Skip to main content

Full text of "Szkice i drobiazgi historyczne"

See other formats


This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project 
to make the world's books discoverable online. 

It nas survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one that was never subject 
to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books 
are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to discover. 

Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 
publisher to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying. 

We also ask that you: 

+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for 
personal, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers 
discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web 



at jhttp : //books . google . com/ 




Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznych pólkach, zanim została troskliwie zeska- 
nowana przez Google w ramach projektu światowej biblioteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 
dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 
dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 
dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 
długą podróż tej książki od wydawcy do biblioteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady użytkowania 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prace takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostarczać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 

Prosimy również o: 

• Wykorzystywanie tych plików jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w niekomercyjnych 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysylanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tłumaczeniami maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków lub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości tekstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny "Google w każdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowych 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 

• Przestrzeganie prawa 

W każdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana książka została uznana za część powszechnego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób traktowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych krajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej używać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 



tej książki można przeszukiwać w internecie pod adresem http : //books . google . com/ 




L£l^- 




SERYA DRUGA 



■I^UNKt W m&TOF^OZOFU A WSKAZANIA UJBTOftYÓ- 

'OWEJ. — PRZYCZYNILI DO DZIEJÓW ROZWÓJ U POJCĆ 

!.E ZABYTKÓW JĘZYKA POLSKIEGO KONWÓJ 

WA POLSKIEGO W DRUGIEJ POLuWIE * J X WIEKU — 

TWA POLSKIEGO — KIEDY 

DZIEJÓW LODZI I JEJ OKOLICJ — 

- LOHDTŃ5KI MIĘDZYNARODOWEGO INSTYTUTU SGCYOLOGU 

- JAKÓB CARO - FRANCISZEK PlEKOSINSKI — Z KON- 

» Z WYCIECZKI FO KKAJU4*W* 

OPATÓW, SANDOMIERZ) GARŚĆ V W®& 




WARSZAWA 

NAKŁAD KSIĘGARNI E. WENDE I $R 

( I . Hli I A. lUHKtŁł 

1903 



Cen* W». 



SZKICE I DROBIAZGI 

HISTORYCZNE 



J. K. KOCHANOWSKI 



SZKICE I DROBIAZGI 



HISTORYCZNJE 



SERYA DRUGA 
TREŚĆ: 

NAJNOWSZE KIERUNKI W HISTORYOZOFII A WSKAZANIA HISTORYO- 
G RAF 1 1 NAUKOWEJ. — PRZYCZYNKI DO DZIEJÓW ROZWOJU POJĘĆ 
MORALNYCH NA TLE ZABYTKÓW JĘZYKA POLSKIEGO — ROZWÓJ 
DZIEJOPISARSTWA POLSKIEGO W DRUGIEJ POŁOWIE XIX WIEKU — 
KMIECIE, KARTA Z DZIEJÓW WŁOŚCIAŃSTWA POLSKIEGO — KIEDY 
BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM (SZKIC DZIEJÓW ŁODZI I JEJ OKOLIC) - - 
KONGRES LONDYŃSKI MIĘDZYNARODOWEGO INSTYTUTU SOCYOLOGII 
W PARYŻU — JAKÓB CARO — FRANCISZEK PIEKOSIŃSKI — Z KON- 
KLAWE I Z KORONACYI PIUSA X-GO — Z WYCIECZKI PO KRAJU (ŚW. 

'gygygy® krzyż, opatów, Sandomierz) garść wrażeń. / gy&ygy& 




WARSZAWA 

NAKŁAD KSIĘGARNI E. WENDE I SP. 

(T. HIŻ I A. TURKUŁ) 

1908 



U 



KRAKÓW — DKUK W. I» AMCE¥CA> I SPÓfcKJU 



Ibiór niniejszy, serya druga «Szkiców 
i drobiazgów historycznych*, jest przedru- 
kiem artykułów, pisanych w latach 1903—1907 
i zamieszczonych w tym okresie, z wyjątkiem 
szkicu III-go, w różnych czasopismach i wy- 
dawnictwach warszawskich. 

Nie weszły tu studya, traktujące swój przed- 
miot w sposób bardziej wyczerpujący, lecz prze- 
ważnie utwory mniejsze o charakterze szkicowym. 

Drukowały je (po raz pierwszy) z kolei: Myśl, 
księga zbiorowa, wydana staraniem redakcyi 
« Ogniwa* (szkic I.), Myśl Polska, tygodnik po- 
święcony zagadnieniom życia narodowego (szkic 
U.), Wielka Encyklopedya Powszechna Ilustro- 
wana (szkic IV.), Biblioteka Warszawska (szkic V. 
i IX.), Kuryer Warszawski (szkic VI i VIII.), Prze- 
gląd Historyczny (szkic VII.) i Goniec (szkic X.). 

Szkic IHci, drukowany dotąd tylko po fran- 
cusku, ukazuje się tutaj po raz pierwszy w ję- 
zyku polskim. 

Pierwodruki wszystkich tych artykułów ule- 
gły w wydaniu obecnem pewnym zmianom. 

Warszawa, dnia 15 września 1907 r. 

Autor. 



NAJNOWSZE KIERUNKI W HISTORYOZOFII 

A WSKAZANIA HISTORYOGRAFII NAUKOWEJ. 



| N0IMZ8I. II. 



Wiele było, jest i będzie określeń historyi 
1 Jej zadań, ale żadne z nich — najgłębsze na- 
wet — nie osłabi w niczem powagi prostych 
sfów Rankego: wie es eigentlich gewesen... 

Postulaty owego »jak było?« mogą i muszą 
oczywiście rozwijać się w nieskończoność, ale — 
»jak było?« pozostanie mimo to sobą i wszystko, 
co »było«, — nawet okruchy i źdźbła najniklej- 
aze, winny w historyi posiadać zawsze przewagę 
8łanowczą nad zjawiskami, rzekomo najwspa- 
niaJszemi nawet, jakich, jako istotnie »byłych«, 
w sposób krytyczny wykazać niepodobna. Nau- 
kowe kryteryum dziejopisarskie jest tedy proste 
i jasne, a tylko to, co mu odpowiada, za naby- 
tek rzetelny właściwej gałęzi wiedzy uważane 
być może. — Pomijając dociekania nad istotą 
krytyki i »prawdą«, jaką ona osiągnąć może, 
powiemy krótko, że o ścisłości możliwej każdego 
kryteryum naukowego i o wartości otrzymywa- 
nych przez nie rezultatów, stanowić może tylko 
i jedynie poczucie gromadne specyalistów — 
umysłów najgłębiej z rzeczą obeznanych... Spra- 

l* 



4 J. K. KOCHANOWSKI 

wdziano wi temu daleko do ideału, — wiadon 
dnak, że lepiej jest wrogiem dóbr 

Wobec trudności olbrzymich, jakie tow 
szyć zwykły każdemu zadaniu bardziej i 
stronnego określenia charakteru danego zja 1 
dziejowego, w sposób z nauką *), t. j. z badi 
metodycznem zgodny, każdy niemal specy 
odczuwa lęk zasadniczy przed uogólnianien 
rokiem spostrzeżeń swoich — jakby w obaw 
pełnienia niewątpliwego błędu. 

Zasada takiego poczucia znajduje w : 
rozwijającej się wciąż, a wciąż jeszcze uł< 
nauki, swoje pełne usprawiedliwienie... J 
tedy przedstawić się mogą na tle takim i 
kie lotne... zofie, do jakich w pierwszyn 
dzie należy najlotniejsza ze wszystkich bo 
historyozofia, będąca — jakby specyah 
uogólniania spostrzeżeń (przeważnie »imp< 
cych«, a najczęściej całkiem podmiotowych] 
kresu historyi?... 

Możnaby wręcz zapytać, czy ma ona c 
jakąkolwiek racyę bytu naukowego, gdyt 
zawsze jednaka, a niewątpliwa jej zasługi 
czna, polegająca na rozszerzaniu widnok 



*) Na pytanie zasadnicze, czy historya jest 
odpowiedzieć musimy twierdząco, gdyż posiada oe 
kową metodę badania, której ścisłość niewątpli 
twierdzają » eksperymenty «, jak dotąd, — prze 
z zakresu t. zw. dyplomatyki (Urkundenlehre). 



NAJNOW8ZB KIERUNKI W HI8TORYOZOFn O 

dziejopisarskich. — Sama (w oderwaniu od hi- 
storyi) nauką nie jest, podobnie, jak i lotna me- 
tafizyka.- Obie jednak rozwijać (lub zaciemniać) 
mogą umysły i rozszerzać (lub zwężać) widno- 
kręgi poznania; obie służyć mogą zaspakajaniu 
potrzeb intelektualnych chwili; obie posiadać 
zwykły wartość dyalektyczną, — obie też — 
dalekie najczęściej w swych wynikach od spe- 
des aeiernitatis... na »ryzyko« własne brać trzeba 
Jeżeli w obliczu majestatu nauki metafizy- 
kowi raczej stosowaćby się do filozofa przystało, 
! niż odwrotnie, to tenże sam wzgląd obowiązywać 
' winien i historyozofa-specyalistę względem histo- 
; ryka w chwili, kiedy pierwszy badania specyalne 
drugiego nie na jego, ale na swój sposób »ogól- 
niejszy* oświetlić pragnie. 

Oświetlić... Tak! Zdawałoby się, że tu tylko 
o oświetlenie faktów idzie. Zauważyć jednak' 
trzeba, że każdy stały, a stąd i jedno- 
stronny system oświetlania zjawisk wyna- 
turza je aż nazbyt często i pozbawia (w wy- 
kładzie) cech, niekiedy najistotniejszych, przez 
badanie ściślejsze stwierdzonych. 

Zapomnieć także trudno, że prawdę jeden 
krok tylko dzieli od doktryny, a intuicyę — od 
przywidzenia... Zdaje się też, że — jeśli o za- 
sadę chodzi, to historyozofem dla historyka po- 
winien być przedewszystkiem on sam, bacząc, 



6 J. K. KOCHANOWSKI 

aby wszelkie historyozoficzne teorye cud 
ktował w sposób jaknajoględniejszy. 



Posiadamy dziś dwa najnowsze, a i m 
wsze kierunki historyozoficzne: t. zw. k 
psychologiczny — Lamprechta i socyologi< 
Lipperta, — oba przez samych-że twórc 
wcem na gruncie dziejopisarskim up] 
i dlatego właśnie — aczkolwiek przez 
przyjęte bardzo podejrzliwie — na uw* 
czniejszą zasługujące. 

Polemika rzeczowa z obu tymi a 
wrzała, a poniekąd wre i dzisiaj jeszcze 
mach organów specyalnych: nam tutaj 
o ilustracyę punktów zasadniczych choć 

Otóż — co do Lamprechta, to zgoc 
z nim niewątpliwie trzeba, że działahu 
potężniejszej nawet jednostki zależną 
podstaw tej kultury, wśród jakiej owa je 
żyje i działa. Zgodzić się również trz 



*) Z obrazem teoryi Lamprechta czytelnik 
się może i w literaturze naszej (Ateneum r. 1! 
z artykułu dra Wacława Sobieskiego. Tenże a 
łował je przeszczepić na nasz grunt dziejopisarz 
nawiść wyznaniowa tłumów za Zyg. III«). Te< 
perta stosował u nas dr Kazimierz Gorzycki w 
społecznej historyi państwa polskiego « (Warsz. 



I NAJN0W8ZB KEBRUNKI W HI8T0RY0Z0FII 7 

?| środowisku temu i jego wpływom podlegają 
f bardziej jeszcze jednostki przeciętne. Nie można 
I mu również zaprzeczyć, że badania i studya 
I nad rozwojem wewnętrznym gromad ludzkich: 
I szczepów, plemion, państw i narodów, skierowy- 
* wane ku ich warunkom społecznym i kultural- 
nym, stanowią dźwignię najpoważniejszą w do- 
bywaniu prawdy dziejowej. Zgodzić się trzeba 
na to wszystko bez żadnych zastrzeżeń, ale... 
z dodatkiem, że wyliczone poglądy i zapatry- 
wania stanowią oddawna, bo od lat trzydziestu 
z górą — niesformułowany może, lecz istniejący 
a kardynalny warunek ogólnej metody dziejo- 
pisarskiej i zwykłej hermeneutyki historycznej, 
obowiązujących pracę naukową od dwóch, co- 
i najmniej, dziesięcioleci przed wystąpieniem Lam- 
| prechta. 

i Co zaś do jego »Kolektywizmu«, czy — jak 
go zmienił ostatnio — » uniwersalizmu*, co do »he- 
terogienii skutków«, co do »dyapazonów epoki« 
i Ł p. pojęć, rzecz ma się inaczej, gdyż stano- 
wią one istotnie oryginalny, ale zarazem — 
bardziej niż problematyczny pod względem nau- 
kowym, nabytek Lamprechta. 

Nie może być inaczej tam, gdzie — wobec 
dzisiejszego stanu wiedzy — chodzi o pochwy- 
cenie istoty tego procesu psychicznego, jaki to- 
warzyszy oddziaływaniu jednostek na masy i od- 
wrotnie, w toku historycznego rozwoju grupy. 



8 J, K, KOCHANOWSKI 

Jest to szczytna zasada postulatów Lamp- 
rechta ? dążącego do wyjaśnienia zagadnień zbyt 
zawiłych, by je wiedza dzisiejsza, choćby i w przy- 
bliżeniu, rozwikłać mogła, Zagadnienia te bowiem, 
należące jeszcze do psychologii, winny przede- 
wszystkiem, nim się postulatami dziejopisarstwa 
staną, wpłynąć na ustalenie metody samej 
psychologii; winny zapobiedz pierwej zja- 
wiskom podobnym, jak to, że najpoważniejsi 
przedstawiciele właściwej gałęzi wiedzy (Wundi) 
wahają się sami w studyach nad psychologią 
(jednostki!) pomiędzy krańcowymi biegunami 
empiryzmu fizyologicznego i — metafizyki; winny 
wyjaśnić cały szereg najpoważniejszych zagadek 
bytu jednostkowego, dostępnego dla autopsyi, 
a jednak wciąż jeszcze ciemnego, zanim obejmą 
w swych ramach zjawiska o wiele bardziej zło- 
żonę — dalekie widnokręgi psychologii tłumów, 
i do tego — tłumów minionych! *). 

Nie tu miejsce na polemikę; stwierdzamy 
tylko ogólnie, że — hołdując zasadzie złotego 
środka w kulturalno - poUtycznem rozważaniu 
dziejów, a nie przesądzając bynajmniej wagi 
inicyatywy, ani rezultatów dalszych po- 



*) Stanowisko a woje wobec istoty tych zagadnień 
zaznaczyliśmy później w pracy p* L »Tłum 1 jego 
przewódcy (Warszawa 1906 r. # str. 19). Szkic niniejszy 
pow&tal w r* 1902, a ukazał się w druku w 1904- ty m. 
Podajemy go tu — dla ścisłości - bez zmiany. 



NAJN0W8ZB KIERUNKI W HI8T0RY0Z0FII 9 

r 82 u kiwa ń Lamprechta i jego uczniów, przy- 
r 2naćmożemy dotychczasowym jego tezom 
oryginalnym wartość raczej dyalektyczną, 
aniżeli metodologiczną, z którejby dziejo- 
pisarstwo obecne osiągnąć już mogło korzyść 
rzetelną. 

Co do socyologicznej par excellence (kolekty- 
wistycznej) interpretacyi dziejów, wszczętej przez 
Iipperta (Social - Geschichte Bóhmens), to każdy 
chyba historyk zgodzić się musi na bardzo oglę- 
dne stosowanie jego zdobyczy, a mówiąc ściślej — 
zdobyczy socyologicznych wogóle — względem 
niektórych, zbadanych gruntowniej, zja- 
wisk dziejowych. 

Rozwój normalny, t j. stopniowy ducha hi- 
storycznych badań usprawiedliwia aż nadto ów 
eklektyzm tymczasowy, wobec zadań innych, ści- 
ślejszych, bo wskazanych (w historyi) przez po- 
trzebę zasadniczą metodycznego wykrywa- 
nia faktów i zjawisk minionych w ramach jak- 
najistotniejszego, właściwego im niegdyś, status 
viłae. 

Potrzeba ta powstrzymuje dotąd i powstrzy- 
mywać musi dziejopisarstwo od powziętych z góry, 
anieoględnych wypraw na morza »nowo- 
stek«, aby uchronić je od znalezienia się w krai- 
nie fantazyi, z której wszystkie gałęzie nauki 
wycofują się tak usilnie. 

Jakżeż bowiem zgodzić się można dzisiaj na 



10 



J. K. KOCHANOWSKI 



zupełny, niemal całkiem przez historyków-socyo* 
logów wyzwolony, kierunek antyheroistyczny, 
będący naturalnym zresztą wykładnikiem przed- 
wczesnej dla dzisiejszego dziejopisarstwa tezy, 
która głosi, że ewolucye zjawisk społecznych 
są niemal jedynie wynikami funkcyi przyro- 
dzonych, powodowanych przez siły, zawarte 
w masach, a kierowanych przez stałe prawa 
dziejowe ?! 

Ponieważ siły te są dotąd nieokreśloną 
a prawa — nieznane, podobnie, jak i sam me- 
chanizm oddziaływania jednostek na tłumy i odr 
wrotnie; ponieważ większość faktów dziejowych 
ukazuje się wciąż jeszcze oku historyka w świe- 
tle niedopuszczającym lekceważenia 
roli jednostek, przeto pełnia kierunku 
antyheroistycznego w dziejopisarstwie obecnym 
zakrawać musi na szkodliwą ideologię. Z ideo- 
logii tej wypływa bowiem w naturalnym biegu 
rzeczy lekceważenie t. zw. historyi politycznej 
jako uwidoczniającej rolę dziejową jednostel 
w sposób najwybitniejszy. 

Ponieważ historya polityczna stanowi wrai 
z właściwemi dziejami wewnętrznemi jedne nie 
rozdzielną całość; ponieważ jest jej korona 
dającą się porównać z funkcyą mózgu gromadj 
która pewne tylko podstawy swego ustroju sc 
cyalnego wyniosła z czasów, kiedy była nii 
szym kręgowcem społecznym, przeto niechę 



NAJNOWSZE KIBBUNKI W HI8TORYOZOFII 



11 



łistoryków-socyologów do historył politycznej 
zakrawa na oportunizm, połączony z krótkowi- 
dzeniem. 

To jedna strona pomienionej ideologii; drugą 
jest przeceniania lub lekceważenie zjawisk, nie- 
tylko »politycznych«, ale i »wewnętrznych« — 

tocznych, o ile te dają się, lub nie dają 
wyjaśnić rozporządzaJnemi zdobyczami socyo- 
logii, — albo pozwalają, lub nie pozwalają na- 
ginać się do formułek, powstałych, jako uogól- 
nienie (niekiedy przedwczesne), na podstawie 
(szczupłych jeszcze) eksperymentów socyologi- 
cznych. 

Względy pomienione sprawiają, że historyk- 
socyolog, wtłaczając fakty dziejowe w ramy 
postulatów socyologicznych, klasyfikuje je nie- 
raz nie na podstawie ich wewnętrznego (rozwo- 
jowego) związku i wypływających zeń wartości, 
lecz na zasadzie cech zewnętrznych, odpowia- 
dających mniej, lub więcej, formułom apriory- 
8tycznym. 

Powstaje stąd eklektyzm o tyle mniej uza- 
sadniony od wskazanego wyżej (historycznego), 
że tamten jest tylko cząstkowym i — ze 
względu na rozwój stopniowy nauki hi- 
storycznej — normalnym dodatkiem do wła- 
ściwych badań, — ów zaś zjawiskiem odwrotnym. 

I jeszcze jedno. Kierunek, o jakim mowa, 
zdaje się spuszczać zbyt często z oka różnicę, 



12 



J. K, KOCHANOWSKI 



zachodzącą pomiędzy endogienezą ludów, 
zwłaszcza egzotycznych i — egzogienezą 
narodów cywilizowanych, stosując nieraz (z ko- 
nieczności!) z całą bezwzględnością wykryte 
przez soeyologię normy społeczne pierwszych — 
do drugich. Błąd ten tłómaczy nam doktrynę, 
czy poetycki poryw, z jakim dzisiejsza historya 
socyologiezna lubuje się jednostronnie w pier- 
wotnych właściwościach endogienetycznych gro- 
mady, przypisując im i na póŻDiejszych, cywi- 
lizacyjnych szczeblach rozwoju kulturalnego 
nie — wielką doniosłość zasadniczą, boć tej 
zaprzeczyć niepodobna, ale — jakby wyłą- 
czność, pozostawiającą w cieniu zupełnym ca- 
łość procesu rozwojowego zjawisk i prądów 
dziejowych, poczynanych wprawdzie przez 
(nieznane) czynniki przyrodzone, ale rodzo- 
nych bądźcobądź, przez jednostki wybitne: 
namacalne kwiaty ludzkości. 

Kierunkowi socyologicznemu przyznać trzeba 
wielką doniosłość i potrzebę pilnego uwzględnia- 
nia w hiatoryi jego zdobyczy dotychczasowych — 
w miarę istotnej możności, To pewna. Możność 
ta jest jednak, wobec postulatów ściślejszych 
dziejopisarstwa, daleką jeszcze, i bardzo, od tych 
granic szerokich, jakie jej Lippert zakreślił. 



Ki 

e; 
tj 



PRZYCZYNKI DO DZIEJÓW ROZWOJU POJCĆ MORAL- 
NYCH NA TLE ZABYTKÓW JĘZYKA POLSKIEGO. 



Przystępujemy z pewną obawą do niniejszego 
azhcu, i to z obawą podwójną: dyletanta w za- 
kresie kwestyi, jakie tu poruszyć pragniemy, 
oraz spostrzegacza, odczuwającego niewymier- 
ność, zachodzącą pomiędzy głębią i złożonością 
samego zadania, a szczupłością danych źródło- 
wych, mogących nam posłużyć do osiągnięcia 
zamierzonego celu. 

Napis, położony tutaj na czele, to może tytuł 
zbyt szumny w stosunku do ilości, a nadewszystko 
— jakości źródeł, którymi rozporządzamy na 
dany temat 1 ). Szumny, ale i jedynie właściwy 
zarazem — ze względu na istotę tego zjawiska, 
o jakie nam chodzi.. Opierając się bowiem na 



l ) Materyał, zużytkowany w szkica niniejszym, za- 
cierpnęliśmy z wydawnictw zapisek sądowych: Balzera, 
Helcia, Lekszyckiego, Liskego, ks. Lubomirskiego i Pa- 
winskiego, a przedewszystkiem z »Materyałów do sło- 
wnika lacińsko-polskiego średniowiecznej łaciny i staro- 
żytności polskich*, zebranych przez Dra W. Łebińskiego 
(Sprawozdanie Tow. Przyj. Nauk Pozn. za rok 1884 
Poznań 1885). 




TifwHin.Tr T12UBH rzeeŁQCŁV wbił a* pojęć 

r^-j^wfjal^ *j* ^zrmaef wsad raanczBenhiyc] 
JAw »nM*fó x-Xi ;^ł>iłL :. ;. zaasb < xip t >w ie€ 
?/tfYvi fwwoiowt srooków^ ; ^v ku wtcil swoja 
\vwA*rr\ •#&> zjawiska ;ea* ^hoeby urimu 
//'•wyfafe r>T7^niu>waiłie naz?r obcyciu maja 
•A<\kyh <\ą '>kr*AUinuk ^yobraaeiL i pojęć non 
/flp6#7'',z«nyr* /> obczyzny, a przyswaja 
-Ma fir/^% w? l»^y, potem — narody. 



'.»/ 



f rtwilłf '/ffff4Hty ftftjdAniotMejgzą w badanii 
U** /fi uuuui tm t+Ui, Jme fakt równorzęd 
ImImIhiIm tV ftfff-ffrft* faHny — języka u 
(h»«i łilmli n^ty||Mj/f(\v<^i alę języków d 
^lin^h' w iImikiii Wy|tm1kii — języka 



DZ1BJB BOZWOJU POJĘĆ MORALNYCH 17 

Łacina zawarła w sobie skarbnicę wyobra- 
•eń i pojęć, skrystalizowanych, a poniekąd — 
skamieniałych na pewnym szczeblu rozwoju 
świata starożytnego. Stało się to już w chwili, 
kiedy zastęp ludów barbarzyńskich stawiał pier- 
wsze zaledwie kroki na drodze bytu history- 
cznego Europy, Dalszy byt ten miał się opierać 
z jednej strony na własnych siłach owych lu- 
dów, z drugiej zaś — na pożywce spuścizny po 
świecie starożytnym. Częścią najistotniejszą tej 
pożywki był sam język — była łacina i zaklęte 
w niej skarby intellektualne. Na skarbach tych 
miały się kształcić i rozwijać ludy młode: na 
razie biernie i nawpół świadomie, później z głęb- 
szem zrozumieniem rzeczy i ze wzrastającym 
zapałem. Owo — »później«, to doba nowożytna; 
owo — »na razie«, to Wieki Średnie, które nas 
tutaj obchodzą przedewszystkiem. 

Wspomniana bierność i świadomość połowi- 
czna zaznaczały się w stosunku młodych ludów 
do spuścizny świata klasycznego, a więc i do 
łaciny, w tern, że łacina miała dla ich intelle- 
ktu — jak cylinder dla murzyna — znaczenie 
rzeczy bezkrytycznie, »wyższej«, że przeto ten, 
co ją posiadł, zdobywał przez to samo wyż- 
szość wśród własnego otoczenia. Z jednej strony 
tlómaczy się to zjawisko stałem prawem roz- 
woju, stwierdzającem poddawanie się wszelkich 
kultur niższych kulturom wyższym; z drugiej 

SZKICE I DROBIAZGI. II. 2 



18 J. Ł KOCHANOWSKI 

zaś — za pomocą faktu, że sam Rzym, jesz< 
czasów swojej przewagi fizycznej, wpoił 
calnie w barbarzyńców przekonanie o wyj 
tego, co pochodziło z nad Tybru. 

Łacina była przeto wyższa — i i 
czywistości i w przeświadczeniu młodych 
Europy, aniżeli ich swojskie języki i nai 
Każdy z tych ludów, kształcąc się na ł 
wpajał ją w siebie i przetrawiał po s^ 
jej treść intellektualną w samym sobie. Po 
wreszcie na drodze rozwoju tych ludów — 
czem proces, o jakim mowa, olbrzymią o 
rolę — nowożytna cy wilizacya nasza. 

Nim do tego przyszło, nim fazy wyższe 
mnianego procesu, powstające i krzyżują 
nawzajem wśród emulacyi dziejowej ludó^ 
dziły powszechne idee nowożytne, — każe 
po swojemu na łacinie się kształcił, 
pojmował ją po swojemu i każdy w; 
w niej -— za pomocą symbolów język< 
Rzymu — sam siebie. 

Gdyby było inaczej, gdyby owe ludy 
żały były intellektualne zasoby swoje wył 
w językach własnych, — pewne badani, 
zobaczymy, nie miałyby dziś klucza nad 
niosłego w dążeniu do zrozumienia wie] 
rozwojowych, zaklętych we własnych jęz 
tych ludów — odbiciu ich dusz. 

Oto, języki te, rozwijając się z pos 



DZIEJE) BOZWOJU POJĘĆ MORALNYCH 19 

wyobrażeń i pojęć ludów, kryły w każdej dobie 
pod formą starą, wytworzoną w stadyach da- 
wnych faz rozwojowych, zawiązki wyobrażeń 
i pojęć późniejszych, powstających na drodze 
ewolucyi psychicznej z pokrewnych pra-pojęć 
i pra- wyobrażeń swojskich. 

»Odpowiedź« była niegdyś obelgą, dziś jest — 
odpowiedzią. 

Wkraczamy tu za zasłonę tajemniczego świata, 
w głąb skarbów, uwarstwionych w otchłannej 
głębinie rozwoju: od prawieku aż po dziś dzień — 
od czasów zawrotnie oddalonych aż do chwili 
obecnej, która, ślizgając się w życiu codziennem 
po górnej warstwie rozwoju, zdaje się nie prze- 
czuwać nawet, co pod nią spoczywa i co się 
kryje w łonie jej pra-macierzy. 



Wiemy, co o tern napomknął Nietzsche w swej 
^Genealogii moralności*; wiemy, co powiedział 
Brtickner w »Cywilizacyi i języku«,oraz w pracy 
p. t. »Z dziejów języka*; wiemy, co o semazyo- 
logii pisali: Rozwadowski, Malinowski i inni, 
a na tle ściślej już historycznem — Adolf Pa- 
wiński w studyum o »Odpowiedzi w dawnem 
prawie rycerskiem*; wiemy wreszcie, do jakich 
wyników imponujących dochodzi lingwistyka 
porównawcza przez badanie części składowych 

2* 



3fr z ł łnłTFF.m: 



i pae&B&OBiBfc Trjrłaiw. Z* n&ife jednak, a 
$r * wjt mti nm wie *ao3 san * tem, jak 
skarby spoBcrssisL -cryją scw prostem zest 
nia jędrnego i xs« sunesę* wyraża lacińs 
z jep> rówriflznarermkarm p^fatfmi czapa 
z różnych epeŁ po sałrie następujących. 

Próba taka. przeprowadzana dla przy] 
na wyrazach: wsMrfri& r mswrpatK*, zachęć 
może do dalszych— 

Usmrpatio — mswrpatm oznaczają dzisiaj 
pacyę, przywłasiezycielstwa, przyczem pier 
z tych wyrazów (uzurpacya) dotyczy naj 
ważniej władzy i jest określeniem zwęż< 
pojęcia przywłaszczycielstwa wogóle. Ot 
wyrazy, i jeden i drugi, kryją w sobie d 
pojęcie, etycznie ujemne. Tymczasem usut 
usurpatwe, oznaczały jeszcze w wieku XV 
tylko stan posiadania, użytkowania z rj 
posiadanej, bez względu na źródło posiadał 
w użytek mieć, i kwita! a nawet ozna 
poprostu sam owoc takiego posiadania - 
rzyśó, oczywiście w pierwszym rzędzie j 
ryalną (usurpatwe — korzystną rze 
Jest tu zjawiskiem, godnem zaznaczenia, 
że uzurpacya właściwa oznacza i dziś je 
naogół pojęcie etycznie — bodaj odrobi 
wyższe, aniżeli przywłaszczycielstwo z^ 
Ciyżby z powodu większej korzyści uz 
torii) niż przywłaszczy cielą?... 



DZIBJB BOZWOJU POJĘĆ MORALNYCH 21 

Choć o tern sami często nie wiemy, lub wi- 
dzimy (w zasadzie! Dlaczego?) w pobudkach 
uzurpatorów dążności wyższe, to jednak rodo- 
wód tych naszych poczuć stwierdza coś innego... 
Etyka nasza czci tu jeszcze bezwiednie silę 
materyalną... 

Rzecz oczywista, że odpowiednie w swoim 
czasie środki ^pedagogiczne* różnych uzurpato- 
rów nie pozostały tu także bez wpływu. Zazna- 
czyć trzeba nadto, przez prostą analogię, że 
tam wyraz korzyść oznaczać musiał wtedy 
(XV w.) coś de facio etycznie niższego, niż dzi- 
siaj, czyli vice versa, coś — na tle etyki ówcze- 
snej — doskonalszego, niż obecne pojęcia ko- 
rzyści materyalnej na tle etyki dzisiejszej. Ale 
idźmy dalej... 

Meritum oznacza dziś, ogólnie już, zaąługę 
w jej znaczeniu moralnem, zawierającem ocenę 
danej działalności z punktu widzenia jej pożytku 
dla innych. Strona etyczno-społeczna takiego po- 
żytku jest już dzisiaj istotą pojęcia t. z w. za- 
sługi. Kto zaś położył tę zasługę i na jakiej 
drodze, są to dla nas względy w zasadzie dru- 
gorzędne, lub nawet całkiem obojętne, gdy ideę 
zasługi rzeczywistej mamy na myśli. Zasługa, 
położona przez człowieka (dostojnego), któremu 
ułatwiły ją szczęśliwsze warunki życia, bywa 
nawet poniekąd, przez prostą sprawiedliwość, 
oceniana surowiej, aniżeli t. zw. cicha zasługa. 




Prawda, że ta ostatnia rodzi uznanie mniej gło- 
śne, ale częściej za to głębokie i szczere. Istnieje 
już tedy, bodaj w ideale, tendencya wyraźna 
do wieńczenia przedewszystkiem strony moral- 
nej w każdej zasłudze, jakkolwiek różne zasługi 
posiadają stopień i zakres bardzo rozmaity swej 
użyteczności bezpośredniej. Prozaiczne atoli jest 
i tutaj podłoże, spoczywające u podstaw rodo- 
wodu tego ideału. Wycieczka w głąb samego 
podłoża zawiodłaby nas może w krainę fanta- 
zyi* Poprzestaniemy tedy na jednem z ogniw 
historycznych samej jego genealogii. Meritum 
w wieku XV oznacza — dostojność. Owa 
zaś dostojność była wówczas pojęciem — oo 
wiście — bardziej jeszcze materyalistyczneni, 
aniżeli dzisiaj, Jakże wiele mówi to proste zfr- 
stawienie dwóch wyrazów: zasługi i dostojności 
Do podobnych może spostrzeżeń ideowych do~ 
prowadziłaby nas próba zestawienia dawnego 
znaczenia wyrazu »zasluga« (solarium), przecho- 
wanego podziśdzień w tym sensie w pojęciu 
ludu — z naszem rozumieniem tego wyrazu. 
O ideale! cześć ci za to, żeś powstał z krwa- 
wego trudu życia, myśli i czynu! 

A teraz przykład trzeci: Depauperatio ozna- 
cza dziś zubożenie, t. j. obniżenie stopnia 
bogactwa (materyalnego), zamożności lub dobro- 
bytu. Jakkolwiek ideał chrześcijański powiada: 
res sacra miser, to jednak daleko nam jeszcze 






DZIEJE ROZWOJU POJĘĆ MORALNYCH 23 

do tego, by w wyrazie depauperatio odczuwać 
szczerze pojęcie uświęcenia. Jesteśmy raczej 
iżsi bieguna przeciwnego, na którym — jeszcze 
w wieku XV — w wyrazie tym widziano proste 
potępienie! Wyraz »zubożenie« nie istniał 
wtedy; powstał on później, kiedy ubóstwo prze- 
stało się już równać średniowiecznemu pojęciu 



Wyraz habere, mieć, tłómaczono w wieku XV 
przez imać, który to wyraz przechował się po 
dziśdzień w znaczeniu chwytania. Istotnie, wszak 
każde mienie czegoś (por. hm4tb) było pier- 
wotnie i być musiało nie czemś innem, jeno łu- 
pem w dosłownem znaczeniu tego wyrazu. Stwier- 
dza to poniekąd sama historya, jakkolwiek nie 
sięga zbyt daleko wstecz. Ustrój społeczny, roz- 
wijający się w ciągu dziejów, podzielił jedynie 
sposoby imania, czyli źródła mienia, na dwie 
kategorye: dozwolonych i niedozwolonych, »pra- 
wowitych« i »karygodnych«. Granice pomiędzy 
obu temi kategoryami, modyfikowane na swój 
sposób w każdej epoce, ustanawiały zawsze: na- 
przód obyczaj (etyka), a później władza (prawo). 

Culpa, wina, obejmująca dziś przedewszyst- 
kiem pojęcie moralne krzywdy, wyrządzonej ko- 
muś (moment altruistyczny), oznaczała w wieku 
XV winę w znaczeniu (egoisty cznem) skut- 
ków, obciążających winnego pod postacią grze- 
chu—w żywem naó wczas rozumieniu religi j- 



24 



J. K> KOCHANOWSKI 



nem, a hańby I sromoty w rozumieniu spo- 
łecznem. 

