(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Przyjaciel ludu, czyli, Tygodnik potrzebnych i pożytecznych wiadomości"

This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project 
to make the world's books discoverable online. 

It nas survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one that was never subject 
to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books 
are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to discover. 

Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 
publisher to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying. 

We also ask that you: 

+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for 
personal, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers 
discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web 



at jhttp : //books . google . com/ 








HARVARD COLLEGE LIBRARY 



9 



bought wito the ingomb 
of a fund lbft by 

Georgb Rapall Notes 




Digitized by 



Google 






Digitized by 



Google 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu 

czyli 

Tygodnik potrzebnych i pożytecznych 

wiadomości. 



* i 



Rok sfcósty. 




Tom I. 
i— »6. 



KIT Lesznie 183B. 
Nufclmtem t druidem Krne«*» «ftn«lM*». 



Digitized by 



Google 



57 W Z tns >ś!,i. /7 fO 



/"harvard"\ 

28 0(:Tł9 70 



/df Ul- 



Digitized by 



Google 



Spis rzeczy 

w Tomie pierwszym roku szóstego zawartych. 

(Artykuły oznaczone * mają dodane ryciny,*) 



38. 



Arciszewski Krysztof ** 
Bakon Mik. * 
Basza Damaszka * 
Bitwa pod Kircholmem . 
Bołdy *. 

Bronikowski Alex. * • 
Briihl Henryk * . 
Cabrera Ramon * . 
Chełmno * . 
Chodowiecki * 
Do Redakcyi P. L. 
Dolabella Tom. * 
Dmochowski Fr. Xaw. * 
Doniesienia literackie 
Dzisiejsi Egipcjanie ** 
Facsimilia ** • 
Formalista, czyli Czarno na 

przysłowie w scenach 
Godefryd de Bouillon * 
Hrabina Łoyelace * 
Itaka * . 

Kalwarya * . • 
Kamieński Raj. X* * 
Kąpiele w Krynicy * 
Karol V., cesarz * 
Kołaczyce * . 
Koirespondencya • 
Kronika literacka . 

Klasztor Przemienienia przy górze Synai 
Kudlicz Bon* * 
Kwidzyna * . ♦ 
Lwów * . • 
Łowicz * •• • 



Str. 

• 99 
64 

91. 102* 

.42.54.60.71.74. 

34 

. 151 

156.165 

73 

15 

50 

6. 24. 50. 91 

. 193* 206 

45 

. 1§4. 199 

* 118 
80. 176 

białem, 

106. 119* 122 

50 

105 

168 

70 

95 

161 

81 

108 

62 

98.182 

* 148 

71 

25 

83 

142 



62.78*85.94, 



Str. 

Morskie oko ** 1. 9 

Mieszkanie Kopernika w Frauenburgn * / • 171 
Morus Tomasz * . . . . 7.22*29 
Motyl i strumyk (improwizacya) • • 16 
Myśli Okena względem usposobienia umy- 
słowego zwierząt ..... 182 
Najnowsze doniesienia z krain przy bie- 
gunie północnym * • • • • 27 
Najnowsze dzieła polskie • • • 191 
O Daguerrotypie • • . • . 134 
Opis uroczystości weselnych podczas ślubu 

Władysława IV. r. 1637 ** . .132 
O polskim języku łowieckim i o świecie 

łowieckim . . 104.109.125.136 

Oblężenie Częstochowy przez Szwedów ** 138 

„ Krakowa* . . 145.166.172. 

Opisanie ujęcia i stracenia Sam. Zborowskiego 

** 181. 187 

O meteorach, gwiazdach, kamieniach spa- 
dających i kulach ognistych • • 158 
Oświadczenie, tyczęce się Redakcyi Ty- 
godnika liter. • . 174 
Pałac Necessidades * .... 45 
Peszka Józ. * ..... 33 
Pieśni ludu wPrussach wschodnich 39.47.53. 
Poezye . * . . . 31. 63. 80. 88. 184 

Pieniny * 121 

Pogrzeb u Turków * .... 141 

Półtorak Zygmunta HI. * . . . 24 
Potwarca ukarany * • • • • 65 

Radziwiłł Albr. Stan. * ... 17 
Raropsinit *•••••• 178 

Rodowód teraźniejszych Greków ..21 



Digitized by 



Google _ 



Str. 
Rozmaitości • . 128.143.151.160.207 
Rozwaliny zamku w Odrzykoniu * . 51 
Sapieha Fr. Jan * • • . .' • 55 
Saxonia dzisiejsza i jćj stolica z wspom- 
nieniem o artystach polskich i szkole 
malarstwa polskiego *** . . 187. 194 

Seraj turecki * 199 

Słów kilka o życiu Zygmunta Aug. * • 12 

Smoleńsk * 75 

Stanbope Estera * 97 

Stachowicz Michał * . • 113 

Świat i poeta * • .... 66 
Świątynia w Trynczekore * . ,. . 20 
„ indyjska w Oryssie * • • 112 
Targowa przygoda Bartosza * . .5.13 
Trafna odpowiedź .... 190 



Str. 

Trebowla * 89 

Trybunał lubelski ** . 130. 140. 149. 153. 162 
Ułamek z najnowszej podroży po Hiszpanii ** 124 
Wędrowny Daguerrotyp * 191 

Widok miasta Koźmina * 114 

„ „ Kowna ** . 177. 197. 201 
Wjazd do Konstantynopola X. Kr. Zba- 

rawskiego r. 1622 .... 103 

Wyrwicz Kar. * 30 

Wystawa obrazów w Poznaniu . .. 37 
Walka majtków z białymi niedźwiedzia- 
mi * 205 

Zamość * 57 

Zielniki polskie ** 169. 185 

Żydzi opłakujący upadek ojczyzny * . 164 



Digitized by 



Google 



■Ł 



Przyjaciel Ludu 



Rok szósty. 



No. 1. 



Leszno, 

dnia 6. Lipca 1839. 















1 H ' ! l 

V ■ 



' 



1 

li!: 











Morskie oko. 

(Z Galicji w obrasach.) 

W dolinach, w pośród wysokiego grzbietu 
głównych Karpat (Tatrów), lezę tak na północ- 
nej, jako tez południowej stronie tychże, począ- 
wszy od tak zwanych Koperszczadów (Kupfer- 
schachte) aż do góry Rohacs, jeziora górskie, 
od mieszkańców tamtejszych, także plessami lab 
morskiemi gezami zwane, w wysokości 4000 do 
6300 st. Krąży o nich dotąd między gminem 
podanie, że z morzem w podziemnym związku 
stoją, będąc niejako oczami morza w lądzie sta- 
łym — i że się także burzą, skoro tylko fale 
morskie srogą nawałnością miotane bywają ; miano 
nawet w tych jeziorach znachodzić to szczątki 
dużego okrętu, to inne do żeglugi potrzebne 
sprzęty* Jeziora owe położone są swemi prze- 
miernikami długości mniej więcej prostopadle ku 
głównemu grzbietowi, żadne z nich nie jest 
w zbliżeniu równo odległe, a same nawet okrągłe 
jeziora pod toż samo dają się podciągnąć prawo. 
Głębokość ich znaczna. Już 20 jezior takich 
opisano, jednakże więcej jest ich daleko. Te, 
które w jednej formacyi górskiej tylko, lub na 
' granicy dwojga, jako to : między granitem i wa- 
pieniem, między granitem i łupkiem błyszczo- 
wym, albo między granitem a gneizem leżą, winny 
swe powstanie niewykończonym kształtom dolin, 
lub, w połączeniu z takowemi, przedwczesnemu 
osadowieniu się gruzów i złomów kamiennych, 
tworzących na ukos przez doliny, wały, i prze- 
szkadzających upływowi wod^r zjawiającej się. 
Ostatnia ta własność najjaśniej się na naszem 
morskiem oku pokazuje, gdzie na przodzie widać 
część owego wału ; pierwsza zaś własność pię- 
tnuje jeziora, za Krywanem położone. 

Często powtarzanemu mniemaniu, jakoby wszy- 
stkie te jeziora swe powstanie wypłukaniu winne 
były, sprzeciwiają się już same, prostopadło w ta- 
kowe wpadające ściany skaliste i znaczna głę- 
bokość jezior. Głębokość ta wprzód jeszcze, nim 
odpływające wody tak głębokie sobie wyrżnęły 
doliny, pewnie była znaczniejszą, i dotąd jeszcze 
w równym stosunku z wysokiemi jezioro otacza- 
jącemi massami być się zdaje. Znacznie ona się 
umniejszyła w jeziorach, w wapieniu leżących, 
przez osadę z wód słodkich pochodzącą, a 
w wszystkich zaś jeziorach, bez wyjątku, przez 
wielkie massy gruzów, które od lat tysiąca w ta- 
kowe z otaczających brzegów spadały. Poka- 
zują to niektóre jeziora bardzo wyraźnie przez 
skały, wystające nad ich powierzchnią; a w nie- 
których dolinach chodzi się teraz po rumowisku, 
pod którćm przez rozpadliny widać z szumem od- 
pływającą wodę. 

Zdaje się, że jeziora leżące w górach wa- 
piennych, lub na granicy takowych, z górami gra- 
nitowemi, co na północnej stronie Tatrów, to 
jest na galicyjskiej widać, powstały przez ran- 
towne zapadnięcie mass wapiennych, które dla 



teco, że z niejednakową gęstością z dawnego ży- 
wiołu morskiego^ powstawały, ciężarem swoim 
załamały pod niemi leżące wydrążenia, nie wy- 
pełniwszy takowych jednakowoż swemi gruzami. 
Domysł ten niema w sobie nic sprzeciwiającego 
się naturze i tym ważniejszym się staje, jeżeli 
przyjmiemy zdanie niektórych nowszych bada- 
czów ziemorodztwa (geognostów), że wszystkie 
ogromne formacye pokładowe, nie powstały po- 
dług zasad mechanicznego prawa powolnego 
opadania na dół cząstek składowych, które 
z sobą woda tworząca unosiła, lecz przez 
nagłe oddzielenie się w wodzie tych cząstek. 
Oddzielenie to uskuteczniły potężne w pewnym 
porządku po sobie następujące obopólne działania 
sprzeczności natury, które z niewiadomych dla nas 
przyczyn, w różnych okresach czasu, w jednym 
miejscu takowe, w drugich zaś inne gatunki gór 
utworzyły. A może też były już w rozlicznych czę- 
ściach dawnego morza rozmaite rozpuszczone pier- 
wotne cząstki składowe gór różnych, które też dla 
tego miejscowo tylko osiadać mogły* Niech będzie 
jak chce, wszelakoż zdaje się być pewną, iż przy 
tak nagłem odstrychnieniu, nie przez wewnętrzną 
moc przyciągania, lecz przez zewnętrzne wspól- 
nie działające siły zrządzonem, mianowicie gdzie 
to odstrychnienie w ogromnych massach się działo, 
i do istniejących kształtów górskich się przy- 
czepiło, ono tak szybko na wszystkich cząstkach, 
składających góry w równej gęstości osiąść nie 
mogło, i że tu i ówdzie wydrążenia powstać 
musiały, które później przez ciężar nad niemi 
leżących mass przygniecione zostały, i po odpły- 
nieniu wód, nadających kształty, jeziora potwo- 
rzyły. Ogółem wydają się ławy wapienia al- 
pejskiego nie tylko w głównej części Karpat, 
ale też i w Alpach szwajcarskich, w wielu miej- 
scach jakby przekręcone, zwinięte lub zgniecione 
były, co sobie tylko jedynie przez zapadnięcie, 
lub przez zmianę w położeniu warstw, lub też 
przez naciśnienie mass skupionych nad niemi 
w czasie owym, gdy jeszcze wapień był miękim, 
wytłómaczyć można. 

Jeziora, leżące na granicy dwóch gór pier- 
wotnych, można by uważać jako cząstki dawnych 
dolin; później utworzone formacye górskie zam- 
knęły ich wychody, i przemieniły je w kotliny, 
w których przez opadnienie powietrzne i ze sto- 
pionego śniegu, wody się zebrać musiały. A lubo 
góry pierwotne w jednym i tymże czasie po- 
wstały, przecież bezsprzecznie pomiędzy chwile 
tworzenia się takowych wchodził pewny zakres 
czasu. W miejscach, gdzie prawie całkiem nie- 
znacznie jeden rodzaj skał w drugi przechodzi, 
chwile tworzenia się obu pewnie były sobie 
bliskie ; albowiem leżąca formacya jeszcze dobrze 
nie była ukrystalizowana, gdy się już wisząca 
tworzyć poczęła, a zmieszawszy się z pierwszą, 
przechodowy kamień wydała. Jednakże w tako- 
wej formacyi w głównej części Karpat, niemasz 
jezior, jak to juz sam uważałem. Gdzie zaś 



Digitized by 



Google 



3 



Między rozinailemi rodzajami gór niema żadnego 
przechodu, gdzie jeden rodzaj zupełnie czysty 
nagle ustaje, a drugi również czysty nę zaczyna, 
tam przerwa między chwilami tworzenia się obu, 
nierównie dłużej trwała i tylko na granicy tako- 
wych formacyi znachodzą się jeziora. Wszy- 
stkie te jeziora są bardzo korzystne dla wód, 
płynących w głównej ozęści Karpat One pod- 
czas gorącego lata i posuchy zasilają wodą ciągle 
strumienie, utrzymując ich wody w jednakowej 
prawie wysokości; również wielki wywierają 
wpływ na poskromienie powodzi po długo trwa- 
jących deszczach i ulewie podczas wezbrania 
wód na wiosnę i w jesieni. 

Morskie oko, od pogranicznych Węgrów zwy- 
kle w ielkiem lub polskiem rybiem jeziorem zwane, 
leży na granicy krainy kozio-drzewiny i lasów, 
to jest na wysokości 4200 stóp, a podług wy- 
miaru w oddaleniu 8800 sążni lub koło 2{ mili 
od domu leśniczego we wsi Bukowinie i 4000 
sążni lub mili od wyjścia Białki z gór wyso- 
kich. Jest ono największe pomiędzy jeziorami 
głównych części Karpat. O obszerności tako- 
wego nie raz przesadzone udzielano wiadomości, 
miara powierzchni wynosi bowiem 56 morgów 
411 sążni kwadratowych, mając w okręgu blisko 
4200 stóp, szerokie jest 500 stóp, przeszło 1600 
stóp długie i na południowo-wschodniej stronie, 
gdzie najgłębsze, 32 sążni czyli 192 stóp ' wie- 
deńskich głębokie. Tworzy ono prawie całkiem 
. regularnie podługowatą okrągłość z doskonale 
gładkiem zwierciadłem, jednakże stojącemu na 
północnym brzegu takowego, wydaje się być 
okrągłem. Chcąc obejść całe jezioro potrzeba 
dwóch godzin, ponieważ gruzy i skały pochód 
bardzo utrudzają, aczkolwiek cały obwód nie 
spełna pół mili wynosi. 

Południową stronę jeziora rybiego czyli mor- 
skiego oka, otaczają nagie od 2000 do 3000 stóp 
wysokie, prawie prostopadłe góry granitowe 
perłowo szarej barwy, u których stóp jeszcze 
w sierpniu rozległe pola śnieżne (żleby) się roz- 
szerzają. Góry te najeżone sa kończystemi szczy- 
tami i od północno-wschodniej strony przypierają 
do góry zwanej Wysoka. Pomiędzy wszystkiemi 
ttmi cudownie pięknemi i malowniczemi górami 
wyszczególnia się mianowicie wierzchołek mnich 
zwany, leżący na południowo-wschodniej stronie 
jeziora swoim do ludzkiej postaci podobnem kształ- 
tem, swym ostrym, ku wschodowi nieco zakrzy- 
wionym szczytem i swą prawie prostopadłą aż 
do płaszczyzny wodnćj pochyłością, która w nas 
budzi zadziwienie, chociaż góra ta wysokością 
swoją ledwie do dwóch trzecich części innych 
sięgać się zdaje. Od strony południowej można 
jednakowoż dojść aż do wierzchołka, zkąd się 
nit do opisania cudny widok odkrywa. 

Od wschodniej strony wznoszą się skały 
wapienne, a od zachodu wysokie góry granitowe, 
perlowo-szarej, nieco w zieloną wpadającej barwy, 
prawie bezpośrednio z jeziora, jednakże nie tak 



bystro, jak wieże strony południowej. W wielu 
miejscach spada na dół w oda z niezmiernej wy- 
sokości, w niezliczonych wodospadach, i ginie 
w jeziorze. Kończyste wierzchołki tych skał 

Eorozdzielane są głebokfemi parowami, lub wąz- 
iemi grzbietami z sobą połączone w najrozlicz- 
niejszych kształtach. Skały koło jeziora prawie 
całkiem są nagie, tylko tu i -owdzie rosną w nie- 
których szczelinach i rozpadlinach, także na 
granicy pól śnieżnych, rzadkie rośliny górskie, po- 
między temi: łonu kamień syberyjski (Saanfraga 
sibirica Walbgh) porosty i mchy; ucierpiały one 
jawnie wiele przez spowietrzenie i nabyły prze- 
toż mniej więcej białawo -szarej lub biała wo- 
zielonej barwy; świecące kryształy kwarcowe 
dodają przy świetle słonecznem więcej blasku 
ścianom granitowym. U stóp skał ścielą się 
kopce rumowisk, sięgające aż do ^ części ich 
wysokości, tu i ówdzie kozio-drzewiną porosłe. 

Ku północnej stronie jeziora ciągnie się na 
poprzek przez dolinę wazki wał zawalonej góry, 
wznoszący się blisko 60 do 80 stóp po nad po- 
wierzchnię wody. Przez środek takowego, uto- 
rowało sobie ujście jezioro, podzieliwszy go na 
dwie prawie równe części. Ujście to daje życie 
Białce, rzece, która od początku aż do połącze- 
nia swego z Dunajcem, tworzy granicę miedzy 
Galicyą a spiżską stolicą. Od północnej strony 
morskiego oka rosną bujnie borówki, paprocie 
i t p. na tym wale jednakże mało kozio-drze- 
winy i sosien, pomiędzy któremi jednakowoż 
coraz rzadsze się stające drzewo limbowe (Pi- 
nus cembra). 

Woda ma koło brzegów 7 jasno-zieloną bar- 
wę, w niektórych jednakże miejscach tak na kra- 
jach, jako też w środku morskiego oka, wpada 
ona w ciemno-zieloną i czarniawą, co oznaczać 
może bagniste, lub rośliną Conferca fontinalis 
porosłe miejsca. Przytem woda niezmiernie jest 
czystą, a w czasie ciszy, jeżeli się góry w swych 
cudnych kształtach mocno odbijają na gładkiej 
powierzchni, po której na bezpiecznej w pogo- 
towiu stojącej tratwie płynąć można, widać jaszcze 
bardzo wyraźnie w głębokości 8 do łO stóp każdy 
kamień na spodzie jeziora i ryby w głębinie 
pływające. Podczas, gdy dnia 14 s° sierpnia r. p. 
o drugiej godzinie w południe temperatura powie- 
trza -f- 18,3° pokazywała, miała woda -f- 8,3° R. 

Pstrągi (Śalmo latricus. Jarosz, nowy gatu- 
nek), żyjące w jeziorze rybiem, które podczas 
pięknych wieczorów przy ujściu najwięcej prze- 
bywają, są nader chude dla braku dostatecznego 
pożywienia, gdyż woda morskiego oka mało śla- 
dów żyjących w nich robaków i owadów poka- 
zuje, wszelakoż pstrągi te ułowione i w mższćj 
Białce utuczone, mają być wyśmienite. 

Na zachód koło upływu stoi na północnym 
poprzecznym wale krzyż wystawiony przez Grzego- 
rza Tomasza Zieglera, biskupa linckiego (dawniej 
tarnowskiego) z napisem: „Hic non plus ultra, 
non supra nisi in cruee I).N*J. Christi 1823/* 

jjitized by vŁC 




:3FT, 






Targowa przygoda Bartosza* 



Od "krryża otwiera się przecudny widok na fj 
eate to skaliste półkole, sprawia to największą I 
roskosz patrzeć na niezmierną, wnet cicho sto- 
jącą, wnet słabo, wnet mocno poruszoną płaszczy- 
znę wody, na rozliczne kształty gór i szczy- 
tów, i widzieć zmianę barw, gdy pojedyncze 
prędko przesuwające chmury cień i światło roz- 
maicie dzielą, mccno cieniują, lub malowniczego 
nadają uroku. 

Cisza uroczysta w tej wielkiej wspaniałej 
kotlinie, przerywana jedynie szumem strumienia, 
wiele do wzbudzenia wzniosłych uczuć się przy- 
czynią* Nieme skały zdają się być światem ob 
litującym w poważne znaki dawnej przeszłości, 
a pomimo tego, że się tak niemo i bez życia 
wznoszą, zdają się posiadać ducha i życie. 
I w rzeczy samej, skoro tylko zdołamy rozwiązać 
tajemnicę, która hamuje ich język, staną się one 
dla nas wymownemi dziejami, świadczące mi o po- 
tędze twórczych sił pierwotnych, i niszczącej 
doczesności. Zaraz pod krzyżem kazał pan Ho- 
aolatsch, właściciel tej okolicy, na brzegu mor- 



skiego oka barakę z stołami i ławami, tratwę 
do opłynienia płaszczyzny wodnej, również po- 
mnik z lanego żelaza Jego ExceŁ hrabiemu L. 
de Taaffe, niegdyś gubernatorowi Galicyi, wysta- 
wić. Płynąc przez obszerną płaszczyznę wody 
ku południowo-wschodniej stronie na tratwie, za 
pomocą wioseł pędzonej, ciesząc się przy tćm 
szczególniejszym często powtarzanym odgłosem 
wystrzału z strzelby lub lepiej jeszcze z moździe- 
rza, przybywamy w przeciągu pół godziny do 
ujścia i pięknego wodospadu czarnego stawu, 
■^^zarny staw, od niektórych ąujarów o p isują * i - -« ^^ . ł 
cychgWWlll} część- Karpat,' wyłącznie morskiem 
okiem zwany — leży w północno-wschodnim 
kącie dużego jeziora rybiego, blisko o 1000 stóp 
wyżej jeszcze od takowego. Dostawszy się na 
grzbiet ściany granitowej, rumowiskiem i potęż- 
nemi złomami kamienne mi zasłanej, <do czego 
wyszedłszy od brzegu morskiego oka, pół go- 
dziny czasu potrzeba, widać z tamtej strony 
u stóp góry, daleko wyżej po nad okolicę kozio- 
drzewiny, czarny staw, którego powierzchnia 



Digitized by 



Google 



5 



37 morgów i 1481 sążni kwadratowych obej- 
muje. 

Z trzech stron, zewsząd nieprzebytemi ska- 
laaii ostrokręgowego kształtu otoczony, na On 
postać kotliny, której największy przemiernik 
z północnego zachodu na wschód południowy 
leży. Nie można go obejść, albowiem ostre 
ściany granitowe bezpośrednio z wód jego wy* 
staja, z jednej tylko strony, na które się wchodzi 
i zkąd woda jego spada, znajduje się brzeg do- 
stępny; tam to zwykle się odpoczywa, aby się 
nasycić cudnie zajmującym wrażeniem, jakie ten 
obraz robi. Głębokość jeziora tego dotąd je- 
szcze nie jest znana, wszelakoz domyślają się, 
iż głębsze jest, niż jezioro morskie; woda jego 
wydaje się zachwyconemu i mocno tym wido- 
kiem zajętemu przychodniowi czarna, dla tego 
też jezioro to nazwę czarnego stawu otrzymało* 

Otaczające szczyty granitowe, perłowo szarej 
barwy, do których ku północy wapień alpejski 
przytyka, wznoszą się z płaszczyzny wodnej tego 
jeziora jeszcze busko do wysokości 2000 stóp. 
Kilka parowów, czyli rozpadlin, odwiecznym śnie- 
giem wypełnionych, sięga od głównego grzbietu 
góry, aż do płaszczyzny wodnej, żywiec obficie 
jezioro i zdoniac wspaniały widok tej okropno 
pięknej skalistej kotliny. Do czarnego stawu 
idzie się zwykle po prawej ręce koło morskiego 
oka, do czego dobrej godziny potrzeba; droga 
prowadzi przez rumowiska i gruzy granitowe 
koło pół śnieżnych, gdzie rosną: Gentiana gla- 
ciałtSy vema, ułriculosa i punctata, Sil en e 
acaultSy Dianthus alpinus, JRanunculus alpinus, 
Saarifraga androsacea, stbirica i ajugaefolia 9 
Geum repens 9 Androsace lactea, Myosotis al- 

Jina, ciemno-niebieska alpejska niezabudka, wpa- 
ajaca pewnie w oczy każdego podróżnika piękne 
swa barwa;. Uvularia amplejrifoHa, Viola fti- 
flora, potem wyżej na prawo, koło mnicha, 
Doronicum scarpioides, kozi korzeń, o którym 
tamtejsi mieszkańcy mówię, że pożywającemu 
takowy, udziela szczególniejszych sił do drapa- 
nia się po górach i że od zawrotu i zmordo- 
wania sie strzeże; oraz gdzie się wiele innych 
średnio-alpejskich roślin znachodzi. Nazad idzie 
się zwykle po lewej stronie, do czego równie 
tyleż czasu potrzeba, lecz za to pokazuje się 
ztamtad w całej swćj piękności drugi szereg 
skał z mnichem i spadające na dół wodę. Wie- 
czorem prędko się tu chłodno robi, albowiem 
już o 5. godzinie znika słońce, a ciepło rozpra- 
«<«za4 się zaczyna, skoro tylko cienie w dolinach 
osiadają." 

Obrazek nasz : „Droga do morskiego oia" 

Erzedstawia część dolin}\ Białki; widzimy tu na 
ujnej polanie, Łysa zwan^jy. bacówkę, gdzie si^ 
zwykle ną drodze z leśniczego domku w Buko- 
winie do morskiego oka spoczywa; -albowiem %ym 
tutaj ostatnie już jest ludzkie pomieszkania *nte- 
Dostawszy ^ się w lesiste, sosnami gęsto zarosłe ~ 
dolinę, widać po lewej stronie nagi szczyt, 



Wołoszyn zwany; przed sobą zaś, skoro wyj- 
dziemy z ciemnego lasu, pokazuje się oczom 
niniejszy krajowidok, najprzyjemniejszy w cafój 
drodze do morskiego oka. Prawy brzeg szybko 
płynącej Białki należy już do spiżskiej stolicy. 
Białka płynie z morskiego oka w północno-wscho- 
dnim kierunku, mając 20 do 30 stóp szerokości. 
Upłynąwszy £ mili, wchodzi do niej woda po 
prawej stronie z doliny Podiepłaski, biorąca swój 
początek z góry Wysoka zwanej, poczem Białka 
na północ płynie. (Ciąg d*Usj ntttąpi.) 



Targowa przygoda Bartosza. 

(Powicie gminna.) 

„Niech będzie pochwalony!" rzekł Bartosz 
wchodząc wieczorem do chałupy swego sąsiada 
Jędrzeja. — „Na wieki wieków", odezwał się 
gospodarz, i podał mu rękę na przywitanie. 
„Siadajcie na ławie i powiedźcie mi proszę, czy- 
ście wczoraj z miasteczka szczęśliwie powrócili ; 
boicie sobie nie źle uSzmulowej czubek gorzałka 
zalali. Czekałem ja na was dość dtugo, ile ze 
mnie wasza o to prosiła; ale widząc, że nie ma 
końca, wsiadłem na wóz, wrzasnąłem na moje 
Chętki i zostawiłem was przy kieliszku." 

Żeby was gęś kopła Jędrzeju! wy nigdy nie 
dotrzymacie placu: zawsze się gładko wyniesie- 
cie, gdy się człowiek w najlepsza zagada. Wła- 
śnieśmy się z Kuba sprzeczali, czy lepiej czynsz 
z roli płacić, czy tez pańszczyznę, jak dotąd było, 
odrabiać. Ja, jak wiecie sąsiedzie, byłem za 
pańszczyzną; bo to człowiek nie potrzebuje tafc 
sobie głowy łamać, zkąd grosz wziąść; pcha 
robociznę, jak może, a wymłóciwszy wiertelik; 
to się przyda na kwartę soli. Nie potrzeba było 
tyle zabiegu; jeżeli przybrakło na przedeżniw- 
ku, lub co z bydełka wypadło, to się poszło 
z miechem do dwora; ale teraz kto mnie po- 
ratuje?" 

„Wy zawsze swoje piosnkę śpiewacie, Bar- 
toszu, choć was już tysiąc razy przekonałem, że 
to próżna gadanina, którą niedołężni gospodarze 
swoje lenistw o, nierozum, a co gorsza, szkodliwy 
nałóg pijaństwa pokryć usiłują. Jakto? to wy 
wolicie, jak ów wół, który ciągle dla człowieka 
w jarzmie chodzi, na kogo innego, niż na siebie 
pracować? Czyi chcecie być w tej mierze ko- 
niecznie podobni do nierozumnego bydlęcia?" 

Ej! co mi tam do bydlęcia! wszakże mój 
ojciec, dziad i pradziad, nie byli bydlęta, a dobrze 
im tak było; chwalili sobie dawne czasy; teraz 
wszystko do góry nogami przewrócone, i dla 
tego też taka bieda, żeby jej siekierą nie uciął." 

„Jak trudno jest trafić do końca z czło- 
wiekiem ciemnym, przesądnym, a do tego upar- 
tym: ksiądz swoje, djdbeł swoje. -Ale na szczęście 
' -{ttfrzeba tu wielkiego ro; * 

jestle^Wf^Ma^ hyć, sobie samemu mezawi* 



zęba tu wielkiego rozumu, aby pojąć, 
lepWf^czjL hyć r , sobie samemu niezawi- 
słym panem, mieć zabezpieczony grzbiet od od* 

Digitizedby\^OOgle 



lewanych, czy tez brać harapnikiem po plecach, 
gdy pan okomon lub włodarz, połajany sam od 
pana, lub z innej jakiej przyczyny markotny, 
zechce swój humor na naszych plecach rozja- 

„No, no. 1 wyście zawsze aż do znudzenia 
przemądrzali, gdy zaczniecie o tej niemiłej ma- 
teryi rozprawiać. Dajcie temu pokój, bo mnie 
jaz dalibóg korci ; oto pożyczcie mi na jutro gratu 
do koszenia owsa, a posłuchajcie mojej wczo- 
rajszej przygody. 

„Owóż tędy utyskując z Kuba na ciężkie czasjjr, 
zwłaszcza gdy juz Ś. Marcin zapasem, a tu zni- 
kąd wziaśó grosza, aż człowiek w głowę za- 
chodzi; bo jak wiecie mnie się pieniądz nie 
trzyma, wszystko się rozlezie. Kazałem dać pół* 
kwaterek wódki; poczciwe Kubasisko rozczuliło 
się, kazało dać drugi, ja trzeci. Wychodzę na- 
reszcie ostatni z szynkowni, chcę siadać na wóz, 
wytrzeszczam oczy, bo mi się w głowie wszy- 
stko . kręciło ; nic nie widzę. Domyśliłem się 
zaraz, że moje zniecierpliwione szkapska, jak 
zwyczajnie, same do domu ruszyły. Cóż było 
robić? musiałem, choć mi głowa okropnie^ cię- 
żyła, ba! i nogi nie statkowały, wracać pieszo 
do domu. Już tego wreszcie nie baczę, co się 
ze mną stało; pomnę tylko jak gdyby we śnie, że 
gdym się z trudnością dobił do rozstajnych dróg 
koło mostku, ten mi całkiem znikł z oczu, szu- 
kam, biedolę się, aż tu woda jakoś coraz bar- 
dziej przybiera; ani podobna przejść. Pomy- 
ślałem sobie, (Boże odpuść ciężkie grzechy), 
żeby cię trzysta kaduków porwało i z mostkiem, 
aż tu, ni ztąd, ni zowąd, postrzegam w rogatym 
kapeluszu blisko mnie stojącego kusielca. 

„Dobry wieczór, kumotrze", rzekł do mnie 
nieznajomy ; „co porabiacie ? cóż wam to ? czego 
się tak w kudły drapiecie ?" 

„Dobry wieczór waszeci", odemknąłem ; domy- 
ślałem się bowiem, co to za sztuczka, zwłaszcza, 
że nie pochwalił pana Boga ; alem się ^ go^ nie 
zląkł bynajmniej: księżyc świecił pięknie, i ja, 
jak wiecie, kiedym podochocony, nie dam sobie lada 
komu w kaszę dmuchać. Jednakże pomyślałem 
sobie po chwili: lepiej będzie dać mu dobre 
słowo; bo mnie tak poczciwe tatnsisko, Boże 
świeć nad duszą jego! nauczyło: żeby być po- 
tulnym, nie brać nigdy na kieł, chyba, gdy do 
ostatniego przyjdzie, a wszakże lada urwisz może 
człowiekowi dopiąć, gdzie się ani spodzieje. 
Owóż tedy, dodałem spokojnie : a jakże się nie 
mam frasować, kiedy moje poczciwe kobiecisk<>, 
już dawno mnie wygląda ; a tu przeklęty mostek 
znikł jako dym; żeby go trzysta diabłów wzięło! 
Rozśmiał się mój kusal na to moje nabożeństwo, 
i nabierając, jak się zdawało, lepszej ochoty, 
rzekł do mnie: „Ko, kumotrze, jeżeli tylko o to 
idzie, to ja was przeniosę." — W to mi graj, 
myślę sobie; tego mi właśnie było potrzeba. To 
jakie- poczciwe, usłużne diablisko; zapewne nie 
wie jeszcze, żem mv przedwczoraj rożki ■ figury 



za naszą karczmę biczyskiem po utrącał; nie wy- 
dawajmy się sami. 

„No, jeżeli wielmożny pan chcesz być tak 
łaskaw, i nie żartujesz z biednego człowieka, 
który, na nieszczęście, dzisiaj trochę sobie za 
wiele zalał swoje mózgownicę." Słowo honoru! 
odpowiedział tamten, i w tym momencie straszne 
orlisko nadstawiło mi swego grzbietu. Ja nie 
wiele myślęcy, skłoniłem mn się nizko do nóg, 
a potem wewaliłem się śmiało na niego i uchwy- 
ciłem za szyję. Raz tylko machnął skrzydłem, 
gdyby śmiga od wiatraka, a już wzbił się het 
tam w powietrze zemną, jak gdyby z dudkiem. 
„Ależ jaśnie wielmożny orle, (byłem bowiem cał- 
kiem w jego mocy), gdzieżto u kata lecicie, wszak- 
że ja was prosiłem tylko o przeprawę do mo- 
jej chałupy; przecie moje gniazdo nie na skale 
pod obłokami zawieszone; jeżeli więc pozwolicie 
sobie powiedzieć. 

(Koniec nastąpi.) 



Do szanownej redakcyi Przyjaciela Luda. 

W numerze 48. wyobrażony jest pomnik 
nieznajomego wojownika, który zwać sie miał 
Ognasd. Zachodzi tu omyłka w czytaniu got- 
skiego napisu. Pierwsza litera nazwiska, nie 
jest O, tylko U; a litera trzecia nie N, tylko 
Y; a zatem nie OGNASD, lecz „Johannes de 
UGYASD." 

Ujazdowski pod Władysławem Jagielończy- 
kiem dowodził posiłkami wołoskienu przeciw 
Turkom; a po klęsce warneńskiej, w czasie 
której Wołosi z placu uchodzili, wrócił do Pol- 
ski. Ze umarł jako starosta czchowski, mu- 
siał zapewne pleban Luderkiewicz z dawnych 
sepultur kościelnych wyczytać. Herb Ujazdow- 
skich był dotąd heraldykom polskim nieznany; 
dopiero z tegoż pomnika okazuje się, że był 
Srzeniawa. Tarcz po drugiej stronie pomnika, 
jest wołoska, podobna zupełnie do sandomier- 
skiej. Zawieszono herb ten na grobowcu, dla 
znaku niegdyś dowództwa jego nad Wołochami. 

Pomyłki w r wykładaniu pism gotskich, nie są 
rzadkie; w obrazie historyczno - statystycznym 
miasta Poznania, spostrzegam napis bramy ciem- 
nej, który być ma z roku 1503., a ja go znaj- 
duję o dwa wieki dawniejszym, co z samej 
niemczyzny, jakiej Krzyżacy w pismach swych 
używali, powziaść można. Liczba pokazuje 
rok M. CCC. V/lII ; , tojest: 1308. Kropki tu 
regularnie odosobniają gatunki liczb, czyli li- 
ter; a nawet' nie było w r zwyczaju wyrażać 
liczbę 500 przez 5 CCCCC, tylko przez D. *) 

Gniezno, dnia 8. czerwca 1839. 

Tadeusz JFolamki. 



*) Wdzięczą! jesteśmy bardzo za takowe prosto- 
wanie napisu nad ciemną bramką w Obrazie hisłoryeznę- 
slmtystyezMjm mimstm Pttnmnim, ale nic przekonywa ono 



Digitized by 



Google 



Tomasz Morus. 

W porę, gdy w Anglii przestały płynąć krwi 
potoki, w wojnie czerwonej z białe róża z taką 
zaciętością prowadzonej, gdy Henryk VII. swoja 
energia, i zręcznością nadawał temu krajowi po- 
tęgę i znaczenie, przyszedł na świat jeden z naj- 
większych ludzi swego wieku i narodu, Tomasz 
Morus, urodzony 1480 roku w Londynie, gdzie 
jego ojciec, Jan Morus, był członkiem sądu kró- 
lewskiego. Matka umarła, wydając go na świat. 
JanMorus, będąc los swój cały winien naukom, 
napędzał do nich bardzo wcześnie Tomasza, 
który wnet nadzwyczajną pilność, postępy i zdol- 
ności okazał, uczęszczając do kollegium ś. An- 
toniego. W całym Londynie unoszono się nad 
rzadkiemi talentami młodego Morusa i wiado- 
mość o tern nadzwyczajnem dziecku doszła do 
uszu kardynała Mortona, arcybiskupa kanterbe- 
ryjskiego, który postanowił zająć się losem To- 
masza i w tym celu wyprosił go sobie u ojca. 



aas bynajmniej. W dacie napiau znajduje się wyraźnie 
pięć C, z których dwa ostatnie^ p. T. W. za rzymską 
piątkę uważa. Wiadomo przecież powszechnie, ze w pi- 
śmie gockim (proszę czytelnika zajrzeć do Montfaucona 
i do dzieł drukowanych z 15. i początku 16. wieku), 
rysy rzymskiej piątki, odpowiadały rysom U, albo V 
Coc kiego. Obicdwie głoski znajdują się po kilkakroć 
w napisie nad ciemną bramką, a nie mają najmniej- 
szego podobieństwa do dwóch CC. Takie zaś porów- 
nywanie głosek w nieczytelnem piśmie, jest najlepszym 
kluczem do decyfrowania tegoż pisma. Twierdzenie, 
ze pięćset liczbami rzymskiemi wyrażało się tylko li- 
terą D, jest mylne. Miałem w ręku mnóstwo inkuna- 
buł i rękopismów z początku samego 16. wieku, na 
których rok 1500, oznaczony był pięcioma C. Tak n. p. 
w Eutropiuszu, wydanym u Hallera w Krakowie, 1510 
roku, czytam na końcu: ,,Expensis spectabilis ▼iri do- 
mini Johannis Haller impresi (libri) Anno salutis n ostre 
M. CCCCC. X. Prócz tego liczba rzymska pięćset pi- 
sze się jeszcze tak: \j, — Ważniejszym jeszcze dowo 
dem, ze napis nad ciemną bramk* w Poznaniu nie jest 
z roku 1308, będzie ta okoliczność, ii osobni, polski i 
niemiecki kaznodzieje przy kościele Maryi Magdaleny 
w Poznaniu, zjawiają się dopiero w środku 15. wieku, 
tojest, w czasie, kiedy świątynia ta do rzędu Collegiat 
wyniesiona, liczbę duchowieństwa swego znacznie po- 
mnożyła. Kiedy więc aż do roku 1450 nie było nie- 
mieckiego kaznodziei w 'Poznaniu, jakżeż miano dla 
niego mieszkanie w roku 1308 budować? 

I na to zgodzić się nie możemy, aby niemczyzna 
w napisie nad ciemną bramką, z 14. wieku pochodziła. 
Mieliśmy w, ręku mnóstwo wielkie przywilejów i sz war- 
iatów s 14., 15. i 16. wieku, w niemieckim języku pi- 
sanych. Wszędzie znajdowaliśmy jeden i ten sam ję- 
zyk; wielkich odmian i postępów nie ujrzysz w nim 
przed reformacyą. Na dowód, niech śluzy początek 
z Krescentyna drukowanego po niemiecku w roku 1493. 
to jest na 10 lat przed napisem na bramce: „Dorumb 
das acker bawe steter erbeyt halbcn bedarff stercke der 
inwoner dunekt mich beoueme dass ich in diesem er- 
stem buch, i t. d." Czyż niemczyzna ta dzieła druko- 
wanego różni się w czemkolwiek od napisu na ciemnej 
bramce? — Ale dość tego o bramce ciemnej i jej na- 
pisie, bo i tak niejeden z czytelników Przyjaciela Ludu 
ozy tając tę obronę, ziewnie zapewne. 

trwyptoh rcdmkeyi. 



Pod opieka swego dobroczyńcy, opatrzony w naj- 
lepszych nauczycieli, przebiegł Tomasz szybko 
szkolne nauki, a potem udał się na uniwersytet 
oxfordski, gdzie retoryki, logiki i filozofii słuchał. 
Tu oddany dusza i ciałem naukom, unikat roz- 
targnień i stronił od wszelkich rozrywek, cho- 
ciaż miał wielka skłonność do nich, będąc 
z przyrodzenia żywego temperamentu i wesołego 
humoru i dowcipu, przymiotów 7 , które szukają 
życia towarzyskiego. Ale ubogi młodzieniec 
przekonany, że do sławy i zapewnienia sobie 
na przyszłość losu innej drogi niema, jak praca, 
siedział dzień i noc nad książkami i do tego 
stopnia wiadomości swoje rozszerzył, że już 
w 18. roku życia znany był w całej Europie 
od uczonych mężów i już licznych miał nie- 
przyjaciół w cechu bazgraczy. Byłato niemylna 
wskazówka jego jeniuszu: bazgracze bowiem, 
autorowie tuzinkowych artykułów, mimowolnie 
przeczuwają najpierw r ze wszystkich wyższy ta- 
lent; razi on ich, jak światło dzienne wzrok 
sowy, i dla tego przeraźliwie nań skrzeczą. 
W 18. roku życia pisał już Tomasz wiersze 
łacińskie i angielskie, satyrycznego i epigram- 
matycznego rodzaju, w których obok wyszydza- 
nia głupstw i korzenia występków 7 , przebija się 
pewna rzewność, tęsknota i obawa o przyszłość: 

firzyszłość, która dlań gotowała wielką sławę 
iteracką i śmierć okropną. Te pierwsze próby 
muzy młodego Morusa, zwróciły nań wzrok całej 
uczonej Europy. W Londynie, Paryżu, Rzymie, 
Padwie, Lowanium, Pradze, Krakowie, mówiono 
o nim i pisywano. Szczególniej podobały się 
jego epigrammata, które sobie niemal z rąk wy- 
dzierano, a sławny Erazm Roterdamczyk, zwie- 
dziwszy Anglią, nieomieszkał zapoznać się z ich 
autorem i o przyjaźń jego się ubiegać. 

W dwudziestym roku zaczęła w żyłach Mo- 
rusa grać silnie krew; ani natężona praca, ani 
ubóstwo, ani nareszcie wstrzemięźliwe życie, nie 
zdołały przytłumić budzących się zmysłowości. 
Usiłował on wprawdzie jeszcze powściągnąć 
zmysły dręczeniem ciała w szelki em i sposoby; 
nosił Włosienice na gołe'm ciele, biczował ciało 
w piątki i posty, sypiał częstokroć na gołej 
desce, i to nie więcej, jak 4 do 5 godzin, ja- 
dał chleb suchy, za napój używał wody. Da- 
remna walka ! zmysły odniosły zwycięztwo nad 
duszą, i Morus, który do klasztoru wstąpić za- 
myślał, wszedł w związki małżeńskie. Ale 
związki te odrywały go od ulubionych marzeń, 
od rozmyślań, a wiodły do życia rzeczywistego; 
trzeba było pracować na kawałek chleba, któ- 
rego poezya i filozofia prawie nigdy nie dają. 
Za radą więc ojca, którego zaWsze z dziecin- 
nem przywiązaniem kochał, zaczął Morus słu- 
chać prawa. 

Po czterech latach ciężkiej pracy, osiągnął 
Morus cel swoich życzeń, został adwokatem. 
Wszakże, gdy corok familia jego pomnażała 
się, położenie jego w tym nowym zawodzie nie 



Digitized by 



Google 







Toma** Morus. 



d: 



było najlepsze, musiał przestawać aa jednej 
potrawie i nieraz wychodził z domu w wytar- 
tej odzieży, podartem obuwiu. Do tego niedo- 
statku przyłączył się najdotkliwszy dlań cios: 
dobra i łagodna jego małżonka umarła przy 
powiciu czwartego dziecka, właśnie w chwili, 
dy wziętość, a z nią i dochody Morusa co- 
zień się pomnażały. Obarczony licznemi zatru- 
dnieniami i z czterema dziećmi, Morus niemo- 
gąc długo pozostać wdowcem, wszedł w dwa 
łata później w powtórne związki małżeńskie 
z starą i szpetną Alicyą Middleton, kobietą 
światową, która żałowała kawałka świecy, a 
bez namysłu psuła najpiękniejszą suknią aksa- 
mitną. Mimo tych przywar, Morus żył z po- 
wtórną małżonką swoją w największej zgodzie. 
Tymczasem sława jego i wziętość w zawodzie 
obrońcy sądWego, zjednały mu miejsce w izbie 
niższej. Tu w zgromadzeniu parlamentu opie- 
rał się Henrykowi VII., domagającemu się od 
narodu ślubnego podarunku dla swojej córki. 
Okoliczność ta ściągnęła nań gniew monarchy 
i przymusiła go do opuszczenia Anglii. Udał 
się do Paryża, i tu oczekując, aż dopóki burza 
nie przejdzie, uczył się języka francuzkiego, 



arytmetyki, jeometryi, a niekiedy rozpędzał tę- 
sknoty wygnańca, graniem na skrzypcach i 
uczeniem dzieci. Nagła śmierć Henryka Tli. 
pozwoliła mu wrócić do ojczyzny. Wygnanie 
za przeszłego rządu, oparcie się w parlamencie 
systematowi skępstwa, i przyniewalania, nadto 
sława literacka, przyjaźń Erazma Roterdamczyka 
i rymy łacińskie, przezeń napisane z okolicz- 
ności wstąpienia na tron Henryka VIII., wszy- 
stko to ściągnęło nań uwagę młodego króla, 
który go do siebie wezwać kazał, polubił i 
zaszczycił swojem zaufaniem i względami. Ale 
byłto los przeciwny, który Morusa na dwór 
królewski zaniósł, nieszczęście, z którem się 
25 lat pasował, aż nareszcie uległ. Nieszczę- 
sna gwiazda jego rzuciła go wśród dworu, 
od którego się nie mógł oddalić, a którym 
w głębi swej duszy gardził; tam bowiem 
gdzie był przekonany, że na siebie ciężkie ja- 
rzmo wkłada, wymagano od niego wdzięczności 
jak za dobrodziejstwo jakie; tam, dokąd g* 
gwałtem wciągano, postępowano z nim tak, jakby 
się sam wszelkiemi siłami wdzierał. 

(Dalszy ciąg nastąpi.) 



Prenumerata wynosi rocznic 2 fal. 15 sgr, 9 czyli zip. 15.; półrocznie 1 fal. 7 i pół sar., czyli złp. 7 i pół. Wszystkie 
król. v o ez tam Ig i księgarnio upoważnione są do zbierania prenumeraty. Exempl. * 3., 4. i 5go roku można jeszcze dostał* 

mmmammmssmmm^SssmmmaBmĘ^ j ii ■ j jj^Bgg^, 

Nakładam i drukiem Ernesta Gunłhera w Lcsznte. (JM. J. Łukaszowi*.) 

Digitized by VjiODylC 



Przyjaciel Ludu. 



Kok szósty. 



No. 2. 



Leszno, 

dnia 13. Lipca 1839* 










10 



Morskie oko. 

(Koniec.) 



1 



Po i milowym biegu z rybiego jeziora, czyli 
morskiego oka, leczy się na lewym brzegu Białka 
z strumieniem Rostoka, płynącym z doliny pięciu 
stawów, a i mili poniżej u południowej stopy 
góry: Czerwona skałka, składającej się z czer- 
wonego gęstego wapienia, z inną małą, lewą, 
poboczną strugą. Występuje ona, ubiegłszy je- 
szcze kilkaset kroków, z gór wysokich, i wpada 
do Dunajca pomiędzy galicyjską wsią Dębno 
a węgierskiem miasteczkiem Fridmann. 

Zacząwszy od morskiego oka, aż do połącze- 
nia się z strumykiem Podiepłaski, tworzą prawy 
brzeg doliny, w której Białka płynie, góra : Sie- 
dem granatów, a lewy zaś szczyt: Opalony, tak 
nazwany z powodu pożaru leśnego; obie góry 
składają się z niebiesko -szarego wapienia alpej 
skiego. Kształty gór granitowych, różnią si< 
tutaj widocznie od więcej rozpadniętych i 01 
zwietrzenia nadpsutych gór wapiennych. Dolina 
prawie całkiem wypełniona jest gruzami rozlicz- 
nych formacyi górskich, które po częściej dno 
takowej chcą wyiównać, po części zaś to z le- 
wej, lub w większej jeszcze ilości z prawej strony 
do ścian doliny przypierają i blisko trzecią część 
wysokości takowych zajmują. Gdyby tych rumo- 
wisk nie było, znikłaby cała rozległość doliny. 
Woda przy znacznej swej spadzistości płynie 
rwiąco bezpośrednio koło prawego brzegu, lub 
też bliżej takowego, niż lewego, przez kawały 
skał i powalone kłody, tworząc z szumem liczne 
wodospady; a podróżny, który opuści drogę, 
z wielką musi bacznością stąpać, aby się nie 
nadwerężyć przez szwank jakowy pomiędzy ru- 
mowiskiem pokrytem mchem, porostem i pnącemi 
się' zielami górskiemi i obrośniętym krzami (Lo- 
nicera nigra, Ilubus idaeus i caesius). Spód, 
naspy z iumowisk, jako też i brzegi doliny, jeśli 
tylko ostatnie prostopadle się nie wznoszą, okryte 
są' lasami sosnowemi, które jednakowoż przez 
nieporządne wycinanie i od złomów wiatrowych 
wiele ucierpiały. Zacząwszy od doliny: Podie- 
płaski, aż do ujścia Rostoki, tworzą lewy brzeg 
doliny: północna ściana Opalonego, prawy zaś 
góra zwana: Wielki Opłaczka. Dolina powoli 
się rozstęp uje i od 5 do 600 stóp szerokości na- 
bywa. Bystry prąd Białki uniósł z sobą gruzy 
Eobliskie, które tylko jeszcze koło brzegów do- 
ny zgromadzone leżą; las staje się coraz wyż- 
szym i gęściejszym, a spadek rzeki płynącej 
z szumem przez rozmaite rumowiska tuż pod samą 
Wielką Opłaczka w głęboko wypłukanym kory- 
cie, znacznie mniejszym. Prawy brzeg doliny 
sromiej się wznosi niżeli lewy, aczkolwiek już 
obadwa kilka prostopadłych tarassów sosnami, 
równie jak parowy pokrytych tworzą. 

Od wychodu z doliny pięciu stawów, aż po 
za ujście ostatniego strumienia po lewej stronie 
wśród gór wysokich, dno doliny Białki szerokie 



jest od 6 do 800 stóp, prawie całkiem poziome 
i gęstym porostem młodych sosien i jodeł, a 
w niższej części piękną łąką pokryte. Lewą 
ścianę doliny tworzą, jak się już wyżej na mieniło 1 
góra Wołoszyn, a prawą zaś: Mały Opłaczka, 
odznaczający się swe mi trzema wierzchołkami i 
Holitsa Wrch. Skoro sio tylko przejdzie za 
ostatni strumień górski, występuje Czerwona 
Skałka, góra wapienna czerwonej barwy, od 
zwietrzenia już bardzo nadpsuta, z której połu- 
dniowej ściany przed kilku laty część odpadła 
w poprzek iia dolinę, jak gdyby ją zamknąć 
chciała. Między nią a Białką ledwie tylko dla 
drogi, do morskiego oka wiodącej, miejsce pozo- 
stało. Drogę tę założono dopiero roku 1811, a 
później tak ją rozszerzono, iż po takowej wąz- 
kiemi, małemi, lekkiemi, lecz bardzo mocoemi 
wózkami chłopskiemi jeździć można. Od tego 
to miejsca chcąc dojść do morskiego oka, potrzeba 
jeszcze godziny i | czasu. W całej dolinie po- 
kryte są kamienie często bisiorem lijałkowym 
(JByssusjolithtis* Lin. Demathim pełraeum Pers.) 
mającym w żyjącym stanie czerwoną barwę i 
wydającym podczas wilgotnego powietrza woń 
specyficzną iijałkową; zasuszony nabywa popie- 
lato -szarej barwy i niknie. Zwykle zowia 
w owych stronach górskich kamienie, takim bi- 
siorem pokryte, iijołkowemi. 

Na drodze do morskiego oka, zwiedza sio 
jeszcze wprzódy zwykle dolinę pięciu stawów 
z najwspanialszym i najładniejszym wodospadem 
w całem głównem paśmie Karpat. Droga pro- 
wadzi od ujścia strumienia Rostoki do Białki, 
wnet do góry, wnet na dół przez lasem porosłe 
rumowiska i złomy wiatrowe. Po trzech -go- 
dzinnej drodze ukazuje się już z daleka pyszny 
widok tego cudnie pięknego wodospadu. An- 
glik Browne z Trtjniłtj College w Cambridge 
zwiedzając go roku 1825 po odbytej podróży 
prawie przez całą Europę i znaczną część Azyi, 
powiedział o tym wodospadzie : „że mógłby się 
liczyć do najznakomitszych w świecie, gdyby był 
prostopadlejszym." Woda rzuca się tutaj z wy- 
sokości blisko 160 stóp przez skały na dół; 
lecz wśród swego spadu dzieli się na dwie czę- 
ści, co w prawdzie nie sprawia całego skutku, 
lecz za to tym bardziej zachwyca. Woda ta 
zbiera się z ujścia pięciu stawów i z stopniałego 
śniegu wyższych okolic; wszelakoż pomimo tego 
jest czystą i przy swej nizkiej temperaturze bar- 
dzo orzeźwiającą. 

Trudno jest zaiste oderwać się od tak wspa- 
niałego widoku, możnaby tu bez unudzenia całe 
dnie z upodobaniem przysłuchiwać się dzikim 
szumiącym dźwiękom tych bałwanów wodnych. 
Ztąd do 5. stawów jeszcze blisko 2. godzin drogi 
potrzeba. Dolina takowych, leżąca na przeciw 
doliny Tychy, przedstawia okropną puszczę, za- 
pełnioną znakami zniszczenia i rumowisk. Leży 
ona nierównie wyżej, niż dolina czarnego stawu, 
dla tego też góry tworząc takową, nie wznoszą 



Digitized by 



Google 



11 



się już tak wysoko po nad płaszczyznę doliny, 
jak szczyty koło czarnego stawu. Do głównego 
grzbietu od północnej strony, okrytego az, do 
połowy swej wysokości pokładem wapienia, przy- 
pierają nowe ma8sy wapienne, pospolicie tamże 
górami rybiego jeziora zwane, są one podług 
naszego podziału głównych Karpat, częścią Ta- 
trów. Cała kotlina doliny pięciu stawów, bar- 
dzo mało śladów roślinności pokazuje, gdy zaś 
przeciwnie dolina Tychy, naj bujniejszą okryta 
jest wegetacyą. 

Zdaje się, iż niektóre kawały skat głó- 
wnego grzbietu i zachodnich gór wapiennych 
wyższej kotliny, niedawno dopiero się oderwały; 
można to łatwo wnioskować z dużych kawałów 
skalistych, na spadzistościach w takiej ilości na- 
gromadzonych, iż mdłego tylko pchnięcia od 
burzy lub bałwanów wodnych potrzebują, aby 
powpadać do jeziora. Miejscami po pod rumo- 
wiska i w rozpadlinach ciągną się od wierz- 
chołków góry aż na dół smugi śniegu, rozsze- 
rzające ostre zimowe powietrze. 

Cztery wyższe jeziora, leżące w małej odle- 
głości od siebie na niezbyt wysokich stopniach, 
daleko są mniejsze i szerokie mi brzegami z gru- 
zów otoczone, które na domysł wiodą, że kotliny 
wodne niegdyś daleko większa miały objętość i 
że takowe jedynie utworzyły dla jezior dzisiejsze 
przedziały* 

Najwyższe jezioro leży pod głównym grzbie- 
tem, jest najmniejsze, prawie całkiem okrą- 
głe, i w lipcu jeszcze lodem pokryte, dla tego 
go też Zamarzły, lub do zamarzłego zowią. 

Drugie, formy owalnej, mało co jest większe 
od pierwszego. 

Trzecie, formy podługowatej, prawie jednakiej 
szerokości co drugie, jednakże znacznie dłuższe. 

Czwarte znowu większe od poprzedzających, 
jest pociągłego, nierównego kształtu. 

Wszystkie te jeziora, z których trzy pierwsze 
mniej wyższe od drugiego maja położenie, wypu- 
szczając wodę przez wały skaliste i rumowate, od- 
dzielające jedno jezioro od drugiego, tworzą małe 
wodospady, które w ogóle mało w wodę obfitują. 

Piąte jezioro wreszcie znacznej jest wielkości, 
obejmując 40 morgów i 80 sążni kwadratowych, 
podługowato-okragłe i leży daleko niżej od dru- 
gich. Od północno- wschodnie' j strony zamyka 
go gruzami pokryta skalista ściana, przez którą 
woda uchodząca 10 do 12 stóp szeroka, naj- 
ładniejszy wodospad tworzy. Dopiero w około 
i pod tym wodospadem zaczyna się okolica kozio- 
drzewmy (Pinus Mtfghus lub Pumilio). 

Pasterze z szałasu koło trzeciego stawu, wy- 
noszą, dla posiłku znużonego wędrowca, który 
się drapie po tych to górach, świeżą żentycę 
w* małych czyściutkich czerpakach. Przebywają 
oni tamże z swemi owcami, kozami i rogacizną, 
od połowy miesiąca czerwca aż do końca sier- 
pnia, robiąc ulubiony ser górski. Między nimi 
można jeszcze znaleść ślady ustaw patryarchal- 



nych, stoją oni pod władzą najstarszego i po- 
siadają różne stopnie w znaczeniu. Juhas, czyli 
pasterz bydła, bardziej jest poważanym, niżeli 
pasterze owiec lub kóz; ma on także szczególne 
prawo nosić koszulę całkiem w tłustości maczaną 
i czarno wyglądającą, co go od gadów strzeże. 
I tak nawet na takich wysokościach panuje je- 
szcze chciwość sławy! Są oni z resztą bardzo 
zręczni, skaczą jako kozy przez skały i lubią 
muzykę. A ponieważ bardzo proste ich życie, 
więc tez ciało dochodzi rzadkiej wysokości; 
są oni najgościnniejszymi i nie piją mocnych 
trunków, póki tylko z swemi trzodami na górach 
bawią; w innej porze roku bardzo miernie upa- 
jających używają napojów; wielu z nich, mewi- 
dziawszy miasta za życia, umiera. Echo tutaj, 
równie jak wszędzie dalej pomiędzy massami 
granitu i wapienia, trwa dłużej, sprawiając często 
powtarzający się huk, do grzmotu podobny. 
Droga ztąd do morskiego oka, do którego jeszcze 
blisko 3 godziny iść potrzeba, prowadzi przez 
górę Kopa zwaną; jest ona wprawdzie utrudza- 
jącą, lecz nader zajmującą. Przecudny widok 
przedstawia się nam ze szczytu Kopy. Oko ni- 
czem niewstrzymane sięga głęboko w Węgry; 
pokazuje mu się mnóstwo miast i wiosek spiz- 
kich, a z niewypowiedzianem uczuciem widzimy 
się z tej wysokości (6000 stóp) w b liskiem 
sąsiedztwie olbrzymiego Krywania, Królewskiego 
nosa, szczytu Lodowej doliny, Łomnickiego i t. d. 
gdy niższe góry zdają się spoczywać pod no- 
gami widza. 

^ Przebywszy do morskiego oka, niedozwala 
już znużenie zbyteczne, trapiące podróżnika, czarny 
staw jeszcze tegoż samego dnia odwiedzić, prze- 
toz dobrze jest przenocować tutaj, aby wytchnąć 
po tylu wspaniałych i wzniosłych wrażeniach, i 
pokrzepiwszy sie, spieszyć dnia następnego dla 
oglądania nowych piękności natury. 

^ Chcąc z Nowejge-Sądcza dostać się do mor- 
skiego oka, jedzie się przez Łącko, gdzie się 
obiaduje ; ztamtąd przez Tylmanowe, Krościenko, 
Czorsztyn do Maniowy, gdzie się nocuje, jeżeli 
wprzódy niechcemy poświęcić reszty dnia na 
zwiedzenie kąpieli w Szczawnicy. Drugiego dnia 
obiera się albo bliższą drogę na Harklowe i Uj- 
Belę do Bukowiny, lub dalszą na Nowytarg, 
Szaflary, Biały-Du-ajec i Poronin; ostatnia ta 
droga wprawdzie jest dalszą, ale ża to lepszą. 
Na każden sposób wypada zanocować w Buko- 
winie, gdzie w nowo wybudowanym zajezdnym 
domu wygodnie pomieścić się można, wieczór zaś 
spędzić na przeglądaniu ciekawej księgi, w którtfj 
podróżni imiona r. we zapisują, i na przygotowaniach 
do jutrzejszej podróży. Według możności wyjeżdża 
się jeszcze przed wschodem słońca z Bukowiny, aby 
uzyskać nieco czasu do oglądania wszystkich 
miejsc pięknych; powracając jedzie się dla od- 
miany z Nowego -Targu przez Zaryte bardzo 
dobrym gościńcem, z Zarytego mamy już naj- 
piękniejszą drogę przz Mszanę, Dobrą, Lima- 

Digitized by L^OOClC 



12 




Zygmunt August. 
(Z obrazu w zamku wartaawsk.) 



nów do Nowego-Sądcza. Cala droga nader jest 
malowniczą, mianowicie okolica koło Dobry i 
Wysokiej giry jadać z Limanowy do Nowego- 
Sądcza. Prawdziwie sztucznie na tćj górze uto- 
rowana trzech -milowa droga, dozwala używać 
najrozmaitszych i najpiękniejszych widoków. Od 
Zarytego aż do Nowego -Sądcza rachuję 8 mil 
pocztowych. 

Słów kilka o życiu domowem Zygmunta 
Augusta i o zgonie tego monarchy. 

Życie prywatne monarchy większy może 
wpływ na losy narodu wywiera, niż życie jego 
publiczne. Prawdy tej doświadczyła, niestety! 
Polska, pomimo tego, że władza i powaga jćj 
monarchów tak ograniczone była. Słabości w do- 
mowem życiu króla chłopków, winniśmy owe 
roje ludu, który zaległ wszystkie zakątki da- 
wnej Polski, opanował wszelkie gałęzie prze- 
mysłu, niedozwolił rozwinąć się u nas trzeciemu 
stanowi, stanowi tworzącemu, prawdziwa potęgę 
narodu, i skaził obyczaje krajowe nie w jednym 
względzie. Zygmunta starego życie i stosunki 
domowe rozpasaty szlachtę, dały hasło do tak 
częstych później rokoszy, kaziły włoszczyzna 
staropokką cnotę, siały podejrzenia, niezgodę, 
uczyły jak do dopięcia celu pieniądz, stopień 
lub trucizna, w miarę potrzeby, zarówno użyte 
być mogą. Zycie domowe Jana Kazimierza i 
Jana III., rozsiało po kraju język francuzki, a 
z nim lekkomyślność tego narodu i wzgardę oj- 



czystych obyczajów i rzeczy. August drugi sam 
oddany opilstwu i zbytkom, napełnił kraj temi 
występkami. Pobożność na dworze syna jego, 
Augusta III., natuoftyła dewotek i dewotów, 
a co gorsza, hipokrytów i hipokrytek. 

Niemniej szkodliwy wpływ na obyczaje i 
losy narodu wywarło życie domowe ostatniego 
Jagiellończyka. Zygmunt August zmierzywszy 
sobie trzecią żonę swoje Katarzynę Austryaczkę, 
szukał w pobocznych miłostkach balsamu na rany, 
które mu pożycie z niemiłą sobie małżonką zada- 
wało. Współczesny rękopism powiada, że nie 
tak w lata podeszły, jak raczej roskoszami wy- 
cieńczony na siłach monarcha, nie tylko starał 
się usilnie o rozwód z Katarzyną Austryaczką, 
ale nawet zamyślał wniść natychmiast w nowe 
związki małżeńskie z kobietą jakąś niskiego stanu, 
a dla potomstwa, któreby z tego małżeństwa 
miał, pragnął zapewnić prawem dziedzictwa 

1°aką prowincją koronną w zamian za Litwę, 
Ltórćj dziedzictwa zrzekł się na korzyść narodu. 
Gdy stany, Rzym, a nadewszystko dom rakuski 
tamy nieprzebyte do rozwodu stawiał, znaleźli 
się zaraz doradzcy, a między tymi sławny wioski 
herezyarcha Ochm, którzy królowi bigamią do- 
radzali. Monarcha, nie mogący z jednej strony 
rad tych słuchać, z drugiej rozwodu dostać, wy- 
lał się odtąd całkiem na miłostki. Pierwszy 
wybór jego padł na jakąś Zuzannę Orłowska, 
nieznajomego rodu, ale nadzwyczajnie pięknej 
urody, którą w domu swego faworyta Zalinskiego 
z Prus poznał. Przez gfedm lat doznawała Or- 
łowska względów Augusta, ale nieobdarzona 



Digitized by 



Google 



13 



przymiotami, za pomoce których nieraz kobiety 
miernej nawet urody serce i rozum wielkich 
ludzi krępuję, wpadła w niełaskę i oddalona 
została od boku króla, który ja nawet niezbyt 
hojnie wyposażył. Miejsce Orłowskiej w sercu 
zmiennego Augusta zastąpiła wnet Zajączkowska, 

Canna z frauncymeru królewnej Anny. Trudna 
ardzo było z nią sprawa: niesłuchała żadnych 
próśb króla, odsełala podarunki i niewpuszczała 
do swojej komnaty zakochanego Augusta. Do- 
piero obietnica, że król uzyskawszy rozwód 
z Katarzynę, podzieli z nia łoże królewskie, zmięk- 
czyła ją i uczyniła powolne. Zygmunt August 
osadził ją w klasztorze sulejowskim, podejmował 
po królewsku i często ja odwiedzał. Ta zbyt 
ścisła przyjaźń z Zajączkowską, poróżniła go 
z siostrą, infantką Anną. 

Wkrótce przecież, niestały jak motyl Zyc- 
munt August, poniechał Zajączkowską, a rzucił 
się w objęcia kobiety, która umysł i wolę jego 
ujarzmić i wiecznie do siebie przykuć potrafiła. 
Kobietą ta była Barbara Giżanka. Może samo 
imię Barbara, które mu Radziwiłłównę przypo- 
minało, było dla niego talizmanem, niedoz wala- 
ją cym mu oderwać się od Giżanki. Barbara 
Giżanka urodziła się w Warszawie, gdzie ojciec 
jej był radzcą. Po śmierci jego przeniosła się 
z matką do Krakowa, i tu, ówczesnym obycza- 
jem oddaną została w naukę do zakonnic. Zyg- 
munt August ujrzał ją pierwszy raz w kościele, 
a widok jej takie na nim wrażenie zrobił, iż 

Eostanowit poznać ją z bliska. Użył naprzód 
u temu swoje pacholę, Mikołaja Mnisze ha, a 
gdy zabiegi Mniszcha opór Giżanki niweczył, 
prk-enajęto żyda, który do klasztoru z towa- 
rami i podarunkami od króla do niej chodził. 
Gdy i żyd cnoty strzeżonej pilnie od zakonnic 
nie mógł zachwiać, siostra starsza Giżanki, bę- 
dąca za mężem w Krakowie, zjednana obietnicę 
i widokiem wielkich korzyści z tej intrygi mi- 
łosnej siostry swojej z królem, odebrała ja. 
z klasztoru i oddała w ręce uszczęśliwionego tą 
zdobyczą monarchy. W rok potem powiła Gi- 
żanka Zygmuntowi Augustowi córkę. Od tej 
chwili stała się samowładną panią jego szkatuły, 
jego serca, a co gorsza dla kraju, jego woli. 
Z Mikołajem Mniszchem, z swoją matką i sio- 
strą, a nawet podobno z kilku ludźmi z motłochu, 
szafowała łaskami królewskie mi, przedawała 
urzędy i godności, srebrne i złote sprzęty kró- 
lewskie przenosiły się nieznacznie do jej rąk. 

Z towarzystwa Giżanki niechętnie się król 
odrywał do spraw publicznych. W roku 1572 
udał się schorzały na sejm do Warszawy. 
Trudy sejmowe powiększyły chorobę i król 
rzymuszonjr był leżeć w łóżku. Wte'm wy- 
uchło powietrze morowe w Warszaw ie i prze- 
darło się aż do zamku królewskiego, gdzie kniaź 
Massalski, jeden z pokojowych pacholąt króle- 
wskich, nagle na nie umarł. Król tedy prze- 
rażony tym przypadkiem, postanowił wyjechać 



bi 



do Tykocina. Przed wyjazdem wezwał do siebie 
infantkę Annę, z które się od dawnego już 
czasu był poróżnił. Czułe było zejście się jej 
z bratem. Przewidując bliskie osierocenie swoje 
ostatnia gałązka bujnego niegdyś szczepu Ja- 
giellonów, rzuciła się łzami zalana w objęcia 
dogorywającego brata; oboje przebaczyli sobie 
urazy, a król oddał jej testament, postanawiając 
ja w r nim sukcessorką, generalną po sobie. Po 
tern widzeniu sie z siostrą, puścił się Zygmunt 
August w podróż do Knyszyna. Wieziono go 
na wozie przykrytym, ciągnionym od 12 koni. 
W nim zawieszone było łoże, na którem leżał 
monarcha, kołysając się ustawicznie jak w ko- 
łysce. Giżanka bocznym traktem jechała za nim 
do Knyszyna. Przybył Zygmunt August do tego 
zamku pierwszych dni Czerwca. Tu, gdy ota- 
czający go spostrzegli, że był bliskim zgonu, 
namawiali go, osobliwie biskup Krasiński, aby 
się wyspowiadał. Źle to przyjął król, jednakże 
dał się nakłonić, i opatrzony sakramentami dnia 
7. Czerwca 1572 roku o godzinie 17. na całym 
zegarze, zawarł powieki w 53. roku życia. 

Historycy nasi utrzymują, że Zygmunt August 
umarł zupełnie ubogim, że nawet nie było za 
co zwłok jeffo pochować. Rzecz się atoli ma 
inaczej; w szkatule jego nieznaleziono wpraw- 
dzie nic, ale w sklepach knyszyńskich były 
skrzynie napełnione złotem, srebrem i rozmai- 
temi kosztownościami. „Do dworu się wszyscy 
panowie zjechali", — mówi współczesny ręko- 

Eism; — „do sklepów szli; skrzynkę tam odem- 
nąwszy, należli w pierwszej 50,000 czerwonych 
złotych, w drugiej 21,000 czerwonych złotych. " 



Targowa przygoda Bartosza. 

(Dokończenie.) 

Milcz, przeklęty gaduło! ofuknął mnie tenże, 
a trzymaj się dobrze, byś nie zleciał i karku 
nie skręcił. Alboż nie widzisz strzelca z fuzyą 
wynurzającego się z krzewiny. W samej rzeczy ! 
tegobj jeszcze potrzeba, żebym sobie miał dać 
wpakować nabój może poświęconych loftek dla 
takiego, jak ty, szubrawca! A któż ci zaręczy 
głuptasie, żeby się i tobie nie dostało. 

Nie było co na to odpowiedzieć, choć wy- 
znać muszę szczerze, .że mi się nie bardzo spo- 
dobał ten ton pański, szafujący obficie tak pięk- 
nemi tytułami. Cóż było jednak robić. Poł- 
knąłem gorzką pigułkę, choć czułem w sobie 
chętkę nakręcić temu urwiszowi karku, który był 
w mojem ręku. Pomny jednak na moje własne 
dubro, spuściłem na kwintę i odezwałem się 
tonem pokornym. Ależ zważcie jaśnie wielmożny 
orle, że już moja nizka chatka znikła mi zupeł- 
nie z oczu. Gdzieżto lecicie jak oparzeni. 

Tam do kata, jakimi zuch ! Mówię ci po raz 
ostatni obwiesiu, siedź spokojnie; bo jak cię 
kopnę nogą, to zlecisz na łeb, i zetrzesz ńę na 



Digitized by 



Google 



14 



miazgę,' iż ani zjupniesz! Pomyśtiłem sobie: 
Przek!ęta gorzałko! do czegoś ty mnie przy- 
wiodła. Bartoszu ! mogłeś sobie spokojnie chra- 
pać przy piecu na ławie, a teraz jak włóczęga 
jaki wałęsasz sie po nocy, ^ Czy mnie^ licho 
opętało. Tu między kawkami za kąty wietrzno 
i mglisto; a co gorsza, mij znarowiony wierz- 
chowiec diable mi się coś rozbrykał; gdybym go 
się tak mocno nie trzymał, juzby mnie był po- 
dobno dawno z siebie zrzucił. 

„No ! cóż tam sobie pomrukujesz przebrzydły 
opoju !" odezwał się znowu do mnie. „Tobie do- 
brze siedzieć, ale mnie dźwigać takiego bałwana! 
juz mi skrzydła mdleją ; szczęściem, że oto księ- 
życ nie daleko; musisz się na moment za róg 
uchwycić, aż sobie trochę wytchnę." Nie chcia- 
łem na to przystać, bo mi się wcale nie podo- 
bało, że mam dyndać i nogami w powietrzu prze- 
bierać jak wisielec; a do tego mam garścią 
chwytać za ten sierp błyszczący^ Lecz wiele 
ten z siebie zrobi, co musi ; albowiem dolatując 
właśnie do samego miesiąca, tak się gwałtownie 
otrząsnął, żem mimowolnie uchwycił za róg 
księżyca i zawisnąłem w powietrzu. 

„Do szczęśliwego zobaczenia !" zarzegotał się 
szatańskim śmiechem mój powietrzny woźnica; 
„pozdrówcie odemnie waszą, jak ją zobaczycie, i 
powiedzcie jej, że skoro będę miał naprawione 
moje różki n figury za karczmą, to was znowu 
spuszczę na ziemię; tymczasem możecie sobie 
trochę podyndać, i czekać na inną jaką okazyą.^ 

O urwiszu, obwiesiu, cygańska duszo! żebyś 
z piekła nie wyjrzał; tak to umiesz zwodzić 
poczciwych ludzi? Nakląłem mu dozwoli, co 
mi tylko ślina do gęby przyniosła, bo i nie mia- 
łem już przyczyny go ochraniać. 

Gdym go tym sposobem pożegnał, obróciłem 
oczy moje na miesiąc, szukając zkąd jakiej po- 
mocy : aż tu potężne chłopisko gnój z kupy roz- 
rzuca. 

„Szczęść Boże", rzekłem, chcąc z nim za- 
cząć rozmowę; a lubo mi ledwo odmruknął: daj 
Panie Boże! pytałem go się dalej: „jak się 
miewacie? co porabia wasza? czemuż to tak 
usilnie pracujecie, jak gdyby wam podstarości 
stał z batogiem na karku. I, dalibyście robocie 
pokój; proszę was oto na tabaczkę! i opowiem 
wam moją przygodę." 

Ale ów mrukliwy gnojek, jak gdyby tego 
nie słyszał, nie ustając bynajmniej w pracy, ode- 
zwał się do mnie groźnie: A ja wam mówię 
Bartoszu, idźcie sobie precz ! nie ma tu dla was 

miejsca. ... n_ i_» 

Poszedłbym bardzo chętnie, żebym tylko mógł, 
(odrzekłem jeszcze pokornie); przecie wam tu 
nie wiele zawadzam, gdy się troszynkę rózka 
miesiąca czepiam. # . 

A właśnie ja na to żadną miarą zezwolić nie 
mogę; miesiąc mógłby się przegibnąć na jedne 
stronę, tobym i ja się skulnał. Idźcie więc precz, 
mówię wam po raz ostatni! 



Już mnie też niecierpliwość wzięła; widzę że 
to niepeć, i odparłem groźno : Ej co mi tam ! komu 
się tu nie podoba, niech sobie idzie precz; ale 
ja się tu zostanę. — Widzisz go, jaki mi zuch ! — 
Wiedzże miesięczny drągalu, że mnie teraz sam 
pan nie ma do rozkazania, a cóż dopiero taki 
drab i taki grześnik jak ty jesteś ! Myślisz pe- 
wnie, że ja nie wiem, coś ty ząi ? O znam ja 
cię dobrze, ptaszku; i słyszałem ja nieraz od 
mego poczciwego tatusia, Boże świeć nad duszą 
jego, o twojem ukaraniu, a) Jeżeli więc dla 
przebrzydłej chciwości, cierpisz bożą karę, nie 
pomnażaj przynajmniej winy nieludzkiem two- 
jem z bliźnim obejściem ; zwłaszcza, że tu za- 
pewne rzadko kiedy kto nadużywa twej gościn- 
ności. 

Lecz ten niegodziwy mruk od gnoju ani słów a 
na moje perswazyą tak gruntowną nie odpowie- 
dział; ale podniósłszy swoje widły do góry, 
gruchnął z całej siły w róg, za który się trzy- 
małem. Róg się naturalnie ukrychnął, a ja 
trzymając go w ręku, chet znowu w podróż z po- 
wrotem. 

Szczęśliwa droga Bartoszu! zawołał teraz 
niegodziwy ten człowiek ; pozdrówcie swoje ode- 
mnie; a nie spieszcie się tak prędko, bo wam 
tchu przy braknie. 

Chciałem mu należycie odpowiedzieć, bo wie- 
cie, że nie lubię chować w kieszeń takich prze- 
kąsów; ale byłem zbyt sobą samym zajęty, 
przewracając się jak snop słomy, to głową, to 
nogami na dół. Aż wtem coś zaszumiało i za- 
gęgało mi koło uszu. Myślę sobie, dobre spot- 
kanie, to zapewne sznur dzikich gęsi także w po- 
dróży do cieplic. I nie omyliłem się, a stary 
gąsior na przodzie odezwał się do mnie: Ha 
Bartoszu, jak się macie? co porabia wasza i 
dzieci, czy wszyscy zdrowi ? — Odpowiedziałem, 
że wszystko, chw ała Bogu, zdrowe. Zagadnienie 
takowe nie zdziwiło mnie bynajmniej, gdyż same 
dziw r y działy się zemna ; nie uderzyło mnie wiec 
wcale, że gąsior tak łaskawie do mnie prze- 
mówił, zwłaszcza, żeśmy się już oddawna znali. 

„A zkądto," zapytał dalej, „i dokąd tak spie- 
sznie?" 

„Lecę sobie na ziemię z miesiąca," odrze- 
kłem, „aokąd mnie niegodziwe orlisko, pomimo 
mej woli zaniosło, i zacząłem mu od samego po- 
czątku opowiadać, jakem trochę w szynkoMni 
miarkę przebrał i jak mi się w głowie kręciło." 

No, kiedy nie macie pilniejszego interessu, to 
się uchwyćcie za moje nogę; polecicie w naszej 
kompanii. — Pochwyciłem go mocno za stopę i 
lecieliśmy razem chyżym lotem i złamanym sznu- 
rem za gąsiorem, ja i inne gęsi. 

a) Wieśniacy powszechnie mniemają, xe plamy na 
księżyca i słońcu wyobrażają chłopa i jego ionę, gnój 
rozrzucających, których Pau Jezus tam przeniósł, za 
karę, ze poszli w niedzielę podczas nabożeństwa gnój 
rozrzucać. 



Digitized by 



Google 



15 



Po malej chwili zaleciało mnie coś i połech- 
tało po nosie, jak gdyby moja stara szperkę na 
tygielku smażyła. Stójcie, gąsiorku! zawołałem 
na mego lotnego przewodnika, a wszakże to moja 
chałupa; pozwólcie mi na nią się spuścić. 

Gdzie tam Bartoszu, przetrzyjcież dobrze oczy, 
a zobaczycie, że tuż kałuża pod nami; gdybym 
was spuścił, tu pluśniecie jak szczupak. — Prze- 
cie ja to muszę lepiej wiedzieć, gdzie moja cha- 
łupa; bo mnie już, prawdę powiedziawszy, nie- 
cierpliwość brała, że mnie jeden gąsiorek chciał 
rozumu uczyć; a prócz tego, już tyle razy spa- 
rzony, nie ufałem już nikomu. Nie wiele więc 
myślęcy, puściłem z garści gęsią stopę i — klap — 
plusnąłem w sarnę kałużo. Tą rażą miał dali- 
bóg gąsior słuszną racyą: 

„A ty niegodziwy opoju, chrapisz jak za- 
rżnięty, ze łba ci się jak z komina kurzy, już 
słońce ma się ku południowi, a ty jeszcze od 
wczoraj pod płotem kiermaszujesz ! Koniska same 
się przywlekły; półkoszki, drabki od woza po- 
gubiły; dziś pogoda piękna, czas wyjść z kosą 
w pole, a ty zalawszy pałę gorzałką, w najlepszą 
chrapisz. O! bodaj przepadło przeklęte gorzał- 
czysko! tyle razy ci mówiłam, że nas zgubisz 
twein opilstwem; a ty jakbyś się na własną 
ruinę uwziął, nie opuścisz i jednego poniedziałku, 
żebyś się nie upił, iż nie wiesz i o bożym świecie." 

Poznałem zaraz przenikliwy głosek mej Ma- 
rysi, a przetarłszy oczy, przekonałem się, że nie 
leżę w kałuży, lecz że moja powracając z ko- 
newką wody od stoku i widząc mnie leżącego 
pod płotem, sprawiła mi tę orzeźwiającą kąpiel. 
Nie odrzekłem tą rażą i słowa, lecz jak zmyty 
wcisnąwszy czapkę na uszy, poszedłem nakle- 
pać kosę, ił. 



Chełmno w 17. wieku. 

Z opisem każdego niemal miasta naszego 
wiążą się drogie nam wspomnienia historyczne. 
Mało zaś które miasto ma ich więcej jak Chełmno 
w Prusach zachodnich. Niedaleko miejsca, na 
którem dziś Chełmno stoi, znajdowała się już 
w r 12. w ieku osada lechicka, wystawiona często 
na napady pruskich pogan. Konrad, xiążę ma- 
zowiecki, dla zasłonienia swojej dzielnicy od 
spustoszeń tego barbarzyńskiego narodu, spro- 
wadził z Niemiec kawalerów P. Maryi i nadał 
im ziemię chełmińska pod pewnemi warunkami, 
których wyszczególnienie, jako nienależące do 
naszego celu, opuszczamy. Kawalerowie Panny 
Maryi objąwszy tę ziemię w posiadłość, zało- 
żyli stolicę W. mistrza w Chełmnie; a chcąc 
miasto ochronić od częstych powodzi Wisły, na 
które wystawione było, przenieśli je opodal na 
wzgórek (1232 r.). ^Wielki mistrz Herman de 
Salca pierwszy tu osiadł, i ztąd zaczął zakon 
bój krwawy z narodem, który z rozpaczą bro- 
nił najświętszych sobie rzeczy, to jest ojczy- 



stych bogów, języka i ziemi przodków ; i długo, 
długo, nim nareszcie uległ przemocy zasilanego 
licznemi zastępami z całych Niemiec zakonu, 
dawał sio w znaki Krzyżakom. Nie raz zafar- 
bował krwią ich ojców swych ziemię, nieraz 
ugodził w samo ognisko zakonu, i tak między 
innemi w r. 1239 wpadł do Chełmna, wyciął! 
osadę i puścił miasto z dymem. Krzyżacy chcąc 
się ubezpieczyć nadal od niespodzianej napaści, 
otoczyli miasto dwiema rzędami mocnego muru; 
a w zamiarze wzniesienia swojej stolicy, nadali 
mu korzystne bardzo prawo, znane pod nazwi- 
skiem prawa chełmińskiego, którem się później 
całe Prusy i wiele miast i osad w Mazowszu i 
w innych stronach Polski rządziło. Okolicz- 
ność ta, dogodne do handlu nad Wisłą położe- 
nie, nareszcie łupy, które tu Krzyżacy zewsząd 
zwłóczyli, sprawiły, że miasto wnet zakwitło 
w bogactwa, i przyjęte zostało, według świa- 
dectwa Cellaryusza, do związku miast nanzea- 
tyckich. Wszakże gdy oręż zgubny krwiożer- 
czego zakonu coraz bardziej Prusaków' tępił, 
lub ich też ku wschodów i wpierał, Chełmno, jako 
leżące na samym krańcu zaborów zakonu, mu- 
siało zrzec się zaszczytu i korzyści stolicy mi- 
strza, który odtąd do Malborga się przeniósł. 
Od tej chwili zbaczał niknąć blask dawny Cheł- 
mna, a wojny, które niewdzięczny zakon nastę- 
pnie przeciw r Polakom prowadził, przyspieszyły 
zupełny upadek tego miasta. Po bitwie pod 
Tannenbergiem, obiegli je Polacy, przymusili do 
poddania się, a złupiwszy mieszkańców, większą 
część miasta wraz z kościołem farnym w perzynę 
obrócili. Niewymowne łotrostwa zakonu, któ- 
rych nawet sławny historyk Voigt, acz mu bar- 
dzo sprzyjający, zataić nie może, przywiodły 
miasta pruskie do rozpaczy; powstały one prze- 
ciw swoim ciemiężcom i poddały się królowi 
Kazimierzowi Jagiellończykowi. Do miast tych 
należało także Chełmno. Gdy się więc kroki 
nieprzyjacielskie rozpoczęły, obiegli je Krzyżacy 
w r. 1455. Doznawszy atoli dzielnego odporu 
z strony mieszkańców', musieli odstąpić nic nie 
wskórawszy* Szczęśliwsi byli Krzyżacy w roku 
1457. Zdobywszy Malborg, podstąpili pod Cheł- 
mno, gdzie Morawa, Czech, przekupiony, zmó- 
wiwszy się z gminem i burmistrzem Janem 
Mazkau, otworzył bramy wojsku nieprzyjaciel- 
skiemu. Zajął miasto na rzecz zakonu Bernard 
Sonnenberg w 2000 ludzi wojska zaciężnego 
i zaczął natychmiast łupić bezbronnych mie- 
szkańców. Jan Mazkau, burmistrz, upominając 
si^ o krzywdę mieszkańców, powieszony, odniósł 
zasłużoną nagrodę zdrajcy. Tymczasem Bernard 
Sonnenberg trzymał Chełmno w zaległym żoł- 
dzie, a odstąpiwszy później Krzyżaków, zapewnił 
sobie u Kazimierza Jagiellończyka posiadanie 
tego miasta aż do śmierci. Po jego zgonie 
opanowali Krzyżacy na czas krótki Chełmno, 
ale musieli je wnet opuścić. W roku 1505 stało 
się Chełmno własnością biskupów 7 chełmińskich 

Digitized by L^OOClC 




Widok Chełmna w 17. wieku. 



i nieprzestało nią być aż do pierwszego roz- 
bioru Polski. Wojna szwedzka za Jana Kazi- 
mierza zniszczyła je do szczętu, a lnbo biskupi 
chełmińscy, a mianowicie Jan Małachowski, 
referendarz W. koronny, starali się całemi siłami 
podźwignąć je z gruzów, przecież tysiące zna- 
lazło się w tern przeszkód i Chełmno było wciąż 
stosem ruin, które jeszcze z każdym rokiem nie- 
ład i klęski krajowe mnożyły; wtenczas zaś, 
kiedy miasta nasze, jak feni*y, z popiołów swoich 
odradzać się zaczęły, Chełmno już nie było 
polskiem. 

Lubo Chełmno dawało nazwisko wojewódz- 
twu i dyecezyi, przecież nie było nigdy jego 
stolica; sady bowiem grodzkie całego woje- 
wództwa odprawiały się w Kowalowie, sądy 
ziemskie w Toruniu i Radzynie; katedra bisku- 
pia była w Chełmży. Miasto Chełmno posia- 
dało kilka wspaniałych świątyń, mianowicie 
zaś kościół farny, kościół i klasztor francisz- 
kański, założony 1258 roku, kościół domini- 
kański i panien Benedyktynek. Ostatni był nie- 
zmiernie bogatym. Starowolski powiada, ze mię- 
dzy jego apparatami znajdował się ornat, cały 
dyamentanu sadzony i złotym łańcuchem obwie- 
dziony; miał on pochodzić z daru Magdaleny 
z Mortąg, ksieni tego klasztoru, w 16. i 17. 
wieku, pamiętnej w dziejach kościoła polskiego 
z licznych fundacji PP. Benedyktynek w r Polsce, 
jakoto w Jarosławiu, Poznaniu i t. d. Missyo- 
narzy sprowadził tu biskup Małachowski 1678 r. 

Chełmno jest ojczyzna Pawła Kuszewicza, 
który prawo chełmińskie na język polski prze- 
łożył i M' Poznaniu u Kossowskiego 1623 wy- 
tłoczył, i kilka innych dzieł napisał. Rząd 
pruski założył tu gimnazyum katolickie, a da- 
wniej korpus kadetów, którego kommendantem, 
w czasie kiedy Chełmno do ksiestM-a warszaw- 
skiego należało, był Wojciech Turski, niedawno 



w Poznaniu zmarły, tłumacz pamiętników Szoany 
i logiki Kondylaka. 

Motyl i strumyk. 

(Improwizacya.) 
Raz motyl do strumyka rzecze poufale: 
• Dali Bóg przyjacielu, nie pojmuję wcale 
Szczególniejszej twej natury ; 
Od poranku do poranku. 
Zawsze posępny, ponury, 
Mruczysz tylko bez ustanku. 
Jeśli chcesz być szczęśliwym, rób tak jak ja robię ; 
Co chwila nowym zajęty przedmiotem, 
Igram, bujam, swawolę, myśląc tylko o tern, 
Jakby to krótkie iycie uprzyjemnić sobie. 
Maie miejsce nie obchodzi, bracia nie obchodzą. 
Bo od jednego ziemi do drugiego końca, 
Wszędzie świeci promień słońca, 
Wszędzie kwiatki życie słodzą. — 
U mnie tu, tam, gdziekolwiek, zawsze mysi swobodna, 
Na celu same roskosze; 
Z każdego kwiatka wysysam po trosze, 
Ale nigdy kielicha nie wychylam do dna, 
Bo to wiem z ludzkich powieści, 
Że na dnie gorycz się mieści.* 
Skończył motyl, a strumyk tak na to odpowie: 
Co ty szczęściem nazywasz, ja nieszczęściem zowię y 
Bo szczęścia, ile mówią, nikt jeszcze nie poznał, 
Kto na łonie roskoszy, goryczy nie doznał ! 
Los twój nie zazdrość wzbudza, lecz politowanie. 
Sławisz mi dolę swoj.i, a uie pomnisz na to, 
Ze nim jesień nadejdzie, — nie przeminie lato, 
Juz po tobie wspomnienia nawet nie zostanie! 
Pytałeś, czemu mruczę? Powiem ci przyczynę: 
Widzisz ten gaj, istnienia mojego początek, 
Wkrótce juz go nie ujrzę — daleko odpłynę, 

I n.ruczę, ze rodzinny porzucam zakątek 

Toć mnie również jak tobie od końca do końca, 

Na tej obszernej świata przestrzeni, 
Tenzc sam, co i tutaj świeci promień słońca, 
Lecz obce łąki kwitną, obcy* gaj zieleni. 
Ja przynajmniej gdy obcej sile uledz muszę, 

Gdy cichy nurt pogrążę w szumnym Oceanie, 
Tą myślą koić będę stroskaną mą duszę, 

Ze choć nazwiska mego pamięć tu zostanie. 



Wybacz więc przyjacielu, zważywszy oboje, 
Wolę moje niedolę, niźli szczęście twoje. 



J. G. 



Nakładem i drukiem Ernesta (Junthera w Lesznie. (Red. J. Łukaszewicz.) 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Kok szósty. 



No. 3. 



dnia 20. I^pca 1839. 




Albiycht Stanisław Radziwiłł. 



Znany i wielbiony powszechnie z dokonania 
tylu ważnych przedsięwzięć naukowych hrabia 
Ed. Raczyński, zbogacił Znowu gałąź historyczna 
literatury naszej pamiętnikami Albrychta Sta- 
nisława X. Radziwiłła, kanclerza W. litew- 
skiego, wydanemi w dwóch tomach w Poznaniu 
1839 r. Dzieło to jest bardzo wielkiej wagi do 
dziejów krajowych za panowania Władysława IV. 
i Jana Kazimierza. Później udzielimy czytelni- 
kom Przyjaciela Ludu niektórych z niego wy- 
jątków, obecnie zaś zapoznamy ich wpierw z au- 
torem tych pamiętników, umieszczając tu bio- 
grafię jego, wyjęte z przedmowy Wydawcy: 

Albrycht Stanisław Radziwiłł, ^ pochodzący 
z starożytnego domu litewskiego książąt Radzi- 
wiłłów, urodził się roku 1592. z ojca kasztelana 
wileńskiego, i matki Myszczanki. Miał brata 
starszego Mikołaja, który w młodym wieku umarł, 
i siostrę, która przeorzyszą w zakonie Benedyk- 
tynek, w Nieświeżu, była. Ród Radziwiłłów 
odznaczał się zatasze zamiłowaniem nauk i po- 
bożnością. Tak i ojciec naszego Albrychta był 
uczony (posiadał bowiem między innemi 12 ję- 
zyków, a pomiędzy temi hebrajski tak dokładnie, 
że nim równie poprawnie jak ojczystym pisał), 
a przytem nabożny. Tokarski, biograf Albrychta, 
powiada w swoim rękopismie, że ojciec jogo 
post wielki corok odprawował w puszczy nali- 



boskiej, ciemnej i dzikiej, ^ gdzie przez 40 dni 
unikał wszelkiej rozmowy i społeczeństwa ludz- 
kiego, przepędzając cały czas na rozmyślaniu* 

Albrycht Stanisław Radziwiłł w młodym 
bardzo wieku wysłanym został od rodziców do 
Niemiec na naukę i dla ugruntowania się w wierze. 
W tćm obojgu uczynił znaczne postępy. W 14. 
już bowiem wieku życia ukończył kurs filozofii 
i posiadał kilka języków. Poczem puścił się 
w podróż po krajach europejskich poa okiem i 
dozorem surowego ochmistrza, który najmniej* 
szym słabościom młodzieńca nieprzebaczał i naj- 
niewinniejszych zabaw i rozrywek mu odmawiał, 
przyzwyczajając go do życia twardego i aż do 
drobnostek regularnego. Z takim ochmistrzem 
zwiedzenie Niemiec, Belgii, Holandyi, Szwaj- 
caryi i Włoch, nie mogło byó dla Albrychta 
bezowocnym : rozszerzył on nabyte swoje w szko- 
łach wiadomości, i nawykł do pracy, porządku, 
regularności i przezornego oszczędzania czasu i 
majątku. Z Włoch udał się do Paryża, gdzie, 
polecony od Zygmunta III., miał przystęp na 
dworze królewskim, i wkrótce dla ujmujących 
obyczajów swoich i nauki tak polubionym zo- 
stał, że wuj Maryi Ludwiki, żony Władysława IV., 
chciał go ożenić z siostrzenicą swoją. Już był 
dzień zaślubin naznaczony, gdy w młodym Ra- 
dziwiłł* odezwała się silnie miłość ojczyzny. 



Digitized by 



Google 



18 



Biograf jego, Tokarski, powiada, że Albrychtowi 
śniło się wtenczas, jakoby stal przed królem 
francuzkim; wtem przybywa Zygmunt III., bierze 
go za rękę i wyprowadza, mówiąc: „Nic tn po 
tobie, ja twym królem jestem, idź za mna." 
Sen ten, który nie mógł być tylko skutkiem głę- 
boko wpojonych uczuć* młodzieńca, takie na 
umyśle jego zrobił wrażenie, ze natychmiast po- 
stanowił zerwać związek, któryby go od ojczyzny 
na zawsze oddalił* Zrzeka się więc wszelkich 
widoków, jakie mu połączenie s jednym z pierw- 
szych Francyi domów czynić mogło, i opuszcza 
potajemnie Paryż. Z w lelkiem niebezpieczeń- 
stwem dostał się do portu i wsiadł na statek 
odchodzący do Gdańska w chwili, gdy pogoń za 
nim wysłana na brzegu morskim stanęła. 

Skoro się pokazał w Warszawie młodzieniec 
rozsądny, uczony, układnych obyczajów, umie-- 
jacy języki obce, a nadewszystko nabożny, mu- 
siał przypaść do smaku monarsze, który takie 
przymioty wysoko cenił. Jakoż Zygmunt III. 
wkrótce tak go polubił, że go uczynił uczestni- 
kiem rady swojej, do której tylko Bobolę, Jezui- 
tów i kilka innych zaufanych osób przypuszczał, 
a umierając naznaczył go opiekunem swych młod- 
szych dzieci. Nie szczędził też dla niego łask 
swoich, albowiem dał mu natychmiast starostwo 
łuckie i pieczęć mniejszą księstwa litewskiego, 
lubo Radziwiłł natenczas żadnych jeszcze nie 
miał zasług i ledwie 25ty rok życia swego liczył. 
Co więcej, Zygmunt zajął się jego domowym 
losem i ożenił go z bogatą wdowa Działyńską, 
z domu Eyzenreich, posiadającą dożywociem sta- 
rostwo gniewskie i znaczne kapitały. Za takie 
dobrodziejstwa Radziwiłł odwdzięczał si^ kró- 
lowi, i rada i czynami mu się wysługiwał. 
Młodemu Władysławowi, wybierającemu się na 
zwiedzenie obcych krajów, towarzyszył w zna- 
czeniu ochmistrza i czuwał pilnie nad krokami 
niedoświadczonego y a żywością wieku i namię- 
tnościami unoszonego księcia. Pod Smoleńskiem 
(1611) towarzyszył królowi z własnemi chorą- 
gwiami i pod Chocim liczne roty wyprawił* 

Władysław IV. odziedziczył zaufanie i mi- 
łość swego ojca ku Albrychtowi Radziwiłłowi. 
W każdej ważniejszej sprawie używał jego rady, 
szukał jego pomocy. On był pośrednikiem w za- 
targach Władysława IV. z Gdańszczanami, z po- 
wodu cła morskiego wynikłych; jemu dał mo- 
narcha ten chlubne polecenie przyjęcia na gra- 
nicach państwa drugiej małżonki swojej, Maryi 
Ludwiki. Radziwiłł, otoczony trzynastu senato- 
rami i licznem i pięknem rycerstwem, witał kró- 
lowę w Oliwie, do Gdańska wspaniale ją wpro- 
wadził i przez 5 niedziel różne, coraz nowe 
zabawy obmyślał Francuzom, chciwym rozrywek; 
a chociaż około 10,000 Polaków i Francuzów 
w mieście wtenczas &ic znajdowało, Radziwiłł 
potrafił powagą swoją i roztropnością zapobiedz 
najmniejszemu nawet nieporządkowi; co, zwa- 



żając na ówczesną burzliwośó umysłów, nie jest 
małą zasługą. 

Władysiaw r IV. zstąpił zawcześnie dla oj- 
czyzny do grobu; a kiedy za Jana Kazimierza 
niezliczone klęski runęły na Polskę, i kiedy 
prawi jćj synowie biegli na ratunek strapionej 
matki, Radziwiłł nass nie dał się w szlachetnem 
tern współzawodnictwie innym wyprzedzić. Długą 
rzeczą byłoby wyliczać wszystkie ofiary, któro 
wtenczas ojczyźnie złożył; ograniczę się przeto 
na wymienieniu ważniejszych. Gdy bunt ko- 
zacki szerzyć się począł, Radziwiłł wysłał okryty 
półk piechoty Weyherowi, wojewodzie malbor- 
skiemu, do Ołyki; półk ten doszedł tylko do 
Zamościa i przyczynił się znacznie do tego, że 
Kozacy twierdzy tej nie wzięli. Prócz tego wy- 
stawił Radziwiłł chorągiew kozacką pod rot- 
mistrzem Jelskim, pancerną i pieszą węgierską, 
opłacając chorągwiom tym żołd z własnych do- 
chodów. Na obronę powiatu pińskiego utworzył 
pewien oddział piechoty i opatrzył go w działa 
spiżowe. Pod Zborowem, gdzie Kozacy obiegli 
Jana Kazimierza, znajdowała się dobrze okryta 
chorągiew dragońska Radziwiłła. Była i pod 
Beresteczkiem chorągiew jego raj ta rsk a; wOłyce 
utrzymywał wciąż znaczną załogę. Podczas wojny 
szwedzkiej mieszkając w Gdańsku, senat tego 
miasta, w wierności ku rzeczypospolitej, układy 
z królem duńskim i Holendrami zawiązał. Król 
Jan Kazimierz, równie jak brat i ojciec jego, 
używał Radziwiłła do najważniejszych posług 
publicznych, a w najtrudniejszych okolicznościach 
jego rady zasięgał i nieraz w nagłej potrzebie 
w nocy po niego posełał, mówiąc: „biegajcie, 
proście staruszka naszego kochanego; jego się 
musimy w tej trudności poradzić." 

Za takowe i tym podobne zasługi, monar- 
chowie polscy obsypali Radziwiłła licznemi na- 
grodami. Z ich szczodrobliwości posiadał sta- 
rostwa: tucholskie, lipnickie, kowieńskie, wieloń- 
skie, dowgskie i gieranowskie. Pan tak obszer- 
nych włości, które jeszcze pomnażały dobra 
znaczne, przez niego nabyte (po rodzicach bowiem 
mały tylko majątek odziedziczył), używał do- 
chodów z nich skromnie dla siebie, chojnie dla 
wiary swojej, ojczyzny, dla sług, poddanych i 
dla cierpiącej ludzkości. W Ołyce wzniósł i 
uposażył wspaniałą kollegiatę. W Pińczowie 
kollegium jezuickie. Wiele kościołów wzniósł 
z gruntu, inne naprawiał, przyozdabiał, lub w ap- 
paraty opatrywał. Chował dwór okazały, w któ- 
rym młodzież uczoną i stateczną do posług oj- 
czyźnie sposobił. W wolniejszych od zatrudnień 
publicznych i domowych chwilach, grywał z nią 
chętnie w szachy, zadawał i roz więzy wał zadane 
wzajem zapytania uczone. Wydając z frauncy- 
meru żony swojej pannę za mąż, zwykł był 
dawać jej 1000 złt. ówczesnych posagu, a prócz 
tego porządną wyprawę, 12 srebrnych łyżek i 
łańcuszek złoty. Z domownikami i dworskimi 



Digitized by 



Google 



19 



olcho Jzil się z prawdziwie chrzesciańską wzglę- 
dnością, a gdy go gniew niekiedy za daleko 
uniósł/ starał się potem nagrodzić łagodnością 
ukrzywdzonemu słowem porywczćm. 

Ubogich był prawdziwym jałmuznikiem. Mie- 
szkając w Ołyce, do stu nędznych pokarmem 
posilał. W Wilnie, Warszawie, lub Krakowie 
szpitale i klasztory co tydzień jałmużna zaopa- 
trywał. Jezuitom prócz tego beczkę starego wina 
węgierskiego zwykł byt corocznie posełać. Na 
majętności Jabłonnie zapisał- 40,000 ówczesnych 
złotych polskich, od którejto summy przychód 
roczni przeznaczył na wyposażenie pięciu panien 
szlacheckich, i tyleż z stanu wiejskiego. ^ W sta- 
rostwach swoich, wzniósł lub naprawił wiele 
gmachów; z poddanymi obchodził się względnie 
i łaskawie. Tu, równie jak w dziedzicznych 
dobrach swoich, utrzymywał wielkie stadniny, 
sprowadzając do nich konie tureckie, któremi 
swoich przyjaciół obdarzał, a dworzan końmi 
swego chowu. 

Dwa razy wchodził w związki małżeńskie; 
raz z Reginą z domu bawarskiego Eyzenreich, 
wdową po Dziatyńskim, wojewodzie kujawskim; 
drugi raz z Krystyną Lubomirską, wojewodzianką 
krakowską* 

Najwydatniejszą cecha życia Albrychta Ra- 
dziwiłła było zamiłowanie pracy i religijna 
żarliwość. 4 ) Duchem jej przejęty, Stanisław 



*) Żarliwość ta, albo raczej pobożność, przechodzi 
wszelkie nasze Icgoczcsne wyobrażenia o modlitwie i 
umartwieniu. O dobrowolnych chłostach jego tak mó- 
wi biograf jego Tokarski: .Dyscypliny n tego pana nie- 
słychane były i ledwo do wiary podoboe, ale, sic me 
Deus adjuvet, to prawda. Trzeba było przed starszym 
pokojowym obligować się na niewydanie sekretu, który 
po śmierci zięcia jmei tegoł pozostali teologowie wy- 
jawić pozwolili. Sam się nie dyscyplinował, chyba 
z młodu, i snadi na oczy począwszy falować, wziął tę 

Srzestrogę, aby grzbieta nie dyscyplinował. Sposób 
yscypliny jego był ten. Czasem sam kazał starszemu 
pokojowemu, aby o tej a o tej godzinie zebrawszy se- 
kretarzów i rózgi świcie mając, dał mu dyscyplinę, 
rachując zawsze plagi, czasem dwieście, trzysta, pięćset, 
tysiąc, półtora tysiąca, dwa tysiące plag sobie dać na- 
znaczywszy; dwóch ze dwóch stron siekło, a czterech, 
albo sześciu, trzymało nas pana, dobrodzieja, ojca, kan- 
clerza, ksiązęcia, Radziwiłła, bez ulitowania, bo tak 
chciał i kazał. Co sto plag, to świeże rózgi po potłu- 
czonych pierwszych przynoszono, i ci, co bili, odnawiali 
się coraz ; gdy krzyczał, to poduszką głowę narzucano. 
Po wytrwaniu zawsze był wesół; co większa, miał to 
w mocy kaidy starszy pokojowy, za rozkazem, a raczej 
za prośbą samegoz pana, ze się kazał śpiegować onemu, 
jeśliby w czemkolwiek Pana Boga obrażającego postrzegł 
go, zęby podobnym sposobem ile razy i wiele razy i 
każdego czasu karał pana swego non eztendendo nu- 
merum nad dwa tysiące plag, i działo się to często 
z wielkiem ukontentowaniem zięcia jmci, pana mego, 
bo zwykł był starsżrgo pokojowego za to nagradzać, 



kazawszy mu sobie źrebca wybrać z stada, wziąść parę 
soboli z skarbcu i t. p. Scickłe krwią ciało po takiej 
łaźni bywało, i chusty do ciała przywrzały, az je 
z skórą otLdzierali. Skoro rzekł starszy pokojowy: 
.Mościwy książę! pójdź do tego pokoju, abo do tej 
sali, trzeba waszą książęcą mość skarać i obić", nigdy 



Albrycht Radziwiłł, wolne chwile od zatrudnień 

Subhcznych i domowych poświęcał piśmiennictwu 
zieł pobożnych, których tu spis umieszczamy: 

1) Słonecznik. X. Drexeliusza y z łacińskiego 

przełożony. 

2) De laudtbus Deiparac virgini$. 1635. 

3) Suspirium animae. Cr a co via e 1639* 

4) ElogiumduodecemvirtutumDeiparae. 1055. 
5} Żywoty świętych. 1653. 

6) Historia passionis Christi. Karsoviae 1555. 

7) Dyskurs nabożny, z kilku słów wzięty, 
o wysławieniu N. Panny Maryi. W Kra" 
kowie r. 1650. 

8) Tłumaczenie Gennadiusa Scholaryusa i U d. 
Lecz dzieła, które Radziwiłł podobno mniej 

cenił, a które mu w rzędzie naszych pisarzy 
historycznych niepoślednie zapewniają miejsce, 
są dwa następujące: 1) De rebus Sigismundi 
tertii i 2) Pamiętniki rzeczy znaczniejszych, 
które się działy w Polsce od śmierci Zyg- 
munta III., to jest od r. 1632., do r. 1652. 
Obadwa były dotąd w rękopismach. Pierwsze 
uważane nawet było za stracone; szczęśliwem 
zdarzeniem odkryłem je w jednej z ostatnich 
podróży moich. Wydając dziś drugie na widok 
publiczny, rzucę tu kilka nad niem uwag. 

Z umieszczonej dopiero biografii Albrychta 
Stanisława Radziwiłła, poznał zapewne czytel- 
nik, ile po jeźo pracy spodziewać się może; 
jakoż pamiętniki te należę do najlepszych dzieł 
historycznych w języku naszym. Prawy, szla- 
chetny charakter pisarza, wycisnął się w dziele 
jego; a lubo zbywało mu noże na owym prze- 
nikliwym sądzie i znajomości serca ludzkiego, 
jaką się słusznie współczesny jemu historyk Pia- 
secki szczyci; wynagradza to przecież w dzie- 
łach swoich nieposzlakowaną bezstronnością, oraz 
obfitością faktów i iywemi obrazami zdarzeń i 
obyczajów. Wszakże, będąc człowiekiem, nie 
mógł być wolnym Radziwiłł od słabości: bez- 
stronność jego tłumiła w nim niekiedy żarliwość 
religijna, a tak prawy ów Polak, który się, wbrew 
ówczesnym oniniom, tak gorliwie zastawiał za 
swobodami miast i ludu, za powagą monarchy 
i dobrem kraju, ilekroć na obradach wszczęła 
się kwestya o różno wiercach, bezwzględny na 
szkodliwe ztąd dla kraju skutki, purowo na nich 
nastawał. Nie należy atoli o to winić znako- 
mitego męża : byłto bowiem odgłos wrażeń w mło- 
dości powziętych, wrażeń silniejszych nad sam 
rozum; odgłos lubo błędny, lecz z przekonania 
pochodzący. 



nan pobożny nic rzeki: m co? albo: nie mam czasu! 
lecz szedt zawsze zaraz.* 

. A jeżeli się kiedy z rąk trzymających pan wyrwał, 
byleby mu starszy pokojowy rzekł, ze jeszcze nie doszło 
tyle a tyle set plag, jako postanowił; bez sprzeciwiania 
się, bez wyrzeczenia słówka najmniejszego, respekt* 
albo miłosierdzia żądającego, dobrowolnie zaraz się znowu 
położył, aby wyszedł lik plag, od starszego pokojowego 
naznaczonych. ■ P. Jł. 

Digitized by L^OOClC 



fcO 




Świątynia indyjska w Tryczenkore. 



Pamiętniki Radziwiłła pisane są w sposobie 
Dyaryusza. Forma takowa nadaje dzieła nie- 
skończoną rozmaitość, bo może dotykać najdro- 
bniejszych i najpotoczniejszych szczegółów* Dla 
tego tez pamiętniki Radziwiłła ważnemi nigdy 
być nie przestaną dla historyka, chcącego poznać 
ducha, obyczaje, cywilizacyą i życie umysłowe 
narodu, za panowania Władysława IV, i Jana 
Kazimierza. Pisane one byiy przez autora po 
łacinie, na język zaś polski przełożone zostały 
przez wnuka jego, książęcia Hieronima Radzi- 
wiłła, żyjącego na początku 18. wieku. 

Stanisław Albrycht zakończył pełne zasług 
życie w Gdańsku w czasie, kiedy jego mądre 
rady były królowi i ojczyźnie najpotrzebniej- 
szemi, to jest wśród wojny z Szwedami, dnia 
12. Listopada 1656. roku. 



Świątynia iudjjska w Tryczenkore. 

Kto sobie chce utworzyć prawdziwy obraz 
Indyi, ten słownych zarysów w dawnej ich mi- 
tologii szukać powinien; Parwaty nazywają 
Indyanie owę boginią, która, jako eodło pło- 
dności ziemi, rodząca i niszcząca, Kolossalnej 
wielkości, pyszna, martwem oknem i uśmiecha- 
jącemu się ustami, z każdćj świątyni i tylu miejsc 



jij poświęconych spogląda na kraj błogosławiony. 
Parwaty oznacza indyjską naturę; piękne są rysy 
jij twarzy, spokojna i uroczysta w nich posę- 
pność. 

Na rycinie wystawiona świątynia, zbudowana 
na olbrzymiej skale: pomiędzy kolumnami piel- 
grzymi, Fakiry i inni zabobonni kraju tego 
uprzywilejowani żebracy, od niepamiętnych cza- 
sów jak jaskółki zagnieździli się : na boku wznosi 
się jedna z owych wiele znaczących, lecz nie- 
stety! milczących piramid, a która, jako szcze- 
gólniejsza ozdoba w Indyi, w każ dem pięknem 
miejscu stać musi. Główny wchód do świą- 
tyni, przeszło półtora sta stóp wysokości mają- 
cej, jest w środku tego^ gmachu. ^ Od góry do 
dołu gmach ten ozdobiony architektonicznemi 
ozdobami, a nawet w najwyższym stopniu prze- 
ładowany: wszędzie aa filary, a pod filarami 
kule, a pomiędzy niemi tysiączne figury: jużto 
bogowie, ludzie, już zwierzęta — apis, alligator, 
Brama i tysiączne jego dzieła pomieszane po- 
jmiędzy sobą. Ale któż odgadnie teraz te hiero- 
glify? Nińiwa i IJabylon, Grecya^ i Rzym, 
w czasie swej potęgi nieposiadały takich pomni- 
ków, któreby z indyjskiemi* mogły pójść w pc - 
równanie* 

Woda jest pierwszym ożywiającym Indyan 
żywiołem: jestto widoczna dusza ziemi, tudzież 



Digitized by 



Google 



21 



ich ziemskiego istnienia; ztąd owe nieustanne 
uroczystości oczyszczenia, owo bezust&nne kapa- 
nie się i cześć rzeki Ganges* Około tej świą- 
tyni nie płynie rzeka, a jednakże ma wodę; 
albowiem inaczej miejsce to nie byłoby świętem, 
a pielgrzymi nie odbywaliby tutaj swych Wędró- 
wek. Kamienna figura apisa, olbrzymiej wiel- 
kości, pokrywa owę głęboką i nigdy niewyczer- 
pana studnię, gdzie szczególniej owe wysmukłe 
indyjskie dziewice z naczyniami, do rzymskich 
pedobnemi, czerpać wodę przychodzą. W nie- 
jakiej odległości stoi pod dachem kamiennym, 
wspartym na czterech stupach, figura tegoż czczo- 
nego zwierzęcia, pod które także od niepamię- 
tnych czasów przezroczyste wytryskuje źródło. 
Wnijście do źródła zrobione w piersiach wołu : 
zkąd szerokie kamienne schody prowadza do 
owej zawsze chłodnej i orzeźwiającej wody, która 
z wnętrzności ziemi wytryska. 



Rodowód teraźniejszych Greków. 

Wiadomo, że pierwiastkowe tak nazwane ba* 
jeczne dzieje kraju naszego, napomykają dziwny 
anachronizm, to jest, o styczności Polaków z Ma- 
cedończykami, a zatem i z Grekami. Dobroduszni 
przodkowie przekazali nam to podanie w swych 
Kronikach, aż dopiero nasz przemądrzały wiek 
okrzyczał je za wierutne kłamstwo i oczywiste 
brednie. Jak nieposzlakowanej wiary Herodot, dłu- 
gi czas za łatwowiernego uchodził bajarza, póki 
naoczni świadkowie, zwiedziwszy też same kraje, 
które on oglądał i opisał, nieprzywrócili do czci 
i wiary niesłusznie spotwarzonego historyka; tak 

Sodobno i naai Kadłubkowie, Długosze, praw- 
ziwsze, niż się naszym krytykom zdaje, prze- 
kazali nam dzieje. Teraźniejsi badacze histo- 
ryczni, tak są swego sądu pewni, że skoro 
powieść jaka nie zgadza się z ich systematera, 
sprzeczną się okazuje z odkrytemi przez nich 
postrzeżeniami, zaraz ją, dla okazania bystrości 
i głębokiej erudycyi, za bajkę poczytują, nie- 
pomnąc, że w niej może głęboka, ale przez nich 
niedostrzeżona ukrywa się prawda. 

Owóż tedy, co nasi kronikarze podali o woj- 
nach i zwycięztwach nad Macedończykami, nie 
sprzeciwia się bynajmniej prawdzie, z tą tylko 
różnicą, że te walki nie około Gniezna lub Krusz- 
wicy, ale w samej Macedonii i Grecyi przez na- 
szych pobratymców Stawian staczane być mogły. 
Jakoż pewien uczony niemiecki, nazwiskiem FaU- 
mayer, zwiedziwszy za dni naszych Pelopones i 
Grecyą, przypatrzywszy się z bliska teraźniej- 
szym tych krain mieszkańcom, przekonał się do- 
wodnie, że owi mniemani potomkowie tak słyń* 
nych w świecie Greków, są to poczciwi Słowacy, 
językiem, zwyczajami, do swych szeroce po kuli 
ziemskiej rozsianych braci, zupełnie podobni. 

Znikczemniałe plemię greckie, pisze ten autor J 
w swój historyi półwyspu Morei, między szóstym li 



a ośmym wiekiem wyginęło prawie do szczętu. 
Naprózno czciciele klassycznej przeszłości łudzą 
ai^ nadzieja, że w teraźniejszych, choć zaikcze- 
mniałych mieszkańcach siół i miareczek Grecji, 
płynie jeszcze taż sama krew helleńska. Nie- 
stety ! znikli oni na zawsze, tak jak wytępione 
zostały ich starożytne bogi. Albańczykowie, 
czyli Szkyparyci, rodowici Stawianie, zajęli opu- 
szczone przez nich siedliska. W samych nawet 
Atenach, owym steku różnorodnego ludu z Turcyi 
i całego prawie wschodu, ród sławiański tak 
dalece przeważa, iż dla niego osobny ustanowiono 
trybunał, który w szkyparyckim, to jest aiawiań- 
skim języku, czynności swoje odbywa i wyroki 
wydaje. Ci albańscy Ateńczycy rozumieją wpraw- 
dzie po romańsku i z cudzoziemcami najczęściej 
tym językiem rozmawiają, lecz między sobą, 
zwłaszcza po wsiach, mówią tylko po azkypa- 
rycku. 

Ale może inne kraje, n. p. Beocya, okażą po- 
myślniejszy stosunek. Gdy wyszedłszy z Eleusis, 
i przebywszy wąwozy ścieśnione sterczących skat 
rumowiskiem, staniemy na grzbiecie Cyteru, a 
wzrok nasz spocznie na równinach dawnej Beo- 
cyi, na lewo tej góry blisko wsi Kokala, spo- 
strzegamy zwaliska Plateów, dalej stosy gruzów, 
gdzie niegdyś stała Leuktra i Tespie u stóp 
góry Helikonu. — Na drodze z Teb do Liwadyi 
spotykamy Haliastos, Koroneę, a dalej ku fo- 
kejs&iej granicy, ojczyznę Plutarcha, Cheroneę. 
A więc heleńskie pokolenie zamieszkuje jeszcze 
te ihia8ta; nimfy i najady kąpią się w Krynicy 
Dinę, a świetny orszak mus rozwodzi wesołe 
tany na Helikonie? Egipskie piramidy są do- 
tychczas niepożytemi świaakami wielkości narodu; 
ale greckie miasta zmiecione z powierzchni ziemi, 
a ich miejsca zajmują liche sławiańskie wio* 
szczyny: Dobrzana, Granica, Kapiena i t, d. 
Sam nawet uroczysty Helikon, przeszło od tysiąca 
lat znany jest tylko pod sławiańskiem Zagwy 
nazwiskiem. 

Jeżeli zaś z Beocyi zwrócimy kroki nasze na 
południe ku Megans, dalej ku przesmykowi 
koryuckiemu, przysłuchując się pilnie mowie kra- 
jowców, n. p. w Pesachora i Kuluszyk, rzekłbyś, 
że się w głębi Albanii znajdujesz; albowiem 
tutejsi mieszkańcy nieznają nawet nowo -grec- 
kiego języka, aby się nim z cudzoziemcami roz- 
mówić mogli. Niemasz więc Greków pośród 
Grecyi; jestto raczej nowa Albania. 

Tymczasem, rzeknie zapewne niezmordowany 
greckiej narodowości obrońca, jeszcze zostaje 
dorycki Peloponez, kolebka greckiego pokolenia, 
i nadbrzeżne wyspy. W swym zapale będzie 
marzył o Achiwach, gotujących się pod Aga- 
memnonem i Menelajem do wielkiej na Troję 
wyprawy : przypomni sobie mężnych Spartanów, 
Messeńczyków klęski, rozległe Arkadyi błonia, i 
szukać będzie owych szczęśliwych pasterzy, 
żyjących na łonie matki natury, marząc o złotym 
wiąku! Ale na samym wstępie do Peloponezu, 



Digitized by 



Google 



22 



napotyka znowu owo dziarskie Szkyparytów ple- 
mię. W Koryncie i Argos składaj*} oni większą 
część ludności, a w okolicy, gdzie niegdyś stały 
bogate Miceny, Hermione, Trezene, Epidaurus, 
w całej krainie Argolis, rozpostarli się Szkyparyci. 

Jeżeli z Koryntu obrócimy się na zachód przez 
pasma gór arkadyjskich, na Warszawę, Kraków 
aż do Kamieńca (ja nie żartuję, ale prawdziwie 
wymieniam wsie i miasteczka tego kraju) w Achai; 
a ztamtąd na południe przez Sącz i Głogów do 
Cylichowy i starego Wolgastu, aż do nadmor- 
skiego miasta Nawarino, najczęściej przypadnie 
nam w szkyparyckiej popasać wiosce : lubo pelo- 
ponezscy Albańczykowie od dawnych czasów 
w wielu okolicach zamienili swa rodzinną mowę 
na język sarmackich Nowogreków. Ważkie tylko 
nadbrzeże Morei, wolne jest zupełnie od tych 
sławiańskich przybyszów. 

Pokonany na stałym lądzie Hellenista, cofnął 
się zapewne na przyległe wyspy Spezza, Hydra 
i Poroś: tu na tych niedobytych narodowej sławy 
warowniach, spodziewa się ocalić palladium grec- 
kiej narodowości. Ale właśnie na tych wyspach 
najczystsza krew albańska płynie: tu to jest 
słowne Szkyparytó w siedlisko, tu środkowy punkt 
ich potęgi. Wyspa Hjrdra przyłożyła się naj- 
więcej do oswobodzenia teraźniejszej Grecyi i 
rozstrzygnęła los morderczych z Turkami zapasów. 
Całe więc dzieło oswobodzenia Grecyi nie Gre- 
kom, lecz Szkyparytom, Sławianom, przypisać 
należy. Bohaterska obrona Missolungi, niesły- 
chana odwaga hydryockich żeglarzy, owe naj- 
świetniejsze w powstaniu greckiem chwile, które 
wywołały nareszcie udział całej Europy i litość 
ihonarcbów, były wyłącznem dziełem szkypa- 
ryckich Suliotów i Hydryotów. 

Gdyby sobie kto zadał tę pracę i obliczył 
cała w Grecyi ludność od Termopilów aż do 
przylądka Montopan, wraz z wyspami Spezza, 
Hydra, Poroś, Salamis, Eubea, Andros i Egina, 
przekonałby się niezawodnie, że większa jej po- 
łowa do dzielnego Szkyparytów pokolenia należy, 
mówiącego własnym ojczystym językiem. Jeżeli 
więc od pozostałej mniejszej polowy odciągniemy 
zgreczonych Arnautów, pod namiotami w pół- 
nocnej Lokrydzie koczujących Włochów, dalej 
rolniczych Włochów, po wszystkich prowincjach 
zamieszkałych; osiadłych w Etolii Cyganów, toż 
Bułgarów, krywickich i tajgejskich Sławian, 
Sarmatów i Franko w, zapytuję się bacznego czy- 
telnika: ile głów na prawdziwych Greków wy- 

' "»? S. 



mej 



Tomasz Morus. 

(Ciąg dalszy.) 

Młody adwokat, wprowadzony na dwór Hen- 
ryka VIII e° przez kardynała Wolseja, rozpoczął 
zawód polityczny poselstwami do Karola V., ce- 
sarza, i Franciszka L, króla francuzkiego. Za- 
szczyty te uszcznplały jego majątek, a nieodpo- 



wiadały skłonnościom; przyjmował on je jedynie,, 
równie jak? później inne wyższe urzędy, dla tego, 
że nie miał odwagi odmówić, i nieumiał wy- 
bierać. Obarczony nowemi obowiązkami i za- 
trudnieniami, aby chwilę czasu mógł także nau- 
kom poświęcić, urywał go najpotrzebniejszym 
funkcjom życia ludzkiego, to jest spoczynkowi 
i pokarmom. Obiad jego, i tak krótko trwa- 
jący, bo się zwyczajnie składał tylko z kawałka 
mięsa solonego, jaj, owoców i wody, niepodobna 
było bardziej skracać, lecz odjął odeń miłe roz- 
mowy, stanowiące niepoślednią uczt przyprawę. 
Urwany tym sposobem czas kilkugodzinny, po- 
święcał czytaniu, pisaniu listów do przyjaciół i 
uczonych mężów w całej Europie i układaniu 
dzieła, które go miało wsławić w całym świecie 
i umieścić w rzędzie ludzi, którzy się do odro- 
dzenia nauk przyłożyli. Dziełem tern była Utopia, 
w której skreślił, stosownie do wyobrażeń swego 
wieku, obraz idealnej społeczności, rządu i uro- 
jonego szczęścia ludów. Żadne dzieło, ani da- 
wniej, ani później, nie było z tak powszechnym 
entuzyazmem przyjęte. Ze wszech stron odbie- 
rał Morus od uczonych pochwały i powinszo- 
wania ; rzeczpospolitą jego przekładano nad spar- 
tańską, ateńską, rzymską ; gieniusz jego nazywano 
boskim. On zaś czuł i doznawał najżywszej 
i najszlachetniejszej ze wszystkich pociech: ro- 
skoszy uczonego i uczciwego człowieka, gdy do- 
kona wielkiego dzieła, któremu wszyscy spra- 
wiedliwość oddają. Były to dni ze złota i je- 
dwabiu, jak w ówczas mówiono, w* życiu, które 
tak nieszczęśliwie miało się zakończyć. Byłoto 
jasne słońce w pośród ciemnej mgły pracowitej 
młodości i burz dojrzałego wieku. „Niech umrę", 
— pisał do Roterdamczyka — „o ! najmilszy ze 
wszystkich mych przyjaciół! jeżeli pochwała, 
z jaką Tu ustali przyjął moje rzeczpospolitą, nie 
uszczęśliwiła mię bardziej, niżeli niegdyś talent 
attycki. Ty nie zdołasz sobie wyobrazić, jak 
się cieszę, jak podniosłem głowę, jak się sta- 
łem większym we własnych oczach! Zdaje 
mi się, iż moi mieszkance Utopii obiorą mnie 
swym królem na całe życie: wyobrażam sobie, 
jak idę na ich czele, uwieńczony kłosami zboża, 
znamieniem władzy królewskiej w Utopii; jak 

Cieknie wyglądam w mojej franciszkańskiej su- 
ni; jak w tej tak prostej okazałości spotykać 
będę posłów i zagranicznych książąt, nieszczę- 
śliwych, z tego się pyszniących, iz noszą żeńskie 
stroje, łańcuszki ze złota, któremi wszyscy po- 
gardzamy w Utopii; szkarłat, perły i inne dzie- 
cinne ozdoby, czyniące ich śmiesznymi," 

Miał Morus natenczas lat 35; następne 10 lat 
przepędził jeszcze w znacznej części na poświę- 
caniu się naukom; one bowiem były głównym 
żywiołem jego duszy. Sława jego była wów- 
czas tak wielka, a imię tak się świetnem stało 
w Europie, iż ze wszystkich stron nalegano 
na Roterdamczyka, aby skreślił wizerunek swe- 
go znamienitego przyjaciela. Dopełnił on tego 



Digitized by 



Google 



23 



w roku 1519. Jestto zarazem wierny obraz ry- 
sów i charakteru jego* Morus miał naó wczas 
przeszło 40 lat; wzrostu był więcej niż średniego, 
członki ciała miał proporcjonalne, chód szla- 
chetny, lecz, iż nachyla! głowę zawsze na jedne 
stronę, jedno ramię zdawało aię nieco podnie- 
sione. Kolor twarzy miał biały z lekkim rumień- 
cem, włosjr ciemne, oczy błękitne i nakrapiane, 
co uchodziło wówczas za znak szczęśliwego 
gieniuszu, rysy twarzy wyrażały dobroć i we- 
sołość* Erazm opowiada, iż ręce miał grube na 
dotknięcie i brudne, odzież niezbyt chędogą, spo- 
sób życia nie wyszukany ; iż nie nosił nigdy ani 
jedwabiu, ani szkarłatu, ani łańcuszka złotego, 
chyba gdy obowiązek tego wymagał, albo gdy 
było nieprzyzwoicie nie mieć go na sobie; iż 
głos miał łagodny, przenikający; i£ mówił ani 
zbyt powoli, ani zbyt prędko; iż obejście ai^ 
iego było miłe, zniewalające, wolne od wszel- 
kiej wymuszonej grzeczności, która poczytywał 
za rzecz kobiet; iż namiętnie lubił odpoczynek i 
swobodę, lecz gdy sprawy wymagały, był wzo- 
rem niezmordowanej pracy, gorliwości i cierpli- 
wości; iż zdawał się być stworzonym dla przy- 
jaźni, tak był łatwym w wyborze, wyrozumiałym 
i mało wymagającym, iż stale się trzymał swych 
przyjaciół, poświęcając swe zatrudnienia dla nich, 
i wielu ich liczył: a jeżeli który z nich okazał 
się go niegodnym, wówczas jakby przypadkiem 
zapominał o nim, rozwięzujac, nie zaś zrywając 
przyjaźń. Z resztą nie lubił żadnych gier, ani 
ciskania do celu, ani kości, ani kart, przenosząc 
nad nie rozmowy z przyjaciółmi, których często 
rozweselał, chociażby strapionych, swojemi żar- 
tami. Tak zaś bawiły go żarty, iż nawet po- 
zwalał śmiać się z siebie, byleby dowcipnie, i 
to mu więcej podobało się, niż wszelka pochwała. 
Chętnie też bawił się rozmowami wszelkiego 
rodzaju, równie z głupcami, jak z uczonymi: 
nigdy nie mówił poważnie o czemkolwiek, bądź 
do kobiet, nawet do własnej żony f albowiem 
kobiety wówczas nie były jeszcze równe mę- 
szczyznom nawet w Utopii, i z największem upo • 
dobaniem przysłuchiwał się rozmowom prostego 
ludu na rynkach, ucząc się od niego pospolitych 
zwrotów, które później pismom jego polemicznym 
tak powszechną wziętość nadały. 

Wszystkie te przymioty, stanowiące w innem 
położeniu szczęście człowieka, przyczyniły się 
do jego zguby. Wziętość jego, jako człowieka 
czynnego, pilnego, zdolnego do najtrudniejszych 
spraw; jego talenta, jako uczonego, wzywały go 
do rządu; jego wesołość, dowcipne żarty, czyniły 
go przyjemnym i potrzebnym dla Henryka VIII., 
monarchy z natury ociężałego i ponurego. Morus 
przeto w krótkim lat przeciągu z radzcy gabi- 
netowego został podskarbim koronnym, potem 
kanclerzem lankasterskim. Przyjaźń Henryka VIII. 
ku Morusowi codzień wzrastała. W każdy dzień 
świąteczny, a wówczas wielka była ich liczba, 
posełał po niego i zamykał się z nim w swym 



gabinecie ; tam kazał mu rozprawiać o naukach, 
o teologii, niekiedy o rządach Wolseja, o któ- 
rym rad był słuchać wszelkich uwag, jak wszyscy 
królowie, co się nie mogą obejść, ani tćż pozbyć 
się pierwszego ministra. Czasem także, gdy noc 
była pogodną, przechadzali się po odkrytych ga- 
lery ach pałacu, rozmawiając o astronomii, o ruchu 
i biegu planet, nauce, którą Morus zgłębił 
w swojej młodości, a której znajomość stanowiła' 
wówczas część zupełnie ukończonego wycho- 
wania. Królowa podzielała przywiązanie swego 
męża do Morusa. Niekiedy wzywali go na wie- 
czerzę i sadzali obok siebie u stołu królewskiego* 
Morus bawił ich krotofilnem opowiadaniem i 
rozmową pełną dowcipnych żartów. I tak naj- 
cnotliwszy człowiek w Anglii, wykonywał rze- 
miosło nadwornego przy królu żartownisia. 
Ceniono zaś w nim nie cnotę, lecz przymiot 
najmniej go zalecający, tak, iż nie było dlań 
innego sposobu zawarować się od tej przyjaźni 
króla, namiętnie wzrastającej, jak być skąpszym 
w żarty i udawać jałowość myśli, co okazywać 
w dalszem życiu, coraz bardziej smutniejszem, nie 
było dlań trudnem. 

Tymczasem przyjaźń Henryka VIII. ku Mo- 
rusowi zaczęła ostygać. Monarcha ten rozrzu- 
tnością swoją wypróżniwszy skarb publiczny, 
zażądał nowych ofiar od narodu; zwołał par- 
lament i dokazał, że Morus został obrany na 
mówcę parlamentowego, aby propozjrcye królew- 
skie popierał. Ale summa, której Henryk od 
poddanych swoich żądał, tak była wielką, że 
ją parlament jednomyślnie odrzucił. Ztąd pierw- 
sze dąsania Henryka na Morusa : nie udanie się 
bowiem zamiarów króla, przepisywano Moru- 
sowi. Z tern wszystkiem polemika Henryka VIII. 
z Marcinem Lutrem, w która także Morus wpły- 
wał, naprawiła wszystko, i król powrócił mu 
dawniejsze zaufanie sw r oje. Dla większej zaś 
oznaki przyjaźni, zamiast tego, iżby posełał po 
niego, sam go odwiedzał, bądźto w Londynie, 
bądź też w mieszkaniu jego w Chelsea, i często, 
kiedy go bynajmniej się nie spodziewano, siadał 
u skromnego stołu, najchętniej przestając na po- 
trawach, na jakie się rodzina Morusa zdobyć 
mogła. Po obiedzie Morus i gość jego długo 
się po ogrodzie przechadzali. Henryk opierając 
się na ramieniu swego ulubieńca, miewał z nim 
długie poufałe rozmowy, które obudzały tysiąc 
domysłów i najpochlebniejszych nadziei w ro- 
dzinie Morusa, ciekawie się temu przypatrującej. 
Po jednej z takich przechadzek, gdy Roper, mąż 
jego córki ukochanej, Małgorzaty, cieszył się 
przed teściem,, iż król zaszczyca go przyjaźnią, 
jakiej nikomu, nawet Wolsejowi nie okazuje, 
Morus rzekł doń smutnie: „Rzeczjrwiście, synu 
mój, widzę, jak król jest dla mnie niewypowie- 
dzianie dobrym., oraz, iż mi okazuje więcej 
względów, aniżeli któremukolwiek ze swoich 
poddanych. Lecz mogę ci szczerze powiedzieć, 
iż niema się z czego nam pysznić, albowiem 



Digitized by 



Google 



23 




Półtorak Zygmunta III. 

gdyby za moje głowę mógł wziąść choć jeden 
zamek we Francji, nie wahałby się ani na 
chwile i zdiąćby ją rozkazał." Pierwszy to raz 
wtenczas Morus wynurzył swą myśl tajemną 
o tej zgubnej przyjaźni, w którą coraz bardziej 
się wikłał, przez sarnę nawet usilność uniknie- 

ma jej* 

Zawikłane stosunki małżeńskie Henryka VIII., 
jego niechęć ku Rzymowi i inne okoliczności, 
sprowadziły upadek Wolseja. Nie chciano po 
nim obrać na następcę w urzędzie osoby ducho- 
wnej, i wybór króla padł na Morusa, Morus 
przyjął godność kanclerza z umysłem skłopota- 
nym i duszą smutkiem głęboko przejęta, prze- 
cież dla dobra publicznego czynił z siebie wspa- 
niale ofiarę. Zostawszy kanclerzem, starał się 
poprawić dotychczasowy sposób postępowania 
sądowego; w przypadkach, gdy ustawy zgadzały 
gic ze zdrowym rozsądkiem, przyspieszał osta- 
teczne postanowienie; w innych łagodził ostrość 
praw wyrozumiałością; w niektórych wymierzał 
sprawiedliwość na wzór Salomona, 



Półtorak Zygmunta III. 

Powyżej odrysowany, ^ a^ nieznajdujący się 
w Czackiego tablicach, pieniążek polski: pół- 
torak, z czasów Zygmunta III., ma na stronie 
głównej pięciopolową tarcz z narodowemi her- 
bami, a we środku snop, herb Wazów, i na dole 
tarcz małą, w której jest liczba wartości 3, to 
jest: trzy półgrosze. Napis: Sigis.3. D. G. — 
Rex P. M. D. L. Na stronie odwrotnej, w ob- 
wodzie królewskiego jabłka, jest liczba 24, która 
oznacza, że w początku panowania Zygmunta III. 
talar 24 takich sztuk, czyli groszy 36, zawierał. 
Koło krzyża liczba 20. znaczy rok J620. Spo- 
dem w małej tarczy jest herb podskarbiego. 
Napis: Monę. No. Reg. Polo. 

U Czackiego (w tablicach monet polskich i 
litewskich) jest w prawdzie (na tab. IV. N. 74.) 
półtorak z tegoż roku 1620. i na^ stronie głó- 
wnej herby są podobnie, jak na niniejszym, wy- 
ciśnięte, ale ma nieco odmienną koronę i napis: 
Sig. III- D. G. Rex P. M. B. L., a na stro- 
nie odwrotnej : Monae. Nov. Ctyi. Rige i u spodu 
królewskiego jabłka, zamiast herbu podskarbiego, 
sa klucze miasta Rygi. 



Do redakcyi Przjjaciela Ludu. 

Pragnąc zadość uczynić żądaniu redakcyi 
Przyjaciela Ludu, które w Nrze 20 z r. 1838 
tego czasopisma wy czy tu je, udzielam następu- 
jących wiadomości o zamku, czyli raczej za- 
meczku w Zawadzie. 

Pomieszkanie to było w wieku XVI. i XVII. 
siedziba familii Ligęzów, w ówczas zamożnej i 
świetnej. — Starożytność tutejszych murów za- 
świadcza ich struktura, a jeszcze bardziej od- 
wieczne dęby, które się rozniosły na wałach, 
jakiemi ten zamek bjrł otoczony, i które, ile 
ich tylko było, święcie zachowałem; lubo ta 
część wałów, która z drzew tych była ogoło- 
coną, musiała zostać zrównaną, dla wilgoci, jaką 
w murach utrzymywała. 

Zawada, wraz z miasteczkiem Dębicą i 
wsiami do tego majątku należącemi, przeszła 
przez sukcessyę w dom Prebendowskich, a Hen- 

Ska Dorota, jedyna córka Jerzego Prebendow- 
iego, podskarbiego w. k., wniosła te dobra 
w dom xiążąt Radziwiłłów^ wszedłszy w śluby 
małżeńskie w r. 1714 z Janem Mikołajem xie- 
ciem Radziwiłłem; — dziś zaś są one własno- 
ścią mojej żony, córki i sukcessorki xięcia 
Dominika Radziwiłła, krayczyca litewskiego, 
wnuka wyż wzmiankowanej Doroty z Preben- 
dowskich l m0 roto Radzi willo w ej, 2 do mar- 
szałkowej Bielińskiej. 

Gdy w r. 1819 majątek ten objąłem, zastałem 
zameczek zawadzki po ezęści ruiną, po części 
składem zboża. Wieże dwie równe były z zie- 
mią, inne dwie nie miały tej wysokości, jak 
dziś. W r. 1820. przedsięwziąłem restauracyę, 
a po części nowe wystawienie rozsypanych mu- 
rów. Facjata strony wschodniej jest według 
planu architekta Schinkel, któremu Prussy winne 
odrodzenie architektury, tej podobno najświe- 
tniejszej gałęzi sztuk wyzwolonych; inne zaś 
strony zost|ły wykończone za moim rysunkiem. 
Przystawa poboczna całkiem jest nową; lecz 
główny budynek zupełnie w dawnym kształcie 
zachowany. Ostatni ślad. posiadania tego majątku 

1>rzez Ligęzów nie jest zbyt dawnym, g*dyż 
egata kościelne tej familii przechodzą r. 1700. 
Kościół zawadzki nie mniej zdaje się być 
starym jak zamek; a we wśi Pustyni, do pań- 
stwa dębickiego należącej, znajduje się dotąd 
kapliczka z drzewa modrzewowego, w której 
S. Stanisław nabożeństwo miał odbywać. 

Żałuję mocno, iż ciekawszych szczegółów 
dać nie umiem, i dziwić się bynajmniej nie będę 
jeśli podane teraz przezemnie, nie będą uznane 
godnemi zajęcia miejsca w czasopiśmie tak in- 
teressującem, jak jest Przyjaciel Ludu. 
Z Zawady dnia 30. Maja 1839. 

A. Raczyński. 



Nakładem i drukiem Ernesta Gunthera 



Lesznie. (Bed. J. Łukasiewicz.) 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 4. 



Leszno, 

dnia 27. Ltpea 1839. 






■ 






I. 



i 







i 

i 



i 



Digitized by 



Google 



26 



Kwidzyna. 

Kwidzyna, po niemiecku Marienwerder, dziś 
•tołttft regencyi kwidzyńskiej, leży m wzgórku 
nad rzeka Labią, wpadająca o pól mili ztąd do 
Wisły. Jak wszystkie niemal miasta w Prusach 
wschodnich i zachodnich, winna s^ój początek 
Krzyżakom. Hartknoch tak o jej założeniu opo- 
wiada: Gdy po zdobyciu ziemi chełmińskiej, za- 
kon krzyżacki panowanie swoje nad Poinezanią 
chciał rozszerzyć, udał się w. mistrz jego Wisła 
w górę kilku statkami, napełnionemi ma tery alami 
do budowania, a przybywszy do wyspy Kwidzyno, 
leżącej niedaleko dzisiejszego Kwidzyna i na- 
zwanej tak od Kwidzyna, męża córki Pomezona, 
wyspę tę opanował, wybudował na niej zamek 
i nazwał go Marienwerder. Miało się to dziać 
około 1233 r. Ponieważ atoli dla niedogodnego 
położenia pierwiastków ego tego zamku, Krzyżacy 
nie mogli ztąd korzystnych wypraw przeciw 
Prusakom przedsiębrać, przeto Burchard, burgra- 
bia brandenburgski, który zakonowi z znacznemi 
posiłkami przeciw Poganom w pomoc przyszedł, 
przeniósł zamek Kwidzynę o milę dalej, to jest 
w miejsce, na którem dzisiejsza Kwidzyna stoi. 
Wkrótce potem książęta: Konrad mazowiecki, 
Henryk brodaty wrocławski, Odonicz gnieźnieński, 
Światopełk pomorski, przybywszy na pomoc za- 
konowi, wzmocnili zamek Kwidzynę i założyli 
przy nim miasto. 

W późniejszych wiekach, gdy już zakon 
krwiożerczym orężem Prusaków ujarzmił i Prusy 
na 4 biskupstwa podzielił, Kwidzyna dostała się 
biskupom pomezańskim, którzy tu stolicę swoje 
założyli. Dalsze zdarzenia historyczne tego mia- 
sta są: W roku 1440 zebrali się w Kwidzynie 
deputowani miast pruskich, w celu naradzenia się 
o środkach oparcia się uciskowi Krzyżaków i 
poddania się królowi polskiemu. W roku 1464, 
gdy już wojna między zakonem a Polskę wrzała, 
wojsko polskie wpadło w nocy do Kwidzyny, 
ubiegło zamek i złupiło miasto, za karę, iż 
mieszkańcy jego sprzyjali zakonowi, którego prze- 
cież jarzmo niegdyś zrzucić z siebie gorąco pra- 
gnęli. Traktatem toruńskim Kwidzyna została przy 
zakonie, a gdy w kilkadziesiąt lat później mistrz 
krzyżacki, Albert, siostrzeniec Zygmunta L, 
działając w duchu zakonu, niechciał uznawać 
zwierzchności nad sobą króla polskiego, i „ztad 
do nowej wojny pomiędzy Krzyżakami a Polską 
przyszło, Kwidzyna, w której sie Albert zam- 
knął, wytrzymała ciężkie od Polaków oblężenie. 
Gdy Albert zrzucił ubiór zakonny i ostatni biskup 
pomezański, Erhard Oyisses, życia dokonał, Kwi- 
dzyna zajętą została r. 1529 na skarb książęcy. 
W roku 1628 opanowali ją Szwedzi; toż samo 
w roku 1655. 

Dziś Kwidzyna, należy do porządniejszych 
miast monarchii pruskiej ; ma 8000 mieszkańców, 
szkoły wyższe, fabryki sukna, garbarnie i t. d. 
De osobliwości Kwidzyny należy kościół ś. Jana, 



niegdyś katedralny, gmach największy w całych 
wschodnich i zachodnich Prllsach. W świątyni 
tej pokazują dotąd miejsce, w którem ś. Dorota 
pruska przez 14. miesięcy zamurowaną była. 
Opisał jej żywot Fryderyk Szembek, Jezuita; 
ten sam, który miał walki uczone z Brosciuszem 
o szkoły jezuickie, i wydał pod tytułem: Pa- 
tronka starodawna państw pruskich, S. Dorota 
z Prus, wdowa etc. W żywocie wspomnionym 
tak o tern dobrowolnem zamurowaniu się ś. Do- 
roty mówi: „A nie mogąc się tak prędko, jako 
sobie życzyła, nieba doczekać, i pragnąc usilnie 
z Panem być ustawicznie obecną jeszcze tu żyjąc 
na ziemi: z rady jegoż samego osobliwej, z bi- 
skupstwa kujawskiego z Gdańska, do Kwidzynia 
miasta krzyżackiego, mil 13 od Torunia, prze- 
niósłszy się: za długiemi prośbami otrzymała, 
że ją tam w kościele katedralnym pomezańskim, 
roku 1393, dnia 2. Maja, zamurowano: aby we 
dnie i w nocy przy Panu obecnie będąc, jego 
chwaliła bez przestanku. Żyła lat 47, a w za- 
murowaniu miesięcy czternaście. 



Kajuowbze doniesienia z krain przy 
biegunie północnym. 

Im więcej przeszkód i trudów spotyka po- 
dróżnika, zwiedzającego obce kraje, w celu po- 
znania ich pod względem naukowym, tern większa 
należ v mu się z strony wszystkich wdzięczność 
za udzielone odkrycia. Rząd rossyjski wyprawił 
kosztem swoim, w najnowszych czasach, kilku uczo- 
nych, w krainy, przy biegunie północnym lezące; 
z pomiędzy nich zasługuje na szczególniejszą 
uwagę wyprawa P. Baer, jużto dla sprzyjających 
podróży tej okoliczności, już też dla mnóstwa 
poznanych podczas niej przedmiotów, o których 
dawniej niewiedziano. 

Dziewiętnastego czerwca 1837 opuścił P. Baer 
z towarzyszami swymi na dwóch małych statkach 
Archangel, płynąc Dźwiną aż do ujścia jej do 
morza białego, gdzie go przeciwne wiatry aż do 
30. wstrzymały. Pomyślny wiatr powstały pozwolił 
im przybić' ztad w kilku dniach do brzegów La- 
ponii, gdzie aż do 12. Lipca pozostać musiano. 
W pięciu dniach stanęli podróżnicy w cieśninie 
Matoschkin-Schar, rozciągającej się od zachodu na 
w schód i dzielącej Nową-Zemlią na dwie części. 
Morze było zupełnie wolne, wiatr bowiem pół- 
nocny zapędził massy lodów w morze białe ; ląd 
zwiedził P. Baer z kilku swymi towarzyszami 
w rozmaitych kierunkach pieszo, ważne pod wzglę- 
dem historyi naturalnej czyniąc spostrzeżenia* 
Życzeniem jego było udać się ztąd na wschód, 
lecz zamysłu tego, massy lodu, tutaj zebrane, do 
skutku przywieśdż nie dozwoliły, 4ff° Sierpnia 
wciągnięto kotwice : mocny wiatr północny pędził 
statki na południe, tak, iż musiano kilka dni 
pozostać w odnodze morza, niemajacej dotąd żadnej 
nazwy; ztąd dostali się podróżnicy do cieśniny 



Digitized by 



Google 



27 



Kostiu-Schar, dalej do odnogi, nicświalowej no- 
szącej imię; 31. Sierpnia opuścili nakoniec Nową- 
Zemlia i trzymając się południowych brzegów 
Laponii, wpłynęli dnia dziesiątego żeglugi do 
Archangelu. 

"Ważne są spostrzeżenia P. Baer pod wzglę- 
dem fizyki i hisloryi naturalnej podczas tej jego 
wyprawy. Przy ujściu Dźwiny znalazł P. Baer 
piękne łąki i liczne drzewa znacznej wysokości; 
na wschodniej stronie morza białego pod 65° 20' 
północnej szerokości zebra! wiele roślin kwitną- 
cych, gdy w częściach lądu, na północny wiatr 
wystawionych, oprócz mchów i trochy rozcho- 
dniku, nic niewidział. Pod 66° 10' półn. szer. 
znalazł P. Baer niezliczone mnóstwo muszli roz- 
maitego kształtu i wielkości ; brzegi morza, na 
100 stóp nad powierzchnią wody wzniesione, 
pokryte były trawą zieloną, podczas, gdy szcze- 
liny skał zmarzłe napełniały śniegi* Z pagórków 
nad morzem widać naokoło, w wszystkich kie- 
runkach, równiny okryte mchem i karłów atemi 
krzaki. Finnowie zowią równiny te Tuntur lub 
Tundra. Gór, o których nam dawniejsi geogra- 
fowie na wschodniej części Laponii wspominali, 
nieznalazt P. Baer wcale: w części zachodniej 
spostrzegł tylko ciągnące się pasmo pagórków, 
do skandynawskich gór należących* Rzeki głó- 
wne biorą tu swój początek z rozległych błot; 
bieg ich wolny, brzegi skaliste. Zwierząt ssą- 
cych bardzo mało; ptastwa, oprócz niektórych 
gatunków wodnego, niewiele; ryb za to mnóstwo, 
mianowicie w wiośnie ; rzeki wszystkie dostar- 
czają mieszkańcom ryb wybornych, które za rum, 
mąkę, herbatę i inne przedmioty w zamian dają* 
Nowa-Zemlia smutny przedstawia widok; 
jest to kraj skalisty, z zachodu otoczony pasmem 
pagórków, tu i owdzie pod wodą ukrytych. 
Wegetacya bardzo nędzna, gdzieniegdzie znaj- 
dziesz tylko mchy i porosty. Najzwyczajniej- 
azem drzewem tutaj jest wierzba: niewyrasta 
ona wyżej jak dwa cale, w grubości pióra, nad 
mech okrywający ziemię. Oddaliwszy mech, 
zobaczysz pod nim ciągnący się korzeń, połączony 
z wielu podobnemi wyrostkami. Dwa inne ga- 
tunki w r ierzby, rosną w południowej części kraju ; 
jeden (Salix reticulata), dochodzący 4 do 5 cali 
wysokości ; drugi (S. Canata) za najwyższe uwa- 
żany drzewo, od 6 do 8 cali wzniosły. Z króle- 
stwa zwierząt mieszkają tutaj tylko szczury gren- 
landzkie w znacznej ilości i lisy, wytępiające 
ptastwo zlatujące się w wiośnie* Z ryb znaj- 
dują się w rzekach łososie, na brzegach morza 
okazują się wieloryby. 

W poszukiwaniach linii śnieżnej, poznał P. 
Baer, że w końcu Lipca w płaszczyznach śniegi 
topnieją ; w miejscach zaś górzystych, lub w do- 
linach, wiatrami w kupy zgromadzone, cały 
rok zostają. Nad brzegami ciaśniny Kostin- 
Schar, znajdują się całe góry z niego usypane; 
przy Matoschkm-Schar stoją naprzeciw siebie 
dwie znaczne*] wysokości góry ; jedna, 3400 stóp 



wysoka, niema na wierzchołku swym śniegu; 
gdy druga, 3100 stóp wysokości, cała prawie 
z śniegu złożona. 

Przeszłego lata wyprawiło ministerstwo fran- 
cuzkie expedycyą do krain północnych, do 
Skandynawii, Laponii i Spitzbergu; należało do 
niej wielu Duńczyków, Szwedów i Norwegczy- 
ków. Rezultatów wszystkich tej wyprawy nie- 
posiadnjąc, udzielamy czytelnikom wyjątku z listu 
Dr* Robert do Rezydenta Rossyi, z Kaafjord 
z 29. Sierpnia 1838. 

„Przybyliśmy 15 8° Lipca i stanęliśmy w por- 
cie Śwearingburgh, odkrytym przez Holendrów, 
którzy wznieśli tu szopy i inne budowle, do 
wytapiania tranu potrzebne; zbudowali nawet 
wieś i chcieli w niej założyć osadę, lecz wszyscy 
jej mieszkańcy pierwszej zimy nieprzetrwah. 
Dziś widzisz szczątki tej siedziby ; na skrzepłych 
lodach spostrzegasz tu i ówdzie ślady ich ognisk, 
pieców, kotłów i innych narzędzi* Rossyanie 
chcieli tu założyć stałe osady, leci gdyśmy wy- 
lądowali, okolicę całą opuszczoną zastaliśmy; 
nawet Hollendrzy, mający zwyczaj zostawać dłu- 
żej dni kilka w ty eh strefach od naszych ziom- 
ków, już byli odpłynęli. Dziwno nam było, iż 
ludzie ci, przyzwyczajeni do zimna i oswojeni 
z niebezpieczeństwami klimatu, powracali juz' 
w epoce, kiedy cieplej było, termometr bowiem 
okazywał 45°. 

Ponieważ port Śwearingburgh zdawał nam. 
się bardzo wystawionym na wiatry północno- 
zachodnie, bardzo zimne w tej szerokości; posta- 
nowiliśmy więc, dopóki morze było żeglowne, 
posuwać się brzegiem wyspy ku północno-wscho- 
dniej stronie, chcąc wynaleść schronienie bardziej 
osłonione. Radość nas przejęła, gdyśmy takow e 
o 2 mile od pierwszego miejsca napotkali* Roz- , 
poznawszy położenie, zarzucano kotwicę o 50 sążni 
na dno kamieniste; grunt był skalisty; nieprzer- 
wane pasmo gór, przepaści i skał, zaległo tę 
krainę, zdającą się na pierwszy rzut oka każ- 
dego przerażać. Kupy lodów i śniegu przedsta- 
wiają się oku w tysiącu najrozmaitszych i naj- 
dziwniejszych kształtów, jaśniejących rażącym 
blaskiem, przy żywych promieniach słońca, pod- 
czas jasnej pogody. Raz wydają się na kształt 
zwierciadeł, odbijających purpurowe promienie 
zachodzącego słońca, to znów przybierają barwę 
niebieską, a niekiedy zdobiąc ai^ w różne kolory 
tęczy, przechodzą blaskiem . najkosztowniejsze 
kamienie; inną zaś rażą, rozlewają na atmosferę 
światło, przewyższając ognie brylantowych dolin, 
w tysiącu noc arabskich opisanych. Poziom lądu 
wznosił się stopniow o aż do podnóża góry ; gdzie 
spostrzegliśmy kilka małych strumieni, spadają- 
cych w doliny. Z trzech stron osłaniały odnogę 
wyniosłe brzegi : • tutaj, pod 78° szerokości pół- 
nocnej, postanowiono przepędzić zimę. Wszędzie 
panowała głęboka cisza. Wysłani ludzie na zwia- 
dy, znaleźli okręt na brzegu, zupełnie lodem po- 
kryty; cokolwiek dalej czółno, zamienione w bryłę 

Digitized by L^OOClC 



28 




Spitzberg. 



lodu i kilka naczyń drewnianych podobnych; 
nareszcie spotkali mieszkanie Rossyan z drzewa, 
na wzór wieśniaczych chałup w Norwegii. Ci, 
oo wybudowali te chaty, nosnęli snem wiecznym : 
dala ich spoczywały pod massami lodu; ostatni 
2 tych ludzi leżał w chacie zlodowaciały. Póź- 
niej dowiedzieliśmy się, iż zmarzło tu 28 majtków 
rossyjskich, ponieważ niemogli byli mieszkania 
swego przeciw naęłym mrozom zabezpieczyć. 
Mieliśmy zamiar mieszkania te od lodów uwol- 
nić i dla nas je urządzić, lecz' niezgodzili się na 
to wszyscy; postanowiono wiec, nowe schronie- 
nia na zimę wybudować; rozbito więc namioty 
w miejscu, gdzie pomarzli Rossmanie trzy krzyże 
byli wznieśli. Pomocnik kapitana miał ciągle 
mieszkać na statku z dostateczna liczbą ludzi, 
potrzebnych do pracy , podczas burzy; ostrożność 
ta była nieodbicie potrzebna, pomimo to, żeśmy 
rzucili 3 kotwice, na głębokości ledwie 12 sążni 
wynoszącej, i w miejscu oddalonćm od brzegu 
na dwa pociski kamienia. 

