(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Przeglad Filozoficzny, Volume 23"

This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project 
to make the world's books discoverable online. 

It has survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one that was never subject 
to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books 
are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to discover. 

Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 
publisher to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying. 

We also ask that you: 

+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for 
personal, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's Information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers 
discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web 



at |http : //books . google . com/ 



*B S b51 




Digitized by 



Google 





Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google 



i 



Digitized by 



Google 



PRZEGLĄD FILOZOFICZNY 

założony przez Wł. Weryh^. 

Wychodzi pod redakcją Warszawsldego Instytutu filozoficznego. 
Rocznik 23 (1920). 



KSIĘGA PAMIĄTKOWA 

KU UCZCZENIU 

DWUDZIESTOPIĘCIOLETNIEJ DZIAŁALNOŚCI NAUCZYCIELSKIEJ 
NA KATEDRZE FŁOZOFJI W UNIWERSYTECIE LWOWSKIM 

KAZIMIERZA TWARDOWSKIEGO 

WYDANA STARANIEM UCZNIÓW 



z ZASIŁKU MINISTERSTWA W. R. i O. R, ORAZ Z ZAPOMOGI KASY 
IM. DRA J. MIANOWSKIEGO. 



LWÓW — 1921. 
Adres Redakcji i Administracji : Warszawa, ul. Hoża 74. — Filja Redakcji we Lwowie : 

ul. Mikołaja 4. 
ZAKŁADY PRZEM.-DRUKARSKIR .PRASA* — WE LWOWI ?, UL. SOKOŁA 4. 



Digitized by 



Google 



TREŚĆ ROCZNIKA 23-00 PRZEGLĄDU FILOZOFICZNEGO : 

WŁ. WITWICKI: Kazunhrz Ttifonlomki . . • , IX 

K. AJDUiaBWICZ: Ckoji wzg^dny i heŁwzgl^y . . 1 
H. BAD: O kwestjię aotentyćznolci ddd«rac]i KohU z dttia 29. m«ja 

IdOl p, t Do pubłicfcne] wiadomości • . . • . , : \ 19 
5. EULACHOWSKl : O psychiecnych szeregach jakościowych w dsiedzi* 

nie wraień' zmysłowych . . • . . , . . ^ ^ » . 44 

M. BOROWSKI: Co to jeat pniedmiot • , . •. . • . . 55 

T. CZEiOWŚia; O nidfctórydi atogunkach l^cznybh . . . ... 87 

D. GROMSKA: Breniiaiiowaka argumentacja w prawie. prtedi^iotu po- 
wiedzeń egzysjbenćjaliiych . « r« . . -» . 96 
S. IGEL: W sprawie nauki o z)awiskach zmysłowych uwag kiOca • . . 110 
ST. KACZOROWSKI: O niektórych waniftikach stosowaUiośći ihdukcii 

matematycznej \. .. . • . . . . , . « , 127 

J. KLEINER: Z zagadnień hergs<Huzmu i romantyzmu . - « / . 140 

T. KOTARBIŃSKI^ Sprawa istnieióa przedmiotdw idealnych v ; . . 149 

Z. ŁEMPICKI: W sprawie uzasadnienia poetyki czyst^ • • r . , . |7l 

J. ŁUKASIEWlCZi Logika dwuwartoicąowa . . ....'. . lS9 

B. NAWROCZYŃS^: Przednuot; t. zw. uczuć wiedzy a zaga<huenie ja- 

• kości sąd4w . . . ..... . . , ... . '. ,' 206 

FR SMOLKA: Krytyka Rnasettowikiej zasady bl^^o koła . . 227 
K. SOŚNICKI: hidokcia mateinatyczna . . . \ . ^ .' . . .245 

WC. SZUMOWSKI: Filozof|a medycyny jako przedmiot uniwersytecki 27B 

WŁ. TATARKlEWICZt Porząddc dóhr. Stadfum z Pascala . . . ; 295 

M. TOETER ; Zadania { przednuot estetyki Szkic programu badaA . 319 

WŁ. WrrWICKI: z fragmentów HeraklSta : . . .... . . S25 

2i ZAWIRSKI: Refl^je filozoficzne nad teorfą^ wzgHdności . . . S43 



ROCZNIK TEN REDAGOWAŁA 

(z ramienia Wamkawskiego Instytutu filozoftezii^ orftż Komiteto uezńiów 
Prof. Twardowskiego) 

DR. DANIELA GROMSKA. 



Digitized by 



y Google 



TREŚĆ ROCZNIKA 23-GO PRZEGLĄDU FILOZOFICZNEGO: 

Str. 

WŁ. WnWICKI: Kazimierz Twardowski IX 

K. AJDUiGEWICZ : Czas względny i bezwzgMny 1 

H. BAD: O Icwestję autentyczności deklaracji Kanta z dnia 29. maja 

1801 p. t. Do publicznej wiadomości . 19 

S. BLACHO WSKI : O psychicznych szeregach jakościowych w dziedzi- 
nie wrażeń zmysłowych 44 

M. BOROWSKI: Co to jest przedmiot^ 55 

T. CZEŻOWSKI: O niektórych stosunkach logicznych 87 

D. GROMSKA : Brentanowska argumentacja w sprawie przedmiotu po- 
wiedzeń egzystencjalnych 98 

S. IGEL: W sprawie liauki o zjawiskach zmysłowych uwag kilka . HO 
ST. KACZOROWSKI: O niektórych warunkach stosowalności indukcji 

matematycznej 127 

J. KLEINER: Z zagadnień bergsonizmu i romantyzmu 140 

T. KOTARBIŃSKI: Sprawa istnienia przedmiotów idealnych . . . 149 

Z. ŁEMPICKI: W sprawie uzasadnienia poetyki czystej . . . ' . . 171 

J. ŁUKASIEWICZ: Logika dwuwartościowa . 189 

B. NAWROCZYNSKI: Przedmiot t. zw. uczuć wiedzy a zagadnienie ja- 
kości sądów . 206 

FR. SMOLKA: Krytyka Russellowskiej zasady błędnego koła . 227 

K. SOŚNICKI: Indukcja matematyczna 245 

WŁ. SZUMOWSKI: Filozof ja medycyny jako przedmiot uniwersytecki 278 

WŁ. TATARKIEWICZ: Porządek dóbr. Studjum z Pascala .... 295 

M. TRETER: Zadania i przedmiot estetyki. Szkic programu badań 319 

WŁ. WrrWICKI: Z fragmentów Heraklite 325 

Z. ZAWIRSKI: Refleksje filozoficzne nad teorją względności . . 343 



ROCZNIK TEN REDAGOWAŁA 

(z ramienia Warszawskiego Instytutu filozoficznego oraz Komitetu uczniów 
Prof. Twardowskiego) 

DR. DANIELA GROMSKA. 



Digitized by 



Google 



Str. 57 w. 2 od dotu 
Str. 156 w. 3 od j^óry 
Str. 161 w. 8 od ^ry 
Str. 164 w. 3 od góry 
Str. 228 w. 11 od góry 
Str. 237 w. 17 od góry 
Str. 240 w. 12 od dołu 



ERRATA. 




Zamiast: 


ma być: 


królewskiego 
pozostaje 
krople 
tem a tern 


królewieckiego 
nie pozostaje 
kropla 
tam a tam 


poj^u 

jest 

poi^jcia-) 


przyj^u 

.jest 

poj^a*** 



Digitized by 



Google 



Kazimierz ^wardows^i. 



Trudno jest żywego człowieka w pełni sił ujmować w ramy 
sylwety. Tembardziej, że jubileusz pracy nauczycielskiej nie jest 
okazją do psycbologicznycb czy filozoficznych studjów. Stąd 
ograniczy się treść tego wstępu do podania kilku dat biogra" 
Hcznycb dla użytku tyci), którzy się kiedyś Twardowskim bliżej 
zajmować będą i do zaznaczenia kilku jego rysów cbaraktery- 
stycznych dla użytku tyci), którzy go nie znają zbliska. 

Dr. Kazimierz Jerzy Adolf ze Skrzypny Ogończyk Twar- 
dowski urodził się 20. października 1866 r, w Wiedniu^ gdzie 
mieszkał ojciec jego, Pius (1828 — 1906), wyższy urzędnik austrjac' 
kiego Ministerstwa Skarbu f ożeniony z p. Malwinąlz Ku^nów 
(l/r. 1844). Wykształcenie średnie otrzymał we wzorowem gimna- 
zjum, połącżonem z pensjonatem dla chłopców ^Tberęsianum'' 
wiedeńsVem, które wycl)owywało synów szlacf^ckicl; rodzin z Mo^ 
narcbji auifrO''Węgierskiej na przyszłych kierowników nowy pań' 
stwowej i wewnętrznego życia w kraju na stanowiskach wyższych 
urzędników i dyplomatów. Kazimierz Twardowski otrzymał w tym 
zakładzie funduszowe miejsce b. galicyjskiego Wydziału Krajo- 
wego, dostał tam za niezwykłe postępy w nauce wr. 1884 medal 
złoty a w r, 1885 zdał w tymże zakładzie z odznaczeniem egza^ 
min dojrzałości. 

W Tberesianum nauczanie stało na najwyższym poziomie 
ówczesnej dydaktyki, siły nauczycielskie i środki naukowe były 
pierwszorzędne, karność wojskowa. Wrodzone zamiłowanie do 
porządku, systematyczności, punktualności, do sprawnej organi" 
zacji musiało się na tle tej szkoły rozwijać i gruntować^ 

Studja uniwersyteckie odbył Twardowski w Wiedniu od r. 
1886 do 1889, słuchając przedewszystkiem wykładów fHozoficz- 
nych Franciszka Brentano, mistrza ^ zw. szkoły austrjackiej. 
Psyćhologja ze stanowiska doświadczalnego to główna spuścizna 
Brentana, który ze studjów teologicznych, z długiego obcowania 



Digitized by 



Google 



■z Arystotelesem i Tomaszem z Akwinu wyniósł precyzją w me- 
todzie pracy naukowej i umiał nią zarażać uczniów, budząc 
równocześnie zmysł do obserwacji i eksperymentu^ którym się 
i sam w zakresie badań nad barwami oddawał Twardowski 
wszedł w bliski, serdeczny stosunek z Brentanem, wziął od niego 
jasność i ścisłość myśli filozoficznej i niecbąć do wszystkiego, 
co jest frazesem lub z frazesem graniczy, cboćby pod nazwą ja- 
kiejś filozof ji figurowało. Obok studjów filozoficznych słuchał 
Twardowski zrazu, przez czas krótki, wykładów l}lstorycznycl)$ 
później zajął się bliżej matematyką i studjkmi przyrodniczemu 
Stąd szerokość boryzontów, stąd łatwość porozumienia się i zdol- 
ność do prowadzenia najróżnorodniejszycl) typów intelektualnych* 
Między uczniami swymi liczy Twardowski lekarzy i matematy- 
ków, eksperymentatorów i analityków. 

Kształcąc się wśród obcych, "'^ był pozbawiony kontaktu 
z Polską, niemal corocznie spędzał wakacje u krewnych w kraju 
a dwukrotnie przebywał czas dłuższy w domu Wojciecha ^r. Dzie- 
duszyckiego w Jezupolu, jako nauczyciel syna jego, Władysława. 
Tu poznał dokładnie dwór polski i nasze zacięcie szlacheckie 
w osobie i w otoczeniu hrabiego Wojciecha* z typu najwybitniej- 
szych i najciekawszych ludzi, jacy nam zostali po wieku XVni 
i czasach nieoświecenia z pierwszej połowy XIX w. Hr. Wojciech, 
poeta i liryk, profesor estetyki w Uniwersytecie lwowskie, poseł 
na Sejm galicyjski i do Rady Państwa, gdzie kikrqwał . stroU' 
nictwem konserwatystów podolskich* umiał w dobrym h^^orze, 
a tego mu nigdy nie brakło, językiem Homera wznosić toasty 
w gronie studentów z wyższych lat Uniwersytu, a kończyć je^ 
bywało^ z ruska motywami z Habelaisa i Brantdme'a; w wolnych 
chwilach, nawet w podróży, w hotelu pisywał powieści egipskie, 
mesjanistyczne pomysły w dziedzinie polityki i socjologji, albo 
kreślił h^storję malarstwa lub filozof ji, zdała od źródeł i pyłu 
bibliotecznego. Źródła miał po wielkiej części w głowie, kpił 
zresztą z wielkiego i z małego świata, a brał za serca h^^o- 
rem, dowcipem, pamięcią, fantazją, niezmiernie lotną i bystrą 
inteligencją, której jednak żadne szranki metody naukowej, żadne 
przykazania formy ścisłej nie regulowały'. Twardowski zbliżył się 
do niego i w tern zbliżeniu nauczył się starszego znajomego 
rozumieć; starszy znajomy nauczał się młodego przyjaciela sza- 
nować. To, z czem się tutaj zetknął, musiało się młodemu Twar- 
dowskiemu przedstawiać wtedy jak strumień nieujęty w umiejętne 
karby, który energję rozprasza na usypywanie interesujących 



Digitized by 



Google 



XI 

mielizn i fantastyczny bieg. Budziła się w nim potrzeba organi" 
zowania, ujmowania żywiołu w fortną, w karby ^ zastosowania 
w życiUt w czynacb ścisłością którą praktykował w rozważaniach 
teoretycznych- 

Ostatnie miesiące pobytu w Jezupolu zużył na napisanie 
rozprawy doktorskiej pod tytułem: Idee und Perception. Eine 
erkenntnistbeoretische Studie aus Descartes, (wydane drukiem 
J892)t a uzyskawszy z początkiem stycznia 7892 zasiłek 
Ministerstwa wyznań i oświaty ^ wyjechał z nim do Lipska, 
gdzie pracował w l^boratorjum psycbologicznem Wundta a na 
półrocze letnie tegoż roku puścił się do Monacbjum, gdzie prze^ 
dewszystkiem słucbcfł wykładów Stumpfa. Autor psycf^ologji tO" 
nów interesował młodego filozofa, który talent i umiłowanie do 
muzyki miał wrodzone, wolne cbwile lubiał spędzać przy forte" 
pianie i nie pomijał żadnej nadarzającej się sposobności, żeby 
swą kulturę muzyczną pogłębić. 

Po powrocie do Wiednia uzyskał w lipcu 1892 promocję na 
doktora filozof ji, po złożeniu egzaminów ścisły cb z filozof ji, filo- 
togji klasycznej, matematyki i fizyki. 

Doskonale przygotowany do pracy naukowej i pełen roz" 
pędu do nauki i nauczania zaczyna się teraz borykać z warun* 
kami zewnętrznemi. Cbcąc utrzymać siebie i rodzinę, którą wcze* 
śnie sobie założyłt bierze posadę w biurze matematycznem Zu" 
kładu ub^pieczeń pierwszego ogólnego towarzystwa urzędników, 
pracuje t^in po całycb dniacb a wstając o wczesnym świcie pi" 
sze pracę: Zur Lebre vom Inbalt und Gegenstand der Vorstel" 
lungen, wydaną drukiem w Wiedniu 1894. Na podstawie tej 
pracy b^bilituje się w lipcu 1894 w Uniwersytecie wiedeńskim 
jako docent prywatny filozof ji i rozpoczyna tam wykłady w roku 
1894/5. Praca w Uniwersytecie wiedeńskim trwa jednak krótko, 
bo już 20. października 1895 zamianowano go nadzwyczajnym 
profesorem filozof ji w Uniwersytecie lwowskim^ - gdzie też 15. 
listopada t895 rozpoczął działalność, którą do dziś uprawia. Sale 
wykładowe zastał prawie puste. Kilku znajomych z Jezupola, 
kilku śmielszycb słucbaczy obcycb zaglądało trocbę z grzecz" 
naści a trocbę przez ciekawość, jak wygląda i jak wykłada 
młody nowy profesor. Zwolna sala się zapełniać zaczęła i nie^ 
długo miejsc w niej brakło, a z czasem wykłady przenieść trzeba 
było poza mury Uniwersytetu, bo żadna z sal Wszecbnicy nie 
mogła pomieścić słucbaczy ^ którzy już wczesnym rankiem spie^ 
szyli obsadzać miejsca. 



Digitized by 



Google 



xn 

Wykłady Twardowskiego cieszą sią zasłużoną populatnością. 
Wykład każdy, opracowany i przygotowany najdokładniej^ po- 
daje określone kwantum pozytywnej wiedzy w formie tak jasnej 
i tak przystępnej, że nie spotyka się prawie takiej, ktćrzyby nie 
wiedzieli po godzinie, czego właściwie profesor ci^iał i co miał 
na myśli a przecież o to ogromnie łatwo, gdy chodzi o tak toz" 
legły zakres tematów tak trudnych, jak tematy nauk filozO" 
ficznyci). Twardowski ma dar nadzwyczajny uprzystępniania naj- 
bardziej zawiłycb spraw i kwestyj, dar, którego bodaj, że nie ' 
przejął po żadnym ze swycb nauczycieli- tylko go ze sobą na 
świat przyniósł. 

Potrafi nietylko bronić własnycb czy cudzycb ieoryj nauko' 
wycb przed forum uczonycb specjalistów, ale potraf i, co znacznie 
trudniej- w prowincjonalnej sali odczytowej^ bez żadnycb frazę" 
sów i w formie powszecbnie zrozumiałej mówić o tem, co to jest 
filozof ja i poco się jej uczymy. Dzięki temu myśl filozoficzna 
w jego słowacb przestaje być skarbem zamkniętym na siedm 
pieczęci a dostępnym tylko dla wtajemniczonych^ promieniuje po- 
między ludzi njyślącycb, daleko poza grono najbliższych i bezpo* 
średnich jej odbiorców. 

Twardowski był we Lwowie potrzebny. Ale nie tylko w Uni- 
wersytecie. Życie zaczęło wymagać jego udziału z tak wielu 
stron, że dziś- rozglądając się w jego działalności, ttudno dojść' 
skąd brał czas i skąd sify czerpał, żeby tak wielu obowiązkom 
odpowiedzieć a spełniać je z taką pedantyczną skrupulatnością, 
jakiej się nigdzie pozbyć nie umiał. Działalność jego poszła 
w trzech głównych kierunkach: naukowym, nauczycielskim i orgu" 
nizatorskim. Nie sposób tu przedstawiać całokształtu tych trzech 
kierunków działalności Twardowskiego; rzecz ta przechodziłaby 
ciasne ramy niniejszego wstępu. Wystarczy suchy i krótki prze' 
gląd dwóch pierwszych' 

Po rozprawie doktorskiej i habilitacyjnej ukazuje* się roz* 
prawka Twardowskiego p. t. Psychologja wobec filozofii i fizjo' 
logji {Lwów 1897) a w roku 1898 wychodzi większa praca 
pod tytułem: „Wyobrażenia i pojęcia". W r. 1900 drukuje się 
w księdze pamiątkowej Uniwersytetu lwowskiego wydanej z okazji 
500 letniego jubileuszu Uniwersytetu krakowskiego rozprawa pod 
tytułem: „O tak zwanych prawdach względnych" $ wydana później 
w przekładzie niemieckim prof. Dra M. Wartenberga w Arcbiv 
fUr systematiscbe Philosophie w r. 1902. Wr. 1901 ukazuje się pod^ 
ręcznik p. t. „Zasadnicze pojęcia dydaktyki i logiki" (Lwów, na^ 



Digitized by 



Google 



kładem Polskiego Tow. pedagogicznego). W r^ 1903 wycł^odzi 
praca Twardowskiego pod tytułem: „Ueber begriffUcbe yorstel" 
lungen^, Beilage zum XVI Ja^resberic^t der pbitos. Oesellsc^aft 
€m der Uniwersitat zu Wien. Leipzig 1903. W r. 1910 rzecz pod 
tytułem: nO filozofii średniowiecznej wykładów sześć'' (Lwów). 
W tym samym roku wychodzi w Warszawie rzecz i „O metodzie 
psyclfologjit przyczynek do metodolog ji porównawczej badań naU' 
kowycl)''. W r, 1911 rozprawa „O czynnościacb i wytworacb — kilka 
uwag z pogranicza psycbologji, gramatyki i logiki* (Odbitka 
z księgi pamiątkowej ku uczczeniu 250-ej rocznicy założenia 
Uniwersytetu Janq Kazimierza, Kraków 1911), W r. 1913 odbitka 
z Encyklopedji wychowawczej pod tytułem: „O psycbologjit jej 
przedmiocie, zadaniacb> metodzie, stosunku do innycb nauk 
i o jej rozwoju" a w r. 1919 w ramacb bibljoteki Macierzy pol- 
skiej rzecz p.t. „O patryjotyźmie" . Prócz tego ogłasza Twardowski 
szereg artykułów i rozpraw naukowych w czasopismach z naj- 
rozmaitszycb dziedzin filozof ji i życia. I tak, w wiedeńskiem cza^ 
sopiśmie ^Przełom" drukuje w r. 1895 artykuły : Monista mistyk. 
Kultura etyczna, Franciszek Brentano a ł)isiorja filozof ji, Filozof ja 
współczesna o nieśmiertelności duszy. Metafizyka duszy. Etyka 
wobec teorji ewolucji, Ernest Kapp,- Fryderyk Nietzsche. W czo" 
sopiśmie Iwowskiem j, Szkoła" ogłasza w r. 1898 rozprawę: 
^W sprawie klasyfikacji zjawisk psycbicznycb", a 1899 „Psycbo" 
logją nauki poglądowej". W czasopiśmie „Iris" we Lwowie w 1898 
zamieszcza rozważania pod tytułem: „Czy człowiek postępuje 
zawsze egoistycznie?". W tygodniku Słowa Polskiego we Lwowie 
drukuje artykuł o Spencerze i Leibnizu, a w „Przeglądzie filo- 
zoficznym" : O idjo' i allogenetycznycb teorjach sądu. Prócz tego 
zamieszcza długi szereg artykułów wstępnyci) w Rucl^u filozo- 
ficznym, który od r. 1911 redaguje. 

Wielką zasługę położył Twardowski około kultury filozo' 
ficznej w Polsce przez wzorowe tłumaczenia z języków obcycb, 
którycb bądźto w zupełności sam dokonał, bądź też, co znacznie 
więcej czasu i nakładu pracy wymaga- redagował je lub wraz 
z kimś z uczniów wydawał 

We wszystkicb większych i mniejszycb pracacb^ naukowych 
Twardowskiego dominuje jako ton zasadniczy dążność do usu" 
nięcia mętów i nieporozumień, jakie za sobą pociąga wieloznacz" 
ność wyrazów i zwrotów, dążność do oparcia konstrukcji poję- 
ciowej na analizie danycb doświadczenia wewnętrznego, Ducb 
Platona i Kartezjusza, na którym niezatarte ślady zostawił empi'- 



Digitized by 



Google 



XIV 

ryzm zachodnio-europejski z nowożytnego okresu filozof ji. Twar^ 
dowski nie jest wyznawcą jednej szkofy filozoficznej, ani jednego 
systemu. Umysły jak na to, zbyt szeroki i zbyt krytyczny. . O ile 
mu się teza jakaś oczywistą wydaje, przyjmuje ją bez wzglądu 
na to, skąd przyszła; jeśli nieuzasadnioną i niejasną, odrzuca, 
nie troszcząc sią o jej pocf^zenie. I bodaj że niema innej 
drop przed filozofem, któryby prawdy szukał a nie okrągłości 
czy oryginalności systemu. Twardowski pierwszy wykładał w Pol- 
sce o dąźnościacff reformatorskich na polu logiki formalnej; 
pierwszy wskazywał matematyczny kierunek badań na tem polu; 
sam jednak nie zerwał z żywym językiem, którym się żywa myśl 
wyraża. Pierwszy założył w Polsce laboratorjum psychologiczne, 
ale ani na moment nie zamienił opisu i analizy danych doświad- 
czenia wewnętrznego na statystykę reakcyj fizjologicznych- 

Nie wszystko, co Twardowski powiedział we filozof ji pol- 
skiej, weskło w jego pisma., Chcąc wziąć od niego to, co daje, 
trzeba go poznać i obcować z nim, a tego nigdy nie skąpi mło- 
dzieży, trzeba słuchać jego wykładów i ćwiczeń uniwersyteckich 
oraz odczytów publicznych, wygłaszanych bądź to w towarzy^ 
stwach naukowych, bądź to w salach publicznych' Tam mówił 
o życiu umysłowem człowieka, o pojęciu poczytalności karnej 
w świetle psychologji, o stosunku myśli i mowy, o filozof ji grec^^ 
kiej, o głównych prądach filozoficznych wieku XIX., o historycz- 
nem pojęciu filozof jL Tam podawał krótki zarys] logiki i zarys 
psychologji, rozwijał szerzej psychologję uczuć, pamięci, złudzeń 
wzrokowych, analizował teorje dotyczące stosunku duszy i ciała, 
przedstawiał zasadnicze zagadnienia etyki naukowej, poruszał 
kwestje z zakresu estetyki i pedagogji. Głownem polem jego 
działalności nauczycielskiej był z natury rzeczy Uniwersytet. Tu 
wykłada historję filozof ji, psychologję, logikę, teorję poznania 
i metafizykę, porusza zagadnienia etyczne i estetyczne. Z po- 
czątkiem roku akademickiego 189718 zorganizował pierwsze w 
Polsce seminarjum filozoficzne w dwóch oddziałach* Jednym 
z nich kieruje odtąd stale. Od roku 1900 do 1904 to jest w cza- 
sie, w którym druga katedra filozof ji nie była obsadzona, kie^ 
rował i drugim oddziałem seminarjum, a obok tego prowadzi 
stale ćwiczenia filozoficzne, które początkujących słuchaczy przy- 
gotowują do pracy w seminarjum filozoficznem. W roku 1901 
rozf}oczął prowadzić także ćwiczenia z psychologji eksperymen- 
talnej, które jednak prędko uległy przerwie z jpowodu braku lo- 
kalu i urządzeń. Dzięki staraniom Twardowskiego znalazł się 



Digitized by 



Google 



XV 

w Uniwersytecie lwowskim osobny lokal na seminarjum filozo" 
ficzne, w którym też w r. 7907/8 powstała pracownia psycbolo^ 
giczna, warstat do ćwiczeń i prac z zakresu psychologii ekspe- 
rymentalnej. W roku 1920 przekształca Twardowski pracownią 
w osobny^ rozszerzony zakład psychologiczny, którego kierownic- 
two spoczywa w Jego ręku. 

Zaawansowanych uczniów gromadzi mistrz na tak zwanycl) 
priyatissimacby na którycb wspólnie ze słuchaczami pogłębiał 
Kanta^ przekładał i interpretował pomniejsze pisma Arystotelesa 
i Tomasza z Akwinu, czytał etykę Guyaua. 

Mimo tak szerokiego zakresu wykładów i ćwiczeń, wypadło 
Twardowskiemu pracować w Uniwersytecie jeszcze na innem 
polu. Gdy ówczesny docent prywatny pedagogiki. Dr. Antom 
Danysz, zrzekł się swej venia legendi w Uniwersytecie lwowskim, 
zaczyna Twardowski w r. 7902/3, nie zaniedbując wykładów i ćwi' 
czeń własnycbt wykładać w 3 godzinach tygodniowo jeszcze dy- 
daktykę ogólną na mocy polecenia Ministerstwa a w myśl ucbwałv 
Wydziału filozoficznego. 

Nie poprzestając na działalności nauczycielskiej z katedry, 
w seminarjum, na ćwiczeniach i w pracowni psychologicznej, bierze 
Twardowski od cbwili objęcia katedry stały udział w tygodnio- 
wycb posiedzeniacb Kółka filozoficznego Czytelni akademickiej 
we Lwowie, które w r. 1919 przekształca w konwersałorjum fi' 
lozoficzne młodzieży akademickiej, po przerwie wojennej w jego 
istnieniu j jaka zaszła w r. 1917, W tem kole wypowiadają się 
swobodnie młodzi ludzie bez względu na kierunek swoicb zainte" 
resowań naukowycb* tam uczą się formułować własne myśli 
i krytykować cudze w ramacb swobodnej, żywej dyskusji pod 
kierunkiem profesora. To koło filozoficzne było cnreną pierwszycb 
występów publicznycb i pierwszyćb usiłowań twórczycb wszystkicb 
uczniów Twardowskiego, którzy później objęli samodzielne stano- 
wiska naukowe i nauczycielskie. Duszą tego kółka był zawsze 
Twardowski. Nie opuszczał go nigdy, mimo największego nawału 
przeróżnycb zajęć. Tutaj profesor zarzucał niewód na dusze i na 
intellekty młode. Tu spostrzegał, że się jakiś słucbacz nauk 
przyrodniczycb lub filolog ji zapala do kwesty j psycbologicznycb, 
albo prawnik z pierwszego roku objawia osobliwe talenty deduk- 
cyjne. I nie trwało długo a już obaj próbowali sił na polu fea- 
dań filozoficznycb' Twardowski umiał icb zacbęcić, zająć, zapa^ 
lić, ośmielić i pomóc w łamaniu się z trudnościami, Czasy koła 



Digitized by 



Google 



XVI 

filozoficznego wszystkim uczniom Twardowskiego zostawiły nie- 
zatartą pamięć jakby przebudzenia duct^owego. 

Poza murami Wszechnicy wykładał w latacb 189618 na 
kursacb seminarjalnycb zakładu wychowawczego Marji Bielskiej 
we Lwowie pedagogikę i dydaktykę. Od r. 189619 wykłada w To- 
warzystwie kursów akademickich dla kobiet filozof ję^ w r. 1898 
w kółku naukowem Towarzystwa Bratniej pomocy Politecbniki 
lwowskiej daje kurs psycbologji, w r. 190113 w stowarzyszeniu 
nauczycielek wykłada psycbologją pedagogiczną^ w r. 1903 po* 
daje na wyźszycb kursacb wakacyjnych w Zakopanem filozof ję 
wieku XIX' ego t w r. 1904 na wakacyjnym kursie uniwersyteckim 
w Cieszynie bierze Zasady dydaktyki, w r. 1910 ma w Warszo' 
wie cykl wykładów na zaproszenie Stowarzyszenia nauczyciel- 
skiego i Polskiego Związku nauczycielskiego. Sprawozdania Za- 
rządu Powszecbnycb , wykładów uniwersyteckich, urządzanych 
staraniem Senatu akademickiego Uniwersytetu lwowskiego, wy- 
kazują wielką liczbę kursów i wykładów poszczególnych, które 
Twardowski przez szereg lat wygłaszał zarówno we Lwowie jak 
w wielu miastach na prowincji. Prócz tego, wygłasza szereg 
luźnych odczytów w wiedeńskiem Ognisku i Bibljotece polskiej 
tamże, w Towarzystwie oświaty ludowej we Lwowie i poza Lwo" 
wem, w Czytelni dla kobiet we Lwowie, w lwowskim i stanisła^ 
wowskim Związku naukowo- literackim, w Czytelni naukowej 
w Przemyślu, w Domu polskim w Czemiowcach i na Kursach 
uzupełniających dla nauczycieli szkół średnich* 

Obdarzony niezwykłym zmysłem organizacyjnym, dla któ- 
rego Uniwersytet lwowski duie znalazł pole, bierze chętnie udział 
w licznych zrzeszeniach naukowych i sam zakłada nowe. I tak 
już w r, 1887 współdziała w założeniu wiedeńskiego Towarzy- 
stwa filozoficznego, którego jest członkiem tak wybitnym, że 
powierzają mu tam w latach 1887/9 godność pierwszego wice- 
prezesa. W Towarzystwie tem, ponieważ krótko pracował w Wie" 
dniu, wygłosił tylko trzy odczyty. Pragnąc ująć luźne odruchy 
myśli filozoficznej, którą ita terenie lwowskim rozbudził, w pra- 
widłowe ramy naukowej organizacji^ zakłada w r. 1904 we LwO" 
wie Polskie Towarzystwo filozoficzne, w którem od chwili jego 
powstania piastuje godność przewodniczącego i na którego po- 
siedzeniach naukowych wygłosił kilkanaście odczytów. Nadto 
wygłaszał odczyty naukowe w Towarzystwie filologicznem IwoW" 
skiem, w Polskiem Towarzystwie przyrodników im. Kopernika 
tamże, w Towarzystwie prawniczem we Lwowie, w Polskiej stacji 



Digitized by 



Google 



XVII 

naukowej w Paryżu. W r. 1910 należy do komitetu założycieli 
Towarzystwa pedologicznego we Lwowie i ha pierwazem konsty-* 
tuującem zebraniu Towarzystwa zagaja obrady przemówieniem^ 
streszczającem rozwój rucf^u pedologicznego w Polsce. 

Od r. 1908 do 1920 był członkiem wydziału Towarzystwa 
dla popierania nauki polskiej we Lwowie. W r. 1911 wybiera go 
na członka korespondenta Polska Akademja Umiejętności w Kra^ 
kowie, z końcem tegoż roku obiera go zastępcą przewodniczą^ 
cego Komisja tejże Akademji do badania bistorji filozof ji w Pol" 
sce, w r. 1917 zostaje członkiem warszawskiego Instytutu filo" 
zoficznego, w r. 1919 powołuje go Min. W. R. i O. P. do Ko^ 
misji do badania dziejów wychowania i szkolnictwa w Polsce. 
Z początkiem roku 1920 staje na czele lwowskiego oddziału 
tejże komisji. Z cbwilą przeobrażenia się Towarzystwa dla po" 
pierania nauki polskiej w Towarzystwo naukowe w czerwcu 1922 
zostaje członkiem czynnym tego Towarzystwa. W r. 1919/20 
bierze udział w organizowaniu Związku polskicl} towarzystw nau" 
kowyct ^^ Lwowie, w tymże roku wybiera go Zarząd tegoż 
Związku delegatem do Rady naukowej Kasy im. Mianowskiego 
w Warszawie. 

Pragnąc utrzymać kontakt z nauką europejską, bierze w r. 
1904 udział w zjeździe psychologów eksperymentujących w GieS" 
sen, poczem otrzymawszy urlop i zasiłek rządowy, puszcza się 
w podróż naukową do Grazu, Pragi, Halli, Wiirzburga, Wrocła- 
wia, Lipska", Getyngi, Lipska i Paryża, aby się zapoznać z pO" 
stępami, jakie poczyniły urządzenia pracowni psycbologicznycb^^ 
Zdobyte w czasie tej podróży wiadomości zastosowuje w urzą" 
dzeniu Zakładu psychologicznego we Lwowie. 

W Polsce zaś bierze udział w licznycb zjazdacb naukowycb- 
I tak w r. 1900 wygłasza w Sekcji psychologicznej IX. Zjazdu 
lekarzy i przyrodników polskie- odczyt: ^W sprawie klasyfikacji 
zjawisk psycbicznycb"* W r. 1907 jest gospodarzem Sekcji filo" 
zoficznej X. Zjazdu lekarzy i przyrodników polskie- we Lwowie 
i wygłasza w tej sekcji odczyt: „O idjo- i allogenetycznycb teor- 
jacb sądu. W r. 1909 należy do prezyd/um 1. Zjazdu psycbjct" 
trów, neurologów i psychologów polskie- w Warszawie i wygła^ 
sza na pierwszem zebraniu ogólnęm tego Zjazdu odczyt pod 
tytułem: „O metodzie psycholog ji" . W tymże roku należy do 
przewodniczących Komitetu organizacyjnego 11. Polskiego kon- 
gresu pedagogicznego odbytego we Lwowie 1, i 2. listopada tego 
roku. W 1910 jest na Zjeździe psychologów eksperymentujących 



Digitized by 



Google 



XVIII 

w Innsbrucku, w r. 7971 wygłasza w Sekcji filozoficznej XL 
Zjazdu lekarzy i przyrodników polskict w Krakowie odczyt pod 
tytułem : ^Historyczne pojęcie filozofii". 

Pragnąc przyczynić sią do szerzenia drukiem myśli filozoficznej 
w Polsce, obejmuje z chwilą powstania warszawskiego ^Przeglądu 
filozoficznego" w r. 7897 lwowskie przedstawicielstwo Redakcji 
tego pisma i zostaje w trwałem, serdecznem porozumieniu ze 
ś, p. Wł. Weryf^ą, zasila Przegląd pracami i recenzjami swojemi 
i swoicb uczniów, wcł^odzi też w skład sądów rozpisanych przez 
Przegląd filozoficzny w latacb 7904, 7907, i 97 7 i 7920 konkur^ 
sów naukowych' Od r. 7899 jest członkiem redakcji wydawnictwa 
„Wiedza i życie'', któte stworzył Lwowski Związek naukowo^lite" 
racki. Od cb^ili założenia Polskiego Towarzystwa filozoficznego 
(7904) redaguje 'wszystkie wydawnictwa, jakie wycbodzą nakła^ 
dem tego Towarzystwa, W latacb 1905 do 7977 stoi na czele 
komitetu redakcyjnego^ miesięcznika „Muzeum". Od r. 7977 do 
7974 wcbodzi w skład komitetu redakcyjnego wydawanej w War- 
szawie „Neurologji polskiej". W r. 1977 zakłada i odtąd wydaje 
i redaguje miesięcznik „Rucb filozoficzny" (z przerwą wojenną 
od r. 7975 do 7977). 

Trudno ogarnąć zakres wpływów jednostek wybitnycby które 
już z powołania swego działać muszą własnemi wartościami 
psycbicznemi na masy. Tak sią ma rzecz i z Twardowskim. Nie 
można obliczyć, w ilu jednostkacb i w jakim stopniu rozbudził 
krytycyzm i potrzebę jasnego myślenia, tle jednostek wprowadził 
w bezpośredni lub pośredni kontakt z ducbową kulturą Grecji 
i filozof ją Europy Zacbodniej i przez to dał fundament do wolr 
nego od sprzeczności i mętów racjonalnego poglądu na świat 
i życie, ile icb zapalił do badań samodzielnych i we właściwą 
uzbroił metodę albo im przynajmniej dostęp otworzył do rozu- 
mienia i szanowania badań cudzycb, ilu nauczył punktualności, 
ścisłości i porządku w postępowaniu, albo im przynajmniej po- 
szanowanie dla tycb cecb wpoił, ilu młodym ludziom pomógł 
w ciężkiej walce o byt. Sfera jego wpływu wielka, W miastach 
uniwersyteckich ma dziś już szereg uczniów na najrozmaitszych 
katedrach i stanowiskach kierowniczych w kraju, a po najbar- 
dziej nawet zapadłych prowincjach działają w jego duchu dawni 
słuchacze, nauczyciele i nauczycielki szkół średnich i powszech- 
nych' Pracują organizacje, które naprawił albo do życia powO" 
łał. Praca, którą tak hojnie przez ćwierć wieku szafował, nie 



Digitized by 



Google 



XIX 

idzie na marne i na poziomie nauki i oświecenia w Polsce ślad 
jej zostanie łrwafy. 

Objawem oceny, jaką zasługi Twardowskiego znalazły w spo- 
łeczeństwie naszem, są tytuły (honorowe, które go za działalność 
jego spotkały. Od r. 7897 jest członkiem honorowym Czytelni 
Akademickiej we Lwowie^ od r. 1915 członkiem bonorowym To- 
warzystwa akademickiego ^Ognisko" w Wiedniu ^ od r. 1916 
członkiem honorowym T. N, 5. W. we Lwowie i od tśgoź roku 
członkiem (honorowym Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Poznaniu. 
Ale mniejsza o tytuły i bonory. Ludzie tego typu nie dla tytu- 
łów i nie dla moralnych nagród pracują, tylko z potrzeby we- 
wnątrznej. Dziś, kiedy pośrodku drogi jego żywota uczniowie 
oglądają się wstecz, żeby przypomnieć sobie i drugim, co im 
i społeczeństwu Twardowski dał w ciągu swoicb 25 lat pracy 
na katedrze Uniwersytetu lwowskiego, niecb mu to spojrzenie opo- 
wie wdzięczność, miłość i cześć tycb» którym było dane czerpać 
od niego bezpośrednio i niecb 'w będzie pamiątką przebytycb 
trudów w dalszych, oby jak najdłuższycb latacb! 

Władysław WitwickL 



Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google 



KAZIMIERZ AJDUKIEWICZ. 

Czas względny i bezwzględny. 



1. Żywe zainteresowanie, jakie dzięki nowym prądom 
w fizyce obudziło zagadnienie czasu, a zwłaszcza kwestja, czy 
czas jest absolutny, czy tylko względny, skłoniło mnie do zanali- 
zowania różnicy między temi dwoma róźnemi sposobami poj- 
mowania czasu. Rozpatrując tę różnicę, zwrócimy naszą uwagę 
szczególnie na pojęcie współczesności, następstwa czasowego 
i na pojęcie trwania, próbując sprowadzić te pojęcia do pojęć 
innych przez definicję. Nie podamy zaś definicji czasu, lecz 
tylko wskażemy na to, co się rozumie przez czas absolutny 
1 względny. 

Wszelka analiza musi się dokonać na jakimś danym ma- 
terjale. Gdy więc mamy przystąpić do analizy różnicy między 
absolutnym i względnym czasem, musimy analizę tę wyprzedzić 
wskazaniem na pewien tok myśli o czasie i przychwycić nA 
gorącym uczynku oba stanowiska, interpretujące rozmaicie 
rozpatrywane pojęcie czasu. Owym tokiem myśli, na tle 
którego wystąpi badana różnica, będzie roztrząsanie znaczę* 
nia, jakie posiada wyrażenie „równość dwóch okresów czasu''. 

2. Powiadamy zwykle, że dwa okresy czasu są równe, 
jeśli . jeden z nich jest złożony z takiej samej ilości jednostek 
mierniczych czasu n. p. z takiej samej ilości sekund, co i dru^. ^) 

Okres czasu potrzebny do przebycia drogi ze Lwowa do 
Przeworska jest równy okresowi czasu potrzebnemu do prze* 
bycia drogi z Przeworska do Krakowa, to znaczy, że jedna 
zarówno jak i druga przestrzeń wymaga dla swego przebycia 
tej samej ilości sekund. 

Lecz co to jest sekunda? Sekunda jest to — odpowiemy — 
okres czasu, w którym wahadło prosta o długości 99,3961 cnu, 

O Pojęcie równości dwóch okresów czasu rozpatruje H. Poincare 
w książce p. t. Wartość nauki. Rozdział U, Miara czasu, również F. Enri* 
qaes. Problejne der Wissenschaft II. T. str. 345 i nast 

I 



Digitized by 



Google 



— 2 — 

lub też wahadło fizyczne o odpowiednio dobranym stosunku 
momentu bezwładności i momentu kierującego, wykona jedno 
wahnienie tam i z powrotem. Czy jednak zdanie powyższe jest 
definicją? Jeśli tak, to w takim razie okres wahadła sekundo- 
wego musiałby być taki sam na równiku i na biegunie, na 
mrozie i w cieple, w próżni* i w powietrzu. Równe są sobie 
bowiem wszystkie . sekandy w myśl podanej definicji równości 
dwóch okresów czasu, jako okresy, składające się z tej samej 
ilości sekund, a wi^c i pojedyncze sekundy. 

Wnioskowi temu skłonni jednak jesteśmy zaprzeczyć, za- 
równo powołując się na znane wzory fizyczne, jak i ze względu 
na zakorzenione nam poczucie rytmu, które nam zabroni uwa- 
żać okresy wahania wahadła umieszczonego w wodzie i w po- 
wietrzu za równe. Tak więc zarówno mechanika klasyczna jak 
i pospolite poczucie czasu nie pozwalają nam przyjąć wyżej 
podanej odpowiedzi na pytanie, czem jest sekunda, za jedno- 
stkę mierniczą czasu. 

Pospolite poczucie czasu motywowałoby może odrzucenie 
powyższej definicji inaczej niż naukowa mechanika. Powiedzia- 
łoby ono, że okres wahania wahadła o tej a tej długości nie 
może być ex definitione sekundą, bo sekundy wszystkie na- 
prawdę sq równcy natomiast okresy wahań wahadła o takiej 
a takiej długości nie są we wszystkich okolicznościach naprawdę 
równe. Dla tego, kto tę argumentację przeprowadza, jest oczy- 
wistem założenie, że jest jakiś czas naprawdę^ w rzeczywistości, 
i że treści ten czas wypełniające dzielą go na części, które są 
naprawdę równe lub też nie. Zapytany o bliższą determinację 
owej rzeczywistości wzruszyłby zapewne ramioneuni. 

Naukowa mechanika zapytana, dlaczego odrzuca wyżej 
podaną definicję sekundy, odpowiedziałaby zapewne, że niepo- 
dobna przyjąć okresu wahania t. zw. wahadła sekundowego 
za definicję sekundy, bo konsekwencje tej definicji stałyby 
w sprzeczności z inną pierwotniej przyjętą umową określającą 
sekundę. Tak, że według tej innej konwencji^ dwa okresy czasu 
nie byłyby równe, zaś wedle tej konwencji opartej na wahadle 
byłyby równe.^) 

Jako tę inną konwencję czy definicję podaje się -gólóo 

O Rzecz naturałna, że, dodając bliższe warunki, w których rozpatru- 
jemy okres wahania wahadła sekundowego, przez podanie szerokości ^eogrw 
ficznej i t. d. zjrodność dałaby sią osiągnąć. 



Digitized by 



Google 



— 3 — 

część czasu, który upływa pomiędzy dwiema, następującemi po 
sobie bezpośrednio górnem! kulminacjami tej samej gwiazdy 
stałej. Czas upływający między dwiema t^iemi kulminacjami 
uważa się za czas, w którym ziemia wykonsrwa jeden pełny obrót. 
Sekundą więc nazywamy g^^ część czasu pełnego obrotu, 
lub lepiej czas potrzebny do wykonania g^Ą0Q części pełnego 
obrotu dokoła osi.^) Nie wspominam tu o róźhicy między dniem 
resp. sekundą gwiazdową, słoneczną i średnią, ponieważ dla 
naszych rozważań różnice te są obojętne. Pozostańmy przy 
pojęciu dnia i sekundy gwiazdowej określonej jako czas po- 
trzebny na odbycie -g^ioa" części pełnego obrotu ziemL Gdyby 
ziemia nie poruszała się około słońca, lecz tylko dokoła włas- 
nej osi, byłaby nieWątpKwie sekundą używaną w życiu pfak- 
tycznem sekunda gwiazdowa. Przypuśćmy więc, że jednostką 
mierniczą czasu jest sekunda gwiazdowa i że dwa okresy czasu 
ti i tj są równe, jeśli kąt, o który w czasie t| obróci się ziemia 
w stosunku do gwiazd stałych jest taką samą wielokrotnością 
części ftełnego obrotu, jak i kąt, o który się ziemia 



obróci w czasie tj. Innemi słowy dwa odstępy czasu są równe, 
jeśli zawierają tę samą ilość sekund. 

Prosty stąd wniosek, że kąt, o jaki się ziemia obraca 
w jednej sekundzie, jest zawsze ten sam, że wvnosi on Kczbowo 
tyleż, ile stosunek kąta do czasu, w którym został zakreślony, 
czyli że prędkość kątowa ziemi jest liczbą stałą i wynosi -J^ 
Atoli geofizyka twierdzi, że ziemia obraca się w stosunku do 
gwiazd stałych ze zmienną, choć nieznacznie t3riko zmienną 
szybkością kątową. Wymienia tu geofizyka przypływ i odpływ 



^) Taka definicja sekundy, jako g^^^^j^j części czasu obrotu ziemi byłaby 
zasadniczo b^dna, albowiem pojęcie czasu t zakłada pojęcie równości okre* 
sów czasu. -" część czasu t jest to któryś z n okresów czasu spełniających 
warunki Xi -j- Ko -j- . . + Xn = t i Xi — X;) = . . = Xn, Przy mnoieniu 
liczb ab = a'f-a -'-... -pa dodaje się tę samą liczbę b razy. Natomiast 
okresów czasu nie można mnożyć w tern samem znaczeniu, ponieważ nie mo- 
żna dodawać do siebie tejro samego okresu czasu, tylko można dodawać 
równe okresy. Mnożenie, dzielenie i ułamki czasu, mają więc sens przenośny 
i zakładają pojęcie równości. Jeśli zaś budujemy pojęcie równości okresów 
czasu na pojęciu jednostki mierniczej, to nie możemy znowu tego pojęcia 
opierać na pojęciu ułamka czasu implikującego pojęcie równości. — Trudność 
ta da się ominąć, jeżeli zdefinjujemy sekundę jako czas potrzebny do opisa'* 
nia przez ziemię kąta ^^^^ względem gwiazd stałych. 



Digitized by 



Google 



— 4 — 

morza, które na kształt olbrzymiego hamulca opóźniają ruch 
ziemi. 

Stajemy tu wobec takiejże samej trudności, co przy wa- 
hadle. Naiwne, realistyczne stanowisko powie zapewne, że wi- 
docznie i tu źle ujęliśmy równość dwóch okresów czasu, każąc 
}e mierzyć kątem obrotu ziemi, ze nie wszystkie okresy czasu, 
w których ziemia' się obraca o taki sam kąt są naprawdę równe. 
Może ów nieuprzedzony człowiek po chwili refleksji powie, że 
błądzi ten, kto chce podać definicję równych odstępów czasu; 
Definicja bowiem jest rzeczą konwencji, zaś równość d^^óch 
trwań jest faktem, do którego musimy się zbliżyć na drodze 
doświadczenia, wobec którego każda konwencja jest samo- 
zwańczym buntem człowieka wobec majestatu rzeczywistości. 
Można pytać o kryterja równości dwóch trwań, ale nie o de- 
finicję, bo treść pojęcia równości trwań jest z góry przez rze- 
czywistość narzucona. 

Przj^rzyjmy się teraz temu, co skłania fizyków do nieprzy- 
jęcia trwania -gg45o~ części obrotu ziemi za jednostkę mier^ 
niczą czasu, lub też do twierdzenia, że ruch ziemi względem 
gwiazd stałych jest niejednostajny.^) Opóźnienie ziemi wynika 
stąd, że, przyjmując prawa mechaniki Newtonowskiej, docho- 
dzimy, obliczając wiekowe przyśpieszenie kątowe księżyca wzglę- 
dem ziemi, do mniejszej liczby, niż nam podaje obserwacja. Ta 
rozbieżność daje się uzgodnić z prawami Newtona przez przy* 
jęcie, że prędkość ziemi względem gwiazd stałych się 
zmniejsza. Innemi słowy obserwacja daje nam sądy, które, w po^ 
łączeniu z prawami mechaniki pociągają wniosek, że prędkość 
kątowa ziemi się zmniejsza. Do tego samego wniosku prowadzi 
też zasada zachowania energji. 

Jak widzimy nie jest to opóźnienie faktem doświadczal- 
nym, lecz wnioskiem z założenia, że prawa mechaniki Newto- 
nowskiej i zasada zachowania energji są prawdziwe. Widzimy,, 
że fizycy dlatego nie przyjmują sekundy gwiazdowej za dokła- 
dną jednostkę mierniczą czasu, bo taka definicja jednostki 
mierniczej czasu wykraczałaby przeciwko prawom mechaniki 
Newtonowskiej. Muszą tedy prawa mechaniki Newtonowskiej 
prowadzić do innego pojęcia równości dwóch okresów czasu 
niż to, które jest oparte na pojęciu sekundy gwiazdowej. 

1) Por. Poincarć 1. c. str. 32 i nast. według tłumaczenia niemieckiegp^ 
E. Weber. Tcubner, 1910. 



Digitized by 



Google 



— 5 — 

Znajdujemy rzeczywiście definicję równych okresów czasu 
w systemie mechaniki Newtona. Jest nią zasada bezwładności. 
Według njej za równe należy uważać dwa okresy czasu, jeśli 
podczas ich trwania ciało swobodne, t. j. nie poddane działa- 
niu żadnej siły przebyło równe drogi. 

Nie dlatego nie było wolno fizykowi uznać za równe 
dwóch okresów czasu, w których ziemia obróciła się o taki 
sam kąt, że one naprawdę nie są równe, lecz dlatego tylko, 
że nie są one równe ze stanowiska owej naczelnej definicji 
równości okresów czasu, jaką fizyka przyjmuje w zasadzie bez- 
władności.^) 

W zgodności z zasadą bezwładności leży dla fizyka kry- 
terjum rozstrzygające o dopuszczalności jakiejś definicji jed- 
nostki mierniczej czasu. Lecz czy w tym ostatnim sprawdzianie 
nie zejdą się, dotąd różnemi chodzący drogami fizyk i człowiek 
nieteoretjrzujący ? Bo przecież zapytaćby można, co nas skłania 
do przyjęcia zasady bezwładności za prawdziwą? Czy może 
ona właśnie podaje kryterjum równych okresów czasu; może 
ona mówi, po czem ostatecznie poznamy, czy dwa okresy czasu 
są naprawdę równe? Gdyby tak było, to zobaczylibyśmy,, że 
i fizyk przyjmowałby, iż czas dzielą zjawiska na części napra- 
wdę równe, rzeczywiście równe, W takim wypadku zgodziłby 
się fizyk ostatecznie z owym pospolitym człowiekiem, z którym 
dotąd zawsze się nie zgadzał. 

Może jednak fizyk i tu uprze się przy swoim poglądzie, 
że ' zasada bezwładności nie mówi nic o naprawdę równych' 
okresach czasu, lecz jest tylko ową tak długo szukaną definicją 
równości, decydującą dotąd o zarzuceniu innych prób definicji- 

Zdaje się, że Newton nadawał zasadzie bezwładności tamto 
realistyczne znaczenie, jednak wśród dzisiejszych uczonych wię- 
kszość zdaje się przyjmie zasadę bezwładności za konwencję, 
definiującą pojęcie równości dwóch trwań. 

Że zasada bezwładności nie jest sprawozdaniem z do- 
świadczenia, na to dawno zwrócono już uwagę. Pierwszym był 
zdaje się C. Neumann, który 1. c. zwrócił uwagę, że zasada ta 
odniesiona przez Newtona do absolutnej przestrzeni nie może 
być sprawdzona przez doświadczenie, ponieważ przestrzeń abso- 



>) Por. C. Neumann. Ueber die Principten der Galilei Newtonischea 
Theorie. J. Clerk Maxwell. Substanz u. Bewegung, ins Deutsche ibersetzt 
von Dr. E. Fleischl. Braunschweig 1881 str. 35. 



Digitized by 



Google 



— 6 — 

lutna nie jest dana. Inni badacze, wśród nich w pierwszym 
rzezie Mach,^) U Lan;e,^) Streintz^) szukali .układu współ- 
rzędnych^; w którym zasada ta mogłaby zostać sprawdzona, 
czyli t. zw. układu inercjalnego. Inni jak n. p. Johannessohn^) 
zwracają uwagę na to, źe jeśli może być mowa o rudiu jed'*> 
nostajnym prostolinijnym, to ruch ten może być jako taki dany 
tylko w stosunku do innych ciał, których obecność, jak z je- 
dnej strony jest postulowana, tak z drugiej jest wykluczona przez 
założenie, że ciało jest pozostawione samo sobie. W rezultacie 
i ten badacz dochodzi do wniosku, że zasada bezwładności 
jest konwencją. 

We wszystkich tych — znanych mi — argumentacjach 
zapomina się o tern, źe empiryczne sprawdzenie zasady bez- 
władności wymaga rozstrzygnięcia pytania, czy równe drogi 
są przebyte w równych czasach. Rozstrzygnięcie tej kwestji 
możliwem stałoby się wtedy, gdybyśmy mieli przyrząd służący 
do mierzenia czasu, bo na psychologicznem poczuciu, źe czasy 
te wydają się równemi, nie poprzestaniemy. Poczucie to nie może 
nam służyć za podstawę dla definicji pojęcia równych okresów 
czasu, na tej bowiem podstawie nie możnaby wubec subjek- 
tywnych różnic zbudować systemu powszechnie ważnego, chy- 
baby się zgodzono na dyktaturę w tym względzie. Przyrząd 
mierniczy byłby więc konieczny, jakkolwiek i przy używaniu 
przyrządu pozostaje szkopuł ze ścisłem używaniem tegoż. Atoli 
przyrząd taki, któryby nam ściśle, dokładnie mierzył czas, nie 
istnieje do dziś, tem mniej mógł być stosowany przez Galileusza. 
Sprawozdaniem z doświadczenia, ujęciem szeregu doświadczeń 
w ogólne prawo sprawozdawcze, nie można więc nazwać za- 
sady bezwładności. 

Pozostają dwie interpretacje naszej zasady: jedna, przyjąć 
ją za definicję równych okresów czasu, druga, przyjąć ją jako 
hipotezę, mającą opisać rzeczywisty przebieg zdarzeń. Hipoteza 
ta w całej dokładności nie może nigdy doznać sprawdzenia 
wobec braku sposobności mierzenia czasów, musi więc pozo- 
stać jako hipoteza zasadniczo niesprawdzalna fikcją, której nie- 



*) Mach. Mechanik in ihrer Entwickelung. VL Auflage. Leipzig 1908. 
str. 252 i nast. 

2) L. Lange. Die geschichtliche Entwickelung des Bewegungsbegriffes, 
Lcipzig 1886. Phil. St. Bnd. IIL 337. 418. ^ 

*) Streintz. Physikalische Grundlagen der Mechanik. Leipzig 1883. 

^) Johannessohn. Das Beharrungsgesetz. Berlin 1897. 



Digitized by 



Google 



— 7 — 

którzy jak n. p. P. Natorp^) przypisują, zdając sobie sprawę 
z jej niesprawdzalności, charakter zasady „stanowiącej naczelne 
założenie, umożliwiające jedynie teoretyczne przedstawienie ru- 
chów^, a więc umożliwiającej dopiero naukową mechanikę. 

2^trzymaliśmy się nieco dłużej nad zasadą bezwładności. 
Występuje bowiem w jej interpretowaniu raz jeszcze różnica 
w stanowisku fizyka i człowieka naiwnego, lub powiedzmy 
wprost różnica między względnera a bezwzględnem stanowis- 
kiem w sprawie czasu. Kto zasadzie bezwładności nadaje sens 
konwencji, stoi na stanowisku względnem, kto zaś sądzi, że 
treścią zasady bezwładności jest stwierdzenie, że w dwóch na" 
prawdę równych czasach przebiega ciało swobodne równe drogi 
ten stoi na stanowisku bezwzględnem. Twierdzenie prawdziwe 
dzięki takiej a takiej budowie rzeczywistości nie jest, jak chce 
stanowisko względne, tylko definicją. 

3. Sądzę, że powyższy tok myśli usprawiedliwia charakte- 
rystykę stanowiska względnego i bezwzględnego w sprawie 
czasu, jaką obecnie zamierzam podać. 

Myśląc w życiu potocznem o czasie, mamy na myśli pewną 
drogę, wzdłuż której przesuwa się „teraźniejsza rzeczywistość'^ 
drogę, na której stoją znaki sekundowe, podobnie jak na go- 
ścińcu kilometrowe. Równe trwanie mają dwa zdarzenia, jeśli 
między początek i koniec obu przypada taka sama ilość zna- 
ków sekundowych na drodze czasu ustawionych. Czas sam, owa 
droga, jest czemś od zjawisk rożnem i mogą znaki sekundowe być 
znaczone przez zjawiska, lecz z istoty tego objektywnego od 
nas niezależnego czasu wynika, w którem miejscu znak sekun- 
dowy ma zostać umieszczony. 

Naukowe pojęcie czasu nie wymaga wcale ani takiego po- 
zazjawiskowego czasu, ani takich znaków w owym czasie.. 
Równe trwanie mają dwa zjawiska, jeżeli między początek 
i koniec ich przypada taka sama ilość pewnych zjawisk konwen- 
wencjonalnie urzyjętych. Ta myśl przyświeca zdaje się Arysto- 
telesowi gdy mówi: ToOto '{art iz-v^ ó ypoyo^, <i{>',^>no': xtv'/^a£o); xaTd 
zh zfK;xcp<>v xal 3a-£pov (Phys. IV. 11.) Pamiętać należy, że wszelką 
zmianę nazywa Arystoteles ruchem. 

Ów czas, w którym umiejscawia trzeźwy rozum zjawiska 
jest tern, co — jak sądzę — nazywamy czasem absolutnym czyli 
bezwzględnym. Stanowi on jakoby kanwę, na której się zja- 

^) Natorp. Die losfischen Grundlagen der exakten Wissenschaften. 
Leipzig u. Berlin 1910. str. 367. 



Digitized by 



Google 



wiska haftują. Trwanie zjawisk mierzy się w tym czasie niejako 
ilością oczek pokrytych przez to zjawisko. Natomiast przez 
czas nie rozumie nauka pozytywna jakiejś od zjawisk niezależnej 
samodzielnej istoty, nauka nie używa właściwie ;iawet wyrazu 
y,czas"» a jeżeli wyraz ten w nauce występuje, to z domyślnym 
dodatkiem,, czas trwania", lub zamiast słowa „pora", czyli „wspót-^ 
rzędna czasowa^. Współtfzędna czasowa zjawiska A, to liczba 
pewnych zjawisk B, konwencjonalnie przyjętych za wzorowe, 
późniejszych od pewnego zjawiska przyjętego za zerowe, a nie- 
wcześniejszych od zjawiska A. Trwanie zjawiska, to znów 
liczba zjawisk B, późniejszych od początku zjawiska A, a nie** 
wcześniejszych od końca tego zjawiska. Naukowe pojęcie trwa- 
nia i współrzędnej czasowej zakłada jedynie porządek szeregów 
zjawisk i ustosunkowanie porządków tych szeregów. Nie za- 
kłada zaś wcale czasu, jako tła drogi, czy tunelu, przez który 
przesuwa się rzeczywistość. 

Jeżeli czas absolutny przyrównać można było do kanwy, 
na której się rzeczywistość haftuje, to nauka pozytywna kanwy 
tej nie potrzebuje. Dla niej rzeczywistość nie haftuje się na tle 
kanwy, lecz zostaje z samych nici bez tła utkana. Wzór po* 
wstaje nie, na tle, lecz wraz z tłem. Czas w znaczeniu czegoś 
od zjawisk niezależnego dla nauki pozytywnej nie istnieje, jeśli 
coś do czasu absolutnego porównalnego przyjmuje nauka, to 
jest tem czemś porządek zjawisk i ten porządek nazwaćby 
można czasem względnym. Tak definiuje czas James Mili, mó- 
wiąc: uTime is a comprehensive worłd, including all succesions, 
or thc whole"of succesive order". 

Ze stanowiska względnego jest skala czasowa skalą kon- 
wencjonalną, podobnie jak skala temperatur. 

Przyjęcie jednej ze skal temperatur n. p. skali rtęciowej 
pociąga za sobą pewne sformułowanie praw termodynamiki, 
przyjęcie innej skali n. p. skali gazowej wymaga pewnej mo- 
dyfikacji tych praw. Ten sam konwencjonalny charakter posiada 
skala czasowa z relatywnego punktu widzenja. Oto pierwsza 
cecha, odróżniająca relatywny punkt widzenia od absolutnego. 
Konwencjonalizm ten ma pewne granice zakreślone przez su- 
bjektywne poczucie rytmu, granice te jednak są bardzo ob- 
szerne i pozostawiają swobodnej decyzji szerokie pole. *) Przy- 
kład takich różnych skal czasowych podaje Mach^). 

O Enriąues 1. c II. T. str. 357. 

3) Mach. Erkenntniss u. Irrtum. Leipzig 1905 str. 427. 



Digitized by 



Google 



Odmienną od klasycznej konwencję, określającą równość 
dwóch trwań czyli miarę czasu, podaje dzisiejsza teorja wzgflędno- 
ści, która za równe uważa te okresy czasu, w których światło 
przebiegnie taką samą drogę. 

4. Różnica obu stanowisk, względnego i bezwzględnego, 
rzuci się w oczy przy rozważaniu zagadnienia, czy wszystkie 
zjawiska mogą przyśpieszyć' lub zwolnić tempa. Newton, 
który pierwszy rozróżnia czas względny i bezwzględny, mówi 
dla scharakteryzowania tej różnicy : „Tempus absolutum 
a relatiYO distinguitur in astronomia per aequationem temporis 
Yuigi... Possibile est, ut nuUus sit motus aequabilis quo tem- 
pus accurate mensuretur. Accelerari et retardari possunt mo- 
tus omnes, sed fluxus temporis absoluti mutari^nequit''J) Jasną 
jest rzeczą, że- twierdzenie to ze stanowiska względnej miary 
czasu utrzymać się nie da. Gdyby jakieś zjawisko miało 
przyśpieszyć swe tempo, to znaczyłoby to, że ilość zjawisk, 
które za wzorowe jednostki miernicze przyjęto n. p. ilość wa- 
hnień wahadła sekundowego, przypadająca od początku do 
końca zjawiska przyśpieszającego się uległa pomniejszeniu. Ale 
skoro wszystkie zjawiska mają doznać przyśpieszenia, to i wa- 
hanie naszego wahadła. Znaczyłoby ta, że ilość wahnień wa- 
hadła od pierwszego do n-tego stała się mniejszą. Widocznem 
jest jednak, że ta ilość mniejszą się stać nie może, bo wynosi 
zawsze n wahnień. Dla absolutysty wahanie może wraz z wszyst- 
kiemi innemi zjawiskami doznać przyśpieszenia w tym sensie, 
że część owego absolutnego pozazjawiskowego czasu, która 
prz)rpadnie na naszych n wahań, stanie się po przyśpieszeniu 
mniejszą. Czas bowiem mierzy absolutysta czemś pozazjawi- 
skowem, relatywista zjawiskami. 

Podobnie rozbieżność poglądów absolutysty i rSatywisty 
uwydatni się przy rozważaniu kwestji, czy mógłby czas upły- 
wać, gdyby świat zjawisk stężał i gdyby żadnej zmiany nie 
było. Absolutysta odpowie na to pytanie twierdząco, relaty- 
wista pytaniu temu zaprzeczy. 

5. Obawiam się, że niejeden czytelnik zrazi się do naszej 
rozprawy po przeczytaniu dotyczasowej jej części, jeżeli przy- 
kłada miarę ścisłości do wszelkiej pracy naukowej i wymaga 

^) Newton: Philosophiae naturalis principia mathematica ; Defin. YIII 
SchóUmn, t. Edit. 1714, pag. 7. Cytowane według Liebmann. Analysis der 
Wirklichkeit. 



Digitized by 



Google 



— 10 - 

ścisłej definic)! poj^ć w niej zawartych. Wiem doskonale, źe 
to, co dotąd napisałem, definicyj ścisłych nie zawiera. Miało to 
być jednak tylko przygotowanie materjału do analizy. Analizy 
dotąd nie dokonywałem. Szło mi o pokazanie obu różnych 
stanowisk w sprawie czasu, a nie o sprecjrzowanie ich. Analizy 
pojęć stanowiącycli determinacje czasowe pragnę dokonać obe- 
cnie. Nim ją jednak przeprowadzać zaczniemy, musimy zatrzy- 
mać się nad ustaleniem pewnych pc^ęć. 

Niezależnie od tego, jak zapatrujemy się na to, czy rzeczy, 
przedmioty doświadczenia są jedynie konglomeratem cech, czy 
też przyjmiemy, że przedmioty stanowi substancja, której cechy 
te przysługują, mówimy w opisie doświadczenia o przedmio- 
tach, które są zmienne. Mówimy o jednym i tymsamym czło- 
wieku, który jest dzieckiem, młodzieńcem, mężczyzną, starcem, 
o tem samem ciele, które jest lodem, wodą, parą, o tym samym 
promieniu światła, który wysłany ze słońca dociera do ziemi. 
Wszędzie tu mowa o jednym i tym samym przedmiocie w róż- 
nych fazach. 

Owego zmieniającego się przedmiotu niepodobna uważać 
za identyczny z fazami, przez które przechodzi. Nie można go 
Hidentyfikować z fazami, poniewas identyczność jest stosun- 
kiem przechodnim i identyfikacja ta pociągnęłaby konsekwen- 
cję, że dziecko jest starcem, lód jest parą i t. p. Niewątpliwie 
jest przedmiot identyczny we wszystkich fazach, atoli fazy nie 
są identyczne z przedmiotem. Zupełnie analogicznie ma /się 
rzecz przy zmiennych w matematyce. Jeśli x jest zmienną, któ- 
rej wartościami sa liczby naturalne, to nie wolno nam twier- 
dzić, jakoby x było identyczne z wartościami swemi, bo do- 
szlibyśmy do wniosku, że wszystkie liczby naturalne są między 
sobą identyczne. Analogja ta sięga jednak dalej. Jeśli o x wy- 
powiadam zdanie „x jest równe 3", to zdanie to nie jest ani praw- 
dziwe ani fałszywe, lecz jest t. zw. funkcją zdaniową. Podobnie ma 
się rzecz przy zmieniających się przedmiotach. Jeśli o Cezarze 
twierdzę, że jest dojrzałym mężczyzną, to twierdzenie to "jest 
tylko funkcją zdaniową, jak długo słowu „jest* nie nadaję 
znaczenia „jest w obecnej chwili", lecz biorę ten wyraz w jego 
właściwem znaczeniu, w jakiem go mogę użyć w takich n. p. 
związkach: , Wojna 1914 — 1921 jest najkrwawszą z wojen", 
„Napoleon jest największym wodzem świata" i t. p. W związ- 
kach tych stwierdza słówko „jest" stosunek inherencji między 
logicznym podmiotem, a orzeczeniem naszego zdania. Jeśli 



Digitized by 



Google 



— 11 — 

w tern zdaniu o Cezarze okreśI<; czas, stanie si<2 ono oznaczp- 
nem zdaniem, prawdziwem lub fałszywem. 

Analogfja między tern, co nazywamy przedmiotem, substra- 
tern zmieoiającym się, a tem, co nazywamy zmienną w mate- 
matyccy sięga tak daleko, ie naturalnem będzie uważać obie te 
rzeczy za odmiany tego samego gatunku, zmiennej wogóle. Zmie- 
niające się przedmioty doświadczenia nazwiemy dla odróżnie- 
nia od zmiennej matematycznej, zmienną empiryczną. To, cośmy 
wyżej nazwali fazą, jest wartością zmiennej empirycznej. Podo- 
bnie jak między zmiennemi matematycznemi zachodzą liczne 
związki, związki funkcjonalne, tak też i zmienne empiryczne 
pozostają ponad wszelką wątpliwość w podobnych związkach. 
Tak n. p. zmienną matematyczną x i zmienną y może łączyć 
związek wyrażony równaniem: y = 2 x. Znaczenie tego zwią^ | 
zku polega na pewnym stosunku logicznego wynikania zdań, 
na tym mianowicie, że jeżeli x iest pewną liczbą, to y jest 
liczbą dwa razy większą. Związek ten jest przesłanką, która 
przy założeniu pewnej wartości na x pociąga za sobą przypi- 
sanie piewnej wartości zmiennej y. Mówiąc inaczej: y == 2x 
i X = 1, pociąga za sobą, że y = 2, lub wobec prawa ekspor- 
tacji, jeżeli zachodzi związek y = 2x, to x ^ 1 pociąga za 
sobą y = 2, 

Tak tedy owe ogólne związki, jakie między róftnemi zmien- 
nemi zachodzą, pociągają za sobą jako logiczne następstwo, 
że jeżeli jedna ze zmiennych pewną wsu-tość przybierze, to 
druga przybiera koniecznie pewną wartość ; oznaczoną, jeśli 
związek ogólny jest ^ jednoznaczny, wieloznaczną w wypadku 
przeciwnym. 

Jeżeli mamy związek y = 2 x, to y może przybierać war- 
tości 2, 4, 6 i t. d. Nie jest ono jednak bez wszelkich dodat- 
kowych założeń równe ani 2, ani 4, ani 6 i t. d. Ze sfery mo- 
żliwości przechodzi jakaś wartość y w sferę rzeczywistości przez 
zwożenie pewnej wartości na x. Jeżeli x =^-= 1, to y = 2. 

Tak samo ma się rzecz ze zmiennemi empirycznemi. Z okre* 
ślenia jakiegoś ciała jako 2 gr, wody, nie wynika, że posiada 
ono oznaczoną objętość, może ono mieć objętość 2 cm^y większą 
lub mniejszą, ale posiędzie objętość 2 cm^ pod warunkiem, że 
termometr będzie wskazywał +4^C, zaś barometr 760 mm. i że 
znajdujemy się pod 45^ szerokości geograficznej na poziomie 
morza. Mówiąc ogólnie z istotnych cech przedmiotu nie wynika 
posiadanie przezeń pewnej fazy. Z istotnych cech Napoleona 



Digitized by 



Google 



— 12 — 

nie wynika, że jest zwyci^cą z pod Jeny, ani nie wynika, że 
nie jest zwycięzcą z pod Jeny. Fazy te są tylko możliwe. Fazy 
te realizuje pewne inne założenie, charakteryzujące nam czas. 
Pomiędzy objętością pewnej masy rtęci, a objętością po- 
wietrza znajdującego się w termometrze gazowym zachodzi 
właśnie taki związek, że jeżeli objętość powietrza jest taka 
a taka, to objętość rtęci jest taka a taka. Z pośród wielu mo- 
żliwych objętości użytej w tym wypadku rtęci ta a ta się rea- 
lizuje, pod logicznym warunkiem, że z pośród wielu możliwych 
objętości użytego tutaj powietrza ta a ta się realizuje. Związek 
logiczny między temi faktami (znajdowanie się przedmiotu 
w pewnej fazie nazywamy faktem) jest logicznym wynikiem 
istnienia pewnego ogólnego związku między zmiennemi, które 
nazywamy w naszym przykładzie daną masą rtęci i powietrza* 
Wykrycie tych ogólnych związków między zmiennemi empirycz- 
nemi czyli przedmiotami jest zadaniem przyrodoznawstwa, jest 
zarazem odpowiedzią na pytanie, dlaczego fakt a pociąga za 
sobą fakt b; odpowiedź ta nie jest już prostą tylko rejestracją 
faktów. 

Jeżeli wierzymy we wzajemne powiązanie wszystkich fak- 
tów, to przyjmiemy nietylko owe jasne związki między fak- 
tami, które nam dzisiejsza nauka uczyniła zrozumiałemi, spro- 
wadzając je*do związków, z któremi zdołaliśmy sie spoufalić, 
lecz także i te, które na pozór zdają się dziwne. Dziwa- 
czność takich związków — jak to zwrócił uwagę Mach, 
a zdaje się przed nim już Hume — polega na ich niezwykłości: 
tylko nadzwyczajny ale nie mniej i nie więcej niepojęty, niż 
związek między objętością rtęci i objętością powietrza, jest 
związek, jaki zachodzi n. p. między odkryciem Ameryki a śmier- 
cią » Kazimierza Jagiellończyka (oba fakty były współczesne). 
Jeśli wierzymy, że w założeniu świata wszystko pozostaje po- 
średnio czy bezpośrednio w związku, podobnie jak konkretna 
pozycja różnych części maszyny — jak mówi Mach — to zgo- 
dzimy się na to, że determinacja pewnego przedmiotu lub 
kilku przedmiotów pod względem fazy, determinuje w sposób 
jednoznaczny fazy wszystkich przedmiotów.^) 

^) W sprawie tej determinacji por. Mach. Mechanik str. 238 i nast. 
Petzold. Das Gesetz der Eindeutigkeit. Vierteljahrsschrift f. w. Phtl. 1894 str. 246. 
i nast. Mach. Erkenntnis u. Irrtum, str. 429., Analyse d. Empf. 5. Aufl. 
str. 286 i nast. 



Digitized by 



Google 



- 13 — 

Streśćmy nasze wywody. To, co nazywamy zmieniającym 
się przedmiotem, jest zmienną, zatem czemś nie pod każdym 
'wzs^lędem określonem. Jeśli przedmiot zostaje pod każdym 
^A^z^lędem określony, wówczas powiadany, że znajduje si<^ 
W pewnej fazie. Każdy f^rzedmiot może się znajdować w jednej 
ze swych faz, znaczy to, jeżeli coś posiada cechy charaktery- 
styczne danego przedmiotu, to nie wynika stąd, że to coś jest 
>v takiej a takiej fazie (brak implikacji formalnej), wynikanie to 
zachodzi natomiast przy dodaniu pewnego założenia o fazie 
jakiegoś innego przedmiotu. Jeśli przedmiot X jest w konkret- 
nej fazie F, to przedmiot Y jest w konkretnej- fazie S. Związek 
ten wynika z pewnych ogólnych praw, których wykrycie sta- 
nowi jedno z najcelniejszych zadań przyrodoznawstwa. 

Sprawa ta dla nas jest ważna, bo rozważania powyższe 
mają nam posłużyć do sprowadzenia pojęcia współczesności do 
pojęcia następstwa logicznego. Dla ważności tej sprawy pozwo- 
limy ją sobie jeszcze z innego punktu oświetlić. Przedmioty 
przebiegają różne fazy. Dwie różne fazy tego samego przed- 
miotu nie są zarazem i nie mogą być zarazem. Sprzeciwia się 
temu ontologiczna zasada sprzeczności w jednej z form używa- 
nych przez Arystotelesa: to aoTo ana jTcdpysty ts xa» \vr^ ó^rdpysw d 
^6va':bv ząj o6t^ xai xaxd to auTo. Przedmiot w dwóch różnych 
fazach różni się tem, że w jednej posiada pewną cechę, a w dru- 
giej tejże cechy nie posiada. Inaczej fazy te zlałyby się w jedną. 
(Przez cechy należy tu rozumieć także cechy względne). Nie- 
podobna więc w myśl powyższej zasady, by fazy tego samego 
przedmiotu były zarazem. Słowo „zarazem" ma znaczenie czysto 
logiczne, współczesności nie wymaga dla swojej definicji. Różne 
fazy tego samego przedmiotu są moztiwe zarazem^ w wyżej 
określonem znaczeniu słowa „możliwe'^. Możliwą nazwaliśmy 
fazę C przedmiotu P, jeśli sąd ,,Xjest identyczne z P* nie po- 
ciąga za sobą „X jest w fazie F," i jeśli sąd „Y jest w fazie C 
i X jest identyczne z P'' pociąga za sobą „X jest w fazie F^. 
Niech nam wolno będzie posłużyć się następującym po- 
równaniem. W pudle znajdują się szufladki wypełnione fazami 
wszystkich przedmiotów. Jeśli szufladka jest w pudle, jest jej 
zawartość tylko możliwa, jeśli jedną z nich wyciągnę, urzeczy- 
Mastnia się wszystko w niej zawarte. Pomyślmy nadto mecha- 
nizm nie pozwalający wysunąć narcuE dwóch szufladek, ani żadnej 
do połowy* Wówczas prawdą jest^ jeżeli faza C jakiegoś przed- 
miotu Y jest zrealizowana, to faza F innego przedmiotu X jest 



Digitized by 



Google 



— 14 — 

też zrealizowana. Realizacje tych faz są wobec konstrukcji 
pudła we wzajemnym stosunku warunkowania wystarczającegfo, 
które) to konstrukcji odpowiadają owe wyżej wspomniane 
związki między przedmiotami. 

Różne fazy te^ samegfo przedAiiotu są zarazem tytko 
możliwe. Zarazem rzecz3rwiste są tylko oznaczone fazy róźnycłi 
przedmiotów, mianowicie te, które łączy związek taki, iż jeśli 
jakaś faza jedneg-o przedmiotu jest zrealizowana, to pewna fasa 
drug^iesro przedmiotu jest zrealizowana. 

6. Można obecnie współczesność dwóch faz pojąć* w spo* 
sób następujący. Wybierzmy zpośród wszystkich zarazem 
mo*żliwych faz szereg faz przynależnych do tego samego przed- 
miotu i takich, które się dają uporządkować według pewnej 
cechy występującej w każdej z tych faz w odmianach, dających 
się liczbowo ująć i tworzących szereg ciągły. Wybierzmy n. p. 
jako nasz szereg faz, fazy ciała A, w których ciało znajduje się 
w coraz innej odległości od pewnego ciała a i uporządkujmy 
te fazy według odległości A od a. Wobec zwiąs^ów, jakie mię- 
dzy fazami wszystkich przedmiotów zachodzą, będziemy mieli : 
jeżeli A jest w odległości X od a, to B jest w fazie ^x, C jest 
w fazie fx i t. d. Otóż dwie fazy 'fx i fx są współczesne, jeżeli 
spełniają związki : jeśli A jest w odległości x od «, to B jest 
w ^x i jeśli A jest w odległości x od cc, to C jest w fx. Ina- 
czej mówiąc, dwie fazy są współczesne, jeżeli je zarazem reali- 
zuje realizacja tej samej fazy przedmiotu A. 

Rozważania nasze utorowały też drogę określeniu pojęcia 
następstwa czasowego. Przyjmujemy pewien przedmiot i po- 
rządkujemy jego fazy według pewnej cechy wyst^ującej 
w pewnych ilościowych, stanowiących szereg ciągły odmianach. 
Takim przedmiotem jest n. p. klepsydra, jej fazami różny stan 
jej napełnienia i owo napełnienie może się stać podstawą, we- 
dług której ustawiamy fazy klepsydry w ciągły szereg. Takim 
przedmiotem jest nasz zwyczajny zegar, a fazami jejfo poło- 
żenie wskazówek, uporządkowane według kąta utworzonego 
przez wskazówki z ich pierwotnem położeniem. Przedmioty te 
przyjmowała praktyka za podstawy mierzenia czasu. Fizyka do 
ostatnich czasów przyjmowała ciało bezwładne, będące w stanie 
ruchu i fazy tego ciała porządkowała według odległości od 
pewnego położenia pierwotnego, oznaczonego u Newtona jako 
bezwzględne miejsce bezwzględnej przestrzeni, u współczesnych 
(C. Neumann, Mach, Lange, Streintz) miejscem pewnego okreito* 



Digitized by 



Google 



— 15 — 

nego układu współrzędnych. Współczesna teorja względności 
przyjmuje w miejsce ciała bezwładnego promień światła; fazami 
jego jest dojście perturbacyj elektromagnetycznycli do miejsca 
tak a tak oddalonego od punktu wyjścia znaczonego tu miej- 
scem w dowolnym układzie współrzędnych. 

Nazwijmy ów wybrany przez nas przedmiot, którego fazy 
uporządkowaliśmy według odmian ilościowych pewnej cechy, 
zgodnie z potocznem znaczeniem tego wyrazu, zegarem. Poję- 
ciem zegara posłużyliśmy się wyżej przy określaniu współczes- 
ności, mówiąc, że współczesnemi są dwie fazy, jeśli są przypo- 
rządkowane tej same) fazie zegara, przyczem przyporządkowanie 
to pojęliśmy jako pewnego rodzaju związek logiczny.^) 

Mając fazy zegara uporządkowane według pewnego sto 
sunku asymetrycznego i przechodniego R, możemy się umówić 
że jeśli między dwiema fazami zegara ^\ i Z,2 zachodzi Z>\ R ^2, 
wówczas fazę Z-i nazwiemy późniejszą, zaś fazę ^1 wcześniejszą. 
Można obecnie rozszerzyć pojęcie późniejszości względnie na- 
stępstwa czasowego na jakiekolwiek fazy jakichkolwiek przed- 
miotów, mówiąc: Faza '^ przedmiotu A jest późniejsza od fazy 
f przedmiotu B, jeśli ^ jest współczesne fazie ^^ zegara, zaś 
f współczesne fazie ^.\ i jeśli zachodzi ^\ R -.2. Rzeczy te są 
już proste i jasne. 

Wyżej dokonane określenie współczesności i następstwa 
zostało dokonane ze stanowiska względnego. Okreśłenie tych 
dwóch stosunków %nadaje definicji równości dwóch trwań, jak 
też definicji trwania podanej przez nas w ustępie 3. ściśle 
oznaczony sens. Trwaniem zjawiska jest (ilościowo ujęta) róż 
nica między fazą zegara współczesną najpóźniejszej fazie zja- 
wiska, a fazą zegara współczesną najwcześniejszej fazie zjawiska. 
O przykład łatwo. 

7. Pozostaje nam rozpatrzeć pojęcie współczesności i na- 
stępstwja z punktu widzenia absolutnego. Współczesnemi na- 
zywa się w życiu potocznem, stojącem na stanowisku absolut- 
nem, dwie fazy, które są przyporządkowane tejże samej chwili 
owego wyżej już wspomnianego czasu pozazjawiskowego, po 
którym odtacza się niejako rzeczywistość. Wydaje mi ^, że 
owo przyporządkowanie polega też na logicznym związku, jaki 

') W wyborze zegara jesteśmy skrępowani tern, że muszą jego fazy 
determinować jednoznacznie fazy innych przedmiotów, t. zn. jeśli dana faza 
zegara jest zreaKzowana, to niema dwóch różnych faz tego samego przedmiotu, 
któreby zarazem były zrealizowane. 



Digitized by 



Google 



— 16 — 

upatrujemy pomiędzy zrealizowaniem pewnej chwili absolutnej 
czasuy a realizacją danej fazy pewneg^o przedmiotu. Wydaje się 
nam tedy» że n. p. zdanie „Kolumb odkrywa Amerykę" jest 
funkcją zdaniową, która wobec praw przyrody wynika z zało- 
żenia »jest rok 1492**. Dla wyjaśnienia tej sprawy musieliby- 
śmy powtórzyć wszystko, co wyżej o współczesności z wzgflę- 
dnego stanowiska powiedzieliśmy, z tą wszelako różnicą, że 
w miejsce faz zegara, z któremi fazy przedmiotów porówny- 
wamy, musielibyśmy mówić o momentach owego czasu, stano- 
wiącego podobną zmienną jak zegar, ale zmienną niedostrze* 
galną w swych wartościach w doświadczeniu, fikcyjną zmienną 
pomocniczą, bez której, jak sądzą absolutyści, opis zjawisk przy- 
rody nie da się przeprowadzić. 

Momenty owego czasu, są uporządkowane od wcześniej- 
szych do późniejszych i nie zależą od zjawiskowej treści wy- 
pełniającej czas. Podobnie trwanie nie zależy od różnicy mię- 
dzy fazami jakichkolwiek zjawisk i może być różne od zera, 
jeśli nawet przedmioty doświadczenia nie zmieniają się wcale. 
Nawet gdyby świat był sztywny i niezmienny, trwałby przy 
absolutnem pojmowaniu czasu, tak jak i tempo wszystkich zja- 
wisk mogłoby uledz przyśpieszeniu. 

Oto rezultat naszej analizy. Współczesność, następstwo 
i trwanie pojmuje' stanowisko absolutne przy pomocy odrębnego 
od zjawisk continuum czasowego. Stanowisko relat3rwne obcho- 
dzi się bez tego, poza zjawiskami będącegc^ czasu i określa te 
pojęcia przez stosunek zjawisk do pewnego przyjętego za miarę 
przedmiotu zwanego zegarem. Zegar ów nie jest bezwzględnie 
dowolny. Zarówno w porządkowaniu faz zegara, jak i w defi- 
nicji równych odstępów czasu jesteśmy skrępowani narzucają- 
cem się subjektywnem poczuciem następstwa i narzucającem się 
poczuciem równości dwóch odstępów czasu. Owo poczucie 
równości dwóch odstępów czasu, nie pozwoli nam zą równe 
przyjąć n. p. trwań odpowiadających równym progom ciała 
swobodnie spadającego. Przy wyborze zegara jesteśmy ponie- 
kąd tylko skrępowani, bo poczucie równych okresów nie może 
stadle na przeszkodzie przyjęciu, że n. p. okresy danego wa- 
hadła w różniących się o 10*^ C temperaturach są różne. W pe- 
wnych, dość obszernych granicach poczucie równości okresów 
zostawia swobodne pole konwencji. > 

8. Na zakończenie poruszę kwestjc, której brak w dotych- 
czasowych mych wywodach musiał razić wobec aktualności 



Digitized by 



Google 



— 17 — 

pominiętego zagadnienia. Zapytamy mianowicie, czy podana 
przez nas definicja współczesności podwala na ową tak rażącą 
konsekwencję definicji współczesności, jaką teorja względności 
wprowadza. Według teorji względności mianowicie dwa fakty 
(w naszej terminiologji : dwie fazy) mogą być współczesne i nie- 
wsp<ttczesne. Mianowicie w jednym układzie współczesnei w dru- 
gim niewspółczesne. 

Nie będę tu toku myśli wiodącego* do tej konsekwencji 
powtarzał, zastanowię się "Jedynie nad tem, czy konsekwencja 
ta z naszą definicją współczesności daje się pogodzić. Przyjmu- 
jemy za zegar promień światfa i przypuszczamy, że dwa zda- 
rzenia A i B są współczesne. N. p. w dwóch miejscach toru 
kolejowego uderzają współcześnie dwa pioruny — jak egzem* 
plifikuje Einstein. Znaczy to w myśl naszej definicji współcze- 
sności: Istnieje takie </, że jeżeli promień światła oddalił się od 
punktu wyjścia o c/, to w miejscu A uderzył piorun i w miej- 
scu B uderzył piorun. Otóż punkt wyjścia nie jest miejscem 
absolutnem, jeśli się nie stoi na stanowisku absolutnej prze* 
strzeni, lecz nal^ go pojąć jako zaznaczony przez pewne ciało, 
przyjęte n. p. za początek układu. 

Owa odległość d, której istnienie było wystarczającym wa- 
runkiem współczesności zjawisk A i B, jest czemś, co istnieje 
i sens posiada jedynie dla układu £/, w którym odległość ta 
jest liczona. Jeżeli nasze pioruny pojmiemy jako ' zjawiska ude- 
rzające w miejscach A' i B' układu LT, to nie jest oczywistym 
wniosek, że jeśli w układzie U istniało d realizujące oba pio- 
runy, to i w układzie LT znajdzie się cf , które oba pioruny zre- 
alizuje. Odległość dy która w naszej terminologji przedstawia 
pewną fazę zegara jest, idąc konsekwentnie za negacją abso- 
lutnydi miejsc w przestrzeni, czemś, co nie ma bezwzględnego 
znaczenia, ale ma jedynie sens w związku z pewnym układem 
współrzędnych. Faza zegara jest określona tylko w pewnym 
układzie. Niema więc żadnej sprzeczności w przyjmowaniu, że 
dwa zjawiska są współczeshe w jednym układzie, zaś w innym 
układzie te same zjawiska nie są współczesne. Zjawiska A i B 
są w układzie U współczesne, to znaczy: istnieje taka faza d 
zegara świetlnego w układzie U, ' że, jeśli zegar jest w fazie d, 
to jest A i B zarazem. Wcale nie jest sprzecznem z powyższem 
twierdzeniem, że nie istnieje w układzie U' faza d\ która speł- 
nia analogiczny związek. Teorja względności zabrania nam tylko 



Digitized by 



Google 



— 18 — 

mówić o absolutnej współczesności, skoro wyklucza absolutny 
zes^ar wobec względności przestrzeni. 

Powyżej stwierdziliśmy tylko, że nasza definicja współcze- 
sności z pewnem na pozór sprzecznem następstwem definicji 
współczesności teorji względności pozostaje w zgodzie. Bliższa 
analiza pojęcia współczesności, jakiem operuje teorja względno- 
ści, nie jest naszem zadaniem. Zauważymy tylko, że teorja ta 
posiada dwa różne pojęcia współczesności, z nich tylko jedno 
posiada definicję, która opiera się^YRi owem drugiem, pierwo- 
tnem pojęciu współczesności. Definjuje się tylko współczesność 
dwóch zjawisk znajdujących się w różnych miejscach, sprowa- 
dzając tę współczesność do współczesności dwóch zjawisk są- 
siadujących bezpośrednio. Tej współczesności zjawisk sąsiednich 
nie definjuje się wcale, sprowadzając zachodzenie współczesno- 
ści do stwierdzenia jej, przez co — jak mi się zdaje — niszczy 
się jednolity obraz świata ważny zarówno dla wszystkich indy- 
widuów. Możliwem bowiem jest, że o tych samych, pozostają- 
cych w przestrzennej styczności zjawiskach stwierdza jeden 
obserwator, że są współczesne, drugi wyposażony czulszym 
aparatem psychofizycznym, stwierdzić może, że nie są współcze- 
sne. — Czy to niebezpieczeństwo rozszczepienia rzeczy wiistości 
na wiele podmiotowych światów, pochodzące z objekty wizowa- 
nia spostrzeżeń współczesności, może się stać podstawą dla za- 
rzutu, nie wiem. Na tę niebezpieczną konsekwencję chciałem 
nawiasowo zwrócić uwagę. 

9. Podana przez nas definicja współczesności nie jest by- 
najmniej definicją fizykalną, t. zn. nie podaje kryterjum pozwa- 
lającego doświadczalnie stwierdzić zachodzenie wypadku defi- 
njowanego. Nie jest jednak — jak sądzę — dlatego bezwarto- 
ściowa, albowiem podaje cechę, która charakteryzuje definjo- 
wane pojęcie. Tylko zaś temu warunkowi musi definicja ko- 
niecznie uczynić zadość, przyćzem pożądane jest, by cecha 
ta łatwo była dostępna, czyli pożądane jest, by definicja po- 
dawała praktyczne kryterjum. Nasza definicja praktycznego kry- 
terjum nie podaje, jest jednak próbą wniknięcia w intuicyjny 
sens współczesności zjawisk. Z punktu metodologicznego przed- 
stawia, o ile trafnem jest wniknięcie w owe intuicje, wartość, 
sprowadzając pewne używane w nauce pojęcia współ- 
czesności, następstwa czasowego i trwania przez definicję do 
innych pojęć i upraszczając w ten sposób zakres pojęć niedefi- 
njowanych. 



Digitized by 



Google 



H. BAD. 



O kwestję autentyczności deklaracji 

Kanta z dnia 29. maja 1801. p. t. Do 

publicznej wiadomości. 

[(„Nachricht an dąs Publicum*). 



Oświadczenie o powyższym na^fłówku niemieckim wcielono 
do lll-^o tomu cennego zbioru listów Kanta w wydKniu kró- 
lewskiej pruskiej Akademji Umiejętności: »Kants Briefwechsel, 
Berlin 1902, p. 398. 

Podaje się tu do publicznej wiadomości, że Jahsche i Rink 
byli przez Kanta upoważnieni do wydania jego Logiki, względnie 
Geografji fizycznej, i że są upoważnieni do wydania innych 
jeszcze dzieł jego. • 

Celem Oświadczenia było tedy legitymowanie wydawców, 
którzy rzekomo byli powołani ku temu, żeby nowy szereg dzieł 
Kanta opublikować. 

Cel 'ten będzie osiągnięty, jeżeli Oświadczenie jest bez- 
sprzecznie autentyczne ; o ileby zaś Oświadczenie samo została, 
słusznie zakwestjonowane, pociągnęłoby za sobą i wysunęłoby 
przed oblicze świata filozoficznego w Niemczech kwestję auten- 
tyczności rzekomych pism Kanta, do których legitymacja się 
odnosi. 

Stąd należałoby prawdziwość tej deklaracji zbadać i ile 
możności na tle stosunków odnośnych ustalić. 

Ale właśnie znajomość tychże nasuwa liczne i poważne 
wątpliwości, co do których streszczę się w kilku następujących 
rozdziałach. 



« ♦ 



W roku 1798 zerwał Kant wszelkie stosunki ze światem 
literackim : ustąpił z Katedry uniwersyteckiej, załatwił się z wy- 
daniem swej Antropologii, w której oświadcza, że Geografji 



Digitized by 



Google 



- 20 — 

fizycznej wydawać nie ' będzie, bo z powodu podeszłego wieku 
nie czuje się na siłach, a manuskrypt jego stanowią zapiski, 
których odcyfrowanie Jeży tylko w jego mocy, (cf . Anthropolo- 
gie V. I. Kant, Konigsberg, 1798, końcowa uwaga przedmowy); 
całą swą bibljotekę zapisuje w testamencie pod datą 26. lutego 
1798 profesorowi Gensichenowi z myślą o bliskiej swej śmierci 
(w roku 1799 wydał nawet zarządzenia co do swojego po- 
grzebu), i bez wzmianki o jakiemkolwiek wydawnictwie, (cf. 
Kants Briefwechsd, berlińskie wyd. Akądemji p. 408 — 417); do 
Garvego pisze pod datą 21-go września 1798: „na studjowanie 
już mi stan Bdrowta nie pozwala, jeno na w^egelowanie Qeśćy 
chodzić, spać)"; (cf. Briefwechsel, p. 254). 

Skoncentrowany w sobie, pri7gotO¥srtt]e się <io ostatniej 
swojej godziny; tu i ówdzie notuje coś, ale do tego, co zapisuje^ 
nie przywiązuje żadnej wagi, a o przygotowaniu do druku przy 
tem wcale nie myśli. Zapytany, co pisze i jakich jeszcze dzieł 
jego ocabkłwać należy, odpowiada: „aież, co to może być, 
sarcinas colltgere, o tem tylko myśleć jeszcze mogę*; (cf. L 
Kant. Ein Lebensbild nach Darstellungen der Zeitgenossen 
Jachmaain, Borowski, Wasiański. Herausg. v. Alfons Hoffman, 
' Halle, 1902, p. 161). 

Mimo to wyraźne postanowienie Kanta, żeby żadnego 
dzieła już nie ogłaszać drukiem, ukazywały się potem rzekome 
pisma jego: Logika, Geografia fizyczna, O Pedagogice. Są to 
pisma tak p6d wzjgfiędem rzeczowym jak i formalnym Kanta 
niegodne, dopraszające się wprost podniesienia kwestji rzeko- 
mej swej autentyczności; roi się w nich od raźącycK absur- 
dów i oczywistych sprzeczności. 

Wszelako zarzuty, czerpane z treści czy formy stwierdzi - 
łjHby tylko albo nieudolność wydawców, albo starcze niedoma- 
gania Kanta jako autora, pozostawiając bez odpowiedzi pyta* 
nie, czy nie zachodzi tu wypadek nadużycia sławnego imienia, 
celem przypisania mu autorstwa dzieł podrobionych; pytanie, 
które napotyka na nieprzezwyciężony szkopuł dlatego, że wszel- 
kie usiłowama badaczy, skierowane w stronę przesłuchiwania 
wydaMTców, rozbijają sie, niby o skałę, o berlińskie wydanie 
Akademji; wszystkie bowiem powątpiewania, wypływające 
z różnych źródeł logicznych, schodzą się w tem jednem miejscu, 
w tera Oświadczeniu p. t. Do publicznej wiadomości, uderzają 
tu o deklarację, jakby o kamienną zaporę i, rozpryskując się 
w ofatoktt piany, wi acają, którędy przyszły, nic nie zdziaławsiy; 



Digitized by 



Google 



— si- 
taki proces myślenia przjnpomina objawy, towarzyszące wodo« 
spadom, ale piękne jak wodospad w przyrodzie zjawisko to 
w swych losficznych konsekwencjach nie jest. 

Przypatrzmy mu się mimo to, albo właśnie dlatego, że 
piękne nie jest; może będzie pouczające. 

Deklaracja, stanowiąca ów szkopuł, w dosłownem tłuma- 
czeniu brzmi: 

Do publicznej wiadomości, w sprawie nieuprawnioneg^o 
wydania Geografji fizycznej I. Kanta. 

Księgarz YoUmer wydał pod datą ostatniego jarmarku, 
w mojem imieniu Geografię fizyczną, jak on sam mpwi, na 
podstawie skryptów uniwersyteckich, którejto Geografji, ani co 
do materji, ani co do formy nie uznaję za swoją. Uprawnione 
wydanie swej Geografji fizycznej poruczyłem p. Dr. i Prof. 
Rinkowi. — Zarazem insynuuje wspomniany Vollmer, jakoby 
wydana przez p. M. Jahschego Logika nie była moją, i jakoby 
wyszła bez mojego zezwolenia; temu ja niniejszem wprost 
zaprzeczam. 

Natomiast nie tnogę uznać za swoją ani Logiki, ani Mo- 
ralności, ani jakiegokolwiek innego pisma, których wydaniem 
wspomniany Yollmer grozi, ile że takowe jt/ż oddałem p. M. 
Jahschemu i Dr. Rinkowi. 

W Królewcu d. 29. maja 1801. 
/. Kant 
. (»Nachricht an das Publicum, die bei Yollmer erschienene 
unrechtmassige Ausgabe der physichen Geographie von Im. 
Kant betreffend. 

29. Mai 1801. 

Der Buchhandler. Yollmer hat in letzter Messę unter mei- 
nem Namen eine physische Geographie, wie er selbst sagt, 
aus KoUegienheften, harausgegeben, die ich weder der Materie 
nach, noch nach Form fur die meinige anerkenne. Die recht* 
massige Herausgabe meiner physischen Geographie, habe ich 
Hn. Dr. und Prof. Rinck ubertragen. 

Zugleich insinuirt gedachter Yollmer, ais sei die vom 
Hn« M. Jahsche herausgegebene Logik, nicht die meinige, und 
ohne. meine Bewilligung erschienen; dem ich hiemit geradezu 
widerspreche. Dagegen aber kann ich weder die Logik, noch 
die Morał, noch irgend eine andere Schrift, mit dereń Heraus* 
gabe gedachter Yollmer drohet, fur die meinige anerkennen. 



Digitized by 



Google 



, - 22- 

indem selbige bcreits von mir Hn. M. Jahsche und Dr. Rinck 
iibergfeben sind. 

Kónigsberg, d. 29, May 1801. 
Immanuel Kant**) 

Co za przygnębiający widok: starca, stojącego u progu 
wiecznością wciągnęli przemysłowcy jacyś w wir wędki konku- 
rencyjnej; staruszek, w 77 roku życia, jawi się na terenie walki, 
i obejmuje... dział reklamowy. 

O, jakże smutno i pusto, mogli sobie powiedzieć czy- 
telnicy, gdy d. 1. czerwca 1801, wyczytali z gazet tą .Wiado- 
mość'', jakże smutno i pusto rozlega się dziś głos Kanta, anon- 
sujący jakąś firmę wydawniczą, po redakcjach i uczelniach, 
gdzie dawniej rozbrzmiewało echo jego nauki o kategorycznym 
imperatywie, o grozie i Majestacie, przed którym świat cały 
z namaszczeniem czoła uchylał. 

Zaiste, dzień 1. czerwca 18Q1, jest dniem rozgraniczenia ży- 
cia Kanta na okres świetności i dobę upadku, ale upadku jakiego 
rodzaju? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy u Rinka, w jego 
listach do Yillersa (cf. Altpreussiche Monatsschrit, r. 1880, 
p. 286-299). 

Dnia 1. czerwca 1801, zwraca się Rink do Yillersa z za- 
proszeniem, z którego dowiadujemy się, że Kant, ten nie tak 
dawno jeszcze człowiek wielki, jest dziś ruiną. („Kommen Sie 
bald, theuerster Freund, zu uns hach Konigsberg, um noch den 
grossen Mann, wenn auch nur in seinen Trummern noch, 
kennen zu lernen*); ten wielki człowiek nie jest w stanie myśli 
zebrać, by cośkolwiek napisać; (»ganzlicher Mangel, seine Ge- 
danken zu einer schriftlichen Abfassung zu sammeln''; chodzi 
tu o napisanie kilku słów odpowiedzi YiUersowi). Ten stan 
bezładu umysłowego u Kanta trwa już przynajmniej niespełna 
rok, bo d. 17. lipca 1800, donosi Rink YiUersowi: „Kant już 
nie odpowiada prawie na żaden list, omal powiedziałbym, że 
już nie jest w stanie odpowiadać*" ; następnie trwa ten stan 
bezładu przynajmniej pół roku z górą, bo w liście z dnia 12. 
lutego 1802, Rink, mieszkający wtedy w Gdańsku^ mówi: „Kant, 
jak mi przyjaciele moi donoszą, niknie z każdym dniem więcej...'' 
W dalszym ciągu listu z dnia 1. czerwca 1801, powiada Rink: 
na to, ażeby Kant mógł napisać kilka słów odpowiedzi, musi 
się czekać na bardzo szczęśliwe chwile; (^dazu bedarf es des 
Abpassens sehr glucklicher Augenblicke''). 



Digitized by 



Google 



-23- 

Trudno nam przeto uwierzyć, by takie lucida intervałla 
były Kantowi wystarczyły na to, żeby dokument jakiś skoncy- 
f>owaćy albo pń:edłożony sobie do podpisania dokument jakiś 
należycie zrozumieć i nad treścią jego się zastanowić. 

Możnaby tu stosować, zasadę, że raczej winniśmy przy* 
puszczać, iż li$ty prywatne przesadzają, albo zgoła rozmijają 
się z prawdą, aniżelibyśmy podawać mieli w wątpliwość auten- 
tyczność dokumentu, gdyby pozwalały na to rewelacje spół- 
czesnych Kantowi biografów, którzy cały ten okres życia Jego 
znają nieledwie z autopsji. Jachman n. p. opowiada, że Kant 
w r. 1801 często w rozmowach uskarżał się i usprawiedliwiał, 
ie trudno mu zrozumieć, co się do niego mówi. (»Vor 3 Jahren 
musste ich ihm (sciL Kant) iiber meine bevorstehende Amts — 
und Ortsveranderung Auskunft geben, aber es war ihm schon 
damals so schwer, mein neues Amt und den damit verbunde- 
nen Charakter zu behalten... Schon damals fuhlte er es... dass 
ihm bisweilen die Gedanken ausgiengen, und er entschuldigte 
sich selbst, dass ihm das Denken und Begreifen schwer 
wurde;...* cf. Jachman, biografia z r. 1804, wyd. Hoffmanna, 
p. 132—133). 

A zatem Rink, w swej korespondencji niezależnie od Jach- 
mana, a jednak zgodnie z nim opisujący umysłowy stan zdro- 
wia Kanta, nie przesadza w swoich listach do Yillersa; możemy 
więc korzystać i z innych wyjaśnień jego. 

Gdy księgarz Yollmer, w swoim czasie, wystąpił publicznie 
z zarzutem, że Kant Rinkowi aadnych zleceń edycyjnych nie 
dawał, i że deklaracja p. t. „Do publicznej wiadomości** po' 
chodzi nie od Kanta, ale od Rinka, reagował Rink w ten spo- 
sób, że kazał to sobie udowodnić; („Yollmer beweise, dass 
Kant mir weder seine Handschrif ten, noch den Auftrag zur He- 
rausgabe^ jenes Werkes, (scil. der phys. Geographie), ertheilt 
habe"); (conf. Intellig.-Blatt, cytow. w „I. Kants physische Ge- 
ographie, II. B., II. Abteilung, bei Gottfried Yollmer, 1803, 
p. XVP). 

Yollmer oczywiście dowodu na to nie miał. Tą słuszną 
uwagą, że, kto przeciw komuś zarzuty podnosi, ponosi i onus 
probandi, zamknął Rink wtedy dyskusję na ten temat w czaso- 
pismach. Teraz zaś, listami swojemi do Yillersa, on ją na nowo 
otwiera; posłuchajmyź także, co on d. 13. lipca 1802, z Gdańska 
pisze do Kanta: Jaśnie W. Pan żąda zwrotu nadesłanego mi 
przed 8-miu dniami oświadczenia w sprawie YoUmera... To 



Digitized by 



Google 



— 24 — 

Pańskie ponowne oświadczenie już było odeszło do druku, ale 
zarządziłem niezwłocznie, stosownie do życzenia Pańskiego, żeby 
tego Pańskiego oświadczenia nie drukowano. 

(»Ew. Wohlgb. yerlangen die mir vor 8 Tagen zugesen- 
dete ErklSrung in Betreff des Buchhandłers YoUmer zuriick*.., 
a pod koniec listu: „Ihre neuliche Erklarung ist zwar zum Ab- 
druck abgiegangen, aber ich habe sogleich nachgeschrieben, 
dass sie nicht soli abgedruckt werden... Ihr Befehl, ihr blosser 
Wuńsch ist mir zu theuer, ais dass ich nicht Alies fiir ihn thun 
sollte^). W tym obszernym bardzo liście mówi Rink retorycznie^: 
Czyż nie poruczył mi Pan wydania swej Geograf ji fizycznej? Czyż 
nawet rok temu nie oświadczył Pan publicznie, że mnie a ni^ 
Yollmerowi dał Pan zlecenie wydania Geografji fizycznej? I Pan 
chce mi odebrać to potwierdzenie?... („Haben Sie . mir nicht die 
Herausgabe Ihrer physischen Geographie wiirklich fibertragen... Ja, 
haben Sie vor einem Jahre nicht offentlich erklart, dass Sie nur mir- 
und nich YoUmern den Auftrag zur Herasgabe Ihrer physischen 
Geographie erteilt hatten?... und nun wollen Sie Ihre Beschei- 
nigung einer Wahrheit von mir zurucknehmen ?.►.**) 

Te pytania retoryczne świadczyłyby na korzyść Rinka, 
gdyby nie był wiedział, że stan zdrowia Kanta stale się po- 
garszał; ale ponieważ on, wyjeżdżając w drugiej połowie sierp- 
nia 1801, z Królewca na stały pobyt w Gdańsku, nie łudził 
się co do beznadziejnego stanu zdrowia Kanta, (cf. list do 
Yiiiersa, pod datą 12. sierpnia 1801), a w Gdańsku śledził 
dalszy rozwój choroby Kantś i miał listowne wiadomości, 
brzmiące „er schwindet mit -jedem Tag mehr hin," (cf. list do 
Yiiiersa pod datą 2. lutego 1802), przeto nie możemy niestety 
wskazać na to, żfe on w swych retoryczoych pytśniach z dnia 
13. lipca 18Ó2, konfrontuje się poniekąd z Kantem; Rink wtedy 
dobrze wiedział, że, kto w drugiej połowie lipca 1802 listownie 
z Kantem rozmawia, mówi właściwie do Cineres mortales im- 
mortalis Kóntii. W dalszym ciągu tego listu do Kanta mówi 
Rink: Prawda, niektóre wyrażenia w tem« potwierdzeniu Pań- 
skiem, są może ze względu na Pańską potrzebę spokoju, zbyt 
silne, ale liczę na to, że Pan jednak będzie łaskaw nadesłać 
mi przynajmniej własnoręcznie pisane zaświadczenie, że pierw- 
sze Pańskie oświadczenie przeciw Yollmerowi pochodzi istotnre 
od Pana... (...so rechne ich doch darauf... daśs Sie, wenh Sitft 
fiir Ihre Ruhe auch, die Ausdrukke Ihrer letzten Erklarung zu 
stark finden, Sie ddch die Gute haben werden, mir wenigstens 



Digitized by 



Google 



— 25 — 

Ihre eigenhandig-e Erklarung zuzustellen, dass Ihre erste Erkla- 
rung geg^n den Buchhdndler Yollmer, wurklich von Ihnen 
hernihre...*) (cf. ICants Briefwebhsel, berlińskie wyd. Akademjt, 
III, p. 341). 

Rink w tym liście usilnie bardzo prosi ; nic dziwnego ; on 
w latach 1799, 1800 i 1801 bywał często gościem Kanta, kon- 
cy pował mu listy, (n. p. do Yillersa; cf . Altpr. Monats. r. 1880 
p. 287), on przez szereg miesięcy podawał mu rzeczy do podpisa- 
nia, kiedy umysł Kanta stanowił podatny grunt dla daleko 
idące) suggest]i; oh koniecznie potrzebował tego potwierdzenia* 
o które prosi ; bo przypuśćmy, źe ktoś, niewyśledzofiy sprawca, 
wyłudził od Kanta ową deklarację, o czem on, Rink, może nic 
nie wiedadał, to on słusznie mógł się obawiać, że gdyby przy- 
padkiem opublikowano kiedyś jego listy do Yillersa i zesta- 
wiono ich daty z datą deklaracji^ upatrywanoby w nim jej 
autora; mówionoby o nim: ledwie się uporał z deklaracją, 
którą Kantowi do podpisania pod3unął, aliści już, może nawet 
tego samego dnia, przyznaje się do winy, wyjawiając tajemnicę^ 
że z Kantem jest źle,..* aż tak, że kilku słów skleić nie potrafi. 
Wszystkim tego rodzaju gadkom i podejrzeniom byłoby kres 
położyło potwierdzenie, o jakie Rink Kanta prosił, i niewia* 
domo, czy i z jakich powodów Kant odmówił, bo tu — 
w źródłach wątek, się urywa; ale nam ^wystarczy to, co już 
teraz wiemy: Rink jakieś potwierdzenie z podpisem Kanta po- 
siadał, ale Kant kazał sobie ten papier oddać, a drukować 
zakazał. 

Ta okoliczność zmienia nieco postać rzeczy. 

Kiedyśmy słyszeli o paraliżu umysłowym, (»die Geistes- 
schwache des grossen Mannes, (scil. Kants) entstand nicht 
pldtzlich... sondęrn sie war eine allmahliche Lahmung des 
Geistes...", cf, Jachman, wyd. Hoffman, p. 132), progresywnym 
przynajmniej, t. j. tylko wedle informacji Rinka, od 17/7 1800 
do 12/2 1802, zdawało się nam, że deklaracja p. t. Nachncht 
an das Publicum, pod datą 29. maja 1801, treścią swoją jest 
apokryfem; teraz zaś, wobec pomienionej Wyżej okoliczności, 
zdaje się nam, że ona nietylko treścią i duchem, ale, co więcej, 
intencją swoją, jest falsyfikatem niewyśledzonego dotąd sprawcy. 



Że ewentualna nieautentyczność deklaracji p. t. „Do publicz- 
nej wiadomości* nie byłaby jeszcze dostatecznym dowodem 



Digitized by 



Google 



— 26 — 

nieautentyczności dzieł, do których „Wiadomość" ta odnosi 
się, uwierzytelniając je, rozumie się samo przez się; ona by- 
łaby tylko wskaźnikiem wysokiegfo stopnia prawdopodobieństwa, 
że i dzieła te są apokryfami; byłaby tylko wskazówką pro- 
blemu, dotychczas wcale nie poruszanesfo przez kr)rtykę, która 
przez to swoje zaniedbanie wprowadziła w literaturę nieład, 
dezorientujący zupełnie czytelnika i wyrządzający Kantowi 
wielką krzywdę tak ujemną, jak i dodatnią oceną tych 
rzekomych pism jego; za przykłady podaję trzy krótkie cytat>', 
nie mogąc tu przytaczać obszerniejszych wjcwodów. 

J. H. V. Kirchman: Kants Physische Gteographie, Leipzig, 
1877. p. VI: „Die vorliegende Schrift hat ihren Werth nicht 
mehr in ihrem Inhalte ań sich, sondem darin, dass * Kant sie 
verfasst hat... man wird bei Durchlesung der Schrift staunen, 
in welcher Unvollkommenheit selbst ein so grosser Mann, wie 
Kant, nur im Stande war, ein Werk abzufassen, das nicht 
Anstand nimmt, dem Leser die bedenklichsten Fabeln noch ais 
wirkliche Thatsachen zu bieten." 

Prof. Dr Theodor Vogt' Immanuel Kant, Ober Padagogik. 
Langensalza, 1901; p. 66: „Was nun die padagogische An- 
schauung betrifft, welche in der von Rink hcrausgegebenen 
Schrift Kants niedergelegt ist, so hat auf sie weder die Lehre 
von der transcendenłalen Freiheit, noch der Apriorismus der 
Anschauungs- und Denkformen einen nennenswerten Einfluss ge- 
ubt; vielmehr ist dieselbe der angegebenen Anschauung grossten- 
teils entgegengesetzt". 

Gottfried I. Wenzel: Canonik... ein Commentar liber I. 
Kants Logik. Wien, 1801, p. IV. VI: 

„Man schrieb Logiken... haufte Compendien auf Compe- 
dien... die meisten dieser Logiken frommen wenig oder gar 
nichts.., Doch siehe da! Kant iibergibt, ganz unerwartet, seine 
logischfe Arbeiten dem wurdigcn Jasche, seinem Schiller, und 
wir haben eine Logik vom Reformator der Logik selbst". 

Gdyby krytykom i recenzentom takim usunięto z litera- 
tury ową „deklarację", leżącą kamieniem niepokonanej zapory 
na drodze, wiodącej do rozpatrzenia sprawy, poszłoby \iowe 
mlewo na pytle ich młynów, wpłynęłyby do Sądów literackich 
akta nowej, wyroku sumiennych sędziów proszącej się sprawy 
honorowej; mianowicie: czy za inicjatywą, albo choćby tylko 
za wiedzą Kanta ogłoszono drukiem te rzekome pisma jego. 



Digitized by 



Google 



— 27 — 

Zwłaszcza w Niemczech byłoby oficjalne wgflądni^cie w ią 
tajemniczą historję aktem pietyzmu względem Kanta ; bo z kwe- 
stją inicjatywy łączy się kwestja naruszenia jego testamentu; 
ta zaś ostatnia skupiałaby na sobie, co prawda, ogólną uwagę, 
ale istotą czynu mogłaby z natury rzeczy zajmować tylko try- 
buna^ w Niemczech. 

Dnia 29. sierpnia 1791, złożył Kant w Sądzie Miejskim 
swój pierwszy testament, (cf. Briefwechsel, t. II, p. 408), któ- 
rego treści nie znamy, ale znamy niektóre szkice testamentu, 
własnoręcznie przez Kanta pisane, począwszy od r. 1791 ; (cf . 
Erdman: Reflexionen Kants, I. p. 8.); jeden z nich zawiera na- 
stępujące postanowienie: wszystkie moje papiery literackie, nie 
wyłączając podręczników z mojemi dopiskami, zechce p. Magi- 
ster Gensichen zniszczyć doszczętnie; te bowiem zapiski moje 
nikomuby pożytku nie przyniosły, a dzięki swej nieczytelnością 
byłyby tylko źródłem nieporozumień. („Ich ersuche zugleich 
gedachten Herm Magister [scil. Gensichen], alle meine litera- 
rischen Papiere, worunter ich auch die von mir haufig beschrie- 
bene Handbucher meiner Yorlesungen verstehe, da sie niemąnd 
nutzen konnen, und wegen ihrer Unleserlichkeit nur misver- 
standen werden diirften, nachdem er sie, so lange ihm gefallt. 
durchgesehen hat, insgesamt zu vemichten.,.^) 

Dnia 27. lutego 1798 r. złożył Kant u Władz uniwersy- 
teckich swój drugi testament, anulując pierwszy z r. '1791 ; ten 
drugi zawiera następujące postanowienie: Całą bibljotekę moją 
zapisuję p. Gensichenowi.. („Von der Yererbung meines ubrigen 
Hausgerates nehme ich doch meinen ganzen Buchervorrath aus, 
ak den ich dem Herrn Gensichen vermache...") 

Wyrażenie „meinen ganzen Buchervorrath" doznać może 
dwojakiej interpretacji : albo w myśl wspomnianego wyżej szkicu 
dodać należy: j,auch meine literarischen Papiere und die von 
mir haufig beschriebenc Handbucher meiner Yorlesungen", 
albo też w myśl anulacji poprzedniego testamentu wogóle, 
dodać należy: „jedoch ohne meine literarischen Papiere und 
ohne die von mir haufig beschriebene Handbucher meiner Yor- 
lesungen '^ 

Od czego zależy trafność jednej lub drugiej interpretacji? 
Od tego, czy wyrażony w szkicu motyw decyzji niszczenia pa- 
pierów i podręczników, zapiski zawierających, był dla Kanta 
ważny i w roku 1798, czy też pozbawiony był ważności; 
a objaśni nas co do tego przedmowa do Antropologii, wyda^ 



Digitized by 



Google 



— 28 — 

nej w r. 1798 ; tam Kant mówi, że nie zamierza wydawać Geo- 
grafji fizycznej^ ani też polecać komuś jej wydania, bo jego 
zapiski do tekstu dla nikogo nie b^dą czytelne (....meine zum 
Text gebrauchte Handschrift [ist] wol kein^m Andern ais mir 
leserlich...**). 

A zatem wskazana jest następująca interpretacja wyra- 
żenia „nieinen ganzen Buchervorrath* w testamencie z r. 1798: 
„auch meine literarischen Papiere und die von mir haufig be* 
schriebene Handbiicher meiner Yorlesungen vermache ich Herm 
Gensichen und ersuche thn^ sie insgesamt zu vemichten, da 
sie niemand niitzen konnen, und wegen ihrer linleseriichkeit 
nur misverstanden werden durften^. Gdyby Kant postanowienie 
to z jakichkolwiek pobudek potem był chciał zanulować, byłby 
to dodatkowo w testamencie zaznaczył, byłby je zastąpił jakąś 
wyraźną modyfikacją w testamencie, jak to uczynił odnośnie 
do kilku drobiazgów, nie mających nic wspólnego z jego bi- 
bijoteką. (cf. Briefwechsel, III. p. 412—416.) 

Tymczasem przydarzyło się coś, co jasną tą i prostą in- 
terpretację zaciemnia i gmatwa; jestto sprawa „jShsche^Rink". 

We wrześniu 1800 wydał Jahsche » Logikę Kanta", i zdaje 
tam, w przedmowie, sprawę ze swego zadania, w sposób na- 
stępujący: Kant posługiwał się do swoich wykładów Logiki 
podręcznikiem Meiera; uwagi swoje zapisywał na marginesach 
tego egzemplarza i na czystych kartkach, któremi przeplatane 
były kartki drukowane, (...es liegt mir ob,., den Lesem dieses 
neuen Kantichen Werkes einige Rechenschaft abzulegen... Seit 
dem J. 1765 hatte Hr Prof. Kant seinen Yorlesungen uber die 
Logik ununterbrochen das Meiersche Lehrbuch... ais Leitfaden 
zum Grdnde gelegt... Das Exemplar des gedachten Compen- 
diums... ist, wie alle die ubrigen Lehrbucher, die er zu glei- 
chem Zwecke brauchte, mit Papier durchschossen ; Seine alłge- 
meinen Anmerkungen und ErlSuterungeh sowol ais die spe- 
cielłern... finden sich teils auf dem durchschossenen Papiere, 
teils auf dem leeren Rande des Lehrbuches seibst. Und dieses 
hier und da in zerstreuten Anmerkungen und Eriauterungen 
schriftlich Aufgezeichnete, macht nun zusammen das Materta- 
lien-Magazin aus, das Kant hier fur seine Yorlesungen aniegte, 
und das er... immer wieder von Neuem revidierte und ver- 
besserte**. 

Cały ten ustęp żywo przypomina słowa „Szkicu'': , meine 
literarischen Papiere, worunter ich auch die von mir haufig 



Digitized by 



Google 



— 29 — I 



beschriebene H^ndbucher meiner Yorlesungen verstehe^, ale 
polecenie dane tam Gensichenowi: „sie sollen inssfesammt ver- 
nichtet werden, da sie niemand jnutzen kónnen und wegen 
ihrer Unieseriichkeit nur mi6verstanden werden durften", jest 
z^[€Aa odmienne od polecenia, które rzekomo JahscKe otrzymał : 
»Es aind bereits anderthalb Jahre, seit mir Kant den Ąuhrag 
erteilte, seine Lo^fik, so wie er sie in óffentlicben Yorlesungen 
a^nen Zuhorern vorgetragen, fur den Druck zu bearbeiten... 
Ich erhielt zu diesem Zweck von Ihm die selbsteigene Hand- 
schrifty dereń er sich bei seinen Yorlesungen bedient hatte,..^ 

Poszcze^lne wyrazy tei przedmowy Jabschego: „Matę- 
rialien-Magazin*^... »aeit dem Jahre 1765...^ „immer wieder von 
neuem revidiert und verbessert.«.^ .zerstreute Anmerkungen 
und Erlauterungen..." ;,so wie er sie vorgetragen... fiir ^en 
Druck bearbeiten../ nasuwają dwa pytania: Co mógł Kant 
uczynić dla Jahacbego, aby mu, celem wydawnictwa, uprzy- 
stępnić cały ten „nuigazyn'' materjałów, nieczytelnych, luźnych, 
nagromadzonych w ciągu 30 lat? 

Co umożliwiło Jahschemu podjęcie si<; zadania, jakiegoby 
się nie podjął żaden szanujący się literat? 

W odpowiedzi na takie możliwe pytania . każe nam Jah- 
scbe, bez wszelkich wyjaśnień z swej strony, pogodzić się z fa- 
ktem dokonanym, przedkłada bowiem wystawione mu rzekomo 
przez Kanta świ^iectwo następującej treści: 

Gottlob Benjamin Jahsche posiada gruntowną znajomość 
mo|ego systemu wogóle, a w Logice mojej orjentuje się z ła- 
twością. (»Ich erhielt... von ihm [scil. von Kant] die selbstei- 
gene Handschrift... mit Ausserung des besondem, ehrenvoUen 
Zutrauens zu mir, dass ich, bekannt mit den Grundsatzen sei- 
nes Systems uberfaaupt, auch hier in seinen Ideengang leicht 
eingehen... werde**). Oc^)rwista, wobec takiego świadectwa, 
gdyby tylko było przez Kanta podpisane, byłyby powyższe 
pytania nasze pozbawione sensu, ale wobec tego, że rzekome 
świadectwo Kanta, przez niego podpisane nie jest, mają one 
sens zdrowy i wywołują trzecie pytanie: Dlaczego Kant świa- 
dectwa nie podpisał? Ch. G. Mielcke'mu, który w r. 1800 wy- 
dał swój słownik litewsko*niemiedci i niemiecko-litewski, dał 
Kant kilka słów epilogu i podpisał się, a dla własnej swojej 
Logiki nie miał ani jednego słowa wstępu albo epilogu ; dziwne 
to wprawdzie zachowanie, ale mógł mieć swoje ważne, milcze- 
nie nakazujące powody ku temu; tego wszakże nie mógł od 



Digitized by 



Google 



- 30 - 

nas żądać, żeby świadectwo bez podpisu miało dla nas jakiś 
walor; czyli inaczej: łatwo przekonać si^, że twierdzenia jah- 
schesfo, wśród danych okoliczności, nie zasługują na wiarę, 
a jeszcze łatwiej komentować końcowe słowa jego przedmowy : 
«...die Kantische Metaphysik, wozu ich die Handschrift auch 
bereits in den Handen habe..., werde ich nach derselben Manier 
bearbeiten und heraus^feben...^ ; tu bowiem nie powołuje się 
na żadną ze strony autora aprobatę do druku, na żadne rze- 
kome świadectwo ; (cf. J. Kants Log^ik, Konig-sbergr, 1800. p. 
V— XXIV.). 

Trudniejszy o wiele orzech do zgryzienia przedstawia 
sprawa Rinka. Kant sam, zdaje się, zapowiada w r. 1800 nowy 
szereg dzieł swoich, a tem samem byłoby postanowienie testa- 
mentu z r. 1798, jak myśmy je wyżej interpretowali, zanulo- 
wane, ale nie oficjalnie, w tekście testamentu, lecz w rozprawce 
p. Rinka, p. t. Rozmaitości... (^Mancherley zur Geschichte der 
metacritischen Invasion*. „Jubilatemesse 1800'). 

W tej rozprawce bowiem opowiada Rink, że on i Jahsche, 
dzięki dobroci prof. Kanta, mogą zapewnić, że wydawane będą 
po kolei: Metafizyka, Logika, Teologja Naturalna, Geografja 
fizyczna, i inne interesujące pisma Kanta. („Schliesslich darf 
ich... die nicht uninteressante Nachricht ertheilen, dass^ Herr 
Magister Jahsche und ich durch die Gute des Herrn Prof. 
Kant... in deiL Stand gesetzt sind, die allmahliche Erscheinung 
seiner Metaphysik, Logik, naturlichen Theologie, physischen 
Geographie, und anderer interessanter Schriften mit Gewissheit 
zu yersprechen...'' ; (cytow. w : Reflexionen Kants v. B. Erdman, 
1882. L 11. >. 

Wobec tego, że Kant, po ukeucaniu się „ Rozmaitości", 
milczał, a przynajmniej nie doszło nas żadne zdementowanie 
z jego strony, uzyskało w odnośnej liteiraturze, bez żadnej innej 
podstawy, prawo obywatelstwa — przypuszczenie, że za jego 
upoważnieniem wynurzają się Jahsche i R^ik w powyższy spo- 
sób; a jednak jest możliwe i to, że popełnia się błąd, polega- 
jący na tem, że stosuje się zasadę : qui tacet consentire videtur, 
nie dostrzegając, że ją układ stosunków wyklucza, i że "jej 
miejsce zająć musi zasada: qui tacet nescire videtur. 

Kant nie mógł tych „Rozmaitości'' czytać tak, żeby je 
dezawuować, bo właśnie wtedy, kiedy one prasę opuściły, on 
podobno pierwszy raz w życiu, obłożnie zachorował. Potknąw- 
szy się o coś w swem mieszkaniu, odniósł obrażenia na głowie 



Digitized by 



Google 



— 31 - . 

tak nieszczęśliwie, że przez długi czas łoża opuszczać nie mógł. 
Ten stan zdrowia już nigdy na ogółnem de się nie poprawił, 
a pod względem normalności funkcyj pamięciowych zaszło na- 
wet znaczne pogorszenie, i szło crescendo naprzód, aż do zu- 
pełnej niemocy; bo proszę zważyć, że datą ukazania się „Roz- 
maitości'' jest „Jubilatemesse, ISOO**; znaczy to: trzecia niedziela 
j>o świętach wielkanocnych, czyli ostatnie dni kwietnia albo 
pierwsze dni maja ; u Jachmana zaś czytamy : 

,^ICant fiel im April oder Mai, 1800, im Zimmer, liber 
etwas nieder und stiess sich die Stirn wund... er hatte sich 
des Gehens so entwóhnt, dass er nun schlechterdings behauptete, 
er hatte nicht mehr die Krafte dazu und sich auch durch 
nichts bewegen Hess, einen Fuss aus dem Hause zu setzeh..."); 
(cf. Jachman-Hoffman, ib. p. 145). 

Drugim momentem, pierwszorzędnej w danym wypadku 
doniosłości, jest fakt inny, na który również, o ile wiem, nikt 
uwagi nie zwrócił. Kiedy w październiku 1797 r. Tieftrunk pro- 
ponuje Kantowi nowe wydanie jego pism pomniejszych, przyj- 
muje Kant propozycję tylko pod warunkiem, jeżeli żadne z pism 
jego do r. 1770, nie będzie objęte tem nowem wydaniem 
(cf. Briefwechsel, III. p. 206). 

Motyw tej decyzji łatwo odgadnąć ; te wcześniejsze* pisma 
zawierają i takie teorje, na które autor obecnie żadną miarą 
pisać się hie może. Jeden przykład wystarczy. W rozprawce 
z r. 1768, p. t. „Von dem ersten Grunde des Unterschiedes 
«Jer Gegcnden im Raume" czytamy, że absolutna przestrzeń 
posiada realność niezależni od istnienia materji ; (^mein Zweck 
in dieser Abhandlung ist, einen evidenten Beweis... zu finden..., 
dass der absolute Raum unabhangig vom Dasein aller Materie... 
eine eigene Realitat habe...**); a w dziele p. t. „Metaphysiche 
Anfangsgrunde der Naturwissenschaft,^ 1797, czytamy, że abso- 
lutna przestrzeń nie ma żadnej realności („Der absolute Raum 
ist an sich nichts und gar kein Objekt, sondern bedeutet nur 
einen jeden andern relativen Raum, den ich mir ausser dem 
gegebenen jederzeit denken kann... Ihn zum wirklichen Dings 
2u machen, heisst... die Yernunft in ihrer Idee missverstehen...") 
(cf, Metaph. Anfangsgr., wydanie Hoflera, 1900. p. 16/17). 

Widzimy tedy, że ze względów zasadniczych Kant mu- 
siałby i w r. 1800 odmówić pozwolenia na przedrukowanie 
rozprawki z r. 1768. A jednak Rink tę właśnie rozprawkę wraz 
2 innemi wcześniejszemi przedrukowuje w r. 1800, p. t. Sam- 



Digitized by 



Google 



— 32 — 

\\ing einiger... Kleiner Schriften von I. Kant Kónigsberg; oczy- 
wista, nie za inicjatywą ani za wiedzą autora; a dłaczejfo nie 
doszedł nas żaden głos protestu ze strony autora? rzecz pro- 
sta: qui tacet nescire videtur. 

Odniósłszy całą tę argumentację, mutatis mutandis, do 
zapowiedzi w ,, Rozmaitościach^ Rinka, źe ,,kole]no wychodzić 
będą : Metafizyka, Logika, Geografja fizyczna... i iniie intere- 
sujące pisma Kanta," zapytujemy: . 

Czyż w ciągu ostatnich 120 lat nikogo z filozofów nie* 
mieckich nie uder;Ea to, że Kant nie byłby pozwolił anonsować 
„interesjsante Schriften **, a co nfijmniej byłby skreślił wyrazy: 
„und andere interessante Schriften Kants,'' gdyby był wiedział, 
co się w jego imieniu opublikowuje? 

Czyż nikogo z tych filozofów to nie uderza, że ta „nicht 
uninteressante Nachricht** w „Rozmaitościach* Rinka i ta dekla- 
racja p. t. „Machricht an das Publicum"* są bliźniaczo do siebie 
podobne; że ta zapowiedź wydania pism i ta deklaracja, uwie- 
rzytelniająca wydawców, to straż prz^nia i straż tylna tych 
pism wydanych i że cień, jaki na nie z przodu i z tyłu pada, 
to. cień podejrzenia? 

Jak może B. Erdman twierdzić (cf. Reflexionen... I, p. 8), 
że Kant postanowienie swego testamentu, odnoszące się do 
swych papierów literackich^ w roku 1800 zanulował? (^die- 
selbe [scil. Bestimmung, die literarischen Papiere zu vemichten] 
wurde im J. 1800 faktisch annullirt^. ). 

Jak może E. Adickes (cf. Untersuchufigen zu Kants phy« 
sicher Geographie, 1911, p. 286) Kan^a uwiądem starczym du- 
maczyć „dane* Rinkowi pozwolenie wydania Geografji fizycz* 
nej ? r»Nur aus Kants Senilitat ist es zu begreifen, dass er Rink 
die Erlaubnis geben konnte, seine Diktate zu veróffentliehen..w''). 

Gdyby twórczym aktem Wszechmocy Kant ;Eniartwycb- 
wstał i zjawił się wśród nas, to zdaje mi się, że takieby sta- 
wiał pytania i wytężałby słuch i że podobnie jak Mickiewicz, 
mógłby powiedzieć: W takiej ciszy tąk ucho natężam ciekawie, 
że słyszałbym głos z Litwy, (wzgl. z Niemiec)... Jedźmy, nikt 
nie woła. 

Wracając do rzeczy, przypatrzmy się bliżej tym rzekomym 
pismom Kanta, zaczynając od Pedagogiki. 

I ten mamy zlepek wydał Rink; wydał go w roku 1803^ 
p. t. „Immanuel Kent uber Padagogik** i zaopatrzył w przed- 
mowę o treści chaotycztjej, nic nie mówiącej o fcem, czy Kant 



Digitized by 



Google 



— 33 — 

kazał te swoje rękopisy, uwagi („Handsch- iften**, „Bemerkun- 
g-en**) drukować, kiedy, jak (cf. p. 4/5). 

Podnieśmyż kurtynę, przysłaniającą przed oczyma naszemu 
bodaj czy nie jedną z najbardziej wzruszających scen w trage- 
dli ogólno ludzkiej, a zarazem doskonale ilustrującą tę, dla ło^ 
^vienia ryb może, zamąconą wodę. Jachman przez 'długi szereg 
lat żyje z Kantem w ścisłej przyjaźni; w r. 1802 wyjeżdża on 
z Królewca, celem objęcia jakiejś poifady na ptowincji. Dnia 
1. sierpnia 1803 r. odwiedza on swego » wielkiego nauczyciela 
i przyjaciela"... „ucałowałem go, opowiada Jachman, z czcią, 
i miłością synowską, mówiłem mu o swej radości, że mi danem 
było, widzieć go znowu; a on patrzał na mnie martwem, ba- 
dawczem okiem i zapytał uprzejmie — kto ja jestem. Przepra- 
szał, że niestety musi usiąść i prosił mnie takie siadać, poczem 
znowu się dowiadywał — kto ja jestem. Opowiadałem mu roz<- 
maite, przedtem dobrze mu znane szczegóły z życia, mojego: 
one wszystkie zatarły się w jego pamięci; mówiłem o rozma- 
itych ważnych rzeczach, przy których obaj współczynni byliśmy; 
ani śladu one w duszy jego nie zostawiły. Zwracałem jego- 
uwagę na miejsca i osoby, gdzie i z któremi często przebywa-^ 
liimy razem, przypominałem mu, co on w swej tak dużej życz- 
Irwości dla mnie zrobił; nic z tego wszystkiego nie zdołało 
przypomnieć mu mojej osoby. Serce się krwawiło na widok, jak 
ten schorzały starzec M^silał się w tym kierunku. Nawiązałem 
do pewnych przedmiotów realnych, o których wiedziałem, jak 
o nich dawniej M^rażał się, stale w ten sam sposób. On pró- 
bował to czynić i teraz, lecz i najmniejszego zdania dokończyć 
nie mógł. Siedząca obok nas siostra jego, która te dawniejsze 
jego zdania stereotypowe, zdaje się, na pamięć umiała, podpo- 
wiadała mu dokańczające słowa, a on je za nią powtarzał. — 
Podczas tej części rozmowy, przez którą bezustannie na mnie 
patrzał, twarz jego kilkakrotnie się rozjaśniała; .ah, szepn^» 
Pańskie spojrzenie coraz więcej przypomina mi się* Już nabra- 
łem otuchy i nadziei, że w końcu przecież mnie rozpozna, ale 
nadaremnie. Musiałem odejść nierozpoznany. Na odchodnem 
żegnałem się z nim, a on do mnie: Może Pan opowie mojej 
siostrze, ale szczegółowo, kto Pan jesteś, a ona to mnie po- 
wie; — przy jakiejś sposobności...^ (Cf. Jachman, 16, p. 131). 