Równoznacznikiem polskim wyrazu dimsuS; 
w jego znaczeniu podziału, a raczej — obdzie- 
lenia kogoś czemś (np. syna majątkiem przez 
ojca), byl w wieku XV imiesłów dzielny (dziś 
obdzielony). Stal się on, jak wiadomo, przymio- 
tnikiem, określającym pewną czynną właściwość 
charakteru — wysokie już dzisiaj pojęcie mo- 
ralna Postęp, zaiste, zdumiewająco szybki, jak 
na kilkanaście pokoleń. 

Evadere, dziś — uniknąć czegoś (np. straty 
materyalnej lub moralnej), — oznaczało w wieku 
XV, między innemi, jeszcze odbicie gwał- 
tem (rzeczy przez kogoś pochwyconej)! 

Excusare, dziś uniewinnienie siebie, lub ko- 
goś, najprzeważniej w zakresie obciążenia mo- 
ralnego, oznaczało: wymówić się prawem, 
czyli — wykręcić się z zadanej sobie winy 
(materyalnej), jeśli nie prawem, to lewem. 

Imiesłów od wyrazu liberare (uwalniać) — 
liheram, uwalniający, oznaczał w wieku XV 
zacbodzcę. Dzisiejsze jeszcze znaczenie wy- 
razu ^zachodzić*, wystarcza, by zrozumieć, co 
się ongi na pojęcie wyrobienia komuś wolności 
składało przedewszystkiem: zajście (z. drogi, 
z. nagłe w dom, lub wreszcie — kręte obej ł ście 
racyi przeciwnika), 

U$ t chytry podstęp, byłby po odjęciu mu 



■ 



DZIBJB ROZWOJU POJĘĆ MORALNYCH 25 

siejszego, ujemnego pierwiastku moralnego, 

ko pewnym kłopotliwym trudem; oznaczał 

; istotnie w wieku XV kłopot, a nawet 

)rost sam przedmiot owego »kłopotu«. 

Maiesias znaczyło wielmożnośó, t. j. to 

'lko, co w dzisiejszem pojęciu majestatu, a na- 

ewszystko — majestatyczności, tkwi jako war- 

ość realna, konkretna. 

Polskim równoznacznikiem średniowiecznym 
wyrazu negligere (dziś, zaniedbać coś), było — 
zamieszkać. Czyżby zestawienie dzisiejszego 
i ówczesnego znaczenia wyrazu negligere koja- 
rzyć się miało z echem czasów prastarych, 
kiedy osadnik-pionier, odbiwszy się od gromady 
nomadów, przez samo zamieszkanie na miejscu 
stałem, zaniedbywał się (»omieszkiwał«) jedno- 
cześnie w korzystaniu z tego dobra, jakiem go 
dawna wspólnota karmiła?... Niewątpliwie. 

Punire, karać, przyczem rdzeń pojęcia istoty 
tego karania, kary, stanowi dziś idea poprawy 
winnego, a przynajmniej — ochrony ogółu od 
jego działalności szkodliwej — oznaczało dawniej 
wyłącznie zemstę. Punire znaczy w wieku 
XV — męczyć, mszczeni być, impuniłus, 
niepomszczony, a vendicare, oznaczające dziś 
zemstę, znaczyło nietylko mścić, ale także 
imieć, a nawet zyskować. Kara była zem- 
rtą, a zemsta (najprzeważniej krwawa) — oczy- 
wistą drogą do zysku. 



M 



Y& 4ZHSK&1&& aijKyOfi& a3e moc. ale pi 

PrzyJEladiatr. jaik: jewyiaaŁ. moniaby prz j 
czyć wiefe. 5* a aa jecinaŁ we o wyczerpa 
obfitego maaryjim arom. chodzi Oto, wnios 
ogólny nanaiea mą am przez się pod posfeu 
formuły fu&o&nżą/ccfz jeżeli pojęcie zła etyczne 
oznaczymy przez *. dobra (takiegoż) przez 
zła materyalnego przez r, takiegoż dobra prz 
d, przeszłość przez c, a przyszłość przez /*, 

a:b = e:f 
e: d = f :e 



Grupę przykładów i spostrzeżeń, będącą w ] 
winowactwie ideowem z tern wogóle, o cz< 
mówiliśmy powyżej, stanowią materyały jęs 
kowe, dotyczące rozwoju instytucyi rodziny i ] 
krowieństwa. Nie są to materyały zbyt obf 
ani bogate. Zasługują jednak na to, aby tu ki] 
słów o nich powiedzieć, pomimo, że naogół • 
tyczą sfory nader już zamglonej i przeto < 
wniosków ściślejszych niepodatnej. Poprzea 
niemy tedy na kilku ciekawszych zestawienia 

Condiłio, dziś stan, położenie, warunek, r 
gdyś ck ość i stadło (małżeńskie). — Feme 
dtiś samicaka, niegdyś dziewka, córka. 
FHmtm, daiś sy no wica, niegdyś także i i 



DZIBUB HOZWOJtr POJĘĆ MORALNYCH 



I nowa. — Homo, człowiek (mężczyzna i kobieta), 
'dawniej wyłącznie mąż w znaczeniu mężczy- 
zny, — Nepos, wnuk lub wnuczka, dawniej 
nadto siostrzeniec i synowiea* — Primgnus, 
pasierb, dawniej pasierb i wnuk. — Socer, teść, 
dawniej teść i ojczym. 

Echa, może jeszcze matryarchalne, łączą się 
to, jak widzimy, z pra-patryarchalnyraL Do pier- 
wszych zaliczylibyśmy (w powyżazem oświetle- 
niu) wyrazy: filiastm, nepos, prhńtjnus; do dru- 
gich; eonditiOf femella, homo, socer. Materyał jest 
jednak zbyt skąpy, aby módz szczegółowo i głę- 
biej rzecz, naszkicowaną tutaj, rozwinąć, 

Celem publikacji przyczynków niniejszych, 
celem niepoślednim, była także chęć zwrócenia 
uwagi na najdawniejsze a obfite zabytki języka 
polskiego, zawarte w rotach przysiąg, a nawet 
w samym tekście t zw. zapisek sądowych* Się- 
gają one końca XIV wieku, gdy tymczasem 
najstarsze zabytki literackie datują naogół z doby 
o wiele późniejszej; Wydawnictwa słowników 

wystają w zasadzie tylko z druków, a do 
archiwów docierają wyjątkowo. Tymczasem ma- 
teryal, o którym mowa, ogłoszony zaledwie 
w drobnej cząstce (publikacye Helcia, Pawiń- 
skiego, Lekszyckiego, Liskego, Balzera i niewielu 
innych), wzrósłby znakomicie i w niejednym 
kierunku naukę wzbogacił, gdyby podjęto wy* 
pisy i publikacye wyrazów polskich średniowie- 



28 



J. K. KOCHANOWSKI 



cznych, zaopatrzonych często w ich ów 
równoznaczniki łacińskie, a zawartych w 
gach Sądowych, Przechowują one skarb 
czone w jedynym wielotomowym egzem 
rękopiśmiennym, który przez pożary (jak 
sandomierskie), a nadewszystko przez but 
papieru, uległ już w znacznej części i 
ulegać będzie stopniowej, niepowetowanej 
dzie. Obok regestowania więdnących sfc 
folklorystycznych, skarby, zawarte w »Ks 
sądowych*, koniecznie uwzględnione i urat 
być powinny. 



ROZWÓJ DZIEJOPISARSTWA POLSKIEGO 
W DRUGIEJ POŁOWIE XIX-go WIEKU \ 



l ) Odczyt, wygłoszony (przez p. Antoniego Wysło- 
ucha, w zastępstwie autora) w języku francuskim p. t. 
»Le developpement de Thistoriograpnie polonaise dans 
la seconde moitie du XIX-e siecle« w dziale Metodica 
delia Storia Międzynarodowego Kongresu Historycznego 
w Rzymie, na posiedzeniu, odbytem w Collegio Romano 
dnia 3 kwietnia 1903 roku pod przewodnictwem prof. 
Rafaela Altamira y Crevea. Rzecz ta, niedrukowana dotąd 
Po polsku, ukazała się najpierw, w r. 1905, w Bevue Hi- 
storique w Paryżu (T. 87, str. 369—374), a następnie 
(z dodatkiem na końcu 20 wierszy o wydawnictwach 
najnowszych, co niżej — dla ścisłości — w przypisku 
Podajemy) w AtH del Congresso Internazionale di Scienze 
Storiche (T. III, str. 599-605) w r. 1906 w Rzymie. 



Dzieje Polski, to jeden z najciekawszych 
iziałów historyi powszechnej. Są to dzieje na- 
rodu cywilizowanego, który po ośmiu wiekach 
niepodległości, utraci! swój byt polityczny — 
wyraz najpotężniejszy własnego istnienia. 

Usiłując scharakteryzować tutaj sposób, w jaki 
Polacy pojmowali dzieje swoje w ubiegłych pięć- 
dziesięciu latach, osiągnąć możemy przez to cel 
podwójny: objaśnienia naszego rozwoju history- 
cznego w przeszłości, a zarazem — wyłożenia 
naszych poglądów własnych na ów rozwój. Łi- 
nemi słowy: scharakteryzujemy poniekąd w ten 
sposób rolę, zajmowaną dawniej i obecnie przez 
Polskę w cywilizacyi europejskiej. 

Niesłychana katastrofa, jakiej ulegliśmy na 
schyłku XVIII-go wieku, była wynikiem stra- 
sznym, lecz logicznym, własnych naszych błę- 
dów politycznych. Atoli, bardziej jeszcze fatal- 
nem było położenie geograficzne, które uczyniło 
z kraju naszego, pozbawionego granic natural- 
nych, punkt dziejowego ścierania się dwu wiel- 



32 J. K. KOCHANOW8KI 

kich części składowych cywilizacyi europejskie 
reprezentowanych przez Rzym i Carogród. 

Kiedy w wieku XIV-tym, Polska, która jm 
się była oparła w swoim rozwoju historycznyn 
na Zachodzie, weszła w związek z państwem 
Litewsko-Ruskiem, posiadającem naówczas char 
rakter wręcz niemal wschodni, — związek 
ten stał się wprawdzie na razie źródłem powsta 
nia wielkiej potęgi politycznej, ale jednocześnie 
skomplikował niesłychanie stosunki wewnętrzne 
wykolejając dalszy rozwój normalny categc 
państwa. 

Zamiast dać się unieść temu prądowi, którj 
skierowywał państwa zachodnio-europejskie ki 
centralistycznemu systemowi monarchii, opartycl 
na armiach, Polska przetrwała niemal do schylta 
swego istnienia politycznego w atmosferze par 
tykularyzmu Wieków Średnich, i, przyparto 
przez sąsiadów na schyłku XVTH-go stulecia 
padła ich ofiarą. 

Przyczyny, wyjaśniające nasz upadek poli 
tyczny, oraz sam ten upadek, pociągnęły za sob* 
jako skutek naturalny, fakt, że dziejopisarstw 
nasze stoi podziśdzień — wobec trudności wj 
jątkowych (naukowych i życiowych) 1 ) — nientf 



l ) Objaśniając tutaj ten ustęp, powiemy, że, wotx 
scharakteryzowanych powyżej, wyjątkowych komplifc 
cyt w dziejach Polski (Zachód— Wschód) same trudnoś 



ROZWÓJ DZIBJOPI8ARSTWA POLSKIEGO 33 

zapełnię poza sferą najnowszych prądów histo- 
iyograficznych na Zachodzie: kierunku socyolo- 
gicznego i psychologicznego. Trzyma się też ono 
wyłącznie — bo z konieczności — tego pozy- 
tywizmu, który bada zjawiska dziejowe w ści- 
słym świetle faktów, naukowo i niewątpliwie 
stwierdzonych i który unika wznoszenia się po- 
nad nie w jakimkolwiekbądź kierunku. Wzgląd 
ten wyjaśnia zarazem szczególną, bodaj wyjąt- 
kową, cechę naszego dziejopisarstwa czasów osta- 
tnich: Oto — wytworzyliśmy ilość olbrzymią 
monografii, a — właściwie mówiąc — żadnej 
pracy poważniejszej o charakterze ogólnym, syn- 
tetycznymi 

W ciągu ubiegłego, XIX go stulecia, oddawa- 
liśmy się przez czas długi słodkim i gorzkim 
złudzeniom: Ubóstwialiśmy naszą przeszłość, na- 
zywając Polskę Chrystusem narodów, to zno- 
wu — upajając się romantyzmem demokraty- 
cznym a buntując się przeciw fatalności losu — 
śniliśmy fantastyczną idyllę ludowładztwa... Na- 
koniec przebudziliśmy się z tych marzeń i mrzo- 
nek, a najnowsze dziejopisarstwo nasze jest wła- 



naukowe (przy pogłębianiu przedmiotu badania) są u nas 
większe niż gdziekolwiekbądzindziej, a nadto powię- 
ksza te trudności — wynik naturalny położenia polity- 
cznego kraju, t. j. brak odpowiednich i odpowiednio li- 
cznych organizacyi naukowych, oraz niezbędnych po 
temu środków materyalnych. 

SZKICE I MMMZtl. II. 3 



34 J. K. KOCHANOWSKI 

śnie jednym z najpoważniejszych objawów 
ocknienia. 

Po długim szeregu rocznikarzy, kroniki 
i panegirystów, którzy poprzedzili pierwss 
historyka polskiego, zasługującego istotni 
to miano, — Adama Naruszewicza (t 1796), 
zjawił się najznakomitszy historyk polski 1 
wieku, Joachim Lelewel (t 1861) — rodzic 
storyografii narodowej. 

Wyróżnia go nie naukowa metoda krytyc 
gdyż byłoby wtedy na nią za wcześnie; 
wartość trwała dzieł jego, gdyż przestań 
się one dość rychło, — i nie bezstronność ; 
poglądów, albowiem Lelewel był ideologiem 
mokratycznym... Wyróżnia go z szeregu inn 
dziejopisów jego erudycya niezmierzona i ; 
płodność fenomenalna, która otwarła w dz: 
pisarstwie polskiem, we wszystkich niemal 
runkach badania, widnokręgi, jakich przed 
nie przeczuwano. 

Szkoła, którą Lelewel stworzył, była bai 
liczna, ale uczniowie jego, pozbawieni tal< 
mistrza, naśladowali go raczej w jego wad 
aniżeli w zasługach niepożytych. 

Zapatrywano się na dzieje przeważnie z ; 
ktu widzenia stronnictw politycznych. Wrog< 
starego porządku przypisywali upadek pań* 
szlachcie i duchowieństwu, podczas gdy zwc 
nicy teoretyczni minionego stanu rzeczy skł 



ROZWÓJ DZIBJOPI8AHTWA POŁ8KIBGO 35 

fti do sądzenia z wielkiem pobłażaniem jego 
in najistotniejszych, jeśli ich całkiem nie prze- 
liczali. Z obu stron zapatrywano się na s pra w y 
\ priori, nie badając ich istoty. 

Zarzut takiej stronniczości anty -naukowej 
tbciąża wszystkich — mniej więcej — pisarzów 
polskich, tworzących dzieła historyczne pomię- 
dzy rokiem 1840 a 1870. Obciąża on zarówno 
obrońców szlachty (jak np. Wróblewski), jak jej 
wrogów (np. Hoffman); zarówno apologetów Ko- 
ścioła (np. hr. Dzieduszycki), jak i jego przeci- 
wników (np. Adryjan Krzyżanowski, Józef Łu- 
kaszewicz). Naukowa metoda krytyczna była 
niemal całkiem obcą ich badaniom. 

Mimo to jednak i mimo to, że historycy 
epoki wspomnianej byli przeważnie samoukami, 
pozbawionymi ognisk intellektualnych, niezbę- 
dnych dla normalnego rozwoju nauki; mimo to, 
że byli oni pozbawieni wszelkiego poparcia ze 
8trony rządów — praca ich, a niekiedy nawet 
samo ich poświęcanie się dla niej, złożyły się 
w znacznej mierze na powstanie naszego naj- 
nowszego dziejopisarstwa. W środowisku ich 
uczniów i następców powstał ruch naukowy, 
nikły może i skromny na razie, ale wręcz im- 
ponujący, bo nadzwyczajny wobec położenia, 
w jakim się uciśniony naród znajdował. 

Od roku 1840 zaczęły się pojawiać poważne 
wydawnictwa źródeł historycznych, dzięki pracy 

3» 



36 J. K. KOCHANOWSKI 

i poparciu mężów takich, jak: Działyński i Ra 
czyński, Bartoszewicz, Bielowski, Daniłowicz 
Hubę, Helcel, Krupowicz, Muczkowski, Rżysz- 
czewski i ks. Jan Tadeusz Lubomirski. 

Już przed rokiem 1870, w czterdziestu, bez 
mała, tomach, wydanych w sposób mniej lub 
bardziej krytyczny, zawarto ilość olbrzymią 
materyałów dziejowych: kronik, pomników pra- 
wodawstwa, dokumentów politycznych itp. 

Praca ta dokonała się przy poparciu, a po- 
niekąd i pod wpływem historyków niemieckich, 
badających przeszłość ziem polskich, zajętych 
przez Prusy, t. j. — przez uczniów szkół histo- 
rycznych zachodnich, jak: Bunge, Grtinhagen, 
Hasselbach, Janssen, Kosegarten, Smidt, Stenzel, 
Strehlke, Toeppen, Voigt, Ryszard Roepell, au- 
tor bezstronny »Dziejów Polski«, osnutych na 
źródłach, znakomity jego kontynuator, Jakób 
Caro, i inni. 

W chwili, kiedy ociężałe Towarzystwo Nau- 
kowe Krakowskie ustąpiło miejsca powstałej tam 
Akademii Umiejętności, założonej w roku 1873> 
młoda ta instytucya stanęła odrazu wobec za- 
dań naukowych jaknajpoważniejszych. 

Oparłszy się na najlepszych wzorach obcych, 
znalazła Akademia pracowników pierwszorzę- 
dnych w profesorach historyi i prawa, piastują 
cych katedry na Uniwersytecie Erakowskin 
(od r. 1869) i Lwowskim (od r. 1882), a wy 



ROZWÓJ DZIEJOPISARSTWA POL8KIBGO 37 

ształconych w szkołach zachodnich. Niebawem 
rzięły udział w tym ruchu: Warszawa i Po- 
nań, stolice dwu pozostałych dzielnic Polski. 

Oto właśnie — nasz ruch dziejopisarski naj- 
lowszy. Stosuje on w pracach swoich jaknaj- 
Sciślej zasady naukowej metody krytycznej, 
a — dzięki dobremu przykładowi, dawanemu od 
lat piętnastu przez ^Kwartalnik Historyczny*, 
organ Towarzystwa Historycznego we Lwowie — 
metoda ta panuje podziśdzień w większości na- 
szych prac dziejopisarskich. 

Rzućmy, bodaj pobieżnie, okiem na te prace, 
w porządku chronologicznym ich tematów. 

Okres dziejów pierwotnych Polski, zwanych 
historyą bajeczną, — okres pogański — (Polska 
przyjęła chrzest w r. 966) — stał się przedmio- 
tem poważnych studyów naukowych dopiero 
w najnowszych monografiach: Tadeusza Woy- 
ciechowskiego, Aleksandra Brticknera, Karola 
Potkańskiego i Antoniego Małeckiego, którzy 
poraź pierwszy powołali w badaniach swych 
do głosu wyniki pomocniczych nauk history- 
cznych, jak oto: lingwistyki porównawczej, etno- 
logii, archeologii i folkloru. 

Do tegoż samego rzędu prac należy część 
studyów Franciszka Piekosińskiego nad pocho- 
dzeniem szlachty polskiej. Jakkolwiek wnioski, 
przezeń wyprowadzone, a podane przez krytykę 
w wątpliwość, nie mogą uniknąć poważnych 



* -» '. 



J S KOCHANOWSKI 

;*:-.:ak misterne te srjira. oparte 

•:m. ivki polskiej — Leniliyki naj- 

«.•;• :..i świecie — zaeL:wu;ą w^ 

. "a;:v.n:ej w zakresie siicze^ólów. 

n - >-•. ;kres, właściwie już nistory- 

; - \i iany był przez Henryka 

... . :..\ Korzyńskiego. Stanisława 

■ * » w ;y Olechowskiego, Anatola 

. v • \. .*.-, dobrzyńskiego. Antoniego 

v •. V v- . ..:;.• Gumplowicza i Oswal- 

.- . ;-•>: autorem poważnego 

• - • • • :... • ^;*.tv/:oŁ:ii rodziny królew- i 

^ .-»v.v, :-.* s; :-;*; kraj nasz podzielony 

v* <.-< <-.. f ? v \.-4 i;:ielnicowa(1138~ 

: ■;:: V ;:::>•■; h uczonych, jak 

. ■ ..• >; S:k;-I;-wski. Bolesław 

. v..v V :s;.>-.:.>ki. Stanisław 

s . >••-. K s garnął w swej 

v. .>>,<: >:ary i jego 

. :v.v..a". epokę wspo- 

..»■;« 7o$..Ai:» wiele ana- 

■ • .".:■..':* xi ::e: między 

v . :•.-*< : Iiikonizifl 

"x vo;awienie 

* ;...vsmi we- 
* . .».•:" "w^Ystkiem 



ROZWÓJ DZIBJOPI8ARSTWA POLSKIEGO 39 

dziel: o prawie polakiem XIII wieku (Romualda 
Hubego), oraz o organizacyi pierwotnej Kościoła 
Polskiego (Władysława Abrahama). 

Na okres następny (1295—1386), badany przez 
niektórych ze wspomnianych już wyżej uczonych, 
rzuciły wiele światła zbiory źródeł historycznych, 
dotyczące naogół najdawniejszych naszych dzie- 
jów, a mianowicie: Monumenta Pohniae Eistorica, 
których wydawnictwo rozpoczął August Bielow- 
ski; Tetera monumenta Pohniae et Lithuaniae gen- 
tłumąue fmitimarum historiam illustrantia, wydane 
przez Augustyna Theinera, oraz dyplomataryu- 
sze: Wielko- i Mało-polski, Śląski, Mazowiecki, 
Pruski i wiele innych. 

Epoka Jagiellonów (1386—1572) winna być 
rozpatrywana pod względem studyów history- 
cznych, jakie jej dotyczą, w dwóch okresach. 
Pierwszy (1386—1505), obejmujący schyłek na- 
szych Wieków Średnich, był badany z większą 
dokładnością; drugi natomiast (1505 —1572), otwie- 
rający okres, zwany nowożytnym, pozostał po- 
dziśdzień w cieniu. 

Monografie Stanisława Smolki, Anatola Le- 
wickiego, Antoniego Prochaski, Fryderyka Pap- 
pte'go i innych, wyjaśniły wiele kwestyj, doty- 
czących pierwszego okresu epoki pomienionej — 
odłamu, który nadto wzbogacony został przez 
takie wydawnictwa źródłowe, jak: Codex episto- 
łom saeculi XV; Codex epistolaris Yitoldi, magni 



40 J. Ł KOCEL4SOWSKI 

dwin Lithuaniae; Indez actcrum saeemB XV, oraz 
V*t*ra mnnumnUa juris Polonia. 

OkrcH drugi (1505 1572) zaznaczył się prw 
związek duchowy pomiędzy Polską a Wiochami, 
pr/oz /wiązek, mający swój pierwotny punkt 
oparcia na dworze królowej Bony Sforzy, Wfr 
ftniczki mcdyobmskiej. Dwór jej stał się istotnie 
ogniskiem ruchu umysłowego, który dał począ- 
łpk t. zw. Wickowi Złotemu w naszej lite* 
rafiii'7.0. 

Mimo to, okres ten nie doczekał się dotąd 
fiplpftyipgn uwzględnienia przez właściwe dzfe- 
jopicioi niwo nasze. Przyczyna tego zjawiska leiy 
tt łPiu (7Hpc\vnc), że poważny zbiór źródeł do 
Łv"l» ■ •snańw: Ada Tomkiana, których wydawni- 
».f«»» tr.n|H«P7.i|lkowal niegdyś Tytus Działyński, 
a |iin^-fiil?.l iihocnio Zygmunt Celichowski — 
iU\\ tmtu w jpilomiNtu l ) wielkich tomach zale- 
gnie; ,»coói'. itiluDMuych matcryałów. 

Mntii<a^rin Hirnobbcrga, Lucasa i ks. J. T. 
ł iłiłMłłłUoKiPH^* »lo(yc7 f {jco tych właśnie czasów, 
łłU«ii-ily |tiA mniej lub więcej — dawną war- 

hiputti knUow elokcyjnyeh (1573—1795) po- 
iUiuiii : : HY.pIm pod wzglcdom studyów i wyda- 
vviłii:iw żrAtllnwyoh na trzy okresy. 



h ttbMltiio ukriKnt nie tom XII tejro cennego wyda- 
wnictw a i»ntt i^tlakcył) Z. OHchowskiego. 



ROZWÓJ DZIEJOPISARSTWA POLSKUBGO 41 

erwszy (1572—1607), badany niegdyś przez 
pfego, a później przez Wincentego Zakrzew- 
o, Adolfa Pawińskiego, Józefa Szujskiego 
wzbogacony został ponadto dzięki wydawni- 
n źródeł, podjętym przez Pawińskiego, Ale- 
ira Jabłonowskiego, oraz Teodora Wierz- 
kiego. 

wa następne okresy tejże epoki (1607— 
; 1717—1795) — poza wydawnictwami źró- 
iokonanymi przez Kluczyckiego i Kazimie- 
iValiszewskiego — są mniej bogate w pu- 
cye tego rodzaju. Badacze są tu jeszcze 
izeni do korzystania z opracowań dawnych, 
dewszystko — z archiwów. Najwybitniej- 
ii historykami tych czasów (1607—1717) 
Karol Szajnocha, Kazimierz Jarochowski 
tawery Liske; są zaś nimi podziśdzień: 
usz Korzon, Ludwik Kubala *) i Wiktor 
Diak. 

►zieje XVIII wieku badane były w pierwszej 
połowie przez autorów, wyżej już wspo- 
nych, oraz przez innych; studyom zaś nad 
ą połową tegoż stulecia oddawali się: za- 
>ny ks. Waleryan Kalinka, Tadeusz Korzon, 
: Dziejów wewnętrznych Polski 
Stanisława Augusta, Władysław Smo- 
d i Szymon Askenazy, którzy opierali się 



Zmarł w roku ubiegłym. 



42 



J. X, KOCHANOWSKI 



na literaturze współczesnej (XVIII st.) ? oraz na 
własnych poszukiwaniach archiwalnych, Aske- 
nazy — między innymi — rozpoczął z uczniami 
swymi studya archiwalne nad dziejami Polski 
w pierwszej połowie XIX stulecia. 

Krótkie podręczniki Historyi Polski — w ca- 
łej jej rozciągłości — pisali ostatnimi czasy: 
Szujski, Bobrzyński, Lewicki, August Sokołow- 
ski, Smoleński i Feliks Koneczny. — W ostatnich 
również czasach poświęcali się studyom nad hi- 
storyą prawa (polskiego, niemieckiego w Polsce, 
i kanonicznego): Hubę, Z. A, Helcel, Laguna, 
Piekosiński, Bobrzy ński, Balzer, Bolesław Ula- 
nowski, Fijałek, Winiarz, Pazdro i Kutrzeba. 
Dzieje parlamentaryzmu studyowaU: Pa wioski 
i Aleksander Rembowski; dzieje finansowości 
i stosunków ekonomicznych: Pawiński, Korzon, 
Włodzimierz Czerkawski i Adam Szeiągowski; 
dzieje szkół i wychowania: Kazimierz Moraw- 
ski, Józef Bieliński, Antoni Karbowiak itd.; dzieje 
sztuki: Maryan 8okolowaki, Feliks Kopera, Bo- 
loz -Antoniewicz i inni; dyplomatykę: Laguna, 
Piekosiński, Ulanowski, W. Kętrzyński i Stani- 
sław Krzyżanowski; heraldykę oraz genealogię: 
Piekosiński, Balzer, Józef Wolff, Adam Boniecki 
i inni; archeologię: Izydor Kopernicki, Gustaw 
Ossowski, Jan Sadowski, Józef Łepkowski i inni; 
numizmatykę i sfragistykę: Piekosiński, Kazi* 
mierz Stronczyński, Wiktor Wittyg i inni; sta- 







BOZWÓJ DZTBJOPIflAKflTWA POLSKIBOO 43 



ości krajowe: Zygmunt Gloger ł Hieronim 
a wreszcie folklor polski: Oskar 
Jan Karłowicz, Erazm Majewski, Glo- 
€fir i wielu innych* 

Socyologia i psychologia reprezentowane są 
W najnowszem dziejopisarstwie polakiem przez 
dwóch autorów: Kazimierza Gorzyckiego (Za- 
rys społecznej Historyi Państwa Pol- 
skiego) i Wacława Sobieskiego (Nienawiść 
Wyznaniowa tłumów za panowania 
Zygmunta ID). 

Nie mieliśmy bynajmniej zamiaru wyczer- 
pania w tym pobieżnym rzucie oka na dziejo- 
[ pisarstwo nasze, bibliografii historycznej pol- 
: fikiej 1 ). Kto zechce się o niej dokładnie poinfor- 



') Podając tutaj odczyt powyższy w wiernym prze- 
kładzie z tekstu francuskiego, przygotowanego w r. 1902 
flpecyalnie na Kongres Rzymski, zaniechaliśmy — dla 
fcislości — uzupełnienia go w tekście nazwiskami uczo- 
nych, którzy się później dopiero pracami swemi odzna- 
czyli. — Kiedy w r. 1905 komitet wydawniczy aktów 
Kongresu przystępował do druku właściwego (III) tomu, 
zwrócono się do mnie z życzeniem, abym pierwotny 
tekst odczytu, przygotowany przed trzema laty, odpo- 
wiednio, z zakresu ostatniego trzechlecia uzupełnił. Po- 
słałem wtedy do Rzymu uzupełnienie następujące, które 
na końcu tekstu (Afti j. w. vol. III. str. 605), również 
w języku francuskim, wydrukowano: 

>W krótkim przeglądzie najnowszego naszego ruchu 
dziejopisarskiego (1902—1905) wymienić należy kilku 



44 J. Ł KOCHANOW8KI 

mowaó, znajdzie ją niebawem w Bibliografii 
Historyi Polskiej Ludwika Pinkla. 

Aby dać pojęcie ogólne o jej bogactwie, wy- 
starczy nam wspomnieć, że publikacye history- 
czne wynosiły w latach 1901 i 1902 około 10°/ 
wszystkich wogóle wydawnictw polskich. 

Jedynym celem naszym był tu przegląd jak- 



au torów prac poważnych, jak: Al. Brucknera, Kazimierza 
Wachowskiego i ks. Władysława Szczęśniaka (IX, X w.); 
Tadeusza Woyciechowskiego, znakomitego autora arcy- 
dzieła medyewistyki polskiej, a nawet europejskiej, wy- 
danego p. t. Szkice historyczne jedynastego wieku; Sta- 
nisława Kętrzyńskiego (XII st.), Fryderyka Pappee'go 
(XV st.), Ludwika Boratyńskiego (XVI st.), Bronisława 
Dembińskiego (XVIII st.) i Szymona Askenazego (XIX st). 
W ostatnich również latach poświęcili się studyom: nad 
prawem polski em Przemysław Dąbkowski; nad tymże pra- 
wem i nad dziejami handlu polskiego Stanisław Kutrzeba,* 
nad dziejami osadnictwa Franciszek Bujak; nad historyą 
kultury Adam Chmiel i zasłużony Władysław Łoziński, 
autor studyów i malowniczych szkiców na temat bytu 
obyczajowego Polski w wieku XVII; a wreszcie — nad 
historyą wojskowości (XIX st.) Bronisław Gembarzewski 
i — żydów polskich, Mojżesz Schorr. 

Nakoniec wymienić należy trzy najnowsze a wielkie 
publikacye nasze: Atlas Historyczny (Ziem Buskich) 
Rzpltej (XVI— XVII st.), opracowany przez Aleksandra 
Jabłonowskiego; Archiwum Jana Zamoyskiego (XVI st), 
wydane przez Wacława Sobieskiego i olbrzymi zbiór do- 
kumentów (XIX st.), ogłoszony przez Aleksandra Kraus- 
hara, jako wielotomowa (Historyą) Towarzystwa Królew- 
skiego Przyjaciół Nauk w Warszawie*. 



ROZWÓJ DZIEJOPISARSTWA POLSKIEGO 45 

najogólniejszy stanu obecnego dziejopisarstwa 
polskiego, oraz chęć wskazania w nim przewagi 
znamiennej (jeśli nie — wyłączności) wydawnictw 
źródeł, oraz opracowań monograficznych, nad 
dziełami o charakterze ogólnym. 

Uderzające to zjawisko nie wypływa — jak 
sądzimy — z braku pracowników dość uzdol- 
nionych; wypłynęło ono przedewszystkiem ze 
stylu i sposobu, w jaki uczeni polscy wielkie 
zadania dziejopisarstwa pojmują, a mianowicie — 
z obawy, jaką odczuwają wobec tych pokus, 
które mogłyby ich unieść na skrzydłach fanta- 
zyi tam, gdzie słabnie siła panowania ideału 
możliwie ścisłej i bezstronnej prawdy. 



DMIECIE W POLSCE. 



U ludów słowiańskich nazwa kmieć (łaó. cme- 
iho), kmet, KMeTb i t p. różnymi czasy, a przy dro- 
bnych różnicach brzmienia, posiadała znaczenie 
rozmaite. Wiadomo jednak, że mianem tym na- 
zywano wyłącznie ludzi, trudniących się rolni- 
ctwem, bez względu — zwłaszcza w czasach 
zamierzchłych — na ich położenie majątkowe, 
a za niem — społeczne. Zdaje się też, że wywód 
językowy, wyprowadzający rodowód wyrazu 
kmet', kmieć i t. p. od greckich Kóp] (wieś) 
i x(oa7;T7)c (mieszkaniec wioski), posiada za sobą 
wiele prawdopodobieństwa. Wzrasta ono, gdy 
zważymy, że cechą najistotniejszą każdego — 
w najróżniejszy sposób pojmowanego »kmiecia«, 
była uprawa roli, lub wogóle — posiadanie 
ziemi. — Wraz ze zmianą stanowiska, jakiej 
z biegiem dziejów bezpośrednie trudnienie się 
uprawą roli w hierarchii zajęć ludzkich ulegało, 
zmieniało się także w różnych krajach słowiań- 
skich i znaczenie społeczne ludzi, zwanych 
kmieciami. — W prostych warunkach słowiań- 
skiego prabytu — w dobie prymitywnego zdo- 



IZKICE J DBOBUZBI. II 



50 J. K. KOCHANOWSKI 

bywania warunków życia, oznaczał prawdopo- 
dobnie KiieTb wybitniejszych i zamożniejszych 
posiadaczy osad gospodarskich — »magnatów« 
starosłowiańskiego społeczeństwa (= magnas, pro- 
cer). — U Słoweńców n. p., którzy przechowy- 
wali dłużej, niż inne zachodnie plemiona sło- 
wiańskie, tradycye swoich praojców, oznaczał 
km et' w narzuconym im przez Niemców feu- 
dalizmie, — człowieka, posiadającego pełnię praw 
lennika (Ganslehner). W ustroju patryarchalnym 
serbskiej z a drugi oznacza kmieć naczel- 
nika tej instytucyi, głowę rodziny, — to, co 
Niemcy nazywają der Haus&lteste, a Rosyanie 
starszina, zarówno w ramach rodowej insty- 
tucyi miru (mpt), jak i w sztucznem odbiciu 
tej instytucyi, znanem pod nazwą »artieli« 1 ). 
W Czechach średniowiecznych oznaczał kmieć: 
a) kmiecia w znaczeniu drobnego rolnika (Bauer); 
i) starca — początkowo, jako patryarchę rodu, 
a później jako człowieka starego i c) lennika, 
posiadającego wyższe prawo ziemskie, czyli na- 
leżącego do klasy panów (pani). Wogóle zaś 
był kmieć w Czechach ówczesnych tem samem, 
czem w Rzymie pater familias, a na Morawach 
hospodar (pols. gospodarz), — bez względu 



l ) Georg Staehr: »Ursprung, Geschichte, Wesen und 
Bedeutung des russischen Artels«, passim. (Dorpat 
1890-1891). 