Schronienia nasze na zimę umyśliliśmy urzą- 
dzić na wzór Kamczadanów. Zaczęto kopać dól 
na 60 stóp długi, 20 szeroki, w głębokości 50 stóp 
dochodzący. Na sześć cali znaleźliśmy ziemię zu- 
pełnie zmarzłą. Kopiąc, napotkaliśmy rozmaite 
pokłady, do osadów wód stojących nader zbli- 
żone. Ziemia roślinna, czyli zwierzchnia warutwa 
grantu, znajdująca się tu w bardzo małej massie, 
składa się z małtfj ilości szczątków roślinnych 
i pomiotów ptasich. Drugi pokład kształciły 
żwiry i kamyki, ruchem wód zaokrąglone; te 
spoczywały na warście gliny, która nie czem in- 
nem jest, jak tylko osadem w wodach utworzonym. 



Dalej znajdował się łupek gliniany, leżący na ka- 
mieniu wapiennym, na którym robotę naszą wstrzy- 
maliśmy. Z wykopanej ziemi usypano foremny 
i prawie okrągły pagórek, dla osłony od wiatrów 
i deszczów; za najwyższą zaś ścianą naszego 
mieszkania, t. i. od morza, kilkaśmy wykopali 
rowów szerokich, z obawy zalewów; albowiem 

najmniejsza zmiana powietrza, mogła stopić wiel- 
i- „__ i^i^^i^ _-j _„• i„^ %mr m j e- 




oświe- 
caliśmy je* lampami, ciepło i światło razem da- 
jącemu 

Uskuteczniwszy z największą trudnością prace 
na lądzie, zebrano wszystko, co można było, 
z okrętu. Podnoszenie się morza, zaledwie stopy 
dochodzące, niewiele nam pomogło w przybliże- 
niu okrętu do lądu ; musiano użyć haków. Lecz 
gdy skupiające się lody w odnodze grozić mu 
zaczęły, musieliśmy podnieść kotwicę i wciągnąć 
okręt pomiędzy dwie ogromne bryły lodu, pewny 
rodzaj wału tworzące. Lody te bardzo grube, 
dna dotykały, którego wkrótce się ujęły; a na- 
stępnie zostawszy odwilżą stopione, działaniem 
mrozu jedną stały się bryłą. Tak więc obawa 
utraty naszego okrętu, zupełnie ustała. 

Zabezpieczywszy wszystko, zajęliśmy się po- 
znaniem wnętrza kraju: było to przedsięwzięcie 
trudne i niebezpieczne, z powodu głuchej i nie- 
przebytej pustyni, gdzie wszędzie massy odwiecz- 
nych lodów i śniegów; powietrze nawet rzadko 
tu bez lodu. Skały szczególniejszy przedsta- 
wiają widok: przed nadejściem burzy, ogniem 
płonąć się zdają, co pochodzi ad blasku promieni 



Digitized by 



Google 



29 




Okrfł w przysłani. 



słonecznych, z połyskiem śniegu połączonych. 
Wierzchołki gór, zawsze prawie obłoki zakry- 
wają, tak, iz szczytów ich dojrzeć nie możesz. 
Niektóre skały zdaję się być z jednego kamienia, 
stercząc jakby szczątki gmachów zniszczonych; 
inne składają się z kilku bryl ogromnyoh, a po- 
wierzchnia ich przedstawia mieszaninę różno- 
barwną, na pierwszy rzut oka do marmuru po- 
dobną. Na stronach skał, ku południu zwróconych, 
rosną trawy, mchy i inne zioła, tej strefie wła- 
ściwe ; gdy tymczasem na pochyłościach, na wschód 
i północ wystawionych, dla ciągłych zimnych 
wiatrów, życie roślinne rozwinąć się niemoże. 
Do połowy Maja cała okolica jest jeszcze lodem 
pokryta, w środku lipek rośliny już kwitną. Zie- 
mia winna swą żyzność gnojom ptaków, gnież- 
dżących się w tych miejscach. Zasiałem kilka 
gatunków zboża, lecz żadne nie zeszło, prócz 
drobnej trawki sałatnej, kilka tylko listków 
wypuszczającej. 

Na wyprawach naszych zabraliśmy znajomość 
z Lapończykami. Litowaliśmy się nad ich bie- 
dnem życiem, lecz nie zgodzę się nigdy na te 
relacye podróżników, którzy nam ich wystawiali 
jako niczem innem, jak tylko postacią, różnią- 
cych się od zwierząt. Pomiędzy Nomadami, w bli- 
skości Tornei, napotkaliśmy wielu uprzejmych i 
Eotowych do przysługi bliźniemu; mianowicie 
obiety okazywały się gościnnemi i s taran nemi 
o swe dzieci, które, poobwijane troskliwie w skóry 
renów i inne futra, do piersi przywiązane nosiły. 
Podeszłe w wieku niewiasty lubią tytuń i trunki 
mocne, dzieci pożerają z chciwością tłuszcz i 
wszystko, co tylko im podasz. Jutro mamy za- 
miar poznać Laponią bliżej, albowiem, podług 
udzielonych nam instrukcyj, o wszystkiem do- 



kładną mamy zdać sprawę, i tak daleko się 
udać na północ, jak tylko będzie można.". 



Tomasz Morus. 

(Dokończenie.) 

W krótkich chwilach odetchnienia po licz- 
nych i mozolnych zatrudnieniach urzędu kanc- 
lerskiego, oddawał sie Morus naukom, mianowicie 
zaś, tak zwyczajnej owym wiekom polemice 
religijnej. Jego walki z różnowieroami, jednały 
mu miłość duchowieństwa, ale niepodobały się 
królowi, który powaśniwszy się z Papieżem, za- 
czął umysł swój skłaniać ku reformacji. Nie- 
chęć ta króla rosła, a Morus chcąc uniknąć 
całego wybuchu gniewu monarchy, który bez 
braku przyjaciół swoich, kochanki- i nieprzyja- 
ciół na rusztowanie posyłał, złożył pieczęć wielką. 
Tymczasem król ożenił się z Anną Boleyn i 
ogłosił się głową kościoła angielskiego. Do 
ludzi, którzy tych kroków Henryka VIII. nie- 
poch walali, należał Morus. Henryk szukał przeto 
wszelkich pozorów występku w życiu wielkiego 
męża, aby go zgubić. Najczarniejsze potwarze, 
najbłachsze zarzuty były mn czynione; sędzio- 
wie uznali atoli niewinność jego* Zguba atoli 
jego, na chwilę tylko odwleczoną została; gdy 
bowiem wzbraniał się złożyć przysięgi królowi, 
jako głowie kościoła, skazany został na wieczne 
więzienie i natychmiast przeprowadzony do To- 
wer. Th używano wszelkich sposob4w, aby go 
nakłonić do przysięgi; a gdy stałość jego niczem 
pokonaną być nie mogła, odjęto mu wszelkie 
dozwolone dotąd wwiezieniu wygody i pociechy, 
i zaczęto się z nim obchodzić jak najsurowiej ; 
nareszcie skazano go na śmierć. Treść wyroku 



igitizec 



Google 



30 



była następująca: „Morus przez cale miasto Lon- 
dyn aż do Tyburn ciągniony będzie na taczkach; 
przybywszy na miejsce exekucyi, powieszony 
zostanie aź do pól śmierci, poczem za życia ma 
być ćwiertowany, a po wydarciu szlachetnych 
części i spaleniu wnętrzności, ćwierci ciała jego 
będą wystawione na czterech bramach starego 
miasta, głowa zaś na moście londyńskim," Hen- 
ryk złagodził karę, zmieniając ją na ścięcie głowy : 
„]\ T iech Bóg uchowa mych przyjaciół od litości 
króla," rzekł Morus, „a wszystkich mych po- 
tomków od jego przebaczenia." 

Gdy dzień exekucyi nadszedł, oddany został 
o godzinie 9 szeryfowi przez dozorcę zamku 
Tower i udał się na miejsce kary. Broda mu 
długa wyrosła, twarz jego była blada i wy- 
chudła; trzymał w ręku krzyż czerwony i często 
wznosił oczy ku niebu. Jedna jjoczciwa nie- 
wiasta podawała mu szklankę wina, lecz jej 
nie przyjął, mówiąc, iż Chrystus nie pił przed 
skonaniem wina, lecz żólc z octem. Dwie 
niecne białogłowy, jak domyślano się, ^odmó- 
wione, aby zniszczyć wrażenie szlachetnej jego 
śmierci, zatrzymały go w pochodzie. Jedna do- 
magała się zwrotu pewnych książek, które mu 
dała do schowania, gdy był lordem-kanclerzem; 
druga użalała się na wyrok niesprawiedliwy, 
niegdyś przezeń wydany. Pierwszej, łagodnie 
odpowiedział, iż król uwolnił go od wszelkich 
kłopotów o książki, papiery i inne rzeczy tego 
rodzaju; drugiej, iż przypomina sobie jej spra- 
WP) i gdyby przyszło mu znown ją sądzić, 
swego wyroku nie zmieniłby. Potrzeci raz go 
zatrzymał, lecz bez żadnego złego zamiaru, 
pewien człowiek z Winchester, którego niegdyś 
Morus odwiódł od rozpaczy. Teraz zaś prze- 
bywszy do Londynu, zaszedł mu drogę^ i prosił 
go, aby w swych modłach nie zapomniał o nim, 
powiadając, iż znowu go rozpacz ogarnęła. 
„Idź", rzekł Morus, „i proś za mnie; ja się za 
ciebie będę modlił z całego serca/ 4 

Przyszedłszy przed rusztowanie, które tak 
słabo było złożone, iż się chwiało, rzekł Morus 
do dozorcy więzienia: „proszę cię, staraj się; 
abym mógł wejśdź bezpiecznie, zejdę zaś jak 
■u się uda." Kiedy począł mówić do ludu, 
szeryf mu przerwał; przestał więc na tern, iż 
prosił tylko, aby zgromadzeni modlili się za 
nie*o i wszyscy byli świadkami, iż umiera jako 
wierny sługa Boga i króla. Potem uklęknąwszy, 
x wielkiem zebraniem ducha odmówił psalm: 
miserere. Oprawca prosił go o przebaczenie, 
Morus go uściskał i rzekł: „Ty mi wyświad- 
czysz przysługę, jakiejbym od nikogo nie mógł 
odebrać: 'miałżebym brać za złe, iż wykony- 
wasz swą powinność ? Szyja moja kratka, strzeż 
sio, abyś nietrafnie nie uderzył, i honor swój 
utrzymaj." Oprawca chciał mu oczy zawiązać. 
„Sam to zrobię", powiedział, i nakrył się chu- 
- stką, którą na to z sobą przyniósł. W owcza* 
położył swą głowę na pniu, rozkazując oprawcy 



zaczekać, aż uchyli swą brodę, która nigdy się 
zbrodni nie dopuściła. Te były ostatnie jego 
słowa. Oprawca za jednym ciosem odciął głowę 
od tułowu. Tak skończył życie jeden z naj- 
cnotliwszych i najuczeńszych ludzi swego wieku. 



Karol Wyrwicz. 

Czytelnikom pisma naszego znane już sa 
z poprzednich numerów sławne obiady czwart- 
kowe Stanisława Augusta. Rycina niniejsza wy- 
obraża jednego z uczestników tych uczonych uczt: 
jestto xiądz Karol Wyrwicz. Urodził on się 
roku 1717 w księstwie żmudzkiem. Pierwsze 
nauk początki odebrał w szkołach jezuickich, a 
wstąpiwszy w 17. roku życia do tego zgroma- 
dzenia i zbogaciwszy umysł swój rozmaite mi 
naukami i wiadomościami, odbywał później w róż- 
nych kollegiach jezuickich obowiązki professora 
publicznego. Chęć zwiedzenia obcych krajów, 
skłoniła go, po kilkuletniej mozolnej pracy w szko- 
łach publicznych, do przyjęcia mozolniejszych 
jeszcze, a daleko nie wdzięczniejszy eh obowiąz- 
ków nauczyciela prywatnego przy młodym Jó- 
zefie Hilzeme, później wojewodzie mścisławskim, 
z którym podróż do Francji, Niemczech, Belgii 
i Włoch odprawił. Byłoto w czasie, w któ- 
rym nieśmiertelnej pamięci Konarski wielką a 
tak zbawienną dla kraju reformę w szkołach 
pijarskich zaprowadził. Tym krokiem rywali- 
zującego z sobą zgromadzenia pobudzeni Jezuici, 
raczyli także myśleć o reformie szkół swoich, 
ale zbywało im na zdatnych, z nowszym trybem 
szkolnym zagranicą obznajmionych nauczycielach. 
Polecili tedy Wyrwiczow i, aby celniejsze zakłady 
naukowe za granicą zwiedzi?, urządzenie ich pil- 
nie roztrząsnął, i metody i sposooy wykładania 
w nich nauk poznał, a to dla stawienia w tym 
względzie w Polsce czoła Pijarom. Wyrwicz 
wypełnił najściślej polecenie swoich przełożonych 
którzy go za powrotem do kraju wynieśli na urząd 
rektora jezuickiego Collegium nobilium w War- 
szawie. Wyrwicz rządząc tym domem, oswobo- 
dził go swoją dobrą ekonomiką z długów, które 
do kilkudziesiąt tysięcy złotych wynosiły, za- 
prowadził nowy, prawdziwie użyteczny plan wy- 
chowania i zaopatrzył instytut w zdatnych nau- 
czycieli, których po części sam dopiero musiał 
kształcić, po części te'ż szukać w rozpierzchnio- 
nych po całej Litwie i koronie kollegiach. Je K o 
mezmordowanem staraniem zakwitły konwikt 
jezuicki warszawski, nie mógł w krotce objąć liczby 
młodzieży, która się do niego ze wszystkich stron 
Polski chciwie cisnęła; zaczął tedy myśleć o roz- 
przestrzenienin go, do czego i Stanisław August 
rękę swą podawał, gdy bulla papiezka zakon 
Jezuitów^ zniosła. Po zniesieniu Jezuitów w Polsce 
szkoły ich lat jeszcze kilka utrzymano. Wyr- 
wicz zostawał rządzcą swojej aż do roku 17*76. 
Dawszy poprzednio dowody liczne głębokiej 



Digitized by 



Google 



31 



nauki swojej, zyskał powszechny szacunek, a król 
nagradzając jego zasługi w nauczycielskim i 
literackim zawodzie, kazał wybić dla niego me- 
dal, wyobrażający po jednej stronie popiersie jegą 
z napisem : Carolus Wyrwicz^ rcclor collcgii no- 
bilium Varsaviensis sociefatis Jesu ; po drugiej : 
J u vi 11 1 u lis insiihttione scriptisqne de Patria et 
lit er U benc merenłi Stanislaus August us Rear 
MDCCLXXII. (Wychowaniem młodzieży i 
pismami wielce w ojczyźnie zasłużonemu, Stani- 
sław .August król (1772). Prócz tego opatrzył 
go Stanisław August chlebem duchownym, zro- 
biwszy go opatem hebdowskim. Nieszczęścia 
krajowe, własne straty i nareszcie wiek już do- 
syć podeszły, sprowadziły śmierć jego roku 1793 
w 76. roku życia. 

Wyrwicz był jednym z najuczeńszych ludzi 
za panowania Stanisława Augusta; w 7 pracy zaś 
i pilności mało sobie miał równych. Wydał 
w języku francuzkim, w którym był bardzo bie- 
głym, (przymiot naówczas niezmiernie potrzebny 
dla rzadcy Collegium nobilium) krótki rys hi- 
fitoryi powszechnej, pod tytułem: Abrege de 
Vhistoire unwerselle, 2 tomy; w polskim: /eo- 
grafia czasów teraźniejszych, tom I. (Tom II. 
mający zawierać obszerny opis Polski, nigdy z druku 
nie wyszedł, dla tego, jak mówię, że sie nie 
podobał posłowi pewnego zagranicznego mocar- 
stwa); Jeograjią powszechną; Historyą Ludu 
Bożego, i Miele innych prac zostawił, częścią 
drukowanych, częścią też w rękopis mach. 

Stanisław August lubił niezmiernie Wyrwicza 
i w początkach swego panowania wysłaf go do 
Wiednia, w zamiarze negocyowania sekretnie o 
małżeństwo z arcy księżniczką domu austryackiego. 
Najpierwsze w kraju osoby zaszczycały go swoją 
przyjaźnią; jemu wszakże najmilszym był dom 
Hilzenowej, wojewodziny mińskiej, i jej familii, 
gdzie po pracach miłe znajdował wytchnienie. 
Mógł wysokiego dostąpić znaczenia, albowiem po 
śmierci kanclerza Młodziejowskiego, Stanisław 
August chciał go wynieść na podkanclerstwo, 
ale nigdy się za dostojeństwami nie ubiegał. 
Więcej pociągu dlań miały pieniądze, które atoli 
godziwym sposobem i dobrą, można mówić, zbyt 
ścisła ekonomiką, zbierał i na banku Tepera i 
innych składał, a straciwszy je z bankructwem 
tych banków, cios ten dotkliwie iicjcuŁ Pamię- 
tną jest odpowiedź, którą dał żalącemu się nad 
swojem ztąd nieszczęściem Wyrwiczowi X. Łu- 
akina, dawny jego kollega i przyjaciel, znajomy 
czytelnikom redaktor niegdyś jednej z gazet 
warszawskich, który podobnej podpadł stracie: 
„Mój miły bracie", — rzecze mu, — „nie my, 
lecz nasi niech się o to troszczą sukcessorowie." 
Ale nie same tylko pieniądze zbierał Wyrwicz, 
zgromadził on także bardzo znaczny zbiór wy- 
bornych książek, które na kilka lat przed śmier- 
cią sprzedał jenerałowi Ignacemu Działyńskiemu. 
W obcowaniu z ludźmi był Wyrwicz prosty 
i otwarty: miał nawet pewną szorstkość, która 



jednak bynajmniej. od niego nie odrażała, bo czło- 
wiek całe życie w księgach zatopiony, nie mógł 
nabyć salonowej grzeczności, którą się szczycą 
ludzie tak nazwanego wielkiego świata. Dow- 
cip miał niepospolity, czego częste dawał do- 
wody na uczonych obiadach u Stanisława Augusta, 
gdzie nieraz zaczepiany od Naruszewicza i in- 
nych, odcinał się żywo i za wyrwicza odpłacał 
naruszewiczowną. W podeszłym wieku stał się 
małomównym, a po dolegliwej dla siebie stracie 
majątku, posępnym. Pamięć niezmiernie szczę- 
śliwą zachował do samej śmierci. Za jej po- 
mocą i przy bardzo zdrowym rozsądku, posiadał 
nadzwyczaj wiele wiadomości i mógł być nazy- 
wanym encyklopedyą chodzącą, ale encyklopedra 
porządnie i gruntownie ułożoną. Dobrego smaku 
w literaturze nie miał wiele, a wymowa kościelna 
była mu obcym zupełnie przymiotem, jakto oka- 
zuje kilka mów pogrzebowych, po nim pozostałych. 



Wyjątek z wiersza do muzyki, 

napisany w imionniku P. Maryi Szymanowskiej 

w roku 1827. 

Witaj dane ! którego czarująca władza, 
Czuciom użycza* mocy, a myśli niezdradza. 
Ledwie się słyszeć dadzą twe ur oczne brzmienia, 
Cisną się niewystępne łzy, radość, westchnienia. 
Milczenie jest twym hołdem. — Godłem wieniec sławy, 
Ozwiesz się, drżę i słucham, lecz drżę nie z obawy. 
Milczysz, — a ja dumając nad mym stanem jeszcze, 
Urokiem znikłych dźwięków zmysły moje pieszczę, 
Unoś — rozrzewniaj — łagodź — a mocą ułudy 
Podbij świat — panuj czasom — i pocieszaj ludy! 



Wiersz do autora ziemianstwa, 

napisany na morzu, wśród burzy, w chwili 
czytania jego dzieła. 

Wpośród szumu bałwanów, na morskiej głębinie, 
Wznosimy twoje zdrowie, wieszczu ziemianinie, 
Coś uczcił taką pieśnią wśi obywateli, 

Jakiej królowie nie mieli. 
Coś tyle kwiatów wywiódł z polskiej roli łona, 
Ile w pięknej Auzonii boski flet Marona; 
Riedyz uwitym wieńcem, wśród ojczystej niwy, 

Ozdobieni twój włos sędziwy? 
W milczeniu wznieśmy zdrowie — bo ziemia nie bliska; 
Bo zginiem — juz Ocean z zazdrości się ci»ka, 
Ze on starszy od ziemi, a jemu się jeszcze 

Takie niezrodziły wieszcze. 



Digitized by 



Google 



32 







X. Kartl Wyrwicz. 



Wjjąłek 



z poemat* niewy danego: Stefa* Czarniecki* 

Inwokacym % pieśni Mnej. 



Ty, któryś wybranego p emiędzy prorok! 

Eliasza, w ognistym wozie wgniótł w obłoki, 

Panie wieczny! spnśó na mnie promień ognia a- nieba. 

By śpiewaó twoje enda, nowyek cudów trzeba. 

Niecb mnie twa ręka weaprae — i pieśni ośmieli, 

Zawrze ogniem pierś wieszcza, cboć śron skronie bieli. 

I Ty traeeia osobo! trójczej tajemnicy, 

Która postać przybrałaś śnieżnej gołębicy, 

Dncbn najświętszy ! spuść się z niebieskich obłoków, 

Otwórz przedemną zięgę odwiecznyck wyroków, 



"Wiem a daiejów świata* jakie padły na nas ciosy. 

Gdy gnębionej lndzkości głos przebił niebiosy, 

I na sagładę naszą, jnł szale przemagał. 

Wiem, kto bóstwo rozgniewał — objaw — kto przebłagał. 

O Ty, której przy Ojca przedwiecznego tronie 

Xif zyc u stóp przyświeca, gwiazdy wieńczą skronie, 

Królowo niebios 1 niemi najczystsza dziewico! 

Go cię Bóg syn zna matką, Duch oblubienicą; 

Acb ! twoja to wszechwładna zjednała przyczyna, 

Bo czegóż prośby matki, nie sprawią n syna* 

Niech więc naprzód twa chwała zabrzmi w moim rymie 

Niech ołtarze, świątynie, sławią Twoje imię, 

▲z po ten dzień ostatni, gdy trąba anioła, 

Przed sąd straszny, ciemięzców lndzkości powoła. 



U Ernesta Gunthera w Lesznie dostać moźoa dzieła następującego: 

Pomysły do filozofii dziejów rodzaju ludzkiego, 

pnes Herdera, 

nrzeiozyi z niemieckiego z dodatkiem przedmowy i opisu życia autora, Józef By chow ca, kapitan. 
' ^ 3 tomy. WUno 1838. Tal. 9, czyli złtp, 54. * r- 

Nakładem i drukiem Ernesta Gunthera w Lesznie. (Będ. J. Łukmn*wię».) 

Digitized by VjOOC IC 




Ludu. 



Kok szósty. 



No. 5. 



Lenno, 
dnia 3. Sierpnia 1839. 




Jóeef Peszka. 



Do najcelniejszych współczesnych nam ma- 
larzy polskich, należał niezaprzeczenie Józef 
Peszka. Zebrawszy więc wiadomości dotyczące 
życia i prac tego męża, dla zachowania od za- 
głady, pospieszamy z udzieleniem ich w niniej- 
szem piśmie lubownikom pamiątek ojczystej 
szkoły malarstwa. Józef Peszka urodził się 
w Krakowie 19. Lutego 1767 r. z Piotra i Sa- 
biny Peszków, mieszczan krakowskich. Okazu- 
jąc od dzieciństwa talent do rysunków, przez 
rodziców oddany był ze szkół do Dominika 
Estreichera, malarza i nauczyciela publicznego 



rysunków w Krakowie. Nieuszedt oka Hugona 
Kołłątaja talent młodego Peszki. Zachęcony 
przez mego, udał sie wcześnie do Warszawy, 
i tam przez lat kilka pod okiem Franciszka 
Szmuglewicza pracował, i wkrótce do tak wy- 
sokiego stopnia w sztuce malarskiej postąpił, iż 
już w czasie czteroletniego sejmu, malowaniem 
potretów wziętość sobie zjednać zdołał. Kiedy 
Szmuglewicz na professora malarstwa przy uni- 
wersytecie wileńskim powołanym został, nieod- 
stępny jego towarzysz, Peszka, porzucił War- 
szawę, i razem z swym nauczycielem do Wilna 



Digitized by 



Google 



34 



się udał. Ztąd robit Peszka wycieczki do 
Petersburga, Witepska, Mochilewa, Mińska, i 
bawił w wielu domach zamożnych gubernij 
litewskich i rossyjskich , bo jego talent i słod- 
ki charakter, wszędzie mu przystęp jednały. 
W roku 1807 za namowa brata swego, rektora 
Missyonarzy w Moskwie, ^ zjechał do tej stolicy, 
gdzie lat cztery przepędził. W epoce tej Józef 
Peszka nie samemi tylko trudnił się portretami; 
zostawił i obrazy historyczne własnej kompo- 
zycyi. W Petersburgu, dokąd z Szmuglewiczem 
był wezwany, w pałacu cesarza Pawła znaj- 
duję się prace ręki jego. W roku 1809, oka- 
zawszy dzieła sw r ego pomysłu, uzyskał od Uni- 
wersytetu wileńskiego stopień magistra sztuk 
pięknych. Pamiętna wyprawa wojenna w r. 1812, 
zniewoliła Peszkę do opuszczenia Moskwy, i 
w roku 1813, po trzydziestu latach nieobecności, 
powrócił do rodzinnego miasta Krakowa, gdzie 
mile przyjęty, w roku 1817 przez kommissarzy 
pełnomocnych do organizowania miasta Krakowa 
i jego okręgu, przez trzy najjaśniejsze dwory 
delegowanych, professorem publicznym malar- 
stwa i rysunków przy uniwersytecie Jagielloń- 
skim mianow r any został. Na tej posadzie Peszka 
oddany ciągłej pracy i dla uczniów swych 
wylany, zostaw r ał aż do dn. 4. Września 1831 r., 
w którym w 64. roku wieku swego życie na cho- 
lerę zakończył. Pozostawi! wdowę i jedyną 
córkę. Śmierć Peszki pogrążyła w nieutulonym 
żalu uczniów i przyjaciół, bo dla pierwszych 
był prawdziwym oicem, drugich szlachetne jego 
przymioty przyjaźń mu stałą jednały. Wszy- 
stkie chwile wolne od pracy, poświęcał Peszka 
własnemu kształceniu się czytaniem historycz- 
nych książejk, a mianowicie dziejów ojczystych 
dotyczących. Dla tego nieobce mu były i da- 
wne kroniki polskich pisarzy. To zamiłowanie 
w rzeczach ojczystych, było źródłem wielu prac 
jego, które po sobie zostawił. Oprócz bowiem 
portretów, obrazów familijnych, religijnych i 
widoków r aquarellą z natury w Polsce i Kossyi 
robionych, zostawił Peszka kilkanaście dużych 
obrazów, wystawiających zdarzenia polskie, jako 
to: zwycięztwo Sobieskiego pod Wiedniem, 
przyjęcie królowej Jadwigi przez posłów 7 na 
granicy węgierskiej, Małgorzata Zębocińska, 
zdrada Zbigniewa, Władysław Jagiełło i po- 
słowie krzyżaccy, Stefan Czarniecki, oblężony 
w Krakowie i t. p., jak niemniej sześćdziesiąt 
kilka z dziejów 7 polskich pomysłów 7 , wykończo- 
nych tuszem na papierze, i zbiór strojów 7 i uzbro- 
jeń dawnych Słowian i Polaków, zebranych 
z starożytnych pomników, lub z opisów dawnych 
pisarzy, przez Peszkę w szkicach rzuconych. 
Ostatnie dwa zbiory świeżo nabyte zostały przez 
znanego miłośnika sztuk pięknyćłi, W. Gwalberta 
Pawlikowskiego. Niektóre obrazy olejne są 
jeszcze do nabycia w Krakowie* Wizerunek 
Józefa Peszki zdjęty jest z obrazu familijnego, 
przez niego samego malowanego* fF.K. 



Bołdy *) 

na Sokołowem w Polanicy.. 

Przedgórza Karpatów stryjskich wybiegają 
nierzadko w 7 mury ogromnych jednostajnych skał, 
które najczęściej od gór podnóża wysoko nad 
ich wierzchołki się wznoszą. Zdobią one oso- 
bliwszym sposobem wybrzeża Stryju, Oporu i 
Brieżki, i są jakby wystawy i godła, wywie- 
szone od przyrody, dla uprzedzenia przechodnia, 
w jakie królestwo wstępuje. Przechodząc przed 
kilką laty z Sinowódzka do Urycza, ujrzałem 
za Kruszelnicą rzędy ogromnych zabudowań, 
którym dla spóźnionej dnia pory dokładnie przy- 
patrzyć się niemó^łem. Poznawałem z daleka 
korynckie słupy z ich nagłówkami, wysokie pię- 
tra i krużganki ubielone księżyca promieńmi i 
gęsto łamiącym się cieniem przecięte. Śledziłem 
w różnych kierunkach ciągnące się ulice ; nie- 
małym tylko było mi dziwem, że ani w oknach 
światła upatrzyć, ani z ulic wrzawy, ba i naj- 
mniejszego gwaru dosłyszeć niemógłem. Wy- 
obraźnia moja przylgnęła mocno ku temu, jak- 
by zaklętemu miastu, do którego w spiesznym 
moim pochodzie zboczyć, było mi rzeczą nie- 
podobną. Wracając dopiero z Urycza przez 
Podhorodzie, miałem czas i sposobność przepa- 
trzyć się z bliska i po dniu białym tej okolicy, 
a w miejsce gmachów i słupów korynckich, uj- 
rzałem pasma skał nagich, ciągnące się z za- 
chodu ku wschodowi, jakby kołowaniem ziemi 
wyrzucone, rozmaitej postaci i składu, najczę- 
ściej wydrążone i kończące się w wysokie ostro- 
słupy, nad któremi się mnóstwo orłów kołysało. 
Pojedyncze takowe skały napotykałem po lasach 
w całej mojej wędrówce ku Beskidowi, naj- 
więcej zaś i najosobliwsze w okolicach Skolego. 
Położenie ich zwyczajne ku pochyłości gór, wy- 
jaśnia ich początek. Sąto pospolicie jądra gor, 
którym spłukiwana z wierzchu ziemia w 7 okropną 
wielkość rość dozwoliła, a przyrodzona mięk- 
kość kamienia oddała burzy i piorunowi rząd 
ich postaci. Pełno w nich bądź przypadkowych, 
bądź umyślnych, z niemałą pracą dokonanych 
wydrążeń, a te ostatnie zasługują na szczegól- 
niejszą uwagę. — Lud w różnych stronach na- 
zywa różnie takowe skały. Berdy, bołdy. 
Chełmy, niekiedy uszczołby, są to słyszane do- 
tąd miejscowe ich miana. Najznakomitsze z tych, 
które oglądałem, tak przez swój skład oso- 
bliwszy, jako i znajdujące się w nich wydrą, 
żenią są te, których szczegółowemu opisowi tych 
parę stronnic święcę, zatrzymując w ich opisie 
właściwą, w ustach okolicznego ludu żyjącą ich 
nazwę : Bołdy. 

Na obszernej dolinie, ciągnącej się od Kar- 
patów ku Bolechowu, którą jedna z piękniej- 
szych rzek górskich, Brieżka, przerzyna, leży 

*) Bołd 9 snaciy masie, skat; podobnie }ak boldur 
eznaeia w powiało wszesyiaie skąpioną chmar asassę. 



Digitized by 



Google 



35 



Mieś Polanica. Grunta jej w górzystej stronie 
północnej, zwane sokołowe, stykają się z grun- 
tami fiubniska i Truchanowa. Ta część naje- 
żona jest mnóstwem bołdów, z których wyższe 
w dniu pogodnym o mil parę z równiny oole- 
chowskiej, lub okolic truchanowskich, ujrzeć 
można. Zbliżając się ku nim od strony połu- 
dniowej przez wysoka połomicę, borem okrytą, 
wychodzi się na niewielką polanę. Na raz 
odsłania się tu przed okiem okrągły góry wierz- 
chołek, w Koło wiekowemi bukami obrosły, mie- 
niący się barwami gęstolistej swej szaty, którą 
wiatr z szelestem w 7 rozmaite fałdy układa, a 
w ich środku, jakby jedno olbrzymie buczysko, 
w przedpotopowej przyrodzie wybujałe, liści i 
konarów pozbawione, i płową mchu szatą oku- 
lane, wznosi jeden z najwyższych bołdów spo- 
kojnie surowe swoje oblicze. O kilkaset kro- 
ków odkrywa sic cała ich gromada, tak jak 
ją załączona rycina, na miejscu przez naszego 
ziomka rysowana, przedstawia. 

Skład ich ogólny ma postać warowni, prze- 
ciw zniszczeniom czasu umocnionej, najeżonej 
gęstemi wieżami i w olbrzymich rozmiarach. 
Dwie ściany skał, szczelnie się z sobą wiążą- 
cych, 50. do 60. kroków długich, zamykają kąt 
prosty; mocny nasyp, czyli wał, od południa i 
wschodu, równolegle do ścian usypany, w któ- 
rym ostatki muru widzieć się dają, oraz otacza- 
jąca je fosła, tworzy z powyższemi skałami nie- 
foremny czworobok. W równych odstępach, ze 
ścisłem niemal odliczeniem kroków, wznoszą się 
na rogu wschodnio-południowym i południowo- 
zachodnim, pojedyncze, w postaci głowy cukru, 
na kilkaset stóp wysokie kamienie, tworząc na- 
rożniki tej przyrodzonej warowni. Dwa inne 
tejże postaci, nieco nawet wyższe, zajęły w dal- 
szym trąche odstępie cóg* północno - zachodni ; 
stoją one obok siebie, a wierzch jednego z nich, 
wyobraża ogromną twarz człowieczą. Ściana 
skat od zachodu ma następujące wydrążenia, 
odznaczone dość wyraźnie na przyłączonej tu 
rycinie. Pierwsze, jest długa izba foremnie 
wykuta, bez okien. Dwie kamienne przyspy 
ciągną się w dłuż ścian. Po nadłamanej ku ich 
środkowi krawędzi można poznać, że pierwotne 
nieforemne wydrążenie, poprzedziło wykucie, 
które dziś oglądamy. Uwagi godna jest dość 
wysoka niżą nadedrzwiami, jakby do Wysta- 
wiania posągów zrobiona. Znajdujące się nad 
nią zakrojenie skały, zdają się świadczyć, o przy- 
tyka jącem niegdy do niej pokryciu, celem za- 
bezpieczenia tych wystaw od słoty. Nieco dalej 
ku środkowi, na spojeniu dwóch skał, jest wy- 
drążenie, ciągnące się przez całą ich wysokość, 
u wierzchu otwarte, i zdaje się być od deszczn 
wypłukane; po lewej stronie widać kamienną 
przyspę, jak i w poprzedniczem. Następuje izba 
czworogranna, której trzy ściany w skale wy- 
kute, czwarta zaś ■ od wschodn domurowana. 
Kawał pobielonego muru pozostał jeszcze z tej 



ściany. Obok niej jest jeszcze jedna izba, tym 
sposobem, jak pierwsza wykuta, lecz mniejsza 
nieco. Nareszcie w chodzi się za pomocą wscho- 
dów, umyślnie na to przyrządzonych, do dużej 
izby na pierwszem piętrze. Uderza w niej oso- 
bliwie czworogranne w jej posadzce wykucie, 
mające postać głębokiej studni, wysoko piaskiem 
i kamieniami zasypanej. Z tej izby ciągnie się 
sklepiony wychód na skałę; w sklepieniu jego 
widać między łupanym kamieniem kawałki cegły. 
Prócz tych wydrążeń, jest jeszcze w ścianie pół- 
nocnej jaskinia, jakby gwałtownym wpływem 
wody zdziałana, a w niej na lewo niza ogro- 
mna, podmurowana od spodu. Większa część 
wydrążeń zakopcona jest dymem i mchem obrosła. 
Ze środka tego zamczyska prowadzą głęboko 
kowane schody w różnych kierunkach po całej 
skał powierzchni, aż do najwyższego ich szczytu. 
Są one mocno wydeptane. Na samym wierz- 
chołku skały, z którego na promień kilkunastu 
mil w około zajrzeć można, jest otwór wielkości 
kociołka piaskiem uścielony, kolebka i przy- 
tułek nie jednego z tych ptaków królewskich, 
co swoim tu pobytem nazwę temu miejscu na- 
dały. Taki jest stan obecny tych bołdów. 
Chcąc z dostrzeżonych dziś znamion wyrzec coś 
pewniejszego o ich przeszłości, potrzeba uwa- 
żać kolej, jakiej wszystkie rzeczy podlegają. 
Cząstkowe osuwanie się ziemi, wystawiało je 
coraz bardziej na ciosy burzy i ludu, gnieżdżą- 
cego się w ich okolicy. Do przyrodzonych lub 
Przypadkowych klęsłości, przybywały ręką ludz- 
ą zrządzone, które ze zmianą potrzeb czasu 
mnożyły się lub przeinaczały. Wiek za wie- 
kiem dotłaczał tu swoje piętna, a stan ich dzi- 
siejszy przedstawia nam prze wyżkę sił, które 
tylu 




Pierwszym jest okres tułaczego, powiększej części 
pasterskiego życia czerwonych Chrobatów. Od- 
znacza on sie zamiłowaniem i czcią przyrody, 
czyli wielobóstwem. Okres ten przeciąga się 
aż do ostatnich czasów bałwochwalstwa, i koń- 
czy się z jego upadkiem. Można twierdzić 
z niejaką pewnością, że za czasów tych przy- 
rodochwalców, miejsce tyle odszczególniające się 
w całej okolicy, było Bugajem, czyli miejscem 
świętem, do którego w dniach zwyczajnych su- 
rowo zabroniony był przystęp wszystkim, prócz 
kapłanów. Większa część wydrążeń należy do 
owych kamiennych, że tak rzekę, wieków, z Któ- 
rych wykopywane toporki lub naczynia kamienne, 
tyle nas swojem misterstwem zadziwiają. Sa 
one właściwe wiekom i ludziom, którym kruszec 
za mało jeszcze był znany. Wtedy to wzno- 
siły się tu posągi Peruna i Łady, i nigdzie 
uroczyściej nieprzemawiał bóg grzmiący, jak 
w kamiennym tych skał oddźwięku. Same na- 
wet ich wierzchoły, tak zgrabnie twarze udające, 
mogły, za dołożeniem jakiembądż ręki, przedsta- 



Digitized by 



Google _ 




Tiij^w sc&izkr rs- ■/' 



■Sm 



Bołdjj na Sokołowem w Polanicy. 



wiać bogów w r całej ich wielmożności. Stado 
krocnlców rozweselało gaj święty, a szerokie 
do kola płyty kurzyły się żertwami ku czci 
bogów. Ilekroć spojrzałem na leżące niedaleko 
ztad truchanowskie płyty, zdawało mi się, że 
to o nich słyszę głos Czestmira: 

Dosiądź rumaka, niech wiatronogi 
Skokiem jelenia knieje prsebiezy; 
Jest tam w dąbrowie skala n drogi, 
Bogów siedziba, ty na jej szczycie 
Hojnym obie tern uraczysz bogi 
Za wybawienie, za życie.... 

W zebraniu szczególnych nazw osad i 
miejsc okolicznych, jakiemi sa : Pobog, Caryny, 
Sokołowo i t. p., możnaby znaleść dowód po- 
wyższego twierdzenia. Wyparte wreszcie i prze- 
śladowane wielobóstwo, mogło się w miejscu tak 
mało dostępnem do najpóźniejszych przechowy- 
wać czasów. W drugim okresie napady i pu- 
stoszenia Tatarów zrobiły to miejsce dla oko- 
licznego ludu warownię, i do tego to okresu 
odniósłbym okopy, mury i fossę, o których wy- 
żej namieniłem. Ku siedzeniu poruszeń nie- 
przyjacielskich, bardzo były nagodne wiodące 
pod wierzchołek schody, i w ówczasto znaczny 
one otrzymały przyrost. Wreszcie, z ustaniem 
napadów tatarskich i wzrastająca bezsilnością 
rządu, służyło to miejsce za przytułek nie jednej 
zgrai łotrów, która prócz zakopconej tu i ów- 
dzie kryjówki, i powszechnego w umyśle ludu 
postrachu, żadnej po sobie niezostawiła pamiątki. 
A to ieat okres ostatni. Kilka wierszy, w żu- 
jącej kronice ludu zajrzanych, da się wygodnie 
odnieść w te trzy różne okresy. Najdawniejsza 



zapewne jest wieść między ludem truchanow- 
skim słyszana. *ByIo dawnych ludzi zamiarem 
(tak opiewa powyższa kronika), wykować sobie 
całe miasto ze skał. Zabrano się żwawo do 
pracy, wstawały coraz nowe z łona ziemi ka- 
mienie, mnożyły się jaskinie, w rychle by przy- 
prowadzone było wszystko do skutku, ale waśń 
dwóch naczelnych braci, zniweczyła uskutecz- 
nienie zamiaru i skończyła się bratobójstwem. 
Gała ta historya (dodaje opowiadacz) wypisana 
jest na tych skałach; mają się nawet tam znaj- 
dować wykute szczątki ich obrazów. *) Póź- 
niejsze jest to, co mi wieśniak jeden w 7 Bubnisku 
powiadał, że pan jakowyś mieszkał w tych po- 
kojach; nie bał on się nikogo, bo żadnemi woj- 
skami nie można było nic zdziałać przeciw 
niemu. Zdaje sie to wskazywać na jakiego 
starostę lub horodniczego, broniącego się prze- 
ciw Tatarom, lub innym wrogom dawnej rzeczy- - 
pospolitej. A może był nim który z Konfede- 
ratów barskich, o nich bowiem powiadano mi 
wiele w okolicach Skolego, a na Beskidzie, nie- 
daleko wioski Zupanie, pokazywano mi grób je- 
dnego z nich, poległego przypadkowo od swoich 
na placówce. — W końcu rozpowiada lud 
o Doboszu, jak tenże napadł był na miasteczko 
Bolechów w sam jarmark, i z łupami powrócił 
w swoje podówczas siedlisko : polanickie jaskinie. 

*) Co do napisów starożytnych, na takowa tak tu, 
jak i w kilknaasłu innych 'Skałach, które wraz z towa- 
rzyszami kilkakrotnie opatrywałem, nie natrafiłem. 
Śmiem nawet twierdzić, ze ich tn nigdy nie było i 
niema. Kilka kiryłiekick i hebrajskich wyrazów na 
płycie trnchanowskiej, są, po lepssem w nich rozpatrze- 
niu się* zwiedzających je gorfei nazwiska. 



Digitized by 



Google 



37 



Nim zamkniem te słów kilka o Bołdach, 
rzućmy raz jeszcze okiem na ich okolicę i prze- 
bieżmy myślą ich dzieje. — Dzieci niepodległej 
i bujnej przyrody, składały niegdy uraz z iier 
mię jedno ciało. W następnych przemianach 
czasu były miejscem czci bogów, obronę i przy- 
tułkiem prześladowanej cnoty, lub garści łotrów 
kryjówka. Odłączone od ziemi rodzinnej, nagie 
i piorunami krajane, przedstawiają dziś, pośród 
kwitnącej do koła przyrody, dziwne przeciwień- 
stwo. Wyzółkła mchu garstka, gałązka sosny 
lub bluszczu, wciskając się pomiędzy rozpa- 
dliny skał, jak nadzieja w serce zrozpaczone, 
silą się nadać im barwę życia, niepomne, ze je 
przed czasem północny wicher obedrze* A. B. 



Wystawa obrazów w Poznaniu. 

Poznań, który z każdym dniem wzrasta, tylu 
pięknemi gmachami corok się przyozdabia, i życia 
i ruchu naukowego nabierać zaczyna, nie jest 
także obojętnym na sztuki piękne. Zawiązane 
tu przed kilku laty towarzystwo sztuk pięknych, 
wystawia co dwa lata na widok publiczny, w ob- 
szernej sali hotelu drezdeńskiego, celniejsze obrazy 
mistrzów wszelkich szkół nowszych, a publicz- 
ność licznem odwiedzaniem wystawy dowodzi, 
że ją sztuki piękne przyjemnie zajmują. Nie 
zamierzamy zdawać czytelnikom Przyjaciela Ludu 
obszernej sprawy z tegorocznej wystawy; do- 
tkniemy tylko z lekka niektórych lepszych obra- 
zów, zostawując ocenienie reszty bieglęjszemu 
w tern od naszego pióru. 

W pierwszym przedziale sali zajął nasam- 
przód uwagę nasze obraz, przedstawiający za- 
prowadzenie chrzesciaństwa w Polsce przez Mie- 
czysława I., pędzla P. Suchodolskiego, artysty, 
dziś w Warszawie mieszkającego. Obraz ten 
przeznaczony jest do kaplicy Mieczysława I. i 
i Bolesława Chrobrego w kościele katedralnym 
w Poznaniu. Artysta pochwycił zręcznie naj- 
ważniejszy moment w wielkim dramacie nawra- 
cania ludu pogańskiego na wiarę chrześciańską, 
to jest publiczne niweczenie pogańskich bożków. 
Mieczysław Ł, w towarzystwie swej małżonki, 
Dąbrówki, otoczony licznym dworem, siedząc na 
dzielnym koniu, przypatruje się z uroczystą po- 
wagą temu obrzędowi, mającemu w Lechii w mo- 
ralna m i politycznym względzie zmienić zupełnie 
dawną postać rzeczy. Z lewej i prawej strony 
orszaku królewskiego widać grupy ludu pospo- 
litego. Kilku barczystych i ogorzałych Lechitów 
kruszy po lewej stronie siekierami posągi bogów. 
Znawcy chwalą szczególniej wyraz twarzy, jaki 
artysta nadać umiał tym ostatnim. Czytać na 
nich można dreszcz przechodzący ich członki na 
myśl sarnę, że się na świętość, niedawno po- 
wszechnie czczoną, zuchwale targają ; obawa, 
aby lżone bogi ojczyste srogiej zemsty nie wy- I 
warły, ścina krew w ich żyłach; słowem! artysta U 



pojął tu i oddał dokładnie w obrazie walkę we- 
wnętrznego przekonania i opinii, od dzieciństwa 
wpojonych, z nowemi o rzeczach wyobrażenia- 
mi i korzyściami, które ostatnie z sobą niosły. — 
Niemniej podobają się znawcom konie i inne 
szczegóły w obrazie wspomnionym ; za to przy- 
ganiają zbyt słaby koloryt, zwłaszcza obłoków. 
Wszakże piękny obraz ten, nieprzeznaTczony by- 
najmniej na wystawę, większy nierównie na wi- 
dzach effekt sprawi w swojem właściwem miejscu, 
to jest w kaplicy królów polskich, gdzie jako 
część wielkiej całości, podwyższy harmonijnie 
jej piękność, odbierając sam od niej nie mało 
blasku. 

Obraz, wystawiający pieśń wieczorną śpie- 
waka, pędzla P. HuxoU z Frankfurtu nad Menem, 
tak jest piękny i liryczny, że widz patrząc .nań, 
uczuwa całą rzewność poezyi Uhlanda. Życie 
niespokojne rycerza, jego walki i cierpienia, jego 
miłość i sal, odbijają się wyraźnie w twarzy 
śpiewaka, nucącego balladę. Inne szczegóły tego 
obrazu, jakoto dwa dziewczęta i brytan, niemniej 
są dobrze oddane, ale w twarzy rycerza niedo- 
strzegają znawcy właściwego, odpowiadającego 
przedmiotowi i sytuacyi, wyrazu, a zbyt bystry, 
acz z natury wiernie oddany, blask słońca, grup/ 
oświecający, niweczy wszelki effekt tego, zkądi- 
nąd pięknego dzieła. 

Pismo święte, jak zwykle, dostarczyło i tą rażą 
artystom wiele materyi. Dwóch, to jest P. Wagner 
z Berlina i Besaer z Warszawy, wzięli wątek do 
swoich obrazów z historyi króla Dawida. Obraz 
P. Wagnera wyobraża ; Ocalenie Saula w jaskini. 
Pan Besser skreślił: Zwycieztwo Dawida nad Gol- 
batem. W pierwszym obrazie chwalą znawcy 
dokładność w wykonaniu niektórych części, ale 
zarzucają artyście brak poetyczności, a tern samem 
zajęcia. W obrazie P. Bessera, twarz i postawa 
Dawida są bardzo pospolite, niemają życia, ani 
wyrazu, odpowiadającego wzruszeniom, które 
Dawida na yidok olbrzyma przejąć musiały. 

Obraz: %al Jakóba za synem Jozef em 9 pędzla 
P. Bender z Królewca, ma wiele zalet. Uderzają 
w nim szczególniej pojedyncze figury, lubo całość 
nie czyni pożądanego eflektu. Odbija tu dobrze 
niewinność małego Benjamina od zmyślonego żalu 
starszego brata jego, gdy Jakóbowi o losie Jó- 
zefa donoszą. Głowa patryarchy mniej za to 
udała się artyście; w twarzy jego nieczytamy 
owej boleści, która serca ojcowskie po utracie 
ukochanego syna przenikać powinna. 

Wypchnięcie z domu Agary, przez Dietrycha 
z Drezna, jest bardzo miernym obrazem* Grupo- 
wanie figur jest w nim takie same, jak w u ieln 
innych, przedmiot ten w y sta wojacy cb. Agaia 
trzymając za rękę swego synka, opatzeza dom. 
Abraham idzie za nią i daje jej na drogę rady 
i pociechę. Figury nie są w tym obrazie pod 
względem historycznym dobrze oddane; twarz 
Abranama nie ma właściwego sytuacyi obrazu. 

(Ciąg dalszy nastąpi.) 



Digitized by 



Google 



38 



Bilwa pod Kircholmem. 

Dawszy, ile możność pozwoliła, wyobrażenie 
o wojenności staropolskiej, w numerach 28. 29, 
30. 31. 33. 34. 35.37. Przyjaciela Ludu z r. 1839; 
dla dopełnienia obrazu, następnie rozwiniemy 
teraz w szczegółach strategicznych bitwę pod 
Kirchohnetn; dla tego zaś tę a nie inszą obra- 
liśmy, ze juz to policzyć ja należy do najsła- 
wniejszych bojów jjplskich, już też, ponieważ ze 
wszystkich najlepiej wyświecona została, i przez 
staropolskich latopisarzy, tudzież przez J. S. 
Bandtkiego a), Adama Naruszewicza 6), J. U. 
Niemcewicza c), wreszcie przez Henryka Kra- 
sińskiego d). 

Za czasów Zygmunta III., potężnej Polski 
granice rozciągały się szeroko na wszystkie strony, 
albowiem od zatoki finlandzkiej i brzegów Bał- 
tyku, aż do Karpat i morza czarnego, i znowu 
od Odry po Dniepr i Dźwinę dosięgało państwo 
to rozległe od 48° do 58° szerokości, w szerz 
na 200, wzdłuż na 240 mil niemieckich; zło- 
żone z 18 millionów mieszkańców, spólnością ko- 
lebki, obyczajami, mową jednorodnych. Dochód 
publiczny wówczas był znakomity, urządzenia 
wojenne zastosowane do przyjętych zasad; wię- 
cej jednakże sita na chęci odznaczenia się i 
waleczności możnych, aniżeli na dobrze zapro- 
wadzonym porządku spoczywała; przemysł i 
bogactwo w całym kraju ożywione; lecz władza 
wykonawcza już nazbyt określona, straciła ró- 
wnowagę do innych ogniw ruchu publicznego, 
i nie wiele sprężystości w działaniu rozwinąć 
mogła, musiał przeto w rzeczy publicznej za- 
kradać się nieład. # 

Szwecya byfa wprawdzie natedy nie wiel- 
kiem państwem, do 4 millionów ludności liczą- 
ceni, ale władza samowładnie w ręku jednego 
skupiona, silny wpływ na zewnątrz wywierać 
mogła o tyle, o ileby zapał ożywiał władzcę; 
a właśnie też Karol Sudermanii z dumy i popę- 
dliwości zasłynął, odpowiednio utorowawszy drogę 
do sławy synowi Gustawowi Adolfowi. Ze wszy- 
stkich narodów, z któremi Polakom przez tyle 
wieków przyszło wchodzić w zapasy, Szwedzi 
najstraszniejszymi byli; więcej od innych mężni, 
zręczni, cierpliwi na głód, zimno i wszelkie bo- 
jowe niewygody, dotrzymywali w polu z orę- 
żem w ręku; ożywiała ich na wskroś umiar- 



«) Dzieje królewstwa polskiego przez J. S. Bandt- 
kie, Dr. fil.. Pr. i Bibl. w U. J. Tomów dwa, w Wroc- 
ławia r. 1820. 

b) Historya Jana Karola Chodkiewicza, wojewody 
wileńskiego, hetmana w. 1., przei A. Naruszewicza ; 
w Warszawie, ed. T. Mostowskiego, r. 1805. T. I. od 
stron. 44. 

e) Dzieje panowania Zygmunta 111. przez J. U. 
Niemcewicza; w Wrocławiu r. 1830. T. 1. od stron 332. 

d) Bateille de Kircholm, roman hi§torique par 
Henri Comte Krasiński. Paria 1830. Rozdział 32gi, 
t. II. od stron 211. 



kowana wolność; zahartowani na łowach i 
rozlicznych trudach od młodości, gardzili nie- 
bezpieczeustwy ; prowadzeni przez wybornych 
jenerałów i officerów wszelkiej broni, kiedy 
mianowicie stanął na ich czele władzca w kwie- 
cie młodości, cały pożerany żądza sławy, nie 
dziw, ze zasłynęli walecznością od ośi uo tiśi; 
mogli wnijść w szranki z Polakami i żadna 
wojna w Polsce nie była zaciętszą, jak kiedy 
bojowano z synami półwyspu Skandynawii. 

Polacy, choć ożywieni wojennem męztwem, 
dalecy byli jednak od żądzy podbojów, jedy- 
nie najświętsze umowy, albo własna i wyraźna 
wola sąsiednich ludów, łączyła je najsilniejszym, 
bo bratnim z Polakami węzłem; tak tćż w r. 1561 
Wilhelm Fiirstenberg, wielki mistrz kawalerów 
mieczowych, naraz uciśniony od Szwedów, Mo- 
skali i Duńczyków, oceniając swobody polskie, 
oddał się Zygmuntowi Augustowi, zgodnie z ży- 
czeniami ludu swojego, poddając Polsce całe 
bogate i przemysłem ożywione Inflanty — oto 
zaród niezgody Szwedów z Polakami. I dla 
tego przezorne Stany polskie, skoro mężny Ste- 
fan Batory życia dokonał, za staraniem miano- 
wicie Anny wdowy, i Jana Zamojskiego K. i 
H. W. K., obrały królem polskim Zygmunta, kró- 
lewicza szwedzkiego, już to, że z krwi Jagiel- 
lońskiej, tyle drogiej Polakom, pochodził, już też, 
ażeby stal się najsilniejsze'm ogniwem zgody i 
zjednoczenia dwóch narodów, ale los zawistny 
inaczej rozrządził. 

Więcej bojażń, by berło polskie nie dostało 
się w ręce moskiewskiego władzcy, niż chęć 
otrzymania go dla syna, skłoniła Jana szwedz- 
kiego, że się o nie przez posły swoje ubiegał; 
a tak od początku zabiegów wkradła się zaraz 
nieufność i dwuznaczność między strony; Szwe- 
dom szło o Estonią, Polakom, że nieznależli 
w Zygmuncie spodziewanych przymiotów. 

Przy końcu r. 1592 odebrał Zygmunt wia- 
domość o śmierci ojca swojego, która go ciężkim 
przejęła smutkiem z uwagi na stan rzeczy, nie- 
pewny w obudwóch królewstwach. W Szw ecyi 
albowiem stryj, Karol książę Sudermanii, umy- 
słu wyniosłego i do przedsięwzięć śmiałego, 
o berło niespokojności wzniecał, w Polsce rozej- 
ście się sejmu bez ukojenia podejrzeń, rozją- 
trzenia, zawziętości prawie powszechnie obudzone, 
niepomyślnego nie wróżyły; — jakoż nie chciano 
zezwolić na wyjazd króla wśród takich okolicz- 
ności i na sejmie warszawskim w r maju 1593, 
kanclerz, prymas i wielu znakomitszych sena- 
torów radzili Zygmuntowi, aby i koronę i sprawy 
królewstwa szwedzkiego tylko przez Posłów 
objął, aż dopiero po przeczytaniu listów, pisa- 
nych ze Sztokholmu, w których konieczność by- 
tności Zygmunta w Szw ecyi jasno dowiedzioną 
była, po przyrzeczeniu powrotu w przeciągu 
roku jednego, stany na wyjazd zezwoliły. 
Zygmunt więc dnia 3. Sierpnia wsiadł na naw y, 
w tym celu na Wiśle przygotowane i koło Płocka, 



Digitized by 



Google 



39 



Torunia przypłynął do Gdańska, zkąd puściwszy 
się w 60. okrętów, stanął dn. 10. Października 
w Sztokholmie. Juz blisko jedenaście miesięcy 
upływało od śmierci Jana szwedzkiego, Karol 
xiaze Sudermanii, jeszcze za zjcia^ jego nie- 
umiejacy ukrywać żądzy panowania, niespo- 
kojny, zuchwały, popędliwy z natury, wiedzący 
jednak jak się hamować, surowy lub uprzejmy 
ze szlachtą, lecz z ludem poufały zawsze, Karol, 
mówię, nie zaniedbał użyć długiej nieprzyto- 
mności króla, torując sobie drogę do wysokich 
zamysłów. Zaraz pa śmierci Jana, objąwszy 
tymczasowo rządy państwa, wysłał do Zygmunta 
z doniesieniem o zgonie ojca, tudzież z odezwą 
raczej, niż z prośbą, o potwierdzenie swobód na- 
rodowych, z oświadczeniem wreszcie, że do przy- 
jazdu jego czuwać nad losami państwa i pokój 
z Moskwą starać się będzie zacnować, a w je- 
dnymże czasie przykazał rzadzcom Estonii, 
żeby nie ustąpili tej ziemi, chociażby król, przy- 
naglony od Polaków, na to zezwalał. Nim je- 
szcze tu listy doszły do Polski, xiąże Sudermanii 
zgromadził senat, i uchwalono, że ponieważ kró- 
lewicz Jan (syn zmarłego króla z powtórnego 
łoża) był małoletnim, Karol w niebytności Zyg- 
munta, za głowę rodu królewskiego i rządzcę 
państwa uważanym być ma. Tak rzuciwszy 
nowego rządu. zasady, rozsiawszy wieść po kraju, 
że Zygmunt za powrotem swoim do Szwecyi, 
religią katolicką i Jezuitów zechce znowu przy- 
wrócić; naradzał się ze Stanami, jakby religią 
Erotestantską, utwierdzić i wszelki wstęp do 
raju Katolikom na zawsze zamknąć; w tym 
celu naznaczono synod w Upsalu, gdzie nawet 
inny arcybiskup został obranym; zatem Zyg- 
munt, uwiadomiony wkrótce od przychylnych sobie 
senatorów o zaszłych w Sztokholmie uchwałach 
senatu i stanów, widząc, na co sie zanosi, zaraz 
wysłał wiernych sobie Szwedów ao objęcia wa- 
żniejszych zamków w Estonii i Szwecyi; równie 
Solecił Janowi Sparr, aby przysięgę od tyle 
zielnych Finlandczyków odebrał i tamże wszy- 
stkie twierdze zabezpiecz)!; — oto pierwsze 
iskry niezgody i zawisa między Zygmuntem 
a Karolem. 

Z tern wszystkiem przyjazd króla rodaka, oto- 
czonego małżonką, siostrą i wspaniałym dworem, 
niemógł być Szwedom niemiłym; łatwo więc 
rozsądkiem i trafnością w postępowaniu mógł 
był ująć serca poddanych i panowanie utwier- 
dzić; lecz przeciwnie Zygmunt, jako w Polsce 
Szwedom, tak w Szwecyi samym tylko Polakom 
ufność swoją dawał; najpoufalszym zaś powier- 
nikiem jego był Malespina, nuncyusz papieski, 
mniej w żarliwości swojej ostrożny, niżby 
w różnowierczym narodzie przystało; zapalczywe 
zatem o przesądy religijne powstawały rozruchy, 
a Karol z radością uważając wzrastające roz- 
jątrzenia, ukryty, zręczny, na pozór ulegający, 
tajemnie działający najczynniej, z udaną pokorą 



oddalił się wprawdzie ode dworu i spraw pu- 
blicznych, lecz pobudził stany de uczynienia 
Zygmuntowi licznych przedstawień, które gdy 
on pozostawił bez odpowiedzi stanowczej, na- 
koniec senat w trzy miesiące potem widział się 
zmuszonym zniewolić Zygmunta, iżby na koro- 
nacyą do Upsalu zjechał; — już teraz gotował 
mu zdradę Karol, przecież czujnością podkan- 
clerzego Tarnowskiego i Łaskiego, wojewody 
sieradzkiego, zdrajca wpadł w zastawione przez 
siebie sieci i jedynie łagodności króla winien 
ocalenie życia; wreszcie skoro dopiero Zygmunt 
przyrzekł na piśmie stanom swobody wymagane, 
odbył się obrzęd koronacyjny dnia 19. Lutego 
1594 r. W czasie dalszego pobytu w Szwecyi 
i następnie ciągnące się zatargi, zniewoliły króla, 
iż przywołał niejakie oddziały z Polski, co je- 
szcze więcej* zniechęciło ku niemu obywateli. — 
Wkrótce zaszłe wypadki w Polsce, odwołały 
Zygmunta ze Szwecyi; odjechał więc, nieprze* 
pisawszy kształtu rządu, zostawiwszy w zawie- 
szeniu wiele spraw ważnych, a nierozważnie, 
chcąc sobie niby ująć Karola, acz nieprzytomnemu 
zdał rządy nad państwem, z dodaniem rady se- 
natu; a tak Zygmunt w Szwecyi opuścił wszystko 
w zamieszaniu i niepewności, nie dość zręczny 
i uprzejmy, by umysły pozyskać; nie dość oa- 
ważny i stały, by je przymusić, ani serc po- 
ciągnąć, ani władzy utwierdzić nie umiał; naj- 
większem atoli było dla niego nieszczęściem, że 
miał do czynienia z Karolem, xięciem Sudermanii; 
z człowiekiem, który właśnie te wszystkie przy- 
mioty posiadał, na których mu zbywało. 

(Dalszy ciąg nastąpi.) 



Pieśni, które lud wiejski w okolicach Oste- 
rode, w Prusach wschodnich, śpiewa. 

W Prusach wschodnich, zwanych dawniej 
książęcemu, na znacznej bardzo przestrzeni, mia- 
nowicie zaś w tych okolicach, które sie z Ma- 
zowszem stykają, przechował się dotąd język 
polski pomiędzy ludem wiejskim w całej swo- 
jej czystości. Mówią tu nawet i piszą nim tu 
i ówdzie wyższe stany, a duchowni nie mogą 
z ambony do ludu innym przemawiać językiem, 
gdyżby nie byli rozumiani. Jeden z tych du- 
chownych, zacny i uczony X. Gizewiusz, pocho- 
dzący zapewne z polskiej rodziny Giżewskich, 
i pełniący obowiązki przy kościele ewangelic- 
kim polskim w Osterodzie, zebrał pieśni. Które 
lud wiejski w okolicach Osterody śpiewa, i do- 
łączył do nich melodye. Umieszczamy tu kilka 
z tych pieśni; czytelnikom bowiem Przyjaciela 
Ludu miło będzie zapewne poznać duch i cha- 
rakter ludu polskiego w Prusach wschodnich, 
przebijający się w tych pieśniach. 



Digitized by 



Google — 



40 



Zaleski moje 

Na cóz ni wyszły? 

Opuścił mię 

Mój najmilszy, 

A do inszej myśli.. 

Choćei mię opuścił, 
Ale we cnocie, 
Nie zostawił mię 
Mój najmilszy 
W żadnej sroniocie. 

W ładnej sromocie, 
Ani we złości, 
a) Jeno w złem ludakien 
Obgadanin 
A w twej niestałości. 



m) Ali** i Bozstalim sic 

Z mym najmilszym 
Jeszcze u> mtłeśet. 



Przychodził da mnie 
I . namawia! mnie : 
• A ty moja 
Najmilejsza 
Spuszczaj się na mnie. 

Jam się spuszczała, 
Bo on mnie kochał; 
Tegom w życiu 
Nie myślała, 
Coby mnie poniechał. 

Ale nic nie dbam, b) 

Bo inszego mam; 

Jeno mi tego 

I aerca zal, 

Co mi przy mawiał, e) 



b) Ja a eie nie dbam, 
e) Cai mi przymawial. 



gr^m=^ P 



'&z./,fU:/ci, 



m*»ł,*> *ł.ft< C€>x.. rr/s 



wr/ó ^tr/? &j*uJc-ił 



K*g 




Stoi jawor zielony, 
Złotem pokrapiany; 

t juzci mnie, jnz odjeżdża 
Najmilszy kochany. 

Oj chocei on odjedzie, 
To znowu przyjedzie; 
Moje serce zasmucone, 
Pocieszone będzie. 

Przyśniło się Rasiuchnie 
Na łóżku lezącej: 
Oto Jasiecsek utonął 
Przez Wisłę jadący. 

Oj ntonąt, utonął, 

1 chusteczkę zgubił. 

>Oj wszystkoó to dla dziewczyny, 
• Gom ją szczerze lubił. • 



i<n&?c<*y 



I skoczyła Kasinchna 
Do bystrej wódeczki; 
Pytała się, pytała się 
Tej drobnej rybeczki : 



'm^^^ ^^t^^^ 



• O rybeczki, rybeczki, 

> Dla Boga żywego, 

» Nie widziałyzesu tutaj 
tJasieczka mojego?* 

>tOj widziałym, widziałym, 

• >Ale nie żywego; 

• • Ostrym mieczem przebodzone 

• • Boki, serce jego. • • 

I skoczyła Kasinchna 
Z mostu wysokiego, 
I wydarła ostry mieczyk 
Z boku Jasiowego. 

I wydarła, wydarła, 
Sama się przebiła, 
A to mała dzieciąteczko 
Na wodę pniciła. 

■ A kiedy juz umrzewa, 

• Umrzyjwaz oboje; 

> Niechże nas tez pochowają 
- W jeden grób oboje! • 



^^^ł z^g^ i 



.*'*" f'W#s *.f*l*nif f Zćfate** p«tont*/>ict*t4/. M/s.l./srwe,,',/,,,^,^/^ 'trrpwMfirp foffiimp. 



Nakładem % drukiem Ernesta Gunthera w Lesznie. (Red. J. Łukaszewicz.) 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Kok szósty. 



No. 6. 



Leszno, 

dnia 10. Sierpnia 1839. 






±f*-=&4 •"'i 









}£•"> 







Chodowieckiego : Ucieczka króla Stanisława z Gdańska. 



Nieniasz może uboższego kraju w dzieła sztuk 
pięknych, jak dawna Polska. Polak bowiem 
na przedniej strasy zachodniej Europy, przeciw 
Bisurmanom, siczy i innym barbarzyńcom, za* 
wsze na koniu, albo wśród gwaru obrad pu- 
blicznych, nie miał nigdy czasu, nie miał spo- 
kojnego zacisza, tak potrzebnego oddającemu 
się sztukom pięknym. Do tego przydać jeszcze 
należy wewnętrzne nasze przeszkody wydosko- 
nalenia się w sztukach pięknych, to jest: brak 
wytrwałości i talentu. Polak, który w ulubio- 
nym sobie żywiole, w wojnie, rok ciągle nie 
wttrwat, miałżeby lat kilka, lub kilkanaście nad 



pędzlem, lub dłótem siedzieć ? Z tych też i in- 
nych przyczyn nie posiadamy wcale sławnych 
malarzy i snycerzy. Nadaremnie wyjedzie nam 
kto, na zbicie tęga twierdzenia, z Lubienieckim, 
Czechowiczem, Lexyckim, Szmuglewiczem i t. p. 
Nie przeczymy, są to wielcy mistrze, ale gdzie? 
u nas ! Porównani z mistrzami szkoły włoskiej, 
flamandzkiej, hiszpańskiej, francuzkiej, nikną 
z swoim talentem, jak światełko lampy przy 
blasku słońca. 

Los we wszystkiem nam zawistny, wydarł 
nam nawet Chodowieckiego, sławnego malarza 
i rytownika, na schyłku zeszłego wiek u»: po* 



Digitized by 



Google 



42 



chodził on wprawdzie z polskiej familii, *) sam f 
liczył się pomiędzy Polaków, **) ale nie umiał 
ani słowa po polsku, czuł i myślał po niemiec- 
ku. Urodził się w Gdańsku, dnia 16. Paździer- 
nika, 1726 roku. Ojciec jego, Gotfried Chodo- 
wiecki, handlował ogrodowinami i kwiatami, 
a znając nieco rysunek, udzielał go w wolnych 
chwilach synowi. Zawczesna śmierć Gotfricda 
Chodowieckiego, wprawiła rodzinę jego w smutne 
nader położenie. Wdowa po nim, nie mogąc 
dzieci utrzymać, poumieszczała je, jak mogła, 
a Mikołaja oddala do sklepu korzennego. Bie- 
dny młodzieniec , nie mając najmniejszego pociągu 
ku wazkom i miarom, musiał od 6tej godziny 
z rana, do lOtej w wieczór, ważyć pieprz, fa- 
rynę, mierzyć oliwę i inne ciecze. Skoro lOta 
uderzyła, biegł na poddasze, i przy mdłem 
świetle kopcącej lampy y ćwiczył się po ca* 
łych nocach w rysowaniu, kopijując ryciny, ja- 
kie mu przypadkiem do ręki wpadły. Pomyślna 
gwiazda Chodowieckiego zdarzyła, że kramarz, 
u którego w nauce zostawał, zbankretował. 
Matka Chodowieckiego wysłała go teraz (1743) 
do Berlina, do swego brata, kupca Ayer. Tu, 
podobnie jak w Gdańsku, doskonalił się Chodo- 
wiecki w wolnych od zatrudnień kramarskich 
chwilach, a czując się już nieco na siłach, za- 
czął robić rozmaite miniaturki na tabakierki, 
które jego wuj bardzo korzystnie sprzedawał. 
Znęcony zarobkiem, zaczął talent siostrzeńca pod- 
sycać dostarczaniem mu rozmaitych rycin, a na- 
dewszystko udzielaniem więcej wolnego czasu. 
Tym sposobem Chodowiecki wydoskonaliwszy 
się w rysowaniu, pożegnał niemiły sobie za- 
wód kupiecki w 28. roku życia, i z całym zapa- 
łem młodzieńca, rzucił się do malarstwa i ry- 
sunków. Bez dokładnej atoli znajomości pra- 
wideł tej sztuki, doznawał z początku wielkich 
trudności, nim jaki rysunek wypracował. Nie 
był więc nigdy, mówiąc prawdę, umiejętnym ry- 
sownikiem, ale nadzwyczajna zdatność i łatwość, 
zastąpiły miejsce nauki i wyniosły Chodowiec- 
kiego na stopień najcelniejszego rytownika swego 
wieku. Rycina, którą w roku 1756 pod tytu- 
łem: Gra wkostkij zrobił, ściągnęła nań uwagę 
akademii malarskiej w Berlinie, która mu pole- 
ciła robić ryciny do swoich kalendarzyków po- 
litycznych. Kalendarzyki te stały się przezto 
niezmiernie poszukiwanemi, a wziętość Chodo- 
wieckiego tak wzrosła, że z całych Niemiec od- 
bierał zamówienia rycin, winiet i t. p. do dzieł 

*) Jeden z przodków, Jan Chodowiecki, pochodził 
z polskiej familii, z miasteczka Chodcza ; zostawszy du- 
chownym, wyznania Braci czeskich, posłany został od 
przełożonych swoich do Gdańska na kaznodzieję, przy 
kościele Braei czeskich tamże. Ożeniwszy się z Gdań- 
szczanką, dał początek rodzinie niemieckiej Chodowiec- 
' kich, s której nasz Mikołaj Daniel pochodził. 

**) Między innemi w liście do Łęskiego, niegdyś' 

Srofessora astronomii w Krakowie, umiesczonym wBandt- 
iego Historii drukarń krakowskich, na stronie 206. 



wówczas wy chodzący cli.*) Porzucił zatem zupeł- 
nie malarstwo, a oddał się wyłącznie rytownic- 
twu, w którem tak był obfitym/ że przeszło 3,000 
rycin zrobił. W roku 1798 został dyrektorem 
akademii malarskie') w Berlinie, lecz się tym za- 
szczytem nie długo cieszył; w roku bowiem już 
1801., dnia 9 Lutego życia dokonał, mając lat 
75. Dla prawości swojej i słodyczy charakteru 
powszechnie poważany, odprowadzony został na 
miejsce wiecznego spoczynku od wszystkich nie- 
mal mieszkańców Berlina. 



Bitwa pod Kircholmem. 

(Ciąg dalszy.) 

Zaledwie Zygmunt oddalił się od szwedzkich 
brzegów, natychmiast Karol z zamysłami swo- 
jemi śmiało wystąpił. Duchowieństwo polep- 
szeniem dochodów , wodzów i żołnierstwo dar 
rami, lud zwodnicze poufałością ująwszy sobie, 
wszystkie ustawy królewskie pogwałcił i zni- 
szczył, wszystkich stronników Zygmunta roz- 
pędził i wytępił; pozyskanie nawet przyjaźni 
postronnych wiadzców nie uszło jego baczności : 
odpowiedniemi darami, pochlebnemi poselstwy, 
wcześnie ich do siebie pociągnął. Skoro takie 
rozliczne bezprawia Karola, doszły wiadomości 
Zygmunta, wyprauił do Szwecyi poselstwo 
z upomnieniem go, aby się w gwałtach swoich 
upamiętał i do powinności powrócił. Zręczny 
Karol, że niby osobistości nie szuka, chcąc się 
popularniejszym w narodzie zrobić, składa na 
chwilę rządy państwa, wkrótce jednak, jakoby 
na powszechne żądanie, znowu ster ujął i sejm 
wAbrogu złożył. Dopiero tyla obelgami poru- 
szony Zygmunt, postanowił nakoniec roku 1598 
udać się do Szwecyi, lecz wybrał się nie po- 
dług zdrowej rady, z niedostateczną siłą ; prze- 
cież pierwsze starcie, pod Stegeborg zaszłe, 
szczęśliwem dla niego było; jednakże, gdy na- 
wet ze zwycięztwa korzystać nie umiał, nie długo 
Karol w groźnej stanął postaci, i królowi po bi- 
twie w dniu 25. Września, niedaleko Łinkoping, 
narzucił warunki, i nie dziw, że Zygmunt, nie- 
umiejący w chwilach pomyślnych silnego wziąść 
postanowienia, nie znalazł go w ciężkiej przy- 
godzie, więc strapiony, przez Kolmar, Gdańsk, 
wrócił do Polski. 

Odtąd Zygmunt ujrzał zniszczone swoje na* 
dzieje na północnym półwyspie, mianowicie od 
śmierci mężnego i wiernego sobie do zgonu ad* 
mirała Fleming, i przez zwykłą opieszałość 
nawet nie zabezpieczył granic Polski od tej 
strony; odtąd Karol zacząwszy wielowładnie 
panować w Szwecyi, niepoprzestał na tern, ale 
jako dobry polityk, w własnej siedzibie zatru- 

*) P. Mielcarzewicz, który pismo nasze tylu 
pracami swemi przyozdobił, powiększył jeden z rysun- 
ków Chód. . . , ucieczkę Stan. Leszczyńskiego wystawia- 
jący, któryrfmy na czele artykułu umieścili. 



Digitized by 



Google 



43 



dnił nieprzyjaciela; jakoż w roku 1600. wkro- 
czył do Estonii; Rewal, tudzież wiele miast za- 
jął, bo mu tu tylko slaby odpór dawał Jerzy 
Farensbach, wojewoda wendeński, w tysiąc Po- 
laków do obrony całej ziemi pozostawiony; lecz 
choć z tak słaba siła nie mógł dostatecznie osa- 
dzić twierdz, ani stawić czoła w otwartem polu, 
to przecież mężny wojewoda podjazdami nie mało 
trapił nieprzyjaciela i pochód cały utrudniał* 

Wkrótce też na pierwszy odgłos najazdu tego, 
jtrzysztof Radziwiłł, H. w. 1., z synem Janu- 
szem, podczaszym litewskim ; Dorohostajski, W. 
m. 1.; Dębiński, wojewoda parnawski; pośpie- 
szyli w 5,000 jazdy i 600 piechoty pod Koken- 
haus, i zwodząc ciągłe boje, szczególniej pod 
Kiessi niemała korzyść nad generałem Wrangel 
odnieśli; gdy zaś w roku 1601. na wiosnę przy- 
łączył się do nich Chodkiewicz w 800 ludzi, 
zaraz przy rozpoczęciu nowej walki, zdobyto 
Kokenhaus, Treyden, Zygwolt i Wendę. To 
gdy się dzieje, król zawsze skory w początkach 
przedsięwzięć, ruszył z Zamojskim w 14,000 
jazdy i 6,000 piechoty w Październiku r. 11)01, 
i zaraz zdobyto Wolmar; gdy jednak dla srogo- 
ści zimy nie wiele w r polu poczynać można było, 
nie długo, jak zwykle, zrażony Zygmunt, dnia 5. 
Grudnia odjechał na sejm do Wilna, dowództwo 
całej siły na rok 1602* zostawiwszy Zamojskie- 
mu, który wprawdzie zdobył Felin i Białyka- 
mień ; jednak znając umysł Zygmunta, a przytem 
skołatany wiekiem i na zdrowiu, usunął sie od 
dowództwa w zacisze domowe na początku r. 1603. 

Po oddaleniu się Zamojskiego, gdy i Radzi- 
wiłłowie wrócili do Wilna, a Żółkiewski, z uwagi 
na intrygi dworskie, nie chciał mieszać się do 
spraw inflantskich i wolał zostać na straży gra- 
nic od Turków i Tatarów ; samemu tylko Chod- 
kiewiczowi, jako rządzcy Inflant, dostało się na- 
czelne dowództwo i obrona tej ziemi. 

Tymczasem zwołany sejm w roku 1603, zszedł 
bez skutku na samych prawie o urzędy zabie- 
gach; zapomniano zgoła o pomnożeniu wojska, 
opatrzeniu dla niego należytej i trwałej na dal- 
szy czas zafłaty, i Chodkiewicz zostawionym 
został sobie z garstką walecznych naprzeciw 
całej potędze szwedzkiej, która znowu coraz 
wzmagać się poczęła. Przecież ochotny wódz, 
bo zaufany w swoich zdolnościach i nieprzełomnej 
odwadze wojska, tudzież w świętości sprawy, 
ani na chwilę w działaniach nie ustawał; jakoż 
w Sierpniu pierwsze zwycięztwo znakomitsze 
nad Szwedami odniósł pod Rew lem, wyciąwszy 
im w pień 1,500 ludzi przy klasztorze Paz na- 
zwanym; wreszcie zdobywszy miasto Derpt, lu- 
dne i dosyć obszerne, nad rzeką Embek, z przy- 
czyny wczesnej i nader srogiej zimy, tamże na 
zimowe leże rozłożył się obozem. Za nadej- 
ściem pierwszych dni wiosny r. 1604, zebrane 
wszystkie siły Szwedów pod wodzą Lindersona, 
znowu groźną postać przebierać poczynały, lecz 
takowe Chodkiewicz, do 6,000 M-y noszące, nie 



mając awoich jak 2,000, zachwycił pod Białym- 
kamieniem i ze szczętem zniósł; 15 dział, 24 cho- 
rągwi, całe zapasy, dostały się zwycięzcom. Tyle 
świetne zwycięztwa zjednały mu po świeżo ze- 
szłym Krzysztofie Badziwille, buławę w. litewską. 

Lecz w tymże jeszcze roku, mimo dotkliwych 
strat , w Inflantach poniesionych , książę Suder- 
manii zostawił Lindersona z niedobitkami, sam 
zaś wrócił do Szwecji, i zachęcony mianowicie 
od Moskwy, ogłosił się królem szwedzkim; a że 
Polska teraz wplątała się zarazem w wojnę 
z Moskwą i Turcyą, i Inflanty stały prawie 
otworem z wojsk ogołocone, albowiem Zygmunt 
dwie prowadząc wojny, nie mógł dosełać po- 
siłków na obronę tej ziemi; przeto Karol aż 
nadto dobrze umiejący korzystać z każdej oko- 
liczności, gorąco pałający zatrzeć ostatnie swoje 
klęski, dodać blasku świeżo na głowę włożo- 
nej koronie, powiększyć państwo tak piękne 
zdobyczą, wszelką wytężył Bite. Zaczem na 
początku Sierpnia r. 1605, przypłynął w 64. 
okręty pod brzegi inflanckie i wysadził na ląd 
bez najmniejszego oporu, liczne, we wszystko 
dobrze zaopatrzone wojsko, któremu pod nim 
przywodzili generałowie: Andrzej Linderson, 
Fryderyk hrabia Mansfeld, i Fryderyk książę 
liineburski; a Karol pełny nadziei zdobycia, już 
nawet ostatniemu, jako zięciowi swojemu, prze- 
znaczał księstwa Kurlandyi i Semigalii. Głó- 
wnym zamiarem Karola było, otworzyć wypra- 
wę przez zdobycie Rygi, miasta najznakomitszego 
w Inflantach; do tego więc celu rozdzielił siły 
na trzy części: jeden oddział, pod rozkazami 
hrabiego Mansfeld, popłynął na statkach, aby 
niespodziewanie zająć zamek Dyament, klucz 
do upatrzoriego stanowiska. Linderson od Re- 
wia ciągnął ku Rydze, w odwodzie pierwszemu; 
Karol, aby mógł rzucić się, gdzieby zaszła po- 
trzeba z wywiniętych okoliczności, stanął pod 
Parna w ą. 

Miasta Rygi broniło wówczas stu wybrań- 
ców szawelskich Sierotki Radziwiłła, czterdzie- 
stu Szkotów królewskich i kilkudziesiąt ciężkich 
jeżdców Dónhoffa, tudzież parę tysięcy* miejskiej 
straży; a osada zamku Dyament składała się 
zaledwie z 250 pieszych. Wiedział o tern bar- 
dzo dobrze Mansfeld, dla tego nieomieszkał wy- 
słać trębacza do Gabryela Białłozora, dowódzcy 
zamku, z listem następującej treści: „Zanim 
„szturm nakażę, wzywam cię szczerze, po przy- 
jacielsku, w imieniu króla Szwecyi, pana mego 
„najmiłościwszego, do złożenia broni i oddania 
„bez odwłoki zamku; co jeśli uczynisz, i życie 
„całej osady ocalisz i wszystkie sprzęty wywieść 
„tobie będzie pozwolono; lecz przeciwnie, gdy- 
„bjrś trwał w uporze lekkomyślnej i bezużytecz- 
nej obrony, doznacie wszelkiego okrucieństwa i 
„nikt z życiem nie ujdzie. Zamek rozkażę zni- 
szczyć tak, aby kamień na kamieniu nie został 
„i śladu najmniejszego, gdzie stał, nie było." 

Na co mężny Białłozor krótko odpowiedział: 



Digitized by 



GoogI< 



44 






<V 
o* 

a*- 

a* 

Ot 




„Wybaczam zarozumiałość młodości twojej; któż 
„jesteś i zkąd przybywasz, że się odważyłeś 
„tak zuchwale i bezrozumnie odezwać? aniś 
„ty ów Tytus, ani my Jerozolimą. Murów Dya- 
„mentu broni polski żołnierz ... • wolno walczyć; 
„lecz jeżeli kto drugi przyjdzie z podobnemi wa- 



„runkami, głową przypłaci; czekamy, alezbro- 
„nią w ręku." Po takiej odpowiedzi zaraz Mans- 
feld rozkazał zatoczyć działa i trzykroć szturm 
do zamku przypuścić ; lecz tak dzielnego doznał 
odporu, ze jeszcze tegoż dnia od oblężenia cał- 
kiem odstąpił. W obronie Dyamentu odznaczyli 



Digitized by 



Google 



45 



się takie nie mało Szkotowie, sławni strzelcy, 
w służbie polskiej zostający, pod wodzą dziel- 
nego Węgrzyna Boremissy, tudzież officer fran- 
cuski, Pwtr de la Yillatelle. 

(Dalszy ciąg nastąpi.) 



Pałac Necessidades* 

Z środkowego punktu Lizbony, ciągnie się 
długa ulica San Paulo ku kościołowi tegoż na- 
zwiska, około wielu klasztorów, fontan, ogro- 
dów, przez wysokie terassy i głębokie fossy, aż 
do tej części miasta, której główną ozdobą jest 

Itałac Necessidades, teraźniejsza rezydencja kró- 
owej Donny Maryi. Droga ta jest dość długa, 
idzie się dobra godzinę ; a nawet powozem prę- 
dzej jej przebyć nie można, ponieważ muły, dla 
nierównej drogi, nie wiele prędzej, jak pieszy, 
postępują. Lepiej ten uczyni, kto zaraz na placu 
Remulares, wsiadłszy w statek na rzece Tagu, 
tu płynącej, każe się zawieść z Barquein do 
portu Pampulia ; podroż ta, między pysznemi nad 
wszelki wyraz brzegami, jest czarująca. Lekko 
sunie łódka po zwierciadlanej wodzie, obok nie- 
zliczonych ociężało stojących okrętów, a łagodny 
zefir od morza wiejący, mile chłodzi żar sło- 
neczny. Pampulia nazywa sie plac portowy, 
do którego płynie się pół godziny. Tu się lą- 
duje pod groblą kamienną i wchodzi się po 
wschodach. Ztąd prowadzą w górę dwie sze- 
rokie, lecz nie proste ulice, na wielki wspaniały 
taras, okolony gmachami, które nasza rycina 
przedstawia. Jestto pałac Necessidades ze swe- 
mi pobocznemi i tylnemi budynkami. Nie jest 
on zbyt wielki, ma dwa dziedzińce, gdzie się 
roją psy, żebracy wszystkich farb, a mianowi- 
cie Murzyni, muły, wozy, służba, żołnierze it.d. 
Wschody główne, prowadzące do pałacu, są 
wspaniałe i urządzenie wewnętrzne gmachów 
pyszne, jednak przebija się wszędzie zaeuro- 
pejski, brazyliański zbytek, który tu jedynie 
spostrzegać się daje. Okna po lewej stronie od 
altany należą do komnat królowej i księcia Don 
Fernando. Mają wielkie szyby, jak w niektórych 
paryzkich, lub londyńskich sklepach, znamionu- 
jące wielki przepych. Wzniesiony budynek za 
wieżą, ozdobioną stosunkowo zbyt wielkim ko- 
gutem świetnym, jest dawniejszy klasztor Ne- 
cessidades, obszerna i piękna budowla, w której 
celach obecnie podrzędna służba królowej i jej 
małżonka się mieści* Jeszcze dotychczas stoją 
w posępnych korytarzach tego budynku posągi 
i obrazy świętych, które groźnie z swych ponu- 
rych przybytków na te światową wrzawę spo- 
glądać się zdaią. Wielki ogród rozciąga się za 
klasztorem, którego drzewa Tujo, aż ponad dach 
klasztorny sięgają, ale uprawa jego jest dość 
zaniedbana. Dzika 'winna macica pnie się około 
złocistej cytryny, ^daktylu, przytłumiając swemi 
szerokiemi liściami wzrost tych szlachetnych 













Franciszek Xawery Dmochowski. 



drzew. Niezliczona moc róży zdobiła ściany 
rzęsistemi wieńcami; ale oraz bujne zielsko 
walczyć się zdawało o pierwszeństwo z aaj- 
piękniejszemi kwiatami. Fontana na froncie 
jest jedną z owych Agoas librę* , których Liz- 
bona kilka set ficzy, a przy których ciągle massa 
ludzi pijących, czerpających, śpiących, zalega. 
Nie każdemu jednak wolno brać wędę, tylko 
agoateirom, tojest nosi wodom, płacącym za to 
magistratowi pewną daninę. 



Franciszek Xawery Dmochowski. 

Nieraz zasługa prawdziwa, zwykle fiuo- 
mna, nie przedziera się do uszu stugłowej pu- 
bliczności, albo też dawszy się nieco poznać, 
wnet zapomnianą, a niekiedy nawet i spotwa- 
rzaną bytta. Takiego losu doznał Franciszek 
Xawery Dmochowski, mąż uczony, w swoim 
czasie i sferze niezmiernie wiele dla nauk i do- 
bra ogólnego działający, jeden s szczupłej bar- 
dzo liczby owych wypranych, którzy po r. 1795 
narodowe Palladium, tojest oświecenie krajowe 
z pożaru powszechnego unieśli. 

Urodził się w roku 1762> w województwie 

todlaskiem, z ubogich, ale rozsądnych rodziców, 
tórzy się starali wszelkiemi sposobami pozo- 
stawić mu największą i najtrwalszą puściznę, 
jaką dzieci po rodzicach odebrać mogą, tojest, 
dobre wychowanie. Oddany przez nich w mło- 
docianym wieku do szkół pijarskich w Drohi- 
czynie, szybkie w naukach robił postępy, a swo- 
jćm bystrem obejmowaniem rzeczy, porządnem 
myśleniem i wyższym nad lata rozsądkiem, rząd- 
kiemi przymiotami, połączonemi z niezmordowaną 



Digitized by 



Google 



46 



niczem pilnością, ściągnął na siebie uwagę uczo- 
nego zgromadzenia XX, Pijarów, które go 
M^poczet członków swoich policzyć pragnęło. 
Dmochowski nie miał wprawdzie żadnej skłon- 
ności do stanu duchownego, jak się to poka- 
zuje z dziełka, przypisywanego mu powszech- 
nie, podtytułem: Kią dz małżonek, nienowego, 
nic dziwnego; ale przecież z rozmaitych wzglę- 
dów, stosunków familijnych, nareszcie z braku 
doświadczenia i z przywiązania i szacunku ku 
swoim nauczycielom, wstąpił do nowieyatu pi- 
larskiego, w 16tym roku życia. Ukończywszy 
z wielkim dla siebie pożytkiem i zaletą nauki, 
jakich po młodym Pijarze wymagają, uczył 
następnie sam w kollegiach: radomskiem, łom- 
żyńskiem i warszawskiem. W ostatniem wy- 
kładając retorykę, dał się uczonej publiczności 
poznać 'kilku 'literackiemi pracami, jako prze- 
kładem sądu ostatecznego Edwarda Junga, po- 
chwałą Karpia, chorążego upitskiego, mową 
łacińska przy odnawianiu nauk w kollegium 
pijarskiem miana, swoją sztuka rymotworczą, 
a nadewszystko ułamki z przekładu swego II- 
liady Homera i pismem wymierzonem przeciw 
professorom akademii krakowskiej, wydanem 
pod tytułem: Zalus nad zaciekami wszechnicy 
krakowskiej. Powodem do tego pisma była na- 
stępująca okoliczność. Po zreformowaniu przez 
nieśmiertelnej pamięci kommissyą edukacyjną 
nauk w tej szkole głównej koronnej, professo- 
rowie jej, uważając się za drugą Sorbonnę, 
chcieli być prawodawcami języka polskiego, i 
wprowadzali do niego mnóstwo wielkie nowych 
niezgrabnie utworzonych wyrazów, dzikich zwro- 
tów ciemnych i niewłaściwych sposobów mó- 
wienia. Przykład był niebezpieczny, bo miał 
za sobą powagę kiltuwiecznej zasługi akade- 
mii. Dmochowski wytknął niedorzeczność tych 
nowych reformatorów i zraził skwapliwych i śle- 
pych złego naśladowców. Wśród tej walki 
Dmochowskiego z akademią, nastąnił ów pa- 
miętny w dziejach Polski sejm wielki. Jeden 
z głównych jego działaczy, sławny Hugo Koł- 
łątaj, natenczas podkanclerzy w. koronny, upa- 
trzywszy w Dmochowskim wszystkie przymioty, 
zdolne kierować opinią publiczną, wyprosił go 
sobie u przełożonych XX. Pijarów i używał go 
do rady i pióra; dla tem większego zaś zobo- 
wiązania go sobie, wyjednał mu dość intratne 
prooostwo w Kole. " Dmochowski w czasie 
wielkiego sejmu niezmiernie był czynnym : wy- 
dawał bezimiennie ulotne pisemka w duchu le- 
piej i zdrowo myślącej większości sejmu; po- 
prawiał, przerabiał, redagował pisma, przez 
innych w tym samym celu w\ dawane; pisał 
artykuły do pism peryodycznych, treści politycz- 
nej f; zbijał zdania opponentów konstytucji 3go 

,Po przystąpieniu Stanisława Augusta do kon- 
federacyi targowickiej, Dmochowski zmuszony 
z wielu innymi opuścić ojczyzno, udał *ię do 



Drezna, gdzie wraz z Kołłątajem i Ignacym 
Potockim ułożył i wydał w Lipsku, (właści- 
wie w Krakowie u Maja) znajome dzieło: O 
powstaniu i upadku kons/y/ueyi 3go Maja. 
Powstanie Kościuszki przywołało go na powrót 
do kraju. Zasługi położone dla współziomków 
w nauczycielskim i literackim zawodzie ; zdat- 
ność do spraw publicznych, podczas sejmu wiel- 
kiego okazana; nareszcie gorliwość, zapał i bliż- 
sze stosunki z Kołłątajem i Ignacym Potockim! uto- 
rowały mu drogę do najwyższych godności w no- 
wym rządzie: mianowany został członkiem rady 
najwyższej. W tym nowym zawodzie służył 
krajowi z całych sił swoich; wednie uczęszczał 
na posiedzenie rządowe, układał postanowienia 
i odezwy rządu; noce poświęcał redakcyi ga- 
zety rządowej, która od Kwietuia do pierw- 
szych dni Listopada 1794 Avychodząc, niezmier- 
nie na kierowanie opinii publicznej wpływała. 

Klęska pod Maciejo wicami, wygnała go zno- 
wu, jak wielu innych, w obce ziemie. Z za- 
krwawionem sercem, z książką w reku, bez 
grosza, tułał się Dmochowski 'po Niemczech, 
Francyi i Włoszech. Nareszcie straciwszy 
ufność, jak Godebski i wielu innych, w samo- 
lubczej rachubie zachodniego narodu, który o 
sobie tylko myślał, zaczął tęsknić do ojczyzny, 
a sławny Ięnacy Krasicki, arcybiskup gnieźnień- 
ski, wyrobił mu wolność powrócenia do kraju 
i dał wygnańcowi gościnny przytułek w domu 
swoim. W roku 1800 powrócił Dmochowski 
do Warszawy, a lubo był wzywany na profes- 
sora przy akademii wileńskiej, posady tej nie 
przyjął, i żyjąc prywatnie, oddał się całkiem 
pracom literackim. 

Ile człowiek przy szczerych chęciach i wy- 
trwałości dokazać może, dowodem tego jest ży- 
cie Dmochowskiego od roku 1800—1808., tojest 
do zgonu tego męża. W tym krótkim prze- 
ciągu czasu, wydał on na widok publiczny 
swój wyborny przekład Illiady, przełożył dzie- 
więć ksiąg Eneidy, pierwsza księgę Odyssei, 
wydawał przez pięć lat Pamiętnik' Marsza wski, 
dzieła Karpińskiego, Krasickiego, satyry Boala 
tłumaczenia Gorczyczewskiego, tłumaczył listy 
i satyry Horacego/ Baj utracony 3Iiltona i wy- 
dał mnóstwo pism drobnych bezimiennie, pod 
s wojem lub też obcem nazwiskiem ; był jednym 
z twórców i najcz\nniejszych członków towa- 
rzystwa przyjaciół "nauk w Warszawie. 

W tej też epoce wzdychając do swobody 
życia familijnego, wszedł w związki małżeń- 
skie z Izabellą Mikorską. Krok' ten nieroz- 
inyślny, nabawił go wiele przykrości; szarpali 
go ze wszech stron ludzie, którzy najczęściej 
nie byli warci, jak Chrystus Pan wyrzekł/ rze- 
mienia u trzewika jego odwiązać, i wplątali 
go w polemikę, która mu wielu nieprzyjaciół 
narobiła. Gdy przeto w roku 1807 nastąpiła 
zmiana stósunk/w krajowych, zapomniano * zu- 
pełnie o wielkich zasługach Dmochowskiego, 



Digitized by 



Google 



47 



nie chciano, czy nie umiano, przebaczyć słabo- 
ści, i nie wezwano go do dzieła odrodzenia, 
w którem tak użytecznie mógł pracować; gdy 
tymczasem występkowi pozwolono rozpierać się 
w senatorskich krzesłach i podła pierś orde- 
rami zdobiono. Dmochowski znękany tylu prze- 
ciwnościami, wycieńczony na siłach pracą, dot- 
knięty do żywego niewdzięcznością, umarł w sa- 
mej sile wieku, roku 1808, mając nie spełna 
lat 46. 



b) 



Pieśni, które lud wiejski w okolicach Oste- 
rode, w Prusach wschodnich, śpiewa. 

(Ciąg dalszy.) 

Na pierwszego Maja 
Wojnę zaczynane, 
Wszystkim wojennikom 
Na nią rozkazano. .|. a) 

Oj rad bym ja, radbym 
Na wojenkę jechał, 
Kieby mi konika 
Kieby kto osiodłał! 

Najmilej sza jego 
Gdy to usłyszała, 

Poszła (albo padła) do stanieniu (stajenki), 
Konia osiodłała. .[. 

Konia osiodławszy, 
Wzięła rzewnie płakać : 
„Jak się, najmniejszy, e) 
Mam bez ciebie ostać ?" .|. 

,, ,,Najmilejsza moja, d) 
Wziąłcibym cię z sobą; 
Kolaseczki nie mam, 
S£ubu'm niebrał z tobą. .|. 

A (albo az) siódmego roczku, 
Gdy oię z wojny wrócę, 
To tobie najmilsza (albo dziewczyno), 
Z serca żalu skrócę."" .|. 



a) Drudzy kładą jako wiersz wtóry ; 

Dzisiaj rozkazano, 
Jutro wyjeżdżano, 

A miłym rodzicom (albo smętnym kochankom) 
Ciężki zal zadano. 

b) Drudzy taki 

Oj i jaćbym na nią, 
Oj i rad pojechał, 
Kieby mnie kto konia 
Mojego osiodłał. 

c) Drudzy -. 

Smętne moje serce, 
Nie mogęć rady dać! 

Albo tak z 

Nieszczęsna godzina 
W żołnierzu się kochać. 

d) Albo* Cyt, najmilsza, nie płaci. 



Siódmy roczek mija (albo nastał), 
Jak był (albo któren) obieerfny: 
Nie jedzie najmilszy, e) 
Nie jedzie kochany. .|. f) x 

Wyszła na gościniec (albo półeczko), 
Gdzie żołnierze jadą; 
A jej najmilszego 
Tam z sobą nie wiodą. .|. 



e) Drudzy : 

"Wygląda najmilsza, 
Czy jedzie kochany. 

f) Odtąd drudzy w taki sposób całą pieśń kończą : 

Wyszła na gościniec, 
Gdzie żołnierze jadą; 
Pyta się o swego, *) 
Czyli jego wiodą. 

Oj wiodąc konika, 
Żałobą okryty; 
„A twój naj milej szy 
„Na wojnie zabity." 

Oj lezyć on, leży 
W tureckiej granicy ; 
/ Zabilić go ta mój 
. Cudzy wojennicy. 

A jego koniczek 
Stoi kole (albo kiele) niego, 
Stoi, nóżką grzebie, 
Stoi, żałuje go : 

„A kiedym ja bywał 
U swojego paua, 
Nie chciałem ja zerać 
Owsa, ani siana. **) 

A teraz ci nie mam 
Razu garści (albo ani gołej) sieczki. 
Oj stoję ja, stoję 
We krwi wpół kosteczki. 

A teraz ci nie mam 
Razu wiązki siana. 
Oj stoję ja, stoję 
We krwi wpół kolana. 

A teraz ci nie mam 
Razu prostej słomy; 
Objedzą mnie krucy, 
Obierzą mię wrony." 

Porosła, porosła 
Murawa zielona; 
A na tej murawie 
Chorągiew ezerwona. 



*) Drudzy i 

„Moi wojennicy 
„Czyrfta (czyście) s wojny wszyscy?" 

,»»»Oj wszyscyśmy, wszyscy, 
„„Wszyscy bez jednego: 
„„Wszyscy powracamy, 
„ „Jeno niema twego." " 

**) Zamiast tego .wiersza drudzy tak i 

Wstawaj, panie młody, 
Wstawaj z tej murawy; 
Pierwej es* mi dawał 
Owsa, siana, trawy. 



Digitized by 



Google 



4$ 



Oj wiodąc konika;, 
Żałobą nakryty. 
,,A mój najmilejszy 
Na wojnie zabity !** .|. 



Podobni) treści piosnka jest ta : 
Na Podola równe pole, 
Stroi Polak wojsko swoje. 
A jakci go wyszykował, 
Z panem Rasem się próbował. 

W kotły, w bębny uderzono, 
Na wojenkę rozkazano. 

„Rade i bym ja na nią jechał, 
„Kieby mi kto konia siodłał." 

Starsza siostra usłyszała, 
Brata konia osiodłają) 

A ta średnia mlecz podała, 
A ta młodsza zapłakała. 

„ „Nie płacz , siostro I za trzy lata 
„„Obaczysz ty a wojny brata."" 

Nie wystłoó tam rok, półtora, 
Wojennicy jadą z pola. 

„Pytam się was* wojennicy, 
„Jeźliśta tez z wojny wszyscy?" 

„„Wszysoy'm, wszyscy*m, bez jednego, 
Bez braciszka, bez twojego. 

Hajnn (oto) leiy na Podola, 
Leży główka na kamienia. 

Konik jego kole niego 
Grzebie nóżką, żałuje go. 

Wygrzebałti wpół kolana, 
Żałujący swtego pana t 

Kiedym był u swego pana, 
J[adałem (zerałem) ja gołe ziarna; 

A terazci z prostej słomy 
Obierzą mię krncy, wrony. 

Ni ja sieczki (owsa), ni ja siana, 
Jeno we krwi wpół kolana." " 



Na Podolu gawron kracie, 
Siostra brata swego płacze. 

„Nie płacz, nie płacz, siosiro moja, 
Juz n Boga dusza moja." 



Jeszcze druga podobna. 

Pod zielonym laskiem 
Ptaszeczki śpiewają, 
A mego Jasieczka 
Na wojnę wołają. 

Oj juzci wołają, a) 
Koniczek siodłany. 
„Komuż mię zostawisz . 
„Mój Jaśku kochany? •* 

„ „Zostawię cię temu, 
Co nad nami w niebie, 
Az za roczek, za dwa, 
Wrócę się do ciebie.*"* 

Siódmy roczek idzie, 
Jak się wojna toczy; 
„A po moim Jaśku 
„Nie oschną me (moje) oczy.** 

Idą wozy, idą, 
Wozy za wozami; 
„A mego Jasieczka 
„Nie masz między nimi." o) 

Odezwało! jej się 
Juz lezący w żłobie; 
„„Idź, Maryś, do domu, 
, , , ,0 dpoczy woj sobie.* * * * 

Biegła Maryś, biegła, 
Ben (przez) wojsko krzyczący; 
Żołnierze ją cieszą, 
Winem częstujący. 



a) Drudzy: A niechże wołają, 

b) Drudzy przytaczają ten koniec z 

I poszłać go szukać 
Po gorącym piasku; 
Odezwał ci jej się: v 

„Nadobny robaczku!" 







rut 99*ca 7 w&baj&sną. 



net,m& rc***xacąM&. (x>&xj/stki?tT wońenwiko** nćtrUg r<ix/ t \tzx&u>, w^m^^^/*^,J 



Nakładem i drukiem Ernesta Gunthera w Lesznie. 



(Red. J. Łukaszewicz.) 

Digitized by L^OOClC 



Przyjaciel Ludu. 



Kok szósty. 



No. 7. 



dnia 17. Sierpnia 1839. 









... |V" 



1 " >^ 






^7' 

/ f 



) ■ i, 




Godefryd de Bouillon i dwaj orno Iowie. 



Digitized by 



Google — 



50 



Godefryd de Bouillon i dwaj aniołowie. 

Gdy Chrześcianie w roku 1099 Jerozolimę 
opanowali, pierwszem staraniem ich było: obrać 
z pośród siebie kogo, któryby był najgodniej- 
szym panować w tych świętych miejscach i 
wstąpić na tron Dawida, Kandydatami, których 
gtos publiczny do tego dostojeństwa wzywał, 
byli: Tankred, książę Normandyi, hrabia Flan- 
dryi i Godefryd. Lecz Tankred szukał tylko 
sławy z oręża, a miano rycerza przekładał nad 
zaszczyty berła. Robert, książę Normandyi, był 
z przyrodzenia swego słabym; wzgardził króle- 
stwem angielskiem, miałżeby się ubiegać o tron 
jerozolimski? Hrabia tuluski miał wielu nie- 
przyjaciół i lękano się jego dumy. Hrabia 
Flandryi wzdychał za powrotem do Europy, aby 
żyć w spokoju na tonie familii. Wszystkich oczy 
zwróciły się więc na Godefryda ; tymczasem mogli 
się zgłosić inni współu biegacze* 

Postanowiono, mówi sławny francuzki histo- 
ryk krucyat (M aimbourg), aby rada, złożona z dzie- 
sięciu najznakomitszych osób z pośród ducho- 
wieństwa i wojska, wybrała króla wskrzeszonej 
Jerozolimy. Nakazano modlitwy, posty i jał- 
mużny, aby niebo raczyło przewodniczyć w wy- 
borze. Rada nieszczędziła żadnych starań, aby 
zgłębić opinia jego o każdym dowódzcy. Wilhelm 
z Tyru opowiada, iż troskliwość swoje w tej 
mierze tak dalece posunęła, że badała ściśle i 
pod przysięga rodziny i sług tych, którzy sięgali 
po koronę jerozolimską, o obyczajach, charak- 
terze i najskrytszych skłonnościach ich panów. 
Słudzy Godefryda de Bouillon złożyli najpięk- 
niejsze świadectwo o jego cnotach domowych, 
a w swojej prostocie wyrzucali mu tylko jedne 
wadę, to jest, iż z zbytnia ciekawością przypa- 
trywał się obrazom i malowidłom po kościołach, 
zatrzymując się w nich tak dtugo, nawet po na- 
bożeństwie, że często zapominał o godzinie obiado- 
wej, i że potrawy, na stół przygotowane, stygły, 
smak tracąc. Łatwo jest, dodaje Pan Michaud 
w przy pisk u, poznać, że jeden z tych sędziów 
musiał być doskonałym kucharzem, drugi sza- 
farzem. 

Przywodzono na pamięć przysługi księcia 
lotaryngskiego w wojnie świętej; przypominano 
sobie, że w oblężeniu Nicei zgładził ze świata 
najniebezpieczniejszego z Saracenów; iż przebił 
na moście antyocheńskim olbrzyma ; iż w Azyi 
mniejszej naraził na niebezpieczeństwo życie 
własne w obronie żołnierza, ściganego od niedź- 
wiedzia. Opowiadano o nim wiele innych rysów 
odwagi, która już sama w opinii Krzyżowców 
wynosiła go nad wszystkich innych wodzów. 

Tym sposobem Godefryd zyskał dla siebie 
wszystkie głosy ludu i wojska; aby zaś na 
niczem niez bywało jego prawu do najwyższej 
władzy, aby jego „wyniesienie we wszystkiem 
zgadzało się z duchem czasu, zdarzyło się, że 
cudowne objawienia ogłosiły go królem poprze- 



dnio. Książę Jotaryngski pokazał się we śnie 
wielu osobom wiary godnym ; jednej, siedząc na 
tronie z samego słońca, otoczony ptakami nie-* 
bieskiemi, obrazami pielgrzymów; drugiej, trzy- 
mając w ręce lampę, podobną do gwiazda nocnej 
i wstępując po złotej drabinie do niebieskiego 
Jeruzalem ; trzecia osoba widziała na górze Siitai 
bohatera chrześciańskiego, którego dwaj posłance 
boscy pozdrawiali i którego zadaniem było pro- 
wadzić i rządzić lud wybrany. 

To ostatnie objawienie, P. Frederyk Madrazo, 
młody malarz hiszpański, wystawił w obrazie, 
którego rys czytelnikom pisma naszego załączamy. 
Koloryt i światło zalecają nadewszystko ten 
obraz, który z resztą zrobionym jest w wielkich 
pomiarach. — Wiadomo powszechnie, że rada 
ogłosiła królem Godefryda. Nominacya ta wznie- 
ciła największą radość w wojsku. Zaprowadzono 
króla w tryumfie do kościoła grobu Zbawiciela, 
gdzie złożył przysięgę, że będzie szanował prawa, 
honor i sprawiedliwość. Nie przyjął diademu i 
innych oznak godności królewskiej, mówiąc, iż 
nieprzyzwoita jest rzecz nosić tam koronę złotą, 
gdzie Jezus Chrystus, syn Boga, nosił koronę 
z ciernia w dniu swego umęczenia. Jedna kro- 
nika włoska utrzymuje, że Godefryd koronowany 
był koroną ze słomy. 

Przestał, mówi M. Michaud, na skromnym 
tytule obrońcy wiary i tytule barona grobu świę- 
tego* Utrzymują, iż w tym względzie słuchał 
rady duchowieństwa, które się obawiało, aby 
duma nie zasiadła na tronie, na którym duch 
Jezusa Chrystusa powinien był panować. Cóż- 
kolwiek bądź, Godefryd zasłużył przez swe cnoty 
na tytuł króla, który mu historya nadała i który 
mu był daleko przyzwoitszym, niż tytuł króle- 
stwa jego słabemu państwu. C. 



Do redakcyi Przyjaciela Ludu. 

Należąc od lat kilku do liczby prenumera- 
torów Przyjaciela Ludu, czytywałem w piśmie 
tem zawsze z największem upodobaniem arty- 
kuły, które uwagę czytelnika na przeważne 
przodków czyny i dzieła, na zdarzenia i pomniki 
przeszłości, nareszcie na rodzinną ziemię, przy- 
jemnie zwracają. Sądząc, że to uczucie, ten 
smak mój podziela większa część czytelników 
Przyjaciela Ludu, przesełam redakcyi do umie- 
szczenia list jednego z przodków moich, opisu- 
jący w krótkości przyjęcie na ziemi naszej Lu- 
dowiki Maryi, drugiej małżonki Władysława IV. 

R.S. 
„Wczora o południu wrócił mi się czeladnik, 
któregom umyślnie słał do pana starosty, szwa- 
gra mego, dawając mu znać o złem zdrowiu 
Itana ojca. We Gdańsku, nie w Lemburgu, kró- 
owa jmć mięsopustowała. We czwartek tłusty 
zajechali drogę za granicę ćwierć mili urzędnicy 
| królowej jmci, jakoto pan wojewoda pomorski! 



Digitized by 



Google 



51 



ochmistrz, pan starosta łomżyński, pan starosta 
sokolski, także jmp. sekretarz ^ wielki, pan sta- 
rosta wałecki, którzy mieli dwie chorągwie dra- 
gonów i okrom tego niemało inszej assystencyi. 
Wyjechały i dwie chorągwie powiatów tamecz- 
nych z swoim starosta, panem Krokowskim. Na 
samej granicy, nad rzeką Sawą, czekał jmks. 
biskup kujawski z panem podkanclerzem litew- 
skim królowej jmci w niemałej assystencyi. 
Samego pana podkanclerzego było koni różnych 
szumno ubranych złotogłowatni, a różnemi aksa- 
mitami nakrytych, 60, które masztalerze w księ- 
życ uszykowane trzymali. Piechota jego m t bar- 
wie świeżej, której było 200 człeka, stanęła 
od rzeki aż do szopy królewskiej, bardzo szu- 
mnej, wewnątrz haftowanej, którą rozbito na 
to, żeby tam pomienieni jmć królową imieniem 
króla jmci i senatu przywitali. Naprzeciwko 

tiechoty stało sto kozaków jegoż w świetnej 
arwie czerwonej, wszyscy w rządzikach sre- 
brnych i z łubiami oprawnemi. Podle nich pół- 
torasta innych kozaków; "wszystkie wozy mię- 
dzy tern wojskiem przejeżdżały i sama królowa, 
aż do tej szopy, od której sukno zielone roz- 
postarto aż do droci, gdzie^ królowę z lektyki 
x. biskup kujawski z księciem biskupem war- 
mińskim wysadził, w sam mrok przy jarzęcych 
świecach, i do tej szopy, gdzie ziemia kobier- 
cami perskiemi nakryta była i krzesło aksamitne 
ze złotą frandzlą stało, zaprowadzili. Tain kró- 
lowa usiadłszy, audyencyą dała jmci księdzu 
biskupowi kujawskiemu, który ją po łacinie 
witał. Biskup auryacki, Francuz, po łacinie 
także odpowiedział. Potem do pocałowania ręki 
ci przystąpili, co wyjechali byli przeciwko niej; 
tamże zaraz pan wojewoda pomorski, jako mar- 
szałek, laskę przed królową jmcią podniósł. Po 
tern witaniu wsadzili znowu królowę do lektyki, 
która na saniach stała, i tak ją przy szypo- 
szach, surmach, trąbach, do zamku lemburskiego, 
niedaleko odległego, zaprowadzili, gdzie jmć 
pani wojewodzina pomorska z jmć panią staro- 
ściną bydgoską drogę zajechały. Tam królowa 
prywatnie jadła, przecież służył jej do stołu 
pan starosta łomżyński. PP. posłowe z kom- 
pania swoją u jmci x. biskupa kujawskiego 
na bankiecie byli. W piątek po śniadaniu, ru- 
szyli się wszyscy do Wejerowskiej Woli na 
noc, gdzie pan wojewoda malborski prowiantu 
dla królowej przysposobił. W sobotę po mszy 
i śniadaniu do Oliwy na noc, gdzie na ćwierć 
mili wyjechał przeciwko niej królewicz biskup 
płocki i x. jmci pan kanclerz litewski i x. 
podkanclerzy i inszych siła. Tamże na tern 
miejscu wysiadła do pałacu Gdańszczanina je- 
dnego, gdzie sala królewskiemu szpalerami obita 
była. Na podwórzu, zaraz jak wysiadła, króle- 
wicz ją witał po łacinie, tenże biskup auryacki 
także po łacinie odpowiadał. Znowu na sali 
witał ją jmć x. podkanclerzy imieniem króla 
jmci także po łacinie; tenże biskup odpowiedział. 



Potem królowa do Oliwy przyjechawszy, do 
kościoła naprzód wysiadła, z którego frauncymer 
polski z panią Rawską naprzeciw do karety 
wyszedł i do kościoła w ostatniej godzinie 
wprowadził, gdzie do drzwi opat pontificałiter 
ubrany wyszedł. Muzyka królewska: TeDeum 
laudamus grała ; opat modlitwy przed ołtarzem, 
za szczęśliwy przyjazd królowej panu Bogu dzię- 
kując, odprawił. Potem królowa do pokoju, 
obiciem królewskiem ozdobionego, zaprowadzona, 
jadła prywatnie. W niedzielę mięsopustną, po 
mszy i śniadaniu, do Gdańska się ruszyła. Gdań- 
szczanie, lubo w Oliwie przez dwu radnych 
imieniem wszystkich witanie odprawili, wyszli 
wszyscy naprzeciwko królowej. Piechoty ich 
po wałach pełno było, i nadto od pierwszego 
przedmieścia począwszy, piechota pod bronią 
przez całe miasto szła, której na kilkanaście 
tysięcy rachują. Konnych także tysiąc, i lepiej, 
mieli, którzy wprzód wjeżdżali; za nimi różna 
jazda panów posłów, toż dopiero kal wakata przed 
karetą królowej aksamitną, którą jej król przy- 
słał. Wszyscy PP. senatorowie i królewicz 
konno ją wprowadzali; przy karecie pan sta- 
rosta czorsztyński, jako koniuszy, a za karetą 
młódź wszystka panów posłów. W sam mrok 
do Gdańska wjechała. Nazajutrz w poniedzia- 
łek bankiet publiczny na srodze wielkiej sali, 
muzyka królewska na dwu gankach ; podle kró- 
lowej, po lewej ręce, siedział królewicz, a 
w końcu stołu poseł francuzki, co tu dawno 
mieszka, a podle niego po prawej ręce posłowa, 
co z królową przyjechała, Madame GuebrianU 
Biskup auryacki nie był na tym bankiecie, bo 
mu me chciano dać miejsca u stołu królowej* 
Panowie senatorowie po jednej stronie sali, a 
frauncymer po drugiej siedzieli. Łuki tryum- 
falne, race i insze ognie, komedye, tańce, ma- 
szkary, przed pałacem przy świecach jarzęcych 
srodze szumne, trudno szczegółowo opisać, boby 
i papieru i czasu więcej na to trzeba. Dość 
na tern, że i królowa bardzo kontenta i Fran- 
cuzowie zadziwieni byli, że się oni na nic po- 
dobnego zdobyć nie mogli. W popielec była 
królowa na Latarni, gdzie ją Gdańszczanie i 
assystencyą wielkim dostatkiem częstowali, i 
prochu na sali siła napsowali. W przeszły po- 
niedziałek wyjechała królowa do Czczewa, zkąd 
się uda do Nieporętu, gdzie do środopostnej 
niedzieli wytchnąć ma; tam jej dopiero król 
zajachać i do ślubu do Warszawy prowadzić." 



Bozwaliiiy zamku w Odrzykoiiiu. 

(Z •brązów Galicji.) 
W oddaleniu jednej mili za król. miastecz- 
kiem Krosnem, leży na równinie, ciągnącej sie 
ku obwodowemu miastu Jasłu, mata 'wioska 
Odrzykoń. ^ W tyle wznosi się wysoka góra, na 
której skalistym szczycie powalone gruzy nie- 
gdyś wielkiego zamku Kamieńca spoczywają. 

7 



Digitized by 



Google 



5* 



59 



8 

I 




Digitized by 



Google 



53 



Ztadto przedstawia nam się daleki i pyszny 
widok, jak rzadko znaleść można. Przed sobą 
mamy urodzajna równinę, przerżnięta wieloma 
zagięciami rzek Wisłoki i Lubatówki. Na 
prżodzie ku południowi wychylają »ie z nie- 
bieskiego morza powietrznego mgliste szczyty 
Bieszczadów — ciągnącego się pasma Karpat 
— - z pomiędzy nich wystaje najbardziej góra 
„Cergowa", u której stóp wierzchołki wieź 
miasta Dukli destrzedz można; dalej ku połu- 
dniowo - wschodniej stronie, widać błyszczące 
iv promieniu słonecznym dachy miasteczka Ry- 
manowa, co niezwykłe sprawia wrażenie. Pod 
góra zamkową spoczywają w wiejskiem zaci- 
szu : przemysłowe miasteczko Korczynna, znane 
z swych wyrobów obrusowych, i park angielski 
we wsi Kąoornia z kształtnym pałacykiem. . Ku 
północy mniej rozmaitszą staje się okolica; 
bystre, lasem porosłe, skałami i złomami pokryte 
wzgórza, ograniczają widok. Ku zachodowi 
baja Toskoszą upojone oko po nad równiną, 
wieloma miejscami obsianą, na której się szcze- 
gólniej ładnie Jasło, Ulaszowice, Moderówka, 
Gorajowice, Tarnowiec i Krosno wydają. 

Zamek sam należał niegdyó do naJMiększych 
w kraju ; północno - zachodnia część jego naj- 
mniej jeszcze ucierpiała. Obszerny cztero-gra- 
niasty dziedziniec, strzegą wysokie mury, na 
skałach spoczywające. W południowo-zacho- 
dnim końcu wznosi się cztero - graniasta baszta, 
w środku zaś widać ślady stajen i piwnic. Do 
tego przytyka My soki, na stromych skałach sztucz- 
nie wystawiony gmach, niegdyś o kilku piętrach. 
W skałach widać wykute wschody i framugi, 
kamienne osady drzwi i okien, nad któremi się 
zewnątrz herb Firlejów znajduje, opierają się 
dotąd niszczącemu czasowi i udzielają dalekiego 
widoku na romantyczne okolice. Na wierzchu 
w murze są jtrzelnice i małe chodniki, a dalej 
była trzykątna zbrojownia z gotycką kamienną 
bramą. Za nią prowadził sklepiony kurytarz do 
kaplicy zamkowej, gdzie dotąd jeszcze szczątki 
kamiennej kazalnicy widać. Obraz ołtarzowy, 
przedstawiający św. Antoniego^ przeniesiono Ao 
taniego kościoła w Odrzykoniu. Po kaplicy 
zamkowej następuje reszta już mniej obronnych 
pokojów mieszkalnych, opatrzonych dokoła mu- 
rem otaczającym, tramą zajezdną i obszernym 
dziedzińcem, w którym się głęboka, w kamieniu 



kuta, teraz już zasypana studnia znajduje. Mocna 
baszta i wysoka kamienna wedeta, kończą całe 
długie zabudowanie zamkowe. Całe to wzgó- 
rze^ otoczone było głębokiemi okopami i wa- 
łami, także krętą drogą zamkową, która do 
kilka-milowego podziemnego ganku prowadziła. 
Zbudowanie zamku tego, dla skalistego swe- 
go położenia „Kamieniec" zwanego, przypada 
w czasy najdawniejsze. Z początku zdaje się, 
że to było do nabożeństwa od starych pogan 
używane miejsce, albowiem dotąd jeszcze widać 
ślady widoczne pogańskiego ołtarza kamiennego 
w wedecie zamkowej, który co do kształtu zga- 
dza się zupełnie z wszystkiemi innemi dotąd odkry- 
temi. Później przeszedł zamek Kamieniec, two- 
rzący oddzielne, Krosno obejmujące starostwo, 
w posiadłość rodziny Bonarów, Firlejów i Mosko- 
rzewskich, którzy tutaj, podług podania, byli 
zwolennikami aryjanizmu. W IT^m wieku był 
własnością Kamienieckich. Ragotzi podczas na- 

Sadu swego w Polsce oblegał zamek ten przez 
ługi czas bezskutecznie. Załoga omamiła — 
jak to podanie głosi — oblegających przez zrzu- 
canie ryb suszonych, aby ukryć niedostatek ży- 
wności. Lecz gdy juz największa nastąpiła' 
potrzeba, umknęła załoga przez ganek podziemny 
z zamku, a rozjuszony tym podejściem Ragotzi, 
nasycił wściekłość swoją zburzeniem zamku* 
Kaplica zamkowa przez długi czas jeszcze 
w całości stała, a jeszcze przed kilkoma laty 
żył tamże we wśi stoletni starzec, który w mło- 
dości swe*j do mszy św. w kaplicy tej sługiwał* 
Kościół Kapucynów w Krośnie wystawiono pra- 
wie całkiem z kamieni ciosowych, z zamku bra- 
nych. Dotąd, jeszcze wyciąga chciwość z sza- 
nownych gruzów kamień po Kamieniu i z dziką 
obojętnością niszczy zabytek, któryby długi czas 
mógł być jeszcze ozdobą kraju. 

Zamek w Odrzykoniu pamiętny jest takie 
mieszkaniem stawnego w 15tj» wieku przepisy- 
wacza rękopisów, Jana z Odrzykonia. 



Pieśni, które lud wiejski w okolicach Osle- 
rode, w Prusach, wschodnich, śpiewa. 

(Deksneseaic.) 



Leć glosie 
Po rosie 






ggf^^^ 







a*L^ 



Lj-^^^j.^AJJi-i^M. 



yfc.. 



->-*/ 



-+-WŚ- 



?///.< Z Ąr */zJ4?n*fZ.*f*łfr f //'?/<%/</ 'r*fł/S/<t, /f/d /yjź&MJf AlWfW/, 0/ WtySZffS, /Ki/itJcZtf. #s<w/i, 



i^^T~'^t^%Ł^-^- 






Digitized by 



Google - 



54 



Do Łochanka mego, 

Niech konia nic trudzi (swego konia), 

Bo ja mam innego. 

• Nie mój koń, 

• Nie mój koń, 

• Jeno brata mego; 

• Dajze na, najmilssa, 

• Owicskn gołego.* 

Nie dam owaa, 

Nie dam owsa, 
Bom go nie nasiała. 
■ Dajsc nn» najmilsza, 

• Z ogródeczka siana. • 

Nie dam siana, 

Nie dam siana, 
Bom go nie nasiekla. 
Padał deszcz, padał deszcz, 
Woda z nieba ciekła. 

• Świeć miesiąc 

• Świeć miesiąc, 

• Gwiazdeczko na niebie! 

• Pnićze mnie, dziewczyno, 

• Pnićze mnie do siebie. • 

» Tom stojał, 

• Tom wołał, 

• Nie chciałaś otworzyć. 

• Musiałem główeczkę 

• Na prózek położyć. 

- » Główkę na próg, 

• Główkę na próg, 

• Boczek na kaminszczek. 

• Bolał mnie mój boczek 

• Bez calnchny roczek. 



Wyszła dziewczyna, 

Wyszła jedyna, 
Jak różany kwiat. 

Oj wyszła, wyszła, 

Oczki opłakała, 
Nie żądny jej tfwiat. 

• Czego, dziewczę, płaczesz, 
» Caego tak narzekasz, 

• Najmilsza moja?* 

• •Jak ja nie mam płakać, 

• •Jak nie mam narzekać j 
» • Nie bedej twoja. « • 

• Będziesa, dziewczyno, 

• Będziesz jedyna, 

* Będziesz dali Bóg ; 

• Ludzie mi cię rają 
> I rodzice dają, 

> 1 sam sędzia, Bóg. * 

• •A Bóg ze wam zapłać, 

• •Moi mili ludzie, 
»»Co (ze) mię raicie. 

• » Oj będzieć ze mnie 
»» Dobra gospodyni $ 
'• > Sami widzicie. « * 



Bilwa pod Kircholmem. 

(Dalszy ciąg.) 

Pomimo wszystkich korzyści, nader przykre 
było położenie Chodkiewicza, cała jego sku- 
piona siła zaledwie wynosiła 3400 ludzi i to 
powiększej części jazdy* Codzień wyprawiał 
gońców do Warszawy, aby zniewolić Zygmunta 
do nadesłania posiłków ; lecz zawsze/ podług 
zwyczaju, obiecywano tylko, a skutku nie można 
się było doczekać; przeto w końcu zniecier- 
pliwiony, widząc się opuszczonym od króla i 
narodu, i niepodobieństwo opierania aię dłużej 
z taka garstką tyle przeważnej sile, nieodmien- 
nie postanowił, wysadziwszy wszystkie twier- 
dze w powietrze, wydać walną bitwę Z przed- 
sięwzięciem zwyciężyć albo zginąć, o niczem 
więcej nie myślał, jako tylko o wybraniu do- 
godnego stanowiska, w któremby nieprzyja- 
cielowi czoła śmiało nadstawiać mógł, raczej 
w myśli drogo sprzedania życia, aniżeli w na- 
dziei świetnego zwycięztwa, które mu się nie- 
podobnem prawie wydawało. Nie mogąc prze- 
szkodzić połączeniu się wszystkich sit szwedz- 
kich pod Parnawą, bo miał całą swą siłę wjeź- 
dzie, dla czego unikać musiał brzegów mor- 
skich, ani rozdzielić takowych, aby w pojedyn- 
czych oddziałach Szwedów stłumić, pod Kiessą 
w otwartem i dogodnem stanowisku okopawszy 
się, czekał na nieprzyjaciela. 

Szwedzi całą potęgę zwrócili na Rygę. 

Chodkiewicz chciał zawsze na odsiecz miasta 
temu być gotowym; korzysta więc z ciemnej 
nocy, uwodzi czujność nieprzyjaciela, w naj- 
większej cichości zwija obóz i przyśpieszonym 
pochodem staje pod miasteczkiem Iskulą, cztery 
mile od Rygi, pod zasłoną Kircholmu ; pewny, 
że nieprzyjaciel zbliska widząc wojsko jego 
strudzone pochodem, zniecierpliwiony ustawicz- 
nemi harcami, przyjmie bitwę, na którą hetman 
teraz zupełnie był przygotowany. Twierdza 
Kircholm stała niegdy o dwie mile od Rygi, 
na wyspie rzeki Dżwiny, zbudowana w r. 1160 
przez Meinharda, biskupa inilantskiego, który 
z kupcami niemieckimi przybył do Inflant pier- 
wszy dla przepowiadania wiary chrześciańskiej. 
Dziś gruzami świeci tyle świetna narodowa pa- 
miątka, jak i Miele innych pomników ubiegłej 
chwały ! 

Karol wycieńczony kilkokrotnym nadare- 
mnym szturmem do Rygi, poprzestawał na uwa- 
żaniu obrotów Chodkiewicza, przez mocne straże, 
na wszystkie strony rozesłane, — lecz na ze- 
branej teraz radzie wojennej Szwedów posta- 
nowiono, że wprzód znieść należy siły polskie 
zanimby się stanowcze oblężenie rozpoczęło, bo 
obecność ChodkiWicza ożywiałaby ducha oblę- 
żonych i udaremniała zdobycie Rygi, a nawet 
dla teco, ponieważ bardzo wielkie było prawdo- 
podobieństwo zniesienia garstki Polaków, tyle 
przeważną siłą. — Lecz gdy Szwedzi, zaledwie 



Digitized by 



Google 



55 



do wsi Blumenthal dotarłszy, ostrzeżeni przez 
szpiegów zostali, że ich Chodkiewicz w szyku 
sprawionym z całą gotowością czeka, obawiali 
się jakiego podstępu, i gdy ulewna burza użyć 
broni palnej nie dozwalała, przeto jeszcze woj- 
ska wstrzymały się w odległości trzechmilowej 
od siebie. 

Chodkiewicz lubo pragnął stanowczej bitwy, 
wiedział jednak dobrze z kim miał do czynienia, 
umiał ocenić męztwo Szwedów, dla tego nie 
zaniedbał żadnych ostrożności i zabiegów wo- 
jennych. Zewsząd odbierał wiadomości od ro- 
zesłanych szpiegów, o zbliżeniu się, siłach, 
obrotach i całe'm położeniu nieprzyjaciela; lecz 
oczekiwał jeszcze, lubo niecierpliwie, na po- 
siłki, które mu nadesłać przyrzeczono uroczy- 
ście i których codziennie spodziewał się, a 
które chociażby, nie nadeszły, osadził, że zawsze 
chwilę walki wypadało odciągnąć przynajmniej 
tyle, ażby już konieczność ostatnia i rozpacz 
powodowała, a okoliczności za pomyślne prawdo- 
podobieństwo ręczyły; wiedział albowiem, że 
w nim cała obrona tejtu ściany ojczystej, ale 
nietracac nadaremnie czasu, coraz umacniał sta- 
nowisko; rozesłał także z swej strony liczne 
zwiady, aby uniknąć podejścia i być panem 
okoliczności, tudzież trapił Szwedów ciągłemi 

K odjazdami, słowem, znał i umiał, jakto po 
etmańsku rozrządzać wojskiem w polu; 
Karol szwedzki pyszny liczbą, wstrzymaw- 
szy się tylko nieco, aby uchwycić jak najdogo- 
dniejszą do boju chwilę, w tern wytchnieniu 
jeszcze rozogniał żołnierstwo obietnicą podwój- 
nej po zwycięztwie płacy, naprzód obdzielił 
wodzów swoich zdobyczami obozu polskiego i 
chcąc ile można przywiązać do siebie i ożywić 
zapał powszechny, dat świetną ucztę dla całego 
wojska, wszystkich zaś wyższego stopnia woj- 
skowych do siebie zaprosił; rozlewało sie rzę- 
sisto wino; kosztownych darów, pochlebnych 
słówek, niczego nie zaniedbał, co tylko w swo- 
jem uważaniu rzeczy rozumiał, że wpływa na 
serce ludzkie; tego tylko nie wiedział, że czu- 
cie, męztwo, zapał, czuciem jedynie, męztwem 
i zapałem natchnąć można; zabiegi polityczne 
wprawdzie na chwilę ułudzić namiętności ludzi 
sa zdolne, lecz nie wzruszą szlachetnych unie- 
sień; zimno, po wierzchu, obejdą człowieka. 

Już długo ciągnęła się biesiada, kiedy 
wtem przed króla przyprowadzono Krajew- 
skiego, w utarczce przednich straży pochwyco- 
nego; wspaniała, rycerska, prawdziwie wojenna 
jego postawa, świetne i olbrzymie całe uzbro- 
jenie, na barkach zwieszona skóra lamparcia, 
zwróciły na niego wszystkich biesiadników oczy, 
jednając mu powszechny szacunek; a on by- 
najmniej przygodą niezmieszany, w znacząc/m 
milczeniu, jak gdyby wyzywał kogobądź na 
zapytania. Jenerałowie szwedzcy długo wpa- 
trując się z uniesieniem w poważne Krajew- ) 
skiego oblicze, szeptali sobie nawzajem najpo- ( 



chlebniejsze dla niego uwagi, a Mansfeld naj- 
więcej uderzony szlachetnemi rysy, nie będąc 
w stanie powściągnąć podziwiema, wyrzekł do 
króla: „jeśli wszyscy Polacy, miłościwy panie! 
są do tego człowieka podobni, ani wątpić, że 
bardzo krwawy bój jutro stoczyć nam przyjdzie." 
Pochwała ta mocno dotknęła Karola, odparł 
więc z gniewem: „włóż i ty na siebie wilczą 
skórę, a równie strasznym będziesz: jakże można 
z jednego brać wyobrażenie o wszystkich." — 
Gdy taki obrót rozmowa przybrała, Krajewski 
uprzedzając obelżywe pytania, prosił o głos i 
przemówił: „Wojsko nasze, najjaśniejszy książę, 
jest mocno pochodem strudzone, nieliczne, ledwie 
półczwarta tysiąca wynoszące; posiłków dopiero 
za dwa tygodnie oczekujemy; jednakże hetman 
mój, i w tćj szczupłości sił, bój z wami stoczyć 
zupełnie jest gotów ; oto czeka w szyku. „Jakto, 
czeka w pogotowiu do walki!" z przyciskiem od- 
powie Karol; „to nie na jego roztropność ob- 
wołaną, dążyć lekkomyślnie na oczywistą, prze- 
ciwnie dla niego zgotowaną zgubę." Tu znowu 
wojskowi szwedzcy, otaczający króla, którzy go- 
dnie oceniali mcztwo i rozwagę Chodkiewicza, 
nie wahali się głośno oddać mu zasłużoną spra- 
wiedliwość; uniósł się wprawdzie Karol jeszcze 
mocniej jak pierwej, ale powściągnął swój gniew 
na chwilę, bo osądził, że nie była to pora, dniem 
przed bitwą jątrzyć przeciw sobie umysły wojf- 
skowych; nawet rozkazał rozciąć wiązy jeńcowi, 
opatrzyć starannie rany jego; co więcej, przy- 
puścił go do stołu razem z sobą; przecież roz- 
mowa ta cała przetrwała wieki, albowiem cha- 
rakter ludzi nie tylko w natłoku nieszczęść i 
przeciwności, ale owszem tym mocniej na szczy- 
cie blasku i potęgi odznacza się całkiem; nie 
tylko w wielkich czynach, gdzie człowiek z całą 
rozwagą występuje, ale owszem tym mocniej 
w drobnych na pozór odcieniach uczucia, kiedy 
mu z natchnienia, bez namysłu, działać przy- 
chodzi, (DaUzy ciąg nastąpi.) 



Jau Fryderyk Sapieha. 

Możny niegdyś, a dziś już niknący dom Sa- 
piehów, odznaczał się zawsze dzielnością w boju, 
mądrością w radzie; słynął szablą i piórem* 
Lew Sapieha był wierną i zdrową radą Zyg- 
munta III. Na Piotra Sapiehy, starosty uświat- 
skiego, przeważne czyny, patrzały Moskwa i 
Wołochy; miecz jego szczerbił się o bramy 
Kremlina* Alexander Sapieha, wojewoda mści- 
sławski, wyświadczył krajowi ważne posługi pod 
Smoleńskiem i Chocimeuu ^ Wstępowali w ślady 
swoich przodków następni Sapiehowie, a cho- 
ciaż za panowania Augusta IL zaburzali Litwę 
i przelewali krew współbraci, przecież wnet 
z tego obłąkania powrócili na tór prawy i wiek 
nasz jeszcze zapatrywał się na rzadkie cnoty 



Digitized by 



Google _ 



56 





• 






























• 







Jan Fryderyk Sapieha. 



obywatelskie w Kazimierzu S a piesze, marszałku 
wielkiego sejmu, i wielbił naukę i poświęcenie 
w Alexandrze Sapiesze, mężu uczonym, który^ bi- 
bliotekę towarzystwa przyjaciół nauk hojnie i 
wspaniale wzbogacił. 

Z takiego rodu pochodził Jan Fryderyk Sa- 
pieha, którego wizerunek rycina niniejsza przed- 
stawia. Urodził się przy schyłku 17 go wieku 
z Kazimierza Sapiehy, wojewody trockiego. Nauki 
odbył w Brześciu, Lublinie i Warszawie, w kol- 
legiach jezuickich. Zostawszy starostę brzeskim 
w młodym bardzo wieku, zwiedził obce kraje, 
Niemcy, Holandyą, Anglia i Francyą, ćwicząc 
ą£ę w językach i umiejętnościach. Powróciwszy 
do kraju, sprawował rozmaite godności, a^ na- 
samprzód był referendarzem w. x. litewskiego. 
August II. polubił go i wyniósł na kasztelanią 
mińską ; wkrótce potem posuniony został Sapieha 
na kasztelanią trocką, na kanclerstwo wielkie 
w'. x. lit. i ozdobiony orderem orła białego. 
Przychylność współziomków, która sobie cnotami 
i uprzejmością zjednać umiał, oddała mu laskę 
marszałkowską trybunału litewskiego roku 1729. 
fjmarł jakoś w środku panowania Augusta III. 



Jan F. Sapieha należy do owych mężów, 
którzy nauki w kraju naszym za Augusta III, 
własnemi pracami, zachęcaniem innych i ofiarami 
majątku dźwigali. Uczeń niegdyś Jezuitów, sprzy- 
jał do śmierci temu zakonowi, i w zatargach 
z Pijarami wileńskimi, byt jednym z głównych 
jego filarów. Kochał się w książkach, i w Ko- 
deniu, majętności swojej, zebrał piękną bibliotekę, 
złożoną powiększej części z pisarzów krajowych. 
W tern samem miejscu wzniósł wspaniała świą- 
tynię, uposażył ja i wyniósł do rzędu kóllegiat. 
Wolne od zatrudnień publicznych chwile, po- 
święcał naukom, i zostawił po sobie następujące 
dzieła : 

1. Adnotationes historicae de origine, an- 
tujuitate, excellentid heroici ordinis equi- 
tutn aąuilae albae etc. Coloniae 1730. 4. 

2. Historya rewolucyi zaszłych w rządach 
rzeczypospolitej rzy tyskiej (z Wertota\ 

' W Warszawie 1736. . 

3. Histbrya obrazu kodeńskiego Panny 
Maryi. W Toruniu 1720. 4to. (Dzieło 
to wydał pod nazwiskiem Wcdickiego.} 

4. Zbiór różnych mów. W Lublinie. 



Nakładem i drukiem Ernesta Gitnthera w Lesznie. (Red. J. Łnkaszęwin.) 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 8. 



Leszno, 

dnia 24. Sierpnia 1839. 




58 



Zamość. 

Zamość, starożytne siedlisko potomków Flo- 
ryana Szarego, którego męztwo, szlachetne rany 
na polu sławy odniesione i trafną odpowiedz, 
Władysław Łokietek na pobojowisku pod Płow- 
caroi hojnie nagrodził, leży w dawnem woje- 
wództwie bełskiem, dziś w gubernii lubelskiej. 
Rodzina Szarego, w czasie, kiedy szlachta polska 
zaczęła się od włości swoich nazywać (w 15. 
wieku), przybrała od Zamościa nazwisko Za- 
mojskich, a wielki Jan Zamojski, w nagrodę 
niejako udzielonego przodkom jego nazwiska, 
z nic nieznaczącej wioski Zamościa, utworzył 
w 16. wieku jedno z najporządniejszych miast 
polskich. Wystawił w niem mnóstwo na sposób 
włoski murowanych domów, wzniósł kilka wspa- 
niałych kościołów, otoczył murem i wałami, 
sprowadził rozmaitych rzemieślników i kupców, 
osobliwie Ormian i Niemców, wyrobił dla jego 
mieszkańców u królów i Rzeczypospolitej polskiej 
korzystne bardzo swobody i ozdobił nowy ten 
gród, największym, jakim się miasto pochlubić 
może, zaszczytem, to jest uniwersytetem, spro- 
wadziwszy do niego na nauczycieli uczonych 
mężów, jakoto: Birkowskiego, Bursiusza i t. d. 

Odtąd miasto Zamość, stolica znacznej bar- 
dzo ordynacyi, z tylu .żywiołami do znamienitego 
podniesienia się, odegrało w dziejach Polski bar- 
dzo ważna, w każdym względzie rolę. Jego uni- 
wersytet wydał krajowi wielu uczonych ludzi; 
jego mury zasłaniały kraj nieraz od napaści na- 
jezdników, otwierały w zaburzeniach wewnętrz- 
nych przytułek spokojny mieszkańcom wśi i 
miast okolicznych; w jego świątyniach łączył 
się kościół wschodni ścisłemi węzłami z rzym- 
skim (r. 1720); jego drukarnie wytłaczały mnó- 
stwo ważnych i użytecznych dzieł; jego war- 
sztaty i kramy zaopatrywały województwo beł- 
skie, i inne, w rozmaite wyroby, rozszerzały po 
kraju przemysł i handel. 

W świetnych swoich czasach miał Zamość 
przeszło 12000 mieszkańców ; dziś ma ich około 
6000; obszerny zamek, niegdyś ordynatów Za- 
mojskich, pię&ny ratusz, wspaniałą kollegiatę, 
klasztor i kościół X.X. Bazylianów obrządku 
uniackiego, kościół ormiański; jest siedliskiem 
rozmaitych władz rządowy eh,, stanowi mocną wa- 
rownią i nie zbywa mu na rzemiosłach wszel- 
kiego rodzaju. 

Z licznych oblężeń, które Zamość wytrzymał, 
najpamiętniejszem jest oblężenie go przez Boh- 
dana Chmielnickiego w r. 1648. Szczegóły tego 
oblężenia, wyjęte z współczesnego rękopismu, są 
następujące: 

„Rozumieli wszyscy, że Chmielnicki od Lwowa 
juz na Ukrainę pójdzie; ale od czerni okrzy- 
kniony, do Zamościa poszedł, chcąc go obledz, 
albowiem starszyzna na rabunki wysłana, nie 
miała bezpieczeństwa w odległą krainę na ra- 
bunki udając się. Władza Chmielnickiego nie 



zawsze była niezawisła, czasem musiał to „czy- 
nić, co bunt kazał. Zaczem ruszywszy się z pod 
Lwowa, echo puścił, że pod Warszawę ciągnie, 
ale pierwej Zamość ma odwiedzić. 

Zamość, miasto i forteca, w ziemi chełmskiej 
leży ; przedtem mała wioska, Jelitów herbu gnia- 
zdo, trzy razy przebodzonemu kopiami w bitwie 
z Krzyżakami rycerzowi, zkupiwszy sąsiada, od 
króla na uleczenie oddana, w domu Jelitów zo- 
stawała ; aż Jan Zamojski, kanclerz i hetm. w. kor., 
założywszy miasto, i fortecę regularną sporzą- 
dził, Zamościem nazwawszy. Zakupił naokół 
wielką obszerność, i króle wszczyzny, w nagrodę 
jeco sławnych i odważnych akcyi, rzplta w ziem- 
skie dobra obróciła, pozwoliwszy mu ordynacyą 
swej fortuny uczynić, która konserwuje się pos- 
sessyą pod jednem Zamojskich imieniem, aż do- 
tychczas. Ta forteca ma wały podmurowane, 
fossy około wałów głębokie, nie wszędzie wodą 
oblane. Do tej fortecy, Władysław, margrabia 
Myszkowski, starosta gródecki, mając sobie po- 
ruczoną od Jeremiasza ks. Wiśniowieckiego kom- 
mendę nad dywizyą wojska, gdy tak wielkiej 
rebellizującego Kozactwa potencyi zatrzymać nie 
m^gł, we czterechset konnych ludzi rejterował się. 

Dokąd Ludwik Wejer, kasztelan elblągski, 
z pólkiem piechoty niemieckiej wszedł; także 
Stefan Oborski, starosta liwski, i Bar, półkownik 
dragonii koronnej, 300 ludzi wprowadzili; za 
nimi ks. Jeremiasza Wiśniowieckiego, węgierskiej 
piechoty chorągiew, weszła na prezydium. 

Przytem Jan Zamojski, ordynat, pan tego 
miejsca, 800 ludzi swym groszem na obronę tak 
tej fortecy, jako i zaszczyt rzpltej chował, przy 
wszelkiej ammunicyi wojennej, w cechauzach bę- 
dącej, i prowiantach na oblężenie. Szlachta 
z domów pouchodziwszy, w tejże fortecy schro- 
nienie miała, z którymi rachując, 3500 ludzi do 
boju było, oprócz poddaństwa zewsząd zbiegłego. 
Armat, prochu, poddostatkiem, także puszka* 
rzów umiejętnych, przytem zgoda między rycer- 
stwem $ jednego kommendzie poruczona ta for- 
teca jednego pana, w należytym porządku była, 
a rzpltej, że siła do nich interessuje się, mizer- 
nie niszczeją. 

Wysłał Chmielnicki póikownika Niebuba, na- 
zwanego, z przednią strażą, który chciał na roz- 
mowę z Zamościa wyprowadzić kilku mieszczan, 
sam pod fortecę zbliżywszy się. Lecz z miasta 
wysłany trębacz kazał, aby się ztąd umknął, bo 
przełożeni w 7 fortecy, zacni ludzie, niechcą dla 
swej powagi w żadną rozmowę wchodzić, a mie- 
szczanom nie wolno. Zaczem w nadziei swej 
omylony, bramy miejskie otwarte, jak w pokoju 
na wałach rzadkie straże, czy z niedbalstwa 
prezydium mających, czyli tćż lekce ważyli ko- 
zacką potencyą, powróciwszy do Chmielnickiego, 
uczynił relacyą, i aby wszystkiemi siłami doby- 
wał Zamościa, instygował. 

Zatem pod miasto przyciągnął Chmielnicki 
z 80,000 Kozaków, oprócz ordy zaciągnionej 



Digitized by 



Google 



59 



z Alimurzą i Wołochami.' Tłum ten ludzi tylko 
ucierał się harcując, i okopy czyniąc. Chmiel- 
nicki pod wsią Łabanki stał, i tam rady czynił, 
jak miał szturmować do Zamościa, czas prze- 
włócząc. Zatem pułkownicy poczęli na Chmiel- 
nickiego narzekać: iż rozpiwszy się, o niczem 
nie myślisz, strach cię opanował; najbardziej 
szalona głowa Czarnota, na Chmielnickiego czy- 
nił inwektywę, iż po wziętych w niewolą het- 
manach, po zniesieniu wojsk polskich, po oku- 
pieniu się Lwowa, Zamość, prywatny zamek 
jednego Polaka, nie może naszej potencyi wy- 
trzymać ; tylko, że hetman już począł folgować 
Polakom, z nimi mając skryte fakcye. Nie miło 
było słuchać Chmielnickiemu, zważając, co za 
głowa Czarnota, nie tylko nieprzyjaciel, ale i 
samego Chmielnickiego główny adwersarz. 

Lecz daremna Kozaków była furya, już czas 
nie po temu był dobywać fortecy, dzień 4. Li- 
stopada jak pod Zamość podstąpili, mrozy i tu- 
many wielkie, nie podobno było aproszów kopać. 
Zatem w kozackiem wojsku echo poszło, że się 
Zamość chce okupić* Chmielnicki chcący do- 
świadczyć prawdy, wyprawił posłów, i list pisał, 
zaleciwszy posłom, żeby się informowali o po- 
tencyi fortecy, i o zamysłach broniących się. 
Najpierw ej Myszkowskiemu kłaniał się, odwie- 
dzając zdrowie jego, i do szlachty znajomej pisa?, 
osobliwie do Wejera, rozumiejąc, że cudzozie- 
miec, do swej onego zaciągając partyi: ale We- 
jer odpisał Chmielnickiemu żwawo: 

„Że ja Wejer, jestem nietylko szlachcic pol- 
ski, ale wraz i senator król. pols., kasztelan, 
w Zamościu mam kommendę, i na tern miejscu, 
przodków moich cnoty popierać, nie zdradą ma- 
zać staram się. Mam więcej niż 3000 piechoty, 
którzy lubo wszyscy po niemiecku ubrani, jednak 
z Prus, Pomorza, Kaszub, Inflant i Kurlandyi 




dadzą. Jeżeli odstąpią rebellii i nieprzyjaznego 
umysłu Kozacy, będzie między nami zgoda, i 
wkrótce po obranym królu, złączymy siły i broń 
nasze, na nieprzyjaciela rzpltej." 

Ażeby pokazał przed Kozakami ochotę swoje 
do szturmowania Zamościa, kazał Chmielnicki 
przygotować się wszystkim do attaku, przeciwko 
armatom porobić kosze ziemią nasypane, na ko- 
łach one pomykając, faszyn, słomianych snopów 
i innych do zapalenia przygotować rzeczy, go- 
rzałki kufami wystawić w Majdanie, sam do 
Kozaków pijąc, zachęca? Kozaków czerń; spo- 
rządziwszy z 'grubego drzewa zakrywki, aby się 
za niemi od impetu kul mogli ukryć. Z tyłu 
zaś, obtoczyć kazał żerdziami i ostrokołami, aby 
nie uciekali we środku będący, i do tej machiny 
popojoną czerń kozacką, aby weszli, ordynował, 
i onę pomykał pod mury, a za nimi weteranów 
Kozaków doświadczone półki, przydawszy po 
bokach konne wojsko kozackie* Zatem dano 



z burzących armat ognia; to było hasło do za- 
częcia szturmu; lecz powoli ciągnęła czerń spo- 
rządzoną machinę, obawiając się z przodu Pola- 
ków, a z tjłu od jazdy sztychów, któremi leni- 
wych i tchórzów* popychali do szturmu. Taki 
był z obu stron ogień, iż dzień mglisty rozja- 
śniał; z Zamościa jednak rzucane kule, więcej 
Kozakom szkodziły, niżeli kozackie, bo ich tylko 
mury tłukły. Zaczem popojonym minęło i pi- 
jaństwo, że porzuciwszy machinę, uciekać poczęli, 
a co mieli zasłaniać weteranów, to onych po- 
mieszali uciekając, osobliwie jak z miasta wy- 
padli nasi, siła w tej klatce, jak na rzeź wysa- 
dzonych wycięli. Z miejskich murów jak dano 
z armat ognia, zaraz zabito humańskiego setnika, 
Kos nazwanego, i kapelana Chmielnickiego, przy 
nim stojącego, kula rozszarpała. 

Zaczem zagniewany Chmielnicki, Czarnotę 
ordynował na mury od północnej strony, jako 
żarliwie instygującego, aby do Zamościa sztur- 
mowano. Poszedł Czarnota, jako desperat, fa- 
szynami kazał fossę napełnić, starając się przy- 
stąpić do murów z drabinami, a po nich wlazł- 
szy, opanować mury i wały; lecz z drabin od- 
ważni pospadywali, jak kartaczaini na nich 
wystrzelono. Daremne usiłowanie i szalona od- 
waga; siła kozactwa tam padło trupem i sam 
Czarnota w lędźwie postrzelony, ukontentował 
się z przypuszczonego szturmu, a z ciężkiego 
bólu od postrzału, przeklinał swoje szaloną re- 
zolucyą. 

Z polskiej strony tego dnia siedmnastu zgi- 
nęło; Kozaków siła poległo w otwartem polu, 
z gołemi piersiami szturmujących od rana aż do 
wieczora. Noc ciemna dała odpoczynek z obu 
stron; ale Chmielnicki nie mógł spać dla myśli 
różnych, widząc, że ciężko dobyć Zamościa, 
a odstąpić hańba; po tak wielkich sukcessach, 
jedna mu się forteca oparła. 

Opuściwszy tedy z różnych stron daremne 
attaki, nie po jednokrotnie przypuszczane, rzucił 
się do sztuki: 

Z pobliższych wiosek namówił i przekupił 
chłopstwo, aby zmyśliwszy, że niewoli kozac- 
kiej uszli, do miasta wpuszczani, ono zapalili, 
lub też tam będących zbuntowawszy, do ucieka- 
nia z miasta namówili. Gdy się to nię udało, 
a już Listopad się kończył, posłał trębacza z li- 
stami donosząc, iż elekcya skończyła się, gdzie 
i Kozacy, ja&o tejże ojczyzny synowie, dawali 
na króla Kazimierza głosy, i dla respektu onych 
zgodzili się Polacy na jednego króla, bo Kozacy 
zaporożcy tak kochają krok, jak synowie ojca, 
i póki ukoronowany me będzie, dla zaszczytu ma- 
jestatu królewskiego, wojsko zaporozkie w Polsce 
stać musi. Zaczem, aby Zamość bramy otworzył, 
jako swym przyjaciołom życzył po przyjacielsku, 
nie przywodząc Kozaków w desperacyą do do- 
bycia zamku. Jeżeli to się nie podoba, macie 
przykład ze Lwowa; tak postąpcie i wy, a 
tym przykładem idąc, pokój i całość mieć be- 



Digitized by 



Ćooglc 



60 



dziecię, nauczywszy się rozumu z roztropności 
lwowskiej. 

Przyjąwszy trębacza z Ustami do Zamościa i 
onego udarowawszy i uczęstowawszy, odpisali 
z Zamościa do Chmielnickiego : 

Dziękują tu będący w Zamościu Jpanu Chmiel- 
nickiemu, ze gdy poczta nie mogła przejść dla 
rozruchów wojennych, nowiny z Warszawy trę- 
bacz wojskowy nam kommunikował. Mamy i 
my z Warszawy, że Jan Kazimierz obrany zgo- 
dnie królem, ruszył do Zamościa dla uspokojenia 
tych kłótni wojennych, którego się tu wkrótce 
spodziewamy; który przybywszy, rozezna, kto jest 
przyjacielem ojczyzny, a kto nieprzyjacielem ; czy 
ten, co broni całości rzpltej; czy, co następuje i 
szturmuje. 

Tak odpisał gubernator; mieszczanie po przy- 
jacielsku z Kozakami z murów rozmawiali, jeden 
z drugim żartując, oraz cztery kufy wina węgier- 
skiego Chmielnickiemu posłali, aby zagrzawszy 
sobie tym trunkiem głowę, wojennych zapomniał 
nieprzyjażni. 

Stojąc pod Zamościem Chmielnicki, pisał do 
Warszawy na elekcyą, iż przymuszony do wojny 
i gotów napowrót co prędzej odejść, byle krzywdy 
od księcia Jeremiasza Wiśniowieckiego i od Ko- 
niecpolskiego jemu poczynione, nagrodzone były. 
Tak albowiem nienawidził tych dwóch kawale- 
rów, iż nieraz chlubił się: „gotów jestem wydo- 
być z niewoli tatarskiej hetmanów, byle tylko 
rzplta nie dała komendy nad wojskiem Jeremia- 
szowi." Na konkluzyą elekcyi wyprawił posłów 
do Warszawy, Jędrzeja Hunel Mokrskiego, wy- 
ćwiczonego w zakonie różnych nauk, przydawszy 
mu stryjecznego brata swego Chmielnickiego, 

Erzez których skarżył się na opressyą swoje, dla 
tórćj do tej rezolucyi udać się musiał, i w ró- 
żnej przemieniającej się Proteusz figurze wma- 
wiał Polakom niewinność swoje, choć tak szka- 
radnemi uczynkami poprzysięgłym był rzpltej 
nieprzyjacielem ? 

Zaczem obrany król naradziwszy się z sta- 
nami, wyprawił Jako ba Śmiarowskiego, szlach- 
cica ruskiej wiary, z oznajmieniem, że królem 
został J. Kazimierz, który się starać będzie spo- 
kojnemu środkami ojczyznę i dyfferencye zmiar- 
kować, niech tylko Kozacy spokojnie do swych 
krajów odejdą, spuściwszy się na klemencyą 
królewską; gdyż król jmść, co się dotychczas 
stało w ojczyźnie, bardziej wyrokom Boskim i 
błędom wszystkich, aniżeli występkom partyku- 
larnych ludzi przypisuje. 

Z tern do obozu kozackiego wyjechawszy 
z Warszawy dnia 27. Września, przybył pod 
Zamość dnia 1. Października ; Śmiarowski mile 
przyjęty od Kozaków, bo już słoty, zimna i głód 
Kozactwu dokuczały. Przyszła ' też wieść, że 
dano kommendę nad wojskiem Jeremiaszowi 
Wiśniowieckiemu,. który zebrawszy wojsko, spie- 
szy się na odsiecz Zamościa. Co Kozacy usły- 
szawszy, przyjęli ochoczo, i częstowali Śmia* 



rowskiego, i przez niego deklarowali, iż zasłu- 
gując się na łaskę królewską Chmielnicki, ruszy 
się ztąd z wojskiem, a kazawszy z armat dać 
ognia, od oblężenia Zamościa odstąpił. 

Skoro się ruszył, zebrawszy się Polacy, i 
cokolwiek jazdy było w Zamościu, z tyłu atta- 
kowali Kozaków, od rabunków odpędzili; oso- 
bliwie w tej akcyi Jakób Rogowski popisał się, 
który na przeprawach znosił Kozaków, najbar- 
dziej półko wnika Kalina nazwanego, dufającego 
w wielką gromadę ludzi kozackich, w małej licz- 
bie wojska prędkością zwyciężył i wyciął. 