Teraz dopiero zrozumiałem jest, dlaczego Rink w swej 
przedmowie do Pedagogiki, 1803 r., nie mówi wyraźnie, że Kant 
kazał mu ją drukować; kiedyż kazał, może w r. 1802? 

3 



Digitized by 



Google 



— 34 - 

, ^ Uchylmy rąbek zasłony innej sceny; Wasianski opowiada, 
co następuje: 

lyByło to 1. lutejfo 1802 r. Kant, wstawszy rano, jak zwykle 
przed godziną S-tą» zastał mnie już u siebie w pokoju i byt 
zdziwiony mojem tak wczesnem przybyciem". (Wasianski poja- 
wił si<j tam 2 własne] inicjatywy celem instruowania nowo przy- 
jętego sługi, następcy odprawionego Lampego o jego obowiązkach 
porannych). .Usiedliśmy przy stole herbacianym. Kant siedział 
naprzeciwko mnie i widać było, że mu coś dolegało — wresz- 
cie wykrztusił prośbę, żebym tak usiadł, iżby on nie mógł mnie 
widzieć, bo od 50*ciu lat z górą żywej duszy nie miał koło sie- 
bie przy herbacie porannej. Zrobiłem, jak sobie, życzyła a Jan 
(służący) oddalił się do przyległego pokoju i tylko na zawoła- 
nie się zjawiał. Teraz było wszystko w porządku. Kant przy- 
wykł był do samotności przy herbacie o tej porze i do pogrą- 
żania się w tok swych myśli; a chociaż teraz już żadną lekturą, 
ani notowaniem swych refleksy] nie bywał zajęty, nie mógł 
mimo to o tej porze ścierpieć niczyjej obecności...* Dawniej 
udawał się na spoczynek nocny o godzinie 10-tej, w roku zaś 
1802, już o 9-tej... Nogi odmawiały mu posłuszeństwa — coraz 
więcej; padał zarówno chodząc, jak i stojąc. Poranki przesia- 
dywał w fotelu i często zasypiając z wycieńczenia, spadał, a nie 
mogąc sobie sam poradzić, pozostawał spokojnie w tym stanie 
bezradnym, aż ktoś nadszedł; po kilku takich wypadkach spra- 
wiono mu fotel z poręczą naokoło. Podczas jednego z wcze- 
snych poranków siedział w fotelu i odczytywał coś przy świetle 
świecy, a zasypiając i chyląc się do spadania, zawadził głową 
o płomień świecy; przy. tern zajęła mu się bawełniana szlafmyca 
na głowie, a on, niewyprowadzony tem zajściem z równowagi, 
gołemi rękoma zdjął ją z głowy i cisnął niedaleko siebie, a osu- 
nąwszy się na dół, przydusił wystrzelające z niej płomyki*. — 
(Cf. Wasianski, „Leben Kants'', wyd. Hofman, p. 362 i 319). 

Skoro i w r. 1802, jak widzieliśmy, Kant nie mógł zarzą- 
dzić drukowania ^swych rękopisów, swoich uwag" i skoro co 
do roku 1801 wiemy od Rinka, że „wielki ten człowiek był już 
wtedy ruiną", to pozostają tylko lata od r. 1800 wstecz jako 
możliwe daty w naszej kwestji. 

Istotnie, na podstawie korespondencji Rinka jest rok ten 
datą, której szukamy. 

Oto zwracając się do księgarza YoUmera z edycyjną pro- 
pozycją, opowiada Rink w liście, cytowanym w „I. Kants phy- 



Digitized by 



Google 



— 35 — 

sńN:he Geographie..., bei G. YoUmer 1802", tom IL, str/29, pod 
datą 20./l>pca 1800 r., co następuje: 

,,...'Mnte 1 przyjacielowi mojemu p. M, Jahschemu poda- 
rovifai Kant wszystkie swoje rękopisy i kazał nam je druko- 
wać...** 

W „InteHi^fenzblatt der allgemeinen L. Zeitung, Nr. 62" 
(cyt. 1. c. p. XX.) podaje Rink następujące bliższe określenie: 

„... Mnie i p. prof. Jahschemu pozostawił Kant wyraźnie 
i to na nasze żądanie, zupełnie wolną rękę we wszystkiem, co 
dotyczy wydania jego rękopisów**. W. dalszym ciągu zaś listu 
do YoHmera, wyżej cytowanego, czytamy: 

„Te rękopisy oddamy Panu jako nakładcy („woUen wir 
Ihnen uberlassen**), a co do mnie ofiaruję Panu Geografję fi- 
zyczną *• 

Szczególnie znamienną jest w tym liście uwaga, że Kant 
o tej propozycji nic nie ma wiedzieć, a raczej dowiedzieć się 
nie ma; („erfuhre er [scil. Kant]... unsern Antrag an Sie, so 
konnte er... die Sache ruckgangig machen**). Opuszczam pro- 
ponowany kontrakt, zawarty w tym liście i cytuję dalej: „O ile 
Pan na ten kontrakt się godzi, dostarczy Panu p. M. Jahsche 
Metafizyki Kanta, najpóźniej do Michaelis 1802 r., a o ile Pan 
kontraktu dotrzyma, dostanie Pan oprócz tych dwóch dzieł je- 
szcze z 10 dzieł (etwa 10) pozostałych, na tych samych wa^ 
runkach**. ^ * 

Wygląda to, jak gdyby Kant podarował im stos papierów, 
zawierających rozmaite niewydane i nieartykułowane prace 
jego i kazał im z tego piętrzącego się stosu wykrzesać tyle 
dzieł, ile się tylko da, (według uznania obdarzonych: kilkana- 
ście, ^nioże 12") i wyraźnie oświadczył, że co do wydania ca- 
łego tego tuzina dzieł jego, nie krępuje ich w niczem, więc na- 
wet nie w fabrykowaniu z tego materjału przedmiotów speku- 
lacji księgarskiej. 

Zaiste, na tego rodzaju informacje zdobyć się może tylko 
ktoś taki — abstrahujmy od kwalifikacyj charakteru — tylko 
ktoś taki, który żadnych nie ma wątpliwości, że Kant tak da- 
lece chory, iż odnośnie do wydawnictwa dzieł jego nie ma już 
komu dementować, dezawuować. 

Czy Rink dnia 20. lipca' 1800 miał tę pewność o chorobie 
Kanta, niewiadomo; bo to, że on przed trzema dniami doniósł 
Yillersowi: „Kant już nie odpowiada prawie na żaden list, omal 
powiedziałbymy że już nie jest w stanie odpowiadać*, stanowi - 



Digitized by 



Google 



— 36 — 

bardzo słaby arguciient; w każdym razie znamienne są pod tym^ 
wzsfl^dem dwa punkty kontraktu, który Rink w cytowanym 
wyżej liście z dnia 20. lipca 1800, YoUmerowi proponuje: 

1) »,... Pierwszy tom Geog^raf ji fizycznej, prasy opuszczać nie 
ma wcześniej, niż na Wielkanoc 1803 r., ale tytułem honorar- 
jum złoży Pan w b. r. (tyle a tyle)..." 

2) „... Nie powiadomi Pan nikogo, a tem mniej — publicz- 
ności, że X Pan jesteś nakładcą pozostałych, podarowanych nam 
rękopisów Kanta — aż my Pan^ na to pozwolimy; ale ten 
okres czasu ńie przekroczy V/2 roku^. 

Jeszcze nie był upłynął ten termin, a Rink już miał niczem 
niezachwianą pewność co do chproby Kanta, bo w liście do 
Yillersa, pod datą 12. sierpnia 1801 n mówi : Nasz dobry Kant 
pozostaje jeszcze w tym samym stanie choroby, jaki Panu 
onegdaj opisałem i straciłem wszelką nadzieję, żeby kiedyś z nim 
byto lepiej (^und ich gebe alle Hoffnung auf, dass es je besser 
um ihn stehen wird..." 



Jakkolwiek przytoczone tu fakty świadczą dowodnie, że 
nie za wiedzą Kanta ofiarowjnArano papiery jego bibljoteki jako 
manuskrypty do druku przeznaczone i nie za jego inicjatywą 
te niepomiernie nagromadzone papiery („betrachtlich angewach* 
sene Papiere und Handschriften" tak Rink w swej przedmowie 
do Geografji fizl) rewidowano i układano w 12 dzieł nowych, 
trudno mi — mimo to wszystko — przypuszczać, że motywem 
działania tego była pospolita chęć frymarczenia. 

Nawet nie powiedziałbym, że wogóle dla interesów mater-- 
jalnych Rink popełnia te niewłaściwości. Nawet nie zaprzeczał- 
bym, że cechowało go szczere umiłowanie rzeczy wielkich,, 
nieśmiertelnych. 

Raczej robi na mnie stosunek jego do Kanta wraże* 
nie takie: 

Kant należał do kategorji tych ludzi, których życie całe 
grawituje na zewnątrz sfery szczęścia domowego, był jednym 
z tych ludzi, którzy najwyższą rozkosz otwierania dla filozofji 
nowych horyzontów okupują niemal zupełną rezygnacją i mą'-^ 
czeństwem. 

Zgłaszając się po raz pierwszy do filozofów^ mówił: ,Już 
sobie wykreśliłem tory, któremi chcę podążyć; rozpocznę swój 
pochód i nic mnie nie powstrzyma od kontynuacji.* (I. Kants- 



Digitized by 



Google 



— 37 — 

samtliche kletne Schriften, Kónigsberg und Leipzig, 1797, t. I 
str. ©.) 

. Są wśród filozofów i -tacy, którzy od czasu do czasu od- 
crytują sobie te ina całe życie programowe słowa, a nigdy bez 
wzruszenia odczytywać ich nie mogą; taki z nich bije czar. 

Nito w podróż morską wybiera się żeglarz-nurek; który 
w najgłębszych pokładach tajni ducha odkryć miał nieśmier- 
telny pierwiastek „ czystej woU"; żeglarz z Bożej łaski, któremu 
sądzono, żeby łaskę tę okupił kiedyś kompletnym bezwładem 
swej własnej woli; ktoś z tych powołanych i wybranych, któ- 
rzy, skupiając się dookoła chorągwi, powiewającej nad ich 
głowami godłem, jakie się słyszy czasem w kołach żeglar- 
skich: „navigare necesse est, sed vivere non est necesse*, idą 
przez świat, nie widząc, co się dookoła nich dzieje w życiu 
codziennem, bo wzrok mają utkwiony w tę swoją chorągiew, 
w ten symbol przeznaczenia, streszczającego się w słowach 
jakiegoś poety: 

„Viel genossen, viel gelitten, 

Und das Gliick lag in der Mitten*. 
Rink był jedną z tych problematycznych natur, na które 
właśnie taki tryb życia („vtel genossen, viel gelitten...'') oddzia- 
ływa fascynująco; a posiadał, szeroką skalę wymierzania sobie 
dróg, prowadzących do znajomości i styczności z sławnymi 
ludźmi; skalę obejmującą stopnie, począwszy od captatio bene- 
voIendae, a skończywszy na wkradaniu się w ich zaufanie 
i nadużywaniu tego zaufania dla ambicyj, zrazu może szlachet- 
nych, ale w końcu nieuchronnie poziomych. Zresztą zaś był to 
stmplex servus Dei, hołdujący zasadzie: »Navigare necesse est, 
necnon vivere necesse est''. On także, bodaj czółenkiem jakiemś, 
kierować pragnął. Jakiś głos syreni, śpiewający mu o rzeczach 
wielkich i nieśmiertelnych, nęcił go i wabił na morze, a on ani 
sterować nie umiał ani, nad brzegiem stojąc, rady nie dawał 
i wraz z ciężkim swym wehikułem stoczył się w przepaść* 

M Żeglarza z czółnem w końcu na dno 

Pociągnie wody siła, 

A wszystko to swą piosnką zdradną 

Lorelaj uczyniła/ 

(Heine^Rossowsku) 

' Tak sprzęgły się z losem tragicznej starości królewskiego 
mędrca los i nazwisko „Rink''. 



Digitized by VjOOQ16 



— 38 — 

Fryderyk Teodor Rink (}^go papiery uniwersyteckie ma\ą 
także pisownię „Rinck" i „Ring**) urodził się d. 8. kwietnia 
1770, w Sziawie na Pomorzu. Dnia 1. kwietnia 1786 przyjęto 
go na uniwersytecie w Królewcu w poczet słuchaczy teologii; 
uczęszczał także na wykłady Kanta do r. 1789; uzyskawszy 
stopień magistra, odbył podróże po Holandji i Kurlandji. Po- 
wróciwszy w r. 1792 do Królewca zostaje tu docentem teolpgji, 
języków orjentalnych i języka greckiego, a w r. 1794 nadzwyr 
czajnym profesorem filozofji, później także teologji. Od r. 1801 
piastuje godność kaznodziei i dyrektora gimnazjalnego w Gdań- 
sku. Tu odbyła się po jego śmierci, która nastąpiła dnia 27. 
kwietnia 1811, licytacja jego bibijoteki i papierów literackich, 
przyczem Politz nabył zeszyt p. t. „Kants philosophische Reli- 
gionslehre'', podobno rękopis Kantowski (cf. Kanstudien, Er- 
ganzungsheft. Nr. 41, p. 37.). 

W czasie ostatniego pobytu swego w Królewcu otrzymy- 
wał od Kanta, regularnie dwa razy w tygodniu, , zaproszenie 
do stołu". (I. c). 

Popadłszy w r. 1801 w zatarg transakcyjny z księgarzem 
Yollmerem, był przedmiotem częstych ataków jego, streszcza- 
jących się w żądaniu, żeby Rink deklarację Kanta p. t. „Nadi- 
richt an das Publicum" urzędowo zdeponował w oryginale, 
celem umożliwienia rekognicji pisma; pretensję tę Rink w swych 
kontratakach stale ignorował; (cF. Kants phys. Geographie ed. 
Yollmer, t. II, III i lY.); tak przemilczał Rink i inne, nie bę- 
dące mu na rękę zarzuty, udaremniając w ten sposób orjentację 
czytelnika. Mając n. p. odpowiadać na zarzut (Yollmera w jego 
wyd. Geogr. fiz.), że Kant przecież w swej Antropologji oświad- 
czył, iż z powodu nieczytelności p;sma swego, nikomu nie po- 
leci wydania swej Geografji fizycznej, Rink to w swojem wy- 
daniu Geografji fizycznej przemilcza, a natomiast finguje tam 
inny rzekomo podniesiony przeciw niemu zarzut, jakoby Kant 
się W3rraził, źe mu się zeszyty jego Geografji fiz. zatrąciły, i na 
ten sfingowany zarzut Rink tam odpowiada. 

Doszło do tego, że Yollmer list Rinka zdeponował, dając 
w ten sposób dowód jego autentyczności, a Rink zdeponował 
zeszyty, z których powstała Geografja fizyczna w jego wyda- 
niu, oświadczywszy uprzednio, że zdeponowany przez Yollmera 
list jego pod datą 20. 7. 1800 był pisany „nie na serjo". („mein... 
nach jenen Umstanden gar nicht ernstlich gemeintes Schreiben.* 
cf. Int. AUg. Litt. Z. Nr. 203, cytow. w dziele p. t Kants 



Digitized by 



Google 



— 39 - 

physiche Geog^raphie^ w wydaniu Yollmeray w II. tomie, na 
str. 18.), 

W tern miejscu my nieuprzedzeni czytelnicy przystanąć 
musimy, chcąc sobie zdać sprawę z nasuwających si<; refleksyi, 
że momentem najbardziej rzeczoznawców drażniącym musiało 
być następujące powiedzenie Rinka: „Mnie i v}ahschemu podaro- 
wał Kant swoje niepomiernie nagromadzone papiery literackie, 
i polecił nam czerpać ż nich i drukować około 10 dzieł innych, 
poza Logiką i Geografją fizyczną^. 

Gdyby Rink był to swoje, absolutnie niewiarogodne twier- 
dzenie podtrzymywał, byłoby ono brzmiało tak potwornie, źe 
mimo woli byłaby się nam nasuwała asocjacja tej oto bardzo 
brzydkiej myśli: dla Rinka w samą porę przysdo to, co przy- 
padek zrządził, mianowicie to, że w kwietniu czy w maju 1800 
Kant potknął się i odniósł obrażenia na głowie tak ciężkie, 
że żadnego ruchu literackiego śledzić już nie mógł. 

Z uczuciem ulgi tedy i zadowolenia dowiadujemy się, że 
list Rinka do Yollmera, pod datą 20. 7. 1800 był pisany „nie 
na serjo**; nie chcielibyśmy bowiem należeć do grona tych 
ludzi, którzy gotowiby byli cisnąć na Rinka kamieniem 
potępienia. Pozostaje tylko jedna trudność: co począć z 62-gim 
nrem Intelligenzblatt, cytow. w II. t. Geografji fiz. wyd. Yoll- 
mera, gdzie Rink także mówi o tych .innych dziełach*", a wcale 
nie tonem żartobliwym; i co zrobić z końcowem zdaniem de- 
klaracji p. t. »Nachricht an das Publicum* ; tam również mowa 
o tych winnych dziełach '^ Jak tu stosować obronę, polegającą 
na żartobliwości tonu? 

To jest trudność niemała, ale nie tego rodzaju, żeby wy- 
kluczała wszelką próbę rozwiązania, n. p. próbę następującą: 
obydwa dokumenty, t. j. Intelligenzblatt i deklaracja p. t. Nach- 
richt an das Publicum, łudzą pozorem poważnego tonu. 

Może nam w tej mierze wskazówką będzie pewien, nic 
nieznaczący zresztą drobiazg: w końcowem zdaniu deklaracji 
Jahsche występuje jako „Herr** Jahsche, a Dr. Rink bez tego 
epitetu; piszący widocznie przy jednem nazwisku pamiętał o 
formach towarzyskich, a przy drugiem zapomniał; oto ślad 
pośpiechu, nie licujący z charakterem poważnego dokumentu* 
Do tego samego rezultatu dochodzimy, gdy się zważy, że ple- 
onazm w deklaracji: „Die rechtmassige Herausgabe...* habe 
ich Herrn Dr. und Prof. Rink ubergeben, ten pleonazm — 
mówiąc łagodnie — śmieszny, bo stylistycznie pozwala na 



Digitized by 



Google 



— 40 — 

czytanie pomiędzy wierszami niedopowiedzenia: „Die unrecht- 
massige Herausgabe... habe ich einem Andem ubergeben", jestto 
także lapsus pospiechu, nie lici 'qcy z powagą chwiii, w któ* 
rej się naprawdę dokument jak., podpisuje. 

Obrazem zaś nieładu i zamieszania jest dziwna jakaś forma 
tego dokumentu. Piszący zaczyna od tego, że mówi o sobie 
w Ill-ciej osobie (^Nachricht... die... Ausgabe der physischen 
Geographie von Im. Kant betreffend*). i podaje datę (,,29 Mai, 
1801"), a w dalszym ciągu mówi w osobie Uszej („...unter męi- 
nem Namen...*) i kończy podając datę („29 Mai, 1801*), po 
raz drugi. 

Otóż ze względu na moment ostatni my, nieuprzedzeni 
czytelnicy, musimy interpretować w sposób następujący: 

a) Cały ten dość długi nagłówek wraz z datą po raz 
pierwszy podaną pochodzi od redaktora, przyczem redakcja za- 
pomniała zaznaczyć, że* nagłówek dodała od siebie. 

b) Nagłówek pochodzący od autora opuszczono, nie nad- 
mieniając nic o tern, że go pominięto, i nie informując wcale, 
czy co do treści jest kongruentnie zgodny z nagłówkiem re- 
dakcyjnym. 

Szermierka Rink-Vollmer trwała 5 lat, bo jeszcze w r. 1805 
Yollmer w swojem wydaniu Geografji fizycznej w przedmowie do 
IV. tomu, prowadzi zacięty spór o zdeponowanie deklaracji 
p. t. yNachricht an das Publicum"; tej samej deklaracji, którą 
w r. 1902 w cennym zbiorze Akademji Umiejętności w Berli- 
nie przyjęto w poczet listów Kanta, nie ulegających pod wzglę- 
dem swej autentyczności żadnej kwestji; prz)rjęto ją bez żadnej 
wzmianki, że była kiedyś zakwestjonowana. 

A przecież pięciolecie nawet nie wystarczyło na rozstrzy- 
gnięcie sporu, którego można było uniknąć ' przez prostą de- 
pozycję deklaracji w oryginale. Rink wprawdzie Yillerowi pod 
datą 20. 2. 1805 donosi, że w tym sporze już się .wylegitymował* 
(»Endlich habe ich mich gegen Yollmer gerichtlich und durch 
Aktenstiicke in einer kleinen Schrift legitimirt", cf. Aitpreuss. 
Monatsschrift, rocznik 17, str. 296); ale to bynajmiej nie od- 
nosi się do naszego dokumentu. Rink o tyle zdał się na Sąd 
Akademicki w Królewcu, że nadesłał tam trzy rękopisy Geogr. 
fiz., z których wydanie jego powstało, i prosił o urzędową re- 
kognicję pisma i o widymację, którą ,też otrzymał i zamieścił 
w broszurce p. t. Odparcie... („Aktenmassige Ablehnung... 



Digitized by 



Google 



— 41 — 

Danzi^y 1803; cf Adickes, Untersuchungen... Tiibingen, 1911, 
str. 16.). ' 

Atest uniwersytecki zaświadcza tam, co następuje : Pro- 
fesorów, rekog^noskujących pismo było pięciu ; w jednym z prze- 
dłożonych im , manuskryptów i w kilku luźnych zeszytach 
uznali wszyscy jednogłośnie tylko mar^^inalia za pismo Kanta; 
w pozostałym zaś jednym manuskrypcie — czterech profesorów 
uznało całą napisaną treść za pismo Kanta, a jedefi profesor 
oświadczył, że nie jest pewnym ttgo; być może, mówił on, 
że i to jest pismo Kanta, ale z lat dawniejszych. (Cf. Adickes, 
1. c. str. 17.). 

Atest ten jest dia nas dokumentem zupełnie bezprzedmio- 
towym, bo gfdyby nawet wszystkie trzy manuskrypty wykazywały 
własnoręczne pismo Kanta, nie byłoby to nawet najmniejszym 
dowodem na to, że za jego wiedzą i inicjatywą ogłoszono je 
drukiem; a nam chodzi głównie o to. Ale jeżeli chodzi o au- 
tentyczność tego rzekomego dzieła Kanta, to ten atest uniwer- 
sytecki podaje znakomity klucz do rozwiązania kwestji; atol> 
uczeni nie chcą, albo nie mogą się nim posługiwać. 

Adickes n. p. w swem wyżej wspomnianem dziele sądzi: 

a) co do zeszytów, które tylko na marginesie zawierają 
notatki, zresztą zaś niewątpliwie pisane są przez inną rękę: 

, Przypuszczenie, że Rink te zeszyty uważał za odpisy ma- 
nuskryptu Kanta nie ma nic za sobą, owszem wszystko prze- 
mawia przeciw temu", 

b) co do zeszytu, który większością głosów uznano za 
rękopis Kanta: 

,Ten zeszyt Kanta pochodzi z pierwszych semestrów jego 
akademickiej działalności*. 

Adickes, który wszystkie zachowane jeszcze, a dostępne 
mu skrypta wykładów Geografji fiz, Kanta badał z podziwu 
godną gruntownością i sumiennością, stwierdza, że w Królewcu 
uprawiano kwitnący handel temi skryptami, że przepisywaniem 
ich trudnili się pokątni pisarze, którzy od siebie dodawali do 
tekstu i ujmowali według własnego uznania, odpisując nieraz 
z n-tej ręki, (1. c. p. 40); mimo to Adickes nie wątpi, owszem 
wprost twierdzi, że takich właśnie skryptów użył Rink z pole- 
cenia Kanta jako substratu jego Geografji fiz.; otóż p. Adicke- 
soWi ku pamięci niech mi wolno będzie przytoczyć, co Kant 
sądzi o takich skryptach z pierwszej ręki. Markus Herz prosi 
w r. 1778 Kanta, żeby wśród słuchaczów swoich znalazł kogoś, 



Digitized by 



Google 



— 42 — 

ktoby mu dostarczyć mógł porządnych skryptów Geografji fiz. 
i otrzymuje w odpowiedzi list z d. 20. października 1778, tej 
treści, że to jest życzenie niemożliwe do spełnienia. 

(^Diejenigen von meinen Zuhorern, die am meisten Fabig- 
keit besitzen, alles wpl zu fassen, sind gerade die, so am we- 
nigsten ausfiilirlich und dictatenmassig nachschreiben, sondern 
sich nur Hauptpunkte notiren. ... Die, so im Nachschreiben 
weitlaufig sind, haben selten Urteilskraft, das Wichtige vom 
Unwichtigen zu unterscheiden und haufen eine Menge misver- 
standenes Zeug, ^.. es ist mir schwer, auch nur die aufzufin* 
den, die hierin etwas Taugliches geleistet haben móchten"). 
(Cf. Kants Gesammelte Schriften, Briefwechsel, B. I. Berlin, 
Academie der Wiśs). 

Cytat powyższy ważny jest jako probierz wartości wy- 
roków, jakie odnośna literatura feruje w sprawach tak dra- 
żliwych, jak kwestja autentyczności wogóle. Ten sam Adickes, 
który jako wynik swych skrupulatnych bardzo badań otrzy* 
muje wskazówkę na wymowny s fakt, że Rink rękopisu 
Geografji fiz. Kanta wcale nie posiadał, ten sam Adickes^ 
podtrzymuje jednak tradycję autentyczności tego dzieła. I tak 
samo postępują sobie wszyscy inni znani mi krytycy niemieccy; 
krytycy wybitni i ze wszech miar godni; n. p. Dilthey, Vogt, 
Kirchman i wielu innych. 

• Nic dziwnego; powiedzieć jasno i jednoznacznie, że rzekome 
pisma Kanta nie są autentyczne, — wobec deklaracji p. t. 
.Nachricht an dąs Publicum", zamieszczonej w cennym zbiorze 
Akademji Umiejętności w Berlinie, — znaczyłoby tyle, co twier- 
dzić, że Kant świadomie współuczestniczył z Jahschem i Rin- 
kiem w raczeniu szerokich kół czytającej publiczności humbu- 
gami literackiemi, a tego żaden z tych czcigodnych autorów po- 
wiedzieć nie może,' bo każdy z nich żywi święte przekonanie, 
że rozminąłby się z prawdą, gdyby takie powiedzenie zaryzy- 
kował, a więc uznaje autentyczność tych pism, mimo wszystkie 
koluzje wydawców. 



W przedmowie do I. tomu „Kants gesammelte Schriften 
Berlin, Academie der Wiss.'* na str. XI. pisze redaktor pro- 
gramowo : „Der Briefwechsel bildet die zweite Abteilung. Die 
ersten drei Bandę enthalten die Briefe, der viertc Einleitung 
und Erlauterungen zu ihnen...* Do tej pory wyszły tylko te 



Digitized by 



Google 



— 43 — 

i 

trzy pierwsze tomy listów, a IV tom, o ile zdołałenf zasięgnąć 
informacji, właśnie w b. r. przygotowują do druku. 

Nie od rzeczy tedy będzie, jeżeli ośmielę się upraszać, 
żeby Wysoka Akademja raczyła polecić p. Redaktorowi IV- go 
tomu „Korespondencji Kanta^ by zechciał łaskawie zabrać głos 
w^ sprawie umieszczonej w lll-cim tomie deklaracji p. t. „Nach- 
richt an das Publicum**, biorąc przytem pod rozwagę wszyst- 
kie w niniejszym elaboracie moim wspomniane matactwa, zwią- 
zane ściśle z tym dokumentem, a zwłaszcza tę okoliczność, że 
Rink, nie bez podstawy i niejednokrotnie publicznie wzywany, 
żeby się postarał o depozycję „Oryginału**, publicznie nic zgoła 
nie odpowiada, chociaż prywatnie czyni usilne, acz bezskute- 
czne zabiegi, żeby Kant dał mu co do tej deklaracji zaświad- 
czenie: „diese riihrt wirklich von mir her". 

Jakikolwiek będzie wynik takich na nowo podjętych ba- 
dań, czy on poruszone tu wątpliwości rozprószy, czy je skupi, 
w jednym i w drugim wypadku usunie on z drogi istotną 
przeszkodę bezstronnego rozwiązania kwestji autentyczności 
rzekomych pism Kanta. 



Digitized by 



Google 



STEFAN BŁACHOWSKI. 



O psychicznych szeregach jakościo- 
wych "w dziedzinie wrażeń zmysło- 
wych. 



Wrażenia, jakie powstają pod wpływem działania podniet 
na zmysły, można ułożyć w systemy, obejmujące wszystkie 
wrażenia danego zmysłu. Przez ułożenie takich systemów nie 
tylko ułatwia sobie psycholog^ja przegląd wszystkich wrażeń, 
ale także wykrywa związki, jakie zachodzą między wrażeniami 
daneg'0 systemu i stosunki, w których do siebie pozostają różne 
systemy. Ale praca nad tworzeniem takich systemów natrafia 
na wielkie trudności nie tyle z tego powodu, ż^ bogactwo 
wrażeń jest ogromne, jak dlatego, że w każdem wrażeniu może 
analiza psychologiczna wyróżnić pewną i)ość stron, które być 
muszą wzięte w rachubę przy tworzeniu systemu wrażeń. Jeśli 
n. p. zwrócimy się do wrażeń tonów, to nie trudno w nich 
wyróżnić pewną jakość, pewną wysokość, pewną intensywność, 
pewien charakter czasowy, który określamy jako trwanie tonu 
i pewien charakter przestrzenny, który sprawia, że dany ton 
nazywamy grubym, głębokim, płaskim, spiczastym i t. d. Nie- 
które jednak z tych wyróżnionych stron mają dla charaktery-* 
styki wrażenia drugorzędne znaczenie i dlatego muszą być przy 
tworzeniu systemu pominięte. Takiemi drugorzędnemi stronami 
są w przypadku wrażeń tonów intensywność, charakter czasowy 
i przestrzenny i dlatego przy tworzeniu systemu od tych stron 
musimy abstrahować; t£ikiemi pierwszorzędnemi zaś stronami 
są jakość i wysokość. Tak więc w przypadku tonów należałoby 
skonstruować taki system, żeby wszystkie tony z uwzględnie- 
niem ich pierwszorzędnych stron znalazły odpowiednie miejsce 
w systemie. Analogicznie postąpić należy z wrażeniami innych 
zmysłów. Trudności przytem jest legion, gdyż czysto fenome- 



Digitized by 



Google 



— 45 — 

nológiczna analiza wrażeń nie doprowadziła jeszcze w wielu 
punktach do wyników og^ólnie przyjętych i pewnych; tak n. p. 
sporna jest kwestja intensywności wrażeń wzrokowych i kwestja 
samogłoskowości wrażeń słuchowych. 

Mimo tych trudności już dziś warto przyjrzeć się próbom 
uporządkowania wrażeń zmysłowych i zastanowić się nad 
związkami, jakie zachodzą między systemami wrażeń różnych 
zmysłów. W tym celu przejdziemy kolejno, opierając się na naj- 
nowszych badaniach, systemy wrażeń wzrokowych, słuchowych, 
węchowych, smakowych i tych wrażeń, których organem jest 
skóra* 

W podstawowej dla psychofizyki wrażeń wzrokowych 
pracy zatytułowanej ,Zur Psychophysik der Gęsich tsempfindun- 
gen* wprowadził G. E. Miiller do psychologii pojęcie psychicz- 
nego szeregu jakościowego (psychische Qualitatenreihe), rozu- 
miejąc przez psychiczny szereg jakościowy szereg wrażeń tak upo- 
rządkowanych, że jakość ich zmienia się prostolinijnie i ciągle. 
Psychiczny szereg jakościowy może wykazywać bądźto charakter 
zasadniczej ograniczoności bądźto charakter zasadniczej nieogra** 
niczoności. Tąk n. p. wydaje nam się szereg tonów uporządko- 
^wany według wysokości psychicznym szeregiem jakościowym 
o ch£U'akterze zasadniczej nieograniczoności, a szereg barw 
czarno-białych, stopniowo przechodzących od barwy czarnej do 
białej, psychicznym szeregiem jakościowym o charakterze zasa- 
dniczej ograniczoności. Psychiczny szereg jakościowy tonów 
bowiem posiada wprawdzie dla każdego osobnika pewien naj- 
>vyższy i pewien najniższy ton, poza którym słyszenie dalszych 
tonów jest niemożliwe, mimo to jednak możemy pomyśleć sobie 
istnienie tonów, przekraczających dolną i górną granicę empi- 
ryczną, a w następstwie tego przyjąć, że szereg tonów ukazuje 
nam się jako psychiczny szereg jakościowy o charakterze zasa- 
dniczej nieograniczoności. Inaczej ma się sprawa z szeregiem 
l^arw czarno-białych, gdyż niezależnie od tego, czy w doświad- 
czeniu mogą nam być dane najbardziej czarne i najbardziej 
bidte barwy, musimy przyjąć, że istnieje — a w każdym razie 
mogłaby istnieć — jakaś idealna czysta barwa biała bez jakiej- 
kolwiek domieszki czarności i jakaś idealna czysta barwa czarna 
bez jakiejkolwiek domieszki białości. Ponieważ nie możemy po- 
myśleć sobie ani barwy bielszej ani barwy czarniejszej od tych 
idealnych barw, przeto uważamy psychiczny szereg jakościowy 
barw czarno-białych za szereg o charakterze zasadniczej ogra- 



Digitized by 



Google 



— 46 — 

niczoności^ W zasadniczo ograniczonym szeregu jakościowym 
— jak dla krótkości mówić będziemy — jest każdy człon szeregu 
w mniejszym Iub:Mri<{kszym stopniu podobny do ostatnich di^óch 
członów szeregu, zależnie od miejsca, jakie w szeregu zajmuje. 
W miarę jak od jednego końca szeregu przecłiodzimy przez 
wszystkie człony pośrednie do drugiego końca szeregu, zmniej- 
sza si<; stale podobieństwo każdego z następujących po sobie 
pośrednich członów do jednego członu końcowego, a wzrasta 
podobieństwo do drugiego członu końcowego. Tak n. p. gdy si<; 
postępuje w należycie ułożonym szeregu barw czarno-białych od 
barwy czarnej ku białej, staje się ksiżdy z następujących po 
sobie członów coraz mniej podobny do barwy czarnej a coraz 
więcej podobny do barwy białej. Ten ściśle określony stosunek 
podobieństwa pośrednich członów szeregu do końcoufych czło- 
nów szeregu stanowi moment charakterystyczny zarówno dla 
każdego członu pośredniego jak i dla każdego zasadniczo og-ra* 
niczonego szeregu jakościowego. 

Jeśli natomiast spróbujemy pod tym samym względem 
analizować szereg tonów uporządkowanych należycie według 
ich wysokości n. p. skalę tonów od kontra-C do małego c 
z indeksem 5, to zobaczymy, że podobieństwo tonów pośre- 
dnich do końcowych, o ile wogóle jeszcze tu można mówić 
o podobieństwie, nie zmniejsza się lub wzrasta zależnie od kie- 
runku, w jakim postępujemy w szeregu i nie jest charaktery- 
stycznym momentem dla tonów pośrednich. Czy może bowiem 
być mowa o podobieństwie n. p. między fis2 a kontra — C i c.,, 
a jeśli ktoś powie, że może być, czy wówczas podobieństwo 
to stanowi moment charakterystyczny dla fis^? Stumpf, który 
tę sprawę poruszył w swojej Tonpsychologie, dał odpowiedź 
przeczącą, a w konsekwencji tego zalicza szereg należycie upo- 
rządkowanych tonów do zasadniczo nieograniczonych szeregów 
jakościowych. 

W dziedzinie barw przedstawia się sprawa szeregów ja-« 
kościowych nader prosto^). Szeregów takich wyróżnić możemy 
olbrzymią ilość, co łatwo pojąć, jeśli zważymy, że pd każdego 

') MuszQ tu jednak zwrócić uwagę^ na to, ze sprawa syatemu barw 
przedstawia si<{ według badań D. Katza (Die Erscheinun^weisen der Farben 
und ihre Beeinflussung durch die individuelle Erfahning, Leipzig 1911) tylko 
wówczas tak prosto, jak tu przyjmuję, jeśli uwzglc^dnia s\ą tylko tak zw. 
barwy płaszczyznowe (Flachenfarben). Z powodu braku miejsca nie mojf^ 
wdać si<j w bliższe rozpatrzenie tej kwestji. 



Digitized by 



Google 



. - 47 - .^ • 

członu szeregu barw czarno-białych przeprowadzić można sze- 
regi jakościowe do wszystkich odcieni barw kolorowych. Wszyst- 
kie te szeregi jakościowe wreszcie można sobie pomyśleć uło- 
żone w ośmiościennej bryle, przyczem wyłonią si^ szeregi czarno- 
biały, czerwono-żółty, żółto-ziełony, zielono4niebieski i niebiesko- 
czerwony jako główne szeregi jakościowe. 

Jeśli w dziedzinie barw sprawy, o których mówimy, są 
pewne i ustalone i od szeregu lat w zasadniczych rysach nie- 
zmienione, to w dziedzinie tonów zaczęły w ostatnich latach 
tradycyjne poglądy Helmholtza i Stumpfa w podstawowych 
kwestjach fenomenologicznych chwiać si<j w podmuchu nowych 
prądów, jakie wyszły od niedawno zmarłego Franciszka Bren- 
tany, jednego z twórców współczesnej psycholog]!, i od naj- 
młodszych adeptów tej nauki G. Revćsza i W. Kohlera. Brcn- 
tano i Rćvesz wyróżniają w każdym tonie jakość i wysokość, 
przez jakość rozumiejąc moment wspólny wszystkim c, wszyst- 
kim d, wszystkim e i t. d., a przez wysokość to, czem się tony 
te od siebie różnią. Jakość tonów powtarzałaby się tedy perjo- 
dycznie w miarę wzrastania wysokości tonów i ta okoliczność 
nasuwa pytanfe, czy nie należy zmienić poglądu, że szereg 
tonów jest szeregiem jakościowym o charakterze zasadniczej 
nieograniczoności. Pomyślmy sobieszereg tonówn.p. od c do Cj, 
i przebiegając potem ten szereg abstrahujmy od wysokości 
przebieżonych tonów. Znajdzienly może wówczas, że kwinta g, 
będzie wykazywała pewne podobieństwo do c© i do Ci, i że po- 
dobnie rzecz będzie niiała się z kwartą. Berlińscy psychologowie 
\^n Hombostel i Abraham, którzy skutkiem studjów swych 
i muzykalnego uzdolnienia posiadają w tej gałęzi psychologji 
znakomitą markę, są zdania, że jakości tonów, wyjąwszy kwintę 
i kwartię, nie można ułożyć w szereg według ich podobieństwa. 
Już cis nie jest podobne do c, a jakość septymy nie zbliża sic 
do jakości tonu zasadniczego. Posuwając się ponad septymę 
zjawia się nagle jakość tonu zasadniczego wówczas, kiedy ilość 
drgań tonu mniej więcej się jsodwaja^). Niema więc tutaj śladu 
tego, czego wymagamy od szeregu jakościowego t. zn. prosto- 
linijndjj (jednokierunkowej) i ciągłej zmiany jakości. Ale może 
natkniemy się na ślad szeregu jakościowego, jeśli pod uwagę weź- 
miemy nie tak wielki odcinek skali tonów, jakim jest oktawa, 

^) Zob. Stumpf: Ober neuerc Untcrsuchungen zur Toniehre. Bcricht 
ubcr den VI. Kongress fur experimentelle Psychologie. II, Teif. str. 323. 



Digitized by 



Google 



— 48 — 

lecz takie odcinki jak od c^ do ciS|, od ciS| do d„ i t. p.? 
Według Stumpfa^) można stwierdzić jakościowe podobieństv^o 
tonów do tonu zasadniczego tylko w jego bezpośredniej blis- 
kości i pod koniec oktawy. Mielibyśmy tedy na bardzo krót- 
kich odcinkach skali tonów do czynienia z zasadniczo ograni- 
czonemi szeregami jakościowemi. Ale przecież i tu nasuwa sią 
pewna trudność. Widzieliśmy bowiem poprzednio, że każdy 
zasadniczo ograniczony szereg jakościowy posiada dwa empi- 
ryczne lub idealne człony końcowe, do których każdy z czło- 
nów pośrednich jest w mniejszym lub większym stopniu po- 
dobny i które stanowią punkty graniczne, po przekroczeniu 
których zmieiiia^się kierunek szeregu. Tymczasem jakikolwiek 
mały odcinek wykroilibyśmy w skali tonów, to zawsze znal* 
dziemy, że wszystkie albo przynajmniej niektóre z jego członów 
pośrednich będą podobne nietylko do członków granicznych, 
eJe także do członów, leżących poza członami granicznemi* 
Przy zasadniczo ograniczonym szeregu jakościowym jest taki 
stan rzeczy niemożliwy, jak to dowodnie wykazuje analiza ja- 
kiegokolwiek szeregu jakościowego barw; wynika z tego, że 
w skali tonów niema żadnego odcinka, w którymby tony two- 
rzyły zasadniczo ograniczony szereg jakościowy. 

Zdawałoby się na podstawie powyższych wywodów, że 
wszelkie próby wykrycia w obrębie skali tonów zasadniczo 
ograniczonych szeregów są daremne. 1 takby było rzeczywiście, 
gdyby się okazało, że odkrycia Kohlera nie zmieniają zupełnie 
naszego poglądu na istotę tonów. Kohler starał się w kilku 
rozprawach dowieść, że istotną, podstawową własnością tonów 
jest ich charakter samogłoskowy, ich samogłoskowość (Vo- 
kaląualitat, Yokalcharakter, Yokalitat). Eksperymenty Kohlera 
uczą, że C| brzmi jak u, C2 jak o, Cs jak a, Cg jak e i c^ jak i. 
Jaki charakter posiadają tony powyżej C5 i poniżej c,^ tego 
Kohler nie mógł z pewnością stwierdzić, jest jednak tego prze- 
konania, że i tam zmienia się charakter tonów w odstępach 
oktawowych, nabierając poniżej c brzmienie m, a powyżej c^ 
brzmienie s, f, eh. Między dwoma o oktawę oddalonemi c no- 
szą tony charakter mieszany, pośredni; tak n. p. między c$ a c^ 
brzmią tony jak a. Analogia do barw, przynajmniej o ile mamy 
do czynienia z tonami od c^ do c^ jest wielka, gdyż okazuje, 
się, że skala tonów posiada zasadniczo ograniczone szeregi ja- 



i> Tamże, str. 322. 



Digitized by 



Google 



-49 — 

kościowe, mające te same własności, co szeregi jakościowe barw. 
Zaczynają się jednak w ostatnich czasach budzić wątpliwości 
w słuszność obserwacji Kohlera, który swemu odkryciu przy- 
pisywał tak wielkie znaczenie, że uważał samogłoski za zasa- 
dnicze, konstytutywne jakości skali tonów^ a wszystkim innyn> 
własnościom tonów n. p. wysokości tonów przypisywał tylka 
znaczenie drugorzędne. Wątpliwości te wypowiedział na VI. 
kongresie psychologii eksperymentalnej w Getyndze Karol 
Stumpf. Już przedtem zwrócił się przeciwko przecenianiu samo- 
głoskowości tonów Rćvesz, który przypisuje jakości, wysokość;^ 
i samogłoa^owości równorzędne znaczenie^). Kiedy Rćvćsz spy- 
cha samogłoskowość z centralnego stanowiska, to Stumpf idzie 
znacznie dalej, twierdzi bowiem, że on sam i niektórzy z jego 
towarzyszów pracy nie są w stanie dostrzec wyraźnego po- 
dobieństwa między samogłoskami o, a, e, a tonami C2, C3, C4. 
Dalej podaje Stumpf, że niektóre osoby badane przez Kohlera 
okazują znaczną niepewność w oznaczaniu samogłoskowości 
tonów rozmaitej wysokości i nadmienia wreszcie, że jest 
oczywistą rzeczą, iż przyporządkowanie samogłosek do tonów 
odbywa się w porządku podanym przez Kohlera, a to z tego 
prostego powodu, że samogłoski te stają się w następstwie 
u, o, a, e^ i coraz jaśniejsze, podobnie jak tony w skali tonów» 
Że samogłoski u, o, a, e, i, zjawiają się w skali tonów w od- 
stępach oktawowych, pochodzi według Stumpf a stąd, że wo* 
gole w odstępach oktawowych zjawia się w skali tonów iden- 
tyczny moment jakościowy, który właśnie sprawia, że pewne 
tony nazywamy c, d, e, i t. d. Wystarczy nadto przyjąć, że 
c posiada w skali tonów pewne szczególne znaczenie, ażeby 
wytłumaczyć sobie, dlaczego osoby badane przyporządkowują 
pewne Siąmogłoski tonom c w odstępach oktawowych^. 

Przyznawszy rację wywodom Stumpfa, musimy i tutaj 
znowu odstąpić od myśli, że skala tonów wykazuje zasadniczo 
ograniczone szeregi jakościowe. Jeśliby jednak ktoś krytycznym 
wywodom Stympfa nie chciał przypisać rozstrzygającego zna- 
czenia i uważał sprawę samogłoskowości tonów za niezała- 
twioną, to mógłby on wraz z^ Rćvćszem, jak to wyżej zazna- 
czyliśmy, w skali tonów wyróżnić trzy niezależne od siebie 
szeregi, niianowicie szereg jakości, szereg wysokości i szereg 



1) G. Revesz: Zur Grundlegung der Tonpsychologie«lLeipzig 1913 str. 88. 

2) Stumpf, tamie, str. 324—339. 

4 



Digitized by 



Google 



— 50 — 

samogłoskowości. Wówczas szereg jakości wogóle nie podpa- 
dałby pod pojęcie naszych szeregów jakościowych, tak, że nie 
moglibyśmy tu riiówić ani o zasadniczo ograniczonym ani o za- 
sadniczo nieograniczonym szeregu jakościowym, szereg wyso- 
kości byłby zasadniczo nieograniczonym szeregiem jakościowym 
a szereg samogłoskowości składałby się, podobnie jak szereg 
barw, z zasadniczo ograniezo|»ych szeregów jakościowych. 

Nie mniej skomplikowanie jak w dziedzinie tonów przed- 
stawia się sprawa szeregów jakościowych w dziedzinie zapa- 
chów. Wiadomo, że Linne podzielił wielką mnogość zapachów 
na siedm klas i że podział ten z rozmaitemi zmianami now- 
szych badaczy utrzymał się do najnowszych czasów, chociaż 
nikogo właściwie nie zadowalał. Ale nikt nie potrafił podać 
lepszej klasyfikacji, któraby znalazła ogólne uznanie. Dopiero 
przed kilku laty udało się Henningowi ^) zaprowadzić ład w do- 
tychczasowym chaosie i umieścić^ wszystkie zapachy na wzór 
barw na powierzchni bryły geometrycznej, a mianowicie na 
^raniastosłupie trójściennym. Okazało się przytem, że szeregi 
jakościowe zapachów są zasadniczo ograniczone i że ich cha- 
rakter można określić, rozważając różnice i podobieństwa, jakie 
zachodzą między s/.eregami jakościowemi zapachów a szeregami 
jakościowemi barw i tonów. Co się tyczy analogji między sze- 
regami zapachów, to można stwierdzić: 

a) że podobnie jak przy należycie ułożonych barwach 
zmienia się kierunek, gdy się przechodzi z jednego szeregu do 
drugiego. Tak n. p. wykazują Heliotrop, lonon, Iron, podobnie 
jak czerwona, pomarańczowa, żółta barwa, jednokierunkową 
zmianę, kiedy natomiast lonon, olejek z kwiatu pomarańczo- 
wego, eter octowy, podobnie jak barwa pomarańczowa, żółta 
i żółtawo-zielona, wykazują zmianę dwukierunkową, idącą w je- 
<lnym kierunku od lononu do olejku z kwiatu pomarańczowego, 
a w drugim kierunku od olejku z kwiatu pomarańczowego do 
eteru octowego. 

b) że w przeciwieństwie do barw nie' otrzymuje się przez 
mieszanie dwu krańcowych członów szeregu zapachów jakie- 
goś członu pośredniego. Tak h. p. Muskat, reprezentant zapachów 
korzennych i lonon, reprezentant zapachów kwiatowych, mie- 
szane ze sobą nie dają jakiegoś zapachu mieszczącego się e-w 



*) Hans Henningr: Der Geruch. Zeitschrift f. Psycholojric, tom 73., 
1913. str. 161. 



Digitized by 



Google 



— 51 — 

M/nątrz szeregu idącego od Muskatu do lononu (n. p. Tyinol)^ 
lecz zapach mieszany muskatowo-fiołkowy. Analogicznie w sfe- 
rze tonów nie dają tony c i C|, zabrzmiewając razem, tonów d, 
e, f i t. d., lecz jeden z tych tonów z mniejszą lub większą 
domieszką drugiego. 

c) źe w przeciwieństwie do systemu barw nie są zapachy, 
umieszczone na dwu sąsiednich narożach bryły geometrycznej, 
mniej do siebie podobne niż zapachy leżące na środlcu dwu 
sąsiednich krawędzi. Wiadomo bowiem, źe barwa żółta i zie- 
lona, które mają swe miejsca na sąsiednich narożach ośmio- 
ścianu barw, mniej są do- siebie podobiie niż barwa czerwono- 
żółta i żółto-zielona, które w ośmiościanie barw zajmują miejsca 
^w punktach leżących na środku dwu sąsiednich krawędzi* 

d) że w przeciwieństwie do barw zapachy nie znoszą się 
w^zajemnie i nie wykazują zjawisk kontrastu. 

Dla dokładności nadmieniam, że jeden i ten sam graniasto- 
słup trójścienny nie reprezentuje nam zapachów mieszanych 
(Mischgeruche), t. j. zapachów wywołanych równocześnie przez 
kilka łnateryj woniejących i zapachów wywołanych przez che- 
micznie niezłożoną materję woniejącą. ^) Jeśli chcemy na graniasto- 
słupie trójściennym przedstawić n. p. szereg jakości, jaki po- 
wstaje na skutek mieszania kamfory z cynamonem przy odpo 
wiedniej zmianie ich koncentracji, to musimy na graniastosłupie 
zapachów wyszukać miejsca odpowiadające kamforze i cyna- 
monowi, miejsca te połączyć linją prostą, która zazwyczaj bę- 
dzie przechodziła przez wnętrze graniastosłupa i pomyśleć sobie 
że na graniastosłupie w tej chwili nie są umieszczone żadne 
inne zapachy prócz zapachu kamfory I cynamonu, jako kran* 
cowych członów szeregu i prócz środkowych członów tego 
szeregu. Bliższe uzasadnienie tego sposobu postępowania mu- 
simy^ pozostawić na uboczu ^). 

Przechodząc do smaków, należy zauważyć, że i na tem 
polu okazał Henning^) wybitny talent w systematycznem gru- 
powaniu jakości wrażeniowych. Nie obniżając bowiem zasług 



') O poj^u zapachów niezłoionych i mieszanych zob. Hennins^, tamie, 
tom 74. str. 3^17 i n. 

^ Por. w tym względzie Hennins:, tamże, tom 74, str. 361 i n. 

^) Henning: Die Qualitatenreihe des Geschmacks. Zeitschrift f. Psy- 
chologie, tom 74. str. 203—219. 



Digitized by 



Google 



— 52 — 

innych uczonych a przedewszystkiem Kiesowa '), który w sze- 
regu rozpraw opracował wszystkie zasadnicze zagadnienia psy- 
ćhologji smakówy trzeba stwierdzić* źe w przekonywujący spo- 
sób 'udało si<{ dopiero Henningowi umieścić jakości smakowe 
w odpowiedniej bryle geometrycznej. Przedewszystkiem kon. 
statuje Henning, że autorowie, którzy zajmują się tym przed- 
miotem, powszechnie wprawdzie przyjmują pewną ilość zasa- 
dniczych smaków (słony, słodki, kwaśny, gor-^ki, a także, me* 
taliczny i ługowaty), odrzucają jednak istnienie szeregów jako- 
ściowych. Uważają bowiem, że wszystkie smaki, jakie można 
ułożyć w szereg pomiędzy dwoma zasadniczemi smakami n. p. 
między smakiem słonym a słodkim mają charakter złożoności, 
czyli innemi słowy, że w każdym smaku (prócz afasadniczych 
smaków) przeżywamy dwa zasadnicze smaki równocześnie obok 
siebie. Gdyby tak rzeczywiście było, to nie mielibyśmy w tej 
dziedzinie do czynienia z psychicznemi szeregami jakościowemi. 
Psychicznym szeregiem jakościowym nazywamy bowiem tylko 
taki szereg, który się składa z prostych, niezłożonych jakości 
jak n. p. szereg barw czerwono-żółtych, w którym każdy ele- 
ment jest prosty i niezłożony, chociaż wykazuje w mniejszym 
lub większym stopniu podobieństwo do barwy czerwonej 
i żółtej. 

Henning postępuje ze smakami w ten sposób, że umieszcza 
je na powierzchni czworościanu, na którego narożach znajdują 
się smaki zasadnicze, a mianowicie smak słony, słodki, kwaśny 
i gorzki, a na krawędzich tego czworościanu szeregi jakościowe 
składające się z prostych, niezłożonych elementów, z których 
każdy, zależnie od miejsca w szeregu, jest mniej lub więcej po- 
dobny do elementów krańcowych czyli do zasadniczych sma- 
ków. We wnętrzu czworościanu umieścić można smaki złożone 
(mieszane), tylko trzeba przytem, podobnie jak w dziedzinie 
zapachów, uczynić zastrzeżenie, że rozmaite linje, reprezentujące 
smaki we wnętrzu czworościanu, nie wpływają na siebie wza- 
jemnie, lecz każda z nich biegnie tak, jak gdyby wnętrze czwo- 
rościanu było próżnią. Zasadniczą różnicę między psychicznym 
szeregiem jakościowym smaków a psychicznym szeregiem ja- 
kościowym zapachów widzi Henning w tern, że członom szere- 



^) Dotyczące prace Kiesowa wyszły w Wundta Philosophische Studien 
w tomach 9, 10, 12 i 14 oraz w Zeitschrift f. Psychologie w tomach 26, 27, 
33, 35 i 36. 



Digitized by 



Google 



— 53 — 

g\x smakowego brak tej charakterystycznej indywidualności, 
jaka właściwa jest członom szeregu zapacłiów. A także i tern 
różni si^ system smaków od systemu zapachów, ie smaki, 
których miejsce znajduje się w środku krawędzi czworościanu, 
są podobniejsze do siebie niż smaki umieszczone na narożach 
czworościanu, zupełnie tak jak w dziedzinie barw. 

Szeregi jakościowe smaków mają podobnie jak szeregi 
jakościowe barw i zapachów charakter zasadniczej , ogra- 
niczoności. 

Wreszcie rzućmy okiem na grupę wrażeń, których orga- 
nem zmysłowym jest skóra. *) Należą tu wrażenia dotknięcia, 
nacisku, zimna, ciepła, łaskotania, swędzenia, kłócia, cięcia, pa- 
lenia, następnie wrażenia, które zwykliśmy uprzedmiotawiać 
jako wrażenia czegoś spiczastego, tępego, gładkiego, szorstkiego, 
twardego, miękkiego, mokrego, suchego i t. d. -Analiza psycho- 
logiczna sprowadza te wszystkie wrażenia do trzech podsta- 
wowych giup: do wrażeń termicznych, wrażeń dotykowych 
i wrażeń bólu. 

Zacznijmy od wrażeń termicznych. Chociaż wiadomości 
nasze o tych wrażeniach są dość szczupłe, to w każdym razie 
tyle można powiedzieć, że w zakresie wrażeń termicznych na- 
leży ściśle od siebie odróżnić wrażenia ciepła od wrażeń zimna. 
Odkrycie odrębnych punktów, niejako odrębnych organów 
zmysłowych dla wrażeń ciepła i zimna, potwierdza słuszność 
powyższego odróżnienia. Dlatego też niektórzy autorowie, jak 
n. p. Sidney Alrutz^j, mówią nie ozmyśle temperatury, lecz o zmy- 
słach temperatury. Tenże autor stwierdził, że wrażenie gorąca 
powstaje skutkiem równoczesnego drażnienia organów ciepła 
i zimna i że w wrażeniu gorąca analiza psychologiczna 'wykrywa 
wrażenia ciepła i wrażenia zimna. Ponieyyraż w dziedzinie wra- 
żeń termicznych wiele kwestyj jest jeszcze niewyjaśnionych, 
przeto też trudno powiedzieć, jak należy zapatrywać się tu na 
sprawę szeregów jakościowych. Wiemy, że podniety o tempe- 
raturze ponad -\- 70^'C i poniżej — lO^C przestają działać jako 
podniety termiczne i stają się podnietami dla wrażeń bólu, 
i wiemy oprócz tego, że istnieje tak zw. zerowy punkt fizjo- 

^) Zob. H. Ebbinghaus : Grundzii^e der Psychelos^ie, Bd. 1.3. Aufl. 1911, 
str. 355 i n. 

2) Sidney Alrutz : Untersuchungen iiber die Temperatursinne. Zeit- 
schrift f. Psychologie, tom 47. 



Digitized by 



Google 



— 54 — 

logiczny, t. zn., że istnieje grupa podniet o temperaturze około 
33^ Cy które nie wywołują ani wrażeń ciepła ani wrażeń zimna, 
ani wogóle żadnych wrażeń termicznych. Caeteris paribus po- 
wstają zatem wrażenia ciepła, gdy mamy do czynienia z pod- 
nietami powyżej 33^ C i wrażenia te stają się coraz silniejsze 
w miarę jak podwyższamy temperaturę podniety do mniej wię* 
cej 70^ C, i podobnie — nad czem nie potrzeba rozwodzić się, 
ma się z wrażeniami zimna. Analogja do tonu, którego siła 
wzrasta ze wzrostem wielkości podniety akustycznej od pewnego 
zerowego punktu fizjologicznego do pewnej górnej granicy, 
jest Widoczna. Na podstawie tej analogji skłonni jesteśmy przy- 
jąć, że sfera wrażeń ciepła i sfera wrażeń zimna ogranicza się 
każda do jednej "jakości, która występować może w rozmaitych 
stopniach natężenia. Sprawa przedstawia się tu tedy tak, jakby 
się przedstawiała n. p. w sferze zmysłu słuchowego, gdyby 
istniały tylko dwa tony, posiadające różne stopnie natężenia. 
Jak w tym wypadku nie mielibyśmy powodu do tworzenia 
szeregu jakościowego — i rzeczywiśde nie tworzyliśmy w sy- 
stemie tonów dla każdego c^, d^, e^y itd. takich szeregów, chociaż 
każdy z tych tonów posiada różne stopnie natężenia — tak też 
i tu nie mamy podstaw do ułożenia szeregu jakościowego. 

Wreszcie zaznaczymy tu tylko ogólnie, że wydaje nam 
się, iż także musimy odstąpić od zamiaru ułożenia wrażeń do- 
tyku i bólu w szeregi jakościowe, a to z tych samych powo- 
dów, jakie skłoniły nas do podobnego postępowania przy wra- 
żeniach termicznych. 

Nie są to jednak wyniki, których nie gryzie ząb czasu. 
Był czas, w którym człony naszego dzisiejszego zasadniczo ogra- 
niczonego szeregu jakościowego barw czarno-białych uważano 
za wrażenia posiadające tę samą jakość a tylko różne stopnie 
natężenia, pogląd, który obecnie już nie ma zwolenników. Być 
może, że tak kiedyś stanie się z ujęciem wrażeń, których or- 
ganem zmysłowym jest w najszerszem znaczeniu skóra. Ale są 
to rzeczy, których przewidzieć nie można. 

Tyle możemy w każdym razie na podstawie powyżej do- 
konanych analiz powiedzieć, że z prób układania wrażeń w sze- 
regi jakościowe i systemy wyłaniają się pewnef właściwości 
i związki wrażeń, które w sposób ogólny charakteryzują wrażenia 
należące do pewnego zmysłu i może kiedyś będą mogły służyć 
jako fundament ścisłej, czysto psychologicznej klasyfikacji. 



Digitized by 



Google 



MARJAN BOROWSKI. 

Co to jest przedmiot. 



TREŚĆ: I. Zestawienie cech przedmiotu jako takiego. § 1. Uwagi wstępne. 
§ 2. Cechy wspólne wszystkiemu. § 3. Cechy przedmiotu a zasady 
logiczne. § 4. Verum et bonum. § 5. Wzajemny związek cech przed- 
miotu jako takiego. — II. Przedmiot jako korelat świadomości. §l.Co 
rozumiem przez termin „świadomość". § 2. Czy zakres tego, co świa- 
dome, nie jest szerszy od zakresu przedmiotu. § 3, Czy zakres tego, 
co świadome, nie jest węższy od zakresu przedmiotu — III. Uboczne 
kwestje konscjencjalizmu. § 1. O świadomości h możliwej'*. § 2. Odpo- 
wiedniość faktów świadomości i przedmiotów. § 3. Rola .podmiotu*- 
§ 4. Świadomość jako wyraz związku między przedmiotami. § 5. War- 
tość jako wyraz wiązania się przedmiotów w całości. — IV. Scharakte- 
ryzowanie wyników rozważań. 

/. Zestawienie cech przedmiotu jako takiego. 

§ 1. Posługujemy się powszechnie terminem „przedmiot", 
rozumiemy go i zdajemy sobie sprawę imniej lub więcej jasno 
tak z jego znaczenia jak i z zakresu. Doniosłość tego terminu 
dla filozof ji jest niewątpliwa i winno zależeć nam na sprecyzo* 
waniu jego znaczenia. 

Dla scholastyków pojęcie ensu rozpoczynało całą filozofję 
i przedstawiało im się nawet jako primum cognitum. Był to 
inicjał filozof ji, wyp>osaźony w świetne barwy unius, veri et boni. 
Nowożytne natomiast systemy unikają tego uniwersalnego po- 
jęcia. Sigwart n. p. w swej logice posługuje się dwoma rodza- 
jami jako naj ogólniej szemi: rzeczami i stosunkami. Benno Erd* 
mann zacieśnia pojęcie „przedAiiotu'' pod względem treści i za- 
kresu. W najnowszej logice jednak istnieją prądy, zdążające do 
formuł najzupełniej ogólnych, nie oglądając się na ich « inter- 
pretację**. Będą one musiały prędzej czy później wprowadzić 
pojęcie, obejmujące bezwzględnie wszystko. 



Digitized by 



Google 



— 56 — ' " 

Używanie terminu „przedmiot^' jako najogólniejszego (wszyst- 
ko jest przedmiotem) nie jest powszechne. Niektórzy sprzeciwiają 
się nazywaniu przedmiotem rt. p. Boga, podmiotu teorjopoznaw* 
czego, jaźni, treści i przeżyć psychicznych, stosunków, proce- 
sów, rzeczy fikcyjnych, sprzecznych — używając terminu „przed- 
miot" w różnych zacieśnionych zakresach. 

Uważam jednak, że istnieje potrzeba terminu obejmującego 
wszystko. Na taki termin nadają się wyrazy „coś** oraz „przed- 
miot" i dlatego zakładam jako punkt wyjścia dla dalszych 
rozważań, że terminy te są równoznaczne, odpowiadają łaciń- 
skiemu „ens* i że posiadają zakres możliwie najogólniejszy. 
Terminów tych używać bqdę promiscue. 

Pragnąc podać treść tego pojęcia, którego zakres obejmować 
ma bezwględnie wszystko, należy wymienić cechę lub cechy, 
przysługujące bez wyjątku wszystkiemu. Powstają dwie kwestje: 
1) czy zadanie to jest wogóle wykonalne ze względów logi- 
cznych oraz 2) jeżeli tak — jakie to cechy są temi cechami po- 
wszechnemi. 

Określając przedmiot jako najogólniejszy rodzaj lub też 
jako to, co o każdej rzeczy możemy orzec — podajemy tylko 
zakres terminu a nie jego znaczenie. Otóż przyjmujemy zakres 
pojęcia ensu jako znany, a chcemy znaleźć jego treść czyli 
istotne właściwości, posiadane przez przedmiot tego pojęcia. 
Zachodzą tu jednak znaczne trudności. 

Niepodobna określić j, przedmiotu" w sposób zwyczajny 
per genus proximum~ et differentiam specificam, ponieważ 
przedmiot jako rodzaj najwyższy obejmuje swoim zakr.esem 
wszystko. Także trudno byłoby pojęcie „rodzaju^ uważać za 
genus proximum a więc za pojęcie o zakresie szerszym niż 
pojęcie przedmiotu. 

Dalej, w myśl zasady logicznej, wedle której, im zakres 
pojęcia jest większy, tem treść jego jest uboższa, należa- 
łoby przyjąć, że przy zakresie pojęcia obejmującym wszystko, 
treść jego jest żadna, czyli że o wszystkiem nie da się nic 
orzec. Obejmujące wszystko pojęcie „bytu** u Hegla, jak, i daw- 
niej u Laotsego jest zupełnie puste, nie posiada żadnych cech 
i stąd — wedle tych filozofów *^ równe pojęciu niebytu, braku 
lub nicości. 

Jeżeli wspomniana zasada i jej interpretacja jest słuszna, 
to o przedmiocie jako takim żadnych wogóle cech nie możemy 
orzekać, czyli nie możemy przyjąć istnienia cech, które byłyby 



Digitized by 



Google 



— 57 — 

wspólne wszystkiemu. Wedle Arystotelesa tó ov nie Jest wcale 
rodzajem i, ściśle biorąc, ontologja ogóI;ia nie jest możliwa. 
Niepodobna określić te^^o, co jest jednakie we wszystkiem, 
a konstatować możemy według Arystotelesa tylko pewne ana* 
logje we wszelkich rozmaitych bytach. Pogląd taki godzi 
w możliwość jakiegokolwiek określenia wszechrzeczy i podcina 
filozofjc w jej najbardziej żywotnem dążeniu. 

Jednakowoż z zasady, że ze wzrostem zakresu maleje treść 
i n^rdwrót, nie wynika, że przy zakresie obejmującym wszystko 
lub nieskończoność, treść musi być żadna. Zasada ta bowiem 
nie mówi o wypadkach granicznych i nie przeszkadza założeniu, 
źe przy największym zakresie pojęcia treść jego składa się 
z jednej lub nawet więcej cech. Wówczas chodziłoby o wyszu- 
kanie cech wspólnych całemu zakresowi pojęcia przedmiotu 
t. j. cech wspólnych wszystkiemu. Cechy te mogą być między 
sobą niezależne lub też zależne. 

Pewną pośrednią drogę obrali scholastycy, ujmując różne 
cechy » przedmiotu", jako różne tylko cechy względne, wynika- 
jące z zestawienia ensu raz z sobą samym, drugi raz z innemi 
ensami. Na treść pojęcia „przedmiotu!' składałyby się same 
tylko cechy względne, sama zaś istota « przedmiotu 'S jego ,»quid^, 
pozostałoby czemś nieokreślonem, czemś pierwotnem, nie da- 
jącem się* zanalizować. 

Aby zająć w tej sprawie stanowisko, trzeba przyjrzeć się 
owym cechom, które nasuwają się na myśl jako właściwe 
wszelkim przedmiotom. , 

§ 2. Scholastycy wyliczali pięć takich cech zwanych trans- 
cendentalia (quae transcendunt omnia genera) : ens vel res, verum, 
*bonum, aliquid, unum. Cechy te uważali za równoznaczne (quae 
convertuntur cum ente). Wyliczenie to cech wspólnych wszyst- 
kiemu jest, mojem zdaniem, niezupełne, ale naogół słuszne 
i niejednokrotnie też na ścieżkach naszych rozważań spotkamy 
się ze śladami średniowiecznych badaczy. Próbujmy jednak, 
niezależnie od nich, znaleźć cechy wspólne wszystkim przed- 
miotom. 

A) Cechą , przedmiotu" jest to, że może on być orzeczony 
o czemkolwiek (praedicatum uniyersale). Wszystko jest przed- 
miotem. Wynika to z założenia, że zakres tego pojęcia 
jest najogólniejszy. Kazd 7:dvT(ov yif -Jj ov y.atT,*fop='.ra'. (Arist. 
Metaph. 10, 2). 



Digitized by 



Google 



— 58 — 

B) Dalejy powiedzieć można, że przedmiotem jest wszystko 
to, o czem możemy, cośkolwiek orzec. Innemi słowy: jeżeli 
o czemś nie możemy nic powiedzieć, to nie, mamy w takim 
wypadku do czynienia z przedmiotem. Jakieś x, które nie jest 
wcale czemś i które nie może być podmiotem żadneg^o orze- 
czenia — jest niczem. O niczem nic nie możemy pow^iedzieć. 

C) Każdy przedmiot „jest**. Znaczy to, że termin „przed- 
miot" da się zastąpić terminem »byt**. Scholastycy mówili coś 
podobnesfo twierdząc: actus entis est esse. — Negaty^AAiem 
wyrażeniem tej cechy przedmiotów jest spotykane często okre- 
ślenie: „przedmiotem jest to, eonie jest niczem". Przyjmuje się 
bowiem termin „nic* jako równoznaczny z terminem .niebyt** 
i „nieprzedmiot". Opieram się tutaj na potocznej konivencji 
językowej. 

D) Każdy przedmiot stanowi jednostkę, czyli posiada ce* 
chę jedności. Każdą wielość nawet ujmujemy jako coś jednego. 
Przedmioty mogą być złożone, ogólne, sprzeczne, atoli każdy 
z nich przedstawia się nam jako pewna jedność. Nihil est esse, 
quam. unum esse (św. Augustyn). Cechę tę zauważył Arjrtote- 
les, określając przedmiot jako aTO|iov xal h dpi&jKp (Categ. 5.) 

Jedności mamy dwa rodzaje: prostotę (simplicitas, Ein- 
fachheit) i jedność w ogólniejszem tego słowa znaczeniu, 
w którem także zbiorom i przedmiotom złożonym (cbmposita) 
przyznajemy jedność. Przedmioty proste nie posiadają części, 
przedmioty zaś, będące czemś jednem w drugiem znaczeniu, 
pozostają w pewnym specjalnym stosunku do innych przed- 
miotów zwanych ich częściami. Tylko tym stosunkiem specjal- 
nym różnią się przedmioty, zwane prostemi, od przedmiotów 
złożonych. 

E) Każdy przedmiot jest czemś odrębnem, czemś/ co się 
różni od wszystkiego innego. Inaczej : każdy przedmiot posiada 
swoje indywidualne granice: każde A posiada swoje non- A. 
Jest to cecha względna ogólnej inności wobec reszty przed- 
miotów, cecha, którąby nazwać można także „indywidualnością** 
każdego przedmiotu. I naodwrót wszystko, co się da w jaki- 
kolwiek sposób wyodrębnić, jest przedmiotem. 

F) Natomiast żaden przedmiot nie różni się od siebie sa- 
mego. Niema w nim wielości t. j. czegoś, coby go rozrywało 
i sprzeciwiało się jego jedności. Cechę tę można nazwać cechą 
tożsamości, nie wiążąc jej wszakże ze znaną w logice zasadą 



Digitized by 



Google 



— 59 — 

tożsamości, wyrażoną wzorem A=A i nie uważając jej za drugą 
strona logicznej zasady sprzeczności. 

G) Każdy przedmiot posiada swoistą naturę, pewne ^yąuid**, 
które sprawia, że jest on takim a nie innym. Przy ujmowaniu 
n. p. pewnego tonu, jest on nam dany jako coś jednego i jako 
coś osobnego a nadto występuje w nim — choć w różnym 
stopniu wyrazistości — czynnik swoisty, sprawiający, że dany 
przedmiot jest właśnie tonem a nie n. p. barwą. 

H) Dalszym momentem nierozdzielnym od przedmiotów 
jest sama wielość przedmiotów (compluralitas). Każde coś bywa 
ujmowane jako jedno z wielu. Bez znachodzenia się więcej 
przedmiotów, nie możnaby mówić o żadnej inności. Do isto- 
tnych właściwości każdego przedmiotu należy, ażeby czemś nie 
był t. j. aby prócz niego były jakieś inne przedmioty. 

Nasuwa się tu pewna wątpliwość: od czego odrębny 
jest ten przedmiot, który nazywamy wszechświatem albo ogó- 
łem przedmiotów, wszystkiem albo ogółem tego, co j^st dane 
naszej świadomości? Inaczej, jakie granice ma wszechświat? 
Wszechświat nie ma jedynie t. zw. granic zewnętrznych, 
bo poza nim niema nic. Wszechświat ujmujemy jednak jako 
coś innego i jednostkowego wobec przedmiotów, nie będących 
wszechświatem i ma on też swoją specyficzną jakość. W po- 
dobny sposób % wyróżniamy przedmiot pojęcia „przedmiotu" 
z pośród przedmiotów pojęć o mniej ogólnem znaczeniu. 

J) Każdy przedmiot jest elementem jakiejś całości. Cechę 
tę można oznaczyć^ łacińskim terminem „conneKitas''. Nie 
znamy przedmiotów zupełnie izolowanych i ujmowanych bez 
jakiegokolwiek względu na inne. Wielość przedmiotów, którą 
zakładamy, nie jest to sypka wielość elementów samoistnych 
bez żadnych stosunków i związków między sobą. Już jeżeli 
mówimy o „inności'' każdego przedmiotu, zestawiamy jakieś A 
z jakiemś non-A. Ujmujemy przedmioty czyto świata fizy- 
cznego, czy duchowego, czy idealnego jako przedmioty ściśle 
między sobą powiązane (przyczynowość, wynikanie itd.) Leibniz 
uczynił z tego twierdzenia jedną z podstaw swej filozofji.^) 

Każdy przedmiot moż/ia zatem nazywać „elementem'' ze 
względu na konieczną należność jego do jakiejś całości. 

§ 3. Pozwolę soSie tutaj na pewną dygresję. W jakim 
stosunku pozostają wymienione właściwości wszelkich przed- 

O Elzenberg: Podstawy metafizyki Leibniza (1917) str. 40. 



Digitized by 



Google 



— 60 — 

miotów do znanych logicznych zasad tożsamości, sprzec^zności 
ji wyłączonego środka ? Wielu bowiem uważa zasady te za ma- 
ące znaczenie ontologiczne. 

Powszechnie przyjmuje się, że każdy przedmiot jest iden- 
tyczny z sobą, czyli ie jest czemś jednem i tem samem. Je- 
dnakowoż mamy do czynienia z pewnym rodzajem przedmiotów^, 
co do których możność stosowania tej kategorji jest wątpli^va. 
Są to przedmioty momentalne, jednorazowe, dane poszczeg-ól- 
nej świadoniości — które n. p. Husserl nazywa ^Abschattung^en*. 
Aby c jakimś przedmiocie móc orzec z sensem, że jest on 
identyczny z sobą, musi on być nam dany co najmniej dwa 
razy n. p. z dwu różnych stron lub w dwu różnych ustosun- 
kowaniach, lub w dwóch różnych chwilach. Tej podstawy do 
identyfikowania brak przy przedmiotach wspomnianego rodzaju. 
Są to bowiem właśnie tylko pojedyncze i momentalne „strony* 
i » wyglądy", o których orzec można cechę tożsamości jedynie 
chyba w znaczeniu negatywnem, że nie są one czemś dwoistem. 
W pojęciu ich leży, źe nie mogą być ujęte dwa razy. Lo- 
giczna, zasada tożsamości nie ma zatem znaczenia ogólnego 
w ontologji i jest raczej naszym postulatem traktowania każdego 
przedmiotu w rozumowaniach naszych bez zmiany i bez pod- 
suwania na jego miejsce innego. Nadmieniam, że Benno Erd- 
mann^) uważa cechę tożsamości za jedyną a zarazem wyłączną 
cechę przedmiotu wogółe. Ale termin , przedmiot" nfia u niego 
specjalne znaczenie i nie obejmuje wszystkiego, a w szczegól- 
ności nie obejmuje przeżyć psychicznych. 

Ontologiczny sens logicznych zasad sprzeczności i wyłą- 
czonego środka również nie zdaje się wskazywać innych właści- 
wości wszelkich przedmiotów niż te, które już wymieniliśmy. 
Zasady te opierają się na tem, że każdy przedmiot posiada 
swoją negację t. j. od czegoś się różni. Z każdem A połączone 
jest swoiste non-A. 

Podzielmy sobie ogół przedmiotów na dwie sfery — ja- 
kieś A i odpowiadające mu non-A. To non-A nie oznacza je- 
dynie braku A, gdyż „brak" ontologicznie jest równoznaczny 
niczemu, ale oznacza przedmioty, ktpre nie są A. Stąd zdaniu 
„X nie jest kołem" nic ontologicznie nie odpowiada, chyba, że 
nadamy mu znaczenie „x jest czemś innem niż koło", (albo: 

-) Logik 1 242: „Gegenstand und Identitat mit sich selbst ist eins und 
dasselbe. Gegenstand sein ist nichts anderes ais mit sich selbst identisch sein**. 



Digitized by 



Google 
_ij es-ł-M 



- 61 — 

„X jako kolo należy do innego rodzaju przedmiotów n. p. fik- 
cyjnych*). Otóż przedmiot sprzeczny t. j. przedmiot, będący 
zarazem tak A jak i non-A, musiałby wypełniać obie sfery, 
czyli być wszystkiem. Przedmiot zaś, wykraczający przeciw 
zasadzie wyłączonego środka t. j. nie będący ani A ani non-A, 
(będący czemś innem niż A i czemś innem niż non-A), nie 
mieściłby się wcale w ogóle przedmiotów. Obie zasady zatem 
wyrażają, że każdy przedmiot musi należeć do jednej z tych 
sfer i tylko do jednej — jeżeli nie ma być „wszystkiem" lub 
.niczem**. ' 

Nałeży rozróżniać dwa ontologtczne znaczenia terminu 
non* A: 1) wszystko, co nie jest A oraz 2) jakiś (lub nawet 
określony) przedmiot, który nie jest A. Jasną jest rzeczą, ii 
tylko wtedy przedmioty sprzeczne i wykraczające przeciw za- 
sadzie wyłączonego środka nie posiadałyby swoistej jakości, 
gdyby negacja (termin non-A), służąca do ich określenia, była 
brana w pierwszym zakresie. Natomiast przedmioty takie, któ- 
rych negacja brana jest w znaczeniu drugiem, dadzą się pogo- 
dzić z zasadą specyficzności każdego przedmiotu i bywają też 
faktycznie pomyślane. Takiemi są: koło pomyślane jako wielo- 
bok, białość będąca zarazem czemś nie białem, trójkąt nie bę- 
dący ani równoboczny ani nierównoboczny. Podobnego rodzaju 
przedmiotami posługujemy się często jako fikcjami lub jako 
przedmiotami „ogólnemi^. 

Wielkie znaczenie logicznych zasad sprzeczności i wyłą- 
czonego środka polega podobnie jak i znaczenie logicznej za- 
sady tożsamości na tern, że są one naszemi postulatami w my* 
śleniu. Z jednej strony zmuszają nas do wyraźnego wyodrę- 
bnienia każdego przedmiotu (co wiąże się z charakterystyczną 
dla intelektu wedle Bergsona tendencją ujmowania wszystkiego 
w sposobie dy skrętów), z drugiej strony stanowią sprawdzian, 
czy dany przedmiot pod każdym względem jednoznacznie jest zde- 
terminowany (t. zn. czy pod każdym względem mieści się 
w jednej z naszych powyższych^ sjFer i tylko w jednej). Stąd 
służą nam one do odróżniania przedmiotów zupełnie określo- 
nych czyli konkretnych od niezupełnyo^i czyli abstrakcyjnych 
(fikcyjnych i idealnych.) 

§ 4. Prócz wymienionych już cech wspólnych wszystkim 
przedmiotom spotykamy jeszcze dwie o odmiennym charakterze. 
Opierają się one na tem, że każdemu przedmiotowi właściwy 
jest pewien stosunek do t. z w. podmiotu. 



Digitized by 



Google 



— 62 — 

Często spotyka się następujące określenie przedmiotu: 
^przedmiotem nazywamy wszystko, co da się pomyśleć", albo 
^przedmiot — to możliwy korelat świadomości*, albo »przed- 
miotem jest to, co może być „treścią* («daną*) świadomości. 
Są to zatem określenia przedmiotu przez stosunek do tego, co 
nazywamy podmiotem lub świadomością. Można posunąć się 
do twierdzenia dale} idącego i nazwać przedmiotem wsz)rstko 
to, co się da w jakikolwiek sposób uświadomić. Najdalej zaś 
idącem twierdzeniem byłoby, że przedmiotem jest wszystko to 
i tylko to, co jest uświadomione. 

Określenie ensu przez stosunek do podmiotu znane było 
scholastykom, którzy jako jedną z cech wspólnych wszelkim 
przedmiotom uważali „prawdziwość". Omne ens est verum — 
przyczem pierwsze znaczenie tego ,verum" było: in quod ten- 
dit intellectus, albo też — cui correspondet intellectus. 

Od czasów Kartezjusza utarło się powszechne przekona- 
nie wśród filozofów, że świadomość to fakt najpewniejszy 
i nadający się na punkt wyjścia dla wszelkich rozważań zasa- 
dniczych. Nadto określenie przedmiotu jako korelatu świado- 
mości wydaje się być płodnem pod względem teoretycznym, 
ponieważ łączy dwie tak odrębne dziedziny jak ontologję i psy- 
chologję. Atoli kwestja, czy zakresy bytu pojętego najogólniej 
i tak samo najobszemiej pojętej świadomości są sobie równe, 
nie jest przez filozof ję ani przez' potoczną intuicję rozstrzygnięta. 
Jednemu zdaje się, że więcej jest przedmiotów niż tego» co da 
się jakkolwiek i kiedykolwiek pomyśleć, drugiemu zaś przedsta- 
wia się ta sprawa przeciwnie. To też próba określenia ensu 
przez stosunek do świadomości nasuwa szereg kwestyj spornych, 
żywo dyskutowanych w teorji poznania i psychologji (konscjen- 
cjalizm, zasada immanencji, Satz des Bewusstseins). Poświęcę 
im osobne rozdziały niniejszej rozprawy. 

Wspólne źródło z cechą poprzednią ma cecha nastę- 
pująca: Każdy przedmiot posiada pewną wartość. Omne ens 
est bonum» Nasze „ja" odnosi się do świata nie tylko poznające 
i biernie, ale też oceniająco* i aktywnie. Cokolwiek sobie uświa- 
damiamy, czynimy to zawsze na podstawie pewnego interesu 
j nie znamy przedmiotów, któreby nas pośrednio lub bezpo* 
średnio w żaden sposób nie interesowały. Wedle znanego po- 
gflądu » świadomość dobrego i złego ** była pierwotnem stadjum 
naszej świadomości, w której obecnie na plan pierwszy wysuwa 
się pierwiastek reprezentatywny. Jest to też punkt widzenia 



Digitized by 



Google 



— 63 — 

nowoczesnego pragmatyzmu. Możnaby nawet bronić tezy, że 
więcej jest przedmiotów, które nas interesują, niż tych, o któ- 
rych wiemy. Np. instynktownie zachowujemy siej celowo 
vił danej sytuacji, chociaż nie uświadamiamy sobie szczegółów 
decydujących. Wskazać też można na obszerne dziedziny t. zw. 
podświadomości, w której działają różne rzeczy, o których 
jeszcze lub już nie wiemy. 

§ 5. Wymienione cechy wspólne wszelkim przedmiotom da- 
dzą się podzielić na trzy grupy : 1) wynikające z samego przy- 
jęcia najogólniejszego zakresu dla ensu lub z konwencji języ- 
kowej, 2) oparte na stosunku każdego przedmiotu do siebie, 
i do innych przedmiotów, 3) wynikające ze stosunku każdego 
przedmiotu do naszego ^ja^. Zajmę się tutaj grupą drugą. 

Aby wyjaśnić związek, zachodzący między cechami ensu, 
naieżącemi do tej grupy, wystarczy przyjąć jako założenie — 
wielość związanych z sobą przedmiotów. Minimum tego zało- 
żenia będzie przyjęcie, że zachodzi jakieś A i coś innego od 
A — nazwijmy to coś „non-A". Już na tej podstawie musimy 
przypisać każdemu przedmiotowi cechę względną inności, 
którą Św. Tomasz określa jako „a quovis alio divisio**. 

Dalej ten stosunek (R), jaki zachodzi między A oraz non-A, 
musi być inny od stosunku (non-R), który łączy to A z niem 
samem. Ten ostatni stosunek jest nieinnością i można go na- 
zwać tożsamością. Sw. Tomasz mówi tu o „indivisio rei 
in se". Ale można pojmować owo non-R jako brak wszelkiego 
stosunku 1 wtedy negatywny charakter t. zw. tożsamości tern 
bardziej występuje. 

Do cechy posiadania przez każdy przedmiot specyficznego 
quid dochodzimy, skoro przyjmiemy, że zachodzi więcej przed- 
miotów niż tylko A oraz non-A. Dopóki pozostajemy tylko 
w zakresie A i non-A, niema podstawy i potrzeby do określę* 
nia, czem te dwa przedmioty się różnią. Przyjmując zaś więcej 
przedmiotów, przyjmujemy tem samem, że przedmioty te różnią 
się między sobą czemś więcej, niż tylko tem, że każdy jest 
•czemś ifinnem^. Stosunek inności między wieloma przedmiotami 
nie może być ściśle jednakowy i musimy przyjąć, że przedmioty 
A, B, C, D różnią się między sobą, każdy swem specyficznem 
„czemś*. Non dari posse in natura duae res singulares solo 
numero differentes (Leibniz). 

Cechę jedności przypisujemy każdemu przedmiotowi, 
^koro zwracamy uwagę na odmienność każdego przedmiotu od 



Digitized by 



Google 



— 64 — • 

wielości przedmiotów, ujmowanej jako takiej. W wypadku ujęcia 
pewnych przedmiotów w sr>^P^ Z — graficznie w nawias n. p* 
(B, C, D), — każdy z przedmiotów, wobec wielości mieszczą- 
cej sią w Sfrupie, jest niewielością, czyli charakteryzowany jest 
jako jednostka. Również przedmiot nadporządkowany t. j. sama 
Sfrupa Z jest czemś jednem w stosunku do wielości swych 
» części". 

Wymienione cechy nie dodają niczego nowego do poj<^cia 
przedmiotu. Są one tylko różnemi stronami tego, co nazywamy 
przedmiotem i wynikają z zestawienia ensu bądź z sobą samem, 
bądź z innemi, bądź z grupami entiów. Wyrażenie „jednostka", 
mCoś innego **, »coś nieróiniącego się od siebie **, „jedno z wielu '', 
„element", są równoważne wyrażeniu „przedmiot*'. Nie są to 
jednak synonimy. 

Celem porównania powyższych rozważań z wywodami św. 
Tomasza pozwolą sobie przytoczyć dłuższy ale treściwy ustęp 
z jego Questiones disputatae (t. II. str. 457).^) 

Illud autem quod primo intellectus concipit quasi notissi- 
mum et in quo omnes conceptiones resolvit est ens; ut Avi- 
cenna dicit in principio Metaphysicae suae (li''^- I- c^P- I^*)* 
Unde oportet, quod omnes aliae conceptiones intellectus acci* 
piantur ex additione ad ens. Sed enti non potest addi aliquid 
quasi extranea natura per modum quo differentia additur ge- 
neri, vel accidens subjecto; quia quaelibet natura essentialiter 
est ens; unde etiam probat Philosophus in III. Metaphys. 
(com. 1.) quod ens non potest esse genus; sed secundum hoc 
aliqua dicuntur addere supra ens in quantum exprimunt ipsius 
modum qui nomine ipsius entis non exprimitur. Quod duplici- 
ter contingit: uno modo ut modus expressus sit aliquis spe* 
cialis modus entis; sunt enim diversi gradus entitatis, secun- 
dum quos accipiuntur diversi modi essendi ; et juxta hos modos 
accipiuntur diversa rerum genera; substantia enim non addit 
supra ens aliquam differentiam, quae significet aliquam natu* 
ram superadditam enti ; sed nomine substąntiae exprimitur qui- 
dam specialis modus essendi, scilicet per se ens et ita in aliis 
generibus. Alio modo ita quod modus expressus sit modus 
generał i ter consequens omne ens; et hic modus dupliciter 
accipi potest; uno modo secundum quod consequitur omne 
ens in se ; alio modo secundum quod consequitar unumquod* 



^) Wydanie paryskie 1884 r. 



Digitized by 



Google 



— 65 — 

que ens in ordine ad altud. Si primo modo, hoc dicitur, quia 
exprimit in ente aliquid affirinative vel negatiye. Non autem 
iAvenitur aliąuid affirmat]ve dictum absolute quod possit accipi 
in omni ente, nisi essentia 6jusy secundum quain esse dioitur; 
et sic iroponitur hoc nomen res, quod in hoc differt ab ente, 
secundum Avicennam in principio Metaphys.^ quod ens sumitur 
ab actu essendi, sed nomen ^rei^ exprimit quidditatem sive 
essentiam entis. Nej^atio autem quae est consequens omne ens 
absolute, est indivisio: et hanc exprimit hoc nomen „unum* • 
nihil enim est aliud unum quam est indivisum. Si autem mo- 
dus entis aecipiatur secundo modo, scilicet secundum ordinem 
unius ad altęrum; hoc potest esse dupliciter. Uno modo se* 
cundum divbionen unius ab altero ; at hoc exprimit hoc nomem 
,yaliquid''; diciturenim aliquid quasi aliud quid; unde sicut ens 
dtcitur unum, in quantum est indivisum in se; ita dicitur ałi- 
qiiid, in quantum est, ab aliis divbum. Alio modo secundum 
convenientiam unius .entis ad aliud ; et hoc quidem non potest 
esse nisi accipiatur aliqu|d, quod natum sit convenire cum 
omni ente. Hoc autem est anima, quae quodammodo est omnia, 
sieut dicitur in III de anima (text. 37). In anima autem est vis 
cognitiya et appetitiva« Convenientiam ergfo entis ad appetitum 
exprifflit hoc nomen „bonum" ; ut in principio Ethic. dicitur : 
„Ekmum est quod omnia appetunt". Convenientiam vero entis 
ad intellectum exprimit hoc nomen „verum''. Omnis autem co* 
gnitiO perfłcitur per assimilationen cognoscendi ad rem cosmi-* 
tam; ita quod assimilatio dicta est causa cognitionis: sicut 
visus per hoc quod disponitur per speciem coloris, co^oscit 
colorem, prima ergo oomparatio entis ad intellectum est ut ens 
intellectui correspondeat; quae guidem correspondeutia, adae- 
quatio rei et tntellectus dicitur; et in hoc formaliter ratio veri 
perfieitur. 

Hoc est ergo quod addit venim supra ens; 

Sed ens> verum, unum et bonum secundum suam rationem 
habent quod sint unum unde ubłcumque inveniantur, realiter 
unum sunt ^ « 

PraeciwieAstwem tej jasnoici i prostoty są uwagi Kanta 
o przedmiocie wogóle (Etwas ubcrhaupt, Krit. d. r. Vemunft 
str. 101 i 259 wyd. Reclama). Uwagi te dotyczące specjalnie 
poy^da »efts^ oraz wiążące się z niemi poglądy Kanta na różne 
przedmioty (transcendentalne, inteKgibiine, doswiadczeniowe), 
wymagałyby wszakże osobnej rozprawy historyczno-kry tycznej, 

5 



Digitized by 



Google 



- 66 — 

. Filozof ja tomistyczna kładzie wielki nacisk na to, źe ens nie 
jest t9 „integer gradus metaphysicus^y ale źe dzieli się bez- 
pośrednio na ens per se (substantia), ens ab alio (accidens), 
ens a se (Deus), ens ab alio (creatura) — jako entia zupełnie 
proste, między sobą tylko podobne, a nie mające nad sobą 
żadnego wyższego rodzaju. Nawet t. zw. dziewięć rodzajów 
^akcydensu^ (ilość, jakość, stosunek, miejsce i Ł d.) są to modi 
essentiales entis, a nie rodzaje mu podporządkowane^). 

Otóż trudno zgodzić się z św» Tomaszem, że „substantia 
non addit supra ens aliquam differentiam'', gdyż jasne jest, 
że nie każde coś jest substancją tak jak n. p. każde coś jest 
jednością. Tomiści zwracają uwagę na to, że każda „differentia" 
dodana do ensu jest znowu ensem, podczas gdy zwyczajnie cechy, 
dodawane do jakiegoś rodzaju i dzielące go na gatunki, są czemś 
od tego rodzaju rożnem. Z tego wnoszą, że ani ens nie jest 
rodzajem, ani też żadna cecha doń dodaną nie może być uwa- 
żana za differentia entis. 

Jednakowoż rozróżnić trzeba .ens (coś, przedmiot) jako 
universale t. j. jako przedmiot ogólnego pojęcia od wszelkich 
innych przedmiotów. Oczywiście tylko w pierwszem znaczeniu 
można mówić o .przedmiocie'' jako o najwyższym .rodzaju'' 
t. j« jako o czemś stojącem na czele hierarchji przedmiotów 
pojęciowych i tylko wówczas też można mówić o dodawaniu 
<]oń cech^ wzbogacających jego treść a zwilżających jego zakres. 
Owa „determinatio" odbywa się zapomocą cech podpadają- 
-cych wprawdzie także pod pojęcie ensu wogóle, ale należą- 
cych do entiów w znaczeniu drugiem, których „essentiae', 
różnią się od essencji „entis ut sic". W ten sposób „substancja", 
^.cecha", .stosunek", „materjalny'*, „Piotr" mogą stanowić: 
.differentiae" dla przed-niotu jako najwyższego rodzaju. 

Scholastycy przyznają, że ens est logice univocum, a tylko 
metaphysice analogum. Jednakowoż z jednej strony ograniczają 
ilość tych modi metaphysici równorzędnych z ensem do kilku- 
nastu, zamiast objąć tą nazwą wszystkie rzeczy, a z drugiej 
strony^wyliczają między temi kilkunastoma także „unum, verum 
et bonvim", które są właściwemi modi entis (metaphysici pro- 
prii). 



1) Institutiones Logficae et Ontologicae quas secundum principia S.Thomae 
Aq. ad usum scholasticum accommodavit Tilmannus Pesch. Pars II. editio 2. 1919 
C 1. art. 1-4. 



Digitized by 



Google 



— 67 — 

//. Przedmiot jako korelat świadomoścL 
§ !• Terminem .świadomość* obejmujemy coś, co jest 
M/' bliskim związku z takiemi irzeczami, jak: pomyśleć coś, wie- 
cLzieć o czemśy rozumieć coś, spostrzegać, osądzać, odczuwać, 
pragnąć, postanawiać i t. p. Zjawiska te — zwane psychicz- 
nemi — różnią się od takich rzeczy \ak plama barwna, zjawa 
senna i stanów rzeczy jak n, p. 2 -|- 2 = 4 tcm, że związane 
są z naszą osobą i z tern, co zowiemy naszą jaźnią. Związek 
ten jest tak ścisły, że mówi się o nich jako o różnych czyn- 
nościach, stanach lub modyfikacjach naszego „ja^^ Czem jest 
to „ja'', rozważę później. W- każdym razie nazywamy pewne 
zjawiska, zjawiskami świadomości jedynie na podstawie z jednej 
strony owego ^ jaźniowego ** ich charakteru, a z drugiej strony 
na podstawie ich szczególnego stosunku do przedCniotów. 

Niektórzy upatrują istotę świadomości w t. z w. obrazach 
duchowych i momentalnych wyglądach (Abschattungen). Jest to 
sfera, umieszczona między jaźnią a przedmiotami. Obrazy i wy- 
glądy mają być tym instrumentem, zapomocą którego pod- 
miot konstruuje sobie przedmioty. W tym charakterze niektórzy 
nazywają te obrazy i wyglądy « treściami". Pogląd ten uważam 
za niewłaściwy, gdyż objektywna natura tych obrazów i wy- 
glądów nie ulega wątpliwości. Również ich rola pośrednicząca 
nie nadaje im charakteru osobnej sfery. Przez to, że służą one 
do ujmowania przedmiotów bądź to w charakterze narzędzia, 
bądź też materjału, nie przestają same być przedmiotami, pó^ 
dobnie jak wapno, cegła lub kielnia, są tak samo materjalnemi 
przedmiotami jak dom, który z nich lub zapomocą nich się 
buduje. , 

To, co nazywamy świadomością, nie jest też aktem, czyn- 
nością, procesem lub przeżyciem. Przynajmniej, nie chcę tutaj 
tego przesądzać. Jeden fakt świadomości nie różni się od dru- 
giego tak jak n. p. czynność chwytania od czynności pisania. 
Niema powodu przyjmować różnych rodzajów świadomości. 
Być może, nawet różnice między zjawiskami psychicznemi, wy 
obrażeniem, pojmowaniem, twierdzeniem, przeczuciem, pragnie- 
niem, przyjemnością i Ł p., o ile nawet nie sprowadzają się 
wprost do różnic w samychże przedmiotach, do których nasze 
•ja"" się odnosi, polegają na różnicach w cenestezji a więc 
w czuciach organicznych, będących także czemś przedmiotowem. 
Zjawiska te, zwane psychicznemi, znajdują się wprawdzie w pe- 
wnym bliższym stosunku do jaźni niż zjawiska fizyczne i mówimy 



Digitized by 



Google 



- 68 — 

o subiektywności przeżyć duchowych, większej ich zależności od 
jaśnie sama jaiń jednak i jej stosunek do przedmiotów, zwany 
świadomością^ nie są to rzeczy identyczne ze zjawiskami psy- . 
chiosnemi. Sposób odnoszenia się jaźni do przedmiotów, jej 
i,poatawa^ jest pod wzgrlądem jakościowym jednaka wobec 
wszelkich przedmiotów, a tylko numerycznie stosunek jej do 
kaadego przedmiotu moina uważać za inny. W pewnej mierze 
OMUna porównać ten stosunek do stosunku państwa prawo- 
rządnego do różnych ob)rwateli. 

Przy ko6cu tego rozdziału okażą, że jaźń to czynnik czy 
sto formakiy, wobec czego nie można mówić o „obrazach du» 
dMwych'*^ jako ją tworzących, ani też o procesach lub czyn* 
nościach jaźni. Świadomość zaś określam jako stosunek tego» 
co zowiemy jaźnią, do przedmiotów. Z pośród tych przedmio- 
tów sprawy psychiczne stanowią to, co zowiem;^ »mojąosobą''» 
i oae to charakteryzują jaźń jako .moją". 

Tydn kilka uwagr może zapobieże rozumieniu twierdzenia^ 
ii każde coś jest korełatem świadomości, w ten sposób, że 
każdy przedmiot jest korełatem jakiegoś ^awiska psychicznest> 
w potocznem znaczeniu tego terminu. 

§ 2. Według tezy^ którą nuimy rozważyć, każdy przedmiot 
jest przedmiotem komuś świadomym. Czy zakres .przedmiotów 
świadomości^ i zakres „przedmiotów wogółe^ można uważać 
ZA sobie równe? Czy każdy przedmiot jest czemś świadomem 
i czy wszystko^ cokolwiek sobie w jakikolwiek sposób uświar 
damiamy, należy nazywać przedmiotem? ^ 

W pierwszym rządzie rozważymy, czy proponowane okre* 
sienie nie jest za szerokie, t. j. czy nie obejmuje ono przed* 
miotów, których niema lub być nie może, chociaż sobie o nich 
myślimy. 

Chodzi tu o takie przedmioty jak Jułjusz Cezar, Anty* 
chryst, pegaz, zielone postanowienie, kolb kwadratowe. Są to 
przacknioty uważane za ntetstniejące, jedne nmiej, drugie wiąeq^ 
pnączem jedne z nich uważa się za możliwe, inne za niemo- 
żliwe, bo pozbawione sensu kib sprzeczne. Można je<faiakowoz 
ptzyjąć, że wszelkie przedmioty w jakiś sposób bytują a zara- 
zem, że tylie jest rodzajów tego bytowania, ile mamy rocizajów 
pnedmiotów. Były Cezar był włacką byłego Rzymu ; przyszky 
Antychryst bądzie nauczał; fikcyjny pegaz istnieje fikcyjnie; 
fikcyjne koto kwadratowe może być tylko fikcyjnie kcrfem i kwa* 
clratem zarazem. Podobnie prawdziwemi będą zdania? idealny 



Digitized by 



Google 



— 69 — 

trójkąt posiada w idealny sposób trzy idealne boki, wyobra- 
żone drzewo posiada wyobrażoną wysokość; stół fizyczny stoi 
fizycznie na po<Uodze. Wszystkie powyższe zdania okaią się 
fałszywe, jeżeli termin .istnieje** lub i,]est* oraz cechy, współ- 
oznaczone przez orzeczenia, pochodzić będą z innej sfery niż 
przedmioty oznaczone przez podmioty tych zdań. A zatem 
mylnemi będą zdania n. p. Cezar jest władcą Rzymu, pegaz 
realnie, (.naprawdę"), posiada realne (.prawdziwe*) skrzydła, 
koto kwadratowe istnieje tak sanio jak zwyczajne koło i zwy- 
czajny kw^rdat, idealny trójkąt posiada w sposób fizyczny trzy 
idealne boki. Należy przyjąć, że słówko „jesf posiada tyle 
znaczeń, ile jest rodzajów przedmiotów. Podobnie także inne 
orzekania cze^foś o czemś różne maią znaczenia. Oprócz^sądów, 
^wyrażających istnienie realne lub stosunki rzeczywiście zacho- 
dzące, są fikcje sądów nazwane przez Meinonya „Annahmen" 
i takie fikcyjne sądy bywają wydawane o przedmiotach, które 
nazywamy fikcyjnemi. 

Przyjmowanie tylko jednego bytowania, czy istnienia, po- 
dobnie jak przyjmowemie jednego rodzaju przedmiotów byłoby 
rzeczą niepraktyczną i wciskałoby gwałtem w jakieś ciasne 
raoiy językowe całe bogactwo świata o tak rozmaitych odcie- 
niach i stopniowaniach sposobu bytowania. Zakładam, że 
wszystko, co jest przedmiotem, co jest czemś, tem samem by- 
tuje w pewien sposób, czyłi że niema przedmiotów nieby- 
tujących. 

Tę konwencję językową można rozwinąć i używać spe- 
cjalnie terminu „egzystencja^' na oznaczenie sposobu bytowania 
przedmiotów zmysłowo dostrzegalnych, „bytowanie idealne* 
dla sposobu bytowania przedmiotów idealnych i przeciwstawiać 
te rodzaje lub tylko niektóre z nich jako » rzeczywistość** by- 
towaniu przedmiotów nierzeczywistych a wydających się jedynie 
zjawiać lub egzystować. 

Wolno komuś przyjąć inną konwencję i przyjąć, że termin 
„niema* jest równoznaczny z terminem „nie istnieje* i odpo- 
wiada terminom „niebyt** i „nieprzedmiot**. Według tej kon- 
wencji możnaby nazywać przedmiotami tylko przedmioty realne 
i egzystujące, wszystko zaś inne należałoby uważać za „nic**. 
Załęży to od umowy, czy terminów .przedmiot**, „coś**, 
„byt** będziemy używali zupełnie ogólnie, czy też zarezerwujemy 
je tylko dla tych rzeczy, które są realne. Wygodniej wszakże 
ze względu na konstrukcję języka potocznego, który używa wy- 



Digitized by 



Google 



— 70 — 

razów „coś**, „być**, ffjest** bez żadnej ontologicznej różnicy, po- 
sługiwać się alternatywą pierwszą. Za utrzymaniem tej potocznej 
konwencji przemawia też wzgląd na potrzebę [akiegoś zupełnie 
ogólnego pojęcia, obejmującego wszystko bez względu na to 
czy coś istnieje czy nie — która to zresztą okoliczność tylko 
w niewielu stosunkowo wypadkach, a może nawet w żadnym^ 
daje się ustalić w sposób niewątpliwy. Należałoby chyba, chcąc 
bvć ścisłym, unikać tych terminów aż do czasu przekonania 
się o realności przedmiotów albo też używać tych terminów 
z zastrzeżeniem „jak gdyby'*. W końcu niełatwo się porozumieć 
filozofom, co to znaczy „być realnem*, .istnieć naprawdę*** 
Prowizorjum takie byłoby bezcelowe i nie widzę żadnej korzy- 
ści dla nauki z zacieśnienia terminu ^przedmiot** jedynie do 
rzeczy realnych. Wzgląd na ścisłość nie wymaga bynajmniej 
wprowadzenia pojęć i terminów za ciasnych. 

Wszystko to, p czem w jakikolwiek sposób wskazujemy,, 
co może być przedmiotem dyskusji, z czem mamy w jakikol- 
wiek sposób do czynienia, mamy prawo liazy wać przedmiotem. 
Zatem przedmiotami są i przedmioty sprzeczne i bezsensowne 
i fikcyjne, 

Ale czy faktycznie wskazujemy kiedykolwiek na takie 
przedmioty? Jest to kwestja należąca do dziedziny psychologji. 
Usiłując sobie pomyśleć w jakikolwiek sposób przedmiot, bę- 
dący zarazem koniem i nie-koniem, wskazywalibyśmy równo- 
oześnie na konia i cofalibyśmy to wskazane tak, że w rezul- 
tacie na nicbyśmy nie wskazywali. W w)rrfil2ie „l^oń — nie- 
koń** znaczenie jednej części wyrazu znosi się przez znaczenie 
drugiej części. W rezultacie pozostaje tylko pusty dźwięk i mylne 
est przypuszczenie, jakobyśmy wiedzieli, o co chodzi, gdy słyszymy 
jakiś wyraz, mający oznaczać przedmiot sprzeczny. Wyraz taki 
nic nie znaczy i niczego nie oznacza. 

Rozumowanie to nie wydaje się wszakże być trafnem. 
Stan rzeczy pod względem psychologicznym nie jest takim, że 
mówiąc „koń — nie -'koń** myślę o koniu, a zarazem nie my- 
ślę o koniu, ale rzecz się ma tak, że myślę o jednym tylko 
przedmiocie, a mianowicie o koniu, będącym zarazem czemś, 
co nie jest koniem. Przedmiot jako fikcyjny może być sprze- 
czny, ale nasze realne wskazanie nań, nasza myśl q nim nie 
są sprzeczne. Zresztą ta nasza funkcja semantyczna w tym wy- 
padku nie jest sprzeczna, bo jest tylko jedna i nie można wo- 



Digitized by 



Google 



— 71 — 

bec tego mówić q dwóch funkcjach przeciwnych sobie i wza- 
jem się znoszących. 

Pizeciw przyjmowaniu przedmiotów sprzecznych podnosi 
siic okoliczność, źe prowadzą one do wydawania sprzecznych 
sądów. Atoli ostracyzm logiczny nie dotyka sądów tylko po- 
myślanych. Przyjmowanie przedmiotu sprzecznego nie jest ró- 
wnoznaczne z uznawaniem go za istniejący i nie uzasadnia wy" 
dawania o nim sądów rzeczywistych. 

Podobnie ma si^ sprawa z przedmiotami, pozbawionemi 
sensu n. p. zielone postanowienie, linja fizyczna bez żadnej 
grubości. W wypadkach tych zaznaczamy tylko przedmiot, 
o który chodzi. Nawet gdy ktoś wypowie słowo „bibi" w spo- 
sób semantyczny, wiem conajmniej tyle, źe chodzi o jakiś przed- 
miot i że przedmiot ten nazywa się „bibi". Od tego rodzaju 
określenia nie wiele siq różnią określenia, jakiemi bardzo często 
się posługujemy w nauce i w życiu. N. p. gdy szukamy ja- 
kiegoś X, któreby rozwiązało pewne dane równanie czy to 
w zakresie liczb, czy w dziedzinie jakichkolwiek innych rzeczy. 
Przytem nie czyni oczywiście żadnej różnicy psychologicznej to, 
czy równanie dane jest wogóle rozwiązalne, czy „istnieje" ów 
przedmiot, którego szukamy. Podobne szukanie takiego rzeczy- 
wistego przedmiotu X, któryby posiadał cechy sprzeczne, może 
być beznadziejne. Okoliczność jednak ta jest obojętna, niewąt- 
pliwie bowiem we wszystkich tych wypadkach wiemy, o co 
chodzi, i mamy prawo nazywać to, o czem mówimy, „przed- 
miotem** zgodnie z potocznem używaniem tego słowa. Wszelkie 
wyrażenia lub znaki tem samem, źe je rozumiemy czyli że coś 
znaczą (a tylko wtedy można je znakami nazywać), oznaczają 
coś, wskazują na jakiś przedmiot. Nietylko więc wyrażenia rze- 
czownikowe posiadają funkcję semantyczną, ale i takie jak n. p. 
biegać* grzmi, jeżeli — to i t. d., o ile je rozumiemy, to tem 
samem coś oznaczają. 

Osobnego rozważenia wymagają też przedmioty » nega- 
tywne** i termin „nic**. 

Wyrażenie ,brak deszczu**, dalej wyrazy takie jak »nie- 
prosty*, „nietrójkąt*, „żadna ilość", „zero** (matematyczne lub 
logiczne) wskazują na pewne przedmionty jako fikcyjne, a mo- 
tywem psychologicznym do używania tych negatywnych \yy- 
razeń jest zwykle chęć zaznaczenia nierzeczywistości oznaczo- 
nych przedmiotów: „padanie deszczu**, .prosty", „trójkąt", 
«ilość". 



Digitized by 



Google 



— 12 — 

i 

Termin »nic' na nic nie wskazuje. Niemnie jest żadnym 
przedmiotem, nie daje się wcale pomyśleć, żaden przedmiot nie 
iest niczem i o niczem niczego nie można powiedzieć ^) Jeżeli 
zaś zrozumiemy wyrażenie, w które wchodzi termin „nic", to 
tylko dlatego, że potocznie nadajen^y mu znaczenie negatywne. 
N. p. ^w skarbie niema nic złota* znaczy, że pom3^1enie sobie 
jakiejkolwiek ilości złota w skarbie jest pomyśleniem sobie 
czegoś nierzeczywistego t. j. fikcyjnego. Wyrażenie „niema ni- 
czego** albo nic nie znaczy, albo znaczy, że cokolwiek się 
nam przedstawia, jest ułudą .i czemś nierealnem. 

Podobnie, jak wyraz „nic^ sam przez się na nic nie wska- 
zuje i nic nie znaczy, tak samo ma się rzecz z wyrazami „brak*, 
„nieprzedmiot". 

§ 3. Naodwrót zapytać trzeba, czy niema żadnych przed- 
miotów poza naszą faktyczną świadomością ? Innemi słowy, czy 
omawiane określenie przedmiotu nie jest za ciasne? 

Na pierwszy rzut oka przyjmowanie jakichkolwiek przed- 
miotów poza naszą faktyczną świadomością, czyli przyjmowa- 
nie przedmiotów zupełnie transcendentnych prowadzi do sprze- 
czności. Byłaby to bowiem wiedza jakaś o rzeczach, o których 
założyliśmy, że nic o nich nie wiemy. Nie mamy wcale do czy- 
nienia z żadnemi przedmiotami, zupełnie nieświadomemi i przyj- 
mowanie czegoś podobnego byłoby przyjmowaniem przedmio- 
tów, nie będących przedmiotami, a więc sprzecznością i fałszem. 

Atoli należy świadomość i wiedzę pojmować dostatecznie 
szeroko. Także taka wiedza o pewnych rzeczach, że my o nich 
nic nie wiemy — jest już pewną wiedzą i jest myśleniem o tych 
rzeczach. O ile zaś o nich myślimy, mamy prawo nazywać je 
przedmiotami. Przedmioty te mogą być bardzo niedostatecznie 
określone a nawet określone tem tylko, że nie są określone, 
lecz sprzecznością byłoby dopiero przyjmowanie jakiejkolwiek 
wiedzy o rzeczach, o których absolutnie nic nie wiemy i o któ- 
rych wcale nie myślimy. O ile myślimy o rzeczach .nieznanych, 
niepomyślanych, nie mogących być pomyślanemi^, to tem samem 
ta ich nieznaność i transcendentność nie jest absolutna i po- 
siadają one wszelkie cechy przedmiotów^). Powiedzenia • myślę 



li „ .. der Ausdruck „nichts" eben gar keine Vorstellung bedeutet*^. 
(K. Twardowski: Inhalt u. Gegenstand d. Vorst., str- 23). 

^) Dlatego nie wydają mi się konsekwentnemi twierdzenia H. Rickerta 
(Gegenstand d. Erkenntnis — 3wyd. 1915 str. 53.) „•••wir bilden den Begń^ 



Digitized by 



Google 



— 73 — 

o rzeczach, o których nie myślę'' lub ,,wiem o rzeczach, o któ- 
rych nie wiem*' muszą być uważane za sprzeczne w sobie, jeżeli 
zrozumiemy słowa użyte w zdaniach względnych („nie myślę* 
«nie wiem'') w znaczeniu absolutnem. Jednak w potocznem uży- 
waniu tych powiedzeń nie tkwi ten sens, że o pewnych rze* 
czach najzupełniej nie myślę i o nich nie wiem, ale ten, że nie 
wiem o nich nic więcej nad to, że istnieją lub istnieć mog^ą 
w podobny sposób jak bytują przedmioty, o których wiedza 
nasza je^t szersza. 

Wszystkie przedmioty, jakie znamy, o których mówimy, 
klóremi zajmuje się nauka, o których w jakikolwiek sposób 
wiemy, są {Przedmiotami, o których wiemy. Nie wynika z tego, 
że niema innych przedmiotów, ale też nie wynika, że są. Tau- 
^logja przytoczona służyć może tylko do wykazania bezpod- 
stawności wszelkich twierdzeń o przedmiotach, o których zu- 
pełnie nic nie wiemy, czyli o przedmiotach transcendentnych 
w ścistem tego słowa znaczeniu. Nie jesteśmy uprawnieni twier* 
dzić o nich, że są takie lub inne. Bezzasadnym dogmatyzmem 
jest pogląd idealizmu, że rzeczy zaczynają istnieć i przestają 
istnieć w miarę jak są myślane, albo nawet że wszystkie rzeczy 
są tylko naszemi myślami. Z tego samego powodu nieuzasa- 
dnione jest twierdzenie realizmu, że istnieją realnie przedmioty, 
które są czemś więcej niż tem, co sobie o nich myślimy. Tak 
idealizm jak i realizm należą do metafizyki i wychodzą poza 
fakty doświadczenia. Teza konscjencjalizmu nie ma z temi ki^ 
runkami nic wspólnego. Czyż możnaby o przedmiotach, o któ- 
rych naprawdę nic nie wiemy i które nam zgoła nawet na 
Inyśl nie przychodzą, cośkolwiek twierdzić, chociażby tylko to, 
że nic o nich nie wiemy. Termin „absolutnie nieznane" jest 
równoznaczny terminowi „nic", „niebyt", ^nieprzedmiot". Wy- 
razy te nic nie znaczą i niczego sobie przy nich nie myślimy. W tej 
sytuacji właściwem stanowiskiem w metafizyce jest sceptycyzm 
konsekwentny, który nic nie twierdzi i nawet nie stwierdza sie- 
- bie samego. Mam na myśli ^^<>X^ starożytnych lub retoryczne py- 
tanie Montaigne'a Que sais-je ? 

des erkenntnissteoretischen Subjekts ais den des Nichtobjektivierbaren u. 
dana aeiiien Mlnhalt" d. b. dpe Bedeutung des Wortes „Subj^t* zum Objekt 
einer erkenntnissteoretischen Erorterung machen^. Podobnie na str. 63 : 
Solange mann also unter dem Begriff des Transcęndenten nichts anderes ais 
den Befriff eines Etwas yersteht, von dem die Bestimmung Bewusstseinsin- 
hatt zu sein oder vorgdsteIlŁ zu werden, verneint wird, ist dieser Begriff 
obne feden Widerspruch denkbar". 



Digitized by 



Google 



— 74 — 

Potocznie używa siq wyrazu transcendentny w mniej ści- 
słem znaczeniu. Nazywamy tak często rzeczy, które nie prze- 
kraczają naszej wiedzy wogóle,' ale tylko pewną jej dziedzinę 
lub pewien jej stopień. Takiemi rzeczami są n. p. atomy, drug^a 
strona księżyca, glob ziemski przed miljonami lat, cudze prze- 
życia psychiczne, a więc rzeczy, o których myślimy i wierny^ 
ale w sposób, który w porównaniu z naszem zwyczajnem zmy- 
słowem spostrzeganiem lub jasnem myśleniem pojęcio^em uwa- 
żamy za tylko pośredni. Domyślamy się ich tylko i konstruujemy 
je pojęciowo, jako uzupełnienie luk w naszem doświadczeniu 
zmysłowem. Bez tych domyślnych przedmiotów związek naszych 
doświadczeń byłby bardzo luźny. Rzeczy te jednak są niewąt- 
pliwie przedmiotami z temi cechami, z jakiemi sobie n^yślimy. 
Mogą one tak, jak je sobie przedstawiamy, oj^azać się zupełnie 
lub częściowo nierzeczywistemi, czyli fikcyjnemi, nie mniej je- 
dnak są one naszemi przedmiotami. Możemy doskonale przed- 
stawić je sobie jako niezależne od naszej świadomości ezyli 
obiektywne. N. p. wszelkie przedmioty fizyczne, idealne a może 
i część psychicznych uważa się za dane naszej świadomości, 
w sposób pośredni tylko i częściowy. Ale ta cecha objekty- 
wności i częściowego ukrycia przed naszą świadomością, cała 
ich „transcendentność** jest także cechą przedmiotową t. j. 
przez nas myślaną i naszym przedmiotom przypisywaną. Sło- 
wem, nie mamy do czynienia z czemkolwiek, coby nie było nam 
w żaden sposób dane. 

Nasuwa się ważne pytanie, czy świadomość sama jest 
także jednym z rodzajów przedmiotów, skoro o świadomości 
wiemy, czyli jesteśmy jej świadomi. Niewątpliwie świadomość 
może być przedmiotem, a więc przedmiotem jakiejś świado- 
mości. Przyjąć trzeba, że albo świadomość, której jest się świa- 
domym, jest świadomością samej siebie, albo że jest ona przed- 
miotem świadomości innej n. p. świadomości drugiego rzędu,, 
a ta znów przedmiotem świadomości trzeciego rzędu i t.^ d. 
W razie przyjęcia tej drugiej alternatywy, trzebaby] u ważać 
kaźdoczesną świadomość najwyższego rzędu za coś nieświado- 
mego t. j. za coś, o czem nie wiemy i czego nigdy nie można 
nazwać przedmiotem. Ten regressus in infinitum bywa też uwa- 
żany często za schronienie dla t. zw. podmiotu •teorjopoźnfiiw- 
czego, jako czegoś transcendentnego, nie mogącego być nigdy 
uświadomionem. Kwestją tą zajmę się bliżej w rozdziale nastę-. 
pnym, omawiając, czem jest .świadomość*". 



Digitized by 



Google 



— 75 — 

///. Uboczne kwestje konscjencjatizmu. 

§ 1. W potocznych określeniach przedmiotu jako wszyst- 
kieg^Oy co si^ da pomyśleć lub jako tego wszystkiego, co może 
być korelatem świadomością uderzają M^^rażenia „da sic^** oraz 
.może^. Słowa te w potocznem a nawet naukowem ich stoso< 
waniu nmją kilka odrębnych znaczeń. Zdaje się, że najodpowie- 
dniejszem znaczeniem w naszym przypadku jest takie, w któ- 
rem mówimy n. p. iź proch strzelniczy jest tem, co „może" wy- 
buchnąć. Określamy proch przez tkwiące w nim możliwości. 
Zastępujemy tego Todzaju wyrażeniem podanie aktualnych cech 
prochu, które przy dołączeniu się pewnych — uważanych za 
nieistotne dlań, zewnętrzne lub przypadkowe — okoliczności 
sprowadzają zjawisko wybuchu. Podobnie, gdy określamy czło- 
wieka jako istotę mogącą np. być świętą lub bogatą, zastę- 
pujemy tylko wskazanie na pewne aktualne cechy człowieka, 
które przy dołączeniu się pewnych warunków wywołują stan 
rzeczy, zwany świętością lub^bogactwem. To też samo podanie 
jako cechy danego przedmiotu ,, możliwości *, tkwiącej w nim, 
podobnie, jak podanie tkwiących w nim „właściwości", ,dy 
spozycyj* nie dodaje niczego nowego do naszej faktycznej 
wiedzy o tym przedmiocie. Słówko „może^ wnosi charakter 
nieokreśloności, a często wskazuje wprost na lukę w naszej 
wiedzy. Jeżeli łizycy mówią o energji potencjalnej zgiętej sprę- 
żyny lub kamienia podniesionego na pewną wysokość, to jc" 
dnak nie poprzestają na tym wyrazie i domyślają się utajonych 
ruchów a więc czegoś aktualnego i zjawiskowego. 

Określając przedmiot wogóle jako to, co może być po- 
myślane, zastępujemy w najlepszym razie tylko podanie jakichś 
aktualnych cech przedmiotów, sprawiających, że w pewnych 
okolicznościach przedmioty bywają uświadomione faktycznie. 
Czy są to cechy poprzednio przezemnie wymienione, czy też 
jakieś inne n. p. te, które Kant wymienia, czy też wymieniane 
przez matematyków („niesprzeczność** i „należenie do systemu** 
i t. d.) — pozostaje nieokreślone. W każdym razie samo przy- 
znawanie przedmiotom tego, że mogą być uświadomione, ni- 
czego nam o przedmiotach nie* mówi. 

Dalej w pojęciu możliwości tkwi to, że jeżeli coś być może, 
to także może nie być. Proch jest tem, c6 wybuchnąć moźe^ 
znaczy, że nie zawsze wybucha, lecz tylko w pewnych oko- 
licznościach. W naszym wypadku ten stan rzeczy nie zachodzi, 
nie znamy bowiem wogóle przedmiotów nieświadomych t. j. 



Digitized by 



Google 



— 76 — 

nieznanych. Podobnie mało sensu posiadałoby twierdzenie, ze 
trójkąty wmosrą" mieć trzy boki, skoro innych wypadków wo- 
jfóle nie znamy. 

Psychologicznym motywem posługiwania si^ wyrazem 
,9 może" zdaje się być jedynie > obawa przed uznaniem za przed- 
mioty tyiko tegfo. co jest aktualnie dane naszej świadomoścL 
Chodzi o zabezpieczenia bytu przedmiotów takie i wtedy, gdy 
o nich nie myślimy i wcale o nich nie wiemy. Jednakowoż jest 
w t^m pewne nieporozumienie.- Jakież bowiem mamy się tro- 
szczyć o los ttgOf o czem zupełnie nie myślimy i o ozem na* 
prawdę nic nie wiemy? Jeżeli zaś o takich rzeczach — jakie- 
kolwiekby one były — myślimy w jakikolwiek bądź sposdb — 
to wówczas nie tylko „mogą^ one być nam dane, ale aktualnie 
są nam świadome. Niepodobna sobie pomyśleć czegoś, coby 
tem samem nie było już także aktualnie pom]^lane. Myślimy 
sobie wprawdzie pewne n^czy jako niepomyślane, a mogące 
być tylko pomyślanemi^ ale to tyNco w tym sensie, iż jedynie 
drobna jakaś część tych przedmiotów jest nam dana wyraźnie, 
reszta zaś mglisto i ogólnikowo. Ale tego rodzaju^ specjalna 
charakterystyka leży zawsze jeszcze w obrębie naszej świado- 
mości, w obrębie naszego duchowego przeżycia. Przyjmowanie 
świata poza naszą myślą jest także naszą myślą — jak to zau- 
ważył już Lichtenberg. Powie ktoś: wszakże codziennie uświa- 
damiam sobie a często i spostrzegam rzeczy, o których da- 
wniej zgoła nie wiedziałem. Czyż one nie były ^^czemś^, zanim 
je sobie uświadomiłem? Odpowiadam: rzeczy, dopóki o nich 
nic nie wiem, są dla nas niczem i nie są wcale rzeczamL Mo- 
żemy mówić tylko o takich rzeczach i pytać tylko o takie przed- 
mioty, o których coś wiemy, których się w jakikolwiek spo- 
sób domyśUimy. 

Niema zatem powodu stosować kategorji i^możliwości' 
w ogólnem jej znaczeniu przy określaniu przedmiotów. Nie za- 
chodzi potrzeba określania przedmiotu jako tego, co może być 
uświadomione i należy poprostu określać go jako to, czego 
jesteśmy świadomi faktycznie. Stanowisko takie jest oczywiście 
mniej wygodne niż stanowisko wielu filozofów „immanentnych* 
(n. p. Schuppego), którzy czynią obszerny użytek ze słówka 
„może^, nie bacząc, że podcina to zasady ich filozofji. 

§ 2. Dotąd ograniczałem się do ogólnikowego twierdzenia, 
że każdemu przedmiotowi odpowiada jakaś świadomość i na- 
odwrót każdemu faktowi świadomości jakiś przedmiot Dalej 



Digiłized by 



Google 



— 11 — 

kłącą tezą byłoby^ że każdemu przedmiotowi odpowiada pewiia 
rodzajowo oznaczona świadomość, i naodwrót n. p. przedmio- 
toviri, który nazywamy wieżą Marjaeką, odpowiada pewna le*- 
dnaka treść u różnych osób lub u jednef^i tej samej osoby 
w różnych czasach. Przyjmuje tezę }eszcze dalej idącą, że ka-> 
żdemu indywidualnemu faktowi indywidualnej świadomością 
odpowiada osobny momentalny przedmiot. 

Jeżeli kilku ludzi patrzy na wież^ Marjacką, przyjmuje si^ 
potocznie, że zach o dzi kilka różnych treści, ale przedmiot ich 
jeden i ten sam. Tymczasem nie ulega wątpliwości, że tym 
kilku ludziom dane są różne zmysłowe »» wyglądy^ wieży Ma- 
rjackiej. Bezpośrednim przedmiotem naszych wrażeń zmysłowych 
są wyglądy dla każdego człowieka różne a nawet różne dla 
jednej i tej samej osoby w różnych chwilach i warunkach. 
(E. Husserl nazywa te wyglądy — Abschattungen, odmawiając 
im jednak przedmiotowego charakteru. „Przedmiotem^ jest dlań 
dopiero produkt utożsamienia różnych wyglądów). Analogiczne 
indywidualne i momentalne przedmioty istnieją też dla innych 
staiMSw naszej jaźni n. p* dla przypominania lub myślenia sobie 
czegoś, przekonania lub jakiegoś pragnienia. Gdy kilku ludzi 
myśli o wieży Marjackiej lub o Napoleonie, każdy z nich ma 
dane inne przedmioty myślowe. 

Wszelako oprócz tego rodzaju przedmiotów, przyjmujemy 
przedmioty uważane za intraindjrwidualne, przedmioty, których 
tylko aspektami. i objawami mają b3rć owe przedmioty, nale- 
żące do po5ZCzególn)Fch indywidualnych treści. Przedmioty te 
są również przedmiotami szczególnego rodzaju treści myślowych 
indywidualnych, noszą jednak charakter danych pośrednich, 
wywnioskowanych* 

Metafizyka realistyczna przyjmuje świat rzeczy realnych, 
trwały, jednaki i wspólny dla wszystkich. Idealizm uważa go 
za iluz|ę» powst^ącą bądito z czynności syntetycznej naszej 
jaźni (głównie fdozofja niemieka)^ bądito powsti^ąeą ze wa^lędu 
na potnteby praktycznego życia i działania (H. Bergson), bądito 
jako wynik życia społecznego (np. B. Russell). Jednakże 
w odnośnych spoirach nie chodzi o to» czy takie przedmioty 
są nam dane — to bowiem nie ulega wątpliwości — ale o za* 
kkaflgrfikowaffue tyeb przedmiotów jako realnych^ psychicznych 
abstrakcyjnych lub fikcyjnych. Ta kwestja rodzajów przedmro-' 
tów test sprawą odr^bną^ którą tutaj nie bąd^ sią zajmował. 
Obok pytania, czy należy przyjmować osobne przedmioty 



Digitized by 



Google 



— 78 — 

każdej świadomości, należy postawić pytanie, czy jeden fakt 
indywidualnej świadomości może odnosić się do większej ilości 
przedmiotów. Pogląd potoczny przyjmuje, że takie wyrażenia 
naszych niewątpliwie prostych myśli, jak „wsyscy ludzie", „każdy 
król polski^, „mnogość nieskończenie liczna^, „kilka osób*, od- 
noszą się do wielu przedmiotów a nawet do nieskończonej ich 
ilości. Sądzę jednak, że mówiąc „wszyscy ludzie są nieśmier- 
telni" lub „posiadam dwa miljony marek", -nie mam i nie mogę 
mieć na myśli każdego poszczególnego człowieka i każdej po- 
szczególnej marki. Przedmiotem naszej myśli jest tylko jakaś 
klasa lub zbiór poszczególnych jednostek a nie owe jednostki 
same. Aktualnie jest nam dany tylko jeden przedmiot zbiorowy 
a nie także jego poszczególne części. Pozór, jakoby było ina- 
czej, pochodzi ze świadomości, że możemy dowolnie jakąkol- 
wiek część przedstawić sobie osobno lub części te po kolei 
przeliczyć. 

Spotkałem się z zarzutem ze strony prof. SŁ Leśniew- 
skiego:^) ilość treści jest nieskończona, ilość zaś przedmiotów 
jest nieskończona i nieprzeliczalna, a zatem nie może być mowy 
o ściisłem przyporządkowaniu treści i przedmiotów. 

Doświadczenie mówi nam, że np. między jakiemikolwiek 
dwoma punktami na linji możemy wynaleźć lub pomyśleć sobie 
zawsze jeszcze punkty pośrednie. Nie uŻ3rwa]ąc zaś wyrazu 
„możemy", powiemy: nie napotykamy w doświadczeniu granicy 
dla pomyślenia sobie coraz to większej ilości punktów we* 
wnętrznych. Ilość tych punktów jest dow<Jnie wielka. Brak 
granicy równoznaczny jest z brakiem końca, nieograniczoność 
równoznaczna z nieskończonością. Jednakowoż z doświadczenia, 
że nie napotykamy granicy w przeliczaniu, nie wynika, że istnieją 
aktualne zbiory nieskończone lub że takich zbiorów niema. 

Sytuacja w tej sprawie jest taka sama jak w. kwestji przyj- 
mowania przedmiotów ściśle transcendentnych t. j. przedmiotów 
w żaden sposób niepomyślanych. Twierdzenia: jest więcej 
przedmiotów niż tylko tyle, o ilu wiemy, lub niema więcej przed- 
miotów poza nam wiadomemi — są jednakowo bezzasadne. 

Podobnie, gdy mamy do czynienia z tak zwanym przed- 
miotem ogólnym, mamy na myśli jakiś jeden przedmiot, a nie 
tę wielość przedmiotów, która należy do zakresu pojęcia ogfól- 



O Na posiedzeniu Warszawskiego Instytutu Filozoficznego z dnia 26 
stycznia 1920 r. 



Digitized by 



Google 



— 79 — 

» 

negro. Mówiąc „człowiek wogóle" albo ^człowiek jako taki**, 
nie mam na myśli ani pewnego człowieka, ani każdego czło- 
'Wieka, ani wszystkicłi ludzi, ale całkiem coś osobnego i jednost- 
ko>vego, coś podobnego do idei platońskiej. 

§ 3. Omawiając tez^ konscjencjalizmu, mówiłem ogólnie 
o świadomości jako o momencie właściwym wszelkim przedmio- 
tom. Wypada wyjaśnić, czy przez „świadomość** należy rozu- 
mieć tylko moją własną, jak to mniema solips3rzm, czy świado- 
mość wszystkich ludzi lub istot żyjących, czy też należy ją 
ujmov^ać jako coś abstrakcyjnego, w czem poszczególne indy* 
widualne świadomości jedynie partycypują. 

Punktem wyjścia solipsyzmu jest zasada immanencji: 
przedmioty, które nie są dane mej osobie, są czemś transcen- 
dentnem, a więc czemś, czego przyjmowanie byłoby sprzeczno- 
ścią. Atoli solipsyści zapominają, że' właśnie „mojej'* świado- 
mości dane są — chociaż pośrednio — inne świadomości. Wie- 
dza zaś o mej własnej osobie nie jest zasadniczo inna i czemś 
bardziej uprzywilejowanem, niż wiedza o innych osobach. Myśl 
o mojem „ja** z przed chwili także nie jest bezpośrednia, ale 
przypominana lub wyrozumowana. Można oczywiście uważać, 
że w^szystko, co nie jest mi w danej chwili dane bezpośrednio, 
jest fikcją. Wolno to nawet twierdzić o najbardziej „bezpośre- 
dnich* danych i uważać je za iluzje i halucynacje. Co więcej, 
nasze obecne „ja** nie jest czemś uchwytnem i nie daje się od- 
dzielić od przeżyć, będących czemś przedmiotowem i może być 
kwestją, czy jest ono czemś danem bezpośrednio, czy też czemś 
pośredniem i złudnem pomimo całego „cogito ergo sum**. Ale 
są to kwestje, do jakiej kategorji przedmiotów zaliczyć przed- 
mioty mi dane, natomiast nie jest rzeczą wątpliwą, że cudze 
świadomości, przedmioty realne od mojej woli niezależne są 
przedmiotami, a więc czemś, o czem wiem. 

Czy świadomość można przypisywać wszystkim lub nie- 
którym- istotom żyjącym i tylko istotom żyjącym? Czy posia- 
danie „jaźni^ jest przywiązane wyłącznie do organizmów biolo- 
gicznych ? Nie widzę żadnego koniecznego związku między czu- 
ciami organicznemi, które stanowią naszą „osobowość" a „świa- 
domością**. Nikt nie wykazał, że świadomość jest funkcją ży- 
ciową. Dawne zaś wierzenia mówią nam o „duszy** gór, lasów, 
narodów, o duszy ziemi i świata. Wszystko zależy od tego, jak 
ową duszę i jaźń określimy. 

Nie całkiem zrozumiałą jest, oparta na Kancie, idea Win- 



Digitized by 



Google 



— 80 — 

dblbanda i Rickerta o .świadomości wog^óle**, jednej tylko i po- 
nad wszelkim bytem lub też o jakimś generałnym podmiocie 
transcendentalnym, nie mogącym nigdy być przedmiotem. Mo]em 
zdaniem albo mamy do czynienia z jakimś przedmiotem albo 
z niczem. 

Rickert 1. c. wywodzi z założenia fik>zofji immanentnej i uznaje 
charakter przedmiotowy wszelkich empirycznych, konkretnych 
I>odmiotów. Wzdryga się jednak przed myślą, że w takim razie 
nie możnaby mówić o ,, poznaniu" w dotychczasowem, poto- 
cznem tego słowa znaczeniu, w którem tkwi to, że „ktoś* po* 
znaje „coś*. 

Aby więc uratować to przeciwstawienie podmiotu przed- 
miotowi, przyjmuje w miejsce znanych nam z doświadczenia 
podmiotów indywidualnych pewien ogólny podmiot transcenden* 
talny, który określa głównie jako „nieprzedmiot^. Wprawdzie 
uważa tego rodzaju podmiot za coś ,»nierealnego*, nie napra- 
wia jednak tem sytiiacji, gdyż kwestja, do jakiej kategorji przed- 
miotów możnaby ów podmiot zaliczyć, jest sprawą drugo- 
rzędną. 

Czyż jednak nie przyjmuję sam pewnej zasadniczej różnicy^ 
między przedmiotem a podmiotem, twierdząc, że właściwością 
każdego przedmiotu jest specjalne ustosunkowanie go do cze- 
goś, co nazywamy podmiotem? Otóż nie widzę, d]aczegob3r 
to, co zwiemy podmiotem, nie miało być przedmiotem mięidzy 
innemi przedmiotami, przedmiotem jednak szczególnego ro<feaju. 
Ustosunkowanie innydi przedmiotów do tego szczególnego 
przedmiotu może zachować swój specjalny charakter także i bez 
przyjmowania „podmiotów^, jako czegoś zasadniczo od wszel- 
kich przedmiotów różnego. Postaram się bliżej ideę tę roz- 
winąć. 

§ 4. Związek, łączący tę cechę „podmiotowości' wszef- 
kich przedmiotów z cechami wymienionemi poprzednio, był 
zawsze podkreślany przez filozofję idealistyczną. I tak jtdnoic^ 
przysługującą przedmiotom, uważa filozofja za wynik, czy refleks 
jedności naszej jaźni. Wszelkie ujednolicanie t synteza ma swe 
źródło w „transcendentalnej jedni apercepcji*. Óez naszej jaźni 
nie da się również pomyśleć, ani tożsamość, ani inność wla* 
ściwa wszelkim przedmiotom, ani wogóle wzajemny ich związek 
i ustosunkowanie. 