KMUBOLE W POLSCE 51 

**a stanowisko społeczne »familii«. Nadto, ozna- 
czał tam kmieć dj głowę rodu pańskiego i członka 
najwyższej rady monarszej aż po rok 1487, kiedy 
i rycerstwo niższe powołanem do niej zostało 1 ). 
Miał przeto kmieć czeski identyczne niemal, 
mianowicie w punkcie ostatnim, znaczenie z pol- 
skim komesem (comes) — towarzyszem mo- 
narszym, wielmożą, mającym tyle wspólnego 
z hrabią (Graf) — ile Niemcy z Polską. 

Przechodząc do Polski, zauważyć trzeba, że 
dzieje znane kmiecia polskiego zaczynają się 
stosunkowo późno. Najdawniejsze zabytki pra- 
wne, z częściowym przynajmniej zachowaniem 
nomenklatury polskiej w zakresie omawianego 
przedmiotu, sięgają zaledwo schyłku Wieków 
Średnich, t. j. epoki, w której stanowisko za- 
wodu czysto rolniczego, rozstrzygające o zna- 
czeniu społecznem kmiecia w każdej dobie, na- 
leżało już do najniższych. Dzieje kmieci zle- 
wają się przeto u nas z dziejami ludności wie- 
śniaczej. Istnieją jednak i w owych, rdzennie 
polskich dziejach kmiecia, wskazówki, że, podo- 
bnie jak w Czechach n. p., oznaczał on pier- 
wiastkowo i u nas nietylko drobnego rolnika 
(= Bauer), ale i posiadacza większych włości — 
bodaj nawet magnata. — Jakkolwiek bowiem 



ł ) V. Brandl: »Glossarium...c w artykule Kmet\ 
(Brunn 1876). 



52 J. K. KOCHANOWSKI 

niektórzy uczeni nasi (n. p. Piekosiński) wyrażają 
zdanie, że nazwa kmiecia pojawia się w Polsce 
dopiero współrzędnie z oddziaływaniem koloni- 
zacyi niemieckiej, zdaje się być rzeczą niewąt- 
pliwą, że kmieć wszechsłowiański posiada w Pol- 
sce, podobnie jak w innych ziemiach pobratym- 
czych, plemienną, a odległą przeszłość swoją. 
Fakt, że miano kmiecia zjawia się dopiero 
w źródłach polskich XIII wieku, t. j. w dobie 
początków kolonizacyi niemieckiej, nie może tu 
posiadać, jak zobaczymy, znaczenia donioślej- 
szego. Po pierwsze bowiem, ogół źródeł naszych 
przeważnie w wieku XIII się poczyna, a po- 
wtóre — co najważniejsza — kmiecie tej epoki 
oznaczają u nas, podobnie jak i w innych 
ziemiach słowiańskich, nietylko ludność 
małorolną... W roku 1284 ks. Przemysław 
Wielkopolski w potwierdzeniu nadania Chełmna 
katedrze gnieźnieńskiej przez Komesa Bierwolda, 
łowczego kaliskiego i cześnika lądzkiego, nazywa 
go honorabilis k m e t h o noster et tniles strenuus l \ 
a podobneż miano » naszego kmiecia* otrzymuje 
w r. 1295 Komes Wawr żeniec w dyplomacie 
ks. mazowieckiego, Bolesława *) — Z tejże samej 
doby, z wieku XIII, pochodzą i najdawniejsze 
u nas wzmianki o kmieciach małorolnych, t. j. 



ł ) Cod. dipl. Maj. Pol. I. Nr. 539. 

*) Kod. dypl. Maz. Lubomirskiego, Nr. 41. 



KMIECIE W POLSCE 



53 



o kmieciach -włościanach. Najdawniejszą datę 
taką, rok 1241, wydobył Hubę 1 ) ze źródeł ma- 
zowieckich. Dla Małopolski i Wielkopolski będzie 
nią rok 1252 *). — Gdybyśmy nawet zapomnieli 
na chwilę o przytoczonych wyżej kmieciach- 
komesach, Bierwoldzie i Wawrzeńcu, stojących 
(w zakresie dziejów kmieci) na straży związku 
rozwojowego Polski z resztą ziem słowiańskich, 
samo źródło daty Hubego, — Mazowsze, którego 
najdawniejszy znany dokument lokacyjny na 
prawie niemieckiem pochodzi z r. 1253 *), stwier- 
dza poniekąd słuszność naszego zarysu pierwo- 
tnych losów kmiecia polskiego. — O polskim 
kmieciu-magnacie nic już więcej powiedzieć nie 
możemy. Miano kmiecia zlewa się u nas w do- 
bie średniowiecznej z pojęciem wolnego włościa- 
nina (homo liber) i towarzyszy mu stale przez 
cały ciąg tych dziejów. Dzieje kmiecia polskiego 
są przeto właściwie dziejami wolnej osobiście lu- 
dności wieśniaczej polskiej od czasów najdawniej- 
szych aż do ujęcia tej klasy społecznej w karby 
pańszczyzny. Jakkolwiek bowiem kmieciami 
i kmiotkami nazywano dość powszechnie i chło- 
pów późniejszych, będących zniwelowanym 



J ) » Prawo Polskie w wieku XIIIc str. 52. 
») Kod. kat. krak. I, Nr. 34. Kod. dypl. W. Pols. I, 
Nr. 308. 

8 ) Hubę »Prawo Polskie* j. w. Nr. 24. 



54 



J. Ł KOCHANOWSKI 



w okresie pańszczyzny wytworem społecznym 
wszystkich, zróżniczkowanych dawniej, katego- 
ryj ludności wieśniaczej; jakkolwiek kmieciami 
nazywano niekiedy i w Wiekach Średnich ludność 
niewolną 1 ) — to jednak naogół kmieć xi&'i£ox^v 
oznaczał przedewszystkiem, a bodaj — w zasa- 
dzie, wolnego wieśniaka. Za interpretacyą taką 
przemawia większość źródeł, a nadewszystko 
krocie wzmianek, rozproszonych po księgach 
sądowych wszystkich ziem Polskich XTV i XV 
wieku. Jeżeli zaś zasadnicza ta interpretacyą 
zbacza nieco od ścisłości zupełnej, pochodzi 
to z braku ścisłych granic grup i zjawisk spo- 
łecznych wogóle, a średniowiecznych, bardzo 
zróżniczkowanych, w szczególności — Dzieje 
wszystkich klas średniowiecznej ludności wie- 
śniaczej i dzieje chłopów późniejszych (podda- 
nych), którzy z ogółu klas tych powstali, należą 
do historyi włościan. Na tern miejscu zaj- 
miemy się tylko dziejami kmieci we właściwem 
znaczeniu tego wyrazu, — jedną z najbogatszych, 
a i najpiękniejszych zarazem, kart historyi wło- 
ściaństwa polskiego. — Zdaje się, że pierwotnie, 
jeszcze przed powstaniem zawiązków władzy 
centralnej, istniały w Polsce, przeważnie drobne: 
a) osady ludzi wolnych, biorące swe nazwy od 



») Por, Cod. dipl. Maj. Pol. Nr. 308 z r. 1252; ...duo 
kmetoties proprii patris nostri, renałores castorum... 



KMIMCIB W P0L80B 55 

ifflion założycieli. — Tworzenie się władzy pań- 
stwowej, skupiającej tych rozproszonych mie- 
szkańców, wywoływało powstawanie punktów 
oparcia owej władzy, czyli miejsc obronnych, t. j. 
grodów. — Na utrzymanie załogi grodów prze- 
znaczano pewną ilość osad, zamieszkanych przez 
dawnych tubylców (a), pozbawionych wolności, 
a zwanych odtąd p) narokowemi. Osady te, 
w części i znowa zakładane (jeńcy, niewolnicy), 
przybierały nazwę od rodzaju narzuconej im 
posługi (n. p. Szczytniki = ludzie, wyrabiający 
tarcze = szczyty; Grotniki = groty i t. p.). — 
W wieku XII mnożą się w Polsce większe po- 
siadłości kościelne i szlacheckie kosztem dawnych 
osad wolnych (a), przechodzących na własność 
Kościoła i szlachty z woli panującego. Jest to 
chwila, w której na arenę dziejów wewnętrznych 
Polski wypływa typowa klasa wieśniacza naszych 
Wieków Średnich, t. j. kmiecie. — Pierwszą, za- 
sadniczą kategoryę tej ludności, zwaną w źró- 
dłach liberi, stanowiła, jak się zdaje, część potom- 
ków dawnych tubylców (a), z którymi zlewają 
się i przybysze wolni — hospites. Cechą tej ka- 
tegoryi było używanie wolności osobistej, a brak 
własności gruntowej, która na obszarze całego 
państwa należy już do panującego, lub do tych, 
których on ziemią obdarował. Potrzeba rąk ro- 
boczych i wolność osobista pierwszej kategoryi 
kmieci, krępująca panów, wytworzyły jednak 



56 J. Ł KOCHAKOW8KI 

dość wcześnie drugą kategoryę ludności wieśnia- 
czej (y) klasę, przypisaną do gleby (adscriptim), 
a posiadającą swój pierwowzór genetyczny w nar 
rocznikach (£). Dawna kategorya ludzi wolnych 
(x), zlewając się stopniowo — to z narocznikami 
(£), to z ludnością do gleby przypisaną (y), obni- 
żała poprzedni swój poziom społeczny, podnosząc 
jednocześnie poziom obu klas niższych ({ł i y). 
Czynniki polityczną ekonomiczne i agrarne stwo- 
rzyły wreszcie ze wszystkich tych klas i ich 
poddziałów — typ kmiecia polskiego. — Kadry 
jego pomnożyła z czasem najniższa społecznie 
klasa ludności wiejskiej — niewolnicy (sertd, 
ancittae, familia), pochodzący z jeńców wojennych 
i z zakupieńców. — O dziejach kategoryi a i (i 
nie da się nic bliższego powiedzieć. Najbogatszą 
stosunkowo w szczegóły jest historya ludności 
pół-wolnej (y), mającej wywrzeć wpływ najpo- 
ważniejszy i urobić z czasem fizyognomię dzie- 
jową średniowiecznych kmieci polskich przed 
kolonizacyą niemiecką. Kategorya ta ludności 
wiejskiej (y) była, jak się zdaje, najliczniejszą. 
Początkowo zamieszkuje ona posiadłości panu- 
jącego, a z czasem, już w wieku XTT, przecho- 
dzi dość licznie wraz z ziemią na Kościół i na 
szlachtę drogą darowizn książęcych. Wolność 
tych ludzi (y) była do tyla ograniczona/ że bez 
zezwolenia swych panów bezpośrednich nie mo- 
gli gruntu opuszczać, panowie zaś mieli prawo 



KMD90IB W POLSCE 



57 



przesiedlać ich wedle własnego uznania. Na tej 
to ludności ciążyły przedewszystkiem rozliczne 
ciężary publiczne, wynikłe z nakazu pańskiego 
w dobie, kiedy książę był ich panem bezpośre- 
dnim. Do typowych ciężarów takich należały: 
stróża, czyli pilnowanie osad własnych, i naj- 
bliższego grodu; ciężar ten bywał zamieniany 
na opłatę; poradlne, czyli danina z gruntu; 
stan (danina na stół, goszczącego w okolicy 
panującego); narzaz; (=na rzeź; danina mię- 
sna na dwór monarszy) i obraz (obowiązek 
wymiany dawnej, a lepszej zazwyczaj monety, 
na nową, gorszą — wedle wartości nominalnej), 
Nadto, podlegała ta ludność posługom licznym, 
związanym z wyprawami wojennemi, z łowami 
księcia i t p. Z chwilą przejścia gruntów w po- 
siadanie prywatne, ludność ta ulegała także ró- 
żnym daninom i opłatom na rzecz nowego pana 
bezpośredniego. — Juryzdykcya nad całą ludno- 
ścią polską, a więc i wieśniaczą, należała w tej 
dobie do panującego, lub do jego urzędników (ca- 
ttellani), których okręgi były zapewne odbiciem 
prastarych urządzeń administracyjnych, polega- 
jących na prawno-publicznych wspólnotach wst 
okolicznych, czyli na t. zw. organizacyi opolnej 
(opole) i zupnej (?). — Tak przedstawia się na- 
ogół pierwotny byt historyczny kmieci polskich, 
* dobie poprzedzającej kolonizacyę niemie 
e ką. Kolonizacya ta, rozwinięta od połowy w| 




»n j. K. KuuHASGWbŁI 

Mli, wprowadziła do Polski niemiecką organi- 
iu\«; wiejską, mającą ku schyłkowi Wieków 
Si-i-diiii-li dokonać całkowitej prawie niweiacyi: 
wm-uiI naszej ludności wieśłiiaczej. Kmieć, biiżer 
historycznie znany, na tym dopiero tle i w rym 
ukicsio 1'zaasu ^XIH— XV w.) wyraźniej w dzie- 
lurli naszych się zaznacza, uchodząc z rego 
I ni w udu niewłaściwie za kreacyę kolomzacyi 
Niciiuci-kiej. Wpływ jej wszelako, przekanaua- 
iąc 'io -runtu stosunki agrarne w Polsca vy- 
iwoi/.\l /, dawnych żywiołów wiejskich, orai: 
. ludnu.»<i rolnej napływowej, nowy typ kmiecia, 
iirili|o> Lypciii przejściowym pomiędzy lanie- 
. Jem dawnym a późniejszym >ohlopem«, który 
ił»v.Ł>..uiv hyć może z wielu względów za typ 
.•UuitMjtiy dawnego kmiecia przedkolonizacyj- 
... C " Vii> charakter zasadniczy owego nypu 
,.i.-.. joi suwi^u pojąć należycie, dość jest rzucie 
■ kii.Mi na fizyoguomię kolonizacyi niemieckiej. 

w , w olały ją dwa czynniki: ciężkie pogorszenie 

• .„•i., -t oiąd prąd emigracyjny niemieckiej 

... i.. . .. i loinoj; powtóre zaś — zapotrzebowanie 

.Lii j.-. .. ludności w Polsce przez właścicieli ziemi 

|tl .,• ui.łIy dochód z powodu braku uprawy. 

,i ,i. .mu utąd ruchowi immigracyjnema to- 

,i t pod berłem Piastów okoliczności jak- 

;, ... iiuu-jnAr.: łatwość zyskania grunta pod 

,. ..v ii <u mikach dla kolonistów dogodnych, 

' » , "\ • ■ ■■* w^l^dem ekonomicznym, ale i apo- 



KMIECIE W POLSCE 59 

fecznym. Na takiem tle rozwija się u nas kolo- 
nkacya niemiecka nader pomyślnie w XIII, XIV, 
oraz w pierwszej połowie wieku XV. Wywarła 
ona wpływ stanowczy nietylko na dokonane 
z czasem ujednostajnienie typu kmiecia, ale i na 
powodujące tę metamorfozę zmiany radykalne 
w dawniejszym systemie naszego rolnictwa, wzo- 
rującym się odtąd na urządzeniach niemieckich. 
System ten polegał pierwej na tem, że wsie 
polskie miały pod względem rolniczym — wsku- 
tek obfitości ziemi, a braku rąk roboczych — prze- 
dewszystkiem charakter zbiorowo- jednodworczy. 
Jakkolwiek bowiem kmiecia łączyło z innymi 
towarzyszami, zamieszkałymi w tej samej wsi, 
blizkie sąsiedztwo, wspólna zawisłość od pana 
i solidarna odpowiedzialność za popełnione we 
wsi, lub w jej najbliższym okręgu (opole), 
a niewykryte przestępstwo, — wieś jednak nie 
stanowiła właściwie jednostki prawnej, ani jej 
grunta — jednostki gospodarczej, będąc, conaj- 
wyźej, zbiorowiskiem terytoryalnem jednostek 
podobnych. Co do związków krwi kmieci pol- 
skich — cognationes, to te rozpłynęły się tak 
wcześnie w communitas »niemieckiej«, że się nic 
bliższego o nich powiedzieć nie da. Każdy kmieć, 
byle czynsz wraz z daninami i prestacyami 
opłacił, gospodarował sobie i dla siebie, będąc^ 
z wyjątkiem okoliczności pomienionych (pan, 
opole, sąsiedztwo), jednostką całkiem niezależną 



60 



J. K. KOCHANOWSKI 



w zakresie praw, przysługujących mu z uro- 
dzenia, — Inaczej miała się rzecz w importo- 
wanym do Polski wiejskim ustroju niemieckim, 
pochodzącym ze » złotych « jeszcze czasów za- 
chodniego wieśniaka, — Zasada niezawisłości 
osobistej, człowieczej, rozwinięta jest w tym 
ustroju o wiele wyżej niż w polskim (mamy ru 
na myśli klasę najliczniejszą ludności wieśniaczej 
polskiej, wzmiankowaną wyżej pod y). Wszelako 
miejsce ograniczeń innych zastępuje w nim, na 
rzecz produkcyi rolnej, zawodowa zawisłość go- 
spodarcza w zakresie czasu, rodzaju uprawy 
i eksploatacyi ziemi, określonych ściśle przez 
płodozmian, wspólny dla gruntów danej wioski. 
Wypływająca właśnie z tego ustroju wspólność 
osadników rolnych, zamieszkałych w danej miej- 
scowości, składa się — zarówno pod względem 
agrarnym jak i autonomii prawnej, na pojęcie 
i istotę wsi właściwej (niemieckiej Borf), a dar 
lej wogóle — instytucyi wiejskiej wspólnoty 
(Dorfgemeinde r commumtas), czyli gromady. 

Nie była jednak ta wspólność komunizmem, 
Każdy członek gromady posiadał bowiem wy- 
dzieloną sobie z gruntów wiejskich, a określoną 
ściśle, ilość roli, łąki, lasu, czyli — obok pa- 
stwiska wspólnego — osadę, rozproszoną niekiedy 
w swych częściach składowych na przestrzeni 
większej, w miarę rodzaju wiejskiego terenu 
i zastosowanego doń plodozmianu. W całości 



KMIBOIB W POLSCE 61 

nosiła ta osada nazwę włóki, czyli łanu (Hufe, 
lad mansus). — Powstałe wskutek podobnego 
urządzenia szachownice gruntów wieśniaczych, 
spotykamy i dziś jeszcze, zarówno na Zachodzie, 
jak i u nas, we wsiach, które posiadały w prze- 
szłości prawo i urządzenia niemieckie. Wsie tedy 
w znaczeniu właściwem, bo — mające za pod- 
stawę zarówno większą ilość »gospodarek«, jak 
i ich łączność prawno-rolniczą, powstają u nas 
w zasadzie, a wbrew dawniejszym poglądom 
historycznym, dopiero pod wpływem kolonizacyi 
niemieckiej 1 ). Łączy się z niemi ściśle nowy 
typ kmiecia, o jakim mowa. 

Widząc strony dodatnie nowego wzoru, z któ- 
rego zastosowania, w ślad za podniesieniem rol- 
nictwa, większy też dochód (czynsz) z ziemi 
osiągnąć było można, poczynają rolni właści- 
ciele polscy, jak oto: panujący, Kościół i szlachta, 
nietylko przybywających z Zachodu kolonistów 
na gruntach swych osadzać, zaopatrując ich 
w przywileje na dalsze praktykowanie w całej 
pełni niemieckich obyczajów prawnych i rolni- 
czych, ale — dawne nawet wioski »polskie«, 
przenoszą, czyli »lokują« na prawie i rolnych 
urządzeniach niemieckich. Przywilej odpowiedni 
otrzymywał do rąk, przed przystąpieniem do za- 
łożenia lub do organizacyi wsi, przedsiębiorca tej 



x ) Ob. niżej ustęp o położeniu ekonomicznem kmieci 



62 



J. Ł KOCHASOWSKI 



czynności czyli >zasadżca< (sculUtus, sołtys), sta- 
jący się pośrednikiem pomiędzy gromadą (com- 
mumtasj a panem. Stawał się on nadto wojennym 
tegoż towarzyszem i sędzią w pierwszej instan- 
cyi spraw danej wsi sądzonych na podstawie 
prawa niemieckiego. Za trudy swoje otrzymywał 
część dochodów z sądownictwa i wolny od cię- 
żarów kawał gruntu (sołectwo) dla siebie i swych 
potomków, którzy urząd jego dziedziczyli 

Możliwie dokładna synteza dziejów klasy wło- 
ściańskiej, a stąd i kmieci właściwych w Polsce, 
należy jeszcze do przyszłości Wielorakośó par- 
tykularyzmów dzielnicowych i niemniejsza ró- 
żnorodność warunków ekonomicznych, oraz sto 
sunków agrarnych w różnych ziemiach i epo- 
kach, nie pozwalają, z wielu względów, na su- 
maryczne traktowanie dziejów »włościaństwa« 
polskiego, ani nawet historyi kmieci (kmethones, 
rzadko rusłici), czyli typowej ludności wieśniar 
czej średniowiecznej, występującej w przybliże- 
niu w okresie lat 1250—1450, nim się na typ 
chłopa (poddanego, rusticus, rzadziej kmetho) za- 
mieniła. — Odtworzenie tych dziejów na pod- 
stawie skąpych zabytków ustawodawczych (Sta- 
tuty) byłoby z trzech powodów dalekie od pra- 
wdy. Po pierwsze z powodu lakonizmu rze- 
czonych zabytków — zwłaszcza w stosunku do 
ludnoŃH \vi<\JHki<\j; powtóre — z powodu częstej, 
nloinnl /.tiMfirinit-Kcj, rozbieżności pomiędzy teoryą 



KMIBOIB W POLSCE 



63 



(t. j. ustawodawstwem, a raczej jego usiłowa- 
niami) a praktyką prawną w Wiekach Średnich 
i po trzecie — z powodu sprzeczności, jaka po- 
między ideą ujednostajnienia prawa, piastowaną 
przez rząd, a istotnym, partykularnym stanem 
rzeczy, podtrzymywanym przez sądy i społe- 
czeństwo, zachodziła. Klucze do poznania tej 
rzeczywistości szerokiej, a skomplikowanej, spo- 
czywają podziśdzień jeszcze w surowym a ol- 
brzymim materyale archiwalnym, dotyczącym 
bezpośrednio omawianej kwestyi. Są to — poza 
nielicznymi stosunkowo (znanymi) dokumentami 
lokacyjnymi — księgi sądowe. Poczynają się one 
dopiero na schyłku XIV wieku, a zawierają 
materyał kolosalny i nieoceniony. — Mówiąc 
o dziejach kmieci, należałoby właściwie mówić 
oddzielnie, a przynajmniej zaznaczać waryanty 
historyczne, zachodzące pomiędzy dziejami kmieci 
śląskich, wielkopolskich, małopolskich, kujawskich, 
mazowieckich i t. d. Jest to dzisiaj jeszcze, ściśle 
biorąc, nawet w przybliżeniu, niemożliwe. Jeżeli 
jednak, jako przykład najwybitniejszy, obierzemy 
sobie dzieje kmieci w najkulturalniejszej prowin- 
cyi średniowiecznej polskiej, t. j. w Małopolsce^ 
to dzieje właściwe przedstawiają się (na podsta- 
wie źródłowej) jak następuje 1 ): W końcu XIV 



*) Cały wykład opieramy poniżej na dyplomataryu- 
szach, na Liber Beneficiorum Długosza, oraz — przede- 
W8zystkiem — na rękopiśmiennych księgach ziemskich, 



64 J. K. KOCHANOWSKI 

i w początkach XV wieku, a nawet w całej 
pierwszej jego polowie, spotykamy tam dwa typy 
kmieci: osadzonych na prawie niemieckiem i pol- 
skiem. Pierwsi podlegali w zasadzie sądownictwu 
autonomicznemu właściwego sądu sołtysiego, 
a w wyższej instancyi — sądowi prawa nie- 
mieckiego na zamku krakowskim, przyczem od 
r. 1423, w zakresie czterech artykułów grodz- 
kich (podpalenie, rozbój, grabież, gwałt), ciążyło 
nad nimi i ogólne sądownictwo grodu (jus ca- 
strense). Drudzy podlegali przedewszystkiem są- 
dom grodzkim, których kadencye były nieprze- 
rwane, oraz — w praktyce, i sądownictwu 
ziemskiemu. — Nadto, mówiąc językiem rze- 
czywistości, a nie teoryi, nadmienić trzeba, że 
niektóre wsie »niemieckie« podległe były sądo- 
wnictwu pańskiemu (jus dominidle); » polskie* zaś, 
pomimo że teoretycznie powinno było być wręcz 
naodwrót, należały w tej mierze do wyjątków. 
Anomalia ta powstawała w sposób następujący: 
Sądy dominialne utrzymywali na mocy specyal- 
nych, rzadkich przywilejów, przedewszystkiem 
Kościół i magnaci, a sądy te sądziły w zasadzie 
swoich kmieci własnych; inni kmiecie polscy, 

grodzkich etc. krakowskich z XIY— XV wieko. Przygo- 
towując opracowanie hardziej szczegółowe niniejszego 
«jkicu w książce osobnej, pomijamy tu wszelkie bliższe 
cv u« y, zaczerpnięte z kilkudziesięciu tysięcy za- 
pt* k k sądowych, oraz z wielu innych dokumentów. 



\ 



f 



j KMIBCIB W POL8CB 65 

ii 

* pozbawieni sądownictwa dominialnego, korzystali 

z sądów państwowych. (Było to naturalne, gdy 
zważymy, że sądy średniowieczne uważać na- 
leży przedewszystkiem za instytucye, trudniące 
się pośrednictwem w zawieraniu kompromisów po 
między powaśnionemi stronami — zarówno w spra- 
wach w pojęciu dzisiejszem »cywilnych«, jak 
i w >karnych«. Wyjątek stanowiły w tej mierze 
tylko 4 artykuły grodzkie). Tymczasem przecię- 
tny szlachcic (dziedzic), przenosząc za zezwole- 
niem panującego wieś swoją » polską* na prawo 
niemieckie i zwalniając ją tern samem od juryz- 
dykcyi sądów państwowych, t. j. polskich, a w pier- 
wszym rzędzie od sądownictwa starościńskiego 
i kasztelańskiego, czyli — grodu, zostawał sam 
jej sołtysem, t. j. sędzią autonomicznym niemie- 
ckim, pomimo, że Statut Wiślicki proceder taki 
za niegodny szlachty uważał. — Że jednak taki 
pan-sołtys prawa niemieckiego nie znał, a do- 
chody z nabytego przywileju sądownictwa chę- 
tnie pobierał, przeto zwykł był sądzić kmieci 
swoich wedle normy sądów dominialnych pol- 
skich. I powstała stąd dziwaczna instytucya 
»sołtysa polskiego«, która się z czasem 
zupełnie utarła, otwierając drogę późniejszej — 
z doby chłopskiej — przewadze prawnej pana 
nad kmieciami, zwłaszcza, gdy ją i stosunki 
ekonomiczuo - agrarne na niekorzyść tych osta- 
tnich wzmocniły. Jakkolwiek szlachta rzadko 



SZKICE I DROBIAZGI. II. 



DO J. K. KOCHANOWSKI 

jeszcze w sposób bezpośredni obowiązki sołtysie 
we wsiach swoich sprawowała, trzymając sobie 
do tego odpowiednich zastępców (sołtysów), to 
jednak tkwił w tern zawiązek późniejszej potęgi 
pana. — Reasumując ustęp powyższy, stwierdzić 
musimy, że dwie wspomniane kategorye kmieci 
rozpadały się właściwie u schyłku Wieków Śre- 
dnich na cztery poddziały: aj kmieci niemieckich, 
bj kmieci polskich, ej kmieci legalnie pańskich 
(n. p. w dobrach kościelnych, posiadających sądy 
dominialne = patrymonialne) i dj kmieci pań- 
skich nielegalnie (czyli — przeniesionych urzę- 
downie z prawa polskiego na niemieckie, ale uwa- 
żanych w praktyce przez szlachtę za (ludność y) 
rodzaj »chtopów« późniejszych). — Epoka, o jakiej 
mowa — nawskróś grubo-materyalistyczna, — 
miała, obok ujemnych, tę dobrą dla kmieci 
stronę, że w praktyce stosunki społeczne polegały 
w niej nie tyle na ideowej, klasowej, ile jeszcze, 
a przedewszystkiem — na ekonomicznej pod- 
stawie. Ogólne zaś stosunki były tego rodzaju, że 
się szlachta osobiście mało naówczas rolnictwem 
trudniła, przenosząc ponad nie służbę rycerską. 
Zasadą wartości ziemi był dla niej przeważnie 
jeszcze czynsz, a marzeniem ekonomicznem — 
możliwe podniesienie jego skali. Stąd na wolność 
osobistą kmieci nie dybała wcale, a kmieć spra- 
wny i pracowity, byleby obowiązkom umowy 
z panem czynił zadość, posiadał całą możność 



nmcnfi w połscb 67 

zdobycia powafaiiejszych nawet zasobów matę- 
ryalnych, które mu per fas et nefas, ale skute- 
cznie, do najwyższych szczebli społecznych mo- 
gły utorować drogę. Drobna, a często żadna 
różnica kulturalna pomiędzy nim a szlachcicem, 
sprzyjała temu nie mata Zjawisku owemu udzieli 
oświetlenia jaskrawego fakt, że uboższa, prze- 
ciętna szlachta średniowieczna oceniała przywi- 
leje stanu swojego przeważnie ze strony prakty- 
cznej: dumna była z tego, że członki jej i rany 
wyżej były w taksach Statutu szacowane, ani- 
żeli kmiece, ale nie mogła przy sposobności 
oprzeć się pokusie, aby poczęstunku z rąk kmie- 
cia nie przyjąć, aby z nim w karczmie nie 
świadczyć sobie kompanii, pożyczką lub darem 
jego pogardzić, a wreszcie (rzadko!) — gdy bogat- 
szemu o to chodziło, — nie zaświadczyć pod 
przysięgą zupełnego z nim braterstwa po klej- 
nocie i zawołaniu. Że przez małżeństwa i drogą 
fałszywego wywodu ze szlachectwa wsiąkło 
w materyalistycznej, krzywoprzysiężczej dobie 
średniowiecznej, nie mało kmieci bogatszych do 
szlachty, to rzecz niewątpliwa 

Idea wyższości urodzenia, stojąca w dobie 
późniejszej — nie bez wyjątków jednak — zja- 
wiskom takim na drodze, tkwić mogła w stul. 
XIV i XV jedynie w głowach możnowładców, 
wobec których przed przywilejem Jedlnieńskim, 
przed Kazimierzem Jagiellończykiem i Aleksan- 

5» 




drem, jeszcze się szlachcie o równości przys 
wiowego zagrodowca z wojewodą ani śniło! 
Szlachta szara, uboga, stanowi w Wiekach Śre- 
dnich żywioł, wobec wszystkich warstw społe- 
cznych — nie wyłączając kmieci — stanowczo 
pod względem ekonomicznym (wówczas absolu- 
tnie najdonioślejszym faktycznie) upośledzony. 
Na takiem tle zasadniczem rozpatrywać należy 
dzieje rzeczywiste kmieci ówczesnych* W teo- 
ryi byli bowiem kmiecie upośledzenia zarówno 
pod względem społecznym, jak prawnym i eko- 
nomicznym* Przezwiska: rybałt, łapka, cham 
i chłop, dotykały ze strony warstw wyższych 
ich godność osobistą. Statut ustanawiał cenę ich 
głowy na 10 grzywien, podczas, gdy szlachecka 
u. p, 60 była warta, a ziemia, którą uprawiali, 
nie była (prócz wyjątków) ich własnością, co zmu- 
szało ich do opłacania się za prawo pracy i za 
zdobywanie sobie warunków bytu. Teorya ta 
udbiła się właśnie w Statutach, które — nietylko 
Opłaty najniższe za śmierć (10 grz.), rany krwawe 

I i tłuczone (8 skojców), zadawane ktnie- 
'*, wyznaczały, ale — ze względu na straty, 

tattne w krzywdach kmiecych panom, część 
1()a /o-50°/ ) tych opłat sądom, a wzglę- 
wlaścicielom gruntu przyznawały, — 
Łtyce sądowej jednak, będącej odbi- 
li u* teoryi, dola kmieca w korzy* 
HHt*j*4c<u *tviotle się przedstawia, Wartość eko- 



KMIECIA W POLSCE 69 

nomiczna pracownika na roli zagłusza tu często 
jego upośledzenie socyalne i prawne, doprowa- 
dzając niekiedy do zjawisk iście zdumiewają- 
cych. Za zabójstwo szlachcica n. p. groziła ka- 
żdemu, a więc i kmieciowi (zazwyczaj opłaty 
normowane były nie według klasy krzywdzi- 
cieli, lecz — pokrzywdzonych), wysoka opłata 
karna, wynosząca 60 grzywien. Rozmiary jej 
podnosiły nadto dwie kary sądowe »piętnadziesta« 
(po 3 grzywny), płacone sądowi i spadkobier- 
com zabitego. 66 grzywien była to suma dla 
kmiecia i wogóle dla człowieka niebogatego — 
rujnująca. Niemożność uiszczenia jej groziła 
śmiercią. W takich wypadkach zdarzało się, że 
sąd kmieciowi kary dodatkowe darowywał (in- 
dulsio poene XV), a główszczyznę rozkładał (za 
zgodą powoda) na raty, i to w naturaliach, n. p. 
w wosku, po cenie możliwie wysokiej. Wypadku 
takiego w zastosowaniu do szlachcica nie znamy. 
Przeciwnie — szlachcic za ochromienie lub zra- 
nienie szlachcica płacił dwa razy tyle, co nie 
szlachcic, a więc i kmieć. Pochodziło to z usi- 
łowania wpojenia w rycerstwo obyczajów bar- 
dziej kulturalnych, oraz poczucia wyższości 
własnej. — Cześć niewiasty kmiecej ceniona 
była na równi z inną — t. j. oppressor... in gra- 
łia... ejus — bez względu na klasę, do jakiej ów 
oppressor należał. — Jako człowiek wolny, mógł 
kmieć dochodzić na każdym — nie wyłączając 



70 J. K. KOCHANOWSKI 

własnego pana — krzywdy swojej, a sądy pu- 
bliczne (inne stanowią mniejszość) rządziły się 
w tej mierze bezstronnością najzupełniejszą. Nie 
wolno go było »ciąźyć« (impignorare) za winy 
pana, a nawet, uwzględniając ewentualne ubóstwo 
kmiecia, nakazywał go Statut ciążyć w razie 
nieusprawiedliwionej nieobecności w sądzie (eon- 
tumacia) tylko na jednym wole, podczas gdy 
szlachcicowi podwójny w takim wypadku se- 
kwestr zagrażał. Wzbraniał wprawdzie Statut 
kmieciowi naganiać szlachectwo szlachcicowi 
(vituperatio nobilitatis) — chyba takiemu, któryby 
w mieście siedział i kupczył, albo, raz już przez 
równego sobie naganiony, z zarzutu się nie oczy- 
ścił (expwrgatio nobilitatis); ale sam fakt tego za- 
kazu świadczy z jednej strony o usiłowaniu 
państwa, aby szlachtę podnieść społecznie, — 
z drugiej zaś — o wysokiem stosunkowo stano- 
wisku kmiecia, które sztucznie, za pomocą na- 
kazów z góry, obniżyć trzeba było w myśl 
feudalnej zasady średniowiecznej, że winny przez 
równego sobie sądzonym i ocenianym być po- 
winien. — Idea ta była z dwóch względów do 
przeprowadzenia trudną. Raz — dla małej ró- 
żnicy kulturalnej, jaka pomiędzy szlachtą i kmie- 
ciami zachodziła, a powtóre dlatego, że same 
nawet organa władzy — sądy i sędziowie, słabo 
sobie jeszcze z różnicy stanowej obu tych klas 
zdawali sprawę. Nie wiedzą tedy sadownicy 



KMIBCIB W POLSCE 71 

ówcześni dokładnie, w czem właściwie i jak na 
drodze praktyki prawnej, często prejudykatowej, 
a w dalszym ciągu — ustawodawczej, należy 
tkwiącą w abstrakcyi ówczesnej potrzebę wyo- 
drębniania klas społecznych, uwydatniać. — Na 
tej łabtda ram przebijają tu i owdzie zawiązki 
urządzeń późniejszych, skrystalizowanych w do- 
bie »chłopskiej«, w wieku XVI i XVII, — albo 
reminiscencye prastarych obyczajów prawnych 
danej ziemi, przestarzałych już w omawianej 
dobie. Naogół jednak epoka ta przedstawia na- 
der mało prawnych ograniczeń kmieci poza 
temi, jakie co do opłat karnych ustalił Statut 
Wiślicki. Najważniejszem z tych ograniczeń do- 
datkowych w Małopolsce było zasądzanie od 
kmieci kary »piętnadziesta« na rzecz sądu 
i strony wygrywającej, o ile był nią szlachcic 
lub żyd, a — brak przysądzania jej kmieciom. 
Gdy kara taka należała się kmieciowi, pobierał ją 
pan jego. Piętnadziesta stawała się przeto w tym 
wypadku, jakby jednym z pierwszych symbolów 
pojęcia o zwierzchnictwie pańskiem (dominium, 
jus dominii). Być może jednak, że była tylko 
relucyą za należne panu faktycznie, lub teore- 
tycznie, prawo sądownictwa w danej sprawie. 
Świadczyłby o tern fakt, że »piętnadziestę«, 
należną woźnemu, sąd właściwy zabierał, a mie- 
szczanom, stającym przed sądami polskimi 
(niewłaściwymi dla nich, bo należeli do niemie- 



1? £. Ł 1EBBOTUUPOWSKI 

cłritóto; ma? praym&waan© jej wcale. Karę d: 
tafejpaą,, TI <j*ytffm (= 6 skojców) kmiecie ] 
bfetalBL 

Jtafeffi doda pramma kmieci, legalnie lub n 
legalnie ^pofekoełn*. do najgorszych nie należą 
to kpszem jesatcie było położenie kmieci »n 
mieckkiis a nawet tych *polskich« (z dóbr c 
chownycli\ którzy faktycznie sądownictwu p* 
skiemu podlegali. — Kmiecie ^niemieccy* i 
dzeni byli praez sołtysa wedle prawa niem 
ckiego w sądzie sołtysim, wiejskim, czyli ław 
czym (Jwticmm bamutum). Niekiedy nazywa 
go i gromadzkim, a sądził on w zasadzie wsz 
kie drobniejsze sprawy kmieci właściwych, k 
rych, jakby w poczuciu ich wyższości nad km 
ciami »polskimi«, — »mieszkańcami« i «czyns 
wnikami*, a wyjątkowo tylko kmieciami (jak na 
żało), mianował. Sprawy ważniejsze tych kmi( 
podobnie jak i mieszczan, rozstrzygał Sąd W; 
szy prawa niemieckiego na zamku krakowsk 
Ponieważ kmiecie i mieszczanie stanowili w 
sadzie wyłączną klientelę sądownictwa niem 
ckiego, przeto byli przez nie traktowani nao; 
tak, jak szlachta przez państwowe sądownict 
polskie. W praktyce wystarczały kmieciom pr 
ważnie same sądy sołtysie, podobnie jak m 
aaozanom — sądy wójtowskie. Na sto spre 
sądzonych w Wyższym Sądzie prawa niem 
<*tego wypada, n. p. w latach 1392—1416, : 



KMIECIE W POLSCE 



73 



tedwie 4°/ spraw kmiecych i 6°/ raieszczań- 
akich 1 ). Olbrzymią większość, wynoszącą 90° / , 
stanowią tam sprawy sołtysów i wójtów, dla 
których sąd ów by Z instytucyą jedyną, poza 
sądem królewskim. — Kmieci, podlegających 
sądownictwu pańskiemu, t. j. (w zasadzie fakty- 
cznej) kmieci z dóbr duchownych, sądził sąd 
dominialny, inaczej patrymonialnyni zwany, 
majdający się zazwyczaj w każdych obszerniej- 
szych włościach duchownych. Sąd ten » wyrę- 
czał* samego pana, Ł j, biskupa, opata i t. p., 
a składali go: sędzia pański, wójtem niewłaści- 
wie zwany, oraz ławnicy. Jeżeli wszystkie inne 
sądy tej epoki starały się usilnie o zadowolenie 
swej klienteli, z której im dochód wszelaki pły- 
nął, to pierwszymi w tej mierze były sądy do- 
minialne, najmniejszą klientelę posiadające*). 
Zdarzało się tedy, i to dość często, że strony, 
pomijając właściwe sądy swoje, szukały zała- 
twienia spraw w — innych, przedstawiających 
lepsze widoki powodzenia. Oczywiście, było to 
możliwe tylko za zgodą obu stron powaśnionych. 



l ) Acta Jud. Jur* Supr. Magdeb. in Castro Grac, (Ar- 
chiwum Krajowe w Krakowie). 

