybrykami niepokoił mieszczan 
tamtejszych, aż nareście miarka się przebrała. Przy najbliż- 
szej zaczepce uderzono w mieście na gwałt, a cała męzka 
ludność, tym razem nie wyjmując i żydów, uderzyła zbroj- 
nie na podkomorzyca i jego towarzyszy. Jeden z nich zo- 
stał zabity, a pojmany Sienieński znalazł się w więzieniu 
ratuszowem, zkąd go dopiero po pewnym czasie wypusz- 
czono.^) Ludność miasta Sanoka, doznawając ciągłych krzywd 
od administratorów dóbr starosty krośnieńskiego Stani- 
sława Kazano wskiego, urządziła w r. 1626 pospolite ru- 
szenie i zorganizowawszy się w zbrojny hufiec uderzyła 
na Posadę, zdobyła szturmem dwór, zabiła rządcę nieja- 
kiego Herburtowskiego, a posunąwszy się do dalszej wsi 
Olchowiec, rozniosła dwór tamtejszy, którego mieszkańcy 
zaledwie zdołali ucieczką ocalić życie. ^) 

Ludność miasta Kołomyi dokonała w r. 1613 aktu 
strasznej zemsty na szlachcicu Tomaszu Błudnickim, który 
zarobił sobie na jej nienawiść. Jadącego z Kołomyj! do 
Lwowa tłum porwał z sanek i wśród okrutnego znęcania 
się nad pojmanym zawlókł do saporowieckiego lasu, na- 
stępnie znajdujący się między tłumem pop Hrehory Ose- 
redko, odwiódłszy nieszczęśliwego >w las na stronę od 
owej wielkiej gromady, przymusiwszy go, aby przyklęknął 
na ziemi, z urąganiem i bluźnierstwem wielkiem — opo- 
wiada syn Błudnickiego — przeciwko wierze św. katoli- 
ckiej jadowicie spowiadać mu się przed sobą kazał, po 
której spowiedzi tenże pop naprzód sam rękami swemi 
rohatyną albo oszczepem srogim weń uderzył w pierś 
i aż na drugą stronę przebił, za czem i insi wszyscy 
hurmą wielką przypadłszy, kto jako i czem mógł, siekli, 
kłuli okrutnie, już zabitemu haniebnie rany rozmaite zada- 
wali. Zabrawszy potem szkatułę z 2000 zł. i papierami, 
szablę, łuk, sajdak, i rozebrawszy zabitego do naga, na 

*) Agr. Sanockie, tom 151 pp. 2142—7. 
») Ibidem, tom 150 p. 572. 



NIEDOSTATKI PRAWA 85 

ostatek nie nasyciwszy się krwi jego, ciało obnażone na 
sanki ułożywszy tenże pop i z inszymi, których było do 
400 albo 500 ludzi, mieszczan i przedmieszczan kołomyj- 
skich, za spoiną namową między brfota bagniste w las 
daleko zawieźli i ciało nie wiedzieć gdzie podzieli, sława 
tylko ta jest, że w błotach i jezierzyskach utopili. Sług też 
dwóch nieboszczykowskich pojmawszy i także w las za- 
prowadziwszy pozabijali i potopili. «^) Syn zamordowanego, 
który właśnie wrócił z Moskwy, z »wojska stołecznego,< 
ścigał Kołomyjan prawnie o śmierć ojca i osiągnął na 
głównych przywódzcach wyrok śmierci, infamji i konfi- 
skaty majątków, dał się jednak przejednać, bo w r. 1620 
rodzina Błudnickich odstępuje od akcyi i zwalnia oskarżo- 
nych a król mandatem z tego samego roku przywraca ich 
do czci.^) 

Nie lepszą ale daleko oryginalniejszą śmiercią zginął 
w r. 1618 we Lwowie szlachcic Jan Kurnatowski z ręki 
Ormian. Był to akt >biblijnego<' prawdziwie odwetu. Prze- 
jeżdżając ulicą Św. Jana, zamieszkaną przez samych Ormian, 
Kurnatowski dopuścił się jakiejś niewiadomej burdy — 
contentione guadarn nesciłiir unde prius orta, wyraża się 
zapisek w aktach. Pod przewodem Krzysztofa Chaczki 
rzucili się ku niemu Ormianie i ukamienowali go do- 
słownie. Wszystko, co żyło na tej ulicy, nawet kobiety 
i dzieci — poczęło miotać kamienie na Kurnatowskiego, 
który padł trupem pod tym gradem pocisków."^) 

Szczegóły podane w całym tym ustępie naszego opo- 
wiadania składają się już na ponury obraz obyczajowy, to 
wszystko co nam przyjdzie przytoczyć w dalszym ciągu, 
przyczyni mu jeszcze cieni i przykrej wypukłości. A prze- 
cież wniosek, któryby się opierał na samem tylko pierw- 



1) Agr. Halickie, tom 116 pp. 632—4. 
^ Agr. Halickie, tom 120 p. 89—90. 
^) Agr. Lwowskie, tom 371 pp. 1487 — 9. 



86 NIEDOSTATKI PRAWA 

wszem wrażeniu, byłby fałszywy, a o ile by z krytyki sto- 
sunków prawnych i publicznych przechodził w krytykę 
narodowego charakteru i moralnych usposobień społe- 
czeństwa, byłby krzywdzący. 1 dlatego wyprzedzając nie- 
jako ostateczne wnioski, już na tern miejscu stwierdzić 
musimy, że z wertowania aktów całego województwa ru- 
skiego wynieśliśmy tę wielką pociechę, że wbrew pierw- 
szym wrażeniom wysnuć się z nich da dodatnie kryte- 
ryum narodowego charakteru. Quid sunt regna sine iustitia 
nisi magna latrocinia? Przy takich ciężkich niedostatkach 
instytucyj publicznych, przy tak chwiejnem i dorywczem 
ustawodawstwie, przy takiej niemocy prawa i takim braku 
władz wykonawczych, każde inne społeczeństwo stałoby 
się istotnie jednym wielkim zbójeckim tłumem, magnum 
latrocinium. A tak przecież nie było. Widzimy jak dalece 
ma racyę Włoch Górnickiego, kiedy mówi: »Natury wasze 
polskie dobre są, karne, łaskawe, dobrotliwe^ — widzimy, 
jak wrodzona poczciwość kładła granice temu, co nie 
miałoby było granic, gdyby sam grunt społeczny, sam 
instynkt moralny jednostek, nie miał zachowawczej i od- 
pornej siły. 

Przy wydawaniu sądu o społeczeństwie tego czasu 
należy liczyć się z dwoma rozstrzygającemi czynnikami. 
Z jednym wewnętrznym i bezwzględnym, z drugim nie- 
jako zewnętrznym, zawisłym od wyjątkowych stosunków 
czasu. Wewnętrznym i bezwzględnym czynnikiem jest w na- 
szym wypadku ów nieszczęsny ustrój a raczej zupełny 
rozstrój urządzeń prawnych i politycznych, przy którym 
chyba tylko społeczeństwo, złożone z samych ludzi bez 
namiętności i bez egoizmu, z samych wyznawców kate- 
gorycznego imperatywu* Kanta, z samych istot o nieziem- 
skich cnotach mogło żyć w spokoju, w ładzie, w bezpie- 
czeństwie mienia i życia. Czynnikiem drugim, zewnętrznym, 
jest pora ze swemi wypadkami, która była tego rodzaju, 
że nawet w doskonale zorganizowanem i pod ścisłą opieką 



NIEDOSTATKI PRAWA 87 

prawa żyjącem społeczeństwie musiałaby była wywoły- 
wać koniecznie objawy obyczajowej anarchji i zdziczenia. 
Troje bezkrólewi połączonych z zawichrzeniem całej 
Polski, rokosz Zebrzydowskiego, nieszczęsna awantura 
z Dymitrem Samozwańcem, wojny moskiewskie, szwedz- 
kie, tureckie, kozackie, zaciągi rot swawolnych na służbę 
zagraniczną — opłakane akcye, skierowane na zewnątrz 
a wracające zgubną falą klęsk, nieszczęść i spustoszenia 
w wnętrze kraju — buntownicze konfederacye wojskowe, 
które były potężnem źródłem anarchji nietylko politycznej 
ale i społecznej i daleko więcej przyniosły klęsk Polsce 
niż tego były warte zdobycze oręża; ustawiczne zagony 
tatarskie, których sam Stanisław Żółkiewski, jak to po- 
wiada w jednym z swych listów z r. 1618, zapamiętał 
trzydzieści, a które obok bezprzykładnego spustosze- 
nia niosły tej właśnie dzielnicy polskiej, o której piszemy, 
także i klątwę koniecznej w następstwie demoralizacyi, 
jaką wywołać muszą popłoch, trwoga i gwałtowne zerwa- 
nie wszystkich normalnych warunków codziennego ży- 
cia — zważmy to wszystko i zapytajmy, gdzie jest na 
świecie naród, gdzie kraj taki, w którem by wśród takich 
czasów i takich wypadków nie pękały podwaliny publi- 
cznego ładu, nie dziczały obyczaje, nie wyradzał się nie- 
rząd społeczny? 

A na domiar wszystkiego, co za sąsiedztwo, jakie 
ściany miała Polska! Wołosza, palenisko, ciągle krwią 
dogaszane i ciągle nowym płomieniem ziejące, Węgry za- 
wichrzone do dna wojną turecką i walkami domowemi, 
Siedmiogród, w którym w ciągu 13 lat (1601—1613) siedm 
razy zmieniają się książęta, kolejno mordowani lub wypę- 
dzani — nie mówiąc już o bezpośredniem pobliżu >pa- 
szczęki tatarskiej,v zawsze rozwartej i zawsze głodnej łupu 
i jasyru! 

Dopiero porównanie społecznych stosunków w Pol- 
sce z tem, co się równocześnie działo w innych krajach. 



88 



NIEDOSTATKI PRAWA 



CO się działo przedewszystkiem w Niemczech, o tyle dalej 
posuniętych w organizacyi władz publicznych, może nam 
dać miarę sprawiedliwego sądu. Porównanie to wychodzi 
stanowczo na korzyść Polski. Właśnie w ostatnich latach 




Fig. 6. 
Inicyał z Aktów Gr. Lwowskich. 



XVI. i pierwszych XVn. wieku, a więc w czasie, z któ- 
rego datują się przeważnie przytoczone przez nas gwałty 
i występki, zdziczenie obyczajów niemieckich doszło do 
takiego stopnia, że nawet to, co najgorszego i najzdro- 



NIEDOSTATKI PRAWA 89 

źniejszego wydać mogła anarchia obyczajowa w ziemi ha- 
lickiej i przemyskiej, blednąc musi i tracić znaczenie wobec 
rozbestwienia, wobec straszliwego rozpasania się wszelkich 
zbrodni i nikczemności w niektórych krajach niemieckich. 
Czem były nasze odpowiedzi « wobec Fehdebriefów nie- 
mieckich uszlachconych zbójców, które w roku 1603 tak 
się rozmnożyły, że żadne miasto, żadne sioło nie było 
bezpieczne przed bandami, domagającemi się okupu pod 
groźbą rzezi i pożogi? Czem były nasze najazdy i za- 
jazdy wobec napadów niemieckich Mordbrennerów, zorga- 
nizowanych nietylko pod tajemnemi hasłami, ale i pod 
otwartemi znakami zbrodniczego związku, jak n. p. bandy 
^skaczącego lwa,^ >krzyża św. Andrzeja,^ )Strzały z pier- 
ścieniem « i t. p., które pustoszyły całe okolice Meklem- 
burgji, Saksonji, Turyngji?^*) Czemże była lepsza od na- 
szej szlachta niemiecka, której cesarz Rudolf II. w r. 1616 
zarzuca, że dopuszcza się morderstw, zabójstw, samo- 
wolnych gwałtów i zbrodni, cudzołozstwa, kazirodztwa, <^) 
którą jeden z spółczesnych pisarzy nazywa » bandą epiku- 
rejczyków, obrzydłych wieprzów, zuchwalców, pyszałków, 
bluźnierców, warchołów sprośnych, pasibrzuchów, żarło- 
ków i pijaków, dla których obyczajność i honor są hańbą, 
a wszelka hańba i nikczemność honorem, którym za prawo 
stoi gwałt, bunt, zuchwalstwo i samowola.'*) Odzie było 
więcej morderstw, czy w Polsce, którą właśni jej pisarze 
osławili jako ojczyznę bezkarnych mężobójstw, czy w Niem- 
czech, gdzie w r. 1581 stracono dwóch złoczyńców, z któ- 
rych jeden zamordował 964 osób i 6 dzieci, drugi 544 
osób, gdzie na tak małej przestrzeni, jaką zajmowało księ- 



^) Janssen Joh., Geschichte des deutschen Yolkes, tom 
VIII. p. 354. 

^) Codex Augusłeus u Janssena 1. c. p. 354. 

^)Nicolaus Selnekker u Janssena 1. c. p. 226. 
Spangeberg, Adelsspiegel, ibidem p. 227. 



90 NIEDOSTATKI PRAWA 

słwo Ansbach-Beureułh, liczące razem tylko 90.000 dusz, 
w przeciągu lał 28 (od 1575 do 1603) torturowano 1441 
złoczyńców, stracono 174 a innemi ciężkiemi katuszami 
skarano 309?^) 

W dwóch ostatecznościach utkwiła niejako literatura 
polska, współczesna dobie, która nas zajmuje: w satyrze 
i panegiryzmie. Nie ma całej prawdy ani w jednej ani 
w drugim. Z jednej strony panegiryzm obrzydliwy, pane- 
giryzm w utworach nawet najznakomitszych naszych poe- 
tów — żaden z nich nie jest wolny od tej wady — pa- 
negiryzm w pochlebczych elukubracyach pismaków i pie- 
czeniarzy, w kazaniach i pogrzebowych mowach klechów, 
panegiryzm w gębach oratorskiej szlachty, lubującej się 
w obłudnej i samochwalczej swadzie — linguam nostram 
magnificabimus! — panegiryzm nareście w dyplomach 
i nadaniach królewskich, robił z tego, co było najprostszą 
uczciwością, wysoką cnotę ; z najskromniejszej miary oby- 
watelskiego zmysłu robił wzniosłą ofiarność, z spełnienia 
zwykłego obowiązku żołnierskiego heroizm — z drugiej 
strony wszyscy niemal krytycy współczesnych wad oby- 
czajowych i społecznych począwszy od Orzechowskiego 
a skończywszy na Krzysztofie Opalińskim, wytykając rze- 
czywiste zdrożności, przesadzali nie tyle samym nadmia- 
rem w ich potępieniu, co ich generalizacyą, tak że wynosi 
się z ich czytania niekiedy wrażenie, jakoby Polska była 
Sodomą i Gomorrą. Zaledwie kilku z nich odróżnia winę 
samego społeczeństwa od winy instytucyj; większość nie 
chce reform, chce, aby pozostało przy starych >wolno- 
ściach,« przy starem bezprawiu, i szuka dla Rzeczypospo- 
litej chyba nie ludzi — ale aniołów. Nawet Szymonowicz, 
echo przecież Zamoyskiego, woła w swojej Lutni Roko- 
szańskiej : 



^)Pommersche Chroni k, u Janssena I. c. pp. 454 — 8. 



NIEDOSTATKI PRAWA 91 

Gani cię ktoś nierządem i odmienić radzi? 
Dla Boga, komu nasza starożytność wadzi ! 

I nie w tern leży cały smutek rzeczy, że o tej porze 
tak źle się działo, ale w tern, że nie miało być lepiej. 
Równie źle działo się po za granicami Polski, ale tam 
właśnie już w samej porze najgorszej zaczęła działać re- 
presyjna siła władzy państwowej. W chwili, kiedy w Pol- 
sce zaczynają tryumfować żywioły anarchji, we Francyi 
Henryk IV. ustala władzę publiczną i społeczną sprawie- 
dliwość, razem z głową Birona upada buta i swawola szla- 
checka; w kraju ustaje ucisk ludu, rozpoczyna się epoka 
prawa i ładu. W Niemczech rusztowanie, na którem okru- 
tną śmiercią stracono Grumbacha, było niejako słupem 
granicznym dwóch epok; on sam jest już poniekąd osta- 
tnim bohaterem anarchji społecznej i politycznej, z jego 
straceniem kończy się okres buntowniczych magnatów, 
zamyka się pora zbiorowych, na szeroką skalę organizo- 
wanych gwałtów i wojen prywatnych. W Polsce stan 
rzeczy pozostaje niezmieniony, te same przyczyny wywo- 
łują te same ale w miarę postępu czasu coraz zgubniej- 
sze skutki — i tak trwa ciągle, aż do smutnego końca. 



ROZDZIAŁ DRUGI 



SPRAWY DOMOWE 



I. 

Wolność czy niewola? Zameczkl Służba i czeladź 
zbrojna. milicye domowe. cudzoziemskie żołdactwo. 
Hajduki i sabaty. Mieszkania, zbytek. Zamki i dwory. 

Ta glorya wolności szlacheckiej — jakżeż ona mizer- 
nie gasła w codziennej rzeczywistości prywatnego, nawet 
domowego życia! >Sarmatowie, którzy wszystko mając, 
nic nie mają!^^ — słowa te Wespazyana Kocłiowskiego 
doskonale się stosują do owej wrzekomej swobody, do 
owej wysławianej udzielności szlacheckiej. Wolnym na- 
prawdę i nietylko wolnym, ale udzielnym był wielki pan, 
a i ten dopóty tylko, dopóki nie usiadł mu na karku jeszcze 
większy, jeszcze możniejszy przeciwnik — zwyczajny wio- 
skowy szlachcic żył w niepewności, w trwodze, w zależno- 
ści, prawie w niewoli, a jego magna charta libertatum 
była kwitkiem na trybunał. >Mówi: króla się nie boję, 
a przed sąsiadem ucieka i drży < — powiada Skarga w je- 
dnem z swych kazań sejmowych. Dom szlachecki miał 
według praw być warownią wolności i bezpieczeństwa, 
szlachcic szczycić się miał dumną dewizą angielskiego oby- 
watela: My house is my castle—n\e miał też prawa zastu- 
kać do jego domostwa król, nie miał tego prawa repre- 
zentant króla i stróż praw: starosta, ale hajduk wielkiego 



96 SPRAWY DOMOWE 

pana, ale zbrojny sąsiad, ale Tatar, gość niemal coroczny, 
ale grasanł Lisowczyk z pod rozbitej chorągwi, ale opry- 
szek wołoski, węgierski, lub t. zw. Beskidnik nie uszano- 
wał pewnie jego progów. Tak było we wszystkicłi ziemiach 
województwa ruskiego w czasie naszego opowiadania. 

Mieszkało się daleko od siebie, daleko sąsiad od 
sąsiada, co zresztą często na lepsze, rzadziej na gorsze 
wychodziło — nie było drogi wcale, a jeżeli była, to bez 
mostu, a jeżeli z mostem, to z dziurawym i karkołomnym. 
Miasto dalekie a w mieście niczego nie dostać. Czekało 
się na jarmark. Dom musiał sam sobie wystarczać; życie 
w nim było homeryczne. Wszystko robiło się w domu: 
wódka, piwo, miód, lekarstwa, płótno, mydło, świece, atra- 
ment, nawet proch strzelniczy. Czego się nie robiło w domu, 
tego się nie robiło w ogóle w kraju, przychodziło to z za 
granicy, kupowało się u Niemca, Włocha, Szkota i żyda, 
który stał zazwyczaj za tych wszystkich trzech razem, 
a miał towar najrozliczniejszy i najlichszy — roba per Po- 
lonia. Smutną prawdą były słowa poety: ^Nikt do nas, 
my na wszystkie posyłamy światy — po trunki, po korze- 
nie, szkiełka i bławaty.« 

Każdy dom szlachecki był małą forteczką. Był oko- 
pany a otaczał go ostrokół, okna były zakratowane, drzwi 
bardzo silne i gęsto okute. Każdy zamożniejszy szlachcic 
starał się mieć na domostwie swojem basztę. Taka baszta 
bywała zazwyczaj drewniana i służyła do obrony i do 
straży — gdzie nie było baszty, tam chłopi na dachu ko- 
lejno odprawiali nocą warty, śpiewając, trąbiąc lub dmąc 
w piszczałki na znak czujności. Choć dom był z drzewa 
sklecony a czasem miewał nawet chruściane ściany, nie 
obywał się przecież bez takiej baszty. Czytamy n. p. w in- 
wentarzu wsi Pisarowice w ziemi sanockiej z r. 1645, że 
część dworu składała się z komóreczek, plecionych z chru- 
stu i lepionych gliną, a przecież dom ten miał basztę, wy- 
soką na cztery sążnie, z strzelniczką na szczycie o sześciu 



SPRAWY DOMOWE 97 

oknach. Najdzielniejszym i najzwyczajniejszym jednak środ- 
kiem obronnym był okop — opasywał on dom szlacłiecki 
fosą i wałem, nie potrzebował ani rzemieślnika ani kupnych 
małeryałów i kosztował mało, bo sypali go obowiązani 
do pańszczyzny poddani. Sztuka sypania wałów, impro- 
wizowania okopów, była u nas do wysokiego stopnia 
rozwinięta, a już osobliwie na Czerwonej Rusi, nad którą 
wiecznie wisiała trwoga tatarska. Celowało zawsze w im- 
prowizowaniu fortyfikacyj ziemnych wojsko polskie, w któ- 
rem był piękny zwyczaj, że pierwszy do sypania szańców 
stawał z rydlem w dłoni sam hetman; celowała w tem 
szlachta, mieszkająca w okopach, celował chłop, któremu 
tylko puszcza leśna albo okop dawały ochronę przed Ta- 
tarem. Zazwyczaj miewał taki okop wszerz 4 łokcie, w głąb 
3 łokcie, a ziemia, wyrzucona na wierzch, tworzyła wał 
wysokości 6 łokci. Było to regułą dla najuboższego nawet 
szlachcica, mieć dom przynajmniej o tyle obronny, aby 
jak mawiano: nie był pierwej Pomagaj Bóg^ aniżeli 
>Otwórz!« W Ożomli, rezydencyi niegdyś Stadnickich 
później Heleny Kiszkowej, wojewodziny mścisławskiej, był 
dom obszerny drewniany, którego obwarowanie opisuje 
nieco bliżej inwentarz sporządzony przy oddawaniu dóbr 
w dzierżawę. Sam dwór wraz z głównem podwórzem 
opasany był wysokim ostrogiem (ostrokołem) z dębowych 
palów, u góry w groty zaciosanych, ostróg ten był > mo- 
cno stawiany,^ a od ziemi do pasa płotem podgrodzony. 
Za tym ostrogiem było dokoła drugie podwórze, które 
znowu obwarowane było t. zw. tynem, t. j. wysokiem 
i zaciernionem u góry ogrodzeniem, wzdłuż którego bie- 
gła głęboka fosa i wał wysoko usypany.^) Z licznych opi- 
sów zajazdów i napadów wynika, że do takiego domostwa 
napastnik tylko z wielkim trudem mógł się dostać, że 
okop trzeba było wziąć szturmem, ostrokół wyrąbać, drzwi 

*) Agr. Sanockie, tom 150 pp. 1791—9. 



98 SPRAWY DOMOWE 

wystrzelać, podpalić, czasem prochem wysadzić. Bardzo 
często czytamy, że szlachcic tak napadnięty wytrzymuje 
oblężenie; czasem nawet sama kobieta pod nieobecność 
męża skuteczny stawi opór szturmowi. Ubogi nawet 
szlachcic ma w domu mały arsenał i odpowiedni zapas 
żywności a utrzymywać musi bardzo liczną służbę. Na 
sygnał dany z domu dziedzica uderzają we wsi dzwony 
cerkiewne, a poddani mają wtedy obowiązek z siekierami, 
kosami i pałkami spieszyć na odsiecz dworowi. 

Zamożniejsza szlachta posiada zameczki, drewniane 
wprawdzie najczęściej, ale opatrzone w basztowe czato- 
wnice, otoczone wałem lub potężnym ostrokołowym par- 
kanem. W aktach dwory takie zawsze wymienione są 
jako fortalitia, jeżeli zameczek jest murowany z dodatkiem 
muratum; zamek większy, już naprawdę według reguł 
fortyfikowany, nazywa się stale arx. Zameczków małych 
było bez liku; w ziemi halickiej najwięcej. Spotykamy je 
w miejscowościach, w których nikt dotąd nie przypuszczał 
ich istnienia, bo ślad ich zginął w tradycyi a zachował 
się już tylko w aktach. Następujące miejscowości ziemi hali- 
ckiej miały zameczki : Andrzejowce, Błudniki, Bukaczowce, 
Bobolińce, Bolechów, Bereźnica, Boryszkowce (Makov/ie- 
ckich), Bołszowce, Czerniejów, Chlebiczyn, Chocin, Czer- 
nelica, Dolina, Delatyn, Debesławce, Dołhe, Horodenka, 
Jaroszów, Kociubińce, Kąkolniki, Korszów alias Kazanów, 
Krzywołuka, Korniłów, Lisiatycze, Lisowice, Łuka (Oidziń- 
skich), Łączyn, Łucza, Mogilnica, Monasterzyska (Dzierż- 
ków), Morachów, Międzygórsko, Obertyn, Perehińsko^ 
Pałaicze, Peczeniżyn, Rakowiec, Rożniatów, Strutyn, Stu- 
dzienka, Sarnki, Tyśmienica, Turka, Uście, Utorop, Uście- 
czko, Wołczków (zameczek zwany »Boża Wola <), Zabło- 
tów, Żuków, Zarwanica. W ziemi lwowskiej, przemyskiej 
i sanockiej: Bruchnal, Bereźnica, Bolestraszyce, Białoboki, 
Chodorostaw, Dobrzany, Dziewiętniki, Dołhołucze, Dą- 
brówka, Hodynie, Koniuszki, Krzywcza, Kornalowice, Kło- 



SPRAWY DOMOWE 99 

dnica, Kuropatniki, Kamienobród, Komarno, Łuczyńce, 
Mikulińce (Zborowskich), Mużyłowice, Manasterce, Mi- 
latycze, Nowosiółki, Niedźwiedza, Nowotaniec, Nieczujów 
(dziś Nozdrzec), Oleszyce, Orsko, Pieczychwosty, Przedziel- 
nica, Przemyślany, Putiatyńce, Rokitnica, Romanów, Rychci- 
ce, Snowicz, Śliwnica, Sośnica, Suszyca, Sierakowce, Tadanie, 
Tyrawa, Tarnawa, Trzcianiec, Twierdza, Wojtkowa, Wró- 
blowice, Zboiska, Żurawno. 

Zameczki te drobne — a to co wyliczyliśmy, będzie 
zapewne tylko częścią wszystkiego — obfitowały w broń 
i były dobrze zaprowiantowane. W zameczku n. p. w Bo- 
t)olińcacłi, własności Łodzińskich, piszących się z Radwa- 
nowa, zajechanym i zdobytym w r. 1630 przez Ludwika 
Wydżgę, było 12 śmigownic, 24 hakownic, 50 kobył nie- 
mieckich, 35 polskich, 20 wileńskich, 6 toruńskich mu- 
szkietów, 8 janczarek, 22 guldynek, bandoletów, rur pta- 
szych i zwierzęcych i t. p. ^) W Obertynie, zdobytym przez 
chłopstwo, było strzelby sztuk 18, prochu kamieni 10, 
ładunków gotowych 700, ołowiu kamieni 10; w Bereźnicy, 
która uległa temu samemu losowi, prochu kamieni 8, ła- 
dunków gotowych 1500, kul działowych 300; w zameczku 
pałaickim kobył knotowych 40, muszkietów klepaczowych 
10, hakownic 6 i t. d., prochu kamieni 16, nabojów hako- 
wniczych i muszkietowych 2000, ołowiu kamieni 8;^) 
w Orsku, zameczku pierwotnie Orzeckich później Bole- 
straszyckich, dwa działa żelazne czterołokciowej długości, 
dwa moździerze na półtora łokcia, 7 hakownic na wóz- 
kach z szkatułami kowanemi, z > wszystkim porządkiem, ^^ 
15 śmigownic spiskich, 40 kobył, dużo strzelby mniej- 
szej, 20 kamieni prochu, 4 centnary ołowiu, 2000 goto- 
wych nabojów i t. p. •") W nieco znaczniejszych, chociaż 



O Agr. Halickie, tom 141 p. 1345. 

«) Ibidem, p. 1706. 

^) Agr. Przemyskie, t. 355 p. 114. 



100 SPRAWY DOMOWE 

wcale nie pierwszorzędnych jeszcze 2ami<ach znajdował 
się już wcale pokaźny arsenał, jak n. p. w Sidorowie 
i Strusowie, w którycłi Kalinowscy, po wypędzeniu z nicłi 
Sienieńskicłi, zdobyli w r. 1629 w pierwszym 6 dział spi- 
żowych, każde wartości 5000 zł., 4 działa żelazne, 30 śmi- 
gownic, 60 hakownic; w drugim zaś 10 dział spiżowych 
po 5000 zł., 5 dział żelaznych, 100 kobył niemieckich 
z krzosami, 80 hakownic, 40 śmigownic, 2 organki, pro- 
chów kamieni 7. *) 

Już sama obronność takiego zameczka a tem bardziej 
zwykłego domostwa wymagała bardzo licznej czeladzi, 
jakoż był to największy ciężar w budżecie każdego mo- 
żniejszego szlachcica. Nietylko bezpieczeństwo w domu, 
ale jeszcze bardziej bezpieczeństwo w podróży wyma- 
gało zbrojnego towarzystwa, a z tej potrzeby wyrobił się 
z czasem zwyczaj reprezentacyjny, i szlachcic, który się 
szanował, nie wychylał się z domu bez orszaku. Do 
grodu„ na roczki ziemskie i kwerele, na sejmik, na po- 
grzeby, w gościnę do sąsiada, na nabożeństwo do ko- 
ścioła wyjeżdżało się jakby na małą wojnę i miało się 
też wojnę za lada okazyą. Największa część krwawych 
burd powstawała z powodu takiego zwyczaju; bo jeśli 
nie zwadzili się pomiędzy sobą panowie, pewnie powa- 
dziła się służba, a jak przykazaniem było sługi, mścić się 
krwawo obrazy pańskiej, tak znowu uchodziło to za ho- 
norowy obowiązek pana, ująć się krzywdy swego sługi. 
Wszakże dochowało się przysłowie: »Kto się o psa 
i o chłopca nie weźmie, ten się i o żonę nie weźmie. < 
Jak łatwo z winy służby przychodziło do krwawych zajść 
między panami, pokaże jeden przykład, wzięty z pomiędzy 
niezliczonych. Stolnik przemyski Zygmunt Fredro miał spór 
prawny z Mikołajem Ossolińskim i obaj z tego powodu 
poróżnili się z sobą. Pewnego dnia spotkali się na ulicy 

^) Agr. Lwowskie, tom 380 pp. 2393—2399. 




Fig. 7. 

Hajduk wielkopański. 
Z ryciny współczesnej w zbiorach Pawlikowskich. 



102 SPRAWY DOMOWE 

W Przemyślu, a jak kazał zwyczaj, obaj mieli liczny orszak 
czeladzi przy sobie. Ossoliński przystąpił do Fredry, po- 
dał mu rękę i rzekł: »Gniewasz się na mnie? Przeprośmy 
się!« Fredro byłby się zgodził na pojednanie, ale mając 
żal wielki do Ossolińskiego, odpowiedział na razie cierp- 
kiemi wymówkami. Sługa Ossolińskiego, niejaki Lasocki, 
nie dał mu skończyć, ale wołając: » Następujesz na dobro- 
dzieja mego! W głowie twojej utopię siekierkę!* — rzucił 
się nań z czekanem. Przyszło do bitwy między obiema 
stronami i Fredro wyszedł z niej ciężko porąbany.^) 

Służba szlachecka miała swoją hierarchię, nawet mier- 
nej fortuny szlachcic miał jej dwa rodzaje, szlachciców 
i poddanych. Wśród służby szlacheckiej wielkich domów 
magnackich spotykamy często członków rodzin staroży- 
tnych i znakomitych, starożytniejszych i znakomitszych 
niekiedy od familji, której służą. Między » starszymi słu- 
gami « marszałka w. koronnego Mikołaja Wolskiego, pana 
licznych włości w ziemi przemyskiej, znajdujemy Piotra 
Bolestraszyckiego, podczaszego ziemi sanockiej, Piotra Mni- 
szka i t. p.*^) na dworze Jerzego Radziwiłła figuruje jako fa- 
mulus Władysław Cetner. Sługa szlacheckiej kondycyi przy- 
stając do pana, ślubował mu wierność i posłuszeństwo 
podaniem ręki i ztąd powstała nazwa: sługa rękodajny,/a/;ztf- 
lus manu stipulatus. Nawet taki Jacek Dydyński, stolniko- 
wic sanocki, szlachcic starego a nawet znamienitego rodu, 
właściciel dóbr w ziemi sanockiej, kiedy szablę swoją od- 
daje na usługi Krasickim, nazywany jest w aktach -sługą 
rękodajnym.« Odnosi się wrażenie z czytania aktów, że sto- 
sunek służby do pana bywał przychylny, choć prawda 
i to, że obie strony łączył nietylko węzeł wzajemnego 
przywiązania, ale niekiedy, i to często, solidaryzowała je 
z sobą wspólność popełnionej burdy, jakiegoś gwattu, za- 



Agr. Przemyskie, tom 371 p. 1803. 
^ Agr. Sanockie, tom 151 p. 198. 



SPRAWY DOMOWE 103 

jazdu, zabójstwa. Z dwóch łych stron była jedna zawiślej- 
sza od drugiej, a tą zawiślejszą był prawie zawsze służbo- 
dawca, jeśh' nim nie był magnat na wielką skalę ale zwy- 
kłej miary ziemianin. Taki szlachcic zdany był na łaskę 
lub niełaskę służby butnej, zbrojnej, próżniaczej, chciwej 
nieprawych zysków, a przecież potrzebnej a nawet niezbę- 
dnej. Był to rodzaj niewoli. Częściej się też spotyka 
w aktach przykłady przeniewierstwa i otwartej zdrady cze- 
ladzi szlacheckiej wobec pana, aniżeli dowody niesumien- 
ności lub srogości pana wobec służby. Unikałem potwor- 
nym, unikatem .w całem półwieczu i na całej przestrzeni 
województwa jest taka Agnieszka Opacka, która mszcząc 
się jakiegoś przewinienia, porywa swoją dawną pannę słu- 
żebną pod kościołem w Brzozdowicach, każe jej uciąć 
głowę i patrząc na jej bujne złote warkocze, rzuca głowę 
do ognia wołając: »Nie warta była takich pięknych wło- 
sów !v< — odpokutowała też okrutnica tę zbrodnię wieżą na 
zamku lwowskim i sowitą grzywną;^) wyjątkiem bardzo 
rzadkim jeżeli nie unikatem jest taki n. p. Jan Kopyciński, 
który w r. 1602 przywoławszy do siebie swego długole- 
tniego sługę, szlachcica Ujejskiego, żądał od niego jakichś 
odkryć w poufnych sprawach domowych — in domesticiSy 
wyraża się zapisek, naprowadzając na myśl jakąś intrygę 
rodzinną, może małżeńską — a gdy Ujejski nic mu od- 
kryć nie chciał czy też nie umiał, zabił go na miejscu 
dwoma uderzeniami czekana.^) Natomiast często pada pan 
ofiarą niewierności albo otwartej zdrady swojej służby, 
czego w dalszym ciągu niejeden przytoczymy przykład. 
Nie brak jednak w aktach także wzruszających 
przykładów serdecznego przywiązania czeladki do pań- 
stwa, państwa do czeladki, wierności z jednej, rodziciel- 



^) Agr. Lwowskie, tom 387 pp. 1004—6 i tom 388 
R. 1637. 

^) Agr. Lwowskie, tom 355 p. 1541. 



104 SPRAWY DOMOWE 

skiej prawie opieki z drugiej strony, nie brak ujmujących 
rysów z pałryarchalnego ustroju i życia wielkich a cnotli- 
wych domów. Przedewszystkiem matrony po macierzyń- 
sku dbały o losy swojej czeladzi, a były na Czerwonej 
Rusi wielkie panie, które utrzymując całe rzesze służby 
męskiej i żeńskiej i za życia i na łożu śmiertelnem obej- 
mywały dobrotliwą troską każdego domownika. Wojewo- 
dzina Golska, o której później obszernie będzie mowa, 
miała służby męskiej, rękodajnej, samej dobrej szlacheckiej, 
głów dwadzieścia; w testamencie swoim pamiętała o ka- 
żdym. Starościna malborska Zofia Kostczyna, drugiego 
małżeństwa Gulczewska, pani wielkiej fortuny, która zapi- 
sała klasztorom jarosławskim i tyczyńskim 120.000 zł., 
a ukochanemu przez siebie chłopięciu, wnukowi wojewody 
krakowskiego Stanisława Lubomirskiego, 50.000 zł., miała 
fraucymer złożony z 20 szlachcianek i tyleż mniej więcej 
służby męskiej, a w testamencie swoim nie przepominając 
o nikim, nawet o kuchcikach, rozdziela między nich osta- 
tnią wolą swoją 22.000 zł. — a co więcej znaczy, trosz- 
czy się o zapewnienie im bezpiecznej przyszłości. Między 
pannami służącemi były takie, które już urodziły się w jej 
domu, >które sama chrzciłam i na których ręku umieram,< 
jak się wyraża w testamencie — o tych też przedewszyst- 
kiem pamięta. Kilku pannom poleca dać obok legatu 
także wyprawę, jak za mąż pójdą; jednej radzi aby się 
» wydała za p. Buchowskiego, bo to poczciwy szlachcic 
i przeznacza jej posag i t. d. Niektórym z męskiej służby 
każe pokupić wójtostwa, innym pośledniejszym zagrody na 
dziedziczne posiadanie.') 

Rzecz dziwna i do pewnego stopnia zagadkowa, że 
ludzie despotycznego i burzliwego charakteru, gwałtownicy 
i tyrani, otoczeni nienawiścią i trwogą wszystkich, którzy 
kiedykolwiek zetknąć się z nimi musieli, straszni w domu, 

O Agr. Przemyskie, tom 372 pp. 2393—99. 




Fig. 8. 

Sabat. 
Według statuetek w posiadaniu ks. Batthyany w Kórmend. 



106 SPRAWY DOMOWE 

straszni po za domem, posiadali między swoją służbą od- 
danych duszą całą, pełnycli poświęcenia, wiernych do 
śmierci ludzi. Taki straszny człowiek, jak Stanisław Sta- 
dnicki, zwany Dyabłem Łańcuckim, miał sługę legendar- 
nej wierności i ślepego przywiązania, Zegarta, któregoby 
przyrównać można do Walter-Scotfowskiego Caleba a o któ- 
rym na swojem miejscu będzie jeszcze wzmianka — taki 
Andrzej Łahodowski, którego czytelnik pozna bliżej w roz- 
dziale o ziemi lwowskiej, szlachcic despota i gwałtownik, 
miał rękodajnego sługę, któremu sam w testamencie swoim 
daje świadectwo wyjątkowych cnót i przymiotów. »A słu- 
dze mojemu p. Maciejowi Olszowskiemu — są słowa osta- 
tniej jego woli — któregom życzliwości szczerej, gorącej 
i w staraniu pilnej o dobru mojem doznawał, i jako baczy- 
łem, że lubo zatrzymane myta mając, nic a nic się w życzli- 
wości nie odmienił, ale raczej goręcej około dobra mego 
pieczołowania przykładał, oddaję majętności moje wszyst- 
kie do dyspozycyi i gospodarowania, onego prosząc, aby 
z ich dochodów i intrat dziatki moje z długów coprędzej 
oswobadzał i majętność wcale do lat syna mego dotrzy- 
mał, a gdy syn mój według naznaczenia mego swoje 
tirocinia skończy i odprawi a majętnością zechce rządzić, 
tedy ja naznaczam za wierne zasługi p. Olszowskiemu 
i małżonce jego Rożnowską Wolę w dożywocie, a jeże- 
liby syn mój albo kto inszy biorąc się do dziedzictwa 
chciał mu uczynić bezprawie i woli mojej sprzeciwiać się, 
tedy go na straszny sąd Boski pozywam a tern samem 
sprzeciwieniem się wiecznemi czasy tracić ma tę majętność. 
A p. Olszowskiemu wolno ją będzie komu chcieć dać, da- 
rować, jako swoją własną, którą ja tym testamentem daję, 
daruję onemu in casu kontrawencyi mojej dyspozycyi. <^) 
Nieszczęsny nałóg naśladowania wielkich domów 
magnackich, które roiły się od służby, rujnował średnio 



O Agr. Przemyskie, tom 380 p. 238. 



SPRAWY DOMOWE 107 

zamożną szlachtę, a zamiast dodawać splendoru domowi, 
okrywał go często śmiesznością. W bardzo ciekawym liście 
szlachcica-anonima, z którego już poprzednio przytoczy- 
liśmy wyjątek, znajdujemy ustęp, który daje nam dosko- 
nały obrazek takiej pompy nad stan. »W mieszkaniu nie 
proporcya to — czytamy — kiedy izba wielka a cłiłopów 
we wsi mało ; więc kiedy jedno sam pan z woźnicą, a kiedy 
mu piwa każe nalać, to go nie usłyszy. Mieszkanie ma być 
szlacheckie według wsi i według poddanych. Więc życie 
szlacheckie: limonie, oliwki, salsecany, cukry, dobre to rzeczy, 
ale kto niema 1000 kóp żyta, dobry mu ogórek, kiełbasa, 
chrzan, rzodkiew i rzerzucha. Do szat byłoby tu co pisać; 
nie proporcya zaprawdę : axamitna delia a białe karazyowe 
portki, baczmagi czarne, kord z węgorzanką a chłopiec bosy. 
Do axamitnej delji albo żupana trzeba kilku pacholarzów 
i ochędóstwo inaksze. Nuż sług niepotrzebnych chowanie, 
co owo jeno wąsy kręcą a nic więcej nie umieją, jeno się 
z miednicą a nalewką kłaniają. Więc to nie proporcya : na 
gumnie pięć brogów żyta a dziesięć kręciwąsów w izbie. 
Według gumna mają być pacholarze, barwa i honor; kiedy 
kto ma 1000 kóp żyta, może chować pachołków trzech 
i chłopiąt dwoje. A koni, ile set kop owsa, tyle koni cho- 
wać, a na dwa folwarki niech będzie kolebka o dwu skrzy- 
niach, a jeśli jeden folwark, tedy kareta o jednej skrzyni; 
a na trzy folwarki niech parą koni za kolebką wózek idzie. 
Nie proporcya dać łamane serwety na stół a piwo zgniłe; 
ma być wino do łamanych serwet ; i to nie proporcya dać 
wino na stół a muzyka dudy; do wina ma być regał 
a do piwa dudy. *) 

Magnaci ziemi halickiej i przemyskiej utrzymywali 
całe rzesze czeladzi zbrojnej w zwykłym czasie, a małe 
armie wojennego żołdactwa w porach wyjątkowej potrzeby. 
W czasie rokoszu Zebrzydowskiego Stadniccy, Herburto- 



^) Rękopis Bibl. Ossol. nr. 314 p. 30. 



108 SPRAWY DOMOWE 

wie, Ligęzowie, Krasiccy, Oolscy, Potoccy, Jazłowieccy, 
mieli na swym żołdzie formalne korpusy, złożone z jazdy, 
piecłioty i arłyleryi, ale już przed rokoszem i jeszcze po 
rokoszu ł. zw. > zaciągi,« t. j. zbieranie kup zbrojnycłi było 
zwyczajem bogatej szlachty, która staczała z sobą prywa- 
tne wojny. Był pod ręką obfity materyał werbowniczy, 
który mógł dostarczyć dostatecznego kontyngentu do takicłi 
wojsk prywatnycłi, a materyałem tym była drobna szlachta 
zaściankowa, której zwłaszcza w halickiej i przemyskiej 
ziemi były całe zastępy — jednakże magnaci wyjątkowo 
tylko uciekali się do niej — woleli zawsze mieć kadry 
cudzoziemskie, które dopiero w razie potrzeby uzupeł- 
niały się miejscową szlachtą. Brzydki zwyczaj otaczania 
się bandami cudzoziemskiego żołdactwa jest jednym z ja- 
skrawszych objawów egoizmu i anti-patryotycznego uspo- 
sobienia polskich prepotentów — chodziło im o wrogie 
a przynajmniej obce krajowi narzędzie ambicyi i tyranji, 
chcieli tym sposobem osiągnąć zupełną niezawisłość od 
własnego społeczeństwa, zapewnić sobie exterytoryalną 
udzielność. Możnaby powiedzieć o nich, że stali po za 
ojczyzną i przeciw ojczyźnie. 

Tak zwane »zaciągi/< które w przemyskiej zwłaszcza 
ziemi aż do roku 1620 były w użyciu u wszystkich rodzin 
możnowładczych, datują się głównie od bezkrólewi. Zwy- 
czaj werbowania Węgrów przeciw własnemu krajowi i ro- 
dakom już po śmierci Zygmunta Augusta wszedł w życie, 
a stał się wielkopańską modą od czasu Batorego. Zaraz 
po śmierci ostatniego Jagiellończyka spotykamy zaciągi 
węgierskie; wojewoda sieradzki Łaski używa madjarskich 
hajduków w wojnie swojej z wojewodą krakowskim Zbo- 
rowskim, kiedy go chce wyrzucić siłą oręża z zamku 
Lanckorony; starosta sandecki Mężyk sprowadza przed 
elekcyą Batorego do Stężycy 1600 hajduków, górali wę- 
gierskich.^) Odtąd grasuje w Polsce plaga t. zw. sabatów, 

^) Orzelski, Bezkrólewia, tom II. str. 61, 111. 




Fig. 9. 
Z zamku w Krasiczynie. 



110 SPRAWY DOMOWE 

O których w następnych rozdziałach niejednokrotnie będzie 
obszerniej mowa, i nie masz wojny prywatnej, nie masz 
jakiegoś znaczniejszego aktu gwałtu w województwie ru- 
skiem, w którymby nie zaznaczyli się krwią i łupieztwem 
ci hajducy zakarpaccy. Ale po za Węgrami, którzy są sta- 
łym kontyngentem, składają się na milicye magnackie także 
inne narodowości. W opisach gwałtów i zajazdów wy- 
mieniani bywają Wołoszyni, Tatarzy, Niemcy, Szkoci, nawet 
Hiszpani. W halickiej ziemi kupy zbrojne magnackie skła- 
dają się przeważnie z Wołochów, najbliższych sąsiedztwem, 
w przemyskiej i sanockiej z węgierskich sabatów, a po 
nad to z kozaków-czeremisów, cyganów, zwanych w aktach 
łacińskich Filistynami, i z Tatarów. W przemyskiej ziemi 
utrzymują Tatarów Wapowscy, mają ich także Marcin 
i Jerzy Krasiccy, ten ostatni tylko w swojem starostwie 
dolińskiem. Marcinowi Kalinowskiemu, wojewodzie czerni- 
chowskiemu, kiedy w r. 1653 obejmuje siłą zbrojną nadane 
mu przez króla dobra starostwa przemyskiego, zarzuca 
szlachta w pozwach, że nasyła na nią Yalachos, Serbos, 
Cosacos, Tartaros et Cyganos, 

Milicye dworskie, to największy i najkosztowniejszy 
zbytek pański; był on też pobudką do łupienia publi- 
cznego grosza i przyczyną upadku tych wielkich fortun, 
które nie zaznaczyły się niestety tak, jak się zaznaczyły 
w Niemczech, we Włoszech, we Francyi, w całej zresztą 
Europie, pomnikami monumentalnej architektury, zbiorami 
sztuki, instytucyami humanitarności i oświaty. Nie wiele, 
bardzo niewiele było szlachetności w wielkopańskim zby- 
tku — bardzo nieliczni byli ci, co ozdabiali kraj wspania- 
łemi zamkami, zakładali szpitale i szkoły, utrzymywali t. zw. 
kunstkamery, zbierali biblioteki. W całem województwie 
ruskiem, w czasie, który nas obchodzi, policzyć by ich 
można na palcach. Najwięcej jeszcze ofiarności objawiało 
się w fundowaniu kościołów i klasztorów; powstało ich 
dużo w tym czasie hojnym nakładem Krasickich, Opaliń- 



SPRAWY DOMOWE 111 

skich, Korniaktów, Mniszchów, Oolskich. Po za tern, tak 
w tych czasach jak i w późniejszych, nie było zaprawdę 
wiele przesady w satyrze Krzysztofa Opalińskiego: 

Nie wyśmienity 
Luxus panuje, ale brzydki, nierozumny. 
Insza by to wysypać na jakieś fabryki. 
Na ozdobę ojczyzny, na szumne kościoły. 
Na kosztowne ogrody i pyszne pałace, 
Na mury, szkoły i tym podobne struktury.^) 

Monumentalnym zmysłem góruje w całem wojewódz- 
twie ruskiem szlachta ziemi przemyskiej, po niej idzie zie- 
mia lwowska. W czasie, w którym zamyka się nasze opo- 
wiadanie, powstaje kilka wspaniałych zamków, pałaców 
i kościołów. Jerzy Mniszech, wojewoda sandomierski, koń- 
czy przepyszny swój zamek w Laszkach, jedną z najwspa- 
nialszych rezydencyj nietylko polskich ale może euro- 
pejskich, i ozdabia go parkiem, który kto wie, czy nie 
należałoby uważać za pierwszy w Polsce monumentalny 
objaw umiłowania natury ujętej w ramy sztuki, Jan Szczę- 
sny Herburt wznosi rezydencyę pod Dobromilem i ozda- 
bia ją malowidłami allegoryczno-politycznej treści; Marcin 
Krasicki kończy zaczęty przez ojca Stanisława olbrzymi 
i wspaniały zamek w Krasiczynie — Krasiczynum mundo 
admirandam fecit, jak się wyraża jego epitafium — Sta- 
nisław Lubomirski nabywszy od synów Stadnickiego Dya- 
bła Łańcut, buduje tam pyszny zamek, rezydencyę odpo- 
wiednią powstającej właśnie w tym czasie świetności 
swojej fortuny i karyery. W lwowskiej ziemi powstają 
zamki w Podhorcach i Brodach, wzniesione przez Stani- 
sława Koniecpolskiego, w Pomorzanach Sienieńskich, 
w Staremsiole Ostrogskich, w Żółkwi Żółkiewskich, w Świe- 
rżu Cetnerów; w halickiej ziemi Mohilanka Potocka roz- 



^) Satyry: Na polski zbytek. 



112 SPRAWY DOMOWE 

szerzą i upiększa zamek buczacki, Czartoryska z domu 
Stanisławska wznosi zameczek w Czernelicy. 

Dumne zamki powstają jakby na to tylko, aby tem 
przykrzej odbijały od nich nędzne wsie i słomą kryte 
dwory szlacheckie. Tylko w ziemi przemyskiej niektóre 
możniejsze rody budują sobie wspanialsze rezydencye. 
Drohojowscy jeszcze przed wykończeniem zamku Krasi- 
czyńskiego posiadają taką wielkopańską siedzibę w Woju- 
tyczach, Korniaktowie w Złoczkowicach, Lipscy w Lipsku. 
Bogata bardzo rezydencya w Głuchowie, zaniedbana przez 
zięcia starego Konstantego Korniakta, Jana Oratusa Tar- 
nowskiego, spustoszała do reszty podczas wojny Opa- 
lińskiego z Dyabłem Stadnickim. Była tam sala wspaniała, 
której sufit był ozdobiony ^tysiącem i pięciuset wielkich 
złocistych róż, z których każdą płacono snycerzowi po 
pięć złotych, a małych także złocistych róż było 1000; te 
róże wszystkie wybrano i salę zgnojono<^ — powiada in- 
wentarz dóbr krzemienickich z r. 1600. O 

Marcin Krasicki, wojewoda podolski, starosta prze- 
myski, jeden z najdostojniejszych postaci magnackich 
w ówczesnej Polsce, pan w wielkim stylu, pełen ambicyj 
rodowych i publicznych, posiadał w wysokim stopniu 
zmysł monumentalny, pragnął wspaniałemi pomnikami ar- 
chitektury utrwalić splendor familijny Krasickich a zarazem 
ozdobić i obwarować całą ziemię przemyską. Gdyby mu 
były starczyły fortuna i żywot, byłby ją zasiał zamkami, 
pałacami i kościołami. On to z gruntu wzniósł zamek 
przemyski, bo ten, który mu zostawili poprzedni staro- 
stowie, był zniszczoną ruiną, a wzniósł go wspaniale 
i warownie, używając do tego tych samych architektów 
włoskich, których dziełem jest zamek krasiczyński, a z któ- 
rych jeden, Gallazzo Appiano, był zajęty także przy budo- 
wie pałacu Drohojowskich w Wojutyczach. Sumptem 

') Agr. Przemyskie, tom 316 p. 464. 



SPRAWY DOMOWE 113 

Krasickiego powstał kościół Karmelitów Bosycłi w Prze- 
myślu i kościół Św. Marcina w Krasiczynie — do bu- 
dowy kilku innych przyczynił się hojną ofiarą. W dobrach 
swoich zbudował lub obwarował sześć zameczków: 
w Krzywczy, Sierakowcach, Rokitnicy, Przedzielnicy, Su- 
szycy i Kraśniku, i każdy z nich opatrzył w działa, mo- 
ździerze i śmigownice. 

Zamek krasiczyński dziś jeszcze, mimo zniszczenia 
przez pożar, należy do najwspanialszych i najpiękniejszych 
pomników architektury zamkowej w Polsce, ale z boga- 
ctwa i świetności jego wewnętrznego urządzenia nie po- 
zostało już śladu. Sale i komnaty olśniewały drogiemi szpa- 
lerami i arrasami, sufity czyli jak je wówczas nazywano 
podniebienia okryte były najbogatszą rzeźbą złoconą 
i malowaniami w kasetach, marmurowe odrzwia, między- 
ścieża, kominki były arcydziełami dłuta. Kilka skąpych nie- 
stety, ale niemniej przeto interesujących szczegółów o sa- 
lach i komnatach krasiczyńskiego zamku znajdujemy 
w bardzo pobieżnym inwentarzu, ^) spisanym po śmierci 
Krasickiego przez jego wdowę. Dowiadujemy się z tego 
inwentarza, że jedna z sal obita była 150 brytami adama- 
szku i atłasu, bryty adamaszkowe były gładkie żółtego 
koloru, bryty atłasowe w wzorzyste kwiaty na tle błęki- 
tnem — górą tego obicia biegł fryz haftowany na jedwa- 
biu, dołem zamykały obicie t. zw. kolumny, również ko- 
sztownym haftem ozdobione. Pokój w Bramie Papie- 
skiej obity był brokatelem, pokój przed basztą miał 
obicie w t. zw. strefy kitajkowe, czerwone i zielone. Po- 
kój zielonym zwany miał dwa starożytne duże szpalery 
i trzeci mniejszy, w framudze okiennej miał kobierzec 
czerwony, a nadto zdobiły go t. zw. koltryny malowane 
na płótnie >na kształt wzoru szpalerowego.^ Za tym po- 
kojem szedł pokój przyjacielski, który obity był 



1) Agr. Przemyskie, tom 360 pp. 1964—81. 

8 



114 SPRAWY DOMOWE 

człerma olbrzymiemi kobiercami dywańskiemi a miał 
w framugach okiennych takież same kobiercowe wscho- 
dnie opięcia. Przed tym pokojem była sień albo sala, 
>którą chodzą do stołowej królewskiej^ — jak się 
wyraża inwentarz — również cala oponami, sama zaś sala 
szpalerami obita. Z tejże sali izba mała pięciu szpalerami 
obita; pokój >na drugiej stronie ku bramie je- 
dynastu kobiercami, pokój na bramie kirem czerwonym 
malowanym, pokój moskiewski » szpalerami z herbami 
Jego Mci« obity. Framugi okienne, które w starych zam- 
kach bywały tak głębokie i szerokie, że równały się prze- 
strzenią małym pokojom naszych dzisiejszych pomieszkań, 
obite były niemal w wszystkich komnatach i salach ko- 
bierczykami wschodniemi, między któremi spotykamy 
także owe słynne jedwabne na tle złocistem, niegdyś tak 
liczne po domach polskich, a dziś należące do najrzad- 
szych i najdroższych zabytków artystycznego rękodzielni- 
ctwa. Owe szpalery, o których wspomina inwentarz, 
a których część opatrzona była w herlDy Krasickich, były 
to niewątpliwie arrasy i tapiserye flamandzkie, które dziś 
bez różnicy a niewłaściwie nazywamy gobelinami. 

Podczas budowy zamku krasiczyńskiego i zamku 
przemyskiego utrzymywał Krasicki całą kolonię artystów 
i rzemieślników w Krasiczynie i Przemyślu. Miał dwóch 
malarzy, którzy freskami ozdobili sale i komnaty nowego 
zamku; ich są pędzla niewątpliwie sgraffity, które się do- 
tąd utrzymały częściowo na środkowem podwórzu (cour 
(Thonneur) zamku w Krasiczynie. Jednym z nich był Ka- 
sper Brachowicz, który musiał mieć niejaką sławę, skoro 
pleban węgierskiej miejscowości Humienowy, własności 
hr. Drugethów de Hommonay, zamawia u niego w n 
1608 duży obraz ołtarzowy do tamtejszego kościoła za 
cenę ugodowe 60 zł., ^) drugi, osiadły w Przemyślu, Jan^ 

^) Agr. Przemyskie, tom 324 p. 369. 



SPRAWY DOMOWE 115 

zwany Francuzem zapewne dla swego pochodzenia, ozda- 
biał w r. 1612 malowidłami także dwory podkomorzemu 
bełzkiemu Tomaszowi Lipskiemu w rodzinnem Lipsku 
i w Krasnobrodzie. ^) Snycerz nadworny tegoż Marcina 
Krasickiego, nazywany w aktacłi tylko po chrzestnem 
imieniu Jan lub Jasiek, jeżeli był twórcą drewnianycłi 
rzeźb i intarsyi, zachowanycłi dotąd w kaplicy zamku, 
musiał być niepospolitym mistrzem w swojej sztuce. Brat 
Marcina, Jerzy Krasicki, starosta doliński, wykończając 
i urządzając w tym czasie zamek w Dubiecku, zatrudnia 
go również rozmaitemi robotami. Miał mu robić w r. 1611 
^czworo drzwi do gmachów dubieckich i dwoje drzwi 
z kratami do frambugi na gankach snycerskiej roboty z sta- 
turami i problematami i kraty albo wrota do bramy,^ 
a nadto miał urobić troje rogów jelenich do trzech lichta- 
rzów a do nich figury pewne, to jest: do jednego lichta- 
rza Judyt z głową Holofernesową i z mieczem, do dru- 
giego lichtarza Kupidyna z łukiem i z strzałami, a zaś do 
trzeciego Samsona tym kształtem jako do Złoczkowic (ma- 
jętności Korniaktów). A pod te trzy lichtarze głowy też 
jelenie miał robić, oprócz tego i gotowe Meluzyny miał 
wyrzeźbić i rogi przyprawić, a k'temu drzwi dębowe jedne 
dwoistym kształtem, jako w Krasiczynie, do pokoju.« Do 
tegoż zamku w Dubiecku zamawia Jerzy Krasicki szyb 
wielkich okrągłych, przezroczystych, jako najcudniejszych, 
10.300 według formy podanej. < -) 

Dwory i zamki to wyjątkowe, które przytoczyliśmy — 
szlachta nawet bardzo można i rodem znakomita mieszkała 
w domostwach drewnianych, na zwykłą tylko wygodę 
opatrzonych. Istniał jednakże typ wiejskiego dworu z XVII. 
wieku, typ prześliczny, który przechował się do nas nie- 



1) Agr. Przemyskie, tom 328 p. 1233—8. 

2) Agr. Przemyskie, tom 327 p. 1210, tom 328 p. 
14, tom 324 p. 18. 

8* 



116 SPRAWY DOMOWE 

stety tylko na papierze, a sformułował się zapewne tylko 
w fantazyi. Przekazał go nam Jakób Ponętowski, kasztelan 
brzeski, który tak sobie wyobraża wiejskie mieszkanie 
szlachcica miernej fortuny: »Niech ma dwór swój a goto- 
wy, rządnie rozmierzony, na moc zbudowany a ochędo- 
żny, na zdrowym placu, na widoku, a kształtnie posta- 
wiony; w nim gmacłiy różnej miary, żonie, dzieciom do 
wczasu sprawione, zimie ciepłe, lecie cłiłodne, zawsze kute- 
mu cłiędogie. Do tego niech by było złożenie przyjacie- 
lowi, schowanie sprzętom, mieszkanie czeladzi. W środku 
podwórza woda; kuchnia rządna przy domu a kuchenka 
w mieszkaniu. Więc spiżarnia sucha, piwnica chłodna, lodo- 
wnia pewna, łaźnia pobok przy wodzie; stajnia na stronie, 
psiarnia namniej w półmilu. Zegar wierny na domu. Dom 
rzemieślniczy, tamże i gospodarski, za nim blech, w bok 
sadzawki, a coby snadnie złowne; niech płynie pod dwór 
rzeka w pewnych brzegach zawarta, bystra, przezornie 
sprostowana, za nią niech będzie ogród w kwadrat wy- 
mierzony, od niej a kęs z południa ku słońcu nachylony, 
suchy, równy, wyniosły, porządnie ogrodzony, pergołami^) 
okraszony, w kwadraty rozdzielony, fontanami polany, 
a ziół rozlicznych pełny. Za ogrodem sad w cynek naj- 
mniej w dwadzieścia rzędów drzew młodych a już rodnych 
gładko z płonki, bujno z koron wybiegłych . . . . Chciałbym 
jeszcze ptasznika, chciałbym ziółkom, drzewkom schowa- 
nia, ile więc przewoźnym. Tamże też wirydarz ze swych 
ziółek i przewoźnych. Przeciw temu wszystkiemu niechby 
stanął zwierzyniec, ciemny, zielony, cichy, wymierzony po 
sznurze, podzielony łąkami i na krzyż i od płotu, tamże 
drogi w kwaterach a rzeczka przez pośrodek; las lipowy 
przeciwko, tamże zaraz pasieczka.< -) 



^) P ergo la, z włoskiego, altanka ogrodowa, chłodniczek. 
-) Rękopis Biblioteki Ossolińskich Nr. 207 
k. 135—137. 




Fig. 10. 
Z zaniku w Krasiczynie. 



118 SPRAWY DOMOWE 

Typ to idealny domostwa wiejskiego, i sam p.Ponę- 
łowski pewnie tak nie mieszkał. Spotykamy jednak dwory, 
które się zbliżały po trosze przynajmniej do tego ideału 
komfortu i sielanki. Zdarza się, że i szlacłicic miernej for- 
tuny zdobi swój domek i po amatorsku dba o jego utrzy- 
manie, jak n. p. Bernat Suchorabski, który w testamencie 
nie zapomina o dworze swoim murowanym, » który wiel- 
kim sumptem i nakładem postawił« i nawet się przy nim 
pogrzebać każe »na górze, w ogrodzie, gdzie jest chło- 
dniczek,- i na grobie kapliczkę zmurować, aby już to samo, 
że tam leżeć będzie jego ciało, było »jakoby pieczęcią, aby 
tej pracy mojej dziatki moje nie zbywały ani w obce ręce 
nie puszczały i żeby ten klejnot z rodu nie wychodził. « 
Mniej po amatorsku ale wcale przystojnie przedstawia się 
dwór w Sannikacłi, siedziba pani Barbary Konstancyi 
z Góraja Stadnickiej. Sień wielka (nazywamy to dziś 
z angielska hallem), z sieni jedne drzwi do pokojów, dru- 
gie wprost do wirydarza i sadu, dalej izba stołowa, 
oświetlona pięciu oknami o szybacłi weneckicłi w ołowiu, 
w niej do koła ławy dobrej stolarskiej roboty i piec błę- 
kitny malowany; dalej komora; naprzeciw stołowej izby 
izba białogłowskao pięciu oknach z kwaterami szyb 
weneckich ; z tej izby alkierz o ośmiu oknach, z alkie- 
rza komnata, z komnaty znowuż izba z kominkiem 
i piecem polewanym, tuż obok piekarniczka. Drzwi 
wszędzie stolarską t. j. wytworną robotą, o zawiasach 
i wrzeciądzach żelaznych pobielanych, co inwentarz za 
każdym razem zaznacza, bywały bowiem po dworach szla- 
checkich drzwi od ciesielskiej siekiery i na zawiasach dre- 
wnianych. Kuchnia w Sannikach mieści się w osobnym 
budynku. Ale oprócz dworu jest tam jeszcze drugi budy- 
nek, piętrowy, w którym na dole znajdują się spiżarnie 
a na piętrze mieszkanko małe ale jakby wypieszczone, 
zdaje się że sanctissimum samej pani domu, bo połączone 
z apteczką. Mieszkanko to ma tylko trzy pokoje, jeden 



SPRAWY DOMOWE 119 

Z nich z gankiem, ale mieści w sobie apteczkę, która mu- 
siała być cackiem w swoim rodzaju, jak to wypływa na- 
wet ze skąpych wzmianek inwentarza — prowadziły bo- 
wiem do niej >drzwi rzezane z floresami snycerskiej ro- 
boty, < także i ławy były rzeźbione, a i sama szafa apte- 
czna cała była ozdobiona rzeźbami. Okna w tym domku 
weneckie, piece malowane.^) 

Typem wielko-szlacheckiej siedziby jest dwór w Tropi, 
przez Wielopolskich zbudowany. Dwór ten był piętrowy 
i miał wraz z sienią 15 pokojów. Wiodła do niego waro- 
wna brama, w której dwa działa i trzy moździerze gotowe 
były na powitanie napastników. W bramie tej złożone były 
także prochy, kule i gotowe już naboje do hakownic. Po- 
koje mają w inwentarzu swoje osobne nazwy, stosownie 
do rozmiarów i użytkowego przeznaczenia — a więc są 
to izby, izdebki, sale, salki, komory, alkierzyki i komnaty. 
Wejście stanowi obszerna sień na dole. Umeblowanie 
w ogólności skromne, z samych szaf, stołów, ław i zy- 
dlów drewnianych złożone, a wszystko to na zielono ma- 
lowane. Tylko w jednej izdebce na piętrze spotykamy 
krzesełka czarne dywanowe,:^ a zatem prawdopodobnie 
wyścielane i kobiercami obite. Izdebka ta jest zapewne 
gabinetem pana domu, bo głównym jej sprzętem jest sekre- 
tarz z szufladami od góry do dołu, w których złożone są 
przywileje, intercyzy, munimenta, listy i t. p. Na ścianach 
26 obrazów, z których dwa na miedzi. Tu także znajduje 
się w bezpiecznem schowaniu talizman rodzinny, ów ba- 
jeczny róg jednorożca, któremu przypisywano moc cudo- 
wną od wszystkiego złego, a obok niego złożony jest 
także kosztowny i rzadki w mieszkaniu szlacheckiem in- 
strument: perspektywa. Jedna komnata służy za zbrojownię; 
są w niej zbroje szmelcowane, rzędy, przybory kostiumowe, 
między któremi także hełmy z kitami z piór strusich. Ko- 
mory służą za garderoby, alkierzyk za apteczkę. 

1) Agr. Przemyskie, tom 371 p. 1989. 



120 SPRAWY DOMOWE 

Najświetniejszemi, jak wówczas mawiano, gmachami 
są: izba czerwona, izba stołowa i kaplica. Izba czerwona 
jest na dole a nazywa się tak dlatego, że cała obita jest 
czerwonem suknem ; ściany jej zdobi ośm obrazów w zło- 
cistych ramach. Izba stołowa znajduje się na piętrze, a prze- 
chodzi się do niej przez salkę, w której umieszczone jest 
ścienne półzegarze z ponderami. Jest to duży pokój, z któ- 
rego pułapu zwiesza się pająk wielki na łańcuchach, gdań- 
ski, z olbrzymiemi rogami, a więc t. zw. Meluzyna. Ściany 
tej izby mają obicia — z inwentarza nie da się odgadnąć, 
czy to były flandryjskie arrasy czyli też t. zw. koltryny 
malowne — a obicia te wyobrażają historyę Herkulesa. 
Izbę tę zdobi po nadto 14 obrazów w ramach. Przez całą 
jej długość biegną dwa ogromne stoły zielone, a głównym 
sprzętem jest t. zw. służba, t. j. kredens, nad którym h)łysz- 
czy się gwiazda złocista. W czasie spisywania inwentarza 
nie było w kredensie sreber, wypełniały go tylko szkła 
weneckie, w owych czasach mało co tańsze może od sre- 
ber, a mianowicie szklenice, puhary, kielichy rysowane 
i złocone. Kaplica była bogato ozdobiona; miała strop 
czyli t. zw. podniebienie rzeźbione i na kasety podzielone, 
a w kasetach było 16 malowideł. Znajdował się w niej 
obfity i kosztowny sprzęt kościelny: kielichy, relikwiarze, 
mszały, ornaty. Ołtarz był szczero-złocisty i stały przy 
nim dwa posągi alabastrowe. Ściany były ozdobione prze- 
szło stu obrazami małych rozmiarów, między niemi 65 
»obrazów na pergaminie złocistych <^ a więc prawdopodo- 
bnie miniatur religijnej treści. Tak zwane formy, t. j. ławki 
czyli stalle do siedzenia, były pstro-złociste. Dowiadujemy 
się także z inwentarza, że gospodarz domu był miłośni- 
kiem miedziorytów, jest ich bowiem w dworze tropińskim 
około 500, między niemi wiele >osób różnych cudzoziem- 
skich i innych. «*) 

1) Agr. Sanockie, tom 154 pp. 1211—1218. Z roku 
1637. 




Fig. 11. 
Z zamku krasiczynskiego. 



122 SPRAWY DOMOWE 

Bardzo skromnie mieszka p. sędzina Elżbieta Hum- 
nicka, z domu Stadnicka, w swojej Leszczawej. Jest tam 
dom wielki, ^w którym domu izba stołowa duża, okien 
siedm, u piąci jeno po połowicy błon a u dwóch niemasz 
nic, i jednej szyby, tylko same dziury ; listwy w około zie- 
lono pofarbowane, ławy około, szafa farbowana, u której 
jest dwoje zamek bez klucza, stoły dwa wielkie, zydle dwa 
wielkie, piec malowany; przeciwko tej izby stołowej ko- 
mnata, podle komnaty łazienka i t. p.« *) 

Przepych i świetność dworu Zygmunta III., o którym 
w czasie rokoszu opowiadała sobie szlachta, że podczas 
swoich godów weselnych miał na sobie raz strój szaco- 
wany na milion, a drugi na 600.000 zł., i któremu miano to za 
złe, że na wielkie festyny u dworu nie pożycza sreber 
i innych »aparatów ochędóstwa^ od senatorów i bisku- 
pów, ale ma swoje własne, a nawet z szczero-złotego jada 
serwisu — przepych ten dworski budził naśladownictwo 
u magnatów. Zbytek panuje wielki u możnej szlachty, ale 
ma coś wschodniego w sobie, jest gruby, jakby na tea- 
tralną pompę, na chwytanie oka nagłym efektem, na sam 
blask materyalnego bogactwa obliczony. Zasadza się na 
kobiercach, futrach, szatach, srebrach, klejnotach i broni — 
i. tu dochodzi niekiedy do bezprzykładnych gdzieindziej 
rozmiarów. Uderzającą jest nieprzebrana mnogość kobier- 
ców, makat i opon, przeważnie wschodnich. Były one naj- 
główniejszą dekoracyą mieszkań. Na innem miejscu-) mie- 
liśmy już sposobność zwrócenia uwagi na powszechne 
zamiłowanie w kobiercach wschodnich, których nie brakło 
w najuboższym nawet dworku szlacheckim. W inwentarzach 
magnatów i zamożnej szlachty spotykamy je w takiej 
mnogości, że robi to wrażenie, jak gdyby już nie chodziło 



^) Agr. Sanockie, tom 144 p. 1218. 
-) Ob. Patrycyat i mieszczaństwo lwowskie, 
str. 207—12. 



SPRAWY DOMOWE 123 

O powszednią potrzebę lub nawet o zbytkowny komfort, 
ale o kollekcye czysto-amatorskie. Referendarz Piotr Ozga, 
starosta trembowelski i stryjski, wcale nie magnat, posiada 
ich 288 najrozmaitszej faktury i nazwy: adziamskie, dywań- 
skie, kilimowe, słupiaste, jedwabne, z literami (L j. z monogra- 
mami właściciela) z orłami i t. p. Ta obfitość kobierców w in- 
wentarzach domowych tłumaczy się tem głównie, że 
służyły one nietylko do wyścielania mebli zazwyczaj bar- 
dzo prostych, z gołego tylko drzewa skleconych, ale i do 
obijania nagich, najczęściej drewnianych i nietynkowanych 
ścian domostwa, a dalej, że znaczna ich część towarzy- 
szyła szlachcicowi w podróży i pozwalała mu najnędzniej- 
szą i najbrudniejszą nawet gospodę zmienić w apartament 
strojny, ciepły i wygodny. 

Prawdziwie azyatycki zbytek panuje w garderobie. 
Inwentarze szatni wypełniają niekiedy grube zeszyty in folio, 
a nie mówiąc już o sukniach kobiecych, których ceny do- 
sięgały sum bajecznych — suknia damska z złotogłowiu 
kosztowała około 500 dukatów dzisiejszych, nie licząc 
oczywiście feretów z drogich kamieni, które ją zdobiły — 
także garderoba męzka bywała nadzwyczaj kosztowną. W in- 
wentarzach spotyka się szuby męzkie, których cena podana 
jest na 1000 2000 zł. ówczesnej monety, co na dzisiejszą 
ewaluacyę stanowi już mały majątek, każdy guzik u delji pod- 
komorzego przemyskiego Wojciecha Boboli (f 1631) ko- 
sztuje 130 dukatów ówczesnych, a trzeba wiedzieć, że ten 
Bobola nie liczył się wcale do wielkich panów. Cóż do- 
piero mówić o regestrach sreber stołowych i klejnotów! 
Robią one niekiedy wrażenie, jak gdyby spisywane były 
na dworze któregoś z indyjskich nabobów. Po wspomnia- 
nym Boboli pozostało około 100 półmisków szczero-sre- 
brnych, wielkich złotych łańcuchów 21, twarz królewska 
złota na trzech łańcuchach, czarka złota z emalią, garnek 
złoty, kielich z złota i kryształu, zapona o 130 brylantach, 
mnóstwo miednic, nalewek, dzbanów, roztruchanów, pu- 



124 SPRAWY DOMOWE 

harów i t. p., wszystko z szczerego srebra, które, jak o tern 
pamiętać trzeba, było w owych czasach bardzo drogie, 
kto wie, czynie sześć razy droższe, aniżeli dzisiaj. ^ Miano 
osobne srebro dla domu, osobne dla podróży. Marcin 
Krasicki, starosta przemyski, wybierając się na sesyę try- 
bunalską do Lublina, wiezie z sobą 8 flasz srebrnych du- 
żych, 12 śrubowanych małych, 38 talerzy i półmisków, łyżek 
puzdro it.p. Nawet w bardzo ubogich zresztą inwentarzach 
spotyka się najniespodziewaniej jakiś bardzo zbytkowny 
klejnot, jakby brylant na śmieciu. Taki n. p. szaraczek, jak 
Prokop Tysarowski, wśród bardzo skromnej garderoby 
posiada łańcuch perłowy, w którym pereł dużych 
kóp 74, w troje robiony, z perfumami w złotych klatkach !« 
Całe miliony leżą w perłach, brylantach, rubinach i prze- 
różnych klejnotach — na jednym jarmarku w Jarosławiu 
kupiec amsterdamski, Dawid de Lima, rozprzedaje za 
600.000 zł. biżuteryi. Hieronim Sieniawski, starosta lwowski, 
pożyczając 30.000 zł., daje w zastaw swoje srebra sto- 
łowe, a gdy zważymy, że wartość zastawu musiała prze- 
wyższać przynajmniej o całą trzecią część pożyczoną 
kwotę, i że Sieniawski zastawił niewątpliwie tylko najzbę- 
dniejszą część swego serwisu, to uwzględniając nawet 
wielki spadek monety w owym czasie (około r. 1649) 
i współczesną drogość srebra, odniesiemy przecież wra- 
żenie niepomiernego zbytku i bogactwa, zwłaszcza gdy 
pamiętać będziemy o tem, że za sumę 30.000 zł. szły wtedy 
w zastaw rozległe dobra ziemskie, że n. p. Alexander 
Korniakt w pożyczonych 17.000 zł. zastawia Radochońce, 
Ościsławice i Orysławice. 

Nawet to, co powinno być dziełem sztuki a jako 
takie posiadać cenę idealną samo przez się i całkiem nie- 
zawiśle od wartości materyalnej, nawet obrazy i książki 
muszą mieć oprawy srebrne, złote, czasem nawet dro- 



^) Agr. Sanockie, tom 151 pp. 782—7. 




QQ 



Q 

C 
3 

x: 



3 
CJ 

•s- 

u 

I 

o 

Xi 



u 

I 

E 

u 

o 
u 



CN 



bo 



126 SPRAWY DOMOWE 

giemi kamieniami sadzone; statuetki i posążki muszą być 
z najkosztowniejszego kruszcu ulane. Niepodobna, aby 
żaden z magnatów Czerwonej Rusi nie kochał się w obra- 
zach, lub nie kochając się w nich szczerze, nie naślado- 
wał z samej próżności króla Zygmunta Augusta lub Zy- 
gmunta III., którzy obaj byli miłośnikami współczesnej 
sztuki włoskiej i flamandzkiej — bez wątpienia w Łańcu- 
cie, Wiśniczu, Laszkach Mniszchowskich musiało być nie- 
jedno dzieło wielkiej sztuki; o Adamie Kazanowskim, 
o Radziejowskim staroście łomżyńskim, o Ossolińskim 
kanclerzu wiemy, że posiadali w swoich pałacach całe ga- 
lerye obrazów włoskich, hiszpańskich, holenderskich, ga- 
binety bronzów i rzeźb marmurowych — ale u ogółu 
szlachty, nie wyjmując nawet najmożniejszej, nie było dla 
sztuki zmysłu, smak jej poprzestawał raczej na bogatej 
galanteryi. Nawet w Krasiczynie, którego zamek sam był 
tak znamienitem dziełem sztuki, nie spotykamy płócien 
wybornego pęzla — spis obrazów i rzeźb, podany w in- 
wentarzu przez wdowę po Marcinie Krasickim, obejmuje 
przeważnie obrazy religijne, uderzające tylko bogactwem 
złota i szlachetnych kamieni, w które były oprawne. Znaj- 
dujemy tam >ołtarzyk otworzysty robotą piękną, passya 
w nim szczerozłota i dwa posążki Matki Boskiej i św. 
Jana,« resurekcyę srebrną szmelcowaną, Matkę Boską całą 
srebrną na pięć ćwierci łokcia długą, Zwiastowanie i Ecce 
Homo w ramach srebrnych, Wniebowzięcie i św. Jakób 
srebrne, koronacyę Najśw. Panny srebrną, obrazków sre- 
brnych małych 8, passyę srebrną z posągiem Matki Bo- 
skiej ze srebra, barwione obrazki moskiewskie i t. p. Nawet 
meble krasiczyńskie szczodrze ozdobione są srebrem. 
Krzesła mają ćwieki, kaptury i gałki srebrne, łóżka porę- 
cze srebrne, na innych sprzętach również okucia i herby 
srebrne. Księgi oprawne są także w srebro i spoczywają 
w skrzyni axamitnej, okutej srebrem. Właściwa biblioteka 
bardzo szczupła; jest w niej zaledwie sto dzieł przygo- 



SPRAWY DOMOWE 127 

dnie zebranych: z klasyków Liwiusz, Horacy, Cycero, 
Terencyusz, Arystoteles, z polskich pisarzy Owagnin, 
Warszewicki, Kromer, Herburt, Orzechowski, Górnicki. *) 

Zbytek w broni nie zawsze objawia się w połącze- 
niu jej technicznej doskonałości z artystyczną formą, jak 
to widzimy współcześnie we Włoszech i Niemczech, po- 
lega najczęściej tylko na kosztowności materyału, na bo- 
gactwie ozdób ze złota i drogich kamieni. Czytając opisy 
tej zbytkowej broni, przeważnie kostiumowej a nie wojen- 
nej, przypominają się słowa króla Stefana, który zaraz 
na wstępie swoim do Polski zrobił spostrzeżenie, że szla- 
chta ma na sobie uzbrojenie ad mascaras non vero ad 
rem niilitarem, Abraham Herburt ma dwa pancerze całe 
srebrne i złociste, a nadto drogiemi kamieniami sadzone, 
Jan Bełzecki oskarżając niewiernego sługę, mówi: »Złoci- 
stego szyszaka niemasz żadnego, a było ich sześć czy 
siedm.<^ -) Na bogatą broń i przybory jeździeckie, spro- 
wadzane z Turcyi, łożono olbrzymie sumy, a Ormianie 
lwowscy głównie na broni i koniach robili fortuny. Krzy- 
sztof Jan Bernatowicz jednym targiem sprzedaje Bogusła- 
wowi Służce, podkanclerzowi W. X. Litewskiego, koni, 
rynsztunków i siedzeń, t. j. rzędów tureckich, za 32.000 zł. 
a jak twierdzi jego konkurent Ormianin lwowski Czerkies, 
zarabia nie żeby grosz na groszu, ale trzy grosze na 
groszu. V •^) Mnóstwo takich przykładów przytoczyć by 
można, gdyby nie obawa znużenia niemi czytelnika. 

Koń, broń, złoto, a czwarte wino. Najmierniejszej 
fortuny szlachcic ma stajnię pełną koni przedniej rasy 
i wysokiej ceny, a po stajni najważniejszą jest piwnica, 
nawet w ubogim domu bardzo zapaśna, jeżeli nie w wino 
to przynajmniej w wódki i miody. Maluje to dobrze szla- 



^) Agr. Przemyskie, tom 360 pp. 1964—8. 
2) Agr. Przemyskie, tom 321 p. 364. 
^) Agr. Lwowskie, tom 397 p. 1602. 



128 SPRAWY DOMOWE 

chtę województwa ruskiego, że na każdym prawie sej- 
miku w Wiszni zapadają uchwały i petita o wino, doma- 
gające się to ułatwień dowozowych i celnych, to przy- 
musowego obniżenia cen tego kordyału^^ albowiem wiel- 
kie uciśnienie ponosi stan szlachecki przez wzdroże- 
nie wina przez plebeias personas — jak się wyraża jedno 
z petitów sejmikowych — którzy bogaciejąc ordinem eque- 
strem w niwec wyciągają.^ ') Nie prawdą jest, aby szla- 
chta polska tej pory była bibacissima, jak ją niesłusznie 
nazywano — pito daleko więcej w Niemczech i na Węgrzech 
niźli u nas — ale nie ulega wątpliwości, że w konsumcyi 
małmazyi i węgrzyna nie była ostatnią. Według rachun- 
ków Piotra Domaradzkiego, poborcy czopowego, sama 
szlachta ziemi sanockiej w przeciągu jednego roku, od 
stycznia 1602 do stycznia 1603 r., wypiła 1966 beczek wę- 
gierskiego wina;^) o wołoskiem, o małmazyi, o alikancie 
i t. p. milczy statystyka. 