Jeżeli istotnie związek ten jest konieczny, to w razie ści- 
słego ujęcia go, winien okazać się on logicznie odwracalny, to 



Digitized by 



Google 



— 81 — 

znaczy zależność obu członków winna być wzajemna i zacho- 
dzić między niemi równoważność. Wówczas jednak nic. nie prze- 
szkadza, by zamiast z idealistami mówić o zależności wszel- 
kich syntez i ug^rupowań między przedmiotami, oraz przyjmo- 
wania innych cech przedmiotów jako takich ^— od naszego , ja^ 
mówić o zależności tego, co zowiemy naszą jaźnią, od synte* 
tycznych innych właściwości samychże przedmiotów. Twierdze- 
nie, że dzięki jaźni mamy daną jedność, inność, wielość i t. d. 
nie jest lepiej ugruntowane, niż przeciwne t. j«, że zasadnicze 
właściwości przedmiotów, polegające na iph wielości, inności, 
jedności i wzajemnem powiązaniu przedmiotów między sobą, 
prowadzą do przyjęcia' jaźni jako pewnego postulowanego 
,,punktu^ odniesienia. Chodzi o to, która z tych rzeczy jest po- 
chodną i zależną, a która pierwotną i niezależną, a więc raczej 
o kwestję rangi, niż o kwestję samego związku. 

Jest właściwością wszelkich przedmiotów, że występują 
w grupach i każdy przedmiot jest elementem wielu różnych 
całości. Zespół przedmiotów, w którym dominującą rolę odgry- ' 
wają pewne indywidualne czucia organiczne w związku z pe- . 
wnem ciałem żyjącem, nazywam światem moim, twoim, jego 
i t. d. To co zowie .swoją jaźnią, jest tylko szczególnym wy- 
razem na całość, jaką tworzy mój świat. Podobnie jak pewne 
zjednoczenie tonów nazywamy melodją, pewne zjednoczenie rze- 
czy i osób nazywamy państwem, tak jedność świata, związana 
z' pewną grupą czuć organicznych, wzajemna należność do sie* 
bie jego elementów i wzajemna zależność od siebie tych ele- 
mentów stanowi ten szczególny moment, z powodu którego 
mówimy o naszej jaźni. 

Stosunek przedmiotów do „podmiotu'* uważam za stosu- 
nek elementów pewnego zbioru do zbioru jako takiego. Mo- 
ment „świadomości*^ właściwy każdemu przedmiotowi, jest to 
moment ustosunkowania całości pewnej do swej części. Jeżeli 
mówimy, że każdy przedmiot jest dany jakiejś jaźni, znaczy to, 
że oprócz pojmowania go jako takiego (tożsamość, quid) i w sto- 
sunku do innych (wielość, inność) pojmować go należy także 
vł stosunku do pewnej ceiłości. Przedmiot, pojmowany jako ele- 
ment takiej całości, naz3rwam elementem „świadomym*'. 

Specjalnie „moim światem** nazywam ten ogół przedmio- 
tów, który wiąże się w całość z czuciami właściwemi temu ży- 
jącemu organizmowi, który w tej chwili znajduje się w tym oto 
pokoju przy biurku. Domyślamy się podobnych zespołów przed- 

6 



Digitized by 



Google 



— 82 — 

miotów, składających się na świat Piotra, Pawła i t. d.» a na- 
ivet zespołów nie przywiązanych do jakiejś osoby, ale n. p, do 
narodu, gatunku biologicznego, ziemi, przyrody wogóle. Mó- 
wimy też o odnośnych jaźniach, podmiotach i duszach. 

Każdy przedmiot jest świadomym — znaczy: niema przed- 
miotów pozbawionych związku z innemi przedmiotami. Ccś 
zupełnie izolowanego, nie należącego do żadnego systemu, nie 
da się wcale pomyśleć i byłoby czemś pozaświatowem i tran- 
scendentnem. 

^ 2^sada immanencji rozumiana z tego punktu widzenia 
twierdzi, że w danym systemie niema elementów doń nie nale- 
żących. Dla tej Cbłości związanej z pewną żyjącą osobą, która 
to całość zwe się moim ŚA^iatem, transcendentnem jest to, co 
do tej całości nie wchodzi. Nikt z nas nie może z sensem mó- 
wić o czemś, co wykracza poza zakres jego świadomości. 
W twierdzeniu tern niema nic paradoksalnego, jeżeli tylko uni- 
kać będziemy jakiegokolwiek zwężania tego, co nazywamy na- 
szą świadomością. Niewątpliwie mamy także świadomość innycłi 
systemów, innych światów i innych świadomości, a nie tylko 
wyłącznie naszej własnej świadomości i naszego osobistego 
świata. 

Jaźń każda należy również do całokształtu swego świata 
v^ tym samym sensie, w jakim teorja mnogości uważa, że każdy 
zbiór jest swym własnym elementem. Na tej podstawie mamy 
prawo nazywać nasze »ja^ tak samo przedmiotem świadomyM, 
jak i wszelkie inne przedmioty. 

Powyższa interpretacja tezy, że każdy przedmiot jest ko- 
relatem świadomości, oparta jest na założeniu, że wszystko bez 
wyjątku jest przedmiotem i że przedmioty powiązane są w pe- 
wne całości. W konsekwentnym objektywizmie niema miejsca 
na żaden podmiot jąJco coś zasadniczo od przedmiotów ró- 
żnego. Świadomość to stosunek całości do innych elementó^r. 
Naszą jaźń pojmuję jako tylko czynnik formalny, wyrażiający 
ten zespół przedmiotów, w którym dominującą rolę odgry^ra 
moja psychofizyczna osoba. 

W podobny sposób zapatrują się na „duszek Ebbinghaus 
i Jodl w swych znanych przedstawieniach psychologji. To, co 
nazywamy „duszą'^ nie jest jakimś metafizycznym substratem, 
ale całością organiczną zjawisk psychicznych, przywiązanych do 
pewnego żyjącego organizmu. Kompleks ten posiada cecłiy 
przypisywane potoczpie naszemu „ja'^ a więc jedność, prostotę. 



Digitized by 



Google 



— 83 — 

tożsamość, trwałość w przeciwstawieniu do różnych i zmienia- 
lących się swych elementów. Od autorów tych różni- si^ tern, 
ze pojmuję ten kompleks szerzej, jako całość świadomości. 

§ 5. Zupełnie analogicznie rozumiem tezę: y,omne ens est 
bonuIn'^ H. Rickert (1. c.) w szczegółowych wywodach swych wy-" 
kazuje, że wszelkie stanowisko nasze wobec przedmiotu już z tej 
rac]iy że jest zajmowaniem pewnego stanowiska, nie jest sprawą 
C2:ysto . kontemplatywną i „teoretyczną^^ ale czemś o charakte- 
rze aktywnem i tendencyjnem. Poznanie — to osądzanie, t. j. 
uznawanie lub nieuznawanie, a zatem coś podobniejszego do 
oceniania, niż do czystego wyobrażania. Przy czystem wyobra* 
źaniu niema miejsca na żadne „tak*^ lub „nie''« Dodatnie i ujemne 
jakości charakterystyczne są dla naszych stanów uczuciowych 
i emocjonalnych, dla naszego zachowania się praktycznego, do 
którego zaliczyć też należy wydawanie sądów, przyjmowanie 
założeń i przypuszczeń. — Jest to punkt styczny filozof ji Rickerta 
z pragmatyzmem, przed którego relatywizmem broni się Rickert, 
umieszczając normy i imperatywy poznawcze wysoko w obło- 
kach transcendentu. 

Nie idąc za tym autorem tak daleko, pragnę okazać, że 
9,verum et bonum'' ściśle do siebie należą. Teza, iż wszelki przed- 
miot posiada pewną wartość, da się w3rprowadzić z naszkico- 
wanego Wyżej poglądu na znaczenie tezy o przynależności każ- 
dego przedmiotu do jakiejś jaźni. 

Całość, jaką tworzą elementy, polega na wzajemnej ich 
zależności. Zależność ta, rozpatrywana dynamicznie, to wza- 
jemne oddziaływanie elementów na siebie. Im głębsze jest ono» 
z tem bardziej zwartą całością mamy do czynienia. Należenie 
każdego przedmiotu do pewnej specjalnej całości utożsamiliśmy 
z tem, co nazywamy jego uświadomieniem. Wartością zaś każ- 
dego przedmiotu nazywam znaczenie jego dla tworzenia się pe- 
wnej całoścL Stopień, w jakim dany przedmiot przyczynia się 
do zorganizowania i zharmonizowania elementów całości, sta- 
nowi o jego wartości dodatniej lub ujemnej. Przedmioty nie- 
zgodne z całością, zwaną mym światem, oceniamy jako przykre, 
złe, fałszywe, brzydkie i t. d. 

Wzajemne modyfikowanie się elementów i organizowanie 
ich w coraz to wyższe całości, stanowią całą treść tych proce- 
sów, które nazywamy naszem życiem i naszą działalnością. Orga- 
nizm nasz i funkcje życiowe, to najwyżej zorganizowana część 
naszego świata. Działalność zaś nasza to albo przystosowywać 



Digitized by 



Google 



— 84 — 

nie naszej psychofizycznej osoby do warunków otoczenia, albo 
też naginanie otoczenia do naszych potrzeb. 

I tak» nasz t, zw. interes teoretyczny wymaga takiego uło- 
żenia naszych wiadomości, aby z jednej strony odpo%iriadały 
faktom doświadczenia, a z drugiej strony, aby umożliwiały virpły- 
wanie na ukształtowanie tych faktów albo przystosowanie się 
naszej osoby do nich.^). Prawda, do której w nauce dążymy, to 
powiązanie naszych wiadomości w harmonijną całość. Tę teorję 
naukową uważamy za bardziej zbliżoną do ideału, która więcej 
danych wiąże między sobą i przez to je „wyjaśnia''. 

Interes etyczny każe nam harmonizować własne czyny 
z pewnemi większemi całościami. Etyka religijna ujmuje tę ca- 
łość bardzo szeroko, podobnie jak i etyka panteistyczna. Etyka 
buddyjska ma na myśli całość, jaką tworzą istoty żyjące, etjrka 
humanistyczna uwzględnia całość gatunku ludzkiego, etyki zaś 
narodowe, społeczne klasowe, rodowe, osobiste — uwzględniają 
coraz to mniejsze zakresy tego zespołu rzeczy, które należy uło- 
żyć w harmonijne całości. 

W dziedzinie estetyki może najbardziej utarło się przeko- 
nanie, że „genus prozimum'' piękna to harmonja, tworzenie 
całości i powiązanie ze sobą poszczególnych elementów. Różne 
systemy estetyczne różnią się między sobą tylko zakresem i ja- 
kością tych elementów, które w pierwszym rzędzie nldeży har- 
monizować. Nawet tam, gdzie na pierwszy rzut oka nie mamy 
do czynienia z układem elementów (tonów lub barw i t. p.), 
ale z t. zw. pięknem wyrazu, wrażeniem estetycznem, jakie spra- 
wia jakaś barwa nasycona lub pełny ton, przyjąć można jako 
podstawę piękna odpowiednie zharmonizowanie między przed- 
miotem a naszemi władzami umysłowemi lub zmystowemi. 

Można pojmować świat — razem- z J. B. Fichtem — jako 
pole naszej działalności. Niema w świecie rzeczy absolutnie obo'* 
jętnych, nie interesujących nas pod żadnym względem i któreby 
nie wiązały się w całość z naszym światem. Rzeczy ściśle obo- 
jętne, podobnie jak rzeczy zupełnie nieznane, byłyby cieinś 
transcendentnem i niczem. 

1 w dziedzinie wartości zjawiały się teorje ściśle egoistyczne 
na podobieństwo solipsyzmu teoretycznego. Atoli w tej dziedzi- 
nie doświadczenie uczy nas bardzo dobitnie, że faktycznie inte- 



^) Zob. moją rozprawa p. t. Humanistyczne i empiryczne pierwiastki 
w nauce. Lwów, 1913. 



Dfigitized by 



Google 



— 85 — 

resujemy się nie tylko tem, co bezppśrednio dotyczy naszych 
Qsób. Ideały, dla których pracujemy — nauka, dobra życiowe 
i społeczne, moralność, piękno — wskazują na inne i szersze 
całości, niż tę, którą stanowi wyłącznie „mój świat''. Czujemy 
sią włączeni w zespoły i związki wyższe i mocniejsze, które od- 
bijają się w naszym immanentnym świecie intelektualnym i emo* 
cjonalnym. 

Te wyższe interesy są nam często dane jako wprost sprże- 
ci^riające się interesom ściśle osobistsrm. W zespole, który na- 
zy^ramy naszym światem, noszą one charakter fragmentów 
z innych wyższych zespołów, co jednak nie wyłącza ich cha- 
rakteru immanentnego. Oczywiście mogą być spory o to, czy 
OM^e wyższe zespoły, których jedynie fragmenty są nam dane, 
należą do rzeczy fikcyjnych, czy realnych, czy abstrakcyjnych 
i t. d. Tutaj nie chodzi mi jednak o sprawę klasyfikacji różnych 
danych, lecz tytko o to, jakim jest zakres tego, co nazywamy 
przedmiotami i jakie są cechy wszystkim przedmiotom wspólne. 

IV. Scharakteryzowanie wyników rozważań. 

Główne tezy niniejszej pracy dadzą się sformułować 
następująco: 

a) Na pytanie, co nazywam przedmiotem lub .czemś'', 
odpowiadam: wszystko jest przedmiotem (rozumiejąc termin 
» wszystko" w znaczeniu tak dystrybutywnem jak i kollekty- 
wnem). Zamiast terminu ^wszystko" można użyć terminu „co- 
kolwiekbądź^ 

b) Przyjmuję, że każdy przedmiot .jest". Przedmiot = byt. 
Z pomiędzy konwencyj co do znaczenia słowika „jest", oraz 
„byt" obieram najbardziej ogólną, a zgodną z 'potocznym spo- 
sobem wyrażania się, nie zacieśniając ^znaczenia stówka „jest" 
np. do znaczenia słówka „istnieje". 

c) Równoważnikami „przedmiotu" lub „czegoś" są: jedno, 
inne, to samo, jakieś (quid), jedno z wielu, element, świadome 
(dane świadomości), wartościowe. Równoważniki te stanowią 
odpowiedź na pytanie, czem jest przedmiot. Można je nazywać 

I cechami przedmiotu w tym samym sensie, jak wszelkie „defi- 
nientia" możemy uważać za cechy definiendów. 

d) Równoważniki powyższe pozostają między sobą w ści- 
słym związku. Można je wypro>vadzać z założenia „elementu" 
t. j. założenia, że każde „coś" pozostaje w związku z innemi. 



Digitized by 



Google 



- 86 — 

I t 

Nie znamy przedmiotu izolowanego, który ^^per . se est et per 
se concipitur". 

Przyjmując jako założenie pewną ilość związanych mię- 
dzy sobą rzeczy, starałem się wyprowadzić przy ^ pomocy 
określenia zakresu terminu y,przedmiot'' te cechy przedmiotu, 
które nazwałem jednością każdegfo przedmiotu, innością, tożsa- 
mością, wielością przedmiotów, jakością, daniem pewnej świado- 
mości i wartością każdegro przedmiotu. Wszelkie „coś" musi posia- 
dać te cechy, aby było „czemś'^ Pozostaje jednak kwestją otwartą, 
czy oprócz tych cech nie możnaby wyszukać jeszcze innych 
cech, oraz inaczej je do siebie ustosunkować. 

Przyjęcie „connexitatis rerum'' jako założenia jest w grun- 
cie rzeczy zgodne z Kantowskiem założeniem pierwiastka syn- 
tetycznego w tern, co jest nam dane jako doświadczenie. Można 
uważać „Yemunft'' za wyraz na powiązanie rzeczy między sobą. 
Tylko, że Kant używał dość często wyrażeń usprawiedliwiają- 
cych podmiotową i psychologistyczną interpretację swego zało- 
żenia i sam podkreśla bardzie; „idealizm*', niż „transcendental- 
ność" swego systemu. 

Także systemy realistyczne nie obchodzą się bez założenia 
wzajemnego oddziaływania rzeczy na siebie. O ile zaś unikają 
przyjmowania „causa transiens", to muszą przyjmować albo 
moment okazjonalistyczny lub mniej lub więcej wyraźny mo- 
nizm (n. p. Lotze). 

W końcu rozważając naukę o cechach wspólnych wszel- 
kim przedmiotom w porównaniu z nauką o kategorjach, można 
zauważyć, że założenie nasze odpowiada kategorji „ustosunko- 
wania", uważanej przez wielu myślicieli za podstawę do rozwi- 
nięcia wszelkich innych kategoryj. Atoli muszę podkreślić 
zasadniczą różnicę, jaka zachodzi między nauką o koniecznych 
cechach wszelkiego przedmiotu, a nauką o możliwych rodzajach 
orzeczeń („praedicabilia'') lub o możliwych rodzajach łączenia 
danych nam bliżej nieokreślonych momentów (kategorje w zna- 
czeniu Kanta). 



Digitized by 



Google I 



TADEUSZ CZEŻOWSKI. 



O niektórych stosunkach logicznych. 



1. Podręczniki logiki, wymieniając stosunki, które mogą 
istnieć między zakresami dwóch pojęć, najczęściej nie przepro* 
wadzają logicznej klasyfikacji tych stosunków, lecz co najwyżej 
ilustrują ją znanem. graficznem przedstawieniem Eulera, w któ- 
rem zakresy pojęć są symbolizowane zapomocą kół. Jednak 
nawet w tych wypadkach, w których taka klasyfikacja j» st 
podana, nie czyni ona zadość wymogom ścisłości, a uzyskcre 
podziały nie są z teoretycznego punktu widzenia zadowalające ^) 
Z tego powoda pragnę w niniejszej pracy ustalić zasady kla- 
syfikacji stosunków możliwych między zakresami dwóch pojęć 
i systematycznie przeprowadzić tę klasyfikację. 

2. Zasadniczym związkiem odnośnie do zakresów dwóch 
pojęć a i b jest podporządkowanie czyli subsumcja, którą bę- 
dziemy oznaczać symbolem <, a która zachodzi wtedy między 
zakresami a i b, jeżeli każdy przedmiot, należący do zakresu a, 
należy do zakresu b. Jeżeli przez a', b* rozumieć będziemy od- 
powiednio zaprzeczenie a i b, to istnieją cztery możliwe przy- 
padki podporządkowania^ które uzyskamy, kombinując nasze 
symbole zakresów i ich zaprzeczeń: 





a < b 


czyli 


każde a jest b 


(A) 


a' < b 


czyli 


każde nie-a jest b 


a < b' 


czyli 


każde a jest nie-b 




a' < b' 


czyli 


każde nie-a jest nie-b. 



O Odnosi się to np. do przeglądu podanego przez Wundta ; por. 
W. Wandt, Logik, eine Untersuchung der Prinzipien der Erkenntniss... Erster 
Band. Stuttgart 1880. str. 110 i nast. Niemniej i podział dany przez Hoflera 
(Grundlehren der Logik, wyd. IV. Lipsk-Wiedeń 1907, § 20), mimo pozorów 
poprawności, jest błędny. 



Digitized by 



Google 



— 88 — 

Znane własności stosunku podporządkowania pozwalają 
na równoważne przekształcenie tych wzorów przez kontrapo- 
zydją w ten sposób, iż otrzymujemy b na pierwszem miejscu, 
zaś a na drugiem : 

b' < a* czyli każde nie-b jest nie-a 
(A*\ t*' < fi c^ylJ każde nie-b jest a 

b < a' czyli każde b jest nie-a 
b < a czyli ^ każde b jest a. 

Przytem związki (A') zachodzą równocześnie z (A). 

Przez zaprzeczenie stosunku podporządkowania w każdym 
z czterech przypadków (A) powstają cztery przypadki: 



(B) 



a <' b czyli niektóre a nie są b 

a' <* b czyli niektóre nie-a nie są b 

a <' b' czyli niektóre a nic' są nic-b 

a' <* b' czyli niektóre nie-a nie są nie-b. 



Każdy z przypadków (A) posiada jeden sprzeczny do 
siebie wzór (B), natomiast żaden z nich nie wyklucza możli- 
wości równoczesnegfo zachodzenia któregfoś z trzech innych 
przypadków z pomiędzy (A) lub któregoś z trzech niesprze- 
cznych ze sobą z pomiędzy (B). Widzimy więc, że stosunek 
między zakresami dwóch pojęć a i b nie jest jeszcze wyczer- 
pująco, to jest jednoznacznie, wyznaczony przez podanie jednesfo 
z przypadków (A) lub ^B), lecz że trzeba rozstrzygnąć o każ- 
dym z czterech przypadków (A), czy równocześnie z tamtym 
zachodzi, czy nie zachodzi, a natomiast zachodzi jego zaprze- 
czenie z pomiędzy (B). W ten sposób każdy możliwy stosu- 
nek między zakresami a i b określony będzie przez cztery wa- 
runki, które otrzymamy, kombinując przypadki (A) i (B) w grupy 
czwórkowe — i tylko czwórkowe, ponieważ każde zestawienie 
piątkowe zawierałoby już w sobie dwa przypadki sprzeczne. 
Ilość kombinacyj czwórkowych bez powtarzania utworzonych 
z 8 elementów, jak w naszym wypadku, wynosi wedle teorji 
połączeń (J) = 70. 

Z tej liczby wyłączamy odrazu te kombinacje, które za- 
wierają dwa elementy ze sobą sprzeczne. Liczbę kombinacyj 
tego rodzaju wynajdziemy w sposób następujący: 

Jeżeli w pewnej kombinacji mamy p przypadków (A) 



Digitized by 



Google 



— 89 — 

oraz 4 — p przypadków (B), to sprzeczność powstanie każdym 
razem, gdy za jeden z 4— p przypadków (B) w tej kombinacji 
podstawimy któryś z p przypadków, które są sprzeczne do p 
przypadków (A) w tejże kombinacji. Przypuśćmy, że mamy pewną 
kombinację p elementów należących do (A). Z kombinacją tą 
łączyć możemy elementy należące do (B) na (4.p) sposobów, do- 
stając tyleż różnych kombinacyj czwórkowych, między któremi je* > 
dnak tyle tylko będzie kombinacyj wolnych od sprzeczności, na ile 
sposobów da się skorfbinować (4— p) przypadków (B) w naszej 
kombinacji z (4— p) elementów należących do (B), a nie dających 
sprzeczności, to jest (tp) == 1; wszystkie natomiast inne kombina- 
cje, a takich mamy wobec powyższego (4?p) — 1, przy wybranych p 
przypadkach (A), należy odrzucić. Ponieważ zaś w naszej kombi** 
nacji można było p elementów należących do (A) dobrać na (4 — p) 
sposobów, więc w ogólności z pomiędzy kombinacyj, w których 
jest p przypadków (A) oraz 4 — p przypadków (B), odrzucić należy 

jako sprzeczne (p) \_\ćj^ — IJ kombinacyj. 

Liczbę kombinacyj, które należy łącznie odrzucić, otrzy- 
mamy, podstawiając za p kolejno O, 1, 2, 3, 4, i biorąc sumę 
tych wszystkich wyrażeń, zatem: 

Wt) - 1] H 0)[(l) - 1] + (DLO) - 1] + 

+ (l)[(J) -l]H (1)[(J) -1] = 54. 
Wypada więc 70 — 54 = 16 niesprzecznych kombinacyj, 
które otrzymamy najłatwiej, tworząc kombinacje p przypadków 
(A) i uzupełniając każdą z nich przez dopisanie w jedyny spo- 
sób, nie dający sprzeczności, 4— p przypadków (B). Są to mia- 
nowicie kombinacje: 



p = o 








1) a <' b 


. a' <• b 


.a <• b' 


. a' <• b' 


P = 1 








2) a < b 


i a' <' b 


.a <' b' 


. a* <* b' 


3) a' < b 


. a <'b 


.a <• b' 


. a' <' b' 


4)a < b' 


. a <• b 


. a' <• b 


. a* <' b* 


5) a' < b' 


. a <• b 


, a' <• b 


• a <' b' 


p = 2. 








6) a < b 


. a' < b 


.a <' b' 


. a' <• b' 


7)a < b 


. a < b' 


. a" <' b 


. a' <• b* 


8)a < b 


. a' < b' 


. a' <' b 


.a <• b' 



Digitized by 



Google 



— 90 — 

9) a' < b . a < b' . a <• b . a' <' b' 

10) a' < b . a' < b' . a <' b . a <' b' 

11) a < b' . a' < b' . a <' b . a' <' b 

p == 3 

12) a < b . a' < b . a < b' . a' <• b' 

13) a < b . a' < b . a' < b' . a <' b' 

14) a < b . a < b' . a' < b' . a' <• b 

15) a < b . a < b' . a' < b' . a <• b 
p ^^ 4 

16) a < b . a' < b . a < b' . a' < b' 

3. Rozpatrzymy po kolei powyższych 16 kombinacyj. 
1) a <• b . a' <• b . a <' b' . a' <' b' 
Niektóre a nie są b. 
Niektóre nie-a nie są b. 
Niektóre a nie są nie-b. 
Niektóre nie-a nie są nie-b. 

Stosunek scharakteryzowany powyższemi czterema wa- 
runkami zachodzi np. między zakresami pojęć wielobok umia- 
rowy i pięciobok. Pewien dowolnie wybrany przedmiot, może 
należeć do obu zakresów lub do jednego z nich, może jednak 
również do żadnego nie należeć. Ponieważ zaś odpowiednie 
zdania nieokreślone, x należy do a, oraz x należy do b, są nie- 
zaleine, przeto nazwiemy także zakresy pojęć i pojęcia aib 
w niniejszym przypadku parą zakresów (pojęć) niezależnych. 

Stosunek, niezależności dwóch zakresów przedstawimy 
graficznie, posługując się w tym celu sposobem następującym *): 

Niech zakresy pojęć będą wyobrażone przez pola kątó^r 
współśrodkowych : zakres jednostkowy będzie wtedy dany jako 
promień, zakresowi pojęcia najogólniejszego „wszystko'' będzie 
zaś odpowiadało pole kąta pełnego. Zakresy poszczególnych 
pojęć będziemy odróżniali od siebie zapomocą rozmaitego cie- 
niowania. — Sposób ten jest odpowiedniejszy od zwyczajnie 
używanego przedstawienia zakresów pojęć zapomocą kół, po- 
nieważ każda część dowolnego pola i każda suma dwóch pól 
jest tu polem kąta, podobnie jak każda część zakresu pojęcia 
każda suma zakresów jest sama takimże zakresem. 



i) Sposób ten został podany w rozprawie: Prof. Dr. Wilh. M. FrankU 
Winkelblattsymboiik fur Begriffsumfange und dereń Yerhaltnisse zu einan- 
der. Archiv fiir Philosophie 1913. str. 461 i nast. 



Digitized by 



Google 




? 



Digitized by 



Google 



— 92 — 

Stosunek niezależności zakresów a i b przedstawia w myśl 
powyższych zasad fig. 1. (Zob. Tablicę). 

2) a < b . a' <• b . a <• b' . a' <' b' 

Każde a jest b 

Niektóre nie-a nie są b 

Niektóre a nie są nie-b 

Niektóre nie-a nie są nie-b. 
Przykładem tego stosunku, który nazwiemy stosunkiem 
podrzędnościy jest stosunek między zakresami pojęć kwadrat 
i czworokąt Charakteryzuje się on tem, że jeżeli pewien przed- 
miot należy do zakresu pojęcia a, to ' należy on również do 
zakresu b, lecz nie odwrotnie. Stosunek podrzędności przed- 
stawiony jest geometrycznie, według sposobu, który został po- 
wyżej przyjęty, przez fig, 2. 

3) a' < b . a <' b . a <' b' . a' <• b' 

Każde nie-a jest b 

Niektóre a nie są b 

Niektóre a nie są nie-b 

Niektóre nie-a nie są nieb. 
Stosunek ten, zachodzący np. między zakresami pojęć 
nieczłowiek i istota żyjąca, posiada własność,' iż jakiś dany 
przedmiot x musi należeć do jednego z dwóch zakresów a i b, 
a może, lecz nie musi, należeć do obu równocześnie. Ponieważ 
zaś dwa zdania, x należy do zakresu a, oraz x należy do za- 
kresu b, nie mogą być równocześnie fałszywe, a mogą być 
równocześnie prawdziwe, czyli zachowują się jak dwa sądy 
podprzeciwne w kwadracie logicznym, przeto odpowiednio do 
tego nazwiemy stosunek, zachodzący tu między obu zakresami, 
stosunkiem podprzeciwieństwa. Stosunek podprzeciwieństwa 
przedstawia fig. 3. 

4) a < b' , a <' b . a' <' b . a' <' b' 

Każde a jest nie-b 

Niektóre a nie są b 

Niektóre nie-a nie są b 

Niektóre nie-a nie są nie-b. 

Warunki te określają stosunek wykluczania się zakresów, 

jak n. p. przy pojęciach trójkąt i równoległobok. Żaden zatem 

przedmiot nie może należeć do obu zakresów, może natomiast 

nie należeć ani do jednego, ani do drugiego. Dwa zdania od^ 



Digitized by 



Google 



~ 93 — 

po^^iednie, x jest a, oraz x jest b, zachowują si^ jak sądy prze- 
cierne, ponieważ nie stają się nig-dy równocześnie prawdziwe^ 
mosrą być jednak równocześnie fałszywe. Stąd też oba zakresy 
i pojęcia w tym przypadku nazwiemy przeciwnemi; wyobraża 
je fig. 4. 

5) a' < b' . a <• b . a' <• b . a <' b' 

Każde nie-a jest nte-b 

Niektóre a nie są b 

Niektóre nie-a nie są b ^ 

Niektóre nie-a. nie są nie-b. 

Jest to stosunek nadrzędności, zachodzący n. p. między 
zakresami pojęć człowiek i słowianin. Jako odwrócenie sto- 
sunku podrzędności nie wymaga on bliższych wyjaśnień; geo- 
metryczny obraz tego stosunku podaje fig. 5. 

' 6) a < b . a' < b . a <• b' . a* <' b' 

Przjrpadek ten zachodzi, jak łatwo się przekonać, jedynie 
wtedy, gdy b =1^). Pominiemy go więc, jako przypadek szcze- 
gółowy. 

7) a < b . a < b' . a' < b . a' < b' 

Z warunków powyższych wynika a = 0; jestto więc rów- 
nież szczegółowy przypadek. 

8) a < b . a' < b' . a' <• b . a <• b* 

Każde a jest b 
Każde nie-a jest nie-b 
Niektóre nie-a nie są b 
Niektóre a nie są nie-b. 
Zakresy i pojęcia a i b są równoważne, jak n. p. trójkąt 
równoboczny i trójkąt równokątny. (Fig. 6.) 

9) a' < b . a < b' . a <' b . a' <• b' 

Każde nie-a jest b 
Każde a jest nie-b 
Niektóre a nie są b 
Niektóre nie-a nie są nie-b. 
Zakresy i pojęcia spełniające powyższe warunki są sprze- 
czne, jak n. p. człowiek i nieczłowiek. (Fig. 7.) 

10) a' < b . a' < b* . a <' b .a' <' b 



>) Symbole O i 1 s^ używane w znaczeniu logicznem: O znaczy ^nic*^ 
1 znaczy .wszystko*. 



Digitized by 



Google 



— 94 — 

Warunki powyższe dają a =" 1, zatenr przypadek szcze- 
gółowy. 

11) a < b' . a' < b' . a <• b . a* <' b 
Warunki te spełnione są w szczegółowym przypadku, gdy 
b = 0. 
/ Również następne kombinacje spełnione są jedynie pod 

szczególnemi założeniami: 

12) a < b.a < b.a < b\ a <' b\ skąd wynika a = 0. b = 1. 

13) a < b . a < b . a' < b\ a <• b\ skąd wynika a = 1. b = 1. 

14) a < b . a < b* . a' < b\ a' <' b, skąd wynika a = O, b = 0. 

15) a' < b . a < b'. a <-b' . a <' b, skąd wynika a = 1, b = 0. 

Ostatnia wreszcie kombinacja: 

16) a < b . a' < b . a < b' . a' < b* 
jest sprzeczna, wypada z niej bowiem a = 0, a = l,b = 0, b==l. 

4. Przeprowadzona analiza dała w wyniku następujących 
siedem stosunków między zakresami dwóch pojęć: 

1) Niezależność, 

2) Podrzędność, 

3) Podprzeciwieństwo, 

4) Przeciwieństwo, 

5) Nadrzędność, 

6) Równoważność, 

7) Sprzeczność. 

Stosunki te, jak okazuje się z poprzedzającego toku roz' 
ważań, wyczerpują wszystkie możliwe przypadki stosunków 
między zakresami pojęć a i b, różnych od stałych logicznych 
O i 1, i wykluczają się wzajemnie — czynią więc zadość postu- 
latom poprawnego podziału logicznego. Dwa asymetryczne 
z pomiędzy nich, podrzędność i nadrzędność, odpowiadają sobie 
jako wzajemne odwrócenia; wszystkie inne są stosunkami syme- 
trycznemi. 

Stosunek niezależności jest w pewnem znaczeniu stosun- 
kiem wśród pozostałych podstawow)rm; wskazuje to już przed- 
stawiająca ten stosunek fig. 1., z której widzimy, że w przy- 
padku niezależności dwóch zakresów przedstawienie geome- 
tryczne zawiera cztery pola, odpowiadające czterem zakresom, 
ab, a'b, ab', a'b'. Moglibyśmy sobie wyobrazić, wychodząc 
z tego obrazu geometrycznego jako najogólniejszego, że ni^tóre 
z tych pól kurczą się aż do zaniknięcia, prowadząc w ten spo^ 



Digitized by 



Google 



— 95 — 

sób, zależnie od te^o, które pole zanika, do każdego innego 
stosunku, którego obraz geometryczny otrzymamy w ten spo- 
sób. Ten sam wynik dostaniemy natychmiast również drogą 
rachunku logicznego, zważywszy, z6 warunek dla stosunku nie- 
zależności a<'b. a'<'b. a<'b'. a'<'b' można symbolicznie wy- 
razić także w ten sposób: ab = '0. ab* = '0. a'b = '0. a'b' = '0; 
by zaś stąd otrzymać warunek dla dowolnego innego stosunku, 
wystarczy sprowadzić pewne z iloczynów do 0. 

Uwaga ta naprowadza nas na pewien sposób schema- 
tycznego unaocznienia omawianych stosunków, w którym obie- 
ramy stosunek niezależności jako punkt wyjścia. Załóżmy, że 
między zakresami a i b zachodzi stosunek niezależności. Jeżeli 
utworzymy z tych zakresów przy pomocy trzech działań logicz- 
nych, negacji, mnożenia i dodawania logicznego, zakresy po- 
chodne, a\ h\ ab i a-f-b, to posiadają one tą własność, iż za- 
chodzą między niemi, przy uwzględnieniu również a i b^ wszysU 
kie wyszczególnione wyżej stosunki, a mianowicie^ 
^ Stosunek niezależności między a i b, 

stosunek podrzędności między b i a-f-b, 

stosunek podprzeciwieństwa między a-^^b i a\ 

stosunek przeciwieństwa między b' i ab, 

stosunek nadrzędności między a i ab, 

stosunek sprzeczności między a i a*, 
a wreszcie stosunek równoważności między każdym zakresem 
oraz nim samym. 

Powyższy stan rzeczy przedstawia następujący 
Sześciobok logiczny: 
a b 

niezależność 




Digitized by 



Google 



— 96 — 

z którego łatwo odczytać omawiane związki, oraz ich wzajemne 
ustosunkowanie. 

5. Twierdzenia ważnć dla zakresów poj^ć przenosimy 
w dziedzinę zdań na mocy zasady logficznegb paralelizmu, która 
orzeka, iż każdej własności zakresów odpowiada analogicznie 
własność zdań nieokreślonych. Zdania określone otrzymujemy 
ze zdań nieokreślonych jako przypadki szczegółowe. Każdemu 
zakresowi a odpowiada jcdanie nieokreślone x jest a, orzekające 
prz3aiaIeżność do a. naodwrót każde zdanie nieokreślone, za- 
wierające zmienną x, można tak przekształcić w sposób rÓMmo- 
ważny, by orzelcało przynależność do pewnego zakresu, który 
wskutek tego danemu zdaniu odpowiada. Zdanie x jest a staje 
się zdaniem prawdziwem, jeżeli x należy do zakresu a, zda- 
niem fałszywem w przeciwnym przypadku: stosunkowi subsum- 
cji między zakresami odpowiada stosunek implikacji formalnej 
między zdaniami. 

Jeśli zatem obierzemy jako punkt wyjścia stosunek implika- 
cji formalnej zamiast stosunku subsumcji, to, posuwając się krok za 
krokiem podobnie jak poprzednio, otrzymamy siedem możliwych 
między dwoma zdaniami nieokreślonemi stosunków, które zo- 
stały wyliczone już wyżej (str. 94). 

Dla łatwiejszego przeglądu wymienimy je raz jeszcze, 
uwzględniając ich obecną interpretację. 

Między zdaniami M i N istnieje stosunek: 

1. Niezależności, jeżeli wtedy, gdy jedno z nich staje się 
prawdziwem (to jest dla wszelkich wartości x, które czynią je 
prawdziwem), drugie staje się prawdziwem lub fałszywem i od- 
wrotnie. 

2. Podrzędności, jeżeli zdanie M staje się prawdziwem 
zawsze, gdy prawdziwem staje się zdanie N, lecz nie odwrotnie. 

3. Podprzeciwieństwa, jeżeli zawsze wtedy, gdy jedno 
z nich staje się fałszywem, drugie staje się prawdziwem, • nato- 
miast, gdy jedno staje się prawdziwem, drugie. staje się pra- 
wdziwem lub fałszywem (oba mogą stać się równocześnie pra- 
wdziwemi — nie mogą oba równocześnie stać się fałszywemi). 

4. Przeciwieństwa, jeżeli zawsze wtedy, gdy jedno z nich 
staje się prawdziwem, drugie staje się fałszywem, natomiast 
gdy jedno staje się fałszywem, drugie staje się prawdziwem lub 
fałszywem (oba mogą stać się równocześnie fałszywemi — nie 
mogą oba równocześnie stać się prawdziwemi). 



Digitized by 



Google 



— 97 — 

5. Nadrzędności, jeżeli zdanie N staje się prawdziwem 
za^rsze, gdy prawdziwem staje się zdanie M, lecz nie odwrotnie. 

6. Równoważności, gdy oba Stają się równocześnie pra- 
wdziMTcmi lub równocześnie fałszywemi. 

7. Sprzeczności, jeżeli zawsze, gdy jedno z nich staje się 
fałsa^ywem, drugie staje się prawdziwem, a gdy jedno staje się 
prawdziwem, drugie staje się fałszjrwem. 

Stosunki te są ilustrowane przez te same obrazy geo* 
metryczne, co stosunki między zakresami, a w tłumaczeniu 
obrazów geometrycznych tę jedynie wprowadzić należy różnicę, 
że zamiast obszarów, obejmujących przedmioty należące lub 
nienależące do zakresów a i b, rozróżniać będziemy obszary 
obejmujące takie x, iż zdania x jest a i x jest b stają się dla 
odpowiednich x zdaniami prawdziwem! lub fałszywemi. W ta- 
kim stanie rzeczy zachowuje sześciobok logiczny, podany na 
str. 95, swe znaczenie jako schemat stosunków między zdaniami 
nieokreślonemi, pnączem w wierzchołkach jego umieszczamy 
zdania: A) x jest a, B) x jest b, AB) x jest a i b, A-j-B) 
X jest a albo b, A') x jest nie-a, B*),x jest nie-b. 

Zdanie określone jest albo prawdziwe albo fałszywe, za- 
tem między dwoma zdaniami określonemi zachodzi jeden z dwóch 
stosunków, równoważności lub sprzeczności. Obrazowo wyra- 
zilibyśmy to, mówiąc, że sześciobok logiczny w odniesieniu do 
zdań określonych degeneruje się, przybierając postać odcinka,, 
na którego końcach umieszczone są dwa zdania sprzeczne 
ze sobą. 



Digitized by 



Google 



DANIELA GROMSKA. 



Brentanowska argumentacja 

,w sprawie przedmiotu powiedzeń 

egzystencjalnych. 



Argumentacja Brentany w sprawie przedmiotu powiedzeń 
egzystencjalnych broni centralnej tezy jego idjogenicznej teorji 
sądzenia. Dlatego zacznę od przypomnienia- w kilku słowach 
tej teorji. 

Sądzenie jest dla Brentany rodzajem czynności psychi-, 
cznych, czynnością swoistą, polegającą na stwierdzaniu lub zaprze- 
czaniu, na uznawaniu lub odrzucaniu rzeczywistości czyli istnie- 
nia jakiegoś przedmiotu. Sądzić można coś tylko o przedmio* 
cie, który sobie przedstawiamy, wi^c koniecznym warunkiem 
sądzenia jest na tern stanowisku przedstawianie sobie przed- 
mioty^ którego istnienie, sądząc, uznajemy lub odrzucamy. Nie 
trzeba natomiast do tak pojętego sądzenia dwóch przedstawień, 
o jakich mówią w tej lub owej formie wszystkie allogeniczne 
teorje t. zw. sądu; wystarczy jedno przedstawienie, którego 
przedmiot jest zarazem przedmiotem sądzenia. Dowodem tego 
są ^sądy" — jak się wyraża psychologistycznie Brentano, bo 
idzie tu o akty sąd^iia — wyrażone w t. z w. powiedzeniach 
egzystencjalnych typu „A istnieje*. 

„Jeśli mówimy „A istnieje* — powiada Brentano, Psycho- 
logie V. emp. Standpunkte, Leipzig, 1874, str. 276, 277 — to zda- 
nie lo nie jest, jak wielu sądziło i teraz jeszcze sądzi, predy- 
kacją, dzięki której łączy się istnienie jako orzeczenie z A jako 
podmiotem. Nie połączenie cechy „istnienie" z „A** lecz samo 
„A* jest przedmiotem, który uznajemy. Tak samo jeśli mówimy 
„A nie istnieje", to nie jest to orzeczeniem istnienia o A w sen- 
sie przeciwnym, nie jest odrzuceniem połączenia cechy „istnie- 
nie" z „A", lecz „A" jest przedmiotem, który odrzucamy". 



Digitized by 



Google 



- 99 - 

, 2. Stanowiska tego broni Brentano i jego uczniowie zapomocą 
dwóch argumentów. Jeden z nich orzeka, że pojęcie istnienia 
jest pojęciem refleksyjnem ze względu na czynność sądzćnia 
(nb. na twierdzącą czynność sądzenia), że więc nie można przy 
określaniu sądzenia operować pojęciem istnienia. 

Punktem wyjścia argumentu drugiego, którym zajmą się 
niniejsze wywody, jest następujące twierdzenie: Kto uznaję 
pewną całość, ten uznaje tem samem jej części, kto z£U5 od- 
rzuca pewną całość, ten nie odrzuca tem samem jej części. 
Twierdzenie to pozostaje w mocy w odniesieniu do takich ca- 
łości, jakiemi są połączenia cech; albowiem: kto uznaje np. 
istnienie człowieka uczonego czyli połączenie cdowieka z cechą 
uczoności, ten uznaje tem samem istnienie człowieka. A na 
odwrót, kto odrzuca istnienie uczonego ptaka t j. połączenie 
ptaka z cechą uczoności, ten nie odrzuca tem samem istnienia 
ptaka ani istnienia uczoności. 

Inaczej ma się rzecz przy powiedzeniach egzystencjalnych 
typu »A istnieje'': pojmowanie ich przedmiotu jako połączenia 
A z cechą istnienia napotyka na poważne trudności przy sto* 
sowaniu przytoczonego twierdzenia o całości i częściach do tego 
połączenia jako do całcści. Albowiem: 

1) Uznając całość „istnienie A**, uznajemy wprawdzie tem 
samem część t, j. „A", jednakowoż uznanie owej części ifite 
rożni się tutaj niczem (in gar keiner Weise) od uznania ca- 
łości t. ]. istnienia A, co nie ma miejsca przy uznawaniu in-. 
nych całości (np. połączenia A z cechą uctbności). 

2) Jeszcze jaśniej występuje ta różnica przy rozważaniu 
przeczącego powiedzenia egzystencjalnego: tu bowiem, odrzu- 
cając całość t. j. istnienie A, odrzuca się tem samem część t. J. 
A; a nawet — możnaby dodać analogicznie do trudności, pod- 
niesionej przez Brentanę pod 1) — odrzucenie części nie różni 
się tutaj niczem od odrzucenia całości. 

Z przytoczonych trudności wysnuwa Brentano wniosek, 
iż wsadzie „A istnieje^ nie mamy do czynienia z połączeniem 
,A* i cechy istnienia, i że nie to połączenie lecz samo „A* 
jest przedmiotem sądu „A istnieje". Analogicznie ma się tez 
rzecz z sądem „A nie istnieje", 

3. Do tych dwóch zarzutów Bręntany dodał prof. Twar- 
dowski, omawiając je swego czasu (w zimie 1910/11) w wykła- 
dach Logiki, zarzut trzeci. Brzmi on jak następuje: 



Digitized by 



Google 



— 100 - 

3) Uznając ^całość t. j. istnienie A, uznaje s\^ tern samem 
istnienie jako część te) całości, a ponieważ „uznanie'' jest 
^^przekonaniem o istnieniu*, wi^c .uznając istnienie A", jeste- 
śmy przekonani o istnieniu istnienia A; dochodzimy tedy do 
pojęcia lyistnienia istnienid", które jest czemś niezwykłem, a kt6- 
reg^o unikamy, przyjmując, że przedmiotem sądu .A istnieje^ 
jest nie „istnienie A**, lecz samo „A*. 

4. Przeciw argumentacji Brentany podnoszono zarzut, iż 
bezprawnie stosuje ona do analizowanych przez siebie „cało- 
ści^^y jakiemi są powiedzenia egzystencjalne, przytoczone twier- 
dzenie o całości i częściach. Twierdzenie to bowiem posiada 
walor jedynie w odniesieniu do fizycznych części pewnych ca- 
łości. — Zarzut ten nie jest jednak — zdaniem mojem — słu- 
szny. Możnaby bowiem odpowiedzieć, iż godzi on w założenie, 
stosowane przez Brentanę zarówno do przedmiotu t. zw. kate- 
gorycznych powiedzeń, jak też do przedmiotu powiedzeń egzy- 
stencj€dnych : w pntykładach bowiem Brentanowskich mowa 
była zarówno o uczoności A jak też o istnieniu A jako o czę- 
ściach całości: .uczoność A** i „istnienie A^, gdy tymczasem 
argumentacja Brentanowska miała właśnie dowieść zasadniczej 
różnicy pomiędzy przedmiotami obu rodzajów powiedzeń. To 
znaczy: Jeśli się przyjmie, iż tw^ierdzenie o całości i częściach 
ma zastosowanie tylko do części fizycznych, w takim razie 
zbłądził Brentano zarówno, stosując je do przedmiotu powiedzeń 
kategorycznych, do uczoności A, jak też stosując je do przed- 
miotu powiedzeń egzystencjalnych, do istnienia A. Albowiem 
ant uczoność człowieka ani jego istnienie nie są jego częściami 
fizycznemi. — Tymczasem dokładna analiza okazuje, że jest 
inaczej, że zachodzi tu istotnie pewna różnica pomiędzy przed- 
miotami obu rodzajów p>owiedzeń. Mianowicie : jeśli nazwiemy — 
zadnie z powszechną terminologją — uczoność człowieka 
jego cechą, to chociaż cecha przedmiotu nie jest jego częścią 
fizyczną, przecież twierdzenie o uznawaniu przedmiotów, pozo- 
stających w stosunku całości i części posiada — przynajmniej 
na stanowisku Brentany — pełny swój walor w odniesieniu 
do przedmiotów, pozostających w stosunku przedmiotu i cechy, 
w stosunku inherencji. Albowiem uznając zachodzenie stosunku 
inherencji między przedmiotem i cechą, uznaje się zarazem — 
zgodnie z zajętem przez Brentanę w innym związku^) stano- 



1) Por, P*. V. emp. St. 283. 



Digitized by 



Google 



— 101 — 

wiskiem — istnienie zarówno przedmiotu jak cechy. I na od- 
wrót: odrzucając zachodzenie stosunku inherencji między przed- 
miotem a cechą, nie odrzuca sią tem samem ani istnienia przed- 
miotu, ani istnienia cechy. Można więc wobec tego powiedzieć, 
że twierdzenie o całości i częściach posiada pełny swój walor 
w odniesieniu do stosunku inherencji, który jest przedmiotem — 
lub jednym z możliwych przedmiotów — t. zw. kategorycznych 
powiedzeń typu ^S jest P*^. Inaczej natomiast ma się rzecz 
w odniesieniu do stosunku, jaki zachodzi między przedmiotem 
a jego istnieniem; na ten stosunek — w przeciwstawieniu do 
stosunku inherencji — nie daje się rozciągnąć twierdzenie 
o uznawaniu przedmiotów, pozostająch w stosunku całości do 
części; a chcąc je do stosunku tego zastosować, napotyka się 
właśnie na omówione trudności. W każdym więc razie zacho- 
dzi zasadnicza różnica pomiędzy stosunkiem inherencji i wszel- 
kiemi możliwemi stosunkami, do których można stosować owo 
twierdzenie, a stosynkiem zachodzącym między przedmiotem 
a jego istnieniem, do którego to stosunku twierdzenia owego 
stosować nie można. O tę zaś właśnie różnicę idzie argumen- 
tacji Brentany. 

5. Na tej tedy drodze argumentacja Brentanowska obalić 
się nie da. Można się jednak ~^ jak mi się zdaje — pokusić 
o obalenie jej w inny sposób, a mianowicie przez wykazanie, 
że argumentacja ta opiera się na pewnej ekwiwokacfi i że z te j 
to ekwiwokacji, a nie — jak sądzi Brentano — z Jednoczło- 
nowości'* przedmiotu powiedzeń egzystencjalnych, rodzą się 
przytoczone trudności w stosowaniu twierdzenia o całości i czę* 
ściach do twierdzących i przeczących powiedzeń egzysten- 
cjalnych. Trudności te sprowadzają się — jak sobie przypomi- 
namy — ostatecznie do trzech: 1) uznając całość „istnienie A^, 
uznajemy tem samem część t. j. „A", przyczem „uznanie^ części 
aie różni się niczem od „uznania'^ całości. 2) „Uznając'' całość 
„istnienie A', uznajemy tem samem istnienie jako część tej ca- 
łości, czyli „jesteśmy przekonani o istnieniu ** istnienia, co jest 
pojęciem niezwykłem. 3) „Odrzucając'' całość t. j. ^istnienie A^, 
odrzucamy tem samem część tej całości t. j. „A", przyczem 
odrzucenie części niczem się nie różni od odrzucenia całości, 
co nie ma miejsca przy innych całościach i częściach. 

Owóż, zupełnie analogiczne trudności stwierdzić się daj^ 
przy analizie szeregu innych powiedzeń, które nie są wcale 



Digitized by 



Google 



— 102 — 

egzystencjalnemi, przy analizie innych połączeń, aniżeli istnie- 
nie ,A*. 

6. Weźmy jako przyMad powiedzenie .mierzę wielkość 
przedmiotu X*. Jeżeli i,mierzyć* znaczy tyle, co ,»oceniać wiel- 
kość*, w takim razie po pierwsze : 

Mierząc (całość t. j.) wielkość przedmiotu X, mierzymy 
ton samem (część t. j.) przedmiot X, przyczem mierzenie części 
nie różni się niczem od mierzenia całości : mierzenie przedmiotu 
X nie różni się niczem od mierzenia wielkości przedmiotu X. — 
Po drugie: Mierząc (całość t. ].) wielkość przedmiotu X, mie- 
rzymy tem samem (część t. }.) wielkość; a w myśl przyjętego 
określenia mierzenia (jako oceniania wielkości) oceniamy wiel- 
kość vvielkości. — Po trzecie: Nie mierząc (całości t. j.) wielkości 
przedmiotu X, nie mierzymy tem samem (części t. j.) przedmiotu 
X, przyczem to niemierzenie części t.j. przedmiotu X nie różni 
się niczem od niemierzenia całości t. j, wielkości przedmiotu X, 
gdy tymczasem nie mierząc pewnej całości aie musi się na ogół 
nie mierzyć tem sameni jej części (można bowiem np. nie mie- 
rzyć prostej AB, ale mierzyć jej odcinek Ax) ; a już tembardziej 
nie jest takie niemierzenie części identyczne z niemierzeniem całości. 
Więc trudności zupełnie analogiczne jak przy uznawaniu ist- 
nienia A. 

7. Inny przykład: „Leczę chorobę X-a*'. Jeżeli „leczyć* 
znaczy tyle, co , usuwać chorobę*, w takim razie po pierwsze: 
Lecząc (całość t. j.) choroba X-a, leczę tem samem (część t. j.) 
X a, przyczem leczenie części nie różni się niczem od leczenia 
całości: leczenie X-a nie różni się niczem od leczenia choroby 
X-a. — Po drugie: Lecząc (całość t.j.) chorobę X-a, leczę zara* 
zcm (część t. j.) chorobę, a w myśl przyjętego znaczenia wy- 
razu „leczyć* usuwam chorobę choroby. — Po trzecie: Nie lecząc 
(całości t j.) choroby X-a, nie leczę tem samem (czqścit.j.) X-a, 
przyczem nieleczenie części nie różni się niczem od nieleczeńia 
całości: nieleczenie X-a nie różni się niczem od nieleczeńia cho- 
roby X-a. Więc znowu zupełna analogja z Brentanowskiemi 
trudnościami przy uznawaniu istnienia. 

8. Do analogicznych trudności prowadzi analiza b. wielu 
przykładów, jako to: ważę ciężar ciała, albo: obchodzę obwód 
ziemi, albo: podnosi się wysokość temperatury, albo: maluję 
portret X-a i i. Przykładów tych, z których nie wszystkie, są 
może bez zarzutu pod względem gładkości językowej, an2dizo* 
wać tu szczegółowo nie będę; analiza ta przedstawiałaby się 



Digitized by 



Google 



— 103 — 

zupełnie analogicznie do poprzednich. Pr^prowadzę ją tylko 
na jednem jeszcze wyrażeniu, które może tu być ciekawsze ód 
innychy a mianowicie na wyrażeniu: 

Uznaję czyn X. Wyraz .uznawać** odniesiony tu jest nie 
do rzeczywistości czyli istnienia (jak w wyrażeniu .uznaje istnie- 
nie A**), lecz do wartości etycznej: uznawać wartość etyczną 
czynu X znaczy tyle, co oceniać ' dodatnio pod względem 
wartości etycznej czyn X. Analogicznie „odrzucać" znaczyć 
będzie w tym związku tyle, co .oceniać ujemnie pod wzglę- 
dem wartości etycznej". Owóż okazuje się, że po pierwsze: 
Uznając (całość t. j.) wartość etyczną czynu X, uznaję tern. 
samem (część t. j.) czyn X, przyczem uznanie części niczem 
się nie różni od uznania całości : uznanie czynu X niczem się 
nie różni od uznania wartości etycznej . czynu X, — Po drugie: 
Uznając (całość t. j.) wartość etyczną czynu X, uznaję tem sa- 
mem (część t. j.) wartość etyczną, a w myśl podanego znaczenia 
wyrazu ,^uznawać* oceniam dodatnio pod względem wartości 
etycznej wartość etyczną. — Po trzecie : Odrzucając (całość 
t. j.) wartość etyczną czynu X, odrzucam tem samem (część 
t. j.) czyn X, przyczem odrzucenie części nie różni się niczem 
od odrzucenia całości. 

A zatem znowu zupełna analogja z poprzedniemi trudno- 
ściami. 

9. Co jest wspólne wszystkim tym trzem zanalizowanym 
wyrażeniom? Jest nią — jak mi się zdaje — dwuznaczność 
użytych w nich czasowników: mierzyć, leczyć, uznawać. 

Weźmy pod uwagę naprzód wyrażenie : mierzę wielkość 
przedmiotu X. Tutaj inne jest znaczenie wyrazu „mierzyć" 
w zwrocie „mrerzyć wielkość przedmiotu", ą inne w zwrocie 
„mierzyć przedmiot*. Wyrażenie „mierzyć przedmiot** znaczy 
tyle, co „oceniać wielkość przedmiotu" ; gdyby jednak wyraz 
„mierzyó" użyty był w tem samem znaczeniu (oceniania wiel- 
kości) w pierwszym z przytoczonych zwrotów t. j. w zwrocie 
.mierzę wielkość przedmiotu**, wówczas „mierzyć wielkość 
przedmiotu" musiałoby znaczyć tyle, co „oceniać wielkość wiel- 
kości przedmiotu". Z faktu zaś, że tak nie jest, że raczej ów 
drugi zwrot („mierzyć wielkość przedmiotu") znaczy to samo, 
co 1 pierwszy (mierzyć przedmiot -^ oceniać wielkość przed- 
miotu) wynika, że wyraz „mierzyć* w zwrocie „mierzyć wiel- 
kość przedmiotu' posiada znaczenie inne, aniżeli w zwrocie 
„mierzyć przedmiot", a mianowicie znaczenie szersze, w którem 



Digitized by 



Google 



- 104 - 

wyraz ten jest synonimem oceniania wogóle. Dzięki tak roz- 
szerzonemu znaczeniu wyrazu „mierzyć'' możliwe jest użycie 
zwrotu ,imierzyć wielkość", co przy ciaśniejszem znaczeniu wy- 
razu „mierzyć" (t. j. oceniać wielkość) prowacizi do pojęcia: 
oceniać wielkość wielkości przedmiotu. Z tej dwuznaczności 
wyrazu „mierzyć" płyną wszystkie przytoczone trudności. Albo* 
wiem 1) mierzenie (części t. j.) przedmiotu tylko wtedy nie 
różni się niczem od mierzenia (całości t. j.) wielkości przed- 
miotu, jeśli przez owo „mierzenie" części rozumiemy mierzenie 
w znaczeniu ciaśniejszem (czyli ocenianie wielkości); przez p,mie- 
rzenie" zaś całości — mierzenie w znaczeniu obszerniejszem 
(t. ]. ocenianie). Wtedy bowiem identyczne są: 

mierzenie csędct I I mienenie catości 

cxyli ł. i. [i cxyli , t. j. 

ocenianie wfejkoścł przedmiotu I I ocenianie wielkości przadMiotu. 

Trudność ta znika natomiast, jeśli w obu wypadkach uży- 
jemy wyrazu „mierzyć" w znaczeniu tem samem. Wtedy bo- 
wiem nie są już identyczne: 



mierzenie w xn. ciaśn. częńci I I mierzenie w an. ciaśn. 

czyli I t. j. [ i .' czyli 

ocenianie wielkości * przedmiotu I I ocenianie wielkości 



A tak samo nie są identyczne: 



mienenie w zn. obHz. 

czyli 

ocenianie 



części I I mierzenie w zn. obaz. 

t. j. ] i \ czyU 

przedmiotu I I ocenianie 



całości 

1. J. 

wielkości przedmiota. 



całości 

t.j. 

wielkości praedmiota. 



Przy niezmienionem tedy znaczeniu wyrazu „mierzyć" — 
bez względu na to, jakie się znaczenie obiera — w żadnym 
wypadku nie dochodzi się do identyczności mierzenia części 
i mierzenia całości. 

2) Co się tyczy drugiej z podniesionych trudności t. j. 
pojęcia „wielkości wielkości" przedmiotu, to przy stosowaniu 
pojęcia mierzenia w znaczeniu obszerniejszem (oceniania wo- 
góle) wcale do tego pojęcia „wielkości wielkości" nie docho' 
dzimy. Interpretując zaś w zwrocie „mierzenie wielkości" wyraz 
„mierzenie" jako mierzenie w znaczeniu ciaśniejszem, widzimy, 
że samo konsekwentne zastosowanie tego pojęcia mierzenia 
w znaczeniu ciaśniejszem do całości „wielkość przedmiotu', 
doprowadza do owego zwrotu „wielkość wielkości przedmiotu". 



Digitized by 



Google 



— 105 — 

Innemi słowy: mierzenie czyści t. j. wielkości doprowadziło 
nas tu do pojęcia ^^wieikości wielkoBci'^ ponieważ pojęcie wiel- 
kości tkwiło tu już w definicji mierzenia i tak zdefinjowane 
mierzenie zostało odniesione do całości: wielkość przedmiotu. 
3) Trzecia trudność leżała w fakcie, iż, nie mierząc całości 
t. ]. M wielkości przedmiotu ''^ nie mierzymy tern samem części 
t« j. przedmiotu i że to niemierzenie części niczem się nie różni 
od niemierzenia całości. I ta jednak trudność znika po uświa- 
domieniu sobie dwuznaczności wyrazu » mierzenie **. Niemierze- 
nie bowiem w znaczeniu obszerniejszem (czyli nieocenianie) 
całości t. j. wielkości przedmiotu X jest tem samem niemierze- 
nieni w znaczeniu ciaśniejszem (czyli nieocenianiem wielkości) 
czyści t. j. przedmiotu i niczem się od poprzedniego nie różni. 
Inaczej ma się rzecz przy konsekwentnem stosowaniu którego- 
kol^Afiek z dwóch znaczeń wyrazu „mierzenie**. Wtedy bowiem 
nie są już identyczne: , 

■iemieneute w mi. ob8«.j ca^ci I joiemierzenie w zn. obsz. calowi 

cxyU ! t j. } I <ayU ; t. j. 

nieoceaiaiiie przedmiotu I I nieocenianie ! wielkości przedmiotu. 

Mog^ę bowiem, nie oceniając wielkości przedmiotu, t. j. nie oce* 
niając przedmiotu pod względem jego wielkości, oceniać go 
pod innym względem. 

A tak samo nie są identyczne: 



-aiemterzenie w zn. ciaśn. 

csyli 

ttieocenianie wieitcości 



czędci I I niemierzenie w zn. ciaAn.j całości 

1. j. j i ^ czyU I t j. 

przedmiotu I I nieocenianie wielkości wielkotlci przedmiotu. 



Oczywistość tego twierdzenia cierpi jedynie z powodu nie- 
jasności użytego w niem pojęcia wielkości wielkości. 

10. Tę samą dwuznaczność wykazują czasowniki: leczyć 
i uznawać, użyte w zanalizowanych poprzednio wyrażeniach: 
leczyć chorobę X-a, uznawać wartość etyczną czynu X. Albo- 



wiem: 



Mówiąc o leczeniu choroby X-a, rozumie się przez lecze- 
»ie — usuwanie (n. b. choroby X-a); mówiąc zaś o leczeniu 
Xa, rozumie się przez leczenie — usuwanie choroby (n. b. X*a). 
Tak samo: Mówiąc o uznawaniu wartości etycznej czynu X, 
rozumie s-ę przez uznawanie — dodatnią ocenę (n. b. wartości 
etycznej czynu X); mówiąc zaś o uznawaniu czynu X, rozumie 
się przez uznawanie — dodatnią ocenę wartości etycznej (n. b. 
ccyr^u X). 



Digitized by 



Google 



— 106 — 

Zupełnie analogiczną dwuznaczność mamy tez w przyto*- 
czonych już przezemnie wyrażeniach: obchodzę obwód ziemia 
ważę ciężar ciała, podnosi się wysokość temperatury, mahiję 
portret X-a i t. p. 

11. Przechodząc od analizy przytoczonych wyrażeń do 
szczegółowego rozpatrzenia Brentanowskiej argumentacji o uzna- 
waniu istnienia A, stwierdzić należy, że i tutaj mamy do czy- 
nienia z dwoma znaczeniami — obszerniejszem i ciaśniejszem — 
wyrazu „uznawać*. Albowiem: 

1) Kfedy Brentano mówi, że ^uznanie" części t. j. A ni- 
czem się nie różni od uznania całości t. j. istnienia A, rozumie 
wtedy w pierwszym wypadku, przy uznawaniu A, przez ,yuzna- 
nie" tyle, co: dodatnią ocenę istnienia, stwierdzenie rzeczywi- 
stości; tylko przy takiem bowiem użyciu wyrazu „uznawać* 
powiedzieć można, że „uznanie A** niczem się nie różni od 
,,uznania istnienia .A'^ W drugim natomiast wypadku^ w odnie- 
sieniu do „całości'^, jaką jest „istnienie A'', posiada wyraz „uzna* 
nie" znaczenie odmienne, obszerniejsze: znaczy bowiem tyle, co 
^dodatnia ocena wogóle". Albowiem: Uznanie w znaczeniu 
ciaśniejszem, poprzednio . wspomnianem, odniesione do całości 
„istnienie A* dałoby nie „uznanie (czyli dodatnią ocenę istnie- 
nia) A", lecz „uznanie (czyli dodatnią ocenę istnienia) istnienia 
A*'. Owóż, uznając w znaczeniu obszerniejszem (czyli oceniając 
dodatnio) całość t. j. istnienie A, bynajmniej tern samem nie 
uznajemy w znaczeniu ciaśniejszem (czyli nie oceniamy do- 
datnio pod względem istnienia) części t. j. A. Tylko zaś w tym 
wypadku powiedziećby wolno było, iż uznanie części (t.j. uzna- 
nie A) nie różni się niczem od uznania całości (t. j. od uznania 
istnienia A). Wtedy bowiem byłyby identyczne: 

iiziuuiie w -L UKU. ciiiśn. t•z^^>c•i I 

czyli 1. j- , i 

dodaliiiu ocena Isliiifiiia A I I 

12. Przy konsekwentnem natomiast użyciu pojęcia uzna- 
nia, uznanie części różni się od uznania całości. Albowiem 
wtedy nie są już identyczne: 



112 lunie w zmjic/. cia-in. cal*>iici 

czyli t. ]. 

ditdntriia ocena Istnienia istnit^nis A> 



u /na nic w /.nnc/. ohsz. 


rałoAti 


czyli 


t. j. 


dodatnia oconn 


isJniiMiia A, 



tiznanif w /.nac/.. ciaśn. | 


cz<^'^ci 


czyli 1 


t.j. 


flo<iatnia ocena iKlnienia < 


A. 



Digitized by 



Google 



— 107 — 



A tak samo nie są identyczne: 



•lAiiBie -w znacz. obsz. 

€zyU 

^odstnia ocena 



I- 



częóci I I uznanie w znacz. obsz. J oało 

ł. j. [ i ] czyli ł. 

A I I dodatnia ocena iatnlMMa A; 



W pierwszym wypadku, uznając w znaczeniu obszerniej- 
szem (czyli oceniając dodatnio) całość t. }. istnienie A, tern sa- 
nem uznaje się w znaczeniu obszerniejszem (czyli ocenia się 
dodatnio) część t. ). A; ta jednak oceną dodatnia części (t. j. A) 
różni się od oceny dodatniej całości (t. j. istnienia A), ile że 
z faktu samej tej oceny nie wynika, iż dotyczy ona istnienia 
(rzeczywistości); owszem, może ona dotyczyć czegoś innego. 

Analogicznie, jeśli zastosujemy tu pojęcie uznawania w zna- 
czeniu ciaśniejszem t. j. pojęcie dodatniej oceny rzeczywistości. 
Wtedy bowiem uznanie całości t. j* istnienia A jest dodatnią 
oceną istnienia istnienia A, to zaś uznanie jest tem samem 
uznaniem (czyli: dodatnią oceną istnienia) A jako części. I w tym 
więc wypadku uznanie części różni się od uznania całości, bo 
uznaniem całości jest tu: dodatnia ocena istnienia istnienia A, 
uznaniem zaś części: dodatnia ocena istnienia samego A. 

2) Zarzut, iż z uznaniem istnienia A jako całości łączy się 
uznanie (czyli dodatnia ocena istnienia) istnienia jako części owej 
całości, że więc stosowanie twierdzenia o całości i częściach do- 
prowadza przy całości „istnienie A^ do pojęcia istnienia istnie- 
nia, zarzut ten nie liczy się z faktem, że albo dochodzimy istotnie 
do pojęcia uznania istnienia istnienia — ale w takim razie poję- 
cie to tkwi już w zdefinjowanem w pewien sposób pojęciu uzna- 
wania całości: uznanie bowiem (pojęte jako dodatnia ocena 
istnienia) istnienia jako części wyniknąć może tylko z uznania 
(czyli dodatniej oceny istnienia) istnienia A jako całości, a nie 
może wyniknąć z uznania (czyli dodatniej oceny) istnienia A; 
albo też interpretuje się wyraz „uznanie* w zwrocie „uznanie 
(całości t.j.) istnienia A^» jako uznanie w znaczeniu obszerniej- 
szem t. j. jako dodatnią ocenę (całości t. j.) istnienia A, a w ta- 
kim razie wynika stąd jedynie uznanie w znaczeniu obszerniej- 
szem (części t.j.) istnienia, więc dodatnia ocena istnienia, a nie 
dodatnia ocena istnienia istnienia. 

3) Kto mówi, że, odrzucając całość t. j. istnienie A, od- 
rzuca się tem samem część t. j. A, i że to odrzucenie części 
niczem się nie różni od odrzucenia całości, ten rozumie przez 
odrzucenie istnienia A — ujemną ocenę wogóle, przez odrzu- 



Digitized by 



Google 



N 



— 108 — 

cenie zaś A — ujemną ocenę istnienia. Wtedy bowiem — i tylko 
wtedy — są identyczne: 



•Arzocenie w zu. obsz. 

csyli 

ujemna ocena 



catoAei 

t. j. 

istnienia A 



I. ) 



odnncenie w zn. ciaśn. 
> < cajrli 

I I ujemna ocena istnienia 



A. 



Przy konsekwenti^em natomiast stosowaniu któregokol- 
wiek z wspomnianych dwóch pojęć odrzucenia trudność ta 
znika. Wtedy bowiem nie są już identyczne: 



•dneueenle w sn. obes. 

ezyli 

tt}enina ocena 



? M 



caęści 
t. 



odrzucenie w zn. obaz. 

czyli 

ujemna ocena 



A tak samo nie są identyczne: 



•drzuceoie w zn. ciaśn. 

eayU 
ujemna ocena Istnienia 



csęśoi 

t. j. 

A 



odrzucenie w zn. ciańn. 

czyli 
njemna ocena istnienia 



ealadd 
. J 

istnienia A. 



caloiei 

t I 

istnienia A, 



13. Wynika tedy z rozważań powyższych, iż argumentacja 
Brentanowska w sprawie przedmiotu powiedzeń egzystencjal- 
nychy oparta na niemożności stosowania do przedmiotu tych 
powiedzeń twierdzenia o całości i częściach, że argumentacja 
ta polega na przeoczeniu ekwiwokacji, tkwiącej w wyrazie 
„uznawać**, którego to wyrazu używa Brentano w swem rozu- 
mowaniu w dwóch różnych znaczeniach : mianowicie {uito 
w obszerniejszem znaczeniu dodatniej oceny wogóle, jużto 
w ciaśniejszem znaczeniu dodatniej oceny istnienia. Ekwiwo- 
kacja ta nie jest — jak widzieliśmy — związana specjalnie z po- 
jęciem uznawania, przedstawiony zaś przez Brentanę stan rze- 
czy — jak o tem świadczą przytoczone przykłady analogicznych 
trudności — nie jest cechą charakterystyczną powiedzeń egzy- 
stencjalnych, nie może więc być podstawą przyznawania im 
stanowiska odrębnego w stosunku do innych powiedzeń. 

14. Nie wynika stąd wcale, że się powiedzeniom tym sta- 
nowisko takie nie należy i, zbijając argumentację Brentany, nie 
miałam wcale zamiaru zwracania się przeciwko jego odnośnej 
tezie, którą to tezę — jak już o tem na wstępie była mowa — 
uzasadnia Brentano zresztą także w inny sposób. 

Jeżeli mimo to zajęłam się szczegółową refutacją rozumo- 
wania Brentany, to uczyniłam to z jednej strony dlatego, ie 



Digitized by 



Google 



- 109 — 

rozumowanie to pokutuje jako nieodparte w odnośnej literatu- 
rze ^)y z drugie] zaś strony wydało mi się ono charakterysty- 
cznym przykładem tej łatwości, z jaką pewne ^kaprysy języka" — 
i li tylko języka — prowadzić mogą do śmiałych a nieuzasa- 
dnionych wniosków. 



O Por. np. HiHebrand, Die neuen Theorien der kate^rUchen SchluMe* . 
Vicn, 1891, §. 14, str. 24, 25. 



Digitized by 



Google 



SALOMON IGEL. 



W sprawie nauki o zjawiskach. zmy- 
słowych uwag kilka. 



Która z nauk ma się zajmować badaniem przedmiotów 
zmysłowych n. p. bar\y^ dźwięków, woni, smaków, boIu, przy- 
jemności, przykrości^) i t. d.? Zagadnienie to zależne jest od 
jednego z najważniejszych zagadnień filozoficznych, które brzmi : 
Jaki jest stosunek świata zmysłowego do rzeczywistości fizy- 
cznej i psychicznej i czy istnieją wogóle takie rzeczywistości 
obok świata zmysłowego ? Skoro zagadnienie nasze zależne jest 
od jednego z najważniejszych zagadnień filozoficznych, nie dziw 
więc, że możemy się doszukać u autorów wszelkich możliwych 
odpowiedzi. Jakość tej odpowiedzi zależna jest od poglądu 
autora na istotę faktów zmysłowych. 

Według niektórych (Mach i inni) przedmioty zmysłowe 
są jedynym elementem doświadczenia i rzeczywistości. Niema 
dwóch światów fizycznego i psychicznego; istnieje tylko świat 
jeden, a są nim » wrażenia". „Wrażenia" stanowią tak przed- 
miot fizyki jak i psychologji. Psychologja i fizyka nie różnią 
się między sobą pod względem przedmiotu badania, lecz tylko 
pod względem punktu widzenia, z jakiego jeden i ten sam przed- 
miot rozpatrują. Psycholog bada . wrażenia w zależności od 
układu nerwowego, fizyk zaś niezależnie od tego układu. Kie- 
runek ten utożsamia zjawiska zmysłowej ze zjawiskiem wro- 
góIe ) każda nauka, rzeczywistości dotycząca, staje się wobec 
tego fenomenologią. Zjawiska zmydiowe zajmują więc, według 
tego poglądu, bardzo zaszczytne miejsce w obrębie przedmio* 
tów badań naukowych, tworzą bowiem tak przedmiot fizyki 
jak i psychologji. 

^) Ze przyjemność i przykrość nie są przedmiotami psychicznemi lecz 
zmysłowemi, staraliśmy się wykazać w rozprawie: „Stosunek uczuć do przed- 
stawień ze wzjflędu na klasyfikacją faktów psychicznych*", Przegl. filozof. 
XXII (1919). 



Digitized by 



Google 



— 111 — 

Według innego poglądu zjawiska zmysłowe są przedmio- 
tami fizycznemiy a jako takie tworzą przedmiot fizyki. Stoją 
na tem stanowisku przedewszystkiem ci, którzy widzą za Ary- 
stotelesem w jakościach zmysłowych przedmioty realne (n. p. 
neorealizm, filozofja neoschoiastyczna). Przedmiotem psyćhologji 
są fakty innego rodzaju, dane w doświadczeniu wewnętrznem. 
Inni natomiast, którzy nie widzą różnicy między aktem 
psychicznym a jego przedmiotem, widzą w przedmiotach zmy- 
słownych przedmioty psychiczne, które jako takie stanowią przed- 
miot psyćhologji. Ponieważ innych elementów w doświadczeniu 
niema, każda nauka jest w gruncie rzeczy psychologją (Ver- 
worn). 

Jakości zmysłowe — to elementy rzeczywistości psychi- 
cznej i stanowią przedmiot psyćhologji. Przedmiot fizyki to 
świat bezjakościowy, świat atomów, energji i t. d. (z autorów 
polskich Wł. Witwicki). 

We wszystkich wyżej przedstawionych poglądach jakości 
zmysłowe, jak widzimy, mają swoje ściśle określone miejsce 
w nauce, tworząc jużto przedmiot psyćhologji jużto fizyki lub 
też obu tych nauk razem. Dlatego też nie te poglądy tworzyć 
będą punkt wyjścia dla naszych rozważań. 

Poważna część autorów przedstawia sobie sprawę poru- 
szoną inaczej. Ich punkt widzenia będzie punktem wyjścia dla 
naszych uwag, dotyczących sprawy nauki o przedmiotach zmy- 
dówych. Przedmiot fizyki to świat bezjakościowy, zmysłowo 
niespostrzegalny, to świat mechaniki. Przedmiot psyćhologji 
stanowi również świat zmysłowo niespostrzegalny, świat f unkcyj 
psychicznych, jak widzenia, odczuwania, sądzenia i t. d. Przed- 
mioty psychiczne i fizyczne wyczerpują naukowemu badaniu 
dostępną rzeczywistość. Przedmioty zmysłowe nie są ani fizy- 
czne ani psychiczne i mają byt sui generis. Do istoty przed- 
miotów fizycznych nie należy ani „percipere" ani „percipi**, do 
istoty aktów psychicznych należy „percipere", ^) do istoty zaś 
przedmiotów zmysłowych należy „percipi". Przedmioty zmysłowe 
istnieją tak długo, jak długo je spostrzegamy. Istnienie ich uwa- 
runkowane jest spostrzegającym podmiotem. Zjawiska zray- 

^) Ponieważ oprócz ,,spostrzeźenia " odróżniamy i inne sposoby odno- 
ssenia się świadomości do przedmiotów, jak sądzenie o przedmiotach, po- 
stanawianie i inn., dz^ś wielu powiedziałoby zamiast „percipere* — „inten- 
isjonalność*. 



Digitized by 



Google 



— 112 — 

słowe są nierealne i subjekty wi^e. Byt przedmiotów zmysłowych 
jest tego rodzaju, że nie wpływa on wcale na bieg wypadków 
w obrębie rzeczywistości. Dlatego też nauka o rzeczywistości 
może elementów tych nie brać w rachubę. Podkreślają zwo- 
lennicy tego poglądu, źe uświadomienie sobie tego stanu rzeczy 
w niemałym stopniu przyczyniło się do rozwoju fizyki wzgl. 
mechaniki nowoczesnej. 

I. 

Ną tem to dopiero stanowisku wyłania się kwestja przy- 
należności naukowej faktów zmysłowych. Skoro fakty -zmysłowe 
nie są ani fizyczne ani psychiczne, nie powinny sie niemi zaj- 
mować ani fizyka ani psychologja, a dotychczasowe o nich 
wiadomości do żadnej z tych nauk nie należą. Ponieważ w kla- 
syfikacji nauk nie jest znana żadna taka nauke^ do którejby 
przedmioty te z urzędu nedeżały, przedmioty te stają się 
bezdomnemi (heimatlose Gegenstaade, Meinong). Z drugiej 
jednak strony wiemy (jest to już coprawda los bezdomnych), 
że przedmiotami temi nie jeden, lecz wielu opiekuje się gospo- 
darzy. O barwach, dźwiękach, cieple, zimnie i t. d. pisze fizyk, 
fizjolog i psycholog. 

Skoro są bezdomne, trzeba im dom wybudować. Należy 
dla nich stworzyć odrębną naukę, zwaną fenomenologją. Feno- 
menologia byłaby nauką o zjawiskach^). Tak chce Stumpf^, 
Meinong^) zaś, mając gotowy budynek, dla którego potrzeba 
mu było lokatorów, wyznaczył im miejsce w swojej y,teorji 
przedmiotów". 

Inni natomiast^) konstatują wprawdzie, że jakości zmy- 
słowe zostały z rzeczywistości fizycznej usunięte, podkreślają 
również, że nie należą one do przedmiotów psychologji, dalszynoi 
ich jednak losem się nie zajmują. ' 



O .Fenomenologia", według Stumpfa, miałaby badać nie tylko przed- 
mioty dane w wyobrażeniu spostrzegawczem, a więc zjawislca zmyriowe^ 
lecz i tcy które się zjawiają w wyobrażeniu wtómem. 

2) C. Stumpf, Zur Einteilung der Wissenschaften. Abhandl. der Konigl. 
preuss. Akademie der Wissenschaften, 1906. 

3) A. Meinong, Ober die Stellung der Gegenstandstheorie im System 
der Wissenschaften. Zeitschrift f. Philosophie u. philos. Kritik, 1906, Bd. 129. 

*) A. Pfander, Einfuhrung in die Psychologie, 1904, str.43 „.^die Psy- 
chologie braucht sich ihr Gebaude nicht von den Abfallen der Physik zu- 
sammenzuzimmem * • 






Digitized by 



Google 



— 113 — 

Argumenty, przemawiające rzekomo za poglądem, że zja* 
Mriska zmysłowe nie są ani zagadnieniem psychofogicznem ani 
fizykalnem, dadzą si^ streścić w trzech tezach: 

1. Przedmiotem psycholog]! są fakty psychiczne, przed- 
miotem fizyki — fizyczne. Zjawiska zmysłowe nie są ani fizy- 
czne ani psychiczne. Zjawiska zmysłowe nie mogą więc nale- 
żeć ani do przedmiotów fizyki ani psychologji. 

2. W świecie zmysłowym zachodzą często zmiany nieuwa- 
runkowane ani rzeczywistością fizyczną ani psychiczną. Ba- 
danie tych zmian nie jest rzeczą ani fizyki ani psychologji lecz 
innej fakiejś nauki. 

3. Fizyka i psychologja są naukami wyjaśniającemi świat 
zmysłowy. Potrzebna jest nauka opisująca świat zmysłowy 
sam, bez względu na jego stosunek do świata fizyczi^ego 
i psychicznego. 

Rozpatrzenie powyższych tez będzie zadaniem naszych 
uwag. 

H. 

Zacznijmyfod tezy pierwszej i zapytajmy, czy z faktu, że 
zjawiska zmysłowe nie są ani fizyczne ani psychiczne, wynika, 
że tworzą one przedmiot odrębnej, innej od fizyki i psycholo- 
gii nauki? Aby na to pytanie odpowiedzieć, musimy sobie 
wpierw zdać sprawę ze stosunku zjawisk zmysłowych do świata 
fizycznego i psychicsjnego. ' 

Na powstanie zjawiska zmysłowego składają się dwie rze- 
czywistości, fizyczna i psychiczna. Zjawień^ się pewnej barwy 
w świadomości zależne jest od istnienia realnego faktu fizy- 
kalnego^), fal elektromagnetycznych w eterze, od podniety fi- 
zjologicznej w układzie nerwowym, a wreszcie od funkcji psy- 
chicznej widzenia tej barwy. Każde zjawisko zmysłowe jest 
jakby zawieszone między obiema rzeczywistościami, fizyczną 
i psychiczną, a usunięcie się jednej albo drugiej od współu- 
działu usuwa zjawisko to ze świadomości, co jest identyczne 

^) „Fakt fizykalny" znaczy tyle, co należący do przedmiotów fizyki. 
Używamy teg^o wyrażenia lub podobnych np. „przedmiot fizykalny'*, „rze- 
czywistość fizykalna**, ST^y przedmioty fizyki odgraniczamy od innych np. 
od faktów fizjologicznych. Gdy zaś mówimy o „faktach fizycznych*, mamy 
na myśli tak fizykalne jak i fizjologiczne i przeciwstawiamy je faktom psy- 
cfaicznyci. Zob. K. Twardowski, Co znaczy „fizyczny?" Ruch filozoficznym 
IWO* Nr. 7,8. 

8 



Digitized by 



Google 



— 114 — 

t 

ze zniknięciem tego zjawiska wogóle. Pierwotnie świadomość 
nasza nic nie* wie o współudziale rzeczywistości fizycznej i psy- 
chicznej w powstawaniu faktów zmysłowych i nic wogóle o 
istnieniu rzeczywistości takich nie wie. Jedyną rzeczywistością 
jest świat zmysłowy, a bogowie i ducby są świata tego czę- 
ściami. 

W świecie zmysłowym ustawicznie zachodzą zmiany. Przed- 
mioty powstają i giną. Zielona barwa liści ginie w jesieni 
bezpowrotnie. Jasność pokoju znika po zgaszeniu światła i ni- 
gdzie więcej jej odszukać nie możemy. Słyszany dźwięk ma byt 
tylko chwilowy, ginie i nigdy już nie wróci. * 

Skąd te zmiany pochodzą? Gdzie szukać ich przyczyny? 

Pewne zmiany zachodzą niezależnie odemnie i od me§po 
ustroju fizjologicznego. Po ciemności nocy następuje jasność 
dnia. Kartki książki żółknieją. Przed chwilą odczuty wiatr ustał. 
Woda po dodaniu do niej cukru zmieniła swój smak. Jeśli 
w świecie zmysłowym zachodzą pewne zmiany niezależne ode- 
mnie t. j. bez mego przyczynienia się, należałoby szukać przy- 
czyny tych zmian w samych zjawiskach zmysłowych. Wyłaniają 
się jednak w tym wypadku trudności niemałe. Nigdzie pra- 
widłowości doszukać się nie można. Miejsce barwy czerwonej 
zajmuje raz barwa zielona, raz żółta lub każda inna. Skąd te 
ostatnie się wyłoniły? Z czego powstała barwa zielona? Co 
się stało z barwą czerwoną? Przepadła i nigdzie jej nie znaj- 
dziesz! Umysł staje wobec chaosu zagadek i niespodzianek, 
których opanować nie jest w stanie. 

Naukowe badanie świata zmysłowego rozpoczęło się prze- 
kroczeniem jego granicy. Nauka konstruuje sobie rzeczywistość 
pozazmysłową, przez którą zrozumiałe stać się mają zmiany 
w świecie jakości zmysłowych zachodzące. Mechanistyczny po- 
gląd na prtyrodę genjalnym okazał się pomysłem. Różnicom 
jakościowym w świecie zmysłowym odpowiadają w rzeczyw- 
stości fizykalnej różnice ilościowe. Na podstawie zmian, zacho- 
dzących w świecie zmysłowym niezależnie od naszego ustroju 
psycho-fizjologicznego, umysł nasz dochodzi do wiadomości 
o świecie pozazmysłowym. Mechanika nie bada jednak ani ato- 
mów ani energji, optyka nie bada fal elektromagnetycznych, 
gdyż przedmioty te nie są w żadnem doświadczeniu dane. To, 
co optyka bada, jest zawsze zmysłowem zjawiskiem świetlnem. 
Nie mogąc się jednak doczekać odpowiedzi na pewne pytania 
od zjawiska samego, tworzy sobie optyka rzec^ywistośćy 



Digitized by 



Google 



— 115 — 

'W której spoczywać ma rozwiązanie dla zrodzonych w świecie 
ziawisk zagadnień. Mimo swej władzy zostaje rzeczywistość fi- 
zykalna pod ścisłą kontrolą ze strony świata zmysłowego jako 
instancji najwyższej. O ile pewna koncepcja rzeczywistości fi- 
zykalnej nie wyjaśnia nam w dostatecznej mierze zmian zacho- 
dzących w świecie zmysłowym, odrzuca się ją i zastępuje 
lepszą. O ile chodzi o zjawiska świetlne wystarczy nadmienić 
teorję emisyjną, teorję falową wraz z uzupełnieniami Hertza, 
a wreszcie teorję Einsteina. 

Nie tylko świat fizykalny wpływa na świat zmysłowy. Jak 
doświadczenie poucza, zależne są pewne zmiany w świecie 
zmysłowym od stanu pewnego układu nerwowego w danej 
chwili i od jego aparatów zmysłowych. Przykłady zbyteczne. 
Co więcej t Każda podnieta fizykalna musi wpierw przejść 
w fizjologiczną, zanim powstanie zjawisko zmysłowe. Nie dziw 
więc, że i fizjologji zmy^ów niemały przypada udział w wy- 
jaśnianiu świata zmysłowego. 

Gdybyśmy rozporządzali tylko temi dwiema naukami t. j. 
fizyką i fizjologją, zmiany w świecie zmysłowym zachodzące, 
byłyby może^ w pewnej mierze wyjaśnione, nie byłoby nam 
jednak jasne samo powstanie zjawiska zmysłowego. Świat 
zmysłowy byłby może „... bene fundatum", niezrozumiałe by- 
łoby jednak pochodzenie owego „phaenotnenon". Ani bowiem 
w łańcuchu faktów fizykalnych ani też w łańcuchu faktów fi- 
zjologicznych nie możemy wskazać żadnego takiego ogniwa, 
któreby zdołało wyjaśnić powstanie zjawiska zmysłowego. Ta 
trudność, o którą rozbija się każdy skrajny materjalizm, znika 
z chwilą, gdy się zwracamy po wyjaśnienie do funkcyj psy- 
chicznych. W tych ostatnich widzą jedni fakty dane w spe- 
cjalnem doświadczeniu, zwanem wewnętrznem, inni — tylko 
skonstruowane przez umysł czynniki, na wzór czynników fizy- 
kalnych, dla wyjaśnienia powstania świata zmysłowego. Funkcje 
psychiczne, wchodzące tu w grę, tworzą obrazy zmysłowe, spo- 
strzegają je. Fakty psychiczne dadzą się pomyśleć, podobnie jak 
fakty fizykalne, jedynie tylko jako przedmioty realne, o ile ich 
rola w wyjaśnianiu świata zmysłowego nie ma być chybioną 
i o ile nie chcemy popaść w „regressus in infinitum.*' Pobudzony 

^) Nie iest w^luczone, że zjawiska psychiczne same działają na świat 
zmysłowy i zmieniają jegfo wygląd. Istnieje przecież psycłioiogiczne tłuma* 
czenie kontrastu barw, złudzeń geometryczno-optycznych, prawa Webera i t. d. 



Digitized by 



Google 



— 116 — 

prsez rzeczywistość fizyknlną do czynności aparat fizjologiczny wy- 
wołuje (?) spostrzegawcze akty psychiczne, które tworzą obrazy: 
barwy, dźwięki, wonie t t. d. 

Zmiany, którym podlegają podniety fizykalne wywoływać 
mogą zmiany w podnietach fizjologicznych, te ostatnie zaś wy- 
woływać mogą zmiany w treści aktu psychicznego, co znajduje 
swój wyraz w zmienionem zjawisku zmysłowem. W narządach 
zmysłowo- nerwowych zachodzić mogą zmiany pod wpływem 
ogólnych warunków fizjologicznych, które to zmiany nie mogą 
wprawdzie działać wstecz na podnietę fizykalną, wpływać na- 
tomiast mogą na treść aktu spostrzegawczego, a co zatem 
idzie na wygląd obrazu zmysłowego. A wreszcie na sam akt 
psychiczny wzgl. jego treść działać mogą^) pewne czynniki na* 
tury psychicznej, które również wstecz jut działać nie mogą 
ani na podnietę fizykalną ani na fizjologiczną, zmieniają nato- 
miast sam obraz zmysłowy. Najbardziej wrażliwy, najbardziej 
na zmiany wystawiony jest, jak widzimy, obraz zmysłowy 
i odpowiadający mu akt spostrzegania. Tak czynniki fizykalne, 
jak i fizjologiczne, a wreszcie i psychologiczne wówczas tylko 
mogą zostawić ślad swojej działalności na obrazie zmysłowym, 
gdy pośredniczy im w tem akt spostrzegania. 

Abstrahując już od ogólnego punktu widzenia t. j. cz>' 
spostrzeganie jako akt psychiczny jest nam dane, czy tylko 
Mfywnioskowane, nie możemy przecież zamykać oczu na to, że 
paychologja spostrzegania zmysłowego nie bada samych aktów 
spostrzegawczych, lecz opiera się na badaniu zjawisk zmysto- 
wych« Jeśli przyznamy nawet, że spostrzeganie jest nam dane 
obok przedmiotów spostrzegawczych, lubo w sposób inny, 
trudno jednak zaprzeczyć temu, że sąd nasz, iż spostrzeganie 
barw (widzenie) inne jest czy to pod względem samego aktu, 
czy tylko jego treści, od spostrzegania dźwięków (słyszenia), 
opiera się na różności 'barwy i dźwięku. Nie możemy podać 
różnicy między widzeniem a słyszeniem, nie odwołując się do 
ich przedmiotów. Psychologiczna klasyfikacja zmysłów opiera 
się na klasyfikacji zjawisk zmysłowych. Klasyfikując przedmioty 
zmysłowe, nie mające bytu samoistnego i realnego, a istniejące 
tylko jako spostrzegane, klasyfikujemy tem samem odpowiada- 
jące im akty psychiczne. 

Na obraz zmysłowy składają się, jak widzimy, trojakiego 

O Zob. uwagę str. 115. » 



Digitized by 



Google 



— 117 — 

rodzaju czynniki, fizykalne, fizjologiczne i psychologiczne. Za- 
daniem baciań naukowych będzie czynniki te od siebie oddzielić 
i w obrąbie każdej z wymienionych trzech nauk je badać. Gdyby 
badania te kiedyś dobiegały końca, wówczas zjawianie aic 
przedmiotów zmysłowych i wszelkie zmiany, jakim podlegrają, 
byłyby dostatecznie bez żadnej reszty wyjaśnione. 

Jeśli wobec tego zapytamy, kto właściwie ma b^dać zja* 
w^iska zmysłowe, wolno odpowiedzieć, że badać je ma fizyk, 
fizjolog i psycholog, mimo, że same w sobie nie są ani faktami 
fizycznemi ani psychicznemi. 

Mylą się ci, którzy sądzą, że zjawiska zmysłowe jako nie- 
psychiczne i niefizyczne nie mogą należeć do przedmiotów 
fizyki i psychologji. Argument taki polega na braku zrozu- 
mienia dla twórczego elementu w nauce. A przecież ci sami, 
którzy argumentem tym się posługują, twórczy element nauki 
uwzględniają z chwilą, gdy przyjmują istnienie rzeczywistości 
fizykalnej. Przypuśćmy dla przykładu, że ktoś bada szereg 
przedmiotów A B C D, aby dojść do sformułowania praw, 
jakim one podlegają i że po pewnym czasie dochodzi do. prze- 
konania, iż uda mu się to wówczas tylko, gdy uzna istnienie 
dwojakiego rodzaju czynników a b c d i a' b' c' d', czy zna- 
czyć to będzie, że badacz ów zrezygnował z badania przedmio- 
tów A B C D? Czy badacz ów sprzeniewierzył się przez to 
pierwotnemu swojemu zadaniu? Świat zmysłowy jest zagadnie- 
niem fizykalnem, fizjologicznem i psychologicznem, przyjęcie 
zaś istnienia rzeczywistości fizycznej i psychicznej obok świata 
zmysłowego jest tylko jednym ze sposobów rozwiązywania za- 
gadnienia owego, któremu przeciwstawić można inne jak np. 
Macha i Avenariusa. Skoro raz zgodziliśmy się na to, że nauka, 
celem wyjaśnienia świata zmysłowego, musiała się uciec do 
obydwóch rzeczywistości, nie wolno nam ponownie postawić 
pytania, «kto właściwie ma badać zjawiska zmysłowe?^ Świat 
zmysłowy badają bowiem te właśnie nauki, którym przypadło 
w udziale badania obu rzeczywistości, przy pomocy których 
świat zmysłowy wyjaśniają. 

Tak więc argument, że przedmioty zmysłowe jako niepsy- 
chiczne i niefizyczne nie mogą należeć do przedmiotów psycłio- 
logji lub fizyki, jest tylko pozornie słuszny i przy bliższej roz* 
wadze traci moc przekonywującą. 



Digitized by 



Google 



118 



III. 

Jako argument na korzyść odrębnej nauki o przedmiotach 
zmysłowych, mogłaby służyć teza Stumpfa, że w zjawiskach 
zmysłowych zachodzą często zmiany, którym nie odpowiadają 
żadne zmiany w odpowiadających im funkcjach psychicznych.') 
Gdyby się bowiem okazało, że w zjawiskach zmysłowych zmiany 
takie zai;hodzą, zmiany owe stanowiłyby przedmiot odrębne] 
a od psychoiogji i fizyki niezależnej nauki. Nauka owa opisy- 
wałaby te zmiany i starałaby się wykrywać między niemi stałe 
jakieś zwiąrki. 

Stumpf nie ogranicza się jednak w wywodach swoich do 
funkcji spostrzegania (wzgL wyobrażania wogóle, gdyż chodzi 
mu także o zjawiska wtórne), lecz uwzględnia najrozmaitsze 
inne fakty psychiczne. Zapomina, że zupełnie inny jest stosu- 
nek wyobrażeń do przedmiotów aniżeli stosunek takich faktów 
psychicznych jak sądzenie, porównywanie, pożądanie i t. d« do 
przedmiotów. Właściwym aktem psychicznym, odpowiadającym 
przedmiotom zmysłowym, jest spostrzeganie tychże przedmiotów. 
Wszelkie inne fakty psychiczne jak sądzenie, porównywanie, 
pożądanie i t. p. są w stosunku do przedmiotu danego czemś 
zewnętrznem, co może towarzyszyć aktowi spostrzegania i do- 
tyczyć przedmiotu spostrzeganego. Nie kwestjonujemy tego 
wcale, że zachodzić mogą zmiany w zjawiskach zmysłowych, 
którym nie towarzyszą żadne zmiany w pewnych funkcjach 
psychicznych np. w sądzeniu, postanawianiu lub procesach 
złożonych, np. w analizowaniu, uważaniu i in. przez Stum- 
pfa przytoczonych. Zjawiska zmysłowe nie zostały bowiem 
przez takie akty psychiczne wytworzone i wykluczone jest, 
by wogóle tego rodzaju akty psychiczne miały jakikolwiek bez- 
pośredni wpływ na wygląd obrazu zmysłowego. Jeśli niekiedy 
posługujemy się aktem sądzenia przy tłumaczeniu pewnych złu- 
dzeń, wpływ sądzenia może być tylko pośredni t. j. przez widzenie, 
słyszenie i t. d.^) A jeśli bronimy poglądu, że zjawiskami zmy- 

^) Stumpf, Erscheinungren und psychische Funktionen. Abfa. der Konis^L 
preuss. Akademie der Wissenschaften, 1906. 

^) Nie zdają sobie z tej^o sprawy lub nie dość silnie moment ten pod- 
kreślają twórcy psychologicznych teoryj złudzeń zmysłowych. Stąd źródło nie- 
porozumień: „das Grau auf rotem Grunde wird nicht nur ais s^runlich heur 
ieilt, sonder gesehen." Aster, Einfiihrung in die P^ychologie 1919 str. 46. Nie 
widzę bezpośrednio przy pomocy aktu sądzenia. Sądzenie nie wpływa bez- 
pośrednio na wygląd obrazu zmysłowego, lecz zmienia tylko treść aktu 



Digitized by 



Google 



— 119 — 

słowemi ma si<; zajmować miedzy innemi naukami i psycho- 
logjSf nie mamy na myśH psychologji całej, lecz tylko psycho- 
gję spostrzegania zmysłowego. Stumpf wciąga jednak w wy- 
wody swo"e najrozmaitsze fakty psychiczne^) i dlatego robią 
one na pierwszy rzut oka wrażenie przekonywujące. 

Teza Stumpfa, że w zjawiskach zmysłowych zachodzić 
mogą zmiany, którym nie odpowiadają żadne zmiany w funkcji: 
psychicznej (a tern samem i w rzeczywistości fizycznej) ^), nie 
może się utrzymać, jeśli rozpatrywać ją będziemy ze stano- 
iviska naszych założeń. Założyliśmy, że zjawiska zmysłowe są 
faktami subjektywnemi i nierealnemi, uwarunkowanemi w zmia* 
nach swoich obydwiema rzeczywistościami, a w powstawaniu 
rzeczywistością psychiczną. Zjawisko zmysłowe samo w so* 
bie nie ma więcej realności aniżeli obraz widziany w zwier- 
ciedle t« j. nie jest niczem innem jeno obrazem ślepo posłu- 
sznym wszelkim ruchom przedmiotUy^ rzeczywistego^). Wobec 
tego, rzecz prosta, popadlibyśmy w sprzeczność, gdybyśmy 
przyjęli, że w zjawiskach zmysłowych dzieją się rzeczy, nieu- 
warunkowane wyobrażeniem spostrzegawczem/ 

Szczupłe ramy rozprawki nie pozwalają riam na szczegó* 
łowe rozpatrzenie zagadnienia ani też na rozbiór przykładów^ 
na których Stumpf tezę swoją opiera, i traktować musimy za- 



widzfenia, słyszenia i t. d^ Zmiana treści widzenia lub słyszenia pociąga za 
sobą zmianę obrazu widzianego lub słyszaneg^o. W sprawie pojęcia „treści" 
zob. K, Twardowski, Zur Lehre vom Inłialt und Gegenstand der Yorstel- 
lun^en, 1894. 

O Ponieważ do przedmiotów fenomenologii zalicza Stumpf, oprócz 
zjawisk zmysłowych, zjawiska wtórne, mógł uwzględnić także wyobrażenia 
M^tórne. 

^ Niezależność zjawisk zmysłowych od funkcyj psychicznych implikuje 
ich niezależność od rzeczywistości fizycznej. Rzeczywistość fizyczna bowiem 
sama nie może mieć wpływu na wygląd obrazu zmysłowego, nie ma bowiem 
doń przystępu. Wpływ ten jest zawsze pośredni t. j. przy pomocy aktu psy- 
chicznego. Jeśli więc zjawisko zmysłowe niezależne jest od wpływów psy- 
chicznych, jest ono tem samem niezależne od wpływów fizycznych. 

^) Gdy mówimy o obrazie „samym w sobie*, abstrahujemy od jego 
stosunku do przedmiotu rzeczywistego, który za nim stoi. O ile stosunek 
ten się uwzględnia, mówi się o obrazach widzianych jako o rzeczywistych, 
a o obrazach widzianych w zwierciedle jako o nierzeczywistych. Mówiąc 
o obrazach rzeczywistych w przeciwieństwie do pozornych, nie przesądzamy 
tem wcale realności obrazów samych, lecz wyrażamy tem tylko stosunek 
pewnych obrazów do podniet fizykalnych. W podobnem znaczeniu mówimy 
o obrazach w halucynacji jako o nierzeczywistych. 



Digitized by 



Google 



— 120 — 

gadnienie nasze tylko ze stanowiska zasadniczego. Pozwolą 
sobie, jednak na naprowadzenie i rozpatrzenie jednego bodaj 
przykładu : 

Jeśli ktoś zajęty własnemi myślami nie zauważy, ze w jego 
pokoju coraz ciemniej si^ robi, wówczas zachodzą, według 
Stumpfa, w obrazie optycznym owej osoby pewne zmiany, 
którym nie odpowiadają żadne funkcje psychiczne. Po upływie 
pewnego czasu osoba owa odczuwa nagłą zmianę obrazu. 
O tym przykładzie, choć na pierwszy rzut oka prostym, trudno 
wydać, jak to czyni Stumpf, wyrok ostateczny bez uprzedniego 
rozważenia możliwych interpretatacyj stanu rzeczy. 

1. Możliwe jest, że z powodu przesunięcia się ogniska 
świadomości w kierunku własnych myśli, odbierane wrażenia 
optyczne były tak słabe, że między obiiazami optycznemi, ja- 
kich one dostarczyły a tym, który powstał po ponownem 
zwróceniu uwagi na pole optyczne, była ogromna różnica co 
do intensywności. Różnica ta stała się jaskrawą przez to, a) 
że w końcowej chwili, w której- uwaga znów się zwróciła na 
obraz optyczny, pokój był już naprawdę ciemniejszy 2) niż 
w każdej poprzedniej chwili b) i przez to, że w pamięci działała 
jeszcze świeżo jasność pokoju, jako obraz ostatni, na którym 
uwaga była skupiona. Przy takiej interpretacji mamy więc do 
czynienia ze skończonym szeregiem wrażeń, na którego obu 
biegunach znajdują się dwa kontrastujące wrażenia, zajmujące 
ognisko świadomości, wrażenia jasności i ciemności, całą zaś 
resztę szeregu zajmują wrażenia o małym stopniu świadomości, 
ledwo dostrzegalne, od których uwaga była odwrócona, a więc 
wrażenia nie zostawiające zazwyczaj żadnego śladu w pamięci. 
Taki stan rzeczy ma też najprawdopodobniej w tym wypadku 
miejsce. Wobec tego dziwić nas nie będzie, że dana osoba od- 
czuwa ową powolną zmianę jako nagłą, jako skok od jasności 
do ciemności. O ile się zgodzimy na taką interpretację przy- 
toczonego przykładu, niema tu mowy o zmianie zjawiska zmy- 
słowego niezależnie od funkcji psychicznej. Ledwo dostrzegalne 
bowiem obrazy zmysłowe stanowią, jak wszelkie inne, przed- 
miot wyobrażeń spostrzegawczych i stopniowemu wzrastaniu 
ciemności odpowiada równolegle stopniowa zmiana treści^) 
aktów psychicznych. 

^ W znaczeniu fizykalnem. 

*) Przez „treść* wyobrażenia rozumiemy czynnik hipotetyczny skon- 
struowany dla wytłumaczenia faktu, że ta sama funkcja psychiczna (n. p. 



Digitized by 



Google 



- 121 — 

2. O ile jednak przyjmiemy, że między wrażeniem jasno- 
ści, a wrażeniem ciemności nie istniała żadna świadomość w sto- 
sunku do obrazu optycznego, staniemy wobec dwóch możliwo- 
ści: a) albo będziemy mieli do czynienia z wrażeniami, leżącemi 
pod progiem świadomości, a więc nieświadomemi, b) albo, je^i 
się nie zgodzimy na pojęcie nieświadomego faktu psychicznego, 
tylko z drobnemi zmianami* fizjologicznemi, które nie zdołały się 
przebić do świadomości. W pierwszym wypadku wchodzą znów 
w grę wrażenia, a więc funkcje psychiczne, aczkolwiek nieświa- 
dome. W drugim wypadku nie mamy już wprawdzie do czyniei- 
nia z funkcjami psychicznemi — ale czy wówczas obraz wzro- 
kowy o pewnej jakości zmysłowej jeszcze istnieć może? Gdy* 
byśmy na to pytanie dali odpowiedź twierdzącą, obraz zmy- 
słowy stałby się nie tylko czemś realnem, lecz stałby się równo- 
cSeśnie czemś objektywnem, co istnieć może bez względu na to, 
czy jest spostrzegane, czy nie. Z jednej strony zdawaćby się 
mogło, że nie zgodziłby się Stumpf na takie rozwiązanie sprawy, 
skoro, krytykując dawną fizykę, dodaje: „Heute wissen wir, 
dass die Dinge, durch dereń Ein wirku ng auf unsere nerv5sen 
Z^ntralorgane man sich die wahrnehmbaren Erschetnungen ent-> 
standen denkt, dberhaupt nicht durch spezifische Sinnesquali- 
taten bestimmbar sind^^). — Z drugiej jednak strony nazywa 
Stumpf zjawiska zmysłowe przedmiotami realnemi ^. A gdy mu 
chodzi o obronę tezy swojej, widzi w jakościach zmysłowych 
coś objektywnego. Zdaje sobie wprawdzie jasno sprawę ze 
sprzeczności, zawartej w pojęciu „niezjawiającego się zjawiska^, 
stara się jednak całą tę sprawę sprowadzić do walki o słowa 
i dodaje ^), że można ostatecznie wyraz „zjawisko^ zastąpić innym 
jak .element*' („Elemente" Mach) lub .materjał myślowy** 
(^Denkstoff"). 

A o to ustępstwo ze strony Stumpfa nam właśnie cho- 
dzi! Nie jest to bowiem tylko walka o słowa. Obraz zmysłowy 
nie jest więc zjawiskiem, lecz przedmiotem objektywnym i real- 
nym. „Fenomenologja* — nazwa w takim razie już nieodpo^ 
Wiednia — nie jest nauką o zjawiskach, lecz nauką o pewnego 

widzenie) różne wyobrażać może przedmioty. Takie pojęcie •treści'' utrzymać 
flt^ może tylko na stanowisku subjektywizmu w stosunku do jakości zmy- 
słowych. 

O Zur Eint. d. Wiss. str. 10. 

^ Ersch. u. pa. F. str. 10. 

») Ersch. u. ps. F. str. 34. 



Digitized by 



Google 



— 122 — 

rodzaju rzeczywistości. Mielibyśmy wi^c trzecią rzeczywistość 
obok fizycznej i psychicznej. To powiększanie ilości rzeczywi- 
stości nie wynikło jednak z jakiejś konieczności log^icznej lub 
faktycznej, lecz jest ono konsekwencją dowolnie dobranej inter- 
pretacji pewneg^o stanp rzeczy, celem bronienia tezy z góry 
postawionej. 

Odpowiedziałby niejeden: świat zmysłowy nie jest ową 
dowolnie stworzoną rzeczywistością. Aktem dowolności było to» 
że nauka nowoczesna bytowi temu realności odmówiła. Jeśliby 
zarzut ten miał być słuszny, wówczas zupełnie dowolnym stałby 
się pogląd Stumpfa na przedmiot fizyki, a dowolnie stworzo** 
nym bytem — rzeczywistość fizykalna. Zwycięstwo fizyki Gali- 
leusza nad dawniejszą; które tak silnie podkreśla Stumpf, by-» 
łoby tylko iluzją. Gdybyśtaiy stanęli na stanowisku, według któ- 
rego zjawiska zmysłowe są przedmiotami realnemi i istniejącenri 
niezależnie od podmiotu, niezrozumiałym stałby się fakt, że fi« 
zyka nie bierze w rachubę jakości zmysłowych, owszem, zmu- 
szona jest od nich abstrahować i budować własną rzeczywi- 
stość, któraby wyjaśniała zmiany w świecie zmysłowym zacho' 
dzące. Gdyby świat przedmiotów zmysłowych sam przegc się na 
mocy jakichś praw immanentnych się zmieniał, l^urzyłby on usta- 
wicznie porządek fizykalny. Z takim oporem, jak wiadomo, fizyka 
się nie spotyka. Gdy występują w świecie zmysłowym zaburze- 
nia n. p. złudzenia normalne lub halucynacje, dają się one zawsze 
prowadzić do praw fizjologicznych lub psychologicznych. Czyli 
t. zw. zaburzenia zmysłowe są w gruncie rzeczy zaburzeniami 
nerwowemi lub umysłowemi. 

Jeśli świat zmysłowy jest światem realnym, w nim samym 
należy widzieć przedmiot fizyki, jak to czyni fenomenalizm. Je- 
śli się zaś przyjmuje za Stumpfem (jest te i nasz punkt widze- 
nia), że fizyka zmuszona jest tworzyć własną rzeczywistość,, 
pozbawioną jakości zmysłowych, . będzie to uzasadnione wów- 
czas tylko, gdy za twórcą nowej fizyki, Galileuszem, widzieć 
będziemy w jakościach zmysłowych nie „primi e reali accidenti"^ 
lecz tylko przedmioty subjektywne i nierealne. 

Staraliśmy się wykazać,' że z przykładu przez Stumpfa po- 
danego nie wynika wcale, iż w świecie zmysłowym zachodzą 
zmiany, którym nie odpowiadają żadne zmiany w funkcji psy- 
chicznej. Interpretacja Stumpfa jest dowolna i prowadzi do kon- 
sekwencyj wcale niepożądanych. Nie będziemy się starali wy- 
wodów naszych dalszemi uwagami uzupełniać, skoro sam Stumpf 



Digitized by 



Google 



— 123 — 

o tezie swojej i o odwróceniu tejże tezy^) w następujący się 
sposób wyraża: „Auch brauchen keineswegs beide Teile der 
Behauptun; zusammen wahr sein oder zusammen falsch sein. 
Endlich vertrete ich sie nicht ais sicher beweisbare Satze, son- 
dern ais Thesen oder Hypothesen, dereń Erweis sich die Psy- 
chologie meinem Dafiirhalten nach annahert" ^). 

Teza, o której obecnie mowa, nie jest tego rodzaju, by 
się dała na kilku przykładach dowieść. Każdy przykład może 
być fozmaicie interpretowany zależnie od stanowiska epistemo- 
logicznego z góry zajętego. Zważmy tjdko, że t. zw. funkcje 
psychiczne w ciągłej jeszcze znajdują się walce p byt. Dotyczy 
to przedewszystkiem wyobrażeń. Wielu autorów zaprzecza 
ich istnieniu i utożsamia je ze zjawiskami zmysłowemi. Drudzy 
widzą w nich czynniki wywnioskowane tylko, a więc nie dane 
w żadnem doświadczeniu. Inni wreszcie przyznają, że funkcje 
psychiczne, zwane wyobrażeniami są wprawdzie dane w do- 
świadczeniu, ale tylko w ten sposób, że skonstatować można 
ich istnienie, bliższa zaś analiza aktu wyobrażeniowego opierać 
się musi na analizie przedmiotu wyobrażonego, Wobec tego 
niema widoków, by teza, że nie każdej zmianie przedmiotu spo- 
strzeganego odpowiada zmiana w funkcji spostrzegania, dała 
się na kilku przykładach dowieść. Tkwią w niej trudności zasa- 
dniczej, epistemologicznej natury. 

Jak długo nie wykazano w sposób zadowalający, że akt 
spostrzegania jest dany w doświadczeniu, a to w ten sposób, 
źe każda jego zmiana wzgl. zmiana jego treści da się obser- 
wować, nie możemy się liczyć z wymienioną tezą jako założe- 
niem, na którem budować można odrębną naukę o zjawiskach 
zmysłowych. - 

IV. 

Trzeci argument brzmi: Fizyka i psychologja są naukami 
wyjaśni^ącemi świat zmysłpwy. Potrzebna jest nauka opisująca 
świat zmysłowy. „Geht^) die Phanomenologie zur Erforschung 
von - Kausalgesetzen iiber, so mundet sie in Physik, Physiolo- 
gie oder in Psychologie (in letztere, sofern Kausalbeziehungen 

*) t. ]., źe w funkcjach psychicznych zachodzić mo^ą zmiany, którym 
nie odpowiadają żadne zmiany w świecie zjawiskowym. 
^ Ersch. u. ps. F. str. 15, 
3) Stumpf, zur Eint. d. Wiss. str. 64. 



Digitized by 



Google 



— 124 — • 

zwischen Erscheinun^fen und psychischen Funktionen angenom- 
men werden ^)**, powiada Stumpf. 

Opisywać świat zmysłowyl Cóż inneg'o robią zoolog}a, 
botanika, geogfrafja i t. d., o ile właśpie opisują. Wątpii^re 
jest, czy został jeszcze* taki skrawek świata zmysłowej, do 
któregoby nauki już istniejące pretensyj swoich nie zgłosiły. Ale 
nauki te opisują pewne kompleksy współistniejących cech zmy- 
słowych, a fenomenolog]! chodzi może o same elementy zmy- 
słowe ? Ale tu właśnie pierwsza wynurza się Wątpliwość. Moie 
dlatego właśnie, źe nauki wymienione mają do czynienia z kom- 
pleksami, mają coś do opisywania, a czyniąc to, opisują nie zja- 
wiska zmysłowe same, lecz wzajemne miedzy niemi stosunki. 
Czy barwa jakaś, dźwięk lub woń dają się opisać^)? 

Znajdujemy u Stumpfa konkretne przykłady. Do zagadnień 
fenomenologicznych należą między innemi : 1) naturalny porzą* 
dek jakości zmysłowych, jak uszeregowanie dźwięków, barw 
i t. d.; 2) zlewanie się .wrażeń" i t. d. ^). Wymierałem dwa ty- 
powe przykłady. Jedne bowiem z przykładów przez Stumpfa 
podanych są (ego rodzaju, że wcale decydować nie mogą 
o odrębnym przedmiocie fenomenologji, inne zaś wychodzą już 
poza zakres czystego opisu, stając się, jakby to powiedział 
Stumpf, ogniwem łańcucha pii^yczynowego, a tern samem wkra- 
czają już w dziedzinę fizyki lub psychologji. / 

O ile chodzi np. o zlewanie się „wrażeń** (jakości zmy- 

^) Zastrzeżenie to jest fałszywe. O ile bowiem utrzymujemy, ie stosu- 
nek funkcji do przedmiotu zmysłoweg^o nie jest stosunkiem przyczynowym, 
musimy to samo orzec o stosunku świata fizycznego do zmysłowego. Po- 
dnieta sama nie wywołuje bowiem zjawiska zmysłowego, lecz łańcuch przy- 
czynowy fizykalny przechodzi wpierw w układzie zmysłowo-nerwowym w łań- 
cuch fizjologiczny, a ten ostatni wywołuje (?) akty spostrzegawcze, w któryś 
dane są zjawiska zmysłowe. Zjawisko zmysłowe nie wchodzi więc w bezpo- 
średni związek z rzeczywistością fizyczną, gdyż między niemi pośredniczy 
zawsze psychiczny akt spostrzegania. Jeśli więc między tym ostatnim a przed- 
miotem zmysłowym nie zachodzi stosunek przyczynowy, nie zacfiodzi tern 
samem stosunek taki między światem fizycznym a zmysłowym. 

^ Zjawiska zmysłowe opisywać się dają pod warunkiem, źe w opisie 
posługujemy się zjawiskiem zmysłowem innej intensywności lecz tej samej 
jakości, jaka właściwa jest zjawisku, które opisujemy, n. p. barwa nieba dzi- 
siejszego jaśniejsza jest od barwy nieba wczorajszego. Ta granica opisu, do- 
tyczącego zjawisk zmysłowych jako takich, jest zarazem granicą twórczości 
naszej wyobraźni (Hume). A taki chyba opis nie może się stać źródłem nau- 
kowego poznania. 

^) Zur Eint. d. Wiss. str. 27 i d. 



Digitized by 



Google 



— 125 — 

słowych), zlewanie się owo dotyczy albo podniet fizykalnych, 
np. gdy do herbaty dodaję cukru, albo procesów fizjologicz* 
nych, odpowiadających pewnej ilości szybko po sobie następu- 
jących podniet, np. zlewanie się barw szybko obracającego się 
krążka lub zlewanie się „wrażeń" dotykowych, powstałych przy 
szsrbkich obrotach kota zębatego. Zlewanie się nigdy nie doty- 
czy zjawisk znrysłowyćh samych. A jeśli mimo to mówimy, że 
barwa zielona i purpurowa, zlewając się, tworzą barwę białą, 
zlewanie się owo dotyczyć może tylko procesów fizjologicznych^ 
z których każdy zosobna dalby wrażenie barWy zielonej lub 
purpurowej. W obrazie „wypadkowym" możemy niekiedy wy- 
kryć podobieństwo do obu niedoszłych do skutku „obrazów 
składowych", jak w <barwie pomarańczowej znajdujemy barwę 
czerwoną i żółtą, albo też podobieństwo to wcale się stwierdzić 
nie da, np. barwa purpurowa i zielona w białej. I wówczas 
gdy dwa zjawiska zmysłowe następują po sobie, a drugie po- 
zostaje pod wpływem pierwszego, np. przy kontraście następ- 
czym barw, opis nie może się ograniczyć do samego stwierdze- 
nia tego faktu, gdyż byłby niezupełny i z tego powodu fał- 
szywy. Nie oddziaływa tu barwa poprzedzająca na następu- 
jącą, wówczas bowiem, gdy zaistniała barwa następująca, 
uprzednia dawno już istnieć przestała. Oddziaływują na siebie- 
w tym wypadku dwa stany fizjologiczne lub psychiczne. I tak 
w każdym innym wypadku, gdy przystępujemy do naukowego 
opracowania danych zmysłowych, chcąc nie chcąc, popadamy 
w fizykę, fizjologję lub psychologję. 

Nie uprawiamy żadnej z tych trzech nauk, gdy ograni- 
czamy się do stwierdzenia, nazywania i uszeregowania zjawisk 
zmysłowych. W tym punkcie ma Stumpf słuszność. Lecz to 
chyba nie zasługuje na miano odrębnej nauki. Stwierdzenie, na- 
zywanie i uszeregowanie faktów, które służą za punkt wyjścia 
badaniom naukowym, nie zasługuje jeszcze na miano odrębnej 
nauki, lecz jest tylko przygotowawczą pracą nauki, jest tylko 
rozpatrzeniem się w materjale, który ma być badany. 

Wychodząc z założenia, że istnieje rzeczywistość fizyczna 
i p^chiczoa obok subiektywnych i nierealnych danych zmysło- 
wych, doszliśmy już na początku do przekonania, że świat zmy- 
łowy nie tworzy zagadnienia odrębnego, że może być bez reszty 
wyjaśniony przez fizykę, fizjologię i psychologję. Staraliśmy się 
następnie wykazać, że argumenty, które zdają się przemawiać 
za odrębną nauką o zjawiskach zmysłowych, . krytyki nie wy- 



Digitized by 



Google 



— 126 — 

trzymują i że nie są one zgodne z załoźeniamij na których za- 
gadnienie takiej nauki wyrasta, a na których opierać się muszą 
wszyscy, którzyby pragnęli widzieć odrębną naukę o zjawiskach 
zmysłowych. 

Bezdomność zjawisk zmysłowych, o której wyżej była 
mowa, nie jest więc wynikiem jakiegoś przeoczenia ze strony 
badaczy. Zbyt blisko nas się znajdują i niemało nas one obcho- 
dzą, by poznania spragniony umysł ludzki był je przeoczył! 
Bezdomność leży w naturze tychże przedmiotów. Będąc „bez^ 
domnemi'^, wędrują z domu do domu, przechodzą z ręki 
do ręki. Nie są one jednak podrzędnym elementem naszej 
wiedzy, dla któregoby należało ufundować na uboczu stojącą, 
podrzędną jaka^ naukę. Ponieważ stanowią one punkt wyjścia 
dla trzech potężnych nauk, umysł nasz nigdy ich z oka nie 
spuszcza i im to buduje trzy potężne gmachy wiedzy ludzkiej, 
fizykę, fizjologię * psychologję zmysłów^).- 



^) Rzecz jasna, że w wypadkach, gdy podniety fizykalnej niema, 
a istnieje tylko podnieta fizjologiczna (wrażenia ustrojowe), dany obraz zmy^ 
słowy stanowi tylko przedmiot badań fizjologicznych i psychologicznych. 
W wypadkach znów, gdy podnieta nie jest nam znana, a może, jak to nie- 
którzy sądzą, wogóle nie istnieje, np. gdy chodzi o obrazy zmysłowe zwane 
przyjemnością i przykrością, zjawiska te stanowią wyłącznie przedmiot badań 
psychologicznych. Podobnie przedmioty zmysłowe dane w halucynacjach lub 
obrazy wtórne dane w wyobrażeniach wtórnych stanowią również punkt 
wyjścia jedynie dla badań psychologicznych. 



Digitized by 



Google 



STANISŁAW KACZOROWSKI. 



O niektórych warunkach stosowal- 
ności indukcji matematycznej. 



Nie wszyscy zwą indukcją matematyczną to rozumowanie) 
którem pragnę zająć się obecnie. Inni wolą nadać mu nazwę 
indukcji zupełnej (A. Hófler ^Grundlehren der Logik* Wien- 
Leipzig, 1917, Aufi. V., str. 125) lub sukcesyjnej (Finduction suc- 
cesaive, G. Vacca »Sur le principe d'induction mathematiąue" 
Revue de Mćt. et de Mor. 1911 str. 30). Czasem znów nazywa 
się je rozumowaniem przez rekurencję (raisonnenient par r^cur- 
rence, H. Poincare ,,Nauka i metoda **, przekład polski War- 
szawa, 1912 str. 139). 

Również różnym uczonym przypisuje się wykrycie indukcji 
matematycznej. Zdaniem jednych wprowadził ją do nauki 
J. BemouUi (1654 — 1705) w dziele „Acta Erudit.*, wydanem 
w roku 1686 (M.W. Drobisch „Logik". Ldpzig, 1851, Aufl. IL 
str. 222). Według innych znów wykrył ją B. Pascal (1623—1662) 
i użył w dziele .Traitć du Triangle arithmetiąue", wydanem 
w r. 1665 (G. Vacca, d. p. w. str. 30). Tymczasem G. Vacca 
wykazał, iż posłużył się nią przed nimi już włoski matematyk 
F. Maurolico (1494 — 1575) w dziele „Arithmeticorum libri duo", 
naptsanem w r. 1557, a wydanem w Wenecji w r. 1575 (tamże 
str. 30). 

Otóż pragnę wskazać niektóre warunki, w jakich daje się 
stosować indukcja matematyczna. W tym celu przypatrzę ^ę 
najpierw jej dowodowi, a następnie dowodowi t. zw. wniosku 
z n na n -[- 1. 

Zanim jednak udowodnię zasadę indukcji matematycznej, 
poczynię następujące założenia: 

1. Stosunek r jest kierunkowym stosunkiem dla zbioru Z 
t. zn. każde dwa różne elementy A i B tego zbioru muszą, być 



Digitized by 



Google 



— 128 — 

stosunkiem r połączone w pewnym kierunku, a więc albo w kie- 
runku od A do B, albo w kierunku odwrotnym od B do A. 

(A = B) ' < (A r B) + (B r A) (1) 

2. Jeśli Ca i Cb są dwiema jakiemikolwiek, ale nie pustemi 
podklasami, uporządkowanej kierunkowym stosunkiem r, klasy 
C, takiemi, że każdy element C należy albo do Ca albo' do 
Cb i każdy element Ca poprzedza każdy element Cb wtedy 
istnieje w C element Cx taki, iż każdy element, poprzedzający 
Cx należy do Ca i każdy element, następujący po Cx należy 
do C b • W symbolach dla przeliczalnych zbiorów t. zw. pewnik 
Dedekinda — o ile a jest. jakimkolwiek elementem zbioru Ca, 
b 'zaś jakimkolwiek elementem zbioru Cb — brzmi: 

(C =^ 5 Cu) (Ca = 0)'(Cb = 0)XC =^ Ca + Cb)(a r b) < 

k = l 

< U (Ck < Ca), n (Ck < Cb), przy m < cc (2) 

k_l k = x-fl = 

Przy tych założeniach można już udowodnić, że »»jeślt 
zbiór S jest^zbiorem elei^entów w następującym porządku: 
Si , S2 , . . . , Snł-i , Sm , jeśli dalej istnieje pierwszy jego 
element, jeśli następnie pierwszy je^o element posiada pewną 
cechę i jeśli wkońcu posiadanie jej przez jakikolwiek jego ele- 
ment pociąga za sobą z nieuchronną koniecznością posiadanie 
jej przez element, bezpośrednio po nim następujący, to każdy 
jego element posiada ją** t. zn. 

(S = £ Sk)(S, - 0)*(S, < P)[(S„ < P) < (S„^, < P)l < 

k = l 

< (S < P) , przy m < co , n < m (3) 

Dowód niewprost: 

Przyjmuję, iż nieprawdią jest, jakoby każdy element zbioru 
S posiadał cechę P , t. zn. (S < P)' 

i dzielę zbiór S na takie dwie klasy Sa i Sb » iż żaden ele- 
ment pierwszej nie posiada cechy P, a każdy cement drugiej 
posiada ją. Wówczas oczywiścfe: 

S. < P' (a) , Sb < P (b) . S = S. 4- Sb (d) , 

a zatem (S < P)* < (S„ < F )(Sb < P)(e) 

Przy tych założeniach klasa S. nie będzie pusta. Niech 
bowiem S, - O , wtedy S -^Sb ze względu na (d). 
Ale (Sb = S)(S < P)' < (Sb < P)*. 



Digitized by 



Google 



— 129 — 

Popadam tedy w sprzeczność z (b). Zatem (Sa ==- 0)' (f). 

Lecz także klasa Sb nie jest pusta. Niech bowiem Sb = O (c)» 

Z pierwszego zafożenia wynika^ iź Si < S. Stąd zaś ze 
%if2ględu na (d) i (c) wynika, że Si < Sa. Ze względu zaś 
na (a) otrzymuję stąd: Si < P\ Według trzeciego założenia 
xaś Si < Py więc Si, = 0. To zaś pozostaje w sprzeczności 
s dnigiem założeniem. 

Zatem (Sb = 0)' (g). 

Ale (Sa < P')(Sb < P) < (Sa = Sb)'(h), 

Przyjmijmy bowiem, że Sa ^ Sb wtenczas 
(S. = Sb) (Sb < P) < (S. < P). 

To zaś jest sprzeczne z (f) ze wzjflędu na (a). 

Jeśli tedy a jest jakimkolwiek elementem .zbioru S« , b zaś 
jakimkolwiek elementem zbioru Sb , to (S* •= Sb)' < (a « b)' Q). 

(a = b)' < (a r b) + (b r a) (i) . por. (1) 
(S < P)' < (a r b) + (b r a) (k) . por. (e), (h), (j). (O 
(S -= J^Sk)(S. = 0)'(Sb = 0)'(S = S. -f Sb) (a r b) < 

< n (Sk < s.). n (Sk < Sb) (1) » por. (2) 

k=l k«l+l 

Ze względu na założenie pierwsze, (f), (g) i (d) można (1) 
napisać: 

(a r b) < II (Sk < Sa). fi (Sk < Sb) (m). 

k = l k — 1+1 

Z tego samego powodu można także napisać: 

(b r a) < n (Sk < Sb), n (Sk < Sa) (n). 

ksl ksl + i 

Z (m) i (n) na podstawie tw. (a < b) (c < d) < (a -f- 
+ c < b + d) wynika, że 

(S < P) • < II (Sk < Sa). li (Sk < Sb) + 

^ k=l k=l+l 

+ n (Sk < Sb), ff (Sk < Śa) (p) , por. (k) i zas. syl. 
Lecz 

n (Sk < Sa)(Sa < P*) < n (Sk < p') (n) 

k=l k=l 

n (Sk < Sb)(Sb < P) < n (Sk < P) (r*) 

k=sl+l k=l+l 



Digitized by 



Google 



— 130 — 

li <Sk < Sb)(Sb < P) < il (Sk < P) (r3) 

5 (Sk < SO (S. < P') < u (Sw < P*) (r4). 

Stosując najpierw do (ri) i (r2), a następnie do Cr 3) i (rą) 
tw. : (a < b) (c < d) < (ac < bd) i uwzględniając (a) i (b), 
napiszę ze względu na tw.: (a < b) (c < d) < 
< (a -+ c < b + d) 

n (Sk, < s.) fi (Sk < Sfc) 4- n (Sw < Sb). f!'(Sk < s.) < 

karl k:r:l+l ksl k=3l+l 

< n (Sk < P') n (Sk < P) + n (Sk < P) fi (Sk < p') (s). 

k=l k=l-fl ks=l ks=l-f-l 

(s < P)' < ri (Sk < P'). n (Sk < P) + 

ksl k=l+l 

+ fi (Sk < P). n (Sk < P') (t) , por. (p) , (s) i las. syl 

k=t k=14-ł 

Ale 

: n(Sk < p*) < (s. < P')(v) 

k=t 

więc 

n (Sk < P')- n (Sk < P) < (Si < P') (w) , por. 

k = l k=l-fl 

zas. sympl. i syl. oraz (v) 

Pierwsza możliwość tedy prowadzi ze względu na trzecie 
założenie do sprzeczności »4c drugiem założeniem. Przyjmuję więc 
drugą możliwość. 

Lecz 

^n (Sk < P) < (s, < P)(zi) , 
-; ': ' :. n (Sk < p') < (s,+, < p') («») . 

k=I+l 

Ze wzg-lędu więc na (zi) i (22) oraz na tw. 

(a < b)(c < d) < (ac < bd): 

ri (Sk < P). n (Sk < P') < (S, < P). (S,+, < P') (z). 

k = l k=:l-hl 

Z drugiej możliwości tedy wynika, iż istnieje wypadek 
współistnienia prawdziwości, sądu: Sc < P z mylnością sądu: 
Sn-i-i < P, że więc mylne jest trzecie założenie. W ten sposób 
przyjmując drugą możliwość, dochodzę do sprzeczności z trze- 
cie m założeniem. 



Digitized by 



Googte 



— 131 — 



Zatem 



n (Sk < P'). n (Sk < P) + 

k=I k=l+l 

+ n (Sk < P). fi (Sk < P') =■ o 

k=l k=l+l 

Stąd 

(S < P)' = O , por. (t) i (a < 0) ^ (a = 0) 

' Przypuszczenie moje tedy o mylności twierdzenia jest mylne* 
Twierdzenie wiqc jest prawdziwe. 

Z tw. 3. wynika na podstawie prawa wyłączania: 
(ab < c) = [a < (b < c)] twierdzenie: 

(s =JSk)(s. - oy < 

< [(S, < P)((Sn <. P) < (S„+i < P)) < (S < P)l (3 a). 

Okazuje się tedy, że zasada indukcji matematycznej opiera 
się na założeniu, iż zbiór S, któregfo tyczy się dowodzone przy 
jej pomocy twierdzenie, jest 1) skończonym lub nieskończonym 
zbiorem elementów Sn 2) zawierającym pierwszy element, 3) tak 
uporządkowanym, że jego elementy są połączone ze sobą w pe- 
wnym kierunku jakimś stosunkiem r, i 4) spełniającym postu- 
lat: jakikolwiek jego element dzieli go na takie dwie części, iż 
każdy element jego należy albo do pierwszego albo do drugiego 
z tych częściowych zbiorów i że każdy element pierwszego 
zbioru częściowego jest powiązany w pewnym kierunku owym 
stosunkiem z każdym elementem drugiego zbioru. 

Niech cecha P będzie cechą względną, niech w szczegól- 
ności zdanie: -każdy element zbioru S posiada cechę P^ zna- 
czy, że każdy element zbioru S pozostaje w stosunku s do tego 
elementu zbioru P, który posiada teii sam wskaźnik, co on^. 
Z założenia tego wynika oczywiście, że zbiory S i P są jedna- 
kowo liczne, o ile są zbiorami skończonemi, a równej mocy, 

ile są zbiorami nieskończonemi. W ostatnim wypadku oba 
zbiory te są zbiorami przeliczalnemi, należą do typu porządko^ 
^ego (U i są ciągami nieskończonemi. Oznaczmy je przez Sn 

1 Pu^ Ze założeń tych i tw. 3. wynika, iż 

^S/.S Pi) [(Sn S P„) < (S„ + i S Pn + l)] < (Sn S Pn) (4) 

t. zn. « Jeśli pierwszy wyraz ciągu pewnego pozostaje w jakimś 
stosunku do pierwszego wyrazu drugiego ciągu i jeśli dalej po- 



Digitized by 



Google 



— 132 — 

zostawanie w tym samym stosunku jakiegokolwiek wynzu 
pierwszegro ciągu do wyrazu, odpowiadającego mu w drugim 
ciągu, pociąga za sobą koniecznie pozostawanie w tymże sto- 
sunku bezpośrednio następującego po nim wyrazu pierwszego 
ciągu do bezpośrednio następującego wyrazu drugiego ciągu^ 
to każdy wyraz pierwszego ciągu pozostaje 'w danym stosunku 
do odpowiedniego wyrazu drugiego ciągu*. 

Obecnie zajmę się bliżej t. zw. wnioskiem z n na n -{- 1 
t. j. sądem (S& s Pn) < (Sb+i & Pn+i): » Jeśli jakikolwiek wy- 
raz pewnego ciągu pozostaje w jakimś stosunku do odpowe- 
dniegp Mirażu drugiego ciągu, to bezpośrednio następujący po 
nim wyraz w pierwszym ciągu pozostaje w tymże stosunku do 
bezpośrednio następi^jącego wyrazu drugiego ciągu*. W tym 
oelu poddaję przedewszystkiem związek, oznaczony powyfe} 
symbolem s, następującemu warunkowi : « 

(A sB)(B s C) < (A s C). (5) 

Postulat ten jest tedy postulatem przechodniości sto- 
sunku s. 

Następnie wprowadzam symbol f i ustanawiam następu- 
jący związek między nim, a symbolem s: « jeśli A pozostaje 
w stosunku s do B, to funkcja zmiennej A, t j. f (A), pozo- 
staje także w tym samym kierunku w stosunku s do taki^o 
samego kształtu funkcji argumentu B, t. j. do f (B)*. Postulat 
ten ma taką postać w symbolach: 

(A s B)< [f(A) 8 f (B)]. (€) 

Otóż na podstawie postulatów (5) i (6) moina dowieść 
twterdzenia: 

[Sa + l S f(Sa)]. (S„ S Pu) [f (P.) S P. + J < (S„+:, S P, + i). (7) 

Dowód: 

(S„ 8 P„) < [f(S.) s f (POI (a) , por. ((5) 

IS. + i S f(Sn)](Sn S P„) < [Sn + t 8 f(Sn)]. [f(S.) 8 f(PJ] (b\ 

por. (a) i (a < b) < (ac < be) 

[S.+, 8 f(SJ]. [f(S„) 8 f (P„)] < [S. + 1 S f(P„)] (C) , 

por. (5) 

[Sn + i » f (Sn)] (S. 8 P«)< [S. + , S.f (Pn)] (d), 

por. (b) , (c) i zas. syL 



Digitized by 



Google 



— 133 ~ 

[&. + 1 s f(S.)](S„ 8 P.) [f(P„) s P„ + il< 

< ISa+i sf(Pn)]. P(P„) s P„+,] (e) , por. (d) 

{Sn+l S f(P„)] [f(P.) S P. + O < (Sn + 1 S P„ + i) (O . 

por. (5) 

[S. + , 8 f (SJ] (S. 8 Pn) [f(Pn) 8 P„ + 1] < (Sn + , 8 P„ + 1) . 

por. (e) , (f) i 288. 8yl. q. e. d. 

Twierdzenie (7) można przy pomocy prawa wyłączania r 
^ab < c) = [a < (b < c)] przekształcić na twierdzenie: 

rS..4-. 8f(S.)] [f (P.) 8 P„ + ,] < [(S„ SP„)< (S„ + , 8 P„ + l)]. (8) 

Twierdzenie (8) podaje założenia wniosku z n na n 4~ 1' 
jeśli stosunek s i funkcja f spełniają postulaty (5) i (6). Okazuje 
sii^ wi^y źe wniosek z n na n 4~ 1 opiera się na następujących 
4 założeniach: 1) stosunek s jest stosunkiem przechodnim, 2) 
funkcja f posiada tę własność* iż, jeśli wartości jej zmiennej śą 
związane ze sobą w pewnym kierunku stosunkiem s, to takie 
wartości jej dla nich są powiązane ze sobą nim w tym samym 
kierunku, 3) każdy wyraz pierwszego ciągu pozostaje w sto- 
sunku s do wartości funkcji f dla bezpośrednio poprzedzają- 
cego wyrazu tego zbioru i 4) wartość funkcji f dla jakiegokol- 
wiek wyrazu drugiego ciągu pozostaje w stosunku s do bezpo* 
średnio następującego po nim wyrazu tego dągu. 