■) Przypominamy, &e wszelakie sądy ówczesne — 
z wyjątkiem grodn w sprawach gardłowych (quatnur 

tcuU castr en 8e$) — były przedewszystkiem instytu- 
cyamj, pośredniczącemi kompromisy pomiędzy stronami, 
na podstawie obyczajów prawnych. 



74 



J. K. KOCHANOWSKI 



Znamy jednak mnóstwo wypadków, w których 
zgoda taka następowała, a obwiniony, lub po- 
wód, a jurę suo reeedmdo, wyrok niewłaściwego 
sądu przyjmował* Z jednej strony wytwarzało 
to gmatwaninę stosunków prawnych; z drugiej 
jednak ludzie, zwłaszcza ubożsi, wyzwalali się 
w ten sposób od ewentualnego upośledzenia, lub 
od wysokich kar sądowych (np. w państwowem 
sądownictwie polskiem), zyskując na kieszeni 
i honorze. — W tern położeniu rzeczy zaryso- 
wał się na tle sądownictwa dominialnego, zmie- 
rzającego do powiększenia swej klienteli, ten 
objaw charakterystyczny, że kmiecie np., skoro 
tylko mogli, nigdzie indziej, jeno w sądach pa- 
tryraonialnych sprawy swoje (zwłaszcza, gdy ich 
pozywano) załatwiać usiłowali. Gdy dodamy, że 
w sprawach z panem własnym stały dla kmie- 
cia ówczesnego zawsze sądy publiczne otworem, 
a w sprawach z obcymi pan, stans circa kominem 
suutn, starał się nietylko od krzywdy, ale i od 
cięższej przegranej kmiecia swojego ocalić — 
było naogół położenie prawne kmieci wszelkich 
kategoryi u schyłku Wieków Średnich z pewno- 
ścią lepsze, aniżeli np. szlachty ubogiej. 

Przechodząc do położenia ekonomicznego 
kmieci, nadmienić musimy, że podstawa ich bytu, 
rolnictwo, stało w Małopolsce w omawianej do- 
bie dość wysoko, Jednopolówka należała już 
przeważnie do przeszłości, zastąpiona przez pło- 



KMEBGIH W POLSCE 



75 



dozmian trzechpolowy; znaczna ochrona lasów 
wskazywała nadto na minioną już przeszłość 
gospodarstwa prymitywnego, opartego na nowi- 
nach upopielonych, a uprawa grochu, jęczmienia, 
kapusty, lnu, maku, owsa, prosa, pszenicy, tatarki, 
wyki i żyta, oraz ogrodowizn — marchwi, ogór- 
ków, pasternaku, pietruszki, rzepy, rzerzuchy 
i rzodkwi — na wyższy stopień kultury rolnej. 
gospodarstwach rodzimie polskich, t. j. z przed 
wpływu urządzeń niemieckich, mamy tylko jak- 
najogólniejsze dane, stwierdzające fakt systemu 
jednodworczego, polegającego na zupełnej swobo- 
dzie gospodarczej każdego osadnika. Bez względu 
tedy na to — - ile osad wieś »polska« liczyła, był 
i to zawsze tylko zbiór osad jednodworczych, nie- 
związanych z sobą pod względem rolniczym. 
Gromadność pracy na roli — system wielodwor- 
czy (»Mehrhofsystem« w przeciwstawieniu do da- 
wnego polskiego »Einhofsystem«) wprowadzony 
został do nas dopiero pod wpływem kolonizacyi 
niemieckiej. Wątpliwości w tej mierze odeprze 
fakt, że system rolny niemiecki z epoki Karolin- 
gów, domu Saskiego i Staufów, znajduje w Pol- 
sce XIV i XV stulecia — w typie wsi •niemie- 
ckiej* — swoje identyczne odzwierciedlenie; 
natomiast typy topograficzne prastarych wsi pol- 
skich spotykamy w Niemczech tylko na grun- 
cie słowiańskim, co świadczy o zewnętrznej od- 
rębności przyrodzonej obu typów; ich zaś odmień- 



76 J. Ł KOGHAHOW8KI 

nośe wewnętrzną (jednodworczą i wielodworcz 
charakteryzują dostatecznie badania Smolki 
i Małeckiego 1 ) w sposób, niedopuszczający h; 
potezy, ie i przed kolonizacyą niemiecką ob 
te typy — niemiecki i polski — były do siebi 
zbliione* — Jakkolwiek wsi, nowo na prawi 
niemieckiein założonych, było stosunkowo nie 
wiele (w dobie i miejscu, o jakich mowa - 
około 17°/ \ to jednak znakomitą ilość wiose 
z prawa polskiego na niemieckie przeniesiom 
a w większości pozostałych zaprowadzono ura 
dzenia niemieckie 3 ) mniej lub bardziej wierni 
skopiowane. Kmiecie stali się czynszownikan 
(dzierżawcami), na warunkach, rozmaicie t 
i owdzie ustanawianych. W stosunku do pana- 
wlnńeioiela gruntu, na jakim siedzieli, obowiązj 
wal ich tylko kontrakt z nim zawarty, a w ręc 
sołtysa, pośrednika pomiędzy dziedzicem i gn 
madą, złożony. Pan dyktował zwykle takiem 
»zasadżcy« przed umową warunki swoje, dot; 
czące czynszu (census, salariutn), danin (praeń 
tiones) i robocizn (labores) na folwarku dworskir 
Sołtys, trzymając się tych warunków, urno* 
z ochotnikami zawierał, poczem każdemu z nic 



>) »MieszkO Staryc, str. 425—428. 
8 ) »Z przeszłości dziejowej «, I, 191—243. 
3 ) Wynika to z kontraktów, zawartych w Liber B 
nef % Długosza. 



ranom w polsgb 



77 



grunt (łan, Bufę, włóka, mansus) wydzielał. Ta- 
Idz sam proceder towarzyszył przenoszeniu da- 
wnej wsi »polskiej« na prawo niemieckie. 

Jeżeli grunt był dziewiczy, nowi osadnicy 
otrzymywali — (wzamian za pracę dla przy- 
szłości nad kulturą nowiny) — zwolnienie czę- 
ściowe lub zupełne od wszelkich opłat i cięża- 
rów na rzecz pana, co zwało się w o 1 n i z n ą l ) 
lub w o 1 ą, przyczem wieś taka nowopowstająca 
nazwę Woli zazwyczaj otrzymywała. Z ilości 
(233) i położenia wiosek tego miana, podziśdzień 
istniejących, wynikałoby, że ruch osadniczy (na 
nowinach) rozwijał się różnymi czasy (przewa- 
żnie jednak na schyłku Wieków Średnich) w ca- 
łej Polsce prawie jednakowo. »Wól« przypada na 
Małopolskę 34°/ ; na Wielkopolskę 31°/ i 35°/ 
na Mazowsze. Lata wolnizny trwały od lat paru 
do — kilkunastu, kładąc podwalinę pod dobro- 
byt pracowitych a gospodarnych kmieci. — Mo- 
żności zdobywania takiegoż dobrobytu nie byli 
pozbawieni i inni kmiecie omawianej doby, gdy 
zważymy, że panom, zmuszonym stosować się do 
warunków ogólnych, chodzić musiało o podtrzy- 
manie siły płatniczej i roboczej kmieci, jako 
kontrahentów, na których wartość ziemi i do- 
chód z niej opierały się przedewszystkiem. Na 
straży kontraktów stały ponadto omówione już 



l ) Libertas, wolycza, leczenstwo. 



78 J. Ł KOCHAHOW8KI 

warunki prawne epoki. Gdyby zaś pan, mim 
wszystko, kmieci swoich ciemiężył — wtedi 
jeśli nie sąd polski, to niemiecki znalazłby by 
drogę (ev. skargę prywatną) do króla i jego egze 
kutywy. Co zaś do kmieci » polskich*, to — poz* 
przyjętym i dla nich kontraktem, lub umową - 
Statut pozwalał dwu kmieciom co roku rol< 
swoją opuszczać (i poszukiwać innej). W razi* 
zaś cięższych przewinień pana l ) — wszyscy 
kmiecie mogli wieś opuścić. I dwaj jednak - 
nie potrzebujący usprawiedliwiać się przed ni 
kim ze swoich pobudek emigracyjnych — stano 
wić mogli doniosły dla szlachcica ubytek, gd; 
zważymy, że wioska przeciętna nie więcej na< 
10 — 12 łanów, czyli osad kmiecych, liczyls 
a rzadko która wieś stanowiła w całości wła 
sność jednego pana. Szlachta posiadała prze 
ważnie własności kollókacyjne — tu i owdzi 
po łanie, lub po parę łanów — a w tych warui 
kach strata jednego nawet kmiecia — klęsk 
często być mogła, bo gospodarka dworska (fri 
wark = Vor - Werk) *) zaledwie na potrzeby d< 
mowę starczyła. — Wrażenie ogólne, jakie si 
z baczniejszego przeglądu ksiąg sądowych o< 



ł ) Gwałt na kmiotce, ciążenie kmieci za winy dzi 
dzica, klątwa rzucona na pana. 

a ) Werk zwala się cała figura gruntów kmiecyc 
danej wsi, poza którą (vor) leżała posiadłość pańska 



KMIBCIB W POŁSCB 



79 



nosi — przeczy stanowczo istnieniu nadużyć 
pańskich względem kmieci w omawianej dobie. 
Należą one do wyjątków, rzadszych bodaj od 
odwrotnych nadużyć — kmiecych. — Kontrakty 
bywały bardzo rozmaite, dyktowane przez po- 
trzeby, upodobania, lub zwyczaje lokalne; na- 
ogół jednak przedstawiają się one w postaci 
ekonomicznej ciężaru (ogólnego), spoczywającego 
na kmieciach, mniej więcej jednakowo. Jeżeli bo- 
wiem czynsz był większy, za to inne ciężary 
i daniny redukowano odpowiednio i — odwro- 
tnie. Począwszy od kontraktów, brzmiących: 
»2 grzywny czynszu z łana, zresztą — nic«, 
a skończywszy na »żadnym czynszu, a wszel- 
kich robotach na polach dworskich* — cała 
olbrzymia skala umów najoryginalniejszych, da- 
nin, przysług, opłat i robocizn, przewija się przed 
naszemi oczyma w obfitych źródłach epoki *). 
Co do ciężarów publicznych, to na schyłku 
Wieków Średnich kmiecie polscy podlegali im 
(częściej relucyi pieniężnej) podobnie, jak w dobie 
przedkolonizacyjnej. Relucya pieniężna, a zwła- 
szcza poradlne, zgeneralizowane przez króla 
Ludwika — zmniejszyły jednak naogół dawną 
różnorodność tych prestacyi, wychodzących co- 
raz bardziej zyiżycia. W dobrach królewskich 



ł ) Porównaj przedewszystkiem Liber Beneficiorum 
Długosza. 



m 



i. 



i duchownych zachowały saę one najdłużej, w> 
kazując jeszcze w wieku XT około trzydziest 
rodzajów prestacyi pabEcmycŁ. — Kmiecie »nie 
mfecey < (poza poradlnen^ opłacanem najczęści* 
przez pana) uiszczali t z. kołlektę, czyli opłat 
w wypadkach dla panującego radosnych, lu 
groźnych (wesele, niewola, kontrybucya). Rodzi 
jem ciężaru publicznego, spoczywającego i 
kmieciach, była dziesięcina kościelna, praw 
wyłącznie w naturze uiszczana, a snopów 
wytyczną, lub maldratową zwana Polegała 01 
na tem, że w końcu żniw, nim zboże zwiezioi 
było z pola, wzywali kmiecie oficyalistę wł 
ściwego kościoła, który, zjechawszy na miejsc 
dziesięcinę — t j. dziesiątą część plonu — »wyt 
czał« i albo sam ją zabierał, alboli też kmieć 
odstawiali ją na miejsce wskazane. Odstawa 
bywała często powodem nieporozumień, a : 
niemi — wyroków sądownictwa duchownego (j 
spiritusie) na nieposłusznych. Ulegali im żarów 
wszyscy kmiecie, choć wsi lokowanych na te 
prawie było bardzo mało *). Zamiana dziesięcu 
snopowej na pieniężną należała do wyjątkó 
a spory o dziesięciny kościelne gnębiły nietyl 
kmieci, alo i szlachtę. 



x ) Traw u kościelnemu ulegali przedewszystkiem 1. 1 
kuileele-awi^tulcy* be^laey rodzajem pozostałości po c 
wnytfh ^ »um\n>*ulkaeh« kościelnych. 



KMIECIK W POL8CB 



81 



F 



Zawierając kontrakt z panem, kmieć uiszczał 
opla tę pieniężną, zwaną gościnne (hospitale) — 
czyli odwrotny rodzaj dzisiejszego zadatku. Je- 
ieli przybywał z własnym inwentarzem, szacu- 
nek pański dla nowego przybysza odbijał się 
w umowie, opiewającej o wyższym czynszu, 
a mniejszych robociznach. Kmiecie bogaci zy- 
\ skiwali najłatwiejsze warunki dzierżawne; bie- 
dakom najcięższe groziły. Pierwsi bowiem dy- 
ktować mogli warunki swoje; drudzy mogli ich 
tylko słuchać. Pierwsi wybierali sobie zazwy- 
czaj wsie » niemieckie*, a gdy do zatargu z pa- 
nem przyszło, nie wahali się np. grozić mu, że 
go na »żebrę we własnych dobrach puszczą « — 
drudzy, gdy ich i w »polskich« nie chciano, 
zmuszeni byli nieraz, zamiast dzierżawy czyn- 
szowej — imać się prostej służby na folwarku 
i schodzić w poczet zwykłych parobków (fami- 
fares). — O przywilejach prawnych, o obowiąz- 
kach i ich stopniu, stanowiły tedy wyłącznie 
czynniki ekonomiczne, boć »prawo« polskie czy 
»niemieckie«, nie do kmieci, lecz do ich grun- 
tów, przywiązane było. 

Po zawarciu umowy, kmieć na gruncie wska- 
Sanym osiadał. Mógł on ewentualnie otrzymać 
inwentarz i zagrodę, lub pole gołe bez inwen- 
tarza, które zabudowywał i inwentarzem wła- 
snym obsadzał. W pierwszym wypadku stawał 
się bardzo od pana zależnym, w drugim — pan 

SZKICE I DROBIAZGI. II. 6 



82 J. K. KOCHANOW8KI 

o jego względy się ubiegał. Obie te okoliczności 
zaznaczały się oczywiście w warunkach kontra- 
ktu, podobnie jak i stan, w jakim kmieć rolę 
otrzymywał. Zwykle zastawał ją już obsianą — 
ponieważ termin umów dzierżawnych zamykał 
się pomiędzy połową grudnia i stycznia. Jeśli 
była jałową, kontrakt brzmiał odpowiednio. Przy 
opuszczaniu gruntu kmieć winien był panu czynsz 
na św. Marcin z dołu zapłacić i rolę w stanie 
umówionym (zwykle — obsianą) zwrócić. Jeśli 
otrzymał był inwentarze żywe lub martwe, 
zwracał je także w stanie umówionym. Kmieć 
zamożniejszy, biorąc się do pracy, przyjmował 
zwykle parobków 1 ) na utrzymanie, a niekiedy 
i za skromną pensyę, przyczem ich panem (do- 
minus) zostawał. — W miarę gleby i nakładu 
pracy, dochód brutto z łanu wahał się w wieku 
XV w Małopolsce pomiędzy 10 72 a 4 grzywnami 
rocznie; średnio 7 grzywien wynosił. Że zaś cena 
takiego łanu (wprawdzie bez inwentarzy) nie 
przewyższała 20 grzywien, dochód ten nie był 
wcale mały. Inwentarze żywe i martwe nie 
przenosiły wartości 20 grzywien na łanie. Ol- 
brzymia ta suma wynika z ówczesnych nizkich 
cen ziemi, a stosunkowo wysokich — inwenta- 
rza żywego i martwego. Ścisłość zupełna nie 



ł ) Familiares, famuli, homines wczanstnyczy = 
uczestnicy. 



KMIECIE W P0LSCJ3 



83 



jest tu jednak ze względu na Daturę źródeł mo- 
żliwa, — Prócz dochodów z roli mógł niekiedy 
kmieć posiadać i inne, zwłaszcza w okolicy 
miast (warzy wa, drób, masło, jaja, miód etc); 
są one jednak nieobliczalne. — Po potrąceniu 
wydatków obowiązujących (czynsze, daniny, dzie- 
sięciny) pozostawało mu przeciętnie 2—5 grzy- 
wien, t j. około 57.60—144 franków rocznie na 
potrzeby własne. Tak się przedstawia ten do- 
chód wedle dzisiejszej wartości metalu (srebra), 
zawartego w 2—5 grzywnach »groassy« z XV 
wieku. Wartość obiegowa tej sumy była jednak 
wtedy znacznie większa; wynosiła bowiem w sto* 
sunku do cen inwentarza (krowy, woły) około 
trzech razy tyle. Co do cen żyta i pszenicy, to 
ceny ówczesne miały się do dzisiejszych, jak 
5:3. Ceny owsa były mniej więcej jednakie. 
Wartość wyrobów miejskich, niezbędnych dla 
kmieci, odpowiadała wedle powyższego rachunku 
(2—5x3) cenom dzisiejszym. Produkty kultury 
wyższej były nieprzystępne ani dla kmieci, ani 
dla przeciętnej szlachty ówczesnej. Z obliczeń 
szczegółowych wynika, że kmieć mógł się od- 
żywiać intensywniej, aniżeli wieśniak dzisiejszy, 
Naogół był on w położeniu do niego zbliżonera, 
a choć stał kulturalnie (nadewszystko w zakre- 
sie materyalnym) nieco niżej, to przedział po- 
między nim a szlachcicem był bez porównania 
mniejszy, aniżeli dzisiaj. — Najpomyślniej przęd- 



84 J. Ł KO0HAWOW8KI 

stawiały się warunki ekonomiczne kmieci w Krt 
lewszczyznach; jeżeli zaś porównamy w tej mie 
rze kmieci z dóbr duchownych i szlacheckich 
to wszystko przemawia za tern, że ci ostatni 
znajdowali się naogół w położeniu o wiele te- 
pszem aniżeli pierwsi — Kmiecie bogacze, uto- 
czeni na sołectwie, handlu podmiejskim, na »wol- 
niznie«, młynie, lub karczmie, należeli do wy- 
jątków. Wyjątkami byli jednak i kmiecie bie- 
dacy, nieledwie niewolnicy, którzy dziwnym 
zbiegiem okoliczności, nie dug (familiares), lecz 
kmieci rolę przyjmowali na siebie. — Znamj 
kmieci, którzy nabywali dobra całe, mieli n* 
nich prawo pańskiego zwierzchnictwa (jus do 
minii), obejmowali należne sobie dziedzictw 
wiosek przy pomocy samego króla, gdy teg 
zaszła potrzeba, a posiadali ruchomości pańsk 
i stroili się — bodaj, jak magnaci.. Znamy j 
dnak i takich, co, płacąc po 1 x /> grzywny czy: 
szu z łanu, z pługiem lub wozem po cztery d 
w tygodniu na gruncie pańskim przez rok caJ 
wysługiwać się musieli, a nadto inne jeszc: 
pełnili posługi i po 4 kapłony, oraz po pół koi 
jaj na św. Marcin do dworu znosili. — Rze< 
oczywista, że w miarę zamożności otwierała g 
przed pierwszymi przyszłość bodaj pańska, szl 
checka, lub mieszczańska (bardzo rzadko), gc 
drudzy na dno społeczne się staczali, pociągaj; 
i innych za sobą. Biedacy ci byli — obok cz 



KMLBCID W POLSCE 85 

ładzi dworskiej — awangardą ekonomiczną pó- 
źniejszych środków ustawodawczych, mających 
stan »kmiecy« na »chłopski« zamienić. — Zło- 
żyły się na to okoliczności skomplikowane. Miej- 
sce pierwsze zajęła w ich rzędzie zmiana sto- 
pniowa, jaka się w ciągu XV wieku w zawodzie 
życiodajnym szlachty dokonywała. Dopóki szlach- 
cic był wyłącznie lub przeważnie rycerzem, do- 
póki część poważną dochodów swoich z łupu 
wojennego i z łaski monarszej czerpał, poty 
własność ziemska stanowiła dlań miejsce po- 
bytu w czasie pokoju i połowiczną podstawę 
istnienia. Kmieć był wtedy posiadaczem wię- 
kszości gruntów szlacheckich, a folwark pański 
stanowił w stosunku do całości ziemi oczynszo- 
wanej — rezydencyę raczej, niż gospodarstwo. 
To też, gdy żywotne niegdyś prawo bliższości 
rodowej szlachty (jus propinąuiłałis) rozluźniać 
się wraz z upadkiem instytucyi rodów poczęło, 
oczynszowane ziemie szlacheckie, łany i półłanki, 
wymykając się z rąk pierwotnych właścicieli, 
przechodziły na własność członków innych ro- 
dów, a przed r. 1496, także mieszczan, kmieci, 
a nawet i żydów, drogą kupna, spadku, ożenku, 
lub zastawu. — Doszło do tego, że pan danego 
folwarku, przebywający w nim stale i z niego 
się piszący, posiadał rzadko we wsi przyległej 
większą ilość łanów. Zamożniejsi posiadali wpra- 
wdzie i po kilkadziesiąt łanów uprawnych, ale 



88 J. K. KOCHANOWSKI 

kąd na targach cerekwicko-chojnickich z Kazi- 
mierzem Jagiellończykiem, taż szlachta wywal- 
czyła sobie Ustawy Nieszawskie (r. 1454) ku skro- 
mnemu na razie ograniczeniu możnowładztwa 
i nieszlachty. — Coraz częściej spotykamy odtąd 
orzeczenia znamienne, że » Trzej kmiecie robią 
tak, jak czterej*, oraz miana: homines, incolae, 
zamiast dawnych kmethones. — Wspomnienia o da- 
wnej ludności półwolnej zaczynają powoli odży- 
wać, a ciężary, do gruntu niegdyś przywiązane 
(robocizny), na bary kmieci, jako kmieci 
spadać. — Działo się to na tle, zaznaczonem 
powyżej, zwolna i stopniowo, ale systematycznie. 
Stosunki kmiece w drugiej połowie XV wieku 
przedstawiają obraz ciekawy epoki przejściowej, 
w której, obok zjawisk z doby kmiecej, spoty- 
kamy coraz częściej zapowiedzi mniej lub bar- 
dziej jaskrawe późniejszych czasów »chłopskich«. 
To pewna, że konstytucye z lat (1496), 1520, 1532 
i t. d., wieńczące w sposób ustawodawczy — za 
pomocą stopniowego przypisania do gleby i ogra- 
niczenia wolności osobistej — zamianę kmieci 
na chłopów, nie zawierały ziarna idei nowych, 
jakby się to z przeglądu Yoluminów Legum zda- 
wać mogło, lecz, sankcyonując rzeczy doko- 
nane, pod nowe upośledzenia ludności wiejskiej 
kładły podstawę. Już też w dobie pierwszej 
z konstytucyi pomienionych, z r. 1496, trudno 
mówić o kmieciach właściwych. Doba ta — 



KMIECIE W POLSCE 



89 



schyłek XV stulecia — otwiera ostatnią kartę 
dziejów włościan w Polsce, na której pró- 
źnobyśmy dawnych kmieci szukali. Początki tej 
doby noszą oczywiście na sobie ślady poważne 
doby minionej; ślady te jednak mogą służyć raczej 
do zagajenia rzeczy nowej o »włościanach«, ani- 
żeli do kontynuacyi opisu, któryśmy tutaj o kmie- 
ciach podali. 

Literatura, dotycząca dziejów włościan, a stąd 
i kmieci w Polsce, jest bardzo obszerna, ale 
i bardzo daleka od dostatecznego wyjaśnienia 
przedmiotu. Na wyczerpującą, a racyonalną syn- 
tezę dziejów włościaństwa polskiego przyjdzie 
chwila dopiero po odpowiedniem wyzyskaniu 
olbrzymich materyałów archiwalnych. 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM... 



Drogim Cieniom Babki mojej 

Joanny z Sucheckich Koźmińskiej 

która te strony sercem Polki ukochała. 



Powiedział ktoś, że Łódź przypomina mu 
szalejące orgią życia przemysłowego miasta 
amerykańskie: że posiada ich ruch, ich fizyo- 
gnomię kosmopolityczną, skąpaną w dymie ko- 
minów fabrycznych, a napiętnowaną skurczem 
nienasyconych pożądań bu$iness'u, zastępującego 
im duszę... 

Stutysięczna, wielojęzyczna fala huczy tu 
w murach i na ulicach miasta, zamieniając bez 
wytchnienia, z myślą — jak gdyby w jednym, 
wyłącznym kierunku — boleśnie napiętą, trud 
swój i mozół, krew swą i energię swoją na góry 
złota dla czarodziejów fortuny, a na czarny 
kęs chleba i... nadzieje złote dla siebie samej. 

Amerykanizm pod polskiem niebem, na chu- 
dych, bezwodnych piaskach łęczyckich, którym 
Boruta, sprzykrzywszy sobie figle, »Piskorzom« 
płatane, kazał rodzić złoto!... Zupełnie, jak 
w bajce... 

Jak w bajce, powstały na piaskach pałace 
z marmuru i ogrody zaczarowane, jak w bajce 



94 J. K, KOCHANOWSKI 

wytrysły z pod ziemi zdroje i wodospady, jak 
w bajce zamienił się szeroki szmat ziemi pol- 
skiej, okalającej to dziwne miasto, na jedyną 
w swoim rodzaju oazę kosmopolityczno-łódzkiego 
nalotu w mowie i obyczaju. 

Dążąc — latem zwłaszcza — od Koluszek 
w stronę Łodzi, nie koleją żelazną, lecz boczną 
drogą kołową, napotkać można dziwowiska mało 
komu znane: posterunki wakacyjne yankes'<ko 
osobliwego autoramentu, wielkie wsie ludne, nie 
rozumiejące polskiej mowy, »przeżytki« osadni- 
ków polskich, co ich »Miemce« i »Swoby« zwartą 
otoczyli ławą — rysujące się jaskrawo w prze- 
ciwieństwach kształtu i barwy, typy licznych 
osad kolonistów niemieckich, a coraz rzadszych, 
lubo wytrwałych w swym słowiańskim nieładzie, 
chat swojskich... 

O, wsi polska! Wsi wesoła!... 

Ale cóż było przed bajką? Co było tam 
w czasach, gdy zalew niemczyzny najmniej 
właśnie tej tu ziemi groził, gdy za jasnowidze- 
nie przyszłości Łodzi można było niechybnie 
żywcem dostać się do piekła, gdy sam Stary 
Boruta, stary pono już za Sasów, młodym jeszcze 
był pacholęciem, młodszym niż dzisiaj o lat pół 
tysiąca, a bodaj i więcej?... 



KIHDT BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 95 

Było to w czasach, których rzeczywistość 
sama za bajkę tu starczy... 

Szczupłe granice ziemi łęczyckiej, co zawrzeć 
potem miały województwo tegoż miana 1 ), obej- 
mowały terytoryum wydłużone, rozszerzające się 
w kierunku północno-zachodnim, gdzie, w sąsiedz- 



ł ) Granice te odpowiadały sobie ściśle, przynajmniej 
na północy i wschodzie. Potwierdza to nietylko norma 
przeciętna tworzenia się województw w granicach da- 
wnych, a odpowiednich kompleksów etnograficznych, ale 
nadto i szczegół, że pierwotnie kasztelania Chropska — 
późniejszy klucz Pabianicki, przez który (wzdłuż 
Neru na północy aż do Rzgowa) przechodziła linia gra- 
niczna województw Łęczyckiego i Sieradzkiego (klucz 
ten leżał potem w obu województwach) — sięgała tylko 
granic łęczyckich i poza nie nie wykraczała. — (Por. 
Maksymilian Barach: »Pabianice, Rzgów i wsie okoli- 
czne*. Warszawa 1903, str. 19. — Por. nadto: granice 
województw: Łęczyckiego i Sieradzkiego, wedle >Mapy 
Rzeczypospolitej Polskiej* Jana Babireckiego, wyd. II, 
Kraków, Sp. Wyd. pols.). — Wywód powyższy potwier- 
dza również rozejrzenie się w granicach średniowiecznych 
dóbr wolborskich (por. niżej przypisek), oraz fakt, że Zie- 
mia Łęczycka — późniejsze województwo — nosiła, jak 
wiadomo, za Piastów, miano Księstwa (Bux Lanci- 
ciae). Co do granic pierwotnych Ziemi Łęczyckiej na 
północy, por. nadto Karola Potkańskiego: » Opactwo na 
Łęczyckim Grodzie* (Rozpr. Wydz. Hist-fil. Akad. Um., 
t. 43, str. 86 i nast.); co do reszty, ob tamże str. 99, a co 
do granic rawskich tamże str. 100 i nast. — Przybliżony 
do powyższego opis tych granic, podaje już Baliński 
& Lipiński (>Starożytna Polskac, I, 256). 



96 



J. K. KOCHANOWSKI 



twie ziemi kaliskiej, Kujaw i Mazowsza, panował 
na nizinie, zroszonej wodami Warty, Neru i Bzury, 
w samym nieomal środku części północnej pó- 
źniejszego województwa, gród starożytny 1 ), od- 
wieczna Łęczyca (Tum) 2 ). 

Nie sądzono pierwszym, przedhistorycznym 
władcom tego gniazda, ani późniejszym ich na- 
stępcom, co bezpośrednio wyprzedzili tu Piastów, 
jako > historycznych autochtonów« grodu i ziemi, 
rozszerzyć daleko swego panowania na najży- 
zniejszą glebę okoliczną. Jakkolwiek bowiem 
błotnista nizina łęczycka, łącząca wązkim smu- 
giem wzdłuż rzek pomienionych, a przez okolice 
Turka, Łęczycy i Soboty, niziny poznańskie 
z nadwiślańskiemi, ku Łowiczowi, Błoniu i War- 
szawie 8 ), była niewątpliwie jądrem pierwotnego 
osadnictwa tej ziemi: kąskiem najpożądańszym 
dla przedhistorycznych twórców państwowości 
w tych stronach — twórcy ci opóźnili dziejową 



1 ) Starożytnym — Lucie, vetus castellum — nazywa 
go już Gall na początku wieku XII-go. (Galii Anonymi 
Chronicon, Leopoli 1899, str. 72). 

2 ) Por. Potkański, > Opactwo na Łęczyckim Grodzie*, 
str. 113. — Sama Łęczyca (miasto) to podgrodzie Tumu — 
z powodu bagien (dziś jeszcze jest to widoczne) — nieco 
bardziej niż inne podgrodzia od grodu oddalone. Część 
tego podgrodzia znajdowała się dawniej bliżej Tumu 
(tamże str. 117). 