Po za tem źródłem ochoty towarzyskiej nie wiele 
było innych, zwłaszcza szlachetniejszych. Najbardziej je- 
szcze lubioną była muzyka. Prawie w każdym nieco za- 
możniejszym dworze musiało być kilku grajków, skrzyp- 
ków, śpiewaków, a przynajmniej trębaczy, i nawet skro- 
mne inwentarze sprzętów mieszczą w sobie instrumenty 
muzyczne. Obok hucznych biesiad, bankietów, łowów i t. zw. 
»dobrych myśli- nie spotykamy w źródle naszem śladów 
jakichś innych rozrywek towarzyskich i domowych, choć 
pewnie ich nie brakło, ale że nie kończyły się przelewem 
krwi, tak jak bankiety, więc nie dostały się do aktów. 
Spotykamy tylko wzmianki o t. zw. >tryumfach,v to jest 
o uroczystościach na cześć jakiegoś radosnego zdarzenia 
w życiu rodzinnem. Zazwyczaj przyjście na świat upra- 
gnionego potomka obchodzono takim tryumfem, jak to 



1) Agr. Przemyskie, tom 373 p. 939. 

2) Agr. Sanockie, tom 142 p. 1253. 



SPRAWY DOMOWE 129 

W r. 1603 uczynił w oryginalny sposób Stanisław Wa- 
powski, kasztelan przemyski, w Dynowie, kiedy mu żona 
powiła córkę. Oto p. kasztelan urządził walkę byków, przy 
której jednak nie obeszło się bez nieszczęścia, bo jeden 
z dworzan postradał życie. Ojciec zabitego, Jan Pawłow- 
ski, zanosi przeciw Wapowskiemu protestacyę, »iź on, 
sprawując grę albo tryumf świeżo narodzonej córki swej, 
bawoła na poły szalonego, na to umyślnie przygotowa- 
nego, w miasteczku Dynowie w rynek ciasny wypuściwszy, 
domy pozamykawszy, ulice zabudowawszy i ludzi uczci- 
wych na to spectaculum sposobiwszy, sam strzelał i słu- 
gom rozkazał, między -którymi ledwie drugi rusznicę w ręce 
wziąć umiał. A iż syn mój Mikołaj też p. Wapowskiemu 
służąc, temże się jako panu swemu akomodował, mło- 
dzieniec lat 20, do wiela posług sposobny, cnót szlache- 
tnych i dobrych obyczajów, w tej to krotofili mało po- 
trzebnej, nierządnej i pod pijanym czasem między ludźmi 
pospolitymi niebezpiecznej, postrzelony pod serce na skroś, 
żyw nie był do dziesiątej godziny, z podziwieniem wielu 
ludzi, że na tym jednym stanęło a nie na kilku, tak jako 
sprawę dawało wszystko miasteczko, że przez 200 razów 
strzelono. < ^) 



») Agr. Przemyskie, tom 319 pp. 819—21. 

9 



II. 



Fortuny. Gospodarstwo. Wywóz ziemiopłodów. Niszcze- 
nie LASÓW. Popioły. Z rou i soli. Żegluga. Dzierżawy. 

Z INWENTARZY I TESTAMENTÓW. OBYCZAJ RYCERSKI. 

Case di legno, motta neve, ma danaro assai — tak 
się wyraził o Polsce tego czasu jeden z włoskich podróżni- 
ków. Dużo śniegu i jak śniegu dużo pieniędzy, takie wra- 
żenie mógł istotnie odnieść cudzoziemiec, który stykał się 
tylko z klasą panującą i najmożniejszą. Ale pieniędzy 
naprawdę było mało w stosunku do nieprzebranych źró- 
deł bogactwa, jakie kryła w sobie ziemia. Były jednostki, 
które rozporządzały i olbrzymim kapitałem i olbrzymim 
dochodem, i według tych to jednostek cudzoziemcy szaco- 
wali bogactwo kraju. Grosz nie był zarobiony i sam też 
nie zarabiał. Albo szalał albo spał. Szalał u marnotrawnych 
magnatów, spał u oszczędnych i skąpych. Nie było ani 
kredytu ani bezpiecznej lokacyi. Że nie było formalnych, 
zorganizowanych banków, nie dziw; były one o tym cza- 
sie rzadkością w Europie; posiadało je zaledwie kilka stolic 
handlowych: Wenecya, Genua, Hamburg. Ale wszędzie 
istniały już wielkie kantory kupieckie, załatwiające trans- 
akcye kredytowe, podczas gdy u nas przy słabym rozwoju 
miast brak było takich kredytowych agencyj z dostateczną 



SPRAWY DOMOWE 131 

siecią stosunków i z odpowiednią siłą kapitału. Kredyt stał 
na licłiwie i zastawie. Nikt nikomu nie pożyczył pieniędzy 
bez zastawu, nawet magnaci posiadający krocie docłiodów 
i milionowe majątki w ziemi, nawet królowie, gdy potrze- 
bowali gotówki, pożyczali jej na zastaw. Zapisywano za- 
stawem dobra ziemskie a w razie nagłej potrzeby szły 
w zastaw klejnoty i srebra. Nie było też innej lokacyi 
wielkiego kapitału, jak tylko pożyczanie na zastaw ziemi, 
ale i ten sposób przy rozwlekłości procedury sądowej 
i przy niesłychanycłi trudnościacłi egzekucyi nie zawsze 
był bezpieczny, unikali go też ostrożniejsi. Za tem poszło, 
że zwyczajną lokacyą grosza była żelazna szkatuła — 
a najostrożniejszym służyła za safe-deposit ziemia, w której 
zakopywano gotówkę w srebrze i złocie. Zwyczaj zako- 
pywania pieniędzy nocą i w tajemnicy był bardzo rozpo- 
wszechniony. Że zakopywał skarby swoje pod dnem sa- 
dzawki Dyabeł Stadnicki w Łańcucie, że zakopywał je także 
syn jego Zygmunt w Rudawce, rzecz zrozumiała; były to 
małe parta, gwałtem zebrane i mogły być gwałtem ode- 
brane — ale że zakopywali w ziemi gotówkę ludzie, któ- 
rych nie ścigała zemsta pokrzywdzonych ani trwożyła 
bezbronność, że zakopywał je taki potężny i dostojny se- 
nator, jak kasztelan sandomierski Mikołaj Ligęza, to rzuca 
osobliwe światło na stosunki. 

Fortuny były wielkie a powstawały w tym czasie 
szybko, ale niestety nie zawsze pracą, talentem, zasługą, 
przedsiębiorczą intelligencyą, i do wielu spanoszonych ro- 
dów ówczesnych możnaby zastosować słowa: Omnis 
dives aut iniguus ant inigui haeres. Chłop żył z ziemi, 
szlachcic z ziemi i chłopa, magnat z ziemi, chłopa, króla 
i Rzeczypospolitej. Gospodarstwo było drapieżne, dochody 
całych lat eskontowano w jednym roku, a z tych nieprze- 
branych skarbów roli, z obfitości płodów »ziemi miodem 
i mlekiem opływającej « bogaciła się bardziej zagranica niż 
sam kraj, bogacił się przedewszystkiem niemiecki Gdańsk, 

9* 



132 SPRAWY DOMOWE 

słusznie nazwany »Chłańskiemc przez Klonowicza, bo po- 
chłaniał wszystkie korzyści handlu i wyzyskiwał całą Pol- 
skę. To rzucenie się do intensywnego handlowego wy- 
zyskiwania ziemiopłodów, które datowało się już od XVI. 
wieku, nie polegało na żadnej rozumnej rachubie, nie szło 
w parze z racyonalnem podniesieniem produkcyi, nie było 
rzetelną forsą ziemiańską, wypływało raczej z gorączkowej 
chciwości doraźnego zysku. 

Próżna to, niech mi, wierc, jako kto chce łaje, 
Niemasz dziś w Polsce jedno kupcy a rataje, 
To najwiętsze misterstwo, kto do Brzegu z woły, 
A do Gdańska wie drogę z żytem a popioły. 

Słowa te Kochanowskiego stosowały się w całej 
pełni i do województwa ruskiego, którego szlachta, a zwła- 
szcza halickiej i przemyskiej ziemi, uległa w pierwszych 
dziesiątkach lat gorączce exportowej i była w ciągłych 
transakcyach nietylko z Gdańskiem ale i z Hamburgiem. 
Najracyonalniejszym jeszcze był wywóz zboża, choć i ten 
odbywał się zbyt często kosztem ludności narażonej na 
drogość chleba, rzucanej niekiedy nawet na pastwę głodu, 
natomiast marnowanie lasów, niszczenie całych puszcz 
nieprzebranych, rzucanie na targi zagraniczne po najgor- 
szych cenach najkosztowniejszego materyału, wypalanie 
potaszów w barbarzyński sposób, było karygodną lekko- 
myślnością. Całe lasy płynęły do Gdańska; z polskiego 
drzewa budowały się floty hanzeatyckie, angielskie i ho- 
lenderskie; reszta szła na wanczosy, klepki, falby, a już 
najbardziej na popioły. Był to najłatwiejszy sposób osią- 
gnięcia doraźnego zysku, zdobycia gotówki; nadużywano 
go tedy, co się dało: > Gdzie spojrzeć, wszędy rąbią albo 
buk do huty — albo sośnie na smołę, albo dąb na 
szkuty.« 

Spotykamy w aktach ustawicznie zapiski o trans- 
akcyach na ogromne ilości popiołów czyli potaszów. 



134 SPRAWY DOMOWE 

W pierwszych dziesiątkach lat XVII. wieku wyzyskiwali 
w ten sposób lasy, nietylko swoje ale i królewskie: Ostro- 
rogowie, Wiśniowieccy, Potoccy, Sieniawscy, Kalinowscy, 
Kazanowscy, Koniecpolscy, Kuropatwowie , Warszyccy, 
a z kupców gdańskich i hamburskich najczęściej zawierają 
z nimi kontrakty Jakób i Mateusz Krausowie, Jan Tom- 
son, Jakób Demens, Ferdynand Faust, Jakób Baxa, Piotr 
Morelli, Jan Folmar, Dock i Eggerat; z krajowych przed- 
siębiorców tylko jeden Lwowianin dr. Paweł Boim. O jak 
wysokie sumy chodziło w takich transakcyach, daje nam 
miarę regestrzyk przytoczonego powyżej Fausta, kupca 
hamburskiego, który przejął od niektórych firm gdańskich 
wierzytelności. W regestrzyku tym figuruje jeden z Sie- 
niawskich z sumą 32.993 talarów, jeden z Potockich 
z sumą 82.993 tal., jego żona 6.586, Grzybowski, dzier- 
żawca dóbr starostwa halickiego, 25.588 tal. i t. p. ^) 

Potasz wypalał albo sam właściciel lasu albo jego 
kontrahent gdański. Przedawano go na t. zw. szyfunty 
(Schiffpfund), na beczki lub łaszty. Szyfunt miał wagę 
11 kamieni^) t. j. przeszło dwa centnary, beczka obejmo- 
wała 5 szyfuntów a więc 10 centnarów, łaszt 12 beczek 
albo 120 centnarów, centnar jednakże liczył do 160 funtów 
polskich. Szyfunt płacił się stosunkowo do jakości, ter- 
minu dostawy, konjektury handlowej i t. p. po 17, 20 
a nawet 27 złr. Hieremi Korybut Wiśniowiecki zawiera 
w r. 1636 ugodę z Pawłem Boimem o wypalenie 1500 
szyfuntów potaszu, a co nad 1500 z dwóch >artówc^) 
w tym roku wyjdzie, to wszystko ma należeć Boimowi. 
Potasz ma być czysty, tłusty, nie węglasty, nie zamoczony 
i dobrze wyprawiony. Boim płaci po 17 zł. za szyfunt; 
zadatku dał 27.000 zł. Podobny układ z Janem Tomsonem 



1) Agr. Halickie, tom 139 p. 1621—2. 
-) Kamień miał 32 funtów, centnar 5 kamieni. 
3) Art = Herd, 



SPRAWY DOMOWE 135 

opiewa na 2.000 szyfuntów. Stanisław Potocki wypala po- 
pioły w Wiktorowie i w dobrach podhajeckich, Piotr Po- 
tocki, wojewodzie bracławski, obowiązuje się Janowi Oe- 
rike dostawić na termin do Gdańska 1800 szyfuntów, 
Marcin Kazanowski, wojewoda podolski, sprzedaje Urszuli 
Scholen 1000 szyfuntów po 27 zł., ale potasz ma być 
»czysty, lauter, nie odfarbowany i nie mokry, <v Marcin Kali- 
nowski, wojewoda czernichowski, i żona jego Helena z ksią- 
żąt Koreckich biorą od Jakóba Demensa, kupca gdańskiego, 
na >pilną potrzebę swoją« 108.000 zł., za co obowiązują 
mu się dostarczyć »potaszu przednio dobrego, bez wszela- 
kiego fałszu, nie suchego, ale z obłupionej klepki i próbo- 
wanemi ługami polewanego i jako najlepszy urobić się 
może, beczek 1080 t. j. 5400 szyfuntów, każdy szyfunt po 
20 zł.« Demens przy każdej racie ma dać kufę małmazyi 
i kufę alikantu. ^) Stanisław Koniecpolski oddaje wypalenie 
potaszu niejakiemu Maryanowi Dłuskiemu, swemu dzier- 
żawcy, który ma dostarczyć » potaszu czystego, farbistego, 
najwyższej próby, któryby pikowi gdańskiemu korespon- 
dował« a nadto każdego roku dostawić 15łasztów szmel- 
cugi, łaszt po 40 zł.*) 

Z tych zapisków, a nie przytoczyliśmy wszystkich, 
można już nabrać wyobrażenia, na jakie rozmiary niszczono 
lasy, zwłaszcza gdy się zważy, że w aktach zachowały się 
tylko takie inłercyzy, które stały się przedmiotem prawnego 
sporu, a więc tylko jakaś mała cząstka transakcyj. Ofiarą 
tych spekulacyj padały głównie lasy dóbr królewskich, 
niestety często za wiedzą i pozwoleniem samego króla. 
I tak n. p. warto przytoczyć, że Władysław IV. pozwala 
w r. 1637 krajczemu kor. Mikołajowi Ostrorogowi »na 



>) Agr. Lwowskie, tom 389 p. 290—2; Agr. Ha- 
lickie, tom 134 pp. 195—209; Agr. Lwowskie, tom 396 
pp. 23—28. 

*)Agr. Lwowskie, tom 396 pp. 2277—85. 



136 SPRAWY DOMOWE 

wolne palenie potaszów i wyrabianie innych towarów le- 
śnych w Lisiance do dwunastu lat »według upodo- 
bania!«*) Tym sposobem spustoszono najpiękniejsze lasy 
w halickiej ziemi, jak n. p. chomikowskie, kamieńskie, we- 
leśnickie, tym sposobem zniszczały olbrzymie odwieczne 
dąbrowy bołszowieckie, chorostkowskie, ihnatkowskie ; 
tym sposobem wyrąbała i spaliła do szczętu lasy Tarna- 
wicy leśnej i polnej spółka gdańska Dock i Eggerat, 
która zatrudniając kilkuset robotników przez całe dwa lata 
w nich grasowała, *) tak wycięto lasy korczakowskie i t. p. 
Przemysł leśny tak był szeroko rozwinięty, że wyrobiła 
się cała armia specyalnych robotników, zajętych przy wy- 
palaniu popiołów i gotowaniu smoły, t. zw. smolaków 
iharników. 2) Z ludzi tych, żyjących ciągle w puszczy 
leśnej, zahartowanych w trudach i niepogodach, odwa- 
żnych i z instynktową bystrością dzikiego zwierza oryen- 
tujących się wśród głuszy i niedostępnych borów, wy- 
tworzono też rodzaj straży granicznej od Wołoch i Wę- 
gier, która utrzymała się aż po wiek XVIII., a której już 
w czasie naszego opowiadania starostowie przemyscy 
i sanoccy nadają rodzaj wojskowej organizacyi, używając 
jej jako swojej milicyi. Starosta sanocki Franciszek Mni- 
szech posługuje się nią przy egzekucyach, nasyła n. p. 
harników i smolaków na Piotra Bala, aby w Choczwi 
przeprowadzić intromisyę z trybunalskiego dekretu. 

W ziemi halickiej chów i wywóz bydła był jednem 
z bardzo obfitych źródeł gospodarskich zysków. Potoccy 
wysyłają ogromne transporty wołów z swoich dóbr 
i z chłopskiej daniny, t. zw. powołowszczyzny, na wszystkie 
jarmarki krajowe i za granicę. Niektórzy panujący książęta 

^) Agr. Lwowskie, tom 388 p. 351. 

^) Agr. Halickie, tom 140 pp. 744, 880. 

^) Ognisko przy wypalaniu popiołów nazywano od nie- 
miecki^o łierd, artem albo hartem, stąd robotników zajętych 
przy ogniwach harnikami. 



SPRAWY DOMOWE 137 

niemieccy zaopatrują się w ziemi halickiej w woły za 
osobnem zwolnieniem od cła, przyznanem im przez króla, 
jak n. p. palatyn reński, elektor bawarski, dla którego w r. 
1610 dwaj ajenci Maciej Basmanus i Andrzej Outtenberger 
zakupują po 500 i więcej sztuk wołów. ^) Piotr Potocki, 
starosta śniatyński, zawiera grube transakcye na woły 
z Gdańskiem; jedna z nicłi zawarta z Krausami obejmuje 
2100 wołów za cenę kupna 55.000 zł. pod kaucyą 100.000 
zł., ubezpieczającą dotrzymanie terminu dostawy.^) Na je- 
den tylko jarmark łucki pędzi szlaclicic Sulatycki 4000 
baranów, 2000 owiec, 3000 wołów i 600 jałowic. Według 
juramentów, zapisanycłi w księgacłi trembowelskicłi, wy- 
słano z samycli najbliższycli okolic Trembowli na wiosnę 
w r. 1607 na targi przeszło 6000 wołów, głównie z da- 
nin cłiłopskich, t. zw. powołowszczyzny. ^) Przeznaczone 
za granicę bydło szło przeważnie na Gdańsk lub na 
Szlązk — w kraju bywały na nie jarmarki w Kołomyji, 
Jarosławiu, Przemyślu, Kamionce strumiłowej, Jaworowie 
i t. d. Niezliczone wszakże myta i przykomórki szlaclie- 
ckie, jak hamowały swobodny obrót towarów i były nie- 
znośną plagą polskiego handlu, tak też i utrudniały ex- 
port bydła. Nie płacił wprawdzie szlachcic cła od bydła 
własnego chowu lub z t. zw. powołowszczyzny poddanych, 
co stwierdzał zresztą bez żadnej kontroli przysięgą sługa 
prowadzący woły, ale opędzać się musiał prawem i le- 
wem mytom szlacheckim, a jaka ich była ilość, da nam 
wyobrażenie fakt, że na przestrzeni od Turki do Jawo- 
rowa, od Drohobycza do Jarosławia dopominano się 174 
razy o myto słuszne czy też uroszczone, a na każdem ta- 
kiem mycie żądano od 2 — 6 groszy od sztuki. Niemniej 
zdziercze były opłaty targowe pobierane po miastach dzie- 

1) Agr. Halickie, tom 326 p. 1224—5. 

2) Agr. Halickie, tom 137 p. 1409. 

^) Agr. Trembowelskie, tom. 106 pp. 1457 — 76. 



138 SPRAWY DOMOWE 

dzicznych przez szlachtę; w Tarnopolu n. p., własności 
kasztelana krakowskiego księcia Janusza Ostrogskiego, po- 
bierał żyd arendarz książęcy w r. 1615 pięć opłat od razu: 
grobelne, spaśne, targowe, wozowe i pomierne. 

Ale ziemia lialicka i ziemia przemyska nietylko z roli 
żyły ale i z soli. Z roli i z soli powstawały tam fortuny, 
z roli i z soli urosły nowe moźnowładcze rody jak Po- 
tockicłi i Lubomirskicli, którycli nagła krescytywa właśnie 
w te pierwsze lata XVII. wieku przypada. Kto żyw, łian- 
dluje w obu tycli ziemiacli solą: szlaclicic, magnat, mie- 
szczanin, chłop, żyd. Olbrzymie transporty rozchodzą się 
po całej Polsce, największe i najczęstsze do Torunia, do 
Bydgoszczy, do Kijowa i do Brześcia Litewskiego. Sól 
z ziemi przemyskiej wysyła się wyłącznie szkutami, a San 
w czasie spławnego stanu wody roi się od statków wy- 
ładowanych solą. W Torkach pod Przemyślem jest rodzaj 
portowego składu soli; w r. 1603 wezbrany San zabiera 
ztamtąd 8000 beczek soli, a była to tylko część całej 
przygotowanej do spławienia ilości. Drugi takiż skład 
istnieje w Ursku, trzeci w Sośnicy, czwarty w samym 
Przemyślu. Żegluga na Sanie jest podstawą specyal- 
nego przemysłu, istnieje w Przemyślu osobne rzemiosło 
szkutników i osobna klasa frachtarzy, t. j. przedsiębior- 
ców transportu, między którymi najznaczniejszym jest 
mieszczanin Marcin Zając. Nawet szlachta i to znakomita 
podejmuje się frachtarstwa, i tak n. p. głośny Jan Szczę- 
sny Herburt nie waha się bawić tego rodzaju przemysłem ; 
w r. 1601 podejmuje się frachtu 3000 beczek soli dla Wa- 
cława Kiełczowskiego, starosty wschowskiego.^) Droho- 
jowscy, Śrzedzińscy, Herburtowie i inni ze szlachty prze- 
myskiej zawierają wielkie transakcye o dostawę soli; sam 
Derśniak sprzedaje w jednym roku około 3000 beczek 



^) Agr. Przemyskie, tom 317 p. 530. 



SPRAWY DOMOWE 139 

soli W Toruniu — ale nad wszystkimi góruje oczywiście 
Jerzy Mniszech, wojewoda sandomierski, w którego ręku 
jest starostwo Samborskie z wszysłkiemi swemi żupami. 
W r. 1600 Mniszech ma na Sanie 14 dużych komięg zgo- 
dnych do ładunku, ze wszystkiemi aparaty i instrumenty 
do żeglowania potrzebnemi.« 

Szkuta mieściła w sobie około 450—500 beczek soli 
i wyglądała z swoim wysokim masztem i dużym żaglem 
jak mały okręt. Zachowała nam się z powodu pewnego 
sporu prawnego z r. 1611 wizya takiej szkuty Sanowej, 
podająca szczegóły i nazwy, tem godniejsze przytoczenia, 
że nie spotykamy ich w Flisie Klonowicza. »Żelazo 
i okowy oddarte — czytamy w dokumencie tej wizyi — 
rudel wzięty, burnice połamane, za głową komora 
rozebrana, nie dostaje pojazd 16, lasek 9, a z prze- 
czkami 6, maszt zepsowany w niwec, żagiel podarty, 
na który kilkadziesiąt półsetków płótna wycho- 
dzi, trysty z błodzem niemasz; sud dwóch i gar 
niemasz, dymakai jakieru niemasz ; rysi niemasz ; 
bosaka niemasz, drzwi u komory wyprawnej nie- 
masz, sfornia zależnego od szyby niemasz, plichta 
zgniła, w rufie narożnice żelazne poodrywane; reja 
zgniła, wręga w rufie spadana; tamże sama szkuta 
u tej wręgi w u mrąc hu się naruszyła, że dnem bardzo 
ciecze.«^) Na takich szkutach przewożono także zboże 
i popioły do Gdańska, a Anglicy Wilhelm Alandt i Ry- 
szard Lewes głównie z Przemyśla i Sanem wyprawiali 
wielkie ładugi polskiej pszenicy na zamorskie targowiska. 
Ale te wszystkie szkuty, komięgi, tratwy, dubasy, unoszące 
falami Sanu i Wisły bogactwa ziemi polskiej, nie podno- 
siły niestety ekonomicznie kraju — i wiele prawdy bole- 
snej leży w słowach współczesnego poety: 



*) Agr. Przemyskie, tom 327 pp. 616—18. 



140 SPRAWY DOMOWE 

Pan nie nasyci morza bezdenn^o, 
Wsie nie nasycą pana choć jednio, 
Tak wszystko ginie, co użną poddani, 
Jakby w otłchłani! 

Dochody magnackie rzeczywiście ginęły jakby w o- 
łchłani. Choć bywały olbrzymie, nie słały przecież w od- 
powiednim stosunku do bogatej wydatności źródeł, z któ- 
rych płynęły. Ogromne obszary ziemi w posiadaniu jedno- 
stek, w ręku najczęściej marnotrawnem a zawsze nieza- 
biegliwem i nieprzedsiębiorczem, najgorzej administrowane, 
nie dawały i części tego, co dać mogły, bogaciły tylko 
dzierżawców, którzy gospodarowali na nich prawdziwie 
po tatarsku. Przyczyniała się do tego i krótkość czasu 
dzierżawnego (3—4 lat), która zmuszała niejako dzierżawcę 
do gospodarki bez jutra, polegającej raczej na rabunku 
ziemi niż na jej uprawie, a co stokroć gorsza : na bezlito- 
śnem, tyrańskiem wyzyskiwaniu pracy i dobytku podda- 
nych chłopów. Puścić dobra w zastaw lub dzierżawę, 
znaczyło to najczęściej wydać je na spustoszenie, chłopów 
na pastwę chciwości. Lustracye majątków i inwentarza 
poddanych, spisywane przy oddawaniu w dzierżawę i przy 
odbieraniu z dzierżawy, spotykane często w aktach woje- 
wództwa ruskiego, dają nam tego wymow/ie przykłady. Po 
panach Odrzychłopskicli — tak nazywano niesumiennych 
dzierżawców — wyglądało jak po Tatarach. Budynki po- 
niszczone, chłopi zubożeni i w uszczuplonej liczbie, bo 
ich wiele pouciekało, lasy spustoszone, role zjałowione — 
a na domiar złego czynsz dzierżawny nie f zapłacony 
i dzierżawca krnąbrny i uporny, który ustąpić się nie chce 
i przemocą wyrzucać go trzeba. Bez wyboru, na chybi 
trafi, przytoczymy tu jeden przykład. Oto w jakim stanie 
odbiera wsie swoje Berezki i Matyaszową Wolę cześni- 
kowa sanocka Anna z Sienieńskich Balowa od dzierżawcy 
Dunikowskiego: »Dla ucisku chłopów kilku uciekło; pola 
pod zimę nie zasiane, grunta spustoszały, bo ich trzy lata 




o 



c 
t/i 



£ 

N 



bo 



142 SPRAWY DOMOWE 

nie uprawiano; słomę przez cały czas sprzedawano ; kmie- 
cie zamoźysłe znędzniono, iż się ledwie na rolacti zatrzy- 
mali; dwór spustoszony, pogniły i obleciały, że kiedy 
deszcz przypadnie^ głowy niemasz kędy skłonić; pieca 
ani okna nigdzie całego niemasz; komory i spiżarnie po- 
obdzierane, deski z nich pozabierane; szopy rozwalone; 
ostrogi i parkany wszystkie popalone; stoły, sprzęty, na- 
czynia powywożone, lasy lianiebnie przerąbane, staw w Be- 
rezkach do szczętu wyłowiony i pusty; pod zimę ziarnka 
jednego nie zasiano; żadnego osiewka na jarz nie ma; 
chłopów dzierżawca bijał, tłukł i sadzał ; pierwej obuchem 
uderzył niż słowo wymówił, ani się było sprawić ani wy- 
prosić. «*) 

Nie Tatarzy to sami, nie Kozacy, nie Szwedzi tylko 
poniszczyli nasze wspaniałe zamki, nie sam ząb czasu, nie 
sam ogień, nie same klęski publiczne w pustkowie i gruzy 
obróciły monumentalne wielkopańskie rezydencye — w bar- 
dzo znacznej jeśli nie równej mierze padły one ofiarą 
dzikiego zaiste niedbalstwa, chciwości i wandalizmu nie- 
sumiennych dzierżawców, którym się dostały w opiekę 
i czasowe posiadanie. Zamek w Starem Siole, jeden z naj- 
wspanialszych swego czasu monumentów na polskiej ziemi, 
zbudowany około r. 1654 przez księcia Władysława Do- 
minika Zasławskiego, dziś jeszcze imponujący szczątkami 
swej pierwotnej architektury, już w trzydzieści lat po swo- 
jem ostatecznem wykończeniu był ruiną, a to dzięki tylko 
dzierżawcom. Warto przytoczyć, w jakim stanie odbiera 
go w r. 1687 od dzierżawcy Mikołaja Strzałkowskiego, 
podstolego żydaczowskiego, wdowa po Zasławskim, Ka- 
tarzyna z Sobieskich, wtórego małżeństwa księżna kancle- 
rzyna Radziwiłłowa. »A naprzód zamek starosielski — czy- 
tamy w akcie kondescensyi — cum tota circumferentia 
począwszy od baszty, która ma w sobie stołową izbę, aż 



>) Agr. Sanockie, tom 158 pp. 1231—8. 



SPRAWY DOMOWE 143 

do pokojów, które są jeszcze w fabryce nieskończone, ku 
kapustnej baszcie: Dachy wszystkie nad tą basztą i po- 
kojami miejscami permUtim to po jednym to po dwóch 
szarach nowemi gontami pokryte, jednakże to wszystko 
jako rzeszoto i dziur siła, przez co pułapy i belki pogniły, 
aż ze strachem po nich chodziliśmy. W pokojach zaś od 
tejże stołowej izby w baszcie okno z rzadka które całe, 
więcej ich jest gontami to po połowie to całkiem pozabi- 
janych. W dolnych zaś pokojach takiż nieporządek, gdzie 
ani pieców ani okien niemasz, drzwi bardzo ladaco, gdzie 
też ad praesens konie postawiono; gnojów co nie miara 
przed niemi i przed cekauzem. Baszta kapustna, tej medietas 
niepokryta, i piwnica pod nią zapadać się poczęła, połowę 
zaś zapierzył tarcicami p. Strzałkowski dla zboża sypania. 
Od tej baszty kapustnej aż do baszty cebulnej ganków 
niemasz, tak samo aż do baszty nad nową bramą. Baszta 
cebulna rozpadła się na dwoje, nic nie przykryta minatur 
ruinam, aż ją dwoma dębami teraz świeżo wsparto. Ba- 
szta nad bramą, gdzie jest mieszkanie i ganek, ta się roz- 
padła w czterech miejscach do połowy i t. ±<s^) 

Jakoż nie dziw, że między właścicielem a dzierżawcą 
przychodziło do najostrzejszych zatargów. Większa część 
tych zbrojnych napadów i zajazdów, o których czytamy 
w księgach grodzkich, to tylko energiczne rumacye, do 
których uciekać się musi doprowadzony do ostateczności 
dziedzic, a którym rugowani dzierżawcy w protestacyach 
swych i pozwach w potwarczy sposób nadają postać 
aktów gwałtu, samowoli i okrucieństwa. Mimo tak niedo- 
brych doświadczeń mało który z panów sam admini- 
strował nadanem sobie starostwem ; otrzymawszy je pusz- 
czano zaraz w dzierżawę, bardzo często za bezcen. 

Przytoczymy kilka przykładów i cyfer, wprawdzie nie- 
dostatecznych do wysnowania z nich jakichś stanowczych 

^) Agr. Lwowskie, tom 451 pp. 1157 i dalsze. 



144 SPRAWY DOMOWE 

wniosków, ale zawsze oryenłujących do pewnego stopnia. 
Starostwo lwowskie, liczące około 30 wsi i dwa miasta: 
Szczerzec i Gliniany, przyniosło wraz z przypadającemi na 
starostę opłatami z miasta Lwowa, które czyniły 2236 zł., 
w r. 1617 razem docłiodu 12.316 zł., a docłiód ten spadł 
w r. 1639 na połowę, bo na 6869 zł.*) Jerzy Mniszecłi 
płaci w latach 1606—10 za całą ekonomię Samborską do 
skarbu tenuty rocznej 20.000 zł.; Piotr Opaliński, krajczy 
kor. wydzierżawia w r. 1595 Ormianinowi Janowi Łukasiewi- 
czowi starostwo rohatyńskie na trzy lata za roczną tenutę 
5200 zł., a nadto ma mu dzierżawca co roku na Matkę Boską 
Gromniczną przysyłać do Leżajska dwie baryły muszkatela, 
dwie baryły miodu-patoki, dwie beczki przednich ryb solo- 
nych, a na św. Jan Chrzciciel 200 baranów i 16 wołów.*) 
Stanisław Górka, wojewoda poznański, wydzierżawia Ormia- 
ninowi lwowskiemu Krzysztofowi Awedykowiczowi całe 
starostwo buskie wraz z stawami i użytkowaniem lasów 
na cztery lata, a tenuta dzierżawna za czwarty rok (1583) 
wynosi 7150 zł.'^) Jan Szczęsny Herburt wypuszcza Gdań- 
szczaninowi Jakóbowi Kemmerling starostwo mościskie na 
4 lata (do r. 1603) za ryczahową sumę 25.000 zł., a na- 
stępnie znowuż na 4 lata Wojciechowi Witosławskiemu 
już tylko za 17.000 zł. Roczna tenuta wynosi tedy w tym 
wypadku tylko 4250 zł., a dzierżawa oprócz miasta Mo- 
ścisk obejmowała 12 wsi.^) Przerembscy, Maxymilian 
i Elżbieta z ks. Zasławskich, objąwszy po śmierci tegoż 



O Agr. Lwowskie, tom 372 pp. 1231 — 1274 i tom 
390 p. 773. 

^ Acta Consular. miasta Lwowa z r. 1595 p. 1149. 

^) Inducta Jud. Ci vii. miasta Lwowa, tom XV. pp. 
275—285. Bliższe interesujące szczegóły kontraktu podałem 
w książce mojej : Patrycyat i mieszczaństwo lwowskie 
str. 287—289, dokąd czytelnika odsyłam. 

^) Agr. Przemyskie, tom 356 p. 528 i tom 321 
p. 1052. 



SPRAWY DOMOWE 145 

Herburta starostwa mościskie i wiszeńskie, wydzierża- 
wiają w r. 1623 starostwo mościskie Samsonowi Powal- 
skiemu już t>lko za 1700 zł. rocznej tenuty, a starostwo 
wiszeńskie w r. 1618 na 3 lata Stanisławowi Micliałow- 
skiemu za rocznycli 3000 zł.; Adam Hieronim Sieniawski, 
podczaszy kor., wypuszcza swemu podstaroście.mu Fili- 
powi Rykowskiemu w r. 1619 starostwo jaworowskie 
wraz z zamkiem i miastem Jaworowem, piętnastu folwar- 
kami i wsiami, z rudą krecłiowską, łiutą i szabelnią, 
z wszystkiemi prowentami, z poddanymi i icłi robocizną, 
z podatkami, czynszami, karczmami, młynami, z miarami 
słodowemi, z paleniem gorzałek i z browarem krechow- 
skim, z paśnem, mytem, »nic penitus w mieście i we wsiacti 
sobie nie zastawując,« na lat cztery, na każdy rok za su- 
mę 13.200 zł.*) Książę Karol Korecki wydzierżawia Jędrze- 
jowi Łochowskiemu miasteczko Skałat, Nowosiółki, Ka- 
mionkę, Kołodziejówkę i dwie inne wsie na trzy lata za 
ryczałtową sumę 6450 zł., Katarzyna z książąt Ostrog- 
skicli Tomaszowa Zamoyska, podkanclerzyna kor., Stefa- 
nowi Wronowskiemu całą Tarnopolszczyznę z olbrzymim 
obszarem ziemi, z » czynszami, młynami, miodami, stawami, 
daninami« za roczną sumę 22.000 zł. ; Piotr Potocki Janowi 
Łęskiemu dobra starostwa śniatyńskiego na cztery lata za 
ryczałtową sumę 28.000 zł., Jerzy Kalinowski Alexandrowi 
Ubaldiniemu i Robertowi Bandinellemu dobra Snowicz 
i Czyżów na trzy lata za ryczałtową sumę 6000 zł., 
Maryna Moliilanka Firlejowa, wojewodzina sandomierska, 
Nikodemowi Kurowskiemu miasto Manasterzyska i wsie 
Jezierzany, Wierzbiatyn, Borniki, Ciecłiów, Bernówka, Sło- 
bódka w ziemi lialickiej na cztery lata za łączną sumę 
21.000 zł. 2) Docliód roczny z dóbr Miżynieckicli w prze- 
myskiej ziemi (Miżyniec, Boratyn, Stroniowice, Odeszyce, 



1) Agr. Lwowskie, tom 372 p. 714—20. 

2) Agr. Lwowskie, tom 389 p. 484 i tom 390 p. 180. 



10 



146 SPRAWY DOMOWE 

Zwrołowice, Hruszałyce, Radochońce) wynosi w r. 1603 
razem 13.107 zł.^) 

Począwszy od ostatnich lat XVI. wieku coraz czę- 
ściej spotykamy na dzierżawach żydów. Z początku dzier- 
żawią tylko karczmy i młyny, a także i myta, jeśli dziedzic 
ma prawo je pobierać. W r. 15Q7 żyd, który nawet w ak- 
tach nie figuruje już jako infidelis ale jako » pan <^ Icek, dzier- 
żawi od starościny chmielnickiej Barbary z Potockich Stru- 
siowej wszystkie karczmy i młyny jej dóbr rozległycłi. 
W pierwszej połowie XVII. wieku wszędzie już niemal 
żydzi trzymają karczmy, na których poprzednio siedzieli 
zawsze chłopi. Choć im niewolno było, zaczynają brać się 
do dzierżaw majątków ziemskich, zazwyczaj na imię pod- 
stawionego chrześcianina. Praktyka ta zagęszcza się coraz 
bardziej z biegiem czasów a około roku 1650 przybiera 
już takie rozmiary, że szlachta województwa ruskiego na 
sejmiku wiszeńskim bardzo energicznie przeciw niej wy- 
stępuje: >Żydy wbrew prawom arendują dobra szlacheckie 
i królewskie — czytamy w laudum sejmikowem — a to 
pod pretextem jakoby ze szlachecką osobą spisanym. Sta- 
rać się mają pp. posłowie, aby taki żyd arendarz poena 
colli et confiscationis bonorum, a szlachcic, pod którego 
imieniem i kontraktem takowe dobra żyd by trzymał, 
poena falsi w trybunale był karany.«-) 

Przy taxowaniu wartości dóbr dziedzicznych brano 
za podstawę dochód roczny przez 15 pomnożony - był 
to klucz prawem i zwyczajem utwierdzony — ut moris 
et iuris est, jak się wyrażają przy takiej sposobności ta- 
xatorowie. Kiedy syn Jana Szczęsnego Herburta, Jan Leon, 
zniewolony był zrzec się dobromilskich dóbr i oddać je 
wierzycielom, oszacowano cały dochód roczny tych po- 
siadłości na mało co więcej niż 14.000 i oznaczono tym 



^) Agr. Przemyskie, tom 319 p. 1861. 
^) Agr. Przemyskie, tom 377 p. 1766. 



SPRAWY DOMOWE 147 

sposobem wartość ich na 215.000 złj) Suma ła stanie 
się wymowną, jeźli zważymy, że Jan Leon Herburt miał 
oprócz samego miasta Dobromila 10 wsi, a między niemi 
dwie żupy solne, Lackie i Pastewnik, i że sam obszar 
dworski w tych dobrach wynosił co najmniej 7 do 8000 
morgów — a gdzież wartość pańszczyzny, czynsze od ła- 
nów chłopskich, młyny, karczmy, sól i myta? W roku 
1631, w którym te dobra taxowano, wartość złotego była 
już bardzo nizka, suma więc 215.000 złotych ówczesnych 
nie przenosi znacznie dzisiejszego miliona koron i daje 
miarę, jak nizkie były w tym czasie dochody z dóbr 
ziemskich. 

Jak już wspomniano, wyjątkowy to był pan, który 
posiadając rozległe włości, nie oddawał ich na łup dzier- 
żawcom lub nie puszczał ich zastawem, ale sam gospo- 
darował na nich z znawstwem i zamiłowaniem. Takim je- 
dynym na całą Czerwoną Ruś wyjątkiem, jedynym przy- 
najmniej nam znanym, był Jan Ostroróg, wojewoda po- 
znański, jeden z najznakomitszych gospodarzy swego 
czasu w Polsce. Jego Komarno mogło być akademią rol- 
niczą dla całej ziemi lwowskiej, ale nie było nią niestety, 
przeciwnie, wszystko przemawia za tem, że klucz koma- 
rzański, który dziś nawet, przy tak wielkim postępie teo- 
ryi i praktyki agronomicznej, mógłby uchodzić za wzo- 
rowy okaz rolnego gospodarstwa, był jakby oazą na pu- 
styni i nie wywoływał naśladownictwa. Podziwienia godny 
ład i rozum panował w tych dobrach; sam wojewoda, 
który lubił bardzo Komarno i najczęściej w niem przemie- 
szkiwał, zorganizował całe gospodarstwo aż do najdro- 
bniejszych szczegółów i doprowadził do tego, że co tylko 
ziemia dać mogła w owych czasach bez przemysłu i bez 
komunikacyj, dawała mu w obfitości. Nie mówiąc już 
o wzorowej uprawie roli, czego tam nie było! Browary, 

^) Agr. Przemyskie, tom 350 pp. 441 — 466. 

10* 



148 SPRAWY DOMOWE 

gorzelnie, owczarnie, stadniny, gospodarstwo stawowe na 
wielką skalę, pszczelnictwo prowadzone racyonalnie i na 
ogromne rozmiary, młyny, rozległe sady o najszlachetniej- 
szych szczepach, chmielarnie — zgoła wszystkie gałęzie 
gospodarstwa rolnego były do wysokiego stopnia rozwi- 
nięte. Ostroróg może sam jeden na Czerwonej Rusi dbał 
o konserwacyę lasów ; podczas gdy inni wypalają je na po- 
łasz, on zalesia całe obszary dębiną, i jego to są słowa: 
»Kło dębu utnie, jakoby chłopa zabił.« Amator drzew 
i ogrodów, obsadza swój dwór we Lwowie i swoje 
dwory wiejskie w Komarnie, Dubaniowicach i ł. d. topo- 
lami, tysiącami wierzb osłania budynki i zwierzyńce, utrzy- 
muje rozkoszne wirydarze, ma pomarańczarnię i figarnię, 
uprawia wino. Sam wielki myśliwy, dba o ochronę zwie- 
rzyny, karmi ją w czasie ostrej zimy, zakłada zwierzyńce, 
prowadzi także chów łabędzi na szeroki rozmiar. ^) 

O przemysłowej stronie gospodarstwa rolnego oczy- 
wiście mowy być nie może w tych czasach. Spotykamy za- 
piski o kilku hutach żelaza i szkła; tu i owdzie jakiś bar- 
dziej przedsiębiorczy szlachcic dobywa saletry, jak n. p. 
Michał Stanisławski między Zabłotowem a wsią Dymitrze. 
Bracia Buczaccy, Mikołaj i Jan Zbożny, czyniąc w. r. 1591 
między sobą dział majątkowy, zastrzegają sobie, że ^zbie- 
ranie hałunu, żywicy, ropy alternative być ma ; item złota 
będą li chcieli szukać, wspólnie to czynić mają, a jeden 
przez drugiego tego czynić nie ma.«^) Bogatem źródłem 
dochodu są stawy bardzo liczne w województwie ruskiem, 
jak n. p. złoczowski, szczerzecki, kurowiecki, podhajecki, 
komarzański, brzeżański, tarnopolski, gródecki i t. p., które 
prawie wyłącznie wynajmują mieszczanie lwowscy.*) Z ubo- 

^) Cf. Jan Ostroróg, Kalendarz gospodarski na ho- 
ryzont komarzeński w Materyałach do dziejów rolni- 
ctwa w Polsce, str. 64 — 82. 

^ Agr. Halickie, tom 115 pp. 23—7. 

^) Cf. Wł. Łoziński, LeopoUtana w ^ Kwartalniku Hi- 
storycznym « z r. 1890 str. 445. 




Fig. 15. 

Chorągiew nagrobna. 
Ze zbiorów Muzeum Czartoryskich. 



150 SPRAWY DOMOWE 

cznych działów gospodarstwa wiejskiego najbardziej rozwi- 
nięty jest chów drobiu i pszczelnictwo. Uderzającą jest 
mnogość drobiu, chowanego przez ówczesne gospodynie ; 
podkomorzyna halicka Raszkowa chowa pawie białe i szare, 
ma na podwórzu 172 kapłonów, Wyganowska kur i kur- 
cząt 750, kapłonów 700; Dorota Świejkowską dzierżawczyni 
Bybłą 500 gęsi, 1500 kur, kokoszy i kapłonów, »co po 
dworze chodzili,« a w kojcach osobno 150. Ale najwyżej 
rozwinięte jest pszczelnictwo; w każdej szlacheckiej wsi 
jest po kilkaset, przy każdej gospodzie chłopskiej po kilka- 
naście a czasami po kilkadziesiąt ułów. W lasach leżajskich, 
dopóki ich dzierżawcy Opalińskiego nie zaczęli nielitości- 
wie korczować, kwitnie na wielką skalę bartnictwo, z sa- 
mej Jedlnej dań pszczelna bartników tamtejszych, przyna- 
leżna staroście, wynosi około półtora sta ułów. Wspo- 
mniane wyżej szlachcianki mają ułów : pierwsza Raszkowa 
240, druga Łozińska 600; tyleż ma ich Jakób Poniatowski 
w Mogilnicy; w załozieckich dobracli książąt Wiśnio- 
wieckich jest ich 800, w Strusowie i Sidorowie 1600, w klu- 
czu buczackim 2500, w podhajeckim 2000 it. p. Nie było 
przesady w nazwaniu krainy > mlekiem i miodem płynącej « 
i nie daremnie śpiewał Klonowicz w swojej Roxolanu: 

Włoski mieszkańcze, cóż twoje nektary? 
Co twoje wina przed nektarem Rusi? 
Wino jest z ziemi błotnistej i szarej, 
Miód prosto z nieba spuszczonym być musi, 
Miód rosa niebios i manna jedyna. 
Pszczółka ją zbiera do swego zacisza 
Miody sycone są lepsze od wina! 

W ogólności, jak to zresztą zawsze bywać zwykło, 
rządność i rozumne wyzyskiwanie źródeł gospodarstwa 
rolnego spotykamy częściej na miernych majątkach niż na 
magnackich latifundiach. Z inwentarzy spadkowych, któ- 
rych liczba jednakże w aktach bardzo jest skromna, mo- 



SPRAWY DOMOWE 151 

Żerny powziąć niejakie wyobrażenie o stopniu zamożności 
średniej szlachty. Po szlachcicu ziemi halickiej Prokopie 
Raszko pozostało w jego majętności Kropi wniku 130 sto- 
gów rozmaitego zboża, każdy stóg wartości od 40 — 100 zł., 
785 sztuk rozmaitego bydła, 93 koni stępaków, drygantów, 
woźników, klaczy rodzajnych; sreber stołowych za 1200 zł., 
klejnotów za 5800 zł., garderoba wartości 3000 zł., opony, 
obicia i kobierce wartości 550 zł., 15 zbroi *hecowanych<' 
i szmelcowanych a jedna złocista, 15 koncerzy, rzędów 15, 
rusznic i półhaków 28 i znaczny zapas nieoszacowanych 
a kosztownych przedmiotów jak złotogłowia, kitajki, cza- 
praki, namioty, płótna koleńskie, wilki, kuny, lisy, instru- 
menta cyprysowe i t. p. Między bardzo licznem ptactwem 
domowem figuruje ośm pawiów białych i szarych. Cały 
majątek ruchomy oszacowany na przeszło 100.000 zł. ^) 
W procesie z Adamem Bałabanem z powodu gwałtownego 
zajazdu na Obelnicze Andrzejowa z Wyganowskich Łoziń- 
ska produkuje inwentarz swoich ziemiopłodów i rucho- 
mości. Inwentarz ten wykazuje jarego żyta kóp 900, psze- 
nicy starej kóp 500, jęczmienia 600, owsa 1000, hreczki 
400, prosa 200, krów dojnych i jałówek 140, wołów 130, 
wieprzów i prosiąt 300, słodów jęczmiennych 15, miodu 
gotowego beczek 20, słoniny połci 300, sadeł 200, skór 
jałowiczych, baranich i owczych 220, masła fasek 60, krup 
rozmaitych półbeczków 60, jagieł 15, wielkie zapasy maku, 
siemienia i t. p. Garderoba nadzwyczaj bogata: ferezye, 
delie, żupany, kurty z najkosztowniejszych materyj, jak 
złotogłów, szkarłat, aksamit, adamaszek, atłas, podbite 
sobolami i rysiami, ozdobione pętlicami i guzami z złotą 
pereł, rubinów, turkusów; bron wykwintna i bardzo ko- 
sztowna, jak pałasze złociste, sadzone drogiemi kamie- 
niami, zbroje, rzędy, czekany bogato oprawne, strzemiona 
srebrne i t. d. ^) 

^) Agr. Halickie, tom 113 pp. 79—93. 

«) Agr. Halickie, tom 114 p. 1628 i tom 121 p. 1184 



152 SPRAWY DOMOWE 

Z testamentów, które również rzadko tylko spoty- 
kamy w aktach z tego czasu, dają nam niektóre charakte- 
rystyczny obrazek człowieka i jego stosunków domowych 
i rodzinnych. Przedewszystkiem zapisać warto, że umie- 
rano śmiało, spokojnie, z prawdziwie chrześcijańską rezy- 
gnacyą. Takie przynajmniej odnosi się wrażenie z osta- 
tnich dyspozycyj i z zeznań świadków stwierdzających 
w grodzie autentyczność testamentów. Podkomorzy hah- 
cki Prokop Raszko, leżąc nałożu śmiertelnem, pyta swego 
przyjaciela Łychowskiego : » Panie Jakóbie, albo rozumie- 
cie, że umrę?« On mu rzekł: »Umrzesz Waszmość.« 
»A kiedyż ?« — Rzekł na to pan Łychowski, że dziś. 
»I tak?« »A tak!« Dopieroż p. podkomorzy: > Weźcież 
papieru i kałamarza. <^ Podyktował testament jasno i spo- 
kojnie, i kazawszy sobie podać pióro, rzekł: »Nie wiem, 
jeśliże podpiszę« — ale podpisał tak, jako za dobrego 
zdrowia podpisował, czemuchmy się wszyscy dziwili.< *) 

Bernat Suchorabski, o którym już była wzmianka 
powyżej, ewangelik, powiada w swym testamencie na 
wstępie, »że przyszedł na ten kres śmiertelnej choroby 
z wielu ustawicznych prac i kłopotów a po części z n i e- 
szczęsnej ludzkości polskiej, z niepomiernego 
życia swego.^ Chciałby być pogrzebany na Rusi, jednak 
patrząc na czasy złe, >±e te kwitnące pokojem kraje 
w wielką dezolacyę przychodzą od ręki pogańskiej i jako 
siła przykładów, że pogaństwo w nadzieji łupów powy- 
dobywawszy z grobów i kościołów ciała zmarłych, pta- 
ctwu i psom je rozmiatywało,« każe się pogrzebać przy 
domu i na gruncie swoim w Bratkowskiej Górze. Po- 
grzeb ma się odbyć bez wystawy, a za to ubogim ma 
być dana hojna jałmużna. Z wielką czułością mówi o swo- 
jej żonie i o córkach, które żegna słowami pełnemi szcze- 
rego akcentu rzewności: ^Najmilsze córki moje, zrzenice 



^) Agr. Trembowelskie, tom 106 pp. 747 — 50. 



SPRAWY DOMOWE 153 

oka i zdrowia mojego, aż do ścia za mąż, co nie ma być 
prędzej nad lat 15 wieku ich, aby w czerni jako sie- 
roty chodziły w muchajerze, a może być też adamaszek 
albo hatłas, ale żeby czarny.<' Żonie wyraźnie poleca, aby 
po raz wtóry wyszła za mąż a to zaraz po wydaniu naj- 
starszej córki Barbary, obierając sobie » przystojnego, po- 
czciwego i osiadłego człowieka. ^ Niech za takiego czło- 
wieka wychodzi :>z ostatkiem swej ojczystki i dostate- 
czków i z temi 10.000 zł., które jej wiecznie darowuję, 
a to nie zawodząc i lat młodości swojej i obmowiska 
ludzkiego uchodząc. < Posagu córkom wyznacza po 10.000 
zł. W gotówce zostawia 4000 zł. i około 600 dukatów, 
ale ma 28.000 zł. u wojewody poznańskiego Piotra Opa- 
lińskiego i u potomków Konstantego Korniakta na pro- 
cencie. Żona ma być główną opiekunką i depozytaryu- 
szką całej schedy, a w sprawach, >gdzieby się prawem 
pospolitem trudno ognać,v< oddaje ją pod protekcyę To- 
masza Zamoyskiego, wojewody kijowskiego, i Mikołaja 
Firleja, kasztelana wojnickiego. Przy łożu chorego byli 
dwaj lekarze Włosi, Jan Secchini i Krzysztof Sapelli. ^) 

Niemniej charakterystyczny jest testament Alexandra 
z Rytwian Zborowskiego, założyciela szpitala dla starych 
żołnierzy we Lwowie. Sam osiwiały w służbie Rzeczypospo- 
litej wojownik, w r. 1637 » czyni fundacyę na żołnierze 
stare, którzy częścią w potrzebach szwanki i okaleczenia 
ponosząc, częścią też dla strawienia pocztów i szkód pod- 
jętych od dostatków odpadłszy, a nie mając modum vivendi, 
mizernie z nędzy, z niedostatku, tułając się, umierają^ — 
na co wyznacza 10.000 zł. »A ktoby się ważył temu po- 
stanowieniu lub in toto lub in quavis minima parte kon- 
tradykować, takiego każdego powoływa na straszliwy sąd 
Boży.«: *) Testament Zborowskiego przeplatany jest cały 



^) Agr. Lwowskie, z r. 1624, tom 376 pp. 774—81. 
^) Agr. Lwowskie, tom 388 pp. 670—2. 



154 SPRAWY DOMOWE 

legatami w koniach, których snąć wielkim był miłośni- 
kiem — konie służą tekstowi jakby za interpunkcyę. »Jako 
najwięcej bywa kontrawersyi o sumie i zbiorze pozo- 
stałym po umarłym — pisze Zborowski — tedy ja wzy- 
wam sobie na świadectwo Boga mego i nim się świadczę, 
iż w jednym trzosie 1000 czerwonych zł., w drugim trzo- 
sie 350 — więcej niemam, tak mi Panie Boże daj oblicze 
swoje widzieć. Od żydów arendarzy Mikulinieckich wzią- 
łem dziś, jako to 10 Junii, półszostaset zł., z tych zaraz po- 
słałem doktorowi do Lwowa na potrzeby i na strawę 270 
a aptekarzowi tarnopolskiemu 12 zł. Powinienem dać p. 
podkoniuszemu kor. (szwagrowi Rafałowi Grochowskiemu) 
10.000 zł. ex nunc. Jest złota niemało i klejnocików moich 
przykupionych, a jeśli by nie wystarczyły, jest srebro zgo- 
towane. Są Woźniki szpakowate poszóstne i kareta zaś 
poszóstna i wóz z przykryciem skarbowy. Koń turecki 
siwy z rzędem nowym z puklikami szmaragdowemi, z sio- 
dłem oprawnem w srebro i strzemionami srebrnemi, cza- 
prak czerwony kanafacowy, bom cudniejszego nie miał — 
to wszystko ma pójść na odprawowanie sług. Gospodyni 
pani Maryi 200 czerw. zł. — a dla miłosierdzia Bożego 
nie bierzcież jej nic, zaklinam was i powoływam na sąd 
Boży.« Sługom dawniejszym zapisuje po 100 zł., »nowo- 
tniejszym« po 50, hajdukom po dwumiesięcznym żołdzie. 
Pogrzeb ma być jaknajskromniejszy, nawet trumny 
mieć nie chce. » Schować moje ciało nigdzie jeno tam, 
kędym sobie nagotował, bez żadnych ceremonij, bez 
trumny, tylko w delurce a kapciach w kilim obwinąwszy 
biały. P. Korycinskiemu dropiasty koń turecki z nagłów- 
kiem złocistym, temuż 20 klaczy stadnych, p. Hieronimowi 
Zborowskiemu koń turecki od Ormian, siodło czerwone 
półszkarłatne złociste z nagłówkiem. Pałaszyk mój złocisty 
i buławkę i sajdak p. Korycinskiemu, koncerz też i kulbakę 
z strzemionami złocistemi nową. Panu Hieronimowi (Zbo- 
rowskiemu) 6 klaczy stadnych, X. arcybiskupowi (lwów- 



SPRAWY DOMOWE 155 

skiemu Stanisławowi Grochowskiemu) 6 koni moich siwych 
woźników dropiastych. Koni 6 gniadych i karetę starą po 
nieboszczce pani pozostałych też żeby przyszły p. podko- 
niuszynie (Grochowskiej), bo się nie zawiezie z białogło- 
wami na jednej. Mojej Maryni dawnom dał koniczków 
tarantowatych 6 niestarych i karetę starszą, żeby nie szła 
pieszo — niech jej tego nie biorą dla miłosierdzia proszę 
Bożego. Pani podkoniuszynie tak jakom dał, a pani Kory- 
cińskiej 30 koni i 100 owiec oddać i klaczy 40. Panu pod- 
koniuszemu i X. arcybiskupowi oddaję w obronę i opiekę 
moją Marynię, której aby nie dał szarpać i marteryzować 
przez mękę Syna Bożego proszę; jako chciała Marynia 
zawżdy na służbę się Bożą udać, tak i teraz ona nich 
dysponuje, proszę. Panu Wydżdże koń gniady turecki, 
kulbaka i rządzik mój złocisty srebrny, szablę złocistą, 
koncerzyk srebrny. Hospodarczyka p. podczaszemu (Jakó- 
bowi Sobieskiemu) ; panu przemyskiemu (kasztelanowi Fe- 
licyanowi Grochowskiemu rysiowaty wałach. Dłużnikom 
moim wszystkim, jako i pp. zięciom i p. synowcowi nizkąd 
nie może być zapłata, jeno przedać majętność; dla miło- 
sierdzia Bożego przedać ją jak najrychlej; pan krakowski 
(Stanisław Koniecpolski) już 160.000 zł. postąpił mi. Mi- 
kulińce, popłaciwszy ciężary, ostatek X. Adamowi, synowi 
memu dać. Panu Borkowi z dropiata tarant, panu luba- 
czowskiemu (kasztelanowi Albertowi Przedwojowskiemu) 
tarantowaty drygant; płowy wałach panu sędziemu...« *) 
Z innych nielicznych testamentów, jakie spotykamy 
w aktach, zapisać warto jako rys obyczajowy, że podczas 
gdy magnackie pogrzeby odbywają się z niesłychaną pompą 
a koszta ich dochodzą do sum bardzo wysokich, szlachta 
i to nawet zamożniejsza każe się grzebać skromnie, ale 
jednego przecież zawsze wymaga, a to. zawieszenia nad 
grobem chorągwi. Szlachcic Piotr Karwowski prosi o to 



1) Ibidem, pp. 686—90. 



156 SPRAWY DOMOWE 

Z naciskiem w swoim testamencie: » Chorągiew czerwoną 
kitajkową z napisem przystojnym pilnie proszę, aby mał- 
żonka moja miła dała zawiesić naclemną.« Piękny i prawdzi- 
wie rycerski ten zwyczaj bywał jednak także powodem 
do zbytku; zawieszano nad grobami ctiorągwie z naj- 
droższycłi materyj, łiaftowane złotem, malowane, obszy- 
wane bogatemi galonami a nawet koronkami. » Ciało, pro- 
szę — są słowa ostatniej woli Jakóba Hreczyny, podko- 
morzego pińskiego — w kościele Ojców Franciszkanów 
lwowskich śród kościoła niedaleko ławek sokołowskich 
przed wielkiemi formami, kędym był zwykł swoje niego- 
dne modły sprawować, aby pochowane było. Nad którym 
grobem dać z kitajki dubli czerwonej dwa ogony zrobić 
rycerskie, po brzegach onę kitajkę pozłocić i na rohatynie 
czapkę z piórem przewlec i tak nad cielskiem mojem za- 
wiesić, napisawszy kilka słów, a rozumiałbym tak : Tu leży 
szlachetny Jakób Hreczynay zmarły die (vigeslma septem- 
bris) Anno 1634, Oremus pro eo — i dalej nic ; wy wijasów 
nie potrzeba i owych fartuchów białogłowskich zawieszać 
także nie potrzeba. « ^) Jan Zaporski prosi żonę, aby go 
pogrzebała »bez wszelkich figlów i okazałości, tak ma- 
szkar konnych jako i innych rzeczy niepotrzebnych < i aby 
go nie konie do grobu wiozły, ale żebracy nieśli, ale 
przecież żąda koniecznie, aby nad grobem chorągiew za- 
wieszono. Lwowski kościół Bernardynów był ulubionem 
przez wojskową szlachtę miejscem do zawieszania takich 
chorągwi pamiątkowych po poległych w boju towarzy- 
szach. W r. 1613 po powrocie z wojny moskiewskiej 
pietyzm rycerski uczcił pamięć tych, co już nie wrócili 
z pola bitew, zawieszeniem u Bernardynów takich labara 
funebria. Cały las żałobnych chorągwi zwieszał się z środ- 
kowego stropu kościoła; były tam chorągwie Zaporow- 



*) Agr. Lwowskie, tom 385 p. 863. 



SPRAWY DOMOWE 157 

skich, Łaskich, Dawidowskich, Chmieleckich, Ramułtów, 
Żaboklickich i innych poległych na polu chwały. Niestety, 
potomni nie uszanowali tych zabytków rycerskiego oby- 
czaju — nie dochował się z nich ani jeden. 




Fig. 16. 
Ornament z Aktów Lwowskich WII. w. 



ROZDZIAŁ TRZECI 



PLAGI ŻYWOTA 



I. 

Tatarzy jako plaga chroniczna. Fatalistyczna rezy- 

ONACYA. ROZPRZĘŻENIE MORALNE WyKUP Z JASSYRU. ALE- 

XANDER BaŁABAN I JAN ŻÓŁKIEWSKI. OPOWIEŚĆ WYPRAW 

OKUPOWYCH. SaMOZWAŃCY. 

Tatar, żołnierz swawolny, opryszek i zły sąsiad, to 
główni wrogowie życia, wolności i mienia owycłi czasów. 

Zagony tatarskie to cłironiczna plaga i klęska, to nie- 
szczęście i łiańba zarazem całej Polski, a w najpierwszym 
rzędzie tycłi ziem, o którycłi mówimy. Pojmujemy całą 
głębię gniewnego wstrętu króla Batorego, który na pierw- 
szy widok posłów tatarskicłi, przybywającycłi do Polski 
po upominki w złocie i koźucłiach, woła uderzając się po 
szabli: Nolo ego huius bestiae tributarius esse! Nawet 
przy uwzględnieniu wszystkicłi niedostatków organizacyi 
państwowej w Polsce niepodobna prawie dziś zrozumieć, 
że naród tak bitny i waleczny, a który w sztuce wojennej 
nie ustępował innym współczesnym w Europie, że naród 
Tarnowskicłi, Żółkiewskicłi, Cłiodkiewiczów, Koniecpol- 
skicłi, Czarneckicłi, Sobieskicłi mógł znosić te bezustanne 
zagony łiord nieregularnycłi, źle uzbrojonycłi i łatwych 
do pobicia, jak tego tyle mamy dowodów, że tylko przy- 
pomnimy Martynów, gdzie Koniecpolski z 5000 rycer- 

11 



162 PLAGI ŻYWOTA 

słwa rozgromił 60.000 ordyńców, lub wyprawę wołoską 
Jana Zamoyskiego, podczas której 7000 Polaków oparło 
się zwycięzko 40.000 Tatarów — niepodobna prawie zro- 
zumieć, że warstwy rządzące nie miały tyle rozumu, tyle 
energji, tyle ambicyi, powiedzmy otwarcie: tyle wstydu, 
aby jeżeli już nie zdobyć się, jak to przecież uczyniła są- 
siednia Rosya, na zdeptanie zbójeckiego wroga w sa- 
mem jego gnieździe, to przynajmniej czujnością, odporem, 
zorganizowaną stale obroną granic ubezwładnić jego na- 
jazdy. » Przedmurzem <^ chrześciaństwa byliśmy niestety ta- 
kże w bardzo biernem znaczeniu tego frazesu, w zna- 
czeniu tego, na co dziś Niemcy mają nazwę Pufferstaat 
— bo na co się zdało myśleć o chrześcianstwie, skoro 
nie umieliśmy myśleć o sobie. Lepsza była dewiza wene- 
cka: Prima Venezia, indopo i CristianL 

W kilka lat Tatarowie pięć kroć nas wybrali, 
Bracie naszą w niewolę Turkom zaprzedali. 

Powiedział to Kocłianowski w r. 1563, a ileż to ty- 
sięcy a nawet ile kroci ofiar jassyru przybyło w ciągu 
całego stulecia od tego czasu! ^Nie wspominając dawniej- 
szych rzeczy — powiada Stanisław Żółkiewski w r. 1618 — 
za mojej pamięci ordą wielką jako teraz, byli Tatarowie 
po trzydziesty raz w Koronie: bywały wojska, bywali 
łietmani, któż ich kiedy gromił?') Kiedy te słowa pisała 
miał Żółkiewski lat 70; jeżeli pamięć jego sięgała nawet 
najpierwszych lat dzieciństwa, przypuśćmy piątego roku 
życia, wypada ztąd, że prawie regularnie co dwa lata na- 
jeżdżali Tatarzy Polskę ordą wielką, nie licząc małych 
i krótkich zagonów ! Napady tatarskie miały prawie zawsze 
cechę nagłego zaskoczenia — w ostatniej chwili dopiero 
alarmowano ludność, palono ognie, bito z dział po zame- 

*) Pisma Żółkiewskiego. W liście do Gembickiego^ 
str. 300. 



PLAOI ŻYWOTA 163 

czkach ; szlachta uciekała do miast lub do zaników, lud do 
lasów. Król rozsyła wprawdzie uniwersały przestrzegające 
o niebezpieczeństwie — spotykamy je w aktach prawie 
co roku — ale nim starosta rozeszle je między szlachtę, 
Tatarzy już siedzą na karku ludności. Wojewoda wzywa 
szlachtę do zbrojnego oporu, ale zawsze albo za późno, 
albo kiedy dość jeszcze wcześnie, to nadaremnie. Z błagal- 
nego tonu wojewodzińskich uniwersałów, z zaklęć, do 
jakich się one uciekają, widać, jak trudno było skłonić 
szlachtę do zorganizowania obrony. >Takiego baczenia są 
ludzie — biada w swoim uniwersale z r. 1610 wojewoda 
ruski Stanisław Oolski — że wolą zniszczeć i w niwec 
się obrócić od ręku pogańskich, aniżeli żołnierza ścierpieć. 
Spodziewać się pohańców co chwila potrzeba, a żołnierze, 
na których do kilkaset już pozwów wniesiono, pilniej 
drzwi prokuratorskich aniżeli Ukrainy strzedz muszą.... 
Pewienem tego, iż Waszmość Panowie i Bracia nie bę- 
dziecie chcieli w domiech swych na żonach, dziatkach, 
poddanych i na wszystkich majętnościach swych tego po- 
ganina jako jastrzębia na kokoszy łowić, ale raczej tu na 
pograniczu onemu odpór dawać, i jeśliby przyszło do tego, 
i w gnieździe jego onemu z gardła łup, któryby złodziej- 
ską prędkością i przewagą swą odniósł, wydrzeć. <'*) >Przy- 
chodzi mi Waszmość Panów i Braci prosić — zaklina 
szlachtę w r. 1623 następny wojewoda ruski Jan Daniło- 
wicz — abyście z miłości swojej ku ojczyźnie każdy pod 
miasty swe okoliczne kupić się raczyli. Ja też sam podług 
możności swojej pode Lwów się ruszę , tam zniósłszy się 
i jako najprędzej do kupy zebrawszy się możem ojczyźnie 
upadającej jakkolwiek ratunek dać, bo zaprawdę Mości 
Panowie, lepiej jest umrzeć, aniżeli na takie ciężkie 
i okrutne spustoszenia miłej ojczyzny patrzeć. < -) Szlachta 

') Agr. Halickie, tom 114 p. 212. 
-) Agr. Halickie, tom 121 p. 1168. 

11* 



164 PLAGI ŻYWOTA 

najczęściej pozostawała głucha na te nawoływania. Te za- 
gony tatarskie tak często się powtarzały, próby obrony 
były zawsze tak słabe i bezskuteczne, trwoga tak się usta- 
liła w sercacti i tak ją dziedziczyły pokolenia od pokoleń, 
że nareście przyjść musiało do tego, iż odpór stał się 
niejako psycłiologicznem niepodobieństwem, że nauczono 
się najazdy pogańskie uważać za złe konieczne, nieucłironne, 
które pada jak piorun z niebios za wolą Bożą i nie da 
się odwrócić ręką ludzką — a nawet taki wojownik jak 
Stanisław Żółkiewski podzielał tę wiarę, podlegał tej fata- 
listycznej rezygnacyi, skoro otwarcie nie wałiał się mówić, 
że >Tatary gromić tak to niemal podobna, jako kiedyby 
kto chciał ptaki na powietrzu latające pobić. < 

Ziemia lwowska i halicka najwięcej cierpiały od Ta- 
tarów, mniej ziemia przemyska a najmniej sanocka. Nie- 
które zagony tatarskie kończyły się doszczętnem spusto- 
szeniem, ołiracaly większą połowę całego województwa 
w bezludną pustynię — in solitudinem, jak się wyrażają 
współczesne źródła. W r. 1620 jesienią n. p. grasowali 
Tatarzy przez dwa tygodnie w ziemi lwowskiej i pozosta- 
wili po sobie tylko zgliszcza; wszystkie wsie lwowskiego 
starostwa zostały z ziemią zrównane, cała niemal lu- 
dność wieśniacza poszła w jassyr; sioła, dwory, folwarki 
poszły z dymem ; ocalał sam tylko Lwów — oprócz niego 
religuum nihil, wyraża się starosta Mniszech w swojej 
manifestacyi.') W halickiej ziemi w r. 1622 całe okolice 
zmieniły się w pustkowie, starostwo śniatyńskie całkowicie 
było zniszczone. We wsi Jesieniowie tego starostwa było 
300 poddanych, po inkursyi zostało ich tylko 8, wieś Głu- 
szków > spustoszona funditus od Ordyńców i nie masz jej 
tylko miejsce,« wieś Russów miała kilkadziesiąt dużych 
osad, pozostało 8 nędzarzy, Steczowa miała już tylko 5 
dusz wszystkiego, a i ta garstka tułała się przy mieście,<. 

O Agr. Lwowskie, tom 374, p. 89. 



PLAGI ŻYWOTA 165 

W Budziłowie zostało tylko 6 chłopów, w Roztokacłi tylko 
6 i t. d.*) W ekonomji Samborskiej w 1631 r. 700 łanów 
roli leżało pustką i odłogiem, bo chłopi, którzy je upra- 
wiali, albo poszli w łyka tatarskie albo poginęli na miej- 
scu.^) Nieskończony szereg t. z w. obdukcyj spalonych 
i spustoszonych wsi i miasteczek wlecze się przez akta 
po każdym zagonie tatarskim — materyał do opłakanej 
statystyki ! Ale samo pustoszenie kraju i zabieranie do nie- 
woli ludu było wprawdzie klęską najcięższą, ale nie je- 
dyną. Zgubnem następstwem każdego tatarskiego zagonu 
była demoralizacya połączona zawsze z każdym popłochem 
mas, gwałtowne rwanie się wszystkich węzłów społe- 
cznych a nawet rodzinnych, budzenie się najgorszych in- 
stynktów. Wśród każdego napadu tatarskiego i bezpośre- 
dnio po nim pojawiały się bandy rozbójnicze, dopuszcza- 
jące się mordów i rabunków na rachunek Tatarów; okrzyk 
pogański tialaj! halaj! stał się hasłem swojskich opry- 
szków. 

W trwodze i powszechnym odmęcie znajdywano 
dobrą sposobność do wykonania zemsty i innych zbro- 
dniczych zamachów, nawet do pozbywania się zawadza- 
jących krewnych. W r. 1622 przejęto listy pisane przez 
watażków wołoskich do niektórych mieszczan ruskich 
w Kołomyi i Haliczu, z których to listów wynikało, że 
czekano napadu tatarskiego, jako dobrej pory do rabun- 
ków na własną rękę. Jest w aktach protestacya przeciw 
Fedorowi, Piotrowi i Iwanowi Lachowiczom i >inszym 
wszystkim tego narodu potomkom, mieszczanom halickim« 
i przeciw Iwasiowi, mieszczaninowi śniatyńskiemu, jako 
^przeciwko buntownikom, iż oni mając pewne handle 
i braterstwa z obywatelami wołoskimi, będąc od nich 
o prędkiem nastąpieniu tatarskiem do Korony ostrzeżeni, 

O Agr. Halickie, tom 120 p. 1029—1035. 
-) Agr. Sanockie, tom 151 pp. 1321 — 1369. 



166 PLAGI ŻYWOTA 

urzędowi tak miejskiemu jak zamkowemu tego nie oznaj- 
mili ani odkryli i owszem dla przyjaźni i związków swych 
z Wołochy listy do siebie pisane zataili, zaczem nieprzy- 
jaciele prędko i bez wieści wpadli.«*) Szlachcic Krzysztof 
Strzemeski oskarża swego stryjecznego brata Wojciecha, 
iż »on po śmierci stryja Pawła wziął in curam dziatki 
jego nieletnie Józefa i Jagnieszkę panienkę, także dobra 
ruchome i nieruchome. Ten to Wojciech tę to szlachetną 
panienkę Jagnieszkę podczas inkursyi tatarskiej swoje rze- 
czy do miasta sprowadziwszy, w domu swoim we wsi 
w trwogę sierotę biedną zostawił, a to studiose uczynił, 
aby przez Tatary była wzięta ; jakoż tego dokazał, bo zaraz 
Tatarowie napadłszy wzięli i w niewolę wieczną do Ordy 
zaprowadzili, którą i do tych czasów dla sukcessyi dóbr 
wymienionych wykupić nie chce.«*) 

Gdzie się znalazł szlachcic zdeterminowany albo chłop 
mężny i roztropny, tam się pod jego wodzą organizował 
w zbrojne gromady lud wiejski i nieraz skutecznie nie- 
tylko bronił swego życia i mienia, ale podrywał dzielnie 
Tatarów; chłop z Wiktorowa Ihnat Wysoczan, o którym 
jeszcze później mówić nam przyjdzie, zebrawszy sobie 
zastęp pokuckich górali, podrywał w r. 1622 zwycięzko 
Tatarów na -szlakach bednarowskich« i odbierał im jeń- 
ców i łupy, z czego się nawet bardzo zbogacił. Były to 
atoli wyjątki ; w regule lud wiejski, odbieźony przez swo- 
ich panów, bezbronny, pozostawiony własnemu losowi, 
krył się z kobietami, dziećmi i dobytkiem do lasów i na 
trzęsawiska, a zachowały się niestety przykłady, że i tę 
drogę ratunku miał zamkniętą. Famulus« Alexandra Ba- 
łabana, Jan Miłaszowski, pod nieobecność swego pana 
w czasie zagonów tatarskich w r. 1620 wypędził lud 
okoliczny kryjący się z lasów Hołoskowickich i sprawił, 

1) Agr. Halickie, tom 120 p. 627. 
») Ibidem, p. 1464-6. 



PLAGI ŻYWOTA 167 

Że go bardzo dużo w jassyr wziętoJ) Mikołaj Słaniński 
oskarża dzierżawców swoich Stanisława Wiszniowskiego 
i Jakóba Gąsiorowskiego, że chłopów z Żulina do * robót 
niesłusznych gwałtownie wygonili w dzień Bożego Ciała 
do siania zboża, włóczenia, rowów kopania; tymczasem 
Tatary się pojawiły. Jeden, który ich spostrzegł, zawołał, 
aby uchodzili, ale urzędnicy wzbronili tego; Tatarowie 
najechawszy, wielką liczbę poddanych, żon i dzieci i cze- 
ladzi ich na 600 wzięli w niewolę. Z dział w Stryju i Bo- 
lechowie bito a oni przecie robić kazali, przez co wieś 
całkiem opustoszała i w niwec obrócona.**) Są to prze- 
cież na szczęście rzadkie, całkiem wyjątkowe wypadki i nikną 
wobec licznych przykładów heroizmu i poświęcenia, oka- 
zanego właśnie przy sposobności tatarskich zagonów. 
Z źródła, z którego czerpiemy, przykładów takich przyto- 
czyć wprawdzie nie można, a tłumaczy się to faktem, że 
akta już z natury swej bywają ujemne, ale znajdzie je czy- 
telnik w literaturze naszej historycznej, że tylko przypo- 
mniemy szkic Karola Szajnochy, traktujący o tym samym 
przedmiocie. 

Wiele materyału obyczajowego podają spory, jakie 
się wywiązują z powodu wykupów z niewoli tatarskiej. 
Niekiedy wykupiony nie zwraca pieniędzy wyłożonych 
przez osobę, która go wykupiła, albo osoba ta rości 
sobie większą pretensyę do nagrody, aniżeli jej przyznać 
chce strona przeciwna. Wykupem jeńców tatarskich zaj- 
mują się niemal zawodowo Ormianie polscy, obdarzeni 
sprytem wrodzonym do takich wielce utrudnionych nie- 
kiedy transakcyj, a przy tern doskonali znawcy całego 
Wschodu, jego języków i stosunków; obok Ormian po- 
średniczą w tem żydzi a między nimi specyalnie Karaici 
haliccy, w końcu zaś polscy renegaci, t. zw. poturmacy, 

') Agr. Halickie, tom 120 p. 189—191. 
^ Ibidem, p. 694. 



168 PLAOI ŻYWOTA 

którzy przyjęli wiarę Mahometa i osiedli stale w Krymie 
lub w Turcyi, jak n. p. głośny tego czasu szlachcic 
z lwowskiej ziemi Białoskórski. W r. 1621 skarżą się 
Ormianie lwowscy, a to w liczbie dwudziestu trzech, że 
gdy Stefan Potocki, mąż Mohilanki,« był w Turczech w nie- 
woli, ręczyli zań, za którem rękojemstwem z więzienia 
wyszedł, a z nich każdy pro sua rata parte zapłacił lichwę, 
która była urosła dla nieoddania sumy przez p. Poto- 
ckiego i po dziś dzień roście.« ^) Szlachcic Marcin Kucz- 
kowski świadczy się przed aktami: »Iż ja będąc w wię- 
zieniu w Tatarzech, gdzie i p. Sroczyński spoinie z p. An- 
drzejem Pawłowskim był w więzieniu, tamże p. Sroczyń- 
ski starając się, aby jako najprędzej mógł być eliberowany, 
użył Tatarzyna swego, aby p. Pawłowski za rękojem- 
stwem jego i innych Polaków był dla prędszego okupu 
zwolniony, który to p. Pawłowski za zł. 700 krom inszych 
upominków był oszacowany, za którą sumę p. Sroczyń- 
ski Tatarzynowi za p. Pawłowskiego przyrzekał i ślubo- 
wał.... Pawłowski będąc za ślubem puszczony, nie pa- 
miętając na przysięgę i sumienie swoje i na uczynność p. 
Sroczyńskiego, na czas pewny z Tatarzynem umówiony 
nie stawił się, ani pieniędzy przysłał okrom ferezyi falen- 
dyszowej, którą tylko za 100 zł. przyjęto, i Tatarzyna przez 
pachołka swego do Soroki przysłał, którego za p. Mo- 
krzyckiego a nie w zapłacie p. Sroczyńskiego dano. Za 
czem p. Sroczyński mUsiał sumę, której nie dostawało, 
Tatarzynowi zapłacić. A co udawał p. Pawłowski, jakoby 
za mnie dał pieniądze Tatarom, tego nigdy nie było, bo 
mnie Makowiecki, sługa p. starosty halickiego, z p. Przy- 
łuskim, szwagrem moim, wykupił.^ -) 

Przytoczyliśmy to zeznanie w jego całej osnowie, bo 
przykład jest typowy. Proces na temat wykupu z niewoli 

^) Acta Consularia miasta Lwowa z r. 1621, pp. 
122—145. 

^ Agr. Halickie, tom 121 p. 943. 



PLAGI ŻYWOTA 169 

najczęściej powstaje ztąd, że kilku jeńców za zgodą tatar- 
ską wysyła z pośród siebie jednego, aby postarał się 
o sumę wykupu dla wszystkich i z nią na termin ozna- 
czony powrócił, przywożąc także okup za samego siebie; 
nieuczciwy wysłannik, rad że się wydobył z jassyru, nie 
wraca wcale, a ci współjeńcy, którzy mu zaufali, po dłu- 
giem a daremnem oczekiwaniu płacić muszą za siebie i za 
niego. 

Przed temiż aktami halickiego grodu stawa w r. 1623 
mnich Dominikanin Paweł Garwoliński i zeznaje: »Iż on 
z miłości swojej przeciw urodzonemu p. Andrzejowi Ło- 
zińskiemu i za pozwoleniem starszych konwentu czort- 
kowskiego, w którym natenczas życie zakonne przyjąwszy 
mieszkał, jako się był podjął jechać do Ordy dla wyswo- 
bodzenia przerzeczonego p. Łozińskiego, tedy, że sumy 
tak wielkiej na ten czas nie było, za którą by był mógł 
być wolen od okrutnego pogańskiego więzienia, on za 
część pewną sumy pieniężnej za tego JM. p. Łozińskiego 
w więzieniu pogańskiem zasiadł, z którego więzienia, aby 
go wyswobodził, p. Łoziński starał się, i gdy się okazya 
podała za bytnością tu w Haliczu posła sułtańskiego, 
a w niebytności samego p. Łozińskiego JM. p. Łozińska 
dała do rąk niewiernych Abrahama Kropiwczyna, którego 
Suką zową, i Noego alias Nowickiego, rabina zboru ka- 
raimskiego halickiego, także Sączka Moszkowicza i dru- 
giego Sączka Janiowego, karaimów halickich, 500 zł. i na 
upominki i insze potrzeby, jako o tem intercyza w grodzie 
halickim roborowana szerzej obmawia. A że Abraham 
Suka tak tu udawał, że on tam w Ordzie będąc pierwej 
dał kilkaset zł. za przerzeczonego księdza Paulusa a osta- 
tek teraz miał dać i onego z więzienia wyswobodzić 
i przywieźć bez omieszkania, tedy idem recognoscens tak 
zeznawa, iż ten Abraham Suka karaim halicki niesłusznie 
się tem chlubił, aby zań miał tam jakieś pieniądze dawać 
gotowe albo sukna coś dał, bo mu się nie ukazał ani go 



170 PLAOI ŻYWOTA 

widział. Ale za łaską Pańską, który zwykł miłosierdzie 
ułrapionym pokazywać et sohere compeditos, tempore oppor- 
tuno ks. Paulus z więzienia wyszedł....* ') 

Po bitwie nieszczęsnej pod Cecora głośną była spra- 
wa między AIexandrem Bałabanem, starostą Winnickim, 
a spadkobiercami Jana Żółkiewskiego, starosty hrubieszow- 
skiego, który wraz z Bałabanem dostał się był w onej 
klęsce w ręce tatarskie. Bałaban pozwał Zofię Daniłowi- 
czową, siostrę tegoż Żółkiewskiego, o zwrot 40.000 zł., 
które wrzekomo wydał na wykupienie brata z niewoli. 
W sporze tym zeznawali z obu stron świadkowie, a ze- 
znania te tak pełne są interesujących szczegółów i tyle 
rzucają światła na cały proceder wykupu, że nie wahamy 
się podać ich tu w najgłówniejszych ustępach i słowami 
oryginału, aby nie zatrzeć pierwotnej barwy tych opo- 
wieści. Pozwana przez Bałabana Daniłowiczowa nie uznaje 
jego pretensyi, a niejaki Paweł Werner, niegdyś sługa Żół- 
kiewskiego a obecnie dworzanin jej męża Jana, wojewody 
ruskiego, świadek naoczny klęski cecorskiej, składa przed 
aktami grodzkiemi Iwowskiemi obszerne zeznania. 