Po odejściu z pod Zamościa Kozaków, uwol- 
nieni od oblężenia, co żywo z miasta wychodzili 
oglądać obozowisko Kozaków, szeroko w okrąg 
rozciągnione; zważali okopy kozackie z rowami 
głębokiemi, szerokim i wysokim watem otoczone ; 
winszowali sobie jeden drugiemu; żołnierzów 
nieustraszone serce i umysł, mieszczan ochotę i 
szczerość, obywatelów okolicznych odważne ani- 
musze wychwalając, Bogu dzięki czynili, Te 
Deum laudamus śpiewając w kollegiacie Aka- 
demii zamojskiej. Do wielkich czynów Jana 
Zamojskiego, ordynata, starosty kałuzkiego i to 
przydać należy, że nie żałował grosza dla żoł- 
nierzy, dając lenungi i każdemu podług pro- 
porcji suplement obmyślił pieniężny; albowiem 
miał to w konsyderacyi, iż lepiej ojczyzny sy- 
nom, zasłaniającym się za całość rzpltej, to od- 
dać, coby nieprzyjaciel dobywszy fortecę, tyrańską 
wydrzeć mógł ręką." 



Bitwa pod Kircholmem. 

(Cii|g daUsjr.) 

Po tern wszystkiem, co zaszło, tym tkliwsze 
wszystkich spółczucie pozyskał Krajewski, bo 
wszędzie i zawsze łatwo zrozumieją się szla- 
chetni i mężni; wspólność trudów, niebezpie- 
czeństw, sposobu życia i myślenia, nieraz kojarzy 
serca nawet najzaciętszych w boju przeciwników. 
Któż mógłby mocniej pojmować i czuć rzetelną 
miłość bliźniego, jeżeli nie ten, który co chwila 
gotowym być musi stanąć w przybytkach nie- 
śmiertelności. Kto nie wacha się każdej chwili 
narażać życie z przekonania, ten nigdy o godno- 
ści człowieka nie zapomni, podłym służalcem być 
nie umie; dla tego to wszyscy waleczni Szwedzi 
ocenili męztwo Krajewskiego, uszanowali czcią 
odpowiednią Chodkiewicza czyny, już głośne 
w Europie. 

Ponieważ, jak dzieje rozniosły, Chodkiewicz 
niecierpliwy walki, aby rozdrażnić dumę i po- 
pędliwość Karola, umyślnie wyprawił Krajew- 
skiego, doświadczonego już w wielu razach, który 
się całkiem poświęciwszy, święcie dopełnił po- 
lecenia ; z pochwycenia więc jego dorozumiał się 
przezorny hetman, iż nieprzyjaciel bardzo blisko 
i że walka jutro nieuchronnie nastąpi ; podwoił 
więc zabiegi i ostrożności, w całym obozie aa-* 



Digitized by 



Google 



61 



kazał powszechne modły, sam z pokorę u 
kolana przed Stwórcę wszech rzeczy, naznaczył 
na przypadek zgonu następców swoich i zobo- 
wiązał Lackiego, którego najwięcej szacował, 
aby jeżeli polegnie, zwłoki jego do ojczyzny, 
do grobu przodków, uniósł. 

Zaledwie poranna jutrzenka zmrok nocny 
rozpędzać poczynała i słońce ponad horyzont 
ziemi promienie swoje wymykać, aliści podsłuchy 
Chodkiewiczowi znać dają, że Szwedzi wszystkie 
okoliczne pagórki okryli ; natychmiast więc udał 
się na icn rozpoznanie zblizka, i doszedł, że 
Szwedzi w liczbie 13,000 pieszych, 4,000 jez- 
dnych, z liczne artyllerya, dowodzeni przez sa- 
megoż króla, wystąpili dziś do stanowczej walki; 
nieco opodal od wojska polskiego, przedzieleni 
rozległą równiną, na dogodnem dla nich, jako 
piechotą przeważnych, stanowisku, następujący 
szyk rozwinęli: samo czoło tworzyła piechota 
wyborowa, rozstawiona w dwie Lnie bojowe, 
w tym sposobie, że każdy muszkietnik miał przy 
sobie w szeregu dwóch ze spissą, a to dla ła- 
twiejszego wytrzymania natarczywości jazdy; 
skrzydła szyku tego, łącząc środek ze skrzy- 
dłami głównemi, zabezpieczała lekka jazda in- 
flantska Reinholda Engelsa; piechocie zaś i na- 
czelnie całemu czołu przywodził Andrzej Lin- 
derson, a po nim Andrzej Stywer. Henryk 
Brandt przywodził lewemu skrzydłu, złożonemu 
ż pięciu głębokich czworoboków cieżkićj jazdy 
(rajtarów); przeznaczeniem jego było obejść od 
Dżwiny prawe Polaków skrzydło i natrzeć z tyłu 
w środku najzaciętszej walki. Prawe skrzydło 
całego szyku trzymała także ciężka jazda, w sze- 
ściu głębokich czworobokach ustawiona, pod 
Wodzą hrabiego Mansfeld* Wreszcie nieco w tyle 
powyższego szyku, w odwodzie, stanęła cała straż 
przyboczna Karola, piesza i konna z oddziałami 
Krzysztofa Szuma obożnego, Eryksona i częścią 
także jazdy inflantskiej. W przedziałach czwo- 
roboków szyku, pomieszczono artyllerya, a nieco 
przed środkiem linii bojowej, na wzgórku, po- 
stawiono jedenaście dział lekkich. 

Skoro już Chodkiewicz dokładnie rozpoznał 
liczbę i szyk nieprzyjacielskiego wojska, objeż- 
dżał swoje szeregi i przemówił do wojska z za- 
pałem, jaki go ożywiał: „Żołnierze! nieprzyja- 
ciel liczny i w dogodnem dla siebie stanowisku; 
znacie już jego męztwo; niemałe zagfaża nie- 
bezpieczeństwo, odwrót niepodobny. Dziś wła- 
śnie pozyskać możemy chwałę nieśmiertelną, albo 
zgon chwalebny; a tak przyszłe pokolenia albo 
podziwia nasze zwycięztwo, albo uczczą nasze 
popioły; złóżmy więc uroczyste dzięki niebu, 
że nam nastręczyło tak świetną sposobność zy- 
skania nieśmiertelności !" — Gdy tak przemówił 
głosem poważnym i szlachetnym wódz, który 
każdemu wrażał dla siebie cześć i zaufanie, i 
którego samo imię dawało otuchę do zwycięz- 
twa; jeden tylko okrzyk wydało całe wojsko: 
„niech żyje hetman ! śmierć Szwedom!" „Śmierć 



Szwedom!" pochwycił Chodkiewicz; „śmierć 
Szwedom !" znowu powtórzyło wojsko na wskroś 
przejęte zapałem wojennym; a głos ten natchnie* 
nia rozlegając się w cał<?j okolicy, doszedł nie- 
przyjacielskich szyków, 

Nawzajem Chodkiewicz ożywiony zapałem 
wojska, wesoło, w zaufaniu zupełnem szykował 
Polaków; ściśle stósnjąc się do rozpołożenia 
Szwedów, powziętych przez siebie zamysłów i 
ducha, jaki w szeregach panował, a przeto na 
czoło wysadził swój oddział wyborowy, z trzystu 
husarzy złożony, pod wodzą doświadczonego 
w bojach Wincentego Wojny, starosty inturskiego^ 
i kilka innych czworoboków najlepszej jazdy; 
wództwo czoła przy sobie zostawił, powziął al- 
bowiem przekonanie, że pierwsze spotkanie sta- 
nowcze i swoich ożywi i nieprzyjacielowi od- 
wagę odejmie. Na lewtfm skrzydle postawił 
dwustu husarzy, w drugiej zaś linii trzystu pan T 
cernych i trzy lekkie tatarskie chorągwie; skrzy- 
dłu temu przywodził Tomasz Dąbrowa, a pod 
nim Komorowski, Plettemberg, Sakin i Kossa- 
kowski ; dotykało ono aż do Dżwiny i zabez- 
Sieczał je załamek tej rzeki. Prawemu skrzy- 
łu przywodził Jan Piotr Sapieha, starosta uświat- 
ski, który, oprócz licznej jazdy pod wodzą Młoc- 
kiego, Borkowskiego i Giedrojca, miał jeszcze 
część piechoty Ni wiaro wskiego ; odebrał Sapieha 
szczególne polecenie, pilnie uważać na poruszenia 
jazdy Brandta i nie dać się tejże oskrzydlić. 
Wreszcie w odwodzie, za samym środkiem szyku, 
tuż następował Teodor Lacki z chorągwią dwu- 
stukonną, i stanęła cała piechota skupiona pod 
sprawą Rossego, wraz z strzelcami Gąsiewskiego 
i Witkowskiego. Ponieważ lewe skrzydło szyku 
było osłonione rzeką, przeto Chodkiewicz lubo 
bezpośrednio przywodził czołu, szczególną je- 
dnakże uwagę zwrócił i na prawe skrzydło, 
jako na punkt najsłabszy stanowiska swojego, 
gdzie go nieprzyjaciel oskrzydlić mógł nader 
licznemi oddziałami. Nakoniec siedm dział lek- 
kich przed szyk wysunięto. 

Cotylko miało nastąpić spotkanie, wtem po- 
kazuje sie czworobok jazdy, który w całym 
pędzie zbliża się do Dżwiny, w bród śmiało prze- 
bywa tę rzekę szeroką bez straty i łączy się 
z Polakami; byłoto 300 koni jazdy kurlandzkićj, 
którą przyprowadził książę Fryderyk, wierny 
sprzymierzeniec i lennik Polaków. Któżby opi- 
sać zdołał uniesienia radosne całego wojska, 
na tak niespodziewaną pomoc dzielnćj chorągwi; 
uważano ją za posiłek z nieba zesłany w ciężkiej 
przygodzie i jako pomyślni} wróżbę powiedzenia 
się w boju. Kurlandczyków użyto do wzmoc- 
nienia środka szyku. Wkrótce zagrzmiał na 
całej Unii bojowej hymn: „Boga rodzica," a 
widok tylu tysięcy serc ukorzonych, na nikim 
bez głębokiego wrażenia pozostać nie mógł. — 
To gdy się dzieje, z daleka za prawćm skrzy- 
dłem, ukazały się nowe wcale czworoboki, zu- 
pełnie do boju pod znakami uszykowane, i temiż 

Digitized by L^OOClC 



62 



pieniami, co główne wojsko polskie ożywione $ 
z czego także w szeregach powstała niemała 
radość; rozeszła się albowiem ^ natychmiast po 
wszystkich wiadomość, że Radziwiłł z świeżemi 
litewskiemi posiłkami przybywa. Lecz w rzeczy 
samej byli to ciurowie obozowi, których przebie- 
gły Chodkiewicz tajemnie uszykował w szeregi, 
z poleceniem, iżby wystąpili w szyku z obozu, 
skoro tylko walka będzie się miała rozpocząć, 
dla ożywienia swoich, a strwożenia nieprzyja- 
ciela. Podstęp ten wojenny, trafnie i szczęśli- 
wie wykonany, nie chybił zamierzonego skutku, 
łatwo uwiódł obie strony, gdyż o mających na- 
dejść posiłkach wiedziano. 

(Dalszy ciąg nastąpi.) 

Korrespondencya. 

* Pan Kajetan Morawski, młodzieniec pełen 
nadziei, zwiedzając obecnie Włochy, pisze w li- 
ście swoim do szanownego obywatela, trudnią- 
cego się wzniesieniem w kościele katedralnym 
poznańskim pomnika Mieczysławowi I. i Bole- 
sławowi Chrobremu, co następuje: 

„W czasie mego pobytu w Rzymie, miałem 
przyjemność, poznać pana Brzozowskiego i od- 
wiedzić jego pracownią. Poczytuję sobie za obo- 
wiązek donieść panu, co widziałem z obrazu, 
którym pan znów przyozdobisz ziemię polską, 
a tern samem, mam miłą sposobność, przypo- 
mnienia się jego łaskawej pamięci. 

„Pan Brzozowski, jak zwykle, podobno na- 
wet w czasie największych upałów, pracuje nad 
obrazem; układ i rysunek zupełnie ukończony, 
w r krótce zacznie go już malować, i jeśli koloryt 
odpowie doskonałości tego, co skończone, wten- 
czas podług mych małych znajomości, co do 
sztuk pięknych, obraz ten nie zostawi nic do 
życzenia, i otworzy nową szkołę malarstwa pol- 
skiego, którą będziem winni panu, co odkryłeś 
tak zdolnego artystę. Przedmiot obrazu nadto 
znajomy panu. Bolesław klęczy en face do 
widzów, Ottona widać z profilu ; równie w r twa- 
rzach królów, jak giermków i rycerzy, widać 
charakter dwóch odrębnych narodów, łączących 
się w węzie świata, w modlitwie. Za gro 8 cm 
i obok, stoi kilku xieży; wyraz ich twarzy bar- 
dzo piękny ; widać, ze artysta korzystał z arcy- 
dzieł średnio-wiecznej; religijnej szkoły włoskiej ; 
wreszcie, że jest uczniem Owerbecka, który 
najbliżej wtajemniczył się w sztukę religijnego 
malarstwa. Pan Brzozowski zajęty był szkica 
obrazu' którą panu niezwłocznie prześle; pro- 
siłem go, by to jak najprędzej uczynił, wiedząc, 
jaką zrobi przyjemność panu i publiczności, która 
2 niecierpliwością oczekuje, ten nowy dar, tę 
nową ozdobę swej ziemi. 

Florencya 2e<> Sierpnia 1839." 



Kronika literacka. 

Wybór kazań oryginalnych, z najlepszych na- 
szych dawniejszych i nowszych kaznodzie- 
jów zebrany. Poszył J. W Lesznie, czcion- 
kami Ernesta Gihithera. 
Chcąc być mówcą, podobnie jak i poetą, 
trzeba się nim urodzić. Prawda, że nauka, 
praca i wytrwałość więcej tu dokazać mogą, 
niż w poezyi, ale nieutworzą jeszcze bynajmniej 
wielkiego mówcy. Tylu było uczonych ducho- 
wnych, a jak mało Bossuetów, Massilonów, 
Skargów, Birkowskich, Woroniczów' ! Aby 
w jakiejkolwiek nauce nad tłumem celować, 
potrzeba gieniuszu. Gieniusze takie, wszędzie 
rzadkie, miałyżby być pospolite w wymowie 
kościelnej, owym najszczytniejszym darze czło- 
wieka, za pomocą którego kapłan odrywa śmier- 
telnika od znikomości ziemskich, przenosząc myśl 
jego w wyższe sfery i łącząc niejako z Twórcą 
wszech rzeczy? IMiedziw przeto, że i w lite- 
raturze naszej, w ciągu kilku wieków, bardzo 
mało pojawiło się prawdziwych mówców ko- 
ścielnych: Skarga, Wujek, Białobrzeski, Bem- 
bus, Grodzicki, Bicrkowski, Woronicz i kilku 
innych, oto cały już ich szereg. Ale i ci je- 
szcze elici mówców naszych kościelnych, nie 
wszędzie są sobie równi : w wielu n. p. kaza- 
niach księcia kaznodziejów polskich, Skargi, 
nie poznasz samego Skargi; opuszcza go nagle 
ów zapał święty, którym, podobny do wezbra- 
nego potoku, lub piorunu, wszystko obala lub 
kruszy, jak w kazaniach sejmowych; albo na 
wzór dobroczynnego deszczu, słodką wymową 
swoją wszystko orzeźwia, przenika i najtwardsze, 
choćby z opoki, serca miękczy, jak w kazaniach 
o miłosierdziu ; staje się z mówcy gadułą, sło- 
wa, częstokroć czcze i bez znaczenia, wleką mu 
się i urywają. Cóż powiedzieć o innych kazno- 
dziejach naszych od Staropolskiego począwszy, 
aż do Balsamów, Męciszewskich, * Lachowskich 
i t. d., którzy zwykle całą bibliotekę kazno- 
dziejska naszych duchownych stanowią? 

Ważną przeto, bardzo ważną przysługę wy- 
świadczył literaturze naszej, mianowicie zaś 
duchowieństwu, wydawca niniejszego Wyboru 
kazań oryginalnych, uczony X. Tyc, proboszcz 
w Lesznie, zebraniem w jedno dzieło najwybor- 
niejszych kazań polskich. Znajdujemy tu sam 
kwiat naszej wymowy ko.Scielnej z Skargi, Wuj- 
ka, Bierkowskiego, Białobrzeskiego, Woronicza, 
Gdzie zaś w mówcach złotych wieków Zyg- 
muntowskich nie stało prawdziwego, że tak 
rzekę, kruszczu, tam wydawca obejrzał sie 
gdzieindziej, i nieraz wydobył z plew najczyst- 
sze ziarno : tym sposobem stanęli tu godnie obok 
Skargi : Linowscy, Dobrowolscy i inm. Życzymy 
z serca, aby szanowny wydawca Wyboru kazań 
przebiegł w tym sposobie cały obszar naszej 
wymowy kościelnej, i niewątpimy, że światłe 
Duchowieństwo polskie prace tę wdzięcznie 



Digitized by 



Google 



63 



przyjmie: wszakże ona zastąpić może zbiory 
mnóstwa kazań, w których się nieraz duchowny 
błąka jak rolnik w gęstym lesie, nie wiedząc, 
które ściaó drzewo. X*K.* 



Czy juz wiosna? 

Mury, dachy, w szerz i dłuż. 
Nad dachami dym i kurz; 
Ani nieba, ani łąk', 
Ani mówią tu skowronki: 
Czyfo wiosna juz? 

A, tam w oknie coś zieleni; 
To wazonki 
Pełne lilii, róz. 
Biedne kwiatki 
Z swojej klatki 
Zapytują tych kamieni : 
Czy to wiosna juz? 

Czy juz wiosna? Kto nam powie, 
Czy nietoperz, pan ciemnicy, 
Czy powiedzą krzyki sowie 
Z pustek dachu!? — Źle, kto budzi 
Duchów nocy! — spytam ludzi. 

Ot -tam widzę ogrodnicy 
Z koszykami na targ spieszą, 
Z wiosny się cieszą, 
Bo z wiosny iyją. 
Mają ogórki, sałatę, groch młody, 
Tętna przyrody pierwej dla nich biją, 
Jak dzieci wiszą u piersi przyrody, 
Ich zapytam. 

Czy juz wiosna? 
Czy się rozmaiły lasy; 
Łąki w majowe przybrały atłasy; 
Czy duło kwiatków; kukułka miłosna 

Czy kuka? 

Ogrodnik. 

Nam, co po wiośnie ; 
U nas bez wiosny, a wszystko rośnie. 

To sztuka! 

Ja. 
Ależ drzewa, murawa. — 

Ogrodnik. 
Tylko dla oczu zabawa 
Ogród angielski; u mnie warzywny 
Nie piękny, lecz pożywny. 

Ziem trafił; on zysku kłem 

W ziemi ryje, jej przerabia soki 

Zgnilizną, szkłem ; 

I myśli, ze Bóg obłoki, 

Ze stworzył ziemię i światy 

Dla ogórków i sałaty. 

Tam grono miejskiej czeladni 
W święto niedzielne rade się prowadzi 
Od warsztatów, na wioski, na błonie, 
Wyschłe piersi poić zdrowiem; 
Lśnią się oezy, radość w łonie, 
Od nieb o wiośnie się dowiem. 
Moi panowie! pewnie i przechadzki? 



Jeden z czeladzi. 
Tak, ze wśi. 

Ja. 
Czy tam juz wiosna? — nie wiecie. — 
Czy jak dziewica wieniec sobie plecie, 
Rozwiesza perły i motyle, cacki; 
Czy się rumieni rumieńcem róz, 
Czy zerka oczkiem strumyków, , 
Powiedzcie, czy wiosna juz? 

Jeden z czeladzi. 
Któż to powie ! ogrodników 
Pytaj panie, czy tam wiosna; 
Tam masz piwo 
I Marysię czarnobrewą, 
I zieleni się tam sosna, 
Godło karczmy; — 

słuchaj kumie ! 
Bo to waszeć wszystko umie, 
Jeśliś widział, powiedz panu. 

Drugi z czeladzi. 
Niewidziałem 



Czcza mozoła! 

Duszą, ciałem lgną do dzbanu, 

Świat im krąży po pijanu, 

Oni osią tego koła. 

Klnę tęsknotę! 

Z ust prostaka, w szczerozłote, 

Fantazyjne chciałem ramy 

Ująć obraz, jak zwierciadłem 

Porozświecać głąb mej jamy 

Słońcem wiosny, i w noc wpadłem ! 
Bądź, co bądź, 

Choćbym miał się lodem ściąć. 

Zapytam jeszcze. Widzę młodziana, 

Z książką w ręku wraca z pola, 

W oku myśl wielka wplątana, 

Czytał Jean Paula. 
Młodzieńcze ! z nóg twych okurzonych pyłem, 
Wnoszę, ześ był za miastem. 

Młodzieniec. 
Byłem. 

Ja. 
Ha! czy tam wiosna? schwy taiłeś* wietrsnicę 
I tulisz w zmysłach, jak w oku źrenicę, 
Barwę, cień, blaski; jak w zaklętym domic 
Sił rozpowiciem grałać niewidomie, 
A tyś" dźwięk łowił, trzymał w dzwonie mcha, 
Az w rym odegrał dzwon ducha. 
Czy tak? — wiosna, młodzieniec — 
Myśl jedna; milion kwiatów w jeden wieniec — 
Ty mi objaw wiosny cud. 

Młodzieniec. 
Cud wiosny? — po deszczn coś trochę zielono, 
To fenomen; ziemi łono 
Resztką ognia topi lód. 
Czytam wulkanów systema, 
I powiadam : wiosny niema, 
I być niemoze ; w jądrze zar przygasa, 
Z wierzchu rośnie lodów massa, 
Słońce toz samo w lody się zamyka 
I znowu chaos nastaje dziedziczny. 

Ja. 
Więc wiosny niema? — Dowód śliczny! 
Jam go wzniósł nad blask uliczny, 
A on mu niewart rozwiązać rzemyka! 
Jest wiosna, bo jest miłość; 
Rozpowicie, bo zawiłość* 
Pierwej krąży sok pod korą, 
Nim wystrzeli maju wiankiem, 
Zgaduj czuciem, a przed porą 
Staniesz się wiosny kochankiem. 



L. S. 



Digitized by 



Google 



64 




Mikołaj Bakou. 



W historyi Anglii i w świecie uczonym, nie- 
pospolitą gra rolę rodzina Bakonów, którą z do- 
mowego zacisza wywiódł pierwszy na scenę 
Mikołaj Bakon. Pochodził an z starożytnej, ale 
ubogiej familii, w hrabstwie Nordfolk. Odbył 
nauki w uniwersytecie oxfordskim, gdzie prawa 
słuchał, Później sprawował rozmaite urzędy 
pod Henrykiem VIII., Edwardem VI. i Maryą. 
Bliski krewny jego, CeciI, zaznajomił go z kró- 
lową Elżbietą, której tak się umiał przypodobać, 
ze go wnet radzcą stanu i wielkim pieczętarzem 
zrobiła, i o zaszczyceniu wielkiem kanclerstwem 
zamyślała. Ale łaska pańska na pstrym koniu 
jeździ : równie szybko wpadł Bakon w niełaskę 
u królowej, a to jeszcze z przyczyny, (o coby 
się dziś żądna daiĄa nie gniewała), że ją dla 
dobra kraju do wnigcia w związki małżeńskie 
zachęcał. Nieprzyjaciele jego, o których ludziom 
na tak wysokich urzędach, na jakich był Bakon, 
nie trudno, spostrzegłszy oziębłość i niechęć kró- 
lowi) ku Bakonowi, postanowili go zgubić. 
Hrabia Leicester oskarżył go o udział w napi- 
saniu i rozszerzania pewnego paszkwilu przeciw 
Elżbiecie. W skutek tego oskarżenia Bakon zo- 



stał uwięziona i był długo w więzieniu trzy- 
many. Gdy się atoli niewinność jego okazała, 
wypuszczonego na wolność przywróciła Elżbieta 
do dawnych godności. Potrafił on też wkrótce 
odzyskać jej zaufanie, i odtąd obowiązki wiel- 
kiego kanclerza, nie mając atoli tytułu tego, aż 
do śmierci, przypadłej w roku 1578, sprawował. 
Zył lat 69. Prawość charakteru, pracowitość i 
zręczność w kierowaniu sprawami publicznemi, 
b)iy głównemi cechami wielkiego tego publi- 
cysty. Z pracy rąk własnych i z względów 
Elżbiety, dorobił się bardzo znacznego majątku; 
lecz lubiąc nadewszystko wierność, był skro- 
mnym w ubiorze, pokarmie, mieszkaniu ; we wszy- 
stkiem zgoła. Gdy mu przeto królowa w pou- 
fałej rozmowie wyrzucała, że mały na swój stan 
domek zamieszkuje. „Domek ten," — rzecze — 
„nie byłby dla mnie małym, ale w. k. mość zro- 
biłaś mię dlań za wielkim." — Synem jego był 
sławny filozof Franciszek Bakon (kanclerz wielki 
za panowania Jakóba I.), -z którym czytelników 
polskich tak pięknie zaznajomił uczony Michał 
Wiśniewski, professor przy uniwersytecie kra- 
kowskim. 



Nakładem i drukiem Ernesta Gunthera w Lesznie. (Red. J. Łukaszewicz.) 

Digitized by VjOOC IC 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 9. 



Lenno, 

<Z*t'a 31. Sierpnia 1839. 



y. «?•* ■ 



•4")' i r 






\.-\ .* < 



■-\ 







,-\:r 






•"." r d 



/ \ T \\ \- : f.L'.. . i "j- •■••.■/ r ii.- ,r*rsn 



lO - ?! 



__# i.v.-^\\'\ ^.'.. .„, ,'!- 



^ l r £^Ł 



!l^ 






. . 









v.~~ti 



•y 






v \ 






Potwarca ukarany. 



Po śmierci króla Ludwika postanowili Polacy 
wezwać na tron córkę jego najmłodszą, Jadwigę, 
i przybrać jej męża. Po berto, do którego przy- 
dawano rękę młodej i pięknej dziewicy, sięgało 
kilku postronnych książąt. Pomiędzy innymi, 
zgłosił się także o nie me młody już natenczas 
Jagiełło, wielki książę litewski. Ofiary, które 
składał, tak były dla Polski korzystne, że na- 
ród posadził go natychmiast na tronie Piastów; 
a Jadwiga, kochająca i kochana od Wilhelma, 
księcia austryackiego, z skrwawionem sercem, 
zrzekła się dla dobra kraju najtkliwszych uczuć 
i oddała swą rękę Jagielle. Nie była atoli 
w swojem pożyciu z nim szczęśliwą. Pomi- 
nąwszy bowiem różnicę, jaka w wieku, oby- 
czajach i skłonnościach między małżonkami za- 
chodziła, Jagiełło dręczył Jadwigę ustawicznemu 
podejrzeniami. A że na dworach nie braknie 
nigdy intrygantów, znalazł się i na zamku kra- 
kowskim pochlebca, który króla przeciw jego 



cnotliwej małżonce podburzał. Imię tego nie* 
cnoty jest Gniewosz : oskarżył on Jadwigę przed 
królem o niewiarę. Oskarżenie to i skutki jego, 
tak nrim opisuje nieoceniony nasz kronikarz 
Joachim Bielski: 

„Natenczas też króla powadził z królową 
Gniewosz (Damalewicz), krakowski podkomorzy, 
śmiejąc to twierdzić przed królem, żebj miała 
królowa obcować pierwej z Gwilelmem, bywa- 
jąc z nim w klasztorze ś. Franciszka, i potćm, 
żeby nieznacznie tu kilkakroć Gwilelm do Kra- 
kowa miał przyjeżdżać, i widywać się pota- 
jemnie z nią. Królowa żądała powiadacza : po- 
wiedział król na Gniewosza. Gdy Gniewosz 
stanął, powiedział, iż słyszał od Gwilelma, iż 
je pokładano społu jeszcze dziećmi w Węgrzech; 
Królowa się do tego znała, ale ani tam, ani tu 
w Krakowie nigdy tego nie było, coby jej pa- 
nieństwu miało szkodzić: gdzie dobrowolnie tego 
przed pany przysięgą poprawiła. W czem jj 

Digitized by VjOOC IC 



66 



tez wyświadczał Jaszko Tęczyński, powiadając, 
ii będąc przy niej przez ten wszystek czas, 
nigdy nic po niej takiego nie burzył, A tak 
Gniewosz był o to pozwan na sejm do Wiślicy, 
który gdy tego dowieść nie mógł, co mówił, 
z dekretu królewskiego pod ławą to odwoły- 
wać, albo, jako pospolicie mówią, odszczekiwać 
musiał przed wszystkimi, ku swej Mlecznej 
hańbie." 

Historyczne to zdarzenie podało P. Włady- 
sławowi i Antoniemu Oleszczyńskim, myśl do 
niniejszej ryciny, króla atoli bynajmniej nie 
poprawiło; dręczył on bowiem jeszcze swojemi 
podejrzeniami i czwartą małżonkę Zofią. 



Świat i Poeta. 

Powicie J. Kraszewskiego. W Poznania 1839. 

Romans w ostatnich czasach zajął w litera- 
turze europejskiej jedno z najeeluiejszych miejsc. 
Dawniej był on tylko dziejami dwóch rozko- 
chanych serc, które nareszcie niesłychane przy- 
gody i cierpienia, zwykle, a zawsze monotonnie 
łączyły. Cenrantes, Le Sagę i Richter utM r o- 
rzyk z -niego pierwsi narzędzie użyteczne do 
wychłostama hipokryzyi lub poważnej śmiesz- 
, nosci, tak całych korporacji, jako też pojedyn- 
czych osób. Dziś granice romansu rozszerzone 
zostały niezmiernie. Jego własnością jest hi- 
storya, on uczy gospodarstwa, marynarki, admi- 
nistracyi i Bóg wie nie czego. Zdaniem atoli 
naszem, ten rodzaj romansu jest najlepszym, 
najużyteczniejszym, który, zastępując dziś miejsce 
zarzuconej prawie satyry, ma na celu poprawę 
obyczajów. Zbliża się do tego rodzaju romans 
obyczajowy, malujący wiernie obrazy indywi- 
dualnego życia. W tym gatunku romansu, celuje 
u nas P. Kraszewski* Najnowszy romans jego, 
podtytułem: Świat i Poeta, mistrzowskiem pió- 
rem skreślony, jest tego dowodem. Obrazy 
w nim tak są wierne, tak naturalne, że czyta- 
jącemu zdaje się, iż nie romans ma w ręku, 
ale raczej własneroi oczyma patrzy na praw- 
dziwe zdarzenia i czyny w życiu poety, który, 
niestety, nie jest do życia praktycznego stwo- 
rzony. Ośmielamy się zachęcać P* Kraszew- 
skiego, aby napisał romans wątku, wziętego 
z życia narodowego. Jesteśmy pewni, że tak 
znakomity romanso-pisarz obdarzyłby literaturę 
nasze drugim Don Cuichotem, fdzttn Biosem, 
Djabłem kulawym, albo Iwanem Wyzyginem, 
i tyleby dobrego, ale powszechniej, zdziałała ile 
satyry naszych Opaleńskich, Krasickich i t. d. 

Tymczasem, nim to nastąpi, udzielamy czy- 
telnikom Przyjaciela Ludu rozdział jeden z ro- 
mansu: Świat i Poeta. 

Autor opowiedziawszy poprzednio, jak młody 
poeta, wypchnięty z domu swego opiekuna, po 
kilku latach niebytności, zapragnąwszy znowu 
njrzeć drogie sercu jego osoby i miejsca, zimno i 



11 z wzgardą przyjętym od swoich krewnych został, 
wprowadza go powtórnie, ale już bogatym w dom 
jego opiekuna, i tak drugie odwiedziny te opisuje: 

Drugie odwiedziny. 

A ci, co s tobą teraz prtestawają, 
Twej się fortunie, nie tobie kłaniają. 

Kochanowski. Ks. Ii. MU. 

A ja w szlafroku! krzyknął Pan Werner, 
porywając się z kanapy i biegąc się przebrać, 
zobaczywszy przez okno świeży kocz, czterema 
pięknemi końmi zaprzężony, zajeżdżający szu- 
mnie przed ganek. 

Któż to jest ? zawołała Pani Ostrowska, nie- 
znajomy ekwipaż. — To gość zdaleka! 

— Nie rozumiem ! przebąknęła Marynia, przy- 
glądając się powozowi, uśmiechając się do siebie 
i myśląc: — pewno do mnie przyjechał! 

Pani Werner prędko kazała pościągać kapki 
z krzeseł, pył pościerać i zdjąć serwetę od kawy. 
Lokaje biegli się dowiedzieć, kto to taki. Pan 
Werner aż dwóch posłał, oba przybyli z wia- 
domością: pan Gustaw! 

— Poszaleli! czy co? krzyknął stary, krę- 
cąc peruką : pan Gustaw ! takim koczem z libe- 
ry ą! takiemi końmi! osły! 

Tenże sam głos dał się słyszeć w salonie ! — 
To być niemoże! to być niemoże! Marya nie- 
spokojna trzęsła głową i patrzała w zwier- 
ściadło, nieukontentowana tą wiadomością. Pani 
Ostrowska szastając się po salonie z tabakierką, 
wypytywała się, czy to ten sam, co był nie- 
dawno? 

— Ale to być nie może ! zawołali wszyscy 
nareszcie ! — Iw tej chwili otworzyły się drzwi, 
a Gustaw wytwornie ubrany, śmiałym krokiem, 
mocno jednak zarumieniwszy się, wszedł do 
salonu. Pan Werner stał na progu drugiego 
pokoju w nowym fraku, przyczepiając dewizki 
do zegarka, i zobaczywszy Gustawa, a za nim 
zamykające się drzwi, poszedł się rozebrać. — 
Pani Werner przyjęła go czule, ale trochę zmie- 
szana; Marya zimno, obojętnie, a dla odstręcza- 
nia od siebie, troclię pogardliwie ; Pani Ostrowska 
z wytrzesz czonemi ciekawie oczyma. 

Wszedł nareszcie P. Werner w szlafroku i 
zimno Gustawa przywitał. Potem pobiegł do 
okna spojrzeć na pojazd. 

— Śliczny ekwipaż ! Czyjże to Gustawie ? 
zapytał. 

— Mój! odpowiedział Gustaw zimno. 

— Twój? zakrzyknął zdziwiony, odwraca- 
jąc się szybko od okna, a wszyscy spojrzeli 
po sobie. — 

Cóż, zkądże to? wygrałeś w karty? co? 

Nigdy nie gram! odpowiedział Gustaw; ku* 
piłem go. 

Ale zkadże wziąłeś pieniędzy? zapytał nie- 
cierpliwie r. Werner. 

Mając taki, jak ja mam majątek, cóż dzi- 
wnego, że mam kocz i konie! — Podziwieaie 
wszystkich rosło. Milczeli. 

Digitized by 



Google 



67 



Ale zkądże znów masz ma jętek? zapytał 
Werner; jeśli sukcessya jaka, to i mojej zonie 
przypada połowa* A możeś się?.... 

Kie, nie jest to ani spadku, ani ożenienia 
skutkiem, odpowiedział Gustaw powoli, patrząc 
na Maryą, która wielkiemi oczyma patrzała 
także na niego, — Sądziłem, że to być musi 
od da>vna wujowi i cioci wiadomo? 

Cóż ? ale cóż takiego ? zawołali, P. Werner 
z podziwieniem, Pani Werner z radością. 

Niema nic ciekawego, to później opowiem, 
rzekł Gustaw niedbale ; wszak wuj pozwoli mi 

Łrzenocować? Pan Werner już dzwonił z ca- 
Jj siły.' 

A jakże, jakże, kochany Guciu, konie do 
stajpi! I wszyscy poruszyli się, szepcąc do 
siebie, ruszając ramionami, niepojmując nic 
jeszcze ; Gustaw zimny, obojętny, chodził po 
salonie i nie patrzał nawet na Maryą, która 
zaczynała już być obrażoną jego obojętnością, 
wprzódy tak usilnie pożądaną. 

I jakże to było? i co to było? rzekł Pan 
Werner, natychmiast wracając.^ Powiedzże nam 
to, Guciu, jesteśmy ciekawi, cieszym się twojem 
szczęściem, mocno się cieszym. 

Było to tak, odpowiedział nareszcie Gustaw 
głośno i powoli: Wyratowałem na ulicy od 
roztratowania końmi ubogą staruszkę ; tą staru- 
szką była hrabina N., która wygrawszy proces 
z dziećmi, zapisała mi darem majątek Wa- 
silków. 

Wasilków! krzyknął Pan Werner, chwyta- 
jąc się za perukę. Na Boga! pszenne grunta, 
rzeka f staw! 40,000 intraty przy dobrym go- 
spodarstwie! Ej, toś ty bogatszy od nas! 

I stał osłupiały. — Marya wyszła z pokoju. 
Pani Ostrowska już Gustawa częstowała tabaczką, 
Pani Werner go ściskała, a Pan Werner ruszał 
ramionami, chodził po pokoju i myślał sobie: 
gdybym był wiedział, byłbym tam Franciszka 
posłał na ratunek. 

A gdzież jest brat Franciszek? zapytał 
Gustaw. 

Na polowaniu! odpowiedziała matka. 
" Potem rozmowa powolna i żywa, na prze- 
mian tysiąc pytań, odpowiedzi, powieści, śmie- 
chu i wszystkiego tam było przez wieczór, póki 
sie nie wtoczył Franciszek ze swojem towarzy- 
stwem myśliwskiem. Słychać go było zdaleka, 
a Pan Werner był jak na gorących węglach, 
lękając się, żeby zimnem przyjęciem Franciszek 
nie obraził nowego bogacza. — Bo myślał sobie, 
kto wie? blady, chudy, może umrzeć bezdzie- 
tnie, my najbliżsi krewni! kto wie? — I tak ten 
samolub juz swoje korzyści rachował w szczę- 
ściu Gustawa, już myślał, jak mu się przypo- 
chlebić, już dumał nad wymyśleniem pretensji 
do niego za utrzymanie, za koszta wychowania 
i ud.; jak ci wszyscy, co się nigdy cudzem 



sczęściem inaczej cieszyć nie umieją, jak wy* 
iągając z niego dla sienie korzyści i widoki! 



szczę 
ciągając 

Franciszek nie sam był jeden; bracia Mar- 
murki, Pan Bonifacy i Pan Trepsza, towarzy- 
szyli mu. Z trzaskiem otworzyli drzwi salonu^ 
a każdy z nich niósł w ręku zająca. 

Ot! to polowanie! wykrzyknął wchodząc 
Franciszek; charty nasze popisały się należycie; 
trzy godziny, trzy zające. 

A moja chartka, rzekł Pan Trepsza, zawśz* 
była na przodzie, i wodziła tylko resztę psów 
za sobą. 

Co to zające! odezwał się pan Bonifacy, 
łoś, to zwierzyna! W roku 1812, było to w je- 
sieni — 

Ubiłeś łosia l przerwał mu Franciszek; wiemy 
o tern dobrze. I zaczęli się witać wszyscy* 
Bracia Marmurki ukłonili sie jednakowo i oba 
razem wszystkim, w takt jak dwie lalki -poru- 
szone jedną sprężyną, siedli obok siebie jedna- 
kowo się trzymając, milcząc, wyprężeni jak 
strony, uśmiechając się tylko za wspólna zgodą 
do P. Ostrowskiej, która wzięła na siebie obo- 
wiązek bawienia ich. 

Ojciec porwał Franciszka nieznacznie na 
stronę. 

Czemu się nie witasz z Gustawem, rzekł mn 
na ucho. Gustaw tu jest. Osobliwszym przy- 
padkiem stał się bogatym, ma pół miliona ma- 
jątku. Bądżże grzeczny dla niego. 

Ożenił się? 

I nie; potem ci to opowiem, rzekł ojciec; 
idż, idż się przywitaj! tylko serdecznie. 

Franciszek, nie w ciemię go bito, skoczył 
tak namiętnie ściskać braciszka, że mało go 
nieudusił. 

A! jakżem szczęśliwy, że cię widzę! jakże 
ci zdrowie służy? Utyłeś zdaje mi się? ślicz- 
nie wyglądasz; siadajże, proszę! 

Wszyscy posiadali^ patrząc z podziwieniem 
na to, a Pan Bonifacy odezwał się po cichu do 
Pana Trepszy: 

Wszak to ten hołysz, co to był na polo- 
waniu ? 

Ten sam hołysz,- co moją chartkę zepchnął 
z kolan, jakiś fanatyk ! odpowiedział P. Trepsza. 

Milionowy pan ! przerwała im po cichu przy- 
suwając się Pani Ostrowska, czy nie Miecie? 
a! to awantura arabska! scena! ratował z pod 
koni na ulicy jakąś hrabinę i ta darowała mn 
ogromny majątek! a! awantury! ktoby się to 
spodziewał! 

Jemu ? zapytał P. Trepsza. 

Tak, jemu! 

A! rozumiem! odpowiedział Pan Bonifacy, 
musiał — i kiwnął głową, dając do zrozumienia 
Panu Trepszy, z czego to zhogacenie powstać 
mogło. 

A! broń Boże! przerwała Pani Ostrowska* 
Waćpanowie to zaraz takie niegodziwe podej- 



Digitized by 



Google 



68 




Digitized by 



Google 



$9 



rżenia wymyślicie. To aiedmdziesiątletnia ko- 
kieta! 

Bywają przykłady! odpowiedział Pan Bo- 
nfiscy ; wiem właśnie jedne anegdotkę stosowna. 

Daj temu pokój! rzeki Trepsza niecierpłt- 
wie; ot lepiej zaproponujmy mu wista. Możemy 
go ograć. Z rozegranej wyniknie faraonik ; Uzeba 
łyka drzeć. I zaraz rozpieczętowawszy talię 
kart, podał Gustawowi cztery, jak zwykle do 
wyboru. 

Ja nie grywam nigdy, rzekł Gustaw; długie 
tibóstwo nauczyło mnie oszczędności, — niebyło 
co przegrywać, teraz nie umiem. 

Afe jakto nie umieć, rzekł nalegając «Pan 
Trepsza, dla kompanii! dla kompanii! to może 
jaką inną grę, — na prawo, na lewo — to bardzo 
łatwo, a wieczór tak długi. 

W tym domu, rzekł Gustaw z uśmiechem, 
będzie mi się pewno bardzo krótki wydawał. 
Odstąpił przecie natręt; lecz mimo tego założył 
banczek w nadziei, ze sie Gustaw do niego póź- 
nie] przyłączy; — bardzo się na tern omylił. 
W położeniu Gustawa to było najśmieszniejsze, 
że nie bardzo jeszoze dawno, w tym samym 
domu, od tych samych osób, pogardzony, zapo- 
mniany siedział w kącie; teraz w jego osobie, 
oddawano podły hołd złotu, które do niego 
przyszło. O ludzie! pomyślał; o głupcy! trzeba 
być ubogim, ażeby poznać podłość wasze i 
nędzne rachuby, kryjące się pod żimnemi po- 
zorami grzeczności. Teraz juz mnie nie oszu- 
kacie, wiem ile wam wierzyć! 

Ku wieczerzy przyszła i Marya, w bardzo 
złym humorze, do salonu. Skarżyła się na ból 
głowy i niechciała grać na fortepianie* Fran- 
cuzek uczynny, ciągle ją zbliżał do Gustawa i 
żartował z nich; ojciec teraz już życzący go 
•obie całem sercem za zięcia, przypominał im 
wszystkie dzieje młodości, lecz oni oboje byli 
obojętni, — nic ich już nie wiązało. Nareszcie, 
niby przypadkiem, zostawiono ich samych przy 
fortepianie. Marya patrzała w okno, Gustaw 
na salę — nagle obudził go z dumania dźwięk 
cichy, fortepianu. Była to nota bardzo mu zna- 
joma, tej dawnej dziecinnej ich piosenki: 

nój aniele, pcjdaiem połączeni 
Prses świat i cycie, rot hoss i boleści, 
Jak powój co się na dębie zieleni, 

1 miękkim listkiem korę jego pieści! 

Jak dwie Izy oczn 9 dwa piersi westchnienia, 
Razem do życia i świata skończenia. 
Ty ze mną zawsze, ja zawsze przy tobie, 
Ma świecie, w niebie i w grobie I 

O mej aniele pójdziem połączeni, 
Przez świat ten zimny, przez życic bez celo. 
Przez burze, lata i wichry jesieni, 
Razem mej dosay laby przyjaciela, 
Jak dwie Izy oezn, dwa piersi westchnienia, 
Razem 1 o razem do świata skończenia, 
Ty zemną zawsae, ja zawsze przy tobie* 
Ma świecie, w niebie, i w grobie ! | 



I coraz ciszej, ustała piosnka i westchnienie 
Maryi zakończyło ja, a Gustaw mimowolnie 
w przeszłość przeniesiony, unio*ł się ze łza 
w oku w krainę marzeń i w niej zobaczył pierw- 
szy pocałunek i dawna Marya swoje. Lecz 
spojrzał tylko, — i srok pękł od razu — nip 
była to Marya zj>od bzów kwitnących! Zbli- 
żył się do fortepianu i jedna ręką, po cichli, 
zagrał na odpowiedź wesołą; pieśń druga i 
Chtfdi mój motyla, chodź mój skrzydlaty. 
Zaprzęgam ciebie, wieź mnie wysoko! 
Lećmy na łąki, lećmy na kwiaty, 
Gdzie zeehce serce, opatrzy oko, 
Przez wszystkie nieba, przez wszystkie Światy, 
Nieś* mnie daleko, nieś* mnie wysoko! 

Marya, od pierwszego uderzenia w klawisze, 
porwała się szybko, spojrzała i odstąpiła od 
fortepianu. Zrozumiała ona dobrze tajemną 
rozmowę, poszła do okna i dumać zaczęła. 

Teraz w jej sercu kobiecem obudziła się 
miłość wzgardzona. Piki jej żądał biedny Gu- 
staw, niebyło — teraz kiedy ją odpychał, wzra- 
stała ze zgasłych popiołów. — Nie przypuszczam, 
niechcę wierzyć, boję się wnioskować, aby podły 
pociąg do złota, skierował sercem, lub postacią 
uczuć Maryi, jeśli w niej uczuć nie było juz 
wcale. Postępowanie jej mogło być tylko zwy- 
kłą kobiecej naturze sprzecznością, a trudno 
też zaprzeczyć, choć smutno wyznać, że prze- 
pych i powierzchowność, niewiadomym, magne- 
tycznym sposobem często na uczucia tej natury 
wpływa. — Rozeszli sie M'ięc po tej muzykal- 
nej rozmowie, nie tak obojętni, jak trochę roz- 
gniewani na siebie, a bardziej jeszcze zgody pra- 
gnący. Poznał Gustaw obudzające się w Maryi 
uczucie, i już^ powoli zaczął w niej upatrywać 
podobieństwo i toż samość z dawną Marya swoją, 
tak dalece biedny, potrzebował drugiego mło- 
dego serca, któreby sercu jego biciem i uczuciem 
odpowiedzieć mogło. 

Cóż to jest, żeście z Maryą tak na zimno? 
rzekł mu Franciszek cicho, — czy się gniewacie ? 

O ! bynajmniej, odpowiedział Gustaw, lecz - 
mogłeś uważać, że tak samo było i za pierwszą 
rażą, kiedym tu był. 

Franciszek zagryzł usta. — Goście graK 
w karty. Ty nie grasz? zapytał Gustawa Pan 
Werner. 

Nigdy! 

Bardzo dobrze robisz; mogłoby to wejść 
w nałóg; często powtarzam Franciszkowi, że nic 
gorszego nad karty! Gustaw się uśmiechnął, 
pewny będąc, że wszystko, co teraz zrobi, będzie 
zawsze najlepszem. Chciał sam jeden podu- 
mać, ale mu niedano chwili spokojnej ; wszyscy 
się go z kolei czepiali, a on uśmiechał się szy- 
dersko, widząc te nadskakiwania osoblrwsze. 
Nawet Pan Trepsza gadał z nim o polowaniu, 
nawet Pan Bonifacy cztery razy opowiedział 
mu, jak zabił łosia w 1812 roku; 1 nawet bracia 



Digitized by 



Google 



70 



Marmurki kłaniali mu się z uśmiechem, nawet 
Pani Ostrowska ciągle powtarzając awantury, 
sceny, częstowała go tabaczką i opowiedziała 
mu z rzadką wytrwałością i ciągiem niezwy- 
kłym jej rozmowom, całą historyą powszechna 
okolicy. I ona biedna chciała go usidlić, jeśli 
nie twarzą, na którą i pociemku nawet racho- 
wać nie mogła, to przynajmniej dowcipem. 

Ledwie o północy dano mu zasnąć spokoj- 
nie, a jaką mu jeszcze Franciszek chciał na 
dobitkę uczynić przysługę, tego wam nawet po- 
wiedzieć nie mogę. 

Kalwarya. 

Do najciekawszych miejsc na drodze z Biały 
do Lwowa, należy bezsprzecznie sławne miejsce 
pielgrzymek pobożnych w obwodzie wadowic- 
kim, Kalwarya Zebrzydowska, tak po swym za- 
łożycielu nazwana. Miejsce to rozróżniać należy 
od Kalwaryi Pacławskiej, dwie mil od Prze- 
myśla odległej, zwłaszcza, iż to ostatnie co do 
bóWctwa, piękności i wspaniałości kościołów i 
kaplic, jako 'też co do swego położenia i wi- 
doków, daleko niżej od pierwszego stoi. U stóp 
*óry Ralwaryi leży miasteczko Kalwarya, liczące 
1800 mieszkańców, trudniących się tkactwem i 
rolnictwem. Otwiera się ztąd daleki widok na 
nadwiślańskie okolice, a żaden obcj i krajo- 
wiec nie wstępuje bez zachwycenia na górę 
Kalwaryi, ten najwyższy cypel pasma przed- 
górzy, składającego się z dawniejszego i póź- 
niejszego piaskowca i wapienia, między któremi 
jednakowoż pierwszy w znaczniejszej znajduje 
gie ilości. Pomiędzy ciemnemi jodłami i sosna- 
mi, jakiemi góra Kalwaryi jest porośniętą, wy- 
staje mnóstwo bielejących się kaplic, z których 
każda osobnej scenie z męki naszego Zbawiciela 
jest poświęcona; widok onychże wzbudza po- 
bożne, religijne uczucie. Do tego to świętego 
miejsca pielgrzymuje corocznie mnóstwo poboż- 
nych pielgrzymów z Galicyi, Polski, Węgier, 
Szlaska i Morawii, aby odprawiając swe na- 
bożeństwo w tych świętych miejscach, wiarę swą 
wzmocnić, lub święte śluby wypełnić. Szcze- 
gólniej wielkim bywa natłok ludu na Wielkanoc 
f w święta P. Maryi poświęcone, a mianowicie 
największym w święto Wniebowzięcia Maryi 
Panny. W takowych dniach liczono nieraz prze- 
azło 30,000 pobożnych Chrześcian, którzy w du- 
żych gromadach, częścią w otwartych miejscach 
lesistych spoczywają, częścią pojedynczo w za- 
budowaniach kolo klasztoru lub w miasteczku 
znajdują przytułek. Po lesie rozlegają się od 
samego świtu do późnego wieczora nabożne pie- 
nia pojedynczych processyj, zatrzymujących się 
przed każdą kaplicą i odprawiających przepisane 
nabożeństwo. Jestto widok, na jaki pewnie 
każdy czuciem obdarzony człowiek, bez wzru- 
szenia patrzeć nie może. 



Na szczególniejszą uwagę zasługuje tutaj 
wyobrażony klasztor Bernardynów z dużym ko- 
ściołem, przy którym obecnie 16 braci zakon- 
nych wraz z przełożonym żyje. Teologiczny 
naukowy zakład dla zakonników galicyjskich, 
miał tu od czasu swego powstania siedlisk*, 
dopóki w r. 1830 nie został do Lwowa prze- 
niesionym* W krużgankach klasztornych wiszą 
popiersia familijne Zebrzydowskich i piękny 
obraz świętego Franciszka w grobie, u którego 
stóp papież w nabożeństwie zatopiony klęczy; 
naprzeciw wielkiego ołtarza Svisi obraz króla 
polskiego Władysława IV., który w r. 1621 po 
zwycięztwie chocimskiem uroczyste dzięki naj- 
wyższemu składał, oraz i drugi obraz, przed- 
stawiający odwiedziny s. p. zmarłego cesarza 
Franciszka. 

Założycielem tego sławnego miejsca piel- 
grzymek pobożnych jest' Mikołaj Zebrzydowski, 
wojewoda krakowski i starosta lanckoroński, 
który żałując za rokosz podniesiony, i chcąc 
przebłagać poległych w tej walce, wraz z żoną 
swą Dorotą Herburtową, tutaj kościół zbudo- 
wać postanowił. W tym to celu przykazał dwo- 
rzaninowi swemu, Hieronimowi Strzale, przed- 
siębiorącemu właśnie pielgrzymkę do Jerozolimy, 
dla odwiedzenia grobu Zbawiciela, aby mu przy- 
wiózł rozkład budowniczy tamtejszego kościoła 
Św. krzyża i Bożego grobu. Strzała powrócił 
nazad 1600 roku i przywiózł, żądane rozkłady 
budownicze, poczem Zebrzydowski 4e» paź- 
dziernika 1600 r. kamień węgielny do teraźniej- 
szego kościoła położyć kazał. Koło budowy 
onegoż tak pilnie pracowano, iż już rok późnićj, 
to jest 4 go października 1601, stanął z ciosowego 
kamienia zmurowany kościół, który papiezki 
poseł na polskim dworze, Klaudyusz Rangoni, 
w przytomności krakowskiego biskupa, Bernarda 
Maciejowskiego, uroczyście poświęcił. Roku 1602 
powziął Zebrzydowski myśl zbudowania kla- 
sztoru wraz z kościołem. Bernardyni, mieszka- 
jący wtedy w fiadomiu, chętnie przyjęli wezwa- 
nie, a w roku 1603 poświęcił Mspomniony już 
wyżej biskup krakowski, kamień węgielny no* 
Mej budowy. Aż do ukończenia onejże kanał 
założyciel wystawić drewniany budynek z po- 
mieszkaniami dla 5. braci zakonnych. W owym 
czasie znajdował sie w trfj okolicy komissarz 
ziemi świętej, O. Chryzostom z Kopranicy, ten 
wiele podobieństwa między te'm miejscem a Je- 
rozolimą upatrywał. To było powodem poboż* 
nemu założycielowi, iż podług rozporządzenia 
sławnego miernika i nauczyciela matematyki, 
Szczęsnego Zebrowskiego, podobne gmachy, jak 
ratusz Piłata i grób Chrystusa, w Jerozolimie 
wystawione, już dobudować kazał. Wewnętrzna 
niespokoje krajowe, oddaliły na trzy lata zało- 
życiela od swego miejsca ojczystego i były przy- 
czyną, iż dopiero po swym powrocie w roku 1609 
klasztor i resztę budynków OO. Bernardynom 
] uroczyście mógł oddać. Całe założenie potwier- 



Digitiz-ed by 



Google 



71 



dził król Zygmunt III. Aż do roku 1616 sam 
założyciel budową był zajęty, po śmierci zaś 
dokończył syn jego Jan wszystkie kaplice i 
budowy. Michał Zebrzydowski, również woje- 
woda krakowski, kazał kościół wraz z klaszto- 
rem rozszerzyć i poM'iększyć. Tyle nam dzieje 
o założeniu Kalwaryi powiadają. Poniżej mia- 
steczka leży Mieś Zebrzydowice z klasztorem 
Miłosiernych braci, którzy się trudnię pielęgno- 
waniem chorych z okolicy. 



Bitwa pod Kircholmem. 

(Daltzy ciąg.) 

Dzień 27. Sierpnia 1605 roku był pogodny; 
promienie słońca w tysiącznych odcieniach od- 
bijały się od świetnego, stalistego uzbrojenia; 
połyskały sie oręże, wiatr igrał z piórami heł- 
mów, cichość grobowa obiegła szeregi, czekano 
tylko hasła. Widok wojsk, do bitwy uszyko- 
wanych, ma w sobie . coś zajmującego, ponurego, 
wzniosłego, porusza wszystkie sprężyny czucia 
w człowieku. Ow liczny stek ludzi jednako 
■strojonych, jedną i tąż sarnę ożywionych myślę, 
dobrowolnie życie, wszystkie swoje doczesne na- 
dzieje narażających, zdumiewa oczy i rozum, 
wznieca w każdym szlachetny zapal i poświę- 
cenie się w pośród tylu ; tu kres hartu moralnego 
dla każdego młodego, tu dopiero poznać może 
w całym świetle rzetelną godność człowieka, 
jako na progu wieczności. Mówimy zaś o wal- 
kach w obronie swobód prawdziwych, z własnego 
popędu ogółu prowadzonych; ubliżeniem byłoby 
te wzniosie pojęcia stosować do rzezi, które prze- 
moc dla osobistych widoków prowadzi, popycha- 
jąc gwałtem tłumy za lichą strawą. 

Nim nastąpiła ogólna walka, trwały harce 
od godziny ósmej zrana do południa szczęśliwie 
dla Polaków, wszakże nieprzyjaciel z posady 
swojej występować nie chciał. Największa w tern 
trudność dla hetmana zachodziła, ponieważ na 
szwedzkie szyki, szeroko po górzystych miejscach 
rozstawione, z jazdą swoją, w której eałe zau- 
fanie położył, natrzeć bezpiecznie nie mógł. 
Niebezpieczno też było bitwę walną dłużćj od- 
wlekać, ona bowiem roztrzygnąć miała wszystko. 
Żeby więc z pagórków owych na przyległe i 
rozłożyste pola podstępem nieprzyjaciela wycią- 
gnąć, nagle rozkazał zwinąć się swoim hareo- 
wnikom, wypuścił pułk ussarzy z poleceniem, 
ażeby tenże dotarłszy aż do samego szyku 
szwedzkiego, wkrótce cofał się, nigdzie nie do- 
trzymując, z początku powoli, potem w rozsypce, 
nakoniec ażeby w zupełnym nieładzie do swoich 
dopędził w przeznaczone miejsce, a to dokładnie 
zmyślając ucieczka Tak często powtarzanemu 
wybiegowi dał się jednakże uwieść zbyt po- 
pędliwy Karol, i skoro tylko pułk ten ussarzy 
zaczepiwszy kilka czworoboków szwedzkich, 
udawać począł ucieczkę, całkiem, jak gdyby od- 



party i zniechęcony; natychmiast wykrzyknąwszy: 
„a nie mówiłżem, że Polacy uciekną," pomimo 
przedstawień generałów swoich, rozkazał całemu 
wojsku zstąpić z pagórków, z pośpiechem jak do 
pogoni, przez co szyk znacznie nadwerężonym 
został. Tylko też na to czekał Chodkiewicz; 
zaraz więc za danym znakiem harcownicy miejsca 
swoje zastąpili, rozciągnęły się ściśnione pierwej 
szyki, stawiając równe nieprzyjacielowi czoło; na 
hasło do bitwy zagrzmiały wszystkie bębny i 
trąby, i aby korzystać z pierwszego nieładu 
Szwedów, pchnął hetman hufiec Wincentego Wojny 
na łamanie piechoty szwedzkiej, w czole usta- 
wionej, wpośród okrzyku całego wojska: „Jezus, 
Mary a! śmierć Szwedom!" 

Długo nieprzyjaciel stał jak mur nieporu- 
szony, nasrożywszy całe czoło długiemi kopiami, 
koląc zdała natarczywe konie, kiedy tymczasem 
muszkietnicy owi, gęstym jakby z za rogatek ra- 
zili ogniem. Ussarze po wystrzeleniu z ręcznej 
krótkiej strzelby, jedni zapędem dzielnych koni 
tratując, drudzy kopiami bodząc, inni dobytemi 
pałaszami drzewca nasrożone siekąc, rum sobie 
na złamanie szyku torowali; za nadbiegnięciem 
znowu kurlandzkiej jazdy, nadwerężone już szyki 
szwedzkie łamać się poczęty; pękła nakoniec 
ta spisami utkana zapora, śmierć walecznego 
Lindersona długo wątpliwą walkę roztrzygnęła, 
który od ciężkich ran na nogach już utrzymać 
się nie mogąc, padł na kolana i jeszcze nim 
skonał kilku Polaków powalił. W tej wrzawie, 
Stygiel, który u Szwedów prowadził węgierską 
piechotę, ustępując powoli z bojowiska, z niedo- 
bitkami schronił się do bliskiego kościółka, gdzie 
zatarassowany mocno, przez okna i z dachu ra- 
ził Polaków ze strzelby, dopiero widząc, że nie 
ujdzie, udawał Polaka mową i począł swoich 
Węgrów mordować, jednak poznany wkrótce, 
ponieważ nie wąchał się użyć tak okropnego 
podstępu, w sztuki rozsiekanym został. 

Kiedy tak zacięcie bojowano w środku, To- 
masz Dąbrowa, przywodzący lewemu skrzydłu, 
w obawie, aby nie być wziętym z boku i korzy- 
stając z wiatru powstałego od morza, dym i 
piasek w oczy nieprzyjaciół miotającego, dzielnie 
natarł na jazdę Mansfelda, choć co do liczby 
wielce przeważną, takową rozproszył i ze szczę- 
tem zniósł i sam cudów męztwa dokazywał; 
z jego to ręki poległ książę liineburski, poty tający 
się pieszo, bez hełmu na głowie, z męztwem 
rozpaczy, aby przekonać, że nie jest trwożliwym, 
jak go niesłusznie wczora z naigrawanieni się 
posądził Karol* 

(Koniec naitąpi.) 



Bonawentura Kudlicz. * 

Znakomity ten artysta dramatyczny, w roku 
1801 wszedł do teatru, zostającego wówczas 
pod zarządem Wojciecha Bogusławskiego. 



Digitized by 



Google 



7* 







Bonawentura Kudlicz. 



Dziś ulubieniec^ publiczności, jest ciągłą jej 
roako&zą, i słusznie, bo kogoz gra jego natu- 
ralna i szlachetna do łez nie wzrusza w Teresie, 
Malwinie, Estelli, Trzydziestu latach życia szu- 
lera. Powrocie majtka, Pierścieniu? Kogóż do 
śmiechu nie zmusza, delikatna i wyższa komicz- 
noić : w Księżnie i Paziu, Fryderyce Brown, Bra- 
ciach niezgodnych, Córce Faraona, Lektyce na 
przedaż? Słowem, ilebyśmy dzieł scenicznych 
wymienili, w których ten artysta się odznacza, 
tyle zarazem tryumfów gry jego naliczy ćbyśmy 
musieli, a spis ten byłby zbyt długim. Jakaż 
to rozmaitość charakterów, ileż delikatnych 
odcieni, mistrzowska grą jego oddanych! 

Lecz nietylko jaKO utalentowany artysta po- 
łożył on zasługi swoje dla sceny krajowej; 



winna mu Ona wdzięczność za ukształcenie tylu 

znakomitych dzisiaj artystów płci obojej. 

On wiódł- pierwsze kroki w tym trudnym za- 
wodzie: Daszkiewiczównej, Werowskiej, Ko- 
steckiej, Jasińskiego, Panczykowskiego, Majew- 
skiego, Baranieckiego, Karasińskiego. — Jeszcze 
niezmordowany tyloletnią pracą, ciągle gra i 

E oświeca się ukształceniu młodzieży do zawodu, 
tory sam miłując nadewszystko, najczynniej do 
wzniesienia i uszlachetnienia jego się przyczynia. 
Jeśli Francya szczyci się Michotem, Poliem, 
Lepeinstrem starszym; Niemcy ltilandem, De- 
yrienem, Brockmanem; my śmiało szczycić się 
możemy tym utalentowanym artystą, który niemyl- 
nie dzisiaj jest jedną z najcelniejszych ozdób 
sceny naszej. /Ł F.... 



m 



U Ernesta Giinłhera w Lesznie dostać moźua dzieła następującego 

Koszyk kwiatów 

dla dziewcząt cnotliwych, kochających niewinność, 

czyli : 

Hlstorya poczciwego ojca I córki- 

przez tłumacza Genowefy, 



W Chełmnie i Toruniu 1837. — Cena zUp. 1 
^^^NakłwUu^^^buKtem Ernesta 



10 »rl>r 



&?- * 5 » Cł J^ 1 8rb g r - \ P^« \ '^P- 3 e«yl» io tyftigr. 
cSnt/AerattrTef«iMri(53 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 10. 



dnu* 7. Września 1839, 




. 






■ 



Don Ramon Cabrera. 



Cabrera, wódz naczelny siły zbrojnej w Arra- 
gonii, Walencyi i Murcyi, hrabia de Morella, 
objąwszy komendę pi śmierci Zumalacareguya, 
odznacza się równia niepospolita znajomością 
sztuki wojennej, jak niesły chanem okrucieństwem, 
jakiego się przeciw stronnikom królowej dopu- 
szcza. Z ubogich rodziców w Tortozie r. 1813 
urodzony, w młodości swojej zupełnie byt za- 
niedbany, a będąc żywego temperamentu, puścił 
wodze namiętności do gry w kostki i karty. 
W siedmnastym roku życia udało się ciotce jego, 
która jest zakonnicą, odwieść go od rozwiozłego 
sposobu życia i namówić, aby się do stanu du- 
chownego sposobił. Usłuchał rady ciotki młody 
Cabrera, wstąpił do seminaryum i w roku 1831 
odebrał cztery mniejsze święcenia; lecz widząc, 
że stan, wymagający zupełnego za p rżenia samego 
siebie, jest zbyt dla niego uciążliwym, porzucił 
sukienkę duchowną i wstąpiwszy do wojska po- 
wrócił do dawnego sposobu życia. Już w r. 1835 
stanął na czele oddziału powstańców, walczących l 



w sprawie Don Karlosa; czyny jego śmiałe, plany 
w jednej chwili powzięte i wykonane, zjednały 
mu w krótkim czasie miłość wojowników, któ- 
rym przywodził, i łaskę Don Karlosa. Mierzył 
się on nieraz z Miną, nielękając się z małym 
oddziałem swoim osiwiałego w trudach wojen- 
nych wodza; a gdy tenże na dniu 16. Lutego 
r. 1836 ośmdziesięcioletnią matkę Cabrery roz- 
strzelać rozkazał, mścić się za to do śmierci po- 
przysiągł. Od chwili tćj serce jego stało się 
zupełnie nieczułem; pochód swój w prow incyach, 
przez wojska i sprzymierzeńców królowej zajęte, 
odznacza Cabrera największemi barbarzyństwami. 
Śmierci tysiaców jeńców z najzimniejsza krwią 
przypatrywał się nieraz; wszędzie, gdzie przy- 
był, mieczem i ogniem wszystko niszczyć roz- 
kazuje, narażając się sam na największe niebez- 
pieczeństwa. W bitwie przy ^Rincon ranny 
ciężko, pozostał pomiędzy trupami na polu bitwy: 
znaleziony przez wieśniaków, ukryty w wyprócn- 
niałem drzewie, a później w ich mieszkania za- 



Digitized by 



Google 



74 



ledwie wyleczony, stanął na nowo na czele wier- 
nych towarzyszów, gdy wieść o śmierci jego 
radością napełniała szeregi wojowników królo- 
wej, i nowe kieski zadawać im zaczął. W roku 
1838 dobył twierdzy Morella, od czego tytułem 
hrabi de Morella zaszczyconym został. 

Cabrera jest średniego wzrostu, czarnych 
żywych oczu, i takich włosów. Ubiór jego jest 
bardzo skromny, nieróżniący się w niczem od 
jego żołnierzy. Stronnicy Don Karlosa poważają 
go wielce dla niepospolitych talentów i szla- 
chetnego serca. Dwie siostry Cabrery poszły 
za żołnierzy gwardyi narodowej w Tortozie ; je- 
den z jego szwagrów zostaje u niego w nie- 
woli. Dwaj wieśniacy, którym życie swoje wi- 
nien i wyleczenie z raz odniesionych przy Rincon, 
są nieodstępnymi jego towarzyszami. 



Bitwa pod Kircholmem. 

(Dokończenie.) 

Brandt pamiętny rozkazu, ażeby w czasie 
potrzeby zaszedł prawemu skrzydłu Polaków 
w tył, nie mogąc nawet dojrzeć w owej kurza- 
wie, na którą stronę chyliło się żwycięztwo, 
puścił się ku Dźwinie i natrafił tam na oddziały 
Sapiehy ; w jednej chwili uderzył mężnie i prze- 
łamał pierwszą linią; nie dał mu jednak korzy- 
stać z pierwszego zwycięztwa mężny Sapieha, 
przypadłszy ze świeżemi rotami; na nowo wszczęła 
się zażarta walka, cztery godziny potykano się 
wręcz z wątpliwym na obie strony losem, wresz- 
cie Chodkiewicz uspokojony nieco o inne punkta, 
osobiście poruszył ostatnie odwodowe oddziały 
pod wodzą Lackiego zostające i bój rozstrzygnął; 
odtąd już nie bitwa, ale okropne pomieszanie, 
rzeź krwawa nastąpiła, albowiem rozproszonych 
Szwedów i w nieładzie zupełnym pierzchających 
pędzili Polacy aż do wioski Blumenthal, zaście- 
lając pola trupami; wielu też w ucieczce przez 
Dźwinę wyginęło. 

Na samem pobojowisku naliczono dziewięć 
tysięcy poległych, oprócz tych, co daleko od pola 
bitwy w ucieczce przez ciurów i włościan miej- 
scowych pobitymi zostali; jedenaście dział, sześć- 
dziesiąt chorągwi, wszelkie zapasy wojenne i 
cały obóz szwedzki, były nagrodą tego przesta- 
wnego zwycięztwa, w dniu 27. Sierpnia 1005 r. 
odniesionego. Najznakomitsi Szwedów dowódzcy 
polegli, albo rannymi zostali, oprócz bowiem na- 
czelnie dowodzącego jenerała Linderson, polegli 
Fryderyk książę liineburski i pułkownik Szko- 
tów Forbes. Mansfeld, ciężko raniony, uszedł 
przecież za rzekę Gawią. Brandt ujęty jeńcem, 
jako zmiennik i zdrajca Zygmunta, ściętym został; 
sam nawet Karol raniony, uciekając do okrętów 
bez kapelusza,** byłby się Polakom do niewoli 
dostał, gdyby nie poświęcenie się Henryka Wrede, 
który mu własnego konia poddał, ale sam był 
rozsiekanym na miejscu. 



^ Z polskiej strony poległo do stu rycerstwa, 
między innymi: Talwosz, Lutkowski, Mamocki, 
Strepkowski, Jabłonowski, Hohol, Pągowski, 
Milecki, Skrzetuski, Kufarski, Mickiewicz i dwaj 
bracia Jurahowie — cześć popiołom obrońców 
ojczyzny! Chlubne odnieśli rany: sam Wojiia, 
Czarkowski, Maliszewski, Kiermowski, Zabo- 
rowski, Tański, Łucimiński, Sielecki, Korytowski, 
Cieciszowski, Kamieński, Młodzianowski, Pio- 
trowski; mnóstwo przy tern koni pokłuto włócz- 
niami* 

Tym sposobem Chodkiewicz oczyściwszy całe 
Inflanty od nieprzyjaciela, wszedł do Rygi, uwol- 
nionej od oblężenia; zwycięzca ze skromnością 
oddał dziękczynienie Wszechmocnemu w ko- 
ściele Śgo Jakóbą, data wszystkich poległych 
okazale ze czcią pogrzebać rozkazał i dnia 
30. Września wysłał do króla Jana Sapiehę, 
Lackiego i Dąbrowę z. doniesieniem o tak waż- 
nem zwycięztwie. 

A tak Chodkiewicz pod Kircholmem w 3700 
ludzi zniósł ze szczętem 17000 Szwedów; przy- 
zwyczajonym w czasach dzisiejszych do .tych 
morderczych wojen, które narody zerwane z po- 
sad swoich toczyły, bitwa pod Kircholmem mię- 
dzy tak szczupłemi wojskami wcale nieznaczną 
zdawaćby się mogła, lecz dzisiejsze przykłady 
nie można do dawnych stosować i zawsze bitwa 
ta piękna zostanie pamiątką sławy dla Chod- 
kiewicza i Polaków. Dla tego rozważając zbliska 
szczegóły jej wojenne, przyznać każdy musi wy- 
soka biegłość wojenną Chodkiewiczowi, niepo- 
spolitą zręczność w rozwijaniu i zwijaniu szyku, 
odmianie czoła, użyciu harcowników i wszel- 
kiego rodzaju wojska w stosownej porze, wielką 
ostrożność i trafność w całem postępowaniu, zna- 
jomość doskonałą w f szelkich bojowych podstępów 
i całej umiejętności wojowania; co do wojska, 
znać, że każdego ożywiała rozsądna żądza sławy 
i miłość ojczyzny. Chociaż jeden traf nadspo- 
dziewany wielki wpływ wywrzeć może w to- 
czących się bojach i dla .tego rozpowszechniła 
się zasada: że los wojny* zawsze wątpliwy, to 
przecież pomyślność sprzyjać musi temu, kto 
stósowniejszych środków do dopięcia celów swoich 
i przedsięwzięć używa. Sprawiedliwie przeto 
cała Europa w owym czasie podziwiała czyn ten 
wojenny Chodkiewicza. Papież Paweł V., cesarz 
Rudolf i Jfakób angielski, sam nawet Sułtan 
turecki i Abba Szach perski, złożyli mu z da- 
rami listowne powinszowania; we Flandryi spo- 
rządzono jedwabne szpalery, wyrażające to sławne 
żwycięztwo; w całej zaś Polsce, mianowicie 
w Wilnie, odprawiały się publiczne modły, huczne 
biesiady, palono sztuczne ognie, oświecano miasta ; 
słowem, każdy Polak podzielał Chodkiewicza 
sławę, uczcił go po swojemu, na uwiecznienie 
wreszcie zwycięztwa Kircholmskiego odbił wyo- 
brażenie jego z miedzi rytownik Thum, i dziś 
jeszcze spotkać można obrazy podobne po ścia- 
nach znakomitych w Rzymie rozwieszone. Po- 



Digitized by 



Google 



75 



lakowi smutne tylko pozostało wspomnienie: nie 
wolno iść torem przodków ! 

Pomimo, że tak świetnie poczynał oręż polski 
w Inflantach, nie odniósł jednak Zygmunt żadnych 
korzyści z tyle sławnego zwycięztwa z przyczyny 
burzliwości i niesforności w obradach domowych, 
tak, że wojna inflantska ledwie dopiero w lat 
sześćdziesiąt, ze stratą Estonii zakończyła się 
w roku 1660 przymierzem oliwskim; zkąd wy- 
płynęła dla następnych pokoleń ta zbawienna 
przestroga, że najpiękniejsze chęci i pomysły, 
najśmielsze zamiary, najświetniejsze czyny po- 
jedyncze, odosobnione znikają w skutku dla na- 
rodów i ludzkości, dymek tylko sławy pozosta- 
wiwszy za sobą, i ile razy kto wystąpił w roz- 
ległych i zbawiennych celach, a nie byt w stanie 
otrząsnąć się z przesądów, wyrzec zarozumia- 
łości, poświęcić się zupełnie i całkiem zaprzeć 
samego siebie, wreszcie pamiętać, że nikt sam 
sobie nie wystarczy, zrobił może wiele dla stawy, 
ale nic wielkiego nie zdziałał i znowu napróżno 
się kto poświęca, jeżeli nie ma spółdziałania ; 
spólne tylko, zjednoczone siły ludzi stanowią, 
bo tak chciały odwieczne wyroki, ażeby każdy 
w bliźnim uznawał człowieka ! / — G. 



Smoleńsk. 



Smoleńsk, na lewym brzegu Dniepru, należy 
do najdawniejszych miast ruskich. Przed pię- 
tnastym wiekiem miał swoich udzielnych książąt. 
Po śmierci ostatniego z tych, Świętosławia, Wi- 
told Smoleńsk i całą prowincyą do Litwy przy- 
łączył, syna Świętosława, usiłującego odzyskać 
utracone ojczyste dziedzictwo, pokonał, załogi i 
urzędników litewskich w Smoleńsku i po wszy- 
stkich grodach prowincyi osadził. Wszakże 
Smoleńszczanie, bądź to, że jarzmo litewskie było 
nieznośnem, bądź też, że mieli odrazę ku obrząd- 
kom kościoła zachodniego, w Litwie panującego, 
usiłowali nieraz wybić się z pod panowania Li- 
twinów. Już w roku 1441 podnieśli bunt prze- 
ciw Kazimierzowi Jagiellończykowi, świeżo na- 
ówczas w. księciem litewskim ogłoszonemu, uznali 
za swego pana Jerzego księcia Mścisławskiego 
i otworzyli mu bramj miasta. Na odgłos tego 
buntu pospieszył Kazimierz z wojskiem pod do- 
wództwem Gastołda pod Smoleńsk, spalił miasto, 
dobył zamku i mieszkańców całej prowincyi do 
posłuszeństwa przywiódł. 

Od początku 16. wieku począwszy, Smoleńsk 
był narażony na ustawiczne napady. W r. 1500 
obiegi to miasto Iwan Bazy lewicz, car; lecz dziel- 
ność Jerzego Paca i Mikołaja Sołohuba, utrzy- 
mała je przy Polsce. Przecież co waleczność 
utrzymała, wydarła wkrótce zdrada. Wr. 1514 
haniebnej pamięci kniaź Michał Gliński oder- 
wał Smoleńsk od posiadłości rzeczypospolitćj i 
poddał Rossyi. Odtąd przez wiek blisko zosta- 
wał Smoleńsk pod panowaniem Rossyi, pomimo 



1 świetnych zwycięztw nad nią odniesionych przez 
Konstantego Xcia Ostrogskiego, Batorego i Za- 
mojskiego. Nareszcie w roku 1609 w miesiącu 
Wrześniu obiegł to miasto Zygmunt III. z woj- 
skiem polakiem i litewskiem. Bronił dzielnie 
miasta Michał Borysowicz Sehin w 40 tysięcy 
ludzi. Po 20 miesięcach ciężkiego oblężenia, to 

1*est dnia 13. Czerwca, Bartłomiej Nowodworski, 
tawaler maltański, zrobił w murze wyłom 30 łokci 
szeroki; tym wyłomem wpadły do miasta półki 
gwardyi królewskiej pod dowództwem Doroho- 
stajskiego. Mieszkańcy niektórzy z żonami i 
droższemi sprzętami swemi schroniwszy się do 
cerkwi zamkowej, ogień do prochów w lochach 
będących podłożyli i sami się w powietrze wy- 
sadzili. W oblężeniu tćm, według powieści 
Kobierzyckiego, zginęło w Smoleńsku do 70000 
ludzi. Od tego czasu był Smoleńsk znowu pol- 
skiem miastem. Po śmierci Zygmunta III. w roku 
1632, w czasie bezkrólewia, chcieli go Rossyanie 
zająć na nowo. Przybyli pod Smoleńsk w 100000 
ludzi pod dowództwem Sehina, tego samego, 
który go w roku 1609 przeciw Zygmuntowi III. 
tak walecznie bronił. Był natenczas kommendan- 
tem Smoleńska Stanisław Wojewódzki, szlach- 
cic z województwa podlaskiego. Wytrwałością, 
odwagą, a nadewszystko niezłomnym hartem 
duszy, na czele szczupłej załogi, bez dostatecz- 
nych zasobów ammunicyi i żywności, odparł 
kilkanaście szturmów i wytrzymał ośmiomie- 
sięczne oblężenie, aż mu przybyli na odsiecz, 
naprzód hetman litewski, Krzysztof książę Ra- 
dziwiłł, a wkrótce po nim Władysław IV., król 
polski. Teraz zmieniła się postać rzeczy. Sehin 
z oblegającego stał się sam oblężonym i zmu- 
szonym do kapitulacyi dnia 14. Lutego 1634 roku. 
Wkrótce po tern zwycięztwie stanął pokój pod 
Wiazmą nad rzeką Polanowką, dnia 15. Czerwca 
1634 r., na mocy którego Smoleńsk z Czernicho- 
wem ustąpione zostały Polsce na zawsze. Po- 
mimo atoli takowego zrzeczenia się Smoleńska, 
obiegł go znowu w roku 1654 car Alexy Mi- 
chałowicz, a Filip Obuchowicz, wojewoda i 
dowódzca w tej twierdzy, nienaśladjuąc bynaj- 
mniej przykładu Wojewódzkiego, chociaż miał 
daleko większe, niż tamten sposoby obrony, 
poddał ją nieprzyjaciołom, i od tego czasu Smo- 
leńsk odpadł wraz z całem województwem na 
zawsze od posiadłości polskich. Jan III. trak- 
tatem Grzymułtowskiego, roku 1686 zawartym, 
upoważnił ty ^ dotkliwą z wielu względów dla 
rzeczypospolitej utratę. 

Oblężenia Smoleńska pod Zygmuntem III, i 
Władysławem IV. skreślili dokładnie i szcze- 
gółowo Niemcewicz w panowaniu Zygmunta III, 
Karamzyn, Kwiatkowski i Radziwiłł w swoich 
pamiętnikach. Mniej jest znanem oblężenie przez 
Rossyan tego miasta za panowania Jana Kazi- 
mierza, w r. 1654. * UmiesUzamy tu więc opia 
jego, wyjęty z Współczesnych pamiętników do 
panowania Jana Kazimierza, które w tój chwili 

10 



Digitized by 



Google 




Digitized by 



€todgfc 



77 



uczony Im Edward Raczyński w Poznania dru- 
kiem ogłasza: 

„Car moskiewski w 80000 wojska wyszedł 
do Litwy. Oprócz Kałmuków, miał 20000 Ko- 
zaków przy sobie pod dowództwem półkownika 
Złotorenki. Dorohobuż dobył i wyciął; Newel, 
Mohylow, Połock, fortecę nad rzekę Dźwiną 
opanował." 

„Ruszył przeciwko Moskalom książę Radzi- 
wiłła żołnierz odważny i wojennemi czynami, 
gdyby ludzkiej rady słuchał, a ludzi niepospo- 
nowaf, w swojem się zdaniu kochając, Z oimiu 
tysiącami wojska, które, miał przy sobie, nie po- 
dobna było oprzeć a>i^ potencyi cara moskiew- 
skiego, a nie wzywał do tej akcyi hetmana pol- 
nego Gosiewskiego, ani się z dyuizyą jego chciał 
łączyć; także pospolitego ruszenia litewskiego, 
łekce je ważąc, nie potrzebował. Przybywszy 
pod Orszę, Mirskiego i Ganckofa, półkowników, 
% 3000 wojska lekkiego wyprawił, rozkazawszy, 
aby z nieprzyjacielem spotkali się, lub też na 
obóz uderzywszy, szałase jego zapalili, a znak 
na sobie % nieprzyjacielem przynieśli." 

„Nieprzyjaciel dufając potencyi swojćj, kraj 
obstraszy wszy, nie zbyt był ostrożny, aliści Ganc- 
kof w 7 chorągwi manowcami przybywszy, na 
same gwardye carskie uderzył. Nieprzyjaciel 
twardym snem po pijatyce uśpiony, przez rany 
i rzez ledwo obudzony: a tu w trąby uderzono 
i huk zrobiono. Podczas ciemnej nocy zapalił 
nieprzyjaciel kilka stogów słomy, dając swoim 
wiedzieć o inkursyi naszych. Dogodziło to Li- 
twie; jaśniej było zabijać: zabili Orthoma, wo- 
jewodę, i różnych 1000 wycięli ; wzięli 16 boja- 
rów i carskiego buńczucznego z buńczukiem. 
Zatem dnieć poczęto, Litwa na odwrót zatrąbiła: 
ledwo można było odciągnąć żołnierzy, tak się 
zawzięli w passyi do zabijania. Potem nieprzy- 
jaciel zebrawszy się, gonił naszych wielkim im- 
petem, że zdobycz musieli topić, a więźniów 
starszyzna kazała ścinać." 

„Ten szczęśliwy podjazd wzbudził w księciu 
Radziwiłła desperacką imprezę, iż z całem woj- 
skiem litewskiem na tak wielką potencyą nie- 
przyjacielska ruszył, chcąc wydać batalią. Król 
zakazywał i prymas pisał, żeby króla słuchał, 
a nie narażał się na takową potencyą, nie gubił 
wojska, nie czynił dyffidencyi z kollegą, złączył 
się z dywizyą onego i z pospolitem ruszeniem, 
wszelkim sposobem otwartego unikając boju, 
party ami nieprzyjaciela infestował. Nie słuchał 
ni króla, ni prymasa, swoją prezumcyą, nie łą- 
cząc się z nikiem, 10000 ledwie tylko mając, na 
40000 nieprzyjaciela pod Szkłowem nastąpił, 
spodziewając się, że nieprzyjaciel ustraszony 
stawnemi akcyami jego, będzie umykał, a Mo- 
skwa z całą potęgą na niego ruszyła się trzema 
kolumnami. Na pierwszą kolumnę odważnie 
książę uderzył, lecz gdy drugie kolumny otoczyć 
;o usiłowały, ustała ta buta i z owej odwagi 
lo ucieczki przyszło. 



„Zmieszały się szyki litewskie; biegał wszę- 
dzie książę zachęcając, ale' niemógł nic wskórać : 
tabory litewskie z^ armatami opanował nieprzy- 
jaciel: co najsławniejsi rycerze polegli, sam książę 
mało co nie utonął. Nieprzyjaciel ucieszony tą 
wiktoryą, wyprawił wojsko swoje do Litwy, 
kraj niszcząc: sam car pod Smoleńsk ruszył się." 
^ „Smoleńskie księstwo na granicy moskiew- 
skiej przedtem swych udzielnych książąt miało* 
Świętosław, ostatni z książąt smoleńskich od Wi- 
tolda, po koronacyi króla Jagiełły, polskiem i 
litewsktćm wojskiem pokonany, a Smoleńsk do 
Litwy i Polski przyłączony, synowi Świętosława, 
Jerzemu, lennem prawem do rządów oddany zo- 
stał, z poprzysiężeniem wiernego poddaństwa 
Rzeczypospolitej. Lecz, gdy w roku 1403 rebe- 
lizowac począł, zwyciężony, z Smoleńska wype* 
dzony, na wygnaniu w Węgrzech życia mizernie 
dokonał." 

„Potćm Iwan Wasilewicz, car, za zdrada 
Glińskiego Michała w roku 1514 opanował. Zyg- 
munt zaś III., król polski, po dwuletnićm oblę- 
żeniu odzyskał. Władysław, syn Zygmunta III., 
gdy nieprzyjaciel z licznem i potężnem wojskiem 
przyciągnął Smoleńsk dobywać, i wojsko jego 
zniósł i Smoleńsk od oblężenia uwolnił/* 

„Smoleńsk miasto Dniepr oblewa; od połu- 
dnia piaszczyste ma pagórki, które miejsce zowie 
się Pohrowy; błotami i bagnami otoczone. Na 
40 mil kraina smoleńskiego księstwa rozciągnęła 
się aż do Berezyny rzeki. Około miasta zamki 
i mury z ciosanego kamienia zrobione, tak sze- 
rokie i grube, że po wierzchu dwa wozy roz- 
minąć się mocą, przytem strzelnice wystawione, 
co muru bronią; król Władysław przydał fossę 
i wał szeroki. . Miał kommendę w Smoleńsku 
Filip Obuchowicz, niedawno wojewodą smoleń- 
skim od króla uczyniony. Załoga w zamku wy- 
nosiła 2000 ludzi pod kommendą Korfa; pod 
nim dowodzili Mikołaj Tyzenhaus i Jan Duka; 
przytem stare prezydyum kommenderował Piotr 
Świadzki, szlachcic smoleński. Miasta broniła 
szlachta smoleńska, których 4000 rachowało się 
pod urzędnikami ziemskimi podkomorzym i cho- 
rążym (nazwiska ich autor nieprzytacza), Hie- 
ronimem, Ciechanowiczem, sędzią czernichowskim, 
Bąkano wskim podczaszym. Byli i Moszczeryn, 
Limont, Giełgut i inni rotmistrze. Najpierwćj 
zachowano tę ostrożność, że mieszczan dysunitów 
wszystkich dyzarmowano. Jędrzej Kwaśniewski, 
przezwiskiem Złoty, arcybiskupem smoleńskim 
ruskiej wiary był, ale tak życzliwy ojczyźnie, 
iż ustawnie Ruś napominał, aby niemiała kon- 
szaftów z nieprzyjacielem. W dzień ś. Antoniego 
padewskiego Moskwa otoczyła miasto i zamek; 
sam car przytomny był, Trubecki wojsko kommen- 
derował, tudzież Serebny, Chowański, Dołhoruki 
i inni officerowie z Genui i Holandyi; z Francyi 
Bryan i Sperbit, ze Szwecyi Erkar i Bilansen, 
którzy razem u Moskwy byli półkownikami. 
Wkrótce naokół aprosze pokopali tak, jako 



Digitized by 



Google 



78 



Władysław król Sehina odpędził. Zamknęło 
•ię miasto. Wojewoda starał się utrzymać je, 
jako przedtem jego antecessorowie. Uczyniono 
s miasta wycieczkę w 400 ludzi, którymi Plater 
kommenderował: napadł na kopiących aprosze, 
wyciął kopiących, i porobione relranszamenta 
zaczął rozrzucać; wtem nieprzyjaciel w wiel- 
kiej aile napadł na niego i odpędził. Zginęło 
w tej wycieczce 36 ludzi* Zatem z armat za- 
częli gęsto strychować nieprzyjaciela, i odpędzili 
go. Potom najprzedniejszy puszkarz żonę i dzieci 
porzuciwszy, ao Moskwy uciekł .i wydał wszy- 
stkie defekta fortecy, jakoto: podle michałow- 
skiej bramy mur woda podmyła, łatwo się może 
obalić, byle go trochę podkopano. Zaczem w dzień 
i. Jana Chrzciciela, podług kalendarza ruskiego, 
sam car ordynował szturm pierwszy : kazał z ar- 
mat gęsto zatoczonych bić. Kieay muru nad- 
tłukti, zawołano do szturmu, i o pierwszych ku- 
rach zewsząd wojsko na mury lazło, najbardziej 
do bramy michałowskiej impet wywarłszy. Lecz 
tam znaleźli wał usypany i miny zakopane. 
Zaczem około strzelnic szturm sie zabawiał i 
aż pod same fossy drudzy przebrali się, wywi- 
jając swoje chorągwie." 

„Załoga należycie stawała, Korf ordynował 
dragonia, z miasta wypadła szlachta na troje staj, 
odpędziła nieprzyjaciela, który opanował szaniec 
z ziemi zrobiony, nazwany żelazny, niewiedząc, 
że tam miny zakopane. Długo nasi certowali 
o ten szaniec z nieprzyjacielem, naostatek ustą- 
pili: a tu miny zapaliły się z takim grzmotem 
ziemi, o kilka mil słyszanym; lecz nie tylko 
minami nieprzyjaciel wysadzony, ale w tim za- 
mieszaniu i zaćmieniu od prochów, nasi na nie- 
przyjaciela wsiedli, nie wiedzącego dokąd |ma ucie- 
kać, i na kilka tysięcy trupem położyli." 

„Nazajutrz trębacza nieprzyjaciel przysłał 
o armistycyum prosząc, dla pochowania trupów; 
na co nasi pozwolili. Potem kazał car puszkarza 
tego, co z miasta do niego przybył i relacyą 
uczynił o słabości miejsca podle bramy micha- 
łowskiej, że nie tak się okazało, obwiesić, a do 
innych przemysłów udał się." 

„Kilka dni zpauzowawszy nieprzyjaciel, tylko 
z armat mury tłukąc, innych nie czynił nawał- 
nosci, ale nowe robił fortyfikacye, dla przybli- 
żenia się ku murom, bez szkody swojej od oblę- 
żonych. Wojewoda bowiem zakazał wycieczek 
z zamku i miasta, mieniąc, że przez to umniejsza 
się załoga. Zaczem siedzieli, darmo zjadając 
prowianty, o co urażona szlachta i urzędnicy 
powiadali, że nieznając się na wojnie, dyszku- 
rować, nie wojować przyuczony, zgubi nas i for- 
tece, co i oficerowie potwierdzali." 

'„Unikał zatem wojewoda przed urzędnikami 
i szlachtą. Czasu jednego szlachta go przydy- 
bata i poczęła mu wymawiać: za co folgujesz 




a W Panowie chcecie w krótkim czasie on zgu- 
bić? Lecz mu szlachta replikowała: widzimy 
jawnie, co przodkowie prostotą odważną od nie- 
przyjaciela wydarli, to ty twoją szaloną mądro- 
ścią chcesz zgubić." 

„Prosił car na rozhowor. Nasi długo nie- 
pozwalali; potem zezwolili tą kondycyą, aby car 
nie kazał strzelać i nie zabraniał poprawy mu- 
rów i wałów; ale podkomorzy smoleński nie 
życzył rozhoworu z carem, który bez żadnej 
przyczyny stał się nieprzyjacielem ojczyzny. Ale 
już poczęli desperować o wytrzymaniu Moskwie, 
tak wojewoda, jak duchowni, a wojewoda po* 
wiedział w klar, że ja mam od króla daną moc 
z carem traktować." 

„Duchowni dla kościołów obrony, pospólstwo 
dla ostatniej zguby, życzyli traktować, mówiąc: 
król daleko, Radziwiłł zniesiony, Gąsiewski, 
hetman polny, skarbem zatrudniony i nie wielkie 
ma siły, zniskąd sukursu spodziewać się nie można, 
chyba z nieba; nie stanie prowiantów na długie 
oblężenie, prochów także, dla ustawnego strze- 
lania nieprzyjaciela, który coraz więcej wojska 
mieć może, nie tylko attakować nas, ale czap- 
kami zarzucić mogą; można przez traktaty i 
wiarę utrzymać i wolność, a jak przez potencja 
dobędą, wszystko razem stracim i sami zginiem." 

„Siła, co tam w oblężeniu byli, czynili rela- 
cyą, iż w nocy wielu z nieprzyjacielem znosiło 
się, i żołnierze stojący na warcie widzieli, że do 
zamku fortę otwierano, a fortą pieniądze do zamku 
z workami ciężkiemi wnoszono. Zatem pod- 
komorzy smoleński nie chcąc na zgubę ojczyzny 
patrzeć, szczęśliwie zmarł przy wolności, i ko- 
nając szlachtę obligował, aby się do -upadłej 
broniła." 

„Stanęły w zamku traktaty poddania się 
carowi. Wszedł z częścią wojska Serebny, bramy 
w zamku i mieście opanował: witali go bur- 
mistrze i częstowali mieszczanie. We 4 dni po- 
tem piechoty i dragonie rozwinąwszy chorągwie, 
z lontami zapalonemi i bronią, w bębny bijąc, 
wyszły z miasta; drudzy do nieprzyjaciela przy- 
stali, pajac w mieście swoje żony i obejście." 

„Zegnał cara wojewoda smoleński Obucho- 
wicz, któremu car kazał powiedzieć: idź hul- 
taju, a swerilu królowi opowiedz, jakieś widział 
wojska i w jakich byłeś opałach. A gdy już 
odszedł Obuchowicz do swoich, car rzekł: nie 
chce ja, aby który z was onego naśladowała a 
który tak będzie robił, zapewne na haku wisieć 
będzie." __^__ 

Kronika literacka. 
Wspomnienia moje o Francy i, 

przes L. i G. R. 

Pod powyższą nazwą weszło właśnie pismo 
w Krakowie u Gieszkowskiego, a jakkolwiek 
autorka położonemi na tytule pierwszemi litery, 



Digitized by 



Google 



79 



tdgadnienie imienia domysłom zostawiać zda- 
wała się, poświęcając atoli pracę swa bratu 
rodzonemu, Konstantemu Giedroyc, niebawem, 
bo za odwróceniem pierwszej kartki, zagadkę 
domysłów rozwiązała. Okoliczność ta, wącha- 
nie pewne, jestże bez powodów ? możeż być 
usprawiedliwione? — idźmy do pisma samego* 

Godło, pod którem autorka obraz wspo- 
mnień kreślić zamierzyła; jest: prawda, a do 
tego wierna, a nawet surowa, słodyczy,, co gor- 
sza, usprawiedliwienia samegoż niemal pozba- 
wiona: ta otwartość w piśmie krajowi naszemu 
ofiaro wanem, w którym gallomania gorzej od 
morowej zarazy grassuje; gdzie znaczna część 
mieszkańców klass niby lepszych, w szale uro- 
jeń, w obłędzie marzeń zyjac; ojczystego ani 
zna, ani używa nawet języka, i to do tego 
stopnia wygórowanego złego, jakiego próżno 
pod słońcem szukalibyśmy, posuwa, albowiem 
złe nałogi aż do zniewagi samego Boga, przed 
którym z najgłębszą pokorą ducha, najszczersze 
wyznanie wiary, cześć Jego, zamiast w rodzinnej, 
to wGallćw czyni mowie; w towarzystwie zaiste 
takiem, rozsądku nawet pozbawionem, pisać prze- 
ciw Francji, jest zaiste odwagą, co powiem, zu- 
chwalstwem dla mężczyzn ; medopieroż dla damy, 
tychże salonów wychowanki ! . . . To zaiste pojęcie 
rzeczy, spowodować musiało autorkę do rzuce- 
nia pewnej zrazu zasłony na imię swoje, którą 
wyższe uczucia niezwłocznie uchylić nakazały. 

Niemożemy się tedy dziwić, dla czego pismo 
to za pierwszem zjawieniem swem, tyle naro- 
biło wrzawy, i dla czego tak sprzeczne o sobie 
wywołuje zdania; z których jedno wynosi war- 
tość jego pod niebiosa, gdy tymczasem drugie 
aż do dna piekieł strącić go usiłuje! Szlache- 
tnem ożywieni uczuciem, lub dobro podarzanych 
na oku mający instytucji, lub nakoniec macie- 
rzyńskiego pierwszeństwo jeżyka wyznawający, 
niemógą jak tylko pochwalać. Dzieło, które 
zastarzałe przesądy uprzedzenia i nałogi, Gallo- 
manów leczyć zamyśla, wiernem bezogródki 
wad francuzkich wystawieniem; lubo wyznać 
winniśmy szczerze, iż niewszystko ze złej brać 
należało strony, tern bardziej, gdy bezstronność 
pierwszą winna piszących być zaletą ; lecz, gdy 
w ciągu dzieła samego dowiadujemy się, o dru- 

Sim nastąpić mającym tomie; nietracimy na- 
ziei, iż autorka z równą skwapliwością, w wy- 
szukiwaniu prawd zbudować nas mających, 
godnych naśladowania, zaletą Francuzów będą- 
cych, postępować nieoraieszka ; jakiemi n. p. sa : 
Zamiłowanie ziemi ojczystej, pielęgnowanie naj- 
droższej puścizny macierzyńskiego języka, wa- 
żność instytucji publicznych, liberalność uczo- 
nych, wstręt do cudzoziemczyzny i t. p. A tak, 
zawieszając nateraz sąd nasz, przejdźmy nie- 
które szczegóły pisma, czytelników Przyjaciela 
Ludu zabawić lub oświecić zdolne; z których 
zupełne o stylu i trafności obrazów autorki, 
powziąść będą mogli wyobrażenie. 



Tytuł Wspomnienia, usprawiedliwia poniekąd 
wykład materyi, które zwykle w różnorodnej 
mieszaninie czytającemu się przedstawiają, a nie- 
raz i winnych rozdziałach wznawiają, 

W pierwszym ustępie rzecz polityczna, cel- 
niejsze zajmuje miejsce; postępowanie wszakże 
dziś panującego Filipa bez względu na jego po- 
łożenie i stan obecny Europy, w cierpkim od- 
malowane są obrazie* Duch wieku, a raczej 
zły duch, i w dalszych ustroniach naszej cywi- 
lizowanej części świata objawiający się, nie* 
równie w wierniejszym i trafniejszym oddany 
jest rysunku, któren w całości, nie w wyimku, 
w samem piśmie czytany, każdego zająć potrafi; 
tern bardziej, że i o przykłady tego obłędu umy- 
słowego i u nas nietrudno, gdzie dzieci czytać, 
ani pisać jeszcze nieumiejące, do niczego nie- 
usposobione, a jednak reformatorami świata 
socyalnego być nieraz zamyślały i różne i naj- 
świetniejsze towarzystwa i ustawy kleciły już 
ku temu. W drugim rozdziale rozprawia autorka 
o charakterze dzisiejszych Francuzów, a zmien- 
ność i sprzeczności jego rozważając, kończy na 
trafnem porównaniu fraczka i bluzy *) temi 
słowy: „Wszedłszy do salonu (fraczek), ukłoni się 
z twarzą znudzona, pozie wnie razy kilka, nim 

Erzemówi do której z wystrojonych kobiet, cze- 
ających na jego słowo; poczem oddali się do 
kominka, oprze na nim z niechcenia, a przyło- 
żywszy lornetkę do oka, zrobi przegląd wcho- 
dzących i wychodzących; rzuci następnie naj- 
bliżej stojącym kilka myśli o rzeczach stanu, 
o polityce europejskiej (mby na wzór Anglików), 
a przekonany, że jest zupełnie fashionable 
(faszionebl, człowiek w 'tonie, salonowy), wy- 
myka się co prędzej w innych tego dnia otwar- 
tych domach podobną odegrać scenę. W Paryżu, 
gdzie każdy od pierwszego ministra aż do mie- 
szczanina, ma wybrany jeden wieczór w tygo- 
dniu, czasem nawet ranek, w którym drzwi dla 
wszystkich znajomych otwiera, w r ybór tylko 
trudny, znałam też takich, co po 8 do 10 po- 
dobnych zgromadzeń codziennie odwiedzali; a 
tak się naziewawszy, weselej dopiero kończyli 
wieczór (to coś tak jak i u nas) u jakiego 
artysty, u ładnej aktorki lub w podobnym towa- 
rzystwie. Tam eygara, poncz, przy kominku; 
szampan, dowcip i śmiechy Wielu, prze- 
kładając wesołość i wygodę nad tytuł faszio- 
neblay nudą okupiony; porzuca, wyrzeka się 
błyskliwych salonów, w mniej wykwintnych 
szukając rozrywki. Zowią to: prowadzić ży- 
cie artysty* Wtenczas wieczór zaczyna sic na 
teatrze a kończy się tak, jak wyżej mówi- 
łam, lub u dobrego restauratora, przy smacznej 

*) We Francji wszyscy furmani, wieśniacy, znaczna 
csęsc luda przemysłom oddana, pospólstwo nakoniec, 
pospolicie w dniach powszednich, w drodze Inb do pracy, 
oblekać się zwykła wdziewaniem na cały ubiór koszul 
i u nas dziś* u dzieci używanych, i pldcienka błęki- 
tnego, które bitną nazywają. 



Digitized by 



Google 









Facsimilia. 

Z zbioru nadesłanego facsimilium udzielamy 
3 podpisy: 

1* Jerzy Mniszek, wojew. sandomirski. 

2. Maryna Carowa. 

3. Demetrius (Samozwaniec). 

kolacyi. Ztąd wielka trudność zgromadzenia 
mężczyzn, i oprócz domów ministrów i wyso- 
kich urzędników, dokąd nęci interes, liczba ich 
bardzo rzadko odpowiada liczbie kobiet. Ztąd 
ubieganie się za niemi, które obok ich zarozu- 
mienia, miłość własna, płochą duma roznieca, 
a poniża i ujmuje godności płci pięknej. Jak- 
żeby się zdziwił niejeden z dawnych Francuzów, 
Richelieu, Gramtnont albo Lauzun jaki, gdy- 
by mu kazano w tych ziewających, czarno ubra- 
nych, niby angielskich modnisiach, swjrch pra- 
wnuków poznawać ! Gdyby przynajmniej o tyle 
obyczaje zyskały, ile zewnętrzne formjr straciły! 
lecz niestety ! po większej części, zamieniono tylko 
rolę... a na tej zamianie nie my skorzystali! 

(Ciąg dalszy nastąpi.) 




Czarownica. 

v — v | v — v | v — v\ v — v 
Tam słowik wieczorem, kukułka o świcie 
Śpiewają w gaiku ; tam kwitnie kalina, 
Tam bujnych paproci i ziela obficie, 
A nocą się błąka jak zorza dziewczyna. 

I kąpie włoa kruczy we blasku miesiąca, 
1 gwiazdy zdejmuje białemi rękami, 
1 fale jeziora jak rybka roztrąca, 
I szumi jak ptaszek pomiędzy lirfciami. 

Wiatr chłodny roznosi i śmiechy i .krzyki, 
1 jęki kto** słyszał od strony mogiły. 
I ducby ktoś* widział i modre płomyki, 
I dzwony* w kaplicy same zadzwoniły. 

Chędoga jej chatka bieleje rfród lasko. 
Tam więdną na płaczu jćj piękne źrenice : 
Dziewczyna czarowna jak lwięta w obrazku, 
Dzień cały we dłoniach krarfne chowa lice. 

A szepty biegają od chaty do chaty: 
Tu mleko gdzieś* znikło, tam chłopiec oszalał, 
Tu trzodę zbłąkano, zwarzono tu kwiaty, 
Tam zboże na polu rzęsisty deszcz zalał. 

f widział dziad żebrak, gdy do dom szedł z miasto, 
Na drodze rozbieżnej w północy milczenia, 
Na kopcu granicznym siedziała niewiasta 
I głowę na krwawem zwiesiła ramieniu. 

Piękniejsza dziewczyna w gaiku nie mieszka, 
Jej lice barwione jak owoc jabłoni, 
A przecie do wrót jej zarosła juz rfcieszka, 
Od hożej dziewczyny okólna* młódź stroni. 

Daremnie barwinek listeczki rozkłada, 
Daremnie na chatce wciąż sroczka szczebiota; 
Ptak chyba podróżny słów kilka zagada, 
I gacek po nocach w okienko łopota. 

J. kr. D.—B. 



Nakładem i drukiem Ernesta Gunłhcra w Lesznie. 



(Red. «f. Łukasiewicz.) 

Digitized by L^OOClC 



Przyjaciel Ludu. 



Bek szósty. 



No. 11. 



Igrano, 

dnia U. JFrztśnia 1839. 



■y^M , 







Karol V., cesarz niemiecki. 



Niemasz w nowej historyi Europy ważniej- 
szej epoki nad wiek Karola V., cesarza nie- 
mieckiego* W tymto bowiem czasie panowali 
współcześnie z nim najwięksi monarchowie. 
Zygmunt L rządził Polską, Franciszek I. Fran- 
cją, Gustaw Waza Szwecyą, Soliman Turcja* 
Protestantyzm rozwinął sie w całej niemal Eu- 
ropie; moc i władzę Katolicyzmu ustalało kon- 
21ium trydenckie; języki krajowe zaczęły odzy- 
jwać prawa swe przyrodzone; sztuka wojenna, 
żegluga, handel, przemysł, nauki, olbrzymie 
robiły postępy i nadały Europie nową zupełnie 
fizyognomią. Przecież Karol V* do tego popędu 
nagłego- przeobrażenia się Europy nieprzyiozył 



się bynajmniej, owszem całe jego burzliwe pa- 
nowanie było ciągłym pasmem usiłowań zaha- 
mowania postępu. Przeto też w dziejach świata 
stał się głośnym nie z czynów świetnych, szla- 
chetnych usiłowań, ale raczej z stanowiska, na 
jakie go ślepy los w tak brzemiennym w wiel- 
kie wypadki czasie trafunkiem rzucił. Gdyby 
środkom, które miał w ręku, odpowiadały były 
umysłowe zdolności, mógł był stać się prawdzi- 
wym zbawcą, nieprzebranym źródłem pomyśl- 
ności Europy, i zapobiedz tylu smutnym zda- 
rzeniom, które się po jego śmierci, jak z pudła 
Pandory, na Niemce, Hiszpanią, Hollandyą i 
resztę zachodniej Europy zlały. 



Digitized by 



Google 



82 



Urodził się dnia 24. Lutego r. 1500 w Gan- 
dawie, w Flandryi. Ojcem jego byt Filip, syn 
cesarza Maxymiliana I. ; matką Joanna, córka 
Ferdynanda, króla Arragonii, i Izabelli, królo- 
wej Kastylskiej. Pod okiem Wilhelma de Croy 
odebrał troskliwe wychowanie. ^ Między jego 
nauczycielami znajdował się takie Adryan Flo- 
rens, mai uczony, który później pod imieniem 
Adryana IV. na stolicy świętej siedział. Łacina, 
którą Karolowi ten wykładał, nie szła mu do 
słowy, za to robił postępy znaczne w językach 
żyjących. Ojca postradał wcześnie, bo już 
w o*J m roku swego życia (1506); a ponieważ 
matka jego cierpiała pomięszanie zmysłów, przeto 
dostał się pod opiekę swego dziada, Ferdynanda, 
króla arragońskiego, który go mnićj kochał, niż 
jego brata młodszego Ferdynanda, i ostatniego 
na tron hiszpański wynieść zamierzał. Zmienił 
przecież ten zamysł, i Karol po jego śmierci 
(roku 1576 przypadłej) ogłosił się królem Hi- 
szpanii i objął rządy tego kraju, lubo nie bez 
krwi rozlewu, w roku 1517. Od tej chwili 
ważne wypadki w życiu Karola V., następowały 
jedne po drugich bez przerwy. W roku 1519, 
po śmierci cesarza Maxymiliana, swego dziada, 
po mieczu, ubiegał się o cesarstwo niemieckie; 
między współubiegaczami do tej godności był 
także Franciszek L, król francuzki, który intryg 
i pieniędzy nieszczędził. Karol, który tejże sa- 
mej używał broni i którego młodość mniej się 
niebezpieczną zdawała elektorom, niż potęga jego 
współzawodnika, przeniesiony został nad Fran- 
ciszka I. i koronowany w Akwisgranie 1520 r. 
Okoliczność ta była przyczyną do wojny między 
królem a Francya, z róznem szczęściem prowa- 
dzonej przez lat kilka. Nareszcie po nieszczę- 
śliwej bitwie pod Pawią, Franciszek L dostał 
się do niewoli (1525 r«), z której nie wpierw 
wypuszczonym został, aż .podpisał traktat upo- 
karzający i zgubny dla Francyi, dyktowany mu 
od przeciwnika. Wypuszczony na wolność, nie 
dotrzymał zobowiązań, ale owszem połączywszy 
się z Wenetami, papieżem i królem angielskim, 
rozpoczął na nowo kroki nieprzyjacielskie; wsza- 
kże niewspierany należycie od Anglii, przymu- 
szonym został do podpisania uciążliwego pokoju 
w Cambray 1529 roku. Karol upokorzywszy 
Franciszka, upokorzył papieża bardziej jeszcze, 
kazawszy mu się koronować na cesarza. Tym- 
czasem, gdy się to działo na zachodzie, Turcy 
wypowiedziawszy wojnę, wkroczyli do Austryi i 
obiegli Wiedeń, lubo nadaremnie. Wewnątrz 
Niemiec wrzała wojna religijna, co Karola zmu- 
siło do zwołania sejmu rzeszy do Augsourga i 
potwierdzenia wyznania Protestantów ; cofnął 
atoli wkrótce takowe potwierdzenie i zaczął 
nowowierców prześladować. Ale gdy Turcy 
w roku 1532 na nowo do państw domu austriac- 
kiego wpadli, a uciśnieni Protestanci posiłków 
dać nie chcieli, Karol złagodził swoje postępo- 
wanie względem nich, a zyskawszy tym spo- 



sobem znaczne posiłki, ruszył przeciw Turkom. 
Dowiedziawszy się przecież, że Soliman z znacz- 
nemi łupami do swoich krajów Mrąca, zamiast 
ścigania go, rozpuścił swoje wojsko i udał się 
do Hiszpanii, gdzie dwa lata mieszkał. Gdy tu 
bawi, wezwał jego pomocy wygnany od Bar- 
barossy król Tunisu, Muley Assem. Karol po- 
płynął niezwłocznie na czele licznego wojska 
do Tunis (1535), i przywrócił na tron Mulej 
Assema, pod warunkiem dawania pewnej da- 
niny królom hiszpańskim. Poczem powróciwszy 
do Europy, wplątał się znowu w wojnę z Frań* 
cyą, którą dość nieszczęśliwie prowadził, i na- 
reszcie za pośrednictwem papieża, w roku 1538, 
zawieszenie broni w Nizza na lat 10 zawarł. 
Po zawarciu tego rozejmu, miasto Gandawa, któ- 
rej cesarz wiele swobód odjął, podniosła rokosz 
i postanowiła całą Flandryą poddać Francyi. 
Dla przytłumienia tego pożaru w samym wybu- 
chu, potrzebną była przytomność Karola. Prze- 
bywał on natenczas w Hiszpanii, a ponieważ 
inne drogi do Flandryi były częścią zadalekie, 
częścią niebezpieczne, umyślił puścić się w tę 




lańskiego jednemu z synów Franciszka I. Zwie- 
dziony tą obietnicą Franciszek, wyjechał naprze- 
ciwko swemu największemu nieprzyjacielowi i 
Erzyjął go jak najwspanialej. Karol zabawił 
ilka dni w Paryżu, me obawiając się niczego ; 
a gdy mu jeden z dworzan jego napomknął, że 
Francuzi okażą wielką słabość, albo zaślepienie, 
jeśli go nie uwiężą ; „okazali oni je już nieraz, a 
odpowie Karol, „i dla tego im ufam." 

Ukarawszy Gandawczyków i złożywszy sejm 
rzeszy w Regensburgu 1541 roku, na' którym się 
o wojnie tureckiej naradzano, poszedł znowu na 
wyprawę do Afryki. Ale tą rażą mniej szczę- 
śliwy, utraciwszy przez burze wiele statków i 
ludzi, musiał z niczem powrócić. Wtem Fran- 
ciszek I. upomniał się o księstwo medyolańskie, 
synowi jego przyrzeczone. Gdy Karol kraju 
tego z rąk swoich wypuścić niechciał, przyszło 
znowu do wojny z Francya, w której Karol opa- 
nowawszy zdradą księżny d' Etampes Epernai i 
Chateau-Thierri, przymusił Franciszka do po- 
koju w Crespi. W tym czasie zawarł także 
zawieszenie broni z Turkami, a zabezpieczywszy 
się tym sposobem zewnątrz, postanowił powagę 
swoje w Niemczech rozszerzyć. W tym celu 
złożył w roku 1545 sejm rzeszy w Worms i usi- 
łował na nim przymusić Protestantów do przy- 
jęcia uchwał koncylium trydenckiego. W sku- 
tek tego kroku Karola, wybuchła tak zwana 
wojna smalkaldzka. Protestanccy książęta od- 
nieśli z początku nad wojskami cesarza niejakie 
korzyści, ale w roku 1547 zwyciężeni od niego, 
utracili główne podpory protestantyzmu w oso- 
bach elektora saskiego i landgrafa heskiego, 
którzy się do niewoli dostali, i związek smal- 



Digitized by 



Google 



83 



kaldzki upadł. W tym samym czasie zbunto- 
wali się Neapolitańczycy, z przyczyny zapro- 
wadzenia inkwizycji świętej, ale Karol wnet 
bunt przytłumił. W roku 1551 znowu Karol 
wplatany był w wojnę z Turcyą ; yr następnym 
roku Maurycy, nowy elektor saski, nie mogąc 
u cesarza wyjednać uwolnienia więzionych ksią- 
żąt saskiego i neskieco, zawarł potajemne 
przymierze z Francyą, i byłby samego cesarza 
w Inspruku schwytał, gdyby ten, przestrzezony 
o zasadzce, nie był z miasta potajemnie zemknał; 
zmusił przecież Karola pokojem w Passau do 
wypuszczenia uwięzionych książąt i do udzie- 
lenia Protestantom pewnych swobód. 

Karol sprzykrzywszy sobie nareszcie tak burz- 
liwe i niespokojne panowanie, złożył w roku 1555 
koronę, podzieliwszy swoje niezmierne posia- 
dłości pomiędzy brata swego Ferdynanda i syna 
Filipa. Sam osiadł w klasztorze ś. Justa w r Estre- 
madurze i trudnił się mechaniką i ogrodnictwem. 
Ostatnie chwile życia przepędził zupełnie w spo- 
sób mnichowski, pełniąc ściśle obowiązki za- 
konne. Umarł dnia 21. Września r. 1558, mając 
lat 59. W rządach był czynnym, kochał spra- 
wiedliwość, ale dane słowo często łamał, w jadle 
i napojach był wstrzemięźliwym, w bitwie wa- 
lecznym: wyższych nad pospolitych ludzi zdol- 
ności nie posiadał; ku schyłkowi życia opanowata 
go tęsknota, niespokojność, i ich nieodłączna 
towarzyszka, dziwaczność. 



Lwów. 



Lwów, stolica niegdyś Rusi czerwonej, opi- 
sany jest już tylokrotnie w geograficznych i sta- 
tystycznych dziełach, w polskim i niemieckim 
języku ; do nich więc odsełając ^ czytelników, 
umieszczamy tu raczej opis oblężenia tego miasta 
od Chmielnickiego, wyjęty z pamiętników do 
panowania Jana Kazimierza, znajdujących się 
obecnie w druku. 

„Lwów, stolica ruskich krajów, obronnie ufor- 
tyfikowane miasto, gdzie prezydium ks. Jeremiasz 
Wiśniowiecki wsadził i dał kommendę Kryszta- 
łowi Arciszewskiemu, staremu półkownikoui 
wojska cudzoziemskiego piechotnego, obiecując 
wkrótce sukurs od Rzpltej; tamże szlachta oko- 
liczna z żonami i dziećmi zebrała się i chłopstwo 
okoliczne jednejże z Kozakami wiary tam się 
zamknęło. 

Pierwszy Głowacki, szlachcic polski, z ko- 
zacką jazdą przyszedł pode Lwów; następował 
traktem gliniańskim z całą potencyą Chmielnicki, 
i założywszy o 2 mile obóz, pierwej po przyja- 
cielsku traktował, napisawszy do magistratu list, 
że obrońca wiary i wolności ruskiej do stołecz- 
nego miasta ruskiej prowincji przybywając z woj- 
skiem, chce was z niewoli i opressyi Polaków 
oswobodzić, gdjż wielu mieszczan i mieszkań- 
ców do mnie odzywało się, prosząc o to. Za- 



częta teraz we 200,000 wojska przybywam do 
was, oprócz ordy licznej. Nie na was to wojsko 
ściągnione, ale na postrach Polaków ; zatem mia- 
sto wasze uczyni sobie pomyślny skutek, kiedy 
jednejże wiary z wojskiem zaporozkiem będąc, 
jedność z nami trzymać zechce, a Polaków z pod 
Piławiec zbiegłych, i tam się tułających wyda. 
pierwszy dowód swej przyjaźni pokażecie, i 
z nami zaprzysiężecie jedno rozumienie* Jeśli- 
byście zaś pogardzili naszą przyjaźnią, samymi* 
sobie zaszkodzicie. Przeczytawszy list, zważali 
sztuczną nieprzyjaciela zdradę, do obrony jedno- 
stajnie wszyscy sprzysięgali się. Jednak żeby 
spnsponowany nie szkodził okolicznym wsiom i 
folwarkom, respons dać umyślili w ten sens : 

Nie może pojąć miasto Lwów, że od hetmana 
zaporozkiego list z przyjaźnią odbiera, .a wojsko 
zaporozkie po nieprzyjacielsku okolicznie postę- 
puje. Przyjaźni, byle szczera była, nie odbi- 
jamy, wchodzić zaś w ligę z zaporozkiem woj- 
skiem nie możemy, ponieważ za skończoną elekcyą 
króla, wszystkie te differencye wojsk zaporozkich 
wkrótce uspokoją się; a zatem spodiie warny się 
dobrej przyjaźni wojska zaporozkiego, któremu 
żadnej okazyi do urazy nie daliśmy. Panowie 
z pod Piławiec przejeżdżali tędy i na elekcya 
z miasta tego wyjechali; mieszczanie tylko i 
przedmieszczanie w mieście zamknęli się, zamki 
oba Rzpltej mają prezydia wojennych ludzi, nad 
którymi, jak i nad miastem, ma gubernator kom- 
menclę. Zatem życzymy wszego dobra jmści 
panu hetmanowi. Miasto Lwów, naokół góry 
opasały ; co najwyższa zowie się Łysa, że piaski 
bielące się zdaleka widać. Na tej f^&rze dawni 
książęta ruscy zamek założyli, bardziej dla ap- 
parencyi, niżeli dla obrony, bo miejsce ciasne i 
wody niemające, tylko jedne studnia, w którćj 
woda nie jest zdrowa. Podczas pokoju, nikt tam 
nie bywa, podczas trwogi zaś, ludzi tam kom- 
menderują, bo z tego zamku wszystko w mieście 
widać. Zaczem tam burgrabia z 70 ludzi wo- 
jennych osadzony, i ludzie ze wsi i przedmieść 
pouchodziwszy, tam się bronili. Do tego zamka 
Kozacy najpierwej szturmować poczęli, łażąc na 
górę; ale kamieńmi od pospólstwa ranieni, na 
mury zaś włażących, kosami, a po odpędzenia 
od murów, strzelbą rażono. 

Za przybyciem ordy 6. Października, guber- 
nator Arciszewski, przestrzegając całości miasta 
Lwowa, kazał popalić przedmieścia, żeby tam 
nieprzyjaciel nie krył się, a miastu ztamtąd nie 
szkodził; wnet popalono wszystkie tak domy, 
jako cerkwie i kościoły. 

Przyszedł Chmielnicki z Kozakami do szturmu 
miasta, ód ulicy garncarskiej, chcąc attakować; 
gdzie klasztor Karmelitów bosych, szaniec usy- 
pawszy, przez dwa dni do miasta strzelał, po- 
tem weteranów kozackich do szturmu ordynował. 
Przy bramie halickiej insze wojsko około miasta 
rozłożywszy, zewsząd attakować kazał, sam bie- 
gając, ochoty dodawał* Pułkownicy, każdy przed 



Digitized by 



KoogI< 



84 



i 




Digitized by 



Google 



85 



swym pólkiem, zachęcali Kozaków, najbardziej 
Eustachi i Głowacki do sztormu ochoczy byli; 
przeciw nim Arciszewski miał ostrożność i prze- 
zorność wielką; szlachta także rezolutna, mie- 
szczanie posłuszni i. .do obrony gotowi, tylko 
obawiali się, aby przedmieszczanie i chłopstwo 
z wiosek buntu jakiego nie uczynili, bo i Wła- 
dyka był w suspicyi, ponieważ jego listy do 
Kozaków pisane, przejęto. Jerzy, mieszczanin 
bogaty, pod pretekstem zbycia żelaza i ołowiu, 
różny apparat wojenny nieprzyjacielowi przygo- 
tował, ale spostrzeżony, przykładnie ukarany. 

Zabiegając tedy zdradom pomieszani Ormia- 
nie, Rui z katolikami, przydani szlachta do każ- 
dej straży. Jak tedy nieprzyjaciel przymykał się 
do murów przez fossy, tak od murów zawsze 
odpór i. wstręt odebrawszy, siła tracił ludzi. 
Wypadając z miasta wycieczkę od Bazylianek, 
przeciwko Bernardynom, nieprzyjaciela poznosili; 
naostatek pod samym Chmielnickim konia z ar- 
maty zabito. Wycieczka. druga od forty jezuic- 
kiej, także nieprzyjaciół poraziła; znów z inszej 
strony mieszczanie wypadłszy, w aproszach Koza- 
ków wycięli, a zatem od halickiej bramy szturm 
począł ucichać i już nasi ośmielili się, z miasta 
wypadłszy, uganiać się za koźactwem, których 
jednego dnia więcej niż 2000 zginęło. 

Ku wieczorowi odstąpili od szturmu, wię- 
źniów odsyłając do miasta, a w zamian swoich 
windykując, bo siła, jak pod mury miejskie 
w lochy trafili, od mieszczan kozaków nabrano 
i w więzieniu chowano. Zatem słoty jesienne 
dokuczały Kozakom, przytem głód, gdyż naokół 
kraj zniszczywszy, sanu potem nie mogli mieć 
żywności. Zaczem Chmielnicki musiał rozesłać 
w różne krainy wojsko, aby rabując, tam się 
sustentowali. Ochoczych na rabunki co żywo 
znalazło się więcej, niż do szturmu. 

Ordynował półki ponad Wisłę, aby kraj 
minowali, nietylso ludzi zabijając, lecz ^ domy, 
pałace, mury rujnując i pustosząc. Chmielnicki 
sam zostawszy pod Lwowem, szukał sposobów 
wszelkich dobyć Lwowa i sławy poprawić, usta- 
wnie do murów z armat bić kazał, stosy drew 
znosić dla zasłony od miejskich kul, kopał aprosze 
ku miastu, wysypawszy wały od siebie, aby 
wycieczki z miasta szkodzić nie mogły. 

Zatćm Głowacki, znajomy mieszczanom w czę- 
stych rozmow r ach, otrzymawszy pozwolenie do 
miasta wniść, wyciągniony sznurami na mur, 
obaczył wszędzie gotowych do obrony .ludzi sto- 
jących, odpowiedział: Dość już tej bitwy, do- 
świadczyliśmy, co wy umiecie; tak u was, jako 
i u nas ludzi wiele jest. do boju; tak u was, 
jako i u nas ludzie są śmiertelni. Jabym ży- 
czył, jeżeli chcecie siedzieć w pokoju i dzieci 
z żonami aby bezpiecznie wyspać się mogły, 
• dajcie na wojsko zaporoskie pieniędzy, jako są 
głodni, wnet pokój będzie."^ Lecz mu odpowie- 
dzieli mieszczanie : że bronić sę, nie okupować 
rezolwowaliśmy się wszyscy. A gdy w otwartych 



(kramach widział różne towary i żywności nod- 
dostatek, pokazując ręką : czemu dla Kozaków 
nie posyłacie tego? odpowiedziano mu: posłać 
możemy, jeśli będą żyć z nami po przyjacielsku; 
inaczej to tćmi, co ongi, potrawami częstować 
będziemy. 

Azatem pokazał, że Kozacy już są umity- 
gowani, pokojn żądają, którego i miasto życzy. 
Zaczem uczyniwszy radę, zgodzili się dać co 
Kozakom, już albowiem zamek £Órny na końcu 
Października poddał się, w mieście gromada 
ludzi, zatem głód aby nie przystąpił, obawiali 
się; choroby też już poczynały się, zatem .i 
z gubernatorem radę uczynili. Zdało się roz- 
howor uczynić z Kozakami. Pod Wilczą Górą 
stali Kozacy, Chmielnicki z Tatarami stał w bli- 
skiej wiosce Leśmioch, zaczem sędyk miejski 
i kilku mieszczan expostulowali z Chmielnic- 
kim, aby dał pokój niewinnemu miastu, a woj- 
sko ztąd odprowadził, obiecując mu na zapłatę 
Tatarom złożyć się. 

Trzeciego dnia przybywszy Chmielnicki ^od 
mury, czapkę włożył na, laskę, znak dając, 
żeby z obu stron wojna ustała. Zatćm Głowacki 
i Pyr Aga Tatarzyn, weszli do miasta trakto- 
wać o okup. Dla czego zebrali, zewsząd od 
różnych ludzi, księży i klasztorów, 100,000 ta- 
larów bitych; oprócz tego różnych sukien i 
kitajek,' i zapchali paszczękę rozdziawioną na 
miaftto ordy i Chmielnickiego z koźactwem. 

Zostawił Chmielnicki Zacharyasza, brata stry- 
jecznego swego, z 10 starszyzny Kozackiej, w r za- 
staw we Lwowie, że dotrzyma traktatów 7 , ka- 
zawszy ognia z armat dawać na tryumf ugody; 
ruszył się ze Lwowa z wojskiem; miasto też 
Panu Bogu Te Deum laudamus śpiewało, że 
za radą dobrą mogli się okupić i zgubę od 
miasta ostatnią oddalić. 



Kronika literacka. 
Wspomnienia' moje o Francyi. 

(Ciąg dahiy.) 

W lepiance da się jeszcze usłyszeć hoża 
śpiewka wodwilowa, narodowością tchnąca ; tam 
miłość własna, zarozumienie narodowe, prze- 
konanie najgłębsze, iż to jedynie dobre, co 
u nich żadnego naśladownictwa niedopuszcza; 
i dla tego pod bluzą łatwiej znaleść rzetel- 
nego Francuza, niż we fraku. W wyższych 
klassach na zarózumieniu wprawdzie niebrakuje, 
lecz to się więcej do rzeczy intellektualnych 
zwraca. Paryżanin salonowy jest pewnym, że 
tylko w Paryżu wyłącznie można mieć rozum; 
że tam tylko rodzą się jeniusze, mędrcy, ar- 
tyści i t. d. Co zaś do rzeczy zewnętrznych, 
chętnie dla samego odróżnienia się szuka obcości, 
gdy tymczasem ubogi mieszczanin i rolnik, świę- 
cie dochowuje wszystkie z ubiegłych czasów za- 
krzewione w domu zwyczaje. Szlachetność uczuć* 

Digitized by LjOOC IC 



86 



waleczność na nota chwały, są im wspólne; 
lecz Francuz w bluzie jest ochoczy do zabawy, 
do śmiechu, do igraszek, długo młodym wra- 
żeniom wierny. Spojrzawszy zaś na wyższe 
nieco hierarchii socjalnej szczeble, już tego wszy- 
stkiego nieznajdziesz. Każda twarz miedzy doj- 
rzalszymi, nosi powłokę nudów, czczego, niczem 
nienasyconego, jakby zawiedzionego życia! Na 
młodych postrzegać się daje przeczucie tego 
zawodu, zniechęcającego ku światu, co rzuca 
cień przedwczesnej starości ; lub też wyraz chci- 
wości, interessu, który bardziej do zmarszczek, 
niż do różanego lica, należećby powinien. Jak- 
kolwiek kontradans wcale nieodpowiada pier- 
wotnemu charakterów Francuzów, i dziwić się 
należy, że jest narodowym tańcem ludzi z na- 
tury do wesołości usposobionych; na trawniku 
jednak, przy zagrodzie, na uroczystości wiej- 
skiej, i ten taniec hożych znajduje zwolenników, 
a ochoczo tańcowany, traci na swej oziębłości. 
Na ukwieconym zaś balu, jeżeli jaki panicz wy- 
ciągnie od niechcenia ramię, by damę do tańca 
zaprosić, można być pewnym, iż w tern jakaś 
nim powoduje rachuba. Albo owa dama na- 
leży do tych pierwszych elegantek, rej w towa- 
rzystwie wiodących, tak, iż nrzez obcowanie 
znia można nabyć wziętości; lub, co się czę- 
ściej jeszcze zdarza, materyalniej rzeczy biorąc, 
ten kontradans ma być podziękowaniem za 
obiad, nadzieją drugiego (jak u nas), albo bi- 
letu do loży na operę; zawiera on prośbę wsta- 
wienia się do ministra, lub jest pierwszym 
krokiem do posagu córki. Ztąd daleko więcej 
widać w kole podstarzałych matek, aniżeli có- 
rek, a młode osoby, codzień bardziej tracą gust 
do balów, wypraszają się od nich. Taniec taki, 
niemoze być ani wesołym, ani wdzięcznym, bo 
w nim raczej chodzą, niż tańczą." *) 

Rozdział HI. pisma obejmuje wrażenia, ja- 
kich autorka tak po wjeździe do Francyi jak i 
Paryża doświadczyła; po przebyciu przepysznych 
Renu okolic i kilku schludniejszych stolic nie- 
mieckich; odludność miejsc, przez które nowy 
gościniec Napoleoński przebiega i nieochedóstwo 
w ciasnych, brudnych i źle oświeconych ulicach 
paryskich, które w dziejach nieochędóstwa euro- 

*) Francuz bynajmniej się nietroszczy ant o miejsce, 
ani o muzykę, gdzie bądź, pod drzewem, na piasku, 
tramie, skrzypki lub takt w bęben pojedynczą wybijany 
palką porusza w okamgnieniu zbiegające się pospól- 
stwo ' Praczka a praczką, węglarz z młynarczykiem, 
wlicznik z opasłą przekupką i t. d., wszystko się kręci, 
akaka, wywija, tumany sypie z siebie kurzawy ; niepo- 
trzeba atoli wyobrażać sobie, aby ten zawołany kontra- 
dans. tyle gdzieindziej mozolący tancerzy, czemś* miał 
być szczególniejszem w Paryżu; i owszem, jest on naj- 
prostszym, jaki tylko wystawić" sobie można, pląsem; 
fedno, a najwięcej dwa pas z przemianą miejsc, jest 
waaystkiem, co tylko o nim powiedzieć można. Na 
balach publicznycb w Paryżu, tysiączne koła tancerzy 
nie inne ruchy lub 0gury odbywa, które patrzącemu a 
sonotonią zdziwionemu oku, nie ludźmi, ale machinami 
być się wydają. 



pejskiego, niepospolite zajmują miejsce, naj- 
wierniej wystawiwszy, podwala stawne tak 
opisuje: „Ujrzałam szeroka ulicę z obu stron 
dwoma rzędami drzew wysadzona; domyślałam 
się, że to są owe zawołane bulewary. *) Dzi- 
wiła mię ich ponurość, kiedy w parę minut, jakby 
czarodziejską władzą przeniesiona, znalazłam, 
się w miejscu najświetniejszem, tysiącami ogniów 
jasniejącem* Światła te padały z licznych skle- 

Ców, bogato gazem oświeconych, i z salonów tak 
łyskliwych, jak gdyby do balu przygotowane 
były. ^ Większe jeszcze na mnie ten cały blask 
sprawił wrażenie, gdym wychodziła (wyjechała^ 
z ciemności* Ten tłum hucznych, wesołycn 
ludzi, snujący się pomiędzy drzewami, w pośród 
ozdobnych, przepysznych magazynów, cudny 
zaiste przedstawia widok. Tu, na illuminowa- 
nych gradusach wystawiono kilkaset prześliczni© 
wyrobionych zegarów marmurowy en , branżo- 
wych, alabastrowych ; tam, na podobnych scho- 
dach kryształy i porcelany stoją; tu znów, pióra 
i kwiaty wyrabiane; tam, posagi, kandelabry, 
wazy i inne kunsztowne wyroby. Za niemi 

Erzez szklanne ściany widać cukry, naśladujące 
rylanty, lalki, altany lub zwierzęta. W dru- 
gim sklepie, już ni ecu krowę brylanty, lecz praw- 
dziwe szmaragdy, diamenty, rubiny i co tylko 
zbytek z gustem połączony wymyślić może* 
Obok niego skład sukien męzkich, dalej stroje 
i kapelusze damskie; tu srebra, tam owoce i 
kwiaty świeże; wszystko z największym kun- 
sztem, z wyrachowaną ułożone kokieteryą, od- 
bija się w tylnych ścianach zwierciadłami po- 
krytych, tak, że oko złudzone, nie wie, ku czemn 
się zwrócić, gdzie się zastanowić, cze'ni się bar- 
dziej zachwycić. Sale zaś, które mi się zda- 
wały ^ do balu gotowe, są to zwyczajne ka- 
wiarnie, całe zwierciadłami, lustrami, draperyami 
strojne, od ulicy szkłem przejrzystem oddzielone, 
zdumiewają i nęcą przechodnia. W kolo mar- 
murowych, bronzem opasanych stolików, licz- 
nych widać płci oboje j gości; w pośród nich, 
schludni, zwinni posługacze roznoszą chłodniki, 
cieple napoje lub potrawy. Tm dno z pierwszego 
razu zmiarkować, czy to jaki wspaniały jarmark, 
czy jedna z tych uczt, królom niegdyś dawanych, 
w czasach, kiedy królowie niezmieniali codzień 
ministrów, kiedy ministrowie wiedzieli, za co i 
na co podobne uczty swym panom wyprawiać. 
Nieraz tam, między wymyślnemi konceptami, 
naśladowano jarmarki, gdzie bogactwa, przepych 
i smak dobry ^pierwszeństwo walczyły. Kom* 
się zdarzyło czytać podobnych* zabaw opisy, a 
chce ujrzeć żywy ich obraz, niech pójdzie na 

*) Po rozrzucenia dawnych wałów, środek miasta 
niegdyś otaczających, powstały Błąd zwane podwala, czyli 
bulewary, które stare mi i nowesńi nazywają; pierwsze 
zaludnieniem i budowlami ; drogie świeżością powietrza 
i ciszą, jako po większej częici ogrodami otoczone, od- 
znaczają się; te na lewym, a tamte na prawym brzega 
Sekwany są. 



Digitized by 



Google 



87 



włoskie (des Italiens), Kapucynek (des Capu- 
cines), lab im sąsiedne bulwary." 

Z ustępu czwartego opisów, zobaczmy dzieci 
Paryian i rzut oka na teatr: „Gdyśmy doszli 
do końca ulicy (w ogrodzie Tuileryi), przed- 
stawi! mi się świat inny; świat mały, ładny, 
zgrabny, śmiejący sic i najgustowniej (czysto) 
ustrojony ; byłoto miejsce wyłącznie przezna- 
czone dla dzieci. Nic piękniejszego, jak grono 
dzieci w Paryżu, dzieci od lat 2 do 7, kiedy 
jeszcze matkom w miejscu lalek za zabawkę a 
razem za ozdobę służą. Kogóż niewzruszy mile 
obraz młodej matki, prowadzącej ładne, świeże, 
rumiane dziecię? Niezaniedbują tej kokieteryi 
Paryżanki; dzieci ich zawsze jakby z pudełka 
wyjęte, uczą się zawczasu gracyi i zręczności, 
w licznych zabawach i grach na ten cel wymy- 
ślonych. Jedno kijkiem popędza obręcz po ziemi, 
tak zręcznie, aby się jak najdłużej bez wywrotu 
toczyła. Drugie wyrzuca w górę kółko i ła- 

Cie go na pałeczkę. Chłopcy petno figlów dok- 
azują z piłką, a zarówno z dziewczynkami 
z zadziwiającą zręcznością skaczą przez linkę, 
nad głowę i pod nogi ją sobie przerzucając. 
To ostatnie gymnastyczne ćwiczenie, wykształca 
kibić, nadaje giętkości w poruszeniach, w po- 
czątków em więc wychowaniu jest nader ko- 
rzystne. *) La petite Prorence (tak zowią tę 
część ogrodu) mała prowancya, zawsze prawie 
jest otoczona widzami, wielbicielami tego ła- 
dnego pokolenia. Gry i zabawy, jakby sztuki na 
scenie wystawiane, mają niezaprzeczoną wadę, 
iż zbyt wcześnie dzieci, a szczególniej dziew- 
czynki, do zalotności zaprawiają. Matki, kilka 
razy pokazawszy się w modnej alei (pobliska 
część tegoż ogrodu), wracają do dziecinnego 
placu z przyjaciółmi i znajomymi, a chcąc się 
pochwalić zgrabnością córeczek swoich, same je 
podniecają, wmawiają chęć i potrzebę poda- 
wania się za przedmiot podziwienia. Wtenczas 
to podwieczorki także, kostiumowe baliki, ko- 
inedye, tańce teatralne, więcej może dla zabawy 
matek, aniżeli dzieci przemyślane, jeszcze bar- 
dziej rozwijają i na całe życie zaszczepiają te 
próżność. Mozę się trafi, że kto westchnie nad 
przygotowaną tym sposobem przyszłością; nie 
mniej dla obojętnego widza ten zbiór aniołków, 
te wzory Albana są miłe, unoszące ! ... Niedługo 
atoli przyświeca ta błoga zorza zabaw i roz- 
rywek! wychowanie domowe, jak słusznie dla 
mężczyzn, tak i dla dziewcząt, nie jest za dosta- 
teczne we Francyi uznane. Chłopiec wycho- 
dzący z lat wdzięku i gracyi, oddany do szkół, 

*) Gra w piłkę w różnych odmianach, palant, 
wolant, łyżwy, taniec, jeżdżenie na konin i pływanie, 
jest to niemał wssystkiem, co podobnież, jak n nai, do 
rozsądnej i użytecznej cym nas ty ki młodzieży paryskiej 
należy; nie zaś* łażenie po linach, wieszanie się po ssnu- 
. fach i t. p. wymysły, które otwierając pole zarobkn 
szarlatanom, na szwanku członków i grabieży cudzej 
kieszeni, końezyć* się swykło! 



pobiera w nich nauki wyłączne, specyalne, aa- 
' stosowane jedynie do karyery, jaka go czeka, lnb 
przynajmniej do jakiej go przeznaczają. Tam 
w systemacie zupełnie przeciwnym naszemu, a 
podług mnie, nierównie korzystniejszym dla prak- 
tycznego życia, nie na mnogości, lecz na dosko- 
naleni posiadaniu potrzebnej nauki grunt zakła- 
dają; bo kto chce umieć jedne rzecz doskonale, 
niepowinien tysiącem innych zaprzątać niepo- 
trzebnie umysłu. Często między dwoma braćmi, 
dla jednego jest zupełnie obcem to, nad czem 
drugi dni i nocy trawi, i wzajemnie. Żaden tćz 
Francuz, nie wie gdzie Hundsfeld (Psie pole) i 
o Batorym niestyszał, ale w swoim wydział* 
nikomu wyprzedzić się nieda. Ztąd tylu cu- 
dzoziemców wykwintne odebrawszy wychowa- 
nie, umiejąc wszystkie języki, wszystkich krajów 
historyą, wszystkie tragedye Woltera i Lamar- 
tyna poezye, niemogą w potrzebie korzystnego 
znalesć zatrudnienia; a rodzice ich pamiętni na 
koszta guwernerów i metrów, pomnąc także na 
zdolności tych jeniuszów salonowych, tak sze- 
roko rozlane, dziwią sie nad nieprzewidzianym 
wypadkiem, i nie siebie, lecz złą cnęć synów ob- 
winiają. We Francyi, czy to bogacz, czy ubogi, 
każdy ma wskazany od dzieciństwa zawód; za- 
wód ten zabiera go, że tak powiem, prosto ze 
szkół przygotowawczych; a tak: niezmarno- 
wawszy, ani jednego roku, obszerną przyszłością 
bogaty, prowadzi go przez wszystkie swei hie- 
rarchii szczeble. Ztąd we Francyi, w żadnej oko- 
liczności, nigdy ludzi zdatnych niezabrakło. 
Dziewczęta, gdy dochodzą wieku, w którym lata 
ich z latami matki porównane, mogłyby zbyt 
duża cyfrę wynosić, oddane bywają na pensyą 
lub ao klasztoru. Wychowanie klasztorne wielką 
dotąd ma wziętość, i dziwić się temu niemożna, 
porownywając je z pensyami powiększę) części 
pełnemi zaniedbania, nadużyć, a częstokroć i 
złych obyczajów. To więc wypielęgnowanej 
wychuchane dziecię, z cukrowych pieszczot rap- 
townie przechodzi za ponurą kratę, którą często 
w wilią ślubu, lub' mało co wprzódy, opuszcza. 
Pod tym względem, Francya od swych naddzia- 
dów bardzo małej zmianie uległa." *) 

Co do teatrów paryskich, tak autorka rzecz 
prowadzi: „Przyszło mi na myśl po 2 lożowe 
posłać bilety, co mi się tern łatwiejszem do usku- 
tecznienia zdawało, iż postrzegłszy, że afisza 
dziwnym zwyczajem o opłacie zamilczają, opa- 
trzyłam się w ofieyalną książeczkę, w której 
ceny każdego miejsca, w każdym teatrze, były 
wyrażone. Wszelkie więc szalbierstwo niepo- 
dobnem mi się zdawało. Tymczasem nie tak 
się rzeczy mają; kupując bilet przed otwarciem 
bióra (kassy), niemożna się stosować do ceny 

*) Zdanie to o pensyzek, które jest rzetelnćm 
zwierciadłem prawdy; niechaj słnży za przestrogę dla 
tych, którzy bez względu na uzdatnionych i obyczajami 
zaleconych współziomków, lada przybyszowi ufając, nie- 
raz jnż szczepcie dsieci i własne podkopały !.... 



Digitized by 



Google 



88 







■ - 



W 










>,-^ 



Druga wUyta. *) 



urzędownie ogłoszonej) lecz trzeba tę przyjąć 
jaką biórowy naznaczy. Ztad niesłychane zdzier- 
gtwa i nadużycia pochodzą. Cena zaś przepi- 
sana i tak jaz bardzo wysoka, temu tylko służy, 
co w tłoku za drzwiami stanąwszy, z kolei bilet 
kupi i natychmiast do sali uchodzi. W takim 
porządku rzeczy niepodobna było posłać kom- 
missyonera a) po bilet; po krótkiej więc nara- 
dzie, zdecydowaliśmy się pójść sami. W Palais 
Royal V) są dwa teatra: teatr francuzkim zwany 
(fhedtre francais), przeznaczony dla tragedyi i 
komedyi wyższej i teatr nazwę miejsca noszący 
(thł&tre du Palais Royal), w którym drugiego 
rzędu komedye i wodwile przedstawiają. Na 
tym ostatnim miała grać tego wieczora sławna 
panna Dejazet, w jakiejś nowej bardzo za- 
chwalonej sztuczce. Na ten padł nasz wybór. 

( Dalsi y ciąg nastąpi.) 

*) Podajemy nadesłany nam, lubo cokolwiek spóź- 
niony rysunek do ostatniego romansu J. Kraszewskiego, 
odsetając łaskawych czytelników do N. 9. P. L. str. 66. 
a) Wyrobnicy i drąż ni cy , pod tern imieniem 
« chodzą w Paryż*. — b) Pałacem królewskim naaywa 
lię paląc prywatny księcia Orlean. 



Niesłuchaj piosnek. 



Do 






Niesłuchaj dziewczę piosneczek guslarsy, 
Choć ucho głaszczą slowiczemi dźwięki; 
Zatraty oddech kwiat twej wiosny zwany; ' 
Guslarz dba tylko o sławę piosenki. 

Piosnka guslarza, to uścisk upiora, 
Co w śnie niewinnym krew dziewic wypija ; 
Z jedwabnych rzęso w, z rumieńca, kędziora, 
Piosnkę uprzedzić, spokój notfć zabija. 

Słyszalni* w bajkach, jak wędrowca zdradą 
Wabi na bagna szatan w złota blasku; 
Tak guslarz wabi w swoje Eldorado, 
Az wyprowadzi na pustynie piasku. 

Bo serce jego, — jak wulkan spalony, 
A ideały — jak pajęcze sieci ; 
Westchnienie jego, — jak rozbite dzwony ; 
A błędny ognik do kresu mu rfwieci. 

Niesłuchaj piosnek, dla duszy swobody! 
Każda z nich wagą uczucia się ceni; 
Uczucie wielkie — diament cudnej wody, 
Ozdoba koron — roibity, pierścieni. 



Ł. S. 



Nakładem t drukiem Ernesta Gunthera w Lesznie. 



(Mcd. J. Łukaszewicz, j 

y-v y^V *~* 

Digitized by y 



Google 




Rok szósty. 



No. 12. 



Leszno, 

dnia 21. Września 18391 



li» ; ! i i ' 1 , i I 




1 ! ■ ; " : ! M , 

;!■;':■ i ..- : ' .i . 
I,: : i ■■• -i!";!, 

' ■ : . ! 1 

: i : : J j : . ■ : • 

; ! 1 , , . 


, 




>^ 



■i 

a 

o 
1 

I 

8 



Digitized by 



Google - 



90 



Ruiny zamka trębowelskiego. *) 

W dziejach wojen narodu naszego pamiętna 
jest obrona bohaterska Trębowli w roku 1675, 
której opis zostawili nam Andrzej Załuski w li- 
stach swoich, Coyer w historyi Jana III. i inni. 
Szczegóły jej są następujące: Wódz turecki, 
Ibrahim basza (Coyer nazywa go Kara Mustafa), 
po kilku klęskach, które Tatarzy ponieśli, po- 
stanowił kampania: roku 1675 świetnym czynem 
zakończyć. Nieśmiejąc (choć miał liczne za- 
stępy) uderzyć na garstkę walecznego wojska 
polskiego pod dowództwem Jana HI., poszedł 
raczej pod Trębowlę. Byłto zamek położony 
na dość wysokiej skale, otoczony głębokiemi 
fossami i grubym murem, oblany naokół rzeką 
Janów, głęboką, błotnistą, dzielącą się na wiele 
ramion. Przystęp do niego był z jednej tylko 
strony wąską i zakryta drogą. 

Ibrahim basza pochlebiał sobie, że Trębowlę 
weźmie wpierw, nim Jan III. na odsiecz przy- 
być zdoła. Pragnąc atoli oszczędzić krwi Jan- 
czarów, a przytem dopiąć swego celu, uciekł 
się do chytrości. Nabawiało go obawy męztwo 
dowódzcy zamku. Był nim Samuel Chrza- 
nowski, zyd chrzcony, rodem z miasteczka Chrza- 
nowa pod Krakowem. Ibrahim miał pomiędzy 
jeńcami polskimi szlachcica, niejakiego Makow- 
skiego, którego rozkazawszy do siebie przypro- 
wadzić, zalecił mu surowo, aby napisał do 
Chrzanowskiego list w tej myśli: „Nie upiera- 
jąc się bronić nadaremnie twierdzy, która nie- 
zawodnie upaść musi, myśl raczej- o zjednaniu 
sobie łaski zwycięzcy, niż o ściągnieniu gniewu 
jego na twoje głowę. Poddając sie niezmien- 
nemu przeznaczeniu, możesz się spodziewać wraz 
z załogą i mieszkańcami łaskawego obejścia. 
Wiedz przytem, że Ibrahim basza, pomimo su- 
rowych zakazów Mahometa, może udzielać swoje 
względy, komu mu się spodoba, a nadewszystko 
umie on rozróżniać od gminu mężów dzielnego 
serca." 

Chrzanowski odebrawszy ten list, odpowie- 
dział nań osobno Makowskiemu, osobno Ibra- 
himowi. W liście do Magowskiego tak się 
wyraził: „Nie dziwi mię bynajmniej, że będąc 
sam w kajdanach, masz duszę niewolnika, ale 
pojąć tego ^ nie mogę, jak mi śmiesz prawić 
o łaskawości seraskiera po wyrżnięciu mieszkań- 
ców Podhajec, po twoich własnych cierpieniach. 
Bądź zdrów! Wszystko złe, którego ci życzę, 
jest, abyś żył długo w hańbie i pętach, na 
które zasłużyłeś. Śmierć, której sobie zadać 
nieśmiesz, byłaby dla ciebie dobrodziejstwem." 
Odpowiedź dana Ibrahimowi niemniej była du- 
mną i szlachetną. „Mylisz się", mówi w niej 
Chrzanowski, „jeśli sądzisz, że u nas złoto znaj- 
dziesz: w zamku trębowelskim niema nic wię- 
cej, tylko żelazo i garstka wojska. Ale od- 

*) Zob. P. L. rok II. t. I. N, 8. 



| waga nasza jest bez granic. Nie rój więc sobie, 
że ci się poddamy: gdy ostatni z nas* zginie, 
wtenczas dopiero zamek weźmiesz. Dobitniejszą 
odpowiedź gotują ci paszcze moich dział." 

Po takiej odpowiedzi seraskier pieniąc się 
od wściekłości, wydał natychmiast rozkaz strze- 
lania do zamku. Nie zbywało mu bynajmniej 
na męstwie : nieraz wdziano go w przykopach 
naglącego Janczarów, pomimo gradu kul sypa- 
nych z dział twierdzy. Polacy bronili zamku 
na podziw dzielnie: wszyscy pełnili swoje po- 
winność, a żona dowódzcy, także chrzcona 
Żydówka, piękna jak Judyth, nie mogąc, jak 
owa, uciąć głowy śpiącemu wodzowi nieprzy- 
jaciół, wypadała na czele małych oddziałów 
wojska z zamku, brodziła w krwi pohańców, 
niszczyła ich roboty, walczyła na wałach. 

Wszakże pomimo tak mężnej obrony twier- 
dzy, szlachta podolska, która się do niej schro- 
niła, widząc wyłom w murach, co godzina sie 
powiększający, i obawiając się, aby Ibrahim 
wziąwszy szturmem Trębowlę, w pień wszy- 
stkich me wyciął, utraciła odwagę. Zebrawszy 
się więc w jednem mieszkaniu, uradziła poddać 
zamek nieprzyjacielowi. Chrzanowska dowie- 
dziawszy się o tern, pobiegła natychmiast do 
męża, zajętego na wałach wydawaniem roz- 
kazów obrony, i odkryła mu niecny zamach 
tchórzów i samolubów. Dzielny Chrzanowski 
udaje się natychmiast do koła tych nikczemni- 
ków i rzecze do nich: „Wątpliwą jest jeszcze 
rzeczą, czy nieprzyjaciel twierdzę weźmie, ale 
pewną, że was wszystkich w tern miejscu spalę, 
jeśli w r podłym zamiarze waszym trwać będziecie. 
Żołnierze stoją za drzwiami z zapalonemi lon- 
tami i na jedno skinienie wykonają moje roz- 
kazy." Widok śmierci nieuchronnej wrócił im 
odwagę. Zawstydzeni, pobiegli na wały, pra- 
gnąc hańbę tę zatrzeć męztwem. 

Tymczasem seraskier dowiedziawszy sie, że 
Jan III. na czele 33000 wojska Trębowli na 
odsiecz idzie , przyspieszał attaki. Twierdza 
wytrzymała ich juz cztery, ale szeregi walecz- 
nych jej obrońców przerzedziły się znacznie i 
sam Chrzanowski zaczął się lękać piątego i za- 
myślał już o poddaniu. Chrzanowska, poznawszy 
zamysł męża, porywa dwa sztylety i biegnie do 
niego. „Tym cię", rzecze, „jeśli się poddasz, 
przebiję; ten w własnem łonie utopię." Taką 
nadludzką odwagą małżonki swej zadziwiony 
Chrzanowski, postanowił raczej się w gruzach 
zamku zagrzebać, niż go poddać Turkom. Od- 
parł jeszcze kilka szturmów i oczekiwał boha- 
terskiej śmierci, gdy wtem Jan III. nadszedł 
z wojskiem polskiem i litewskiem pod Trę- 
bowlę, pogromił seraskiera i zamek został oca- 
lony. Chrzanowski zyskał za dzielną obronę , 
wyższy stopień w wojsku ; załoga, prócz za- 
ległego żołdu, otrzymała nagrodę w pieniędzach; 
a Chrzanowska, prawdziwa zbawczyni zamku, 
która na wdzięczność narodu i na posągi za- 



Digitized by 



Google 



91 



tłu«yła, musiała przestać na samym oklasku. 
Pod nieszczęśliwem panowaniem królów z domu 
saskiego zapomniano nawet w narodzie o tej bo- 
haterce, i dopiero sławny Józef Wybicki przy- 
pomniał ja współziomkom w operze swojej, wy- 
danej w roku 1788 pod tytułem: Palta, czyli 
obielenie Trębowlu Gorzej jeszcze wyszedł 
zamek trębowełski. Nienaprawiano jego mu- 
rów, a ząb czasu i nieład, do tylu sławnych 
ruin w Polsce, . na widok których rodak klękać 
powinien, przydał także miny zamku trębo- 
welskiego. * W. M. 



Do redakcyi Przyjaciela Ludu. 
Panie Redaktorze! 

Gdy wszystko, co się języka polskiego tyczy, 
w dzienniku pańskim właściwe ma miejsce, 
proszę o umieszczenie następującego listu, który 
niedawnemi czasy otrzymałem, a który charak- 
terystyczna cechę nosi na sobie miejscowości. 
Dla dogodzenia mieszkańcom innych części Pol- 
ski, dla których wiele z przyłączonych wyra- 
zów niezrozumiałymi będę, dodałem na końcu 
słowniczek, przekładający te słowa z wielko- 
polskiego dialektu na małopolski. 

„Już te'ż skończyłem z wełną i wywie- 
dziawszy się dokładnie o cenach wrocławskich, 
i dość oni c tam płacą, podług tego tutejszym 
kupcom przedałem. Jakoż i nie źle mi się 
wypłacili i latoś nawet zdziebko więcej do- 
stałem, jak łaskiego roku. Jagniąt wełna wcale 
fest piękna, zwłaszcza z latosinych. Na tę 
jagnięcą wełnę, choć jeszcze nie czas, już tu 
był kupiec onegdany, ale niemogliśmy się zgo- 
dzić, bo najprzód bardzo zdziebko ofiarował, a 
Jotem chciał zapłacić drobną monetą, i nawet 
oprowino. 

„Chwała Bogu, latoś wszystko dobrze rodzi 
na polu i. na łąkach. Już siekliśmy dwa razy 
i byle zdziebko zaczekać, znowu będzie można 
siec. Rzep nasz pięknie stoi, i prawdziwie pło- 
żący sprawia widok. Perki tez dobrze zeszły. 
Jest ich bardzo dość, i będzie czem gorzalmą 
opędzić. Postaram się tez, aby^ latoś lepsze 
były miodzie jak przedtem, ale mi się zdaje, że 
w ięcej gatunek wody szkodził, bo i w piwie 
czegoś niedostaje, i nie ma dobrej smaki. Nic 
to jeszcze zła smoka, żeby tylko piw^o było 
dobre no przedaj. Ale cóż? kiedy nie chcą 
go pić w gościńcu, choć nasz gościnny dobrze 
umie towar swój zalecić. 

„W sadach i ogrodach nie tak pomyślnie 
idzie. Wyrodziło się latoś ogromnie dość wą- 
sionek, całkie drzewa niemi są przykryte, i 
całki też liść i kwiat wyżarły. Tępiliśmy je 
jak można było. Całe wcoorki niemi zapełnione 
Wynosiliśmy "i do ogniaśińy rzucali. Wszelako 
nie można im było podołać, i nie wielka latoś 



nadzieja owocu. Wysokim chwastem tak tez 
nasz ogród zarósł, że ganków już prawie nie 
widać. 