Niech symbole a» b, Cy . . • » S^ , . • . » Sn f Sn -fi » • • • , 
Pi , . . . , Pn 9 Pn+i » • • • oznaczają liczby, a symbol s więk- 
szość* Stosunek większości spełnia postulat (5)» bo jest stosun- 
kiom przechodnim. Albowiem 

(a > b)(b > c) < (a > c). 

Także postulat (6) jest spdniony, gdy funkcja f jest np. 
soną lub iloczynem, ponieważ matematyka poucza, iż 

(a > b) < (a + c > b + c) , (a > b) < (ac > be). 
Dlatego prawdziwe jest twierdzenie: 

(S. + , > f (S.)l.(f:(Pn) > Pn + l] < [(S„ > P«) < 

< (S„ + . > Pn+l)]. (9) 

Zasada indukcji matematycznej przybiera wtenczas postać: 

<Sl > Pi,) [(Sn > Pn) < (Sn + i > Pn + l)] < (Sn > P.). 

Chcąc więc dowieść, że 3n > n, jeśli n jest jakąkolwiek 
liczbą niCturalną, trzeba powołać się na to, że 3 > 1 i udo- 
wodnić, iż ^ 

(3n > n) < (3n + 3 > n -h 1). (H) 



Digitized by 



Google 



-134- 

Otóż: 
3n + 1 > n + 1 , por. założenie i (a > b)< (a+ c > b+ c> 
3n+ 3 > 3n+ 1 , bo 3 > 1 i (a > b)< (a + c > b + c) 
3n + 3> n + 1 , bo (a > b) (b> c) < (a > c) q. e. A 

Także na podstawę tw. (9) można udowodnić tw. (11), za- 
kładając, że 

f (x) "= X -|~ c , przyczem c > 3, 

«co można uczynić, bo suma spełnia postulat (6). W6w« 
czas bowiem 

Sb -j- 1 > Sn + c , skoro 3n + 3 > 3n -f- c , przy c > 3 
Pn+c>Pn-ł.i,bon + c>n-f-l , przy c > 3. 
Niech .teraz symbol s oznacza równość. Równość spdnia 
postulat (5), bo jest stosunkiem przechodnim : 
(a - b) (b c) < (a == c). 
Również postulat (6) jest spełniony, gdy symbol f oznacza 
np. sumę lub iloczyn, pooieważ matematyka poucza, iż • 
(a - b) < (a + c -= b + c) , (a = b) < (ac « be). 
Stąd prawdziwe jest twierdzenie: 

[S. + , = f (S„)) [f (P„) = P„ +,!< USn Pn ) < 

< (S. + , = P„+,)] (12) 

lub — ze wzgflędu na symetryczność rówrtości — twier- 
dzenie: 

[f (Sn) = S„ + li • [f (P«) = P» + J] < [(S» = Pn) < 

<(S„ + t = Pn+l)l. (13) 

W powyższych warunkach zaś twierdzenie (4) przybiera 
postać: 

(& = Pi) [(S„ = Pn) <iSn+t - P„ +,)} < (Sn - Pn)- 

Otóż: 

1 + 3 + ... + (2 n — 1) - n^ 

ponieważ: 1 -^- 3 = 2^ 
[1 + 3 + ... -f (2 n - 1) =- n^] < [1 j 3 + ... + 

+ (2n - 1) ^- (2n -- 1) = (n + 1)T 

Albowiem Sn + 1 = Sn + (2n -|- 1) 

P„ + i = Pn + (2n+ 1). 

Każdy wyraz szeregu geometrycznego równa się pierwszemu 
jego wyrazowi, pomnożonemu przez stały iloraz spot^owany 
przez jego wskaźnik, pomniejszony o 1 : Un = ui • q""^ 

ponieważ: ui = ui . q^*^ 

(Un = Ul . ą"-*) < (Un -^: 1 = Un . q°). 



Digitized by 



Google 



— 135 — 

Albowiem Un 4- 1 = Un . q , a więc Sn 4. 1 = Sn . q 
Ul • ą** == Ul. q»-*, q , a więc Pn 4- 1 = Pn q*. 

Sądu zaś: „liczba n* -[- n -|- 1 jest liczbą pierwszą' nie 
można udowodnić przy pomocy indukcji matematycznej, cho* 
ciaź liczba 1^ -|- 1 {- 41 = 43 jest liczbą pierwszą. Dru^fi. 
argument t j. sąd „jeśli liczba n^ + n 4~ 41 jest liczbą pierw- 
szą, to liczba (n | 1) - + (n + 1) + 41 jest liczbą pieny> 
szą* nie daje sią uzasadnić za pomocą tw. (12), gdyż (n + 1) ^ + 
H- (n + 1) + 41 = n2 + 2n ^- 1 + n + 1 + 41 = (n^ + 
+ n + 41) f 2 (n 4 1) t. zn. Sn-^i = S„ - 2 (n + 1), 
ale nieprawdą jest, żeby każda liczba pierwsza, następująca 
po pewnej liczbie pierwszej bezpośrednio, była od niej większa 
a podwójną liczbę wskazującą, którą z rzędu jest ona po licz- 
bie 43, a więc mylny jest sąd: ,Pn + 2 (n -|" 1). == Pa-f i**- 
Albowiem wprawdzie 43 + 2 (1 + 1) = 47 , 47 + 2 (2 -}- 1) = 
= 53 ,^ale 53 j 2 (3 -f- 1) =^ 61, gdy tymczasem bezpośre- 
dnio następującą po 53, liczbą pierwszą jest liczba 59. Ale na- 
wet drugi argument rozważanego twierdzenia jest Ynylny dla 
n = 39, bo liczba: 

392 ; 39 ; 41 = 1.601 
jest liczbą pierwszą, gdy natomiast liczba: 
40^ + 40 + 41 = 40 (40 V 1) ! 41 =- 40. 41 + 41 = 
== 41 (40 -{ 1) = 41^ nie jest liczbą pierwszą. 

Również sądu: »liczba 2 -\ 1 jest liczbą pierwszą^ nie 
można dowieść za pomocą indukcji me.tematyczne]» chociaż 
liczba: 2^ -(" 1 == ^ j^^^ liczbą pierwszą. Drugiego argumentu 

jednak t. j. sądu: „jeśli liczba: 2 ^ 1 jest liczbą pierwszą, to 

liczba 2 -f- 1 jest liczbą pierwszą* nie można dowieść na 

podstawie tw. (12), ponieważ Sn ; 1 = (Sn — 1)^ -|- 1 , skoro 

S, = 2^" + 1 . S„ - 1 = 2'^" , (S„ - 1)^ ==2^" + ', 

(Sn — 1) 2 -I 1 = 2^ + 1 = Sn 1 , ale nieprawdą jest, 

żeby (Pn — 1) ^ + 1 = Pn -f 1 , t. ^. żeby każda liczba pierw- 
sza, najpierw pomniejszona o 1, potem spotęgowana przez 2, 
a wreszcie powiększona o 1, równała się bezpośrednio nastę- 
pującej po niej liczbie pierwszej. Wszak przecież (5 — 1) ^ -j' 
-|- 1 = 17, gdy tymczasem bezpośrednio następującą po 5 
liczbą pierwszą jest 7. Drugi argument jest także mylny dla 

n 5== 4, skoro liczba: 2^ -f- 1 = 65.537 jest liczbą pierwszą. 



Digitized by 



Google 



— 136 — 

a liczba 2^^ + 1 «= 4-294,967.297 nie jest liczbą pierwszą, bo 
jest — jak okazał Euler — podzielna przez 641. 

Czy można zasadę indukcji matematycznej stosować \Ar lo- 
gice? W tym celu zakładam, iż symbole: a, b, c, ..., Si, — » 
Sb9 Sn + u ...9 Pi 9 ....» Pn» Pn + if ••• oznaczają pojęcia lub sądy, 
a symbol s implikację* Implikacja jest stosunkiem przecho- 
dnimi bo 

(a < b) (b < c) < (a < c) (C). 

Postulat (6) jest także spełniony, gdy funkcja f oznacza 
sumę lub iloczyn logiczny, skoro logika poucza, źe 
(a < b) < (a f c < b + c) (A), (a < b) < (ac < be) (B). 

Dlatego niewątpliwie dla implikacji można dowieść wnio- 
sku z n na n 4* 1* 

Czy jednak w tym wypadku tw. (4) daje się stosować? 
W tym celu zbadam, czy można użyć zasady indukcji mateina* 
tycznej do udowodnienia łańcusznika czyli sorytu Arystotelesa : 

n~'(a < ak + i) < (ai < a™). (14) 

iC =31 

Rozpatrzmy tedy następujący ciąg Sn: 

2 n — 1 

n (ak < ak -h 1) • • • • » n (ak < ak + 1), 

k =1 ks: 1 

n 

n (ak < ak 4^ 1) , . . . 

k =1 

Niech stosunek r oznacza, że każdy wyraz: 
^^ (ak < ak-|.i) jest wcześniejszy od każdego wyrazu: 

H (ak < Hk + i) , jeśli m2 > mi. 

Wówczas postulat (1) jest oczywiście spełniony. Podzielmy dalej 

zbiór Sn na dwie klasy w sposób dowolny np. przy 
5 
n (ak < dk + 1). Wtenczas postulat Dedekinda jest również 

k«l 

q>ełniony. Tw. (4) daje się tedy w rozważanym wypadku sto- 
sować. 

W dowodzie tw. (14). wystarczy ze względu na zwykłą 
zasadę sylpgizmu okazać, że 

fn'(ak < ak-fi) < (ai < an)] < ij^^i^^ < ak+t) < 

<(ai<an + i)l. (15) 



k»l 



Digitized by 



Google 



— 137 — 
Dowód: 

n 

n (aic < ak -I- 1) < (ai < an) (an < an + 1) . por. założenie i (B) 

k = l 

<ai < an) (an < aa + i) < (ai < an + i) , por. (C) 

n 

n (ak < ak + i) < (ai < an + i) , por. (C) q. e. d, 

k=:l 

Tu też zachodzi: 

Sa + i < Sn (an < an + l) , Pn (an < an -f l) < Po + L 

Niech teraz symbol s oznacza równoważność. Równoważ- 
ność spełnia postulat (5), bo jest stosunkiem przechodnim. W lo* 
pce symboliczne) bowiem jest prawdą^ że 

(« == b) (b = c)< (a = c). (D) 

Również postulat (6) -jest spełniony, gdy funłccja f jest 
logiczną sumą, iloczynem lub przeczeniem, gdyż w logice sym- 
boliczne] prawdziwe są twierdzenia: 

(a = b) < (a -f c - b + c) , (a = b) < (ac = be) (E) , 
(a = b) < (a' = b'). 

W rozważanym wypadku tedy prawdziwe jest tw. (8). 
Czy można jednak tu stosować zasadę indukcji matematycznej? 
W tym celu będę dowodził np. uogrólnionegfo prawa rozdziel- 
ności dla dodawania wzg^lędem mnożenia: 

n (ak + b)= n ak + b. (16) 

k« 1 k = 1 

Rozpatrzmy najpierw ciąg* Sn: 
' n (ak + b) , . . . , n (ak+ b) , °rf'(ak + b) , . . . 

fc«:l k = l k=sl 

m 

Niech stosunek r oznacza, iż każdy wyraz fi (ak -\- b) 

r 

następuje pó każdym wyrazie FI (ak -j- b) , jeśli m > r ; 

wówczas niewątpliwie spełniony jest postulat (1). Podzielmy 
dalej zbiór Sn na 2 klasy w sposób dowolny np. przy 

fi (ak 4 b); wtenczas bez wątpienia postulat Dedekinda jest 

spełniony. W rozpatrywanjrm wypadku więc twierdz. (4) jest 
oczywiście prawdziwe. 

Ponieważ prawp rozdzielności dla dodawania względem 
■anożenia ma walor dla dwóch pojęć lub sądów, przeto ze 



Digitized by 



Google 



— 138 — 

wzgfiędu na tw. (4) wystarczy dla jego uogólnienia tylko wykazać 
prawdziwość drugiego założenia jego. W tyi^i celu zakładam^ ie 

n (aw i- b) = n ak — b (Z) 

k = 1 k = 1 



a' twierdzę^ że 

"fi' 

k= 1 k=l 



n (ak ^ b) = n ak + b. (T) 

Dowód: 
"rf'(ak + b)= ( n au + b) (an + 1 + b) , por. (Z) i (E) 

k== 1 k =1 

o n-f 1 

(n ak ^ b) (©n 4- 1 "^ b) = n ak "T b , por. zw. pr. rozdziel. 

k=l k= 1 

"^n (ai, 4^ b) -= "n^ ak + b , por. (D) q. e. d. 

k rrl ' k== 1 

Tu także prawdą jest, że 

Sn 4- 1 == Sn (an -f 1 -f- b) , Pn + 1 = Pn (an 4- 1 + b). 

Streszczam warunki stosowalności indukcji matematycznej 
do udowodnienia sądów, stwierdzających, że każdy element 
zbioru Sb pozostaje w stosunku s do odpowiedniego elementu 
zbioru Pn: 

Zbiory Sn i Pu są zbiorami skończonemi lub nieskończo- 
nelmi, jednakowo licznemi w pierwszym wypadku^ a równej 
mocy i przeliczalnemj w drugim, posiadającemi pierwszy ele- 
ment i spełniającemi następujące dwa postulaty: 

Z dwóch różnych ich elementów albo pierwszy pozostaje 
w jakimś stosunku r do drugiego, albo drugi pozostaje w tyla 
stosunku do pierwszego (1). 

Jakikolwiek ich element dzieli je na takie dwie cząści, że 
każdy ich element należy albo do pierwszej, albo do drugiej 
cząści i że każdy element pierwszej części jest powiązany sto- 
sunkiem r w pewn3rm kierunku z każdym elementem cbnigiej 
części (postulat Dedekinda). 

Stosunek s jest stosunkiem przechodnim (postulat 5). Fun- 
kcja f posiada'tę własność, że, jeśli jakaś wartość jej zmiennej po- 
zostaje w stosunku s do innej wartości jej zmiennej, to wartość 
jej dla pierwszego argumentu pozostaje w stosunku s do jej 
wartości dla drugiego argumentu (6). 

Każdy element pierwszego zbioru Sn pozostaje w stosunku 



Digitized by 



Google 



' — 139 — 

s do wartości funkcji f dla bezpośrednio poprzedzającego ;o 
elementu tego zbioru (Pierwsze założenie wniosku 9 n na n -|~ !)• 

Wartość funkcji f dla jakiegokolwiek elementu drugiego 
zbioru Pa pozostaje w stosunku s do bezpośrednio następującego 
po nim elementu tego zbioru (Drugie założenie wniosku z n 
na n + 1). 

Stąd zasada indukcji matematycznej daje się stosować nie 
tylko w matematyce, ale także w logice: zarówno dla implika- 
cji, jak też dla równoważności. 



Digitized by 



Google 



jULJUSZ KLEINER. 



Z zagadnień bergsonizmu 
i romantyzmu. 



Filozofja życia i wartości, filozofja twórczości i kultury, 
filozofja intuicji i podświadomego — wszystkie [te dążenia 
współczesnej myśli filozoficznej, częścią skrystalizowane juz 
w system, częścią walczące o drogę i o formę,^ są dalszem 
snuciem koncepcyj romantycznych. 

Niewspótmiemość życia i myśli odsłoniła się dopiero ro- 
mantykom — odsłoniła się na tle walki przeciwko iednostronnsrin 
uroszczeniom racjonalizmu. Zrodził się' postulat, dotąd filozofji 
m'eznany, który ująćby można w słowa: pełnią władz duchowych 
objąć pełnię życia. 

Oczywiście samo dążenie świadome do wchłonięcia istoty 
życia w system filozoficzny nie było zupełnie nowe. Na szczytach 
swoich filozofja zawsze je realizowała, chociaż na pozór metodą 
i przedmiotem oddalała się raczej od niego. Właściwie nie przed- 
miotem, lecz stanowiskiem, bo filozofja nie posiada przedmiotu 
osobnego, dzięki czemu objąć może i obejmuje nie tylko due- 
dziny wszystkich nauk, ale i dziedziny pozanaukowe, dziedziny re- 
ligji i mistyki i życia praktycznego. Każde zagadnienie wejść 
może w zakres filozofji, o ile tylko rozpatrywane jest ze sta- 
nowiska filozoficznego. 

To zaś stanowisko przeciwstawia się innym przez wyższy 
stopień ogólności i intelektualizacji, a tem samem — przez da- 
lej idące uniezależnienie się życia, od jego zmienności i rozma- 
itości. Przecież i w potocznej terminologii takie uniezależnieiiłe 
uznane zostało za cechę filozoficznego patrzenia na świaŁ Fi- 
lozoficzna pogoda, filozoficzne znoszenie losu — tkwi w teai 
wszystkiem ,« wzniesienie się^ ponad ocenę jednostkową na po- 
ziom nie tyle wyższy, ile ogólniejszy („spedes aetemitatis*), 
tkwi przemożna intelektualizacja, obniżająca siłę wrażeń, uczuć, 
i pożądań i dająca niezawisłość wobec życia. 



Digitized by 



Google 



— 141 — 

To też przedmiot filozof ji nie jest dany w żadnej dzie- 
dzinie, ale jest produktem umysłowego oddalenia się od fali 
chaotycznej zjawisk — świat pojęć, którego opracowanie kry- 
tyczne stanowi cel filozofa. Filozofja jest nauką, która całość 
poznania chce ująć w system najogólniejszych pojęć, krytycznie . 
opracowanych i pozbawionych wzajemnej sprzeczności. 

Ale jest nadto czemś więcej. ' 

Myślf uniezależniona od życia w codziennem znaczeniu, 
kusiła się o dotarcie do jego najgłębszych tajemnic. Trzy jego 
tajemnicę ujęła w trzech największych systemach, jakie zastai 
w formie gotowej romantyzm. Platon uchwycił genjalnie zwią- 
zek bytu jednostkowego z jakąś inną kategorją bytu — okre- 
ślił bytowanie indywidualne jako uczestnictwo (|i£T£](stv) jedno- 
czesne lub kolejne w różnych formach bytu ponadindywidualnego 
czyli świata idej. Spinoza doszedł do uwydatnienia jedności 
bytu, przyczem zaprzeczył jedyności znanej nam jego formy : 
byt jest jeden, ale w istocie swej nieskończenie bogatszy od 
tego, co się nam jako byt przedstawia. Leibniz wydobył prawdę 
wprost przeciwną — podstawową wielość w bycie, która nie da 
się roztopić w jedności. 

Krok następny należał już do filozofa, który znalazł filo- 
zofię przemienioną w teorję poznania — do Kanta. U niego 
naprawdę poczyna się problemat niewspółmiemości między my- 
ślą a życiem, problemat, okazany z dwu stron bardzo różnych — 
jako przepaść między „rzeczą w sobie* a formą poznania — 
i jako przedział między- rozumem czystym a rozumem praktycz- 
nyniy o których powiedziałby Mickiewicz,* że rozum czysty 
poznaje prawdy martwe, a rozum praktyczny — Ż3rwe. 

Filozofja Kanta była lilozofją granic — w tem tkwiła jej 
wielkość, ale w tem tkwiła również konieczność jej przezwycię- 
żenia. Bo mimo wszelkich prób, by filozofję zamknąć wśród 
granlCf których dostępność da się stwierdzić naukowo, jest 
ona w najgłębszej istocie dążnością do przełamania granic 
i zapór, do ującia wszechświata w kształt myślowy bez luk i 
bez sprzeczności. W tym względzie -^ tendencja romantyzmu 
była zgodna z owem najistotniejszem dążeniem filozofji. Bo ro* 
mantyzm był walką przeciwko wszelkiemu zacieśnianiu życia. 
Dręczony przepaścią między postulatami jednostki a stosun* 
kami, stworzonemi przez kulturę nowoź)taą, drażniony niepeł- 
noscią życia i pałający żądzą dopełnień — starał się życie. 



Digitized by 



Google 



— 142 — 

starał się uczucie i myśl i fantazję i czyn rozszerzyć, rozprze- 
strzenić w nieskończoność. 

Stwierdzony przez Kanta przedział między poznaniem a 
bytem był dla romantyka tragedją logficzną i tragedją życia. 
I stąd zrodziła się naczelna dążność filozofji rofnantycznej — 
doprowadzić do identyczności myśli i bytu, poznania i życia 
i tern samem zrealizować ideał jedności i wszechpoznawal- 
ności. 

Na to trzeba było nowej metody — trzeba było wedrzeć 
się w jądro życia wszechświatowego i z niego wywieść stru- 
kturę świata. W ten sposób można było dojść do 'fiłozofji ży- 
cia w istotnem znaczeniu — do filozo^i, któraby wyszła naprawdę 
od faktu życia i założeniu kartezyuszowskiemu : „jestem^ mogła 
przeciwstawić bogatsze w treść założenie: „żyję**. 

Tego czynu filozoficznego dokonał Fichte, stanąwszy mo- 
cno na terenie nowym, który dał rozważaniom metafizycznym, 
epistemologicznym i psychologicznym ^Kant, gdy, zainiast na 
wzór swych poprzedników angielskich zachować piętno psy- 
chologii indywidualnej, określał prawa i posttjaty świadomości 
wogóle i wskazał drogę, by pojęciom, związanym z jednostką, 
dać znaczenie ponadindywidualne. 

Fichte, zamiast w duchu Berkeleya uznać fakty psychicz- * 
ne jednostki za realność świata, stworzył pojęcie świata jako 
tworu, w genezie i w istocie opartego na zjawiskach analogicz- 
nych tym, które stwierdzić czy skonstruować może doświad- 
czenie wewnętrzne jednostki. Prawo śwj&ta jest dla niego dane 
w przeżyciu czynu. Dla Schellinga — przyrodnika i poety — 
dane jest ono w przeżyciu twórczem artysty. Dla Hegla tkwi 
ono w przeżyciu twórczości naukowej, pojęciowej. I u Hegla 
trud myśli, by spK>stać bogactwu i zmienności życia, doszedł 
dó szczytu. Przesunął się punkt ciężkości z pojęć na 'procesy, 
ze źródeł i przyczyn na kierunek; w skład systemu miały wejść 
nie schematy pojęciowe, ale całości życia historycznego 'w ro- 
żnem ustopniowąniu, wśród wielkiej historji twórczego wyzwa- 
lania się ducha. 

Wspólnie z całą plejadą poetów i mistyków przewodnicy 
filózofji romantycznej wprowadzają nowe naprawdę pojęcia 
naczelne: pojęcie życia, rozwoju, całości, twórczości, wolności. 

Do tego nawiązać musiał filozof, który zapragnął życie 
uczynić ośrodkiem filozofji. 

Niewątpliwie f ilozofja Bergsona jest zastosowaniem wyników. 



Digitized by 



Google 



- 143 — 

jakie osiągrn^y nauki przyrodnicze. Nie tylko jego teza o dwóch 
kierunkach ewolucji, ale nawet najgłębsza i naioryginalniejsza 
z jego myśli — wyjaśnieiiie inteligencji jako zdolności do two- 
rzenia nayzc^dzi i wprowadzenie jej w najściślejszy związek 
z pojmowaną geometrycznie materją — opiera się na teorjach 
przyrodniczych. Nigdyby nie zrbdziło się pojęcie inteligencji, 
jako środka/ dostosowanego do pewnych, określonych zjawisk ży- 
cia, pojęcie przygotowane zresztą przez akty wizm Boutrouxa, gdyby 
nie wyprzedziły go darwinistyczne idee walki o byt. A jednak 
poprzednikami Bergsona w pojmowaniu przyrody są głównie 
poprzednicy Darwina z epoki romantycznej — Boucher de ,Per- 
thes przedewszystkiem, twórca owej filozofji, którą Słowacki 
wcielił w „Genezis z Ducha" ^) — głoszący, że dusza, tworząc 
sobie coraz doskonalsze organy, kształtuje gatunki świata orga- 
nicznego. Jakkolwiek zaś słusznie stwierdzono związek Berg- 
sona z neospirytualizmem francuskinj — z teoiiami Lacheliera, 
Ravaissona, Boutrotixa — to przecież następcą swoim mogliby 
go uznać śmiało — niemieccy filozofowie przyrody. 

Bergson pojął życie, jako rozwój całości, dokonywający się 
przez twórczość wolną» zrozumiały w duchu fichtowskiej me- 
tody wyjaśniania świata. Oparty o nauki przyrodnicze, w na- 
turze swej mający silne skłonności artystyczne, stanął najbli- 
żej Schellinga. Dadzą się wskazać liczne i bardzo istotne po- 
krewieństwa — i nie byłoby to jedynie paradoksem, jeżeliby 
ktoś neoromantyzm Bergsona określił wprost jako ciąg dalszy 
schellingjanizmu, a więc jako nawiązanie do właściwej tradycji 
romantycznej, bo hegeljanizm przecież odchylił się od linji ro- 
mantycznej i doprowadził ostatecznie do reakcji antyromantycz- 
nej i do manifestu przeciw romantykom. 

Kiedy K. L. Michelet polemizował z Cieszkowskim, pisał, 
że Cieszkowski łączy się z pseudohegeljanami (t. j. ze zwolen- 
nikami tzw. filozofji pozytywnej, Fichtem młodszym, Weissem 
i nawet z Schellingiem) przez zasadę poznania, przez „czynną 
intuicję**. W tej zasadzie poznania tkwi najistotniejszy związek 
miedzy Bergsonem a Schellingiem — zwłaszcza Schellingiem 
z epoki późniejszej. Zasadniczy postulat Bergsona, to idea 
wzniesienia filozofji na stanowisko ponadnaukowe. Schelling 
twierdził, że dla „filozofji pozytywnej** konieczna jest droga 



1) Por. Kleiner. Z badań nad źródłami mistyki Słowackiego: Słowacki 
m Boachcr de Perthes (Księga pam. ku czci Orzediowicza. Lwów, 1916). 



Digitized by 



Google 



— 144 — 

ponadlogicznai intuicja, „intellektuelle Anschauung". Było ta 
nie tyle rozwinięcie myśli Kanta, ile raczej Spełnienie postulatu 
romantyków, którzy z mistyki dawnej i z nowej psychologii 
wzięli pojęcie ponadlogicznych źródeł poznania. 

Poezja romantyczna rzuciła się namiętnie do tego, co 
wymyka się świadomości, co V przebłyskach odgadywać się 
daje, co działa tajemniczo, dziwnie, niesamowicie; świat pod* 
świadomego nagle wyłonił się z głębin, zaciekawił i olśnił — 
i jako trwały skarb pozostał w literaturze, filozofji zaś wska- 
zał nowy teren zagadnień, który dla myśli dzisiejsze] zy- 
skał ^ tak niezmierne znaczenie. Daleki od jasnych pojęć i są- 
dów, splot nierozwikłany tajemnych drgnień uczuciowych i Uy- 
sków wyobraźni, świat ów wydał sięl łącznikiem ze światem 
wyższym. Tu odkrywały się światła dziwne, wiodące do krainy 
duchów i zbliżające do Boga. Przyrodniczemi kategorjami my* 
ślący Bergson zamiast „podświadomość" powie „instynkt* — 
i ujrzy w nim drogi tajemne do praźródeł bytu. ' 

Drogi tajemne, które na jasny język pojęć nie dadzą się 
nigdy przetłumaczyć. Ale to me odstrasza ani romantyków ani 
Bergsona. Mają oni zmysł tajemnicy, ten zmysł, którego nie 
miał w. XVIII — i chętnie pozostawią tchnienie tajemnicy wśród 
systemu swych id ^j, chętnie tchnieniem tajemnicy osnują 
zwłaszcza istotę osobistości, szukając jej podstaw w nieświa* 
domem* 

Idea, że poznanie zdobyte być może irracjonalnie, dane 
w formie bezpośredniego przeżycia, odezwała się echem w do- 
bie poromantycznej, stała się ważną zasadą w fiłozoi^i huma* 
nistycznej, głównie u Diltheya. Poglądowi matematyczno- przy- 
rodniczemu przeciwstawiono twierdzenie, że obok metod, które 
święcą tryumfy w ustalaniu praw i pojęć ogólnych, istnieje inna 
droga poznania i badania, dostosowana do indywidualnego 
bogactwa rzeczywistości duchowej, historycznej i że poznanie 
na podstawie przeżycia czy też wżycia się zbliża do .rzeczywi- 
stości bardziej, niż analiza pojęciowa. Bergson, opierając się na 
filozofji humanistycznej, usiłował zrobić coś podobnego, jak 
uczynili badacze, próbujący poznawać świat duchowy metodą 
przyrodniczą: rozszerzył sposób pojmowania rzeczywistości du-^ 
chowej na pojmowanie przyrody — zmienił poniekąd filozofji 
•przyrody w filozofję kultury. 

Stanie się to jasne, gdy uprzytomnimy sobie oba rodzaje 
poznania. Badacz przyrody pragnie zrozumieć powstawanie ro- 



Digitized by 



Google 



— 145 — 

śliny z ziarna^ badacz rzeczywistości ludzkiej, duchowej, kulturalnej- 
chce zrozumieź genezę symfonji BeethoYćna. Pierwszy potrąjfi nay 
dokładniej uchwycić wszelkie fazy, wiodące od nasienia do ro^ 
śliny rozwiniętej, objaśnić wszystko, co przyczynia się do wzro- 
stu lub co mu przeszkadza — a jednak czy nie zrozumiemy 
łatwiej powstania symfonji? Bo przy odpowiednim stopniu 
rozwoju umysłowego potrafimy w przybliżeniu przeżyć fakty 
psychiczne, które wydają nam się wystarczające dla stworzenia 
symfonji; nie możemy zaś przeżyć faktów, którebyśmy odczu* 
wali jako dostateczne dla przejścia ziarna w roślinę. 

Bergson, uznając całą rzeczywistość za coś psychicż-^ 
nego, chce właśnie doprowadzić do przeżycia i uchwycenia 
faktów psychicznych, wystarczających dla zrozumienia świata^ 
Niezmiernie pouczające jest pod tym względem jego tłumacze- 
nie materji. Sięga on do psychologji luźnych, nie kierowanych 
przez uwagę skupioną, wspomnień przeszłości. Gdy poddamy 
się fali wspomnień bez oporu, bez wysiłku woli w kierunku 
określonym — z jednolitego strumienia życia wyłaniają się 
luźne fragmenty i luźnie mieszczą się obok siebie, niby przed- 
mioty odrębne w przestrzeni; przeżywamy wtedy zdaniem Berg- 
sona — przemianę niepodzielnego, płynnego trwania w ustala* 
jącą się podzielną przestrzenność, przemianę życia w materję*. 
Jeżeli hipoteza Bergsona jest słuszna, to prowadziłaby istotnie 
do zrozumienia materji, bo pozwala przeżyć fakty psychiczne^ 
które wydają nam się do powstania materji dostateczne. 

Ale nie tylko w pewnych zagadnieniach i metodach — - 
w całem dążeniu najistotniejszem bergsonizm zgadza się z roman- 
tyką* Romantyzm, przeciwstawiający jednostkę światu, uznający 
jednostkę i świat za siły róv^noważne^) — wzniósł na piedestał 
stanowisko twórcze wobec rzeczywistości. Romantyzm walczący 
z ciasnotą myśli jednostronnej i ze zmechanizowaniem i zmate- 
ijalizowaniem społeczeństwa, wysunął na czoło postulat wolno- 
ścL Walcząc zaś z bezwartościowośdą życia, filozofję uczynił 
tworzeniem i ustalaniem wartości. 

Autor .Ewolucji twórczej^ osnuł właściwie cały swój sy-*^ 
Stern na pragnieniu uratowania wolności w świecie. Zarodek 
bergsonizmu to chęć przezwyciężenia poglądu deterministycz- 
nego. Raz jeszcze — jak u Hume'a — pojęcie przyczyno wości miało 



<) Por. Kleiner. Z problemów romantyzmu. Kronika powszechna 1912* 
45—46 — i Kleiner, Juljiuz Słowacki. Dzieje twórczości, tom I., str. 1— 2ir 

10 



Digitized by 



Google 



. — 146 — 

być poddane rewizji, by odsłonić nowe horyzonty. Prawo 
przyc^nowości przybrało w wiedzy nowoczesne} postać prawa 
o zachowaniu energji; Bergson atakuje więc prawo zachowania 
energfji. Atakuje hipotezę, że nieobliczalność świata ducho- 
wesfo, historycznego tkwi tylko w nieświadomości przyczyn. Ża- 
dna nowa faza rzeczywistości nie jest dana w poprzedniej — 
to X, którego brak odczuwa się w kompleksie przyczyn, chcąc 
Mryjaśnić całkowicie fakt realny, jest X rzeczywistem, nie zaś 
symbolem niewiadomej, która dałaby się wydoskonaloną me- 
todą obliczyć. Wobec tego w życiu istnieje nie przyczynowość, 
ale twórczość. 

Czy takie pojęcie zaspokaja ideał logiczny, to kwestja; ale 
zaspokaja ideał etyczny i estetyczny życia. I pozwala — co naj- 
ważniejsze — z istotnej linji wytycznej życia usunąć walkę o byt 
lub przynajmniej rolę jej umniejszyć. 

To jednak osiąga głównie na innej drodze — przez sprowa- 
dzenie życia do jednego, wspólnego u źródeł, pędu j^yciowego, 
eZnn viiai. Pojęcie to, o niezbyt określonej treści i niezbyt wiel- 
kiej wartości naukowej, wyrosło przecież z bardzo określonego 
dążenia, w którem może tkwi wytyczna dla dalszego rozwoju 
filozofji. 

Jak w romantyzmie, ponawia się walka przeciw obniżaniu 
wartości życia, przeciw zacieśnianiu go w rynkach utylitaryzmu. 

„Celem życia jest życie** — i romantyk i — pragmatysta 
solidaryzują się w tem zdaniu. Ale o jakiem życiu mówi to 
hasło? 

Nie może tu wystarczyć przyrodnicze pojęcie życia* jednost- 
kowego czy gatunkowego. Logika kultury i (co na jedno wy- 
chodzi) logika kształtowania się wartości nie daje się ująć ani ze 
stanowiska zachowania jednostki, ani nawet zachowania ga- 
tunku. W ramach przyrodniczo -materjalistycznego poglądu na 
świat możliwy jest właściwie tylko utylitaryzm t. j. podporząd^ 
kowanie wszelkich wartości instynktowi samozachowawczemu; 
nie zmieni się rzecz zasadniczo, jeśli będzie chodziło o zacho- 
wanie życia cudzego — kryterjum wartości pozostanie w zasa- 
dzie to samo — tak saiho nie wystarczające. 

Bo nie zachowanie życia, ale jego rozszerzenie i wzboga- 
cenie, ale przejście poza granice życia, określonego przyrodni- 
czo, jest wytyczną istotną.. Buntuje się nawet instynkt dziecka 
i człowieka pierwotnego przeciw utożsamianiu wartości z uży- 
tecznością; na nizinach i na wyżynach człowieczeństwa zdaje 



Digitized by 



Google 



~ 147 — 

siQ tryumfować paradoks: najcenniejsze może być to, co bez- 
utyteczne i bezcelowe. 

W rozwoju historycznym funkcje untezaleźniają się od ich 
bjolosficznego znaczenia, środki uniezależniają się od celów, cele 
odrywają siq od zachowania życia. Własność nawet — w po- 
jęciu utylitamem tak nierozerwalnie związana z wartością — pro- 
wadzi poza obręb ciasnoty jednostkowej, skoro przedmiot ceni 
cdowiek nie dlate^, że jest jego własnością, ale że upatruje 
wartość w nim samym, niezależnie od swego stosunku do przed*^ 
miotu. Najbardziej zasadniczą wartością jest dla cdowieka '— 
drugi człowiek; i dochodzi do tego, że najistotniejszą część swej 
osobistości będzie zastępczo widział w kimś lub czemś drugiem. 
Wysiłkiem swym tworzy rzeczy nowe, stające się dla niego 
kontynuacjami jaźni, jak kontynuacją jaźni jest dziecko. 

Dążenie do ekspansji okazuje się najistotniejszą cechą du« 
chowa; przełamuje ono przedewszystkiem groźbę śmierci i cią- 
głą zależność od zmiennych warunków. Każe człowiekowi prze- 
dłużać swe istnienie w dziecku i w dziele — każe mu ukochać 
niezależność, niezmienność, trwe^ość, nieśmiertelność. 

Gdy krąg waKości trwałych rozciąga się w czasie i w prze- 
strzeni, zatraca się ich konkretność; przechodzą one w inną 
kategorję bytu: bytu instytucji i^kultury, tego bytu, jaki po- 
siada ród, urząd, organizacja, naród, państwo, kościół* Zasadni- 
czą cechą tej sfery wartości jest odmienna je) rola wobec jed- 
nostki. 2^miast pojęcia własności zjawia się tu pojecie uczest- 
nictwa. Jednostka uczestniczy w jakiejś wyższej, ponadindywi- 
dualnej rzeczywbtości, tak jak uczestniczy w korzystaniu ze 
słońca i z powietrza •— i przez to, bogaci treść swego żyda. 

Ale ten byt instytucji nie wyczerpuje jeszcze świata war- 
tości. Ponad nim staje sfera norm najwyższych, sfera t. zw. 
ideałów. Myśl nowoczesna, szukając wyjścia z niewspółmierno- 
ści życia i wiedzy, skłonna jest uznać je za projekcję umysłu, 
za cenną fikcję, przyzna jej byt logiczny — odmówi tego bytu, 
który odczuwamy jako rzeczywisty. 

A jednak i>oczucie domaga się, by owej najwyższej sferze 
życia nie odmawiać — życia. Chce stanąć wobec niej nie na 
stanowisku logicznem, lecz — religijnem. 

Stanowisifo czysto logiczne bowiem nie daje się utrzymać 
w sferze wartości. Tu istnieją naprawdę tylko dwa stanowi-- 
ska — utylitarne i religijne. Pierwsze polega na podporządko- 
waniu wartości życiu prz)rrodniczemu, drugie na odczuwaniu 



Digitized by 



Google 



— 148 — 

I uznawaniu związku z W3rzszem życiem. Na tern tle rozwijają 
siq owe stany psychiczne, jak modlitwai kontemplacja, za* 
chwyt, ekstaza, w których tkwi zawsze pewna negacja osobisto- 
ści własnej, zrzeczenie si^ własnego „ja' na rzecz innej rzeczy- 
wistości — i zarazem poczucie wzbogacenia, spotęgowania 
tej jaźni. 

Istnienie jednak tej wyższej^ rzeczywistości nie da się wy*- 
MTieść z myśli logicznej. W tem tkwił błąd Hegla, który ze 
wszystkich filozofów świata najgłębiej pojmował iistopniowanie 
kręgów życia i wartości i na tem oparł teorję o duchu subje- 
kty wnym, objektywnym i absolutnym. Romantycy szukali stwier^ 
dzenia owej rzeczywistości wyższej w błyskach i tajniach pod- 
świadomego, w stanach natchnienia i ekstazy. 

Bergsonowski ^abn vitał mimo pozorów przyrodnica^ch 
wydaje się próbą skonstruowania wyższej, ponadindywidualnej 
i ponadgatunkowej kategorji życia jako źródła istotnego war- 
tości. Intuicja nie tylko uchwycić ma istotę naszego życia; się- 
gając w jądro jaźni, ma przełamać jej granice, odczuć ^cie 
wogóle — absolut. 

Funkcja intuicji Bergsona nie zamyka się więc w dziedzi- 
nie filozof ji, ale dotyczy sfery religji; odpowiada pragnieniu 
myślicieli romantycznych, by lisunąć ową anomaiję, że filozofa 
niszczy przeiycie religijne. 

A w odczuciu związku z życiem wyższem jako wytycznej 
w ewolucji tkwi zarazem przezwyciężenie idei, że prawem roz- 
woju jest walka o byt. Na miejsce konieczności wstępuje wol« 
ność i twórczość, na miejsce pojęcia gatunku pojęcie wszechży- 
da, na miejsce walki o byt -v- pęd ducha w nieskończoność. 



Digitized by 



Google 



TADEUSZ KOTARBIŃSKI. 



Sprawa istnienia przedmiotów 
idealnych. 



Czy istnieją przedmioty idealne? Odjiowiedź może wypaść 
tak lub inaczej zależnie od znaczenia nazwy ,,idealny*. Rozważ- 
myi tedy różne jej odmiany, spotykane w książkach i rozmo- 
wach, i na początku przyjmijmy, że ^idealny** •*- to tyle, co 
» tylko pomyślany^. Ale: tylko pomyślany — to wszak pomy- 
ślany, lecz nie jakiś jeszcze. Nie jaki zatem? Nie istniejący. 
Przy tem jednakże rozumieniu idealnych przedmiotów nii^ma, 
jeżeli tylko tyczy się ich ontologiczna zasada sprzeczności. Dla 
każdego bowiem P jeżeli P istnieje, to pewien przedmiot jest 
P, i odwrotnie. Niechże więc istnieje jakiś przedmiot idealny 
I: skoro istnieje 1, to pewien przedmiot jest I; lecz I, jako 
przedmiot idealny, musiałby być nie istniejący, czyli taki, 
którym żaden przedmiot nie jest. Słowem, pewien przedmiot 
byłby I, zarazem jednak żaden przedmiot nie byłby I. 

Wszelako taki wywód zazwyczaj nie przekonywa wyznawcy 
przedmiotów idealnych. Zwraca on uwagę na rzekome niepo- 
rozumienie co do sensu nazwy .istniejący". Wyróżnia istnienie 
w najogólniejszym sensie, przysługujące zarówno dotykanym 
ciałom, jak i owym uznawanym przezeń entia rationis. W tym 
też sensie powiada, iż przedmioty idealne istnieją. Gdy jednak 
nazywał je pomyślanemi, lecz nie istniejącemi (bo taka była 
przyjęta przed chwilą definicja), miał na myśli sens inny: wi- 
nien był raczej powiedzieć, że idealny — to pomyślany, lecz 
nie istniejący realnie, krócej — nie realny. To wyjaśnienie uja- 
wnia potrzebę nowego wyjaśnienia. Bo i cóż to znaczy „re« 
alny"? Przypuśćmy, że staje co do tego prowizoryczna zgoda, 
i że przez „nierealny** umówiono się nazywać przedmiot nie- 
czasowy i nieprzestrzenny, c^yli taki, o którym nie jest prawdą 
orzec, iż jest (był, będzie) tam a tam, ani że jest (był, będzie) 



Digitized by 



Google 



— 150 — 

wtedy a wtedy. Taki przedmiot musi być zatem wolny od z»* 
'^ładyi a i nie powstał nigdy i zmieniać się nie moźe» skoro 
niema ani chwili ani zbioru chwil, kiedyby byl, i niema przeto 
takiej chwili ahi mnogości chwil, po którejby zaczi^ lub przed 
którąby skończył być, ani takiej, kiedyby był taki a taki, i innei, 
kiedyby był inny. Znane dobrze i powtarzane od wieków ne- 
gatywne atrybuty rzekomych bytów umysłowych. Znane dobrze 
a jednak jakże trudno powiedzieć coś stanowczego przeciwko 
istnieniu całego tego świata I Trzeba rozbić gromadę na cztcścŁ 
i usiłować tępić po kolei, bez gwarancji, że się wytrzebi wszystko 
„idealne' zło. 

I otóż jasną jest rzeczą przedewszystkiem, że pod grozą 
sprzeczności nie wolno tu zaliczać fikcyjnych bohaterów i zda- 
rzeń poezji, ani projektowanych urządzeń technicznych czy spty- 
łecznych, chyba, że wolno rzeczom nie być nigdzie, lecz miee 
długości, szerokośd, wysokośd — nie być nigdy, lecz trwać tak 
a tak długo i zmieniać się w taki a taki sposób. A już jaskrawo 
sprzecznie wyglądają takie przedmioty idealne, jak np. pan^ 
Zagłoba, który zginął od strzału wroga, pędząc w pierwszym 
szeregu husarji na janczarów w szarży pod Chocimiem. Wszak 
ten przedmiot, na mocy definicji, był gdzieś i kiedyś, pod Cho* 
cimiem w pierwszym szeregu jazdy, w dniu bitwy historycznej. 
Nie jestże zatem realny, jeżeli jest wogóle? Jeśli zaś idealny,^ 
to i czasowo-przestrzenny i nie czasowo-przestrzenny zarazem^ 
a więc sprzeczny. A i to jeszcze wytknąć mu się godzi, że jak- 
kolwiek, na mocy definicji, był pod Chocimiem w pamiętnym 
ataku, jednakże prawdą jest, że ktoby poszukiwał tam i wtedy 
pana Zagłoby, ten pośród przedmiotów tamtejszych i owcze* 
snych zgołaby go nie znalazŁ Jeśli był zatem pan Zagłoba, to 
był tam i wtedy, gdzie i kiedy nie było go wcale. Niema więc 
takiej grupy przedmiotów idealnych, niema nawet wśród minio- 
nych rzeczy ani wyspy Ogygji ani też nimfy Kallipso na te] 
wyspie, niema pracowni Hefajsta pod Etną, gdzie wykuł AchO- 
łowi tarczę, któiej niema. 

Ale są pono w naszej wyobraźni wizje tych krajów, osób 
i rzeczy. W wyobraźni, wizje — tego aż nadto, by wykryć nie- 
porozumienie! Wszak ten, kto tak powiada, przyzna również, 
że wizja Hefajsta, kującego tarczę pod Etną przed trzema ty- 
siącami lat, — to nie sam Hefajstos, kujący tarczę pod Etną przed 
trzema tysiącami lat. Hefajstos kuł pod Etną i tak dawno — wizja 
nie pod Etną bytuje, lecz w twojej wyobraźni, i nie tak dawno. 



Digitized by 



Google 



- 151 — 

lecz teraz, kiedy poetyzujesz i póki poetyzujesz. I choćbyś so- 
bie nie Hefajsta pod Etną pomyślał, lecz — dajmy na to -- 
samą sprawiedliwość, samo piękno wogóle, lub istotę X| okre- 
śloną jako najdoskonalszy z aniołów, nie będących nigdy ani 
też nis^dzie, — zawsze twoja wizja sprawiedliwości, piąkna» 
istoty X będzie, jeżeli nie gdzieś (bo może dla ciebie „w wyO" 
braźni*" to nie «w takiem a takiem miejscu^), to w każdym 
razie kiedyś, właśnie wtedy, gdy sobie te rzeczy myślisz. 1 znowu 
inna grupa przykładów z idealnego świata zapada się w nie- 
byt, nie chcąc zasłużyć na zarzut sprzeczności. Byłyby to bo* 
imem takie przedmioty nieczasowe, któreby były czasowe. 

Ale hydra ontologji przedmiotów idealnych rozporządza 
jeszcze wieloma słowami. Wszak jest pono grupa przedmiotów 
idealnych niebylejakich, lecz dobrze w nauce zasłużonych, t. zw. 
przedmioty matematyczne. To, że matematycy naogół ich bronią, 
nie byłoby straszne, gdyż niema osoby mniej ścisłej, niż mate- 
matyk, skoro przestał pisać, a zaczął mówić, zwłaszcza jeżeli 
zaczął mówić o przedmiocie swej nauki i jego stosunku do 
przedmiotów innych nai|k. Atoli sam temat jest trudny i na 
tym terenie bardzo łatwo zamiast dowodu bronionej tezy dać 
skuteczny dowód własnej niekompetencji. To też ostrożność 
zalecić sobie tu musimy jak największą, a pierwszym jej wy- 
razem niechaj będzie zrzucenie oneris probandi na barki prze- 
ciwnika. Jakkolwiek przeto wabią ku sobie poszlakami przy- 
najmniej sprzeczności zarówno nieprzestrzenne, nigdzie nie- 
obecne, a jednak długie, szerokie i wysokie bryły, jak nigdzie 
nieobecne, a jednak długie i szerokie powierzchnie, jak nie- 
przestrzenne, a jednak długie krzywe, proste, odcinki i promie- 
nie, jak wreszcie punkty, nie będące nigdzie, a jednak nie po- 
zbawione odległości od innych punktów, punkty pozbawione 
wymiarów, choć ich zbiory posiadają wymiary, punkty, których 
zbiorami są wszystkie inne całości geometryczne, mające czę- 
ści, a które same części nie posiadają; jakkolwiek cała ta ple- 
jada dziwnych rzeczy nie usposabia do siebie korzystnie uspo- 
sobionego trzeźwo umysłu, jednak oprzemy się pokusie i zanie- 
chamy próby okazania, iż te i t. p. rzeczy nie istnieją. 

Poprzestaniemy na braku dowodu ich istnienia, czem zre- 
sztą nie różnią się one od drugiej, arytmetycznej grupy przed- 
miotów matematycznych, od liczb. Lecz niechaj nikt nię myśli, 
że poważamy się tutaj kwestjonować prawdziwość twierdzeń 
matematycznych. Mniemamy tylko, że jeżeli istnieje poprawna 



Digitized by 



Google 



— 152 — 

^yteona przedmiotu P', to z tego nie wynika bynajmniej, ze 
i przedmiot P istnieje. Teorja bowiem jest to zbiór twierdzeń 
warunkowych, a teorja przedmiotu P nazywamy tutaj zbiór 
twierdzeń warunkowych, których forma ścisła byłaby taka: dla 
każdego X, jefeli X jest P, to X jest Q, lub podobnych, a zawsze 
takich, że P znajdzie się wyłącznie w orzecznikach, nigdy w pod- 
miocie. Takie zaś twierdzenia mogą być prawdziwe, nawet 
gdyby fałszem było dla wszelkiego X, że X jest P, czyli gdyby 
nawet zgoła nie istniał, przedmiot P. I może sobie być od po- 
ezątku do końca prawdziwą teorja przeciąć stożkowych, cho* 
ciażby nawet żaden przedmiot na świecie nie był ani hiperbolą, 
ani parabolą, ani elipsą, ani kołem; może sobie być prawdziwa 
w całości teorja kuli, mimo że żaden przedmiot nie jest kulistą 
bryłą; i jest prawdą niewątpliwie, że 2X2 = 4, chociażby na- 
wet żaden przedmiot nie był czwórką lub żaden nie był kwa- 
dratem dwa. Tak źle wszelako nie jest, bo oto symbol „4* na- 
przykład, w pewnej interpretacji, jest nazwą chociażby zbioru 
ścian tego . pokoju, podobnie jak symbol «2 X 2.' Mamy tu 
jdrogę do realistycznego, co więcej, materjali stycznego nawet 
pojmowania przedmiotów matematyki : stanie ona otworem w ca- 
łej szerokości, jeżeli np. wszelkie rodzaje liczb uda się spro- 
wadzić do całkowitych, wszelkie zaś zagadnienia geometryczne — 
do liczbowych. 

A teraz klasy i wpgóle zbiory: bo wszak klasa przedmio- 
tów P — to zbiór wszystkich przedmiotów P. Czyż to idealne 
przedmioty? W każdym razie nie wszystkie, gdyż zbiór rzeczy 
czasowo- przestrzennych, sam jest rzeczą czasowo- przestrzenną 
i las jest tu i wtedy, zależnie od tego, gdzie i kiedy są drzewa, 
które są jego elementami czyli częściami. Nie czasowo- prze- 
strzennemi mogłyby być conaj wyżej zbiory nie czasowo- prze- 
strzennych przedmiotów, nie jako zbiory zatem, lecz jako zbiory 
idealnych przedmiotów ; niedość więc błysnąć przed oczyma przy- 
kładem klas, by przekonać o istnieniu przedmiotów idealnych. 
Lecz może tak się rzeczy mają tylko z klasą, pojętą jako zbiór, 
na sposób współczesny? Jednakże nie o* zbiory szło jakoby, 
kiedy rozprawiano dawniej o rodzajach i gatunkach, mówiąc np,, 
że definicja winna podawać genus proximum et differenłiam spe- 
cificam. Są to rzekomo pojęcia, a ściślej — przedmioty pojęć, 
obejmujących wszystkie przedmioty o danej własności istotnej, 
przedmioty, które podpadają pod te pojęcia. Te zaś pojęcia — 
to formy, w jakie umysł ujmuje zasoby przedmiotów, formy 



Digitized by 



Google 



— 153 — 

przez umysł wytworzone drogą abstrakcji, przedmioty umysłowe, 
idealne, p3za czasem bytujące i poza przestrzenią. Otóż jedno 
z dwojgfa: albo bezczasowość, albo powstawanie drogą abstrakt 
ć)i, dziąki działaniu umysłu. Co powstaje, tego kiedyś nie było, 
a znowu kiedyindziej jest ono. Więc i rodzaje i gatunki, po- 
dobnie zresztą jak i liczby, okrzyczane za „wolne twory umy- 
słu^, jeżeli są tworami umysłu, nie są idealne w sensie niecza- 
sowych i nieprzestrzennych przedmiotów. 

Zostawmy tedy na boku tymczasem ową produkcję umy- 
słową rodzajów i poprzestańmy na objektywniejszej charakte- 
rystyce tego typu przedmiotów: są to jakoby powszechniki, 
przedmioty ogólne. O tyle właśnie są formami, że tylko pewne 
cechy posiadają, wspólne innym, pod każdym względem okre- 
ślonym przedmiotom, pod nie podpadającym. Ściśle, podmio- 
tem ogólnym ze względu na wszystkie przedmioty P będzie 
taki przedmiot Op, który posiada tylko cechy wspólne wszyst- 
kim przedmiotom P. Takiego jednak przedmiotu być nie może. 
Dowód 1-szy. Niechaj c będzie cechą swoistą któregoś z przed- 
miotów P, czyli taką,^ że ten właśnie przedmiot P ją posiada, 
a żaden inny z pośród P jej nie posiada. Cecha taka istnieć 
musi dla każdego P, gdyż inaczej dwa lub więcej P byłyby 
identyczne. Otóż albo cechę c, albo cechę braku tej cechy, jej 
negację, przedmiot Op posiadać musi ze względu na zasadę 
wyłączonego środka; czy jednak posiada on cechę c, czy jej 
negację, w obu wypadkach posiada cechę nie wspólną wszyst- 
kim P, co daje sprzeczność z definicją przedmiotu Op. Dowód 
2-gi. Przedmiot Op jest ogólny. Ponieważ jednak posiada tylko 
cechy wspólne przedmiotom P, przeto i ta cecha ogólności ze 
względu na przedmioty P jest im wspólną. Są one zatem wszyst" 
kie ogólne ze względu na przedmioty P, a zatem identyczne ze 
sobą i z przedmiotem Op. Dodajmy nawiasem, że ogólność 
przedmiotu nie chroniłaby go zawsze od czasowości i prze- 
strzenności, bo jakżeby się rzecz miała z przedmiotem Op, zde- 
finjowanym "w ten sposób właśnie, że jest to przedmiot, posia- 
dający tylko cechę czasowo -przestrzenności? Nie, przedmioty 
ogólne nie istnieją, gdyż byłyby sprzeczne; nie istnieje zatem 
i taka klasa przedmiotów Idealnych. 

Ale to jeden dopiero typ abstraktów: pozostają cechy. 
Tak dużo było o nich mowy przed chwilą, iż ten i ów mógłby 
sobie pomyśleć, że dla nich wypraszamy dyspensę i uznajemy 
ten gatunek idealnych przedmiotów. Otóż nie, i cech również 



Digitized by 



Google 



- 154 — \ 

tyczy si^ proskrypcja. I cechy nie istnieją, o ile tylko mają to 
być przedmioty bezczasowe i bezprzestrzenne, a więc i nie* 
zmienne, które jednak przysługiwać mają od czasu do czasu 
rzeczom czasowym. Cóż to bowiem znaczy, jeżteli nie tyle, ie 
bezczasowa cecha, n. p. cecha białości, w pewnym okresie czasu 
przysługuje danemu ciału, n. p. bryle śniegu, w pewnym zaś 
innym okresie czasu nie przysługuje mu, skoro mianowicie roz- 
topi się ta bryła. Lecz w takim razie cecha białości podlega 
pewnym zmianom: z przysługującej danemu ciału staje się nie- 
prey sługującą, w innych wypadkach — odwrotnie i takiej pe- 
rypetji podlega za każdym razem, ilekroć coś na ziemi zyskuje 
lub traci białość. 

Zmienia się zatem cecha,, jeśli to tylko nie jest cecha 
absolutnie stała — cecha, która, jeśli czemu przysługuje, to przy- 
sługuje zawsze, a jeśli nie przysługuje, to nie przysługuje nigdy. 
A jeżeli się cecha zmienia, to jest w pewtiym czasie inna, 
a w innym — inna znowu; jeżeli zaś jest w danym czasie taka 
a taka, to jest w tym czasie właśnie, więc jest czasowa. Na 
cóż zresztą potrzebna tutaj zmiana? Z tego samego już, że dana 
cecha w tym a w tym czasie przysługuje danemu przedmio- 
towi, wynika, że w tym właśnie czasie sama ona posiada tę 
cechę przysługiwania, a więc w tym czasie właśnie i jest przeto 
czasowa. Wstyd naprawdę bierze tak scholastycznie przemawiać, 
ale trudno, trzeba stosować przysłowie i wybijać klin klinem. 
Kto nas pragnie omotać splotem słownego przędziwa, tego do- 
brze jest uwikłać jego własnym kłębkiem, jeżeli się uda. Zasłu- 
gują na to propagandyści cech. Słysząc wyrazy, niebacznie do- 
myślają się oni przedmiotów. „Śnieg i kreda posiadają cechę 
białości*"; a więc istnieje dla nich taki przedmiot, cecha biało- 
ści, czyli bie^ość. I stosunek jej do śniegu istnieje, gdyż ma 
swoje miano: jest to „inherencja^, stosunek ,, tkwienia^. Widać 
jednak wyraźnie, że to nie takie tkwienie, jak gwoździa w ścia- 
nie* gdyż gwóźdź, tkwiący w ścianie, nie może jąiż zarazem 
tkwić w ścianie przeciwległej, a cecha — może, np. cecha 
drewnianości. Stąd rodzi się kwestja lepszej orjentacji co do 
tego stosunku i nieuprzedzony badacz natychmiast go wykryje. 
Oto gdy mówimy: „w śniegu tkwi cecha białości*" lub «śnie* 
gowi przysługuje cecha białości'' lub „śnieg posiada cechę bia- 
łości"" i t p., nie mówimy ani mniej ani więcej, jak tylko tyle, 
że śnieg jest biały. I stopniała nam cecha, jak śnieg topnieje. 
Poprostu niema żadnych cech na świecie: są tylko zwroty. 



Digitized by 



Google 



— 155 — 

w które wchodzą wyrazy: .cecha" lub ^białość'', ^sprawiedli- 
wość' i t. p.f zwroty omownei zastępcze, rdźnowaźne zdaniom, 
wolnym od takich składników. I tamte dopiero zdania mają 
sens Bteralny. Wolno nam tedy używać owych zwrotów zast^p^ 
czych i robiliśmy użytek z tej wolności, mówiąc o przedmio- 
tach ogólnych; jednak z tej, jak i z każdej innej wolności, na* 
leży korzystać ostrożnie* Kto inaczej patrzy na cechy, kto wie- 
rzy w istnienie cech jako pewnej ST^py przedmiotów, ten szcz^ 
śliw, gdyż rzeczywistość wydaje mu się bogatszą, niż jest. Nie- 
chajże sobie obcuje z tą rzeczywistością, byleby tylko nie 
uwikłał sią niebacznie w jaką subtelną antynomję» Zastanówmy 
stę bowiem nad cechą c, określoną jako cecha nieposiadania 
samej siebie i zapytajmy, czy posiada ona cechę c? Jeżeli ce- 
cha c posiada cechę c, to posiada cechę nieposiadania samej 
siebie, a więc posiada cechę nieposiadania cechy c, a więc nie 
posiada cechy c. Jeżeli cecha c nie posiada cechy c, to nie 
posiada siebie samej, posiada zatem cechę nieposiadania siebie 
samej, a więc posiada cechę c. Na obu drogach sprzeczność. 
Co się powiedziało o cechach, to można powtórzyć o sto- 
sunkach muiałis mutandis. Przeciwko ich niezmienności i bez- 
czasowości przemawia to, że przedmioty, będące ich członami, 
są niemi w pewnych okresach czasu, w innych — nie są. Da* 
Ie|, stosunek stosunków do członów niewyraźnie się przedstaw- 
wia: gdy cechy wzorem ćwieków tkwiły w ciałach, a jednak, 
prawdę mówiąc, nie były częściami całości, z dała i wbitego 
ćwieka złożonej, to stosunki łączą znowu rzeczy nakształt łań- 
cuchów, lecz, prawdę mówiąc, nie łączą ich w ten sposób; bo 
i gdzież jest łańcuch, któryby jednocześnie wiązał jedną parę 
braci i drugą parę braci i trzecią parę braci, każdego z każdym 
w danej parze, daleko rozrzuconych? A takim musiałby być 
stosunek braterstwa: Poprostu niema na świecie stosunków; 
są tylko zwroty, gdzie wchodzą wyrazy: ^stosunek', „większość", 
« braterstwo^ i t. p., zwroty omowne, zastępcze, równoważne 
zcbiniom, wolnym od takich składników. Niema stosunku star- 
szeństwa między ojcem a synem, chociaż ojciec starszy jest od 
syna. Wolno nam jednak mówić wtedy, że zachodzi między 
ojcem a synem stosunek starszeństwa, bylebyśmy pamiętali, co 
wł^iściwie w ten sposób wypowiadamy: wypowiadamy nie mniej 
i nie więcej, jak tylko tyle, że ojciec starszy jest od syna. Oto 
i wszystko. Kto zaś wierzy w stosunki, niech się zechce roz- 
prawić z następującą antynomją. Weźmy na uwagę dowolny 



Digitized by 



Google 



— 156 — 

przedmiot A, oraz stosunek S» określony w ten sposób, źe za- 
chodzi on między każdym stosunkiem R, a przedmiotem A 
zawsze i tylko, jeżeli ów stosunek R pozostaje w stosunku R 
do przedmiotu A. Zapytajmy teraz, czy stosunek S pozostaje 
w stosunku S do przedmiotu A? Oczywiście wtedy, jeżeli sto- 
sunek S pozostaje w stosunku S do przedmiotu A, to stosu- 
nek S nie pozostaje w • stosunku S do przedmiotu A i odwrot- 
nie. Sprzeczność na obu drogach. 

Cóż jednak najjaskrawszą antynomja obchodzi tych zacie- 
kłych wyznawców idealnego świata, którzy otwierają doA drzwi 
na oścież, wpuszczając do wnętrza nawet przedmioty sprzeczne. 
Sprzeczność jest wyrokiem śmierci na przedmiot realny, to 
uznają. Leczenie jest nim bynajmniej dla idealnego przedmiotu. 
Co więcej, jest listem żelaznym, który daje dostęp do świata, 
gdzie bytują kwadratowe koła i t. p. osobliwości. Cóż począć 
z takim przeciwnikiem? Niestety, nie pozostaje nic innego, jak 
pozostawić go w spokoju, gdyż jest on nietykalny. Dwa mamy 
bowiem tylko sposoby przekonania kogoś, że dany gatunek 
przedmiotów nie istnieje. Jeden — to zbadać wspólnie z tą 
osobą teren i przekonać się .^naocznie", że się takiego przed- 
miotu... nie widziało. Ten sposób skutkuje tylko w pewnych 
razach. Dobry jest, kiedy idzie o poszukiwanie przedmiotów 
które — jak z góry wiadomo — mogą się znajdować tylko na 
danym terenie (gdyż tak każe naprzykład definicja). Muszą to 
być przytem przedmioty tak wyraźnie dostrzegalne, że przy 
danych warunkach obserwacji nie mogą nie być dostrzeżone. 
Ot w ten sposób można kogoś przekonać, że niema nikogo 
w tyiń oto tutaj niedużym, jasno oświetlonym i pustym pokoju. 
Tą drogą jednak nie przekonamy o niczem zwolennika przed- 
miotów idealnych, gdyż do obszaru przedmiotów idealnych 
zajrzeć niepodobna. Tbk, iż tylko drugi sposób pozostawałby 
do użytku, a ten polega na sprowadzeniu do sprzeczności kon- 
cepcji negowanych przedmiotów. Skoro i ta broń zawodzi, prze- 
konywać nie warto. Nam wystarcza poprostu krótka teza: 
przedmioty sprzeczne, nawet idealne, nie istnieją, gdyż są 
sprzeczne ! 

Jeszcze, z okazji rzekomych przedmiotów bez czasu i miej^ 
sca, słów parę o samym czasie i samej przestrzeni; o czasie, 
który sąm już nie jest kiedyś, i o przestrzeni, która już samą nie 
jest tu a tu; o czasie, który jest niejako olbrzymim tunelem, 
którędy przepływają zdarzenia, formą niejako, gdzie one się 



Digitized by 



Google 



— 157 — 

mieszczą, formą, któraby pozostała w kształcie pustego kanału 
po zniknięciu wszelkich przebiegów; o przestrzeni, którit 
jest niby olbrzymim basenem, gdzie przechowują się wszystkie 
rzeczy, formą niejako, w której są zamknięte, a któraby pozo^ 
stała nakształt pustego naczynia po usunięciu wszystkich ciał. 
Przenośnie to wszystko i obrazy, a sama przestrzeń i czas 
zgoła niepotrzebne naukom, zajmującym się najbardziej Czasem 
i przestrzenią. Tam wystarczą odległości i odstępy, ściślej, tam 
wystarczy stwierdzać, że dwa zdarzenia są współczesne, lub że 
jedno zdaf^enie jest od drugiego późniejsze; ile zaś późniejsze, 
o tem powiadomi długość drogi, przebytej przez obrane ciało 
ruchome. Lecz długość — to stosunek. Czyż więc istnieją prze* 
strzenne stosunki (mimo, że nie są nigdzie)? Nie, znowu język 
pobróździł. Poprostu te a te ciała są równie długie, to zaś 
dłuższe od tamtego, gdyż ich części są tak a tak uporządko- 
wane. Uporządkowane są ciała w ten sposób, że jedne od dru- 
gich są bardziej na prawo, dalej, wyżej — i to tylko w różnych 
odmianach wypowiadamy, skoro mówimy, że zachodzą' stosunki 
przestrzenne, że ciała mieszczą się w przestrzeni, że istnieje prze* 
strzeń. Tak samo z czasem. 

Skończona wreszcie rewja przedmiotów idealnych, poję- 
tych jako przedmioty bez miejsca i czasu. Czy nie pominęliśmy 
jakiego gatunku? Być może. Pominęliśmy napewno, jeżeli nie 
który z wyznawanych dotychczas, to w każdym razie niejedno 
z przyszłych czyichśtam urojeń. Zaiste bowiem, z niewyczerpa- 
nego źródła czerpać może okazy ten, kto je czerpie ze świata 
rzeczy, których niema! 

Lecz oto powiadają nam: przedmioty idealne — to po- 
prostu przedmioty pomyślane, w mniej wieloznacznym języku, 
przedmioty przedstawione, nazywane inaczej intencjonalnemi, te, 
o których myślimy, czyli które sobie przedstawiamy; a takie 
wszak istnieją i jest ich mnóstwo. Odwdzięczając się z kolei za 
nową koncepcję idealności, wyjaśnimy teraz przedewszystkiem, 
co sami rozumiemy przez pewne wyrażenia. I tak wyrazem sło- 
wnym przedstawienia błyskawicy jest splot dźwięków mówio** 
nych, który wygłaszam po to, aby ktoś inny, usłyszawszy ten 
splot dźwięków, przeżył przedstawienie błyskawicy. Dalej, wy- 
rażenia: »Jan przedstawił sobie błyskawicę**, «Jan pomyślał 
sobie błyskawicę^, „Jan ma pojęcie błyskawicy^ (w sensie aktu- 
alności, nie dyspozycji) — wszystko to na jedno wychodzi 
i wszystko znaczy, że treść przedstawienia, które pk^eży wał Jan^ 



Digitized by 



Google 



— 158 — 

jest następująca. I tuby następowała nazwa jakiejś cechy czy 
zbioru cech, gdybyśmy poprzestawali na wprowadzeniu treści 
pojęć oraz cech« Nie chcąc zaś tego czynić, powiemy: wyraie* 
nia: „Jan przeclstawił sobie błyslcawicę^ i Ł d. — wszystko to 
na jedno wychodzi i wszystko znaczy, ie przedstawienie, które 
przeżywał Jan, jest następujące: błyskamca. Po wyrazie »na- 
stępujące* kładę na piśmie dwukropek, w braku lepszej inter- 
punkcji. Ma on wskazywać, że to, co dalej będzie, jest wyra- 
zem słownym przedstawienia, które przeżywi Jan. Wypowia- 
dając to ze zrozumieniem, naśladujemy to, co czynił Jan, a na- 
śladujemy w ten sposób, iż przeżywamy przedstawienie błyska- 
wicy — Jan zaś właśnie przeżywe^ przedstawienie błyskawicy. 
Z pewnem zwężeniem, zato przystępniej może, wypowiemy się 
tak: wyrażenia: „Jan przedstawił sobie błyskawicę* i t, p. — 
wszystkie znaczą to samo, mianowicie, że Jan rozumie sąd, iż 
błyskawicą jest — obojętna rzecz, co. Nie mówimy: » wydaje 
sąd", lecz mówimy: „rozumie sąd" i mamy przytem na myśli 
to, co inni opisaliby, mówiąc: .przedstawia sobie sąd* — oraz 
jeszcze coś więcej. 

Rozumie się sąd zarówno wtedy, gdy się go wydaje, jak 
wtedy, gdy się go tylko przyjmuje do wiadomości, proponuje 
sobie w myśli, przejmuje od kogoś, dowiadując się, co. on so- 
bie myśli, czyli zarówno wtedy, gdy się go wydaje, jak wtedy 
gdy się go (w tamtej terminologji) (łrzedstawia. Kogo ten spo- 
sób wypowiedzenia nie informuje dostatecznie, ten niechaj 
zechce skupić uwagę na takiem, bardziej zewnętrznem i jeszcze 
bardziej zwęzonem, a jeszcze przystępniejszem ujęciu. « Jan przed- 
staMrił sobie błyskawicę" i Ł p. — wszystko to są wyrażenia 
zastępcze dla takiego zdania: «Jan zrozumiał orzecznik zdania, 
orzekającego ó czemś, że jest błyskawicą — przy dowolnym 
podmiocie tego zdania^. Skoro tak ustalimy znaczenie całych 
zwrotów, stanie się jasnem, że niema sensu wogóle pytać o to, 
jakim jest przedmiot, przedstawiony przez Jana, jeżeli Jan 
przedstawił sobie przedmiot P. To, że wjrrażenie; «Jan przed- 
stawił sobie przedmiot P* ma określony sens, nie pociąga by- 
najmniej za sobą tego, by i wyrażenie: „przedmiot, przedsta- 
wiony przez Jana', miało jakikolwiek sens określony, podobnie 
jak określoność wyrażenia «Jan dsl drapaka' nie pociąga xa 
sobą bynajnuiiej określoności wyrażenia: » drapak, dany praez 
Jana**, Poprostu zarówno W3rrażenie: „Jan przestawił sobie 
przedmiot P'', jak w}rrażenie: „Jan dat drapaka*" są określone 



Digitized by 



Google 



— 159 — 

w całości i nie są normalnemi funkcjami własnych części. Nie 
jest zatem prawdą co do ' żadnej rzeczy, że jest przez kogoś 
przedstawiona . 

Nie jest to prawdą co do Warszawy, chociażby kto z nas 
.przedstawił sobie stolicę Polski'', a Warszawa była stolicą 
Polski. Mówiąc popularnie (a wiąc z konieczności niedokładnie), 
streścić się możemy w słowach: przedstawienie sobie przed- 
miotu P jest stosunkiem między osobą, która sobie przedsta- 
wia przedmiot P, a treścią tego przedstawienia, nie między 
osobą a rzekomym tego przedstawienja przedmiotem. Przed- 
miotu takiego przedstawienia niema, niema przedmiotów pomy- 
ślanych, choćby czasami były rzeczy, będące P, a ktoś sobie 
pomyślał przedmiot P. Niedość jednak to wszystko powiedzieć. 
Trzeba się jeszcze wytłumaczyć z przyjęcia takiej pozornie per- 
wersyjnej terminologii. Otóż robi się to pod naciskiem sytuacji, 
która daje dwie drogi do wyboru, obie wyboiste: albo dla 
każdej, mówiąc popularnie, treści, dla każdego P, jeżeli kto 
zrozumiał tę treść, będziemy mówili, że przedstawia sobie przed- 
miot P — jak to właśnie czynimy; albo też tylko wtedy, kiedy 
pewne rzeczy są P istotnie, a nie tylko my sobie o nich roimy. 
Ale ta druga terminologja o tyle jest niedogodna, że prawo- 
mocność użycia zwrotu: „przedstawia sobie P" zależy od tego; 
co to jest za P, i że po to, by stwierdzić, czy mam prawo tak 
mówić, czy nie, musiałbym dokonywać bynajmniej nie tylko 
anaJizy znaczeń własnych słów, lecz nadto pewnego badania 
fizycznego, któreby mi miało okazać, czy są jakie przedmioty P, 
czy niema. W naszej natomiast terminologji urywa się analogją 
między używaniem wyrazów „przedstawiać sobie**, „pomyśleć", 
„pojąć^ z dopełnieniem w bierniku, a używaniem wyrazów: 
„widzieć"*, „słyszeć**, „spostrzegać** z dopełnieniem w bierniku. 
Są przedmioty widziane i te są podnietami, działa jącemi na oko: 
takie są zawsze, ilekroć widzimy. Niema przedmiotów przedsta- 
wionych. Wszak i podniety, na które reagujemy w odległy spo- 
sób przedstawieniami, nie są niemi. 

Ale przystosujmy się do terminologji potoczniejszej, żeby 
rozważyć złudne rozumowania tych^ którzy się nią posługują. 
W tej terminologji jeżeli Jan pomyślał sobie jakieś P, a dana 
rzecz jest P, to jest ona wtedy — i tylko wtedy — przedmio- 
tem przezeń pomyślanym, przedmiotem jego przedstawienia. 
Tę zatem terminologję przyjmując, spróbujmy się rozprawić 
z dwiema odmianami idealizmu. Idealiści pierwszej z tych od- 



Digitized by 



Google 



— 160 — 

mian (i o nich nawiasem tylko) twierdzą, ze każdy przedąiiot 
jest pomyślany. Idealiści drugiego rodzaju głoszą, że wszystko 
sobie przedstawić można. A więc wyznawcy pierwszej szkoły 
twierdzą, że niema zgoła innych przedmiotów, oprócz pomy- 
ślanych (co nie wyklucza możliwości pomyślenia, sobie czegoś^ 
czego niema). Tą tezą w kogoś wmówiwszy, łatwiej już prze- 
konać go potem, że i odwrotnie, jeżeli pomyślimy sobie zamek 
na lodzie, to zamek na lodzie istnieje. Próbuje sią też w do- 
wcipny sposób dowodzić owej idealności każdego przedmiotu, 
pytając o przykład — jdden chociażby przykład — przedmiotu, 
niepomyślanego przez kogokolwiek. Jeżeli nie podasz takiego 
przykładu, to dowód, że nie umiesz obronić swej negacji; je- 
żeli podasz, powiedzą natychmiast: „Ależ to jest przedmiot, 
przez ciebie teraz pomyślany". W podobny sposób można je- 
dnakże dowodzić również, że niema w tym poko|u ani jednego, 
sprzętu, któregoby mój towarzysz nie wskazał. Jeżeli przeczy, 
każemy mu wskazać taki sprząt. Jeżeli nie wskaże, nie umie 
obronić swej tezy, jeżeli wskaże, to wskaże sprząt wskazanyr 
W tem właśnie tkwi bystrość pomysłu, że niepodobna nadsnąć 
klamki, któraby nie była naciśnięta, zobaczyć twarzy, któraby 
nie była zobaczona, nazwać rzeczy, któraby nie była nazwana, 
pomyśleć wreszcie przedmiotu, któryby nie był pomyślany. 
Wiele wszak jest rzeczy na świecie, q których sią nie śniło fi- 
lozofom. Jednakże rozróżnijmy plączące sią znaczenia ivyraz6w 
i oddajmy wywodom takich idealistów należyte honory. Oto 
wyraźnie trzeba sią umówić, czy idzie o to, by dany przedmiot 
był pomyślany indywidualnie, czy też niekoniecznie indywi- 
dualnie ma być pomyślany. Pomyślałem indywidualnie przed- 
miot P, jeżeli rozumiem nazwą P i jeżeli przytem tylko jeden 
przedmiot jest P, przy tem właśnie znaczeniu nazwy, w jakiem 
ją rozumiem. W ten sposób pomyślałem sobie w tej chwili 
zamek na Wawelu. Natomiast nieindywidualnie pomyślałem 
sobie przedmiot P, jeżeli, przy innych warunkach jak wyżej, 
wiącej niż jeden pr7cdmiot jest P. Tak np., zrozumiawszy 
nazwą „rzeka*, pomyślałem sobie w ten sposób zarówno Wi- 
słą, jak Ren, jiak Dunaj i w. inn. Otóż w tym sensie luźniej- 
szym wyrazy biorąc, zgodzić sią trzeba, że każdy przedmiot 
jest pomyślany. Albowiem jest takim już przez to chociażby^ 
iż rozumiem wyraz „przedmiot" lub wyraz „niesprzeczny". Je- 
dnakie idealistom idzie o co innego: oni mają na myśli po- 
myślenie indywidualne i tu błądzą, twierdząc, że każdy przed- 



Digitized by 



Google 



— 161 — 

miot jest pomyślany. Ażeby dowieść, że tak nie jest, nie trzeba 
bynajmniej myśleć indywidualnie jakiegoś przedmiotu, któryby 
nie był indywidualnie pomyślany. Wystarczy pomyśleć wiele 
przedmiotów nieindywidualnie. Gdy więc zapytają o przykład 
niepomy sianego indywidualnie przedmiotu, nie podamy jednego 
przykładu, bo toby znaczyło wpaść w pułapkę, lecz podamy 
cały ich zbiór, określony przez jakąś nazwę wspólną, np. przez 
nazwę „krople wody z oceanu Spokojnego". Możemy teraz 
spocząć na laiirach, bez obawy, by nas przebudził ktokolwiek, 
kto wszystkie takie krople pomyśli indywidualnie. Zresztą przed- 
miotów jest zbiór nieskończony, natomiast pomyśleć indywi- 
dualnie można tylko skończoną ilość rzeczy. Tyle nawiasem 
o idealizmie orzekającym, iż każdy przedmiot jest pomyślany. 
Wszelako głównie ciekawi nas koncepcja wprost prze- 
ci^^na, która orzeka, iż cokolwiek pomyślimy^ to jest. Innemi 
słowy : jeżeli Jan pomyślał sobie przedmiot P, to pewien przed- 
miot jest P, dla wszelkiego P. Bo to jest bodaj sens wła- 
ściwy słyszanego częstokroć oznajmienia, że .wsz^^tko mo- 
żemy sobie przedstawić": nie , wyobrazić" koniecznie, lecz 
^przedstawić", czyli pomyśleć — poglądowo, bądź też symbo* 
licznie. Pytam więc, czy istnieje przedmiot, pomyślany przez 
Jana, jeżeli Jan zrozumiał sąd, że obecny ustrój ekonomiczny 
Stanów Zjednoczonych jest kapitalizmem? Czy istnieje przed- 
miot, pomyślany przez Jana, jeżeli Jan zrozumiał sąd, że chi- 
mera jest mieszańcem Iwa, kozy i węża ? Istnieje w pierwsz3mi 
wypadku, nie istnieje w. drugim. Istnieje bowiem przedmiot, 
pomyślany przez Jana, zawsze i tylko jeżeli Jan pomyślał sobie 
przedmiot P (czyli zrozumiał sąd, że coś jest P) i jeżeli przy- 
tern pewien przedmiot jest P. Jan zrozumiał np. sąd, że Juljusz 
Cezar był królem polskim, lub sąd, że Jan Sobieski był królem 
polskim, pierwszy — błędny, drugi — prawdziwy. Zrozumienie 
któregokolwiek z nich wraz z tym faktem, że ktoś wogóle był 
królem polskim, wystarcza, by istniał przedmiot, pomyślany 
przez Jana. Lecz chociaż Jan zrozumie sąd, iż czupryna meduzy 
Gorgo była splotem włosów i wężów zarazem, żaden przedmiot 
nie jest jednak takim splotem, a ^ięc przedmiot, pomyślany 
przez Jana, nie istnieje. Tak więc nie wszczynamy tutaj buntu 
przeciwko idealizmowi tak pojętemu, o ile ten zechce się tylko 
utrzymać w granicach, realizmu. Nie mamy bowiem nic prze- 
ciwko temu, by istniały, przy tej terminologji, przedmioty po- 
myślane: wszak mogą niemi być i dotykalne sprzęty. Jeśliby 

11 



Digitized by 



Google 



— 162 — 

kto jednak mniemał, jakoby były przedmioty pomyślane, co- 
kolwiekby było pomyślane — nie zgodzimy sią z nim bynaj- 
mniej. Miewamy pojęcia takich przedmiotów, któremi nie są 
żadne przedmioty. Miewamy pojęcia wieloprzedmiotowe, na- 
przykład pojęcie człowieka; jednoprzedmiotowe, jak pojęcie 
stolicy p£iństwa polskiego w roku 1920-ym ; wreszcie * bez- 
przedmiotowe, jak pojęcie kwadratawego koła lub chimery. My 
twierdzimy, że, jeśli kto rozumie wyrazy, to nie dowód, by 
istniały oznaczane przez te wyrazy przedmioty, chociażby się 
komu podobało nazywać rozumienie wyrazów istnieniem sto- 
sunku intencjonalnego do przedmiotów. Intencjonalista wszelako 
twierdzić będzie, że niema pojęć bezprzedmiotowych, i tu wła- 
śnie rozpoczyna się wojna. A więc intencjonalista twierdzić 
będzie, że, jeżeli pomyślałem sobie w tej chwili wulkan czynny 
nad Morskiem Okiem, to jest wulkan czynny nad Morskiem 
Okiem, nie rzeczywisty wprawdzie, lecz idealny. Czyż naprawdę? 
Wyślijmy misję geologów do Tatr i niech zbadają, czy która 
z gór na^ Morskiem Okiem jest wulkanem czynnym. I niechaj 
nie protestuje intencjonalista przeciwko poszukiwaniu idealnego 
przedmiotu na ziemi: wszak jego wulkan jest tamtejszy ex de- 
finitione, niechże mu więc nikt nie odmawia cechy, którą 
posiada. Ktoś inny znowu pomyślał sobie planetę układu sło- 
necznego między ziemią a Marsem, większą ód Jowisza 
ale nie czujemy jakoś zaburzeń w obrocie ziemi pod wpły- 
wem tego olbrzyma. Czyżby nie wszystkie ciała grawito- 
wały ? Lub czyżby taka planeta nie była ciałem ? Inny jeszcze 
intencjonalista, sobie samemu naprzekór, pomyślał... przedmiot, 
którego nie pomyślał. Lecz skoro tak, musi on uznać, że pe- 
wien przedmiot jest taki. Jest więc pewien przedmiot i pomy- 
ślany przezeń i niepomyślany przezeń zarazem, a więc sprze- 
czny. Co więcej, on sam jest osobą, przez którą ów przedmiot 
i został pomyślany i nie został pomyślany, która zatem ten 
przedmiot pomyślała, lecz i nie pomyślała tego przedmiotu. 
I oto intencjonalista za karę sam stał się przedmiotem sprze- 
cznym. Mniej groźnym bezpośrednio dla jego osoby, lecz gro- 
źniejszym jeszcze dla jego a^sad wypadkiem będzie, jeżeli po- 
waży się on pomyśleć... przedmiot, którego pomyśleć niepodo- 
bna. W takim razie jest coś, czego pomyśleć niepodobna. Ale 
wszak twierdził sam, że niema nic takiego. Niezrażony jednak 
powyższemi trudnościami intencjonalista gotów atakować w od- 
wet. Podkreśla, że terminy rzekomo bezprzedmiotowe mają ja- 



Digitized by 



Google 



— 163 — 

kiś sens, s^naczą coś, są więc nazwami czegoś, co jest przez 
nie zatem oznaczone, i to coś właśnie jest zawsze odpowiednim 
przedmiotem idealnym. Nieporozumienie: nauczywszy się od- . 
różniąc denotację ód konotacji, znaczenie od oznaczania, po- 
zbędziemy się trudności : co bowiem znaczy, może nie oznaczać 
bynajmniej. Lecz rozumiesz, mówi dalej, termin znaczący. Przed- 
stawiasz sobie zatem coś wtedy. Naucz się więc i ty z kolei 
odróżniać treść od przedmiotu przedstawienia i przyznaj, że to, 
co sobie przedstawiasz jako jakieś, nie jest całością własności, 
które doń odnosisz; jest nie treścią, lecz przedmiotem twego 
przedstawienia; istnieje więc wte^y jakiś przedmiot przedsta- 
wiony, przedmiot intencjonalny. Lecz i tu tylko pozór słuszno- 
ści mfgoce. „Przedstawiam sobie przedmiot pewien, to tyle, 
co „rozumiem nazwę" pewną, i odwrotnie, i nic więcej. Wolno 
mi mówić, wtedy również, że „mam pewną treść w umyśle* 
(bylebym tylko za dużo w ten zwrot nie wkładał). Atoli nie 
muszę być w stosunku intencjonalnym do przedmiotu. Kto ro- 
zumuje tak: „Przedstawiasz sobie cerbera, a więc cerber jest 
przez ciebie przedstawiony, a więc coś. jest cerberem, a więc 
cerber istnieje*, ten winien przyjąć za dobrą monetę rozumowa- 
nie takie: „Jan dał drapaka, a więc drapak jest przez Jana 
dany, a więc pewien przedmiot jest drapakiem, a więc drapak 
istnieje". Ale nazwa jest wszak czegoś nazwą... Odpowiedź: 
niekoniecznie. Może nazwa „nazwa^ jest dla nazwy niewła- 
ściwą nazwą. Ale to co innego. By być nazwą, wystarczy być 
orzecznikiem, chociażby nawet w zdaniu fałszywem i chociażby 
nawet w zdaniu prawdziwem jak: „nic nie jest fipgistonem^. 
Wystarczy znaczyć, a nie trzeba oznaczać. Ale odnosimy, po- 
wiadają, do czegoś treść posiadaną w umyśle, rzutujemy ją na 
coś, co jest właśnie przedmiotem intencjonalnym. Istotnie czy* 
nimy tak, lecz czyż nie można strzelać w próżnię? A zresztą 
przedewszystkiem nie odnosimy ani nie rzutujemy rękoma. Od- 
nosimy i rzutujemy ^ jakimś przenośnym sensie i właśnie od 
tej metafory uwolnić się należy. Otóż mniemam, że to odno- 
szenie i rzutowanie polega na tem tylko, iż do treści naszych 
przedstawień należy jakaś niewyraźna. cecha umiejscowienia — 
gdzieś przed nami, w jakiemś mniej więcej uświadomionem 
miejscu. Innemi słowy, myśląc o czemś, chociażby nawet, że 
jest np. korzystną transakcją handlową, lub rozumiejąc wyra- 
żenie np. „literatura polska**, myślimy nie tylko, że coś jest 

i 



Digitized by 



Google 



— 164 — 

korzystne, że coś jest obustronne i tyczy si^ prawa rozporzą- 
dzania, lub, że jest polskie, wytworzone, lecz nadto, że jest 
tem a tern, czego siq nie mówi ani w definicji nie wymienia. 
I na tem koniec. Bynajmniej, odrzeknie przeciwnik. Nie policzyłeś 
s\ą ieszcze z faktem, że myśli się wszak o czemś, że nazwy 
bywają nie. tylko orzecznikami, lecz i podmiotami. To zaś, 
o czem myślimy, jest tem, co podmiot zdania oznacza. Zawsze 
więc podmiot zdania coś oznacza i zawsze jest coś, o czem 
myślimy. I to właśnie, o czem myślimy, jest przedmiotem inten- 
cjonalnym. Trudno zaiste zaprzeczyć temu, że zawsze myślimy 
o czemś. Łatwo jednakże pojąć, że nie zawsze jest to, o czem 
myślimy. Możemy sobie myśleć o wężu morskim, a może przy- 
tem i nie być wcale węża morskiego. Narodził się on z gma- 
twaniny słownej. Bo znowu: .myślę o przedmiocie P", to nic 
innego nie znaczy, jak bądź: „myślę, że jeżeli cokolwiek jest 
P, to jest takie a takie*, bądź: „myślę, że P jest takie a takie'. 
Ze warunkiem prawdziwości ostatniego sądu jest istnienie P, 
to jasne. Żeby istnienie P miało być warunkiem pomyślenia 
tego s*ądu, to nie jasne bynajmniej. Jasne jest natomiast, że 
każde zdanie z terminem „P* w podmiocie, jest równoważne 
jakiemuś zdaniu bez terminu .P" w p>odmiocie, lecz zato 
z terminem »P" w orzeczniku. Mówimy, że „myślimy o P", 
nawet wtedy, gdy nic nie jest P, a ,P" nic nie oznacza, by- 
lebyśmy tylko pomyśleli, że P jest jakiemś. Ależ, powiedzą, to 
właśnie pomyślenie sądu o P jest warunkiem dostatecznym 
stnienia stosunku intencjonalnego do przedmiotu P. I owszem, 
jeżeli chcecir» mówcie sobie zamiast „pomyślałem coś o P'' — 
„jestem w stosunku intencjonalnym do P". Nie wymagajcie 
tylko, aby i przedmiot P pozostawał do was w odpowiednim 
konwersyjnym stosunku. Nie wymagajcie, by istniał drugi człon 
stosunku intencjonalnego, jeżeli dzieje się w czyimś umyśle coś 
takiego, co wy opisujecie, mówiąc fantastycznie, że istnieje sto- 
sunek intencjonalny między tym kimś a cymś jeszcze. Inaczej 
odpowiemy taką karykaturą. Zamiast mówić: „Zegar w pokoju 
Jana wskazuje S-tą godzinę^ będziemy mówili: „Zegar w po- 
koju Jana pozostaje* w stosunku harmonji do S-tej rubryki mie- 
sięcznej wiszącego naprzeciw kalendarza''. I dalej: zegar w po- 
koju Jana wskazał godzinę S-tą, a więc pozostaje w stosunku 
harmonji do S-tej rubryki miesięcznej wiszącego naprzeciw ka- 
lendarza, a więc wisi naprzeciwko kalendarz, ma rubryki mie- 
sięczne, a pośród nich rubrykę piątą. Atoli właśnie kalendarz 



Digitized by 



Google 



— 165 — 

spalono, lub, co g^orsze, nie było go tam nigdy. Bo czyżby 
dlatego miał tam wisieć, że myśmy się umówili używać wy^ 
razów w pewien metaforyczny sposób ? Darmo i trudno. Przed* 
miotowości nie zapewni • nazwie ani to, że ona nazwą się na- 
zywa, ani to, że ją ro2;umiemy, ani to wreszcie, że rozumiemy 
zdanie, któreg^o jest ona podmiotem. 

A jednak... Gdy kto. mówj, że zawsze myślimy o czemś, 
i to, o czem myślimy, nazywa przedmiotem intencjonalnym, 
dodając, że zawsze jest przedmiot intencjonalny, — gdy kto 
tak mqwi, mamy silne wrażenie, że coś w tem jest. Skąd ono 
się bierze? Może analogja z widzeniem ponosi winę, której 
część spada na wieloznaczność zwrotu: ^widzę to a to" i t. p. 
Ze względu na kilka różnych stosunków <do widzącego pod" 
miotu nazywamy to a to przedmiotem widzianym i stosownie 
do tego rozmaite rzeczy wstawia się za P w wyrażenie: wi- 
dzę P". Rozważmy przykład sytuacji, kiedy patrzę na ekran, 
na który latarnia projekcyjna rzuca obraz kościoła. Co widzę, 
wtedy, patrząc? Przedewszystkiem 1. widzę światło, które pro- 
mienieje z płomienia latarni i odbija się od ekranu, 2. widzę, 
jakoś pośrednio, sam ów płomień, owo źródło światła, 3. widzę 
ekran, odbijający to światło, 4. widzę, jakoś pośrednio, samo 
przeźrocze, , które tkwi w latarni i wyznacza rozkład promieni 
uderzających w ekran, 5. widzę kościół gdzieś przed sobą, da- 
leko za powierzchnią ekranu (gdzie zresztą wcale kościoła 
niema), 6. widzę, jakoś pośrednio, ów prawdziwy kościół, któ- 
rego przeźrocze jest fotografją, 7. widzę własny obraz kościoła, 
coś, co pozostanie czas jakiś w mojej wyobraźni, przed oczyma 
mojej duszy, skoro zamknę oczy i przestanę patrzeć na ekran 
lub skoro światło zgaśnie. Tak mówimy, dopuszczając się me^ 
tafor i wieloznaczności. 1 otóż, między innemi, mówimy : ,, widzę 
kościół naprzeciwko mnie stojący w odległości mniej więcej 
200^ metrów, bronzowego koloru* .(bo fotografją jest jednobarwna). 
1 gotowiśmy wnosić z tego, że pozostajemy w stosunku wi- 
dzenia do tego przed nami stojącego tam o 200 metrów bron- 
zowe^o kościoła, i że on do nas pozostaje wzamian w stosunku 
podlegania widzeniu, i że jest taki jakiś już może nie idealny 
lecz „wizualny* kościół tam o 200 metrów przed nami, bron- 
zowy. A tymczasem takiego kościoła niema. Lecz upieramy się, 
że widzimy coś przecie w tym sensie, że pozostajemy w swoi- 
stym stosunku widzenia do czegoś tam na zewnątrz naszego 



Digitized by 



Google 



— 166 — 

ciala^ co jest widziane i jest... Istotnie, pozostajemy w takim 
stosunku, lecz^ nie do tego kościoła, ale do ekranu, do prze- 
źrocza, do płomienia, a wreszcie do tamt^o kościoła, wcale 
nie bronzowegfo, lecz z czerwonej cegły, bynajmniej nie stoją- 
cego o 200 metrów ode mnie naprzeciwko mnie, lecz stojącego 
w odległem mieście; a swego czasu stał on o 200 metrów od 
fotografa, naprzeciw niego. SłojiArem, pozostajemy w takim sto- 
sunku — mówiąc już bez przenośni — w stosunku, mającym 
człon przeciwny, do każdego z ciał, które bądź wysyłały, bądź 
odbijały promienie, idące do mego oka, a rozchodzące się, lub 
też inaczej jakoś na te promienie kształtująco wpłynęły. Różne 
to stosunki, ale zawsze stosunki do właściwych lub pośrednich 
podniet, na które widzenie moje jest reakcją. Takie przedmioty 
zawsze istnieją, ilekroć zachodzi widzenie, ściślej w każdym wy- 
padku istniały przed widzeniem. Ale są to przedmioty cielesne, 
dotykalne, realne, czasowo- przestrzenne. Istnieje zawsze splot 
podniet przy widzeniu: może stąd bierze początek iluzja, że 
jest też zawsze przedmiot taki, jakiem mi się coś przede mną 
wydaje, gdy widzą. Tymczasem podnieta bynajmniej nie zawsze 
jest taka, choć bywa taka przy normalnem położeniu widza 
wobec oglądanej rzeczy. Gdy patrzymy na białą chustę,. odległą 
10 m., jest zawsze biała chusta przed nami o 10 m., i zwykle 
wydaje nam się coś przed nami białą chustą, rozpostartą 
w odległości 10 m. Dlatego też czasami, gdy patrzymy na 
białą chustę rozpostartą o 10 m., a wydaje nam się, że to, co 
przed nami stoi, nie jest białą chustą w odległości 10 m., 
lecz bronzowym kościołem, stojącym o 200 m. przed nami 
gotowiśmy wierzyć, że jest też bronzowy kościół o 200 m. 
przed nami. Przenosząc to wszystko na teren przedstawiania 
sobie, pomyślenia sobie, otrzymamy wynik następujący. Zawsze 
istnieje wprawdzie jakiś nader skomplikowany przedmiot, zło- 
żony z części, rozproszonych po różnych miejscach i czasach, 
który jest podnietą dla naszego przedstawienia, podnietą, na 
którą nasze przedstawienie jest reakcją. Lecz nie jest on przed- 
miotem P, gdy tymczasem nasze przedstawienie, ze względu na 
treść swoją, jest przedstawieniem przedmiotu P. Stąd złudzenie 
że jest też i przedmiot P, gdyż tak jest naogół przy przedsta- 
wieniach pamięciowych. Krótko mówiąc, wyobraźnia chce wcho- 
dzić w atrybucje pamięci, jak przy widzeniu chciała wchodzić 
w atrybucje zdolności percepcyjnej. Mając to na względzie i 
w konkluzji pow}rższych wywodów, odrzucamy tezę intencjona- 



Digitized by 



Ggogle 



— 167 — 

listówy że dla każdego P jeżeli ktokolwiek pomyślał sobie przed- 
miot P, to jest pewien przedmiot, będący P. 

A teraz jeszcze jeden sposób rozumienia idealności przed- 
miotu: przedmioty idealne jako wytwory umysłu. Cóż to zna- 
czy ? Może wyjaśni sprawę zestawienie z wytworami działalno- 
ści w potocznem tego słowa znaczeniu, n. p. rzemieślniczej, 
z wytworami, których przykładem może być dom lub suknia. 
Są to ciała takie, iż czyjemś jest dziełem to, że pod jakimś 
względem są takie a takie. Np. suknia jest wytworem tkacza 
i krawca, gdyż jest to zbiór włókien taki, iż tych ludzi jest dzie- 
łem to, że tworzą one taki a taki kształt, mają taką a taką 
miękkość i barwę. Otóż czy można stać się wytwórcą wytworu, 
tak pojętego, przez samo myślenie? Jakto przez samo myśle- 
nie? Czy przez myślenie bez cielesnego działania? Wątpię, 
gdyż nie wierzę, by można było myśleć, a nic przytem cieleśnie 
nie robić, myśleć chociażby bez cerebracji fizjologicznej. Czy 
można być wytwórcą tak pojętego wytworu poza mojem cia- 
łem bez wywierania jakiegokolwiek nacisku na zewnątrz, na 
coś poza mojem ciałem, w drodze tylko działalności wewnę- 
trznej? Myślę, że można; naprzykład jest takim sprawcą ktoś, 
kto, widząc płomień na dachu domu, od pioruna powstały, 
stłumi w sot'ie chęć zduszenia pożaru i pożar zwęgli obejście. 
On jest sprawcą tego, że stoi oto tu teraz nagi komin ósma- 
lony pośród zgliszcz i on też jest, w tym bardzo ogólnym sen- 
sie, twórcą tego wytworu, ściślej — współtwórcą, gdyż ktoś 
ten komin zbudował. Ale nie o to wszak idzie wyznawcom 
umysłowych wytworów: nie o ciała, do których bylibyśmy 
w stosunku dynamicznym jakimś, jakim jest stosunek sprawcy 
do wytworu. O cóż więc im idzie ? Różnym o różne rzeczy. Są 
tacy, co mniemają, że, jeżeli mówimy słusznie, iż jakieś ciało jest 
tej a tej barwy, to właściwie mówimy w przenośny sposób. 
Naprawdę zaś winniśmy powiedzieć, że ktoś, patrząc na to 
eiało, mą^w swoim umyśle jakość zmysłową: czerwień — i po- 
dobnie w różnych podobnych wypadkach. On jest, w odpo- 
wiednim sensie, twórcą jakości ciał, on im nadaje cechy zmy« 
słowe i jest zatem przetwórcą przynajmniej przedmiotów, któ- 
rym te cechy nadaje. Później w jakiś podobny sposób nadaje 
on im i inne własności, n. p. czasowe i przestrzenne, drogą 
pomyślenia. Słowem, jest myślowym przetwórcą rzeczy, one 
zaś — jego przetworami. To dążność krytycyzmu. — Wojować 



Digitized by 



Google 



— 168 — 

2 nim nie będę na tem miejscu. Ta koncepcja nie przeciwsta- 
wia przedmiotów idealnych realnym czyli czasowo -przestrzen- 
nym przedmiotom i nie mielibyśmy przeto zamiaru jej tykać. 
Atoli z pewnym dodatkiem pogląd powyższy może być dla nas 
groźny. Natarcie bowiem następuje od strony nieoczekiwanej 
i jeżeli dotychczas częstowano nas przedmiotami idealnemi nie 
czasowo -przestrzennemiy to teraz znowu każą nam wierzyć (nie- 
którzy krytycyści) w świat nie czasowo- przestrzennych nieide- 
alnych przedmiotów. Nieidealność właśnie chroni je od czaso- 
wości i przestrzenności! Idealność właśnie, czyli opracowanie 
umysłowe, sprawia, że przedmiot jest w czasie i w przestrzeni! 
Nie, bynajmniej. Widziałem, że były wschody i zachody słońca 
i jaśniała na niebiosach Wielka Niedźwiedzica, zanim Jan przy- 
szedł na świat i ujął ten świat, na który przyszedł, w formę 
przestrzeni. Był ten porządek i. to sąsiedztwo rzeczy, zanim ja 
przyszedłem na świat, bo mi o tem świadczy Piotr, starszy 
ode mnie. I tak z każdym, w to wierzę. Chyba może myśl 
boża... ale pamiętajmy na Eurypidesa. Były rzeczy, wcześniejsze 
ode mnie, bo mi o tem Paweł opowiadał, a i ja sam domyślam 
się ich dziejów po śladach. Czyżbym ja był sprawcą tego, że 
są ode mnie wcześniejsze. Niechaj wierzy, kto może. Taki go- 
tów jeszcze uwierzyć, że nie on jest w świecie, lecz świat 
w nim i że on jest twórcą własnych rodziców. 

A może jeszcze do idealizmów zaliczyć mamy te szkoły, 
które uznają pirzedmioty wprawdzie czasowe, lecz nieprze- 
strzenne? Dwie się wyróżnia ich grupy: przebiegi psychiczne 
i treści umysłu. Co do pierwszych, to jest wielu, olbrzymia 
większość takich, którzy uznają ich bezprzestrzenność, lecz nie 
nazywają ich idealnemi. Nam idzie jednak o rzecz, nie o na- 
zwę. Prosimy tedy o dowody bezprzestrzenności, prosimy za- 
równo paralelistów jak interakcjonistów. Inaczej stać będziemy 
przy swoim monizmie, wedle którego przebiegi psychiczne są 
pewnemi przebiegami ciał — organizmów naszych — i są tam, 
gdzie one są. To, co w przebiegach tych się porusza,- jest też 
pod ręką: cząsteczki jakieś ciała naszego; a jeśli przebiegów 
takich nie możemy widzieć, to dla podobnych powodów, dla 
jakich nie możemy widzieć drgania elektrycznego w drucie. Te 
przebiegi możemy przeżywać, czyli im podlegać, mówiąc ja- 
skrawo — być niemi. Być takim przebiegiem, a reagować psy- 
chicznie na podniety — to to samo. Reagować zaś psychicznie, 
a mieć pewne przedstawienie — to również nic różnego. Opi- 



Digitized by 



Google 



— 169 — 

sywać zaś takie przedstawienie ^psychologicznie można tylko 
w ten sposób, źe się da wyraz słowny reakcji, która jest niem. 
Ale dać wyraz reakcji psychicznej na podnietę — to nic innego, 
jak tę podnietę opisać, jak wypowiedzieć zdanie spostrzegawcze 
o niej ; więc tez jedynym sposobem opisywania naszych przed- 
stawień jest opisywanie podniet. Kto chce inaczej — natknie 
się na wielkie trudności. Zechce opisać swoje przedstawienie 
przeK opisanie „treści* umysłu", danej w niem... Powiada na- 
przykład, że ma przed oczyma duszy plamę czerwoną i źe to 
jest treść jego umysłu. Zapytam, jakiej jest ona barwy. Czer- 
wona ? Jakto, więc wysyła fale o długości n mikronów, sunące 
z szybkością 300.000 kim. na sekundę ku oku twojemu, może 
ku oku duszy ? Daleka i szeroka ? A więc przestrzenna za- 
pewne... Ale jakto, czyżby napr^^eciwko mnie była, w odległości 
2 metrów? Od czego? Od mego oka duszy? Od cielesnego 
oka? Towarzysz sprawdza wzrokiem i ja wzrokiem sprawdzam: 
o 2 metry ode mnie, nawprost, stoi ściana barwy niebieskawej. 
A z szerokością jakże się rzecz ma? 10 cali wszerz... Czyżby? 
Myślę, że odpowiadając tak, odpowiada się na inne zgoła pyta- 
nie. Brzmiałoby ono: jaka szeroka musiałaby być bryła, gdyby 
się mieściła w odległości 2 metrów ode mnie, a wydawała się 
taką A^roką, jak szerokiem wydaje mi się właśnie coś teraz 
przez to, że mam tę plamę przed oczyma duszy. Tak samo sze- 
rokim wydaje mi się szerszy przedmiot, umieszczony dalej, jak 
węższy, umieszczony bliżej : słońce wydaje mi się równie szero- 
kie, jak talerz, pokazany z odległości 2 metrów. Tak, iż z ró- 
wnem uzasadnieniem można powiedzieć, że widziana plama jest 
szerokości talerza, jak iż jest szerokości słońca. Jeżeli odpo- 
wiadamy, że nasza plama czerwona ma szerokości 10 cali, to 
dlatego, że sobie bez racji przypuszczamy, iż przedmiot, który 
nam się takim a takim szerokim wydaje, ma tę właśnie szero- 
kość. A może zechcemy rozstrzygnąć sprawę przez pomiar sze- 
rokości tej plamy w calach? Lecz proszę wskazać sposób do- 
konania go, chociażby tylko z grubem przybliżeniem.^ Uchylam 
się tedy ostatecznie od odpowiedzenia na pytanie, czy plamy 
i t. p. przedmioty idealne są przestrzenne; póki kto nie odpo- 
wie, jakiego koloru jest immanentna plama czerwona, ile cali od- 
legła, ile cali szeroka, wolę przypuszczać, że niema wogóle ża- 
dnych plam immanentnych. Są tylko moje przebiegi psychiczne, 
czasowo- przestrzenne. Usiłując zaś opisywać dane nam w nich 



Digitized by 



Google 



170 



rzekomo plamy, opisujemy przedmioty zewnętrzne, ciała, dzia- 
łające . na nasze ciało i dajemy w ten sposób wyraz słowny 
swym reakcjom psychicznym na te podniety. Inna rzecz, że 
w ten sposób opisujemy przedmioty naogół fałszywie. 

Oto i koniec rozprawy o przedmiotach idealnych,- a raczej 
rozprawy z przedmiotami idealnemi, jeszcze dokładniej: ekspo- 
zycji stanowiska wobec tak zwanych, a rozmaicie rozumianych 
„przedmiotów idealnych"^). . > 



*) Rozumienie wyrazu „istniejący", wyrazu , przedmiot**, wyrazów 
^zbiór*, .klasa**, „element** i „część*, pierwszy dowód sprzeczności przedmio- 
tów ogólnych, sformułowanie antynomji cech i antynomji stosunków, oraz 
zapewne wiele innych rzeczy zawdzięczam p. Stanisławowi Leśniewskiemu. 



Digitized by 



Google 



ZYGMUNT LEMPICKI. 



NA/ sprawie uzasadnienia poetyki 

czystej. 



TREŚĆ : 1. Genetyczny punkt widzenia w poetyce współczesnej. — 2. Poetyka 
a psychologja twórczości i literatury. — 3. Poetyka a estetyka i fenome- 
nologia wrażeń estetycznych. — 4. Poetyka jako nauka eidologiczna. — 
5. Metoda opisowa w poetyce, jej sens i cel. — 6. Poetyka jako nauka 
o wyrazie. — 7. Zagadnienie j<;zyka i znaczenia w poetyce. — 8. Pro- 
blemy poetyki czystej. — Uwagi. 

1. Podobnie jak w większości nauk t. zw. filozoficznych 
przeważał i w poetyce, od ostatnich dziesiątków wieku 19. 
począwszy, punkt widzenia genetyczny a zwłaszcza psycho- 
logistyczny. Co prawda program opartej na psychołogji poetyki 
został rozwinięty już przez Bodmera w jego rozprawie o fan- 
tazji (1727), ale metoda psychologiczno-^genetyczna jako jedynie 
właściwa uzasadniona została dla poetyki przez Diltheya w roz- 
prawie mającej taki sam tjrtuł jak książka Bodmera ^). Dilthey 
uważał poetykę tradycyjną, którą określał jako naukę o for- 
mach i technice^) za niewystarczającą. Ugruntować naukową 
poetykę może zdaniem jego jedynie badanie twórczości poety; 
ono tylko wyjaśnić może technikę poetycką, którą rozpatrywać 
należy także i z historycznego punktu widzenia. Rzecz charakte- 
rystyczna, że w tym samym czasie, kiedy Dilthey, także'i wielki 
historyk literatury niemieckiej, W. Scherer^), uważał za sto- 
sowne kłaść w poetyce główny nacisk na twórczość poety. Ta 
tendencja była wynikiem ogólnej atmosfery epoki, dążącej do 
„naukowości" i odrzucającej wszelkie pozory aprioryzmu i do- 
gmatyzmu. Z innej strony starając się zbliżyć do jądra proble- 
mów poetyki, uważa H. Roetteken^) analizę procesów odbie- 
rania wrażeń, wywołanych przez utwór poetycki za podstawę 
poetyki i sądzi, że poetyka winna przedyskutować obszernie 
problemy estetyczno-psychologiczne. 



Digitized by 



Google 



— 172 — 

Zadaniem niniejszych rozważań jest poddać z jednej strony 
krytyce psychologfistyczno-genetyczne stanowisko w poetyce, 
2 drug^iej podjąć próbę rozwinięcia idei „poetyki czystej*. 

2. Rozważając krytycznie psychologistyczną orjentację w po- 
etyce, jaka dziś przeważnie panuje, należy przedewszystkiem 
zaznaczyć, że nie chodzi tu oczywiście o , podręczniki poetyki, 
podające dla informacji rozdziały o twórczości poetyckiej, 
lecz o genetyczny punkt widzenia w poetyce. Podczas gdy 
w innych d/.iedzinach, zwłaszcza w logice, z psycholog! żmem 
rozprawiono się już obszernie, w zakresie estetyki sprawa ta 
mniej była uwzględniona. Przeciw antipsychologicznym argu- 
mentom Meumanna-) wystąpił v. AUesch^) ze szczegółową o- 
broną stanoWiska psychologistycznego, operując przytem dość 
naiwnie wziętem pojęciem przedmiotu. Zaznaczyć jednak wy^ 
pada, że dyskusja ta, w której brali udział Lipps, Witasek, 
J. Cohn, Sobeski, uwzględniała prawie wyłącznie sztuki pla- 
styczne, natura zaś materjału artystycznego w poezji sprawia, 
że odnośne rozważania w zakresie poetyki nakazują uwzglę- 
dniać też gramatykę i stylistykę, raczej niż teorję innych 
sztuk. 

Argumentacja pśychologistów w odniesieniu do poetyki 
nie różni się zasadniczo od ich wywodów w odniesieniu do 
logiki. Wystarczy tu więc wskazać na świetną rozprawę Hus- 
serla z psychologistami w pierwszym tomie „Logische Unter- 
suchungen". Na to jednak wypada już tu zwrócić uwagę, że 
dyskusja ta prowadzona jest i w logice i w estetyce sub specie 
uznania tych nauk za normatywne. Ponieważ poetyka w na- 
szem rozumieniu nauką normatywną nie jest — chyba o tyle, 
o ile każda nauka nią być może — a nawet być nie powinna, 
normatywność bowiem cechuje najsmutniejsze i pokonane 
już stadjum rozwoju poetyki — więc właściwie dyskusja ta 
mogłaby się wydać zasadniczo czczą. Wszelako choć i poj- 
muje się poetykę jako naukę czysto opisową o kategorjach, na- 
leży się pokrótce w tej specjalnie dziedzinie z psychologizmem 
rozprawić. 

Zasadniczą tezę poetyki genetycznej wyraził już bardzo 
jasno Herder^), twierdząc, że powstanie najlepiej określa tu istotę 
rzeczy. To jest też punkt widzenia współczesnych psychologistów^. 
Poetyka psychologistyczna stara się na podstawie procesu w du- 
szy poety wyjaśnić istotę poezji i poszczególnych jej rodzajów. Tu 
nasuwa się przedewszystkiem ta uwaga, że znajomość tego pro- 



' 



Digitized by 



Google 



— 173 — 

cesu y^ duszy poety opiera si^ na kruchych stosunkowo pod- 
stawach. Zbytecznie jest chyba rozwijać tu in extenso wątpli- 
wości, jakie zachodzą co do materjału psychologji empirycznej? 
znaleźć można te uwagi w każdym podręczniku psychologji. 
Poeci, na których zeznaniach i wyznaniach opiera się tu psy- 
cholog, psychologami nie są i nie mogą się obserwować z bez- 
stronnością naukową, zwłaszcza, że podają przeważnie opisy 
dawniej przeżytych lub rzekomo zawsze przeżywanych stanów. 
Takie ich wyznania czynione często pro foro externo należy 
przyjmować z największą rpzerwą. Psychologowie znowu in- 
terpretujący te wyznania nie są poetami, to też wyznania o 
stanach psychicznych wybranych tylko jednostek niewiele 
im tłomaczą. Pozostaje analiza i sprowadzenie do .elementów'* 
danych w świadomości każdej jednostki. Tak sobie i Scherer 
rzecz wyobrażał. Oczywiście psycholog ma tu w ręce tylko 
.części", ale to, o co chodzi, „związek duchowy" tego niestety 
brak. Tb, że proces twórczy da się rozłożyć na Szereg elemen- 
tów, z pośród których pewne dane są w świadomości każde] 
normalnej jednostki, procesu tego wszak nie wyjaśnia, istoty 
jego nie ujawnia, podobnie jak wątpliwej wartości porównania 
ze snem lub obłędem. 

Przypuśćmy jednak, że psychologja twórczości byłaby zna- 
cznie lepiej rozwinięta niż nią jest w rzeczywistości, to niewątpli- 
wie odda ona historykowi literatury większe jeszcze niż dziś usłu- 
gi. Wartości bowiem i znaczenia psychologji twórczości lub 
w ciaśniejszym zakresie psychologji poezji ^) dla badań histo- 
ryczno-literackich kwestjonować nie można. Są i pozostaną 
one dla badacza dzieł literackich cenną pomocą; psychologja 
literatury zwłaszcza w ścisłym związku z psychologja rozwo^ 
jową, etnopsychologją oraz psychologja społeczną (problem pu- 
bliczności literackiej) stanowi niezmiernie ciekawą i mało dotąd 
rozwiniętą gałąź ogólnej nauki o literaturze. Ale czy zastąpić 
ona może i ma poetykę ? Poetyka jest nauką o poezji ; poe- 
zją zaś stają się przeżycia twórców, których tajniki usiłuje nam 
wyświetlić psychologja twórczości, dopiero przez to, że sięob- 
jektywizują, t. zn. odrywają się jako twory od łona twórczej 
osobowości, w której dokonywała się czynność twórcza. Poety- 
ka jest jedną z nauk o wytworach psychicznych i jako taka na- 
leży do nauk humanistycznych. Psychologja twórczości stanowi 
część psychologji i zajmuje się pewnym zakresem funkcyj psychi- 
cznych ^. To też i w poetyce — jak powiedzieć można za K. Twar- 



Digitized by 



Google 



— 174 — 

dowskim — ^utrwalone w wytworach psychofizycznych wytwory 
psychiczne traktujemy niemal jako coś objekty wnego". W odnie- 
sieniu zaś do tego « niemal'' należy wskazać na Stumpfa, ^°) który 
zwraca uwag^, że wytwory nie znajdują się nigdzie na świecie 
w odosobnieniu lub też na jakiemś „miejscu nadzmy słowem" 
jako istoty w sobie, lecz wszędzie jako specyficzne treści funk- 
cyj psychicznych, które tylko jako takie mogą być zbadane 
i opisane. Nie istnieją jako martwe preparaty, jako petrefakty, 
lecz w związku żywego bytu duszy. 

Żądanie więc logiki, estetyki (a zatem i poetyki) oraz etyki 
bez wszelkiego względu na psychologję jest zdaniem Stumpfa, 
jakkolwiekbądźby siq zresztą chciało określać zadanie tych ga- 
łęzi wiedzy, nonsensem. Tak więc psychologja> jednemi drzwiami 
z zakresu poetyki wyproszona, wchodzi i to jeszcze natarczy* 
wiej drugiemi. 

3. Psychologja w tem znaczeniu, w jakiem tu jest mgwa, 
jest psychologja przeżyć estetycznych, estetyką. Estetykę okre- 
ślić możemy najogólniej jako naukę o przedmiotach estety- 
cznych. Przedmiot zaś jakikolwiek staje się „estetycznym" przed- 
miotem, najogólniej mówiąc, wtedy, jeśli wykazuje estetyczne 
własności. Jako taki występuje on jednak nie dzięki pewnym 
właściwym mu przedmiotowym cechom, le^^z dzięki stosunkom, 
relacjom, w jakich pozostaje, względnie może pozostawać, do 
podmiotu ^^). Witasek, którego charakterystyczny pod tym wzglę- 
dem pogląd został tu przytoczony, odróżnia zasadniczo dwa 
rodzaje takich relacyj: „Kausalrelation*' i „Zieirelation*. W pierw- 
szym wypadku dzieło sztuki jak każda inna „rzecz'^ jest przy- 
czyną wywołującą pewne wrażenia, wyobrażenia i spostrzeżenia, 
w drugim dzieło sztuki celowo wywołuje reakcję estetyczną 
uczuć jednostki, jest przedmiotem estetycznym, bo jest przed- 
miotem doznań, przeżyć estetycznych. Dzieło sztuki jest w tem 
znaczeniu przedmiotowym korelatem uczuć i wczuć, które się 
składają na całość estetycznego przeżycia. To też ta psycholo- 
giczna estetyka, badająca przebieg i charakter estetycznych 
przeżyć, badając te stany psychiczne, bierze dzieło sztuki jako 
hic et nunc w przeżyciu jednostek dający się ująć korelat przed- 
miotowy doznawania estetycznych wzruszeń. Estetyka pyta 
w odniesienia do przedmiotu jestetycznego: co stanowi przed- 
miot estetycznych dozniiń. 

Odpowiedź na to pytanie starała się, względnie poniekąd 
stara się, otrzymać estetyka przy pomocy psychologji anali- 



Digitized by 



Google 



- 175 - 

żującej przeżycia estetyczne, objaśniającej je drogą redukcyj do 
t. zw. elementów życia psychicznego. Oczy wistem i naiwnem za- 
założeniem tej estetyki czy raczej psychoiogji jest przekonanie, 
że dzieło sztuki stanowi podstawę tego doznania, jego spe- 
cyficznego charakteru, może nawet .przyczynę". ^^) W prze- 
ciwieństwie do tego usiłuje psychologja nowsza przystąpić 
do badania tego przedmiotu estetycznego bez wszelkich zało- 
żeń, a rezygnując z wszelkich wyjaśnień, ogranicza się do czy- 
stego opisu tych przedmiotów fenomenologicznych, t. zn. rela- 
cyj, w których świadomości te przedmioty są dane. To już nie 
jest psychologja ale raczej fenomenologja, jak ją pojmuje Hus- 
serl, a podobnie i Lipps. ^^) 'W sposób ten ujmowania proble- 
mów fenomenologiczny w odniesieniu do zagadnień estetyki 
wprowadza dobrze W. Conrad w swojej rozprawie o przedmio- 
cie estetycznym,^^) której rozdział trzeci rozpatruje specjalnie 
przedmiot estetyczny w poezji. Subtelna analiza doznań este- 
tycznych przez M. Geigera ^^) daje wyobrażenie o tej metodzie 
i niezmiernie cennych rezultatach, jakie przy jej pomocy osiąg- 
nąć się dadzą. 

Punktem wyjścia tej metody jest odnoszenie się „inten- 
cjonalne", zmierzające drogą kolejnego oglądania różnych stron 
przedmiotu do adekwatywhego ujęcia go w wyobrażeniu, przy- 
czem założenie istnienia danych przedmiotów w świecie odrzuca 
się jako założenie niedopuszczalne, a bada się tylko zjawiska, 
fenomeny „bez gubienia się w określenia i wyjaśnienia ich bytu." 
Celem intencji badania nie są „rzeczy", concreta, którym się 
przypisuje byt realny, lecz przedmioty idealne; własności istoty 
tych przedmiotów stanowią przedmiot sądów, a podstawa ich 
oczywistości oparta jest na samobserwacji ^^). W sformułowa- 
niu Dohrna, orjentującego się wedle poglądów Lippsa i ponie- 
niekąd neofichteanów (Rickert) istotę tego przedmiotu ideal- 
nego należy rozumieć w ten sposób, że ma on przy całym cha- 
rakterze indywidualnym, znaczenie ponadosobowe, wykraczające 
poza jednostkowe przeżycie. Poszczególne fenomenologiczne 
przedmioty estetyczne pozostają do niego w takim stosunku, 
jak widok domu lub drzewa przedstawiający się poszczególnym 
ludziom do domu, drzewa wogóle. 

Nie wchodząc bliżej w istotę tych poglądów i metod, 
stwierdzić wypada, że w pierwszym wypadku, gdy chodzi o psycho- 
logiczną analizę przeżyć estetycznych, mamy względnie możemy 
mieć do czynienia z estetyką poezji, której racyj i praw bytu 



Digitized by 



Google 



— 176 — 

kwestjonować trudno. Jest to specjalna nauka, raczej specjalna 
gałąź estetyki, ale jej program i zakres nie jest identyczny 
z zadaniem poetyki. Prowadzona zaś metodą fenomenologiczną 
analiza przedmiotu estetycznego stanowić może i winna nawet 
ważny fundament w ugruntowaniu poetyki czystej, podobnie 
jak go stanowią dla logiki t. zw. przez Husserla „logiczne^ ba* 
dania. Studjum Conrada i analizy Geigera stanowią właśnie 
bardzo cenne przyczynki do uzasadnienia podstaw poetyki 
drogą opisu względnie analizy fenomenologicznej przedmiotu 
estetycznego w poezji. Ale to jest dopiero prodromos, zadania 
poetyki to ani nie wyczerpuje ani wyczerpać nie może, choć 
przy rozwiązaniu jej istotnych problemów oddaje niezmiernie 
ważne a nawet nieodzowne usługi, 

Ani więc psychologja twórczości ani estetyka względnie 
psychologja doznań estetycznych zagadnień poetyki nie wyczerpu- 
je. Czem innem zajmuje się psychologja twórczości, czem innem 
estetyka poezji a czem innem poetyka. Oczywiście, że między 
temi naukami istnieje ścisła łączność a fenomenologiczna ana- 
liza przedmiotu estetycznego w poezji stwarza dla poetyki sa- 
mej podstawowe warunki badania tworów. Psychologja twór- 
czości zajmuje się funkcją tworzenia, estetyka poezji przedmiotami 
estetycznemi^ poetyka, będąca częścią teorji sztuki, zajmuje się 
przedmiotami artystycznemi. Tę różnicę między przedmiotem este- 
tycznym i artystycznym należy sobie w całej pełni uświadomić. Na 
różnicę tę zwróciłem już uwagę przy innej sposobności^^); rozwinął 
ją, uzasadnił i uczynił zasadniczym momentem swych rozważań 
nad poetyką Dohrn. Książka jego wyrosła na gruncie mona- 
chijskim, w atmosferze artystycznej stworzonej przez rzeźbiarza 
Adolfa Hildebranda oraz zbliżonego do fenomenologji T. Lippsa. 
Z kół teoretyzujących plastyków wyszły też najbardziej pobu«^ 
dzające podniety dla teorji sztuki, które i poetyka wyzyskać 
powinna i wyzyskuje^'); brak im jednak dotychczas filozoficznego- 
ugruntowania. 

4. Już rzeźbiarz A. Hildebrand uczynił bardzo zasadnicze 
rozróżnienie między „Daseinsform" ^^) a „ Wirkungsform** w dziele 
sztuki. Dohrn całkiem jasno odróżnił przedmiot estetyczny t. j. 
dzieło sztuki w doznaniu estetycznem oraz przedmiot artysty- 
czny t. j. dzieło sztuki stworzone, twór. 

Przedmiot artystyczny określić można jako „indywidualny 
związek zdolnych do oddziaływania czynników, dzięki którym przy 
odpowiedniej apercepcji powstaje przedmiot estetyczny*. Przed- 



Digitized by 



Google 



— 177 — 

miot artystyczny tern różni si^ zasadniczo od innego przed- 
miotu, iż jest tworzony przez artystę w tym celu, ażeby 
dać ujmującej go jednostce możność realizacji przedmiotu este^- 
tycznego, czyli, jak to się mówi, wywołać wrażenie estetyczne. 
Oczywiście pomimo tej intencji twórcy nie zawsze to się dzieje; 
estetyk czy krytyk powie wtedy, że jest to dzieło kiepskie. 
Gczywiście również, że i przedmioty nieartystyczne mogą bu- 
dzić wrażenia estetyczne. 

Powstaje tu tedy dla estetyki pytanie, jakie są objektywne 
a ^ęc w przedmiocie tkwiące warunki możności realizowania 
indywidualnego przedmiotu estetycznego* Teorja sztuki, a więc 
w tym wypadku poetyka, tego pytania sobie nie stawia;: 
bierze wprawdzie przedmiot artystyczny jako kompleks w zmy- 
słom dostępnym materjale ukształtowanych warunków powsta- 
nia przeżycia estetycznego, liczy się z możliwością powstania 
tego przeżycia dzięki tym warunkom, ale związków między tern i 
warunkami a tem przeżyciem nie rozpatruje. 

Teorja sztuki zadawala się ujęciem i opisem tego związku 
oddziaływujących czynników, względnie związków przekazanych 
przez dzieje i znanych z życia sztuki; segregowanie zaś tych 
kompleksów na ważne dla realizacji przedmiotu estetycznego 
lu^ mniej ważne dla przeżycia estetycznego hic et nunc pozo- 
stawia estetyce. 

Teorja sztuki a więc w tym wypadku poetyka nie zasta** 
nawia się nad powodami większego lub mniejszego oddziały- 
wania danego kompleksu, objektywność zaś tych czynników 
tego kompleksu pojmuje, jak tó określił SimmeP^) w ten spo- 
sób, że dany kompleks czy typ kompleksów .obejmuje jedność 
wielu dusz, ożywiając w nich punkty, w których one przy całej 
swej zresztą różnorodności w jednakowy zasadniczo sposób 
reagują*. 1 to jest istotny sens wszelkiej ponadindywidualności,. 
tego, co ponadosobowe. 

Sprawa »objektywności'* tych czynników nasuwa jednak 
poza względem na siłę ich oddziaływania — czem się poetyka 
w naszem zrozumieniu nie zajmuje — i inne wątpliwości na* 
natury epistemologicznej. Słusznie bowiem podnosi Dohm,^') 
że ten związek objektywnych warunków istnieje tylko o tyle,, 
o ile się pracyjmie pewną określoną — jak on to nazywa — 
apercepję, a mianowicie estetyczną. Ten skrupuł jest naturalnie 
słuszny, o ile się wobec dzieła sztuki zajmuje właśnie postawę ester 
tyczną. Teoretyk sztuki z tem stanowiskiem oczywiście się 

12 



Digitized by 



Google 



— 178 — 

liczy, lecz zajmuje postawę czysto teoretyczną, jak anatom wo- 
bec egfzemplarza danegfo gatunku. Jeśli więc Dohm powiada, ie 
sposób mówienia^ przypisujący przedmiotowi artystycznemu 
^byt materialny ** w przeciwieństwie do •uczuciowego dozna- 
nia ** doznającego^ należy a limine odrzucić, to mieć może racj^, 
rozpatrując rzecz z punktu widzenia estetycznego w ścidem 
znaczeniu; zajęcie jednak takiego stanowiska w teorji sztuki by- 
łoby równie nieuzasadnione jak poniechanie badań anatomicznych 
ze względu na przyznawanie się anatoma do krytycznego idea- 
lizmu. Specjalne warunki, w jakich dany nam jest przedmiot 
artysty czny^ bada właściwie fenomenologia; Mrspomniane stu- 
djum Conrada jest właśnie poświęcone rozpatrywaniu tego za- 
gadnienia. Badania fenomenologiczne muszą tu stanowić wstęp 
i podstawę dla eidologicznych. 

Poetyka jako nauka o tworach należy do kompleksu nauk, 
dla których Stumpf^^) pro(>onuje nazwę eidologji. Podczas jtly 
estetyka ma do czynienia ze zjawiskami, związanemt z reakcją 
na przedmioty estetyczne, teorja sztuki, a więc i poetyka ma 
do czynienia z tworami artystycznemi. Tu jednak odrazu na- 
suwa się pewna zasadnicza cecha tych wł^nie tworów artysty- 
cznych. Tyrory artystyczne należą do kategorji wytworów 
trwałych t. zn. takich, które trwają dłużej aniżeli czynność, 
dzięki której powstają. ^^) Nie należy przyłem zapominać o tern, 
na co również K. Twardowski zwraca uwagę, źe „wytwory trwale 
tak samo jak nietrwałe są wytworami t. j. czemś, co dopiero 
dzięki jakiejś czynności powstaje, przeto należy je narówni prz<^- 
ciwstawiać przedmiotom zewnętrznym t. j. czemuś, co już 
istnieje, zanim przechodząca na nie czynność się rozpoczęła/ '^) 
Twory sztuki zaliczyć więc wypadnie do przedmiotów wewnę- 
trznych trwałych, psychofizycznych, »a to dlatego, że wytwory te 
powstają dzięki czynności psychofizycznej t. j. dzięki takiej czyn- 
ności fizycznej, której towarzyszy czynność psychiczna, wywie- 
rająca wpływ na przebieg czynności fizycznej i tern sameni na 
powstający dzięki tej czynności wytwór**. 2^) 

Jakież więc jest zadanie poetyki wobec tworów? Jest niem 
zbadanie wewnętrznej struktury tych tworów jako takich nie- 
zależnie od przypadkowych aktów tworzenia. To określićby 
można w pewnej analogji do „czystej logiki' Husserla jako 
czystą poetykę. Pomimo tej „czystości* nie może oczy wiście b- 
gika, poetyka czy jakakolwiek nauka eidologiczna obyć się 
jak wszelka nauka nie czysto deduktywna bez pomocy nauk 



Digitized by 



Google 



— 179 — 

innych, a więc w pierwszym rządzie fenomenologji doświad* 
ozenia wewnętrznegfo t. j. opisu przeżyć aktów; poetyka sięgać 
też musi do historji, etnoiogji. Stąd czerpie fakty do analiacy. 
Tylko że właśnie, jak zaznacza Stumpf,^) z nauk tych po- 
znanie eidologiczne czerpie jak ze źródeł materjał poznania 
a nie dowody. Wkracza to już jednak w sferę norm i war- 
tości, któremi poetyka jako czysta teorja się zasadniczo nie 
zajmuje, choć oczywiście w konsekwencji tych teoryj można 
normy stawiać i wedle nich oceniać. 

W odniesieniu do przedstawienia rezultatów badań eido* 
losficznych należy uwzględnić, jeszcze jedną traf ną uwagę Stum- 
pfa* ^^) Zaznacza on, że, choć przy pewnym rozwoju nauk eido- 
log^icznych należałoby się ograniczyć do przedstawienia czystych 
rzeczowych połączeń i podobnie jak matematyk oczyścić je 
z ^^szelkich psychologicznych, historycznych, genetycznych domie^ 
szek, to jednak przedstawienie takie, w matematyce bardzo inte- 
resujące, w naukach eidologicznych nie mogłoby być ani dosta* 
tecznie zrozumiałe ani zajmujące. 

5. Jeśli fenomenologję określa Husserl^) jako opisową 
naukę o istocie czystych przeżyć, to eidologję a ^^^ięc poetykę 
możnaby okreśUć jako naukę o istocie czystych tworów. O tern 
pojęciu „czystości" będzie jeszcze mowa. Że i tu intendowa- 
nym przedmiotem jest istota danych tworów, nie wymaga wy- 
jaśnienia. Natomiast sprawa metody a więc — jak z powyż- 
szego wynika — opisu nasuwa rozważania. Jest rzeczą chara- 
kterystyczną lecz zarazem bardzo pożałowania godną, że pro- 
blemem opisu zajmowano się wyłącznie w odniesieniu do zja* 
wisk przyrody, ^^) zwłaszcza od czasu, gdy Kirchhoff w r. 1876 
wystąpił z postulatem fizyki opisowej. Pozytywhy sens po- 
jęcia opisu wykazywał przytem u poszczeigólnych badaczy pe- 
wną rozbieżność. Sprawą stosunku opisu do definicji zajmo- 
wali się logicy szczegółowo. MilL.jvidzi w opisie niedokładną 
definicję, „która umożliwia odróżnienie nazwą określanych^ rze- 
czy od wszystkich innych rzeczy- '^). Chodzi tu więc o to, co 
Sigwart^^) określa mianem definicyj diagnostycznych. Rzecz 
poszczególna nie może być zdefinjowana, może być opisana. 
Zarówno w wywodach logików jak i przyrodników położony 
jest akcent na tem, że opis jest przedstawieniem czegoś rze- 
czywiście danego, poszczególnego, indywidualnego. 

Ten właśnie zasadniczy moment opisu decyduje o jego 
wielkiej wadze dla nauk humanistycznych, odpowiada bowiem 



Digitized by 



Google 



— 180 — 

zasadniczej .tendenc)i tych nauk i strukturze poj^ć w nich Iwo- 
nsonych. Tą zasadniczą tendencją tvch nauk jest tendencja 
idjograficzna, t. zn. zmierzająca do ujęcia i opisu tego, co da- 
nym zjawiskom, ludziom czy tworom właściwe, sposobem zaś 
tworzenia pojęć — indywidualizacja. Zwrócili na to uwagę filozo- 
fowie badeńscy Windelband i Rickert.^^) W naukach . przyro- 
dnicaych dochodzimy drogą generalizacji do pojęć o możliwie 
szerokim zakresie, w naukach humanistycznych drogą indywi- 
dualizacji do pojęć zbiorowych — Gruppenbegriffe. Indywidur 
alizację określić można jako proces myślowy, przy pomocy 
którego staramy się określić indywidualny charakter pewnego 
kompleksu czy tworu duchowego. Celem tworzenia tych po- 
jęć jest nie uogólnienie jak w naukach przyrodniczych, lec?, 
przedstawienie indywidualnego charakteru pewnej grupy zja- 
wisk („Gruppenindividualitat^). Dla naczelnej wartości, jaką się 
tu kierujemy przy wyborze cech, posiada znaczenie właśnie 
indywidualność gnipy, ale nie jej poszczególnych części. Wobec 
bujności życia historycznego i duchowego wogóle musi się hi- 
storyk zdaniem Rickerta zadowolić niekiedy bardzo ogólnemi 
pojęciami. W.tem jednak, w czem Rickert widzi sytuację po- 
niekąd przymusową, upatruje HusserP^) właśnie istotę tych po- 
jęć, pojęć „morfologicznych", „von vagen Gestalttypen'', są one 
,^wesentiich und nicht zufallig uncKakt''. Są to pojęcia opi9owe» 
^Beschreibungsbegriffe'*. Pojęcia, któremi operują nauki humani- 
styczne a więc i eidologiczne, są z natury rzeczy takiemi nie- 
ścisłemi pojęciami opisowemi. Nie należy — jak przestrzega 
Husserl — stałości i możności czystego odróżnienia pojęć ro- 
dzajów względnie istoty rodzajów, których zakres tkwi w czemś 
płynnem, mieszać z dokładnością pojęć idealnych. 

W kierunku zastosowania metody opisowej do poetyki 
były podejmowane usiłowania. Historyk literatury niemieckiej, 
Ryszard Heinzel, uświadomił sobie jasno znaczenie metody opi- 
sowej dla badań literackich, przyczem dotknął też zasadm'czego 
problemu poetyki ^). Heinzel studjował logikę Milla i i ozdziały 
o opisie i zastanawiał się nad teorją opisu w odniesieniu do 
dzieł literackich. Heinzel w rozprawach swych opisał styl poezji 
starogermańskiej, staroislandzkie sagi» oraz średniowieczny 
dramat niemiecki. Intencją jednak główną jego był nie tyle dany 
przedmiot literacki, ile raczej, wy kształcenie samej metody opisu, 
a mianowicie wypracowanie „kanonu opisu dzieł poetyckich'. 
To też irytowały go recenzje jego pracy o dramacie, recenzje 



Digitized by 



Google 



— 18t — 

historyczno-literackie. ^^Dass es ein Beitrag zur Pbetik sein soUy 
einer sehr yernachjassigften Disziplin... haben die wenigsten ye- 
merkt* '^). W r. 1895 pisał Heinzel ,,Das Hartę ist die log^ische 
Arbeit, den Qrt ausfindig zu machen, an weichen eine Beob^ 
achtungf hingehórt". Heinzel zadawał sobie też dużo trudu 
nad wypracowaniem tego kanonu opisu dzieł literackich i słu^ 
sznie kładł nacisk na to, by w czytaniu jego rozpraw zwracano 
uwagę na tytuły, których zbiór właśnie ten. kanon tworzył. 