Na tymże placu pod Cecora — opowiada — mię- 
dzy inszymi fortuna p. starosty hrubieszowskiego i p. Ba- 
łabana taką cząstką poczciła, że żywcem pan mój starosta 
hrubieszowski u mnie na rękach i ze mną wzięty, Dew- 
let Oierajowi sułtanowi Oałdze w wołoskiej ziemi od- 
dany. A p. Bałaban w tymże razie pojmany Kantymirowi 
się dostał, gdzie mu się przez kilka dni zarazem przy- 
krzono bardzo, ileże w drodze z wojskiem, które nas tu 
prowadziło, a drugie do Polski wpadło. P. Bałaban słał 
do nieboszczyka pana, aby przez jakie pactum mógł być 
pospołu u Oałgi; nieboszczyk zarazem asekuracyę dał 
Białoskórskiemu na upominki, żeby był eliberował p. Ba- 
łabana. Jakoż w kilka dni Białoskórski dostawszy p. Ba- 



1) Agr. Halickie, tom 121 pp. 1143—4. 



PLAGI ŻYWOTA 171 

łabana, pospołu ich złączył i od tego czasu byli już po- 
społu z sobą w drodze, i przyprowadzono nas do wsi 
Katardżi, zkąd listy dopiero do Polski panowie pisali. Pi- 
sał i p. Bałaban swą ręką do paniej kanclerzyny o poży- 
czenie pieniędzy. 

»Tam we wsi Katardżi 'mieszkaliśmy — opowiada 
dalej Werner — póki Dniepr nie zamarzł, gdzie często 
poselstwa od Porty do Oałgi bywały, żeby więźnie cesa- 
rzowi odesłał, czego się on długo wzbraniał — aż za 
przykrem napominaniem i groźbami naznaczono do Porty 
nieboszczyka p. starostę hrubieszowskiego, p. Bałabana, 
p. Strusa i innych. Co bardzo frasowało nieboszczyka, 
chorego i potrzebnego. Nagotował się tedy nieboszczyk 
do Porty, ordynacye poczyniwszy i plenipotencyą dał na 
wszystko JM. p. Łukaszowi Żółkiewskiemu, a wzajem 
też dał p. Łukasz nieboszczykowi dyspozycyę pismami 
także, bo nie wiedzieli, którego odeszła — atoli potem 
odmiana stanęła, bo się większych pieniędzy za niebo- 
szczyka spodziewali i na jego imię i miejsce p. Łukasza 
do Porty z innymi odesłano, a nieboszczyka i p. Bała- 
bana, skoro Dniepr zamarzł, do Krymu zaprowadzono, 
gdzie przydawszy nam więzienia, szacować się wszystkim 
kazano, a wzięło to niemało czasu. Okup nieboszczykow- 
ski stanął był na 40.000 talarów, ale zaś za swoichże dłu- 
giemi językami, podniesiony dwojako na 80.000 talarów. 
Okup p. Bałabanowy na 18.000 talarów stanął. I kiedy już 
okupy stanęły, długo poswarki były między samymi wię- 
źniami, ktoby do Polski po okup jechać mial.« Zgodzono 
się nareście na to, aby jechał Jan Żółkiewski, bo był 
chory a nadto najłatwiej mu było wystarać się o pieniądze 
lub o kredyt na okup za siebie i za innych jeńców. 

>Jużeśmy się byli z nieboszczykiem do Polski nagp- 
lowali, czemu wszyscy więźniowe bardzo byli radzi, tylko 
p. Bałaban perswadował różnie nieboszczykowi, żeby 
z Krymu nie jechał, raczej aby jego samego wysłał; po- 




Fig. 17. 
Pomnik Stanisława i Jana Żółkiewskich w Kollegiacie w Żółkwi. 



PLAGI ŻYWOTA 173 

wiadał to, że jeśliby był p. starosta wyszedł, nieboszczka 
p. kanclerzyna *) nie dałaby była okupu jego i nie dbałaby 
była, cłioćby byli wszyscy przepadli. Na ostatek mówił, 
czego się wspominać nie godzi, i prawie upadając do nóg 
nieboszczykowskicłi prosił, aby on do Polski jechał, obie- 
cując to, jeśliby go do Polski wyprawił, okup jego i swój, 
majętności swoje i dobra królewskie sprzedawszy, za nie- 
dziel siedm się stawić. Bo on to ukazował, że nieboszczka 
pani kanclerzyna jako żywo wykupić go nie miała.... « 
Dyskretne a podstępne napomknienia Wernera o kancle- 
rzynie, jakoby według zapewnień Bałabana nie można się 
było spodziewać po niej, aby zapłaciła okup za Jana Żół- 
kiewskiego, rzucić by mogły cień na charakter tej czcigo- 
dnej matrony i na stosunki rodzinne Żółkiewskich, gdyby za- 
sługiwały na wiarę. Jan Żółkiewski, starosta hrubieszowski, 
dostał się do niewoli w bitwie przy boku swego wiel- 
kiego ojca, którego był jedynym męskim spadkobiercą — 
jeżeli już nie miłość macierzyńska, to pietyzm dla pamięci 
hetmana, który w tej samej bitwie poległ po bohatersku, 
który idąc już na śmierć pewną, nie zapomniał uścisnąć 
jeszcze dłoni tego swojego syna — już sam pietyzm, 
powtarzamy, nakazywał Żółkiewskiej uczynić wszystko, 
co tylko było w jej mocy, ponieść choćby największe 
ofiary, aby tylko syna jaknajrychlej uwolnić z więzów po- 
gańskich. Jakoż ani chwili przypuszczać nie wolno, aby 
inaczej być mogło, aby inaczej było. Sam zaś podany przez 
Wernera wrzekomy fakt, że Bałaban, który był bliskim 
krewnym wielkiego hetmana, bo urodził się z Żółkiewskiej, 
śmiał Janowi powiedzieć: Matka twoja za ciebie nie za- 
płaci; matka twoja, gdy sam wrócisz, pozostawi nas, two- 
ich zakładników, w rękach tatarskich, każe ci złamać słowo, 
splamić swój honor i nazwisko ojca, zdradzić towarzyszy 
broni i niewoli, i że Jan okazać się miał przystępnym ta- 

^) Regina z Herburtów Żółkiewska, małżonka hetmana. 



174 PLAGI ŻYWOTA 

kim uchybiającym jego matce perswazyom — sam ten wrze- 
komy fakt, jeżeli nie jest tylko szczerą plotką famulusa, 
wytłumaczyć łatwo psycłiologicznym stanem chorego i przy- 
gnębionego jeńca, skłonnego do najczarniejszych myśli 
i do najbardziej złowrogich przypuszczeń. 

Po tej dygressyi, która się cisnęła pod pióro, wróćmy 
do relacyi Wernera. Żółkiewski zgodził się na projekt Ba- 
łabana, który też odjechał z Krymu do Polski, a pozostali 
jeńcy oczekiwali niecierpliwie siedmio-tygodniowego ter- 
minu, w którym miał -powrócić, przywożąc im utęsknione 
wyzwolenie. -Czekaliśmy owych siedmiu niedziel, jak 
Boga — opowiada dalej Werner. Ale i drugie i trzecie 
siedm niedziel minęło, a nas piekło jakieś miało, żadnej 
pociechy, żadnej wiadomości od p. Bałabana nie było.... 
Zażył sposobu p. starosta hrubieszowski, że różnie pytał 
się o sługach, o których się mógł dopytać w krymskiej 
ziemi, biorąc ich na swoją //rf^/n i tych kilku za pozwo- 
leniem Oałdzynowem z listami do p. Bałabana wyprawił, 
bo się nigdy nie spodziewał, aby go matka 
okupić miała, bo tak p. Bałaban udawał. Atoli kiedyś 
niekiedyś doczekaliśmy się responsu od p. Bałabana, 
w którym wszystkie winy przyczytał pani kanclerzynej, 
że okupu nie chciała dać, więc i sam swego okupu do- 
stać nie mógł.... Pan Wolski nam tę był wiadomość 
przyniósł, za którą wiadomością nieboszczyk nietylko się 
frasował ale i zwątpił o swojem wyjściu. Bo i to udano 
było, że JM. pan wojewoda ruski (Jan Daniłowicz) był 
też przeszkodą oswobodzenia; bardziej tedy gotował się 
nieboszczyk lubo na śmierć lubo na wieczne więzienie, 
a o wyjściu ani myślał, i popisawszy testamenta, wolą 
swą wszystkie majętności zadnieprskie różnym osobom 
pozapisywał i tak testamenta jako i wiele innych pism 
i membranów gołych ośm przez p. Wolskiego do rąk p. 
Bałabanowych na dostawanie pieniędzy na okupy posłał, 
gdyż się nic od matki za pismem p. Bałabana nie spo- 



PLAGI ŻYWOTA 175 

dziewał. Bo co wiedzieć, czegoby się w takim razie nie 
uczyniło, a w niewoli utrapienia zewsząd przydawane bo- 
leśniejsze niżeli kajdany, bo od swoich. Już była dobra 
wiara, że jest piekło, którego wizerunki już się nam były 
dały znać.<' 

»Nareście jakoś w rok cjano znać nieboszczykowi, 
że okup pani kanclerzyna na Zaporoże odesłała, zkąd ra- 
dość, ale niedługa, gdy bowiem jak na pewne Szaszfar 
w kilkunastu tysięcy wojska nas ku Perekopu był prze- 
prowadził -- nowina zła: z Zaporoża pieniądze p. Bałaban 
do Winnicy wrócił, z jakiej przyczyny. Bóg wie. Powia- 
dano przed nieboszczykiem, że się zdrady jakiej bał, ba 
i swego okupu nie miał zupełna. Na ostatek nowy hałas 
między samymiż pany w więzieniu będącymi; narzekali, 
że do Polski p. Bałabana wyprawił a sam nie jechał, więc 
i o te testamenta i o membrany gołe, które mu był po- 
słał, na ostatek i konjekturowali, jako to w więzieniu, że 
i okup wiecznie miał przepaść i oni zginąć w niewoli. 
Bo z listów z Polski od różnych, tak od pani kanclerzyny 
jako i od inszych doszła późna wiadomość, że okup za 
p. starostę przed przyjazdem do Polski p. Bałabana go- 
towy był i Tatarom oddany i ni przez kogo inszego w tej 
mierze omieszkania nie było, tylko przez p. Bałabana, który 
wiele czasu, dostav/ając okupu swego, więc i u dworu 
i różnie strawił. Bo mu się trudno było do Krymu bez pie- 
niędzy ukazować; bardzo tam niesłownych ukarają prędko. 
Dano było i o tem znać nieboszczykowi, że p. Bałaban mia- 
sto tego, coby miał dostawać pieniędzy na membrany, rady 
szukał w trybunale, jeśliby sobie nie mógł na tych mem- 
branach gofych prokuracyi albo długów zapisać. ^< 

Nieszczęśliwy jeniec chwyta się ostatniego środka, 
jaki mu jeszcze pozostawał: wysyła do Polski za pozwo- 
leniem Tatarów samego autora tej relacyi, Wernera, osta- 
tniego już sługę, jaki mu pozostał. Zaopatrzył go w t)ła- 
galne listy do matki i do siostry swej, wojewodziny ru- 




Fig. 18. 

Regina Żółkiewska, żona hetmana. Z pomnika w kollegiacie 
żółkiewskiej. 



PLAGI ŻYWOTA 177 

skiej Zofii Daniłowiczowej, dał mu plenipołencyę, mocą 
której wszystko ważne być miało, coby imieniem pana 
swego uczynił, dał mu także pismo, kasujące wszystkie 
dokumenta wystawione Bałabanowi a w końcu i list do 
tegoż z wezwaniem, »żeby swój okup z okupem jego ko- 
niecznie stawił, żeby go za jego szczerość nie zabijał, żeby 
pisma i testamenta popalił i niczego sobie po nieboszczyku 
nie obiecował, bo dosyć na tem, że nieboszczyk dla niego 
i niewolę i koszta wielkie ponosił. I przybyłem — kończy 
zeznania swe Werner — dnia jedynastego (po wyjeździe 
z Krymu) do Latyczowa, potem do Winnicy, gdzie nie 
zastawszy p. Bałabana, pojechałem do Żółkwi a upadłszy 
do nóg pani kanclerzyny, odniosłem to, po com był przy- 
słany. Wziąwszy prędko odprawę nazajutrz do Winnicy 
wyjechałem, gdzie doczekałem się p. Bałabana i com miał 
w poleceniu, ukazawszy plenipotencyę, prędko wyprawiłem 
okup do Kijowa. Pan Bałaban też swój ale nie wszystek 
wyprawił. Tam w Kijowie jeszcze p. Bałaban jakieś omie- 
szkanie chciał czynić, bo mu się bardzo nie chciało z Gałgą 
widzieć. Z Kijowa potem z okupami wszystkich więźniów 
na Zaporożu stanąwszy, czekaliśmy więźniów, których 
gdy przeprowadzono, Tatarowie za pieniądze a my za 
więźnie z wielkim bardzo hałasem, bo okupów nie dosta- 
wało i musieli zakłady dać.« ^) 

Proces Bałabana z spadkobiercami Żółkiewskich, Da- 
niłowiczami, trwał nadzwyczaj długo; jeszcze w r. 1633, 
a więc w trzynaście lat po wypadkach, które go wywo- 
łały, nie był rozstrzygnięty. Bałaban usiłując uzasadnić 
swoje pretensye i dowieść, że poniósł wielkie koszta 
i trudy w sprawie wykupienia Żółkiewskiego z niewoli, 
stawi przed aktami Iwowskiemi sługę swego, szlachcica 
Mikołaja Nycza, który opowiada wszystkie przygody i kło- 
poty, z jakiemi było połączone uwolnienie więźniów. »Na 



1) Agr. Lwowskie, tom 379 p. 103—109. 

12 



178 PLAOl ŻYWOTA 

Zaporoże idąc — zeznaje Nycz — w Kijowie gotując ży- 
wność wszelaką, której było trudno z sobą z domu pro- 
wadzić, częścią dla drogi dalekości, częścią dla niesposo- 
bności jej, bo to na wiosnę było o Wielkanocy — musiało 
się wszystko za pieniądze kupować i na bajdaki najęte 
ładować. Na co wszystko lekko rachując do pięci tysięcy 
zł. wydałem. Przybywszy na Monasterski Ostrów przed 
porohami musieliśmy się znowu nazad na włoście wrócić 
dla najęcia mniejszych szuhajów, któremi wszystka ta 
żywność przez porohy się upuściła i pieniądze, które na 
okup prowadził JM. pan starosta winnicki (Bałaban). A w tę 
się drogę gotując, na włości jeszcze będąc, zaciągnął z sobą 
Jegomość pieniężnych kozaków zaporoskich pod dwieście, 
którym na każdy miesiąc po zł. 10 każdemu płacił, a wo- 
dzom, których było czterech, każdemu po zł: kilkaset dać 
musiał, i wszystkiemi dodatkami i żywnościami tych wszyst- 
kich kozaków podejmował. Tatarów sołtanowych, którzy 
przy pieniądzach z nami jachali, kilkunastu także podejmo- 
wał, a samemu Kazemu, inszych nie rachując, do 2000 zł. 
dał. Znowu z Białoskórskim kilkadziesiąt Tatarów, których 
z Winnicy polmi wprzód wyprawił przed sobą, dając 
znać, że z okupem już się wraca do Krymu, ci barzo 
siła kosztowali. Stanąwszy na Zaporożu, czekając sułtana 
z więźniami, musieliśmy dwa miesiące wszystkie te zgraje 
podejmować i kozakom pieniądze miesięczne dawać, której 
drogi od Wielkanocy aż do Panny Maryi Zielonej było.« 
»Po onych dwóch miesiącach — opiewa dalsza nar- 
racya Nycza — jakośmy na Zaporożu stanęli, przyszedł 
sołtan z wojskiem i więźnie przyprowadził na ostrów Ka- 
raj-Tebim; tamże w zakłady między sobą dali z naszej 
strony Alexandra Podwysockiego, Manasterskiego i Za- 
charę, których sołtan z włości kazał przyprowadzić dla 
tych zakładów, gdyż co znaczniejszych obrał, bo hetma- 
nami bywali, a sołtan także dał czterech murzów do nas 
w zakładzie. Dopierośmy pieniądze szuhajami prowadzili 



PLAGI ŻYWOTA 179 

W tatarską stronę z tymi Tatarami, którzy pilnowali tych 
pieniędzy, w Winnicy jeszcze przez nich samych odebra- 
nych i zapieczętowanych ichże pieczęciami, z których szu- 
hajów pieniądze na swój brzeg brali, a my też p. starostę 
hrubieszov/skiego od nich na też szuhaje wzięli, gdyż tam 
już p. Bałaban z inszymi u sołtana był w zakładzie dotąd, 
ażby pieniądze zupełne znowu odliczone były, bo chociaż 
Tatarowie odliczanych w Winnicy przez wszystką drogę 
pilnowali, sołtan temu nie chciał wierzyć, aby spełna 
wszystka suma była, mając tajemną w sercu zdradę, aby 
p. starostę hrubieszowskiego mógł jako nazad wywabić. 
Jakoż się to drugiego albo trzeciego dnia okazało. Zatrzy- 
mawszy już pp. Bałabana, Odrzywolskiego, Rajkowskiego, 
Sławickiego, Oraznego, Łochyńskiego, Wielowiejskiego 
i inszych, którzy dobrowolnie przy tych pieniądzach zje- 
chali, nie chciał ich puścić, ażby p. starosta hrubieszowski 
wrócił się do niego i pożegnał się z nim i ażby przy- 
jaźni swe sobie obaj oharowali. Na które traktaty zjechali 
z Białoskórskim i Szaszfar do sohana, który ku Krymowi 
kilka noclegów już się był z tamtego pierwszego miejsca 
umknął. 

Zostawszy Szaszfar nad brzegiem z wojskiem swem, 
posłał Białoskórskiego na korzenie do p. starosty hrubie- 
szowskiego, aby z nim o tem mówił, żeby do sołtana 
zjechał, ale kiedy widział, że go wojsko zaporoskie pu- 
ścić nie chciało żadną miarą, czując o tej zdradzie, po- 
wiedział : 

— >Już i możesz jechać, ale obyczajnie, abyś i sam 
nie zginął i z tymi wszystkimi, którycheś do sołtana po- 
słał, i z pieniądzmi. 

>Z tych traktatów wróciwszy się do sołtana, że nie 
sprawił, po co był posłany, zagniewanego barzo na się 
zastał, i mówił mu sołtan: 

— >Jeźliś go żywo nie mógł dostać, czemuś rozma- 
wiając z nim przynajmniej nożem w niego nie uderzył, 

12* 



180 PLAGI ŻYWOTA 

aby się żyw nie wrócił do Polski ! — co Białoskórski po- 
tem opowiadał, kiedy nas na ostatku odprowadził. 

:» Kiedy sołtana ten opał ominął, p. Bałaban przez 
różnych murzów mówił, że jeśli znajduje sołtan do mnie 
przyczynę o pieniądze za p. starostę hrubieszowskiego 
przywiezione, powiadając, że nie spełna, chociaż na miej- 
scu w Winnicy spełna Tatarom odliczone i oddane były, 
tedy ci niewinni, którzy ze mną do niego dobrowol- 
nie przyjechali — i prosił, aby byli wolno puszczeni. 
Uczynił tak sołtan, bo ich wolno za perswazyą p. Bała- 
bana puścił, ale jemu samemu powiedział: że ty nie wy- 
nijdziesz, aż mi okup dasz za się, którym ci był odpu- 
ścił, ale że za starostę hrubieszowskiego nie spłacona 
suma, musisz się okupić. I tak uczynił, bo co było pie- 
niędzy przywiezionych na okup, swemi rękami oddawa- 
łem w Szaszfarnym namiocie za Dnieprem na tamtym 
brzegu za korzeniami, faktorom Szaszfarowym. A było tego 
10.000 talarów. Przy temże targowaniu okupu musiał p. 
Bałaban więźnia swego Baldybaszę darmo wypuścić, bo 
to był rodzony szwagier sołtański; inaczej by też p. Ba- 
łaban nie wyszedł, by był na to nie pozwolił, który wię- 
zień 10.000 czerwonych złotych dać za siebie był powin- 
nien. Wziąwszy pieniądze Szaszfar, pojechał z niemi do 
sołtana aż za Carowski Ostrów, za której sumy wzię- 
ciem jeszcze nie chciał puścić p. Bałabana sołtan, powia- 
dając: żeś ty mnie siła winnien, żem tak mało wziął za 
Żółkiewskiego, bo bym był mógł daleko więcej wziąć, 
a tak ty tego musisz przypłacić. Na co powiedział p. Ba- 
łaban : że już co było, wszystkoś wziął, że i na strawę nie 
będziemy mieć i sposobu nie masz. Na co sołtan: Więc 
mi w zakładzie zostaw przyjacioły! Kiedy nie mogło być 
inaczej, użyłem p. Andrzeja Czołhańskiego, który ze mną 
był na korzeniu przy p. staroście hrubieszowskim, i samże 
p. starosta prosił go, biorąc go na sumienie swoje, iż jako 
najprędzej eliberować obiecuje go swoim kosztem, w czem- 



PLAGI ŻYWOTA 181 

bykolwiek zasiadł, i nagrodę mu wielką za to obiecował. 
I tak uproszony Czołhański pojechał i zasiadł za p. sta- 
rostę Winnickiego Bałabana we trzecłi tysiącacłi czerwo- 
nycłi złotycłi, na którycłi długo przystać nie chciał sołtan 
aż za intercesyą tych Tatarów, którzy tu z Krymu z p. sta- 
rostą winnickiem przyjechali i tu kosztem wielkim mie- 
szkali rok cały. Ci dali attestacyę , że spustoszone te kraje 
i majętności jego, i tak ledwie przystał. Co wszystko p. 
Bałaban za p. Czołhańskiego oddał i istotnie zapłacił 
w Chocimiu, i tym Tatarom, co go przywieźli, nagro- 
dził. <' O 

Druga podobnaż sprawa wykupu z niewoli toczyła 
się między Potockimi a Sieniawskimi i chociaż w głównej 
rzeczy załatwiona przez sąd przyjacielski, oparła się prze- 
cież i o trybunały. Kiedy w r. 1648 Mikołaj Potocki, łietman 
w. kor., i Hieronim Adam Sieniawski, starosta lwowski, 
dostali się do niewoli kozacko-tatarskiej, z której mogli 
się wydostać tylko za bardzo wysokim okupem, Sieniaw- 
ski czując się bardzo chorym uprosił Potockiego, aby 
był jego zakładnikiem i poręczył za jego okup, który ozna- 
czony był na 10.000 dukatów. Potocki wzruszony opłaka- 
nym stanem towarzysza niedoli — jakoż wkrótce po od- 
zyskaniu wolności Sieniawski umarł — zgodził się na to 
i obligował się osobnym rewersem na tę sumę Tatarom. 
Tymczasem Sieniawski pieniędzy nie nadsyłał a hetman 
Potocki znalazł się sam w bardzo krytycznem położeniu, 
bo rodzina jego nie mogła się zdobyć w krótszym prze- 
ciągu czasu na tak ogromną sumę, jaką wynosił jego 
okup pomnożony o 10.000 dukatów, poręczonych za 
Sieniawskiego. Z tej fatalnej sytuacyi wyratował hetmana 
syn jego Mikołaj, starosta czerkawski, który nie mogąc 
złotem wykupić ojca, wykupił go swoją osobą, oddając 
się Tatarom do niewoli jako jego zakładnik. Nieszczęście 



^) Agr. Lwowskie, tom 384 p. 877—881. 



182 PLAGI ŻYWOTA 

chciało, że hetman tak samo jak Sieniawski dostawszy się 
na wolność umarł, zanim mógł wykupić syna z jassyru. 

Młody Potocki, zagrożony bardzo ciężką i długą nie- 
wolą, słał list po liście do Polski, błagając spadkobierców 
Sieniawskiego o zapłacenie poręczonego okupu, ale nie 
otrzymywał żadnej odpowiedzi. Jakoż byłby, kto wie, jak 
długo pozostał jeńcem tatarskim, gdyby nie grono zna- 
komitych kupców zagranicznych — egregiorum virorum 
exoticorumy jak się wyraża nasze źródło — a mianowicie 
Neapolitańczyków, Ormian i Turków, którzy ufając fortu- 
nie i honorowi Potockiego, zapłacili za niego i za Sie- 
niawskiego całą żądaną sumę, ubezpieczając się jego za- 
pisem. Potocki wrócił do kraju i sam naciskany przez 
swoich wybawców, naciskać począł wdowę po Hieroni- 
mie, Elżbietę Sieniawską, o wypłatę 10.000 dukatów i zwrot 
kosztów, jakie poniósł przy transakcyi z cudzoziemskimi 
kupcami, którzy oczywiście nie bez nadzieji sowitego zy- 
sku oswobodzili go z niewoli. Upominania Potockiego 
długo pozostawały bez skutku, aż nareszcie dzięki pośre- 
dnictwu wspólnych przyjaciół w. kanclerza kor. Jerzego 
Ossolińskiego i w. podczaszego kor. Mikołaja Ostroroga, 
ale przecież nie bez interwencyi sądów, Sieniawską wy- 
równała całkowicie dług męża, który według dekretu try- 
bunału lubelskiego wynosił razem 60.000 zł. ^) 

Niewola tatarska miała swoją romantykę: cudowne 
ocalenia, fantastyczne przygody, wzruszające przykłady 
poświęcenia lub heroizmu, niespodziewane powroty w oj- 
czyste progi jeńców już opłakanych przez rodziny i t. p.— 
wszystko to dziś stanowi obfite źródło dla powieściopi- 
sarzy i poetów, ale w swoim czasie otwierało także pole 
przebiegłym oszustom, którzy niegodziwie wyzyskiwali 
strapione rodziny pod pozorem, że mają środki uwolnie- 
nia jeńca, o którego miejscu pobytu wcale nie wiedzieli. 



1) Agr. Lwowskie, tom 403 pp. 2316-22. 



PLAGI ŻYWOTA 183 

albo który już dawno nie żył. Najzuchwalszy a dlatego 
też i najrzadszy rodzaj oszustwa polegał na przybieraniu 
nazwiska dawno nieżyjącego już jeńca i odgrywaniu roli 
jakiejś znakomitej osobistości, niby to szczęśliwie ocalo- 
nej. Jeden taki wypadek zapisały akta lwowskie. W siedm 
lat po śmierci Stanisława Daniłowicza, wojewodzica ru- 
skiego, który w r. 1637 wzięty przez Tatarów do niewoli, 
zamordowany został w okrutny sposób przez synów 
Kantymira, zaczęły nadchodzić do Żółkwi i do dóbr żół- 
kiewskich listy niby od tegoż Daniłowicza, które donosiły, 
że ocalał, że powraca do kraju i obejmie napowrót dobra 
swoje dziedziczne, znajdujące się już w ręku Sobieskich. 
Wrzekomy Daniłowicz w listach tych swoich wzywał pod- 
danych, aby czekając rychłego powrotu jego, odmawiali 
posłuszeństwa nieprawnym okupatorom dóbr i aby nie 
płacili im czynszów, które on sam za powrotem swoim 
odbierze, a zarazem czynił różne obietnice łaski pańskiej 
i zapewniał hojne donacye rozmaitym osobom. Równo- 
cześnie pojawił się w Krakowie jakiś samozwaniec, który 
wydawał się był najprzód za Teofila Paca a następnie za 
owego nieżyjącego już Stanisława Daniłowicza. Bawił 
wtedy właśnie w Krakowie były długoletni sługa Daniło- 
wiczów, który znał doskonale Stanisława; ten dowiedzia- 
wszy się o samozwańcu, pojmał go i stawił przed sądy 
marszałkowskie. 

Schwytany tak na gorącem kłamstwie, samozwaniec 
porzucił rolę Daniłowicza i utrzymywał przed sądem, że 
jest Teofilem Pacem, synem pisarza ziemskiego Jana i Bar- 
bary Sapieżanki, siostry wojewody wileńskiego Leona. 
Na nieszczęście oszusta znalazł się w Krakowie dworza- 
nin królewski Krzysztof Pac, podkanclerzyc litewski, któ- 
remu według tej genealogii samozwaniec miałby być bra- 
tem stryjecznym. Ten Pac wykazał cały fałsz zeznań oszu- 
sta, który przyparty przez marszałka Adama Kazanow- 
skiego, z płaczem przyznał się do winy. »Dla Boga, Mo- 



184 PLAOI ŻYWOTA 

ści Panowie — mówił ze skruchą— przyznawani błąd i winę 
swoją, żem ja nie jest ani Daniłowicz ani Pac, ale z de- 
fektu głowy swojej, która mi się pomieszała, z namowy 
i poduszczenia niektórycłi osób, osobliwie księdza Jana 
wikarego w Gródku pode Lwowem, takem się był uda- 
wał. Jam jest szlachcic imieniem Wojciech Bolkowski, 
prawdziwy, ze wsi Witkowie z pode Mstowa. Zaczem 
proszę o miłosierdzie i o przepuszczenie a ja obiecuję 
już tak nigdy nie zwać się i żywota swego poprawić. 
O co i powtóre z płaczem proszę.« Ponieważ strona 
oskarżająca nie domagała się kar kryminalnych, skoń- 
czyło się na tem, że samozwańca odwieziono najpierw 
do Żółkwi, gdzie go przez trzy dni pokazywano ludowi 
jako tego, który śmiał udawać pana i dziedzica na żół- 
kiewskich dobrach, następnie ten sam proceder powtó- 
rzono na rynku we Lwowie, poczem osadzono Bolkow- 
skiego na 6 miesięcy in fundo wieży zamku lwowskiego. ^) 



^) Agr. Lwowskie, tom 395 pp. 1056—1064. 



II. 

ŻOŁNIERZ SWAWOLNY. ZWIĄZKI WOJSKOWE. BEZKARNOŚĆ BUN- 
TOWNIKÓW. Wypłaty zaległego żołdu. Listy przypo- 
wiEDNiE. Wybrańcy. Ciurowie. Werbunki zagraniczne. 
Ucisk wojskowy. Stacye. Lisowczycy. 

Zaraz po Tatarzynie szedł żołnierz swawolny, lepszy 
od Tałarzyna chyba tylko tern, że wsi nie palił i jeńców 
nie brał. Pod względem wojskowym nie było chyba kraju, 
w którym by się tak ścierały ostateczności, jak w Polsce. 
Nie miała stałej armii a miała najdotkliwszy ucisk żołnier- 
ski, nie miała żołnierza dla siebie a miała go na export 
zagraniczny, miała go na export zagraniczny, a sama im- 
portowała go z Węgier, z Wołoch, z Niemiec. W tych 
czasach i w tych ziemiach, o których piszemy, żołnierz 
swawolny był ciężką a nieustającą plagą, i nie masz ta- 
kiego roku, w którymby akta województwa ruskiego nie 
były przepełnione protestacyami i pozwami przeciw rot- 
mistrzom swawolnych chorągwi lub nieskończenie dłu- 
giemi wykazami szkód i gwałtów, dokonanych przez nich 
nietylko w dobrach królewskich i duchownych, ale nawet 
i w nietykalnych szlacheckich. Najsrożej cierpiał lud, wy- 
dany na pastwę zdzierczego żołnierstwa i jego t. zw. sta- 
cyj. Na klęskę tę chroniczną składały się dwojakie przy- 



186 PLAGI ŻYWOTA 

czyny: wyjątkowe i stałe. Wyjątkowemi nazwać można 
wypadki z czasów Zygmunta III., zwłaszcza z pierwszego 
okresu jego panowania, wojny zewnętrzne z Szwecyą, 
Moskwą, Turcyą, wojna domowa wywołana rokoszem 
Zebrzydowskiego i nie lepsze od niej wojny prywatne, 
dalej wyprawa Mniszchowska do Moskwy z Dymitrem 
Samozwańcem i niemniej może nieszczęsne wyprawy ma- 
gnatów polskich, Mohiłowych zięciów, podejmowane na 
własną rękę do Wołoszczyzny, a w końcu zezwolenie 
dane przez króla na werbowanie w Polsce żołnierza na 
posługi zagraniczne. Stałemi przyczynami były brak wszel- 
kiej ściślejszej organizacyi wojskowej, opłakany zawsze 
stan skarbu, który nie pozwalał na regularną wypłatę 
wojska, brak karności, wydawanie listów przypowiednich 
osobistościom dwuznacznym i awanturniczym, niesłycłiana 
gdzieindziej pobłażliwość władzy i samego społeczeństwa, 
i w końcu ów nieszczęsny anarcłiiczny zwyczaj wojsko- 
wych konfederacyj, które nieukarane, jak należało, zaraz 
w początkach, przeszły w rodzaj uprawnionej instytucyi. 
> Spełniła się widzę wielkiego hetmana Jana Zamoy- 
skiego przestroga — powiada Starowolski — mądrze upa- 
trzona, który przewidział w senacie na sejmie, kiedy pier- 
wszej konfederacyi żołnierskiej, gdy ją w Samborze sta- 
nowili, nie skarano: >Ja nie będę tak długo żyw, ale 
uczuje ojczyzna, co nieskaranie tej pierwszej konfederacyi 
złego potem narodzi.c ») Piąta to już za mego wieku se- 
dycya żołnierska — mówi na sejmie w r. 1624 hetman 
polny litewski Krzysztof Radziwiłł — nie pomnę gliniań- 
skiej, bom był dzieckiem; dwie ich było za hetmana Za- 
moyskiego, trzecia inflancka za Chodkiewicza nieboszczyka, 
czwarta moskiewska, piąta dzisiejsza.^ Lata 1603, 1604, 
1613 do 1615, 1622, 1644, 1648, 1659 były latami ciągłych 



^) Reformacya obyczajów polskich. Wyd. Tur. 
Str. 114. 



PLAGI ŻYWOTA 187 

buntowniczych związków wojskowych, latami ciężkiej 
klęski, która w pierwszym rzędzie przygniatała nieznośnem 
swem brzemieniem województwo ruskie, a osobliwie mia- 
sta i lud. Wszystko to uszło bezkarnie hersztom tych 
anarchij wojskowych — stracenie okrutną śmiercią we 
Lwowie Karwackiego, Skipora, Borowskiego i kilkunastu 
ich towarzyszy w r. 1615 było wyjątkowym, dorywczym 
aktem energji, improwizowanym przypadkowo epizodem. 
Ołówniejsi od nich winowajcy pozostali bezpieczni w kraju, 
a cała akcya przeciw nim wytoczona skończyła się na 
pozwach królewskich i hetmańskich lub na infamji, którą 
z nich wkrótce zdejmov/ano. 

Ludwik Poniatowski, który według słów uniwersału 
hetmana Żółkiewskiego z r. 1608 wielką część Korony 
począwszy od granic pruskich aż tu do naszych krajów 
splądrował, zacne senatory i miasta poszacował, depredo- 
wał, gwałty uczciwym białogłowom poczynił i inszych 
wiele rzeczy złych przykładem gorszym snąć niż Nale- 
wayko narobił, nakoniec będąc napominany, aby tego za- 
niechał, miasto tego teraz pod jarmark do Lublina oby- 
czajem nieprzyjacielskim przyciągnąwszy, kupcy złupił 
i podarł, tak że już i commercia ustać muszą i Korona do 
wielkiego niedostatku przyjdzie i t. d. ') — ten Ludwik 
Poniatowski bawi bezkarnie w kraju, żeni się z wdową 
po Dyable Stadnickim i żyje sobie spokojnie i bezpiecznie 
jak każdy inny cnotliwym obywatel. 

Wacław Pobidziński, według słów pozwów królew- 
skich z r. 1614, O opuścił wojska Rzeczypospolitej z swo- 
jemi rotami w czasie wojennym, zdradził króla Zygmunta 
Iii. w najkrytyczniejszej chwili kampanji jego moskiew- 
skiej, wchodził w związki z nieprzyjacielem a nawet z Ta- 



^) Agr. Przemyskie, tom 324 p. 357. Cf. Pisma 
Żółki ewskiego. 

^) Agr. Przemyskie, tom 330 pp. 134—8. 



188 



PLAGI ŻYWOTA 



tarami (cum barbaris) ; pod pozorem konfederacyi, choć 
mu się nic nie należało, wtargnął z swojemi bandami do 
Polski, dobra królewskie, duchowne i szlacheckie niszczył, 
rabował, wyludniał, przy wypłacie zaległego żołdu osobno 




Fig. 19. 
Wybraniec. Z współczesnego malowidła w zamku podhoreckim. 

dla siebie 24.000 zł. tytułem »karmowego« wymusił, a ru- 
szywszy w szyku bojowym na miejsce wypłaty, obóz tam 
roztoczył, okolicę do koła zrabował i z ziemią zrównał, 
przygotowane na wypłatę wojska pieniądze gwałtem za- 



PLAGI ŻYWOTA 189 

brał i komisyc do wypłacania wyznaczoną pojmał i pod 
strażą zatrzymał, następnie na Warszawę chciał ruszyć 
i tym sposobem dwuletni żołd, który mu się wcale nie 
należał, iuxta libitum wydarł, a cłicąc się z góry ubezpie- 
czyć przed następstwami swojej zuchwałości, przymusił 
groźbami komisarzy Rzeczypospolitej, aby mu wystawili 
asekuracyę bezkarności, i posuwając to zuchwalstwo swoje 
do ostatecznych kresów, groźbą zbrojnej opresyi kraju 
i otwartych gwałtów taką samą asekuracyę wymógł na 
królu i senacie — zgoła jako skończony łotr i buntownik, 
jako bezczelny contemptor legam dmnamm et humanarum, 
dopuścił się całego szeregu najnikczemniejszych zbrodni, 
z których najlżejsza powinna go była zawieść na szubie- 
nicę lub pod topór kata — a za to wszystko co mu się 
stało? Nic. Urąga z pozwów królewskich i mieszka sobie 
bezpiecznie w ziemi przemyskiej, a co więcej, już w r. 
1616 szlachta na sejmiku wiszeńskim w instrukcyi danej 
swym posłom wnosi za nim instancyę, bo »będąc między 
nami dawał dostateczną sprawę niewinności swej i jawnie 
oświadczał //rf^/w suam in rempublicam ! ') A kiedy król 
mimo to pozwów nie cofnął, szlachta po raz drugi w r. 
1618 uchwala na sejmiku instancyę za Pobidzińskim i do- 
maga się, aby -Król Jegomość z nim w sąd swój zacho- 
dzić nie raczył i od pozwu na sąd sejmowy uwolnił. - *) 
Józef Ciekliński, fatalnej pamięci marszałek konfede- 
racyi wojskowej r. 1613, oskarżony o zdradę stanu, obrazę 
majestatu, bunt wojskowy, złamanie przysięgi żołnierskiej, 
otwartą zdradę w obec nieprzyjaciela, o gwałty, rabunki, 
kradzież koronnych klejnotów moskiewskich, defraudacyę 
sum olbrzymich z skarbu publicznego i o inne niezliczone 
łotrowstwa i zbrodnie — jak to czytamy w pozwach kró- 



^) Agr. Przemyskie, tom 332 p. 469. 
-) Agr. Przemyskie, tom 334 p. 54. 



190 PLAGI ŻYWOTA 

lewskich*) — ten sam Ciekliński już w następnym roku 
otrzymuje za zgodą króla glejt hetmański od Stanisława 
Żółkiewskiego, proklamowany na czterecłi rogach lwow- 
skiego rynku, i to nie na podstawie jakiejś czynnej po- 
kuty, jakiegoś aktu rzetelnej skruchy, ale według słów te- 
goż glejtu na zasadzie »zwyczaju dawnego, zachowałego 
w Rzeczypospolitej, który każdemu zostawuje plac wolny 
do zasługowania się Jego Król. Mości i Rzeczypospolitej — 
tak też i p. Ciekliński, będąc dekretem Króla Imci prze- 
sądzony i wyłączony z społeczności Rzeczypospolitej, 
prosił, aby mógł surowość prawa pospolitego mężnym 
i odważnym postępkiem zmiękczyć....*^) 

Żółkiewski odwołuje się tu do zwyczaju x dawno za- 
chowałego<, malującego doskonale szlachetność i rycer- 
skość natury polskiej, dla której tylko czyn bohaterski na 
polu chwały, tylko dowód heroicznej waleczności w obro- 
nie ojczyzny, miał wagę rehabilitacyi. Jakoż wiemy, że in- 
famis, któremu dano taką sposobność odzyskania czci, do- 
konywał nierzadko cudów odwagi, igrał ze śmiercią jakby 
szaleniec lub samobójca, przepasywał się szarfą czerwoną 
i jako straceniec szedł na kule i szable. Mawiano nawet: 
^Bije się jak infamis.^^^ Opowiada Jakób Maxymilian Fre- 
dro w liście pisanym '^) w r. 1628 z obozów Koniecpol- 
skiego, że kiedy Czarniecki i Bukowiecki ważyli się pod 
Brodnicą na coś, co już nie było zwykłą walecznością ale 
szaloną imprezą junacką, ^towarzystwo dziwując się im, 
pytali, czy to infamis dla rekuperowania czci taką czyni 
odwagę ?« Zmywanie plamy krwią było tedy niewątpli- 
wie pięknym zwyczajem, ale czy wystarczało w takim 
wypadku, jak Cieklińskiego, czy uznawanie czynu niepo- 
spolitej waleczności za dostateczną expiacyę otwartej 

^) Agr. Lwowskie, tom 369 pp. 39—43. 
2) Agr. Lwowskie, tom 370 p. 2723. 
^) Przyłęcki, Pamiętnik o Koniecpolskich, str. 147. 
W liście do ks. kanclerza Zadzika. 



PLAGI ŻYWOTA 191 

zbrodni, otwartej zdrady, bez poprzedniego od- 
bycia kary, było ze stanowiska publicznego ładu i prawa 
rzeczą rozumną i sprawiedliwą? Czy nie uzuch walało ono 
śmialycłi a awanturniczych charakterów, czy nie było dla 
nich rodzajem patentu na bezkarność i czy była w tern słu- 
szna miara winy i pokuty, szkody i nagrody?... 

Województwo ruskie już dla swoich licznych i ob- 
szernych królewszczyzn , zajmywały bowiem 440 mil 
kwadratowych t. j. trzecią część całej powierzchni, było 
najbardziej wystawione na ucisk związkowego żołnierza, 
który dzielił między siebie dobra królewskie, duchowne 
i opackie, a jak te nie wystarczały, także i szlacheckie, 
i wybierał dla siebie -chleba t. j. kontrybucye, żyjąc z uci- 
sku ludności, dopóki nie zaspokojono jego pretensyj. 
Lwów był najczęściej siedzibą komisarzy, mianowanych 
do ugody i wypłaty, i widownią targów z pełnomocni- 
kami związkowego koła. Nie wiedzieć, co sprawiało 
widok przykrzejszy, czy staranie się komisarzy o pie- 
niądze, przybierające niekiedy formę osobnej kontrybucyi 
i zdzierstwa, niekiedy zaś niegodnej żebraniny o pożyczki 
i zaliczki u bogatych osobistości, u dzierżawców myt, 
ceł i czopowego, u żydów, jak n. p. u sławnej żydówki 
lwowskiej Róży Nachmanowej, której schlebiano na- 
wet tytułem > szlachetnej - — czy też targowanie się 
uporczywe z konfederatami, ujadanie się o zniżenie 
sumy wymaganej na pokrycie zaległego żołdu przez po- 
trącenie -wybranego chleba. « Komisarze wśród targów 
dobywali z pod ziemi pieniądze, naruszali nawet obce de- 
pozyty, jak n. p. w r. 1630 depozyt złożony na ratuszu 
lwowskim przez księcia Władysława Ostrogskiego a wy- 
noszący 22.000 zł.,^) związkowi opuszczali stopniowo, czyli 

O Agr. Lwowskie, tom 381 p. 1621—1691. Oblała 
Regestrationis et stipendiorum per Exercitum Regni etc Akt 
oryginalny z podpisami i pieczęciami komisarzy. 



192 PLAGI ŻYWOTA 

jak to piękniej brzmiało: » darowywali « coś Rzeczypospo- 
litej. W r. 1613 opuścili po 100 zł. z konia; w r. 1634 
komisarze byli daleko szczęśliwsi w swoich targacłi, bo 
dobili do ^l szczęśliwego brzegu ukontentowania wojsk, 




Fig. 20. 
Wybraniec. Z współczesnego malowidła w zamku podhoreckich. 

a to przez zgodę z temi wojskami Jego Król. Mości tak 
konnem, które za porachowane w skarbie circiter pół- 
szesnaście milionów na siedmiu milionach go- 
towych a ósmym milionie w fantach, dziewiątym w pro- 



PLAGI ŻYWOTA 193 

wentach i innych sumach publicznych bez potrącenia 
chlebów wybranych pozostać się deklarowało ; jako i z fan- 
teryą, która za jedenaście milionów w skarbie po- 
rachowanych na czterech milionach i 300.000 zł. 
przestała, byle tylko w czasie od tychże obudwu wojsk 
zamierzonym a osobliwie najdalej ad diem 15 februarii wspo- 
mnione miliony tu we Lwowie gotowe były.«*) 

Wydawanie lekkomyślne » listów przypowiednich« na 
rotmistrzowstwa, t. j. autoryzacyj deformowania rot kon- 
nych lub pieszych na posługi Rzeczypospolitej, było pra- 
wdziwą fabryką swawolnych kup żołnierskich. List przy- 
powiedni zawierał surowe napomnienie, aby rotmistrz 
z zaciągiem swoim szedł do obozu przystojnie i bez czy- 
nienia szkód ludności — ale była to tylko czcza formułka, 
zwłaszcza jeźli się zważy, że często taki list przypowiedni 
był mieczem w ręku szalonego, patentem na rozbój pu- 
bliczny. Dawano listy przypowiednie ludziom, którzy się 
ledwie co otrząśli z zadekretowanej na nich infamji, i to 
nie drogą prawnego uczynienia zadość sprawiedliwości 
ale drogą t. zw. sublewacyi, dawano je znanym już i gło- 
śnym gwattownikom i burzycielom publicznego spokoju, 
jak n. p. Zygmuntowi i Stanisławowi Stadnickim, synom 
Dyabła, dawano nawet szczerym opryszkom jak n. p. 
w r. 1619 infamisowi Rapackiemu. Gorzej jeszcze bywało 
z listami przypowiedniemi, wydawanemi cudzoziemskim 
kapitanom, zawodowym przekupniom krwi ludzkiej, rozłaj- 
daczonym landsknechtom niemieckim, awanturnikom szkoc- 
kim i francuzkim, którzy formować mieli dragonie lub pie- 
chotę niemieckiego autoramentu z chłopów polskich na 
usługi wojenne Rzeczypospolitej. Taki cudzoziemiec, nie- 
przywiązany niczem do kraju, wiedziony tylko chciwością 
zysku, starał się o list przypowiedni głównie na to, aby 
okradać skarb Rzeczypospolitej i nieszczęśliwego żołnierza. 



1) Agr. Halickie, tom 124 pp. 385—8 (fragment). 

13 



194 PLAGI ŻYWOTA 

Okradał Rzeczpospolitą, bo nie miał nigdy tyle głów pod 
chorągwią, za ile mu płacił skarb publiczny, okradał żoł- 
nierza, bo nie dawał mu ani części tego, co brał na jego 
utrzymanie. Ćwierć (t. j. koszt utrzymania przez jeden 
kwartał) wynosiła na dragona 33—39 zł., z czego i trze- 
ciej części nie wydawał nań rotmistrz. Starowolski nie 
przesadza, utrzymując, że rotmistrze cudzoziemscy dawali 
chłopom po Szostaku albo po orcie t. j. po trzy grosze 
na miesiąc; reszta tonęła w ich własnym mieszku. 

Czytając ciągle o pułkach »cudzoziemskich,« o pie- 
chocie »niemieckiej,« o dragonach i rajtarach (Reiter), uni- 
formowanych po niemiecku lub szwedzku, dowodzonych 
przez Szkotów, Francuzów, Włochów a najczęściej Niem- 
ców, słuchających komendy w języku niemieckim, odnosi 
się wrażenie jak gdyby to rzeczywiście zawsze były woj- 
ska zaciężne obce, werbowane w Niemczech, na Węgrzech 
lub Szlązku — tymczasem byli to najczęściej chłopkowie 
polscy. Dragonów i rajtarów formowanych w wojewódz- 
twie ruskiem przez oficerów Niemców nazywają akta wy- 
raźnie: Ruthenos et agrestes, habitu vero Oermanos. Odyby 
kapitanowie cudzoziemscy, którym król dawał listy 
przypowiednie na takie formacye, byli uczciwymi ludźmi 
a nie należeli przeważnie do klasy profesyjnych awantur- 
ników, szukających fortuny po najciemniejszych niekiedy 
ścieżkach, zaciągany przez nich chłop polski byłby do- 
skonałym żołnierzem — ale i tak przecież, jak było, 
pułki i chorągwie regularne cudzoziemskiego autoramentu, 
a zwłaszcza te, w których przeważał chłop polski, ćwi- 
czone w służbie polowej, w obrotach i władaniu bronią, 
słuchające ślepo komendy, posłuszne, karne i zaprawne do 
tworzenia taktycznych jednostek, oddawały nieocenione 
usługi, zwłaszcza w nieszczęsnych latach wojen kozackich 
i szwedzkich, biły się walecznie, a zmuszone do odwrotu, nie 
uciekały bezładnie, ale i w odwrocie zachowywały szyk 
i zwarcie odporne. Nie miały może fugi i fantazyi chorą- 



PLAGI ŻYWOTA 195 

gwi szlacheckich, które wichrem wpadały na szeregi nie^ 
przyjacielskie, ale których w- razie niepowodzenia ten^ sam 
wicher rozmiatał w nieładzie i rozsypce — były one grzbie- 
tem wojska, terra firma wśród nieujętych w brzegi dyscy- 
pliny fluktów pospolitego ruszenia. 

Ile razy czytamy o tych rajtarach polskich, przycho- 
dzi nam na myśl bezimienny rajtar- l^ohater i akt hero- 
icznej cnoty żołnierskiej, przekazany potomności przez 
dwóch świadków naocznych, Daleyrac^a i Diakowskiego; 
Pod Parkanami. Szyki polskie złamane przemocnym naci- 
skiem Turków uchodzą z pola. Panika. Król Jan III. po 
rozpaczliwych a daremnych próbach powstrzymania zde- 
moralizowanych hufców, prawie ostatni z ostatnich zwraca 
konia do odwrotu. Opuszczają go wszyscy, tylko jeden 
Czerkies i koniuszy kor. Matczyński towarzyszą mu wier- 
nie w najwyższem niebezpieczeństwie. Król otyły, zmożony 
trudem boju, nie może uchodzić szybko, koń pod nim 
słabnieje, ledwie go unieść może przez pola poorane, roz- 
grzęzłe. Zgiełk uciekających taki, że król ma kolana i ra- 
miona pogniecione od koni i zbrój uchodzących żołnierzy. 
Pościg turecki już go dopada, dzidy spahisów godzą już 
w głowę bohatera z pod Wiednia. Jak huragan mijają go 
husarze, pancerni, towarzysze chorągwi szlacheckich, nikt 
z nich nie spieszy z pomocą. Życie króla wisi na włosku. 
Daremnie woła Matczyński: » Mości panowie! Widzicie, 
kto jest! Wstrzymajcie konie, salwujcie króla !« Nikt się 
nie zatrzymuje; jedni odpowiadają: »l nam życie miłe!«, 
drudzy jeszcze gorzej, bo niepoczciwie — wszyscy pę- 
dzą dalej, myśląc tylko o sobie. W tej chwili, ostatniej 
i najgroźniejszej, kiedy już król czuje gorący oddech koni 
tureckich za sobą, mija go uchodzący rajtar polski. Mat- 
czyński woła: >Panie rajtar, wstrzymaj konia, pilnuj nas !« 
I oto rajtar w jednej chwili wstrzymuje konia i staje po 
zadzie króla. Tymczasem Turek jeden z dzidą sadzi z boku 
na króla. Matczyński woła: »Zmiłuj się, panie rajtar, obróć 

13* 



196 PLAGI ŻYWOTA 

się na tego Turczyna !« Żołnierz zwraca się natychmiast 
w wskazaną stronę i powala Turka na ziemię wystrzałem 
z bandoletu. Następują dwaj inni Turcy, rajtar stoi murem, 
zwiera się z nimi, walczy, słychać strzały i szczęk szabel — 
król uratowany! Co się stało z rajtarem, nie wiadomo; 
nikt nie wiedział, czy poległ, czy też dostał się do niewoli, 
nie można się też było dowiedzieć jego nazwiska. Ten 
rajtar-bohater, godzien spiżowego pomnika, to był prosty 
chłop polski.') 

Ale ten niezrównany materyał marniał pod ręką chci- 
wych i nieludzkich cudzoziemców. Taki najemny Niemiec- 
kapitan, który go werbował, starał się przedewszystkiem 
o to, aby na nim zarobić. Nim go do obozu doprowadził, 
włóczył się z nim po wsiach królewskich i duchownych, 
każąc mu się żywić kosztem chłopów, a włóczył go tak 
niekiedy przez trzy i sześć miesięcy, bo mu się rachowały 
przez ten czas t. zw. ćwierci, to jest żołdy kwartalne, 
które szły do jego kieszeni. Niewypowiedzianą też była 
nędza tych biednych chłopów polskich, zaciągniętych pod 
chorągwie rajtarskie i dragońskie. Wierszopis-anonim, współ- 
cześnik Wacława Potockiego, kreśli nam obrazek z natury, 
któremu nikt nie odmówi prawdy, kto nieco bliżej poznał 
stosunki wojskowe XVII. wieku: 

Pan major drabny wóz lanc do obozu wiezie, 
W inszych kilkanaście par wołów ledwie lezie 
Z chorymi żołdakami, których ode Lwowa 
Począwszy, z skurczonego brzucha boli głowa. 
Na zdrowszych jeszcze woła: Maszir! póki mogą 
Choć pomału zgłodniałą postępować nogą ^) 



*) Mikołaja Diakowskiego, Dyaryusz wiedeńskiej 
okazyi w Zbiorze Pamiętników Niemcewicza, tom V str. 268 — 9 
i Pamiętnik Daleyrac'a, tamże t IV str. 441. 

*) A. Bruckner, Spuścizna rękopiśmienna po Wacławie 
Potockim (Rozprawy Akad. Um. Wydz. filolog.) str. 261. 



PLAGI ŻYWOTA 



197 



Nie dziw, że taki żołnierz żył własnym przemysłem, 
że łupił cliłopa, kradł i rozbijał. Nie była ło zresztą oso- 
bliwość polska; w wszystkicłi państwach europejskich 
współczesnych działo się tak samo, niekiedy gorzej jeszcze. 
Co więcej, Polska była jedyną, która miała armię obywa- 




Fig. 21. 
Dragon. Z współczesnego malowidła w zamku Podhoreckim. 

telską, czysto-narodową, bo złożoną z całej szlachty, obo- 
wiązanej do pospolitego ruszenia, a jedną z pierwszych, 
która zdobyła się na zawiązki kadr stałych, złożonych 
z ludu. Takim zawiązkiem byli wybrańcy — instytucya 
stworzona w r. 1578 przez króla Stefana, która gdyby 



198 PLAGI ŻYWOTA 

była pielęgnowana i rozwijana statecznie, starczyłaby była 
Polsce za rodzaj stałej armii rezerwowej, dobrze wyćwiczo- 
nej, regularnej, karnej, na każde zawołanie gotowej. Według 
uniwersału tego króla z każdycłi 20 łanów w dobracłi 
królewskich miał być obrany jeden człowiek, » któryby się 
sam do tego miał dobrowolnie, między inszymi śmielszy 
i do potrzeby pochopniejszy ; będzie wolen od wszystkich 
powinności, jako czynsze, pobór łanowy, od podwód i in- 
nych onera, angaryj i preangaryj. Co kwartał do rotmi- 
strza swego na miejsce oznaczone stawić się ma do mon- 
strowania z rusznicą, szablą, siekierką, w sukni barwy 
takiej, jaką rotmistrz naznaczy, z inszymi podobną, proch 
też swój i ołów ma mieć.« ^) W r. 1589 wobec groźby wojny 
tureckiej błysnęła myśl świetna ale niestety płonna, aby 
obok wybranieckiej piechoty zorganizować także wybra- 
niecką jazdę. Z có dziesiątego łanu miał być wybierany 
pachołek na koniu w zbroji, a województwa miały wy- 
znaczać rotmistrzów. Ale szlachcie nie podobał się ten 
projekt. Bała się chłopskiego wojska. »Jakożby to niebez- 
pieczna nam rzecz była, bron swą odpasawszy od boku 
innemu ją dać. Dobrze to tak u nas postanowiono, żeby 
był rotmistrz, towarzysz i pacholik w rocie« — powiada 
Bielski. 

W energicznej i rozumnej dłoni Batorego młoda in- 
stytucya wybrańców rozwijała się dzielnie, stawiała do boju 
kilkutysięczny korpus. Osierocona śmiercią swego twórcy 
zaczęła upadać szybko; w r. 1616 odzywa się już na sej- 
mie skarga, »iż liczba wybrańców do wielkiego zmniej- 
szenia przyszła, tak że ich na służbie Rzeczypospolitej 
bardzo mało bywa^ Konstytucya z tegoż roku miała na 
celu ratować wybraniectwo od ostatecznego upadku, na- 
kazywała starostom, dzierżawcom i ekonomom dóbr kró- 
lewskich, aby wydawali sprawiedliwie wybrańców, aby 



^) Polkowski, Sprawy wojenne króla Stefana, p. 117. 



PLAGI ŻYWOTA 199 

ich nie przymuszali do płacenia podatków i do żadnych 
robót a to pod karą 500 grzywien ; ^) król Zygmunt III. 
wysyłał do starostów swych w województwie ruskiem, 
które miało dostarczać największego kontygentu wybra- 
nieckich żołnierzy, to surowe to błagalne mandaty, jak 
n. p. w r. 1618 do Piotra Opalińskiego, jako starosty ro- 
hatyńskiego, w których wybrańców mieć chce wolnymi 
»od wszelakich robót, czynszów, zaciągów i inszych po- 
datków,* i nadaje im »zupełną wolność używania maję- 
tności swych, t. j. zupełnych trzech łanów roli, paszy tak 
polnej jak i leśnej, jezior, rzek, rąbania drzew w puszczach 
i lesiech królewskich krom pustoszenia ich, a to na dom 
i własne potrzeby, a jeśliby po łanie albo po włóce zu- 
pełnej nie mieli, tedy im mają być wymiedzone.« '^) Wysyła 
król rotmistrzów z listami przypowiedniemi po wybrańców 
do swoich dóbr ruskich ; każdemu rotmistrzowi wyznacza 
płacę miesięczną 25 zł. ; mają zbierać » ludzie do boju i dzieła 
rycerskiego sposobne, nie luźne ale osiadłe dziedzice« ^) — 
w ogóle nie brak starań o utrzymanie tak ważnej i obie- 
cującej instytucyi, ale rozbijają się one wszystkie o opór 
starostów i dzierżawców i świadczą tylko o tej samej 
niemocy króla, jakiej będziemy mieli bardzo smutne przy- 
kłady, gdy nam przyjdzie mówić o opiece nad ludem w kró- 
lewskich włościach. Dzierżawcy ekonomij królewskich 
krzywdzą zuchwale i bezkarnie wybrańców, odbierają im 
łany, zmuszają ich do pańszczyzny; trafiają się przykłady, 
że żołnierz, który wraca z wojny, widzi się bez ziemi 
i bez dachu. Świadczą o tem protestacye w aktach, liczne 
glejty, których nikt nie szanuje, i liczne mandaty królew- 
skie, których nikt nie słucha. Objaw to bolesny naszej 
przeszłości, że nikomu się ani śni o usunięciu instytucy] 



^) Volumina Legum, tom 111. p. 133 — 4. 
^) Agr. Halickie, tom 118 pp. 301—2. 
») Agr. Halickie, tom 114 p. 342. 



200 PLAOI ŻYWOTA 

jawnie szkodliwych, anormalności prawnych i administra- 
cyjnych, wydających społeczeństwo na pastwę nierządu 
i samowoli — ale kiedy zaczyna upadać instytucya jakaś 
wysoce pożyteczna, a to nie brakiem własnej żywotności, 
ale niedołęztwem, egoizmem i karygodnem niedbalstwem 
tych, którzy pielęgnować ją i czuwać nad nią byli po- 
winni, zaraz zgoda na to, aby ją znieść i usunąć, bo to 
radykalny środek pozbycia się raz na zawsze kłopotu 
i obowiązku. Tak się też stało i z instytucya wybraniecką. 
Na sejmie z r. 1649 zapada uchwała: »lż włoki wybra- 
nieckie in tantum abusum przyszły, iż Rzeczpospolita 
z wybrańców żadnego pożytku nie ma, owszem obywa- 
telom koronnym częstemi przechodami bardzo są 
uciążliwe,* więc każdy starosta albo dzierżawca za- 
miast uzbrajać i dostawiać wybrańca, ma z każdej włoki 
wybranieckiej wnieść 60 zł. równocześnie z opłatą kwar- 
cianą. 

Wielka myśl Batorego : zorganizowanie armji z ludu, 
stworzenie regularnych pułków z dzielnego, bitnego i kar- 
nego polskiego chłopa, gdyby się była stała rzeczywisto- 
ścią — na jakiejże wyżynie postawiła by była Polskę, 
i ktoby jej l)ył silen w Europie ! Niestety, cnoty żołnierskie 
polskiego chłopa odkryto zbyt późno, a wyzyskały je do- 
piero rządy rozbiorowe, chociaż nie brakło i w czasach 
naszego opowiadania licznych i świetnych dowodów, ile 
w nim było waleczności. Te »pacholiki,« te pogardzane 
»ciury,« ta »czeladź,< której bardzo wielka liczba, czyli jak 
mawiano, » sroga rzecz « bywała zawsze w obozach pol- 
skich na usługi szlachty i przy taborach, zapisała się 
w dziejach wojennych niejednym świetnym czynem mę- 
stwa, którego jej pozazdrościć mogli jej panowie. Na 
chwałę wojenną Lisowczyków zarobiły w całej może poło- 
wie ciury i czeladź obozowa, która w Wirtembergii w nie- 
wielkiej liczbie uderzyła raz na trzy kornety rajtarów i 500 
ćwiczonej niemieckiej piechoty, rozprószyła jazdę, wysie- 



/^*= 



l^^r^^ 




6 



^ 



a 



O 



2 

O 

CVI 



202 PLAOI ŻYWOTA 

kła piechotę, zdobyła 8 cłiorągwi, a sama miała dwócłi 
w zabitycłi a łrzecłi rannycłi;*) w r. 1610 pacholikowie 
szturmem zdobyli moskiewski bardzo obronny zameczek 
Rostów, w r. 1649 pod Zborowem luźna czeladź obo- 
zowa zrobiła wycieczkę, położyła trupem kilkuset koza- 
ków i Tatarów, zdobyła bateryę i trzy cłiorągwie nieprzy- 
jacielskie; podczas wojen szwedzkich ciurowie uderzyli 
na nieprzyjaciół w Łęczycy i haniebną im zadali klęskę; 
taż sama » hołota obozowa« odebrała Szwedom Warszawę 
— czyn wielkiej waleczności, któr> uwiecznił Potocki 
w swojej Wojnie Chocimskiej : 

Szkoda ich lekceważyć, kędy co z zdobyczą, 
Pewnie ani postrzałów ani ran nie liczą, 
Dali próbę odwagi w szwedzkiej onej wrzawie, 
Gdy szturmem Wittemberga dostali w Warszawie, 
Który wczoraj tryumfy swoje mierzył w strychy, 
Nie wojsko, nie żołnierze, Helik go wziął lichy, 
Aleć i w tę straszliwą z pogaństwem tumieją 
Nieraz pokazowali, co mogą, co śmieją. 

Ta myśl narodowego regularnego wojska, złożonego 
z zagonowej szlachty i z ludu, ćwiczonego na wzór nie- 
miecki, przebłyskiwała także szlachcie województwa ru- 
skiego, jak tego mamy dowód w laudum sejmiku wiszeń- 
skiego z r. 1630, która opiewa: » Agitowane dawno bywały 
artykuły sejmiku tego i z inszych województw, aby żoł- 
nierza cudzoziemskiego nie zaciągać, upatrując w tem nie- 
które pericula Rzeczypospolitej, lecz że pp. regimentarzom 
wojennym taki służby wojennej sposób bardzo się zda 
być potrzebny, przetoż to widząc w narodzie naszym 
polskim, któremu męztwo jest wrodzone, że ad quaevis 
genera armorum dowcipni są i prędko mogą być wpra- 



^) Dębołęski, Przewagi Elearów, str. 90. 



PLAGI ŻYWOTA 203 

wieni, czegośmy doznali w pruskiej expedycyi w piechocie 
pana Rożnowej, jako mu ło sami cudzoziemcy przyzna- 
wali, nie chcemy w łem puścić cugu inszym nacyom, ale 
raczej tego ćwiczenia w służbie wojennej cudzoziemskim 
sposobem narodowi swemu ziścić, więc i tego chleba, 
jaki cudzoziemcy za nieobaczeniem się naszem od nas 
biorą, wolimy.* *) Do tej argumenłacyi dodać było można 
jeszcze jeden przeważny powód: niepewność i zdradzie- 
cką niewierność cudzoziemskiego żołnierza, który wśród 
kampanji uciekał z marszu, z obozu, z pola bitwy. Liczne 
tego przykłady były podczas wojen kozackich. Marcin 
Kalinowski, hetman polny kor., wzywa w r. 1651 uniwer- 
sałem starostów, burgrabiów, burmistrzów i wójtów, aby 
imali dragonów i pieszych cudzoziemskich żołnierzy, któ- 
rych »niezmierna liczba czeladzi Niemców, konie, ryn- 
sztunki i insze dostatki pobrawszy^< uciekła mu z marszu, 
kiedy wyruszył z pod Kamieńca, aby połączyć się z woj- 
skiem królewskiem i to właśnie w chwili, kiedy »nieprzy- 
jaciela na sobie trzymał i za łaską Bożą szczęśliwie się 
z nim rozprawiał. « ^) Nawet Węgrzy nadwornej piechoty 
uciekali gromadnie, wziąwszy żołd z góry, jak to np. miało 
miejsce w r. 1628. 

Wracając do swawoli żołnierskiej nie możemy po- 
minąć, że przyczyniło się do niej w znacznej mierze po- 
zwolenie króla i senatu na werbowanie jazdy polskiej dla 
austryackiego cesarza. Zygmunt 111. udzielił takiego ze- 
zwolenia hr. Althan, który wydawał listy przypowiednie 
na rotmistrzowstwa ludziom najgorszej sławy. Władysław 
IV. poszedł za przykładem ojca i pozwolił Maciejowi Ar- 
noldi de Klarstein zaciągać w Polsce żołnierzy do słu- 
żby austryackiej. ^) Los tych nieszczęsnych chłopów pol- 



Agr. Lwowskie, tom 381 p. 1539. 
2) Agr. Lwowskie, tom 401 p. 1133. 
») Agr. Lwowskie, tom 38 6pp. 1362— 5, 147311493. 



204 PLAGI ŻYWOTA 

skich i tej drobnej szlachty, która się dostała w ręce ta- 
kiego niemieckiego werbownika, był najczęściej niewypo- 
wiedzianie opłakany. Handel żołnierzami był specyficznie 
niemieckim przemysłem — uprawiano go w Niemczecłi 
w najnikczemniejszy sposób jeszcze do samego końca 
XVIII, wieku. W czasie naszego opowiadania kwitnął, 
a żywego towaru szukał z predylekcyą w Polsce, gdzie 
to niestety ucłiodziło bezkarnie. Około roku 1645 głośny 
był w całej Polsce łotrowski czyn jednego z takicłi nie- 
mieckicłi werbowników, Truchsessa. »Z żalem nam to sły- 
szeć przyszło — czytamy w laudum sejmikowem szlachty 
województwa ruskiego — że Truchsess Prusak 300 szla- 
chciców mazowieckich jakoby na służbę Cesarza Jego 
Mości zaciągnąwszy, republice weneckiej na galery za- 
przedał, który aby o to na przyszłym sejmie pozwany 
condignas sceleri suo poenas odniósł, gorąco starać się 
będą posłowie nasi.« Zaprzedaną szlachtę wydźwignął 
z tej niewoli Jan Zamoyski, starosta kałuski, a sejmik wi- 
szeński uchwala, aby mu za to honorifica była uczyniona 
mentio.<^ ') 

Najemne, dla służby obcej w Polsce zwerbowane 
chorągwie, ciągnąc za granicę pustoszyły wszystko, co 
leżało na ich szlaku, dopuszczały się najzuchwalszych 
gwałtów i rabunków, jak n. p. rota infamisa Rapackiego, 
który zaciągnąwszy się w służbę cesarską w r. 1619 
splądrował ziemię przemyską. *) Mimo najgorszych do- 
świadczeń, mimo klęsk, jakie sprowadzały na kraj takie 
roty wracające z obczyzny, gdzie się nauczyły żyć prze- 
ważnie łupem wojennym — nie zdobyto się w Polsce 
nigdy na tyle energji, aby postawić kres takim zaciągom. 
Werbowano polskiego żołnierza do Niemiec, do Wołoch, 
do Węgier; a czy to idąc w obcą służbę czy z niej wra- 



^) Agr. Sanockie, tom 158 pp. 1175 — 6. 
*) Agr. Przemyskie, tom 337 p. 2146. 



206 PLAOI ŻYWOTA 

cając, chorągwie takie rozpisywały sobie samowolnie sta- 
cye, uciskały lud, łupiły miasta. Szczytem rozpasania żoł- 
nierskiego była swawola Lisowczyków, którycłi niesły- 
cłianej drapieżności dorównywała cłiyba tylko niesłycłiana 
także icłi waleczność. Lisowczycy, kwiat i szumowina za- 
razem fantazyi polskiej, kipiący ferment szlacheckiego 
temperamentu, rycerze bez trwogi i bez honoru, bohate- 
rowie i łotry zarazem, których »Bóg nie chciał, a dyabeł 
się bał,« sława i niesława szabli polskiej w całej Europie 
— to zjawisko naszej przeszłości, na którem się można 
uczyć, jak najwyższe zalety skojarzyć się mogą z najniż- 
szemi instynktami, jeżeli pierwszych od drugich nie prze- 
gradza mur sumienia i karności. Przyszło do tego, że ci, 
co cały świat napełnili rozgłosem swojej niezrównanej 
waleczności, przed których czarno-czerwonemi sztanda- 
rami drżał najwyborowszy, najbardziej ćwiczony żołnierz 
europejski — zarobili sobie w Niemczech na nazwę 
Teufel und Bluthunde a w ojczyźnie homo Lissovianus 
był synominem opryszka i wyrzutka społeczeństwa, któ- 
rego gdy zabił infamis, w nagrodę za to powracał do czci. 
Werbowany w Polsce na cudzoziemską służbę, za- 
smakowawszy łatwego chleba, a powszechną w całej 
współczesnej Europie regułą, bywał to chleb obfity z łupu, 
grabieży, z kontrybucyj i krwawych krzywd okolic, które 
Bóg w gniewie swym czynił widownią wojny — rozpa- 
sawszy się życiem obozowem, w którem wszystko było 
wolno, żołnierz najemny, skoro wrócił do Polski, stawał 
się nietylko nieszczęściem własnego kraju, ale także plagą 
i ciężkiem niebezpieczeństwem dla krajów ościennych. 
Wiadomo, co ucierpiał Szlązk od takich werbowanych 
chorągwi polskich; Węgry i Wołoszczyzna narażone by- 
wały również na ich napady rozbójnicze, a szukając od- 
wetu mściły się potem na pogranicznych okolicach pol- 
skich, których niewinna ludność płacić musiała krwią 
swoją i mieniem za wybryki złoczyńców. »Nasi Polacy 



PLAGI ŻYWOTA 207 

wpadłszy w węgierską ziemię w kilkunasłuset koni — 
czytamy w uniwersale Jana Zamoyskiego, kasztelana 
chełmskiego i strażnika koronnego z czerwca 1605 r. — 
miasto Huszt spalili i wsi kilkanaście węgierskicli, zatem 
tedy i mychmy sami są w wielkim niebezpieczeństwie, 
gdyż Węgrowie na góracli stojąc, wołali na naszycli, gdy 
nazad się zwracali, obiecując nam to dobremi słowy czasu 
niedługiego oddawać, jakoż i którycłi jedno od wojska 
zostalców dostawali, żywo w ogień miotali.* ^) 

Ale nietylko samozwańcze ctiorągwie, nietylko bez- 
prawnie »zwodzone kupy« lub konfederackie roty »wybie- 
rające ctileb« i czekające zapłaty, były plagą ludności — 
nie ustępowały im niekiedy także cłiorągwie autoryzo- 
wane, stojące pod buławą łietmańską i należące do pra- 
wowitych wojsk Rzeczypospolitej. Najwięcej od nich do- 
znawał ucisku i zdzierstwa lud w królewszczyznach i do- 
brach duchownych, ale dostawało się i wsiom szla- 
checkim. Akta województwa ruskiego przepełnione są 
protestacyami przeciw chorągwiom, które obsiadały jakby 
szarańczą całe okolice i objadały je do kęsa. Protestacye 
te wyliczają dokładnie każdą szkodę wyrządzoną, każdą 
grabież, każdą kokosz i każde jajo wydarte chłopom przez 
żołnierzy, i są niekiedy, jak to zobaczymy w dalszym ciągu, 
cennym materyałem do poznania stopnia zamożności ludu 
w danej okolicy. Nazywało się to wybieraniem »stacyj« — 
jakoż samo słowo >stacyav było najbardziej znienawi- 
dzone w całym ówczesnym słowniku. Gore chłopkom, do 
których sioła zawitała chorągiew na stacye! Obejmowała 
ona często oprócz żołnierzy sporą liczl^ę *gęb nieużyte- 
cznych, < bo wlókł się za nią długim ogonem tabor wcale 
niewojennie wyglądający. -Potkałem pod Rzeszowem roku 
przeszłego jedną chorągiew — opowiada Starowolski — 
która tylko 60 husarza miała, a wozów przy niej naliczyłem 



^) Agr. Trembowelskie, tom 106 p. 252. 



208 PLAOI ŻYWOTA 

225, z których niemal połowa poczwórnych a poszóstnych 
była, nuż koni luźnych, białych głów i chłopiąt pieszo, co 
niemiara.« ') 

Przytoczymy kilka przykładów »stacyj.< W starostwie 
dolińskiem chorągiew Kielczewskiego zakłada swoje leże, 
a mieszczanie i włości ^ultro z ochoty swej pozwalają* 
dla jej utrzymania: owsa 800 mac dolińskiej miary, żyta 
100 mac, jagieł 20 mac, piwa beczek 100, jałowic 25, sło- 
niny połciów 25, masła fasek 25, sera kóp 25, śledzi na 
post na konia po 30, oleju na koń jeden kwart 7, drew na 
koń jeden wozów 25, kur na koń jeden po 30, gęsi na koń 
po 10, siana na koń wozów 5, jarzyny, rzepy, kapusty, mar- 
chwi, pasternaka, pietruszki, cebuli, co może być. Miasto 
trzy dni jeść dać powinno według zwyczaju dawnego. 
Ugoda zastrzega dalej : czeladzi dworskiej żeby nie despe- 
ktowali i nie bili, jako pierwej. Poddanych do robót i do 
podwód aby nie przymuszali i chłopów aby nie bili, jako 
zwykli pachołkowie. 2) Ale to była »dobrowolna< ugoda; 
gorzej się działo, gdzie do porozumienia nie przyszło. 
Oto n. p. mały fragment z wykazu stacyj: »Wieś Kamień 
wydała na przystawstwo pp. Cichałowskiego i Szepty- 
ckiego na 9 koni w gotówce 3070 zł.; musiano na żoł- 
nierzy przedać 98 wołów, 33 krów i 3 konie a 21 chło- 
pów uciekło ze wsi. Wieś Łdziana dała na przystawstwo 
na pięć koni gotówką 1739 zł., chłopi musieli sprzedać 46 
wołów i 6 krów; ze wsi Podmichale przed agrawacyą 
5 chłopów uciekło i t. d.^) Rota Piaseczyńskiego w r. 
1628 przez dwa dni zjadła w Staremsiole, Butkowie i Szo- 
łomyji 505 kur, 274 kwart masła, 213 workowych serów, 
95 kóp jaj, nie licząc mięsa dla żołnierzy i owsa dla koni.*) 
A co najgorsza, to że nie obyło się przy takich stacyach 




PLAGI ŻYWOTA 209^ 

bez krwawych gwałtów i okrucieństw. »Nie dość, że 
wszystko w domu mieszczankowi i chłopkowi ubogiemu 
żołnierz wybierze, że i skobla nie zostawi, ale się jeszcze 
nad nędznym człowiekiem pastwi, w kurek mu do rusznicy 
palce wkręcając, bosemi nogami na węglach sadzając, wit- 
kami głowę tak zakręcając, że aż oczy na wierzch wyłażą. «^) 
Chorągwie spotkawszy się w jakiejś włości lub mia- 
steczku biją się z sobą, czy to o pierwszeństwo w »stacyi« 
czy z rankoru; w r. 1629 Andrzej z Rytwian Zborowski, 
kasztelan oświęcimski, oblega miasteczko Sól, zajęte przez 
rotę Dmochowskiego, bombarduje i następnie szturmem 
zdobywa miasteczko; pada przy tem trupem 18 żołnierzy 
a mieszczanie ponoszą niepowetowane szkody;^) w r. 
1621 w Przemyślu dokazują straszliwie roty Opalińskiego, 
Klonowskiego, Tarnowskiego, Zborowskiego i Gniewosza 
a obok nich także chorągwie Lisowczyków. Rota Gniewo- 
sza bije się z Lisowczykami i odbiera im łupy moskiew- 
skie; jeden z nich skarży się gorzko, że mu oprócz go- 
tówki, broni i t. p. zabrano kielich wielki kościelny pozło- 
cisty sadzony dyamentami, rubinami i szafirami, >który ten, 
to protestujący w Niemczech gromiąc heretyki zdobył. « ^) 
Roty Jordana i Gwidzińskiego w r. 1613 pustoszą dobra 
Jana Golskiego, kasztelana kamienieckiego, a żona jego 
Zofia wnosząc o to protestacyę do grodu halickiego, za- 
strzega sobie podanie dokładnych szczegółów, bo nie wie 
jeszcze, »kto żyw, kto pojman, kto zabit.« Żołnierze zabi- 
jali chłopów, > pobrali żywcem 80 człowieka i z tych je- 
dne szacowali, drugie nie wiedzieć gdzie podzieli, usilstwa 
białogłowskiej płci nie przepuszczając poczynili, koni kilka- 
set i kilkaset dobytku zabrali, wieś Rudniki spalili « it. d.*) 



^) Starowolski, Reformacya i t d. p. 112. 
^^) Agr. Lwowskie, tom 381 p. 1801—18. 
^) Agr. Przemyskie, t. 339 p. 1594. 
^) Agr. Halickie, tom 116 p. 707. 



14 



210 PLAGI ŻYWOTA 

W czasach wojennych a osobliwie w porze wojen 
kozackich ucisk od żołnierza dosięgał szczytu. »Licencya 
żołnierska — skarży się szlachta na sejmiku wiszeńskim 
w r. 1653 — aby była ukrócona. P. Sulatycki nie mając 
listu przypowiedniego nasze województwo i ziemie, niezno- 
śne czyniąc krzywdy, na około tułając się obszedł, także 
i p. Jerzy Kasper Szlichtyng nieznośne krzywdy i szkody po- 
czynił, p. Janowi Jaworskiemu Perkowiczowi, p. Wysoczań- 
skiemu i innym najechawszy na dwory, budynki popalili 
i wszystko, co tylko było, wyrabowali; także p. Szumlań- 
ski krzywdy poczynił obywatelom wszystkiej ziemi, także 
p. Czechowicz z p. Hynkiem, także p. Zawisza z p. Trze- 
ciakiem ; i o zabranie sreber i inszych krzywd i szkód po- 
czynienie p. Fedorowi Winnickiemu, aby ci wszyscy z de- 
lacyi posłów z tego sejmu poenis condignis i wytrąbieniem 
z wojska pokarani byli.«^) » Wielka, która panów Kulczy- 
ckich, obywatelów ziemi naszej, od p. Kuderowicza, rot- 
mistrza, potkała wiolencya — czytamy w laudum sejmiko- 
wem z następującego roku — gdyż niektórych pozabijano, 
drugich powiązano, nie jako szlachtę, domy im popalono 
i wszystką substancyę wyszarpano, aby pokarana była.«^) 
W latach wspomnianych nawet najdostojniejsze domy nie 
były bezpieczne od swawoli żołnierskiej, zwłaszcza od zu- 
chwalstwa cudzoziemskich oficerów w służbie polskiej. 
Przychodzi n. p. przed sejmik wiszeński »żałośna Jmci Pani 
Sobieskiej, kasztelanowej krakowskiej, kwerela, której we 
wsi Sobieskiej Woli niejaki Waydolt, cudzoziemski oficer 
Jego Kr. Mości nietylko wielkie szkody z kompanią swoją 
niemiecką poczynił, ale też w domu Jejmości sam in per- 
sona sua naszedłszy ważył się violenter sługi posiec, szla- 
chtę okuć w kajdany i łańcuchy i przy wozach prowadzić. « 
Przykładów takich mnóstwo przytoczyć by można, ale dość 

') Agr. Sanockie, tom 166 pp. 322—44. 
*) Agr. Przemyskie, tom 350 p. 1685. 



PLAOI ŻYWOTA 211 

na kilku, aby dać wyobrażenie o słacyach żołnierskich 
owego czasu. Nie dziw też, że ludność przywiedziona do 
rozpaczy tak nieznośnem ździerstwem i uciskiem, uciekała 
się niekiedy do gwałtownych środków oporu i odwetu. 
Mamy tego w aktach bardzo liczne przykłady. Mieszczanie 
i chłopi dzwonią na gwałt, uzbrajają się w kosy, cepy, 
topory, wyruszają na swawolnych żołnierzy i wypędzają 
ich sromotnie z kwater. Bardzo często stawa na czele 
chłopów szlachcic, dziedzic lub dzierżawca wsi nawiedzo* 
nej stacyą, i rozgramia, rani, zabija, ściga i łupi żołnierstwo, 
zupełnie tak samo, jakby to była orda Tatarów lub banda 
opryszków. Mnóstwo o to pozwów i protestacyj po gro- 
dach województwa ruskiego. 