„Swietojanek, angrestu, i innych takich kierz- 
kowych jagód, będzie podostatkiem; ale z lep- 
szych owoców jedne tylko oprykozy, których 
przecie wąsionki nie tknęły* 

„Do stada naszego jeszczeby nam trzeba naj- 
mniej dwóch klaczy; słyszałem mówić, że na 
gnieźnieńskich jarmarkach piękne teraz bywają 
konie na przedaj; widziałem już nawet u są-* 
siadów sprowadzone tamstąd i prawdziwie 
plazne na spojrzenie. Więc za pierwszym jar* 
markiem polete ja tam i może co dobrego wy* 



Bardzo doić, wiele; — latoś, tego roku; — zdziebko, 
nieco; — łaskiego roku, przeszłego roku; — latostne, 
tegoroczne ; — onegdany, onegdaj ; — zdziebko, mało ; 

— koprowi**, miedziana moneta; — siekliśmy, kosi* 
lismy; — sieć, kosie'; — rzep, rzepak; — plałący, mity; 

— perki, ziemiaki; — bardzo dośi, bardzo wielo; — 
młodzie, drożdże; — smaka, smak; — na przedaj, n* 
przedaz ; — w gościńcu, w karczmie ; — gościnny, karcz- 
marz; — wąsionki, gąsienice; — całkie, Całe; — wf- 
borki, windra; — g**k£, dróżki; — Jwictojanki, po- 
rzeczki ; — angresi, agrest ; — kierzki, krzaki i-^*pryk*z#, 
morele; — słyszałem mówić, słychać ze; — tamstąd, 
stamtąd; — plazne, miłe; — poletę, polecę* 



Basza Damaszku. 

(Powie- wschodnia.) 

Żadnego kraju dzieje nie liczą tyle nadzwy- 
czajnych przykładów , jak w państwie otomań- 
skićra, ze ludzie częstokroć z najniższego stanu, 
nagle najwyższy szczyt, potęgę i wielkość osięgli. 
Zwyczaje i ustawy tureckie sprzyjają tej nagłęf 
zmianie fortuny ; dla tego większą czcić wielko- 
rządztw pod zwierzchnictwem Porty zostających, 
i najwyższe urzędy u dworu, posiedli śmiali, 
przebiegli awanturnicy, wyzwoleńcy, ludzie czę- 
stokroć z samego steku gminu wzniesieni. Ze 
wszystkich atoli przykładów, w dziejach turec- 
kich opisanych, nie ma podobno dziwniejszego, 
jak było wyniesienie na baszę Muhameda, baszy 
el Adme, wielkorządcy Damaszku. 

Muhamed i Murad byli synami pewnego boga- 
tego kupca w Konstantynopolu, których w wieku 
młodzieńczym odumarł. Synowie odziedziczyli 

1)0 ojcu znaczny majątek. Murat trudniąc się 
tandle 




pochlebców, wylewając się z nimi na wszystkie 
nierządy i rozpusty. Rozrzutne wydatki tak nie- 
porządnego życia, pochłonęły w jednym roku cały 
majątek MuhamedTa; poczem i towarzysze zbyt- 
ków opuszczali go jeden po drugim. Własny 
brat nawet jego, pod pozorem, że Muhamed prze- 
stróg jego słuchać nie chciał, zamknął przed 
nim drzwi i widzieć, się z nim nie chciał* Lubo 
tp jest zwyczajną kolej marnotrawco w, to wszs> 



Digitized by 



Coogle — 



92 



lako postępek takowy oburzające na umyśle Mo* 
hameda uczynił urażenie; posiadając atoli hart 
duszy niezłomny* nie upadł na sercu, ale mężnym 
Umysłom nieszczęście swoje znieść postanowił. Nie 
mając żadnego sposobu utrzymania się, prosił do 
meczetów wchodzących o jałmużnę, karmiąc się 

Srzynajmniej nadzieję, że i jemu jeszcze pogod- 
niejsze zajaśnieje sionce. 
W tym czasie odprawiał sułtan w piątek na- 
bożeństwo w jednym z główniejszych meczetów 
Stolicy. Najwyżsi dygnitarze towarzyszyli mu 
W najkosztowniejszych szatach; a obok niego 
Szło dwóch dworzan niosących worki z pieniędz- 
mi, które sułtan, podług chwalebnego zwyczaju, 
własnemi rękoma pomiędzy lud rozdzielał. Każdy 




pierek zwykle zawierał wiersze i nauki ułożone 
przez samego sułtana i pisane własną jegti ręką. 
uwagi te zawierały pospolicie pochwały ubó- 
stwa i dowcipne przycinki na bogaczów. Łatwo 
sobie każdy wystawi, że tłum ludu, postępujący 
wszędzie za sułtanem, daleko chciwiej chwytał 
kosztowsy kruszec, niż owe szklattne moralne 
odrobiny. 

Muhamed przyszedłszy, jakośmy powiedzieli, 
do nędzy, wmieszał się jednego dnia do ga- 
wiedzi postępującej za sułtanem. Bacznie śle- 
dzi! wszystkie poruszenia monarchy, a gdy tenże 
ściągnął rękę do worka i spuścił na tłum upra- 
gniony deszcz złoty, pochwycił jeden zawinięty 
Eapieiek. Nie odwinął atoli zaraz swojej zdo- 
yczy, dopiero gdy się ujrzał na osobności; ale 
jakże bolesnego doznał uczucia, gdy zamiast 
złotej sztuki, szkiełko okrągłe znalazł. Właśnie 
chciał je rozbić o kamienie, gdy mu napis wpadł 
W oczy tej treści: „Zręczność i śmiałość nie 
jednemu utorowała drogę do zaszczytów." 
Zdanie to przypadkiem różniło sie zupełnie od 
innych zwyczajnych na ten cel wybieranych nauk 
moralnych. Muhamed długo nad nim myślał, 

Eoczem schowawszy starannie szkło i papier do 
ieszeni, oddalił si^ pewnym krokiem, zdecy- 
dowany, co ma czynić. 

Są w Konstantynopolu kupcy, trudniący się 
wypożyczaniem rozmaitych sukien, od najkoszto- 
wniejszych i diamentami połyskujących szat we- 
zyra, aż do skromnej odzieży derwisza* Składy 
takowe dla tego najwięcej utrzymują się, że 
w Turczech nagle na dostojeństwa wyniesieni, 
spiesznego potrzebują przybrania. Z tego także 
powodu kupcy owi, oprócz szat, zwykli potrzebu- 
jącym dostarczać: koni, sług, przybocznej straży, 
domowników i wszystkich podobnych dworskiej 
okazałości zwyczajnych oznako w; przedmioty, 
które za tygodniową lub miesięczną zapłatę wy- 
najmują. Do jednego z takich kupców 7 udał się 
Muhamed, a ponieważ miał i minę poważną 
i Tysy twatzy zajmujące, udało mu się przeto 
nakłonić kupca, że mu tenże najbogatszych su- 



kien, pięknych koni, pysznie przybranej służby 
dostarczył. Nieupłynęła i godzina, a biedny 
żebrak przemienił się w znakomitego baszę, który 
swoją imponującą miną, zachwycającą postacią, 
wszystkich oczy na siebie zwracał. 

Całe to bogate oporządzenie obowiązał się 
nasz tak nagle kreowany basza, w bardzo krót- 
kim przeciągu czasu zapłacić. Muhamed nie mtał 
Wprawdzie pieniędzy, ale miał głowę nie dla 
kształtu tylko na Karku, której, w piękny turban 
przybranej, drugie tyle rozumu przybyło. Skrę- 
cił więc z swoim dworem przed dom brata, a 
stanąwszy na dziedzińcu, wystał jednego z sług 
swoich, aby mu doniósł, że Muhamed brat jego 
życzy sobie z nim mówić. Murad chciał mu 
właśnie niechętną dać odprawę, gdy przypadkiem 
wyjrzawszy na dziedziniec, postrzegł świetnym 
orszakiem otoczonego brata, przedstawiającego się 
w ca tej okazałości baszy. Muhamed, połyskujący 
klejnotami, nie był to już ów wzgardzony żebrak; 
— szybko więc pospieszył przed próg na jego 
przyjęcie. „Muradzie," odezwał się do niego 
Muhamed, nie zsiadając z konia, i tylko z lekka 
pozdrawiając brata, sułtan, nasz pan, mianował 
mię baszą Damaszku. Potrzebuję znacznej summy 
pieniędzy, abym się stosownie do mej godności 
mógł urządzić. Przygotuj te pieniądze na jutro, 
w r ypłacę ci później, jak na brata i baszę przystoi." 

„Oby nieba pomnożyły chwałę Padyszy, na- 
szego miłościwego pana", odpowiedział Murad; 
„Muhamedzie, przez ciebie opatrzność wynosi 
nasze familia do godności. Odtąd cały mój ma- 

{ątek do cienie należy; bierz, ile ci się podoba, 
mszo Damaszku ; oby ci Allah wy nagrodził twoje 
zasługi !" 

Przez noc przygotował się Muhamed do wy- 
jazdu: zebrał sobia gwardyą przyboczną, z pięć- 
dziesięciu ludzi złożoną, i przydał do swego or- 
szaku kilku gońców tatarskich. Nazajutrz posłał 
swego podskarbiego do domu brata, dla odebra- 
nia 20000 czerwonych złotych, z których popła- 
cił wszystko, co natychmiast zaspokojone być 
musiało; poczem przeprawił się przez Bosphorus 
i obrócił, czy zgadniesz dokąd? domyślny czy- 
telniku, — oto prosto do Damaszku. 

Muhamed nie byłto zwyczajny oszust, jego 
rachuba sięgała wyżej. Imponująca jego po- 
stawa, w miejscu, gdzie tak nagle wyniesienia 
nie są zbyt rzadkie, przekonała każdego, równie 
jak jego orszak, że to jest istotny przez sułtana 
na tę godność wyniesiony basza. Z początku 
odprawiał; 8wa_ podróż w cichości, dopiero, gdy 
się już znacznie od stolicy oddalił, zbliżając się 
do granic swej prowińcyi, zaczął wszędzie* roz- 
głaszać swe wyniesienie i rozdawać stosowne 
podarunki po miastach, przez które przechodził. 
Wszędzie przyjmowano go z czcią przynależna; 
dawał, odbierał upominki u namiestników, do 
których wstępował, a którzy przez wzgląd na 
wyższą dostojność baszy Damaszku, nie dopuścili, 
aby nowy posiadacz tej godności na tem szkodo- 



Digitized by 



Google 



»3 




Basza Damaszku* 



wał. Gdy już trzy dni tylko jazdy od Damaszku 
był oddalony, kazał stanąć i rozbić namioty. 
Poczem zawołał swego sekretarza, i podyktował 
mu list do najznakomitszych emirów w Damaszku, 
w którym im donosi, ze wielki wezyr, przenie- 
wierzywszy się sułtanowi, popadł w niełaskę i 
głowę stracił, i że przeto syn jego, teraźniejszy 
basza Damaszku, jako wspótwinowajca, na tęż 
sarnę wskazany jest karę. Muhamed napisał ten 
list w swojem imieniu, z tym dodatkiem, że on, 
jako nowo wyznaczony basza, przybywa wyko- 
nać wyrok sa hański i rozkazuje Emirom, schwy- 
tać natychmiast syna wezyrowego i do jego 
przybycia trzymać pod straże. 

Nim atoli Muhamed list ten odesłał, wypra- 
wił pewnego i szybkiego posłańca z rozkazem, 
aby się udał do pałacu baszy i doniósł mu se- 
kretnie o ścięciu jego ojca, jako też, że i jego 
samego od przybywającego następcy ta sama 
czeka kara. Skutkiem tego odkrycia było, iż 
biedny basza, w przekonaniu, że mu niehybna 
śmierć zagraża, wiedząc nadto, że nie posiada 
miłości swych poddanych, dopadłszy co prędzej 
tęgiego biegana, w spiesznej ucieczce szukał 

.ocalenia, odbiegłszy nawet swych skarbów i 
kobiet. * i ..''. 

: Emirowie odebrawszy list, zebrali «ę, , chcąc 
się, naradzić, jakie maja przedsięwnW środki. 
Właśnie* gdy st^ jeszcze nad tern naradzali, prey- 

Hbywaf drugi goniec z listem podobuĆj treści, da- 



I4j trzeci i czwarty, coraz surowsze przywożąc 
rozkazy. Nareszcie Emirowie w wielkiej obawie, 
żeby z ich oporu i zwłoki niebezpieczne dla nich 
niewynikły skutki, zgromadzają swych stronni- 
ków i wzywają mieszczan, aby dawnego baszę 
uwięzili, a nowego z należna czcią przyjąć chcieli. 
Zebrawszy tłum mieszkańców, udają się do pa- 
łacu baszy, a nie znalazłszy żadnego odporu, 
przetrząsają wszystkie kąty, ale na próżno. 

Rozjątrzony tłum ganił opieszałość Emirów, 
i byłby niechybnie wybuchnął bunt, a następnie 
i powszechny rabunek miasta, gdyby z dala me 
odezwały się były radosne okrzyki ludu wita- 
jącego baszę. Za chwilę nadjechał sam Muha- 
med, otoczony świetnym orszakiem, rzucając ob- 
ficie pomiędzy gmin złoto na wszystkie strony* 
Pierwsze jego słowa, gdy zsiadł z konia przed 
pałacem, były : „gdzie jest winowajca ?" Ta pe- 
wność, ten ton rozkazujący- zmieszały Emirów. 
Wasza wysokość, (odrzekł jeden z tagadnionych 
Emirów pokornie), raczy nam przebaczyć: zapewne 
odebrał prywatne doniesienie z Konstantynopola, 
albowiem, gdyśmy pałac opanowali, juz go nie 
było. — A w iec uciekł ! zawołał piorunującym 



głosem Muhamed. Nędznicy ! wiedzcie, że moje 
rozkazy są rozkazami samego sułtana; waszemi 
głowami odpowiecie za zbiega ! Precz z eblieza 
mojego! wkrótce poniesiecie karę, na jaką za- 
sługują ci, co tak jak wy, pełnią rozkazy na- 
szego najmitośćiwszego pana. 



Digitized by 



— 



94 



Groźba ta rzuciła pomiędzy Emirów postrach 
i trwogę. Juz był basza swoją szczodrobliwością 




łaskawie, i hojnie obdarzonych skarbami swego 
poprzednika, do domów puszczał. Tym sposobem 
trwoga przemieniła się w powszechną radość. Emi- 
rowie tak zastraszeni, nie śmieli bynajmniej doma- 
gać się, aby nowy basza, podług zwyczaju, wyższym 
urzędnikom, czyli szlachcie, firman sułtański z no- 
minacya na baszę pokazał, kontenci, że im ich 
opieszałość wzglęaem ostatniego baszy uszła 
bezkarnie. Tymczasem Muhamed, który w isto- 
cie wielką posiadał zdatność, zaczął swoje rządy 
od ulżenia ludowi ciężarów i zniesienia nadużyć 
swoich poprzedników, wydając zbawienne prawa 
i biorąc pod szczególniejszą opiekę przemysł i 

rolnictwo. 

(Koniec nastąpi.) 



Kronika literacka. 

Wspomnienia moje o Francyu 

(Dalszy ciąg.) 

Nietracąc ani minuty, jeszcze z gębą pełiui 
deserowej gruszki *), pospieszyliśmy do sieni 
teatrowych. Tam juz wielka gromada czeka- 
jących, całe wnijście zalegała. Dowiedzieliśmy 
się od śzczęśliw r szych, to jest bliżej drzwi sto- 
jących, inaczej mówiąc, wcześniej przybyłych, 
a' zatem dawniej czekających, że za dziesięć 
minut możemy sie spodziewać otwarcia. Te 
10 minut, jeżeli ich tyle tylko było, bardzo mi 
się długie wydawały, coraz więcej bowiem 
przybywało kandydatów do drzwi, coraz się 
bardziej tłoczyli, trącali, wpychali. Już wyczer- 
pawszy cały zapas cierpliwości, miałam ochotę 
ku teatrowi francuzjkiemu zwrócić, kiedy na- 
reszcie skrzypnęły podwoje. Ach! to już koniec 
naszego utrapienia! zawołałam radośnie .... To 
dopiero początek; odrzecze mój towarzysz! — 
Dreszcz po mnie przeszedł; spojrzałam, co się 
dzieje przedemną, ale prócz pleców poprzedza- 
jących mnie, nic widzieć niemogłam. Co parę 
minut posuwaliśmy się jak w processyi i znów 
zastanawialiśmy się, jakby pojazdy przed balem, 
czekające na wysiadających. Niewiedziałam 

I przyczyny tak powolnego i utrudzonego postępu, 
ecz uroczyście sobie przyrzekłam, raczej wszy- 
stkich widowisk się zrzec, niż się drugi raz 
puścić na uodobną próbę. Po nowym w przej- 
ęciu drzwi trudzie, przekroczyliśmy nakonjec próg 
sieni. Mniemałam, £e za jednym krokiem już 
w loży. się . ujrzę, a to dopiero weszliśmy w ja- 

*) W Paryż* zwykła dają gruszkę źimow* grtp-' 
waną na talerzyku i pocuiirowauą, pa wety, „ t 



kąś wazką, dzielącą sień przegrodę ! między dwa 
drewniane parkany! Tam jeszcze wolniej pra- 
wie postępując, bo tylko po dwie osoby fron- 
tem, popychani z przodu i z tyłu, stawając co 
moment, słyszeliśmy tylko sykanie nadto ściśnio- 
nych, lub jęk tych, którym nastąpiono na nogę. 
Wyglądaliśmy zaiste, jak trzoda ciasna drożyna 
pędzona !.... * J c 

Zowie się to w Paryżu iść za ogonem (aller 
a la queue) a); takim to smutnym sposobem 
otrzymuje się bilet za franków pięć, to jest 
złotych ośm od osoby! Wyznaję, iż byłabym 
chętnie parę franków dołożyła, gdybym morfa 
była przewidzieć okrutny los, jaki mię czekał. 
I niedziwiłam się tym, co wolą przystać na 
zdzierstwo biórowych, a wcześnie kupionym bi- 
letem swobodnie miejsce swoje zająć. Już mi 
sie wszystkich zabaw odechciało i pragnęłam 
tylko wycofać się z tego zgiełku, lecz to nie- 
podobną było rzeczą. Ani naprzód, ani w tył- 
każde poruszenie, choćby o życie chodziło, było 
nam wzbronione. Towarzysz mój utrzymywał, 
ze to wszystko dla porządku się dzieje. Mnie- 
małam wtenczas, że to zdanie jest skutkiem 
owego powszechnego uwielbienia dla Paryża 
które zawczasu wszystko miUm i dobre'm znafl 
dować w mm każe; bo Paryż ma tego rzędu 
czcicieli. Poznie, jednak przekonałam sie, iż 
niebyło w niem fałszu. Nic okropnieiWoI jak 
w Paryżu zgiełk bez porządku i hamulca. Kto 
z mego wyjdzie przy życiu i przy wszystkich 
członkach, mech stokrotnie dzięki Boru złosr' 
Francuz w zgiełku wyzuwa się z wszelkiej nie 
tylko grzeczności, ale nawet ludzkości ; o siebie 
tylko dbały, potrąca, wywraca, chodzi, depee 
po słabszych; słowem, wpada w jakąś wywdana 
dzikość. ») Szczęściem, że wszystko w tym świe^ 

m^^At^^ Ludtt > Nr - * ■ »■ S *«* 

♦> JHu dopełnienia obraz, prawdy, załączam parę 
szczegółów z rękopisom mego : Opisanie UzstrtnL i 
siezcyułowe Paryża, z którego nie jeden juz artrkał 
pism. krajowe dawniej drukiem ogłosiły, Dajmy, nip. r 
ze Talma jaki lab Raszel na scenę ma wy.fąpid uwia- 
domiona o tern publieanose, pewna natłoki, a niepewna 
miejsc, przemyałwa nad sposobami dostania sie w teaw 
Nadcbodzi dzień, ciekawość od rannych eodain hm. 
wadia widza, ściąga cbolotę, która na mScy precbizu 
porządku przestrzegając, od okienka kassy (kratami i 
kratkami warownego) paraaii szykuje się i tworzy 
w miarę pr.ybyw.nia osób Uh .wa.y oaen. Inni, pe- 
wni miejsc, lob od faktorów z nabytenii nadbicMiac 
biletami, przed teatrem na podobieństwo pszczół w Jlu 
wylęgają, pory wełnienia się opatrując. Spóźnieni 

•J^y •**'«** "*" C,ICąCy ' ^A - ». P Btępc.mi 
ng^kami.o^n* osuaowiaia w układy, któ* wedle 
długości jego wrfród zapór, franków, poraez i t. d. nieiaa 
az na ulicę publiczną wodzonego, to jest w miarę odle- 

t°l'Z °i^ " '^ e P«y ch ^M ceny. Pozbył po- 
dejmea t*oju i mozołu swe stanowiska, ( bieży cwa- 

h f#'.4» |yi«a da, straępy jeg, przedłuża. Bru* Boa?J 
.rSr b0C Sr. c ', rne-tapić w ? ogonie, z^Y^ąi wmik *,*£ 



Digitized by 



Google 



05 



cie ma koniec ; ujrzeliśmy nareszcie i my koniec 
zaparkanionej przegrody. Za nią byt rodzaj 
okienka, czyli raczej dziurki, przez która poda- 
Mano bilety, a odbierano pieniądze. Czas po- 
trzebny do tej zamiany dla pierwszej wycho- 
dzącej z zagrody pary, wstrzymywał dalsze. 
Ztąd takie utrudzenie, nudy i przykrości. Ku- 
piwszy bilety, weszliśmy do drugiej sieni, gdzie 
je od nas odebrano, przejrzano, róg każdemu 
oddarto i wskazano, na które schody udać się 
mamy. Na kurytarzu lożowjin, wyskoczyła na- 
przeciw nas stara baba z pękiem kluczów u pasa 
i z okularami na nosie. Wziąwszy poobdzie- 
rane bilety, zbliżyła je do kinkietu, spojrzała 
i potrząsła głową, odsyłając nas do drugiej 
odźwiernej. Droga, podobna pierwszej baba, 
przejrzawszy bilety, powiedziała, żebyśmy się 
na lewą stronę udali, gdyż na prawej wszystkie 
pierwsze miejsca już są zajęte. Tern smutniej- 
szą dla nas była ta wiadomość, że słyszeliśmy 
zaczętą już sztukę. Pocieszając się myślą, że 
zwykle od najlichszej zaczynają, spiesznym kro- 
kiem okrążyliśmy cała salę. — Na lewym skrzydle 
nowa nas spotkała klucznica; ta oświadczyła, 
że ani jednego frontowego miejsca niemasz; a 
gdyśmy jej na półżartem ręczyli, żeśmy kilka 
próżnych widzieli, to rzekła: już są zamówione 
lub zatrzymane chustką albo kapeluszem, któ- 
rych państwo widzieć niemogli. Mam tu wpraw- 
dzie dwa tylne pod numerem 3, które jeżeli 
będą dogodne, można je zająć, inaczej państwo 
chyba na drugie piętro się udadzą; to mówiąc, 
otworzyła nam numer trzeci; tam, już cztery 
miejsca były zajęte przez samych wprawdzie 
mężczyzn, lecz widać było z ich miny, iż żaden 
niemiał ochoty ustąpić swego krzesła; tyle tylko 



aueue! a la aueue* (w ogon do ogona!); silą nawet 
popierany, porządek w szeregach naprawia. Biada 
niejednemu, który sio pomiędzy podobnych amatorów 
dostaje; tłok, mój, szturhańce; ileż mocy daeha, twar- 
dości barków, ileż wytrwałości niewymagają? .... Wy- 
bija przed zaczęciem godzina; kassa otwarta, poroszą 
natychmiast i mocniej burzliwe szranki, podwaja nie- 
cierpliwość, ścisk, wrzawę, którą zbrojne i gęsto roz- 
stawione czaty (żandarm y z karabinami) zaledwo po- 
wściągnąć zdołają. Pochwycony, ledwo nie z urwą ręki 
■ okienka bilet, pędzi ku scenie widza i wtrąca w parter, 
odmęt prawdziwy rozhuka a ego morza. Susy, skoki po 
ławkach, popychania, przepadania, podsiadywania wza- 
jemne i t. p., wszystko to ma miejsce i do porządku 
dziennego należy; wzdymają się coraz to bardziej bał- 
wany, przepełniają miejsca, znaczą nadto z szyj zdej- 
mowane chustki przewiązaniem ławki, dla przybyć jeszeze 
mających nowe szczeliny; rozumiałbyś, że juz szpilki 
niezntkniel jako żywo, klinuje się przybysz o sto nie- 
kiedy kroków od kolegi wołany, tłucze drugim członki, 
sam własne obrabia boki; źle, gdy z bocznych wszedłszy 
drzwi, wzdłuż ciasną lawhę przebywa; gorzej, kiedy od 
tylnych zmuszony wchodzić, przedziera, krzyżuje się. 
Zatarassowane przejścia, niecierpliwość, niewyrozu- 
miałość, nieuzytość, wszędzie i zawsze na przeszkodzie 
niejednemu az krwawy znój wytoczą. A chociażby dla 
natłoku, wielu ni widzieć, ni słyszeć, ani dychać miało ; 
nic to nieprzeszkadza, drzeć jednak, tłoczyć się sawsze 



odwróciwszy głowę, aby syknąć na znak cicho- 
ści, śmiał się dalej i poklaskiwa! sztuce, nie- 
troszczęc się bynajmniej, czy siedzący za nim 
widzi co, lub nie. W naszym kacie nietylko 
nic widzieć, ale nawet wygodnie usiąść niemożna 
było, czego po catodziennem utrudzeniu nogi moje 
gwałtem się dopominały. Zaczęłam się tedy 




sób otrzymania miejsc wygodnych, zwłaszcza, 
żeśmy ich pełno przed sobą w innych lożach 
niezajętych, widzieli. Taki nieład, takie od- 
setama bez względu na miejsca oznaczone bile- 
tem; ta, że tak powiem, serya oszukaństw i 
zdzierstwa bez miary, tak mię oburzały, iż wi- 
dząc, że odźwiernej chodzi tylko o wyłudzenie 
pary franków, po które co moment pod rozmai- 
temi pozorami do naszej loży zaglądała, jak 
najusilniej opierałam się temu, i wolałam wy- 
rzec się ceny pierwszo piętrowej loży, na drugie 
udając się piętro. 

(Ciąg dalszy nastąpi.) 



Ksiądz Kajetan Kamieński. 

W świecie moralnym, równie jak w fizycz- 
nym, wszystko potrzebuje pewnego popędu, aby 
szło naprzód. Nieraz jeden wielki człowiek, je- 
dna myśl szczęśliwa, a nawal jeden goły przy- 
padek, zrządza nieprzewidziane odmiany, poroszą 
całe narody, posuwa oświecenie i wynalazki 
o wieki. Dowodem tego między innemi jest 
u nas zakon Pijarów. Dopóki się w nim Ko- 
narski nie zjawił, nie różnił się on w niczem od 



gotowi! ... Cdź to? dla Boga! Czy talio mortale?... 
aieinaczejs ... eisnąeego sio, przez zwarte barki, koalieya 
rąk bierze w opiekę; pcha, nęka, rzuca nakoniec po 
nad głowy widz a widzom! ten pada, tłucze drugich!... 
powszechna zrywa się zawierucha, wyższe nawet miejsca 
udział biorą, zewssąd wrzeszczą : a la porte (za drzwi), 
niewolą za teatr, i przy braku odporu, wymiotnąć na- 
wet gotowi. Potulnorfć w attakowanym, szkodliwsza tam 
nad gburowatą rubaszno^ ; ztądto tak częsta na zimnych 
Anglików napaść; łatwe z nich ofiary ! Niedosyt na 
tern; spada przypadkiem kapelusz; unie wojażować; 
pada,, jego ciska jeden drugiemu, śmiga i najdalsze 
wyższych nawet miejsc kąty zwiedza, pomiata. Inni 
tymczasem zniecierpliwieni gwiżdżą, świszczą, bębnią 
lub tupają, inni gdaczą, krakają lub miauczą, by co 
prędzei odsuniono. Trafniejszy wyskok niby dowcipu, 
wymysł lnb zdarzenie, zapijanie lepsze i t. P., śmiech, 
cnyckoty pobudza lub oklaski wzrusza; az nakoniec 
litościwy czas, władzca wszech rzeczy, uchyla kortynę 
i kładzie zwykle tamę wszelkiej rozpuście; jakoż na 
widok sceny nagła po burzy cisza, każdy odkrywszy 
głowę, w miejscu utkwiony, milczy i z natężeniem 
wszelkie ku scenie zwraca zmysły, tak dalece, ze miałby 
się znaleśc śmiałek jaki i przerwać milczenie, mnzyma 
parteru, prawa dającego: *kto zachować tię nieumic, 

niewart byt z nami! wszystkich porusza, i kommenda 

„zadrzwil" piorunem skutkuje 



Digitized by 



Google 



»fi 







Ksiądz Kajetan Kamieński* 



innych zakonów. Ale skoro wielki ten mąż 
zbawienne w nim reformy zaprowadził, wyścignął 
natychmiast wszystkie reguły r wydal znaczną 
bardzo liczbę sławnych ludzi. Z łona tego za- 
konu wyszli: Ostrowski* Skrzetuski/ Jodłowski, 
Dogiel, Wiśniewski, Zaborowski, Osiński, Kra- 
jewski, Siarczyński, Kopczyński, Dmochowski i 
tylu innych uczonych. 

Rycina niniejsza wyobraża jednego z tych za- 
służonych krajowi i naukom zwolenników i. Jó- 
zefa Kalassantego. Wielu może z czytelników 
Przyjaciela Ludu przypomną sobie w nMj rysy 
twarzy X. Kajetana Kamieńskiego, prowincyała 
niegdyś XX. Pijarów i rządzcy konwiktu na 
Żoliborzu. Urodził on się dnia 4. Stycznia 1758 
w województwie krakowskiem. W roku 1777 
wstąpił do zakonu Pijarów w Podolińcu, a ukoń- 
czywszy nauki, sam wykładał je naprzód w kol- 
legium nobiłium w Warszawie, a później w Górze. 
Następnie powołanym został na prefekta tegoż 
kollegium nobiłium w Warszawie, a w roku 1801 
wyniesiony na rektora, urząd ten lat kilkanaście 
•prawował. Gdy w roku 1807 kollegium nobi- 
lium Konarskiego na lazaret woiskowy obróeo- 
nem zostało, a innego gmachu do umieszczenia 
kilkunastu nauczycieli i konwiktorów niebyło, 
Kamieński rozpuściwszy połowę ostatnich, prze- 



niósł konwikt, naprzód do dawnego kollegium, 
a później na Żoliborz (joli-herd, piękny brzeg) 
za miastem, i pomimo wojennych owych czasów, 
urządził tu wnet dom na 50 uczniów i piętnastu 
nauczycieli, uczących w 6. klassach, i stal dę 
właściwie założycielem tak wziętej w swoim 
czasie szkoły na Żoliborzu. Prócz tego opatrzył 
nową te niejako szkołę w muzea, powiększył 
jej bibliotekę i trudniąc si^ administracją insty- 
tutu, nieprzestawałwmm wykładać nauk z wielką 
korzyścią młodzieży. W nagrodę licznych zasług, 
Towarzystwo przyjaciół nauk przybrało go za 
swego członka, a zgromadzenie XX. Pijarów 
mianowało go swoim prowincjałem. Wydał 
następujące dzieła: 

1. Crammatykc niemiecka, w Warszawie 
1790 roku. ' 

Grammatykę francuzką VaUłego, prze- 
robioną. 

Grammatykę francuzką własną, w War- 
szawie 1799 roku. 

Rady dla pospólstwa Tyssota, z fran- 
cuzkiego na język ojczysty przełożył. 
W Warszawie 1785. 2 tomy. 



2. 



Nakładem i drukiem Ernesia Giinfhera w Lesznie. 



(Red. J. Łukaszewicz.) 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 13. 



Leszno, 

dnia 28. Wrzeknia 1839. 




Łady Estera Stanhope. 



Czytaliśmy niedawno w pismach publicznych 
krótkie doniesienie w tych słowach : „Po dłu- 
giej chorobie pożegnała się z tym światem 
w Dschuni, w Syryi, w 64. r. życia Łady Estera 
Stanhope." Nic więcej niewspomniano o dzi- 
wnej tej kobiecie, ćo sprzykrzywszy sobie Europę, 
na pustyni wśród dzikich Druzów i Turkoma- 
nów osiadła. Niebyło i niebedzie w dziejach 
wschodu tak dziwnego zjawiska, jakiem było 
ukazanie się Estery Stanhope. Wystaw sobie 
na gruzach Palmiry zgromadzonych 40000 Ara- 
bów', wolnych jak pszczoły, przenoszące się 
z jednego kwiatka na drugi, gorących jak pro- 
mienie słońca, stepy Sjryi rozpalające, stojących 
w milczeniu, podziwiających córę zgasłego Stuar- 
tów domu i mianujących on^ księżną pustyni, 
królową Palmiry; spytasz się, zkąd ta nie- 
wiasta, co jakąś nieznaną, czarodziejską moc^ 
opanowała umysły Muzułmanów i rządzi nimi 
podług woli swojej. 

Lady Estera Stanhope, mówi Lamartine w po- 
dróży swojej po wschodnich krajach, była sio- 
strzenicą Pitta, po którego śmierci opuściła oj- 
czyznę, aby obce zwiedzić kraje. Młoda, piękna, 



bogata i utalentowana dama, wszędzie była przed- 
miotem podziwienia; wielu starało się o jćj 
rękę, tak Anglików, jako i obcych, lecz dumna 
Albionu córka, postanowiła już wtedy niewstę- 
powaó w związki małżeńskie, że plany swe 

Eoetyczne mogła przywieść do skutku. Po kilku 
itach podróży po Europie, udała się naresz- 
cie Laay Estera z licznym dworem do Stam- 
bułu ^ na ciągłe mieszkanie. Niedowiedziano 
się nicdy, co spowodowało Lady do tój wę- 
drówki; jedni domyślali się, iż śmierć młodego 
angielskiego jenerała, poległego naówczas w Hi- 
szpanii, a miłego sercu Lady, była podróży 
przyczyną; inni znajdywali powód jej w ży- 
wym temperamencie damy, pragnącej czegoś 
nadzwyczajnego. Po kilku lat pobytu w Ca- 
rogrodzie, wsiadła Lady na okręt angielski, 
zabrawszy z sobą większą część swego ma- 
jątku, i ^ mnóstwo podarunków bardzo Koszto- 
wnych, i kazała się zawieść do Syryi. Wielka 
burza zgruchotała ten okręt przy odnodze ma- 
krejskięj na drodze do Karamanii; skarby Lady 
zatonęły, sama tylko cudem prawie uratowaną 
została. 



Digitized by 



Google 



98 



Strata tak wielka niepotrafila jednak odwieść 
zapalonej kobiety od uskutecznienia raz powzię- 
tego zamiaru, powróciwszy bowiem do Londynu, 
i spieniężywszy swoje posiadłości, wsiadła po- 
wtórnie na okręt i wylądowała szczęśliwie 
w Latakieh (dawnej Laodycei). U stóp Libanu 
wybrała sobie mieszkanie, niedaleko Palmiry, 
owego miasta słynnego panowaniem Zenobii. 
„Europa sprzykrzyła mi się", powtarzała często, 
dla swojćj jednostajności; smutno jest mieszka- 
jącemu w jej krainach patrzeć na niegodne wol- 
ności narody, przyszłość przedstawia mi się jako 
obraz nieustannych zanueszań i krwi przele- 
wów." Nabycie języka arabskiego, poznanie 
charakteru i sposobu życia ludów, wśród któ- 
rych żyła, zajęły odtąd całkiem Lady Stanhope. 
Na czele licznej karawany, z bogatymi darami 
dla szeików rozmaitych pokoleń, zwiedziła po 
kilka razy Jerozolimę, Damaszek, Aleppo i całą 
okoliczna pustynię. Pochód jej równał tryum- 
fowi zwycięzcy jakiego, wychodziły bowiem 
naprzeciw jej wszystkie pokolenia, do których 
się siedzib zbliżała, witając ją z chlebem i solą 
w ręku, wśród pieśni i radosnych okrzyków. 
Nazwisko swoje rodzinne zmieniła na imię Cyda; 
okazałość i przepych, z jakim przyjmowała do 
mieszkania swego składających jej hołd i usza- 
nowanie Emirów i różnego rodzaju pielgrzymów, 
niemniej zachwycały wszystkich, jak przyto- 
mność umysłu i odwaga w niejednem niebezpie- 
czeństwie okazywane. Europejczyków rzadko, 
Anglików nigdy do siebie nieprzypuszczała. 
Z okiem ku niebu wzniesionem przepędzała często 
noce całe, zatopiona w marzeniach bujnej swej 
wyobraźni; we dnie uczęszczała do groty słyną- 
cego swoja pobożnością derwisza, aby u nóg 
jego, w pokorze serca, słuchać ustaw Koranu. 

Skromne jej z początku mieszkanie, zmieniło 
się wkrótce, jakoby za dotknięciem laski czarno- 
księskiej, w pałac pełen ozdób i okazałości 
wschodu, a przy nim powstał ogród z drogami 
wysadzanemi cedrami i myrtowemi drzewami. 
Pielgrzym, któremu dozwolono złożyć cześć kró- 
lowej Palmiry, zastawał ją leżącą na wezgło- 
wiu, w pąsowym zawoju, w sukni bogatej, na 
.sposób wschodni, z ataganem przy boku, i szty- 
letem bogatym, pod śnieżną piersią ukrytym. 
Cała postawa Lady była poważna, rysy twarzy 
szlachetne i miłe, krok powolny, cały ruch ma- 
jący w sobie coś majestatycznego. 

Lecz cały ten urok otaczający ją, niknąć 
zaczął wraz z upadającemi dochodami, tak, iż 
pałace jej w kilka lat przed śmiercią przybrały 
postać smutnego klasztoru, i nikt niepytał się 
wcale o królowę ową, co opływając w dostatki, 
podpisywała firmany, zapewniające niedawno 
bezpieczny pochód pielgrzymom, wśród rozbój- 
niczych synów pustyni. 



Kronika literacka. 

Wspomnienia moje o Francyu 

(Dokońcaenie.) 

Nietrzeba sądzić, że tego rodzaju nieład, te 
oszustwa, w teatrach tylko drugiego rzędu 
uchodzą *), których partykularni są przedsię- 
biorcami; w czterech (pięciu) pierwszych tea- 
trach, hrólewshiemi zwanych, pod opieką rządu 
zostających, też same są nadużycia, a w naj- 
modniejszym i najdroższym, to jest w operze 
włoskiej, największe bywają szachrajstwa!.... 
— Na drugiem piętrze, po wielu trudach i za- 
biegach, dostaliśmy się nareszcie do miejsc, w któ- 
rych jeżeli naszym fizycznym istotom niebyło wy- 
godnie, przynajmniej moralnie zadowolnione być 
mogły, nośmy słyszeli i widzieli wszystko do- 
skonale. Nie mogąc ani ręką, ani nogą poruszyć, 
ale łatwiej znosić ten rodzaj tortury, całą uwagę 
ku scenie zwracałam. Wysłuchałam tak dwie 
sztuki, każdą we 2. aktach, a między wszy- 
stkiemi zaletami wystawy, najbardziej zdumia- 
łam się nad rozwiozłością ich osnowy: myśli 
swawolne, słowa dwuznaczne, z największemi 
przyjmowano oklaskami; położenia częściej nie- 
skromne, niż czułe, grunt rzeczy niemoralny, in- 
teres zastąpiony dowcipem, wszystko to zda- 
wało się do smaku publiczności przypadać." 

Dalej, oddając autorka sprawiedliwe po- 
chwały grze artystów, a pannie Dejazet szcze- 
gólniej, dla znużenia i paru wyszedłszy na 
wolne powietrze, przytacza sceny, jakich była 
świadkiem z narzucania przez uuczników bile- 
tów do sąsiednego tamże teatru francuzkiego, 
a za bezcen nabywszy podobne, na koniec re- 
prezentacji doń udała się, dla zobaczenia sła- 
wnieiszej jeszcze aktorki, znanej panny Mars, 
której najsprawiedliwszych nieszczędzi pochwał, 
równie jak samemuż teatrowi, lubo dziś dla 
skażonego gustu publiczności mniej uczęszcza- 



Dawne czasy, zbiór starożytności p. Somme- 
rard z niekorzystną fizyonomii jego szkica; Su 
Denis z grobami królów francuzkich, pensja 
córek członków legii honorowej i t. p. szczegóły, 
rozdział piąty zajmują, i nie bez interessu 
czytanemi być mogą. Szósty modom poświę- 
cony, a siódmy pojazdom publicznym przeka- 
zany. Przygody, jakich autorka puściwszy się 
wszechwozem, czyli omnibusem, na odwiedzenie 
w dalszej części miasta sobie życzliwych, jest 
zaiste najtrafniejszym opisowym obrazem zło- 
rzeczenia, atoli powozom w ogóle publicznym 

*) Teatra pierwszego rzędu naiywają aię lutmĄ 
kniUwskiemi, mają loie dla panującego etrojną i po- 
bierają ae ikarbu pnblicsnego anacaae wsparcia, a. ». : 
aama wielka opera, do połmilioną okładem franków 
rocanie* do tych należą, proca opery, temtr frmncuM, 
odeon, opera włosie* i kemieznm, reaata wsi pomniej- 
szych albo drugiego nędu nosaą naawy, swobód po- 
wjasayeb uieaijwająe. 



Digitized by 



Google 



»» 



E 



paryzkim czynione, nie są słuszne; od woli 
albowiem najmującego zależy wybór lepszych, 
orządnych i najwygodniejszych w świecie, ja- 
iemi n. p. są karyolki (cabriolets) i t. p. mię- 
dzy tysiącami tysiaców fiakrów, wszelkim stanom 
x i możności osób na każde skinienie usłużnych. 
Ci szczęśliwi, którzy to najdroższe dobro na 
ziemi, czas, na czytaniu płonnych romansów mar- 
notrawię, znajdą najrzetelniejszy i najbogatszy 
wywód literatury rzeczonej, przez autorkę spo- 
rządzony, i to w obu następnych ustępach dzieła 
wspomnień; wskazane tamże celniejsze wybo- 
rowe pisma tego zawodu, niemniój szczegóły cie- 
kawsze o pisarzach samych, nie bezkorzyści dla 
mltraczyłających zostaną. Przyjaciele teatru, 
równie jak nieprzyjaciele skażenia sceny dzi- 
siejszej w Europie, ci pociechę, tamci zaś prze- 
strogę, a może i naukę z przejrzenia krytycznego 
rysu odnieśó będą mogli. Między autorami i 
nasz Mickiewicz chlubne zyskał tam westchnie- 
nie !.♦. Ma swoje miejsce i Hoene Wrońskiy 
dawny inżynier polski, transcendentalnością wyo- 
brażeń i marzeń w Paryżu słynny, przez de- 
likatność autorki pierwszą tylka głoską W..... 
przytoczony ; proces z Anglikiem Arsonem, jako 
drukami ogłoszony i u nas jest dość wiadomy. 
Poezya dzisiejsza i jej przyszłość, niemniej roz- 
ważane są przez autorkę lubo w rodzaju lżej- 
szej niwy, salonom szczególniej poświęcanym. — 
Przebiegając autorka w końcu rozdziału dzie- 
siątego stan muzyki i niektóre z produkcyj dzi- 
siejszych kompozytorów francuzkich; tak dalece 
niekorzystne o artystach i samymże kraju wy- 
daje zdanie, że w końcu zaprzecza całemu na- 
rodowi francuzkiemu nietylko kompozytorów i 
muzyki narodowej, ale jeszcze na domiar potę- 
pienia odmawia Francuzom nawet braku uczucia 
muzykalnego ! .... Bezstronnie rzeczy biorąc, zdaje 
się, iż zły humor pewnym niesmakiem zapra- 
wić musiał pióro piszącej, trudno albowiem by 
zdania podoone ucho dla się znalazły; a jedno 
wydarzenie Majerbera, nie jest dostatecznym 
powodem do rzucania brzemienia pocisków lub 
wyrokowania o wyższości opery drezdeńskiej 
nad paryzką! Czytającemu zresztą, nietrudno 
jest spostrzegać i pewne sprzeczności w wyda- 
wanych zdaniach, na które nieraz, jak w ciągu 




roz- 



dział i przyjemnie i użytecznie czytać się daje* 
Toż samo powtórzyć można o Sęsymonistach i 
ich założycielu Saint-Simon, którego biografia, 
marzenia zwolennicy i upadek, wiernie skreślo- 
rai są* 
Hakoniec, pominąwszy niektóre już z uży- 




oego dzieła, poprawnością i nadobnością odzna- 
czające się, czynią zaszczyt i księgarni, kosztów 



nieoszczędzającej, która do pierwszych dziś 
w Krakowie liczoną jest. Kr....... 



Krysztof Arciszewski. 

Sławny w dwóch częściach świata, Europie 
i Ameryce, wojownik, Krysztof Arciszewski, był 
synem Eliasza Arciszewskiego, który w młodości 
swojej podróżując po Szwajcaryi, zapoznał się 
z Socynem i do nauki jego natychmiast przy- 
lgnął. Krysztof miał młodszego brata Eliasza, 
który był rotmistrzem w wojsku duńskićm, a 
później dworzaninem Władysława IV. i w woj- 
nie moskiewskiej i kozackiej za panowania Jana 
Kazimierza, pułkownikiem piechoty niemieckiej. 
Matką obudwóch była Helena Zakrzewska, córka 
Filipa Zbożnego Zakrzewskiego, zagorzałego 
Socyanina, który z duchowieństwem katolickim 
żwawe wiódł utarczki piśmienne. Krysztof uro- 
dził się na schyłku 16go lub na początku 
17 go wieku, podług wszelkiego podobieństwa 
do prawdy, we wśi Rogalinie, pod Mosiną, nale- 
żącej dziś do hr. Edw. Kaczyńskiego, którą pra- 
wem dziedzictwa, czy tćż zastawu, rodzice jego 
posiadali. Ojciec jego Eliasz nabył później 
także część Szmigla, gdzie była szkoła socyań- 
ska, założona od Dudycza; w niej młodzi Arci- 
szewscy odebrawszy pierwsze nauk początki pod 
Andrzejem Łubienieckim, zwiedzili następnie 
szkoły swego wyznania w Rakowie i otarli się 
także o szkoły zagraniczne. Po ukończeniu nauk, 
osiedli w Szmiglu, nie zatrudniając się zgoła ni- 
czem użytecznem, albowiem wyznanie ich za- 
braniało im wszelkiej usługi publicznej, a cząstka 
Szmigla, do ojca ich należąca, nie była tak 
znaczną, aby młodzieńcom żywym i z wyższe- 
mi zdolnościami, podawać mogła sposobność do 
zajęcia W rozmaitym względzie umysłu. Dru- 

Siej, daleko znaczniejszej części Szmigla, był 
ziedzicem Gaspar Jamzel Brzeźnicki, wymo- 
M r ny, biegły wprawie krajowóm, i jak sie zdaje, 
pieniacz. Z tym możnym sąsiadem swoim, acz 
z współwiercą, niemogli sie Arciszewscy,, pocho- 

Eni bardzo do kłótni i kordą, zgodzić. Żywioły 
łótni były rozmaite i coraz inne: raz chodziło 
o płósę roli, którą sobie Brzeźnicki przywła- 
szczał; drugi raz bydło Arciszewskich zrzą- 
dziło szkodę na polu Brzeźnickiego, inną znowu 
rażą charcica młodych Arciszewskich, o zgrozo 1 
ważyła się dopędzić zająca tuż pod ogrodem 
Brzeźnickiego. Ztąd powstawały ustawiczne za- 
targi prawne, które najczęściej w sądach kra- 
{'owyofe na korzyść Brzeźnickiego roztsrzygane 
>yły> bądź to, że Brzeźnicki miał za sobą słusz- 
ność, bądź też, że sam biegły prawnik i świa- 
domy dobrze przebiegów trybunalskich, potrafił 
interessowi swemu pomyślny nadać obrót. Cóż- 
kolwiek bądź, Arciszewscy nie mogąc w gro- 
dach i trybunałach przeciwnikowi swemu po- 
dołać, postanowili korzystać należycie z złotej 



Digitized by 



ćqogI< 



100 






r,A. 



. 



M 










Krysztof Arciszewski. 



wolności brojenia złego i wywrzeć zemstę krwa- 
we na nienawistnym sobie sąsiedzie. Szkaradny 
zamiar swój przywiedli też do skutku w nastę- 




dziej, dokąd go sprawy jego urzędowania wzy- 
wały. Gdy z podróży tej z pieniędzmi skarbo- 
wemi do Szmigla powracał i już za Kościan sie 
dostał 9 Arciszewscy na czele kilkunastu ludzi 
zbrojnych zastąpili mu na drodze, ściągnęli z bryki, 
zawlekli pod szubienicę kościańską i tam go 
barbarzyńskim sposobem wpierw męczywszy, na- 
reszcie zamordowali. Wykonawszy tę haniebną 
zbrodnią, splamili jeszcze swoje dłonie grabieżą: 
rzeczy bowiem, konie i pieniądze zamordowanego, 
podzielili pomiędzy siebie i wspólników zbrodni. 
Brzeżnicka, wdowa zamordowanego, wytoczyła 
sprawę przeciw zabójcom swego męża, i po dłu- 
giem prawowaniu się, zyskała nareszcie wyrok, 
który starego Arciszewskiego, jako pryncypała 
zbrodni, na śmierć wskazał, a synów jego Kry- 
sztofa i Eliasza z kraju na wieczne czasy wy- 
wołał. Czy wola wyroku co do osoby starego 
Arciszewskiego wykonaną została, niewiadomo 
mi; synowie przecież jego wynieśli się niezwłocz- 



nie z kraju : Eliasz poszedł do Danii i przyjął 
służbę w wojsku dunskiem, dosłużył się stopnia 
rotmistrza, a przywołany później do ojczyzny, 
jako półfcownik piechoty cudzoziemskiej w oblę- 
żeniu Smoleńska, za Władysława IV. ważne przy- 
sługi krajowi wyświadczył; później zaś znajdo- 
wał się w nieszczęśliwej bitwie pod Piławcami 
i w innych potrzebach za panowania Jana Ka- 
zimierza. 

Krysztof udał się do Hollandyi, wszedł po- 
dobnież w służbę wojskową tej rzeczy pospolitej 
i stopniami dostąpił już półkownikostwa, gdy 
następująca okoliczność nastręczyła mu porę po- 
kazania wyższych talentów wojskowych i wsła- 
wienia swego imienia w całym świecie. Hol- 
lendrzy zamierzyli wtenczas wydrzeć Portugal- 
czykom, albo raczej połączonym z nimi wrogom 
swoim Hiszpanom, Brazylią, i w tym celu wy- 
prawili do Ameryki znaczne wojsko fl636) pod 
dowództwem hrabiego Maurycego de Nassau. 
Maurycy otoczywszy się wielu biegłymi ofice- 
rami, wziął także z sobą na tę wyprawę Arci- 
szewskiego. „Arciszewski," mówi Albertrandy^ 
„dla biegłości swej w kierowaniu artyleria i 
wojskowych obrotach, częstokroć całemi oddzia- 
łami wojska dowodząc, miał nie jedne sposobność 



Digitized by 



Google 



101 




Merum 
%aiMnri[4.iLWCriB ^^AESTAfnrssTO©^ 

// ^MIBTttlPIffsAttAłrfttClHIAir A MCI a 

|'/iSa»vySKff]|IBBsJ?rBFłA3il3.IATBW TPMBint 

\ i 

\ \ SMIJE T AS A MUEKICAN A 

v F^K-TflTfflUOWirs AT- F4DEI MOC 

ItOlfTWIBETST-J^ ESSETOOIIT 
\ AN*f© A -niHIR.ffAT®. 



Medal na cześć Ktysztofa Arciszewskiego* 



wstawienia się przez- bitwy staczane i fortece 
zdobyte* Arciszewskiemu, jako na caele wojska 
zostającemu, przypisać należy znaczne zwycięstwo 
nad Portugalczykami pod Porto -Calvo, gdzie 
brabia Baryola, wódz portugalski, po uporczy- 
wej bitwie, do ucieczki był przymuszony* Nieco 
C'erwej kierował Arciszewski oblężeniem fortecy 
irrayal, którą także dobył, nie bez dzielnego 
odporu, i tu był ranny. Po zdobyciu fortecy 
Porto-Calvo, zostawała twierdza Parracaon tak 
mocno i porządnie okopana, iz się do niej prze- 
drzeć nie można było bez oblężenia rozpoczętego 
podług wszelkich prawideł sztuki wojennej. Tego 
także oblężenia nie tylko dozór Arciszewskiemu 
był powierzony, ale i plan onego, dotąd pozo- 
stały, przez Arciszewskiego był odrysowany. 
Broniła się mężnie załoga, ale naostatek kapi- 
tulować musiała ; to pociągnęło za sobą zdobycie 
innych fortec," Wśród tych ważnych i świe- 
tnych czynów Arciszewskiego w Ameryce, Por- 
tugalia oderwała się od Hiszpanii; nowy mo- 
narcha Portugalii, z domu Braganza, zawarł 
w roku 1641 przymierze z Holendrami, na mocy 
którego obadwa państwa wspierać się wzajemnie 
miały przeciw nieprzyjaciołom swoim w Europie; 
co do Indyi zaś tak wschodnich, jakoteż zacho- 
dnich, umówiony został rozejm na lat dziesięć. 
Arciszewski powrócił tedy do Europy, a nastę- 
pnie do Polski, uczczony tytułem admirała holen- 
derskiego i medalem na cześć jego bitym, który 
czytelnik znajdzie w szacownem dziele hrabiego 
Ed. Raczyńskiego : gabinet medalów polskich. *) 

*) Gdy dzieło kr. Ed. Raczyńskiego nie w każdego 
jeflt ręku, udzielamy i niego wierny rysunek bitego na 
ccerfć* Kr. Arciszewskiego medalu z opisem : 

Stnp, na którym zawieszony jest kerb portugalski; 
nad nim widać skład rozmaitej broni. Wyżej wieniec 
laurowy. Pole medalu zajmuje kraj przestronny. Po 
jednej stronie widać fortecę warowniami opasaną. 



Ostatnie lata życia przepędził Arciszewski 
na usługach własntfi ojczyzny. W roku 1649 
był z Janem Kazimierzem pod Zbarażem i do- 
wodził artyleryą. Grodzki w dziele: Historia 
belli cosaco-poionici, powiada, iż gdy tu wojsko 

Solskie pałało żędzę spotkania się z Tatarami i 
Lozakami, Arciszewski zachęcał króla do sto- 
czenia bitwy, zaręczając, że miejsca położenie i 
szyk wojska polskiego był taki, iżby się wojsku 
nieprzyjacielskiemu, 400000 wynoszącemu, oprzeć 
mogło. Ale Ossoliński, kanclerz w. koronny, 
lew w domu — sę słowa Grędzkiego — zając 
w polu, skłonił króla do zawawia pokoju. Je- 
szcze w roku 1648 Krysztof Arciszewski zosta- 
wiony od księcia' Jeremiasza Wisniowieckiego 
w Lwowie z garstką wojska, obronił tę stolicę 
Rusi czerwonej przeciw Kozakom i Tatarom. 

Trudy wojenne, zgryzota, smutek, w jaki go 
wprawiał nieład w wojsku i w całym narodzie, 
nareszcie rany i wiek, osłabiły zdrowie jego do 
tego stopnia, że w roku 1650 musiał opuścić sze- 
regi obrońców ojczyzny i szukać spokojnego przy- 
tułku w Gdańsku, gdzie w roku 1656 życia do- 
konał. Zwłoki jego sprowadzone do Leszna i 
złożone w kościele braci czeskich, (w Hollandyi 
bowiem wyznanie helweckie przyjął) spalone 
zostały w pamiętnym owym pożarze Leszna, który 
przeniewierstwo na to miasto ściągnęło. 



Oprócz głównej tej twierdzy, widać tn i ówdzie po- 
mniejsze szańce. IJ góry jest napis: YICTRICEM AC- 
CIPĘ LAUUUM, t. j. odbierz laur zwycięski. U dołn 
napis: HOSfrlS HJSPAN ns) PROFLIGAT(ns) t j 
Hiszpan nieprzyjaciel porażony. 

Strona odwrotna sam tylko napis zawiera : HERO l 
GENERIS NOBIL1TATE ARMORUM ET LITERARUM 
SCIENTIA LONGE PRAESTANT1SSIMO CHRISTO- 
PHforo) AB ARTICHAU ARCISZEWSKI REB(us) IN 
BRASILIA PER TRIENNI<nm)PRUDENTIS(simeJ FOR. 



Digitized by 



Google _ 



102 



Basza Damaszku. 

(Dokończenie.) 

Zasłużywszy tym sposobem na szacunek lndz 
uczciwych, zjednał sobie u gminu powszechną 
miłość, dając huczne bankiety, i ujmując serca 
uboższych szczodrobliwym szalunkiem skarbów 
swego poprzednika. Wspaniałomyślnie obszedł 
się z familią byłego baszy i najznakomitszych 
baszów nowemi obsypał dobrodziejstwy. 

Wtenczas nie tak ciągłą była kommunikacya 
miedzy stolicą a Damaszkiem; a tak nie mało 
upłynęło czasu, nim się sułtan o nadzwyczaj- 
nych w Syryi wydarzonych wypadkach dowie- 
dział. Przez złożonego z urzędu baszę, wykryła 
się prawda. Ten z Damaszku uszedł puszczą 
do Bagdadu. Tu nie mając sposobu do utrzy- 
mania się, przymuszony był najprzód zebrać przy 
meczetach, później poszedł w służbę do paszte- 
tnika, ukrywając starannie swoje imię i dawniej- 
szą dostojność, z obawy, aby go i tu przezna- 
czona nie dosięgła kara. Turek przyzwyczajony 
jest do nagiej zmiany losu ; niespodziewane wy- 
niesienie, równie jak i nagły upadek, z spokoj- 
nym znosi umysłem, tak i biedny basza ulega- 
jąc konieczności i losom swego przeznaczenia, 
kilka miesięcy przepędził w poniżeniu i pracy, 
nie mając odwagi wspomnieć tylko nazwiska 
wielkiego wezyra, swego ojca, lub też wyjść na 



TlS(sime) FELICISS(ime) GESTES SOCIBTAS A ME- 
KICANA SUAE GRATITUDINIS ET 1PSIUS FORT1- 
TUDINIS AC FiDEl HOC MONUMENTUM ESSE 
YOLUIT ANNO A CHR(isto NATO CICI3CXXXVI1; 
t. j. : Rycerzowi wielce znakomitemu szlachetnością rodu, 
znajomością sztuki wojennej i innych nauk, Krysztofowi 
zArciszewa Arciszewskiemu, na pamiątkę dzieł w Bra- 
sylii przez lat trzy z osobliwszą roztropnością, męztwem, 
i szczęściem dokonanych, towarzystwo amerykańskie 
zostawić chciało dowód ten wdzięczności swojej i jego 
męstwa, w roku od narodzenia Chrystusa 1637. 

Medal teu w kraju naszym dość rzadki, znajduje się 
niemal we wszystkich numizmatycznych zbiorach Hol- 
landyi, gdzie go w kilku widzieliśmy miejscach. Po- 
słuchajmy, co Gerhard Loon autor historyi numizmatycz- 
nej Rzeczp. kollenderskiej, o Arciszewskim mówi; po- 
chwała ziomka w dwójnasób jest miłą, kiedy ją z ust 
cudzoziemca słyszymy. 

„Stany zjednoczone zwycięzkiemi widziały wojska 
•woje w lndyach zachodnich pod chwalebnem dowódz- 
twem Korneliusza Krysstofa Arciszewskiego, szlachcica 
polskiego, który na ich czele przez 3 lata w Ameryce 
walczył. Wódz ten pełen nauki i doświadczenia, sądząc, 
ze podbita przez Hollendrów część Brazylii spokojną 
być niemogła, dopókiby zamek Arrayel, na górze nad 
rzeką Dosaffogados położony, w ręku Portugalczyków 
zostawał, obledz go postanowił, pomimo znacznej załogi, 
wyrównywającej niemal wojsku Arciszewskiego. W tym 
celu podstąpił pod twierdzę w nocy, przeszedł przez rzekę 
i 5 szańców wysypać kazał, dla przecięcia wszelkiego 
żywności dowozu. Nieprzyjaciel częste czynił wycieczki. 
Arciszewski, pierwszy zawszę na placu bitwy, w rękę 
raniony został, co go zniewoliło, ze z pobojowiska 
ustąpić i z łóżka oblężeniem kierować musiał.* 4 

W kilka dni po odebranej ranie, gęste wystrzały 
dały poznać wodzowi polskiemu, ii załoga znowu na 
oblęieuców była uderzyła ; Arciszewski schorzały zrywu 



publiczne miejsce z bojaźni, aby nie byt poznany. 
Trafiło się nareszcie, ze jeden urzędmłi dworu 

torty ottomańskiej zobaczył go przy pasztecik- 
ach i poznawszy baszę Damaszku, zawołał: 
„jakto wasza wysokość w tym stanie! wszakzt* 
mówię z baszę Damaszku/ 1 — „Mylisz się, pa- 
nie", odparł przerażony basza z widocznem po- 
mieszaniem, „jestem biedny rzemieślnik, pasztetnik 
z tego miasta." — „Po co to udanie," rzekł dalej 
urzędnik, alboi was nie poznaję; jesteście synem 
wielkiego wezyra, swego miłościwego pana. Ciż- 
by wasz ojciec powiedział, gdyby was ujrzał 
w tym stanie." — „W imię ałły", szepnęi mu 
biedny Eubasza do ucha, „jeżeli byłeś przyjacie- 
lem mego ojca, zaklinam cię/ na drogie jego 
zwłoki, milcz i nie wydatfaj mnie!" — „Zwło- 
ki?" odrzekł zdziwiony urzędnik, „wasz ojciec 
żyje, dopiero wczoraj list od niego odebrałem." 
Dalsza rozmowa wyjaśniła rzecz całą. Ucie- 
szony syn wezyra udał się do mieszkania urzę- 
dnika, aby się najprzód przybrać w szaty go- 
dniejsze jego stanu. Ponieważ się oczywiście 
pokazało, ze to wszystko było naiszkaradnief- 
szem oszukaustwem, postanowili obydwaj nie- 
zwłocznie udać się do Konstantynopola, i u sa- 
mego sułtana szukać sprawiedliwości. Wezy- 
rowi nie mogło się w głowie pomieścić, gdy się 
z ust syna dowiedział o jego przy codzie ; sam 
nawet sułtan wierzyć temu nie chciał, gdy mu 
nieszczęśliwy wygnaniec na uzyskanej audyencyi 
rzecz całą opowiedział. Przyrzekł zapobiedz 
temu nadużyciu i wyprawił natychmiast kapdji 
baszę, to jest officera, do Damaszku, z rozkazem 



się z łózk*, dosiada konia, spieszy do stanowiska, gdzm 
Portugalczykowie nacierali i nicznajduje w tent miejscu 
tylko sześciu ludzi do boju zdatnych. Na glos Arci- 
szewskiego zbierają się rozproszeni żołnierze, a nie- 
przyjaciel ustępuje do twierdzy, która wkrótce się poóV 
dała Hollendrom Tenże los spotkał Portugalczyków 
w zaniku Nazarette, gdzie Piotr Gamba w 300 Indzi do- 
wodził. Tym zposobein zabezpieczył Arciszewski zdo- 
bytą csęrfć Brazylii kompanii indyjskiej, która zawdzię- 
czając mu jego zasługi i chcąc zachować pamiątkę 
waleczności jego, kazała mu w Brazylii wystawić po- 
mnik zwycięzki, herbem portugalskim ozdobiony. 

Później Arciszewski złączył się z Janem Maurycym 
de Nassau, Wielkorządcą Brazylii. Obaj wodzów Jo 
wydali pole wojsku hiszpańskiemu i portugalskiemu 
pod sprawą hrab. Baniola i świetne nad nim otrzymali 
zwycięztwo. Skutkiem i owocem wygranej było zdobyci* 
przez Maurycego twierdzy Parracaon uud rzeką Porto- 
Calvo. Bądźto, ze Arciszewski nieoddawał snrawiedU- 
worfei niechętnemu sobie współzawodnikowi, który ma 
plon jego zwyciętzw odbierał, bądź tez, ze hrabia do 
Nassau sławie mężnego Polaka zazdrościł $ tyle jest 
pewna, ze nieubłagana niechęć wkrótce obu poróżniła 
wodzów. 

Arciszewski popłynął do Hollandyi, w celu uskarża- 
nia się na swego przeciwnika. Kompania zachodni - in- 
dyjska pochwaliła jego postępowanie, nowy mu oddział 
wojska do Brazylii przeznaczony w dowództwo oddało 
i dla większego zasług jego uczczenia, wybić kazała mo- 
dal, na którym fortecę Arryal, obóz Arciszewskiego i 
pomoik zwycięzki, wzniesiony mu dawniej w Brazylii, 
wraz i stosownym napisem wyryto.** 



Digitized by 



Google 



103 



sprowadzenia do Konstantynopola owego {miałka 
i przydał mu czterysta Janczarów. 

Ośmiomiesięczne rzędy Muhameda, były do- 
broczynne dla mieszkańców tćj prowincyi, którzy 
w nim znaleźli prawdziwego ojca. Gdy officer 
sułtana przybył, Muhamed pocałował rozkaz 
cesarskie przycisnął go, na znak zupełnego pod- 
dania się, do czoła, i prosit tylko o kilka go- 
dzin do przygotowania się do tej podróży. W tym 
ozasie zwołał Emirów, powiedział, ze sułtan od- 
wołuje go do stolicy, i czule się z nimi pożegnał* 
Ledwo opuścił miasto, otoczony strażą Jancza- 
rów, gdy Emirowie uradzili, aby podać prośbę 
do sułtana, izby im innego baszy jak Muhameda 
nie dawał; i tę natychmiast wysłali gońcem do 
Konstantynopola; ale ponieważ im się prośba ta, 
po niejakim namyśle, nie dość usilną być zda- 
wała, ułożyli drugie jeszcze pismo, w którym 
wszystkie zasługi Muhameda, położone około dobra 
prowincyi, obszernie wyłuszczyli, dając wyraźnie 
poznać sułtanowi, że innego baszy, jak Muha- 
meda, nie przyjmą. 

Tymczasem Muhamed przybył do Konstan- 
tynopola i był przed sułtana stawiony. Kto je- 
steś? urzędniku, pytał się sułtan. 

Jeden z baszów W. ( J. Mości, odpowiedział Mu- 
hamed z uszanowaniem, ale bez obawy. Kto cię 
zrobił baszą? albo kto podpisał firman twojej 
nominacyi, nędzny oszuście? 

Wasza cesarska mość, odpowiedział śmiało 
Muhamed. 

To już za wiele, krzyknął sułtan, pokaż mi 

S> natychmiast, albo każę cię wbić na pal. 
to jest, odrzekł Muhamed, i wydobył z zanadrza 
kawałek papieru, w którym o\vo szkiełko było 
owinięte. Sułtan pochwycił niecierpliwie skra- 
wek papieru, przypatrzył się pilnie pismu i po- 
znał swoje rękę. Kilka chwil zostawał w za- 
myśleniu, podczas gdy W. wezyr stał na boku, 
pewny bliskiej zemsty, a Muhamed, w nadziei 
uzyskania przebaczenia, zgiął kolano. 

W tej stanowczej chwili nadeszły owe listy 
z Damaszku i zostały jako nadzwyczajnie ważne 
i pilne natychmiast sułtanowi oddane. Sułtan 
przeczytawszy je, po dojrzałym rozmyśle, co czy- 
nić wypada, odezwał się w te słowa i 

Wezyrze! gdybym tego człowieka ukarał, 
zaburzyłbym spokojność mego kraju. Wolę więc 
waszemu synowi dać inną prowincją. Ciebie 
zaś Muhamedzie, uuanuję baszą, ale ' pamiętaj, 
że gdyś przebiegłością przywłaszczył sobie tę 
godność, jedynie tylko dla tego otrzymujesz prze- 
baczenie i potwierdzenie tego tytułu, żeś okazał 
niepospolitą zdatność i dobro serce* Dobrze, że 
tak złe zdanie w gorsze nie wpadło ręce. Idź. 

Muhamed rządził dwadzieścia pięć lat mą- 
drze i szczęśliwie w Damaszku. S. % L. 



| Wjazd do Konstantynopola księcia Kry- 
s/.tofa Zbarawskiego, koniuszego ko- 
ronnego, posła wielkiego oa Rzeczy- 
pospolitej i Zygmunta III. do Porty 
ottomańskiej 1622 roku. 

(Z rękopismu współcsetaego). 

Dawniej u portj ottomańskiej, gdzie od pro- 
stego Janczara aż do Wezyra, wszystko było 
przedajnem, więcej zwykle dokazał poseł wj- 
stawnością, złotem, niż rozumem, przebiegłością 
dyplomatyczną. Z tej przyczyny królowie polscy, 
którzy Dantyszków, Kromerów, Ossolińskich, 
Ronkaliuszów i t. p., do monarchów chrześciań- 
skich wysełali, legacye do Konstantynopola po- 
wierzali raczej ludziom majętnym, hojnym i ko- 
chającym się w przepychu, niż biegłym dyplo- 
matykom. Do tego rzędu posłów polskich do 
dworu porty ottomańskiej należał książę Krysztof 
Zbarawski. Natura nie obdarzyła go bystrym, 
wyższym nad pospolity rozumem; nauka nawet 
nie przyszła w pomoc miernym iego zdolnościom; 
ale za to Zbarawski był panem kukumilionoweęo 
majątku, a hojnością w częstowaniu, uprzejmością 
w obejściu się, ujmował szlachtę. Gdy więc po 
wyprawie chocimskićj, na mocy umowy, rzecz- 
pospolita wielkiego posła do porty wyprawić sie 
obowiązała, książę Zbdrawski uznanym został 
za najzdatniejszego do tćj posługi ; nikt bowiem 
nad niego godniej w oczach Muzułmanów, po- 
wagi Rzeczypospolitej niemógł utrzymać. Poseł* 
stwo wielkie wymagało jak najokazalszego prze- 
pychu ; Rzeczpospolita skołatana już w ówczaa 
tylu przygodami, wycieńczona świeżą wojną, nie 
mogła na nie więcej wyłożyć jak 500000 zł. w go- 
towiznie, a 200000 w upominkach ; książę Zba- 
rawski odłożył wspaniale na ten cel 2000000 złtp. 
z własnej szkatuły. Nic tćż równego przepy- 
chowi posła polskiego Stambuł dawno niewidział, 
Współczesny rękopism tak jego wjazd do Kon- 
stantynopola opisuje: „Naprzód piechoty sześć- 
dziesiąt w barwie czerwonej z muszkietami dłu- 
giemi noremberskiej oprawy, między szeregami 
szła kareta sześcią koni ciągniona, aksamitem 
czerwonym z wierzchu okryta. Potem szło koni 
dwanaście polskich, bardzo cudnych, deki na 
nich były na białych i czerwonych aksamitach 
złotem haftowane, które się aż ziemi tykały; 
masztalerze mieli atlasowe ferezye, żupany takie 
atłasowe. Potem jechało pacholików do półtora 
set, na koniach dobrych, w rzędach oprawnych, 
wszyscy w aksamitnych ferezyjkach, a w dołoma- 
nach atłasowych. Zatćm jechało osób przed 
księciem pięćdziesiąt i siedm, wszyscy w kopie- 
niakach, sobolami a rysiami podszytych, na ko- 
niach bardzo pięknych. Rzędy, kun/cerze i pa- 
łasze, wszystko od kamieni." 

„Potom dwóch baszów jechało przed samym 
książęciem; sam książę miał na sobie ferezyą 
atłasową, błotem haftowaną i dołoman także haf- 
towany, koń polski bardzo cudny, rząd na nim 



Digitized by 



Google _ 



104 



dyamenty sadzony. Kuncen także i palais dya- 
roenty sadzone. Zapona djamenty sadzona i kita 
tak bogata, ze mu za me dla cesarza dawano 
5000 złt. (ówczesnych), tudzież pętlice u tej 

„Potem szło sześć lokajów w atlasiech podle 
konia; potem giermkowie trzej, strojno na ko- 
niach, rzędy od rubinów; jeden niósł szablę, 
drugi znak, trzeci buławę. Zatem jechało pa- 
cholików w barwie do 200; czerwone falendy- 
azo>ve, rzędy białe srebrne, po trojgu, strzelby, 
karabiny w ręku trzymali. Zatem obozny, czło- 
wiek rycerski jechał; za nim Kozaków trzy- 
dzieści. Potem szło piechoty dwieście w barwie, 
między któremi szło stosześćdziesiąt wozów po 
cztery konie; wszystkie czerwonem suknem przy- 
kryte. Potem jechało do trzechset pacholików 
różno zebranych, towarzyskich, także na koniach 
dobrych. Za nimi dopiero wozy i tabor ku- 
piecki !" .— - 

O polskim języku łowieckim i o świecie 
łowieckim. *) 
Łowiectwo należy do najstarozytniejszjch za- 
trudnień człowieka. Najpierwsze pokolenia ludz- 
kie, otoczone dzikiemi zwierzęty, musiały z niemi 
walczyć, to broniąc się od ich napaści, to po- 
trzebując skór i mięsa lub ciał na obiady bogom, 
to podbijając je pod swoje panowanie, to obie- 
rając siedliska w miejscach ich przytułku. Dla 
pierwszych więc ludzi łowiectwo było potrzebą; 
oni-to idąc w codzienne zapasy ze zwierzęty, 
tworząc prawie jedno z niemi towarzystwo, znali 
dokładnie ich istotę i nie tylko je ponazywali, 
ale przymioty ich, ruchy, głosy, w słowach od- 
dali — oni-to są twórcami języka łowieckiego, 
który w owych czasach nie nosił tej oddzielnej 
nazwy i dopiero wtedy ją przybrał, kiedy świat 
łowiecki, przestawszy być sceną powszechnego 
życia ludzkiego, stał sie tylko miejscem zabawy. 
Jak wszystko, co w odległej starożytności po- 
wstało, jak n. p. staroświeckie poezye, tak i 
język łowców był zwierciadłem przyrody, a 
słowa jego wiernem malowidłem przedmiotów. 
Później, gdy ludzie odwykając obcowania z przy- 
rodą, coraz mniej ją pojmowali, jeszcze później, 
gdy nauki przestały, że tak powiem, wyrastać 
z serca narodów, ograniczane ciasnemi prawi- 
dłami pokojowych literatów, straciła przyroda 

*) w yj<Jt c * Prac KŁeMcłiich, *• 1- Wiedeń 1838. 
Tom pierwszy „Prac literackich" wydanych staraniem 
Jósefa hr. Danina- Borkowskiego, jest wieńcem rodzi- 
mych kwiatów, zebrany na ziemi galicyjskiej. Znaj- 
dziesz w nim twory Bielowskiego, Cklibkiewicza, Da- 
nina - Borkowskiego, Alex. Dzierzkowskiego, Fredro, Go- 
szczyńskiego, Maguuszewskiego, Siemieńskiego i K.W. 
Wójcickiego 



w ich mowie banię, głos i życie. W owcza* 
i prawda gubić się zaczęła i człowiek cie- 
mniejszą stawał się zagadką* Pierwszy raz sil: 
swoich aoswiadczyli zapewne ludzie na zwierzu 5 
bohatyrami nazywano tych, którzy wytępiając 
szkodliwe zwierzęta, stawali się użytecznymi 
ludzkości, i w istocie są oni w pierwszych wiekach 
tern, czćm w późniejszych rycerze i wojownicy. 
Takimi byli neroy greckie Herakles, Perseos, 
Bellerofon i inni, takimi w średnich wiekach 
Syfrit i Sankt Jorg, takim był nasz Krakus* 
Dobrze się zasłużyli ludowi; pochwałami ich 
brzmiały biesiady, obcjiodzono na cześć ich 
święta, czyny ich ubrał duch ludu w urocne 
poezyi szaty, w których nam we mgle wieków, 
jak fantastyczne obrazy nadzwyczajnego mę- 
stwa, rzadkiej zręczności i wielkich sił fizycz- 
nych jaśnieją. 

Stawianie od niepamiętnych czasów trudnili 
się łowiectwem, czcili boginią łowów, mieli 
rozmaite bóstwa leśne* W Polsce, według świa- 
dectwa latopisarzy, polowania są bardzo stare* 
Bractwa strzeleckie bywały w Krakowie, War- 
szawie, Poznaniu i we Lwowie* — W szkole 
strzeleckiej, z dawna istniejącej w Krakowie, 
strzelano z łuków, kusz i rusznic do kurka 
(koguta) drewnianego, a kto go zestrzelił, ro- 
biony był na cały rok królem kurkowym i otrzy- 
mywał różne przywileje* Strzelanie, albo jak 
dawniej lepiej mówiono, strzelbę, uważano kun- 
sztem rycerskim, a ćwiczenie się w nim za przy- 
zwoite mężowi* Prawie wszyscy królowie polscy 
lubili łowy, niektórzy większą część czasu na 
nich trwonili, jak August III. I szlachta polska 
lubiła polowanie i używała różnych jego rodzą- 

{'ów, bądź z drapieżnemi ptaki, bądź z psami, 
tądz innych; odbywano je niekiedy z wielką 
wystawą i tu nieraz, jak w wielu innych rze- 
czach, czyniono zbytki ze szkodą własną i kraju* 
Były i niewiasty, podzielające z mężczyznami 
przyjemność polowania. Śród takich okolicz- 
ności dojrzewał język łowiecki polski *), nosi 
on niezaprzeczoną cechę dawności; słowa, któ- 
remi objawił myśli natury, obrazy, w których ja 
zmysłowie przedstawił, czynią go poetyckim. 

(Dalszy ciąg nastąpi.) 



*) Są i inne języki jako : gospodarski, rzemieślniczy, 
rzeznicki, Cisowski, rybacki i t. d, ale pono uboższe 
od łowieckiego. Gdybyśmy wszystkie icb słowa zebrane 
mieli, zb ogaciliśmy nasze mowę a zarazem przekonali 
się, ze nam wiele rzeczy dawno znajomych było, na 
których oznaczenie, dziś* słabszych, a często cudzoziem- 
skich używamy wyrazów. Kwitni nie niektórych roślin 
nazywa się : pszenicy, sypaniem ; hreczki, rzucaniem 
kaszki; kukurndzj, przędzeniem; dziewany, wypatrze- 
niem. Kolano u rzeźników, królewski nos; skrzydła 
wiatraku są rfmigi; mleko zaraz po ocieleniu krowy, 
siara; naczynka, faszerowanie. — Kołbań, miejsce lego- 
wiska sumów, szaranów. 



Nakładem i drukiem Ernesta Gunthera w Lesznie. (Bed. J. Łukasiewicz.) 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 14. 



Lema*, 
dbita 3. Października 1899. 



V 

i 




Hrabina Lotełaee* 



Ada Augusta | hrabina 



kima Lorełace, jest jedy- II o^esonte zostało od ojca, nigdy go aiewidzj«4o 
ujm potomkiem zaweieioie zgasłego pooty wie- w awćzt życiu, lub* fcyło* zawsze w zywrfj niy- 
kn naszego* Byrona. Nieprzyjazny lo» zntsdtił, iii i sercu pełnego poetycznego egnia rodzie*, 
iż « ukochane drieeię, niedługo po urodzeniu, |1 *— iŻnajdriesz w pismach Byrona tkliwe i 

Digitized by VjOOC IC 



106 



wzniosie miejsca, zwrócone do swej kochanej 

Łady Lorelace urodziła się 10. Gruda. 1815.; 
w żyłach jej płynie krew królewska, matka 
bowiem Byrona, Katarzyna Gordon, w prostej 
Unii od Jakóba IL, króla Szkocyi, przez córkę 
jogo, margrabiemu Huntley w zamęście daną, 
pochodziła. Córka Byrona jest pierwsza pięk- 
nością pomiędzy Albionu damami: dnia 8* Lipca 
1835 poszła za mąż za lorda King, przy koro- 
nacyi królowej Wiktoryi na godność hrabiego 
deLoTelace wyniesionego. Podziwiana z wdzię- 
ków swych Ada, została obecnie matką drugiego 
dziecięcia. 



Formalista, czyli czarno na biotem. 

Przysłowie w scenach wystawione. 

(Przez autorkę Powiastek dla dzieci 
z prawdziwych wydarzeń.) 

Gabinet pana Plmnowskieg o. Nm dużym stole, 
przykrytym suknem zielonem, wiele papierów, tek, pu- 
gilaresów. 

P. Planowski i sekretarz. 
P. Planowski (chodząc po pokoju). 
Odczytaj mi waćpan, córa dyktował. 
(Podczas czytania sekretarza, p. Planowski 
ustawia krzesełka, równia książki na pułce, 
poprawia biust na kominku.) 
Sekretarz (czyta). 
„Zapobiegając niedogodnościom , przywiąza- 
nym do miejsca waópana, i nadużyciom, jakich 
„się podwładni jego dopuszczają, a na które prze- 
słałeś nam waćpan na dniu 27. Maja r. b. pod 
„Nrem 349. przełożenie, posełam waópanu in- 
„strukcyę i urządzenia, które wszystkim nie- 
„przyzwoitościom w tym względzie zapobiedz 
„zdołają." 

P. Planowski (zbliżając się do stolika). 
Tak, tak, wszystko powinno byó czarne na 
białćm; bez tego do niczego trafić niemozna. 
{Wchodzi Jan lokaj.) 
Jan (meldując). 
Jegomośó porządnie ubrany prosi Jaśnie pana. • • 

P. Planowski (przerywając). 
Wszak dziś Antoni powinien byó na służbie 
w przedpokoju, dla czegóż ty wchodzisz? 
Jan. 
Antoni zasłabł raptem na krzyże, nie może 
się ruszyć, a ten pan powiada, ze pilny ma in- 
teres. 

P. Planowski. 
Do ciebie to dziś nie należy. Antoni nie oznaj- 
mił rządzcy domu, że zasłabł, a więc powinien 
pełnić słuzbe przedpokojową; ty wróć do swojej 
roboty przy kredensie, a Antoni niech mi zamel- 
duje lego czekającego pana. 

(Jan odchodzi.) 



P. Planowski* 

Ci ludzie są wiecznymi nieprzyjaciółmi po- 
rządku! Mają jednakże ciągle przed oczyma 
wprawny i zawieszony w przedpokoju przepis 
szczegółowy swoich powinności. 

Sekretarz (z nieśmiałością). 

Ale podobno Jan i Antoni czytać nie umieją? 
P. Planowski. 

To nic nie szkodzi ! Jestto niezbędna formuła 
dla wszystkich, jacy byli, są i będą u mnie, 
lokai. Co czarno na białym , raz na zawsze 
zostaje. Podaj mi waćpan te papiery. 

Sekretarz (z uśmiechem i na stronie^. 

Ma je pod swoją ręką, ale ja z urzędu mu- 
szę mu papiery podawać. (Głośno.) Składam 
JW. panu papiery. 

P. Planowski (przerachowawszy arkusze). 

Dobrze! Juz tedy ukończona moja organiza- 
cya. Że tez żaden z moich poprzedników o niej 
niepomyślał! Nie dziw, ze taki był nieład, takie 
nadużycia! Teraz wszystko pójdzie inaczej, bo 
tu (uderzając po papierach) tu wszystko prze- 
widziałem, przepisałem, obostrzyłem, ugrunto- 
wałem ! 

Sekretarz. 

Pozwoli sobie JW. pan powiedzieć, iż wy- 
konanie tych przepisów zależeć będzie od osób 
do tego użytych, a te częstokroć nieodpowiadają 
życzeniom. Prócz organizacyi potrzebaby jeszcze ... 
P. Planowski. 

To najważniejsze! na tym grunt cały! Skoro 
są przepisane pewne formy, prawidła, fctóremi 
rzeczy przechodzić mają, jest juz do czego się 
odwołać, na czem się oprzeć, czemu zaufać. 
Tak, tak, to jedno stanowi cały bieg, cały po- 
rządek spraw naszych. Niech tylko będzie we 
wszystkiem czarno na białim, to dosyć, więcej 
niepotrzeba ; reszta sama z siebie przyjdzie. 
(Przybywa Antoni, prowadzony przez Jana*) 
Antoni. 

Jakiś jegomość. •••• ach moje krzyże! moje 
krzyże ! czeka ... i bardzo prosi • . • ach juz nie- 
ustoję z przeproszeniem Jaśnie pana. 
P. Planowski. 

Oznajmić rządcy domu, zęby zmienił dzisiej- 
sza kolej służby, a wtedy Antoni uda się do 
doktora, wprzódy jednakże niech powie czeka- 
jącemu , iż wejść może. (Do sekretarza , gdy 
lokaje odchodzą:)* Złożysz waćpan, com dykto- 
wał, spiesznie w expedycyi. Proszę tylko ostrzedz 
kancelistę, aby przepisując, odstępy wiersz od 
wiersza czynił równiejsze. W instrukcyi, jaką 
dla kancelaryi wydałem, nic sie podobno o trfm 
nie wspomniało; mam tez już kilka myśli uży- 
tecznych, jakkolwiek na pozór może mniej zna- 
czących; które w nowej organizacyi koniecznie 
wypadnie rozwinąć. Możesz waćpan odejść. 

(Sekretarz odchodzi, suplikant przybywa.) 
Suplikami (kłaniając się nisko). 

Ufny w łaskawości JW. pana, odważam się 
trudno go moim interesem; oto w tej nocie.... 

Digitized by L^OOClĆ 



107 



P. Planowski, 
Noty w biórze tylko przyjmuję. 

Supliiant. 
Ja właśnie ośmielam aię Maga* JW. pana, 
aby tacayl u siebie przejrzeć te notę. Interes 
ten byl joi w ministerynm, ale niechętnym mi 
osobom powierzony, tak idzie opieszale, iz oo 
roku odpowiedzi doczekać aię niemege. Podaje 
na nowo prośbę, w krótkości rzecz wyjaśniam, 
_. a ponieważ ma ona pójść do referatu J W. pana, 
* sam przez siebie, a nie przez swoich podwła- 
dnych, o tym interesie objaśnić się raczył, i na 
jutrzejsza sessyą, jeżeli można, wprowadzić ze- 
chciał. (Rozkłada prośbę i z nieśmiałością po- 
daje ją panu Planowskiemu.) 

p, , Planowski (rzuciwszy wzrokiem 
na papier). 
Co widzę!' Podaj waćpan. 

Supliiant (z radością). 
O łaskawy panie! 
P. Planowski (napisawszy cos na prośbie). 
Poprawiłem ważne uchybienie. 

SupłikanU 
Niech Bóg stokrotnie JW. panu nagrodzi. 
P. Planowski (zwraca prośbę, meczy- 
tawszy jej dalej). 
Że też nigdy niemożecie się nauczyć, iz to, 
co jest czarne na białłm, powinno być grunto- 
wnie wyrażone, z wszelką formalnością napisane. 
Jak można było nie położyć kreski pod nume- 
rem!! Jestto abyteczną powolnością z mej strony, 
iż sam sprostowałem to ważne uchybienie wać- 
pana! W biórze nie przyjąłbym prośby z taką 
omyłką, z takiem zaniedbaniem napisanej. Te- 
raz możesz ją waćpan bezpieczni.- wręczy* : ąe- 
kretarzowi wydziału, ten zrobi z mej wyciąg i 
przełoży naczelnikowi bićra, a ja, gdy przyjdzie 
kolej na ten interes, wniosą go na sessyą i 
pierać bede, ile rzecz ta dozwoli. 
r Aplikant. 

Wiec JW. pan nie raczy sam odczytać l 
P. Planowski. , 

Urząd mój niedozwala mi od form przyjętych 
odstępować, ale skoro rzecz ta jest juz czarno 
na ŁAs to najważniejsza; --J«J*J 
być zupełnie spokojnym, czekać tylko «•>#""• 
w y ypa«a- Zegnam waćpana, do. .baczenia w biórze. 
Jr Suplikanł (odchodząc). 

Niech mię Bóg uchowa od tego £»*■£• 
Wolę wprost udać się do samego ministra. Ten 

P "1 P .1.Cwikr;iada w fotelu, otwiera*.* 

pugilares i wyjmuje zapisane papiery.) 

Dziś tedv na sessYi przeczytam moją ogólną 



po- 



edy na sessyi przeczytam ^ <*•"» 
organizacyąf Byle tylko cho.a» JĆJ AAjł. 
Zbyt lekko u naa te rzeczy uważają T«*fc» 



Trzeba 
w każdej czynności, pewny tryb, pe- 
wne lormy zaprowadzić. Wymyłem przeto j* 
*no i dokładnie każdemu człenkewi, każdemu 
Moraliście, uajnuriejszemu k-^2^ JJ 
znych, posługaczy i stróżów, wk obowiązki, ilość 



dni i godzin pracy i służby. Obostrzyłem po- 
trzebne rekwizyta przy stolikach do pisania* 
Przepisałem ich kształt, wysoko- i długość. 
Matematycznie wymierzyłem ilość piasku i atra- 
mentu (zacierając sobie ręce z radością). O te- 
raz to, teraz dopiero wszystko pójdzie jak z płatka! 
(Słychać pukanie do drzwi i zapytanie: 
czy można?) 

P. Planowski. 
To moja zona* Poznaję po głosie, ale na cos 
kilka razy puka, kiedy dla niej jedno stuknię- 
cie jest przepisane. (Wznosi głos :) A 1 1 e n d e z ! 
(Do siebie:) Muszę ją ukarać, mech czeka. 

(Pani Planowska za drzwiami stuka 
po kilka razy.) 

P. Planowski. 
Któż tak natrętny! Proszę czekać, nie można! 

Pani Planowska (za drzwiami). 
Ale to ja, czy mię niepoznajeaz? 

P. Planowski. 
Ach któżby cię mógł poznać! Wszak powin- 
naś raz tylko stuknąć. Entrez! Entrez! 
Pani Planowska (wchodząc). 
Jakżeś nudny z twemi formalnościami! Nie 
dość, że do ciebie wejść nie mogę bez pozwole- 
nia, mam jeszcze pamiętać o ilości stuknień do 
drzwi twoich. Wierz mi, że nie każda żona 
zgodziłaby się na podobny układ! A przy tein 
zapomniałam o wszystkich twoich poleceniach, 
spotkawszy na schodach jakiegoś bardzo zasmu- 
conego suplikanta z prośba w ręku. Czyś nie- 
mógł nic dla niego uczynić, że wyszedł od cie- 
bie niepocieszony? 

P. Planowski. 
I owszem, zająłem się gorliwie jego intere- 
sem, gdyż wskazałem mu drogę, którą przecho- 
dzić powinien. Obowiązek mój nie pozwala nu 
od pewnych form odstępować. 

Pani Planowska. 
Niech cię to nieuraża, co ci powiem, ale do- 
strzegłam, że zbyteczne przywiązywanie wagi 
do formalności, paraliżuje nieraz szlachetne po- 
ruszenia twej duszy, i często sercu swemu me- 
dogadzasz dla tego jedynie, aby drobiazgowym 
przepisom nieuchybić! 

P. Planowski. 
A twoje serce, moja dobra przyjaciółko, nie 
dozwala ci zrozumieć, jak wielce jest ważne 
zachowywanie raz przyjętych przepisów, i jak 
jedno ich uchybienie wiele złego za sobą po- 
ciągnąć może. Wiedzieli o tern dobrze łacinm- 
cy, gdy mówili: littera docet, litłera nocet. 



(Daltsy ciąg naitąpi.) 



14 



Digitized by 



Google 



108 




Kołaczyce. 



W jednaj z najżyzniejszych okolic obwodu 
jasielskiego, który chlubne ogrodu galicyjskiego 
nosi nazwisko, wśród pięknych włości JYawśia, 
Bieżdziedzy, Bieździatki, Brzysk i Ujazdu, 
nad spław ną niegdyś rzeka Wisłoki}, otoczone 
piętrzącemi się do koła córy: Łiwocza, Klu- 
czowy i Zamkowej, o nule od miasta obwodo- 
wego Jasła z południowej, i o tyleż niemal 
z północnej strony od miasteczka Brzostku od- 
ległe, — w przyjemnej nader dolinie, na trakcie 
kommunikacyjnym z Pilzna do Dukli, leży mia- 
steczko Kołaczyce , którego obraz w krótkości 
-przedstawić umyśliłem. 

Nie wielkie to miasteczko, liczące domów 
<27S. i dusz oąółem 1632. , ma kościół para- 
fialny, dawnościa swoje średnich siekający wie- 
ków, założony przez opatów tynieckich zakonu 
Ś. Benedykta w roku 1339*, będących niegdyś 
właścicielami miasteczka. Ma szkolę trywialną 
o trzech normalnych Massach, dwa uprzywile- 
jowane cechy, posiada prawo utrzymywania co- 
rocznie 12 jarmarków, za przywilejem Zyg- 
munta h z roku 1546., prawo propinowania , i 
własną magistraturę. Od czasu pogorzenia 
w roku 1598., poświadczają akta urzędowe, iż 
od dawna, na wzór innych miast municypalnych, 
magdeburgskićm rządziło się prawem , i wyko- 
nywało prawo miecza. Na dowód czego, przy- 
wodzę tu dosłownie dekret pod dniem 18. Kwiet. 
1761. roku, przez* magistrat miejski ówczesny 



za zbrodnię zabójstwa wydany, którego treść 
następująca: „My pawo miejskie kołaczyckie, 
z sławetnemi, urzędem, oechmistrzami, wyrozu- 
miawszy z obydwóch stron tak skargi sław. 
wdowy Ślęzakiewiczewy , jako i odpowiedzi 
Tomasza Mrzygłoda, i świadków poprzysiężo- 
nych, a ponieważ stał się kazus niepraktyko*- 
wany w święta zmartwychwstania Pańskiego 
w wieczór, jako Tomasz Mrzygłód naszedł dom 
nieboszczyka ś. pamięci sław. Józefa Ślęzakie- 
wicza z orężem, to jest z wiosłem, chcąc po- 
wetować i oddać za pobicie i uszczerbek swój, 
uderzył tylko raz wiosłem w głowę , i mowa 
zamkniona była do śmierci; od którego ude- 
rzenia w głowie rana przecięta do mózgu, jako 
obdukcja świadczy, który tylko żył trzy dni; 
nazajutrz ogłaszając na czterech rogach w mia- 
steczku naszem zabitego nieboszczyka świętej 
pamięci, stanął dekret w prawie naszem za wy- 
stępek nieprakty kowany, zabicie nieboszczyka 
z lnkwizycyj wyprowadzonych, aby Tomasz 
Mrzygłód był mieczem ścięty. Wyprowadzony 
przed ratusz na rynek przez mistrza, po prze* 
czytanym dekrecie, ^ uprosiły strony do dnia 
pierwszego na kombinacją do ugody, gdzie na- 
zajutrz zgodzili sławetną Józefowa alezakie- 
wiczową, jako się w kombinacyi opisali, i upro- 
siły strony z daru ducha świętego od kary z de- 
kretu, prawa stawionego; a Tomasz Mrzygłód 
przez sławetnych ludzi godnej wiary, obliguje 



Digitized by 



Google 



109 



zadosyć uczynić sławetnej' wdowie Ślęzafcie- 
wiczowy w grzywnach trzechset dwunastu i pól, 
w naznaczonym terminie. Ponieważ zaś, kiedy 
Tomasz Mrzycłód śmiercią nie ginął, ale na 
ciele publicznie na rynku w czterech rogach 
miał być karany, za instancyą W. JMciów 
panów stanu szlacheckiego, i ichmosciów księży 
duchownych, i różnej kondycji, wolnym zostaje. 
Jednak my na powtóre zasiedliśmy na ratusz, 
z uwagi naszej nakazujemy dekretem naszym, 
więzienia na ratuszu miejskim, aby Tomasz 
jtfrzygłód zasiadł, i wyterminował niedziel cztery, 
i od jutrzejszej niedzieli ma stać w kapie zkru- 
tyfaem przed wielkim ołtarzem na mszy ś. 
pierwszej, niedziel siedem, to jest w każdą 
niedzielę. W drogę powinien iść na święte 
miejsca, do Częstochowy Matki boskiej Jasnej 
góry i na Kalwarya, o proszonym chlebie, pro- 
sić majestat boski, błagać o odpuszczenie grze- 
chów swoich, i nieboszczyka s. pamięci, aby 
P. Bóg obraniał każdego człowieka od takiego 
kazusu. Z miejsc świętych testymonkm aby 
miał dla wiary, w domu staw. Ślęzakiewiczową 
wdowę z cała familia rodu tego, powinien prze- 
prosić, i pamiętać polu żyć będzie, wczemkol- 
wiek nagradzać, prawo kontentować, z zejścia 
z ratusza przeprosić sławetnych, prawo, urząd, 
cechmistrzów. Wadium zas takowe zakładamy 
między temi stronami z obydwóch stron , tak 
sław. wdową Ślęzakiewiczową, jak i Toma- 
szem Mrzygłodem, żeby się miały strony z nich 
lub dzieci chełpić z tego niepraktykowanego 
kazusu, lub z mieszczanów i ktokolwiek, tako- 
wy popadnie wiezienia miesiąc, i dworskich 
grzywien 30. nieodpustnych." Lecz dzięki te- 
raźniejszemu oświeceniu ? że kraj ten już od 
podobnych sadów uwolniony! — 

Od lat kilku ludność i zamożność miasteczka tego 
znacznie wzrosły. Mieszkańcy jego, po najwięk- 
szej części garncarze i tkacze, zabiegliwi sąi 
pilni tak dalece, iż trafia się nieraz, że w dniu 
jednym razem mąż, żona i dzieci, każde winną 
stronę , rozchodzą się z wyrobami swemi do 
sąsiednich miasteczek na targi, zostawujcc dom 
cały pusty własnemu losowi. Jest tu i kilku 
jeszcze innych zdatnych rzemieślników,^ jako 
pozostałe szczątki po upadłej, kosztownej nie- 
gdyś fabryce nankinów, do której ich dziedzice 
Nawśia z odległych sprowadzili krajów. Sła- 
wne tutejsze naczynia garnczarskie, spuszczano 
przed laty na galerach do Warszawy i Gdań- 
ska, zkąd znowu mężowie dla swych żon 
{przywozili złote czapki, i wielkie w srebro okute 
rancuzkie korale, których zabytki podziśdzień 
jeszcze, tu i ówdzie widać. Ubiór starodawny 
płci obojga, utrzymuje się tu jeszcze. Męż- 
czyzna, w dni uroczyste^ stroi się w długą su- 
kienną granatową, tałdzistą kapotę, pas jed- 
wabny kolorowy, i wysoką z siwego barana, 
z wstążkami na boku, czapkę. Strój kobiet, 
jest materyalna czapka w złote kwiaty, gdzie- 




niegdzie nasadzana perełkami, lub droższemi 
kamieńmi; jupka takaż, podbita lisami lub fil- 
trem białem, fałdzista w kwiaty spódnica, i 
czerwone albo żółte na korkach trzewiki. Młod- 
sze mężatki stosują się już do ubioru teraźniej- 
szego miast większych. Dziewczęta noszą dłu- 
gie sploty włosów j z rozpuszczonemi na plecy 
wstążkami, kaftaniki białe, lub kolorowe gor- 
sety, z wywiniętą na nie około szyi suto ob* 
szlarkowaną koszulą, białe perkalowe krótkie 
spódnice i fartuszki,' i różno -farbne trzewiki. 
Mowa gminna jest dyalektu mazowieckiego. 

ska, z czasów jeszcze, jak się z<łaje, Kazimierza 
Wielkiego. Trudno dociec, kto był i na jaki 
koniec założycielem jego; a wieść gminna głosi 
tylko : że byi spółczesnym również dziś w zwa-* 
liskach swych tylko lezącego, o mil trzy ztąd 
odległego zamku nad Odrzykomem; że były 
obydwa niegdyś obronne i wspaniałe, ezego 
dowodem są jeszcze owe odrzykońskie, siłą czasu 
nie tyle spożyte ruiny;*) że przez dwóch rodzo* 
nych braci są wystawione, i że znajdować się 
mają podziemne kanały, obydwa te zamki łą- 
czące z sobą. Jak dalece powieść ta zgadza 
się z prawda, zostawiam to ciekawszym do do- 
chodzenia; ja tu tylko napomknę jeszcze o za- 
łożonych przez zmarłego właściciela Nawśia 
W. Achillesa Johannotta, pełnych wdzięku prze- 
chadzkach po tej górze, wraz z domkiem porzą- 
dnym dla rozrywki, teraz już w zaniedbaniu bę- 
dących; niemniej o źródle mineralnem (siarcza- 
nem) pod tąż górą w stronie wschodniej wy- 
tryskującem, dokąd z przyległego Jasła i okolic 
liczni co lato uczęszczają goście: i kończę ten 
obraz wyjątkiem na pochwałę tych miejsc przez 
kogoś na drzwiach owego domku zabawy w le- 
sie, ołówkiem nakreślonych wierszy: 

„Ti# melancholii umysł rozerwać ponury, 
Tu się schodzi wesołe okoliczne grono, 
Słodkie zlewać uczucia na przyjaźni łono; 
Tu i amorek czasem z lotnemi cięciwy 
Zagląda^ by gdzie utkwił pocisk swój doU 

kii wy; 
I zmordowana w myślach nieraz wieszcza 

sztuka, 
Dla swojej wyobraźni tu żywiołu szuka li i t. d. 



O polskim języku łowieckim i o świecie 
łowieckim. 

( Ciąg daltiy. ) 

Wiele zapewne słów zatrzymał jeszcze 
z czasów pogańskich, inne ustąpiły miejsca póź- 
niejszym, inne znowu weszły, bogacąc tylko 
język, wielo może zaginęło, wiek dotjd nie 
zebranych, błądzi po ustach starych myśliwych. 

*) Zob.P. L. rok VI. Tom I. Nr. 7. itr. «. 



Digitized by 



Google 



110 



Dziś Iowy rzadsze, język łowiecki widocznie 
zaumiera, bo młodzi myśliwi często z języka 
swego ledwie kilka słów umieją; dawniej taka 
obojętność była naganną i karana, i nieraz modny 
paniczek wszedłszy w świat łowiecki, dostał 
sforami na zwierzu, albo okupić' się musiał za 
nieumienie języka łowców , ^ albo za spudło- 
wanie (chybienie) niedźwiedzia lub dzika, z któ- 
rćmisię potykając ojcowie jego, drwili z tatar- 
skiego tańca i żadnej kuli nie puszczali darmo 
na wroga. Niektóre obce narody mają podobne 
języki. Język niemiecki-łowiecki, acz piękny, 
nie wyrównywa naszemu. Przystępujemy te- 
raz do części składowych polskiego języka ło- 
wieckiego; może nie wszyscy uczuja, jakbyśmy 
radzi, całą piękność mowy myśliwy cli przodków 
naszych, płeć piękna szczególniej, mimoto jed- 
nak pisaliśmy w przekonaniu, że i rzecz naj- 
drobniejsza, na ziemi ojczystej powstała, obo- 
jętną być nie może i być nie powinna. 

Są różne rodzaje polowania, jako: obława, 
czaty, podsłuchy it.d. Polowanie nazywa 
się polem. Czarne pole jest polowanie na 
dziki; szklanne, wodne, legawe pole, 
albo brodzenie, polowanie na lotną wodną 
zwierzynę. Dodniówką nazywa się zaranie 
i polowanie w zaranie, najpowszechniej uży- 
wane na lisa; wieczorka, polowanie wie- 
czorne. Ostrepole, ziemia grudowata ; m ó - 
wiące, widne pole, ziemia, na której znać 
ślady; ślepe pole, gdzie ich nie znać; sro- 
ka te, mieszane pole, ziemia gdzieniegdzie 
sniegem pokryta; dzikie pole, pustynia. Wy- 
soki las, jest las z drzew wielkich; niskim 
lasem, są krzaki; knieja podszyta, t. j. 
krzewiną zarosła; p on o w a, ranny trop zwierza 
na śniegu; hasłem, jest trąbienie. Czarną 
zwierzyną nazywają się dziki; płową, je- 
lenie; lotną, ptaki. Pole zakładać, znaczy 
polowanie zaczynać. Zwierzęta są m i e j s c o w e 
albo domowe, albo przechodnie. ^ 

Pies, istota zadziwiającej pojętności, stróż 
człowieka, przyjaciel dzielący z nim stale wszy- 
stkie losu koleje, towarzyszy mu i na świecie 
łowieckim; tu on rozwija różne swoje przy- 
mioty, tu prawie każdy ruch jego ciała, każdy 
odcień ducha, znajduje nazwę i nieśmiertelność 
w słowie: tu mu się człowiek moralnie naj- 
więcej odwdzięcza. JRóżne ma nazwy, to ga- 
tunkowe, jako: brytan, kondel, ogar, chart, 
gończy, wyżeł, jamnik, pijawka; to przymio- 
tów e, jako: mistrz, bardzo zręczny ; bałamut, 
goniący lada co głosem; bydiarz, porywający 
iłię do bydła; zapaśnik, łgarz, i t. p., to 
według kształtu, barwy, głosu, albo usług, ja- 
kie pełni, np. śpilka, pałaBz, cygan, pła- 
czek, gęśla, duda, uodsokoh, postrze- 
mienny. Głowa jego, jest twarzą; pysk trą- 
bą; zęby u charta, szpilki; ogon, kitą; 
czuchj albo pach, albo wiatr, powonieniem; 
przymioty, cnotą; odzywanie się goniąc, gra- 



niem; lata, polem. — Pies spąchiwa, to 
jest poczuwa zwierza; rusza, wypędza; goni 
po zwierzu, po tropie, albo na oko., kiedy 
gra postrzegłszy tylko; zławia, odzywa się, 
nie widząc zwierzyny; zaciera, gubi ślad; 
unosi się, za ślad wybiega; wiatrem goni, 
tylko za wyziewem zwierzęcia w powietrzu roz- 
lanym; trzyma, długo toni; ucina, przestaje 
Eonić; zalewa się, pysk w rosie macza; dłu- 
bie, żle goni; zbija, jeden drugiego przega- 
nia; wyrzuca, wyprzedza inne; na przełaj 
idzie, zachodzi drogę zwierzynie; bucha, 
w śnieg zapada; kopnął się, wyskoczył 
z śniegu lub jamy; pudło (mydło) wozi, 
z tyłu zostaje; dociera, dogania; pracuje, 
albo już dopracował się, dogonił. Wyżeł 
waruje, bobruje, na brzuchu się kładzie; 
dzwoni, ogonem macha; mamlą, ino oszcze- 
kuje zwierzynę; znosi przynosi zwody. Psy 
się^ odzywają różnemi głosy na rozmaitego 
zwierza, to grubszym, to cieńszym, altem, 
basem, dyskantem, drżąco, rzewnie, 
zapalczywie, albo cukrują, t. j. głosem 
przyjemnym; na lisa żarliwiej grają jak na za- 
jąca, za pierwszym pospolicie sznurem, t. j. 
linją prostą, za drugim Krzywą gonią. Charty 
się smyczą; gończe sforują; kondle drąż- 
kują. Zgraja, łaja, jest psów gromada; 
luzem idą, kiedy nie powiązane. Pancerz, 

{'est ubiór na piersi, zabezpieczający je od dzi- 
a; pierścień, naszyjnik, kolczata obroża. 
Wprawa, nauka psom dawana. Odprawą 
są skoki zajęcze , chleb w kostki krajany, lub 
inny pokarm , dawany psom po uszczuciu zwie- 
rzyny; nawara, pokarm zwyczajny robiony 
z mąki owsianej, z dodaniem chleba, nóżek ba- 
ranich lub mięsa. Uważać należy, aby psy re- 
gularnie jeść dostawały i czystą wodę miały i 
najochędóżniej były utrzymywane. Pies w ko- 
szyku leży, kiedy w kółko zwinięty wypo- 
czywa; dobry i zdrowy pies w gorącu rozcią- 
gnięty, a w chłodzie w koszyku leży. Kotłowy, 
jest dozorca psów i wprawiający je. Suka po 
zapłodnieniu przez trzy tygodnie używaną być 
może ; z młodemi bardzo ostrożnie postępować 
należy, aby nie zrazić, nie osłabić, a zawsze 
z dobremi psami układać. Psy miewają roz- 
maite choroby, jako : f e b r ę ; s k w i n a n c j ę, za- 
palenie gardła; spiec, gatunek kurczu z za- 
ziębienia, na który spirytusy rozgrzewające po- 
magają; podbicie, na które kąpiel ciepła 
pomocna; parchy, dobra na nie woda, z liści 
orzecha włoskiego wygotowana, lub maść siar- 
czana; weszkę, którą wycierają prochem 
strzelniczym; rany, z których się zwykle same 
wylizują, i ztąd nasz sposób mówienia : wylizał 
się; wy tęcz, wykrzywienie nóg; wściekli- 
zna, krwotok, kaszel, robaki, nosa- 
ci zna; — lecz nie tu miejsoe obszerniej się nad 
tern rozwodzić. 

Zając najpowszechniej zwany kotem,' 



Digitized by 



Google 



111 



i inne nazwy, jako od ubarwienia; bielak, 
szarak; od pory roku: marczak, wrześ- 
niak, przytem ślepak, wy trzeszczak, 
śpioch, skotak, korpal, koszlon, wacho 
(może od niemieckiego wachen). G a eh e m jest 
w porze miłostek. Oczy jego są wytrzesz- 
cze; uszy, słuchy; zęby, strugi; wąsy, 
strzyże; nogi, skoki; ogon, kosmyk, ós- 
my k; okryty, kożuchem, a na Rusi smuż- 
ki em. Tłuszcz jego jest skromem; sierść, 
turzyca; miejsce legowiska, kotlina; miejsce 
zabaw *w nocach miesięcznych i zabawy same, 
kołem; wrzeszczy, kniazi, a w czasie 
miłostek muska. W biegu swoim kluczy, 
albo robi klucze, t.j. miesza tropy; susa, 

Krzesadza rowy; chyca, wyskakuje; łamie, 
ałamuci charty; robi susy; stawia słup- 
ki; majaczy; krąży w około; przycupa, 
przjpada do ziemi , albo w krzak ; kołkuje, 
staje w miejscu i słucha; wysworowywa się, 
wychodzi na miejsce, gdzie łatwiejsza ucieczka ; 
ćmij bardzo daleko się pokazuje; miga, po- 
każe się ^ i znika ; s z u s t a , zapada w śnieg ; 
modli się, kiedy otoczony chartami; ki ca, bieży 
powoli; kipi albo kładzie się po sobie, 
zmyka w całym pędzie; prosi się, kiedy pod 
wsie w zimie podchodzi, a polowanie wtedy: 
na proszonego; łapy liże, uciekł. Jest 
albo żakiem, niezręcznym, albo graczem* 
Ślad jego dobrze oznaczony jest ścieżką, a 
miejsce, kędy przemyka, przesmykiem. Ogro- 
dowizne strzyże, Wystrzyga, psuje. 

Lis jest psem; zakradający się do kurni- 
ków, kurnikiem; wychodzący zawsze o świcie, 
zorzanem; pysk jego,- nosem; ogon, kitą, 
albo łopatą; nogi, stawki; dynduje, t.j. 
biega; myszkuje, poluje na myszy; składa 
psy, zwodzi; choica się, zbliża ukradkiem; 
znika, w jamę się kryje. 

Jeleń jest bykiem albo rogalem; oczy 
jego, świece; uszy, łyżki; nogi, badyle; 
rogi mu nie odrastają, ale wieniec wkłada 
i przyozdabia gałęziami, perłami, różą, 
pierścieniem, mchem, które są częściami 
wieńca; roguje, bije rogami. Sarna jest ko- 
zą; samiec sarny, samiec albo cap; u niej 
ogonem, kwiatek; nogami, cewki; na tyle 
ma serwetkę albo chusteczkę, t.j. znak 
biały; bieg jej drżeniem albo podrzeniem. 

Wilk jest basiur albo dziki pies, albo 
z łacińskiego lupus; porywający się do 



*) Wtebe ocaytsese, kabaacaytacae. 
Wtebe fattytaese, kadełpscie ; a ciebie detyska, Iw- 
gaóczysk*; m ciebie ogonuko, kadaieliako. Z pieśni 
gminnej ruskiej, w której wmawiając kosa a wilkiem, 
lak aia pnymawia. ' 



caniem; ogon, polanem, wiechą, kądzie- 
lą; głos, wyciem albo trąbieniem; skrada 
się, podchodzi pod bydło; wynosi, zajada; cu- 

Eie, obces się rzuca; zaświeca, w nocy po- 
azuje si^; korowodzi, gromadnie chodzi; 
zaumiera, zaczaja się postrzelony; bębni, 
po strzale zaraz pada. 

Dzik jestodyńcem; roczniak pojedyn- 
kiem; młody warchlakiem; samica lochą 
lub s amura; inaczej zwany błociarzem) 
smolakiem, i t. p., według miejsca lub za- 
trudnienia; ryjak jego gwizdem; ma pióra 
zamiast szczeciny; szablę zamiast kła, którą 
obcina, kaleczy, a myśliwy ostrożnym być po- 
winien, kiedy idzie na dym, t.j. po wystrzale 
na strzelca. Odzywa się gwizdaniem, gru- 
chaniem, kwikaniem, grzechotaniem, 
szumem albo krzykaniem. Buchta, miejsce 
poryte przez dzika; miejsce przechodu, droga. 
^ Niedźwiedź, jest włoch acz albo miś, lub 
misio; miód wykradający, bartnik; młody 
niedźwiedź, piastun; tapa jego, plackiem 
albo łopatą; włos, kudłami; chód, telepa- 
niem, łazem; głos, rykiem, porykiem, 
hukiem, mową; miejsce legowiska, domem 
albo złomem; wodzi za pasy, boryka się; 
stawia drabinę, spina się na przednich ła- 

5 ach; wichrzy, strzela, miota kamienie, 
rzewo; pieści albo ścieka, dusi; zamiata, 
do koła się broni. 

Borsuk jest norem albo jażwcem; suseł, 
świszczkiem; łasica, strzałą, a jej miesz- 
kanie dupłem. Na żubra czole skóra wło- 
sem okryta, jest wirem, a grzywa jego ką- 
dzielą. Bobra ogon, kielnią; tłuszcz stro- 
jem; głos kwileniem lub świstaniem, 
miejsce osady, żeremiem. 

Krew zwierząt jest barwą (farbą); dzika 
p os oką; niedźwiedzia jucha. Ubarwienie 
w ogólności zwierząt i ptaków, nazywa się s u- 
knią; ziobra, piórami, wnętrzności, patro- 
chami; grzbiet, combrem; nok, połciem; 
węch, wiatrem; stado, chmura. — Wielki 
zowie się mocny; piękny, dobry; chudy, 
cienki; postrzelony, chory; debrze się bro- 
niący, cięty. Zając tłusty jest skromny; je- 
leń, kraśny; dzik, sadlisty. O ptakach mó- 
wi się, że są oblane albo żerne, co niektórzy 
i do zwierząt stosują; kuropatwa, pyszna 
albo piczna; gęś zażywna, sytna. Śla- 
dem zwierząt jest trop, ślak, sznur albo 
pęd. MieJ8ceichprzebywaniakoczowiskiem, 
żerowiskiem, leżą. 

Przechodzimy do lotnej zwierzyny. Ptaki 
sa albo miejscowe, albo przelotne, t.j. 
odlatujące na zimę, albo tułające się, jak 
wrony, kawki; inne zimowe, jak śnieguły. 
Niektóre ptaki mają różne aazwy, bądź gatun- 
kowe, bądź przymiotowe; dzikie Kaczki sa: 
krzyżówki, cyranki, podgorzałki, pod- 
lotki, łyski, kozy, nurki; noga dzikiej 

Digitized by VjOOQl£ 



119 



■ 










Świątynia indyjska w (hyssie. 



kaczki jest wiosłem , połyskujące na skrzy- 
dłach pióra, zwierciadłem. Bekas jest: du- 
belt, krzyk, baranek, słomka, kulik, 
kuliczek, samotnik i t. d. Drozd: pasz- 
kot, kwiczoł, kos, zawojec, średniak. 

(Ciąg dalssy Battąpi.) 



Świątyuia indyjska w Oryssie. 

Dziwne mają wyobrażenia o Bogu wschodnie 
narody. Chińczyk czci go w swoim Fo\ Japoń- 
czyk mianuje go Budno; Tybetańczyk bije czo- 
łem przed swoim Budda i La. Cdi znaczą 
owe różnokształtne postaci , z głowami lwów, 
słoni, i świń, podobne resztą ciała do ryb lub 
morskich potworów. Sąto bogowie ludów in- 
dyjskich, szukających Boga w zwierzętach, a 
dusz rodziców swych wobrzydliwem robactwie; 
im wystawiają dziwne, ogromne przybytki, gdzie 
się tysiące ludzi zbiegają, na głos Braminów, 
aby w obrzędach, na które serce Europejczyka 
się wzdryga, oddać chwalę bożyszczu, utrzy- 
mującemu lub niszczącemu wszystko. Obeznany 
z tajemnicami wiary, sobie tylko wiadomej, pro- 
wadzi pielgrzymów corocznie tłum Braminów 9 
obszedłszy krainy wszystkie Indyi, do jednej 
z największych i najstarożytiriejszych świątyń, 
prawdziwego arcydzieła : sztuki, na święto wiel- 



kiego Wischnu, obchodzone w środku Czerwca. 
Za zbliżeniem się pobożnego ludu, wyprowa- 
dzają kapłani z wnętrza świątyni posąg boży- 
szcza, na wielkim wozie 60 stóp wysokim , cią- 
gnionym przez dwudziestu słoniów, umyślnie 
na to utrzymywanych, wśród przeraźliwego 
okrzyku przybywających i huku trąb i kotłów. 
Za złożoną pewną opłatą, wolno ci wtedy wstą- 
pić do wnętrza świątyni i ogrom jej podziwiać. 
Łatwo wystawisz sobie j<j wielkość, gdy się 
przekonasz, że 3000 braminów , 400 służalców 
i 1200 dziewic śpiewających i tańczących pod- 
czas nabożeństwa, w jej murach mieszka. Wiel- 
kie święto obchodzone z największym przepy- 
chem w Oryssie trwa dni ośm ; liczono przyby- 
wających na nie nieraz do 200000, zostawiających 
tutaj cały swój dobytek, aby tylko módz raz 
wżyciu przestąpić próg świątyni. Lecz jakże 
smutny ich powrót bywa; w nędzy wracają po- 
bożne te tłumy do swoich siedzib; z głodu i 
trudów, trafiając zwykle na porę roku dżdży- 
stą, stają się ofiarą okropnej cholery. Wiary' 
godni wędrownicy opowiadają , iż widywali 
w podróżach swoich po Indyach, po święcie tern, 

Fo kilkadziesiąt ludzi pod gołem niebem umar- 
ych, na pastwę dzikich zwierząt i pta&twa 
drapieżnego rzuconych, lub walczących s okro- 
pną śmiercią, bez ratunku i pomocy. 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Kok szósty. 



No. 15. 



Leszno, 

dnia 12. Października 1839. 




Michał Stachowicz. 



Kto stolicę Jagiełłów zwiedził, nie pominął 
zapewne pałacu biskupów krakowskich, odno- 
wionego staraniem nieśmiertelnej pamięci arcy- 
biskupa Woronicza, ozdobionego pięknemi ma- 
lowidianii, przedstawiającemi zdarzenia z dzie- 
jów narodowych. Sa one wszystkie pędzla. 
Michała ^Stachowicza, jednego z szczupłej licz-' 
by lepszych malarzy naszych. tJrodził się ten; 
artysta w Krakowie dnia 20. Września 1768. 
t z rodziców, więcej prawością obyczajów i ści-; 
t sł W wykonywaniem pfcp wiązko w ciężkiego po-; 
wołania, niż łatka losu, majątkiem lub jakim- 



kolwiek blaskiem pamiętnych. Ojciec jego, 
nadworny drukarz króla polskiego, miał liczne 
potomstwo, między którem Michał, ledwie rok 
mając, wypadł z ręki piastunki i tak mocno 
o ziemię uderzył, ii mu się głowa spłaszczyła* 
Wskutek zapewne tego przypadku utracił zu- 
pełnie pamięć' i nie mógł się nauczyć mówić, 
aż drugie, niemniej smutne zdarzenie, rozwią- 
zało mu w piątym roku życia spętany język* 
Igrając z nożem, przebił sobie na wylot dłoń* 
Ból i zlęknienie tak gwałtownie na mózg jego 
działały, że odtąd zaczął mówić, wszakże pa- 



Digitized by 



Google 



114 



mięó została na całe życie tępą. Gdjr juz do- 
szedł lat zdolnych do uczenia się, ojciec oddal 
go do szkół publicznych, ale młody Stachowicz, 
pomimo największej pilności i usiłowań, nie 
robił w naukach żadnego postępu; zbywało mu 
bowiem na najpotrzebniejszym przjrmiocie do 
nabrania wiadomości, to jest na pamięci. Spę- 
dziwszy nadaremnie czas do roku czternastego 
w szkołach, zaczął Stachowicz myśleć o obra- 
niu sobie zawodu, w którym usługa pamięci 
mniej jest potrzebną; ojciec oddawał go do 
rozmaitych rzemiosł, ale gdy w nich młody 
Stachowicz żadnego upodobania nie znajdował, 

{owierzyl go nareszcie biegłemu malarzowi 
rakowskiemu, Kazimierzowi Mołodzieńskiemu. 
Teraz Stachowicz znajdował się w swoim ży- 
wiole, i w pracowni tego malarza w krótkim 
przeciągu czasu takie zrobił postępy, że gdy 
sławny Franciszek Szmuglewicz, powróciwszy 
z Rzymu, oglądał jego obrazy, spostrzegł zaraz 
w Stachowiczu wyższy talent i usiłował go 
sprowadzić do Warszawy, robiąc mu bardzo 
pomyślne nadzieje. Lecz Stachowicz, bądzto 
z przywiązania do swego gniazda ojczystego, 
. bądź też/ że obowiązki względem zgrzybiałych 
rodziców i dobrego rodzeństwa wstrzymywały 
go. odrzucił ofiary Szmuglewicza i pozostał 
w Krakowie. Nie długo też potem umarli mu 
rodzice, co go oderwawszy od warsztatu ma- 
larskiego, wprzęgło w mozolne zatrudnienia 
gospodarskie, aby być użytecznym młodszemu 
rodzeństwu. Przez lat kilka nie zajmował się 
Stachowicz wcale malarstwem, aż nareszcie 
klęski krajowe podały mu znowu pędzel w rękę 
i z tegoto czasu pochodzą piękne jego obrazy : 
Grib ojczyzny, Przysięga Kościuszki, Zwy- 
cięstwo pod Racławicami; obozy narodowe. 
Po upadku Polski, Stachowicz porzucił malar- 
stwo historyczne, oddawszy sie całkiem malar- 
stwu religijnemu, i przyozdobiwszy obrazami 
swemi mnóstwo świątyń, jako to kościół fran- 
ciszkański i dominikański w Krakowie, kościoły 
w Kielcach, Przemyślu, Jarosławiu i t. d. Po 
niejakim czasie wrócił się znowu do malarstwa 
historycznego i odmalował bitwę Bolesława III. 
z Henrykiem V.„ bitwę j>od Byczyną, wejście 
wojska polskiego pod księciem Józefem do Kra- 
kowa. Jednem z ostatnich, a oraz najcelniej- 
■zych dzieł jego, jest przyozdobienie pałacu 
biskupów krakowskich obrazami, do których 
wątek czerpał z rzeczy ojczystych. Umarł dnia 
26. Marca 1825, mając lat 57. Uczony profes- 
■or, Paweł Czajkowski, uczcił pamiątkę jego 
mową pochwalną, na posiedzenia towarzystwa 
naukowego krakowskiego miana; z niej daliśmy 
niniejszy rys życia Stachowicza. 



Widok miasta Koźmina w roku 1772.*) 

W odległości siedmiu mil od Poznania, w ży- 
znej i wesołej okolicy, leży miasto Koźmin, je- 
dno z najporządniejszych w dzisiejszem wielkiem 
księstwie poznańskiem. Mało jest osad w dawnej 
Wielkiej Polsce, któreby tyle pamiątek z upty- 
nionych wieków przechowały, tylu uczonych 
ludzi krajowi wydały, ile miasto Koźmin. Na- 
leży ono do najdawniejszych osad lechickich, i 
w 12tym, 13tym i I4tym wieku było własnością 
zamożnej rodziny Borkowiczów, którzy w tej 
stronie pierwsi dali przykład wyuzdanej swa- 
woli, podkopującej władzę monarszą i niszczą- 
cej w kraju wszelki porządek i praw powagę. 
Z tej rodziny Maciej Borkowicz, wojewoda po- 
znański, knujący przeciw Kazimierzowi Wielk* 
spiski i łupiący na czele hultajstwa podróżnych, 
kupców, dwory i kościoły, ukarany od Kazi- 
mierza W. okrutnie, na postrach innych wichrzy- 
cieli bezpieczeństwa publicznego, znalazł nie- 
udolnego mściciela w bracie swoim Janie, dzie- 
dzicu Czacza i Koźmina. Jan Borkowicz wnet 
pochwycony, dał niespokojną głowę pod miecz 
Katowski, a dobra jego przeszły na skarb kró- 
lewski* Od tego czasu Koźmin stal się wła- 
snością rządową i zapewne Kazimierz W. oto- 
czył go murem i fosami; przynajmniej niedługo 
po śmierci tego monarchy, to jest w roku 1382, 
był on już mocną warownią, w której Bartosz, 
starosta odalanowski, sprzyjający Ziemiowitowi, 
księciu płockiemu, napróżno oblegał załogę wę- 
gierską Zygmunta, margrabi brandenburskiego, 
ubiegającego się o tron polski po śmierci króla 
Ludwika. Pod rozrzutnymi następcami Kazimie- 
rza W., Koźmin przeszedł, nie wiedzieć jakim 
sposobem, w ręce prywatne , i już na początka 
15go wieku był własnością Górko w, mianowi- 
cie, Łukasza Górki, wojewody poznańskiego, 
który w roku 1404. nadał tu przywilej bractwa 
sukienniczemu. W ręku Górków zostawał Ko- 
źmin do śmierci Andrzeja Górki, kasztelana mię- 
dzyrzeckiego, przypadłej przy schyłku 16co 
wieku. Później przeszedł do rąk Przyjemskicfi, 
od tych do Sapiehów, od ostatnich do Kalk- 
reuthów; dziś jest własnością rzędową. 

Wciągu kilkuwiecznego istnienia swego, ucier- 
piał Koźmin wiele ; Szwedzi spalili i złupili go 
pódwakroć , (za. panowania Jana Kazimierza i 
Augusta II.), powietrze morowe wyludniało jego 
mieszkańców po kilkanaście razy, i często su- 
wał się pastwą płomieni, odradzając się zawsze 
coraz piękniej z popiołów* 

Górkowie wznieśli tu w 15tym, a rozsze- 
rzyli w 16tym wieku wspaniały zamek , jeden 
z najobszerniejszych w poznańskiem, przypomi- 
nający bardzo podróżnym starożytne niemieckie 



*) Widok ten udzielony redakcji praca zacnego i 
światłego probotacsa miejscowego, JŁiędsa Gagaekiego, 
zdjęty jest a płaskorzeźby aa tablicy srebrnej. 



Digitized by 



Google 



115 



zamki. W I8tym wieku Sapiehowie rozprze- 
strzenili ten gmach. # , 

Na przeciwko zamku stoi piękny kościół 
farny, niegdyś kollegiata, złożony z kilku części, 
z których najmniejsza, na wschód letni obrócona, 
najstarsza się być zdaje. W tej części znajduje 
się nagrobek z czerwonego marmuru Barbary 
z Herburtów, małżonki Andrzeja Górki, kaszte- 
lana międzyrzeckiego, zmarłej 1579 roku. Na 
ścianie tej samej części kościoła, jest także na- 
pis w łacińskim języku: Erectum 999, nestau- 
ratum 1671 ; (wystawiony 999, odnowiony 1671 
roku). Lubo przypuścić nie można, aby gmach 
ten był tak starożytna budowa, przecież napis 
wspomniony jest dowodem, że kościół duchowny, 
czyli parochia koźmińska, azatem i sam Koźmin, 
juz w lOtym wieku istnął. Prócz tego ma je- 
szcze kościół kilka pięknych zabytków starożyt- 
ności, jako to: nagrobek z marmuru, wyobraża- 
jący niewiastę w ubiorze z l6go wieku, bez na- 
pisu; wizerunki kilku zmarłych proboszczy i oby- 
wateli koźmińskich, lichtarze robione wr. 1493, 
dzwon zl5go wieku; a chór jego ozdobiony jest 
wizerunkami sławnych Koźmińczyków, np. Jana, 
Benedykta, Albiua i t. d. 

W jednym z sklepów świątyni pokazuję do- 
skonała mumią. Sąto zwłoki Alexandra Przy- 
jemskiego, dziedzica niegdyś Koźmina, zmarłego 
roku 1694., pana niezmiernie dobroczynnego, któ- 
rego dzień zgonu był dla Koźmińczyków i pod- 
danych jego dniem powszechnego smutku, dniem 
gniewu Pańskiego. O tym Przyjemskim taką 
nam podaje wiadomość X. Franciszek Salezy 
Jezierski, kanonik krakowski, w dziele dziś rząd- 
kiem, pod tytułem : Niektóre wyrazy, wydanem 
w Warszawie 1791 r. „W województwie kali- 
skiem, w miasteczku Koźminie," mówi, „dowie- 
działem się przypadkiem, że ciało Przyjemskie- 
go, podkomorzego kaliskiego, pochowane w gro- 
bie przed 97 laty, zostaje całe w zupełnem nie- 
naruszeniu. Starałem się widzieć tę osobliwość 
natury, a z tej przyczyny wszedłem w wywia- 
dywanie się o życiu i okolicznościach tego zmar- 
łego. Nic nie można było osobliwszego wyna- 
leść kwoli jakiej pamiątce, przypominającej wiel- 
kość sławy Przyjemskiego. Nie było nagrobku 
z rytemi pochwałami na marmurze, nie czytałem 
panegiryku, napchanego herbami i kolligacyami 
domów ; sposób pochowania pokazywał trumną 
i odzieżą, że Przyjemski był majętnym czło- 
wiekiem, (ale cóz bogactwa mają wspólnego 
z prawdziwą wielkością i sławą dobrą?). Po- 
wiedziano mi, że ten Przyjemski był podkomo- 
rzym kaliskim i dziedzicznym panem Koźmina; 
chciałem i w tej wiadomości być pewnym i pro- 
siłem o dowód. Na to odebrałem odpowiedź: 
że tranzakcye w archiwach o tem upewniają, a 
prócz tego jest zapis przy kościele w książce 
pogrzebowej. Prosiłem, aby mi pozwolono prze- 
czytać zapisanie tego pogrzebu; lecz jakież było 
zadziwienie moje, gdy w książce starej pożół- 



kłem! ; krzywemi literami znalazłem wyrazy 
prawdziwej <*W*iy w całym swym blasku, zło- 
żone nie wynalazkiem atr-^u. a fe dziełem sa- 
mej przez się prostoty i rzetelno**^ ^f e wiem 
ksiądzli, czyli organista lub kościelny, ~p**>*i v ^ 
szy datę zgonu Przyjemskiego, tak dalej napi- 
sał: umarł nasz pan dziedzic, Przyj emski, 
podkomorzy kaliski, którego ciało gdy wyno- 
szono z zamku do kościoła na pogrzeb, to 
dzwonów nie można było słyszeć od płaczu 
ludzkiego. Krótkie te i proste My razy, mające 
za sobą powagę prawdy, rozrzewniły duszę moje. 
Widziałem , że Przyjemski nie był tyranem swo- 
ich poddanych wieśniaków: on owszem musiał 
być ich dobroczyńcą. Otworzyła mi się natych- 
miast pora do domysłów: że Przyjemski musiał 
być wiernym obywatelem swojemu narodowi, 
przyjacielem równości; nie mogła w nim prze- 
wodzić łakoma chęć znaczenia i przewodzenia, 
dumny bowiem musi pychy popierać trwonieniem 
majątku, a jego dzierżawcy, zastawnicy i za- 
jeżdżacze, nie bywają dobroczyńcami poddań- 
stwa. Płacz ludu powszechny po dziedzicu, sta- 
wia wyobrażenie wszelkiej cnoty umarłego, a 
głos o tern, im prościej potomności podany, tem 
jest rzetelniejszem świadectwem cnoty i zasłu- 
żonej sławy." 

Oprócz fary znajduje się w Koźminie kilka 
jeszcze kościołów, z których zasługuje szczegól- 
niej na uwagę niegdyś bernardyński. Fundował 
go w roku 1626. Paweł Gajewski, proboszcz. 
Klasztor przy nim, dziś na więzienie przero- 
biony, mieścił w sobie kilkunastu zakonników, 
którzy się utrzymywali z chojnych jałmużn dzie- 
dziców Koźmina, i z kwest po wsiach i miastecz- 
kach województwa kaliskiego. W tym celu gwar- 
dyani miejscowi dobierali zręcznych i obrotnych 
braciszków, i ja sam w r dziecinnych latach za- 
znałem jednego z takich kwestorzy koźmińskich. 
Byłto wielki psycholog, chociaż czytać i pisać 
nie umiał! Wyjeżdżając na kwestę, zaopatry- 
wał się w pierniki, włoskie orzechy i t. p. ła- 
kocie dla dzieci wiejskich, a przybywszy do 
którego domu i pochwaliwszy Pana Boga, obra- 
cał się natychmiast do 'dzieci i wydzielał im 
cząstkę z przywiezionych zapasów, i tym sposo- 
bem na samym wstępie do domu chwytał za 
serca matki, które za to na jego brykę, gęsi, 
kury, jaja i t. p. (a wszystko do klasztoru przyda 
się) ładowały. Na starszych i niematki, miał 
on inną wędkę: kobietom przywoził częstochow- 
skie szkaplerze , obrazki śś. pańskich , i t. d. ; 
męszczyznom opowiadał przy rzęsistem świetle 
łuczywa o Przyjemskim, jak w ręce jego prawej, 
która ubóstwo tak chojnie wspierała, róże i lilie 
po śmierci zakwitły i woń niebieską po całym 
kościele i cmentarzu rozszerzały; jak jeden 
z Sapiehów , równie sprawiedliwy , jak groźny, 
kazał obwiesić chłopa, który dwa karpie z sa- 
dzawki zamkowej ukradł; jak szlachcicowi jed- 
nemu, który go pozwał o pobicie swego Żyda, 

Id 



Digitized by 



Google 



116 



I 



5? 



6 
I 



2 







Digitized by 



Google 



117 



cały wóz drabisty Żydami napełniony posłał i 
przed dworem szlachcica , iak barłóg z woza f 
zrzucić kazał ; jak w zamku koźmińskim nie* 
gdyś pokutowało, dopóki nieodprawiono exek- 
wiów wspaniałych za innego dziedzica Koźmina, 
który za swego życia, natrętnego braciszka ber- 
nardyńskiego sługom za drzwi wypchnąć kazał, 
a potom za tę nieludzkość po śmierci w habicie 
bernardyńskim po kurytarzach obszernego zamku 
koźmińskiego pokutować musiał ; nareszcie, jak* 
to przed laty było daleko lepićj, gdy czarowni- 
com niedozwalano bezkarnie, jak teraz, poszust- 
nemi karetami na łyse ąóry jeździć. O figlach 
koźmińskich czarownic i ich srogich karach, opo- 
wiadał staruszek s tylu szczegółami, z takićm 
wzruszeniem i tak żywemi kolorami, ze słucha* , 
czom włosy na głowie stawały. Dziś, po trzy* ' 
dziestu ,z góry latach, dopadłszy przypadkiem 
szczątków akt kryminalnych koźmińskich, prze- 
konałem się, ze brat Mikołaj w opowiadaniu 
swojćm o czarownicach koźmińskich, nie prze- 
sadzał bynajmniej. Koźmin, owa ojczyzna Be- 
nedyktów, Albinów, Janów i tylu innych uczo- 
nych Koźmińczyków za czasów Jagiellonów i 
Wazów, stał się po Janie Kazimierzu siedliskiem 
czarownic, to jest ciemnoty. Na dowód umysło- 
wego obłąkania jego najznakomitszych mieszkań- 
ców, to jest ludzi, magistrat w roku 1092 skła- 
dających, umieszczamy tu inkwizycya i zeznania 




fc 



Dziłujri Egipcjanie. 




Dzisiejsi Egipąamie. 



Digitized by 



Google 



118 



mniemanych czarownic, w tym samym roku z nie- 
gzcześliwych ofiar na torturach wycisnione: 

Actum id civitate Magna Cosmm 
die 27. Maji 1692." 

Będąc Mateusz Kleszka z Noweco miasta 
do sądu wójtowskiego Wielkiego Koźmina od- 
dany i py* an 7 P° kaka raz y ionis modis D C d ąc, 
do niczego się nie chciał przyznać. Tak tedy 
wzięty jest na tortury; ledwo trochę spróbowany, 
przyznał się do wszystkiego, spuszczony będąc 
a tortur: Zera ja, Panowie, ten kłębek mci ob- 
snował w kościele farskim w poniedziałek prze- 
wodni, około dziewiątej godziny, przed wielka 
Mszą. Spytany od sławetnego sądu: Ktoby mu 
to rozkazał? odpowiedział: Milczanka, kuśnier- 
ka z Nowego miasta, co jest za Tomaszem Mil- 
czanem. Mówiła mi: Miły bracie, zróbże mi to, 
żebyś mi obwinął temi niciami około ławek 
w kościele u fary, od wrót aż do ławek pań- 
skich. Jam jej pytał: na co to? Ona odpo- 
wiedziała: a nie baj, jeno tak zrób, jakoć mó- 
wię Już ona mnie dawno na to namawiała, 
leszcze tedy, kiedy ojciec mój żył, kiedy mię 
był wziął z sobą na łysą górę około fcociamego 
gniazda za Koszewcem." 

„Tenże Mateusz zeznał i powiedział, ze 
grabarka Józefowa, co podle Świeczki mieszka, 
też tam na łysej górze bywa. Janowa, kraw- 
cowa, co teraz wdową jest, tez bywa na łysej 
górze. Maniszewska, co też teraz wdową jest, 
też bywa na łysej górze. Panowie me rzekli- 
byście nigdy, jako stara Siejna ochotna jest, bo 
jest szafarką do jadła. Na tej łysej górze zda 

J . ii *l_ .amalr • en tam knmnrT. Pv- 



dawno, jaKes tam oyx: vu|fw^ia«». ™ .««._«. 
przeszły czwartek byłem na łysej górze i wi- 
działem osoby, com wam o nich powiedział. 
Pytany będąc tenże Mateusz, jakimby tam spo- 
sobem zaszedł na łysą górę, odpowiada: przy- 
jeżdżali po nas w karecie panowie, ale to diabli 
byli, sześcią końmi czarnemi. Pyta si^ judi- 
cium: jeżeliby to nie temi klaczami pańskiemi 
się woziły ? Odpowiada : nie wiem ja tego, jedno 
takie czarne były i jam z niemi w tej karecie 
jeździł i w niej siadał. Pytany będąc: jakoby 
on to miał wiedzieć o tem, kiedy kareta po nie 
przyjechała? powiedział: bo mi ta moja polu- 
bienica diablica, Regina jej imię, powiedziała, 
co się do mnie przykrasiła, chodzi w szatach 
pięknych, raz pięknie, drugi raz jeszcze piękniej. 
Ojciec mój mi to wszystko sprawił i on mnie 
temu czartowi oddał. Miałem z nią wesele, 
dawał mi ślub z nią na łysej górze Woźny z Roz- 
rażewa, chłopem go zowią, ale nie wiem jako 
mu imię, wraz człowiek, nie stary, niemłody; 
tam na łysej górze księdzem jest; dał mu ojciec 
mój dwa bite talary od ślubu, co mnie z nią 
związał. Tak mi kazał mówić: odprzysięgam 



się Pana Boga i Matki jego i wszystkich świę- 
tych, a tobie przysięgam Regino, ieć będę wier- 
ny. Kiedym miał wesele, to ci woźnicy, co po 
nas przyjeżdżali, przywieźli beczkę miodu i beczko 
wina z Kalisza, bo mi ojciec o tern powiedział. 
Tenże powiedział, że mu Milczanka o tem po- 
wiedziała: że ten kłębek nici na to obsnujesz 
w kościele, co będą ludzie j dzieci marli." 

„Tenże zeznaje, że Manisz esk a ma swego 
polubieńca diabła, Jaśka, wysoki, chodzi w czer- 
wonych szatach, w czerwonych botach, w sobo- 
lowej czapce. Maniszeska siada w krześle pię- 
knem, aksamitnem, bo ona jest najwyższą i naj- 
starszą; mada w końcu na przedniem miejscu. 
Siejna stara siada za stołem, a jej polubieńcoWi 
diabłu Kuba i t. d.« 

Po takiem zeznaniu Mateusza Kleszki, wzięte 
zostały na tortury od mądrego areopagu koźmiń- 
skiego kobiety oznaczone w zeznaniach Kleszki 
jako czarownice. Z kilkunastu nieszczęśliwych 
istot tylko jedna przeczyła stale, nawet na tor- 
turach, że nie jest czarownicą ; inne wszystkie 
przyznały się do tego mniemanego czarostwa i 
plotły trzy po trzy o łysej górze, zabawach swo- 
ich na niej i t. p., a jedna z nich nawet rzekła: 
„gotowana iść na straszny sąd boski, że tak jest, 
a nie inaczej: te osoby, com wam o nich po- 
wiedziała, prawdziwie pospót ze mną bywały 
na łysej górze, i nie ustępuje ich, bobym zba- 
wioną nie była, gdybym je zataić miała," 



Dzisiejsi Egipcjanie. 

Jakkolwiek Egipt dzisiejszy, w porównaniu 
z innymi wschodnimi krajami, na wysokim 
stoi oświaty i znajomości kunsztów stopniu, 
w czem pod rzędami Muhameda Ali zasłynął, 
toć jednakże z starożytnym Egiptem żadną miarą 
porównanym być nie może, i co nawet dziwna, 
mniej od niego liczy mieszkańców. Gdy bo- 
wiem pod Faraonami do siedmiu milionów licz- 
ba mieszkańców dochodziła, dziś zaledwie dwa 
miliony wynosi, złożone z 1,750,000 Egipcyan 
Mahometanów, 150,000 Koptów, 10,000 Tur- 
ków, 5,000 Syryjczyków, 10,000 Greków i Ży- 
dów, 2,000 Armeńczyków ; resztę stanowią Ara- 
bów ie, cudzoziemcy, biali i czarni niewolnicy. 

Stolica Egiptu, od Europejczyków Kairem, 
przez krajowców Muzr zwana, nosi cechę od- 
ległej starożytności, murem jest cała opasaną, 
z warowną i groźną cytadela. Ulice jej są cia- 
sne, domy wysokie, lecz nieregularnie budowane. 
Zabytki sztuk z czasów arabskich, leżą w gru- 
zach zaniedbane; wszędzie razi cię nieporządek 
pospolity po miastach wschodu. Uwagę podró- 
żnika zwraca na siebie kilka meczetów z wy- 
sokimi swymi minaretami; najsławniejszym z nich 
jest meczet, wzniesiony na skale Kalat-cl-Kebsch, 
zbudowany na wzór Kaaby w Męce. Wspa- 
niałe groby królów egipskich, prawdziwe cuda 



Digitized by 



Google 



119 



budownictwa, widzisz dziś zapadające się i ni- 
szczejące, tak, iż w pięćdziesiąt lat i siadu ich 
nie będzie. Mieszkańcy Kairu trudnią się naj- 
więcej handlem, rzemiosła są po większej czę- 
ści w ręku obcych. 

Dzisiejsi Egipcjanie są mieszaniną rozmai- 
tych pokoleń arabskich; odznaczają się mocną 
budową ciała; rysy twarzy przyjemne, płeć żół- 
tawa, czoło wysokie, oczy czarne, pełne ognia, 
usta grube, zęby szczególnej piękności, włosy 
czarne. Mieszkańcy południowej części kraju 
są brunatni i mniej wytrwali jak północni Egip- 
cyanie. Ubiór wszystkich bardzo prosty; spo- 
dnie szerokie, koszula obszerna z szerokiemi 
rękawami, na niej suknia wełniana fałdzista, 
turban lub jarmułka wełniana na cło wie, skła- 
dają odzienie zwyczajne Egipcyamna. Niewia- 
sty w młodości swej niepospolitej są piękności, 
lecz wcześnie się starzeją. Ubiór ich w niższych 
klassach jest prosty, twarze całe tak zasłaniają, 
iż oczy im tylko widać; bogatsze jeżdżą na 
osłach. Zycie ich w haremie, jakkolwiek nam 
zdaje się przykrem, nie jest przecież tak nie- 
znośnem. W godzinach wolnych od pracy od- 
wiedzają się bowiem wzajemnie, bawiąc się tań- 
cem i muzyką, lub tóż udają się do łaźni, gdzie 
jedna drugą w stroju przewyższyć się stara. 
Żadnego niemając kłopotu, o niczem innem nie 
myślą, jak tylko o intrygach i zabawach. 

Egipcyame bardzo są muzykalni, lecz im się 
nasza muzyka wcale niepodoba; w wojsku za- 
prowadził Mechmed Ali muzykę na sposób eu- 
ropejski ; dziwi się jej lud , gdy słyszy wyko- 
nywane włoskich mistrzów dzieła, lecz przy- 
zwyczaić się do niej niemoże. Większe upodo- 
banie znajduje, słuchając pieśni śpiewaczek 
swych po miejscach publicznych i ulicach, ma- 
jących w swojem towarzystwie tanecznice, wy- 
wodzące tańce do hiszpańskiego Andago podo- 
bne. — Szkoły zaprowadzone są przez Mech- 
meda w całym kraju. Najmniejsza wieś, mająca 
dom modlitwy, posiada także i szkołę, zostającą 
pod dozorem nauczyciela, przez rząd ustanowio- 
nego. Dzieci chodzące do szkoły, odzienie na- 
wet z kass rządowych dostają. Siedząc na zie- 
mi wraz z nauczycielem, z tablicą w ręku, na 
której lekcyą mają napisaną , powtarzają ją za 
nauczycielem dopóty, dopóki się ich na pamięć 
nie nauczą. Oprócz koranu, nic nie czytają po 
Szkotach; nauczywszy się go na pamięć, przy- 
stępują dopiero do pisania. Dziewczęta rzadko 
amieją czytać, lecz za to uczą się haftować i szyć. 
Młodzieniec ćwiczy się z młodu już robić 
bronią, a w niektórych okolicach konno jeździć. 
Jazda egipska wiele ma zręczności i odwagi, 
mianowicie z pokoleń Mameluków wybrana. Do 
morskiej służby, z północnego tylko Egiptu naj- 
więcej ludzi wybierają, którzy angielskim majt- 
kom w wytrwałości wyrównywają. 



Formalista, czyli czarno na blatem. 

(Dals*y ciąg.) 

Pani Planowska. 
Ja właśnie przychodzę do ciebie z prośbą 
o tę literę, która niesprawia noceł. Patrzaj, 
oto jest zarubrykowany przez ciebie, jak nazy- 
wasz, budżet miesięczny naszych wydatków. 
(Rozwija papier, kratkami oznaczony.) Prze- 
konałam cię już tyle razy, że to, cos na osz- 
czędność zarubrykował, niemoże zostać nie- 
tykalne, gdyż wydatki nasze powiększyły się 
znacznie; ale wolisz, abym długi zaciągała, 
niżeli z odkładanej oszczędności użyła, a to 
jedynie dla tego,^ żeś od początku roku położył 
kratkę na długi i na oszczędność. 
Pan Planowski. • 
Cóż robić moja kochanko ! Trzeba znosić te 
małe niedogodności dla dobra i porządku raz 
postanowionego. 

Pani Planowska. 
Jak? to małe niedogodności! I co za po- 
rządek ! Co miesiąc brać na kredyt to lub owo, 
a z żalem patrzeć na pełną szufladkę oszczę- 
dności przeznaczoną, z której nic ruszyć aż do 
przyszłego miesiąca nie można! Nieuwierzysz, 
jak to przykro i jaka ztąd matwanina w ra- 
chunkach ! 

Pan Planowskń 
Na rok następny ułoży się inny etat wydat- 
ków domowych, ale nateraz nieodstąpię od te- 
go, com ci dał czarno na białóm. Już mię 
znasz w tej mierze. 

Pani Planowska (z westchnieniem). 
O gdybym była pierwej poznała! .... 

(Wchodzi Jan.) 
Jan. 
Pan Baron prosi Jaśnie pana jutro na obiad. 

Pan Planowski. 
Gdzież jest karta zapraszająca? 

Jan. 
Nie mam jej, lokaja tylko przysłano. 

Pani Planowska. 
Na co ta etykietalność z Baronem ! jesteście 
z sobą w tak ścisłej przyjaźni. 
Pan Planowski. 
Baron jest urzędnikiem i jutro daje obiad 
urzędowy. Na taki obiad kartę zapraszającą 
poseła się trzy dni naprzód. (Do lokaja :) Po- 
wiedz, ze bardzo przepraszam i że nie będę 
mógł służyć. ^ (Do żony :) Verba rolant, scripta 
manent; moja kochanko, tego nie ja, ale mój 
urząd wymaga. 

(Lokaj odchodzi.) 

Pani Planowska. 
Wyrzekłabym się i urzędu i znaczenia i wiel- 
kości, gdybym miała takim drobiazgom dać się 
opanować ! Szczęście, że nie wszyscy urzędnicy 
do ciebie, mój mężu, podobni! Ale dajmy po- 
kój temu. Już ty się niczem nie poprawisz* 



Digitized by 



Google 



120 



Pan Planowski. 
Mów raczej nie popsujesz. Akuratność 
jest podstawę wszystkiego, od tej w niczem ani 
na jotę nieodstapię. 

Fam Planowska. 
Zobaczysz, iż na tern się skończy, że od 
ciebie odstąpią; stracisz miejsce, ludzi sobie 
ponarażasz/ w domu nieład zaprowadzisz, a to 
wszystko ze zbytecznego porządku! że nie po- 
wiem z drobiazgowej formalności! 
Pan Planowski. 
Jeżeli tak w księdze przeznaczenia napisa- 
no, trudno walczyć przeciw temu! Widzisz jak 
czarne na bialim jest podstawę wszech rzeczy; 
używamy nawet tej przenośni do wyroków 
przedwiecznych ! # 

Pani Planowska (z politowaniem). 
To widzę coraz powiększa się w nim ta 
choroba! — No, muszę cię pożegnać na parę 
godzin, bo jadę na sessyą towarzystwa dobro- 
czynności. 

Pan Planowsku 
Alboż do niego należysz? 

Pani Planowska. 
Zapomniałam ci powiedzieć, że hrabina, która 
jest duszą tego zakładu, proponowała mi, abym 
należała do wydziału opiekunek; chętnie na to 
przystałam, i dziś mam pierwszy raz w ich 
gronie zasiadać. 

Pan Planowski.^ 
Ale powinnaś mieć wezwanie na, piśmie od 
prezesa towarz. dóbr. 

Pani Planowska. 
To ma być później mi nadesłane, a tymcza- 
sem jadę do hrabiny , gdzie sie dziś właśnie 
wszystkie opiekunki zbierają, gdyż mam jedne 
bardzo nieszczęśliwą rodzinę, której wspólna 
narada najskuteczniej dopomódz zdoła. 
•Pan Planowsku 
A ja bartlzo cię proszę i nalegam nfr to, 
abyś żadnego wstępu do towarz. dóbr. nieczy- 
niła, póki nie będziesz miała czarno na białem, 
zes do niego wezwana. 

Pani Planowska (prosząc). 
Mój mężu! 

Pan Planowski (dostając pieniędzy). 
Oto masz tymczasem dla twoich ubogich, a 
nieścierpię, abyś się miała na sessyi opiekunek 
znajdować, bez formalnego wezwania. Idźże 
sie ubrać, gdyż wiesz, iż zaprosiłem do nas 
na* ranny obiad wyjeżdżającego ztąd konsula 
z żoną. 

Pani Planowska. 
Będę miała jeszcze dość na to czasu, wszak 
nie przybędą aż o 2giej. 

(Słychać hałas za drzwiami. Pan Planowski 
dzwoni. Wbiega kucharz, kredencerz, sza- 
farka, kamerdyner, ogrodnik i froter.) 



Pan Planowski. 
Cały mój dwór! Co się to ma znaczyć? 

Szaf arka. 
Ja do samego pana odwołuję się, bo sam 
pan mi przepisał, czego się mam trzymać w moim 
szafarskim urzędzie. 

Kucharz. 
Wszak z rozkazu Jaśnie pana odebrałem od 
rządzcy domu na piśmie polecenie, żeby dziś 
był obiad na 2gą godzinę, a szafarka nie chce 
mi wydać ze spiżarni aż o zwykłej godzinie! 
Kredencerz. 
Ja uskarżam się na ogrodnika, który nie 
chce mi wydać owoców na desser aż o 4tej, a 
to będzie musztarda po obiedzie! 
Kamerdyner. 
Sala jadalna jeszcze niewyfroterowana, bo 
na Jana była dziś kolej, on tymczasem odszedł 
na miejsce Antoniego, a froter powiada, że to 
do niego dziś nienależy, i posługuje w kuchni. 
Kucharz. 
Posłueuje w kuchni, w której dotąd nic nie 
ma do roboty z łaski panny szaf arki! 
Szafarka. 
Mam napisano w moim regulaminie, iż 
pod utrata służby, spiżarnia nie powinna być 
otwartą az o godzinie lOtej. Jeszcze brakuje 
10 minut. 

Kucharz. 
Ale ja już od dwóch godzin chodzę i pro- 
szę, bo muszę wcześniej obiad gotować. Wszy- 
stko będzie twarde, niedosmażone, niedogotowane ! 
Szafarka. 
A mnie co do tego! Ja swego pilnuję. 

Ogrodnik. 
I mnie na kontrakcie napisano, tak oto: 
W lecie, ażeby owoce były świeże, nie 
rwać ich aż o godzinie 9tej przed sa- 
mym obiadem pańskim. Ja się tego trzy- 
mam, bo wiem, czem to pachnie, żebym miał 
zmienić, co Jaśnie pan napisał! 
Paweł. 
A i ja nie w ciemię bity! i dobrze pamię- 
tam, że tylko w soboty, czwartki i wtorki mam 
pokoje froterować, a w inne dnie w kuchni po- 
sługiwać. Dziś poniedziałek, co mnie do tego, 
że w kuchni nie ma nic do roboty, ja swego 
pilnuję, jak Jaśnie pan przepisał. 
Pani Planowska. 
Więc z tego wszystkiego wynika, że niebę- 
dziemy mieli ani obiadu, ani pokoju do przy- 
jęcia naszych gości. 

(Koniec nastąpi.) 



Nakładem i drukiem Ernesta Gunłhera w Lesznie. 



(Red. J. Łukaszewicz.) 

y-v r-^v s~* I 

Digitized by y 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 16. 



dnia 19. Października 1839. 







i 



■ 









-M 1 






m 












1 




122 



Góry Pieniny. 

(Z obrazów Galicyu) . 

Zaraz, koto miasteczka Krościenka, 7 mil od 
obwodowego miasta Nowego - Sądcza , wznoszą 
się giry Pieniny, jedna z najciekawszych odnóg 
karpackich. Przyroda nie jest tu juz tak wznio- 
sła i wspaniała, jak w głównych Karpatach, 
jednakowoż obfituje w rozliczne piękności. Całe 

Sasmo gór tych zajmuje może tylko milę kwa- 
ratową, zaczyna się przy końcu nowotargskiej 
doliny, kolo Czorsztyna, i ciągnie się, przecięte 
od złączonego Dunajca, aż do Krościenka. Stjto 
same późniejsze wapienia, przez które się nie- 
spokojna rzeka przerżnęła. Nawet najżywsza 
wyobraźnia, połączona z zr°cznem, poety cznem 
piórem , nie wydoła opisać rozmaitych piękności 
i przyjemności tejto górzystej okolicy* Tutaj wznosi 
się sędziwa skała wpośród lasu i mami sporzą- 
cego kroki wędrowca, który myśli, że widzi 
przed sobą gruzy starego zamku; tam znowu 
przeraża go bezdenna roztwarta przepaść, w któ- 
rej głębokości mruczący strumyk szumi. Ciemne 
lasy sosnowe, bujne łąki kwieciste, odmieniają 
się na przemiany. Szczególnie malowniczy wi- 
dok przedstawia tutaj Dunajec, który ścieśniony 
dwoma stromemi ścianami skalistemu, kręto, jak- 
by wąż niebieski koło ściany południowej doliny 
się przedziera, a potem ku wschodowi w przy- 
jemną dolinę górska wstępuje. Najwyższa szczyt 
Pienin zwie się Sokolica, zapewne od wielu so- 
kołów, które się na nim niegdyś gnieździły; od 
południowej strony wznosi on się kilkaset sążni 
bystro do góry, od północy zaś powoli się zniża. 
Grzbiet jego obrosły wysokiemi nosnami, które 
nie mało piękności dodają. Niedaleko ztamtąd 
znajduje się obszeroa pieczara. Jeden z najpięk- 
niejszych widoków w odległość, przedstawia nam 
się z najwyższego wierzchołka góry, wznoszącej 
się od zachodu. Przed sobą ku południowi wi- 
dzimy urodzajne Węgry i samotny tak zwany 
Czerwony klasztor, niegdyś do zakonu Trappi- 
stów należący i od wszystkich zwiedzających 
tę okolicę znany i uczęszczany. Koło tego spu- 
stoszałego klasztoru tworzą dolinę Dunajca, która 
to rzeka w przełom tak zwanych koronnych gór 
wstępuje, wysokie i bystre, częstokroć prosto- 
padłe ściany skaliste; jest ona tak wazką, że 
podczas małej wody z trudnością tylko pieszo 
przejść można. Właściwie tworzą lewą ścianę 
doliny tylko owe, od podróżnych tak zwane góry 
koronne, które nazwę swą od spiczastych koń- 
ców, do hrabskiej korony podobnych, otrzymały. 
Stosowniej jeszcze możnaby je porównać z rzę- 
dem blisko koło siebie stojących domów, któ- 
rych spiczaste dachy końce tej ściany skalistej 
przedstawiają. W oddaleniu może jednej ćwierci 
mili, rozszerza się znowu nieco dolina, jednakże 
aż do Krościenka ciągle jest jeszcze wazka, 
dopiero poniżej miasteczka, coraz staje się szer- 
szą. Od złączenia się z Białką, która na gali- 



cyjskiej strome z głównych Karpat z Morskiego 
oka wypływa, aż do połowy mili, poniżej Czer- 
wonego klasztoru, tworzy Dunajec granicę mię- 
dzy Spiżem i Węgrami. Powierzchnia wody 
jego wzniosła tutaj 1520 stóp nad poziom morza. 
Pieniny posiadają także historycznie ciekawe 
miejsce. Sąto gruzy zamku, leżące wpośród gór 
na stromej skale. Na samotnych rozwalinach 
murów, rosną teraz jodły i buki, a w zdzicza- 
łym ogrodzie zamkowym rosną jeszcze krzaki 
bukszpanowe wpośród bujnych roślin górskich. 
Nader trudny przystęp do tego obronnego zamku 
dał pewnie powód do pobożnego podania, ja- 
koby go zbudowali anieli. — Podczas drugiego 
napadu Tatarów pod Nogajem i Telebugiem, 
ukryła się tutaj roku 1259 święta Kunegunda 
z 70. zakonnicami. Tatarzy obiegli zamek, lecz 
podług powieści, na prośoę świętej, tak gęsta 
mgła upadła, iż oblegający nieprzyjaciele, nic 
nie zrobiwszy, wrócić musieli. Po obu stronach 
Dunajca, który tutaj wazka dolinę górską prze- 
rzyna, leży miasteczko Krościenko, a niedaleko 
ztamtąd Szczawnice. Do ciekawości Krościenka 
należą nowo założone kąpiele i źródło kwaśnej 
wody, leżące na prawym brzegu w parowie-, 
które w 2ch funtach wody z następujących czą- 
stek się składa: 

Solanu sody 3,049,470 

Solanu wapna 7,436,650 

Węglanu sody ....... 1,750,911 

Węglanu magnezyi . . . . 8,744,555 

Gazu kwasu węglowego . 27 sześć- 
ściennych cali. 
Pieniny mają równie, jak wszystkie wapienne 
góry, bardzo obfitą wegetacyą; pomiędzy mnemi 
kilka alpejskich roślin. Znany botanik , Dr. Her- 
bich, odkrył tutaj nowy odznaczający się rodzaj 
rośliny, którą nazwał Chry san themum Zawadzki, 
i która się w dziele jego: Additamentum ad 
Jioram Galiciae, opisana i wyobrażona znajduje. 