W tych usiłowaniach Heinzla, które częściowo tylko rea- 
lizował przy badaniu konkretnych zjawisk literackich, przebija 
się bardzo znamienna i poź)rteczna tendencja zarówno w ujęciu 
zadania, jak i metody poetyki. Poetyka, która ma oddać rze« 
czywiste usługi w badaniach filologicznych, musi właśnie dąiyó 
do wypracowania takiego ogólnego .kanonu*' opisu dzieł lite- 
rackich. Te właśnie bowiem pojęcia opisowe, będące koreiatami 
morfologicznych istot ^), stwarzają taki system kategoryj opisu 
dzieł literackich. W zakresie innych sztuk poczynioho tu juz 
bardzo znaczne postępy ^^); poetyka obracała się długo w sfe* 
rze ogólnych rozważań i bardzo prymitywnie rozwiniętych 
i opracowanych kategoryj, tak że okazała się konieczność za- 
pożyczeń z zakresu innych sztuk. 

6. Stworzenie ogólnego kanonu opisu dzieł literackich zada- 
nia poetyki' jednak nie wyczerpuje, chyba^ żebyśmy to słowo 
,opis^ brali w nieco szerszem, a raczej głębszem znaczeniu, nii 
to się czynić zM^kło. I Heinzel „opis" pojmował bynajmniej nie 
tylko powierzchownie t. zn. formalnie, chociaż na formę prze* 
dewszystkiem zarówno on, jak i uczeń jego Walzel^) kładą 
nacisk. Heinzel przy opisie dzieł literackich odróżnia » pierwsze* 
i „drugie*^ wrażenia. Przy pierwszych wrażeniach dramatu, jak 
pisze HeinzeP^), chodzi o to, co się da załatwić bez względu 
na fabułę i treść: o czystą formę dramatyczną. Więc i Heinzel 
mimo zasadniczo formalnego charakteru swych badań zdawał 
sobie sprawę, że do opisu czystej formy ograniczyć się nie 
można. Poetyka nie hioże się ograniczyć do opisu formalnych 
kategoryj, bo to, co się zwie najogólniej „formą", jest tylko 
jedną z tych zasadniczych kategoryj, jednem z tych opisowych 
pojęć o dość zresztą nieuchwytnym zakresie. 

Zaliczamy poezję do rzędu wytworów psychofizycznych. 
Ze wzglądu na związek, zachodzący pomiędzy podpadającym 
pod zmysły wytworem psychofizycznym, a nie podpadającym 
pod zmysły wytworem psychicznym, wytwór psychofizyczny jak 



Digitized by 



Google 



— 182 — 

wywodzi K. Twardowski^ staje się zewnętrznym wyrazem 
wytworu psychicznego. 1 tu występuje dopiero najbardziej 
istotny i zasadniczy problem poetyki, który uświadomiono sobie 
dopiero w całej pełni w w. 18-tym. Jak dłu^fo niepodzielnie 
panowała platońska i arystotelesowska teorja mimetyczna, okre- 
ślająca poezję czysto zewnętrznie jako naśladowanie natury^ 
brak było zrozumienia tej istotnej funkcji poezji. To tez poko- 
nanie teorji mimetycznej łącznie ze wzmagającym się Mrpływem 
Plotyna (Shaftesbury), mistycyzmu (choćby w formie pietyzmu 
niemieckiego), filozofji Leibniza, utorowało dopiero drogę teorji 
wyrazu, umożliwiło głębsze ujęcie i zrozumienie istoty poezji 
i sprowadziło powoli zupełną rewizję zasadniczych podstaw 
poetyki «). 

Błędem byłoby tę „teorję wyrazu' pojmować w przeci- 
wieństwie do czysto formalnego traktowania* jako zwrot do 
t. zw. idealizmu estetycznego, kładącego w sztuce głÓMmy na- 
cisk na ideową zawartość. Teorja ta — w formie w jakiej wy- 
stępuje u pewnych najnowszych jej głosicieli (B. Croce, K. Vos- 
sler) — jest niewątpliwie objawem zwrotu do idealizmu ^^, neo- 
idealizmu, którego zwłaszcza B. Croce jest płomiennym aposto- 
łem. Lecz nie chodzi o te idealistyczne podstawy, które wykra- 
czają poza sferę realnych faktów. Ważne jest samo nastawienie 
się wobec tworów sztuki i poezji, ważny jest zwłaszcza u Cro- 
cego nacisk na ogólną teorję wyrazów w związku z estetylcą. 
Ujawnia to już choćby tytuł jego dzieła „Estetica come scienza 
deir espressione e linguistica generale'' ^^). Teorja Crocego jest 
ważna i cenna już przez samo akcentowanie momentu wyrazu 
i wyrażania w sztuce. W poglądzie Yosslera zasługuje zaś prze- 
dewszystkiem na uwagę antigenetyczna, . zatem nie psycholo- 
giczna, ani historyczna postawa wobec funkcji i tworu wyra* 
żania, jakim jest w pierwszym rzędzie język; postawę tę określa 
Yossler mianem „estetyczny**. Odrębnego znaczenia tego wyrazu 
u niego niema potrzeby bliżej tu rozpatrywać. 

Poglądy Crocego i Yosslera są więc przedewszystkiem 
objawem pewnego symptomatycznego poglądu. Ich wartość tkwi 
zaś głównie w postawieniu, a raczej podjęciu pewnej tezy. 
Sama argumentacja w obronie tej tezy opiera się u Crocego na 
' kruchych podstawach psychologicznych ^). Croce i Yossler wy- 
stąpili z pewną tezą, ale nie postawili zasadniczego problemu, 
który dopiero wyrasta z chwilą, gdy się zapytamy o sposób 
wyrażania, o stosunek wyrazu do tego, co się wyraża. I tu wy- 



Digitized by 



Google 



— 183 — 

stępuje dopiero problem wyrażania w calem swem znaczeniu. 
Poetyka, będąc nauką o W3rtworachy a mianowicie o tworach 
psychofizycznych, które wyrażają jakieś wytwory psychiczne, 
staje si<; przez to z jednej strony częścią ogólnej teorji znaków 
(^semiotyki**)*^), z drugiej częścią ogólnej hermeneutyki t. j. na- 
uki o rozumieniu znaków czy wyrazów. Badając bowiem rodzaje 
i sposoby wyrazu w poezji, staje się poetyka zarazem wprowa- 
dzeniem do ich zrozumienia. W hierarchji nauk, zajmujących się 
teorją znaków czy wyrazów słownych, reprezentuje poetyka 
stopień najwyższy; zajmuje się tworami — wyrazami najwyż- 
szego rzędu, podczas gdy gramatyka, metryka, retoryka i sty- 
listyka kolejno, coraz wyższe rzędy tworów mają za przedmiot 
swych badań. 

7. Czynności tworzenia dokonywują się na czemś, co 
istnieje już przed rozpoczęciem i istnieje też dalej po dokona- 
niu czynności, a co można nazwać materjałem czynności^). 
Tym materjałem w poezji jest język. I tu sama czynność, dzięki 
której powstaje wytwór trwały, nawet pr^fy szczególnych języko- 
twórczych zdolnościach poety, polega na przekształcaniu, prze- 
obrażaniu materjału, który tem różni się zasadniczo od ma- 
terjału sztuk innych, że jest psychofizyczny, a nie fizyczny. 
To stwarza właśnie specjalne warunki wyrazu w poezji i sta^ 
wia zasadniczo odrębne od teorji innych tworów artystycznych 
problemy w poetyce. 

Już niemieccy krytycy szwajcarscy, Bodmer i Breitinger, 
zastanawiali się nad stosunkiem wyrazu' do tego, co on wyraża 
w poezji; istotę poezji określali jako „Gedanken in Leiber hul- 
len*. Pozostawali oni zarówno pod wpływem Leibniza (^ars ca- 
racteristica ") jak i Locke'a (trzecia księga „Essay"). Problem 
jasno postawił dopiero Herder, pytając »Wie fern klebt der 
Gedanke am Ausdruck in der Sprache ?" i konstatując: .In 
der Dichtkunst ist Gedanke und Ausdruck wie Seele und Leib, 
und nie zu trennen*"*^). Problemem tym zajęto się dopiero 
w ostatnich latach bliżej i zaczęto go traktować naukowo. 

Problem stanowi tu przedewszystkiem funkcja mowy w po- 
ezji. Materjał sztuki poezją zwanej sam z natury swej psycho- 
fizyczny, a nie jak w innych sztukach fizyczny, stwarza też zgoła 
odmienne warunki wyrażania i rozumienia znaków, względnie 
w poezji, tylko wyrazów. Wytwór psychofizyczny nazywamy 
znakiem wytworu psychicznego, „jeżeli wytwór psychofizyczny, 
w którym się wyraża wytwór psychiczny, może się stać czę- 



Digitized by 



Google 



— 184 — 

ściową przyczyną powstania takiego samegro lub podobnego 
wytworu psychicznego^ ^). Otóż droga, na jakiej sią to odbywa 
'W sztukach plastycznych i w poezji, jest zasadniczo różna. 

W sztukach plastycznych dzieje się to przez wywoływanie 
wyobrażeń. Inaczej w języku, którym * jako środkiem wyrazu 
posługuje się poezja. Istota wyrazu tkwi tu wyłącznie w zna- 
czeniu, a znaczenia wyrazu nie stanowią bynajmniej wyobrażenia 
wytwórcze czy odtwórcze towarzyszące mu*'^). To, co Husserl 
mówi o znikomej uwyobrażalniającej roli obrazowości słów, 
odnosi się w wysokim stopniu i do poezji, w której — w znacz- 
nej mierze « nieświadomie'', u niektórych zaś poetów i szkól 
celowo — właśnie to, co Husserl określa zbjrt intelektualisłycznie 
mianem ^symbolisches Denken", odgrywa ważną rolą. Wyka- 
zał to zupełnie niezależnie od Husserla, lecz niestety bez wszel- 
kiego kontaktu z najnowszą literaturą filozoficzną i psycholo- 
giczną Th. A. Meyer ^), a subtelne jego wywody stanowią 
ważny fundament w budowie poetyki. 

Po odrzuceniu tfedy towarzyszących wyobrażeń jako nie- 
istotnego pierwiastka słowa, które je odróżnia ^od zM^kłych 
szmerów, pozostaje jako wynik analizy fenomenologicznej słowa : 
symbol akustyczny, mniemany przedmiot i znaczenie, które, jak 
określa Husserl, wsuwa się, jako moment trzeci między znak 
a przedmiot, na który przedmiot wskazuje ^^). Ale podczas gdy 
w mowie potocznej doborem (a niekiedy tworzeniem) słów kie- 
ruje przedewszystkiem wzgląd na znaczenie, t. zn. na to, żeby 
stosunek między symbolem a przedmiotem nie nasuwał naj- 
mniejszej wątpliwości i był łatwo uchwytny, w języku artystycz- 
nym ten wzgląd utylitarny decydujący nie jest i ^ przedewszyst- 
kiem na symbol sam, na jego uczuciowy posmak i nastrojową 
siłę położony jest nacisk. Słowo nie jest tu tylko wyrazeto 
w rozumieniu potocznem, t. j. znakiem mającym znaczenie, ale 
jest też ujawnieniem pewnej indywidualności i jej doznań życio- 
wych. W istocie każdego słowa tkwią zasadniczo obie te funkcje, 
które w różnej występują mierze. W mowie potocznej lub na- 
ukowej ten moment mniemania czegoś — a więc funkcja po- 
rozumiewawcza — wysuwa się na plan pierwszy, w poezji 
funkcjsi wyrażania. 

Poruszona w związku z problemem znaczenia sprawa od- 
różnienia przedmiotu artystycznego od estetycznego występuje tez 
w innem oświetleniu. Jak długo — wedle uwag K- Twardow- 
skiego") — mamy wytwór psychofizyczny uważać za wyraz 



Digitized by 



Google 



- 185 ~ 

psychicznego, ^róiność między wytworami psychicznemi prze- 
zeń wywołanemi nie śmie iść za daleko, musi istnieć w tych 
poszczególnych wytworach psychicznych szereg cech wspólnych. 
1 właśnie te cechy wspólne, to, w czem się owe poszczególne 
wytwory psychiczne zgadzają, uważamy zwykle za znaczenie 
wytworu psychofizycznego, za zawartą w nim treść*. Na tern 
polega jedność przedmiotu artystycznego w przeciwieństwie do 
względnej różności przedmiotów estetycznych. I w zakresie este- 
tycznym stwierdzić możemy, że wobec nieograniczonej rozmai- 
tości indywidualnych przeżyć to, co w nich jest wyrażone, jest 
wszędzie identyczne, to samo, w dosłownem znaczeniu ^^). Ale 
i do zakresu estetyki odnosi się tu uwaga Husserla, że idealność 
znaczenia nie ma i nie może tu mieć sensu idealności norma- 
tywnej; nie jest ona ideałem doskonałości wobec poszczegól- 
nych doznań, w których się realizuje* Znaczenia „w sobie* są 
odrębnemi jednościami* Ich badaniem zajmuje się właśnie poe* 
tyka czysta. 

8. Określając ściślej zakres badań poetyki czystej w szcze- 
gólności, można powiedzieć, że jej problemem jest przedstawie- 
nie (Darstellung)^^). Jest ono pewną formą wyrażania w naj- 
szerszemu słowa znaczeniu, wyrażaniem artystycznem, wskutek 
którego powstają trwałe (przeważnie) artystyczne twory o pe- 
wnej właściwej i określonej strukturze. Nawiązując do rozwi- 
niętych przez Husserla ^^) myśli o czystej logice i gramatyce, 
rozwinąć można w najogólniejszych zarysach problematykę czy- 
stej poetyki. 

Zadaniem tej poetyki będzie w pierwszym rzędzie ustalić 
wyj iśnić wszystkie pierwotne pojęcia, które pod względem 
oSjektywnym czynią możliwym związek zrozumienia dzieła poezji 
a zwłaszcza związek estetyczny. Konstytutywnemi są tu pojęcia 
pierwiastkowych form połączenia. I tu regulują stałe prawa 
krok za krokiem postępujące „ komplikacje^, wskutek których 
z kształtów prymitywnych rozwija się nieskończona rozmaitość no- 
wych i co raz nowych. Są to kategorje przedstawienia (forma, 
przedmiot, treść, zawartość). Do nich pozostają w stosunku 
korelacji i tu czyste albo formalne kategorje przedmiotowe jak 
edność, rozmaitość, związek, układ, symetrja, proporcja. Drugą 
grupę problemów stanowi wyszukanie praw, które w tych po- 
jęciach kategorjalnych mają swoją podstawę; w zakresie este- 
tycznym dotyczą one jedynie wspomnianych wyżej komplika- 
cyj. Prawa, o których mowa, to podobnie jak w zakresie czy- 



Digitized by 



Google 



— 186 - 

stej gramatyki, gdzie chodzi o elementarne funkcje wyrazu^ 
prawa unikania nonsensu i sprzeczności. Oczywiście, że w sfe- 
rze artystycznej są inne, znacznie liberalniejsze kryterja sensu 
i nonsensu. Ale podobnie jak w sferze gramatycznej i w sferze 
poetycznej jest pewna miara, pewna aprioryczna norma, która 
nie śmie być przekroczona. I tu podobnie jak w sferze grama- 
tycznej da się oddzielić to, co jest „czysto"" poetyckie t. j. aprio- 
ryczne, forma idealna od empirycznej rzeczywistości. To, co em- 
piryczne, jest i tu uwarunkowane przez faktyczne rysy natury 
ludzkiej, przez przypadkowe właściwości rasy, naroau i jego 
dziejów, poszczególnego indywiduum i jego życia. To, co aprio- 
ryczne, jest i tu w swym pierwotnym kształcie, jak wsz^dzie^ 
czemś samo przez się zrozumiałem, a nawet trywialnem. I tu należy 
sobie uprzytomnić — co genialnie odczuł i rozumiał jedynie 
tylko Lessing^), że (podobnie jak język, najogólniejszy środek 
wyrazu) ma i poezja (>odstawę nie tylko psychologiczną i hi- 
storyczną, ale i aprioryczną. Dotyczy ona istotnych form przed- 
stawienia i apriorycznych zasad, stanowiących o ich kompleksji. 
Operuje i w tym zakresie niemi każdy badacz, choć sobie cza- 
sem tego nie uświadamia. Stanowi ono też i w tej sferze owo idealne 
rusztowanie, które każda faktyczna poezja, idąc za pobudkami 
po części czysto ludzkiemi, po części przypadkowo empirycznie 
się zmieniającemi, w różny sposób wypełnia i ubiera empirycz- 
nym materjałem. I tu sprawa objektywnej możliwośd, objekty- 
wności nie wchodzi w grą. Oczywiście, że ta ogólna, „czysta* 
poetyka, nie może wszystkich poszczególnych objąć jako po- 
szczególnych przypadków, opracowuje ona ogólne zasady, które 
służyć mogą za podstawę nauk o poezjach poszczególnych. 

A i w tej sferze ujawnia się ostatecznie w całej swej oka- 
załości najgłębszy fakt nauk humanistycznych, historycznoić 
ludzkiego życia psychicznego i nasuwa się arcyważne pytanie, 
które trafnie formułuje Dilthey^^): w jaki sposób łączy się 
ujawniająca się w tych jednokształtnościach tożsamość naszej 
ludzkiej istoty z jej zmiennością, jej istotą historyczną? 

UWAGI: 

O Wilhelm Diithey, Die EinbildunsTskraft des Dichters. Bausteine fur 
eine Poetik. W .Philosophische Aufsatze Eduard Zeller zu seinem funfzi^JBh' 
rigen Doktor- Jubilaum gewidmet*. Leipzi^, 1887. 

2) Op. cit. str. 320. 

3) Poetik. Berlin, 1888, str. 70. 



Digitized by 



Google 



— 187 — 

^ Poetik. Erster Teil: Yorbemerkunsf^. Analyse der psychischen Vor- 
Sańi^e beim Genuss einer Dichtungf. Munchen, 1902. 

*) W ^Philosophische Abhandlungen Max Heinze zum 70. Geburtstasr 
Sewidmet", Berlin, 1906. 

^ Ober das Yerhaltnis der Asthetik zur Psychologie w Zs. f. Pa. T» 
54 {1910) str. 401 nast., str. 469. Por. również Sobeski, Uzasadnienie me- 
tody obiektywnej w estetyce . Kraków, 1910, oraz moją recenzję w ,Ruchu 
filozoficznym' I, 189a;Jakób Segał, O charakterze psychol. zasadniczych za- 
gadnień estetyki. Przegh fil. T. 14 (1911), O psychologiźmje w estetyce por» 
tcMt M. Geiger w Zs. f. Aesth. T. 11 (1916), str. 189. 

7) Dzieła w wydaniu Suphana T. 15, str 539; także T. 9, str. 54. 

^ Mam tu na myśli dziciła tego pokroju jak R. M. Wernera .Lyńk 
und Lyriker* (Hamburg u. Leipzig, 1890) lub też Eńiila Geigera .Beitrage 
zu einer Aesthetik der Lyrik*. Halle, 1905 łub . choćby * Du Prela .Psychologie 
dęr Lyrik*. Leipzig 1879. 

^ Por. Kazimierz Twardowski ,0 czynnościach i wytworach" (Odbitka 
z księgi, pamiątkowej ku uczczeniu 250-tej rocznicy założenia uniwersytetu 
lwowskiego). Kraków, 1911. str. 30 n. 

^) C. Stumpf, Zur Einteilung der Wissenschaften. Abhandlungen der 
preussidien Akademie, 1906, str. 34 n. 

^0 St. Witasek, Grundziige der allgemeinen Aesthetik. Leipzig, 1904, str. 27. 

^^ W. Dohm, Die kunstłerische Darstellung ais Problem der Aesthe- 
tik. Hamburg und Leipzig, 1907, str. 8 i nast. 

^) Leitfaden der Psychologie. Rozdział I, 1. 

»*) ZeiUchrift fur Aesthetik, T. 3 (1908). 

'^) ^ .Jahrbuch fur Philosophie und phanomenologische Forschung" T. 1. 

J«) Conrad w Zs. f. Aesth. 3, 76. 

>7) Przegląd filozoficzny T. 15. (1912). str. 436. 

1^ Por. O. Walzel, Wechselseitige Erhellung der Kiinste. Ein Beitrag 
zur Wiirdigung kunstgeschichtlicher Begriffe. Berlin, 1917. 

^) A. Hildebrand. Das Problem der Form in der bildenden Kunst,, 
rozdz. IL .Form und Wirkung"; do tego uwagi A. Riehla w »Vierte1jahrs- 
schrift fur wiss. Philosophie" T. 21 (1897). str. 297 nast.. i T. 22 (1898). str. 106- 

*0 Probleme der Geschichtsphilosophie. 2. wyd. str. 55. • 

«>) Op. cit. str. *8 nast. 

^ W cytowanej w uw. 10. rozprawie, str. 32 — S7. 

*) Por. K. Twardowski w cytowanej w u w. 9. rozprawie, str. 15. nast. 

^*) K. Twardowski, op. cit. str. 16. 

*) K, Twardowski, op. cit. str. 18. 

*) Zur Einteilung (patrz, u w. 10), str. 36. 

«) loc. cit 

«) „Ideen" § 75 w „Jahrbuch* (patrz. uw. 15). 

®) Wystarczy wskazać na rozprawy konkursowe , Przeglądu filozofi- 
eznego- z r. 1910, T. 13. 

30) Logika 1, 1. ks. 8 rozdz. § 4. (tłumaczenie Schiela z r. 1877) str. 170, 381. 

31) Logik 4. wyd. I. str. 395. 

32) Jasne przedstawienie tych poglądów Rickerta znaleźć można poza 
głównem jego dziełem (Die Grenzen der naturwissenschaftlichen Begriffsbil- 
dung) w rozprawie .Geschichtsphilosophie" w zbiorowem dziele .Die Philo* 



Digitized by 



Google 



— 188 — 

Sophie im Be^nn des zwanzijrsten Jahrhunderts", Heidelberg 1905 t. D. atr- 
56 — 87. Por» tez moją rozprawa o romantyzmie w „Pamiętniku literackim* z f. 1^17- 

33} „Ideen** w Jahrbuch (p. uw. 15) str. 137 nasL 

^) O tych usiłowaniach Heinzla informuje szczesfołowo S. Singer 
w „Zeitschrift fur die osterreichischen Gymoasien', T. 60 (1909). str. 713 
i nast Por. też moją rozprawę p. t. Idea a osobowość w historji literatury. 
Lwów, 1920 („Pamiętnik literacki" XVU.--XVm.), str. 9. 

35) W cytowanej w uw. 34 rozprawie str. 728. 

3«) Husserl .Ideen" w Jahrbuch (patrz uw. 15) str. 138. 

'") Por. Walzel, w cytowanej w uw. 18 rozprawie. 

*) Por. Walzel, „Die kunstlerische Form des Dichtwerks". Berlin, 1916. 
. *) Str. 726 cytowanej w uw. 34 rozprawy Singera. 

<®) W § 30, cytowanej w uw. 9 rozprawy. 

*^) Szczegółowe przedstawienie tego znamiennego zwrotu znajdzie czy- 
telnik w drugiej części mojej książki ,Geschichte der deutschen Literatar- 
wissenschaft bis zum Ende des 18 Jahrhunderts*. Gottingen, 1920. 

42) Por. K. Vossler, Positivismus und Idealismus in der Sprachwissen- 
schaft. Eine sprachphilosophische Untersuchung. Heidelberg, 1904. 

^) Przedstawienie i ocenę poglądów Crocego i Yosslera podałem w roz* 
prawie p. t. Zasadnicze problemy współczesnego językoznawstwa^ która sią 
ukazała w czasopiśmie .Eos". (1922). Tam wystąpiłem z postulatem ^Krytyki 
władzy wyrażania*. 

^) Wykazał to m. i. O. Dittrich w .Zeitschrift fur romanische F^hilo- 
logie t. 30 (1906). str. 47<2 nast ; oczywiście dla Dittricha niema znowu innei 
psychologii jak Wundta, która jest najmniej chyba odpowiednia jako podsta- 
wa do takich dociekań. 

^) Nauka ta rozwijała się z różnych podniet i pobudek w w. tS^tyna 
por. moją cytowaną w u w. 41 książkę na str. 310 i 364. 

^) K. Twardowski, w cytowanej w uw. 9 rozprawie § 26. W sprawie 
odróżnienia określeń „znak" i „Mryraz* por. Husserl, .Logische Untersuchatt*- 
gen* II. tom, 1. rozdz. 

^0 Dzieła w wydaniu Suphana T. I, str. 359. 

^) K. Twardowski, w cytowanej w uw. 9 rozprawie § 34. 
' ^^ Husserl, ,Logische Untersuchungen*. Tom L, 1. i 2. zwł. § 18. 

^) «Das Stilgesetz der Poesie'*. Leipzig, 1901; por. tez M. Deasóir 
„Aestbetik u* allgemeine Kunstwissenschaft* str. ^53 nast., oraz Jonas Cohn, 
.Zeitschrift f. Aesth.- T. U. (1907). 

^0 Conrad tak określa istotę słowa: ,,Der wesentliche Kern einea Wor- 
tes ist die Bedeutung, die getragen von einem akustischen Symbol, tkatm 
Gegenstand meint'*, ^Zs f. Aesth. 3, 481); wskazuje na ujawniającą się tu ró- 
żnicę od muzyki. 

•'^2) Cytowana w uw. 9. rozprawa §. 39. 

«) Husserl, „Log. Untcrs. II." (1. wyd.), str. 99 nast. 

^) Problemem tym zajmuje się Dohm w cytowanej w u w. 12 kttąiefe 
w sposób, od którego niniejsze przedstawienie zasadniczo odbiega. 

M) .Log. Unters." T. I. rozdz. XI. i T. II. rozd. IV., do których tm 4e- 
słownie nawiązuję. 

^) Por. moją cytowaną w u w. 41 książkę str. 323 nast. 

•'^) Por. jego cytowaną w u w. 1. rozprawę str. 312. 



Digitized by 



Google 



JAN ŁUKASIEWICZ. 

Logika dwuwartościowa. 



Jest to fragment wi^sze^o dzieła o logijce trójwartościowej, które 
-praygotownj^ do druku. Logika dwuwartościowa chc^ tu ująć w taki spoaóbr 
by logika trójwartościowa okazała si^ naturalnem rozszerzeniem dwuwar- 
toŚGiowe]. 

Praca ta jest zestawieniem znanycłi już prawd i poglądów. Zaznaczam 
krótko, z jakich autorów korzystałem na j wiece j : Pojęcia ^prawdy** i „fałszu^ 
lakotez „uznawania" zawdzi({czam Frege^mu. Dodając do ^uznawania* .odrzu' 
canie** poszedłem za Brentaną, Pomysł wyprowadzenia praw logicznych z za- 
sad^ dotyczących O i 1, zaczerpnąłem od Schrodera. Ze wzglądów praktycz- 
nych przyjąłem symbolika .Boole-3chroder'owską'*, uproszczoną przez Cou- 
turat'tL; z symboliki .Peano-Russeirowskiej* przejąłem tylko użycie kropek po 
znaku uznania lub odrzucenia i po kwantyfikatorach. Nazwa i oznaczenie 
•kwantyfikatorów" pochodzą od Peircea. Uznając tylko zmfCihne pozorne, po- 
siedlem za zdaniem prof. Leśniewskiego. . 

Zasady logiki trójwartościowej streściłem w autoreferacie, zamieszczo-^ 
Bym w , Ruchu filozoficznym'* V. 170. 

. . _ ^ 

TREŚĆ. 

1. Prawda i fałsz. — 2. Logika dwuwartościowa. — 3. Uznawanie 
i odrzucanie. — 4. Postępowanie trafne i błądne. — 5. Wstrzymywanie sią 
i postc;pQwanie obojątne. — 6. Zasady wynikania. — 7. Zmienne logiczne 
i kwantyfikatory. — 8. Przykład wyrażenia zawierającego zmienną. — 9. Dwo- 
jaka interpretacja zmiennych logicznych. — 10. Prawa wynikania. — 11. De- 
finicje. — 12. Zaprzeczanie. — 13. Dodawanie. — 14. Mnożenie. — 15. Równo- 
ważność. — 16. Reguły mówione. — 17. Przykłady wyprowadzania zasad 
z definicyj. — 18. Zasady działań logicznych i równoważności. — 19. Znacze- 
nie kwantyfikatorów. — 20. Twierdzenia i prawa. — 21. Przykłady sprawdza- 
nia praw. — 22. Aksjomatyka zasad logiki dwuwartościowej. — 23. Spis 
aksjomatów i definicyj logiki dwuwartościowej. — 24. Najważniejsze prawa 
logiki dwuwartościowej. 

1. Prawda i fałsz. Wyrazów tych nie definjuję^ rozumiem 
zaś przez prhwdę nie zdanie prawdziwe, lecz przedmiot, 
oznaczony przez zdanie prawdziwe, a przez fałsz nie zdanie 
fałszywe, lecz prze .d miot, oznaczony przez zdanie fałszywe* 
Powiadam, że „2 razy 2 jest Ą'* jest prawdą, bo zdanie „2 razy 
2 jest 4" oznacza ten sam przedmiot, co wyraz i^prawda^, tak 



Digitized by 



Google 



— 190 — 

jak 2 razy 2 jest cztery, bo wyrażenie ^7, razy 2" oznacza ten 
sam przedmiot, co wyraz ^cztery*. 

Dwa różne zdania prawdziwe, n. p. „2 razy 2 jest 4* 
i .Warszawa leży nad Wisłą'*, różnią się tylko swą treścią, 
oznaczają zaś ten sam przedmiot, to jest prawdę, tak jak wy- 
rażenia »2 razy 2** i «3 więcej 1** różnią się tylko swą treścią, 
oznaczają zaś ten sam przedmiot, to jest liczbę 4. Wszystkie 
zdania prawdziwe oznaczają jeden i ten sam przedmiot, miano- 
wicie prawdę, a wszystkie zdania fałszywe oznaczają jeden i ten 
sam przedmiot, mianowicie fałsz. Prawdę i fałsz uważam ra 
przedmioty w tem samem znaczeniu jednostkowe, co liczby 
2 lub 4. .Mamy tyle różnych nazw jednej tylko prawdy, ile zdań 
prawdziwych, i tyle różnych nazw jedneg^o tylko fałszu, ile zdań fał- 
szywych. Ontologicznie prawdzie odpowiada byt, fałszowi niebyt. 

Przedmioty, oznaczane przez zdania, nazywam warto- 
ściami logicznemi. Prawda jest dodatnią, fałsz ujemną 
wartością logiczną. Prawdę oznaczam przez. 1, fałsz przez O. 
Znaki te czytam także jako zdania: ^prawda jest^, „fałsz jest*. 

2. Lopka dwuwcuiosciozua. Przez logikę rozumiem naukę 
o wartościach logicznych. Tak pojęta logika ma swój własny 
przedmiot badania, którym nie zajmuje się żadna inna nauk^ 
Logika nie jest nauką o zdaniach, to należy do gramatyki, nie 
jest nauką o sądach lub przekonaniach, to należy do psycho- 
logji, nie jest nauką o treściach, wyrażonych przez zdania, tem 
zależnie od treści zajmują się różne nauki szczegółowe, nie jest 
nauką o „przedmiotach wogóle*, o tem traktuje ontologja — 
logika jest nauką o przedmiotach szczególnego rodzaju: o war- 
tościach logicznych. 

Wszystkie, dotychczasowe systemy logiki, zarówno logika 
Arystotelesa jak logika Stoików, zarówno tradycyjna logika 
formalna jak współczesna logika symboliczna, opierają się na 
zasadzie, że każde zdanie jest albo prawdziwe albo fałszywe. 
Zasadę tę, która jest podstawą całej logiki dotychczasowej, na- 
zywam zasadą dwuwartościowości, a logikę, która zakłada, 
że istnieją dwie i tylko dwie wartości logiczne, mianowicie 
prawda i fałsz, naz3rwam dwuwartościową. 

3. Uznawanie i odrzucanie. Wyrazów tych nie definjuję, 
rozumiem zaś przez uznawanie i odrzucanie sposoby za- 
<:howania się wobec wartości logicznych, znane każdemu z wła- 
snego doświadczenia. Chcę uznawać prawdę i tylko prawdę, 
<:hcę odrzucać fałsz i tylko fałsz. Wyraz „uznaję^ ' oznaczam 



Digitized by 



Google 



— 191 — 

przez U, wyraz „odrzucam* przez A^ (nieuznaję, ^ neguję). 
Zdania: 

U:\, Ni O, 

które czytam: „uznaję prawdę", „odrzucam fałsz", uważam za 
naczelne zasady logiki dwuwartoiciowej, choć nie cytuję ich 
nigdzie. Zdania te czytam takie: „uznaję, że prawda jest*, »odrzur 
<:ani, ie fałsz jest". 

Mówięc i pisząc: „uznaję, że coś jest", ^odrzucam, że coś 
jest*, rozumiem, że uznaję lub odrzucam przedmiot, oznaczony 
przez zdanie zaczynające się od „że", a więc uznaję lub odrzu- 
cam jakąś wartość logiczną. Tak samo, mówiąc i pisząc: .uznaję 
zdanie />"» „odrzucam zdanie r^\ rozumiem, że uznaję lub odrzu- 
cam przedmiot, oznaczony przez zdanie p lub r. Uznaję, że zda* 
nie .prawda jest* oznacza prawdę, a zdanie „fałsz jest" ozna- 
cza fałsz;.* 

4. Postępowanie trafne i błędne. Jakkolwiek chcę uznawać 
prawdę i tylko prawdę, a odrzucać fałsz i tylko fałsz, to jednak 
zdarzyć się może, że wskutek nieświadomości lub nieuwagi 
uznam fałsz lub odrzucę prawdę* Wtedy popełniam błąd. Mówię 
J90wiem, że postępuję trafnie, gdy uznaję prawdę lub od- 
rzucam fałsz, a postępuję błędnie, gdy uznaję fałsz lub 
odrzucam prawdę. Błąd jest oczywiście czemś rożnem od fałszu. 

Gdy przed wyrażeniem, oznaczającem prawdę, a więc przed 
zdaniem prawdziwem lub znakiem 1, piszę U na znak, że uznaję 
przedmiot, oznaczony przez to wyrażenie, to postępuję trafnie. 
Postępuję trafnie i wtedy, gdy przed wyrażeniem, oznaczającem 
fałsz, piszę N, Gdybym w pierwszym przypadku napisał A^ lub 
w drugim U, postąpiłbym błędnie. 

W pracy tej piszę U i N tylko przed wyrażeniami znako- 
^wemi, to jest ztożonemi wyłącznie ze ziiaków, nie zaś ze słów. 

5. Wstrzymyzoanie się i postępowanie obojętne. Gdy nie wiem, 
<zy coś jest prawdą czy fałszem* to tego zazwyczaj ani nie 
uznaję, ani nie odrzucam, lecz wstrzymuję się. Jest to trzeci 
sposób zachowania się wobec wartości logicznych. Nie wiem 
np., czy „początek Cyceronowej księgi- t/e fato znajdzie się 
kiedy", czy^ „początek Cyceronowej księgi de fato nie znajdzie 
się nigdy". Przed żadnem z tych dwu zdań nie mógłbym napi- 
sać ani U ani A^, bo żadnego z nich nie uznaję ani nie odrzu- 
cam* Zachowując się w ten sposób, nie popełniam błędu, ale 
też nie postępuję trafnie; powiadam, że w takich razach po- 
stępuję obojętnie. 



Digitized by 



Google 



— 192 — 

Przyjmuję, ze i wtedy postąpiłbym obojętnie, sr<łybym 
uznał lub odrzucił coś, co nie jest wosfółe wartością logiczną. 
,. Wstrzymywanie się wskutek niewiedzy nie ma uzasadnie- 
nia losficznego, objektywnego, lecz tylko psychologiczne, sub- 
ektywne; z tego tez względu ten trzeci sposób zachowania si^ 
wobec wartości logicznych nie ma w logice znaczenia. 

fHt\^sady wymkania. Stosunek wynikania jest jednjon 
z 16*tu stosunków, które można wyróżnić, rozpatrując związki 
prawdy z fałszenń. 

Stosunek ten oznaczam znakiem <, który czytam .wy- 
nika"", a wyrażenia kształtu „p < r^ czytam: ^z p wynika r^ łub 
.jeśli p jest, to r jest". Stosunku wynikania nie definiuję, przyj- 
muję jednakowoż, że spełnia on następujące zasadyr 

Z, £/:0<0, 

Z, £/:0<l, 

Z, yv:i<o, 

Z, U: KI. 

Wyrażenia te czytam: .uznaję, że z fałszu wynika fałsz% 
.uznaję, że z fałszu wynika prawda**, .odrzucam, że z prawdy 
wynika fałsz', .uznaję, że z prawdy wynika prawda*. Czytam 
je także: „uznaję, że jeśli fałsz jest, to fałsz jest", „uznaję, że 
jeśli fałsz jest, to prawda jest*, „odrzucam, że jeśli prawda jest, 
to fałsz jest*, .uznaję, że jeśli prawda jest, to prawda jest*. 

Zasad wynikania nie dowodzę; zgodne są one ze znacze- 
niem, przypisywanem w logice tak zwanemu stosunkowi wyni- 
kania mater jalnego. 

7. Zmienne logiczne i kwanty fikatory. Wprowadzam znaki 
p, r, s, które nazywam zmiennemi, a których zakresem zmien- 
ności są wartości logiczne. Są to więc zmienne, które mo^ 
oznaczać każdą wartość logiczną, lecz tylko wartość logiczną. 
Zmienne takie nazywam logicznemi. W logice dwuwarto- 
ściowej zakresem zmiennych logicznych są tylko dwa przed- 
mioty, prawda i fałsz. Znaki tych przedmiotów, O i 1, są war- 
tościami zmiennych -logicznych i mogę je wstawiać w miejsce 
zmiennych. W przeciwstawieniu do zmiennych znafci O i 1 na- 
zywam stałemi logicznemi. 

Wprowadzam dalej dwa rodzaje innych znaków, złożonycii 
z litery greckiej FI lub - i wskaźników p, r lub s, np. Hp, 
^p. Znaki te nazywam k wanty fikato rami, FIp kwantyfika- 
torem ogólnym, ^p kwantyfikatorem szczegółowym. H^ 



Digitized by 



Google 



~ 193 — 

czytani „przy każdem/^'', ^Ip czytani „przy pewnem p', Z kwan- 
tyfikatorów szczegółowych nie robię na" razie użytku. 

Kwantyfikator pozostaje w nieodłącznym, związku z wy- , 
rażeniem^ w którem zawiera się zmienna, zaznaczona w wskaź- 
niku ; piszę go przed k a ż d e m wyrażeniem, zawierającem zmienną* 
Wstawiając w miejsce zmiennej \akąś jej wartość, opuszczam 
k^Arantyfikator. Dla skrócenia zamiast lip Tir piszę Tlpr^ co czy- 
tam „przy każdem ;» i r", a zamiast FTp Flr fis piszę Ilp^, co 
czytam „przy każdem p^ r i s". 

Zmienne, poprzedzone kwantyfikatorami, nazywają się 
w M^spółczesnej logice symbolicznej pozornemi. Używam tylko 
zmiennych pozornych. 

8. Przykład wyrażenia zawierającego zmienną. Jakie znacze- 
nie mają wyrażenia znakowe, w których zawierają się zmienne^ 
poprzedzone kwantyfikatorami ogólnemi, okaże najjaśniej przy- 
kład. Formułuję zdanie: 

T, U : Up . p <C p. 

Zdanie to czytam: „uznaję, że przy każdem p z p wynika 
p^. Czytam je także: „uznaję, że przy każdem p jeśli p jest, to 
p jest*. Y[p z kropką tyczy się całego wyrażenia, które po niem 
następuje. Ponieważ p może oznaczać każdą wartość logiczną, 
lecz tylko wartość logiczną, przeto zdanie Ts znaczy tyle, co 
„każda wartość logiczna wynika z siebie*. A więc fa^sz wynika 
z fałszu, a prawda z prawdy, zgodnie z przyjętemi już prze-^ 
zemnie zasadami wynikania: 

Zi f/ : O < O i Z^ £/ : 1 < 1. 

Porównywając te zasady z zdaniem T^, widzimy, że po* 
wstają one z T3 przez wstawienie w miejsce zmiennej p jej war- 
tości O i 1. Zasady Zi i Z4 zawierają się zatem w zdaniu T^, 
a zdanie 7$ opiera się na nich jako ich uogólnienie. 

Jedna z ważnych funkcyj zmiennych logicznych i kwanty- 
fikatorów ogólnych polega na tem, że pozwalają uogólniać 
zasady. 

9. Dwojaka interpretacja zmiennych logicznych. Określiłem 
zmienne logiczne jako znaki, których zakresem zmienności są 
wartości logiczne. W logice dwuwartościowej istnieją tylko dwie 
wartości logiczne, są niemi przedmioty prawda i fałsz, fałsz 
oznaczam przez O, prawdę przez 1, zmienne logiczne mogą 
więc przybierać tylko dwie wartości, O i 1. Jest to pierwsza 

13 



Digitized by 



Google 



— 194 — 

interpretacia zmiennych los^icznych, którą nazywam przedmio- 
tową. Możliwa jest jednak i drug-a interpretacja, nazywam ją 
zdaniową, według której zmienne logiczne mogrą przybierać 
nie dwie, lecz nieskończenie wiele wartości, a są niemi wszyst- 
kie zdania. Druga interpretacja opiera się na pierwszej. 

Przyjąłem, że wszystkie zdania prawdziwe oznaczają jeden 
i ten sam przedmiot, mianowicie prawdę, a wszystkie zdania 
fałszywe oznaczają jeden i ten sam przedmiot, mianowicie fałsz. 
Każde więc zdanie prawdziwe, np. » 2 razy 2 jest 4^, jest pewną 
nazwą prawdy, bardziej tylko złożoną, niż znak 1, a każde 
zdanie fałszywe, np. J2 razy 2 jest 5**, jest pewną nazwą 
fałszu, bardziej tylko złożoną, niż znak 0. 

W interpretacji przedmiotowej nie uważam różnych nazw 
prawdy, a tak samo fałszu, za różne wartości zmiennej, tak 
jak nie uważam, że ,,2 X 2" i ^3 -f- 1' są dwa różne pierwiastki 
równania ;ir — 4 = 0; w interpretacji zdaniowej natomiast uwa- 
żam różne gazwy prawdy, a tak samo fałszu, za różne warto- 
ści zmiennej, i stąd jest ich nieskończenie wiele, choć wszystkie 
oznaczają jeden z dwu przedmiotów, należących do zakresu 
zmiennej. Przez interpretację taką nie zmienia się wartość lo- 
giczna interpretowanych twierdzeń, gdyż zależy ona od przed- 
miotów, oznaczonych przez nazwy, nie zaś od nazw samych. 

Zdanie: 

T, U '.n^ , p < p 

orzeka w interpretacji przedmiotowej » że każda wartość lo- 
giczna wynika z siebie, w interpretacji zdaniowej, że każde 
zdanie wynika z siebie. 

10, Prawa wynikania. Na zasadach wynikania opierają się 
następujące trzy prawa wynikania: 



Tx 


U.n,.Q<p. 


T, 


U lUp . p <\, 


T, 


u :u; . p < p. 



Pierwsze prawo orzeka: „uznaję, że przy każdem p z fał- 
szu wynika p'*\ drogie orzeka: „uznaję, że przy każdem p "z p 
wynika prawda^. Pierwsze prawo uogólnia zasady Z| i Z^, 
drugie Z^ i Z^. Trzecie prawo omówiłem już poprzednio; uogól- 
nia ono zasady Zj i Z4 i jest wyrazem z wrotniiŁci, stosunku 
wynikania. 

W interpretacji zdaniowej prawa Ti i Tj można tak viry- 



Digitized by 



Google 



— 195 — 

słowić: ^z fałszu wynika każde zdanie^ i ^pi^awda wynika 
z kaidesfo zdania^. ^ 

A wi^9 ponieważ ^2 razy 2 jest S^^^jest fałszem, przeto 
„jeśli 2 razy 2 jest 5, to Warszawa leży nad Wisłą* i »jeśli 
2 razy 2 jest S, to Lwów leży nad Wisła-, i t. d. Skoro zaś 
„2 razy 2 jest 4" jest prawdą, przeto ^jeśli Warszawa leży nad 
Wisłą, to 2 razy 2 jest 4* i »jeślł Lwów leży nad Wisłą, to 
2 razy 2 jest 4-, i t. d. 

Jakiekolwiek dwa prawa wynikania, łącznie z zasadą Zg, 
mogą w aksjomatycznem przedstawieniu zasad logiki dwuwar- 
tościowej zastąpić zasady Zi do Z 4. 

11. Definicje. Przy pomocy zasad wynikania* zmiennych 
logicznych i kwantyfikatorów ogólnych definjuję pewne działa- 
nia i stosunki logiczne. Na początku każdej definicji po znaku 
uznania piszę kwantyfikator ogólny, który odnosi się do całej 
<iefinicjiy po nim piszę wyrażenie, które chcę zdefinjować, na- 
stępnie kładę znak -rr=, który czytam „znaczy to samo, co*, 
wreszcie po drugiej stronie znaku ^3: umieszczam wyrażenie defi- 
njujące, które obok zmiennych zawiera albo już znane nam zncdci, 
jak O i < , albo znaki poprzednio zdefinjowane. Przyjmuję na- 
stępujące cztery definicje: 



D. 


u-.n, . p' 


- (/» < 0), 


*D, 


U-.Upr. pĄ-r 


^(p'<r). 


D, 


u zUpr . pr 


^ ip' + ry. 


D. 


U: n,r .(p-r) 


^(p < r){r <p). 



Są to definicje zaprzeczenia, sumy logicznej, iloczynu lo- 
gicznego i równoważności. 

12. Zaprzeczanie. Definicja pierwsza określa wyrażenie p\ 
które nazywam zaprzeczeniem p, a czytam »nie-/>' lub 
„p nie jest". Definicja orzeka: „uznaję, że przy każdem p »nie-;i< 
znaczy to s^mo, co »z p wynika fałsz***; albo też: „uznaję, że 
przy każdem p »p nie jest« znaczy to samo, co » jeśli p jest, to 
fałsz jest«**. Myśl, zawarta w tej definicji, jest taka: „p nie jest** 
jest prawdą wtedy i tylko wtedy, gdy prawdą jest, ze z p wy- 
nika fałsz. Otóż z p wynika fałsz wtedy i tylko wtedy, gdy p 
jest fałszem. Można więc powiedzieć, że „p nie jest" znaczy to 
samo, co „p jest fałszem*. Przy takiej interpretacji definicja 
zgodna jest z intuicyjnem znaczeniem słówka „nie* oraz z po- 
glądami na zaprzeczenie Sigwarta i Bergsona. 

Działanie, przekształcające wyraz p w jego zaprzeczenie 



Digitized by 



Google 



- 196 - 

przez 4odanie kreski hib słówka »nie^, nazywam zaprzecza- 
niem. Zaprzeczanie, w przeciwstawieniu do innych działań lo- 
-sgicznychy jest działaniem j e dn omie n nem, to znaczy, jeden 
wyraz, czyli jedno „miano", wystarcza do wykonania działania. 
Gdy p jest zdaniem, np. .Pjotr jest uczciwy", to p znaczy: 
.Piotr nie jest uczciwy*". Zdania p \ p s^ to dwa zdania 
sprzeczne. 

13. Dodawanie, Definicja druga określa wyrażenie p Ą- r, 
które nazywam sumą logiczną, a czytam „P lub r** albo 
też „p jest lub r jest". Definicja orzeka: ,»uznaji;, że przy kaź- 
dem p i r *p lub r< znaczy to samo, co »z nie-/) wynika n'; 
albo też: ,,uznaję, że przy każdem p i r »p jest lub''r jest« 
znaczy to samo, co »jeśli p nie jest, to r jest«". Definicja ta^ 
zwłaszcza w drugiem sformułowaniu słownem, zgodna jest z in- 
tuicyjnem znaczeniem słówka •lub'^ Dodaję, że zgodnie z współ- 
czesną logiką symboliczną słówko „lub* pojmuję w znatteniu 
niewyłączającem, to znaczy, mówiąc „p lub r', nie mam na my- 
śli, że p wyłącza r. 

Działanie^ łączące dwa wyrazy p i r znakiem -\- łub słów- 
kiem »lub'' nazywam dodawaniem. Gdy p i r są zdaniami, 
np. „Piotr jest uczciwy", , Paweł jest uczciwy", to suma p + r 
znaczy: „Piotr jest uczciwy lub Paweł jest uczciwy". 

14. Mnożenie. Definicja trzecia określa wyrażenie pr, które 
naz3nvam iloczynem logicznym, a czytam ^p i r" lub „p 
jest i r jest". W definicji tej zawiera się wyrażenie (/>' + r)\ 
które przy czytaniu dosłownem brzmiałoby niezgrabnie: »nie- 
(nie-p lub nie-r)", albo też „(p nie jest lub r nie jest) "nie jest". 
Opierając się na wyjaśnieniu zaprzeczenia, mówię zamiast tego: 
.fałszem jest, że nie-/) lub nie-r" i „fałszem jest, że p nie jest lub 
r nie jest". Definicja orzeka więc: „uznaję, że przy każdem 
p i r *p i r*^ znaczy to samo, co »fałszem jest, że nie-;i lub 
nie-r«^: albo też: „uznaję, że przy każdem pir^p jest i r jest< 
znaczy to samo, co »fałszem jest, że p nie jest lub r nie jest«'. 
Definicja ta, zwłaszcza w drugiem sformułowaniu słownem, 
zgodna jest z intuicyjnem znaczeniem słówka „i'\ 

Działanie, łączące dwa wyrazy p i r przez proste ich ze- 
stawienie lub słówkiem „i**, nazywam mnożeniem. Gdy /> 
i r są zdaniami, np. „Piotr jest uczciwy", „Paweł jest uczciwy", 
to pr znaczy: „Piotr jest uczciwy i Paweł jest uczciwy". 

15. Równoważność. Definicja czwarta określa wyrażenie 
p r= r, które oznacza stosunek równoważności, a które 



Digitized by 



Google 



— 197 — 

czytam „;> jest równoważne r**. Najprostszy sposób wysłowie- 
nia tej definicji jest następujący: ,, uznaję, że przy każdem pir 
»p jest równoważne r« znaczy to samo, co »z p wynika rizr 
wynika p<". Równoważność jest więc obustronnem wyni- 
kaniem. I ta definicja zgodna jest z intuicyjnem znaczeniem 
równoważności, oraz z przyjętemi w logice poglądami. 

Równoważność pojmuje się często jako tożsamość. Za- 
sady równoważności, które wyprowadzam poniżej z definicji 
równoważności, okazują, że pojmowaniu temu nie stoi nic na 
przeszkodzie. 

16. Reguły mówione. Z definicyj wyprowadzam przez wnio- 
skowanie zasady zaprzeczania, dodawania, mnożenia i równo* 
w^ażności. Przy wyprowadzaniu zasad z definicyj, jak i później 
przy sprawdzaniu praw na podstawie zasad, pbsługuję się pe- 
wnemi regułami, których nie mogę sformułować w znakach, 
i które nazywam dlatego regułami mówion^emi. Takich 
reguł mówionych przyjmuję cztery, dwie pierwsze są mi po- 
trzebne do wyprowadzania zasad z definicyj, ostatnia do spraw- 
dzania praw, trzecia w obu przypadkach. Są one następujące: 

(a) Uznaję każde wyrażenie, które z wyrażenia uznanego, 
zawierającego zmienne z kwantyfikatorami ogólnemi, powstaje 
przez wstawienie wartości O lub 1 w miejsce zmiennych. 

(6) Uznaję każde wyrażenie, które znaczy to samo, co ja- 
kieś wyrażenie uznane; odrzucam każde wyrażenie, które znaczy 
to samo, co jakieś wyrażenie odrzucone. 

(c) Uznaję każde wyrażenie, które przez podstawienie 
znaku 1 zamiast wyrażenia uznanego lub znaku O .zamiast wy- 
rażenia odrzuconego przechodzi w wyrcdenie uznane; odrzucam 
każde wyrażenie, które przez takie podstawienia przechodzi 
w wyrażenie odrzucone. 

(d) Uznaję każde wyrażenie, zawierające zmienne z kwan- 
tyfikatorami ogólnemi, z którego przez wstawienie wartości O 
i 1 w miejsce zmiennych powstają same tylko wyrażenia uznane. 

Wszystkie te reguły uważam za oczywiste. 

17. Przykłady wyprowadzania zasad z definicyj. Przy- 
kład 1): Wyrażenie: 

np . ;,' — 0; < 0) 

jest uznane przez definicję D^; więc na mocy reguły mówionej 
^a) uznaję wyrażenie, które powstaje z Di przez wstawienie 
'wartości O w niiejsce zmiennej p: • 



Digitized by 



Google 



— 198 — 

U: O' = (O < 0). 
O' znaczy zatem to samo, co (O < 0). Wyrażenie (O < O) jest 
uznane przez zasadę Zj; więc na mocy regfuły mówionej (fr) 
uznaję 0\ Tak otrzymuję zasadę zaprzeczania: 

Z5 U iO\ 

Przykład 2): Wyrażenie 

Uj^r . p + r^ip' < r) 

jest uznane przez definicję *Ds; więc na mocy reguły mówio- 
nej (a) uznaję wyrażenie, które powstajesz *D^ przez wstawie- 
nie wartości O w miejsce zmiennych p \ r: 

f/ : O + O = (O* < 0). 

W wyrażeniu (O' < 0) zamiast uznaneg:o ]uż O' podsta- 
wiam 1; mogę to zrobić, gdyż uznaję prawdę i tylko prawdę^ 
chybabym popełnił błąd. Wyrażenia (O' < 0) przez podstawienie 
071 przechodzi w wyrażenie odrzucone (1 < 0). Na mocy reguły 
mówionej (c) odrzucam tedy (O* < 0). Wyrażenie O -|- O znaczy 
więc to samo, co jakieś wyrażenie odrzucone, a zatem odrzu- 
cam je na mocy reguły mówionej (6). Tak otrzymuję zasadę 
dodawania: 

Z7 yv : O + 0. 

Przykłady te wystarczą, by zrozumieć, jak wywnioskowa- 
łem z definicyj podane niżej zasady. 

18. Zasady dziaidń logicznych i równowaznoscL 
Zasady zaprzeczania: 



Z5 


U 


:0', 


z. 


N 


: W 


Zasady dodawania: 




Zasady mnożenia: 


Zt N .0 Ą-a, 




Z,i Ni 00, 


Z. i/ : + 1, 




Z„ N : 01, 


Z, £7:1 + 0, 




Zu N : 10, 


Z», t/ : 1 + 1. 




Zu U : 11. 



Zasady równoważności: 
Z„ £7:0 = 0, 

Zx, AT : O = 1, 

Z„ AT : 1 = O, 

Z„ £7:1 = 1. 

Uznaję ziq>rzeczenie fałszu, odrzucam zaprzeczenie prawdy, 
esyli uznaji{, że fałsz nie jest^ a odrzucam, że prawda nie jest. 



Digitized by 



Google 



— 199 — 

Uznaję sumę, gdy przynajmaiej jeden jej składnik jest 
prawdą, odrzucam ją zaś tylko wtedy, ^dy każdy jej składnik 
jest fałszem. 

Odrzucam iloczyn, g-dy przynajmniej jeden jego czynnik 
jest fałszem, uznaję g-o zaś tylko wtedy, gdy każdy jego czyn- 
nik jest prawdą. 

Uznaję równoważność fałszu z fałszem i prawdy z prawdą, 
a odrzucam równoważność fałszu z prawdą i prawdy z fałszem. 

19. Znaczenie kwafiiyfikatorów. Kwantyfikator ogólny po- 
zostaje w ścisłym związku z mnożeniem, szczegółowy z doda* 
waniem. Pisząc przed jakiemś wyrażeniem, zawierającem zmienną 
/?,- kwantyfikator ogólny Flp, rozumiem, że w wyrażeniu tem mam 
wstawić w miejsce zmiennej p wartości O i 1 i otrzymane w ten 
sposób wyrażenia z sobą pomnożyć. Pisząc przed jakiemś 
wyrażeniem, zawierającem zmienną p, kwantyfikator szczegó- 
łowy !^p, rozumiem, że w wyrażeniu tęm mam wstawić w miej- 
sce zmiennej p wartości O i 1 i otrzymane w ten sposób wy^ 
rażenia do siebie dodać. Analogicznie postępuję z wyrażeniami, 
zawierającemi więcej zmiennych. Wszystkie więc wyrażenia, za- 
wierające zmienne z kwantyfikatorami, mógłbym zdefinjować 
jako iloczyny lub sumy, zawierające same tylko stałe lo- 
giczne; np.: 

U: [Hp .p<p] -(0<0)(1<1), 

U: pipr . p<{r<p)] -: [O < (O < 0)][0 < (1< 0)] 

[1<(0<1)][1<(1<1)], 
t/: [S„ . pp'] = oo' + ir, i t. d. 

Ponieważ na mocy zasad mnożenia uznaję iloczyn tylko 
wtedy, gdy kai^dy jego czynnik jest prawdą, przeto jasną jest 
rzeczą, że wyrażenia, poprzedzone kwantyfikatorami ogólnemi 
uznaję wtedy i tylko wtedy, gdy uznaję wszystkie wyrażenia, 
powstałe z nich przez wstawienie wartości O lub 1 w miejsce 
zmiennych. W tem ostatniem zdaniu zawarte są reguły mówione 
(a) i (d). 

20. Twierdzenia i prawa. Twierdzeniami nazywam 
zdania, różne od zasad, które mogę wywnioskować z zasad 
przy pomocy reguł mówionych. Twierdzenia logiki dwuwarto- 
ściowej dzielę na twierdzenia pierwszego rodzaju, które nie za- 
wierają zmiennych, np.: 

f/: (O = 1) = O, 



Digitized by 



Google 



— 200 — 

i na twierdzenia drugiego rodzaju, które zawierzą zmienne 
z kwantyfikatorami, np.: 

U : Up . p <C p. 

Z pośród twierdzeń drugiego rodzaju za szczególnie ważne 
uważam te, w których po znaku uznania występuje kwantyfi- 
kator ogólny; nazywam je prawami. Prawa uogólniają bądź 
zasady bądź twierdzenia pierwszego rodzaju, a w interpretacji 
zdaniowej zmiennych przedstawiają zasady rozumowania 
Trzy takie prawa, uogólnienia zasad W3mikania, przytoczyłem 
w ustępie 10-tym; spis najważniejszych praw innych podaję 
w ustępie ostatnim. 

Zaletą niniejszego systemu logicznego jest łatwość dowo' 
dzenia twierdzeń. Twierdzenia pierwszego rodzaju wyprowadzam 
z zasad przy pomocy reguły mówionej (c). Dowodzenie praw 
polega na ich sprawdzaniu. By sprawdzić zaś prawo, wy- 
starczy okazać, że zgodnie z regułą mówioną {d) z prawa tego 
powstają przez wstawienie wartości O i 1 w miejsce zmiennych 
same tylko wyrażenia uznane. Przykłady wyjaśnią to postę- 
powanie. 

21. Przykłady sprawdzania praw. Przykład 1): Mam spraw- 
dzić prawo: 

T5 U lUp . (p ^^ 1) = p. 

Sprawdzam je, okazując, że zgodnie z regułą mówioną (d) 
z prawa tego powstają przez wstawienie wartości O i 1 w miej- 
sce zmiennej p same tylko wyrażenia uznane, mianowicie: 

(1) i/ : (O = 1) = 0. 

(2) U : (1 = 1) == 1. 

Wyrażenie (1) przez podstawienie (O --^ l)/0 przechodzi 
w wyrażenie uznane = 0, (2) zaś przez podstawienie (1 = 1)/1 
przechodzi w wyrażenie uznane 1 = 1. Zarówno (1) jak (2) mu- 
szą więc być uznane na mocy reguły mówionej (c). Prawo jest 
sprawdzone. , 

Przykład 2): Mam sprawdzić prawo: 

T24 U lUpr . p < (r < p). 

Okazuję, że z prawa tego powstają przez wstawienie war- 
tości O i 1 w miejsce zmiennych p i r same tylko wyrażenia 
uznane, mianowicie: 

(1) u.o <(o < 0), 

(2) U:0 <{l < 0). 

(3) {/ : 1 < (O < 1), 

(4) i/ : 1 < (1 < 1). 



Digitized by 



Google 



~ 201 — 

Wyrażenie (1) przez podstawienie (O < 0)/l przechodzi 
w wyrażenie uznane O < 1, (2) przez podstawienie (1 -<0)/0 
przechodzi w wyrażenie uznane O < O, (3) i (4) przez podsta- 
wienia (0<1)/1 i (1 < 1)/1 przechodzą w wyrażenie uznane 

1 < 1, Prawo jest sprawdzone. 

Przy pewnej wprawie sprawdzania te można wykonywać 
mechanicznie. 

22. Aksjomatyka zasad logiki dwuwarłościowej. Wszystkie 
twierdzenia logiki dwu wartościowej opieram na zasadach Zi do 

Zi8 i regułach mówionych (c) i (jd). By stworzyć aksjomatykę 
tej logiki, wystarcza zatem podać taki system aksjomatów, 

2 któregoby można wywnioskować zasady Zi do Zi^. 

System taki buduję z trzech aksjomatów, podnosząc do 
tej godności cytowane w ustępie 10-tym prawa wynikania Tj 
iJTj oraz zasadę wynikania Z 3. Do aksjomatów tych dołączam 
definicje zaprzeczenia, sumy, iloczynu i równoważności oraz 
reguły mówione (a), (b) i (c). Poprzednie ustępy dostarczyły 
dowodów, że z tej całości aksjomatów, definicyj i reguł mówio- 
nych można wyprowadzić wszystkie zasady. 

23. Spis aksjomatów i definicyj logiki dwuwarłościowej. 
W przytoczonym niżej spisie przyjmuję ze względu na logikę 
trójwartościową zamiast podanej w ustępie 11 -tym definicji sumy 
logicznej *D2 definicję następującą: 

Dsa U lUpr . p + r . [(p < r) < r] 

Definicja ta orzeka: „uznaję, że przy każdem p \ r »p jest 
lub r jest* znaczy to samo, co > jeśli z p wynika r, to r jest«". 
Definicja ta jest mniej prosta i oczywista od *Dj, prowadzi 
jednak do tych samych zasad dodawania. Ponieważ p* znaczy 
to samo, co (^ < 0), przeto definicję *D2 można i tak wyrazić: 

^D, U : Upr . p + r - [(/) < 0) < r]. 

jf 

Różnica między ^D^ a Dsa polega więc tylko na zastąpie- 
niu znaku O w *D^ przez zmienną r w D^ś. Wyrażenia 
Kp < 0) < r] oraz [(/> < r) < r] są w logice dwuwartościo- 
wej równoważne: 

*U : Hp, . [0> < 0) < r] = [0> < r) < r]. 

Gdy / jest O, oba te wyrażenia przechodzą w [(p < 0) < 0], 
gdy r jest 1, oba są prawdziwe. 



Digitized by 



Google 



— 202 — 

Oto spis aksjomatów i definicyj: 

T, U lUp . O < p. 

T, U lUp . p < 1, 

Z, N : 1 < 0. 

D, U : Up . p' ~(p <0), 

D,. U: Upr . p -]- r=[(p < r) < r], 

D, U: Upr . pr^(p' + /)', 

D* U : Upr .{p = r) ^ (p < r)ir < p). 

24. Najtoainiejsze prawa logiki dwuwarłościow€j. Z nieogra- 
czónej liczby praw logicznych wymieniam tu praw 40, które 
z jakichkolwiek wzgl<;dów wydały mi się ważne. Do każdego 
prawa dodaję krótkie objaśnienie. Gwiazdki, któremi opatrzone 
są niektóre prawa, mają związek z logiką trójwartościową: 
jedna gwieadka oznacza, że wyrażenie, następujące po znaku 
uznania, nie jest w logice trójwartościowej prawdziwe, ale i nie 
jest fałszywe; dwie gwiazdki oznaczają, że wyrażenie, nast^u- 
jące po znaku uznania, jest w logice trójwartościowej fałszywe. 

Tl t/ : rip . O < p 

T, U :Up . p <\ 

T, U-.Up . p < p 

Są to znane nam już prawa wynikania; T^ i T, obriłein 
jako aksjomaty, T 9 orzeka, że stosunek wynil^ania jest zwrotny. 
T^ U lU, .p ^ p 

T4 jest prawem tożsamości, o ile równoważność pojmu- 
jemy jako tożsamość. Zarazem prawo to orzeka, że stosunek 
równoważności jest zwrotny. 

T, ~ £/ : n, . O, = 1) = ;, 

Couturat w swej L* Algebrę de la logique nazwał prawo 
T5 zasadą assercji. Zdanie „/» = 1* czyli ^p jest równo- 
ważne prawdzie" czytam krócej m/> j^st prawdą^, tak jak zdanie 
^p = O** czyli ,p jest równoważne fałszowi" czytam krócej „p 
jest fałszem^. T5 stwierdza, że zdanie „p jest prawdą** jest przy 
każdem p równoważne zdaniu „p jest". 

Te t/ : Op . 0^ = 0) = />• 

Te orzeka, że zdanie ,p jest fałszem" jest przy każdem p 
równoważne zdaniu ^p nie jesf*. Na mocy tego prawa możnaby 
/)' zdefinjować przez (p = 0). 

T7 U : rip . p" = p. 



Digitized by 



Google 



— 203 - 

Według T7 przy każdem p wyrażenia »nie- (nie-^)** 1 „p^ 
są aobie równoważne. Jest to prawo podwój negfo prze- 
czenia. \ 

♦T, f/ : Op . pp' = O 

•T, f/:'np . pĄ. p' = \ 

*T8 jestto prawo sprzeczności, •Tg prawo wyłączo- 
nego środka. Ponieważ iloczyn tylko wtedy jest fałszem, sfdy 
przynajmniej jeden jego czynnik jest fałszem, a suma tylko 
wtedy jest prawdą, gdy przynajmniej jeden jej składnik jest 
prawdą, przeto z praw tych wynika, że z dwóch zdań sprzecz- 
nych jedno jest fałszywe CTg) oraz, że z dwóch zdań sprzecz- 
nych jedno jest prawdziwe CT9). 

•*T,o y : Op . 0> = ,,•) = O 

Przy każdem p równoważność zdań sprzecznych p i p jest 
fałszem. Nazywając równoważność zdań sprzecznych absur* 
dem, można rzec, że **Tio stwierdza fałszywość absurdu. 

*Tu U tUj, .(p' <p) < p 

Jeżeli jakieś zdanie wynika z swego zaprzeczenia, to jest 
prawdziwe. Jest to pewna forma dowodu apagogicznego. 
O dziejach tej formy rozumowania *Tii Vailat i napisał mo- 
nograf]^ (zob. artykuł CXV w Scritłi di G. Vailati, Lipsk-plo- 
rencja 1911). 

Tl, > xU i Up . p -^^ p = p 

Tit U : Up . pp =^ p 

Tis i T|3 są to prawa tautologji. Wyrażenia „p lub p^ 
oraz ^p i p" są przy każdem p równoważne „/)*. 

Ti4 U i l\pr . p Ą- r = r Ą- p 

Tl, U i l\pr . p r = r p 

Tie f/: n-. {p = r)=^(r = p) 

Tl 4 jest to prawo przemienności dodawania, T15 prawo 
przemienności mnożenia, Tje stwierdza, że stosunek równo- 
ważności jest symetryczny. Symetryczność stosunków odpo- 
wiada przemienności działań. 

Ti7 Ul Oprs . p (r -{- s) = pr -\- ps 

Tn jest to prawo rozdzielności. 

Tis U lUpr .{p + rY = p' r' 

T„ U lUpr . (p r) • = p' + r' 



Digitized by 



Google 



— 204 - 

Są to prawa DeMorg-ana. Według' T^^ zaprzeczenie sumy 
jest riDwnoważne iloczynowi zaprzeczonych składników, według 
Ti9 zaprzeczenie iloczynu jest równoważne sumie zaprzeczonych 
czynników. 

Tjo U : Upr . p r <i p 

Tji U : Upr . p < p + r 

Tso i Tgi nazywają się prawami upraszcza n i a« Iloczyn 
można uprościć w następniku, wyprowadzając z niego jakikol- 
wiek czynnik jako następstwo, sumę można uprościć w po- 
przedniku, wyprowadzając ją z jakiegokolwiek składnika 
jako racji. 

T„ U : Uprs . (p < s){r < s) = (p -Ą- r < s) 

T„ U lUprs.is < p)(s < r) ^^{s < p r) 

T22 i T28 nazywają się prawami składania. Zdanie „z p 
wynika s i z r wynika s" jest przy każdem p, r i s równo- 
ważne zdaniu ^z p lub r wynika s**^ a zdanie „z s wynika p 
i z s wynika r" jest przy każdem p, r i s równoważne zdaniu 
„z s wynika /> i r". 

T,, U lUpr . p < (r < p) 

Ts4 jest pewneoi prawem wynikania nie mającem nazwy, 
które treścią swą przypomina aksjomat T^. 

T25 U: Upr . (p < ry <{r < p) 

T25 stwierdza, że przy każdem p i r jeśli z p nie wynika r, 
to z r wynika p. Na mocy tego prawa . stosunek wynikania 
możnaby nazwać anti-asymetrycznym, to jest takim, któ- 
rego zaprzeczenie jest stosunkiem asymetrycznym. 

T26 U : Upr . {p < r) = {p = pr) 

*T„ L^ : Hp, . (p < r) = (p / = 0) 

1*26 i * 1*2 7 podają sposoby przekształcania wynikania w ró- 
wnoważność. Drugi z tych sposobów był już znany Chryzyp* 
powi (zob. Cicero de foto 15 oraz Diog. Laert. VII 73). 
*T,8 U lUpr .{p <r) = p' Ą- r 

Zdanie «jeśli p jest, to r jest'' jest przy każdem /i i r ró* 
wnoważne zdaniu ^p nie jest lub r jest*. Na mocy prawa *Ttt 
możnaby stosunek wynikania zdefinjować przez sumę i zaprze- 
czenie. 

T„ 1/ : Op, . O, < r) = (r' < p) 

*T,o U :Up„. (pr < s) = («' < p*) 

Są to prawa przeciwstawiania dla dwóch i trzech zdań. 



Digitized by 



Google 



— 205 — 

Według Tj|9 zdanie »jeśli p jest, to r jest** jest przy każdem p 
i r równoważne zdaniu wjeśli r nie jest, to p nie jest**. *Ts(>' 
przechodzi w Tao przez podstawienia r/l i sjr. Na prawie *Tti^ 
opiera się tak zwana reductio syllogismi, forma rozumowania, 
której logika tradycyjna używa przy sprowadzaniu trybów Bo" 
roco i Bocardo do trybu Barbara. 

*T3i V lUprs^ipr < s) ^ [p < (r < s)] 

*T„ U lUj^r. {p <r) =-[p <{p < r)] 

'''Tsi nazywa się prawem włączania i wyłączania. Wy- 
łączam p^ gdy rozumuję: jeśli z p \ r wynika s, to — gdy 
jest p — z r wynika s. Włączam />, gdy rozumuję w odwrot- 
nym kierunku: jeśli — gdy jest p — z r wynika s, to z ^ i r 
wynika s. *T^^ jest szczegółowym przypadkiem prawa *T3t, 
z którego powstaje przez podstawienia rjp i sfr. 

*T38 U i n^rs . {p < r)(r < s) < {p < s) ' 

T34 U : Hp,, . (a. < r) < [(r < s)< (/> < s)] 

*Ts8 jest to prawo sylogizhiu: prawdą jest przy każ* 
dem p, r \ Sf że jeżeli z p wynika r 1 z r wynika s, to z p wy- 
nika 5. Prawo to orzeka zarazem, że stosunek wynikania jest 
przechodni. T34 jest inną formą prawa sylogizmu, powstałą 
z *T^^ przez zastosowanie prawa wyłączania. 

*T35 f/ : np„ . O, == r) (r = s) < 0> - s) 

Ts^ f/ : np„ . 0> = r) < [(r = s) < 0> ^ s)] 

Prawa *Ts5 i T56 są odpowiednikami praw *T35 i T34 dla 
stosunku równoważności. Prawo *T3'5 orzeka, że stosunek ró- 
wnoważności jest przechodni. 

*T37 V iUj,r.{p < r) p < r 

*T38 (/ : Op, . 0> < r) r' < p' 

Są to prawa rozumowania, znane jako modus ponens i mo- 
dus iollens. *Ts7 stwierdza, że przy każdem p i r jeśli z p wy- 
nika r i p jest, to r jest; *T38 stwierdza, że przy każdem p i r 
jeśli z p wynika r i r nie jest, to p nie jest. 
*T„ U:n,r. (/»' < rr') < ;.» 

**T,„ U:n,r. [p<{r=-r)]'<p 

*Ts9 i **T4o są to pewne dwie formy dowodów apago- 
gicznych, używane zwłaszcza w matematyce. Na podstawie 
tych form dowodzimy, że jeśli z zaprzeczenia tezy p, czyli z p\ 
wynika sprzeczność (*T39) lub absurd (**T4o), to teza p jest 
prawdziwa. 

Warszawa j w lipcu 1921 r. 



Digitized by 



Google 



Dr. BOGDAN NAWROCZYNSKI. 

Przedmiot t. zw. uczuć wiedzy, 
a zagadnienie jakości sądów. 



1. Wśród rozlicznych przeżyć natury emocjonalnej istnieją 
bez wątpienia nietylko uczucia/ uwarunkowane przez przedsta- 
wienia^ lecz również i takie, które nie mogą powstać bez są- 
dów. Do pierwszej kategorji bt^dą należały m. i. wszystkie, tak 
zwane przez Wundta, elementarne uczucia estetyczne^), wi^ np. 
uczucie, którego doświadczam, gdy mi się podoba barwa ja- 
kiegoś tonu muzycznego; tutaj bowiem niezbędnym warunkiem 
pojawienia się uczucia estetycznego jest wyobrażenie owego 
tonu; — natomiast do drugiej kategorji wypadnie zaliczyć ra- 
dość, której doświadcza zbieracz numizmatów, gdy mu poda- 
rowano rzadki, oddawna upragniony pieniądz. Oglądał go {uż 
nieraz, nierar też sobie wybbrażał, że jest jego właścicielem, 
jednak te wyobrażenia nigdy w nim nie wzbudziły takiego uczu- 
cia, jakie przeżywa obecnie. W tej chwili cieszy się nie z tego, 
że ogląda rzadką monetę, lub że marzy o jej posiadania, ale 
że ją naprawdę posiada, innemi słowy, że może wydać sąd: 
«ten pieniądz do mnie należy". 

Otóż ten sąd jest w tym wypadku koniecznym warunkiem 
radości zbieracza. 

Uczucia, uwarunkowane przez przedstawienia, będziemy 
nazywali uczuciami przedstawienia; uczucia źaś, uwarunkowane 
przez sądy — uczuciami sądu^). 

2. Pomiędzy uczuciami przedstawienia, a warunkującemt 
je przedstawieniami, może zachodzić dwojaki stosunek: po pier- 
wsze, przedstawienia mogą być częściowemi przyczynami uczuć; 

') W. Wundt. Grundzuge der physiolosrischen Psychologie, wyd. 5-te. 
Lipsk, 1903. Tom III, str. 110. 

2) Taką terminologia wprowadził A. Meinong, rozróżniając Yorstel- 
luns^s^efuhle i Urteilsgefuhle. Patrz: Psychologisch-ethische Untersuchungen 
zur Werth-Theorie. Graz, 1894, str. 35. 



Digitized by 



Google 



— 207 — 

po drugie, uczucia mogą się kierować na przedmioty warunku- 
jących je przedstawień jako na swoje przedmioty^). Pierwszy 
stosunek jest przyczynowy, — drugi możemy nazwać intencjo- 
nalnym. Obydwa te stosunki mogą wiązać uczucie bądź z tem 
samem przedstawieniem, bądź z różnemi przedstawieniami. 

Z pierwszym przypadkiem mamy do czynienia, gdy np. 
rozkoszujemy się grą barw na niebie o zachodzie słońca. Gra 
barw jest tu bowiem częściową przyczyną naszych uczuć, a za- 
razem ich przedmiotem ; z drugim — gdy uczucie, wywołane przez 
jakieś słabo uświadamiane wrażenia lub wyobrażenia, na- 
brzmiawszy, kieruje się na zupełnie inny przedmiot. Tak bywa 
np. w wypadkach t. zw. złego humoru. Bardzo często wywołują 
go wrażenia trzewiowe, towarzyszące stanom chorobowym, nie 
na nie jednak zły humor się kieruje, ale na przedmioty nic wspól- 
nego nie mających z temi wrażeniami wyobrażeń lub pojęć, 
jak np. osoby z otoczenia, zdarzenia polityczne lub wartość ca- 
łego świata. Nieraz bywa i tak, że uczucie, jak gdyby w po- 
szukiwaniu, przeskakuje z przedmiotu na przedmiot, aż wresz* 
cie natrafiwszy, niejako, na punkt słabszego oporu, wyładowuje 
się na zewnątrz^). Jakkolwiek jednak uczucia mogą w ten spo- 
sób odrywać się od wrażeń lub przedstawień, które je wywo- 
łały i zmieniać przedmiot, na który się kierują, to jednak w koń- 
cowych stadjach swego rozwoju nie są, jak się zdaje, nigdy 
całkowicie. bezprzedmiotowe, w każdym razie wszystkie uczucia 
mają dążność do tego, aby się kierować na przedmioty jakichś 
wrażeń lub przedstawień^). 

3. Powstaje teraz pytanie, co jest przedmiotem uczuć sądu? — 
Różne się tu nasuwają odpowiedzi. Można np. przypuszczać, że 
te uczucia kierują się na same sądy- wytwory^), albo na którąś 
z ich cech, jub wreszcie na takie momenty każdego sądu, jak 
akt sądzenia, przedmiot lub treść sądu. — Dla uniknięcia mo- 
żliwych nieporozumień zaznaczam odrazu, co rozumiem przez 
dwa ostatnie terminy. Przedmiotem sądu nazywam to, o czego 

' O Por. St. Witasek. Grundlinien der Psychologrie. Lipsk, 1908, str. 322. 

2) Dużo tego rodzaju przykładów podaje Th. Ribot w La psychologie 
des sentiments. Paryż, wyd. 8-me, 1911. 

3) Por. W. Heinrich. Psychologia uczuć. Kraków, 1907, str. 50. -Nigdy 
nie przeżywamy samych nastroi bez wrażeń i wyobrażeń". — ^Z połączenia 
nastroi z elementami wrażeniowemi i wyobrażeniowemi powstają uczucia*. 

^) W sprawie tej terminologji odsyłam do mego artykułu p. t. Sąd- 
wytwór wobec teorji czynności i wytworów prof. K. Twardowskiego. Prze- 
gląd Filozoficzny. 1913 r. Zeszyt IV. 



Digitized by 



Google 



— 208 ~ 

prawdziwości sądzimy; natomiast treścią — objektywne kryte- 
rjum prawdziwoścr sądu. Przedmiot i treść razem wzięte bqdc 
nazywał materją sądu. 

W pracy niniejszej nie zamierzam bynajmniej rozwiązywać 
powyższego zagadnienia w stosunku do wszystkich uczuć 
sądu. Chodzi mi tu o a^badanie pod tym względem jednego 
tylko ich gatunku, a mianowicie tych uczuć logicznych, zwią- 
zanych z procesem poznawania, które A. Meinong nazwał 
„uczuciami wiedzy" '). Przyjmując na razie tą terminologj^ za- 
pytuję, na jaki przedmiot kierują się uczucia wiedzy. 

4. Zagadnienie to zwróciło na siebie uwagę dotychczas 
stosunkowo nielicznych psychologów. 1 nic dziwnego, skoro 
współczesna psychologja uczuć tak mało zajmuje się zagadnie- 
niem szerszem; — a mianowicie sprawą przedmiotów uczuć 
wogóie. Poszczególni psychologowie napomykają, co prawda, 
dość często o tem, że nasze przeżycia emocjonalne na coś się 
kierują, — bo to jest fakt nazbyt oczywisty, aby go można było 
pominąć milczeniem, — nie badają jednak tej właściwości uczuć 
w sposób systematyczny, co więcej, nie oznaczają jej odrębnym 
terminem, lecz opisują zapomocą zwrotów obrazowych, najczę- 
ściej zbyt ogólnych i nieścisłych, dając w ten sposób pole ró- » 
żnego rodzaju ekwiwokacjom. Tak np. Th. Ribot powiada, »źe 
stanom emocjonalnym z reguły towarzyszą stany intelektu- 
alne"^). W Psychologji uczuć W. Heinricha czytamy: „...nastrój... 
występuje zawsze w połączeniu z elementami wrażeniowemi 
lub wyobrażeniowemi* ^). Otóż tego rodzaju zwroty stwierdzają 
tylko stałe (lub częste) współistnienie w czasie uczuć i przeżyć 
o charakterze przedmiotowym (wrażeń i przedstawień), nie wy- 
jaśniają jednak dokładnie, czy między temi przeżyciami zacho- 
dzą jakieś stosunki wewnętrzne, a jeśli tak, to jakie mianowi- 
cie? Tymczasem możemy się spodziewać, że i tutaj, — podo- 
bnie jak w dziedzinie uczuć przedstawienia, — spotkamy się 
przynajmniej z dwoma stosunkami, a mianowicie: albo ze sto- 
sunkiem przyczynowym, albo ze stosunkiem intencjonalpym. 
Możliwe jest również, że obydwa te stosunki zachodzą jedno- 
cześnie. 



O A. Meinong. Psychologisch-ethische Untersuchungen zur Wcrth-Theo- 
rie, str. 36 i n. § 12. Wissensgefuhle und Wertgefuhle. 

^ Th. Ribot. La psychologie des sentiments. str. 7. 11 est incontestable 
que dans la rógle, les etats emotionnels accompagnent les etats intellectuels. 

3) W. Heinrich. Psychologja uczuć. str. 194. 



Digitized by 



Google 



— 209 — 

5. Z braku rozróżnienia tych dwu tak bardzo odmiennych 
stosunków wynika następnie albo ich mieszanie ze sobą, albo 
też przeoczanie jednego z nich, zwłaszcza tego drugiego. Typo- 
wym przykładem tego rodzaju błędów jest rozumowanie Th.Ri- 
bota we wstępie do jego Psychologji uczuć ^). Chce on tam 
zwalczyć pogląd A. Lehmanna, wyrażający się w twierdzeniu : 
„niema czysto emocjonalnych stanów świadomości; przyjem- 
ność i przykrość zawsze są związane ze stanami intelektualne- 
mi**2), jest przekonany, że dowiódł tezy, „iż istnieje życie czy*- 
sto wzruszeniowe, autonomiczne, niezależne od życia intelektu- 
alnego" ^), a tymczasem główny jego argument polega na tem, iż 
przyczyną uczuć bardzo często by wają t. zw. wrażenia wewnę- 
trzne organów, liie zaś wrażenia zewnętrzne, wyobrażenia lub po« 
jęcia. Otóż, pomjjając już to, że wrażenia organów jednak są wra* 
żeniami^), rozumowanie to o tyle j^t niedostateczne, iż nie 
dowodzi, aby w ten sposób spowodowane uczucia nie kiero- 
wały sią stale na przedmioty jakichś wrażeń, przedstawień lub 
sądów. Ribot obowiązany był ten dowód przeprowadzić, nie 
uczynił tego jednak, co więcej, sam przytoczył przykład, świad- 
czący o tem, że takie uczucia, rozwijając się, w każdym razie 
posiadają tendencję do kierowania się na przedmioty przed- 
stawień;': — oto bowiem w jaki sposób opisuje pewien stan 
pobudzenia: „zbliża się on do gniewu, jest częsty w newrozach ; 
jest to usposobienie niestałe i wybuchowe; z początku mętne 
i nieokreślone, w końcu kształtuje się, wiąże się z jakiemś 
wyobrażeniem i wyładowuje się na jakiś przedmiot''^)* 
Jest rzeczą zupełnie jasną, że to, co tu Ribot nazwał „wiąza** 
niem się uczucia z jakiemś wyobrażeniem", nie jest niczeni 
innem, jak tylko owem kierowaniem się jego na jakiś przed- 
miot, o czem właśnie w tej pracy mówimy. 

6. Od podobnych przeoczeń może ustrzec tylko dokładniej* 
sza analiza pojęć psychologicznych, w szczególności zaś zwró- 
cenie baczniejszej uwagi na sprawę przedmiotów różnych ro- 
dzajów uczuć. O ile mi wiadomo, najwięcej dotychczas uczy- 
niła W tym kierunku szkoła psychologów, wywodząca się od 

') Patrz: Introduction H str. 6—10. 

^ A. Lehmann, Die Hauptgesetze des menschiiehen Gefuhlslebens. Lipsk 
1892, str. 16. 

^) Th. Ribot. La psycholosfie des sentiments, str. 10. 

*) Nie odejmuie im te^o charakteru uwaga Ribot'a: .les sensationa 
intemes n'ont rien de reprćsentatif.M patrz tamże str. 8. 

5) Tamie str. 10* 

14 



Digitized by 



Google 



— 210 — 

Fr. Brentano. Tylko przedstawiciele tego kierunku badali sy- 
stematycznie tsprawę przedmiotów^ na które się kierują uczucia 
log-iczne, związane Zf procesem myślenia. Najbardziej szczegfó- 
łowe studja poświęcił temu zagadnieniu A. Meinong, jego też 
teorja przyjęła się na dobre wśród ' większości przedstawicieli 
t. z w. szkoły austriackiej^). 

Do czegoi sprowadzają się twierdzenia tego autora? 

//. Teorja Meinonga, 

7. Meinong wyróżnił z pośród uczuć sądu dwa ich rodzaje: 
1) uczucia wartości (Werthgefuhle), 2) uczucia wiedzy. (Wissens- 
gefuhle)^). Przykładem pierwszego rodzaju uczuć będzie np. 
radość szczęśliwego gracza, źe wygrał główny los na loterji. 
Uczucie wiedzy jest tem zadowoleniem, które daje proces po- 
znawania w dużym stopniu niezależnie od tego, co jest przed- 
miotem tego poznawania. Takiego zadowolenia będzie dozna- 
wał np. zupełnie bezstronny historyk, wykrywając prawdę, choć 
to, co wykrywa, może dla niego być obojętne, niepokojące, — 
nawet groźne. A jednak on się tem, jako badacz, interesuje'). 
To „zainteresowanie teoretyczne*^, które Meinong przeciwstawia 
tamtemu — „praktycznemu***), nie jest, oczywiście, nicz6m innem, 
jak tylko tem .właśnie uczuciem logicznem, związanem z pro- 
cesem poznawania, o którem w tej pracy chcę mówić. 

8. Uczucia wartości i uczucia wiedzy posiadają tę wspólną 
cechę, że są zawsze uwarunkowane przez sądy. Natomiast 
przedmioty tych uczuć są różne. Uczucia wartości kie- 
rują się, mianowicie, zawsze na przedmioty warunkujących 
je sądów^) ; gdy tymczasem przedmiotem uczuć ' wiedzy jest 



^) Przy](;li ją między innymi: Hofler, Marty, Kreibigf i Witasek. 

'^ A. Meinong. Psychologisch-ethische Untersuchungcn zur Werth-The- 
orie. Graz, 1894, str. 36 i n. 

'^) Tamże str. 37 i 38, patrz również: Ober Urteilsgefuhle: was sie sind 
und was sie nicht sind. Archiv fur die g^esamte Psycholo^e 1905. Tom VI. 
zeszyt 1, str. 37. 

*) Urteilsgefuhle... str. 40. 

*) Psych.-eth. Untersućhung^en. str, 37. Psycholog^che Yoraussetzun^ 
namlich ist das Urtheil offenbar sowohl bei den Wissens- wie bei den 
Werths^fuhlen. Wahrend aber bei diesen der Urtheilsinhalt auch den Ge- 
luhlsinhalt ausmachŁ,. indem ich mich eben ^an dem" freue, von dessen 
£xistenz ich vermogre des Urtheils iiberzeugft bin, geht dort offenbar das 
Urtheil selbst in den Gefuhlsinhalt ein, indes das, woriiber geurtheiJt 



Digitized by 



Google 



— 211 — 

I 

wedza (das Wissen), czyli zdolność do wydaiiia w razie po- 
trzeby odpoMriedniego subjektywnie prawdziwego sądu. Jedfidk-- 
TSe ta zdolność nie mogłaby dawać zadowolenia* gdyby go nie 
dawało prawdziwe sądzenie. W ten sposób' M^nong dochodzi 
ostatecznie do wniosku, że przedmiotem uczuć wiedzy 
są akty warunkujących je sądów. Tak przynajmniej rozu- 
miem niezbyt, nitestety, ścisłe wywody na ten temat w książce 
p. t«: .Psychołogisdi-ethische Untersuchungen zur Werth-Theo- 
rie* (Graz 1894)7* W ogłoszonej w jedenaście lat późnij roz- 
prawie p. t. ^Uber Urteilsgefuhle: was sie sind und was ste 
nicht stnd" (Archiv fur die gesamte Psychologie, 1905, T. VI, 
2^zyt 1, str. 22 — 58) autor nasz wyraża się na ten temat znoMfu 
nie dość precyzyjnie, ostatecznie jednak powiada: w dziedzinie 
uczuć wiedzy prawie tak samo wyraźnie zaznacza sią pewien 
rodzaj przynależności do podmiotowej strony sądu, jak w dzie- 
dzinie uczuć wartości przynależność do jego strony przedmio- 
towe]^). To też przyjmując zapropK>nowaną przez Sł Witaska 
tenninologj^^), nazywa uczucia wartości uczuciami przedmiotu 
sądu, uczucia zaś wiedzy — uczuciami aktu sądzenia^). 

///. Zastosowanie tej teorji do zagadnienia jakości sądów. 

9. Ze poruszona tu sprawa posiada znaczenie nietylko dla 
psychologii uczuć, lecz również dla teorji sądów, o tem prze- 
konywa dowodnie ta okoliczność, iż Meinong w jednej z drob- 
niejszych prac swoich, a mianowicie w cytowanej już rozpra- 
wie: „Ober Urteilsgefuhle: was sie sind und was sie nicht sind*' 
usiłował rozstrzygnąć centralne zagadnienie nauki o jakości są- 
dów m. i na podstawie dopiero co przedstawionego ząpatry- 



wkd. entweder ^anz zunicktritt, oder nur «ls Begtimnsmns^sstuck ^des Ur- 
łboiles eine mehr oder mind^r wichtige Rolie spieiC 

W rozprawie: Ober UrteilsgdFuble... Meinong wprowadza pojmie ^obie- 
ktywu", jako przedmiotu zarówno sądów, jak uczuć wartości. Patrz ftr, 33«. 

*) Str. 87. - ist namlich auch das Wissen, worauf es Kier ankommt, 
in der Reszel nicht das Erkennen seibst, sondern bloss die Fahigkeit, etfor- 
dwiichen oder gewunschten Falles das betreffende wahre Urtheil zu fallen- 
so wordedoeh die Fahigiceitsicher nicht befrtedi^n, wenn das wahre Urtheileii 
nicht befnedi^e. — Patrz również ustęp, zacytowany poniżej w § 3^. 

2) Str. 40. Całe to miejsce będzie przytoczone poniżej przy § 18. 

^) St. Witasek, Gnindzusfe der alls^emeinen Asthetik. Lipak,, 1904^ 
•tn 195 i n. 

«) 4{ftiieilHnhalt8gefuhte» Urtheilsaktj^uhle. Patrz: Ober Urthetlage^ 
Kible... str. 39 i n. 



Digitized by 



Google 



— 212 — 

j 

Af/ania na przedmiot uczuć sądu. Postaram się wyjaśnić^ jaki 
związek może ;cackQdzić pomiędzy dwiema tak z pozoru dale- 
kięmi dziedzinami, jak sprawa uczuć wiedzy oraz wartości 
i problemat jakości sądów* 

10* Gdyby jakość sądów stanowiła ich cechę tak pierwotna 
jaką jest np. jakość wrażeń zmysłowycł), to musielibyśmy ją 
przyjąć jako fakt oczywisty bezpośrednio i żadne zagadoi^iue 
jakości sądów powstaćby' nie mogło. Inaczej jednak przedstawią 
się rzeczy, skoro przypuścimy, że jakość sądów da siq sprowa- 
dzić do jakiejś róźnośqi| tkwiącej bądź to w przedmiotach są- 
dów, bądź w aktach sądzenia,' bądź wreszcie w obydwu tych 
momentach jednocześnie. W takim razie nastręczałaby się ko- 
nieczność rozwiązywania tej dysjunkcji. — Otóż nikt prawie nie 
wątpi, że jakość sądów można sprowadzić do jakiejś barduej 
elementarnej różności, spór zaś toczy się o to tylko, co to jest 
za różność. 

11. Liczni autorowie, zwłaszcza wśród uczniów Fr. Bres- 
tano, są przekonani, że źródłem jakości sądów jest różność 
tkwiąca w dwu przeciwnych aktach sądzenia: w akcie twier- 
dzenia i przeczenia. Sam Meinong ten pogląd z początku podzie- 
lał^), z czasem jednak zmienił zdanie, o czem świadczy całe 
dzieło: „Ober Annahmen*^) i począł doszukiwać się źródła ja^ 
kości sądów w ich „objektywach"^), które całkowicie mieszczą 
się w pojęciu przedmiotu sądu. Nie chcąc komplikować dal- 
szych rozważań przez zbyteczne w danym wypadku pojęcie 
„objektywu", pozostaniemy w tej pracy przy pojęciu przedmiotu 
sądu^. — Otóż na poparcie tego stanowiska, a przeciwko czyn- 



^) Przyznaje on si^ do tego wyraźnie w dziele: „Ober Annahinen^, 
wyd. 2-gie, Lipsk, 1910 r. str. 3 i 4. 

^ Spotykamy tam takie np. zdanie: .Um einmal Sein, das andert 
Mai Nichtsein... zu urteilen, dazu miissen Urteile verschiedenen Inhaltes die- 
nen, indes Yerschiedenheiten im Akte dabei keine charakteristische Rolle zu 
spielen scheinen". Tamże str. 86. 

3) Objektywem sądu: „A <nie) istnieje** jest, „ie A (nie) istnieje"; 
objektywem sądu: ,A (nie) jest B* jest, ,ie A <ide) jest B". 

^) Nie jest to zresztą niezgodne z terminologją samego Meuionga. 
Patrz: Ober Annahmen str. 44. „Insofem bat das Urteil also nicht einen Ge- 
genstand, sondem dereń zwei [Objekt und Objektiv], von denen sonach jeder 
Anspnich batte „Urteilsgegenstand* zu beissen. Zieht man dagegen vor, was 
sich in der Tat vielfach empfiehlt, zunachst nur dasjenige Urteilsgegenstand 
zu nennen, was dem Urteil in ahnlicher Weise eigen ist wie der Yorstellung 
41er Yorstellungsgegenstand, dann kann unter „Urteilagegenstand^^usśchlies- 
^ich das Objektiy verstanden werden. 



Digitized by 



Google 



— 213 — 

Aośćiowej teorji jakości sądów wytoczył on w pomienioriei roż<^' 
pmwie ciekawy argfument^ który tu podam we własnem rozwi- 
nięeiu^)^. 

12. Wszelkie uczucia poruszają ' się wśród kontrastów. 
Z pośród nich szczególne znaczenie posiada kontrast, zacho- 
dzący pomiędzy przyjemnością i przykrością. Wszelkie uczucie 
musi zajmować jakieś miejsce w ciągłości,^ która idzie od naj-* 
intensywniejszej przyjemności do najintensywniejszej przykrości 
i jeśli jest przyjemnością, posiada odpowiednik w przeciwnej 
jej przykrości i odwrotnie. Tę cechę uczuć naz)rwamy ich jako- 
ścią^. Uczucia wartości również posiadają jakość: każde ż nich 
musi być albo przyjemne, albo przykre^). Zdkrźa się czasami; 

^) Meinonsf wyraził swoją myśl w spo^b krótki i. dość zawiły. Dla- 
tejfo w tekście rozwijam jego wywody. Odpowiedni wyjątek z rozprawy 
•Ober Urteilsgefuhle: was sie sind und was sie nicht sind" brzmi jak nasŁ^uje: 

'l...bestimmt man hier [bei der Vorstellang] den Inhalt ais dasjenige 
Yariable am Vorst^Ien, das dem Gegenstand entspricht, so wird man damit 
Yoraussichtlich furs erste sein Auslangen finden. Obertragt man diese Be* 
stimmung jedoch, wie man eigentlich bisher immer getan hat« ohne weiteres 
aufs Urteil, so das der Urteilsinhalt nichts ais der dem Urteile zugrunde lie- 
gende VorstelIungsinhalt ist, so findet man die Urteilsinhaltsgefiihle in sogar 
be0onders auffallender Weise von einer Veranderung am Urteil abhangig, die 
man im Sinne der eben erwiUinten Bestimmung doch^nur dfim Akt beimes- 
sen kSnnte. Ich meine die sog. Urteilsqualitat, von der die Urteilsaktgefuhle 
sidi uberdies, wie nicht wohl zu verkennen ist, besonders wenig beeinflosst 
zeigen. Fur mein theoretisches Interesse (Wissensgefiihl) verschlagt es ja im 
ganzen nur wenig, ob ich in einer Sache zu affirmatiyer oder iiegativer Er- 
kenntnis gelange, wahrend fur mein praktisches Interesse (Wertgef uhl) nichts 
mehr in Frage kommt ais dies, ob das betreffende Wertobjekt da ist oder. 
mcht da ist Hier gelangt nun aber vom Obiektiv her einiges Licht 'm die 
Sache. Steht das Ob]ektiv dem Urteil ahnlich gegeniiber wie der Yorstel- 
luog das Objekt, dann wird das Yariabte am Urteil, das sozusagen den Ver- 
anderungen am Objektiv folgt, das Seitenstiick zum Vor6tellungsinhalte ako, 
wohl nicht zum Urteilsakt zu rechnen, sondern ais eigentlicher Urteilsinhalt 
dem Vorstellungsinhalte an die Seite zu stellen sein. Der Gegensatzlichkeit 
voa Sein und Nichtsein am Objektiv entspricht nun der Gegensatz von Bc- 
jahung und Yemeinung am Urteil: er wird also wohl dem Urteilsinhalte, 
nicht dem Urteilsakt zugehoren, so dass seine Bedeutung fur die Wertge- 
fohle ganz wohl mit dereń Natur ais Inhaltsgefiihle zusammenstimmŁ 

«) Por. W. Wundt. Grundzuge der phys. Psychologie, wyd. S-^te, tom Dl. 
str. 318. rozdział zatytułowany: Qualitative Unterschiede der einfachen Gefiihle. 

•*) Może być jeszcze obojętne, jeśli w owej ciągłości uczuć zajmuje 
miejsce ha przejściu pomiędzy przyjemnością i przykrością. To miejsce jednak 
jest punktem' matematycznym i dlatego wypadek obojętności możliwy Jest 
tylko w teorji; w praktyce zaś wystarcza rozróżnienie uczuć przyjemnych 
fpt^jrkrych. 



Digitized by 



Google 



— 214 - 

-ze przyi^nm uczucie wartości najle zamienia si^ imi ocipo^ 
więdnie przykre, lub odwrotnie. Pakt taki mozeniy obserwoumć 
cz^Of gdy w przedmiocie uczucia wartoici zachodzi jakaś wat" 
pomyśkia (lub pomyślna) zmiana« 

W rzeczy samej, gdy kupiec dowiaduje się nagle, że fogo 
okr^t z towarami zatonął, wówczas w jego uczuciach nasbc* 
piije gwałtowny przełom; — przyjemne uczucie dodatniej war- 
tośd tego okrętu przeradza się w przykre uczucie ujemnej war* 
tości jego straty. Ten przełom następuje nagle, przyczem war- 
tość ujemna straty jest tem większa, im większa była przedtem 
dodatnia wartość posiadanego, przedmiotu. Doświadcz}^! go 
w całej pełni Antonio, bogaty .kupiec wenecki" ze słynnego 
dramatu szekspirowskiego, gdy otrzymał wieść złowróżbną o za- 
tonięciu wszystkich okrętów, które stanowiły cały jego majątek. 
Zjawisko tb możemy nazwać przełomem uczucia. 

13. TjEik sic rzeczy mają z uczuciami wartości. Nasuwa się 
przypuszczenie, że, gdyby w przedmiotach uczuć wiedzy zaszły 
podobne zmiany, to wówczas i w tej dziedzinie spotkalibyśmy 
się ze zjawiskiem przełomu. Natomiast nie możemy się go spo- 
dziewać, gdy dwa uczucia wiedzy posiadają przedmioty iden-;^ 
tyczne. 

14. Weźmy teraz jakąś parę sądów typu: „A jest B^ 
i „A nie jest B*, a więc różniących się tylko jakością. Przy- 
puśćmy, że każdy z nich warunkuje jakieś uczucie wartości i ja- 
kieś uczucie wiedzy. S»tawiamy sobie pytanie, czy w tych uczu- 
ciach nie będzie następował przełom, gdy będziemy przecko* 
.dżiK od jednego z tych sądów do drugiego? Nie sięgajmy na 
razie po odpowiedź do doświadczenia, lecz postarajmy się prze- 
widzieć z góry, co tu może nastąpić? Otóż na podstawie po^ 
wyższych wywodów możemy powiedzieć, że przełom nie powi- 
nien mieć miejsca, o ile zarówno para uczuć wiedzy, jak para 
uczuć wartości, które tu powstaną, będzie miała ten sam przed- 
miot pomiUno różnej jakości sądu. Gdyby natomiast różność 
jakości sądów wiązała się z różnością przedmiotów uczuć każ- 
dej pary, to w takim razie moglibyśmy się spodziewać, że. te 
uczucia będą kontrastowały ze sobą. 

15. Wypróbujmy obecnie konsekwencje, wypływające 
z czynnościowej teorji jakości sądów. Tińrierdzi ona, jak wia- 
domo, że źródło jakości sądów tkwi w różności aktów śądkenśal 
Takie oświetlenie sprawy łączy się jednak z zało^niem, że 
przedmioty dwóch sądów typu: «A jest B" i „A nie jest 



Digitized by 



Google 



— 215 — 

B** są identyczne, natomiast ich akty są przeciwne: jeden 
jest aktem twierdzenia (uznawania), ą drugfi — przeczenia (od« 
rzucania) ^). Skoro zaś uczucia wartości są uczuciami przed- 
miotu, a uczucia wiedzy (według Meinonga) — uczuciami aktu^ 
to pierwsze nie powinnyby w obydwu wypadkach różnić się 
znacznie między sobą, a co do drugich mielibyśmy prawo spo- 
dziewać się, że będą stanowiły kontrast (jedno będzie przyjemne, 
a drugie — przykre). 

16. Takie wnioski wynikają z czynnościowej teorji jakości 
s^dów. — Zwróćmy się teraz do rzeczywistości, aby się przeko- 
nać, czy one w niej znajdują potwierdzenie. Otóż doświadcze- 
nie wewnętrzne świadczy o czemś wręcz przeciwnem, gdy bo- 
wiem przechodzimy np. od sądu: „zagłębie górno -śląskie zo- 
stało przyznane Polsce** do sądu: „zagłębie górno - śląskie nie 
zostało przyznane Polsce", to przełom następuje najwyraźniej 
M/ dziedzinie uczuć wartości, nie zaś uczuć wiedzy. »Nie należy 
stąd odrazu wysnuwać wniosku**, powiada Meinong, „by uczu- 
cia wiedzy miały być całkowicie obojętne na t. zw. jakość sądu : 
ostatecznie zawsze więcej daje zadowolenia wiedzieć, jak się 
jakaś rzecz ma, niż jak się nie ma. jednakże nawet taka róż- 
ność tylko stopnia jeszcze kontrastuje dość silnie z całkowitem 
przerzuceniem się jakości uczucia w jej przeciwieństwo, co przy 
uczuciach wartości jest, jak się zdaje, nieodłączne od zamiany 
ytak" na „nie" lub odwrotnie"-). Tak więc, według Meinonga, 
różność jakości sądu nie wywołuje przełomu w dzie- 
dzinie uczuć wiedzy^). Uczucia te są bezinteresowne i dla* 
tego zmieniają się tylko bardzo nieznacznie w zależności od 
tego, czy prawda, którą wykrywamy, wyraża się w sądzie 
twierdzącym, czy też przeczącym. W naszym przykładzie oso- 
bie wartościującej chodzi przedewszyskiem o to» czy zagłębie 
górno -śląskie zostało przyznane Polsce, czy nie zostało, gdy 
tymczasem badaczowi zależy głównie na stwierdzeniu prawdy. 

17. W ten sposób okazuje się, że czynnościowa teorja ja- 
kości sądów prowadzi w tej dziedzinie do fałszywych wniosków, 

O Fr. Brentano. Psychologie voin empirischen Standpunkte. Lipsk 
1894, str. 266 i n. Patrz również: Yom Ursprung sittlicher Erkenntnis. Lipsk 
1889, str. 15 i n. 

^ Psych. -eth. Untersuchungen, str. 38. 

^) Ober Urteilsgefuhle... str. 40. Ich meine die sogenaonte Urteilsqiia- 
litit, von der die Urteilsaktgefuhle sich uberdies, wie nicht wohl zu verkeii* 
nen ist, besonders wenig beeinflusst zeigen. Patrz wyże] : §11, dopisek ostatni. 



Digitized by 



Google 



— 216 — 

skąd wynika^ że sama jest fałszywa. Zmiana jakości sądów wy- 
wiera tylko bardzo nieznaczny wpływ na uczucia wiedzy, gdy 
tymczasem w dziedzinie uczuć wartości powoduje zjawisko prze- 
łomu. Te dwa fakty znajdują wyjaśnienie dopiero wtedy, gdy 
przyjmiemy, że- sądy, różniące si^ jakością, mają różne przed- 
mioty i jednakowe akty sądzenia. Źródło jakości sądów musi 
tkwić wobec tego nie w różności aktów sądzenia, ale w różno- 
ści przedmiotów sądów ^). 

IV. Krytyka teorji Meinonga. 

18. W powyższem rozumowaniu, które dotyka tak zasad- 
niczych zagadnień psychologicznej teorji sądu, nie w^ystko jest, 
zdaniem mojem, w porządku. Słabemi jego punktami są, jak 
sądzę, te właśnie miejsca, w których jest mowa o uczuciach 
wiedzy. W wywodach Meinonga znajduję dwie tego rodzaju 
przesłanki. Pierwszą z nich stanowi twierdzenie, że uczucia wie- 
dzy nie ulegają przełomowi pod wpływem zmiany jakości wa- 
runkującego je sądu; drugą — twierdzenie, że przedmiotem 
uczuć wiedzy są akty sądzenia^). — Rozpatrzmy kolejno obydwa 
te twierdzenia. 

19. Rozpoczynamy od pierwszego: uczucia wiedzy nie 
ulegają przełomowi- pod wpływem zmiany jakości 
warunkującego je sądu. 

Otóż to twierdzenie zostało sformułowane w sposób zb3rt 
ogólny. Nie ulega wątpliwości, że uczucie wiedzy w bardzo 
wielu wypadkach pozostaje przyjemnem niezależnie od tego, czy 
warunkujący je sąd jest twierdzący, czy też przeczący. Tak jed- 
nak bywa tylko wówczas', gdy zarówno sąd twierdzący, jak 
przeczący jest naszem zdaniem prawdziwy. Cóż jednak się 
stanie,. gdy jeden z tych sądów, któreśmy uważali za prawdziwe, 
okaże się później fałszywym? Wówczas w uczuciu wiedzy na- 

^) Patrz wyżej: § 11, dopisek ostatni. 

-) Obydwa te twierdzenia zawierają się w następuj ącem zdaniu Mei- 
nong-a (Ober Urteilsgefiihle: was sie sind und was sie nicht sind, str. 40): 
hEs ist eben nur Tatsache, dass die Wertgefuhle sich einerseits zusammen 
mit jenen variabełn Momenten am Urteil verandęm, die diesen Inhalt ausma- 
chen, andererseits sich dem mit Hilfe des Inhaltes erfassten Urteilsgegenstande 
besonders eng anschliessen. Ebeńso ist es Tatsache, dass den Wis- 
sensgefiihlen jene Yariabilitat so gut wie dieser Anschluss fchlt; 
dafur macht sich eine Art Zugehorigkeit zur subjektiyen Seitc 
des Urteils hier fast ebenso deutlich geltend, wie dort die Zo- 
gehorigkeit zur objektiyen Seite. 



Digitized by 



Google 



— 217 — 

stąpi niewątpliwie przełom : z przyjemnego stanie się ono przy- 
krem; przyjemne bowiem uczucie wiedzy odpowiada sądom, 
które uważamy za prawdziwe, natomiast przykre — sądom, które 
uważamy za fałszywe. — Tak przynajmniej, jak sądzę, dzieje 
się normalnie. Fantazja poety może, oczywiście, stworzyć po- 
stać, reagującą na prawdę i fałsz w sposób odwrotny. Takimi 
są różni szatani z poematów i dramatów romantycznych np. 
Mefistofeles Goethego lub Masynissa Krasińskiego. Co więcej, 
można się zgodzić, ze nawet jednostki istniejące realnie mają 
czasami coś z usposobienia mefistofelicznego. Każdy jednak 
przyzna, że to są wypadki wyjątkowe. Normalnie reagujemy na 
prawdę uczuciem przyjemnem, na fałsz — przykrem. To jest fakt, 
o którym zupełnie wyraźnie poucza doświadczenie wewnętrzne. 

20. Meinong na ten fakt najwidoczniej nie zwrócił uwagi, 
skoro mógł twierdzić, że różność jakości sądów nie powoduje 
przełomu w uczuciach wiedzy. A tymczasem może ona go po- 
wodować i to bał-dzo często, ze względu na stosunki logiczne, 
zachodzące pomiędzy sądami, które się różnią jakością. Gdy 
pomiędzy takiemi sądami zachodzi stosunek sprzeczności, 
wówczas nie mogą one być jednocześnie ani prawdziwe, ani 
fałszywe, jeżeli sąd: „A jest B'' jest, naszem zdaniem, praw- 
dziwy, to sąd „A nie jest B" musi być fałszywy i powrotnie. 
Gdyby więc przy przechodzeniu od jednego sądu do drugiego 
nie mógł zachodzić przełom w uczuciu wiedzy, wynikałoby stąd, 
że jakość tego uczucia jest niezależna nietylko od jakości 
warunkującego je sądu, lecz również od jego prawdziwości 
lub fałszywości. Tymczasem tak właśnie nie jest. Powiedzie- 
liśmy już, że sądowi subjektywnie prawdziwemu normalnie 
odpowiada przyjemne uczucie wiedzy, sądowi zaś subjektywnie 
fałszywemu — przykre. W danym więc wypadku powinniśmy 
się spodziewać tego, że zmiana jakości sądu pociągnie za sobą 
przełom w uczuciu wiedzy. Rzecz jasna, że potwierdzeniem tego 
przypuszczenia w każdym poszczególnym przypadku może być 
tylko obserwacja, a jeszcze lepiej — eksperyment. Sądzę jednak, 
że każdy z własnego doświadczenia może przytoczyć niejeden 
taki przykład. 

Nie można zatem twierdzić, że uczucia wiedzy, odpowia- 
jące dwu sądom przeciwnym, nie kontrastują ze ^obą. Prze- 
ciwnie, w wielu wypadkach zmiana jakości sądu pociąga za 
sobą niewątpliwie przełom w uczuciu wiedzy. Ta zatem prze* 
słanka Meinonga nie wytrzymuje krytyki. 



Digitized by 



Google 



— 218 — 

21. Przechodzę do drucie] prze^anki. Brzmi ona: przed- 
miotem uczuć wiedzy są akty warunkujących je 
sądów. 

Tu juz mamy do czynienia z twierdzeniem wręcz fałszy- 
wem, wynikające bowiem z niegfo konsekwencje nie dają się 
pogodzić z dwoma faktami, na które wskazałem w paragraBe 
poprzednim, a mianowicie: 1) ze uczucia wiedzy, jak wszystkie 
wogóle uczucia, nie są pozbawione jakości, a wi«;c bywają 
przyjemne i przykre; 2) że sądom prawdzilvym odpowiadają 
uczucia wiedzy przyjemne, fałszywjrm zaś — przykre. Nie- 
zgodność ta zachodzi przytem zarówno, gdy przyjmiemy^ ie 
istnieje jeden akt sądzenia: stwierdzanie O, jak wówczas, gdy 
pr:^puścimy istnienie dwu przeciwnych aktów sądzenia: uzna- 
wania i odrzucania^). 

22. Istotnie, przy pierwszej z tych alternatyw trudnoby 
zrozumieć, dlaczego uczucie wiedzy w jednych wypadkach bywa 
przyjemne, w innych — przykre, skoro przedmiotem jego 
zawsze jest ten sam akt sądzenia. Jedynie konsekwentnem sta- 
nowiskiem byłoby wówczas przyjmować, ze uczucie wiediy 
zawsze jest tylko przyjemne. I tak też bodaj czyni Meinong. 
W każdym razie mówi stale o przyjemnych uczuciach wiedscy, 
o przykrych zaś nie wspomina, jak gdyby wcale nie istniały. 
Lecz wówczas mielibyśmy tu do czynienia z jedynem bodaj 
uczuciem, pozbawionem jakości. Stanowiłoby ono niewątpliwie 
dziwną anomalję w naszem życiu emocjonalnem, które si<^ zawsze 
porusza wśród kontrastów. — Już ta jedna okoliczność musia- 
łaby nas nastroić krytycznie. Cóż dopiero, gdy n^ożna stwier- 
dzić, że uczucia wiedzy bywają zarówno przyjemne, jak pay- 
krę. — A zatem ta ewentualność utrzymać się nie da. 

23. Pozostaje druga alternatywa: istnieją dwa przeciwne 
akty sądzenia i uczucie wiedzy w jednych wypadkach kieruje 
się na jeden z nich, w innych — na drugi. To założenie o t>'le 
jest lepsze od poprzedniego, że godzi si^ z faktem istnienia 
przyjemnych i przykrych, uczuć wiedzy. — - Natomiast nie można 
przy niem wyjaśnić, dlaczego uczucie przyjemne stale odpowiada 
sądom prawdziwym^ przykre zaś — fałszywym. Toż sądy 
prawdziwe mogą być zarówno twierdzące, . jak przeczące. To 

O Tak uczy np. B. Erdmann. Patrz: Loj^ik 2-gic wyd. Halle 1907 r. 
Tom L, str. 505; podobnie H. Bergson: L'ćvo)ution crćatrice, 8-e wyd. Pa- 
ryi, 1911, str. 312. 

2) Tak chce Fr. Brentano, wielu jego uczniów, W. Windelbandi in*. 



Digitized by 



Google 



— 219 — 

sflimo óa się powiedzieć o sądach fałszywych. Tymczasem, ST^^yby 
pvciwdą byloy » uczucia wiedzy kierują się na akty sądzenia, 
to uczucia przyjemne powinnyby odpowiadać tylko sądom }eór 
ii«f jakości, uczucia zaś przykre — sądom jakości przeciwnej. 
JPonieważ ten wniosek nie odpowiada rzeczywistości, przeto musi 
tkiwić jakiś fałsz w teorji, z której on wynika. 

24. W ten sposób odrzuciliśmy obydwa człony alterna- 
tywy, do której doprowadza twierdzenie Meinon^a, że uczucie 
iMfKdzy jest uczuciem aktu sądzenia. Wraz z niemi upada rów- 
nież samo to twierdzenie. A zatem, uczucie wiedzy, o któ- 
rem mówi Meinong, nie jest uczuciem aktu są- 
dzenia. 

25. Do te^o samejro wyniku doprowadza inne jeszcze ro- 
zumowanie, oparte na ar^mentach, zaczerpniętych z teorfi 
czyhności i wytworów^). — Wszelki sąd, mianowicie, jest wy- 
tvrorem czynności sądzenia. Ta czynność. musi istnieć, aby sąd 
mógł zacząć istnieć. Skoro jednak sąd -wytwór już powstał, to 
może w pewien sposób „istnieć'' niezależnie od czynności, która 
go wytworzyła, można go też rozpatrywać, można nim opero- 
vira£, abstrahując zupełnie od aktu sądzenia. Tak postępuje np. 
logika, gdy bada stosunki, zachodzące pomiędzy sądami -wy- 
tworami ze względu na ich prawdziwość lub fałszywość. Czyn- 
nóśtn sądzenia zupełnie się przy tern nie uwzględnia. 

26. Z teorji Meinonga wynikałoby, że w takich wypadkach 
sąddm tym nie może towarzyszyć żadne uczucie wiedzy; gdyby 
bowiem to uczucie kierowało się na czynność, to z chwilą, gdy 
wytwór oddziela się od niej, musiałoby ono pozostać przy 
czynności. Tak więc sądom -wytworom tylko wtedy mogłoby 
towarzyszyć uczucie wiedzy, gdybyśmy te sądy przeżywali wraz 
z Mrytwarzającą je czynnością sądzenia. Gdyby natomiast cho- 
dziło np. o sądy, rozpatrywane w logice, lub o wszelkie sądy, 
uznarie przez nas za fałszywe, a więc pozbawione momentu 
przekonania, o uczuciach wiedzy nie mogłoby być mowy. 

O Opracował ją systematycznie K. Twardowski w rozprawie: «0 czyn- 
nościach i wytworach. Kraków, 1911, luźne zaś wzmianki, zwłaszca;a o są- 
dach- wytworach czynili m. in.: Bolzano. Wissenschaftslehre, 1837 Tom L« 
str. 1^. — J. Bergmann. Reine Logik. Berlin, 1879, str. 3S—39. Pokrewną 
myśł^ spotkałem również w pracy H. Bradford Thompson p. t.: Bo8ltoc|«iet's 
Uwory of Jtids^roent. Patrz: John Dcwey. Studies in logical Theory. Chica^^ 
1909, 2-^ wyd. str. 108. 



Digitized by 



Google 



— 220 — 

27. Czy tak jest istotnie, czy sąd -wytwór sam przez sią 
nigdy nie może wzbudzić w* nas bezinteresownego uczucia wie^ 
dzy? Zagadnienie to nadaje się do badań eksperymentalnych. 
Swoją drogą, zanim ich ktoś dokona, już teraz, zdaniem ma- 
jem, możną tu dać odpowiedź stanowczo przeczącą. Sąd nie 
przestaje być prawdziwym lub fałszywym, gdy nabiera oedi 
usamodzielnionego od czynności wytworu, a w związku z tern 
może budzić uczucia wiedzy przyjemne lub przykre. 

28. Zwolennikom przeciwnego zdania jedno naleźidoby 
przyznać: że, mianowicie, najżywiej reagujemy na prawdę, którą 
po raz pierwszy zdobywamy, z czasem zaś ta reakcja słabnie, 
aż wkońcu z sądu, przepojonego uczuciem wiedzy, pozostaje 
tylko powiedzenie w rodzaju takiego np., jak: „ziemia sią 
obraca dokoła słońca"", „Kolumb odkrył Ameryka", albo rMró- 
Iowa Bona umarła''. Powiedzenia te są dlą nas banalnemi fra- 
zesami, a jednak wL&leż one znaczyły dla Kopernika, Galileu- 
sza, lub Polaków w czasach, gdy śmierć Bony była jeszcse 
nowiną 1 

Czegóż jednak te przykłady dowodzą? Oto tego przede- 
wszystkiem, że uczucia wiedzy stapiają si^ z biegiem czasu — 
jak wszystkie zresztą uczucia. To jednak powolne st^ianie sie 
uczuć wiedzy bynajmniej nie może podawać w wątpliwość na- 
szego twierdzenia, że one mogą towarzyszyć sądom -wytworom. 
Jakkolwiek bowiem prawda cieszy nas najbardziej, gdy ją zdo^ 
bywamy, to jednak już zdobyta prawda nie odrazu staje si^ 
dla nas obojętna. A zdarza się i tak, że stara i obojętna 
prawda nagle znowu- wywołuje żywe uczucie wiedzy, gdy np, 
staje się... świeżo odkrytym fałszem. Tylko, że wówczas to uczu- 
cie zmienia swoją jakość, ulegając przełomowi, o którym mowa 
była powyżej. 

Poza tern możnaby się jeszcze zastanawiać nad tem^ ciy 
sądy -wytwory, starzejąc się niejako i zamierając^), nie tracą 
z biegiem czasu charakteru sądów, stając się przedstawieniami, 
czy suppozycjami. Że Meinong zaliczyłby spowszedniałe sądy 



^) W cytowanej juz rozprawie p. t. „Bosanquet's Theory of Judgemoat" 
(J. Dewey, Studies in lo^cal Theory, Chicasro 1909, sir. 108). H. Bradferd 
Thompson w cteka%t^ sposób dzieli sądy na fiżywe** t „martwe*: .A larg^ 
portion of the so-called judgments considered by logicians, even by those 
yiho emphasize the tnith that a jud^ment is an a et, are really not judgOMots 
at all, but contents of thought which are the outcome of judgments -<- wiMt 
might be called dead judgments^ instead of live judgments. 



Digitized by 



Google 



— 221 — 

prawdziwe i wszystkie sądy fałszywe do suppozycyj, o tem 
nie bidzie powątpiewał, kto czytał jego dzieło ^Uber Annah- 
men"'). Zgódźmy się na to, że tak jest. istotnie. Sądzę, że stąd 
wyniknie potrzeba wprowadzenia jednej tylko korektywy do 
naszych wywodów: tej mianowicie, iż nie wszystkie uczucia 
wiedzy muszą być wywołane przez sądy; niektóre z nich» 
a MT każdym razie wszystkie przykre uczucia, byłyby uczu^ 
ciami nie sądu, ale suppozycji. Poza tem jednak cała kry- 
tyka teorji Meinonga pozostałaby w mocy, tylko argument, 
oparty na teorji czynności i wytworów (patrz wyżej §§ 25 — 27), 
należałoby oprzeć na teorji suppozycyj. A można to uczynić 
bardzo łatwo. Wystarczy zwrócić uwagę na to, że suppozycje 
nie są związane z aktami sądzenia^), a jednak mogą wywołać 
uczucia wiedzy. Skoro zaś tak, to ifczucia wiedzy, wbrew 
teorji Meinonga» nie kierują się na akty sądzenia^ 
lecz na jakiś inny moment sądów (iub suppozycyj), 

29. Przypominam obecnie, że teza Meinonga, której, błęd- 
ność starałem się wykazać w ostatnich paragrafach, oraz po* 
przednie, zbyt ogólnie sformułowane twierdzenie, stanowiły 
przesłaniu tej części rozumowania, która zmierzała do udowod- 
nienia, że źródło jakości sądów nie tkwi w różności aktów 
sądzenia^). 

Błąd, popełniony w pierwszej przesłance, jeszcze tego argu- 
mentu nie obala; chociaż zmiana jakości sądu w niektórych 
przynajmniej wypadkach powoduje przełom uczuć wiedzy, 
to jednak w wielu innych może go nie wywoł3rwać. Otóż ten 
ostatni fakt wystarczałby do podważenia czynnościowej teorji 
jakości sądów, gdyby druga przesłanka była prawdziwa* Nie- 
stety, jest ona fałszywa; wraz z nią zaś upada cały ten argu- 

*) A. Meinoi^sr. Ober Annahmen, str. 359: Dadurch werden dem Urteile 
alle ObjektiYe unzusranglich, von denen entweder bekannt ist, dass sie falsch, 
oder unbekannt, wenn nicht sfleich^ultisr ist, ob sie wahr sind oder nicbt 
Tamże str. 344: ...die Annahme ist eine Art Grenzfall des Urteiles, charakte- 
risiert durch den Nullwert der Oberzeugrunastarke. Tamże str. 340: Annahme 
ist Urteil ohne Glauben. 

^ W każdym razie brak im najistotnieiszego momentu w akcie sądze- 
nia, t. j. pirzekonania. Por. Meinonga: Ober Annahmen, str. 368. Die Annahme 
ist ein Urteil ohne Oberzeugims:* 

3) Pierwsza przesłanka brzmiała: uczucia wiedzy nie ulegają przełoi- 
mówi pod wpływem zmiany jakości warunkującego je sądu. W §§. 19—20. 
wykazywałem, źe jest ona prawdziwa tylko w niektórych przypadkach. 

Przesłanka druga brzmiała: przedmiotem uczuć wiedzy są akty Warun- 
kujących je sądów. Fałszywosć jej wykazywałem W §§. 21—28. 



Digitized by 



Google 



— 222 — 

mcnt Mernongaf jakiż bowiem związek moie mieć zjawisko 
p)rzełomu uczuć wiedzy z czymiościową teorją jakości sądów, 
skoro akty sądzenia nie są przedmiotami tych uczuć? Tak więc 
Meinong nie dowiódł negatywnej części swojej tezy. 
Oczywiście, nie wynika stąd bynajmniej, by ona miała być fał- 
szywą. Racja jest błędna, a jednak wniosek może być praw- 
dzt¥^. 

Rozprawa Meinonga: „Uber Urteilsgefiihle: was sie sind 
und was sie nićht sind* przyczyniła się do wyjaśnienia ^rawy 
jakości sądów o tyle, że zwróciła uwagę nu przełom, zacho- 
dzący w uczuciach wartości przy zmianie jakości warunkują* 
cego je sądu. Z tego faktu nasz autor wyprowadził wielce 
prawdopodobny wniosek, iż przedmioty sądów, różniących się 
tylko jakością, są różne. Kwestjonuje to poważnie czynnościowe 
teorje sądów, otwierając zarazem drogę dla teoryj przedmioto- 
wych i przedmiotowo -czynnościowych, Ł j. takich, które do- 
szukują się źródła jakości sądów w różności albo przedmiotów 
tych sądów, lub też jednocześnie przedmiotów i czynności. 

Tyle, jak sądzę, można zbudować na argumencie Mei*- 
ihonga, który się ostał. Drugi jego argument zawalił się, ponie- 
waż był wsparty na rozpowszechnionym, a jednak błędnym 
poglądzie na przedmiot uczuć wiedzy. Przystępujemy do osta- 
tecznego wyjaśnienia tej właśnie sprawy. 

V. Przedmiot L zw, „uczuć wi€€lzy^\ 

30. Powiedzieliśmy już, że uczucia wiedzy nie kierują się 
ma akty warunkujących je sądów. Do tego negatywnego 
wyniku doprowadziło nas rozpatrzenie wniosków, ptynącydi 
z teorji Meinonga. Obecnie jednak pragnęlibyśmy wiedzieć po- 
zy ty wn i e, co jest przedmiotem tych uczuć? 

Do znalezienia odpowiedzi na to pytanie może nam do* 
pomóc analogja z uczuciami wartości. Wiemy o tem, że zmiana 
przedmiotu tych uczuć powoduje zjawisko przełomu. Zjawisko 
to można obserwować również w dziedzinie uczuć wiedzy, po- 
woduje je zaś zmiana prawdziwości s^du na fałszywość, lub 
odwrotnie^ Jest zatem rzeczą bardzo prawdopodobną, że przed' 
miotem uczuć wiedzy jest prawdziwość lub fałszyweść warun- 
kujących je sądów. 

Wyraźne potwierdzenie tego przypuszczenia znajdujemy 
w doświadczeniu wewnętrznem, mówi nam ono bowiem, jak 
sądzę, zupełnie wyraźnie, iż, jeżeli przeżywamy przyjemne (liib 



Digitized by 



Google 



— 223 — 

przykre) uczucie wiedzy^ to daje nam zadowolenie (lub nieza- 
<lovrolenie) nie to, że ten sąd wydajemy, ale to, że ten sąd 
uznajemy za prawdziwy (lub fałszywy). A zatem przedmio- 
tem uczuć wiedzy jest uznana przez nas prawdziwość 
1 ab f ałszy wość sądów. Najlepiej je też nazywać uczucia- 
mi prawdy lub fałszu^). Termin: „uczucia wiedzy* jest za 
ciasny, po pierwsze bowiem oznacza tylko uczucia przyjemne, — 
po drugie, wskazuje na pozytywny, wynik procesu poznawania 
(niriedz^), gdy tyinczasem uczucia te mogą towarzyszyć zarówno 
negfatywnemu wynikowi (wykrytemu fałszowi), jak samemu 
procesowi, zanim zdążył doprowadzić do wytworzenia się wiedzy. 
31. Z tego, co powiedziałem, bynajmniej nie wynika, by 
nie miały istnieć uczucia aktu sądzenia. Przeciwnie, jestem pe* 
virfiy, że takie uczucia mogą również towarzyszyć sądom ^). 
T^wierdzę tylko, że one nie posiadają charakteru ^^uczuć wie* 
dzy**, te ostatnie bowiem nie mogą być obojętne na różność 
prawdziwości i fałszywości sądów. — Jeżeli uczucia prawdy 
i fałszu zaliczymy do t. zw. uczuć logicznych, to uczucie aktu 
sądzenia wypadłoby umieścić raczej w grupie uczuć estetycznych. 
W rzeczy samej, nie jest ono niczem innem, jak tylko jednem 
z uczuć funkcjonalnych, o. których sporo się mówi w este- 
tyce współczesnej ^). Przyjemność, związana z wydawaniem po- 
jedynczego aktu sądzenia, może być, oczywiście, tylko zarod- 
kiem uczucia estetycznego ; — gdyby jednak zdołała rozszerzyć 
się na inne przeżycia i zyskać w ten sposób dość głęboki rezo- 
nans w świadomości^), mogłaby się stać odczuciem piękności 
sądzenia. Piękności, powtarzam, lecz nie wiedzy, albo praW" 
dziwości^) sądu. Tymczasem Meinong utożsamił uczucie aktu 
•sądzenia z uczuciem wiedzy, skąd wynikło wiele innych błędów. 



^) Takiej terminologji używa m. i. W. t^undt. Patrz: Grundzu^fe der 
pbysiolos^ischen Psychologie. 5- te wyd. Lipsk, 1903. Tom IH, str. 625. „Ge- 
fohle der Wahrheit und Unwahrheit".. 

^) Ich kontrastem jest przykrość, związana z trudnością lub niemo- 
inością wydania sądu. 

*) Patrz np. E. Utitz. Dic Funktionsfreuden im asthetischen Yerhalten. 
Haik. 1911. 

,, *) Por. poglądy M. Guyau, zawarte głównie w Problemes de lesthe- 

tique contemporaine. 

^) Terminu: prawdziwość używam tu w sensie rozszerzonym, obejmu- 
jącym również fałszywość. Taką terminologię uzasadnił T. Czeźowski w roz- 
prawie: Imiona i zdania. Przegląd Filozoficzny, 1918, zeszyt 3-4. § 1. 



Digitized by 



Google 



— 224 — 

32. Ciekawem teraz bidzie dowiedzieć si^ \^^^ drogą 
Meinong doszedł do . swego poglądu na uczucia wiedzy. Hay- 
wiącej światła rzucają na t^ sprawę jego „Psychologiczno-ety^ 
czne badania nad teorją wartości*". 

Czytamy tam w rozdziale, poświęconym uczuciom wiedzyt 
^Jakkolwiek wiedza, o którą tu chodzi, nie jest w zasadzie sa- 
mem poznaniem, tylko zdolnością do wydania w razie potrzeby 
lub na życzenie danego prawdziwego sądu, to jednak owa zdol- 
ność na[l)ewno nie dałaby zadowolenia, gdyby go nie dawało 
prawdziwe sądzenie. A że przytem rzeczą rozstrzygającą 
nie jest prawdziwość sądu, lecz właśnie tylko samo sądzt^ 
nie, tego dowodzi aż nazbyt często czynione doświad- 
czenie, iż błędne przekonanie zupełnie tak samo za* 
dowala, oczywiście, dopóki wydający sąd nie zauważy swego 
błędu. Idzie tu, że tak powiem, o prawdę subjektywną, a kaidy 
sąd jest w tym sensie subjektywnie prawdziwy *). 

Dziwnie słabe rozumowanie I Czyż bowiem stąd, że przy 
wydawaniu sądów zadowala nas równie dobrze rzeczywista;, 
jak mniemana ich prawdziwość, wynika, iż tutaj .rzeczą roz> 
strzygającą nie jest prawdziwość sądu, lecz właśnie tylko samo 
sądzenie"? Tak rozumować można chyba wówczas, gdy się 
utożsamia subjektywną prawdziwość sądu z aktem sądzenia. 
A tymczasem nie są to rzeczy identyczne. Subjektywnej praw- 
dziwości sądu nie można sprowadzić do samego tylko błędnego 
przekonania; w każdym razie bowiem składa się na nią coś, co 
to przekonanie wywołuje i na co ono jest skierowane. W skład 
przeżycia, na które powołał się Meinong, oprócz momentów 
subjektywnych, tkwiących w przekonaniu, wchodzą momenty 
bardziej objektywne, tkwiące w przedmiotach naszych przed- 
stawień, a zapewne i sądów. Autor nasz nie przeprowadził do- 
wodu, że przedmiotem dczuć wiedzy bywa samo tylko błędne 
przekonanie, nie zaś przedmiot tego błędnego przekonania — 
i dlatego tezy swojej nie dowiódł; ^ raczej sam ją podał w wąt- 
pliwość. 

Niedostateczne roi^-óżnienie subjektywnej prawdziwości są- 
du od aktu sądzenia, z którem tu się spotykamy, jtrst właśnie 
najgłębszem źródłem błędnego poglądu Meinonga na uczucm 
wiedzy. 



') Psych. -eth. Untersuchun^en zur Weirth-Thcorie. str. 37. 



Digitized by 



Google 



— 225 — 

33. W zakończeniu tej pracy pragną jeszcze bliżej wyjaśnić, 
jak należy pojmować wskazany już przedmiot uczuć prawdy 
i fałszu. Powiedziałem, że jest nim uznana prawdziwość lub 
fałszywość sądu, ale nie powiedziałem, na czem ona polega? 

— Pytanie wielce drażliwe, porusza bowiem najbardziej 
bodaj zawiły problemat teorji poznania. Toteż nie będę się* 
kusił o rozstrzyganie go tuta) w całej rozciągłości. Ograniczę 
się jedynie do ujęcia go w pewną bardzo zresztą ogólną for^ 
mułę, na którą, jak sądzę, mogą się zgodzić przedstawiciele 
nawet krańcowo przeciwstawnych poglądów. Za taką formułę 
uważam twierdzenie, iż wszelki sąd jest prawdziwy lub 
fałszywy ze względu na jakiś stosunek, zachodzący 
pomiędzy nim lub jakiemiś jego momentami, a tem, co 
uznajemy za objektywne kryterjum prawdy. — Jakie 
tu momenty sądu należy uwzględnić i co jest kryterjum praw- 
dy: — to są rzeczy sporne. Niesporną natomiast jest rzeczą, 
że ów stosunek jest albo stosunkiem zgodności, albo niezgod- 
ności. W pierwszym wypadku mamy sąd prawdziwy, w dru- 
gim — fałszywy. Stosunki te są właśnie przedmiotami uczuć 
prawdy i fałszu. Na stosunek zgodności reagujemy uczuciem 
przyjemnem, na stosunek niezgodności — przykrem. W ten 
sposób spotykamy się tu jakdyby z potwierdzeniem „prawa 
zgodności', które Lehmann chciał ustanowić dla wszystkich 
przeżyć emocjonalnych. Opiewa ono: » Wszelka zgodność, toż- 
samość pomiędzy przedstawieniami, które odnoszą się do tego 
samego przedmiotu, sprawia przyjemność; wszelka niezgodność^ 
wszelki brak tożsamości łączy się z przykrością** ^). 

Uczucia prawdy i fałszu na równi z niektóremi uczuciami,, 
estety cznemi są uczuciami stosunku. Uczucie prawdyjest 
przyjemnością harmonji; uczucie fałszu — przykro- 
ścią dysharmonji. Taki jest ostateczny wynik niniejszych 
rozważań ^). 