8 ) Por. mapę Stanisława Majerskiego p. t,: » Europa 
środkowo-wschodnia*, Lwów, nakł. Tow. Wyd., 1905. 



KIMDT BORUTA BYŁ PACHOLĘCIU 



97 



pracę swoją i dali się ubiedz innym, szczęśli- 
wszym sąsiadom. Granice ich zaborów dotarły 
na zachodzie, postępując wzdłuż pomienionej ni- 
ziny nadrzecznej, zaledwie poza lewy brzeg 
Neru 1 ), w okolice Dąbia, nie sięgając Warty; 
na wschodzie zaś, posuwając się z biegiem Bzury, 
stanęły już za Orłowem, w pobliżu Soboty*). 
Nizinę życiodajną, sześćdziesięciu kilometrów 
długości, posiedli wprawdzie władcy pierwotni 
łęczyckiego grodu i stała się ona niewątpliwie 
podstawą ich dalszych zabiegów •) -politycznych* 



*) W wieku XV sam Ner stanowił granicę ziem Sie- 
radzkiej i Łęczyckiej (Długosz, Hist. Pol., I, 12). Zwa- 
żywszy, źe nad Nerem rozciągały się wielkie bagna, 
granica istotna musiała być znacznie szersza od samej 
rzeki (Por. E. Potkański, j. w. str. 100). 

*) Wywód, przeprowadzony na podstawie zasady, 
wyłuszczonej w przyp. 1, na str. 95. przy pomocy map 
Babireckiego i Majerskiego, wspomnianych wyżej. 

") Przemawia za tern fakt, że tutaj właśnie stanęła 
Łęczyca, że nizina, o jakiej mowa, posiadała najobfitsze 
w całej » Ziemi* (województwie) komunikacye wodne 
(i — nadwodne pobrzeża), że wreszcie — a dowód to już 
historyczny — na przestrzeni tej niziny znajdujemy 
dwanaście parafii starych (Gieczno, Góra, Grabowo rei 
Grabów, Leżnica, Łęczyca, Modlna, Parzęczew, Pieczew, 
Piątek, Siedlec, Solca i Strzegocin. Por. A. Pawińskiego 
•Wielkopolska* II [w 'Źródłach Dziejowych*], oraz mapy 
Majerskiego [przyp. 3-ci na str. 96.], Nipanicza [Mappa Król. 
Pol. 1870] i Chrzanowskiego), podczas gdy całe wojewódz- 
two Łęczyckie liczyło ich wogóle siedemdziesiąt cztery. 

SZKICE I M0BIAZ6I. U. 7 



VO J. K. KOCHANOWSKI 

ale zabór, prowadzony w kierunku pomienionym 
z widoczną energią *), spotkał się z jednej strony 
dość wcześnie z odporem Ealiszan *), broniących 
wybrzeża Warty, z drugiej zaś — Mazurów, p<v 
suwających się z okolic Łowicza w dół Bzury. 
Trzeba było sięgnąć z konieczności po zdo- 
bycze inne, a te znalazły się jeszcze na północy 



(A. Pawiński, j. w. L, 63). — Nizina pomieniona nie zaj- 
mowała więcej nad 600 kilom, kwadr, powierzchni (Ma- 
jerski, j. w.), województwo zaś 4.378 kilom, kwadr. (A. 
Pawiński, j. w. I, 50). Ilustruje to najdosadniej stosunek 
zaludnienia owej niziny do zaludnienia reszty wojewódz- 
twa (6:5) — jeszcze nawet na tle źródeł XVI wieku. 

*) Por. znaczne wygięcie granicy województwa Łę- 
czyckiego w tym właśnie kierunku wgłąb ziem kaliskich, 
(por. mapy, przytoczone wyżej na str. 95, 96). 

*) Może mianujących się, czy zwanych, i tutaj Sie- 
radzanami. — » Nestor* (Mon. Pol. Hist. I.) Kaliszan nie 
zna, podobnie, jak i Sieradzan. Mówiąc o jednych i dru- 
gich, mamy tu jedynie na myśli pierwotnych, bez- 
pośrednio przed Piastami, mieszkańców tych okolic (Ka- 
lisz, Sieradz). Jeżeli zaś chodzi o zasadę, czy, i w ja- 
kim stopniu operować można w nauce utartemi nazwami 
i pojęciami t. zw. »plemion* polańskich (np. Łęczanie- 
Łęczycanie, Wiślanie, Sieradzanie, Mazury i t. p.j, jako 
grupami ściśle pod względem tery toryalnym, etnogra- 
ficznym i politycznym określonemi, to jesteśmy zdania, 
że zasady takiej, zwłaszcza gdy o grupy drobniejsze 
chodzi, wogóle być nie może. Podzielamy też najzupeł- 
niej przekonywujący w tej mierze wywód Karola Pot- 
kańskiego (» Kraków przed Piastami*. Rozpr. Wydz. 
Hist^-Fil. Akad. Um. t. 35, str. 102 i następne). 



KIBDY BORUTA BTŁ PACHOLEJCIKM 99 

i na południo-wschodzie. W pierwszym z tych 
kierunków posunęli się władcy Łęczycy aż po 
okolice rzeki Klodawicy (os. Kłodawa) i jeziora 
Lubień l \ zatrzymani w pochodzie dalszym przez 
Kujawian*) »leśnych«: w drugim — napieram 
silnie przez Sieradzan 8 ), wbili się jednak szczę- 
śliwie, czy utrzymali, klinem pomiędzy ich ziemią, 
a mazowiecko - rawską 4 ), aż po Pilicę, na prze- 
strzeni od późniejszego Tomasza Rawskiego do 
Łęgonic. Dalej — poza tę wice-królowę rzek 
naszych — nie puścili ich Sandomierzanie, za- 



*) Por. Maksymilian Borucki: >Ziemia Kujawska*. 
(Włocławek 1882, str. 328). K. Potkański (»Opactwo na 
Łęczyckim grodzie*, str. 90) widzi tę granicę nieopodal, 
w jeziorach: Chotelskiem i Długiem (Bezdziedze). Jezioro 
Lubień było atoli w tych stronach wybitniejsze* Ścisłość 
zupełna jest tu niemożliwa do osiągnięcia; mapy (por. 
wyżej str. 95, 96, 97) odtwarzają ją w przybliżeniu nie- 
źle. Nie chodzi nam też tutaj (na północy) o ścisłość bez- 
względną. 

*) Por. u Babireckiego (mapa cytowana) wgiętą w głąb 
województwa Brzeskiego granicę łęczycką. — Byli to 
Kujawianie, zwani i później jeszcze » Leśnymi* (K. Pot- 
kański, »Opactwo« j. w. str. 87). 

8 ) Por. u Babireckiego (j. w.) linię charakterystyczną 
granicy sieradzko-łęczyckiej. 

4 ) Granica od strony Ziemi Rawskiej w *" 
wyraźna w Wiekach Średnich. K. Potkai 
j. w. 100, 101) przypuszcza nawet, że Zie 
ongi do Łęczycan, a Mazowsze sięgało 
Wisły. 



100 



J. K. KOCHANOWSKI 



zdrośni o granicę naturalną wielkiego teryto- 
ryum, jakie już posiąść zdołali. 

Nie są nam znane dzieje pierwotne władców 
łęczyckich; nie wiemy nawet kiedy toczyli wszyst- 
kie te boje *): wiadomo tylko, że owoc ich pracy 
spaść miał, nim jeszcze pierwszy Piast history- 
czny zasłynąć zdołał na zachodzie w walce 
z margrafami Cesarstwa, na łono jego rodu. 
I spadł tak na to łono, jak spadły owoce za- 
mierzchłych czynów politycznych wielu innych 
pra-bohaterów plemiennych Polski, których po- 
konali Piastowie, aby na gruzach ich dynastyj, 
z materyału przez nich przygotowanego, rozpo- 
cząć i stworzyć budowę wielkiego państwa. 

Piastów wywiodła z mroku przeddziejowego 
na arenę czynów europejskich pobudka zewnę- 
trzna: napór niemiecki. Mieszko I w roku »hi- 
storycznych narodzin Polski«, 963-im*), stawił 
mu czoło w okolicy Kistrzynia i Frankfurtu 
nad Odrą 8 ), którą już władał, będąc właściwie 



*) Działo się to prawdopodobnie jeszcze w VIII w. 
po Chr. (Por. niżej w tekście ustęp o pierwszych Pia- 
stach). 

*) Mon. Pol. Hist. I, 140, Widukindi Res gestae sa- 
xonicae. 

8 ) Tak wyjaśniają odpowiednie ustępy przekazów 
Widukinda i Thietmara między innymi: Antoni Małecki 
(»Z Przeszłości Dziejowej pomniejsze pisma*, I, 9), oraz 
Stosław Laguna (notatka rękopiśmienna, zamieszczona 



KHSDY BORUTA BTŁ PACHOLĘCIEM 101 

z pochodzenia tylko plemiennym władcą gnie- 
źnieńskim 1 ). Władza jego rozpościerała się już 
jednak w końcu X wieku znacznie dalej, bo 
nietylko na północną część Śląska, ale na całe 
Kujawy, na ziemię czerską aż po Wisłę, oraz 
na ziemie łęczycką i sieradzką 1 ), pod koniec 
zaś panowania, lecz tylko chwilowo, jakoby i na 
część Wiślan 3 ), a nawet — Chorwatów (Chro- 
batów) Czerwonych, czyli na Przemyśl i t zw. 
Grody Czerwieńskie *). Ostatnich tych zdobyczy 
Mieszkowych, sięgających rzekomo od Krakowa 4 ) 
i Wiślicy aż po okolice Lwowa *), nie należy je- 
dnak brać całkiem na seryo. Polegały one, być 
może, na jakiemś powodzeniu efemerycznem, 
które w rzeczywistość realną zamienili dopiero 
późniejsi Piastowie. Natomiast, zdaje się nie ule- 
gać wątpliwości pierwsza część tych nabytków, 
do których należała już i Łęczyca. 

Gdybyśmy wedle tego tempa, w jakiem, w za- 



w pozostałym po Lagunie, a znajdującym się w mojem 
posiadaniu, egzemplarzu » Regestów* Grunhagena). 

*) Por. Galii Anonvmi Chronicon, Leopoli 1899, pag. 
6, 7, 8. 

f ) Por. A. Małecki j. w. (przyp. 3, str. 100), oraz Woj- 
ciecha Kętrzyńskiego: »Granice Polski za Mieszka Ic. 

*) Por. K. Potkańskiego » Kraków przed Piastami*. 
(Rozpr. Wydz. Hist.-Fil. Akad. Urn. t. 35, str. 170-175). 

4 ) Por. t. zw. Zapis Gniezna na rzecz Stolicy Apo- 
stolskiej (M. P. H. I. 148—149). 



102 



J. K. KOCHANOWSKI 



raniu doby historycznej, wchodziły w skład 
przyszłego państwa obszary Małopolski (Chro- 
bacyi) i Mazowsza po obu stronach Wisły, od- 
tworzyć sobie chcieli — bodaj w przybliżeniu — 
ów okres czasu, który poświęcić musieli przod- 
kowie Mieszka, władcy gnieźnieńscy, by mu do 
jego posiadłości od Odry aż po Wisłę i od Ku- 
jaw aż po Pilicę 1 ) utorować drogę, to zaiste 
wypadłoby nam uchylić czoła przed prawdą 
chronologiczną legendy dziejowej o tak zwanym 
» Piaście* i o jego potomkach » bajeczny ch« : Zie- 
mowicie, Leszku i Ziemomyśle *). Małopolska 
(Chrobacya) wraz z Krakowem przyłączona zo- 
stała trwale do państwa Piastów dopiero po 
śmierci czeskiego władcy tej ziemi, Bolesława 
Pobożnego (f 999), przypuszczalnie w roku jego 
zgonu *); co zaś do Mazowsza zawiślańskiego, to 
trudno mówić o trwałej jego zdobyczy przed 
rokiem 1047 4 ). A przecież oba te terytorya, ra- 



*) Por. wyżej w tekście punkty następujące: a) Frank- 
furt nad Odrą; b) Ziemia Czerska po Wisłę; c) Pi- 
lica, jako granica południowa Ziemi Łęczyckiej. Por. 
nadto niżej przyp. 1. na str. 104. 

f ) Gall j. w. pag. 6—10. — Ostatniego z tych książąt, 
Ziemomysła, uznał już za osobistość historyczną Oswald 
Balzer, wprowadzając go do swej » Genealogii Piastów* 
(Tab. I). 

8 ) Por. A. Małeeki j. w. 

4 ) Data pokonania Masława przez Kazimierza Odno- 
wiciela. (Por. Tadeusza Woyciechowskiego: »0 Kazimie- 



KIBDT BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 103 

zem wzięte, wynosiły niewiele więcej nad to, co 
w porównania z najszerzej nawet pojętą, pier- 

rzu Mnichu*. Pamiętnik Akad. Urn. V. 18). Wywód wy- 
czerpujący byłby tu może — jako zbył obszerny — nie 
na miejscu. Wspomnimy tylko, że dopiero za Kazimierza 
Odnowiciela powstała dyecezya płocka (Abraham: Orga- 
nizacya Kościoła Polskiego do połowy XII wieku, Lwów, 
1893, str. 93); że żadna miejscowość zawiślańska nie da 
się przed tą datą (1047 r.) w posiadaniu Piastów wy- 
kazać, podczas gdy n. p. Czersk (prawy brzeg Wisły) 
należał, jak wiadomo, do Archidyecezyi Gnieźnieńskiej, 
a przeto i do państwa Chrobrego; że wreszcie — Wła- 
dysław Herman, a nawet i Krzywousty jeszcze, z wy- 
jątkową pieczołowitością o panowanie w Płocku dbali, 
przenosząc tam nawet — co się w Wiekach Średnich 
zazwyczaj na terytoryach świeżo podbitych zdarzało — 
stolicę swoją (por. przyp. 2, str. 106). Tak późną datę trwa- 
łego przyłączenia Mazowsza Zawiślańskiego do Polski, 
może nam wytłómaczyć samo dążenie zaborcze pierw- 
szych Piastów w kierunku ziem innych, bardziej żyznych, 
a przeto i ludnych, oraz — wbrew teoryom RatzePa 
(z którymi godzić się można tylko sub specie aeternita- 
tis) — samo istnienie zapory naturalnej, t. j. koryta 
Wisły i moczarów nad nią, oddzielających niewątpliwie 
w ówczesnych okolicznościach pierwotnych, przez zna- 
czną część roku, ziemię zawiślańska od jądra państwo- 
wego Piastów. — Naogół, mamy wrażenie, że przyłącze- 
nie trwałe Mazowsza Zawiślańskiego do Korony było 
jednym z ogniw polityki prusko-pomorskiej 
pierwszych Piastów, a o polityce tej, jako o dążeniu kon- 
sekwentnem i wytrwałem, trudno mówić — jak chcą 
niektórzy — za czasów Mieszka I, czy nawet Chrobrego! 
Odnowiciel, Herman i Krzywousty — to właśnie naj- 
dawniejsza doba klasyczna owych dążeń i zapasów. 



104 



J. K. KOCHANOWSKI 



wotną okolicą Gniezna, gniazda Piastów, stano- 
wiło ich zdobycz przedhistoryczną, zawartą 
w granicach Polski Mieszkowej! 1 ). 

Od urodzenia Mieszka I (około 922 r.) ■) aż 
do tej chwili (1047) upłynęło przeto lat — około 
stu trzydziestu, t. j. okres normalny czterech 
pokoleń 8 ). Nie bez słuszności przypuścić trzeba, 
że takiż okres — jeśli nie dłuższy, bo obejmu- 
jący pierwiastkową pracę polityczną Pia- 
stów — upłynąć musiał aż do chwili narodzin 
Mieszka I, władcy znacznych już terytoryów, 
od doby rozpoczęcia tej pracy na nieco szerszą 
skalę. Jakoż potwierdza słuszność tego przypu- 
szczenia trądy cya przed- dziejowa o czterech 
»bajecznych« pokoleniach Piastów, jakie upły- 
nąć miały od doby gnieźnieńskiego protoplasty 



l ) Okolica Gniezna (kompleks opól najbliższych) nie 
wykraczała zapewne pierwotnie poza swoje granice na- 
turalne, t. j. Wartę, Noteć (ongi — może nawet Wełnę) 
i jeziora Kujawskie (Gopło itd.). Terytoryum Kruświckie 
(nadgoplańskie) aż po Wisłę (Kujawy) zlało się z Gnie- 
znem prawdopodobnie za pierwszych Piastów (•baje- 
cznych*); był to, jak się zdaje, ich nabytek najdawniej- 
szy, z którego nawet (z Kruświcy) tradycya późniejsza — 
wbrew Gallowi — ród Piastów wywodzi (Por. M. P. H. 
II, 477; III, 291, 435 itd.). 

*) Oswald Balzer: >Genealogia Piastów*. Tab. 1. 

8 ) Istotnie: Mieszka I, Bolesława Chrobrego, Mieszka II 
i Kazimierza Odnowiciela, który w r. 1047 był już ojcem 
pięciorga drobnych dzieci (O. Balzer j. w. Tab. II). 



KIHDT BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 105 

dynastyi, do czasów Mieszka Ł Datę przybliżoną 
tej doby wskazać łatwo: wypadnie ona na sam 
koniec wieku VEJ-go, a wniosek stąd, że ćwierć 
tysiąca lat (Vm do pol. XI w.) zużyć musieli 
Piastowie »legendowi« i ^historyczni* na sku- 
pienie Polski etnograficznej w jedne całość po- 
lityczną. Świadczy to najdosadniej o niedocenia- 
nych przez dziejopisarstwo trudach dzieła i o ró- 
żnicach, tkwiących z prawieku we wspólnej, 
polskiej duszy plemiennej! 

Z tradycyi, spisanej przez Galla około roku 
1112 *), a najdawniejszej, jaką o przodkach Mie- 
szka I posiadamy, nie zdaje się wynikać, aby 
syn »Piasta«, zwany Ziemowitem, władać miał 
jakiemś terytoryum o wiele rozleglejszem od 
gnieźnieńskiego *). Ustalić granic tego terytoryum 
oczywiście niepodobna; można jednak przypuścić 
na dość poważnej podstawie, że tendencya jego 
wzrostu, załatwiwszy się z Kujawami (Gopło, 
Kruświca) •), ciążyła przedewszystkiem w stronę 



*) Por. Galii Anonymi Chronicon, Leopoli 1899, pag. 
XI, oraz przekonywujące wywody Stanisława Kętrzyń- 
skiego w pracy p. t. » Gall- Anonim i jego kronika*. 

f ) Por. Galii... Chronicon j. w. pag. 6—8: »Er* 
cwiiate Gneznensi... dux (Popiel)... et in f 
(Capnt II)... hospitii Pazt... (Caput III) Semov 
Pazt... (Deus)... dncem ordinavit«. 

8 ) Okolica Gniezna (kompleks opól P 
wykraczała zapewne pierwotnie poi^ 



106 



J. K. KOCHANOWSKI 



Kalisza 1 ) i Poznania 8 ), wyniesionego na stano- 
wisko stolicy »Polski« pierwotnej u samego 
przełomu dziejów » bajecznych* z historycznemi, 



turalne, t. j. Wartę, Noteć (ongi — może nawet Wełnę) 
i jeziora Kujawskie (Gopło itd.). Terytoryum Kruświckie 
(nadgoplańskie) aż po Wisłę (Kujawy) ziało się z Gnie- 
znem prawdopodobnie za pierwszych Piastów (•baje- 
cznych*); był to, jak się zdaje, ich nabytek najdawniej- 
szy, z którego nawet (z Kruświcy) tradycya późniejsza — 
wbrew Gallowi — ród Piastów wywodzi. (Por. M. P. H. 
II, 477; III, 291. 435 itd.). 

*) Gniezno należało — jak wiadomo — do roku 1768 
do Województwa Kaliskiego. 

f ) Fakt późnego stosunkowo przeniesienia » stolicy* 
z Gniezna do Poznania świadczy sam przez się o pó- 
źnem (stosunkowo) zdobyciu tego punktu przez Piastów. 
Późniejszą a wierną iluś trący ą podobnego stanu rzeczy 
są dzieje pierwiastkowe » stołecznego* Krakowa (Por. K. 
Potkańskiego: » Kraków przed Piastami*) i » stołecznego* 
Płocka (por. przyp. 4., str. 102). — Jordan, pierwszy bi- 
skup poznański, a zarazem »polski«, otrzymał konse- 
krację w r. 968 (Dr. Wł. Abraham: Org. Kość. Pols. j. w. 
str. 30 i nast.). Chrzest Mieszka miał miejsce w r. 966 
(O. Balzer, Gen. Piastów j. w. tab. I.). Obie te daty spla- 
tają się niemal w jedne, a założenie dyecezyi na całą 
Polskę w Poznaniu, było — na tle ówczesnem — 
równorzędne z uznaniem tego punktu, jako » stolicy*. 
Być może przeto, że Poznań zdobył sam Mieszko I 
w latach >przedhistorycznych« swych rządów, lub jeden 
z najbliższych jego przodków. Tradycya przypisuje tę 
zdobycz » dziadkowi* jego, Ziemowitowi (Baliński i Li- 
piński, Star. Polska I. 57). Opowiadaniom o wyborze 
stolic >z pośród miejscowości środkowych w państwie*, 



KIEDY BORUTA BTŁ PACHOLĘCIU 107 

a więc i zdobytego zapewne nie o wiele wcze- 
śniej. W tym to kierunku, i dalej na zachód, 
dążyć musiały przedewszystkiem militiae próbi- 
tatis fama i audaciae gęsta *) przodków Mieszka I, 
skoro on sam posunął się aż do Odry *), a tery- 
torya średniego i dolnego biegu Warty stały się 
w dalszej pracy dziejowej rdzenną ostoją dla 
dla niego i jego następców. 

Kiedyby do kresów południowo wschodnich 
tej ostoi przyłączono ziemię łęczycką — orzec 
tego ściśle niepodobna: stało się to prawdopodo- 
dobnie nletylko po zdobyciu Kujaw, ale i po 
posunięciu się Piastów w głąb ziem: Poznań- 
skiej, Kaliskiej i Sieradzkiej 8 ). To bowiem pe- 
wna, że krańcem posiadłości — już nie Mie- 
szka I, ale syna jego, świeżego zdobywcy 
olbrzymich tery tory ów, niemal naokół Gnie- 
zna, (Bolesława Chrobrego) — była w tych wła- 
śnie stronach... ziemia czerska 4 ), zaledwie o 25 
kilometrów na południu, a o 50 kim. na północy 
od wschodnich granic łęczyckich oddalona! Jest 

niema co wierzyć: przeczą im w samej Polsce dzieje 
Krakowa i Płocka. 

*) Galii... Chronicon j. w. Cap. III, pag. 8. 

*) Por. wyżej przyp. 3. na str. 100. 

8 ) Wobec stwierdzonej tendencyi zaborów pi- 
skich w stronę Poznania (por. wyżej przyp. 
i przyp. 1, str. 106), wystarcza w tej mień 
na mapę. 

*) Por. wyżej przyp. 4., str. 102. 



106 J. K. KOCHANOWSKI 

to fakt aż nazbyt znamienny i nieświadczący 
bynajmniej ani o zapędzie pierwszych Piastów 
w te tu strony, ani o »prawdzie uznanej odwie- 
czności* ich panowania nad tymi, których t zw. 
»Nestor« Łuticzami 1 ), a inni Łęczanami 
lub Łęczycanami mianują i którzy się je- 
szcze na schyłku wieków średnich odrębnością 
nie mniej znaczną, jak same Mazury, od reszty 
plemion » wielkopolskich* wyróżniali *). 

Bądź co bądź jednak, należeli już Łęczyca- 
nie do państwa Piastów u progu historycznej 
doby: zaliczono ich nawet, ze względu na poło- 
żenie geograficzne, do Wielkopolski, piastowskiej 
ostoi 1 ). Czy jednak była to ostoja, równa Gnie- 
znu i Poznaniowi, przyszłość dopiero wykazać 
to miała 



l ) M. P. H. I. 553. — Czy Licicaviki Widukinda (M. 
P. H. I. 140), będący pod władzą Mieszka I, oznaczają 
istotnie Łęezycan, jak chcą niektórzy, rzecz to tutaj 
obojętna. Co do nazwy »Łęczanie«, por. K. Potkańskiego 
» Opactwo* j. w. 

f ) Por. Constitutiones terrae Lanciciensis generales 
de anno 1418 et 1419 (J. W. Bandtkie, Jus Polonicom, 
Warszawa 1831, str. 194 i nast.). Konstytucyom tym po- 
święcamy niżej w tekście obszerniejszy ustęp. 

8 ) Wielkopolski — w rozumowaniu szerszem. W węź- 
szem rozumiano przez nią tylko województwa: Kaliskie 
i Poznańskie. (Por. A. Pawiński >Źródła Dziejowe*, 
» Wielkopolska* I. 53). 



KUBDT BOKUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 109 

W szczupłych granicach gnieźnieńskich, z pia- 
zarodzi przyszłego państwa, wylągł się 
Orzeł białopióry, co sięgnąć miał niebawem, jak 
pisklę tytana, przestrzeni niezmierzonych: Kar- 
pat i Bałtyku, ziem czeskich i > Złotej Bramy* 
Kijowa- Pieśń młodzieńczej jego epopei płynęła 
hymnem potężnym po świecie, rwała zapory 
i waliła wrogów pokotem, to znowu cichła pod 
brzemieniem trudu, co pierś olbrzyma przytła- 
czał i — po wzlotach na szczyty niebosiężne — 
zdawała się szeptać słowami lęku i trwogi, że 
lot był zbyt bujny, że przechodził siły-. Rwała 
się wtedy pieśń bohaterska, a Orzeł padał 
omdlały... Jakiekolwiek jednak zataczał kręgi: 
czy wzbijał się w niebiosa, czy ochrony szukał 
na ziemi, towarzyszyły mu stale — na razie 
idealne raczej, niż rzeczywiste, później potężnie- 
jące z każdą dobą dziejów — dwie wrogie mu 
istoty, coraz bardziej ku sobie ciążące, które 
sam do życia powołał niebacznie: prawda, że 
z wyroków losów. Im niżej spadał Orzeł, tern 
skwapliwiej ssały one jego siły, tem natrętniej 
dzieliły między siebie zdobycz jego bujna - 
niepomne na przyszłość: częściej nieog 
przewidujące. Istoty te — to możno 
duchowe i świeckie. Wydobywa się ono 
dziejów u schyłku wieku XI, rozwija ** 
a potężnieje w XIII i następna 
to jednak, by go już dawniej, 



110 J. K. KOCHANOWSKI 

nie było. Przeciwnie, wszystko zdaje się wska- 
zywać na to niezbicie, że możnowładztwo, a ra- 
czej jego zawiązek i podłoże, przekazała już 
doba przedhistoryczna przyszłemu państwu Pia- 
stów. Mówiąc o dobie przedhistorycznej, nie mo- 
żemy oczywiście mieć tu na myśli możnowładz- 
twa duchownego. Pierwszym niewątpliwie pio- 
nierem tej kategoryi był dopiero biskup kra- 
kowski Stanisław (f 1079), który z tego właśnie 
powodu — przyczem inne maleją i nikną — 
paść musiał z ręki Korony. Przedtem, w dobie 
zupełnej przewagi tronu, a nawet i później je- 
szcze, po nieudanej na razie próbie św. Stani- 
sława z królem Bolesławem, duchowieństwo pol- 
skie — misyjne raczej, niż osiadłe — cudzo- 
ziemskie, niż narodowe 1 ), i — dorabiające się 
wpływów, niż panujące 2 ), zdawało się być da- 
lekiem od tej roli możnowładczej, jaką posiąść 
miało w bliskiej już przyszłości. 

Zwycięstwo jego stało się niemal decydują- 
cem na przełomie XII stulecia z XIII, a za- 
wdzięczał je Kościół temu związkowi, jakim 



*) Pomijamy tu oczywiście zupełnie kwestyę istnie- 
nia w Małopolsce domniemanego duchowieństwa i ob- 
rządku słowiańskiego przed łacińskim, gdyż w danej 
charakterystyce obchodzi nas wyłącznie to ostatnie, t. j. 
rzymsko-katolickie, jako ściśle historyczne, a niebawem — 
panujące. 

f ) Por. Dr. Wł. Abraham, j. w. Org. Kość. Fol passim 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 



111 



)ść wcześnie dla siebie, a zbyt — niestety — 
wcześnie dla Korony, z możnowładztwem świe- 
ckiem się zbratał. 

Trudno oznaczyć datę ścisłą tego faktu: Sta- 
nisław biskup i Sieciech palatyn (schyłek XI w.) — 
to dwie osoby i dwa panowania różne, ale jeden 
tylko słup symboliczny ślubów, jakie w Polsce 
pod koniec wieku XI na zgubę Orła zawarto. 
Nie zabiły go one wprawdzie, ale pogrążyły 
w dłuższej niemocy, nieomieszkawszy ze słabo- 
ści wroga- żywiciela skorzystać* Potomkowie pra- 
dynastów plemiennych, dziejowi mściciele tych, 
co ujść zdołali z życiem i z częścią mienia 
krwawym szponom Orła, gdy ów garnął ich 
ziemie, ludy i dobytek pod olbrzymiejące skrzy- 
dła swoje: ojczyce tych, co zdołali zręcznym 
ustępstwem, przysługą, czy zdradą, wywieść go 
w pole, a siebie ocalić "), czerpać zaczęli odtąd 
oręż przeciw jedynowładcom z arsenału » królew- 
skich * tradycyj własnych, popartych fortuną. 

Na razie niezależnie od nich, lecz w tęż 
samą stronę, godził i Kościół. Arsenałem moral- 
nym był mu własny jego charakter, uznany już 
na szerokim świecie — fortuną to uposażenie, 
jakiem go jedynowładca-* kola tor* szczodrze da- 
rsyl Kości były rzucone: cel wspólny złączył 



*J Por. Stanisława Smolki: * Szkice Historyczne* se- 
rya II. » Gniazdo TeczyńBkich« P 



112 J. K. KOCHANOWSKI 

tych, co doń zmierzali. Możnowładcy świeccy 
jęli wstępować w służbę Kościoła — ów zaś> 
jego dostojnicy i przedstawicie, stali się nawzar 
jem trwałą ich ostoją. I skrzepła z dwóch — 
jakby jedna siła, co w początkach niesmiele, 
a potem ręką coraz potężniejszą, godziła w Orlfc 
Ogrom jego zdobyczy sprawiał bowiem, że walka, 
o jakiej mowa, nie zwaśniła nigdy przyjaciół na 
dobre. Było się czem dzielić — nie zbrakło nt 
komu. Tam, gdzie ciągnęły się olbrzymie obszary 
rodowe, puścizna po dawnych dynastach ple- 
miennych, a fortuna dziedziczna przyszłych 
*królewiąt«, Kościół nie potrzebował gwałtem 
wchodzić im w drogę. Gdy zbrakło przyległych, 
wolnych ziem monarszych, lub darów częstych 
a szczodrych ze strony samych magnatów, znaj- 
dowały 3i^ inne ; jakby zapasowe, co niby cze 
kały na to, by je monarcha komu ofiarowaL. 
Ongi, dawno już temu, dynastowie oporni padli 
tam --■ wszyscy bodaj — z ręki Piastów, któ- 
rym ich ziemie przypadły w udziale. A komui, 
jeśli nie Kościołowi, przekazywać ją należało? 
»Panorn* biskupom i opatom, co, krom zbawienia 
duszy dla ofiarodawcy, zapewniali mu nadto 
jakitaki z ziem tych pożytek *), a ludności — 



i 



Por. Stanisław Zakrzewski: >Ze snidyów nad balią 
t r. 113b«, Rozprawy Wydziału Histor.-FU. Akad. Um- 
t 43. atr. 43. 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 



113 



pewien dobrobyt, dzięki sposobom ^uczonym*, 
jakie ze świata do Polski ściągali 1 ), 

Los ziem takich, którym Kościół możnowład- 
ców zastąpił, podzielić miała — jedna z pierw- 
szych — ziemia łęczycka, bezpańska, niemal 
kresowa dzierżawa Piastów, przed pokonaniem 
^dzikiego* Mazowsza*), 

Dziką bo była niewątpliwie i ona sama — 
bardziej dziką, niż inne ziemie polskie, skoro 
płomienni apostołowie, poszukujący śmierci mę- 
czeńskiej — św. Wojciech 3 ) i Bruno z Quer- 
furtu: jeden, czy drugi, a może i obaj, rozbili 
w niej w ciągu lat kilkunastu swoje namioty 4 ). 
Było to w samem zaraniu polskich dziejów * hi- 
storycznych** Pierwszy zginął bowiem w roku 



l ) Znana rola w Wiekach Średnich Cystersów i Be- 
nedyktynów na Zachodzie i w Polsce* 

*) Mamy ttt na myśli wybitna » młoda zośe cywiliza- 
cyjną* Mazowsza w stosunku do reszty ziem polskich. 
Jeśli chodzi o cytatę, por, choćby » Szkice Mazowieckie* 
Władysława Smolińskiego, zamieszczone w tomie I t II i III 
Przeglądu Historycznego, — Co do kwestyi pierwotnego 
połączenia Mazowsza z Koroną, por. wyżej sti\ 102, przyp. 4, 

B ) Ob. EL Potkańskiego » Opactwo* j. w. Por. nadto 
do do charakterystyki św. Wojciecha, Stanisława Zakrzew- 
skiego: Opactwo Benedyktyńskie św. Bonifacego i Ale- 
ksego na Awentynie w latach 977—1085 (Rozpr, Wydz. 
Hist.-fil. Akad. Urn. t. 45.). 

*) K ¥ Potkański j. w. Por. Abraham j. w. str. 174, Zga- 
dzają się z ich przypuszczeniami i noty St Laguny. 



izucc i Diotr*;*! 



% 



114 



X. KOCHANOWSKI 



997 -ym, drugi w dwanaście lat później (1009)* 
Jeżeli żaden z nich nie postradał w łęczyekiem 
żywota, to tkwił w tein niechybnie czar pan- 
cerza ich mocodawcy, Chrobrego, jaki im towa- 
rzyszył w te strony. Pancerzem być musiała 
niedawna jeszcze tradycya tej bezwzględności 
i okrucieństwa, z jakiem Piastowie gnieźnieńscy 
ugruntowali nad łęczyekiem swoją przewagę: 
z jakiem wytępili tych wszystkich, coby im kie* 
dykolwiek mogli stawić tam czoło w obronie 
ojcowizny czy obyczaju, Ponieważ jednak ludno- 
ści w walce zamierzchłej nie wytępiono, ponie- 
waż osadników, stanowiących o wartości ziemi, 
pozostało tam nie mniej, niż w wielu innych oko- 
licach kraju l ) t przeto nie pogardzili krainą » Pi- 
skorzy* późniejsi, mniej już uduchowieni, przy- 
bysze kościelni. 

Być może, że z rąk jednego z pomienionych 
apostołów, bo, jak się zdaje, w czasach Chro- 
brego (992—1025), pozyskała ziemia łęczycka 
pierwszą placówkę duchowną. Było nią pono 
opactwo Benedyktynów pod wezwaniem N. M. P. 
na łęczyckim grodzie. Byt tej fundacyi sędziwej, 
jako instytucyi pierwotnej a samodzielnej, za- 
wrzeć się miał w okresie stuletnim od schyłku X, 
czy początku XI wieku — po koniec tego stu- 



*} & Potkaibki; *Opactwo« j. w, rozdz. III; por, nadto 
A, Pawińskiego » Wielkopolska* (>Żródla Dziejowe*) L 6S. 