Nie brak było prób uregulowania stacyj i unormo- 
wania obowiązków ludności wobec chorągwi zajmujących 
przeznaczone sobie leże zimowe, ale kończyło się na 
projektach. Komisya zebrana w r. 1634 we Lwowie dla 
obmyślenia hyberny, a zasiadali w niej obok innych he- 
tman w. k. Stanisław Koniecpolski, krajczy kor. Jakób So- 
bieski, podkomorzy czernichowski Adam Kisiel, ustano- 
wiła na ćwierć t. j. na kwartał od jednego konia: jedną 
jałowicę, 2 barany, 1 połeć słoniny, pół faski masła, 30 
serów, 2 osmaczki pszenicy, 4 osmaczki żyta, 2 grochu, 
półtora jagieł, 4 jęczmienia, 3 miarki owsa, 1000 tołpów 
soli, 2 kwarty oleju, 4 wozy siana — i otaksowała to 
wszystko na 35 złr., ale równocześnie wnosi, aby żołnierz 
płacił tylko połowę tej otaksowanej wartości. »Żeby tedy 
żołnierzowi — mówi komisya — i nad żywność na su- 
stentacyę drugich potrzeb jego co zostało, bo lubo i tym 
żołdem i wychować się i wszystkie potrzeby opatrować 
mu nie podobna, jednak przecie, żeby jakakolwiek propor- 
cya była, żeby mu i nad żywność na insze expensa jego 
i czeladzi, bez której nietylko służyć ale i żyć nie może, 
co zostało — rozumiemy, aby mu połowica żołdu w ży- 
wności zostawała a połowica w pieniądzach, i dlatego, 

14* 



212 PLAGI ŻYWOTA 

aby gdy tę żywność wyż wymienioną za to pretium ku- 
pować będą, aby połowicą taniej każda z tych rzeczy 
dawaną była.« Komisya czuje całą niesprawiedliwość 
prawa, które uwalnia szlaclitę od ciężarów wojskowycli 
a całe brzemię składa na dobra królewskie i ducliowne, 
ale nie ma odwagi tentować reformy i nie ma nadzieji, 
aby w ogóle reforma dała się przeprowadzić. » Aczkolwiek 
widzimy — powiada komisya — żeby i z słuszności sa- 
mej i z przykładów drugicli państw cudzoziemskicli i ex 
ista egualitate, z której wszyscy z łaski Bożej w tej wol- 
nej Rzeczypospolitej żyjemy, miałaby też wszystka Rzecz- 
pospolita tę żywność obmyślać, bo wszystkiej Rzeczypo- 
spolitej żołnierze służą, za sławę i bezpieczeństwo wszy- 
stkiej krew leją i umierają — ale żeclimy już tego nieraz 
miarę wzięli, iż stan szlachecki z dóbr dziedzicznych pod- 
ciągnąć się pod to (jak go mieni) onus żadną miarą nie 
da, restant tedy dwojakie dobra: królewskie i duchowne«^) 
Podczas wojen kozackich, kiedy ciężar wojskowych 
stacyj stał się srogą klęską dla ludu, usiłowano ile mo- 
żności zapobiedz nadużyciom, a uniwersał królewski z r. 
1651 stanowił, że z jednego osiadłego łanu o dwóch 
włokach jednej chorągwi należy się tylko 5 korcy owsa, 
półtora korca żyta, półtora korca pszenicy, półtora korca 
jęczmienia, półtora korca grochu, korzec tatarki, pół korca 
krup, 10 kwart masła, 20 serów, pół połcia słoniny, dwie 
ćwierci mięsa, jeden baran, 2 kwarty oleju, 6 kur, 3 gęsi, 
3 wozy siana; soli, jarzyny, sieczki » według przemożenia.«^) 
Stanisław Koniecpolski ogranicza w r. 1644 stacyę jednej 
chorągwi na leżach zimowych do następującycłi rozmia- 
rów: Owsa 100 kłód miary lwowskiej, żyta 50 kłód, ję- 
czmienia 100 kłód, jagieł 5 kłód, grochu 5 kłód, masła 



^) Agr. Lwowskie, tom 384 p. 1963—77. 
*) Agr. Lwowskie, tom 401 pp. 725 — 9. Miara rozu- 
miała się sandomierska. 




o 

(A 

O 
*N 

Q 



e 

o 

N 



3 

C 

S 

Xi 

£ 



Xi 

O 

bo 
o 



to 



214 PLAGI ŻYWOTA 

fasek 20, jałowic 30, słoniny połci 50, siana wozów 400, 
kapusty beczek 10, kur 400, gęsi 200, wozów drew na 
tydzień 50, słomy na tydzień wozów 10. ^) Był to wymiar 
na jedną ćwierć, t. j. na trzy miesiące. 

Żołnierz polski już samym temperamentem i animu- 
szem szlacheckim skłonny był do swawoli — hetman 
Koniecpolski, który znał dobrze i kochał swego żołnierza, 
powiada raz o nim, »że jakiś zły duch między nim lata,« ale 
ten sam Koniecpolski przyznaje, że żołnierz bywał ciągle 
krzywdzony przez niewypłacanie żołdu, że był * spracowany 
i znędzniony« niedostatkiem. Krzywdzony, krzywdził dru- 
gich. Pochlebiano zwycięzkiemu żołnierzowi w oracyach 
sejmowych, w dziękowaniach i witaniach, przy odbieraniu 
zdobytych dział i chorągwi, nazywano go » skrzydłem ma- 
jestatów« »firmamentem i ornamentem wszystkiej Rzeczy- 
pospolitej,« ale nie zawsze troszczono się o to, aby nie 
był głodny i obdarty. »Król Jmć wdzięcznie przyjmuje słu- 
żbę naszą — skarżą się żołnierze w petitach swoich do 
króla w r. 1627 przy oddawaniu chorągwi zdobytych pod 
Amersztynem — ale z tych wdzięczności kto inszy jagódki 
zbiera a nam się i listków nie dostaje. « Na wojnach sta- 
czanych za panowania Zygmunta III. wyrobił się polski 
żołnierz zawodowy, nieustraszony, niestrudzony, jakby ze 
stali wykuty; w każdym z tych weteranów »było więcej 
ołowiu niż w najprzedniejszym argumencie syllogizmów«— 
jak się wyraża współczesny świadek — a gdyby go tak 
bijano w karczmie jako na wojnie a rany płacono jako 
w statucie, kontent byłby z nagrody. « Trudno było wy- 
magać, aby taki żołnierz, wierzyciel tej ziemi, którą pier- 
siami swojemi zasłaniał, czekał cierpliwie na to, co krwią 
własną zarobił — nie dawano, brał sam, bo jak się nie 
bez mimowolnego humoru wyraził jeden z tych wetera- 
nów, Samuel Nadolski, ;^przecież i święci propter retribu- 



^) Agr. Sanockie, tom 158 p. 2255. 



PLAOI ŻYWOTA 215 

tionem służyli Bogu, bo gdyby nie obiecano nieba, żadnych 
by nie było męczenników.*') 

Wyrządziłby zresztą krzywdę naszej przeszłości, ktoby 
chciał uważać swawolę żołnierską i ucisk wojskowy za 
specyalność polską. W czasach, w których zamyka się 
nasze opowiadanie, działo się tak samo, gorzej nawet 
może, w całej Europie, zawichrzonej wojnami i zdziczałej 
pod wpływem wypadków. Czem byli u nas Lisowczycy, 
tem byli w Niemczech t. zw. gartende Knechte, rozpasane 
i zbiegłe z służby landsknechtyy które w bandach prze- 
ciągały kraj, łupiąc, paląc, mordując ; tem byli na Węgrzech 
hajducy, którzy według słów współczesnego memoryału 
stanów węgierskich » najeżdżali majątki, łupili dwory, roz- 
bijali kościoły, odkopywali groby, zdzierali z trupów su- 
knie i kosztowności, mordowali niewinnych ludzi, wydzie- 
rali żony mężom, dzieci rodzicom, gwałcili dziewice, kazali 
sobie płacić okupy za darowanie życia, palili sioła i zmu- 
szali lud wiejski do ratowania się ucieczką, do błąkania 
się po lasach, górach i trzęsawiskach i umierania głodową 
śmiercią.«*) Dopuszczała się najsroższych gwałtów włoska 
soldatesca, osławiony był z okrucieństwa żołnierz hiszpań- 
ski i szwedzki. Każdy z tych żołnierzy cudzoziemskich 
prześcignął żołnierza polskiego w swawoli, ale żaden nie 
dorównał mu w waleczności. 

Szukajmy duszy polskiej nie w samych tylko obja- 
wach anarchji społecznej i państwowej, o której nam tu 
mówić przyszło, ale i w czynach, na które się mimo anar- 
chji zdobywano. Ten sam swawolny żołnierz dokazywał 
cudów wytrwałości i męztwa. W tym samym czasie, który 
tak smutnie się zaznaczył powszechną niemal swawolą, 
zapisały się na kartach historyi mnogie czyny energii i wa- 



') P r z y ł ę s k i S t., Pamiętniki Koniecpolskich, str. 48 — 52. 
*) Memoryał Andrzeja Ketskes; Katona S., Histo- 
ria Critica tom XXVIII, p. 95—6. 



216 PLAGI ŻYWOTA 

leczności narodowej. Tczew, Połock, Wielkie Łuki, By- 
czyna, Kłuszyn, Targowest, Karkhuz, Wenden, Kirchholm, 
Smoleńsk, Chocim i tyle innych pobojowisk świadczą 
o niezrównanem męztwie tego samego żohiierza, na któ- 
rego swawolę narzekano. Żaden naród nie poszczyci się 
współcześnie tylu i takiemi aktami wojennego bohaterstwa. 
Waleczność polska ma homeryczną wielkość. Godna jest 
hymnów. Żołnierz polski walczy jeden przeciw czterem 
i pięciom, zawsze w zatrważającej mniejszości, a mimo to 
tylekroć zwycięski. Szczegół niezrównany: »chudzi pa- 
chołcy zdobyte chorągwie na podszewki sobie biorą,« 
taką moc zdobywa się ich na polach bitew. »Zwerto- 
wawszy kroniki, historye — powiada hetman Żółkiewski, 
sędzia wymagający i skąpy bardzo w pochwałach — ledwie 
się gdzie przykład znaleźć może, żeby które wojsko tak 
haniebnych a mało słychanych niewczasów i niedostatków 
wytrwaniem, sławą, zwyczajami, porównać się mogło. <v ') 
^Tyś Wołgę i Okę obegnał, tyś strach i ogrom narodu 
naszego aż do Azyi i granic perskich rozszerzył« — mówi 
Sarbiewski na pogrzebie Jana Sapiehy, który z 30 bitew 
wyszedł zwycięsko, 100.000 nieprzyjaciół trupem na po- 
bojowiskach położył. Nawet w tej samochwalczej, ale 
przepysznej i jedynej w swoim rodzaju rodomontadzie, 
jaką przemawia Lisowczyk Kleczkowski do cesarza Fer- 
dynanda II., jest tylko brak skromności a nie ma prze- 
sady; nie kłamie kiedy mówi: >>Nie mamy żelaza na sobie, 
tylko u koni pod nogami a u siebie przy boku, ale czę- 
ściej w ręku, co ze wzgardy śmierci pochodzi ;« nie kła- 
mie, kiedy mówi, że z towarzyszami swoimi bywał »w tych 
klinach i uroczyszczach, jakoby kędyś precz i na drugim 
świecie położonych i śmiele się tam mogły słupy miedziane 
trybem Bolesławo wym zabijać ;< nie kłamie, kiedy powiada : 
» Poszliśmy ziemią, po której podobno końska nie deptała 

^) Pisma Żółkiewskiego, str. 215. 



PLAOI ŻYWOTA 



217 



noga, mając za przewodnika słońce, rachując sobie, że 
tam musi być coś, komu to niebieskie oko świeci ; tam 
dopiero nowe kraje, różne narody, do zmówienia się nie- 
podobne znalazłszy, szablą tylko dawaliśmy hasło, żeśmy 
nie ich pobratymcami ; tam poszliśmy aż na lodowate mo- 
rze, kędy dla pochopu i pędu wpadających rzek lód dru- 




Fig. 25. 

Rajtar. 
Rysunek marginesowy z Aktów Gr. Lwowskich. 



zgotać się poczynał i z bałwanami się mieszać, jakoby 
góry z górami się potykały, i zgrzyt lodów kruszących się 
słyszeliśmy na mil kilka z daleka i żaden drugiego wy- 
słuchać od huku nie mógł....<' 

Dokąd nie zajść, czego nie dokonać, kogo nie zwo- 
jować takim rycerskim narodem — gdyby się była zna- 



218 PLAOI ŻYWOTA 

lazła dłoń silna i genialna w łym właśnie okresie, kiedy 
wszystko było do wzięcia, wszystko do wygrania! Ale 
lekkomyślne choć piękne słowa poety Szymono wicza : 
» Sercem wojny stoją było także hasłem szlachty polskiej, 
która nie chciała wiedzieć o tem, że wojny stoją nietylko 
sercem, ale pracą, wiedzą, karnością, groszem i wytrwa- 
niem. I dlatego tyle gorzkiej było prawdy w słowach ojca 
Zygmunta III., wyrzeczonych do Allemaniego: Moc Po- 
laków niedługa. 



111. 



ROZBÓJNICTWO. TOPOROWSKI I KOSTKA. OPRYSZKI ZIEMI HA- 
LICKIEJ. Środki zaradcze. Hersztowie szlacheccy. Be- 
SKiDNiCY. Bracia Białoskórscy i bracia Policcy. Udział 

DROBNEJ SZLACHTY W ROZBOJACH. WATAHOWIE WOŁOSCY. 

Między swawolnym luźnym żołnierzem a opryszkiem 
były bardzo płynne granice, bo taki n. p. »pułkownik« 
Toporowski, który w r. 1614 grasuje z rotą swoją ko- 
zacką w ziemi halickiej, dobywa miasta Kołomyji, zakłada 
w niem główną kwaterę i ztamtąd rozpuszcza rozbójnicze 
zagony w dalekie okolice, i przeciw któremu wyrusza cała 
szlachta halicka, urządzając na jego bandę przy pomocy 
chłopów zbiorową obławę, taki »pułkownik« jest już po- 
spolitym opryszkiem.^) Zwykłym też łotrem i zbójcą jest 
taki samozwaniec Alexander Kostka, zwany Napierskim, 
późniejszy herszt buntów chłopskich na Podgórzu w Kra- 
kowskiem, stronnik Chmielnickiego, kończący swój awan- 
turniczy żywot na palu w Krakowie, który na wiosnę 
1650 r. jako kapitan z pułku Krzysztofa Ubalda (Hou- 
waldta) grasuje w ziemi przemyskiej i łupi dwory szla- 



^) Agr. Halickie, tom 117 p. 1460. 



220 PLAGI ŻYWOTA 

checkie, napada na starostę wiszeńskiego Franciszka Ko- 
rytkę w Sądowej Wiszni, rabuje 6500 dukatów w gotówce, 
srebra, klejnoty, bogatą garderobę i t. p., tak że złupiony 
szlachcic taxuje sobie szkodę poniesioną na 200.000 zł.') 
Województwo ruskie zawsze bywało widownią roz- 
bojów i najwięcej po niem uwijało się zorganizowanych band 
zbójeckich, jakby na stwierdzenie przysłowia: »Na Rusi 
choćbyś Jezuity posiał, to przecież złodzieje się urodzą. « 
Zapobiedz temu chciano osobną konstytucyą, uchwaloną 
na sejmie r. 1588, która zaprowadzała w tem wojewódz- 
twie niejako wyjęcie poddanego z pod jurysdykcyi pań- 
skiej w sprawach, w których chodziło o rozbój, i obo- 
wiązywała szlachtę, aby chłopa obwinionego o rozbójni- 
ctwo zaraz stawiła w grodzie lub za niego ręczyła. Inna 
konstytucyą, uchwalona w r. 1613 także specyalnie dla 
województwa ruskiego, z uwagi, że »najdują się i po dziś 
dzień na pograniczu pokuckiem ludzie swywolni narodu 
szlacheckiego, którzy w majętnościach cudzych jakimkol- 
wiek sposobem mieszkając, bez wszelakiej przyczyny kupy 
łotrów zbierają, zagranicę do Wołoch i do Węgier wpa- 
dają, mordy i grabieże czynią,« nakazuje, aby wszyscy tacy 
przestępcy według przytoczonej powyżej konstytucyi z r. 
1588 imani i do grodu stawiani byli. Jak nadgranicze 
wołoskie w ziemi halickiej, tak znowu Karpaty graniczne 
polsko-węgierskie w ziemi przemyskiej i sanockiej były 
siedliskiem band zbójeckich, strasznych zarówno obu są- 
siednim krajom, bo na obie strony robiły wycieczki. Wielką 
trwogę rzucił w r. 1604 na ziemię sanocką niesłychanie 
zuchwały napad opryszków podgórskich, t. zw. Beskidni- 
ków, na Płonne, majętność kasztelana sanockiego Baltazara 
Stanisławskiego, którego dwór do szczętu splądrowano. 
Głośny ten swego czasu wypadek spowodował osobny 
uniwersał królewski, wzywający starostę i szlachtę całej 



^) Agr. Sanockie, tom 163 pp. 1072—8. 



PLAGI ŻYWOTA 221 

ziemi przemyskiej do zbrojnej wyprawy przeciw złoczyń- 
com. ^ W tym samym i następnym roku ziemia przemy- 
ska zaniepokojona była także bardzo gęstemi i śmiałemi 
rozbojami a mandat królewski wzywał starostę, aby do- 
raźnie imał i karał złoczyńców, niezważając na przywileje 
szlactieckie, a to na zasadzie jasnego prawa: Fur, latro, 
incendiarluSy viarum depopulator et praedo ubigue capiatur 
et deteneatur. 

Ziemia przemyska i sanocka, a w pierwszym rzędzie 
ekonomia Samborska bywały widownią gęstych rozbojów 
i łupieżczych napadów na dwory i sioła. Czem byli dla 
ziemi halickiej bukowińscy i mołdawscy watahowie, tem dla 
ziemi sanockiej i Samborskiej byli beskidnicy i spisnicy, gó- 
rale nadgranicznego węgiersko-polskiego pasma. Osobliwie 
okolice Homonny czyli Humienowa, włości należącej do 
węgierskiej rodziny Drugethów de Hommonay, jak nie- 
mniej dobra Rakoczych, bywały stałem siedliskiem opry- 
szków, którzy stąd wyprawiali się do Polski. Bywały 
lata formalnej trwogi, która nie ustępowała prawie trwogom 
tatarskim. W r. 1629 i 1630 węgierskie bandy beskidni- 
ków najbardziej dojęły szlachcie i ludowi Podkarpacia. 
Chłopi, poddani węgierscy z Bystrej, Lutni, Wołosianki, 
Zahorbia, Sławna, Użoka wyprawiali się w licznych ban- 
dach na dwory i sioła polskie. Na czele tych band stali 
dwaj głośni hersztowie, pop z Bystry i chłop Łapszun 
ze strony polskiej. Łapszun po trzykroć napadał na dwór 
Kazimierza Turskiego w Zwiniaczu, gdzie się spodziewał 
bogatego łupu. Pierwszy raz beskidnicy torturowali pod 
nieobecność męża Turską, chcąc wydrzeć jej wyznanie, 
gdzie mąż ukrył złoto, gotówkę i klejnoty, a nieznalazł- 
szy tyle, ile się znaleźć spodziewali, porąbali wszystkie 
sprzęty, wypróżnili spichlerz a zboże wysypali do rzeki, 
zrabowali i spalili kościółek. Pomagali im w tej robocie, 



^) Agr. Przemyskie, tom 141 p. 50. 



222 PLAGI ŻYWOTA 

kłóra całych sześć godzin trwała, także poddani Turskiego, 
chłopi z Zwiniacza, którzy potem wraz z bandą zbójecką 
uszli do Węgier. Odparci za drugim razem, wracają po 
raz trzeci, dwór równają z ziemią, 20 zagród chłopskich 
puszczają z dymem i zabierają około 100 sztuk bydła. Po- 
dobnegoż losu doznał Andrzej Dębicki. Beskidnicy wtar- 
gnąwszy z Węgier pod pozorem, że idą na wezwanie 
swego dziedzica Drugetha do Laszek (Mniszchowskich), 
zapadli w lasach, nocą otoczyli dwór Dębickiego w Stan- 
kowej, wdarli się do środka, zabili bawiącego w Stanko- 
wej młodego Stanisława Skarbka i dwóch ze służby; sa- 
mego Dębickiego, który zawarł się w alkierzu i bronił 
się mężnie, szturmem wzięli i srodze porąbali. Tym ra- 
zem chodziło opryszkom o uwolnienie kilku towarzy- 
szy swoich, których Dębicki pojmał był i uwięził u siebie. 
Jakoż uwolnili ich i zabrali z sobą, a jednego z nich, 
którego podejrzywali o zdradę, na miejscu ścięli. ^) Lu- 
dność z Bieszczadu, z Sturzycy, Polany, Ruskiego, Roso- 
chów itd. składała się prawie cała z zawodowych beski- 
dników i spisaków, a główną ich kwaterą były szałasy 
sturzyckie, zaś szefem sztabu pop sturzycki, który utrzy- 
mywał cały arsenał broni i przed wyprawą zbójecką do 
Polski rozdzielał półhaki, topory, spisy i smołowe pocho- 
dnie, któremi beskidnicy piekli swoje ofiary, aby ich zmu- 
sić do wskazania ukrytych pieniędzy i kosztowności. Nie- 
jaki Mudryk Dwernicki z Ustrzyk był głównym bankie- 
rem tych band, kupował od nich zrabowane rzeczy i po- 
życzał im na zastaw pieniędzy. Kiedy w r. 1648, w cza- 
sie zagonów tatarskich i kozackich, szlachta z ziemi lwo- 
wskiej i żydaczowskiej szukała schronienia, góry Sam- 
borskie zdawały się być bezpiecznym przytułkiem. Po- 
kazało się inaczej. Wygnańcy padali ofiarą beskidników, 



^) Agr. Sanockie, tom 151 pp. 112—115, 658—664 
897—903. 



PLAGI ŻYWOTA 223 

jak n. p. Marek Wysoczański, szlachcic bardzo zamożny, 
który schronił się do Boryni i ulokował tam wszystko, 
co tylko zdołał uwieźć z sobą, a więc bogate srebra, 
klejnoty, gotówkę, kosztowne zbroje i futra. Beskidnicy 
napadli nocą na dwór boryński, pomordowali dzieci, po- 
zabijali i poranili służbę i złupili wszystko, co przed ko- 
zakami uratował. W pościgu jednak, w który się za nimi 
puściła zaalarmowana ludność Boryni, pojmano dwóch 
członków tej bandy, i z ich konfesat dowiedziano się 
dopiero o szerokiej organizacyi nadgranicznych opry- 
szków i o ich spółce z chłopami po polskiej stronie. ') 

W czasie naszego opowiadania nie w samej tylko 
Polsce ale i we wszystkich krajach Europy grasowały hul- 
tajskie i zbójeckie bandy, nigdzie jednak nie było może 
tak trudno o ich poskromienie jak w Polsce, a już zwła- 
szcza w województwie ruskiem. Nie sam tylko brak czuj- 
nych i silnych władz wykonawczych był temu przyczyną — 
stał temu na przeszkodzie także i to w najznaczniejszej może 
mierze prawny stosunek chłopa do dziedzica. Głównego 
kontyngentu zbójeckiego dostarczali w Sanockiem i Sam- 
borskiem chłopi, a chłop stał pod jurysdykcyą i protekcyą 
swego pana. Nie wolno było pojmać obcego poddanego, 
nie wolno go było nawet bezpośrednio pozywać. O chłopa 
złoczyńcę trzeba było pozywać jego pana, domagać się, 
aby on sam stawił swego poddanego do grodu. Między 
sprawiedliwością a chłopem stał szlachcic jakby murem, 
który trzeba było przełamać pozwem i co za nim szło, 
długim i trudnym procesem. Ztąd pochodzi ta niezliczona 
ilość pozwów, wytaczanych szlachcie, któremi przepełnione 
są akta grodzkie, a w których chodzi o statuicyą t. j. o sta- 
wienie chłopów, o czynienie z nich sprawiedliwości za 
występki, popełnione w cudzym majątku. W każdym po- 
zwie o napad zbójecki stoi na samem czele pozwanych 

O Agr. Przemyskie, tom 375 pp. 1663, 1710—22 
i Agr. Sanockie, tom 161 pp. 2144 i dalsze. 



224 PLAGI ŻYWOTA 

imiennie złoczyńców ich dziedzic, tak że na kimś, co nie 
jest dostatecznie poznajomiony z stosunkami prawnemi 
tej pory, robi to wrażenie, jak gdyby ten dziedzic, magnat 
niekiedy i wysoki dostojnik, był hersztem tej bandy, która 
kogoś okradła, obrabowała lub zabiła. Ale nie brak wy- 
padków, w których wrażenie takie niezbyt daleko odbie- 
gało od prawdy. Spotykamy niejedną wskazówkę, że dzie- 
dzic tolerował wybryki swoich poddanych, a co gorsza, 
że z nich korzystał. Nie można tego twierdzić o szlachcie 
znaczniejszej, dobrze osiadłej, żyjącej na widoku i pod 
kontrolą równych stanowiskiem społecznem sąsiadów, ale 
pamiętać trzeba, że w odludnych i bezludnych ustroniach 
górskich, wśród przełęczy beskidzkich, w ^^^zarębach* Sam- 
borskich, skrytych, zapadłych i niedostępnych, wśród bo- 
rów i wertepów, siedział jak wilk niejeden mały szlachcic, 
pan na spłachciu owsa, na chudej połonińce ale i na garstce 
głodnych i dzikich poddanych, że siedziała tam osobna 
klasa ludzi, niezdecydowana i niesklasyfikowana co do 
swego społecznego stanowiska, cząstkowi i zagonowi pół- 
szlachcice, pół-opryszki, pół-chłopi, owi wójtowie strwiążcy, 
kniaziowie, krajnicy, łannicy, wolnicy, mający swoich chło- 
pów poddanych, swoją niezawisłość i swoją jurysdykcyę, 
czy to prawną czy tylko uzurpowaną lub zwyczajową. Były 
tam całe rody, których nie można zaliczyć ani do szlachty 
chodaczkowej ani do szlachty cząstkowej, ani do posesyo- 
natów w całem tego słowa znaczeniu, ani do zwykłych 
tenutaryuszów wójtostw i sołtystw, ani do właściwych 
kniaziów i krajników strwiązkich, a które co do praw i sta- 
nowiska swego łączą w sobie to wszystko razem. 

Ustawiczne a coraz zuchwalsze i częstsze rozboje 
tak w końcu dojęły szlachcie sanockiej, że w r. 1647 na 
sejmiku województwa ruskiego w Wiszni postanowiła 
uciec się do radykalnych środków i powzięła osobną 
uchwałę, której najważniejszym celem było właśnie oba- 
lenie zawady, jaką były prawa dziedzica w ściganiu zło- 



PLAGI ŻYWOTA 225 

czyńców chłopskich. Przekonała się szlachta, jak to sama 
w swojej uchwale powiada, >iźby to tam łotrostwo wę- 
gierskie nie miało do nas takowego przystępu, gdyby pod- 
dani nasi nie byli receptorami, zwodźcami i podobnymi 
tamtym łotrom «, i dlatego też postanowiła skrócić proceder 
przy stawianiu i wydawaniu winnych poddanych, umożli- 
wić szybkie przeprowadzenie sprawy przez odstąpienie od 
warunku delatorstwa, przez zniesienie expurgacyj i effi- 
dejussyj, t. j. wyręczania uwięzionego chłopa z więzienia, 
i przez niedopuszczenie excepcyi i apelacyi od wyroku, 
a równocześnie zniżyła znaczne stosunkowo koszta i taxy 
sądowe i grodzkie, stanowiąc, że cały proceder nie ma 
więcej kosztować nad jedną kopę. Sądy doraźne, prowa- 
dzenie -czarnych ksiąg,« paszporty szlacheckie, rodzaj po- 
licyi targowej, nałożenie obowiązku gromadnego ścigania 
zbójców na wsie i miasteczka, to miały być według tej 
uchwały dalsze środki przeciw beskidnictwu. Dwóch wia- 
rygodnych świadków wystarcza, aby złoczyńca na kwestę 
t. j. tortury był dany; kto in facto manuali pojmany albo 
lice na kogo by jawne było, temu żadna expurgacya nie 
służy, ale ma być zaraz gardłem karany. » Takowego też 
każdego złodzieja i szkodcę, gdyby kto w majętności swo- 
jej na świeżym uczynku albo w pogoni przy licu zeszedł, 
wolno go imać nie stawiając do grodu. Gdyby też uszko- 
dzony postrzegłszy szkodników na gwałt zawołał, w tejże 
wsi albo pobliższej drugiej i trzeciej, także w miastach 
i miasteczkach wszyscy na gwałt wypadać mają i rozbój- 
nik! łapać i do grodu oddawać powinni z tem wszystkiem, 
co się przy nich znajdzie, od czego gród nic brać nie ma, 
a takowych pojmańców nawet bez delatora omnibus re- 
iectis exceptionibus na gardle karać. A któraby wieś albo 
miasteczko na gwałt nie bieżało i rozbójników nie imało, 
takowe za szkodę płacić ma bez apelacyi. Warujemy so- 
bie przy tem, aby chłopi nasi do Węgier tak na robotę 
jako dla inszych potrzeb przez listów panów swoich nie 

15 



226 PLAGI ŻYWOTA 

chodzili a jeśliby przeświadczono pod którymkolwiek z nas, 
że jest taki poddany, który samowolnie bez listu pańskiego 
do Węgier zabiega, ma być za podejrzanego trzymany 
i wolno oń jako o nawodźcę i przewodnika pozwać które- 
mukolwiek szlachcicowi. Dokładamy i tego, że za dojściem 
tego prawdziwem, iżby z pod którego z nas rozbojem się 
który chłop bawił a potem powróciwszy się pod swego 
pana, chciał go jakimkolwiek sposobem przejednywać 
i pan przyjął go znowu pod się, tedy jeżeliby oń 
kto pozywał jako o rozbójnika, powinien go do grodu 
ad primam citacionem stawić.**) 

Ziemia halicka nawiedzana była przez bandy zbóje- 
ckie, które się organizowały w lasach bukowińskich i w gó- 
rach pokuckich. Szlachta tej ziemi, zgromadzona w r. 1606 
na wybory deputatów do Trybunału Lubelskiego, ^bacząc 
na świeże a codzień pomnażające się niebezpieczeństwa 
swawoli ludzi luźnych, na rozboje i plądrowanie domów 
szlacheckich i poddanych krajów naszych kupiących się 
w tak gorącym pożarze, zapobiegając dalszym niebezpie- 
czeństwom zdrowia, domów i majętności,* uchwala celem 
poparcia usiłowań starosty halickiego, wojewody bełzkiego 
Stanisława z Hermanowa Włodka, następujące laudum: 
^Obiecujemy, że jeśliby w majętnościach naszych za prze- 
wodem i faworem poddanych naszych takowe latrocinia 
pomnażały się, albo i z kupy rozpędzeni takowi łotrowie 
w majętnościach naszych najdowali się, a byli recentium 
spoliomm et praedae przez powołanie urzędowe notowani 
albo in recenti crimine za pojmaniem drugich poszlakowani, 
wolno będzie panu wojewodzie takowe złoczyńcę ła- 
pać, karać i egzekucyę nieodwłocznie rozkazać czynić, 
o co potem prawnie p. wojewoda rekwirowan ani inkwie- 
towan od żadnego z nas być nie może.« ') Było to więc 



*) Agr. Sanockie, tom 160 pp. 15—19. 

») Agr. Halickie, tom 112 pp. 1679—1682. 



PLAGI ŻYWOTA 227 

do pewnego stopnia zrzeczenie się dwóch klejnotów udziei- 
ności szlacheckiej: jurysdykcyi nad własnymi poddanymi 
i nietykalności domu — dowód, jak dalece bezpieczeństwo 
było zagrożone. 

Aby zapobiedz ustawicznym napadom zbójeckim, 
które organizowały się w pogranicznych pasach wołoskich 
i węgierskich, uciekać się trzeba było niekiedy do tak ra- 
dykalnego środka, jak zupełne zamknięcie przesmyków, 
ścieżek i dróg, t. j. wszelkiej komunikacyi między Polską 
a sąsiedniemi krajami. 'Rozkazujemy i koniecznie to mieć 
chcemy — opiewa uniwersał królewski z r. 1618 — aby- 
ście się wszyscy wspólnie do tego rzucili a pomienione 
miejsca, t. j. wszystkie brody, gościńce, przechody i ście- 
żki, któremiby kolwiek z Węgier do Korony i do sie- 
dmiogrodzkiej ziemi, także do Wołoch wozmi, końmi, 
pieszo, jezdnie i chodzić był zwyczaj, zarąbić, zamiotać 
i zarzucić jako najwarowniej rozkazali, nikogo z Węgier 
do państw naszych nie puszczając. A ktoby drogi takie 
odwalić i przechodzić śmiał, imać i do grodu bliższego 
odesłać, kto zaś takiego swawolnika i występcę do grodu 
odda, wszystkich rzeczy, towarów i kupi połowica onemu 
należeć będzie a połowica do dyspozycyi naszej przyj- 
dzie.* ^) Uniwersały i mandaty przeciw opryszkom i swa- 
wolnym bandom powtarzają się niemal co roku, świadcząc 
może bardziej o niedołęztwie władz bezpieczeństwa ani- 
żeli o niepokonanej trudności zapobieżenia tej ciężkiej 
pladze. 

Zdarzało się często, że bandzie zbójeckiej przewo- 
dził szlachcic, jeden z upadłej klasy tych herbownych szu- 
brawców, którzy w zapiskach grodzkich figurują pod za- 
bawną nazwą: golotae et odardi; pewnego kontyngentu 
tak opryszków jak hersztów dostarczała szlachta choda- 
czkowa i zagonowa. Niekiedy banda naśladowała organi- 



Agr. Halickie, tom 118 pp. 726—7. 

15* 



228 PLAGI ŻYWOTA 

zacyą swą formę roty swawolnej i miała swoją chorągiew, bę- 
bny i kotły. Tak wyglądała banda zbójecka szlachcica Woj- 
ciecha Żel)rowskiego, który w r. 1611 rozsiewał postrach 
w ziemi przemyskiej, dopóki go nie rozbił dziedzic Ostro- 
wa, Mateusz Ostrowski, który napadnięty we wsi swojej 
i w dworze przez bandę Żebrowskiego, nietylko że się 
obronił, ale rozprószył opryszków, odebrał im czerwoną 
chorągiew z krzyżem, wziął kilku żywcem i do grodu 
odstawił, gdzie ich ścięto. *) W halickiej ziemi dokazywał 
około r. 1626 na czele bandy ^maleficorum notatorum na- 
zwanych opryszki,« jak się wyraża zapisek grodzki, szlach- 
cic Andrzej Górski, który korzystając z tego, że szlachta 
wyruszyła na doroczne okazowaniedo Halicza, napadł na 
dwór Stanisława Szpądowskiego w Chocimierzu, gdzie 
pozostały tylko kobiety z nieliczną czeladzią. Ale dzielna 
szlachcianka, pani Szpądowska, broniła się uporczywie 
i walecznie w swoim obostrożonym domu, mimo że ra- 
busie strzelali »z hakownic, muszkietów, jańczarek, łuków 
i rzucali wekierami,« i doczekała się w ostatniej chwili 
szczęśliwie odsieczy, bo kiedy już zbójcy przypuścili 
szturm i rąbać poczęli ostrokofy, nadjechał z okazowania 
z Halicza sam Szpądowski z swoim pocztem, uderzył na 
opryszków i zmusił ich do ucieczki. Między bronią po- 
zostawioną przez nich na placu boju, którą zwycięzca 
odwiózł do grodu, było kilkanaście sztuk specyalnej broni 
zbójeckiej, t. zw. >opryszkowskich wekier« czyli siekierek.^) 
Niejaki Wojciech Pamiętowski, szlachcic nieosiadły, zgoło- 
ciały, zebrawszy 200 chłopów z Łyskowic, Korszowa, 
Lachowic, trybem tatarskim — ad instar Tartarorum — 
napadał na wsie i dwory w ziemi halickiej, jak n. p. na 
Dołhe i Horyszne podkomorzego Andrzeja Poniatowskiego, 



') Agr. Przemyskie, tom 327 p. 1671. 
«) Agr. Halickie, tom 123 p. 806—8. 



PLAGI ŻYWOTA 



229 



któremu tak jak i jego poddanym zabrał wszystko, co się 
tylko unieść, uwieźć lub uprowadzić dało. O 

W górach sanockicłi istniały około r. 1629 osobne jaski- 
nie zbójeckie, w których układały się plany wypraw, przygo- 
towywały się zasadzki i ukrywały się zrabowane kosztowno- 




Fig. 26. 

Herszt Beskidników. 
Z współczesnego malowidła. 

ści. Gospodarzem bywał jakiś skończony łotrzyk, najczęściej 
wywołaniec nie mający nic do stracenia, niekiedy imiennik 
lub wyrodny członek bardzo poczciwej rodziny, niego- 
dny swego szlacheckiego pochodzenia i nazwiska. Takiemi 



1) Agr. Halickie, tom 127 p. 1471. 



230 PLAGI ŻYWOTA 

jaskiniami były Hołuczków i Gwoźnica. W Hołuczkowie 
a właściwie pod tą wsią na odludziu utrzymywał taką go- 
spodę zbójecką ów Ramułt, o którym już obszerniej była 
mowa w pierwszym rozdziale tej książki, w Gwoźnicy miał 
spółkę, czyli t. zw. przewodnią z opryszkami niejaki Paweł 
Zaklika, wywołaniec, skazany w r. 1629 za zabójstwo po- 
pełnione na Pawle Domaradzkim na infamię i proskrypcyę. 
Kiedy się znalazł dzielny szlachcic, Alexander Gizowski, 
który pojmał i odstawił do grodu jednego z należących 
do bandy gwoźnickiej łotrzyków, niejakiego Dzikowskiego, 
odkryła się cała jej organizacya. Znaleziono w Gwoźnicy 
ceduły i awizy zbójeckie, z których przytoczymy tu jedną 
próbkę: »Mości Panie Zaklika — pisze niejaki Daniel Wi- 
słocki — Wiem zapewne, iż jeden kupiec Kazimirski je- 
dzie w kraj podgórski dla skupienia maseł i innych legu- 
min ; ma kilka tysięcy złotych, który jeśliby tamtędy blizko 
WMości jachał, jakoż mu tamtędy droga przypada, raczy 
WMość onego przeszpiegować i opatrzeć, gdyż szkoda 
okazyi takiej opuścić dobrej. Jeżeliby minął, pewnie na 
mojem skrzydle, które trzymam, onemu skonać przyjdzie. 
Poszlij WMość swojego Miękickiego, aby nań czuwał 
jutro, jako przed wieczorem właśnie ma tamtędy jachać. 
Ja też nie będę zasypiał, tylko dla Boga ostrożnie Wmość 
postępuj sobie i to pisanie moje zgub albo spal, proszę. Je- 
żelibyś Wmość co gdzie wiedział nam być potrzebnego, 
daj mi Wmości znać; przyjadę i pomocy dodam, a o ko- 
nie, które tam Wmości posyłam, aby były w dobrem cho- 
waniu, proszę. Winnien jestem odsłużyć. Dan, gdzie 
Wmość wiesz.« Dzikowskiego stracono w Sanoku; co się 
stało z innymi, milczą akta sanockie.*) 

We Lwowie rozbijali bracia Białoskórscy, pode Lwo- 
wem bracia Policcy. Białoskórscy, synowie burgrabiego 

*) Agr. Sanockie, tom 150 p. 1660 — 1 itomlSl pp. 
1169, 1174. 



PLAGI ŻYWOTA 231 

Wysokiego Zamku, wyuzdani łotrzykowie, grasowali około 
roku 15Q0 po nocach w samym Lwowie i na jego przed- 
mieściach, popełniając gwałty i rabunki, a dniami chowali 
się na Wysokim Zamku, który był pod dozorem ich ojca. 
Zamek stał się tym sposobem jaskinią zbójecką, a miesz- 
czanie lwowscy nie mogąc znaleźć satysfakcyi ani u ojca 
wyrodnych synów ani u starosty, uciekli się z swojemi 
skargami do sejmiku wiszeńskiego, na którym rajca Jelonek 
zażądał interwencyi szlachty. Uniesieni żądzą zemsty Bia- 
łoskórscy szpiegowali Jelonka i zasadziwszy się w lesie 
bartatowskim napadli na przejeżdżającego i byliby go nie- 
ochybnie zamordowali, gdyby nie przybył mu był niespo- 
dziewany sukurs w gronie podróżnych, które właśnie las 
mijało. O W trzydzieści kilka lat po Białoskórskich, dwaj 
szlachcice osiadli w Sokolnikach pode Lwowem, bracia 
Policcy, z których młodszy Andrzej miał dopiero lat 
siedmnaście, stawają na czele bandy zbójeckiej, złożonej 
z własnej czeladzi, wśród której główną figurą był szlach- 
cic Ostrowski, z chłopów sokolnickich Joba, Florka i kilku 
innych, a w końcu z Lisowczyków, których około piętna- 
stu należało do wypraw zbójeckich. 

Policcy przez dwa lata tuż w bezpośredniem pobliżu 
ruskiej stolicy uprawiają rzemiosło zbójeckie, urządzają 
zuchwałe napady, rabują i mordują podróżnych, trzymają 
w ustawicznej trwodze przedmieszczan a także i mieszczan 
lwowskich, posiadających po za murami miasta folwarki, 
letnie dworki i pasieki. Banda Polickich utrzymuje osobnego 
bardzo sprytnego szpiega, niejakiego Gąsiorowskiego, który 
maskuje się i przebiera w najrozmaitszy sposób, za chłopa, za 
pielgrzyma, za mnicha, za żyda, przebiega okolicę, wy wiaduje 
się o bogatych ludziach, bada sprzyjające okoliczności i uła- 
twia zbójcom nocne wyprawy. Niezliczony szereg gwał- 
tów, rabunków i okrucieństw popełniają bezkarnie Policcy. 

*) Zimorowicz, Opera, p. 149. 



232 PLAGI ŻYWOTA 

Napadłszy na folwark mieszczanina lwowskiego Krzyszta- 
nowicza, łupią go doszczętnie, a trzy osoby, które tam 
zastali, zabijają, wiążą trupy razem »ręka do ręki, noga do 
^ogiy i głowy do dołu obróciwszy, rzucają w studnię.^ 
Zbrodni tej przewodzi siedmnastoletni Andrzej! »Po te 
czasy niebezpieczno się było z miasta wychylić — powiada 
współczesne świadectwo — na gościniec i na drogę pokazać, 
ale raczej potajemnie i w niemałej kupie trzeba było prze- 
bywać; alias szczęśliwy, kto bez szkody został i zdrowo 
się wrócił.* W śledztwie, jakie się toczyło na ratuszu po 
pojmaniu jednego z głównych członków bandy, wspo- 
mnianego już Ostrowskiego, wszyscy świadkowie ^zeznali 
w jedne słowa, a mianowicie, którzy mieszkają na Stą- 
clowskiej Woli i w Kulparkowie, że wszystka ulica 
i wszystkie przedmieścia po tej stronie, po której Policcy 
jeździli do Sokolnik, pokoju nie miały; uciśnienie wielkie, 
przenagabywania, napaści tak od samych Polickich jak od 
służków ich i od chłopów sokolnickich. Większy i cięższy 
mieliśmy niepokój i strachy niźli od nieprzyjaciela; musiał 
się więc każdy zawierać w domu swoim, rzadko kto się 
wysiedział w spokoju; każdy z nas lękał się z domu na 
drogę wychylić, jechać i przed domem nawet stać. Całe 
dwie lecie taki zbrodnie robili bez przestanku... Hajduka 
Jego Król. Mości, dobosza, który szedł z miasta, starszy 
Policki zabił; pytał go: »Coś ty za drab?< Powiedział mu 
hajduk, żem ja nie drab, alem jest dobosz Jego Król. 
Mości. »A dobosz, dobosz !« za temi słowy ciął go zaraz 
w szyję i zabił. Stało się to przed kościołem Maryi Ma- 
gdaleny. «i) 

Rzuca to najsmutniejsze światło na ówczesne władze, 
które miały czuwać nad publicznem bezpieczeństwem, że 
nie ręka sprawiedliwości, nie interwencya jakiejś publicznej 
magistratury, ale całkiem osobisty, prywatny odwet położył 



^) Acta Co n su 1 aria miasta Lwowa, tom 33 p. 1156. 



PLAGI ŻYWOTA 233 

ostatecznie w r. 1625 kres łotrowstwu Polickich. Mieli oni 
tyle zuchwalstwa, a raczej tak byli przekonani o swojej 
bezkarności, że rozbijawszy nocą, dniami otoczeni zbrojną 
zgrają uwijali się po przedmieściach lwowskich a nawet 
po samem mieście. Pewnego dnia podochoceni trunkiem, 
konno, z rusznicami w ręku, z których ciągle strzelali 
szerząc popłoch między ludnością, wszczęli burdę przed 
domem mieszczki Kapinosowej pod kościołem Bernardyń- 
skim, u której stanął był gospodą Mikołaj Cetner, i w bur- 
dzie tej wywołanej przez Ostrowskiego, starszy Policki, 
Jakób, dwoma strzałami z półhaka zamordował Stanisława 
Głembockiego. »Z pany Ołembockimi poszedłem do go- 
spody p. Mikołaja Cetnera — opowiada zajście to szla- 
chcic Jan Siedlecki — był nam rad; tam się bawiąc, nad- 
jechawszy Ostrowski przed gospodę, strzelił. Wyjrzę p. 
Cetner i rzecze: »A bracie, kiedy by to nie strzelać I^ic 
Odpowie: » Wolno mi strzelać.* P. Cetner na to: »A roz- 
bójniczkowie, a kiedyby to do obozu!- i zawoła na chło- 
pca, aby mu dał szablę. Wyszliśmy przed sień; tam 
Ostrowski zaraz w kupę do nas strzelił, nie trafiwszy 
nikogo. Rzecze p. Ołembocki: ^>Sam jedno, sam; nie ufaj 
w tę ruszniczkę!« Zsiadłźe on Ostrowski z konia i zaciął 
się z nieboszczykiem, a Policki starszy przypadłszy zastrzelił 
p. Ołembockiego.«^) 

Bracia zamordowanego, Mikołaj i Paweł Ołemboccy, 
rzucili się w pościg za Polickimi. Dowiedzieli się, że 
matka ich, drugiego małżeństwa Sarnowska, przebywa 
wraz z córką swoją, którą nazywano Sarno wszczanką, 
w Hodowicy, majętności kapituły lwowskiej, w domu 
kmiecia Seńka, gdzie Policcy urządzili sobie skład zrabo- 
wanych rzeczy. Dobrawszy sobie pewnej liczby zbrojnej 
czeladzi napadli Ołemboccy nocą na mieszkamie Sar- 
nowskiej i wtargnąwszy przemocą do domostwa, pojmali 



') Ibidem, p. 1042. 



234 PLAGI ŻYWOTA 

tam młodszego Polickiego, nie bez oporu jednak i walki 
zaciętej, w której Sarnowszczanka, piękna i młoda dzie- 
wczyna, padła trupem, trzema kulami przeszyta. Dlaczego 
ją zabito, czy brała czynny udział w zbrojnym oporze 
przeciw Ołembockim, czy zasłaniała piersiami swemi brata, 
czy zat)łąkane w nocnej strzelaninie kule ugodziły ją przy- 
padkiem tylko, tego nie wyjaśnia zaniesiona do akt grodz- 
kicłi protestacya matki, która obwiniając Ołembockicłi o za- 
mordowanie swojej córki, zarzuca im także, że z zabitej 
zwlekli czamarę i że zrabowali 1000 zł. w gotówce.*) 
Pojmanego Polickiego oddali Głemboccy do więzień ratu- 
szowycłi, gdzie go wrzucono do »Gelazynki,« najstraszniej- 
szej z cel podziemnycłi. Miał stawać wraz z pojmanym 
zaraz po zamordowaniu Głembockiego Ostrowskim przed 
sądem kryminalnym mieszanym, t. zw. iudicium compositum, 
ale starosta lwowski Mniszecłi odebrał go z więzień miej- 
skicłi i umieścił w zamkowycłi. Skończyło się na ukaraniu 
samego tylko Ostrowskiego, który dwa razy brany na 
tortury, skazany został na ścięcie, podczas gdy Andrzeja 
Polickiego za dekretem trybunału wypuszczono na wolną 
stopę, albowiem, cłiociaż miał trzy stwierdzone morder- 
stwa na sumieniu, nie był pojmany na gorącym uczynku, 
non in recenti et manuali facto}) Zaraz po s wojem uwol- 
nieniu Andrzej Policki zasypał pozwami Ołembockicłi 
o gwałtowne pojmanie, a rajców, ławników, wójta i bur- 
mistrza miasta Lwowa o bezprawne więzienie. 

Z drobnej szlacłity, biorącej udział w zbójeckicli na- 
padacłi, spotykamy w halickiej ziemi Źurakowskicli, w prze- 
myskiej Komarnickicłi, Wysoczańskicłi i Czernickicłi. Łu- 
kasz Wysoczański wspólnie z Wasylem Czernickim mieli 
zorganizowaną bandę opryszków, głownie cłiłopów z Wy- 
sokiej. W r. 1624 banda ta napadła na dwór Jana Romera 



^) Agr. Lwowskie, tom 377 p. 484. 
^) Ibidem, p. 1314. 



PLAOI ŻYWOTA 235 

W Chyszowie, zabiła go a z łupem uciekła w góry.^) Sie- 
dmiu Żurakowskicłi (Fedio, Iwaś, Micłiajło i t. p.) napa- 
dają w r. 1623 ze zgrają »Wołocłiów, Serbów i Czerkie- 
sów,« jak czytamy w protestacyi, na dwór Andrzeja Źo- 
łądzia, i gdy się dobyć • do niego nie mogą , podkładają 
ogień i zmuszają oblężonego do ucieczki, a pojmawszy 
go, gaszą ogień wzniecony, rabują gotówkę, srebro, klej- 
noty, pojmanego zaś Źołądzia biorą z sobą do Staruni 
a następnie w dalekie lasy i góry i tam go zabijają. W gwał- 
cie tym jednak, który ma wszystkie cecłiy rozbójniczego 
napadu, odgrywać musiała także rolę jakaś śmiertelna waśń 
rodzinna, bo Źołądź był ożeniony z Żurakowską.*) Zbro- 
dnia ta uszła bezkarnie i ośmieliła innycłi do równie zu- 
chwałycłi pogróżek a nawet i czynów. Szlachcic Zagwoj- 
ski najechawszy zbrojno ale bezskutecznie sąsiada swego 
Trofana Drohomireckiego, woła nań: » Nasłałem był na cię, 
aby cię było zabito, ale ponieważeś ty od tej rany nie 
umarł, wiedz o tem, że ty moich rąk nie ujdziesz; przed- 
się cię zabiję i ciało twoje zagubię, jako Źurakowscy za- 
gubili Źołądzia, i nie będzie mi nic o to, jako i za Źołą- 
łądzia żaden gardła nie dał.«*) Komarniccy, szlachta zago- 
nowa, zamieszkała w górach Samborskich, na samem po- 
graniczu Węgier, dostarczyła kilku głośniejszych w ziemi 
przemyskiej hersztów, a między nimi najwięcej broił Kość 
(Konstanty) Komarnicki,. zwany Czerleny, który miewał 
porozumienie z węgierskimi sabatami, urządzał wycieczki 
rozbójnicze na oba boki Beskidu, napadał przejeżdżających 
z Polski lub do Polski kupców i podróżnych. W r. 1605 
wysłał ks. Janusz Ostrogski, kasztelan krakowski, dwo- 
rzanina swego z oddziałem czeladzi z Hutar do lasów be- 
skidzkich na czaty i dla obrony dóbr położonych na wę- 



*) Agr. Sanockie, tom 150. 

2) Agr. Halickie, tom 121 p. 1777. 

») Agr. Halickie, tom 126 p. 593. 



236 PLAGI ŻYWOTA 

gierskiej granicy przed sabatami Bocskaja; Kość Czerleny 
wraz z bratem swoim Andryjem Komarnickim zasadzili się 
na ten oddział, założyli mu drogę w lesie pościnanemi 
w tym celu drzewami, opadli go z nienacka, dworzanina 
zabili i trupa obdarli, kilku z czeladzi posiekli, broń, ko- 
nie, wozy zabrali J) Inny Komarnicki, z przydomkiem Mo- 
tykowicz, napada wracającego z Polski do Węgier wła- 
dykę munkackiego Jerzego, rani i rozpędza mu służbę, 
jego samego wyrzuca z karety i zabiera mu wszystko, co 
tylko ma przy sobie. 

Ziemia łialicka była właściwą krainą opryszków; oso- 
bliwie Pokucie było osławione. Cłiłopi niektórycłi okolic, 
jak n. p. Pniowa, Peczeniżyna, Rungur, Krzywołuk, dostar- 
czali głównego kontyngentu do zorganizowanycłi band 
zbójeckicłi. Około r. 1621 bandy te grasowały w zastra- 
szający sposób. Na czele bandy stał wataha^ a jednym 
z najgłośniejszycłi watałiów był cłiłop Hryń Kardasz. 
Opryszki miały »przewodnią« t. j. spółkę z zbójcami w la- 
sacłi bukowińskicłi, na którycłi czele stał Bernawski i Mu- 
staca, watałia dorołiiński. Posiłkowani przez Wołocłiów, 
zaopatrywani w broń przez Bernawskiego i Mustacę, 
opryszkowie cłiłopscy wykonywali napady na dwory szla- 
checkie, ubiegali nawet obronne zamki. Głośnym był icłi 
napad na zamek Alexandra Kuropatwy w Pniowie. Jeden 
z służby zamkowej wskazał im miejsce, w którem można 
się było podkopać i dostać do zamku. Korzystając z tej 
wskazówki banda złożona z 48 opryszków, między któ- 
rymi był także szlacłicic Berezowski, wtargnęła podkopem 
w nocy do zamku. Opryszki mieli polecenie pana unikać, 
panią zabić, dzieci pościnać, zamek splądrować, spalić, 
a całą stadninę zabrać i przyprowadzić Bernawskiemu. 
Program ten tylko w części wykonano; Kuropatwinę 
porąbano. Kuropatwę raniono także postrzałem z łuku. 



*) Agr. Przemyskie, tom 321 p. 1501. 



PLAC ŻYWOTA 



237 



złoto, klejnoty i pieniądze zrabowano. W odwrocie z tej 
wyprawy wpadli jednak zbójcy w zasadzkę, urządzoną 
na nich przez chłopów peczeniżyńskich, którzy odebrali 
im cały łup pniowski. ^) Ta sama banda obrabowała pod 
Śniatynem dwór Poniatowskiego, a jego samego zabiła. 
Kuropatwa wytoczył po tym rabunku proces Tęczyńskim, 
spadkobiercom Jana, wojewody krakowskiego, których 




Fig. 27. 

Beskidnik. 
Rysunek z Aktów Lwowskich. 



poddani z Rungur i Peczeniźyna mieli czynny udział w na- 
padzie. Opryszki haliccy korzystali z każdej inkursyi tatar- 
skiej, aby wśród powszechnego zamętu i trwogi urządzać 
napady pod maską tatarską. Robili tak chłopi peczeni- 
żyńscy, którzy dobrawszy sobie opryszków z Węgier 
i Wołoch przebiegali okolice w sile około 300 ludzi 
uzbrojonych w rusznice, łuki i spisy i z okrzykiem: 



^) Agr. Halickie, tom 120 pp. 164—169. 



238 PLAOI ŻYWOTA 

Hałaj! halaj! napadali na dwory i sioła, rabowali cer- 
kwie, nie przepuszczając popom i chłopom, którym osta- 
tnie mienie zabierali. Pamiętny był w całej ziemi halickiej 
bunt rozbójniczy chłopów z Laskowic, Mogilnicy, Chmie- 
Jówki i Romanowa, którzy w r. 1641 w porozumieniu 
z domownikami opanowali zameczek mogilnicki Jakóba 
Poniatowskiego w czasie gdy tenże był nieobecny, i do- 
puścili się gwałtów i rabunków na wielką skalę. Potrzeba 
było dragonów Maryi Mohilanki Firlejowej i syna jej 
z pierwszego małżeństwa Piotra Potockiego, aby wypa- 
rować chłopstwo z zameczka i położyć kres dalszym roz- 
bojom. 



IV. 

Zły sąsiad. Zatargi o miedzę. Ligęza i Humnicki. Zdra- 
dzieckie DOMY. Rosińscy. Obrazek z natury. Krwawe 

BIESIADY. DePREKACYE. 

Zły sąsiad, miecz nad głową, wieczna infamija, 
Wielka to dla szlachcica jest melancholija ! 

Do najgorszych utrapień życia zalicza to dictum 
ówczesne złego sąsiada, podobne w tem do znanego po- 
dania o Floryanie Szarym i powstaniu herbu Jelita. Było 
w tem wiele racyi; zły sąsiad gorszy był pod niejednym 
względem nawet od Tatarzyna i swawolnego żołnierza, 
bo ci przyszli i poszli, a sąsiad ciągle siedział na karku 
i ciągle żyć nie dawał. Te same były okazye i powody do 
waśni sąsiedzkich, co i dzisiaj, z wyjątkiem spraw o zbie- 
głego chłopa, tylko że dziś nikt, aby dokuczyć sąsiadowi, 
nie powiesi mu przed oknami chłopa-złodzieja, jak to uczy- 
nił Alexander Giedziński, który aby zdespektować sąsiada 
Michała Poniatowskiego, z którego dworem w Przewoźcu 
bezpośrednio grunta jego się stykały, kazał na szczycie 
góry, ^>na samym prospekcie« jego mieszkania postawić 
szubienicę i wykonać rzeczoną egzekucyę; nikt nie urzą- 
dzi mu » kociej muzyki « w formie dzikiego polowania, jak 



240 PLAGI ŻYWOTA 

to uczynili w r. 1633 Kłodziccy, na których żalą się prze- 
śladowani przez nich sąsiedzi Chordkowie, >że okazyj 
różnych szukają, aby im tylko mogli na zdrowie nastąpić, 
częstemi kontemptami znieważają, w odpowiedzi strasznej 
zgładzeniem ich ze świata szczycą się, ludzie na żywot ich 
poduszczają, w głos jawny i oczywisty mówią: >Zabij mi 
tylko młodszego, z starym łatwiej; pojednamy to bardzo 
prędko « — a teraz zebrawszy myśliwców z trąbami ró- 
żnemi, nie aby polować, ale aby despektować, aż pod 
dwór p. Chordki starego w Siemiginowie przyjechawszy, 
psy zapuściwszy, trąbić rozkazali, szczwali, polowali, a po- 
tem do wsi przyjechawszy i psy strąbiwszy, znowu je 
rozpuścili « — nikt nie zrobi, jak zrobił w r. 1611 Walenty 
Jaksmanicki, który Stanisława Porudeńskiego z Bonowa 
wita na swoich progach uderzeniem w twarz, dając tern 
hasło swojej służbie, która rzuca się na nieszczęśliwego 
gościa i kładzie go trupem na miejscu, podczas gdy go- 
spodarz woła: ^Zdejmijcie tę żmiję z mojej głowy. <^ ^) 

Jakie bywały stosunki sąsiedzkie, ile najrozmaitszych 
przyczyn lub tylko pozorów nastręczały do nieporozumień, 
żalów, wzajemnych pretensyj, zajść gwałtownych, pozwów 
i procesów, o tem da nam najlepsze wyobrażenie fakt, że 
kiedy między Magdaleną Krasicką, kasztelanową sanocką, 
wtórego zaś małżeństwa Korycińską, starościną ojcowską, 
a Jerzym Krasickim, starostą dolińskim, przyszło nareszcie 
w r. 1632 do prób kompromisu, wytoczono przed sąd 
obywatelski, w którym superarbitrem był Samuel Sieciń- 
ski, podkomorzy sanocki, ni mniej ni więcej tylko ośm- 
dziesiąt siedm spraw i grawaminów, a wszystkie 
z dwóch czy trzech lał ostatnich! Jakąkolwiek tylko 
stronę sąsiedzkiego życia pomyśleć sobie można, każda 
z nich figurowała w tej nieskończonej litanji zatargów 



1) Agr. Przemyskie, tom 327 p. 1500, i tom 328 
pp. 25, 333. 



PLAGI ŻYWOTA 241 

i krzywd wzajemnych — były to spory o granice, o lasy 
o kamień, o pastwiska, o szkody polowe, o zagrabione 
rzeczy, o wodę, ogień, ziemię i powietrze — a już naj- 
więcej o chłopów poddanych, czy to zbiegłych, czy też 
nieukaranych za jakieś winy i prawdziwe i urojone. *) 
Arbitrowie pracowali kilka tygodni, spisali grube foliały— 
ale kompromis nie przyszedł do skutku. W ziemi sano- 
ckiej, gdzie nie było latyfundyów i gdzie szlachcic siedział 
tuż obok szlachcica, a czasem szlachcic na szlachcicu, 
jakby to powiedzieć można o wypadkach, w których ja- 
kaś wieś podzielona była na części, t. zw. sortes, i miała 
dwóch właścicieli, dwa dwory, dwie gromadki zbyt licznej 
a niesfornej służby — przychodziło do bezustannych nie- 
porozumień, które zaczynały się od zajść małych, przecho- 
dziły w pozwy, rozpalały się w namiętną nienawiść a koń- 
czyły rozlewem krwi a nawet śmiercią jednego albo 
obudwóch przeciwników, jak to n. p. stało się w r. 1624 
w Kreczowie, gdzie najpierw w zajściu sąsiedzkiem ginie 
jeden współdziedzic Jan Chmiel za przyczyną drugiego, 
Jana Zadorskiego, a zaraz tegoż samego roku ginie i Za- 
dorski za przyczyną owdowiałej Chmielowej. *) 

Nie pomogła przeciw złemu sąsiadowi cierpliwość, 
nie pomogło uciekanie się pod opiekę prawa. Kto się 
w nieporozumieniach o granicę zdał na komisyę podko- 
morską a spór innego rodzaju chciał zakończyć na są- 
dach ziemskich, ten często doświadczał tego, co n. p. spo- 
tkało Krzysztofa Skopowskiego od Marcina Kazanow- 
skiego albo chorążego podolskiego Alexandra Cetnera od 
starosty czerwonogrodzkiego Franciszka Daniłowicza. Oba 
wypadki są prawie typowe. Skopowski miał spór grani- 
czny z Kazanowskim i pragnął go załatwić interwencyą 
urzędu podkomorskiego. Chodziło o granice między Chle- 

^) Agr. Sanockie, tom 151 pp. 1604 — 6. 
^) Ibidem, pp. 728, 988—992. 

16 



242 PLAGI ŻYWOTA 

biczynem Skopowskiego a Korszowem Kazanowskiego. 
Zjechał na miejsce komornik graniczny ziemi halickiej, 
Wojciech Wiczkowski, i przystąpił do wstępnej formalno- 
ści, t. j. do t. zw. fundowania jurysdykcyi. Kazanowski 
postanowił gwałtem udaremnić urzędowanie. »Towarzy- 
stwo roty swej i pacholików wielką liczbę z stanowiska 
własnego z Tustań i Siemakowic w zbrojach i z strzelbą 
rozmaitą, jako półhaki, muszkiety i z łukami, także pie- 
choty gwardyą niemałą z armatą, których ludzi było wię- 
cej niż 500 zwiódłszy* wyruszył na pola, obsadził właśnie 
sporne grunta, uszykował na nich żołnierzy swoich w hufce 
i przyłożywszy sam lont do panewki rusznicy oświadczył, 
że od tego miejsca na piędź dalej komornikowi postępo- 
wać nie dopuści, urągając, że wolno mu jednak posunąć 
się dalej »po niebie albo pod ziemią albo przeskoczyć. < 
Na zapytanie komornika, »jeśliby jakiemi racyami prawnemi 
tego bronili, odpowiedzieli, że prawa nie mamy, ale tego 
prawem i lewem tu bronimy, i gardła przy tem poło- 
żyć jesteśmy gotowi. « Komornik musiał ustąpić, a Kaza- 
nowski » trochę odjechawszy, strzelbę ogromną wypuścić 
rozkazał i za Skopowskim i za komornikiem; więcej niż 
100 razy strzelono. « *) 

Kiedy się wytoczył spór sąsiedzki między Cetnerem 
a Daniłowiczem na sądach ziemskich lwowskich, Daniło- 
wicz przywiódłszy z sobą oddział swoich dworskich dra- 
gonów pod komendą kapitana Mari i ukrywszy ich w po- 
bliżu, wszedł do sali sądowej i począł lżyć Cetnera, który 
jak sam powiada, »z rewerencyi dla sądu odpowiedział 
modeste.<^ Na to Daniłowicz wielkim głosem zawołał na 
swoich dragonów i wraz z nimi rzucił się na Cetnera, 
nie zważając na powagę miejsca. Cetner zaledwie miał 
czas skoczyć pod stół i tam .się ukryć, a wtedy Daniło- 
wicz i jego żołnierze, nie mogąc go inaczej dostać, po- 



1) Agr. Halickie, tom 117 z r. 1614 p. 1438—1440. 



PLAGI ŻYWOTA 243 

częli kłuć go sztychami szabel i byliby go niezawodnie 
na śmierć zakłuli, gdyby nie zbiegła się szlactiła i nie po- 
wstrzymała gwałtowników. Tym razem jednak wybryk ten 
nie uszedł bezkarnie; trybunał skazał Daniłowicza na rok 
i 6 tygodni wieży, na karę pieniężną 3400 grzywien, z któ- 
rej połowa miała się dostać Cetnerowi, i na opłacenie ran 
temuż zadanycłi, co według taksy wyniosło 240 zł. Kapi- 
tan Mari skazany został in contumacia na infamię i na 
ścięcie, ale uciekł wcześnie i kara go nie dosięgła. Dani- 
łowicz zapłacił zaraz wszystko, co mu zapłacić dekret na- 
kazał, i zaczął nawet odsiadywać wieżę, ale na wiadomość 
o cłiorobie żony za wiedzą i zezwoleniem Cetnera poje- 
cłiał do domu. ^) 

Nie potrzeba było zresztą nieporozumienia o gra- 
nice, nie potrzeba było procesu — najmniejsza drobnostka 
dawała powód do zwady a zwada do formalnej wojny 
sąsiedzkiej. Oto mały, wcale ctiarakterystyczny obrazek 
z ówczesnego życia: Andrzej Ligęza i Jerzy Humnicki 
spotkali się w r. 1595 z sobą u wspólnego sąsiada Der- 
śniaka w Rokitnicy i tam się przymówili, ale jak opo- 
wiada świadek Jan Pieniążek, potem byli w milczeniu aż 
do jacłiania p. Ligęzinego do imienia swego. Jadąc przez 
imię p. Humnickiego — są dalsze słowa Pieniążka — 
sługa pozad jadąc, na psa, który szczekając konia za nogi 
kąsał, strzelił ale go nie zabił. Nazajutrz zaraz p. Humni- 
cki posłał sługę swego do p. Ligęzy do Jaćmierza, który 
przy bytności wielu ludzi a mianowicie przy p. Krzysztofie 
Tarnowskim mówił: »Ligęzo! kazał się mój pan pytać, 
jeślibyś wczoraj jadąc przez wieś pana mego na despekt 
panu memu strzelał na dom jego?« Które takie pytanie 
nietylko p. Ligęzę ale i tamtych ludzi, którzy tam byli, 
obrażało i snąć mówili, ażeby temu słudze p. Ligęza dał 



1) Agr. Lwowskie, tom 394 pp. 857—863, 868, 
i tom 395 p. 1339. 

16* 



244 PLAGI ŻYWOTA 

kijem za takie nieuszanowanie. Potem on shiga rzekł: 
)>Mnie Waszmość nie miej za złe; ja to uczynić muszę, 
ćo mi pan mój rozkazał.« Pan Ligęza za oną mową tak 
powiedział: »że ja tobie nie mam za złe, ale za takiem 
nieuszanowaniem pana twego powiedz panu twemu, żem 
mu to na despekt uczynił.* Humnicki otrzymawszy od 
sługi swego taką relacyę, posyła zaraz do Ligęzy woźnego 
z dwoma szlachcicami z zapytaniem, »jeśli się do łych 
słów zna, które przed sługą jego mówił? Ligęza odpo- 
wiedział: że znam.« Humnicki jedzie natychmiast do Sa- 
noka, gdzie słała chorągiew Abrahama Herburła, przybiera 
sobie z niej 50 koni i rusza na Ligęzę. Na szczęście Li- 
gęzy ktoś z życzliwych przestrzegł go kartką wetkniętą 
we wrota, tak że mógł się przygotować na przyjęcie nie- 
proszonych gości. Zebrał i uzbroił swoich ludzi i nie cze- 
kając, aby go dobywano w domu, wyjechał w pole na 
spotkanie Humnickiego. Byłoby przyszło zaraz do krwa- 
wej utarczki, ale przypadkiem nadjechał krewny Humni- 
ckiego, Samuel Sienieński, i rozwadził przeciwników, ale 
tylko chwilowo, bo Humnicki przecie napadł na Jaćmierz 
i przyszło do całego szeregu burd i bijatyk. ^) 

Bywali sąsiedzi, do których pojechać było łatwo, po- 
wrócić trudniej, jechało się jak na wojnę, nie wiedząc, jak 
się powróci do domu, zdrowo czy też z guzem lub nawet 
na marach. W ziemi sanockiej smutnego rozgłosu dorobili 
się Rosińscy, ojciec Jerzy i trzej jego synowie Stanisław, 
Piotr i Jan, których nie wiemy gdzie zaliczyć: czy do 
złych sąsiadów czy do zbójeckich oczajduszów. Ich 
wieś Teleśnica Oszwarowa uchodziła za jaskinię, z któ- 
rej mało kto wychodził zdrowo i cało. Zaproszony 
w gościnę, nie był pev/ny życia, wpadał jakby w zasa- 
dzkę. W r. 1607 zwabionego pod pozorem sąsiedz- 
kiej przyjaźni Wojciecha Kroguleckiego zabili Rosiń- 



^) Agr. Przemyskie, tom 311 pp. 935—7. 



PLAGI ŻYWOTA 2415 

scy w swoim domu. Zbrodnia ta przejęła grozą całą zie- 
mię sanocką. Zaraz po pogrzebie zamordowanego, który 
się odbył w Choczwi, podkomorzy sanocki Piotr Bal wy- 
stosował do szlachty pismo, w którem wzywał ją do kro- 
ków stanowczych przeciw Rosińskim. v Będąc użyty od 
Ichmościów niektórych przez listy — pisze Bal — a teraz 
w Choczwi przy oddaniu posługi ostatniej ciału p. Woj- 
ciecha Kroguleckiego, abym WMcie panów i braci jeszcze 
raz przez ten mój list sollicytował i prosił o zjachanie 
się do kupy dla dalszego obmyślawania bezpieczeństwa 
nas wszystkich, tedy dość czyniąc żądaniu proszę mo- 
ich Mościwych Panów, abyście się do Sanoka na te 
przyszłe roki grodzkie zjechać raczyli.«*) Czy zjazd przy- 
szedł do skutku i czy uczyniono co w tej sprawie, nie 
wiemy — stary Rosiński znika wprawdzie z widowni, 
ale trzej jego synowie dokazują dalej. W cztery lata po 
zamordowaniu Kroguleckiego z ciężką tylko biedą ucho- 
dzi w Teleśnicy takiemu samemu losowi Krzysztof Gło- 
wa z Nowosielce, który zwabiony przez Rosińskich, ledwie 
się wyrąbać zdołał z zasadzki.^) Nie łatwo też było 
poskromić tych zuchwalców, bo gotowi na wszystko, 
zorganizowali sobie prawie po wojskowemu swoich pod- 
danych, a ci uzbrojeni nietylko w kosy, koły i siekiery, 
ale nawet w szable i rusznice, na dany odgłosem dzwo- 
nów sygnał kupili się pod dowództwo swoich panów. 
Dopiero w r. 1616 młody Jan Bal, syn Macieja, wspólnie 
z synem zamordowanego Kroguleckiego, dobrawszy so- 
bie gromadkę szlachty, zrobili zbrojną wyprawę na Tele- 
śnicę i pojmali jednego z braci Rosińskich, Stanisława. 
Bal zabrał go z sobą do Daszówki Leszczyńskich i za- 
mierzał go odstawić do grodu, przedtem jednak ukarać go 
chciał śmiertelną trwogą. Oznajmiono Rosińskiemu, że bę- 

^) Agr. Sanockie, tom 142 pp. 456, 525. 

*) Agr. Sanockie, tom 143 pp. 668—70, 674. 



246 PLAGI ŻYWOTA 

dzie stracony, przywołano księdza i kazano mu się wy- 
spowiadać przed śmiercią, poczem przyniesiono kloc i spro- 
wadzono sążnistego hajduka z dużym mieczem. Rosiński 
musiał położyć głowę na klocu — ale głowa mu nie spa- 
dła, skończyło się na postrachu. Zamknięty pod strażą 
czekał Rosiński dalszego losu, ale na jego szczęście straż 
była pijana — już w Teleśnicy, przy pojmaniu, jak to 
później sam Rosiński z żalem wielkim powiada, dwie be- 
czki jego węgrzyna partim wypito partim na ziemię wy- 
lano — i Rosiński korzystając z tego, »divina ope<f uciekł 
z więzienia.^) 

Krew Kroguleckiego nie spadła na głowy Rosińskich, 
nie spadła przynajmniej w znaczeniu zemsty ludzkiej, ale 
dziwnem igrzyskiem tajemnych fatalizmów ludzkich stała 
się niejako złowrogim stygmatem jego własnej rodziny. 
Śmierć jego dała hasło do nienawiści i wojny familijnej, 
a w wojnie tej jakby dwie furye srożą się przeciw sobie 
dwie kobiety: Zuzanna, wdowa po zabitym w domu Ro- 
sińskich Wojciechu, i Jadwiga, jej synowa, żona Stanisła- 
wa Kroguleckiego. Po Wojciechu pozostała wieś Daszowa 
którą się podzielono. Wdowa z synem Janem osiadła na 
jednej części, drugi syn Stanisław, ożeniony z Jadwigą 
Łysakowską, na drugiej. Zaczyna się zaraz wojna, z razu 
prawem, potem lewem; idą pozwy po pozwie, świekra 
przeciw synowej, synowa przeciw świekrze, Zuzanna eon- 
tra Jadwiga, Jadwiga contra Zuzanna. Po wojnach na po- 
zwy następuje wojna na szable. Zuzanna werbuje w r. 1628 
w Jarosławiu i Przemyślu zgraję Lisowczyków i przemocą 
wyrugować im poleca syna i synową z Daszawy; przy- 
chodzi do zbrojnego starcia i Stanisław Krogulecki ginie 
od szabel napastników. Wdowa jego Jadwiga porusza 
niebo i piekło, aby pomścić męża, nie waha się nawet szu- 
kać pomocy w Teleśnicy, u tych samych Rosińskich, któ- 



^) Agr. Sanockie, tom 144 p. 539. 



PLAGI ŻYWOTA 247 

rzy zabili jej teścia, zbiera zbrojnych ludzi, napada na dom 
świekry i wyrzuca ją z Daszawy. Zuzanna udaje się o po- 
moc do Balów, Jana i Samuela, łych samych, którzy swego 
czasu chcieli pomścić śmierć jej męża, Balowie zbierają 
czeladź i chłopów z swoich dóbr Zachaczowa, Choczwi, 
Cisny i posyłają ich w posiłek wojowniczej świekrze. Zu- 
zanna napada teraz na dwór Jadwigi i uniesiona furorę 
plusguam novercaU — jak się wyraża w pozwie swym 
synowa — zmusza ją do ratowania zdrowia a może i ży- 
cia ucieczką wśród ciemnej nocy per ardua saxa et mon- 
tes. Rosińscy dają jej przytułek w Teleśnicy. Wojna kończy 
się przecież zwycięztwem synowej; Zuzanna przyciśniona 
do muru prawem i lewem, poddaje się wyrokowi wspól- 
nych przyjaciół, którzy orzekają: »Ma pani Zuzanna Kro- 
gulecka z synem Janem w wieży sanockiej zasiąść na 1 
rok i 6 niedziel pod zakładem 2700 zł.«*) 

Z innych, nie tak już ponurych a charakterystycznych 
przykładów sąsiedzkiego pożycia przytoczymy jeszcze na- 
stępujące. Kasztelanie połaniecki Jan Skotnicki zaprosił 
do swego zameczka w Samkach dwóch szlachciców 
z sąsiedztwa, Mikołaja Zagwojskiego i AIexandra Świ- 
stelnickiego, i oto co opowiada o tej wizycie w grodzie 
Zagwojski. Skotnicki » wiele razów przez pewne osoby 
do swego domu go wzywał, co i w niedzielę w dzień 
Św. Wawrzyńca też uczynił.« Zagwojski nareście »bono 
animo do niego pojechał, gdzie przed obiadem w Sam- 
kach do zameczka przybywszy, nie mając przy sobie tylko 
pachołka i chłopca i ledwie co siadłszy, zaraz gospodarz 
o konie Zagwojskiego pytać się począł, chcąc je kupić, 
a gdy gość odpowiedział, że nie są przedażne, Skotnicki 
snąć to indigne ferens kazał nalać czarę wielką miodu, 
w którą wchodzi więcej niż wodna konew dobra i sam 
nie piwszy do gościa, onę czarę koniecznie, aby wypił, 



O Ibidem, tom 150 pp. 1233, 1515—8, 1669—2143. 



248 PLAOl ŻYWOTA 

siłował, z czego gdy prosił, aby był wolen Zagwojski, 
Skotnicki skoczywszy zaraz nieuczciwe od matki sło- 
wo rzekł i zawołał: »Będę cale jako z nieprzyjacielem 
z tobą postępował, jeźli nie wypijesz !« Czego widząc 
nagłą instancyę, bo wyniść i ujść trudno, choć z nie- 
zdrowiem Zagwojski podjął się spełnić. A interim jeszcze 
czary nie dokończył, zaraz Skotnicki kord od jego chłopca 
wziąwszy, począł go tłuc i na wszystkie boki krzywiąc 
z wielką mocą kord złamał, poczem i kord i pana jego 
przyganiał. A potem do sahajdaka Zagwojskiego się rzu- 
ciwszy, strzały onego niepodłej roboty do ściany powy- 
strzeliwał, czemu ten to pan Zagwojski nie przeciwiąc się 
rozumiał, że to w żarty się obróci, jednak gdy Skotnicki 
kazał gromadzie z siekierami i orężem przybyć, z pomo- 
cnikami i sługami swymi' gdy się porozumiewać i szepty- 
wać począł, muszkiety, aby gotowe mieli, rozkazał, udając, 
iż się na p. Aleksandra Skotnickiego brata swego gotuje — 
począł myśleć pan Zagwojski, jakoby nie dopijając onej 
czary próżnym być od niebezpieczeństwa jakiego i przy 
żadnych tam hałasiech między bracią nie być, co raz się 
prosił, aby jachać. 

» Ale jachać nie dopuszczano — czytamy dalej — owszem 
już nad wieczorem onego Zagwojskiego do bramy zam- 
kowej wziąwszy, Skotnicki illum suum malevolum animum 
kończąc, szablę jego od boku mu dobył, mówiąc: »Spró- 
buję, co masz za szablę :<s i kłótki i skoble nią rąbać chciał. 
Zagwojski prosił, aby zaniechał: »Nie psuj mi Waszmość 
broni !« A zatem Skotnicki jedno i drugie nieuczciwe 
słowo rzekłszy i szablę rzuciwszy, Zagwojskiego obu- 
chem, gdyby się był nie uskoczył, w łeb zakończyć chciał, 
mówiąc: »Ty synu matki takiej, bij się ze mną!« i na pa- 
chołki krzyknął i na gromadę. Zaczem gdy pan, czeladź 
i chłopy powstali na niego, Zagwojski obronną ręką z cze- 
ladnikiem jednym tylko uchodzić począł, wszystkiego tam 
odbieżawszy, koni w stajni, strzelby i inszych rzeczy 



PLAGI ŻYWOTA 249 

W izbie.« Przy tern zajściu oberwał Skotnicki kilka ran, 
o które nawzajem w grodzie zanosi protestacyę.^) Szla- 
chetny Jerzy Szeptycki żałośnie skarży się i świadczy prze- 
ciw Pawłowi Boguckiemu z Makoniowa, do którego po- 
jechał ^dla myślistwa, <: wziąwszy z sobą »chartów dwoje« 
także i wyżły dwa. Bogucki zaniechawszy myślistwa, upoił 
Szeptyckiego, a gdy ten nareście o 3 godzinie nad ranem 
chciał wyjechać, Bogucki kazał wrota zamknąć i charty 
zabrał. »A gdy się ten Szeptycki upominał chartów u tego 
p. Boguckiego, tedy ten Bogucki zadawszy mu słów nie- 
uczciwych /a/wa/w ipsius laedentia, kazał go stłuc.«') 

Ale najniebezpieczniejsze bywały biesiady. Zaczynały 
się od przelewania wina a kończyły się na przelewaniu 
krwi. » Ktoś wyłożył: biesiada, że bies siada na 
niej« — ten koncept współczesnego wierszopisa przy- 
pomina się ciągle przy czytaniu protestacyj o zabójstwa 
i krwawe awantury, popełnione przy bankiecie. Nie mogło 
być inaczej, skoro jeżdżono w gościnę zbrojno jak na 
wojnę, z czeladzią również od głowy do stóp uzbrojoną, 
niesforną i zuchwałą, i skoro trzymano się zwyczaju, 
że panowie bili się za czeladź a czeladź za panów. 
W obrazku biesiady, jaki nam pozostawił Kochanowski, 
nie ma żadnej przesady; niemal co kilka kart spotykamy 
się w aktach z podobną sceną. 

Czołem za cześć, łaskawy mój panie sąsiedzie, 
Boże nie daj u ciebie bywać na biesiedzie! 

Zaczyna się od objawów najserdeczniejszej przyjaźni 
sąsiedzkiej, od » dobrej myśli « i przystojnej ochoty. Po 
szeregu puharów, po >>pełnych,« które dziś toastami nazy- 
wamy, zaczyna się śpiew. Jedni śpiewają piosnkę: Chciejże 

1) Agr. Halickie, tom 122 z roku 1625 pp. 375—6 
380—3. 

-) Agr. Przemyskie, tom 320 p. 146. 



250 PLAGI ŻYWOTA 

pomnieć najmilejsza, drudzy równocześnie : W czerwonej 
czapce chodził, a w takim koncercie usłyszyć można »pięć 
basów, dwanaście dyszkantów, sześć altów, ośm tenorów, 
dwanaście wagantów.« Dotąd wszystko dobrze, aż nagle 
powadzi się z sobą służba, popatrzy ktoś na kogoś nie 
tak, jakby się podobać mogło, przypije nie po formie albo 
nie tem samem winem — i zamiast talerzy i puharów za- 
czynają dzwonić szable, a na wiwaty huczą strzały z pół- 
łiaków i latają kule po izbie. 

Więc też wojna bez wici, gospodarz się wierci, 

Porwaniście zabitej na ostatek śmierci 

Kufle lecą jako grad, a drugi już jęczy, 
Wziął konwią, aż mu na łbie zostały obręczy. 
Potem do arkabuzów: a więc to biesiada? 
Jeźliście tak weseli, jakaż u was zwada? 

Wystarczy przytoczyć kilka przykładów pierwszycti 
lepszych, prawie na chybił trafił, aby scharakteryzować tę 
nieszczęsną porywczość i grubość obyczajów, którą grze- 
szyły najlepsze i najwyższe nawet warstwy szlacheckie. 
Opowieść Albrechta Radziwiłła*) o bankiecie krakowskim, 
na którym dwaj wojewodzice, ruski Daniłowicz i łęczycki 
Radziejowski, powadziwszy się z małej okazyi, porwali się 
za włosy i pobili, przyczem przyszłoby było do strasznego 
rozlewu krwi, gdyby rozważni współbiesiadnicy nie byli 
wcześnie zamknęli drzwi przed wpadającą czeladzią obu 
przeciwników — opowieść ta powtarza się ciągle w aktach 
naszych z waryantami osób, miejsca i czasu. Grzegorz Przy- 
łuski przyjeżdża na obiad do sąsiadki swojej Zbijewskiej, 
gdzie już zastaje grono innych gości. Przy stole młody 
syn gospodyni, Krzysztof, już podchmielony, każe chłopcu 
swojemu śpiewać swawolne piosneczki. Przyłuski, człek 
poważny, »upomina go chędogo,« aby tego zaprzestał, na 



1) Pamiętniki, I. str. 218. 