^) A. Lehmann. Haupt^esetze des menschlichen Gefiihlslebens. Lipsk,. 
1892. * • 

') Jest on zgodny z poglądem na tę sprawę Wundta, który wywodzi 
uczucia prawdy i fałszu od uczuć zgodności i niezgodności, uważając je najwi- 
doczniei za ich poszczególny wypadek. Patrz: Grundzuge der physiol. Psycho- 
logie. Tom III str. 623. Jede Yerbindung zweier logisch zusammengehoriger 
Vorste!lungen ist von einem Gefuhl der Obereinstimmung begleitet; ge^^ 
den Versuch widerstreitende Begriffe zu vericnupfen erhebt sich das Gefuhl 

IS 



Digitized by 



Google 



— 226 — 

STRESZCZENIE. 
34. Porządek myśli w tej pracy był następujący : Po wy- 
znaczeniu uczuciom prawdy i fałszu miejsca wśród uczuć sądu 
postawiliśmy pytanie^ na jaki przedmiot uczucia się kierują. Na- 
stępnie przytoczyliśmy pogląd na tą sprawę Meinonga. Autor 
len nazywa te uczucia uczuciami wiedzy i mniema, że ich przed- 
ipiotem .są akty sądzenia. Opierając się na tem założeniu, jak 
również na pewnej właściwości uczuć wartości, usiłuje on roz- 
strzygnąć zagadnienie jakości sądów i przychodzi ostatecznie 
do wniosku, że źródło jakości sądów tkwi w różności przed- 
miotów sądów, nie zaś aktów sądzenia. Rozumowanie Meinonga 
poddaliśmy krytyce, która wykazała, ze jakkolwiek popiera ono 
bardzo silnie przedmiotowe i przedmiotowo-czynnościowe te- 
orje jakości sądów, to jednak nie we wszystkich częściach jest 
przekonywujące. Przesłanka, oparta na teorji uczuć wiedzy, oka- 
zała się błędną, uczucia te bowiem kierują się nie na akty są- 
dzenia, ale na prawdziwość i fałszywość sądów. Najlepiej je 
też nazywać uczuciami prawdy i fałszu. Źródłem mylnego po- 
glądu Meinonga na te uczucia było, jak się okazało, niedość 
ścisłe odgraniczenie subjekty wnej prawdziwości sądów od aktów 
sądzenia. Rozprawa doprowadza ostatecznie do tego wyniku, 
że uczucia prawdy i fałszu są skierowane na stosunek zgo- 
dności lub niezgodności, zachodzący pomiędzy sądami, lub któ- 
rymś z ich momentów, a objektywnem kryterjum prawdziwości 
sądów. 



des Widerspruchs. Handelt es sich nicht um einen einzelnen Denkakt, son- 
dern um einen zusammeng^setzten Ęrkenntnissprocess, so eAtstehen aus den 
Gefiihlen der Obereinstimmunsr und des Widerspruchs die der Wahrheit 
und Unwahrheit. 



Digitized by 



Google i 



FRANCISZEK SMOLKA. 



Krytyka Russellowskiej zasady 
błędnego koła. 



WSTĘP. 

1. Doniosłość zagadnienia antynomij logicznych i zasługa 
B. Russella. 2. Zarzut Brunschvicg-a. 3. Zadanie tej pracy, 

1. Russellowska zasada błędnego koła jest podstawą teo- 
rji typów logicznych, której zadaniem jest rozwiązać zagadnie- 
nie antynomij logicznych i matematycznych. Doniosłość tego 
zagadnienia zrozumiano dopiero w najnowszych czasach. Nie* 
które antynomje znane były wprawdzie już staroż)rtnym9 atoli 
az do najnowszych czasów uważano je za zwykłe paralogi.zmy 
i nie domyślano si^ nawet trudności teoretyczny eh, które na- 
leży pokonać celem ich rozwiązania. Na dowód tego twierdze- 
nia można przytoczyć okoliczność, że tak przenikliwy i nieza- 
leżny myśliciel jak Bolzano poświęcił znanej antynomji pod 
nazwą „kłamca" (c[łsoBó|jL£vo<;) tylko pobieżne uwagi. ^) Toteż an- 
tynomje zajmowały i zajmują dotąd w podręcznikach logiki 
skromne miejsce na końcu nauki o dowodzie, wśród przykła- 
dów błędów w dowodzeniu. 

Główną zasługę około należytego ocenienia doniosłości 
zagadnienia'"antynomij należy przypisać B. Russellowi. On to 
bowiem, odkrywszy antynomje zbiorów, którą ogłosił w dziele 
p. t. „Principles of Mathematics* (Cambridge, 1903) wykakał, 
że antynomja ta należy do wielkiej grupy antynomij, której oka- 
zem jest także odkryta w r. 1897 przez Burali-Fortiego antyno- 
mja liczb porządkowych, a której warjantem jest znany staro-* 
żytnym „kłamca**. On z ogrpmnym nakładem pracy i wytrwa-. 
losci prowadził nad tem zagadnieniem .kilkołetnie badania (c4 

1) B. Bolzano: Wissenschaftślehre, T. 1. atr. 79 i 80. 



Digitized by 



Google 



— 228 — 

r. 1903 do 1910) ogłaszane i^o różnych czasopismach filozofi- 
cznych i matematycznych. On wreszcie stworzył teorj^ typów 
logicznych, wykluczającą z systemu logiki konstrukcje pojęciowe 
prowadzące do antynomij logicznych i matematycznych i oparł 
na niej logiczną część pomnikowego dzieła p. t. i^Principia Ma- 
thematica**^), zawierającego wykład podstaw matematyki przy po- 
mocy logiki symbolicznej. 

"Wpływ, jaki Russelipwskie rozwiązanie antynomij wywaHb 
na jego system logiczny jest doskonałą ilustracją doniosłoćd 
tego zagadnienia dla systemu logicznego. Wpływ ten wyraża 
się nietylko w pojęciu wspomnianej teorji typów logicznych, 
lecz nadto w tem, że Russell odrzucił pojęcie klasy jako pod- 
stawę systemu logicznego, a oparł go na pojęciu funkcji zda- 
niowej i tem samem zmuszony był gruntownie przerobić sy- 
stem logiczny Peano'y» którego podstawą było pojęcie klasy. 
Tej zaś rekonstrukcji systemu PeanoV dokonał Russell skut- 
kiem tegOi iż system ten nie mógł ominąć sprzeczności zawar- 
tych w antynomjach. Antynomje więc stały się przedmiotem 
ogniowej próby dla systemów logicznych, gdyż taki system 
tylko może być odtąd uznany za doskonały, który potrafi się 
uchronić od sprzeczności tkwiących w antynomjach. 

2. System Russella nie spotkał się z og^lnem uznaniem, 
najdonioślejszy zaś zarzut zrobił mu L. Brunschvicg, twierdząc, 
ie R »uie poszukuje prawdziwości samej w sobie takiej a takiej 
zasady ; redaguje on artykuły kodeksu, które mu pozwolą osią- 
gnąć taką a taką konsekwencję.^ Jest to zarzut, zwrócony 
przeciw metodzie stosowanej w Principia'ch a polegającej na 
doszukiwaniu zasad jako racyj do danych sądów pewnych za- 
miast dowodzenia prawdziwości następstw na podstawie praw- 
dziwości zasad, będących ich racjami. Do metody tej przyznaje 
się R. sam w tych słowach: ,,W matematyce największy sto* 
pień oczywistości nie leży zwyczajnie wcale w podstawach, 
lecz w nieco dalszych punktach; stąd pierwsze dedukcje, za- 
nim osiągną ten punkt, dają racje raczej dla uwierzenia w prze- 
słanki z powodu prawdziwych następstw, wynikających z nich 



1) Principia Mathematica, Cambridse 1910—1912. 3 tomy, — są współ- 
nem dziełem B. Russella i A. N. Whiteheada. Autorstwo teorji typów lo^> 
cznych należy jednak przypisać samemu Russellowi wobec tego, że artykuł 
o niej w Revue de MAaph. et de Morale (1910) podpisał Russell swojesn 
tylko nazwiskiem. 

3) Les Śtapes de la philosophie mathćmatłąue. Paris» 1912. Str. 422. 



Digitized by 



Google 



— 229 — 

niź dla uwierzenia w następstwa z powodu^ iz. wynikają z prze- 
s{anek^') 

3. Przytoczyłem zarzut Brunschvicga nietylko dlatego, po- 
nie^vaź jest on, jako zwrócony przeciwko metodzie naukowej 
«Principi*ów*y najdonioślejszy, lecz ponieważ łączy się on z za- 
daniem niniejszej pracy. Ten sam bowiem hipotetyczny chara- 
kter nosi także załatwienie się Russella z zagadnieniem anty- 
nomij. Oto, co o tern powiadają autorowie Principi*ów sami: 

I, Zbadaliśmy wielką liczbę hipotez, celem załatwienia się 
z paradoksami;^^... „stopniowo stało się dla nas pewnem, źe 
jakaś forma doktryny typów musi być prz)rjęta, jeśli sprzeczno- 
ści mają być uniknięte. Szczegółowa forma doktryny typów, 
broniona w tem dziele, nie jest logicznie niezbędna i istnieją 
rozmaite inne formy również zgodne z prawdziwością naszych 
dedukcyj. 

Wybraliśmy ją i ponieważ forma doktryny, której bro- 
nimy, wydaje nam się bardziej prawdopodobną^) i ponieważ 
było konieczne dać przynajmniej jedną zupełnie określoną teo- 
rję, która unika sp? zeczności. ^) 

Uw€UEając taki hipotetyczny walor rozwiązania antynomij za 
nie¥^tarczający, postawiłem sobie zadanie zbadania, czy 
podstawa teorji typów logicznych t. j. Russellowska zasada 
błędnego koła wytrzyma próbę oparcia jej na koniecznych za- 
łożeniach definicji resp. konstrukcji pojęć i na pewnikach lo- 
gicznych t« j. czy da się udowodnić. Potem zaś zajmę się za- 
rzu^m, jaki przeciw niej podniósł T. Czeżowski, wreszcie po- 
ruszoną przez J. Łukasiewicza kwestją błędu w rozważaniach 
prowadzących do konstrukcji antynomji zbiorów. 

ROZDZIAŁ I. 
Krytyka i dowM Raasellowskiej zaaady błędnego kota. 

1. Dowód niepoprawnosci definicji, zawierającej błędne 
koło. 

2. Krytyka Russellowskiej zasady błędnego koła. 

4 Piniicipift mAthemaUca, T. 1. str. V i VI. 
<. .^) Wi^pość ^autorów uważa wyraey: ^antynomia* i ^paradoka" za 
synoatmy^ 

<^) Podkreślone przezemnie. 
*) 1. c. str. VII. 



Digitized by 



Google 



— 230 — 

3. Jej- dowód. 

4. Jej następstwa w systemie logicznym Russella./ . ' 

1. Zasadę błędnego koła formułują, wyjaśniają i ilustrują 
przykładami autorowie Principi'ów w pierwszym paragrafie roz- 
działu II-go wstępu.^) Na początku zaś tego paragrafu twierdzą, 
że j»analiza paradoksów, których należy unikać, okazuje, ie 
wynikają one wszystkie z pewnego rodzaju błędnego koła'. 

Zanim zbadam, czy twierdzenie to jest słuszne, okażę, 
dlaczego „błędne koło w definicji" jest błędem. Tylko bowiem 
oparcie reguły unikania błędnego koła w definicji na konie- 
cznych założeniach każdej definicji i pewnikach logicznych może 
nam diać kryterjum do rozstrzygania, czy w danym wypadku 
mamy do czynienia z błędnem kołem w definicji, czy też z de* 
finicją jużto poprawną, jużto niepoprawną skutkiem inne^^o 
błędu. 

Otóż koniecznem założeniem każdej definicji jest, 1^ ie 
w systemie, do którego należy, przedmiot jej (definiendum) t. j. 
albo pojedynczy symbol albo kombinacja symbolów^ jest jeszcze 
nieznany^ t zn. ani nie został wprowadzony bez definicji, jako 
symbol pierwszy lub kombinacja symbolów pierwszego stopnia 
ani też nie został jeszcze zdefinjowany; 

2^ że kombinacja symbolów definjujących (definiens) składa 
się, wyłącznie z symbolów, resp. kombinacyj symbolów znanych 
t. zn.' albo wprowadzonych jako symbole pierwsze, resp. kom- 
binacje symbolów pierwszego stopnia albo już zdefinjowanych. 
'Z tego wynika, że składniki „definiensa* muszą mieć pod 
tym względem cechę' sprzeczną z cechą , definiendum :" muszą 
być „znane", podczas gdy ono jest „nieznane". 

^Błędne koło* ma miejsce w defi'nicji wtedy, gdy „defi- 
niens'* bądżto w tej postaci, w jakiej występuje, bądźto roz- 
łożony na swe składniki, zawiera .definiendum". 

Niepbprawnosć takiej „kolistej definicji" polega zateni na 
wykroczeniu przeciw zasadzie sprzeczności, gdyż przyznaje się 
w niej, w mysi założeń każdej definicji, jednemu i temu sa- 
memu przedn^iotowi pełniącemu zarazem rolę „defimendum" 
i składnika .definiensa'* cechy sprzeczne : „nieznaność" jako 
ydefiniendum", „znaność" jako składnikowi „definiens^a. 

• Twierdzę na tej podstawie, że tylko wtedy mamy w de- 

») I, c. str. 39 i 40. 

2) Por. PrincipU, T. 1. str. 11. 



Digitized by 



Google 



— 231 — 

fińicji do czynienia z „błędnem kołem^, gdy ona w określony 
tu sposób narusza zasada sprzeczności. 

2. Zbadam teraz, czy Russellowska zasada błędnego koła 
służy istotnie do uniknięcia takich błędnych kół, jakie powyżej 
określiliśmy. 

Jest ona sformułowana w następujący sposób i 

„Cokolwiek pociąga wszystkie (elementy) pewnego 
zbioru, nie może być jednym z (elementów) tego 
zbioru '^ albo na odwrót : „Jeśli pewien zbiór przy za- 
łożeniu, że ma całość, posiadałby elementy dające 
się określić jedynie w terminach tej całości, to rze- 
czony zbiór nie ma całości'', ^) 
i objaśniona takim przykładem: 

„... o zbiorze zdań przyjmuje się, że zawiera zda- 
nie stwierdzające, iż „wszystkie zdania są albo praw- 
dziwe albo fałszywe". Zdawałoby się wszakże, ze 
takie zdanie nie może być uprawnione chyba, że wy- 
rażenie j» wszystkie zdania" odnosi się do jakiegoś już 
określonego zbioru, co być nie może, jeżeli zapomocą 
zdań o « wszystkich zdaniach" stwarza się nowe 
zdania" ^). 
Zestawiając ten przykład z powyżej pod 1. .określonem 
pojęciem j, błędnego koła* w definicji, zauważę przedewszyst- 
kiem, że R., mówiąc o „zbiorze zdań", ma na myśli nie zbiór 
jakichkolwiek zdań, lecz zbiór wszystkich zdań, bo tylko o ta-* 
kim zbiorze można przyjąć, że zawiera zdanie, orzekające ćoś 
o wszystkich zdaniach. 

Po drugie: wyrażenie „zbiór wszystkich zdań"*, nie nadaje 
się foko kombinacja symbolów do definjowania, ponieważ ozna- 
cza wypadek szczegółowy kombinacji ogólniejszej «zbiór wszyst- 
kich przedmiotów podpadających pod pewne pojęcie ogólne", 
co możemy krócej napisać tak: „zbiór wszystkich x-ów", doda* 
jąc, że za »x-ów" można podstawić wszelkie" pojęcie ogólne 
w 2. przypadku liczby mnogiej. Chcąc więc zbadać, czy » zbiór 
wszystkich zdań" nie jest określony , kolisto*, opatrzymy go 
symbolem ^^z.w.zd." i poddamy definicję: „z.w.zd.jest zbiorem 
wszystkich zdań'. Df. badaniu, czy nie zawiera „błędnego 
koła*. 



O 1. c. str. 40. 
2) 1. c. str. 39. 



Digitized by 



Google 



— 232 — 

• Otóż cierpiałaby ona na „błędne koło** wtedy, ydyby 
^definiendum*^ z.w.zd. wchodziło w skład „definiensa', juito 
w tej postaci, w jakiej on występuje w definicji, juzto w po- 
staci, jakąby prtybrał po rozłożeniu go na składniki prostsze. 

Pierwsza alternatywa odpada. Zbadamy więc tylko drug^ą. 
Definiens .zbiór wszystkich zdań** jest kombinacją 

1^ terminu „zbiór" 

i 2^ kombinacji „wszystkie zdania*. 

Na znaczenie jego więc składa się znaczenie tych obu 
składników i 3^ znaczenie ich kombinacji. 

Rozpatrzymy naprzód znaczenie jego składników. 

JO Wyraz „zbiór" oznacza przedmiot, pozostający w spe- 
cyficznym stosunku „zawierania** do innych przedmiotów* 
Przyjmuję tu, że stosunek ten nie da się zdefinjować. Przed- 
mioty, zawierane przez dany zbiór, nazywamy jego elemen- 
tami. Pojęcie „zbioru** jest zatem pojęciem względnem, gdyż 
oznacza pewien przedmiot ze względu na stosunek jego do in- 
nych przedmiotów. Względność pojęcisl zbioru sprawja, że szcze- 
gółowy zbiór możemy określić tylko, określając jego elementy. 
Jeśli jest ich ilość skończona, to możemy je wyliczyć. Takie 
określenie zbioru nazywa się określeniem ' zakrespwem. Można je 
także określić pojęciowo, podając pojęcie ogólne, pod które pod- 
padają i unKeszczając wyraz oznaczający to pojęc*e po wyrazie 
zbiór w 2 przypadku liczby mnogiej, np. zbiór ludzi, zbiór 
zdań i t. p. Taka kombinacja nie określa jednak szczegółowego 
zbioru, lecz oznacza pojęcie ogólne zbioru zawierającego ele- 
menty pewnego rodzaju, gdyż zbiorów takich może być wię- 
cej niż jeden np. może być wielka ilość różnych zbiorów zdań. 

2^ Kombinacja « wszystkie zdania** składa się: 

a) z wyrazu „wszystkie*; 

b) z wyrazu „zdanie** w 1-szym przyp. liczby mnogiej; 

c) na znaczenie jej ma wpływ także zastosowany w niej 
sposób ich skombinówania. 

a) Wyraz „wszystkie** (1. poj. „wszystek** mało używana) 
uważam za niedający się zdefinjować. Zwrócę tylko uwagę na 
to, że wyrażenie „wszystkie x-y*, gdzie za i,x-y* można pod- 
stawić jakiekolwiek pojęcie ogólne w 1. przypadku 1. mn., me 
jest synonimem wyrażenia „zbiór wszystkich x-ów/* Dowodzi 
tego nierównoważność zdań takich jak np. „wszystkie zdania 
są albo prawdziwe albo fałszywe* i „zbiór ws^stkich zdań jest 
albo prawdziwy albo fałszywy* , Natomiast równoważne pierw 



Digitized by 



Google 



— 233 — 

sasemu z nich jest zdanie ,,kaźde zdanie jest albo prawdziwe, 
albo fałszywe^. Wynikałoby z tego, źe wyraz « wszystkie^ nie 
ma znaczenia kolekty wnego, lecz dystrybutywne. 

b) Dla przeprowadzonego tu badania określanie znaczenia 
wyrazu „zdanie^ jest niepotrzebne. Wystarczy bowiem stwier- 
dzić, że zakresowa jego definicja jest niemożliwa z powodu 
nieskończonej ilości zdań i że wykluczona jest taka jego poję* 
ciowa definicja, któraby zawierała symbol f,z, w. zd**" 

c) Kombinacja „ wszystkie zdania^, jak stwierdziliśmy pod 
2a)^ nie ma znaczenia kolektywnego, lecz raczej dystrybutywne, 
to znaczy, że może być zastąpiona przez wyrażenie ,, każde zda- 
nie^ bez zmiany wartości zdania, w którem występuje. Dla 
mojego celu określenie różnicy w znaczeniu tych wyrażeń nie 
jest konieczne. Wystarczy bowiem stwierdzenie, że chociaż 
i^^rszystkie zdania^ zawierają niewątpliwie każde szczegółowe 
zdanie, to określenie znaczenia kombinacji .wszystkie zdania^ 
nie zawiera sformułowania każdego szczegółowego zdania tylko 
ogólne pojecie każdego szczegółowego zdania t. zn. pojecie 
ogólne zdania jako „genus proximum* i pojęcie ogólne cech 
szczegółowych zdań szczegółowych jako pojęcie ogólne 'ich „dif- 
ferentiae specificae'. 

Jeśli ta analiza kombinacji „wszystkie zdania^ jest słuszna, 
to pewne je^, że ze względu na ten swój składnik rozpatry* 
wany przez nas „definiens** .zbiór wsz3rstkich zdań^ nie zawiera 
^definiendum^ „z. w. zd." 

3^. Znaczenie kombinacji wyrazu .zbiór" z jakimkolwiek 
wyrazem, oznaczającym pojęcie ogólne jakichś przedmiotów, 
a stojącym w 2. przyp. 1. mn. po wyrazie .zbiór* określiliśmy 
pod 1<>. 

Jest to pojęciowe określenie pojęcia ogólnego pewnego 
rodzaju zbiorów. Gdy jednak w tej kombinacji na drugiem 
miejscu występuje nie wyraz oznaczający pojęcie ogólne, lecz 
kombinacja „wszystkie x-y*, (gdzie „x-y" oznacza pojęcie 
ogólne jakichś przedmiotów w 1. przyp. 1. mn.), oznaczająca 
wszystkie przedmioty podpadające pod pojęcie ogólne „k", to 
rozpatrywana przez nas kombinacja, oznaczając zbiór wszyst- 
kich takich przedmiotów, oznacza już zbiór szczegółowy, gdyż 
zbiorów takich nie może być więcej niż jeden. 

Po przeprowadzeniu tej analizy możemy stwierdzić, że rfe- 
finiens .zbiór wszystkich zdań*, nawet rozłożony na składniki 
prostsze, nie zawierałby w żadnym razie definiendum .z. w. zd.*^. 



Digitized by 



Google 



— 234 — 

A więc Russelłowska zasada nie służy do uniknięcia takich 
błędnych kół, J^kie określilłśmy w 1-szym paragrafie niniejszego 
rozdziału. Jeśli więc służy do uniknięcia jakichś niepoprawnych 
definicyj, to niepoprawność tych definicyj musi polegać na in- 
nym błędzie w definjowaniu. 

Otóż sądzę, że zamiar Russella przy formułowaniu zasady 
błędnego koła szedł w tym kierunku, aby ze zbioru wykluczyć 
te elementy, które dadzą się określić jedynie przy pomocy po- 
jęcia tego zbioru jako całości i że zatem, zgodnie z tem^ nale- 
żałoby ze zbioru wszystkich zdań wykluczyć zdania, sformuło- 
wane przy pomocy wyrażenia „zbiór wszystkich zdań**. Tylko 
„zbiór wszystkich zdań** bowiem jest terminem tej całości, która 
dotyczy zbioru zdań. Toby znaczyło, że R. obrał niestosowny 
przykład, bo zdanie „wszystkie zdania są albo prawdziwe, albo 
fałszywe'^ nie dotyczy całości zbioru zdań. Całość zbioru zdań 
bowiem nie jest albo prawdziwa albo fałszywa, lecz jest tylko 
zbiorem zdań, z których każde jest albo prawdziwe albo fai- 
sz3rwe. 

Trzymając się więc -nie przykładu, źle dobranej, lecz sa- 
mego sformułowania zasady błędnego koła i wyjaśnienia doda- 
nego do przykładu, powiem, że według Russella zdania o »zbio- 
rze wszystkich zdań'* nie są uprawnione, chybaby wyrażenie 
.zbiór wszystkich zdań' odnosiło się do jakiegoś już określo- 
nego zbioru, co być nie może, jeżeli przy pomocy wyrażenia 
„zbiór wszystkich zdań" stwarza się nowe zdania. 

Otóż z tak zmodyfikowanem twierdzeniem Russella nie 
tylko można się zgodzić, lecz można je nawet udowodnić, na 
podstawie założenia, że każdy składnik jakiejś konstrukcji musi 
być w systemie, w którym ta konstrukcja występuje, przed 
użyciem go w tej konstrukcji „znany'^ Konstruując więc jaki- 
kolwiek sąd o „zbiorze wszystkich zdań**,, musimy się posługi- 
wać już określonem znaczeniem wyrażenia „zbiór wszystkich 
zdań''. Jeśli zaś znaczenie to przed konstrukcją takiego zdania 
było ustalone, to w żaden sposób nie może obejmować zdania, 
które przed tem ustaleniem nie mogło istnieć, ponieważ dopiero 
po tem ustaleniu mogło być skonstruowane. Gdybyśmy więc, 
ustaliwszy raz znaczenie wyrażenia „zbiór wszystkich zdań", 
zaliczyli potem do zbioru wszystkich zdań nowe zdania, tem 
znaczeniem nieobjęte, to wykroczylibyśmy przeciw zasadzie 
sprzeczności, w myśl której, „zbiór wszystkich zdań** nie może 
jednego i tego samego zdania zarazem zawierać i nie zawierać. 



Digitized by 



Google 



— 235 — 

> Zaznaczam, że dla argumentacji tej jest obojętne, w jaki 
sposób znaczenie wyraiżenia „zbiór wszystkich zdań" mogłoby 
być ustalone i jakie zdania dzięki temu zbiorem tym mogłyby 
być objęte, chodzi bowiem o to tylko, że przy wszelkiem usta- 
lonem jego znaczeniu, zdania skonstruowane przy pomocy tego 
wyrażenia, znaczeniem jego objęte być nie mogą, bo nie mogły 
niem być objęte w momencie, gdy znaczenie to ustalano. 

3. Uogólniając tę argumentację, można Russellowską zasadę 
udowodnić. Opiera się ona na założeniu, że wszystkie składniki 
pCiWne} konstrukcji muszą być „znane'*, t. zn. znaczenie ich 
mtisi być albo zapomocą definicji określone, albo też wp>rowa- 
dzone do systemu jako znaczenie nie dające się określić. 

Teza Russellowskiej zasady brzmi: zbiór nie ma całości, 
jeżeli przy założeniu, że ją ma, musiałby posiadać elementy, 
dające się określić jedynie w terminach tej całości. 

Przeprowadzę obecnie dowód tej tezy: 

Niech będzie ,jX** poięciem ogólnem jakichkolwiek przed- 
miotów. Kombinacja „zbiór x-ów'' oznacza zatem zbiór tych 
przedmiotów, a kombinacja „wszystkie x-y" oznacza wszystkie 
takie przedmioty, inaczej: każdy przedmiot, podpadający pod 
pojęcie „x'', jest znaczeniem tej kombinacji objęty. 

Warunkiem poprawności konstrukcji „zbiór wszystkich 
x-ów* jest, aby kombinacja symbolów: „wszystkie x-y*, bę- 
dąca jej składnikiem, mogła mieć ustalone znaczenie. Ponieważ 
zbiór wszystkich „x-ów'' jest określony zapomocą kombinacji 
symbolów, w skład której wchodzi kombinacja „wszystkie x-y*, 
więc nie może być objęty znaczeniem tej kombinacji. Założenie 
więc, że kombinacja „wszystkie x-y" może mieć ustalone zna- 
czenie, prowadzi do wniosku, że zbiór ten pod to znaczenie 
nie podpada; jeśli zaś ze względu na znaczenie pojęcia „x*^ zbiór 
ten musiałby podpadać pod znaczenie kombinacji ,, wszystkie 
x-y", to założenie, że kombinacja ta może mieć ustalone zna- 
czenie, prowadzi do sprzeczności i musi być jako fałszywe 
odrzucone. Jeśli zaś kombinacja „wszystkie x-y'' nie ma ustalo- 
nego, znaczenia, to konstrukcja „zbiór wszystkich x.ów* nie jest 
poprawna. 

Doszedłem więc do następującego wyniku: sama myśl 
Russellowskiej zasady jest słuszna* ponieważ da się udowodnić 
na podstawie założeń prawidłowej konstrukcji pojęć i zasady 
spr2ecznosci, lecz błąd popełniony w razie jej naruszenia nie 
jest błędnem kołem w definicji, ponieważ nie polega na defir 



Digitized by 



Google 



— 236 — 

njowaniu pewnego zbioru przy pomocy elementów, do których 
definicji użyto naodwrót poięcia tego zbioru, lecz na tern, te 
zmieniamy raz ustalone znaczenie pewnej konstrukqi poj^o- 
wejy a obojętne tu jest, w jaki sposób znaczenie to zostało 
ustalone. 

4.. Dalszy tok wywodów Russella, zmierzający do wyjaśnię* 
nia idei teorji typów logicznych jest następujący: Nawiązując 
do tezy omawianej tu zasady, ie pewne zbiory nie mają cało- 
ści, R. powiada: 

„Poinriedzenie, że mnogość nie może posiadać catościy zna- 
czy przede wszy stkiem, że nie można wydać żadnego posiada- 
jącego znaczenie sądu o „wszystkich jej elementach"^). 

I nieco dalej: 

- „W takich wypadkach należy rozbić naszą mnogość 
na mniejsze mnogości, z których każda może mieć 
całość. To właśnie jest zadaniem teorji typów**^). 

Jakkolwiek uważam Russellowską zasadę za słuszną, to 
mam wątpliwości, czy można się zgodzić na wniosek, „że nie 
można wydać żadnego posiadającego znaczenie sądu'' o wszyst- 
kich elementach zbioru, który, w myśl tej zasady, nie ma cało- 
ści. W mojej analizie kombinacji „wszystkie zdania^' doszedłem 
do wyniku, że wyraz „wszystkie*^ przynajmniej jako składnik 
kombinacji tego rodzaju, nie ma znaczenia kolektywnego , 
a z drugiej strony doszedłem do przekonania, że Russeilowska 
zasada odnosi się tylko do konstrukcyj o kolektywnem znacze- 
niu. Zdaniem mojem można udowodnić niepoprawność kon- 
strukcji „zbiór wszystkich xów**, w wypadkach, gdy ,»zbiór nie 
ma całości"; następstwem tej niepoprawności jest jednak bez- 
sensowność tylko sądów o „zbiorach wszystkich x-ów*', a nie 
sądów o „wszystkich x-ach**. 

Dlatego uważam, że należałoby także zbadać, czy ta róż* 
nica w znaczeniu wyrażeń „zbiór wszystkich x-ów** i „wszyst- 
kie x-y** nie powinnaby być uwzględniona w teorji typów lo- 
gicznych. 

Przedstawienie i krytyka tej teorji przekracza jednak za- 
danie tej pracy. Przyswoił ją już zresztą literaturze naukowej 
polskiej L. Chwistek^). 

i) 1. c. str. 39. 

2) W rozprawie p. t. „Zasada sprzecmości w świetle nowszych badań 
B. Russella-. Kraków, 1912. 



Digitized by 



Google 



— 237 — 

Zlidaniem mojem było wykazać, że hipotetyczny charakter 
zasady Russellowskiej, odgrywającej tak ważną rol^ w iego sy^ 
Sternie losficznym, może być usunięty, gdyż zasada ta da się 
udowodnić. Zadanie to uważam za spełnione. 

ROZDZIAŁ 2. 

Odipowiedi na zarzuty T. CzeiowsfciegOi przeciw Rnssellowskicj 

zasadzie ^)« 

Cz. powiada, że jeśli klasy są określona pojęciowo, to po- 
pełniamy niekonsekwencję, starając się sprzeczności, wynikające 
z tego określenia,, usunąć przez zacieśnianie ich zakresu, zamiast 
"W samych pojęciach, drogą ich precyzowania, doszukiwać się 
rozwiązania tych sprzeczności^). Na dowód, że są wypadki 
w których istnieje błędne koło w znaczeniu, w jakiem je przyj- 
muje RusseUowska zasada, a niema go w pojęciowem określe- 
niu danej klasy, podaje. Cz. przykład: „klasa wytworów mo- 
jego umysłu**'). ' 

Klasa ta zdaniem jego, jest jako W3rtwór mojego umysłu 
swoim elementem, a przez to wykracza przeciwko zasadzie błę- 
dnego koła. Natomiast w powiedzeniu .klasa wytworów mo* 
jego umysłu jest wytworem mojego umysłu" błędnego koła nie 
znajdujemy, żadne bowiem z trzech pojęć orzeczenia wytwór, 
mój, umysł, nie zawiera w sobie pojęcia klasy wytworów 
mojego umysłu''^). Sądzi więc Cz., że, jeśli zajmiemy przy 
określaniu klas „stanowisko pojęciowe i, trwając na niem, bę- 
dziemy wedle Schrodera^) wtedy uważali klasę za należycie 
określoną, gdy o każdym przedmiocie da się orzec, czy do niej 
należy, czy nie należy, to zasada błędnego koła 'w czem innem 
znajdzie zastosowanie, w uważanem zaś rozumieniu okaże się 
zbyteczną"^). I nieco dalej konkluduje „wszystko jedno czy klasa 
jest zamknięta czy otwarta, w tem znaczeniu, które zasada 
błędnego koła starała się wykluczyć, bylebyśmy zawsze potrafili 
zbadać, czy dany element do klasy należy, czy nie należy...^). 

') W rozprawie p. t. Teorja klas. Lwów, 1918. 

^ 1. c. str. 20. 

3) Dokładne sformułowanie powinno brzmieć «klasa wszystkich wy- 
tworów moje^ umysłu". 

*) Jest to Cantorowska definicja zbioru dobrze okreslones^o. Por. 
G. Cantor: Ueber unendliche lineare Punktmannigfaltigkeiten. Math. Annalen 
T. 20 (1882), str. 114 i 115. 

») 1. c. str. 20 i 21. 



Digitized by 



Google 



— 238 — 

W odpowiedzi Czeżowskiemu zauważę, że Russellowska 
zasada nie dotyczy tylko zakresowo określonych klas i dlatego 
nie zasługuje na zarzut niekonsekwencji. Nie o to bowiem 
w niej chodzi w jaki, zakresowy czy pojęciowy, sposób klasa 
została określona, lecz o to, aby, skoro raz została określona, 
określenia tego nie zmieniać, przez zaliczenie do niej elemen- 
tów, które tem określeniem nie były objęte. Takiemi zaś, ża- 
dnem określeniem jej nie obję^emi elementami są elementy, okre- 
ślone zapomocą pojęcia całego zakresu tej klasy, czyli, jak R 
powiada, zapomocą tej klasy jako całości. Punkt ciężkości Rus- 
sellowskiej zasady nie leży więc w kolistości określenia, to jest 
w określeniu elementów zapomocą klasy, która naodwrót za- 
pomocą elementów (zakresowo) została określona. Gdyby tak 
tak było, to zarzut Czeżowskiego byłby słuszny, bo wtedy za- 
sada ta nie mogłaby być stosowana do klas określonych poję- 
ciowo. Leży on, jak udowodniłem, w zmianie raz ustalonego 
określenia klasy, przez zaliczenie do niej elementcSw, tem okre- 
śleniem nieobjętych. 

Cz. uległ tutaj suggestjiy jaką wywiera bałamucąca nazwa 
Russellowskiej zasady, z powodu której upatrywał jej donio^osć 
w wykluczeniu z definicji „błędnego koła**, gdy tymczasem do- 
niosłość jej leży w wykluczeniu definicji wieloznacznych pewnego 
rodzaju. 

Natomiast, jeśli zajmiemy stanowisko Cantorowskie w uwa- 
żaniu klasy za określoną, to nie unikniemy możliwości określe- 
nia klasy tylko w tem znaczeniu, w jakiem ją pojmuje w swym 
systemie RusselP), t. j. nie jako przedmiotu w znaczeniu lo- 
gicznem, spełniającego zasady logiczne, lecz jako przedmiotu 
niezupełnego 2), o którym, bez aksjomatów sprowadzalności, zu- 
pełnie dowolnie, przez Russella przyjętych^), nie mielibyśmy 
prawa wydawać sądów. 

Dlatego nie jest to „wszystko jedno", jak twierdzi Cz.^), 
„czy klasa jest zamknięta, czy otwarta w tem znaczeniu, które 
zasada błędnego koła starała się wykluczyć", bo tylko klasa 
zamknięta jest przedmiotem w znaczeniu logicznem, spełniają- 



») Princ. math. T. L str. 75. 

^ t. j. według Frincipiów symbolu niezupełnego, który nie ma znacze- 
nia sam dla siebie, lecz jest tylko określony w pewnych kontekstadi, I. c. 
4r. 69. 

^) Chwistek (1. c. str. 35) uważa te aksjomaty wprost za fałszywe. 

*) 1. c. str. 20 i 21. « ' 



Digitized by 



Google 



— 239 - 

cym po3tulaty zasady sprzeo^^ności i wyłączonegfo środka, zaś 
klasa otwarta jest syfnbolem niezupełnym, o którym wogóle 
żadnego sądu nie mamy prawa wydawać. 

Dlatego także założona przez Cz. logiczna niezależność mię- 
dzy definicją klasy a jej elementów nie czyni Russellowskiej za- 
sady zbyteczną, o ile stosować ją będziemy do klas zamknię- 
tych, a ponieważ zasada ta wyklucza bezwarunkowo klasy, 
które są swojemi elementami, przeto klasy takie nie dadzą się 
utrzymać nawet przy pojęciowem ich określeniu. 

Celem zilustrowania twierdzenia, że' zasada Russellowska 
dotyczy także klas pojęciowo określonych, o ile są zamknięte, 
skorzystam z podanego przez Cz. przykładu takiej klasy i okażę, 
dlaczego w myśl tej zasady „klasa wszystkich wytworów mo- 
legfo umysłu" nie może być swoim elementem. „Klasa wszystkich 
i^ytworów mojego umysłu'' Jest konstrukcją, złożoną z dwóch 
składników. Są niemi: I-o termin „klasa i 2-o konstrukcja 
„wszystkie wytwory mojego umysłu". Konstrukcja ta określa 
„klasę" zapomocą całego zakresu pojęcia jej elemen- 
tów. Nie jest to, mimo to, zakresowe określenie, bo nie polega 
na wymienieniu elementów klasy, lecz na ich pojęciowem okre- 
śleniu, z tym dodatkiem, że każdy tak określony element do 
klasy należy. Warunkiem prawidłowej konstrukcji jest ustalone 
znaczenie wszystkich jej składników. Wynika z tego, że znacze- 
nie to nie może być zmienne. Nie wolno zatem zmieniać zakresu 
pojęcia „wytwór mojego umysłu", skoro został on jako znacze- 
nie wyrażenia „wszystkie wytwory mojego umysłu" ustalony. 
Nie wolno więc zaliczać doń takich elementów, które tern zna- 
czeniem nie były objęte. Konstrukcja „klasa wszystkich wytwo- 
rów mojego umysłu", nie była tem znaczeniem objęta, bo skon- 
struowana została przy jego pomocy, więc nie może być zali- 
czona do zakresu pojęcia „wytwór mojego umysłu". Klasa ta 
nie może zatem być swoim elementem. Konkludując, powiem, że 
Cz. niesłusznie przypuszcza, iż zasada Russellowska nie uwzglę- 
dnia możliwości pojęciowego określenia klas; uwzględnia ona 
zarówno zakresowe, jak i pojęciowe określenie klas, a wyklu- 
cza tylko klasy otwarte, które, mając wieloznaczne określenie, 
nie są przedmiotami w znaczeniu logicznem, zatem nie mogą być 
także przedmiotami sądów. Ponieważ - Cantorowska definicja 
klasy obejmuje także klasy otwarte, dlatego nie nadaje się na 
kryterjum określenia takich klas, któreby były zarazem przed- 
miotami w znaczeniu logicznem. Znalezienie reguły pozwalającej 



Digitized by 



Google 



— 240 — 

odróżnić od klas,- będących przedmiotami w znaczeniu logicznem, 
klasy takie, które są tylko symbolami niezupełnemi, jest zasług^ą 
Russella i w tej regrule leży cała doniosłość jegro zasady^). 



ROZDZIAŁ 3. 
Odpowiedź na kwestję, pomszoną przez J, Łukasiewicza. ^) 

Nie mogąc tutaj przedstawić teorji typów logicznych,, 
muszę się także powstrzymać od przedstawienia Russellowskiego 
rozwiązania antynomji zbiorów, opiera się ono bowiem na te- 
orji typów logicznych. 

Natomiast sądzę, że może nie będzie zbędne dla zupeł- 
nego wyjaśnienia ' tego zagadnienia przedstawić to rozwiązanie 
w sposób o wiele prostszy, w formie odpowiedzi na następu- 
jące pytanie, postawione przez Łukasiewicza : 

,y Gdzie jest błąd w tych rozważaniach, które prowadzą do 
konstukcji zbioru Z?* (gdzie „Z" oznacza zbiór, odpowiada- 
jący antynomji zbiorów). 

Aby na to pytanie odpowiedzieć, muszę przytoczyć po- 
daną przez Łukasiewicza konstrukcję antynomji zbiorów, gdyi 
Ł. twierdzi, „że dochodzimy do antynomji przez zupełnie pra- 
widłową konstrukcję pewnego pojęcia' '). Brzmi ona jak na- 
stępuje: „Prawdą jest niewątpliwie, że zbiór ludzi nie jest czło- 
wiekiem, zbiór trójkątów nie jest trójkątem, i t p. Wszystkie 
te zbiory posiadają zatem jakąś cechę wspólną, mianowicie tę, 
że nie są swemi własnemi elementami, w przeciwieństwie 
np. do zbioru M tych zbiorów, do których należy więcej niż 
jeden element, bo do zbioru M należy także więcej niż jeden 
element, a więc zbiór M jest swym własnym elementem. Skoro 
więc istnieją zbiory, będące swemi własnemi elementami, i zbiory 
inne, nie będące swemi własnemi elementami, to dlaczegóżby 
nie można podzielić wszystkich zbiorów na dwie klasy i utwo- 
rzyć zbiór czyli klasę takich zbiorów, które nie są swemi wła- 

') Co do pozytywnego wyniku rozprawy Czeźowsldesfo, zawierającesfo 
się w tezie „żaden przedmiot nie może być definjowany przez cechy zwrotne" 
(1. c str. 43) to teza ta, o ile dobrze rozumiem, wyklucza detinic]e przy po- 
mocy takich pojęć, jak »samouk'*, .samobójca* i t. p. W takim razie zaś na- 
leżałoby wykluczyć takie pojęcia, jak „podręcznik dla samouków**, )ub aklub 
samobójvów*', którym, zdaje mi się. niczego zarzucić nie można. 

^) W liście do prof. Twardowskiego z lutego 1918 r, łaskawie mi udzie- 
lonym przez Adresata. 



Digitized by 



Google 



— 241 - 

snemi elementami ? I teraz okazuje się, że powstaje sprze 
czność; określając bowiem zbiór Z zapomocą zdania: 

„zbiór X jest elementem zbioru Z = zbiór x nie jest ele- 
mentem zbioru X (czyli zbiór x nie jest swym własnym ele^ 
raentem)", i wstawiajcie Z w miejsce zmiennej x, otrzymujemy 
dwa zdania sprzeczne^ które według określenia muszą być 
równoważne'*. ^) 

Prawidłowości konstrukcji zbioru Z należy przedewszystkiem 
zarzucić, że posługuje się pojęciem zbioru, będącego swym ele- 
mentem. Russellowska zasada, którą udowodniłem w rozdz* 
1-szym. wyklucza takie zbiory, jako błędnie zdefinjowane. 

Musi więc także zbiór M być błędnie^ zdefinjowany. Aby 
usunąć wszelką wątpliwość, przeprowadzę szczegółowy dowód 
niepoprawności definicji zbioru M, brzmiącej : 

„M jest zbiorem wszystkich zbiorów, do których należy 
więcej niż jeden element". (Df) 

Warunkiem poprawnej definicji jest określone zngiczenie 
wszystkich składników definiensa. W rozpatrywanej definicji 
takim pośrednim składnikiem jest pojęcie , zbiór, do którego 
należy więcej niż jeden element". Jest to pojęcie elementa 
zbioru M. ^) 

Bezpośrednim składnikiem zaś jest wyrażenie „wsz stkie 
zbiory, do których należy więcej niż jeden element**. Jest to 
pojęciowe określenie^ całego zakresu pojęcia „zbiór, do które>^a 
należy więcej niż jeden element". Zakres ten więc został skre- 
ślony i określenie to nie może już ulec zmianie przez zaliczę 
nie do tego zakresu elementów, tem określeniem nieobjętych^ 
Określeniem tem zaś nie może być objęty zbiór M, gdyż zo- 
stał przy jego pomocy dopiero zdefinjowany. ^ięc zbiór M 
nie należy do tych ,9 wszystkich zbioróv, do których naltży 
więcej niż jeden element**, które są jego elementam . Ponieważ- 
jednak elementów tych jest więcej niż jeden, więc stąd wnio- 
sek, że »zbiór zbiorów, do których należy więcej, mż jeden 
element" ^nie ma całości" czyli jest otwarty. Otwartość ta 
oznacza, że zakres jego nigdy nie może być w jedną całość 
zebrany, nigdy niemoże być jednoznacznie określony. Tem 
samem więc zbiór M nie może być poprawnie określony. 



') Tamże. 

^ Nie chcąc się powtarzać, powołuję się pod tym wz>flę<lem na wy» 
nlki analizy przeprowadzonej w rozdz. 1-szym, w para^r. 2>gim. 

16 



Digitized by 



Google 



— 242 — 

Możnaby jednak przypuszczać, że zbiór Z można utwo- 
rzyć zapomocą konstrukcji podanej przez Ł., chociać zbiory b^ 
dące własnemi elementami nie istnieją, dzieląc mimo to wszyst- 
kie zbiory na dwie klasy (inna rzecz, źe klasa zbiorów będą* 
cych swojemi elementami byłaby pusta), i tworząc w ten spo- 
sób „zbiór takich zbiorów, które nie są swemi własnemi ele- 
mentami". 

Atoli tutaj spotykamy się znowu z zastosowaniem Russel- 
lowskiej zasady. Przekonywamy siq bowiem, źe wszystkie zbiory 
nie stanowią uprawnionej całości, czyli, że „zbiór wszystkich 
zbiorów*' nie może mleć poprawnej definicji, bo przypuszczenie, 
że ją ma, umożliwiłoby konstrukcję zbiorów, które musielibyśmy 
zaliczyć do jego elementów, jakkolwiek skonstruowane one zo- 
stały przy pomocy pojęcia tego zbioru jako całości. Skoro zaś 
„zbiór wszystkich zbiorów" nie ma poprawnej definicji, czyli 
nie istnieje, to nie możemy podzielić wszystkich zbiorów na 
dwie klasy. 

Na podstawie tej analizy, podanej przez Ł. konstrukcji 
zbioru Z, musimy jej odmówić prawidłowości, a błąd popeł- 
niony w tych rozważaniach, które do niej prowadzą, określimy 
w ten sposób: .użyto do nich pojęć niepoprawnie określonych*. 

Jest zasługą twórców *) Russellowskiej zasady, że odkryli 
ten subtelny rpdzaj niepoprawnych określeń, które ta zasada 
wyklucza i w tem odkryciu leży jedna z największych zdobyczy 
naukowych nowoczesnej logiki. 

ZAKOŃCZENIE. 

Wynik tej pracy polega na stwierdzeniu, że Russellowska 
zasada nie jest zastosowaniem reguły unikania błędnego koła 
w definicji do definicji zbiorów, lecz służy do uniknięcia innego 
rodzaju niepoprawności w definjowaniu resp. konstruowaniu po- 
jęć. Wynik ten osiągnięty został zapomocą metody, polegają- 
cej na ustcdeniu warunków poprawnego definjowania, resp. 
konstruowania pojęć i na badaniu, czy warunki te istotnie nie 
są spełnione przez definicję kolistą i przez te definicje zbiorów, 
które Russellowska zasada jako błędne odrzuca. Za warunek 
konieczny poprawnej definicji resp. konstrukcji pojęć uznałem 
„znaność'' każdego ich składnika i „nieznaność" definiendum. 



^) To znaczy Richarda, H. Poincare'g>o i B. Russella. Zob. Chwistek 
<:. str. 15 i n. 



Digitized by 



Google 



— 243 — 

y,Znaność^ polega na tern, że znaczenie składnika albo została 
v\^rowadzone do systemu bez definicji jako znaczenie pojęcia 
podstawowego albo zostało określone zapomocą definicji. W je- 
dnym i drugim wypadku o posiadaniu znaczenia przez pewien 
symbol można mówić tylko wtedy, gdy jest ono stałe. Tak 
v^ięc z warunkiem »znaności' łączy się drugi konieczny waru- 
nek poprawności definicji resp. konstrukcji pojęć: „stałość^ 
znaczenia każdego ich składnika. 

Badanie, w jaki sposób definicja „kolista'' te warunki na- 
rusza, okazało, że, wprowadzając w sposób mniej lub więcej 
ukryty definiendum w skład definiensa, nie spełnia warunku 
„znaności** wszystkich składników definiensa; badanie zaś de- 
finicji resp. konstrukcji pojęć, które Russellowska zasada od^ 
rzuca, okazało, że nie spełniają one warunku „stałości'' zna- 
czenia ich składników. W ten sposób można było stwierdzić 
różnicę między temi rodzajami niepoprawnych definicyj resp. 
konstrukcyj pojęciowych. 

Przy tej sposobności odparłem zarzut Czeżowskiego, ja- 
koby zasada Russella nie dotyczyła klas pojęciowo określo- 
nych i wyjaśniłem poruszoną przez Łukasiewicza kwestję błędu 
w tych rozważaniach, które prowadzą do antynomji zbiorów. 
Okazałem, że już w tych rozważaniach posługiwano się poję^ 
ciami, skonstruowanemi w sposób, którego błędność Russel- 
lowska zasada odkryła. 

Mimo przeprowadzony tu dowód słuszności Russellowskiej 
zasady, nie uważam za ukończone badań nad zagadnieniem an- 
tynomij. Zasada ta bowiem powiada, że, jeśli założenie, iż pe- 
wne zbiory mają ceiłość czyli, są zamknięte prowadzi do sprze- 
czności, to zbiory te nie mają całości, czyli są otwarte, ale nie 
powiada, dla jakich to zbiorów czyli klas założenie takie pro- 
wadzi do sprzeczności, t. zn. nie podaje pojęciowej różnicy mię- 
dzy klasami otwartemi a zamkniętemi. W tym kierunku więc 
należałoby prowadzić dalsze badania I 

Praca Czeżowskiego, który zbyt pospiesznie odrzucił wy- 
niki Russella, nie zbadawszy, ile w nich jest przecież słuszno- 
ści, zdaniem mojem, nie rozwiązuje postawionego tu problemu, 
gdyż, uważając kłasy będące swojemi elementami za poprawnie 
określone, nie unika błędu w ich definjowaniu, usuniętego przez 
Russellowska zasadę, a odrzucając definicje zapomocą cech 
zwrotnych, odmawia poprawności pewnym konstrukcjom poję- 
ciowym, którym niczego zarzucić nie można. 



Digitized by 



Google 



— 244 — 

Rozwiiązśnie zagadnienia pojęciowej różnicy między kła^ 
sami otwartemi a 2:amk«iętemi miałoby wielką doniosłość dla 
teorji klas. Wiadomo bowiem, że Russell odmówił pojęciu klasy 
charakteru przedmiotu w znaczeniu logicznem, a uznał sym- 
bole kl^is tylko za symbole niezupełne, nie mające samoistnego 
znaczenia, lecz dające się określić tylko w pewnych kontekstach. 
To radykalne stanowisko Russella jest jednak uzasadnione 
tylko w stosunku do klas otwartych, które istotnie nie są przed- 
miotami w znaczeniu logicznem, nie jest zaś uzasadnione w sto- 
sunku do klas zamkniętych. Gdyby się więc udało pojęciowo 
odróżnić klasy . zamknięte od otwartych, możnaby uwolnić teo- 
^ę klas, ograniczoną do klas zamkniętych, od tych trudności, 
^tóre sprowadza dla niej obecnie konieczność liczenia się ze 
specjalnemi właściwościami klas otwartych. 

Taka zaś rekonstrukcja Russellowskiej teorji klas nie tylko- 
by ją uprościła, uwalniając ją od zawiłych subtelności teorji 
typów logicznych, lecz uniezależniłaby ją od aksjomatów spro- 
wadzalności, które całej teorji klas nadają piętno zupełnie do- 
-^rdCiej konstrukcji. 



Digitized by 



Google 



KAZIMIERZ SOŚNICKI. 



Indukcja matematyczna. 



I 



W wielu dowodach matematycznych używa siq rozumo^ 
wania, które nosi nazwq indukcji zupełnej, matematycznej lub 
rekurencji. Używa się więc tego rodzaju dowodzenia, gdy cho- 
dzi o uzasadnienie podstawowych własności działań, jak prawa 
przemienności, rozłączności, przy rozwinięciu potęgowego wzoru 
Newtona, dla uzasadnienia różnych twierdzeń z teorji liczb 
i t. d. Nazwa sama indukcji zdaje się wskazywać, ie mamy tu 
do czynienia z pewnego rodzaju przejściem od szczegółu do 
og<^u. W istocie we wszystkich wypadkach stosowania tego 
rozumowania chodzi o dowód, że twierdzenie wynalezione dla 
pewnej liczby lub dla kilku liczb, odnosi się do wszystkich 
liczb szeregu naturalnego. Jest jednak to dowodzenie zasadni- 
czo różne od wszelkiego uogólniania indukcyjnego z tego względu, 
że prowadzi do wyników bezwzględnie pewnych i koniecznych, 
podczas gdy zwykła indukcja daje wyniki tylko prawdopodo- 
bne. Różni się też ono od indukcji wyczerpującej; indukcja 
wyczerpująca bowiem przyznaje daną własność tylko pewnemu 
ograniczonemu zakresowi przedmiotów, mianowicie tym tylko 
przedmiotom, które pojedynczo wylicza. Wprawdzie więc induk- 
cja wyczerpująca prowadzi do wyników pewnych, ale co do 
ekstensywności ograiiiczonych. 

W ten więc sposób indukcja matematyczna leży w pośrodku 
niejako między indukcją doświadczalną a indukcją wyczerpującą. 
Z pierwszą zdaje się dzielić stosowalność do nieograniczonej 
ilości szczegółowych przedmiotów, lecz nie podziela równocze- 
śnie jej charakteru prawdopodobieństwa; z drugą, wyczerpującą 
ma wspólny charakter pewności, lecz różni się od niej tern, że 
nie ogranicza się do przedmiotów szczegółowo przez siebie 
wyliczonych, lecz do ogółu ich, do wszystkich liczb szeregu na-^ 
turalnego. 



Digitized by 



Google 



— 246 — 

Naturalną jest więc rzeczą, że to jej podwójne stanowisko, 
pozwalające dane twierdzenie uogólnić i równocześnie gwa- 
rantujące pewność i konieczność wyników, zapewniło indukcji 
matematycznej poczesne miejsce w metodyce uzasadniania 
i wyprowadzania nowych prawd. Zwyczajnie uważano Pascala za 
pierwszego, który stosował zasadę indukcji matematycznej wTraite 
du triangle arithmćtique (1665). Lecz jak udowodnił Giovani Vac- 
caO metodę tę znał już Pascal od matematyka włoskieigo France- 
sco MauroHco z Messyny (1494 — 1575). W dziele D.Francisci Mau- 
rolyci: „Opuscula mathematica. Yenetiis 1575. Aritmeticorum libri 
duo* autor stosuje metodę indukcji matematycznej do udowo- 
dnienia pewnych twierdzeń z teorji liczb np. że a^ + (2a -f- 
4- 1) = (a + 1)^, lub że 1 + 3 + 5 + ..• (2a+l) = (a f 
-f- 1)2. Od tych pierwszych początków rozumowanie to znalazło 
częste zastosowanie i umożliwiło udowodnienie twierdzeń inną 
drogą niedostępnych. 

Równocześnie jednak to pośredniczące stanowisko induk- 
cji zupełnef między indukcją doświadczalną a wyczerpującą, 
to łączenie uogólnienia na nieograniczoną ilość przedmiotów 
z charakterem pewności, zdaje się wskazywać na połączenie 
rzeczy sprzecznych w jedną całość. Jakże bowiem własność 
wykrytą na kilku liczbach mogę odnieść do wszystkich, nie- 
skończenie wielu liczb z tym dodatkiem, że wynik tego uogól- 
nienia nie jest tylko prawdopodony, lecz bezwzględnie pewny 
i konieczny? Do koniecznych wyników doprowadzić może tylko 
dedukcja, wszelka zaś indukcja istotna, a więc przejście od 
szczegółów do ogółu, może dać tylko wyniki prawdopodobne. 
Jeżeli się tedy spotykamy z indukcją dającą równocześnie wy- 
niki konieczne, to albo ulegamy złudzeniu, że mamy do czynie* 
nia z istotnem uogólnieniem, jak się to dzieje np. przy indukcji 
wyczerpującej, gdzie właściwie niema uogólnienia, albo napo- 
tykamy na rozumowanie, którego uzasadnienia należy szukać 
' bardzo głęboko w konstrukcji^samego ustroju umysłowości ludz- 
kiej. Według pierwszego poglądu cała matematyka już by- 
łaby czysto dedukcyjna, analityczna; według drugiego samo 
rozumowanie oparte na indukcji zupełnej wskazuje już na syn- 
tentyczny charakter twierdzeń matematycznych i to syntenty- 
czny a priori ze względu na ich konieczność. 



O Sur le principe d'induction mathematiąue. Revue de metaph. et 
de morale, 1911. XIX. I. 



Digitized by 



Google 



— 247 — 

W istocie dwa prądy można zauważyć w pojmowaniu 
metody matematycznej. Jeden z nich uważa za jedyne rozumo- 
wanie, jakie tu spo tykamy , rozumowanie dedukcyjne i anality* 
czne. Wychodzi więc — według teg^o pojmowania — matematyka 
z zasadniczych pojąć i zasadniczych twierdzeń; pojęcia zasa- 
dnicze przyjmuje się bez definicji, twierdzenia zasadnicze bez 
dowodu; jedne i drugie stanowią punkt wyjścia dla formalnej 
dedukcji. Jest więc cała matematyka gmachem wyprowadzonym 
analitycznie z podstawowych punktów wyjścia i ta jej budowa 
jest czemś, co matematyka podziela z logiką. Takie poglądy 
na analityczny i dedukcyjny charakter matematyki wspólny 
z logiką przyjmuje logistyka, której reprezentantem w Anglji 
jest H. Bertrand Russell, we Francji Louis Couturat, we Wło- 
szech H. Peano. 

W przeciwstawieniu do analityków spotykamy też -wśród 
matematyków .intuicjonistów'* silną opozycję przeciw twier- 
dzeniu, jakoby matematyka była jedynie wiedzą analityczną. 
Na pierwszem miejscu należy tutaj postawić H. Poincarego. 
Według nich sylogizm pojęty ściśle w znaczeniu Arystotelesa 
nie prowadzi do niczego nowego, lecz tylko do tego, co już 
jest zawarte w założeniach, na których ów sylogizm się opiera. 
Analityczne myślenie dać może jedynie tautologję, gdy tymcza- 
sem matematyka nie obraca się w kole tautologij, lecz prze- 
ciwnie zdobywa nowe twierdzenia, które do pierwotnych po- 
jęć wyjścia dołączają coś, co w nich nie było zawarte, co więc 
z nich nie da się wydedukować jedynie na podstawie pierwo- 
tnych określeń. Dokonuje więc matematyka syntezy i rozumo- 
mowanie syntentyczne, nie analityczne, jest jej podstawo wem ro- 
zumowaniem. Sylogizm jest rozumowaniem kontemplacyjnem, 
rozumowanie matematyczne jest zaś konstrukcyjne. Jako kon- 
templacja sylogizm niejako stoi w miejscu, jest statyką mate- 
matyki ; konstrukcya zaś jest jej mechaniką, jest jej ruchem. 
Widzimy stąd jak poglądy intuicjonistów opierają się na Kancie. 

Zostawmy na boku kwestję ogólną, czy matematyka jest 
nauką analityczną, czy syntetyczną, czy analiza musi prowa- 
dzić do tautologji i jest zupełnie jałowa, a ograniczmy się do 
zbadania tej kwestji w odniesieniu do szczegółowego rozumo- 
wania matematycznego, indukcji matematycznej. 



Digitized by 



Google 



— 248 — 

Indukcja matematyczna jako rozumowanie analityczne i syn^ 

tetyczne* 

Jeżeli indukcja matematyczna ma być rozumowaniem ana- 
litycznemu to albo musi być zawarta w pewnych podstawowych 
pojęciach, albo też musi si^ dać wyprowadzić z jakichś zasad 
i po)qć. W pierwszym wypadku należy ona do istotnych wła- 
ściwości danego pojęcia, stanowi część jego treści, jest jego 
własnością konstytucyjną, w drugim zaś nie należy wprawdzie 
do cech istotnych treści pojęcia, lecz da się z niej wypro>va- 
dzić drogą rozumowania: jest więc konsekutywną własnością 
danego pojęcia. 

Obydwa te sposoby pojmowania analitycznego wywodu 
indukcji matematycznej znalazły swój wyraz i to pierwszy u lo- 
gistyków, drugi u Dedekinda. W obu jednak wypadkach trzeba 
było najpierw ustalić owe zasadnicze pojęcia, które zawierają 
lub też z których da się wywieść zasada indukcji matemat>'- 
cznej. Jedynem pojęciem moiliwem jest pojęcie liczby całkow- 
tej. Stąd kwestja, czem jest właściwie liczba całkowita, jest tu 
sprawą zasadniczą, od której zależy rozwiązanie całego pro- 
blemu. 

Logistyka^) odróżnia liczbę główną od liczby porządko- 
wej. Pojęcie liczby głównej jest ściśle złączone z pojęciem klasy 
klas. Między różnemi klasami można wybrać takie klasy, że 
każdemu elementowi jednej z nich odpowiada jeden tylko ele- 
ment każdej innej klasy np. apostołowie — tuzin lasek; — 
i odwrotnie każdemu elementowi innej klasy, odpowiada jeden 
tylko element klasy poprzedniej. Tego rodzaju stosunek zacho- 
dzący między elementami nazywaniy dwujednoznacznym, a klasy, 
między których elementami zachodzi stosunek dwujędnoznaczny, 
nazywamy równoważnemi. Utwórzmy teraz klasę obejmującą 
wszystkie klasy równoważne między sobą: taka klasa klas 
równoważnych jest liczbą główną. Liczba ta jest określona bez 
pomocy pojęcia uporządkowania, na co logistycy kładą duży 
nacisk. Taką więc klasą klas równoważnych jest np. tuzin, 
gdyż należą tu te same klasy, między których elementami 
zachodzi stosunek dwujednoznaczny. 

Zupełnie czemś innem jest liczba porządkowa; określa się 
ją szeregiem postulatów, które ma spełniać. Przyjmuje się więc 
tutaj trzy pojęcia nieokreślone i oznaczone symbolami O (zero) 



O L. Couturat: Les principes des mathćmatigues. 



Digitized by 



Google 



— 249 — 

N (iiczba całkowita) i seq (następnik). Te trzy pojęcia są rói- 
negfo rodzaju, O jest indywiduum, N jest klasą, seq jestfunk' 
cją. Oprócz tego przyjmujemy pięć następujących postulatów : 
I. O £ N. Zero jest liczbą całkowitą. 

II. a 6 N. o. seq a — = 0. Zero nie jest następnikiem ża- 

dnej liczby całkowitej. 

III. a 5 N. o. scq a e N. Następnik liczby całkowitej jest 

liczbą całkowitą. 

IV. a, b £ N. seq a = seq b. o. a = b. Dwie liczby cał- 
kowite są równe, jeżeli ich następniki są sobie równe. 

V. s £ Cl. s. O £ s: X £ N o s. Dx . seq x £ s: 3 N £ s jeżeli s 
jest klasą tego rodzaju, że zawiera O i że, jeżeli zawiera ona 
liczbę całkowitą x, to zawiera także następnik x, to klasa ta 
zawiera wszystkie liczby całkowite. Jest to właściwie postulat 
indukcji zupełnej. Można go jeszcze inaczej sformułować, gdy 
się zważy, że „należeć do klasy" znaczy to samo, co „posiadać 
pewną własność**. Sformułowanie to wówczas brzmi: Jeżeli li- 
czba O posiada pewną własność i jeżeli, skoro tę własność po- 
siada pewna liczba całkowita, posiada ją także jej następnik, 
to tę własność posiadają wszystkie liczby- całkowite. Ponieważ 
dalej „posiadać własność** a ^spełniać twierdzenie* są wyra- 
żenia równoznaczne, więc stąd jeszcze inna formuła indukcji 
zupełnej : jeżeli pewne twierdzenie ważne jest dla O i jeżeli, skorp 
ono ważne jest dla liczby n, to jest ono też ważne dla n -j- 1 
— to jest ono ważne dla wszystkich liczb całkowitych. 

Postulaty powyższe stanowią zarazem definicję poprzednio 
nieokreślonych symbolów O, N, seq, a więc też definicję liczby 
całkowitej skończonej. W ten więc sposób indukcja matema- 
tyczna wchodzi w zupełności w pojęcie liczby całkowitej skoń- 
czonej i stanowi jej istotną cechę. Jeżeli tedy dla udowodnienia 
pewnego twierdzenia o liczbach całkowitych stosuję rozumowa- 
nie zapomocą indukcji matematycznej, to opieram się jedynie 
na własności liczby całkowitej skończonej i to na jej istotnej 
własności, bez której pojęcie liczby całkowitej nie byłoby zu- 
pełne. 

Łatwo też zauważyć, że liczba całkowita tak określona 
różni się od liczby głównej wprowadzeniem pewnego momentu 
uporządkowania, pojęcia następnika, w symbolu seq. Stąd to 
indukcję matematyczną można stosować do liczb całkowitych 
skończonych, zawierających owo pojęcie uporządkowania, a nie 



Digitized by 



Google 



— 250 — 

można jej odnosić do liczb głównych chyba, że siq ustanowi 
osobny związek między liczbą porządkową a liczbą główną. 

Peano dążył do ograniczenia ilości powyższych postula- 
tów i dokonał go w ten sposób, że określił symbol O zapo- 
mocą symboli N i seq. Wtenczas ilość postulatów rbdukuje się 
do czterech, w odniesieniu jednak do indukcji matematycznej 
nic się zasadniczo nie zmienia, gdyż także tutaj wchodzi ona 
w definicję skończonej liczby całkowitej. 

Pozostaje jeszcze możność wieloznaczności powyższego 
określenia liczby całkowitej. Wieloznaczność ta może wyniknąć 
stąd, że symbolom O, N, seq, można nadać nieskończoną ilośd 
różnych treści. Aby uniknąć tej wieloznaczności wystarczy owe 
symbole zdefinjować w sposób jednoznaczny, jak tego dokonał 
Russell. Celem uzyskania tego należy wpierw zdefinjować klasę 
zero, klasę jeden i dodawanie logiczne. 

Klasa zero lub klasa pusta, klasa, która nie zawiera ża- 
dnego elementu, da się zdefinjować łącznie z taką funkcją pro- 
pozycjonalną '^ (x), która dla każdego x daje sąd fałszywy. 
Mianowicie x, które taką funkcję ^ (x) zadowalają, stanowią, 
klasę zero; symboficznie: 

f (x) = A. o. A -- X 2 .p (x) 

Klasa jednostkowa, klasa I, klasa, która zawiera tylko je* 
den element, da się zdefinjować przez wyrażenie, że różne ele* 
menty do niej należące są między sobą indentyczne: 

a — = A: X £ a. y s a. O^y. x — y 

Wkońcu logiczną sumę klasy a i b określa się jako 
klasę X takich, że każde x jest albo a albo b.: 
a o b. =. X 3 (x 2 a. o . x s b) 

Definicje tych trzech pojęć umożliwiają określenie symbo- 
lów O, 1, seq, i N.: 

1. O jest liczbą głóWną klasy pustej. 

2. 1 jest liczbą główną klasy jednostkowej. 

3. Liczba następująca po liczbie N jest N -j- 1, t. j. suma Nil. 

4. N oznacza klasę liczb całkowitych skończonych tj. liczb» 
które należą do każdej klasy s zawierającej O i N -j" 1» jeżeli 
zawiera ona N. 

Określenie tych symbolów daje jednoznaczną już defini- 
cję liczby, a istotą tej definicji według postulatu V. jest indu- 
kcja matematyczna. 



Digitized by 



Google 



— 251 — 

W rozprawie „Was sind und was sollen die Zahlen'* 
Dedekind odniósł zasadę indukcji matematycznej nie tylko 
do lic;Eby ale v^ogóle do zbiorów elementów. W ten spo- 
sób udowodnił on, że ' stosowalność indukcji matematycznej 
może si^ odnosić — jakkolwiek tylko teoretycznie — do 
szerszego zakresu niż tylko do samej arytmetyki, że więc 
prócz liczb mogą być inne zbiory elementów, których wła^ 
sności dałyby się tą metodą udowodnić. Wskutek też tego 
teoretycznego co prawda tylko, rozszerzenia stosowalności me- 
tody indukcji matematycznej Dedekind nie mógł, tak jak to 
robi logistyka, w definicję liczby wstawić zasady indukcji, lecz 
musiał wyprowadzić ją z pojęcia zbiorów elementów wogóle, 
uważając przy tem szereg liczb za pewien zbiór szczegółowy. 
Stąd to pochodzi, źe indukcja matematyczną nie jest według 
Dedekinda zawarta w pojęciu liczby całkowitej. Celem wypro- 
wadzenia zasady indukcji matematycznej Dedekind stawia szereg 
następujących definicyj : 

1. Zbiór elementów (systemu elementów S.) obejmuje jakie- 
kolwiek elementy należące do niego na podstawie pewnego 
dowolnego ale stałego określenia. • 

2. Jeżeli każdemu elementowi systemu S odpowiada ele- 
ment w innem systemie S', lub jeżeli element systemu S jest 
zapomocą pewnej operacji 9 w jakiś sposób złączony z elemen- 
tem systemu S\ to system S' jest odwzorowaniem lub obrazem 
systemu S. 

3. Łańcuchem nazywa Dedekind takie / odwzorowanie S\ 
że S' w całości jest zawarte w 'systemie S. Według symboliki 
Dedekinda S's S. 

4. Jeżeli A jest częścią kilku łańcuchów systemu S\ to 
zbiór wszystkich elementów wspólnych tym łańcuchem Ao na- 
zywa się „łańcuchem systemu S''. 

Określenia powyższe pozwalają Dedekindowi udowodnić^) 
następujące twierdzenie : Aby udowodnić, że łańcuch Ao jest czę- 
ścią systemu ii wystarczy udogodnić, że 1. A jest częścią -, 2. 
ie odwzorowanie elementu, który jest wspólny dla Aj, i ii należy 
także do systemu S. Twierdzenie to jest prawidłem indukcji mate- 
matycznej w najogólniejszej formie, gdyż stosuje się onó nie tylko 



O Przeprowadzenie dowodu pomijam, gdyż powtórzenie go tutaj jest 
bez znaczenia dla dalszego toku. Znajduje si^ on w poprzednio wymienionej 
rozprawie Dedekinda. 



Digitized by 



Google 



— 252 — 

do liczb i arytmetyki, lecz do dowolnego systemu przedmiotów 
spełniającego powyższe postulaty. Dedekind formułuje to twier- 
dzenie jeszcze inaczej, a mianowicie : Aby udowodnić, ic wszyst- 
kie elementy łańcucha A© posiadają własność e — lub, że 
stosuje si^ do nich twierdzenie t , w którem jest mowa o pe- 
wnym przedmiocie nieokreślonym N — wystarczy udowodnić 
że: 1. każdy element systemu A posiada tę własność e — że 
stosuje się do niego twierdzenie x — 2. że obrazowi n* każdego 
elementu N systemu Ao*, który posiada tę własność t , także 
przypada ta sama własność — albo, że twierdzenie t stosuje 
się do obrazu n\ jeżeli stosuje się ono do elementu n sy- 
stemu Ao. \ 

Dla arytmetyki to określenie indukcji matematycznej na- 
biera praktycznego znaczenia dopiero w zastosowaniu do 
takiego systemu, który jest określony jako system liczb głó- 
wnych. System ten definjuje Dedekind w sposób następu- 
jący: 1) Szereg liczb naturalny N ma posiadać element zasa- 
dniczy 1, 2) odwzorowanie tego elementu — dokonane przez 
czyność 'f — musi być podobne tj. każdemu różnemu elemen- 
towi systemu N musi odpowiadać różny element systemu N^ 
czyli odwzorowania. Czynność <f jest taka, że obraz n' liczby n 
jest o 1 większy niż sama liczba tj. spełnia równie n' =n-f"l« 

3) odwzorowanie N' musi być zawarte w systemie N tj. N* a N 

4) element zasadniczy nie może być zawarty w systemie N*. 

Prawidło indukcji matematycznej wyraża się wtenczas 
w odniesieniu do tak określonego systemu N w następujący 
sposób: Aby udowodnić, że pewne twierdzenie jest ważne dla 
wszystkich liczb n łańcucha mo, wystarcza udowodnić, że 1. 
jest ono ważne dla liczby n = m i 2. że z ważności twierdzenia 
dla liczby n łańcucha mo stale wynika ważność dla obrazu tej 
liczby n'. 

Na zupełnie odmiennem stanowisku stoi Poincarć. Induk- 
cja matematyczna — którą on też nazywa rekurencją — nie 
da się w żaden sposób wywieść analitycznie z definicji liczby, 
nie jest też ona w tę definicję wchłonięta. Poincarć jest^ prze- 
dewszystkiem przeciwnikiem logistyków i analitycznego pojmo- 
wania całej matematyki bez reszty. Czysta analiza, dedukcja 
jest według niego zupełnie jałowa i może prowadzić do samych 
tautologji. Tymczasem charakterystyczną cechą umysłu naszego 
jest intuicja, która wskazuje nam na syntezy, a zwłaszcza na 



Digitized by 



Google 



— 253 — 

syntezy a priori. W szczególności zasada indukcji matematy- 
cznej jest typowym wyrazem syntezy a priori. Formułuje ją 
Poincarć w sposób następujący: ustalmy dwa warunki: 1.) że 
dane twierdzenie jest prawdziwe dla liczby 1; 2.) jeżeli jest ono 
prawdziwe dla liczby n, to jest też prawdziwe dla n -|- 1 J 3-) !©• 
żeli zachodzą równocześnie 1). i 2)., to twierdzenie dane musi 
być prawdziwe dla każdej liczby. Indukcja matematyczna 
wedtug Poincarćgfo jest najistotniejsza dla arytmetyki, gdyż 
pozwala rozszerzyć twierdzenie odnoszące się tylko do pewnych 
liczb według założenia 1. 2. i 3. — na wszystkie liczby. Jako wy- 
raz istotnego rozumowania syntetycznego a priori jest ona ró* 
wnocześnie wyrazem pewnej funkcji naszego umysłu, miano* 
wicie tej, że tą samą czynność może nasz umysł powtarzać do- 
wol ą ilość razy. Na dowodach dla podstawowych twierdzeń 
matematycznych dotyczących działań, jak prawo łączności, prze- 
mienne ści, rozdzielności przy dodawaniu i mnożeniu, Poincare 
demonstruje zastosowalność indukcji matematycznej i stara się 
okazać, że posiada ona właśnie taki charakter, jaki on jej 
przyznaje. 

To stanowisko Poincarćgo odbija zasadniczo od jego po- 
glądów na pewniki i zasady innych dziedzin: tak więc pewniki 
geometrji i mechaniki są dla nie 40 tylko umowami przyjmowa- 
nemi przez naukę dlatego, ponieważ są dogodne. Nie mają 
one charakteru sądów prawdziwych ani też fałszywych. Tym- 
czasem zasadnicze podstawy analizy matematycznej są sądami 
syntetycznemi a priori, są one zatem niezmienne, prawdziwe 
i pewne. O przyjęciu lub- odrzuceniu ich decyduje nie ich do* 
goda, lecz konieczna forma naszego myślenia. Tutaj idealizm 
wywarł swe piętno na myśli Poincarćgo, tam pragmatyzm. 

Tego poglądu, że indukcja matematyczna jest syntezą a 
priori broni Poincarć przeciwko logistykom, a zwłaszcza Cou- 
turatowi. W dyskusji idealistyczne stanowisko jego jest nieraz 
silnie zabarwione kantyzmem, chociaż w istocie swej przybliża 
się do idealizmu platońskiego, przez co wyłom w tej dziedzinie 
myśli Poincarćgo od zasady pragmatystyczego pojmowania 
nauki staje się jeszcze bardziej jaskrawym. 

Jeżeli chodzi o zestawienie poglądów na indukcję matema- 
tyczną, to dla charakterystyki rozbieżności ich wypada wspom- 
nieć o usiłowaniu Luquet'a, który indukcję matematyczną chce 
sprowadzić do indukcji zwyczajnej. ^) Zauważa on podobieństwo 



Digitized by 



Google 



— 254 — 

między indukcją matematyczną a zasadą zgodności Milla ; w obu 
bowiem wypadkach ze zgodności trwałej w różnych okoliczno- 
ściach, względnie ze stosowalności twierdzenia do analogicznych 
pojedynczych liczb, wnioskujemy o nieograniczonej jego sto- 
sowalności. Wprawdzie Luquet przyznaje, że zupełnie ziden- 
tyfikować nie można obu tych indukcyj, gdyż metoda zgodno- 
ści posiada jedynie stałą prawidłowość, podczas gdy indukcja 
matematycziia także konieczność. W każdym razie jednak Lu- 
quet uważa rozumowanie przez rekurencję za .mniej zaspoka- 
jące umysł**, niż inna droga dowodzenia w matematyce. 

To ostatnie twierdzenie polega na nieodpowiednim wybo- 
rze przykładu użytego przez Luquet'a. Zasadę indukcji stosuje on 
do udowodnienia twierdzenia: (1 -\- a) ^ > 1 -f- na; jest ono 
bowiem ważne 1. dla n = 2 gdyż (1 -j" a) * > 1 + 2a 
i 2. jeżeli jest ono ważne dla liczby p to ważne jest też dla 

P -i- 1 , gdyż • 

jeżeli (1 + a) »> > 1 -! pa 

to (1 ^ a) »» (1 ^- a) > (1 + pa) (1 + a) czyli: (1 + a) 

P + ^ > 1 -I (p + 1) a + pa^ 

a więc też (1 -j- a) P + * > 1 -}" (p ^~ 1) ^ J ^ przesłanek 1. 

1 2. wynika tem samem ważność twierd^nia dla n = 2, 3, 4, 

Luąuet twierdziy że to samo twierdzenie możnaby udo- 
wodnić dedukcyjnie, wyprowadzając je z ogólnego rozwinięcia 
Newtona, a ten rodzaj dowodu dałby umysłowi większe zado- 
wolenie niż rekurencja. Przy dowodzie LuqueŁ*a istotnie tak 
est niestety, gdyż dowód ten zawiera cichaczem podsunięte 
zastrzeżenie, mianowicie, że n 4: O, 1. Dla tych liczb twierdze- 
nie staje się fałszywe, gdyż nie jest prawdą, że (1 + a) ^ > 
> 1 -|- a ani też, że (1 + a) ^ > 1 -[- «^- Luquet w przesłan- 
ce 2. swego rozumowania nie zauważył, że p nie może być 
ani O, ani 1, gdyż wtenczas przesłanka ta jest fałszywa, a po- 
nieważ liczba p (lub n) nie ma być przy indukcji matematycznej 
zupełnie ograniczona co do wielkości, przeto zastosowanie reku- 
rencji w tym wypadku do wszystkich liczb jest niemożliwe. Trzebaby 
bowiem inaczej uczynić zastrzeżenie co do wielkości p — a o 
tem zastrzeżeniu nie wiemy nic z samej rekurenćji, lecz zupełnie 
skądinąd. Wskutek konieczności ograniczenia wyboru liczby p 
względnie n, dowód przez rekurencję w tym wypadku jest 

^) Luquet : L' inducton inathematique. Rev. phil. de la France et de 
l'etranj:er. 1910. 70. str. 262. 



Digitized by 



Google 



— 255 — 

'W istocie „mniej przekonywujący", lecz ta niższa wartość jego 
nie tkwi w samej indukcji matematycznej jako takiej, lecz w nie- 
odpowiednio dobranym przykładzie. 

Poza tern chyba nikt nie będzie siq wahał twierdzić, że 
między indukcją matematyczną a zasadą Milla zachodzi poza 
bardzo ogólnikowem podobieństwem różnica nie dająca się 
zatrzeć. Cały charakter logiczny obu indukcyj jest całkiem inny 
tak, że o redukcji tych dwóch rozumowań do jednego mowy 
być nie może. 

Indukcja matematyczna a definicja liczby. 

Nasuwa się przedewszystkiem pytanie, w jakim stosunku 
Av istocie pozostaje indukcja matematyczna do definicji liczby, 
czy więc należy ją uważać za część składową pojęcia liczby, 
jak chce logistyka, czy też za coś, co wprawdzie w pewien 
sposób jest związane z pojęciem liczby, ale nie stanowi jednak 
]ego własności konstytutywnej, jak to sądzi Dedekind, Poin- 
carć, a przyznać trzeba bardzo wielu matematyków i filozofów 
poza logistykami. 

Aby to pytanie rozstrzygnąć, rozważmy, że te same po- 
jęcia matematyczne jako konstrukcje myślowe dadzą się defi- 
njować w różny sposób. Dla tego samego pojęcia matematy- 
cznego można podać pewne, ścisłe określenia, jednak zupełnie 
odmienne; tak np. koło można definjować bądź to jako miej- 
sce geometryczne punktów równo oddalonych od jednego punk- 
tu, jak też jako obraz funkcji x -j- y" = r . Wybór definicji 
zależy tu od celu, do którego ma ona służyć. Jeżeli więc dane 
pojęcie określi się cechami (a, b) jako konstytutywnemi — to 
określenie to może prowadzić do udowodnienia własności (a', 
b') jako wyników. Odwrotnie możliwe jest często obranie cech 
{a', b', c') jako konstytutywnych, definjujących pojęcie — a 
z nich wyprowadzenie własności (a, b). Przykładów postępowa- 
nia tego rodzaju spotykamy w matematyce bardzo wiele. 
Nawet te przykłady, których Poincare używa dla wyświe- 
tlenia rozumowania indukcyjnego w matematyce, są dowo- 
dem powyższego twierdzenia. Wychodząc bowiem ze zwykłego 
określenia działań (dodawanie, mnożenie), udowadnia Poincare 
(za Wzorem Schródera) na podstawie indukcji matematycznej 
słuszność prawa łączności, rozdzielności, itp. Lecz można od- 
wrotnie, w określenie działań włączyć prawo łączności czy roz- 



Digitized by 



Google 



— 256 - 

dzielności — jak to zrobił Hankel — i wykazać, że te działa- 
nia są niczem innem jak dodawaniem, czy mnożeniem; w tym 
wypadku nawet posługiwanie się indukcją matematyczną jest 
zbyteczne. 

Podobnie odnośnie do definicji liczby; można w pojęcie liczby 
włączyć indukcję matematyczną, jako jq charakterystykę, jak to- 
robią logistycy — ale można definjować liczbę, nie posługując 
się indukcją matematyczną — na wzór Dedekinda, Poincarego 
i innych. W tym drugim wypadku indukcja okaże się jako coś,, 
co bądźto wynika z pojęcia liczby, bądźto przynajmniej jest 
z niem zgodne. 

Podobnie jak poprzednio, określenie w pierwszy lub drugi 
sposób zależy od celu, dla którego ma służyć owa d finicja. 
Ponieważ logistyka chce oprzeć całą matematykę na najmniej* 
szej ilości zasad, z których następnie drogą dedukcji wszystkie 
twierdzenia matematyczne mają się wywieść — przeto włącze- 
nie indukcji matematycznej do definicji liczby ma tu swój cel^ 
gdyż w ten sposób otrzymuje się właśnie ów system postula- 
tów i określeń, które mogą stanowić podstawę matematyki^ 
Inaczej rzecz się ma z matematykiem, któremu nie chodzi o 
stworzenie takiej podbudowy dla matematyki ; bierze on poję- 
cie liczby tak, jak je rozwój matematyki stworzył; wszakże 
zanim zaczęto stosować indukcję matematyc/ną, matematycy 
operowali już pojęciem liczby — chociaż oczywiście w pK>jęcie 
to nie wchodziła jeszcze indukcja. Rozwój historyczny matema- 
tyki aż do czasu logistyki, stworzył pojęcie liczby, bez włąc/^e- 
nia w nią zasady indukcji. 

Pomijając tedy tch cel logistyki, zapytać należy, o ile ze 
stanowiska logiczn go włączenie zasady indukcji matematycznej 
do pojęcia liczby jest uprawnione. Żeby znaleźć odpowiedź na 
to pytanie, należy odróżnić własność przedmiotu okres ancgo 
od metody pozwalającej udowodnić jego własność. — Wszyst- 
kie inne określenia, oprócz indukcji matematycznej — wcho 
dzące w skład definicji liczby czy u Coutarat'a, czy u Dedekinda,. 
są w istocie własnościami liczby. Odnosi się to do postulatów 
I, II, III, IV Couturata, ale też do tych warunków, które ma 
spełniać system N u Dedekinda. Jedynie postulat V. Couturat'a 
tj. zasada indukcji matematycznej różni się pod tym względem 
od poprzednich. Nic jest ona bowiem własnością liczby, lecz 
metodą, służącą do udowodnienia pewnej własności, czy pe- 
wnego twierdzenia. Oczywiście bowiem można powiedzieć, że 



Digitized by 



Google 



— 257 — 

fakt stosowalności pewnej metody w odniesieniu do pewnego 
przedmiotu, jest] właśnie własnością tego przedmiotu, mianowicie 
taką, że ta metoda może mieć do niego zastosowanie. Lecz nie 
zmienia to sprawy, gdyż sama ta metoda nie przestała być metodą 
i nie stała się własnością przedmiotu. Ze indukcja matematycz* 
na nie jest własnością liczby, lecz tylko metodą służącą do 
udowodnienia pewnej własności, zdawał sobie z tego spraw- 
Dedekind, który formułuje ją zawsze, zaczynając od słów: ,aby 
udowodnić, że pewne twierdzenie jest ważne..." i. t. d. To sfor- 
mułowanie y^skazuje odrazu, że rekurencja ma być środkiem, 
metodą do udowodnienia czegoś. 

Ponieważ definicja powinna podawać własności określo- 
nego przedmiotu, przeto, zasadniczo rzecz biorąc, metoda udo- . 
wodnienia nie ma się zawierać w samej definicji. Tak wśród 
własności określających np. wodę znajduje się wprawdzie to, 
że największa jej gęstość jest przy 4^ C, ale nie umieścimy 
wśród nich np. tego, że tę własność wykryć można zapomocą me- 
tody zgodności Milla. Dzieje się to dlatego, że metoda zgodności 
ma zastosowanie nie tylko w odniesieniu do wykrycia wła^ości 
jedynie wody z wykluczeniem wszystkich innych przedmiotów. 
W istocie nie byłoby niczem nadzwyczajnem, gdybyśmy meto- 
dę udowodnienia wcielili w definicję takiego przedmiotu, do 
którego jedynie ta metoda da się zastosować, który więc przez 
jej stosowalność jest dobitnie scharakteryzowany w odróżnieniu 
od innych. Jeżeliby tedy indukcja matematyczna miała zastoso- 
wanie jedynie do liczb, to włączenie jej w definicję liczby by- 
łoby zupełnie na miejscu jako coś, co liczby charakteryzuje. 
Inaczej takie postępowanie wprawdzie nie jest błędem w de- 
finjowaniu, jednak musi szukać swego uzasadnienia nie w sa- 
mej naturze liczby, lecz w celu, który się pragnie osięgnąć. 
A w istocie Dedekind zastosował indukcję matematyczną nie 
do liczb tylko, ale do pewnych zbiorów wogóle odpowiada- 
jących pewnym warunkom, jak to poprzednio przedstawiono. 
Zbiór liczb wedłujr Dedekinda, jest tj^lko jednym z takich zbio- 
rów, a zwyczajne sformułowanie indukcji matematycznej, które 
spotykamy w dziedzinie matematyki, jest tylko szczegółowem 
sformułowaniemx znacznie ogólniejszej zasady. Indukcja matema- 
tyczna nie jest tedy metodą dotyczącą jedynie liczb, wskutek 
tego nie należy jej uważać za wyłączną charakterystykę jedynie 
liczby. - 

Definicji liczby przez postulaty, stworzonej przez logisty- 

17 



Digitized by 



Google 



— 258 — 

ków, czyni Poincare szereg zarzutów. Pierwszy z nich to za- 
rzut błędnego koła, Poincare żąda, by przy określaniu Iiczb» 
zero, jeden, nie używano tych wyrazów, ani też wyratów ta- 
kich jak : żaden, nigdy, i t, p. W istocie Couturat określa O jako 
liczbę główną klasy pustej, a klasę pustą jako klasę nie za- 
wierającą żadnego elementu. Co do tej definicji klasy pustej, 
właściwie Poincare popełnia pewną niedokładność, bo, ściśle 
rzecz biorąc, Couturat, mówiąc: klasa pusta nie zawiera źad* 
nego elementu, nie chce tego wyrażenia uważać za definicję, 
lecz tylko za pewne wyjaśnienie tego, co to jest klasa pusta. 
Klasa pusta x zdefinjowana tu jest łącznie z funkcją propozy- 
cjonalną ^ (x) , taką, która dla każdego x daje sąd fałszywy. 
Tu jednak można zarzucić, że pozytywna definicja klasy pustej 
w gruncie rzeczy redukuje się do negatywnej, gdyż znaczy ona, 
że żadne x nie spełnia funkcji cp (x), że nie istnieje przedmiot 
należący do klasy określonej przez ? (x) . — Podobny zarzut 
czyni Poincare co do definicji liczby 1. I tutaj „jeden* jest 
określony przy pomocy pojęcia identyczności, które znów za- 
wiera w sobie pojęcie jeden. 

Ten zarzut błędnego koła jednak dotyczy jedynie formal- 
nej strony definicji liczby, nie przesądza zaś tej kwestji, czy in- 
dukcja matematyczna jest istotną charakterystyką liczby. Jeżeli 
Poincarć z tem występuje, to dlatego, ponieważ chodzi mu 
o udowodnienie, że wogóle liczba O (czy 1) zdefinjować się 
nie da; należy ona bowiem do tych pojęć, na których defini- 
cja wszystkich następnych liczb się opiera. Jest to pojęcie uzy- 
skane drogą intuicji a nie analizy, jeżeli więc przy jego pomocy 
ktoś zechce o[creślać postulaty, z których ma wynikać cała 
arytmetyka, to do postulatów tych musi wprowadzić owe po- 
jęcia, które znów są ich podstawą. Poincarć sprzeciwia się 
tedy twierdzeniu Couturata i Peana, jakoby przytoczone przez 
nich poprzednio wyliczone I — V. postulaty, dawały definicję 
zera, liczby całkowitej, obejmującej zasadę indukcji. Te pojęcia 
zasadnicze muszą być znane skądinąd, nie. z owego szeregu 
postulatów; przeciwnie te postulaty dopiero stają się zrozu* 
miałe, gdy pojęcia owe podstawowe już są znane. 

Być może, że Poincarć ma słuszność, twierdząc, że bez 
popadnięcia w błędne kołoi definicji liczby podać nie można ^), 
lub, że dotąd przynajmniej się to nie udało, lub, że definicja lo* 



O Poincare: Nauka i metoda, (przekł. Horwitza), str. 116, 117. 



Digitized by 



Google 



— 259 — 

Sfistyków określa wprawdzie liczbę, lecz przedmiot tego okre- 
ślenia nie ]est znany z definicji dopiero* co więcej, że log^istyka, 
załatwiwszy się raz z swoją definicją, więcej nie myśli o liczbie 
jako o przedmiocie zgx>dnym ze swoją definicją, lecz o liczbie 
znanej pospolicie bez tej loj^istycznej definicji. Mozę ma on też 
rację, s^dy żąda, by logistyka udowodniła, że to, co ona jako 
liczbę określa, i to, co się zwyczajnie przez liczbę rozumie, są 
dwa jednakowe przedmioty. Lecz wszystkie te zarzuty, choćby 
nawet słuszne, nie dotykają tego, czy indukcja matematyczna 
tkwi w pojęciu liczby jako jej istotna własność. Przecież jest 
całkiem możliwe, że pojęcie liczby zdobyliśmy jako coś pier- 
wotnego drogą .intuicji', że wszelkie próby definjowania go 
prowadzą do błędnego koła, lecz czy stąd wynika, że także 
indukcja matematyczna (jako jedna z własności tego pojęcia) 
nie jest zawarta w tem pojęciu ? Tego też z pewnością nie 
chciałby twierdzić Poincarć. 

Prócz tego zarzutu błędnego koła spotykamy u Poinca- 
rćgo jeszcze inne. 

Od definicji przez postulaty żąda Poincarć, by dane po- 
stulaty nie zawierały sprzeczności. Ten brak sprzeczności można 
udowodnić w dwojaki sposób: 1. że zastosowalność postula- 
tów okaże się na przykładzie, 2. że okaże się, iż wszystkie kon- 
sekwencje wysnute z danych postulatów nie będą zawierały 
między sobą sprzeczności. 

1. Jeżeli znajdziemy liczbę, która spełnia przytoczone po- 
stulaty, musimy się zgodzić, że pozbawione są one sprzecz- 
ności. Liczby jednak takiej niema, twierdzi Poincarć, bo np., 
biorąc szereg O, 1, 2, mogę odnieść go do postulatu I. IL IV. 
V.; lecz żeby módz odnieść go do postulatu 111, muszę wykro^- 
czyć po za szereg O, 1, 2, i przybrać jeszcze liczbę 3; 
chcąc znów do niej zastosować wszystkie powyższe pewniki, 
muszę posunąć się do liczby 4 itd. Aby udowodnić tedy za« 
pomocą przykładu, że pewniki 1 — V. stosują się do liczby cał- 
kowitej, zmuszony jestem posunąć szereg liczb w nieskończo- 
ność. Pierwszy sposób udowodnienia braku sprzeczności w po- 
stulatach logistycznych zawodzi więc zupełnie.^) 

I^cz ten zarzut Poincarćgo chybia celu; postulaty bowiem 
określają nie jedną liczbę, lecz szereg naturalny liczb, taka de- 
finicja więc nie może odnosić się jedynie do jednego członu 



1) Poincare ; .Nauka i hipoteza'', str. 125, 126. 



Digitized by 



Google 



— 260 — 

tego szeregi, lecz musi oprócz pojedynczych członów uwzględ- 
niać także ich stosunek do siebie, a więc ich następstwo. Po- 
jedynczy człon tedy musi nie tylko spełniać postulaty odnoszące 
się do niego tylko jako osobnika bez względu na inne człony; 
lecz ponieważ tu chodzi o definicję zbioru, musi pojedynczy 
człon zbioru zawierać w sobie stosunki, które go wiążą z in- 
nemi i czynią nie odosobnionym członem, lecz właśnie członem 
zbioru. W istocie tedy każda liczba spełnia owe postulaty, lecz 
nie jako jedyny z całości wyrwany osobnik, ale jako jeden 
z członów całkowitego zbioru. W istocie 2, wzięte oddzielnie 
od innych liczb, przy zastosowaniu doń postulatów zmusza nas 
do wykroczenia i użycia następnej liczby; lecz postulaty nie 
mają definjować każdej liczby, a więc i 2, jako jedną jedyną 
liczbę, lecz w związku jej z innemi, a więc z liczbą 1 i 3. 
A wtenczas trudność podniesiona przez Poincarego odpada i po- 
stulaty dają się sprawdzić przez przykład. 

2. Zgodność postulatów można według Poincarego okazać 
jeszcze w inny sposób: jeżeli wszysticie konsekwencje wynikłe 
z danych postulatów będą bez sprzeczności z sobą. Lecz wyni- 
ków takich jest nieskończenie dużo, jest tu cała arytmetyka, 
jeżeli nie matematyka wogóle. Udowodnić tedy, że te konsek- 
wencje są bez sprzeczności, jest rzeczą niemożliwą, chyba że 
pójdzie się drogą, którą wskazał Hilbert, a która polega na tern 
udowodnieniu, że jeżeli n konsekwencyj nie zawiera sprzeczno- 
ści, to także (n + 1) ^^^ zawiera jej. Lecz i ten dowód, twier- 
dzi Poincarć, jest bez znaczenia, gdyż, stosując go, musimy 
oprzeć się na zasadzie indukcji matematycznej, która jako jeden 
z postulatów definicji liczby całkowitej nie może być zarazem 
środkiem udowodnienia w danym przykładzie. Inaczej popadli- 
byśmy znowu w błędne koło w definjowaniu i udowadnianiu. 

Lecz ten zarzut Poincarćgo, zdaniem Couturat'a, nie jest 
słuszny; jest bowiem zasadnicza różnica między obydwoma po- 
glądami w tem, że Poincare twierdzi, iż konieczny jest dowód 
braku sprzeczności we wszystkich * konsekwencjach, logistyka 
zaś, że takiego dowodu nie potrzeba. Może on być w zupełno- 
ści zastąpiony istnieniem przedmiotów, które spełniają wszystkie 
dane postulaty. Istnienie więc takich przedmiotów udowadnia 
brak sprzeczności danych postulatów. Lecz tu dopiero rozpo- 
czyna się nowa kwestja, która dotyczy znaczenia W3rrazu „istnieć*. 
«, Istnieć^ bowiem u Poincarćgo znaczy właśnie »nie zawierać 
sprzeczności **, jeżeli chodzi o pojęcia idealne hp. matematyczne 



Digitized by 



Google 



— 261 — 

czy logiczne: „istnieć" zaś w dziedzinach przedmiotów realnych,, 
a w^ięc np. u fizyka, znaczy według Poincarćgo, że przedmio- 
tów^ tych można doświadczyć zmysłami. W danym razie ma za- 
stosowanie pierwsze znaczenie wyrazu ,,istnieć*; że istnieje więc 
przedmiot spełniający postulaty I — V. znaczy, że, operując odnoś- 
nem pojęciem, nie popadnę w sprzeczność. Zatem, według 
Poincarego, brak sprzeczności dowodzi istnienia; błędne więc 
jest twierdzenie logistyków, że istni<5nie dowodzi braku sprzecz-. 
ności. Spada teraz zresztą na logistyków obowiązek określenia 
znaczenia wyrazu „istnieć". Czynią też to oni istotnie w nastę- 
pujący sposób : „istnieją a znaczy: klasa a nie jest pusta". Lecz 
to określenie nie zadowala Poincarego, gdyż co znaczy, że klasa 
nie jest pusta? Według niego znaczyć to może, że mogę a do- 
świadczyć zmysłami, albo, że, operując pojęciem a, nie popa- 
dam w sprzeczność. W ten sposób wracamy tam,, skąd wy- 
szliśmy. . ^ 

Podobnie jak przy zarzucie błędnego . koła, przy tych za- 
rzutach, dotyczących zgodności wewnętrzej postulatów definicji 
liczby, zauważyć się musi, że nie przesądzają one sprawy wcie- 
lenia indukcji matematycznej do definicji liczby. To też w isto- 
cie nie o to chodzi Poincarćmu, lecz o wykazanie, że indukcja 
matematyczna nie może być zdobjrta drogą analizy z definicji 
liczby. Chce on wykazać, że jest ona syntezą a priori, której 
nie można z pojęcia liczby wydedukować. 

Lecz dowód Poincarego jest czysto negatywny i poło- 
wiczny. Co najwyżej bowiem udowodnił on, że definicja liczby 
postawiona przez logistyków jest niewłaściwa. Lecz nie udo- 
wodnił tego, że nie powinna ona zawierać jako jednej własno- 
ści liczby, formuły indukcji matematycznej, ani też że sama 
indukcja jest syntezą a priori. 

Analiza i synteza w odniesieniu do indukcji matematycznej. 

Myśl, że dedukcja i analiza są jałowe i nie przyczyniają 
się do rozszerzenia naszej wiedzy, powtarzają się niejedno- 
krotnie w fiiozofji; zwłaszcza wszelkiego rodzaju empirycy akcen- 
tują ją zgodnie ze swojemi zasadami. Analiza bowiem i deduk- 
cja wydobywają z pojęcia to jedynie, co już w niem było za- 
warte; prowadzą one tylko do stwierdzenia „częściowej** iden- 
tyczności 1 oparte na tej identyczności nie pozwalają rozszerzyć 
zakresu naszego poznania. Już Leibniz widział się zniewolonym 
bronić użyteczności identyczności przed empirykami. Identicitatem 



Digitized by 



Google 



— 262 — 

quoque suum usum habere, nullamque yeritatem utcumque te- 
nuis esse videatur piane sterilem esse; immo fundamenta cae- 
terorum in his contineri mox apparebit^). 

Aby okazać, że identyczność nie prowadzi do samych tau« 
tologijy Leibniz stara si^ zapomocą sylogizmu udowodnić praw- 
dziwość subalternacji i konwersji. Zestawienie tyth dowodów 
podaje Couturat w dziele: La ]ogique de Leibniz. Dla subalter- 
nacji są tu rozumowania: 

1) Darii 2) Ferio 

Wszystkie A są B. Żadne A nie jest B. 

Niektóre ^A są A. Niektóre A są A. 

Niektóre A są B. Niektóre A nie jest B. 

Dla konwersji: 

3) Darapti 4) Cesare 

Wszystkie A są B. Żadne A nie jest B. 

Wszystkie A są A. Wszystkie B są B. 

Niektóre B są A. Żadne B nie jest A. 

5) Datisi 6) Baroco 

Wszystkie A są A. Wszystkie A są A. 

Niektóre A są B. Niektóre A nie są B 

Niektóre B są A. Niektóre B nie są A. 

€x>uturat jednak podaje krytykę tych wywodów, mianowicie 
wnioskowania 3) i 6). Mianowicie co do 3), to logika współ- 
czesna uważa tę formę wnioskowania wogóle za tryb chwiej- 
^Yf ?clyż wniosek zawiera w sobie myśl o istnieniu i jest 
po części sądem egzystencjalnym — jako sąd szczegółowy 
— chociaż żadna z przesłanek nie zawiera tego sądu i tej 
myśli, jako sądy ogólne. Co do 6) to zauważa Couturat, 
że wnioskowanie podane przez Leibniza nie jest trybem Ba- 
roco, lecz sylogizmem figury trzeciej, a w tej figurze niema 
trybu aoo, lecz oao (Bocardo); używa więc Leibniz w tym wy- 
padku sylogizmu fałszywego. Fałszywe jest też według Coutu- 
rata odwrócenie sądu o; sądzi on bowiem, że „niektóre A nie 
są B" jest równoznaczne z sądem i: » niektóre A są non-B*, 
a odwrócenie jego jest: » niektóre non-B są A**, różne więc 
od odwrócenia logiki tradycyjnej. 



O Phil. VII. 200. Podobnie Nouv. essais IV. II. §. 1. Couturat: La logi- 
<iue de Leibniz, str. 9 i nast. 



Digitized by 



Google 



— 263 — 

Lecz także formy rozumowania 1) i 2) nie całkiem oka- 
zują użyteczność identyczności. Zawarta jest ona w drugiej 
przesłance: „niektóre A są A". Chodzi jednak a to, cły ta prze- 
słanka jest wyrazem identyczności, skoro podmiotem tego sądu,, 
a więc członem jednym tego stosunku identyczności jest „nie- 
które A" — zaś orzeczeniem, a więc członem drugim stosunku 
identyczności „A" — czy „niektóre A" i „A" jest z sobą iden- 
tyczne, jest osobną kwestją. Jeżeli sąd „niektóre A są A" inter- 
pretować będziemy ze stanowiska sumbsumpcji, oczywiście nie 
zachodzi tu identyczność, bo „A*^ ma zakres większy niż „nie- 
które A"; podobnie ze stanowiska inherencji. Identyczność może 
zachodzić jedynie na stanowisku kwantyfikacji orzeczenia, wteay 
właściwe brzmienie drugiej przesłanki będzie: „Niektóre A są 
niektóre A'' i wtenczas właściwie będziemy mieli istotną iden- 
tyczność. Ale wtenczas sylogizm 1) i 2) nie będą miały wspól- 
nego \vyrazu średniego, bo przesłanka większa ma wyraz średni 
„A^', przesłanka zaś mniejsza „niektóre A''. Podobne uwagi 
można poczynić dla wniosku 5) ; i tu brak jest tego samego wy- 
razu średniego; w pierwszej przesłance jest on „wszystkie A", 
w drugiej zaś „niektóre A". Co do rozumowania 4), to jakkol- 
wiek jest ono prawidłowe, nie prowadzi jednak poza identycz- 
ność, bo skoro, stwierdzając wykluczanie A i B, stwierdzamy 
równocześnie wykluczanie B i A, wniosek jest tylko inną 
formą słowną tego samego, co twierdzi przesłanka. 

Nie udał się tedy dowód Leibnizowi, nie wykazał on też, 
że przy pomocy identyczności można wyjść poza nią samą. 
W istocie jednak sama analiza i sama identyczność nie może 
nąs wyprowadzić poza pierwotne pojęcie. Jeżeli tedy dane po- 
jęcie „A" zawiera jedynie jako treść cechy a, b, c, to analiza 
tego pojęcia nie może wyjść poza te cechy; może ona jeszcze 
raz stwierdzić, że treść jego z nich się składa, ale lo stwier- 
dzenie nie będzie rozszerzeniem naszej wiedzy. Obracać się tu 
musimy jedynie w tem s^mem zamkniętem kole. Inaczej jednak 
rzecz się ma z analizą przedmiotu pojęcia; ptzedmiot bowiem 
pojęcia zdefinjowanego jako (a, b, c), może mieć jeszcze inne 
własności np. (m, n) takie, że wynikają one jako konseku- 
tywne z treści (a, b, c); w szczególności okaże się to, jeżeli po- 
jęcie pierwsze zestawimy w pewien sposób z jakiemś innem 
pojęciem. Te własności (m, n) istotnie wz'30gacają pierwotną 
treść pojęcia, lecz w stosunku do tej treści stają się one wła- 
snościami przyłączonemi drogą syntezy. Tego rodzaju wykro- 



Digitized by 



Google 



— 264 — 

czenia poza treść pierwotną pojęcia (a, b, c), dokonuje mate- 
matyka na każdym prawie kroku. Pierwotną np. treścią „trój- 
kąta" jesf treść wyrażona w definicji: „trójkąt jest to płasz- 
czyzna zamknięta trzema prostemi". Analiza tej treści jedynie 
nie może nas wyprowadzić poza nią samą. Lecz istotnie mo- 
żemy wyjść poza tę treść i uczynimy to, zestawiając np. poję- 
cie trójkąta z pojęciem koła. Porównanie treści tych dwóch 
pojęć prowadzi nas do przekonania, że trójkąt posiada koło 
opisane lub wpisane. A te własności to są nowe, niezawarte 
w pierwotnej treści trójkąta. Oczywistą jest rzeczą, że te nowe 
własności tą drogą zyskane nie zmieniają zakresu pierwotnegfo 
pojęcia; nie czynią teg^o bowiem wszystkie cechy konsekutywne 
dodane do pierwotnej treści pojęcia. Wskutek tego zdaje się, 
że obok pierwotnych (a, b, c), były też nowe (m, n), implicite 
zawarte w treści pojęcia i że drogą analizy myśmy je stamtąd 
wydobyli. Tymczasem pierwoti^e pojęcie (a, b, c), zmieniło się 
na nowe o treści (a, b, c — m, n), chociaż obydwa zostały 
równoważne t. j. określające ten sam zakres przedmiotów. Isto- 
tnie więc nie analiza wzbogaciła naszą wiedzę, lecz synteza. 

Leibnizem zająć się tu należy jako typowym i klasycznym 
zwolennikiem analizy, uważanej za podstawę wszelkiego rozu- 
mowania matematycznego, on to także we wszelkiego rodzaju 
dowodzie matematycznym starał się wykryć jedynie analizę. Jest 
on bowiem przekonany, że każde twierdzenie da się udowodnić 
analitycznie na podstawie zasady identyczności. Łatwe jest to 
do zrobienia dla prawd „rozumowych"; tutaj anaJityczny do- 
wód polega na tern, że między podmiot a orzeczenie da się 
wstawić szereg pojęć pośrednich takich, iż przejście między 
niemi stanowi identyczność. Podstawą więc wszelkiego dowodu 
jest tu zasada identyczności, która już dowodu nie dopuszcza, 
bo między podmiot a orzeczenie nie da się wstawić nic pośred- 
niego. Jest ona bezwzględnie prawdziwa. Myśl tę przedstawia 
Leibniz wielokrotnie w swych pismach w szczególności : Mona- 
dologja §§. 33, 34, 35, Nouv. essais ks, I. rozdz. II.; Gerhard 
t. VII. str. 295: ...„Ex ideis porro istis sive definitionibus omnes 
yeritates demonstrari possunt exceptis propositionibus identicis. 
quas patet sua natura indemonstrabiles esse et vere axiomata 
dici posse. Yulgaria aiitem axiomata resolutione vel subiecti vel 
oraedicati vel utriusque ad idenłica revocantur sive demonstran- 
tur, ut contrario supponendo apparent idem simul esse et non 
e.^se... Atque hoc unum summumąue est veritatis criterium in 



Digitized by 



Google 



— 265 — 

abstractis scilicet, neque ab experimento pendentibus, ut sit vel 
identica vel ad identicas revocabilis". Podobnie Gerhard t. VII. 
ust. X. str. 299: „Manifestum est ommes propositiones neces- 
sarias sive aeternas veritates esse virtualiter identicas quippe 
quae ex solis ideis vel definitionibus (hoc est terminorum reso- 
lutione) demonstrari vel ad primas veritates revocari possunt 
ita, ut appareat oppositum implicare contradictionem'^ 

Nie całkiem pewnie da się określić, czy za ostateczne za- 
sady dowodów matematycznych uważał Leibniz jedynie zasadę 
identyczności, czy też tą podstawę widział także w pewnikach 
i definicjach. Prawdopodobnie pewniki i definicje matematyczne 
uważał on za ten materjał, który daje punkt wyjścia dla zasady 
identyczności; określają one tą treść, od której na podstawie 
tej zasady można przechodzić od pojęcia do pojęcia. O ile więc 
pewniki i definicje stanowią materjalną podstawę dowodów 
i rozumowania, o tyle sama zasada identyczności jest zasadą 
rozumowania i dowodzenia, jest podstawą, która umożliwia 
przejście od pojęcia do pojęcia. Lecz nie obca była też myśl 
Leibnizowi, że pewniki same dadzą się sprowadzić do zasady 
identyczności, czyli że nie wykluczają jeszcze dowodu. Dowodnie 
świadczy o tem ustęp ostatni rozdz. III. ks. I. Nouveaux essais. 
Lecz aby udowodnić, że zasada identyczności jest jedyną 
zasadą rozumowania, trzeba udowodnić, że wszystkie inne za- 
sady rozumowania dadzą się do niej sprowadzić w ostateczno- 
ści. To twierdzenie w tej najogólniejszej formie jest jednak po- 
dejrzane co do swej prawdziwości. Bo już przy najprostszej 
zasadzie rozumowania, którą stosuje się przy sylogizmie typu 
np. Barbara, zachodzi kwestja, czy mamy tu do czynienia z za- 
sadą identyczności. Już tu można wątpić, czy przedmiot zwią- 
zany jest z wyrazem średnim stosunkiem identyczności, a wyraz 
średni znowu tym samym stosunkiem z orzeczeniem. Te wątpli- 
wości stają się jeszcze poważniejsze przy wnioskach przeczą- 
cych np. typu Celarent, gdzie właściwie większa przesłanka 
stwierdza wykluczanie wyrazu średniego i orzeczenia, więc nie 
opiera się na identyczności chyba, że sądy przeczące przez 
sztuczne ich sformułowanie zechce się koniecznie sprowadzić do 
twierdzących. Już więc w samych pojedynczych przesłankach 
niema tego przechodzenia od pojęcia do pojęcia na podstawie 
identyczności, a jeszcze wyraźniejsze jest to, gdy we wniosku 
od pojęcia S przechodzimy przez M do P. Uważanie identycz- 
ności za jedyną podstawę dowodu byłoby tylko możliwe, gdy- 



Digitized by 



Google 



— 266 — 

byśmy się zgodzili na taką teorję sądów, która stwierdza zacho- 
dzenie identyczności między podmiotem a orzeczeniem. Lecz ta- 
kie twierdzenie nie tylko nie jest oczywiste, ale z pewnością 
spotka wielu przeciwników. 

W przecenianiu analizy i zasady identyczności poszedł 
Leibniz jednak tak daleko, że nie wahał się w zwykłych sądach 
doświadczenia, ,iprawdach doświadczalnych*' (ver(tćs de faits) 
dopatrywać się także przejścia od podmiotu do orzeczenia zapo- 
mocą szeregu członów pośrednich złączonych identycznością. 
Wprawdzie teraz tych członów pośrednich jest nieskończenie 
dużo, dowód więc na zasadzie analitycznej zastosowany do tych 
prawd doświadczalnych jako wymagający nieskończonej ilości 
kroków nie byłby do przeprowadzenia dla człowieka; lecz jest 
on możliwy dla Boga. Lecz w gruncie rzeczy i tu analiza i*za- 
sada identyczności są te same, co przy dowodach dla prawd 
rozumowych. Różnica między dowodem analitycznym dla prawd 
rozumowych a dowodem dla prawd doświadczenia polega jedy- 
nie na ilości pośrednich kroków, lecz nie na jakości tego do- 
wodzenia. Myśl tę również spotkać można w wielu miejscach 
pism Leibniza np. Monadologja §§• 36, 37, Gerhard t. VII. 
str. 295/6; t. VII. ust. XII. str. 309. ' • 

Lecz i do tego rozumowania Leibniza dadzą się zastoso- 
wać uwagi poprzednie odnoszące się do analitycznego dowodu 
dla prawd rozumowych. Co więcej, jeżeli Leibniz przyznaje, że 
celem analitycznego dowodzenia prawd doświadczalnych trze- 
baby dokonać nieskończonej ilości kroków i że może to zrobić 
tylko Bóg, a nie rozum ludzki, to właściwie mamy tu do czy- 
nienia, wychodząc ze stanowiska ludzkiego nie boskiego, z cał- 
kiem innym rodzajem prawd, zasadniczo różnych od pierwszych. 
Są to w istocie dla rozumu ludzkiego prawdy nieoparte na 
zasadzie identyczności, bo rozum ten nie zdoła nigdy wyczerpać 
szeregu identyczności. Są one oparte jedynie na domyśle, że 
w dalszym ciągu analizy zawsze znajdziemy pośrednie człony 
między podmiotem i orzeczeniem złączone zasadą identyczności. 

Ze mamy tu do czynienia jedynie z domysłem tego nie- 
skończonego łańcucha identyczności, przyznać gotów sam Leibniz. 
Ale pod tym względem zostawał on pod zbyt silnym wpływem 
analogji tego domysłu z określeniem liczb niewymiernych za- 
pomocą nieskończonego szeregu, którego suma zdąża do gra- 
nicy równej tej liczbie niewymiernej. W „Specimem inventorum 
de admirandis naturae generalis arcanis** (Gerhard VII. ust. XII. 



Digitized by 



Google 



— 267 - 

str. 309) pisze Leibniz: „Essentiale est discrimen inter veritates 
necessarias sive aeternas et veritates facti sive contingentes, 
differuntque inter se propemodum ut numeri rationales et surdi. 
Nam veritates necessariae resolvi possunt in identicas, ut ąua- 
litates commensurabilei in communem mensuram, sed in veri« 
tatibus contingentibus ut in numeris surdis resolutio procedit 
in infinitum nec umquam terminalur; itaąue certitudo et per- 
fecta ratio veritatum contingentium soli Deo nota est qui infi- 
nitum uno intuitu complectitur''. Analogja mic^dzy liczbą nie- 
>vy mierną a zasadą dla prawdy faktów jest oczywista. Lecz ta 
analogja jest zbyt odległa, aby ją można odnieść bez zastrzeżeń 
do uzasadnienia prawd faktycznych. Jasne jest bowiem, że przy 
określaniu liczby niewymiernej zapomocą nieskończonego sze- 
regu musimy ten szereg zbudować według jednego prawidła. 
Prawidło to g;warantu]e nam, że dowolne, nawet w nieskończo- 
ność biegnące wyrazy szeregu, będą posiadały ścisłe uporząd- 
kowanie i z góry dającą sią obliczyć wielkość. Przy sprowa- 
dzaniu zaś^ prawd faktycznych do szeregu identyczności nie 
mamy żadnej rękojmi, że po pewnej ilości kroków nie napotkamy 
czegoś, co wyklucza identyczność, gdyż nie posiadamy tu pra- 
widła następstwa tych identyczności. Nie posiadając takiego 
prawidła, nie mamy też uzasadnionego prawa przyjmować, że 
każda prawda dotycząca faktów da się rozłożyć na nieskończony 
szereg identyczności, że jest to więc prawda analityczna, a nie 
syntetyczna. 

Tak więc nie można się zgodzić na twierdzenie, że czysta 
dentyczność, czy to w dziedzinie prawd doświadczalnych, czy też 
rozumowych jest wystarczająca. Owszem zmuszeni jesteśmy przy- 
jąć, że dla rozszerzenia naszej wiedzy w jednej jak drugiej dzie- 
dzinie konieczna jest syntezą. Stąd to pochodzi, że Poincarć 
broni tej syntezy w dziedzinie matematyki, a zwłaszcza synte- 
tycznego charakteru indukcji matematycznej, którą uważa za ty- 
powe rozumowanie matematyczne. 

Broni jej Poincare przeciw logice, która za wzorem Leib- 
niza uważa wszystkie prawdy matematyczne za analityczne. Ana- 
lityczny charakter indukcji matematycznej uznają logistycy w tem 
znaczeniu, że stanowi ona część definicji liczby, jest więc w po- 
jęciu liczby zawarta; przypada więc indukcji matematycznej ana- 
lityczny charakter w odniesieniu do pojęcia liczby. Lecz — jak 
poprzednio wykazano — ten analityczny charakter indukcji ma* 
tematycznej w odniesieniu . do liczby nie jest jej konieczną cechą. 



Digitized by 



Google 



— 268 — 

bo przy innem określeniu liczby, niż to robi logistyka, np. 
w sposób Dedekinda, indukcja nie musi zawierać si^ w tern 
pojęciu. Wtenczas jednak można ją wydedukować z pojęcia 
liczby — jak to okazał Dedekind — lecz tu właśnie już może 
powstać kwestja, czy w stosunku do pierwotnego pojęcia liczby 
nie jest już ona syntetyczna w tern znaczeniu, w jakiem np. po* 
siadanie środka koła opisanego jest własnością syntetyczną 
w stosunku do pojęcia pierwotnego koła. 

Również Poincare, broniąc syntetycznego charakteru in- 
dukcji matematycznej, nie przeprowadził właściwie dowodu do 
końca. Przypuśćmy bowiem, że Poincarć ma rację i że udawo- 
, dnił nam, iż indukcja nie da się wyprowadzić z pojęcia liczby. 
Oczywiście udowodnił on wtenczas tylko, że nie zawiera się 
ona w pojęciu liczby, lecz nie dał dowodu, że nie zawiera się 
ona w jakiemś innem pojęciu, że nie posiada bezwzględnie cha- 
rakteru analitycznego. Szkielet jego rozumowania możnaby ująć 
w ten sposób: indukcja matematyczna nie jest analityczna 
w odniesieniu do liczby, nie posiada więc wogóle^ charakteru 
analitycznego, jest więc syntezą i to syntezą a priori. 

Ta ostatnia część twierdzenia Poincarego nsisuwa zaraz 
pytanie: jeżeli indukcja jest syntezą, to w stosunku do czeg-o 
posiada ona ten charakter syntetyczny? Oczywiście Poincare 
jest gotów dać odpowiedź na to pytanie, mianowicie uznać, że 
synteza ta zachodzi w odniesieniu do pojęcia liczby. Indukcja 
matematyczna stwierdzałaby wtenczas pewną własność liczby, 
' ale taką własność, która ani nie jest zawarta w pojęciu liczby, 
ani z tego pierwotnego pojęcia wydedukować się nie da. Wła* 
sność ta byłaby dołączona do pojęcia liczby jako coś zupinie 
nowego, w żaden sposób w niem niezawartego. Lecz wtenczas słu- 
sznie możnaby się pytać o podstawę, jaka umożliwia i uzasa- 
dnia to dołączenie nowej własności do pierwotnego pojęcia. 
Zasada ta musi być tego rodzaju, aby poręczała zarazem ko- 
nieczność tej syntezy i tutaj Poincarć za przykładem Kanta znaj- 
duje tę zasadę w aprioryczności indukcji matematycznej. Przy- 
znając indukcji matematycznej charakter a priori, pragnie Poin- 
carć w ten sposób uzasadnić konieczność syntetyzowania indukcji 
w odniesieniu do liczby. Lecz co znaczy owo „a priori'', nie 
dość jasno jest określone. Najprawdopodobniej aprioryczność 
wzięta tu jest w znaczeniu psychologicznem, jako pewna trwała 
własność naszego umysłu. Twierdzi on bowiem, że takie rozu- 
mowanie jak rekurencja wynika z zasadniczej własności naszego 



Digitized by 



Google 



— 269 — 

umysłu, polegające}* na możności „nieograniczonego powtarza- 
nia jednego i tego samego aktu myśli, skoro tylko akt ten 
możliwy jest raz jeden" ^). 

Jest tu zasadnicza różnica u Poincarćgo między pojmowa- 
niem zasad arytmetyki a pewników geometrji; Indukcję mate- 
matyczną uznaje on za sąd syntetyczny a priori, będący wyra- 
zem koniecznej własności umysłu, pewniki geometryczne za 
umowy, o których przyjęciu lub odrzuceniu decyduje ich do- 
godność. Stanowisko Poincarego jest w tym względzie częścio- 
wym pragmatyzmem, ograniczającym się jedynie do geometrji,, 
jak to wykazał R. Berthelot w ,Un romantisme utilitairc, le 
pragmatisme chez Nietzsche et chez Poincarć", cz. II. rozdz. I.,. 
IV., IX. — Aprioryczność odnosi tedy Poincare jedynie do pe- 
wnej 'dziedziny wiedzy rozumowej i czyni ją przez to częściową^ 

B. Russell, podając recenzję książki Poincarćgo: „Science 
et hypothesc" w Mind XIV. 1905, str. 412, występuje stanow- 
czo przeciwko uznaniu indukcji matematycznej za aprioryczną, 
własność umysłu. Zysk z takiego uznania jest bowiem żaden» 
Umysły są różne między sobą; jeżeli a priori ma być ich wspólną 
własnością, nie da nam to twierdzenie jeszcze pewności co do 
tej własności. Ta wspólna własność staje się wtenczas wspólną, 
iluzją i ta iluzja ma być punktem wyjścia dla wszelkiej pewnej 
wiedzy I To zdanie Russella jes^t uzasadnione; nie można bo- 
wiem budować prawdziwej wiedzy jedynie na psychologicznych 
podstawach własności umysłu, zasady matematycznego rozu- 
mowania, jak wogóle myślenia logicznego, nie mogą być oparte 
jedynie na własnościach psychologicznych, co zresztą udowodnił 
Husserl («Logische Untersuchungen"), ale wymagają pewnej 
objektywizacji, niezależnej od własności psychicznych związanych 
chociażby z całym gatunkiem ludzkim. 

Jeżeli Poincarć znów bierze a priori w znaczeniu Kanta^ 
to wysuwa się nowa trudność. Mianowicie sądy syntetyczne 
a priori, miały u Kanta zabezpieczenie swej objektywizacji w jego 
idealizmie. Tam a priori jest nie psychologiczną własnością 
umysłu, ale formą poznania w znaczeniu prawa, według któ- 
rego poznanie się odbywa. Każdy przedmiot poznania musi się. 
stosować do tych form, bo inaczej wogóle nie będzie on przed- 
miotem poznania. Możliwość poznania tylko przez zlanie się 
formy z materją poręczała u Kanta, że każde poznanie musi 



^> Poincie: Nauka i hipoteza, str. 17. 



Digitized by 



Google 



— 270 — 

się stosować do czystej formy, objektywizacja więc tego, o czem 
poucza forma, jest tu bezwzględnie konieczna. Lecz takie stano- 
wisko musi być konsekwentne i musi złączenia formy i materji 
żądać od każdego poznania. To też u Kanta wszelkiego rodzaju 
poznanie nasze stosuje się do tych wymogów. Poincare nato- 
miast znalazł poznanie a priori jedynie w odniesieniu do aryt- 
metyki, a właściwie do zasady indukcji matematycznej, na któ- 
rej według niego cała arytmetyka się opiera. Inne dziedziny 
np. geometrja i mechanika, nie mają już poznań a priori, lecz 
tu o wyborze pierwotnych zasad i pewników decyduje dogod- 
ność. Co więcej, nawet w dziedzinie arytmetyki a priori Poin- 
carćgo jest połowiczne, ponieważ tutaj nie zapewnia ono po- 
znaniu, do którego się odnosi^ jego objektywizacji. W polemice 
o definicję liczby z logistykami twierdzi bowiem Poincarć, że 
w arytmetyce, a też w matematyce wogóle, istnieć znaczy nie 
zawierać sprzeczności. Wynika stąd, że chociaż sama zasada 
indukcji matematycznej jest a priori, to jednak to jej a priori 
nie poręcza bezwzględnej konieczności objektywizacji naszego 
poznania. Według tego pojęcia istnienia nie jest wykluczona 
inna arytmetyka, niż dzisiejsza oparta na zasadzie inducjt, by* 
łeby tylko nie zawierała sprzeczności. Wprawdzie arytmetyka 
jeszcze nie znalazła swego Łobaczewskiego czy Riemana, ale 
tak pojęte a priori nie wyklucza tego i nie zapewnia nas ono, 
że musi istnieć tylko jedna arytmetyka, ta, którą obecnie znamy. 

Có się tyczy objektywizacji indiikcji matematycznej, to Poin- 
carć zajmuje — może bezwiednie nawet — stanowisko bardziej 
zbliżone do logistyków niż do Kanta. Można co do objektywi- 
zacji pojęć matematycznych zauważyć pewne wybitne stopnie: 
stanowisko Leibniza i Kanta jako dwie pozycje skrajne, a mię- 
dzy nie wsunięte stanowisko logistyków i Poincarćgo. 

Leibniz^) zastanawia się nad tem, w jaki sposób, na pod- 
stawie jakiej zasady, odbywa się przejście od pojęcia do rze- 
czywistości i przychodzi do przekonania, że pojęcie, które nie 
zawiera sprzeczności jest przez to samo rzeczywistością: „Defi- 
nitio realis est ex qua constat definitum esse possibile nec im- 
plicare contradictionem. Ens necessarium si modo possibile est 
utique existiŁ Hoc est fastigium doctrinae modalis et transitum 
facit ab essentiis ad existentias, a veritatibus hypotheticis ad 



^) Specinem inventorum <3e admirandis naturae ^eneralis arcanis. Ger- 
hard Vn. str. 309. XII. • 



Digitized by 



Google 



— 271 — 

absolutasy ab ideis ad munduIn'^ Co więcej, dowód ontologiczny 
zatrzymuje dla niego swe znaczenie; sądzi on bowiem, że musi 
być „ens, quod a se est, hoc est cuius existentiae ratio in ipsius 
essentia continetur'^ Żąda jednak, by dla ważności dowodu 
ontologicznegb wykazać, że „ens perfectissimum'' nie za- 
wiera sprzeczności wewnętrznej. Dopiero bowiem wtenczas z jeyo 
,,essentia'' wyniknie „existentia". Leibniz jest w tym kierunku 
tak bardzo konsekwentny, że nawet nie przyznaje, jakoby wola 
boża była przyczyną prawd wiecznych. »Ratio veritatum latet in 
rerum ideis, quae tpsi divinae essentiae involvuntur. Et quis dicere 
ausit veritatem existentiae divinae a divina voluntate pendere^. 
Bóg- jest miejscem wszystkich prawdziwych idej, „eius mens est 
ipsa regio idearum sive veritatum". Prawdy te nie są zawisłe 
od jego woli, są one realnością, gdyż są zgodne wewnętrznie. 
Jego wola natrafia tutaj na kres położony jego własną naturą 
logiczna; jest ona w istocie „ens rationale'^ Pośrednio głosi tu 
Leibniz prymat intellektu nad wolą — konsekwencja odwrotna 
niż ta, do której mógł dojść Kant. 

Lecz jeżeli chodziło o zastosowanie tego kryterjum rzeczy- 
wistości, opartego na braku sprzeczności nie do prawd rozu- 
mowych, a więc także matematycznych, ale do prawd doświad" 
czenia — zawahał się Leibniz. Wprawdzie twierdzi on, że nie 
różnią się jedne od drugich swoją istotą, gdyż oba rodzaje 
prawd ostatecznie opierają się na analizie i identyczności. Lecz 
jeżeli chodzi o rzeczywistość, tó nie * wszystko możliwe musi 
istnieć: „Si omnia possibilia existeret nuUa opus esset existendi 
ratione et sufficeret sola possibilitas ^). Tu prócz identyczności 
potrzeba jeszcze wystarczającej racji, którą początkowo Leibniz 
uważa za czysto logiczną, ostatecznie jednak staje się ona tele- 
ologiczną, gdyż Bóg wybiera między możliwościami i realizuje 
najlepsze z nich; tak więc rzeczywistość prawdy faktycznej po* 
lega na zasadzie racji, czyli zasadzie „lepszego*. 

Kant, jak to poprzednio przytoczono, zasadę objektywiza- 
cji pojęć matematycznych widzi w formach wyobrażania i po- 
znania. Nie wystarcza tu brak sprzeczności wewnętrznej, a onto-' 
logja Leibniza znajduje bezwzględną reprobatę. Objektywriość 
znaczy tu powszechność i konieczność, a zyskuje je nasze do- 
świadczenie przez zjednoczenie ma ter j i i formy poznania. Odnosi 
się to zarówno do form wyobrażania, przestrzeni i czasu, jako- 



Couturat, str. 219 (2). 



Digitized by 



Google 



— 272 — 

też do form myślenia, kategoryj. Lecz taki pogląd pociąga jako 
nieodpartą konsekwencję idealizm. Kant akcentu je, że- rzeczy 
w sobie nie są dla nas poznawalne; całe poznanie nasze musi 
się ograniczyć do fenomenów. Jeżeli doświadczenie nabiera 
objekty wności dzięki formom a priori, to zarazem staje się* ono 
czysto fenomenalistyczne bez możności przekroczenia zakresu 
zjawisk i przedostania się w dziedzinę rzeczy samych w sobie. 

Inaczej rzecz się ma z logistyką ; odrzucając syntezę a priori 
i równocześnie przyjmując jako jedyną podstawę matematyki 
czystą analizę/ logistyka, nie chcąc popaść w ontolegi^m, zatrzy- 
muje się przed pytaniem: w jaki sposób zgodne pojęcia i twier- 
dzenia matematyki znajdują swoją objekty wizację ? Logistyka 
poucza, że czysta matematyka w przeciwstawieniu do stosowa- 
nej — operuje jedynie zdaniami hipotetycznemi; jej przedmio- 
tem są same zależności wynikania. „Jeżeli jest x, to jest y" jest 
zasadniczą formułą jej twierdzeń; nigdy zaś nie pyta: czy x Jest 
istotnie? W ten sposób matematyka staje się .hipotetyczno- 
dedukcyjnym systemem", którego przedmiotem jest szereg sto- 
sunków zależności o charakterze czysto formalnym ; z przyjęcia 
pewnych założeń wynikają tu pewne konsekwencje; matema- 
tyka jednak nie bada, czy te założenia i te konsekwencje są 
prawdziwe czy fałszywe. Stąd Russell może twierdzić, że mate- 
matyka jest umiejętnością, w której nigdy nie wie się, o czem 
się mówi, ani też, czy to, co się mówi, jest prawdziwe. Do- 
piero, gdy założenie się sprawdza, także konsekwencje jego 
stają się prawdziwe; ale owo sprawdzanie jest już przed- 
miotem matematyki stosowanej. Tu właśnie zatrzymuje się logi- 
styka z postawieniem pytania, dotyczącego objektywizacji pojęć 
matematycznych. W jaki sposób to się dzieje, że owe hipote- 
tyczne założenia, o których prawdziwość nie chodzi matematyce 
teoretycznej, przecież są prawdziwe i objektywizują się? Dla- 
czego jesteśmy przekonani, że te założenia dadzą się zawsze 
zastosować do naszego doświadczenia; dlaczego nie tylko zało- 
żenia, ale też ich konsekwencje muszą być zgodne z naszem 
doświadczeniem, dlaczego porządek rzeczy ma odpowiadać po- 
rządkowi myślenia? Wszystkie te pytania są granicą, przed 
którą staje logistyka; nie potrzebuje ona na nie dawać odpo- 
wiedzi, tylko dlatego, ponieważ ich sobie nie stawia. 

Jak poprzednio wspomniano, Poincarć waha się między 
Kantem, logistyką, a pragmatyzmem. Objektywizację indukcji 
matematycznej pragnie zapewnić jej apriorycznością; lecz tu 



Digitized by 



Google 



— 273 — 

a priori jest wzięte nie całkiem w tern znaczeniu, co u Kanta* 
Z drugiej strony jego definicja istnienia pojęć matematycznych 
wskazywałaby, że nie chodzi mu o objekt3rwizację pojęć mate- 
matycznych, lecz o owo pojmowanie matematyki jako systemu 
zależności warunkowych na wzór logistyki^ w końcu w dzie- 
dzinie geometrii staje Poincarć na stanowisku pragmatyzmu, 
głosząc zasadę dogodności. Lecz ten wyraz ma u Poincarego 
dwojakie znaczenie; dogodna jest geometrja euklidesowa, gdyż 
jest najprostsza; wewnętrzna budowa i logiczne powiązanie je^ 
twiei^dzeń jest prostsze niż w innych geometrjach; lecz jest ona 
bardziej dogodna też w innem znaczeniu : „ponieważ zgadza się 
zupełnie dobrze z własnościami naturalnych ciał stałych, ciał, 
do których są zbliżone nasze członki i nasze oko i z których 
robimy nasze przyrządy miernicze** (Nauka i hipoteza, str. 47)» 
Tutaj kryterjum dogodności leży już nie w idealnej naturze ge-- 
om^trji, lecz w praktycznem jej zastosowaniu. 

Interpretacja roznmowania indukcyjnej^. 

Formuła indukcji matematycznej zawiera według Poinca* 
rćgo') „zgęszczoną w jedną formułę nieskończoną ilość sylo* 
gizmów". Układają się one jak gdyby w „kaskadę* i są sylo- 
gizmami hipotetycznemi. Mianowicie są one następujące: 

Twierdzenie jest prawdziwe dla liczby 1. 

Jeżeli jest prawdziwe dlą 1, to jest prawdziwe dla 2. 

A więc jest brąwdziwe dla 2. 

Jeżeli jest prawdziwe dla 2,"'to jest prawdziwe dla 3. 

A więc jest prawdziwe dla 3, i tak dalej. 

Wszystkie przesłanki większe są tu zebrane w jedną 
ogólną: 

Jeżeli twierdzenie jest prawdziwe dla n, to jest prawdziwe 
dla n + l. Wtenczas wystarczy sformułować tylko jedną prze- 
słankę mniejszą, np. przesłankę mniejszą pierwszego sylogizmu: 
Twierdzenie jest ważne dla 1, a ona wraz z ową ogólną 
przesłanką większą da już całą kaskadę rozumowań. 

Takie rozwiązanie formuły indukcji matematycznej nie jest 
zupełne. Używając go bowiem, musimy w końcu na jakiejś 
przesłance urwać,- a wtenczas nawet bardzo dużo tych szcze- 
gółowych rozumowań nie jest równoważne z ogólną formułą^ 
Trzebaby po takiem urwaniu dodać jeszcze zdanie, że rozumo- 



') Nauka i hipoteza, str. 14. 

IS 



Digitized by 



Google 



— 274 — 

wanie analogiczne można prowadzić w nieskończoność, ale ^^ła- 
śnie owo zdanie jest znowu ogólną przesłanką samej formuły 
indukcji. Istotnego wiqc rozwinięcia formuły niema tu. Nie da 
się tu ono osiągnąć przez takie rozkładanie na nieskończoną 
ilość sylogizmów jeszcze z innego powodu. Każdy bowiem po- 
jedynczy sylogizm udowadnia, że twierdzenie dane odnosi si^ 
do pewnej, jednej liczby, ściśle określonej co do wielkoścL Gdy- 
byśmy nawet w ten sposób przeszli zapomocą nieskończonej 
ilości kroków nieskończoną ilość liczb, to udowodnilibyśmy, ze 
twierdzenie odnosi się do każdej z nich; zosobna. Lecz foraiuła 
indukcji matematycznej nie chce udowodnić czegoś o każdej 
liczbie zosobna, nie chodzi tu o to, że twierdzenie da się zasto- 
sować do pewnej liczby pojedyi^czc^ określonej wielkości, ani 
nawet, że ważne jest ono dla zbioru liczb jako pojedynczych 
osobników. Twierdzenie, o którem formuła indukcji matema* 
tycznej mówi, ma się odnosić do liczb wogóle jako takich.^ Na- 
turalhą jest rzeczą, że skoro pewne twierdzenie odnosi się do 
liczb jako liczb, bez względu na ich wielkość, to odnosi się ono 
zarazem do każdej liczby pojed3mczej, wziętej zosobna. Lecz 
w ogólnej formule indukcji matematycznej właściwie nie chodzi 
o to odniesienie twierdzenia do indywiduów, lecz do całoścL 
Odniesienie do indywidualnych liczb jest zastosowaniem ogól- 
nego twierdzenia w poszczególnym wypadku; rozkładając tedy 
ogólną formułę na pojedyncze sylogizmy, Poincarć przedstawia 
zamiast właściwej formuły jej zastosowanie do szczegółów. 