Formalista, czyli czarno na biotem. 

(Dokończenie.) 

P. Planowshi. 

Wszystkiemu łatwo zaradzić. (Do kucha- 
rza :) Czego ugotować nie zdążysz, każ przynieść . 
od Zbarborego ; to najlepszy restaurator; a wresz- 
cie mniejsza o to, że trochę mniej wykwintny 
obiad zje raz wżyciu pan konsul! (Do kre- 
dencerza:) Kupisz najpiękniejszych owoców n 
przekupek. (Do kamerdynera:) Nakrjj do stołu 
w salonie. (Do szafarki, ogrodnika i frotera:^) 
A wy dobrzeście się waszemu panu zasłużyli. 
Oświadczam wam moje zadowolenie. (Ci się 
kłaniają i odchodzą.) 

Kucharz (odchodząc, sam do siebie.) 

A ja za służba podziękuję ! Bo już mi ko* 
ścią w gardle taki porządek. 



Digitized by 



Google 



123 



Kamerdyner (odchodząc). 
B jle mi do lg°. dosłużyć ! Więcej we wszyst- 
kim mitręgi, jak służby! 

Kredencerz (odchodząc). 
Nudna taka służba! Za każdą rzeczą od 
A nasza do Kaifasza. Dalipan! że i kwartału 
niedosłużę ! 

P. Planowshi (do żony). 

Widzisz kochanko, jak to wszystko porządnie 

idzie 9 byle tylko trzymać się stale tego, co się 

raz czarno na białem położyło! 

Pani Planowska. 

Biedna ja, biedna, z takim porządkiem! 

P. Planowski. 
Moja przyjaciółko! wypadek ten zaciągnie 
się w kratkę, przeznaczoną w budżecie na- 
szym na nieprzewidziane wydatki; a da- 
leko lepiej przyczynić sobie kosztów, niżeli od- 
stąpić od raz przyjętego trybu. 

(Wchodzi Jan, meldując.) 
Pan nauczyciel z paniczami. 

Pani Planowska* 
Niech wejdą, niech wejdą, jeszczem ich dziś 
niewidziała! (Jan nieodchodzi.) 

P. Planowski. 
Cóż ich tak rano sprowadza! to nie pora, 
w której zwykłem ich widywać! (Do lokaja:) 
Dzieci odprowadzić do ich pokoju: pana Oświa- 
towskiego prosić, gdyż mam z nim coś do po- 
mówienia. (Jan odchodzi.) 
Pani Planowska. 
Więc dziś niezobaczysz twoich synów, je- 
dziesz niebawnie na sessyą, a oni za godzinę, 
jak ci wiadomo, na kilka tygodni odjeżdżają na 

wieś. . 

P. Planowsku 
Rozkład czasu, porządek przedewszystkiem ! 
Do tego trzeba wcześnie dzieci przyuczać. 
Pani Planowska (z żałością). 
Formalność i akuratność, przytępiają w nim 

wszelkie uczucia ! m 

(Wchodzi nauczyciel.) 

P. Planowshi. 
Choć w niezwykłej porze, rad jestem widzieć 
pana Oświatowskiego; ale cóż mi go sprowadza? 
Nauczyciel. 
Metr muzyki uchybił swej godziny; korzy- 
staliśmy z czasu, pragnąc pana pożegnać przed 
naszym odjazdem; przytem chciałem trochę ob- 
szerniej pomówić o moich wychowańcach. 
P. Planowski. 
Jakże tam moi sjnowie postępują pod świa- 
tłem jego przewodnictwem? 
Nauczyciel. 
Znając ważność niedawno podjętego obo- 
wiązku, chciałbym naradzić się z rodzicami, zna- 
jącemi bez uprzedzenia przymioty i wady swych 
dzieci; udzielić im moich uwag i postrzezen nad 
charakterem i zdolnością moich wychowanców; 
a tak wspólnie sobie dopomagając, skuteczniej 



i łatwiej będę mógł odpowiedzieć położonemu 
we mnie zaufaniu. 

Pani Planowska. , 

Jakże przez to samo powiększasz pan nasze 
ufność i szacunek! 

P. Planowski. 

Ja mu i ufność i szacunek oddałem, skoro 
przeczytałem systemat i plan edukacyi, przez 
niego na moje żądanie napisany. 
Nauczyciel. 

Wypełniłem w tern woła pańską, ale kre- 
śląc ten plan, czułem i znalem, jak teorya da- 
leką jest od praktyki, jak wszystkie plany i 
metody wychowania domowego, ulegają nieskoń- 
czonym modyfikacyom, stosownie do okoliczności, 
do charakterów. I właśnie starszy syn państwa 
nader jest trudnym do prowadzenia. Umysł by- 
stry, pojętny, ale nieugięty; serce dobre, ale..... 

Pan Planowski (przerywając). 
W każdym razie trzymać się należy raz 
przyjętych zasad. Wytrwałość daleko zapro- 
wadzić może. Pan napisałeś swój plan eduka- 
cyi, ja go potwierdziłem, podpisałem; mamy 
Srzeto najważniejsze już zrobione, bo czarne na 
talem. Trzymając się pewnych, nieodmiennych 
prawideł, mamy niejako usprawiedliwienie i pod- 
porę naszego postępowania z dziećmi, co bardzo 
wielką, nieocenioną staje się pomocą w wycho- 
waniu. Tak napisano, tak przepisano i basta! 
Niech o nic więcej nie pytają. To tylko miałem 
panu do zalecenia* 

Pani Planowska (pół smętnie, 
pół żartobliwie). 
A ja proszę, zaklinam pana, ażeby synowie 
moi nieznali, niewiedzieli, co znaczą formuły, 
przepisy, plany, urządzenia, organiza- 
cye, prawidła, systema, metody, tryby 
i tym podobne wyrazy, ciągle brzmiące w ustach 
formahsty! 

(Wpada Jan z przerażeniem). 
Państwo ! gore ! Zapaliło się w kominie* 

Pani Planowska. 
Ach dzieci nasze! Gdzież są? (Wybiega.) 

P. Planowski. 
A moja organizacya? Gdzieś mi się zarzu- 
ciła. (Szuka jej na stole między papierami.) 

Nauczyciel (patrząc w okno). 
Dym i płomień okropny bucha, trzeba nam 
ztąd wychodzić, niech pan wyda jakie rozkazy. 
P. Planowski. 
Wiedzą dozorcy i kominiarze, jaka ich po- 
winność w tym razie; ja chwili nie mam do 
stracenia. (Patrzy na zegarek.) Ach! za kwa- 
drans mam czytać moją organizacya na sessyi! 
Muszę spieszyć. ~» 

Pani Planowska (przelękniona wbiega). 
Uchodżże ztad mężu, i spiesz na podwórze; 
komin się rozpękł, cały dom może spłonąć. Co 
tu straty, co tu szkody by było! 

16 



Digitized by 



Google 



124 




Andaluzyjczyhowie. 



P* Planowsku 
Jestem spokojny zupełnie. Wszystko śpie- 
le, dom oceniony i zabezpieczony w towarzy- 
stwie ogniowem, opłacam procenta od 200,000. 
Wszystko to jest czarne na białem* Widzisz, 
ze zawsze na moje wychodzi ! — No, uchodźmy 
ztąd; ratujcie, co możecie, j*a moją organizacją 
wynoszę. Ciekawym, jakie też sprawi wra- 



żenie ; 



Ułamek z najnowszej podróży 
po Hiszpanii. 

Przebywszy Pireneje, A w mur piętnastu mil 
grubości, rękę przyrodzenia pomiędzy Francyą i 
Hiszpanię wzniesiony, wstępujesz do krainy, 
która z żadną inne w Europie porównaną być 
nie może. Jadąc od Oleron , jedyną wolrią do 
przebycia, przez Karlistów zostawioną drogą, 
puszczasz się ciasnym gościńcem, ciągnącym się 
nad rzeką Gave: nad głową twoją wznoszą się 
ośnieżone gór szczyty, gdy oko twe błądzi 
w około po bujnych gajach i prześlicznych 
ogrodach; wszędzie cię otaczają dzikie piękno- 
ści przyrody, wszędzie spostrzegasz ślady ręki 
ludzkiej. Zaledwie zaś ujrzysz hiszpańskie gra- I 
niczue słupy, wszystko nagle się zmienia, jakoby 
na skinienie rószczki czarno- księskiej. Okolica 
smutna i nieurodzajna, gościniec wazki, wio- 
dący pomiędzy samemi niezmierzonemi, z oby- 



dwóch stron drogi głębokiemi przepaściami. 
Wóz, jeśliś go dotychczas używał, musisz na- 
tychmiast porzucić, a nająć muła, zrodzonego 
do takiej drogi. Zwierzę to stąpa z tobą wol- 
nym, lecz pewnym krokiem; pierwszego dnia 
jedziesz zwykle z Urdax do Canfrun, drugiego 
z Canfrun do Ajerbe. Od czasu, jak drogi do 
Biskai i Katalonii są zamknięte, ta droga tylko 
do Hiszpanii jest wolną. 

Uwagi godnymi są ludzie, trudniący się cho- 
wem i wynajmowaniem mułów w tych okoli- 
cach* Sato^ silni, rośli i odważni ludzie, nie- 
znający i niezważający na żadne niebezpieczeń- 
stwa. Im dalej do Arragonii wstępujesz, tent 
coraz w smutniejszym obrazie widzisz nędzę; 
wszędzie spotykasz tłumy żebraków, obdarte i 
wynędzniałe dzieci po drogach, wyciągające 
drobne swe rączęta po jałmużnę. Karczmy nie- 
porządne, są takie same, jak były za czasów 
Don Quixota; strawa, jaką ci poda/ą, chyba 
zgłodniałemu smakować może; wino " przecho- 
wują w worach skórzanych. Uderza cię także 
w pogranicznych miastach przedajność urzędni- 
ków, ręce na kubany do podróżnych wyciąga- 
jących. (Jło jest tym samym sposobem urzą- 
dzone, jak we Francji: poszukiwanie wprowa- 
dzanych towarów ścisłe, lecz kilka złotówek 
wciśnionych w rękę celnika, ułatwi im wstęp 
do kraju. 

Pisarze dawniejsi podziwiali piękne hiszpań- 
skie krainy; nie jeden wieszcz opiewał w pie- 



Digitized by 



Google 







Arragończyhowie. 



śniach swoich czarujące cytrynowe i oliwne gaje 
i urodzajne niwy nad brzegami Ebru. Dziś 
napróżno ich szukać będziesz; mojem zdaniem 
w całej Francyi nie znajdziesz tak smutnego i 
bezludnego kawałka ziemi, jak dolina Gallego, 
na drodze do Sarra^ossy. Na przestrzeni 15 mil 
geograf, nie znajdziesz ani jednego drzewa ; od 
Ayerbe do Saragossy same piaski nieurodzajne, 
a na nich gdzie niegdzie krzaki rozmarynu ro- 
snące; wśi żadnej nie widzisz; na całćj tej prze- 
strzeni dwa nędzne napotykasz miasta, Gurrea i 
Zuera. Znudzony tą jednostajnością, ujrzałem 
nareszcie sławną Sarragossę, podobną na pier- 
wszy widok wysmukłemi swemi wieżami do ja- 
kiego z miast wschodu* Czterdzieści ośm ko- 
ściołów, w których po większej części zakonnicy 
służbę bożą od prania li, próżne dziś stoją. Ulice 
miasta wązkie, domy wysokie* Mieszkańcy Sar- 
ragossy przypominają ci zaraz, gdy się z nimi 
wdasz w rozmowę, iż onito stawili dumne swe 
czoło w dwóch oblężeniach francuzkim wojo- 
wnikom: prowadząc cię na miejsca rzezi, gdzie 
żołnierz z żołnierzem walczył szczegółowo, po- 
kazują, jak dom po domu zdobywanym być mu- 
siał przez Francuzów: jak nieprzyjaciel niemógł 
się szczycić posiadaniem miasta, chociaż okopy 
i mury były w jego ręku. ^ Dumny Arragończyk 
ma się sam za prawego Hiszpana, dla tego pa- 
trzy na ziomków swych z innych prowincyj po- 
gardzającym okiem. 



Niewiasty arragońskie walczą o pierwszeń- 
stwo co jio piękności z Walencyankami. Wy- 
smukła ich kibić, oko czarne pełne ognia, ubiór 
skromny, lecz gustowny. Twarz okrywa zasłona 
czarna, podnosząca tern bardziej białość twarzy; 
skromne i pobożne, trzymają się ściśle zwycza- 
jów przodków, gardząc modami wkrada jącemi 
się pomiędzy polerowniejszą klassę z sąsiedniej 
Francyi. Żałować tylko należy, iz wstąpiwszy 
w związki małżeńskie, smutne i jednostajne 
prowadzą życie, gdyż wola męża, jest dla nich 
wolą samowładnego pana. 



O polskim języku łowieckim i o świecie 
łowieckim. 

( Ciąg daltiy. ) 

Jastrząbka gdzieniegdzie zowią kogutkiem; 
kuropatwa jest kurą albo starką; dziki go- 
łąb', grzywaczem; turkawka, gołąbkiem, 
kwilotem; drop', indykiem, bieg jego, 
unoszeniem; dzięcioł, kowalem; bocian, 
bociem, albo boćkiem, lub buskiem (po 
rusku czornohus); dzika gęś, gąską. — 
Ptaki jadą, t. j. latają; padają, okrywa- 
ją, siadają; biesiadują, przebywają; wę- 
drują, w jesieni odlatują; koczują, prze- 
bywają gromadnie; błąkają lub biadają, 

Digitized by VjOOC IC 



126 



z miejsca na miejsce sie przenoszą; wiszą, 
kiedy na powietrzu w jednem miejscu się wa- 
żę; sąwkrzyżu, np. jastrzębie , kiedy roz- 
ciągniętemu skrzydły krzyż tworzą; paprzą, 
grzebią; kąpią się, tarzają w piasku; fur- 
nają, raptem odlatują albo zrywają się; bry- 
kają, odjeżdżają, nietrafione ulatają ; wio- 
słują^ pływają; mogą być albo obarczone, 
postrzelone, albo koziołkować, przewracać 
się w powietrzu, albo spaść z dymem, upaść 
kamieniem, t. j. spaść zaraz po strzale; 
opićrzyćj znaczy tak strzelić, że się tylko 
pierze z ptaka posypie. Ptaki prze o czają, 
przez b\66 uciekają i nie chwytają, ale łamią 
inne ptaki. Lot słomki jest przeciąganiem; 
krzyka wymykiem; derkacza i przepiórki 
uskokiem; kuropatwy i dropia bieganiem; 
dzikich gęsi i kaczek, żórawi, ciągiem; dzi- 
kich gołębi, siewek, turkawek, obłokiem, 
chmarą, kiedy lecą gromadnie. Piękne ubar- 
wienie ptaków jest ubraniem; skrzydła ich 
są loty albo żagle; miejsce ich padania s i a- 




Młoda gęś, kaczka albo kuropatwa, mało co 
upierzona, zowie się farbówką. 

Polowania z drapieżnemi ptaki należą do 
najdawniejszych: używano u nas orłów, soko- 
łów i różnych ich gatunków, jako białozorów, 
t. j. sokołów bielejących na starość , kobusów, 
rarogów, krogulców, jastrzębi, bądź krajowych, 
bądź zagranicznych. Gniazdowiec jest ptak 
z gniazda wzięty; gałęźnik, który dopiero 
z drzewa na drzewo wylatuje; takie mają być 
najlepsze do polowania. Dobry sokół i w ogóle 
każdy ptak drapieżny powinien być chudy, oczu 
pełnych ognia, skrzydeł silnych, nóg mocnych 
i szponów ostrych. Drapieżnym ptakom odbie- 
rają dzikość bezsennością, a .potem je uczą, co 
się nazywa unoszeniem. Żywność dla wszy- 
stkich tych ptaków, świeża być powinna, a 
trzymać je należy w miejscu chłodnem. Iść 
czarnym szlakiem, albo berem, znaczy 
podchodzić lotną zwierzynę; pod pierzem 
szczwać, polować z ptakiem drapieżnym. 

Uboższym jest język łowiecki co do ptaków, 
których państwo jaśnieje rozlicznem barw bo- 
gactwem, zajmuje tysiącznemi pieśniami, może 
dla tego, że nie wszystkie nazwy i słowa są 
znajome; wiele także ptaków nie należy do 
zwyczajnego polowania. ^ Nazywają jeszcze 
szczygła kulczykiem; wilgę, g wiz da; sojkę, 
babą; kukułkę, kukawką; jaskółkę domową, 
domaszką; rybitwę, rybakiem; dudka, w u d- 
wudkiem; bąka, hukałem, albo hupałem. 
Sąto nazwy ło wiecko-ptasznicze ; słyszałem je 
od ptaszników częścią w królestwie, częścią 
wGalicyi. Jak zaś rozmaite jeden ptak miewa 
nazwy, patrz Zoologią Jarockiego tom II. str. 



116. I jeden i tenże sam ptak różnie w różnych 
stronach nazywany. (*) 

Słowa łowieckie są bardzo właściwe; ża- 
den inny wyraz nie wyrówna słowu kicać 
na oddanie powolnego biegu zająca, a zając 
w największym pędzie czy liż nie kładzie się 
po sobie? albo któż nie widział na polowaniu, 
jak zając łamie charty, jak przez swoje ró- 
żnostronne, szybkie ruchy, w istocie zdają się 
łamać? Głosy niektórych zwierząt, jak żubr 
jęczy, jeleń beczy, lis skomli, wiewiórka 
pryska, orzeł szczeka, sęp kłapa, sokół 
kwili, kuropatwą*, gdaka, cięgoce, prze- 
piórka bije, gęś gęca, drop' ksyka, słomka 
chrapi, śniegu! piszczy, gołąb' bębni, 
grucha, bruka, żołna skrzeczy, kwiczoł 
piska, kawka plegoce, skowronek dzwo- 
ni, przepierkuje, jaskułka piskoce, żu- 
raw' struka, puhacz woła(**), jak wiernie 
oddane. Co powszechnie parzeniem nazywamy, 
myśliwi zowią u jelenia bekaniem, u niedź- 
wiedzia grzaniem, u głuszcza tokowaniem, 
u jarząbka graniem, u kaczek deptaniem, 
i naturę żywiej malują. Nie będę się rozwo- 
dził nad pięknością każdego słowa; nie ujdzie 
zapewne baczeniu znawców, a przyjaciele oj- 
czystej mowy ujrzą i w jej odnodze, w języku 
łowieckim, tę cechę wyższości, która stanowi 
jej starszeństwo między siostrami sławiańskie- 
mi. Pełen życia i poezyi jest nasz język ło- 
wiecki, żaden powszechnie używany wyraz nie 
zdoła zastąpić słów jego; są one w porówna- 
niu z niemi, czem kwiat sztuczny z kwitnącym. 
Ale cóżby na to rzekli ś. p. niby klassyczni 
literaci, którzy obsiadłszy trójnogi rzymskie, 
w naturze tylko geografią , zoologia , botanikę , 
albo mineralogią, w mowie ludzkiej tylko gra- 
matykę Kopczyńskiego widzieli; coby rzekli, 
że w szczególnych słowach języka łowieckiego 
polskiego, więcej jest poetycznej prawdy, niż 
we wszystkiej rymowanej prozie Delilla: 

Strzelba świeży albo żywi, kiedy nie do 
razu ubija; dołuje, góruje, Dokuje, roz- 
rzuca, albo gęsto bije. Koniec rury je*t 
okiem; częściami strzelby są: kolba, lufa, 
albo rura, cel, łoże, przykład, ujęcie, 
warkocz, stępel, kapsel, kominek, 
zamek i t. d. Rozmaite także mają nazwy, 
n.p. pojedynka^ dubeltówka, ptaszniczka, knie- 
jo wka, szmigownica, dziweró^yka, jańczarka, 
tyrolka, sztuciec, i t. d. Sieci jest mnóstwo, 
jako: płot, parkan, na grubego zwierza; roz- 
jazd, włok, trokówka, płotek, pajęczyna, nie- 
wód i t.d. I trąbki są różne: charcio wka, bo- 
rówka, kniejo wka i t. p., i trąbi się rozmaicie 

V*) nietoperze w sandomierskiem nazywają pięknie 
wieczorkami. 

(**; Mówią także paka, i to słowo malaje glos 
jego ; pierwsze zaś* powstało z mniemania pogańskiego 
i dotąd trwającego, ze p oh acz przeczuwając śmierć 
ludzi , woła tyck , którzy umrzeć mają. 



Digitized by 



Google 



127 



według potrzeby. Jest także kilka słów ob- 
cych w używaniu, mogę one być ojczystemi 
zastąpione: apel (przybywaj), cwajnos (dwu- 
nosy), forsować (kuplować) i t. d. Do łowców 
należę: myśliwi, strzelcy, sokolnicy, bobrowni- 
cy, ptasznicy. Nie mieliśmy w zamiarze roz- 
szerzać się nad wszystkiem, co dotyczę łowie- 
ctwa, i chcących obszerniejszych wiadomości, 
odselamy do dziel, o tym przedmiocie mówią- 
cych. (*) 

Rzekniemy nakoniec słów kilka o świecie 
łowieckim. Kiedy jeszcze pola i lasy bóstwa- 
mi były ożywione, a rzeki i jeziora oszumie- 
wały pląsaniem i wesołem pluskaniem dziewic, 
źródeł opiekunek; jakież tam życie oddychało 
wszędzie, jak wszystko silnie przemawiało do 
duszy człowieka, jakie go wrażenia przenikały, 
jakie myśli wyrzucał z przepełnionej piersi! 
Zatarły je czasy późniejsze aż do najdrobniej- 
szych okruchów. Obszerny jest świat łowie- 
cki, najeżony górami i skały, zaczerniony pu- 
szczami, rozjaśniony zwierciadłami rzek i sta- 
wów, straszny przepaściami, uśmiechający się 
rozlegfemi rolami i błoniami, jaśniejący różno- 
wzorowemi barwy, brzmiący tysiącem dźwię- 
ków. Tu się puszą na berłach sokoły w kar- 
nalach (kapturach), tu psy snują drżące od 
niepokoju i zapału, tu jak na wojnę idzie 
wyprawa na odyńca lub niedźwiedzia; ówdzie 
pola migają rozsypanemi jeźdźcami i lotnemi 
charty; w około lasów wstają płoty, słychać 
muzykę w kniei; myśliwy wypręża oko na 
przesmyku, tam samotny idzie za psem prze- 
wodnikiem, albo czatuje ukryty w burzany. 
Jednych blask słońca oblewa, drugim wieczór 
przychylniejszy; tych zorza, tych światło księ- 
życa prowadzi; inni lubią noc ciemną, albo ją 
pochodniami rozświecają. Ci w kręte wąwozy 
wnikają, ci toną w nieprzebyte gęstwy, ci lgną 
w dyszące moczary, ci posuwają saniami po 
iskrzącym śniegu. Ale któż zdoła wiernie 
opisać ten ruch ogólny, tę wrzawę różnojęzy- 
czną, tętęt koni, lot psów, pęd zwierząt, ich 
obroty, trwogę, wściekłość, bój, grzmoty broni, 
trąb huki, zapał ludzi i setne ich uczucia; 
głosy szczególne, niknące w ogólnym gwarze; 
a ten gwar powtórzony odgłosem, rozbity o gór 
ściany, rozsypany po dolinach. Uważać można 
polowanie jako żyjące poema; musiało ono 
wpływać na umysł łowców, prędszy krwi obieg, 
mocniejsze życie, tyle barw i dźwięków, tyle 
lat przepolowanych znajdowały malarzy w ję- 
zyku poetyckim. Dodajmy do tego niewiasty, 
które czarodziejskiem okiem rozświecały koła 
myśliwych, (bo kobiety w one czasy* nie drżały 
na widok rumaka, nie mdlały na wystrzał, ale 



(*) Niektóre z dawniejszych są : 

Myślistwo z ogary Jana Ostroróg*. 

Myślistwo ptaszę. 

Gospodarstwo jeździeckie, strzeicze i myśliwe. 



za to nie rodziły, jak dzisiaj, chrząszczowa 
ale lwy), rozmaite przygody i wypadki i świat 
rycerski, spokrewniony z światem łowieckim. 
Nieraz zapewne na zgromadzeniach łowców 
rodziły się pomysły to jak żubry, jak lekko- 
nogie sarny, jak szczebiotliwe ptaki, — bo myśl 
rozogniona, wiecznie za temi przedmiotami go- 
niąca i wiecznie je przed oczyma duszy trzy- 
mając, niejako ich odcisk, ich odblask w sło- 
wach wydawała i mowę okrywała różnobarwną 
suknią zwierząt. Z tylu marzeń, z tylu powie- 
ści, cóż pozostało? szczątki obrazów, zamglone 
wyjątki z opisów, szczególne nazwy, samotne 
myśli, praMie tylko echo niewyraźne przeszło- 
ści. Myśliwi me stanowili osobnej kasty, wia- 
domości ojca często nie przechodziły a o syna 
i z nim umierały. Miejsce bóstw wygnanych 
zastąpiły na świecie łowieckim duchy i stra- 
chy, jakoby cienia zagniewanych bóstw pier- 
wotnych. Co było niegdy prawdą, stało się 
zabobonem, a wiara w me pozostała już tylko 
u ludu. 

Zabobonni myśliwi wierzą w duchów złych 
i dobrych. Do złych należą: Boruta, któremu, 
dla ułagodzenia, naczynia z potrawami wysta- 
wiając zły duch, albo szatan, przybierający na 
się różne postaci zwierząt, i trapiący czasem 
całe dni strzelców 7 , gdyż" ci ustawicznie strze- 
lają i chybiają; mara, która w postaci mgły, 
albo pary, zamydla oczy strzelców; tuman, 
tylko w nawalnej zimie prześladujący myśli- 
wych, sprowadzając ich na obłędne szlaki* 
Myśliwy, będący w porozumieniu z dobremi 
duchami, mieć może na strzał, co zechce, i 
zawsze ubije ; dobre duchy, w postaci ptaków, 
najczęściej wron, kukułek, pokazują drogę 
strzelcom. Wierzą w czary, strzelbę mogą 
zaczarować samem spojrzeniem złe oczy; ta- 
kie oczy najpospoliciej mają młynarze, dziady 
włóczące się z torbami, i baby. Strzelba za- 
czarowana może sama wystrzelić, dla tego na 
noc w pokoju nie trzeba jej zawieszać; dla 
zabezpieczenia zaś od uroków i czarów, wy- 
rzynają na kolbie rozmaite znaki, figurki i 
krzyże. Spotkawszy złe oczy, należy nabój 
wystrzelić, a strzelbę oplu wszy, położyć na 
ziemi, aby ziemia czary wyciągnęła, ale to 
skutkuje tylko zaraz po zaczarowaniu. Zako- 
panie lufy pod próg, którędy się przechodzi, 
ma czynić strzelbę niezawodną; w roztopiony 
zaś ołów wrzucają serce nietoperza, aby kule 
były dobre. Aby strzelba nie żywiła, ^ trzeba 
wrzucić w nią żywą gadzinę i wystrzelić, albo 
wpuścić kilka kropel krwi z ubitej zwierzyny. 
Strzelcy niektórzy i gajowi wieszają na pło- 
tach i bramach głowy zwierząt, ptaki, albo 
ich skrzydła; strzeże to ich od czarów i spro- 
wadza szczęście. W niedzielę i święta polo- 
wać nie należy, bo się nie szczęści. Strzelcy 
omijają niektóre ścieżki, pod niektóremi drze- 
wami nie strzelają, niektóre miejsca obchodzą 



Digitized by 



Google 



128 



wróża z lotu ptaków, z wianków wiszących 
na obrazach albo figurach nadrożnych, z chodu 
i twarzy zdybywanych osób z księżyca, któ- 
rego odmiany wywierać mają wpływ na węch 
psów* z gwiazd, z ułożenia chmur i obłoków 
na niebie it.p., lecz sąd ich w tój mierze 
opiera się raczej na indywidualnych wyobra- 
żeniach, niżeli na pewnych ogólnych prawidłach, 
Wilkolek, albo wilkołak, jest człowiek, mo- 
gący się przemienić w wilka ; wiara w nie jest 
bardzo starożytna; strzelcy wystawują go sobie 
jako wilka z głową człowieczą, długą i bro- 
data* istota ta może znowu do dawnej wrócić 
postaci, jest bardzo mściwa, i wielkie, szcze- 
gólniej w owczarniach, robi szkody. 

(Koniec nastąpi.) 



Rozmaitości. 



Galwaniczny telegraf* 

Pismo angielskie: Morning advertUer, daje 
następujące sprawozdanie z urządzonego na ko- 
ki żelaznej Great - Wester telegrafu: „Stój do 
tti machiny, który wygodnie na stole da się 
postawić, nie jest większy, jak pudło od ka- 
pelusza. Telegraf ten pracuje za pomocą ma- 
łych klawiszów, przez galwanizm w ruch wpra- 
wionych, a które na przeciwnym punkcie tele- 
graficznej Unii pokazują litery, jakie te klawi- 
sze oznaczają. Pomiędzy niemi znajduje się 
także jeden z krzjżem, służący do oznajmienia, 
kiedy pomyłka zaszła w depeszy, a zatem, iżby 
całe doniesienie jeszcze raz powtórzono. Ma 
pytanie n. p., ile podróżnych wyjechało z Pud- 
dington wozem parowym, w dwóch minutach 
otrzymała odpowiedź stacya w D raj ton, chociaż 
obie te stacye przeszło 30 mil angielskich od 
siebie są odległe. Postanowiła przeto dyrekcya 
żelaznych kolei Great-Wester rurę galwaniczną 
przeciągnąć aż do Bristolu. Całe urządzenie 
machiny i rury kommunikacyjnej , jest nader 
prosie, łatwe przy każdej już ex;stującej kolei 
do zaprowadzenia, a mające tę wielką korzyść, 
że iw nocy takim galwanicznym telegrafem 
pracować można. 



Gorzałka. 

Spustoszenia, jakie teraz zabójczy ten płyn 
zrządza, nie były dawniej wcale znane. Już 
samo nazwisko tćj cieczy oznacza zniszczenie, 
jej techniczne miano jest arabskie, Alkohol, 
ponieważ w Arabii około roku 1000 po Chr. 
wynalezioną została, gdzie jednak przez kilka 
wieków, tylko do lekarstw używaną była. — 
Ztamtąd około roku 1200. do Włoszech prze- 
niesiona, zkąd pod zwodniczem nazwiskiem aąua 
vitae przez kupców do Niemiec się dostała. — 
Do reformacyi i wojny trzydziestoletniej nie znano 
innego napoju posilającego, jak piwo i miód. 
W czasie Wojny trzydziestoletniej zaczyna się 
wódka upowszechniać. Widać to z oburzenia 
i zakazów, któremi wtenczas szerzącej się za- 
razie zapobiedz chciano. (*) Okropne są do- 
niesienia z amerykańskich, angielskich i niemie- 
ckich domów poprawy i waryatów, z których 
się okazuje, ze cztery czwarte wszystkich kry- 
minalnych processów i trzy czwarte ubogich, a 
więcej niż połowę szalonych, wypływa z zbyt* 
niego ożywania gorzałki! 



(*) U nas w Polsce gorzałka od dawnego bard** 
czasu była snauą; używanie atoli jej powszccknicjsiem 
•ię stało dopiero sa czasów Jaoa Alberta, to jest przy 
schyłku 15g© wieko; wszakże wiek cały minął, nim sio. 
stała niezbędną potrzebą, ulubionym napojem klas niż- 
szych w narodzie. Magistraty po miastach opierały się 
dlogo zaprowadzeniu szynków gorzałczanych , przekła- 
dając słusznie nad ten trunek piwa wszelkiego gatunku. 
I tak n. p. w Poznaniu szynki gorzałczanc zjawiły się 
dopiero za panowania Zygmunta 111. Odtąd slachta, 
żydzi, mieszczanie, zgoła wszyscy, rzucili się na wy- 
rfcigi do tej gałęzi nieszczęsnej przemysłu i Polska za- 
mieniła się prawdziwie w same gorzaluie i ssyukownie 
gorzałczanc Na Rurfi , Wołyniu, Litwie i Ukrainie 
wszystko prawie żyto wypalano na gorzałkę i tę wiel- 
kiemi kufami po całym kraju rozwożono. Tym spo- 
sobem rospił się prosty lud, utrącał zdrowie i enu* 
dobę swoje , ale przeciw tej zarazie nikt nie śmiał 
powstawać, bj gorzałka właścicielom dóbr bardzo zna- 
czne intraty przynosiła. Z gorzałek polskich słynęła 
szczególniej gdańska, pędzona ze słodu żytniego i jęcz- 
miennego, a potem rozmaltemi ingredycneyami przy- 
prawiana. Gdańszczanie wywozili ją do Anglii i iłol- 
landyi, i odnosili znaczne korzyści. Rozchodziła ona 
się takie po kraju w flaszach , i każdy , kto na frijor 
do Gdańska się puicił, nie tylko się sam zaopatrzył 
tamże w pas dra tego trunku, ale go nawet swoim są- 
siadom i znajomym przywoził. Na Podgórzu pędzono 
także gorzałkę z śliwek, która atoli długo stojąc, kwa- 
śniała. 



V Ernesta GUnthera w Lesznie dostać można dzieła następującego: 

Wieczory famiiyne, 

czyli: 

Powieści nauczające i dramy moralne w czterech językach,* 

dla pożytku młodzieży ohojij płci. Wydał Jan Jul. Szczepański, nauczyciel jeżyka polskiego 
przy Iwowskiij c. k. akademii realnej i handlowćj. Cena : 8 zip. 



Nakładem i drukiem Ernesta Gunthera w Lesznie. 



(Red. J. Łukasiewicz) 

Digitized by * 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Kok szósty. 



No. \7. 



Leszno, 

dnia 26. Października 1839. 




Digitized I 



/Google 



130 



Trybunał lubelski. (*) 

Ośmdziesiąt lat mija, jak bieduję na tym 
padole płaczu, a i drugie, i trzecie lat tyle 



(a) Rycina ta, wyjęta s dziełka: Obraz miasta Lu- 
blina przez Seweryna Zenona Sierpińskiego, A. T. L. 
w Warszawie 1839. Autor tak opisuje zamek lubelski: 
„Budowa zamku lubelskiego odległej sięga starożytno- 
ści. Podług siadów w Archiwach miejskich i podań 
ustnych, Bolesław W. 1025 r ; miał tu wystawić zamek 
drewniany, na górze odosobnionej zewsząd, nad łąkami 
i wodami w stronie wschodniej. Roku 1240 Tatarzy 
go spalili. Kiedy Rusini 1246 roku opanowali Lublin 
i sam zamek sztuką zdobyli, wówczas wódz ich Daniel, 
ksiąze halicki, dla większej obrony, w miejscu drewnia- 
nych szańców, kazał wznieść murowane fortyfikacje, 
dla tern pewniejszego ubezpieczenia się wpośród kraju 
obcego; niedługo jednak ztąd ustąpił. W roku 1340. 
Tatarzy, wszedłszy do miasta i spaliwszy je, wszelkimi 
sposoby usiłują zdobyć zamek, który im się długo bar- 
dzo opierał; wziąwszy go wreszcie, zburzyli mury przez 
Daniela wzniesione. Kazimierz W. przybył wkrótce 
a wojskiem , wypędził Tatarów i zamek na nowo wy- 
budować kazał; postawiono wzniosłe baszty i szańce 
południowe, wówczas tez wzniesiono obronne mury 
w około miasta, dla lepszej na przyszłość przeciw wro 
gom obrony: na ulicy jezuickiej znajduje się stara basz- 
ta , mało od kogo zwazana , która jest ostatnia z tych 
szańców Kazimierzo wy eh, wystawiona z cegły i kamie- 
nia, na trzy piętra, ze strzelnicami do łuków. Szańce 
miejskie, poczynając się od kollegium jezuickiego i 
krakowskiej bramy , przechodziły ulicą Nową , dolej 
miejscem, gdzie dziś dom Pawęczkowskiego, łamały 
się w końcu ulicy rybnej; jeszcze znajdują się tu szczątki 
dawnego muru nad kanałem; ztąd górą szły do bramy 

Srodzkiej, od niej ku Dominikanom, az do kollegium 
ezuitów." 

„Zamek lubelski, oprócz swojego przeznaczenia, był 
miejscem sądów wójtowskich prawa magdeburgskiego, 
mieszkaniem starosty i monarchów, w czasie ich pobytu 
w Lublinie; tu także odbywały się sądy ziemskie i grodz- 
kie. Władysław Jagiełło wymurował w dziedzińcu ko 
ściół; synowie Kazimierza Jagiellończyka pobierali tu 
nauki. Wieża zamkowa służyła za więzienie dla szlaehty 
in turri ei in fundo , na wierzchu za mniejsze przewi- 
nienia; w lochu zaś, który tak jest głęboki, jak sama 
wieża wyaoka, za zbrodnie tylko. Gmach ten, z ob- 
szernym w środku dziedzińcem, zrestaurowany przed 
kilku laty w gotyckim stylu , jest własnością rządu , i 
zdobi wspaniale miasto. '• 

(*) Wyjątek z Pamiątek JPana Seweryna Soplicy, 
ezeinika parnawskieao. Tom II. 

W przedmowie do tomu I. tychże pamiątek , zawie- 
rających powieści jędrne: „Kazanie konfederackie , P. 
Dzierżanowski, i*. Bielec**, Książe BadziwiŁŁ, Panie 
kochanku, Ksiądz Marek,** tak mówi o pisarzu ich 
wydawca : „Autor z rzadką sztuką umiał się przenieść 
w przeszłość , doskonale i jak prawdziwy poeta widzi 
ją, słyszy, pamięta, opowiada. Sąto rapsody wielkie] 
epopei, której bohaterem dawna kontussowa Polska. 
Niechże nam ją autor rozwinie w jak największej licz- 
bie podobnych powieści; niech niezamykając się w je- 
dnej tylko epoce, wszystkich tych dawnych i z różnego 
wieku Polaków antenatów, których szanowne rysy w na- 
poi zatartych i zamierzchłych portretach , tu i ówdzie 
widzieć możemy; niech mówię całe to mnóstwo dom o 
wych naszych nieboszczyków, tak dla nas ciekawych, 
a między sobą podobnych , pozbiera z wysokich ścian 
zamków, z niskich kościołów miejskich, z zakrystyj, 
refektarzów, korytarzy i framug klasztornych, z kątów 
i strychów ratuszowych i trybunalskich , powyciąga 
nawet z grubych pajęczyn i czarnego kurzu nagrobków, 



przeżyłbym, a nigdybym nie zapomniał wra- 
żenia, jakie na mnie zrobił trybunał lubelski; 
chociaż na nim byłem nie dzieckiem, ani mło- 
kosem. Labom starzec, nie zazdroszczę mło- 
dzieży naszej, że mnie przeżyje, bo nigdy wi- 
dzieć nie będzie tego, na cośmy patrzali. Do- 
czeka się i ona swego czasu czegoś dobrego, 
ale takie nie będzie to, co było. I nasze try- 
bunały były pełne powagi, i było na co pa- 
trzyć ; ale trybunał Koronny był nierównie oka- 
zalszy, bo starszy wiekiem i więcej narodom 
sprawiedliwość wymierzał. Na Litwie dziesięć 
województw, a w Koronie ledwo nie trzydzie- 
ści. Otóż kiedy konfederacya barska się roz- 
wiązała, kraj pierwszy raz podzielono, a mój 
pan już nie żył, osiadłem, jak to powiadają, 
jak na lodzie. Miałem ja chętkę i w wojsku 
Rzeplitej służyć, i o tom się starał; ale de- 
partament przyjmował konfederatów barskich 
z równa uprzejmością, jak pies jeża. Cóż tu 
było robić? Przypomniałem sobie czasy dawne, 
jak to ja kiedyś u wuja relacye pozwów prze- 
pisywałem; pomyśliłem sobie, pójdę do pale- 
stry obywatelom służyć. Goś się z prawa pa- 
mięta, reszty się douczy: nie święci garnki 
lepią. Pomagali mnie tez ludzie. W Polsce, 
kto się bił za ojczyznę, a jeszcze coś dla niej 
oberwał po kościach, między swoimi z głodu 
nie zginie. Pan Fabian Wojniłowicz , regent 
ziemski, wziął mnie na dependenta; a przy 
takim łepaku, kto nie chciał, prawaby się nie 
nauczył, a cóż dopiero, fałdy przysiedziawszy ! 
Wkrótce człowiek wprawił się stawać, jak 
potrzeba ; a że w kieszeń pacyentom niebardzo 
zazierał, szlachta powierzała interessa. Wła- 
śnie wtenczas na rękę mi poszło, że pan Ste- 
fan Oborski, plenipotent księcia wojewody y 
ożeniwszy się z panią Chrapowicka, bogata 
wdową, której wydźwigiwał majątek nieco 
zawikłany, musiał się przenieść na Białą Kuś, 
a zatem księciu podziękować. Wielu' było 
ubiegających się, aby jego miejsce zastąpić, i 
mocne były intrygi. Ale książę z własnego 

nie przepomniawszy i tych, co tylko w starych sztychach 
heraldyków i kronikarzy mieszkają: a odświeżywszy im 
szaty, praetarłssy karabele, poprawiwszy wąsy i czapki, 
tchuic w nich na nowo wzrok, słuch i mowę, zęby pod 
piórem jego mogli znów popatrzeć, pogadać, pożyć po 
dawnemu, po krajowemu, po polsku. Niech ich roz- 
prowadzi po ich dawnych komnatach , ich obozach » 
zjazdach, trybunałach, kotach szlacheckich i senator- 
skich, i po różnych scenach tego samego życia, które 
oni niegdyś', jak sejmik zgiełkliwy zbukiem, z szczękiem 
i paradą, a zawsze ze czcią i wiarą odbywali, — ży- 
cia , na którego szczery opis nic jeden może z omdla- 
łych 1 zcudzoziemczałych prawnuków krzywić się teraz 
będzie, jakby jaki niedołęznik, suchotnik krzywił się i 
słabnął na potężny zapach starej butelki węgrzyna zy- 
wotniego; a zrobi rzecz pamiętną i sławną, stanie się 
wielkim malarzem historycznym." 

Spełnił autor Pamiątek Soplicy, życzenia wydawcy 
i przesłał mu drugi pamiątek tomik, zawierający po- 
wierfei: P. Ogiński, Tadeusz Kejten, P. Rcwieński l 
Trybunał lubelski, który Czytelnikom naszym podajemy. 



Digitized by 



Google 



131 



instynktu, przypomniawszy sobie, że widywał 
ranie w bitwach, i ze parę razy byłem do 
niego posiany z sekretnemi inatrukcyami przez 
JW. Ogińskiego, woje w. witebsk,, wówczas 




stwie, jak i w crodzie nowogrodzkim. 

Juz od lat kilku chodziłem koło pańskich 
interessów, kiedy książę mi kazał jechać do 
Białej z częścią swojego dworu, i tam na nie- 

50 czekać. Książe przybywszy do Białej, nie- 
ługo w niej gościł i pojechał do Lublina, gdzie 
finalnie sądzona być miała jego sprawa zada- 
wniona, która przez wielkie forsy przechodziła. 
Sięgała ona jeszcze czasów księcia Radziwiłła 
Sierotki, a okoliczności, z których wynikła, 
głośnemi są dotąd na Litwie. Książe Sierotka 
żył w ścisłych stosunkach z JTVY. Iliniczem, wo- 
jewodą brzeskim litewskim, co miał wielkie 
dobra, a między innemi Białę, w której mie- 
szkał; kiedy więc powziął zamiar odbycia piel- 
grzymki do ziemi świętej, 110 wierzył go przy- 
jacielowi swemu. A ze w kraju, gdzie barba- 
rzyństwo pogańskie panuje, gdzie morowe po- 
wietrze nie ustaje, gdzie dostać się nie można, 
jeno przebywając góry, morza i pustynie, po- 
dróż tak jest niebezpieczna, iż można było 
zakład trzymać, że się z niej nie powróci; 
ksiaże będąc kawalerem, i nie niając sukces- 
soró\v, prócz książąt Radziwiłłów, upartych 
Kalwinów, którzy go z powodu, że rewokował, 
ile mogli prześladowali, a tem i on do nich 
nie wiele miał serca, i nie rad był, aby po 
jego śmierci ogromne spuścizny miały wzbo- 

facić nieżyczliwych krewnych, umyślił mająt- 
iem swoim obdarzyć przyjaciół. Te wszy- 
stkie okoliczności przyjacielowi wynurzając, 
prosił go o radę. Na to Pan Ilinicz: „Jak 
zrobisz testament, mój książę, a Pan Bóg cie- 
bie do kraju nie wróci, ci, których obdarzysz, 
nie będą korzystali z twojej szczodroty. Ty 
wiesz*, że w prawodawstwie naszem żaden 
testament nie jest tak mocnym, aby interpre- 
tationi nie podpadał: krewni twoi Radziwiłło- 
wie Birżańscy, są silni, oni rej wodzij Dyssy- 
dentami obudwóch narodów, a w Litwie i Ka- 
tolik nawet po twojej śmierci ich nie odstąpi; 
zwalą twój testament, owładną twoje dobra 
i napełnią je Bombizami. Jabym ci radził, 
nie testamentem, ale formalną tranzakcyą roz- 

Corządzić majątek." — „A to jakim sposo- 
em?" zapytał ksiaże. — „Ty nieżonaty", 
odpowiedział JW. Ilinicz, „ja dzieci nie mam; 
zróbmy więc między sobą tranzakcyą na prze- 
życie. Ja pierwej umrę? — wszystkie dobra 
twoje; Pan Bog ciebie pierwej zawoła do 
chwały swojej? — Słuczczyzna, Kojdanow- 
szczyzna, Siebież, i co tylko teraz posiadasz, 
będą moje; a zjedzą diabła Kalwini, jeżeli 
mi jedną piędź twojej ziemi wydrą." — 



„Zgoda", powiedział książę. Zaraz oba pano- 
wie pojechali do Brześcia, dla przyznania so- 
bie tranzakcyi. Książe Sierotka puścił się na 
pielgrzymkę. Minął rok jeden i drugi; już 
tedy JW. Ilinicz wyglądał tylko pewnego do- 
niesienia o śmierci księcia; bo chodziły wieści, 
raz, że okręt, na którym płynął, rozbitym zo- 
stał; raz, że z dżumy umarł; inny raz, że bi- 
surmanie go zabili. A że wojewoda był ła- 
komy, bardzo niecierpliwie musiał oczekiwać 
dokładniejszej wiadomości ; pięć księstw i trzy- 
naście hrabstw 7 , nie piechotą chodzą! Ale 
człowiek sporządza, Pan Bóg rozrzą- 
dza. Książe Sierotka wszystkie trudy i nie- 
bezpieczeństwa przy pomocy Anioła swego 
przebył i zdrów wrócił: szukał śmierci po 
szerokim świecie i jej nie znalazł ; a ona pana 
Ilinicza w jego własnych dobrach wytropiła. 
Bo kiedy książę Sierotka już wracał do Nie- 
świeża, w Krakowie ledwo kilka dni zatrzy- 
mawszy się, obrócił podróż na Białę, aby 
przyjaciela uściskać, — aż wjeżdżając do mia- 
sta, spotyka kondukt bardzo okazały; zapytuje, 
kogo to prowadzą, i dowiaduje się, że JW, 
wojewodę Ilinicza, którego przed dwoma dnia-> 
mi na polowaniu niedźwiedź rozdarł. Oddał 
mu ostatnie posługi książę i szczerze po nim 
płakał, bo był czułego serca, jako o nim piszą, 
ze nie było cnoty, której by nieposiadał. Ale 
że tranzakcyą jak wół była wyraźna, dostało 
mu się czem łzy obetrzeć, i ubogim za duszę 
nieboszczyka świadczyć. Biała, Sławatycze, 
Zabłudów, Mir, i tyle innych dóbr Iliniczow- 
skich, weszły w dom Radziwiłłów. Tak jemu 
pielgrzymka i na ten i na tamten świat po- 
mogła, bo był wart tego. Zona wojewody 
Ilinicza, Tarto wna z domu, miała posag swój 
oparty na dobrach męża: Książe Sierotka, 
cliociaż ona nie miała dożywocia, pokąd żyła, 
ich nie tykał, zostawując jej wszystkie docho- 
dy; a ona wywdzięczając się za tę łaskę, li- 
stem własnoręcznym zapewniła księcia, że ani 
sama, ani jej sukcessorowie, o jej posag nigdy 
upominać się nie będą, gdyż aż nadto została 
zaspokojona. Ale potem Tarłowie zaczęli pie- 
niąc księcia, jakoby takie ustępstwa kobiece, 
nie listem, ale tranzakcyą przyznaną w assy- 
stencyi krewnych, miały się robić. Przez lat 
półtorasta oto wszczynały się i urywały spra- 
wy. Książe Michał Radziwiłł, hetman 
wielki liteviski, ojciec księcia wojewody, na 
trybunale lubelskim zjechał się był z Tarła, 
wojewodą lubelskim, który mu niemało nado- 
kuczał, będąc najzuchwalszym z ludzi; ale 
wtenczas na niczem spełzło, a wkrótce JW. 
wojewoda lubelski, ostatni z domu Tarłów 

to mieczu, zginął na pojedynku od Jaś. Ośw. 
sięcia Poniatowskiego, podkomorzego ko- 
ronnego, o którym to pojedynku wiele było 
gadania. Sprawa dostała się w spadku Jaśn, 
Oś w* księciu Lubomir skiemu, marszałkowi 

17 



Digitized by 



Google _ 



132 




mówią: bić się po diabelsku, a Polacy: bić się 
po łęczycku. Tyle mi się zostało z całej fran- 
cuzczyzny. Otóż radbym się przekonał, czy 
lepsze gracze w Łęczycy, czy w Poniewieżu." 

(Ciąg dalftzy nastąpi.) 



Cecylia Renata. 

wielkiemn koronnemu. Jeśli świadomy jestem 
tego wszystkiego, nie dziw, bo od deski do 
deski, sto razy może przeczytałem wszystkie 
doknmenta, tyczące się tej sprawy. 

Pojechaliśmy więc do Lublina za księciem. 
Do bryki, w której -siedziałem, dodano mi pana 
Bartłomieja Chodźkę, dworzanina księcia. Do- 
bry chłopiec, ale paliwoda, jakiego świat i ko- , 
rona polska niewidziały. Ojciec jego, sędzia 
ziemski upitski, miał piękny majątek i kilka 
razy deputatowa! na trybunał. Mógłby on sam 
wykierować syna, ale rady mu dać nie mógł, 
taki był zabijak. Oddał go do palestry, chcąc 
mieć niedaleko swego oka; ale ten więcej sza- 
belki, niż pióra pilnując, tyle ponakrawał łbów, 
że w jednym roku do trzydziestu tysięcy musiał 
zapłacić za jego burdy. Naprzykrzyło mu się; 
a że był spadkowie przyjacielem domu Radzi- 
wiłłów , a książę Radziwiłł lubił szlachtę łap- 
czywą do kordą, więc go oddał do Nieświeża. 
Wzrostu był małego i sucharlawy, figura nie- 
poczesna; ale mało ludzi równej sity i tak 
szablą robiących. Miał on pałasz cieniutki, 
który ' s m y c z k i e m nazywał. Najmilsza iego 
zabawka była, wpaść między nieznajomych, i 
udając mazgaja, przyjść do zaczepki. Pozwa- 
lał naprzód z siebie żartować, potem odciął 
się czem grabem, żeby być wyzwanym, dopiero 
minę tchórza przybrawszy, wypraszał się od 

Eojedynku , a nakoniec z musu niby bił się i 
aleczył tych, co się na nim nie poznali. Ja, 
że byłem już ojcem dzieciom , a do tego za- 
szczycony przyjaźnią W. sędziego upitskiego, 
więc miałem przewagę na panu Bartłomieju, 
i wierzył mi. Bywało nieraz umityguj go, 
kiedy przyjechawszy do Nowogródka, wpadnie 
w burdę; bo on zawsze do mnie zajeżdżał, 
jako do sługi jednego dworu. Więc z nim na 
bryce siedziałem; a on x że nigdy dotąd z Litwy 
nie wyjechał, wypytywał się mię w drodze 
o koronie. Razu jednego mówi mi: „Wybacz 
panie Sewerynie, ale taki mój smyczek musi 
się pobratać "z Koroniaszami; szczególnie rad- 
bym poznał jakiego Łęczycanina. <' — ,>A to 
czemu?" — „Temu, że kiedy mnie w szkołach 
męczono, wyczytałem w Trocu, że Francuzi 



Opis uroczystości weseluych podczas ślubu 

Władysława IV. z Cecylią Renatą, 

w roku 1637. , wyjęty z wspólcze- 

suego rckopisitiu. 

„Przyjechałem do Warszawy czterema dnia- 
mi przed weselem, gdzie wielką drogość zasta- 
łem, a teraz jest jeszcze większa za zjazdem 
panów litewskich, biskupów i innych prałatów. 
A że Wisła mata, tedy nic do żywności nale- 
żącego Warszawie dodać nie mogą wodą, za- 
czem dziwne a wielkie mdłości na mieszek pa- 
dają. Król jegomość we czwartek przed nie- 
dzielą weselna powrócił do Warszawy z Jełży, 
majętności biskupa krakowskiego. Tam nie- 
znacznie zajechał był dla widzenia i oglądania 
królowej jejmości. Skoro tak sobie postąpił, 
naprawił był jmć pana wojewodę sieradzkiego, 
jmć pana marszałka wielkiego koronnego, aby 
o audyencya prosili królowej jejmości, którą 
ona pozwoliwszy w innej izbie i dalszej od 
swego pokoju, gdy po audyencyi wracała się 
do swego pokoju, król tylnemi pokojami zaszedł 
jej drogę i we drzwiach stanął. Sama królowa 
jejmość zdumiała się, iż któryś pan, po nie- 
miecku ubrany, zastąpi! jej we drzwiach, i ustą- 
pić nie chce* Poczęła sobą trwożyć, aż król 
jegomość postrzegłszy to strwożenie królowej 
jejmości, porwał ją za rękę i ścisnął. Kró- 
lowa dopiero się domyśliła, że żadenby nie 
śmiał inny tego czynić okrom króla; natychmiast 
nisko aż do nóg się ukłoniła, potem w pokoju 
z sobą rozmawiali. Nazajutrz rano po śniadaniu 
odjechał król do Warszawy, gdzie dnia 10. 
Września wieczorem przybył. Królowa jejmość 
potem wjeżdżała w sobotę dnia 12. Września; 
aż do Ujazdowa ksiądz biskup warmiński, Szysz- 
ko wski, z księdzem biskupem płockim i księ- 
dzem podkanclerzem , naprzeciwko niej wyjeż- 
dżali. Ze świeckich też senatorów sześciu wo- 
jewodów litewskich i kasztelanów, także z du- 
chownymi wyjechali do Ujazdowa. Przed wie- 
czorem dopiero wysłano poczty bardzo ozdobne: 
kopijników 400 pięknie ubranych, piechoty ró- 
żnej 3,500 ludzi, osób konnych pod trzysta, i 
innych, dragonów, kozaków pod tysiąc. Było 
bardzo szumno od rzędów bogatych, koni dziar- 
skich: zgoła pięknie wjechali z podziwieniem 
różnych narodów ludzi. Posłowie cudzoziemscy 
prowadzili królową, i na koniach tuż byli przy 
boku, jako to: poseł króla duńskiego, poseł ce- 
sarski, poseł kurfirszta brandenburskiego. Króla 
francuzkiego, angielskiego i hiszpańskiego po- 
słów niebyło. Był posei hiszpański w Warsza- 
wie, ale na tydzień przed weselem wyjechał; 



Digitized by 



Google 



133 




Medale, wybite na pamiątkę zaślubin Władysława IV. z Cecylią Renatą. 



co to za artificiuMy wywiem się pewnej rzeczy 
i oznajmię. Dwie bramy, jedne przed Bernar- 
dynami, a drugą przed Gerardowym dworem 
od Ujazdowa, niedaleko od Bernardynów, po- 
stawili. Tam muzyki rozmaite dęte grały; król 
jegomość na cudnym koniu siwym tureckim sie- 
dział, w brud farbowanym, rząd bardzo koszto- 
wny dyamentowy ; ubiór na nim jako złota blasz- 
ka tak na nim nie leżała, ale stała: bardzo 
rzecz kosztowna i misternie robiona! Z dział 
bito, w trąby i bębny, w szałamaje, surmy: 
zdało się nam, że się Warszawa od wielkiego 
łoskotu i puków roztrząść miała. Kareta, w któ- 
rej królowa siedziała, bardzo kosztowna, trzy- 
dzieści sześć tysięcy kosztowała; sześć koni tu- 
reckich, w brud farbowanych, ciągnęło ją; szor 
aksamitny, błękitny, sprzączki złociste srebrne, 
woźnice od hatłasu i aksamitu, pętlice złote. 
Sama królowa, świetnie także ubrana, z Leo- 
poldową , arcy-księżną , siedziała w karecie , a 

Srzed niemi królewna jejmość z królewiczem 
.arólem, biskupem wrocławskim. Trębaczów 
króla jegomości 16stu ze srebrnemi trąbami, 
z munsztukami, i altembasy przy trąbach, a kró- 
lewskie herby złotem haftowane były. Dwa 
bębny usarskie srebrne, bardzo wielkie, z her- 
bem królewskim na obudwóch, pozłocistym. 
Gdy do miasta wjechali, zaraz pominąwszy za- 
mek, do kościoła ś. Jana przyjechali ; tam kró- 
lową jejmość ksiądz biskup poznański z kano- 
nikami witał. Potem benedykcyą dawał ksiądz I 



arcybiskup gnieźnieński, i potwierdzenie było 
ślubu , ratyfikując ślub w r Wiedniu uczyniony. 
Potem : Te Detnn laudamus y po którem piechotą 
król jegomość szedł przed królową, a za nim 
królowa szła; dwanaście pacholąt poprzedzało 
królestwo ichmość z świecami jarzęcemi. Tam 
dopiero muzyki po gankach, oknach pokojowych, 
tamże i strzelbę wypuszczono. Z dział i ręcznej 
strzelby bardzo wielkie ognie dawali, tak, że 
niejedna kamienica, mianowicie okna, akt ten 
poczuły. Niektórzy panowie zostali, zaprowa- 
dziwszy królową, a większa część do kamienic 
się rozjechała. Potem w nocy priratim wie- 
czerza była. Nazajutrz w niedzielę nierychło 
bardzo król jegomość z królową do kościoła 
przyszli, aż o czwartej godzinie z południa po- 
częta się msza święta , którą odprawował ksiądz 
arcybiskup gnieźnieński i ten akt koronacyi czy- 
nił. Przyczyna tak nierychłego przyjścia kró- 
lestwa ichmość była, że poseł króla duńskiego 
chciał podsiadać legata papieskiego, który tik 
niechciał dać precedencyi onemu. Sam król jm^ 
przez wielu ludzi kilka godzin traktował, tak, 
ze się akkomodowało, że legat na swojem miej- 
scu siedział, a poseł duński podle królewicza 
Kazimierza, przed którym klęczała królewna, 
przed nia arcyksiężna Leopoldów a, a potem na 
majestacie królowa pod baldakinem, nakoniec 
król. biskupów czternastu było z suffraganami 
pontificaliter ubranych. Królowa kommuniko- 
wała przy mszy z rąk księdza arcybiskupa gnie* 



Digitized by 



Google 



134 



znieńskiego ; król jmó i ona na ofiarę chodzili ; 
król jmó w ubiorze królewskim , w kapie , dal- 
matykach, jako biskup siedział, oprócz tylko 
mitry, albo infuły, ale na to miejsce korona 
królewska na głowie była ; królowa podle niego 
na sążeń siedziała z koronę na głowie , w pra- 
wój ręce berło trzymając, w lewej jabłko złote 
z krzyżykiem; muzyka po wszystkim kościele 
bardzo głośna, krzykliwa. Po tern nabożeństwie, 
odprawiwszy jmó ksiądz arcybiskup gnieźnieński 
mszą, zaczął: Te Deum laudamus. Muzyka 
kończyła, a królestwo ruszyło się z jmó panami 
senatorami do zamku. Tam rozmaite strzelanie, 
znowu inne muzyki w zamku, gdzie muzycy 
śpiewaniem swem wdzięcznem witali królowę, 
śpiewając: Salve Caecilia Renata, Regina 
roloniae. Tam dalej w takim tumulcie i ludzi 
i samychże muzyków i instrumentalistów, tru- 
dno było wyrozumieć dalszego textu : skończyło 
Bię to przed szóstą na półzegarzu przy świe- 
cach: począł się obiad na sali nowej; stołów 
było dziewięć długich przez salę, ale ani jmó 
ksiądz biskup gnieźnieński, ani legat, ani inni 
biskupi i wielu panów nie było, do kamienic 
swych poodjeżdżawszy. Potem zaś zgromadzili 
się i byli świeccy panowie na tym bankiecie i 
tańcowali. W nocy race miasto wyprawiało 
i ognie rozmaite. Ojcowie też Jezuici, oprócz 
nich żadni insi księża nieod praw owali takich 
figlów jako oni: rozmaitemi lampami, ogniami, 
obrotami słonecznemi, miesięcznemi, wieżę swoje 
przykryli i otoczyli. Panowie ze dworów swych 
ognie palili, race puszczali, mianowicie z batu 
szumnego, który Gdańszczanie w podarunku kró- 
lowi jegomości przysłali; tam race puszczali 
rozmaite. A jmćpan podskarbi koronny foremne 
i odważne ognie i race puszczać kazał z wieży, 
na dworze jego umyślnie dla tego uczynionej. 
Tak noc niedzielna przeszła i odprawom ała się 
w ogniu ustawicznym i racach. Inne dni we- 
selne, jako się odprawiły, wie, kto był przy 
tóm." — 

Związek Władysława IV. z Cecylią Renata, 
arcyksiężniczką austryacką, powodem by i do 
wybicia umieszczony cli tu medalów, wyjętych 
z szacownego dzieła hr. Kdw. Raczyńskiego. — 
„Pomimo obstawania Polaków przy zgubne m 
prawidle wolnej elekcyi, życzył naród potom- 
stwa panującemu królowi tern więcej, iż dwaj 
młodzi bracia królewscy, Jan Albrecht i Ale- 
xander Karol, wkrótce po ojcu swoim Zygmun- 
cie III. byli zmarli. Zamiarem było Włady- 
sława IV. pojąć za żonę Elżbietę, córkę Pala- 
tyna Renu; księżniczka ta przecież w wierze 
protestanckiej wychowaną była, co Polaków od 
niej odstręczało ; zamyślał potem Władysław IV. 
o księżniczce mantuańskiej , która później żoną 
jego została, lecz i ten związek nie przyszedł do 
skutku; a stosunki ówczesne dworu polskiego 
i austryackiego powodem byłyr królowi, że się 
oświadczył o rękę arcyksiężniczki Cecylii Re- ' 



na ty, którą Jan Kazimierz, królewicz, posłem 
do Wiednia wysłany, zaślubił bratu dnia 9. 
Sierpnia 1637 roku. 

Pierwszy medal większy wystawia króla i 
królowę, przy stole ręce sobie podających. 
Napis w otoku: VLADISLAUS IV. POL(oniae) 
SUEC.Q. (Sueciaeque) RBX KT CAECILIA 
RENATA ARCHIDUX AUSTR(iae) SPONSI 
AUGUSTISSIMI; tojest: Władysław IV., król 
polski i szwedzki, i Cecylia Renata, arcyksięż- 
niczką austryacką , małżonkowie najjaśniejsi. — 
Drugi zaś wiersz w około: HUNC GENU1T 
BOREAS HAEC NOMEN DUC1T AB AU- 
STRO REGIBUS HIS MUND1 PLAUDIT 
UTRUMQ(ue) LATUS; tojest: Ten na północy 
zrodzony, ta od południa; z obu stron świata 
uwielbiają ich. U góry medalu sa aniołowie. 

Strona odwrotna: Mars i Pallas trzymają 
koronę nad sercami gorejącemi; po jednej stro- 
nie jest herb polski, po drugiej austryacki; 
wokoło we dwóch wierszach napis: ASPICE 
QUAM FAUSTO COEANT IN FOEDERA 
NKXU SARMATA LIBERTAS AUSTRIACUM 
IMPERIUM DI RERUM DOMINI FACIANT 
PLAC1DEQUE D1UQUE GAUDEAT UT TAN- 
TIS ISTUD ET ILLA BON1S; tojest: Patrzaj, 
jak się przyjaźnią połączyły wolność sarmacka 
z dawną Austryaków chwałą. Nieba sprawcie, 
aby w długie czasy oboje w obfite opływały 
dary. 

Drugi medal. Str. główna: Cyfra Włady- 
sława IV. i Cecylii Renaty, nad nią korona, 
u góry w r płomieniach imię Jezus i napis: IN 
MEMORIAM REGIARUM NUPTIARUM; to- 
jest: Na pamiątkę królewskich zaślubin. 

Str. odwrotna: Herby na dwóch tarczach, 
polski i austryacki, i dokończenie napisu strony 
głównej: CELEBRATARUM VARS AVIAE 
13. SEPT(embris) 1637.; tojest: Odprawionych 
w Warszawie dnia 13. Września 1637. Nad 
tarczami jest napis: AUTOR CONJUGII DEUS, 
t. j.: Bóg małżeństwo ustanowił* 



O Daguerotypie. 

Wielkie optyczne odkrycie Daguera, do usta- 
lenia i schwycenia obrazów w Camera obscura 
odbitych, juz nareszcie światu objawione zostało. 
Wynalazca, par Dacuere, zaszczycony po- 
przednie krzyżem legii honorowej, teraz w na- 
grodę swych zasług i ważności wynalazku, 
otrzymał od narodu francuzkiego dożywotnią 
rocznią pen^yą, 6,000 franków. Sławny badacz 
natury, pan A rago, na dniu 19. Sierpnia czy- 
nił z tego tak ważnego wynalazku sprawozda- 
nie w akademii, w którem podał najprzód w krót- 
kości historyą Camera obscura, mogącą w tej 
chwili nie jednego interesować. Camera ob- 
scura, dotąd igraszka i zabawka dzieci, przez 
Daguera zaś do doskonałości naj biegi ejsz ego ry- 



Digitized by 



Google 



135 



sownika podniesiona , a nawet w wierności na- 
śladowania przedmiotów wjźsza nad wszelką 
sztukę, była wynaleziona w połowie 16. wieku 
przez neapolitańskiego lekarza, Jana Bapty- 
stę Porta, pilnego badacza natury. Najsła- 
wniejsi uczeni czasu odwiedzali dom jego, tak 
ze Porta założył tak nazwana Academia degli 
arcaniy której członkowie obowiązani byli udzie- 
lać sobie nieznanych dotąd użytecznych wyna- 
lazków. Tym sposobem zebrał sobie materyały 
do swego ważnego dzieła: J. B. Porłae Ma- 
giae naluralis , sen de miracułts rerum natu- 
raliutn libri IV. Neap. 1558. fol., które pra- 
wie na wszystkie europejskie języki, nawet na 
arabski, przełożone zostało. 

Porta pisze w tern dziele, że przez maty 
otwór, w okiennicy zamkniętej zrobiony, wszy- 
stkie zewnętrzne przedmioty odbijają się na 
płaszczyźnie białej, w pokoju naprzeciwko trzy- 
manej, w naturalnych kolorach, tylko odwrotnie; 
wprawiwszy zaś w otwór szkło wklęsłe, stają 
się przedmioty daleko wyraźniejsze, tak dalece, 
że nawet rysy znajomych osób rozpoznać mo- 
żna* Za pomocą więc izby tak zaciemnionej, 
można otrzymać najdokładniejsze obrazy ludzi, 
zwierząt i innych przedmiotów, a nawet obser- 
wować zaćmienie słońca* Porta użył także 
w miejsce naturalnych przedmiotów, małych 
malowanych obrazków, które blisko szkła wklę- 
słego odwrotnie ustawił, tak, aby od słońca 
oświecone były, i którym różne mógł dawać 
poruszenia, przez co naśladował polowanie, co 
wtenczas za nadzwyczajne cuda uchodziło. Za- 
raz z początku, dodaje Arago, żałowano, że tak 
pięknych obrazów nie można schwycić; a gdy 
przy końcu zeszłego wieku działanie światła 
na zmianę koloru papieru, w saletrzanym niedo- 
kwasie srebra zamaczanego, rozgłosiło się, czy- 
nił francuzki badacz natury, Charles, w tej 
mierze doświadczenia, równie jak i sławny an- 
gielski chemik i fabrykant porcelany Wogwood, 
które atoli bez skutku pozostały. 

Około roku 1815. powtarzali te same do- 
świadczenia najprzód niezależnie jeden od dru- 
gi e g°> później poznawszy się wspólnie, pan 
Niepce, właściciel dóbr z okolicy Chalons nad 
Saoną, i nasz Daguere, i doszli nareszcie, po 
przezwyciężonych wielu trudnościach, do tego 
rezultatu, że w 14. Grudnia 1829. zawarli for- 
malną ugodę, w celu dalszego wydoskonalenia 
manipulacji, zkąd się okazuje, że główną ideę 
podał Daguere. (*) 

To udoskonalenie nareszcie się udało > i Arago 
utrzymuje, że na mocy najściślejszych badań 
kommissyi, za pomocą Daguerotypu otrzymane 
obrazy, wyjąwszy kolory, tak są odbitym przed- 
miotom podobne, że tak dokładnie nie ludzka 



(*) Sukcessorowie pana Niepce otrzymali 4,000 fr. 
pensji, jako wynagrodzenie współudziału w tćm wazaćm 
odkryciu* 



ręka, ale chyba sama tylko natura rysować 
potrafi. Za pomocą tej Camery będzie można, 
n. p. miliony hieroglifów egipskich w jednej 
chwili przekopijować; ryciny znanego francuz- 
kiego dzieła w tym przedmiocie zmaleją i zni- 
kną przy tern nowem odbiciu, a jeden człowiek 
z tem czarodziejskiem narzędziem, w jednej chwili 
więcej dokaże, jak całe uczone towarzystwa 
przez przeciąg lat kilku. Obrazy Daguera nie 
są to rysunki liniowe, lecz czyste tynty, jakie 
natura przedstawia, które szczególniej w odda- 
leniu i przez szkło powiększające widziane, 
magiczne czynią wrażenie. (*) 

Manipulacya jest następująca: 

Tabliczka miedziana, obłożona cienką blasz- 
ka srebra, na której się ów odcień obrazowy 
odbija, wstawia się najprzód w naczynie, gdzie 
się wsypało nieco jodu, który w zwyczajnej 
temperaturze ulatując, okłada srebro żółtą po- 
włoką. Tak przygotowaną tabliczkę wstawia 
się w camere na działanie światła. Wyjąwszy 
ją po kilku minutach, nie widać na niej żadnej 
figury* Żółta powłoka jodu na srebrze, na któ- 
rej się obraz odcisnął, nie okazuje żadnej zmiany* 
Tabliczka ta wstawia się w inne naczynie, gdzie 
się znajduje merkuryusz, pod którem zapala się 
lampa z spirytusem* 

Ogień rozgrzewa merkuryusz i zamienia go 
na wapory. Natychmiast te ulotnione, czepiają 
się tych miejsc, na które światło padało, nie 
chwytając się bynajmniej innych, gdzie byl cień, 
i zmniejszając się w stosunku, jak światło sła- 
bieje. Przy świecy można już tym sposobem 
widzieć, jak się obraz z tej powierzchni wynu- 
rza, jak owe wapory merkuryuszowe wydoby- 
wają wszędzie pożądaną figurę, w miarę, jak 
na powierzchni mniej lub więcej ©świeconej 
osiadły. 

Wyjaśnienie tego fenomenu jest następujące: 
Przez działanie światła ulotni się w Camera 
obscura jod, powierzchnią srebra składający) 
ejscach przez światło dotkniętych* Te więc 



wmic 



miejsca obnażone, wystawiają metal na działa- 
nie waporów merkuryuszowych w czasie drn- 



(*) Najbardziej na tych obrazkach podziwiają wier- 
ność i dokładność w wykonaniu, do jakiej ani oko, 
ani ręka ludzka wcale niezdolne. Próby okazywane 
w izbie deputowanych w Paryżu, wystawiały widok 
trzech ulic w Paryżu , wnętrze warsztatu pana Daguera* 
i grapę bustów muzeum starożytności. Najmniejsze 
wzniesienie bruku luk wypukłość muru, towary powy- 
kładane na ulicach, najdelikatniejsze przedmioty, dro- 
bne kamyczki pod wodą w kanałach i różne stopnie 
ich przebijania się przez wodę; wszystko to jest a nie- 
pojętą dokładnością oddane. Jeszcze bardziej zdumie- 
wamy się , jeżeli weźmiemy do ręki szkło powiększające, 
spostrzegając mianowicie w liściu drzew tyle nowych 
szczegółów, których gołe oko dostrzedz nie mogło. 
W izbie deputowanych pokazywane tabliczki były 9 do 
10 cali długie , 6 do 7 szerokie. Pan Daguere szacuje 
wartość takiej miedzianej , srebrną blaszką obłożonej 
tabliczki, prawie na 4 firanki; cały zaś, apparat ma 
kosztować 400 franków. 



Digitized by 



Google _ 



136 



giej operacyi, tworząc na tych punktach białe 
blade amalgama. 

Z początku nie można było tych eterycznych 
obrazów wcale się dotknąć, ani ich dalej prze- 
stać bez uszkodzenia; lecz teraz wynaleziono 
już pewien pokost, polewając tę tablicę jedną 
częścią dextriny, rozpuszczonej w pięciu częściach 
wrzącej wody; pokost ten nieszkodzi bynajmniej 
piękności obrazów, a czyni je dopiero przystęp- 
nemi dla rysownika , lub rytownika, którzy je 
teraz jak zwyczajny rysunek, lub przez prze- 
zroczysty papier przekopijować, lub też na tym 
samym metalu zaraz sztychować (igłą ryć) mo- 
gą, aby je w tysiącznych rozpowszechniać exem- 
plarzach. 



O polskim języku łowieckim i o świecie 
łowieckim. 

(Koniec.) 

Zagłębmy się dalej w świat łowiecki, tu się 
dowiemy od starych myśliwych, że państwo 
zwierząt istnieje w niedostępnych borach, że 
w nićm dziwne, nam nieznane, mieszkają zwie- 
rzęta; że niedźwiedź rozumie mowę ludzką i sam 
czasem przemawia; że wilk pięciu głosami wyje 
w łapę , że mu corok po jednej przybywa wą- 
trobie, że na niego głosem wotać nie należy, 
aby nie ochrypnąć; że jeśli ezłowiek wilka pier- 
wszy postrzeże, to wilk się zlęknie; jeśli zaś 
wilk człowieka, to człowiek. Ze starego dzika 
inne trzebią, i wtedy samotnikiem nazwany, 
pustelnicze wiedzie życie. Ze sarny z upodobaniem 
wpatrują się w ludzi, że ich oczy wzbudzają 
miłość; że postrzelone niektóre zwierzęta, jako 
jelenie, sarny, wyszukują zioła i niemi się le- 
czą ; że w pieleszach znajdywano drogie kamie- 
nie i pierścienie; że w gniazdach zwierząt by- 
wały kamyki czarodziejskiej mocy. Tu nam 
powiedz-, jak bobry domki budują, jak się 
rządzą, jak śoigane odgryzują sobie strój i rzu- 
cam strzelcom, jak kozy olbrzymie robią skoki; 
jakich przebiegów używają zwienęta w obro- 
nie ; jakie bitwy toczą ptaki między sobą i z zwie- 
rzęty; a dalej o zlotach bocianów; ich pielgrzym- 
kach, o ich sądach, o ich przywiązaniu du oj- 
czyzny i rodziców;, i innych cnotach, dla któ- 
Zch nie godzi się je zabijać. Tu nam powie- 
lą, że naczynia z rogów żubra są bardzo 'zdro- 
we i w wielu słabościach pomocne ; że sadło nie- 
dźwiedzia', smarując nim czoło, pamięć napra- 
wi*; że skrom zajęczy dobry na odciski i od- 
mrożenie członków ; że wpatrywanie się w żołnę 
wzrok naprawia; że strój bobrowy kaszel uśmie- 
rza; że rogi jelenie starte i używane do picia, 
piersi wzmacniają; ze podkadzanie nosem lisim 

^ ii . i ■ " ■ ■ ■ ». . . " S 

Nakładem i drukiem JErnestą GUnthera w Lesznie. (*ed. J. Łukasiewicz.) 

Digitized by L^OOClC 



ratuje w niebezpieczeństwach poronienia. (*) 
Tu nam odkryję tajemnice zwabiania zwierzy- 
ny, sprowadzania tejże aż pod wrota, przeczu- 
wania i unikania niebezpieczeństwa. Tu nam 
wspomną dawnoczesne łowy i przygody łow- 
ców i dzielność koni i usługi sokołów, miłosne 
przynoszących upominki; tu usłyszymy o miłości 
niedźwiedzi ku niewiastom; jak niedźwiedź, 
wykradłszy córkę pewnego szlachcica, chował 
ją przez trzy lata, dzbanuszki jej wyplatał ze 
trzciny, wodę ze zdroju nosił, jagody zbierał 
w gaju, a wieczorami bawił graniem na skrzyp- 
cach^ i różne inne o podobnych miłostkach po- 
wieści. Jak zaślepionym myśliwym, wytępiają- 
cym bez miary zwierzynę, objawiały się wielkie, 
starością omszone jelenie, błagając o zachowa- 
nie mieszkańców leśnych, i rycerze wstrzymy- 
wali krwawe zapędy — bo przodkowie nasi 
mieli serce równie poczciwe, jak bitne ramię. 
Jak się polującym ukazowały zwierzęta z krzy- 
żem między rogami i innemi cudów nemi znaka- 
mi. Według podania, kościół na górze święto- 
krzyskiej winien swój początek podobnemu zda- 
rzeniu. Mówią, że gdzieś w górach mieszkają 
najdoskonalsi strzelcy, mający pałac podziemny 
i w nim zawsze obficie wybornej zwierzyny, 
a w piwnicach przednie napoje i ogromne skar- 
by. Ci myśliwi od dawnych czasów mieszkać 
mają w tern podziemiu; nieraz, w ich okolicy 
słychać granie psów, szelest sokołów, trąbki i 
wystrzały, ale biada ciekawemu, któryby się 
śmiał zbliżyć ku ich pałacowi. ,Mają oni kie- 
dyś zejść na dół i pokazać się. A powieści 
wreszcie o napadach wilków, o trudach i przy- 
jemnościach myśliwskich, i U d., śliczne zmyśle- 
nia! ozłacają ponure zimowe wieczory i sny 
roskoszne nawodzą. 

Z przysłów łowieckich, których jest dużo, 
przytaczam: Człowiek strzela, Pan Bóg kulę 
nosi. ^ Chartem, jastrzębiem, przyjaźń jednają. 
Skoki przypiekać, znaczy myślistwa nie znać, 
albo polować jak król Popiel. Kto jedzie aa 
niedźwiedzia, niech sobie łóżko gotuje; a kto 
na wieprza, grób. Ogar łakomy, ohart pokorny, 
wyżeł zwajcza, dobrzy bywają. 

Patronem łowów jest Święty Hubert; przy- 
pada 3. Listopada. Po Świętym Bartłomieju, 
tojeśt po 24. Sierpnia, rozpoczynają się polo- 
wania. 

Jozef hr. Dumn-Borkow*ki. 

{*) Przekonałem się własne m doświadczeniem , i* 
ten rfrodek bardzo skuteczny i powinienby być szcze- 
gólniej po wsiach upowszechniony. 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 18. 



Leszno, 

dnia 2. Listopada 1839. 



V 




Digitized by 



Google _ 



138 



Oblężenie Częstochowy przez Szwedów 

w roku 1655. 

{Wyjątek z Pamiętników do panowania Jana 

Kazimierza, które Ar. E. Raczyński wkrótce 

drukiem ogłosi.) 

Muller nie tak z nabożeństwa chciał być 
w klasztorze częstochowskim, jako z łakomstwa, 
raczej się ofiarował dla skarbów, niżeli maje- 
statu Boskiego błagania; pokazała się i tn 
szczera intencja króla Karola Gustawa, jako 
szczerze wiarę katolicka utrzymuje, kiedy do 
klasztorów i kościołów szturmuje. W Często- 
chowie obraz Niepokalanie Poczętej Panny Ma- 
ryi, od świętego Łukasza, ewangelisty, nacy- 
Erysowej tablicy odmalowany, od tak wielu 
U cudami słynie; ztąd łakomstwo Szwedom 
urosło, że tu wielkie są skarby, przez kilka 
set lat od nabożnych, ofiarujących swoje wota, 
zgromadzone, które łakomstwo heretyckie chciało 
ztąd zagrabić. Najpierwej Jan Weihard, hrabia 
na Wrzeszowicach, Czech rodem, instygował, 
jako natenczas ludzie powiadali. Burchard Mul- 
ler, generał wojsk szwedzkich, chciał te Bogu 
poświęcone ofiary zrabować, a na Wrzeszo- 
wicza inwidya zwalić, i onego z 4000 Szwedów 
przodem do dzęstochowy ordynował, spodzie- 
wając się, iż zakonnicy ustraszeni, sami te do- 
statki wydadzą; przyszedł z wojskiem pod kla- 
sztor, kazawszy trąbić, aby klasztor bramy 
otworzyć rozkazał, odgrażając temu miejscu, 
do którego z nabożeństwem przedtem czołgał 
się. Na co zakonnicy odpowiedzieli: że tego, 
co Bogu ofiarowano, porzucić trudno. Począł 
tedy dobywać klasztoru; następowała za nim 
Muller od Wielunia z 9000 piechoty i z arma- 
tami, tudzież z strasznym apparatem, do Prus 
przygotowanym, do Częstochowy mimo jazdem 
obróconym. Spodziewał się Wrzeszowicz, że 
wyperswaduje zakonnikom, jako przedtem miał 
z nimi konfidencyą, że klasztor zwycięzcy Ka- 
rolowi, królowi szwedzkiemu, poddadzą, a je- 
żeli nie zechcą dobrowolnie, postraszeni sztur- 
mowaniem, do protekcyi Karola króla, wespół 
z calem królestwem, garnąć się zechcą. Lecz 
omylił się, bo nie cncieh prezydium szwedz- 
kiefi 
Bosi 
downe 

obrony nie powierzać. Króla Jaśnie Mości 
szwedzkiego należytą submissyą adorujemy i 
wiemy dobrze, że bez wiadomości królewskiej 
wojsko szwedzkie Częstochowę atakuje gwał- 
townie, który jako protektor królestwa polskie- 
go, tak i wiary świętej katolickiej, nie kazał 
tego czynić. Mieli i salwę gwardyą na piśmie 
od króla, którą Częstochowę wziąwszy w swoje 
opiekę, od wszelkich ciężarów żołnierskich 
uwolnił i od atakowania bronić deklarował; 
gdy się tóm klasztor wymówić nie mógł, za- 
częli Szwedzi mury z armat burzyć, zatem gra- 




naty i ogniste kule rzucać, któremi zapalili gu- 
mna klasztorne z rożnem zbożem; Wystawiono 
przeciw klasztorowi szańce, na nich Kosze złe* 
mią nasypane; armaty zatoczono od północy, 
gdzie Mullera była kwatera, i do szturmu goto* 
wali się Szwedzi, z drugiej strony Landgraf heski 
i Wacław Sadowski, półkownik, także szańce 
wysypali i z armat ustawnie bili. Lecz nie 
siła szkodzili, bo we środku murów ziemia by- 
ła. Z klasztoru też strzelać poczęli., że we 
trzy godziny Szwedów z pola spędzili, ażeby 
się pod mury nie kryli. Gdzie były budynki, 
nie zważając na szkodę, one zapalili, lubo tam 
siana dosyć było, słomą też kryte , prędko się 
zajęły, i w momencie zgorzały; zatem przez li- 




gotowali się do szturmu, łudząc zakonników 
traktatami. 

Dnia 19* Listopada, w dzień ofiarowania 
Najśw.Panny, bardziej zaczęli z armat bić, bo 
z Krakowa sześć armat burzących przyprowa- 
dzili i świeże piechoty z prezydium sprowa- 
dzone, na oślep lazły z wrzaskiem; od prochu 
świata nie widać. Zdał się kościół i klasztor 
gorzeć od częstych kul i bomb rzuconych. Lecz 
tu cud Matka Boska pokazała: odskakiwały 
kule, drugie przelatywały kościół i klasztor. 
Ani puszkarze nie mogli wymiarkować, ani in- 
żynierowie przemyślić, ogniste od dachówki 
odskakiwały kule zapalone, pochodnie odbijały 
się od dachów, jak od jakiej skały. Heretycy 
powiadali, że to jakie czary, a tymczasem 
Szwedzi jak grad lecieli. Wstydzili się zatem, 
iż tak sławni wojownicy, tak wielkich fortec 
dobywszy , z mnichami i klasztorem rady dać 
nie mogą. Odstąpili, żeby nie rażono onych 
z murów klasztornych, i tam onych razili. Naj- 
bardziej Muller urażał się, że Szwedzi sztur- 
mują , a w klasztorze na wieży różne muzyki 
i śpiewania były, przygrawając do bitwy. Był 
w klasztorze Stefan Zamojski, nerbu Róża, Mie- 
cznik sieradzki; Piotr Czarniecki, brat stryjeczny 
• kasztelana kijowskiego ; Krzysztoporski , Skó- 
rzewski i wielu szlachty sieradzkiej, którzy 
złączywszy się z ludźmi i zakonnikami często- 
chowskimi; dopomagali się bronić. 

Augustyn Kordecki, przeor częstochowski, 
z jednej strony, a Zamojski z drugiej pilnowali. 
Gdy nawałność była, Zamojski ordynował pie- 
chotę, Kordecki wszędzie doglądał, najbardziej 
puszkarzów, żeby dobrze rychtowali armaty. 

Widząc Szwedzi, że nie mogą nic wskórać, 
satńn i noc nadchodziła, odstąpili. Czarniecki 
nie dając wyspać się spokojnie Szwedom, w nocy 
z sześciudziesiąt piechoty wypadł z klasztoru 
w same pierwospy i cichuteńko aż do kwatery 
Mullera przybywszy, spracowanych i śpiących, 
okrzyk zrobiwszy, zabijał; polękli się wszy- 
scy podczas ciemnej nocy; Muller porwawszy 



Digitized by 



Google 



139 



się z Mika, kazał trąbić , pobudzając Szwed* w 
do obrony. Czarniecki, kawaler silny i odwa- 
żny, placową straż zniósł, i na szaniec wlazł- 
szy, pozabijał co było na straży; na przyby- 
wających w sukursie śmiało następując, onych 
rozgromił. Gała noc nie dał Szwedom odpo- 
czynku, i więcej Szwedów zginęło, niż ludzi 
z klasztoru wypadło; zabity z szwedzkiej strony 
graf Horn, człowiek zacny, w Krzepicach był 
na prezydium komendantem, inżynierem sła- 
wnym był przy armacie; ręką Czarnieckiego 
zabitym został i Włoch, obent-lieutenant u 
Szwedów, nazwany de Fossis; tam zginał także 
kapitan od regimentu Wrzeszowicza; siła pro- 
stych żołnierzy nie doliczyli się; do Krzepic 
trupów i rannych prowadzili; z częstochowskich 
ludzi jeden tylko Węgrzyn zginął, i to od 
swoich, bo opodal niepoznany, w nocy z strzel- 
by zastrzelony. 

Zatem Muller mnichom tylko perswadował, 
zęby się poddali. Znaleźli sie i w klasztorze 
tacy. co zakonnikom perswadowali, aby się 
zdali; lecz nie słuchali onych zakonnicy; nie- 
przyjacielskich pogróżek me bali się oni, per- 
swazyi zdradliwych nie akceptowali, mężnie 
szturmy wytrzymywali, buntujących się żoł- 
nierzy częstochowskich zgromili; tak zakonni- 
ków, jako i szlachtę, co się zlękli, do odwagi 
i rezoiucyi pobudzali, w murach i wałach wy- 
bite dziury zatykali, jednem słowem, mężnie 
nieprzyjacielowi obronili się. Nieludzką jednak 
siłą, ale Boską obroną i Panny Najświętszej. 

Spuścił Pan Bóg taką mgłę, ze nie mogli 
trafić do klasztoru. Pannę w niebieskiej szacie 
armaty rychtujacą i przeciwną kulę odpycha- 
jącą, sam Muller widział; sędziwy staruszek, 
skalę kujących, dla podsadzenia min pod kla- 
sztor, wypędził z jamy Szwedów. Także żoł- 
nierza szwedzkiego, do obrazu strzelić chcącego, 
znaleźli zdrętwiałego ; drugiemu, jak do twarzy 
fintę przyłożył, zmierzającemu do obrazu, flinta 
przyrosła do twarzy, aż cyrulik musiał od 
twarzy pruć. Dziecięciu, w kolebce lezącemu, 
kula granatu rozsypawszy się przed kolebką, 
żadnej szkody ani strachu nie udziałała; sze- 
ściu puszkarzy szwedzkich, zapalających arma- 
ty, proch zanałem wyskoczywszy, oślepił ich, 
i poroztrzaskiwały się^ armaty. Czego doczyta 
się ciekawy z historyi klasztornej. 

Żołnierze, co w Krakowie na prezydium byli; 
w księstwie siewierskiem rozłożeni, odpoczywali 
podług traktatu, z królem szwedzkim uczynio- 
nego, mianowicie regiment gwardyi króla Ka- 
zimierza, w komendzie Wolfa, starosty dynebur- 
skiego, będący. Nie obawiali się żadnej zdrady, 
bo to sobie warowali poddając się w Krakowie; 
Muller nie mogąc Częstochowy dobyć z szwe- 
dzką piechotą, wysłał jazdę szwedzką i za- 
garnął ten regiment, kazał mu przysiądz, ze 
szczerze będą służyć królowi szwedzkiemu; 
musieli wykonać jurament, ogarnieni szwedz- 



kiem wojskiem. Po przysiędze onych ordyno- 
wał, aby szturmowali do Częstochowy; poznali 
chorągwie i ludzi polskich księża częstocho- 




sztoru, uczynił relacyą o przymuszeniu tjoh 



żołnierzy. 

Zatem Czarniecki, kasztelan kijowski, do- 
znawszy zdrady takiej od Szwedów, rozwe- 
selił się, że mu Szwedzi nie dotrzymali trak- 
tatów i dali okazyą, aby zaczął ojczyzny bro- 
nić; nie czekając, żeby mu więcej ludzi za- 
brano, ruszył się z dywizyą swoją w góry. 

^ Zatopili księża częstochowscy srebro ko- 
ścielne wstawię, nie dufając klasztorowi, żeby 
Szwedzi dobywszy onego, nie zabrali. Było 
przy Szwedach więcej tysięcy Polaków wkom- 
mendzie Kalińskiego i KuUinowskiego, półko- 
wników; tych czeladź, pływacze sprawni, chcąc 
ryb ułowić w stawie klasztornym, zapuścili sieć, 
i zamiast ryb, srebro kościelne wyciągnęli. Pa- 
nowie o tern dowiedzieli się; koło tego srebra 
harmider wielki powstał; towarzystwo sobie, 
Muller sobie, pretendowali. Polacy nie chcieli 
dać Szwedowi, Szwed zaś Polakom; gwałtem 
chciał wydrzeć onym Muller; Polacy certując 
odpowiedzieli: nasze szczęście, cośmy znaleźli, 
nam należy, nie tobie, ale że to kościelne rze- 
czy, Bogu poświęcone , niechże się Bogu do- 
staną. Na czem Muller przestał, widząc, że 
nie wydrze od Polaków; aby się tedy ni Po- 
lakom, ni jemu nie dostało, odsyłają do kla- 
sztoru. 

Posyła Muller do księży srebro to z oświad- 
czeniem, że je mają z łaski jego, którego gdy- 
by nie kazał powrócić klasztorowi, pewnieby 
hultaistwo polskie rozszarpało one. Piotr Siat- 
kowski, rotmistrz tychże Polaków, z tym kom- 
plementem od Mullera do księży był wysłany, 
mając od Mullera ordynans, aby księży obligo- 
wał do poddania się; ale on jako Katolik, per- 
swadował księżom, żeby się jak zaczęli, do 
końca mężnie bronili, oznajmując, że wkrótce 
król Kazimierz do ojczyzny powróci, któremu 
Tatarowie idą wsukkurs, ponieważ go Polacy 
odstąpili. 

Dokuczała zima, nie dozwalając więcej sztur- 
mować, ani aproszów kopać; Muller z despe- 
racyi, że dobyć nie może Częstochowy, szalał, 
albowiem w Niemczech wojując, miał wielką 
reputacyą, nie jedne dobywszy fortece, a tu 
z Mnichami nic wskórać nie może. Najbardziej 
to go bolało, że się księża pokornie prosili, a 
strzelali gęsto z armat i zawsze szkodzili, jako 
tedy natenczas siostrzana jego, na pościeli leżą- 
cego, armatna kula, z klasztoru przyleciawszy, 
w drobne kawałki rozszarpała, samego w nocy 
jakieś straszydło mało nie zadusiło. Kilka ar- 

Imat porwali klasztorni ludzie, drugim otwory 
zatkali, iż nie można było więcej z nich strze- 



Digitized by 



ĆoogI< 



140 



lać; siła officerów w szturmach pogińęło, tak 
dalece, że u Szwedów urosło przysłowie: jeś- 
liś dobry pachołek, idż, szturmuj do Często- 
chowy. Ostatni szturm w samo Boże Narodze- 
nie przypuścił Muller do Częstochowy, wielkim 
grzmotem z****** *>ij^c, wszystkiemi siłami ua 
ajjt^iy i mury pnąc się; ustraszeni we środku, 
mieszać się poczęli księża i garnizonowi de- 
■ speruja o obronieniu się. Lecz Bóg nie chciał 
dać wpohańbienie miejsca tego, sobie poświę- 
conego, nastraszył Mnichów i żołnierzy , żeby 
sobie tej obrony nie przypisywali, ale pomocy 
Boskiej onę przyznawali i majestatu jego o wspo- 
możenie rzewliwie dopraszaH się : po suplika- 
cyach, niespodziewana śmiałość i rezolucya we 
wszystkich znalazła się; Kordecki, przeor, za- 
konników, Zamojski, szlachtę napominali, także 
garnizonowych ludzi , a chcąc słowa swoje 
uczynkiem potwierdzić, wypadł z klasztoru Za- 
mojski w samo południe, znalazł kujących skałę 
dla podsadzenia min, 13 onych wyciął, drugich 
rozpioszył, siła poraziwszy, aż w same aprosze 
wpadł. Potem opodal od klasztoru , obrawszy 
sobie kwaterę Muller, jadł obiad, a przy obie- 
dzie zębami zgrzytając, odgrażał się kościół 
i klasztor do góry nogami przewrócić; w mo- 
mencie, armatna kula przeszywszy ścianę, po- 
trawy rozrzuciła, kieliszki i flaszę potłukła, 
i siedzących u stołu rozpędziła , Miillera w ra- 
mie, już się zmógłszy, trafiła, iż padł na zie- 
mię; zatem wszyscy rozpłoszyli się. 

Tak Pan Bóg , chcący męztwa dodać oblę- 
żonym księżom i garnizonowym ludziom, sam 
za nich wojował; wszyscy w odważnej rezolu- 
oyi do końca trwali. Zaczem Muller list pisał 
do klasztoru w te słowa: „Listy wasze płon- 
nym napełnione dymem y zasłużyły na dym i 
ogień, tylko na jednych ceremoniach i zwłoce 
ozasu przy uporze fundując się, nie chcecie 
przyjąć protekcyi króla JMci szwedzkiego, tak 
potężnego i łaskawego Pana, i onemu się pod- 
dać; cóz mamy czynić nadto, co się już stało? 
gdy od krzemienia twardszy upór wasz kle- 
mencyi królewskiej pokazujecie: zguba wasza 
zsamychże was; ostatni wam sposób podaje: 
albo z fortecą królowi wszyscy poddacie się 
wprotekcyą, albo poprzysiągłszy wierność kró- 
lowi Karolowi, za szkody, coście przez upór 
wasz onemu i całemu królestwu zrobili, czy- 
niąc rękognicyą panoMania jego, zapłacicie ta- 
larów bitych 40,000 zakonnicy, drugie tyle 
szlachta z wami zamknięta. Jeżeli tego uie- 
uczynicie, bec miłosierdzia ogniem i mieczem 
wszyscy skarani będziecie. Data w obozie dnia 
25go Grudnia tegoż roku." 

Na co zakonnicy odpisali: „Pieniędzy nie 
mamy, małoco i żywności zostało, wkrótce 
z głodu pomrzemy przez oblężenie, bo co zbóż 
w gumnach było, urabia Wrzeszowicz spalił." 
Posłali przytem obrazków kilka Najśw. Panny, 
także koronek i książki drukowane, liistorye 



cudów obrazu częstochowskiego' wyrażające. 
W nocy przed świętym Szczepanem armaty 
z szańców pozbierano, artyleryą powkładano do 
wozów i ammunicye, wozy z tern wszystkient 
i inne ciężary do Kłobucka wysłali Szwedzi; 
tak piechota, jako i. jazda, o godzinie 9tej przed 

Sołudniem odstąpiła od Częstochowy; Muller 
o Piotrkowa pojechał; ztamtąd za królem da 
Prus maszerując; Sadowski do Kalisza, Wrze-» 
szowicz do Wielunia , książę, heski do Kra- 
kowa rozjechali się ; zwiesiwszy nos, że zkon- 
fuzyą odstąpić musieli, nie otrzymawszy tego, 
czego pragnęli. Ze od murów częstochowskich 
kule oapadywały, heretycy uporczywie tają ; ale 
fortunę króla szwedzkiego i wszystkich wojsk 
jego, od tego czasu, jak zaczęli atakować Czę- 
stochowę, Bóg umknął i od sukcessów zamysły 
jego odepchnął. 



Trybunat lubelski. 

(Dalszy ciąg.) 

„Ej, porzuć panie Bartłomieju pleść takie 
koszałki opałki. Gzy niewiesz, że pod bokiem 
trybunału burdę zrobiwszy, można się przed 
ozasem obaczyć z Trójcą świętą. Waćpan całe 
życie guza szukasz; a jak staniemy, powiem 
ja księciu panu, jakie waćpan chcesz kwerendy 
robić w Lublinie: to ksiąze waćpana nie każe 
wypuścić ze stancyi." — „Panie Sewerynie j ja 
tak żartuję tylko, aby czas prędzej zchodził. 
Ktoby tam o burdach myślał! Bądź spokojny, 

{'a pana ciągle się będę trzymał, ale dla Boga 
księciu panu o niczem nie wspominaj." My- 
ślałem, że się panicz utemperował; bo spoty* 
kaliśmy po karozmach szlachtę łukowską przy 
kuflu, a przecie pan Bartłomiej nikogo nie za- 
czepił. Przyjechaliśmy do Lublina w sobotę 
wieczór. Ja byłem rad, że nazajutrz była nie- 
dziela, bo dojeżdżając Lubartowa, gdyśmy się 
spuszczali z góry, naszejniki pękły i konie nas 
poniosły. Pan Bartłomiej śmiał się, ale ja 
przeląkłem się mocno, i zrobiłem intencyą, że 
jak Pan Bóg wyratuje mnie z niebezpieczeństwa, 
przyjechawszy do Lublina, nazajutrz pójdę do 
spowiedzi ikommunii. Jakoż lubo bryka prze- 
wróciła się na grobli, prawdziwym cudem wszy- 
scy wstaliśmy bez szwanku. Ale w niedzielę 
ledwo przez pół mogłem dopełnić mojej inten- 
cyi; bo ksiąze kazał zrana przyjść do siebie, 



cvi; 
aby 



aby pomagać panu Radziszewskiemu w r tJtóma 
czemu interesu przed panami Hryniewieckim 
i Koźmiantm, co później zostali ? jeden woje- 
wodą, drugi kasztelanem lubelskim, a byli 
pierwszymi mecenasami w Lublinie, i księcia 
pana wielkimi przyjaciółmi. Szczęście, że książę 
miał kanelana i ołtarz podróżny z wielkiemi 
przywilejami odNuncyusza, bo inaczej byłbym 



Digitized by 



Google 



141 




Pogrzeb u Turków. 



mszą ś. przypiekł. W istocie konferencya po 
dwunastej się zakończyła. Ja z panem Bartło- 
miejem poszedłem do 00. Bazylianów, i tra- 
filiśmy pod sam koniec nabożeństwa. Uprosi- 
łem księdza , ze mnie Wyspowiadał, ale przy- 
jęcie ciała pańskiego do jutra odłożyć musia- 
łem.— Trybunał w tym roku odbywał się pod 
laską JW. Chołoniewskiego, starosty kołomyj- 
skiego, co miał jakaś Jkoliigacyą z księciem 
panem. Prezydentem był kanonik Wodzicki, 
opat hebdowski; u którego przez czas urzędo- 
wania tyle aię starego wina wypiło, że parę 
niedziel koło młyńskie mogłoby się nićm obra- 
cać. On to mawiał, że Mino przynajmniej je- 
dnym rokiem starsze być powinno od uprzej- 
mego gospodarza. Otoz JW. marszałek trybu- 
nału tyle miał szacunku dla dostojnego swego 
kolligata, że pierwszy go nawiedził i zaprosił 
do siebie na obiad. Książe pan przyjął go 
przed kamienicą , żalące się, iż go uprzedził, a 

Iiotćm z JW. marszałkiem pojechał do przewie- 
ebnego prezydenta. Ze zaś pan Koźmian za- 
prosił do siebie na obiad WW. Radziszewskiego 
i Rupejkę Ciwuna Ejragolskiego , co z przyja- 
źni ula księcia urząd marszałka dworu intery- 
malnie sprawował; więc przy mnie, jako ple- 
nipotencie specyalnym, zostawało pierwszeń- 
stwo nad dworem, i u stołu marszałkowskiego 
byłem gospodarzem. Po obiedzie poszedłem 
miasto poznać, a jednak niebardzo dowierzając 
panu Bartłomiejowi co do obiecanego statku, 
zaprosiłem go* by mi dotrzymał kompanii. Po- 
szliśmy więc; ale że jako w niedzielę wszy- 
stkie jurysdykeye były pozamykane, a urzędni- 
cy, pacyenci i palestra biesiadowali; okrom tego 
me mieliśmy znajomych, więc z panem Bartło- 
miejem wyszliśmy sobie za- miasto od gościńca 



lwowskiego, aby okolicę obejrzeć. Kilkaset 
kroków uszedłszy, natrafiliśmy na kilka starych 
lip, zaktóremi była karczma, a przed lipami, 
na samym gościńcu, leżał 'wielki kamień 
młyński. 

(Ciąg dąltiy nastąpi.) 



Pogrzeb u Turków. 

WNrze 3. Przyjaciela ludu z roku drugiego, 
mówiło sie o mogilnikach tureckich, mia- 
stami milczenia na wschodzie powszechnie 
zwanych; dziś podajemy łaskawym Czytelnikom 
rycinę, wystawiającą pogrzeb wiernego wyznawcy 
Islamu, z krótkim opisem. 

Muzułman widząc się bliskim śmierci, rozka- 
zuje natychmiast na wznak sie położyć, prawym 
bokiem zwracając sie ku Mekce, w jakiem po- 
łożeniu zwykle tćż i pogrzebiony bywa. Ota- 
czający chorego krewni rozniecają w izbie ogień, 
sypiąc nań obficie wonne kadzidło, i przywołują 
derwisza, który przy łożu chorego zasiadłszy 
z księgami świętemi w ręku, czyta z nich wy- 
znanie wiary, a po nićm różne stosowne mo- 
dlitwy, wzywając niemocą złożonego do ich 
powtarzania. Gdy żadnych oznaków życia chory 
wiecćj nie daje, najbliższy krewny lub najwier- 
niejszy przyjaciel zamyka mu oczy, przyciska- 
jąc mu brodę do piersi. Dalej obmywają ciało 
woniącemi wodami, a głowę i brodę aromatycz- 
neffli obkładają ziołmi; skronie, nos, ręce, no- 
gi i kolana nacierając kamforą, dla ich uczcze- 
nia, ponieważ części te w modlitwie udział mają. 
Oczyszczenie dała przedsiębiorą osoby tójże 



Digitized by 



Google — 



142 



pici, do którtf zmarły należał. Obmytego trupa, 
zawijają w Płótno i kładę eo do trumny prostej. 
Iman, nieodstępujący odtąd ciała zmarłego as 
do złożenia zwłok jego do ziemi, modli sie nie- 
ustannie, skrapiająe trumnę wonnościami. — 
Trumna, obwinięta w r* 6 ™^ * dobl *}% w 8*°- 
wach turbanem -łeboszczyka i kawałkiem ma- 
tem j«<lwabnćj, która przez czas niejaki na 
grobie proroka w Mekce leżała. ^ Koran naka- 
zuje zmarłych chować jak najspiesznićj, zale- 
cając, aby, jeśli zmarły do liczby wybranych 
należy, nie wstrzymywać go od wstąpienia do 
nieba, a jeśli jest potępionym, zęby się go jak 
najprędzej z domu pozbyć. Przed dałem idą 
imanie i derwisze, za trumna postępują krewni 
i przyjaciele, nieokazując najmniejszych oznak 
boleści; niewiasty nigdy nietowarzyszą umarłym 
do grobu* Chrześcianom nie wolno się znajdo- 
wać na pogrzebach Turków* Mogiła pokrywa 
się darnina i zasadza kwiatami; na miejscu, 
gdzie zmarły spoczywa, niestawiają pomnika, 
z obawy* aby go nieuciskał; dlatego tez mogiłę 
murem tylko obwodzą. Alkoran zabrania sia> 
dać na grobach, a te*m bardziói stawać na nich, 
na tej zasadzie, iż się nie godzi deptać zwłok 
wiernego* Po zarzuceniu grobu ziemią, odma- 
wia iman długie modlitwy* wołając zmarłego 
trzy razy po imieniu* W rocznicę pogrzebu 
schodzą się krewni na grób zmarłego i opła- 
kują stratę jego. Napisy zwykle są krótkie, i 
oprócz nazwiska i wieku nieboszczyka, mają 
miejsca z koranu lub myśli o znikomości świata* 



Łowicz. 

Wdawnćm Mazowszu, ziemi sochaczewskidj, 
(podług Starowolskieao w województwie raw- 
skiem), leży nad rzeką Bzurą jedno z najpięk- 
niejszych miast polskich, Łowicz* Nazwisko 
i początek swój winno ono łowom, które tu 
książęta mazowieccy w obszernych niegdyś knie- 
jach odbywali* Ulubione to miejsce książąt ma- 
zowieckich wytrąciła z ich rąk zbrodnia* w ro- 
ku 1239. Naruszewicz tak o tćm opowiada: 
„Dręczyła zawsze Konrada ambicya i umysł 
podejrzliwy, nie mogąc się zemścić na Bole- 
sławie, szukał gniewu ofiary na poddanym i 
kapłanie. Miał ten księże dwu synów^ żona- 
tych , Bolesława mazowieckiego ^ i Kazimierza 
kujawskiego; bo dwaj młodsi, Ziemowit i Zie- 
momysł, jeszcze w małoletności zostawali* Lecz 
młodszy, Kazimierz, będąc tylko zaręczony, doj- 
rzalszej pory oczekiwał. Wysłał co Konrad 
do Wrocławia, na dopełnienie małżeństwa* jpod 
dozorem Jana Czapli, scholastyka kujawskiego 
i płockiego, a kanclerza swojego, który bywszy 
obu synów książęcych nauczycielem i rzadzcą 
ich młodości* wielki u dworu miał kredyt i po- 
wagę* Młody Kazimierz pierwszemi nowej mał- 



żonki powabami uzidlony* a w domu pokrewnych 
z honorem i wspaniałością podejmowany, bawił 
n^ długo w Wrocławiu, nie kwapiąc się do 
Mazowsza , groźną tylko popędliwego ojca po- 
stacią , a pruskich trwóg odgłosem posępnego i 
dzikiego* Ztąd urosło w Konradzie podejrzenie, 
jakoby te przewlokło na Szląsku pobyty* nio» 
sty w sobie jakoweś zdrady, i ze Henryk, oj* 
ciec synowej, knując tajemną na niego zemstę 
za więzienie ojcowskie, umyślnie Kazimierza 
trzymał na biesiadach, aby niespodzianą tym- 
czasem do Mazowsza uczynił wycieczkę* Nie 
lubiła Czapli Agazya, zona kaiązęcia, chytra 
i okrutna Ruska, z przyczyn niewiadomych* 
Oboje zattfm księstwo zwaliło przyczynę mnie- 
manego podejścia na prałata, jakoby on, ile 
rządzca i faworyt Kazimierza, najdzielniejszą 
uknowanego fortelu sprężyną ruszał* Użyto na 
ułudzenie jego powierzchownych grzeczności , 
aby go sprowadzić ze Szląska pod pozorem, ie 
książę rady jego w głównych jakichśd spra- 
wach potrzebował* Lecz skoro Czapla do Pło- 
cka przybył, wtrącono go natychmiast do ka- 
tuszy i po kilkodniowych na katowniach cią- 
gnieniach, jak publicznego złoczyńcę powie- 
szono* Mśołagsię krwawa Agazya i po śmierci 
jeszcze, albowiem sdy tameczni Dominikanie 
zmarłego do ponzebu nieśli, kazała porwać 
trupa i przywlókłszy go wołami do przygoto- 
wanej na to umyślnie szubienicy, niedaleko ko- 
ścioła tych księży nad Wisłą, naprzeciwko tumu 
Sowtórnie powiesić kazała* Gdy się złości za- 
osyć stało, Marcin, przeor dominikański • po* 
grzebł dało w kościele większym* To gdy się 
działo, przeniknęła żalem duchowieństwo znie- 
waga mu uczyniona od Konrada* Andrzej, bi- 
skup płocki, oojańnia zdięty, nie chciał się ująć 
kościelnego oręża: dobył go Piotr, arcybiskup 
gnieźnieński* Włożona została klątwa na dyo- 
cezyą kujawska i płocką, w których Czapla był 
nrałatem* Odcięty Konrad od społeczności ko- 
ścielnej, widząc, ze gniewy jego i pogróżki nie 
wielkie w mężnym metropolicie sprawiły wra- 
żenie, ajbojąc się dalszych wyklęcia skutków, 
zadał pokuty i jechał do Łęczycy, dla pojedna- 
nia się z Kościołem* Ułożony sposób tej zgo- 
dy, ażeby Konrad, na zadoeycuczynienie za po- 
pełniony występek, oddał na wieczne czasy ar- 
cybiskupowi miasto Łowicz z okolicznenu tam 
puszczami, gdzie dawniej bywały łowy ksią- 
żęce, arcybiskup zaś dla uznania najwyższej 
zwierzchności książąt mazowieckich, corocznie 
jedne grzywnę złota do skarbu ofiarował* Zebr 
tenże arcybiskup miał w katedrze płockiej miej- 
sce między kanonikami i prebędę." — Tym 
sposobem Łowicz stał się własnością arcybisku- 
pów gnieźnieńskich. Wszakże książęta mazo- 
wieccy nie mogli dłuce zapomnieć tej utraty* 
W roku 1372* Ziemowit, książę mazowiecki ma 
Płocku, podburzał Pietraszka, syna Krystyna, 
wojewody płockiego, aby Łowicz i okolicę na- 



Digitized by 



Google 



113 



jeżdżał i łupił. Arcybiskup ówczesny, Jaro- 
sław, ociekł się do broni kościelnej, rzucił na 
całe księstwo mazowieckie klątwę i rzecz za- 
spokojone została darowizna dwóch wiosek od 
Pietraszka w nagrodę szkód, ^ Kościołowi poczy- 
nionych. Ten sam Ziemowit po śmiem Jana 
Suchywilka, arcybiskupa gnieźnieńskiego, obiegi 
w roku 1382. Łowicz, zajął po krótkim oporze 
i usiłował sobie przywłaszczyć. 

Łowicz wzrost swój i znaczenie w rzędzie 
miast polskich winien szczególniej Jarosławowi 
Skotnickiemu, arcybiskupowi gnieźnieńskiemu, 
(t 1376. ), który mu prawo magdeburgskie i 
rozmaite swobody nadał i stolicą księstwa te- 
goż nazwiska uczynił. Ten sam arcybiskup wy- 
stawił za miastem nad błotami zamek i opasał 
go murem. Odtąd ciągłe przebywanie w tem 
mieście arcybiskupów z licznym dworem, synody 

Io wielekroć odprawione (n. p. w latach 1556, 
593 i t. d.) nareszcie walne jarmarki, na które 
kupcy nie tylko z Polski, ale nawet z zagranicy 
przybywali, sprawiły, ze Łowicz w 16tym i 
17tym wieku do najludniejszych i najzamoiniej- 
azych miast w Polsce należał, i tę wyższość 
miał nad innemi miastami w koronie, ze wszy- 
scy mieszkance jego byli krajowcy, zydostwu 
bowiem niedopuszczali arcybiskupi gnieździć się 
w murach jego. Dla tego też Łowicz tak był 
obfitym w bogatych kupców i zręcznych rze- 
mieślników chrzesciańskich, ze Cellary usz w Opi- 
sie swoim Polski, porównywa go z Norymbergą. 
Klęski krajowe za Jana Kazimierza przy- 
wiodły Łowicz do zubożenia i upadku. Szwe- 
dzi opanowawszy to miasto w roku 1655., uci- 
skali je bardziej jeszcze, jako własność kościelną, 
niż inne miasta szlacheckie i rządowe. W na- 
stępnym roku Polacy, napadłszy tu niespodzianie 
na Szwedów pod dowództwem Izraela, półko- 
wnika szwedzkiego, i poraziwszy ich, dali się 
także w znaki miastu; powietrze morowe doko- 
nało reszty. Łowicz utracił | części swojej 
ludności; domy i świątynie leżały w gruzach. 
Dopiero pod panowaniem monarchów z domu 
saskiego, zaczął Łowicz odzyskiwać nieco da* 
wną świetność, w czem największe zasługi po- 
łożył prymas Potocki. On bowiem zamek od- 
nowił, kościół Ś. Jana i klasztor Bonifratrów 
wystawił i wiele gmachów z gruzów podniósł. 
Do podzwignienia miasta przyczyniły się takie 
licznie niegdyś uczęszczane szkoły XX Pijarów, 
otworzone tu w roku 1668. 

Po upadku Polski, Łowicz z księstwem tego 
nazwiska stał mę własnością skarbową. W ro- 
ku 1807. cesarz Napoleon darował go marszał- 
kowi Dayoust, a cesarz Aleiańder w roku 1820 
Joannie Grodzieńskiej, małżonce księcia Kon- 
stantego. — Miasto to posiadało niegdyś i po- 
siada jeszcze poczęści kilka wspaniałych świą- 
tyń; n. p. kollegiatę fundowaną od Macieja Łu- 
bieńskiego, prymasa, klasztory XX. Bernardy- 
nów i XX. Dominikanów (fund. 1400 r.) prze- 



robione w nowszych czasach na koszary jazdy, 
kollegium XX. Pijarów, seminaryum XX. Mis- 
syonarzy z piękną kaplicą, wystawioną kosztem 
kardynała Radziejowskiego, który ją wyboroemi 
malowidłami włoskiemi przyozdobił; kościół 
& Jana it.d. 

W dawniejszych czasach arcybiskupi utrzy- 
mywali w Łowiczu drukarnią; pierwszym z dru- 
karzy łowickich był Stanisław Murmeliusz, 
około 1560 roku drukujący. Z czasem drukar- 
nia ta upadła; wznowił ją prymas Władysław 
Alexander Łubieński, który założywszy w Łowi- 
czu instytut XX. emerytów świeckich, obdarzył 
go także drukarnią, do której dwie prasy i litery 
z Lipska sprowadził. 

Łowicz w dzisiejszym swym stanie liczy 316 
domów i około 3,500 mieszkańców ; przed ro- 
kiem 1830. posiadał szkołę nauczycieli wiej- 
skich i piękny ogród wpuście angielskim, za* 
sadzony mnóstwem rzadkich drzew i roślin ko- 
sztem generała Klickiego. 



Rozmaitości. 



Judei Klaczko, Izraelita, trzynastoletni 
poeta. 

(Z Tygodnika petersburgskiego Nru 76.) 

Przed kilku miesiącami będąc w Wilnie, do- 
wiedziałem się o nadzwyczajnym zjawisku trzy- 
nastoletniego poety, Izraelity! Byłato właśnie 
chwila, kiedy w tem mieście nie mówiono o niczem 
więcój, jedno o Judelku Klaczce. Jedni 
z uniesieniem prawili o poetycznych zdolnościach 
tego dziecka i jego talent aż pod niebiosa wy- 
nosili ; drudzy zaś żadnej mu nie chcieli przy- 
znać wartości, a nawet by przez nich czytań* 
poezye były istotnie utworami Judelka. Ba* 
wiąc kilka dni w Wilnie, dogodziłem mój cie- 
kawości i odwiedziłem go, i wyznam szczerze, 
więcej znalazłem, niż się spodziewałem. 

Gdym przybył do domu Klaczki, matka 
tego młodego poety przyjęła mnie z radością, 
wprowadziła do wykwintnie umeblowanego po- 
koju i posłała po syna, który w swoim pokoiku 
pracował. Czekając na jego przybycie, wdałem 
się w rozmowę z matką i znalazłem ją bardzo 
rozsądną i posiadającą wychowanie i sposób 
myślenia daleko wyższy nad te, jak pospolicie 
bywają niewiasty izraelskie w Polsce. Wtem 
wszedł JudeleK. Jestto piękne, drobne, słabe 
dziecię, bardzo delikatnych rysów, tak, iż na 
twarzy wszystkie najmniejsze żyłki policzyć 
można; wyniosłego czoła, włos ma błona świa- 
tły, w prześliczne wijący się kędziory, oczy 
zniszczone ciągłą praca, z których rodzaj pewnego 
natchnienia wytryskać się zdaje. Bardzo był rad 
z tych odwiedzin. Mówi czysto i poprawnie po 



Digitized by 



Google 



144 




Ogród w Łowiczu. 



Sobku; lec* jego organ nie jest uartykulowany, 
ziecinny. Prosiłem go o pokazanie swoich 
prac : uczyni! to z ochotą, ale razem i z pewnym 
rodzajem skromności. Czytał mi prawdziwie 
artystowski (jak na swoje lata) wstęp do poe- 
matu, podtytułem: Po w o d£, i śliczny wierszyk, 
napisany do swojej siostry, którego mi na prośbę 
udzielił. Oto jest początek : 

Luba siostro! nieszczęsne przeznaczeń 

igrzysko, 
Istoto! nie dla ziemi, dla niebios 

stworzona; 
Służąc prawu ludzkości szlachetnie i 

wiernie^ 
A dostawszy w nagrodę tylko głóg i 

ciernie; 
Z pogardą wreszcie ziemskie rzuciłaś 

siedlisko, 
I uciekłaś do nieba — tam do Ojca 

łona ! 
Uciekłaś, gdzie się ziemskie spojrzenie 

nie wciska, 
Gdzie wielką Boską prawdą poi się 

twa dusza, 
Tam wysoko! do ducha twojego ogni- 
ska, 
Gdzie kończy się nadzieja i cierpień 

katusza! 



Rozmawialiśmy potćm o literaturze polskiej 
i francuzkiej. Klaczko posiada nader wiele 
wiadomości, umie na pamięć prawie wszystkie 
piękniejsze miejsca z naszych poetów, sądzi 
o płodach piśmiennych, jak człowiek dojrzały, 
a co większa, zawsze ma swoje własne zdanie. 
Na trzynastoletnie dziecko tyle znajomości, to 
nie do pojęcia, a zwłaszcza kiedy zważymy, 
co umieją nasze dzieci w tym wieku?! Lite- 
raturę polską Klaczko najwyżej ceni, do te* 
go stopnia, iż norównywając ją z francuzką, 
rzekł mi, ze najpierwsi dzisiejsi poeci francuzcy 
nie są godni być użytymi do ucierania świec 
w tćj chwili, kiedy autor Grażyny swoje pisze 
poezye. Jestto entuzjazm, nie mówię czy spra- 
wiedliwy, ale wielki i poetyczny. O jeśli jest 
jeszcze ktokolwiek, co nie wierzy, że młody 
Klaczko ma prawdziwy poetycki talent, niech 
pójdzie i choć na chwilkę pomówi z tćm eacal- 
towanem dziecięciem; niech się przysłucha jego 
rozmowom ; niech się wpatrzy w jego błyszczące 
oczki, z których strzela wyższej zdolności pro- 
mień; niech oceni ten zapał, jaki go porywa, 
kiedy o swojej ulubionej poezyi rozprawia, a 
pewno wątpić przestanie. Takich ludzi, jak 
Judelek Klaczko, nie zrażać, ale zachęcać 
z całego serca należy. 

Ludwik z Porejewa, 



Nakłddem i drukiem Ernesta Gunthera w Lesznie. 



(Uc4. /• Łukasttwic*.) 
Digitized by VjOOC IC 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 19. 



liMSBO, 

(Ua 9. Listopada 1839. 




Digitized by 



Google 



146 



Oblężenie Krakowa praez Szwedów 
w roku 1656. 

(Wyjątek z Pamiętników do panowania Jama 

Kazimierza, których tom pierwszy w tych 

dniach z drutu wyjdzie.) 

Karol Gustaw, król szwedzki, przy fortun- 
nych sukcessach, dążył do Krakowa* Sulcbach 
z przednia strażą przybył; na górach od Micha- 
łowic ukazali się Szwedzi, a nie widząc nikogo, 
ktoby się onym opponował, na Kleparz przyszli 
i noc w pola przepędzili. Nazajutrz , niedziela 
była, z calem wojskiem król szwedzki przycią- 
gnął na Promnik; wojsko uszykowało się prze- 
ciwko miastu; od Woli pałacu, na przedmieściu 
będącego, aż do Wisły, korpus; skrzydła w le- 
wo strzelnicy rozciągnęły się; wypadli z miasta 
nasi, harcując, zabawiali nieprzyjaciela, który 
przeszedłszy popieliska jeszcze kurzące się na 
Kleparzu, na równinie lokował się; zatem do- 
wiedział się, że król Kazimierz w góry udał 
się i senatorowie za nim, wojsko niepłatne 
w związku zostaje; zaczem król szwedzki za 
królem Kazimierzem w tropy rezelwował się, 
ścigając onego; a tymczasem miasto Kraków, 
kędy Czarnieckiego król Kazimierz z wojskiem 
wsadził, niepokoiło go; wojsko też komputowe 
niedało Szwedom pokoju, z tyłu napadając* Po- 
szedł za królem Kazimierzem do Bochni, gdzie 
przybył do króla szwedzkiego Alexander Pra- 
cki, towarzysz huzarskiej chorągwi, człek nie- 
spokojny; wstąpił do klasztoru Dominikanów, 
a potem niepodobawszy sobie tam, wystąpił, i 
w wojsku był okazyą do związku ; ten Karolowi 
Gustawowi namienił: „Jeżeli W. K. Mośó zale- 
głe zasługi wojsku komputowemu zapłacisz, ła- 
twie do W. K. Mci przystąpi." Król szwedzki 
zaraz deklarował i zasługi zapłacić, i corok do 
teco obiecał akkomodacyą rycerstwu, byle po- 
słów przysłali z taką deklaracyą. Upewniał 
Pracki, że wkrótce przybędą delegowani od woj- 
ska, byłem sieja do nich powrócił, bo mnie 
z tern do W. K. Mci wysłali. A tu wszędzie, 
tak między starszyzną w wojsku, jako między 

Jospólstwem, jednostajnie chwalili króla szwedz- 
iego łaskawą protekcyą , niewypowiedzianą 
klemencya, wspaniałość serca, szczęśliwe zwy- 
cięztwa i szczodrobliwość; nieszczęśliwe zaś 
króla Kazimierza panowanie, nieustające kłótnie, 
jedna po drugiej wzniecające nienawiść, pienię- 
dzy żołnierskich przez dworskich króla Kazi- 
mierza rozszarpanie, nadaremne usługi, niena- 
grodzone odwagi bez pożytku, w wojsku wy- 
iskrzenie się, żadnej nad żołnierzami kompassyi, 
ran zawinień, niewoli; tak wiele wycierpieli 
głodów, zimna, słot ponieśli, a żadnej rekom- 

Censy nie doznali, lepiej do teco króla udać się, 
tory sam będąc żołnierzem* wie, co boli, i miał 
respekt nad żołnierzami. 

Król szwedzki spróbowawszy w kilku oka- 
zyach rezolucyi wojska komputowego, onych || 



estymował, a uwierzywszy* co Pracki powie- 
dział, że posłów deklarowali komputowi przy- 
słać, z radości sam przeciwko nich wyjechał 
we 200 koni, zostawiwszy swoje wojsko pod 
wsią Bieżanowem; od Szwedów wstrzymany 
trochę, którzy perswadować poczęli, żeby W. 
K. Mość nie wpadł w jakie niebezpieczeństwo, 
bo różne Polaków partye włóczą się; niepowaga 
W.K.Mci szukać tych, którzy W.K.Mci szukać 
powinni; zatćm lepiej przed sobą wyślej, a sam 
przy wojsku zatrzymaj się. Niedaleko Wieliczki 
miasteczka było, dokąd siła było różnych dróg, 
co soli bałwany wywożący porobili; zmieszał 
się Pracki, żeby, nie wiedząc drogi, króla gdzie 
nie wprowadził w niebezpieczeństwo ; ^ zaczem i 
sam wymówił, że to błędna droga, i Szwedzi 
swemu odradzili królowi jechać. Wysłał tedy 
hrabię Witgensztejna i Supenbacha młodszego, 
aby posłów do króla przyprowadzili od woj- 
ska. Spiesznie za Prackim pojechali; ledwo 
trzecią część mili ujechali, aż 300 Polaków, 
z podjazdu powracających, spotkali onych, a co 
więcej strachu nabawiło, z tyłu Szwedom i Pra- 
ckiemu zajechali. Zatem jeden rzekł do Pra- 
ckiego: „Prowadziłeś nas do przyjaciół, a tu 
z tyłu nieprzyjaciele chcą nas ogarnąć; upro- 
wadź nas teraz z tego niebezpieczeństwa, albo 
gdzie się mamy podziać, poradź nam." Na co 
Pracki śmiało stawając, odpowiedział! „„Nio 
trwóżcie się, tymczasem do stogu siana idźcie, 
i ono nabierajcie dowiązania; ja do nich pójdę."^ 
Przybiegłszy, powiedział im, żeby się spieszyli 
do LanckotońsKiego, hetmana, jakoby umyślnie 

Co to posłany był; usłuchali go i prędko po- 
iegli, a Szwedzi w strachu będący ocaleli, bo 
Polacy rozumieli, że to są króla Kazimierza lu- 
dzie, którzy po siano przybyli. 

Powrócili się do króla Szwedzi, opowiedzieli, 
w jakim strachu byli, ale przemyślność onych 
Prackie&o ratowała. Uwierzył onym król szwedz- 
ki i lekkomyślność sam sobie ganił; podczas 
wieczerzy będąc wesołym, wymówił do przyja- 
ciół swoich: „Doświadczyłem dziś poczciwości 
Polaków," i kilka razy to powtarzał, albowiem 
dnia dzisiejszego, od jednego człowieka dwóch 
królów i dwóch królestw fortuna zawisła była. 
Zaczćm udarowawszy i półkownikiem zrobiwszy 
w swem wojsku Prackiego, w jednym momencie 
niesłusznie zasłużonego wywyższył, zachęcając 
i druąich żołnierzy polskich do siebie. Jednak 
Pracki nie długo cieszył się z tych respektów 
króla szwedzkiego, bo zaciągając w Krośnie 
półk żołnierzy polskich na króla Karola Gusta- 
wa, od przeciwnej partyi Polaków zabitym zo- 
stał. Ten na swej chorągwi wyszyć kazał trzy 
wrony na jednej dzidzie z takim napisom: „Ca- 
sus Deusve«; tego Godfryd Bouillon, król je- 
rozolimski, od Saracenów windy kując królestwo 
jerozolimskie, używał hieroglifiku. Tak Pracki 
szczęściem wyniesiony, a od Boga skarany, że 
zdrajcą ojczyzny został. 



Digitized by 



Google 



147 



Król szwedzki, Ra ról, odważywszy się na 
wat jatko, żadnych niebezpieczeństw nie zważał; 
Kazimierza króla ścigając, podstąpił pod Wi- 
śnicz, zamek Lubomirskiego, w którym zamku 
była szlachta i 200 piechoty nawojowieńskiej ; 
kilka razy strzelili z zamkowych armat; lecz 
dowiedziawszy *ify ze sam król szwedzki osoba 
swoja podstąpił, przestali strzelać; król też po- 
stał trębacza, zęby mu się poddali, obiecując 
onyni całość i bezpieczeństwo, inaczej każe 
szturmować. Zdali się tedy królowi szwedzkie- 
mu, których mile przyjął, puszczając echo ła- 
skawości po sobie. Ztamtąd ruszył do Wojni- 
cza, gdzie Łanckoroński, hetman polny koronny, 
z wojskiem komputowem stat , które pod jego 
kommendę poszło, związek na czas wstrzy- 
mawszy. 

Wyprawił był hetman Modrzewskiego na 
podjazd z wy bomem rycerstwem , aby się wy- 
wiedział, dokąd się król szwedzki z Wisznicza 
obróci, ale Modrzewski podczas poranku mgli- 
stego, spotkał się z przednią strażą szwedzką, 
dał wiedzieć wojsku o nadchodzących Szwedach, 
sam się ze Szwedami ucierał, aby wojsko tym- 
czasem do boju się przygotowało* Zatrąbiono, 
na trwogę; do koni co żywo przebierało bi^; 
zatem Szwedzi nadeszli, Polacy w pole wypadł- 
szy, żwawie z Szwedami się spotkali, jako po 
ochocie rozweseleni. Przednią straż, Bretlach i 
Roza, pótkownicy szwedzcy, kommenderowali; 
na tych Koniecpolski, wojewoda sandomierski, 
natarł śmiało; jednego, ugodziwszy szablą w łeb, 
z konia zwalił ; drugiego Burzyński, towarzysz 
bardzo zręczny, ściął; drodzy drugich zabijali; 
i z naszych wiele padło, między którymi Szan- 
darowski, grzeczny młodzian, zastrzelony. Tak 
przywitali nasi przednią straż wojska szwedz- 
kiego, aż król szwedzki trąbiąc do marszu nad- 
ciągnął i rozproszonych zgromadził; nadesław- 
szy sukursu wojska bitnego. 

Nie spodziewali się nasi, żeby król szwedzki 
miał od Krakowa odejść i tu do polskiego woj- 
ska przyciągnąć; choć podjazdy chodziły, nic 
pewnego nie przynosiły ; nie tracąc serca, śmiało 
się spotkali. O baczyli króla szwedzkiego, szy- 
kującego liczne wojsko, zaszedłszy onym tjł, 
że umykać Polakom ciężko było, ile że z armat 
dużo porażono. Zważyli, że nie mogą wytrzy- 
mać, wyprawili przodem wozy i ciężary, aby 
w Dunajcu rzece uchodzącym przeprawy nie za- 
trudniały. Zaczekali, nim Bię wozy umknęły; 
poczęły chorągwie umykać, a potem kto rącze- 
go miał konia, umykał, niemógł hetman i pół* 
kownicy onych wstrzymać; sączem hetman op- 
ponując się Szwedom, ledwie nie zginął, bo go 
odstąpiło wojsko. Już, już, co go Szwedzi mieli 
wziąść. Przypadłszy Budziński i Koohowski, 
autor Kroniki, z od ważniejszy mi rycerzami, wy- 
darli z rąk nieprzyjacielskich i onego uprowa* 
dzili; koń jego porażony poległ, ledwo mu dru* 
giego poddali. Szwedzi łez hiedakko, pędzili, 



obawiając się zasadzki, kontenci, że pole otrzy- 
mali; za przeprawa poczęli si$ nasi wstrzymy- 
wać i zbierać, a nie uchodząc, lecz tylko umy- 
kając się do gromady. Pod Tarnowem hetman 
zgromadził rozproszonych; niewielką Uczyli szko- 
dę, oprócz konfuzyi, ze uszli; lecz tam stać było 
trudno, gdzie niemożna było zwyciężyć: wozy i 
ciężary uprowadzili. Król szwedzki rad, że 
wojsko polskie rozpłoszył, bo się tego obawiał, 
żeby nie dokuczało w oblężeniu Krakowa, do- 
kąd zwycięzca powrócił. Tu za dobyciem sto- 
licy i królestwa polskiego cel największy zakła- 
dając, Wirtenberg około porobiwszy approsze i 
szańce wysypawszy, przybliżał się do murów 
krakowskich, powracającego z tryumfem króla 
witał, wreszcie wojenne muzyki grać kazawszy, 
potem z armat bijąc, do Krakowa wysłał z no- 
winami o zniesieniu doszczętu wojska polskiego. 

Kraków miasto oblewa Wisła, rozdwoiwszy 
się, Kazimierz także obtacza; około rzeki past- 
wiska wyśmienite, a abrys miasta podobny do 
lutni, rynek w cyrkule mając; dalej jak szyja 
dwie ulice Ś. Jana, grodzka i kanoniczna. Za- 
mek na skale wysokiej, Wawel nazwanej, do- 
łem Wisła, płynie, prospekt daleko z zamku, 
dwa mury około miasta, inszej fortyfikacyi nie- 
ma podług dawnego Polaków humoru, że onych 
wszystkie rycerstwa bitwy w otwartem polu. 

Czarniecki, kasztelan kijowski, odważny i 
szczęśliwy żołnierz, był gubernatorem Krakom a; 
Fromhold Ludingansen, Wolff, półk. nad gwar- 
dyą króla Kazimierza; Mikołaj Gnoiński, wę- 
gierskiej piechoty województwa sandomierskiego 
był półkownikiem ; 3,600 ludzi wojennych do 
obrony było. Mieszczan i akademików w Kra- 
kowie, dokąd i szlachta z województw a krakow- 
skiego rejterowała się, było wiele: ochoczy i od- 
ważni do obrony mieszczanie, z armat, jako i 
z ręcznej broni, strzelać przyuczeni dobrze. 

Król szwedzki, choć ufał wojsku swemu, 
lecz widział, że siła stracić musi ludzi, sztur- 
mem dobywając Krakowa. Bardziej gryzło go, 
że gdy do szturmu ordynuje wojsko, z pola tak 
wojsko rozpłoszone zebrawszy się, jako i szlachta, 
oraz król Kazimierz z senatorami do Szląska 
umknąwszy, żeby z niemieckiemi sukkursami nie 
przybył, ordy także 20,000 jakoby miało przy- 
chodzić, wieść przyszła; przy tern Czarniecki, 
stary żołnierz, odważny, szczęśliwy, nie rychło 
zda się go ani szturmami ustraszyć; na to wszystko 
nie zważając, na los fortuny się spuścił, która 
jako go z początku piastowała, gdyby tak do 
końca statecznie dźwigała należycie, niezwycię- 
żonym monarchą był, ile że Boska protekcya, 
chcąca mieć w prasie i mizeryi tak ciężkiej 
królestwo polskie, póki nie wypełnią wyroków r 
jego Boskich, biedy narodu polskiego, dopuściła 
to prześladowanie Szwedów, dopomagając onego 

zamysłom* 

(Ciąg daUay nastąpi.) 



Digitized by 



Ćooglc 



148 




Klasztor Przemienienia Pańskiego pray górze Synai. (*) 



Dziesiąty dzień temu, jakeśmy opuścili Kairo; 
dziś po pierwszy raz ujrzałem z niewymowną 
radością wzniosły szczyt Synai; padłem natych- 
miast na oblicze, aby oddać hołd Temu, co 
w płomieniach zstąpił na ziemię, aby rozmawiać 
z domem Jakóba i głosić prawa swoje synom 
Izraela. (**) Uczuć, jakie przejmowały serce 
moje w owej chwili, me jestem Ci zdolny opi- 
sać ^ kochany Przyjacielu. Sześć godzin drogi 
byliśmy oddaleni od celu podróży naszej ; i gdy 
memozna było żadną miarą w dalsza puszczać 
się drogę, kazałem stanąć karawanie i rozbić 
namioty. Większą częś^ nocy strawiłem na 
czytaniu drugiej księgi Mojżesza, opisującej 
miejsca, po którycheśmy stąpali. Podziwiałem 
ja zawsze opisy Mojżesza, czytałem je ze sto 
razy w życiu mojem, z tern zawsze przedsię- 
wzięciem, aby się niemi jak najczęściej jeszcze 
poić można; lecz niemyślałem nigdy, aby sie 
one dla mnie stać miały kiedy źródłem takiej 
roskoszy, jak w owej szczęśliwej nocy. 

25. Marca, wraz ze dniem, wyruszyliśmy 
w dalszą drogę : wkrótce znikł nam Synai z oczu, 
pokazując nam tylko niekiedy śnieżną swą gło- 
wę, wśród otaczających ją skalistych szczytów. 
Beduini. w towarzystwie naszem będący, mówili 
nam o bliższej drodze, prowadzącej do klasz- 
toru. Puściliśmy się nią; byłto wąwóz pomię- 
dzy urwiskami skał, co chwila grozącemi upad- 
kiem. Po dwugodzinnym pochodzie i niezmier- 

(«) Z podróż j X. Fr. hrab. de Gera rab, którego 
zyciopis później Czytelnikom twk*wym podamy. 

(*♦) Ex. XIX. 3 a. 



nem znużeniu, stanęliśmy nareszcie na dość roz- 
ległej dolinie, zewsząd pasmem gór otoczonej* 
Tutaj leży w środku stawny ów klasztor Prze* 
mienienia Pańskiego, błędnie od wielu podró- 
żników klasztorem Świętej Katarzyny nazywany. 
Zdała zdawał się nam być twierdzą jaką obronną. 
Zbliżywszy się do murów (5420 stóp nad po- 
wierzchnią morza wznoszących się), spostrze- 
gliśmy w nich otwór na 40 stóp od ziemi, a 
w nim kilku zakonników, witających nas i snu* 
szczających nam do krążka przymocowaną linę, 
do klórejśmj papiery nasze, legitymujące nas, 
przytwierdzili. Po przejrzeniu ich, spuszczono 
znowu na drodze tej kosz, do któregośmy ko- 
lejno wstępując, podróż tę powietrzną odbywać 
musieli. Jest wprawdzie w murach klasztornych 
fórtka do wejścia, lecz ta zamurowaną jest za- 
wsze, otwieraną bowiem tylko bywa, gdy Pa- 
tryarcha konstantynopolitański miejsce to święte 
zwiedza. Przyjęto nas z największą uprzejmo- 
ścią; przełożony klasztoru, szanowny starzec, 
z braterską miłością przywitał mnie, i do prze* 
znaczonej celi, przydając jednego z braci za 
nieodstępnego towarzysza, który włoski język 
posiadał , odprowadził. Gdy zadzwoniono na 
wieczerzę, udałem się do refektarza, gdzie nam 
skromną, lecz zdrową dano strawę, z oświad- 
czeniem, iż od dnia jutrzejszego, ponieważ podług 
greckiego kalendarza , post wielki swój brał 
początek , nie w towarzystwie braci , lecz sam 

Jadać będę musiał. Żądałem pościć z innymi, 
ecz niepozwolono ni, wystawiając, jak po* 
trzebaym jest^ posilniejszy pokarm , przy tyla 
trudach podróży i niewygodach. Na co chętnie 



Digitized by 



Google 



149 



zezwoliłem, przekonawszy się po krótkim w kia* 
sztorze wypoczynku, jak podroż ta mnie osłabiła. 

Klasztor ten jest jakby osada, otoczona ze- 
wsząd wysokimi granitowemi morami. Wśród 
murów tych spostrzegasz kilkanaście budowli, 
w rozmaitym kształcie i w różnych cza- 
sach wystawionych; wyjąwszy kościół sam, 
wszędzie widzisz ubóstwo, lecz odznaczające 
się wzorową czystością. Co zaś jest najwięk- 
szym Opatrzności dla miejsca tego dobrodziej- 
stwem, to jest wielka obfitośó wody ; albowiem, 
oprócz licznych źródeł, znajduje się tu głęboka 
i przedziwnej wody dostarczająca studnia, a jak 
podanie głosi, jest tą samą, przy której Mojżesz 
spotkał córy Jetrona. (*) Sam klasztor zało- 
żony został r. 527. przez cesarza Justyniana; 
pokazują tu miejsce, co przed 140 laty służyło 
Katolikom za świątynię, dziś jest w ręku schiz- 
matyków, usiłujących podstępami swemi, wszy- 
stkie miejsca święte sobie przywłaszczyć. — 
Drugiego dnia pobytu mego w klasztorze, uda- 
łem się z przydanym mi towarzyszem do ko- 
ścioła. Podziwiałem jego wspaniałą budowę: 
podzielony jest na trzy nawjr; niebieskie, zło- 
temi gwiazdami okryte podniebienie, wznosi się 
na dwóch rzędach granitowych kolumn różneco, 
najwięcej koryntskiego porządku. Mury świą- 
tyni i posadzka jest z białego i^ czarnego wło- 
skiego marmuru. Wszystko nosi cechę odległej 
starożytności. 

Mnóstwo złotych i srebrnych lamp, zawie- 
szonych u podniebienia na bogatych łańcuchach, 
oświecało ciemny nieco kościół. Ściany zdobią 
liczne, w przepyszne ramy oprawne, lecz pod 
względem sztuki nie wielce cenione , obrazy. 
Ztąd udałem %ię do kaplicy, nazwanej kaplicą 
gorejącego krzaka. 

„Mojżesz,* mówi pismo święte (**), „pasł 
owce Jethro, świekra swego, kapłana medijań- 
skiego: a gdy zagnał trzodę w głębokość pu- 
styni, przyszedł do góry Bożej Horeb. I uka- 
zał mu się Pan w płomieniu ognistym z pośrod- 
ku krza: i widział, iż kierz gorzał, a niezgo- 
rzał. I rzekł Mojżesz: pójdę, a oglądam wi- 
dzenie to wielkie^ czemu nie zgore ten kierz. 
A widząc Pan, iż szedł patrzyć, zawołał go 
z pośrodku krza, i rzekł; Mojżeszu, Mojżeszu. 
Który odpowiedział: owom ja. A On do niego: 
nieprzystępnj sam i rozzuj boty z nóg twoich, 
miejsce bowiem, na którem stoisz, ziemią święta 
jest. I rzekł: Jam jest Bóg ojca twego, Bóg 
Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba. Zakrył 
Mojżesz oblicze swe: bo nie śmiał patrzeć na- 
przeciw Bogn. Któremu rzekł Pan: widziałem 
utrapienie Indu mego w Egipcie, i słyszałem 
krzyk jego dla surowości tych, którzy są prze- 
łożeni nad robotami. A wiedząc boleść jego, 
zstąpiłem, abym p wyzwolił z rąk Ecipcyan, 
i wywiódł z ziemi onej, do ziemi dobrej i po- 

(*) B*ed. II. 15 m. (♦*) Bxo4. III. 1—10. 



stronnej: ale pójdź, a poślę cię do Faraona, 
abyś wywiódł lud mój, syny Izraelowe, z Egip- 
tu." Właśnie w tern miejscu , gdzie Bóg z Moj- 
żeszem rozmawiał, jest podług podania, wybu- 
dowani} kaplica, pamiątkę zdarzenia tego naj- 
późniejszym pokoleniom przekazywać przezna- 
czona. Bosemi nogami wstępuje się do niej: 
w środku stoi wspaniały marmurowy ołtarz, a 
pod nim znajduje się miejsce święte. — Poco- 
cke twierdzi mylnie, pisząc, iż zakonnicy 
w ogrodzie klasztornym krzak cierniowy poka- 
zuję* wydając go za ten sam, z którego Je- 
hora z prorokiem swoim rozmawiał. 

Na drugi dzień zwiedziłem kaplicę Ś. Ka- 
tarzyny, w której ciało tej świętej w bogatej 
spoczywa trumnie. Z kaplicy tej zaprowadzono 
mnie podziemnym chodnikiem do ogrodu klasz- 
tornego. Tutaj przekonałem się naocznie, co 
pracowitość ludzi może: kawał nieurodzajnej i 
piaszczystej ziemi, uprawianej w pocie czoła, 
wydaje owoce najpiękniejsze i dostarcza wa- 
rzywa nie tylko zakonnikom, ale i pokoleniom 
pustyń okolicznych. Wszystkie gatunki drzew 
owocowych, wino nawet, znajdziesz tutaj w ob- 
fitości. Zakonnicy chętnie dzielą się tern, co 
im daje Opatrzność, z przychodzącymi do nich 
po zasiłek ludźmi: nikt meodchoozi bez wspo- 
możenia i daru. Około murów klasztoru mieszka 
z pięćdziesiąt rodzin arabskich, pod namiotami, 
zostających jakoby w służbie zakonników. Obo- 
wiązkiem ich jest dawać podróżnym wiel- 
błądy i dostarczać potrzeb rożnych dla gości, 
przybywających zwiedzać ustronie to święte. 

Następnego dnia zwiedziłem książnicę kla- 
sztoru, aośc liczną, pomimo tego, że wie- 
lokrotnie przez Arabów i Turków zrabowaną 
była; mnóstwo zawiera w sobie rękopismów, 
a pomiędzy nimi kopią rozkazu proroka Maho- 
meda do wszystkich Chrześcian. Oryginał listu 
tego, kuficznym charakterem na koziej skórze 
pisanego, znajduje się w skarbcu sułtana. Był 
on aż do roku 1517. własnością biblioteki kla- 
sztoru Przemienienia Pańskiego ; Selim I. wziął 
go z niej, po zdobyciu przez siebie Egiptu, zo- 
stawiwszy dziś znajdującą sie kopią. P. Mau- 
chon umieścił w swojem dziele o Egipcie 
wierne tłumaczenie dokumentu tego. Pokazy- 
wane mi tutaj książkę, do której zwiedzający 
miejsca te wpisują nazwiska swoje; przebie- 
głem ją z ciekawością, lecz przekonałem się, 
iż od dawnego czasu, nie wiele odwiedzin 
miała góra Synai; pomiędzy wędrownikami lat 
ostatnich najwięcej było Anglików i Niemców. 



Trybunał lubelski. 

(Ci,g dalnj.) 

Pan Bartłomiej odezwał się : „Nie źle by- 
łoby siąść na tym kamieniu pod cieniem, i na- 
pić się piwka," <— „Dobrze mówisz; poczekaj* 



Digitized by 



Google 



150 



ze na mnie, a ja pójdę do gospody i każę go 
wynieść." Przy gospodzie zastałem kilkuna- 
stu młodzieży, do palestry należącej, jakem 
wnosił z ich ponsowych lubelskich kontuszów. 
Ja im się* ukłonił, oni mnie, i wszedłem do 
szynku. Żyd poszedł do lodowni natoczyć 
garniec świeżego piwa, a ja na niego czekając, 
czytałem po oknach i ścianach różne popisane 
koncepta. Gdy Żyd wrócił z piwem, poszliś- 
my do lip: widzę pana Bartłomieja, siedzą- 
cego na kamieniu, jakem go zostawił, a przy 
nim ci wszyscy panowie, których znalazłem 
iia przyzbie przed karczma. Stali koło niego, 
a on na nich pogladał jak gap. Juzem po- 
znał, ze to będą meprzelewki ; przybliżyłem 
się do niego, a on mnie mazgaja nunc zrobi- 
wszy: „Panie Sewerynie, dobrodzieju! cóś ci 
panowie mówią koroniaszowskim językiem; 
powiedz panie, czego oni chcą ode mnie?" — 
A jeden z ponsowych panów: „Waćpanowie 
może nie wiecie, że tu się kończy jurysdykcya 
trybunalska; to jest palestry młyn, oto ka- 
mień, a my kołem. Kto sie tego kamienia 
dotyka, musi ztąd wyjść albo mąką, albo 
krupami. Waćpanów dwóch: powiedźcie, któ- 
rego mamy zmieć, a którego skrupić?" — 
Ja im na to: „Moi panowie, jam już za sta- 
ry, abyście ze mnie żartowali, a Bóg świa- 
dek, że jutro do kommunii przystępuję. Po- 
wtóre, będąc tu w interessie księcia Radzi- 
wiłła, wojewody wileńskiego, w którego or- 
szaku przybyłem, nie mogę sobą rozrządzać 
przed końcem jego sprawy. A oto jest pan 
Chodźko, sędzia ziemski upitski, dworzanin 
JO. księcia wojewody. Bądźcie więc łaskawi 
panowie, puśćcie nas z Bogiem." — Między 
nimi był, jakem się później dowiedział, de- 
pendent pana Koźmiana , nazwiskiem Czar- 
kowski, z bracławskiego, który wiedział, że 
jego mecenas chodzi około interessów księcia. 
Ten się odezwał: „Panowie koledzy, to jest 
umocowany księcia, ja za nim proszę, ile że 
on się nie dotknął naszego kamienia; ale pana 
sędzica upitskiego, co tu na tym kamieniu sie- 
dzi, będziemy mleć bez ceremonii." -- 
„A czyście mnie ze swego spichrza wynieśli, 
żebyście mnie mleć mieli?" — „Tyś się na- 
szego kamienia dotknął, to jużeś nasz." — 
„A jakie- wy tonie mleć będziecie?" — „Po- 
wiedz- bracie, czy ty karabelę nosisz tylko 
dla ozdoby?" — „Czy waćpan ksiądz, że- 
bym mu się spowiadał?" — „My « tobą 
w r rozprawy językowe wdawać się nie bę- 
dziem: wstawaj i dobywaj szabli, a reszty 
się domyślisz." — ,.A kiedy mi dobrze na 
tym kamieniu. Nie w olelibyście piwka z nami 
wypić i odczepić się ode muie, ^ a zmieć kogo 
z waszych; bo zboże litewskie ususzone i 
"twarde." — • „ Obaczemy ! " odezwał bic je- 
sień, „czy twardsze od naszego. Ja jestem 
marszałkiem koła, te mną trzeba zaczynać; 



wstawaj więc bracie." — „A kiedy ja sie 
asandzieja boję: wolę przeprosić, niż bić 
się." — „Już to zapoźno, bić się musisz; 
chyba zezwolisz, abyśmy ciebie w T ypłazowali." 
— „No, kiedyście tacy zawzięci, czy nie masz 
między wami Łęczycanina jakiego?" — i za- 
czął chustką niby łzy z oczu ocierać, doda- 
jąc: „Oj biedna moja matulo, jakże będziesz 
płakać po swoim Bartku." — Tak ja : „Pa- 
nowie dobrodzieje, posłuchajcie mnie, jako 
wiekiem od was starszego. Wszak to w tym 
samym Lublinie, zrobiła się unija Korony 
z Litwą: poruszą się zwłoki naddziadów, 
jak się Litwini z Polakami w temże mieście 
powadzą. Czyby nie lepiej na pamiątkę Lud- 
wika, ojca królowej Jadwigi, a teścia naszego 
Jagiełły, wezwać Węgrzynów, aby nas 
pogodzili. Dajcie pokój temu chłopcu, a po- 
zwólcie, żebym posłał za winem, i was uczę- 
stował w tej gospodzie." — Zaczęła miękczeć 
palestra, i niektórzy odzywali się do marszał- 
ka: „Puść z Bogiem tego poczciwego Litwo- 
on nie wiedział o prawach naszego mły- 



sza 



na." Tu się zaczął obawiać pan Bartłomiej, 
aby burda na niczem nie spełzła, i siedząc 
zawsze na kamieniu, odezwał się, drapiąc 
głowę: „A to waćpan jesteś marszałkiem 
tego młyna? Winszuję; ale na Litwie miel- 
nicy i wieprze po młynach siedzą, a nie mar- 
szałkowie." — „Słuchaj bracie gapiu: przez 
wzgląd na tw T ego poważnego kolegę, całego 
cię puszczam; ale trzymaj język za zębami, 
a z żarcikami występuj na takich, jakiś 
sam." — „Nie gniewaj się W. marszałku, 
nie będę z tobą żartował, tylko serio mó- 
wię. A wiesz dla czego wolałbym z biedy 
potykać się z Łęczycaoinem, niż z waćpanem? 
Bo mówią, że Łęczycanie mają rozum; a oto 
świadek mój kolega, że kiedym jechał z Li- 
twy do Lublina, cyganka mnie wróżyła, że 
z rąk wielki go błazna mam zginąć: to ja- 
kem spojrzał na W. marszałka, bardzom się 
jego przestraszył." — Już tu nie było spo- 
sobu poradzić. Marszałek ledwo nie pękł ze 
złości, i dobywszy szabli, z największym im- 
petem na Chodźkę natarł. Ten tylko miał 
czas za kamień wyskoczyć, dobyf^ swojego 
smyczka, plunąwszy w rękę, i od pierwszego 
składu lak dał po łapie, ze szabla na ziemię 
upadła. Obwiązywali marszałkowi rękę, a on 
nie tyle z bólu, ile z konfuzyi, stał jak wryty. 
— „A nu," odezwał się pan Bartłomiej — 
„myślałem, że bić się z koroniaszem wielka 
Jilozoiia, a tu marszałka oporządzić mniej 
trzeba czasu, niżby butelkę odkorikować." — 
„Poczekaj gburze, dam ja tobie" — zaw 7 ołał 
drugi, i z ogromnym pałaszem na niego. Ale 
ledwo parę razy się złożył, smyczkiem po 
łbie dostał. Stanął trzeci: „Chciałeś mieć 
do czynienia z Łęczycaninem, oto masz go 
tu." — Troehę dłużej trwało, ale i ten 



Digitized by 



Google 



151 



po łbie oberwał, — „A to djabeł, nie Lit- 
win," odezwali się koroniasze. „Słuchaj panie 
bracie, tyś 2adrwił z nas: udawałeś gawrona, 
a tyś rębacz czternastej próby* Wedle praw 
naszego młyna, kto trzy razy zwyciężył, wol- 
nym jest od wszelkiej prepetycyi. Jeżeliś temu 
rad, ofiarujem ci nasza przyjaźń; jeśli nią gar- 
dzisz, chociaześ tęgi, jeden po drugim wszyscy 
ci służyć będziem." — „Omne trinum perfec- 
tum" odezwałem się. „Będzie z waćpana, pa- 
nie Bartłomieju, a pocałuj się z tymi zacnymi 
panami." — „Zgoda," odpowiedział pan Bar- 
tłomiej* „Ja jak mam sobie za zaszczyt, żem 
sie z wami pobawił smyczkiem, tak jeszcze za 
większy poczytuję waszą przyjaźń." Zaczął 
się z nimi całować, przepraszać tych, co ob- 
znaczył, a szczególnie marszałka. Ja, aby ich 
pocieszyć, powiedziałem: „Niech to panów nie 
upokarza, żeście nie byli szczęśliwi z moim ko- 
legą, bo to jest pierwszy rębacz na Litwie." 
Jakoż się szczerze pojednali, i odprowadziliśmy 
do kwatery marszałka, jego samego i kolegów 
rannych; my piechoto, a ranni na furmance 
u Żyda najętej. Palestra fundowała nam hu- 
lankę, że dobrze podochoceni wróciliśmy do 
siebie. Po drodze sztrofowałem trochę pana 
Bartłomieja, alem go jeszcze więcej, niż wprzó- 
dy, pokochał, bo taki honor prowincyi litewskiej 
utrzymał. 

Nazajutrz odbywszy się w kościele , posze- 
dłem z panem Bartłomiejem na trybunał, gdzieś- 
my zastali kilku z tych, cośmy Doznali dnia 
wczorajszego przy kamieniu młyńskim. Oni 
czekali przybycia członków trybunału, mnóstwo 
byłopalestry i pacyentów wustępnej sali: było 
tego więcej tysiąca, jakem z oka miarkował. 
Nasi przyjaciele oprowadzali nas wszędzie, 
wszystko nam tłómacząc. 