PLAGI ŻYWOTA 251 

CO Krzysztof dobywa szabli i najpierw siecze na stole 
dzban z miodem i wszystkie szklanice, a potem rąbie 
Przyłuskiego. Służba przypada, rozpoczyna się walka na 
gołe łby i bankiet kończy się krwawo.*) Jerzy Dziedu- 
szycki zaprasza do swoich Horbacz grono gości, między 
nimi chorążego kor. Sebastyana Sobieskiego i Jana Obor- 
skiego ; bankiet kończy się na tem, że Oborski ciężko po- 
rąbany powraca do domu. Starosta lwowski Mniszech za- 
prasza do siebie na wieczerzę znakomitszą szlachtę, prze- 
jeżdżającą przez Lwów na sejmik wiszeński, między nimi 
Piotra Ozgę i Jana Wyźgę. Poczas bankietu Ozga zacho- 
waniem się swojem obraża uczucie przyzwoitości, a Wyżga 
upomina go słowy: »Szpetna to zaprawdę polityka Mości- 
panie!« — Ozga na to do szabli i wszczął się rwetes 
i trzask pałaszy i czekanów, wśród którego polała się 
krew rzęsiście, poczem Ozga pozywa Wyżgę, Wyżga po- 
zywa Ozgę. A przecież obaj liczyli się do znakomitszych 
osobistości ziemi lwowskiej, obaj byli członkami sądu ka- 
pturowego.'^) Alexander Kazanowski, wojewodzie podolski, 
zaprasza do siebie w Podkamieniu Jędrzeja Żółkiewskiego ; 
przy wieczerzy Żółkiewski, który za wiele pił, zdrzemnął 
się właśnie w chwili, kiedy Kazanowski pił do niego zdro- 
wie swego domu. Ocknąwszy się wziął podany sobie pu- 
har nie prawą ale lewą ręką, co widząc dworzanin Kaza- 
nowskiego Spławski wziął to za obrazę pańską i zawo- 
łał: O panie Żółkiewski, młodyś! Trzeba wiedzieć, u ko- 
goś to w domu! >A zatem p. starosta Kazanowski drze- 
mającego w gębę uderzył, a potem dobywszy szabli w rękę 
szkaradnie ciął.< '^) U Mikołaja Ostroroga, podczaszego kor., 
starosty rohatyn skiego, odbywa się w Komarnie bankiet, 
na który przybywają > ludzie zacni, tak pp. senatorowie 



1) Agr. Halickie, tom 126 p. 1053. 

^) Agr. Lwowskie, tom 383 z r. 1632 pp. 3388—95. 

^) Agr. Lwowskie, tom 391 pp. 770 — 5. 



252 PLAGI ŻYWOTA 

jako i urzędnicy koronni z pany oficyalisłami ziemskimi 
i grodzkimi.<: Przy stole Jan Miękicki upomina Andrzeja 
Łęskiego, aby się przyzwoicie zachował; Łęski na ło ude- 
rza go czekanem w głowę i zabija na miejscu.^) 

W Bucniowie pod Trembowlą odbywa się bankiet 
u Piotra Potockiego, wojewodzica bracławskiego. Między 
zaproszonymi znajdują się wojewodziec lubelski Piotr 
Firlej z córką, starosta tłumacki Adam Kazanowski i kilku 
towarzyszy z pod chorągwi hetmana Mikołaja Potockiego, 
ojca gospodarza. Po bankiecie odbywają się tańce, a kiedy 
już panowie przestali tańcować, sługa pokojowy Potockich, 
szlachcic Szczęsny Sulatycki, korzystając z przywilejów, 
jakie zawsze na wielkich dworach magnackich miała star- 
sza służba szlachecka, posuwa się śmiało do panny wo- 
jedzanki Firlejównej i prosi ją w taniec. Wojewodzanka 
nie odmawia, a jak opowiada świadek naoczny, kiedy Su- 
latycki z nią tańcował, » dziwnie Jegomość pan Firlej, ro- 
dzic panny wojewodzanki, z onego skromności i przy- 
stojnego postępku kontent zostawał. « Nie podobało się to 
jednak towarzyszom chorągwi hetmańskiej i poczęli wy- 
śmiewać taniec Sulatyckiego. Na zapytanie, czemu zeń 
szydzą, towarzysz Łowczycki odpowiada: » Dlatego, żeś 
błazen. Myśmy żołnierze a przecież z panną wojewodzanka 
nie tańcujemy, a ty dworska polewko śmiałeś z nią tań- 
cować.« Słowo po słowie i kończy się na tem, że Szczę- 
sny Sulatycki zapłacił życiem taniec swój z panną woje- 
wodzanka. Padł tejże nocy, porąbany na sztuki przez to- 
warzyszy, a przy nim poległ również brat jego Melchior, 
pokojowy Kazanowskiego.^) 

Przytoczyliśmy przykłady tylko z znakomitszej war- 
stwy społecznej; co się działo między szarą rzeszą szla- 
checką, łatwo sobie wyobrazić. W obec tych awantur bie- 



^) Ibidem, pp. 1317-19. 

2) Agr. Trembowelskie, tom 127 pp. 479—82. 



PLAGI ŻYWOTA 253 

siadnych przyjemnie uderzają jako objawy wyższej oby- 
czajności towarzyskiej przeproszenia, w których winowajcy 
proszą o przebaczenie osoby, obrażone przez nich pod- 
czas bankietu. Przeproszenia takie pokorne spotyka się 
często w aktach, które trzeba wiedzieć, zastępywały nie- 
kiedy nasze gazety, a czytane i odpisywane przez szlachtę, 
bywały do pewnego stopnia organem publicznej opinji. 
W r. 1606 Adam Tyrawski, podsędek halicki, i Andrzej 
Bełzecki wystawiają następujący dokument, który druga 
strona, Walenty Cebrowski, podaje do akt grodzkich: 
»Przyznawamy to szczerze, łaskawy nam panie Cebrow- 
ski, nieszczęściu swemu, iż nie mając żadnej do Wmości 
przyczyny, w domu p. Piotra Zawiszy w Hnilczu, gdzie 
Waszmość proszony, na żadną burdę się nie gotując, sa- 
mowtór przyszedłszy, z ochoty gospodarskiej z drugimi 
gośćmi dobrej myśli zażywał, my samem pijaństwem zwie- 
dzeni, niepotrzebne i niesłuszne obrazy, za stołem siedząc, 
przewiedliśmy byli WMości, czego jakochmy świeżo ża- 
łowali tak i przez wiele ludzi zacnych o uspokojenie tego 
kłopotu swego a żalu WMości pilnie staralichmy się. Te- 
raz tedy fawor WM. kojąc, a tę pyrskliwość swoją pi- 
jaństwu przypisując, serdecznie żałujemy i uniżenie a po- 
wolnie prosimy, abyś nam WM. jako człowiek zacnego 
urodzenia swojej tej krzywdy, którąbyś srodze zemścić 
był mógł, łaskawie i sercem chrześciańskiem odpuścił a na 
potem żadnej obrazy do nas sobie nie zostawował etc.«*) 
Deprekacye takie bywały zazwyczaj wynikiem sądu 
przyjaciół i poważnych medyatorów, których nie brakło 
w żadnym powiecie, do których jednak pojednawczego 
pośrednictwa niestety nie zbyt często się uciekano. For- 
mułkę uroczystych przeprosin układał zawsze ten sąd 
rozjemczy honorowy, a winowajca odczytywał ją z kartki 
publicznie, t. j. w obecności liczniej zgromadzonej szla- 



*) Agr. Halickie, tom 111 p. 567. 



254 PLAGI ŻYWOTA 

chty, niekiedy w kościele, częściej jednak na zjeździe sej- 
mikowym albo na t. zw. kwerelach i roczkach zamkowych. 
Zazwyczaj formułki te są doskonale zredagowane, bywają 
zwięzłe, pełne miary i taktu, dają satysfakcyę zupełną obra- 
żonemu a nie narażają na zbyt dotkliwe upokorzenie wino- 
wajcy. »Mój łaskawy panie Błażowski — temi słowy przepra- 
sza w r. 1592 na kwerelach trembowelskich niejaki Dłużnie- 
wski — proszę, żebyś się Waszmość do mnie obrażać 
nie raczył tą kartą, która jest Waszmości posłana odemnie, 
gdyż wie Pan Bóg, iż o Waszmości inaczej nie rozumiem, 
jeno tak jako się godzi o człowieku poczciwym, mnie we 
wszystkiem równym rozumieć, jako o sobie samym rozu- 
miem. «*) 



*) Agr. Trembowelskie, tom 101 p. 870. 



ROZDZIAŁ CZWARTY 



AMOR I DEMON 



I. 

Zajścia rodzinne. Traoedye domowe, Mężobójczynie. 
Beata Zawiszanka. Brat i siostra. Dramatyczna zagadka. 
Zofia Herburtowa i Ewa Podolecka. Piękna Helena. 

MŚCIWA ŚWIEKRA. DWAJ KOCHANKOWIE. RąTY AKT DRAMATU. 

Pani Klofasowa. Dramat w rodzinie Makowieckich. 

Przechodząc od stosunków sąsiedzkich do stosunków 
najpoufniejszych, rodzinnych, uprzedzić musimy czytelnika, 
że poznane przez nas akta województwa ruskiego sto- 
sunkowo tylko bardzo mało zawierają tego najwydatniej- 
szego dla historyi obyczajowości materyału, jakiego w ta- 
kiej obfitości dostarczają akta miejskie lwowskie i kra- 
kowskie. Mamy tu na myśli taki materyał źródłowy, jak 
testamenty, intercyzy ślubne, działy majątkowe, układy kom- 
promisarskie, inwentarze posagowe i t. p., które otwierają 
nam dom starożytny niejako na oścież i pozwalają wglą- 
dnąć w poufne sprawy rodzinnego życia. Więcej w aktach 
ujemnego niż dodatniego materyału; t. j. więcej niż o innych 
stronach życia, dowiadujemy się z nich o stronach jego 
ujemnych, anormalnych, o waśniach domowych, o niena- 
wiści rodzinnej, o walkach na śmierć lub życie między ro- 
dzonymi braćmi. Jest to więc źródło jednostronne, odbija 
życie w spaczonem, jakby potrzaskanem zwierciadle i gdyby 

17 



258 AMOR I DEMON 

na niem opierać całą znajomość ówczesnego rodzinnego 
życia, obraz musiałby być nieprawdziwy, ostateczny wnio- 
sek mylny. Tyle jednak stwierdzić się da na podstawie 
zapisków, że owo ogólne zdziczenie obyczajów, jakie na- 
stąpiło w pierwszych dziesiątkach lat XVII. wieku, nie 
u nas tylko, ale w całej Europie, odbija się i w rodzin- 
nem życiu polskiem. Mówiąc w następnych rozdziałach 
o anarchji w życiu szlacheckiem tej pory, będziemy mieli 
sposobność do opowiedzenia niejednego dramatu, który 
się odegrał w tej lub owej rodzinie, tu poprzestaniemy 
na niektórych luźnych przykładach. 

> Stała nam się nowina, pani pana zabiła *^ — tragi- 
czny ten temat pieśni ludowej w sześciu wypadkach od- 
zywa się do nas z aktów. Z tych sześciu wypadków je- 
den wyjaśnia się niewinnością posądzonej o straszną zbro- 
dnię żony, dwa pozostają wątpliwe i nierozstrzygnięte, 
jeden jest bardzo zawikłanym dramatem, dwa tylko są 
stanowczo pewne. Jak na całe półwiecze, jak na taki 
ogromny obszar, bo na całe województwo ruskie — cy- 
fra niestraszna, ale oczywiście wzięta tylko z warstwy 
szlacheckiej. W r. 1607 Beata Zawiszanka, pierwszego 
małżeństwa Strzelecka, drugiego Solikowska, wspólnie 
z dwoma sługami swymi, Sieniem i Stasiem, zabiła w Mi- 
łowaniu męża swego. Szczegóły tej zbrodni mamy z ze- 
znań jednego z służących, Sienią, który pojmany, poniósł 
W Haliczu śmierć pod toporem kata. Sień >u nieboszczyka 
p. Jakóba Solikowskiego był sługą rękodajnym i dobro- 
dziejstwa jego znał, ale był namówiony od pani Beaty, 
p, Jana Zawiszy rodzonej siostry,« która mu darowała 
konia, aby jej w morderstwie pomógł i tajemnicę zacho- 
wał. »Pani pana upoiła tak, że zaraz spokojnie szedłszy 
precz usnął. Natenczas kilka razy dziewkę słała, aby się 
dowiedziała, jeśli już usnął, a gdy powiedziała, że usnął, 
zarazem pani z Stasiem, który z siekierą a ten Sień z świecą 
do izby przyszli, i tam Staś z siekierą obuchem w głowę 



AMOR I DEMON 259 

pana uderzył, za którym haniebnym razem nieboszczyk 
się porwał, którego porywającego się pani przyległa na 
nim pierzyną i wespół z Stasiem dusili, aż go udusili, po* 
tem z łoża ściągnąwszy szablą Staś go przebił. « Po doko* 
nanym czynie zaczęto się naradzać, jak >zagubić« zwłoki. 
Pani Beata cliciała, aby Staś utopił nieboszczyka wraz z ko* 
niem w Dniestrze, tak aby się ludziom zdawać mogło, że 
przypadkiem utonął; Staś doradzał innycli sposobów ukry* 
cia zwłok, a nareście zgodzono się na jedno: zakopano 
nieboszczyka w mierzwę pod stajnią, a potem mierzwę 
tę wraz z trupem spalono.^) 

Tu się kończy jeden dramat, a zaczyna się teraz drugi. 
Nie ma jego przebiegu i perypetji w księgacli grodzkicti, 
które notują tylko suclie dalsze fakta, ale fakta te kryją 
w sobie moment wysoce dramatyczny, temat godny ima- 
ginacyi powieściopisarza. Solikowska czy już pojmana czy 
blizka pojmania, znajduje pomoc u swego brata Jana Za* 
wiszy, który ratuje ją od uwięzienia, ręcząc czyli dając tak 
zwaną fidejussoryę bratu zamordowanego, Janowi Soli- 
kowskiemu, mocą której pod zakładem 6000 zł. obowią- 
zuje się sławić siostrę-mężobójczynię na termin trybunal- 
ski. Termin ten mija, Zawisza siostry nie stawi. Solikow- 
ski wytacza mu proces o zapłacenie zakładu 6000 zł., za- 
strzeżonego w poręczeniu, wygrywa, wyrabia sobie intro- 
misyę na jego majętność a w ostatecznej konsekwencyi 
prawnej przymusową rumacyę. Zawisza apeluje przeciw 
wyrokowi pod zwykłym pozorem, że pozwy Solikowskiego 
były nieformalne, że forum było niewłaściwe i t. p. — 
zgoła jak to mówiono : de małe obtento. Trybunał znosi 
dekret a Solikowski — odstawia siostrę sądowi... Trybunał 
zwalnia go od zapłaty 6000 zł., bo dotrzymał warunku 
fidejussoryi, a mężobójczynię osadza w górnej wieży zamku 
lubelskiego celem przyzwoitej dełencyi — ad honestam de-* 



O Agr. Halickie, tom 112 p. 949. 

17* 



260 AMOR I DEMON 

tentionem. Sąd grodzki halicki przeprowadza na miejscu 
czynu śledztwo czyli t. zw. scrutinium a trybunał po zba- 
daniu jego wyników poleca bratu zamordowanego przy- 
siądź samosiedm, t. j. z sześciu świadkami szlacheckiej 
kondycyi, że nie kto inny tylko Beata Solikowska zamor- 
dowała we śnie jego brata. Solikowski czyni zadość temu 
walnemu warunkowi procedury kryminalnej, a trybunał 
skazuje Beatę Solikowska na karę śmierci przez ucięcie 
głowy. ^) 

Jak pogodzić, jakiemi motywami powiązać te fakta, 
zewnętrznie i procesowo logiczne, ale wewnętrznie, psy- 
chologicznie pozbawione logiki? Jak zrozumieć brata mę- 
żobójczyni? Dlaczego wydaje siostrę w ręce kata, skoro 
zaraz po zbrodni nie wyparł się jej, ale przeciwnie uchro- 
nił od pojmania? Co rozstrzygało, czy żal pieniędzy za- 
kładowych, silniejszy od żalu nad siostrą, czy też inna 
jakaś wyższa ale zawsze tragiczna pobudka? Dlaczego 
Beata nie ratowała się ucieczką, mając do tego tyle czasu ; 
czy nie chciała, czy nie mogła, będąc jakoby w więzieniu 
u brata? Czy brat wydał ją za jej zgodą, czy wiózł ją 
gwałtem na śmierć pewną? Wszystkie te pytania cisną 
się po przeczytaniu tego zapisku w aktach, a każda z nich 
to ponętna dla imaginacyi zagadka. To pewna, że po dra- 
macie między żoną a mężem rozegrał się tu drugi dramat 
między bratem a siostrą. 

Drugi wypadek zamordowania męża przez żonę zda- 
rzył się w r. 1622 w znakomitej historycznej rodzinie 
Herburtów. Morderczynią była Zofia z Podoleckich, córka 
Krzysztofa, wojskiego Samborskiego. W porozumieniu 
z swoją matką Ewą z Wielżyńskich, która także czynnie 
pomocną była przy spełnieniu zbrodni, wiedziona długą 
a zdradziecko tajoną nienawiścią, jak jej zarzuca pozew, 
zamordowała Zofia męża swego Kaspra tlerburta. Zbrodni 



^) Agr. Halickie, tom 113 pp. 23, 24. 



AMOR I DEMON 261 

dokonano w ten sam sposób, w jaki zginął Solikowski. 
Herburt powrócił z obozu po długiej nieobecności do 
domu w Ctiyszowicacłi, w ziemi lwowskiej, a żona powi- 
tawszy go z kłamaną radością, wyprawiła mu wesoły 
bankiecik, obsypała pieszczotami i upoiła małmazyą, a gdy 
małżonek po gęstycłi libacyacłi i uściskacłi miłośnycłi usnął 
snem twardym, udusiła go w łóżku przy pomocy matki, 
poczem pogrzebała go w okazały sposób i opłakiwała 
nagły zgon męża. Krewni zamordowanego, nieuwiado- 
mieni o śmierci, niezaproszeni na pogrzeb, dowiedzieli 
się dopiero później o katastrofie. Brat zamordowanego 
Andrzej Herburt odkrywszy zbrodnię, wystąpił przeciw 
bratowej i jej matce, które po pogrzebie udały się były 
najspokojniej do Lwowa i tam całkiem jawnie przebywały. 
W dramacie tym małżeńskim odgrywać musiała rolę 
intryga miłosna, bo występuje w nim trzecia osoba, szlacti- 
cic Andrzej Stocki, przeciw któremu zwraca się w pier- 
wszej cliwili zemsta brata. Andrzej Herburt napada we 
Lwowie z zbrojną czeladzią na gospodę wdowy i jej 
matki w kamienicy Bogdanowskiej i porywa tam Stockiego 
gwałtem, prowadzi go »bez czapki i broni, bijąc i policz- 
kując sromotnie przez miasto- do swojej gospody, wiezie 
go nazajutrz najpierw na widownię zbrodni do Chyszo- 
wic, ztamtąd do Beńkowej Wiszni a następnie do Dobro- 
mila i do Ujkowic pod Przemyślem, gdzie go osadza 
w locłiu więziennym i zapowiada mu śmierć przez roz- 
siekanie. Stocki jednak, za >przestrogą niektórych ludzi 
i za pomocą Bożą,« jak się wyraża w swojej protestacyi 
przeciw Andrzejowi Herburtowi, uciekł nocą i tym spo- 
sobem uratował życie. Mimo takiej przestrogi, jaką było 
pojmanie Stockiego, Herburtowa i jej matka pozostały we 
Lwowie, i tu na natarczywe naleganie Andrzeja Herburta 
starosta lwowski Stanisław Bonifacy Mniszecli kazał je 
pojmać i osadzić w wieży Wysokiego Zamku. Po prze- 
prowadzonem śledztwie trybunał skazał obie kobiety na 




Fig. 28. 
Ornamentyka z Aktów Grodzkich Lwowskich (tom 451). 



AMOR I DEMON 26S 

Śmierć przez ścięcie, mimo bardzo energicznej obrony 
Sebastyana Korytki, który był ich rzecznikiem. Wykonanie 
wyroku polecono staroście lwowskiemu, a miało ono na- 
stąpić bezzwłocznie, skoro Andrzej Herburt, pars adorea, 
zaprezentuje mu wyrok — warunek zaiste potworny, skła- 
dający życie i śmierć w ręce prywatnego człowieka, zmie- 
niający wyrok trybunału w akt osobistej woli i zemsty! 
Herburt wyrok zaprezentował, ale mężobójczyni tuż przed 
samą egzekucyą — in ipso prodnctu executionis — ucie- 
kła. Matkę jej ścięto.^) 

Dramat ten miał jeszcze swój procesowy epilog. Obie 
kobiety, skazane na śmierć i czekające wykonania wyroku, 
szukały pociechy religijnej i przyzywały do siebie Karme- 
litów Bosych, im też aktem ostatniej woli zapisały cały 
swój majątek osobisty, a mianowicie dobra Chyszowice, 
Romanówkę i Koropuź. Andrzej Herburt wystąpił z im-: 
pugnacyą tego zapisu, wywodząc, że obie morderczynie, 
przekonane i skazane na śmierć a zatem i na utratę dóbr, 
nie miały prawa rozporządzać majątkiem, że zatem daro- 
wizna ta, uczyniona in ipso poenae mortis articulo, jest 
nieważna. ^) Proces trwał długo i nie znaleźliśmy w aktach 
wiadomości, jak się skończył, jeszcze jednak w r. 162Q 
Chyszowice były w faktycznem posiadaniu Andrzeja Her- 
burta, który zaraz po śmierci brata i uwięzieniu jego 
wdowy zajechał je był i zajął. W tymże samym roku 1629 
mężobójczyni Herburtowa daje znak życia z Krakowa, 
ztamtąd bowiem wytacza pozwy staroście lwowskiemu 
Mniszchowi i Andrzejowi Herburtowi o zniesienie wyroku 
infamji, jaki zapadł na nią po jej ucieczce z Wysokiego 
Zamku.*) 

O Agr. Lwowskie, tom 375 pp. 1145—6, 1188—91, 
1289, 1549—52, 1629—37. 

^) Agr. Lwowskie, tom 377 pp. 82 — 5. 

^) Agr. Lwowskie, tom 380 pp. 3097—3100. 



264 AMOR I DEMON 

Jakby się prosił pod pióro powieściopisarza i wyzywał 
imaginacyę dramatyka wypadek trzeci, który się zdarzył w zie- 
mi sanockiej w r. 1631, przez trzy lata do głębi poruszał 
umysły a skończył się tragiczną śmiercią trzecti ofiar. Istny 
dramat miłości i nienawiści, szczerego szału i podstępnej 
intrygi, mordercza erupcya pod iskrami pięknycti oczu ko- 
biecycli. Główną botiaterką tego dramatu była Helena KIo- 
fasowa, z domu Brześciańska, kobieta piękna i zalotna. 
Dwócłi młodycłi szlachciców sanockicłi, Abrałiam Polań- 
ski i Stefan Dydyński, zakocłiali się w niej namiętnie. 
»Piękna Helena« żyła najgorzej z mężem swym AIexan- 
drem Klofasem, którego nienawidziła, nie wiemy, z jakicli 
i czy słusznycti powodów, okoliczność wszakże, że w tej 
nienawiści miała po swojej stronie matkę Reginę Brze- 
ściańska, zdawałaby się może wskazywać, że mąż ten nie 
był bez ciężkiej winy, inaczej bowiem nie podobna sobie 
wytłumaczyć, dlaczego ta matka w nienawiści do zięcia 
posuwa się dalej niż córka, dlaczego kieruje całą intrygą 
i przeprowadza ją aż do tragicznego końca. Cliciałoby się 
koniecznie przypuszczać, że tylko obrona ukoclianego dzie- 
cka przed tyranią złego człowieka, tylko zemsta za zdeptane 
szczęście córki popclinęła matkę do zbrodni — chociaż 
niestety nie przemawiają za tem akta. Brześciańska posta- 
nowiła uwolnić córkę od męża. Do wykonania skrytobój- 
czego zamachu namawia dwóch mężczyzn, ślepych miło- 
ścią i pożądaniem, Polańskiego i Stefana Czernieckiego. 
Polański, jak już wspomnieliśmy, zakochany był w mężatce 
Helenie, Czerniecki w pannie Olesi, drugiej córce Reginy 
Brześciańskiej. Regina jednemu przyrzeka Helenę, drugie- 
mu Olesię w dank i nagrodę skrytobójstwa — i oto obaj 
rzucają się ochotnie w piekło za ukochane kobiety. Wraca- 
jący z dalszej podróży Klofas, napadnięty z zasadzki pod 
Pełkinią, pada trupem z dłoni obu kochanków. Odgrywa 
się piąty akt dramatu. Helena nie chce oddać ręki Polań- 
skiemu, który tylko dla niej i o nią dopuścił się zabój- 



AMOR I DEMON 265 

słwa — oddała ona swoje serce Dydyńskiemu i jego zosta- 
nie żoną. Polański odbiera sobie życie a równocześnie 
odkrywa się zbrodnia. Stefan Czerniecki, któremu obiecana 
była Olesia, doczekał się innycłi, krwawycli godów. Poj- 
many i osadzony w wieży sanockiego zamku, przewie- 
dziony o skrytobójstwo, skazany został w r. 1633 na śmierć 
i dał głowę pod miecz w Sanoku.*) Helena wycliodzi rze- 
czywiście za Dydyńskiego, o losach Olesi nic nie wiemy. 
Z trzecli wspomnianych już wypadków, w których 
oskarżenie o zamordowanie męża albo okazało się zupeł- 
nie fałszywe albo pozostało wątpliwem, jeden wywołał 
w r. 1615 wielkie poruszenie umysłów w całej szlachcie 
ziemi przemyskiej i był przedmiotem osobnego petitum, 
uchwalonego na sejmiku wiszeńskim. Mikołaj Miękicki 
oskarżył bratowę swoją Annę z Mogilnickich, pierwszego 
małżeństwa Jabłońską, drugiego Przeczymińską, trzeciego 
Stanisławową Miękicką, że była sprawczynią zabójstwa 
swego męża, którego kazała zgładzić ze świata w gospo- 
dzie w Lublinie przez jego własnych służących, niejakich 
Olszanowskich. Sprawa wlokła się bardzo długo i musiała 
być powodem wielkiego zająłrzenia w licznych kołach 
krewnych i przyjaciół obu stron przeciwnych, skoro 
szlachta na sejmiku uchwala: Za pp. Miękickimi prosić 
mają pp. posłowie nasi, aby Król Jegomość sprawę ich, 
którą z panią bratową swą mają, sądzić raczył nieodwło- 
cznie na tym sejmie; o toż samo i druga strona prosi.**) 
Drugi wypadek nie może być uważany za fakt stwierdzony, 
zapadł w nim bowiem wyrok infamji tylko zaocznie, co 
niczego nie dowodzi i łatwo nastąpić mogło nawet przy 
zupełnej bezzasadności oskarżenia. Zaoczny ten wyrok za- 
padł w r. 1644 przeciw Magdalenie z Świerzyńskich Her- 
manowskiej, posądzonej o zamordowanie męża Stanisława 

*) Agr. Sanockie, tom 151 p. 1479 i tom 153 pp. 
34—41. 

*) Agr. Przemyskie, tom 331 p. 17. 



266 AMOR I DEMON 

W porozumieniu i przy pomocy kochanka Władysława 
Klofasa« Wiele przemawia za tem, że zachodziło tu nie 
morderstwo, ale samobójstwo.*) 

Trzeci wypadek zdarzył się w ziemi halickiej, w zna- 
cznej i możnej rodzinie Makowieckich. W r. 1640 w Bo- 
ryszkowcach zginął okrutną śmiercią Jan Makowiecki z rąk 
swego szwagra AIexandra z Bestwina Kopycińskiego i jego 
towarzyszy. Kopyciński przyjechał do Boryszkowic w to- 
warzystwie kilku swych poufnych przyjaciół czy też umyśl- 
nie zamówionych szlachciców, Pogonowskiego, Laskow- 
skiego, Orłowskiego, Bielskiego, Gorżkowskiego i innych, 
niejako w gościnę, i podejmywany był przez Makowie- 
ckiego, który mimo przestróg swego ojca Mikołaja nie 
przeczuwał gotującego się nań zamachu. Jak utrzymuje 
stary Makowiecki, Kopyciński przyjechał już z zamiarem 
zabicia jego syna, a zwlekał jego wykonanie przez parę 
dni jedynie dlatego, że nie miał odwagi, wiedział bowiem, 
że szwagier jest człowiekiem bardzo mężnego serca, vir 
cordatuSy i jak lew bronić się będzie. Dopiero gdy nad- 
jechał do Boryszkowic najzuchwalszy z jego przyjaciół, 
Stefan Małyński, syn Anny Łahodowskiej, a więc członek 
rodziny, która głośną była z swej gwałtowności i krwa- 
wych wybryków w całem województwie ruskiem, a o któ- 
rej w następnym tomie tej książki obszernie będzie mowa, 
zdecydowano się przystąpić do wykonania zbrodniczego 
czynu. W upatrzonej chwili rzuca się Kopyciński z swo- 
imi towarzyszami na Makowieckiego, który nie tracąc serca 
broni się z kilku sługami swymi do upadłego, a gdy mu 
zabijają dwóch dworzan, szlachcica Urbańskiego i Niemca 
Hanusza, cofa się do jednej z komnat, gdzie na jego 
szczęście znajdowała się właśnie siostra jego żony i Ko- 
pycińskiego, młoda panienka Zosia. Widząc, że ta dziew- 



*) Agr. Lwowskie, tom 370 p. 983—989 i tom 371 
p. 153. 



AMOR I DEMON 267 

czyna może mu być puklerzem ochronnym od kul i sza- 
bel szwagra, który nie zechce wystawić siostry na nie- 
bezpieczeństwo życia, zatrzymuje ją przy sobie i zamyka 
się z nią w oblężonej komnacie. Stało się rzeczywiście tak 
jak przewidywał, napastnicy zaprzestali szturmu, ale obsta- 
wili do koła straże, aby oblężony nie uszedł. Tak nadeszła 
noc. Makowiecki znużony walką i ufny w ochronę, jaką 
mu zapewniała współoblężona Zosia, usnął głęboko. Cze- 
kała tylko tego Zosia i otworzywszy okno komnaty wy- 
skoczyła na podwórze, wydając tym sposobem Makowie- 
ckiego na pastwę nieprzyjaciół. Mając teraz wolne ręce, 
Kopyciński i jego towarzysze z tryumfalnym okrzykiem: 
»Hurra! hurra! teraz do niego !« przypuszczają szturm 
gwałtowny do komnaty, usiłując strzałami i czekanami wy- 
ważyć silnie kowane drzwi. Makowiecki widząc, że oblę- 
żenia nie wytrzyma, zaczyna parlamentować. Kopyciński 
stawia mu warunki, żąda aby natychmiast podpisał akt 
rozwodu z żoną, ułożony w najobelżywszy sposób, aby 
zgodził się na inne upokarzające ustępstwa (aliasgue dis^ 
honestates plenissimasj , i aby w tym celu złożył broń 
i dobrowolnie wyszedł z oblężonej komnaty. Makowiecki 
prosił o małą chwilę do namysłu, na co zezwolono, skoro 
jednak czas ten minął a Makowiecki nie wychodził i na 
wezwania nie odpowiadał, przypuszczono ponowny szturm 
i wyłamawszy drzwi, wtargnięto do środka. Komnata była 
pusta. Makowiecki skorzystał z przyznanej mu do namy- 
słu chwili i uszedł, ale z dworu otoczonego dokoła stra- 
żami wydobyć się nie mógł, skrył się tylko do małej ko- 
mórki, gdzie był skład owoców. Wkrótce znaleźli go tam 
napastnicy i nie zważając na prośby i zaklęcia Makowie- 
ckiego, który błagał o darowanie życia albo przynajmniej 
o księdza przed śmiercią, zabili go strzałami z półhaków 
i ciosami szabel, zadając mu tyle ran, że ciało podziura- 
wione było jak rzeszoto.*) 

') Agr. Halickie, tom 133 pp. 1412—15. 



268 AMOR I DEMON 

Że jednym z powodów tej zbrodni były niewątpli- 
wie zajścia jakieś małżeńskie i że Kopyciński występował 
tu jako obrońca i mściciel swojej siostry, nie ulega wąt- 
pliwości; wypływa to jasno z jego żądania, aby Makowie- 
cki podpisał akt rozwodowy — oskarżenie jednak starego 
Makowieckiego, podniesione przeciw synowej, jakoby była 
moralną sprawczynią mężobójstwa, okazało się bezpod- 
stawnem. Ojciec zamordowanego zarzucał synowej, że 
namówiła brała do spełnienia zbrodni, że wszystko z nim 
obmyśliła poprzednio, że bawiąc w Boryszkowcacli przy 
mężu, przed samą katastrofą wyjectiała do poblizkich Ka- 
lenic na to tylko, aby odwrócić od siebie podejrzenie, że 
zaraz po dokonanem morderstwie powróciła do Borysz- 
kowic, że wyprawiła nazajutrz mordercom bankiet, że od- 
bywała z nimi tajne narady, przeszukiwała papiery i listy 
nieboszczyka i pozabierała z nicli to, co się jej zdało być 
kompromitującem, że ciało nieboszczyka tylko dla formal- 
ności, tylko vulgan moń satisfacienSy prezentowała w gro- 
dzie, nie oskarżając morderców właściwycli, ale przeciwnie 
dla zatarcia śladów rzucając podejrzenie na zupełnie nie- 
znane jakieś osoby. Sąd grodzki lialicki — starostą był 
Stanisław Potocki — na podstawie tego oskarżenia i ze- 
znań niejakiego Jana Oorżkowskiego, który należał do 
towarzystwa Kopycińskiego i został pojmany przez starego 
Makowieckiego, wydał na Barbarę Makowiecką, jej brata 
i jego wspólników zaocznie wyrok infamji. Makowiecka 
otrzymawszy glejt królewski wytoczyła wraz z bratem 
pozew o zniesienie tego wyroku i zażądała, aby na termin 
trybunalski w Piotrkowie przystawiono także owego Oorż- 
kowskiego, przeciw któremu wystąpi z obroną swojej 
czci i niewinności i któremu dowiedzie, że obwiniając ją 
kłamał. Sam Kopyciński, mając już na sobie jeden wyrok 
banicyi i infamji za inny występek, nie czeka rozstrzy- 
gnięcia sprawy, sprzedaje swoje dobra Niżniów, Oleszów, 
Kutyszcze, Bratyszów, Nowosiółki i Okniany podczaszemu 



AMOR I DEMON 269 

bracławskiemu Mikołajowi Potockiemu i nic o nim dalej 
nie słychać, ale Makowiecka stawa śmiało przed trybu- 
nałem i oczyszcza swój lionor, a trybunał z uwagi, że 
śledztwo wykazało lucide jej niewinność, wydaje dekret 
uwalniający ją od wszelkiej winy i przywracający jej cześć, 
a starego Makowieckiego skazuje za potwarz na dwana- 
ście tygodni wieży i na zwrot kosztów i szkód poniesio- 
nycli przez jego synowę w takiej sumie, jaką ona wraz 
z dwoma męskimi świadkami poprzysięże, a to pod karą 
banicyi i infamji.^) 

Przykładu, aby mąż zamordował żonę, nie spotka- 
liśmy ani jednego. Znachodzi się wprawdzie w aktach 
przemyskich zapisek o wrzekomym morderczym zamachu 
męża przeciw żonie, ale z samej już opowieści faktu wy- 
pływa, że grała w tem rolę bardziej imaginacya kobieca 
aniżeli rzeczywistość. Halszka Stadnicka, żona Jerzego, 
córka Mikołaja Boratyńskiego, ucieka z domu męża do 
Przemyśla i tu zanosi przeciwko niemu protestacyę, w któ- 
rej go obwinia, że jej nienawidzi, że na życie jej godzi, 
że z rusznicy do niej strzelał, że wyjechawszy z domu, 
kazał ją hajdukom swoim zabić, że hajducy zakradli się isto- 
tnie do jej sypialni i za gardło dusić ją poczęli, ale mamka 
przebudzona narobiła hałasu i mordercy uciekli.*) W ciągu 
naszego opowiadania przytoczyliśmy jednak już niejeden 
przykład, że hajducy w wykonauiu choćby najokrutniej- 
szego rozkazu swoich panów nie dawali się odstraszyć 
krzykiem mamek. 



^) Agr. Halickie, tom 135 pp. 810, 1402—3. 
•) Agr. Przemyskie, tom 311 p. 395. 



II. 

Porywanie panien. Przyczyna raptów. Panna Halszka. 
Zosia Szpandowska. Kalinowski i Krystyna Strusiówna. 
Panna wojewodzanka Mniszchówna. Chorążanka Wy- 
szogrodzka. Dramat orabownicki. Mieszczaneczka. Nie- 

DYSKRECYA RODZINNA. MeZALIANSY. 

Z innych czynów zuchwałych i awanturniczych, które 
zakłócały spokój rodzin i kończyły się procesem albo nie- 
kiedy srogim odwetem, najczęstszem jest porywanie pa- 
nien. Kochanek nie mogąc dostać panny wykradał ją lub 
w jasny dzień porywał, a że to najczęściej działo się za 
zgodą panny a niekiedy i matki, więc kończyło się na 
ślubie i przemijającym gniewie ojca. Porywania panien 
czyli rapty, bo tak je z łacińska nazywano, nie zawsze 
też bywały skutkiem porywczości i zuchwalstwa ówcze- 
snej młodzieży, miewały one częściej może swoje źródło 
w pewnej niesprawiedliwości rodzinnej, która tak była 
rozpowszechniona, że przybierała znamiona zwyczaju : 
w tyranji i chciwości krewnych i opiekunów. Najczęściej 
też porywano panny osierocone. Aby wcale nie wypłacać 
pannie osieroconej posagu lub aby przynajmniej jak naj- 
dłużej przewlekać wydanie jej oprawy czyli t. zw. refor- 
macyi, ojczym, macocha, krewni i inni prawni czy też na- 



AMOR I DEMON 271 

turalni opiekunowie odstraszali konkurentów, zadawali 
gwałt sercu dziewczyny, odwlekali zamążpójście pod naj- 
rozmaitszemi pozorami, zmuszali do wstąpienia do kla- 
sztoru albo do staro-panieństwa. Niejedną pannę możnego 
domu pogrzebiono tym sposobem w murach zakonnych, 
a że to zdarzać się musiało nierzadko, świadczy o tem 
fakt, że samaż szlachta województwa ruskiego protesto- 
wała na sejmikach przeciw tej nieludzkiej praktyce. »Iż 
wiele córek szlacheckich osierociałych — uchwala szla- 
chta w roku 1638 na sejmiku deputackim w Sądowej 
Wiszni — w opiece powinnych będących, dla chciwości 
in matrimonium ulokowane nie bywają, dlatego warować 
to, aby pannie lat 25 mającej, którejby opiekunowie przy- 
rodzeni intuando ipsius bona za mąż wydać nie chcieli, 
wolno sobie tutora obrać i cum scitu ipsius statum sobie 
eligere,« *) Dlatego też przeważna część raptów miewała 
gładki epilog, kończyła się na kobiercu z wstydem chci- 
wych krewnych lub opiekunów, a młoda para, której tym 
sposobem powiodło się przerwać siecie intryg i tyranji, 
zdobywała sobie poklask i sympatyę szlacheckiego ogółu. 
Inna rzecz, kiedy nie zachodziły takie okoliczności uspra- 
wiedliwiające akt porwania, kiedy wzięto gwałtem pannę 
bez jej woli, z chciwości lub zbrodniczego zuchwalstwa 
— awantura kończyła się wtedy tragicznie. 

Z dość licznych przykładów wykradnięcia panny 
przytoczymy tu niektóre. Szlachcic przemyskiej ziemi Sa- 
muel Pawłowski wpadł w r. 1601 do dworu starosty lu- 
baczowskiego Jana Płazy w Dziewieńczycach, gdzie ba- 
wiła panna Halszka Lutosławska, porwał ją z pośród 
innych panienek na ramiona i podał ją przez okno cze- 
kającym na słodką zdobycz towarzyszom, potem sam 
oknem wyskoczył i ujechał. 2) W napuszystej i makaro- 



^) Agr. Przemyskie, tom 361 pp. 167 — 175. 
-) Agr. Przemyskie, tom 317 p. 1435. 



272 AMOR I DEMON 

nizmami do zbytku przeplatanej protestacyi żali się Sta- 
nisław Szpandowski na Jana Strzeleckiego, »iż on nie 
oglądając się, że crimina raptus in virginem perpetrata^ 
familje denigrantury przyjaźnie desoluntur, pominąwszy 
sposoby przystojne, porzuciwszy solennitates decentes^ na- 
jechawszy modo illicito ze wsi Meżyhorzec do wsi Pasz- 
nik, pogranicznej majątkowi protestującego, przez dwa 
dni szpiegując Zofię córkę jego a trzeciego dnia zasadzi- 
wszy się w lesie chocimirskim, obaczywszy córkę, że wy- 
szła z panną służącą Krystyną Zaleską do robotnic, które 
konopie brały, wypadł z lasu z kolasą na to przygoto- 
waną, onę gwałtownie pobrał i z tą panną służebną na ko- 
lasę wrzucił i z niemi do domu ojca swego do Chocimierza 
o mil sześć z prędkością ujecłiał i w nim się ku żalowi 
wielkiemu i hańbie protestantis trzyma, czaty i straże roz- 
stawiwszy.«*) 

Jan Ramułt, członek rycerskiej i dzielnej ale też bardzo 
niespokojnej i rogatej rodziny w ziemi przemyskiej, wykradł 
stolnikowi przemyskiemu Samuelowi Trojeckiemu w r. 
1608 synowicę, której pan stolnik jako stryj był opieku- 
nem. Stało się to za wiedzą i zezwoleniem matki wykra- 
dzionej panny, a mimo że Trojecki należał do ludzi, któ- 
rych się powszechnie bano, uszło mu to płazem, a nawet 
tak uzuchwaliło, że wyruszył jeszcze potem po posag i na 
czele zbrojnej gromadki zajechał Trójczyce, włość rodową 
stolnika, gdzie dopuścił się rozmaitych gwałtów.*) Przy 
wykradnięciu panny chodzi bardzo o jaknajszybsze poślu- 
bienie w kościele, aby rodzice doścignąwszy parkę, znaleźli 
już mosty spalone pochodnią Hymenu. Szlachcic ziemi 
lwowskiej Jan Stapkowski wykradłszy pannę Eufemię, córkę 
Bartosza Swirskiego z Podlisek, wozi się z nią po roz- 
maitych parafiach, szukając mniej skrupulatnego księdza, 



O Agr. Halickie, tom 134 p. 426, 505. 
2) Agr. Przemyskie, tom 324 pp. 1237—9. 



AMOR I DEMON 273 

któryby mu dał ślub na prędce; jedzie do Jaryczowa, 
z Jaryczowa do Glinian, z Glinian do Gołogór, wszędzie 
znajduje odmowę, aż nareście w Dunajowie trafia na księ- 
dza, który udzielił wędrującym oblubieńcom sakramentu 
małżeństwa.^) 

Niepospolitej i bardzo p^odziwianej, ale i z wielkiem 
zgorszeniem przyjętej przez szlachtę sztuki dokazał w r. 
1625 Adam Kalinowski, starosta winnicki, bo wykradł 
pannę i jej wyprawę zarazem, a wykradł ją grodowemu 
staroście, zawołanemu żołnierzowi, z obronnego zamku 
i podczas licznego zjazdu na roki ziemskie. Na domiar 
wyjątkowości i skandalicznego zuchwalstwa tego czynu, 
wykradziona panna była jego ciotką, rodzoną siostrą matki. 
Kalinowski zakochał się w Krystynie, córce słynnego wo- 
jownika Mikołaja Strusia, jednego z najwaleczniejszych 
i najwierniejszych towarzyszy hetmana Żółkiewskiego. 
Struś właśnie co został wtedy starostą halickim. Kali- 
nowski pozyskał serce panny, trafił jednak na słuszny 
a nieubłagany opór ojca, który nie chciał zezwolić na 
małżeństwo w takim stopniu pokrewieństwa. Nie mogąc 
przejednać opozycyi ojcowskiej, porozumiał się z panną 
i jej powiernicą Zofią Rudnicką i urządził po swoją Sa- 
binkę nocną wyprawę, tak zorganizowaną, aby jeżeli nie 
uda się panny wykraść podstępem, zostawała jeszcze szansa 
porwać ją przemocą. Zebrawszy liczny zastęp zbrojny, 
złożony przeważnie z wołoskich i » serbskich « hajduków, 
w kilkanaście czółen podpłynął Dniestrem pod zamek 
w Haliczu nocną porą, wytłukł dziurę w jego murach, 
dostał się do środka, a tak się zręcznie uwinął, że nietylko 
wziął starościankę, ale wraz z starościanką także cały 
skarbiec klejnotów, złota, pereł, srebra i wszystką bogatą 
garderobę białogłowską, a wyzyskując do dna pomyślną 
sytuacyę i chcąc jeszcze bardziej dojąć staremu żołnie- 



Agr. Lwowskie, tom 373 p. 1923. 

18 



274 AMOR I DEMON 

rzowi, uwiózł z sobą także mnóstwo palnej broni i kilka 
dział mniejszych.*) Oburzony i w najszanowniejszych uczu- 
ciach srodze dotknięty Struś nie wahał się w protestacyi 
swojej publicznej nazwać czynu tego hańbą, wyrządzoną 
zacnej rodzinie, zbrodnią i występkiem przeciw wszelkim 
prawom krwi i poczciwości rodzinnej, i zarzucić młodej 
parze, że incestuose się połączyła. 

Bardzo głośny był rapt w rodzinie Mniszchów, który 
się zdarzył w r. 1629, a którego bohaterką była panna 
Eufrozyna Mniszchówna, córka wojewody sandomierskiego, 
siostra carycy Maryny, bohaterem zaś młody szlachcic Her- 
molaus Jordan z Samoklęsk. Wdowa po wojewodzie mie- 
szkała wraz z niewydanemi jeszcze córkami w Dembo- 
wcu i z tamtąd to wykradła się panna. Jordan jako sąsiad 
bywał gościem u wojewodziny a porozumiawszy się 
z panną i pozyskawszy sobie jej żeńską służbę, zawsze 
sympatyzującą i zawsze pomocną w takich sprawach, miał 
czas i sposobność ułożyć dokładnie cały plan awantury, 
czyli jak się z oburzeniem wyrażają bracia panny Eufro- 
zyny, starosta lwowski Stanisław Bonifacy i starosta sa- 
nocki Franciszek Mniszchowie: »osób pewnych ladajakich 
męzkiej i białogłowskiej płci sobie przysposobiwszy, przez 
nieuczciwe instrumenta pod pretextem sąsiedztwa u Wiel- 
możnej Pani Wojewodziny kilkakroć bywszy, okazyę upa- 
trował...« Jakoż okazya istotnie dobrze była upatrzona — 
plan powiódł się gładko. Po północy zajechała do Dem- 
bowca kareta, a panna Eufrozyna już gotowa, niezapom- 
niawszy, jak jej zarzucają bracia, zabrać z sobą sreber, 
złota i klejnotów a nawet garderoby (cum auro, argento^ 
clenodiis et mundo muliebri), wymknęła się z dworu i uje- 
chała z Jordanem, który zawiózł ją najpierw do Samoklęsk 
a ztamtąd do drugiej majętności swojej Rudołowiec. Mnisz- 
chowie nie chcieli puścić Jordanowi płazem zuchwalstwa, 



O Agr. Halickie, tom 122 pp. 206—9. 



AMOR I DEMON 275 

wytoczyli mu pozwy przed trybunał, ale przegrali sprawę. 
Śledztwo sądowe wykazało, że panny Eufrozyny, już nie- 
młodej, owszem wcale dojrzałego wieku — nubilis et ma- 
turae aełatis wyraża się dekret trybunalski — a nadto ty- 
ranizowanej przez matkę (quia angiistiata fuit) Jordan nie 
porwał gwałtem ale wywiózł ją za jej zgodą i wolą. Po- 
czuwając się jednak do obowiązku strzeżenia karności ro- 
dzinnej, orzekł w swoim wyroku trybunał, że panna Eu- 
frozyna przecież » wykroczyła przeciw poczciwości stanu 
swego « (contra honestatem status sui) i skazał ją na utratę 
połowy posagu.^) 

Jakby romans czyta się w aktach szczegóły porwa- 
nia z klasztoru panny, już prawie zakonnicy, bo po trzech 
latach nowicyatu i po wzięciu habitu, tuż przed obłóczy- 
nami. Rzecz stała się w Przemyślu w r. 1634 a musiała 
być epilogiem całego szeregu intryg i dramatycznych wy- 
padków, których nie znamy a które wyzywają fantazyę 
powieściopisarską. Była to panna chorążanka wyszogrodzka 
Leonora Szczawińska, w klasztorze przemyskich Domini- 
kanek już siostra Franciszka — a szczegół to dający do 
myślenia, że była także sierotą po ojcu i miała ojczyma, 
matka jej bowiem wyszła powtórnie za mąż za niejakiego 
Niszczyckiego. Mieszkała przedtem kilka lat w klasztorze 
po świecku, a opiekowała się nią wojewodzina Krasicka, 
wdowa po Marcinie. Jak utrzymuje w swojej żałobie za- 
niesionej przed grodem przemyskim przeor Dominikanów, 
siostra Franciszka nietylko wzięła habit, ale »ter//^ już na- 
wet złożyła była professyę,< i czekano tylko na przyjazd 
matki, aby odbyć uroczysty akt obłóczyn. Nim jednak 
przyjechała matka, zjawił się w Przemyślu młody szlach- 
cic Samuel Kurdwanowski, przyjaciel jednego z Drohojo- 
wskich, Matyasza, i mieniąc się czyli mówiąc słowami 



^) Agr. Przemyskie, tom 355 pp. 455 — 58 i Agr. 
Sanockie, t. 151 pp. 2021, 2074. 

18* 



276 AMOR I DEMON 

Ojca Przeora »ozywając się być bratem i krewnym Siostry 
Franciszki, bardzo subtelnym i chytrym sposobem « po- 
czął odwiedzać klasztor i widywać się z nią za kratą^ 
a przy tej sposobności nietylko porozumiał się z nią samą 
ale pozyskał sobie także probantkę, która pełniła służbę 
przy furcie. Dnia 12 listopada w nocy Kurdwanowski 
usunął kilka desek z parkanu, który otaczał klasztor, do- 
stał się pod okno celi chorążanki a obecnie Siostry Fran- 
ciszki, dał jej znak umówiony, a gdy się wymknęła z kla- 
sztoru przy pomocy siostry probantki, uniósł ją z sobą 
do stajenki, dobudowanej do klasztornego parkanu. 

Tu była już przygotowana cała toaleta, a mianowicie 
adamaszkowy letnik czerwony i jak zapewnia strapiony 
przeor, także »inne ocłiędóstwa światowe«, i tak Siostra 
Franciszka przeobraziła się w jednej chwili w pannę cho- 
rążankę Leonorę. Tak przebraną zaprowadził Kurdwanowski 
do swego pomieszkania, które znajdowało się w pobliżu 
klasztoru a tu niebawem znalazł się ksiądz wraz z kilku 
osobami uproszonymi na świadków. Rozpostarto na po- 
dłodze kobierzec, Kurdwanowski ukląkł z chorąźanką i ksiądz 
połączył młodą parę ślubem małżeńskim. Pilnował dokła- 
dności tej ceremonji bardziej od samegoż księdza Kurd- 
^wanowski, bo kiedy ksiądz zapewne pod wpływem tak 
wyjątkowej sytuacyi zapomniał wiązać stułą rąk oblubień- 
ców, Kurdwanowski zawołał: » Pater Reverendey ależ Wasz- 
mość przepomniał co najlepszej rzeczy! Nie wiązałeś nas 
stułą !« Ksiądz odparł: »Tedy poprawię« i uzupełnił cere- 
monię. Następnie Kurdwanowski wyprosił gości a sam 
pozostał z chorąźanką >aż do jutrzni,<j^ poczem przebrał 
ją znowu w habit zakonny, odprowadził do klasztoru i za- 
sunął napowrót deski wyjęte z parkanu, tak że cała ta 
nocna przygoda pozostała tajemnicą. 

Dopiero kiedy w lutym następnego roku przyjechała 
sama Niszczycka i miał się odbyć uroczysty akt obłóczyn 
chorążanki, Kurdwanowski sam zaczął rozgłaszać, że Sio- 



AMOR 1 DEMON 277 

stra Franciszka jest jego poślubioną żoną, a kiedy już 
przystrajano kościół do ceremonji, posłał do klasztoru ten 
sam kobierzec, na którym brał ślub z cłiorążanką, aby na 
nim składała śluby zakonne tak jak na nim jemu składała 
przysięgę małżeńską. Obłóczyny odbyły się mimo tej de- 
monstracyi, a odbyły się zapewne pod naciskiem matki 
i przełożonycłi klasztoru, którzy ślub dany pokątnie i po 
świętokradzku uważali za nieważny. Minęło dziewięć mie- 
sięcy od tego ślubu, chorążanka już całkiem była mniszką, 
ale Kurdwanowski nie dał za wygrane. W nocy na dzień 
1 sierpnia dostał się znowu do klasztoru, wykradł chorą- 
źankę, ukrył ją w gospodzie swego przyjaciela Drohojo- 
wskiego, potem przebrał w suknie męzkie, następnej nocy 
przewiózł na przygotowanej już łodzi przez San i uwiózł 
w czekającej na drugim brzegu karecie. Sprawa oparła się 
o trybunał, przed który matka i bracia chorążanki pozy- 
wali Kurdwanowskiego; trybunał przekazał śledztwo sądom 
konsystorskim w Przemyślu, ale biskup Andrzej Szołdrski 
zaniechał wszelkiej inkwizycyi, jak się o tem dowiadujemy 
z protestacyi matki, która zarzuca biskupowi, że mimo jej 
próśb i nalegań nie wykonywa dekretu trybunalskiego i ani 
sam nie zjeżdża z Brzozowa na inkwizycyę ani żadnego 
prałata delegować do niej nie chce. O 

Równie romantyczne a nie tak gorszące było por- 
wanie panny Salonieji Nagórskiej z Orabownicy przez 
Stanisława Przedwojowskiego, towarzysza roty husarskiej 
Alexandra Koniecpolskiego. 1 w tym wypadku, na potwier- 
dzenie naszych uwag poprzednich, panna była posażną 
sierotą a fakt porwania był tylko epilogiem intrygi rodzin- 
nej. Panna Salomeą nie miała ani ojca ani matki i wycho- 
wywała się w domu swego dziadka Mikołaja Pełki. Do 
opieki nad bogatą panienką rościł sobie jednak prawo jej 



^)Agr. Przemyskie, tom 356 pp. 1549 — 55, tom 
358 p. 1155, 1331—4, 2059. 



278 AMOR I DEMON 

szwagier, ożeniony z jej siostrą Katarzyną, Jacek Krasowski 
z Orabownicy. Wiedziony chciwością, chciał koniecznie 
odebrać Pełkom pannę Salomeję, bo upatrzył dla niej męża, 
Gabryela Boratyńskiego, który deklarował się kontentować 
trzecią częścią posagu panny a z dwóch trzecich kwito- 
wać Krasowskiego. Kiedy raz Pełczyna z panną była na 
mszy w kościele Franciszkańskim w Sanoku, wpadł Kra- 
sowski z zbrojną czeladzią do świątyni i nie zważając na 
nabożeństwo, właśnie przy samem Podniesieniu, porwał 
Salomeję przemocą i zawiózł ją do Orabownicy. Aby faktem 
dokonanym ubiedz opozycyę krewnych, przyspieszył ter- 
min ślubu z Boratyńskim, nie zważając na łzy i prośby 
panny, która serce swoje oddała już była Przedwojowskie- 
mu. Zbliżył się dzień fatalny; już pannę młodą stroić po- 
częto do ślubu, kiedy nagle, w przedostatniej prawie chwili, 
wpada do dworu w Orabownicy Stanisław Przedwojowski 
z kilku towarzyszami swojej husarskiej chorągwi, porywa 
Salomeję, unosi ją na koniu do przygotowanych nieopodal 
kolas, w których czekają już na nią jej druga siostra i jej 
ciotka pani Bylińska wraz z bratem stryjecznym Nagór- 
skim — a Krasowskiemu i niefortunnemu panu młodemu 
Boratyńskiemu pozostaje tylko ta wątpliwa satysfakcya 
i pociecha, jaką dać mogą piorunujące protestacye zanie- 
sione do ksiąg grodzkich.^) 

Niestety, niedługo cieszyło się swojem szczęściem, 
tak romantycznie skojarzone stadło! Romantyka dziejów 
rodzinnych owego czasu obfituje nietylko w miłosne i liry- 
czne, ale także w tragiczne ballady o szkockim, krwawym 
kolorycie. W r. 1645 napada nocą na dwór w Orabownicy 
sąsiad Stanisław Kozłowski, podczaszy sanocki, i pod sza- 
blami jego pachołków ginie gwałtowną śmiercią Stanisław 
Przedwojowski. Rozsiekano go na sztuki — dwadzieścia 
dwie ran stwierdzono w grodzie na jego zwłokach. Stało 



1) Agr. Przemyskie, tom 370 pp. 2982, 2738. 



AMOR I DEMON 279 

się to za poduszczeniem matki podczaszego Anny z Rytra 
Kozłowskiej, wdowy po Mikołaju sędzi ziemi sanockiej, 
a było epilogiem jednej z tych krwawych i zaciętych wo- 
jen sąsiedzkich, w jakie tak obfitowała ziemia sanocka. 
Kozłowską skazał trybunał za zbrojny zajazd i zabójstwo 
na dwa lata i 12 tygodni wieży, nim ją jednak zasiadła, 
doścignęła ją zemsta z ręki opryszków beskidzkich, któ- 
rzy napadłszy na jej dom w Humniskach a chcąc ją zmu- 
sić do zeznania, gdzie ukryła złoto i klejnoty, wzięli ją na 
tortury i piekli pochodniami. Srodze skatowana manife- 
stuje się Kozłowska przed aktami grodzkiemi, że wieży 
odsiedzieć nie może, bo stan jej waży się między życiem 
a śmiercią. Tragiczny los męża nie na długo odebrał pani 
Salomeji ochotę do życia i miłości, w cztery miesiące po 
katastrofie jest już żoną Jana Fredry.^) 

Nie zawsze gładko, owszem bardzo tragicznie koń- 
czyła się niekiedy taka awantura. W r. 1629 niejaki Jakób 
Źołczyński porwał w Busku od boku matki w jasny dzień 
dwunastoletnią dzieweczkę. >Dnia 15. lutego w godziny 
ranne — opowiada w swojej protestacyi matka porwanej, 
Elżbieta z Lipskich Podhorecka — byłam z córką swoją, 
panną Anną, lat natenczas ledwie 12 mającą, w kościele 
u OO. Dominikanów w Busku, żadnej około siebie cze- 
ladzi nie mając, jako niemłoda i spokojna wdowa... Wie- 
dział o mnie w Busku i o mojej niepotędze p. Jakób Źoł- 
czyński i upatrzył czas sposobny, w którymby zamysł 
swój nieprzystojny mógł wykonać, na który z mojej i dzie- 
cięcia mego strony żadne nigdy podobieństwo nie wyszło. 
Nagotowawszy się na to dobrze, stanął Źołczyński w Bu- 
sku na Nowem Mieście przy kościelnej drodze u Rygera 
mieszczanina, gdzie miał sanie gotowe w cztery konie za- 
przężone a przy nich czeladź swoją. Wyszłam z kościoła 



^) Agr. Przemyskie, tom 376 pp. 1100 — 3 i Agr. 
Sanockie tom 158 pp. 1974—1979, 2287, 2313—15. 



280 AMOR I DEMON 

do gospody swojej zwyczajnej, Żołczyński zastąpił ml na 
drodze a jakoby w sposób przyjacielski począł mi służby 
a potem rękę oddawać, któremum ja, zdrady się nie spo- 
dziewając, rękęm także podała, ale to przywitanie zdradliwe 
było, bo wziąwszy mnie za rękę krzyknął na swoich ludzi, 
ażeby porwali pannę, którą zaraz Jurek, woźny jego, por- 
wawszy na sanie rzucił. Wydzierałam się długo z rąk jego 
za córką, także córka z płaczem wydzierała się z rąk 
oprawców, ale trudno się było wydrzeć, ujechał z panną 
do Białego Kamienia. « Żołczyński miał tu przyjaciela, wójta 
miejscowego Pawła Suskiego, który był wtajemniczony 
w jego zamiary, do niego więc schronił się z panną. Suski 
uzbroił kilkudziesięciu mieszkańców miasteczka i obstawił 
dom strażami do koła, a kiedy matka, która śladem Żoł- 
czyńskiego popędziła za córką, stanęła przed domem, nie 
puszczono jej do dziecka, a samej pannie, która przez 
okno rwała się do matki z krzykiem o pomoc, zatkano 
usta chustką. Podhorecka widząc, że prośbami niczego nie 
osiągnie, odjechała i obesłała natychmiast wszystkich przy- 
jaciół i krewnych. Tymczasem Żołczyński, nie mogąc do- 
stać ślubu w Białym Kamieniu, zabrał pannę i wraz z dru- 
gim Suskim, Piotrem, nocą ruszył ku Lwowowi, gdzie ła- 
twiej było o księdza i ślub improwizowany. Suski »w dro- 
dze na saniach podle panny siedząc, rozmaitemi sposobami 
wiódł ją do tego, ażeby ślub brała, ukazując jej rozmaite 
przykłady, że takowe rapty na wielu miejscach uchodziły, 
ale się tych osób nie mianuje dla dobrej ich sławy, które 
on sam natenczas mianował. Na koniec straszył ją tem, 
że »jeśli ślubu nie weźmiesz, odjadę od ciebie a w tem 
cię lekkość od p. Żołczyńskiego spotka.«*) 

Krążywszy noc całą ubocznemi drogami, przywiózł 
Żołczyński pannę do Hołoska pode Lwowem i tu stanął 
w domu niejakiego Handlowskiego, który był » swatem 



*) Agr. Lwowskie, tom 380 pp. 2093—2099. 



AMOR I DEMON 281 

albo li szwagrem « Suskich. Pannę zamknięto w ciemnej 
i ustronnej izdebce i poczęto szukać księdza, któryby ze- 
chciał dać ślub. Kiedy trudno było o księdza łacińskiego, 
któryby się podjął tego wśród podobnych okoliczności, 
udano się do księży ruskich, ale i między tymi nie znalazł 
się we Lwowie żaden, któryby się dał był nakłonić do 
tego aktu. Tymczasem brat porwanej panienki Adam Pod- 
horecki wraz z gromadką krewnych był już w pełnym 
pościgu za zuchwalcem, a goniąc go jego śladami, odkrył 
miejsce jego pobytu i wpadłszy do Hołoska osaczył dom 
Handlowskiego, wtargnął do środka i tu rozegrała się 
krwawa scena. Źołczynski przeszyty kilku kulami z mu- 
szkietów i porąbany szablami wyzionął ducha na miejscu, 
a ojciec jego, który następnie prezentował trupa w gro- 
dzie, w protestacyi swojej powiada, że jeszcze zwłoki syna 
jego »bito, kopano i deptano.«^) Jednego z towarzyszy 
Źołczynski ego. Piotra Suskiego, pojmano i osadzono w wię- 
zieniu na Wysokim Zamku, zkąd jednak uciekł, i to — 
rzecz godna zanotowania — po poprzedniej deklaracyi, 
zapisanej w aktach grodzkich, ^ze przy]dz\e mu omni modo 
o sobie radzić i starać się, gdyż tu głodu cierpieć nie po- 
winien i causam honoris przy zdrowiu ochraniać prawo 
wszystkie mu pozwala,< a zatem niejako po otwartej 
i urzędowej zapowiedzi, że uciec zamierza.^) 

W okolicach odległych od miast i grodów, w gó- 
rach n. p. Samborskich, na szlakach sabatów i opryszków, 
gdzie z rzadka w zapadłych wioskach mieszkała na poły 
zdziczała szlachta i dokąd już wcale nie sięgało krótkie 
i słabe ramię ówczesnych władz bezpieczeństwa, zuchwal- 
stwo rekuzowanych konkurentów przybierało formę krwa- 
wych gwałtów i okrucieństw. Wojciech Pamiętowski z Roz- 
łucza stara się o pannę Katarzynę, córkę Maruchny Dwer- 



1) Ibidem, pp. 2614—17. 
«) Ibidem, p. 2681. 



282 AMOR I DEMON 

nickiej w Boberce, ale matka odmawia i przyrzeka rękę 
Katarzyny innemu konkurentowi, Remigianowi Tyszkow- 
skiemu. Pamiętowski dobiera sobie kilku towarzyszy a mia- 
nowicie Łukasza Wysoczańskiego z Komarnik, Jana Ro- 
mera z Wysockiego, Pawła Rozłuckiego z Rozłucza i kilku 
innych a między nimi i Jana Fredrę, który niewiadomo, 
dlaczego się tam zabłąkał, napada na dwór w Boberce, 
szukając panny rozbija wszystkie komnaty i schowki, 
a znalazłszy ukrytą, każe przywołać miejscowego popa 
i wzywa go, aby mu dał natychmiast ślub. Pop się wzbra- 
nia, a wtedy towarzysze Pamiętowskiego wymierzają doń 
nabite półhaki i pod grozą śmierci zmuszają go do speł- 
nienia religijnej ceremonji, poczem Pamiętowski odjeżdża 
zostawiając poślubioną sobie tym sposobem pannę przy 
matce. Nie zważając oczywiście na ślub tego rodzaju, 
który nie miał żadnego znaczenia, matka oddaje rękę córki 
Tyszkowskiemu i wkrótce odbywa się wesele. Gody we- 
selne są właśnie w pełnym toku, kiedy Pamiętowski 
z bandą tych samych przyjaciół napada na dwór w Bo- 
berce, rzuca się na pana młodego i zadaje mu kilka ran 
ciężkich szablą, tak że Tyszkowski pada we krwi na zie- 
mię, porywa następnie pannę młodą, wsadza przy sobie 
na konia i ujeżdża z nią do Rozłucza. Zatrzymawszy ją 
czas krótki u siebie, całkiem niespodziewanie — nescitur 
guibus informatus consiliis, jak się wyrażają akta — zwraca 
ją znowu matce. Poślubiony pannie prawowity małżonek 
Tyszkowski przyjmuje ją jako żonę bez względu na to, 
co zaszło, i młode małżeństwo żyje z sobą spokojnie 
przez cztery tygodnie. Po upływie tego czasu Pamiętowski 
napada ich znowu zbrojnie i uwozi przemocą Tyszkowską, 
a męża jej, który nieostrożnie, wiedziony zapewne chęcią 
odzyskania żony, udał się był do Rozłucza, chwyta, zabija, 
ucina mu głowę i do odciętej już strzela jeszcze jak do 
celu z łuku. *) 

^) Agr. Lwowskie, tom 376, pp. 13—18. Rok 1623. 



AMOR I DEMON 283 

Najbardziej gorszącemi były wypadki, w których nie 
kochanek uniesiony namiętnością, nie konkurent wzgar- 
dzony przez rodziców a pewny wzajemności panny, ale 
człowiek żonaty z rozpusty porywa córkę rodzicom. Wy- 
padki takie należały na szczęście do najrzadszych wyjąt- 
ków; najgłośniejszy zdarzył się w r. 1639 we Lwowie. 
Mieszczanin i pisarz sądowy miejski Jan Załęski wybrał się 
pewnego dnia w maju z całą rodziną swoją po za mury 
miejskie do pasieki Wolfberndowskiej. Miał ładną córkę 
Annę, która także mu towarzyszyła. Ledwie całe grono 
wyszło na pola za miastem, kiedy nagle przypada z kilku 
towarzyszami Krzysztof Źórawiński, który czatował na tę 
sposobność, porywa pannę i uwozi ją z sobą. Nie wiemy, 
jak się skończyła ta przygoda dla Źórawińskiego i dla 
panny, domyślać się wszakże można, że nie miała zbyt 
fatalnych następstw i zamknęła się jakąś wystarczającą 
satysfakcyą rodziców, bo prócz jedynej protestacyi, zanie- 
sionej do akt grodzkich zaraz po wypadku, ^) Załęski nie 
czyni już żadnych dalszych kroków prawnych. 

Że po każdym rapcie, t. j. po każdem porwaniu 
panny, chociaż je usankcyonował ślub kościelny, rodzice 
i krewni biegli do aktów, aby w piorunującej protestacyi 
obwieścić światu wypadek, który bądź co bądź był epi- 
zodem z dyskretnych dziejów rodzinnych, zrozumieć ła- 
twiej, bo rapt był uważany za zbrodnię i mógł być przed- 
miotem kryminalnego pozwu. Że jednak nie wahano się 
manifestować w grodzie w sprawach poufnych, które nie 
mogły mieć i nie miały procesowych konsekwencyj i nie 
powinny były wychodzić po za granice czysto domowego 
kwasu lub zgorszenia, tego nie będzie nigdy mógł zro- 
zumieć, kto dzisiejszem okiem patrzy na owe czasy, dzi- 
siejszemi nerwami odbiera z nich wrażenia i z stanowiska 
dzisiejszych sądzi je zapatrywań. Ta nadmierna ambicya 
rodu i ten brak wstydliwości w jego sprawach poufnych 

^) Agr. Lwowskie, tom 390 pp. 706—7. 



284 AMOR 1 DEMON 

— to na pozór dwie otwarte sprzeczności. A przecież 
jedno wypływało właśnie z drugiego. Im żywsza była tra- 
dycyjna duma familijna, tem żywsza musiała być reakcya 
przeciw temu, co ją obrażało. Nie bano się skandalu — 
dusze były namiętniejsze, usta szczersze ł śmielsze, tem- 
perament nieskończenie pierwotniejszy i bardziej pory- 
wczy. Owa siła i cnota woli: panowanie nad sobą, 
nie było zaletą natur i charakterów ówczesnych. Przewa- 
żną część tych wszystkich czynów zuchwałych, tych zajść 
tragicznych, tych ciężkich grzechów przeciw etyce społe- 
cznej, jakie nam przechowały akta XVII. wieku, nie z prze- 
wrotności dusz płynie, ale z braku siły nad sobą saijiym. 
Wspomnianemu u góry brakowi dyskrecyi domowej 
zawdzięczamy także wiadomość o nielicznych zresztą me- 
zaliansach. Małżeństwa niedobrane majątkowo lub pod 
względem dostojności rodowej budziły niesmak i nieza- 
dowolenie, ale nie wywoływały nigdy namiętnej, publi- 
cznie objawianej opozycyi. Inna rzecz, kiedy szlachcianka 
wyszła za plebejusza albo szlachcic pojął nieszlachciankę. 
To był dopiero gruby mezalians, przeciw któremu nie 
wahano się protestować w publicznych aktach. W r. 1633 
Przecław Chrząstowski pokochał dziewczynę z ludu, 
niejaką Zosię Dymnicką, która służyła w domu jego ro- 
dzinnym w Bukowie. Nie przebaczyli mu tego bracia 
i wykluczyli niejako z wszelkich związków rodzinnych. 
Widzieli w małżeństwie brała »niepamięć na honor sta- 
rożytnego domu swego, który cnotą, męztwem i usługą 
ojczyźnie zawsze słynie.« W protestacyi swojej zaniesionej 
przed grodem sanockim, oburzają się i żalą, że Przecław 
z tą żoną >przysiercki płodzi ku wielkiej zelży wości 
domu swego, bo przecież Chrząstowskimi zwać się będą 
chcieli, tedy przeciwko nierządnemu małżeństwu prote- 
stują się i oświadczają, że żadnego z tej nieszlachetnicy 
spłodzonego za poczciwego nie przyzna wają.<: ^) 

^) Agr. Sanockie, tom 151 pp. 2300—2. 



AMOR I DEMON 285 

Bardziej wyrozumiałym i pobłażliwym pokazał się 
w podobnym wypadku Andrzej Herburł, synowiec słyn- 
nego Jana Szczęsnego. Córka jego Anna, owdowiawszy 
po pierwszym mężu Krzysztofie Wapowskim, kasztela- 
nicu przemyskim, wyszła wbrew woli ojca w r. 1638 po 
raz wtóry za nieszlachcica Hieronima Outetera. Ten Hie- 
ronim pochodził z bardzo bogatej rodziny kupieckiej, 
osiadłej w Krakowie i we Lwowie, która później przy- 
brała polskie nazwisko Dobrodziejskich, ale nie dziw, że 
dla takiej dostojnej i wyniosłej rodziny, jak Herburtowie, 
był to tylko, aby się wyrazić słowami ówczesnemi: » pro- 
sty biernat i zamsik.« Obrażony Herburt wyrzekł się córki, 
dał się jednak wkrótce ubłagać, ale postawił jako waru- 
nek przebaczenia, aby pani Anna przyniosła mu list po- 
lecający czyli przyczynny od Samuela Koniecpolskiego, 
kasztelana chełmskiego, ożenioiiego z Herburtówną, i aby 
uczyniła przed grodem sanockim cum assistentia męża 
swego naprzód, niżeli go przeprosi, wyrokę t. j. zrzecze- 
nie się wszystkich dóbr ojczystych i sukcessyj.« ^) Po 
spełnieniu tych warunków Herburt przebaczy, »czemu 
czas naznaczam w domu moim, kiedykolwiek przyjadą, 
łaskę i miłość moją ojcowską pokazać i oświadczyć go- 
tów będę. Bez których warunków NON.« 

Poprzestajemy na tych dwóch przykładach, dorzu- 
cając je do tych wszystkich drobnych rysów, które przy- 
czynić się mogą do oddania obyczajowej fizyognomji 
czasów. 



*) Agr. Przemyskie, tom 361 p. 705. 



ROZDZIAŁ PIĄTY 



RZESZA SZLACHECKA 



I. 

Drobna szlachta. Jej mnogość i stanowisko społeczne. 
Jej występowanie jako stan i jako ród. Jej stanowisko 

w WALKACH O UNIĘ. WojNA DWÓCH WŁADYKÓW. 

Szare tło szlacheckiego świata stanowi szlachta dro- 
bna, cząstkowa, zagonowa, chodaczkowa, zaściankowa, 
najbliższa chłopu, owszem niekiedy nawet dobrze chłop- 
ska, wyglądająca zupełnie tak, jakby wyglądał był chłop 
wolny w Polsce, gdyby był istniał. Kontrast między po- 
zorami tego stanu a jego społeczną prawdą, między splen- 
dorem herbowym a nędzą egzystencyi, między fikcyą 
udzielnej wolności i braterskiej równości szlacheckiej 
a rzeczywistą zawisłością i upokorzeniem, doznawanem 
od możnych, między ambicyą a nawet pychą rodową 
a stopniem oświaty i obyczajowej kultury — nadaje tej 
warstwie wszystkie te cechy tragi-komiczne, jakie bywają 
nieodłączne od każdego sprzecznego w sobie samem sta- 
nowiska. Ale ta stotysięczna rzesza szlacheckiego drobiazgu 
miała przecież wszystko po temu, aby być dobrym ma- 
teryałem dziejowym, a w militarnej organizacyi państwa 
mogła odegrać doniosłą rolę. Pełna fantazyi i animuszu, 
przejęta ambicyą stanu, złożona z ludzi sposobnych do 
rycerskiego rzemiosła, uważających się z dumą za » synów 

19 



290 RZESZA SZLACHECKA 

koronnych,<' chciwa krescytywy — jakby czekała tylko na 
to, aby ją twórcza myśl jakiegoś męża stanu, jakiegoś 
wielkiego organizatora, zrobiła wagą w mectianizmie spo- 
łecznym, siłą w narodzie. Patrząc na ten szary tłum szla- 
checkiego proletaryatu, który mógł być stanem a był naj- 
częściej tylko trudnością społeczną i polityczną, przypo- 
minają się słowa współczesnego poety: »Robić tym lu- 
dem, robić potrzeba koniecznie !« — bo jakby o nim 
właśnie były wypowiedziane. *) 

Nikt nim nie robił, prócz chyba sejmikowych war- 
chołów, i on sam nic nie robił, prócz burd i procesów. 
Pieniacka i zawadyacka ta szlachta wypełnia sobą prawie 
całą trzecią część aktów województwa ruskiego, bije się 
i procesuje między sobą z namiętną zaciekłością — nie- 
masz prawie jednej karty w księgach grodzkich tego woje- 
wództwa, a zwłaszcza ziemi halickiej, gdzieby nie figuro- 
wał albo szlachcic martwy, produkowany po gwałtownej 
śmierci w grodzie, albo ranny, który jako saucius, laesus, 
caesiiSy vulneratiiSy jawi się w urzędzie starościńskim, aby 
jeszcze przed cyrulikiem dać sobie otaksować odniesione 
guzy, albo w końcu pieniacz oblatujący protestacye i pozwy. 

Województwo ruskie obfitowało w drobną i zaścian- 
kową szlachtę. Najwięcej jej w przemyskiej ziemi, nieco 
mniej w halickiej, lwowskiej i żydaczowskiej, najmniej 
w sanockiej. W halickiej ziemi roją się Berezowscy, Cho- 
cimirscy, Drohomireccy, Orabowieccy, Hołyńscy, Kniehi- 
niccy, Krechowieccy, Sulatyccy, Strutyńscy, Tatomiry, Uher- 
niccy, Wołkowiccy, Żurakowscy; w przemyskiej Bilińscy, 
Baczyńscy, Bratkowscy, Bereźniccy, Bojarscy, Czołhańscy, 
Czernieccy, Dobrzańscy, Horodyńscy, Horodyscy, Uniccy, 
Jamińscy, Jaworscy, Jasieniccy, Kalnofojscy, Koblańscy, 
Komarniccy, Kryniccy, Kulczyccy, Lityńscy, Łuccy, Mat- 



*) Szymonowie z, Sielanki i t d. Wyd. Węclewskiego, 
str. 143. 



RZESZA SZLACHECKA 291 

kowscy (piszą się długo: Majtkowscy), Manasterscy, Po- 
pielowie, Podhorodeccy, Rytarowscy, Radyłowscy, Sieleccy, 
Sozańscy (piszą się długo: Zozańscy), Stupniccy, Smere- 
czańscy, Turzańscy, Terleccy, Tureccy, Tusłanowscy, 
Uniatyccy, Uruscy, Wysoczańscy, Winniccy, Żeliborscy; 
w lwowskiej i żydaczowskiej ziemi Czaykowscy, Hoszo- 
wscy, Konieccy, Łozińscy, Podlesieccy, Popiele, Potio- 
reccy, Podwysoccy, Przedrzymirscy, Świrscy, Srokowscy, 
Siemiginowscy, Winniccy, Witwiccy; w sanockiej ziemi 
spotykamy głównie Dobrzańskich i Łodzińskich. Wszystko 
to szlachta ruska, jeszcze mało spolszczona, twardo sto- 
jąca przy swoim wschodnim obrządku, obok popów naj- 
silniejszy filar anti-unickiej ortodoksyi. Nie latynizuje ani 
polszczy swoich imion chrzestnych, owszem używa ich 
nawet w aktach zawsze w chłopskiem familiarnem zdro- 
bnieniu, same to jeszcze Łeśki, Sienie, Hrycki, Fed'ki, liki, 
Steczki, Waśki, Jurki, Hawryły, Demki, z przydomkami 
czyli imioniskami, które ich mają odróżniać między sobą, 
a które zachowały się do naszych czasów. Czaykowscy 
n. p. mają imioniska : Słoninka, Berynda, Trunkowicz i t. p., 
Żurakowscy, którzy swoją osiadłość w Żurakach (pierwo- 
tnie Czerakach) wywodzą jeszcze od Władysława Opol- 
czyka i produkują na to dokument w halickim grodzie,^) 
odróżniają się między sobą przydomkami Lechnowskich, 
Jakobszowiczów, Josypowiczów, Jaźwińskich, i t. p., Ło- 
dzińscy mają przydomki Kowal, Przystawka i t. d., Łuccy 
przydomki Tatarzyniec, Szczerbiak, Pełczak, Żurkowski 
i t. p., Popiele przydomki Chwościak, Chwostowicz, Ko- 
łodrub i t. p. Te imiona drobnej szlachty ruskiej, te Wa- 
śki i Łeśki dziwnie odbijają w aktach od Auktusów czyli 
Zbożnych, od Hermolausów, Bieniaszów, Wszeborów, 
Przecławów, Dadzibogów, Prandotów, Wespazyanów, od 
biblijnych Samsonów, Ezdraszów, Abrahamów i Samuelów 

^) Agr. Halickie, tom 132 pp. 408—10. 

19* 



292 RZESZA SZLACHECKA 

szlachty znamienitszej, bo wszystkie te imiona częste są 
jeszcze w owym czasie, zwłaszcza w ziemi przemyskiej — 
jest to blizkie sąsiedztwo dwóch dalekich światów, płynna 
granica dwóch sprzecznych z sobą kultur. 

Nazwaliśmy drobną szlachtę szarem tłem społe- 
cznem i była też niem istotnie. Stanowiła najniższy szcze- 
bel uprzywilejowanej warstwy, ciemny początek krescy- 
tywy, podnóże hierarchji szlacheckiej. Legenda o równo- 
ści, legenda o szlachcicu na zagrodzie równym wojewo- 
dzie, była i wówczas legendą, a jak tyle innych legend 
nie była nigdy prawdą. Respektował ją mały szlachcic 
z naiwną satysfakcyą, wielki pan z ironiczną obłudą — 
nie wierzył w nią ani jeden ani drugi. Był to vox, vox, 
et praeterea nihil, hasło święte, zawieszone na kołku, 
przed którem się uchylało kapelusza, którego z kołka 
broń Boże było ruszać, ale które nikomu nie zawadzało, 
nikomu nie pomagało. Była to, że tak powiemy, za- 
sada w zasadzie, pozór bez rzeczy. Nie daj tego Panie 
Boże robić różnicy między większą a mniejszą szlachtą 
w konstytucyi sejmowej, w akcie jakimś publicznym, w prze- 
mówieniu sejmikowem, bo by to wywołało było Ijurzę 
a może i trzask szabel; kiedy raz do konstytucyi o po- 
dymnem wkradło się słowo: »m ni ej sza szlachta,« po- 
wstał taki hałas, że musiano tekst uroczyście sprostować 
drogą osobnej uchwały sejmowej, aby to słowo »//z per- 
petuo było zniesione z przyznaniem, że in aegualitate ani 
mniejszego ani większego nie masz.<^ ^) 

Ale na tem koniec. W rzeczy samej hierarchja szla- 
checka istniała, i to nietylko ta, która wypływała z pia- 
stowania urzędów i dostojeństw publicznych, ale i ta, 
która polegała na stanowisku czysto społecznem i rodo- 
wem. W aktach województwa ruskiego, a więc nawet 
w źródle publicznem i urzędowem, mamy tego dowód 



O W konstytucyi z r. 1699. 