Przy interpretacji i rozwinięciu formuły indukcji chodzi 
o takie jej przedstawienie, aby ono było zupełnie równoważne 
formule ogólnej, a jednocześnie wydobyło na jaw. istotne zna- 
czenie tego rozumowania, wyświetlenie jego, natury. Według 
sformułowania, podanego zgodnie zarówno przez logistyków jak 
Poincarćgo, w rozumowaniu tem należy rozróżnić dwie przesłanki: 

Przesłanka pierwsza zawiera to samo twierdzenie, co wy- 
nik, jednak odnosi to twierdzenie do pewnej liczby szczegóło- 
wej np. do 1. Ponieważ w wyniku to samo twierdzenie już 
odniesione jest do wszystkich liczb, więc pochodzi stąd powód 
dla utrzymywania, że mamy tu do czynienia z uogólnieniem. 

Co do przesłanki drugiej, którą Poincarć nazywa większą, 
to zauważyć tu trzeba, że liczba n, do której ona stosuje twier- 
dzenie, jest dowolną co do swej wielkości. O wielkości jej ni- 
czego nie potrzebujemy wiedzieć i przesłanka co do niej ani 
pośrednio, domyślnie, ani bezpośrednio nie czyni żadnych za- 



/ Google 



Digitized by ^ 



— 275 — 

strzeżeń. Jeżeli pewne zastrzeżenia co do wielkoici n zostały 
poczynione, to dowiadujemy się o nich nie z samej przesłanki, 
lecz skądinąd (np. zob. Luquet: 1. c w.). 

Pewne zastrzeżenie jest uczynione co do liczby n -{- 1 » 
mianowicie ma to być liczba następująca po n, czyli słowami 
Dedekinda, ma być obrazem liczby n dokonanym według^ czyn- 
ności odwzorowującej cp. Rozumowanie tedy na podstawie in- 
dukcji jest związane w jakiś sposób z owem odwzorowaniem. 
Okazuje się, że w każdej liczbie musimy rozróżnić dwa mo- 
menty : jej wielkość i sposób jej odwzorowania. Co do wielko- 
ści liczby różnią się między sobą, natomiast co do odwzorowa- 
nia różnić się nie mogą, gdyż jedno prawidło odwzorowania 
ważne jest dla wszystkich liczb. Jeżeli tedy abstrahujemy od 
wielkości, każda dowolna liczba jest równoważna z każdą inną; 
wobec tego, że prawidło odwzorowania liczb jest dla nich 
wszystkich jednakowe, możemy twierdzenie, które nie dotyczy 
wielkości liczb, ale tylko odwzorowania ich, odnoszące się do 
jednej liczby, rozciągnąć na wszystkie. To jest właśnie istotne 
znaczenie indukcji matematycznej, a w tej interpretacji prze- 
słanka większa znaczy, że twierdzenie dane nie zależy od wiel- 
kości liczby, ale zależy ono w pewien sposób od odwzorowania. 
Formuła indukcji matematycznej rozwija się tedy w nastę- 
pujący sposób: 

1. Twierdzenie dane jest wune dla pewnej liczby np. dla !• 

2. Twierdzenie nie zależy od wielkości liczby^ ale od od- 
wzorowania; ponieważ odwzorowanie to jest jednakowe dla 
wszystkich liczb, więc 

3. skoro odnosi się ono do jednej liczby — odnosi się do 
wszystkich liczb. 

Możnaby tutaj podnieść, że przesłanka 1) jest zbyteczna, 
bo skoro odwzorowanie jest wszędzie jednakowe, to co tylko 
ocf niego zależy, musi stosować się do wszystkich liczb. Lecz, 
na ogii rzecz biorąc, takby było, gdyby twierdzenie dane wy- 
nikało lub dało się wyprowadzić drogą dedukcji z odwzorowania. 
Wtenczas oczywiście wszystko, co z odwzorowania wynika, musi 
się odnosić do wszystkich liczb zbudowanych na podstawie tego 
odwzorowania. Lecz niema zwykle dla nas między odwzorowa- 
niem a twierdzeniem stosunku wynikania; ich zależność jest najc^ 
śdej tego rodzaju, że twierdzenie jest zgodne z odwzorowaniem; 
między twierdzeniem (np. przy dowodzie prawa przemienności, 
rozłąezności i t. p.) a odwzorowaniem nie daje rię zwykle wy^ 



Digitized by 



Google 



— 276 — 

kryć jakiś związek logicznego wynikania polegającego na tern, 
ie z samego pojęcia odwzorowania owo twierdzenie da się wy- 
dedukować. Dlatego właśnie konieczna tu jest jeszcze przesłanka 
pierwsza, która udowadnia, że twierdzenie mimo tego, iź nie 
wykrywamy tego związku, jednak odnosi się do liczby np. 1. 
Przesłanka druga powiada nam wtenczas, że, jeżeli ono odnosi 
się do pewnej liczby (1), to, nie ze względu na jej wielkość, 
lecz ze względu na to, co .ta liczba ma wspólnego z każdą inną. 
A stąd wniosek, że odnosi się ono do każdej liczby bezwzględnie. 
' Pod względem logicznego stosunku odwzorowania do udo- 
wadniemego twierdzenia nie spotykamy tu jednak zasadniczej 
różnicy między tem rozumowaniem a rozumowaniem matematycz- 
nem wogóle. Przekonaliśmy się bowiem poprzednio, że w mate- 
matyce z czystej definicji, t. j. z tych jedynie cech, które wylicza 
definicja, dojść możemy do pełniejszego w treść pojęcia, posia- 
dającego prócz cech podanych przez definicję, ponadto inne — 
nie drogą analizy tych cech, drogą kontemplacji dedukcyjnej, 
ale drogą syntezy, polegającą na tem, że dane pojęcia zestala 
się z innem; z tego ich stosunku wynika nowa własność, wzbo- 
gacająca treść pierwotnego pojęcia. Podpbnie i tu z samego 
pojęcia odwzorowania drogą dedukcji czystej, bez pomocy in- 
nych pojęć nie możnaby wyjść poza daną treść; jeżeli jednak 
to pojęcie odwzorowania zestawiamy w pewien sposób z innemi 
pojęciami, jak pojęciem dodawania, równości i t. p. — to prze- 
konamy się, że stosunek tych pojęć doprowadza do pewnego 
prawa np. przemienności, stosującego się do wszystkich liczb, 
do których mają zastosowanie owe pierwsze pojęcia. 

W indukcji matematycznej tedy, poniekąd ułatwiamy sobie 
zadanie. Postępujemy tu bowiem w następujący sposób: udo- 
wadniamy, że twierdzenie, o którego dowód chodzi, stosuje się 
do danej jednej liczby i to jest przesłanka pierwsza; następnie 
w przesłance drugiej udowadniamy, że, jeżeli to twierdzdhie 
stosuje się do jednej liczby, to dzieje się to nie ze względu na 
jej wielkość, na ilość jednostek w niej zawartych, lecz ze względu 
na te właściwości, które posiada ta liczba; w ten sposób ta 
pojedyncza liczba staje się niejako reprezentantem wszystkich 
innych i to, co odnosi się do niej, musi zarazem odnosić się do 
wszystkich innych. Posługując się ową liczbą, jako reprezen- 
tantem innych liczba ułatwiamy sobie normalne postępowanie 
dowodowe. W tym bowiem normalnem postępowaniu należa- 
łoby stestawić np. pojęcie liczby, dodawania, przemienności. 



Digitized by 



Google 



— 277 — 

i może jeszcze jakieś inne pojęcia pomocnicze i wykazać ich 
wzajemną zależność, czyli jedno z nich np. wydedukować z in- 
nych. Wtenczas ów reprezentant jako pośrednik w dowodzeniu 
odpadłby zupełnie. W ten sposób w istocie udało się przepro- 
wadzić dowód, że z pojęcia liczby, prawa przemienności, roz- 
łączności, wynika pojęcie takich działań, jak dodawanie, mnoże- 
nie. Czasem jednak ta normalna droga dowodzenia matema- 
tycznego jest zbyt uciążliwa, albo nawet całkiem dotąd nie- 
znana. Wtenczas prowadzi się dowód przy pomocy owego re- 
prezentanta liczb, jak to czyni indukcja matematyczna. 

Z takiego przedstawienia inclukcji matematycznej wynika, 
że nie jest ona rozumowaniem uogólniającem. Nie kroczymy tu 
od szczegółów do ogółu. Pozory tego posuwania się od liczby 
do liczby stwarza przesłanka druga, która jest sformułowana 
pozytywnie, podczas gdy właściwe jej zadanie jest negatywne 
t. j. udowodnienie, że stosowalność twierdzenia do jednostko- 
wej liczby nie zależy od wartości ilościowej tej liczby. Takie 
jednak pozytywne sformułowanie jej jest dla matematyka bar- 
dzo wygodne, bo, zamiast kazać mu poruszać się na terenie 
jakościowo -logicznym, sprowadza go na* teren ilościowy. Ne- 
g^atywne sformułowanie przesłanki drugiej bowiem żąda opero- 
wania pojęciami innemi niż ilościowemi, wobec których właśnie 
zajmuje stanowisko wykluczające; przenosi ono całe dowo- 
dzenie na teren analizy logicznej pojęć z terenu rachowania 
wielkościami. Pozytywne natomiast sformułowanie tej przesłanki 
właśnie pozwala operować liczbami n, n -{- 1, jako ilościowemi 
pojęciami, sprowadza więc cały dowód na teren rachunkowy^ 
przez co znacznie ułatwia zadanie matematykowi. W istocie tedy, 
jak w innych dziedzinach, matematykowi stosującemu pewne 
rozumowanie, chodzi nie o owo samo rozumowanie, jego lo- 
giczną stronę; nie bada on istotnego wewnętrznego znaczenia 
swoich rozumowań i nie szuka dla nich sformułowań odzwier* 
ciedlających ich istotę. Jemu chodzi tylko o ich stosowalność, 
o to, aby, posługując się niemi jako narzędziem swej pracy, 
doszedł do wyników pewnych. Dlatego dla swego narzędzia 
dobiera formę najdogodniejszą ze stanowiska jego stosowalno* 
Sci, najdogodniejszą dla przeprowadzenia technicznych operacyj. 
Natomiast treść rozumowania i jego wewnętrzna istota jest 
przedmiotem badań logiki, która sformułowanie wybiera nie ze 
względu na dogodę stosowalności technicznej, lecz ze względu 
na istotną treść samego rozumowania. 



Digitized by 



Google 



WŁADYSŁAW SZUMOWSKI. 



Filozofja medycyny jako przedmiot 
uni\iyersytecki. 



Z początkiem letnies^o półrocza r. sz''. 1919/20 została 
utworzona w Krakowie na wydziale lekarskim zwyczajna ka- 
tedra M^istorji i filozofji medycyny". Jest to pierwsza w Polsce 
i w Europie i jedyna dotąd katedra, która nosi taką nazwę ^). 

Podobne katedry (j^^^ ^^^ woj^óle zresztą bardzo mało) 
w innych krajach noszą nazwę albo katedr ^^historji medycyny*, 
jak w Niemczech, albo ^^bistorji medycyny i chirurgrji", jak we 
Francji. Rosyjska ustawa uniwersytecka z r. 1884 przewidy- 
wała etatowe katedry ,historji i encyklopedji medycyny". Usta- 
wa Szkoły Główne] Warszawskiej mówiła o „his^orji^ encyklope- 
dji i metodologji medycyny, oraz urządzeniach lekarskich". Przy 
organizacji wydziałów lekarskich w niepodległej Polsce liczne 
argumenty przemawiały za nadaniem katedrze nazwy katedry 
„historji i filozofji medycyny". Argumenty te wyłuszczyłem 
częściowo w artykule „Historja i filozofja medycyny, jako przed- 
miot studjów lekarskich"^), częściowo zaś w memorjałach nie- 
drukowanych, które we właściwych miejscach złożyłem. 

Cała ta sprawa jednakże, a przedewszystkiem sprawa „fi- 
lozofji medycyny* dla wielu dotąd jest nipjasna, budząc wątpli- 
wości zarówno wśród filozofów, którzy rzadko kiedy mogą 
i chcą sią zajmować nauką tak specjalną, jaką jest medycyna, 
jak teź i wśród lekarzy, którzy w nawale zająć praktycznych 
nie mają zazwyczaj czasu nie tylko na zajmowanie się filozofią, 
ale nawct na objęcie całokształtu medycyny. Dlatego wydajt 



^) Artykuł niniejszy nadesłany zc^tał redakcji w grudniu 1920. Analo- 
giczne katedry zostały utworzone później i na innych polskiich wydziałach 
lekarskich. 

2) .Gazeta Ukarska" 1919 Nr. U 



Digitized by 



Google 



— 279 — 

mi się rzec2ą konieczną zebranie wszystkich argumentów w je- 
dną całość i wyczerpujące ich przedstawienie. 

Przedewszystkiem zauważyć trzeba, że współczesne 
wydziały lekarskie nie dają medykowi poglądu na me- 
dycyna jako całość. Na wszystkich niemal wydziałach lekar^ 
skich medyk zaczyna studja ocirazu od anatomji i przechodzi 
potem kolejno dalsze przedmioty, aź do przedmiotów klinicznych. 
Każdy przedmiot stanowi zamkniętą w sobie całość i nie 
zawsze ściśle si^ łączy z innemi przedmiotami. Niekiedy przed- 
mioty nawet nawzajem si^ zwalczają. O medycynie, jako o ca- 
łości, medyk si^ właściwie nic nie dowiaduje. Wprawdzie w miarę 
posuwania się naprzód w studjach może siq wytwarzać w umy- 
śle medyka pewna synteza, ale do trafnej i naukowej syntezy 
niewątpliwie brak medykowi przedmiotu, któryby krytycznie do 
syntezy dochodził i wyniki wszechstronnie oświetlał. Dodać tez 
trzeba, że o ile kierunek studjów historycznych lub filozoficz- 
nych wytwarza w umysłach młodzieży zdolność do myślenia 
syntetycznego, o tyle studja przyrodnicze i lekarskie przede- 
wszystkiem usposabiają do analizowania. Dlatego tem trudniej 
powstege w umyśle medyka samorzutny trafny pogląd na ca- 
łość medycyny. 

Gdybyśmy sobie wyobrazili całokształt nauk lekarskich^ 
^wykładanych zazwyczaj na wydziałach lekarskich, jako jedno 
g-rube dzieło, składające się z wielu rozdziałów, to możnaby 
powiedzieć, że w tem dziele brak pierwszego i ostatniego roz- 
działu; brak wstępu i zakończenia, wstępu dla tych, którzy 
rozpoczynają studja lekarskie i zakończenia dla tych, którzy je 
kończą. Nie przesądzając szczegółów, o których będzie mowa 
dalej, możemy już na pierwszy rzut oka zaznaczyć, że we wstę- 
pie powinien cz)rtelnik znaleźć ogólny pogląd na całość zawodu 
lekarskiego i jego zadania, a także rady i przestrogi dla tych, 
co się chcą medycynie poświęcić; w zakończeniu powinny być 
przedstawione metody i błędy myślenia lekarskiego na podsta- 
wie rozbioru materjału już znanego w zestawieniu z historją 
i wogóle powinna być podana synteza przerobionej całości. 

Brak tych dwóch rozdziałów sprawia, że lekarze stal# 
łatwo wpadają w peWne błądy. Typowym przykładem chaosu, 
jaki panuje w umysłach wielu lekarzy, już dyplomowanych, jest 
znane dzieło Weresajewa p. t. „Zwierzenia lekarza^. Tematy, 
omawiane feljetonowo przez Weresajewa, nie są dotąd przed- 



Digitized by 



Google 



— 280 — 

miotem naukowych wykładów na wydziałach lekarskich — 
z wielką szkodą dla | całości wykształcenia lekarskiego. 

Wielu lekarzy już podczas studjów uniwersjrteckich wy- 
biera sobie pewną specjalność, pewien rozdział i potem całe 
życie pozostaje w jego obrąbie, nie interesując si^ rozdziałami 
innemi i mając wręcz fałszywy pogląd na całość medycyny. Tym 
sposobem chirurdzy i przedstawiciele tych specjalnością które 
się opierają na metodach chirurgicznych, zapatrzeni w ścisłość 
i dokładność ;swoich metod, bardzo często nie doceniają war- 
tości medycyny wewnętrznej. Interniści zaś, którzy pragną 
;wszelkiemi siłami uczynić ze swojej specjalności naukę ścisłą, 
zb)rt często wpadają w przesadny racjonalizm nawet tam, gdzie 
wszystko właściwie jest oparte jeszcze na empirji. Nie brak też 
przykładów zupełnego wypierania się zasad współczesnej me- 
dycyny naukowej, wskutek nieznajomości historji, a pod wpły- 
wem przeczytanego jakiegoś dzieła z zakresu homeopatji, ma- 
gnetyzmu zwierzęcego lub spirytyzmu. 

I nie można si^ dziwić, że tak jest. Współczesny lekarz, 
otrzymując dyplom lekarski, o ile z własnej pilności nie odda- 
wał się lekturze historyczno - filozoficznej, nie ma pojęcia 
o tem, co jest racjonalizm, a co empiryzm w medycynie, co jest 
fizjatrja, a co metodyzm i ' w ciągu swojej praktyki lekarskie 
zupełnie sobie sprawy nie zdaje, że raz postępuje racjonalnie, 
a innym razem empirycznie. A jednak spór racjonalizmu z em- 
piryzmem należy w historji medycyny do najbardziej zażartych 
sporów, wiecznie się powtarza i zapewne nieprędko ustanie. 
Wpadanie zaś w praktyce lekarskiej w przesadny racjonalizm 
lub w przesadny empiryzm pociąga za sobą następstwa już 
czysto praktyczne — dla zdrowia chorego. 

Trudno się dziwić, że współczesne t. zw. przyrodolecz- 
nictwo wpada łatwo w stare błędy metodyzmu Asklepiadesa, 
Temisona i Tessala, albo że wogóle mamy jeszcze tu i ówdzie 
lekarzy homeopatów i apteki homeopatyczne, albo że we Fran- 
cji cieszy się powodzeniem dzieło dra Le Bec*a (1917) p. t. 
»Preuves mćdicales du miracle — ćtude cliniąue", skoro pod- 
czas studjów lekarskich nikt nie uprzedza medyka, że i w me- 
dycynie istnieje sekciarstwo i wogóle nikt nie nauczył medyka 
choć troszkę filozoficznie myśleć. 

Środkowe rozdziały dzieła „medycyna*, w których jest 
wykład- właściwej medycyny, są dzisiaj tak obszerne, że nie- 
sposób wymagać od przedstawicieli tych rozd7iałów, żeby wy- 



Digitized by 



Google 



— 281 — 

kraczali poza ramy chwili obecnej i przedstawiali minione dzieje 
i bł^dy myśli lekarskiej, tembardziej nawet, że wszak do teyo 
potrzeba specjalnych studjów historyczno -filozoficznych. Na to 
są potrzebne osobne rozdziały. 

Już z tego, co dotąd powiedziałem, wynika, że te braku- 
jące rozdziały, pierwszy i ostatni, muszą mieć poniekąd charakter 
filozoficzny.* Dając krytyczny pogląd na całość, jej rozwój, me- 
tody i bł^dy, rozdziały te mają to Famo znaczenie w stosunku 
do medycyny, jakie ma filozof ja w stosunku do całokształtu nauk 
wfogćle. Tym sposobem już na podstawie tego, co dotąd po- 
"wiedziano, moźnaby twierdzić, że termin „filozofja medycyny" 
jest uzasadniony. Ale są i inne poważne argumenty. 

Piśmiennictwo lekarslye, zwłaszcza polskie, posiada już 
dawno szereg dzieł i rozpraw, które według używanej w nich 
terminologii należą do zakresu logiki medycyny, teorji pozna* 
nia lekarskiego, psychologji lekarskiej, etyki lekarskiej. Oczy- 
wiście, całokształt tych przedmiotów może być objęty 
w sposób zupełnie naturalny wspólną nazwą „filozofji 
medycyny" podobnie, jak filozofja wogóle obejmuje logikę, 
tcorję poznania, psychologję, etykę i t. p. 

Prócz tego istnieje w medycynie kilka przedmiotów oraz 
nazw, często spotykanych, jak encyklopedja, metodologja, pro- 
pedeutyka, hodegetyka medycyny. W Polsce dobrze znany jest 
wyraz „propedeutyka'' lekarska na oznaczenie przedmiotu 
wstępnego, który częściowo spełnia rolę tego pierwszego roz- 
działu, o którym mówiliśmy wyżej. Ustawy austrjackie mówiły 
o kursie hodegetyki, t. j. przedmiotu, któryby medyka wpro- 
wadzał na drogę studjów lekarskich. Kilkadziesiąt lat temu wy- 
kładano na uniwersytetach niemieckich i rosyjskich encyklope- 
dję i metodologię; stąd znane dzieło Pagela „Einfilhrung in 
das Studium der Medizin* ma podtytuł „Encyklopadie und Me- 
thodologie**. Przedmioty te przewiduje także ustawa Szkoły 
Głównej Warszawskiej ^). Jakkolwiekbyśmy chcieli wszystkie te 
przedmioty definjować, maią one zawsze to wspólnego, że są 
przedmiotami ogólnemi, obejmującemi całość, łatwo dają się 
więc podciągnąć pod wspólne miano „filozofji medycyny**. 

Dodać należy, że i analogja z innemi dziedzinami wiedzy 
wymaga, by na wydziałach lekarskich był przedmiot, mający 

^) Zauważyć tylko należy, że przez «metodologj<;" pojmowano wtedy 
•metodę studiowania", nie zaś dział logiki. 



Digitized by 



Google 



— 282 — 

zą specjalny cci rozważanie medycyny jako całości, inne wy- 
działy bowiem podobne wykłady posiadają. Tak na wydziale 
prawnym wykłady encyklopedji i f ilozofji prawa należą do wy- 
kładów podstawowych ; spotykamy także w programach kursy 
encyklopedji ekonomji politycznej. Na wydziałach filozoficznych 
znane są podstawowe .wykłady, jak wst^p . do f ilozofji, wstęp 
do matematyki, wstęp do językoznawstwa. Na wydeiałach teo* 
logicznych spotykamy wykłady encyklopedji i metodologji teolo- 
gicznej. Nawet technika współczesna uznaje potrzebę wykładów 
ogólnych, wprowadzając wykłady encyklopedji techniki. 

Prąd filozofujący, który usiłuje wprowadzić na wydziałach 
lekarskich filozofję medycyny, ma na swoje poparcie także cały 
szereg istniejących „filozof ij* innych dziedzin, starszych i młod- 
szych, jak filozofję prawa, filozofię religji, filozofję matematyki, 
filozofję sztuki, filozofję architektury, filozofję muzylci, filozofję 
przyrody, filozofję botaniki, filozofję świata organicznego i t. d. 
Już sama analogj^ wskazywałaby, że jest możliwą 
i filozofja medycyny. 

Ostateczna sankcja, udzielona terminowi „filozofja medy- 
cyny^ przez wydział lekarski Uniwersytetu Jagiellońskiego^), 
oraz przez polskie Ministerstwo Oświaty jest zresztą tylko 
uwieńczeniem pięćdziesięcioletniej działalności całej szkoły, którą 
nazwałem^) polską szkołą filozoficzno -medyczną (Tytus Chału- 
biński, Henryk Hoyer sen., Zygmunt Kramsztyk, Henryk Nus- 
baum, Edmund Biernacki, Władysław Biegański i in.), a nie 
stworzeniem nowej dziedziny nauki. Nauka została stworzona 
przedewszystkiem w Polsce przez wymienionych autorów, któ- 
rzy też wielokrotnie dowiedli słuszności i użyteczności rozwa- 
żań filozoficznych w medycynie, było zaś rzeczą uniwersytetu 
i ministerstwa jedynie nazwę przedmiotu ostatecznie sankcjo- 
nować. 

Gdybyśmy zresztą nawet nif wprowadzali żadnej filozofji 
medycyny jako przedmiotu uniwersyteckiego i pozostawili 
wszystko tak, jak by!o do tej pory, gdybyśmy nawet zupełnie 
przekreślili całą działalność polskiej szkoły filozoficzno-medycz- 

*) Później takie wydział lekarski. Uniwersytetu warszawskiego udzie* 
Kł drowi Henrykowi Nusbaumowi veniam legendi z zakresu „filozofji i logiki 
lekarskiej", a wydział lekarski Uniwersytetu poznańskiego powierzył katedrę 
historji i filozofji medycyny prof. drowi Adamowi Wrzoskowi. 

^) W art. .Parę słów o polskiej szkole filozoficzno-medycznej". Polski 
Miesięcznik lekarski 1917 Nr. 5. 6, 



Digitized by 



Google^ 



— 283 — 

nej, to zawsze jednak przy bliższem zastanowieniu stwierdzić 
musielibyśmy, że sam wykład tylko te] strupy nauk, która nosi 
nazwę medycyny, bez jakiegokolwiek kursu filozoficznegro i bez 
jakichkolwiek rozważań filozoficznych, już wystarcza, żeby sze- 
rzyć pewien pogląd filozoficzny. Sama medycyna bez filo- 
zofji podsuwa pewne poglądy filozoficzne, oczywiście 
błądne, gdyż do rozwiązywania zagadnień filozoficznych nie 
może być powołana medycyna. Mianowicie, nauki lekarskie 
same przez się bardzo łatwo podsuwają materjalistyczny pogląd 
na świat. 

Już z dziejów filozofji wiemy, że lekarze niejednokrotnie 
byli gorliwymi, obrońcami materjalizmu. Na przełomie wieku 
XVIL i XVIII, lekarz Pankracy Wolff uczył, że myśli są tylko 
mechanicznemi czynnościami ciała ludzkiego, w szczególności 
mózgu. Lekarz Lamettrie w kilkadziesiąt lat później zauważył 
sam na sobie podczas choroby gorączkowej, jaką przebywał, 
że uderzenia krwi do głowy wywierają wpływ na myślenie 
i wyprowadził stąd wniosek, że organizacja cielesna dostate- 
cznie tłóma^zy funkcje psychiczne. Lamettrie sądzi, że zagadnie- 
nie to powinno być rozstrzygane przez lekarzy. „Jedynie do- 
świadczenie i obserwacja — mówi Lamettrie — powinny być 
naszymi przewodnikami; a mają je lekarze, którzy byli filozo- 
fami, nie mają zaś filozofowie, którzy nie byli lekarzami. Jedy- 
nie lekarze, którzy spokojnie obserwują duszę ludzką zarówno 
w jej wielkości, jak i w jej nieszczęściu, mają prawo tu głos 
zabierać. Co mają tu do powiedzenia inni, a zwłaszcza teolo- 
gowie ?*• 

„Rozmaite temperamenty, pochodząc z przyczyn czysto 
fizycznych, określają charakter człowieka. W chorobie dusza się 
zaciemnia, niekiedy się rozdwaja, niekiedy dochodzi do stanu 
zupełnego ogłupienia. Wyzdrowienie głupca sprawia, że z niego 
się robi rozsądny człowiek. Największy zaś genjusz często staje 
się głupi i wtedy nikną wszystkie piękne umiejętności, nabyte 
z takim wielkim trudem^... 

W podobnym duchju uczy na przełomie XVIII, i XIX. w. 
inny lekarz francuski Cabanis, który widzi bezustanny wza- 
jemny wpływ stanów duchowych (le morał) i stanów cielesnych 
(le physique). Przedstawienia są wydzieliną mózgu, podobną do 
wydzieliny innych narządów. Od czasu Cabanisa f izjologja, mó- 
wiąc o czynnościach psychicznych, sprowadza je do czynności 
układu nerwowego, niezależnie od tego, jakie poglądy filozo- 



Digitized by 



Google 



— 284 — 

ficzne poszczególni fizjologowie wyznają. A ponieważ bardzo 
cz<2sto fizjologowie, jak również i lekarze, którzy się uczą fizjo- 
logii, żadnego przygotowania filozoficznego nie mają, przeto 
fizjologja od tej pory przyczynia si^ do szerzenia materjalizmu. 

Doktryna ta znalazła na płoczątku wieku XIX. poparcie 
w frenologji lekarza Galla, który uczył, że poszczególne władze 
psychiczne, popędy i zdolności mają osobne, właściwe sobie 
.organa^, czyli siedliska w mózgu, oznaczające si^ na po- 
wierzchni czaszki odpowiedniemi wypukłościami. Współpracow- 
nik Galla, lekarz i anatom Spurzheim, w pracach swoich nad ana- 
tomją mózgu osobników normalnych, jak też i chorych umysło- 
wo, wypowiada przekonanie, że życie psychiczne, jak też choroby 
umysłowe, są jedynie następstwem ąnatdmicznego stanu mózgu. 

Tym sposobem „materjalność^^ życia duchowego była, jaic 
się zdawało, ostatecznie dowiedzioną i nie budziła, przynajmniej 
wśród lekarzy, żadnych więcej wątpliwości. W wieku XIX. pły- 
nie w nauce szeroki prąd materjalizmu, podsycany zarówno 
przez zdobycze przyrodoznawstwa, jak też i przez ogólny ton, 
panujący niepodzielnie w naukach lekarskich. Każdy lekarz, wy- 
chodzący ze współczesnych szkół lekarskich, pamięta w roz- 
woju swego umysłu okres materjalistycznego poglądu na świat. 
Najbardziej urabiają w tym kierunku umysł .fizjologja mózgu 
i psychopatologja. Profesorowie tych przedmiotów zazwyczaj 
zgodnie podają, że ich nauki obywają się najzupełniej bez do- 
datkowej .hipotezy duszy **, która nic nie wyjaśnia. Gdyby zaś 
nawet tego poglądu wyraźnie nie wypowiadali, to obie te nauki 
są tak skonstruowane, że słuchacz, czy czytelnik sam musi ten 
wniosek wyprowadzić. 

W ten sposób jest rzeczą niewątpliwą, że medycyna, nie 
zajmując się zagadnieniami filozoficznemi, nsu^uca przez samo 
przemilczenie materjalist>'czny pogląd na świat. Materjalizm, jako 
doktryna śmiała, radykalną, jest dotąd nieraz symbolem poste* 
powości. Ma on ten wielki urok, że tłómaczy wszystko bardzo 
jasno i konsekwentnie, jest pewny siebie i jako teorja jest uży- 
teczny. Działalność lekarza pozornie wszędzie go potwierdza. 
To też nic dziwnego, że Pagel, berliński profesor historji medy- 
cyny, nazywał materjalizm »teologją** medyka*). 

A jednak nie potrzeba tutaj długich wywodów na to, żeby 
przypomnieć, że materjalizm jest doktryną błędną. Nauki, które 

1) Pagel, Einfuhrung in das Studium der Medizin, 1899, str. 30. 



Digitized by 



Google 



-T 285 - 

wszechstronnie tp zagadnienie rozpatrują, dochodzą zgodnie do 
przekonania, że materjalizm należy dzisiaj do poglądów osta*- 
tecznie obalonych i przebrzmiałych^). Historyk filozof ji Falken- 
berg wyraża się wprost ironicznie, że pisma materjalistyczne 
w rodzaju Buchnera „Kraf t und Stoff'* służą dzisiaj chyba tylko 
do zaspokojenia wo:nomyślnych porywów młodzieży gimnazjal- 
nej^. Ostateczny cios zadała materjalizmowi współczesna chemja 
fizykalna, wykazując, że atom składa się w całości z elektro- 
nów, t. ]. pewnych sił niematerjalnych, że więc cała tak zwana 
materja w ostatecznej swej budowie daje się sprowadzić do 
układu elektronów, z czegoby wynikało, że bliżsaym prawdy 
byłby nie materjalizm, ale raczej jakiś dynamizm. 

Przedstawiony tutaj, przezemnie wpływ medycyny na krze- 
wienie materjalizmu jest dalszym dowodem, że powinna być 
wykładana lekarzom filozofja medycyny, oparta jednak na zna- 
jomości nie tylko medycyny, ale także i filozofji. 

Dzisiaj Lamettrie nie zaryzykowałby twierdzenia, że lekarz- 
filozof musi być materjalistą, łatwo bowiem byłoby, nie wcho- 
dząc nawet w meritum sporu, wymienić mu dobrze zasłużonych 
lekarzy -filozofów, jak Rudolf Hermann Lotze, Wilhelm Wundt^, 
2 naszych Władysław Biegański i in,, którzy bynajmniej mate- 
rjalistami nie byli. 

Rola, jaką w szerzeniu materjalizmu gra medycyna, jest 
szczególnie znamienna dla medycyny. Gdyby się zastanowić nad 
rolą dziedzin analogicznych, jak technika, rolnictwo lub wogóle 
przyrodoznawstwo, to bodaj trudno byłoby się w nich dopa- 
trzeć cechy podobnej. Zapewne tak samo technik jak prz)rro- 
dnik będzie zazwyczaj daleki od .metafizyki* i będzie skłonny 
brać wszystko „trzeźwo", jednakże ich nauki nie zajmują się 
człowiekiem, który zawsze jest tą główną osią, około której 
obraca się zagadnienie ciała i duszy, kapitalne we wszystkich 
teorjach budowy świata. Medycyna zaś nie tylko od początku 
do końca zajmuje się człowiekiem, ale budzi często, np. w w y 
kładach psychofizjologii lub psychjatrji, szczególne zaciekawic'- 
nie w kierunku omawianego zagadnienia. 

Zagadnienie ostatecznej budowy świata organicznego i nie- 
organicznego ma wprawdzie charakter teoretyczny i należy do 



^) por. Windelband, Lehrbuch der Gcschichte des Philosophie, wyda- 
nie yil. 1916, sir. 540. — Także Fryderyk Albert Lange. Gcschichte der Ma- 
teriaHsmus. ^ 

^ Falcktkberg, „Gesch. der neueren Philos." VI. wyd. str. 560. 



Digitized by 



Google 



— 286 — 

metafizyki, pozornie wi^ nie ma bliższego związku z praktyczną 
działalnością lekarza ; a jednak zajmuje . ono lekarzy nie tylko 
teoretycznie, lecz ma znaczenie Wyraźnie i praktyczne. Już dzieje 
filpzofji wykazują, że materjalizm chodzi niezwykle łatwo w pa- 
rze -z epikureizmem. Materjalistyczny pogląd na świat ma to do 
siebie, że gdy się raz rozpanoszy w umyśle, obejmuje niebawem 
uczucie i wolą i urabia je w sposób zupełnie swoisty. A wła^- 
śnie lekarz jest powołany do rozwiązywania pewnych niezmier- 
nie subtelnycłi zagadnień, w których poczucie etyczne stoi na 
pierwszym planie, a które leżą na pograniczu higjeny, etyki, 
prawa i soJbjologji. Mam tu na myśli cały t. zw. problem se- 
ksualny i wszystkie zagadnienia, z nim związane. 

Nie potrzeba długich wywodów, żeby wykazać całą prze- 
paść, jaka przy tem zagadnieniu dzieli f ilozof ję takiego lekarza, 
jak Lamettrie, od filozofii np. Biegańskiego. Gdy Lamettrie 
najzupełniej usprawiedliwi szukanie pospolitych rozkoszy zmy- 
słowych, Biegański będzie opierał swą etykę na ideałach i cno- 
tach. Innych tedy oczywiście rad udzieli młodzieży Lamettrie, 
a innych Biegański. 

Wpływ lekarza na młodzież w zakresie spraw seksualnych 
jest olbrzymi. Postulat więc wychowania fizycznego i wycho- 
wania moralnego naszej młodzieży wymaga, aby przedewszys^t- 
kiem wychowawcom nie zbywało na właściwem wykształceniu. 

Warto też wogóle przypomnieć o roli lekarzy w społeczeń- 
stwie, jako jedynych nieraz pionierów oświaty, zwłaszcza na 
proMrincji i krzewicieli pewnych idej. Lekai^ bardzo łatwo staje 
się na prowincji ośrodkiem, skąd promieniuje pewRa myśl i pe- 
wien sposób postępowania. Trzeba więc starać się o to, ażeby 
poglądy lekarza stały rzecz}rwiście na poziomie współczesnej 
nauki i żeby jego rady szerzyły zdrowie zarówno pod wzgl^ 
dem somatycznym jak i duchowym. Wykłady filozofji medy- 
cyny, opartej na współczesnej filozofji pnyrody, mogłyby się do 
tego zapewne skutecznie przyczynić. 

Jaka rola w dziejach mjrśli ludzkiej przypada w udziale 
filozofji lekarza, doskonale uchwycił i przedstawił niedawno po- 
wieściopisarz francuski Paweł Bourget w powieści, napisanej 
już podczas wielkiej wojny, przetiómacżonej również na polskie 
p. t. ,,Plony wojny^. Autor przeciwstawia w powieści dwa po- 
glądy na świat, naukowy i moralny. Otóż wyrazicielem poglądu 
naukowego jest lekarz, prof. Ortegue, znakomity chi^rg, człowiek 



Digitized by 



Google 



— 287 — 

lAfielkiej nadki i zarazem skrajny materjalista, »który doszedł do 
absolutnej negacji przez laboratorjum i teatr anatomiczny'' ^). 

Wyznać trzeba, że ogół lekarzy do tej pory ma małe zami- 
łoM^anie do filozof ji, przeciwnie, cz<^ściej nawet u lekarzy mo- 
żnaby spotkać wyraźną niechęć w tym kierunku. Jakkolwiek 
MT Polsce nasza szkoła filozoficzno- medyczna spopularyzowała 
szereg zagadnień filozoficzno -medycznych zwłaszcza z zakresu 
logiki, to jednak i u nas wielu jeszcze lekarzy zachowuje się 
względem wszelkiej filozofji, a w szczególności i filozofji medy- 
cyny raczej wrogo, niż życzliwie. Zapewne taki stan rzeczy ma 
sw^oje usprawiedliwienie. 

Być może, że ta niechęć jest jeszcze dalekiem echem re- 
akcji przeciwko głośnej sto lat temu filozofji przyrody Schel- 
linga, która zdyskredytowała na długie lata filozofję w oczach 
przyrodników i lekarzy swojemi wysnutemi z głowy konstruk- 
cjami, w której pretensjonalnie mówiono o filozofji czaszki, filo- 
zofji kręgosłupa, ba nawet Hoene- Wroński pisał o „filozofji 
cholery* na 50 lat przed odkryciem swoistego zarazka tej cho- 
roby. Prąd materjalizmu, który zapanował w przjrrodoznawstwie 
jako reakcja przeciwko niebezpiecznym, a często wręcz niedo- 
rzecznym konstrukcjom filozofji przyrody, gasił zupełnie zami* 
łowanie do filozofji. To samo materjalizm czyni dzisiaj. Jako 
doktryna prosta, śmiała i radykalna materjalizm krótko $ię za- 
łatwia z wszelką filozofją, odrzucając ją w całości i nazywając 
wszystko ironicznie .mistyką^ lub „metafizyką^. I na tem wła- 
śnie tle rozwija się u naszych łekarzy niechęć do filozofji. 

Zresztą, lekarze najzupełniej przyznają, że młody medyk 
podczas studjów powinien się nauczyć logicznie myśleć. Sądzą 
jednak, że droga do logicznego myślenia prowadzi przez dobre 
eksperymenty i przez dobre wykłady kliniczne, nie zaś przez 
jakąś filozofję albo logikę medycyny. 

Nie będę tutaj w)rtaczał argumentów na obronę logiki 
jako osobive] nauki, ani nie będę dowodził potrzeby kształcę** 
nia formalriego umysłów w uzupełnieniu kształcenia materjal- 



Bourget przedstawia bankructwo materjalistyczne^o posflądu na 
świat i ZM^ci^two poglądu moralnes^o, Zauważyć oczywiście naleźy» że za- 
przeczanie słuszności materializmowi nie musi prow&dzić do konselcwencyi» 
jakie %vyprowadza stąd Bourget przez usta innejfo bohatera powieści dra Mai^ 
sala. Jeżeli prawdą jest, że te dwa pog^lądy na świat są diametralnie prze- 
ciwne» to prawdą jest również, że między dwoma skrajnemi punktami «dia- 
metru* mamy jeszcze — 180 stopni. 



Digitized by 



Google 



— 288 — 

negOf musiałbym bowiem przytaczać elementarne wiadomości 
z dydaktyki, natomiast dla czytelników lekarzy dodam parą 
uwag, więcej lekarskich. 

Niewątpliwie w codziennej praktyce lekarskiej zazwyczaj 
lekarz się obywa bez filozofji. Zwłaszcza to można powiedzieć 
o lekarzach specjalistach, chirurgach, ginekologach, okulistach 
i t. d., dla których umieć i mieć wprawę znaczy niemal wszystko, 
co jest lekarzowi potrzebne. Błędne byłoby jednak mniema- 
nie,, że ci lekarze -praktycy są zupełnie pozbawieni wszelkiego 
filozoficznego poglądu na medycynę. Przeciwnie, ośmieliłbym 
się twierdzić, że każdy lekarz bez wyjątku ma na swój sposób 
pewne, może nieraz mało uświadomione poglądy, które przy 
bliższem zastanowieniu zaliczone być muszą bezsprzecznie do 
poglądów filozoficznych, może czasem — pseudofilozoficznych. 
Nawet ci nieprzejednani wrogowie filozofji mają także swoją 
filozofję. Opiera się ona mianowicie u nich na przekonaniu, że 
zdrowy rozsądek najzupełniej człowiekowi wystarcza i że on 
tylko powinien być kierownikiem lekarza i jego doradcą w po- 
stępowaniu. Mają też ci lekarze swoje poglądy na etykę lekar- 
ską, nieraz także oparte na sankcji zdrowego rozsądku. Otóż 
nikt zaprzeczyć nie może, że są to poglądy filozoficzne — może 
pseudofilozoficzne. Powiem nawet więcej, były nie- w filozofji 
medycyny, ale wogóle w dziejach myśli ludzkiej całe szkoły 
filozoficzne^ które chciały się opierać na zdrowym rozsądku, że 
przypomnę tutaj tylko angielski common sense. 

Dodać jednak zaraz muszę^ kiedy już mówimy o dziejach 
myśli ludzkiej, że w nauce historja zdrowego rozsądku jest 
najczęściej historja jego kompromitacji. Wszak zdrowy rozsą- 
dek uczył, że ^ońce obraca się koło ziemi, a jednak Kopernik 
dowiódł, ze jest przeciwnie. Zdrowy rozsądek powiada, że 
ziemia jest środkiem wszechświata, że ziemia jest czemś zna- 
cznem we wszechświecie, a jednak nauka wykazała, że ziemia 
jest tylko drobnym pyłkiem w olbrzymim kosmosie. Ale bierzmy 
przykłady z historji medycyny. 

Wszak to było takie jasne i takie oczywiste ze stanowi- 
ska zdrowego rozsądku, że śluz wycieka przez nos z mózgu, 
że długi czas w starożytności nikt pod tym względem nie miał 
wątpliwości i uczono powszechnie, że śluz wytwarza się w mózgu. 
Cała nauka o „pneumie'' czyli ^tchnieniu* miała także swoje 
źródło w zdrowym rozsądku. Wszak stała obserwacja uczy, 
że póki człowiek żyje, poty oddycha; gdy umiera, wydaje osta- 



Digitized by 



Google 



— 289 — 

ti)ic tchnienie. Leży człowiek martwy, który dopiero co oddy- 
chał; czemże si^ on różni od człowieka żywego? Brakiem tchu. 
A wi^ ten dech, to tchnienie czyli pneuma jest źródłem ży^ 
cia. To był prosty wniosek, jaki zdrowy rozsądek wyprowa- 
dzał z codziennej obserwacji. To też nic dziwnego^ że nauka 
o tchnieniach czyli pneumie (po łac. spiritus) przetrwała 
w różnych mod3HFikacjach aż do XVni wieku. 

Albo niech mi wolno będzie przypomnieć te upusty krwi^ 
które przez parę tysięcy lat aż do połowy XIX wieku ' stoso- 
. wano prawie w każdej chorobie. Wszak nie było choroby go- 
rączkowej, w którejby w wielu szkoladh kilka lub kilkanaście 
razy krwi nie puszczano. Gdzież był wtedy zdrowy rozsądek 
i co robił? Albo zapytam się inaczej. Czem się różni zdrowy 
rozsądek ówczesny od dzisiejszego, który nie uznaje potrzeby 
tak częstego puszczania krwi? Powie ktoś, że dzisiaj mamy 
inne metody naukowe i jesteśmy bardziej krytyczni. Na to 
zgoda. A więc widocznie sam zdrowy rozsądek nie wystarcza 
i potrzebne mu są jeszcze metody naukowe i krytycyzm. Czyli 
innemi słowy, wchodzimy na drogę filozof ji medycyny, która 
baśnie analizuje w sposób oderwany i kodyfikuje metody my- 
ślenia lekarskiego, wykazuje, w jakie błędy najczęściej zdrowy 
rozsądek wpada, prostuje te drogi, które wiodą rozsądek na 
manowce, i wogóle chce występować w roli bezstronnego kie- 
rownika i doświadczonego doradcy, opierającego swoje do- 
świadczenie, na znajomości historji. 

Ta okoliczność, że lekarze nasi niekiedy zawsze jeszcze 
niechętnie są dla filozofji medycyny usposobieni, ma, między 
innemi, swoje źródło w pewnych cechach psychologicznych 
wielu lekarzy. Mianowicie, wśród lekarzy jest dużo umysłów^ 
impulsywnych, zdolnych do czynu, ale niezdolnych do refleksji* 
Jednostki impulsywne — to są najlepsi lekarze. I wszystka 
byłoby w porządku. Życzyć tylko należy, żeby ci lekarze na 
drodze swojej nigdy nie wpadali w zwątpienie. Wtedy całe życie 
mogą nie zaglądać do filozofji medycyny. Jeśli jednak kiedy- 
k<rfwiek po doznanych w medycynie niepowodzeniach zwątpią^ 
czy istotnie wszystko, czego dostać można w aptece, działa 
w chorym ustroju tak, jak uczy książka, jeśli ogarnie ich znie- 
chęcenie, niech się wtedy te jednostiu impulsywne zdobędą raz 
na refleksję, a do pomocy niech wezmą filozof medycyny* 
Niech się zdobędą raz na refleksję wprzód, -nim wpadną w osta- 
teczność. Bo umysły impulsywne w zwątpieniu są Mrręcz nie-* 

19 



Digitized by 



Google 



— 290 — 

bezpieczne. Im zawsze potrzeba czynu. Jeśli medycyna magi- 
stralna zawodzi, zdobywają $ię na czyn radykalny i powicMiają: 
cała medycyna, jakiej uczą na wydziałach lekarskich, nic nie 
warta; trzeba prawdy szukać zupełnie gdzieindziej. 1 rzucają 
si^ takie umysły z nowym zapałem w objęcia homeopatji, 
mas^netyzmu, leczenia środkami niaturalnemi, leczenia wodą 
radjoaktywną i t. p. Ilość lekarzy, należących do tych sekt, jak 
też ilość pism z tego zakresu jest dużo większa, niż się pospo- 
licie wydaje. W najlepszym razie umysły radykalne wpadają 
w nihilizm terapeutyczny za przykładem szkoły wiedeńskiej 
Skody, o której złośliwi mówili, że przepisuje wogcle tylko 
jedno lekarstwo, mianowicie — krople laurowe. 

A jednak, kto się raz zdobędzie na refleksję, tego filozofja 
medycyny mogłaby, jak sądzę, uchronić od skrajnego sce- 
ptycyzmu. 

Gdybyśmy, streszczając nasze wywody, chcieli krócej od- 
powiedzieć na pytanie, czem się zajmuje filozofja medycyny, 
musielibyśmy rzecz zdefinjować tak: ^ 

Filozofja medycyny uogólnia i łączy wyniki nauk lekar- 
skich poszczególnych z szerokiem uwzględnieniem biolo^i; daje 
pogląd na całość medycyny, jej rozwój, podstawy, warto»:, 
granice, metody, błędy; bada ze stanowiska logiki, teorji po- 
znania, psychologji — metody myślenia oraz ze stanowiska 
etyki -r- sposoby postępowania lekarskiego. 

Nasuwa się tutaj pytanie, czy filozofja medycyny, w ten 
sposób pojęta, stanowi osobną naukę. Już o logice medycyny, 
więc o części filozofji medycyny, sądził Biegański, że nawet 
ona stanowi osobną naukę ^). Nie sądzę jednak, żeby w3rwod7 
Biegańskiego były słuszne. Oczywiście, logika medycyny zaj- 
muje stanowisko zupełnie odrębne, jeżeli ją postawimy w rzę- 
dzie nauk lekarskich. Jeżeli jednak porównamy logikę medy* 
cyny z metodologją wogóle nauk przyrodniczych, to przeko- 
namy się rychło, że logika medycyny omawia mniej więcej ten 
sam materjał, co metodologją ogólna, opiera się tylko częściowo 
na innych przykładach, nie może więc rościć pretensji do sta- 
nowiska osobnej nauki. 

To samo mniej więcej, jak się zdaje, możnaby powiedzieć 
o całości filozofji medycyny. Jako filozofja dziedzina ta jest 
poszcziególnym wypadkiem rozbioru filozoficznego nauk wogóle. 



^) Logika medycyny wyd. II. str. XIII i nstp. 



Digitized by 



Google 



- 291 - 

Oczywiście, filozof ja medycyny potrzebna jest prze<jlewszv??t^V'^ 
lekarzom, na wydziałach wi<2C lekarskich musi być osobnym 
przedmiotem. Czy dlatego mamy mówić, ie jest osobną nauką? 
Być może, że jest to kwestja więcej gustu, niż przekonania. 

Zresztą, jeżeli filozofja medycyny jest. osobną nauką, to 
>v każdym razie jest nauką młodą, jest nauką in słału nascendi. 
Niech więc najprzód opracuje systematycznie wszystkie tematy, 
•<lo niej należące, gdyż tego bynajmniej dotąd nie ucz3miła, niech 
w^niesie coś nowego nie tylko do medycyny, ale i do filozofji» 
a wtedy dopiero zasiądzie wśród nauk jako równa z równemi. 

Wykład f ilozof ji medycyny w bardzo wielu swoich roz- 
działach najściślej łączy się z wykładem historji medycyny. 
Nie można przedstawić sporu empiryzmu z racjonalizmem ani 
sporu fizjatrji z metodyzmem inaczej, jak tylko historycznie; 
nie można mówić o wpływie medycyny na szerzenie materia- 
lizmu, nie opierając wywodów na faktach historycznych; nie 
można mówić o pojęciu choroby, ani o klasyfikacji chorób, lue 
przedstawiając równocześnie ewolucji historycznej odnośnych 
zagadnień; nie można omawiać obserwacji, eksperymentu, hi- 
potezy i t p. ze stanowiska logiki, nie ilustrując wykładu przy- 
kładami klasycznych eksperymentów, znanych w historji, albo 
trafnych i błędnych hipotez; nie można mÓMrić o etyce lekar- 
skiej, nie przytaczając słynnej przysięgi z ksiąg Hippokratesa 
i t. d., i t. d. To też pisma naszych lekarzy-filozofów Biernac- 
kiego, Kramsztyka, Biegańskiego, Nusbauma i innych są pełne 
materjału historycznego i są oparte na poważnej znajomości hi- 
storji. Słowem, filozofja medycyny bez historji medycyny nie 
da się pomyśleć. 

Możnaby się tutaj zapytać też odwrotnie, a czy historja 
medycyny da się pom)rśleć bez filozofji? Żeby na to pytanie 
odpowiedzieć, zastanówmy się chwilę nad zadaniami historji 
medycyny. 

Zadania historji medycyny, jak wogóle historji każdej 
nauki dadzą się mniej więcej sformułować w sposób na- 
stępujący : 

Pierwszem zadaniem jest zbieranie faktów historycznych 
i układanie ich w porządku chronologicznym, bibljograficznym 
i biograficznym. 

Drugiem zadaniem jest analiza faktów, szukanie znaczę- 
iiia faktów, nie każdy boMriem fakt ma znaczenie historyczne. 

Trzeciem wreszcie zadaniem jest synteza, t.j. powiązanie 



Digitized by 



Google 



~ 292 - 

faktów w łańcuch genetyczny, przedstawienie całości obrazu 
na tle dziejów myśli ludzkiej i na tle dziejów kultury oraz na- 
wiązanie wykładu historycznego do nauki współczesnej. 

Z W3rmienionych trzech zadań historji medycyny dwa 
ostatnie nie mogą si^ obejść bez filozofji. Wlanie ducha filozo- 
ficznego w wykład historji nauki jest postulatem współczesnej 
historji. Jeżeli liczne podręczniki i monograf je nie czynią zadość 
temu wymaganiu, to dlatego tylko, że nie wyszły jeszcze poza 
pierwsze zadanie, grzesząc przez to zbyt często przeciwko me- 
todzie historycznej. 

Połączenie historji medycyny z filozofją medycyny leży 
w interesie historji tak samo, jak w interesie filozofji medy- 
cyny leży połączenie jej z historją. Dlatego też pełna naz^Mra 
przedmiotu, wykładanego przezemnie na wydziale lekarskim Uni- 
wersytetu Jagiellońskiego, brzmi „historją i filozofją medycyny'. 

Pozostaje do omówienia sprawa ostatnia, mianowicie, 
W jaki sposób należy przedmiot nasz wpleść w całokształt 
fitudjów lekarskich. Długotrwałe debaty nad reformą studjów 
lekarskich w Polsce dały w wyniku „Rozporządzenie MinisterstMra 
Oświaty z dn. 18. października 1920 r.'', które na pierwszym 
roku medycyny obowiązuje już od N. R. 1921. Odnośnie do na- 
szego przedmiotu rozporządzenie to zawiera postanowienia ma- 
jące nadei^ doniosłe znaczenie. Mianowicie, kto będzie się chciał 
ubiegać o naukowy stopień dra medycyny na uniwersytecie 
polskim, ten między inneihi będzie musiał złożyć egzamin z hi- 
storji i filozofji medycyny. (§ 15. p. 3.). Egzamin ten nie będzie 
wymagany od ubiegających się o zawodowy stopień lekarza. 

Szczegółowy plan wykładów i ćwiczeń, przepisany w po- 
wyższem rozporządzeniu, zawiera następujące kursy, należące 
lub mające związek z naszym przedmiotem: 

Na 1 roku słuchacze mają 20 godzin „Propedeutyki le. 
karskiej '^ oraz 10 godzin .Logiki dla medyków''; na III roku 
mają 20 godzin „psychologji' ; na V roku mają 20 godzin 
yhistorji medycyny**; wreszcie na VI mają także 20 godzin 
„historji medycyny", 20 godzin .seminarjum historji medy- 
cyny** i 10 godzin „etyki lekarskiej*. Z psychologji składają 
medycy colloquium; muszą mieć potwierdzenie, że uczęszczali 
na seminarjum. 

Jeżeli chodzi o szczegc^owy plan kursów naszego przed- 
miotu, to W3rznaię9 że ilekroć chciałem sam taki plan ułożyć, 
zawsze natrafiałem na pewne trudności. Dopiero doświadczenie 



Digitized by 



Google 



— 293 — 

pokaże, jaki plan b<^ie najbardziej celowy. Trudności pocho- 
dzą stąd, że z jednej strony tematy naszego przedmiotu są 
dostatecznie zrozumiałe dopiero dla medyków starszych, z dni- 
Si^j zaś strony medycy starsi są tak pochłonięci zająciami 
^w Idinikach, że zazwyczaj nie mają ani czasu, ani zaintereso- 
^Afania dla historji i filozofji medycyny. Bardzo ch<2tnie nato«> 
miast na takie wykłady chodzą .medycy młodsi, ci jednak nie 
mają znowu dostatecznego przygotowania. Program Minister- 
st^A^a jest próbą rozwiązania tych trudności. Nasuwają siq tu 
jednak zaraz pewne uwagi* 

Tak wykłady „Logiki dla medyków* i „psychologji^ nie 
należą, ściśle biorąc, do filozofji medycyny, jakkolwiek są bar- 
dzo pożytecznym wstępem do niej; należałyby natomiast tutą} 
.logika medycyny** względnie .psychologja lekarska^, Ł j. wła- 
ściwie to, co medyka powinnoby najbardziej interesować, tych 
jednak wykładów w planie niema. Oczywiście, profesor filo- 
zoi^i medycyny będzie musiał wykłady tych przedmiotów ogła- 
szać dodatkowo, nie wcześniej jednak, niż na IV roku, gdyż do 
ich zrozumienia potrzebne już jest pewne przygotowanie lekarskie. 
Dziwić tylko musi, dlaczego rozporządzenie przepisHie 
coUoquium z psycholog]!, a nie przepisuje colloąuium z jtlogiki 
dla medyków^. Logika jest z natury swojej przedmiotem su- 
chym, wymagającym ciągłości, skupienia uwagi i wysiłku umy- 
-owego. Słuchanie dorywcze i niesystematyczne przyniesie ra*- 
czej szkodę, niż pożytek, gdyż odrazu nauczy lekceważyć syste- 
matyczne myślenie. Dlatego obawiać się należy, że bez przy* 
musu wykłady logiki dla medyków nie spełnią swego zadania. 
Podobnież profesor historji i filozofji medycyny będzie 
musiał wplatać w wykłady historji medycyny oraz w wy* 
kłady etyki lekarskiej — niezbędne wiadomości z historji filo- 
zoĄi i z filozofji przyrody, Mrzględnie będzie musiał, ogłaszać 
osobne wykłady filozofji przyrody. Niewątpliwie, krytyczne wy- 
kłady dziejów filozofji przyrody w zestawieniu z wynikami 
współczesnej biologji byłyby dla lekarzy niezmiernie pouczające. 
Tutaj właśnie trzeba będzie szukać naukowych podstaw dla 
poglądu na świat oraz dla wskazań etycznych w życiu i dzi^e 
łalności lekarza. Profesor Ortegue i dr. Marsal mieliby tu bar^ 
dzo ciekawy materjał do przemyślenia. 

Co do seminarjum, to w myśl rozporządzenia jest ono 

obowiązkowe na XVI trymestrze. Według mego dośyriadczenia 

lednym z lepszych s|x>8obów prowadzenia seminarjum jest 



Digitized by 



Google 



— 294 — 

wspólna lektura klasycznych monografij z historji medycyny^) 
i interpretacja ich ze stanowiska metodologfji, ewentualnie na- 
wet pisanie streszczeń. Otóż niema potrzeby czekać z tego ro- 
dzaju ćwiczeniami aż do ostatniego trymestru, Idedy medyk, 
już prawie lekarz, jest cały pochłonięty klinikami i osftatecznyim 
egzaminem. Z drugiej strony, nie można skutecznie prowadzić 
seminarjum z ilością słuchaczy większą narazy niż 30. Dlatego, 
jak sądz^, nie należy przepisywać seminarjum bezwzględnie 
w XVI trymestrze, lecz należy powiedzieć ogólnie, że medycy 
w jednym z trymestrów od IV do XVI powinni się zapisać na 
seminarjum i do ostatecznego egzaminu wykazać si^ potwier- 
dzeniem. 21apewne, wykłady historji medycyny, przepisane na 
XV i XVI trymestrze, mogą równoczesne prowadzenie semina- 
rjum ułatwić, ale ta równoczesność, przynajmniej jeżeli chodzi 
o lekturę klasyków medycyny, nie wydaje mi si^ konieczną 
tem więcej, że już z wykładów propedeutyki medyk będzie miał 
pewne pojęcie o historji medycyny. Jasne jest przytem, że 
lektura klasycznych monografij takiego Bichata, Harveya, Vir- 
chowa, Cohnheima lub Pasteura ma największy sens wtedy, 
kiedy medyk odnośnych przedmiotów słucha, a więc na drugin 
lub trzecim roku, a nie w parę lat później. 

To są uwagi, które mi się nasuwają z powodu planu, prze* 
pisanego rozporządzeniem Ministerstwa. Powtarzam jednak to, 
co zaznaczyłem wyżej, że dopiero doświadczenie, którego jeszcze^ 
nie mamy, wykaże, w jakim kierunku trzeba będzie po 6-ciu 
latach, jak to przewiduje samo rozporządzenie Ministerstwa, 
plan szczeg^owy zmienić. 

O całości rozporządzenia odnośnie do naszego przedmiotu, 
ińożemy powiedzieć, że nareszcie stało się zadość życzeniom 
od 50 lat w Polsce wypowiadanym, stało srę zadość postula* 
tom, których tak gorąco bronili Władysław Biegański, Zygmunt 
Kramsztyk, Józef Brudziński i wielu innych. Możemy być z tego 
dumni, że mamy teraz w Polsce nie tylko w piśmiennictwie 
lekarskiem polskiem, ale i w organizacji szkolnictwa lekarskiego 
polskiego kierunek naukowy, który jest naszym własnym, ory- 
ginalnym, rodzimym dorobkiem naukowym. 



O Zarówno literatura francuska, jak niemiecka posiada ciztsiai osobne 
wydawnictwa , klasyków' medycyny lub przyrodoznawstwa, jak Bihliotkeąw 
rłirospective des matłres de la science Richeta, Klassiker der Medizin Sudhoffa.. 
Klassiker der exakten Wissenschafłen Ostwalda. 



Digitized by 



Google 



WŁADYSŁAW TATARKIEWICZ. 



Porządek dóbr. 

Stadjum z Pascala. 



Qu'on ne dise pas que je n'ai rien 
dit de nouveau; la disposition des ma- 
ti^res est nouyelle. 

B, Pascal — Pensćes, 22. 

Bardzo różnorodna treść „Myśli'' Pascala da się zgrupo* 
ivać dokoła jednego głównego zagadi^ienia: porządku dóbr» 
^Porządek* (ordre) dóbr, w terminolpgji używanej przez Pascala^ 
oznacza to» eo dzisiejsi pisarze nazywają częściej ,yskalą" albo 
^yhierarchją^ dóbr albo wartości. 

Uprzywilejowanie tego zagadnienia przez Pascala jest od* 
rębnością jego etyki. Dzieje etyki wskazują, że było ono sta- 
lniane rzadko; rozważano, co jest dobrem najwyższem, a rzadko 
tylko pytano, jakie są niższe dobra i jaki jest ich stosunek do 
najwyższego. Kto poszukuje historji tego zagadnienia, ten prze* 
dewszystkiem trafia na Pascala. 

Pogląd Pascala na porządek dóbr trzeba rekonstruować 
z setek aforyzmów i fragmentów. Ale jest jeden fragment, 
który zawiera jądro poglądu. To fragment 793^). W przekładzie 
i w pewnem skróceniu brzmi on jak nastf^puje: „Przepaść nie- 
skończona między ciałami a duchami jest obrazem nieskończe- 
nie bardziej nieskończonej przepaści między duchami a miłością, 
ta bowiem jest nadprzyrodzona. 



^) f^Myśli* Pascala cytuję w brzmieniu, układzie i numerać}!, przyję- 
tych w najno wszem wydaniu kr)|fcycznem : „Oeuvres de Blaise Pascal, ćdition 
des Grands Ecrivains de France, vo1. X!I.— XIV. : Pensees, publićes par Lćon 
Bninschwic^, Paris, 1904. — Z wyjątkiem dwu fragmentów, które wolałem 
podać w oryginale, wszystkie inne cytuję w przekładzie polskim. Przekład 
fest mój własny. Polskie wydanie .Myśli** w przekładzie Tadeusza Żeleńskiego 
ukazało się, gdy studjum niniejsze było juz złożone* 



Digitized by 



Google 



/ — 296 -r- 

... Wielkość ludzi ducha jest niewidzialna dla królów, bo- 
gaczów, wodzów i dla wszystkich, których moc jest cielesna. 
A wielkość Mądrości, która jest żadna, jeśli nie jest z Boga^ 
jest niewidzialna dla ludzi żyjących ciałem i dla ludzi żyjących 
duchem. Są to trzy porządki, różne rodzajowo. 

Wielcy genjusze mają swoje panowanie, swoją wspania- 
łość, swoją wielkość, swoje zwyci^two i swój blask, i nie po- 
trzeba im wielkości cielesnych^ z któremi. nie mają żadnej łącz- 
ności. Widziani są nie przez oczy, lecz przez umysły; to wystar- 
cza. A święci mają swoje panowanie, swoją wspaniałość, swoje 
zwycięstwo, swój blask, i nie potrzeba im wielkości cielesnych, 
ani duchowych, które z niemi nie mają żadnej łączności, bo te 
im nic nie dodają ani nie ujmują. Widziani są przez Boga i anio- 
l6vł, nie przez ciała i nie przez duchy ciekawe. Bóg im wystarcza. 

Byłoby zbędne, by Archimedes zachowywał się jak książę, 
w swych księgach geometrji, aczkolwiek był księciem. Byłoby 
zbędne, by Pan nasz Jezus Chrystus przychodził jako król,, aby 
zajaśnieć w panowaniu świętości; ale, zaiste, przyszedł we wspa- 
niałości właściwego mu porządku. 

...Wszystkie ciała, firmament, gwiazdy, ziemia i jej kró- 
lestwa nie warte są najmniejszego z duchów; gdyż on zna to 
wszystko i jeszcze zna siebicf; a ciała nie znają nic. A wszystkie 
ciała razem wzięte i wszystkie duchy razem wzięte i wszystkie 
twory ich nie są warte najmniejszego poruszenia miłości; to 
należy do porządku nieskończenie wyższego. 

Z wszystkich ciał razem wziętych niepodobna wytworzyć 
najmniejszej myśli: to jest niemożliwe i należy do innego po- 
rządku. A z wszystkich ciał i duchów niepodobna wyciągnąć 
jednego poruszenia prawdziwej miłości; to jest niemożliwe i na- 
leży do porządku innego, nadprzyrodzonego. 

Fragment powyższy, po usunięciu zeń porównań, obrazów, 
przenośni i kwiecistych wyrażeń, podaje dość wyraźnie pogląd 
Pascala na porządek dóbr. Pogląd ten jest złożony, bo złożone 
jest samo zagadnienie, składające się przynajmniej z trzech za- 
gadnień: 

1. Jakie dobra są członami pol1^dku. 

2. Jaka jest kolejność członów, czyli,* które dobra są wyż- 
sze, a które niższe. 

3. Jaki jest stosunek cdonów, czyli, o ile dobra wyższe 
są wyższe od niższych. 



Digitized by 



Google 



— 297 — 

Przytoczony powyżej frag^ment wyraża pogląd Pascala na 
każdy z tych trzech punktów: 

1. Członami porządku są dobra cielesne, dobra duchowe 
i dobra miłości. 

2. Dobra cielesne są najniższe, dobra duchowe — wyższe, 
dobra miłości — najwyższe. 

3. Każde dobro wyższe jest od niższego wyższe nieskoń- 
czenie. 

Rozważymy kolejno każdy z tych punktów, w oświetleniu 
innych jeszcze fragmentów Pascala : punkt pierwszy w rozdziale 
I-szym, drugi — w Il-gim i Ill-cim, trzeci — w pozostałych. 

I- 
W porządku dóbr, przyjątym przez Pascala, sam dobór 
członów przedstawia pewne osobliwości. 

1. Członów jest tylko trzy. Porządek dóbr, posiadający 
trzy człony, jest z konieczności bardzo ogólnikowy. Każdy z tych 
członów obejmuje dobra różnorodne, wyższe i niższe. Każdy 
jest sam porządkiem dóbr, Pascal mówi o .porządku ciał^, 
„porządku duchów^ i „porządku miłości^ używając na- 
wet najczc^ciej w tym właśnie połączeniu wyrazu „porządek*". 
Ale porządki te traktuje jako jednorodne całości, abstrahując od 
zawartej w każdym z nich różnorodności. • 

Niekiedy Pascal upraszcza jeszcze ten trójczłonowy porzą- 
dek i redukuje go do dwuczłonowego. Przeciwstawia wtedy 
porządek nadnaturalny (miłości) i naturalny, łącząc w tym ostatr 
nim porządek ciał i duchów, należących do natury. To upro- 
szczenie bywa użjrwatie dla dobitnego zaznaczenia pewnych 
przeciwieństw; ale jest zawsze tylko skrótem pełnego po- 
rządku dóbr. 

2. Człony porządku bywają u Pascala nazywame jeszcze 
inaczej. W niektórych ' fragmentach jest, mianowicie, mowa 
o porządku zmysłów (lub też instynktu), porządku rO" 
zumu i porządku serca. Nie są to porządki inne, niż po- 
rządki dał, duchów i miłości; tylko są nazwane psycholo- 
gicznie. 

Odrębnością poglądu Pascala jest uznanie porządku serca 
(ordre du coeur). Znaczy to, że rozum nie jest kompetentny dla 
oceny wszystkich dóbr i że jest w człowieku zdolność odrębna 
oceny dóbr nadnaturalnych. Ją to nazywa |,sercem*'. Serce nie* 
tylko C3suje, ale poznaje i sądzi (282). I ma swój własny porzą- 



Digitized by 



Google 



— 298 — 

dek; gdy .umysł ma swój [porządek], który ]est wedle zasady 
i dowoduy serce ma porządek inny* ; w porządku serca śmiesz- 
nem przedsięwzięciem jest uzasadnianie i dowodzenie, , przed- 
stawianie w porządku przyczyn miłości'' (283). Serce ma swoje 
własne racje, odmienne od rozumu; sławny fragment Pascała 
(zatracający w przekładzie swoistą grę słów) mówi: .Le coeur 
a ses raisons, que la raison ne connait pas; on le sait ei^ mille 
choses" (277). 

3. Człony porządku dóbr powinny być rezultatem zu- 
pełnego podziału dóbr, wedle takiej czy innej zasady. 
U Pascala niema mowy o takim podziale. Ale mo^a próbo- 
wać go zrekonstruować. Byłaby to dwustopniowa dichotomjar 
wszystkie dobra podzielone na naturalne i nadnaturalne, a po- 
tem jeszcze naturalne podzielone na cielesne i niecięlesne, Ł j. 
duchowe, r— Podział ten zaczerpnięty jest z ogólnej metafizyki. 
Człony porządku u Pascala nie mają odrębnego charakteru 
etycznego. 

4. Rozróżnienie i uporządkowanie tych członów nie zostało 
dokonane dopiero przez Pascala. Odróżnienie porządku ducho- 
wego od porządku cielesnego dokonało się w klasycznym okre- 
sie myśli greckiej, a sformułowane dobitnie zostało przez Pla- 
tona. Najwyższy człon porządku został dcrfączony później: z na- 
dejściem ery chrześcijańskiej. Od tego czasu ów porządek trój- 
członowy jest znany i, nawet, panujący. Jednostki i całe grupy 
w teorji i w czynie występowały i występują przeciw niemu, 
ale olbrzymia- część ludzi należących do kultury europejskiej 
wyznaje go. W szczególności Kościół stoi na stanowisku tego 
porządku. I w nauce Kościoła odnalazł go Pascal; przejął go 
stamtąd, a nie sam skonstruował. Ma też ten porząd^kiu Pa- 
scala charakter nie konstrukcyjny, lecz historyczny; znaczy to,, 
że nie jest nieskrępowanym wytworem teoretyka, kierującego się 
wyłącznie względami teoretycznej prawidłowości, lecz jest wy- 
tworem dziejowym, przejętym przez teoretyka; widoczne są 
w nim nawarstwienia i udział różnych okresów myśli, widoczne 
jest, że powstał pod wpływem dziejowych wydarzeń, potrzeb 
i dążeń ludzkości. 

Skutkiem historycznego charakteru Pascalowej skali dóbr,, 
a także skutkiem jej wielkiej ogólnikowości są pewne teore- 
tyczne niedobory, przedewszystkiem niezupełna jednolitość po* 
równywanych w niej porządków. Jeśli dwa niższe porządki są 
dostatecznie jasno określone i odróżnione, (a czyż mogło być 



Digitized by 



Google 



— 299 — 

inaczej w pełni kartezjanizmu), to niepodobna rzec tego o po^ 
rządku najwyższym. 

Porządek ten jest porządkiem ^nadnaturalnym"*, .bo- 
skim ** (582), porządkiem „dóbr wiecznych", nie należących do 
doczesnego świata dóbr przemijających. W naczelnym fragmen- 
cie (793) porządek ten nazywa się też „prdre de charitć*. »Cha- 
ritć~, łacińskie „charitas^, w dawnem, jeszcze za Pascala uży- 
wanem znaczeniu, znaczy tyle, co „miłość*. Jest to więc , po- 
rządek miłość i**. Każde poruszenie miłości, wszystko co jest 
w człowieku, acz nie jest ani poruszeniem ciała, ani porusze- 
niem umysłu, należy do tego porządku. Kto posługuje się no- 
lATOczesnemi kategorjami, ten może być skłonny do uwa^żania go 
za porządek „moralny ''. Ale niesłusznie: tu chodzi o to, co 
w człowieku jest nadprzyrodzone, bezpośrednio dane od Boga, 
przez łaskę, o te poruszenia, które, choć są w człowieku, na- 
leżą do porządku boskiego. Rozumienie tego porządku, który 
jest zarazem porządkiem nadnaturalnym i porządkiem miłości, 
natrafia na trudności. Gdy mówi się, że najwyższe są dobra 
nadnaturalne, czy znaczy to, że najwyższem dobrem jest Bóg,, 
czy miłość w sercu ludzkiem? 

IL ' 

Dobra, rozróżnione przez Pascala, są przezeń ułożone- 
vł porządku wedle wyższości i niższości. Najwyższemi są -nad-* 
naturalne dobra miłości, potem idą dobra duchowe, najniższe 
są dobra cielesne. Zachodzi pytanie, dlaczego jedne są wyż- 
sze, drugie niższe, jaka jest zasada porządku. 

Nie jedną, ale aż kilka takich zasad można odnaleźć 
w fragmentach Pascala: 

1. Dobra są tem wyższe, im są trwalsze. Wszystko, 
co należy do porządku naturalnego, jest nietrwałe. Co zaś na- 
leży do porządku nadnaturalnego jest nieskończenie trwałe, jest 
wieczne (194). Ma więc z tej racji przewagę nad tamtym i>o- 
rządkiem. „Nic mi nie jest zb3rt drogie za wieczność **, mówi 
Pascal (212). 

2. Dobra są tem wyższe, im więcej dają szczęścia.. 
Dobra należące do' porządku miłości, dają „wieczność życia 
i szczęścia" (233). Dają więc szczęście trwalsze, niż to, jakie- 
można osiągnąć z porządku ducha i ciała. A także dają szczę* 
ście zu pełniejsze. ^Nie trzeba nawet mieć duszy zbyt podnio- 
słej, by zrozumieć, że tu na ziemi niema zadowolenia prawdzi- 



Digitized by 



Gpogle 



— 300 — 

-M^ego i solidnego^ (194). Warunki życia są takie, że zupełneg^o 
szczęścia dać nie mogą. Potrzeby ludzkie są nieskończone, więc 
tylko dobro nieskończone może je zaspokoić; » tylko Bóg moie 
zapełnić tą otchłań nieskończoną^ (425). »W tern życiu dobrego 
jest tyle tylko, ile nadziei na inne życie" (194). Szczacie jest 
w Bogu (465). 

Szczęście osobiste, osobisty zysk jest tu miarą wyższości 
i niższości dóbr. Im więcej daje szczęścia, tem jest wyższe. Aie 
nie znaczy to, iżby dla Pascala dobro było tem samem, co 
szczęście, lub iżby było dobrem dlatego, że daje szczęście. 
Pogląd jego na stosunek szczęścia i dobra należy rozumieć je- 
45zcze inaczej. Szczęście jest miarą dobra, a jest nią dlatego, 
że jest tem, co towarzyszy dobru wszelkiemu i towarzyszy 
w proporcji do wysokości samego dobra. Szczęście nie jest ani 
tem samem, co dobro, ani jednem z dóbr, ale jest objawem 
dóbr, jest stałym, naturalnym wynikiem ich działania na ludzi. 
Dobra, choć należą do różnych porządków, mają tę wspólność, 
że dają szczęście. Natomiast pod względem trwałości i zupeł- 
ności dawanego przez nie szczęścia istnieją różnice i to iiie- 
skończenie wielkie. 

Pascal rozumie dobro najzupełniej objektywnie. Sub- 
jektywnym zaś odpowiednikiem dobra je^t właśnie 
.szczęście. Gdy chce mówić o subjektywnej stronie dobra, to 
mówi o szczęściu. I czyni to zwłaszcza, ilekroć chce ad hommem 
zademonstrować wyższość jednych dóbr nad drugiemi, praeko- 
nać jak korzystnie jest wybierać dobra wyższe. Jeśli dobra 
wyższe dają zarazem więcej szczęścia, to szaleństwem jest ich 
nie wybierać. 

Takie są dwie zasady, które w poglądach Pascala na po- 
rządek dóbr odegrały największą rolę. Ale przygodnie posBkufe 
się on jeszcze innemi zasadami. 

3. Dobra są tem wyższe, im są czystsze. Niższe dobra 
-są więcej zmieszane ze dem, wyższe — nmiej, najwyższe — 
wcale nie. Pascal mówi wymownie o tem, jak bardzo porządek 
ciała, a także i porządek ducha związany jest ze złem. Inaczej 
w porządku miłości: »I jakież wam zło będzie, gdy to wybie- 
rzecie: będziecie wierni, uczciwi, skromni, wdzięczni, dobro- 
-czynni, szczerzy w przyjaźni, prawdomówni* (233). 

4. Dobra są tem wyższe, im .są bardziej powszechne. 
To stoickie kryterjum, które Pascal wymienia z uznaniem i sto- 
suje. Stoicy — powiada — ^zrozumieli, że prawdziwe dobro 



Digitized by 



Google 



— ćUl — 

musi być takie, by wszyscy mogli je posiadać jednocześnie, bez 
zmniejszenia i bez zazdrości^ (425). Temu wymaganiu porzą- 
dek miłości czyni całkowicie zadość, porządek ducha — czę- 
ściowo, a ciała — wcale nie. W innym fragmencie znów mówi; 
„Trzeba dążyć do powszechności; skłonność ku sobie jest po* 
czątkiem wszelkiego nieporządku, w wojnie, polityce, ekonomji) 
w poszczególnem ciele ludzkiem** (477). 

5. Dobra są wyższe, jeśli są świadome. To kryterjum 
podane jest wyraźnie w fragmencie (793). Pozatem, w znanym 
urywku Pascal pisze: „Człowiek jest tylko trzciną najsłabszą 
w przyrodzie, ale Jest to trzcina myśląca. Dla zgniecenia go 
nie potrzdba, aby cały wszechświat si^ zbroił. Nieco mgły, 
kropla wody starczy, by go zabić. Lecz niechby nawet był 
zgniecony przez wszechświat cały, to jeszcze byłby czemś szła- 
chetniejszem niż to, co go zabija: gdyż on wie, że umiera, 
i zna przewagę, jaką wszechświat ma nad nim. A świat nie 
wie o tern nic. Cała tedy godność nasza leży w myśli..." (347)- 

Ostatnia zasada daje się stosować tylko do wyższości po- 
rządku ducha nad porządkiem ciała; wyższość porządku miło- 
ści nie na tej zasadzie jest oparta. Przeciwnie, zasada trwało*^ 
ści dotyczy wyższości porządku nadnaturalnego nad natural- 
nym i tylko z trudnością da się zastosować do wyższości po- 
rządku diicha nad porządkiem ciała. 

Stąd widać, że porządek dóbr Pascala nie jest jednolity,, 
zbudowany w całości na tych samych zasadach. Jest to zresztą 
zrozumiałe wobec tego, że chodzi tu o wytwór historyczny,, 
którego składniki narastały w dużej czasowej odległości od sie- 
bie, który ma chrześcijańską nadbudowę na greckiej podstawie.. 
A nie należy przypuszczać, iżby wymienione zasady były naj- 
pierw przez Pascala przyjęte, a potem dopiero na ich podsta- 
wie został zbudowany porządek dóbr. Rzecz miała się odwrot- 
nie: porządek istniał już dawno, a Pascal był jednym z tych,. 
co ex post poszukiwali, na jakiej zasadzie jest oparty. 

Oprócz na wymienionych, porządek dóbr Pascala opiera 
się na innych zasadach; ale są one już innego rodzaju i speł- 
niają dlań inną funkcję. Tamte podają kryterja wyższości dóbrr 
dobrami wyższemi są dobra trwalsze, dające więcej szczęścia, 
czystsze, powszechniejsze, świadomsze. Są one przesłankami 
większemi w rozumowaniu Pascala. Ale potrzebne są jeszcze 
przesłanki mniejsze, mówiące, które to mianowicie z dóbr 
są trwalsze, dające więcej szczęścia i t. d.: naturalne czy nad- 



Digitized by 



Google 



— 302 — 

naturalne^ cielesne czy duchowe? Dopiero te mniejsze prze- 
słanki pozwolą utworzyć pełne sylogistyczne rozumowanie, np* : 
.dobra trwalsze są wyższe", a „dobra nadnaturalne są trwal- 
sze od naturalnych*, więc — ^ .dobra nadnaturalne są wjrższe 
od naturalnych **• Te mniejsze przesłanki łatwo jest znaleść, gdy 
chodzi o dobra naturalne: tu można, niezupełnie może dokład- 
nie, ale zawsze jakoś stwierdzić, czy i jak są trwałe, szczęścio- 
dajne i t. d. Natomiast takie same przesłanki, ale dotyczące 
dóbr nadnaturalnych, nie mogą opierać się na stwierdzeniu 
faktów; jeśli nie mają być same ostatecznemi prawdami, to mu- 
szą się opierać na jakichś zasadach. Pascal, istotnie, opiera je 
na zasadach. Są to już zasady innego rodzaju : nie aksjologiczne, 
lecz ogólno-f ilozoficzne, czasem epistemologiczhe, a najwięcej — 
religijne. Można zgromadzić te zasady pod dwoma tytułami: 
pyrronizm i zasady wiary chrześcijańskiej. Pyrronizm 
Pascala, wypowiedziany zwłaszcza w fragmentach rozdziału III 
.Myśli" kwest jon uje wartość zeznań zmysłów i rozumu^ a zwłasz- 
cza ogranicza ich kompetencję do świata „naturalnego" i przez 
to otwiera pole dla przyjęcia nauki o dobrach, opartej na wie- 
rze. To wiara zaświadcza Pascalowi, że istnieją dobra boskie, 
że są trwalsze, czystsze, że dają więcej szczęścia, niż dobra 
naturalne. 

Na tych podstawach wybudowany jest porządek dóbr 
Pascala, który sam jest znów podstawą całej jego etyki. 

III. 

Pascal, zarówno metodolog jak etyk, przejęty l^ł zagad- 
nieniem, jak należy metodycznie wyłożyć porządek dóbr, jaki 
zwłaszcza należy przyjąć punkt wyjścia, który byłby jasny 
i każdemu dostępny. Badał tedy nietylko aksjologiczny po- 
rządek dóbr, ale także metodologiczny porządek wiedzy 
o dobrach. „Coś nie coś wiem o tem, co to takiego jest^, mówi 
o metodologicznym porządku etyki, pod pokomemi słowami 
ledwie kryjąc pewność siebie w tym przedmiocie (61). Wpraw- 
dzie kiedyś, przejęty pyrronizmem, powiada: i,Robiłbym zbyt 
wiele, zaszczytu memu przedmiotowi, traktując go wedle po- 
rządku, skoro chcę wykazać, że się on porządkowi nie poddaje' 
^373). A jednak o właściwym mu porządku myślał stale; tylko, 
że myśli te pozostały jeno programem. Teorji swej metodycznie 
Me zdążył wyłożyć; zostawił tylko fragmenty bez porządku. Ale 



Digitized by 



Google 



— 303 — 

^między temi fragmentami jest wiele właśnie takich, co zapowia- 
•<ła]ą, w jakim porządku teorja miała być wyłożona. 

To, co u innych znajdywał w tej materji, nie zadowalało 
.^o. Pisał, że nawet Św. Tomasz nie zachował porządku (61). 
Porządek Św. Tomasza to porządek^ biorący za punkt wyjścia 
rzeczowe stosunki między dobrami, zaczynający 1) od teg^o, co 
jest na zewnątrz człowieka i 2) zaczynający od góry, od Boga. 
Pascal chciał dać porządek psychologiczny zaczynający 1) od 
wewnątrz człowieka i 2) od dołu skali. Przez to występuje 
jako człowiek nowszych już czasów, przejęty duchem kartezjań- 
skiej reformy. Zachowuje stary porządek dóbr, jaki znał nie- 
tylko Tomasz, ale już i Augustyn, ale wykłada go w nowo- 
żytnym kartezjańskim porządku. 

Punktem wyjścia dla wysnucia i wyłożenia porządku 
•dóbr musi tedy być natura ludzka. Ona spełnia wszystkie 
warunki niezbędne ku teiru: jest bezpośrednio każdemu znana 
i dostępna, a zarazem należy do wszystkich porządków. „Czło- 
wiek jest podzielony i sam sobie przeciwny'' (412). Są w nim 
różne poziomy. „Człowiek nieskończenie przechodzi sam siebie 
(434). Jest podobny do zwierząt i jest podobny do anicrfów 
(tamże i 418). »Nie wie, na jakim szczeblu stanąć" (427), bo na 
żadnym się nie mieści, należąc jednocześnie do wielu. Należy do 
najwyższego i najniższego, do nieskończoności i nicości. (72)^). 
I sam bezpośrednio odczuwa ten stan rzeczy, jako swą wiel- 
kość i swą nędzę, które jednocześnie w sobie znajduje. — 
Natura ludzka, mieszcząca tedy w sobie wszystkie porządki, ód 
najniższego do najwyższego, a zarazem bezpośrednio człowie- 
kowi znana, jest więc odpowiednim punktem wyjścia. 

(1) Nędzy — która jest w nietrwałości, cierpieniu, błędzie -^ 
w całej pełni podlega ciało ludzkie. Koniec grozi mu w każdej 
chwili; nieco mgły, kropla wody starczy, by zabić człowieka 
(347; 505). Przyjemności są próżne, cierpienia realne (174). 
Zmysły, w jakie ciało jest zaopatrzone, namiętności, jakim pod- 
lega, łudzą człowieka i wiodą, go do błędu. Aż „wobec tego 
podziwiam, iż się w rozpacz nie wpada nad tak nędznym sta- 
nem* (693). W porządku ciała jest sama nędza. Jest więc naj- 
niższym szczeblem porządku. 

1) .Jakąż chimerą jest człowiek! jaką nowością, jakim potworem, jakim 
cKaosero, jakim przedmiotem sprzecznoscit jakim cudem. Sędzia wszechrze- 
'€9y, bezrozumny czerw ziemski, depozytarjusz prawdy, kloaka niepewności 
bląd«% cbwała i wyrzutek wszechświata* (427). 



Digitized by 



Google 



— 304 — 

(2) Ale rduch rozumny cierpi nędz^. Oto jak musi przc^ 
mawiać człowiek, który tylko na rozumie się opiera: 

„Nie wiem, kto mią wydał na świat, czem jest świat, czem 
jestem ja sam. Żyję w okropnej niewiedzy wszystkich rzeczy. 
Nie wiem, czem jest moje ciało, moje zmysły, moja dusza i na- 
wet ta czc^ść mojej osoby, która myśli to, co mówi^ która za* 
stanawia si<^ nad wszystkiem i nad samą sobą, a nie zna siebie 
lepiej, niż wszystko inne. Widzę te przerażające przestrzenie 
wszechświata, które mię zamykają i znajduję siebie przjrwiąza- 
nym do jakiegoś kąta tej -rozległej przestrzeni, a nie wiem, dla- 
czego jestem umieszczony w tem miejscu, raczej niż w innem, 
ani dlaczego ta odrobina czasu, która mi dana jest do życia^ 
jest mi przeznaczona w .tym raczej, niż w którymkolwiek innym 
punkcie całej wieczności, która mię poprzedziła i całej tej, która 
idzie po mnie. Nie widzę nic prócz nieskończoności ze wszyst- 
kich stron, które obejmują mię niby atom i niby cie6» trwający 
tylko chwilę bezpowrotną. Wszystko, co wiem, to t>dko, że nie- 
bawem muszę umrzeć; ale ją znam najmniej, tę śmierć, które} 
niepodobna mi uniknąć** (194). 

I tu błąd, niewiedza, cierpienie. Ale, gdy duch cierpi nę- 
dzę, to jest to jednak „nędza wielkiego pana^. Jest nędzny, 
ale zna swą nędzę. I w tej świadomości jest nieporównana 
wielkość człowieka (416; 398). Przez nią duch ludzki posiada 
coś, co jest już innego porządku, wyższego, niż ciało. Jest jui 
pośrodku skali dóbr, bo w nim nędza łączy się z wiel- 
kością. 

(3) Ale człowiek znajduje w swej naturze inny jeszcze po- 
rządek: nadprzyrodzony. Sam przez się będąc naturą przypad-^ 
kową, skończoną i przemijającą, zna istotę konieczną, nieskoń- 
czoną i wieczną (469),- należącą do porządku nadprzyrodzonego. 
Wprawdzie nie zmysłami i nie rozumem, ale sercem człowiek 
styka się z tą istotą i przez swe akty miłości sam dostępuje 
udziału w porządku nadprzyrodzonym. I w tym osiąga najwyż- 
szy szczebel skali dóbr: bo t« jest sama wielkość. Przez przy- 
należność do tego porządku, do Boga, człowiek jest wielki, 
przez przynależność do innych porządków jest nędzny. 

Tak chciał Pascal kolejno przedstawić „nędzę człowieka 
bez Boga", a potem „szczęśliwość człowieka z Bogiem* (242). 
Przyjmując taki porządek wykładu, miał przejść od wewnętrz- 
nego poczucia nędzy i wielkości do objektywnęgo porządku 
^óbr i od dołu skali do jej szczytu. Największą wagę f>rzypi» 



Digitized by 



Google 



— 305 — 

sy>vał temu, by za punkt wyjścia wziąć i wielkość i nędzę czło- 
w^ieka. Gdy doktryna jakaś uznaje tylko wielkość albo tylko 
n^dzę, to wpada w fałsz, nie mówiąc już o tem, że jest 
doktryną niebezpieczną, s^dyż człowiek, poznając tylko jedną 
stronę swej natury, wpada w pychę w jedn)rm wypadUu, w roz- 
pacz w drugim. Jednakże dzieje filozofji wahają się właśnie 
imiędzy temi dwoma krańcami, błędnemi teoretycznie i zgtibnemi 
praktycznie. Dwie są wielkie sekty filozoficzne: jedna — rady- 
kalnych pyrronistów — widzi tylko nędzę, druga — stoików — ' 
tylko wielkość człowieka (»Entretien de Pascal avec M. de Saci'0* 
Ale to są właśnie tylko błędne, bo jednostronne sekty. Punkt, 
z którego wychodzą, jest błędny, — a przeto i dojść nie mogą 
do prawdziwego i pełnego porządku dóbr. 

IV. 
* W skali porządków Pascala nietylko jeden porządek stoi 
w^jfźej od drugiego, ale stoi odeń wyżej nieskończenie. Porzą- 
dek ducha jest nieskończenie wyższy od porządku ciał, a po- 
rządek miłości nieskończenie wyższy od porządku ducha. 
.Wszystkie ciała, firmament, gwiazdy, ziemia i jej królestwa nie 
są warte najmniejszego z duchów'^ „Wszystkie ciała razem 
wzięte i wszystkie duchy razem wzięte i wszystkie twory ich nie 
są warte najmniejszego poruszenia miłości''. , 

Stąd, że porządek wyższy jest nieskończenie wyższy od 
niższego, prosta już tylko konsekwencja, że porządek niższy, 
]ako nieskończenie niski wobec wyższego, nie wchodzi w ra- 
chubęy gdy się rozważa porządek wyższy. Bo największe dobra 
niższego porządku nic nie dodają i największe zła niższego pO" 
rządku nic nie ujmujĄ od porządku wyższego. „Jedność dodana 
do nieskończoności nie powiększa jej niczem, nie więcej niż 
stopa dodana do nieskończonej miary* (233). « Wobec tych 
nieskończoności wszystko skończone jest równe** (72). Wszystko 
więc jedno, jakie elementy niższego porządku występują wobec 
wyższego: czy pyłek najmniejszy, czy też „wszystkie ciała, fir- 
mament, gwiazdy, ziemia i jej królestwa*. Wobec wyższego po- 
rządku są w równym stopniu «quantitćs nćgligeables^. 

Wszystko to jest powiedziane z niedwuznaczną dokładnor 
idą w głównym fragmencie Pascala (793) i w wielu innych. 
I to jest rzecz najważniejsza, bo nie w kolejności dóbr wyż- 
szych i niższych leży odrębność jego poglądu, lecz w stosunku 
Rieskończonym między dobrem wyższem a niższem. — Parę po- 
równań wyjaśni może lepiej tę odrębność. 

n 



Digitized by 



Google 



— 306 — 

Są między etykami zwolennicy niewspółmierności dóbr 
różnych porządków. Pogriąd Pascala jest różny od ich po^ądu: 
^yż» wedle niego, można orzec, że dobro jednego porządku 
jest wyższe od dobra innego porządku, i nawet, ile razy jest 
odeń wyższe; niepodobna tylko jego wyższości wyrazić liczbą 
skończoną. 

Ale i wśród tych, co dobra różnych porządków mają za 
współmierne, Pascal zajmuje odrębne miejsce. Ci pojmują sto- 
sunek porządków zazwyczaj w jeden z dwu sposobów. Gdy 
mówią, że »A jest dobrem wyższego porządku niż B", to zna- 
czy to — w jednem pojmowaniu — tylko tyle, że w razie wy- 
boru i niemożności wybrania obu, należy wybrać A, nic zaś B, 
aczkolwiek A nie zastępuje B, jak np. bogactwo nie zastępuje 
urody. W drugiem zaś pojmowaniu wyższość dobra A znaczy 
nietylko, że należy je wybrać, raczej niż B, ale także, że ono 
zastępuje dobro B, bo zawiera dobro B, tak jak np. większe 
bogactwo zawiera mniejsze; kto ma A, ten ma już i B, a zara- 
zem ma jeszcze coś więcej (A = B -|- >*)• 

Pogląd Pascala idzie jeszcze dalej, niż to ostatnie pojmo- 
wanie. Dla niego odpowiednia formuła jest: A == B -^ oc 
a nawet: A — B = A, bowiem — jak przekonamy się poni- 
żej — dla Pascala, dobro wyższe (A) wcale nie zmniejsza się 
po odjęciu odeń dobra niższego (B). 

Dla dcdszego wyjaśnienia stanowiska Pascala, dodiymj 
jeszcze to: Ci, co mówią, że dobro porządku A jest wyższe od 
dobra porządku B, rozumieją zazwyczaj, że oba dobra są 
1) bądź wzięte w tej samej ilości (Am > Bm), 2) bądź — ile 
ze taki stosunek nie zawsze da się nawet pomyśleć, gdy dio- 
dzi o dotrą innego porządku — rozumieją, że zarówno A jak 
i B są wzięte w pewnej określonej ilości (Am > Bn). Pascal 
zaś rozumie wyższość dóbr radykalniej: dobro wyższego po* 
rządku (A), wzięte w dowolnie małej ilości, jest wyższe od do^ 
bra niższego porządku (B), wziętego w dowolnie wielkiej ilo- 
ści (Ax > By). 

Uzasadnienie, jakie Pascal daje dla swego stanowi- 
ska, jest poprostu takie: A należy do wyższego porządku, niżB. 
To już dość, więcej nie trzeba. Co jest w niższym porządku, 
to zawsze w nim pozostanie i przy żadnem wzmacniuiiu ilo- 
ściowem nie przejdzie do wyższego porządku. JL wszystkich 
ciał razem wziętych niepodobna wytworzyć najmniejszej m3rśli... 
a z wszysztkich ciał i duchów niepodobna wyciągnąć jednego 



Digitized by 



Google 



— 307 — • 

poruszenia prawdziwej miłości". W myśl rozumowania Pascala^ 
należałoby powiedzieć, ze dobra różnych porządków są ro- 
dzajowo od siebie różne. I Pascal faktycznie mówi tak w swym 
SrfóiArnym fragmencie: »są to trzy porządki rodzajowo różne' • 
Tu nazwał rzecz po imieniu. Ale dokonał tego tylko raz i kon- 
seki^encji rzeczowej nie wyciągnął. Gdyby był wyciągnął, to 
musiałby upaść cały porządek dóbr Pascala, który właśnie z ro- 
dzałowej różnicy robi różnica nieskończoną. 

Tak zaś, przez wprowadzenie różnic nieskończonych, po- 
wstaje etyka, którąby można — przez analog]^ z nie-archime- 
desową geometrją — nazwać etyką nie-archimedesową. 
Pev^nik Archimedesa dla odcinków twierdzi, że, jeżeli mamy 
dwa nierówne odcinki a, b, przyczem 6 < a, wówczas możemy 
znaleść tak wielką liczbę n, że nb > a. Geometrją nie-archime« 
desowa pomija ten pewnik i bez niego buduje naukę. Analo- 
giczne zdanie etyczne, traktujące o dobrach, tak jak tamto 
o odcinkach, brzmiałoby: Jeżeli mamy dwa nierówne dobra 
A i B, przyczem A jest dobrem wyższem niż B, wówczas mo- 
żemy znaleść tak wielką ilość /i, że dobro B wziąte w ilości n 
będzie dobrem wyższem niż A. 

Przyjęcie lub odrzucenie tego twierdzenia jest rzeczą wiel- 
kiej wagi zarówno dla najogólniejszej teorji etycznej, jak i dla 
jej szczegółowych zastosowań i praktycznych konsekwencyj. 
Wobec każdej teorji dóbr należy baczyć, czy jest „archimede<* 
sowa" czy nie. Wszystkie znane teorje dóbr rozpadną się wtedy 
na dwie grupy: stanowisko archimedesowe przeważa w etyce 
świeckiej, a zaś w łonie etyki religijnej, a w każdym razie chrze- 
ścijańskiej, na której opiera się Pascal, przeważa etyka nie-ar- 
chimedesowa. Ewangelja i Ojcowie Kościoła, pisarze i filozofo- 
wie chrześcijańscy, stoją bodaj wszyscy na jej gruncie: dobra 
nadnaturalne są im nieskończenie wyższe od doczesnych. 
Pogląd wspólny im wszystkim, można sformułować w ten spo- 
sób : jeśli A jest dobrem wyższego porządku, a B — niższego, 
to żadne łączenie i potęgowanie dóbr B nie dorówna dobru A 
i nie zastąpi go; gdy ktoś nie posiada A, to posiadanie B 
jest dlań nieskończenie mało warte. Jak mówi Ewangelja: »Cóż 
pomoże człowiekowi, jeśliby wszystek świat zyskał, a na duszy 
swej szkodę podjął* (Mat. 26, 26). To jest wspólny grunt pi* 
sarzy chrześcijańskich; natomiast, pojawiają się wśród nich pewne 
różnice tendencyj, gdy chodzi o ustalenie, jaką wartość posiada 
niższe dobro B dla tego, kto posiada A. Jedna tendencja. 



Digitized by 



Google 



— 308 — 

Snogąca się powołać na filozofję Św. Tomasza, przyjmuje, że 
w takim razie dobro B posiada swoją określoną, nie nieskoń- 
czenie małą wartość. Najważniejszą rzeczą są dobra wieczne^ ale 
dobrze jest też posiadać dobra doczesne. Druga tendencja tern 
się od pierwszej różhi, że nie robi koncesji na rzecz dóbr niż- 
szego porządku; te są wedle niej zawsze nieskończenie mało 
warte. To stanowisko surowsze i prostsze, oznaczające stosunek 
dóbr bez żadnych zastrzeżeń i dodatkowych założeń, jest wła- 
śnie stanowiskiem Pascala. 

Ale podczas, gdy pisarze kościelni tylko w jednym punkcie 
skali widzą nieskończenie wielki przeskok między dobrami, Pa- 
scal widzi go między każdym niższym a wyższym porządkiem. 
Tam szły najpierw naturalne skończone przedmioty, posiadające 
skończoną wartość, a ponad niemi były przedmioty nadnatu- 
ralne, nieskończoife i nieskończenie wyższą od tamtych posia- 
dające wartość; u Pascala zaś już między skończonemi przed- 
miotami są nieskończenie wielkie różnice wartości. I ten stosu- 
nek nieskończonej wyższości i nieskończonej niższości względem 
innych porządków jest podstawową cechą dóbr dla Pascala. 
Jedne dobra są „nieskończenie wyższe'» inne — ^nieskończe- 
nie niższe^. „Nieskończenie niższe^ bywają także nazywane 
^nieskończenie niskiemi wobec wyższych^. A „nieskoń- 
czenie niskie wobec wyższych* stają się rychło poprostu „nie- 
skończenie niskiemi"*. Dobra „nieskończenie niskie'' mogą 
być wobec wyższych traktowane jak nicość. Pascal mówi 
nawet: są nicością. „Skończone unicestwia się wobec nie- 
skończonego i staje się czystą nicością^ (233). Porządelc niższy 
nie istnieje wobec wyższego. Istnieje tylko porządek wyższy. 
A wyższy nie istnieje wobec jeszcze wyższego. Istnieje tylko 
porządek najwyższy. Dobro najwyższe jest dobrem jedy- 
nem. (425; 408). 

To jest kres, do którego Pascal dochodzi. Dochodzi doń, 
a raczej zsuwa się na to stanowisko, na którem może się za- 
trzymać spokojniej, niż na stanowisku pierwotnem wśród za* 
MfTOtnych nieskończoności. Aby dojść tu, musiał przejść drogę 
niedaleką, ale niezupełnie prostą: zaczął od tego, że dobra 
wjrższego porządku są nieskończenie wyższe od dóbr innyeh 
porządków, a skończył na tem, że tylko dobra najwyższego 
porządku są dobrami. 



Digitized by 



Google 



— 309 — 

V. 

Pozostaje zasadnicza wątpliwość: czy ten porządek, co 
do którego zostało ustalone, iż jest najwyższy, nieskończenie 
^vyższy od wszystkich innych, a nawet jedyny, zawiera- 
jący prawdziwe dobra, czy ten porządek faktycznie 
istnieje, czy też może jest — złudą? Co do niższych porząd- 
ków, co do natury fizycznej i duchowej, to ich istnienie nie 
ulega wątpliwości; wątpliwe może być tylko istnienie najwyż- 
szego porządku. Czy zaś istnieje ten porządek t. j. czy istnieje 
Bóg i dobra nadnaturalne i nieskończone, to pytanie nieporów- 
nanej wagi (194). „Są tylko dwa rodzaje osób, które można na- 
zwać rozsądnemi: te, co służą Bogu z całego serca, bowiem go 
znają; lub też te, które go z całego serca szukają, bowiem go nie 
zna>ą« (194, por. 257 i 421). 

Ale jakże tu poznać? „Oto co widzę i co mSę przeraża: 
spoglądam we wszystkie strony i nie widzę nic prócz ciemno-^ 
ści. Natura nie daje mi nic, coby nie było powodem wątpienia 
i niepokoju. Gdybym w niej nie widział nic, coby było znakiem 
Bóstwa, zdecydowałbym się na odpowiedź przeczącą* Gdybym 
wszędzie widział znaki Stwórcy, spocząłbym w wierze* Ale wi- 
dząc zbyt wiele, by zaprzeczać i zbyt mało, by się upewnić, 
jestem w stanie pożałowania godnym i stokroć pragnąłem, aby 
natura, jeśli jest podtrzymywana przez jakiegoś Boga, wskazy- 
wała nań bez dwuznaczności; albo — jeśli znaki, jakie ona nam 
ddje» są zwodnicze — aby wyzbyła się ich całkowicie; aby mó- 
wiła wszystko lub nic, bym mógł poznać, jaką mam powziąć 
decyzję*... (229). 

A jednak decyzję powziąć trzeba. Skoro żyjemy, musimy 
się decydować, musimy w ten lub tamten sposób żyć. Decyzja 
jest konieczna; tylko, nie będzie mogła być oparta na pewno- 
ści. „Gdyby nie należało czynić nic inaczej jak na pewne, to 
nie należałoby nic czynić dla religji; nie jest bowiem pewna. 
Ale ileż rzeczy robi się na niepewne: podróże morskie, bitwy! 
Mówię więc, że należałoby nie robić nic, gdyż nic nie jest 
l>ewne... Otóż gdy się pracuje dla jutra i na niepewne, postę- 
puje się słusznie. Gdyż należy pracować na niepewne, wedle 
reguły prawdopodobieństwa, która jest dowiedziona* (234). 
Pewności niema, ale są racje (por. 824), jest prawdopodobień- 
stwo* że taki a nie inny wybór jest słuszny. Za jakim zaś wy- 
borem przemawia prawdopodobieństwo, na to odpowiada sła* 
wny „zakład" Pascala (le pari de Pascal). 



Digitized by 



Google 



— 310 — 

Dwie są możliwości, między któremi trzeba wybierać: albo 
]est Bógt albo go niema. Inaczej: albo jest najwjrższy porządek 
nadnaturalny, albo g-o niema, są tylko niższe poi^ądki natury. 
Odpowiednio do tego są dwie możliwości życia: albo zabiegać 
o dobro najwyższego porządku, o miłość i łaskę — albo o do- 
bra niższego porządku, o dobra natury. Z jednej strony jest 
więcej do osiągnięcia, z drugiej większa pewność osiągnięcia. 
Co słusznie jest wybrać: niepewny wyższy porządek czy pewny 
niższy ? 

Istnienie niższego porządku jest pewniejsze od istnie- 
nia wyższego, ale o ile, tego niepodobna określić. Natomiast, na 
zasadzie założeń PascaU, można określić, o ile porządek wyższy 
jest wyższy od niższego. „Gdybyś miał zyskać tylko dwa życia 
za jedno, to już mógłbyś zakładać się o nie. Ale g'dyby było 
można zyskać trzy, toby już zakładać się należało (skoro jesteś 
w konieczności grania), i byłbyś nierozważny, gdybyś, b^ąc 
zmuszonym do gerania, nie ryzykował swego życia dla zyskania 
trzech żyć w grze, w której jest równa szansa przegrania i wy- 
grania. Ale przecież grasz o wieczność życia i szczęścia. A skoro 
tak jest, to gdyby była nieskończoność możliwych przypadków, 
z których jeden tylko byłby za tobą, miałbyś już rację zakła- 
dać jedno, by zyskać dwa, i postąpiłbyś nierozsądnie, gdybyś, 
będąc zhiuszoinym do gry, nie chciał stawiać jedneg^o życia prze- 
ciw trzem w grze, w której na nieskończoność przypadków je- 
den jest za tobą, jeśli do wygrania jest nieskończoność życia 
nieskończenie szczęśliwego. Lecz tu jest nieskończoność żyda 
nieskończenie szczęśliwego do -wygrania, szansa wygrania prze- 
ciwstawia się skończonej liczbie szans przegrania, i to, co ryzy- 
kujesz, jest skończone*. (233). 

Czyli: nawet gdyby szansa wygrania była nieskończenie 
mała, to jeszcze istniałaby podstawa do ryzykowania, skoro to, 
co można zyskać, jest nieskończenie wielkie. Tymczasem wcale 
nie jest pewne, iżby szansa wygrania była tak mała; tembar- 
dziej więc należy ryzykować. To znaczy: jakkolwiek niepewne 
jest istnienie porządku najwyższego, to skoro ten porządek jest 
nieskończenie wyższy od innych, należy postępować tak, jak 
gdyby ten porządek istniał. Pascal przyjął tylko, że pewien po- 
rządek jest wyższy od innych; stąd zaś, że jest wyższy, wypro* 
wadził — nie dodając już nowych przesłanek — że jest wyższy 
nieskończenie; a dalej, stąd, że jest wyższy nieskończenie wy- 
prowadził — też nie dodając przesłanek nowych — że nałeży 



Digitized by 



Google 



— 311 — 

postępować tak. Jak gfdyby ten porządek istniaŁ Gdy określiło 
siq je^o miejsce między porządkami dóbr, to już >nie potrzeba 
pytać, czy istnieje. 

Uderza analogja tych rozumowań z ontologicznym do* 
wodem istnienia Bogra. Analogja polega na tern, ze niema i tu 
oddzielnego sądu egzystencjalnego; bez tego sądu dobra naj- 
wyższe uznane są za przedmiot dążenia moralnego. Ma to wy« 
nikać analitycznie z pojęcia najwyższego porządku dóbr, po- 
dobnie jak z pojęcia istoty najwyższej ma wynikać analitycznie, 
że istota ta istnieje. 

W ^zakładzie^ Pascal argumentuje ad hominem. Dla se- 
bie argumentacji nie potrzebuje, bo jest przekonany; dla siebie 
ma twierdzący sąd egzystencjalny dotyczący najwyższego po- 
rządku, oparty na wierze. Natomiast dla tych, coby tej wiary 
nie podzielali i sądu na niej opartego nie uznawali, stara się 
takowy ominąć w rozumowaniu. Używa też swej argumen- 
tacji, aby przekonać tych, co mniemają, że, oddając się wy- 
łącznie dobru najwyższemu, zbyt wiele mają z dóbr doczesnych 
do stracenia. Ze względu na nich argumentacja Pascala dotyka 
wyłącznie hedonicznej i utylitarnej strony dóbr. Mówi o szczę- 
ściu i korzyściach, które są do zyskania i do stracenia. Chce 
dać „rozsądne rozstrzygnięcie sprawy we własnym interesie *, dla 
.korzyści osobistej^, oparte na trzeźwym rachunku. „Je ne dis 
pas ceci par le żele pieux d'une dćvotion spirituelle. J*entends 
au contraire qu'on doit avoir ce sentiment par un principe 
d'intćret humain et par un intćrSt d amour propre** (194). Bo 
wszak to, co się ryzykuje, jest nieskończenie mi^o warte! 
9 Jeśli wygrasz, wygrasz wszystko; jeśli przegrasz, nie prze- 
grrasz nic''. Kto zdecyduje się na r3rzyko, ten „zobaczy taką 
nicość tego, co ryzykuje, że pozna wkońcu, iż zakładał się 
o rzecz pewną, nieskończoną, za którą nie dał nic" (233). 
W tych słowach mamy uproszczone rozumowanie i rozstrzyga* 
nie zakładu; odpowiada eno najbardziej krańcowemu stanowi- 
sku Pascala, w którem porządki niższe z nieskończenie mniej 
wartościowych od porządku najwyższego stały się pozbawione 
wszelkiej wartości. 

Pomijam piezliczone zarzuty stawiane zakładowi Pascala 
i jego fantazyjnemu operowaniu nieskończonościami; ale na 
jedno chcę zwródć uwagę: Przyjmijmy nawet założenie Pascala, 
że porządek niższy jest niczem wobec wyższego; ale, jeśli 
wyższy porządek nie istnieje, to niższy jest wtedy czemś i na- 



Digitized by 



Google 



— 312 — 

wet czemś nieskończenie wyższem od jeszcze niższego porządku; 
teraz — on jest wszystkiem. A tu właśnie postawione jest py- 
tanie, czy porządek najwyższy istnieje, czy więc następny jest 
niczem czy wszystkiem? Nie można więc w odpowiedzi na to 
pytanie powoł)rwać się na to, że jest niczem. — Posuwając się 
myślą znów ku forze Pascalowskiej skali, natrafiamy na ana- 
lo^czną trudność: utwórzmy pojęcie jeszcze wyższego porządku 
dóbr, niż porządek miłości, a samo pojęcie tego noweg^o po- 
rządku wystarczy, by tą samą metodą .ontologicznego^ dowo- 
dzenia zagwarantować istnienie porządku; i ten sam „trzeźwy 
rachunek", jakim posługiwał się Pascal, zrobi teraz z nowego 
porządku jedyny przedmiot postępowania moralnego. Teraz po- 
rządek miłości spotyka się z pytaniem: czy jest wszystkiem 
czy — niczem? — Pascal, oczywiście, zaprzeczyłby możliwości 
nowego porządku; boć porządek miłości jest porządkiem dóbr 
nietylko nieskończenie wyższych od innych, ale i nieskończonych, 
a nad takiemi porządku wyższego już być nie może. Ale mu- 
siałby Pascal zmienić sposób rozumowania, bo ten, którego 
używał dla wyniesienia porządku miłości, zwraca się prze- 
ciwko niemu. 

VI. 

Stanowisko Pascala, uznające nieskończoną wyższość po- 
rządku nad porządkiem, ma doniosłą konsekwencję: mianowi- 
cie dzięki niemu i tylko dzięki niemu można osiągnąć po- 
wszechną materjalną regułę słusznego postępowania. 

Trudność znalezienia takiej rejruły jest znana każdemu ety- 
kowi. Pascal też stwierdzał ją niejednokrotnie. Żadna reguła 
nie zdaje się nadawać na powszechną: „Każda rzecz jest cz<^ 
ściowo prawdziwa, częściowo fałszywa... O czemże można po- 
wiedzieć, że jest dobre? Czystość? mówię, że nie, bo światby 
się skończył. Małżeństwo? Nie; wstrzemięźliwość jest lepsza. 
Nie zabijać wcale? Nie; gdyż nieporządki byłyby okropne, i źli 
wybiliby wszystkich dobrych. Zabijać? Nie, gdyż to niszczy 
przyrodę. Nie mamy prawdy i dobra inaczej jak częściowo 
i zmieszanych ze złem i fałszem^ (385). 

Wszelako nie ustają poszukiwania powszechnej reguły. 
1 udało się znaleść różne dla niej formuły; są bardzo mi^Y 
sobą różne, ale — wartość jednej nie jest większa od drugiej. 
Powszechność ich jest czysto słowna. To tylko słowo jest jedno, 
ale jest ono niby skrzynia, mieszcząca mnogość różnorodnych 



Digitized by 



Google 



— 313 — 

regfilł. „Dlączeg-óż [nie ma być cnotą] >abstine et sustine« raczej 

niz yyStosować^^się do natury** lub niż wykonywać swe sprawy 

pry ^^^atne bez niesprawiedliwości, jak chce Platon, lub jeszcze coś 

ini^e^o. Lecz wszak w tem — powiecie — wszystko jest zamknięte 

vv jednem słowie. Tak, ale to jest bez pożytku, jeśli się tego 

sło^^^a nie wytłumaczy; a gdy się zaczyna tłumaczyć, to dość 

oti^orzyć regułę, zawierającą wszystkie inne, by one wszystkie 

wyszły z niej w tem pierwotnem pomieszaniu, które chcieliście 

ominąć. Gdy więc są zamknięte w jednej, to są w niej, jak 

'^Ar skrzyni, schowane i pożyteczne, a nie ukazują się inaczej, jak 

IV swem naturalnem pomieszaniu. Natura ustanowiła je wszyst* 

kie, nie zamykając jednej w drugą" (20). 

A nic niema dziwnego w tej trudności znalezienia reguły 
powszechnej. Bo wszak chodzi tu o regułę, która ma wskazać 
postępowanie słuszne, tj. takie, które w każdej sytuacji wytwa- 
rza możliwie najwięcej dobra. Aby zaś takie postępowanie du- 
szne wyznaczyć — „trzeba patrzeć poza [samym] czynem, na 
nasz stan obecny, przeszły, przyszły i na te wszystkie stany 
innych osób, których ten czyn dotyka i widzieć związki wszyst- 
kich tych rzeczy** (505), A to są wszystko czyniki zmienne. 
Dokonywamy naszych czynów w różnorodnych sytuacjach, 
a w każdej z nich inne dobra mogą być osiągalne; przeto inny 
za każdym razem czyn może być słuszny. Reguła czynu musi 
być dopasowana do okoliczności czynu i musi być indywidu- 
alna, tak jak indywidualne są okoliczności. 

A jednak zastąpienie indywidualnych reguł przez pow- 
szechną nie jest niemożliwe. Wymaga tylko pewnych warun- 
ków. Warunki te spełnia właśnie Pascal: jego stanowisko mno- 
żlłwia powszechną materjalną regułę postępowania. 

Wydaje się nawet, że na to, by dać regułę powszechną, 
wystarczy jedno : znać porządek dóbr. Wiedząc, jakie jest dobro 
najwyższego porządku, mamy zarazem już i regułę powszechną • 
postępowania. 

Jednak, nie: bo możliwe jest, że dobra niższe połączone 
i wzięte w dostatecznej mnogości stworzą całość wyższą, niż 
dobro najwyższego porządku. Aby więc móc dać regułę pow- 
szechną , postępowania, trzeba spełnienia dwóch warunków: 
1) Trzeba, aby istniało jakieś dobro najwyższe i 2) aby stosu- 
nek jego do dóbr niższych był tego rodzaju, że te w żadnem 
połączeniu nie mogą jemu dorównać. 

Jednakże i te warunki nie są dostateczne. Przypuśćmy, że 



Digitized by 



Google 



— 314 — 

rycie ludzkie jest najwyższem dobrem i że rejfułą powszechitą 
jest: ^szanuj życie ludzkie' lub — negfat)rwnie — „nie zabijaj''. 
Tymczasenny może się zdarzyć sytuacja taka, źe usunięciem je- 
dnegfo życia mo^ ocalić wiele innych żyć. Jeżeli najwyższem 
i nieporównanie najwyższem dobrem jest tedy życie ludzkie, to 
w tej specjalnej s)rtuacji należałoby zastosować właśnie regtAą 
.zabij". Czyli reguła ,nie zabijai^ przy powyższych dwóch Mra- 
runkach nie byłaby jeszcze powszechna. Aby zatem umoilifpirić 
regułę powszechną, niezbędne jest spełnienie jeszcze jedneg^o 
warunku: 3) Dobro najwyższe musi być tego rodzaju, że nte 
podlega stopniowaniu i uwielokratnianiu. 

Wszystkie te warunki są spełnione w poglądzie Pascala: 
nadnaturalny porządek miłości 1) jest najwyższym porządkiem, 
2) jest nieskończenie wyższy od innych porządków, 3) nie ulega 
, stopniowaniu i uwielokratnianiu. To ostatnie wynika z nadna* 
turalnego, boskiego charakteru tych dóbr. — Wszystkie warunki 
są spełnione i Pascal, nie uciekając się nawet do sweg;o krań- 
cowego stanowiska (że istnieje tylko jeden prawdziwy porzą- 
dek dóbr: najwyższy), może mówić o jedynej powszechnej re- 
gule. Jest to ,9Jedyna reguła miłości* (670). 

VII. 

Są tedy dobra najwyższego porządku jedynemi prawdzi- 
wemi dobrami, jedynym przedmiotem powszechnej reguły etycz- 
nej. Wszystkie inne dobra są „nicością^. Pascal mówi jeszcze 
o nich, że są .próżnością* (vanitć). 1 ludzie są .próżni", którzy 
wybierają te dobra niższe. Dla Pascala zachowanie się ludzi 
próżnych jest tak absurdalne, źe aż stawia sobie pytanie, jak ono 
jest możliwe. Ale ma na to pytanie odpowiedź. „Umysł z natury 
swej wierzy, wola z natury kocha; tak, że nie mając prawdzi- 
wych przedmiotów, muszą przywiązywać się do fałszywych* 
(81). „Odkąd [człowiek] stracił prawdziwe dobro, wszystko mu 
może wydać się niem* (425, cf. 593). Może wydać się niem 
każde dobro cielesne, każde dobro duchowe, a zwłaszcza 
zespół dóbr naturalnych, cielesnych i duchowych. 

(1) Przemożną formą, w jakiej dobra najniższego po- 
rządku — cielesne, — a po części i dobra wyższe — duchowe — 
przywiązują człowieka, jest rozrywka (divertissement) i zaję- 
cie (170 i in.). »Od dzieciństwa obciąża się ludzi troską o ho- 
nor, majątek, przyjaciół i jeszcze o honor i majątek przyjadót. 
Obarcza się ich zajęciami, uczeniem się języków, ćwiczeniamf, 



Digitized by 



Google 



— 315 — 

Mrmawia się w nich, że nie mogfliby być szczęśliwi, sadyby zdro- 
Mrie, honor, majątek ich i przyjaciół nie były w dobrym stanie, 
i ze brak jednej z tych rzeczy uczyniłby ich nieszczęśliwymi. I daje 
si^ im urzędy i zajęcia, które każą im się kłopotać od świtu. 
E>ziwny to sposób — powiecie — uszczęśliwiania ich! Cóżby 
można innego zrobić, aby ich unieszczęśliwić? Jakto, coby można 
zrobić innegfo? Tylko odjąć te troski! Gdyż wtedy widzieliby 
siebie, myśleliby o tem, czem są, skąd przychodzą i dokąd id€|. 
Przeto nigdy nie można ich dostatecznie zająć i odwrócić. Przy- 
Srotowało się im tyle zajęć, a gdy zostaje im jeszcze mała chwila 
iV3rpoczynku, radzi się im, by zużytkowali ją, rozrywając się, 
bawiąc, będąc wciąż i całkowicie zajętymi '^^ [143]. ^Stąd po- 
chodzi, że grat obcowanie z kobietami, wojna, wielkie urzędy 
są tak poszukiwane. To nie dlate^^o, iżby w nich istotnie było 
szczęście, lub iżby ludzie wyobrażali sobie, że prawdziwa szczę- 
śliwość jest w posiadaniu pieniędzy, które można wygrać, lub 
"W zającu, za którym się goni. Nie chciałoby się go, gdyby go 
ofiarowywano^... (145; 102; 132). Przywiązanie do dóbr naj- 
niższego porządku jest bezpośrednim objawem nędzy ludzkiej. 
Ludzie przywiązują się do nich, bo one dają zajęcie i rozrywkę, 
które, odwracając myśl od nędzy, są przed nią ucieczką, choć 
nie ratunkiem. 

Ale to są właśnie dobra najnędzniejsze, najbardziej p>ełne 
próżności. „Jedyna rzecz, która pociesza nas w naszych nę* 
dzach, to rozrywka, a jednak — to największa z naszych nędz. 
Gdyż to ona nam przedewszystkiem przeszkadza myśleć o sobie 
i gubi nas nieznacznie. Bez niej opanowałaby nas nuda i pchnę- 
łaby nas do szukania środka bardziej solidnego, by się jej poz- 
być. Ale rozrywka bawi nas i prowadzi nas nieznacznie ku 
śmierci" (199). 

(2) To są dobra najniższe, o które zabiega pospólstwo. 
Filozofowie widzą zaś dobro w wyższym porządku, najwię- 
cej w myśli, prawdzie, działalności rozumu, wiedzy. Bo wszak 
ywidocznemjest, że człowiek jest stworzony do myślenia i w tym 
cała jego godność i zasługa' (146). Tak, „cała godność człowieka 
jest w myśU. Ale — czemże jest ta myśl? Jakże ona niemądra!'^ 
(365). „Niema nic tak zgodnego z rozumem, jak wyparcie się 
rozumu ** (272; 4). Ten (środkowy) porządek dóbr sam wypiera 
się siebie i poddaje się wyższym dobrom. Częstokroć jednak 
ludzie ulegają „szaleństwu ludzkiej wiedzy i filozof ji* (74) i „robią 
bożka z prawdy* (582). — Powiada Pascal w fragmencie, który 



Digitized by 



Google 



— 316 — 

później skreślił, ale który doskonale charakteryzuje jego stano* 
wisko: „trzeba być geometrą, pyrronistą, pokornym chrześci]a- 
ninem'' (cf. 268). To znaczy: trzeba doprowadzić rozum do naj- 
większej doskonałości, aby zobaczyć jego słabość i upokorzyć 
się przed wyższym porządkiem, który jest ponad rozumem. — 
Myśl jest cennem narzędziem dla człowieka, ale jako ostateczny 
cel jest próżnością. 

(3) Gdy i to dobro wyższego porządku zdradziło swą 
próżność, to pozostaje jeszcze jedno: złączenie wszystkich 
dóbr należących do poi-ządków naturalnych, ciała i ducha. 
Taki ideał doczesnej doskonałości ma Pascal na myśli, gdy 
mówi — trzymając się ówczesnej terminologji — o j^uczci- 
wości" (honn^tetć) i „uczciwych ludziach^. To ideał, który 
ludzie bardzo mu blizcy stawiali najwyżej. „L*esprit et Thonne- 
tetć sont au dessus de tout", pisał kawaler de Mćre do Pascala. 
Pascal zaś mówi sam: „Człowiek pełen jest potrzeb i lubi tylko 
tych, co mogą je zaspokoić wszystkie... Potrzeba więc uczci- 
wego człowieka, który mógłby ogólnie przystosować się do 
wszystkich moich potrzeb' (36). „Nie podziwiam wcale nad^ 
miaru cnoty, np. dzielności, jeśli nie widzę jednocześnie nadmiaru 
cnoty przeciwległej, jak np. w Epaminondasie, który posiadał 
najwyższą dzielność i najwyższą dobroczynność; gdyż inaczej, 
nie znaczy to podnosić się, czy upadać. Nie okazuje się swej 
wielkości, gdy się jest na jednym krańcu, lecz gdy się dotyka 
obu krańców naraz i zapełnia odległość między niemi'' (353, 
cf. 530). 

jednakże » uczciwość'' jest doskonałością i uniwersalnością 
tylko doczesną, tylko w zakresie niższych, skończonych po- 
rządków. I w niej jest próżność. A cóż ona może dać człowie- 
kowi? Jakieś dziesięć lat zadowolenia miłości własnej (238). 
A potem? „Ostatni akt jest krwawy, jakkolwiek piękna zresztą 
była cała komedja. Rzuca się wkońcu ziemię na głowę i już 
skończone na zawsze' (210). Tę wszechstronność dóbr, o którą 
zabiega uczciwość, tę daje tylko — religja. Bo ona prowadzi do 
dóbi najwyższego porządku (542). 

Dobra ciała i dobra umysłu, rozrywki i zajęcia, wiedza 
j „uczciwość" — to wszystko dobra, ale niższych porząd- 
ków. Wobec porządku najwyższego są próżne, wartość ich 
staje się żadna. — Nie, wartość ich jest mniejsza niż 
żadnal Bo one, pociągając ludzi ku sobie, odwodzą ich od 
najwyższego porządku. 1 przez to są — złe. „Wszystko, cokot 



Digitized by 



Google 



— 317 — 

v\fiek nas pobudza, by przywiązywać ' się do stworzeń^ jest złe, 
Sr<3yz przeszkadza nam bądź służyć Bo^, jeśli go znamy, bądź 
szukać go, jeśli go nie znamy'* (479). A, jako złe, te dobra 
niższe nie są godne nawet mniejszego uznania, nawet rtie są 
Sfodne obojętności; są godne nienawiści. 

Te dobra niższe nie są powszechne, lecz zawsze odno- 
szone do kogoś. Najczęściej każdy odnosi je do samego siebie. 
Są w człowieku dwa przywiązania: do Boga i do siebie. To 
znaczy: do najwyższych dóbr i do dóbr niższych. I oto przy** 
Mfiązanie do siebie bierze górę nad przywiązaniem do Boga 
(„Lettre sur la mort de M. Pascal le pere**). „Wszystko ciągnie 
ku sobie. A to jest wbrew wszelkiemu porządkowi '^ (477). Wła- 
sna nietrwała istota, mogąca w każdej chwili ulec śmierci, przy- 
Mfiązuje człowieka więcej niż Bóg. Więc też człowiek sam sobie 
jest najniebezpieczniejszy i najbardziej godny nienawiści''. (485). 
Na dwóch biegunach porządku dóbr stoi Bóg, dobro godne mi- 
łości najwyższej, i nienawistne ja, (le moi haissable). „Trzeba 
kochać tylko Boga i nienawidzieć tylko siebie* (476). 

To już kres, do którego Pascal dochodzi w swych rozwa- 
żaniach nad porządkiem dóbr. Myśl jego przeszła cały szereg 
etapów. W przechowanych fragmentach Pascala »Myśli" z róż- 
nych etapów znajdują się pomieszane obok siebie. Powyższa 
analiza 'starała się je rozróżnić; wypada je jeszcze przedstawić 
w porządku: 

1. Jedne dobra należą do porządków wyższych, inne 
należą do porządków niższych. (To jest punkt wyjścia). 

2. Bez względu na zmiany ilościowe dobra pozostają zaw- 
sze w ramach swego porządku; dobra niższego porządku nigdy 
nie mogą przejść do wyższego, czyli, mają wartość nieskoń- 
ezeczenie niższą od dóbr wyższego porządku. 

3. Dobra porządku niższego mają wobec porządku 
wyiszego wartość nieskończenie małą. 

4. Dobra porządku niższego mają wartość nieskoń- 
czenie małą. 

5. Dobra, mające wartość nieskończenie małą, mogą byćt 
traktowane jako nie mające żadnej wartości. 

6. Ponieważ dobra niższych porządków są jednak pożą- 
dane przez ludzi i odwracają ich od dóbr wyższego porządku, 
więc, jako stojące dobru na przeszkodzie, posiadają wartość 



Digitized by 



Google 



— 318 — 

ujemną, są złe. — Ostatecznie, tylko więc dobra najwyższego 
porządku są dobrami. 

Odpowiednio do tak rózneg^o pojmowania dóbr niższego 
porządku, zmieniać się musi i nasz do nich stosunek: 
dobra niższych porządków są głodne : mniejszego uznania — nie- 
skończenie małego uznania — obojętności — nienawiści. Osta- 
tecznie więc, tylko dobra najwyższego porządku godne są uzna- 
nia i miłości. 

Wypływa z tych poglądów na porządek dóbr konsek- 
wencja dla etyki postępowania. Ostatecznie, tylko dobra 
najwyższego porządku powinny być celem postępowania. I na- 
wet to, że dobra niższych porządków istnieją napewno, a dobra 
najwyższe nie, nie może zmienić tego jedynego celu postępowa- 
nia. Możliwa jest powszechna reguła etyczna. Ta jedyna pow- 
szechna reguła każe: zabiegać o najwyższe dobro miłości, unikać 
wszystkich dóbr innych. 



Digitized by 



Google 



MIECZYSŁAW TRETER. 



Zadania i przedmiot estetyki. 

(Szkic programu badań.) 



Wobec niezwykłe} rozbieżności kierunków badań estetycz- 
nych, która jest naturalną konsekwencją braku jasno sformu- 
łowanych założeń, zakwestjonowano w filozofji naukowy cha- 
rakter estetyki jako odrębnej nauki. 

Ten brak założeń posuwa się tak daleko, że estetyka nie 
może właściwie poszczycić się ani jednem szczegc^owem i kon- 
kretnem określeniem swych zadań i przedmiotu badania, okre- 
śleniem racjonałnem, któreby uzasadniało wogóle jej potrzebę. 

Sami także twórcy niektórych współczesnych systemów 
estetyki zdają się najwidoczniej potwierdzać ten względny, pro- 
blematyczny nawet jej charakter. Większość niemal autorów 
omija dyplomatycznie ów niebezpieczny, gdyż dziś już nie tyle 
^ielo- ile małoznaczny termin ,,estetyka* i decyduje się 
<:hętnie na różne inne dzieł swych tytuły, jak np.: La science 
•du beau, Thc theory of beauty, The pedagogics of beauty, Psy 
chologie des Schoenen und der Kunst, Allgemeine Kunstwissen- 
schaft, Philosophie der Kunst, Kunstgeschichtliche Grundbegriffe, 
Teorja Sztuki i t. p. 

Szczególniej w Niemczech przyjmuje się coraz bardziej 
nazwa nowej jakoby nauki : ogólnej nauki o sztuce (allgemeine 
Kunstwissenschaft) — która, przyznać to trzeba, nie buja już 
vr sferze mglistych abstrakcyj i do niczego właściwie nieobo- 
iviązujących, swobodnych, a czysto zresztą subjektywnych, este- 
tycznych wynurzeń, lecz 'zacieśnia swój zakres do konkretnych 
zagadnień stylu i wogóle formy, oraz jej właściwości w sztuce, 
-we wszystkich jej gałęziach. 

Podobnież we Francji estetycy współcześni pracują raczej 
nad wyjaśnieniem początków sztuki, nad zbadaniem jej jako 
zjawiska życia społecznego, lub też nad stworzeniem podstaw 
naukowej krytyki artystycznej, aniżeli nad problemami .piękna* 
jako takiego, które do niedawna jeszcze, nietylko we Francji, 



Digitized by 



Google 



— 320 — 

stanowiły omal że główny temat roztrząsań teoretycznych i ba- 
dań eksperymentalnych. 

Wszystko to zdawałoby się świadczyć o tem^ że zamiera 
już niejako dawna „estetyka^^ a rodzi siq nowa jakaś „nauka 
o sztuce** i na ostatni plan spycha tak ongiś popularną „naukę 
o pięknic*.., 

Możnaby utrzymywać, że ta nowa nauka, to ta sama, w odro- 
dzonej tylko formie „estetyka'*, która, zacieśniwszy swój zakres, 
zdawszy sobie żywo sprawę ze swych zadań i z przedmiotu 
badań, stanęła nareszcie na realnym gruncie prawdziwej nauki, 
a wstydzi się jeno dawnej swej nazwy, do cna już skompromi- 
towanej. Takiego jednak twierdzenia należałoby dowieść, po- 
sługując się całym materjałem historycznym, jakiego mogą do- 
starczyć dotychczasowe dzieje estetyki. Należałoby z dzieł i roz- 
praw estetycznych, nad wyraz bogatych rozmiarami, a ubogich 
treścią, niepomiernie przytem, zwłaszcza w XIX wieku, licznych, 
wyłuskać wspólne wszystkim autorom estetycznych studjów 
ziarno podstawowego problemu; należałoby również zestawić 
ze sobą najrozmaitsze ich przedmioty badań i spróbować, czy 
nie dałyby się one jednak, mimo wszystko, sprowadzić do ja- 
kiegoś jednego, wspólnego mianownika. 

Wiadomo, że zależnie od swego epistemologicznego sta- 
nowiska jedni autorowie skłaniają się raczej do abstrakcji, inni 
raczej do empirji, do świata zjawisk i przedmiotów konkre- 
tnych (np.Platon, Arystoteles, Hegel, Fechner). Stąd łatwo 
można wyróżnić w dotychczasowym rozwoju estetyki dwa za- 
sadnicze kierunki: estetyki metafizycznej, zwanej %ez idealisty- 
czną, spekulacyjną, oraz estetyki empirycznej, opisowej. 

Estetycy obu kierunków zajmowali się zwykle takiemi za- 
gadnieniami, jak np.: piękno, różne jego kategorje i modyfika- 
cje, brzydota, idea piękna i przyobleczenie jej w kształty realne 
tak w sztuce jak w naturze, kwestja smaku, upodobania i roz- 
koszy estetycznej, zależność sztuki od natury, subjektywne i objek- 
tywne warunki estetycznego użycia^ względnie artystycznie 
cennego dzieła sztuki, normy estetyczne, tajemnice ducha twór- 
czego, jego charakterystyczne znamiona (psychologja twórczości) 
i t, d. Pomijając cały szereg innych przyczyn, głównym powo- 
dem różnicy wyników i samego toku wywodów była różnica 
stanowisk, a co za tern idzie, różnica przedmiotów badania. 
Jedni estetycy stali na gruncie idealizmu, inni zaś na gruncie 
krytycznego realizmu. 



Digitized by 



Google 



— 321 — 

Ci ostatni jednak również nie byli i nie zawsze są z sobą 
w zgodzie; także wśród nich wyróżnić można dwa rozbieżne 
i wręcz przeciwne sobie kierunki: jedni estetycy uważają za 
właściwy przedmiot swych badań wszelkie procesy psychiczne, 
które rodzą się na podłożu estetycznem, t. j. w chwili obco- 
wania człowieka z dziełem sztuki lub pięknym wykrawkiem 
natury^ inni zaś główną swą poświęcają uwagę nie tyle właści* 
wościom i stanom estetycznie używającego przedmiotu, ile ra-> 
czej czysto objektywnym cechom artystycznego utworu lub 
pewnych kształtów i wogóle formalnych walorów, spotykanych 
w przyrodzie. Estetycy obu kierunków dość są pochopni do 
wartościowania estetycznego, a nawet do* tworzenia pewnych, 
ogólnych norm i postulatów. 

Subjektywiści formułują kryterja estetycznej wartości i ogól- 
nie obowiązujące normy na podstawach psychologicznych, ro- 
zumując w ten mniej więcej sposób: ponieważ faktem jest,, 
stwierdzonym doświadczeniem i eksperymentem, że tylko pod- 
niety o takich a takich właściwościach mogą wprowadzić czło- 
wieka w stan estetycznego użycia i napawania się, inne zaś 
analogicznych stanów nie wywołują, te inne nie mają w dzie- 
dzinie życia estetycznego żadnego znaczenia, są albo estetycznie 
ujemne, t. zn« bez wartości, albo też są poza-estetyczne, Ł zn« 
obojętne. 

Objektywiści natomiast, zdając sobie zresztą sprawę z tych 
wszystkich stanów emocjonalnych, jakie towarzyszą obcowaniu 
z dziełem sztuki, pomijają je, a zajmują się głównie temi cha* 
rakterystycznemi cechami estetycznego przedmiotu, które dają 
się w niewątpliwie objektywny sposób stwierdzić i określić. 
Na drodze badań porównawczych ustalają pewnego rodzaju 
artystyczne walory i wartościują estetyczne przedmioty w miarę 
tego, im więcej tych walorów w danym przedmiocie występuje. 
W stawianiu norm powszechnie obowiązujących są objekty- 
wiści o wiele ostrożniejsi, poprzestają często na samym opisie, 
na klasyfikacji naukowej; za to dość łatwo popadają w inną 
ostateczność i, nie uwzględniając w dostatecznej mierze podłoża 
duchowego twórczości artystycznej, oraz roli, jaką w sztuce 
odgrywa uczucie — towarzyszące stale wszystkim t. zw. sta- 
nom estetycznym, a stanowiące zarazem główną pobudkę twór- 
czości — gubią się nieraz w dociekaniach czysto technicznej 
natury. 