(Dabsy ciąg nastąpi.) 



Bronikowski Alexander. 

(Z Małej Encyklopedyi polskiej, wyszłłf 
w Lesznie 1839.) 

Bronikowski, z ojca Polaka i matki Niem- 
ki zrodzony, bardziej za matczynym poszedł wpły- 
wem, i jako pisarz, wyłącznie do niemieckiej 
litteratury należy. Przedmioty atoli licznych jego 
romansów, z polskiej po większej części czerpał 
histoiyi. Nadało to jakąś indywidualność jego 
obrazom, i cudzoziemców z polskiemi obeznało 
stosunkami. Tytuły jego romansów historycznych 

2: Myszą wieia, Polska w jedenastym wieku, 
azimierz Wielki, Hipolit Boratyński, Wie- 
zienie Jana Kazimierza, Elekcya WUniowte- 
ckiego, Dwór Jana Sobieskiego i t. p. Widaó 
w tych opisach znajomość faktów i wczytanie 
się w pamiętniki, zwłaszcza ze zbioru Niemce- I 
wicza; ale niewolnicze naśladownictwo Waltera II 



Scotta, a może i brak imaginacyi, przewie- 
kłemi robią jego wieczne dyalogi, bez których 
obejść się nie umie, a w których jeszcze mało 
okazuje dowcipu. W tonie nawet tych dyalo- 
gów jest coś Polakowi obcego. Niekiedy na- 
wet grzeszy przeciw wyobrażeniom miejscowym, 
i w błąd wprowadza obcych, których winien 
był oświecić, mieszając n.p. Rusinów z Ros- 
sy a nam i, przez co w wielkie nawet zagmat- 
wanie wprowadza czytelnika. Najlepszy z wy- 
mienionych romansów (przy zbytniej rozwlekło- 
ści) jest bez wątpienia Boratyński, wystawia- 
jący historyą Barbary Radziwiłłó wnój. 
Byt on jednym z wcześniejszych, w których isto- 
tnie więcej autor okazał imaginacyi, aniżeli 
w następnych. Wydał także Bronikowski krótki 
rys historyi pohtriij w jednym tomiku. Jako 
prozaista niemiecki, należy on do tych dość licz- 
nych dzisiaj pisarzy, co upodobanie mają w dłu- 
gich frazach, z podwójną lub potrójną mterkal- 
lacyą parentezów ; który sposób zaiste, ani uchu, 
ani łatwemu zrozumieniu niedogadza. Romanse 
jego prawie wszystkie na język polski przetłu- 
maczone zostały. Umarł Bronikowski przed kilku 
laty w Dreźnie. 



Rozmaitości. 



Teatra włoskie* 



Pomiędzy przedmiotami, ściągającymi szcze- 
gólniej uwagę podróżnych, zajmują we Włoszech 
teatra pierwsze miejsce. Każda mała mieścina 
szczyci się teatrem; jego wystawienie i utrzy- 
manie należy do największych starań całej gminy, 
zakładającej w tern niemałą chlubę , kiedy się 
w tym względzie przed innemi odznaczyć może* 
Okazałość, a szczególniej obszerność teatralnego 
gmachu, jest skutkiem powszechnego udziału 
mieszkańców w widowiskach. Teatr więc jest 
zwykle na większą liczbę widzów obrachowany, 
jakby w stosunku ludności mieszkańców ^ wypa- 
dało. Ponieważ nadto w większych miastach, 
jako to: w Neapolu, Medy olanie, Wenecyi, Pa- 
termie, Turynie, Genui, Florencyi, wielka opera 
tylko się w jednym głównym teatrze wystawia, 
przeto publiczność nie rozprasza się tak, jak po 
innych stolicach; dla tego tez obszerność tych 
teatrów, do wystawy oper i baletów przezna- 
czonych, iest zwyczajnie tak ogromna, zęby zgi- 
nął w niej głos zwyczajny deklamujący lob re- 
cytujący. 

Wytworny gust, który włoskie dzieła sztuki 
zwykle znamionuje, świetnieje szczególnie w przy- 
borze teatru. W każdym włoskim teatrze uderza 
nasamprzód stosunkowo daleko większa liczba 
lóz teatralnych, niz u nas, co ztąd pochodzi, ze 
podług przyjętego zwyczaju, damy tylko w lo- 



Digitized by 



Google — 



152 




Bronikowski Alexander* 



żach pokazywać się mogę, i dla każdej familii, 
która się nie chce zupełnie od świata usunąć, 
posiadanie loży w teatrze należy do potrzeb nie- 
zbędnych. Wzorem wszystkich teatrów jest 
wielki teatr w Mediolanie. Zdumiewamy sie, 
wszedłszy po raz pierwszy do tej olbrzymiej 
sali, obejmującej 4,000 widzów. W owalnem 
półkolu wznosi się 213 lóż, strojnych połysku* 
jącerai firankami jedwabnemi, a wybornej roboty 
płaskorzeźby, złocone arabeski, napawają oko 
roskoszą na widok takiego przepychu sztuki. 
Ale najokazalszy sprawia widok na czterech 
korynckich filarach wsparty portal sceny, otwie- 
rającej swa niepospolitą szerokością i nadzwy- 
czajną głębokością obszerne pole dla kunsztow- 
nych utworów sławnego malarza dekoracyjnego 
Sanquirico. Okazały z samych czeskich Krysz- 
tałów złożony kandelaber, jak gdyby jaki nie- 
zmierny brylant, leje jeszcze światło na ogromną 
salę i oświeca pyszny plafond, ręką sławnego 
malarza Vascani malowauy, allegorycznemi i mi- 
tologicznemi figurami ręki Hay era przyozdobiony* 
Magiczny sprawia widok rzęsiste oświecenie 
teatru w czasie jakiej uroczystości. Goreje w ten- 
prócz zwykłego światła, 1,000 świec ja- 



czas, 



rzęcych, misternie pomiędzy lożami umieszczo 
nych, których blaskiem olśnione zgromadzenie, 
z zad u mieniem zwraca oko na tyle piękności, 
przed któremi gaśnie nawet cała okazałość sceny. 



Świątynia ta muz zresztą tak kunsztownie jest 
zbudowana, że najbardziej przytłumiony głos 
ludzki, drgający ton najsłabszego instrumentu, 
w każdym zakątku sali jak najwyraźniej się 
odbija. 

Osobliwy gatunek teatrów włoskich składają 
tak nazwane teatr a dzienne, które na wzór 
starożytnego cyrkn, amfiteatralnym kształtem aą 
wzniesione. Widzowie zbierają się w nich po- 
południu i zwyczajnie pod golem niebem przy* 
patrują się wystawom* Są one przeznaczone dla 
najniższej klassy ludu i obejmują zwykle nie- 
zmierne massy, mając zamiast lóż, rzędy stopni 
(gradinate). Najsławniejsze sa w Tryeście, w Man- 
tui i nowo-założony w Genui, wzniesiony z ka- 
mienia z otwartemi ścianami i pokryciem, tak, 
że i do nocnych reprezentacyj z oświeceniem 
użyty być może. Dzienny teatr w Tryeście za- 
wiera czternaście rzędów siedzeń, na których 
3,600 widzów zmieścić się może. Najbardziej 
atoli zajmuje uwagę podróżującego starożytny 
taki teatr w Weronie na wielkiej Arenie, gdzie 
widzowie te same zajmują miejsca, które nie- 
gdyś przed 2,000 lat na podobnych, częstokroć 
krwawych .widowiskach , ciekawe pospólstwo 
rzymskie zalegało. Najciekawszy jest widok, 
kiedy w niedzielę popołudniu nieprzejrzane okiem 
mnóstwo ludu z rozmaitych klass, w różnobar- 
wnych ubiorach wzniosłe zasiada półkole. 



Nakładem i drukiem Ernesta Gunthera w Lesznie* (Bed. J. Łukaszewicz.) 

Digitized by VjOOC I.C 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 20. 



Leszn*, 

dnia 16. Listopada 1839. 

■■■■■■■■■■■■■■nUDBHHBHBHH 




Widok Lublin 



(*) 



Trybunał lubelski. 

(Dalszy ciąg.) 

W sali sądowej stał krzyż kamienny z wi- 
zerunkiem Zbawiciela , a nad nim byt napis 

(*) Lublin nad Bystrzycą, stolica województwa, 
leży w okolicy górzystej i żyznej, prawic całe jest za- 
murowane ; mnóstwo liczy gmachów wysokich , staro- 
żytnej architektury, świadczących o dawnej pomyślno- 
ści Lublina. Było niegdyś" miasto to opasane murem 
i bronione głębokiemi rowami ; dziś' znikły mury, tylko 
cztery bramy przypominają dawne opasanie. Daleko 

Ro za miastem sterczą ruiny starożytnych gmachów, 
aj obszerniejszym ze wszystkich budynków jest dom 




przywilejów 
sta składowego. Od Stefana Batorego az do rozbioru 



wielkiemi zlotemi literami: JUSTITIAS VES- 
TRAS JUDICABO. To nas uderzyło, że Chry- 



kraju, był siedliskiem trybunałów małopolskich; wielu 
z magnatów poczęło się lu osiedlać i stawiać pałace ; 
rzemieślnicy i kupcy przyciągnęli za nimi ; ludność 
miasta az do czasów Jana Kazimierza dochodziła do 
40,000. 

Najgłówniejszem i najwzniośłejszem wspomnieniem 
historycznem Lublina jest uskutecznienie unii Polski 
% Litwą za Zygmunta Augusta. ,, Zrzekł się król (mówi 
Bandtkic U.,172.) wszelkiego dziedzictwa i wiecznemi 
czasy Prusy , Podlasie , Wołyń i Ukrainę do Korony 
przyłączył. Ustanowiono odtąd wspólne dla Korony 
i Litwy w Warszawie sejmy; naznaczono urzędnikom 
miejsca i porównano we wszystkiem prawa obojga na- 
rodów. Obwarowano przvtem, ze Inflanty, tak do Ko- 
rony, jak i dj Litwy należeć mają, a ksiąze kurlandzki 
ma być hołdownikiem Polski i Litwy. Wyznaczono i 
prnskim posłom miejsce na obradach sejmowych. Ustały 



Digitized by 



Google 



154 



stus Pan miał twarz odwrócone tak, że jej rysów 
niemożna było widzieć ; ale nasi przyjaciele po- 
wiedzieli nam, że snycerz nie był go tak wy- 
stawił, i owszem Chrystus Pan wprzódy na 
trybunał patrzał, ale przed laty pewien wy- 
padek stał się przyczynę tej zmiany. Była 
wdowa szczupłego miana, uciśniona procederem 

Jrzez jakiegoś magnata. Jej sprawa była jak 
ursztyn czysta, ale magnat, zobowiązawszy 
wszystkich członków trybunału, zyskał dekret 
wbrew prawu i sumieniu. Gdy go ogłoszono, 
nieszczęśliwa wdowa wyrzekła na cały głos 
w izbie : „zęby mnie sadzili djabli, sprawiedli- 
wszy byłby dekret." A że sumienie kłuło nieco 
deputatów, na roki jej niepozwano, i wszyscy 
udali, jakby niesłyszeli, z czćm się odezwała; 
i że to było pod koniec sessyi, porozjeżdżali się 
marszałek i deputaci, tak duchowni, jako i świec- 
cy; została się tylko kancellarya i pisarze try- 
bunalscy. Aż tu zajeżdża przed trybunał mnó- 
stwo karet, wysiadają jacyś panowie, jedni 
w kontuszach, drudzy w rokietach, z rogami na 
głowach i ogonami, które się z pod sukien do- 
bywały* I zaczynają iść po wschodach, a przy- 
szedłszy do sali trybunalskiej, zajmuję krzesła, 
jeden marszałka, drugi prezydenta, inni deputa- 
tów. Pomiarkowali ai^ pisarze i kancellarya, 
że to byli djabli, i w wielkim strachu przy 
stołach swoich siedząc, czekali, co z tego będzie. 
Wtem djabeł, co marszałkował, kazał wprowa- 
dzić sprawę tejże wdowy. Przystąpiło do kra- 
tek dwóch djabłów jurystów: jeden pro> drugi 
contra stawał, ale z dziwnym dowcipem i z wielka 
praw naszych znajomością. Po krótkim ustępie, 
djabeł marszałek przywołał pisarza wojewódz- 
twa wołyńskiego (bo ten interes był z Woły- 



odtąd osobne litewskie sejmy. Spojone w jedno ciało 
narody Rzeczypospolitej, miały odtąd wspólnie jednego 
obierać' pana i jednakowcmi rządzie' się prawami." — 
Poprzednie i późniejsze wipomoienia , ograniczają się 
na następujących wypadkach : 1205 r. Roman, ksiąze 
ruski, nadaremnie Lublin przez 5 miesięcy oblegał. 
1240 Tatarzy go spalili, a Daniel, ksiąze ruski, pod- 
stępem opanował, odnowił go i wzniósł ku obronie 
miasta wicie okrągłą. Przez lat 57 Lublin zostawał 
w mocy książąt raskieb ; dopiero Wacław, król czeski 
i polski, im go odebrał. 1344 Tatarzy oblegali miasto; 
1447 spalili je. Po złączeniu Korony z Litwą, Lublin 
używał pokoiu az po rok 1606; na jego polach szlach- 
ta z województwa odbywała corocznie popisy rycerskie. 
Dopiero w wojnie domowej za Zygmunta III. począł się 
jego upadek. Tu odbywały się zjazdy szlachty związ- 
kowej ; ztąd powstała wojna. Feli* Herbnrt, jeden ze 
związkowych, najechał je i zlupił. Uczniowie jezuiccy 
napadali korfciołr róźnowierców i niszczyli ich własno- 
s*c£ Roku 1655 Kozacy, pod Złotoreńkiem podstąpili 
pod Lublin, przedmieścia oddali pastwie płomieni, 
najpiękniejsze gmachy z ziemią zrównali; ostatki mia- 
sta ocaliły się znacznym okupem. Wojsko szwedzkie 
tegoż roku zajęło miasto, które juz odtąd nie mogło 

Ło wrócić do dawnej rfwietnotfei. — Dzisiaj zaczyna 
ublin do dawnego powracać stanu, a wkrótce ową 
rfwietnośe może nawet przewyższy. Historyą Lublina 
wydał w obecnym roku S. Z. Sierpiński: „Obraz 
miasta Lublina/* w Warszawie 1839. 



nią); ale prawdziwego pisarza, nie djabła, i ka- 
zał mu siąść za stołem i wziaść pióro. Zbliżył 
się pisarz w pół umarły z bojaźni , i przymru- 
żając oczy, zaczął pisać dekret, jaki mu dyk- 
towano* Dekret był zupełnie na stronę uciśnio- 
nej wdowy | a Pan Jezus na taką zgrozę, że 
djabli byli sprawiedliwsi , niż trybunał, prze- 
najświętszą krwią Jego wykupiony, i w którym 
tylu kapłanów zasiadało, zasmuconą twarz od- 
wrócił, i oblicza swego nie pokaże (jako miał 
o tem objawienie świętobliwy jeden Bazylian 
lubelski), aż naród się pozbędzie zaprzedajno- 
ści w sadach, łakomstwa w księżach, i pijaństwa 
w szlachcie. Ów dekret djabli podpisali, a za- 
miast podpisów, były wypalone łapki różnego 
kształtu, i położywszy go na kobiercu, który 
pokrywał stół trybunalski, zniknęli. Następnej 
sessyi trybunał znalazł djabelski dekret, gdzie 
był położony; bo rozumie się, że nikt z kan- 
cellaryi ruszyć go nie śmiał. Złożono go w ar- 
chiwach ; a że #kta nikomu nie są wzbronione, 
kto zechce, może go odczytać, nawet extraktem 
wyjąć. 

Podczas, gdy my się zastanawiali nad tak 
niesłychanym wypadkiem, usłyszeliśmy woźnych, 
różnemi tonami powtarzających: „Mości pano- 
wie, ustąpcie się, ustąpcie się! JW. sandomier- 
ski idzie;" — a potem znowu: „ustąpcie się! 
JW. poznański idzie;" — i tak ciągle coraz 
innego jaśnie wielmożnego mianując. My czem 
prędzej wrócili się do sali ustępnej, przez które 
między dwoma liniami palestry i pacyentów, 
poprzedzani przez woźnych, szli poważnie de- 
putaci do sali trybunalskiej, lekkiem skinieniem 
głowy odpłacając nizkie ukłony, z prawej i le- 
wej strony odbierane. Aż huk bębnów i gęste 
wystrzały, oznajmiły* przybycie JW. marszałka* 
Tu woźniowie wszyscy odezwali się jednym 
głosem: „Mości panowie, uciszcie się, uciszcie 
się! JW. marszałek najjaśniejszego trybunału 
idzie." — I prawda, że w tak licznem zgro- 
madzeniu, takie milczenie towarzyszyło przyby- 
ciu JW. marszałka, że muchę latającą usły- 
szećby można było. Prawy i lewy szereg, mie- 
dzy któremi przechodził, ukłonem ziemi prawie 
się dotykał, i dopiero kiedy już był o kilka 
kroków naprzód, jeden łeb po drugim powsta- 
wał, a tak regularnie, jakby ca pociągnieniem 
sznurka. Za marszałkiem kilku magnatów przy- 
było^ i między nimi JO. książę wojewoda wi- 
leński z JO. marszałkiem wielkim koronnym 
szli razem, po przyjacielsku rozmawiając, chociaż 
się prawo wali; bo wielki dla siebie wzajemnie 
znali szacunek, ile, że pomimo kilkokrotnych 
krwi związków, JW. Rzewuski, hetman polny 
koronny, a księcia wojewody szwagier, miał 
wkrótce łączyć się w dożywotniej parzę z córką 
księcia marszałka, księżniczka Konstancyą, pa- 
nią, która i pięknością i rozumem wszystkich 
zachwycała. — JW. marszałek trybunału za- 
prosił księcia marszałka w. k., księcia woje- 



Digitized by 



Google 



155 



Wodę wileńskiego, i innych znajdujących się 
senatorów za kratę, aby raczyli zająć miejsca 
w izbie trybunalskiej , a wożniowie im krzesła 
poustawiali: bo ministrów i senatorów nawet 
w czasie ustępu nie wypraszano, sami chyba 
przez delikatność usuwali. Gdy trybunał za- 
siadł, JW. przewielebny prezydent zaintonował 
Vtni Creałor, a deputaci duchowni wszyscy, 
i niektórzy świeccy, jakoż wielu z palestry i 
pacyentów, wtórowali, że po całym rynku hymn 
dat się słyszeć. JW. marszałek uderzył laskę 
i rozkazał woźnemu, aby ogłosił gotowość ses- 
syi, a ten stanąwszy na progu ustępnej sali, 
tubalnym głosem wykrzyknął: „Mości panowie! 
Najjaśniejszy trybunał przywołuje was do atten- 
towania i słuchania spraw. Agitować się będzie 
regestr ordynaryjay; kolej przypada na woje- 
wództwo krakowskie* Mości panowie, gotujcie 
się!" — Regent trybunalski głośno przeczytał 
wokandę, a sprawa JW. Wielopolskiego, mar- 
szałka nadwornego koronnego, powoda, z W W. 
Dembińskimi, chorążycami krakowskimi, o avuU 
%a margrabstwa pińczotoskiego wprowadzona zo- 
stała. Pan Koźmian stawał od strony powodo- 
wej, a pan Plichta bronił WW. Dembińskich. 
To lubo były indukta, ani Demostenes, ani Cy- 
cero lepiejb? nie mówili. Odbyło się jeszcze 
kilka innych wpisów na tej sessyi; bo JWny 
marszałek byt czynny, i co sessya kilka dekre- 
tów ogłaszał. — A co to była za okazałości 
Deputaci duchowni w rokietach koronkowych, 
deputaci świeccy w mundurach swoich woje- 
wództw, a palestra cała w mundurze lubelskim: 
kontusze ponsowe, kołnierze i podszewki zielone, 
białe żupany. Takito mundur nosił tego dnia 
i nasz księże, jako obywatel województwa lu- 
belskiego, w którćm, oprócz innych dóbr, miał 
hrabstwo woszczatyńskie , także po Uinicżach, 
i na tern to hrabstwie pozwy od sukcessorów 
Tarłowskich były kładzione. — Po sieniach 
hajduki, pajuki, Węgrzynki, a strzelców, a cha- 
łastry, a kozaków, co nie miara; na rynku ka- 
raty, kolasy, a konie — i Papież nie powsty- 
dziłby się niemi jeździć; a srebro, a złoto wszę- 
dzie aż kapało. Na trybunale szlachcic pozna- 
wał wielkość swojego narodu. To kiedy po 
sessyi wracając na kwaterę, przechodziłem po 
pod sklepami, gdzie Niemcy i Francuzi towa- 
rem zagranicznym handluję ^ i wzbogacają, się 
naszym groszem, tom z litością na nich patrzał, 
i pomyśłiłem sobie: nie zazdrościm wam, że 
u was każdy, jak mówicie, w kamienicy się 
rodzi, i że u was obfitość figielków stalowych 
i kościannych. Coby wam było z waszeco do- 
wcipu, bez naszych pieniędzy! Ani macie, ani 
mieć możecie tego, co my. Gdzie %\^ jaki nasz 
pan pokaże, to ani się opędzi od Francuzów, 
Włochów, Niemców; a żaden z nas do waszych 
panów nie lezie. 

Tego dnia był obiad wielki u JW. prezy- 
denta t na którym był nasz książę i JO. jego 



antagonista; tain sie t& zrobił początek zgody 
między nimi. Ksiądz Bykowski, deputat kapi- 
tuły łuckiej, a który dzierżał infułę ołycka 
z kollacyi JO. księcia wojewody wileńskiego, 
W. Radziszewskiego, i nas wszystkich dworzan 
księcia zaprosił do siebie na obiad, gdzie było 
kilku deputatów i mecenasów. Ciągle dawały 
się nam słyszeć wiwaty z harmat tym , których 
zdrowia spełniali u JW. prezydenta. — Tego 
wieczora byłem na teatrze, i przyznaję się, żem 
się bardzo niecierpliwił. Bo człowiek radby 
wiedział o sztuce granej, i nakoniec na to za- 
płacił, ale nie było sposobu. Go zacznę słuchać, 
to w prawo i w lewo taki hałas, że człowiek 
nie wie, gdzie nę znajduje. Jak pokaże się 
wyżej, czy deputat, czy jakiego deputata żona, 
krzyczą z dołu wiwat, że aż ściany się trzęsą; 
a niektórzy wina każą przynieść i wołają na 
komedyantów, żeby granie przerwali, pokąd 
kielich rąk nie obejdzie. Dopiero potem po- 
zwolą biedakom dalej rzecz swoja prowadzić, 
póki jej na nowo nie przerwą. Tak sztuka około 
jedenastej się skończyła, a tylem o niej wie* 
dział powracając z teatru, jakbym nigdy z stan* 
cyi nie wychodził. Postanowiłem sobie, pokąd 
będę w Lublinie, na teatr nie chodzić, i czterech 
złotówek w wodę więcej nie rzucać. 

Niedługośmy bawili w Lublinie; bo jak przy* 
jechał brat JO. księcia marszałka, pan Krako- 
wski, i JW. hetman polny koronny, to sprawa, 
która od dwóchset lat trwała, w kilku godzinach 
się skończyła. Książe wojewoda wileński od- 
stąpił na rzecz książąt Lubomirskich wszystkich 
praw, jakie miał wspólnie z nimi do sukcessyi 
po Szydłowieckich , a książęta zakwitowali go 
z posagu JW; wojewodziny Iliniczowej. Kom* 
planacyą sam JW. marszałek trybunału swoje 
ręką napisał, a strony ją podpisawszy, osobi- 
ście przyznały. £xtrakt komplanacyi przynieśli 
księciu plenipotenci książąt Lubomirskich, któ* 

3m nasz książę rozdał do tysiąca czerwonych 
otych; a my podobnież takowy ex trakt zanie- 
śli książętom Lubomirskim, co była dla mnie 
wielka radość, bom jeszcze dotąd nigdy nie wi- 
dział żadnego kasztelana krakowskiego, który 
z urzędu swojego jest princepa senatus obojga 
narodów. Co dostał W. Radziszewski i inni, 
w tom nie wchodził; wiem tylko, że pan Husa* 
rzewski, marszałek dworu księcia Lubomirskie- 
go, wręczył mm tabakierkę papierową, ale cięż- 
ką, bo w niej było sześćdziesiąt czerwonych 
złotych, z których tego dnia użyłem dwadzieścia 
i cztery, na kupno antała wina u Jokisza Wę- 
gra, a to prawdziwego maślaczu, bo mi się te* 
goż samego roku dziewka urodziła. Ten antat 
wyprawiłem na Litwę z transportem księcia pana: 
takim sposobem dostał się do Doktora wicz, że 
o nim nikt nie wiedział, pokąd na weselu tejże 
córki, łaskawi przyjaciele ze mną go nie wysu* 
szyli* (Keaiee nastąpi.) 



20 



Digitized by 



Google _ 



156 



Henryk Briihl- 

Sto lat dobiega, jak w całej Polsce zajęci 
byli wszyscy człowiekiem, któremu jedni potęgi 
i wpływu zazdrościli; drudzy, dla zyskania ja- 
kiego okruchu majątku narodowego, albo wzglę- 
dów królewskich, nadskakiwali; inni nakoniec,, 
dla wyniesienia swego, związków z nim szukali. 
Tym człowiekiem byt Henryk Bruhl, pierwszy 
minister Augusta III., prawa ręka, albo wła- 
ściwiej mówiąc, głowa, serce tego monarchy. 
Wywodził on swój ród z familii jpolskiej , lubo 
Briihlowie byli odwieczną niemiecką rodziną, 
której gniazdem Meklenburgia. Henryk Briihl 
był synem najmłodszym Jana Maurycego Briihl, 
dziedzica na Ganglofsoemmern, radzcy tajnego 
króla Augusta U. (zmarłego 1723 roku) i Zofii 
Heyde, córki półkownika szwedzkiego. Uro- 
dził się dnia, 13. Sierpnia 1700 roku. Nauki 
odbierał naprzód w domu rodzicielskim, potem 
wgimnazyum w Weissenfels. Ztąd wzięła go 
na dwór swój za pazia Fiyderyka Elżbieta, 
wdowa po Janie Jerzym, księciu sasko -weis- 
senfelskim; a że w Lipsku mieszkała, przeto 
młody Bruhl kończył tu nauki swoje na uni- 
wersytecie, przykładając się szczególniej do 
nauk matematycznych i przyrodzonych. Księ- 
żna Fryderyka chcąc mu los zapewnić, poleciła 
to Augustowi II., królowi polskiemu, który go 
w roku 1726. w poczet swoich kamerjunkrów 
policzył, a wkrótce potem szambelanem dworu 
mianował. Przyjemna powierzchowność, uległość 
i niezmordowane staranie przypodobania się we 
wszystkiem królowi, zjednały Bruhlowi wnet 
względy u monarchy; a grzeczność i uprzej- 
mość, miłość u dworzan. Wszakże do przy- 
szłego wyniesienia jego posłużyła dopiero na- 
stępująca okoliczność. Radzca tajny, Karol 
Pauli, faworyt Augusta H. (który w roku 1738. 
w Dreźnie z okna wypadł, i tym sposobem życie 
utracił) lubił podohmielać sobie często. Razu 
jednego przyszły do króla ważne depesze, na 
które trzeba było natychmiast odpowiedzieć. 
Król rozkazuje tedy przjwołaó do siebie Pau- 
lego, lecz wysłany do niego kamerdyner, zna- 
lazł go tak dobrze podochoconego, że aniręk^ 
ani nogą władnąć nie mógł. W tym kłopocie 
musiał król użyć do odpowiedzi na depesze 
kogo miał pod ręką; a że właśnie był dzień 
służbowy Briihla, polecił mu załatwienie tej 
rzeczy. Briihl sprawił się wtem nad oczeki- 
wanie monarchy, który go odtąd zaczął do 
spraw publicznych używać, i tak go polubił, 
że go zrobił swoim podkomorzym nadwornym 
i z upodobaniem towarzystwa jego szukał. Ja- 
koż od tej chwili nieoddalał się Bruhl nigdy 
od boku królewskiego. Wroku 1730 był z nim 
w obozie pod Miihlberg, i w częstych przejażdż- 
kach tego monarchy po Polsce i do Drezna, znaj- 
dował się zawsze przy jego osobie, starając 
się usilnie o utwierdzenie się w łaskach swego 



pana. Nie trudno też było dopiąć namiaru 
przebiegłemu dworakowi, który przy miernym 
rozumie, miał Mszystkie przymioty, potrzebno 
samolubowi do wyniesienia się na dworze ta- 
kiego monarchy, jakim był August 1L i Au- 
gust Ul. Pierwszy mianował go wicedyrekto- 
rem skarbu (saskiego) i radzcą stanu (1731): 
byłby go wyżej posuwał, ale śmierć, dnia 
1. Lutego 1733 w Warszawie przypadła, prze- 
rwała dalsze względy jego dla Briihla. 

Bruhl, dobrze już wtajemniczony w majaki 
i kręte ścieszki dworskie, zmartwiony wpra- 
wdzie został śmiercią królewską, ale nie stra- 
cił bynajmniej serca tą przygodą; owszem po- 
stanowił zatrzymać się całemi siłami na torze, 
którym się do wyniesienia swego puścił. — 
Chcąc się tedy następcy Augusta II. przypodo- 
bać, zabrał zaraz klejnoty i rzeczy zmarłego 
monarchy i z niemi natychmiast do Drezna do 
Augusta III. pobiegł. Więcej niż 4000 osób, 
do dworu zmarłego króla należących (prócz 20 
obładoManych sześciokonnych wozów z rzeczami 
zmarłego króla), w 74 sześciokonnych i 20 cztero- 
konnych powozach z Warszawy pod mocną stra- 
żą wojska koronnego do Drezna szczęśliwie prze- 
prowadził, lubo po całej Polsce snuli się par- 
tyzanci Stanisława Leszczyńskiego i różne swa- 
wolne tłumy. August III. przyjął go mile i za 
tę przysługę przyrzekł łaskę swoje królewska; 
a ze właśnie o tron polski starać się zamyślał, 
zwrócił natychmiast uwagę na Bruhla, który 
mu też nie omieszkał o wielkich swoich związ- 
kach i wpływie w Polsce powiedzieć i tym spo- 
sobem wmówić w Augusta III., że on (Bruhl) 
jest mu bardzo potrzebny. — - August UL miał 
przy boku swoim faworyta, Alexandra Józefa 
Sulkowskiego, który natenczas był kamerjun- 
krem w wojsku sasłuem. Z prawa, podkomorzy 
zeszłego monarchy, powinien był ten sam urząd 
sprawować u następcy tronu. Lecz Briihl wie- 
dząc dobrze, że August III. pragnął urząd ten 
powierzyć swemu polubieńcowi Sułkowskiemu, 
zrzekł go się dobrowolnie i tym krokiem pozyskał 
przychylność Sułkowskiego, wyniesionego na- 
tychmiast na podkomorstwo, i względy mo- 
narchy. Przecież Briihl doświadczył wnet, że 
pomimo tej ofiary, nie mógł Sułkowskiego uży- 
wać za narzędzie w widokach swego wyniesie- 
nia; owszem Sulkowski stawał mu się w tern 
silną zawadą i nieraz jego plany krzyżowali 
niweczył. Postanowił tedy sweco współzawo- 
dnika usunąć od dworu, co mu się też, lubo nie 
bez wielkich trudności, nareszcie udało, za po- 
mocą królowej, która Sułkowskiego nienawi* 
dziła, za to, jak mówiono, że królowi dora- 
dzał rzeczy nie w jej smaku. Na dworze kró- 
lowej znajdowała się hrabina Kollowrat, która 
miała oórkę nadzwyczajnej piękności: o rękę 
jej prosił Briihl; przyrzeczono mu ją pod wa- 

I runkiem, jeżK dzieci płci obojej w wierze ka- 
tolickiej wychowa. Briihl, któremu więcej cho- 



Digitized by 



Google 



157 



r 





Henryk B r u h h 



dziło o wyniesienie sie, nił o wyznanie dzieci, 
chętnie na ten warunek przystał; poczem ślub 
jego z panną Kollowrat odbyt się w Dreźnie 
dnia 29. Kwietnia 1739. roku z największą 

Sompą ; król i królowa prowadzili nowożeńców 
o ołtarza; Jan Lipski, biskup krakowski, po- 
błogosławił ich. Od tej chwili hrabina Kollo- 
wrat wspierała u dwora wszelkiemu środkami, 
{ter fas et nefas, zamiary sweco zięcia, a kró- 
owa z nienawiści ku Sułkowskiemu, podawała 
rękę swojej faworycie. Wyrobiła nasamprzód 
u cesarza BrUhlowi tytuł hrabiego; potem przy 
każdej sposobności poniżała przed bólem Suł- 
kowskiego, przekładając małżonkowi swemu, 
ze faworyt ten łatwo i daleko lepiej zastąpio- 



nym być może przez hrabiego Bruhla. Wszak- 
że król, bądź to z długoletniego nawyknienia 
do osoby Sułkowskiego, bądź tez z przekona- 
nia o jego wyższości w moralnym względzie 
' ~ " pierat się długo podbechtaniom 

ecie sam Sulkowski przyspieszył 



nad Bi w . , 

kobiet. Nareszcie sam Sulkowski przyspieszył 
Własny upadek. Chcąc bowiem praktycznie 
wydoskonalić się w sztuce wojennej, wziął od 
króla pozwolenie udania się na wojnę turecką. 



Z tego nierozważnego kroku korzystali jego nie- 
przyjaciele. ^Królowa, hrabina Kollowrat, Briihl 
i spowiednik królewski Jezuita Gwarini (Nea- 
poGtańczyk , zmarły w Dreźnie 1748. r., dnia 
30. Kwietnia) spiknęli się, aby Sułkowskiego 
strącić. Słaby monarcha dał się nareszcie na- 
kłonić, i edyktem dnia 5. Lutego 1738. r. wy- 
danym, złożył Sułkowskiego z wszystkich urzę- 
dów, wyjąwszy generalstwo piechoty. Teraz 
Briihl usunąwszy od łaski królewskiej swego 
współzawodnika, został podkomorzym króle* 
wskim, polubieńcem i wszechwładnym mini- 
strem, nie odstępująo nigdy boku monarchy. 
W krótkim tez czasie tak sie zbogacił, ze juz 
w roku 1740 kupił majętność wSaxonii, zwaną 
Pfórten, złożoną* z 22 wśi i miasteczka* Wtym 
samym roku był z królem w Wschowie, gdzie 
August III. podpisał uniwersał zwołujący sejm 
do Warszawy. Na sejmie tym, d. 22. ffne- 
śnią, znajdował się w Warszawie. Wtym 
jeszcze samym roku, w wojnie sukeessyjnćj po 
cesarzu Karolu VI., popierał interes swego mo- 
narchy, zgromadził wojsko pod Torgawą i Bu- 
lenburgiem, i wysłał jo do Czech , zawarłszy 



Digitized by 



Google 



158 



także traktat z Francyą i Bawaryą, a później 
z Prusami. Ale wnet potom z natchnienia królo- 
wej, której się we wszystkiem chciał przypo- 
dobać, zbliżył się do Austryi i r. 1744. za- 
warł z Maryą Teressą odporne i zaczepne przy- 
mierze. Krok ten wplątał Saxonią w wojn^ 
z Prusami. Fryderyk Wielki wpadł do Saxonii 
i cały kraj opanował; a lubo w tym samym 
jeszcze roku (1745) traktat w Dreźnie zawar- 
tym został, przecież Saxonia uczuła dotkliwie 
skutki wojny. Wszakże rany te zagoiła przy- 
padła w roku następnym śmierć księcia Jana 
Adolfa Weissenfels, po którym bezdzietnym 
całe księstwo Querfurtli, dział książąt Weis- 
senfels, a nadto znaczna puścizna w klejnotach, 
srebrze i złocie, Augustowi III. dostały się. 
Uregulowanie tego spadku polecił król Briih- 
lowi, który za fatygę w tym interessie podjętą 
pozyskał od monarchy księstwo Sanglofsommern. 
W ogólności rok 1746 był dla Briihla bardzo 
pomyślny. Szlachta kurlandzka przez swego 
deputowanego Haugwitz udzieliła mu dyplom 
na indygienat kurlandzki (d. 12. Lutego 1746), 
król darował mu dobra Forsta w niższej Luza- 
cyi i wyniósł go na pierwszego ministra. W tym 
samym roku, gdy księżniczka Mary a Anna po- 
szła za kurihszta bawarskiego Maxymiliana Jó- 
zefa, Briihl wyprawi! now r ozaślubionym wspa- 
niałą ucztę. Również wspaniale obchodził w na- 
stępnym roku (1747) zaślubiny Maryi Józefy, 
córki królewskiej z Delfinem. Ale wydawszy 
z skarbu publicznego wiele na czczą pompę, 
chciał z innej strony oszczędzać, i w czasie, gdy 
sąsiad wojsko swoje powiększał, on zwinął 
cztery półki piesze i pięć konnych. 

(Koniec nastąpi.) 



O meteorach, gwiazdach, kamieniach 
spadających i kulach ognistych. 

Wielu jest podobno Czytelników, którzy 
wcale temu nie wierzą, iżby kamienie z powie- 
trza spadać mogły, ponieważ takowego ka- 
miennego deszczu nigdy nie widzieli. Dla tych 
opisuję tu najnowsze zdarzenie, pomijając wiele 
innych dawniejszych, żadnej wątpliwości nie- 

{podlegających. Znajdujący się obecnie na przy- 
ądku Dobrej nadziei angielski badacz na- 
tury Me cle ar, donosi sławnemu astronomowi 
John Herschelw Londynie, następujące 
szczegóły spadku meteorycznych kamieni na 
wapommonym przylądku w Cold - Bok - Kerel 
13. Października przeszłego roku wydarzonego. 
W dniu tym o godzinie lOtej zrana przebiegła 
ukośnie atmosferę biała jak śnieg kula i pękła 
nareszcie z hukiem, który podług zasiągnionych 
później wiadomości, na płaszczyźnie 70 mil 



kwadratowych był słyszany. Kawały rozpę* 
kniętej kuli, rozprysły się bardzo daleko ; z po- 
czątku były tak miękkie, że się dały krajać 
nożem, później atoli stwardniały. Zebrano 
przeszło pięć stóp sześciennych tych meteo- 
rycznych kamieni. Były one trzy razy cięższo 
od wodjr, nieco magnetyczne, miały pory, 
miękko się dotykały; składały się, jak wszy- 
stkie podobne massy, z krzemionki i innych 
zwyczajnych cząstek, chemicznie znachodzonych 
w aerofitach , których tu wyliczać nie myślimy. 

Ale jakiż jest początek tych kamiennych 
mass meteorycznych i zkąd się biorą w powie- 
trzu i z jakich przestrzeni powietrznych, lub 
eterycznych, do nas się dostają? Czytelnicy 
zapewne już słyszeli o dwóch hipotezach: 
o tak nazwanym kosmicznym i tellurycznym 
początku tych zjawisk. Podług pierwszej, po- 
wstają owe ogniste kule w przestrzeni świata, 
jak gdyby małe, poczynające ciała niebieskie; 
podług drugiej, w atmosferze ziemskiej. Zdaje 
się, że obadwa te przypuszczenia są prawdziwe. 

Co się najprzód tellurycznych kul ognistych 
tyczy, wiadomo każdemu, że z wszystkich ciał 
na ziemi, nietylko z samych cieczy, wychodzą 
wyziewy ; a ponieważ chemiczny rozkład owych 
pękniętych kul okazał, że te massy meteory- 
czne składają się z takich pierwiastków, jakie 
do ciał ziemskich należąc, najobszerniej po- 
wierzchnią ziemi zalegają; naturalnym przeto 
zdaje się być wnioskiem, że te właściwie ni- 
czem innem nie są, jak atmosferyczną osadą 
(zgęszczeniem się) wzniesionych w górę i ulot- 
nionych delikatnych kruszcowych i kamiennych 
cząsteczek; tak, jak wodniste meteory deszcze, 
grad, śnieg i U d. Przypuszczenie to, ze takowe 
massy meteoryczne w atmosferze ń^ formują, 
potwierdza następująca okoliczność, Ścisły roz- 
biór chemiczny śniegu, deszczu, odkrył w nich 
cząstki choć w malej ilości tej samej massy, 
która się w aerolitach znajduje; a co większa, 
nieraz już znaleziono grad, zawierający w środ- 
ku jądro metaliczne, zupełnie do massy ka- 
miennych meteorów podobne, i w takim razie 
zdaje się, że połączyły się wspólnie oba dzia- 
łania w atmosferze, to jest i to, które wodni- 
ste, i które mineraliczne zrządza formacye. 

Lecz ztąd, że wiele z tych meteorycznych 
kul ognistych w atmosferze powstaje, nie wypada 
bynajmniej, żeby wszystkie w niej początek brać 
miały. .Niebieski eteryczny ocean zdaje się 
być pełen twórczej materyi i widzimy przy od- 
dzielaniu się i kształceniu gwiazd mglistych, 
że te codziennie w coraz większe wzrastają kule. 
Do takich drobnych ciał niebieskich należą 
szczególnie/ owe ogniste kule i gwiazdy spa- 
dające, które w Sierpniu i Listopadzie, jak 
gdyby ogniitym peryodycznym deszczem na zie* 



Digitized by 



Google 



159 



mię się leja. Jakoż słuszna jest, aby w owym 
niezmierzonym eterycznym przestworze, który 
od czasu tylko do czasu obłędliwy # przebiega 
kometa , aby mówię w tej próżni, dzielącej dwa 
jakie niezmiernie odlegle niebieskie ciała, przy- 
jąć jakie działanie natury, a tern samem za- 
pobiedz owej próżnej czczości. Czy atoli owe 
Kosmiczne utwory spadają na ziemię lub nie, 
wtem się zdania uczonych różnią, tym więcej, 
gdy ich nawet dotąd od tellurycznych podo- 
bnych zjawisk rozróżnić nie umieją. 

Wiedeński astronom C. L. Litrów, który 
około zbadania tych i podobnych zjawisk, 
wielkie położył zasługi, rozróżnia gwiazdy i 
ogniste kule peryodycznie i w pewnym jedno- 
stajnym kierunku lOgo Sierpnia i 12go Listo- 




nieba błąkających się. Można więc przyjąć, 
że nasza ziemia, w swej eklip tycznej drodze 
około słońca, w wzmiankowanym, sierpniowym 
i listopadnym czasie, przechodzi przez okolice 
niebieskiego przestworu, które szczególniej w za- 
rody kosmicznych kul ognistych obfitować się 
zdają. Okolice te są w przeciwnych zupełnie 
stronach nieba; i lOgo, ligo, 12go Sierpnia go- 
dzą owe gwiazdy jednostajnie do punktu, zkąd 
ziemia w swym pochodzie przyszła; gdy prze- 
ciwnie 12go, 13go Listopada dążą wszystkie 
gwiazdy w kierunku do punktu, do którego i 
ziemia zmierza. Zdaje się więc, że całe uni- 
wersum napełnione jest takiemi rodzącemi się 
ciałkami, w niektórych miejscach bardziej w pe- 
wne systemata skupionemi. Być może, że ta- 
kowe dwa systemata okrążają słońce, i że ich 
okręgi, w wyżej wzmiankowanych porach, 
stykają się zekliptyką ziemi, i dla tego ziemię 
swemi ognistemi kulami strychują. Mogłoby 
wreszcie i to być, że jaki niedyskretny Syrius 
zieje na uniwersum ten ogień, pod który, gdy 
ziemia w swój ekliptyce podbiegnie, gorącą ła- 
źnią wytrzymać musu 

Jest oto Listopad, moi mili Czytelnicy, a 
przyjdzie podobno nie długo i Sierpień; zaglą- 
dają z was jedni pilnie do spichlerza i bydełka, 
druazy do kartek i buteleczki, inni inne jesz- 
cze przedmioty rekognoskują ; wznieście ^ też, 
proszę, oczy wasze do gwiaździstego nieba, 
a ujrzycie ów ogień niebieski w tym czasie 
szczególniej na was się zlewający! Podnieście 
razem i serca wasze do tego, który świat cały 
ze wszystkiemi jego widomemi i niewidomemi 
cudami w swej wszechmocnej trzyma dłoni ! 

Ale, ponieważ, mili Czytelnicy, byliście tak 
łaskawi, towarzyszyć mi po niebieskich obsza- 
rach, zatrzymam was jeszcze na chwilę; bo 
nie wiem, czy misie kiedy uda, wywabić was 



w tak odległą naukową przejażdżkę. Żeby to 
jeszcze, rzeknie może nie jeden, upatrzyć gdzie 
na miedzy kota lub stadko kuropatw, toby nie 
wadziło; ale te mgliste sulfuryczne wyziewy, 
już mię nudzić poczynają. Proszę na chwilkę 
tylko. 

-Powiem wam o powtórnem odkryciu dwóch 
bliższych Saturnowych księżyców. Ogromny, 
naszą ziemię prawie sto razy wielkością prze- 
chodzący planeta Saturn, ma, oprócz pierścienia, 
okrążającego wolno jego równik, nadto siedm 
około swego głównego planety w tej samej pła- 
szczyźnie oblegających księżyców. Wszy- 
stkie, prócz jednego (szóstego rachując od Sa- 
turna, albo drugiego od nas), mniejsze od na- 
szego księżyca, i dla tego w niezmiernej odle- 
głości 200 milionów mil, trudne do znalezienia* 
Owego największego odkrył hollenderski astro- 
nom Huygens w roku 1655: inne później do- 
piero odkryte zostały. Dwa zaś najbliższe Sa- 
turna (to jest pierwszy i drugi, albo szósty i 
siódmy), odkrył dopiero w roku 1789 Her- 
s eh el (ojciec) za pomocą swych donośnych i 
do takiej doskonałości posuniętych teleskopów. 
Herschel także oznaczył ich obiegi koło Sa- 
turna, to jest naj pierwszego w 22 godzinach 
36 minutach; drugiego w 32 godz. 53 min. Czy- 
telnik łatwo sobie wystawi pyszuy widok nieba 
na Saturnie, uwieńczonego wspaniałym pierście- 
niem i siedmiu księżycami, z których dwa ostat- 
nie z tak niepojętą chyżością przebiegają niebo, 
iż prawie w dniu jednym kończą swe około pla- 
nety obiegi. ^Od tego odkrycia dwa rzeczone 
księżyce zniknęły, i pomimo najtroskliwszych 
śledztw astronomów, nikt wytropić ich nie mógł; 
nam tylko drugi ukazał się na chwilkę, ale 
ostatni lepiej się schow r ał. Nie tak dawno je- 
szcze pisał Sir John Hirschel (syn prze- 
szłego) z przylądka Dobqfj nadziei, gdzie wten- 
czas robii spostrzeżenia: „Ten ostatni księżyc 
żartuje sobie z moich teleskopów i natężonego 
usiłowania. " — Tym milej nam jest donieść, 
że w Czerwcu roku bieżącego, a zatem prawie 
50 lat po pierwszem odkryciu, udało się astro- 
nomom w collegio Romano odkryć na nowo 
tych dwóch tak długo ukrytych zbiegów, i że 
z tych nowych spostrzeżeń wyprowadzone ich 
peryodyczne obiegi, z oznaczeniami Her schla 
na włos się zgadzają. Okoliczność, noM r e po- 
szanowanie dla tej cudownej nauki wzbudzająca. 
Zdaje się, że i do rozszerzenia znajomości owego 
pierścienia, jedynego w naszym systemacie sło- 
necznym zjawiska, niemało si^ owe obserwa- 
cye rzymskich astronomów przyłożyły; albo- 
wiem, gdy berliński astronom Encke dostrzegł, 
że ten pierścień, dawniej pako podwójny zna- 
leziony, jest potrójnym, dziś owi włoscy obser- 
watorowie, dalsze jeszcze podziały pierścienia 
tego wykazali. 



Digitized by 



Google 



160 




Ksiądz Kordecki na murach Częstochowy. 



Dając Czytelnikom rycinę, wystawującą księ- 
dza Augustyna Kordeckiego, przeora XX. Pau- 
linów częstochowskich, broniącego murów klasz- 
toru naprzeciw Szwedom w roku 1655, odseła- 
my ich do opisu Częstochowy w Przyjacielu ludu 
roku drugiego Tom I. Nro. 7. str. 49., i w roku 
obecnym Nro. 18. 



Rozmaitości. 



Pamięć o Janie Kochanowskim. 
Dnia 4. Września r. b. poraź pierwszy w no- 
wo ukończonej kaplicy we wśi Czarnolesie, dziś 
księstwa Jabłonowskich, w królestwie polskićm, 
pobłogosławił kaptan zgromadzonym na nabo- 
żeństwie chłopkom, którzy do dnia dzisiejszego 
w tradycyonalnćj powieści przechowują święcie 
od ojców pamiątkę tego, który umiał czuć ich 
niedolę, 'cenić cierpliwość i cnotę. Kaplica ta, 
lat temu kilkanaście, przez ówczesną właści- 
cielko dóbr rozpoczęta , wzniesioną jest w czy- 
stym guście gotyckim y pod opiekuńczym cieniem 
stuletnich lip, niegdyś młodych towarzyszek 
skołatanej groźnemi burzami i uginającej się już 
wówczas pod ciężarem lat ukochanej lipy Ko- 
chanowskiego. Mury kaplicy oparte są na 



szczątkach kamieni, fundamentach owego domu 
z modrzewia, w którym skromny i bogaty w cnoty 
poeta, zbyt krótkie przepędziwszy chwile, nit 
jedne łzę uronił, opłacając drogo tytuł ojca 
poetów, który może poczęści winien temu, 
że był nieszczęsnym ojcem Urszuli* Ściana 
wschodów, wiodących do zakrystyi, stoi niepo- 
ruszona w ruinie odkrytej, tak, jak ją czas po 
owym mężu pozostawił. Zresztą w Czarnolesie 
wszystko tchnie jego pamiątką: dwór teraźniej- 
szy,, obok dawnego postawiony, nosi ten sam 
napis, którym Kochanowski swój własny 
ozdobił. Lipy już jednak nie ma; przetrwaw- 
szy kres wszystkim rzeczom doczesnym nazna- 
czony, sama, lat temu kilkadziesiąt, ze starości 
runęła; fałszem jest zupełnym, jakoby przez 
niewiadomość ściętą została; owszem naznaczono 
i zachowano w pamięci miejsce, w k torem stała, 
i obecnie pomnik przypomina przechodniom, że 
sława, szczęście i boleść zarówno przemijają, 
i że na wspomnienie tylko niekiedy liczyć można. 

(Z Rozmaił, lwowskich.) 



Nakładem i drukiem Ernesła Ounthera w Lesznie. 



(Red. ff. Łukaszewicz.) 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 21. 



Leszn*, 

dnia 23. Listopada 1839. 






■ 




Digitized I 



3gle - 



162 



Kąpiele mineralne w Krynicy. 

(Z obrazów Galicy i.) 

Pomiędzy mnogimi zdrojami mineralnymi 
Galicyi, kąpiele w Krynicy tak pod względem 
swego pięknego położenia, jako też co do 
skuteczności, słasznie do najpierwszych liczyć 
się mogą. Cztery mile od obwodowego miasta 
Nowego -Sądcza, leży dosyć duża, do państwa 
kameralnego Muszyny należąca wieś Krynica, 
w przyjemnej dolinie , którą bystry potok prze- 
rzyna. Północną część doliny, wyższemi górami 
bardziej zwężoną, zajmują kąpiele, którym 
prosto idący chodnik, wysokiemi drzewami za- 
sadzony, postać długiej ulicy nadaje* Po pra- 
wej i lewćj stronie stoją wygodne pomieszka- 
nia i łazienki, do których wodę umieszczone 
rynny sprowadzają. Źródła mineralne, z któ- 
rych jedno do picia, drugie do czerpania wody 
na kąpiele dla gości, mieszkających we wśi, 
służy, ledwie dziesięć stóp od siebie są odda- 
lone i leżą u stóp tak zwanej góry źródlanej. 
Ładny otwarty pawilon z ławkami do spoczyn- 
ku, Kryje główne źródło, do którego się scho- 
dzi po kilku okrągłych schodach. W tyle za 
źródiem, wznosi się wysoka córa; chłodny gaik 
na takowej służy za ulubione miejsce prze- 
chadzki, ma bowiem postać angielskiego par- 
ku, w którym kręte są chodniki, a umiesz- 
czone stoły, ławki i siedzenia darniowe, znu- 
żonego gościa do spoczynku nęcą. Oprócz tego 
dodaje całemu miejscu nie mało uroku ładna, 
r. 1827 wystawiona kaplica, na wzgórzu u stóp 
góry stojąca.^ 

Woda mineralna krynicka jest czysta, zim- 
na, orzeźwiająca, smaku kwaskowato-ściągają- 
cego. Z źródeł swych tak mocno i obficie wy- 
bucha, iż przy pierwszem spojrzeniu zdaje się, 
jakoby była wrzącą. Źródła te dostarczają 
w przeciągu 24ch godzin 19,000 garncy wody) 
z których przeszło 477 kąpieli dziennie zrobić 
można. Podług chemicznego rozbioru Dra. Schul- 
tes. zawiera jeden funt wody mineralnej kry- 
nickiej cząstki następujące: 

solanu wapiennego 0,38 granów, 

solanu sody 0,61 „ 

węglanu sody . . • 1,28 „ 

węglanu wapiennego . . . . 12,16 „ 

węglanu żelaza • 0,33 „ 

krzemionki 0,17 „ 

żywicy źiemnćj. ...... 0,32 „ 

pierwiastku extraktowego . 0,18 „ 
prócz tego w kubicznym calu wody 1,62 kub. 
calów gazu kwasu węglowego. Pod względem 
lekarskim, woda mineralna krynicka co do mocy 
i skuteczności swej, tęższa jest od źródeł kwa- 
śnych w Bilin, Eger, Selters i Spaa, i może 
nawet z samą pirmoncką wodą Malczyc o pier- 
wszeństwo. Szczególniej skuteczną pokazała 
się w wszelkich chorobach, pochodzących z o- 
słabienia żołądka, w niektórych Słabościach 
piersiowych, w niemocach nerwowych, w cho- 



rowitym stanie narzędzi moczowych, tudzież 
i w owem ogólnem osłabieniu ciała , które po- 
spolicie po młodości, rozwiezie przepędzonej, 
następuje; także pomagała na niepłodność ko- 
biet, jako też na wiele innych chorób. 

Krynica była początkowo własnością biskup- 
stwa krakowskiego, źródła zaś mineralne odkrył 
dopiero r. 1784 sądecki obwodowy kommissarz 
Styx z Sanbergen. Okolice w ogóle są malo- 
wnicze i obfitują w rozliczne piękności przyrody, 
co tćż niemało gości co rok dla zwiedzania 
tych kąpieli sprowadza. 



Trybunat lubelski. 

(Dokońcienie.) 

W czasie naszego pobytu w Lublinie, cudo- 
wny zdarzył się wypadek. W. Kurdwanowski, 
możny obywatel, który rej wodził partyi tegoto 
hetmana Branickiego, co potem zaniósł ojczy- 
znę tam, zkąd dostał żonę, był wielkim pienia- 
czem, i ani w Żytomierzu, ani w Włodzimierza, 
gdzie miał dobra, nie było kadencyi bez kilku- 
nastu jego wpisów; toż samo i w trybunale. 
Plenipotenci hetmana jego spraw attentowali, 
plecy miał silne : biada szlachcicowi , co z nim 
sąsiadował; a taki był uparty, że nie znał, co 
to się zgodzić, i pieniał się do upadłego. Była 
wdowa, mająca wioseczkę niewielką w środku 
jego dóbr, którą bardzo życzył nabyć W. Kur- 
dwanowski, i kilkakrotnie o to się zgłaszał; 
ale ta wdowa, nazwiskiem Glinkowa, zbyć nie 
chciała swoiej wioski, lubo jej wartość pewnie 
nie dochodziła kwoty za nią ofiarowanej. Otói 
rozgniewany W. Kurdwanowski tym, jak go 
nazywał, uporem wdowy, ułożył sobie proce- 
derem wydrzeć, czego pieniędzmi dokazać nie 
mógł. Miał on sobie obowiązanym neofitę Ra- 
mo wicza, który liznąwszy jurysteryi, do wszy- 
stkich brndnycn interesów był sposobny: jakoż 
podobnemi na obywatela się wy kierował, że 
już miał pod Berdyczowem kilka wiosek, a 
przecie żadnego nie opuścił, byle mu coś kapnęło. 
Dobrawszy więc sobie takiego niecnotę, układa: 
z nim następną machinacyą. Dziad pani Glin* 
kowćj od antecessorów pana Kurdwanowskiego 
kupił tę wioskę, która go teraz tak mocna 
ten to wała; a donacya, kontrakt rezygnacyjny 
i kwit de pretio, były na to w aktach żyto- 
mierskich. Przekupują tedy niejakiego Pazur* 
kowskiego, plenipotenta pani Glinkowej, aby 
oryginały spomiędzy jej papierów wydobył i 
im oddał, które dostawszy, jadą natychmiast 
do Żytomierza, i tam za tysiąc czerwonych zło* 
tych wyrabiają od Rojeckiego, pisarza ziem* 
skiego tameczaeeo, iż z akt wydziera obiatę 
tychże dokumentów. Tak zatarłszy wszelki ślad 
nabycia wśi, zapozywa W. Kurdwanowski pa- 
nią Glinkowe o nieprawne posiadanie sine nullo 



Digitized by 



Google 



163 



dato et accepfOy jego majątku. Napastowana 
wdowa, ufna w świętość swojej sprawy, a nie- 
mniej w światło i przyjaźń Pazurkowskiego, 
czeka wyroku, co jej spokojność ma powrócić. 
Ziemstwo nakazuje stronom komportacya doku- 
mentów. Pan Ramowicz jako plenipotent przy- 
sięga, bo tak i W. Rurdwanowskiego sumienie 
ruszyło i nie byt na sprawie; pan Pazurkowski 
zaprzysiągł także komportacya dokumentów, bę- 
dących w jego ręku, z których zniszczył te wła- 
śnie, co stanowiły cały interes jego pryncypałki. 
A tak sad ziemski, do którego dobrze panu Kur- 
dwanowskiemu forytował Rojecki pisarz, a który 
nakoniec może i sumiennie postępował, bo talu 
sędzi się z dokumentów , nie z własnej wiado- 
mości, przysądził panu Kurdwanowskiemu, wieś 
z kalkulacya od lat kilkudziesiąt. Majętna wdo- 
wa, zagrożona tym dekretem, z trojgiem dziatek 
być bez kawałka chleba, appellowała do trybu- 
nału, a trybunał potwierdził wyrok sądu ziem- 
skiego. Ale w Koronie dwa dekreta trybunal- 
skie, conformiłer zapadłe, stanowią dopiero 
konwikcyą, Właśnie, kiedyśmy byli w Lubli- 
nie, ta sprawa na stół przychodziła. Śpieszył 
na nią pan Kurdwanowski w dobrej nadziei, bo 
wsparty dekretem ziemskim i jednym trybunal- 
skim. Miał przytein wielu deputatów za sobą 
i miał czem ich nabywać; a sumienie swoje 
już był zwyciężył. 

Jadąc do Lublina, gdy mn nocleg w Pias- 
kach wypadł, marzy mu się we śnie, ale tak 
wyraźnie, jakby to się działo na jawie, że się 
znajduje w sali trybunalskiej. Tam widzi mar- 
szałka i deputatów miejsca zajęte, ale przez 
osoby jemu nieznajome. Marszałek ogłasza, iż 
sądzić się będzie regestr taktowy, i każe czytać 
wokandę. Pierwszy wpis wychodzi pana Pa- 
zurkowskiego. Jakież było zdziwienie pana Rur- 
dwanowskiego , słysząc wprowadzenie jego spra- 
wy, ze wszystkie mi okolicznościami jego zaprze- 
dajności i wydania oryginalnych dokumentów na 
zgubę pryncypałki ! Po wysłuchaniu tej sprawy, 
w kilku słowach marszałek ogłasza dekret, ska- 
zujący na śmierć Pazurkowskiego; a po prze- 
czytaniu onego, każe wprowadzić sprawę na- 
stępnego wpisu. Wprowadzają sprawę pisana 
Rojeckiego. Słyszy W. Kurdwanowski (choć 
we śnie, ale silnie przerażony), jak instygator 
dowodzi, że pisarz wziął tysiąc czerwonych 
złotych, które mu sam Kurdwanowski wręczył, 
jak pofałszował akta i t. d., a marszałek równej 
krótkości dekret, jak poprzedzający, ogłosił, 
pana Rojeckiego toż samo na śmierć skazując. 
Czeka więc (zawsze we śnie) , co tu dalej bę- 
dzie. Słyszy , że z kolei regent czyta dwa na- 
stępne wpisy; Urodzonego Ramo wicza i W. Rur- 
dwanowskiego; marszałek oba wpisy połączą, 
i każe wprowadzać sprawę* Tu słyszy W. Kur- 
dwanowski instygatora, [tłumaczącego całą rzecz 
i dowodzącego z wymową niepospolitą, ale tak, 
że aż mrowie po mm przechodziło, iz trjbunat 



wskazawszy na śmierć patrona Pazurkowskiego 
i pisarza Rojeckiego, me może mniejszej kary 
naznaczyć Ramo wieżowi, co był główną sprę- 
żyną całej tej zbrodniczej tajemnicy; a cóż do- 
piero W* Kurdwanowskiemu, który pieniędzmi 
swojemi, jako istny szatan, tych wszystkich 
nikczemników skusiwszy, przywiódł ich do naj- 
szkaradniejszego występku : on, co będąc z sta- 
rożytnego na Podlasiu rodu, powinienby przy- 
kładem do cnoty wszystkich zagrzewać, zwią- 
zał się z przechrztami i {udźmi podejrzanego 
szlachectwa, aby biedną wdowę, prawdziwą jak 
on szlachciankę, zgubić. Jakażby była sprawie- 
dliwość najjaśniejszego trybunału, gdyby takowa 
czynność płazem poszła panu Kurdwanowskiemu, 
i gdyby ten, co największą korzyść ze zbrodni 
otrzymał, sam jeden był wolny od kary? Po 
skończonym indukcie , nie czekając repliki , bo 

Eo prawdzie powiedziawszy, nie było co repli- 
ować, marszałek odezwał się temi słowy: 
„odkładam sessyą do wielkiej nocy" — i silnie 
stuknął laską; a pan Kurdwanowski się prze- 
budził. Uczuł się zmęczonym tak dziwnym snem, 
przygotował się w dalszą drogę, i w wielkiej 
niespokojności siadł do pojazdu. Ale jak zaczął 
w umyśle jego djabeł przeciw Panu Bogu pa- 
tronować, i wmawiać mu: że sen mara, że o tern 
myślał, więc to się i przyśniło; że raz zaczą- 
wszy, ambicya każe kończyć; że prawo jest 
Satunkiem wojny, w której wszelki fortel ucho- 
zi, byle zwyciężyć; że kto przekupuje, za łeb 
nie bierze, — więc ci, co zaprzedali sumienie, 
o sobie niech myślą, a on w czemże tak bardzo 
wykroczył, nawet okazał sumienie dość delikatne, 
bo nie sam , ale umocowany jego , zaprzysiągł 
komportacya dokumentów; że nakoniec kiedyś, 
jak przyjdą czasy po temu, może znaleść spo- 
sobność i panią Glinkowe wynagrodzić: tak i 
do Lublina przyjechał uspokojony, a przyjecha- 
wszy, zaczął chodzić koło swojej sprawy, i po- 
pierać ją na sucho i na mokro. Az tu przyby- 
wa do niego sztafeta z doniesieniem, że przed 
kilką dniami, gdy pan Pazurkowski wiózł pana 
pisarza Rojeckiego na jakąś kondescencyą, most 
się pod nimi zawalił, i pana Pazurkowskiego 
wyciągnęli z pod mostu bez duszy, a pan Roje- 
cki w kilkanaście godzin po tym przypadku 
skonał. 

Dopiero W. Kurdwanowski tak się przera- 
ził, że pierwszy raz w życiu starał się o zgodę* 
Nie tylko, że zakwitował panią Glinkowe ze 
wszelkich pretensyi do jej majątku, ale z naj- 
większą skrupulatnością wynagrodził jej wszy- 
stkie wydatki i szkody, jakie poniosła z jego 
przyczyny, i klęcząc w obliczu nas wszystkich, 
prosił, by mu odpuściła, opowiadając publicznie 
sen, który mu Pan Bóg łaskawy zesłał, a który 
w części już się ziścił. To mu wielką zjednało 
stawę; bo przyznanie się publiczne do winy, 
skrucha prawdziwa i zadośćuczynienie dobro- 

21 



Digitized by 



Google 



164 




Żydzi, opłakujący upadek ojczyzny. 



,volne, sa rzeczy nadludzkie, i tylko ulubieniec 
Boży może je uzupełnić* 

Tak i trybunał, i pany i my szlachta, wiel- 
ceśmy się z postępku pana Kurdwanowskiego 
zbudowali, a ten dowód nowy nieogarnionych, 
a tajemnych rozrządzeń Bożych, pewnie dla ni- 
kogo straconym nie został. Odtąd P. Kurdwa- 
nowski zupełnie odmienił prowadzenie się swoje, 
wszelkiego pieniactwa poprzestał, i wiódł życie 
chrześciańskie. Ale słowa we śnie słyszane: 
„odkładam sessya do wielkiej nocy," utkwiły 
w nim , bo przez ' nie rozumiał , że w czasie 
wielkiej nocy koniecznie umrzeć musi. Co roku 
potem przez cały wielki post gotował aię na 
śmierć, rachując się ściśle ze swojem sumieniem. 
Jakom się dowiedział później, w samej istocie 
umarł w czasie świąt wielkanocnych, w podesz- 
łym wieku, bo już i natenczas, kiedym go wi- 
dział w Lublinie, nie był młody ; a śmierć jego 
była do zazdrości, bo więcej lat trzydziestu do 
mej się gotował* 



Żydzi, opłakujący upadek ojczyzny. 

(Obraz Bendemanna.) 

Edward Bendemann, rodem z Berlina, 
od roku przeszłego professor sztuki malarskiej 
w akademii drezdeńskiej, jest jednym z tych 
najnowszej niemieckiej szkoły mistrzów, któ- 



rego dzieła po wystawach obrazów, w ostatnich 
latach, po rożnych Europy miastach, najbardziej 

{podziwiane i cenione były. Rzadko który z ma- 
arzy, w tak młodym, jak Bendemann, wieku, 
z tak wjkończonenii wystąpił tworami; albowiem 
w dwudziestym pierwszym roku życia swego uka- 
zał światu swój obraz, wystawiający: „Żydów 
opłakujących upadek ojczyzny." Myśl do dzieła 
tego wzięta z Psalmu 136, słów następujących: 
„Nad rzekami babilońskiej ziemi, tameśmy sie- 
„dzieli i płakali, gdyśmy wspominali na Syon. 
„Na wierzbach wpośród niej, pozawieszaliśmy 
„muzyczne narzędzia nasze." W roku 1832. 
był obraz ten po rai pierwszy na wystawie ber- 
lińskiej: po nim w krótkim czasie wykończył 
Bendemann swego: Jeremiasza na gruzach Je- 
rozolimy, w roku obecnym do Poznania nade- 
słanego; teraz pracuje nad trzeciśm równej wiel- 
kości dziełem, majacem wystawiać Syon i Ba- 
bilon. Znawcy, którzy niewykończone to dzieło 
oglądali, przyznają mu nad obydwiema wspom- 
nianemi pierwszeństwo. 

Jakkolwiek obrazy te znakomitego okazują 
mistrza ,, widać jednakże w nich coś wymuszo- 
nego. Żal malujący się na twarzach bon a ty rów 
jego, nie jest wcale obrazem owćj boleści, roz- 
dzierającej serce, z powodu straconej ojczyzny, 
lecz zdaje się być oznakę zwykłego u ludzi 
smutku. I dla tego twierdzi wielu znawców, 
iż Bendemann w dawnej swej sferze, jako li* 



Digitized by 



Google 



165 



rycsn** sielski malarz, pozostać był powinien, 
tutaj bowiem byt jedynym w swoim rodzaju i 




Roberta. (*) W technice celuje Bendemann po- 
między rówiennikami swymi; kolory bowiem 
jego żywe i prawdziwe, rysunek poprawny, gru- 
powanie osób naturalne. 

Obecnie trudni się Bendemann w zamku kró- 
lewskim drezdeńskim, wykonaniem kilku obra- 
zów al fresco, wystawiającemi sceny z życia 
Henryka I. Ptasznika. 

Jlf. 



Henryk BrOhl. 

(Koniec.) 

Tymczasem majątek Bruhla rósł niezmier- 
nie, i juz w roku 1749. kupiła on znowu zna- 
czne dobra w Polsce, a między innemi Sieraków 
wWielkiej-Polsce od Katarzyny z Opoleńskich 
Leszczyńskiej, małżonki króla Stanisława, za 
200,000 zł. Ale kupno to nabawiło go wiele 
kłopotu. Działyński, starosta nakielski, wyto- 
czył mu sprawę w trybunale piotrkowskim o 
nieważność kupna, albowiem prawa polskie 
zakazywały nabywanie dóbr ziemskich nieindy- 
genom, to jest takim, którzy ślachectwa pol- 
skiego nie mieli. Trybunał nakazał Bruhlowi 
złożyć wywód swego ślachectwa polskiego. 
Nic nie było łatwiejszego dla ^ Bruhla nad to, 
w czasie, w którym fałszowanie i fabrykowa- 
nie rozmaitych dokumentów było w Polsce bar- 
dzo zwyczajnem. Gdy więc sprawa jego z re- 
gestru przypadła, złożył swoje genealogię, 
opatrzoną w starobytne przywileje, według któ- 
rej jeden z mniemanych przodków jego, Ernest 
Brunl, podkomorzy poznański, hrabia na Ocie- 
szynie, żyjący w piętnastym wieku, miał za 
sobą córkę kasztelana jakiegoś Oświęcimskiego. 
Potomek tego Ernesta, Jan Briihl, odwożąc cór- 
kę Kazimierza Jagiellończyka, wydaną za Je- 
rzego, księcia saskiego, do Saxonii, dostał od 
tego księcia w nagrodę pewne dobra w Saxonii 
prawem lennem. Od tego czasu Bruhlowie 
familia polska rozrodziła się w Niemczech. Try- 
bunał, w którym nieraz potwierdzano rodowody 
od Popiela, nadał wyrokiem swoim sankcyą 
drzewu genealogicznemu Briihla, który spokoj- 
nie objął dobra sierakowskie i zaczął się odtąd 
pisać Hrabia na O cieszy nie. Na mocy tegoż 
samego wyroku piotrkowskiego, najstarszy syn 
Bruhla, Alojzy Fryderyk, dostał od króla sta- 
rostwo warszawskie, ustąpione dobrowolnie przez 
Augusta, księcia Czatoryjskiego, wojewodę ru- 
skiego. Nowy starosta odprawił wiazd do 
Warszawy z azyatycką pompą 9 a złożywszy 

(♦) Zob. Pwyj. L. T. I. R. 3. No. 24. 



przysięgę przed Kazimierzem Poniatowskim, we* 
jewoda mazowieckim, objął zamek (d. 7. Sier- 
pnia 1750), i dał w nim ucztę na 100 osób. — 
Byłoto atoli ostatnie pomyślne zdarzenie dla 
Briihla. Wkrótce potem z pudnszczenia królo- 
wej wplatał swego monarchę wkoalicyą prze- 
ciw Fryderykowi Wielkiemu, który przymusi- 
wszy wojsko saskie pod Pirną do złożenia 
broni, opanował całą Saxonią, wywierając szcze- 
gólniej gniew swój na Briihla. Ostatni z kró- 
lem i królewiczami, Karolem i Xawerym, schro- 
nił się wprawdzie przed burzą do Polski, ale 
dobra jego i pałac w Dreźnie zniszczone zo- 
stały całkiem. Król nadgradzająo mu te straty, 
dał mu starostwo spiskie, przynoszące 22,000 
dukatów rocznego dochodu, za wakowane po 
śmierci królowej (f 19. Listopada 1757). Z tern 
wszystkiem pobyt jego w Polsce niebył mu 
bardzo przyjemny: wojska zagraniczne nisz- 
czyły kraj, sejmy rwano, na osobę jego za- 
sadzki czyniono. Najdotkliwszym przecież cio- 
sem dla niego było meprzypuszczenie syna jego, 
Fryderyka Aloizego, starostę warszawskiego, 
do kota poselskiego, na sejmie 1762., na któ- 
rym poraź pierwszy do szabel się rwano. Do- 
kazała tego partya Czartoryjskich , zarzucająca 
mu nieślachectwo przez Stanisława Poniatow- 
skiego i Siemakowskiego, posła ciechanowskie* 
fo, Który sejm zerwał. Potężny minister, przed 
tórym się dotąd wszystko płaszczyło, doznał 
pierwszy raz otwartego oporu; znienawidził 
Polaków i chętnie opuścił z królem Polsfkę, 
gdy w roku 1763. pokój hubertsburski stanął. 
Dnia 30. Kwietnia t. r. przybył do Drezna 
chorym ; w Czerwcu jednakże odzyskał do tego 
stopnia zdrowie, że królowi, do Teplic jadą- 
cemu, towarzyszył. W Lipcu zapadł znowu na 
zdrowiu, i powrócił bardzo cierpiącym do Drezna. 
Tymczasem, dnia 5. Października 1703., umarł 
August Ul. Śmierć niespodziana monarchy 
tak umysł Bruhla wstrzęsła, że sam wkrótce 
potem, to jest dnia 28. Paźd. 1763., do wiecz- 
ności się przeniósł, mając lat 63 wieku. Zwłoki 
jego złożone zostały w Forste z wszelkiemi, 
jakie obrządek luterski dopuszcza, okazałością? 
mi. W ostatniej swej chorobie niezmiernie był 
nabożny, kazał sobie czytywać modlitwy i psal- 
my, i z kapelanem swoim, doktorem Herman, 
o rzeczach wiary często rozmawiał. 

Briihl nie był bez pewnych talentów, ale 
zbywało mu na przymiotach prawdziwie wiel- 
kich ludzi, takie same stanowisko w narodzie 
zajmujących. Uległością, pochlebstwem, zrę- 
cznym taktem i ogładą salonową opanował 
umysł słabego i ociężałego monarchy, któremu 
się zdawało, że tron jego zawaliłby się na- 
tychmiast, gdyby go silna dłoń pierwszego mi- 
nistra nie wspierała* Wszystkie jego kroki 
zmierzały do osobistego interessu: nim na pier- 
wszego ministra urósł j miał tylko na celu 
własne wyniesienie; zostawszy pierwszym mini- 



Digitized by 



Google 



166 



strem, myślał tylko o sposobach zbogacenia się; 
byłoto wcielone samolubstwo, które żadnej po- 
sługi dla kraju bez nagrody nierobiło. Dla 
tego też gdy arsenał warszawski w działa i 
broń. palnę i sieczna z własnej kieszeni zaopa- 
trzył, współcześni nie mogli sobie wytłumaczyć, 
zkąd pochodzi ta bezinteressowność Briihla. 
Wszakże zdarł wnet wszystkim zasłonę z oczu, 
kazawszy sobie za to na konwokacyi Wacho- 
wskiej zapłacić z skarbu koronnego 40,000 zł. 
pols. Niepo winno więc dziwić 9 że zebrał ma- 
jątek niezmierny, kilkadziesiąt milionów złotych 
wynoszący. W samej Polsce miał dobra siera- 
kowskie, bolimowskie, kilka starostw, i t. d. 
Kochał się w przepychu i zbytku prawie azy- 
atyckim; na stole jego zastawiano codzień 30 
do 50 półmisków potraw; w kuchni gotowało 
16 kucharzy, tyleż cukierników i pasztetników, 
prócz licznej czeladzi kuchennej ; do stołu usłu- 
giwało 12. paziów, tyluż kamerdynerów. Ludzi 
wliberyi chodzących miał przeszło stu. Po- 
siadał piękny księgozbiór, w który także wsią- 
kła biblioteka Brauna, w dzieła polskie bogata ; 
przepyszną galeryą obrazów, mieszczącą w sobie 
dzieła pędzla Rembrandta, Tenniera, Ruysdaala, 
ran der Neer, Coreggio, Carrachio i t. d. 

Miał pięciu synów i tyleż córek, z których 
większa część w dzieciństwie pomarła. Jedna 
. z córek jego, Mary a Amalia, poszła za Jerzego 
WandaUna Mniszcha, dnia 14. Lipca 1750. r.; 
ślub jej odbył się z największym przepychem 
w Warszawie ; ślub dawał prymas Komorow- 
ski. Syn jego, Fryderyk Alojzy Józef Bruhl, 
starosta warszawski, generał -major piechoty, 
miał za sobą Maryą Annę, córkę Franciszka 
Salezego Potockiego, wojewody kijowskiego. 
Drugi jego syn Karol Adolf, był generałem- 
lejtnantem koronnym, starostą piaseczyńskim 
i łowczym w. koronnym, gdy ojciec do grobu 
zstąpił. (*) 

;*) Stanisław Trembecki zamknął w następującej 
wrotce, wyjętej z wiersza na śmierć księcia Czartoryj- 
skicgo, W. W. X. Lit. w r. 1774. wszystkie przymioty 
i działania Bruhia. 

„niebezpieczny faworyt, pod monarchy cieniem, 
Kąkol zamieszek pańskiem rozsiewał imieniem. 
Tego, by dłużej swemi nie szkodził nam błędy, 
Ciągnąłeś z pychy szczytu między gminne rzędy,' 
Nazywa Brukia poeta faworytem niebezpiecznym, z po- 
wodu , iz posiadał pełnomocnictwo, niepodległe żadnej 
odpowiedzialności ; źe zas* nie wieln mógł się szczycić 
zaletami; przeto wielka władza i brak nieskazitelnej 
cnoty, robiły go niebezpiecznym. Nadto i ponieważ sam 
niedziałał i działającym przeszkadzał, ztąd rozsiewał 
kąkol zamieszek. Postępowania jego mianuje Trembecki 
błędami , które szkodę przynoszą , a od których książę 
kanclerz praguął kraj uwolnić. Wyraz ciągnąłeś zamyka 
wyobrażenie ciągłego acz niedokonanego działania, któ- 
re m scisaiony minister, usunął się od publicznego zy 
cia, czyli zstąpił z pychy szczytu między gminne rzędy. 
Rzadki w nowych poetach znalcse można przykład, 
w którym by w tak małej liczbie wyrazów , tyle mydli i 
wyobrażeń zamknięto. 



Oblężenie Krakowa przez Szwedów 
w roko 1656. 

(Ciąg dalszy.) 

Od Kazimierza miasta, które Wisła dzieli 
od Krakowa, poczęli Szwedzi Kraków doby- 
wać, bo te domy, które zostawili nasi dla lu- 
dzi przy bramie grodzkiej, nieprzyjaciel ata- 
v * . — _ — -•- _ ._ «^V. tftkie Stra _ 

klasztor 
__„__,___ „..____ „__ Y __, -„^ do zamku 
strzelać zręcznie było i szturmować. Miasto 
zatem trwożyć się poczęło, źe zapalone przed- 
mieścia, wiatr do miasta płomień popędzał, 
z czego kościół wspaniały franciszkański z klasz- 
torem pogorzał, ledwo biskupi pałac obroniono ; 
świątnice pańskie, pobożne klasztory, to od Szwe- 
dów, to od naszych palono, ale najbardziej 
klasztor bernardyński bombami musieli spalić 
i zrujnować; bo ztamtąd srodze do zamku Szwe- 
dzi szturmowali, i Czarnieckiego skoro tylko uj- 
rzał z zamku Szwed, w twarz postrzelił ; a za- 
tem wszystkich trwoga opanowała, rozumieli, 
że z tego postrzału umrze, a zostawszy bez 
głowy, wszystkim upadek jawny. 

Lecz Czarniecki w wieczór postrzelony, ra- 
niuteńko mury objeżdżał, prezentując się żoł- 
nierzom, w rynku mieszczanom, lubo mówić nie 
mógł, do odwagi osoba swą zachęcał, zkąd 
400 młodzieży tak akademików, jako rzemieśl- 
ników, zebrawszy się, do Czarnieckiego przy- 
szli, prosząc, aby onym strzelby i prochu z ku- 
lami dano, obowięzując się do upadłćj miasta 
bronić. W dzień przeniesienia świętego Stani- 
sława, Czarniecki widząc ochotę studentów, ty- 
leż żołnierzy z prezydium onym przydał i po- 
zwolił wycieczkę uczynić na nieprzyjaciela. 

Krzysztof Wąsowicz , pułkownik dragoński, 
i Konstantyn Bylina, huzar, z pod chorągwi 
króla Kazimierza, kommenderowdh onych; wy- 
padłszy z miasta, przy moście królewskim na- 
padli na zwożących faszyny, wozy pogruchotali, 
Szwedów za rzekę przepędzili; znowu przez 
bramę świętego Mikołaja na kwaterę Wittem- 
berga uderzyli, odpędzili tych, co miny kopali; 
trzy armaty z szańcu zepchnęli i zapały poza- 
bijali,^ niemogąc onych uprowadzić, i tak sią 
ośmielili, z krzykiem i strzelaniem następując, 
że sam król szwedzki w mieście Kazimierzu, 
w klasztorze Przenajświętszego Sakramentu ma- 
jący kwaterę, na konia wpaść musiał, od obiadu 
torwaMszy się, narzekając na officerow szwedz- 
ich, uchodzących od następującej wycieczki; 
100 natenczas Szwedów trupem położyli. Zgi- 
nął tam z naszej strony Bylina , żołnierz odwa- 
żny; także Cekwart, kapitan od piechoty, (tenże 
był inżynierem sławnym) , i studentów kilku., 
którzy śmielej nad wszystkich stawali, nie wie- 
dząc jeszcze, co boli. Kiedy wojska polskiego 
nie było na odsiecz Krakowu, bezpieczniej 
Szwedzi do murów miejskich strzelać poczęli, 



Digitized by 



Google 



167 



i około miasta szańcować sie; juz stanęły 
aprosze od bramy nowej do bramy świętego 
Mikołaja, od tej bramy aż do świętego Flo- 
ryana szły, a ztąd przez Kieparz i na Piaski 
do klasztoru Karmelitów rozciągały się; sła- 
wne tam cudami miejsce, a SzMedzi heretycka 
noga profanowali; na kościół wpół spalony, 
windami armaty wciągali, a zważywszy, ze 
onym miejsce niepożyteczne, do tych czas oca- 
lony klasztor zapalili,, pierwej zrabowawszy; 
stamtąd do bramy świeckiej szturmowali. Cze- 
mu zabiegając kościół świętego Kazimierza, 
z klasztorem Reformatów, zrujnować nasi mu- 
sieli; jednak choć zrujnowali kościół, nie mo- 
gli zabieżeć, aby się tam w obalinach nie ukry- 
wali Szwedzi. Do dnia Igo Września nic Szwe- 
dzi nie opuścili, co do dobycia fortecy należy; 
dzień i noc z armat do murów strzelając i pod- 
kopując się pod mury; nasi wypadłszy z miasta, 
pod młynem królewskim napadli na szaniec 
•zwedzki w samo południe, gdzie popitych , a 
drzymających Szwedów zastawszy, wycięli. Na 
ten tumult Szwedzi wypadli, ratując swoich; 
nasi śmiało i tym odpór dają; zatem kapitan 
szwedzki zaczął z naszym rozmawiać w te słowa: 
Czy szalejecie Polacy, że wolicie ginąć, niżeli 
iyc z łaski naszej? prowiantów wam nie stanie, 
prezydyum codziennie ubywa, odważnych żoł- 
nierzy nie madę; czemuż nie zabiegacie upad- 
kowi swemu, dufając szalonemu Czarnieckiemu, 
albo też rączce Wolfowi ocalenie miasta dajecie. 
Na co nasz repplikoMał mu: Dość mamy ży- 
wności wmieście, już dwa razy jadłem, mury 
mocne i trwałe, po drabinie przelazłem, wszę- 
dzie upatrując i zważając; wojennych i odwa- 
żnych ludzi, że jest dosyć w Krakowie, doświad- 
czycie, tylko szturm przypuśćcie; czemu tchórzo- 
stwem bawiąc się, daremno leżycie? Rozgnie- 
wany Szwed chciał się z Polakiem wybić, któ- 
rego Polak z pistoletu zabił i chciał mu szpadę 
i inną broń odebrać, ale drudzy nadbiegli, chcąc 
go pognębić; zwyciężywszy jednego, umknął się. 

Dnia 7go Października, król szwedzki me 
chcąc darmo czasu tracić, ani krwi ludzi swych 
niepotrzebnie rozlewać, wyprawił trębacza do 
miasta z ostatnią rezolucyą, jeżeli się nie ze- 
chcą poddać; na co nie zważali na ten czas 
nasi. Odpisał Czarniecki: Na wojnie zrosłem, 
a między armat hukiem posiwiałem, ani teraz 
obawiam się onych impetu, a jak zważam, już 
1 chłopcy przywykli do nich wmieście, kule 
zbierając i do mnie przynosząc, abym wzaje- 
mnie niemi szwedzkie poczęstował wojsko. 

Wkrótce potem przybył od Oxenstierny, kan- 
elerza, z listem, z perswazyą pisanym drugi, który 
pośród rynku zgromadziwszy żołnierzy, na pre- 
zydium będących i mieszczan zbrojnych, Czar* 
niecki kazał czytać w te słowa: „Dotychczas 

Ebematorze, co mogłeś wtćm mieście, ukaza- 
i; widzieli cię Szwedzi bijącego się w polu, 
za wałami i fossami, tćjże śmiałości twój do* 



znali; lecz przestań, ucz się mnićj ażardować. 
bo cnota w pośrodku stoi: król wasz z Polski 
umknął się, wojsko polskie zniesione, prowin- 
cje zdały się Szwedom; ty jeden tylko Czar- 
niecki chcesz zM r ojoM f ać nas; dość raz i drugi 
oponować się tym, którzy ć folgowali; dość 
przeciwko sławnemu i potężnemu królowi opo- 
nując się, masz sławy; więcej pogardzać ła- 
skawością tego pana, jestto bezrozumna akcya; 
jako chcesz, unikaj naszych kul, odpędzaj sztur- 
my, nie dbaj na sztuki artyleryi, będziesz krew 
rozlewał, stracisz szlachtę, wygubisz żołnierzy 
i mieszczan, nastąpi na cię głód, a zatem i po- 
wietrze; to, co teraz cnocie twojej przypisują, 
natenczas uporem nazwą; zważaj na czas, a 
tych, których łaskawością króla najlepszego 
ocalić możesz, nie narażaj na ostatnią zgubę, 
nad którymi masz kommendę. Król Kazimierz 
ratować onych tobie polecił, nie zgubić; miasta 
bronić, nie do upadku przywieść; zaczem, gdy 
nie możesz obronić się mocą, wczesną kapitu- 
lacyą ratuj, a miasto, zamek i tak wielu ludzi, 
twej opiece powierzonych, w całości zwycięzcy, 
królowi oddaj." Po przeczytaniu listu tego, trę- 
bacza odprawił z miasta, nie odpisując; gdy 
z armat zewsząd prażyć poczęli Szwedzi, mu- 
siał obiedz naokół, jeśli gdzie niemasz szturmu, 
najmniejszą rzecz upatrując. Już drugi mie- 
siąc Kraków był w oblężeniu. Dowiedział 
się Czarniecki, że naokół trojakie aprosze Szwe- 
dzi porobili, zkąd mieszczanie lada dzień spo- 
dziewali się szturmu od Szwedów, i Czarniec- 
kiemu perswadowali, aby nie czekał dobycia 
szturmem; a króla szwedzkiego, ofiarującego 
klemencyą , nie inytował, bo tych, których obro- 
nę ma sobie powierzoną, zgubiwszy, ścisły 
Bogu odda rachunek. Byli niektórzy w mie- 
ście, których Czarniecki używał do rady, ja- 
koto: Szymon Staro wolski, kanonik i surroga- 
tor krakowski; Alexander Płaza, starosta rab- 
szynski, wielkorządzca krapowski; Jan Kle- 
mens Branicki, starosta chęciński; Krzysztof 
Rupiniowski, wojski krakowski, kommendant 
znaku krakowskiego podług prawa, i wielu 
szlachty, którzy z województwa krakowskiego 
do miasta z żonami i dziećmi rejterowali się, 
z którymi gdy Czarniecki radzić zaczął, przy- 
byli delegowani od magistratu krakowskiego, 
upraszając Czarnieckiego, aby radził o nich, 
gdyż więcćj znieść me mogą oblężenia, ile 
gdy król szwedzki ofiaruje klemencyą stołe- 
cznemu miastu korony polskiej. Przydawali, 
czego onym nie stanie; pożywienia i pieniędzy 
już nie mają, bo ludzie garnizonowi wielkie 
eksakcye czynili, a w nocy grassujące hultaj- 
stwo na domy nachodziło, sklepy odbijało i 
różne towary i dostatki rabując, więcej doku- 
czało, niż nieprzyjaciel atakujący; a trafiło się, 
że jeden duchowny, zacnego urodzenia, zebra- 
wszy tych hultajow, kilka kramów odbił i jk>- 
rabował; konsystorz natenczas nie sądził się, 



Digitized by 



Google 



168 





- 










■ - ^^łh 


uikiTi iii 




Itaka. 



jednak uprosili Czarnieckiego duchowni, aby 
kazał go złapać, i zhultajami uchwycony, wwie- 
zieniu siedział, a dwóch pryncypałów zhultaj- 
stwa, kazano obwiesić dla postrachu. 

(Koniec nastąpi.) 



Itaka (Thiaki). 

Mała ta wyspa, ojczyzna Ulissa, jestto goła 
skała wapienna, tu i ówdzie tylko żyznemi po- 
przerzynana równinami , wynurzająca się z wód 
morza jońskiego, i tylko nieśmiertelnemu chij- 
skiemu bardowi winna swą sławę. Ta więc 
szczupła i uboga Itaka była krajem, za którym 
ów dwudziestoletni tułacz tak tęsknił i który 
z takim kochał zapałem. Miłość ta ojczystych 
progów, nieraz za wzór stawiana, najtrafniej 
stówami wymownego Cycerona opisać się da: 
„non ąuia larga, sed quia sua arat" (nie dla 
tego, że była bogatą, lecz że jego własną). 
I zkądże teraz bardziej może nas ta wyspa zaj- 
mować, jak tylko ztąd, że była kolebką i tro- 
nem boskiego Ulissa, i gdzie wierna Penelope 
stale małżeńskiej dotrzymała wiary. Jestto kraina 
poetycznej ułudy i omamienia, wpojonej nam 
od samej młodości. 

Angielski podróżnik Dodwell twierdzi, że 
mu się udało wynaleść miejsce, gdzie stał pa- 
łac dawnych rządzców Itaki: dotychczas jeszcze 
widać szczątki ruin na skale niewielkiej, w mo- 
rze wsuniętej, od mieszkańców zamkiem świę-r 
tój Penelopy zwane, na ostatnim końcu zatoki 
Actos. Na urwisku góry spostrzegamy naprzód 
mury naokół dawnego miasta, powyżej zaś por 
kazują się ruiny zamku, który podobnie, jak 
inne greckie twierdze, n. p. Akropoli*, w for* 
mie trójkąta był założony, a którego mury są 
gatunkiem architektury cyklopów* (*) najdawniej- 



szym czasom właściwej. Cycero powiada, że zamek 
Ulissa leży jak owo gniazdo orła na nieprzy- 
stępnej skale, i Dodwell jest tego mniemania, 
iż żadne inne miejsce nieodpowiada lepiej opi- 
sowi. I zapewne za czasów Cycerona były je- 
szcze jakie ruiny pierwiastkowego Ulissa pałacu* 
Zachodzi tylko ta okoliczność, że to miejsce jest 
za szczupłe na mieszkanie, w którem trzystu za- 
lotników, zapewne ze sługami swemi, pomiesz- 
czenie znalazło. Miasto stołeczne zowie się V a - 
thi, (**) od jedynego przystępnego portu tej 
wyspy tak nazwane. 



Doniesienie księgarskie. 

W księgarni Stefańskiego w Poznaniu wyr 
szły dwa następujące, bardzo ważne do dziejów 
Polski i zajmujące dzieła: . ; 

1. Obraz Polaków i Polski w 18m wieku, 
czyli: Zbiór pamiętników, dyaryuszów, 
korrespondencyj publicznych i listów prjf 
watnych, podróży i opisów zdarzeń szczęt 
gotowych, służących do wyjaśnienia stanu 
Polski w wieku wspomnionym. Wydanj 
przez Edwarda Raczyńskiego. 12mo. — * 
Tom I. przedaje się po 3 złote polskie, 

2. Historya panowania Jana Kazimierza, 
wydana a rękopismu przez Edwarda Ra-* 
czyńskiego. Tom I. z ryciną piękną Jana 
Kazimierza. Exemplarz, z dwóch tomowa 
sporych złożony, kosztuje 18 zł. polak. 

Dzieł tych dostać można po wszystkicn. kra^ 
jowych i zagranicznych księgarniach; w Lesznie 
u E. Giinthera. 



(*) Zob. P. L, T. U. R. piąty No. 29. 
(**) Słowo greckie @a&v znaczy głęboki. 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. No, 22, 


Leszno, 

dnia 30. Listopada 1839. 




ftft^, 



^ gwarna Srmfe roimatom / 




Sfr. 415. « Zielnika M. Siennika. 



Digitized by 



Google 



170 



Zielniki polskie. 

(Rycina wyjęta z rzadkiego dzieła: Her- 
barz, to jest: Opisanie ziół tuteczuych 
[Marcina Siennika], w Krakowie 1668* 
folio.) 

W szczupłej nader liczbie żyjących bada- 
czy dziejów i rzeczy ojczystych, niepoślednie 
zajmuje miejsce pan Ambroży Grabowski 
w Krakowie. Jak żołnierz francuzki, na po- 
lach Marengo, Wagramu, Mozajska, ranami 
okryty, z chlubą do młodszych swoich towa- 
rzyszów broni mówi: „jam jest szczątkiem 
wielkie*) armii! u tak pan Grabowski słusznie 
i z dumą rzec może do młodszej generacyi pol- 
skiej, puszczającej się torem Czackich, Osso- 
lińskich, Juszyńskich : jam jest jednym z malej 
liczby owych wybranych, którzy z sławnymi 
tymi mężami odgrzebywali drogie pomniki nauk 
i sławy przodków. Jakoż Ossoliński, Juszyń- 
ski, Bandtkie, z wdzięcznością wspominają 
w dziełach swoich o pomocy, jakiej doznali 
w uczonych pracach swoich od pana A. Gra- 
bowskiego. Od tego czasu sam pan Grabow- 
ski wsławił już imię swoje kilku nczonemi 
dziełami; teraz zbogaci wkrótce literaturę kra- 
jową ważnem dziełem, z którego umieszczamy 
tu biografią Szymona Syreniusza, najcelniejszego 
botanika naszego z czasów Zygmuntów. 

Szymon Syremusz. 

Nie małą jest zasługa w zioło- pisarstwie 
polakiem doktora Szymona Syreniusza. Poprze- 
dzony w umiejętności tej od kilku pisarzów, mia- 
nowicie Stefana Falimierzą, który pierwszy 
Zielnik polski drukiem ogłosił r. 1534. ,* Hiero- 
nima Spiczyńskiego, Marcina Siennika i Mar- 
cina z Urzędowa, prace i postrzelenia ich zna- 
komicie rozwinął, i tę ważną gałąź nauk przy- 
rodzonych /botanikę, ogromną objął księgą. 

Nazwisko jego rodzinne było S y r e ń s k i (* J, 
lecz idąc za powszechnym zwyczajem uczonych 
swego wieku, nazwie polskiej zakończenie ła- 
cińskie nadał. — Urodził się około r. 1540. 
w miasteczku Oświęcimiu, blisko Krakowa, z 
ojca Mikołaja Syreńskiego; w r. 1560. do li- 
czby uczniów akademii krakowskiej przyjętym 
został (**), i tu w naukach lekarskich sposobił 
się, jako w miejscu, gdzie się młodzież, grunto- 
wnego oświecenia pragnąca, z całej Polski gro- 

(*) Tak jest nazwany na itr. 1536. Zielnika, pwy 
piśmie pod tyt. : ,, U wagi o okrucieństwie, które popeł- 
niają sydzi ete. przez Szyn. Syreńskiego." — Bentko- 
wski II. p. 396., także Dr. J. Arnold w pi imię de Mo- 
numentu Hist. nat. Polonae Varsaviae a. 1818. przy- 
wodzą, ii na książce, która była jego wlasnotfcią, napi- 
sał i tum Sim. Sirenii cognomine Sacrani. Nazwiska 
tego używał także Jan z Otfwiecimia (Sacranns). Pro- 
fessor akad. krak., o którym Sołtykowicz p. 1?9, także 
Juszyński II. p. 153. piszą, co było złacinione imię 
miasteczka Oświęcimia w krakowskiem, skąd btl rodem. 

(") J. Mncskowski. Indcx Leetionum A. 1838—39. 



madziła. Za dziekańgtwa Joz. łom. Urzę* 
dowskiego, pod prezydencyą Stanisł. Zawadz- 
kiego , zwanego Picus, filozofii i medycyny 
doktora, Syreniusz w r. 1569. zdał examen, ■' 
stopień magistra nauk wyzwolonych, oraz do- 
ktora filozofii otrzymał. (Rekop. Akad. krak.) 
Proce łacińskiego , prawie powszechnego w Pol- 
sce, biegłym był w języku niemieckim, a może 
i w innych. Odbył podróże w krajach zagra- 
nicznych, i w wędrówce tej przez Niemcy, Wę- 
gry , Szwajcaryą , zbierał wiadomości o ziołach 
w ogrodach botanicznych, jako to: Falcgrafo- 
wym w Heidelbergu, Fukerowskim (Fuggerów) 
w Augsburgu, tudzież około Moguncyi nad Re- 
nem. (Zielnik str. 226. 238. 255. 749. 1060). 
Za powrotem do kraju, oddał się ulubionej 
sobie nauce botaniki, a szczególniej obeznaniu 
się z Florą krajową, i w tym celu zwiedził 
południowe prowincje Polski, t. j. Podole, Po- 
kucie, okolice Kamieńca, Lwowa (*), Halicza, 
Sącza, bogate w roślinienie góry Tatry, Bie- 
szczady, Babią-góre, a nadewszystko herba- 
ryzując w okolicach Krakowa. W innych pro- 
wincyach polskich utrzymywał piśmienne zwią- 
zki z biegłymi w rzeczy zielniczei mężami, 
którzy mu swoich udzielali postrzeżen, jak n. p. 
Jerzy Grembs, archiater królowej Konstancyi, 
żony Zygmunta III., o ziołach około Wilna 
rosnących. (Zielnik str. 1241.) Gdzie zaś i 
jakie zbierał rośliny, w dziele swem na wielu 
miejscach wiadomości o tern przytacza. 

W r. 1589* za rektorstwa Piotra Gorczyń- 
skiego, przyjęty w poczet akademików' krako- 
wskich , objął katedrę nauki lekarskiej. (Soł- 
tykowicz p. 51.) Obok mozołów nauczyciel- 
stwa, zachęcany przez przyjaciela swego Wa- 
lentego Fontaniego, professora matem, w akade- 
mii krak., pracował ciągle w przedmiocie, któ- 
remu raz^ upodobanie i całą usilność swą po- 
święcił, i napisał dzieło pod tytułem: 

Zielnik , Herbarzem z języka łaciń- 
skiego zowią. To jest: opisanie własne 
imion, kształtu, przyrodzenia, skutków 
i mocy ziół wszelakich, drzew , krzewin 
i korzenia ich, owoców i t. d. ■ — Księga 
lekarzom etc. potrzebna. . . W Krako- 
wie u Bazylego Skalskiego, dokończona 
w Marcu 1613. in folio. 
Dzieło to ogromne, przypisane Annie,, kró- 
lewnie szwedzkiej, przez Gaoriela Joannicego, 
profes. med. w akad. krak., 'podzielone jest na 
pięć ksiąg. Przewyższa ono objętością i obfi- 
tością materyi wszystkie przed nim w Polsce 
z druku wyszłe o botanice księgi, czyli zielniki: 
złożone jest z arkuszy 394. i pół, i obejmuje 
blisko 700 drzeworytów roślin. Syteński z wiel* 
ką wypracował je pilnością, a nawet i druk 
jego rozpoczął; lecz, że ogrom pracy długiego 

(*) Wymieni* gtfry sadowe kolo Lwowa, takie giry 
leśne knropatnickie na Podolu. (Zielo. str, 862.) 



Digitized by 



Google 



m 



czasu wymagał, przeto zaskoczyła go starość, 
a wnet i śmierć pasmo dni jego przecięła. Ile 
dziełu temu poświęcił czasu, naucza nas Gabr. 
Joannicy, może jego uczeń, który się wydaniem 
i ukończeniem druku dzieła tego zatrudniał: 
„Syrenius Dr. w nauce lekarskiej, około 30 lat 
strawiwszy, tę był o ziołach księgę na pożjr- 
tek pospolity, z niemałym kosztem i prawie 
ostatnia majętności swej odwagą, dał do druku 
(dedykacya)." — Lecz, że po śmierci jego na 
dalszy druk funduszu brakło, pomimo że i Wal. 
Fontani do takowego się przyłożył (Sołtyk. p. 
446.) , przeto pośpieszyła z pomocą Anna, kró- 
lewna szwedzka, Zygmunta III. rodzona siostra, 
wielka lubowniczka i znawczyni botaniki (*), 
która przedsięwzięcie to, znakomity nakład za 
sobą wiodące, hojnie i po królewsku Msparła 
i koszt na druk łożyła. Dr. Joannicy przypi- 
sując Syreńskiego pracę tej plemienniczce Ja- 
giełłów (przez matkę), tak do niej przemawia: 
„Ze go starego śmierć wzięła, pewnie i praca 
jego i nakłady w niweczby sij były obrócić 
musiały. Sprawiło to W. K. Mci serce , do wiel- 
kich rzeczy na pospolity pożytek prędkie, żeś 
W.K.M. ten nakład dla pospolitego dobra na 
się wziąć raczyła, i tę ginącą wielkiego czasu 
pracę wydźwignać, i tak pięknie raczyłaś wy- 
stawić." — Niżej zaś wyliczając jej cnoty do- 
daje: „Ale i ta sprawa z wielkiemi zrówna, 
ies W. R M. staranie uczyniła i nakładu nie 
żałowała, i aby mieli Polacy z dobrodziejstwa 
W.K.M. czembysię doma, kiedy doktorów mieć 
nie mogą, leczyli, aby ziółka poznawać i one 
do lekarstw przyprawiać umieli etc." 

Dzieła tego ściśle botanicznem nazwać nie 
można, i raczej jest ono dziełem lekarsktóm: 
rośliny w niem nie są opisane i porządkowane 
według systematu w nauce botaniki zaprowa- 
dzonego, gdyż ten za życia jeco nie był znany, 
n Linneusz twórca jego , dopiero się w sto lat 
po śmierci Syreńskiego urodził. Zawsze prze- 
cież mieć je należy za wielce dokładne, wzglę- 
dnie do stanu, w jakim była nauka botaniki tak 



(*) Była ona córką Jana, króla ssweds., i KaUnyoy 
Zygmunta I. córki , która ją mowy polskiej wyucayła. 
(Janoc. II. p. 257.) Dr. Joannicy przyznaje jej wielką 
itankę, i wymierna kilka jesykow, któremi mówiła, a 
wsytem i snajoaotfć łacińskiego, i mówi: „Jednak 
itej mądrości wynikła chęć* do tej philosophićj , która 
się koło siół, ziółek, drzewek, kamieni etc. obiera, ze 
się W. K. M. w^iej tok wprawiła , ii i wiadomością 
przyrodzeni* ich, i umiejctnotfcią przygotowania przod- 
kujesz etc." — Dama ta wielce kochała nankę zicloi- 
czą , i własnemi rękami okładała zielnik zy wy, którego 
szczątki przechowywano w bibliotece książąt Radziwił- 
łów w Nieiwiezn. Nawet nauka chemii nie była jej 
obcą, czego pozostały rfiady w Brodnicy, gdzie miesz- 
kała (Siarczyński II. p. 245.). O niej to śpiewa K. 
Sienkiewicz: . 

Więc witam was ojczyste bławatki i dzwonki, 
Zbierane niegdyś ręką naszej Jagiellonki; 
Kiedy ta córa królów smakując w ustroniach, 
Do zielników im polskich rwała kwiaty błoniach. 



u nas, jako i w reszcie Europy, kiedy i najsła- 
wniejsi podówczas mężowie, Gesner, Aldro- 
randus, Bauhinowie, Camerariusi inni, nie wię- 
cej, ani dokładniej w tej materyi pisali. Syre- 
niusz opisując rośliny, daje ich wyobrażenia 
wprawdzie me wytworne, bo na drzewie rznięte; 
ale obok ich opisu wskazuje miejsce, gdzie róść 
zwykły, udziela nauki o przyrodzeniu ich, mocy, 
własnościach, skutkach lekarskich; uczy kiedy 
je zbierać, jak przyrządzać it.p. — W rzeczy 
samej, w liczbie niezmiernej przepisów lekar- 
skich, które się tu napotyka, nie trudno jest 
znaleść środki zaradcze, które dzisiaj do uży- 
cia na nowo wprowadzone, nowim odkryciem 
nazywane są, jak n. p. kwiat żjrta w chorobach 
płci żeńskiej, (Zieln. str. 915.) i inne podobne. 
Zgoła, dzieło to nietylko pod względem zioło- 
pisarstwa ważne, ma jeszcze użyteczne wiado- 
mości z nauki farmacyi, terapii, dietetyki, bro- 
matologii, weterynaryi, a nawet technologii i 




o piwie, słodzie: „Nie zalecam piw źle uwa- 
rzonych, chocia z dobrego i chędogiego zboża, 
jakowe teraźniejszych czasów w Krakowie na 
porząd warzą, któremi zdrowie ludzkie psuja 
i trują. Czemu się mało dziwuję, bo ani sło- 
downików, ani piwowarów, ani karczmarzów 
cnotliwych, umiejętnych, dozornych, jacy przed- 
tym byli, jedno gbury hrube, nie wyczosane, 
łakome, ze wsi nabiegłe mamy, którzy swa 
nieumiejętnością, drudzy niedozorem i niedba- 
łością, zboża dobre i chędogie psuja, piwa 
parzą nie warzą, . • • ku temu wodą przebierają, 
niedowarzają , tyżbiery abo cienkusze z niemi 
wespół zlewają..... Nie wspominam innych 
fałszów, gdzie miasto chmielu, wierzbowe liście 
i inne zioła kładą i t. d. — A wielebny u- 
rząd, widząc, widzieć nie chce; słysząc odno- 
szące, nie słyszy; któremu tego, jako wiele in- 
nych rzeczy, doglądać przystoi, nie dba: abo, 
jeśli dogląda, to nie dla pospolitego, ale swego 
prywatnego pożytku, i za beczkę piwa, za 
garniec wina, za pieczenia górną etc. powinność 
swoje urzędową przedaje etc. (Zielnik str. 943). 
(Koniec nastąpi,) 



Mieszkanie M. Kopernika w Frauen- 
burgu. 

Dopełniając zbioru pamiątek tyczących się 
nieśmiertelnego naszego Kopernika, (*) dzisiej- 
szą ryciną, wystawiającą mieszkanie jego wFrau- 
enburgu, odsełamy łaskawych Czytelników do 
opisu dawniej już wP.LR, II. T. 2. str. 317 
umieszczonym. 

(*) Zob.P.L.R.I-T.l.str.15.— Rok II. T.l. str. 4. 

Digitized by L^OOClC 



172 



Oblężenie Krakowa przez Szwedów 
w roku 1656. 

(Dokończenie.) 

Wmieście choć miny murów ustawnie re* 

Serowali, poszło echo, że chce się poddać Szwe- 
owi gubernator Czarniecki; lubo miał od Ka- 
zimierza króla dwa listy , w których sukkars 
obiecuje za przybyciem Leszczyńskiego, woje- 
wody łęczyckiego, jako posła do traktatu z kró- 
lem szwedzkim; wyrozumiał, iż król w Opolu 
rezyduje; tudzież, iż Chmielnicki Potockiego, 
hetmana w. kor,, z'dywizyą onego rozpłoszjł, 
II posłowie od wojska komputowego, do króla 
szwedzkiego przybyli, traktując o poddanie się. 
Rezolwował się do króla szwedzkiego dać re- 
spons na list przeszły w ten sens: „Już to drugi 
miesiąc kończy się, jako obiegłszy W.K.MŚĆ 
stołeczne miasto rzeczypospolitej Kraków, do- 
świadczasz, jaka szczęścia twojego i naszej 
stateczności siła. Wytrzymując W. K. Mć, dla 




nie M r obronie położyli ; co W. K. Mść z woj 
skami swemi do dzisiejszego dnia nad nami 
wymódz nie mogłeś, to listem swym pełnym 
klemencyi w sercach naszych sprawiłeś, obie- 
cując nam z nieprzyjaciela łaskę i protekcyą 
swoje* Dufając tedy łaskawej deklaracji pań- 
skiej, upraszamy o fryszt odezwania się do króla 
naszego Kazimierza; a otrzymawszy rezolucyą 
od niego, zdamy się na W. K. Mści łaskawą 
protekcyą, weźmiesz W. R. Mość nie jako nie- 
przyjaciel stołeczne rzeczypospolitej miasto, 
ale jako krewny króla naszego." 

Dostawszy król szwedzki taki list, srodze 
był wesół; wyprawił kommissarzów do trakto- 
wania, dla spisania kapitulacji, którzy ośm dni 
czasu od króla szwedzkiego przynieśli, dla ode- 
brania rezolucyi od króla Kazimierza; jednak 
zagrzewali broniących się, aby czemprędzej 
traktowali, a sami nad sobą mając kompassyą, 
z tego więzienia uwolnili się i Szwedów od 
straży sfolgowali. Czarniecki, z drugimi nara- 
dziwszy się, odpowiedział: że gotowi jesteśmy 
zdać się, byle W.K.Mść nam nasze prawa 
utwierdził i bezpieczną dał klemencyi swojej 
kaucyą. I to skrycie traktowali, żeby żołnierze 
i pospólstwo, dowiedziawszy się o traktatach 
poddania się, nie ustali w całości straży nale- 
żytej. 

Turbowało się miasto, że niema wiadomości 
o rezolucyi starszyzny, czy myślą kapitulować 
* królem szwedzkim, który coraz przyciska! 
oblężeniem cięższem miasto. Od króla Kazimie- 
rza zdesperowali o sukkursie, wszystka Polska 
już »i^ zdała Szwedowi, tylko jedno miasto Kra- 
ków na zgubę swoje tak uporczywie opiera się. 
Ustawnie różnych instancye dokuczały Czarnie- 
ckiemu, który prezydentów miasta, duchowień- 



stwo, szlachtę, oficerów żołnierskich, do zamku 
zebrawszy, pytał się zgodnej rezolucyi: czy bro- 
nić się do upadłej, czy zdać się? Wszyscy je* 
dnostajnie prosili Czarnieckiego, aby starał się 
o kapitulacją z królem szwedzkim. Zaczera 
Czarniecki najpierwej duchownych obligował, 
ażeby od siebie wysadzili do traktatów, dla 
obrony wiary świętej. Posłał Czarniecki do 
króla szwedzkiego,, upraszając na piśmie o tra- 
ktujących do kapitulacji. Zaraz król szwedzki 
przysłał. 

Czarniecki wyprawił Fromholda Wolfa, sta- 
rostę dynaburskiego, Jana Branickiego, starostę 
chęcińskiego i Aleksandra Płazę, wielkorządcę 
krakowskiego, delegatów do traktatu. U Wit* 
temberga zasiedli na traktatach; około rycerstwo 
szwedzkie stało; sączem jako ustanowiono zda* 
nia się artykuły, król szwedzki one zaraz ap* 
próbował, sam wymówiwszy te słowa: O co* 
kol wiek prosicie, na wszystko pozwalam, tylko 
bądźcie mi życzliwi i wierni kapitulacyi. Ar* 
tykuły takowe stanęły: 

1. Wiara katolicka rzymska i onej wolne 
używanie i obrzędy starodawne kościelne, jako 
przedtem w Polsce były, tak i teraz maią zo- 
stawać w tym samym walorze, tak w Krakowie, 
jako i po całej Polsce, z tym dokładem, aby ci, 
którzy tej wiary są, wierni i życzliwi byli kró- 
lowi szwedzkiemu. Kościoły, zgromadzenia, za* 
kony, klasztory, szkoły, szpitale i wszystkie du*. 
chowne dobra, ruchome i nieruchome, od wszel- 
kich ciężarów żołnierskich będą wolne, tylko do 
kontrybucyj publicznych, jako i przedtem płacili, 
należeć będą osoby duchowne, tak zakonnicy, jako 
i mniszki, tudzież świeccy. Księża, byle żyli spo- 
kojnie i posłuszni byli, wszystkie swoje preroga* 
tywy, prawa, swobody i wolności, zachowane 
mieć będą, i dóbr swych spokojne i dobrowolne 
używanie król jmć szwedzki onym waruje. 

2. Gubernator miasta i zamku, pułkownicy 
i inni oficerowie, żołnierze, burgrabiowie i wszy- 
stka szlacht*, będąca w oblężeniu w mieście 
Krakowie, dokąd zechcą, wolno onym będzie od- 
jechać ze wszystkiemi onych dobrami i substan- 
cyą, tudzież używaniem honoru i preminencyi. 

3. Księgi publiczne, instrumenta prawa, mu- 
nimenta prawa, zapisy, tak ziemskie, jako i grodz- 
kie , a osobliwie kościelne, w całości nienaru- 
szone być mają. Sądy, juryzdykcye, urzędy ja* 
kiej kol wiek godności i stopnia, przez publiczne 
innot*scencye sprawy sądzić, podług dawnych 
zwyczajów dekreta egzekwować, sądy limitów ać, 
wolni. 

4. Ktokolwiek z miasta tego i królestwa 
zechce gdzieindziej przenieść ai^ , wolno temu 
będzie wszystkie dobra leżące ruchome sprzedać, 
alienować i przeprowadzić podług upodobania 
swego. 

5. Kraków z swoim magistratem, pospól- 
stwem, w cyrkomferencyi swojej starodawnej 
będące, wszystkich starodawnych przywilejów 



Digitized by 



Google 



173 




Mieszkanie M. Kopernika w Frauenburgu. 



i wolności, jako przedtem, używać i onemi 'szczy- 
cić się będzie. ' 

6. Akademia krakowska, pod fug dawnych 
praw i prerogatyw, przez konstytucje sejmowe 
utwierdzonych,' z wolnem dóbr używaniem i pro- 
wentów wybieraniem, bez wszelkiej przeszkody 
konserwuje się przy wolności. 

7. JWielmożny Stefan Czarniecki na Czarn- 
ce, kasztelan kijowski, zaniku i miasta Krako- 
wa gubernator, także Fromhold Wolf, starosta 
dynaburski, z inszymi pułkownikami, kapitanami, 
porucznikami , z chorągwiami rozciagnionemi , 
z strzelbą nabita, lontami zapalonemi, z wolnem 
w bębny i kotły* biciem wynida z miasta, gdzie 
byli na prezydium, ze 12 armat różnych, którym 
na wyżywienie król JMć szwedzki daje królew- 
scczyzny, nad granica szląską Jeżące, i tam przez 
dwa miesiące onych używać maja , nie podnosząc 
przez ten czas ręki przeciw króla JMci szwedz- 
kiego. 

8. Króla JMci polskiego dworskim , konsy- 
liarzom, ministrom, wolno do pana swego po- 
wrócić, i wolny przejazd pozwala się, byle zdra- 
dy jakiej nieknowali; wozy także i ciężary żoł- 
nierskie, bez żadnego zatrudnienia, zatrzymania, 
na miejsce bezpieczne wolno przeprowadzić. 

9. Więźnie szwedzcy, sita onych być może 
wi mieście, sprawiedliwie, bez okupu, maję być 
uwolnieni. Viceversa król JMć szwedzki, siła 
ma Polaków w więzieniu, choć c sowitością 
nwelnić deklaruje. 



10. Archiwakrólestwa, czy to rachunki skar- 
bowe, czyli ekonomiczne z prowentów królew- 
skich, szczerze, nie nie utajając, kommisarzom 
króla JMci szwedzkiego mają być wydane. 

11. Armaty, moździerze i ammunicye wo- 
jenne, i co onych do zamku i miasta należy, 
prowianty i magazyny, na miejscn swćm zostać 
mają i powinne będą. 

12. Waruje się te'ż, aby jmć pan guberna- 
tor żadnej zdrady nie uczynił, ani zastawił, aby 
dał poruczników, iż min nie usadził w zamku 
lub mieście na zgubę szwedzką. 

Te kondycye poddania miasta Krakowa z zam- 
kiem przez delegowanych kommissarzów od Czar- 
nieckiego u generała Wittemb erga umówione 
r. 1665. d. 7. Października. 

Przysłał zat<5m król szwedzki Szlipenbacha 
młodszego w zastaw, aby Czarniecki bezpiecznie 
mógł przybyć do niego. Lecz Czarniecki nie- 
potrzebując zastawu, słowu królewskiemu dufał, 
mając to sobie za honor, pokłonić się królowi 
zwycięzcy. Nazajutrz tenże Szlipenbach przybyi 
do zamku, a obejrzawszy pokoje królewskie, 
kustoszowi koronnemu, księdzu Miaskowskiemu, 
rozkazał imieniem królewskiem, aby do skarbu 
otworzył; ten odpowiedział: że kluczy me ma; 
Lubomierski, marszałek w. koronny, obrawszy 
korony, insygnia i inne klejnoty, zamknął i klu- 
cze z sobą wziął. Zaczem ślósarzy zawoławszy, 
kazał skoro otworzyć, gdzie nie znaleziono mc 



Digitized by 



Google 



174 



drogiego, tylko starożytności, monumenta, skrypfa, 
przywileje, i dokumenta. ^ 

W dzień świętej Łucyi bramę grodzką i po- 
boczna Szwedzi opanowali, zatem z miasta stare 
prezydium wychodziło. Mieszczanie zaś zwiesili 
nos, zważając, co też będzie za nowem panowa- 
niem; wychodziło wojsko, rozwinąwszy chorąg- 
wie; flinty i dzidy, na ramieniu nieśli piechu- 
rowie, muzyki graty i w bębny bili; żołnierze 
żywość i rzeżwość pokazując, z Szwedami żar- 
towali: za nimi Gąsiewski, pułkownik hajduków 
województwa sandomirskiego, maszerował, niosąc 
strzelbę w borsukowych pokrowcach; potem 13 
chorągwi dragonii konnej, wkommendzie pułko- 
wnika Krzysztofa Wąsowicza i Jana Tetwina; 
dawny to Czarnieckiego żołnierz, w różnych bi- 
twach wyćwiczony; na odwodzie 600 huzarów, 
za którymi Czarniecki, gubernator, w pąsowej 
delii, po arabsku ubrany, na sprawnym rumaku 
siedział, do rozdania kommendy gotów. W obo- 
zie szwedzkim pokłonił się Karolowi królowi, 
którego król do karety ze sobą wzi^ł i na ban- 
kiet zaprosiwszy, z honorem odpuścił; Czarnie- 
cki zaś nie mócł w r ychwalić się wojsk szwedz- 
kich. Chwalili Czarnieckiego Szwedzi i nasi 
wiele mu przypisywali, wielu zaś szczypali ho- 
nor jego: żołnierze skarżyli się na niego, że 
skąpo rozdawał żyw T ność, choć onej było podo- 
statku; ztąd porywając u mieszczan, żywili się; 
wiele sreber z Kościołów i klasztorów, na po- 
trzeby w oblężeniu pożyczonych, zebrał, kazaw- 
szy one mincarzowi na pieniądze przebić i do 
swojej szkatuły schował, niesłusznie dla siebie 
uzurpując, a żołnierzowi mało co dostało się, 
który krew swa lat za ojczyznę, w obronie 
miasta. — Szlacnta i mieszczanie przypisywali 
Czarnieckiemu, iż żołnierze i grassanci kramy 
miejskie i sklepy żydowskie odbijając, za pół- 
szósta miliona rzeczy różnych zrabowali, których 
karząc i sądząc, siła Czarnieckiemu dostało się; 
wziął tez od króla szwedzkiego podarunki bo- 
gate, znaczne summy, a za to potem sowicie 
miastu kazano płacić. Ale to zazdrość wymy- 
ślała, chcąc godnego i szczęśliwego wodza podać 
w nienawiść. 

Po wyjściu Polaków z miasta, Wittemberg 
piechoty szwedzkie ciemnym wieczorem wprowa- 
dził, żeby ludzie, wiele onych było, niewiedzieli. 
Zatem Karol król do zamku prywatnie wjechał, 
przyjmowany nieżywą ochotą, bo między dwo- 
ma królami, szwedzkim i polskim, na zadnie 
koła siła oglądało się. Heretycy najbardziej 
cieszyli się, a mianowicie Ary anie, których w Pod- 
górzu była wielka moc, a ci z Kalwinami nie 
zgadzając się, a Katolików cale nienawidząc, 
w tern tylko zgadzają się z pierwszymi, że za- 
równo na rzymskich Katolików biją. Wydali 
Ary anie panegiryk, Karolowi, królowi szwedzkie- 
mu, przypisując, w Lesznie wydrukowany. Ty- 
tuł taki: „Karolowi, królowi szwedzkiemu, go- 
ckiemu, wandalskiemu; królowi zwycięzcy sar- 



mackiemu, bez rozlania krwi i dokąd przyszedł 
uwolnicielowi pobożnemu, szczęśliwemu, nie- 
zwyciężonemu, utrapionym na pocieszenie, kró- 
lom na przykład urodzonemu etc. etc." — Ci 
Aryanie, albo Anabaptystowie, ze szlachty pol- 
skiej zebrani byli, niewiedzieli, że Karol, król 
szwedzki, tak Katolików, jako i Anabaptystów 
nienawidzi. 

W zamku krakowskim rezydował Karol; 
wizytował kościół świętego Stanisława, c cie- 
kawości, nie z nabożeństwa, którego Starowol- 
ski, kanonik, prowadził, ukazując monumenta 
starożytne, najbardziej królów polskich, każdego 
wyrażając chwalebne czyny. Gdy przyszli do 
nagrobku Władysława Łokietka, powiedział, 
że ten król wypędzony trzy razy, sam odzyskał 
królestwo; król szwedzki replikował; ale Kazi- 
mierz raz wypędzony, nie będzie mógt królestwa 
opuszczonego odzyskać. Starowolski, kanonik, 
odpowiedział: któż to wie? Bóg jest wszechmo- 
gący, a i fortuna niestateczna jest. Odpowiedzią 
tą zmieszany król, więcej Staro wolskiego nie 
pytał się, w kościele chodził odkrywszy głowę, 
a co Starowolski opowiadał, cierpliwie słuchał. 



Oświadczenie, tyczące się Redakcyi 
Tygodnika literackiego. 

Jakkolwiek nam nienrzyjemnem, a światłej 
Publiczności prawie dziecinnem wydawać się 
musi to rozpieranie się o Redakcya Tygodnika; 
to wszelako zależeć jej na tern powinno, aby 
się dowiedziała przecie z czystego źródła o isto- 
tnej prawdzie pod względem sterunku przed- 
sięwzięcia naukowego, które ją dość żywo ob- 
chodzić się zdaje. 

Nie z próżnej chluby, lub innego niegodne- 
go zamiaru, ale gwałtem do tego kroku zna- 
gleni dwukrotnem ogłoszeniem pana Wojkow- 
skiego, w Gazecie poznańskiej i w Tygodnika 
literackim w Nrze 35.: jakoby on sam był je- 
dynym i istotnym redaktorem Tygodnika, po- 
czytują sobie podpisani, to jest prof.. A. Popfiń- 
ski i bibliotek. J. Łukaszewicz za obowiązek, 
, aby w oczach wyrozumiałej Publiczności odda- 
j lić od siebie pozór, jakoby się niesłusznie do 
Redakcyi Tygodnika wdzierali, wystawić w krót- 
kości, sine ira et studio stan rzeczy, to jest 
same fakta, bez żadnych nad niemi uwag, za- 
ręczając słowem uczciwości, że się ani na włos 
od prawdy oddalać nie myślą. 

Już w roku 1836. przedsięwzięliśmy, ja A. 
Poplmski z moim ukochanym bratem ś. p. J. 
Poplińskim, prof. w Lesznie, i J. Łukaszewi- 
czem, wydawać pismo j>eryodyczne w Poznaniu, 
jako centralnym punkcie, i potrzebne poczyni- 
liśmy kroki do uiszczenia i rozwinięcia tako- 
wego naukowego zamiaru, który atoli nie z na- 
szej winy do skutku nie przyszedł. Nie zrażeni 
temi przeciwnościami, zabraliśmy się w roku 



Digitized by 



Google 



m 



1837. powtórnie do uiszczenia naszego przed- 
sięwzięcia, choć w innej formie, a nie chcąc 
pod własnem występować nazwiskiem, zapro- 
ponowaliśmy ks. prób. Wróblewskiemu, nasze- 
mu poufałemu przyjacielowi, aby zezwolił, 
izby redakcya na jego imię wyrobiona była; 
nie byt poczciwy ten kapłan od tego, ale że 
właśnie wtenczas zachorował, byliśmy przy- 
muszeni szukać kogo innego, i zrobiliśmy tę 
sarnę propozycyą panu A. Wojkowskiemu. Ten 
pochwycił skwapliwie myśl mu podana, przy- 
stając chętnie, zęby konsens na jego imię był 
wyrobiony. Odebrawszy od rządu pomyślną 
odpowiedź, napisaliśmy prospekt, bo nam się 

Czez pana Wojkowskiego podany nie podo- 
ł; sporządziliśmy listę osób, mogących swym 
wpływem wesprzeć nasze usiłowania, jako też 
i autorów, do których się nam zgłosić wypa- 
dało* W tej mierze najwięcej przewodniczył 
i. p. Jan Popliński, jako z redakcyjnemi sto- 
sunkami, miejscem pobytu piszących, ich praw- 
dziwem nazwiskiem, dobrze obeznany* 

Dotąd nasza umowa i cały stosunek redak- 
cyjny polegał na słowie* Chociażeśmy myśleli, 
ze pan Wojkowski nie nadużyje położonego 
weń zaufania, bobyśmy mu się inaczej nie byli 
powierzyli ; dla większej atoli pewności, czyli 
raczej dla rozkładu i sforności w pracy około 
redakcyi, wymagającej zwłaszcza z początku 
większej energii i zabiegów, ułożyliśmy piśmienny 
kontrakt, któryśmy panu Wojkowskiemu na ses- 
syi, u J. Łukaszewicza na dniu 18. Marca 1838 
odbytej, do przeczytania i podpisania przedło- 
żyli. Kontraktu tego, przez nas Mszjrstkich przy- 
jętego i podpisanego (ś. p. J. Popliński nie był 
przytomny, więc go wtenczas podpisać nie mógł), 
osnowa jest następująca: 

„Niżej podpisani zamierzając wydawać 
„wspólnie pismo peryodyczne pod tytułem: Ty- 
„godnik literacki, umówili pomiędzy sobą na- 
stępujące warunki, które ich wszystkich w ssoze- 
„gólności i w ogólności obowięzywać będą. 

„§• 1* Pismo Ttjgod. lit. wychodzić będzie 
„kosztem podpisanych; wszelkie zatem straty, 
„lub korzyści, podzielać podpisani będą w ri" 
v ivnych częściach; przy dzieleniu przecież ko- 
rzyści wzgląd będzie miany na tych, którzy 
„więcej pracować będą. 

„§. 2. Dla zachowania niezbędnego wka- 
„żdem przedsięwzięciu porządku, a oraz dla 
„ułatwienia sobie nawzajem pracy, materyalne 
„zatrudnienia koło Tygodnika podzielone będą 
„w następującym sposobie: 

„1. A. Popliński będzie się trudnił rozda- 
„waniem numerów Tygodnika, odbieraniem 
„prenumeraty tak od osób pojedynczych, jako 
„też od księgarzy krajowych i zagranicznych, 
„którym, po poprzednie* porozumieniu się 
„z swymi współwydawcami, pewne rabaty 
„odstępować będzie* Co pół roku złoży na 



„sessyi, umyślnie na ten cel umówionej, rachu- 
„nek, poświadczony dowodami, tak z pienię- 
dzy, jako też z rozdanych numerów Tygod- 
nika. 

„2. A. Wojkowski będzie utrzymywał kor- 
respondencyą i wszelkie w tej mierze czyn- 
„nosci, jako to: będzie zawierał kontrakty 
„i będzie wypłacał należytości drukarni z ode- 
branej od A. Poplińskiego prenumeraty. 

„3. J. Łukaszewicz będzie sprowadzał pa- 

„pier na Tygodnik, wydawał go drukarni De- 

„kera i co pół roku złoży rachunek z uży- 

„tego papieru, na który odbierze z prenume- 

„raty należy tość." 

„§. 3. Numera Tygodnika nie będą nikomu 

„gratis wydawane, prócz osobom udzielającym 

„w znacznej ilości artykuły do Tygodnika, po 

„jednym numerze dla każdego z wydawców. 

㤥 4. Wyznaczenie honorarium za nadse- 
„łane artykuły, następować będzie za wspól- 
„nem porozumieniem się wydawców* 
6) ze strony naukowej. 
„§• 5. W każdą niedzielę odbywać się będę 
„sessye u niżej podpisanych, na których układane 
„będą numera Tygodnika. 

„§• 6. Na rzetelną wartość artykułów, a 
„bynajmniej nie na ich ^autorów wzgląd miany 
„będzie przy wyborze artykułów. 

„§• 7. Odrobione i nadesłane na każdy 
„numer materyały, składane będą u J. Łukasze* 
„wicza, który je drukarni Dekera posyłać będzie; 
„ten sam trudnić się będzie korrekturą. 

㤥 8. O potrzebnych rycinach, notach, lub 
„t. p., podpisani wspólnie naradzać się i decy- 
„dować będą. 

„§• 9. A. Wojkowski utrzymywać będzie 
„korrespondencyą naukową z osobami do Redak- 
„cyi zgfaszającemi się, lub też z tymi, do których 
„Redakcya uzna za rzecz potrzebną zgłosić się. 
„Wszakże odebraną korrespondencyą winien na 
„najbliższej sessyi współce przedłożyć i w duchu 
„zdania większości odpisać. 

„§. 10. Pisma peryodyczne, kosztftm Redak- 
„cyi trzymane, mają być na trzy równe części 
„podzielone, czytane, a na każdej sessyi artykuły 
„z nich warte umieszczenia w Tygodniku, maja 
„być pod rozwagę wszystkich podawane. 

„§. 11. Wszystkie interessa, tyczące się 
„Redakcyi Tygodnika, tak materyalne, jako tez 
„naukowe, większością głosów przytomnych 
„członków Redakcyi rozstrzygane będą. 

„§• 12. Ponieważ każde pismo peryodyczne 
„interes traci, skoro Publiczność naprzód o treści 
„jego jest zawiadomioną, przeto niżej podpisani 
jjobowięzują się do ścisłego w tym względzie 
„sekretu. 

„§. 13. Gdyby który z podpisanych tu, po- 
j,wodowany jakiemi okolicznościami, chciał nad* 
„werężać którykolwiek z powyższych warun- 
ków, a tern samem usuwał się od współki, 
„wolno mu to będzie uczynić; pozostali atoli 



Digitized by 



Google 



176 







fiu* #»&«&£ 

1r Zx 



4P- f^jt^'^ 



Facstmiiia. 



„członkowie kontynuować mogą wydawanie Ty- 
godnika pod ta samą firmę. 
"* „Pozna- dnia 18. Marca 1838. 

„Poplinski. • 

„Wojkowski. 

f ,J. Łukaszewicz." 

Układ ten w praktyce w tern doznał mody- 
fikacyi, na którąśmy milcząc zezwolili, by wni- 
czem z naszej strony nie nadwerężać pozoru, 
ze Nra. Tygodnika, zamiast jak sie należało u 
Poplińskiego, u Wojkowskiego składane, i przez 
niego poczcie i księgarzom wydawane były. 
Panu Wojkowskiemu była prócz teąo poru- 
czona korrespondencya, które atoli w duchu więk- 
szości członków, Redakcyą składających, winien 
był prowadzić, i odebrane listy na najbliższe} 
sessyi Redakcyi przedłożyć. W ogóle wszystkie 
interessa załatwiały się na takowych sessyach, 
kolejno u nas trzech odbywających się, a to 
większością głosów przytomnych członków, bez 
względu na to, czy pan Wojkowski z nami się 
zgadzał, lub nie. "Tu także wyznaczano hono- 
raria, składano rachunki, rozkładając wydatki 
na trzy równe części. f m 

Dla zapewnienia pewnej jednostajnosci w re- 
dakcyi, przegląd nadesłanych artykułów, zwła- 
szcza dłuższych, lub wątpliwszych , ocenianie 
ich i dorabianie bieżących artykułów, piłowanie, 
a nawet i całkowite przerabianie słabszych, a 
mianowicie przez pana Wojkowskiego wypra- 
cowanych , które niekiedy zupełnie na nowo 
przepisane do drukarni odchodziły, było przy 
A. PopKńskim. Tenże sam trudnił się pierw- 
szą, jako główną korrektą, którą podług pe- 
wnych, jednostajnych zasad językowych utrzy- 
jmy wał. Odwołujemy się w tej mierze do świa- 
dectwa czcionkarzy i dysponentów w drukarni 
Dekera, gdzie się Tygodnik drukuje. 



Nie przytaczalibyśmy nigdy tego faktom, bo 
pan Wojkowski, człowiek młody, bez litera- 
ckiego doświadczenia, nie mógł mieć owtfj 
wprawy wpisaniu i potrzebnej znajomości pi- 
śmiennictwa, zwłaszcza ojczystego, by przewo- 
dniczyć naukowemu pismu; ale nas do tego 
znagla obłędliwe w Publiczność wmawianie, 
jakoby on jedynym był i istotnym redaktorem* 
Że pan Wojkowski miał i ma na swoje imię 
wyrobiony konsens, tegośmy mu nigdy zaprze-' 
czać nie myśleli; ale równie i pan Wojkowski 
tego zaprzeczyć nam nigdy nie zdoła, żeśmy 
od zawiązania się pisma aż do Nru. 33. 1839. 
redakcyą kierowali. Publiczność nie jest tak 
ograniczona, iżby nie wiedziała, że inszy jest 
solistyczny wykręt, a inna goła, nieubarwiona 
prawda. 

Poznań, dnia 27. Listopada 1839. 

Poplinski. 

J. Łukaszewicz. 



Facsimilia. 



1. Stanisław Potocki, wojewoda kra- 
kowski, wielki hetman koronny. Z listu pisa- 
nego z Warszawy r. 1666. dnia 14. Maja do 
■Miechowitów. 

2. Samnelis Nakielski, Praepti S. 
Haedyigis Anno 1621. Z książki będącej 
niegdyś jego własnością* 

3. P. Szczerbicz. Podpis zdjęty z kon- 
stytucji z roku 1589, drukowanej w Krakowie 
u Mikołaja Szarffenbergera. Książka ta była 
niegdyś Szozerbicza, jak tego dowodzi podpis 

li * J e 6° własne przypiski. 



Nakładem i drukiem Ernesta Gunthera w Lesznie. (Btd. J. Łuk*siewitt~) 

Digitized by L^OOClC 



Przyjaciel Ludu. 



Rąk szósty. 



No. 23. 



Leszno, 
dma 7. Grudnia 1839. 




178 



Kowno. 

Widziałem piękną dolinę przy Kownie, 
Kędy Busalek dłoń wiosną i lałem 
ŚoUU mnrautę, kraśnym dsi m n aa imiaUmt 
JesUo dolina najpiękniejsza w świecie. 

Grazjna. 

Gdy włoskie plemię przybywszy w nadnie- 
meńskie strony, zaczęło panować nad częścią 
Gotów, i tym sposobem, według podań Słryj- 
kowskiego, dato początek narodowi litewskiemu ; 
potomkowie Palemona, naczelnika przybyłych 
Włochów, znajdując w zarosłej lasami krainie, 
wesołe nad brzegami rzek miejsca, liczne w nich 
pozakładali zamki i miasteczka. Z liczby tych 
osad było Kowno, które założył Kunos, syn 
Palemona. Gdy książę ten, założony zamek 
obrawszy na stolicę / panował wokoło Wilii, 
Niemna, Niewiazy i Dubissy, Borkus, brat jego 
starszy, od Jurborka, stołecznego swojego zamku, 
aż do morza pruskiego i kurlandzkiego, udział 
swój rozciągnął; najmłodszy zaś począwszy 
budować nad jeziorem zamek Sperę, ugrunto- 
wał swoje siedzibę między Niewiażą, Serwen- 
tą i świętą rzeką. Tymczasem nieco dalej nad 
rzeką świętą, Dosprungus, dziad w linii żeńskiej 
wspomnionych trzech synów Palemona, miał 
Wiłkomierz i Dziewałtów założyć. 

Wkrótce potćm dwaj bracia Kunosrf, Bor- 
kus i Spera, bezpotomnie pomarli; udziały ich 
Spadły na brata, a wówczas Kowno stało się 
stolicą obszernych lasów, od Wiłkomierza po 
sad rzeką świętą, Wili ją i Niemnem, aż do 
morza kurskiego, rozciągających się. 

Synowie Kunosa, Kiernus i Zywibund, roz- 
dzielili państwo ojca na dwie części: Kiernu- 
sowi udział po nad Wiliją , aż do . Niewiazy 
rozciągający się, a Zywibundowi Żmudź się 
dostała. ( Drugiego udziału rezydencyonalne 
zamki były Kowno i Jurbork, pierwszego, zaś 
Kiernow, założony od Kiernusa. To trwało 
do czasów Kukowojta, syna Zywibunda Dor- 
sprungowicza, który żmudzką stolicę w Jurborku, 
wKunassowie albo Kownie, a litewską wKier- 
nowie opanowawszy, władał, znaną już sąsia- 
dom z dzielności swojego oręża, Żmudzią i po- 
wilijską Litwą: gdy tymczasem inni książęta 
litewscy, szeroko zabory swoje na Wiliją, na 
Rusi, posuwali, gromiąc przeważnie napadają- 
cych wschodnią Europę Tatarów. 

Po Kukowojcie dostało się Kowno jego sy- 
nowi Utenesowi, który małoletniego syna swo- 
jego , z całą' Żmudzią i Litwą , pod swojem 
władaniem będącą, oddał w opiekę Ryngoltowi, 
Algimunta synowi, książęciu nowogrodzkiemu. 
„Ten do śmierci ojca swego Algimunta, w No- 
wogródku na księstwa ruskie, podlaskie i sie- 
wierskie podniesion, a ze strony opieki Swin- 
tproha Utenesowicza wKiernowie, wKunasso- 
wie i w Jurborgu wielkim księciem żmudzkim 



i litewskim, Mspólnemi obojego pospólstwa głosy 
wybrany, złączywszy w jedno państwo księstwa: 
ruskie, żmudzkie, kurskie, litewskie i podla- 
skie, pierwszy pociął się pisać wielkim, księ- 
ciem litewskim.'' 

(DaUsy ciąg naatqpi.) 



R a m p s i n i t. 

(Gadka zBerodota.) 

Był jeden Król w Egipcie, nazwiskiem Ram- 
psinit. Ten zamiast sobie skarbió serca pod- 
danych, wolał zbierać pieniądze, za które juz, 
zdaniem Rampsinita, wszystkiego, a nawet i serca 
dostać było można. Przez kilkanaście lat swego 
panowania, zgromadził niezmierne skarby, i był 
najszczęśliwszy, gdy mógł poić oczy widokiem 
tylu dyamentów, rubinów, pełnych beczek żół- 
tego złota, niezmiernych kadzi siwego srebra. 
Jedna tylko mała okoliczność niepokoiła jego 
serce: drżał jak listek osowy na wspomnienie, 
że te, z takim trudem zgromadzone zbiory, mo- 
gły mu być przez niegodziwych ludzi wydarte, 
skradziona połowica, co mówię połowica, cała 
dusza jego. Dla tego nie dowierzając nikomu, 
wisiał jak pies na łańcuchu przy swoich skar- 
bach : najmniejszy szelest w nocy spłaszał go 
z łoża, bo ciągle miał tern głowę nabitą., że 
już łotry unoszą skarby. Myśl ta okropna drę- 
czyła go dzień i noc. Kto inny byłby może 
postawił dubeltowe straże, ale nasz.Rampsinit 
nie w ciemię bity, myślał sobie: a któż mi 
straże pilnować będzie? Aby się więc uwolnić 
od ciągłego kłopotu, Rampsmit nie widział in- 
nego sposobu , jak wymurować skarbiec najwa- 
rowniejszy z granita, czyli raczej skrzynię ka- 
mienną, bez okien i bez żadnego zewnątrz 
otworu, przypierający do jego' sypialni, z której 
jedyne drzwi prowadzić miały ao tej pieniężnej 
cytadeli. Zawołany do króla budowniczy, uła* 
twił wkrótce cały interes, zwłaszcza, że nie 
potrzebował sobie głowy łamać nad wytwór- 
nością struktury; szło tu bowiem tylko o grubo 
ściany, o szczelną i warowną robotę. Luba 
król nie wyjawił budowniczemu przy abrysie, 
do czego ten przyboczni osobliwszy gmach był 
przeznaczony, ponieważ to właściwie nie nale- 
żało do rzeczy, a Rampsinit też nie lubił z ni- 
kim rozmawiać o swoich skarbach; przecież 
domyślny rzemieślnik zgadł ód. razu, o co tu 
idzie. Nie wiadomo, czyli budowniczy nie zbyt 
hojnie od skąpego króla za swą pracę wy- 
nagrodzony został, czyli tćż, co podobniejsza ao 
prawdy, z wrodzonej ludziom chętki do £łego, 
wywiązał się zdanego sobie polecenia w sposób 
najnieuczciwszy, jak się to niżej okaże. 

Jakokolwiek bądź, Rampsinitowi spadł ka- 
mień młyński z serca, gdy ujrzał wszystkie 
beczki z pieniędzmi, szkatułki zdyamentami, do 
tej warowni zniesione, porządnie poustawiane 



Digitized by 



Google 



m 



za żelaznem i ? mocno kowanemi drzwiami scho- 
wane, od których klucz w jego znajdował się 
kieszeni. £odzień po smacznym obiedzie ,. dli 
większej strawności żołądka, pasł oczy swoje 
widokiem ponętnego złota, a młoda królewna, 
córka jego, cieszyła się, jako uśmiechająca 
się wiosna, ze jej dawniej tak skłepotany oj- 
ciec, wypogodził zachmurzone czoło, i nóciła 
dla jego rozrywki zastosowaną do tego pios- 
neczkę. Alełen błogi stan nie był długotrwały* 
Wszedłszy raz Rampsinit' do skarbca, i wpa* 
trzywszy się w jedne ulubioną pękata , złotem 
napełniona beczułkę, dostrzegł w jej złotej fizyo- 
gnomii' jakąś zmianę, i zdawało mu się, ze 
ezerwieńce -poruszone były. Zmieszało go mocno 
tak niespodzie\vaiie odkrycie, a jako był pani 
przezorny, porobił w beczkach pewne znaki* 
Lecz jakież było jego okropne przerażenie, gdy 
nazajutrz raoiutenko, zajrzawszy do skarbca, 
tirzekonał się dowodnie, ze prawie z każdej 
beczki pieniędzy ubrano. Od tej chwili po- 
wróciła dawna jego niespekojneść i trwoga, a 
to tym bardziej, ze pojąć nawet nie mósł. kto 



i jakim sposobem zakrada się do jego skarbca, 
kiedy zamki i pieczęcie, które dla większej 
pewności kładł teraz na drzwiach, były nie- 
naruszone* Rampsinit zapalił swoją małą lamp- 
kę, chodził z nią około gołych ścian skarbca^ 
szukając jakiego znaku, ale mury wszedzifc 
warownie i szczelnie z granitów spojone, niepo- 
dobnem czyniły wniście. Pomimo tego jednak 
widać było aż nadto jawnie, że tajemna ręka 
podbiera jego złoto. Rampsinit zachodził w gło- 
wę. Na kogo tylko spojrzał, widział w nim 
złodzieja swoich pieniędzy; a nasz wiarogodny 
historyk twierdzi, że nawet pierwszego mini- 
stra miał w podejrzeniu. Szło teraz tylko o to, 
jakby schwytać tego niegodziwego człowieka. 
Postawić warte zewnątrz skarbca, toby nie było 
doprowadziło do celu, owszem byłoby go ostrze- 
gło o niebezpieczeństwie. Po długich więc na- 
mysłach, przedsięwziął król pozastawiać we- 
wnątrz skarbca, około najpękatszyeh beczułek, 
sidła i żelaza. Wierny rzemieślnik narobił ich, 
ile było potrzeba i pozastawiał, jak żądano. 

Teraz wracani do złodzieja, czyli raczej zło- 
dziei. Budowniczy ów, jak się powiedziało, 
zbyt domyślny , jeden z granitowych kamieni 
w ścianie tak zręcznie położył, iż tenże łatwo 
z fug swoich dał się wysuwać, otwierając tern- 
samem wygodne wniście do skarbca. Sam 
budowniczy nie korzystał nigdy z tej sposobno- 
ści zbogacenia się, nie długo bowiem po zakoń- 
czeniu oudowy , rozniemógłszy się, śmiertelnie 
zachorował, a będąc troskliwszym o zapewnie- 
nie swej żonie i synom łatwego sposobu do 
życia, niż o ich dobre imię i uczciwość, od- 
krył im na śmiertelnera łożu tajemnicę o kun- 
sztownie wprawionym kamieniu do skarbca. 
Tego im tez właśnie było potrzeba. Ledwie 
nochowali ojca, natychmiast pierwszej zaraz 



nocy z niecierpliwością wielką udali się na 
wskazane miejsce, i porządnie napełnili wszy* 
stkie kieszenie, a gdy się te wkrótce wypró- 
żniły,^ uznali za rzecz słuszną, odwiedzić znowu 
skarbiec, aż się nareszcie rzecz cała wykryła, 
i owe nieszczęsne żelaza, pomimo ich wiedzy 
zastawione zostały. W dobrej wierze poszli i' 
tą rażą jak na pewne i po swoje, i najstarszy 
brat uchyliwszy kamienia, wlazł najprzód do 
skarbca. Ledwo kilka kroków postąpił, zwarły 
się kunsztowne żelaza, i jego całego bez ra- 
tunku pochwyciły. Poznał natychmiast swoje 
położenie, ostrzegł o niem wchodzącego za nim 
młodszego brata, a ponieważ był człowiekiem 
rezolutnym i odważnym , w te odezwał się do 
niego słowa: „Mnie już ocalić niezdołasz, ale 
zginąłbyś i ty i nasza matka, gdyby mnie tu 
znaleziono. Nie masz więc innego sposobu wy- 
bawienia was przynajmniej, jak abyś mi na- 
tychmiast głowę uciął, i wziął ją z sobą/ to się 
rzecz nieodkryje." Młodszy brat wzdrygał się 
wprawdzie na taką braterska propozycyę, ale 
gdy widział, że schwytany i tak umrzeć musi, 
w końcu rezolwował się na wszystko. Po tym 
krwawym czynie wziąwszy głowę swego brata, 
wylazł spiesznie otworem, wsunął za sobą ka- 
mień, jak należało, i pospieszył do matki* Skoro 
świt, Rampsinit pokwapił się do skarbca, chcąc 
się naocznie przekonać o skutku swego fortelu. 
I nigdy podobno król żaden bardziej się nie 
zdumiał, jak Rampsinit, gdy ujrzał przy swych 
pieniędzach trupa bez głowy, i najmniejszego 
śladu wniśeia. To było dla niego prawdziwą 
zagadką. Nie tracił jednak nadziei, i spodzie- 
wał się za pomocą trupa dojść kłębka po nici. 
Rozkazał więc wystawić zwłoki zabitego na 
widok publiczny, i natychmiast chwytać każ- 
dego, ktoby na widok trupa smutek lub żal po- 
kazywał. Pomysł ten, me czyniący wielkiego 
zaszczytu przenikliwości Rampsinitowej , nie- 
byłby nigdy wydał współwinowajcy, albowiem 
ten zbyt ostrożny i przebiegły, ażeby się miał 
podawać w niebezpieczeństwo przez niewczesne 
żale, ale matka jego zmusiła go do przedsięwzię- 
cia środków prawdziwie niebezpiecznych. Nie- 
wiasta tu strapiona śmiercią syna i zniewagą 
niepochowanycn jego z włoków, oświadczyła 
wręcz żyjącemu, iż jeżeli nie wynajdzie sposobu 
i me odda jej ciała do pochowania, sama go- 
towa jest wszystko królowi wyjawić. Napróżno 
usiłował nieszczęśliwy syn wybić podeszłej nie- 
wieście z głowy takową rezolucyą; ta, znając 
przebiegłość syna, nie dała się mczem poruszyć. 
Gdy nareszcie widział, że wszystkie prośby są 
nadaremne, zaczął nareszcie myślić nad planem 
do uiszczenia życzeń matki. 

Ojuczył kilka osłów Morami z winem, za- 
pędził je pod wieczór blisko miejsca, gdzie 
żołnierze stali przy trupie na straży, i wycią- 
gnął znienacka czopek z dwóch worów; a gdy 
to obfitym strumieniem lać się na ziemię za- 



Digitized by 



GToogI< 



160 




Wiłtk rem pałacu iróUw egiptkick. 



częło, w głos krzyczeć i lamentować poczet, 
usiłując niby zatkać otwory. Na krzyk ten 
przybiegli żołnierze, ale zamiast dopomódz nie- 
szczęśliwemu, każdy nadstawiał swoi szyszak, 
i zaczęli pić na wyścigi wśród zgiełku i śnie- 
cha. Z początku nasz filut udawał strasznie 
zagniewanego, ale gdy widział, ze ci waleczni 
rycerze nie pokazywali ochoty do wypuszczenia 
zdobyczy z rąk swoich, powyciągał, • szamocąc 
się niby z nimi , i inne czopki z pozostałych 
worów, a tak wino strumieniami w ich szyszaki 
i gardła płynęło. I na tern się skończyło, ze 
się wszyscy doskonale upiwszy , wkrótce po- 
snęli* Gdy się juz dobrze zmierzchło, młodzie- 
niec zabrał zwłoki brata w worek i włożył na 
osła, a potem chcąc nadto wypłatać królowi 
figla, ogolił śpiącej straży poł brody po jednej 
stronie. 

Gdy się nazajutrz Rampsinit o t&n dowie- 
dział, wpadł w cholerę i chciał na niedbałych 
strażników wywrzeć cały gniew swój ; wkrótce 
atoli pomiarkował się, ile, ze mu tą rażą nic 
z jego złota nie ubyło , a jako pan słuszny i 
wyrozumiały, nie mógł sam odmówić złodziejo- 
wi podziwieaia, 4 przyczyny jego niepospolitego 



talentu* Juz wyżej powiedziałem, czyli raczej 
nasz grecki dziejopis, ze Rampsinit szczęśli- 
wszym był w zbieraniu materyalnycb, niż umy- 
słowych bogactw ; ztąd jego plany, które do 
odkrycia złodzieja wynajdywał, pokazywały, 
ze jego umysłowe usposobienie, czyli, po prostu 
mówiąc, rozsądek, najczęściej pokawił, gdybało 
• co innego, jak o pieniądze. Okazuje się la 
najlepiej z niezbyt dowcipnie wymyślonych środ- 
ków do pochwycenia złodzieja. Otóż teraz ka- 
zał w całem Memfis ogłosić, ze ten królewnę 
z* zonę dostanie, kto jej najprzebieglejszą mo- 
wie historyą; myślał bowiem sobie, ze nadzieja 
omągnionia ręki królewnej, może znęci prze- 
biegłego filuta, do kuszenia się o ten zaszczyt 
i wtem się właśnie nie omylił; ale tego swym 
bystrym nie przewidział rozumem, ze mu ternie 
nowy wypłatać może figiel. I tak się tez stało* 
Przebiegły młodzieniec stawił się niebawem, 
ale domyślając się zasadzki, przygotował się 
na wszelki wypadek. Udał się więc nad wie- 
czorem w konkury do królewndj, jak godny j^j 
papa mieć chciał; a gdy ta młoda dama, podług 
planu przez króla ułożonego, zapytała go się 
o dowcipną jaką sztuczkę, opowiedział jĄ 
śmiało swoje przygodę z strażnikami . królew- 
skimi. Skoro skończył, królewna, podług 
umowy z ojcem, uchwyciła go za rękę, i na- 
robiła hałasu, aby chwytano złodzieja. Ale. 
jakież było jej zdziwienie, gik ręka oddzielona 
od ciała, w jej garści pozostała, a filut uciekł. 

Tu juz Rampsiukewi przybrakło konceptu; 
a ponieważ sobie nie chciał dłużej łamać gło- 
wy, a ciekawość jego, aby poznać teg* czło- 
wieka, rosła coraz hardziej; przeto kazał ogło- 
sić powtórnie w stolicy, że jeżeli ten cudowny 
złodziej sam się przed jego obliczem stawi, 
nietylko mu winę daruje, ale go jeszcze sowi- 
cie wynagrodzi. Młodzieniec, -ufny w słowo 
królewskie, zgłosił się do Ramnsinita, i wyją* 
wił mu ową tak dla niejco ważną tajemnicę o 
ruchomym kamieniu w ścianie do skarbca. „A 
oddzielona. ręka ?" dodał ciekawy króL — Od- 
powiadający uśmiechnął się i rzekł: Ponieważ 
się domyślałem, że królewna, po uczynieniu 
zwierzeniu, zechce mnie chwytać , przyniosłem 
na ten cel pod szatą urżniętą umarłego rękę* 
Król widząc od siebie człowieka mędrszeae* 
nie rozgniewał się wcale, łecz owszem bardzo 
go polubił, i dał mu córkę swoje za zonę, 
przeciwko któremu najmędrszemu rozporządze- 
niu królewskiemu, królewna, jak historyk za* 
ręczą, nie robiła żadnych wyjątków. 

Tak się kończy historyą najsławniejszego 
egipskiego w starożytności rzezimieszka; wy- 
znać potrzeba, że ten koniec wcale był inny, 
jaki zwykle spotyka podobnych Łudzi w naszych 
prozaicznych czasach. 

Gmdmła. 



Digitized by 



Google 



161 




Medale Jana Zamojskiego. (*) (ZgmUryi Edwmrdm Hmciytskiego.) 



Opisanie ujęcia i stracenia Samuela 
Zborowskiego. (**) 

W końcu Kwietnia (roku 1584.) ujął Jan 
Kamojski, kanclerz wielki koronny, Samuela 
Zborowskiego., i śmiercią go skarał. Że zaó 
ztąd wielkie zmiany powstałby mogły, przeto 



(*) Nie jest Makiem i całe azdstoayą naszą nie 
ohznajomiouym, kto bohatera tego, nie zna* nie ma i 
w litteratnrze doświadczenia , aby kto o wielkich jego 
i -względem nauk zasługach nie słyszał. Na czerfć Jana 
Zamojskiego podaje nam Edw. Raczyński w galery! 
ansojej dwa medale bite, pod ttrem. 90 i 91 nmieesezone. 
Pierwszy, ma popiersie Jana Zamojskiego, 
z głową nienakrytą, z lewej strony widziana, wło- 
sy krótkie, na czoło, do uszu i w tyle do szyi spu- 
szczone, broda ostrzyżona, wąs goły, odzienie 
w kształcie ferezyi na szyi zapięte, z kapturem 
i futrem podszyte. Napis: JOAN(nes) ZAMOY- 
SKI MAG(nus) CANC(ellarius) POL(oniae) 
PRAEF(ectus) GEN(eralis) Ml(htum); t.j.: Jan 
Zamojskie kanclerz w. kor., hetman w. 

Strona odwrotna: Dwa wieńce, u góry lau- 
rowy, u dołu oliwny, z sobą brzegiem jednym 
«a środku medalu połączone. Napis: UTRAQ(ue) 
Cl VIS; uj,: Obiema obywatel. 

Drugi, popiersie z boku widziane Jana Za*, 
utojskiego w zbroi, na której draperya jest za- 
rzucona. Napis w otoku w dwóch wierszach: 
JOHANNES DE ZAMOSCIO R(egni P(aloniae) 
*UP(remua) OANCE(la*nius) ET EXER(cites) 
«ENE(ralis) CJJPI(taiiee%*); Uy: Jan naZamo~ 
icin, królestwa polskiego, wielki kanclerz, wojr 
dba oródflŁ najwyższa 



w krótkości opiszę, jak się ta rzecz prawdz* 
wio miała* 

Samuel Zborowski, jako vii Jan, naczelny 
niegdyś dowódzca wojska pod hańskiem, An» 
drzej i Krysztof, którzy niejaki czas na dworne 
cesarza rzymskiego z panem Łaskim bawili, %Ą 
rodzonymi braómi, z znakomitego i dawnego rod* 
w koronie polskiej. Samuel zabił za czasów 
króla Henryka, szlachica polskiego, Wapow* 
skiego, i został z kraju wygnanym, ale się za 
teraźniejszego króla starał, aby «ię mógł z wy* 
gnania powróció, dla tego jeździł do Francyi i 



Strona odwrotna: Dwa wieńce., jeden w dru- 
giego zachodzący. Napis: UTRAQ(ue) CI VIS, 
t.j.: Obiema obywatel. 

Albeirtrandi dowodzi , iz oba te medale były za pa- 
nowania króla Stefana bite, i to za staraniem samego 
Zamojskiego, nieodrsnca jednakże owego pospolitego 
wykład* , t. j.: iz Zamojski, kanclerz i hetman, na 
tych dwóch urzędach najwyższego kresu cbwały dosta* 
piwszy , i w pokoju i na wojnie prawdziwym, godnym 
ojczyzny swej pokazał się obywatelem, i w skutek tego, 
od monarchy medalami tymi zaszczyconym został. 