RZESZA SZLACHECKA 2Q3 

W słałem stopniowaniu szlacheckiego tytułu, w używaniu 
dwóch formułek: szlachetny i urodzony, nobilis 
i generosus. Szlachcic zagonowy, cząstkowy, uboższy, fi- 
guruje w aktach zawsze jako » szlachetny,* szlachcic zajmu- 
jący majątkowo i towarzysko wybitniejsze stanowisko 
figuruje jako » urodzony « — co więcej, w XVI. jeszcze 
wieku nawet członkowie głośnych i możnych już w tym 
czasie rodów, jeżeli nie mają żadnego urzędu, występują 
w aktach bardzo często tylko jako szlachetni. Spotykamy 
z tytułem skromnym nobilis nawet Stadnickich, Krasickicłi, 
Fredrów, choć równocześnie tegoż nazwiska osoby pia- 
stujące jakiś urząd wyższy występują jako generosi a na- 
wet magnificL W jednym i tym samym dokumencie ojciec 
figuruje jako generosus^ syn jako nobilis. Były to jeszcze 
czasy, kiedy tytuły nie stały się tanią monetą zdawkową, 
kiedy królowie pisząc do hetmanów, wojewodów i ka- 
sztelanów, poprzestawali na tytule: » urodzony wiernie 
nam miły« a co najwyżej »wieImożny.« Dopiero z końcem 
XVII. i w XVIII, wieku lada cze^nik, lada wojski, lada pi- 
sarz lub podstarości grodzki rości sobie prawo do ty- 
tułu magnificuSy a każdy wyższy dygnitarz jest już Ulu- 
strissimus, 

W r. 1634 samaż szlachta województwa ruskiego 
odróżnia owe dwa stopnie szlacheckie: szlachetny i uro- 
dzony, i ubolewając na sejmiku wiszeńskim nad coraz 
częstszą uzurpacyą szlachectwa, gniewa się głównie o to, 
że taka nowa, wątpliwa szlachta »nietylko nobiles ale ge- 
nerosi zwykła się pisać. « ^) Była to tedy równość szcze- 
gólna, bo równość stopniowana, której bardzo charakte- 
rystyczną w swojej sprzeczności formułą było owa ulu- 
biona w Polsce dewiza : Par super parem. Miało to sens 
w rzeczywistej hierarchji urzędowej, nie miało go wcale 
w hierarchji fikcyjnej, czysto tytularnej, która miała swoje 



^) Agr. Sanockie, tom 152 p. 1053. 



294 RZESZA SZLACHECKA 

Źródło właśnie w chęci wyrwania się z ram szlacheckiej ró- 
wności. Takich tytularnych urzędów była wielka obfitość — 
ale ci wszyscy łowczowie, skarbnicy, cześnicy, podczaszo- 
wie nie posiadali żadnego rzeczywistego urzędu, nie speł- 
niali żadnej funkcyi ani w ziemi ani w powiecie, nie 
mieli żadnych praw i żadnych obowiązków, niczem nie 
byli, nic nie znaczyli — dawało to rączkę do nazwiska^ 
the handle to the name, jak to trafnie nazywają Anglicy. 
Piechota z ostrogami. Ale ostrogi brzęczały i brzęczą do- 
tąd w rodowodach i kronikach domowych, wśród tycłi 
starostów, którzy nigdy nie byli starostami, ale tylko po- 
spolitymi dzierżawcami ekonomij królewskich, wśród tycłi 
niezliczonych słomianych kasztelanów, wśród tych -woje- 
wodów in partibus infideliurriy bo tytułujących się od 
ziem, które dawno przestały były należeć do Polski. 

Drobna szlachta dostarcza przeważnie popów, ręko- 
dajnych famulusów, najemnych żołnierzy dworskich, go- 
spodarczej służby, a często gęsto idzie w kozaki i opry- 
szki. Solidarnie jako stan lub jako ród nie występuje 
nigdy, z wyjątkiem dwóch wypadków: jako stan w spra- 
wach swojej religji, jako ród w sprawach swego szla- 
chectwa. Chłop ruski w sprawach religji, do której form 
przywiązany jest całą siłą upartej duszy, może odgrywać 
tylko bierną rolę: jest skałą niemą, nieruchomą, ale nie- 
wzruszoną; kiedy chodzi o tłumną i czynną akcyę, po- 
dejmuje się jej drobna szlachta. Mamy tego przykład 
w zajściach, które wywołało mianowanie Atanazego Kru- 
peckiego władyką przemyskim i Samborskim po śmierci 
Michała Kopystyńskiego. Krupecki, unita, wyforytowany 
na stolicę władyczą przez biskupa przemyskiego Stani- 
sława Siecińskiego, wywołał przeciw sobie w ruskiem 
duchowieństwie gwałtowną opozycyę, a drobna szlachta 
ziemi przemyskiej wystąpiła przeciw niemu solidarnie i wy- 
powiedziała mu formalną wojnę. Władyka Krupecki zna- 
lazł się w ciężkich opałach, nie był pewny nietylko swojej 



RZESZA SZLACHECKA 



295 



stolicy ale nawet zdrowia i życia. Wszyscy Chłopeccy, 
Turzańscy, Manasterscy, Lityńscy, Winniccy, Kopystyńscy, 
Błażowscy, Rytarowscy, Rudyłowscy, Ustrzyccy, Jasieniccy, 
Koblańscy, Wysoczańscy, Kulczyccy, Sulatyccy, Czaykow- 





ff< 


^^^ ^^^K 




L ^^ ■ - . ;• • «- 




6/ // 



Fig. 29. 
Władyka Atanazy Krupecki. 

scy, Tustanowscy, Tatomiry, ile ich było, a wymieniamy 
tu tylko tych, którzy posunęli się do czynnych gwałtów, 
godzą na powagę a nawet na osobiste bezpieczeństwo 
nienawistnego im władyki-unity, a król Zygmunt III. mię- 



296 RZESZA SZLACHECKA 

dzy tą szlachtą a zagrożonym przez nią Krupeckim zakłada 
w r. 1611 vadium w kwocie na owe czasy olbrzymiej 
50.000 dukatów. *) Szlachta drobna podnieca opór popów, 
którzy otwarcie wypowiadają posłuszeństwo władyce, nie 
płacą mu prowentu czyli t. zw. kunie do katedry przemy- 
skiej, nie przyjeżdżają na synody doroczne na św. Jari, 
zamykają mu cerkwie przed nosem. Cerkwie zajęte przez 
Krupeckiego i jego stronników szlachta odbiera zbrojną 
przemocą, jak n. p. cerkiew św. Jana w Przemyślu i cer- 
kiew Pozdrowienia Najśw. Panny w Samborze, a kiedy 
władyka w r. 1611 przyjeżdża na sejmik wiszeński, opada 
go w gospodzie z gołemi szablami, strzela do jego służby 
i wypędza go sromotnie z Wiszni.*) Przeszło dwadzieścia 
lat trwa ta wojna popów i małej szlachty przeciw Kru- 
peckiemu; daremnie w r. 1618 starosta przemyski Marcin 
Krasicki usiłuje przywrócić spokój, daremnie wzywa szlachtę 
do pojednawczej interwencyi, >aby się środkować między 
stronami mogło, jakoby te sprawy pomiarkować, żeby już 
wżdy takowym rebelliom obrzydliwym koniec sięstał,«*) — 
walka ta trwa dalej i przybiera w końcu rozmiary prawdzi- 
wej kampanii wojennej, obfitej w krwawe utarczki, oblę- 
żenia i szturmy na klasztory. 

Jest to akcya prawem i lewem co się zowie. Pra- 
wem grzęźnie jakby w trzęsawisku, lewem pędzi jak roz- 
hukany strumień górski. Kiedy władyką unickim miano- 
wany został w przemyskiej dyecezyi Krupecki, dyzunickie 
duchowieństwo i wroga unji drobna szlachta ruska, po- 
pierana gorliwie przez archimandrytę kijowskiego Piotra 
Mohiłę, wystarały się u króla o ustanowienie osobnego 
dyzunickiego władyki i oddanie mu pewnej części dóbr 
kościelnych i trzech monasterów, w Spasie, Ławrowie 
i Smolnicy. Polityka w kwestyach cerkwi ruskiej była nie- 

1) Agr. Przemyskie, tom 327 p. 18—19. 

2) Agr. Sanockie, tom 143 pp. 281—3. 
^) Agr. Sanockie, tom 144 pp. 1862—3. 



RZESZA SZLACHECKA 2Q7 

słeły zawsze chwiejną, przygodnią, bez stanowczego pro- 
gramu a zatem i bez konsekwencyi. Epizodycznie prowa- 
dzona, polegająca na półśrodkach i paliatywach, przepla- 
tana ustępstwami, które jednych drażniły a drugich nie 
zadowalały, regulowana od czasu do czasu dekretami kan- 
celaryi królewskiej, które pogodzić się z sobą nie dały — 
robiła kwestyę tak doniosłą a drażliwą igrzyskiem oso- 
bistych iiłtryg, emulacyj i nieporozumień. Dyzunickim wła- 
dyką przemyskim zamianowany został Jan Romanowicz 
Popiel, ale władyka unicki Krupecki oparł się jego intro- 
misyi a Popiel nie miał ani potrzebnych środków ani do- 
syć energji, aby » lewem « dochodzić tego, co mu się wrze- 
komo należało prawem. Trzeba było wynaleźć innego kan- 
dydata, nie ubogiego czerńca-szlachetkę, jakim był Popiel, 
ale szlachcica możnego, śmiałego, mogącego liczyć na setki 
szlachty ruskiej. Musiał to być ktoś, coby dopiero w osta- 
tniej, zwycięzkiej chwili umiał zamienić szablę na pastorał 
i niejako w butach z ostrogami przekroczył carskie wrota. 
Piotr Mohiła i szlachta przy nim stojąca upatrzyła 
sobie takiego człowieka w Sylwestrze łlulewiczu-Wojutyń- 
skim, szlachcicu piastującym urząd pisarza ziemi łuckiej, 
i jego desygnowano na dyzunickie władyctwo przemyskie. 
O teologiczne wiadomości w takich wypadkach nie dbano; 
kilka tygodni pobytu w jakimś monasterze, postrzyżyny 
zakonne i obznajomienie się z najniezbędniejszemi szcze- 
gółami rytuału — oto i wszystko, czego wymagano od 
takiego kandydata. Ale Popiel miał dyplom królewski na 
władyctwo, daremnie zrzec by się go nie chciał; trzeba 
było tedy dyplom odkupić. Hulewicz zapłacił Popielowi 
za dyplom 3000 zł. — taką sumę podaje Krupecki — zło- 
żył urząd pisarza, wystarał się o przepisanie nominacyi na 
swoje imię i jako władyka zabrał się do zdobycia swojej 
dyecezyi. Mówimy: do zdobycia, bo łlulewicz z góry wie- 
dział, że zdobywać ją będzie musiał zbrojną mocą. Złożył 
sobie tedy najpierw rodzaj generalnego sztabu, w którego 



298 RZESZA SZLACHECKA 

skład wchodzili obaj jego bracia Alexander i Daniel Hule- 
wicze, jego szwagier chorąży czernichowski Andrzej Ko- 
sakowski, Andrzej Zachorowski, Semen Myszka Chołonie- 
wski, Teodor Winnicki i Piotr Szeptycki. Rolę komisarza 
królewskiego objął Kosakowski, który był w posiadaniu 
pisma królewskiego z pieczęcią pokojową, polecającego 
mu wprowadzić dyzunickiego władykę w wyznaczone mu 
monastery. Rozwinięto potajemną agitacyę między drobną 
szlachtą, popami, mieszczaństwem i ludem wiejskim, uło- 
żono plan kampanji, rozdano role — był to formalny spi- 
sek z całym aparatem tajnych schadzek, werbunków, szpie- 
gów i emisaryuszy. 

Około Zielonych Świątek 1636 r. wyruszył władyka 
Hulewicz na Przemyśl z całym swoim sztabem i nielicznym 
ale dobranym orszakiem zbrojnym, który miał stanowić 
niejako kadry pospolitego ruszenia szlachty i ludu. W sam 
dzień Zielonych Świątek stanął pod Przemyślem, opano- 
wał cerkiew na Wilczu pod samem miastem i założył tu 
główną kwaterę, z której wychodziły rozkazy i do której 
garnęły się zewsząd zbrojne posiłki. Pora była dobrze wy- 
brana, starosta przemyski Mikołaj Daniłowicz bawił wła- 
śnie po za granicami swej jurysdykcyi a władyka Krupecki^ 
jakby w przewidywaniu najazdu, wyjechał do monasteru 
Św. Spasa, tego samego właśnie, którego zajęcie było 
pierwszym celem zbrojnej wyprawy. Wzmocniwszy dosta- 
tecznie swoje szeregi, ruszył wojowniczy władyka w po- 
chód na Spaś traktem Samborskim. Ruszyli z nim razem 
wszyscy schyzmatyccy mieszczanie przemyscy, ruszyli oko- 
liczni popi i chłopi, ruszyły zastępy drobnej ruskiej szla- 
chty, a po drodze z każdej wsi prawie, którą mijano, przy- 
łączał się do tej wyprawy lud wiejski. Jak lawina rósł 
zastęp Hulewicza: opuścił Przemyśl w kilkaset ludzi, a nim 
zdążył do Starego Sambora, urósł w olbrzymią tłuszczę. 
Siłę jego obliczano na 10.000 ludzi. W Starym Samborze 
zatrzymano się i założono obóz a Hulewicz zasięgnąwszy 



RZESZA SZLACHECKA 209 

języka, że Krupecki jest w monasterze św. Spasa i prze- 
strzeźony, obwarował się tam ile możności, wysłał do niego 
jako parlamentarzy Kosakowskiego, Zachorowskiego, Win- 
nickiego, Szeptyckiego i Bazylego Lityńskiego, dodając im 
oddział jazdy w sile 50 ludzi. 

Wysłannicy, przyjęci przez władykę Krupeckiego, za- 
żądali od niego dobrowolnego oddania monasłerów św. 
Spasa w Spasie i św. Onufrego w Ławrowie i wsi do 
nich należących, a Kosakowski zaprodukował mu wspom- 
niane pismo królewskie. Krupecki oświadczył na to, że 
monasterów nie wyda, bo ma dyplom, który przyznaje mu 
ich dożywotnie, pismu zaś królewskiemu zarzucił, że wy- 
dane jest tylko pod pieczęcią pokojową (sub sigUlo cubi- 
culari) i nie ma wagi przywileju, a gdyby ją nawet miało, 
to stoi w niem wyraźnie, że Hulewicz ma objąć włady- 
ctwo »nie przeszkadzając jednak posesyi teraźniejszego 
władyki ojca Krupeckiego. « Na tem się skończyła akcya 
- prawem v< a rozpoczęła się akcya » lewem. < Dowiedziawszy 
się od posłów o płonności ich misyi, Hulewicz dał hasło 
do pochodu. Ruszono na Spaś i otoczono monaster — lud, 
który się wysypał z wszystkich siół okolicznych, obsadził 
wszystkie wzgórza do koła, że wyglądały od płótnianek 
chłopskich jakby pokryte śniegiem. Pod wodzą Kosako- 
wskiego uderzono do szturmu, wyrąbano ostrokół i bramy, 
wtargnięto do murów klasztornych. Załoga monasteru bar- 
dzo nieliczna, uzbrojona na prędce, nie mogła stawić oporu 
tak ogromnej przewadze i schroniła się do murowanej 
wieży, sam zaś władyka Krupecki zamknął się w cerkwi 
i położywszy się krzyżem na posadzce świątyni, z rezy- 
gnacyą oczekiwał katastrofy. Niebawem i ta garstka, która 
się schroniła do wieży, zmuszoną została do kapitulacyi* 
Na znak tryumfu zagrzmiały teraz okrzyki tłumu, ode- 
zwały się salwy śmigownic i marsowe fanfary surm i po- 
mortów, a zwycięzki Hulewicz wprowadzony został do 
cerkwi. Krupeckiego wywiedziono przed tłum na igrzysko, 



300 RZESZA SZLACHECKA 

wydano go na szyderstwo i obelgi. Skarży się w swojej 
prołesłacyi, że tłum plwał na niego, hańbił go i policzko- 
wał, że go wrzucono do locłiów monasteru i łam go trzy- 
mano o głodzie przez dwie doby, a nareście sromotnie wy- 
pędzono ze Spasa i byłby musiał wracać piecłiotą do Prze- 
myśla, gdyby nie pomoc okolicznej szlacłity katolickiej. 
Opanowawszy Spaś zajął Hulewicz oba dalsze monastery 
w Ławrowie i Smolnicy a wraz z niemi i wsie władycze 
Straszewice, Nanczułkę, Ławrów, Wołkowice i Duszowce.^) 
Przy szturmie monasteru św. Spasa zabito brata Krupe- 
ckiego i poraniono kilkunastu jego zwolenników. 

Krupecki uciekł się do trybunałów. Wydał kilkadzie- 
siąt pozwów i wytoczył kilkadziesiąt procesów, każdemu 
z głównych a znanych mu uczestników napadu z osobna ; 
uzyskał też przeciw nim kilkadziesiąt dekretów infamji. Ale 
to była czysto platoniczna satysfakcya — nie przeszka- 
dzało to Hulewiczowi posiadać zdobytych monasterów 
i należących do nich dóbr ziemskich. Dekrety trybunalskie 
były prawomocne, chodziło tylko o egzekucyę, a to wła- 
śnie była rzecz najtrudniejsza. Wykołatał nareście Krupecki 
w r. 1638 u starosty przemyskiego egzekucyę, t. j. przy- 
musową rumacyę Hulewicza z zajętych monasterów — 
de brachio regali finaliter et fortiter, jak opiewała for- 
muła — i podstarości Franciszek Dąbrowski w towarzy- 
stwie pisarza grodzkiego wyprawił się na ten akt z orsza- 
kiem, jakiego zdaniem jego egzekucya wymagała. W dro- 
dze z Starego Sambora do Spasa zabiegł im drogę jeden 
z stronników Hulewicza, szlachcic Bazyli Jaworski, i usi- 
łował odwieść podstarościego od zamiaru egzekucyi, za- 
nosząc równocześnie protest w imieniu całej szlachty ru- 
skiej przeciw gwałceniu przywilejów królewskich i przeciw 
zamachowi na nietykalność dóbr kościelnych tak rezolutnie 
i z taką siłą przekonania, że zdawałoby się, że role się 



^) Agr. Przemyskie, tom 358 pp. 2018—2031. 



RZESZA SZLACHECKA 301 

pomieniały, i że on czyni »prawem« a urząd grodzki »le- 
wem.« Podsłarości nie usłuchał protestu i posunął się 
z swoją drużyną pod monaster św. Spasa. Ale tu przed- 
stawił mu się widok bardzo groźny. Góry i lasy dokoła 
monasteru obsadzone były uzbrojonym ludem; urząd 
grodzki powitano wojennym okrzykiem i ogniem z działek 
i muszkietów. Sam monaster był zamknięty i obwarowany 
i miał liczną załogę, dobrze uzbrojoną i na wszelką osta- 
teczność gotową. Podstarości wysłał pod monaster wo- 
źnego i dwócłi szlacłiciców, napominając władykę Hule- 
wicza, który był w monasterze i kierował jego obroną, aby 
nie opierał się buntowniczo prawowitej władzy, ale i wła- 
dyka i otaczająca go szlachta odprawili woźnego z odpo- 
wiedzią, że przybyli tu w imię całej ludności ruskiej i z man- 
datu archimandryty kijowskiego Mohiły i że raczej śmierć 
poniosą a nie ustąpią. Równocześnie wyszli z monasteru 
dwaj księża Antoni i Filoteus Uniatyccy i wręczyli pod- 
starościemu pismo następującej osnowy: »Mościwi Pano- 
wie sądowi ! My duchowni będąc od Jegomości Ojca Me- 
tropolity Mohiły posłani, stoimy przy przywileju diploma- 
tls, który przywilej konstytucyą z r. 1635 utwierdzony, na 
rezydencyę te trzy monastery władyce nieunitów naznacza. 
Zaczem WM. Panowie nie macie na nas tak następować, 
gdyż to nie jeno Ojcu Hulewiczowi należy władyctwo ale 
i wszystkiej Rusi, którzy nie są z unji, i przeto nie czyń- 
cie nam WMPanowie praeiudicium żadnego i bezprawia. 
Przed Panem Bogiem oświadczamy, nie czyńcie nam gwałtu 
w tej mierze.« 

Podstarości widząc taki stan rzeczy a nie mając ani 
ochoty ani sił po temu, aby szturmem dobywać klasztoru, 
postanowił cofnąć się z honorem i niby to dla ominięcia 
rozlewu krwi odstąpił od sądowej egzekucyi. > Więc przy- 
patrzywszy się inszym rzeczom — powiada w swojej re- 
lacyi urzędowej ') — jako zameczkowi przeciwko temu mo- 

») Agr. Przemyskie, tom 361 pp. 1814—1825. 



302 RZESZA SZLACHECKA 

nasteru na samym wierzchu góry będącemu i ludźmi od tam- 
tej strony osadzonemu przy takiej rezydencyi pomienionego 
Ojca Hulewicza, protestante parte actorea^ aby z tego oka- 
zya maiońs tumultus et seditionis nie powstała — nie przy- 
szło nam do rzetelnego i skutecznego oddania monasteru 
tego.« Ale na tem się skończył dopiero jeden epizod tej 
długiej i uporczywej walki o władyctwo dyzunickie, która 
przygasła tylko na chwilę, aby znowu wybuchnąć płomie- 
niem i zapalić umysły nietylko ruskiej małej szlachty ale 
i całej ludności wschodniego wyznania. 

Aż do śmierci Hulewicza był jakby pewien rodzaj 
zawieszenia broni. Hulewicz skazany za gwałtowne najazdy 
na monastery i wsie władyctwa przemyskiego, zniewolony 
był do zgodzenia się na pewien modus vivendL Za instan- 
cyą posłów ziemskich zniesiono z niego w r. 1641 infa- 
mię i przywrócono go do czci, a konstytucyaztegoźroku 
uregulowała kwestyę unji i dyzunji w ziemi przemyskiej 
w ten sposób, że władyctwo z monasterem św. Spasa 
i należącemi doń wsiami po wieczne czasy pozostać miało 
przy unitach, zaś monastery w Ławrowie i Smolnicy 
z wsiami Ławrowem i Nanczułką przy dyzunitach. Hulewicz 
aż do śmierci swojej miał zachować godność dyzuni- 
ckiego władyki, po śmierci zaś jego władyctwo dyzunickie 
' stanowczo miało być zniesione, a najwyższym duchownym 
dostojnikiem dyzunickim miał już być tylko archimandryta 
ławrowski. Tym sposobem unici utrzymywali się przy 
władyctwie a dyzunici poprzestać musieli na archimandryi.*) 

Takie połowiczne załatwienie sporu nie zadowoliło 
ani jednej ani drugiej strony, bo każda rościła sobie prawo 
do wszystkiego. Śmierć Hulewicza dała hasło do pono- 
wnego wybuchu wojny o władyctwo, a trzeba przyznać, 
że przyczyniła się do tego także chwiejna i nielogiczna 
w wysokim stopniu polityka dworu. Oto wbrew wyra- 



1) Vol. Leg urn, tom IV., 8. 



RZESZA SZLACHECKA 



303 



znym postanowieniom konstytucyi z r. 1641 król Jan Kazi- 
mierz mianował dekretem z dnia 24. kwietnia 1650 r. 
Antoniego Winnickiego dyzunickim władyką przemyskim 
i następcą Hulewicza. Miała więc ruska dyecezya przemy- 
ska znowu dwócłi wrogich sobie władyków, zgrzybiałego 




Fig. 30. 
Władyka Sylwester Hulewicz-Wojutyński. 

już unitę Krupeckiego i młodego, energicznego dyzunitę 
Winnickiego. Przypuszczać trzeba, że nominacya Winni- 
ckiego była niejako poniewolną koncesyą w myśl trakta- 
tów Zborowskich, zawartych z kozakami, nie uwalnia to 



304 RZESZA SZLACHECKA 

jednak dworu od zarzutu niekonsekwencyi, bo jak to 
zobaczymy, ta sama kancelarya królewska, która wydała 
dekret nominacyjny, robiła potem wszystko, aby go za- 
kwestyonować a nawet stanowczo unieważnić. 

Władyka Winnicki pochodził z bardzo rozrodzonej 
drobnej szlacłity tegoż nazwiska, której gniazdem były 
Winniki w przemyskiej ziemi. Była to szlacłita uboga ale 
łiarda, twarda, rogata i do gwałtownycłi wybryków bar- 
dzo pochopna. Nie było między nią żadnej solidarności 
mimo tożsamości herbu, nazwiska i szczepowego pocho- 
dzenia — przeciwnie, jeżeli któryś Winnicki miał jakiego 
nieprzejednanego wroga, to wrogiem tym był z pewno- 
ścią inny Winnicki. Pieniali się i bijali między sobą Kul- 
czyccy, Jaworscy, Popiele i t. p., ale nigdzie waśnie nie 
były tak częste i tak zacięte a nawet tak dzikie i krwawe, 
jak między Winnickimi. Nawet w kwestyi religijnej, 
w której między szlachtą ruską panowała do pewnego 
stopnia jednomyślność, Winniccy nie z przekonania ale 
raczej z osobistych antypatyj dzielili się na dwa obozy. 
W wojnie między dwoma władykami spotykamy licznych 
Winnickich w obu przeciwnych obozach. Historya naj- 
bliższej rodziny nowo-mianowanego władyki Winnickiego 
dostarczyćby nam mogła wielu przykładów tej nienawi- 
ści Winnickich do Winnickich, ale wystarczy przytoczyć 
tylko jeden fakt, aby niejako krwawą łuną oświetlić tę 
rodową zawziętość. 

Ojciec władyki, Teodor Winnicki, znany nam już 
z zajść między Krupeckim a Hulewiczem jako najżarli- 
wszy poplecznik anti-unickiego ruchu, był jednym z pier- 
wszych albo raczej był najpierwszym swego nazwiska, 
który z powodzeniem dobijał się krescytywy. W czasie, 
kiedy syn jego wykierował się na władykę, był już 
dość zamożystym szlachcicem, zażywał znacznej powagi 
w powiecie i był nawet posłem ziemi przemyskiej. Nie 
mieszkał już w Winnikach, ale przeniósł się do Uroża, 



RZESZA SZLACHECKA 305 

gdzie siedział na znaczniejszej dziedzicznej części. Nie 
cierpiała go szlacłita winnicka; za co? nie wiadomo. On 
sam twierdził w jednej żałobie zaniesionej do grodu, że 
za to jedynie, iż >fortuną, ogładą i świetnością szlacłie- 
cicą — ut in substantia sic in moribus et claritate — 
wyniósł się nad innych. <' Ale nietyiko sami Winniccy nie 
lubili pana Fedora, bo tak go nazywano, był także solą 
w oku licznych Unickich, Uniatyckich, Uhernickich, Uru- 
skich, a nie podobał się i znamienitszej szlachcie przemy- 
skiej, jak o tem świadczy zarzut nieszlachectwa, zrobiony 
mu przez sędziego Jana Fredrę i cześnika lwowskiego 
Jana Pieniążka — sprawa, która skończyła się krwawo, jak 
o tem będzie mowa na swojem miejscu. 

Najzacieklejszym wrogiem Teodora Winnickiego był 
inny Teodor Winnicki, ale podczas gdy pierwszego, po- 
sesyonata, ojca władyki, posła ziemskiego, nazywano pa- 
nem Fedorym, tego drugiego Teodora nazywano tylko 
Fedorkiem. Otóż w r. 1650 ten Fedorko Winnicki urzą- 
dził w same święta Bożego Narodzenia napad na dwór 
Teodora Winnickiego w Urożu, a napad ten pamiętny 
był długo w okolicy jako »kolenda uruska.<' Teodor Win- 
nicki wyjechał był właśnie do swego syna władyki, który 
przebywał w Zarzycach. Fedorko zebrawszy czterdziestu 
szlachty, przeważnie samych Winnickich, ale było w ich 
gronie także kilku Unickich, Uhernickich i Uruskich, na- 
padł nocą na dwór, porozbijał sługi, powypędzał domo- 
wników, i wśród ustawicznego śpiewu kolend ruskich, 
który miał przygłuszyć wołanie o pomoc przerażonej cze- 
ladzi, złupił wszystko, co było do złupienia, nie oszczę- 
dzając i rzeczy licznych gości p. Teodora, którzy przyje- 
chali byli do niego na święta a w chwili najazdu towa- 
szyli mu do Zarzecza. Zabrano około 3000 gotówki, klej- 
noty, srebra, całą garderobę, rzędy złociste, kobierce 
i wszystkie szlachetne konie, w których się miłował go- 
spodarz, i wśród odgłosu wesołych kolend powrócono 
z tryumfem do Winnik. 20 



306 RZESZA SZLACHECKA 

Teodor Winnicki zastawszy po powrocie dom złu- 
piony i spustoszony jakby po napadzie tatarskim, poprzy- 
siągł zemstę Fedorkowi, a żona jego Maryna, z domu 
Dziusanka, kobieta wyjątkowo mężna i namiętna, która 
oddawała się ćwiczeniom rycerskim, jeździła konno jak 
kozak, strzelała celnie i bić się umiała na pałasze, nie 
dała mu długo odwlekać odwetu. Jakoż już w dzień 
Trzecłi Króli stało się zadość jej pragnieniu. Dowiedziano 
się od szpiegów, że Fedorko Winnicki, który po złupie- 
niu Uroża uszedł był w góry Samborskie, powrócił do Win- 
nik. Zebrawszy gromadę życzliwej sobie szlachty i cłiło- 
pów ruszyli oboje małżeństwo na Winniki — ona, stra- 
szna Maryna, ubrana po męzku, w mundurze dragońskim, 
na koniu, z szablą przy boku i z pistoletami w olstracłi. 
Cłioć napadnięci nocą i z nienacka, Winniccy pod wo- 
dzą Fedorka bronili się dzielnie i przyszło do krwawej 
bitwy, w której najgęstszym zgiełku z szaloną odwagą 
walczyła pani Maryna, istna Amazonka — Amazonum 
morę stricta cum framea, jak się wyraża nasze źródło. 
Fedorko ugodzony kulą muszkietową padł na ziemię, 
a wtedy pani Maryna miała zeskoczyć z konia i tulichem 
wykłuć oczy poległemu wrogowi — szczegół, który po- 
wtarzamy tylko na wiarę protestacyi zaniesionej ze strony 
Winnickicłi do grodu przemyskiego, za którego tedy pra- 
wdziwość ręczyć trudno, chociaż sam fakt nie ulega wąt- 
pliwości, że zwłoki Fedorka były sromotnie okaleczone. 
Wśród zaciętej walki czy to umyślnie podłożony czy też 
z nieostrożności lub od ognia strzałów wzniecił się pożar 
w Winnikach i cały prawie ten zaścianek szlachecki stał się 
pastwą płomieni, wśród których zginęło jedenaście osób, 
samych schorzałych starców lub drobnych dzieci. Win- 
niccy prezentują w grodzie popalone kości tych niewin- 
nych ofiar pożogi.^) 



^) Agr. Przemyskie, tom 377 pp. 46—9 i 100—110. 



RZESZA SZLACHECKA 307 

Syn takich energicznych rodziców, nie dziw, że wła- 
dyka Winnicki śmiało zabrał się do opanowania stolicy 
władyczej i podległych jej monasterów. Miał za sobą prawie 
całą ruską szlachtę, kryłoszan kapituły, większość popów 
i lud wiejski. Ojciec i brat rodzony Stefan, a dalej liczni 
pokrewni, między którymi było trzech Szeptyckich, Andrzej, 
Aleksander i Stanisław, zorganizowali mu szybko zbrojne 
kadry, około których kupić się później mieli chłopi. Wie- 
dział dobrze Winnicki, że tylko przemocą i czynnym gwał- 
tem odbierze Krupeckiemu monastery i zaraz też wyru- 
szył w pole. Powtórzyło się to samo, co zaszło między 
Krupeckim a Hulewiczem. Zajechano zbrojnie wsie wła- 
dycze Nanczułkę, Straszewice, Busowiska, zajęto monastery 
w Ławrowie i Smolnicy i ruszono na zdobycie monasteru 
Św. Spasa, który, jak wiemy, był obwarowany na kształt 
zameczka i mógł stawić opór czas dłuższy. Władyka Kru- 
pecki, starzec już wówczas ośmdziesięcioletni, przebywał 
właśnie w tym monasterze. Zgrzybiały, niedołężny, cały 
oddany postom i modlitwom, bo nawet jego przeciwnicy 
przyznają mu cnotę ascetyzmu, mało się już zajmował 
świeckiemi sprawami swego biskupstwa; gospodarowali 
w niem samowolnie jego synowcy, Janusz i Tobiasz Kru- 
peccy, którym zarzucała kapituła ruska, że mając przez lat 
40 zarząd majątku władyctwa, obracali dochody na własny 
swój pożytek i naruszyli nawet skarbiec katedralny. Sta- 
nąwszy pod Spasem, Winnicki wysłał do monasteru par- 
lamentarza z wezwaniem, aby w myśl paktów Zborowskich 
Krupecki ustąpił dobrowolnie. Krupecki odpowiedział to 
samo, z czem niegdyś odprawił wysłanników Hulewicza: 
Umrę raczej a nie ustąpię.« Winnicki zawołał: » Dlatego 
jam się poświęcił i wiele z ojcem moim stracił, abym te 
dobra z monasterem św. Spasa odebrał !« i dał bratu swemu 
hasło do akcyi, dodając jednak przestrogę: » Bracie, tylko 
nie po Hulewiczowsku postępujmy; suchemi razy traktujmy 
jego posługaczy!: Rzeczywiście obeszło się bez rozlewu 

20* 



308 RZESZA SZLACHECKA 

krwi, bo przekupieni już poprzednio stróże pozostawili 
bramy otwarte i stronnicy anti-unickiego władyki z łatwo- 
ścią wdarli się do monasteru i opanowali go w jednej 
cłiwili. Krupeckiego trzymano kilka dni pod kluczem a na- 
stępnie wśród urągań wydalono z monasteru J) 

Akcya rozpoczęta lewem poszła teraz na chwilę pra- 
wem. Krupecki na gwałt odpowiedział pozwami, któremi 
objął nietylko samego władykę Winnickiego i jego rodzinę 
ale i wszystkich Szeptyckich, Sozańskich, Baczyńskich, 
Podhorodeckich, Kopystyńskich i t. p., którzy dostarczyli 
mu szabel do zbrojnego zajazdu monasterów, uciekł się 
pod opiekę króla i trybunału, zaapelował do pomocy ka- 
tolickiej szlachty przemyskiej. Król mandatem z 30. czerwca 
1650 roku stanął po jego stronie. Po zobowiązaniach Zbo- 
rowskich, po wydaniu formalnego dyplomu na władyctwo 
Winnickiemu, była to rzecz trochę trudna — ale od cze- 
góż była owa sakramentalna formułka: ad małe narrata, 
argument przedziwnie wygodny, bo dawał wyjście z naj- 
ciaśniejszej sytuacyi i pozwalał odwoływać mandaty i dy- 
plomy. »Lubośmy — są słowa mandatu królewskiego — 
na niektóre monastery i cerkwie od unitów niedawno ode- 
brane według deklaracyi naszej pod Zborowem uczynio- 
nej diploma nostrum ludziom religji greckiej nie w Unji 
będącym z kancelaryi naszej wydać rozkazali, jednak iż 
do władyctwa przemyskiego i Samborskiego jakoteż do 
monasteru św. Spasa, św. Onufrego i Smolnickiego Antoni 
Winnicki żadnej słusznej nie ma pretensyi i u nas ad 
małe narrata one uprosiwszy modo violento Ojcu Krupe- 
ckiemu odbierać ich nie mógł« — przeto osobna komi- 
sya, w której skład wejdą biskup Jan Zamoyski, kanonik 
Fryderyk Alembek, podkomorzy przemyski Franciszek 
Dubrawski, starosta przemyski Marcin Madaliński, pod- 
czaszy lwowski Andrzej Stano, a w końcu Andrzej Ma- 



^) Agr. Przemyskie, tom 377 pp. 392—99. 




li 
2 

I 



'-^m * 



o 
bo 



310 RZESZA SZLACHECKA 

xymiHan Fredro i sekretarz królewski Maciej Cielecki, 
ma zjechać do dóbr i monasteru władyctwa i oddać je 
napowrót Krupeckiemu. ^) Aby zamknąć drogę Winni- 
ckiemu do stolicy władyczej także i po śmierci Krupe- 
ckiego, król poszedł dalej i w kilka miesięcy po pierw- 
szym mandacie wydał drugi, którym ze względu, iż » Ojciec 
Krupecki w sędziwości lat swoich po naradzie z kapitułą 
umyślił za żywota swego obrać sobie koadjutora i pro- 
ponował na to stanowisko archimandrytę dubieńskiego 
O. Prokopa Chmielowskiego, < zatwierdził wybór tegoż 
Chmielowskiego i mianował go zarazem sukcesorem na 
władyctwie po śmierci Krupeckiego. *) 

Wytworzyła się sytuacya nieznośna, ale aż do wiosny 
1651 r. nie przyszło do gwałtownego wybuchu, Czas ten 
przeminął na komisyach, które niczego nie załatwiły, na 
procesach, które się ciągle zaczynały a nigdy nie koń- 
czyły, na dekretach, których nikt nie słuchał, na kondem- 
natach, których nikt nie egzekwował, na infamiach, których 
nikt się nie bał i na wieżach, których nikt nie odsiadywał. 
Władyka Winnicki, skazany ex remissione commissionali na 
rok wieży przemyskiej, 1500 grzywien winy i odszkodo- 
wania Krupeckiemu, obracał się swobodnie po dyecezyi, 
zwoływał pokątne synody, spiskował, zbierał wojsko z małej 
ruskiej szlachty, z mieszczan i chłopów, i gotował wojnę. 
Krupecki dogorywał jeszcze w Walawie pod Przemyślem, 
kiedy wojna wybuchła na całej linji — wojna otwarta, 
podjazdowa, prowadzona z obu stron napadami, zajazda- 
mi, krwawemi utarczkami. Sukcesor umierającego władyki 
Chmielowski nie miał za sobą takiego zastępu małej szlachty, 
popów i chłopów, jak Winnicki, ale po stronie jego sta- 
nęło grono najmożniejszej szlachty przemyskiej, a dwaj 
Fredrowie, stolnik sanocki Zygmunt i brat jego Andrzej, 

1) Ibidem, p. 952. 

«) Ibidem, p. 1090—2. 



RZESZA SZLACHECKA 311 

Franciszek Karol Korniakt, podczaszy przemyski Marcin 
Krasicki i brał jego Adam dostarczyli mu swojej zbrojnej 
czeladzi, hajduków i dragonów. 

Winnicki nie czekał na śmierć Krupeckiego. Mimo 
lat ośmdziesięciu, mimo sił wyniszczonych postami i no- 
cnem czuwaniem na modlitwach, mimo ciężkiej choroby, 
stary asceta choć niby umierał codziennie w Walawie, żył 
przecież dalej wbrew wszelkim oczekiwaniom. Winnicki 
wiedział, że po jego śmierci będzie miał trudniejsze zadanie, 
bo wtedy Chmielowski wejdzie w konferowane mu przez 
króla prawo sukcesyi na stolicę władyczą — postanowił 
tedy stworzyć fakt dokonany i gwałtem opanować cerkiew 
katedralną w Przemyślu. Spisek dojrzał, organizacya była 
już gotowa, mieszczanie ruscy pozyskani — chodziło już 
tylko o śmiały zamach. Wykonano go w pierwszych dniach 
maja 1651 r. Winnicki stanął nocą pod Przemyślem na czele 
silnego hufca, na dany znak ruscy mieszczanie przemyscy 
otworzyli mu bramy i zastęp cały, pomnożony ludem oko- 
licznym i przedmiejskim, wtargnął na rynek, zajął prze- 
mocą pałac władyczy, powiązał domowników i przebywa- 
jących w pałacu wiernych Krupeckiemu księży, odebrał od 
nich klucze do katedry, wziął ją w posiadanie i według 
wszelkich reguł sztuki wojennej osadził się tam i otoczył 
strażami. Aby gwałtowi temu nadać formę legalną, uczy- 
nić z niej t. zw. intromisyę, przywołany woźny wraz 
z dwoma szlachcicami Stanisławem Szeptyckim i Janem 
Skorodenskim stwierdził, że akt objęcia dokonał się według 
prawa i że kryfoszanie kapituły wzięli go bez opozycyi do 
wiadomości. 

Cały skarbiec katedralny dostał się wtedy w ręce 
Winnickiego, a był to skarbiec nadzwyczaj bogaty w złoto, 
perły, klejnoty i najdroższe aparaty liturgijne. Były tam kie- 
lichy kryształowe w złoto oprawne, krzyże cedrowe z zło- 
tem okuciem, trzy ewangelie pisane złotem na pergaminie, 
ozdobione miniaturami, oprawne w złote blachy, sadzone 



312 RZESZA SZLACHECKA 

rubinami, szafirami, łurlcusami ; jedna z nich miała wartość 
26.000 zł.; cztery mitry osypane gęsto perłami, dyamen- 
tami i rubinami ; manipularze, orarze czyli stuły dyakońskie 
i stuły episkopalne pokryte najdroższemi kamieniami, osa- 
dzonemi na rzeźbionycłi złotycłi blacłiacłi, wartości od 15 
do 23.000 zł., ryzy t. j. ornaty biskupie rfotogłowowe, łiafto- 
wane bogato perłami, z którycłi jeden taksowany był na 
10.000 zł. i t. p.^ 

Jeden z domowników Krupeckiego, któremu się po- 
wiodło wymknąć z zdobytego pałacu, pospieszył z wie- 
ścią o tem gwałtownem opanowaniu katedry do Wa- 
lawy. Przyniósł on z sobą śmierć dla Krupeckiego. Wia- 
domość tak przeraziła chorego staruszka, że wysłuchawszy 
ją, zaraz wyzionął ducha. Umarł w porę, bo czekała go 
dalsza przygoda — Winnicki z częścią swej siły zbrojnej 
ruszył właśnie z Przemyśla na Walawę. Ledwie domo- 
wnicy Krupeckiego zdołali ubrać zwłoki w aparaty bi- 
skupie a już dyzunici z tryumfalnym okrzykiem wpadli 
do walawskiego dworu, Winnicki zajął w posiadanie 
wieś z całym inwentarzem i poddanymi, przywłaszczył 
sobie wszystkie ruchomości i sprzęty dworskie, a przeci- 
wnicy jego rozgłaszali nawet, że zdjąć kazał z zwłok 
Krupeckiego szaty i insygnia biskupie, podczas gdy prze- 
ciwnie kryłoszanie stojący po stronie Winnickiego oska- 
rżali o to synowców Krupeckiego, twierdząc w osobnej 
protestacyi, że jeszcze przed przybyciem dyzunitów do 
Walawy oni to odarli z szat zmarłego, pozostawiając 
ciało jego na prostej słomie — in stramine solo humi 
recubans, 

Chmielowski, który otrzymał po śmierci Krupeckiego 
od króla formalny dekret na władyctwo przemyskie 
z wszystkiemi monasterami i dobrami, wystąpił teraz 
energicznie w obronie praw swoich i mając do dyspozy- 
cyi żołnierzy nadwornych wymienionej już u góry szla- 

*) Agr. Przemyskie, tom 379 pp. 72—83. 




Fig. 32. 

Krzyż (mirownik) cedrowy w złotem obramieniu, zabytek 

z czasów naszego opowiadania, w skarbcu katedry ruskiej 

w Przemyślu. 



314 RZESZA SZLACHECKA 

chły przemyskiej a nadto sporą kupę woluntaryuszów, 
między nimi także kilkunastu Winnickich, nieprzejedna- 
nych wrogów Teodora, rozpoczął żwawo wojnę z kontr- 
władyką. Władyka Winnicki miał swego »generała« Zy- 
gmunta Oczesalskiego, władyka Chmielowski oddał ko- 
mendę Cypryanowi Wojerskiemu. Dokładna opowieść tej 
wojny, która zakłóciła spokój ziemi przemyskiej w r. 1652, 
znużyłaby uwagę czytelnika, poprzestaniemy tedy na jej 
najciekawszych epizodach. 

Chmielowski opasawszy swego przeciwnika siecią 
szpiegów, dowiedział się, że władyka Winnicki kazał dla 
większego bezpieczeństwa przewieźć swoje własne ko- 
sztowności i aparaty z monasterów i z Sambora do Prze- 
myśla. Konwój ten prowadził brat cioteczny Winnickiego, 
Stanisław Szeptycki, który z całym majątkiem ruchomym 
swoim i swoich braci przenosił się także z zagrożonych 
zagonami tatarskiemi okolic do tego bezpiecznego, bo 
obwarowanego miasta. Na ośmiu dużych wozach i pod 
silną eskortą służby odbywał się ten transport, przy któ- 
rym jechały także żony obudwu Szeptyckich. Ludzie 
Chmielowskiego wypadli z zasadzki, uderzyli na eskortę, 
rozbili ją i rozprószyli, i wszystko co było na wozach, 
jako łup wojenny zabrali. Było tam 4300 zł. gotówki 
i mnogie srebra i kosztowności tak świeckie jak cerkie- 
wne, których wartość szacowała sobie strona poszkodo- 
wana na 50.000 zł. — cena wcale nie przesadna, jeśli się 
zważy, że obok sreber, broni, kobierców, garderoby Szep- 
tyckich były tam takie przedmioty kosztowne, jak n. p. 
obraz Matki Boskiej w blasze srebrnej misternej roboty, 
mitra władycza perłami haftowana, w których było 30 
rubinów wielkich z jednym dużym brylantem i krzyży- 
kiem rubinowym na szczycie, wartości 9600 zł., krzyże 
złote dyamentami sadzone, pateryk cały srebrny, ozdobiony 
turkusami, kilkanaście kielichów mszalnych, kadzielnice, 
ewangelie bogato oprawne, ryzy, omofory, epitrachile, wela, 



RZESZA SZLACHECKA 315 

płaszczenice — wszystko to figuralnym haftem złotym 
i perłami pokryte.^) 

Jeden z najgorliwszycłi i najofiarniejszycłi stronników 
władyki Winnickiego i blizko mu pokrewny, Andrzej Szep- 
tycki, stracił w tym napadzie całe swoje rucłiome mienie. 
Jako illustracyę do swojej żałoby wniesionej do grodu 
przytacza Winnicki następujący list tegoż Andrzeja: »Mó] 
Ojcze Episkopie Przemyski, mój wielce Mościwy Panie 
i Bracie! Wpadłem gorzej tureckiej niewoli, gdzie i sam 
rady sobie dać nie mogę, a zwłaszcza iż żona barzo jest 
przestraszona, że ledwie żywa, która na wielkiej mi jest 
przeszkodzie, na co barzo boleję, gorzej niźli na obna- 
żenie moje, żem ledwie nie goły został. Atoli proszę o in- 
formacyę, czego się mam trzymać: jeżeli mam sejmiko- 
wego ratunku spodziewać się czyli też o sobie radzić, 
jako módz. O rzeczy przynajmniej tamte proszę, co u św. 
Spasa zostawione. Wmość sam się obaczysz, że nie mam 
co jeść ani pić, ani też za co i kupić, bo wszystko ode- 
brano odemnie etc.v<*) 

Władyki Winnickiego właśnie w tym czasie niebyło 
w Przemyślu, ojciec zaś jego Teodor, który był posłem 
sejmowym, pojechał był do Warszawy, aby w sejmie 
i u dworu czynić zabiegi o władyctwo dla syna i wyje- 
dnać unieważnienie dyplomu, który i stolicę biskupią i mo- 
nastery wraz z dobrami ziemskiemi przyznawał Chmie* 
lowskiemu. Nieobecność Teodora Winnickiego ułatwiła 
znacznie dalszą akcyę Chmielowskiemu, który też nie omie- 
szkał wyzyskać sposobnej pory. Władyka Winnicki bardzo 
znaczną część swojego prywatnego mienia i wiele drogich 
sprzętów cerkiewnych ulokował był w Walawie, która 
mając okop silny mogła się oprzeć zwykłemu napadowi, 
i oddał to wszystko Stanisławowi Szeptyckiemu w opiekę. 



*) Agr. Przemyskie, tom 378 pp. 1035—40. 
^) Ibidem, pp. 1336—8. 



316 RZESZA SZLACHECKA 

Chmielowski wysłał tam dnia 14. września dragonie i łiaj- 
duków Korniakta, Fredrów i Krasickich, których miał do 
swojej dyspozycyi, i polecił im dobyć przemocą dworu 
i objąć go w jego posiadanie. Dwie kolumny, jazda i pie- 
chota, ruszyły na Walawę, uderzyły wśród gęstych strza- 
łów i odgłosu surm na okopy, rozparły i rozprószyły cze- 
ladź biskupią, próbującą się bronić, i wtargnęły do środka. 
Garstkę przyjaciół Winnickiego, którzy byli w Walawie^ 
między nimi i Stanisława Szeptyckiego wraz z żoną zam- 
knięto w zaimprowizowanem więzieniu i dodano im straż 
dragonów z zapalonemi knotami od muszkietów. Schowek 
tajemny, w którym ukryte były kosztowności Winnickicli 
i Szeptyckich, zdradził pewien wiarołomny rękodajny sługa 
walawski, a tak wszystko, co tam było, dostało się ludziom 
Chmielowskiego. Zabrano 1500 dukatów i 700 talarów 
bitych w gotówce, futra, broń, kobierce, piwnicę pełną 
likworów, kanarów i innych win szlachetnych i t. p., ale 
wszystko to nic nie znaczyło wobec skarbca władyki Win- 
nickiego. Hospodar multański, wielki protektor ruskiej cer- 
kwi, darował był Winnickiemu »nawładyctwo do poświę- 
cenia« t. j. do konsekracyi srebrno-złocistą ewangelię per- 
gaminową starożytną, złotem pisaną i miniaturowaną, i reli- 
kwiarz czyli t. zw. grobnicę szczero-złotą z relikwiami Św. 
Paraskewji, najkosztowniejszej roboty, sadzoną brylantami 
i rubinami, o kształcie oryginalnym i misternym, bo miała 
formę świątyni o trzech wieżach, a jako szczytowe banie 
tych wież figurowały trzy ogromne perły, cokół zaś świą- 
tyni składał się z ośmdziesięciu przednich pereł kałakuc- 
kich — i oba te arcydzieła sztuki kościelnej wraz z sporą 
ilością kadzielnic, ampułek, łubków i t. d. dostały się w po- 
siadanie Chmielowskiego.^) Zabrano także a potem z na- 
kazu Chmielowskiego spalić miano szkatułę z dokumen- 
tami i papierami ojca władyki Winnickiego, Teodora, »na 



^) Ibidem, pp. 1497—1516. 




Fig. 33. 
Mitra władycza z skarbca katedry ruskiej w Przemyślu. 



318 RZESZA SZLACHECKA 

których — jak się wyraża prołesłacya — wszystka całość 
honoru i substancyi zostawała. « 

Winnicki powrócił tegoż samego dnia do Przemyśla 
i tu się dowiedział, co zaszło w Walawie. Zarazem prze- 
strzeżono go, że Chmielowski osadziwszy mocną załogę 
w Walawie, zamyśla natychmiast ruszyć z zebraną siłą 
zbrojną do Przemyśla i opanować katedrę. Pora do tego była 
pogodna, bo właśnie dnia 16 września odbyć się miał zna- 
czniejszy zjazd szlachty w Przemyślu z powodu terminów 
kwerelowych i fiskalnych (causarum fisci) ; mógł więc wła- 
dyka katolicki liczyć na sukurs niemały. Chmielowski rzeczy 
wiście zjechał tego dnia do Przemyśla i stanął u Andrzeja 
Fredry, a w ślad za nim przy odgłosie bębnów i muzyki 
wojskowej z rozwiniętemi sztandarami wkroczyła do mia- 
sta piechota i dragonia Korniakta i Krasickich i zabrała 
się do otoczenia katedry i zajęcia okolicznych domów. Ale 
Winnicki był już przygotowany do oporu i bitwy. Nim 
jeszcze partya unicka wkroczyła do miasta, jego »generał« 
Oczesalski, mając pod sobą około 6000 ludzi, głównie po- 
spólstwa i chłopów, ustawił swoje siły w szykach bojo- 
wych, podzielił je na kilka hufców, jednym najsilniejszym 
osadził katedrę, drugim całą dzielnicę około pałacu władyki, 
resztę ustawił w rezerwie. Starcie miało nastąpić lada 
chwila. Chmielowski próbował jeszcze jednego legalnego 
środka, przedłożył rajcom przemyskim dyplomy i uniwer- 
sały królewskie i prosił o interwencyę. Magistrat wysłał 
istotnie dwóch rajców do głównej kwatery Winnickiego 
z tą urzędową misyą, ale parlamentarze ci ledwie uszli 
z zdrowiem i życiem. Pędząc za uciekającymi rajcami roz- 
namiętnione pospólstwo ruskie wołało: y>Byj Lachów po- 
hańciw! Budut tu ne odnoho krów sobaki chłeptaty!« 

Jazda Korniaktów i Krasickich uderzyła na lud bro- 
niący katedry, piechota zaatakowała stronników Winni- 
ckiego w innych miejscach, przyszło do żwawych utar- 
czek i do rozlewu krwi, ale dyzunici byli liczniejsi i po- 



RZESZA SZLACHECKA 319 

zostali górą. Owardya Chmielowskiego została wszędzie 
zwycięzko odparta, a wódz naczelny Winnickiego, Ocze- 
salski, przeszedł teraz w akcyę zaczepną i uderzył sztur- 
mem na dom Fredry, aby pojmać unickiego władykę. 
Wśród gęstego ognia z muszkietów i po krótkiej utarczce, 
w której padł jeden Winnicki a kilka sług Fredry było 
rannych, dyzunici wdarli się do domu. Chmielowski wi- 
dząc się w niebezpieczeństwie życia schronił się i zatara- 
sował w najgłębszym zakątku domu a otoczony gronem 
najwierniejszych przyjaciół i popleczników, gotów był do 
śmiertelnej rozprawy. W tej krytycznej chwili dwaj księża 
łacińscy zastępują drogę Oczesalskiemu i jego ludziom, 
proszą o chwilę rozejmu i z samym władyką Winnickim 
traktują o pokojowe załatwienie sprawy. Rokowania pełzną 
na niczem, kończą się groźną odprawą: > Chce tu Chmie- 
lowski tego władyctwa i zamyśla ciało Krupeckiego dzi- 
siaj chować? Będzie tu wnet ciał nie mało! I tak się 
Chmielowski w kamienicy, gdzie jest, nie wysiedzi !« Księża 
wracają z tą odpowiedzią, ale tymczasem Chmielowski 
skorzystał z chwilowego rozejmu, wymknął się z domu 
Fredry i począł uciekać do Walawy. Rzucono się w pościg 
za nim, bo tłum domagał się koniecznie, aby go pojmano 
a nawet zabito: ^Lipsze ho nam zabyty — wołano — ni- 
żeli na swoju hołowu wypustyty!« Chmielowskiemu powiodło 
się przecież ujść szczęśliwie.^) 

Po tych zajściach następuje znowu zawieszenie broni 
a właściwie tylko zmiana broni. Znowu ucicha akcya le- 
wem a zaczyna się akcya prawem. Zamiast szabel skrzypią 
gęsie pióra, zamiast krwi przelewa się atrament. Sypią się 
protestacye, pozwy i dekrety, skrutynia, kontrowersye i ko- 
misye. Trybunał lubelski wydaje na władykę Winnickiego 
dekret infamji a król ustanawia (mandatem z dnia 25. kwie- 
tnia r. 1653) osobną komisyę, której nadaje niejako moc 

O Agr. Przemyskie, tom 378 pp. 1369—1379. 



320 RZESZA SZLACHECKA 

sądu I miecza, upoważnia ją bowiem, aby z powodu 
^gwałtów i sedycyj popełnionych przez Antoniego Win- 
nickiego i jego stronników w czasie zamierzonego ingresu 
władyki Chmielowskiego do stolicy władyczej, przewiodła 
dokładną inkwizycyę, winnych pojmała, nieszlachtę na ścię- 
cie oddała, szlachtę zaś uwięziła i do jego informacyi od- 
niosła, sprawę sporną zbadała, Chmielowskiego do stolicy 
biskupiej i do dóbr fortiter et realiter wprowadziła, mona- 
stery spaski i ławrowski w jego posiadanie oddała. ^^) Ale 
drobna szlachta ruska nie opuszcza sprawy Winnickiego, 
zjeżdża tłumnie na najbliższy sejmik do Sądowej Wiszni 
i głosami swemi przeprowadza instrukcyę posłom, aby się 
starali o to, >iżby Wielebnemu Ojcu Antoniemu Winnic- 
kiemu, episkopowi przemyskiemu, władyctwo totaliter na 
teraźniejszym sejmie konferowane było ad possessionem 
jego.« 

Tak wyglądała walna akcya, w której mała szlachta 
ruska ziemi przemyskiej odegrała najważniejszą rolę jako 
zwarty stan społeczny. 



^) Agr. Przemyskie, tom 379 pp. 942 — 6. 



II. 

Drobna szlachta jako ród. Nagana szlachectwa i wy- 
wody RODOWE. Kaduki. Krwawe odwety. Schłopienie, 
Ambicya stanu. Okazowanie. Rozrodzenie gniazd. Mi- 
lites caligati. pospolite ruszenie. 

Jako ród, jako elan, żeby użyć tu szkockiej nazwy, 
występuje drobna szlachta solidarnie, gdy chodzi o za- 
szczyt szlachecki, o stwierdzenie, czy ktoś należy do niej 
lub tylko przywłaszcza sobie jej herb i nazwisko. Kwe- 
stye takie rozstrzygać się były zwykły na sejmikach, zwo- 
ływanych celem wyboru posłów na sejm lub deputatów 
na trybunał. Pozwany o nieprawne używanie praw szla- 
checkich bronił się w ten sposób, że na sejmiku tej ziemi, 
z której ród swój wywodził, dedukował swoje prawowite 
szlachectwo świadectwami krewnych, których szlachectwo 
nie ulegało wątpliwości, a otrzymawszy atestacyę, uwie- 
rzytelnioną podpisem i pieczęcią marszałka, szedł do try- 
bunału, gdzie stawił znowu świadków, którzy zaprzysię- 
gali jego szlacheckie pochodzenie. Takich świadków mu- 
siało być sześciu, trzech z linji ojczystej, trzech z macie- 
rzystej. Filip Drohomirecki n. p., któremu niejaki Tomasz 
Jaszowski zarzucił był uzurpacyę szlachectwa, stawił 1. 
jednego Drohomireckiego ex linea proaviali paterna; 2. 

21 



322 RZESZA SZLACHECKA 

jednego Hołyńskiego ex linea proaviali materna; 3. je- 
dnego Drohomireckiego ex linea aviali a patruelibiis lon- 
giorem ; 4. jednego Medyńskiego ex linea aviae suae fratrem 
amitalem; 5. jednego Drohomireckiego ex linea paterna 
fratrem suum patruelem i 6. jednego Drohomireckiego de 
linea materna, *) Był to już zaostrzony niejako sposób 
dedukcyi; są przykłady, że pierwotnie a nawet jeszcze 
w pierwszych latach XVI. wieku nie potrzeba było ta- 
kiego ściśle genealogicznego wywodu od trzech pokoleń, 
wystarczało poświadczenie grona szlachty miejscowej. 
Niejakiego Fed'ka Manasterskiego spotkała w roku 1513 
nagana szlachectwa i to ze strony bardzo poważnej, wcho- 
dził bowiem w tę sprawę pośrednio sam wojewoda ruski 
Jan Odrowąż. Na remonstracye Manasterskiego król Zy- 
gmunt I. polecił Stanisławowi z Chodcza, marszałkowi kor. 
i staroście lwowskiemu, aby wysłuchał >expurgacyi i mun- 
dacyi^, t. j. wywodu szlacheckiego pochodzenia Fed'ka, co 
też marszałek kor. czyni tegoż roku na zjeździe wiszeń- 
skim. Nad wszelkie spodziewanie sam wojewoda Odrowąż 
pierwszy przyznaje, że rzeczony Fed'ko Manasterski jest 
verus nobilis ex omnibus antecessoribus suis, poczem swoją 
drogą następuje poświadczenie złożone przez ośmiu szla- 
chciców, między którymi jednak nie ma ani jednego Mana- 
sterskiego. 2) 

Jak widzimy, wywody szlachectwa były łatwe i nie 
odpowiadały warunkom ścisłości. Działy się też często 
nadużycia i legitymowali się ludzie, którzy nie mieli prawa 
do szlachectwa. O świadków i w rzekomych krewnych nie 
tak było trudno ; kupowano ich sobie z lepszym skutkiem, 
niż to uczynił pewien niefortunny Drohomirecki, o któ- 
rym będzie poniżej mowa. Były to wywody zmowne,< 
jak je zazwyczaj nazywano. W r. 1633 szlachta wojewó- 



*) Agr. Halickie, tom 139 p. 859. 
^) Agr. Halickie, tom 351 p. 84. 



RZESZA SZLACHECKA 323 

dzłwa ruskiego zgromadzona na sejmiku w Sądowej Wi- 
szni, widzi się zniewoloną do energicznego wystąpienia 
przeciw takim wywodom, opartym na kupionych świade- 
ctwach słownych. >Z żalem tego w naszym kole słucha- 
liśmy — opiewa uchwała sejmikowa — gdy nam prze- 
kładane było, jako tak drogiego klejnotu szlachectv/a pol- 
skiego plebejusze różnemi imposturami dopinają, impo^ 
nendo to sejmikom, to trybunałom, świadkami, attesta- 
cyami i rozmaitemi sztuczkami, tak że ex condictamente 
dekreta otrzymują. Dlaczego szukać będą sposobów pp. 
posłowie nasi, znosząc się z drugiemi województwy, aby 
się tym zmownym dekretom zabieżeć mogło, i żeby nie- 
tylko świadectwy, ale dyspozycyami, działami, reforma- 
cyami, dożywociami przodków swych szlachectwo wywo- 
dzone było.« ^) 

W roku 1608 Drohomireccy odkryli czterech ludzi 
nieszlacheckiej kondycyi, którzy podszywali się pod ich 
herb i nazwisko, a to niejakiego Fila, jego dwóch sy- 
nów Jaremę i Trofana i jego wnuka Teodora. Wytoczono 
im akcyę sądową o uzurpacyę szlachectwa i kazano >de- 
dukować się« na sejmiku. > Dosyć tedy czyniąc ci wrze- 
komi Drohomireccy dekretowi Ichmość panów sądowych, 
stawili się pośrodek koła, przy ścisku i kupie niemałej« 
prawdziwej szlachty tegoż nazwiska. Trofan usiłuje na 
sejmiku wywieść się z swojego szlachectwa i nazwiska, 
ale wywód się nie udaje i dwudziestu obecnych Droho- 
mireckich, >wszyscy zobopólnemi głosami ozwali się 
i attestacyą wspólną takową uczynili, iż ten Trofan Dro- 
homirecki nie jest szlachcic, ale z urodzenia plebeiae eon- 
ditionis.^^ Dowodzą mu, że pochodzi od chłopa z Czer- 
niejowa, który się wprawdzie ożenił z szlachcianką Dro- 
homirecką, ale nigdy szlachcicem nie był. Fałszywy Dro- 
homirecki postarał się o świadectwo kilku Hołyńskich, 



1) Agr. Sanockie, tom 151 p. 2237. 

21* 



324 RZESZA SZLACHECKA 

których przekupił, i ci stanęli na sejmiku, aby poprzeć 
jego dedukcyę, »ale wszyscy panowie Drohomireccy ta- 
kową attestacyę wnoszą przeciwko Hołyńskim, którzy nie 
będąc onemu żadnym bratem ani powinnym, ale za prze- 
najmem, który od niego wzięli, attestowali go być szla- 
chcicem, którym on nie jest.^< Trofan postawił dalszego 
świadka, szlachcica Lazara Drohomireckiego, ^allegując 
go być sobie bratem stryjecznym, <^ ale taka była dbałość 
tej drobnej szlachty o klejnot herbowy, że właśni syno- 
wie tego Lazara zdradzili nieczystą praktykę swojego 
ojca, który za fałszywe świadectwo > wziął był kopę^ od 
Trofana. »Co był uczynił ten Lazar gwoli tej kopie, jednak 
iż synowie tego Lazara, Iwan i Siemion, attestowali to ze- 
znanie ojca swojego, że to uczynił za najmem tego Tro- 
fana, sami nie przyznawali go być szlachcicem, jeno ple- 
beiae conditionis.^ Adam Tyrawski, podsędek ziemi hali- 
ckiej, marszałek tego sejmiku, który zebrał się był dla 
elekcyi deputata na trybunalskie sądy, wydaje urzędowy 
skrypt stwierdzający, że wywód szlachectwa nie powiódł 
się, a tak Drohomireccy wydziobali « z pośród siebie sa- 
mozwańców. *) 

W r. 1601 tak samo poczynają sobie Kopystyńscy 
z człowiekiem, który uzurpował ich herb i nazwisko a był 
sobie tylko laboriosus Paulus, i domagają się konfiskaty 
jego majątku; tak samo protestują Wołkowiccy przeciw 
trzem fałszywym Wołkowickim ze wsi Witwic, że będąc 
ignobiles przywłaszczają sobie ich nazwisko i tytuł szla- 
checki; tak samo siedmiu Bereźnickich w r. 1635 zabiera 
się do kroków energicznych przeciw Jackowi Bereźni- 
ckiemu z Przemyśla, który ma być synem rzeźnika 
a ośmiela się > szczycić tem, jakoby miał być de stirpe ac 
progenię Bereźnickich.<^ ^) W tym ostatnim jednak wy- 

") Agr. Halickie, tom 118 p. 287—290. 
*) Agr. Przemyskie, tom 355 p. 1029 i tom 358 p. 
2072. 



RZESZA SZLACHECKA 



325 



padku była ło tylko czysta napaść ze strony owych siedmiu 
Bereźnickich, którzy wkrótce sami przyznać widzą się 
zniewoleni, że po ich stronie była ^wszelka popędliwość 
z porywczych affektów i nieuważnego rozsądku pocho- 
dząca,« i odszczekują swoje oskarżenie, oświadczając uro- 
czyście przed aktami: >że my tegoż Jacka z prawdziwej 
linji Bereźnickich, dziadów, pradziadów i abdziadów na- 




Fig. 34. 
Typ szlachcica. Ze zbiorów Pawlikowskich. 

szych idącego, jednegoż herbu, jednejże familji, ze krwie 
naszej, bratem naszym być przyznawamy a protestacyę 
naszą wiecznemi czasy kasujemy i w niwec obracamy.* 
Zdarza się także przeciwnie; ktoś pochodzący na- 
prawdę z tej drobnej rzeszy szlacheckiej, któremu zarzu- 
cono w obcych stronach nieszlachectwo, otrzymuje od 



326 RZESZA SZLACHECKA 

swoich panów braci poświadczenie pisemne, jak n. p. Ba- 
zyli Koblański, który podaje do akt ałłesłacyę następującej 
osnowy: »My Koblańscy zeznawamy i dajemy atłestacyą 
naszą wszyscy generalnie bracia w powiecie przemyskim 
mieszkający bratu naszemu szlachetnemu Bazylemu Koblań- 
skiemu w powiecie halickim mieszkającemu na ten czas. 
A to jest dla wielu przyczyn od ludzi różnych, co, jako zwy- 
kle, choćby sam szlachcicem nie był, a lepszego niźli sam, 
na honorze szarpa — gdzie my zeznawamy jako własnemu 
bratu naszemu tą attestacyą naszą z podpisem rąk naszych 
i z pieczęciami naszemi.^^^) Słowa: »z podpisem rąk na- 
szycłi« były tylko figurą: Koblańscy przeważnie podpisali 
się krzyżykami. 

Zdarza się także, że nie pewien szlachcic zagonowy 
ale cała osada, cały ród jest ofiarą zamachu i rozpaczliwie 
broni się przed schłopieniem. Tak się stało Witoszyńskim 
z Witoszyniec, wsi królewskiej należącej do starostwa 
mościskiego. Anna Mohilanka Czarnkowska chce ich schło- 
pić i zmusić do pańszczyzny a jej administrator, niejaki 
Kamocki, zaprzecza im szlachectwa i nie waha się ucie- 
kać do gwałtownych środków, aby złamać ich zacięty opór. 
Z szczegółów tego sporu wypływa, że Witoszyńscy de 
facto już niczem nie różnili się od chłopów, a jeśli de iure 
byli istotnie szlachtą, to przybici nędzą i ciemnotą, nie 
mając nic, coby za nimi przemawiało, prócz własnej wiary 
i dalekiej, mętnej tradycyi, udowodnić tego nie mogli. Ale 
w chwili najcięższej w r. 1639 zjawia się w Witoszyńcach 
mnich -czerniec unita, mianowany tam popem, Harasym 
Krykina Witoszyński, syn tej wioski, członek tego samego 
rodu, dawno tu niewidziany, dawno zapomniany. On tylko, 
osoba duchowna, czerniec, bohomolca, pop ustanowiony 
przez samego władykę, on tyko, co sam jeden umie czy- 
tać i pisać między wszystkimi Witoszyńskimi, uratować 



^) Agr. Halickie, tom 139 p. 1236. 



RZESZA SZLACHECKA 327 

może swój szczep od schłopienia, koło niego też kupią 
się wszyscy, wybierając go swoim rzecznikiem w proce- 
sie, głową w radzie, wodzem w wojnie z Mohilanką. Czer- 
niec nie zawiódł zaufania. Zniknął z Wiłoszyniec na czas 
jakiś i powrócił z dyplomem szlachectwa, wydanym jesz- 
cze przez ruskiego kniazia Leona, konfirmowanym w roku 
1448 przez króla Kazimierza Jagiellończyka a opatrzonym 
w świeżą konfirmacyc Władysława IV. na sejmie w r. 1639. 
Zkąd się wziął tak nagle ten dokument kniazia Leona 
z konfirmacyą Kazimierza, to zagadka ; czy był istotnie au- 
tentyczny, wątpić by trzeba — ale konfirmacyą najśwież- 
sza, konfirmacyą panującego właśnie monarchy, musiała 
być rzetelną i nie mogła ulegać wątpliwości. Dokument 
ten, aktykowany zaraz w grodzie przemyskim, dodał od- 
wagi Witoszyńskim i ośmielił ich do otwartej wojny z Mo- 
hilanką i jej administratorem. Uzbroili się i zorganizowali 
w hufiec pod dowództwem Harasyma, ufortyfikowali cer- 
kiew i przysięgli walczyć w obronie swych praw szlache- 
ckich do ostatniego. Kamocki zmobilizował wszystkich 
hajduków i kozaków, jakich tylko miała Mohilanką w obu 
swych starostwach, mościskiem i wiszeńskiem, i uderzył 
na Witoszyńce. Trzeba było staczać krwawe utarczki, oble- 
gać cerkiew, zdobywać ją szturmem. Witoszyńscy bronili 
się walecznie, ale uledz musieli przemocy. Kamocki zdo- 
był cerkiew i pojmał czerńca Harasyma, którego w kajda- 
nach odstawiono do Mościsk i wrzucono do lochów zam- 
kowych.^) Co się z nim stało, z aktów dowiedzieć się nie 
można, tyle tylko wiadomo, że władyka przemyski Kru- 
pecki wziął go w obronę i domagał się jego uwolnienia. 
Zdaje się także, że Witoszyńscy przegrali stanowczo sprawę 
i poszli w chłopy. W spisach szlachty zatwierdzonej przez 
rząd austryacki po rozbiorze Polski nie spotykamy Wito- 
szyńskich. 



1) Agr. Przemyskie, tom 365, pp. 1188—1194, 1919. 



328 RZESZA SZLACHECKA 

Nagana szlachectwa czyli zarzucanie ł. zw. imparita- 
tis i wytaczanie pozwów o uzurpacyę praw szlacheckich 
zdarzało się, jak już widzimy z przytoczonych przykładów, 
bardzo często, a niezawsze bywała tu pobudką gorliwość 
w strzeżeniu prawdy i dostojności rycerskiego klejnotu. 
Bardzo często wchodziła w grę zemsta osobista, »wexa^^ 
moźniejszego przeciw chudopachołkowi albo prosta chci- 
wość, apetyt na ius caducam, prawo bowiem mieć chciało, 
że z konfiskaty majątku, którą karano taką uzurpacyę szla- 
chectwa, korzystał prywatny delator, któremu przyznawano 
połowę, podczas gdy druga połowa przypadała królew- 
skiemu skarbowi. To polowanie na kaduki po ludziach 
przewiedzionych o uzurpacyę szlachectwa zwracało się 
najczęściej przeciw drobnej szlachcie chłopiejącej albo już 
schłopiałej obyczajem i całym sposobem życia, choć jeszcze 
świadomej swego stanu, bo tu jeszcze najłatwiej było osią- 
gnąć cel zamierzony. Rodowód takiego szaraczka czy cho- 
daczka zapadał rychło w ciemność, pamięć jego nie się- 
gała do dziada, gubiła się wśród zawikłanej filiacyi rodzin 
tego samego nazwiska, łączyła się w podejrzany sposób 
z nieszlacheckiemi a nawet chłopskiemi domami. Dopóki 
żył w rodzinnym zaścianku, wśród swoich, wywód był 
łatwy, ale w obcym powiecie i w dalszem pokoleniu sta- 
wał się bardzo trudny a niekiedy wprost niemożliwy. Mimo 
to bardzo rzadko spotyka się w aktach przykład, aby takie 
ius caducum uzyskane na czyjś majątek z powodu udo- 
wodnionej uzurpacyi szlachectwa, nabyło ostatecznej pra- 
womocności i przychodziło rzeczywiście do skutku — da- 
leko częściej, najczęściej nawet, sprawa kończyła się źle 
dla delatora. Zwyczajna minimalna kara na kogoś, co nie- 
słusznie pozwał szlachcica o uzurpowanie szlachectwa, 
wynosiła 60 grzywien winy, do tego jednak przybywały 
poniesione szkody i koszta procesu, które niewinnie oskar- 
żony liczył sobie w ogromnej niekiedy sumie i dochodził 
ich na majątku potwarcy. 



RZESZA SZLACHECKA 329 

Na ius caducum nie potrzeba było zresztą wyroku 
sądowego, wydawał na nie dekrety król a raczej wydawała 
je kancelarya królewska z bezprzykładną zaprawdę łatwo- 
ścią czy lekkomyślnością. Takie dekrety nie miały żadnej 
realnej mocy, były one asygnatą na skórę niedźwiedzia, 
który jeszcze zdrów po lesie chodził — wydawano je na 
odpowiedzialność i ryzyko donataryusza, który najczęściej 




Fig. 35. 
Typ szlacłicica. Ze zbiorów Pawlikowskicti. 

nietylko niczego nie osiągał, ale jeszcze w dodatku narażał 
się na dotkliwy odwet prawny. Przywilej na ius caducum 
był tedy rodzajem »promesy,^ streścić się dał słowami: 
Jak wygrasz, będzie twoje. « Niekiedy już sam przywilej 
wyraźnie to zastrzegał; w dekrecie królewskim z r. 1637, 
nadającym Dymitrowi Zagwojskiemu za czyny waleczne, 



330 RZESZA SZLACHECKA 

za heroicas virtutes viro magnanimo dignaSy okazane w woj- 
nach z Wołoszą i Moskwą a poświadczone przez hetmana 
Mikołaja Potockiego, dobra nieruchome po czterech bra- 
ciach Drohomireckich, po kilku Podlesieckich i Baczyń- 
skich, które jakoby przypadły skarbowi królewskiemu z po- 
wodu, że wszyscy ci wymienieni uzurpowali sobie szla- 
chectwo — w dekrecie tym dodane jest zastrzeżenie, 
aby sobie Zagwojski te dobra wyprocesował legalnie, nie 
uciekając się do środków gwałtownych: Ita łamen, ut 
eadem bona adeat, repetat, vindicet, nihilgue vi et violen' 
ter attentet sed decreto sibi adiudicata teneat ^) 

Przykłady w aktach świadczą, że to się najczęściej 
nie udawało. Pewien szlachcic halickiej ziemi, Szymon 
Orłowski, pozwał dwóch braci Gostyńskich o uzurpacyę 
szlachectwa i uzyskał kaduk na ich majątek. Gostyńscy, 
obaczywszy się wczas, wywiedli należycie swoje szlache- 
ctwo a Orłowski skazany został przez trybunał na 20.000 
grzywien odszkodowania. ^) Felicyan Tyszkiewicz zarzu- 
cił w r. 1635 Źurakowskim, Michajłowi i jego całej rodzi- 
nie, osiadłej w Źurakach i Staninie, uzurpacyę szlachectwa 
i gładko uzyskał ius caducum na ich majętności; Źurako- 
wscy obalili dekret królewski wydany ad małe narrata, 
wywiedli się na sejmiku elekcyjnym halickim z szlache- 
ckiego pochodzenia i wytoczyli pozew Tyszkiewiczowi, 
a trybunał skazał go na karę 60 grzywien, które miał 
in instanti zapłacić każdemu z tych Żurakowskich z oso- 
bna, a było ich kilkunastu, dalej na wynagrodzenie szkód 
również każdemu z nich po 3000 grzywien a ponadto 
jeszcze na 500 grzywien. Źurakowscy domagali się zna- 
cznie wyższej sumy, taksowali sobie zadaną obelgę na 
20.000 a szkody na 50.000 grzywien. 3) 

^) Agr. Halickie, tom 131 p. 908. 

^) Agr. Halickie, tom 135 p. 1200, tom 137 p. 2174. 

») Agr. Halickie, tom 132 pp. 773—6, tom 133 pp. 
1436, 1466. 



RZESZA SZLACHECKA 331 

Ale nietylko groszem, niekiedy krwią i życiem na- 
wet opłacić musiał oskarżyciel krzywdę wyrządzoną zada- 
niem nieszlachectwa. W r. 1635 Jan Fredro, sędzia prze- 
myski, wystąpił z naganą szlachectwa przeciw Teodorowi 
Winnickiemu i wyrobił sobie kaduk na jego majętność 
ziemską. Nie sam Fredro jednak, ale Jan Pieniążek, cze- 
śnik lwowski, był właściwym autorem i promotorem tej 
sprawy. Teodor Winnicki, który jak wiemy, był jednym 
z głównych przewódców w zajściach z władyką Krupe- 
ckim i miał wielki mir i poważanie między drobną szla- 
chtą dyzunicką, zjechał na sejmik wiszeński dla dedukcyi 
swego szlacheckiego pochodzenia, ale zjechał na czele 
całego zbrojnego hufca zagonowej szlachty. Wszystkie 
niemal jej rody, wyliczone przez nas na wstępie tego 
rozdziału, reprezentowane były w tem małem wojsku, 
które gotowe było szablami poprzeć wywód pana Teo- 
dora. Sejmik się zerwał, zaledwie zdołano wybrać depu- 
tata na trybunał, reszta spraw upadła. Fredry nie było na 
sejmiku, ale był Pieniążek, który użył wszelkich środków 
aby raczej sejmik zerwać a nie dopuścić Winnickiego do 
wywodu. Winnicki przecież wywiódł się później na try- 
bunale, a Pieniążek zapłacił za to życiem — Winniccy 
rozsiekali go wkrótce potem szablami w Krukienicach. 
Fredro z dekretu trybunalskiego okupił swój udział w tej 
sprawie 60 grzywnami kary i 3000 zł. odszkodowania, 
przyznanego Winnickiemu. ^ 

Pozwy o uzurpacyę szlachectwa przybierały czasem 
postać szkaradnej napaści i połączone bywały z niegodną 
machinacyą. Czterej bracia Strutyńscy wnoszą żałobę prze- 
ciw podwojewodzemu bełzkiemu Jakóbowi Kakowskiemu, 
iż pragnąc posiąść koniecznie ich części położone w ma- 
jątkach Rożniatów, Cieniawa, Duba, rozmaitych używał 



O Agr. Przemyskie, tom 356 pp. 1791 i 2133, tom 
358 p. 1807. 



332 RZESZA SZLACHECKA 

sposobów, molestował, najeżdżał, rąbać w lasacli zakazy- 
wał, bydło i poddanycli zabierał lub przez ciężką opresyę 
do ucieczki zmuszał, a nareście wyrobił sobie na icłi 
cząstki kaduk u króla ad małe narrała pod zarzutem nie- 
szlacliectwa ; przekupywał krewnycli Strutyńskicli, aby za 
icli szlacliectwem nie świadczyli, przeciw wywodowi icłi 
szlacliectwa do protestu niejakiego Nowosieleckiego nad- 
stawił, a raczej protest taki sfałszował, a nawet dokument 
podrobił z fałszowanemi podpisami, w którym się Strutyńscy 
contra omnem naturae, iuris, decenłiae et eguitatis ratio- 
nem jakoby sami dobrowolnie zrzekali tytułu i prerogatyw 
szlaclieckicli, przywilej iuris caduci na rzecz rzeczonego 
Kakowskiego uznawali i majątek swój jemu oddawali.<' ^) 
Ale nietylko drobna szlachta narażoną była na za- 
rzuty nieszlacliectwa, trafiało to także ludzi dobrze osia- 
dłycli, majętnych, posiadających obszerne włości. Andrzej 
Piotr Stadnicki zarzuca w r. 1607 Leonardowi Karwow- 
skiemu, dziedzicowi Zamiechowa, Bojanówki i Ciemierzo- 
wic, uzurpacyę szlachectwa i żąda konfiskaty tych mająt- 
ków na rzecz swoją i skarbu; jakiś napastliwy szlachcic, 
Hieronim Tryburski, występuje z takim samym zarzutem 
przeciw Stanisławowi Słoniowskiemu i domaga się nietylko 
jego majątku ale i jego głowy nawet, bo w pozwie wy- 
raźnie żąda zastosowania do uzurpatora poenae capitis;^) 
szlachta zgromadzona na sejmiku w Wiszni w r. 1637 
wyraża swój żal i oburzenie, >że dobra Jmć Pana Romera, 
wojskiego sandomierskiego, szlachcica z starożytnej familji 
i z wielu domów zacnych spowinowaconej, niewiedzieć 
quo praetextUy z chciwości raczej tych, co swoich dóbr 
niemając na cudze godzą, iure caduco są uproszone i ta 
sprawa z trybunału na- sejm odesłana. «'^) Jak widzimy, 

1) Agr. Halickie, tom 136 p. 870. 
*) Agr. Przemyskie, tom 323 pp. 679—84 i Agr. 
Halickie, tom 129 p. 1431. 

») Agr. Sanockie, tom 154 p. 980. 



RZESZA SZLACHECKA 



333 



oskarżenia tego rodzaju były dość liczne — natomiast 
spotkaliśmy się tylko raz jedyny z wypadkiem, w którym 
udowodniona uzurpacya szlachectwa sprowadziła za sobą 
rzeczywiście konfiskatę dóbr i podział icli między skarb 
królewski a delatora. Stanisław Jabłonowski, miecznik 
nurski, zarzucił uzurpacyę praw szlaclieckicli Jerzemu Ou- 




Fig. 36. 
Typ szlachcica. Z zbiorów Pawlikowskich. 



mowskiemu, właścicielowi Dubaniowic w ziemi lwowskiej, 
i wystąpił z twierdzeniem, że ten rzekomy Gumowski 
nazywa się właściwie Skura i jest synem mieszczanina 
z Ostrołęki. Gumowski ofiarował się wywieść z szlache- 
ctwa a to z linji ojczystej na sejmiku wiszeńskim, z linji 
macierzystej na sejmiku płockim, jednakże nie przeprowa- 



334 RZESZA SZLACHECKA 

dził dowodu, a trybunał lubelski ogłosił go w r. 1644 
jako personam ignobilem et plebeiam i zadekretował kon- 
fiskatę Dubaniowic, których połowa miała się dostać Ja- 
błonowskiemu.*) 

Nieskończenie wiele zależało na tem szlaclicie sza- 
raczkowej i zaściankowej, aby przy każdej możliwej spo- 
sobności zaznaczyć, że należy do > uprzywilejowanej dzia- 
twy koronnej.^< Zbliżona w niebezpiecznym stopniu do 
cliłopa, podobna mu często grubością bytu i obyczaju, 
jak on ciemna i jak on niekiedy uboga, trzymająca się 
swojego kusego zagona jako jedynej granicy, która ją 
oddzielała od pogardzanej klasy golołae et odardorum, 
chciała przynajmniej figurować i nie mogąc być rzeczą, 
być przynajmniej jej cieniem. Tłumnie spieszy na wybory 
urzędników powiatowych, na sejmiki deputackie i przed- 
sejmowe, na zjazdy i zajazdy, a nie brak jej także na co- 
rocznej lustracyi czyli t. zw. okazowaniu szlachty, nie tyle 
dlatego, że nieobecnemu grozi konstytucya karą 50 grzy- 
wien, bo wątpimy, aby winę tę pieniężną ściągano na seryo, 
ile dlatego, aby tą obecnością stwierdzić swoje stanowisko 
społeczne. Mało kto z tej szlachty drobnej przybywa na 
okazowanie konno, mało kto z niej ma się przystojnie 
w co ubrać i odpowiednio czem uzbroić; dobrze już, jeżeli 
szlachetka taki ma przy boku na rzemieniu lub na kono- 
pianym sznurku szablinę, bo często przychodzi na pole 
tylko z siekierką, a zdarza się tak, że staje tylko z kijem. 
W lwowskich regestrach okazowania szlachty czytamy 
istotnie: >>Szlachetny Iwan Zapłatyński popisał się z pta- 
szniczką i siekierką; szlachetny Fedor Dobrowlański z Brat- 
kowic był personaliter na popisie pieszo z kijem ; szlache- 
tny Iwan Jasiński Wołosowicz był pieszo z kijem; szla- 
chetny Roman Hoszowski personaliter pieszo z kijem.<Ń^) 



^) Agr. Lwowskie, tom 395 pp. 557 — 561. 
-) Agr. Lwowskie, tom 380 pp. 2565 i dalsze. 