KIKUY BOEUTA. BYŁ PACHOLĘCIEM 115 

lecia 1 ). Wątpić nie można, źe jej działalność, 
jakkolwiek pod względem przestrzeni — tu i ow- 
dzie nogą ranicha-misyonarza dotkniętej — mo- 
gła być dość rozległą*), nie sięgała przecież 
w głąb ziemi łęczyckiej poza północno-zachodnie 
okolice Łodzi 8 ). Jeśli zaś wogóle sięgnęła w te 
strony, to ani intensywniej, ani na stałe. Trzeba 
bowiem zważyć, że cały Kościół ówczesny po- 
siadaj jeszcze w Polsce charakter misyjny, brak 
mu było wszelkiej tradycyi i powagi nadprzy- 
rodzonej, a wreszcie — dostatecznej opieki ze 
strony władzy, tam nawet, gdzie wszystko ko- 
rzyć się przed nią zdawało 4 ). A cóż dopiero 
w ziemi oddalonej, gdzie zamierzchające wspo- 
mnienia lęku i trwogi, bardziej może niż siła 
władzy, rozproszonej za łupem po świecie, gwa- 
rantować musiały bezpieczeństwo mnichom — 



i) K t Potkański j. w. str, 121—167, 

■) Świadczyłoby o tern późniejsze (z r. 1097) uposa- 
ienie opactwa, które zajęło prawdopodobnie i przede- 
w&Kystkiem okolice, znane ju£ Benedyktynom z poprze- 
dniej ich działalności misyjnej, jaką przez wiek cały — 
i przerwami — prowadzili w tych stronach. (Por. K. Pot- 
kański j, w.)* 

■j Do Zdziechowa i Mirosławie. {Por, K. Potkański 
*Opactwo* j> w. str. 92). 

*) Np, fakt śmierci męczeńskiej Pięciu Eremitów, (Por. 
Tadeusz Wojciechowski: »Szkiee Histor, z Xl wieku* 
itr. 9; por, nadto WŁ Abraham Ory, Kość, 172, przyp. 3J. 



116 J. K. KOCHANOWSKI 

dziwnym wysłańcom krwawego pana 1 ), otoczo- 
nego hen! gdzieś! daleko! zgrają wojowników *), 
co nie zawsze skutecznie wspierać mogli załogi 
grodów, rozsianych po kraju, a fundowanych 
nie nazbyt obficie i w łęczyckiej ziemi •). A dzi- 
wni zaprawdę bywali pierwsi słudzy Kościoła 
w Polsce, wysłańcy tego, co sam na barach bałwo- 
chwalcy płaszcz chrześcijański nosił. Z Włoch, 
gdzie tyle razy duch ludzki, jak Feniks, powsta- 
wał z popiołów, z pod błękitnego nieba Italii, 
szli oni w świat mroźny i daleki, w świat bestyj, 
puchu białego i wód, co się taflami szkła po- 
krywały w zimie 4 ) — by głosić słowo zbawienia, 
by zwalczać krzyżem twory szatana, a sobie 
palmy męczeńskie wywalczać: klucz, co wrota 
raju otwierał 6 ). Pierwsi Piastowie panujący nic 
z tymi ludźmi nie mieli wspólnego po duchu; 
przeciwnie — byli żywą ich antytezą. Mimo to 
sprzęgła ich z nimi polityka trzeźwości — ta 



*) Przekaz Thietmara o Bolesławie Chrobrym. 

f ) Przekazy Ibrahima i Albekriego o Mieszka I, oraz 
Thietmara o Bolesławie. 

8 ) Por. niżej w tekście odpowiednie ustępy. 

*) Styl średniowiecznych podróżników arabskich, pi' 
szących o ziemiach Północy. 

5 ) Por. Charakterystykę św. Wojciecha i jego towa- 
rzyszów u St. Zakrzewskiego (»Opactwo Benedyktyń- 
skie św. Bonifacego i Aleksego na Awentynie w lataci 
977— 1085«. Rozpr. Wydz. Hist.-fil. Akad Urn. t. 46). 



KIEDY BORUTA BTL FACH GIĘCIEM 



117 



sama, która Mieszkowi I kazała trybut płacić 
Cesarstwu z nad Odry, a synowi jego — później - 
ssemu protektorowi świata, wysługiwać aię im- 
peratorom w pierwszych latach rządów. 

Kościół był już na Zachodzie instytucyą sine 
qm wm: stać się nią musiał przeto i w Polsce, 
która z Zachodem ślub geograficzny, a potem — 
w akcie chrztu Mieszkowego (966 r.) i history- 
czny zawarła. Mimo to, władca chciał być prze- 
cież władcą i od Kościoła, podobnie zresztą, jak 
sami imperatorowie przedgregoryańscy, zupełnej 
uległości wymagał. Uległości i posłuszeństwa, 
choć istotny pożytek państwowy, z misyj ko- 
ścielnych płynący, nie mógł mu być obcym. 

Oto — doba działalności domniemanej Benedy- 
ktynów łęczyckich w zarysie ogólnym; szcze- 
gółów brak oczywiście zupełny. Można je sobie 
chyba odtworzyć na tle wieku i kraju, na tle 
barbarzyństwa, borów odwiecznych i świętych 
gajów % jako pierwsze zawiązki pracy apostol- 
skiej wśród dzikich — podobne do tych, które 
za naszych jeszcze czasów Kościół na gruntach 
całkiem egzotycznych tworzył i tworzy. 

Nie były to nawet zawiązki dość trwałe, 
skoro kataklizm z lat 1034 — 1040, kiedy to by$f 
mialwi welik w zemU liadstie (lęchickiej), a wób- 



l ) Por. w cytowanej wyżej książce M. Borucha; »Pa- 
łice, Rzgów i wsie okoliczne* — pierwsze rozdziały. 



118 J. K. KOCHANOWSKI 

stawsze liudie isbissa episkopy i popy i bojary swoja 1 ) 
i kiedy n i c, na razie przynajmniej, z pracy Pia- 
stów nie pozostało*) — pozwolił przetrwać bez- 
piecznie ziemi łęczyckiej w przywróconym na 
nowo stanie pogańskim aż do czasów Bolesława 
Śmiałego (1058—1079) % a może i dłużej. 

Wobec nikłych śladów przeszłości •chrześci- 
jańskiej*, a świeżego zwycięstwa reakcyi, doba, 
w której król Szczodry wznawiał tam fundacyę 
swego Chrobrego pradziada, może byó uważana 
za początek twórczej pracy dziejowej Kościoła 
nad Nerem i Bzurą. Właściwie należałoby na- 
wet posunąć jej datę na sam koniec XI st, kiedy 
z okazyi konsekracyi Katedry Gnieźnieńskiej, 
która nominalnie od wieku już blisko przewo- 
dziła w państwie, Władysław Herman nadal 
w r. 1097 arcybiskupom tamtejszym dawne opa- 
ctwo łęczyckie 4 ). Fundacya ta, na uprzednich, 
benedyktyńskich obszarach oparta, czyli też — 
bodaj w części — na nadaniach nowych, się- 
gała północnych jezior łęczyckich na granicy 
Kujaw: Przedcza, Brdowa, Chotla i Długiego 6 ) 



l ) »Nestor* w M. P. H. I. 697—698. Podobnie piszą: 
Kosmas i Gall. 

*) Por. Wł. Abraham j. w. str. 89—91. 

*) Por. K. Potkański, » Opactwo* j. w. str, 125. 

*) Tamże str. 128—180. 

5 ) Tamże str. 82. 



KIEDY BORUTA BYfc PACHOLĘCIEM 



119 



liczyła pięćdziesiąt osad l ) w głębi borów *) i li- 
cznych Da te czasy — bo setkę poddanych *), 
nadto zaś uprawiaczy winnic mszalnych, oraz 
placówki niewolnych piekarzy, komuchów, szew- 
ców i kucharzy 4 )* 

Tak zaczęły się rządy Kościoła — pierwszego 
faktycznego w dobie historycznej pana i władcy 
połaci północnej tej ziemi. A było to właśnie 
u progu obojga narodzin polskiego możnowładz- 
twa — ery, która wśród warunków już nam 
znanych, dalsze losy stron łęczyckich rozstrzy- 
gnęła z góry. 

Dwie nowe fale osadniczej organizacyi ko- 
ścielnej: chropska i wolborska runęły niebawem 
w te strony. Pierwsza, płynąc z sieradzkiego, 
stanęła na razie nad Nerem u łęczyckich gra- 
nic; druga z południa, również z ziemi sieradz- 
kiej rodem, wcięła się klinem wąskim ku pół- 
nocy, sięgając dóbr stołowych arcybiskupich — 
spuścizny po opactwie N. M. P. 

Oto, jednocześnie z fundacyą gnieźnieńską 
(1097), kiedy wśród ciężkich walk wewnętrz- 
nych, gromów ze strony Czech i Pomorza, Wła- 
dysław Herman uczuł się zniewolonym do ka- 
pitulacyi względem partyi synów, możnych i Ko- 

*) Tamie str, 112, 

») Por. M, Barach j. w. 

») K, Potkański j- w, str, 89* 

*) Tamże str. B4. 



120 



J. Ł EOCBASOWSK 



ścioła, powstała organizacja kapituły krakow- 
skiej ^ przyczem dokonano jej uposażenia. Ma- 
teryaJ był jakby pod ręką. Kiedy bowiem kilka- 
naście lat przedtem, około roku 1080, wnet po 
upadku króla Bolesława, ważyły się losy Her- 
manowego tronu, następca Śmiałego uczynił zrę- 
czny krok polityczny, zawierając małżeństwo 
z księżniczką czeską, Judytą, córką potężnego 
rywala Polski, Wratysława II *). Była to dla ta- 
kiego Piasta, jak Herman, wielka wygrana. Nic 
też dziwnego, że księżniczka stała się w nowej 
ojczyźnie swojej istotną »królową« 8 ), a książę- 
małżonek skłonnym był do czynienia jej wsze- 
lakich ustępstw i honorów... Temu to przypisać 
należy chropską *oprawę« księżny z ręki Wła- 
dysława 4 ), oraz fakt, że ostatnią jej wolę, ku 
pożytkowi potężniejącego Kościoła powziętą, usza- 
nowano. Umierając bowiem w r. 1086 B ), przeka- 

») Por. Wł. Abraham j. w. str. 146-150, oraz K. Pot- 
kanski »Opactwo« j. w. str. 134. 

») Por. O. Balzer »Genealogia Piastów* Tab. III. 

•) Mon. Pol. Illst. II. 940. 

*) Inaczej niepodobna sobie wytłómaczyć późniejszego 
testamentu Judyty (SI. P. H. II. 940). — Analogią tej 
»opi'Hwy« jott mało co późniejszy » posag* jej wnuczki 
\ Imtennicftki, Judyty, córki Bolesława Krzywoustego, 
oIhUwaoucj ka*«tt\Unjti Spiska iM. P. H. II. 508). 

M V\ ItaUor j. w» Nil daU> K. Potkańskiego (>Opa- 
x»t.*vn *Łv» 1JU N wk UW. zgodzić sio niepodobna. Por. 
f*»a pw&> *vhmi*mh> \vvw\m1n\ 



KIBDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 



121 



uh Judyta oprawę swoją duchowieństwu »cze- 
skiego* do niedawna Krakowa — katedrze tam- 
tejszej *). A dar to był nie bylejaki: obejmował 
około pięciu mil kwadratowych ziemi sieradz- 
kiej 1 ) na pograniczu łęczyckiemu z ludnością 
i z daninami w zbożu, miodzie, skórkach wie- 
wiórczych i kunich*), a nadto z pełną — jak 
zobaczymy — możnością zagospodarowania się 
i w łęczyckiem, Ner pograniczny nie stał się 
bowiem nieprzebytą dla panów duchowną za- 
porą, *Chropy* % sięgające pierwotnie Neru 
w okolicach Rzgowa fl ) ; zamienić się miały w okre- 
sie XI— XV st 7 ) na olbrzymie, dziesięciomilowe 8 ) 
dobra pabianickie kapituły krakowskiej, które 



l ) Kraków, zdobyty na Czechach w r, 999, stał się 
itolica biskupią polską w roku 1000. (Por, Wł. Abra- 
ham j. w, str. 48; 55—56). — Daty ścisłej objęcia zapisu 
przez obdarowanych ustalić tutaj niepodobna; waha się 
ona pomiędzy r. 1086 a 1097. (Por. O, Balzer j t w, oraz 
M, P, H. II. 940 i K. Pofckański j, w. sfer. 135, przyp, 1). 

*) Por, M. Baruch j. w, str. 20 i 25—26. 

*) Tamże rtr. IR i 363-364. 

*) Długosz, Hist. Pol. I, 392. 

*) Chrapy, eh ropy — miejscowości niskie wśród lasu, 
t gruntem sapowatym, krzewami małymi zarosłe, przez 
większą część roku wodą zalane, przez które tylko 
.„z krzaku na krzak przeskakując, przejść można. (W. Ko- 
złowski łSłownik Leśny *, cyt. u M. Barucha j, w. str. 20)* 

■) M. Barach j. w. str, 19; 863-564. 

') Tamże str. 22-36, 

*) Tamże str, 25, 




122 



J. K. KOCHANOWSKI 



od pierwotnych swych granic zachodnich, od 
rzeki Grabi, Ldzania, Dobronia i Żytowic w sie- 
radzkiem, wzrosły na wschodzie po rzeczkę Miar 
zgę 1 ), Dalków, Kurowice i Kraszew w łęczy- 
ckiem, a z kresów południowych — Orszka 
i Dłutowa, pociągnęły hen! na północ aż po Ka- 
rolew podłódzki! 

Dwie fale kościelne: gnieźnieńska i krakow- 
ska, bijące taranem swego osadnictwa w głąb 
odwiecznych borów łęczyckich, nie wyczerpały 
atoli przeznaczeń tej ziemi. 

Za czasów Krzywoustego, około roku 1125 % 
w dobie gorliwej pracy misyjnej Ottona z Bam- 
berga na Pomorzu, powstała na Kujawach, dla 
wyzyskania plonów politycznych Bolesława, a — 
religijnych św. męża, odnowiona z gruzów Kru- 
swickich, stolica biskupia z siedzibą we Wło- 
cławku. Zaraz też, lub prawie jednocześnie, bo 
niewątpliwie przed rokiem 1148 3 ), weszli biskupi 
włocławscy w posiadanie kasztelanii wolbor- 
skiej 4 ^ — starego Woj bor a w sieradzkiem. 

l ) \K\y\\ w Kurów ki, dopływu Pilicy. — U M. Barueha 
v i w.\ i/.iv,.ka ta 4u\vic sio •Miazgą*; w ustach ludu oko- 
lu/au^o spoi % \ kalUmy kio jodyuie z mianem: » Miazga*. 

^ \Yl. UnaUam j. w. str. 99. 

^ »Vi-. \Um Pol. Hist. U. ia oraz Cod. dipl. Pol. 
!;,\sa'.i\bk:^ i Mue*ko\v$kiOłro U. Nr. 1. 

" v'od. vlipl. 1VI K*\».-cr. i Mucik. j. w. — Por. nadto 
\ \;,;\vki -'j pi*o**hu;ci daicjowoj* 1U 10S. 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 



123 



Niepodobna przypuścić, aby kasztelania ta, 
nim się jądrem przyszłego kompleksu dóbr bi- 
skupich stała, mogła wykraczać po za granice 
naturalne tych opól l ), jakie się na nią pierwo- 
tnie składać musiały, i j. poza granicę łęczy- 
cką na północy, a Pilicę na wschodzie. Kresy 
jej południowe graniczyły z grodztwem rozpier- 
Bkiem*) — zachodnie zaś, najpewniej z »Chro- 
pami* % na linii Dalkowa 4 ), Żuromina, Bądzy* 
nia, Dłutowa i Orszka 6 ), 

A jednak okręg fdistridus) wolborski dóbr 
biskupów kujawskich, nie obejmujący pierwo- 
tnie — bal jeszcze nawet w połowie XIII wieku — 
ani jednej wsi w łęezyckiem 6 ), sięgnąć miał 






*) Bolesław Ulanowski: i Dokumenty Kujawskie i Ma- 
zowieckie, przeważnie z XIII wieku*, Kraków 1887, 
str. [188], Nr, 14: »Anno gracie MCCLV mcinia de Wol- 
borz et a! i a de Rosprza,.. iati fiu vii sic diyidunt et ter- 
minant*.., 

*) Tamie, — Mospra... Voibor„. występują, jednocze- 
śnie w bulli z 1136 roku. (Cod, dipl, Maj, Pol, I. Nr, 7), 
jako grodztwa stare. Granice ich są znane (por. 
B. Ulanowski j, w. 

*) Pomiędzy Wolborzem a Tuszynem nie znajdujemy 
w tych stronach żadnego — bodaj domniemanego — 
grodu piastowskiego, 

*) Punkt to pograniczny, należący zdawiendawna do 
kasztelanii wolborskiej, (Por. B* Ulanowski j. w. pag,[187] 
Nr. 13). 

■) Por. M, Baruch j. w. str. 19; 363-364. 

•) Por* B, Ulanowski j. w, str. [187] Nr, 13. 




124 J. K KOCHANOWSKI 

wkrótce potem: wcześniej niż krakowskie »( 
py«, a niewątpliwie dalej niż one, choć 
systematycznie, w głąb tej ziemi. Już na schyl 
XIII stulecia, zarzucając arkany swoje naokół • 
w kaliskie i rawskie, w łęczyckiem trafił 
pod Głowno 1 ) i nie utracił w przyszłości zdftfr 
bytych tam raz terytoryów *). 

W tej to epoce posiąść musieli biskupi ku* 
jawscy, obok Niesułkowa pomiędzy Łagiewni- 
kami i Głownem •), obok Witowa i Oszkowic pod 
Piątkiem 4 ), obok Łaznowa, Godaszewic, Chorzę- 
cina i kilku innych miejscowości w łęczyckiem B X 
także i wieś Łodzie, która znalazła się nie- 
wątpliwie w ich posiadaniu pomiędzy rokiem 
1250 a 1332 6 ). Wieś ta leżała w onej dobie na 



ł ) Por. Rzyszcz. i Muczk. j. w. Nr. 484. — Dobra Nie- 
sułkow, położone pomiędzy Łodzią, Brzezinami i Głow- 
nem, należały pono od r. 1267 (M. Borucki: > Ziemia Ku- 
jawska* str. 96) — do biskupów kujawskich. W r. 1281 
są oni niewątpliwie już w ich posiadaniu, prawując się 
zwycięsko o granicę leśną z Kołacinkiem (B. Ulanow- 
Bki j. w. str. [217] Nr. 43). 

») Por u Rzyszcz. i Muczk. j. w. akt z r. 1427 (Nr. 378). 

9 ) Por. wyżej dwa ostatnie przypiski. 

«) B. Ulanowski j. w. str. [192] Nr. 18. Por. nadto: 
Owskowiee i Witów w »Tabelli miast, wsi, osad Król. Pols.«. 
WaiDmawa 1827. 

*) tUyssoi. i Muczk. j. w. Nr. 484. 

*) W r. 1250 Łódź nie należała jeszcze do biskupów 
iMMW&ktofe (Por. B. Ulanowski j. w. str. [187] Nr. 13), 



KWDY BOKTTA 



fiunym rootaju Tzeec .^ ^ 
idola* bijących w -—=~ =^ 

' Od TM 



prilódriri*; 
ha wolbanfcie-.. 
mą »Łódź< "ff^ Ł 
Inietylko na. r-aaw,, ts-^t- 

dążąc ku P5ie*~ -*~ _ *— -^r 

i »MazarjTr r^-r- *:_-:_ - 

część połacmi^ —^- -—__-- _ 

wództwa. yr^zm*- - -■ ^ 



ttknwsś- . -r .— --- - .. ,-^. 

imienne ir . • _ ..:;.. - -.-_^- ■_*_■_ 

4e dąsa -c^-r.:.-^ ^. .. .-_ __._._. 

;r27T :^ " 

1 Ś "' x -* '-:v ł -r-^_.r ^ j7 _ ,.^.. , tli xx 

* v - — - - *" 

*&aatt± MUL -£ KffltCZ. OL*tk 



126 J. K. KOCHANOWSKI 

towych powierzchni 1 ), przy najmniejszem zalu- 
dnieniu nietylko w łęczyckiem, ale w całej nie- 
mal Wielkopolsce 2 ) i nosił w czasach później- 
szych miano »powiatu« (distńctus) brzezińskiego, 
graniczącego od północy na linii Eetkini pod 
Konstantynowem, Łodzi, Strykowa i Gozdowa, 
z »powiatem« łęczyckim, a Gozdowa i Wali- 
szewa, z » powiatem* orłowskim 8 ). 

Trzy te »powiaty« — to całość ziemi łęczy- 
ckiej, a powiat brzeziński, to niewątpliwie da- 
wna kasztelania tegoż miana 4 ) i dawniejszy je- 
szcze, zamierzchły związek opól okolicznych, na 
którym kniaziowie łęczyccy oparli ongi władzę 
swą w tych stronach. 

Nie był to zapewne nabytek zbyt ciężki, ni 
krwawy, choć granica północna powiatu, dążąca 
linią krzywą przez okolice wspomniane 6 ), a zgięta 
silnie pomiędzy Radogoszczem i Łodzią, zdaje 
się wskazywać na to, że stary gród zgierski 6 ), 
placówka południowa pierwotnych władców łę- 



*) A. Pawiński, » Wielkopolska* I. 49, 50. 

*) Tamże str. 65. 

8 ) Pierwotną granicę północną »powiatu« (districtus) 
brzezińskiego, odtworzyliśmy tu na podstawie » Wielko- 
polski* (»Źród. Dziej.*) A. Pawińskiego (t. II. str. 88—98; 
98-111). 

4 ) Por. Stanisław Kutrzeba: »Sklad Sejmu polskiego* 
{Przegląd Historyczny II. 76). 

5 ) Gozdowa, Strykowa i Łagiewnik. 

fl ) Por. K. Potkański: » Opactwo* j. w. str. 175* 



KIHDY KOHUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 127 

czyckich, musiał się tu niegdyś z pewnemi tru- 
dnościami porać. 

I nic dziwnego. Jakkolwiek bowiem odwieczna 
puszcza leśna pokrywała okolicę Brzezin 1 ) — na- 
zwanych tak, bodaj dla wyjątkowej obfitości brzóz 
(brzezin) w tych stronach — to jednak nie była to 
puszcza całkiem głucha, nawet w czasach prasta- 
rych, które sto spełna osad ludzkich, wśród lasów 
i borów, potomności przekazać tam zdołały *). 

Z terytoryum, o którem mowa, zasiadali pó- 
źniej w senacie polskim dwaj tylko kasztelano- 
wie (mniejsi): brzeziński i inowłodzki *). Byli to 
jedyni — poza wojewodą i kasztelanem łęczy- 
ckim — senatorowie z tych stron zaścianko- 
wych. Kasztelan brzeziński reprezentował na 
szarym końcu ław senatorskich dostojność za- 
mierzchłą prastarego grodztwa, którego okolica 



*) Por. pierwsze rozdziały książki M. Barucha (j. w.), 
tradycye Będonia, opisane niżej w tekście, oraz — wy- 
jątkowo małe zaludnienie tej okolicy. U Pawińskiego 
jeszcze, t. j. na tle źródeł z końca XVI wieku (> Wielko- 
polska « w » Źródłach Dziejowych «, I. 75) wypada w » po- 
wiecie* Brzezińskim tylko 50 włók ziemi uprawnej (kmie- 
cej) na jedne milę kwadr., gdy w dwóch pozostałych 
•powiatach* województwa łęczyckiego: łęczyckim i or- 
łowskim ilość ta wynosi już 65 i 77 włók. 

*) Wskazuje na to obliczenie starych nomen- 
klatur miejscowości tej okolicy, dokonane na podsta- 
wie » Wielkopolski* A. Pawińskiego (II, 88—98). 

8 ) St. Kutrzeba j. w. (Por. wyżej str. 126, przyp. 4). 



128 



J, K. KOCHANOWSKI 



dala początek nazwie i rozmiarom » powiatu*; 

inowłod2ki zaś, wyposażony w miejsce jeszcze 
pośledniejsze, zasiadał na niem, jako przeżytek 
tych prób niefortunnych, które niegdyś — może 
przed Piastami — usiłowały zapewnić panom 
Inowlodza, a raczej jakiejś zaiiikłej tam miej- 
scowości »staro włodzkieja, panowanie nad czę- 
ścią południową ziemi łęczyckiej. Zdaje się, że 
panowanie to nie wykroczyło nigdy poza najbliż- 
szą okolicę grodu: wieś Małomierz i sąsiadujące 
2 nią przyległości *). Podboje Brzezin sparaliżo- 
wały niechybnie rozwój dalszy tej placówki od- 
wiecznej, która spełniła jednak zadanie swoje, jako 
strażnica pograniczna ziemi łęczyckiej od strony 
Pilicy i Sandomierzan — zarzecznych sąsiadów. 

Zresztą, na terytoryum późniejszego powiatu 
brzezińskiego, szukalibyśmy daremnie śladu in- 
nych, poważniejszych punktów obronnych. Od 
strony Sieradzan broniło tu dostępu jedno chyba 
tylko Grodzisko pod Rzgowem; pozatera, jak się 
zdaje, poprzestawano na zwykłych przesiekach 
pogranicznych (vyasd) 7 których ślad zachował 
się w nazwie Ujazda, położonego między Roki- 
cinami a Tomaszowem. 

Granica sieradzko-łęczycka była w tych stro- 
nach zarazem j granicą » powiat u*, który na po- 
łudniowym wschodzie ogarnął całość ziemi łę- 




-»*. 



piwł inow^łHzzz^ cud *r- **" ^'=cii-.'j_ srerziii: 
aro- ffgwpga- Kj&atPF.- : «*fflKL. ^clul. nraiEfe- 

r Jprtfwn^ 3acai<EHiL -n niiinTfi frir OWEIC TZ2r 
uaSżJEĘi *mw & ' *» •■ eot/ł- ioc»rr7~ a** y r At 

penóiCŁ*- — cap- i?rzezrr ia: rra^*- ba: 

nrgJTiWTHgi ▼ nw^ a*::--"" Lj=» ii?- r '~ aso: 

cie ł&ątL łut uiatL zi;nn\*zn:^ jv—ii*c~ 1 irv .- 
izjtl kiery *a. russr-saaaLi* zri~ ouhsŁop^ na* 



xnrsUhe aopkrn ifusu^. Jo* Lainiśi:. : l-rji:i*Ł. »5U*r 
* Par. A. r-£-*iiifc£L ;. v. Z. sir Sf : !^ — f*S 

■ TfcTTiftŁ 

4 ; Por. Ł PotkŁńfik:: »C^iacrF-o« ;.. * *U V:. 

•; WiriełniXVn. Por. BiLiiisk: i Upitttki ;. * 1 SttV 



130 



J. K, KOCHANOWSKI 



wschodni ziemi łęczyckiej, co ziemię rawską od 
Sieradzan dzielił, co pomnożył posiadłości łęczy- 
ckie o 1300 kilom, kwadr, powierzchni i ol 
rzył je czteromilowym brzegiem Pilicy od 
maszowa do Łęgonic, składał się naogół z tery- 
toryum, najmniej pożądanego w prawieku, kiedy 
ziemi bylejakiej było i być mogło poddostatkiem 
dla wszystkich. Licha gleba — w łęczyekiem 
najgorsza — sprzęgała się tu z okolicznością, źe 
» powiat* brzeziński obejmował owo właśnie pła- 
skowzgórze, 200—300 metrów ponad poziom mo- 
rza wzniesione, które stanowiło cypel północny 
wyniosłości podkarpackich, rozlanych tuż na 
zachód od Pabianic, na wschód od Brzezin i na 
północ od Zgierza, w płaszczyznę (100—200 me- 
trów) sieradzką, rawską i łęczycką, która dalej 
nieco, poza Ozorkowem, przechodziła już w uro- 
dzajną nizinę Warty, Neru i Bzury 1 ), Płasko- 
wzgórze brzezińskie, ożywiane z wiosną poto- 
kami wartkich strumieni, nie posiadało nigdy — 
poza Pilicą na południowym wschodzie, i poza 
ńrodknwem porzeczem Neru na zachodzie pół- 
nocnym, a więc — poza dobrodziejstwami na- 
tury, % których »obcy*: »Sandomierzanie* i Sie- 
radzanie przedewszystkiem korzystać mogli — 
żadnych zgoła poważniejszych arteryj wodnych, 
aprzyjających osadnictwu pierwotnemu. 



l ) Por. cyt* wyiej mapę Majerskiego. 



KIBDT BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 131 

Okoliczności te: brak rzek spławnych, ubó- 
stwo gleby i uderzająca podziśdzień hypertrofia 
natury w wydajności drzew leśnych, a zwłaszcza 
brzozy, spowodowały z jednej strony szczupłość 
osadnictwa w tej okolicy, z drugiej zaś tłómaczą 
oną możność dziejową, której Łęczycanie, w po- 
chodzie ku Pilicy, »klin« swój — skarb przez są- 
siadów mało pożądany— do zawdzięczenia mieli... 
Nie posiadał on nawet granic naturalnych^ 
z wyjątkiem dolnej cząstki Dobrzynki i średniego 
biegu Neru w węgle północno-zachodnim, od 
strony Sieradzan, a Pilicy od »Sandomierzan«. 
Granice sieradzka i sandomierska nie ulegają 
zresztą wątpliwości, podobnież jak i odrębność 
etnograficzna trzech »plemion«: Sieradzan, Łę- 
czycan i Chrobatów 1 ). Inaczej zgoła miały się 
rzeczy ze wschodnim sąsiadem ziemi łęczyckiej — 
z »Mazowszem« rawskiem, nie oddzielonem od 
niej żadną zaporą. Wzgląd ten, jak również 
chwiejność granic łęczycko - rawskich w toku 
dziejów, zdają się przemawiać za hipotezą je- 
dności etnograficznej obu »plemion«, z których 
słabsze, Łęczycanie, utracić mieli w prawieku 
»rawskie« obszary swoje na rzecz Mazurów, któ- 
rzy ich z nad Wisły wyparli aż po Przysowę *). 



l ) Por. K. Potkański j. w. str. 101. 
•) Tamże. — Nadto, zauważyć tu musimy, że przy- 
należność licznych miejscowości mazowiecko-rawskich do 

9* 



132 J. Ł KOCHANOWSKI 

Nie sięgając w czasy tak zamierzchłe, 
stwierdźmy, że istotnie granica wschodnia ziemi 
łęczyckiej, a więc i brzezińskiego »powiatu«, 
zdawała się niknąć w praktyce i łączyć raczej, 
niż rozdzielać jego mieszkańców z sąsiadami 
o miedzę — z obywatelami -młodszego cywili- 
zacyjnie* Mazowsza. Młodszego — niewątpliwie — 
od reszty ziem polskich, a w szczególności od 
Wielkopolski, do której ziemię łęczycką zaliczono 
niebacznie... Jeżeli zaś cała ta ziemia zdawała 
się być za pierwszych Piastów kopciuszkiem Ko- 
rony; jeżeli ujemne wpływy mazowieckie opa- 
nowywały ją na całem pograniczu wschodniem, 
to najsilniej działały one niechybnie w brzeziń- 
skiem, którego mieszkańcy, oddaleni od metro- 
polii — Łęczycy, odcięci granicą plemienną od 
Sieradzan, a korytem Pilicy od południowych 
sąsiadów, pozostawieni byli w głuszy leśnej, 
jakby samym sobie i — »Mazurom«. 



średniowiecznego archidyakonatu łęczyckiego, z którego 
dopiero w wieku XVI wyłonił się odrębny archi dyako- 
nat łowicki (J. Łaski Liber Beneflciorum II. 161. Gnie- 
zno 1881) zdaje się świadczyć o zamierzchłej wspólności 
plemiennej Łęczyckiego i Rawskiego. W wieku XVI gra- 
nicę obu pomienionych archidyakonatów, łęczyckiego 
i łowickiego (powstałych — jak nadmieniliśmy — zda- 
wnego archidyakonatu łęczyckiego) stanowiła 
rzeczka Mroga. (Por. mapę, załączoną do wydania Liber 
Beneflc. Łaskiego j. w.). Tkwi w tern ślad znamienny 
odwiecznego braku ścisłej granicy łęczycko-rawskiej. 



KTBDY BORUTA BTŁ PACHOLĘCIEM 



133 



Kto wie zresztą, które to wpływy były lepsze: 
łęczycko - brzezińskie, czy »mazowiecko« - raw- 
skie?... Nie darmo pieśń ludowa opiewała jeszcze 
w wieku XVI, ku trwodze słuchaczów, czyny 
zbójnicze dzikich Pomrożan *), zamieszkałych ja- 
koby w rawskiem, choć rzeczka Mroga*), do- 
pływ Bzury pod Sobotą, brała, jak wiadomo, po- 
czątek tuż pod Koluszkami 8 ), z głębi borów, 
i dążyła na północ przez najbliższe, łęczy- 
ckie* okolice Brzezin: Rogów, Kołacinek, Dmosin 
i Głowno.- Ale nie uprzedzajmy wypadków! 



Pod względem kościelnym należała w wie- 
kach średnich ziemia łęczycka do powstałej 
w roku 1000 archidyecezyi gnieźnieńskiej, a mia- 
nowicie do jej archidyakonatu łęczyckiego, który 
dopiero w wieku XVI na dwa nowe archidya- 
konaty: łęczycki i łowicki podzielono 4 ). Owa 
przynależność kościelna, polegająca na ducho- 
wej obedyencyi parafii i wiernych względem 
arcypasterza i jego zastępcy, archidyakona, re- 
zydującego od okresu 1161 — 1200 przy Kole- 



*) Święcicki: >Opis Mazowsza*. 
*) Por, wyżej przyp. 2, str. 131. 
8 ) Mapy Chrzanowskiego i Nipanicza. 
4 ) Jana Łaskiego: * Liber Beneficiorutn Archidyece- 
zyi Gnieźnieńskiej*, Gniezno 1881, II. 161—162. 



134 



J t K t KOCHANOWSKI 



giacie łęczyckiej *), nie dotyczyła w zasadzie — 
mimo przywilejów Gniezna, oraz dziesięcin, skłar 
danych przez ludność jego kapłańskim przed- 
stawicielom — rozwoju znanych nam już prą* 
dów osadnictwa kościelnego w łęczyckiem. Osad- 
nictwo to — ruch agrarno-ekonomiezny, a po- 
średnio i kulturalny zarazem — nie uszczuplało 
na rzecz dyeeezyi krakowskiej, czy kujawskiej, 
zwierzchnictwa kościelnego archidyeeezyi, ani 
odwrotnie: nie narzucało go »Chropom« ni ^Woj- 
borowi* w gospodarczej sferze świeckiej. Prze- 
ciwnie, biskupi trzymali się naogól krzepko 
i łącznie ze sobą; tam zaś, gdzie szło o ich sto- 
sunek do ludności i władzy, łączność zamieniała 
się w opokę nieprzyzwyciężoną. Opoka nie od- 
razu jednak z granitu się składała. Tworzył ją 
początkowo materyał o wiele słabszy — w do- 
bie, kiedy Kościół polski pierwsze kroki swoje 
na arenie dziejowej stawiał. Było tak poniekąd 
jeszcze w epoce, która przyszłe losy ziemi łę- 
czyckiej rozstrzygnęła — na schyłku wieku XI, 
a nawet i później, kiedy po darowiznach na 
rzecz Gniezna i Krakowa: po dobrach benedy- 
ktyńskich i po »Chropach*, przyszła w pierw- 
szej połowie XII stulecia kolej na »Wojbor«, 
ofiarowany biskupom kujawskim. Wiemy, że na- 
stępstwa tych darowizn odbiły się w całej pełni 



») Por, K. Potkański: »Opactwo* j. w. atr. 102, 109. 



KEBDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 135 

na łęczyckiem dopiero w okresie pomiędzy po- 
lową XIII i XV wieku, t. j. kiedy Kościół pod- 
stawę swoją w państwie i społeczeństwie nale- 
życie już ugruntował. Że owa robota gospo- 
darcza Kościoła w łęczyckiem dokonała się tak 
późno, a nadewszystko, że się tak późno w za- 
kresie niebywałym dokonać mogła, są to względy 
dość ciekawe i ważne, by je tu poruszyć. 

Owóż — przed tym okresem — miał u nas 
Kościół zgoła inne, niż gospodarcze cele na 
oku: musiał przedewszystkiem porać się z wła- 
dzą książęcą o prawne stanowisko swoje w pań- 
stwie. Dopiero, gdy tę walkę zakończył zwy- 
cięsko, mógł jąć się poważniej ekonomicznych 
zabiegów. Możność ta — dziwnym zrządzeniem 
losu — zbiegła się z początkami ruchu koloni- 
zacyjnego w kraju całym, ruchu, który jego 
dzieje wewnętrzne właśnie w okresie wspomnia- 
nym wypełnił. Tłómaczy nam to, aż nazbyt 
dokładnie, rzecz na pozór dziwną, że Kościół 
pracę gospodarczą w łęczyckiem rozpoczął tak 
późno. 

Ciekawy jest natomiast wzgląd drugi, że się 
owa praca, wszczęta tak późno, zwłaszcza przez 
» Wolborz* i »Chropy«, wykonać dala nietylko 
istotnie, ale nadto na tak olbrzymią skalę, jakiej 
gdzieindziej warunki osadnictwa: możni, szlachta 
i ich gospodarstwa folwarczne, nie mogły już 
były dopuścić... To też zjawisko to byłoby wręcz 



136 J, K* KOCHANOWSKI 

niepojęte, gdyby nie fakt prosty, wyjaśniający 
zagadkę rzekomą: Oto, terenem owych późnych 
powodzeń Kościoła stal się zaściankowy powiat 
brzeziński, obszar, którego przynależność do 
państwa i Kościoła, jeśli o kulturę chodzi, uwa- 
żać można naogół - śmiemy to twierdzić bez 
wahania — za formalną raczej, niż rzeczywistą, 
bodaj do progów Jagiellońskiej doby. 

Jakież to bowiem nauki i dzieje przeszedł 
ów obszar za Piastowskich czasów? 

Materyałów posiadamy, niestety, zbyt mato, 
by módz odpowiedzieć na to pytanie w oderwa- 
niu od dziejów ziemi łęczyckiej, jako całości* 
Stawiając atoli z konieczności kwestyę w spo- 
sób taki, musimy zastrzedz się z góry, że ogólne 
dzieje łęczyckie dotyczą z natury rzeczy prze- 
dewszystkiem jądra tej dzielnicy, t. j. w zna- 
czeniu możliwie najszerszem, łęczyckiego »po- 
wiatu*. Powiat orłowski, a zwłaszcza brzeziński, 
o dwadzieścia kilka kilometrów w najbliższym 
punkcie swoim (okolica Gozdowa), a o dziewięć- 
dziesiąt z górą w najdalszym (Pilica), i to w linii 
powietrznej, od Łęczycy oddalony, nie mógł po- 
siadać nigdy, zwłaszcza, gdy grunt kamienisty, 
piaski, puszczę leśną i potoki wiosenne tych 
stron uwzględnimy, łączności należytej z daleką 
metropolią swoją. Jakoż nie posiadał jej na- 
prawdę jeszcze i w wieku XIX, kiedy to z brze- 
zińskiego szosą, »jak za morze «, do Łęczycy 



KIMDY BORUTA BYŁ PACHOŁJCCISM 137 

sprawach urzędowych jeździć musiano 1 ). A cóż 
:>piero mówić o Piastowskich czasach, gdy pra- 
riek w głuszy brzezińskiej dawnym jeszcze rzą- 
LzU się majestatem zbója, natury i zwierza... 

»Łęczyca«, t j. ziemia łęczycka, jak opiewają 
dzieje, dostała się, jeszcze za życia Władysława 
Hermana (t 1102 r.), w r. 1097, synowi jego, 
Zbigniewowi, w udziale i przetrwała pod •ber- 
łem* tego księcia, a — mówiąc ściślej — pod 
obuchem zbójeckich walk bratobójczych, toczo- 
nych pomiędzy nim, a Krzywoustym, do r. 1107 *). 

Rzeź ta, przeniesiona później za Wisłę, uci- 
chła na dobre dopiero po oślepieniu i śmierci 
Zbigniewa (1111—1113 r.)*), co jednak nie wpły- 
nęło bynajmniej na przyśpieszenie początków 
rzeczywistej pracy kulturalnej w łęczyckiem. 
Wojenne rządy Krzywoustego, oraz pierwszych, 
dzielnicowych jego następców w tych stronach, 
zajętych walką z braćmi i zabiegami o władzę, 
nie były pono dla Łęczycy bardziej od dawnych 
panowań szczęśliwe. Dopiero słynny zjazd łęczy- 
3ki z roku 1180, na którym Kościół pierwsze 



*) Tradycje będońskie z przed lat sześćdziesięciu. 
Opowiad. Karola Koźmińskiego, oraz starego, w mem 
jrieciństwie, gajowego, Błażeja). 

f ) Por. Max Gumplowicz: Zur Geschiclite Polens im 
iittelalter. Innsbruck 1897. 

•) Tamże. — Wynika to również ze szczegółowej re- 
rizyi źródeł do dziejów ówczesnych. 



138 



J. X. KOCHANOWSKI 



zwycięstwa swoje nad Piastami obwieścił uro- 
czyście i wobec państwa sobie zawarował, może 
być uważany nietylko za początek właściwej, 
choć nie istotnej jeszcze, doby historycznej tej 
ziemi, ale i za omm znamienny dalszych jej losów, 

Prognostyk nie był może nawet całkiem 
przypadkowy. Odległość znaczna od Prusów, 
a zwłaszcza od Pomorzan, Czechów i Rusi, nadto 
zaś spuścizna po-benedyktyńska i oparte na niej 
uposażenie arcybiskupów gnieźnieńskich w i po- 
wiecie* łęczyckim, sprawiały, źe sam gród nad 
Bzurą stał się już w wieku XII rodzajem ostoi 
dla pożądających ciszy i bezpieczeństwa, przed- 
stawicieli dynasty! i Kościoła. 

W Łęczycy trzymał w roku 1107 Bolesław 
Krzywousty Marcina arcybiskupa, jako zakła 
dnika w wojnie ze Zbigniewem 1 }, w Łęczycy 
osiadła wdowa po Krzywoustym (f 1138), hra- 
bianka Bergu, Salomeą 8 ), w Łęczycy wreszcie 
odbył się za Kazimierza Sprawiedliwego słynny 
akt wspomniany, a w sto lat później, w r. 1285, 
synod prowincyonalny Jakóba Świnki, upamię- 
tniony postanowieniem konserwacyi i popierania 
języka polskiego w działalności kościelnej* 

Wcielone do Wielkopolski, przechodziło z kolei 



l ) Tamie. 

>) Por. Stanisława Smolki: 
wiek*. Warszawa 1881, 



■ Mieszko Stary i jego 






KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 



139 



łęczyckie w dobie dzielnicowej do rąk (Mieszka 
Starego, Kazimierza Sprawiedliwego) Konrada 
Mazowieckiego i jego zstępnych: obu Kazimie- 
rzów Kujawsko-Jęezyckich, Leszka Czarnego, 
Władysława Łokietka i Ziemowita, a wreszcie 
Władysława, księcia dobrzy ńsko-łęczyekiego, po 
którego śmierci król Kazimierz Wielki dzielnicę 
tę ? dopiero około roku 1357, ostatecznie połączył 
z Koroną 1 ). 

Śledzenie szczegółowe dziejów politycznych 
zierai łęczyckiej nie jest tu miszem zadaniem. 
Pragniemy jedynie zwrócić uwagę na tło Łusto- 
ryczno-kulturalne tego zakątka, wchodzącego 
i p ó ź n i e j i i n a c z e j, niż się sądzić zwykło, 
na tory dziejowej cywilizacji Polski. Poprze- 
staniemy też na stwierdzeniu faktu, że zarówno 
za pierwszych Piastów, jak i w czasach dzielni- 
cowych, przedstawiających się smutnie naogół 
w całej Wielkopolsce, władza państwowa, ani 
wpływy kulturalne możnych, nie odegrały w łę- 
czyckiem tej roli, jaka im w inny eh okolicach 



l ) Por, O. Balzer: » Genealogia Piastów* str. 362, Książę 
Władysław Dobrzyńsko-łęczycki zmarł jakoby {wedle Bal- 
cera j. w.) około roku 1352. Datę tę posuwa atoli Sto- 
sław Laguna (no taty rękopiśmienne do dzieła Balzera) 
na czas około roku 1357 1 w którym, jak słusznie to pod- 
nosi, poraź pierwszy dopiero występuje w dziejach kró- 
lewski starosta łęczycki, Dziwisz. (Por. wyżej przyp. 6, 
str. 124). 



140 



j. 



kraju przypadła w udziale. Przyszłość ni^^ 
miała to w całej pełni wykazać. . , 

Co do wpływów możnych, to ^królewią^Jj 
wiadomo, nie było tam wcale; co zaś do . 
dzy książęcej, to i ją także, acz tylko poni^W" 
wyprzedziło w łęczyckiem wyjątkowe stanowi 8 *** 
Kościoła. Prawda, że za pierwszych Piasto 
przeddzielnicowych — jeśli o istotę rzeczy, flfe 
zaś o stronę formalną chodzi — niepodobna tra* 
ktować tam poważniej obu zjawisk wspomnia- 
nych: władzy monarszej czy kościelnych wpły- 
wów, albowiem pod względem kultury zakątek 
łęczycki tkwił wtedy jeszcze w atmosferze bytu 
przeddziejowego — w majestacie leśnym pra- 
wieku. Gdy atoli w połowie XII wieku nastała 
w Polsce doba dzielnicowa, niedoceniana naogdl 
co do związanej z nią rozlewności książęcych 
wpływów cywilizacyjnych, okazać się miało nie- 
bawem, że podstawa materyalna, jaką Kościół 
zdołał był przedtem posiąść w łęczyckiem i u jego 
progów, stanowiła siłę o wiele większą, niż ta, 
jaką rozporządzać mogli dzielnicowi książęta 
łęczyccy. 

Potężni arcybiskupi gnieźnieńscy, władający 
duszami wiernych całej tej ziemi, oraz dobrami 
w stołecznym »powiecie«, biskupi krakowscy, 
jako panowie »Chropów« i kujawscy — pano- 
wie »Wojbora« - była to zaiste potęga, wobec 



KIBDT BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 



141 



której niknęli całkiem skarlali potomkowie Pia- 
sta, ^panujący nad okolicą*. 

Wprawdzie, panem z imienia książę być nie 
przestawał, wprawdzie » pełnia « praw jego mo- 
narszych — jus ducale, świecące tu i owdzie 
strzępami z poza przywilejów *), stanowiło dość 
jeszcze podniety i »sily moralnej «, by się o swe 
prawa upominać, ale prawa te, tam zwłaszcza. 
gdzie Kościół, jako magnat ziemski występował, 
a książę nie księciem był, lecz książątkiem, 
schodziły zazwyczaj na ni ca Dzieje »Chropów* 7 
odebranych kapitule krakowskiej w XII stuleciu 
przez Piastów, a zwróconych jej przez Kazi- 
mierza Sprawiedliwego z dodatkiem pokory ksią- 
żęcej % spory i układy Kazimierza I, księcia 
kujawsko łęczyckiego (f 1267) z biskupem wło- 
cławskim Wolimirem o dobra kościelne kujaw- 
skie 8 ), stanowią tn, by przykładów nie mnożyć, 
ilustracyę wystarczającą, Zresztą, już pod ko- 
niec XII wieku, za przykładem arcybiskupa Ja- 
kóba ze Żnina, poczęła się w dobrach kościel- 
nych wielkopolskich gospodarka, ulepszona nie- 



*) W wyjątkowych tylko wypadkach całość tęgo 
pruwa (jus dueale) przechodziło — w zakresie dóbr, na- 
danych przez księcia, — na rzecz Kościoła, 

*) Por* M. Barach j, w, str. 27-29. 

») Cod. dipL Pol, Bzyszcz. i Muczk. Nra 90, 444, 445, 
446, 449, 452—455. 




da- 




142 J. K, KOCHANOWSKI 



bawem o tyle 1 ), że książęta ubożsi, którzy Io- 
wami na grubszego zwierza: zaspakajaniem żyłki 
myśliwskiej, wetować sobie musieli nieraz brak 
realniejszych korzyści opanowania* , nie mogli 
przeoczyć już tych beneficyów ekonomicznych, 
jakie na nich samych z laski Kościola-gospoi 
rza pośrednio spływały*). 

Jakkolwiek w Polsce całej urastał Kościół 
w bogactwo, potęgę i znaczenie państwa w pań- 
stwie «, to jednak ziemia łęczycka stanowiła i pod 
tym względem istne curiosum. Najdawniejszy 
obraz statystyczny tej ziemi, pochodzący z XVI 
stulecia, wykazuje tam ni mniej, ni więcej, jeno 
22°/ ogółu gruntów uprawnych, nie mówiąc 
o lasach i nieużytkach, w ręku Kościoła. Ogrom 
tej odsetki, spuścizny średniowiecza, wystąpi atoli 
w całej okazałości, gdy ją zestawimy ze współ- 
czesną normą przeciętną innych województw 
wielkopolskich (10°/ ) J a nadewszystko woje- 
wództw sąsiednich: kaliskiego (6%) i poznań- 
skiego (6%), oraz z obszarem królewszczyzn 
w łęczyckiem (9%) *). 

l ) Por* Si. Zakrzewskiego i >Ze studyów nad bullą 
zr. 1136* (Rozpr. Wydz. Hist^fil. Akad. Urn. t 43, str. 40), 

") Opłaty (kary) sadowe; przyjmowanie księcia z jego 
dworem przez ludność okolicy, w której ksiąię bawił; 
wreszcie rozmaite daniny i opłaty, których wysokość 
i suma zawisła była oczywiście od stopnia zaludnienia 
i zagospodarowania danej miejscowości. 

•} A, Pawińaki * Wielkopolska* j« w. L 133, 135, 



ł 
\ 



na fc^r==i r7r-„ -rz^i-r^r ■-■- r.- >«- 

{ tośc- łaOrr- -c^r:*- :r- . ■■•-■-. . - :. - -r.- 

f Becz- ^" Ł i--- ^ 'ir*. .ir-rri.c 



• •% _ . — . 



cfe; za r.^-lj-^ 

ttcsi ?r: • : tt: r - v ii> i •; .1 .- ; i-i .: :~~ ::u . . r- :: : " ■ . c ł 

£t ł :h VłL1i Ti^"-r;cif'm ł '■_:'. ł iz. ii;?-::; ■■.u>^ 

do er: •intern : aei^ia. lu^r-iiu . i:u**i. 



^:nau _, ^ii:'-* le^-^i^ s ■: U % 5 '«'■ 



wyżej prrr;. 2. nr. 1-J* . 



144 



J> K. KOCHANOWSKI 



Życia*, biegło mimo to swojem korytem, sta- 
wał się rozwój państw i narodów, jaśniały po 
świecie nowe ogniska kultury, rok mijał za ro- 
kiem, lata za latami — tam wszystko po da- 
wemu trwało: Kościół pogłębia! wiarę obywa- 
tela, gospodarzył, modlił się i bil we dzwony, 
ów zaś — cokoli hywah $ żył jaka drzewiej, gaił na 
chyśę, łaiMl szmery, dńeriał mrmię, w łomcy łowce 
dzielił; jegdy msie poieśeą 7 albo b chkbąjedśce i uczę- 
s&niki swymi bie&al kędykok f chąśbą ni łupem nie 
gardm£>.. 1 )* 

* 



me 



Daremnie szukalibyśmy śladu szczegółów 
dziejowych o Łodzi i o najbliższych jej okoli- 
cach na tle wczesnej epoki piastowskiej. Man- 
chester polski był embryonem dzisiejszej wiel- 
kości swojej nietylko za Piastów, ale i później 



s ) Ustęp ten, częściowo w gwarze łęczyckiej z cza- 
sów Jagiełły spisany, znaczy: ów zaś, cokolwiek bywało, 
zył jak dawniej, drzewo na chatę gromadził, podbierał 
pszczoły, sieć (w reku) trzymał, w lesie zdobycz (myśliw- 
ską z towarzyszami) dzielił; gdy zaą jako podpalacz, 
albo z czeladzią i z towarzyszami swymi kiedykolwiek 
przechodził, kradzieżą ani łupem nie gardził. Por. zbiór 
wyrazów odpowiednich w » Księgach sądowych łęczy- 
ckich* (Teki A, Pawińskiego V, cz. III, str, bxXIX i nast); 
wyrazy: chlebojedżce i ucssęstniki zaczerpnięte z Kujaw 
sredn i owi eczny eh. 



KIBDY BORUTA BYŁ PA0HOLĘ0UBM 145 

jeszcze przez długie wieki. Spowity w niezwykle 
warunki historyczne, które w sposób skompliko- 
wany, ale nad wyraz logicznie, rozwojem jego 
pokierować miały, nie marzył on do ostatnich 
niemal czasów o tej przyszłości, jaka go czekała... 

Za Piastów wszystko składało się na to, by 
rozwój ten opóźnić i dalszym wiekom przekazać 
quasi in ovo. Długoletnie ścieranie się władzy 
książęcej z kościelną o panowanie nad teryto- 
ryum łęczyckiem, a mówiąc ściślej — nad »wol- 
borszczyzną*, usadowioną i wbrzezińskiem, zakoń- 
czyło się zwycięstwem biskupów kujawskich do- 
piero za ostatniego Piasta dzielnicowego, który 
tym zakątkiem władał. 

Drobne i mało znane książątko, Władysław 
dobrzyńsko-łęczycki, syn Ziemowita, a prawnuk 
mimowolnego dobroczyńcy Krzyżaków, Kon- 
rada *) uległ w walce dziejowej z biskupem ku- 
jawskim, Maciejem z Golańczewa herbu To- 
pór... *) W słowach, pełnych pokory, spisanych 
w Łęczycy przez notaryusza swego, Jana, pro- 
boszcza z Kłodawy, wyrzekł się on skwapliwie 
dnia 6 września 1332 roku 8 ) — jak opiewa data — 
wszelkichpraw panującego do wiosek, przez 



*) O. Balzer ^Genealogia Piastowe. 
*) Por. M. Borucki: »Ziemia kujawskac j. w. str. 285. — 
Biskup Maciej zmarł w 1368 r. (tamże). 
8 ) Por, wyżej przyp. 6 str. 124. 

IZKICE I 0R0BIA28I. II. \Q 



146 J. Ł KOCHANOWSKI 

biskupa pod jego berłem posiadanych, a między 
innemi do — Łodzi 1 ). 

Czemże to jednak owa »Łodzia« (Lodzą) była 
tymi czasy? Była wioską, gorszą może, niż inne 
okoliczne i — bodaj — od nich młodszą — wio- 
ską, która u pogranicza dwu kasztelanii staro- 
dawnych: brzezińskiej i zgierskiej *), na gruncie 
piaszczystym stanęła 8 ). Nie będziemy pono da- 



l ) Cod. dipl. Pol. Rzyszcz. i Muczk. Nr. 484. (Por. wyżej 
przyp. 6 str. 124). 

f ) Że Zgierz był istotnie grodem (kasztelanią), por. 
K. Potkański: » Opactwo* j. w. str. 175. (Por. nadto ni- 
żej przyp. 3). 

8 ) Owo położenie i grunt mizerny — zbyt szumnie, 
w geografii raczej, niż w rzeczywistości — rzeczkami 
Jesienią i Łódką zroszony (J. Łaskiego: Liber Benef. H 
381), to klucz jedyny do tych tajemnic, które pierwociny 
Łodzi w zasłonę nieprzeniknioną niemal przed okiem jej 
dziejopisów spowiły! Zwróciliśmy już wyżej (w tekście) 
uwagę na to, że losy usadowiły przyszły Manchester 
polski w Wiekach Średnich na rozstaju podwójnym: gra- 
nic polityczno-administracyjnych (Zgierz-Brzeziny) i prą- 
dów osadnictwa kościelnego (Gniezno, Chropy, Wolborz). 
Jest to wzgląd, zasługujący na baczną uwagę, wzgląd, 
który się niewątpliwie (około połowy XV wieku) do wy- 
niesienia Łodzi na poziom »miasteczka€ przyczynił i który 
pośrednio rzucić może nieco światła na ciemną zagadkę, 
domagającą się tu rozwiązania. Granica »powiatów€ (di- 
strictus) łęczyckiego i brzezińskiego, zgięta była, — jak 
nam wiadomo (por. wyżej przyp. 5, 6, str. 126) — w spo- 
sób uderzający pomiędzy Radogoszczem i Łodzią. Łodż 
i Radogoszcz, to miejscowości o parę kilometrów żale- 



B3KDY WOmUTA BYŁ PACHOŁąCDDf 147 

lecy od prawdy, przypuszczając, ie cały *w 



dwie od siebie oddalone. Badogoszcz, nomenklatura pra- 
stara, stanowił ostatni na południu etap kasztelanii zgier- 
skiej; Łódź — najdalej na północ w tym punkcie wysu- 
nięta — słaba placówkę kasztelanii brzezińskiej, w którą 
zgierska wbiła się ta klinem pod samo niemal miasto 
późniejsze, jakby gardząc jego terenem. — Że nazwa 
>Łódz« (Lodzą) nie oznaczała nigdy wprost łodzi, łódki, 
pomimo takiej nazwy ^Łódka*) strugi miejscowej, wątpić 
niepodobna. Mniejsza juz o to, ie łódka (Umter) zwała 
się w Wiekach Średnich — a zapewne i dawniej — po- 
pularnie koryto i żłób (Z. A. Helcel: Star. Pr. Pols. Pohl IL 
Nr. 4459); wszystko wskazuje na to, ie nazwa osady 
i >miasteczka< pochodzi od herbu Łodzią, godła rodu, 
który na początku wieku XIV (Fr. Piekosiński: •Heral- 
dyka Polska Wieków Średnich* str. 305) wydał Miko- 
łaja, wojewodę kaliskiego (z r. 1905), ojca komesa Woj- 
ciecha z Kroiy (% r. 1315, tamie str. 99), oraz wielu in- 
nych dostojników i możnych kalisko-poznańskich (tam- 
ie str, 99—100). — Łodzie swoją (herb) wyobrazili oni 
jako łódź dopiero pod koniec XIV wieku (tamie str. 99, 
fig. 142); dawniej (w r. 1315) widnieje w tym herbie — 
bez klejnotu — na tarczy tylko hełm rycerski (tamie 
fig. 141). — Ten to ród niewątpliwie założył wszystkie 
Łodzie polskie, t j. Łódź poznańską pod Stęszewem (Por. 
indeks Kod. Wielkopolskiego, t. IV) i w powiecie krob- 
skim (Plater, Spis miejscowości str. 232, 340), oraz naszą 
Łodzie, która później herb swych założycieli przybrała 
(Por. artykuły nasze »W sprawie herbu miasta Łodzi* , 
[Tygodnik IUusłrotcany z 1903 r. Nr. 16] i »Herb Łodzie 
[Kuryer Warszawski z 1903 r. Nr. 90]. — Osadnictwo 
szlacheckie w Brzezińskiem (pod Łodzią) zdaje się być 
zjawiskiem dość póznem, bo zawdzięczamy je już rodc 

10* 



148 J. Ł KOCHANOWSKI 

proces, w ciąga którego poważniejsza osada 



rozmaitym: Nałęczom. Jastrzębcom itd. Pomimo kon- 
serwatyzmu, trwającego w łęezyckiem znacznie dłużej, 
niż w innych okolicach Wielkopolski, brak tam komple- 
ksów dóbr rodowych, a wraz z tern poczucia »blizszośei 
rodowej (jm* proptmęttłtaiis) przy alienacyach ziemi (Por. 
Cbnstitutiones terrae Lanc art. 42) — co razem stanowi 
dowód, że osadnictwo szlacheckie było tam — w brze- 
zińskim zakątku podłódzkim — zjawiskiem importowa* 
nem i przeto względnie późnem. — I jeszcze jedno: do 
parafii Łódź (bardzo małej, najmniejszej w okolicy) na- 
leżą na początku wieku XVI, a zapewne juz i w XV (za 
czasów Długosza, do istniejącej juz -wówczas parochia 
ecclesiae de Lyodza [Johannis Dlugossi: Liber Beneficio- 
rum L 285; wyd. krakowskie 1862 t.\ należało napewno 
Rokicie; współcześnie — dnia 16 kwietnia 1464 r. — była 
już Łódź i miasteczkiem— oppidum [Mon. Medii aevi 'XTTT > 
Nr. 1194, 1195]): Bałuty, Doły, Lipinki, Widzew, Rokicie, 
Stara Łodzią i Rogi (J. Łaskiego Liber Benefidorutn II. 
381—382). Radogoszcz należał do niej wprawdzie za Ła- 
skiego (XVI st), ale dawniej — w ślad za przynależno- 
ścią -polityczną* (por. wyżej tekst, związany z przypi- 
skami 5 i 6 str. 126) — wchodził w skład parafii Zgier- 
skiej (J. Łaski j. w. II. 282). Jeśli tedy — i słusznie — 
wyłączymy Radogoszcz ze składu póżno-średni o wiecznej 
parafii Łódzkiej, to parafia ta okaże się uderzająco małą, 
bo składającą się właściwie tylko z dzisiejszych przed- 
mieść wielkołódzkich! Nadto, granice tej parafii, jakby 
sztucznej, bo późnej, której było najwidoczniej i ciasno 
i niewygodnie w pozycyi nienaturalnej, przypartej przez 
granice starych parafii w Mileszkach, Zgierzu i Skosze- 
wach — zmieniały się ciągle. Np. na końcu wieku XVI, 
w r. 1576 (A. Pawinskiego »Wielkopolskac II. 63) traci 



KIBDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIU 149 

ludzka tam powstała, miano swe od godła Ło- 



ona Bałaty (późniejsze swe przedmieście!) i utracą po- 
nownie Radogoszcz na rzecz Zgierza, zyskując nato- 
miast Betkinię (Mierzączkę i jakąś Hutę) — wszystkie 
w kierunku pohidniowo-zachodnim od Łodzi (por. A. Pa- 
wiński j. w.) — należące pierwej (jeszcze w r. 1398., por, 
M. Baruch j. w. str. 278) do parafii w Pabianicach (por. 
J. Łaski j. w. I. 380, 381). Późniejsze przynależności pa- 
rafii Łódzkiej: Poręby, Augustów, Bruss, Źabieniec i Ba- 
łutka (Łaski j. w. II. 381) są to wszystko osady nowo- 
żytne (por. A. Pawiński j. w.). — Z wywodu, jaki przy- 
toczyliśmy wyżej, zdaje się wynikać ponad wszelką wąt- 
pliwość, że parafia Łódzka, to instytucya późna, może 
z XV wieku pochodząca. Zdaje się to potwierdzać samo 
zestawienie obszarów pierwotnych parafii Zgierskiej i Mi- 
leszkowskiej, ujmujących Łódź w kleszcze, niemal ścisłe. 
Łódź nie była parafią, bodaj wtedy jeszcze, kiedy prawo 
niemieckie, w r. 1387, otrzymywała (por. u B. Ulanow- 
skiego j. w. Nr. 90). Była ona wtedy — jak wszystko 
przemawia za tern — głuchym zakątkiem na Brzeziń- 
skim kresie, w którym, najpewniej w epoce XIV wieku 
Łodzie jakiś sadybę założył, a sadyba ta, dzięki poło- 
żeniu swemu, wśród znanych nam okoliczności dziejo- 
wych, stała się wioską zwykłą, najpierw na prawie pol- 
skiem (była nią w r. 1332; por. wyżej przyp. 6 str. 124), 
a później na niemieckiem lokowaną (1387 r. B. Ulanow- 
ski j. w. Nr. 90), siedzibą parafii (XV st. obacz wyżej) 
i miasteczkiem (przed 1464 r., ob. wyżej) w krótkim okre- 
sie czasu — mało pewno przekraczającym granice je- 
dnego stulecia — nim się wreszcie po czterech wiekach 
(XIX st.) nie przedzierzgnęła w » stolicę*. Nakoniec, nad- 
mienić tu musimy, że wioszczyzna — tillicula Vydzew- 
nycza — (Por. B. Ulanowski j. w.) późniejszy W i- 



150 



J. K. KOCHANOWSKI 



dziców wielkopolskich wzięła *), zamieniła się na 
wieś ludną, na razie »polską« *), a potem •nie- 
miecką* 3 ), na »stolicę« parafii, a wreszcie na 
» miasteczko* — zawarł się w okresie między 
połową XIII i XV stulecia 4 ). Okres ten, dzie- 
jowo tak późny, był, jak wiadomo, okresem 
najbujniejszego rozwoju osadnictwa kościelnego 
w łęczyckiem. Wszystko przemawia za tern, że 
jemu to zawdzięcza Łódź późniejsza skromne 
początki swoje. Jeżeli jednak, wśród znanych 
nam komplikacyi historycznych i osadniczych, 
prądy agrarno-ekonomiczne Kościoła zrosiły pia- 
szczysty grunt łódzki w sposób bardziej życio- 
dajny, niż Łódka z Jesienią, to zgoła inaczej 
dziać się miało w środowisku wiejskiem »mia- 
steczka« — w najbliższej jego okolicy. Rola Ko- 
ścioła, oparta tam jedynie na religijnych wpły- 
wach, przeciwstawiała zbyt mało, zaiste, kultu- 
ralnych zasobów swoich przyrodzonej, oraz dzie- 
jowej pierwotności natury i człowieka. 



d z e w (dziś przedmieście), tuż pod Łodzią położony, był 
bodaj jej macierzą, jako pierwotnej osady (łódzkiej). Nazwa 
to starsza, topograficzna, bo od rzeczki miejscowej, a raczej 
od strumyka, pochodząca. — (Por. niżej przyp. 2, str. 180). 

ł ) Por. wyżej przyp. 3 str. 146. 

*) Cod. dipl. Pol. Kzyszcz. i Muczk. Nr. 484. Por. nadto 
wyżej przyp. 3 str. 146. 

8 ) B. Ulano wski j. w. Nr. 90. Por. nadto wyżej przy- 
pisek 3 str. 146. 

4 ) Por. przyp. 3 str. 146. 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 



161 



>Łódź« parta z jednej strony forsownie przez 
okoliczności i fundowane na nich względy eko- 
nomiczne opiekunów swoich, ku wyżynom ma- 
teryalnego rozwoju, znajdowała się z drugiej 
strony pod wpływem nieustannym, a bardzo 
bliskim swego otoczenia. Zespół bezpośredni dwu 
przeciwieństw, z których każde zosobna posiar 
dać mogło i posiadało właściwości dodatnie 
i ujemne, złe i dobre, piękne i ohydne, stworzył 
to, co stworzyć musiał — barbarzyństwo, jakich 
mało. Nie zadziwi nas też zapewne obraz mo- 
ralny Łodzi: późny, ale najdawniejszy, jaki po- 
siadamy, skreślony w roku 1633 w księgach ko- 
ścielnych łowickich przez księdza-wizytatora:... 
•Dobroczyńca kościoła (łódzkiego) — pisze on — 
przez złodzieja w nocy nikczemnie zamordowany 
został. W miasteczku sześciu mieszczan nie spo- 
wiadało się, a niejaki Jakób Rogowski (szlachcic 
z przyległych Rogów) od lat wielu... Są tam lu- 
dzie skandaliczni — wszyscy upijają się, a stąd 
liczne między nimi swary. Napomniałem aeryo 



burmistrza 
czynili « 1 )... 



i mieszczan, aby tego więcej nie 



ł ) Dłużni cwiiki Wiktor ; » Paweł Łodzią Kubowicz i Scho- 
lastyk i Szewc Dwie gawędy*. Warszawa 1857, str. 5* — 
Na nieznana te broszurką ulotną, z której, wobec ubóstwa 
tródel do dziejów Lodzi, zdobyliśmy dla tej pracy parę 
■zczególów ciekawych, zwrócił naszą uwagę Prof. Wła~ 



152 



J. K. KOCHANOWSKI 



Obraz ten śmiało cofnąć można o dwa wieki 
z górą — w dobę Jagiełły, która właściwy próg 
historyczny dla Łodzi i jej okolicy stanowi 

A ciekawa była to okolica za protoplasty 
dynastyi Jagiellonów — ciekawsza bodaj od sa- 
mego »miasteczka«, które wypiastowały dla niej 
zasługą własną dziwne losy dziejowe... 

Szlachta różnego rodu i fortuny, kmiecie, co 
z roli, lasu, pasiek i wód rzecznych czerpali do- 
bro dla panów i siebie — świat cały, mieniący 
się krasą natury dziewiczej i poezyą szczupłego 
jej zaludnienia, siedział tam jeszcze w głębi od- 
wiecznych borów, niespłoszony, swojski i stary, 
jak ongi za » najlepszych czasów«! 

Kultura możnego Kościoła płynęła wpraw- 
dzie zwolna od Łęczycy, sunęła szlakiem tyją- 
cych wciąż »Chropów«, wdzierała się od Wol- 
borza w głąb gąszczów leśnych, ale wszystkie 
jej zamachy parował długo niezamącony od wie- 
ków spokój w cichym, podłódzkim zakątku brze- 
zińskim... 

Przyjrzyjmy mu się bliżej. 

Od północy, tuż za Łodzią, przesłoniły go od 
Zgierza i zaborczych jego popędów grodowych, 
lasy odwieczne Łagiewnik i Radogoszcza — 
dwóch osad prastarych, z których pierwsza — 



dysław Smoleński, któremu za tę przysługę naukową 
składamy tu podziękowanie. 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 



153 



przemysłowa — łagwiami z drzewa potrzebom 
panów zgierskich służyła 1 ), a druga nie mniej- 
szym szumiała borem, 

Puszcza podlódzkal 

Użyliśmy tu umyślnie tego określenia, bo choć 
wiele okolic kraju zdawało się w owych cz&- 
aach na podobne miano zasługiwać, to jednak 
♦puszczy podłódzkiej* należy się ono z pewnem 
wyróżnieniem. Nie wolno bowiem zapominać, że 
w puszczy tej, w lasach będońskich, na samym 
schyłku XVIII, jeśli już nie w XIX wieku, za- 
bito ostatniego pono w Królestwie niedźwie- 
dzia ■)! Pamięć tego nieboszczyka, groźnego tra* 
piciela pszczół leśnych, miodu i pasieczników, 
zasługuje conajmniej na to, by puszczę pod- 
lódzką uczcić czołobitnem: a tout selgneurL* 

Na kogóż to jednak, na jakich ludzi bezpo- 
średnio chwała spłynąć powinna za to, że za- 
kątek swój w stanie tak pierwotnym utrzy- 
mać potrafili aż do schyłku istnienia Rzeczy- 
pospolitej? 

W brzezińskim zaścianku podlódzkim długo 
szumieć musiała puszcza dzika, niemal bezludna, 
jakkolwiek ślady osadnictwa pierwotnego, a może 



*) Por, Zygmunt Gloger *Eneyklopedya staropolska* — 
Łagtcie. 

f ) Opowiadanie naocznego świadka tego zdarzenia, 
atarego gajowego z Będooia, Teodora Sawickiego, prze- 
chowane w tradycyl miejscowej (Por. niżej tekst). 