(**) Wyjątek z rękopismu tłumaczenia dziełka Wa- 
wrzyńca Mullera, opisującego kilka lat z czasów pano- 
wania Stefana Batorego. Tytuł tego dzieła, dziś' nie- 
zmiernie rzadkiego, jest taki i „Polnische, Lifflandi- 
seke t Moschouriterische, und andere Historien, x# suk 
unter diestn je lii gen Eónig (Batory) sn Połen s«e/*- 
tragen ele. Hit FUiss %us*mm*n gezę gen durck A. 
Lauremtimm MmiUr etc. 4*%o 1585. 4<e.*' Muller byt 
radzcą nadwornym księcia kurlandzkiego, znał dobrze 
wszystkie snakomitsze wówczas domy polskie, używa- 
nym był od Batorego do rozmaitych poselstw, a zatem 
nrógł wiedzieć wszystkie taczegoły ujęcia i stracenia 
ako i o a aa k iagaw 



Digitized by 



; y Google 



18S 



poradzał się z Henrykiem. Tenże wraz z brać- 
mi, Janem i Andrzejem, wszystko na to łożyli, 
jak w wstępie wspomniano, aby Stefan królem 
polskim obrany został, i zaprawdę bez pomocy 
panów Zborowskich i ich stronników, nigdyby 
tenże król do rządów nie był przyszedł, cho- 
ciaż to przez to nie chcę powiedzieć , jakoby 
Bóg tego przez inne narzędzia i pośrednie osoby 
nie był mógł zdziałać, ale tylko, że ci Zborow- 
scy właściwie, prawdziwe causae sine ąuibus 
non byli. Nie może ttó być zaprzeczonem , że 
tenże Samuel Zborowski nigdy nie był ściganym 
dla proskrypcyi, owszem wiele razy bywał 
z dobrą miną in publicis cpngressibus w Kra- 
kowie i gdzieindziej, gdzie się król i wielki 
kanclerz znajdowali, tak, że właściwie niemo- 
żna powiedzieć, aby był prawdziwie osądzo- 
nym ex legę et statuto: ale b^ła inna przy- 
czyna, która dotąd wprawdzie tajoną i nie wielu 
ludziom nawet w koronie polskiej wiadomą była. 
Że zaś z tego takie korowody powstały, i ow- 
szem jeszcze wątpliwości w tych stronach dla 
uniewinnienia czynu rozsianemi zostały, przeto 
zamierzam wszystko prawdziwie i wiarogodnie 
opowiedzieć. Krótko pierw wspomniano, że 
król polski szybko cokolwiek wojska na Po- 
dole przeciw Tatarów wysłał; między innymi 
byli wysłani dwaj węgierscy panowie, pan Zy- 
berk i pan Cobar; pan Zyberk był już o jeden 
nocleg za ruskim Lwowem; pan Cobar zaś 
został na noc w Lwowie; przypadkiem znajduje 
w gospodzie biegłego lutnistę, który kiedy nie- 
kiedy fantazye na lutni dla siebie wygrywał; 
pan. Cobar, który dobrze po polsku i niemiecku 
umiał, zapytał go się; czyby służby nie szu- 
kał, chcąc mu ją wyrobić. Tenże odpowiada, 
że jest u pana Samuela Zborowskiego. Gdy 

Ean Cobar to nazwisko usłyszał, pomyślał so- 
ie zaraz, więcej się od mego wywiedzieć, al- 
bowiem było porozumienie, że Zborowski chce 
się kazać obwołać attamanem kozackim; ztąd 
pije do niego i pyta, gdzie się teraz jego pan 
Znajduje? Ten odpowiada, że jest niedaleko 
od L\rowa. Pan Cobar pyta dalej: co teraz 
w tych stronach robi, kiedy głośna wieść biega 
o napadzie Tatarów? Ten miał powiedzieć, 
że się tam ma z niektórymi umówić, i zarazem 
miał się wymówić, że szczególne sprawy się 
knują. Pan Cobar postępuje zawsze dalej, 
chwali lutnistę, mówiąc, ze szkoda, żeby przy 
awej biegłości w sztuce, nie miał być sługę kró- 
lewskim, i daje mu gotówką złoty węgierski, 
dopija do niego, rzecz dalej prowadząc; za- 
pytuje: czemu si^ jego pan sam winowatym 
czyni, nieupokarzając się dokładniej przed kró- 
lem, coby mu pożyteczniej było, jak że tak 
nienawiścią ściga kanclerza. Lutnista, czy z pi- 
jaństwa, czy z łotrostwa. zaczął kilka razy 
ipzdychąć, mówiąc, że chciałby utłumić w sobie 
cześć ku swemu panu; albowiem Zborowscy 
mają wprzedsięwzięciu tak szczególne zamiary, 



że aż go zgroza pobiera, gdy o nich myśli. 
Gdy pan Cobar tyle z niego M r yciągnat, coraz 
bliżej do rzeczy przystępował, przyobiecał, że 
mu służbę u króla wyrobi, napominał go, by 
byt wierniejszym królowi, jak swemu niewier- 
nemu panu, i by wykrył, co złego wiedział, 
przyrzekając mu, że z tego żadne niebezpie- 
czeństwo dULa niego nie wyniknie. Tenże obie- 
cał mu to wykryć, ale będąc tego wieczora 
podchmielonym, prosił o czas aż do drugiego 
dnia. Pan Cobar udał, jakoby miał o czem 
więcej do myślenia, i że przypadkiem mógłby 
to nazajutrz zapomnieć, wyjął dla tego swój 
puliaresik, mówiąc, by mu sam wpisał, że ju- 
tro, wykryje zamiary Zborowskich przeciw kró- 
lowi, co też lutnista uczynił. Tej samej nocy 
wysłał pan Cobar do swego towarzysza, pana 
Zyberk, gońca, by w imię Boga ruszał, skoro 
czekać nie może, albowiem odkrył sprawki, na 
których królom bardzo wiele, bo życie, a 
ich wszystkich własna pomyślność zależy, o 
czem mu wkrótce doniesie. Rozkazał też swe- 
mu kucharzowi smaczne ranne śniadanie przy- 
gotować i nim lutnista wstał, była już na stole 
matmazya i inne konfekta. Pan Cobar udawał, 
jakoby nie chciał więcej, jak kwadrans czekać, 
zmusił lutnistę usieść i nieco konfektów spożyć. 
Tymczasem obmyślił gospodarz inną jesz- 
cze zupę i potrawy, w czem pan Cobar udał, 
jakoby to mu było niemiło, i jakoby tego nie 
żądał , jednakże powiedział później : kiedy już 
jest sporządzone, musimy więc za dobre przy- 
jąć, i tym lepiej zajadać. Kazał też swym 
wozom i jednej części dworzan naprzód wy- 
ruszyć, ale mieli rozkaz czekać w oznaczonem 
miejscu. Poczem zaczyna znowu z lutnistą po- 

Sijać, chwali jego biegłość w sztuce, i na nowo 
aje mu kilka węgierskich złotych. Lutnista 
może nie był od swego pana w ten sposób ob* 
sypywanym węgierskiemi dukatami, co mu się 
spodobało, i rzeki, że miałby ochotę, na dworze 
królewskim służyć. 

(Koniec nastąpi.) 



Myśli Okena względem usposobienia 
umysłowego zwierzrjt. 

Wymoczki i polipy niemają wiedzy i pamięci, 
czuja rzeczy' zewnętrzne, lecz czucia* tego nit 

Sojmują. Zycie ich umysłowe, w ptwaym wzglf» 
zie jest to stan magnetyczny, w którym widzą, 
wąchają, smakują, czują, mimo braku odpowie- 
dnich zmysłów* Uwaga i przezorność zdają się 
być pomysłami małżów i ślimaków. Patrząc 
na ślimaka, mniemamy, iż mamy przed sobą 
wieszczą boginię na trójnogu* Jak* okazałość 
w czołgającym sie ślimaku, jaka rozwaga *i p+> 
ważność, jaka lękliwoić, a zarazem jaka stała 
otucha* Zaprawdę, ślimak jest wzniosłem .{*•* 



Digitized by 



Google 



183 



dłem, głęboko w swem wnętrzu drzymiącego 
umysłu* Owad jest głównie organem powietrza 
i ruchu , czemu równie umysł jego odpowiada* 
Oddychanie sprawia moc, za tę idzie odwaga, 
z których każda tak wybitną jest cechę owadu; 
nad owad niema ziemia mocniejszego , niema 
waleczniejszego zwierzęcia* Gdy z oddechem je- 
dnoczy się powonienie, mają przeto owady węch 
doskonały, w którego duchu mieści się chytrość 
i obłuda, przymioty, jakimi niełatwo które zwie- 
rzę przewyższy owady. Z ruchu wykwita popęd 
do dzieł sztucznych* Ryby sąto przeczuwające, 
sztuczne zwierzęta, ^ które tajną siła przynęcone, 
największe odbywają podróże, zdobycz swoją 
w milowej odlegości wyszukać umieją — są to 
flegmatyczki* Ziemiowody pojętniejsze są, niż 
ryby; wiele wspomnień mogą one porównywać, 
a zatem rozważać; odwaga, jaką posiadają jako 
zwierzęta piersiowe, przechodzi u nich w bezczel- 
ność i bezwstydność — są to tylko zgłodniałe bo- 
hatery , właściwa im jest zadumczy wość* Ptaki 
mają władzę tworzenia wyobrażeń , t. j« rzeczy 
* poznać mogą z ich obrazów ; mają prócz tego mowę, 
t. j. znaki, godła, które same nie są rzeczami, 
lecz ja tylko oznaczają; poznają one stosunek 
objawienia umysłowego do organu lub materyi, 
postrzegają związek tam nawet, gdy ten po- 
chodzi czysto z wyobrażenia i nie ma w sobie 
nic raateryalnego. Wyobraźnię (sny), rozwagę, 
chęć naśladowania, władzę porównawczą, posia- 
dają w zupełności -*- są one temperamentu Krwi- 
stego. U zwierząt ssących, do innych usposobień 
zmysłowych, dołącza się dusza oku, z tą właści- 
wie poznawanie i pojmowanie; dla tego spostrze- 
gamy u zwierząt tych pojemności, wstyd, dumę, 
wierność, nienawiść, mściwość i t* p. — są to 
cholery ki* Wszelako ich pojętność jest jeszcze 
bez wiedzy własnej, jest to pojmowanie niektó- 
rych znaków, bez ich łączenia lub rozdzielania, 
bez sądu* Jeżeli z resztą dla zwierzęcia wszyst- 
kie jego organa stają sie przymiotami, przez 
wglądanie się na wszech świat ii przysłuchiwanie 
zwierzęciu, w godta i znaki rozpłynionemu, wten- 
czas wpatruje się samo w siebie , spostrzega się 
i jest o sobie zupełnie przeświadczone* Wten- 
czas zwierzę równe jest całemu ogółowi zwie- 
rząt, równe jest światu* Tym powszechnym 
duchem jest człowiek* W jego rodzie powsta- 
ła indywidualność ś wiata • Człowiek jest obra- 
zem świata* Jego Wwa jest duchem świata* 
W człWfek^ jednoczą d^ wszystkie czynności 
zwierzęce; 



Kronika litteracka. 

IJo najnowszych, mniej u nas jeszcze zna- 
ujch dzieł, należą: 

1* Piosnki wieśniacze znad Niemna 
4 i Dźwiny, (Wiln* 183©) zawierające piosnki I 



kupalne, czyli świętojańskie, rozmaite, weselne, 
dożynkowe* Autor zbiera teraz podobne pieśni 
z nad Dniepru. I tak da Bóg, wkrótce będzie- 
my mieli próbki poezyi gminnej nieledwie wazy- 
stkich prowincyj naszych* 

2. Rocznik gospodarskie (Wilno 1899) 
dla synowców przez autora napisany, jak go* 
spodarować mają w każdym miesiącu przez cały 
rok, zacząwszy od Kwietnia. W końcu jest mowa 
o używaniu dochodów, o pańszczyznie, o budo- 
wach gospodarskich, o fundamentach i dachach* 

3. Tironi Medico Traines, opera Erna- 
mi Brzeziński, Yilnae 1839* Jestto Przewo- 
dnik dla lekarzy* 

4. Morbi cutis, tabulis succincte descrinti 
auctore Felice Rymkiewicz, Yilnae 1839. 
Choroby zaskórne , w jednej wielkiej tablicy 
wystawione* 

5* Numizmatyka krajowa, opisana przez 
Kaź* Wł. Bandtkiego, tom Ł Warszawa 1839. 
Autor czerpał tę ważną, do historyi tak wielce 
pomocniczą naukę, przechowującą pomniki J^**; 
szłości i świadczącą o wczesnej cywiliaacyi 
kraju, jego przemyśle i stosunkach z odległemi 
państwy, oprócz zCzackiego, który pierwszy 
obudził ducha do zamiłowania podobnych hiĄt<l» 
rycznych badań, z Bauna, Lelewela i różnycjp 
obcych, z własnego zbioru monet i zamożniej- 
szych zbiorów PP. Fr. Potockiego, Xawereco 
Legny, x. Pawia Szymańskiego, Przeszkodzin- 
skiego, Lipińskiego i Śtańczyńskiego* Przejrza- 
wszy wiele tysięcy monet, zebrał tylko najcie- 
kawsze, które lubo nie stanowią jeszcze całości, 
autor nie traci nadziei, że z dodatkiem, jaki 
później wyjdzie, dadzą Czytelnikom dokładne 
wyobrażenie o dawnym stanie mennicznjuu 
Kończy się ten tom na Janie Kazimierzu, za- 
cząwszy od Bolesława Chrobrego* 

6* Bajki i przypowieści, do użytku mło- 
dzieży obojga 'płci oryginalnie napisane przez 
L* E. Ra jaz la, z rycinami kolorowemi i cza*- 
nemi, w Warszawie 1839* Sąto bajeczki zupeł- 
nie w guście Jachowicza pisane* 

7. Pamiętnik sceny warszawskiej, 
przez K* W., w Warszawie 1839* Jestto opis 
teatru warszawskiego. — Autor mówi najnrzód 
o operze i balecie, następnie o dramacie i ko- 
medyi, czyli raczej o artystach w tych przed- 
miotach wsławionycL. Dla tego kto chce po- 
znać obecny stan sceny polskiej w Warszawie, 
dziełko to jest pożądane. tern bardziej, .że nfc- 
tylko wystawia w krótkości historyą znakomit- 
szych talentów, ale oraz i przedstawienia, to jeat 
repertorium sceny warszawskiej w zeszłym roku. 

8* Nowy Kolumb, pamiętnik podróży i 
wiadomości statystycznych, przez F* S. Dmo+ 
chowskiego* Rok 1839* Warszawa. 



Digitized by 



Google 



184 



Len fantltTłfect/ 1 . 




PttSjaie&^mif ??<r po łsr . rttc btofisie /CŁttćĆricc^e / Z*nxs ^ż^Ż/cjO &x**i> 




rt>i*lcŁ*? d/ć* dxjjf>łłj*?/c ro&si^r*xi> . Xżefer?*s sif mice, /vt/£t*9M*c2e ^ 




cłrofotći.j&A t/tfyAł/ rfawnwHffair/ wtfcrfttMJ&Tęprans pst&ćfafoaw 



Kwitnący leii. {*) 

(Piosnka z niemieckiego.) 
1. 

Pośpieszmy na pola, na błonie kwitnące ! 
Lnu ziółko tam widać dla dziewcząt rosnące. 
Zieleni się mile, wysmukłe i drobne, 
. Niejako dziewicom mtodziuchnym podobne. 

Ł 

Tum pyszaia się kłosy w swym złotym ubiorze, 

Lnu ziółko tu stoi w swej cichćj pokon 



(*) W Prusach wschodnich i zachodnich, w oko- 
licach , w których lud polskim językiem mówi , du- 
chowni wyznania augsburskiego nietylko się chętnie 
w tym języku dla własnej potrzeby doskonalą , ale 
nawet z zamiłowaniem w nim pracują, bogacąc tym 
sposobem literaturę naszą wielu uiytecznemi dziełami* 
'"Pomijając dawniejsze czasy, w których Ringeltaube, 
O Ib t i i inni uczeni duchowni pruscy, naszych Cza- 
ćkicl*, Ossolińskich , fiandckich i t. d. w ssperaniaeh 
bibliograficznych poprzedzili, dziś* znam y w tych strp- 
njsqb dwóch kaznodziei ewangelickich, kióraj w ję- 
zyku i literaturze polskiej znakomite zasługi połoiyli. 
iUexw&zy,m jest szanowny starzec Celestyn Mron- 
.gowiusz, kaznodzieja polski przy kościele S*. Anny 
w Gdańsku, znany autor słowników polskich, tłumacz 
Xeuofonta i t. d., drugim uczony ksiądz Oizewi- 
u s z , kaznodzieja lmershiej gminy polskiej w Oste- 
rodzie. Przełożył on juz 1 rozmaite dziełka niemieckie 
na jęjzyl' polski , a z języka polskiego przelał na nie- 
miecki Pamiętniki Radziwiłła, romans: „ Do d osiń- 
ski," przez Skarbka i t. d. Prócz tego umieszcza 
W peryod$cznych pismach niemieckich przekłady 
krótszych powieści polskich; tak n. p. niedawno 
umielcił w Figaro przekład swój „Czerwonej sukien- 
ki," Czajkowskiego. Doświadcza on teł sił w poe- 
«yi polskiej i nadesłał Redakcyi Przyjaciela Lada tłu- 
daeeaeme pttsfni niemieckiej: <£tr >lut)e*t>C $1*4)*. 
; Przettsd tej pieśni inaczej wprawdzie brzmiałby pod 
piórem Brodzińskiego lub Mickiewicza; nie jest prze- 
ciei złym i nie waha my się umieścić go w piśmie na- 
szem, pomni na owę naukę Krasickiego: „Z umysłu 
pracujących szacunek roboty," 



Ma główce modrzuchna, jak niebo, korona, 
Ta najczystszą z rosy perełką zdobiona* 

Tuliła je ziemia, jak matka, w sw&n łonie, 
Az wnet i podrosło w niebieskiej obronie. 

Juz wdzięcznie się kłania i wznosi swe czoło: 

„Wam, ziemio i niebo, dziękuję wesoło !" 
4. 
Wnet zbierzem i zniesiem do domu to ziółko,. 
Tam włóknem srebrzystym obwije się kółko. 

Niech kółka zawarczą, niech śpiewy się 

wznoszą! 

Nić cieńsza nad jedwab' — to naszą roskoszą. 

Gdy śniegi te pola zielone pobielą, 
Zejdziemy si^ wszyscy wieczorem z kądzielą. 

Jak w lecie len strojny nas cieszy w swym 

kwiecie, 

Tak zimą we wieniec żyjący nas splecie. 
6. 
Więc śpieszmy na pola, na błonie kwitnące, 
Lnu ziółko tam widać dla dziewcząt rosnące. 

Zieleni się mile, wysmukłe i drobne, 

Niejako dziewczętom mtodziuchnym podobne. 



Doniesienie literackie* 

Na początku roku ISifk wyjdzie « druku 
w Petersburgu noworoefenik, pod tytułem: Nie- 
za budka. Wydawca, Jan Barszczewski, po- 
chlebia sobie, iż czytająca Publiczność niw Lę- 
dzie zawiedziona na guście, u jakim zrobiony 
wybór artykułów. Pisemko te, którego objętość 
zajmie 230 stronnic, składać się będzie * utwo- 
rów w wierszu i prozie, po większej części ory- 
f*nalnych. — Przedpłata w Petersburgu wynosi 
złp. 20 gr. (Tygodnik Peterab. No. 86.) 

W tymże Wrze. znajduje się krytyka przez 
pana K. Po. Ziemiańśtwa Rozmiana, wydanego 
przez Edw. Raczyńskiego w Wrocławiu, 
niezawierająca atoli żadnych nowych-pomysłów. 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Rok świsty. 



No. 24. 



Leszna, 

dnia 14. Grudnia 1839. 











ta 



Szymon Spreróusz 




Zieluiki polskie. 

(Dokońcienie.) 

Zaleca się to dzieło mową jędrne i cz/stę, 
wykładem jasnym i zrozumiałym. Nawet sło- 
wnikarstwo polskie wielkiby w nićm znaleść 
mogło zasiłek , bo ta jest wiele wyrazów do- 
brych, nazwań rzeczy prawdziwie polskich , te- 
raz z używania wysziycn i prawie zapomnianych. 
Być ono może chwałę swego wieku , i księdz 
Jundził należyty sęd o niem wydał: „Lecz naj- 
sławniejsze w owym wieku i aż do naszych 
czasów, jest dzieło Syreniusza, godne zaiste po- 
szanowania, zktóróm w owych wiekach przyjęte 
było: godne i teraz naszego poważania, jako 
zawierajęce w sobie wszystkie znajome pod ów 
czas około roślin lekarskich postrzeżenia. Wniem 
wynalazki Dioskoryda, Mathiola, Fuchsa, Ara- 
bów i t. d. pracowicie zebrane, wniem prawie 
wszystkie krajowe , w medycynie używane ro- 
śliny opisane, wnićm staropolskie roślin nazwiska 
aż cło naszych czasów dochowane, wniem uży- 
cie onych lekarskie, ekonomiczne, rzemieślnicze, 
wyrażone." (Opis roślin wyd. r. 1791.) Również 
z pochwałę wyrzekł o niem znakomity uczony 
hrabia Ossoliński: „Od czasu Marcina z Urzę- 
dowa aż dó Syreniusza, nic nie wyszło na świat, 
coby dalszy postępek botaniki u nas wsławiło. 



Winno się Annie, królewnie szwedzkiej, że chi u. 
bny plon całego życia jego w pośmiertnym ni* 
zataił się cieniu." (Tom. II. p. 260.) Jakkolwiek 
zaś to dzieło jest wielkie, przecież nie jest całe, 
jak je Syreński przygotował, i brakuje wniem 
traktatów o ziemiach, glinkach, kruszcach, ka- 
mieniach drogich, perłach; toż o zwierzętach 
czworonogich, czołgających, ptactwie, rybach i t. d., 
które w samym tytule dzieła zapowiedziane sę, 
i trzema księgami objęte być miały. Zamierzał 
wprawdzie Dr. Joannicy i takowe drukiem ogło- 
sić, jak wspomina w końcu dzieła przed jednym 
z czterech regestrów, któremi dla ułatwienia 
w szukaniu jest opatrzone: „wszakże potem, gdy 
wynidę drugie księgi nagotowane z druku etc." 
ale do tego nie przyszło i rękopismo z wielką 
dla nauk szkodę zaginęło, lub gdzie w zanie- 
dbaniu utajone spoczywa : wktórćm zapewne nie 
małe o kopalniach i fabrykach ówczesnych kra- 
jowych znalazłyby się wiadomości. 

Dzieło to niegdyś w wielkiej u nas było po- 
wadze, i wczasach, kiedy mała była liczba le- 
karzy, księga ta niezbędne prawie była w każ- 
dym domu ziemiańskim, a z jej przepisów dawne 
Polki domowe urządzały apteczki, zaopatrując 

{'e w zioła, korzenie, wódki, konfekty i t. p'., 
Uóremi zdrowie własne, rodzin i włościan swych 
w wszelkich przypadkach ratowały. Nawet znako- 



Digitized by 



Google 



>-;»* 



;•*;•**•■■ 



186 



mici niegdyi dostojeństwem mężowie, nie mieli 
sobie za ujmę powagi, podrecznemi lekarstwami 
przynosić ulgę cierpiącym. Sarnicki w księgach 
hetmańskich pisze: „Byli niektórzy naeni het- 
mani, którzy w lekarskich naukach byli uczeni, 
i gdy który zzoinierzów chorował, wnet z swej 
szkatuły snąć gotowsze lekarstwa niż drugi dok- 
tor dobywszy, onym użyczali: jako byt nieb. P. 
Jędrzej z Górki, kasztelan poznański (f r. 1551). 
Ten u Starodubu będąc hetmanem, acz miał 
lekarze, doktory, snąć lepiej niż inny, bo ten 
dom zawdy z wielkim dostatkiem i z wielkim 
rządem dwór swój wiódł; wszakoż jednak szka- 
tuła u niego bywała lekarstwa i rzeczy os obli w- 
szych, niż w znacznej aptece. I pamiętają do- 
tychmiast niektórzy experientie i lekarstwa, które 
więc przy stole z roskoszą convivorum i powieścia- 
mi, jako był wymowca i krasomówca wielki, 
rozpowiadał." (RękopisnO 

O innych szczegółach życia Syreńskiego nic 
więcej dobadać się nie mogłem. Zapomnieli o 
nim współcześni, a bliscy jemu pisarze nie po- 
znali się na wartości jego. Starowolski nawia- 
sowo tylko imię jego wspomniał przy wiado- 
mości o Walentym Widawczyku, że jako współ- 
uczeń jego, razem z nim, jako też z Marcinem Uja- 
zdowskim i Bartł. Wargockim, pierwszy stopień 
akademicki, primam lauream, osiągnął (Ekaton- 
tas^« W innem miejscu lekko tylko natracą: „Sy- 
remusz dla tego szczególnie znakomite pomiędzy me- 
dykami otrzymał imię, że znajomością ziół celując, 
naukę o ich własnościach i skutkach ojczystą mowa 
wyłożoną nam zostawił." (Laudat. Acad. Crac.) 

Syreniusz późnej dożył starości, a Dr. Joan- 
nicy na stron. 1533 Zielnika mówi, że siedm- 
dziesiąt lat dobrze był przeszedł. Kiedy pra- 
cowite życie zakończył? dochował nam wiado- 
mość o tem ksiądz Wielewicki, jednocześnie z nim 
żyjący, wrękopismie swyni(*), który oraz za- 
służoną acz krótką cnót jego domieścił po- 
chwałę: „Szymon Syrenius, akademik, filozofii 
i medycyny Dr., zgromadzenia naszego przy 
kościele Ś. Barbary (w Krakowie) ordynaryusz, 
wspieracz ubogich i najgorliwszy opiekun, wsła- 
wiony wydaniem znakomitego dzieła o ziołach, 
mąż wszelkiego rodzaju cnotami ozdobiony, a 
nasz przyjaciel i dobroczyńca wielki, życie za- 
kończył d. 29. Marca roku 1611." 

Zył wstanie małżeńskim, i zostawił dwie có- 
rek, Elżbietę, zaślubioną Janowi Molenda, mie- 
szczaninowi oświęcimskiemu, i Jadwigę. Acz byt 
medyk, nie znać przecież, aby zgodnie z przy- 
słowiem: Galenus dał opes, dostatki znakomite 
po nim zostały, prócz jakiejś ojcowizny, którą 



(*) Hisieriei Diarii Domus Professae Cracov. Soc. 
Jcsu, ab A. 1579. ad 1637. inclusiue, seu 58. annorum 
dur a ti o nem continentes, To mus imus et Zduś. ColUeia 
haee omnia per P. Joan, Wielewicki S. J. A. D. 1637. 
Rękopismu tego tom lszy liczy stron. 1124., tom. 2gi 
tylko 99. in folio. Używał go Niesiecki i często go 
cytuje. 



w Oświęcimiu posiadał} całą bowiem oszczęd- 
ność wyczerpał mu nakład Zielnika: skro- 
mne zas szaty , jakich mężowie powołania 
jego używali, nie bogata były spuścizną, a tu 
składała się z kilku rewerend, sutan, kabatów, 
koletów, kurt, delijki, kołpaczków i U p., i tro- 
chy futer, które na wezwanie opiekunów córki 
jego Jadwigi, wobec urzędu miejskiego krak. 
szacowane byty (*). — Piękną po nim pamiątkę 
od spadkobierców otrzymała biblioteka akade- 
mii krak., w darze rzadkiego wydania Psałterza 
w czterech starożytnych językach (**), o którym 
mówi Muczkowski w przytoczonym w T yzej in- 
dexie lekcyj. 

Skromnych mężów zwykle, iwiatowe omi- 
jają zaszczyty, przeto, mimo zasługi z napisania 
użytecznej księgi, nie spotkał go tytuł: medyka 
królewskiego (Medicus et Physicus Regius); 
lubo przy dworach królów polskich tytuł ten 
zdolni w rzeczy lekarskiej mężowie posiadali (***). 
Nawet gdy wielom nie zapracowane pomniki 
wzniesiono, Sy reńskiemu nikt %&} czci nie wy- 
rządził: i gdy mury świątyń krak. osłaniają 
liczne pochwalne napisy, nie masz żadnego, któ- 
ryby pamięć jego potomnym przypomniał. 



Saxonia dzisiejsza i jej stolica, 

z wspomnieniem o artystach polskich 

i szkole malarstwa polskiego. 

(Z nie drukowanego Dzienniku -podróży 
S. Soc 1839.) 

Teraźniejsze królestwo saskie, wedle spisów 
towarzystwa statystycznego drezdeńskiego, obej- 
muje przestrzeń ziemi 1,635 mil geograficznych, 
a osiedleń nań 271,676 mil kwadr., a zatem: 
43 część Niemiec całych. Najwyższa w Saxo- 
nii wyniosłość, jest szczyt góry Fichtenberg, 
3,720 stóp paryskich nad powierzchnią morza 
północnego wzniesiony. Elba, największa z rzek, 
na dwie części kraj cały przerzyna i bieży od 
południowo-wschodniej ku zachodnio-północnej 
stronie na 16 mil w dłuż; Nissa zaś, jest je- 
dyną w calem państwie, która, za pośrednictwem 



(*) Obacz: Mrówka poznańska, r. 1821. Kwie- 
cień, artykuł: Syreniusza rzeczy. Taxatio rerum D. Sy- 
renii, requirente Dre. G. Joannieio , tutore konestae 
Hedvigu etc. 

(**) Byt on zapewne posiadaczem licznej biblioteki, 
co wskazują książki z jego podpisem, po różnych zbio- 
rach ksiąg znajdujące się. 

(***) Nie wspominając cudzoziemców, s krajowców 
byli lekarzami królewskimi: Maciej Miechowita, Struś, 
Oczko, Tektander, Sleszkowski i t. d. — Król Jan Ka- 
zimierz mianował lekarzem i chirurgiem swym brata 
Modesta Ge no ni o, Neapolitańczyka, przeora fionifra- 
tellów konwentu warszawskiego. Doktor króla Jana III. 
wr. 1684. podpisywał się: Alb. Casim. Rezler, Phil. 
et Medieinae Doctor, S. jR. Mtis. Botanieus, i byt pro* 
fessorem akademii krak. 



Digitized by 



Google 



1S7 



s 



Odry ułatwia z morzem północnem związek. — 
Co do dróg publicznych, które dziś należą do 
najlepszych, i tysiąckroć budową i systemem 
przewyższają austryackie, przybyło nowo-bitych 
w pierwszym kwartale 1838 r. aż do 437,782 
ośmiołokciowych prętów. Ludność, podług spi- 
sów z dniem 1. Grudnia 1837 dokonanych, wy- 
nosiła 1,632,114 mieszkańców; w liczbie tej, 
Katolików było tylko 29,000, żydostwa zas ? na 
szczęście kraju całego, 845 głów, pracowitość 
bowiem i trzeźwość ludu dobrze rządzonego, 
usamowolnionego , nieprzebytą stawia zaporę 
mnożeniu się tego ludu* Górnictwo ^ w 1837 r. 
irzyniosło, licząc na pieniądze, blisko 1,881,- 
tl2 talarów. Łomy węgla kamiennego wydały 
do 2,128,000 szeflów. Wiatach 1836—1838. 
wybito monety złotej, srebrnej i miedzianej za 
1,420,526 tal. Ustawa rządowa jest monar- 
chiczno - konstytucyjna ; sejmy podobnież , jak 
niegdyś w Polsce, do dwóch izb się odnoszą. 
Ministrowie są odpowiedzialni. Sąd sejmowy 
na obżałowanych, składa sie z członków, przez 
izbę sejmową i przez króla ku temu wybra- 
nych. Ministrów jest sześciu, to jest: sprawie- 
dliwości, spraw wewnętrznych, wojny, oświe- 
cenia i interessów zagranicznych. Rada stanu 
rozważa przedmioty, przez panującego poru- 
czane. Na listę cywilną nie mniej jak 500,000 tal. 

Przeznaczone. Dochody roczne w 1838 — 1839. 
yły: 5,074,313 tal.; rozchód zaś budżetem 
oznaczony, w tychże latach 4,975,837 tal. wy- 
nosił. Dług narodowy na 11,170,032 tal. po- 
dają ; rękojmią wypłaty jest rząd i stany. Kon- 
tyngens rzeszy na 12 tysięcy ludzi zakreślony. 

Rodzina królewska, dworem (Hof) zwana, 
liczy obecnie 14 członków, biorąc w to i ow- 
dowiałą wielką księżnę Toskanii, siostrę kró- 
lewską. Co do macochy króla jegomości, księ- 
żnej Lukki, jest tu tenże sam wypadek, co 
z pełną uprzejmości i dobroci księżną w pań- 
stwie sąsiedniem. Nie wspomina o tem Drezno, 
że z panem Rossi w powtórne Drezdenka we- 
szła związki małżeńskie; wszystko to tytułem 
ręki lewej przybrane jest. (*) — Order Wieńca 
(Rautenkrone) siedmiu tylko krajowców nosi, 



(*) Ktokolwiek bądź łyczy tobie bliżej poznać 
czcigodną rodaine panującą, niech korzysta z europej- 
skiej rzadkości zwyczaju bo dworze saskim z dawna 
panującego , to jest : obiadów publicznych , jako dla 
wszystkich dostępnych. Pora letnia, pobyt króla w PU 
nic, jedne z najlepszych nastręcza sposobność, a do 
tego żadnego zachodn mewymagającą ; z uderzeniem 
albowiem 3ciej godziny, otwierają podwoje, na balkony 
sali jadalnej wiodące, cdzie wszelkich narodów i stanu 
ciekawi, zająwszy miejsca, swobodnie przypatrują się 
wchodzącym do sali członkom rodziny królewskiej 
a gośćmi i znaczniejszymi dworu urzędnikami, "zajmu- 
jącym swe miejsca, i w pokoju, uprzejmości przykładnej, 
pozywającym południowy dar boży* cisza uroczysta, 
pewna bt% uciązenia skromność, dostatek bez zbytku, 
czystość w zastawie, dobrym kraszona smakiem, a na- 
dtwsnystke orszak wiernych sług, serca szczęśliwych 
poddanych, jedne, ze powiem, z panującym rodsino 



gdy tymczasem za granicą państwa, 48 liczy się 
członków, między którymi jest Hieronim Na- 
poleon i Maret, książę Bassano. Krzyż woj- 
skowy Henryka, trzech jedynie zdobi mężów; 
z tych dwaj za granicą. Między cudzoziemcami 
najwięcej Francuzów i to komandorskiemi krzy- 
żami zaszczyconych ; jestto zabytek dawnych, a 
brzemiennych w nadzieje czasów ! . . . które nie- 
stety! niędy się nie spełniły. Krzyż rycerski 
samych niemal przybrał krajowców; orderu zaś* 
Zasługi obywatelskiej, dwie trzecie cudzoziem- 
com przyznano; w ogólności w samej Saxonu 
540 osób narodowemi ordery ozdobionych jest. 
Paziów nadwornych 43, podkomorzych zas 66 
liczą. -*■ Poczet kapeli zamkowej i teatru na- 
dwornego, 162 obejmuje osób, którym właśnie 
z sławy europejskiej' giosny nasz ziomek, Lipiń- 
ski Karol, przodkuje. — Ministrami byli dotąd: 
spraw zagranicznych i orezydujacym, Łindenau; 
wojnjr, Zeschwitz ; oświecenia, Karlowitz ; spra- 
wiedliwości, Kónneritz; skarbu, Zeschau, a 
spraw wewnętrznych, Nostitz. Książe Jan ra- 
dzie stanu przewodniczy. Sąd appelacyjny naj- 
wyższy, równie jak zwyczajny, w Dreźnie za- 
siada ; oprócz tego są trzy jeszcze sądy appela- 
cyjne w kraju, to jest: w Budyszynie(Bautzen), 
Lipsku i Zwikau; innych pomniejszych sądów 
do tysiąca liczą. Naczelnikiem górnictwa jest 
Freiesleben. Posłów nadzwyczajnych pełno- 
mocnych utrzymuje Saxonia w Paryżu, Wiedniu, 
Petersburgu, Turynie, a nadto w Berlinie, któ- 
ren zarazem hannowerskie podejmuje sprawy, i 
w Frankfurcie nad Menem; rezydenta zaś jedne- 
go tylko w Londynie, a sprawujących interessa 
w Monachium i Sztutgardzie ; konsulów nakoniec 
i agentów handlowych w ogóle 22* Posłów 
dworów zagranicznych liczy Drezno jedenastu, 
to jest: francuskiego, angielskiego, bawarskie- 
go, hanowerskiego, austryackiego , pruskiego, 
rossyjskiego, sardyńskiego, szwedzkiego i wir- 
tembergskiego ; prócz tych, Altenburg i Koburg 
ma sprawujących interessa, a stany zjednoczone 
konsula. 

(Koniec nastąpi.) 



Opisanie ujęcia i stracenia Samuela 
Zborowskiego. 

(Koniec.) 

Na co mu tenże rękę daje, i żegna się zar*z, 
mówiąc: że nadszedi czas, w którym musi od- 
jechać; każe sobie podać rachunek, szuka swego 
puliaresiku, czy czego nie zapomniał, i udaje, 
jakoby przypadkiem znalazł, co lutnista prze* 
szłegO a wieczora wpisał; przypomina mu jego 
podanie ręki i obietnice, prosząc, by mu chciał 
odkryć, ceby wiedział o zamysłach Zimowskich. 



stanowiących ; . . nietylko zająe, zachwycie, zbudować 
adoine ; aie i słodkie na całe życie zostawiają w odwie- 
| dsających wspomnienia ! . . . 

24 



Digitized by 



Google 



188 




Widok Drezna. 



Lutnista odpowiedział) ze jest gotowy odkryć 
mu to wszystko , jeśli to bez niebezpieczeństwa 
dla niego będzie, i jeśli mu przyobieca innego 
pana na dworze znaleść. Gdy pan Cobar mu 
to podaniem ręki przyrzekł , i zarazem dał się 
poznać, kim jest, i ma czego wysłanym został; 
natenczas odrzekł lutnista, ze jego pan, Samuel 
Zborowski, o kilka mil jest tylko ztąd, i ze mu 
przyniesie listy, in originali, które bracia pisy- 
wali, z których się będzie można dowiedzieć, 
jak się połączyli, by króla trucizną uczęstować, 
a kanclerza o życie przyprawić. Prosił dla tego 
pana Cobar, by na pół drogi zatrzymać kazał 
nieco koni, by mógł mieć odsiecz, w przypadku, 
gdyby Zborowski zarychło się spostrzegł o zui- 
knieniu listów i ścigać go kazał. To się tćz 
tak stało; lutnista powraca, przynosi kilka listów, 
podług których trzej bracia, Samuel, Andrzej i 
Krysztof, w wyżćj wscomniony sposób umówić 
się mieli, i listy i pieczęcie za ich własne 
uznano. Pan Cobar i Zyberk wsadzili lutnistę 
na najlepszego z swych koni, dodali mu ludzi, 



całem sprawo- 



i posłali do króla z listami i 
zdaniem. 

Król był jeszcze w Krakowie z wielkim 



kanclerzem, i dał zaraz dobre utrzymanie lut- 
niście. Tymczasem dowiedział tń^ Zborowski, 
ze jegjo lutnista w Krakowie się miał znajdować, 
nie wiedział jednak, ze u króla bjł; napisał 
do jednego z swych szwagrów, by miał na niego 
baczność i by mu go zaraz odesłał, skoro go 
napotka. Tenże jego szwagier spotyka go na 
zamku w Krakowie, i chce go spiesznie swym 
sługom uprowadzić kazać, ale słudzy wielkiego 
kanclerza widząc ten gwatt, opierają się mu i 
szybko donoszą wielkiemu kanclerzowi. Ten 




jego szwagier Zborowski. Gdy ów doniósł to 
swemu szwagrowi, dopiero Zborowski domyślił 
się całćj rzeczy, poszukawszy swych listów i 
spostrzegłszy, ze przez lutnistę uniesionemi zo- 
htalji poznał, ii jego zamiary na jaw wyjdą* 
Później poszedł do króla Jan Zborowski, brat 
Samuela, który w sprawę tę nie był wmieszany, 
gdy się o tćm dowiedział, lub tez o to od swych 




rozpo- 



Digitized by 



Google 



189 



. 




fejt r^,-. 



1 






Pałac japoński w Dreźnie. 



jcnawać pismo i pieczęć. Poczym Jan Zboro- 
wski z zgryzotą odejść i na tern przestać musiał. 
Później zaś uniewinniali się najsolenniej Zbo- 
rowscy przed królem | zaprzeczając, jakoby to 
ich pieczęć lub pismo w tych listach było* Al- 
bowiem chociaż pieczęć ich pieczątce podobna, 
jednakże można po niektórych oznakach do- 
strzedz, ze wjelka jest różnica. Pismo podobne 
jest ich pismu, ale nie oni pisali. Przypominali 
królowi f ze sam przed niejakim czasem miał 
sekretarza | który tak dobrze każdą rękę udać 
umiała ze sam król przyznawał, że to jego pi- 
ale jakiś hultaj pióro prowadził. Ztąd 



smo 



prosili króla, by im chciał na mocy polskich 
statutów zbiegłego lutnistę wydać, lub też przy- 
najmniej w takie miejsce odesłać, gdzieby na 
nim swych praw dochodzić mogli; do tego 
oskarżali go o czarnoksięstwo, przez co tćni ła- 
twiej do takowego naśladowania liter mógł się 
stać sposobnym. Ale wkrótce potem znikł lut- 
nista, bądź to, że sam uciekł, widząc czego na- 
warzył, lub tćż do czasu, dla dowodu, przecho- 
wanym został, by go nie zabito. Wielu zaś, co 
z nim obcowało, donoszą, że był szczególny 
człowiek, i że mógł jakie czarnoksięskie sztuki 
umieć. To wszystko tak się ciągnęło prawie 
rok cały, aż w końcu Kwietnia 1584. roku, gdy 
wielki kanclerz po krótko pićrw odbytym po- 
łogu żony nieżywym owocem, z Knyszyna do 



Krakowa na sądy wyruszyć miał, odebrał wia- 
domość , że Samuel Zborowski mu na służbę 
z trzysta końmi czeka, dla czego bardzo wolno 
i bokiem traktu posuwał się, królowi Jto przez 
gońca doniósłszy i czekając odpowiedzi: jakby 
się z nim miał obejść, gdyby go ujął. Kanclerz 
wielki dostawszy odpowiedz: quod mwtuus ca~ 
nis non morderet, i wzmocniwszy się tymcza- 
sem w cichości, kiedy Zborowski zupełnie spo- 
kojnym był, i pod Niepołomicami, trzy mile od 
Krakowa, w bok od traktu, u jednej z swych 
przyjaciółek, wesoło przez noc się bawił, a jego 
słudzy tu i tam po wśi rozrzuceni byli, każe 
go kanclerz wielki najść. Gdy Zborowski do- 
strzegł, że ma być ujętym, schronił się z swej 
izby tylko w koszuli do komnaty swej przyja- 
ciółki, ale gdy mu wojsko kanclerza tak blisko 
było, że się w inny sposób ukryć nie mógł, skrył 
się za swą przyjaciółkę i inne kobiety, lecz go 
znaleziono tak nago, złapano i uprowadzono, 
później jednak przyniesiono mu jego suknie i 
rzeczy, pozwolono suknie wdziać po drodze, 
ale rzeczy zostały pod straż wzięte. Poczćm, 
gdy kanclerz do Krakowa przybył, zaraz kazał 
posłać do wdowy, której męża Zborowski zabił: 
czy chce razem z nim żałobę przeciw Zborow- 
skiemu wnieść? na co ona odpowiedziała, że 
jeźli król lub kanclerz co przeciw niemu mają, 
to niech tego poszukują, ale ona niechce teraz 



Digitized by 



Google 



190 



w to mieszać swej skargi prywatnej. ^ Potem 
odął się kanclerz do Zborowskiego do więzienia, 
i doniósł mu, ze mu bardzo boleśnie, ze swych 
działań inaczej nie skierował, i życzyłby mu 
co do swej osoby, by był daleko ztąd. Ze zaś 
się tak stało , dla tego niech czyta pismo i roz- 
kaz królewski, gdzie znajdzie, ze to za suro- 
wym rozkazem królewskim, a nie z jakiej jego 
osobistej niechęci takowa sprawa przeciw niemu 
wytoczoną będzie. Prosił go, by go miał za 
niewinnego, i pomniał, że to są bez wątpienia 
kara i sądy boskie, i by sobie przypomniał, że 
go król i on, kanclerz, kilka razy przez znako- 
mite osoby ostrzegać kazali. Zborowski odpo- 
wiedział mu: że dobrze widzi, iż to jest roz- 
kaz królewski, ale że ma dokładną wiadomość, 
że całe to nieszczęście przez wielkiego kanclerza 
na niego sprowadzonem zostało, i pytał też : czy 
nie może być inaczej, i czy jemu i królowi tak 
wiele na garści krwi zależy? Kanclerz znowu 
go prosił, by go miał za uniewinnionego, i by 
chciał przyznać, że sam dążył za takowem nie- 
szczęściem. Miało mu być dozwolonym spowie- 
dnika żądać, gdyby chciał swe sprawy do Boga 
odnieść, i z swych czynów po chrześciańsku i 
przykładnie odpuszczenie uzyskać. Ale Zbo- 
rowski w żaden sposób nie chciał uznać kan- 
clerza za niewinnego, owszem obstawał długo, 
że on jest przyczyną jego śmierci, i że się o to 
uskarżać będzie pod tronem Boga. Ostatecznie 
le 



& 



r _ nęły łzy kanclerzowi po policzkach, i pro- 
si? na imię Boga Zborowskiego, by go miał 
z* niewinnego, i by mu przebaczył, albowiem 
jest te rozkaz królewsku Na co w końcu Zbo- 
rowski odpowiedział: że mu przebacza, kiedy 
go tak na imię Boga zaklina, ale niech się 
zaopatrzy również w ostatecznym dniu, w dobrego 
mówcę lub adwokata, albowiem Boffu pozo- 
stawia zemstę. Peczem zażądał spowiednika; że 
naś wpuszczono do nieco katolickiego księdza, 
który był trochę podchmielony, i z nim się wiele 
umawiać zamyślał, dla tego nie chciał się przed 
nim spowiadać, ale przeleżał tę całą noc na 
ziemi, swe grzechy w ten sposób opłakując, że 
aż deski, na których leżał, łzami zmoczone były. 
Nazajutrz został bardzo rano w cichości ściętym 
orny malej fórtce ną zamku. 
F Berlin. *• * 



Trafna odpowiedź. 

(Dykteryjka klasztorna,) 

Pani kasztelanowa Ł znana była w całej 
okolicy z nieograniczonej dumy, a bardzo ogra- 
niczonego umysłu, co zwyczajnie jedno s dry- 
giem w parze chodzi. Pan kasztelan Ł, godny 
jćj małżonek, miał serce dobre, lubił pokój 
w domu, a nadewszystko grosze. Ze z*ś j^j* 
mość wniosła znaczny posążek w dobrach i go- 
tówce, jegomość zatćm rad nie rad ulegać jej 



musiał, i na pierwszy rzut oka nie trudno było 
rozpoznać, kto w domu kasztelańskim rej wo- 
dził. Razu jednego kwestarz z pobliskiego kla- 
sztoru zajechał na dziedziniec przed dwór pań* 
stwa kasztelaństwa , a dowiedziawszy się od 
sług, że pana kasztelana w domu nie było, wo- 
źnicy swemu koni wy prządź nie kazał, przeko- 
nany, że nienajlepszego dozna przyjęcia, jako 
prosty braciszek w domu, gdzie tylko wielmo- 
żnych i jaśnie wielebnych mile przyjmowano, i 
że wkrótce znowu nawrócić trzeba będzie. — 
Zbliżała się właśnie godzina obiadowa, gdj 
kwestarz z dobrym apetytem, wpuszczony przez 
odźwiernego do komnaty pani kasztelanowej, 
klasztor swój wspaniałomyślności Jw. protek- 
torki, jak ją nazwał, polecał; a lubo sobie nie 
wiele po owej wspaniałomyślności obiecywał, 
sądził przecież , że przynajmniej , na mocy praw 
gościnności, dobry obiadek dla siebie i obroczek 
dla koni pozyska. Skrzywiła się pani kaszte- 
lanowa na widok prostego kwestarza i z góry 
mu oświadczyła, aby poszedł do kuchni, gdzio 
się będzie mógł zasilić ! Na to odrzekł jej obra- 
żony kwestarz: „Gdyby tu tylko o moje cho- 
dziło osobę, zjadłbym obiad nietylko w kuchni, 
ale nawet i gdzieindziej; ale mając na sobie 
sukienkę klasztorną, ubliżyłbym tym krokiem 
całemu zakonowi ; wolę zatem głodny wyjechać, 
niż coś podobnego uczynić," Zmieszało to nie- 
co panią kasztelanowę, która gwardyana obrazić 
się lękała, ażeby w niedzielę, lub na odpuście, 
oddając wet za wet, nie pominął jej w chwili, 
gdy zgromadzonym paniom patynę po mszyś* do 
pocałowania podaje, a ubliżenie takowe byłoby 
ją okropnie w oczach całego sąsiedztwa upoko- 
rzyło. „„Kiedy tak,"" rzecze po chwili do 
kwestarza, „„zjesz wasze (przydomek, jakim 
zwykle osoby niższego rzędu uraczała,) przy 
moim stole obiad." " Niedługo potem dano na 
stół, a kwestarz, złożywszy swoje laskę i ka- 
pelusz przy samych drzwiaćn, i zasiadłszy na 
szarym końcu (jak się samo przez się rozumie)* 
zaczął zajadać potrawy i postanowił ograniczyć 
się tylko na odpowiedzi, jeżeliby był zapytany, 
i znosić aż do końca obiadu przycinki, jakich 
z pewnością dla niego jejmość szczędzić nie ze* 
chce. I tak się też stało. Już pieczyste było 
na stole, zwykły znak końca obiadu, kiedy pani 
kasztelanowa odzywa się do kwestarza: „„Wa- 
sze jesteś zapewne synem jakiego chłopa, łub 
rzemieślnika, bo takiej kondycyi ludzie tylko 
kwestarzami zwykle bywają?"" — „Rzemieśl- 
nika biednego, jw* dobrodziejko!" odrzekł po* 
kornie kwestarz. — „,,A jakiejże był professyi 
ten ojciec waszeci?"" zapytała anowu kaszte- 
lanowa* Kwestarz, już nasycony, nie namyśla 
się długo, i kontent z sposobności oddania za 
swoje, rzecze z przyciskiem : „Był on bedna- 
rzem; a komu piątej klepki brakowało, 
temu ją wprawiał." Słowa te dotknęły de 
żywego panią kasztelanową i postanowiła się 



Digitized by 



Google 



191 



zemścić przykładnie ca taką obrazę; ale zanim 
sługi zgromadzić zdołała, kwestarz nie w ciemię 
bity, ująwszy laskę i kapelusz, wyniósł się 
czem prędzej z sali, i wsiadłszy na brykę, szczę- 
śliwie i spieszno w dalsza dążył drog^. — Wy- 
Cadek ten jednak nie byt bez korzyści. Upo- 
orzona kasztelanowa poznała swe błędy i cał- 
kiem się zmieniła, a mąż, wróciwszy w dni 
kilka do domu i dowiedziawszy sie o wszyst- 
kićm, sprowadził na powrót do aomu swego 
kwestarza, chojnie uraczył, o częste bywanie 
v siebie prosił i klasztor, sowitą jałmużna ob- 
darzył. _____ ^' 

Wędrowny Daguerreotyp. 

W Francyi otworzył się nowy rodzaj prze- 
mysłowego zarobku, to jest pokazywanie Da- 
guerreotypu, dające pewniejszą aubsystencyą, 
jak pokazywanie wyuczonych psów, małp, ka- 
narków i innych z całego królestwa natury juz 
zużytych resursów. Przedsiębierca każe sobie 
u mechanika Chevalier, albo Giroux w Paryżu, 
zrobić cały apparat, obejmujący Camerę obscura, 
tabliczki srebrne, albo też tylko srebrnym po- 
piołem pociągnięte, merkuryusze, kwasy, jod, 
słowem, wszystko, jak Daguerre przepisał, i da- 
lej c tym apparatem na prowincyę. W każdem 
mieście prowincyonalnem zajeżdża do Hotel de 
Paris, i oddaje polom redaktorowi miejscowej 
gazety wizytę. W imieniu sztuki, w interesie 
oświaty i postępu ludzkości, wzywa tego uczo- 
nego literata, którego sława nawet po Paryżu 
się rozeszła, i którego gazeta w stolicy samej 
z entuzyazmem, jak nasz kunsztmistrz improwi- 
zowany zapewnia, jest czytana, aby sam to nie- 
słychane z j a w i s k o w swojem ogłosił piśmie. 
Jakoż w następującym numerze czyta całe mia- 
sto, że i je spotkał ten niesłychany zaszczyt, 
iż głośny na cały świat wynalazek pana Da- 
guerra, ósmy (właściwie więcej niż milionowy) 
cod świata w swoich posiada murach. Pierwszy 
uczeń pana Daguerra, prawa ręka przy odkry- 
ciu, przybył tutaj z instrumentem, przez samego 
pana Daguerra, za najdokładniejszy, jaki do- 
tąd zrobiono, uznanym, będzie miał jutro zaszczyt 
pokazywać najdoskonalsze rysunki Tuileriów, 
Łouvru, Palais-Royal, paryzkiej giełdy; lecz 
nadto w obec licznie zgromadzonej szlachetnej 
Publiczności z miasta, odbije podług te i nowej 
metody ryciny ratusza miejscowego, kościoła 
wraz z wieżą , w Paryżu nawet sławną , jako i 
inne ważne miejscowe osobliwości daguerreo- 
typować będzie. Któż się potrafi oprzeć ta- 
kiemu zaproszeniu ? Bilet kosztuje tylko 1 frank, 
za który całej manipulacyi natychmiast nauczyć 
się można, a za potnienia cenę 30 franków, ry- 
cinę na miejscu zdiętą z ową sławną wieżą do- 
stać można. Nasz sztukmistrz złowiwszy zna- 
czną summkę , przewyższająca kilkanaście razy 
wartość Daguetreotypu, wywinie się jak może i 



z tarapaty, i nazajutrz spieszy do bliskiego in- 
nego miasta. Nie wstrzymuje go nawet i gra- 
nica; już rozlali się po Szwajcaryi, Hiszpanii, 
i pewni jesteśmy, ze niedługo ci wielcy ludzie 
i do nas zawitają, a przekonani jesteśmy, że 
znajdą swych wielbicieli. 



Najnowsze dzieła polskie. 
W Wrocławiu wyszły z druku nakładem 
Schlettera : 
„Pamiętniki o wojnach kozackich za Chmiel- 
nickiego, przez nieznajomego autora wydane 
z rękopismu (Wrocław 1840), opisujące bunt 
Chmielnickiego, wojnę z Tatarami, Szwedami 
i Węgrami, przez lat dwanaście, ab anno 
1648. 143 stronic." 
„Autentyczne świadectwa o wzajemnych sto- 
sunkach pomiędzy Rossyą a Polską, szcze- 
gólniej za czasów Samozwańca w Rossyi, 
zebrane i wydane przez półkownika gwar- 
dyi, Pawła Muchanowa, wydanie drugie, 
w Wrocławiu 1840." (Zdaje się być pier- 
wsze wydanie, tylko tytuł dodrukowany.^ 
Wazniejszem nierównie i jedynem w swoim 
rodzaju zjawiskiem w literaturze naszej, jest 
następujące dzieło: 

„Starożytności historyczne polskie, czyli: Pis- 
ma i pamiętniki do dziejów dawne} Polski, 
listy królów i znakomitych mężów, przypo- 
wieści, przysłowia i t. d., z rękopismów ze- 
brał i przydał żywoty uczonych Polaków 
Ambroży Grabowski. W Krakowie, nakła- 
dem i drukiem Józefa Czecha 1840. 2 to* 
my grube z pięknemi rycinami, wyobraża- 
jącemi wizerunki znamienitych Polaków 
uczonych." 
Z dzieła tego umieściliśmy już w Nr. 22 i dzisiejszym 
P. Ł. wiadomość o Syreniuszu, i wspomnieliśmy 
o znakomitych przysługach pana Grabowskiego, 
wyświadczonych historycznej literaturze naszej* 
W następnych numerach obeznamy Czytelników 
naszych bliżej z niezmiernie ważnem tern dzie- 
łem; jestto bowiem prawdziwy, jak się szano- 
wny autor w przedmowie wyraża, las rzeczy 
(sylra rerum), w którym metylko historyk kra- 
jowy wiele i pięknego budulcu znajdzie, ale 
nawet czytelnik wszelkiego stanu i wieku, przy- 
jemnie się rozerwie. Dzieło to powinno się więo 
znajdować w ręku każdego: bo słusznie autor 
w przedmowie z Cyceronem mówi : pwum mihi . 
eruditus videtur, qui nottra ignorat, a zwła- 
szcza, gdy nie zna tego rodzaju domowych rze- 
czy, które obok rzetelnej, niezzytej ni czasem, 
ni kaprysami mody, wartości, zajmują nierównie 
bardziej, niż wszystkie memoary francuzkie* tfie 
rzekąc o owych paryzkich romansach, tak chci- 
wie, niestety, dotąd od wyższych klas w naro- 
dzie naszym połykanych. — Pochwaliwszy słu- 
sznie, lubo daleko mniej, niż zasłużył, szi 



szano- 



Digitized by 



Google 



192 




waego autora, musimy także powiedzieć coi na 
zaletę wydawcy. Niegdyś , ale temu bardzo 
dawno , bo w I6tym wieku , druki krakowskie 
słynęły w całej Europie. Oficyny Szarfę o ber- 
gerów i Łazarzów równały się najsławniejszym 
oficynom niemieckim i holenderskim , a ostatnia 
nienadaremnie nosiła tytuł arcytypografii. 
Lecz z czasem druki krakowskie tak nikczem- 
niały 9 ze nie mogły się nawet ubiegać o piór- 



ek) Oto wizerunek męża, którego imię każdy Fran- 
caz diii z uwielbieniem wspomina, ciesząc się, iz rząd 
wynalazek jego tak pożyteczny za' znaczną nabywszy 
stunmę, kwiatu go całemu w ręce oddał, przez co na 
wdzięczność Europy zisłuzył sobie sprawiedliwie. O wy- 
nalazku pana Daguerre, mówiło się wP.L. wNrze 17. 
r. b. str. 134. i następne. 



wszeństwo z oficyna Jasnej gćry; i niedawno 
temu jeszcze, najcelniejsze w literaturze naszej 
dzieła, jak n. p. Ossolińskiego, Juszy ńskiego i t. A, 
wytłaczały na bibule, czcionkami, jak u nas 
mówię, po starych Szwedach, i Bóg wie, jakiem 
czernidłem. Hańbę tę z oficyn krakowskich 
zrzucili juz wprawdzie Gieszkowscy i inni, ale 
pierwszy pan Czech wydał Starożytności pana 
Grabowskiego, z tę skromne elegancyę typogra- 
ficzne , jakiejśmy się po Krakowie niespodzio- 
wali. Biorąc w rękę Starożytności, zdało nam 
się, ze mamy przed oczami druki najsławniej- 
szych oficyn paryskich. Tę atoli wyższość w tym 
względzie Starożytności nad drukami paryzkiemi 
maję , że kosztuję tylko 5 talarów , gdy tój samej 
objętości romans francuzki kosztowałby 10 tal. 



Z końcem pierwszego półrocza roku szóstego istnienia Przyjaciela ludu, 
uprasza niniejszym wydawca łaskawych Czytelników, aby wcześnie w naj- 
bliższych sobie król. urzędach pocztowych, lub księgarniach, przypadającą 
na następujące drugie półrocze przedpłatę, w kwocie 1 tal. 7ł sgr* (7 i złp.X 
jak najspiesznićj złożyć raczyli, niechcąc doznać przerwy w odbieraniu co ty- 
dzień regularnie wychodzących numerów. 
L e s z d o , diiia 13. Gruduia 1839. 

ERNEST GtiNTHER, księgarz i typograf. 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 25. 



Leszna, 

dma 21. Grudnia 1839. 




Tomasz Dolabetta, malarz nadworny królów polskich. 



Piękne kunszta są dziećmi pokoju. Nie mie- 
wa? go kraj nasz : i ztąd, gdy w Włoszech, Niem- 
czech , Francyi i innych krajach krzewiły się i 
kwitnęły nauki i sztuki nadobne; ojcowie nasi 
służąc za przedmurze Europie, z żelazem w ręku, 

Srawie nie zsiadając z koni, odpierali nawałę 
ziczy azyatyckiej, uprawie ich oddawać się 
nie mogli. 

Czyli przed wiekiem XIV. malarstwo u nas 
było wykonywanem? wiadomo nie jest, i wąt- 
pliwość ta w czasie późniejszym może się wy- 
jaśni. — Że malowania (obrazy świętych) od 
najdawniejszych czasów znane u nas być mo- 
gły, wnosićby ztąd się dało, że w pierwiastkach 
rozkrzewienia się u nas religii chrześciańskiej, 
oraz po wybudowaniu świątyń, weszła oraz i 
cześć obrazów; któremi nas najpewniej kraje 
południowe zaopatrywały, gdyż trudno przy- 
puścić, aby potrzebie tej w ów czas inaczej za- 
radzić było można. 

W ciągu wieku XIV. już w dziejach na- 
szych o malarzach i malowaniach napotykają 
się wzmianki. Miechowita w Kronice na str. 
232. pisze, że Kazimierz W., gdy krakowski 
zamek wystawił, takowy malowaniami (pic- 
turis) przyozdobił; lecz bynajmniej nie wspo* 
mina jakiego takowe były rodzaju i czy płodem 
krajowców, lub też z obcych krajów sprawa* 
dzone były. 



W aktach radzieckich miasta Krakowa, w 
wieku XIV. już często malarze są wspominani. 
W końcu tego wieku ( r. 1397. ) znajduje aię 
w tychże umowa, którą malarz Mikołaj zawierał 
przed urzędem radzieckim, o malowanie skle- 
pienia w kościele Panny Maryi, a to pod dosyć 
trudnemi warunkami, a między temi i siedzenia 
w wieży, na przypadek, gdyby uczynił zawód. 

Król* Władysław Jagiełło podnosząc mury 
zamku krak., zdaje się , że i pałac królewski 
w tymże rozprzestrzeniał, przy cze'm bez ma- 
larzów obejść się nie mogło, tern bardziej, że, 
jak nam to obcy podają pisarze, król ten w zamku 
krak. umieścić kazał napis (może wyryć, lub 
za pomocą malarstwa wypisać), na pamiątkę 
zwycięztwa swego nad Krzyżakami pod Grun- 
waldem (Tannenberg, Dąbrównem) roku 1410., 
który to napis w archiwum sekretnem w Królewcu 
znajduje się. 

Następcy jego, królowie polscy, z tejże linii 
idący, już dawali zatrudnienia malarzom. W 
wspomnionych aktach radzieckich w wieku XV., 
już zgromadzenie malarzów (cech, bractwo,) 
w Kraków ie exystujące widzimy, do którego na- 
leżeli w ów czas snycerze, goldsclilagerowie 
i szklarze, a na początku tego wieku nawet 
i stolarze, którzy się potem oddzielili, jak JO 
opiewa stary przywilej, w r. 1419. w języku 
niemieckim tymże dany, a w r. 1524. już %\ję- 



Digitized by 



Google 



194 



syku polskim potwierdzony i dotąd przy temże 
zgromadzeniu zachowany, którego początek jest: 
„My Raycze myasta krakowskyego mlodzy y 
„starzy, wisnaramy yawnye przesz then lysth 
„wszytkim y osobliwym, że my zeszwolonym 
„głosem stoły arzom naschego myasta Czech da- 
„lysmy, y onych dlya nyechtórych przyczyn 
„od nassych malyarzów oddzyelyly etc."^ Wr. 
1491. Marcin i Maciej, starsi zgromadzenia ma- 
larzów (cechmistrze) wezwani przez Radzców, 
słuchają rachunków Jana Wielki, malarza z pie- 
niędzy, które wziął od króla Jana Olbrachta na 
robotę, t. j. 70 zł*, węgier., zapewne do upięk- 
nienia pokojów pałacu król. służyć mającą. 

Nie mamy nigdzie śladów, aby który z kró- 
lów poprzedników Zygmunta III. w obrazach 
i malowaniach miał upodobanie i takowe zgro- 
madzał. Pierwszy to był (Zygmunt III.) mi- 
łośnik malowań, który sprowadzał z Włoch 
obrazy, a takowych dostarczali mu bawiący wRzy- 
mie Polacy, jako to : X. Andrzej Batory, X. Stan. 
Reszka, i znany w dziejach naszych X. Ant. 
Possevin, Jezuita. 

Zamiłowanie króla tego w sztuce malarskiej 
wtem jeszczt* wyraźniej postrzegać się daje, że 
chcąc mieć portret tak swój, jako i rodziny 
swojej, jako też i obrazy podług własnych po- 
mysłów pod okiem swem utwarzane, biegłego 
malarza z Włoch do dworu swego sprowadził, 
a tym był mąż, o którym tu mówić zamierzyłem. 

Tomasz Dolabella (zwany niekiedy Della 
Bella) malarz nadworny Zygmunta 111., Wła- 
dysława IV. i Jana Kazim., królów polskich, 
rodem był zBelluno, miasteczka w kraju rzeczy- 
pospolitej weneckiej. W kunszcie tym był on 
uczniem Antoniego Yasillachi, znakomitego ma- 
larza weneckieąo, ^ który wzywany do ozdo- 
bienia malowaniami kościołów i pałaców tak 
w samej Wenecyi, jako też i w innych miejscach 
kraju tego, w uczniu niegdyś w szkole swej 
wykształcony m, zręcznego potem i czynnego miał 
pomocnika. Dolabella jeszcze w Wenecyi ba- 
wiąc, już imię swe pomiędzy znawcami sztuki 
rozsławił, do czego posłużył obraz formy owal- 
nej, malowany przez niego na sufficie sali dei 
pregatty, w dawnym pałacu Dożów, wyobra- 
żający cześć najśw. Sakramentu. (Fuessly.) 

'Polecony z zdolności w kunszcie Zygmun- 
towi III., około r. 1600. sprowadzony był przez 
niego do Krakowa, gdzie już na zawsze osiadł 
i Polskę za ojczyznę sobie przyswoił, połączył 
się bowiem związkiem małżeństwa z Agnieszką 
Piotrkowczykówńą, córką znanego w drukarstwie 
polakiem i znamienitego mieszczanina krak. Ję- 
drzeja Piotrkowczyka. Mieszkając długo w Kra- 
kowie, jako malarz dworu król., nie czynił sta- 
rania o uzyskanie prawa miejskiego; dopiero, 
gdy mu się dla osiągnienia korzyści z tego pra- 
wa wynikających odwołać do niego przyszło, a 
mianowicie, gdy mo żona umarła, a familia jej 
o wydanie sobie majątku (Gierady), po niej po- 



zostałego, upominać się zaczęła, a nawet zwrot 
takowego na mocy Wielkierza przysądzonym 
jej został; wtedy Dolabella udał się zprośbą do 
króla Władysława IV*, który wyrokiem swym 
r. 1641. przywilej obywatelstwa krak. mu nadał* 

(Koniec nastąpi.) 



Saxonia dzisiejsza i jej stolica, 

z wspomnieniem o artystach polskich 

i szkole malarstwa polskiego. 

(Dokończenie.) 

Drezno, stolica państwa, liczy sześćdziesiąt 
kilka tysięcy mieszkańców, w położeniu najzdro- 
wszym i jednem z najpiękniejszych w Europie, 
na pobrzeżu Elby zbudowane, przepysznym 
mostem ciosowym, na 1380 stóp długim, zjedno- 
czone. Zamek królewski teraz odnowiony, naj- 
wyższa wieżą zegarową strzeżony, ma uwagi 
godną kaplicę; skarbiec sklepem cielonym 
(griine Gewóibe) zwany, z kosztownym dyamen- 
tem zielonym (*), a kosztowniejszemi jeszcze klej- 
noty do ziemi naszej odnoszącemi się, i zbiorem 
wizerunków rodzinnych. Pałac niegdyś Brylo- 
wski, teraz akademii sztuk nadobnych po- 
święcony, ma i sale na wystawy publiczne prze- 
znaczone, jakto i w bieżącym roku było; między 
kilkuset liczbami, znakomitego amatora, ziomka 
naszego, Michałowskiego, Jeździec, celniejsze 
miejsce zajmował, a stawnego Werneta obraz 
olejny Przemycacze, wszystkich zachwycił; 
były i trzy ryciny do dzieła obcej sławie po- 
święconego i t, p. Tarras pałacu rzeczonego 
o 41 stopniach, lwami egipskiemi (to jest w kap- 
turach, czyli kalantykach) strojny, głośny z pięk- 
nego na pobrzeza Elby widoku. Pobliski ko- 
ściół katolicki (*), z ciosowego kamienia 
budowany, 2 miliony talarów kosztujący, ma 
zachwalany obraz Wniebowstąpienia, przez 
Mengsa, współucznia sławnego naszego Cze- 
chowicza malowany; a kościół Frauenkirche, 
piękną kopułę, czyli banię, całkiem kamienną. 
Dom straży głównej nowo, podług planu Szyn- 
kla stawiany, mimo niestosowne położenie swe, 
podoba się więcej przynajmniej, niż owa gale- 
ry a obrazów tegoż artysty (w Berlinie), jako 
całkiem przeznaczeniu swemu nieodpowiadająca, 
w której wszystko niemal dla wschodów i pustej 
rotundy, odkażano!... W sąsiedztwie budują, 
tu i wielką operę, która, jeżeli oryginalność 
planu, drobiazgowe łękowania piąter i widok 
nakoniec skośny od mostu (pryncypalny), wy- 
padną szczęśliwie, dogadzając potrzebie, doda 
uroku stolicy. Co do zbiorów, które Dresnowi 
pierwszeństwo wNiemczech zda wna już zapewniły, 

(*) Opisanie tegoż masz w obtzernym i szczegóło- 
wym „Traktacie o diamentach" przez Sen. Soczyń- 
skiego w Rocznikach T.N* krak. tonue I. omiesaczonYm. 
(•») Zok. P, L. rok IV. Tom I. Nr. 9. 



Digitized by 



Google 



195 



ettaiojsze galerya obrazów polsko-saska zajmuje 
miejsc*; znany obraz, jeden z pięciu (*) w zwie- 
cie, pędzla Korredzy o, Noc (Beze narodzenie)) i 
Rafaela Marya di San Siato, wtej się znaj- 
duje; porządek dawny w obrazach, teraz cał- 
kiem przemieniono, lecz czy korzystnie? wspo- 
mnione obrazy, najlepiej przekonywają. Sa tu 
i malowania naszych ziomków, atoli prócz Li- 
aiewskiego, Michała Wil ma na i Loty o 
kiego, i to nienajpierwszego wyboru, wcale 
o wielkich mistrzach naszych niesłychać. Gdy 
prawdzie założenie, wzrost, słowem byt swój, 
sławna ta galery a królom polskim Augustowi II 
i III. zawdzięcza; gdy nadto wiadomem jest, 
iz niemało obrazów z Polski do Saxonii wywo- 
żono; dziwić* się by można, dla czego tu, prócz 
wspomnionych, innych obrazów ze szkoły pol- 
skiej niewidaó ; jakiemi n. p. były i sa między 
dawnemi dzieła, które Jan i Wit z Krakowa, 
słusznie wielkich artystów noszący nazwiska, 
zostawili; i niepospolici mistrze: Mikołaj 
zSandomierza, Salomon, Michał i Mel- 
chior z Gdańska, Świnka (Sues), Krakow- 
czyk, uczeń Jana Wielkiego ; lub z późniejszych: 
Gorajczy kowie, Gorczynowie, Proszo- 
wski, Sieradzki (Sierada), Jan zBydgo- 
szczy, Pipon, Falk iReszka; lub te? z no- 
wszych: Lubieniecki Bogdan iKrysztof, 
a dalej Marcin Teofil Czechowicz (pol- 
skim Corregio zwany, a nieraz od tegoż wyż- 
szy w utworach swoich), Lexicki, Ziernicki 
(de la Grenee), Kunicki (Kunic, Kunze), 
wszyscy pięciu rodowici Krakowianie, Piekar- 
ski,, przez Winkelmana pod imieniem Oefele 
uwielbiony; prócz nieprzeliczonej liczby współ- 
czesny di, Smuglewiczów, Chodowięc- 
kich, Lisiewskich (zwłaszcza Doroty 
Tkerbuszowej), Orłowskich, Kubińskich, 
Tokarskich, Radwańskich, Płońskich, 
Oleszczyńskich , Forsterów, Sosnow- 
skich, Głowackich i t. d., coraz to więcej 
szkołę ojczysta przez poprzedników swoich za- 
łożona wsławiających, którzy to wyżej przyto- 
czeni fundatorowie, twórcy, formując się po naj- 
większej części na wzorach ziemi włoskiej, 
klassycznoscia dzieł, wielością zalet, tak co do 
rysunku, jak kolorytu, kompezycyi nakoniec i 
wyrazu, żadnemu z narodów w Europie nieustę- 
pujac, najwyżej podobno obok szkoły wło- 
skiej stanęli !... Przedmiot ten tak ważny, a 
tyle zaniedbany, zasługuje zaiste na obszerniejsze 
wywody, podróże, badania i śledztwa naukowe, 



(*) Do tych cudów malarskich należą: Przemie- 
nienie p ańskie, Rafaela, S. Hieronim, Domi- 
nikina, Wesele w Kanie galilejskiej, Pawła 
s Werony, Ś. Piotr męczennik, Tyciana, i wspo- 
mniony przez Corregio malowany obraz. Chceszli te 
cuda pędzla , cudotwórczym dziełem dłuta dopełnić ? — 
Odwiedź Kraków i podziwiaj olbrzymie dzieło naszego 
ziomka, Stwosza, ołtarz wielki Panny Maryi, krom 
którego nic równego w Europie nie znajdziesz. 



a postrCczajać nieprzebrane materyały, dzieło: 
O sztuce polskiej 9 wielkiej wagi i znacznego 
ogromu, przyszłości rokuje. Oby ta sławy ro- 
dzinnej puścizna, jak najrychlej prawych zna-* 
le&ć mogła mecenasów, a zatamowała na tera 3 
owe politowania godne i niedołężne potwarze, 
przez nas samych niebacznie powtarzane [że 
Nr. 6. Przyjąć* L., pag. 41. kr, wspomnę (*)J: 
„Jakobyimy się sztukom niepoświę- 
cali "!!••• Gdyby Polska, prócz wielkiego 
ołtarza (**) u Panny Maryi, rzeźby nieśraiertel- : 
nego diuta Wita zKrakowa (Stwosza, przez 
Niemców Fayt Sztos przezwanego, o którym 
później damy wiadomość), i żywotów: Jezusa 



(*) Redakcya Przyjaciela Lądu uwielbia szczerze 
tę gorliwość o sławę narodową antora niniejszego ar- 
tykułu ; sądzi atoli, ze niezgrzeszyła, umieściwszy w Nr. ti 
na rok 1839. artykuł, w którym autor utrzymuje, ze nie 
mamy malarzy tak sławnych , jak włoscy , francuzcy i 
hiszpańscy. Jak jednemu człowiekowi, tak i całym na- 
rodom niepodobna we wszystkie m celować. Mieliśmy 
sławnych w całym świecie astronomów i matematyków 
(Kopernik, Heweliusz, Poczobut, Śniadecki, Broscinsz, 
Toński i t. d.); lekarzy (Struś); pisarzy o sztuce wo- 
jennej (Siemieński) ,• badaczy przyrodzenia (JobnstonJ ; 
filologów i mówców (Petrycy, Burziusz, Treter, Orze- 
chowski i t. d.); wojowników (Tarnowski, Zamojski, 
Chodkiewicz, Jan III. i t. d.) ; publicystów (Modrze-* 
wski, Koryciński i t. d.)j poetów (Sarbiewski i t. d.), 
pocóz szukać sławy tam , gdzie jej nie mamy ? Ma- 
larstwo i snycerstwo, aby zakwitły, więcej jeszcze wy* 
magają zachęceń i spokój ności , niź same nauki, i o 
nich to szczególniej mówili Rzymianie nie uadaremnie : 
furente Martę silcnt Musac: byłoz u nas takie zachę- 
cenie? gdzież są nasi Medyceusze? Świątynie nasze, 
prócz kilku, zawieraj ął w sobie lepsze pomniki malar- 
stwa, albo snycerstwa krajowego? Zszedłze jeden dzie- 
siątek lat bez napaści dzikich hord , bez wewnętrznych 
zaburzeń? Nie przeczymy wprawdzie, ze u nas pewien 
rodzaj malarstwa miał obszerne pole do rozwinięcia 
się : wszystkie przysionki , wszystkie komnaty szlachty, 
wszystkie ściany świątyń okryte były wizerunkami, 
na płótnie, drzewie, blasze; ale takie malarstwo, cho- 
ciazbyśmy w niem i pędzel Rafaela odkryli, jest tylko' 
rzemiosłem. Z malarzy naszych najlepszym jest Lubię* 
niecki. Na nim przodkowie nasi okazali, jak sztoki 
piękne cenili : w średnich wiekach w innych narodach 
uwalniano od kary śmierci złoczyńców, gdy pisać umieli ; 
u nas w środku 17go wieku wygnano Lubienieckiego 
z kraju, i nie oglądano się bynajmniej na wyższy talent 
jego w malarstwie. Prawdą, a Bogiem, mawiali nasi 
przodkowie 2 chwalmy się więc , gdzie jest czego się 
chwalić, ale nie łudźmy się, nie obwijajmy przed sobą 
prawdy w bawełnę , bo w rzeczypospolitej nauk zarozu- 
mienie tyle zrządza szkody, co nieufność w własnych 
siłach, co wzgarda rzeczy ojczystych, jakkolwiek po- 
budki i cele mogą tu być odmienne. 

Przypisek Redakcyi. 
ł (**) Mam sobie za przyjemną powinność uwiadomić \ 
Ze cudowne to i olbrzymie arcydzieło sztuki rzeźbiar-r 
skiej, naszego Wita zKrakowa, przez niemniej zna- 
komitego artystę Thorwaldsena tyle uwielbione ; %*y 
maje obecnie dwóch zasłużonych professorów akad. 
krakowskiej. P. Brodowski z wielkiem poświęceniem 
zdejmuje pędzlem oblicze tego ubóstwienia Maryi, które 
następnie P. Giziński , mimo zwątlone w zawodzie na- 
uczycielskim siły, w rycinie upowszechnić przedsię- 
bierze. Oby błoga Opatrzność jak najrychjej uwieu* 
czyła piękne . zamiary , i zgotowała tak szlachetnym 
uczuciom, wdzięczność powszechną ! . . ♦ 

25 



Digitized by 



Google — 



IM 



Chrystus* i Katarzyny (tamie i w kaplicy 
Zygmuntów będących ) , pędzla lana £• K r a - 
krowa, staranie już od współczesnych Wiel- 
kim zwanego, oba z przodków rodowitych 
współziomków naszych; — nic mówię więcej 
niemiała; to juz dzieła te, z XV. niemal wieka, 
o niepospolitej zasłudze naszej w sztukach na* 
dobnych, dostatecznie wyrokowałby mogły !••• 

Lecz skończmy ten ustęp jedną jeszcze uwa- 
gą; załatwijmy tymczasem nasunione wyżej py- 
tania, losn obrazów naszych tyczące, tą prze- 
strogą, że nieobecność dziel polskich, wyżej 
Wspomniona, jest tylko pozorną; niemało albo- 
wiem obrazów z podobieństwa cech szkoły- wio* 
skiej, uległszy bierzmowaniu artysto wskiemu , 
pod przybranetni włoskich* mistrzów imionami 
paraduje; te zaś, które widocznie opierały się 
piętnem szkoły oddzielnej, polskiej, przywła- 
szczeniu; za szczególną łaską pod nazwą: Ein 
unbekann-ter Meister, Un incognito etc., 
Wybawienia swego oczekują. To, co mówię 
o galeryi drezdeńskiej, rozumieć należy i o in- 
nych galeryach, mianowicie Berlina, Floreńcyi, 
Paryża i Rzymu; których Polacy będąc dyrek- 
torami, zawiadowcami lub członkami? niepospo- 
litemi tez dary wyposażali je. Nie sam prze- 
cież pędzel i rylec, nie samo wyłącznie dłuto, 
talenta ziomków naszych zajmowały, i to od 
najdawniejszych czasów; gdyż i wyższe budo- 
wnictwo już z lOm wiekiem poczynając, zdolne 
jest znakomitych w swym obrębie wykazać mę- 
żów! Przykładem tego niech będą:. Mikołaj 
z Krakowa i Jan z Gdańska, u postronnych 
nawet pod imionami: Riclas Ton Krakau, 

SCans von Danzig, słynący i najpierwsi bu- 
owy kościoła Świętego Szczepana w Wiedniu 
architekci (obacz akta tabliczkowe przy tymże 
kościele) ; lub ów zawołany w Europie Mieczy- 
sława budowniczy, Krakowczyk, W o j ski f Woyd- 
sko) zwań, któren, po przyjęciu wiary świętej, 
przez króla do Włoch wyprawiony, rozpozna- 
wał bliżej świątynie pańskie; któro, za powro- 
tem, tak w domu, jak o obcych, z podziwem 
wznosić umiał, alboh te*ż: owi godni sławy tam- 

2 eh dziedzice, aż czterej rodowici Krakowianie: 
ktawian (Woleza, Wohner), Tobiasz, 
wtóry Mikołaj i Paweł Ciołek (Kfilbel), 
l#ib nakoniec tamci od Bałtyku trzej nadwiślańcy: 
J«akób, Karol i Józef, Gdańszczanie, co to 
chwałę narodową i po zagranicnu rozpościerali !»• 
a iluż do tych nienależałoby doliczyć z później- 
szych, lub za dni naszych żyjących? Czyż imiona 
Strubiczów, Freytagów, Fredrów, lub 




szych w Europie narodów?... 

Nieprzebrany ten poczet artystów polskich, 
z których wielu z pierwszymi mistrzami o lep- 
szą w sztokach walczyć mogą, rozumiem, iż jest 
aż nadto dostatecznym do okazania nicości wspom* 



niouap<wyżej paszkwilu; wuAemmBthemoktmim 
służyć i za balsam otuchy dla tych psaczów 
naszych, którzy bądź przez lęUiwoóć, bądź złe 
przykłady, nieraz mozolą ait} nad tern, by przez 
obcych nawet przyznawanych nam mężów, gwat*. 
tern a rodu polskiego wydalić! Tak ń^ stało 
z Oktawianem z Krakowa, na pnekóe 
którego KI uczy ck i zakłada jakieś tam kolo-, 
nie, aby tylko czystość krwi jego zamącić!*.. 
Nielepiej wyszedł wielkiej sławy Wit z Km 
ko w a; któren, mimo, że go powszechność za 
Polaka, Krakowesyka, ogłasza; mimo, że< się> 
w Pokoe rodzi, długo żyje, nieśmiertelneini kza) 
wzbogaca* dzieły; mimo, że własnoręcznie pisze 
się* Vitus aus Krakau, albo Stwo-a*,. i 
wykuwa na pomnikach* przez siebio wykonanych^ 
z łacińska Stroa; a nakoniec liczną ma i ed» 
umiera rodzinę w krakowskiem Stwosz ów; 
przecie, pomimo tak niewątpliwa świadectwa*, 
Grabowski naratu* mu, i to gwałtem, anta* 
natów teutońskioh! — i kiedyż to jeszcze? oto: 
w opoce, w której artyści nasi colnjąo nad oścień* 
nymi, do wykonywania dzieł wielkich, z Poktt 
z niemałemt nakładami sprowadzani bywali* 
Norymberga, Bamberg, Schwaback i fc i, jakże 
się ciesząc ileż się zaszozyeają* z posiadania pię- 
knych dszeworzeżb Wita z< Krakowa, które prze* 
ciez de tych najcebiejszyek robót aienależę, ja» 
kiemi miasto swa rodzinna Kraków tak świetni* 
wyposażył. Nie żądamy bynajmniej cudzej sł*~ 
wy; jak równie ustępować własnej komu bądź, 
nieaaamy powodów; woke nam pobłażać, wolno, 
i litować sio nad oszczercami naszymi; nie prze* 
cięż gorszyć się ich nagannym, przykładem. -*- 
Bandtkie mógł zwieść błaho sądzących o rze* 
ezacb, ttoęi nawet zostawić po sobie zwoleu- 
ników, śmiesznych panegky stó w ; nie przeto 
zasługuje na wiarę mężów światłych, bezstnm* 
nyoh I. • • 

Po gałeryi obrazów, zbrojownia (Rustkam* 
mer) ciekawą jest pod względem rzeczy myśiiw* 
skiej, a ważniejsza nierównie z pamiątek sławy 
ojców naszych, mianowicie trofeów oswobodzę* 
nia Wiednia, pmea Jana ML te licznie złożem 
nyoh, a nakemec i wizerunku Wielkiego Ło- 
kietka i t. p> — Pałac japoński, prócz znake* 
mitego zbioru mam* (*) i antyków, ma zazze* 
zny gabinet porcelan, jeden z najpiękniejszych 
w Europie; kio żywy obraz sztuki tej poznać 
zamyśla, odwiedzić go powinien; idąc od naj- 
surowszej pierwiastków prostoty, aż do szczytu 
rjrsów, form nadobnych, pysznych wyzłót, na* 
debnośa pędzla i barw francuzkiejsmakowitości; 
w podarunku przez Napoleona księciu warszaw- 
skiemu niegdyś przesłanym, postrzeganych. — 
Biblioteka, do 300,000 ksiąg Ucząca, na pię- 
trze, nie mało i rzadkich posiada dzieł, do lite- 
ratury polskiej należących; rękopisma wscho- 



(*) Między łanem! tą Beledtwa IV. i V., łUśt. 
mierz* V # , Zygmanui I. i t. *. 



Digitized by 



Google 



tt? 




Pomnik A**mta lh w I|re<«aV.(*) 



(hM, ezezegilnMjj w epoce wybawienia Wiednia 
sslokyte i przez sionka naszego Ra^akieg^ bie- 
głego w oryeatalnfoh jęaykaoh, spisane i apt* 
rzadko wane, kogóż a Polaki* uiezajma?..* 

Te zaeszta i U p. osoUiwoeei, w Dreźnie po- 
fcacywane, należały dotąd do owyeh zaklętych 
niejako pnstyeh zamczysk akasb&w, do któryś 
jędrnie przez wiele zahiegtW, tfudn i koszta 
dostąpić messa było.. filaazara te> równie *te> 
cswtct saskie ubliżająca, jak zakwtaueniu sztuk 
i wzniesienia ptzamyałn narodowego całkiem 
pneciwna, a woli dai pazwjaocgo króla pa hji 
ealkieai uchylona; wszystkie albowiem sMzea, 
na wzór Parysa/ i dla wszystkich bezpłatnie 
z»*jq być otwiera***** Co je aa* f życzymy, 
aby aię znałeie ntigl między nęconymi dragi 
Łlacaycki, kt&renby, jąizlo dla stawy ojczystej 
jn* oświecenia niedouownych* „O bras pamic- 



(•) Niedaleko mostu aa Newdm zsJtJese, wznosi się 
pomnik ku cici Fryderyk* Angaria II # , Mli polskie- 
go, elektora saskiego, przez syna jego Augusta III. 
w roku 1736 wystawiony, UJanr jest se spiłu i grabo 
złocony, stoi na kamienni! podstawie i nie jest zuplt- 
nie piękny, ale wydatny i kosztowny. Rreł ubrany po 
nymskn , a mimo tego w peruce , s buławą w ręku, 
siedzi na podskakującym rumaku *' postawa jego zna- 
cząca, twara i kształt cały saonlwiaUeego podobień- 
stwa; koń nawet ulaąy na wzór ulubionego konia kró- 
lewskiego \ równowaga aałego posągu spoczywa w ogo- 
nie; dziełem jest Ludwika wldemana* Szkoda, ze 
napis zadca nie zdobi pomnika. 



tek połekiojl,* w Bteźiiłe, njesnakod Wieekia 
ofeftazyoh, jak aajtwcjijej drukiem ogłjoaićpttęd* 
nięwztaJ. 

W sąsiedztwie pałacu japońskiego założona 
w 1B3& r. żelane-kolej, (*J lipska, ożywia mar- 
twe, niegdyi tę czcić Dresaa i powaseobaie przez 
wszystkich niemal podtfónjceycn odwiedzanajest; 
bo któżby lak swobodnej, lotnej , a tyle cudo* 
wsWj jazdy, aiezechciał skosztować ? .• • Światło, 
dnia jednego i nie tak wielki datek, podaje ła> 
zwoii widzenia sławnego targami miasta, i po* 
etręoza razem sposobność, nczeić cienia nieprze* 
łiezonych braci naszych, błędy wielkiego wojo* 
wnika na próżno i tam poświęconych].** 



Kowno. 

(Ciąg dalszy.) 

Wówczas tez właśnie przybyli do Inflant 
kawalerowie mieczowi, którzy połączywszy się 
* pruskimi Krzyżakami, nieubłaganymi Litwy 
nieprzyjaciółmi, srogo j$ od północy trapić za- 
częli; od zachodu zaś i południa, liczne do tej- 
że krainy czynione były wyprawjr przez Pola- 
ków* Tak ^cieiaiona ze wszystkich stron Li- 
twa, wyskakując z leśnych kryjówek, potężny 
napastnikom dawała odpór; ogniskiem zaś bitw 
uporczywych i zjazdów, dla zawarcia rozejmu, 
lub trwalszego przymierza, było miasto Kowno 
i jego okolice. W tych utarczkach Krzyżacy 

(*) Kolej żelazna lipsko-drezdeńska ostatecznie do- 
kończoną i otwartą była 24. Kwietnia 1839. Długosz 
jćj mil 15 i pół w trzech niemal godzinach się zała- 
twia. Ma zaś' w przestrzeni swojej pomostów 104, mię- 
dzy któremi most pod Riesa na Elbie, 1200 stóp długi, 
na 11 płasko -slupach, a dragi pod Wurzen o 1354 stóp 
ni 19 łękach spoczywający, znaczniej szemi są. Stawi- 
deł do 2U. Nur, czyli tunel, przy Oberau, do 300,- 
000 tal. kosztujący, ma 1740, a amurami bram biorąc, 
1308 stóp długości; wysoki stóp 20, szeroki zaś* stóp 26, 
całkiem ciosami piaskowe mi wyłożony; przebiega on 
popod gotfeiniec do Afeisseu od Radeburga bieżący. Do 
rzeczonego miasta , z fabryki porcelany głośnego , pro- 
mień zelazokoła obiecywanym jest. Pod Medessen wy- 
krój ma stóp 9, a przy przebywaniu Elby, tama 1,000 
stóp dłuca, a 26 stóp wysoka, przewód drózny stano- 
wiąca, 64 filarami umocowana. Pod Osehats (Osrać') 
nasep, czyli grobel 734 łokci długi, a 18 łokci wysoka, 

^■0- słupami wzmocniony, dolinę Dolaits przecina. 
Wurzen żelazo- kolói przeskakuje wielki lipski go- 
ściniec zasklepem, na 24 stóp wysokim, a 40 stóp sze- 
rokim. W parku ws*i Mochbern nasepisko ma 11 tysięcy 
stóp długości, popod które mnóstwo dróg i drożyn prze- 
lataj e. — Obecnie drugą, do powrotu słnzyc mającą 
Z~i__ A i.,*ix: l»_j_ . łTc_- .* ■ • -1 _ 




i to na zazna pojedynczą milę *± po 920,UW tal. pra- 
zktck, bo okolfee górzyste były powodem tak wielkiego 
n ak ładu ; jakoż kolej żelazna warszawsko - krakowską, 
zsedJo. Wjsjazów szczegółowych, zaledwo trzecią częió 
fego koszjtowąc maj prowadzona albowiem równinami, 
niepotrzekując rozkopów, nasepisk, ani wielce kaszto 
wnyck nnrtowań, czyli tunelów, z nieporównaną oszczę- 
dnfótią aumoiór się da. 



Digitized by 



Google 



198 




grunta 

łożyoiel Trok i Wilna, mając zebrane wojsko 
z Litwy, Rusi i Tatarów, z obozu swego, po- 
między Jurborkiem i Kownem, w lasach zata- 
jonego, częste czynit wycieczki, a wzmocni- 
wszy swą garstkę posiłkami z Nowogródka i 
Potocka, za pomocą będącej w szykach krzy- 
żackich Żmudzi, tłumy ich na głowę poraził, 
Żmudź odzyskał, i oddał ją Kiejstutowi, je- 
dnemu z 7miu synów swoich , z należącem pod- 
ówczas do tej krainy Kownem, tudzież z Tro- 
kami, Grodnem, Upitą i Lida. 

Nie przestając na tern zwycięztwie Giedy- 
min , wspólnie z Władysławem Łokietkiem, kró- 
lem polskim , mszczącym się na Krzyżakach za- 
boru ziemi pomorskiej, kraje ich niszczył. Lecz 
skoro między królem polskim a Krzyżakami, po- 
kój był zawarty, ci wetując szkód poniesionych 
|>rzez napady Litwy, podwakroć oblegali Wie- 
unią, albo Welonę, zamek nad Niemnem, i za 
Sowtórnem w te kraje przybyciem, zbudowali 
la siebie dwa zamki, Bejer i Fridburg. Gdy 
pod Weloną, Giedymin niosący odsiecz dla swo- 
ich, zabity" został z ognistej broni, ^ której już 
wówczas zaczęto używać; wystąpili na scenę 
ciągłych i najzaciętszych bojów, nieubłagani 
przeciwnych sobie narodów nieprzyjaciele, z li- 
tewskiej Kiejstut i Olgierd, a ze strony krzy- 
żackiej mistrz ich Winrych von Kniprode. Ja- 
koż Kiejstut z Olgierdem, mszcząc się śmierci 
ojca i spustoszenia Litwy, w krótkim czasie 
zgromadzili do Kowna 40,000 ludu zbrojnego, 
z którym napadłszy na zajętych znowu polską 
wojną Krzyżaków, i niesłychanego w ich zie- 
mi zniszczenia dokonawszy, nader korzystny dla 
siebie pokój zawarli. Ten atoli pokój trwał 
niedługo. Krzyżacy bowiem już sami przez się, 
już z pomocą książąt niemieckich, zachęconych 

5 ozorem rozszerzania Chrystusowej nauki mię- 
zy pogańską Litwą , wielokrotnie, acz nie bez 
dzielnego odporu, dzierżawy Olgierda i Kiejstu- 
ta napadali, mianowicie Winrych (obrany mi- 
strzem r. 1348. ), z licznem własnćm i posiłko- 
wem wojskiem, nieraz gromił Litwinów, i sa- 
mego Kiejstuta, umiejącego zręcznie z krzyża- 
ckiego więzienia umykać, czterykroć złowił* 

Nakoniec, w roku 1362, zebrawszy wielkie 
wojsko, tak z Rzeszy niemieckiej, jako też z 
innych krajów, wjrprawił się do Litwy i ob- 
iegłszy zamek kowieński, ze wszech stron go 
dobywał; przybyli na odsiecz Olgierd, Kiejstut 
i Patryk, uderzyli na obóz niemiecki, a cho- 
ciaż się z obu stron mężnie i upornie potykano^ 
Litwa ze swojemi książęcy ustąpió musiała. 
Wówczas Winrych tim silniej i gwałtowniej 
Kowna dobywać zaczął, i w sobotę wielkano- 
cną, podkopawszy mury i zapaliwszy wieże, 
wzięli Krzyżacy zamek kowieński. . Wszakże 
kiedy Niemcy do szturmu biegli, mur podkopa- 



ny na nich upadł i wiele wojaka przywaliŁ 
Trzy tysiące Litwy w tem oblężeniu od ognia 
i żelaza zginęło, a Wojdat książę, syn Kiej- 
stuta, z 36ci£ przedniejszymi Bojarami litewski- 
mi pojmana i do więzienia wtrącony został. Po 
tak szczęśliwem zwycięztwie, Krzyżacy obcho- 
dzili Wielkanoc na Horodyszczu kowienskiem, 
a mszą Bartłomiej Sambijski biskup odprawe- 
wał. Nazajutrz dokonawszy Winrych reszty 
spustoszenia murów i przekopów kowieńskich, 
ruszył z wojskiem do zamku Pisteny, a zna- 
lazłszy go opuszczonym, kazał zapalić; dobył 
nareszcie na drodze leżącą Wielonę i z groma- 
dą więźniów i łupów wrócił do Malborgu. 

Roku 1304. książęta litewscy zburzony za- 
mek odnawiać zaczęli, i zbudowali na Niemnie 
most, wkrótce zniszczony przez Komendatora 
zRagnety. 

Niepołożyła atoli granic na tych zwycięz- 
twach zaciętość krzyżacka. Winrych na nowo 
srogie zniszczenia w Litwie i Żmudzi rozsie- 
wał. Kiejstut wpadając tajemnemi drogami do 
ziemi krzyżackiej, wetował szkód Litwie zada- 
nych. Winrych, dla wstrzymania jego zagonów, 
założył zamek Chrystymemel między Jurbor- 
giem a Kownem i most na Niemnie, a we trzy 
lata później, z materyalu pod Kownem schwy- 
tanego, zbudował fortecę Gottisweder (wyspa 
Boża), dobytą i zburzoną przez Olgierda i Kiej- 
stuta, wkrótce po oddaleniu się do Prus mistrza 
krzyżackiego. We czternaście lat po uprze- 
dniem zniszczeniu, znowu Kowno do obronne- 
go stanu przywiedzione zostało. Mistrz krzy- 
żacki dowiedziawszy się, iż Litwa, pod do- 
wództwem Kiejstuta, Olgierda, Jagiełły i Wi- 
tolda, srogie zniszczenia rozszerzała w Polsce, 
słabo rządzonej przez Elżbietę królowę węgier- 
ską, wpadł. do Żmudzi, gdzie bez żadnego o- 
poru, sześó powiatów z zamkami, t. j.: Mio- 
dniki, Braigołę, Ar wis ton, Rosein (Rosienie), 
Giesów i Pastów, mieczem i ogniem zawojował* 
Kowno tą rażą oblężone i silnie dobywane, mę- 
żny opór dawało tak dalece, iż Winrych, po 
stracie wielu rycerzy, niedobywszy zamku, do 
Prus powrócił. 

^ To drugie oblężenie Kowna, dostarczyło tre- 
ści Dyzmie Bonczy Tomaszewskiemu, do pię- 
knego w pieśni HI JagieUonidy ustępu , poświę- 
conego waleczności i chwale Bohaterów lite- 
wskich. 

Początek ustępu w U*n miejscu przytoczymy: 

Ledwie có się wspaniała uczta ukończyła , 
Jeden po drugim goniec do Kiejstuta wpada, 
. « Ze ogromna Krzyżaków połączonych siła, 

Po4 wodzą krzyżackiego mistrza E ber harda. 
Juz za granicę Żmudzi* od Dźwiny wkroczyła, 
A zakonników pruskich z drugich stron gromada, 
Z fVinrykiem od Królewca wpadłszy i Elbląga, 
Hufce nieprzeliczone po Litwie rozciąga. 
Juz Giejsów, Ejragoła^ Pastów .i Rosienie, 
JUiedniki i ArwisUn, miasta żyznej ' Żmudzi , 
Z azegnione przez Niemców zniszczy ty płomienie ,,',. 



Digitized by 



Google 



199 



Za nimi przybył goniec z wiadomością słowną, 
Ę twierdzy, htórij mur Niemen z Wiliją oblewu, 
Ze na tyek dwóch rzek brzegach posadzone Eowuo 
Winryk do poddania się wielokrotnie wzywa , 
Ale to miasto, twierdzą wzmocnione warowną, 
Pewne odsieczy, wzgardą jego groźby zbywa — i t. d 

W następnych latach stan^ Litwy wielce się 
zmienił. Przez Giedymina, dziada Jagiełłów ego, 
założone Wilno (r. 1322*), a po Kiernowie 
Trokach i Nowogródku, przeznaczone na głó- 
wna stolicę księstw litewskich, stało się odtąd 
najważniejszym punktem, do którego skierowa- 
ne zostały napady krzyżackie , (mianowicie dwu* 
krotne pod dowództwem Godfryda z Lindy ro- 
ku 1378)* (Koniec nastąpi.) 



Seraj turecki. 

Lady Mary Wontley Montagu, której 
dozwolono było, podczas pobytu jej w Stam- 
bule, zwiedzić seraj jednego z pierwszych urzę- 
dników sułtana, tak nam go opisała: ^ 

„Będąc zaproszona od żony wielkiego we- 
zyra na ucztę z znakomitą damą grecką ,^ obja- 
wiłam jej chęć poznania bliżej życia niewiast 
w Turcyi. Gościnna i uprzejma pani uczyniła 
zadosyć memu życzeniu, pozwalając, abym się 
dnia następnego o wyznaczonej godzinie z to- 
warzyszką moją , do pierwszej z jej służebni© 
zgłosiła. Jakoż nazajutrz przybyła po mnie 
o umówionym czasie lektyka, w której mnie 
do pałacu wezyra zaniesiono. U drzwi zasta- 
łam już znajomą mi Greczynkę, czekającą na 
moje przybycie obok dwóch czarnych rzezań- 
ców zzatożonemi rękami, kłaniających się cią- 
gle bardzo nisko, i wzywających, abyśmy próg 
przestąpiły raju pana ich łaskawego. Weszłyś- 
my zaraz do długiej galeryi, gdzie dwoma szpa- 
lerami stały ozdobnie poubierane dziewice, wi- 
tające nas dziwnym swym ukłonem. Żałowa- 
łam, iż etykieta, z jaką mnie towarzyszka moja 
obeznała, niepozwalała mi zatrzymać się i przy- 
patrzeć każdej z tych dziewic z osobna. [Lecs 
zapomniałam o tćm, gdym się n&gle ujrzała 
w wielkiej okrągłej sali, do której się prze* 
złocone szyby promienie słońca wdzierały, pa- 
dając na ustawione rzędem cyprysowe i poma- 
rańczowe drzewa, krzaki róż i jaiminu, roz- 
noszące woń przyjemną, walczącą o pierwszeń- 




lowany, iż zdawało się, że wszystkie wschodu 
ogrody zgromadziły nań swe ozdoby, aby nas: 
niemi zasypać. Ma miejscu wzniosłem, wśród 
drzew pomarańczowych, na perskiemi makata- 
mi zasłanej sofie, siedziała na złotem wezgło- 
wiu od niechcenia wsparta pani domu, Fatyma, 
żona pierwsza wielkiego wezyra, a u nóg jej 
dwa dziewczęta, około 12 lat mające, piękne 
jak aniołki, togato bardzo ubrane, jaśniejące 
jak gwiazdy od drogich kamieni i brylantów. 



Gdyśmy uszanowanie [nasze, z daleka się jej 
kłaniając, oddały, podniosła się z powaga i 
przywitała nas z uprzejmością, jakiej żadne 
wychowanie dworne nadać nie jest zdolne. Na 
jej skinienie, rozpostarły obo*k jej siedzenia, 
potowe na każdy rozkaz swej pani niewolnice, 
Kosztowne dywany, na którycheśmy usiadły, 
otoczone tłumem dziewic zgromadzonych z wszy- 
stkich niemal carstwa tureckiego krain. Wszy- 
stkie piękności Europy niczem były w porówna- 
niu z wdziękami i urodą małżonki wezyra. Na 
znak dany przez Fatymę, wstały otaczające ją 
dziewice, a skłoniwszy przed władczynią swe 
czoła, jedne na instrumentach, naszym gitarom 
podobnych, grać zaczęły ; inne w rzędy do tańca 
jBtanęły. Równie grające, jak i tańczące dzie- 
wice, wiele wprawy i wdzięku okazywały. Po 
skończonym tańcu, weszły cztery białe niewol- 
nice z kadzielnicami, najkosztowniejsze wonie 
na gorejące w nich węgle rzucając; pocze*m 
przyniesiono kawę i trunki chłodzące z owo- 
ców; usługujące nam niewolnice podawały nam 
naczynia z napojami klęcząc. Gospodyni domu 
Rozmawiała ze mną wiele bardzo przez tłuma- 
cza, i prosiła, abym ją do liczby przyjaciółek 
moich przyjęła. 

„Przy pożegnaniu, rozkazała Fatyma przy- 
nieść dwom dziewicom naczynie srebrne, w któ- 
rym najpiękniejsze ułożone były szale, wzywa- 
jąc mnie, abym sobie jeden z nich wybrawszy, 
aa pamiątkę go przyjęta. Zniewolona jej nale- 
ganiem, zatrzymałam jeden szal; inne towa- 
rzyszącej mi Greczynce wręczyła, z poleceniem, 
aby je służebnicom moim rozdała. Inną drogą, 
źhnowemi pokojami Fatymy, wracałam do do- 
mu ; tutaj nowe, nigdzie w Europie niewidziane 
uderzyły mnie piękności: komnaty z ścianami 
wykłaaanemi perłową macicą i słoniową kością, 
japońską porcelaną powleczone sale, których pod- 
łogi najkosztowniejszemi perskiemi dywanami 
Ibyły pokryte. Wszędzie złota, srebra, koszto- 
wnych kamieni pełno, iż mi się zdawało, że się 
w zaczarowanej jakiej krainie znajduję." 

O urządzeniu domu całego wezyra i o po- 
łożeniu niewiast tureckich, rozwodzi się Lady 
Montagu obszernie; wyciąg z jej uwag odkła- 
damy do dalszych numerów. 



Doniesienie literackie. 
W tych dniach opuścił w Poznaniu w księ- 
garni i drukarni W. Stefańskiego: 

„Obrazu Polaków i Polski w XVIII wieku, 
wydanego p. E. Raczyńskiego , tom IV., 
zawierający tom pierwszy Pamiętników 
Józefa Wybickiego, senatora woje- 
wody królestwa polskiego; z rękopismu." 
O ważnem tern dziele zdamy wkrótce sprawę 
Czytelnikom P. JU 



Digitized by 



Google 



MO 




Seraj turecki* 

Doniesienie litteracMe. 
Mam sobie za obowiązek donieść czytającej Publiczności, ii Przewodnik rólfliczo- 
pmeWf&łowy > przez przyrzeczoną mi łaskawie pomoc wielu Szanownych Obywateli księ- 
stwa naszego, słynnych jako Agronomów, gospodarzy 1 1. p., od nowego roku regularnie 
wychodzić będzie; mianowicie zwróconą będzie uwaga Redakcyi na prowincyą naszą. Prospekt 
uwiadomi łaskawych Czytelników bliżej o planie pisma. 

Wszystkie król. urzędy pocztowe i księgarnie tak krajowe, jak i zagraniczne, przyjmują 
przedpłatę, wynoszącą półrocznie 1£ tal., czyli złp. 9. 

Ernest Gilnther, księgarz i typograf w Lesznie. 

Z końcem pierwszego półrocza roku szóstego istnienia Przyjaciela ludu, 
uprasza niniejszem wydawca łaskawych Czytelników, aby wcześnie w naj- 
bliższych sobie król. urzędach pocztowych, lub księgarniach, przypadającą 
na następujące drugie półrocze przedpłatę, w kwocie i tal. 7ł sgr* (7ł złp.), 
jak najspieszniej złożyć raczyli, niechcąc doznać przerwy w odbieraniu co ty- 
dzień regularnie wychodzących numerów* 
Leszno, dnia 13. Grudnia 1839. 

ERNEST GUNTHER, księgarz i typograf. 

W księgarni Ernesta Giinthera w Lesznie dostać można: 
Kanty czka pieśni na b o i n y c h według obrządku Kościoła ś.. katolicki ego* na uroczystości 
całego roku, z przydatkiem nowych pieśni, osobliwie o Bożem narodzenia; w Krakowie; na 
papierze lepszym 15 sgr#, czyli zj «• na gorszym 5 sgr., czyli złp* 1. 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 36. 



Leszna, 

Atta 28. Grudnia 1839. 




Ruiny zamku w 



Kowno. 

(Koniec.) 

Winrych, mistrz praski, najgroźniejszy nie- 
przyjaciel Litwy, i Olgierd, znamienitego męz- 
twa książę litewski, r. 1381. żyć przestali; tego 
zaś ostatniego, pierworodny z drugiej żony Ma- 
ryi-, księżniczki twerskiej, syn Jagiełło, przez 
zaślubienie Jadwigi, córki króla węgierskiego 
i pokkiego, r. 1434. został królem polskim i 
w. księciem litewskim; tym sposobem na gru- 
zach zniszczonego bałwochwalstwa, zajaśniało 
w Litwie światło wiary chrześciańskiej. 

Lecz nim dopiero wspomniane wypadki na- 
stąpiły, ważne w rodzie Giedymina wydarzyły 
się rozterki. Jagiełło, co śmierci ojca swego, 
zostawszy wielkim księciem litewskim, podu- 
szczony przez zięcia swojego Wojdyłłe , wszedł 
w zmowę z Krzyżakami przeciw stryjowi, pa- 
nującemu w Trokach , którego staraniem wynie- 
siony został na księstwo. Obrażony niewdzię- 
cznością Kiejstut, ubiegł zdrada Wilno, Woj- 
dyłłe rozkazał powiesić, a Jagiełłę, na proś- 
bę* Witolda, syna swojego, osobistą przyjaźnią 
% Jagiełłą złączonego, z więzienia uwolniwszy, 
przeznaczył mu "udział krewski z księstwem wi- 
tebskiem, po matce nań spadającym. Lecz gdy 
Kiejstut, uspokoiwszy Jagiełłę, wyprawił się 



przeciw drugiemu synowcowi swemu Korybuto- 
wi, który me tylko żadnego zwierzchnictwa nad 
sobą uznawać niechciat, lecz w czasie zdarzo- 
nych niesnasko w, kilka zamków ubiegł; wów- 
czas Jagiełło, zamiast pomocy stryjowi swoje- 
mu, z wojskiem witebskiem i krewskiem Wil- 
no opanował. Kiejstut za powrotem z pod No- 
wogrodu siewierskiego, zamierzał upokorzyć Ja- 
giełłę, lecz ten układnością i zmyśloną chęcią 
pogodzenia się, zwabiwszy stryja swego, we- 
spół z Witoldem do własnego obozu, potem do 
Wilna jechać z sobą zmusił, i tam w nocy obu 
w kajdany okuć rozkazał. Kiejstut na więzie- 
nie do zamku krewskiego odesłany, po swojem 




a 

• * . „ * za i 

Witold naprzód w Wilnie, potem w zamku 
krewskim więziony, przez fortel swej żony, 
od grożącej mu śmierci ura owany . udał się 
wprzód do Janusza, księcia mazowieckiego, swo- 
jego szwagra , gdzie mewidząc się dość bezpie- 
cznym, u Konrada Zolnera, mistrza krzyżackie- 
go, schronienia szukał. Przyjęli go chętnie 
Krzyżacy, i pomoc przyrzekli, a gdy prócz te- 
go Żmudź była za Witoldem, w chwili nioby- 
tnosci Jagiełły, zajętego wojną podlaską x a mia- 
i nowicio dobywaniem Drohiczyna, Suraza, Miel- 



Digitized by 



Google 



202 



nika i Kamieńca, Zolner z Witoldem opanowa- 
li zamki trockie, i zostawiwszy załogę, do 
Prus się wrócili. Wkrótce Jagiełło odzyskał 
Troki i sekretnie do zgodj Witolda namawiał, 
ofiarując mu zamki podlaskie, tudzież wielkie 
księstwo litewskie, jeżeli sam królem polskim 
zostanie. Uwiedziony obietnicami Witołd, z roz- 
ranionem wprawdzie tylu krzywdami sercem, 
wprzód najotwarciej dla Jagiełły wylewającym 
się, dat się pojednać, i potajemnie od Krzyża- 
ków umknąwszy, do ojczyzny powrócił. 

Niedotrzymał atoli słowa Jagiełło; zosta- 
wszy bo\*iem królem polskim , niedowierzał Wi- 
toldowi, i wielkie księstwo litewskie oddał 
niedołężnemu Skirgajle, rodzonemu bratu swo- 
jemu; rozjątrzony Witołd przedsięwziął opa- 
nować Wilno ; lecz dwakroć odparty od wojska 
polskiego, zamki od Jagiełły nadane, Grodno, 
Brześć, Suraż i Kamieniec, najemnem i wła- 
snem wojskiem osadziwszy, odjechał z żoną i 
skarbami do Mazowsza, gdzie od Janusza i Sie- 
miowita niechętnie przyjęty, udał się powtórnie 
do mistrza Zolnera. Ten go z uprzejmością 
przyjął i pomoc ofiarował, z którą jeszcze raz 
naprózno kusił się dobyć Wilno. Pocze'm, lę- 



skutku przychodziły, nie mogąc siłą, chciał 
Witołd, na wzór ojca swego, zdradą. Wiln* u- 
biezeć*. Co gdy się mu nieudało, znowu do mi- 
strza krzyżackiego, Konrada Wallenroda, uszedł, 
i przez dwuletni swój pobyt u Krzyżaków, u- 
stawicznie Litwę pustoszył. Jagiełło z woj- 
skiem polskiem, mimo silnej i fortelnej odsie- 
czy Witołda, zamki, w jego ręku będące, opa- 
nował. Witołd w roku 1390. wspólnie z Lan- 
kastrem, Henryka ^ króla angielskiego synem i 
mistrzem krzyżackim, tudzież inflantskim, trzy 
wielkie wojska różnemi drogami zgromadzili u 
Kowna, a dążąc do Trok i Wilna, pierwsze 
z nich dobyli i zburzyli. Gdy zaś załoga z Po- 
laków i Litwinów, pod dowództwem Oleśnickie- 
!p>, po spaleniu miasta i niższego zamku wi- 
eńskiego, pomimo ponawianych szturmów, wśród 
murów wyższego zamku broniła się, Witołd 
pomordowawszy okrutnie krewnych swoich, w 
czasie oblężenia schwytanych, odciągnął w kra- 
je krzyżackie. Król zasilał Litwę, i Kowno 
żołnierzem polskim osadził. W następnym ro- 
ku znowu Witołd z wojskiem Konrada Wal- 
lenroda i innych sprzymierzeńców, ziemią i rze- 
ką Niemnem do Litwy wyprawiwszy się, przez 
Oleśnickiego od Wilna był odparty. W od- 
wrocie spaliwszy Nowogródek, zamek nowo od 
Skirgajły zbudowany, także Wiłkomeryą z zam- 
kiem nad rzeką Świętą, a w ponowionej wy- 
prawie, spustoszywszy żmudzkie okolice blisko 
Miednik albo Wormii . i Welzany, zimą wy- 
ruszył z wojskiem niemieckićm pod Kowno* 



W ponawianych szturmach wielką szkodę w ry- 
cerstwie poniósł, i oblężenia zaniechał. 

Lecz, ażeby bez korzyści nie odstąpić, ura- 
dzono nowe zamki pobudować. Jakoż o mile 
od Kowna nad Niemnem zbudowano zamki z 
drzewa, nazwane Neuweder, t. j. nowa wy- 
spa, i Reterweder, t. j. wyspa rycerzów, a 
trzeci z kamieni, mianowany Metemburg, t. j. 
góra albo zamek celu i granic. Dwa pierwsze 
zajęli Krzyżacy, a w Metemburgu osadził Wi- 
tołd swoje rycerstwo, zkąd wybiegając, pomi- 
mo wycieczek , przez Oleśnickiego ponawianych, 
okoliczne włości kowieńskie niszczył. 

Sprzykrzyły się nakoniec Jagielle ciągłe za- 
silania pustoszonej przez Witolda Litwy, a gdy 
Wigunt Alexander, książę krewski, brat Jagieł- 
ły, dla znakomitych umysłu i serca przymiotów, 
szczególniej przezeń miłowany, życie zakoń- 
czył, Skirgiełło zaś i Swidrygiełło, uznani za 
mniej zdatnych do rządu ; przeto Jagiełło przez 
Henryka, biskupa płockiego, szukał jeszcze raz 
sekretnie zgody z Witołdem, ze szczerem po- 
stanowieniem oddania mu wielkiego księstw* 
lit. Namówiony do zgody Witołd, zamek swój 
Reterweder zapalił, kupców niemieckich, Krzy- 
żaków i rejterów w nim się znajdujących, juz 
5 oz aby ał, juz w Niemnie potopił, juz z sobą 
o Wilna uprowadził. Krzyżacy szli za nim 
w pogoń; lecz Witołd wprowadziwszy ich w 
zasadzkę, zabrał w niewolą, i tym sposobem 
ogołocone z załogi dwa pozostałe zamki dobył 
i zburzył. 

Dotrzymał tą rażą Jagiełło swych obietnic; 
Witołd wyniesiony na żądane dostojeństwo, 
wspólnie z żoną swą Anną, podług obrzędów 
chrześcijańskich, czapką wielkoksiążęcą ozdo- 
biony został. 

Nie uspokoiły się jednak niszczące Litwę 
wojny; wyniesieniem Witołda obrażeni Skir- 
giełło i Swidrygiełło, pierwszy z wojskiem w 
Litwie i Rusi zebranym, drugi przy pomocy 
Krzyżaków, ciągłemi napadami rodzinne kraje 
trapili. A lubo ustąpieniem niektórych zamków, 
i obietnicą zdobycia Kijowa, zostającego pod 
panowaniem Włodzimierza Olgierdowicza, dal 
się nrzejednać Skirgiełło, jednakże napaści krzy- 
żackie nie ustały. Z drugiej strony Witold, 
chcąc zniewolić Panów litewskich do uznania 
go za wielkiego księcia, prowadził wojnę z Ko- 
rybutem Olgierdowiczem, księciem siewierakim, 
tudzież z jego bratem Włodzimierzem, którego 
zmnsił do ustąpienia Kijowa Skirgielle; nako- 
niec z Fiedorem Koryatowiczem; a zabrawszy 
go w Kamieńcu w niewolą , całe Podole opano- 
nował, przez co zbliżył się ku Tatarom, którzy 
rozszerzając się po wschodniej Europie, z Podola 
dań brać zaczynali. Tych Witołd naprzód w roku 
1396. nad Donem i Wołgą zwyciężył, i część 
ich znaczną z sobą przyprowadził. Otom Stryj- 
kowski w umieszczanych gdzieniegdzie w swrfj 
kromce rymach, tak mówi: 



Digitized by 



Google 



203 



Hordę jedne do Litwy Witold przyprowadził, 
Którą za Waką rzeką na rolach posadził, ^ 
Gdzie i dziś za tąz Waką szeroko mieszkają, 
A powinność rycerską zuchwały działają. 
Drugą część onej hordy posłał Jayicłłowi, 
A ci przez chrzest imiona dali Chrystusowi, ^ 
Acz mówią, ie ich Witołd nie przymusił wojną, 
Ale przeciw Krzyżakom namową przystojną. 

Wtej to epoce w Kownie, rów nie jak w wielu 
innych litewskich miasteczkach, Tatarowie osiedli. 

Mimo szczęśliwe wyprawy Witolda przeciw 
Tatarom, potęga ich nagle dla Litwy straszną 
się stawała. Gdy bowiem Witold przy^ pomocy 
Polaków trzeci raz wyprawi! się przeciw Tata- 
rom r. 1399., na głowę od nich nad rzeką Wor- 
szlą porażony został. Nadto Krzyżacy, pod do- 
wództwem Swidrygiełły, dwakroć^ do nich ucie- 
kającego, napadów swych na Litwę ponawiać 
nie zaniedbywali. Z nimi naprzód roku 1404. 
w Raciążu Jagiełło z Witoldem pokój zawarli. 
Lecz gcJy Swidrygiełło wichrzyć nieprzestawał, 
a nowa wojna dla Witolda ze swym zięciem 
Wasilem, książęciem moskiewskim, już się przy- 
gotowywała, dla odwrócenia niepomyślnosci t* 
1405, miał Witołd z Krzyżakami zjazd w Kownie, 
i cala Żmudź ustąpiwszy, pokój s nimi zawarł. 
Wzbraniała się Żmudź służyć Niemcom, zabi- 
jając przysyłanych do siebie krzyżackich urzę- 
dników, acz ją sam Witołd pod jarzmo niemiec- 
kie mieczem zniewalał. W czasie tego pobytu na 
Żmudzi, Krzyżacy zbudowali dwa zamki nad Nie- 
wiażą, a trzeci przy ujściu Dubissy do Niemna. ^ 

Po zawarciu przymierza z Kr z j żakami, Swi- 
drygieHo szukał schronienia i pomocy u wspom- 
nionego X. Wasila; co dało powód do drugiej 
wojny, która obudwu stronom zrządzając liczne 
szkody, skończyła się na ugodzie, zapewniającej 
też same granice dla Litwy. Krzyżacy, dostar- 
czający Witoldowi najemnego wojska do dru- 
giej wyprawy przeciw księciu moskiewskiemu, 
poczęli sami czynić przygotowania do wojny 
przeciw Litwie. Chcąc ich odwieść od tego 
przedsięwzięcia, Jagiełło i Witołd złożyli z mi- 
strzem powtórny zjazd w Kownie, gdzie acz 
długo trwały narady, jednakże dla dumjr mistrza, 
przymierza nie zawarto. A gdy Krzyżacy, nie- 
tylko nie chcieli czynić wynagrodzenia, za zra- 
bowanie 20 szkutów posianych ze zbożem z Pol- 
ski do Litwy w czasie wielkiego nieurodzaju r. 
1409., lecz nadto kupców litewskich w Ragnecie 
pobili i zrabowali, wetując krzywda poniesione 
Witołd, Żmudź opanował. Zapaliła się więc 
wojna między Litwą a Polską z jednej, a Krzy- 
żakami od książąt niemieckich wspieranymi z dru- 
giej strony, skończona zwycięztwem nad Krzy- 
żakami pod Grunwaldem, gdzie Witołd, Mark- 
warda. Salizbacha i Sumberga, Kumturów krzy- 
żackich pomimo próśb Jagiełły, kazał stracić, 
dla tego, „iż pod Kownem matce sromocili jego. 
(Stryjkowski.)" 

Nakoniec Witołd, przeżywszy lat 80, ozna- 
czonych znakomitemi czynami, żyć przestali S wi- 



drypiełło, poduszczany przez Krzyżaków, nie- 
chciał się z Jagiełłą Dogodzić, lecz objąwszy 
wielkie księtwo litewskie, w ciągłych był z kró- 
lem polskim niesnaskach. Zfąd poszło, iż za 
wspólnem Jagiełły z panami litewskimi porozu- 
mieniem się, wielkie księstwo oddane było Zy- 
gmuntowi Kiejstuto wieżowi, mającemu udział 
na Starodubiu r. 1432. 

Tymczasem Jagiełło dni swoich dokonał; po 
nim na tron polski wstąpił syn jego Władysław; 
a gdy Zygmunt Kiejstutów icz przez Czartory- 
skiego Olgierdowicza, uprzedzającego zamordowa- 
nie panów litewskich, zabity został w Trokach 
r. 1440., wielkie księstwo oddano 161etniemu Ka- 
zimierzowi; drugiemu synowi Jagiełły. Ten zale- 
dwie uspokoił niechętnych Smoleńszczanów, otrzy- 
muje wieść, iż Żmudź, nie jemu, lecz Michałowi, 
synowi Zygmunta, służyć pragnie. Kazimierz 
z sił zgromadzonych założył obóz pod Kowneih; 
Żmudź stanęła nad Niewiażą. Lecz nim przyszło 
do bitwy, Gasztołd radami swojemi skłonił mło- 
dego księcia do traktowania o n pokój. Wysłany 
starosta Kontowt przywiódł Żmudź do posłu- 
szeństwa; przedmejsi przybywszy do Kowna, 
wykonali przysięgę na wierność Kazimierzowi; 
ten zaś nawzajem zabezpieczył ich prawa i wol- 
ność, nadając im za starostę naprzód Kontowtą, 
później Kirgałłę. 

Po śmierci króla Władysława, i po upłynio* 
nem półtrzecio - letniem bezkrólewiu, Kazimierz 
obrany królem polskim r. 1447. Wr. 1456. dla 
załatwienia interesów Polski i Litwy, naznaczono 
sejm wParczowie; a gdy panowie litewscy nie* 
chcąc jechać do naznaczonego miejsca , w Brze- 
ściu litewskim pozostali, potem zaś do Łomży 
zgromadziwszy się, nic nie postanowili, król z kró- 
lową odjechał do Litwy; ze zaś w Wilnie wów- 
czas grassowało powietrze, przeto w Grodnie czas 
niejaki przebawiwszy, ruszył do Kowna, gdzie 
większą część zimy strawił. 

Od tej epoki, jako dzieje Litwy ściśle się 
łączą z historyą Polski, tak Kowno przestając 
być miastem nadgranicznem, mało już pod wzglę- 
dem staczanych przy nim bojów, lecz jako ogni* 
sko handlu krajowego, zasługuje bardziej na 
uwagę. Zmiany zamożności i zubożenia Kowna, 
wyświecą się dokładniej, przez szczegółowe roz- 
ważenie epok, na które półtrzecio- wieczny prze- 
ciąg czasu podzielić się daje. 

Pierwsza epoka zajmuje stan tego miasta od 
panowania Kazimierza Jagiellończyka do 16SO; 
druga do skończonych rządów polskich r.1794; 
trzecia do czasów ostatnich. 

Panujący monarchowie, ratowali Kowno wszeł~ 
kiego gatunku dobroaziejstwy. Pozostały liczne 
świadectwa o przywilejach , dekretach i urządze- 
niach, udowadniających baczność i gorliwą nad 
nim rządu opiekę. Dawniej klęski wojenne, pó- 
źniej pożary i powietrze, stawały się tych łask 
pobudką. Ód czasów Witolda, który zniszczone 
przez pożar przywileje przodków swoich nanowe 

26 



Digitized by 



Google 



204 



zatwierdził r • 1408. , znajdują się w papierach 
ślady nadana potwierdzanych przez wszystkich 
królów polskich; są nadto liczne konstytucye i 
prawa , wyłącznie temu miastu służące, któremi 
obdarzał go zgromadzony naród, aby się stawało 
ładniejsze, a tern samem więcej zamożne i ko- 
rzystne dla krają z położenia handlowego. Jakoż 
mianowicie około roku 1650., handlem i bogactwy 
szczególniej zakwitło. Znajdowały się w niem 
banki, czyli kantory; holenderska, angielska i 
szwedzka ludność wielka z kupców, rzemieślni- 
ków i gromadzących się w interesie handlu oby- 
wateli, murowane nad rzekami ogromne budowy, 
na skład zboża i różnych towarów przeznaczone, 
tudzież najgłówniejsza celna komora. Dostatków 
i rozległości jego, dowodzą miejscowe tradycje 
i mnóstwo murów, dających się dziś widzieć 
w fundamentach tylko, rzekami już większej czę- 
ści zniszczonych : miedzy któremi najznaczniejsze 
są rozwaliny kantorów i fortecy, przez coroczne 
wylewy Niemna i Wilii prawie z ziemią zrówna- 
nej. Ujrzeć tu można ślady trzech ulic: Garbar- 
ska, Powilejska i Niemiecki Kąt zwanych, wez- 
branemi rzekami podartych i zagubionych. Nie 
brakłoby na autentycznych dowodach bogactw 
i ludności tego miasta, gdyby klęski wojenne 
i czyste pożary, a nadewszystko wojna r. 1812., 
publicznych ksiąg i papierów niezatraciła. Oca- 
lone szczątki ksiąg miejskich świadczą, iż około 
r. 1650. cechy puszkarzow, kowalów, ślosarzów, 
nożyczników, kotlarzów i płatnerzów, czyli miecz- 
ników, po 43 majstrów w sobie liczyły. Ztąd mo- 
żna brać miarę o flości innych rzemieślników. 

W czasie niefortunnych rządów Japa Kazi- 
mierza, okolice kowieńskie i samo miasto, wiele 
ucierpiało. Dźwigane i ratowane sposobami wszel- 
kiej pomocy, doniszczył w r. 1731. pożar, po 
którym tylko kościół ewangelicki i kilka domów 
nietkniętych pozostało. 

Między wojną i tym pożarem, pomimo wszel- 
kie ratunki, opadało miasto z powodu, iż państwo 
ościenne pruskie, wzmagając się w polityczną 
wielkość i znaczenie, usiłowało wszystkie han- 
dlu korzyści z kraju polskiego przenieść do siebie. 
Władza wykonawcza, przez wojny i mnogie za- 
mieszania słabiejąc, traciła energią uskutecznienia 
mądrych rozporządzeń, któremi królowie Kowno 
obdarzali* Wkradały się nadużycia, odmawia- 
jące powagi przywilejom , ustawom i konstytu- 
cjom. Protegowane niegdyś kupieotwo w Kownie, 
codziennie drobniało; składy zboża wypróżniały 
się; zakazy Zygmunta III., wzbraniające zagra- 
nicznikom kupować towarów po ^ wsiach i mia- 
steczkach naokoło Kowna, powoli zapominanemi 
być poczęły. Przekopany nareszcie w Prusiech 
od Niemna do Pregla^ kanał, ułatwiający spła- 
wienie towarów wmiasta pruskie i Królewiec, 
stawał się przyczyną, iż kupcy z kapitałami do 
Fruss przenosili się, a za nimi handel przecho- 
dził, miasto się wyludniało. Przechód armii ros- 
syjskiej do Pruss r. 175©., zmniejszył Kowno o j 



kilkadziesiąt kamienic, które rozebrano na po- 
trzeby wojenne. Wszelako, samo położenie miasta 
utrzymywało w zeszłym wieku dziesięciu kupców 
handlujących zbożem zasypnem, i różnemi pło- 
dami krajowemi; jeszcze w owych latach, corocz- 
nie 40 statków kowieńskich żeglowało po Niem- 
nie ; kupców zaś, wyłącznie drzewem handlują- 
cych, znajdowało się piętnastu, z których każdj 
dwudziestotysiącznym czerwonych złotych kapi- 
tałem obracał. W samom Kownie, nie licząc w to 
Wiliampola i Aleksoty, za Wiliją i Niemnem po- 
łożonych, znajdowało się dofaów chrześcijańskich 
357, a liczba Żydów oorównywała Chrześcija- 
nom. Handel przeto i obrót kapitałów, lubo 
względnie pierwszej epoki wielce się zmniejszyf, 
był jednakże więcej kwitnącym, niż w latach 
późniejszych. 

W roku 1794. wyciągnięty kordon pruski nad 
Niemnem, wielką zadał klęskę miastu i przy- 
śpieszył upadek handlu. — Kraj zaniemeński, ob- 
szerny i bogaty, co w niedostatku własnych mia- 
steczek do Kowna płody swe przesyłał, zam- 
knięto i odłączono kordonem ; za Wiliją zaś tar- 
gowe osady okoliczne, jak w oblężeniu trzymały 
miasto, nietylko produkta handlowe zakupując, 
lecz nawet niedostarczając nieodbicie potrzebnej 
mieszkańcom żywności. Wśród tych niepomyśl- 
ności, pożar r. 1800. trzecią część miasta w po- 
pioły zamienił. Skończona wojna r. 1807. i za- 
warte dla kupców niepomyślne traktaty, chylący 
się ku upadkowi handel zupełnie zniszczyły. 

Za naszej pamięci, w czasie wojny 1812., naj- 
więcej Kowno ucierpiało, już to jako pierwsze 
naagraniczne, już, że środkową massa wojska 
przywalone zostało. Składy ammunicyi i maga- 
zyny cisnęły i obciążały mieszkańców zubożonych. 
Odwrót zaś armii, prócz rabunku i zgliszczów. 
innej pamiątki nie zostawił; przez co pogorszył 
się stan pozostałej garstki mieszkańców, którzy 
z domów swoich żadnego prawie nie pobierają 
przychodu, a utrzymują się jedynie z posługi szko- 
łom, członkom tamożni i władzom miejscowym; 
zabytki zaś dawniejszej świetności ujrzeć może 
ciekawy przychodzień w gruzach murów, i w nie- 
licznie świecących się miejskich budowach. 

W historyi literatury polskiej wspominanym 
jest Kowno, jako ojczyzna Alberta Kojatowicza, 
Jezuity, który, mianowicie w historyi, znakomite 
położył zasługi; napisał bowiem dzieje narodu 
litewskiego, których część Ł wyszła w r. 1650. 
Miał braci, Kazimierza S. J. i Piotra zmarłego 
w młodych latach; oni wprowadzili Jezuitów do 
Kowna; obadwaj wiele Ksiąg łacińskich i pol- 
skich wydali, co stało się powodem pochwał, 
które im oddaje znakomity zeszłego wieku poeta, 
w wierszu : Cny Jezuitów, rozsądny zakonie ! i t. d. 

Przed laty kilkunastu, Kowno było kilkolet- 
nim pobytem A. Mickiewicza, który czaro wny eh 
powabów dolinę, w jego okolicach znajdującą 
się, wybrał za ulubione miejsce swoich przecha- 
dzek i dumań poetyckich.' Ona mu natchnęła 



Digitized by 



Google 



205 




•« 



i 

•3 



i 



nie jedne piosnkę , mimowolnie lgpąćą do duszy 
pojętnej; ona dostarczyła zachwycających obra- 
zów do Wallenroda, który odczytywany w oko- 
licach 'opiewanych, we dwójnasób na wartości I 
zyskuje. Wdzięczni obywatele kowieńscy uwie- J 



cenili pamieó pobytu poety wawtfm gronie przyda- 
niem nazwiska jego do opiewanej przezeń doliny. 



JK*** 



Digitized by 



Google 



206 



Walka majtków zJtóałymi niedźwiedziami. 

(Obraz Biarda) 

Do wielkiej liczby malarzy francuzkich, 
przeąćłających prace swoje na wystawy obra- 
zów, po rozmaitych miastach Niemiec urzą- 
dzone, należy pan Bi a rd, twórca walki maju 
Jc6w 2 Małymi niedźwiedziami na morzu lodo- 
watym. W dawniejszych dziełach mistrza teco 
ganiono powszechnie pomysły jego, okropnością 
widza przerażające. Obraz najnowszy pana 
Biard, którego słabą kopią Czytelnikom poda- 
jemy, jest z tego samego rodzaju utworów, 
nie gfzeszy jednak przeciw żadnym Estetyki 
przepisom. Wystawia on czółno z trzema majt- 
kami między odwieczne massy lodu, wiatrem 
zapędzone, otoczone mnóstwem zgłodniałych, 
chciwych żeru, zbiegających się na widok pe- 
wnej zdobyczy niedźwiedzi. Jeden z majtków, 
zraniony silną zwierza łapą, zapomniawszy 
. o broni, jaką w prawicy trzyma, chwyta się 
ściany nachylonego już na jedne stronę batu. 
Bojazń jego i rozpacz, malują dokładnie oczy 
* i rysy twarzy. Obok niego znajdujący się chło- 
. pak okrętowy, nie stracił na ten widok przytom- 
ności ; rzuca się z odwagą na kaleczącego to- 
warzysza swego zwierza, i topi nóż śwój # w pa- 
szczy jogo, z takiem natężeniem, iż ten puszcza 
swą zdonycz i w morzu się nurza* Na drugim 
końcu łodzi, stoi silny majtek, nie znający bo- 
jażni, « wzniesioną dzidą, aby nią nowego wroga, 
grożącego czółnu, śmiertelnie ugodził. Z zimną 
krwią, pewien zwycięstwa, nie zważa na stojące 
na brzegach liczne potwory, chciwy walki maj- 
tek, nie przypuszcza wcale myśli, aby mógł 
uledz. Obraz ten jest własnością jednego z o- 
bywateli miasta Lipska. 



Tomasz Dolabella, malarz nadworny 
królów polskich. 

(Dokończenie.) 

Dolabella, jako do poczetu dworzan królew- 
skich należący, nie był wpisany do cechu, czyli 
bractwa malarskiego w Krakowie, i wcale w ak- 
tach cechu tego imienia jego nie widać. Z nie- 
których jeszcze uchwał zgromadzenia tego prze- 
bija, że nie był mile od malarzów widzianym, 
i że pracownię swoje miał na zamku, znajduję 
bowiem zapisane w roku 1608. : „Pan Franciszek 
„Śniadecki (nfalarz krak.) obieczał wszytkiey 
„PP. bracziey dobrowolnie, iako nie ma więcey 
„btać do tarcia farb chłopczów tich, co na zamku 
„farby czieralij gdyż są w malarstwie podey rżani." 

Przez długi czas zamieszkania swego w Kra- 
kowie, był on czynnym w zawodzie swej sztuki, 
malował wizerunki Zygmunta III. i prawie całej 
rodziny królewskiej, oraz i inne prace podejmo- 
wał; za co i łaskę króla i znakomita odniósł 



nagrodę* (Foessly.) — Sądzić należałoby, że 
przez zupełne prawie półwieku tu mieszkając, 
nie mało pędzla swego płodów zostawić musiał; 
atoli nigdzie prac jego wyszczególnionych nie wi- 
dzimy, aczby wnosić wypadło, że takowe w licz- 
nych kościołach miasta Krakowa, jeśli ich czas 
nie zniszczył, okiem znawcy wyśledzone, jeszcze 
się może odkryją. Jakie jeszcze dotąd prace jego 
przetrwały, i jakie o nich doszły nas wiadomo- 
ści, to następnie wyliczy się. 

1. W kościele katedralnym krak. na zamku, 
w wielkim ołtarzu, jest obraz Chrystusa ukrzy- 
żowanego, malowany na blasze. 

2. W kościele Ś. Franciszka w Krakowie, 
znajdują się dwa wielkie obrazy, w chórze przy 
wielkim ołtarzu (na płótnie) łokci 18 wysokości, 
a łokci 11 szerokości mające, bogatej kompozy- 
cyi, które kościołowi temu darował. Wyobra- 
żają one : a) sad ostateczny, b) gniew Boga na 
grzeszników, którego Ś. Franciszek i Ś. Antoni 
błagają. Na każdym z tych obrazów umieścił 
on u dołu swój portret z tym podpisem: „Pinxit 
Thomas Dolabella Yenet, Pictor S. R. M. A. D. 
1613." 

3. W kościele Ś. Trójcy 00. Dominikanów 
krak., w kaplicy P. Jezusa ukrzyż., jest także 
obraz jego ręki, na płótnie, wystawujący pro- 
cessyą kanonizacji Ś. Jacka, z napisem ; „Tho- 
mas Dolabella, Pictor Regius, pro defuneto Patre 
conjugis propriae Andrea Petricoyio obtulit, Ore- 
tur pro eo. A. 1620." 

4. W przyległej tćjże kaplicy Ś. Wincentego 
jest inny jego obraz (na płótnie), z tym napisem: 
„Thomas Dolabella, Pictor Regius, divinissimo 
Hyacintho obtulit. A. 1620." 

5. W tymże konwencie Ś» Trójcy dotąd wi- 
dzieć się daje wiele malowań. na płótnie, oka- 
załej wielkości, o których przywiodę to, co w da- 
wnej rękopismowej księdze tegoż konwentu za- 
pisane jest: „Na kurytarzach (in angiportu), po 
których zwykle processya obchodzi, znajduje się 
dziewiętnaście obrazów, wystawujących zdarze- 
nia z żywotów świętych naszego zakonu, przez 
znakomitego malarza króla Władysława IV. ma* 
lowanych. W refektarzu są jego także wyborne 
dzieła, a mianowicie nad stołem przeora obraz, 
ewangeliczną historyą pięciu chlebów i ryb, inny 
nad drzwiami, cody w Kanie galil. wystawujący, 
wysokości łokci 8., szerokości łok. 10 mające. 
W kapitularzu także są właściwe temu miejscu 
tegoż autora obrazy; a na kurytarzach górnych 
(in dormitorio) nad drzwiami cel, piękne postrze- 
gają się malowania (sztuk 7), wyatawujące ró- 
żne przemiany serca (schoła cordis), które. są 
dziełem rąk córek tegoż Dolabelłi." 

Wracając się do wyżej wspomnianych 19ta 
obrazów na kurytarzach (in angiportu), wspom- 
nieć należy, iż w klasztorze tym utrzymuje się 
wiadomość, jakoby te wszystkie już tylko były 
kopiami dawniejszych obrazów Tom. Dólabelii, 
i że te malował jeden z braci zgromadzenia ich. 



Digitized by 



Google 



20t 



podobno Kazimierz Cisowski, który umarł w Ja- 
nidłowku r. 1726. Jakkolwiek bądź, zawsze 
przecież i z tjch kopij przebija sie kompozycja 
znakomitego mistrza, a razem wiaać i biegłość 
malarska w ręce Cisowskiego, z pod której tako- 
we wyjść miały* 

Jeszcze i w kościele Panny Maryi jest obraz 
Zdjęcia z krzyża (pod małym chórem), o któ- 
rym jest podanie, że go malował Toto. Dola- 
bella; lubo są, co go dziełem Czechowicza być 
poczytują. 

Wspomnienia o pracach tego malarza znaj- 
dują się w dziełach następujących: 

A* Andrzej Cellariusz lJescriptio Poloniae 
mówiąc o zamku królewskim w Warszawie, 
przez Zygmunta III. wystawionym, wymienia: 
że ten we wpatrz uniękniony był obrazami histo- 
rycznem: (które opisuje), i że takowe malował 
Włoch Tomasz Dolabella. 

B» W pisemku: „Icones amoeniss. Sereniss. 
ataue augustiss. Dnae Caeciliae Renatae Reginae 
Poloniae etc. d. c. q. quibus Thomas Dolabella 
Venet. , Pictor S. R. AL inyentionem, M. vero 
Joan. Cynerski, Rachtamovius etc. lucern publi- 
cam carmine dedit. Cracoriae in off. typogr. 
Franc. Cesarii A. 1641., in folio, kart. 4." — 
znajdują się napisy wierszem pod trzy obrazy, 
które on malował, a mianowicie: 

1) na przyjazd królowej Cecylii Renaty, 

2) na jej koronacyą^ 

3) na obchód urodzin królewica Zygmunta 
Kazimierza. 

C. X. Jan Wielewicki w rękopismie : „Histor. 
Dian" pod rokiem 1612. wspomina : „W kościele 
Ś. Barbary w Krakowie obraz męczenników ŚŚ. 
Xysta i Krystyny w ołtarzu, malowany przez 
Tom. Dolabellę." 

D. W dziele: „Congregatio Sacra Rituum, 
Canonizat. S. Joannis Cantii Crac. typis unirer. 
A. 1676." in fol., na str. 102., mowa jest o obra- 
zie Ś. Jana Kantego , który malarz ten malował 
do ołtarza w kościele Ś. Barbary. 

£*. Compendium Historiae Congreg. nobilium, 
per Nic. Zebrzydowski fundatae. 4to. Crac. 1744." 
na stron. 32. rzeczono jest, że dla upięknienia 
oratorium tego zgromadzenia przy kościele S. Bar* 
bary, między innymi dostarczył obrazów i Tom. 
Dolabella; a na str. 39. wymieniony jest obraz 
Najświęt. Panny wniebowziętej, która do syna 
wnosi modły za członków tegoż zgromadzenia 
(Assunipt. B. V. M.) 9 za który zapłacono mu 
ośm z f, węg., czyli, podług ówczesnej rachuby, 
złp. 1%. gr. 20. 

Fi X. Ciampi w dziele: „Notizie diMedici, 
Maestri di Musi ca, Pittori etc." przywodzi ? nie 
wspominając z jakiego dzieła: „Starowolski mó- 
wi, ze Dolabella w pałacu król. w Krakowie 
malował wzięcie Smoleńska przez Zygmunta III,, 
przycżem umieścił portrety wielu Senatorów i 
innych znakomitych Polaków. (Zeillerus in po- 
steri Descriptione Regni Poloniae./ 4 c 



G, Siarczyński: „Obraz wieku Zygmunta III." 

Sisze: „Dolabella malował obraz Najśw. Panny 
o noszenia dla kościoła żywieckiego, o czćm 
pisze Komoniecki, iz nbiory mieszczan i szlachty 
stara modę wyraził, jako przedtem chodzono po 
prostu, nieco z węgierska w delijkach z krótkie* 
mi rękawami." Tenże pisze: „Syn jego Stefan 
równie był dobrym malarzem; u dworu Wła- 
dysława IV. zostawał, i z jego rozkazu bądź on, 
bądź ojciec jego Tomasz, malował wizerunki 
familii Jagiellońskiej, które zdobiły pokój mar- 
murowy w zamku warszawskim, zastąpione pó- 
źniej szeregiem królów polskich, malowanych' 
przez Bacciarellego. " 

Biegłość Dolabelli w malarstwie jednała mn 
zasłużoną sławę', a nawet po śmierci imię jego 
jeszcze wspominane było w sposób zaszczyt mu 
niosący. Wespazyan Kochowski opisując skro- 
mne mieszkanie swoje, mówi, ze je wprawdzie 
przyozdobił obrazami, ale te nie są pędzla Do- 
labelli, jakoby przez to chciał oznaczyć, ze po- 
siadanie dzieł jeco przechodziło zamożność pry- 
watnego ziemianina. 

Nic więcćj o życiu i losach teco artysty, 
który lat pięćdziesiąt na ziemi naszej przemie- 
szkał, zebrać się nie dało. Zakończył on dni 
swoje w Krakowie, a O. Ludwik z Oświęcimia n 
w rękopismie biblioteki dominikańskiej: „Necro- 
graphia praooriensis," p. 7., tewiadomość o końcu 
życia jego podał: „Tomasz Dolabella, z kraju 
weneckiego, malarz królów Władysława IV. i 
Jana Kazimierza, według zdania małarzów, 
w swoini czasie równego w kunszcie niemający, 
którego imię sława z talentu nietylko w Polsce, 
ale w Włoszech, Niemczech i Francyi głośnóm 
uczyniła; mieszkając w domu do klasztoru kra- 
kowskiego Ś. Trójcy należącym, około lat 50, 
wdzięczności swój tak kościołowi, jako i kon- 
wentowi, wiele pamiątek zostawił. Nakoniec 
lat wieku mając blisko 80, dnia 27. Stycznia 
roku 1650. odszedł do Pana, i w pomienionym 
kościele Ś. Trójcy przed ołtarzem Miłosierdzia 
Pańskiego pochowany jest." 



Rozmaitości. 



Druk obrazów Liepmanna. 

Wystawiona kopia Rembrandtowego obrazu 
w Poznaniu, nie zadowolniła znawców malar- 
stwa, raz, że ta kopia jest zbyt błysko- 
tliwym pokostem pociągniona, a jak się zdaje 
nie dość czystym i przezroczystym ; powtóre, ze 
większa część nagany, z powodu nieczystego i 
płytkiego wykonania, spada na sam oryginał; 
potrzecie, ze kopista miał do walczenia z prze- 
szkodami, które z trudnością tylko pokonać zdo- 
łał. Mówią, ie Liepmann przez kilka lat od- 



Digitized by 



■tf 



Google 



208 



wiedzał berlińskie muzeum, i codziennie wpatA- 
jąc się w obraz, mieszając farbę, spieszył znię 
do swego pomieszkania; nie wolno mn bowiem 
było robić kopii w osobnym pokoiku, tylko miał 
pozwolenie rytowaó zdaloka w sali. Owocem ttfj 
kflkoletnićj mozolnej pracy jest stokrotny odcisk 
obrazu, który on tylko z pamięci rys za rysem, 
punkt za punktem, do domu w pamięci przeno- 
sząc, kopijowat* Któżby więc wtakiem poło- 
żeniu rzeczy migi więcej wymagai? Rozumie 
się samo przez się, ze imiaioM i delikatność 
rysów samego mistrza, zniknęó musiała w takiej 
mozolnój manijjulacyi. Jakoż kopia jest w czę- 
ści zamazana i starta, i wiele się od samego 
oryginału różni; jednakże poznać Rembrandta 
z bliska i zdaleka ? i w ogóle moc jego i harmo- 
nia farb wszędzie należycie oddana, światło 
skupione i przejście do cienia delikatne; gdy 
przeciwnie nie jedna pędzlem malowana kopia 
Rembrandta, wcale nie ma tych zalet, gdzie za* 
miast lazurów, ciężkie i jasne farby odejmuję, 
obrazowi wszelki urok. Dotąd nikt, ani w lito- 
grafii, ani w miedziorytach tego dokazać nie mógł, 
aby farbom nadać owę przezroczystość i soczy- 
stość olejnej małetury. Tego dokazał Łiepmann, 
jak się zdaje, przez stopniowy, to jest kilka- 
krotny druk na każdej kopii; widziano bowiem 
a niego odciski, różne stopnie wykończenia obra- 
zu przedstawiające, i w eotowych juz exempla~ 
rzach widać, że n.n* podpis dwa razy jest od- 
ciskany, nie zupełnie na temze samem miejscu* 



He atoli tablic do tego potrzebuje? jakim sposo- 
bem Łiepmann preparuje cienką tekturę, na 
którtf wykonywa swe druki? czy po ostatnim 
odcisku nie potrzebna jest jeszcze poprawka 
pędzlem, to wyjawienie ostateczne tajemnicy 
okaże. Zdaje się, że tylko najmocniejsze światło 
takiej pomocy potrzebuje, reszta zbyt jest jedno- 
stajnie i tr duchu całości wykonana, żeby sio 
jakićj poprawki domyślać można. W ogólności 
kopie te są jeszcze niedokładne, farby nawet nie 
zdają się być czyste i dość delikatne. Nadto 
Łiepmann jednego tylko dotąd ma pomocnika; przy 
takim więc niedostatku zewnętrznych środków, 
podziwiać należy, że mu się udało wynalazek 
ten tak daleko doprowadzić, iż kopią tak dru- 
kowaną po Iuidorze przedawać może* 

Spory o emancypacyą niewolników 
w Stanach zjednoczonych Ameryki północnej, coraz 
żwawiój się toczące, dzieła obecnie mieszkańców 
na dwie party e: Abolitionistów i Antiabolitioni- 
stów. Pierwsza, za zniesieniem niewoli, jest wpra- 
wdzie dotąd mniejsza, ale słuszność sprawy do- 
daje j<5j codzień sił nowych ; żwawo więc w pis- 
mach peryodycznych i przez oświeceńszych ducho- 
wnych broni praw uciśnionej ludzkości. Wypadek 
jest niewątpliwy: albo niewola zostanie zniesioną, 
albo prowincje południowe oderwą się od pół- 
nocnych, opierających się dotąd emancypacyi. 



Doniesienie litterackie. 

Mam sobie za obowiązek donftść czytającej Publiczności, iż Przewodnik rolniczo- 
przemysłowy, przez przyrzeczoną mi łaskawie pomoc wielu Szanownych Obywateli księ- 
stwa naszego, słynnych jako Agronomów, gospodarzy it.p., od nowego roku regularnie 
wychodzić będzie; mianowicie zwróconą będzie uwaga Redakcyi na prowincyą naszą. Prospekt 
uwiadomi łaskawych Czytelników bliżej o planie pisma. 

Wszystkie król. urzędy pocztowe i księgarnie tak krajowe, jak i zagraniczne, przyjmują 

dpłatę, wynoszącą półrocznie 1£ tal., czyli złp. 9. 

Ernest GUnther, księgarz i typografrw Lesznie. 



prze< 



Z końcem pierwszego półrocza roku szóstego istnienia Przyjaciela luda, 
uprasza niniejszym wydawca łaskawych Czytelników, aby wcześnie w naj- 
bliższych sobie król. urzędach pocztowych, lub księgarniach, przypadającą 
n» następujące drugie półrocze przedpłatę, w kwocie 1 tal. 7ł sgr. (?i złp,), 
jak najspieszniej złożyć raczyli, niechcąc doznać przerwy w odbieraniu co iy- 
cUsień regularnie wychodzących numerów. 
Leszno, dnia 13. Grudnia 1839. 

ERNEST GflNTHER, księgarz i typograf. 



Nakładem i drukiem Ernesta Gunihera w Lesznie. (Bed. J. Łukms**wicz.) 



r*i 



Digitized by 



Google 



209 



jajec ulice, kanały i mosty, w 10 minut do skle- 
pu przyleciał* Pan Gruyter ma ogromny skład 
rysunków — a widząc mię ledwo nie wcwal 
hiegęcego, zdyszanego, przeląkł się z razu, my- 
cląc, ze mu jakieś nieszczęście zwiastuję. Co 
pan każe, zapyta?* — Rysunków, sztychów, za- 
wołałem. A a to pan chce kupić. — A jużció. 

— To i czegoz pan tak nagle dzwonisz, jakby 
aię paliło — proszę pana z sobą* 

Ścisnąłem zęby i w milczeniu poszedłem za nim 
na pierwsze piętro* Przejrzałem ze 20 tek por- 
tretów, wybrałem kilkunastu ślicznych Falków* 
kilku Romanów de Hooghe, Hondiusa, Smitha — 
zapłaciłem ze 30 florenów i wtedy dopiero po- 
miarkowałem się* zem głupstwo zrobił, żem kie- 
szeni trochę nadszarpnął. Az tu nielitosciwy 
Gruyter nowe ślicznosci pokazuje : SBorfłetycf Sof* 
fel Koma be «£>oogt)e : (Portrety wszystkich mo- 
narchów Europejskich z końca XVII w. z Ja- 
nem III. we środku — wielki arkusz) 6 flor* 

Smitha portret Augusta III. i Eleony — oba 
avant la lełłre f 20 flor. — drugi exemplarz 
Krzysztofa Radziwiłła, Władysława IV., Pontiu- 
«a — Holenderskie sprawy Płońskiego 14 flor* 
i ręczny rysunek tegoż 16 florenów* Kupiłem 
co było tamie, a zanotowawszy resztę, schowa- 
łem pugilares do kieszeni z postanowieniem naj- 
mocniejszym* iż nic juz więcój nie kupię* 

O jakież ja wtedy m^ki wycierpiałem — ale 
•Iowo się rzekło — odłożyłem do lepszych cza- 
sów — jezli te kiedy nadejdą. 

Tegoż samego dnia wyjechałem do Arnheim 

— poco rzeczywiście nie wiem — znaleźć co 
w tutejszych archiwach, ani myślałem — a prze- 
cież nie żałuję mojej podróży* Obaczyłem kur- 
są łyżwowe. 

Mieszkańcy południa, wschodu i zachodu — 
macież wy pojęcie o kursach łyżwowych! Mę- 
żowie Albionu będziecież się stczyció waszemi 
kursami konnemi w obec Holenderskich łyżwia- 
rzy. Nie — przejechałem tak ogromny kawał 
Europy, przyjrzałem się nie jednej osobliwości, 
a nic podobnego nie widziałem* 

Proszę sobie wystawić ogromne jezioro, ka- 
nał, rzekę, lub co chcecie. — Woda doskonale 
namarzła, ale ta i ówdzie zdarzają się trzęsa- 
wiska i odparzelisny* Myślicież, że te niebez- 
pieczeństwa wstrzymaj*} Holenderskich łyżwia- 
rzy. — Bynajmniej* 

Wzdłuż brzegów wieńcem stanęło koło cie- 
kawych — jeszcze kursą nie rozpoczęte — je- 
azcze swawolna pogadanka* Zapaśnicy próbują 
łyżew, sznuruje je do butów, a iyżwiarki — o 
bo w Holandyi i damy się ślizgaj*}. Cudowny 
to widok, wśród najtęższego mrozu w lekkiej 
aukience co kolana w majteczkach czerwonych, 
% łyżwami na nogach, migają się jak błędne o- 
£niki po zwierciadlani] lodu powierzchni. 

Mężczyźni pozrueali tużurki, stanęli nędem i *.. 

Dano znak* 



Naraz pięćdziesięciu łyżwiarzy rzuciło się 
naprzód* — Bieg ich z początku powolny, co- 
raz się wzmaga, coraz natęża* Już się rozpę- 
dzili — lecą jako strzały* Ale linia się łamie, 
kilka punktów naprzód wybiega, a ogon coras 
to dłuższy wlecze się za nimi* Cóż wyrówna 
ich szybkości — cóż potrafi wstrzymać ich chy- 
żość. — Lód słabieje, na powierzchni pokazują 
się woda; widno, że tutaj nie zamarzła. Mu- 
szę znać położenie, zapewne zatrzymają się 
zwolna. Gdzie tam pędzę, żebyś ich nie dogo- 
nił* wsiadłszy nawet na gołębia* Nadbiega pier- 
wszy, wytęża siły i skacze — jak żyję takiego 
skoku nie widziałem* może 12 lub 15 kroków 
jednym susem przesadzi i pędzi dalej, a za nim 
reszta. Wszyscy szczęśliwie przeskoczyli* Tyl- 
ko szereg zupełnie się zerwał i jak stado bo- 
cianów leci w nieforemnych grupach* Już ich 
dojrzeć nawet trudno — już ich wcale nie widać* 

Tłum widzów krzyczy radośnie, klaszcze we- 
soło, biegnie za nimi* Wszyscy kieruję się w 
tamte stronę, pójdę i ja* * 

Ale wnet drugi rzęd się formuje. Mężczy- 
źni biorę pod rękę damy i czekaję na hasło* 
Puszczaję się pary, trzymajęc za ręce jak w tań- 
cu* Prześliczny widok* Ciała ich schylaję się, 
to w jedne, to w drugę stronę, jako kłosy zbo- 
ża gnęce się przed wiatrem* Różnobarwna gra 
kolorów, porozpuszczane warkocze, suknie igra- 
jące z wiatrem — tworzę takę dziwne, malo- 
wnicze mieszaninę* Kobiety na krok nie ustę- 
puję mężczyznom 9 pędzę jak i oni, skaczę jak 
i oni — rzekłbyś* że ludzie ci zabrali nogi je* 
leniom, odarli ptaków ze skrzydeł* 

Ale dość tjrch opisów, czuję, że tego dokła- 
dnie opowiedzieć me mogę. Trzeba własnemi 
Eatrzeć oczyma, żeby mieć wyobrażenie opodo- 
nego rodzaju widowisku* 

Zwycięzcę bjt p. Okkeyan der Wal zWor- 
kum — 165 łokci Niderl* ubiegł w 14 sekun- 
dach, zatem milę w 7 minutach i 51 sekundach* 

Mężczyzna z kobietę dłuższego nieco potrze- 
buje czasu, i w tym stosunku ubiegnie milę w 
10 minutach* Imiona znakomitszych łyżwiarzy 
przechowuję się w pamięci Holendrów* Kuryer 
Arnhęjmtki opisując ostatnie kursą, układa 
chronologiczne listę: 

Roku 1809 20* Stycznia w Łecuwarden Has- 
kje Gerrits ubiegł 148 łokci w 12" — zatem 
milę, mającą 5,555 łokci Niderlandzkich, w 7 mi- 
nutach 85". 