RZESZA SZLACHECKA 335 

Biorąc nawet cały ogół szlachecki na uwagę, mo- 
żemy twierdzić, że mało było życia publicznego w woje- 
wództwie, w ziemi, w powiecie. Hałasu i trzasku było aż 
nazbyt, zwłaszcza w porze prywatnych i sąsiedzkich wo- 
jen, o których mówić nam przyjdzie w następujących roz- 
działach, ale poza sejmikami nie było publicznych narad, 
poza jakąś chwilową szybko zawiązaną a nigdy nie do- 
trzymaną konfederacyą nie było obywatelskiej akcyi, poza 
kwerelami i roczkami sądowemi nie było zjazdu. Sejmiki 
województwa ruskiego, wiszeński i halicki, nie lepsze były 
od reputacyi, jaką te zjazdy miały współcześnie w całej 
Polsce. Przychodziło na nich często do zwad i zaburzeń, 
niekiedy do krwawych, tłumnych potyczek. W czasie wo- 
jen prywatnych, których widownią była ziemia przemyska 
w pierwszych latach XVII. w., niejeden zjazd sejmikowy 
w Sądowej Wiszni podobien był do pobojowiska w przed- 
jutrzu bitwy, bo stronnictwa rozkładały się zbrojnemi obo- 
zami naprzeciw sobie. Z formalnem wojskiem zjeżdżał na 
sejmik referendarz Drohojowski, kiedy toczył wojnę z Sta- 
nisławem Stadnickim; nie śmiał się na sejmiku pokazać 
bez wielkiej liczby najemnego żołnierza Łukasz Opaliński, 
bo wiedział, że nań tam czyhać będzie z małą armią saba- 
tów jego wróg śmiertelny, Dyabeł Łańcucki. 

Rzecz godna uwagi, że najmniej dawał powodu do 
zajść i zwady sam wybór posłów na sejm lub deputata 
do trybunału — daleko niebezpieczniejsze były inne do- 
mowe sprawy, a już osobliwie wywody szlachectwa, jeżeli 
trafiały na opozycyę. Najmarniejsza też czasem kwestya, 
jeżeli zetknęli się w niej dwaj możni a niechętni sobie 
dygnitarze, jak n. p. nominacya granicznego komornika 
i t. p. wywoływała burzliwe i niebezpieczne zajścia. O ta- 
kiego komornika omal że w r. 1645 nie przyszło do wiel- 
kiego rozlewu krwi na sejmiku wiszeńskim między kaszte- 
lanem sanockim Andrzejem Boguckim a sędzią ziemi prze- 
myskiej Janem Fredrą i ich stronnikami. Kiedy Bogucki 




Fig. 37. 

Scena sejmikowa. 
Z współczesnej ryciny w zbiorach Pawlikowskich. 



RZESZA SZLACHECKA 337 

W ostry sposób wystąpił przeciw Fredrze, że mianował 
komornika granicznego przeciw prawu a »kwoli prywacie,« 
Fredrowie wszyscy, ile ich było, po równie ostrej replice 
rzucili się do szabel, a za nimi cały sejmik podzielony na 
dwa obozy, przemyski i sanocki. Nawa kościelna, w któ- 
rej obradowano, zadrżała od Iiuku i trzasku, błyskały sza- 
ble nad głowami adwersarzy; brata Boguckiego, kaszte- 
lana Czechowskiego, omal nie porąbano w sztuki, gdyby 
nie interwencya arcybiskupa lwowskiego i innych obecnych 
na sejmiku senatorów, którym się powiodło zażegnać bu- 
rzę. Ale tumult trwał dwie całe godziny i już tego dnia 
nie było obrad.*) 

Kwestye etykiety i emulacye dygnitarskie bywały także 
bardzo niebezpieczne. Tak n. p. konstytucya z r. 1613 
przyznała staroście lwowskiemu pierwsze miejsce i wotum 
sejmikowe przed podkomorzym lwowskim, podczas gdy 
w wszystkich innych ziemiach podkomorzowie mieli prym 
przed starostami. Przychodziło ztąd do gorszących spo- 
rów, zagrażało to zerwaniem obrad sejmikowych, aż 
w końcu szlachta wobec tych ^turbacyj i niepotrzebnej 
kontrowersyi : poleciła posłom swoim, aby się postarali 
na sejmie o zniesienie tej anormalności, bo »kiedyby pp. 
podkomorzowie w kupie i pp. starostowie ziem naszych 
na sejmik się zjachali, przyszłoby się nie wotując rozja- 
chać.<^*) Cóż dopiero, kiedy się na sejmik zjechało dwóch 
łowczych, dwóch cześników, dwóch skarbników jednej 
i tej samej ziemi, a i tak się zdarzało, bo kancelarya kró- 
lewska tak sobie snąć lekceważyła te czysto tytularne go- 
dności, że zapomniawszy, kto je już otrzymał i posiada, 
wydawała na nie dyplom i drugim. W r. 1642 był taki 
spór między Stanisławem Pobiedzińskim a Janem Kamiń- 
skim, kto z nich obu jest cześnikiem ziemi sanockiej, bo 
obudwóm król prawie równocześnie ferował cześnikostwo 



») Agr. Sanockie, tom 158 p. 1221. 
^) Agr. Sanockie, tom 166 p. 1898. 



22 



338 RZESZA SZLACHECKA 

tej ziemi. Utrzymał się w końcu Pobiedziński, bo jego dy- 
plom datowany był dnia 15. października, dyplom zaś Ka- 
mińskiego dnia 12. listopada jednego i tego samego roku.*) 

Na sejmiki zjeżdżano się chętnie i tłumnie, bo tam 
rozprawiać było można de omnibus rebus et guibusdam 
aliis, tam się wyszumiano na króla i na senatorów, regu- 
lowano stosunki Europy, wypowiadano wojny i zawierano 
traktaty, wywodzono gravamina, a co ważniejsza uchwa- 
lano petiła o wakansy, o myta, o donacye, o nagrody za 
urojone i nieurojone zasługi — ale już na doroczne oka- 
zowania, na ten popis zbrojny, który miał stwierdzać po- 
gotowie obronne szlachty i być demonstracyą jej rycer- 
skiego zawołania, a zatem powinien był reprezentować 
godnie zasadę i obowiązek stanu, szlachta przybywała nie- 
licznie, z ladajakim pocztem lub bez pocztu. Znamienitsi 
ziemianie najczęściej nie stawili się osobiście, zasłaniając 
się pierwszą lepszą wymówką i przysyłali tylko poczty ze 
służby złożone. 

Okazowanie szlachty ziemi lwowskiej i żydaczowskiej 
odbywało się zawsze w pierwszy poniedziałek po Prze- 
wodniej Niedzieli na polu u św. Krzyża pode Lwowem, 
okazowanie szlachty ziemi przemyskiej na polach pod 
Medyką, zaś w wypadkach nadzwyczajnych, kiedy na we- 
zwanie przemyskiego kasztelana szlachta gromadzić się 
miała manu fortl et armatUy służyły za plac zborny błonia 
nad rzeką Rak, między Sądową Wisznią a Rodatyczami. 
Pola nad rzeką Rak były od wieków miejscem takich 
zbrojnych wieców szlachty ziemi przemyskiej, uświęciła je 
tradycya przodków i kiedy chodziło o najważniejsze sprawy 
Rzeczypospolitej, zjeżdżano się nie gdzieindziej tylko na 
to miejsce, jak n. p. w październiku r. 1572, kiedy to zie- 
mia przemyska nad brzegami Raka zobowiązała się przy- 
sięgą, że gdy przyjdzie do elekcyi, nikt nie zostanie w domu^ 



') Ibidem, tom 157 p. 566 i tom 158 p. 1211. 



RZESZA SZLACHECKA 330 

Że nikomu nie wyrządzi się gwałtu i że obrany ma być 
królem nie ten, co kupuje głosy, nie tctiórz i nie zapamię- 
talecJ) Ale nietylko dla ziemi przemyskiej, nawet dla ca- 
łego województwa ruskiego błonia nad Rakiem były tra- 
dycyjnem miejscem zbrojnego zjazdu i pogotowia. Pod- 
czas rokoszu Zebrzydowskiego nad rzekę Rak powoływa 
uniwersałem swoim wojewoda ruski Stanisław Oolski 
w lipcu 1606 r. szlachtę całego województwa dla obrony 
zagrożonego majestatu królewskiego, a następnego roku 
w marcu szlactita zgromadzona we Lwowie pod przewo- 
dem wojewody bełzkiego Stanisława Włodka, hetmana 
Stanisława Żółkiewskiego, kasztelana kamienieckiego Ja- 
kóba Pretficza i innych wzywa gorącym uniwersałem nie- 
tylko województwo ruskie ale także województwa bełzkie 
i podolskie, aby zbrojno zjeżdżały nad rzekę Rak i spie- 
szyły w pomoc królowi przeciw rokoszanom.^) Szlachta 
halicka odbywała lustracyę pod Haliczem, sanocka pod 
Sanokiem, Samborska nie zjeżdżała się, jakby było należało, 
na błonia Medyki, lecz pod Sambor. 

Z kilku regestrów takiego okazowania szlachty ziemi 
lwowskiej i żydaczowskiej łatwo się przekonać, jak te 
zbrojne rewie szlacheckie, po których sobie tyle obiecy- 
wano, wypadały z każdym rokiem coraz mizerniej, aż na- 
reście stały się parodyą rycerskiego popisu. Na okazo- 
wanie w r. 1621 stanęło razem 628 szlachty licząc w to 
poczty nieobecnych panów i poczty wdów, a w liczbie tej 
było 421 konnej a 207 pieszej t. j. najuboższej zaścianko- 
wej szlachty. Między tą drobną szlachtą było samych 
Czaykowskich 43, ale z nich tylko 3 konno; Witwickich 
40, sami piesi; Hoszowskich 34, Popielów 12, Przedrzy- 
mirskich 9 i t. d.^) W pięć lat później regestr okazowania 

O Orzeł s ki, Bezkrólewia I. str. 16. 
'^) Agr. Trembowelskie, tom 106 pp. 878 — 81, 
1260—3. 

^) Agr. Lwowskie, tom 374, p. 343 i nast 

22* 



340 RZESZA SZLACHECKA 

wylicza już znacznie mniej szlachty, bo tylko około 523, 
z tego większa połowa pieszej.*) W dwa lata później, 
w r. 1628, liczba wzrasta nieco, bo zjeżdża się 635 szlachty, 
z tych 361 z pocztami, zaś reszta, t. j. 274 chudopachołków 
oczywiście bez pocztów i w dwóch trzecich częściach 
pieszo. Z wyjątkiem takich biedaków, którzy, jak już wspo- 
mnieliśmy, przychodzą na okazowanie z ptaszniczką, sie- 
kierką a nawet z gołym kijem, wszystka szlachta uzbro- 
jona jest w półhak i szablę.*) W r. 1637 liczba szlachty 
obecnej na okazowaniu spada do 374. Gorzej jeszcze bywa 
z okazowaniem szlachty sanockiej, której najliczniejszy zjazd 
zbrojny (w r. 1629) wynosi 200 a niekiedy spada do śmie- 
sznie małej cyfry, jak n. p. w r. 1618, kiedy to stanęło oso- 
biście tylko 35, przysłało poczet, przyjaciela lub sługę tylko 
21 — a więc razem było tam obrońców ojczyzny 56 ! Re- 
szta, jak się wyraża relacya: in contemptum legum została 
w domu.*) Zdarzało się nawet, że nikł się nie zjawił na 
okazowanie, jak n. p. w r. 1646, jak się o tern dowiadu- 
jemy z manifestacyi Krzysztofa Zabawskiego, który żałuje 
się w grodzie, że przybywszy w oznaczonym terminie na 
popis do Sanoka, nie zastał tam ani kasztelana, ani żadnego 
urzędnika, ani żadnego okazowania Nie można się tedy 
dziwić, iż w końcu do tego przyszło, że szlachta zaczęła 
się sama wstydzić tego upokarzającego widowiska, ale za- 
miast starać się o to, aby okazowanie odzyskało poważną 
cechę rycerskiego pogotowia, wolała wybrać krótszy i ła- 
twiejszy środek i żądać całkowitego zniesienia dorocznych 
lustracyj. Na sejmiku wiszeńskim r. 1638 uchwala szlachta 
instrukcyę swoim posłom sejmowym: »Okazowanie, że 
swego effekłu nie bierze i do dobrego porządku przyjść 
nie może, chcemy, aby zniesione było,« a w trzy lała 

^) Agr. Lwowskie, tom 377 p. 811 i nast. 
*) Agr. Lwowskie, tom 380 pp. 2565—2604. 
*) Agr. Sanockie, tom 150 p. 1931 i tom 144 pp. 
1716—7; tom 159 p. 2613. 






o; 




. CD 








5 "^ 




^o 


oó 


>^ ^ 


en 


^ c/> 


te 


1- 


\L 


s ^ 








S.a 




5 bo 




O 5 




•s 




^ 



342 RZESZA SZLACHECKA 

później ponawia tę rezolucyę: »Okazowania, iż żadnego 
Rzeczypospolitej pożytku nie przynaszają, raczej per abu- 
sum pośmiewiskiem jakiemś są, zlecamy pp. po- 
słom, aby zniesione były.«^) 

Potrzeba było dopiero trwogi wojennej i bardzo gro- 
źnycłi a bardzo blizkicłi niebezpieczeństw, aby ocenić 
znaczenie takiego rycerskiego pogotowir, aby zrozumieć, 
że jeśli się nie chciało płacić podatków na żołnierza, 
trzeba było samemu być żołnierzem. W r. 1648 szlacłita 
przemyska uchwala na sejmiku w Wiszni nadzwyczajne 
okazowania, na które wszyscy stawić się mają »vintini 
tak jako do obozu,« i upoważnia swego kasztelana, aby 
bez dalszych uchwał zarządził w razie potrzeby pospolite 
ruszenie. Jakoż w krótkim przeciągu czasu odbywają się 
pod Medyką cztery zbrojne okazowania, dnia 8. i 28. 
września, dnia 15. października 1648 r. i dnia 30. lipca 
164Q. Czwarte okazowanie było już pospolitem ruszeniem 
a szlachta z pod Medyki udała się wprost do obozów 
wojennych. Na okazowanie, które się odbyło w dzień św. 
Wacława (28. września) r. 1648 stawiło się z całej ziemi 
przemyskiej niespełna 1000 szlachty,*) zbrojnej w szable 
i rusznice. Najliczniejszego kontyngentu dostarczyła oczy- 
wiście drobna szlachta zagonowa — ci historyczni w Pol- 
sce milites caligati — a ze spisu możemy mieć miarę 
ich gniazdowego rozrodzenia. Najwięcej stawiło się Ja- 
worskich; było ich na tem okazowaniu 70. Najliczniejszy 
po nich ród Kulczyckich dostarczył 46 zbrojnych. Dalej 
idą Winniccy (36), Bilińscy (23), Kruszelniccy (20), Matko- 
wscy i Horodyscy (po 1Q), Terleccy (16), Komarniccy 
(15), Manasterscy i Turzańscy (po 14), Wysoczańscy, Ba- 
czyńscy, Podhorodeccy i Uniccy (po 13), Dobrzańscy (10), 
Łuccy (Q), Sozańscy (7), Kalnofojscy (5). 



^) Agr. Lwowskie, tom 392 p. 798. 

2) Agr. Przemyskie, tom 375 pp. 1821 — 1833. 



RZESZA SZLACHECKA 343 

Na okazowanie z dnia 30. lipca 1649, które już wła- 
ściwie było pospolitem ruszeniem na plac boju, przybyło 
tylko około 800 szlachty '), ale tym razem nie jest to 
wcale dowodem zaniedbania rycerskicłi obowiązków, bo 
w tym czasie wszystka zamożniejsza szlachta ziemi prze- 
myskiej z licznemi pocztami a nawet na czele całych cho- 
rągwi znajdowała się już w obozach wojennych. Przeci- 
wnie z aktów tej nieszczęśliwej pory odbiera się wraże- 
nie, że szlachta przemyska spełniła swój obowiązek. Po 
za pospolitem ruszeniem postawiła swoim kosztem pięć 
chorągwi: trzy husarskie i dwie piesze, każda po 100 lu- 
dzi, nad któremi rotmistrzowstwo objęli Jan Fredro, sę- 
dzia ziemi przemyskiej, Mikołaj z Góraja Czuryło i Piotr 
Sieciński ; *) od pospolitego ruszenia uchylili się tylko 
chorzy, kalecy i starcy a i ci w grodzie stwierdzali swoją 
niezdolność do posług wojennych. Między temi manife- 
stacyami grodzkiemi znajduje się niejedna, która sama 
przez się jest pięknym rysem rycerskości i patryotyzmu. 
Tak n. p. staje i manifestuje się przed grodem p. skarbnik 
sanocki Szymon Zaporski, starzec leciwy, cały bliznami 
okryty, i z żalem oświadcza, że iść na wojnę nie może, 
ale jedynaka swego, całą podporę swojej starości, wysłał 
już dawno do obozu. Mimo wieku i on by poszedł, tak 
jak chadzał na wszystkie wojny za swego żywota, ale 
otworzyły mu się rany, które w grodzie produkuje, bo 
chce > warować cześć i sławę swoją, która jedynie czyni 
nieśmiertelnym człowieka. « Ran ma na sobie kilka, a trzy 
z nich ciężkie: ręka na wskroś kulą przeszyta, druga 
z kością odtrzaskaną, prawy bok rozpłatany. ^) Anna Du- 
nikowska, wdowa przywiedziona do ubóstwa, bo kozacy 
splądrowah' jej wioskę i zrabowali »ostatek substancyi« 



O Agr. Przemyskie, tom 376 pp. 1239—1255. 
*) Agr. Przemyskie, tom 375 p. 1666. 
•'*) Agr. Przemyskie, tom 376 p. 1152. 



344 RZESZA SZLACHECKA 

deponowany w klasztorze gródeckim, wysyła jedynego 
swego syna na wojnę — co jej poświadcza kasztelan 
sanocki Andrzej Bogucki, który z litością dodaje, że 
biednej wdowie pozbawionej jedynej opieki, jaką miała, 
»do powinnych w sanockiej ziemi mieszkających przytu- 
lić się przyszło.« ^) Zbigniew Oórajski, zaskoczony nie- 
spodziewaną w drodze przeszkodą, porzuca swój wóz 
z zapasami obozowemi i spieszy dniem i nocą, aby zgo- 
nić wojsko, bo się ruszyło z pod Zasławia, abym okazyi 
nie zaniecłiał, bo bym się wolał widzieć na gałęzi, aniżeli, 
czego Panie Boże zachowaj, miałbym przyjść po wszy- 
stkiem.« Nie spóźnił się — poległ na pobojowisku. 

Chorągwie ochotnicze ziemi przemyskiej i lwowskiej 
spełniły chwalebnie swój obowiązek. Biły się walecznie 
w wszystkich utarczkach aż do bitwy pod Zborowem, 
gdzie około 2000 szlachty przemyskiej i lwowskiej pole- 
gło, a sam Korniakt stracił 400 ludzi. Jak mężnie poczy- 
nały sobie chorągwie ziemi przemyskiej na polu chwafy, 
świadczy fakt, że jedna z nich — o innych nie mamy dat 
potrzebnych — a mianowicie chorągiew, której rotmistrzo- 
wał skarbnik ziemi lwowskiej Zygmunt Przedwojowski, 
licząca mało co nad 90 ludzi, straciła w bojach 28 towa- 
rzyszy, a więc cała blisko trzecia część tych walecznych 
poległa w obronie ojczyzny. Padł pod tą chorągwią śmier- 
cią chwalebną także ów Jacek Dydyński, stary żołnierz 
Lisowski, o którym już wspominaliśmy i o którym jeszcze 
nieraz będzie mowa, ów pan » Jacek nad Jackami, « spe- 
cyalista-fachowiec w zbrojnych zajazdach i szef sztabu 
wojen prywatnych ziemi przemyskiej.*^) 

Dalsze nieszczęsne lata nakładały na szlachtę twarde 
obowiązki. W r. 1651 nastąpiło drugie pospolite ruszenie. 
Przychodziło ono ciężko do skutku, bez ochoty i z na- 



Agr. Lwowskie, tom 399 p. 1000. 
2) Agr. Lwowskie, tom 399 p 779. 



RZESZA SZLACHECKA 345 

rzekaniem. Na sejmiku wiszeńskim z tegoż roku skarży 
się szlachta obrażona, że król o jej patryotycznej goto- 
wości ^acerbe i gorzko^ się wyraził, przeciw czemu pro- 
testuje, ale równocześnie sama z żalem przyznaje, »że 
służyć ojczyźnie gratuite i kosztem swym nikt nie 
chce<^. Z całej ziemi przemyskiej w roku tym jeden tylko 
Andrzej Maxymilian Fredro wystawił własnym kosztem 
prywatnym chorągiew jazdy ze stu ludzi złożoną, ale i ten 
posiłek nie poszedł do obozu, bo Fredro wysłany został 
w legacyi do Rakoczego i musiał wziąć ten hufiec z sobą 
do Siedmiogrodu. O Przed wyruszeniem do obozu szla- 
chta ziemi przemyskiej odbyła swój własny osobny sej- 
mik i w ten sposób zorganizowała swoją mobilizacyę, 
że mianowała sobie dwóch pułkowników, jednego do ja- 
zdy, drugiego do piechoty złożonej z samej drobnej 
szlachty, podzieliła się na chorągwie, z których żadna nie 
miała liczyć więcej nad 100 ludzi, wybrała strażnika, obo- 
źnego i siedmiu rotmistrzów, z czego by wypływało, że 
wyruszyła w pole tylko w siedm chorągwi, a więc w 700 
ludzi. Pułkownikiem jazdy został podkomorzy Franciszek 
Dubrawski, pułkownikiem piechoty Jasienicki. Uchwalono 
także, że nie wolno żadnemu posesyonatowi ziemi prze- 
myskiej zaciągnąć się pod chorągiew innej ziemi. Sądy 
na czas pobytu szlachty w obozie pozostać miały przy 
urzędnikach ziemskich, którym przydano dwóch deputa- 
tów. Nad bezpieczeństwem domów czuwać miał osobny 
rotmistrz z odpowiednią liczbą żołnierzy, a był nim Wa- 
lenty Fredro.*) 

Ciężej jeszcze i oporniej poszło w r. 1653, kiedy król 
Jan Kazimierz zaapelował znowu do ofiarności i rycerskich 
obowiązków szlachty w tym strasznym ucisku Rzeczypo- 
spolitej. Z uniwersałów królewskich, wydanych tego roku. 



^) Pamiętniki Radziwiłła, tom II. str. 440. 
*) Agr. Przemyskie, tom 377 pp. 721 — 4. 



346 RZESZA SZLACHECKA 

Z wici na pospolite ruszenie, tchnie boleść i rozpacz pra- 
wie. Król puka do serc, szarpie najczulsze struny dusz 
szlacheckich : dumę stanu i miłość złotej wolności. Wzywa 
ich dnia 12. marca ze Lwowa »jako miłujących tę ojczyznę 
synów, jako cnych Polaków i nieodrodnych potomków 
sławnych przodków swoich, którzy tę Rzeczpospolitą krwią 
swą ufundowali i dotąd w swobodziech wolności wszyst- 
kim narodom świata zazdrosnych zachowali,« wzywa >przez 
tę nieporównaną złotą wolność, przez spoiną ojczyzny mi- 
łość, przez sacrorum conservationem, przez carissimorum 
pignomm Waszmościów charitatenty przez dostojeństwo 
na ostatek nasze królewskie« — aby albo sami wyruszyli 
w pole albo obmyślili zapłatę żołnierzom. W drugim uni- 
wersale (z Warszawy dnia 30. listopada) żali się król, że 
na sejmie pozostawił to samej szlachcie, czy ma odbyć 
pospolite ruszenie czy też dostarczyć łanowego żołnierza, 
na co zgody nie było; » wzięli to posłowie do braci na 
relacyjne sejmiki, mimo przestróg, że to tylko zamieszanie 
sprawi; do tego się nam jednak stosować przyszło. Teraz 
różni różne przedsiębiorą sposoby tej obrony, jedne wo- 
jewództwa uchwaliły łanowego żołnierza w tejże samej 
wyprawie z 20 zwłok jednego, drudzy z 16, inne z pię- 
tnastu, inne z dwunastu, z dziesięciu, z sześciu, z pięciu. 
Niektóre w laudach dołożyły, że się z województwa nie ruszą, 
póki główniejsze województwa nie uprzedzą i przyjściem 
swem nie miną onych — a na ostatek niektóre wojewódz- 
twa żadnej nie uchwaliły wyprawy, czem w innych woje- 
wództwach zahamowały ochotę. « 

Król błaga szlachtę o pomoc i pospolite ruszenie: ^żą- 
damy, abyście w oczach sobie stawiając one odważnych 
przodków waszych dzieła a przez nie nabyte ozdoby i klej- 
noty, w ich się umysł i serca nieustraszone przybrawszy, 
tego trudu podjąć się nie wzbraniali, który przy nieśmier- 
telnej sławie długim spoczynkiem utrapionej ojczyzny, wa- 
szym i miłej potomności nagradzać się będzie. Wejrzy Pan 



RZESZA SZLACHECKA 347 

Bóg na tę odwagę waszą, którą wprzód dla chwały jego 
kościołów i ołtarzów świętycłi weźmiecie przed się, że na 
samo wejrzenie pobożnych hufców wiernego Bogu ludu 
strachać się i cofać krzywoprzysiężca będzie a niewolnik 
poda kark swój wolnym i szlachetnym szablom!* 

Obaczmyż, jakie echo wywołały w województwie 
ruskiem te słowa króla, przez którego usta ojczyzna wzy- 
wała ratunku. Zestawimy tylko kilka cyfr suchych, dadzą 
one same jeźli nie miarę patryotyzmu, którego w gruncie 
nie brakło, to miarę zasobów w materyale ludzkim i eko- 
nomicznym, ale też może i miarę elastyczności dusz i serc, 
które rosnąć powinny z wielkością celu i świętością obo- 
wiązku. 

Województwo ruskie z początku było za pospolitem 
ruszeniem i żądało tylko przez posłów swoich, >aby sine 
divisione belli wszyscy stanęli, nie cisnąc się ad custodiam 
corporis Jego Kr. Mości ani cieniem pocztów się zasłania- 
jąc, a jeśliby który z panów braci ex pio affectu erga pa- 
triam poczet stawił, on oddawszy pod władzę Jego Król. 
Mości, aby sam w województwie swem równo z bracią 
stawał,« i aby województwo ruskie wpierw nie ruszyło, 
aż inne województwa razem ruszą. Następnie jednak zmie- 
nia szlachta na sejmiku uchwałę i godzi się na wystawie- 
nie żołnierza łanowego. »Jakkolwiek takeśmy exhaustiy że 
już prawie na podatki z ubogich chłopów naszych krew 
wyciągamy,<^ jednakoż zgoda na to, »aby w tak ciężkim 
Rzptej czasie i sobie ciężko czyniąc, certam prowentów 
dorocznych partem na żołnierza wydać, któryby całość 
ojczyzny i nas od ciężaru pospolitego ruszenia 
zaszczycić by mógł< <*) Zaraz na następnym sejmiku ob- 
myśla szlachta fundusze na wystawienie i zapłatę żołnierza 
i w następujący sposób załatwia tę kwestyę: Z każdych 
12 łanów ma być postawiony jeden żołnierz konnyzryn- 



') Agr. Sanockie, tom 166 pp. 322 — 44. 



348 RZESZA SZLACHECKA 

szłunkiem i żywnością, a ktoby nie miał całej dwunastki 
łanów, ten z drugimi sąsiadami złączywszy się aż do tej wy- 
maganej dwunastki wspólnie składa się na jednego żołnie- 
rza. Zastawnicy, t. j. ci którzy za pożyczone sumy trzymają 
zastawem dobra ziemskie, mają ten sam obowiązek co dzie- 
dziczni właściciele, i nie wolno im obowiązku tego przeno- 
sić ani na cłiłopów ani na dłużników, którzy im dobra 
swe zastawili. Ci zastawnicy, którzy tylko pewną sumę 
obligatorie na dobrach mają a z powodu większycłi 
prowentów zastawionej ziemi dopłacają swoim dłużni- 
kom, dać mają od każdego tysiąca 10 zł. Dzierżawcy 
dóbr wyprawią od 20.000 zł. sumy dzierżawnej jednego 
konnego żołnierza; ci co mniej płacą, łączą się z innymi. 
Szlacłita żyjąca po miastacłi z kapitału i procentu wy- 
prawia z 12.000 zł. jednego konnego. Mieszczanie, kupcy 
i żydzi dzierżawcy postawią od każdych 10.000 zł. jednego 
konnego, miasta z każdej dwudziestki domów jednego 
pieszego.^) 

Do tej normy niewszystkie ziemie województwa zasto- 
sowały się jednakowo; jedna tylko ziemia sanocka przyjęła 
i wykonała bez żadnej zmiany uchwałę wiszeńską. Ziemia 
halicka z początku nie chciała nawet słyszeć o wyprawie- 
niu własnym kosztem łanowego żołnierza, na którego dla 
wielkiego spustoszenia nie spodziewała się wydobyć pie- 
niędzy, później jednak, aby się okupić od pospolitego ru- 
szenia, konformowała się do uchwał sejmiku wiszeńskiego 
ale limitowała swój udział tylko do 100 żołnierzy po ko- 
zacku i powierzyła ich zaciąg i komendę Bonawenturze 
Bełzeckiemu.*-^) 

Ziemia sanocka stosując się w zupełności do laudum 
wiszeńskiego uchwaliła jednego konnego żołnierza od ka- 
żdych 12 łanów i od każdych 20.000 zł., a jednego pie- 



^) Agr. Sanockie, tom 166 pp. 6Q1— 702. 
«) Agr. Halickie, tom 145 pp. 905, 1160. 



RZESZA SZLACHECKA 349 

szego od każdych 20 domów po miastach. Z około 2400 
łanów tej ziemi miało tedy stanąć 118 żołnierzy konnych, 
Z wszystkich kapitałów zaledwie siedmiu, z miast zaledwie 
21 pieszych. (Dynów 8, Krosno 5, Sanok, Dubiecko, Jać- 
mierz po 2, Nowotaniec i Babice po 1, z Rymanowa 
i Zarszyna żadnego.') 

Ziemia przemyska odstąpiła od normy przepisującej 
wyprawienie jednego konnego żołnierza od każdych 12 
łanów a natomiast opodatkowała łany. Z każdego łanu 
miano płacić po 11 zł., z zebranej sumy miał być posta- 
wiony żołnierz łanowy, który zastępywał już i pospolite 
ruszenie szlachty. Od każdego 1000 zł. zapisanego długiem 
prostym dawać miano 7 zł., od każdego 1000 zł. tenuty 
dzierżawnej również 7 zł. Miasta i dobra duchowne wy- 
prawiają z każdej dwudziestki domów po jednym hajduku, 
żydzi od 28 osiadłych domów także jednego hajduka. Ży- 
dzi trudniący się handlem od każdego 1000 zł. dają po 
14 zł. Hajducy mają być ludzie sposobni do rzemiosła żoł- 
nierskiego, mają być wyprawieni już w barwie, t. j. w żu- 
panach błękitnych, w deliach czerwonych, z dobremi mu- 
szkietami, rydlami, amunicyą i żywnością i każdy z nich 
ma z sobą przynieść 6 zł. gotówki, które odda na popi- 
sie rotmistrzowi in vim salariL Konnica łanowa ma być 
ekwipowana po kozacku, porządnie, w pancerzach, misiur- 
kach, zarękawiach, z bandoletem i pistoletami, na dobrych 
koniach i ma mieć swoją muzykę. Łanów opodatkowanych 
było w ziemi przemyskiej 2722, dochód tedy z podatku 
na łanowego żołnierza wynosić mógł z ziemi okrągło 
30.000 zł. Dochodu osiągniętego z opodatkowania kapita- 
łów nie znamy, ponieważ jednak ziemia przemyska wysta- 
wiła razem trzy chorągwie po 100 ludzi a każda chorą- 
giew miała kosztować 14.000 zł., czyli razem 42.000 zł., 



O Agr. Sanockie, tom 166 pp. 1292—1305. 



350 RZESZA SZLACHECKA 

wypływałoby ztąd, że opłata od kapitałów, t. j. od sum łiipo- 
tekowanycłi i od tenut dzierżawnych, wynosiła 12.000 zł.') 
Ziemia lwowska we wszystkich szczegółach poszła 
za wzorem przemyskiej, efektu jednak opodatkowania nie 
podają nasze źródła. Gdybyśmy jednak przypuścili, że wy- 
stawiła tyleż co ziemia przemyska, t. j. 300 żołnierza, co 
już będzie liczbą pewnie wygórowaną, bo ziemia lwowska 
w porze tej daleko więcej doznała bezpośrednich klęsk 
wojennych i daleko bardziej była zniszczoną aniżeli ziemia 
przemyska, to z całego województwa ruskiego, otrzymamy 
razem 846 żołnierzy. Jeżeli się z waży, że w r. 1648 pospolite 
ruszenie samej ziemi przemyskiej wynosiło 1000 komba- 
tantów, że w następnym roku taż ziemia przemyska po za 
pospolitem ruszeniem wystawiła pięć chorągwi po 100 
ludzi, że w dwa lata później pospolite ruszenie tej ziemi 
wynosiło przecież jeszcze 700 zbrojnej szlachty — to kon- 
tyngent całego województwa ruskiego z r. 1653 musi 
sprawić smutne wrażenie, bo wrażenie upadku na sile 
i duchu. 



») Agr. Przemyskie, tom 379 pp. 1533—8. 



ROZDZIAŁ SZÓSTY 



CHŁOPI 



I. 

Infernus rusticorum. Opieka królewska nad ludem. 
Akcya chłopów przeciw starostom i dzierżawcom. Glejty 
królewskie i ich lekceważenie. inwentarze robót i danin. 
Nadziejów i Raków. Jerzy i Stanisław Krasiccy. Gminy 
Leżajskie. Komisye królewskie. Ekonomia Samborska. 
Zamożność ludu. Osadcowie. 

Or discendiam guaggiu nel cieco mondo — powtó- 
rzyć możnaby za Dantem, zstępując na chwilę z czytelni- 
kiem do piekieł społecznych. Infernus rusticorum nazwał 
Włoch Pacichelli Polskę i nie bardzo przesadził, zapomniał 
tylko o tem, że nie sama Polska była wówczas piekłem dla 
ludności wiejskiej. Nielepiej było w innych krajach Europy. 
Już w XVI. wieku, podczas gdy w Polsce dola chłopów była 
wcale pomyślna i daleko jeszcze było do niewolniczego 
ujarzmienia ludu, w Niemczech chłop skazany był na srogi 
ucisk i nędzę. W roku 1503 rozpoczynają się już wielkie 
sprzysiężenia i bunty chłopskie w Niemczech, wywołane 
straszną tyranią szlachty i książąt, powtarzają się po kil- 
kakroć aż do roku 1526, srożą się następnie w latach 
1594 — 7, wybuchają ponownie w r. 1626, wywołują całe 
piekło mordów, okrucieństw i pożogi, i pełne są takich 
niewymownie potwornych aktów obopólnej nienawiści 

23 



354 CHŁOPI 

i zemsty, o jakich się w Polsce nikomu i nigdy 
nie śniło. Bunty chłopskie z r. 1648 na naszem Poku- 
ciu są niewinną ruchawką wobec zbydlęcenia i krwawego 
szału niemieckiego chłopstwa, a odwet, jaki spotkał bun- 
towników ze strony warstwy panującej w Polsce, jest 
tylko igraszką wobec straszliwej, niemiłosiernej zemsty, 
jaką szlachta niemiecka wywarła na swych pokonanych 
niewolnikach. 

Nie zapominajmy, że to, co nam przyjdzie w tym roz- 
dziale powiedzieć o ucisku i krzywdach ludu wiejskiego 
w województwie ruskiem, działo się w czasach najgor- 
szych, w czasach, kiedy chłop w całej środkowej Europie 
wydany był na łup samowoli i jęczał pod jarzmem niewąt- 
pliwie cięższem, niżeli w Polsce. Świadek tych czasów, niemie- 
cki pisarz Moscherosch (Philander von Sittenwald), osadza- 
jąc magnata niemieckiego, ciemiężyciela ludu, na samem 
dnie piekła, takie mu wkłada w usta słowa: »0 biada mi, 
wyssałem krew i pot z moich biednych poddanych, trwo- 
niąc je na biesiady, na hulanki, na łowy i l>łazeństwa! 
Biada mi, po wieki biada, wysączyłem nieznośnemi cięża- 
rami ostatnią kropelkę krwi z moich chłopów i grosz ten 
krwawy użyłem na turnieje, na zbytki, kosterstwa i rozko- 
sze! Biada mi, po wieki biada, dręczyłem chłopów moich 
okrutną pańszczyzną, wypędzałem nędznych, głodnych, 
nagich, chorych, chromych, w upał letni i wśród mro- 
zów zimowych na pola, góry i lasy, a kiedy ustawali 
w znoju, chłostałem starców rózgami, siekłem ich ciało 
biczami, deptałem ich nogami jak żaby, zakłuwałem oszcze- 
pem jak niedźwiedzi, gwałciłem ich córki, bezcześciłem ich 
żony!« Współcześnie z naszem opowiadaniem, w porze 
trzydziestoletniej wojny, ucisk ludu wiejskiego wzmógł się 
tak okropnie, że chłop niemiecki w niektórych okolicach 
był blizki doszczętnego wytępienia. Połowa ludności wiej- 
skiej wyginęła w Niemczech, w Saxonji samej w przeciągu 
dwóch lat ubyło jej 900.000; w Wirtembergji z 400.000 



CHŁOPI 355 

pozostało ledwie 48.000, w księstwie Meiningen ocaliło 
się tylko 316 rodzin, w księstwie Nassauskiem były wsie, 
w których po dwie tylko rodziny zostało, w cafym Pala- 
tynacie w r. 1632 naliczono wszystkiego tylko 200 chło- 
pów. Na Szlązku więcej było zwierzyny niż chłopów. Jak- 
żeż wobec tego blednieje najgorsza nawet prawda, jaką 
na podstawie aktów wypowiemy o doli ludu w wojewódz- 
twie ruskiem! Jakim nędzarzem był chłop niemiecki już 
w tym czasie, kiedy kmieć polski budził jeszcze dobroby- 
tem swoim zawiść innych stanów i pomawiany był o skłon- 
ność do zbytków, przekazał nam rysunek Diirerowski, praw- 
dziwy dokument historyczny, wymowniejszy może od 
słów Moscheroscha. 

Nawet we Francyi, o tyle wyższej od Niemiec pod 
względem humanitarnej kultury, długo nie bywało lepiej 
niż w Polsce. »Widuje się pewne zdziczałe bydlęta — 
pisze La Bruy^re jeszcze w r. 1689 — samców i samice, 
rozprószone po polu, czarne, zsiniałe i całkiem spalone od 
słońca, przybite do ziemi, którą grzebią i kopią z uporną 
zaciętością. Posiadają one jakoby głos artykułowany, a kiedy 
się podniosą na nogi, okazują oblicze ludzkie, i w istocie: 
to ludzie! Nocą chronią się do lepianek, w których 
żyją czarnym chlebem, wodą i jagodami. « Gorzej z pe- 
wnością nie wyglądał chłop polski niż ten chłop francuzki, 
którego losy z taką plastyką skreśliło nam w kilkunastu sło- 
wach pióro słynnego pisarza. Zachodzi tylko zawsze ta sama 
różnica, którą zaznaczyć mieliśmy sposobność przy innych 
stronach społecznego życia w Polsce, że gdzieindziej już 
współcześnie działać zaczynała reakcya państwa i prawa 
przeciw opłakanym stosunkom, że wszędzie siła monar- 
chy jako władzy zwierzchniczej i opiekuńczej wzrastała, 
podczas gdy u nas działo się przeciwnie. 

Kwestyi chłopskiej dotykamy tylko przygodnie, tylko 
w ścisłem ograniczeniu czasu i miejsca — ale i tu nie 
zawadzi przestrzedz czytelnika przed bezwzględnością i ge- 

23* 



356 CHŁOPI 

neralizacyą wniosków. Sądzić rzeczy według dzisiejszych 
pojęć byłoby anachronizmem, generalizować byłoby krzy- 
wdą. Winę ludzi łagodzić należy koniecznie winą czasów. 
Moc każdoczesnych wyobrażeń silniejsza bywa od serc 
i rozumów, a przecież mamy po temu wskazówki, że 
serce i rozum pewnej przynajmniej części społeczeństwa 
polskiego owej pory bywały mocniejsze od wyobrażeń 
czasów, a mamy je w licznych bardzo głosach ówczesnych 
pisarzy naszych, którzy jeśli gorącą obroną ludu i otwartą 
walką przeciw jego uciskowi wybiegali poza swój czas 
i wyprzedzali swoje społeczeństwo, to przecież z drugiej 
strony właśnie tylko w opinji i sumieniu znacznych kół 
tegoż społeczeństwa czerpać mogli odwagę do swoich 
śmiałych wystąpień. Orzechowski, Modrzewski, Górnicki, 
Skarga, Klonowicz, Starowolski i tylu innych, tak wymo- 
wnych w obronie ludu, acz ogólnie rzecz biorąc, wyżsi 
od swego społeczeństwa, musieli przecież do pewnego 
stopnia mieć w niem grunt i echo. 

Że tak było w istocie, tego mamy nierzadkie wska- 
zówki w niedrukowanych głosach szlacheckich, w prze- 
mówieniach, listach i uwagach, jakie się przechowały 
w odpisach po raptularzach, kopiaryuszach i tych licznych 
SłIvce Rerum, które stanowią bogate a do dziś dnia nie- 
wyzyskane jeszcze źródło wiadomości społecznych i oby- 
czajowych. Są to świadectwa ważniejsze może od tych, 
jakie mamy w literaturze, raz że są szczersze i naiwniej- 
sze, powtóre, że pochodzą od ludzi, o których nie można 
twierdzić tak samo jak o autorach, że wyprzedzali wy- 
obrażenia swoich czasów. Przytoczymy jeden z takich 
głosów, tern bardziej uwagi godny dlatego, że pochodzi 
od człowieka, który już tern samem, że sympatyami swemi 
stał po stronie rokoszu zebrzydowskiego, uchodzić może 
za niepodejrzany typ szlachcica swojej pory, jak niemniej 
dlatego, że nas informuje, jakie minimum dobrobytu 
chłopa uważano za słuszne i konieczne w tych pierwszych 



CHŁOPI 357 

latach XVII. wieku. » Wrócę się do pospólstwa — pi- 
sze ten szlachcic-anonim w liście do przyjaciela — tych 
ludzi miseranda facies ; nie ludzie ale bydło ; dobrze ich 
w pług nie zaprzęgają. A czemu by też nas nie miała bo- 
jaźń Boża ruszyć; bliźni toż to nasz! Więceśmy ukno- 
wali statut o zbiegłych kmieciach : dać za zbiegłego chłopa 
500 marcaSy a kiedy szlachcica zabiją, tedy dobrze mniej. 
A jakoż nie ma uciekać, kiedy mu niewola ? Pan na jeden 
dzień po pięciorgu wygania na robotę: jedne orać, drugie 
siać, trzecie młócić, czwarte pleć, piąte siano grabić, i tak 
nie zostanie w chałupie, ktoby groch uwarzył. Ażaby też 
nie lepiej ex aeguo et iusto z nimi żyć; i takbym rzekł: 
niechaj pan da chłopu ziemi mieć takiej i tyle, coby mu 
się najmniej sto kóp zboża na rok z dobrą sprawą 
i z gospodarstwem jego urodzić mogło. Do tego łąkę, coby 
mogło być siana 20 wozów z niej, k'temu drewno wolne 
na opał i na poprawę domową, paszę wolną, a ten chłop 
aby robił z tego trzy dni, czynszu aby dał złoty, ka- 
płony dwa, gęś, jajec pół kopy, stróża i przewóz. A jeśliby 
pan mniej roli dał, więc rol^ota niechby była mniejsza, 
a jeśli więcej, więc robota większa, i tak mem zdaniem 
mogłoby się to zbytnie ubóstwo od pospólstwa odegnać. 
Więc rzeczami należącemi plebeis, aby się stan szlachecki 
nie bawił, jako szynkiem, gorzałką, przekupieństwem, pie- 
kaniem chleba et id genus — niech się tem lud pospolity 
żywi. Wierz-że Waszmość temu, żeby i król i ksiądz 
i pan i szlachcic i kmieć, kiedy by to tak było, mieli by 
się nie najgorzej. « ^) 

Ale nawet w tak ściśle ograniczonych i z natury swej 
bardziej ujemnych źródłach, na których opiera się nasza 
opowieść, nie brak licznych wskazówek, że po za złem 
koniecznem, bo ugruntowanem na społecznym, prawnym 
porządku rzeczy, wiele było dobrego, nie brak wskazówek, 

*) Rękopis Bibl. Ossol. nr. 314 p. 26—7. 



358 CHŁOPI 

że lud doznawał opieki i dobrotliwości od swoich panów. 
Zarysowują się w aktach takie szlachetne postacie, jak 
n. p. kasztelan sandomierski Ligęza, który dba po ojcow- 
sku o losy swego chłopa, funduje domy dla ubogich wło- 
ścian w swoich dobrach, ubezpiecza ład w gospodarstwie 
gmin wiejskich ; jak kasztelan przemyski Stanisław Krasicki, 
który daleko idącemi ulgami w doli swych poddanych chce 
»sobie bogomódlstwo zjednać na potomne czasy,« jak Jan 
Jarmoliński, który testamentem swoim z r. 1653 uwalnia 
chłopów swoich na lat trzydzieści od wszelkich danin, 
czynszów i podatków. Spotykamy wyraźne wskazówki, 
że dziedziców i dzierżawców, którzy uciskali lud wiejski, 
traktowano z szczerem oburzeniem, że piętnowano ich 
pogardliwą nazwą »panów Odrzychłopskich.« Mnóstwo 
spotykamy przykładów, że dziedzice ujmują się gorąco 
o krzywdę, wyrządzoną ich poddanym czy to przez są- 
siada, czy przez żyda, czy przez dzierżawcę lub swawol- 
nego żołnierza, a nie zdarzyło się nam spotkać w aktach 
choćby jednego kontraktu dzierżawnego, w którymby 
dziedzic w osobnym ustępie nie zastrzegał bardzo obszer- 
nie i pod ciężkiemi rygorami i zakładami, aby po nad 
zwykłe daniny i robocizny, ponad t. zw. inwentarz, dzier- 
żawca nie obciążał i nie uciskał chłopów, aby się nie do- 
puszczał żadnych »angaryj i agrawacyj.« Kazimierz Kra- 
sicki idzie nawet dalej, bo w kontrakcie dzierżawnym wa- 
ruje sobie prawo dowiadywania się od czasu do czasu 
wprost u chłopów, czy dzierżawca ich nie uciska, a chło- 
pom zabezpiecza osobną klauzulą swobodę śmiałego wy- 
powiadania swoich skarg bez obawy przed zemstą dzier- 
żawcy. Halszka Kalinowska, starościna kamieniecka, wdowa 
po Walentym Aleksandrze, z domu Strusiówna, oddaje 
około r. 1637 zastawem część swoich dóbr chorostkow- 
skich Samuelowi Jabłonowskiemu, który uciska bardzo 
chłopów. Uciemiężeni kmiotkowie udają się z serdeczną 
supliką do swojej dziedziczki, aby ich wykupiła »od tej 



CHŁOPI 359 

srogiej niewoli, która wszystkie tatarskie przechodzi. <^ Ka- 
linowska natychmiast spełnia tę prośbę. Wzywa w formie 
urzędowej Jabłonowskiego, aby odebrał sobie pożyczonych 
jej 8000 zł. i ustąpił ze wsi zastawnych. >Mościwy panie 
Jabłonowski — pisze do niego w liście, wysłanym przez 
woźnego i dwóch szlachciców — Patrząc na supliki pod- 
danych, którzy płaczliwie skargi swoje do mnie wnoszą, 
uskarżając się, że ich nieznośnemi krzywdami trapisz, do 
więzienia brać każesz, bydło zabierasz i t. d., przychodzi 
mi wykupić ich z tej niewoli Waszmości. Obwieszczam 
WMci urzędownie przez woźnego i szlachtę, abyś WMć 
do grodu trembowelskiego zjechał, pieniądze wziął, z maję- 
tności ustąpił, a ja gotowa zaraz oddać dług Waszmości. 
Proszę przytem, abyś Waszmość miłości chrześcijańskiej 
nad tymi ubogimi poddanymi zażył i onych do końca 
w niwec nie obracał. <^^) 

Nie mniej też świadczą na korzyść czasów i ludzi 
spotykane często w aktach grodzkich t. zw. eliberacye 
i emancypacye, t. j. uwolnienia chłopów od poddaństwa, 
choć tylko małą ich cząstkę oblatowano. Głośna sprawa 
lwowskiego burmistrza dr. Marcina Kampiana, po którym 
spuściznę i dzieci około r. 1629 reklamuje hetman Stani- 
sław Koniecpolski jako po swoim poddanym chłopie z Ko- 
niecpola, jest unikatem, zdradziecką machinacyą wrogów 
tego sławnego burmistrza i lekarza*) — w całem półwie- 
czu prywatnych dziejów województwa ruskiego nie zna- 
leźliśmy przykładu, aby dziedzic reklamował syna chłop- 
skiego, który wybił się na inne stanowisko społeczne, zo- 
stał mieszczaninem, kupcem lub rzemieślnikiem. Eliberacye 
w regule były aktem bezinteresownej łaski lub wdzię- 
czności ; rzadko spotykamy się z wyraźnym okupem, a jeźli 
gdzie zachodzi taki okup, jest bardzo mały. Najcięższy, 

') Agr. Trembowelskie, tom 121 pp. 1159, 1207. 
^) Łoziński Władysław, Patrycyat i mieszczaństwo 
lwowskie str. 108—111. 



360 CHŁOPI 

jaki zanotowaliśmy, obejmuje beczkę wina, która koszto- 
wać ma 200 zł. i ptaszą rusznicę a także «i insze specyały, 
które należą małżonce mojej ;« *) inne okupy są bagatelkami; 
chłop Proc Brodzicz płaci w r. 1624 Fedoro wi Bieleckiemu 
za uwolnienie z poddaństwa 13 zł.*) 

Na krótki czas przed porą, od której rozpoczynamy 
tę rzecz naszą, bo około roku 1573, dokonał się w Polsce 
ten proces ujarzmienia ludu wiejskiego, *) który aż do 
schyłku XV. wieku był warstwą społeczną prawie wolną 
i prawie obywatelską. Wspomnienia tej złotej epoki żyły 
jeszcze w świeżej tradycyi, żyły może jeszcze w pamięci 
starców. »Tak ci bywało panie, pijaliśmy z sobą — ani 
gardził pan kmiotka swojego osobą« — mówi włodarz 
w Przy/nówce Chłopskiej Kochanowskiego. Ale czasy na- 
szego opowiadania leżą już po drugiej stronie przełomu, 
przypadają w porę dokonanego w zasadzie, wzrastają- 
cego w praktyce ucisku. Że pamięć lepszych czasów, 
że tradycya dawnych stosunków, kiedy to kmieć pol- 
ski rósł w pychę, w kosztowności się stroił i wydatki 
zbytkowne czynił« ^) była jeszcze żywą wśród ludu, że nie 
miał on jeszcze czasu stanąć na »martwym punkcie« re- 
zygnacyi, świadczy o tem dobrze walka, jaką prowadzi 
z uciskiem, tam, gdzie jeszcze pozostawiono mu jakąkol- 
wiek możliwość takiej walki, t. j. w królewszczyznach. 
Liczne tego przytoczymy przykłady. 

Ale po za królewskiemi włościami możliwości obrony, 
oporu, protestu, nie było. Chłop stał niejako po za pra- 
wem. Zdany był na łaskę i niełaskę pana. Jedynym kodexem, 

^) Eliberacya chłopa przez Jana Myszkowski^o w r. 1648 
Agr. Przemyskie, tom 375 p. 695. 

'^) Agr. Przemyskie, tom 375 p. 1443. 

^)Bobrzyński M. Karta z dziejów ludu wiejskiego 
w Polsce. Przegląd Polski z r. 1892 1. str. 9—31. 

*) Yolumina Legum, I. p. 119. Quidam eorum (kme- 
thonum) in superbias efferuntur, pretiosis vestiuntur, expensas- 
que sumptuosas et alia faciunt. 




Fig. 39. 
Chłop niemiecki według rysunicu A. Durera. 



362 CHŁOPI 

który zakreślał pevkne granice jego niewoli, było serce 
i sumienie dziedzica, jedyną odironą, która mu zapewniała 
pewną miarę ludzkiego bytu, był rozumny egoizm, interes 
ekonomiczny, który nakzzyw^ konserwacyę rołx>czego 
inwentarza. (Cróiewskiej opieki nie miał już właśdwie od 
czasu, kiedy Zygmunt I. w roku 1543 zgodził się na sta- 
tut, w którym zrzekał się prawa wydawania glejtów cłiło- 
pom przedw szlachcie. Zygmunt III. ponowił to zrzeczenie 
się, a konstytucya z roku 1588 pozostawiała mu prawo 
opieki nad cłiłopMimi i wydawania im glejtów tylko w sta- 
rostwach i ekonomiach królewskicłL ') To tłumaczy, że 
w aktach, jeżeli mowa kiedykolwiek o chło|>acłi, to tylko 
o poddanych królewszczyn, i że oni tylko mają jeszcze 
opiekę nad sobą, niewątpliwie zawsze szczerą w intencyi 
ale najczęściej platoniczną w skutkacłi. Chłop szlachecki 
to rzecz prywatna, to własność osobista, do której nikt 
nie ma prawa, prócz udzieln^o dziedzica; l>ezbronny, 
niemy, w ziemię wdeptany Atlant, na któr^o tiarkacłi 
usiadło całem swem brzemieniem panujące społeczeństwo. 
Król opiekując się ludem tylko w swoich ekono- 
miach, nie czyni już t^o mocą swojej władzy publicznej, 
nie występuje już jako zwierzchnik państwa i najwyższy 
stróż prawa i sprawiedliwości. Jest to już interwencya 
czysto prywatna ; król schodzi w niej na pK)ziom zwykłego 
szlachcica, który poleca swemu dzierżawcy lub ekonomowi, 
aby lepiej traktował poddanych, z tą tylko różnicą, że 
szlachcic miał daleko krótszą ale też daleko pewniejszą 
rękę i rozkazy jego miały zazwyczaj więcej skutku niżeli 
mandaty króla. Szlachcic wyrugował sw^o dzierżawcę, 
wypędził ekonoma, jeśli nie respektował jego woli; król 
tego nie zrobił i zrobić chyba nie mógł, bo byłby pe- 
wnie zrobił w niejednym wypadku, w którym lekcewa- 
żenie jego mandatów przybierało cechę nie już biernego 

*) Vo I u mi na Legum, U. p. 252. 



CHŁOPI 363 

oporu, ale zelżywego, wyzywającego zuchwalstwa. Żaden 
starosta nie stracił swego starostwa, żaden dzierżawca 
swojej ekonomji za to, że urągał mandatom króla, ujmu- 
jącym się krzywdy ctiłopskiej. A mandaty takie niezawsze 
były wydawane tylko pro forma ^ nie zawsze uważać je 
ftiożna tylko za źródło ubocznego dochodu kancelaryi 
królewskiej, dyktowała je najczęściej szczera chęć zapobie- 
żenia nadużyciom, szła za niemi akcya podejmowana na 
seryo, wychodziły pozwy na sądy referendarskie, zjeżdżały 
całe komisye z ramienia królewskiego, odbywały się do- 
chodzenia na miejscu, przeprowadzane niekiedy z nadzwy- 
czajną gruntownością i sumiennością. 

Zaczynało się zawsze od tego, że włościanie pewnego 
starostwa lub ekonomji, uciskani nadmiernie przez staro- 
stów lub ich dzierżawców, wysyłali deputacyę do króla, 
która wracała z glejtem bezpieczeństwa dla siebie i z man- 
datem do oskarżonego, upominającym go do zaniechania 
nadużyć. Okupiony Bóg wie jak ciężką ofiarą grosza 
i trudu, a najczęściej także niebezpieczeństwem osobistem 
mandat królewski, nieśli deputaci do swojej gminy jak 
wyrok wyzwolenia, jak cudowną tarczę przed samowolą 
pana, jak świętość jaką — a przekonywali się niestety 
w domu, że był to papier bez znaczenia. Pewni, że otrzy- 
mawszy glejt królewski, stoją pod strażą majestatu i nie 
może ich spotkać nic złego od starosty, jego dzierżawców 
i ekonomów, doznają najczęściej zaraz po powrocie mści- 
wego odwetu za to, że śmieli wnosić żałobę przeciw ty- 
ranowi. ^Dzierżawcy królewscy — mówi świadek współ- 
czesny — nic na komisye, nic na dekrety królewskie nie 
dbają. A gdy którego prawem przycisną i inkwizycyami, 
tedy ci panowie, co przy dworze natenczas będą, jeden 
drugiego ratują, omawiają przed królem jako mogą, przy- 
czyniają się za oskarżonym, chłopy gromią, strofują, stra- 
szą i odpowiadają im, aby koniecznie sprawy odstąpili 
i zaniechali krzywd swoich nieznośnych. A gdy którzy 



364 CHŁOPI 

z chłopów wymienionych stoją mocno przy prawie swo- 
jem i nie ustają z suplikami do dworu — wnet ich poza- 
bijać każą albo potopić, a chudobę, jeśli mieli jaką, 
konfiskować i między szczwacze swoje rozdać, zadawszy 
chłopu utopionemu, że buntownik był, że opryszek, że 
złodziejską z pogranicznymi przewodnie trzymał.* ^) 

Akta województwa ruskiego traktowanej przez nas 
pory — a zaznaczyć tu musimy raz jeszcze, że wszystko 
co tu mówimy i w tej i w innych sprawach .spolecznycłi, 
należy brać, tak jak to dajemy, w potrójnem ograniczeniu : 
czasu, miejsca i źródłowego materyału — akta wojewódz- 
twa ruskiego potwierdzają niestety przytoczone słowa. 
Zawierają one bardzo liczne i bardzo jaskrawe przykłady 
otwartego lekceważenia, szyderstwa, pogardy nawet, z jaką 
spotykały się mandaty i glejty królewskie. W starostwie 
leżajskiem podstarościowie i dzierżawcy Łukasza Opaliń- 
skiego znęcają się nad chłopami, którzy wracają z glejtem 
od króla, biją ich, kańczugami sieczą, w tarasach zamko- 
wych więżą; chłopi z Dębna otrzymują przeciw Opaliń- 
skiemu w r. 1604 glejt, w którym król »chce i rozkazuje, 
aby nie byli karani ci to poddani nasi, że się w krzywdacłi 
swoich do nas uciekali,« a podstarościowie strzelać do nicłi 
każą i wołają: »Że wam te mandaty nie pomogą, chłopi, 
które nosicie od Xiędza Referendarza, a po 30 grzywien 
mu dajecie; jeszcze przyniósłszy je, musicie posoliwszy 
pojeść! Nawet choćbyście i listy żelazne przynieśli, tedy 
wam nic nie pomogą !<-) Podstarości Grabiński woła do 
chłopów z Oielarowy, którzy uzyskali także mandat prze- 
ciw Opalińskiemu: > Choćbyście wy mieli żelazne prawa, 
tedy się muszą padać, a wy przecie musicie robić na pań- 
skie. A wiecie wy chłopy, że pan starosta leżajski tu kró- 
lem, i ja sam podlejszy, a przecie sobie król!« Delegatów, 



')Starowolski, Reformacyaobyczajów, str. 105. 
2) Agr. Przemyskie, tom 320 p. 1309. 



CHŁOPI 365 

którzy z Dębna chodzili z żałobą do króla, ten sam Gra- 
biński każe przystawić do Leżajska, bić postronkami ple- 
cionemi, które przedtem zmoczono, i wsadzić do »gąsiora.« 
» Byście wy nietylko listy ale i żelaznego króla przynie- 
śli — mówi im — tedy wam nic nie pomoże, bo ja tu 
król, ja tu pan!«^) 

Adam Stadnicki, kasztelan przemyski, starosta słryj- 
ski, albo raczej jego ekonomowie i dzierżawcy wywołują 
także ciągłe żałoby kmieci tego starostwa, a kiedy ctiłopi 
z Synowódzka i Stynawy szlą delegata do króla, podsta- 
rości Szaniawski delegata tego nazwiskiem Fesza za to, 
że ^gromadzie rady i pieniędzy dodawał,^ napada i grabi, 
całą sadybę jego plądruje, potem dom i budynki pali. Trzy- 
dziestu chłopów z Synowódzka, którzy w r. 1605 do króla 
chodzili, podstarości ten zakuwa w kajdany i wrzuca do 
więzienia, wołając: »Nie pomoże wam ani glejt ani król!< *) 
Prokop Pieniążek, chorąży ziemi przemyskiej, kiedy mu 
chłopi z Chotyńca, włości królewskiej, produkują dekret 
królewski przez woźnego i dwóch szlachciców, woła: 
»Bym miał przez nich przy jednej koszuli zostać, tedy ich 
w niwec obrócę, i tych, którzy do króla na mnie skarżyć 
chodzą, na pal wbijać każę!^^) Jan Korytko, łowczy ziemi 
przemyskiej, mszcząc się na chłopach z Bartatyna za to, 
że zniszczeni zagonem tatarskim, starali się u króla o folgę 
w robotach, ściąga z nich 200 zł. winy pieniężnej, za to 
zaś, że >za przyjechaniem jego do dzierżawy z pokłonem 
go nie przywitali- każe im zapłacić 100 zł., znieważa man- 
dat królewski, wrzuca delegata do więzienia, »którego już 
tam podobno zmorzył, : jak się wyraża ponowny mandat 
królewski, zarzucający Korytce: »że pod gardłem do nas 
chodzić zakazałeś, po drogach broniąc tym poddanym do 



*) Agr. Przemyskie, tom 321 pp. 1308, 1311. 
-) Agr. Przemyskie, tom 321 pp. 1084—91. 
^) Agr. Przemyskie, tom 338 p. 748. 



366 CHŁOPI 

nas przystępu, pozastępować im kazałeś.«*) Floryan Pawło- 
wski, podstarości księcia Konstantego Wiśniowieckiego, 
starosty kamioneckiego, porywa Demka Zeliskę, który wraz 
z innymi chłopami z Batiatycz i Sielca chodził do króla 
z skargą na ucisk i krzywdy, za brodę, tłucze jego głową 
o mur i woła: ^A tyś to buntowniku do króla chodził 
i chłopom robić nie każesz !« W odpowiedź na mandat 
królewski odczytuje ten Pawłowski wrzekomy list od księ- 
cia, który jakoby pisze: »Bij postronkiem i wodą polewa], 
a tak długo, póki się robić nie podejmą. Będzie im król; 
jam król za swoje pieniądze.«*) Faktor starostwa doliń- 
skiego, żyd Szaja, który ma do dyspozycyi swojej bandę 
Tatarów i kozaków dworskich, wracającego od króla chłopa 
z Nadziejowa zatrzymuje w drodze, każe go obić i woła 
nań z szyderstwem: »Otóż tobie glejt króla JMci!« a popa 
z tej samej wsi, lliasza, okuwa w kajdany i do więzienia 
wsadza, kiedy zaś popa wzywają do chorego, pozwala mu 
iść, ale z kajdanami na nogach. 3) Bartłomiej Stojewski, 
dzierżawca wsi królewskiej Sanoczka, doręczony sobie 
przez woźnego mandat królewski w obronie chłopów 
znieważa nikczemnie gestem, który po polsku opisać się 
wzdragamy... >>ln praesentia laboriosorum suprascriptum 
mandatum levipendiens eodem mandato finem dorsi ali- 
quot VLcibus tergebaty dodając, że taki mandat za 6 groszy 
przedaje kancelarya« — są słowa relacyi woźnieńskiej.*) 
Remigian Żaboklicki, dzierżawca Czerchawy i Olszanika, 
chłopa, który odważył się chodzić z skargą do króla, każe 
kilkakrotnie wychłostać, przepowiadając mu za każdym 
razem: Wołajże teraz króla! Ja tobie król!<:^) Nie dziw, 
że i chłop patrząc na taką zuchwałą i bezkarną poniewierkę 

') Agr. Przemyskie, tom 377 p. 356—8. 

2) Agr. Lwowskie, tom 385 p. 803—8. 

•*) Agr. Halickie, tom 132 p. 423—66. 

^) Agr. Przemyskie, tom 323 p. 712. 

^) Agr. Przemyskie, tom 361 pp. 549—555. 



CHŁOPI 367 

majestatu i na bezskuteczność glejtów, zaczął niekiedy także 
lekceważyć mandaty królewskie. Chłop z Woli Tarna- 
wskiej, Łuć Worowicz, na okazany mu przez dzierżawcę 
mandat królewski powiada, *iż to plotki nie uniwersał; 
ważniejsze jest prawo nasze zasiadne niż ten uniwersał, 
bo damy kilka złotych na to królowi a łacnie otrzymamy 

to u króla. « O 

Nie masz w całem województwie ruskiem ekonomji 
królewskiej i starostwa, z któregoby chłopi nie udawali 
się do króla z skargami na ucisk bezprawny. Z przemy- 
skiego, lwowskiego, halickiego, sanockiego starostwa, z do- 
lińskiej, stryjskiej, Samborskiej, kamioneckiej, jaworowskiej 
ekonomii płyną żale i lamenty pod stopy tronu. Zaczynają 
się zaraz po objęciu rządów przez Zygmunta III. i odwo- 
łują się zawsze do niedawnej przeszłości, w której było 
lepiej, do poprzednich t. zw. inwentarzy, które były spra- 
wiedliwsze, a o których przywrócenie i przestrzeganie 
proszą chłopi, tak, że potwierdza się wniosek, iż rozgra- 
niczę wieków XVI. i XVII. było krytyczną, przełomową 
fazą w losach ludu wiejskiego i że sroga reakcya, jaka 
nastąpiła w dzierżawach rakuzkich po stłumieniu buntu 
chłopskiego w latach 1594—7, a następnie po takimże 
buncie pod wodzą Szczepana Fadingera w r. 1626, wy- 
warła także wpływ na postępowanie szlachty polskiej z lu- 
dem. Podziwienia godną jest wytrwałość, z jaką niektóre 
gminy walczą przeciw uciskowi starostów i dzierżawców ; 
przez kilkadziesiąt lat bez przerwy czynią one wysiłki, 
aby utrzymać się przy starodawnym wymiarze robót i da- 
nin, które chciwość starostów a bardziej jeszcze ich dzier- 
żawców i nieludzkość podstarościch i ekonomów znacznie 
pomnaża a niekiedy podwaja. Dwie gminy starostwa do- 
lińskiego i kilka gmin starostwa leżajskiego rozpoczynają 
akcyę przed królem w ostatnich latach XVI. wieku i pro- 

^) Agr. Przemyskie, tom 323 p. 803. 



368 CHŁOPI 

wadzą ją mimo ciężkich kar i prześladowań, jakie je za 
ło spotykają od starostów, bez przerwy aż w sam głąb 
XVn. wieku. Procesy te są jedynem źródłem do poznania 
doli ludu w województwie ruskiem w objętym przez nas 
okresie czasu, a jakkolwiek odnoszą się wyłącznie do kró- 
lewszczyzn, dają nam niejako podstawę do wniosków 
o losach chłopów szlacheckich. 

Najciężej zda się uciskany był lud w starostwacłi 
dolińskiem i leżajskiem, skargi bowiem z tych starostw są 
najgęstsze i najdłużej się wloką przez akta. Starostą dolin- 
skim był Jerzy Krasicki, człowiek gwaMowny, charakter 
burzliwy i awanturniczy, o którym w jednym z dalszycłi 
rozdziałów mówić będziemy obszernie; starostą leżajskim 
Łukasz Opaliński, głośny z swej v/ojny z Dyabłem Sta- 
dnickim. ]Owe dwie gminy starostwa dolińskiego, o któ- 
rych u góry wspomnieliśmy, a które przez pół wieku 
walczą z starostą do upadłego, są to gminy Nadziejów 
i Raków. Krasiccy nie byli złymi panami. Z starostw 
dzierżonych przez nich nie płynęły przedtem skargi na 
ucisk do króla — tylko starosta doliński odbiegł od tej 
zacnej tradycyi. Ojciec jego Stanisław, kasztelan przemy- 
ski, ochmistrz królewski, wystawił był obu tym gminom 
w r. 1596 dokument, konfirmowany przez króla, w któ- 
rym to dokumencie zatwierdza im i zachować obiecuje 
wszystkie starodawne wolności i prawa, i swoim następcom 
na starostwie dolińskiem obowiązek ten uroczyście przeka- 
zuje. >Chcąc też sobie bogomodlstwo zjednać na potomne 
czasy — pisze kasztelan przemyski w tym dokumencie — 
aby sukcesor mój starosta doliński tychże poddanych na 
niezwykłe podatki i roboty, także powołowszczyzny nie wy- 
ciągał, zachowuję te poddane z Nadziejowa i Rakowa 
i ich potomki według teraźniejszego zwyczaju wiecznemi 
czasy, aby na roboty i pańszczyzny, także powołowszczy- 
znę, której z dawnych czasów w starostwie dolińskiem 
nie bywało, przyciągani nie byli.« Według tego doku- 



CHŁOPI 369 

mentu chłopi Nadziejowa i Rakowa mieli tylko płacić po 
7 zł. i 22 groszy czynszu od każdego łanu, dawać opłatę 
od karczem, dostawiać kolejno straży do dworu z każdego 
łanu po jednym człowieku, i wolno im było używać grun- 
tów królewskich do tych wsi należącycłi. ^) 

Z dwóch synów kasztelana młodszy, Marcin, staro- 
sta przemyski i wojewoda podolski, jak to wnosić należy 
z braku skarg chłopskich i napomnień królewskich, po- 
szedł za dobrą tradycyą swego rodu, ale starszy Jerzy, 
następca kasztelana na starostwie dolińskiem, nie uszano- 
wał niestety woli szlachetnego swego ojca. Zaraz po obję- 
ciu starostwa przyszło do zatargów między nim a obu 
gminami, które udały się z skargami do króla. Tradycyą 
ojcowska była jeszcze zbyt świeża, aby ją zdeptać można 
było bezwględnie, Jerzy Krasicki dał się tedy skłonić 
do ugody z obu gminami i w r. 1605 >zdał się na osobę 
Jmci Henryka Firleja z Dombrowicy, referendarza kor., 
w tych wszystkich wątpliwościach. Takie tedy postano- 
wienie według submisyj obu stron ks. referendarz uczy- 
nił: Naprzód obiecuje p. starosta doliński za tą niniejszą 
zgodą w niczem woli Jegomości pana ojca swego nie 
kontradykując, tych poddanych z Nadziejowa i Rakowa 
według prawa tego, które mają z łaski Króla Jego Mci 
i zwyczajów dawnych, nic na nich nowego nie sta- 
nowiąc albo wyciągając, we wszystkiem stale i spo- 
kojnie zachować. To jest: nie zaciągać na nich powołow- 
szczyzn, pomiaru, pił, budowania, niezwykłych pańszczyzn, 
podwód żadnych, zaciągów, powozów nadzwyczajnych, 
okrom na 20 mil raz tylko w jeden rok z łanu w osiedm 
a nie więcej; na straże po jednemu tylko z łanu jednego 
posyłać powinni będą. Poddani zaś posłuszeństwo, powin- 
ności swe zwyczajne, t. j. czynsz z łanu po 7 zł. 22 gro- 
szy, przy którym jałowicę jedną ze wsi, stacyę trzykroć do 
roku: dwie panu staroście a trzecią jego podstarościemu 

') Agr. Halickie, tom 137 pp. 1730—2. 

24 



370 CHŁOPI 

tym sposobem: na każdej z nich po dwie mace owsa, 
żyła po półmacku, pszenicy po ćwierci, gęś jedną, kur 
dwoje, jajec dziesięć, sery dwa małe nie wałaskie, a miasto 
wieprzów za te wszystkie trzy stacye mają dawać Jego- 
mości ze wsi za rok zupełny po 4 złote. « Obie strony 
ugody tej dotrzymać obiecują pod zakładem 6000 zł. a pod- 
pisało ją obok Krasickiego czterech pełnomocników Ra- 
kowa i Nadziejowa.^) 

Jerzy Krasicki ugody nie dotrzymał, jeszcze tego sa- 
mego roku król upomina go o to — > rozumiemy — pisze — 
że zechcesz uczynić, ochraniając łaski naszej.« Napomnie- 
nie nie pomaga; chłopi nadziejowscy i rakowscy ponownie 
uciekają się do interwencyi królewskiej, żaląc się, że mimo 
ugody zawartej z nimi starosta »hajduki nadzwyczajne 
wybrał i onych do szkody wielkiej przywiódł, ludzi sta- 
rych pobrał, brody im pogolił, więzieniem niewolił, sarn, 
których nie masz na prawie, niesłusznie wyciąga, także 
i jałowice niezwyczajne nad postanowienie wybiera, cieśle 
do budowania najmować zmusza, za drwa, którechmy po- 
winni dawać po wozowi jednemu, po pięciu groszy wy- 
ciąga a drwa przecie dawać zmusza.« Król w ponownym 
mandacie wzywa Krasickiego przed sąd referendarski. 
>Chąc krzywdy tych to poddanych dostatecznie ukoić 
i skutecznie obwarować — są słowa mandatu — jakoby 
dalszego bezprawia nie ponosili, rozkazujemy ci, abyś Wier- 
ność Twoja na dzień 20. miesiąca kwietnia (1609) przed 
sąd nasz referendarski sam przez się albo przez plenipo- 
tenta swego stanął i na skargi pomienionych poddanych 
sprawę dał i decyzyi naszej się przysłuchał. Upominając 
w tem Wiern. Tw., że lubo natenczas przed sąd nasz 
staniesz lubo nie staniesz, my jednak prawnie przeciw tobie 
postąpić rozkażemy. Napominając jeszcze o to pilnie i ko- 
niecznie mieć to chcąc, aby ci poddani o ło, że się do 



^) Agr. Halickie, tom Ul p. 217. 



I 



CHŁOPI 371 

nas jako do pana zwierzchniego w krzywdach swoich 
uciekają, żadnego bezprawia i karania nie ponosili, owszem 
w pokoju byli zachowani.«^) 

Czy Krasicki na sąd stanął, czy nie stanął — na 
jedno to wychodziło, bo jak nie szanował mandatów króla, 
tak samo nie miał respektu dla dekretów referendarskich. 
Już po cytowanym mandacie do dawnych krzywd dorzucił 
nowe, kazał sobie n. p. płacić chłopom t. zw. żyrowszczy- 
zny po 6 groszy co roku, podczas gdy mu się należało 
tylko po 3 grosze i to tylko w tych latach, kiedy się żer 
rzeczywiście zrodzi, zakazał im warzyć sobie piwo na 
chrzciny, wesela i prażniki, co było od niepamiętnych cza- 
sów ich prawem; karczmy, które przedtem trzymali sami 
chłopi, poodbierał im i wydzierżawił żydom; ściągał od 
nich po 22 zł. co roku na utrzymanie hajduków, a hajdu- 
ków takich miał 18 i t. p. Ale to są tylko drobne nad- 
użycia wobec tego, co następuje w dalszych latach. Man- 
daty po mandatach idą od króla, zjeżdżają na miejsce ko- 
misarze, jak n. p. w r. 1609 kanonik poznański Andrzej 
Ubysz, w r. 1637 sufragan chełmski ks. Abraham Sladko- 
wski, w r. 1642 ks. Jan Karol Czołchański i Hieronim 
z Skrzynna Dunin, sypią się bez końca pozwy na sądy re- 
ferendarskie — i to wszystko trwa lat pięćdziesiąt, a los 
włościan w starostwie dolińskiem zamiast się poprawić, 
staje się coraz gorszym. Jak z początku tylko gminy Na- 
dziejów i Raków, tak z biegiem lat gminy Grabów, Sucho- 
dół, Lipowiec, Trościańce, Mizuń, Jaworowa i inne błagają 
króla o ratunek, błagają Władysława IV., jak błagali jego 
ojca, a niema śladu w aktach, aby się to na co zdało, prze- 
ciwnie ucisk rośnie a zuchwały opór starosty przebiera 
miarę, i chyba to jedno tłumaczy tego człowieka, że umysł 
jego nie był całkiem normalny, jak się to później pokazało, 
i że wiecznie zajęty pozwami, terminami, awanturami, cały za- 



^) Agr. Halickie, tom 113 pp. 37, 95—6. 

24* 



372 CHŁOPI 

rząd starostwa pozostawiał w ręku swych ekonomów 
i wierników, najczęściej ludzi bez serca i sumienia, a chci- 
wych ubocznego zysku. 

Podniecany przez swoje niegodne otoczenie, Jerzy 
Krasicki chłopów z Rakowa i Nadziejowa, zniszczonych 
w r. 1622 zagonem Tatarów, którzy z obu tych wsi za- 
brali 150 jeńców i 300 sztuk bydła, zniewala wbrew 
dekretowi króla do ciężkich danin i czynszów, nasyła 
na nich swoich nadwornych Tatarów i kozaków, ścigać 
i grabić zezwala. Dwaj arendarze dolińscy, żydzi Szaja 
i Jakób, napadają w r, 1635 na nieszczęśliwy Nadzie- 
jo w z gromadą hajduków starościńskich, ^którzy ad instar 
Tartarorum<' z dzikim okrzykiem na wieś uderzyli, tak źe 
jej mieszkańcy w mniemaniu, że to istotnie Tatarzy, do 
lasów z żonami i dziećmi pouciekali i tam całą dobę ukry- 
wali się przed najazdem, podczas gdy draby plądrowały. 
Spalono wtedy biednym chłopom 30 wież solnych, które 
stanowiły główne źródło ich dobrobytu.^) Chłopi przy- 
wiedzeni do rozpaczy odbiegają chat, chudoby i siejby, 
a starosta zboża i wszystkie sprzęty domowe, konopie, lny 
i ogrodowiny albo na swój pożytek dworski obraca albo 
do majętności swej dziedzicznej Rachini odsyła. y>k od 
pustych dworzyszcz ci pozostali biedni ludzie robić i po- 
datki płacić muszą. Ody który ubogi człowieczek przywie- 
zie sobie żywności jakiej z Wołynia albo z Podola (w za- 
mian za sól) do ubogiego domku swego, tedy żydzi, t. j. 
arendarze p. starosty, zaraz z wozu miarkę zboża biorą. ^c-) 
Nietylko wsie starostwa ale i jego stolica, miasteczko Do- 
lina, doznaje srogiego ucisku. Mieszczanie dolińscy skarżą 
się przed królem, że starosta lekceważy glejty i vadia 
królewskie, uciska ich srodze, śledzie ladajakie przekupuje, 
dla większego zysku ku szkodzie i zniszczeniu mieszczan 
narzuca i one płacić przymusza, na podwody niezwyczajne 

^) Agr. Halickie, tom 129 pp. 866—870. 
^) Ibidem, tom 131 pp. 1057—8. 



CHŁOPI 373 

wygania, wartę miejską z kilkudziesięciu wsi pod 1000 
człowieka na każdy dzień dla bojaźni swej zgromadza 
i siebie strzedz rozkazuje, tak że niemal trzecia część mia- 
sta precz iść musiała i miasto przez to w niwec się obró- 
ciło. Ratusz, gdzie sądy się odprawowały, odjął; miesz- 
czek kilka z miasta wziął do majętności swojej Dubiecka 
i do tego czasu w cięźkiem więzieniu trapi.«*) 

Kiedy nareście Jerzy Krasicki popada w obłąkanie, 
a król Władysław IV. przydaje mu kuratorów, którym po- 
rucza także zarząd starostwa dolińskiego — syn jego naj- 
starszy Stanisław, podczaszy łomżyński, bezprawnie, otwar- 
tym gwałtem, bo zbrojnym zajazdem, zajmuje starostwo 
dolińskie i wbrew mandatom i uniwersałom królewskim 
przez całycłi dziesięć lat gospodaruje w niem jak u siebie. 
Nie mogąc zmusić do rezygnacyi i milczenia cłiłopów 
Nadziejowa i Rakowa, którzy z łieroiczną zaprawdę stało- 
ścią bronią przed królem swycłi praw pogwałconych, 
wypuszcza Stanisław obie te wsie niejakiemu Duczymiń- 
skiemu, któremu zapewnia pomoc w ostatecznem pognę- 
bieniu ludu i odtąd obie te gminy zamiast jednego dwócti 
mają tyranów. Z mandatu Władysława IV. do Stanisława 
Krasickiego dowiadujemy się o dalszych krzywdach i nad- 
użyciach, których ofiarą padają Raków i Nadziejów. »Na 
wzgardę i zniewagę dekretu naszego i na zgwałcenie glejtu 
delatorom konferowanego — są słowa tego pisma z r. 1644 — 
gdy tego dekretu egzekucyę w grodzie popierać chcieli, 
czeladź swą do domów delatorów nasłałeś, delatorów po- 
łapałeś, komory, skrzynie połupiwszy, dobra ich wszystkie 
zabrałeś, delatorów przy koniach przywiązanych do doliń- 
skiego zamku przyprowadzonych do przykrego, ciemnego 
więzienia wrzuciłeś i tam kneble w gęby powprawiawszy 
kijami bijąc i inne męki różne zadawając po miesiącu i kilka 
niedziel trzymałeś, a względem okupienia jakiegoś 10.000 zł. 



^) Ibidem, p. 650. 



374 CHŁOPI 

od nich wybrałeś. Sołtysom, gdy dla uskarżania się gdzie- 
kolwiek do ksiąg albo do Dworu naszego jadą, na dro- 
gacłi zastępować rozkazujesz, bić i zabić pozwalasz, od 
spraw skończenia różnemi sposobami odstraszasz.*^) Mimo 
wyroków banicyi i infamji, mimo królewskicłi uniwersa- 
łów, wzywającycłi w r. 1644 i 1645 szlachtę ziemi halickiej 
do zbrojnej egzekucyi *) przeciw banicie i infamisowi — • 
Stanisław Krasicki nie ustępuje z uzurpowanego starostwa 
i dopiero w r. 1648 przechodzi ono w ręce Mikołaja Da- 
niłowicza. 