Z góry przypuścić można, że z dziejów estetyki dotych- 

21 



Digitized by 



Google 



322 



czasowej okaże się, iż właściwe jądro estetycznych zag^adnień 
stanowi zwarty splot kwestyj dotyczących sztuki i stosunku 
formy do treści, a więc kwestyj czysto artystycznej natury, 
w przeciwstawieniu do problemów życia psychicznej, subje- 
ktywnego. 

Dlaczegfo? DlategfO przedewszystkiem, że niema prawie 
estetycznego systemu, któryby sztukę wraz z całym specyficz- 
nym konglomeratem jej zagadnień całkowicie pomijał. Wszak 
nawet estetycy idealistyczni, metafizycy i badacze oderwanej 
idei piękna nie mogą obejść się nigdy bez tego granitowego 
fundamentu tęczy ich marzeń, jakim jest sztuka. Powtóre dla- 
tego jeszcze, że, gdyby zagadnienia zbiorowej czy indywidualnej 
psychiki stanowić miały główny przedmiot badań estetycznych, 
to wówczas estetyka jako odrębna nauka byłaby wogóle zbę- 
dna, a nawet niemożliwa; mogłaby co najwyżej uchodzić za 
dział psycholog]!, która, badając życie psychiczne człowieka, 
główną zwraca uwagę na podniety artystycznej natury i na 
sposoby, w jakie cdowiek ntf nie reaguje. 

Estetyka metafizyczna, abstrakcyjna, bada oderwane idee, 
a jakkolwiek uwzględnia sztukę i t. zw. piękno kształtów przy- 
rodzonych, za przedmiot swych rozważań uważa nie zjawiska 
ni przedmioty o charakterze artystycznym, lecz pojęcia ze względu 
na ich treść. Wobec tego estetyka taka nie ma wprost racji 
bytu. 

Estetyka empiryczna, opisowa, subjektywna, a raczej ,»8ub- 
jektywistyczna'', badająca albo same stany emocjonalne czło- 
wieka na tle estetycznem, albo też pewne objekty ze względu 
na reakcje, jakie one budzą w widzu lub słuchaczu, jest tylko 
częścią psychologji i za odrębną naukę stanowczo uważana być. 
nie może. Okazało się też na domiar złego, że estetyka psycho- 
logiczna, nawet eksperymentalna, operuje wprost fałszywemi 
założeniami: ze sposobu reagowania podmiotu jakiegoś np. na 
widok dzieła sztuki wnosi o wartości albo wogóle o objekty- 
wnych jakichś własnościach artystycznego utworu, zamiast — 
podmiotu. To też wyniki badań estetyki psychologicznej dla 
sztuki są wprost znikome i naogót bezwartościowe. „Nauka 
o sztuce^, czyli zreformowana estetyka wykazuje całą ich nicość, 
choćby szło nawet o tak par excellence psychologiczną kwestję, 
jaką jest psychologia twórczości. Wobec takiego stanu rzeczy 
estetyka psychologiczna utrzymać się nie da. Zeu^ówno więc 
estetyczny intelektualizm (kierunek metafizyczny) jak i estetycz- 



Digitized by 



Google 



— 323 — 

ny hedonizm (kierunek psychologiczny), nie może mieć w na- 
uce żadnych widoków powodzenia. 

Nawet sam W. Wundt stwierdza, że świat zjawisk este- 
tycznych, tak odrębny od poznania teoretycznego i od praktycz- 
nego sposobu zachowania siq, nie może być dostatecznie wy- 
jaśniony zapomocą psychologji, gdyi konieczne jest tutaj uwzgl^ 
dnienie przedmiotów estetycznego wyobrażania i muszą one 
być zbadane w sposób czysto objektywny, Wundt tedy za- 
leca w odniesieniu do estetyki badanie nie stanów psychicznych 
człowieka, lecz objektywnych włeiściwości przedmiotów wywo- 
łujących estetyczne reakcje, t. zn. opuszcza grunt psychologi- 
czny, a staje na stanowisku estetyki empirystycznej, objektywnej. 

Chodzi więc o to, jakiego rodzaju są te właściwości, które 
sprawiają, że dany przedmiot nabiera estetycznego znaczenia, 
że staje się np. dziełem sztuki. 

Wszak twórczość ludzka różne może mieć przejawy i nie 
każdy jej wytwór posiada specyficznie estetyczne znamiona. 

Czy „piękno" może jest tą objektywną cechą, po której 
moglibyśmy rozpoznać przedmioty estetyczne wśród całej resz- 
ty? Nie, gdyż stawiamy nieraz wysoko i sławimy jako arcy- 
dzieło np. obraz, posąg lub dramat, które zresztą uważamy za 
„brzydkie", gdyż treść ich względnie temat są dla nas przykre. 
Zresztą „piękno" jest wartością względną, czysto subjekt3rwną, 
nawet dla jednego i tego samego podmiotu nader zmienną; oce- 
niamy je i mierzymy sumą własnych uczuć przyjemnych. 

Jest tylko jedna, jedyna cecha, wspólna wszystkim wogóle 
dziełom sztuki, jedna właściwość, która nawet skądinąd brzydki 
i przykry temat w arcydzieło zdolna jest przemienić, a tą jest 
synonim artyzmu — forma artystyczna. Ona jedna znamio- 
nuje w sposób decydujący wszelkie 4zieła sztuki i odróżnia je 
od najrozmaitszych innych wytworów ducha ludzkiego. 

To też estetyka ta, która » badała przedmioty ze względu 
na to, czy się podobają, czy też nie*^, pod mianem „piękna*^ 
właśnie formę miała na myśli, lecz nie zdawała sobie z tego 
należytej sprawy i kryteiiów, właściwości formy poszukiwała 
nie w estetycznym objekcie, a w podmiocie "estetycznie uży- 
wającym* i dlatego całkowicie zeszła na bezdroża. Estetyka ta, 
jakkolwiek pozornie badała „piękno objektywne*, w gruncie 
rzeczy stała na czysto subjektywnem stanowisku, porównywała ze 
sobą różne stany emocjonalne człowieka — wszak miarą t. zw. 
piękna jest stopień podobania się, zależnie od większej lub mniej- 



Digitized by 



Google 



- 324 — 

szej sumy odczuwanei przyjemności względaie przykrości; nic wi^c 
dziwnego, że wnioski jej, odnośnie do właściwości estetycznego 
obiektu były przeważnie mylne. 

Jeśli tedy zadaniem estetyki ma być określenie dzieła sztuki 
wogóle jako wjrtworu artystycznych czynności człoMdeka — 
trzebaby jeszcze historycznie wykazać^ że takie było właśnie 
podstawowi zagadnienie, wspólne wszystkim estetycznym sy- 
stemom — to przedmiotem jej może być wyłącznie struktura 
dzieła sztuki, forma i wszelkie je}, artystyczne cechy i modyfi- 
kacje, gdyż tylko forma jest istotną i nieodłączną właściwośdą 
wszelkiego artystycznego utworu, podstawą wszelkiego stylu, 
tylko i jedynie forma może wyznaczyć estetyce odrębne stano- 
wisko i zasadniczo odmienny punkt wyjścia w badaniach, nie- 
zależnie od innych nauk. « 

Podobnież, gdyby szło o wykrycie pewnych praw arty- 
stycznej twórczości, powstawania stylów i t. p. kwestyj, na 
które nie umiała i nie mogła odpowiedzieć estetyka intelektu- 
alistyczna ni hedonistyczna, estetyka może tylko wtedy spełnić 
•to zadanie, jeśli za przedmiot swych badań będzie uważała for- 
malną stronę dzieł sztuki, rozważanych czy to osobno, czy 
zbiorowo, pod różnym zresztą kątem widzenia. 

Filozoficzny zaś charakter tak pojętej estetyki jako nauki 
o sztuce, jako „Filozof ji Sztuki*, zasadza się na sposobie ba- 
dań i ich metodach. Stojąc na realnym ściśle gruncie faktów 
konkretnych* które gromadzi i na swój sposób wyświetla histo- 
rja sztuki, estetyka, drogą porównawczych zestawień, analizy 
form artystycznych, zdobywa coraz to ogólniejsze naukowe pra- 
widła, które sprawdza następnie zapomocą myślowej rekonstruk- 
cji, na podstawie ciągle świeżych zjawisk w wszechświecie 
sztuki. 

W ten sposób stwarza zarazem racjonednie pojęta estetyka 
silny fundament pod gmach naukowej — nie impresjonistycznej — 
krytyki artystycznej, oraz umożliwia historji sztuki systematyczną 
klasyfikację zjawisk artystycznych, twórców i ich dzieł, na naj- 
ogólniejszych, filozoficznym sposobem zdob)rtych zasadach. 

Jak o charakterze przedmiotu badań estetycznych, tak też 
o doborze odpowiednich metod decydują w sposób definitywny 
zadania estetyki, pojętej jako odrębna nauka o własnem sta- 
nowisku i o własnym przedmiocie. 



Digitized by 



Google 



WŁADYSŁAW WITWICKI. 



Z fragmentów Heraklita. 

Fragment z wykładu p. t.: „Z dziejów filozofji grlwkiej" wtiniwer- 
sytecie warszawskim w r. 1921. 



Zacliowaae 
ślady życia 



Herakleitos z Efezu urodził się około 540 przed Cłirystu 
sem, a umarł c^oło 480 jako sześćdziesięcioletni. Kwitnąć miał > osobiste 
około roku 504-501 przVd Chrystusem. '^"J^^^ 

Z wysokiego rodu Kodrydów pochodził i stąd mu się na- 
leżała STodność archonta króla, którą jednak bratu swemu odstą- 
pił; nie szukał zaszczytów. Nie znosił demokratów efeskich. 

O życiu jes^o mało wiemy. To, że się z efeskimi polityka- 
mi poróżnił, kiedy jego przyjaciela Hermodora na wygnanie ska- 
zali, bo miał być zbyt tęgim, zbyt wybitnym człowiekiem. Stra- 
bon tak streszcza myśl Heraklita w związku z tem zdarzeniem: 
„Obywatele Efezu powinni się wszyscy powywieszać jeden za 
drugim, a niedorośli powinniby aię sami wynieść z miasta, skoro 
Hermodora, najdzielniejszego z nich wszystkich na wygnanie 

skazali, mówiąc : Z nas żaden nie śmie być najdzielniejszy 

a jeżeli — to niech sobie, ale gdzieindziej i u innych'. Mocne 
słowa, a pełne pasji. 

Podobno, proponowano mu, żeby prawa ułożył dla Efezu. 
Nie chciał, bo nie warto było ustanawiać dobrych praw dla 
tych, którzy się już do lichego ustroju przyuctyli. 

Zniechęcony do życia obywatelskiego, miał się usunąć do 
świętego okręgu Artemidy Efeskiej i tam w kostki grywał 
z dziećmi, a kiedy go raz obstąpili mieszkańcy Efezu: „Czego 
się gapisz jeden z drugim, miał zawołać, czyż nie lepsze to, 
niż być obywatelem między wami? 

I wkońcu mu ludzie całkiem zbrzydli, powiada Diogenes 
z Laerty, zaczem sobie poszedł w góry swojemi drogami i trawą 
żył i korzonkami. I stąd się wodnej puchliny nabawił, zaczem 
do miasta wrócił, a zwróciwszy się do lekarzy, pyti^ czy po- 
trafią ze słoty zrobić posuchę, a kiedy nie rozumieli, o co mu 



Digitized by 



Google 



— 326 — 

szło, do stajni krowiej poszedł i w gnój się tam zagrzebała spo- 
dziewając si^ źe go to ciepło osuszy. A kiedy i to nie pomo- 
gło, umarł mając lat 60. 

charaktery* ^ylc O jcgo życiu wiedzieli starożytni. Pisma za' to były 

atyka jego czytane mocno, bo jeszcze w czwartym wieku po Chrystusie 
pracy, ^j^g^ył się wielką wziętością w kołach chrześcijańskich — 
dzięki nieporozumieniu, — czytali go żydzi (wpłynąć miał na 
, księgę Kaznodziei i Przypowieści), opierali się na nim stoicy, 
do niego nawiązywali sofiści, choć tak były jego rzeczy nie- 
jasne, że Eurypidesa kiedy go pytano, jak mu się podobały, 
miał powiedzieć: „Com zrozumiał, to ładne — pewnie i to cze- 
gom nie zrozumiał — ale tamby się delijski nurek przydał — 
(takie to głębokie)'. 

Diogenes z Laerty podaje, że dzjeło Heraklita nosiło tytuł 
„O przyrodzie", a dzieliło się na trzy części: o wszechświecie, 
o społeczeństwie i o bogu. Złożyć miał oryginał swej pracy w świą- 
tyni Artemidy efeskiej a napisał ją umyślnie niejasno, aby tylko dla 
niewielu była dostępna a nie lekceważył jej byle kto. Teofrast 
przypuszcza, że to robota był^ melancholika: aforystyczna, 
urywkowa i sprzeczna. 

Afor3rzmy jego bywały zgryźliwe. Wiele takich zostało 
wśród 129 fragmentów, jakie się z dzieła jego zachowały. „Eru- 
dycja, powiada w jednym z nich, rozumu nie uczy — inaczejby 
Hezjoda nauczyła i Pitagorasa a potem Ksenofanesa i Heka- 
taiosa". „Homera, powiada, należałoby napędzić precz z pro- 
dukcyj na igrzyskach i obić ś. Archiloćha tak samo.** To skraj- 
ny wyraz niechęci do poetów i poezji. A do szerokich kół jak 
się odnosił, mówi 104 fragment u Dielsa „Gdzież u nich rozum 
czy serce? Grajków ulicznych słuchają a tłum jest ich nauczy- 
cielem; nie wiedzą, że większość zawsze licha a dzielnych ludzi 
mniejszość". ' 

Arystoteles go ciemnym pisarzem nazywa, zwraca uwagę 
na brak związku gramatycznego w jego zdaniach. Tymon saty- 
ryk (w 250 przed Chrystusem) powiada, że Heraklit zagadki 
pisał, jęczał i poniewierał szerokie koła. Płaczącym filozofem 
nazwali go starożytni w przeciwstawieniu do śmiejącego się De- 
mokryta. 
Treść nauki Naukę jcgo tak rcfcrujc Diogenes z Laerty : „Z ognia się 

wedle Dio- wszystko składa i w ogień się rozkłada z powrotem. A wszyst- 
^f -!!! ^^ ^*^ staje wedle przeznaczenia a dzięki sprzecznym dążeniom 
(stanowi całość) trzyma się razem to, co istnieje. A wszystko 



z Laerty. 



Digitized by 



Google 



— 327 — 

dusz jest pełne i duchów. — Ogień pierwiastkiem jest a odmianą 
ognia wszystko, co istnieje i powstaje przez jego rozrzedzenie 
i zg^zczenie. Ale jasno niczego nie wykłada. I wszystko ma 
powstawać przez przeciwieństwa a płynie wszystko jak rzeka. 
Świat jest ograniczony i jeden tylko. Rodzi się z ognia i znowu 
się spala po jakimś okresie a okresy te zmieniają się w ciągu 
wieków. A to się dzieje wedle przeznaczenia. — Az przeci- 
wieństw tOy które do rodzenia wiedzie, nazywa się wojną i spo- 
rem a to, które do spalenia, zgodą i pokojem a przemianę zwie 
drogą w górę i na dół — na tej drodze świat powstaje. Bo 
kiedy się ogień zgęszcza, wilgotnieje a zgęszczony staje się wodą 
a woda krzepnąc w ziemię się obraca. Otóż ta droga — po- 
wiada — jest drogą w dół. A znowu, powiada, ziemia się 
topi i z niej się robi woda a z wody wszystko inne, bo. prawie 
wszystko sprowadza do wyziewów z morza. Otóż to jest droga 
w górę. A wyziewy powstają z morza i z ziemi. Jedne świe- 
cące i czyste a drugie ciemne. Ogień się wzmaga o4 tych świe- 
cących a wilgoć znowu od tamtych. A jakie • jest to, co nas 
otacza, tego nie mówi. A tylko, że są tam jakoby niecki wnę- 
trzem do nas poobracane, w których się świecące wyziewy 
gromadzą i skąd płomienie biją. To są gwiazdy. Najświetniejszy 
i najgorętszy jest płomień słońca. Bo inne gwiazdy dalej są od 
ziemi i dlatego mniej świecą i grzeją. Księżyc jest bliski ziemi 
a porusza się przez nmiej czyste miejsce. Słońce zaś porusza 
się w przestworzu czystem i ńiezamąconem i jednaką ma ze- 
wsząd odległość od nas. Dlatego też więcej grzeje i świeci. 
A zaćmiewa się słońce i księżyc, kiedy się do góry obrócą 
niecki. A miesięczne odmiany księżyca powstają przez to, że się 
jego naczynie obraca po trochę. A dzień i noc dzięki różno- 
rodnym wyziewom. Bo świecący wyziew, kiedy się około słońca 
rozpyli, robi dzień a kiedy ten inny przeważy, powoduje noc, 
A z świecącego wzmaga się ciepło i robi wiosnę — z ciemnego 
zaś wilgoć się gromadzi i po>voduje zimę. Otóż obok tego 
i o innych przyczynach zjawisk rozpowiada. A o ziemi nic nie 
objawia, jakaby była, ani o tych nieckach... Wiele o nim krąży 
epigramatów a między innemi i ten: 

Jestem Heraklit, hołoto, nie szarpaj mnie w górę i w dół. 
Nie dla ciebie ma rzecz, mnie nie zrozumie ktobądź; 
Jeden mi człowiek tysiące zastąpi; zaś tych, których wielu, 
Ani tu nie chcę znać, ani, gdy pójdę za grób. 
a drugi ten: 



Digitized by 



Google 



— 328 — 

JDo tej książki się nie rwij tak prędko, Heraklit z Efezu 
Nie dla ciebie ją dał; zbyt niedostępna to perć. 
Sam nie przenikniesz jej mroków, chyba że wtajemniczony 
. Ktoś ciebie zechce wwieść i skryty pokaże ci blask." 
Tyle Diogenes z Laerty. Referat jego robi wrażenie gawędy 
prostaczka; bodaj, że z drugiej ręki podaje rzeczy, które go 
wiele nie obchodzą i jakby nieswoim głosem cudze słowa po- 
wtarzał. Ale cos z myśli i coś z indywidualności Heraklita dola- 
tuje nas i w tym referacie. Ogień jako pierwiastek wszechrze- 
czy i symbol wiecznej prawidłowej zmiany. Walka matką wszyst- 
kiego, a pokój prowadzi do zagłady. Dziwnie opaczna myśl; 
z fragmentów Heraklita co drugi brzmi opacznie i osobliwie łą- 
czy przeciwieństwa. 
Karykatura Luldauos Z Samosaty wskrzesza gfo w swym humorystycz- 

uLukiana. -, '. . , ** ' . ^ , 

nym utworze p. t. „Sprzedaż żywotów w sposób następujący : 
„A ty, czemu płaczesz, zacności? Chciałbym przecież za* 
gadać do ciebie*. 

Heraklit (archaicznym akcentem jońskim): „Uważani bo- 
wiem, gościu z obcych stron, że nad ludzkiemi sprawami tylko 
amentować i płakać, a nie masz nic na tym świecie, jeno mar- 
ność i znikomość. Toteżci płaczę nad wami i gorzkie łzy wy- 
lewam. I rzeczy obecnych wcale za wielkie nie uważam, a to co 
ma przyjść w przyszłości całkiem nie do w)rtrzymania, a zapowia- 
dam pogorzeliska i zagładę wszystkiego. I tem się gryzę i tern, 
źe rady na to niema, ale się jakoś wszystko w gęstą zupę mie- 
sza i na to samo wychodzi radość i brak radości, wiedza i nie- 
wiedza, wielkie i małe, w górę i w dół, i to, co mija i co na 
miejsce drugiego przychodzi w igraszce Czasu. 

— A czas, to cóż to jest? 

Heraklit: Chłopak, który się bawi; w kości gra (czas płaci, 
czas traci). 

— A ludzie, to co? 
Heraklit: Bogowie śmiertelni. 

— A bogowie co? 

Heraklit: To ludzie nieśmiertelni. 

— Ty zagadki robisz, czy łamigłówki układasz ; po prostu, 
jak bóg delficki, słowa jasnego nie powiesz. 

Heraklit: Bo mi na was nic nie zależy. 

— To też i nie kupi ciebie człowiek przy zdrowych zmysłach. 
Heraklit : A niech ich licho porwie wszystkich razem, i tych 

co kupią i tych, co nie kupią. 



Digitized by 



Google 



— 329 — 

— To licho coś mocno melancholią zalatuje. 

Lukian. Vit. auct. 14. 

To karykatura; bardzo idealnie zakrojona. W ustach mi- 
zantropa dyszymy tezy, które i inni autorowie zachowali#— auten- 
tyczne; ton tak indywidualny, że i ten musi być niepodrobiony. 

Z tego JUŻ widać pokrewieństwo Heraklita z poprzednimi ^^^^^ "^^^^^ 
fizykami jońskimi. Podobnie jak tamci szuka i Heraklit zasad- °>» przeciw 
niczego pierwiastka w przyrodzie i znajduje go w ogniu. Ogień 
mu więcej do tego celu odpowiadał, niż woda Talesa, bo ogień, 
płomień jest czems ciągle zmiennem ; więc bardziej odpowiedni 
jako istota wiecznie zmiennego wszechświata.' 

Wszystkie przedmioty pojmuje Heraklit jako odmiany og- 
nia, podobnie jak Tales wszystko brał za postaci wody. Prócz 
przytoczonego, świadczy o tem fragment (31 Diels) z Klemensa 
Aleksandryjskiego: » Odmianą ognia to przedewszystkiem mo- 
rze, a z morza na pół ziemia a na pół ognisty wiatr''. Albo 
ułamek z Plutarcha (Diels 90): „Ognia odmianą wszystko i ogień 
odmianą wszystkiego — niby pieniądz złota, a złoto pieniądza'^ 
Ta sama tedy rola ognia u Heraklita, jak rola bezkresu u Anak- 
symandra a powietrza u Anaksymenesa. 

Heraklit, podobnie jak poprzednicy, nie przyjmuje stwórcy 
różnego od świata i stojącego nad światem, ale zdolność twór- 
czą, zdolność do przemian i odradzania się widzi w świecie sa- 
mym. We fragm. 30 (Diels) powiada: „Świata tego, jednego 
i tego samego dla wszystkich — ani bóg żaden nie zrobił, ani 
człowiek, ale on był zawsze i jest i będzie ; ogień wiecznie ży- 
wy, zapalający się w miarę i przygasający w miarę". 

Stąd podobnie jak poprzednicy odnosi się Heraklit do tra- Nagana 
dycyjnej religji i do jej obrzędów, uświęconych w oczach gminu, u l^erokiita 
Fragment 5 (u Dielsa) brzmi : „Oczyszczają się ze krwi żabi- * " P»^*a 
tego, skraplając się krwią (zwierząt) przy ofiarach. Zupełnie, 
jakby kto w błoto wlazł i błotem się z niego oczyszczał. Toż 
ne. obłąkanegoby wyglądał człowiek, gdyby go kto przy ta- 
kiej robocie zobaczył. A do posągów i obrazów się modlą zu- 
pełnie, jakby kto z kamieniami chciał gawędzić; nie mają po- 
jęcia o bogach i bohaterach — co to właściwie jest*. 

Z tych słów wieje atmosfera oświecenia; nie padły prze- 
cież przez nieuwagę; krytycyzm w nich odbity musiał mieć tło 
i czas do rozwoju, zanim się w tak jaskrawej formie wypowie- 
dział. Widać, że Grek myślący i biorący udział w duchowej 
kulturze swego narodu już na pół tysiąca lat przed Pawłem 



Digitized by 



Google 



— 330 — 

z Tarsu patrzył z uśmiechem na niewykorzenione bidwochwal- 
stwo tłumu. Nie wykorzeniły go ani słowa Heraklita, ani słowa 
Pawła z Tarsu, które warto przypomnieć w tem zestawieniu wraz 
z doskonliłą sceną, którą podaje siedemnasty rozdział Dziejów Apo- 
stolskich. Czytamy tam, co następuje, od wiersza ló-go począwszy: 

,pW Atenach zaś, kiedy na nich czekał Paweł, burzył sią 
duch jego w nim, kiedy widział, jak się miasto oddaje czci po- 
sągów. Więc dyskutował w bożnicy z żydami i z sympatykami 
zakonu i na rynku po całych dniach z każdym, kto się trafił. 
Zetknęli się też z nim i spierali niektórzy z Epikurejczyków i ze 
Stoików, filozofowie i jedni mówili: .Cóż on właściwie może 
mieć do powiedzenia; pochwytał coś tu i tam i wysypuje, co 
ma?* A drudzy: „Obce bóstwa, zdaje się, głosi** bo im o Je- 
zusie i o zmartwychwstaniu dobrą nowinę przynosił. 

Wzięli go tedy i zaprowadzili na Pagórek Aresa, mówiąc : 
yCzy nie moglibyśmy się dowiedzieć bliżej, co to za nowa taka 
ta, którą ty głosisz, nauka?* (Ateńczycy zaś wszyscy i osiedli 
na miejscu cudzoziemcy, na nic tak nie mieli czasu, jak, żeby 
albo mówić jakieś nowinki, albo czegoś nowego posłuchać). 

Staje tedy Paweł na środku Wa^órza Aresa i powiada: 
„Obywatele Aten! Ze wszystkiego wogóle uważam, że jesteście 
pogrążeni w zabobonnym strachu przed bogami. Bo, chodząc 
po mieście i oglądając wasze przedmioty czci religijnej, znala- 
złem też i ołtarz, na którym był napis: „Niedocieczonemu bogu*. 
Otóż to, czemu wy, nie znając go, cześć religijną oddajecie, to 
ja wam głoszę i opowiadam. 

Bóg, ten, który zrobił^świat i wszystko, co na nim jest, 
ten, nieba i ziemi będąc panem, nie w ręką ludzką robionych 
przybytkach zamieszkuje. Ani go ręce ludzkie obsługiwać winny, 
jakoby potrzebował czegokolwiek, on, który sam dał wszyst- 
kiemu życie i dech i wszystko. Ą z jednego człowieka wywiódł 
wszystek ród ludzki, aby mieszkał po całem obliczu ziemi i ogra- 
niczył przeznaczone pory i granice zamieszkania ich. Aby szukali 
boga, a nuż go się może gdzieś namacać uda i znaleźć — kiedy 
on tak niedaleko od każdego z nas. W nim przecież żyjemy 
i ruszamy się i jesteśmy, jak to i niektórzy poeci wasi po- 
wiedzieli: „Wszak boski myśmy ród**. Więc boskim będąc rodem, 
nie powinniśmy uważać, żeby do złota, do srebra, czy kamienia, 
do wyrobu sztuki i pomysłu ludzkiego bóstwo było podobne. 

Otóż na czasy niewiedzy Bóg patrzy z góry i przebacza, 
ale teraz przykazuje ludziom wszystkim wszędzie^ aby się opa- 



Digitized by 



Google 



— 331 — 

miętali, bo ustanowił dzień, w którym zamierza sądzić świat 
w sprawiedliwości za pośrednictwem człowieka, którego na to 
przeznaczył i poświadczył mu to wobec wszystkich, wskrzesza- 
jąc go z martwych. 

Otóż, jak usłyszeli wskrzeszenie z martwych, jedni zaczęli 
si^ zanosić od śmiechu a drudzy mówili: „Może innym razem 
będziesz mówił na ten temat — to posłuchamy^^ I tak Paweł 
wyszedł z pośród nich. 

Ale niektórzy przylgnęli do niego i uwierzyli — między 
nimi i Dionizy ze Wzgórza Aresa i jedna kobieta imieniem Da- 
maris i inni z nilni^. 

W tym ustępie, który prowincjonalnych żydów informuje 
o tem, co się stało w duchowej stolicy świata nieznanej czytel- 
nikom z autopsji, mamy bijące życiem rysy inteligencji ateńskiej, 
odbitej w oczach wędrowca ze wschodu. Spotykamy późnych 
uczniów Heraklita, stbików i słyszymy, jakie wrażenie robiła na 
nich postać i słowa przybysza z Tarsos w Kilikji. Nie można 
im się dziwić. Ta myśl, że bóstwo to nie posąg, i że bóstwo 
nie mieszka w żadnym wytworze rąk ludzkich raczej, niźli w ca- 
łym świecie, nie była naprawdę nowością dla cywilizowanych 
Greków w tych czasach. Niecywilizowani, a tych była i została . 
większość nietylko w Atenach, ci zostsdi przy czci dla posągów 
i innych wytworów rąk ludzkich, mimo refleksyj Heraklita, 
Empedoklesa, Platona i niezliczonego szeregu myśliciela, którzy 
poprzedzili w Atenach Pawła z Tarsu. Heraklit przeciwstawiał 
się wierzeniom i obrzędom greckim nie w imię nowych wierzeń 
i obrzędów — tylko w imię rozumu, który pierwsze samodziel- 
ne kroki próbował stawiać. To rys wspólny jemu i innym 
współczesnym filozofom jońskim. 

Ale są u Heraklita rysy osobliwe — jemu tylko pośród Heglowskie 
starych fizyków właściwe. O przemianach rzeczy przez zgęszcze- upodobanie 
nie się i rozrzedzenie pramaterji mówili tamci i mówi He- wTeńs"!a*ch 
raklit; rozróżnia w tych przemianach drogę w górę i drogę poduczonych 
w dół, ale w niewątpliwym fragmencie zachowanym u Hippo* 
lyta (Diels 60) oświadcza Heraklit: „Droga w górę i w dół 
jedna i ta sama"*. To przecież zagadka oczywista. Tłumaczą ją 
dziś w ten sposób, jakoby Heraklit chciał mówić tylko o nie- 
rozłączności obu dróg, o ich współistnieniu ustawicznem, ale 
nie o tożsamości. Nie dojdziemy tego, czego właściwie chciał; 
to pewne, że go cieszyło w tem zdaniu coś podobnego, jak 
próba godzenia przeciwieństw. To stały rys jego fragmentów 



Digitized by 



Google 



- 332 — 

i to musiał być charaktetystyczny rys jego umysłu : upodobanie 
w przeciwieństwach, połączonych w jedno- a może nawet pewne 
zamiłowanie do sprzeczności. 

We fragmencie 76 (Diels) powiada Heraldit, charakteryzu- 
jąc ową drogfc w dół i do góry: i»Żyje ogień śmiercią powietrza 
a powietrze żyje śmiercią ognia, woda żyje śmiercią ziemi, zie- 
mia śmiercią wody^. Podobnie się wyraża o nieśmiertelnych 
i śmiertelnych. „Nieśmiertelni śmiertelni, śmiertelni nieśmiertdni; 
życie jednych śmiercią drugich, a życie drugich śmiercią tam- 
tych**. I to zagadka, a czy był w niej taki sens, jakibyśmy 
w niej dziś widzieć gotowi, dojść niepodobna, bo autentjrcznego 
komentarza mieć nie będziemy i tak. 

Już jaśniej wygląda uwaga Heraklita o morzu, także wią. 
żąca przeciwieństwa, zachowana u Hippolyta (Diels 61): .Morze 
to woda przeczysta nieczysta, rybom dp picia i na zdrowie, 
człowiekowi nie do picia a na zgubę^. To w porządku. Wyklu- 
czające się znamiona czystości i nieczystości przypisuje tu autor 
jednemu i temu samemu przedmiotowi, ale pod różnemi wzg^lę- 
dami i w ten sposób rozwiązuje p«zory sprzeczności. Nie tylko 
morze mieni mu się w oczach. Cały świat. We fragmencie 67 
powiada: i»Bóg to dzień i noc, zima lato, wojna pokój, dosyt 
głód (same przeciwieństwa) a mieni się jakoby płomień, kiedy 
z kadzidłem zmieszany; wtedy go każdy nazywa jak chce'. 

Gdzieindziej fr. 77 (Diels): »Dla dusz, powiada Heraklib 
radość czyli śmierć, kiedy zmokną a radość dla nich, kiedy 
w świat rodzących się istot popadną a gdzieindziej powiada, 
że my żyjemy ich śmiercią a one naszą śmiercią żyją*. 

Być może, uzupełnia tę myśl fragment 21: „Śmiercią jest 
to, co na jawie widzimy a, co widzimy śpiąc, jest snem*. Co 
sobie właściwie myślał, kiedy to pisał, trudno dojść; trudniej, 
jak godził zbyt widoczną niezgodność swych poglądów na sen 
z fragmentu 75: „Ci, którzy śpią, są wykonawcami, współdzia- 
łają w tem, co się w świecie dzieje '^ i z 73: „Nie należy dzia- 
łać i mówić jak ci, którzy śpią — toż i wtedy zdaje nam się, 
że działamy i mówimy^. Jak może współdziałać i wykonywać 
coś naprawdę ten, któremu się tylko zdaje, że działa i mówi 
— tego i delijski nurek nie odkryje i nie oświetli. I nie wiele 
nam pomoże fragment 88, w którym przeczytamy: „Jedno i to 
samo w nas mieszka: i to, co żyje, i to, co umarło, i to, co 
czuwa i co śpi, i to, co młode, i to, co stare, bo niech się tylko jedno 



Digitized by 



Google 



— 333 — 

^d^ drugie obróci a już to jest tamtem a tamte znowu się w to 
obraca i jest tem^. 

Chwilami, czytając te urwane zdania, przypomina sobie 
człowiek mimowoii fragment 117 (Diels), w którym Heraklit 
poiAriada: »Mąż, kiedy się upije, daje się wieść nieletniemu chłop- 
cuy a nie wie, dokąd idzie, bo mu tak dusza zamokła a sucha 
dusza najmędrsza i najlepsza". Chcielibyśmy też słyszeć myśli 
mizantropa z Efezu w formie możliwie suchej, jasnej, jedno- 
znacznej i autentycznej, ale trudna sprawa. Wolno podejrzewać, 
że jego osławiona niejasność nie zawsze była zamierzona, choć 
może i on sani w ten własny zamiar wierzył. 

Być może jednak, że w tych opacznych twierdzeniach He- gp^^e^Mj^ci 
raklita jest ślad i odbicie trudności, jakie każdemu i dziś nasu- nasuwa 
^va rozpatrywanie wszelkiego procesu powstawania, procesu p^^^^. 
zmieniania się jednych i tych samych przedmiotów. Często prze- wania. 
cięż mówimy bez śladu skrupułu, że ten a ten przedmiot jest 
ten sam, co był wczoraj, czy przed godziną — tylko trochę 
zmieniony. Papieros się spala. Ten sam. ociera się obcas, ubra-^ 
nie zwolna przechodzi w łach, człowiek ten sam z niemowlęcia 
robi się starcem, z żywego nieboszczykiem — ten sam dom 
ulega przebudowie, kwaśnieje mleko i z wina robi się kwas; 
-w każdym procesie, w każdem stawaniu się, w każdej przemia- 
nie, a naokoło nas i w nas same przecież przemiany i procesy, 
które się na przedmiotach odbywają — w każdej przemianie 
tedy przedmiot zmieniający się wydaje się nam ten sam, co był 
zrazu, a przecież nie taki sam, jak był zrazu, skoro zmieniony 
już. Weźmy rozsypujący się dom pod uwagę. Z porządnego 
gmachu przechodzi w kupę gruzów. Kupa gruzu to nie dom. 
Dom stał się czemś, czem nie był zrazu. Ale nie potrafimy 
w tym procesie wskazać sekundy, czy kwadransa nawet, w któ- 
rym dom istnieć przestał, a kupa gruzów istnieć zaczęła; po- 
dobnie, jak nie wskażemy godziny ani dnia, w którym ktoś za- 
czął być starcem a przestał być dojrzałym mężczyzną, momentu, 
w którym mleko skwaśniało, dnia, w którym się z ubrania zro- 
biły łachy, kiedy się zwolna a stale wycierało. Łachy to nie 
ubranie. Był tedy okres, w którym takie wycierające się ubra- 
nie ubraniem jeszcze było, skoro się dopiero stawało łachem, 
ale z drugiej strony, skoro już się stawało łachem, nie było 
już ubraniem. Bo czyż to ubranie? 

Albo dzień, kiedy się robi. Dnieje. Jest wtedy jasno; jest, 
skoro już dnieje, ale i nie jest jasno, skoro dopiero dnieje. 



Digitized by 



Google 



^ 334 — 

Wieczór zapada. Ściemnia si^ — jest tedy ciemno, skoro 
się już ściemnia, i nie jest ciemno, skoro się dopiero ściemnia. 
Ten sam przedmiot, albo ten sam okres wydaje się takim i nie- 
takim, wydaje się sprzecznym, kiedy rozpatrywać proces jaki- 
kolwiek, tworzenie się, stawanie się czegoś, przechodzenie rze- 
czy jednych w drugie, przemiany, zjawiska. A przecież w świe- 
cie naprawdę ustawicznie się coś dzieje. Ciągła w nim zmia- 
na panuje, ustawiczne powstawanie i zatrata. — Proces stawa- 
nia się nie zatrzymuje się ani na chwilę, aby trwać. 

^'lltT Patrzymy na to dziś, podobnie jak patrzył Heraklit i jedni 

platońskie mówią: Ach, podczas zmian i procesów przedmioty wydają się 
z trudności, tylko sprzcczue, ale nie są ani przez chwilę sprzeczne — nie 
posiadają nigdy cech, któreby się wykluczały, choć się tak wy- 
dawać może. Określmy tylko wyraźnie, jednoznacznie i oznaczmy 
ilościowo, więc z pomocą skończonej liczby, co znaczy .jasno ** 
i co znaczy „ciemno** i przy jaldm procencie kwasu mlekowego 
litr mleka jest zsiadłem mlekiem i powiedzmy dokładnie, przy 
przy ilu wypadłych włosach i straconych zębach, czy czem tam 
innem, człowiek jest starcem i przy ilu przerwanych nitkach 
mówić zaczynamy o łachu i jaka ilość cegieł usuniętych rozpo- 
czyna ruinę budynku a gotowiśmy wyjść z trudności, może się 
pokazać, że nigdy żaden przedmiot wykluczających się znamion 
nie nosi, tylko wygląda sprzecznie z pozoru, jak długo nie zna- 
my go bliżej, jak długo myślimy o nim z pomocą niejasnych, 
nieokreślonych pojęć, a opisujemy go nieustalonemi znakami, 
które dla każdego i dla nas samych raz takie a raz inne przyj- 
mują znaczenie. Ale tak robić nie wolno, bo w ten sposób 
sami siebie wprowadzamy w błą<^. Tak mniej więcej mówi duch 
Sokratesa. 

Wyjście Ąic drudzy mówią: Przepraszam — świat w procesie two- 

heraku- rzcnia Się ]est sprzeczny a nie tylko wydaje się sprzeczny; 

lejskie. on jcst taki. To człowiekowi, który nań patrzy i mówić chce 
o nim ściśle, wydaje się, że ruina zaczyna się wtedy, kiedy na 
to pozwolić raczy nasze ścisłe określenie gruzów i wydaje nam 
się tylko, że mleko zsiadło się w pewnej sekundzie, kiedy się wniem 
ta i ta z kolei drobina kwasu mlekowego związała i wydaje się 
tylko, jakoby dzień się kończył z uderzeniem godziny szóstej^ 
kiedy kolej latarnie zapala. Kto tak świat opisuje, ten go na 
dowolne kawidki kraje, odcinając ostro to, co niepostrzeżenie 
przechodzi jedno w drugie. — Rzeczywistość jest właśnie taka, 
jaką się wydaje, kiedy jej nie ujmować ściśle. Nasze ścidte uję- 



Digitized by 



Google 



- 335 — 

cia gwałt zadają rzeczywistości; spójnemy tylko nieuprzedzonem 
okiem na to^ co nas otacza, a zobaczymy, że naprawdę każdy 
proces, każde tworzenie się łączy sprzeczności w sobie. Widzi- 
my to, jak długo nie próbujemy ciąć i krajać tego, co ciągłe. 
Ale krajać i w ścisłe, ostre ramy ujmować tego, co niepostrze- 
żenie przechodzi w swe przeciwieństwo nie wolno, bo w ten 
sposób sami siebie wprowadzamy w błąd^). 

Kto tak mówi, ten z łatwością i dziś za Heraklitem po- 
wtórzy jego fragment 91 (Diels) : „Do rzeki nie sposób wejść 
dwa razy, do tej samej; ani śmiertelnej istoty dwa razy dotknąć 
w tym samym stanie* Każda się bystro i szybko tak przemienia, 
że się rozsypuje i napowrót zbiera i przychodzi skądś i odcho- 
dzi w dal«. • 

Jeśliby kto nie odróżniał widoków rzeczy i rzeczy samych — 
przyznałby rację Heraklitowi. Ale na to odróżnienie eleackie 
jeszcze nie był przyszedł czas, kiedy Heraklit swoją książkę skła- 
dał w świątyni Artemidy efeskiej. 

W jakich sto kilkadziesiąt lat potem Platon żartował z wy- 
znawców Heraklita i nazywał ich tymi, co płyną (Theait. 181 a. 
Kratyl. 402 a) i dyskutować z nimi nie sposób — wszystko dla 
nich jest i nie jest, jest takie i nie jest takie. 

Nauczyciel Platona Kratylos heraklitejczyk posunął był 
naukę swego mistrza jeszcze dalej. Nie tylko dwa razy do tej 
samej rzeki wstąpić nie można, ale nawet i raz — powiada — 
zaczem ani twierdzić ani przeczyć niczego niepodobna serjo. 
Więc nie twierdził Kratylos i nie przeczył, mówi o nim Ary- 
stoteles, tylko palcem kiwał w dyskusjach. Konsekwencja za- 
bawna, ale bodaj że czeka każdego, ktoby serjo w istnienie 
sprzecznych przedmiotów uwierzył i przyjął ustawiczną zmien- 
ność wszystkiego, bo twierdzić cokolwiek lub przeczyć o rze- 
czach to jednak coś, jak wstąpić w strumień rzeczywistości — 
przerwać go w pewnym punkcie, uch wyci# jego bieg w jednym 
przekroju — kto nie chce przekrojów dokonywać, albo wierzy, 
że ich niema w rzeczywistości — będzie miał trudności w twier- 
dzeniu lub zaprzeczaniu czegokolwiek. 

U Anaksymandra broniły się byty indywidualne przeciw JakHertkut 
bezkresowi — Heraklit widzi również walkę we wszechświecie, ^^^s^am- 
o której mówi we fragmencie 53 (Diels): i,Bóg jest ojcem wszech- notet 
rzeczy i on jest królem wszystkiego''. 



^) Zobacz: W. James. Filozof ja wszechświata. 



Digitized by 



Google 



— 336 — 

• 

Jednakże rzeczy dążą do zniszczenia i on to dążenie nie- 
uchronne nazywa głodem, a spalanie się okresowe dosytem. 
Rzeczy powstają dzięki walce prądów przeciwnych. Arystoteles 
mówi w Etyce Nikomachejskiej (Fragtn. 8 Diels), że .Heraklit 
to, co sprzeczne, uważał za korzystne i z przeciwieństw, zda- 
niem jego, powstaje najpiękniejsza harmonja i wszystko się ro- 
dzi w walce*. A na innem miejscu (De mundo 5 DieU 10): «Być 
może, że natura trzyma się przeciwieństw i z nich uzyskuje har- 
monję, a nie z tego, co podobne — ot na przykład ciągnie 
mężczjrznę do kobiety, a nie każde do swojej płci i pierwszą 
jedność zbudowała z przeciwieństw, a nie przez czynniki po- 
krewne. I zdaje się, że sztuka, naśladując naturę, robi to samo. 
Malarstwo np. miesza farby czarne i białe i czerwone i wyko- 
nywa tym sposobem podobizny zgodne z oryginałami. A mu- 
zyka miesza tony niskie i wysokie, długie i krótkie i z różno- 
rodnych głosów doskonałe buduje akordy, gramatyka ze samo- 
głosek i spółgłosek mieszaninę robi i całą sztukę ich składania 
ustanawia. Otóż to ^właśnie ma na myśli i ów ciemny Heraklit, 
kiedy mówi „związki to: całe i niecałe, zgodne i niezgodne, 
współdźwięk i rozdźwięk, a ze wszystkiego jedno, a z jednego 
wszystko". 

Podobnie cytuje go Hippolytos (we fragm. 50 Diels): »He- 
raklit powiada, że wszechświat jest złożony i niezłożony, zro- 
dzony i niezrodzony, śmiertelny i nieśmiertelny, że to myśl 
i czas, ojciec i syn, bóg sprawiedliwy. Jeśli nie mnie, ale my^ 
śli słuchać, mądrze będzie się zgodzić, że jedno jest wszystko. 
Ludzie nie rozumieją, jakim sposobem rozdźwięk może dawać 
zgodność. Ale to zwrotna harmonja, jakoby łuku i liry". 
Słowo czyli >J7 tym ustępie spotykamy u Heraklita wyraz: myśl. Po 

u Heraklita. grccku tyle, co: słowo. I stąd jego wzięcie u pierwszych chrze- 
ścijan, którzy czytali pierwszy ustęp ewangelji Jana: „Na po- 
czątku była myśl, 9 myśl była w bogu i bóg był myślą''. Mó- 
wiono wówczas o Heraklicie, że święty jest obok Mojżesza 
i Eljasza i Patryjarchów, bo, podobnie jak oni, obcował ze 
„Słowem*, z drugą osobą Trójcy. Otóż to Słowo znaczy u niego 
jak wogóle w grece, tyle, co — myśl. Myśl nie różna od świata 
i ponad światem istniejąca, jak u chrześcijan — tylko myśl ra- 
czej w samym świecie mieszkająca. Wszechświat ogień jest mą- 
dry, jest sam myślą — niejako. Myśl ta jest u Heraklita prze- 
strzenna. Otacza nas i przenika. Mógłby z Pawłem z Tarsu po- 
wiedzieć: „W niej żyjemy i ruszamy się i jesteśmy". Heraklit 



Digitized by 



Google 



— 337 - 

mówił u Hippolyta: . A wszystkiem kieruje piorun, to znaczy 
trzyma w karności — piorun, to, powiada, ogień wiekuisty. 1 po- 
wiada, że rozumny jest ten ogień i przyczyną jest porządku 

powszechnego. On to też głodem nazywa i dosytem. Głód to ! 

porządne rozmieszczanie się składników świata, wedle niego, 
a wypalenie się to dosyt. Wszystko tedy, powiada, sądzić 
będzie ogień, który przyjdzie i pochłonie'* (Diels 64). 

O myśli tak mówi Heraklit we fragmencie 1 Dielsa: 
„A z myśli tej, istniejącej wiecznie, sprawy sobie ludzie nie zdają 
i zanim o niej usłyszą i chociaż nawet usłyszą. Bo chociaż się 
wszystko wedle tej myśli dzieje, oni wyglądają tak, jakby z nią 
nigdy nic do czynienia nie mieli, kiedy próbują słów i czynów 
takich, jakie ja wywodzę, rozbierając jedno po clrugiem wedle 
natury i pokazując, jak się rzecz ma. A hini ludzie nie wiedzą, 
co robią na jawie, podobnie jak zapominają o tem, co robili, 
spiąc . 

Tacy już ludzie są, jak powiada we fragmencie 17 Dielsa. 
.Nie myślą tak ci, których jest wielu, jak im dyktuje to, o co 
na każdym kroku potrącają — a choć się nauczą, nie rozu- 
mieją — a tylko sobie sami coś wyobrażając. Ale ^Mniemania 
ludzkie to zabawki dziecinne** (fragnu 70 Diels). 

Co więcej (fragm. 72 Diels): „Ludzie popadają w rozdźwięk 
z myślą, która wszechświatem rządzi i w świecie mieszka, . cho- 
ciaż z nią ustawicznie i na każdym kroku obcują. I obcem się 
im wydaje to, o co każdego dnia potrącają*. 

•^A postępować należy inaczej, jak powiada fragment 2 wskauuUa 
Dielsa. „Należy słuchać owej myśli wspólnej* a tymczaseni, cho- *y®*®^*- 
ciąż myśl jest wspólna, żyje wielu tak, jakby swój własny ro" 
zum mieli*'. Oto jak się rodzi zasada stoików „żyć należy zgod- 
nie z przyrodą**. Znaczyć to może innemi słowy w języku dzi- 
siejszym: Cokolwiek się dzieje naokoło nas i w nas, dzieje się 
z konieczności tak a nie inaczej i dzieje się stale w takich wa- 
runkach tak a w innych inaczej, a nie raz tak, raz inaczej 
i nigdy niewiadomo jak. Inaczej mówiąc: bieg świata jest pra- 
widłowy i dadzą się wykryć prawa, z których wynikać będą 
twierdzenia o jednostkowych faktach. Prawa nieuchronne, prze- 
ciw którym nie pomoże modlitwa, ani rozpacz, ani chęć lub 
niechęć, tem bardziej, że i te nasze wzruszenia praw słuchają 
wiecznych. Wszechświat jest układem racjonalnym (znaczy: ta- 
kim, w którym wszystko przebiega wedle praw, dających się 

22 



Digitized by 



Google 



— 338 — 

w miarq postępu wiedzy ułożyć w system). To znaczy: myśl 
mieszka w świecie i światem rządzi. Szanować ją należy i sto- 
sować się do niej w postępowaniu — liczyć się z nią, bo i tak 
nie wyłamiemy się z jej ram. Nie protestować i nie pragnąć 
nawet wbrew konieczności, a znosić to, co przyniesie, z rów- 
nowagą ducha 1 nie rozbijać się daremnie, a rozumieć tylko, 
co przynosi przeznaczenie. Tak pojęto z czasem ciemne zdania 
Herakiita i możliwe, że onby tę interpretację uznał za najbliż* 
szą włcisnej intencji. Za tem zdaje się przemawiać szereg frag- 
mentów. 

I tak we fragmencie 112 (Diels) powiada Heraklit: „Mieć 
rozum — oto dzielność największa, a mądrość prawdę mówić 
i działać zgodnie z przyrodą* rozumiejąc ją i słuchając*. 

Rzecz to człowiekowi choć w części dostępna, bo fragment 
116 Dielsa powiada: „Człowiek każdy może poznać siebie sa- 
mego i mieć rozum^. Sam o sobie Heraklit mówi na innem miej- 
scu: „Zbadałem siebie samego''. Nie wystarczą do tego same 
zdrowe zmysły, jeśli człowiek nie rozumie mowy zmysłów, bo 
fragment 107 (Diels) powiada: « Złymi świadkami są oczy i uszy 
dla ludzi, którzy dusze mają barbarzyńskie*, to znaczy ^takie, które 
nie rozumieją świadectwa oczu i uszu. 
Spokojna \ff occńie tcgo, CO człowieka spotyka, wznosi się też He- 

du^owaV raklit ponad stanowisko ludzkie, mówiąc we fragmencie 110 
upniNiza Dielsb: „Wcale nie jest lepiej, żeby się ludziom działo tak, jak 
* Spinozę." chcą". Z perspektywy wieczności i wszechświata oglądane zda- 
rzenia przestają być jedne pięknci a drugie brzydkie, jedne złe, 
a drugie dobre, tak jak się nam przedstawiają tu, ze względu 
na nasze interesy i upodobania osobiste. Stąd (fragment 102 
Diels) powiada: „Dla boga wszystko piękne i dobre i spra- 
wiedliwe, a tylko ludzie jedno za niesprawiedliwość biorą, a dni- 
jgie za sprawiedliwość". 

Czy ta sprawiedliwość boska kosmiczna nie wychodzi wła- 
ściwie na konieczność przyrodniczą, o to wolno się pytać He<» 
raklita, kiedy czytamy w jego frag. 94, że „Słońce nie przestąpi 
odmierzonej drogi. A jeśliby — to odnajdą je Mścicielki Erynje, 
Sprawiedliwości karzącej pomocnice*. To przecież w jego ustach 
mocno wygląda na alegorję. Sens ten, że droga słońca okre- 
ślona i konieczna, podobnie jak losy człowieka przeznaczone. 
Stąd fragm. 105 chwali Homera szczególnie za jeden wiersz, 
a mianowicie: „Przeznaczenia nie uszedł ni jeden z ludzi śmier- 



Digitized by 



Google 



— 339 — 

telnych^. Za tern i 80 fra^m. przemawia, w którym czytamy: 
-Wiedzieć należy, że bój jest wspólny wszystkiemu, a sprawie* 
dliwość karząca to walka i wszystko si^ z walki rodzi i z ko- 
nieczności powstaje. Stąd i człowiek powinien się pogodzić 
z przyrodą czyli bogiem; rozum ogamiaiący wszystko powinien 
mu do tego pomóc *"• Fragment 114 powiada: »Tym wspólnym 
wszystkiemu pierwiastkiem uzbroić się trzeba, jak się państwo 
prawem uzbraja i jeszcze o wiele mocniej, bo wszystkie prawa 
ludzkie Ż3rwią się jednem; boskiem. Ono przemaga o tyle, 
o ile cfabe i wystarcza wszystkiemu i mocniejsze jest nade* 
wszystko**. 

Takie pogodzenie się z przyrodą i poddanie się jej ko- 
niecznemu biegowi daje człowidcowi zadowolenie wewnętrzne, 
pogodę duszy. 

Tak sądzi Heraklit, choć jego własne oświadczenia mało 
s^ pogodne i nie noszą śladów uśmiechu. 

Streszczając to, cośmy z kilkudziesięciu przytoczonych 
ułamków Heraklita próbowali odcyfrować, znajdujemy w jego po- 
glądzie na świat następujące składniki: Ogień wiecznie zmienny 
jako zasadniczy pierwiastek świata. 

Świat powstaje z walki sprzecznych czynników i łączy 
w sobie sprzeczne cechy w harmonijną jedność. Nic w świecie 
nie trwa a przebieg jego zmian okresowych jest prawidłowy, 
ustalony wedle Myśli ogarniającej i przenikającej wszystko. Rze* 
czą człowieka poddać się jej i osiągnąć na tej drodze równo- 
wagę ducha. 

Nie znaczy to, żeby Heraklit propagował kwietyzm, bier- 
ność — przeciwnie: człowiek walczyć powinien — walka prze** 
cież jest żyMriołem i źródłem wszystkiego. „Lud powinien o prawo 
walczyć jak o mury miasta^ mówi fragment, jego 44 Dielsa, 
a »butę i samowolę gasić prędzej niż pożar** fragment 43 
Diels. 

Dziwne to apostrofy wpustach mizantropa, który tłumem 
gardził i stronił od ludzi, ale są i dziwniejsze u niego; te, które prawdy 
kryterjum prawdy dotyczą. Spodziewalibyśmy się, że on opinją L^^^^JJJJI 
szerokich kół gardzić powinien, jak to objawiał po trochę we 
fragmentach poprzednio prz3rtaczanych, a poznanie rzeczywi- 
stości przyznawać tylko wyjątkowymi jednostkom. Tymczasem 
posłuchajmy zakończenia, jak jego teorję poznania referuje Sex* 
tus Empiricus Adv. mathem. VII. 126: „Heraklit zaś, . skoro uwa- 
żał, że człowiek posiada dwa narzędzia do poznawania prawdy. 



DUWBS 

kryteiJwDi 



Digitized by 



Google 



— 340 ~ 

a mianowicie zmysły i umysł (myil)» uważał zgodnie z poprzed* 
nimi fizykami zmysły za naneędzie niewiarygodne, -a myśl podaje 
jako probierz. A zmysły odrzuca, mówiąc, jak czytamy u nieg-o: 
i,ił]rmi świadkami są oczy i uszy dla ludzi, którzy dusze mają 
barbarzyńskie* co tyle znaczy, co: „Tylko barbarzyńskie dusze 
wierzą zmysicmi, które nie myśląc. A kiedy myśl podaje jako* 
probierz prawdy, to nie jakąkolwiek myśl, ale wspólną i boską. 
A co to za jedna, pokrótce powiem. Uważa bowiem nasz f izyk*. 
że to, co nas otacza, myślące jest i przytomne, świadome. P<Ki- 
nosi coś takiego znacznie wcześniej i Homer, kiedy mówi: 

Taki duch w człeka wstępuje, mieszkańca ziemskiej krainy» 
« . Jaki dzień zdarzyć raczy Dzeus, ojciec bogów i ludzi, 

i Archiloch powiada, że ludzie takie myśli mają, jaki dzień Dzeus 
dać raczy i Eurypides zresztą powiada to samo: 
Ja nie wiem, kim on jest, nieodgadniony bóg; 
Czy to przyrody moc» czy Dzeus to ludzka myśl, 
A jednak modlę ńę... 

Otóż tę boską myśl wedle Heraklita wciągamy, oddy* 
chi4ąc i przez to stajemy sią prz3rtomni i możemy myśleć; we 
śnie tracimy pamięć a zbudziwszy się, odzyskujemy przytom- 
ność. Bo podczas snu zatykają się nam pory świadomości 
i umysł, który w nas jest, traci swe żywe połączenie z otocze- 
niem a zostaje mu jedyny już tylko dopływ przez oddech, niby 
KM^cie ^'^^^i jeszcze korzonek, a w takiem odosobnieniu i odcięciu 
układu ni^ako traci umysł swą poprzednią pamięć, swą zdolność przy- 
**Te«^**^^' pominania. A kiedy się zbudzimy, umysł się do porów świa- 
budowy domości, niby do jakichś okienek, wciska a, z otoczeniem się 
i czynno.4ci. zetknąwszy, napawa się znowu zdolnością myślenia. I tak, jak 
wę^e do ognia zbliżone zmieniają się i żarem na wskroś prze- 
chodzą, a oddalone znowu gasną, tak i nasza cząstka, jak długo 
ją ciało nasze od otoczenia odosabnia, w odosobnieniu tern 
prawie że świadomość traci, a dzięki żywemu połączeniu przez 
rozliczne pory nabiera charakterystycznych cech otoczenia i po- 
dobna się staje do ogółu. 

Otóż tę wspólną myśl i boską, w której uczestnictwo 
i o naszem myśleniu decyduje, nazywa Heraklit probierzem 
prawdy — skąd» powiada, to, co się ogólnie wszystkim wydaje, 
to jest ¥riarygodne (bo się to bierze ze wspólnej i boskiej my- 
śli), a co komuś jednemu tylko na myśl wpadnie, to niemary^ 
godne, bo się i przeciwna racja znajdzie. Otóż wymiemony wy* 
żej mąż, roqx>czynając swe dzido p. t O Przyrodzie, charak- . 



Digitized by 



Google 



— 341 — 

teryzuje w pewien sposób to, co nas otacza i powiada: »:A z t^ 
myśli istniejącej wiecznie sprawy sobie nie zdają ludzie i tanim 
o niej usłyszą i nawet, kiedy u^yszą. Bo chociaż się wszystko 
wedle tej myśli dzieje i staje^ oni wyglądają tak, jakby nigdy 
z nią nic do czynienia nie mieli, kiedy próbują i słów i czynów, 
jakie ja wywodzę, rozbierając jedno za - dnigiem wedle na« 
tury i pokazując, jak sią rzecz ma. A inni ludzie nie wiedzą 
sami, co robią na jawie, podobnie jak zapominają to, co 
w snach^. 

W ten sposób wyraźnie powiedział, że dzięki uczestnictwu 
w myśli boskiej robimy wszystko i myślimy, a po krótkim wstę- 
pie dodaje : „przeto słuchać należy tego, co wspólne — a cho- 
ciaż myśl jest wspólna wszystkim, wielu żyje tak, jakby własny 
rozum mieli". Otóż to nic innego, tylko pewien rys admini- 
stracji wszechświata. O ile uczestniczymy w jego świadomości 
(pamięci), mamy słuszność, o ile się odosobnimy, popadamy 
w błąd. Otóż teraz najwyraźniej i w tych słowach podaje wspólną 
myśl jako probierz i powiada, że to, co się ogólnie wszystkim 
wydaje, to wiarygodne, bo niby wspólna myśl tak oceniła, a co 
tylko każdemu zosobna — to błąd. 1 wyraźnie Heraklit po- 
wiada, że człowiek sam nie jest istotą myślącą — tylko to, co 
nas otacza — to jest świadome i myślące **• 

Podobnie świadczy o Heraklicie ApoUoniusz z Tyany, iftó- 
wiąc: >, Fizyk Heraklit powiedział, że człowiek jest z natury bez** 
myślny**. 

Oto osobliwy pogląd na prawdę i fałsz, który się nad<- 
zwyczajnie przyjął w demokratycznej Grecji u szerzycieli wyż- 
szej kultury umysłowej, u adwokatów, mówców, literatów i po- 
lityków. wVox populi — vox dei** — to echo paradoksalnej in- 
dywidualności Heraklita. 

Nie przychodziło mu, widać, na myśl, jak bardzo indywi* 
dualne, jak niepodobne do powszechnie prz)rjętych były jego 
własne poglądy — inaczej musiałby je za fałszywe uważać. Ale 
i toby go nie przerauciło — sprzeczności przecież widział wszę- 
dzie, nicby go nie kosztowało przyznać, że i jego własne myśli 
są prawdziwe i fałszywe zarazem. 

O odbudowaniu z pozostałych fragmentów zamkniętego 
systemu filozofji Heraklita nie sposób marzyć — jeżeli nawet 
Heraklit wogóle jakiś system zostawił. Doszły nas przecież po 
nim tylko nieliczne, martwe słowa i zdania z dziesiątych ust — 
łatwo im dziś podsunąć nowe znaczenia, łatwo się rozminąć 



Digitized by 



Google 



- 342 — 

z autorem i stworzyć coś« czejfoby on nie pozni^ Sfdyby mógł 
wstać z grobu i przeczytać, jak go po tysiącach lat ujmują 
w nowe ramy. 

Stąd i wykład niniejszy unikał referowania myśli filozofa 
z EfezUy a ogranicziA się przeważnie do tłumaczenia pozosta- 
łych szczątków. Reszta jest komentarzem, który może kogoś do 
myślenia zachęcić, ale nie ma pretensji do autentyczności inter- 
pretacji. 



Digitized by 



Google 



ZYGMUNT ZAWIRSKI. 



Refleksje filozoficzne nad teorją 
względności. 



SPIS RZECZY. I. §. 1. Epokowe znaczenie dzieła Einsteina w dziejach twór- 
czości ducha ludzkiegfo. §. 2. Zadanie pracy niniejszej. §. 3. Założenia 
epistemolosficzne nowej teorji i jej konsekwencje nieobojętne dla filo- 
zof ji. §. 4. Osrólna charakterystyka naszejTo stanowiska woł>ec założeń 
teorji. 

II. Rozważania dotyczące czasąi. §. 1. Pozorne sprzeczności zawarte 
w nowej teorji w odniesieniu do czasu; odpowiedź na zarzuty Krausa. 
§. 2. Czas fizyczny, psychiczny i idealny. §. 3. Możliwość pogodzenia no- 
wej teorji ze stanowiskiem dawnem. 

III. Rozważania dotyczące przestrzeni. §. 1. Pozorne sprzeczności za^ 
warte w nowej teorji w odniesieniu do przestrzeni i rzekome wykracza- 
nie przeciw prawu przyczynowości. §. 2. Nieeuklidesowy chara^cter prze- 
strzeni fizycznej i możności pochodzenia nowego stanowiska z intuicyj- 
nym charakterem praw geometrji euklidesowej. §. 3. Dynamiczne trakto- 
wanie metryki przestrzeni. §. 4. Trudności w utrzymaniu stanowiska 
Kanta. §. 5. Porównanie ze stanowiskiem realizmu scholastyków. §. 6. 
Uwagi dotyczące ruchu absolutnego. §• 7. Relatywizacja pojada siły. 

§• 1. Stoimy wobec jednego z największych zdarzeń w dzie- 
jach umysłowości ludzkiej, wobec jednej z najbardziej »rewolu- 
cyjnych* teoryj naukowych, jakie kiedykolwiek się pojawiły. 
Takie przynajmniej głosy podnoszą się ze wszech stron wobec 
ogólnej teorji względności Einsteina. 1 nie ulega kwestji, że je- 
śli teorja ta okaże się zgodną we wszystkich swoich konsek- 
wencjach z faktami, jak się okazywała dotąd, to tak jest istot- 
nie; aby to sobie należycie uprzytomnić, wystarczy tylko przy- 
pomnieć sobie kilka z tych zdarzeń, które w dziejach nauki za 
najważniejsze uchodziły. 

W dziejach nauk przyrodniczych niewątpliwie najdonio- 
ślejszym przewrotem była teorja Kopernika, która w miejsce 
geocentrycznego systemu świata Ptolomeusza, postawiła system 
heljocentryczny. W historji nauk dedukcyjnych matematycznych 



Digitized by 



Google 



— 344 — 



\ 



najważniejszym może faktem jest stworzenie geometry] nieeukli- 
desowych, ktfSre rzuciło zarazem nowe światło na budowa lo- 
giczną tychże nauk, znaczenie w niej aksjomatów, oraz metody 
aksjomatycznej. Otóż teorja Einsteina pozostaje w ścisłym 
związku z temi faktami; z jednej strony bowiem, pozwalając na 
wyeliminowanie z fizyki poj^ć absolutnego ruchu ^) i absolutnej 
przestrzeni, oraz czasu^ które jeszcze Newton za niezb^ne 
w niej uważał, statwia nas niejako na jeszcze wyższym punkcie 
Widzenia, niż ten, z jakiego się toczył spór między systemem 
Ptolomeusza i Kopernika, — z drugiej strony zaś nowa teorja, 
będąc zmuszona posługiwać się wzorami geometrji nieeuklideso- 
wej, nie pozwala już patrzeć na nie jak gdyby na rodzaj jakiejś 
zabawki matematyków, gdyż, czyniąc z nich niezbędne narzę- 
dzie poznania przyrodniczego, nadaje im znaczenie realne. 

Wreszcie nowa teorja przedstawia wain^ etap w wyzy- 
skaniu odkrycia rachunku infinitesymalnego dla celów fizyki, 
idącego w parze z dokonanem przez Riemanna wyzyskaniem 
tegoż rachunku dla celów geometrji. 

Podobnie bowiem jak Riemann starał się w swej geome- 
^n^ P^j^ć stosunki panujące w skończonych obszarach prze- 
strzeni na podstawie znajomości stosunków w obszarach t. zw. 
nieskończenie małych, tak samo współczesna fieyka teoretyczna 
dążyła, odrzucając pojęcie actionis in distans, do wyrażenia re- 
alnych stosunków dynamicznych, czyli t. zw. działań, zachodzą- 
cych między ciałami w wielkich obszarach skończonych, zapo- 
mocą działań zachodzących w obszarach t. zw. nieskończenie 
małych, a przenoszących się w sposób ciągły z skończoną pręd- 
kością z punktu na punkt przyległy. Praca ta podjęta przez 
Faradaya, a wykończona przez Maxwella dla sił elektrodyna- 
micznych, znajduje swe naturalne dopełnienie w dziele Einsteina 
w odniesieniu do t. zw. siły grawitacji, wprowadzającem także 
i dla tej ostatniej równanie różniczkowe pola grawitacyjnego 
w miejsce dawnych wzorów opartych na założeniu momental- 
nego działania na odległość. Wprawdzie bowiem i mechanika 
klasyczna, wypracowując t. zw. teorję potencjału, tworzyła dla 
tegoż ostatniego równanie różniczkowe, ale był to tylko pozór 
czegoś podobnego do wzorów fizyki, opartej na założeniu dzia* 
łania z bliska, była to „Pseudo-Nahewirkungstheorie" właśnie 



^) W znaczeniu dynamicznem, nie zaś tylko czysto klnematycznem, bo 
to nie byłoby niczem nowem. 



Digitized by 



Google 



— 345 — 

z tego powodu, źe się pnyjmowało rozchodzenie się działania 
w dal z prędkością nieskończenie wielką. Dlatego też dopiero 
fizyka działania z blizka odgrywa w całej pełni tę rolę wobec 
fizyki actionis in distans, jaką geometrja Riemannowska odgrywa 
wobec geometrji Euklidesowej^). 

Z tej perspekt)nvy widziane dzieło Einsteina przedstawia 
się rzeczywiście jako wielkie i okazuje się tylko jednem z ogniw 
^w nieprzerwanej pracy twórczej ducha ludzkiego. Dalsze wnio- 
ski z pracy jego wynikające, jak np. poprawka pewnych praw 
fizyki dawnej, jako prawdziwych tylko w pierwszem przybliże- 
niu, są- to już szczegóły drugorzędne. 

§• 2. Zadaniem naszem będzie rozpatrzeć znaczenie fiłozo- . 
ficzne nowej teorji, a więc ocenić jej doniosłość ze względu na 
to, co stanowiło zawsze i stanowić niewątpliwie będzie punkt 
ogniskowy wszelkiej filozofji i wszelkiej nauki t. j. zagadnienie 
prawdy i związany z niem ściśle problemat rzeczywistości^). 

Każda poważniejsza teorja naukowa, która zdawała się 
rzucać nowe światło na owe zagadnienia, budziła zawsze większy 
interes i w filozofji. Nic też dziwnego, że i nowa teorja względ- 
ności stała się przedmiotem szerokiej dyskusji na dwu już kon- 
gresach filozofów, jakie odbyły się w r. 1920, jeden w Niem* 
czech, w Halli, drugi w Anglii, w Oxfordzie. Koniecznożć zaję* 
cia się nową teorja ze strony filozofji wynika stąd, iż sam jej 
twórca zwraca uwagę na pewne jej założenia epistemologiczne, 
bez uwzględnienia których nie można teorji należycie zro- 
zumieć. 

Poprzednik, a po części chwilowy przeciwnik Einsteina, 
fizyk holenderski Lorentz, apeluje sam do trybunatu teorji po- 
znania, aby rozstrzygała w kwestjach spornych między nim 
a Einsteinem, kwestjach dotyczących podstawowych założeń ich 
stanowisk. Potrzebę zajęcia się teorja ze stanowiska filozoficznego 
zaznaczają sami jej współpracownicy, jak np. jeden z jej kon- 
tynuatorów Hermann Weyl, który mówi; »An den Problemen, 
die hier aufgeworfen werdcn, haben Philosophie, Mathematik 



') Niemcy trafnie to wyrażaią mówiąc, iź greometrja Riemanna jest 
„Nahesfeometrie' w przeciwieństwie do .Ferng^metrie' Euklidesa, podobnie 
jak fizyka współczesna opiera się na „Nahewirkungfstheorie' w przeciwień- 
stwie do ,Fernwirkungstheoric" fizyki Newtona. 

^) Ze wzgfl^u na szczupłość miejsca w powyższej publikacji, ograni- 
czamy się do krótkiegro tylko zarysu rozważanych kwestyj; szczegółowe ich 
opracowanie odkładamy sobie do pracy obszerniejszej. 



Digitized by 



Google 



— 346 — 

und Physik ihren AnteiL*. Die philosophi^che Klarung bleibt 
eine gfrosse Aufgabe von vo\]ig anderer Art, ais sie den Ein- 
zelwissenschaften zufallt; da sehe nun der Philosoph zu*. 

Obowiązkiem tedy filozof ji jest zająć się nową teorją, roz- 
patrując naprzód jej epistemologiczne założenia, następnie oce- 
niając wartość jej rezultatów w świetle tychże założeń. W ten 
sposób będziemy się mogfli przekonać, czy teorja względności 
rzuca rzeczywiście jakieś nowe światło na zagadnienie prawdy 
i problemat rzecz3rwistości. 

§. 3. Teorję samą zakładamy już jako znaną cz]rtelnikoin. 
Ograniczymy się tu tylko do uwydatnienia najważniejszych 
konsekwencyj teorji i następnie zwrócimy uwagę na jej zało- 
żenia epistemologiczne, o ile one na ten rezultat wpłynęły. 
Konsekwencje te nie są byle jakie. .,,Die Forderung der allge- 
meinen Kovarianz — mówi Einstein w Grundlage der allgemei- 
nen Relativitatstheorie — nimmt dem Raum und der Zeit den 
letzten Rest physikalischer Gegenstandłichkeit*. Podobnie już 
przedtem w rozprawie «Erklarung der Perihelbewegung des 
Merkur* oświadcza: ,,durch Einfiihrung dieser Hypothese wer- 
den Zeit und Raum der letzten Spur ob]ektiver Realitat be- 
raubt^. Nie inaczej wyrażał się w tej kwestji Minkowski, mó- 
wiąc na zjeździe przyrodników i lekarzy w Kolonii w r. 1908^ 
iż, od tej godziny począwszy, czas dła siebie i przestrzeń dla 
siebie spadają do rzędu cieniów, a tylko ich łączność „Union 
der beiden^ zachowuje samodzielność^ „Sełbststandigkeit^. Ogól- 
na zasada względności mówi jednak coś więcej niż MinkoMrski, 
bo nawet jedność czasu i przestrzeni traci swą samodzielność, 
jeśli ją będziemy traktowali w oderwaniu od wszelkich zjawisk. 
Nadto pamiętać należy, że teorja specjalna, przyjmując tylko 
względność fizykalną jednostajnych ruchów po prostej, nie od- 
bierała przestrzeni jeszcze charakteru absolutnego w zupełności, 
bo pozostawał jeszcze absolutny charakter ruchów przyśpieszo- 
nych i obrotowych. Dopiero ogólna teorja odebrała przestrzem 
tę ostatnią resztę, jak mówi Einstein, ostatni ślad realności 
objektywnej, przyjmując „die Relativitat auch nicht gleichfór- 
miger Bewegungen* ^), a więc fizykalną względność przyśpie- 
szeń, a nadto, co z koniecznością z ostatniego twierdzenia wy- 

^) Zur allgemeinen Relativitat8theone. Sitzungsberichte der preuss. 
Akad. d. Wiss. 1915. Licht^schwindigkeit und Statik des Grayitationsfeides. 
Annalen der Physik 1912. 



Digitized by 



Google 



— .347 - 

nika, wzgrlędność pojęcia siły, o ile ją zapomocą przyśpieszeń 
mierzymy. 

Musimy sobie zdać dokładnie sprawę z tego, o co chodzi 
Einsteinowi w owej objektywnej realności czasu i przestrzćnii 
którą teorja jego usuwa; Twierdzenie pow)rższey jak z ducha 
^teorji wynika, oznacza, iż charakter kontinuum czasowo -prze- 
strzennego zależny jest od przebiegających w nim zjawisk fizy- 
kalnych, że przestrzeń nie jest rodzajem domu czynszowego, 
„Mietskaseme", jak się Weyl wyraża, w który mby ciała mogły 
mieszkać i swobodnie poruszać się, nie zmieniając je) natury, 
że zatem o naturze przestrzeni i czasu nie można decydować 
na podstawie samych tylko danych intuicyjnych w oderwaniu 
od przedmiotów zmysłowych, które »w czasie i przestrzeni" wy- 
stępują. Tymczasem, jak dotąd, przestrzeń uchodziła za rodzaj 
takiego pustego naczynia, receptaculum dla wszelkich możli- 
wych w niej zjawisk, a podobnie i czas, za coś nieruchomego, 
w czem wszystko płynie, nie naruszając w niczem owej nie- 
zmiennej formy. 

Powyższe konsekwencje teorji, dotyczące przestrzeni i czasu 
nie mogą być, jak widzimy, obojętne dla filozofa. Obok nich 
zaś wysuwa teorja i inne, nie mniej interesujące dla filozofa 
konsekwencje, dotyczące całokształtu poglądów naukowych na 
świat fizyczny. Okazuje się bowiem^ iż nie tylko nie można 
przypisywać ciałom żadnej określonej postaci, ani ruchu w oder- 
waniu od warunków, w jakich dany przedmiot występuje, ale 
nawet masa bezwładna ciała, uchodząca do niedawna za pro- 
totyp substancji materjalnej, okazuje się czemś, co jest również 
wytworem wzajemnego oddziaływania ciał na siebie. Dynamiczny 
pogląd na materję,' jaki rozwijał Kant, zdaniem Weyla, staje się 
znowu aktualnym chociaż w zmienionej cokolwiek postaci. 

Zobaczmy teraz, jakie to założenia epistemologiczne do 
takich konsekwencyj doprowadziły. Są one następujące. Za rze- 
czywiste winien uważać fizyk to, do czego na podstawie za- 
obserwowanych faktów można dojść rachunkiem i na podsta- 
wie rachunku sprawdzić. To założenie nie jest właściwe samemu 
tylko Einsteinowi, ale wszyskim fizykom, daje mu zaś wyraz 
oczywiście i Einstein w różnej formie i w różnych miejscach. 
Przy budowie teorji specjalnej najwyraźniej mówi to tam, gdzie 
mu chodzi o określenie współczesności dwu zjawisk odległych, 
które razem bezpośrednio świadomości naszej dane być nie 
mogą. „Der Begriff existiert fur den Physiker erst dann, wenn 



Digitized by 



Google 



— 348 — 

die Mó£rlichkcit sregebw isi, im konkreten Falle herauszufinden, 
ob der Besfriff zutrifft oder nicht. Es bedarf also einer solchen 
Definition der Gleichzeitis^keity dass diese Definition die Me- 
thode an die Hand ^bt, nach welcher im vorliegenden Falle 
aus Experimenten entschieden werden kann, ob beide Blite- 
schłagfe gleichzeitig erfolgt sind oder nicht^. W myśl tej samej 
zasady przyjmowało się, że o ruchu można mówić tylko w od- 
niesieniu do pewneg^o układu; dlategfo też i Einstein mówi^ ie 
słowa „Bewegunsf an sich^S MR^^um" są to słowa ciemne, przy 
których fizyk nie wie dokładnie, co ma sobie myśleć. W tnysl 
teiże zasady na wstępie do ogólnej teorji formułuje Einstein 
żądanie, aby za przyczynę pewnego zjawiska uważać tylko fakty 
doświadczenia dające się zaobserwować. „Das Kausalitatsgesetz 
hat nur dann den Sinn einer Aussage uber die Erfahrungswelt, 
wenn ais Ursachen und Wirkungen letzten Endes nur beob- 
achtbare Tatsachen auftreten*. W myśl te) zasady ruch wzglę* 
dem absolutnej przestrzeni nie może uchodzić za qa^nsko da- 
jące się zaobserwować, zatem i sam nie może być przyczyną 
pewnego zjawiska nowego. 

§. 4. Zapytajmy się teraz, co można zarzucić naukom przy* 
rodniczym z powodu przestrzegania powyżej sformułowanej za- 
sady epistemologicznej. Odpowiedź nasza brzmi : Nie tylko, że 
nie można im niczego z t«go powodu zarzucić, ale raczej trzeba 
przyznać nawet, iż przyrodoznawst)vu matematycznemu inaczej 
postępować nie wolno, jeśli nie chce ono otworzyć podwoi naj' 
większym dowolnościom. 

Trudno sobie nawet przedstawić, jakbyśmy byli doszli 
do dzisiejszego rozkwitu tegoż przyrodoznawstwa, gdybyśmy 
się byli tej zasady epistemologicznej, lub powiedzmy skrdnmiej 
metodologicznej, nie trzymali. Trudno sobie wprost pomyśleć, 
czemby się wtedy różniła nauka od najwybujalszych fantazyj 
i najdowolniejszych fikcyj. Na odpowiedź powyższą może ktoś 
zauważyć, że nie chodzi tu tylko o to, co fizyk ze stanowiska 
metody naukowej za rzeczywiste chwilowo uważać musi, tu nie 
chodzi tylko o realność dla fizyka, ale o rzeczywistość wogóle. 
Nowa teorja zadaje kłam naszym najgłębszym intuicjom o abso- 
lutnym czasie, absolutnej przestrzeni i ruchu absolutnjnn, które 
przecież jeszcze przez samego Newtona były uważane za nie- 
zbędne podstawy przyrodoznawstwa. Nadto w kwestji realno- 
vści niektórych z tych pojęć mają prawo zabierać głos i inne 
nauki, jak np. w kwestji realności czasu psychologja. W kwe- 



Digitized 



byGqogI( 



— M9 — 

stjach tych ma prawo zabierać głos także filozofja, poddając 
krytyce podstawowe zafożenia nauk przyrodniczych. 

Uwaga ta niewątpliwie jest słuszna. Rezultatom żadne) 
nauki szczegółowej nie można przypisywać charakteru uświę- 
conych dogmatów. Z tego, iż żadna z nauk szczegółowych ja- 
kiegoś objawu rzeczywistości dotąd nie stwierdziła, nie wynika też, 
by on nie mógł istnieć. Dlatego też przyznajemy, iż odpowiedź 
na pytanie, czem jest rzeczywistość w bezwzględnym całokształ- 
cie, wykracza naprawdę poza kompetencję jednej nauki szcze- 
STÓłowej. Ktokolwiek chciałby się podjąć dokonania pewnej syn- 
tezy, wiedzy ludzkiej ma prawo ze stanowiska całokształtu po- 
stawić rezultaty pewnej nauki szczegółowej w świetle nowem 
dla niej nieoczekiwanem; ale muszą się znaleźć bardzo ważne 
ku temu powody, bez których czynić się tego nie powinno, 
A priori zaś nie jest widoczne, by wiara w absolutny, trans- 
cendentny charakter przestrzeni i czasu musiała stanowić pod- 
stawę naszego naukowego na świat poglądu. 

Dla uchylenia nieporozumień zaznaczamy, iż przyjmując 
jako kryterium realności dla fizyka, rachunek i doświadczenie, 
nie myślimy bynajmniej przeoczać wielkiej roli pierwiastka kon- 
strukcyjnego i intuicyjnego w pozncmiu matematyczno-przyrod- 
niczem. Nowa teorja składa właśnie najlepszy dowód znaczenia 
I tego pierwiastka. Co więcej nie tylko przyznajemy, że wiedza 
nasza nie jest tylko wierną rekonstrukcją danych zmysłowych, 
że cała przepojona jest pierwiastkiem twórczym, konstrukcyj- 
n^rm, ale nadto w twórczości swej kieruje się pewnemi stałemi 
niezmiennikami poznania, których nigdy pogwałcić nie może. 
Takiemi są prawa logiki. Obok praw logiki formalnej za takie 
niezmienniki uchodziły także czas i przestrzeń. ' Można jednak 
dusznie wątpić, czy oczywistość, jaką łączymy z charakterem 
tych przedstawień, jest tej samej natury, co oczywistość praw 
logiki. Wiadomo, iż właśnie z przedstawieniem czasu i prze- 
strzeni łączy się cały szereg kwestyj spornych, jak np. kwest ja 
ich skończoności i nieskończoności; o naturze czasu wogóle 
niema ustalonych u wszystkich ludzi przeświadczeń intuicyjnych. 
Podczas gdy dla jednych jest on czemś nieruchomem, w czem 
wszystko się zmieniia, dla drugich jest on właśnie uosobieniem 
tego, co płynie i co w swoim upływie jest nieodwracalne. Dla 
jednych z usunięciem wszelkich zmian znika także i czas, dla 
drugich zostaje właśnie owa pusta forma czasu. Dla jednych 
owa pusta forma jest tłem, na którem wszystkie wypadki wy-- 



Digitized by 



Google 



— 350 — 

stępują, dla drugrich tłem, na którem rzeczywistość swoje 
melodje wygrywa, jest wieczność, pojęta jako przeciwieństwo 
czasu. 

Nic więc dziwnego, że nauka temi intuicjami nie kieruje 
się, zwłaszcza skoro doświadczenie zmusza ją do takiego ura* 
biania tych pojęć, aby one naturze badanych zjawisk ściśŁe od- 
powiadały. 

Musimy jednak wyznać, że Lorentz, apelując do teorfi 
poznania w sprawie swego stosunku do Einsteina, miał na my- 
śli właśnie naruszenie pewnych przeświadczeń intuicyjnych w od- 
niesieniu do przedmiotów, które nowa teorja relatywizuje. Ma- 
tematycznie, bo wiem jego teorja niczem się nie różniła od teorji 
Einsteina; odmienność stanowisk zaznaczała się raczej w tem, że 
Lorentz posługiwał isię kilkoma niezależnemi od siebie hipote- 
zami (jak hipoteza czasu lokalnego, hipoteza kontrakcji) tam, 
gdzie Einstein występował z jednolitą teorja naukową. »Die 
Bewertung dieser Begriffe gehort grosstenteils zur Erkennt- 
nislehre, und man kann denn auch das Urteil ihr uberlas- 
sen, im Yertrauen, dass sie die besprochenen Fragen mit der 
benótigten Grundlichkeit betrachten wird^. Ale zaraz w na- 
stępnem zdaniu dodaje Lorentz charakterystyczną dalszą uwagę. 
ySicher ist aber; dass es fur einen grossen Teil von der Denk- 
weise abhangen wird, an die man gewohnt ist, ob man sich 
am meisten zur einen oder zur andern Auffassung angezogen 
fiihlt Was den Yortragenden selbst betrifft, so findet er wołil 
eine gewisse Befriedigung in den alteren Auffassungen, daa^ 
der Ather wenigstens noch einige Substanzialitat besitzt, dass 
Raum und Zeit scharf getrennt werden konnen, dass man von 
Gleichzeitigkeit <Ane nahere Spezialisierung redęn darf''. 

Teorja żadna nie może udowodnić, iż czas absolutny albo 
ruch absolutny nie istnieje; wykazuje ona tylko, iż dla nauki 
pojęcia te są nieprzydatne; o ileby więc ktoś chciał realność 
pojęć odmierzać według tego, jaką one służbę spełniają w nauce, 
to w każdym razie ten najważniejszy atut z rąk mu wsrpada. 
Nie widzimy zaś wogóle innego sposobu wykazania, iż przed- 
miot jakiegoś pojęcia istnieje, o ile chodzi o istnienie nie w zna- 
czeniu matematycznem, ale o takie, jakiego się użjrwa w t zw. 
„Realwissenschaften^. Przykład Lorentza wskazuje, iż rola abso- 
lutystów jest w każdym razie Utrudnioną; nie tylko bowiem nie 
potrafią przy pomocy swoich „fikcyj^ absolutnych niczego obja- 
śnić, ale nadto zmuszeni są do uciekania się do specjabijfcb 



Digitized by 



Google 



— 351 — 

hipotez ad hocy któreby tylko im tłumaczyły, dlaczego zjawiska 
przyrody zachowują si^ tak, jak gdyby tych ich fikcjom abso- 
lutnym nic nie odpowiadało. Postępowanie takie może w każ- 
dym razie spotkać się z poweiżnemi zarzutami. 

Dalsze rozważania podzielimy sobie na dwie części, jedne 
z nich dotyczyć będą specjalnie czasu, drugie przestrzeni. 

U. 

§. 1. Rozpatrując bliżej nową teorję czasu, musimy na- 
przód odeprzeć zarzuty rzekomych sprzeczności logicznych^ na 
jakich się ona opiera, albo do których w konsekwencji doprowa- 
dza. Takie zarzuty nasuwały się od samego początku i niefilo- 
zofom. Jest rzeczą godną uwagi, iż prof. Smoluchowski, który 
był zwolennikiem teorji względności, w « Poradniku dla samou- 
ków ** stawia następujące pytanie: 

„Czy niema błędu logicznego w nowoczesnej definicji 
czasu, opartej na przyjęciu niezmienności prędkości światła 
{według zasady względności)?^ Odpowiedź na to pytanie daje 
sam Einstein w rozprawie popularnej, mówiąc o współczesno- 
ści; zwraca uwagę na to, iż definicja współczesności naprawdę 
o naturze światła niczego nie potrzebuje zakładać, czyni się 
w niej tylko pewną umowę dla spełnienia sformułowanego 
na początku postulatu, aby zawsze zachodziła możność kontroli 
na podstawie doświadczenia, czy dane pojęcie jest trafnie sfor- 
mułowane, czy nie. 

Inny zarzut sprzeczności logicznej, która zdawała się wyni- 
kać z teorji, usunął sam Einstein w „Djalogu ')''. Wiadomo, że 
zegar, który jest w ruchu, spóźnia się w stosunku do zegara 
nieruchomego. Przyjmijmy tedy, że dwa zegary Zi i Z 3, stojąc 
obok siebie, szły zgodnie, następnie jeden z nich Z^, poruszając 
się względem Z^ ruchem jednostajnym, zacznie się od niego 
oddalać aż do pewnego punktu, a od tego punktu począwszy, 
napowrót ruchem jednostajnym wraca do Z^. Teorja przewi- 
duje, że zegar Z 2 będzie się spóźniał teraz 'względem zegaru 
Zi. Ale ze stanowiska teorji względności wynikać się zdaje, że 
ten sam przebieg sprawy musiałby zachodzić i wtedy, gdy go 
przedstawimy ze stanowiska układu związanego z zegarem Zg. 
Uważając Z 2 za nieruchomy, a każąc zegarowi Zi poruszać się 
względem Z^ tam i napowrót, musimy dojść do przekonania, 

^) Dialog uber Einwande ^eg^n die ReIativitatstheorie w Naturwissen- 
schaften 1918. 



Digitized by 



Google 



— 352 — 

że teraz Zi będzie si^ spóźniał względem Z^. A przecież dwa 
zegary, stojąc w tem seunem miejscu, nie mogą tak iść wzglę- 
dem siebie, aby Zi spóźniał się względem Z^, a Z^ względem Zi. 

Einstein zwraca uwagę, że na stanowisku specjalnej teorji 
względności, równoważność obu. układów jest niedopuszczalna, 
gdyż zegar Z^, aby wrócić, a więc zmienić kierunek prędkości 
na przeciwny, musiał przez jakiś czas reprezentować układ przy- 
spieszony, a specjalna teorja względności przyjmuje tylko równo- 
ważność układów Galileuszowych. Zarzut może być odnowiony 
na gruncie ogólnej, teorji względności, ale wtedy należy pamię- 
tać o tem, że, traktując układ zegara Z^ jako nieruchomy, na'- 
leźy go uposażyć w odpowiednie pole grawitacyjne, które rów- 
nież wpływa na chód zegarów i sprawi, że przy rozpatrywaniu 
procesu ze stanowiska obu układów zegar Z 2 będzie się spóź- 
niał wobec zegaru Zi. Sprzeczność znika, zostaje tylko pewna 
niezwykła konsekwencja. Zastąpmy bowiem w myśli zegary 
ludźmi. Procesy fizjologiczne, dokonujące się w organizmie, 
można również traktować jako rodzaj zegara. Przypuśćmy, że 
mamy do czynienia z braćmi bliźniakami. Jeden z nich po wy- 
konaniu dalekiej podróży kosmicznej wróci młodszy od po- 
przedniego. 

Ale najcięższy zarzut natury, czysto logicznej wytacza prze- 
ciw nowej teorji Oskar Kraus ^), twierdząc, iż ona pozbawia 
objektywnego waloru zasadę sprzeczności, która mówi przecież, 
że jedna i ta sama rzecz nie może równocześnie być i nie 
być. W odpowiedzi Linkemu zaznacza on, iż nie chodzi mu 
o to, iż relatywizacja czasu wykracza przeciw zasadzie sprzecz- 
ności, lecz że sama zasada, jeśli relatywizację czasu weźmie się 
w znaczeniu dosłownem, traci sens, bo mowa w niej o równo- 
czesności „d86vaTov a[ia £Tvat xai iiyj zhai,^ Wyrazy bowiem „zara- 
zem'' i ^równocześnie^ uważa Kraus za synonimiczne. Zarzut 
Krausa w każdym razie w tej formie uczyniony musi ^%^rywołać 
zdumienie, dotąd bowiem nikt nie przypuszczał, by prawa lo- 
giki nie dały się ściśle sformułować wskutek relatywizacji sto- 
sunków czasowych. Relatywizacja czasu dotyczy równoczesno- 
ści dwu różnych zdarzeń w różnych miejscach. W ontologicznej 
zasadzie sprzeczności o niczem podobnem niema mowy i jeśli 
nawet weźmiemy ją w sformułowaniu Arystotelesa, to mówi 



O Annalen der Philosophie, rocz. II. zesz. 3. Zeszyt ten zawiera od- 
czyty wygfłoszone w sprawie teorji względności na zjeździe filozofów w Halli^ 



Digitized by 



Google 



— 353 — 

ona tylko o jednym przedmiocie, iż nie może on istnieć zara* 
zem i nie istnieć, albo że temu samemu przedmiotowi nie może 
ta sama cecha zarazem przysługiwać i nie przysługiwać pod 
tym samym względem^). 

Jeszcze mniejszą wartość posiada zarzut, skierowany prze- 
ciw teoremowi dodawania, który wynika z zasady względności, 
a wedle którego prędkość światła zachowuje się jak prędkość 
nieskończenie wielka. Niewątpliwie, na sprzeczność wygląda 
twierdzenie, że jakakolwiek prędkość dodana do prędkości 
światła nie zmienia jej wartości, gdy się zważy, że prędkość 
światła jest wielkością skończoną, ale tak samo na sprzeczność ' 
wygląda i jest sprzecznością, gdy napiszę, że 2 + 1 = 2, trak- 
tując 2 i 1 jako liczby oderwane. Ale jeśli np. pierwszy dodaj- 
nik będzie dla mnie oznaczał dwa litry wodoru, a jedynka je- 
den litr tlenu, znak zaś dodawania połączenie chemiczne, wtedy 
wzór powyższy nie będzie przedstawiał żadnej sprzeczności, bo 
dwa litry wodoru połączone z jednym litrein tlenu dają rze- 
czywiście dwa litry pary wodnej. Podobnie i tutaj, jeśli zwa- 
żymy, że dane znaczki oznaczają prędkości względne, a znak 
sumowania realne dodawanie się prędkości względnych, nie bę- 
dzie żadnej sprzeczności. 

Forma, jaką nadaje Kraus temu twierdzeniu, iż jakakol- 
wiek prędkość dodaną do prędkości światła nie zmienia jej 
wartości pisząc c -|- v = c, nie odpowiada jednak żadnemu 
z wzorów nowej teorji, albowiem jej „teoremat dodawania 
prędkości^, ma inną formę, mianowicie, iż prędkość wypadkowa 

w -f- V 

w "" j I v^ ; i tu, jeśli za jedną z prędkości stawimy c, 

I c* «• • 

np. zamiast w, otrzymamy wypadkową W = c. 

§. 2. Należy przy rozpatrywaniu zarzutów, dotyczących 
pojęcia czasu, ściśle odgraniczyć pojęcie czasu fizycznego i czasu 
psychicznego. Czaa fizyczny nie jest czasem absolutnsrm, to nie- 
wątpliwie wynika z nowej teorji. Obok niego mamy czas psy- 
chiczny; nasze poczucie trwania w czasie zawdzięczamy niewąt- 
pliwie "tylko jemu. Jak wiadomo, na tym czasie psychicznym 
Bergson oparł całą swą filozofję. Ale i ten czas nie jest cza* 
sem absolutnym o tyle, iż nie uwalnia nas. od złudzeń co do 
naszego trwania, którym często ulegamy. Nie ma zaś on nic 
wspólnego z czasem fizycznym tylko tak długo, jak długo go 



i) Łukasiewicz. O zasadzie sprzeczności u Arystotelesa, str. 9. 

23 



Digitized by 



Google 



— 354 — 

nie próbujemy mierzyć. Z chwilą gfdy go zaczynamy mierzyć, staje 
się on czasem Ynględnyzn na równi z fizycznym, a to dlategOf 
źe wzgflędny jest wszelki czas mierzony, a psychologja ekspery- 
mentalna, mierząc czas trwania zjawisk psychicznych, nie roz- 
porządza żadnemi innemi mierniczemi jednostkami czasu, prócz 
jednostek, fizycznych. Dlatego i czas psychiczny brany in eon- 
creio, o ile jest mierzony, podpada pod t^ samą ocenę, co i czas 
fizyczny. 

Obok czasów fizycznego i psychicznego; branych m eon- 
creto, mamy także pojęcie czasu pustego, idealnego, który jako 
taki realnie nie istnieje i który też Einstein traktuje jako fikcję. 
A jednak temu właśnie czasowi przypisuje Newton realność 
absolutną. Jestto właśnie dla niego ^absolutny, prawdziwy czas 
matematyczny, który upływa przez się i dzięki własnej naturze 
jednostajnie, bez względu na jakikolwiek przedmiot''. Ten czas 
niewątpliwie miał na myśli i Kant, uważając go za aprioryczną 
formę umysłu. Nie wolno nam jednak zapominać o tern, że jeden 
1 drugi, przypisując czasowi realność bądź absolutną bądź empi- 
ryczną, -czynili to dlatego, iż byli głęboko o tem przekonani, iż 
matematyczne prz)rrodoznawstwo bez takiego właśnie pojęcia 
obejść się nie może. Gdzie bowiem chodzi o istnienie czegoś, 
nie tylko w tem znaczeniu, w jakiem używają tego pojęcia ma- 
tematycy, a więc nie o istnienie jakieś idealne (esse), lecz realne 
(existere), tam o przyjęciu czegoś za istniejące musi decydować 
faktyczny wygląd rzeczywistości, a więc ostatecznie doświadcze- 
nie. Otóż dla Newtona istniały rzeczywiście mot}rwy natury 
czysto przyrodniczej, a więc motywy empiryczne, które skła- 
niały go do tego, iż zarówno czasowi pustemu jak i przestrzeni 
i ruchowi przypisywał realność absolutną. Z chwilą jednak, gdy 
te racje empiryczne odpadają, odpada też potrzeba przypisy- 
wania tym tworom myślowym realności absolutnej. Podobnie 
jeśli Kant uznał czas za aprioryczną formę umysłu, to chodziło 
mu nie tylko o to, iż posiadamy intuicję trwania niezależnie od 
pojedynczych przedmiotów trwających (intuitus purus), ale prze- 
dewszystkiem o to, iż owa intuicja jest warunkiem naukowego 
doświadczenia jako forma syntezy danych empirycznych. Jeśli 
zaś będziemy ściśle odgraniczali stronę psychologiczną od epi- 
stemologicznej, to musimy przyjąć, że tylko ten ostatni wzgląd, 
iż coś jest „den Gegenstandsbegriff konstituierend* decyduje 
o tem, że czas intuicyjny znosi nazwę formy apriorycznej. 

Z istoty nauki jako takiej, nie wynika jednak wcale, by 



Digitized by 



Google 



— 355 — 

przedmioty doświadczenia nie mogły być wyznaczane w czasie 
przy pomocy pojęcia czasu względnego. Zdaje się, iz tylko fak- 
tyczny wygląd przyrodoznawstwa matematycznego za czasów 
Kanta, chwilowy stan nauki, który Kant uważał za zdobycz 
trwałą, odegrał pewną rolę w jego rozumowaniach. Coś z po- 
glądów Kanta, jak widać na przykładzie relatywisty Lauego, da 
się i dziś utrzymać. Wszystkim czasom względnym wspólny jest 
pewien ogólny schemat porządku czasowego, objektywną real- 
ność empiryczną zyskuje on dopiero, gdy go zwiążemy z jakimś 
układem odniesienia. Sam on jednak nie jest jeszcze wcale cza- 
sem absolutnym, ahi względnym, gdyż nic nam nie mówi o tem« 
czy wolno go traktować niezideżnie od układu odniesienia, czy 
też nie. 

Nie jest też rzeczą właściwą, jak słusznie zauważył Schlick^),^ 
nazywać tylko czas absolutny matematycznym, bo i czas względny 
może być traktowany matematycznie i on również może być 
czasem abstrakcyjnym, mówiąc bowiem o odstępach czasowych 
dwu zdarzeń punktowych w nim, traktuję przecież owe zdarze- 
nia punktowe także in abstracto. Zatem i czas idealny, abso- 
lutny i czas względny, fizyczny, ogólnie traktowany są zarówno 
matematyczne i zarówno abstrakcyjne, tylko, że abstrakcja 
w ostatnim wypadku nie jest tak daleko posunięta, jak w pierw- 
szym, gdyż w pierwszym czas^est pojęty niezależnie od układu 
odniesienia, w drugim w zależności od układu odniesienia. De- 
finicje obu tych czasów, można, traktując sprawę ze stanowi- 
ska czysto formalnego, uważać za dowolne, ale, biorąc pod 
uwagę zachowanie się zjawiska których współczesność i trwanie 
mają być w naszych terminach oddane, musimy realne znacze- 
nie przypisać tylko czasowi fizycznemu. Bo zjawiska fizyczne 
faktycznie przebiegają tak, jak gdyby ich przebieg czasów/ za- 
leżał od układu, do którego je odnosimy. Wszak o wartości 
nowej definicji rozstrzygnęła tylko jej zgodność z doświadcze- 
niem* Gdyby nie to, byłaby już dawno odrzucona. Inwarja- 
cyjny charakter równań elektrodynamiki nie da się utrzymać 
bez wprowadzenia pojęcia czasu lokalnego, a że taki charakter 
inwarjacyjny nadać im musimy, tego dowodzi cały szereg do- 
świadczeń, które wskazują, iż zjawiska elektrodynamiczne prze- 
biegają jednakowo dla wszystkich układów inercjalnych po- 
dobnie jak zjawiska mechaniki.. 

^) Die philosophiBche Bedeutung: des Relativitatsprincip8 w Z. f. Ph. 
u ph. K. Band 159. Heft 2. 



Digitized by 



Google 



— 356 — 

Można tu jednak poruszyć kwestję, który z tych czasów 
jest logicznie pierwszy, o;ólntqszy. Neokantyści twierdzą^ iż 
jednak idealny czas absolutny jest podstawą dla wszystkich 
czasów względnych i wtedy twierdzenie Kanta» iź ten właśnie 
czas jest warunkiem i podstawą naukowegro doświadczenia, 
zawsze jeszcze w pewnem znaczeniu da się utrzymać. Ale i tu 
sprawa nie jest tak łatwa do rozstrzysfnięcia* Relatywiści zwra- 
cają bowiem uwagę na fakt^ ze właśnie, jak formuła matema* 
tyczna wskazuje, czas absolutny jest tylko jednym specjalnym 
z nieskończenie wielu możliwych czasów lokalnych. Ma się tu 
sprawa podobnie jak ze stosunkiem geometrji euklidesowe] do 
nieeuklidesowych. OjrólniejssDe są wzory geometrji przestrzeni 
z pewną krzywizną, a geometrja przestrzeni o krzywiźnie zero 
jest tylko ieh specjalnym wypadkiem. 

Ta analogia pozwala nam zarazem zwrócić uwagę na imi 
ważny moment, że jednak, jeśli diodzi o genezę tych pojęć, to 
sprawa ma się odwrotnie, niż z ich ogólnością. Bez wzorów 
geometrji euklidesowej nie potrafilibyśmy dojść do geometrji 
nieeuklidesowych, podobnie jak bez twierdzeń o trójkątach nie 
doszlłbyśmy do twierdzeń o wielobokach, jakkolwiek prawdą 
jest, że, gdy te twierdzenia są już gotowe, wtedy widińmy, iż 
twierdzenia o trójkątach są tylko specjalnym wypadkiem twier- 
dzeń o wielokątach. Podobnie ma się sprawa i tutaj; chociaż 
czas absolutny okazuje się speqalnym wypadkiem czasów za- 
leżnych od układu odniesienia, kto wie, czy potrafilibyśmy dojść 
do pojęcia czasu względnego, gdybyśmy nie posiadali wprzód 
pojęcia czasu absolutnego. * 

§• 3. Przypatrzmy się jednak raz jeszcze temu, co stanowi 
^ówną podstawę opozycji przeciw nowej teoi^i i rozważmy, 
czy podstawa ta jest tego rodzaju, iż nie da się ona w żaden 
sposób ze stanowiskiem nowej teorji pogodzić. 

Opozycja przeciw teorji względności w odniesieniu do 
czasu wynika głównie stąd, iż nowa teorja narusza nasze fHiEe- 
świadczenia intuicyjne i pragnie decydować na podstawie do- 
świadczenia o sprawach, które zdają się nam być od wszelkiego 
doświadczenia niezależnemi. Nie pozwala ona -mówić o współ- 
czesności zdarzeń w oderwaniu od wszelkiego układu odiniesie* 
nia, ani też o równości dwu odstępów czasowych, na podsta- 
wie samej tylko koincydencji punktów początkowych i końco- 
wych. Należy jednak pamiętać o tern, że nowe określenia odno- 
śnych pojęć zawarte we wzorach transformacyjnych nowej te- 



Digitized by 



Google 



— 357 — 

orji nie muszą być traktowane jako posfwałcenie intuicji, 
lecz tylko jako takie rozszerzenie znaczenia tych poj^, ii to, 
co w odniesieniu do nich podaje nam intuicja, jest prawdziwe 
i nadal, ale tylko w pewnych o^^niczonych warunkach, dla 
pewnych specjalnych wypadków. Nie należy też zamykać oczu 
na fakt» ii już przed teorją wz^flędności, pojęcie czasu absolut- 
nes:o, jakie wprowadził do fizyki Newton, wywoływało poważną 
opozycję i to nawet ze strony filozofów. Wystarczy przypom- 
nieć opinię Berkeleya, która wręcz oświadcza^ «że czas wzięty 
w oderwaniu od kolejnegfo następowania po sobie idej w na- 
szych umysłach jest niczem, a trwanie ducha zamkniętego 
w panicach, czyli ducha skończonego, musi być wymierzane 
liczbą idej, czyli działań następujących po sobie w tym samym 
duchu, albo umyśle*. * 

Opozycja przeciw nowej teorjii która wychodzi z obozu 
niektórych zwolenników teorji Kanta, jest wynikiem tylko pew- 
nej interpretacji filozofji Kanta, która wcale nie jest konieczna. 
Jeśli zgodzimy się na to, iż czas aprioryczny jest tylko schema- 
tem pewnego porządku, że samo zaś przyporządkowanie zjamsk 
pod ten schemat dokonywać się może tylko na podstawie do- 
świadczenia, wówczas jak słusznie zauważył Laue^), niema 
w tem żadnej logicznej niemożliwości, iż dwaj obserwatorowie 
rozmaicie się poruszający, z których jednak każdy uważa siebie 
za będącego w spoczynku, dokonują tego przyporządkowania, 
opierając się na tej samej ogólnej formie praw przyrody w spo- 
sób odmienny i dochodzą w ten sposób do różnych objektyw- 
nych czasów realnych. 1 u Kanta czas jako forma aprioryczna 
nie jest czemś luźnie stojącem obok przestrzeni, gdyż i czas 
i przestrzeń są ściśle związane ze sobą jednością podmiotu po- 
znania, jednością apercepcji, fizyka zaś w miejsce tej jedności 
podmiotu poznania wstawia jedność układu odniesienia, jedność 
obserwatcM^a, dochodząc w ten sposób do koncepcji nieskoń- 
czonej mnogości „czasów własnych^ każdego układu („Eigen- 
zeit*), z których każdy ma równe prawo stać się „czasem 
kosmicznym**. Różnica między stanowiskiem Kanta, a fizyki 
współczesnej polega tylko na tem, iż Kant dane intuicyjne każ- 
dej poje.d3mczej świadomości ludzkiej uważał za identyczne 
z tem, co należy przypisać świadomości ludzkiej wogóle, „Be- 
wusstsein uberhaupt', jako tej, która wytwarza naukę i do- 



1) Die RelativtUiUtheorie, Band 1. 4. Auflaj^e. Str. 51. 



Digitized by 



Google 



— 358 — 

t 

chodzi do praw powszechnych i ogólnie ważnych dla wszyst- 
kichy gdy tymczasem wedhig stanowiska fizyki współczesnej, 
owa świadomość wogóle, świadomość naukowa winna opero- 
wać formami tak ogólnemi, aby to, co podaje intuicja każdej 
'pojedynczej świadomości ludzkiej, było w nich zawarte jako 
ważne tylko dla pewnych wypadków szczegółowych w pewnych 
specjalnych warunkach. Wobec tego stworzenie aksjomatyki 
przyrodoznawstwa matematycznego nie może polegać tylko na 
wyłapywaniu tego, co podaje intuicja pojedynczych świadomo- 
ści ludzkich. 

III. 

§. 1. Przejdźmy do rozważań dotyczących przestrzeni i ru- 
chu. Już specjalna teorja względności prowadziła do pewnych 
osobliwych konsekwencyj, jak np. iż przedmiot widziany przez 
obserwatora razem z nim poruszającego się w formie kulistej, 
dla obserwatora nieruchomego przedstawia się spłaszczony, 
a więc w formie elipsoidu, kurczącego się w kierunku ruchu 
tem silniej, im szybciej się dany przedmiot porusza, tak iż 
z chwilą, gdyby owa prędkość dosięgła prędkości światła, przed- 
miot straciłby swój trzeci wymiar i skurczyłby się do płaskiej 
dwuwymiarowej tarczyc). To samo oczywiście musiałby obser- 
wator ruchomy zauważyć o przedmiotach tamtego obserwatora, 
uważając siebie za nieruchomego, a przypisując ruch tamtemu 
z prędkością wprost przeciwną. Twierdzenie, iż im się tylko 
zdaje, naprawdę zaś jest inaczej — ze stanowiska teorji względ- 
ności jest właśnie niedopuszczalne. Zarzut sprzeczności logicznej 
opiera się na założeniu, iż wymiary przedmiotów jak i czas trwa- 
nia odstępów czasowych, muszą mieć charakter absolutny, co 
wcale oczywiste nie jest. Zatem nie same prawa logiki, ale owo 
często bezwiednie czynione założenie jest podstawą rozmaitych 
zarzutów sprzeczności, które w tej chwili znikają, gdy się to 
założenie odrzOci. 

Z tego samego powodu odpaść też musi zarzut, iż teorja 
narusza prawo przyczynowości, każe bowiem ciałom się kurczyć 
bez żadnego realnego powodu. Powodu musiałaby szukać te- 
orja absolutna, a więc np. teorja Lorentza, który też rzeczywi- 
ście starał się to kurczenie tłumaczyć na podstawie swej teorji 
elektronów. A że tłumaczenie to wydawało się zbyt ad hoc 



^) Einstein: Zur Elektrodynamik bewegter Korper, §. 4. 



Digitized by 



Google 



— 359 — 

skonstruowane, dlatego właśnie o tern kurczeniu się absolut- 
nem wyrażał się Minkowski, iż jest rodzajem „Geschenk von oben''. 
Ze stanowiska teorji względności, racja dostateczna, dlaczego 
ciała różnym obserwatorom okazują się w- rozmaitej postaci, 
leży właśnie w różnicy ich stanowisk, jest wynikiem różnego 
układu odniesienia i różnicy w warunkach pomiarów. 

§. 2. Ale daleko głębsze modyfikacje w poglądach na prze- 
strzeń i czas przynosi teorja ogólna, zmuszona do posługiwania 
się wzorami geometrji nieeuklidesowej, celem nadania pilawom 
fizyki charakteru ogólnej inwarjacji. Zai^azem w zupełnie nowem 
oświetleniu występuje dawny spór o to, jaki charakter mamy 
naszej przestrzeni fizycznej przypisać, eukUdesowy, czy nieeu- 
klidesowy. Ze przestrzeń pusta jako taka podobnie jak pusty 
czas sama dla siebie nie istnieje, to dla filozofji nie jest niczem 
nowem, intuicja jednak nasza traktuje przestrzeń jako coś, o tyle 
niezależnego od ciał, iż można było mówić o własnościach kon- 
tinuum przestrzennego lub przestrzenno -czasowego niezależnie 
od ciał i ruchów owo kontinuum chwilowo wypełniających. Tym* 
czasem fizyka współczesna uważa, iż cheu^akter kontinuum 
przestrzenno -czasowego musi być traktowany tylko w zależno- 
ści od natury ciał i zdarzeń, które owo kontinuum/ jak się nie- 
ściśle wyrażamy „wypełniają**. Kontinuum owo nie ma zatem 
charakteru jednorodnego, lecz w różnych obszarach posiada 
różne własności; odpowiednio do ilości nagromadzonych mas 
w pewnem miejscu posiada charakter euklidesowy, w innem 
nieeuklidesowy. Tem bowiem, co niidaje przestrzeni „krzy- 
wiznę**, są masy nagromadzonych ciał. 

Owo stanowisko teorji względności w odniesieniu do 
świata przestrzennego, również nie musi uchodzić koniecznie za 
pogwałcenie intuicji, lecz znowuż tylko za pewne ograniczenie 
jej ważności; intuicja nasza nie zawodzi nas bowiem, ile razy 
mamy do czynienia z pewnemi, ograniczonenii obszarami świata 
fizycznego, gdzie masy a więc i energia ciał są zbyt małe, aby 
wytworzyć dostrzegalną krzywiznę przestrzeni. -Czy jednak obec- 
ność w naszym umyśle przeświadczeń intuicyjnych o euklide- 
sowości przestrzeni fizycznej, t. j. traktowanej łącznie z ciałami, 
stała się przez to czemś niezrozumiałem? Bynajmniej. Obszar 
świata dostępny naszym zmysłom i poddany bezpośrednio na- 
szym wpływom praktycznym widocznie jest zbyt mały, iżby 
mógł wpłynąć na rozwinięcie się innych form intuicyjnych, niż 
te, które faktycznie posiadamy. Obecność zatem owych prze- 



Digitized by 



Google 



— 360 — 

świadczeń intuicyjnych jest zrozumiała zarówno przy teorji 
wzgflędności, jak i bez niej. 

Że charakter przestrzeni fizycznej musi być traktowany 
w ścisłej zależności od natury ciał w niej czy razem z nią wy- 
stf pującychy tego zdania był właśnie jeden z twórców gfeometiji 
nieeuklidesowej, Riemann. O tern, jaki wzór na element długości 
należy przy badaniu mnogości ciągłych stosować, mogą roz> 
strzygąc tyIko« badania przyrodnicze, mówi on ^), gdyi „der 
Grund -der Massverhaltoisse'' takich mnogości może leżeć tylko 
„in darauf wirkenden bindenden Kraften^. 

Badania zaś czysto matematyczne, wychodzące z pojęć 
ogólnych, mają, zdaniem jego, służyć do tego celu, aby przy- 
szłe badania przyrodnicze nie doznały przeszkody wskutek ogra- 
niczoności pojęć i aby przekazane drogą tradycji przesądy nie 
stawiały tamy procesowi poznawania rzeczywistego świata. Te- 
orja Einsteina dokonała realizacji rozpoczętego przez geometrję 
Riemannowską dzieła. Ogólna inwarjacja praw przyrody domaga 
się właśnie wprowadzenia na element długości nie wzoru, jaki 
wystarczał jeszcze teorji specjalnej, przypominającego twierdse- 
nie Pitagorasa d s^ = d x2i + d X2* + d K^g -[- d x^i, lecz 

4 

wzoru ogólniejszego geometrjł nieeuklidesowej ds ^ = - g u v 

d Xtt d Xv, gdzie współczynniki guv w miejsce znaczenia czysto 
geometrycznego, zyskują znaczenie realne, wyrażając składowe 
potencjału grawitacyjnego, który o charakterze jednostki miary 
decyduje. Zależność strjfktury przestrzeni od pola grawitacyj- 
nego, od składowych jego potencjału, zwanych też matema- 
tycznie składowemi ,»tensora fundamentalnego^, wyraża się też 
krótko w tem twierdzeniu, iż nowa teorja wprowadza dyna- 
miczne traktowanie metryki przestrzeni. Chodzi zaś tu nie tylko 
o przestrzeń samą, ale jak wiemy już o kontinuum przestrzenno- 
czasowe, wprowadzone przez Minkowskiego dla wyrażenia tego 
faktu, iż współrzędna czasowa nie da się traktować niezależnie 
od współrzędnych przestrzeni. Nie znaczy to, by czas dla psy- 
chiki naszej miał przestać być czemś rożnem od przestrzeni, 
ale to, że upływ czasu związany jest z układem odniesienia, 
że jak np. już w teorji specjalnej względności okazuje się, od- 
stęp czasowy dwu zjawisk w jednym układzie może zniknąć 
w drugim, a czysto przestrzenna odległość dwu zdarzeń w jed- 
nym pociąga za sobą w drugim odstęp czasowy. 

') Ober dic Hypothesen, welche der Geometrie zu Grunde liegen, 1921. 



Digitized by 



Google 



— 361 — 

§• 3. Dynamicznego traktowania metryki przestrzeni nie 
rftfii.leźy jednak tak rozumieć, jakoby dopiero dynamiczne wła- 
sności materji czyniły prawdziwą 'geometrję nieeuklidesową, bo 
mogłaby stąd wyniknąć tak nieoczekiwana konsekwencja, ze 
i twierdzenie Pitagorasa prawdziwe byłoby dlatego, że na to 
pozwala dynamika materji (łącznie z energją pola). To oczywi- 
ście jest nonsensem* Dynamika materji rozstrzyga tylko o tern, 
jaką geometrję należy w którym obszarze świata stosować, twier- 
dzenia zaś geometrji zarówno euklidesowe] jak i nieeuklideso- 
^wej są prawdziwe same dla siebie bez wszelkiego stosowania, 
prawdziwość ich bowiem w matematyce jako nauce ściśle de- 
dukcyjnej i aprioryczne] wynika stąd, iż twierdzenie każdej 
z nich spełniają swój zbiór aksjomatów. 

§. 4. Tu niewątpliwie nasuwają się poważne refleksje na 
temat stosunku nowej teorji do filozofji matematyki Kanta, po- 
ruszonego obecnie w literaturze filozoficznej niemieckiej w dzie- 
łach Selliena, Cassirera, Reichenbacha, oraz lisy Schneiden Mu- 
simy sprawę tą zostawić na uboczu, gdyż wymagałaby ona 
odrębnych długich rozważań. Nadmienimy tylko, że neokanty- 
ści, zdając sobie doskonale sprawę z tego, iż rozwój nauki wy- 
prowadził nas daleko poza ten stan, do jakiego była przysto- 
sowana filozofja Kanta*), uważają jednak, zwłaszcza Cassirer, 
podstawy jego filozofji za dostatecznie szerokie, aby w ramach 
jej i nowa teorja znalazła należne jej ze stanowiska filozoficz- 
nego uznanie. Usiłuje tedy naukę Kanta o przestrzeni pogodzić 
z nową teorją, stara się z tekstów Kanta wydobyć wszystko, 
co za nowem stanowiskiem przemawia, ale nie zawsze mu się 
wszystko udaje. Na ogół jednak trzeba przyznać — na co słu- 
sznie zwraca uwagę Reichenbach *) — iż zasada ogólnej kowa- 
rjacji praw przyrody i równouprawnienia wszelkich dowolnie 
poruszających się względem siebie układów dla formułowania 
tychże praw odpowiada doskonale idealizmowi przestrzeni Kanta, 
a nawet nadaje dopiero temu terminowi ściśle określone zna- 
czenie przyrodnicze; autor podnosi nawet, że właśnie ze strony 
filozofów stojących na stanowisku idealizmu winna była wjrjść 
opozycja przeciw niedostateczności stanowiska teorji specjalnej, 
przyjmującej kowarjacyjną formę praw tylko dla pewnych trans- 



wDass hierin ein Schritt auch iiber Kant hinaus sfetan ist, ist unbe- 
streitbar". Cassirer «Zur Einsteinschen Relativitatstheorie" str. 82. 
^) Relativitatstheorie und Erkenntnis apńori. Berlin* 1920. 



Digitized by 



Google 



— 362 — 

formacyj, W tym kierunku antycypował fednak rezultaty no- 
wej, teorji raczej pozytywista Mach. 

Wpływ Macha zaważył także silnie na rozważaniach ko- 
smologficznych Einsteina; konsekwencje tych rozważań ze sta- 
nowiskiem Kanta również- nie łatwo dałyby się pogfodzić^). 
Trudno też ocenić^ w jakim stopniu ten rezultat odpowiadałby 
tendencjom realistycznego na świat poglądu, ile że świata tego 
zgoła nie można sobie wyobrazić. Rezultat bowiem wcale nie 
oznacza, żeby świat był kiilą, lecz że pozostaje w takiej ana- 
logji do świata w przestrzeni euklidesowej, w jakiej pozostaje 
dwuwymiarowa powierzchnia kuli do dwuwymiarowej płasz- 
czyzny. 

§. 5. Nie brak jednak było wysiłków ze strony filozofów, 
czujących się w opozycji zarówno do pozytywizmu, jakoteż ide- 
alizmui do czuciowego bodaj pogodzenia rezultatów teorji Ein- 
steina z realistycznym na świat poglądem. Do takich należą 
prace prof. z Fuldy Hartmanna w .Pbilosophisches Jahrbuch 
der Gorresgesellschaft* (r. 1917). Hartmann staje przedewszyst- 
kiem w obronie absolutnego ruchu. Fakt, że fizyka potrafi rów- 
naniom swoim nadać charakter ogólnie kowarjacyjny, nie czyni 
jeszcze zbytecznem przyjmowania ruchu absolutnego. Filozof 
wprawdzie nie może kwestjonówać faktów, ale. tam, gdzie nie 
chodzi o same fakty, lecz o sposób ich interpretowania, tam 
wolno mu stawać w opozycji do pewnych teoryj naukowych. 
Pojęcie zaś ruchu jako prostej tylko zmiany odległości nie da 
się utrzymać zdaniem Hartmanna. I dlatego wierzy on, że jednak 
istnieje taki układ odni€;3ienia, któryby nam pokazał prawdziwą 
strukturę przestrzeni, prawdziwą postać ciał i prawdziwy bieg 
procesó V przyrody, chociażbyśmy nawet nie mieli środka odróż- 
nienia tego układu od wszystkich innych. Nie naleśy więc tylko 
mieszać możliwości fizykalnego konstatowania czegoś ze sprawą 
istnienia wręcz. Pozatem jedna z konsekwencyj teorji, mianowi- 
cie dotycząca struktury przestrzeni jako zależnej od materji, wy- 
daje mu się wcale sympatyczną. Zgadza się ona najzupełniej 
z realizmem scholastyków, którzy zgodnie z Arystotelesem nigdy 
nie J3rzyjmowali przestrzeni niezależnej od materji. .Cum S. 
Thoma et fere omnibus scholasticis dicemus spatium nihil esse 



') Ilse Schneider: Das Raum-Zeit- Problem bei Kant und Einstein. Ber- 
An, 1921. 



Digitized by 



Google 



— 363 — 

reale objective praeter ipsa extensa^y mówi scholastyk De la 
Yaissiere. Przestrzeń byłaby czemś, co jest wynikiem poeycji 
ciał, przez nie bowiem dopiero nowe miejsca powstają; prze- 
strzeń zatem jest czemś reałnem tylko przez pozycja ciał, wzięta 
zaś jako coś, co tylko jako całość mogłoby powstać lub zniknąć, 
jest tylko abstrakcyjnym schematem. Ponieważ zaś pozycje jako 
realne akcydensy ciał muszą pozostawać w związku z innemi 
ich własnościami) przeto łatwo da się pomyśleć, ii metryczna 
struktura kontinuum pozycji jest wyznaczona przez składowe 
pola gramtacyjnego. 

W odniesieniu do tego stanowiska pozwolimy sobie zauwa- 
żyć, źe, jakkolwiek owa teorja przestrzeni i wogóle empiryzm Ary- . 
stotelesa i scholastyków pod tym ostatnim przynajmniej względem 
bliższy jest może stanowiska ogólnej teorji względności, aniżeli 
pogląd na naturę przestrzeni u Newtona, oraz u Kanta, to jed- 
naka nie niiożna z drugiej strony przeoczać wielkich różnic mi^* 
dzy niemi. Filozofowie współcześni, zbliżający się do realizmu 
scholastyków, przypisują punktom materjalnym pewne absolutne 
własności, zwane zwykle pozycjami ; owe pozycje mają wytwa- 
rzać przestrzeń w podobny sposób jak tony wytwarzają t. zw. 
„przestrzeń tonową". Porównanie to nie jest jednak zupełnie 
trafne, gdyż w przestrzeni tonowej brak jest odpowiednika ru- 
chu. Teorja względności mówi wprawdzie o zależności własno- 
ści przestrzeni od materji, ale bliższe dociekania nad tern, co 
względnie kto tu kogo wytwarza, co jest prius Ontologiczne, 
co jest wytwarzające, a co wytwarzane, muszą uchodzić ze sta- 
nowiska nowej teorji za zupełnie jałowe i bezpłodne spekula- 
cje, które wiedzy naszej w odnośnym kierunku w niczem nie 
rozszerzają. Samo bowiem pojęcie siły i wytwarzania w nowej 
teorji jak zobaczymy nie mogą mieć owego pierwotnego meta- 
fizycznego znaczenia. Dlatego też i owo twierdzenie Riemanna 
o ^bindende Krafte der Natur*, które nadają charakter prze- 
strzeni, wyrażenie wypływające może z realizmu Herbarta, na 
którym się Rtemann opierał, należy, jak słusznie zauważył Cas- 
sirer, brać cum grano safa's. 

Co się tyczy zaś pierwszych zasadniczych uwag Hart- 
manna, to w nich uderza nas dziwna niekonsekwencja. Autor 
podnosi bowiem naprzód z naciskiem, źe musi istnieć rzeczy- 
wistość niezależna od stanowiska obserwatora i zaraz stąd wy- 
snuwa wniosek, a więc musi istnieć jeden układ odniesienia, 
któryby odsłonił nam prawdziwą naturę świata. »Wir halten 



Digitized by 



Google 



— 364 — 

daran fest, dass es eine standpunktsfreie Wirklichkett geben 
muss. Eines der Bezug^ssysteme wird also die wahre Struktur 
des Raumes... zeig^en*. W jaki jednak sposób ten jeden układ 
odniesienia ma .prawo do tego, aby jego rzeczywistość była 
„eine standpunktsfreie Wirklichkeif, na to chyba tyiko 
sam autor potrafi odpowiedzieć. 

Na specjalną uwagę zasługują myśli autora o ruchu abso- 
lutnym, mające bronić absolutnej realności przestrzeni. 

§• 6. Kwestja ruchu absolutnego jest niewątpliwie dla ca- 
łej teorji względności najważniejsza. Kto wierzy w absolutny cha- 
rakter ruchu, ten zawsze skłonny będzie do przyjmowania nie 
tylko absolutnego charakteru przestrzeni, ale także i czasu i całą 
naukę o względności współczesności będzie uważał za jakąś 
sztuczkę matematyczną. Można ciągle przyznawać, że wprawdzie 
ruchów absolutnych nigdy nie obserwujemy, że fizyka umie 
prawom przyrody nadać .taki charakter, iż pojęcie ruchu abso- 
lutnego będzie zupełnie wyrugowane nawet w odniesieniu do 
ruchów obrotowych, ale ciągle jeszcze — powie ktoś — nie 
wynika z tego, by ruchy absolutne nie istniały. Ale kto tak 
utrzymuje, ten musi przyznać sobie, iż stoi w przyrodoznaw- 
stwie wobec nierozwiązalnych zagadek. Bo nie tylko nie potrafi 
niczego zapomocą swoich fikcyj wytłumaczyć, ale nadto mu- 
siałby ciągle konstruować hipotezy ad hoc, aby wyjaśnić sobie, 
dlaczego wszystko w przyrodzie zachowuje się tak, jak gdyby 
tym fikcjom nic nie odpowiadało.. Hartmann podnosi z naciskiem, 
iż nie jest wykluczone, że się znajdzie inna teorja, któraby rów- 
nie dobrze' zdawała sprawę ze związku między bezwładnością 
a ciężkością. Niezawodnie, ale czy, stojąc na stanowisku abso- 
lutnego ruchu, nie musimy sobie przyznać, iż wtedy ten zwią- 
zek i równoważność układów przyśpieszonych z grawitacyjnemi 
oraz ogólnie kowarjacyjna forma praw przyrody są czemś 
zagadkowem? 

§• 7. Ogólna teorja względności, przyjmując nie tylko fi- 
zykalną względność prędkości, ale także i względność przyśpie- 
szeń, rzuca też nowe światło na pojęcie siły, którem się w me- 
chanice klasycznej posługiwano. Tutaj nowa teorja przypomina 
mechanikę Hertza, a zarazem jest dalszym ciągiem na polu fi- 
zyki, tej pracy, którą w dziejach myśli ludzkiej podejmowali 
Hume i Kant. Aby dać do zrozumienia bliżej, o co chodzi, 
weźmy pewien prosty przykład z mechaniki. 

W mechanice odróżniało się często t. zw. siły pozorne od 



Digitized by 



Google 



— 365 — 

sił rzecz)rwi8tycb. Wiadomo np., ie kamień spadający z wieży, 
nie leci w kierunku p]onow)rm na dół lecz wskutek obrotu ziemi 
zbacza cokolwiek na wschód, tak, jak gdyby z boku działała 
nań jakaś siła, która go odchyla od pionu. Siła ta nazywa siq 
siłą Coriolisa* Mówimy jednak o niej, ii jest tylko siłą pozorną* 
gdyż naprawdę żadna siła tu nie działa lecz ciało zbacza dla* 
tego, ii wykonjrwa równocześnie dwa ruchy, jeden widoczny, 
a drugi dla obserwatora na ziemi stojącego ukryty i dlatego 
biegnie pb wypadkowej z owych dwu ruchów. Cechą charakte- 
rystyczną sił pozornych jest więc to, iż przy zmianie układu 
odniesienia siły owe znikają. Obserwator stojący poza ziemią 
i widzący oba ruchy ciała nie potrzebuje wprowadzać dla wy- 
jaśnienia sobie ruchu ciała siły Coriolisa. Drugą ich cechą cha- 
rakjterystyczną jest to, iż przyśpieszenie, jakiego ciało doznaje 
pod wpływem siły pozornej, nie zależy od masy ciała, czyli że 
siła jest do masy proporcjonalna. 

Siłami pozornemi nazywamy tez reakcje bezwładności 
ciała, np. objawy siły odśrodkowej. Ciało wprawione w szybki 
ruch obrotowy okazuje objawy siły odśrodkowej nie dlatego, 
żeby je coś z zewnątrz ciągnęło, lecz poprostu dlatego, że opiera 
się ciągłej zmianie kierunku. Otóż taką siłą pozorną na wzór 
siły Coriolisa oraz reakcyj bezwładnych wedle nowej teorji jest 
uniwersalna siła grawitacji, gdyż i ona ma tę cechę, iż jest do 
masy ciała proporcjonalna i przez odpowiedni układ odniesie- 
nia można ją usunąć, sprawić, że ona zniknie. To jednak na- 
suwa m3rśl, że niema potrzeby robić istotnej różnicy między siłą 
pozorną, a rzeczywistą, inaczej musielibyśmy wszystkie siły me- 
chaniczne nazwać pozornemi. Wszak siły mierzymy jej obja- 
wami, a objawy zasadniczo są wszędzie jednakie. 

Ten nowy stan rzeczy nie zdziwi jednak tego, kto sobie 
zdaje sprawę z faktu, iż my sił jako takich nigdy nie spostrze- 
gamy, lecz tylko właśnie pewne ich t. zw. objawy i że pojęcie 
to samo jako takie niczego nie tłumaczy, jak to widoczne na 
przykładzie opium w komedji Moliere'a; wyjaśnianie zapomocą 
sił jest prostą tautologją, a posługujemy się tem pojęciem je- 
dynie jako ułatwiającem nam syntezę danych empirycznych. 
Gdybyśmy nie podsuwali pod to pojęcie znaczenia metafizycz- 
nego» nigdybyśmy nawet nie byli doszli do tego, aby przy tych 
samych objawach u:^wać różnych nazw. 

Jeśliby zaś kto koniecznie chciał podsuwać temu terminowi 
znaczenie metaempiryczne, to niechże pamięta, aby nie mieszał 



Digitized by 



Google 



— 366 — 

cech objawów siły z nią samą;, o sile wtedy niema sensu mó- 
wić, że ona jest ^wis a ter^o" albo ,yvis a fronte", że działa 
z przodu albo z tyłu, bo ona sama nie ma kierunku, tylko jq 
objawy mają charakter przestrzenny, ona nie ma żadnego sie- 
dliska w przestrzeni, żadnego miejsca, tylko jej objawy mają 
charakter lokalny ^)* Jasne^ jest jednak zarasem, że takiem poję- 
ciem siły czysto metaf izycznem przyrodoznawstwo nie może się 
posługiwać, bo taką siłą można tłumaczyć wszystko. A hipo- 
teza, która tłumaczy równie dobrze wszystko, w praktyce nie 
tłumaczy niczego i jako taka nie jest naukowa. 



^) Na niedorzeczność kwestji lokalizowania sił zwrócił uwagę Eiasteia 
Juz we wnioskach ze specjalnej zasady wzgl^dnoict w odniesieniu do sił 
elektromotoryczych i magnetomotoryczych. 



Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google 







Digitized by 



Google 



PRZEGLĄD FILOZOFICZNY 

założony przez Wł. Weryhą. 

Wychodzi pod redakcją Warszawskiego Instytutu filozoficznesro. 
Rocznik 23 (1920). 



KSIĘGA PAMIĄUOWA 



KU UCZCZENIU 



DWUDZIESTOPIĘCIOLETNIEJ DZIAŁALNOŚCI NAUCZYCIELSKIEJ 
NA KATEDRZE FILOZOFJI W UNIWERSYTECIE LWOWSKIM 

KAZIMIERZA TWARDOWSKIEGO 

WYDANA STARANIEM UCZNIÓW 



z ZASIŁKU MINISTERSTWA W. R. i O. P., ORAZ Z ZAPOMOGI KASY 
IM. DRA J. MIANOWSKIEGO. 



LWÓW - 1921, 

Adres Redakcji i Administracji : Warszawa, ul. Hoża 74. — Filja Redakcji we Lwowie : 

ul. Mikołaja 4. 
ZAKŁADY PRZEM.-DRUKARSKIB .PRASA* — WB LWOWIR, UL. SOKOŁA 4. 



Digitized by 



Google 



Digitizełby Google 



TABLE DES MATieRES DE LA 235ii ANNĆE: 

WŁ. WITWlCKi: ĆoMimłr TwardomtfŁ 

K. AjDUKiEWICZ: T^mps refaiŁif et temps ąbsoitL 

H.3AD*. La qiiestioii d'atttheiitłćite de U declaratiotn de Kant du 29. mai- 

1801, intitul^ nAv» au pubUc*. 
S. BLACHÓWSKI: Sćriea |>8ychiques qualtUtives dana le domaina des 

flenaatioiia. 
M. BOROWSKI; Qu'est-ce qtie robjet? 
T. CZJEŻOWSKI: S^ur ąueląuca relations [o^ques. :^ . . 
D. OROMSKA: Arjumentation de Cretitano concemant Tobiet dea propo- 

sitlcttia exiatentiellea. 
I^.JGEL: Remw^ues sur la tłićor^ dac phenomeneę senaenels. 
ST. KACZOROWSKI ? Quelquea 4C^>nditioiif de la potsibtHte d'appliquer - 

Tinduction inatbaiiciatique. 
J. KLEINER: ProBlemea da bafgiK>niaiiię et du romantiame. / 
T. KOTARBIŃSKI: La qaeatlon de l'eidatenoe dea ol^ets {deaux. , 

Z^ ŁEMPICKI: ContributioD au fondemeot d*iine poetiqtie pure. 
J. ŁUKASIEWICZ: Ldgłque dea deux.valevra. 
B. NAWROCZYŃSKI: L'obiet d«a „aentiments de connaiaaanoe' et le 

. probleme de la qualite dea {ugeinenta. 
FR SMOLKA: tJne critjque du principe du cercie vicłaux de Ruaaell 
K. SOŚNICKI: Inductioo mathematłque. 

WŁ. SZUMOWSKI : La pbilo8ot>hie de la medeckie comme ćtude uniyeriitiuke. 
WŁ. TATARKIEWICZ: Cordre des biena d'aprea PascaU 
M. TREIEH-' Le but et robjet de Te8thetique. (Baquiaae d'ua ptx>sramme - 

de reeherchoB). , ^^ 

WŁ. WrrWICKI: FrafirmeiłtadH^acIite. : , 

Z> ZAWIRSKI: Reflexioiia pliiIosopluqttea aur la theprte de la relatiyite. 



- • ' ' ' ' , , . • Digitized by 



Google 



REVUE PHILOSOPHłOUE 

(PRZEGLĄD FILOZOFICZNY) 
foncłee par LadisUs Weryho. Dirigće par V Institut philosophiąue de Varąowie. 

23-eine annee (1920). 



MELĄNG 

offerts a 




MONs.Eu« CASIMIR TWARDOWSKI 

PROFESSEUR DE PHILOSOPHIE 
i Toccasion de son 25«. annivcrsaire denscijjnćmcnt a i'Universite de Leopo) (PoJog"^) 

. . PAR SES ELĆYES ' . 

Honore d*une subvention du Ministere de rinafcructioD pubU<)ue de Pologne et de -a 
Caisse dc Sccours scicntifique J. Mianowski, , 



Leppol (Lwów) ; 
(Polognc) 
Redaction et Administration, Varsovie, Hoża 74 — et a Leopol, UiuversHe. 
Imprimerie , Prasa* Lćopol, Sokoła 4. - *" . 
192L ' 




J' ^^ o .i {> ^ 




Digitized by V:r 00916 



Digitized by 



Google 



HOME USE 

CIRCULATION DEPARTMENT 

MAIN LIBRARY 

This book \% due on the last datę stamped below. 
1-month loans may be ronewed by callint 642-3405. 
6-month loans may be recharf ed by bring Ing books 

to Circulation Desk. 
Ronewals and recharf es may be madę 4 days prior 

to due datę. 

ALL BOOKS ARE SUBJECT TO RECALL 7 DAYS 

AFTER DATĘ CNECKED OUT. 



MAR 12 1975 9 2 






UBRARYUSE AUG171982 



Bfc /ttisiag 



UB R ARyusE AUGU I ^^g 



MfcWŁ /moi 9 'OZ 



LD21--A-40m-12,'74 

(S2700L) 



Otntral Ubrary 

Ualmsity of Califoriia 

Btrktlty 



Digitized by 



Google 




Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google