Roku 1823 2* Stycznia Jerzy Atsma z Try- 
netę Joannę Reidingę i Piotr Speerstra z Anna 
Speerstra ubiegli 226 łokci w 26"— saWm mi- 
lę w 10' 35". 

Roku 1823 18* Stycznia Anna Speerstra 207 
łokci w 8', milę w 8' 13". 

Roku 1830 14. Stycznia Hoitema 163 łokci 
w 17', milę w 9' 39"* 

26* 



Digitized by 



Google 



^10 



Roku 183S 15. Stycznia Fr. Huiżinga 162 
łokci w 15', nule w 8' 34". 

Roku 1840 21. Grudnia Fr. Huistra 168 łokci 
W 15', milę w 8' 16". 

W roku 1823 Piotr Stornebrink ubiegał mi- 
lę w V 59". — Biorąc wiec te szybkość za za- 
sadę, chcę on wymierzyć ao większych odległo- 
ści, przypuszczając cięgle jednakowy bieg. Bio- 
3 najwyżej położony punkt w Holandyi i kre- 
j drogę kolei żelaznej: 

Z Lecuwarden do Amsterdamu ujechałby w 
2 godz. 36' 20". 

Z Lecuwarden do Hagi ujechałby w 3 godz. 
54' 30". 

Z Lecuwarden do Brukseli ujechałby w 6 
godz. 30' 50". 

Z Lecuwarden do Londynu ujechałby w 9 
godz. 45' 15". 

Z Lecuwarden do Paryża ujechałby w 12 
godz. 22' 35". 

Szybkość ta przechodzi nieporównanie chy- 
łoić konia, Inb kolei żelaznej, gdy koń jak wia- 
domo ubiega najwięcej 15 stóp na sekundę, a 
najszybszy bieg kolei żelaznej wynosi 6 mil na 
godzinę. 

Ślizganie się na łyżwach w Holandyi nie 
należy do rzędu samćj tylko przyjemności. Ca- 
ły kraj przerżnięty jest kanałami, kanalikami, 
tak, ze nie masz wsi, nie masz domu, gdzieby 
woda nie dochodziła. Najłatwiejsza zatem ko- 
munikacya w zimie odbywa sie na łyżwach, a 
jako Górale maję między skałami ścieżki naj- 
bliższe i najwygodniejsze, tak i łyżwiarze wie- 
dzę, które kanały maję wybierać, aby dojechać 
jak najprędzej. Jadać z Hagi do Amsterdamu, 
widziałem na pobocznym kanaliku, który szedł 
wzdłuż kolei żelaznej, mnóstwo łyżwiarzy, cię- 
gnęcych z sobą na sankach pakunki do miasta. 
"Opowiadano mi, że każuen Wprawny łyżwiarz 
20 mil bez . trudności na Irótkim dniu łyżwo- 
wytn ubiegnie. Komunikacje łyżtrowe wystar- 
czają zfrpetnie do zaspokojenia drobnych potrzeb 
handlowych, i r podaję mieszkańcom wygodny i 
imfeotztowny fcposób ctyjgfego znoszenia etę m!c- 
dzy sobę. Z tego powodu istnieją wielkie sto- 
warzyszenia łyżwiarzy, a rzęd tfyznaczajęc ia- 
rię dla naj w prawni ejszjch itfzgacży, zachęca 
wprawy i konkurenci. 

Ale czas inż, torócić do W#j podróży. Z 
Arnhejmn wróciłem się do Utreehtn. 

Pan Vrcede, do którego miałem listy reko- 
^fendae^jne, przyjął mię prawdziwie po kole* 
fteńsku* Przedstawił zebranym na herbatę go- 
wńośk {'opuściwszy kompania, wyłącznie się mnę 
v S*jaI* Zona jego dziwnie łagodnej i miłej fi* 
nyognenii], bawiła towarzystwo niewymuszone 
jropztową, kiedy męzulo biegał z dołu na góra, 
nneszęe książki i manuskrypta. Do jedenastej 
czas zeszedł mi przyjemnie i poży- 



tecznie, li pan Vreede żegnająe aię, żepYdsit tanie 
na cały dzień następny do siebie. 

Nazajutrz o godzinie lOtej przysłał jtfż po> 
mnie swojego bratnnka, i podczas prelekcyi za- 
sadzi mię nad stosem manuskryptów, które już; 
nie czytaó, ale po prostu wypisy waó mi przy- 
szło, według wskazanych mi miejsc. Następnie 
zaprowadził mię do Archiwum i Biblioteki, gdzie 
aż do 4tej spokojnie pracowałem. Ale — ale 
— pan Archiwista — szkoda, iż zapomniałem 
jak się nazywa — wyborny człowiek, zagrze- 
bał się w średniowiecznych papierach, i odpo- 
wiedział mi, że od XI do XV wieku nic o Pol- 
sce nie znalazł — być może, że w następnych 
coćby się znalazło, ale któżby w tych szparga- 
łach przeglądał — to mówięc wskazał mi na 
ogromny rzęd szaf i półek zapchanych stosami 
woluminów. Nie było do nich ani rejestrów, 
ani inwentarza. Pożegnałem więc go uprzejmie,, 
on mię nader czule, przepraszając, za Archiwa,, 
żem w nich n:c nie znalazł, ale dodał, że gdy- 
bym czego potrzebował, z przyjemnością poda 
mi wypis wskazanego manuskryptu. Co za u- 
czynność ! 

Wróciłem na obiad do pana Wćede i pra- 
cowałem u niego aż do północy. — "Nazajutrz, 
pożegnałem zacnego Professora, i opatrzony prze- 
zeń listami rekomendacyjnemi, wróciłem do Am- 
sterdamu. 

Jeden z moich kolegów klubu szachów, pan 
Kerekoff, zaprowadził mię do Muzeum rysunków 
i ogrodu zoologicznego, a następnie na obiedzie 
n^ siebie zatrzymał. Tyle razy jadłem już te 
niegodziwe holenderskie obiady, które zaczyna- 
ją się od jarzyny, a kończę na herbacie — ale 
niepodobna mi było do nich się przyzwyczaić. 
Proszone obiady zawsze mi wychodziły na złe* 
nie dość, żem za nie musiał służącemu zapła- 
cić zwykłe w traktyerni cenę. ale jeszcze od- 
chorowałem. Wczoraj cały dzień piłem rumia- 
nek, przeplatając filiżanki pozegnalnemi wizytami* 

Lejda, dnia £7. Lutego. 

Kilkudniowy pobyt w tftrechćie, zósfMttił mi 
drogie wspomnienie życzliwości żkene^o* Protest 
śora Vreede. Uczony 4 ten niai, zajkoje sie TO* 
st o ryę stosunków Dolitytźnych łłolah dvi, *e Sżtte- 
cyę często się więc 6 Polskę ocierał, tok tffls> 
zwykłe literatom uczynnością naWtet ze swotth 
notat J korzystać dozwolił. Dzieło jćgo ; Ifftbet' 
lottbtn 3teeben InłlottfuttW^feełreBa. IWrcftt iWl 
i 44; dochodzi do rdku 16fe Wynifetfajać sW- 
sunki Si Wedzkie, koniecznie do Polaki żaefiddzifc 
musi. Bezstronny, p*aćowi*T f sztiKa Hwtfclfo 
źródeł, z nich czerpie f ha iricTi fcię opiera. '$*€**» 
golnie) ważne Jest fcorbspoiłdencya DfdtrfKfc 
Sticke, fturnilitri* z Dewenłeru, Włffl aJUgó t. 
1616 przez Stany generalne do Klelrtoira fta*. 
deburskie^, kktóV§ r^ede n^któ^WyHAri e- 
głotił mnie, gaj całkowite pnettytiuti* polecił. 



Digitized by 



Google 



211' 



ZgaJaz łaj* w niej nieznane szczegóły tyczące się 
oddania w hołd Xią£ęcia Praskiego Janowi Zy- 
gmontowi. Za wskazówką zacnego Vreede ko- 
rzystałem również z korespondencji Korneli- 
usza Hagi, Ambassadora Holend. w Konstan- 
tynopolu, od 1611—1637.; z listów Janaole 
Witta negociacii Dudleja Garleton Traktatu 
Wicqu£rozta o Ambassadoracb, wktórychto dzie- 
łach nieraz interessujące szczegóły znałesć się 
udało. 

biblioteka Lejdejska, zapewne najbogatsza 
w, Holaodji, posiada ogromny zbiór manuskryp- 
tów oryeatałnych, teologicznych i filologicznych 
— przeglądając katalog napadłem na Mss. No. 
10., pod tytułem: „Eonumeratio yillarum maa- 



„sorum molendinornm etc. in Polonia, ni sigmi- 
„iicatuc quot pullos, ©va ? pisces et aha ad ram 
„familiarem spectantia Episcopo ąuotannis incolaa 
„debeanU (In membrana per colnmnas literia 
„mazimis, olim Caroli Epis. Brix et Vratis(la* 
„yiensis.)" 

^ Rękopism ten in fol. min. znacznej szeroko* 
ści, z końca XIV, lnb pocz. XV wieku, pisany 
na grubym pergaminie scholastyką prost) , ma* 
juskuły ozdobione farbą czerwoną, inicjały są 
większe i mniejsze. Większa pierwsza laicyal* 
na ozdobiona złotem i zieloną farbą w listka 
następne mniejsze inicyalne niebieskie c floresa- 
mi zielonemi różowemu Intytulacye czerwona. 



f .': 




Pismo az do końca jednostajne. Ozdób, o- 
prócz liter inicyalnych, nie masz żadnych. 

Stronnica podzielona na dwie kolumny, wier- 




rzą czworokąt podłużoy. Ćwiartek zapisanych 
81, poprzedza ćwiartka pusta. Ostatnia ma 10 
wierszy wolnych. 

Widoczna) ze rękopism ten jest kopią, ory- 
ginał może się znajduje .w Archiwach Kapituły 
Wrocławskiej. Ręką z XVII wieku zapisane 
aą na boku słowa: „Ser. A. A. Caroli Epis. 
Brix. et Vratis." Treść samego dzieła przypo- 
mina dawne libii beneficiorum, jakoz^ rękopism 
tan zdaje się byó inwentarzem ayecezyi Wrocła- 
<w*kićj. Zaczyna się taki tytuł: „Nota in anti- 
*,qua ciyitate. In pascuis sunt tres mansi,"it. 



d. Następują tytuły: „Nota Meynhose snnt. No- 
„ta de Tnetów. Nota in antiqua ciyitate. Re- 
„gestrnm terrae Nyssensis. I>istrictns yersus Sty* 
„nayiam. Districtus yersus Eigynhals. Distrio 
„tus yersus Vriemva. Paszcow caret proyincia. 
„Districtus yersus Wydnaw. Jurę Polonico in 
„Osmachaw. Nota decimas dni. Episcopi Vrat. 
„conductas. Nota decimas polonicales. Nota de- 
„cimas Ecclesiaram in Epatu." i t. p. 

Rękopism (Nr. 134) Kroniki Marcina Pola- 
ka, idący az do r. 1277, in 8vo, z początku XIV 
wieku, nie odznacza się żadną osobliwością. 

m Wy padło ^ jeszcze przejrzeć wŁejdzie Album 
uniwersyteckie w wieku XVII i XVIII. Mnó- 
stwo Polaków stale tam uczyło się; co większa, 
tak tutaj jak w Utrechcie Litwini, (zapewne w 
ocółe Kalwini Polscy) mieli subsydia roczn* i 
miesięczne na wydziale teologicznym. Chciałem 

26** 



Digitized by 



Google 



212 



więc w tym względne czegoś się dowiedzieć. 
Prof. Kist, który naówczas u siebie miał Album 
uniwersytetu, przestrzegł mię, że musiałbym nie- 
zmiernie długo przeglądać, ze liczba Polaków 
fest wielka — a że on wszystkie nazwiska u- 
czniów z Album powyjmował i alfabetycznie je 
ułożył z każdego wieku, z chęcią wiec spis 
zwój przejrzy i wyjąwszy nazwiska Polaków, 
takowe mi nieco późnićj do Bruxelli przeszłe. 
Pochwyciłem go za słówko, oświadczając, że 
aa jego uprzejmość rachuję i dokładnćj listy u- 
czniów Polskich oczekiwać będę* 

Kiedy tak spokojnie moja naukowa pracą 
aię zajmuję, nagle dobiega do mych uszu odgłos 
gromu, który strzaskał koronę Orleanów. Wieść 
o tym wypadku jakby iskra elektryczna wstrzą- 
snęła całym mym organizmem. Stare v na wpół 
zbutwiałe rękopisma, wypadły mi z ręki. Przy- 
aztość wionęła ożywczym swym powiewem w 
przeszłość, w której siedziałem zagrzebany. Po- 
znałem, że nie czas dziś w historycznych za- 
głębiać się dociekaniach, że mię inne świętsze 
S owocują obowiązki. W parę godzin po* na- 
ejściu pogłoski o rewolucyi Lutego, wyjecha- 
łem z Lejdy, rzucając bez westchnienia bogate 
jej zbiory, radosny, zatopiony w roskosznych ma- 
rzeniach, śnie rozkoszny, po cóż tak prędko 
przeminąłeś? Dwa lata już prawie dobiega, jak 
opuściłem Holandyą, i dziś siedzę z głową po- 
chyloną smutkiem, z sercem boleścią przepełnio- 
nym. Nieraz zatęschnię za grobową ciszą Ni- 
derlandzkich archiwów i bibliotek, w których 
i*eżli nie szczęście, to przynajmniej spokój zna- 
azłem; chciałbym zagrzebać się w ich wilgo- 
tnych murach, ale nieubłagana rzeczywistość w 
inną pociąga mię stronę. Czy wrócę jeszcze kie- 
dy do Lejdy, Utrechtu; czy posiądę te skarby, 
które odkryłem, których część zaledwie przy- 
właszczyć sobie zdołałem? Nie śmiem się spo- 
dziewać, a jednak mimowolnie daję przystęp na- 
dziei, bo silną mam wiarę, że wola człowieka 
potrafi najtwardsze złamać przeciwności. 



Droga z Krakowa do Warszawy. 

fOpit hiitoryczny.J 

W roku 1844 T 46 i 47 — przejeżdżałem 
traktem Warszawskim 9 jużto do dóbr Grabowa 
w powiecie Radomskim — jużto do Warszawy 
— przeto co o miastach tych pobieżnie dowie- 
dzieć mi się zdarzyło — przytaczając źródła, 
z kąd wiadomości czerpałem, w krótkości po- 
dam w Przeglądzie dziejowym tej części Polski. 

Słomniki. 

Pierwsze z przydrożnych miasteczek jadąc 
Z Krakowa. — W starożytnej Polsce T. Lipiń- 



skiego (1 ) tyle tylko powiedziano o tej lichej 
dziś mieścinie: „ Słomniki nad Srżeniawą, na 
mocy przywileju Kazimierza W. w roku 1358 
założone na 10 łanach, używało prawa Nie- 
mieckiego. " 

Miechów. 

Klasztor Bożogrobców przez Jaxę herbn Gryf 
już 1153 r. fundowany. — Wisław, czyli Wi- 
slimir miał 1233 r. założyć istniejący dotąd ko- 
ściół. — Nakielski w Miechowia (2), sławi Hi- 
polita Rzymskiego, Biskupa Chełmskiego, który 
r. 1180 za Alexandra III., Papieża, byt osobli- 
wym dobrodziejem klasztoru Miechowskiego 

r. 1312 Władysław Łokietek klasztor Miecho- 
wski na zamek obronny zamienił. 

W mieście tćm urodził si^ Macitfj z Miecho- 
wa, Miechowitą zwany (3) r. 1456. — Kształ- 
cąc się w akademii Krak., doszedł do wielkiej 
biegłości w medycynie. — Zwiedziwszy obce 
kraje, został nadwornym lekarzem Zygmunta I. 
i Kanonikiem katedr. Krakowskim, nareszcie 8 
razy sprawował godność rektora akademii. — 
Fundusze, zostawione przez niego na naukowe 
pomoce, są następne: 

Na Professora nauki lekarskiej w akademii 
Krak. — Na professora astrologii. 

Na szkoły para fi Une Ś. Jana i Ś. Anny w 
Krakowie, także na stkółkę Ś. Szczepana i 
WW. SS. — Upossżył nadto kilka s z pi talów. 
— Bibliotekę XX. Paulinom na Skałce wysta- 
wił i wielkim kosztem uposażył. — Kollegia 
Jagiellomkie i juridyczoe po pogorzelisku odbu- 
dował. — W swojej księdze dziejów (ks. IV,> 
świadczy, że r. 1505 15. Sierp, spłonął kla- 
sztor i piękny kościół Miechowski ołowiem kry- 
*/* T ***koła * kościół Miechowski winny tak- 
-że wiele uposażenia temu dostojnemu swemu fun- 
datorom i. 

Umarł roku 1523, a Mikołaj Wielicki uczcił 
go nagrobkiem w katedrze Krak., którego je- 
dnak dziś ślad nawet zaginął; a napis w Sta- 
ro wolskiego monumentach Sarmałarum czytać 
można. 

Xiąi wielki i mały. 

Założenie Xi ąża wielk. odnoszą do nader sta- 
rych czasów, bo do r. 1120, i wtedy miał już 
być w posiadaniu Tęczyńskich. — Do r. 1582, 
kiedy Myszkowski, Biskup Krakowski, kupiwszy 
Xiąz, różnowierców z niego wyrugował, częsta 
tu odprawiano synody. 

Xiąż zdobi starożytny zamek Wielopolskich* 
dzia przez następców odnowiony (4). 

(1) Tom II., str. 161. 

(2) Str. 67. 

hJUpMSl w driele: ° stanU «*■*■« Kra ~ 

(4) Starożytna Polska, tom. IŁ, posz. X-, str. 15fc 



Digitized by 



Google 



213 



Wodzisław. 

Miasto to juz 1370 r. Kazimiera W. testa- 
mentem Lanckorońekim darował. , — Dziś pra- 
wie zupełnie zamieszkane przez^ Żydów. — W 
konstytitcyach aejmu Grodzińskiego z r. 1678 
czytamy: Że gdy priez dwuletnie powietrze w 
Krakowie , za Króla Jana III. panujące, wielka 
czcić Żydów wymarła; wielu z pozostałych schro- 
niło się przed tę zarazą do miasteczka Wodzi- 
eławia, gdzie póżnićj wielki pożar znaczną spra- 
wił im klęskę. 

Jędrzejów. 

Klasztor i opactwo Cystersów — tu przez 
Janislawa, wprzód Biskupa Wrocławskiego a po- 
tem Arcybiskupa Gnieźnieńskiego, wystawiony, 
który jeden z opatów kościoła we wsi Brze- 
źnicy zwan4j, od rzeki, nad którą stoi dzisiej- 
sze miasto — założył w reku 1271 — a Bole- 
sław L Wstydliwy, przywilejem swoim potwier- 
dził r. 1576, odprawił się w tern mieście zjazd 
szlachty na poparcie e lekcy i Stefana Batorego* 
R. 1607 zgromadzili się tu rokoszanie pod na- 
czeloictwem Zebrzydowskiego, Wojew. Krak., 
co dla błachych powodów zakłócili spokojnośó 
kraju (5). — Oprócz, ze miasto to chlubi się 
pobytem i pomnikiem Dziejopisa Kadłubka — 
jest jeszcze ojczyzną: Stanisława Reszki, Kano- 
nika Warmińskiego — Opata Jędrzejowsk. Zna- 
mienity ten mąż, wychował się na dworze Ho- 
ziusza. — Zygmunt Ul. ceniąc w nim wiele pię- 
knych przj miotów i naukę do poselstw , czę- 
sto go używał. — Wydał on kilka uczonych 
dzieł, a bibliotekę Jezuitom darował. — Umarł 
w Neapolu 3. Kwietnia 1598 r. (6) 

Chęciny. 

Zygmunt August 1550 r. potwierdził miastu 
temu jura montana i pozwolił kopać w okolicy 
kruszce za opłatą lOtej częścią — O Ib ora zwa- 
nej i jednego grosza od niecki kruszcu. 

Za Zygmunta III. znaleziono miedź niedale- 
ko Kielc; uformowało się towarzystwo Górników, 
które nawet miało swoje ustawy, Jan Hiero- 
nim Caccia, Zygmuntowi III., a synowie jego 
Władysławowi IV. dostarczali narzędzi wojen- 
nych z fabryk przez tychże Królów uprzywile- 
jowanych, które mieli około Kielc. 

Za Augusta II., Biskup Szaniawski utrzy- 
mywał tu fabryki stali. 

Opaliński w dziele: Polonia Defensa, str. 
1334, mówi, że z Kielc i Chęcin kopią srebro. 

\V górach Chęcińskich, Władysław IV. roz- 
kazał wykuó 2 kolumny 38 stóp wysokie — na 



(5) Onis Starożytno) Pobli Siarczyńskiego. 

(6) O nim dowiadujemy się z Baroniusa — Lip- 
siasa — Staro wolskiego w Mecaton str. 32, z Nie- 
sieckiego, tom III., str. 857.— Listy jego wydał z rc- 
kopismu Ambr. Grabowski w swoich Starożytnościach 
Polskich. 



jednćj z nich stoi posag Zygmunta III. w War- 
szawie*— Druga, jak świadczy Rzą czyński, w do- 
bywaniu się złamała. 

Mająca się wydaó — Wiadomość o Górnictwie 
w Polsce — zapewne i dzieje tego miasta ob- 
jaśni (7). 

Pic kna droga ku Chęcinom — malownicze po- 
łożenie wiosek w rozdołach, mnóstwem rzeczek 
skraplanych — w szybach pojazdu, gdyby w pa- 
noramie w coraz piękniejszych przedstawiają się 
widokach. — Trzy baszty, ostatki ruin Chęcin- 
skiego zamku, co w nim niegdyś dumna Wło- 
szka Bona przemieszkiwać miała, a dziś ster- 
czące obok ruin kościółka i usianego mogiłami 
cmentarza, do dziwnych uczuć nastroją ci du- 
szę. — Rzeka Trupnią zwana, pamiętna po- 
rażką Szwedów, gdzie mokry grób dla siebie 
znaleźli, do smutniejszych jeszcze myśli rozbu- 
dzi wyobraźnią. — Okolica poczyna odtąd byó 
coraz lesistszą, a Kielce malują się już na tle 
borów. 

Miasto Chęciny, dla częstych napadów nie- 
przyjacielskich, znacznemu zniszczeniu i upad- 
kowi uległo. — Na sejmie w Warszawie roku 
1677 za Jana III. odbytym, nadano temu mia- 
sta przywilej na lat 4. — a to w sposobie: iż 
wtćm mieście puste place, do których się wła- 
ściciel w ciągu roku nie zgłosi , przez Starostę 
na zabudowania mają być ludziom prywatnym 
oddane. 

Mieszkańcom wolno wszelkiemi trunkami szyn- 
kować, one robić, lub z kądkolttiek sprowa- 
dzać — takież potwierdzenie czytamy w Dya- 
ry uszu następnego sejmu, w Grodnie 1678 roku 
odbytego. 

Szydłowiec. 

W koło lasy pełne rud żelaznych — da- 
wniej dziedzictwa Książąt Radziwiłów — za 
czasów Starowohkiego pięknie zabudowane ; dziś 
zamieszkane wyłącznie przez Żydów — w dłu- 
gie, lecz brudne rozciągnęło się ulice* 

Mijając wsie: Janissew — Firlćj — Wielo- 

Eura i Wsołę, przerzynane kilkoma korytami rze- 
i Radomki — ukazują się wieże dziś guber- 
nialnego miasta Radomia. 

Siarczyńeki w wydanym świeżo (1847 roku) 
przez Tymoteusza Lipińskiego: „Opisie powia- 
tu Radomskiego u — tak mówi o początku na- 
zwiska tego miasta. — Nazwisko Radom wy- 
prowadzają niektórzy od domu Radnego, w któ- 
Sjm tu 12 Wojewodów Rady swe odbywało* 
akoż niesie powieść o miejscu górzystóm, pe- 
wnie ręką ludzką zrobionym, za starem miastem 9 
gdzie kościółek pusty Ś. Piotra (najdawniejsze 
w tóm mieście probostwo, teraz do Benedykty- 
nów należące), Jakoby tam radne było mieszka- 



(7) Opis Starożyt. Polski. - SiarczyAski, wyd. IŁ, 
jtr. 182. 



Digitized by 



Google — 



214 



nie. <*- Iąai od Kazimierza, Króla, jakoby od- 
powiadając pros^cym : raa, dam., dał powód 
tema nazwisku. — Ze sań Radom mógł dalsza 
dawniej, mieó posadę nad rzeką Radomki} , dziś 
o 2 milo od miasta lezące , i nazwisko tćj rze- 
ki i wzmiankowana w starej taryfie wieś: Sta- 
ry Radom* *} tego dowodom* 

Dzieli się ną nowe i stare miasto. Stare stra- 
ciło zupełnie wszelkie podobieństwo do miasta 
— w nim kościół famy murowany — założony 
przez Bolesławą Wstydliwego może 1261 r. — 
Nowo miasto lokował Kazimierz IŁ i kościół 
faroy murował, — a &a*imitrz Wielki obwiódł 
miasto murem — foąami i. 4 basztami ozdobił — 

}*ak dotąd widzieć napis na bramie Użyckiej: 
tytif Begią Całimiri, 1887. — Opuściwszy 
drobne wzegtfy QĘW tfljp miasta, o których 
s. wspojtnionetp. d**łk&* jffatii % Opisu eta- 
loiytnćj, PoląJw, $wiepWą«j, str. 188, wyd, U.; 
-r- takie z sfarozy tnej> Polski LipinaJuęgp t- do- 
wiedzieć się można — nieco powiem jeszcze o 
Xii ■oiirfj, niegdyś ąiądzjbie Barbary, i Katejrsy- 
ny, zon Zygmpnta Augustą Elżbiety, i Kazimie- 
rza IV. — Tu, przyjmowano Posłów Cąeskjch 
z npuunaęya, Władysława na iąh Krflą -~ tą 
V. zjbudowąpym na ten cel tajnku przez Kazimie- 
rz* Wielkjegp przemieszkiwali przejeżdżający 
do Litwy Królowie nasj. — baniek ten prze- 
kształcono później na Archiwum sądów*. — R. 
1503, za ezasów Alexandra, odbywał się sejm, 
ną którym powiększono swobody szlachty — na 
tymże sejmie stawiono przed Królem nieszczęśli- 
wego Szacha Achmęta, Haną Tatarskiego. — O- 
prócz zniszczeń! jajach ucierpiało to miasto w sta- 
rych czasach od Tatarów i Litwy, Szwedzi pod 
wodzę Aschenberga 1656 r. stoczywszy porażkę 
pod tern miastem, ze szczętem g* rnjpwrffjl? — 
R. 1767, powstają tu generalna Konfed- pod la- 
ska Radziwiłła i Brzostowskiego. Oprócz li- 
chego ratusza, miasta to posiada kilka, budowli 
murowanych,; Collegium Schol. Piamm fundącyi 
Wasowicza, Stolpika Zakroczymskiego, jakto 
czytamy w Konstytucji sejmu Warszawskiego 
% r. 1690. 

Ks. Prokopowicz, na miejscu starego Bene- 
dyktynów Sieciechowskich kościoła, wybudował 
nowy. Za miastem są Bernardyni fundacji Ka- 
zimierza W. i Benedyktynki osadzone i nadane 
od Tarły, Starosty Zwoleńskiego, 1620 roku. — 
Prócz tych puste kościółki Ś. Leonarda i Ś. Pio- 
tra. — O przywilejach temu miastu nadawanych 
mówi Siarczyński w przytoczonem na czele dzieł- 
ku — str. 106. — Wzrost dzisiejszy tego miasta, 
datuje się od przeniesienia tu Gubernii z Kielc, 
gdzie istniał ten urząd az do roku 1844. 

Jedlińsk. 

W okolica lesistej — powiększaj części przez 
Żydów zamieszkane, ma dwa kościoły — jeden 
w ruinie — a drogiego wyniosłe wJfie, z dale- 



ka juz nęcą ku sobie — kamie* **& wschodem 
głównym wmurowany, świadczy o jego funda* 
cyi, przez Stanisława Wituwiusza, Kasztelana 
Sandomierskiego, ostatniego a swego rodn (na* 
drzwiami ciołek — zapewne godło tej rodziny )• 
— Budowę tę dokończył Ale*ande» Józef Za- 
łuski, Starosta Rawski — a po spaleniu przezi 
Szwedów, zapomnieniu i zaniedbaniu, odbudował 
ostatecznie r. 1752 Stanisław Kostka Załuski; 
Biskup Krakowski. ^ 

Napis ten jest następujący: 

D. O. M. 

Domum hanc Bel * 
A Slanislao Vitovio Catiellano 8<m4o. 

Ultima de familii* etectam 

Ab Alerandro JotepŁo Zaimki, Patat. 

Mapewti 

Gener* ipńuą mkeiructam 

A Stert* eombuetam — a Rectońkus nę* 

głeetam et a peeeeeeribue derekctam 

Andrea* Stmmehm* Kodka ZaJuttó, Epie* 

Cb*eeB. r DuM8everiae f FWueBofwrumtoree. 

Primo peeeeeicnie euae A. Di 

M&CCLII. 

Ad majorem Dei gloriam 

a fundammti* eolidanU 

reetaurit — ernamt. 

Wnętrze kościoła zdobią piękne dosó alfrttca. 
Utrzymywano tu niegdyś szkoły (8) pod dozo- 
rem Akademii Krakowskiej. Za Jagiełły odpra- 
wił się sejm.— Władysławie, nadat 2 w ro- 
ku jarmarku — Miasto to dziedziczyli— od nie- 
go zwani: Jedlińscy, Kadłubscy, Ożarowscy, Go- 
rajscy, Załuscy, Szembeko wie, Sołtykowie; zno- 
wu nrzeszło w ręce Załuskich ; później wła- 
snoóćLanckorońskich; nareszcie Trzcińacy, z któ- 
rych jednemu wystawiono pomnik na tamtejszym 
cmentarzu. 

Kraków, dnia 20. Listopada 1849 r. 

J. Ł. 



Zabytek starożytny, znaleziony 
w Witosławiu. 

Pomnik z ołowiu , odlany w* formie *o- 
8 ciołka, tak jak go widzimy przed aoba, zna- 
leziony był w Witosławiu, w powiecie Wy- 
rzyskim; w miejscu, na którćm, wedle podania 
starych ludzi, stała niegdyś kaplica, którći fun- 
damenta i podziemna sklepienia znajdują się je- 
szcze cząstkowo w ziemi. — Zabytek ten nie 
zachował się w całości; braknie na wieży krzy- 
żyka, jak widaó a wierzchniego otworu, w któ- 

(8) Opis Steroi. Polski, wyd. 2., str. 188. 

Opis powiatu Radomskiego. — Warszawa, 184* 
r. str. oi ę 



Digitized by 



Google 



*I5 



S)m słupek s krzyżykiem niezawodni* był osU- 
zony; braknie także widocznie ^ dołu Kafltw- 
ki, czyli spodka, który dolny otwófc zamykał. 
— Z całego kształtu tego odlewu, w^kpnafiegó 
surowo, bez żadnego kunsztu , mianowicie xaś 
% dolnego zasuwającego się otworu, aiemnićj 
także s samego materyału, t. j. ołowiu , które- 
go 4o niego użyto, pokazuje się niewątpliwie: 
najprzód: ze zabytek ten nie miał być pomni- 
kiem osobnym sam w sobie, lecz, ze miał po- 
średnie przeznaczenie, do innego celu; ze więc 
po wtóre i napis na nim się znajdujący na in- 
ne jakiei dzieło lub wypadek wvWywał. 
Zdaje się, że to jest modelik-, -ety/ti HMofrek ftfl- 
plicy, lub kościółka, który stał na tern miejscu, 
gdzie ten zabytek znaleziono, skazujący nie tyle 
pustać budowy samej, co slużyó mający ku te- 
mu, aby wraz z innemi dokumentami, tnianorwi- 
cie pieniędzmi, którym służył niejako za skrzy' 
nećzkę, zamurowany był na pamiątkę zakła- 
daniem fondahrehtów -kaplicy w rzecżónAn miej- 
sc*. Wiliaó wygnie z dolnego otwoht, Se ten- 

ie byi wsuwany > t. j., U otmór ten *to$yl 

fea schowanie. Zresztą teógł modelik ten śta- 
iyó sam za zasuwkę większego naczynia, 
-w któreni dokumenta zakładowe były złożone. 
— Napis, znajdujący się *na łewćj ścianie po- 
tomka, jest Niemiecki, pirtńfGótyckićtoiglo- 
nkami, niało fdrentatfni, *«fc ładnego jteedzfc- 
łu między wyrazami i zgłoskami, w tawh li- 
niach, c których ustĄlnia kdńcfey efę na froncie 
wieży liczka 4. — Napis brzmi: 

<©«« freifttt & *«8*. 

To jest: 
$tf ftttłfct 3o$r 1684.; co po Polsku znaczy: 

Ten pisze rok W84. 



i 



n 







nrfr 

t 9 -I (Hf 




Zwykła ta.fortna oznaczenia roku na starych 
budowlach. Że napis Nicftueckf, domyślać się 
tylko wypada, ze budowniczy był Niemcem, 
nie, łe kościół był protestanckim. Ciekawą 
jest na prawćj ścianie modeliku figurko, przy- 
pominająca postacią 'swą, jeśli nie jest prostą 
ozdobą , postacie lozków pogańskich. Mozo to 
tradycyjny symbol, ze w tom samćm miejscu 
kiedyś było poświęcone miejsce ofiarne, lub 
świątynie pogan, rozumie się Słowiańskich. 

Nazwisko wsi Wit osław sięga niezawo- 
dnie czasów pogańskich. Nie pochodzi ono od 
-inrienra Wit, *fe ud pierwiastku Wit, Witek — 
'ś&ycifsftto, zwycięzca, bohater — jest to wiec 
miejsce stawne jakićmś zwycięztwem. Całe 

Sołozenie wsi jest ciekawe. W takich miejscach 
łftwianie lubili zakładać grody i ów iątynie, lub 
ołtarze ofiarne. Sądząc po licznych urna eh f 
które się w bliskości wykopują, moana wnosić, 
ze tu się jeszcze nie jeden zabytek w ziemi 
przechowuje. W ogóle strony te ciekawą dla 
Słowiańskiego pttdróinłfcfe 'ma/ą fifyontolnią. 

•P. s. Zuhytefc ten wenie pu^zstftgo **)*> 
śnffema, Kwłfcszcaa, wrfopfero 165 lat 'Irany, taie 
wielką ma wartośó artystyczną i -aatykwarską. 
•*- Wszakże wartośó jego-niesłychsnieby s?e pod- 
niosła, gdyby można przypuścić, ze w liczbie 
roku 1884 — liczba ft ieśt O, coby bardzo być 
tóogło, bo i -ptti Htettttfi, '35 *# piefwsaaj Unii, 
* w ttaetttj Moii, $ W tt&e Mmi, są dedatki 
zbytebzne, podroUaące z niezgrabnego wymycia 
liter "w formie -do odlania. Zabytek, mrzeniesio- 
ny w h>k 1084, byłby istotnie wielkiej wagi, 
ho byłby świadectwem, ie istotnie na miejscu 
hapnty tf tal ntegftyi 'koiciół pogański. Fi- 
ffurkaz jttftff) ntrtflfy fcabyfai, nriuttby wt*a- 
**as jakieś pewne *ti*c*enie, fcftuttgo w pkr- 





ScutMa leM>Os. 



Frenćwieżzf. 



Sriana prawtas. 



Setami tybut. 



„//* 



/j//6*A sfr//w#ĆMp,z/MfezMnp &M%fos2fuv/ff. 



Digitized by 



Google 



216 



wstym raiie tjlko domyślać się trzeba. — Zre- 
sztą postać tej figurki, niemniej i modelik sam, 
starozytniej wyglądają jak rok 1684. Nie 
jest to jeszcze kształt Gotycki, linie proste 
V9 strukturze, owalne na tylnej i przedniej ścia- 
nie, krzyie w kształcie -J-, zwracają uwagę na- 
szą na styl romański* — Rzeczywiście, kto spoj- 
rzy na zabytek, od razu będzie go uważał za 
daleko starszy. Zapewne musi się gdzie w ar- 
chiwach powiatowych znajdować wiadomość o 



kaplicy Witoslawskiej. Jeżeli się w niej uka- 
że, ze kaplica była starsza, można z pewnością 
wnosić, że rok zabytku naszego nie jes t!684> 
lecz 1084. W każdym razie warto kopać i szu- 
kać w miejscu, gdzie przedmiot był znaleziony, 
i gdzie, jak mówię, kaplica stała. Równie ze- 
brać trzeba szczegóły odkrycia ; w ogóle, wszy- 
stko co się miejscowości dotyczę. 

W. Cybulski. 



UWIADOMIENIE, 



Wa numerem dzisiejszym Przyjaciel Ludu wychodzić przestanie. Rocznik zaś 
bieżący składać się będzie z 26 Numerów i dodatku arkuszowego. Każdemu zape- 
wne wiadomo, jak wiele winna jest pismu temu literatura nasza peryodyczna. W cza- 
sie bowiem owym, kiedy po klęsce politycznój wszystko w letargu pogrążone było, 
kiedy zemdlenie jakieś ogarnęło umysły, Przyjaciel Ludu wychodzić począł. Powitany 
z radością, przyjęty ochotnie, wspierany pracami najznakomitszych pisarzy naszych tak 
z kraju jako i ze zagranicy, puszczał promienie swoje w około — a ogrzane niemi 
umysły do nowój zachęcał pracy. Jemu tedy winniśmy nowsze tak obfite piśmien- 
nictwo czasowe. — Lecz okoliczności polityczne, przerwały regularne wychodzenie pi- 
sma tego, za czóm poszło umniejszenie się prenumeratorów i pracowników. — Pi- 
smo to, pierwsze u nas obrazkowe, z wielkim kosztem i niezaprzeczoną starannością 
wydawane, mieści w sobie wiele skarbów starożytności naszój — w opisach i ryci- 
nach wielce rzadkich i ciekawych, które inaczój możeby były zaginęły — w pamię- 
tnikach historycznych — których wydanie osobno nie byłoby podobnćm i Ł d. 

Nadmienić jednak mi wypada, iż mam nadzieję, że nie zadługo może znajdzie 
się podobny Mecenas, jak był ś. p. Książe Sułkowski, który parę tysiącami rycin pi- 
smo to zaopatrzył, a ze zapomnienia je wyrwie i na stanowisku odpowiednićm po- 
stawi, a nawet i ja sam, skoroby się liczba prenumeratorów stosowna znalazła, nie 
wąchałbym się dalój go wydawać. 

Dawniejszych roczników Przyjaciela Ludu, od roku 58° do 10&° za Tal. 10, 
od roku 5«° do 16«° za Tal. 12, w każdej księgarni nabyć jeszcze można. 

Nakładca M. Gunther. 



Nakładem i drukiem Ernesta Gttnthera w Lesznie. (Redaktor: X. Fr. Wawrowki, w Krotoszynie.) 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 

Czyli: 

Tygodnik potrzebnych i pożytecznych 

wiadomości 



IM* 



Rok szósty* 




Tom II. 

99-59. 



W Lesznie 184©. 
Knktadem I tatkiem Ernesta ©**«*•■••• 



Digitized by 



Google — 



Digitized by 



Google 



Spis artykułów 

w Tomie drugim roku szóstego zawartych. 

(Mrłykuhj nnmeane • mają dadmne ryemy.) 



Stranm. 

Arabowie i konie arabskie *** 345.355.363. 

372. 388. 
Architektura klassyczna *** 218.227. 

Bard finlandzki * 
Brody w Galicji * 
Brosciusz Jan * . 
Bizezany * . . . 
Chłop i djabeł (gawęda wielkop. 



) 



Czajkowski Mich. * . 
Czchów * . 
Do Redakcji P. L. 
Doniesienie literackie • 
Dykteryjka klasztorna . 
Flisy pod Gdańskiem * 
Jasko Narębski * 
Jaskinia Kuhstall * . 
Infuzorya, czyli wymoczki 
Kaaba w Mekce • * * 
Kilka stów o Brodach . 
Klasztor w Batalha * • 
Kochowski Wesp. * . 
Kozłowski Mat X. * . 
Kronika literacka • * . 
Kronstadt * 
Łowiec (gawęda) 



263. 
. 281. 
. 305. 
. 409. 

• 260. 
269.277. 
. 253. 
. 308. 
271.295. 
344.368. 

• 224. 
297.310.315. 

392. 

304. 

229. 

252. 

391. 

352. 

209. 

385. 

224.271.280. 

. 399. 

321.339.347.354. 



365.371.377.388.397.406.411. 
Mehmed Ali, Ibrahim, Soliman *** . 293. 

Melsztyn • 331. 

Najdawniejsze pieniądze polskie * . 287. 

Nowe dzieła 399. 

Nowiny literackie .... 249. 262. 
Obrazy odsieczy Wiednia w Augszburgu, 

Dreźnie, Krakowie • • • 221. 

Obyczaje pogańskich Prnss i Litwy *** 212 

223.230.241. 



Stron*. 

Oblężenie Poznania w roku 1704 * . 242. 

Odpowiedź na wycieczkę pana W. A. 

Wolniewicza 213. 

O artyleryi austryackiej *•»* 235. 247, 

254. 258. 

O artyleryi polskiej * . . . 267. 

O kolejach żelaznych w Ameryce * 215.231.233. 

O kolejach żelaznych i żegludze parowej 415. 

O stanie nank w Akademii krak. za Au- 
gusta III. ** . 275.286.295.303. 

O sławiańskiem Ewangelium wReims ** 315. 

O turturach w Polsce .... 326. 

O sławnych pijakach za Augusta HI. 359.367. 

Osieczna * . • . . . 288. 

Ostatni Socynianie w Polsce . . 405. 

Pałac Emira Beschir * * . . 283. 
Schónbrun * 325. 

Pamiątki z Krakowa ** . • 377. 

- - Jana IIL we Lwowie ** . 350. 

Pamiętniki 413. 

Poezya. Śpiew matki . 264. 

Bławatek . 270. 

Poezya polska w 15tym i 16tym wieku 301. 

311 323. 

Posąg księcia Józefa Poniatowskiego * 229. 

- Piotra W. * 313. 
Powietrze (obraz z podań luda) . 238. 
Przejecie województw wielkopolskich do 

Szwedów pod Ujściem w roku 1655 . 410. 
Radziwiłł Jerzy, kard. * 225, 

Radziejowski Hieronim * . . # 408. 

Reszyd Pasza * 375. 

Rozmaitości 262. 336. 

Ruiny zamku w Trokach * • • . 257. 
Rzadkie dzieło • . 278.284. 
Słowianie * 401. 



Digitized by 



Google 



Szuszkowski Walec. Protaszewics . * 817. 

Szkoła wiejska * .... 265. 
Uwagi nad sporem pomiędzy Redaktorami 

Tygodnika literack 215. 

Werowski Ignacy * . 240* 
W. Mistrz i W. Marszalek zakonu 6. 

Jana ** 273. 



Widok Kijewa ** 361.369. 
Wielki dzwon 6. Piotra w Rzymie * . 415. 
Zamek wBnezanacb (wGalicyi) * . 410. 
- w Krupie * 337. 

Zgoda o Barbarę i keronacya w roku 1550. 334. 
341.350.357. 366.374. 379. 
Żubr i tur 244. 



Digitized by 



Google 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 27. 



dnia 4. Stycznia 1840. 







Wespazyan z Kochowa Kochowski. 



Lutni moja ulubiona! 
Lutni wdzięczna, złotottronal 
Kto twe cnoty, kto przymioty, 
Kto wychwali dźwięk twój złoty? 
Liryków p. 250. 

Niezbyt odległa jest od nas epoka, w której 
żył ten znakomity pisarz dziejów i poeta pol- 
ski, zaledwie jednem od nas przegrodzony stu- 
leciem ; a jednak o życiu jego żadnych nie ma- 
my wiadomości. Nawet od troskliwego zbiera- 
cza żywotów, Niesieckiego , nie więcej się do- 
wiemy nad to, że był wojskim krakowskim, 
i że na 'wyprawie pod Wiedniem przeciw 
Turkom mężnie stawał. Nie on przecież sam 
jeden temu uległ losowi, że wchodząc w poczet 
lepszych pisarzów, i to jeszcze w czasie, kiedy 
język i nauki w największym były u nas za- 
niedbaniu ; w nikim bliżej niego żyjącym nie 
zatliła się chęć, aby wiadomość o życiu jego 
niepamięci wydartą została. 

Urodził się Wespazyan Kochowski około 
r. 1633. (*) z ojca Jana Kochowskiego, herbu 
Nieczuja, podsędka sandom. , sekretarza J. K. M. 
Rodzice jego zamieszkiwali w wiosce zwanej 
Gaj, \t pobliżu góry łysej, czyli klasztoru Be- 
nedyktynów Ś. Krzyża, w którym rodzina Ko- 

(*) W przedmowie do AnnaUs Poloniae, Clim, III. 
który wyszedł z druku r. 1698. liczy sobie lat życia 6G. 



chowskich grób miała familijny (*\ Ojciec jego 
już nie żył w r. 1663. , w tym nowiem czasie 
synowie dzielili pomiędzy sobą ojcowskie wło- 
ści, i w tym roku Wespazyan pisał wiersz po- 
żegnalny, opuszczając rodzinne gniazdo, pełen 
tęsknoty za kniejami gór święto - krzyskich, 
kiedy się przenosił do wsi Goleniowy, w woje- 
wództwie krak., powiecie lelowskim, przyległej 
do Szczekocin, która mu działem przypadła; 

Erzyczem narzeka na prawa koronne, według 
rzmienia, których przywilej obierania części 
z majątku ojcowskiego, młodszemu służył. 

W rodzeństwie swojem , był najstarszym 
z pomiędzy trzech braci. Po nim idący Sewe- 
ryn poświęcił się stanowi wojskowemu, i w mło- 
dzieńczym wieku za powrotem wojska z Węgier 
w czasie wojny szwedzkiej, umarł w r. 1657. 
w miasteczku Biecz, a wczesny zgon jego, We- 
spazyan pięciu trenami opłakał (Liryk. p. 133). 
Najmłodszy brat Jan, dziedzic po ojcu wioski Gaj, 
którego on w Lirykach p.243 wspomina, miesz- 
kał potem w Moskorzowie w krakowskiem, aprócz 
tego była jeszcze i siostra imieniem Anna (**)• 



(*) dymienia on, kto grób ten fundował! (Fraszki p. 41 .) 
Najpewniejsze dziedzictwo, niestracone włości, 
Grób ten sobie budując i swej potomności 
T ho masz Sarna z Rockowa etc. 

(**) Z bliższych krewnych , on sam wspomina stryja 



Digitized by 



Google 



210 



O latach młodości jego, ani gdzieby nauki 
odbył, nic nie wiemy, lubo tuszyć należy się , ze 
w krakowskiej się akademii kształcił. Sam o sobie 
mówi, że kapiąc się w rzece Pilicy około Su- 
lejowa, o mało nie utonął, i tylko cudowi ura- 
towanie życia pobożnie przypisuje (Lir. p. 113). 
Za panowania króla Jana Kazimierza służył 
wojskowo przeciw Szwedom 'i Kozakom (Bentk. 
I. p.296). Później zawarł związek małżeński, 
i z żony Maryanny, której nazwisko familijne 
niewiadome, miał syna Hieronima Franciszka, 
którego do obrzędu chrztu s. d. 16. Pażdz. r. 
1674. podawał Franciszek z Pilicy Koryciński, 
zMiszowska, właścicielka Irządzy, a chrzcił go 
X. Stefan Łodziński , offieyał pilicki. (Metryka 
parafii goleniowskiej). 

W owym wieku, gdj zbytek i za nim idące 
zepsucie jeszcze nie wcisnęły się były pod dach 
skromnego dworca ziemianina polskiego, gdy 
każdy z nich otoczony rodziną, sąsiedztwem i 
ludem włości swojej, wiódł życie patryarchal- 
nemu zbliżone, i w szczupłym zagrody swojej 
zakresie szukał szczęścia i takowe znajdował; 
i Wespazyan Kochowski mieszkając w Gole- 
niowy na łonie skromnej prostoty, używał spo- 
kojności, oraz błogiego i niezawisłego bytu, o 
czem na wielu miejscach Liryków wyraża się. 
Tamże wystawił sobie dom nowy z drzewa, 
i daleki zbytku, skromnie takowy ozdobił, jak 
mówi Liryk. p. 305: 

iVic łaje mej marmur nodze. 
Bo go nie depcę w podłodze; 
Choć stropy nie pozłociste, 
Dość sumienie, jeśli czyste. 

Choć nie wisi lanszaft nowy 
Dla mej ścianie rubensowy, 
Konterfetów tez nie wiele, 
1 nie dzieło Dollabele; 
Lecz szpalery na me ściany. 
Zawsze umysł niestroskany ił. d. 

Ograniczonemu w pragnieniach , przestające- 
mu na małem, ojczysty spłacheć ziemi dosta- 
teczne dawał utrzymanie, a pomny, że przy 
mierności szczęście mieszkanie zakłada, próżen 
zazdrości śpiewał: 

Mnie tubo szczupłą miarkę szczęście dało 
poczesnych fortun; wtem się dosyć stało. 
Ze nie chcę więcej* (Lir. p. 34.) 
, Panie* i za to dziękować ci trzeba, 
Ześ gębie mojej dał dostatek chleba. 
Dosyć mój Panie l i za toć dziękuję, 
Więcej nie pragnę, tern się kontentuję. 

ewego poetę, kładąc imię jego przy innych celnicjszych 
rym opisach naszych, w wierf sn pod napisem i „Poeto wic 
polscy" (Liryków p. 318) w tych słowach: 
„Widzę tez z nimi i stryja starego, 
„Oboją prezą m Alexandra mego etc." 
Z wierszo* w jego (Alexandra) polskich nic mi nie jest 
■nane, a płód jego muzy łacińskiej pod tyt. i „Impulsus 
domesticus*', przydrukowany jest na końcu dzieła We- 
spazyanat „Hypomnema Reginarnm Poloniae". Mówi 
o nim tenże w Klimakterze 3cim pag.258 i 277, ze słu- 
żył wojskowo przeciw Tatarom, i do niewoli tychże 
dostał się, w której przez lat 16 zostawał. — tt innym 
stryju, Felicjanie Kochowskim, wspomina w Klimakterze 
2gim pag. 105. 



Niwo ma l niwo, skibie ziemi plenny, 
Ty coraz wieniec %ytny , także pszenny, 
Spokojnie na mej gdy położysz głowie, 
Żu fraszkę wasze korony , królowie! (Lir. p. 05.) 

Czas zbywający od zatrudnień rolniczych, 
poświęcał naukom, a życie ziemanskie przepla- 
tał obcowaniem z muzami, i w zaciszu wiej- 
skiem dzieła swe pisał (*). Niesiecki i Bent- 
kowski, idąc za jego własnem oświadczeniem 
się w przedmowie do trzeciego Klimakteru, czter- 
nastu dzieł przez niego wydanych tytuły wy- 
pisują , a z tych niektóre bezimiennie z druku 
wyszły (**). Z pomiędzy dzieł jego w poezyi 
najznaczniejszem jest: „Niepróżnujące próżno- 
wanie" (Liryki) r. 1674.; a w dziejopisarstwie 
„Annales Poloniae" obejmujące dzieje panowa- 
nia króla Jana Kazimierza, w 3ch tomach, które 
Klimakterami nazwał, wydane w Krakowie r. 
1683 — 1698 in folio. Tom zaś 4ty, obejmu- 
jący panowanie Michała, od r. 1669. do 1673., 
dotąd niedrukowany, znajduje się wrękopiśmie 
w niektórych bibliotekach, tak krajowych, jak 
zagranicznych, jak n. p. w Dreźnie. 

Dawid Braun, surowy oceniacz pisarzów 
polskich, takie o tej pracy jego (Annales) po- 
chlebne dał zdanie: „Kto rzeczy a me słów 
„ciekawy, ten historyą Kochowskiego znajdzie 
„sprawiedliwą i dostateczną:" a sąd Brauna 
nie jest podejrzany, gdyż ten rzadko o którym 
autorze polskim w sposób pochwalny wyrazi* 
się. _ Kównąż dziełu temu zaletę przyznał 
w kilku słowach dobry sędzia płodów nauko- 
wych, książę Adam Czartoryski, który wyrzekł: 
„Kochowski wiele zalet ma w sobie (Myśli o 
pism. pol. p. 9)," — a Łuk. Gołębiowski mówi 
o nim, że poczet pisarzów XVII. wieku na nim 
się kończy, a on między nimi do najpierwszych 
policzonym być winien. (O dziej. pols. p. 148). 
Bentkowski, tom L, pisze: „O poezyi Ko- 
chanowskiego powszechne ^ jest zdanie, że 
,.wiele w niej widać mocy i poetycznego za- 
„pału; lecz bardzo często postrzegać się daje 
„brak czystości języka i wykształconego smaku," 
W zarzucie tym, jakkolwiek sprawiedliwym, to 
przemawia za Kochowskim, że to była wada 
powszechna, nie pisarza, lecz wieku, bo żył i 
pisał w tym czasie, kiedy język polski wiele 
już z dawnej czystości utracił i łaciną był ska- 
żony. Juszyński (Dykcyonarz poetów,, w przy- 
wiedzionych przykładach wykazuje, z jaką łat- 
wością pisał wiersz różnej miary* i twierdzi; że 

l*} Dzieła jego: a) Chrystus cierpiąc y etc, b) Ogród 
panieński, wierszem, które dopiero r. 1681. z draka 
wyszły, juz kilką laty wcześniej ukończone były. Na 
autografach oba tych dzieł, które posiadam, zapisana 
jest data: Goleniovii 9 Bure meo pa ter no A. 1676. ^ 

(**; Jam hic et nunc protestor, me omnia seriptm 
tam pubłiei Juris per praelum jacta , et jam ad prue- 
sentemA. 1698 auatuordeeimum prodit opuscułum, quam 
adhuc dum in fragmentis domesticis existeutia etc. 
(Clim. III.) — Załuvki Biblioteka etc. i inni, wspomi- 
nają o jaga rekopismach, które z druku nie wyszły. 



Digitized by 



Google 



211 



tylko czystości języka brakuje, aby pieśni jego 
wzorowe poezyą liryczną nazywać się mogły. 

Przy innych zaletach, skromność była nieod- 
stępnym Kochowskiego przymiotem: nie ulegał 
on bynajmniej zarozumieniu o sobie, choć tylu 
płodami pióra swego niwę ojczystych nauk zbo- 
gacił. W przedmowie do 3go Kumakteru wyraża 
się: „Nie autorem, lecz tylko pisarzem dziejów 
„być się mienię. Kamienie i drzewo zinnćj 
„odbieram ręki, a tylko wzniesienie budowli i 
„kształt jej mojem są dziełem. Dla tego prze- 
„cież ani tkanina pajęcza ztąd jest szacownie j- 
„sza, że ją zsiecie wysnuwa; ani praca moja 
„dla tego pośledniejsza, że ją wzorem pszczół 
„z cudzych zapasów brałem." Również nie- 
śmiałe trzyma on o swej muzie, którą sam nie- 
udolną być mieni, a wyliczając rodzaje wier- 
szów, w Których pióra doświadczał, księgę Li- 
ryków tak zakończył: 

A ja pługa gdym dozo my f 

wVier*ze piszę t zaezem 
Trudno ma być wiersz wyborny 

Przy dziele wieiniaezem, (Lir. p. 376.) 

Niewdzięcznem bywało u nas powołanie au- 
tora: nietylko^ że nie przynosiło korzyści, ale 
często sprowadzało jeszcze nienawiść i prześla- 
dowanie. Doświadczył tego i Kochowski, gdy 
z powodu dzieła jego „Niepróżnujace próżnowa- 
nie," akademia krak. processem obłożona była, 
który autorowi niemało sprawił przykrości. Gdy 
dzieło do druku pójść miało, podał je tenże 
do cenzury duchownej X. Kucharskiemu, kano- 
nikowi krak., który je odesłał do rektora aka- 
demii X. Szym. Makowskiego, a ten je przej- 
rzał, wiele wykreślił(*j, znacznie odmienił, a 
wreszcie drukować pozwolił. Władza djrece- 
zalna pozwala potem akademią, iż dzieło, 
wktórem jest wiele rzeczy lekkich, drukować 
pozwoliła (**), i chciała ją z tego względu poz- 
bawić władzy udzielania cenzury. Sprawa wy- 
toczyła się do Rzymu, zkąd ją do Nuncyusza, 
w Warszawie będącego, odesłano. Bronił rek- 
tor praw akademii, obstając przy dawnych jej 
przywilejach, i dobry się processu okazał sku- 
tek, tern bardziej, gdy sam Kochowski obronę 
wypracował, w której między innemi pisze: „He 
„do książki, w tej nie wiem, coby tak śmiertel- 
„nego było, żeby aż ogniem oczyścić się miało. 



I?) W obronie swej (o której niżej) pisze Kochowski, 
ieX. Makowski prawie trsecią czętfć £pigram matów od- 
mienił i wykreślił* Może a tych i podobnych, urósł re- 
kopism, 6 którym Załuski i Bentkowski wspominają: 
„Ogród, ale nie pieniony ; bróg, ale co snop, to innego 
zboża; kram rozlicznego gatunku etc." 

(**} Zar/ut takowy odnosił się do Fraszek etc , któ- 
rych tresc do swych widoków stosowano. Dekret le- 
gnta pap., Franciszka Mortelli, arcybisk. koryntskiego, 
od Innocentego XI. do króla Jana 111., który tenże wy- 
dał w tej sprawie d. 25. Sbris r. 1676. w Warszawie, 
obejmuje w trerfei i akt oskarżenia , a w nim zarzuty 
przeciw książce, że zawiera w sobie: multa obseoena 
cl turpia, ae famam et honorem mullarum personarum 
tmngeniia etc. 



„Z dawnych czasów nie tylko t4j wolności poe- 
tyckiej nie ganiono , ale i owszem chwalona 
„była; zwłaszcza w narodzie polskim te jtnria^ 
„Ittates żartów , i w posiedzeniach przyjaciel- 
skich bawiące rymy, miejsce miały. Pisał 
„Jędrzej Krzycki, arcybiskup gnieżń., Epigram- 
„mata, Jan Kochanowski, Miaskowski, Rey, 
„Jagodziński, Woje. Inez, Jezuita: a teraz 
„mężowie w senacie kor. siedzą , którzy się ta- 
„kiej w młodszym wieku nie wstydzą zabawy. 
„Nie wiem jednak, aby kto zpomienionych na 
„tak 8€veram crisim przychodzić miał, jaka 
„mi£ teraz potyka* 1 owszem, Maro nasz ppl- 
„ski, Jan Kochanowski, noemata swoje wiel- 
„kiemu senatorowi, Piotrowi Myszkowskiemu, bi- 
skupowi krak., surowemu przystojnych oby- 
czajów cenzorowi, przypisał." (Rękopism.) 

Instrukcya, która w tej mierze dato woje- 
wództwo krak. posłom swym na sejm r. 1676, 
zawiera między innemi: „Wiec za przypozwa- 
„niem akademii krak. o książkę Lyricorum do 
„JX. Nuncyusza, JP. Wespazyan Kochowski, 
„autor jej, musi znaczna honoru swego po- 
kosić skazę; tedy to zlecamy Jmć PP. posłom 
„naszym, aby serio zJX. Nuncyuszem znieść 
„sie raczyli, jakoby takie praejudiciosa stanowi 
„szlacheckiemu w sądach J. X. Mci nie stawały, 
„i honor szlachcica tego, krajowi dobrze zasłu- 
żonego , aby w całości utrzymany był.*' — Po 
takiem objawieniu się życzeń szlachty krakow- 
skiej, Prymas królestwa łącznie z Nuncyuszem, 
uwolnili X. Makowskiego od napaści, która 
Andrzćj Trzebicki, biskup krak., z poduszczenia 
Jezuitów przeciwko niemu wymierzył. 

Kochowski zaszczycał się tytułem podko- 
morzego i dziejopisa królewskiego (Cubiculariua 
et Historiographus S. R. M.), i z tego zapewne 
powodu wskazany sobie miał dochód roczny na 
zupach wielickich. W bezkrólewiu po Janie III. 
kommissya zupna r. 1697. przyznała mu ten 
dowód względów królewskich: „Odezwał się 
„do kommissyi naszej JP. Wespazyan Kochowski, 
„i okazał prawo na pensyą tysiąca złot. rocz- 
„nie, od ś. p. króla Jana III. sobie konferowaną; 
„kommissya uważywszy cel łaski i hojności J. 
„K. Mci w uznaniu zasług tak godnego czło- 
„ wieka, który między innemi i Annales wieku 
„naszego pisze, i nie bez kosztu do druku po- 
„daje, przez co potomkowie nasi wiadomości 
„rzeczy publicznych nabywać będą mogli; przeto 
„za nader słuszną rzecz osądziliśmy, JP. Ko- 
„chowskiego nie tylko otrzymać prawem doży- 
„wocia przy tej pensyi, i onę do pensyonarza 
„dla lepszej pewności wprowadzić, ale jeszcze 
„i przyszłemu da Bóg, szczęśliwie panującemu 
„tak publicznie, jak prywatnie polecić go, aby 
„znakomite jego cnoty i zasługi hojniej jeszcze 
„opatrzonemu były." 

Zgon jego uprzedziła małżonka, która umarła 
w Krakowie na końcu r. 1696; on zaś sam wkrót- 
ce za nią pospieszył, i dni krajowi, oraz nau- 

27 



Digitized by 



Google 



212 



kom zasłużone, zakończył w uroczystość Ś. Trójcy 
r, 1699* w Krakowie, gdzie i ciało jego pocho- 
wane jest, lecz miejsca spoczynku zwioków 
wyśledzić nie mogłem, — Krótko przed śmiercią 
zostawił on pamiątkę pobożności swej i miłości 
bliźniego w fundacyi szpitala przy kościele w Go- 
leniowy, na pięciu wysłużony en i wypracowa- 
nych włościan, i uczynił stosowny zapis na wi- 
derkauf , w grodzie krak. w sobotę po oktawie 
Bożego ciała r. 1695.; którego to szpitala or- 
dynacya przez niegoż sameco sporządzona, war* 
cniwum kościoła wśi Goleniowy utrzymuje się. 

Nad zakrystyą kościoła włości jego znajdo* 
wał się niegdyś staroczesny jego portret, który 
król Stanisław August, gdy wr. 1787. Kraków 
odwiedzał i w Szczekocinach w domu Urszuli 
z Morsztynów Dembińskiej, starościny olbrom- 
skiej, dni kilka gościł, do Warszawy zabrał, a na 
miejsce jego kopią nadesłał; i ten portret dotąd 
jeszcze w kościele goleniowskim widzieć można* 
Wizerunek zaś jego, przy czele będący, wzięty 
jest z ryciny tytułowej, znajdującej się przy 
niektórych exemplarzach jego Liryków. 

Obyczaje pogańskich Prus i Litwy. 

„Wieleby o tym narodzie można było chwa- 
lebnego powiedzieć, (mówi jeden kronikarz z 13go 
wieku), gdyby on wiarę chrześcijańską wyzna- 
wał." — Pochwała ta, niepodejrzana w ustach 
zakonnika, mówiącego o narodzie pogańskim, 
najlepszem jest świadectwem łagodnych jego 
obyczajów i charakteru.^ 

Sposobem wyżywienia się mieszkańców Prus 
dawnych i Litwy, było polowanie, rybołówstwo, 
wychów bydła, i bardzo zaniedbane rolnictwo. 
Psy i sokoły używane były do łowów; sieci i 
wędy do rybołówstwa. Krowy i klacze dostar- 
czały mleka, pszczoły miód o, owce wełny. Wy- 
chów pszczół szczególniej ich zajmował. Nie 
tylko około domów, w dzikich nawet lasach pełno 
pasiek i barciów, do dziś dnia w Litwie zna- 
jomych. 

Lud był czerstwy, zdrowy i silny, smukłe* 





mach; i niema prawie okolicy, wktórejby do- 
tąd niepokazywaoo ich grobów* 

Odzież mieszkańców była prosta i skromna, 
podobna krojem do dzisiejszej włościan litew- 
skich odzieży. Najbogatsi nawet żadnej do bły- 
skotek stroju nieprzywiązywali wagu 

Ubiór mężczyzn składał się z opiętej, dłu- 
giej do kolan katanki, z grubego płótna, lub 
sukna, przepasanej pasem skórzanym. Szyja, 
piersi i głowa były odkryte w lecie, w zimie 
ostatnią tylko okrywano futrzaną czapką z usza- 
mi. Obuwie składało się ze skór surowych, albo 
zkurpiów, ze świeżej kory plecionych. Ostatnie, 
dotąd używane w Litwie. 



Litwin pogański. 

Gościnność była powszechna; najpierwszą j<j 
oznaką było upoić gościa. Każdy z domowych 
musiał przepijać do niego, dopóki mąż, żona i 
dzieci, wraz z gościem, nieupadli na ziemię. 

Lecz nie sama tylko pijatyka uczty ich skła- 
dała. Zaczynano je od ofiarowania bogom pier* 
wiastków jadła i napoju. Poczem najstarszy 
wiekiem z biesiadników powstawał i przypomi- 
nał, aby używając wesoło darów bogów, nie 
zapominali o przodkach, o dziadach swoich, a 
pieśń, sławiąca ich czyny, zwykle kończyła 
biesiadę* 

Mieszkania były pospolicie z drzewa. Zna* 
komitszym tylko dębu używać wolno było. Na 
górach zwykle wznosiły się ich twierdze, czyli 
zamki, z drzewa także, ale głębokim przekopem 
i wałami, od ognia i nieprzyjaciół bronione. 

Nowe mieszkania poświęcano uroczyście na- 
stępującym sposobem. Naprzód wpuszczano do 
nich przecedrzwi koguta i kurę; tuż za niemi 
wtaczano dwa okrągłe chleby. Jedno i drugie 
miało zgodne małżeństwo i obfite gospodarstwo 
oznaczać. Poczem najznakomitszy z obecnych 
ości, lub zwajdelotów, wchodził pierwszy do 
omu, i z pośpiechu niby upadając na progu, 



Digitized by 



Google 



S13 













Prusacy pogańscy. 

wołał: „Niech tak szczęście i pomyślność spie- 
szą się do tego domu !" 

Wielozeństwo było we zwyczaju. Prawo po- 
zwalało mieć trzy żony; możność i bogactwo 
fowiększały dowolnie ich liczbę. Dzieci uwa- 
ane były jako własność ojca, który mógł niemi 
podług woli rozrządzać, a nawet życia pozba- 
wić. Ztad pochodziło, ze chcący zaślubić cór- 
kę, mnsiał ją pierwej za pewną cenę z pod 
madzy ojca wykupić. Tym sposobem nabyta, 
nie dziw, że i w domu męża za niewolnicę uwa- 
żaną była. Używana do wszelkich posług do- 
mowych, nigdy u jednego stołu z mężem zasiąść 
nie śmiała, i jak we wszystkich północnych na- 
rodach, żadnego towarzyskiego nie miała zna- 
czenia. Córki jednakże znakomitszych rodzin, 
większych doznawały względów, i mając tytuł 
pierwszej z żon, innych do usługi swej używać 
mogły. 

Pomiędzy weselnemi obrzędy, były niektóre 
prawdziwie piękne i pełne głębokiego znacze- 
nia. Gdy już małżeństwo pomiędzy zalotnikiem 
i ojcem dziewczyny ułożone zostało, to jest, 
gdy się umówili o cenę; narzeczona, wigilią dnia 
zaślubin, spraszała do domu krewne i przyja- 



ciółki swojef i wraz z niemi przez cały wieczór 
śpiewała żałosne pieśni, opłakując w nich ro- 
dziców, ptastwo domowe i ogień, że już ich 
więcej doglądać, karmić i utrzymywać nie bę- 
dzie. Przyjaciółki dopomagały jej pieśniom, 
juito smucąc się razem, już ciesząc. Nazajutrz 
oblubieniec przysyłał po nią- wóz ozdobiony zie- 
lonością i kwiatem, który ją do domu jego miał 
zawieść. Sproszone wczoraj przyjaciółki, po- 
stępowały za nim narzekając i płacząc. Przed 
progiem domu spotykał go oblubieniec, w jednej 
ręce rozpaloną głownię, w drugiej pełny puhar 
irzymająo, i trzykroć z niemi około woza obiegł- 
szy, podawał oblubienicy napój, wołając: „Jak 
w domu twoich rodziców, utrzymuj ogień w swym 
własnym I" Natenczas woźnica, który ją przy- 
wiózł, powinien był wpaść szybko do domu, 
i porwać w biegu stojący przy ognisku stołek 
lub krzesło, błękitnćm płótnem zasłane. Płótno 
to stawało się jego własnością, jeśli się zręcznie 
uwinął; w przeciwnym razie stawał się przed- 
miotem pośmiewiska i obelg, i drugiemu miej- 
sca swęge ustąpić musiał. Naówczas wprowa- 
dzano oblubienicę do domu. Woźnica podawał 
jej porwane przez siebie krzesło, mąż powtór- 
nie napełniony puhar. Piła go siedząc przed 
ogniskiem, gdzie jej umywano nogi, pokrapiając 

Sotem tą wodą gości, bydlęta i wszystkie sprzęty 
omowe. Poczem usta jej namaszczano miodem, 
i zawiązawszy oczy, prowadzono do wszystkich 
drzwi domu, które się za dotknięciem nogą 
przed nią otwierały. Naówczas sypiąc na nią 
zbożem wszelkiego rodzaju, wołano: „Bądź 
rządną w domu, czcy bogów, a na niczem ci 
zbywać nie będzie!" Wesoła uczta z tańcami, 
do późna w noc trwająca, kończyła obrządek i 
swobodę dziewczyny. Równo ze świtem 'nastę- 
pującego dnia, rozpoczynało się jej niewolnicze 
życie, nie kończące się nawet i po śmierci męża; 
gdyż uważana za rzecz, wraz ze wszystkie mi 
sprzętami stawała się własnością jego dziedzi- 
ców, którzy nią podług woli samowładnie roz- 
rządzać mogli. (Dalszy ciąg nastąpi.) 



Odpowiedź na wycieczkę pana W. A. 
Wolniewicza, umieszczoną w Gazecie 
poznańskiej numerze* 305. 
Bolesną jest, nader bolesną rzeczą , być od- 
rywanym od ważniejszych zatrudnień swoich 
napaściami, na które najstosowniejszą odpowie- 
dzią, byłoby milczenie. I taką odpowiedź miałby 
od nas pan W.A.Wolniewicz, gdyby w zaczepce 
z inwektywami na osoby nasze me byt połączył 




iebny 

niedorzecznemi sofizmatami i parodoxami swemi. 
Odpieramy więc napaść tę, pomijając inwekty- 
wy, samego tylko autora ich hańbiące, i sta- 
wając jedynie w obronie świętej prawdy, praw 



Digitized by 



Google 



214 



i zasług naszych pod względem redakcji Ty- 

8 TYffO&iik poznański, na mocy piśmiennego, 
w Przyjacielu ludu jui umieszczonego układu, 
jest nasza, niczem niezaprzeczona współwłasno, 
ścią; rozwinięcie zaś tego pisma, a nawet myil 
do wydawania go, naszą wyłączną zasługa;, 
pomimo najkrzykliwszej protestacyi pana Woj- 
Liwskiego i pana Wolniewicza. Co do pier- 
wszego, dowodzi kontrakt, umieszczony w Nr, £2. 
r z. Przyjąć, ludu, a zatem już znany Publiczno- 
id, która, na szczęście nasze, o powadze iświe- 
toici zawartych układów, o większości gło- 
gów i arbitralności, wcale różne od pana 
Wolniewicza ma wyobrażenie. Co do drugiego, 
mamy dowody w ręku, przemawiają za nami 
jakiekolwiek poprzednio położone w literaturze 
krajowej zasługi, wyliczymy — jesk tego będzie 
potrzeba — nasze artykuły, anonime, lub pod 
iozmaitemi znakami w Tygodniku umieszczane, 
okażemy korrekty i piłowania, które pan 
Wolniewicz zbyt kkce waży, pomimo własnego, 
gorzkiego doświadczenia, na Marzannie, (gdzie, 
edyby był miał dobrego pilarza, nie byłby się 
tak na pośmiewisko wystawił), dowiedziemy 
nareszcie, — jeżeli o tern kto powątpiewa, — 
że pan Wojkowski niema takowego usposobienia 
naukowego, aby zdołał wznieść pismo peryo- 
dyczne, a cóż mówió, aby pozyskać zaufanie 
uczonych współziomków, którzy dopiero po zo- 
baczeniu i należy tern ocenieniu kilku pierw- 
szych, przez nas ułożonych numerów, lub tez 
na nasze imienne zgłoszenie się, pismo to pra- 
cami swemi wspierać zaczęli. 

Powody, dla których mewystąpiliśmy publi- 
cznie (czego nam nikt rozsądny za zie poczyty- 
wać nie będzie) jako redaktorowie , juzesmy 
w innem miejscu wymienili i me będziemy dla 
pana Wolniewicza wiecznie jednej rzeczy pow- 
tarzać; dosyć na tem, że nimi byliśmy de jurę 
i de facto, a kierowanie nasze redakcyą, które- 
go pan Wojkowski sam niezaprzecza, gak się 
to i z listu jego do nas, już po zaszłem niepo- 
rozumieniu pisanym, jawnie okazuje,) mepizy- 
oiosło mu zaiste żadnego uszczerbku ani na 
sławie, ani na majątku, ani na honorze: 
owszem, co do pierwszej — jeśli ją ma — na- 
szej ją winien pracy ; wchodząc z nami w sto- 
sunki, nie ryzykował sławy, bo jej nie miał; 
nie ryzykował majątku, jak wielu fałszywie 
mniemało, bośmy na wspólną korzyść lub stratę 
pismo wydawać zamierzyli i ostatnią istotnie 
ponieśli; że nie ryzykował honoru, nadmieniać 




puszczali go do Tygodnika, jakto panu Wolnie- 
wiczowi zapewne wiadomo być musi. 1 na tem 
właśnie zasadza się jedna z głównych zalet re- 
daktora, której bez nauki, bez wytrawnego sądu, 
bez zdrowego rozsądku i długiego doświadcze- 
nia dostąpić niepodobna* 



Znagleni do występowania w własnej obro- 
nie, oświadczamy niniejszym, że jakkolwiek 
obarczeni trudnemi obowiązkami powołania na- 
szego i użyteczniejszemi pracami literackiemi, 
niemamy wiele czasu do prowadzenia tego bez- 
owocnego sporu, wszelako każdą złośliwą na- 
paść gotowiśmy odeprzeć, upraszamy tylko, żebj 
przeciwnicy nasi więcej w rozumowaniu swojem 
ścisłej okazali loiki i nie wyrzekali się wszel- 
kiego uczucia prawości, lekce ważąc najistotniej- 
sze współeczności ludzkiej ogniwa, to jest, do- 
browolnie przyjęte zobowiązania, do których 
przecie każdy uczciwy człowiek, chociażby byt 
i zupełnym nieukiem, poczuwać się zwykł* 

ud. Poplińsku 
J. Łukaszewicz* 
W przypisku do artykułu swego, w Gazecie 
poznańskiej Nro. 305. umieszczonego, powiada 
pan Wolniewicz, że mi przysłał do umieszcze- 
nia w Przyjacielu ludu wyciąg z Dyaryuszu sej- 
mików średzkich; że odebrał odemnie odpowiedz, 
jakobym artykułu tego nie mógł umieścić (aha! 
hinc lilae lachrymaeT) dla tego, że Przyjaciel 
ludu jest pismem obrazkowem, nie polemicznem; 
że nie pojmował, jak wyciąg z starego rękopis- • 
mu ma być polemicznym artykułem, i że nie 
pojmuje, jak można dla swojej wygody raz 
przyjęte zasady nadwerężać. — Wyciąg, o któ- 
rym tu pan Wolniewicz mówi, byłto wyimek 
z la ud ów średzkich z około środka 18go wieku* 
Zawierał w sobie wycieczkę podawcy, uboczną 
wprawdzie, ale rozmyślną, przeciw szlachcie, 
z wymienieniem nazwisk niektórych zacnych 
osób* Zdrowy rozsądek radził nieumieszczać 
pisma, nic nieucząceęo, a mogącego wielu roz- 
jątrzyć i polemikę niepotrzebną wywołać. OóV 
pisałem zatem panu Wolniewiczowi w tej myśli: 
że artykułu jego (który za polemiczny i n di recie 
słusznie uważałem) w Przyjacielu ludu umieścić 
nie można, bo w laudach średzkich, które 
biblioteka publiczna w Poznaniu od roku 1594. 
aż do upadku Polski posiada, znajduje się bar- 
dzo wiele pięknych rysów sposobu myślenia i 
działania szlachty ; umieszczając tedy w Przyja- 
cielu ludu z la ud ów średzkich brudy tego 
stanu, należałoby także z nich umieścić i piękne 
jego czyny : inaczej, w cóżby się obróciła święta 
sprawiedliwość na świecie: Rozumiałem, że 
pan Wolniewicz pojął słuszność tej uwagi mo- 
jej ; zawiodłem się* Może pan Wolniewicz i tego 
nie pojmie, że bronienie się od napaści w piśnie 
własnej redakcji, nie jest przeŁi 
w pismo polemiczne* 



taczaniem go 
/• Łukaszewicz. 



Uwagi nad sporem pomiędzy Redaktorami 
Tygodnika literackiego. (*)•* 
Czytałem oświadczenie pana Poplińskiego i 
Łukaszewicza w Przyjacielu ludu ; czytałem 

v*) Redakcja Pnjjaciela luda, chcąc aa targi, re- 
dakcji Tygodnika poananskiego tjciącc się, witemu 



Digitized by 



Google 



215 



i odpowiedź na to pana Wojkowskiego w Ga- 
zecie poznańskiej. Trzjrmam się faktów. A po- 
nieważ pan Wojkowski nie powiada, ze kon- 
trakt w Przyj, ludu drukowany jest sfałszowa- 
nym, lub całkowicie zmyślonym, ponieważ więc 
■znajego, milcząc, za autentyczny: przeto wnio- 
sek jest jasny i logiczny, że pan Poplinski i Łu- 
kaszewicz mieli i maja prawo do redakcyi Ty- 
godnika literackiego, bo tak paragrafy opiewają. 
Cóż na to pan Wojkowski? Oto są siowa je- 

!o: „Gdyby istotnie mieli najmniejsze prawo 
o redakcyi pisma mego, nie odstąpiliby byli de 
facto dobrowolnie od tego, czego tak namiętnie 
prasną « Pytam się każdego zdrowo wniosku- 
jącego, co tu za logika? Pan Poplinski i Łu- 
kaszewicz przedłożyli nam dosłownie kontrakt 
dowodzący, że są Redaktorami, a pan Wojkow- 
ski powiada, że nie mają prawa do redakcyi. 
Albo panowie tamci zmyślili kontrakt, albo 
panu Wojkowskiemu nie dostaje siły najmniej- 
szej kombinowania. Pierwsze zapewne miejsca 
nie ma, bo pan Wojkowski kontrakt nie za- 
przecza: jasną więc rzeczą, że przyznając 
ugody prawdziwość, głosi ją jednak 
za nieprawdziwą, czyli werząc prawdzie, 
ze dwa a dwa są cztery, powiada jednak, ze 
nie cztery. Ci, co podobnie wnioskuje, mają 
u Psychologów osobne nazwisko, nie chcę go 
jednak wymienić. Ująć ai^ tylko muszę za Pu- 
blicznością, której pan Wojkowski tak mało 
zdrowego rozsądku przyznaje, że jej każe wie- 
rzyć ugodzie, czyli prawu pana Poplińakiego i 
Łukaszewicza do redakcyi, ale jednak przez 
wzgląd na pana Wojkowskiego i jego nową 
lc*ft?> prawo to zaprzeczyć. — Idźmy dalej do 
wniosków. „Gdyby istotnie," mówi pan Woj- 
kowski, „mieli najmniejsze prawo do redakcyi 
pisma mego, nie odstąpiliby byli de facto do- 
browolnie od tego." Znów się odwołuję do 
zdrowego rozsądku, i pytam się, czyli z tego, 
że ktoś de facto dobrowolnie od redakcyi od- 
gtapi, wynika to, że prawa do niej nie miał? 
To meie być osobiste pana Wojk. przywidze- 
nie, lub wreszcie przekonanie, ale nie jest do- 
wodem: bo ktoś prawo mieć może do redakcyi, 
ale równie dobrowolnie od niego odstąpić. — 
Owszem przyznaje pan Wojk. sam, że panowie 
Poplinski i Łuk. byli de facto Redaktorami, 
bo od niej de facto odstąpili: a odstępuje się 
tylko od rzeczy, w której się pierwej miało 
udział. Dopmi więc pan Wojkowski nie do- 
wiedzie, że kontrakt wydrukowany jest zmy- 
ślonym, dopóty Publiczność mieć będzie wiarę, 

•morzyć , nieprayjmowała nadsełanjch sobie s różnych 
itron artykułów, przeciw panu Wojkowskiemu wymie- 
paonyck* Ale kiedy paa Wolnie wica po długiej przer- 
wie wystąpił teras w porozumieniu z panem Wojkow- 
akim w Nrze 305. Gazety^ poznańskiej przeciw innym 
członkom redakcyi Tygodnika, Redakcya Przyjaciela 
ludu uważa za rzecz słuszną i potrzebną, aby opinia 
publiczna nie była mąconą, umieszczenie powyższego 
artykułu. , 



ze panowie Poplinski i Łukaszewicz mieli i maja 
prawo do redakcyi; a jeśli pan Wojk. tego nie, 
udowodni, pokaże: 

1., że kłamie; 

2., że nie ma lodki za trzy grosze; 

3., że pan Wojkowski Mziął się u 7 tej 
sprawie niegodnie. A to opieram jasno 
i mocno na tym dowodzie: 
Ma pan Poplinski i Łukaszewicz, nodług 
kontraktu wydrukowanego, prawo do redakcyi, 
ale im stosunki i położenie Doszukiwać go nie 
dozwalają. Bo lubo ugoda opiewa, że są Współ* 
redaktorami, pan Wojkowski jednak sam na imię 
swoje wyrobił pozwolenie, i dla tego Admini- 
stracya i Cenzura, zawiadująca pismem tern, 
milczeć im każe, jako tym, co za Redakto- 
rów nie są wpisani, i bez wiedzy tejże Admi- 
nistracyi redakcya tę sprawowali. Publiczno* 
ści! cóż sądzisz o człowieku, który widząc, że 
ktoś jest stosunkami i względami urzędowemi 
związany, i dlatego obrony — lubo prawnej— 
przedsięwziąść nie może, korzysta z tego morał* 
nego skrupułu i zawiedzie to zaufanie, jakie się 
w nim położyło ? W moich oczach jest to wy* 
biegiem prawniczym, rabulacyą. Wykręt ten 
mówi głośno za panem Poplińskim i Łukasze* 



wiczenu 



Dodaję wreszcie, że nieprzystało panom tym 
w Przyjacielu ludu nadmieniać o niedoświadczo* 
ności pana Wojkowskiego w literaturze, bo pismo 
się jego ceni i o nim świadczy, a nie jego uspo- 
sobienie. Ale z drugiej strony oburzająca jest 
pana Wojkowskiego zarozumiałość, który chciałby 
w Publiczność wmówić wielkość swoje i zaim* 
ponować tak krótkim a pełnym wyrazem: „Kto 
mnie zna, kto tych panów zna, będzie wiedział, 
co o tej całej rzeczy sądzić/ 4 Myć zprowincyi 
znamy tych panów ; ale by snąć ktoś z odległych 
Czytelników fałszywej nie miał wieści i opinii 
o trzech tych panach, donoszę wszystkim, że: 
pan Poplinski jest professorem literatury pol* 
skiej przy gimnazyum poznańskiem od lat prze- 
szło dziesięciu; ten sam, co oprócz dziełek: po- 
mniejszych, napisał Grammatykę obszerną ła- 
cińską ; 

pan Łukaszewicz, bibliotekarz przy książnicy 
^Raczyńskich, jest autorem dzieł: O Braciach 
czeskich, O Dyssydentach, tudzież Historyi mia- 
sta Poznania; 

pan Wojkowski, przed laty czterema uczeń 
kiassy drugiej gimnazyum poznańskiego, krótko 
po szkół opuszczeniu został Redaktorem Ty- 
godnika literackiego. 

Bydgoszcz, dnia 13. Grudnia 1839. 

N. Z. 



O kolejach żelaznych wSiauach Zjedno- 
czonych Ameryki. 

(Z pism sen. Soczyńskiego.) 

W numerach 28 — 30 Przyjaciela ludu roku 
zeszłego > czytaliśmy Opis otwarcia t kolei że- 



Digitized by 



Google 



216 




Nowy Jork. 



laznij z Paryża do St. Oermain; z którego 
powzięliśmy wyobrażenie szybkości * wygody 
i poniekąd ważność sama tego nowego wiel- 
kiego wynalazku, który obecnie cały świat 
cywilizowany zajmując, coraz to więcej się 
upowszechnia , tak dalece : że i u nas do ży- 
cia publicznego jest powołanym. Kolej żelazna 
z Warszawy do Krakowa rozpoczęta , równie, 
jak z Wiednia ku temuż miastu prowadzona; 
dwie inne z Kowna do Lipawy i olbrzymia, 
jedna z największych w świecie, z Peters- 
burga do Odessy, trzysta mil kraju prze- 
biegać mająca, świadczą nietylko o wysokiej 
troskliwości^ rządów krajowych , ale zarazem 
staję się rękojmia przyszłej pomyślności ludów, 
którym poświęcone zostały. 

Ameryka przodkujac w tych wielkich przed- 
sięwzięciach Europie i przewyższając ja dotąd 
wdziełach rzeczonych przemysłu i handlu, za- 
sługuje na szczególniejsza z naszej strony uwagę, 
za obeznaniem się albowiem z rzeczonymi środki 
kommunikacyj lądowych, poznamy tym samym 
ważność robót i błogie ich skutki. — W obra- 
zie niniejszym korzystaliśmy z opisów przez P. 
Gerstner podanych, który świeżo z Ameryki po- 
wróciwszy, dokładną wiadomość o kolejach że- 
laznych ogłosił. 

Pominąwszy niektóre z pomniejszych kolei 
żelaznych i kanałów, w Ameryce północnej bę- 
dących; wszystkie ważniejsze tego rodzaju 
kommunikacye w ostatnich 20stu latach tamże 
powstały. Do rzeczonych robót pierwszym po- 
wodem był kanał Erye, który prowincye za- 



chodnie zrzeka Hudson, a tym samym z Nowym 
Jorkiem łączy* Kanał ten zaczyna się od 
miasta Albany, nad rzeką Hudson leżącego, i 
bieży aż do Buffalo, nad jeziorem Erye poło- 
żonem; przebiega tedy 363 mil angielskich, a 
dodawszy do tego kanały poboczne, długi tein 
samem na 640 mil tychże, (do 140 mil polskich, 
nowych) ma zaś w swej przestrzeni 394 stawi-* 
deł, czyli śluz, 72 wodociągów i 1065 mostów. 
Zaczęty był r. 1817., a otwartym już w 1825 
r. nakłady nań wyniosły do 12 milionów do- 
larów, czyli 17 milionów talarów, a dochody 
od 1821. do 1838. do 15,204,470 dolarów, czyi 
około 21| milionów talarów, z których atoli 
trzecią część na utrzymywanie odtrącić wypada. 
Żegluje dziś po rzeczonym kanale do 3000 
statków, przez 15 tysięcy ludzi obsługiwanych. 
A lubo wczasach późniejszych rząd powodo- 
wany wielkiemi korzyściami i potrzebą, nowych 
nie szczędził nakładów, w celu przedłużenia 
i rozszerzenia robót tego rodzaju, lubo do 
20 milionów na nowe przeznaczył odnogi i na 
boczne przewody 6,200,000 dolarów przyczynił; 
mimo atoli to wszystko, gdy potrzebie krajo- 
wej i żądaniom przemysłu podołać nie może, 
zawiązały się w krótkim nawet czasie towarzy- 
stwa, końcem założenia wzdłuż dolin tegoż 
ogromnego kanału kolei żelaznej, która już 
w znacznej części ukończona, bieży od Albany 
do Buffalo, w długości 318 J mil angielskich, 
podzielona na siedm ustępów wzajem połączo- 
nych, do tyluż towarzystw należących. 

(Dalszy ciąg nastąpi.) 



Nakładem i drukiem Ernesta Gunthera w Lesznie. 



(Red. J. Łukaszewicz.) 



Przyjaciel Ludu 



Rok szósty. 



No. 28. 



Lenno, 

dnia 11. Stycznia 1840. 




Walery an Szuszkowski, Protaszewicz , herbu Drzewica, 
biskup wileński. 



Z historyą Jezuitów, z historyą zapasko w 
katolicyzmu z protestantyzmem w Polsce, łączy 
się ściśle biografia Protaszewicza, biskupa wi- 
leńskiego; on bowiem pierwszy Jezui'ów do 
Litwy sprowadził, on pierwszy bój zacięty 
z różnowiercami w stolicy Jagiełłów rozpoczął. 
Urodził się w roku 1505. Odbył nauki w Aka- 
demii krakowskiej i otarł się podobno o główne 
szkoły włoskie. Zaopatrzony w znaczne zasoby 
nauki, a przyt&n przenikliwego z przyrodzenia 
rozsądku, zostawszy kapłanem, przebiegł wnet 
pod tak światłym, jakim był Zygmunt I., mo- 
narchę, który talenta wyszukiwać i nagradzać 
umiał, wszystkie stopnie w hierarchii, został 
naprzód kanonikiem, wnet potem dziekanem ka- 
tedry wileńskiej, pisarzem w. ks. litewskiego, 
dalej biskupem łuckim, a nakoniec wr. 1555 
biskupem wileńskim. Na tym wysokim stopniu 
zaczęło się pasmo wielkich zasług jego dla 
ojczyzny i kościoła. Gdy Zygmunt August za- 
mierzył ściślejszemi, niż dotąd, węzłami połą- 
czyć Litwę z koroną, jego do wielkiego dzieła 
tego używał szczególniej. W tej ważnej* spra- 
wie posłował Protaszewicz w r. 1564 od sta- 
nów litewskich na sejm warszawski, a na sej- 
mie lubelskim w r. 1569, gdzie nareszcie pożą- 
dana unia doszła, Protaszewicz nieszczędził 
Cracy i ofiar dla dopięcia tak chwalebnego celu. 
'en sam sejm lubelski polecił mu korrekturę 
statutu litewskiego, a wcześniej nieco Zygmunt 



August, wydając swoje siostrę Katarzynę za 
Jana księcia Finlandyi, ojca Zygmunta III., wy- 
brał go między kilku innymi znakomitymi ludź- 
mi do towarzyszenia infantce przy obrządkach 
ślubu. 

Te są jego zasługi dla kraju położone. Nie 
mniejsze wyświadczył kościołowi. Smutny był 
stan kościoła katolickiego za jego czasów w Li- 
twie. Z jednej strony kościół wschodni stawiał 
silne czoło religii panującej, z drugiej Dyssy- 
denci pod swoim możnym naczelnikiem, Miko- 
łajem Czarnym Radziwiłłem, wojewodą wileń- 
skim, odrywali od jedności kościelnej dusz ty- 
siące. Protaszewicz, podobnie jak niezmordo- 
wany sternik rzuconej na burzliwe morze łód- 
ki, opierał sie całemi siłami nawałności, mie- 
wał sam po Kościołach gorliwe kazania; na- 
mową, łagodnemi napomnieniami, utwierdzał 
chwiejących się w wierze; krnąbrnym, zatwar- 
działym, odmawiał pociech religijnych, i gorli- 
wość swoje do tego stopnia posuwał, że nawet 
zwłok możnowładzców, w podejrzeniu o słabość 
wiary zmarłych, w grobach familijnych po ko- 
ściołach katolickich chować nie dopuszczał. A gdy 
już siły jego i duchowieństwa świeckiego i za- 
konnego przeciwnikom zbyt możnym i licznym 
wydołać nie mogły, oglądał się Protaszewicz 
na wszystkie strony, aby uciśnionemu kościołowi 
znaleść zkąd pomoc i obronę. W tćm utrapie- 
niu kardynał Hozyusz poradził mu, aby do Wilna 



Digitized by 



Google 



218 



sprowadził Jezuitów. Trafiła mjil ta do prze- 
konania Pro tasze wicza; zajął się niezwłocznie 
jej wykonaniem, i już w roku 1570 oddał go- 
towe kollegium na 90 osób, Wawrzyńcowi Ma- 
giuszowi, prowincjałowi natenczas jezuickiemu 
w Austryi i Polsce, który z sławnym Stanisła- 
wem Warszewickim i kilku socyuszami do Wilna 
przybył* Wszakże i w tern przedsięwzięciu do- 
znał wiele trudności: opierali się potężnie za- 
prowadzeniu Jezuitów w Wilnie różno wiercą; 
nie było dla nowego zakonu teco w mieście 
kościoła; Protaszewicz ustępował im archiprez- 
biteralnego, ofiarując proboszczowi jego, sław- 
nemu Royziuszowi, bogatsze i wyższe stopnie 
kapłaństwa. Royziusz, nieprzyjaciel na głowę 
Jezuitów , niez ważając na żadne prośby i groź- 
by, nie cbciał za żadne ofiary ustąpfó świątyni 
i byłby się wszczął gorszący spór między du- 
chowieństwem świeckiem, które Royziusz miał 
za sobą, a Jezuitami, gdyby śmieró jego nagła 
nie była uwolniła Jezuitów od najzaciętszego 
przeciwnika. Po zgonie Royziusza, oddał im 
Protaszewicz kościół, a w roku 1579 wyrobił 
u Grzegorza XIII. papieża bullę, upoważniającą 
Jezuitów do założenia akademii w Wilnie. — 
W tym samym roku, obciążony laty, styrany 
pracą, ustanowiwszy na lat kilka poprzednio 
swoim koadjutorem Jerzego księcia Radziwiłła, 
umarł Protaszewicz w 74m roku życia. Zwłoki 
jego złożono w kościele katedralnym wileńskim 
i poświęcono mu skromny nagrobek, którego 
napis czytać można w Staro wolskiego : Mottu- 
menta Sarmatarum. 

Protaszewicz, który jedynie nauce i cnocie 
wyniesienie swoje na wysokie w ojczyźnie i 
w kościele stopnie zawdzięczał, usiłował tym 
samym sposobem drogę do szczęścia i sławy 
torowaó ubogiej młodzieży szkolnej; za życia 
wspierał ją datkiem , prowadził jej kroki radą ; 

Io śmierci byt jej użytecznym, założywszy, na 
ilka lat przed swoim zgonem, przy uniwersy- 
tecie wileńskim bursę dla kilkunastu uczniów 
ubogich, zwaną bursa Waleriana, i opatrzyw- 
szy ją w dostateczne fundusze. Oby przykład 
jego w tej mierze, wyższe i doatatnicgsze ducho- 
wieństwo nasze naśladowało !. 



Architektura. 
II. 

Ktassyczna* * 

(Podłóg estetyki Hegla.) 

Klassyczna architektura tern od samoistne- 
symbolicznej się różni, że co tam, u ludów 
wschodnich, samoistne budowy były same dla 
siebie celem lub otoczeniem grobowem tylko, te 
teraz, wklasaycznej, sa wyłącznie slużebnemi 
dla ludki lub dla posągów; czyli: duchowość, 



bądź wkunsztowej, bądź w bezpośredniej exy- 
stencyi udzielną jest sama i dla siebie i niena- 
leżącą do gmachów, będących tylko nieorgani- 
cznym jej otoczeniem i według praw ciężkości 
zbudowaną całością we formach ścisło regu- 
larnych, prostokątnych, kołowatych i stosunkach 
pewnych liczb. Piękność architektonicznego oto* 
czenia, zależjr tu od jego zastosowania się do 
celu i stanowienia zamkniętej w sobie całości, 
bez przybierania form organicznych, duchowych 
i symbolicznych; ponieważ, dzieło takie, z n*» 
tury swojej niezdolne do wyjawienia prawdzi- 
wej duchowości, powinno być tylko zewnętrznym 
odblaskiem ducha* 

Ten więc cel, służenia czemuś drugiemu, 
stał się odtąd panującym, owładnął całość archi* 
tektonicznego dzieła, i jego główny kształt za- 
kreślił, niedozwalając ani materyalności, ani swa- 
woli samowładnie rządzić, i jak w symbolicznej 
lub romantycznej architekturze, poza obrębem 
użytkowym rozwijać ze zbytkiem rozliczne części 
i formy. 

Zastosować się przeto do celu, klimatu, 

Sołożenia, i umieć wszystkie te względy wzgo- 
nej całości połączyć: oto jest wszystko, co bu- 
downiczemu tutaj zostawione. U Greków najcel- 
niejszym przedmiotem budownictwa były gmachy 
publiczne, świątynie, kolumnady, przysionki, i do 
przechadzek ganki, jak n. p. ów sławny wchód 
na Akropolis w Athenach. Domy zaś prywatne 
poprostu stawiano. Przeciwnie u Rzymian ce- 
lują przepychem pałace cesarskie, wille, teatra, 
łaźnie, publiczne cyrki, studnie i U d. Lecz 
budowle takie, jako ścisłe użytkowe, mniej wię- 
cej tylko upiększanemi być mogły, a najmniej 
względnym zawodem budownictwa zostały zawsze 
świątynie, jako kunsztowe otoczenia pięknych 
i uświęconych posągów rzeżbowych. 

Moznaby ztąd sadzić, że niniejsza architektura 
właściwa, swobodniejsza jest niż symboliczna, 
biorąca z natury organiczne formy; swobodniejsza 
niż sama skul^tura, która ulegać musi wzorem 
postaci ludzkiej, gdy natomiast architektura klaa- 
syczna swe kształty i ich połączenie wedle po- 
trzeby i rozumu wynajduje i tworzy. Wolność 
ta przecież, jest tylko pozorna, a zakres niniej- 
szego budownictwa w istocie ściśniony. Fryderyk 
Szlegel nazwał architekturę zmarzłą muzyką; 
i rzeczywiście, oba te kunszta zasadzają się na 
jednej harmonii stosunków, które się do pewnych 
liczb sprowadzić, i przeto w swoich głównych 
zarysach łatwo pojąć dają. Dom, jego mury, 
słupy, belki, z ścisło foremnych krystalicznych 
kształtów złożone, nastręczają treść do rozwinię- 
cia owych zarysów w całej ich prostocie, powadze* 
i wdzięku lubych dla oka stosunków. Tych 
jednak niemożna dokładnie na liczby i miary 
zredukować. Ale podłużny n. p. czworobok 
z prostami kątami, wiele jest powabniej**? , 
niżeli równoboczny kwadrat, gdyż w pierwszym 
obok równości jest także nierówność. Szeroko*? 



Digitized by 



Google 



219 



pół taka jak długo- , nadaje miły stosunek, 
lecz zato długość zbjt wąska, niepomału szpeci* 
Przy tern jeszcze mechaniczne stosunki dźwigania 
i ciężenia pilnie mieć trzeba na baczeniu; n. p. 
ciężkie belki na cienkich i misternych słupach 
spoczywać nie mogą, i tak nawzajem, słupy zbyt 
wielkie niepowinny podpierać leciuchnych belek. 
We wszystkich tych względach i stosunkach 
szerokości do długości , wysokości budynku do 
grubości i wysokości słupów, ich odstępów, 
liczby i rodzaju osób, panuje u starożytnych 
tajemnica, zdrowym rozumem greckim wynale- 
ziona eurythmia, i lubo od tych stosunków w poje- 
dynczych rzeczach zbaczano niekiedy, w ogóle 
jednak zachować trzeba główne przynajmniej 
ich miary, jeśli niechcemy piękności ubliżyć. 

Że użytkowe kształty tój architektury klas- 
sycznej w swych prostoliniowych zarysach, pier- 
wotnie, raczej do drewniannej, niz^ kamiennej 
budowy odnieść się dają, pokazuje się juz z na- 
turalnej, a właściwej ku temu postaci drzew; 
gdy przed w nie, kamienie w awej^ przyrodzonej 
nieforemności, zdolne do przyjęcia wielorakich 
kształtów zamateryałem zbyt względnym, a przeto 
stósowniejszym do formy samoistnej ^fantazyjnych 
wzorów gotyckiej architektury, niż do klassy- 
cznej budowy. Mimo to wszakże, w czasach 
prawdziwego kwitnienia budownictwa greckiego 
wznoszono wszystkie gmachy z kamienia; lecz 
tak. że obok zastosowania się do materyału, prze- 
łyskał zawsze pierwotny zarys drewniannego 
składu. 

W budowie domu, jako głównego typu archi- 
tektury klassycznćj, kształty dźwigające i dźwi- 
gane są najważniejszemi częściami konstrukcyi, 
gdy znowu w romantycznej architekturze, jako 
główny żywioł występuje ściana, czyli otoczenie; 
i lubo ff zwyczajnem rozumieniu uważamy dziś 
ścianę za najwłaściwsza do dźwigania, to rzeczy- 
wiście, stanowi ona tylko otoczenie, a słun- nato- 
miast, jest najstosowniejszym kształtem dźwiga- 
jącym i słupy choć w rzędzie postawione, nie- 
zamykają budowy, jeno są pewnem jej odgrani- 
czeniem. Przedewszystkiem tedy, niepowinny 
być zanadto cienkie do lezącego na nich ciężaru, 
ale takie i tyle ich tylko, ile właściwa potrzeba 
wymaga. Powtóre: słup zwyczajny jest bezpo- 
średnio wetknięty w ziemię i również bezpośre- 
dnio u wierzchu się kończy, gdzie ciężar na 
nim spoczywa, zkąd jeco wierzch i spód wy- 
gląda tylko jak ujemne i przypadkowe oznacze- 
nie, które nie z niego samego pochodzi. Tym- 
czasem z pojęcia dźwigającego słupa wypływa, 
ze jego końce objawić się muszą, jako właściwe 
mu momenta, i dla tego daje mu piękna archi- 
tektura podstawę i głowice. W porządku tos- 
kańskim słup bez podstawy na ziemi bezpośre- 
dnio stoi; zaczem tez wysokość iego widzi się 
przypadkową, bo niewiedzieć jak co głęboko, 
%ięzar lezący na nim, wbił w ziemię. Przeci- 
wnie podstawa i głowica oznaczając widocznie 



oba jego końce, zaspokajające sprawiają wraże- 
nie i ta umyślna ich wydatność stanowi właśnie 
głębsze znaczenie obojga. Jest w tern coś po- 
dobnego do muzycznej kadencyi, która wyrazi- 
stego odcięcia wymaga, albo do książki, która 
i bez punktu kończyć, i bez odznaczającej się 
litery zaczynać może, a przecież, mianowicie 
w średnich wiekach, wielkie na początku kła- 
dziono głoski i stopniowo skracano wiersze na 
końcu j ażeby przez to i dla oka zadowolnienie 
sprawić. Jakkolwiek przeto odznaczenia te 
zdają się wychodzić zoorębu ścisłej potrzeby, 
nienalezy ąch jednak za zbyteczną ozdooę uwa- 
żać, gdyż słun mimo ścisło mechanicznego sto- 
sunku dźwigania, powinien mieć swą wysokość 
i swe dwoiste odcięcia nie przypadkowe, lecz 
właśnie sobie samemu niby wrodzone. Kolumna 
taka musi być nadto okrągła; gdyż ona sama 
w sobie ma być zamkniętą , skończoną i wolną, 
a ściśle tylko dźwigającą, bez bocznego przyle- 
gania i łączenia się takiego, jak zwyczajnie 
słupy, które juz samym kształtem prostokątnych 
boków zdają się więcej do składu ścian, niz do 
dźwigania należeć. Kolumna zresztą, od trze- 
ciej części swojej wysokości zwężana nieco ku 
górze, pokazuje swój mechaniczny stosunek sto- 
pniowo osadzającego się ciężaru na częściach 
coraz mocniejszych. Prostopadłe zaś rowkowa- 
nie przydawane jej bywa, albo dla urozmaicenia 
tylko, albo, w razie potrzeby, dla pozornego 
zwiększenia objętości. Następnie: jakkolwiek 
odosobniona, musi się jednak pokazać wyłącznie 
ku dźwiganiu przeznaczoną; do domu bowiem 
wymagającego ze wszystkich stron odgraniczenia, 
kolumna pojedyncza niejest dostateczną, lecz 
potrzebuje jeszcze innych obok siebie, przez co, 
wedle swego istotnego przeznaczenia, występuje 
tylko w rzędzie zdrugiemi. Ponieważ zaś wszy- 
stkie jeden dźwigają ciężar', przeto tćż ten cię- 
żar oznacza ich wysokość i zobopólne łączenie 
się czyli belki. 

Z położenia tego belek horyzontalnych na pio- 
nowych kolumnach, wynika nasaranrzód stosu- 
nek prostokątny, według praw ciężkości, naj- 
trwalszy, najpewniejszy i jedynie mocny. Bez- 
pośrednio na rzędzie kolumn leży tak nazwany 
architraWy który je łączy i na nich zobopólme 
cięży; lecz zarazem dźwiga spoczywające zno- 
wu na nim belki, co architektura piękna wy- 
datnie w nim pokazuje przez dodanie lisztwy 
u jego wierzchniej części. Końce tych belek, 
oparte na architrawie i próżne między niemi 
miejsca, razem nazywają sie: fryzem, szcze- 
gółowo zaś, pierwsze: tryghfami, drucie: «e- 
tapamij czyn międzybolczami. Tryghfy były 
potrójnie wzdłuż narzynane, a metopy — za- 
pewne dawniej dziurawo zostawiane — zaczęto 
później rzeźbami zarabiać. Na fryzie tym spo- 
czywa nakoniec, tak nazwany wieniec (Karnies), 
przeznaczony dopiero do wspierania dachu, 
który wreście nakrywa całą budowę i jej zu- 

Digitizedby^OOgle 




Świątynia tłonca w Baalbek. 



pełne zakończenie oznacza. Dach dwoistego 
może być kształtu, albo prostokątnie horyzon- 
talny, auro ostro lub rozwarto-kątny. Potrzeba 
skłania mieszkańców północy do spiczastych 
dachów, dla łatwego okapu i spadania śniegu; 
południowcy zaś mniej wystawieni na deszcze 
i więc^ potrzebując tylko zasłony od słońca, 
obyć się mogę płaskiemu dachami* Sama je- 
dnakże potrzeba niestanowi praw pięknej, a 
przeto głębszego zadowolnienia wymagającej 
architekturze. Dach, czyli pokrycie, niepotrze- 
bując dźwigać, ale przeciwnie tylko być dźwi- 
ganym, powinien własne to przeznaczenie 
swoje, materyalnie wyrażać, czyli przyjąć kształt 
taki, któryby okazał niemożność dźwigania, to 

J'est: formę, bądź rozwartego, bądź ostrego kąta; 
Loryzontalne bowiem pokrycia, jako zupełne 
płaszczyzny, przypuszczając zawsze jeszcze mo- 
żność dźwigania, niewyrażają bynajmniej takiej 
skończonej całości, jak linia, w której się scho- 
dzą dwa pochyłe boki dachu. Miły widok ta- 
kiego zakończenia podobne sprawia zadowól- 
nienie, jak piramidalna forma w malarskiem 
gruppowaniu figur. 

Pozostaje nam tu tylko nadmienić jeszcze o 
murach i ścianaoh, bo lubo kolumny dźwigają 
i odgraniczają obwód budowy, to jednak nie- 
zamykają tak ściśle jćj wnętrza, jak ściany. 
Ale ponieważ ostatnie, nietylko otaczać, lecz 
i dźwigać mogą, a myśmy tylko kolumnom zo- 
jstawili to przeznaczenie, przeto zdawaćby się 
mogło, że tam, gdzie obu tym różnym potrze- 
bom zadosyć uczynić trzeba, mogłyby kolumny 
z ścianami się złączyć i do połowy z nich tyt- 
ko wystawać. Rzeczywiście jednak, sprzeci- 
wiałoby się to zupełnie prawdziwej pięknoeie, 
gdyż dwojakie a sprzeczne ze sobą cele, bez 
konieczności wewnętrznej, niepo winny się łą- 
czyć i mieszać. Jeżeli zresztą, w nowej archi- 



tekturze używać zaczęto tak nazwanych pUa- 
$tr6w, to je tylko nioy jako cień padający aa 
ścianę od stojącej przed nią kolumny, płasko 
i niezbyt wydatnie robiono. 

Pokazuje się więc z tego, ze ściany, jakkol- 
wiek dźwigaćby moęły ? stanowią przecież tylko 
otoczenie w prawdziwie klassycznej architek- 
turze, a kolumny wyłącznie do dźwigania prze- 
znaczone , najstósowmej wspierają pokrycie bu- 
dowy. Proste zaś kładzenie belek i dachu 
na otaczających ją ścianach, lubo się usprawie- 
dliwiać może potrzebą, nigdy wszelako do 
piękności nie należy; gdyż ściany, jako całkiem 
zapełnione i wszędzie dotykające dachu, wspie- 
rałyby go zbyteczną massa i większemi, nad 
potrzebę^ przyrządzeniami, a nadewszydtko stra- 
ciłyby przez to na swem odrębnem znaczeniu 
wyłącznego tylko otaczania. Wszystkie te ró- 
żnice i odcienia, dopiero co w pojedynczych 
częściach rozebrane, powinny się znowu w zgo- 
dną połączyć całość, czyli w taką miłą i nasy- 
cająca eurythmią miar, jaka podziwiamy wstaro- 
greckich świątyniach, w których nic w górę nie- 
strzela, ale się wszystko szeroko rozkłada i 
rozdłuża bez wznoszenia. Chcąc fronton takiej 
świątyni obejrzeć, niepotrzeba bynajmniej oczu 
podnosić, jak przed szczytem gotyckiego kościoła, 
ale tylko niemi wodzić po długich i szerokich 
kształtach. W pomniejszych zaś ozdobach, ró- 
wnież Grecy umieli przed wszystkiemi innemi, 
najlepiej zachowywać umiarkowanie i prostotę. 
Zupełnie równe płaszczyzny i linie rozmaitością 
niewymuszonych podziałów zmniejszają tam 
niejako swą wielkość i tworzą miłe a łatwe 
do przejrzenia miary; lecz mimo tego niestarano 
się przecież, ani zbytecznie pomniejszać, ani po- 
większać, na pozór architektonicznych kształć 
tów, tylko się trzymano środka pomiędzy dzi- 
wnie powabną prostotą i odpowiedniem uroz- 




Szczątki wielkiij galeryi w Palmirze* 



nuceniem, a główne zarysy budowy tak jasno 
i wyraźnie przełyskiwały we wszystkich czę- 
ściach i podziałach , jak w klassycznym ideale 
wszelką przypadkowość i partykularność , ży- 
wotna treść napełnia i wciąga w zgodną ze so- 
bą harmonię. 

Co to za miły musiał byś widok, kiedy pod 
kolumnadami, zewnętrznie otaczającemi świątynie, 
to pojedynczo, to gromadami, roili sie ludzie 
swobodnie, spokojnie, wpół cieniu, wpoi świe- 
tle, częścią na zewnątrz patrzący, częścią we 
wnętrzu gmachów ukryci, do rzędy kolumn nie- 
zamykały świątyni, ale ją tylko otaczały wdzię- 
cznie, a wszędzie pomiędzy niemi przewiewał 
świeży oddech przyrodzenia, wszędzie słoneczne 
ciepło i promienie igrały z cieniem i kamien- 
nym chłodem* 

Nawet poza obrębem tych kolumn, we wnę- 
trzu samśj świątyni, jakkolwiek spodziewałby 
się można ściślejszego zamknięcia ku głębszemu 
zadumaniu; znachodzimy i tam otwarte na ze- 
wnątrz otoczenie. Widok więc tych świątyń, 
lubo poważny i wzniosły, jest przecież zarazem 
wesoły, otwarty i luby, a cala budowa zdaje 
się więcśj ku rozrywce i pzzecbadzoe, niz ku 
wewnętrznemu skoncentrowaniu ludzi służyć. 

Ale w budowach tych są różne typy charak- 
terystyczne, różne porządki, objawiające sie szcze- 
gólniej w pewnych kształtach kolumn, które naj- 
stotowjiiaj podzielić można na: do rycki, jomkt 
i korynttki porządek; gdy* toskański, jako zbyt 



prosty i wcale nieozdobny, wyłączamy z rzędu 
prawdziwie pięknej architektury, a rzymski, po- 
mnożeniem tylko ozdób koiyntskich, meprzybiera 
odrębnych 



Główne punkta owych charakterystycznych ty- 
pów, tyczą się stosunku wysokości kolumn do 
ich grubości i różnych rodzajów podstaw i gło- 
wic, a nakoniec bliższych lub dalszych odstępów 
kolumn. Kolumna niemająca czworakiej wy- 
sokości swojój średnicy, wydaje się zbytecznie 
stłoczona, niezgrabna; przechodząc zaś dziesięć 
średnic wysokości, jest znów zadenka i niby 
zaałaba. W ścisłym związku z pomienionemi 
stosunkami stoją wzajemne odstępy kolumn, 

przeciwne 
Bzemi oka- 
zać potrzeba. Równie ważnem jest' tutaj także, 
Irzy danie, lub zupełny brak podstawy u ko- 
imn, toż większa lub mniejsza wysokość i oz- 
doba głowicy. Sam słujj kolumny między pod- 
stawą i głowicą, powinien być nieco u góry 
zwężony, a cały gładki, albo tylko rowkowany. 

(Rosiee nastąpi./ 




Obrazy odsieczy Wiednia w Aoszpurgu, 

Dreźnie i Krakowie. 

(Z Dziennika podróży S. &) 



uwagi 



W kościele katedralnym w Auszpurgu i 
Igi godnym obraz olejny, na stóp fcil&majj 

Google 



est 
m 



Digitized by ' 



2*2 



obszerny, pędzla malarza Breda; który, zgodnie 
z dziejami ówczesnemi, rozprawę olbrzymią 
oswobodzenia Wiednia i zbawienia świata chrze- 
ściańskiego, przedstawia. Jan III. , na czele 
zastępów polskich (pancernych, kopijników), 
z wąwozów kalenbergskich snujących się, 
gromi, znosi, roztrąca wszystko, co tylko na 
prawem skrzydle czoło stawić poważa się; duch 
wodza zapala środek wojska i szerzy aż ku 
krańcom skrzydła lewego. Piechota, którą sam 
król na wielkie szańce prowadził, po zdobyciu 
olbrzymiej twierdzy, goni za rozbitemi kupy 
niewiernych; jeden i powszechny nieład, za- 
mieszanie, popłoch, wśród tumanów kurzawy 
i kłębów pożogi, przez nieprzyjaciela uchodzą- 
cego w okolicznych włościach i własnych tabo- 
rach nieconych. Prócz zamożnej kompozycyi i 
mnogiej akcyi walczących, najcelniejszą zaletą 
pędzla jest wizerunek Jana III.; między tylu 
albowiem obrazami, bitwę pod Wiedniem przed- 
stawiaj ącemi, tenże Breay, zgodnie z opisem 
naocznego świadka, dworzanina królewskiego 
Dyjakowskiego (*), wiernie jest oddany; osoba 
króla, pełna powagi, a twarz majestatu; dłoń 
zwycięzki oręż (pałasz polski) piastuje, a krzyż 
na wstędze serce męzkie osłania. Ubiór mo- 
narchy, jest suknia prosta ciemna, lekka (gro- 
detur), spodem żupan biały, głowa czapką pol- 
ską nakryta; wierzchowiec płowy, dzielny. Ta 
pojedyńczość w ubiorze i życiu wielkiego wo- 
jownika, jak najwierniej przez Napoleona za 
dni naszych naśladowana; przekonywa zarazem, 
iż wszystkie inne przybrania Jana III. w przy- 
łbice, pancerze it. p., są własnością malarzy, 
a nie prawdy! Dzieło to, z tylu zalet ważne, 
a zbyt blisko drzwi kościelnych umieszczone, 
niemało już od wpływu powietrza ucierpiało; 
na domiar złego, mimo poszukiwania moje tak 
na miejscu, jak i w Monachium, ani w rysunku, 
ani w rycinie znalezionem być niemogło, a na- 
wet, jak mię upewniano, dotąd nie było wyko- 
nane. (**) 

Bibboteka drezdeńska posiada w zbiorach 
swoich inny widok (arkusza wielkiego) Bitwy 
pod Więdniemy w cztery lata później sporzą- 
dzony. Zwycięzca, Jan III., na czele pogrom- 
ców, i tu w okamgnieniu uderza, rozprasza, 
zwycięża. Zajmuje w planie tym wyraz wal- 
czący en, a zachwyca nierównie więcej jeszcze 
rzeczywistość owej prawdy, iż Polakom wyłą- 
" cznie całe to dzieło dokonanego zbawienia chrze- 
ściaństwa, wówczas zagrożonego, winni jesteś- 
my. W chwili albowiem, kiedy krocie bisur- 
manów w popłoohu na wsze rozpierzcha strony, 

(*) Caytai » „Dyarynsi wiedeńskiej okasyi i t. d." 
wdsiennika Pszczółka krakowska tomie VIII. str. 238. 
i t. d. nmiesaeaony. 

(*•) Odwiedzając atelie inakoautego artysty, sionka 

aassego, P. L , w Monackinm, odebrałem to aapew- 

nienie, ii adięciem wspomnionego oblicas sbtwcy Wie- 
dnia, tajać* się nieomiesaka. 



środek i lewe skrzydło, z samych niemal teu- 
tońskich sprzymierzeńców złożone, nieczynni* 
stojąc, korzyści raczej z odniesionego zwycięztwa 
oczekiwać się zdaje. Politowania godzien jest 
opis, obok tego planu pokazywany, jako cal* 
kiem z akcyą walczących i prawdą historyczną 
niezgodny; i dla tego właśnie życzyćby nale- 
żało, aby nadal przynajmniej sumienności sa- 
skiej niekażił ! • • • • 

Kraków nakoniec jest w posiadaniu dwóch 
obrazów olejnych, również pod względem sztuki, 
jak dziejów, na uwagę zasługujących; z tych 
pierwszy oryginalny, przez Rugendasa wykonany 
(wysoki stóp 3, długi stóp 5J>, jest własnością 
sen. Soczyńskiego (*); druei zaś do akademii 
należy. W pierwszym środek zajmuje jazda, 
wzajem ucierająca się; od prawej, góry Kalen- 
berg z gruzami, środkiem przestwór płaszczy- 
zny muzułman, na widok zwycięzkich pro- 
porców polskich pierzchająca, zalega; godło 
narodu, orzeł biały, zwycięzcom przodkuje. 
W głębi jest widok dalekiej krainy, którą tu- 
many kurzu i kłęby dymów, od strony Wiednia 
wznoszące się, zamykają. Ciężka jazda polska, 
dwójkami z rozdołow kalenbergskich pędząca, 
rozbija kupy niewiernych; jestto tenże sam od- 
dział rajtarów, który w późniejszej rozprawie pod 
Parkanami, za świadectwem Dyjakowskiego, 
życie królewskie, wielce zagrożone, ratował.— 
Sprzymierzeni, przewagą zwycięztwa ośmieleni, 
za wojskiem polskićm, zwolna atoli, występują. 
Dzieło to artysty auszpuiakiego , w owej wła- 
śnie epoce żyjącego, zaleca kompozycyi zamo- 
żność, kolorytu naturalność i harmonia, rozmai- 
tość położeń walczących nieprzebrana, i t. d», 
co wszystko usprawiedliwia i słusznie dzisiej- 
szą wysokocenność robót mistrza tego, po Wu- 
wermanie coraz to więcej wzrastającą! 

Drugi obraz, to jest akademicki, pomniej- 
szej wprawdzie obszerności, najobfitszą atoK 
kompozyoyą odznacza się; przestrzeń albowiem 
mili jednej nieprzeliczone zapełniają hufce; 
największe figury, zaledwo cal przenoszące, 
pełne ruchu, życia, akcyi. Oddziały rozmaitych 
wojsk w porządku bojowym postępują, wal- 
cząc. Środek równiny, zdobycie obozu nieprzy- 
jacielskiego przez wojska polskie zajmuje; 
w f zięcie złotogłowego namiotu wielkiego we- 
zyra, rzeź między Janczarami przy zdobycia 
chorągwi Mahomeda, ucieczka nakoniec zwy- 
ciężonego dowódzejr przed gromiącym zbawcy 
chrześciaństwa ramieniem, najwierniej są od- 
dane. Trwoga, przerażenie i popłoch na wsze 
szerzący się strony, dopełniają zresztą dzieła, 
z niemałym namysłem, staraniem i talentem 
wykonanego. Godła narodowe (orły polskie) 
wszędzie i tu zwycięzcom przodkują; rajtarzy, 



(*) Sławny obrai Cseckowicss : Jezus Chrystus mm 
knyłu, pnei Grabowskiego wspominany, obecnie w po- 
siadaniu tegoż asaatora insjdaje sio . 



Digitized by 



Google 



223 



w powyższym obrazie tak starannie oddani, tu 
juz w ściśniontfj kolumnie ku siedzibie wezyra 
awansuje Obok tój rozprawy, po lewrfj Wie- 
deń, ciągle jeszcze przez Janczarów, nieświa- 
domych rzeczy, attakowany, wśród rzucanych 
bomb goreje; jestto tenże sam korpus bisur- 
mański, który, świadectwem historyków, bliskim 
nawet byt wtargnienia wyłomem do stolicy za- 
grożono}, nadybany atoli w sam raz, za rozka- 
zem króla pogromcy, całkiem pod przymiarkami 
miasta w uporze wyklutym został. Widok da- 
leki naddunajskich okolic, krętem korytem Du- 
naju poprzerzynanych, zamyka scenę. Jan III. 
na czele prostych kopijników w środku ognia 
rozkazy wydający, cały w zbroje złota, pióra, 
koronę i t. d. przybrany, w niczem do powyż- 
azego, w obrazie Bredy wspomnionego, ani pod 
względem historyi, ani rysów nawet ogólnych, 
podobnym nie jest. 



Obyczaje pogańskich Prus i Litwy. 

(Ciąg dalszy.) 

Po stracie zony, mąż przez jeden tyłko dzień 
powinien był nosić żałobę; nawzajem zona przez 
trzydzieści dni, o wschodzie i o zachodzie słońca, 
musiała modlić się i płakać na grobie straco- 
nego męża* . 

Gdy mężczyzna, mianowicie jeśli byt ze 
znakomitszego rodu, w ciężką zapadł chorobę, 
wzywano wajdelotę, który go wednie i w nocy 
pilnując, przepisane nad nim odmawiał modli- 
twy. Gdy te niepomagały, chory powinien był 
ślubować jaką ofiarę dla bogów, za co mu ka- 
płan dawał pewna ilość popiołu zpoświęconego 
ogniska. Jeżeli i to lekarstwo pozostało ^ bez 
akutku, a chory bliskiej nadziei ozdrowienia 
nie czynił, na ów' czas za zgodę krewnych, 
księża nie czekając skonania, sanu go podusz- 
kami dusili; rodzaj ten śmierci za zasługę 
w obliczu bogów uważając Dzieci, młodzień- 
ców i młode dziewczęta, zwłaszcza jeśli ze 
znakomitszój pochodziły rodziny, skoro wszel- 
ka nadzieja uzdrowienia ich znikła, palono 
swykle na stosach, śpiewając: ;, Idźcie w świat 
lepszy, służyć bogom; nim rodzice pośpieszą aa 

wami V *< 



Samobójstwo, mianowicie dobrowolne spale- 
nie się na stosie w chorobie albo w cierpieniach, 
miana było za rzecz miła bogom. Albowiem, 
powiadali: „Kto bogom jak należy chce służyć, 
śmiać się, a nie płakać powinien." 

Co do pogrzebów, te były rozmaite, podług 
stanu i możności zmarłego. Im był bogatszy, 
tom dłużćj dato jego, wsztuoznóm zimnie, przed 
spaleniem w domu tnymano, eodzień dla przy- 
jaciół i krewnych wspaniałe wyprawiając uczty. 
Gdy wreście dzień pogrzebu nastąpił, i ostatnia 
na cześć ^ zmarłego biesiada odprawiona być 
miała, ubierano trupa w białą szatę, i wpośród 



zaproszonych gości, sadzano go za stołem , 
na najpierwszćm miejscu. Naówczas rozpoczy- 
nała się pijatyka. Każdy z gości przepijał do 
umarłego, wspominając swoje z nim związki, 
i dając mu różne polecenie do zmarłych przed 
nim swoich przyjaciół i krewnych, których on 
miał w krotce oglądać. Po skończonej kolei, 

Srzebierano trupa winne suknie, przypasywano 
o boku miecz, kobietom zaś kładziono w rękę 
igłę i wrzeciono, dając przytćm nieco żywnośa 
na drogę. Za wozem, na którym trupa do grobu 
niesiono, postępowali na koniach przyjaciele i 
krewni, wywijając dokoła dobytemi mieczami, 
ażeby złych duchów odpędzić. Do granic tylko 
posiadłości zmarłego, kobiety przeprowadzać go 
mogły. Na granicy stał pal wysoki, z położo- 
nym na wierzchu pieniądzem, lub bogatym, po- 
dług możności, sprzętem, do którego, towarzy- 
szący pogrzebowi jezdżce, na wyścigi się ubie- 
gali. Kto pierwszy dobiegł, oprócz zdobyczy, 
chwałę w zysku odnosił. Na miejscu pogrzebu, 
za zwyczaj w otwartym polu, przy drodze pu- 
blicznej leżącem, czekał stos wysoki, z suchego 
drzewa ułożony, ze słomiannóm łożem na wierz- 
chu, na którem umarłego kładziono. Gdy juz 
płomienie wybuchły, przewodniczący obrzędowi 
wajdeloci, przy odgłosie drzewianych trąb, za- 
czynali śpiewać koleją pieśni na cześć zmarłego, 
sławiąc ^w nich jego przymioty, albo czyny wo- 
jenne^ i^ dodając zwykle na końcu: „Oto go 
już widzimy, jako na koniu ognistym, dzierżąc 
sokoła na dłoni, otoczon świetnym orszakiem, 
ulatuje i wchodzi do nieba!" 

Ponieważ zaś powszechną wiarą pomiędzy lu- 
dem było, iż każdy, bogaty czy ubogi, wyso- 
kiego czy niskiego stanu, w przyszłym świecie, 
tym samym, co na ziemi sposobem zyć, praco- 
wać lub bawić się będzie; ztąd poszedł zwy- 
czaj, że wraz z ciałem zmarłego, palono na 
tymże stosie, jego oręż, sprzęty, konie, charty, 
sokoły, a niekiedy ulubione sługi, aby mu na 
niczćm w nowym świecie nie brakło. Na stos 
ludzi niższego stanu, rzucano narzędzia służące 
do rzemiosła, którćm się zajmowali za życia. 
Nie raz się zdarzało^ że żona lub przyjaciel, 
rzucali się dobrowolnie na pogrzebny stos męża 
kb przyjaciela. Poświęcenie się to, tóm wię- 
kszą ściągało cześć i poszanowanie, że żadnóm 
prawem nakazane nie było. 

Skoro ogień dało pochłonął, zbierano sta- 
rannie pozostałe popioły, i zamknąwszy je, 
bądź w kształtnie wyrobioną, bądź w prostą gli- 
nianą ~~- * * ~*~ --* A 




nym 

we środku. 

1 Nie tu jednak był koniec pogrzebowych 
obrzędów, zwłaszcza u bogatszych, lub ludzi 
wyższego stanu. Dzień trzeci, szósty, dziewiąty 
i czterdziesty po pogrzebie, preznaczone były 
na nowe na cześć, zmarłego biesiady, które jni 



Digitized by 



Google 



224 



me wdomn, ale przy jego kurhanie się odby- 
wały. Dla sproszonych gości, stawiano dokoła 
namioty , lub małe domki z chrusta i gałęzi. 
Każdy c biesiadników musiał przed ucztą umy- 
wać się we własnóm naczyniu , i potćm tę wo- 
dę na grobowiec wylewać. Podczas uczty wzy- 
wano duszy zmarłego, i z każdej potrawy rzucano 
dla niej pod stół najlepsze kawałki, z każdego 
kielicha pierwsze krople zlewano* Przejeżdża- 
jących nawet podróżnych, zapraszono zwykle 
na podobne uczty, i każdy z nich najuprzejmiej 
przyjęty* obowiązany był dla duszy zmarłego 
jakiś dar na grobowcu zostawić. 

Pamięć zmarłych była w szczególniejszem 
poszanowaniu u ludu. Co rok, po skończonych 
żniwach w jesieni, w każdej wii, w każdym choć 
najuboższym domu, obchodzono podobnęż ucztę 
pamięć zmarłych przodków. Uroczystość ta, 
z chrześcijańskiemi wyobrażeniami zmieszana, 
znajoma jest dotąd w Litwie pod imieniem 
Dziadów* 

Walczyć za kraj swój i za bogów, było 
najświętszym obowiązkiem każdego bez wyjątku 
mieszkańca Prus i Litwy, skoro wróg naszedł 

Gnice, lub gdy im Kriwe-Kriwejto, lub Wielki 
aż (jak w Litwie) pod choręciew stawać 
rozkazał. W Litwie sami kniaziowie, lub mia- 
nowani przez nich dowódzcj, prowadzili wojsko 
do boju. W Prusach samo niekiedy wojsko obie- 
rało sobie naczelnika. Lud go ogłaszał, naj- 
wyższy kapłan poświęcał, a najprzedniejsi u szla- 
chty, obnosili go na rekach mięazy szykami zgro- 
madzonego wojska. Wódz ten miał zupełna wła- 
dzę w polu, me mógł jednak zawierać pokoju, ani 
nowej wojny przedsiębrać, bez poradzenia się 
i zgody Kriwe-Kriwejty albo kapłanów , którzy 
wjego imieniu zwykle towarzyszyli wojsku. 

(Ciąg dalfiy aaitąpi.) 



Dykteryjka klasztorna. 

W pewnćm miasteczku wielkopolskim stała 
przed laty obok klasztoru ojców Bernardynów 
Dożnica żydowska. Że zaś z tego ciągłe wyni- 
kały zatargi, postanowiono nareszcie spór przez 
dysputę załatwić, i albo klasztor, albo bożnicę 
znieść, stosownie do tego, kto kogo przedy stra- 
tuje. Na dysputę takową przeznaczono z jednej 
strony gwardyana, a z drugiej rabina. Kala- 
faktor klasztorny, usłyszawszy o tern, sędził, 
żeby to. powadze gwardyana ubliżało, gdyby 
miał z Żydem dysputować. Prosił zatem, żeby 
jemu załatwienie sprawy tej w itoienra klasztoru 
poruczono, ale żeby dysputa na migi odbyć się 
tnogła. W dniu wyznaczonym stawa z jednej 
strony kalafaktor, przybrany w habit, jakby 
istotny gwardyan, a z drugiej rabin. Zaczyna 



sie dysputa. Rabin podnosi najprzód palec da 
Córy, na co kalafaktor palec ku zielni zwraca 
i przytępuje. Rabin powtóre skazuje ku niema 
jednym palcem, a kalafaktor dwoma; nareszcie 
rabin ukazuje rękę roztwartę, a kalafaktor pię- 
ścią na to odpowiada. Tu rabin wyznaje, ż* 
został przedysputowany, a w skutek tego bo* 
żuica ma być rozebrane i gdzie indziej wysła- 
wiona. Ciekawi widzowie zapytali się następnie 
rabina, coby on powyżssemi znakami wyrażał, 
i odebrali od niego odpowiedź: „Pokazałem księ- 
dzu gwardyanowi palcem w górę wzniesionym, 
że Bóg jest w niebie; a on spuściwszy palec aa 
dół, dowiódł, że nietylko w niebie, ale i na zie- 
mi; pokazałem mu dalej, wystawiając palec aa- 
przóa, że oko Opatrzności patrzy na świat; a on 
odrzekł znakiem, że nietylko jednem, ale dwoma 
patrzy oczyma. Ręka roztwarta oznaczała, że 
BÓ£ świat na dłoni trzyma; a ściśniona, że Bóg 
świat mocno w swem ręku trzyma." Zapytany 
nawzajem kalafaktor, całkiem inaczej rzecz tę 
tłumaczył. ^ „Palec do góry wzniesiony okazy- 
wał, że mnie chce powiesić; na co ja mu dałem 
do zrozumienia, że go pierw w ziemię wbiję. 
Dalej chciał mi palcem oko wyżgać; a ja mu 
odgroziłem utratę obydwóch. Hakoniec chciał 
mi rękę policzek dać, a jam mu na to całe 
odgroził pięścię," 

C 



Kronika literacka. 

„Michała Wiszniewskiego historya literatury 
polskiej. Tom I. Kraków 1840.« 

Wszystkie prace uczonego autora tego noszę 
na sobie cechę głębokiej erudycyi, niepospolitego 
talentu pojmowania gruntownie rzeczy, zapatry- 
wania się na nie z prawdziwego ich stanowiska, 
zdrowego sadu, porządnego, jasnego i do poję- 
cia wszelkich czytelników zastosowanego wy- 
kładu. Te i inne zalety i rozleglejszy zakres 
zamierzony dziełu, k torem uczony prolessor JŁ 
Wiszniewski literaturę nasze prawdziwie bogaci, 
nadaję pracy jego wyższość nad tem wszystkiem, 
cośmy dotąd o literaturze polskićj mieli. Zastrze- 
gając sobie rozbiór w innem miejscu tego ba»- 
dzo ważnego dzieła, zachęcamy teraz współ- 
ziomków do nabywania go: od rychłego bowiem 
rozprzedania pierwszego tomu, "zależeć będzie 

Crzyspieszenie druku dalszych tomów. Nie sai- 
ajmy na drogość szacownego dzieła* Kiedy 
bowiem materyę jakę, rzecz lub t. p. kupujemy, 
nie płacimy za ma w miarę objętości lub cięża- 
ru, ale w miarę dobroci f miałyżby same księżki 
z tego ogólnego prawidła być wyjęte? Zamit 
czając o innych względach, które u nas* cenę 
księżek podwyższać muszę, jako to o braku po* 
kupu, drogości materyałów i robotnika i U i. 



Nakładem i drukiem Ernesta Gunthera w Lesznie. (Red. 9. Łukasiewicz.) 

Digitized by L^OOClC 



Przyjaciel Ludu. 



Rok szósty. 



No. 29. 



Leszno, 

dnia 18. Stycznia 1840. 




•' 



Jerzy Radziwiłł, kardynał. 



Zakon Jezuitów sprowadzonym i rozszerzo- 
nym został po calćj Polsce, w cela przytłumie- 
nia reformacyi w tym kraju: uważano go bo- 
wiem, i słusznie, za najdzielniejszy środek, naj- 
potężniejszy taran do burzenia, jak się ówcześni 
pisarze nasi wyrażali, świątyń Baala. Dopiąw- 
szy on rozmaitemi drogami zamierzonego celu, 
uiścił, owszem przewyższył powzięte o sobie 
nadzieje. Do najświetniejszych przecież zwy- 
cięstw jego, należy nawrócenie na łono Kościoła 
katolickiego synów Mikołaja Czarnego Radzi- 
wiłła, wojewody, wileńskiego. Ten, gorliwy 
wyznawca i rozsiewać* nauki Kalwina, wycho- 
wał najstarszego syna swego Mikołaja Krysztofa, 
zwanego Sierotka, w zasadach swego wyznania, 
a umierając,, zaklinał go pod przeklęctwem oj- 
cowskiein, aby w k&lwimzmie trwał statecznie 
do samego zgonu. Po śmierci Mikołaja Czar- 
nego Radziwiłła, czuwał nad krokami Mikołaja 
Sierotki brat stryjeczna jego ojca, Mikołaj, het- 
man wielki litewski, także żarliwy zwolennik 
wyznania helweckiego. Przystęp do młodego 
Mikołaja Radziwiłła byt Katolikom trudny; 
przykład stryja, nauki najsławniejszych kal- 
wińskich duchownych i uczonych, jakoto: Wo- 
lana, Sudrowiusza, Czechowicza i innych, utwier- 



dzały go w wyznaniu, w którćm się wychował. 
Duchowieństwu katolickiemu, a mianowicie Je- 
zuitom w Litwie, zależało na tern bardzo wiele, 
aby ta sama ręka, która głęboką ranę Kościo- 
łowi zadała, onęż znowu zagoiła. Linia ksią- 
żąt Radziwiłłów na Nieświeżu i Ołyce, do któ- 
rej Mikołaj Sierotka należał, przewyższała wszy- 
stkie inne domy litewskie znaczeniem i dostat- 
kami; nawrócenie przeto jej na łono Kościoła, 
obiecywało nieobliczone korzyści. Pokusili się 
o to wielkie dzieło Jezuici, a wysłany od nich 
stawny Piotr Skarga, znalazł sposobność zbliże- 
nia się do Mikołaja Sierotki. Głębokiej nauee 
i porywającej wymowie tego prawdziwego Ojoa 
Kościoła polskiego, nie mogły się oprzeć serce 
i umysł Mikołaja Sierotki: został Katolikiem i 
przykładem swoim pozyskał Kościołowi trzech 
młodszych braci swoich* 

Jednym z nich był Jerzy Radziwiłł , biskup 
krakowski, kardynał. Miał lat dwanaście, gdy 
go ojciec odumarł; matkę utracił trzy lata wcze- 
śniej. Stryj jego, Mikołaj Radziwiłł, hetman 
wielki litewski, wysłał go, wraz z braćmi jego 
Stanisławem i Wojciechem, na nauki do Lipska. 
Tu pobywszy lat kilka, a następnie zwiedziw- 
szy całe Niemcy, powrócił w roku 1572 na Po- 



Digitized by 



Google 



426 



znan do Litwy. Nawrócony, za przykładem 
starszego brata, Mikołaja Krysztofo, do wiary 
katolickiej, poświęcił się stanowi duchownemu. 
Stanisław Karnkowski, natenczas biskup ku- 
jawski, poznawszy przez Jezuitów szczere chęci 
Jerzego służenia Kościołowi, zalecił go usilnie 
Waleryanowi Protaszewiczowi, biskupowi wileń- 
skiemu, podeszłemu juz w lata starcowi, aby 
go, jeszcze na kapłaństwo nie wyświęconego, 
za swego koadjutora przybrał. Przychylił się 
ku temu Protaszewicz, a Stefan Batory i Grze- 
gorz XIII ty, papież, wybór ten potwierdzili. 
Ostatni wezwał nawet Radziwiłła do Rzymu, 
przyjął go i traktował po ksiazęcu. Jerzy prze- 
pędził lat kilka w stolicy chrześciaństwa, utwier- 
dzając się w wierze i umysł pod najsławniej- 
szymi uczonymi wiadomościami bogacąc. Tym- 
czasem gdy w Rzymie dłużej jeszcze bawić za- 
mierza, umarł biskup Waleryan Protaszewicz, 
a kapituła wileńska zaprasza go, aby niezwło- 
cznie przybył objęć* zarząd osieroconej katedry, 
w chwili właśnie, gdy róznowiercy górę w Lit- 
wie wziąwszy, zagrażali ostatecznym upadkiem 
Kościołowi. Pośpieszył Radziwiłł do Wilna, i 
objąwszy w 24tym roku życia rządy dyecezyi 
wileńskiej, okazał tę same gorliwość w wytę- 
pianiu protestantyzmu, z jaką jego ojciec roz- 
szerzał nowości religijne. Między innymi ku 
temu środkami, uciekł się Jerzy Radziwiłł także 
do zbierania i palenia ksiąg różnowierców; za 
co dziś nie jesteśmy mu bynajmniej wdzięczni: 
pozbawił nas bowiem tym sposobem niejednego 
może ważnego do dziejów ówczesnych dzielą. 
Prócz tego zakazał surowo drukarzom i księ- 
garzom litewskim upowszechniania dzieł, tchną- 
cych odszczepieństwem, i wiele innych, równie 
groźnych środków ku oczyszczeniu swej dye- 
cezyi z kacerstw używał. Ale gwałtowne re- 
akcye rodzą zwykle silny opór. Doznał ta- 
kiego oporu Radziwiłł, a trafiając ustawicznie 
na niepokonane zawady, sprzykrzył sobie wła- 
dzę biskupią i postanowił oddać się bogoboj- 
nemu życiu w zakonie Jezuitów, pukając o to 
po dwakroć do Rzymu. Stolica apostolska zna- 
jąc dobrze, jak ważną dla Kościoła katolickiego 
w Litwie rzeczą było, utrzymać na tćm stano- 
wisku syna Mikołaja Czarnego Radziwiłła, za- 
broniła mu pod posłuszeństwem wstąpienia do 
Jezuitów, owszem przyspieszyła jego konse- 
kracyą, zaleciwszy Bolognettemu, nuncyuszowi 
wówczas swemu w Polsce, aby go na biskupa 
wyświęcił. Co też w roku 1583 nastąpiło. 
W tym samym czasie król Stefan powierzył mu 
rządy Inflant na trzy lata. Radziwiłł me za- 
wiódł zaufania wielkiego monarchy, utrzymał 
inflanty w posłuszeństwie i niektóre miasta, 
jakoto : Karfcuz, Ermes i t. d«, zamyślające się 
poddać Duńczykom przez swego regimentarza 
Pękosławskiego, pokonał orezem i całą pro- 
wmcyą do przysięgi wierności królowi polsiue- 
mu przywiódł. W ciągu trzechletniej admini- 



stracyi swojej Inflant, wymierzał sumiennie spra- 
wiedliwość, łagodnie się z mieszkańcami obcho- 
dził i wielu na łono Kościoła katolickiego na- 
wrócił. Za te zasługi, dla Kościoła położone, 
Grzegorz XIII., papież, mianował go Kardyna- 
łem, a król Stefan w Wilnie, w kościele kate- 
dralnym Ś. Stanisława, niespodziewającemu się 
bynajmniej tego zaszczytu, biret kardynalski 
na głowę włożył. 

Po śmierci króla Stefana, Zygmunt UL prze- 
niósł Radziwiłła na katedrę krakowską, a Kle- 
mens VIII., papież, nominował go swoim lega- 
tem do skojarzenia pokoju między Rudolfem, 
cesarzem niemieckim, a Zygmuntem III. Pole- 
cenie to Rzymu wykonał Radziwiłł pomyślnie, 
Annę, córkę cesarza, Zygmuntowi zmówił i de 
Krakowa z wielkim przepychem wprowadził. 
Z tej przyczyny polubił go bardzo Zygmunt UL 
i jemu, nie komu innemu, dzieci swoje starsze 
Władysława i Annę chrzcić kazał; zamierzał 
także wynieść go na Arcybiskupstwo gnieźnień- 
skie, gdy śmierć dalsze względy Zygmunta i 
nadzieje Radziwiłła nagle przerwała. W roku 
1600. wybrał się Radziwiłł na wielki jubileusz 
do Rzymu; przybywszy do tego miasta, zaczął 
się źle mieć, i pomimo najdzielniejszej pomocy 
lekarskiej i starań najtroskliwszych , dokonał 
żywota w 44tym roku życia. Zwłoki jego 
złożone zostały z wielką okazałością w kościele 
Jezuitów, których był szczególniejszym wielbi* 
cielem i dobroczyńcą. Kollegium bowiem lu- 
belskiemu darował wieś Jeżewo, Akademii je- 
zuickiej w Wilnie wiele dobrodziejstw świad- 
czył, na kościół Ś. Piotra w Krakowie położył 
węgielny kamień i ofiarował na budowę zna- 
czną summę. Wreszcie ^ Radziwiłł dostatków 
swoich używał szlachetnie i wspaniale: zało- 
żył, albo przynajmniej powiększył i lepiej upo- 
sażył seminarya duchowne w Wilnie i Krako- 
wie; młodzież ubogą własnym nakładem na 
nauki za granicę wysełał; ubogie panienki wy- 
posażał, szpitale sam zwiedzał, hojną jałmużną 
nędze i kalectwa wspierając. Corok cała dye- 
cezyą swoje wizytował. On pierwszy z bisku- 
pów krakowskich kopalnie srebra i miedzi 
w Kielcach otworzył, sprowadziwszy z zagra- 
nicy górników. Zamek krakowski, świeżo 
wówczas pogorzały, miedzią krajową pokrył. 
Umiał kilka języków dokładnie i w wielu na- 
ukach dobrze był przetarty. ^ Śmierć przyspie- 
szył sobie zbytniemi postami i umartwieniami 
ciała. Między innemi odbył pieszo z Rzymu 
w ubiorze pielgrzyma i w Włosienicy podróż do 
grobu Ś. Jakóba w Kompostelli, w Hiszpanii* 

Architektura. 

(Dokońcieaie.) 

W pierwszych konstrukcjach budowli grec- 
kich, głównym zadaniem jest bezpieczeństwo, 



Digitized by 



Google 



287 



i dla tego niema w nich jeszcze śmiałej i wy- 
, smukłej lekkości, tjlke pewna ciężkość i zsia- 
dłość. Takim jest najprzód: nisko # - szeroki 
porządek dorycki, którego stare kolumny rzadko 
przechodząc sześć średnic wysokości, a często 
tylko cztery trzymając, noszę charakter ciężki, 
męski, bezozdobny, jak n. p. świątynie w Pastum 
i w Koryncie. Późniejsze jednak dochodziły do 
siedmiu diametrów , a w niektórych budowlach 
dodaje V i t r u v jeszcze pól średnicy. Z resztą po- 
rządek dorycki najwyrażniejszą nosi cechę pier- 
wotnej budowli drewnianej, chociaż więcej juz 
przyjmuje ozdób niż toskański. Kolumny do- 
ryckie, najczęściej niemają podstawy, i albo 
zupełnie są gładkie, albo dwudziestu tylko row- 
kami nażłobione, które często jeno do trzeciej 
części ku dołowi dochodziły; głowice zaś, skła- 
dają się zwyczajnie zburletu, czyli wypukłej 
opaski, i tafli na nim położonej. Odstępy mię- 
dzy słupami u dawnych budowli wynosiły tylko 
dwa, a rzadko połtrzecia diametru. Właściwe 
także doryckiemu porządkowi są, wyżtfj wspo- 
mniane tryglify i kwadratowe tnetopy > czyli 
międzybalcza , oznaczające pierwotność dre- 
wnianego składu belek i próżnych miejsc mię- 
dzy niemi. Dla przyozdobienia, zapełniano mię- 
dzybalcza rzeźbami i tryglify potrójnem na- 
rznięciem, a u ich spodu przy architrawie i 
górą, przy lisztwie wieńca, przydawano jeszcze 
po neió małych konicznych kształtów, podobnych 
niby do obwisłych kropek 

Jak cały porządek dorycki skromna odznacza 
sio uprzejmością i prostota, tak jońskt przybiera 
juz powabniejszą wysmuMość i wdzięczną lek- 
ką ozdobę, lego kolumny, od siedmiu do dzie- 
sięciu spodnich średnic wysokie, stosują się, po- 
dług Yitruya, do swego ciaśniejszego lub odda- 
leńazego rozstawienia; gdyż w pierwszym razie 
bardziej skupione, zdają się być dla oka niższe 
i grubsze, w drugim zaś szerzej stawiane , cień- 
szą i wysmuklejszą niby przybierają^ postać. 
Gdy przeto odstępy między kolumnami więcej 
jak trzy średnice przechodzą, wtedy wysokość 
ich ośm takich diametrów wynosić powinna, przy 
odstępach zaś 2\ + 3 średnic, ^ wysokość do 8& 
tychże diametrów dochodzić musi. Gdjby zaś ko- 
lumny stały tylko o dwie średnic od siebie odda- 
lone, wtedy powinny 9£ średnic być wysokie, a na- 
wet i do 10 dochodzić, jeśliby odstępy były 
1| średnicowe. Ostatnich przecież, rzadko u sta- 
rożytnych używano. Dalej i w tćin zachodzi 
różnica między kolumną dorycka^ a jońską, że 
ostatnia niebezpośrednio na ziemi, lecz na uroz- 
maiconej podstawie stojąca i głęboko dwudziestu 
czterema rowkami nazłobiona, w łagodnem a 
smokiem zwężaniu, rozwija się w piękniejszą 
u wierzchu głowicę. Tern zwłaszcza odznacza 
tię jońska świątynia efezka obok doryckiej 
w P a s t u m. Głowica jońska nie tylko ma wy- 
rzezywaną opaskę, nietylko lisztewkę i platę, 
ale nadto jeszcze po lewej i po prawej stronie 



ślimacze zakręty, obok wypukłości, poduszce po- 
dobnej ; co wszystko oznacza niby miękkie i do- 
browolne zwinięcie się bujnej i smukłej kolumny 
Sod niezbytecznym ciężarem wierzchnich nokła- 
ów, które tez stosowny, do powyższej lekkości 
kolumn, przybierają charakter. I tak n.p., gdzie 
a doryckich budowli tryglify i metopy całym 
ciężarem belek świecą na zewnątrz, wjońskim 
natomiast porządku wystają tylko rzeźby głów 
ofiarnych zwierząt, splotami kwiatów pałączone, na 
zupełnie gładkim szlaku, i miasto wystających 
krokwi doryckich, drobne, zębate narzezywania. 

Główne zarysy jońskiej kolumny objawiaj) 
się i yfkoryntskim porządku, z tą tylko różnicą, 
że ostatni, obok wysmukłej postaci, przepychem 
ozdób bogato przybrany, rozkwita w całej pełni 
architektonicznych pięluiości. Koryntska kolum- 
na, niewyższa wprawdzie od jońskiej, wznosi 
się na 8-J-8J miar swej dolnej średnicy, ale się 
zato wyższa nadstawia głowica, która l£ część 
spodniego diametru trzyma, i na wszystkich 
czterech rogach ma wysinuklejsze zakręty, a 
spód akantusowemi ozdobiony liśćmi, o których 
Grecy mieli powiastkę, że niańka pewnej zmar- 
łej dziewczynki, zebrawszy w koszyk pozostałe 
po niej cacka, postawiła na ęrobie obok rosną- 
cego tam akantusu, którego liście tak się oplo- 
tły w okót koszyka, iż ztąd miano powziąść 
wzór do koryntskiej głowicy. Co do innych 
oznak koryntskiego stylu, wspomnieć tu szcze- 
gólniej wypada: pięknie, pod wierzchnią lisztwą,. 
paskowane końce krokiew, toż wydatny okap, i u 
głównego gzymsu zębate narzynania i kragsztyny. 

Wypływający z resztą z koryntskiego stylu 
porządek tak nazwany rzymskim, stanowi przej- 
ście od greckiej do cfirześciańskiej architektury; 
gdyż w nim znachodzim najpierwej sklepienia 
i luki, których ani Egipcyanie, ani Babiloń- 
czycy, Izraelici i Feniczykowie nie znali. Przy- 
najmniej w zabytkach egipskich widzimy tylko 
z obuch stron tak wysuwane stopniowo jeden 
na drugim kamienie, iż się u wierzchu nakoniec 
jednym kamieniem otwór zasklepił. W greckiej 
zaś, prostokątnej architekturze, słup był wy- 
łącznie tylko ku dźwiganiu używany, a przy 
sklepionych łukach traciłby już to swe pier- 
wotne znaczenie, gdyż takie półkole dźwigając 
się niejako samo w sobie, daleko mniej potrze- 
buje slupów, niż horyzontalnie położone belki. 
W rzymskiej natomiast architekturze konstrukcya 
sklepień i łuków była już nader zwyczajna. 
Panteon Agryppy, poświęcony Jowiszowi Ul- 
trowi, należy do najcharakterystyczniejszych bu- 
dowli tego rodzaju. (*) 

W ogóle rzymska architektura zupełnie różny 
od greckiej nosiła charakter. Grecy, obok 
wszechstronnej użytkowości swoich budowli, od- 
znaczali się jeszcze prawdziwie kunsztowćm 
wykończeniem, szlachetną prostotą i lekkością 

{*) Zob. P. L. rok IV. T.n. Nr. 4*. itr. 331. 

29 



Digitized by 



Google 



228 




Porządek kolumn: 1. portądck toskmAiki, %. doryeJrt, $. joAski, 4. ktrfnUki 



ozdób | gdy natomiast Rzymianie, jakkolwiek 
sztuczni w mechanicznym względzie, mniej prze- 
cież zalecają się szlachetnym powabem, jeno 
bogactwem , przepychem zbytkują. Prócz tego 
rozmaitość celów różni ich od Greków, którzy 
niedbając o swe prywatne mieszkania, zdobili 
tylko gmachy publiczne. Rzymianie zaś, obok 
publicznych, nieszczędzili wydatków na prywatne 
wille, łaźnie, ganki, wschody i t. d., licząc do 
tego i przyozdobienia ogrodów* Witta JLuhulla 
jest z tego względu wzorowym przykładem. 
Charakterystyczna ta cecha budownictwa rzym- 
skiego, posłużyła za wzór późniejszym Włochom 
i Francuzom, których znów dalej, po innych 
krajach, długo naśladowano, aż nakoniec, przed 
niedawnym czasem, poczęto się dopiero zwracać 
ku greckim, pierwotnym antykom. B. 



Infuzorya, czyli Wymoczki. 

Kiedy astronomowie wznoszę nasz wzrok 
w córę, rozszerzając coraz bardziej granice nie- 
zmierzonego uniwersum, kiedy nas uczę, że 



słońce, że bliższe gwiazdy, nie 8} ciałami sta- 
łemi, ale podobnie jak ziemia, me tylko krążą 
biegiem wirowym koło swej osi, ale nawet jako 
ciała znowu podrzędne innych większych nyste- 
matów, odprawiaję koło pewnych punktów twe 
miliony lat zapewne trwające obiegi; z drugiej 
stronjr odkrywają inni badacze natury około . 
nas i w nas samych nowe cudowne światy, 
wskazujęce nam przeciwny kierunek nieskoń- 
czonych i nigdy niezbadanych dzieł Opatrzności 

Sławny uczony niemiecki, Ehrenberg, od- 
krył, za pomoce udoskonalonego mikroskopu, 
roje zjrjatków, pod naszemi nogami walających 
się, i swoje postrzeżenia ogłosił w dziele pod 
tytułem: 
2>fe Snf u jToitśt&terdjen a\i DoBfommetie ©rflamfmm. 

<ftn md m bat ttefetc orgamfdjegefren ber Wafttr. 

Infuzorye, albo wymoczki, seto robaczki ro- 
dzące się, kiedy nalewamy wodę lub inna ciecz 
na części zwierzęce, lub roślinne. Gotóm okiem 
żyjątka te, z zamoczenia wylęgłe, niewidziane, 
za pomocę mikroskopów dojrzane, odkrywają 
poza granicami naszych zmysłów nowy, nad- 
zwyczajnie ożywiony świat Ehrenberg uwa* 



Digitized by 



Google 





Wymoczki w kropli wody powiększone kilkadziesiąt tysięcy razy. 

zał, ze jedna linia kubiczna wody bagnistej, 500 [I przezroczystszych źródłach, rzekach, studniach, 
milionów wymoczków zawiera; a jedna macierz || jeziorach, nonach; w kwaśnych i słonych cie- 

2 eh zwierzątek pomnożyła się w przeciągu lOciu I czach, a nawet w sokach tyjących roślin, zwie* 
ii do 100,000. Robaczki te nie tylko w zgni- izft i ludzi, 
łych znajdują się wodach, ale oraz i w naj- |{ W potocznym życiu nie zważamy na te mi- 



Digitized by 



Google 



330 



liony otaczających nas jestestw; uzbrojone do- 
piero oko odkrywa te otaczające nas ze wszech 
stron massy 9 których chmary roją się nawet 
w powietrzu, w płuca przez nas wciąganym. 
Ehrenberg dowiódł, że infuzorye pojedynczo 
niewidzialne, w ścisłych i gęstych massach skła- 
dają pewien gatunek ziemi i pewne posady ogro- 
mnych skał , tworząc takie ową mąkę górną (©erg* 

Pomimo nadzwyczajnej szczupłości, ciała ich sc 
jaknajlepićj uorganizowane; u większej części 
widać wyraźnie głowę, tułów i ogon; w głowie 

{ostrzegać dają się oczy i t. d. Są rozmaitej 
arwy: jasno -zielone, ciemno - pomarańczowe, 
inne jak mleko białe. 



Obyczaje pogańskich Prus i Litwy. 

(Dalny ciąg.) 
Wojsko składało się z piechoty i jazdy. Pie- 
chota stanowiła właściwą moc jego. Używano 
jej do oblężeń zamków i wstępnego boju. 
Jazda służyła tylko do prędkich wycieczek, 
szerokich łupieży, i niespodziewanych napadów. 
Broń była różna w różnych czasach. Wpier- 
wszych wiekach, rzadko lub nigdy nie używano 
żelaza. Bronią odporna była tarcza, zaczepną 
maczuga, nasadzona na końcu ołowiem, dla po- 
większenia siły zamachu. Oprócz tej długiej 
i ciężkiój, którą każdy jedne tylko miał w ręku, 
był jeszcze inny rodzaj maczug, lżejszych, krót- 
szych, i nakształt dzirytów, do rzutu dalekiego 
sposobnych, których każdy sz