Z taką samą wytrwałością i przez niemniejszy przeciąg 
czasu, co Nadziejów i Raków, bronią się w starostwie 
leżajskiem przeciw uciskowi i nadużyciom Opalińskiego 
i jego urzędników gminy Dębno, Gielarowa, Sarzyna, Ku- 
ryłówka. Opaliński ma dwóch ekonomów, Głuchowskiego 
i Grabińskiego, którzy zapisali się pewnie na długo 
w pamięci ludu tych okolic. Według starodawnych inwen- 
tarzy gminy te powinny były robić od łanu dwa dni 
w tygodniu, od półłanka dzień, od t. zw. czetwertni pół- 
dnia, tymczasem zmuszano chłopów do cięższej pańszczyzny 
bez różnicy na rozmiar posiadanej roli. ') Król uwzględnia 
skargi chłopów, przyznaje im słuszność, zsyła na miejsce 
komisyę, złożoną z dwóch sekretarzy swoich. Piotra Ko- 
chanowskiego i Kaspra Michałowskiego — nic to nie 
pomaga, nadużycia trwają dalej, a wiemy już, jaki odwet 
spotyka delegatów chłopskich, którzy ośmielili się chodzić 
imieniem gmin pokrzywdzonych do króla. Nie lepiej się 
dzieje w starostwie jaworowskiem tenuty Jakóba Sobie- 
skiego, wojewody ruskiego, w starostwie grodeckiem My- 
szkowskiego i w starostwie samborskiem, które jest nie- 
jako dziedziczne w rodzinie Mniszchów. Chłopi z gmin 



O Agr. Halickie, tom 137 pp. 1962—4. 
2) Agr. Halickie, tom 139 pp. 1408—9. 
^) Agr. Przemyskie^ tom 316 p. 276. 



CHŁOPI 375 

Szkła, Starego Jeżowa, Olszanicy, Czerniławy, Wierzbian, 
Trzciańca i Zawadowa wysyłają swoicłi delegatów, trzecłi 
gospodarzy, na termin w sądzie referendarskim (r. 1644), 
przed który zapozwali Sobieskiego, a właściwie jego dzie* 
rżawcę Filipa Rykowskiego, i tak streszczają swoje gra^ 
vamina: > Dzierżawcy niesłusznie ich do robót przez cały 
tydzień tak z łana jak z półłanka jako i z ćwierci po- 
ciągają, na każdy dzień pola im 30 zagonów do orania 
wymierzając, także i do powozów dalekich i ciężkich, jako 
po wina do Węgier, przymuszają albo też pieniądze za 
fury biorą i onych żydom i kupcom najmują; sep z wierz- 
chem, nie pod rękę, dawać niewolą; czynsz po złotych 
pięciu i groszy dziesięciu z łana wybierają, kapłony po 
groszy 10 i jagnię dziesiąte po groszy 4 od każdego ja- 
gnięcia biorą. Od pszczół domowych po plastrze miodu 
wzdłuż i wszerz na półtory piędzi wybierają albo też po 
groszy 10 płacić za każdy plaster każą. Od barci także 
leśnych, od których przedtem po zł. 4 płacili, teraz po 5 
zł. wyci^iają. Zboża folwarkowego po korcy 5 do spi- 
chlerza wywieść każą, na jeden wóz kładąc, zkąd im się 
wozy i sprzężaje psują. Od drew leżących, co na potrzebę 
swą poddani wożą, od każdego razu od siekiery po gro- 
szy 15 biorą, pola i łąki własne poddanych na folwark 
zabierają, zakosy, obkosy, zażynki, obżynki na głowę co 
rok robić przymuszają. Do stawów na szarwarki bez dnia 
(t. j. nie odliczając tego od dni roboczych) wyganiają; 
zboża lecie oziminy po kóp 3 a jarzyny po kóp 4 wozić 
przyniewalają; prząść po łokci 12 z roli, kto w piecu pali, 
każą, zagrodników do robienia po 2 dni od poranka przy- 
muszają. Ryb wędą i sakiem łowić nie dopuszczają, piwa 
na prażniki warzyć i gorzałki palić, co im było zawsze 
wolno, zabraniają. Od poddanych, którzy piwo naprażnik 
warzą i gorzałki palą, po dwie mierze od jednego słodu 
biorą. Szałaśnikom szałasów zabraniają. Podatki od owiec 
podwyższają. Poddanym, którzy płótna robią a na roli 



376 CHŁOPI 

siedzą, po kilka półsetków bezpańskiego dnia robić każą 
a nie płacą. Od poddanego, który w gromadzie nie bę- 
dzie albo do lasu na wilki i do stawu na szarwarek nie 
chodzi, po 6 groszy nie z roli ale z pieca wybierają, włó- 
czyć końmi dwoma a nie jednym i to broną wielką przy- 
niewalają. Żyta po kóp dwie a nie po snopów 40, jarzyny 
zaś po półtora kopy młócić zmuszają.*: 

Sądy referendarskie po wysłuchaniu obu stron wy- 
dały następujący wyrok : Chłopi robić mają każdy dzień 
w tydzień od południa z łanu po dwóch, z półłanka 
po jednym, jednak od WW. Świętych aż do św. Wojciecha 
poniedziałki mają mieć wolne. Orania nie ma się im z góry 
wymierzać, tylko co kto może, przy widzu dworskim ma 
orać. Sep ma być bez żadnych czubów, ale pod rękę. 
Dalekie powozy i po wina mają ustać, tylko po sól jechać 
mają trzy razy do roku, przyczem za każdą furę ma się 
chłopom wytrącić 12 dni z pańszczyzny. Żydom i kupcom 
wynajmywać ich nie wolno. Na furę tylko jedną kłodę 
zboża przemyską albo jaworowską ma się ładować. Nie 
pieniądze ale kapłony in natura mają dawać na św. Marcin. 
Jagnięta mają się liczyć zaraz po św. Wojciechu i zaraz 
ma być wybierana z nich dziesięcina, albo po 15 groszy 
za każde jagnię dziesięcinne. Plastrów miodu piędzią nigdy 
niema się mierzyć tylko podług deski i to tylko od sta- 
rych a nie od młodych pszczół. Jak się miód nie zrodzi, 
wolni są od tej daniny. Od barci leśnych płacić mają 
poddani tylko po 4 grosze. Wolno im dwa dnie w tydzień 
do lasów jeździć po drwa leżące i przewroty i do gro- 
dzenia i nic za to płacić nie mają. Na materyał budowlany 
otrzymywać mają drzewo bezpłatnie. Na stawy iść mają 
tylko w razie gwałtownym, t. j. gdy się stawy rwą. Za- 
żynki i obżynki raz do roku każdy gospodarz z chleba 
odprawować będzie; zakoski i obkoski mają być znie- 
sione. Ryb łowić nie wolno. Gorzałki i piwa warzyć wolno 
raz do roku i na wesela. Na wilki i sarny chodzić nie 



CHŁOPI 377 

mają; szałaszy na owce bronić im nie wolno. Za płótno 
dnie mają im być liczone. Zagrodnicy dwa dnie pieszo od 
południa robić mają. Broną taką ma się włóczyć, jaką kto 
ma, a nie wielką; młócić mają poddani nie kopę całą ale 
50 snopów. O 

Nie tak szczęśliwi, jak poddani starostwa jaworow- 
skiego, którym dekret sądów referendarskich, jeżeli mu dzier- 
żawcy byli posłuszni, przynieść mógł znaczne ulgi, nie tak 
niestety szczęśliwi byli chłopi z Wiszenki, Dobrostańskiej 
Woli, Czerlan, Zawidowa, Porzecza, wsi starostwa gró- 
deckiego, którzy podnoszą także skargi przeciw swemu 
staroście, Władysławowi z Mirowa Myszkowskiemu. Ża- 
łoby icłi nie odnosiły długo skutku, a kiedy nareście wy- 
prawili swoich delegatów w drogę na sądy referendarskie, 
deputacya ta zgubiła w podróży wszystkie papiery i mu- 
nimenta, które niosła zawinięte w chustce. Znalazł je 
przejeżdżający tą samą drogą niejaki Piskowski i dał znać 
do Wiszenki o znalezionej zgubie. Gromady wysłały po 
papiery do Piskowskiego aż pod Włodzimierz, ale nikczem- 
nik ten zażądał od biednych chłopów 100 czerwonych 
złotych i nie dał się ubłagać, tak że wysłańcy płacząc 
wrócili do domu z próżnemi rękami.") Zdjęci rozpaczą, 
straciwszy nadzieję wygrania sprawy z starostą, chłopi 
pomienionych wsi poczęli uciekać do inszych starostw 
i majątków szlacheckich albo ukrywać się tymczasem 
po miastach, w Szczercu i Janowie, szukając znośniej- 
szej doli. ^) 

Chłopi starostwa czyli raczej ekonomii Samborskiej 
w ciągłym są procesie z Jerzym Mniszchem. W zażaleniach 
swoich tytułują się zawsze: »obywatele poddani Króla 
Jego Mości.« Głównym powodem do żalów był w niektó- 



Agr. Lwowskie, tom 395 pp. 357—365. Rok 1644. 
2) Agr. Lwowskie, tom 396 p. 2733. 
») Ibidem, p. 1027-1030. 



378 CHŁOPI 

rych wsiach tego starostwa uciążliwy bardzo obowiązek 
dowożenia drew do licznych żup solnych. W r. 1603 redu- 
kuje go król Zygmunt III. do pierwotnej prawowitej miary; 
chłopi obowiązani do zwózki drew mają z łanu zwieść 
do roku po 150 wozów, kładąc na wóz po 15 płach buko- 
wych a po 18 płach jodłowych; który zaś z nich dla braku 
dobytku wozić nie może, płacić ma od fury po groszy 3. 
Żadnego już natomiast czynszu płacić nie są powinni. ^) 
Na zbadanie krzywd i nadużyć, na które zanoszą skargi 
chłopi innych gmin tej ekonomii, jak n. p. Medyni, Ho- 
rucka, Bylic, Łużka, Niedźwiedzy, Prus, Rykowa i ł. p., za- 
rzucający staroście, że po nad inwentarze starodawne każe 
im robić codziennie, z wyjątkiem dni targowych, po czworgu 
z łanu, odbywać dalekie pod wody, dawać po 10 pni pszczół 
i t. d., wysyła król w roku 1608 pisarza kancelaryi swojej 
ks. Stanisława Faleńskiego, zaś wkrótce potem zjeżdża 
z polecenia królewskiego do Sambora cała komisya, zło- 
żona z podskarbiego wielkiego kor. Jana Firleja, podcza- 
szego łomżyńskiego Jana Zamoyskiego, proboszcza puł- 
tuskiego a późniejszego biskupa ks. Stanisława Siecińskiego, 
kanonika gnieźnieńskiego ks. Stanisława Makowskiego^ 
starosty bolimowskiego Marcina Krasickiego i dworza- 
nina Adama Stadnickiego, która » według Boga i słuszno- 
ści « ma rozpatrzeć stosunki włościańskie i usunąć nad- 
użycia. 

Chłopi opierają się w swych żałobach na inwentarzu 
z r. 1587 poprzedniego dzierżawcy Piotra Ślostowskięgo 
i nie wymagają niczego innego, jak tylko powrotu do 
sprawiedliwej miary powinności, którą stanowił ten inwen- 
tarz a którą Mniszech przekracza samowolnie. Trzeba przy- 
znać, że komisya ta pojmowała swoje zadanie bardzo su- 
miennie, nie żałowała czasu i trudu, przesłuchiwała bardzo 
cierpliwie chłopów, wyjeżdżała nawet w bardzo niedostę- 



^) Agr. Przemyskie, tom 319 p. 1568. 






CHŁOPI 37Q 



pne podówczas góry Samborskie i badała stosunki bezstron- 
nie. Chłopi zanoszą przed komisyę cały szereg zażaleń. 
Zamiast dani baraniej i świniej in natura pobiera od nicli 
starosta po 46 groszy z każdego łanu, zasłaniając się tern, 
że cliłopi ukrywają swoje trzody i wypędzają je do Wę- 
gier. Komisya nie uznaje argumentu Mniszcłia i orzeka, że 
powinność ta ma być oddawana likiem^ t. j. że nie wszyscy 
cliłopi, ale tylko ci, którzy faktycznie mają owce i świnie, 
dawać będą każdego dwudziestego barana lub owcę, albo 
płacić grosz jeden od każdego dziesiątego. Cliłopi płacili 
według dawnego inwentarza po 4 zł. z łana a Mniszech 
ściągał z nich po 18 zł., twierdząc, że tym sposobem ry- 
czałtuje tylko inne opłaty, komisya jednak z uwagi, że to 
sprzeciwia się inwentarzowi Ślostowskiego, który Mniszech 
obejmując starostwo podpisał i zachować się zobowiązał, 
przyznaje słuszność chłopom. Mniszech używał wybrań- 
ców i kmiecych synów do własnej posługi i parady, po- 
sprawiał im barwy i popisywał się ich eskortą na uroczy- 
stościach, n. p. na weselu króla — komisya gani mu to 
i nadal czynić tego nie pozwala; synów kmiecych nie 
ma zniewalać do prywatnej służby starosta, »chyba który 
sam zechce, to mu wolno być ma,« wybrańcy zaś mają 
być traktowani ściśle według ordynacyi króla Stefana, 
mają być opatrzeni w broń przepisaną i bronić włości 
Samborskiej od napadów z węgierskiej strony. Liczbę dni 
roboczych ustanawia komisya według inwentarza Ślostow- 
skiego na 12 z łana po dwojgu, a z półłanka po jednemu 
bez względu na różnicę wymiaru łanu, t, j. bez względu 
na to, czy łan obejmuje 30, 24 lub tylko 16 prętów, gdyż 
zdaniem komisyi niedostatek w obszarze rekompensuje 
dobroć ról. Z półłanka mają chłopi do żupy kłaść po dwa 
wozy; od wożenia soli należy im się po 5 groszy od ka- 
żdej beczki. Straż starodawnym tryłiem ma być przez 
chłopów odprawiana; dwadzieścia gmin ma dostarczyć 
po 6 człowieka na straż bezpieczeństwa do zamku sam- 



380 CHŁOPI 

borskiego, inne tylko po dwóch; niemniej do nowego 
dworu Króla Jego Mości w Nowym Samborze po sześciu, 
w czasie zaś wyjątkowej trwogi i podczas odpustu na 
Św. Onufry u św. Spasa liczba ta według potrzeby ma być 
powiększona. Król zatwierdza uchwały komisyi i poleca 
wydać każdej gminie pismo z skarbową pieczęcią, z wy- 
rażeniem czynszowych powinności według t. zw. inwen- 
tarza Ślostowskiego z r. 1587.^) 

W ziemi przemyskiej najwięcej skarg wywołuje dzier- 
żawca królewskiego klucza medyckiego, Samuel Trojecki, 
stolnik przemyski. Z wszystkich zapisków w aktach wy- 
pływa, że należał do najtwardszych panów, a król wysyła 
do niego mandat po mandacie, grożąc mu nawet w roku 
1605, >że przyjdzie nam w tej sprawie z innej miary po- 
czynać.« Najwytrwalej, z niebezpieczeństwem zdrowia, mie- 
nia a nawet życia walczą przeciw Trojeckiemu włościanie 
z gminy Torki. Zawzięty ich opór i nieustraszona walka 
z dzierżawcą tłumaczą się faktem, że jarzmo pańszczyzny 
dopiero wkładano na ich barki. Jeszcze w r. 1565 chłopi 
toreccy nie czynili żadnych zaciągów, nie płacili żadnych 
podatków, nie mieli żadnych powinności, pełnili tylko słu- 
żbę około stad królewskich, które na wielką skalę utrzy- 
mywane były w medyckiem starostwie. Cała ich powin- 
ność polegała na tem, że kosili trawę i sprzątali siano dla 
koni, co im zajmowało kilka dni w całym roku.*) Nie dziw 
też, że mając w świeżej pamięci przeszłość swobodną, 
bronili się do upadłego przeciw pańszczyźnie. Za opór 
i ustawiczne pozwy do króla Trojecki ściga ich zemstą. 
Chłopów, którzy chodzili z skargą do króla, porywa z cłiat, 
zabiera do Trójczyc i okutych w kajdany osadza w wię- 



^) Agr. Sanockie, tom 143 pp. 131 — 157. 
'-^) Jabłonowski AIex. Polska XVI. w. Tom VII. 
część 11. str. 430. 



CHŁOPI 381 

ziennych lochach. Ściga jednego z deputowanych, chłopa 
Steczkę Pierzchałę, którego uważa za głównego przewódzcę, 
odgraża się i »na gardło mu odpowiada, byle go dostał.« 
Pierzchała musi uchodzić ze wsi i chronić się >pod książę,c< 
t. j. ucieka do dóbr przeworskich księcia Ostrogskiego, 
a Trojecki więzi trzynastu chłopów, których o ukrywa- 
nie zbiega posądza, grozi im rozstrzelaniem, jeśli go nie 
wydadzą, syna Pierzchały zakuwa w kajdany, nad matką 
i siostrą jego gniew swój wywiera. Oprócz Torek wystę- 
puje z skargami odważnie także gmina Poździacz, która 
mając obowiązek dostarczania podwód królewskich na 
»dwanaście stron,<^ powinna była odrabiać tylko 6 dni pań- 
szczyzny w roku, a Trojecki zmuszał ją do 24.^) Inne 
gminy klucza medyckiego powinny były odrabiać tylko 
3 dnie w tygodniu, Trojecki zniewalał ich do sześciu, a kiedy 
opierając się na dawnem swem prawie ośmieliły się prze- 
ciw temu remonstrować, zamknął najśmielszych kmieci do 
tarasu, a wyprowadzając ich po jednemu, smagać ich kazał 
powrozem węzłowa tym i splecionym we troje.'') Trojecki 
ma na swoim dworze cały oddział piechoty pod komendą 
osobnego rotmistrza, a kiedy mu to nie wystarcza do trzy- 
mania chłopów w postrachu, pożycza sobie żołnierstwa 
od Konstantego Korniak^ą. Do Torczan, idących do Prze- 
myśla, aby w grodzie oblatować mandaty królewskie, wy- 
dane w ich obronie, Trojecki każe strzelać swoim hajdu- 
kom, którzy wpędzają chłopów do Sanu i Wiaru, kilku 
z nich ranią a kilku topią. Trojecki pojmanych rzuca do 
więzienia, posyła po kata i trzyma więźniów w udręczeniu 
i śmiertelnej trwodze.^) 

Odyby się tenutaryusze starostw i włości królew- 
skich trzymali byli tych » starodawnych « inwentarzy, do 



*) Agr. Przemyskie, tom 318 pp. 1261, 1535. 

^) Ibidem, pp. 698—701. 

3) Agr. Przemyskie, tom 332 p. 1809. 



■\ 



H 
o 



•o 
o 
a 



I 

I 

3 






3 



(^ 



o 
•o 
o 

o. 

3 



C/) 

C 
3 

?5 



3« 
c/) 

I 




CHŁOPI 383 

których tęsknią, o które tak mężnie walczą kmiecie kró- 
lewscy, dola ludu wiejskiego w królewszczyznach byłaby 
nawet w porównaniu z współczesnemi stosunkami zagra- 
nicy do pewnego stopnia pomyślną. Tak n. p. chłopi 
z Poździacza według przywilejów swoich, zatwierdzonych 
przez Władysława IV. w r. 1640, płacą od całego łanu 
tylko 2 zł. i 18 groszy czynszu, dają po jednym korcu 
owsa, po półkopie jaj i po parze kur a odrabiają pańszczy- 
znę tylko przez dwanaście dni w całym roku;^) chłopi 
z dwóch dalszych wsi ziemi przemyskiej, Starzawy i Ku- 
ryłówki, wedle dekretu króla Stefana mieli robić tylko je- 
den dzień w tygodniu z każdego półdworzyska, a do pod- 
wód wolno ich było używać tylko do najbliższych mia- 
steczek. Czynszu płacili tylko po 10 groszy od półdwo- 
rzyska, owsa dannego brał dzierżawca tylko po pół beczki. 
W roku 1600 dzierżawca Hieronim Ciechanowski każe im 
już wozić ciężary w dalekie strony, do Jaślisk i Ryma- 
nowa, żyta każe ładować na jeden wóz po >dwie kłodzie« 
miary przemyskiej, a drwa po płach 60. Z półdworzyszcza 
ściąga od chłopów po 16 groszy na drwa i po 8 łokci 
przędzy. Kiedy się parobczak żeni, ma dać do dworu 12 
łokci płótna. Z barci starzawskich wybiera Ciechanowski 
tytułem dani miodowej po 30 grzywien, choć niemasz 
już nic lasów w Starzawie i barcie poginęły.^-) 

Według inwentarza starostwa śniatyńskiego z roku 
1622 orać mieli poddani dwa dnie na wiosnę, dwa dnie 
na jesień, zasiać tę zoraną rolę, zawlec, i co się urodziło, 
pożąć, zwieźć, zmłócić. Trzy dnie w roku mieli kosić, 
czwartego dnia była tłoka. Młynowszczyzna czyli osep 
według możności kmiecia, po półmacku owsa i jęczmienia; 
dań pszczelna dziesiąta, owcza dwudziesta. Czynsze we- 
dle przemożenia kmiecia po 1 do 3 zł., na Wielkanoc od 

1) Ibidem, tom 380 p. 1667. 

*) Agr. Przemyskie, tom 316 pp. 357—60. 



384 CHŁOPI 

każdego kmiecia kura i dziesięć jajec ; z czterdziestu owiec 
jedno jagnię. Niektóre wsie mają małe odmiany w inwen- 
tarzu powinności ; tak n. p. w Russowie płacą chłopi tylko 
po 20 groszy czynszu od całego dworzyszcza i żadnych 
pod wód nie odbywają; w Rybnie, Kobakach i Kutach mają 
dawać pstrągów pewną liczbę; w Dołhopolu i Roztokach, 
położonych w górach nad Czeremoszem, tuż nad wołoską 
granicą, chłopi »żadnych powinności nie czynią przez od- 
ległość, tylko dziesięcinę owczą oddają roczną po 10 ba- 
raniech i pstrągów suchych po 30.«*) W włości królew- 
skiej Hołhoczu w ziemi halickiej chłopi pociężni powinni 
robić 5 dni co tydzień od południa, szósty dzień, t. j. 
czwartek mają wolny. Czynszu dają po groszy 15, po- 
dymnego po groszy 2. Zamiast dani pszenicznej płacą po 
3 zł., dają po 5 półmacków owsa, po 2 kapłony, po jednej 
kurze, po 12 jajec i po dwa łokcie przędzy; dziesięcinę 
owczą dwudziestą, pszczelną dziesiątą; powołowszczyznę 
co siedm lat. Poddani, którzy siedzą na półdworzyszczach, 
pracują trzy dnie od południa, czynszu płacą półosma 
groszy, dają w dani pszenicznej półtora zł. Reszta danin 
także o połowę mniejsza, tylko dziesięcina owcza i pszczelna 
taka sama, jak u kmieci pociężnych. Komornicy w » swoich 
domiecho robią tylko jeden dzień co tygodnia i dają czyn- 
szu po groszy 12; komornicy ubodzy bez chałup oprócz 
jednego dnia roboty koło plewidła lub żniwa i 6 groszy 
czynszu nic nie powinni. Chłopi »słobodni nowo przy- 
siedli < odrabiają zaorki, obórki, zakoski, obkoski, zażynki, 
obżynki i jedną tłokę, i dopiero po wysiedzeniu trzech lat 
mają robić równo z innymi komornikami.^) 

Że lud wiejski w królewszczyznach, jeżeli tylko nie 
dostał się pod człowieka z tej klasy chciwych i niesumien- 
nych wyzyskiwaczy, istnych pijawek krwi chłopskiej, która 



1) Agr. Halickie, tom 120 pp. 1029—1035. 
O Ibidem, pp. 774-787. 



CHŁOPI 385 

niestety zwłaszcza między dzierżawcami i rządcami miała 
licznych reprezentantów — docłiodził do pewnego, niekiedy 
nawet wcale znacznego dobrobytu, na to znajdujemy nie- 
jedną wskazówkę w aktacłi województwa ruskiego. Oso- 
bliwie z bardzo szczegółowych, niekiedy całe wolumina 
obejmujących wykazów szkód i extorsyj wojskowych, sta- 
cyj żołnierskich i t. p., i z regestrów dołączanych do skarg 
o zajazdy i rumacye, zestawianych z bardzo drobiazgową 
ścisłością, w których każda kura, każde jajo wzięte u chłopa 
jest wyszczególnione, można wnosić, że w chatach wiej- 
skich niezawsze świeciła nędza, że były między niemi i za- 
sobne. W zestawieniu n. p. takiem podanem przez Elżbietę 
Koniecpolską w protestacyi o krzywdy wyrządzone wło- 
ściom klucza zabłotowskiego w r. 1619 przez powiatowego 
żołnierza, czytamy, że chłopom zabrano po kilka wołów, 
krów, koni, że w każdej chacie były połcie słoniny, zapasy 
miodu, wosku, gotówka, że niektórzy gospodarze stracili 
przez żołnierza po kilkadziesiąt owiec, że posiadali liczny 
drób i duże pasieki. *) W żałobie przeciw Jerzemu Bała- 
banowi wyliczają chłopi z Perehińska, co im tenże zabrał 
gwałtem przy okupacyi tej wsi w sporze z Jabłonowskim, 
a figurują tam takie pozycye: Aurelowi Hanusowi wzięto 
75 owiec, 2 wieprze, 50 zł. gotówką, Olenie Wiśniowitce 
100 owiec, 40 baranów, 30 pni pszczół; Hryciowi Hadynce 
400 zł. w gotówce, 5 koni, 60 owiec, 6 cieląt, 40 pni 
pszczół; Siemionowi watamanowemu synowi 200 zł. go- 
tówką, 3 konie, 4 woły, 5 krów; Prokopowi Dziaczkowi 
100 owiec, 4 sztuki bydła, 40 pni pszczół, 3 wieprze, 18 
gęsi i 168 zł. gotówką i t. d. Z Perehińska samego wybrać 
miał Bałaban w ciągu kilku lat tytułem czynszów, danin 
i win około 700 wołów, 100 krów, 1000 owiec, 150 jało- 
wic i 12.000 gotówki. *) Kiedy Jerzy Krasicki grabi chło- 



^) Agr. Halickie, tom 141 pp. 1297 i dalsze. 
-) Agr. Halickie, tom 133 pp. 1097, 1107. 



386 CHŁOPI 

pów Nadziejowa i Rakowa, zabiera niektórym z nich po 
kilkaset fur drzewa, po 150, 250, 300 zł. gotówki, po kil- 
kadziesiąt tysięcy stołpów soli, ^) po 10 wołów; u niektó- 
rycłi była nawet broń, po kilka rusznic i szabel, które 
właściciele śmiało reklamują, a więc przypisują sobie prawo 
icłi posiadania.^) Cłiłopi poddani Stanisława Koniecpol- 
skiego i chorążego bracławskiego Dzika handlują wołami ; 
chłop Hnat Pawliszyn z Myszkowie i Hrycko Szkuta z De- 
nysowa przedają w r. 1638 w Gródku Jerzemu Boimowi 
ze Lwowa pierwszy 48, drugi 70 karmnych wołów po 22 
i 27 zł. za sztukę.'^) Chłopi starostwa dolińskiego wypra- 
wiają się z solą na Wołyń, Podole i Ukrainę, i wracają 
z sporą gotówką i wozami pełnemi krup i mąki, co im 
przysparza bardzo znaczne zyski ; chłopi niektórych włości 
ekonomji Samborskiej, n. p. Wołczego i Machnowca, wy- 
dzierżawiają od Mniszcha całe folwarki. 

Wysoce oryginalny, od ludu wszystkich innych ziem 
województwa ruskiego zupełnie odmienny typ stanowi 
lud ziemi halickiej. Kraj to w pierwszej połowie XVI. wieku 
prawie bezludny i dziki, dopiero około połowy tegoż 
wieku nieco gęściej osadzony, pełen puszcz głuchych 
i gór niedostępnych, jeszcze w pierwszych latach XVII. 
wieku zwolna pługiem polskim zdobywany, znajduje się 
niejako w pierwszej dopiero fazie społecznej ewolucyi 
i kultury. Chłop ziemi halickiej, na poły pasterz na poły 
opryszek, jeszcze do pierwszych lat XVII. wieku wolny, 
bo mu dopiero ubiegały lata słobody, » kopiący się« wśród 
lasów i połonin na surowym korzeniu w małe osady 
rolniczo-pasterskie, nie zna pańszczyzny w twardem tego 
słowa znaczeniu, opłaca się staroście leśnemi produktami, 



*) Stołp, był to krążek soli, gruby na palec, długi na 
dwa palce; za 100 takich stołpów płaciło się 1 grosz. 
^) Agr. Halickie, tom 132 pp. 423—466. 
^) Agr. Lwowskie, tom 389 p. 1141. 



CHŁOPI 387 

dowozem małeryałów budowlanych, gontami, zwierzyną, 
owcami, miodem i bydłem, którego posiada wielką obfi- 
tość, bobrami, które jeszcze roją się po rzekach a zwła- 
szcza w Lipie, kunami, pstrągami z górskich strumieni, 
a w końcu i służbą zamkową i wojenną, jak n. p. chłopi 
Królewskiego Pola, którzy niemal do końca XVI. wieku za 
całą pańszczyznę tylko trzy dni w roku koszą trawę staro- 
ście, a zato > każdy ma mieć konia dobrego zawżdy ku 
potrzebie i kaftan i przyłbicę, łuk i oszczep, i tak porzą- 
dnie na każdą potrzebę starosty halickiego i kołomyjskiego 
jechać.^ Nieprzebrane lasy bukowe rozciągają się nad Dnie- 
strem, Bystrzycą, Łukwią, odwieczne dąbrowy bołszowieckie, 
chorostkowskie, ihnatkowskie jeszcze nie popłynęły były do 
Gdańska i nie wypaliły się na potasz, Karpaty, >góry 
wielkie, które zowią Alpes<^^ jak się wyraża lustracya z r. 
1566, pokryte ciemnemi borami, a na tych górach, wśród 
tych puszcz i borów tajemniczo ukryte szałasze paster- 
skich chłopów, wypasających owce i wieprze. Lud butny, 
dziki, śmiały, nie dziw, że w przełomowych latach przy 
końcu XVI. i na początku XVII. wieku niełatwo dał się 
wziąć pod jarzmo poddaństwa, że pełen jeszcze żywych, 
bo pamięcią jednego prawie tylko pokolenia objętych tra- 
dycyj >słobody< i niezawisłości, wszystkiemi sposobami 
bronił się starostom i dzierżawcom a w nieszczęsnym 
r. 1648 rzucił się do krwawego buntu. 

Na rozgraniczach ziemi halickiej, gdzie już sama od- 
ległość i nieprzystępność zapewniała chłopom pewną nie- 
zawisłość, a pobliże ziemi wołoskiej, ziejącej niejako ban- 
dami opryszków, odstraszało dzierżawców i ekonomów 
starościńskich, istniały jeszcze w głąb XVII. wieku gminy, 
żyjące jak chwast na stepie, bujnie i dziko. Dzierżawca 
był już kontent, jeżeli od tych poddanych, z których ka- 
żdy na poły był opryszkiem, dostał od czasu do czasu 
jakąś owcę albo kilka suszonych pstrągów. Tam też zda- 
rzać się mogły takie postaci, jak ów Ihnat Wysoczan, 

25* 



388 CHŁOPI 

o którym już raz była wzmianka, chłop możny i butny, 
który żyje jak szlachcic, śmieje się z władzy starościń- 
skiej i jak mały królik trzyma całą okolicę w zawisłości 
i strachu, nie wyjmując nawet drobnej, zagonowej szla- 
chty, którą pogardza. Wysoczan pochodził z Wiktorowa; 
był czas jakiś osadcą, t. j. osadził około r. 1620 za przy- 
wilejem starosty halickiego nową wieś »na surowym ko- 
rzeniu« i nazwał ją Słobodą Wysoczańską, ale pogniewał 
się na starostę za to, że *do używania tej słobody, do 
trzymania jej absolute, tak jako chciał, pozwolić nie chciał,« 
i dlatego osadnikom rozejść się rozkazał i y>ex odio et 
rancore wioskę tę spustoszył. v< 

Osiadłszy pod Bednarowem, bogaty i zawsze oto- 
czony liczną drużyną, nie zna władzy nad sobą, jest ma- 
gnatem chłopskim, tak samo udzielnym, jak każdy możny 
szlachcic owego czasu. Szlachcic zaściankowy z Bedna- 
rowa, Tomasz Sulatycki, który doświadczył na sobie buty 
i samowoli Wysoczana, kreśli nam w swojej protestacyi 
bardzo charakterystyczny wizerunek tej niezwykłej postaci. 
» Przywłaszczając sobie tytuły szlacheckie — mówi Sula- 
tycki — dostawając wielekroć praw i zapisów tak dziedzi- 
cznem jak i zastawnem a przytem i gwałtownem prawem, 
browar sobie zbudował i szynk urządził w Bednarowie, 
czego plebeis prawa koronne bronią. Zwierzchności żadnej 
nad sobą mieć nie chce, owszem wolności sobie nawet 
większe niż szlacheckie przywłaszcza, grunta szlachcicom 
w Bednarowie odejmuje. Dwór sobie na kilka strzelenie 
z łuku za wsią Bednarową zbudował, za rzeką, między 
lasy, na stronie od ludzi, na miejscu podejrzanem, aby tam 
wolną przewodnie odprawiać mógł z rozbójnikami i opry- 
szkami. Zabierał zdobycze Tatarom po kilkakroć na szla- 
kach ich pospolitych, tamecznych bednarowskich, mając do 
tego za używaniem wolności czasy sposobne i wiele ludzi 
na to przysposobionych; wiele szat kościelnych, aparatów^ 
naczynia złotego i srebrnego, pieniędzy i szat, które Tata- 



CHŁOPI 389 

rowie w pogronie swoim porzucali, zabrał, całe wozy tern 
ładował. Z szlacłicicami spowinowaciwszy się, zbogacony, 
w pyclię urósł, zaczął nas szlacłitę uciskać, domy najeżdżać, 
łąki wypasać. Bez wiadomości przedniejszycli szlacłiciców, 
porozumiawszy się tylko z niektórymi spowinowaconymi, 
w cerkwi bednarowskiej w dzwony uderzyć kazał na 
gwałt, na co się szlacłita bednarowska i ich poddani ze 
wszystkicłi stron zbiegli, a wtedy Iłinat Wysoczan synowi 
swemu Semie szlacłicica sędziwego Tomasza Sulatyckiego 
zabić kazał, wołając: »Żem ja raz tylko trzecłi albo czte- 
recłi szlacłity zabił i zapłacił; a i na tych mam niejeden 
tysiąc złotych, że ich zapłacę, zaś na prawo jeden cze- 
twertynnik pieniędzy odważę, a drugi czetwertynnik na 
pana.«') Zobaczymy w dalszym ciągu, jaką krwawą rolę 
odegra ten Wysoczan w buncie chłopskim z r. 1648, na 
którego czele stanie jako herszt naczelny, jak będzie oble- 
gał i zdobywał zamki, łupił i palił dwory szlacheckie, zna- 
cząc ślady swoje mordami i pożogą. 

Wysoczan był z początku »osadcą, « należał więc do 
licznej podówczas klasy przedsiębiorczych chłopów, którzy 
za przywilejami dziedziców lub starostów trudnili się zawo- 
dowo tworzeniem nowych osad in cruda radlce^ przywa- 
biając poddanych z ludniejszych okolic obietnicą swobód 
i wolności kilkunastoletniej, » koczując < chłopów, t. j. uła- 
twiając im ucieczkę z pod innego poddaństwa. W czasach 
jednak, o których piszemy, w województwie ruskiem tylko 
wyjątkowo powstawały nowe osady — ruch kolon izacyjny 
zwrócił się wyłącznie na olbrzymie niezaludnione obszary 
Podola i Ukrainy. Spotykamy w aktach bardzo rzadko 
przykłady tworzenia nowych osad a i te pochodzą głównie 
z końca XVI. stulecia. Jan Kostka, wojewoda sandomierski, 
pozwala w r. 1584 Mikołajowi Sławskiemu osadzić na 
surowym korzeniu wieś nową, która ma nosić nazwę 



1) Agr. Halickie, tom 123 pp. 129 i dalsze. 



390 CHŁOPI 

Młodycze, a powstać na granicy włości Oleszyckiej ku 
rzece Rudawa. Osadnicy otrzymują wolność od robót 
i czynszów na lat piętnaście, poczem nastąpić mają takie 
same powinności, jak w skarbie jarosławskim. Sam osadca 
Sławski otrzymuje cztery łany na wyłączną swoją dziedzi- 
czną własność.^) Stanisław Włodek z Hermanowa, kaszte- 
lan kamieniecki, starosta halicki, sadzi nową wieś za kon- 
firmacyą Zygmunta 111. na gruncie królewskim Pawelcze 
w r. 1582 i powierza stworzenie tej nowej osady trzem 
»osadcom,« braciom Mikołajowi, Ihnatowi i Łazarzowi 
Turczańskim. Według nadanego im przywileju Turczańscy 
mają na wyznaczonem uroczysku osadzać chłopów, »po- 
kazować« im pola i sianoźęcia, rozdawać im je do »wy- 
przątania,« wyznaczać i stawiać chałupy. Lasów używać ma 
nowa wieś wspólnie z istniejącą już wsią Jamnicą. Wszyscy 
osadnicy, tak oracze jak zagrodnicy, mają zapewnioną wol- 
ność do lat piętnastu, od czasu, jako który osiądzie. Wolni 
będą przez ten cały czas od wszelkiej powinności, czyn- 
szów, poborów, podatków, robót, powozów i innych 
prac, a po piętnastu latach będą mieli następujące powin- 
ności: z łanu 4 złote rocznego czynszu, od owiec dwu- 
dziestego barana, jeden owczy pas albo poprąg wałaski, 
co roku dziesiąty wieprz z trzody, co roku przywóz do 
zamku »dwojga drzewa« do budowania, także desek i gon- 
tów, kto je robi; dalej każdy oracz ma na Boże Naro- 
dzenie przywieźć do zamku dwa wozy drwa opałowego, 
dwa kapłony, jedną gęś, jajec kokoszych dwanaście; z pa- 
sieki, kto ją ma, daje dziesiątek; w końcu mają dwa dnie 
do roku kosić i skoszone siano sprzątnąć i dwa dnie żąć 
zboże. Dla przesłuchania skarg i wymiaru sprawiedliwości 
odbywać się będzie dwa razy do roku schadzka na zamku 
halickim u starosty.*) Sami osadcy Turczańscy za trudy 



1) Agr. Przemyskie, tom 314 p. 1284. 

*) Agr. Halickie, tom 132 pp. 661 i dalsze. 



CHŁOPI 391 

swoje otrzymują wójtowstwo w nowej wsi i następujące 
dalsze beneficia: Mogą wykopać i na swój użytek obrócić 
6 łanów, siódmy zaś łan ma iść na popa, a ^ten pop 
jako bogomodlca wolen będzie od wszelkich danin i po- 
winności;* mogą sadzić na swój użytek tyle podsadków, 
ile będzie można, mogą sobie sianożęcia wybierać, młyn 
i folwark zbudować, karczmę i browar wystawić. Z dani 
chłopów należeć im się będzie trzeci grosz, trzeci baran, 
trzeci wieprz i z kar pieniężnych (win) trzeci kwartnik. 
Osadcy mają zwierzchność nad osadnikami, przestrzegają 
»swawolnictwa i porządku « w nowej wsi, a chłopi mają 
im trzy dnie do roku robić, jeden dzień orać, dwa dnie 
kosić, trzy dnie żąć, a na Boże Narodzenie dawać po ko- 
łaczu i kurze, na Wielkanoc zaś kołacz i tyle jaj, >>co być 
może.< Wójtostwo to otrzymują Turczańscy na wieczne 
czasy, a gdyby późniejszy jaki starosta chciał ich »ruszyć,« 
musi ich wykupić, płacąc za każdy łan po 100 grzywien. 



II. 

Chłopi w dobrach szlacheckich. Przykład sądu na 
CHŁOPA. Wypadki otwartego oporu. Opiekunowie ludu. 
Wybuch w r. 1648. Ihnat Wysoczan, Dux Primarius. 
Udział miast, księży i szlachty w buncie pokuckim. 
Kałusz jako stolica ruchu. Stłumienie buntu i odwet. 

Jak już powiedzieliśmy, akta województwa ruskiego 
dostarczają materyału tylko do historyi ludu włości kró- 
lewskich, o doli chłopów szlacheckich bardzo skąpe za- 
wierają wzmianki. Przeciw dziedzicowi swemu chłop pro- 
testować nie śmiał i nie mógł, a gdyby nawet śmiał był 
i mógł, nie miał instancyi, przed którą by się mógł uskar- 
żyć na ucisk i nadużycia. Księgi grodu były dla niego 
zamknięte — otwierały się dlań wtedy tylko, kiedy przy 
asystencyi własnego pana zanosił pozwy i protestacye 
przeciw krzywdom, które go spotkały ze strony trzeciej, 
n. p. od sąsiednich chłopów z pod innego dziedzica albo 
od swawolnego żołnierza. Czasem tylko i to bardzo wy- 
jątkowo chłopi szlacheccy wnoszą żałobę przeciw dzier- 
żawcy, widocznie tylko w takich wypadkach, w których 
są pewni, że znajdą poparcie swego dziedzica. Tak n. p. 
chłopi z Siemuszowej, mając za sobą dobrą panią cześni- 
kową Eufrozynę Kamińska, występują w r. 1647 śmiało 
przeciw jej dzierżawcy i wytaczają mu pozwy. 



CHŁOPI 393 

Jedynem źródłem do poznania losu chłopów w do- 
brach szlacheckich są kontrakty dzierżawne, o ile w nich 
zawiera się także inwentarz poddanych i ich robocizny. 
Kontraktów takich spotkaliśmy jednak niewiele i to 
tylko w aktach ziemi sanockiej. Według nich najwyższa 
liczba dni roboczych w tygodniu wynosiłaby 4 (Dolny 
Jasień), najniższa półtora t. j. trzy półdnie od południa; 
najwyższy czynsz od łanu 21 zł. (Jasień), najniższy 22 
groszy (Siniawa). Według inwentarza z roku 1644 chłopi 
z Siniawy (własność dziedziczna Wojciecha Truskolaw- 
skiego), siedzący na całej roli, oprócz wspomnianego 
już czynszu 22 gr. dają po 4 kury, po jednym ka- 
płonie, po pięciorgu jaj i po miarce orzechów co roku. 
Do orki, do żniwa, do grabarki, do wiązania, do zgar- 
tywania siana, do tarcia konopi, do brania lnu, do kopa- 
nia warzywa wychodzić ma na robotę z każdej całej roli 
po dwoje; do młocki, do siekiery po jednemu. Ponadto 
są jeszcze inne roboty, które odprawiać się mają »za pań- 
ski dzień* albo >bez pańskiego,« t. zn. które albo liczą się 
za dzień roboczy albo są obowiązkiem poza dniami pań- 
szczyzny. Za pański dzień mają chłopi siniawscy wozić 
drwa i chrust, po jednym wozie od całej roli, swojemi 
końmi włóczyć, z pola zwozić i na targ z zbożem jechać, 
na zażen od zaranka do południa po dwoje wysyłać, po- 
dróż odprawić do Krosna, Rymanowa, Brzozowa. Bez pań- 
skiego wyjść mają raz do roku na zakoski trawne, raz na 
owsiane, raz na zagrabki, mają konopie maciorki wymo- 
czyć, wymądlić i wytrzeć, śliwy suszyć, sztukę jedną wy- 
prząść. Dzierżawcy nie wolno wynajmywać chłopów w są- 
siedztwo. Chłopi na półroli robią trzy dnie od południa 
i płacą połowę czynszu; zagrodnicy robią dwa dnie od 
południa i dają 14 groszy czynszu, komornicy nie płacą 
nic i odbywają tylko dwa półdnie od południa lekkie ro- 
boty, przyczem otrzymują strawę dzienną ze dworu. Po- 
winnością wszystkich bez różnicy jest stawać do gromady, 



394 CHŁOPI 

kiedy pan każe, ścigać szlaki złodziejskie, ratować stawy, 
gdyby się rwały, na gwałt bieżeć, gdyby rozboje groziły.^) 

Cłiłopi z Łubnej, poddani kasztelana przemyskiego 
Stanisława Wapowskiego, płacą czynszu od całego łanu 
1 zł. 24 groszy, dają po sześć korcy owsa, na Wielkanoc 
po dwoje kur t. z w. »poczciwycłi« i po 36 jajec i robią 
codziennie pół dnia. Robota ujęta jest nietylko miarą czasu 
ale także miarą wydatności; i tak oranie ma objąć w dniu 
roboczym 12 zagonów o trzech skibacłi czyli po 12 lasek, 
a laska ma być na 3 łokcie wzdłuż. Kto robi około drzewa, 
ma w jednym dniu roboczym położyć jeden wóz drwa 
albo jeden wóz chrustu i zaraz chrust ten wygrodzić ; kto 
młóci, ma się uporać z jedną kopą. Na wóz sprzężajny 
nie powinni brać więcej jagieł, pszenicy, grochu, żyta jak 
tylko po 4 korcy, jęczmienia i tatarki po 5, owsa po 6 
korcy miary dynowskiej. Po sól mają jechać raz do roku 
i każdy ma przywieźć po 5 kłód, za co przez 5 dni wolny 
jest od roboty. Kto jedzie w drogę, ma jeden dzień wolny 
przed wyjechaniem i jeden po powrocie. W święto nikt 
nie ma obowiązku odprawiać furmanki. Nadto każdy kmieć 
na całej roli ma oddać co roku sztukę oprawną przędzy, 
a jeśli da i drugą sztukę, ma 6 dni wolnych od roboty. 
Przędziwa dostarcza dwór, >a ma być chędogo wyprawne, 
nie paździerzyste, aby kmieć swojem nie przykładał.* 
Dnie robocze zaczynają się od południa, tylko na obżen 
powinni co drugi dzień wychodzić o wschodzie słońca.*) 

Wyjątkowo mierne są powinności w tenutach Mar- 
cina Kalinowskiego, hetmana pol. kor., w włości tustanowie- 
ckiej, we wsiach Śniatynka, Stara Wieś, Hołobutów i t. d. 
Chłopi, co na ćwierciach siedzą a mają woły, płacą czyn- 
szu 16 gr., dają po półmiarce owsa, po jednym kapło- 
nie, po jednej gęsi, po 10 jaj, po jednej kurce wielkanoc- 



*) Agr. Sanockie, tom 157 pp. 688—94. 
2) Ibidem, tom 150 pp. 337—343. 



CHŁOPI 395 

nej, po jednem powiesmie (wieńcu) grzybów, po kwarcie 
kminu, po miarze orzechów. Pańszczyznę odrabiają trzy 
dnie w tygodniu zimą i latem, ale zawsze tylko od połu- 
dnia. Popi, dziesiętnicy, rzemieślnicy nic nie płacą i nic 
nie dają. O 

Do ważnej a mało znanej kwesłyi sądownictwa cłiłop- 
skiego, do wyjaśnienia, jakiej procedury trzymał się sta- 
rosta, dzierżawca, ekonom lub dziedzic, kiedy cłiodziło 
o kryminał popełniony przez cłiłopa, i czy w ogóle była 
przytem jakaś procedura cłioćby tylko zwyczajowa, akta 
województwa ruskiego bardzo skąpego dostarczają mate- 
ryału. Z nielicznych i przygodnych tylko wzmianek wy- 
pływa, że odgrywali w tem rolę w ziemi halickiej atama- 
nowie, w przemyskiej tywunowie, w lwowskiej wójtowie, 
w ekonomii Samborskiej kniaziowie, we wsiach t. zw. wo- 
łoskich nad Strwiążem krajnicy, że w starostwach odby- 
wały się peryodyczne zbory, na których odbywały się 
sądy, że szlachta odsyłała swoich chłopów-zbrodniarzy 
często przed sąd ławniczy najbliższego miasta, częściej 
do grodu, jeśli był także w pobliżu — spotykamy jednak 
także przykłady, że dziedzic sam z własnej mocy jest 
i stroną i sądem i wykonawcą wyroku, że sam prowadzi 
inkwizycyę, sam woła kata, sam skazuje na śmierć wino- 
wajcę w pierwszej i ostatniej instancyi. Gdzie głowę nie- 
winnie zabitego chłopa opłacano 30 grzywnami, tam oczy- 
wiście nie wiele sobie robiono ceremonji z osądzeniem 
i straceniem takiego, który się dopuścił ciężkiego występku. 
Oczywiście nie mamy tu na myśli pospolitych wykroczeń 
przeciw posłuszeństwu dziedzicowi, zwykłych przewinień 
przeciw jego powadze lub jego interesom materyalnym; 
z tego, co już przytoczyć mieliśmy sposobność pod tym 
względem, łatwy wniosek, że sąd bywał doraźny, kara bez- 
zwłoczna a wymiar jej często surowy, zawsze dowolny. 



^) Ibidem, tom 165 pp. 871—897. 



396 CHŁOPI 

Na to daje nam zresztą jasną a smutną odpowiedź litera- 
tura nasza tego czasu: Orzechowski, Slcarga, Górnicki, 
Staro wolski, Modrzewski, który mówi o » wyrzezania go- 
dnych językach 4; ludzi »nieczystych,« co głosić się nie 
sromają, iż :>ktoby wieśniaka albo chłopa zabił, jakoby 
psa zabił,« na to daje odpowiedź Klonowicz, który w kilku 
wierszach tak skreślił dolę wieśniaczą: 

Bo kmiotaszek ubogi ustawnie do dwora 
Robi sobą i bydłem aźe do wieczora, 
Karmi się ustawiczną biedą i kłopotem, 
Zimnem i upaleniem, łzami, dymem, potem. 
Cierpi kuny, biskupy, korbacze, gąsiory, 
Osoczniki, pochlebcę, podatki, pobory...^) 

Z zapisków, rzucających nieco światła na tę czarną 
stronę ówczesnego wymiaru sprawiedliwości wypływa 
przecież, że sądy na chłopów-winowajców nie odbywały 
się bez pewnej prawnej procedury, że bywała w nich za- 
chowywana t. zw. figura iuris. Najzwyklejszą formą był 
rodzaj ławy sądowej, złożonej z przysiężnych, wziętych 
z gromad sąsiednich, pod przewodnictwem * sędziego* 
a w asystencyi kilku szlachty. W Dwerniku n. p. sądzi 
chłopa >zasadzone prawo zupełne, w którym siedzi przy- 
siężnych dwanaście a trzynasty sędzia, które prawo zgo- 
dnie zasiadłszy zagajono.^-) Liczba przysiężnych bywa 
rozmaita. Przykład takich sądów, bardzo charakterystyczny, 
a kto wie, czy może nietypowy, mamy z r. 1601. Poddany 
szlachcica Bachowskiego schwytany został na podpaleniu 
gumna dworskiego. Ponieważ indagowany przez Bachow- 
skiego był >vanans w powieści swej,*' posłał tenże po 
kata i -prawo osadził, <^ to jest złożył sąd na złoczyńcę. 



^) Worekjudaszów. Wydanie Kaźm. J. Turowskiego. 
Str. 132. 

-) Agr. Sanockie, tom 165 z r. 1648, p. 832—9. 




'a? 

s 

c 
Cd 

••«> ... 

■Sc 

.•^ 

x: 

>^ 

>< 8 

o > 

p 



to 



398 CHŁOPI 

Do tego trybunału wezwał Bacłiowski przysięgłycli i wójta 
z Dublan, z Siekierzyc, z Bilinki, przyczem też byli zapro- 
szeni w tym celu osobno sąsiedzi jego, Adam Górski, 
Jan Zaleski, Wojciecłi Krzemieński, Iwan Biliński, H rycko 
Sącki i insi. »Tamże zaraz opatrzny Marcin Zubrzycki, 
wójt gajny przysięgły dublański — opowiada nasza re- 
lacya — zasiadł ławicę z przysiężniki swemi w liczbie 
ośmiu, na żądanie p. Bacłiowskiego prawo zagaił, przy- 
czem też był woźny z Bilinki. Postępując tedy dalej prze- 
rzeczone prawo według Boga i sumienia swego, zdało im 
się tego to złoczyńcę dla dojścia lepszej prawdy jego 
w ręce mistrza podać, zaczem będąc na próbie acz nieco 
był się począł przeć, ale gdy go mistrz dobrze na próbę 
wziął, przyznał się, powiadając, że go najęli cłiłopi z Do- 
łobowa, Markowięta rzeczeni, dwaj bracia rodzeni, mszcząc 
się krzywdy swej na p. Bacłiowskim za ojca swego... Tu 
prawo zaraz obaczywszy winność tego złoczyńcy z próby 
go wziąć kazało, zaczem pytając, jeśliby p. Bacłiowski dalej 
im według prawa postępować kazał, p. Bacłiowski jednak 
użył prawa, aby się z sentencyą swoją zatrzymało i jactiał 
do pp. Cłiłopeckich, których ci powołani cłiłopi Marko- 
więta poddani byli, dowiadując się, jeźli icłi wydadzą... 
Znowu potem prawo drugi raz zawiodło i znowu zło- 
czyńcę pytali, który zeznania swoje powtórzył. P. Bachow- 
ski nie kwapiąc się z tym złoczyńcą użył prawa, że się 
jeszcze zatrzymało, chcąc to pokazać tym Markowiętom, 
że tego chciał po nich, aby się sprawili. Gdzie znowu 
w piątek rano prawo zawiodło, ci też Markowięta albo 
jeden z nich przybył. Ławro Markowicz, z woźnym Janem 
Jakubowiczem i z innymi sąsiady swymi, przyczem i są- 
siedzi p. Bachowskiego wyżej mianowani byli. Tam przy- 
wieść do prawa kazano tego to złoczyńcę i pytano go, 
jeźli się zna do tego, który się przyznał, a gdy go pytano 
z czyjej naprawy, począł rzeczą mylić, nie chciał tak przy- 
znać, jako pierwej, ale powiadał, że jego ojciec mego ojca 



CHŁOPI 309 

o dąbrowę męczyć dał, gdzie obaczywszy prawo, że nie 
chciał prawdy mówić, podało go znowu mistrzowi w ręce. 
Tamże na próbie dopiero znowu tychże Markowiąt jako 
pierwej do trzeciego razu powołał i ręką ukazał na tego 
właśnie Ławra Markowicza, który z kilku sąsiad swych 
stał tuż przy próbie. A gdy go kat spuścił z męki, znowu 
sobie ten Ławr obwiniony kupił prawo u mistrza, 
żeby go lepiej pytał. Tamże na męce od niego ku- 
pionej toż do trzeciego razu wyznał, powoływając Marko- 
więta. Co bacząc i słysząc prawo, zasiadłszy, tam go do- 
piero na śmierć ogniową skazało i mistrzowi w ręce 
podało. « ') 

Nieprzebraną, godną palmy męczeńskiej była cierph'- 
wość ludu; rzadkie są przykłady otwartego oporu, buntu, 
odwetu. Dopiero w roku 1648 ziemia halicka będzie wido- 
wnią krwawych buntów chłopskich, ale i w nich odegra 
ważniejszą rolę motyw rozbójniczy, opryszkowski, aniżeli za- 
miar społecznego odwetu. W królewszczyznach tylko, gdzie 
chłop trwał przy tradycyi posiadanych niegdyś praw i nie 
oduczył się liczyć na opiekę króla, zdarzały się wypadki 
oporu. Chłopi Woli Tarnawskiej odmawiają w roku 1607 
dzierżawcy Stanisławowi Jaszowskiemu posłuszeństwa i ro- 
bót ; dwaj kmiecie stają na czele gromady i zakazują chło- 
pom: >aby nie byli posłuszni niwczem ani się udawali 
w dworskie posłuszeństwo, gdyż my wszystkiego doka- 
żemy, na cośmy się zawzięli, nawet by nam wszystkim 
znieść się ze wsi pod inszego pana, jeśli nam nie tak 
sprawy pójdą, jako chcemy, a p. Jaszowskiemu już nie 
będziem posłuszni, bo tak będziem dzierżawcę swego ni- 
szczyć i tak długo się prawować, aż nie będzie miał czem 
dołożyć na sprawę i musi się z nami zgodzić, tak jak bę- 
dziemy chcieli.« ^) Chłopi z Oielarowy, Dębna i Sarzyny 



^) Agr. Przemyskie, tom 317 pp. 151—4. 
2) Agr. Przemyskie, tom 323 pp. 801—4. 



400 CHŁOPI 

w starostwie leżajskiem chwytają się także otwartego oporu 
jako ostatecznego środka przeciw nieprawnemu uciskowi 
podstarościch i ekonomów Opalińskiego, a dodaje im otu- 
chy jakiś tajemniczy ksiądz, o którym mówi do nich pod- 
starości Grabiński: >Komuście to uwierzyh', posłowi? Bym 
go był zastał tu w Leżajsku, tedybym go był rozkazał 
rozsiekać i w sztuki rozmiotać po rynku ! Psi by się jego 

: krwi nachleptali ! Ale kmiecie, ciemiężeni niegodziwie przez 

»arendarza« Marcina Kołaczkowskiego, nie ustają mimo 
gróźb w oporze; podczas gdy jedni, jak n. p. Gielaro wia- 
nie, opuścili wsie i pouchodzili do lasów, drudzy jak Dę- 
bianie zajęli groźną postawę, a arendarz Kołaczkowski źah' 
się, że chłopi >> robić nie chcą, po cudzych wsiach do 
karczmy chodzą, kupy ich z rusznicami, nasiekami, kosami, 
pałaszami, oszczepami krążą; folwarki puste, gospodarstwo 
ustało, zboże na polu stoi« i t. d. ^) 

Jak Gielarowianie tak i włościanie z pod Kańczugi 
znajdują obrońcę i przewodnika w księdzu, który jednak 

I nie osłania się tajemnicą. Jest nim ksiądz Kasper Fabrycy, 

! który widząc ucisk, jakiego chłopi doznają od dzierżawcy, 

niejakiego Mietelskiego, powiada im: ^Zdobywacie się na 
co innego a na kij się nie możecie zdobyć; zdobądźcie się 

i na kij; kijem że dobrze Mietelskiego i zabijcie go jako 

psa!v; Jakoż mało co do tego nie przyszło, bo kiedy Mie- 

I telski chłopa, który się na pole spóźnił, począł targać za 

włosy, drugi chłop niejaki Bernat, porwał za lusznię, po- 

1 turbował nią dzierżawcę a uciekającego długo gonił. Pro- 

kopowi Pieniążkowi z Krużlowej, chorążemu ziemi prze- 
myskiej, zdesperowani chłopi wypowiadają posłuszeństwo, 
uzbrajają się w widły, kosy, a nawet strzelby, rzucają się 
na czeladź dworską i samego pana oblegają we dworze.*) 
Włościanie z Synowódzka, Dołłiego i Stynawy w starostwie 



O Agr. Przemyskie, tom 331 p. 1282. 

-) Agr, Przemyskie, tom 338 pp. 748 i passim. 



CHŁOPI 401 

stryjskiem wypowiadają w r. 1607 posłuszeństwo Adamowi 
Stadnickiemu, kasztelanowi kaliskiemu, nie płacą czynszów, 
zaprzestają robót i powinności, podnoszą bunt formalny, 
zabijają dwóch tywunów. Król wysyła na miejsce naj- 
pierw sekretarza swego ks. Stanisława Grochowskiego 
a następnie całą komisyę, na której czele stoi burgrabia 
zamku krakowskiego Jan Skarga, a w której skład wchodzi 
także Fed'ko, wójt podbuski i komornik Samborski, wi- 
docznie nie-szlachcic, z poleceniem, aby zjechawszy na 
grunt, o wszystkiem się dowiedziano, skarg poddanych 
wysłuchano, karanie na morderców tywunów nakazano, 
o roboty i czynsze uznanie zrobiono, pola rozpatrzono, role 
poddanych na łany miarą tameczną przez miernika przy- 
sięgłego pomierzono, roboty i czynsze postanowiono, 
swawolnie do Węgier wyjeżdżających chłopów powstrzy- 
mano. ^) 

Zdarza się niekiedy fakt osobliwy, że zamiast chło- 
pów szlachcic szuka opieki prawa i pozywa swoich pod- 
danych, jak to czyni Mikołaj Wąż, dzierżawca królewskiej 
wsi Smorze w starostwie przemyskiem, który świadczy 
się woźnym przeciw chłopom, iż >oni nie są posłuszni, 
bunty szkodliwe przeciwko niemu czynią i żadnych po- 
winności nie chcą oddawać; a co większa, na dwór jego 
nabiegają, przegróżki na zdrowie jego miotają; gwałtownie 
naszedłszy na dom jego własny chcieli tego Węża zamor- 
dować jako rozbójnicy i tak od tych poddanych nie jest 
bezpieczen zdrowia swego.«^) Na Wołoszkę-hospodarównę 
Annę Mohilankę (Czarnkowską), która w swojem staro- 
stwie mościskiem uciskać pozwala lud prawdziwie po wo- 
łosku, napadają w r. 1649 chłopi z Laszek w jej zamku 
w Mościskach, docierają do jej poufnej komnaty i wśród 
obelg wypowiadają jej posłuszeństwo, ale gorzko za to 
pokutować muszą, bo zesłana na miejsce komisya pod 

O Agr. Przemyskie, tom 323 pp. 433—6. 
2) Agr. Przemyskie, tom 323 p. 42. 

26 









'hi n 



I; 



402 CHŁOPI 



przewodnictwem podczaszego przemyskiego Andrzeja 
Stano, nie mogąc uciszyć zaburzeń łagodniejszemi śród- 
^ kami i jak się wyraża jej dekret: »aby z tych iskier nie 

zrobił się pożar,« skazuje pięciu chłopów na śmierć.*) 

Chłopi z Horożany, Horożanki i Ryczychowa wiodą 
spór zacięty z dzierżawcami jeszcze od roku 1572, w któ- 
rym uzyskali korzystny bardzo dekret króla Zygmunta 
jjjj |i Augusta przeciw Mikołajowi Tarłowi, chorążemu sando- 

mierskiemu. Dekret ten niestety na remonstracyę Tarły 
król zniósł wkrótce, a to z powodu, >że przez poddane 
w niebytności dzierżawcy naszego i bez dostatecznej sprawy 
był otrzymany« — i odtąd chłopi wsi wymienionych w cią- 
,j^i głym są procesie z dzierżawcami. W r. 1625 przychodzi 

'łi'i ' do zajść gwałtownych, wywołanych uciskaniem ludu przez 

JUd i, dzierżawcę Wojciecha Srzedzińskiego. Chłopi zgromadzi- 

T wszy się u jednego z kmieci horożańskich, Pawła, *krzyż 

z cerkwi wziąwszy na onym przysięgli, hasło przysięgi 
swej wydawając: do gardła, do ostatniej koszuli nie od- 
stępować się, a tem bardziej w konjuracyi swojej serca 
swoje umacniając, przydawali: »By nam i do kozaków 
wszystkim iść na Ukrainę, gdzie nad tymi, przeciwko któ- 
rym się konspirujem, mścić się będziem!« Zmyśliwszy sobie 
punkta, skargę i protestacyę — żali się Srzedziński — sub- 
ordynowawszy do niej woźnego i dwóch Kulczyckicli, 
jakoby szlachtę a rzeczą samą krawców i chłopów, na 
pana szczypiące honor jego pisma po grodach pozanosih', 
częstemi pogróżkami tak jemu jak czeladzi wszystkiej odpo- 
wiedzieli, a napomnieni do powinności, skupiwszy się gwał- 
tem w dwór weszli i namiestnika pana swego słowy gru- 
bemi zelżyli. Zrzuciwszy sumę niemałą, do króla Jego 
Mości powtórnie posły wyprawili, odpowiadając: że my 
nad dwa dnie robić ani cłicemy ani będziemy, jeno według 
glejtu króla Jego Mości, który to glejt przyszedłszy do 

^) Agr. Przemyskie, tom 367 p. 1308 i tom 370 
p. 2401. 



CHŁOPI 403 

dwora, na stole z wielkiemi furyami i pogróżkami porzu- 
cili. ^^ Komisya złożona z ks. Łukasza Kalińskiego, kano- 
nika lwowskiego, Remigiana Zaleskiego, podstarościego 
grodzkiego, i Pawła Głębockiego, który się zwał rewizo- 
rem deputowanym od króla, zjechała na miejsce. Głębocki 
kazał zwołać gromadę, a ^v/z\ąyi/szy literas salvi conducłus 
Jego Kr. Mości świeżo chłopom dane, czytał i na każdy 
punkt przyganę dawał władzy i prawu króla. Potem rzekł 
pomieniony p. rewizor: >Panie Srzedziński, czyń egzekucyę 
sobie z tych chłopów, ja wam podaję moc, bom ja przy- 
siągł na czynienie egzekucyi Jego Król. Mości. ^ Egzekucya 
skończyła się na tem, że chłop Paweł, u którego odbyła 
się pierwsza schadzka chłopów horożańskich, został zabity 
przez czeladź dzierżawcy, a chłop inny Iwan Tolsko, po- 
bił znowu dzierżawcę. Nastąpiły ponowne dochodzenia 
z polecenia króla, a skończyło się na tem, że dekret kró- 
lewski skazał na śmierć ^Andruszka popadi zięcia, co po 
krzyż do cerkwi chodził, i Iwana Tolskę, co się siepał 
z dzierżawcą.^: ^) 

Sroższy los spotkał w r. 1622 wieś Hrebenne w sta- 
rostwie Iwowskiem, która została doszczętnie zniesiona. 
W aktach nie znaleźliśmy żadnych szczegółów o wypad- 
kach, które wywołały katastrofę, z mandatu królewskiego 
do starosty lwowskiego Bonifacego Mniszcha wypływa 
jednak jasno, że we wsi tej przyszło do buntu i krwa- 
wych czynów. »Acz nam nie jest tajny ex ces — czytamy 
w mandacie — który poddani ze wsi Hrebenne przez 
złość swoją popełnili, jednak iż już godne tego swego 
występku, niektórzy na gardle, niektórzy przez ciężkie 
więzienie a prawie wszyscy przez zniesienie chudob, do- 
mów i dostatków swych, karanie odnieśli, dlatego rozu- 
miemy, że już w tej mierze (choć to żal i strata powin- 
nych trudno i najsroższem karaniem nagrodzona być może) 

O Agr. Lwowskie, tom 377 pp. 30—33, 129, 360, 
761—767. 

2G* 



404 CHŁOPI 

dosyć się stało sprawiedliwości, zaczem życząc tego, aby 
wieś ta znowu osieść mogła, która nie bez wielkiej straty 
Rzeczypospolitej za wyuzdaną złością ludzi swawolnych 
jest zniesiona, chcemy to mieć koniecznie, aby ci poddani, 
którzy jeszcze w więzieniu miejskiem Iwowskiem są za- 
trzymani, oswobodzeni i wypuszczeni byli.«^) 

Wielki bunt chłopski, który w roku 1648 sroźył się 
wśród pożogi, rozlewu krwi i strasznych okrucieństw 
przez trzy miesiące, od października do grudnia, w ziemi 
halickiej, nie należy już może do właściwego zakresu 
niniejszej pracy, wiąże się jednak tak ściśle i organicznie 
niejako z społecznemi i obyczajowemi stosunkami, które 
naszkicowaliśmy w poprzednich rozdziałach, że pominąć 
go nie możemy. Nie można tego ruchu uważać za nagły, 
elementarny wybuch tłumionej uciskiem jednej społecznej 
warstwy, za odwet i zemstę ludu wiejskiego, i nie masz 
między nim a rewolucyą chłopską w Niższej i Wyższej 
Austryi z lat 1594—7 żadnej analogji. Nie wybuchł on, że 
tak powiemy: samorodną siłą i z lokalnej inicyatywy — 
rozgorzał od żagwi rzuconej z obozów kozackich Chmielni- 
ckiego a miał podkład na poły socyalistyczny na poły 
rozbójniczy. Znalazł grunt podatny w ludzie wiejskim 
i z niego wziął swoją siłę, ale mimo to nie był ruchem 
na wskroś chłopskim. Już sam fakt, że w buncie wzięli 
bardzo wybitny udział miasta jak Kałusz, Rohatyn, Tłumacz, 
Jazłowiec, że odegrała w nim smutną rolę znaczna część 
drobnej szlachty halickiej, bo na czele band chłopskich 
spotykamy Krechowieckich, Hołyńskich, Uhernickićh, Źura- 
kowskich, Berezowskich, Kniehinickich, Drohomireckich, Jaz- 
wińskich, Orabowieckich, Tatomirów, Witwickich, a nawet 
i Ormian jazłowieckich, że jednym z hersztów buntu był 
administrator włości zabłotowskich szlachcic Zołczyński 
a jednym z najgłówniejszych podżegaczy szlachcic Woj- 

^) Agr. Lwowskie, tom 375 p. 1537. 




'o? 






te 



«*P" 


c 


1 


Ł" 




•M 


? 


» 


, J 


>o 


> 


13 


X 


JD 




O 


, 


J2 


> 


U 


X 


c 




oi 


N 


a 


N 


7) 


"O 


a 


>% 


(/> 


•N 


» 




N 


>> 




U 




</i 




O 




O. 




'5, 




o 




•*«■ 




x: 




U 




H 




■^ 




ti 




LU 





406 CHŁOPI 

ciech Rokicki, ścięty następnie w Haliczu — już ten sam 
fakt świadczy, że ruch ten wywołany buntem Chmielni- 
ckiego, podsycany przez jego agentów, miał charakter 
ogólnie anarchistyczny z silną przymieszką wyznaniową, 
która objawiła się w gorącym udziale popów ruskich. 
Stało ich kilkudziesięciu na czele band chłopskich, a między 
nimi odznaczyli się srogością pop Korytko »pułkownik,« 
pop z Grabówki, )>setnik nuncupatuSy^^ pop z Podhajczyk, 
nazwany w aktach Iwan pńncipalis; pop Babiński i pop 
Uhrynowski, który był jednym z naczelnych hersztów 
chłopstwa z Kałuszczyzny; popi z Pójła, z Grabowa, z Do- 
liny, Żukowa, Strusowa, Jezierzan i t. p. 

Najwybitniejszą postacią w tym buncie był znany 
nam już llinat Wysoczan z Wiktorówki, Chmielnicki ha- 
lickiej ziemi, dux priniarius, jak go nazywają akta. Zebrał 
on pod swoją komendę około 15.000 chłopstwa, założył 
główną kwaterę w Otynji, a szlachcic Łeś Żurakowski 
był jego głównym adjutantem i szefem sztabu. Wysoczan 
oblegał zamek Kuropatwów Pniów, dokąd się schroniła 
była okoliczna szlachta, nie zdobył go jednak. Więcej miały 
powodzenia inne bandy, oblegające mniejsze zamki i za- 
meczki, zdobyły one Roźniatów, Zabłotów, Perehińsk, Pa- 
łahicze, Bołszowce Kazanowskich i Łuczę Jabłonowskich. 
Najgłówniejszego kontygentu dostarczyło bandom chłop- 
stwo starostwa kałuskiego i dolińskiego, największą zażar- 
tością odznaczyli się mieszczanie kałuscy i rohatyńscy. 
Mordowano, palono i rabowano; nie przepuszczano i ko- 
ściołom i grobom. Padł wówczas ofiarą barbarzyńskiej 
wściekłości bogaty bardzo w aparaty i srebra kościół 
rohatyński; mieszczanie tamtejsi zrabowali zeń kielichy, 
krzyże, monstrancye, ornaty, kosztowne szpalery, obicia 
i kobierce, rozmietli znaczną bibliotekę, roztłukli organy, 
»lackie dudki,« i pastwili się nad wszystkiem, co tylko było 
w świątyni, niszcząc, co się zabrać nie dało. Mieszczanie 
dolińscy, posiłkowani chłopstwem i oddziałem kozaków. 



CHŁOPI 407 

zdobywszy szturmem zamek bukaczowiecki, złupiwszy go 
z kosztowności, srebra, klejnotów, i wypiwszy do dna całą 
piwnicę Kazanowskich, wtargnęli do kościoła, dobyli z gro- 
bowca trumny, poobdzierali z szat zwłoki i poobdzierane 
powyrzucali w błoto. 

Wszędzie dopuszczały się bandy morderstw i okru- 
cieństw. Cliłopi z Pójła, Siwki, Kamienny pod wodzą popa 
zamordowali w Siwce właścicielkę tej wsi Rzymowską, 
cłiłopi z Dołłiego i Berłołiów szlacliciance Zwierzctiowickie] 
i sędzinie Kurowskiej w Turzyłowie uwiązali kamień do 
szyji i rzucili w rzekę Łomnę. Ciż sami cliłopi wraz z cłiło- 
pami z kilkunastu innych wsi, z kilku popami na czele, 
w liczbie 3000, >z działki, łiakownicami, kobyłami i t p. 
obyczajem pogańskim, idąc za przykładem łotra Cłimiel- 
nickiego,« mordowali dzieci i bezbronne kobiety, piekąc 
niektóre żywcem na ogniu, zdobyli i złupili zameczek roż- 
niatowski, napadli na Babin, tam pojmali szlachcica Roż- 
niatowskiego i prowadzili z sobą do Kałusza, > wszystkich 
łotrów, hultajów i buntowników stolicy,« ale po drodze 
w okrutny sposób go zamordowali. Chłopi z Kopanki, 
Jasienia, Łukwi, Niebyłowa, Krasnego, Uhrynowa, Podmi- 
chala. Spasa i t. d. pod wodzą swego herszta Korzenia 
kniazia napadli miasto Dolinę, zrabowali domy mieszczan, 
pokatowali z nich wielu, uderzyli następnie na zameczek 
w Suchodole, zrabowali znaczną gotówkę i w okrutny 
sposób zamordowali 46 żydów, którzy uciekłszy z Do- 
liny szukali tam schronienia. Trudno przytaczać wszystkie 
czyny zbójeckie tych band, wszystkie morderstwa popeł- 
nione przez nie z najdzikszem niekiedy okrucieństwem — 
tom aktów grodzkich halickich z tego roku niemal w po- 
łowie zapełniony jest ich opisami. *) 



^) Agr. Halickie, tom 141 pp. 1127—1873 pssm, tom 
142 pp. 74—503, tom 143 pp. 1590—93, i Agr. Przemy- 
skie, tom 376 pp. 588—602, 745, 749. 



408 CHŁOPI 

Krwawy był też i odwet. Szlachta halicka uchwaliła 
na sejmiku wystawić mały korpus zbrojny, y>praesidiumy 
którego ma być 500 człowieka, t. j. husarzów 100, koza- 
ków 300, piechoty z ognistą strzelbą 100. Panowie rotmi- 
strze mają tylko szlachtę dobrą pod te chorągwie zaciągać 
a w konnych żadnego cudzoziemca, jako Wołoszyna, Czer- 
kasa a multo minus kozaka, zaś w pieszych żadnego 
Rusina.^ Regimentarzem zamianowała szlachta wojewodę 
podolskiego Stanisława Potockiego ; kozackim chorągwiom 
rotmistrzowali drugi Potocki, starosta halicki, chorąży po- 
dolski Cetner i Kuropatwa. Wkrótce potem uchwaliła 
szlachta ponownie zaciągnąć dla własnej potrzeby, »nie 
wysyłając do obozu,<^ 900 ludzi, nad którymi regimentar- 
stwo objął znowu Stanisław Potocki, a rotmistrzowstwa 
Alexander Bydłowski, Łukasz Wróblewski, Stanisław No- 
wosielecki, Kasper Ostrowski i Alexander Gruszecki. Wobec 
tak groźnego niebezpieczeństwa zdobyto się z ciężkiem 
sercem na uchwałę, że niczyje dobra nie będą uwolnione 
od stacyj żołnierza, z wyjątkiem hetmana w. kor. Mikołaja 
Potockiego, który był już w niewoli, Ludwika Wyżgi, który 
ad extremam sortem podupadł majątkowo z powodu bun- 
tów chłopstwa, i Rzeczkowskiego, który właśnie co do- 
piero z niewoli był powrócił. Na pokrycie kosztów tego 
wojska uchwalono czworo podymnego. *) 

Powiatowe chorągwie poczęły się srożyć nad zbun- 
towanem chłopstwem. Osobliwie rotmistrze Nowosielc- 
cki i Ostrowski odznaczyli się w ściganiu i doraźnem 
karaniu buntowników. W samej wsi Łysej dwudziestu 
chłopów rozstrzelano lub ścięto; na mieszczanach zabłotow- 
skich wywarto krwawą pomstę: trzydziestu z nich dało 
głowę pod topór kata; w łianuszowcach padło w dora- 
źnej egzekucyi kilkudziesięciu chłopów, wieś Błudniki do- 
szczętnie zniszczono; miasto Śniatyn padło prawie całe 



^) Agr. Halickie, tom 141 pp. 1181 i dalsze. 



CHŁOPI 409 

ofiarą odwetu, 300 mieszczan uciekło wtedy do Wołoch 
przed mieczem, a żołnierze domy ich spalili. ^) Uwagi go- 
dna rzecz, że drobna szlachta chodaczkowa i zagonowa 
podzieliła się na dwa obozy; podczas gdy jedną część 
widzieliśmy w szeregach lub na czele zbuntowanego chłop- 
stwa, druga równie znaczna a może znaczniejsza zaciągnęła 
się pod chorągwie powiatowe. Rota Zagwoyskiego, która 
przyczyniła się dzielnie do poskromienia buntu, składała 
się z tych samych Drohomireckich, Żurakowskich, Bere- 
zowskich, Orabowieckich, Hołyńskich, Witwickich, których 
współherbowi imiennicy stanęli po stronie takich hersztów, 
jak Wysoczan lub pop Korytko. Anarchiczna część drobnej 
szlachty, o ile nie padła pod szablą żołnierzy powiatowych, 
odpokutowała później gorzko swoją winę. Spada na nią 
odwet w formie kaduków, traci nietylko cześć szlachecką 
ale i mienie, które przechodzi na własność rotmistrzów 
i żołnierzy powiatowych. Takie kaduki wyrabia sobie głó- 
wnie jeden z rotmistrzów, Kasper Ostrowski, któremu 
król przyznaje majętności kilku Tatomirów w Isakach, 
kilku Uhernickich, Orabowieckich i Berezowskich. 

Szczęśliwszą była ziemia przemyska. Mimo iż zagon 
kozacko-tatarski uderzył w r. 1648 o same mury Przemy- 
śla, nie przyszło do znaczniejszych wybuchów anarchicz- 
nych między ludem wiejskim, a drobna szlachta nie po- 
dawała mu nigdzie ręki do buntu, jak w ziemi halickiej. 
Nie poszły też za przykładem Kałusza, Rohatyna, Jazłowca 
miasteczka ziemi przemyskiej ; wyjątek stanowili tylko ruscy 
mieszkańcy Dobromila i Drohobycza. Mieszczanie droho- 
byccy przez wysłańców swoich potajemnie znieśli się z ko- 
zakami, obiecując im bogaty łup z mieszczan katolickich 
i żydów. Dla wszelkiego bezpieczeństwa i aby sami nie 
padli ofiarą pomyłki lub chciwości kozackiej, zdrajcy ci 
wszystkie swoje kosztowności przenieśli do cerkwi św. 

') Ibidem, pp. 1241, 1297, 1381, 1451, 1609. 

27 



410 CHŁOPI 

Trójcy, ale oto, nim jeszcze przyszli Kozacy, dotkliwa 
ich spotkała kara, pop bowiem tej cerkwi skradł cały de- 
pozyt i uciekł. Kozacy wpadłszy do . Drołiobycza, splądro- 
wali do szczętu miasto. Nie skończyło się na tem, bo ruscy 
mieszczanie pod wodzą rajcy Wasyla Łankowicza podnie- 
cili do buntu lud okoliczny i na czele 2000 cłiłopstwa 
wyprawiali rzeź między ludnością nieszczęśliwego miasta; 
120 żydów padło pod nożami rozbestwionej tłuszczy.^) 
Taki sam los spotkał miasteczka Radymno i Mości- 
ska. Ruscy mieszczanie Dobromila połączywszy się z chłop- 
stwem z Arłamowa i kilku wsi sąsiednich pod wodzą nie- 
jakiego Pińczowskiego napadali na dwory, i mało brakło, 
aby nie padł ich ofiarą późniejszy znakomity pisarz i sta- 
tysta, jedna z chlub literatury polskiej, Andrzej Maxymih'an 
Fredro, którego oblegali przez cały dzień w Arłamowie, 
wołając: Wychody jeno Lachu, budem tia na pal wbyjaty! 
Fredro obronił się jednak a przygodę swoją opowiedział 
w zaniesionej przed grodem protestacyi.^) Dopuszczali się 
napadów na dwory, rabunków i mordów chłopi z Ban- 
kowej Wiszni, Chotyńca, Wyszatycz, Starzawy, Łodzinki, 
Koziejówki, Miękisza, Lutowisk — ale ruch nie przybrał 
szerszych rozmiarów dzięki wczesnej organizacyi powia- 
towych chorągwi. Natomiast w ziemi lwowskiej, zalanej 
w jesieni r. 1648 kozactwem i Tatarami, pożar buntu sro- 
żył się gwałtownie i zostawił po sobie straszliwe spusto- 
szenie. Nawet po odejściu Kozaków i hordy tatarskiej 
chłopi palili i plądrowali dwory, napadali na powraca- 
jące do swych spustoszonych siedzib rodziny i dopu- 
szczali się na nich mordów i rabunków. Odzie chłop nie 
łączył się z bandami kozackiemi lub stawił nawet opór 
łupieżczym zagonom, tam padał sam ofiarą chciwości i krwa- 



') Agr. Przemyskie, tom 376 pp. 301 — 3 i Agr. 
Lwowskie tom 399 p. 961. 

-) Agr. Sanockie, tom 163 pp. 1175—80. 



CHŁOPI 411 

wego ich okrucieństwa. Akta przekazują nam wiadomość 
o wielu takich wypadkach, a co się dziać musiało w tej 
nieszczęsnej porze, o tern daje aż nadto dostateczne wy- 
obrażenie tylko sama jedna manifestacya Andrzeja Staną, 
podczaszego ziemi lwowskiej, który podaje następujące 
daty o zniszczeniu siół swoich: Stada dworskiego sztuk 
113 zabrano; chałup w Pohorcach 44 spalono; koni 
chłopskich w Pohorcach 284, w Podolcu 80, w Tuligło- 
wach 150, w Hołodówce 100, w Koniuszkach 113, w Su- 
sułowie 134 wzięto. Poddanych w Pohorcach 47 zabrano, 
25 ścięto, w Podolcu 37 wzięto a 13 ścięto, w Tuligło- 
wach 11 wzięto a 16 ścięto, w Koniuszkach wszystkich 
zginęło 83 chłopów, w Susułowie 47. Poddanych pozosta- 
łych na gumnach, odzieżach, pasiekach, dobytku wszela- 
kiem i sprzętach domowych w niwec obrócono.<^) 

Szlachty zniszczonej już buntem doniszczyły do re- 
szty chorągwie powiatowe. Pustoszenie siół przez chorą- 
gwie, odzieranie spokojnych nawet chłopów stacyami żoł- 
nierskiemi, o których wiemy, jak były ciężkie i prawie 
łupieżcze, było zarazem ruiną właścicieli dóbr i dzierżaw- 
ców, dla których chłop był głównem źródłem dochodów, 
podwaliną egzystencyi, bo najcenniejszym inwentarzem. 
Posypały się też wkrótce protestacye i pozwy przeciw rot- 
mistrzom z sążnistemi wykazami szkód poczynionych chło- 
pom — mizerny, pieniacki epilog społecznego dramatu. 



KONIEC TOMU PIERWSZEGO. 



') Agr. Lwowskie, tom 399 p. 358—9. 



■•)» 



.■I 



i 



' IH 



T7.~._.> .■•■ ■■• ill lUI IMU III llll III 



»""»i[illll||i|