154 J. K. KOCHANOWSKI 

tylko czlowieka-łowcy, lub wędrownego kupca, 
Biegają tam, w niektórych zwłaszcza miejsco- 
wościach, bardzo odległej starożytności 1 ), Doba 
historyczna atoli, którą tu jwruszamy, rzuca 
światło skąpe wprawdzie na przeszłość tej ziemi, 
ale stwierdzające bądźcobądż jej dziewiczość, na- 
der długotrwałą. Nomenklatur odwiecznych brak 
tam niemal zupełny, uderzający zwłaszcza, gdy 
go się z obfitością śladów osadnictwa pierwo- 
tnego w zgierskiem, t. j. z północną okolicą Ło- 
dzi zestawi. Zaściankowość podłódzkiego zakątka 
»powiatu« brzezińskiego występuje w całej oka- 
załości na tle próby takiej, uchylającej bardziej, 



l ) W Będoniu pod Łodzią znaleziono w r. 1883 mo- 
netę starogrecką w pokładzie gliny, trzy łokcie pod zie- 
mią, a w r. 1898 zmarły przedwcześnie miłośnik staro- 
żytności, Stefan Poraj Suchecki (Por. » Wędrowiec « z roku 
1905, Nr. 13, oraz »Książka« z r. 1905, Nr. 4) wykopał 
tam kilkanaście okrzesków paleolitycznych (krzemien- 
nych) i szczątki urn. Wszystkie te znaleziska, będące 
obecnie w mojem posiadaniu, spoczywały w pasie nad- 
brzeżnym rzeczki miejscowej, Miazgi, nieopodal lasku, 
zwanego Jazy (jazy, obstacula). — W okolicach Będo- 
nia, pod wsią Wiączyniem, przechował się pono zaby- 
tek, jakoby z czasów miejscowego opola pochodzący (?): 
Kamień z wykutą na nim nogą w strzemieniu (M. Ba- 
ruch j. w. str. 14). Nie sięgając okolic dalszych, urny 
znaleziono także i w Chocianowicach nad Nerem (Ba- 
rach j. w. str. 18), nieopodal Retkini i Karolewa pod- 

dakiego. Naogół są tam jednak owe ślady doby przed- 

Btorycznej nader nieliczne i skąpe. 



KISDT BORUTA BYŁ PACHOLCOIBJM 155 



I mi inne, rąbka prawdy dziejowej, spowitej w ta» 
jemnicę wieków. Na sto kilometrów kwadrato- 
wych głuszy leśnej przypadało tam bowiem 
I w zarania dziejów, nie więcej nad dwie — trzy 
i to skąpe 1 ) osady ludzkie*), gdy natomiast 
w zgierskiem ślady osadnictwa pierwotnego 
przedstawiają się w ilości conajmniej podwój- 
nej *> Nadto, stosunek ten wzrósłby znacznie, bo 
o 20 — 25°/ na korzyść okolicy zgierskiej, gdy- 
byśmy z rzędu wspomnianych, »odwiecznych« 
osad brzezińskich, usunęli nomenklatury leśne, 
niezwykle tam liczne, a słabo za starożytnością 
noszących je osad przemawiające 4 ). 

Organizacyą starodawną, która puszczę pod- 



*) Por. u Łaskiego (Liber Benef.) szczupłą ilość ła- 
nów kmiecych w parafii Mileszki. 

») Twierdzimy tak na podstawie następującej: Prze- 
strzeń, zawarta w wielokącie pomiędzy osadami: Kon- 
stantynów, Łódź, wieś Moskwa, Mroga, Rogów, Koluszki, 
Kurowice, Rzgów, Pabianice, wynosi łącznie około 760 
kilometrów kwadr.; na tej zaś przestrzeni niepodobna 
odszukać więcej nad 17—18 nomenklatur starodawnych, 
jak: Mroga, Zawady, Rąbień, Wabice, Widzew, Chojny, 
Stoki, Lipin, Rogów, Mileszki, Leszczyny, Koluszki, Gal- 
ków, Chrusty, Brzeziny, Małczew, Kurowice i Będoń. 

») Por. próbę, jak powyższa, na mapie Chrzanow- 
skiego z terytoryum Zgierskiem. 

*) Zpośród wymienionych wyżej (w przyp. 2) miej- 
scowości, do tej kategoryi zaliczamy: Rąbień (?), Wa- 
bice (?), Lipin, Leszczyny, Chrusty, Brzeziny, Chojny i Kra- 
sny Modrzew (= dziś Kraszew; por. M. Barach j. w. 266> 



156 J. K. KOCHANOW8KI 

łódzką ujęła w karby ściślejsze, niż kasztelania 
brzezińska, a trwałe, była parafia w Mileszkach. 
Tradycya przenosi jej początki w wiek XI, 
kładąc je nawet wyraźnie pod dniem 14 gru- 
dnia 1048 roku! Opiera się to oczywiście na cał- 
kiem fałszywych danych *), jakkolwiek f undacya 



*) W lecie 1888 roku przeglądałem szczegółowo ar- 
chiwum parafialne w Mileszkach. Najdawniejszym doku- 
mentem oryginalnym, jaki tam znalazłem, był akt per- 
gaminowy Kardynała Fryderyka Jagiellończyka i współ- 
czesnych mu ośmiu biskupów polskich, wystawiony na 
prośbę proboszcza z Mileszek, ks. Macieja, w Krakowie 
dnia 20 września 1501 roku, a nadający parafii Mileszki 
pewne odpusty w celu zwiększenia tamże napływu wier- 
nych i pomnożenia dochodów kościoła miejscowego, do- 
magającego się wówczas naprawy. Dyplomat ten •ucho- 
dził* na miejscu za akt erekcyi kościoła i parafii! Po- 
mieniony przywilej Fryderyka Jagiellończyka chybił wi- 
docznie celu, skoro, jako drugi z kolei akt, przechował 
się w Mileszkach oryginał, również pergaminowy, cie- 
kawą polichromią zdobny, a zawierający uroczyste po- 
nowienie podobnych odpustów, w celu pomnożenia do- 
chodów kościoła, potrzebującego odnowy, o co — jak 
widać — ks. Maciej energicznie na wszystkie strony za- 
biegał. Drugi ów akt wystawiony został w Rzymie, dnia 
14 grudnia 1518 roku, przez Kongregacyę kardynałów, 
z Rafaelem, biskupem Ostyjskim, na czele. Dyplomat ten 
dość wcześnie — jak widać — uległ zniszczeniu i data 
jego: Anno a Natimtate Domini Millesimo ąningentesimo 
decimo octavo, przedstawiać się musiała już w wieku A VII 
w obecnej (z 1888 r.) postaci uszczerbionej (Millesimo 
guin (dziura) mo octavo), skoro notatka 



KIBDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 157 

parafii w Mileszkach należy istotnie do naj- 
dawniejszych w tych stronach. Z okalających 
ją dziś parafii, jedna tylko — brzezińska, zało- 
żona na początku XII wieku 1 ), może z nią pod 
względem starożytności rywalizować 2 ). Na po- 



czyjaś — najpewniej proboszcza miejscowego, spisana, 
jak świadczy charakter pisma, w owem (XVII) stuleciu 
na odwrotnej stronie pergaminu — stwierdziła w niej 
datę roku 1048! a w ślad za tern — przy pomocy Kro- 
niki Blondina — w wyrazach: Pontificatiis sancłissimi 
in Chris to Patris et domini nostri Leonis — papieża 
Leona IX Dachsburga (104S- 1054), zamiast Leona X 
Medyceusza (1513—1522)! Konkluzya tegoż » badacza* 
brzmiała: ...Est sub titulo S. Dorotheae Ecclesia supra- 
dicta Milescensis Anno 1048 die 14 mensis Decembris... 
(dzień i miesiąc wzięte istotnie z daty prawdziwej 1518 
roku) (fundata). Na takiej to podstawie ignorancyi bez- 
brzeżnej — (źe nie fałszerstwa, dowód w tern, iż z daty 
pierwotnej: ąuingentesimo, pozostało quin..., które w ża- 
den sposób z ąuadragesimo się nie godzi !) — ugruntowała 
się tradycya fundacyi parafii Mileszki w wieku XI; tra- 
dycya, która przeszła już gdzieś, jak widać, do literatury, 
bo ją i >Słownik Geograficzny* (>Mileszki>) uwzględnił. 

*) J. Łaski j. w. II. 398, przyp. wydawcy, ks. Koryt- 
kowskiego. 

s ) Parafie, okalające dziś parafię Mileszki, to: Łódź, 
Brzeziny, Kurowice, Rzgów i Konstantynów pódłódzki. — 
Parafia Łódzka powstała — jak zaznaczyliśmy wyżej 
(przyp. 3, str. 146) — prawdopodobnie w wieku XV, po- 
dobnie, jak i Rzgowska (Łaski j. w. II. 383 przyp.); pa- 
rafie zaś w Kurowicach i w Konstantynowie, dopiero 
w XVII i XIX wieku (M. Baruch j. w. str. 267). 



156 



j. Mm mooBASumsa. 



csatkn wiefai XTI graniczyła parafia w MDe- 
■zŁadh z para.fia.Tm w Skoszrwaełi, w Bnen- 
saćh. CŁaraocmifc, Szgoine, Kazimierza i Ło- 
dzi 3 ): pierwotnie zaś, w miętach średnich, obej- 
mowała iiiewątpLiwie cale terytcryimi, zawarte 
w granicach parafii: Stosrewy *), Brzeziny *X 
Cłłtddcżd 4 ^ Łazimiera *) 5 Zgierz*), a przeto 
panowała także i nad Łodzią T ;, dzieląc się ta 
maże na razie władzą swoją ze Zgierzem, gdy 
po powstaniu łódzkiej osady pograniczne], dzielić 
mą czem było*). 



*) Por. m Łaskiego w Uher Bemef, j. w. U. 
pcraez wydawcę. Łł. KfltytkBwskiegu. 

*) Zalecana w okres* XIII— XIV srako*. Por. Zctcr. 
Bemef. Łaskiej IL 397, pnnrp. wydawcy. 

») Założona w XII stakśn (tamie IL 398). 

4 Założona v XIV -wieku ^ tamie IL 22S, przyp. wy- 
dawcy l 

*; Założona w okresie XIII— XIV stulecia (tamie IL 
378. przyp. wy dawcy l 

*j Zaiożona w okresie xii — xm wieku {tamie IL 
385, przyp. wyda we vi 

T , Wobec późnego powstania parafii Łódzkiej (por. 
wyżej przyp. 3. str. 116 i-da^e się świadczyć o tern pa- 
nowania fakt należenia do parafii w Mileszkach wsi Stoki 
(por. Łaskiego Uher. Be*ef. IL 3S3 "•. graniczącej dziś bea- 
poireduio z miasu-m Łodzią. 

* y Około r. 1576 Bałuty, dzisiejsze przedmieście Ło- 
dzi, należące na początku XVI wieku do parafii Łódz- 
kiej (Łaski j. w. II. 3^1— 3S2 u przechodzą w skład pa- 
rafii Zgierskiej (A-Pawiński: » Wielkopolska* j. w. IL63). 



159 



Parafia htt****-* obejmowała tedy pierwotnie 
przestrzeń rareną, wynoszącą około 125 kilo- 
metrów kwadratowych 1 *, a powstała nie wcze- 
śniej chyba wśród paszczy, nii sąsiednie parafie 
średniowieczne, L j. zapewne w wieku XTTT, kiedy 
ruch osadniczy raźniej przedzierać się zaczął 
w głąb okolicy. W wieku XIV posiadały Mile- 
szki jui niewątpliwie kościół parafialny *X fun- 
dowany dla kilku wiosek, lezących w pobliiuL 
Wiączyń, Bedoń, Wiskitno, Stoki i Chojny — oto 
całość pierwotnego podłoża tej parafii starej *^ 
ogarniającej dziś, na terytoryum znacznie zmniej- 
gzonem, kilkadziesiąt osad. Dwie, nieistniejące 
jui »Wole« — itieczykowa i Stokowska (dziś 
Budy Stokowskie; — może rówieśnice Łodzi — 
powstały później, jak świadczą ich nazwy % by 
owczarnię Mileszek pomnożyć- Z pięciu po- 
mienionych wiosek Wiączyń (dawniej Vya- 



Możnaby to uważać za zupełną wskazówkę pierwotnej 
przynależności Bałut do Zgierza, gdyby nie wątpliwa 
w danym wypadku ścisłość źródła (Księgi Poborowe Wo- 
jewódzkie) w sprawach kościelnych. 

*) Obliczenie, dokonane na podstawie map Chrza- 
nowskiego i Nipanicza. 

*) Łaski j. w. II. 382—383, przyp, wydawcy. 

») Ob. tamże str. 383. 

*) Wola = woły cza = tcolnizna = liber tas, czyli wieś 
nowozaloźona, a zwolniona na pewien okres czasu od 
prestacyi i opłat ludności kmiecej na rzecz pana. 



160 J. K. KOCHANOWSKI 

czencz = Wincenty) x ), to nazwa już chrześci- 
jańska, Chojny — nazwa leśna, Stoki — topo- 
graficzna: niekoniecznie prastare, jako osady. 
Pozostają dwie wsie tylko: Bedoń i Wiskitno, 
w których podobnież, jak w Mileszkach *), wi- 
dzieć można przedewszystkiem praojczyców tego 
osadnictwa, które się niegdyś w głąb dziewiczej 
puszczy podlódzkiej przedarto. Wiskitno — nazwa 
dziś niezrozumiała. Inaczej z Bedoniem, właści- 
wie — Bedoniem (tak jeszcze u ludu), a nawet 
Bądoniem 3 ), którego nazwa pierwotna tak się 
dziś (Bedoń) w »dobrym tonie« spaczyła. 

Jak Biedroń, Cichoń, Strzygoń, Luboń i t. p., 
to odmiany Biodra, Cichego, Strzygi i Luby, tak 
samo był niegdyś i Bądoń nazwą, lub mianem 
synowskiem człowieka, co imię Bąd nosił... Uży- 
wane było to imię w zdrobnieniu, jako Bądko, 
jeszcze na schyłku XIV wieku w Wielkopolsce 4 ), 



l ) Teki A. Pawińskiego (»Księgi Sądowe Łęczyckie*) 
tom V (Indeks). Wydawnictwo to przytaczać będziemy 
w dalszym ciągu p. t. »Teki«. 

s ) Imię średniowieczne polskie Milej, Milec (? czytane 
Milek vel Milech) występuje w »Osadnictwie Małopol- 
ski em« Fr. Bujaka (str. 62 [239]). Zdrobnienie tego imie- 
nia brzmiałoby Mileszko, a stąd patronim. Mileszkowic, 
Mileszkowice, z nich zaś Mileszki, podobnie jak z Ko- 
luszkowic (Teki j. w. V. Indeks) powstały Koluszki. (Por. 
przyp. 2, str. 185). 

8 ) Teki j. w. V. Bódon, Bandon. 

4 ) J. von Lekszycki: >Die altesten grosspolnischen 



KIBDT BORUTA BYŁ PACHOLĘCIU 161 

a przechowało się podziśdzień w licznych no- 
menklaturach wiejskich, jak: Bątków i Bątkowo, 
Będków, Będzelin, Będziechów, Będzialri, Bę- 
dzin i t p. W Wielkopolsce osad »Bądowych« 
było najwięcej, bo s / t tych, jakie do dziś dnia, 
lub do niedawna, na przestrzeni Królestwa 
istniały *). Ponieważ jednak rodziny, które z osad 
tych wyszły, należały do różnych rodów i her 
bów, nie możemy przeto doszukiwać się wspól- 
nego ich protoplasty w jakimś bajecznym Ba- 
dzie wielkopolskim. Wystarczy stwierdzenie faktu, 
że, jak niejaki Bralin, osadnik, stał się niegdyś % 
w roku 1136, cząstką uposażenia opactwa na 
łęczyckim grodzie, tak też i Bądoń w czasie, 
zapewne do tej epoki zbliżonym*), usłał sobie 
gniazdo w puszczy »podłódzkiej«, a raczej na- 
onczas — brzezińskiej. Nie będziemy pewno da- 



Grodbucher«, Poznań 1887, tom I, str. 54, nota 420, 
Bandfco, czyli Badko. 

') Por. Tabella miast, wsi i osad, Warszawa 1827, 
a nadto Bandzieszyn u Bartosza Paprockiego (» Herby «, 
wyd. 1868 r., str. 142). 

») Cod. dipL Maj. Pol. Nr. 7. Por. nadto K. Potkań- 
skiego » Opactwo* j. w. str. 82—83. 

*) Przemawia za tern fakt, że imię Bad we* 
znika z użycia (por. wyżej przyp. 4, str. 160), źe 
wsi podobnie ukształtowana (Bralin, Bądoń) nalc 
bardzo starych; że wreszcie wieś ta (Będoń) na 
przez długie wieki do Nałęczów, ojc*yc* 
polskich. 

SZKICE I DMIMZGI. II. 



162 J. K. KOCHANOWSKI 

lecy od prawdy, przypuszczając, że późniejsi, 
średniowieczni jeszcze i nowożytni właściciele 
tego gniazda, panowie Bądońscy vel Będońscy, 
mieli nietylko nazwisko, ale i krew swoją sta- 
remu Będoniowi do zawdzięczenia. A byli to 
mężowie nielada rodu i godła, Nałęcze wielko- 
polscy *), którzy wśród »braci« i »stryjców« her- 
bowych liczyli nietylko poczet znakomity bisku- 
pów, wojewodów i kasztelanów 2 ), ale nadto — 
kwiat zbójeckiego rycerstwa tej ziemi, który, 
pospołu z Zarembami, uwiecznił się ponuro 
w krwawej tragedyi rogozieńskiej króla Prze- 
mysława... Czyliby panowie Będońscy, siedząc 
w puszczy leśnej, zachowywali ściślej odwieczne 



l ) Żaden herbarz, ani żadne inne źródło nie potra- 
fiło odpowiedzieć nam na pytanie, jakiego herbu, a więc 
i jakiego rodu byli panowie Będońscy. W badaniach ni- 
niejszych była to dla nas okoliczność bardzo nieprzy- 
jazna. Z kłopotu wybawiła nas dopiero uprzejma uczyn- 
ność znanego badacza, p. Wiktora Wittyga, który na 
pytanie nasze, azali nie posiada w cennych swych zbio- 
rach odpowiednich danych, doniósł nam dnia 8 lutego 
1906 r., co następuje: » Jestem w posiadaniu autografu 
Pawła Bendońskiego vel Będońskiego, muzyka Króla Jego 
Miłości, który w r. 1594 kwituje Skarb z odbioru kwar- 
talnej pensy i. Przy pokwitowaniu wycisnął swą herbową 
pieczęć, h. Nałęcz*. Za cenną tę wskazówkę wyra- 
żamy na tern miejscu p. Wittygowi szczere podzięko* 
wanie. 

*) Por. Bartosz Paprocki: »Herby« (wyd. z r. 1858) 
str. 208-212. 



KIBDY BORUTA BYŁ PACHOLCCim 



163 



swoje związki rodowe z Wielkopolską rdzenną, 
milczą o tern wszelkie kroniki i źródła^. Wszak 
maluczkimi nie zajmowały się one nigdy, a pa- 
nom Będońskim poskąpiły całkiem szczęścia losy 
dziejowe. Nie zesłały żadnych zgoła laurów na 
ich uznojone czoła, przeznaczając wszystkie fio- 
lety i karmazyny wybrańcom rodu z nad Warty 
i Wełny. Bo i pocóż było ruszać w ziemię tak 
ustronną, w puszczę leśną, zabitą zwałem drzew 
od świata, skoro ród cały gdzieindziej siedział 
od prawieku, dorabiał się dostojeństw, dostatków 
i chwały? Po co?~. dziś dociec tego niepodobna. 
Nie zdawali sobie z tego niechybnie już sprawy 
bodaj i jagiellońscy panowie z Będonia, bo od 
Bada, czy jego syna-pustelnika, założycieli od- 
ludnej siedziby w łęczyckiem, dzieliły ich nie 
lata, lecz wieki. 

Osadnictwo »chropskie« dotrzeć miało dopiero 
w roku 1419 do bliższych okolic Będonia 1 ), a » za- 
groziło* jemu samemu w XVI stuleciu *). Zagro- 
ziło — lecz bezskutecznie. Knieja będońska po- 
została » knieją* niemal do połowy ubiegłego 
wieku. Podczas procesu z rządem około 1850 
roku o granice leśne od Gaikowa, rzecze: 



*) Objęło ono wtedy wieś Wiskitno, por, 
ruch j. w. str. 286. 

•) Zagarnęło wtedy Giemzów i K«"™ w - p- * 
ruch j. w. str. 286. 



164 



J. K. KOGHANOW8KI 



szukać musieli tych granic na przestrzeni 80 kilo- 
metrów kwadratowych między Kurowicami, Bę- 
doniem i Gałkowem *)! Nie zmogły Będonia kra- 
kowskie »Chropy«, ominęły go latifundia wol- 
borskie biskupów kujawskich, co sieć swoją na 
Łódź zarzuciły, przepomniały go i zakupy pół- 
nocno-I ęczy ckie arcybiskupów gnieźnieńskich, 
którzy chwilowo tylko i to dopiero w osobie pry- 
masa Ostrowskiego (1778—1784), pozyskali tam 
prawa, czy przywileje myśliwskie, od właści- 
cieli wioski 2 ). 

Będoń pozostał jądrem puszczy podłódzkiej 
niemal do ostatnich czasów. 



Niepodobna, pisząc — jak my tutaj — o Ło- 
dzi i jej okolicach, oprzeć się pokusie wyświe- 
tlenia jej zawiązków, pokusie dotarcia do tej ta- 
jemnicy, która — naprzekór dziejopisom — po- 
krywa podziśdzień osobistość jej założyciela. Nie 
chodzi nam bynajmniej o rzecz niedościgłą: o od- 
tworzenie pierwocin samej osady i o stwierdzenie, 
kto był najdawniejszym jej osadnikiem, choćby 
i w historycznej dobie. Chodzi nam jedynie o to, 



*) Tradycya Będońska. (Opowiad. Karola Koźmiń- 
skiego, który ten proces około roku 1850 prowadził 
z rządem). 

*) Szczegóły ob. niżej w tekście. 



SOBOTA BTŁ FACHOŁMOSM 166 



kto jej miano dzisiejsze nadal, kto byt twórcą 
zawiązków »miasteczka« ? Był nim, jak wyka- 
zaliśmy wylej, niewątpliwie jakiś Łodzie 1 ), iy- 
jący w okresie między polową XTTT i XV stu- 
lecia, t j. w czasie najhojniejszego osadnictwa 
kościelnego w lęczyckiem. Ostatni ten wzgląd 
upoważnia do przypuszczenia, ie tajemniczym 
Łodzicem, o jakim mowa, nie byl żaden mąi 
świecki, który, ni stąd ni z owad, przywędro- 
wał na tery tory um, objęte wpływami Kościoła, 
lecz możny jakiś dostojnik duchowny, co by- 
strym spojrzeniem doniosłość położenia »Łodzi« 
na tle ówczesnych warunków ocenił. 

A w rzędzie warunków tych, których genezę 
i rozwój znamy już dokładnie, istniał jeden je- 
szcze — niepośledniej wagi. Oto, Łódź późniejsza 
leżała nietylko na rozstaju trzech fal koloniza- 
cyjnyeh Kościoła, bijących w łęczyckie, ale 
i w pobliżu wielkiego traktu handlowego, który, 
dążąc przez Brześć Kujawski, Łęczycę i Opo- 
czno, łączył Toruń z Sandomierzem, a doczekał 
się w r. 1349 ze strony Kazimierza Wielkiego 
sankcyi uroczystej w układzie Polski z Zako- 
nem*). 

Jakkolwiek horoskopy rozwoju handlowego 
Łodzi miały być w tych czasach dość zawodne, 



l ) Por. wyżej przyp. 3, str. 146. 

») Por. Cod. dipl. Maj. Pol. II. Nr. 1289. 



166 J. K. KOCHANOWSKI 

to jednak one to — brak bowiem wszelki po- 
wodów innych — wpłynąć musiały u schyłku 
wieków średnich na powstanie » miasteczka*. 

Osada ludzka, z której miało się ono wyło- 
nić, weszła, jak wiadomo, w skład posiadłości 
biskupów kujawskich pomiędzy rokiem 1250 
a 1332 '). Jesteśmy skłonni do przypuszczenia^ 
że Łódź, o której przedtem w źródłach całkiem 
głucho, w tym właśnie czasie od jakiegoś Ło- 
dzica duchownego przyjęła swe miano. 

Łodziców z dziada pradziada nie było w tych 
stronach. Siedzieli oni w Wielkopolsce rdzennej, 
gdzie, poczynając od wieku XIII, a zwłaszcza 
od drugiej jego polowy, piastowali w osobach 
najwybitniejszych swych przedstawicieli, Komesa 
Przedpełka, oraz syna jego, Mikołaja, godność 
wojewodzińską poznańską i kaliską, a w osobie 
Wincentego, brata Mikołajowego, kanclerstwo 
wielkopolskie 2 ). Rodowem ich gniazdem była 
Łódź pod Stęszewem, obecnie w powiecie po- 
znańskim położona 8 ), a Łódź w powiecie krob- 
skim i nasza »Łodzia«, ojczycom tegoż rodu za- 



ł ) Por. wyżej przyp. 6, str. 124. 

s ) Noty rękopiśmienne Stosława Laguny, dotyczące 
Cod. dipl. Maj. Pol. (Zachowały się one w egzempla- 
rzu * Kodeksu Wielkopolskiego*, będącym w mojem po- 
siadaniu. 

») Por. Cod. dipl. Maj. Pol. IV. 203. 



KIBDY BORUTA BTŁ PACHOLĘCIU 167 

wdzięczały niewątpliwie miana swoje 1 ), a pe- 
wno i powstanie. Położone pod naszą Łodzią 
osady od niej późniejsze: Łódka i Łódź *)- wój- 
tostwo, to oczywiście filie jednej wspólnej ma- 
cierzy. 

Szereg znanych w średniowiecznych dziejach 
naszych ojczyców herbu Łodzią, protoplastów 
Górków i Bnińskich, liczy na wysokich stano- 
wiskach kościelnych czterech biskupów poznań- 
skich: Piotra^ Mikołaja i Andrzeja z Bnina, oraz 
Uriela z Górki *), a nadto biskupa kujawskiego, 
Piotra z Bnina Moszyńskiego (1483 — 1493), po- 
przednika Krzesława z Kurozwęk, na stolicy we 
Włocławku 4 ). Zdaje się jednak, źe szereg ten 
nie jest zupełny i źe zaliczyć doń jeszcze można 
biskupa kujawskiego, Gerwarda (1300— 1323) 5 ), 
następcę Wisława, herbu Zabawa, a poprzednika 
Macieja Golańczewskiego, herbu Topór, znanego 
nam już zwycięzcy Piastów w walce o wyzwo- 
lenie dóbr biskupich kujawskich z pod władzy 
książęcej. 

Ten Gerward to osobistość niezwykle pocią- 
gająca, ciekawa, ale i tajemnicza, jeśli jej po- 



l ) Poza Wielkopolską nie istniały i nie f' 
dne »Łodzie«. 

f ) Wspomniane w »Tabelli miast, wsi i om 
8 ) B. Paprocki »Herby« (wyd. 1858 r.) 
4 ) M. Borucki, »Ziemia Kujawska 
•) Tamże str. 285. 



168 



J. K. KOCHANOWSKI 



chodzenie mamy mieć na względzie. 'Heral- 
dycy* nasi darzą aż cztery rody jego osobą, 
zaliczając go do Leszczyców J ), do Gieraltów vel 
Osmorogów 2 ), do Nałęczów 8 ), a wreszcie do Lo- 
dzić w 4 ). Brak nam niestety dowodów, by osta- 
tnie to twierdzenie ugruntować w sposób nie- 
zbity; ograniczyć się też musimy do wzmianki, 
że nie jest ono mniej prawdopodobne, niż wszy- 



*) Długosz (Hist. Pol. III. 5), oraz Damalewicz (Ka- 
talog Biskupów kujawskich). 

*) Bielski (Kronika, fol. 215). Paprocki (»Herby« j. w. 
340) i Niesiecki (»Koronac... IV). 

8 ) Niesiecki (sic) j. w. 

4 ) Bielski (sic) j. w. i Paprocki (sic) j. w. 550—552. — 
Herb Łodzią, jeżeli pominiemy problematyczny jego 
wizerunek (klejnot z rodzajem łódki [?] w czubie), prze- 
chowany na pieczęci wojewody kaliskiego, Mikołaja, 
z roku 1301 (Cod. dipl. Maj. Pol. IV, w tablicach Nr. 29), 
występuje poraź pierwszy w kształcie łodzi dopiero w roku 
1373 na pieczęci Mikołaja z Kurnika, proboszcza kościoła 
N. M. P. w Krakowie (Fr. Piekosiński : » Heraldyka pol- 
ska Wieków Średnich* str. 99). Wszystkie zaś najda- 
wniejsze rysunki tego herbu świadczą wymownie o tern, 
że jego heraldyzacya daleką była jeszcze od ustalenia 
w pierwszej połowie wieku XIV, t. j. w epoce biskupa 
Gerwarda (Por. Cod. dipl. Maj. Pol. j. w. w tablicach 
Nra 9, 10, 12, 29, 32, 34, 41, oraz tamże [tom IV] tekst 
na str. 342; por. nadto Antoniego Małeckiego »Studya 
Heraldyczne* II. 30—31). — Jeżeli też — wbrew wszy- 
stkim heraldykom — na własnej pieczęci Gerwarda wi- 
dzimy jakby rozłożoną na dwoje L e 1 i w ę — gwiazdę 
i półksiężyc z osobna (Gdańsk, Kgl. Staatsarchiy, Schbl. 59? 



KIBDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIU 169 

fckie przekazy wspomniane *), zaliczające Ger- 
rarda do rodów innych 1 ). Jeżeli jednak docie- 
ania genealogiczno-heraldyczne nie prowadzą 
o pozytywnego rezultatu, to natomiast prze- 
tanki historyczne zdają się z wielu względów 
a biskupa Gerwarda, jako na założyciela Łodzi 
rskazywaó. Lata jego duszpasterstwa, dwa 
ierwsze dziesięciolecia XIV wieku, to okres — 
ikby dziejów bajecznych przyszłego miasteczka, 
tóre poraź pierwszy w r. 1332, jako »Łodzia«, 
noska biskupów kujawskich, wypływa na arenę 
ziejów. Wypływa za bezpośredniego następcy 
terwarda, Toporczyka Macieja z Golańczewa 
1323— 1368) 8 ), który utrwalenie powagi i prze- 
wagi biskupów kujawskich nad władzą książęcą, 
v znacznej mierze poprzednikowi swemu za- 
wdzięczać musiał. Wszak Gerward, domniemany 

h. 18—20. List do autora od archiwisty Bar'a z dnia 
7 marca 1906 roku, za Nr. 422) — to i to nie jest bynaj- 
aniej dowodem, aby biskup nie miał należeć do rodu 
jodziców czy jakiegokolwiekbądż innego. Zagadka po- 
ostaje dotychczas nierozwiązalną. 

*) Por. wyżej przypiski: 1 — 4, str. 168. 

•) Kwestya bliższości chronologicznej Długosza (por. 
ryżej przyp. l r str. 1B8), niż Paprockiego (por, wyiej 
>rzyp. 2 i 4, str. 168), nie odgrywaj 
;dyź zarówno pierwszy (XV -.i 
»yli od czasów Gerwardowych i 
ichś — różnych — przekazach i 
fach biskupów) w kwesty i poc 

*) Por. M. Borucki 




170 J. K. KOCHANOWSKI 

Łodzie, f autor et promotor Goronae Polonicae gentis 1 ), 
był jednym z najznakomitszych książąt Kościoła 
Polskiego w wieku XIV, był posłem Łokietka, 
wskrzesiciela Królestwa, do papieża Jana XXII 
w sprawie o koronę, był posłem-pełnomocnikiem 
»opatów, klasztorów, przeorów, kapituł, kościo- 
łów, książąt, komesów, baronów, miast i zamków 
polskich* do Ojca św. w r. 1319 2 ), w chwili, 
kiedy ważyły się losy polityczne kraju. I nie- 
dośó na tern! Zabiegliwość tego biskupa o sprawy 
dyecezyi kujawskiej, oraz dóbr biskupich i ka- 
pitulnych, była wręcz wyjątkowa i imponująca. 
Wszak nawet na dworze papieskim, strzegąc 
pilnie celu głównego swego posłannictwa, nie za- 
pomniał o nich Gerward, narzekając skutecznie 
na straty i wydatki dyecezyi swojej 8 ), której 
w kraju żywot swój pracowity poświęcał. 

Wielkie tranzakeye majątkowe z Łokietkiem 4 ) 
z opatem z Mogiły 6 ), z klasztorem w Trzeme- 
sznie 6 ), z Cystersami z Oliwy 7 ), Strzelna 8 ) i Pel- 



») Mon. Pol. Hist. II. 944. 

») Aug. Theiner, Mon. Pol. I. 226. 

») Tamże str. 230. 

4 ) Rzyszcz. i Muczk. Cod. dipl. Pol. Nr. 196, 202. 

5 ) Cod. dipl. Maj. Pol. Nr. 966, 975, 997; Rzyszcz. 
i Muczk. j. w. Nr. 226. 

«) Tamże. 

7 ) Rzyszcz i Muczk. j. w. Nr. 175; Perlbach'a Pome- 
rellisches Urkundenbucb Nr. 601. 

*) Rzyszcz. i Muczk. j. w. Nr. 200, 209—217, 233. 



KODY BORUTA BYŁ PACHOLĘGIKM 171 

plina 1 ); procesy z Piotrem z Nowia, synem wo- 
jewody gdańskiego, Świecy 1 ), z Janem, kanoni- 
kiem krakowskim*), z Zakonem Joannitów 4 ) 
i z dyecezyą płocką 6 ); szerokie lokacye wsi bi- 
skupich na prawie niemieckiem 6 ), obrona pod- 
danych od rozbójników *), a wreszcie działalność 
ekonomiczna na całej, wielkiej przestrzeni dóbr 
kujawskich *) — oto krótka charakterystyka prac 
gospodarczych tego niepospolitego człowieka! 
Można tedy podejrzewać go i o to, że rzutką, 
przedsiębiorczą działalność swoją skierował także 
w łęczyckie, gdzie na rozstaju prądów koloni- 
zacyi kościelnej, w pobliżu wielkiej drogi han- 
dlowej, a w kluczu dóbr wolborskich — drze- 
mało wśród strumyków leśnych 9 ) miejsce na 
osadę... 

Wraz z wsiami: Komorniki, Żywocin, Goda- 
szewice, Chorzęcin, Łaznów, Dąbrowa, Niesuł- 



*) Perlbach'a Pomer. Urkundenbuch Nr. 599, 601. 

•) Rzyszcz. i Muczk. j. w. Nr. 195; Pomer. Urkunden- 
buch j. w. Nr. 650. 

8 ) Rzyszcz. i Muczk. j. w. Nr. 210. 

«) Tamże Nr. 235, 237, 289. 

5 ) Tamże Nr. 240. 

«) Tamże Nr. 223. 

*) Tamże Nr. 224. 

8 ) Por. passim dokumenty, przytoe 
piskach 4—8, str. 170 i wyżej przyp, 

») Łódka i Jesień. 



172 J. K. KOCH AKOWSKI 

ków, Siedlec, Pszanowice i Sobota *), oraz z czte- 
rema innemi, nieistniejącemi dziś może 1 ), a na- 
leźącemi również do biskupów kujawskich, otrzy- 
mała Łódź dnia 6 września 1332 r. zwolnienie 
całkowite od wszelkich opłat, ciężarów, danin 
i posług książęcych, które dawniej pod różnemi 
postaciami na niej ciążyły *). Nadto, biskupi, jako 
zupełni jej panowie, posiedli przywilej przeniesie- 
nia jej na prawo niemieckie: nadania jej nowego 
ustroju i samorządu. Przedtem już jednak, dnia 
18 lipca tegoż roku, Przecław, archidyakon kra- 
świcki, występujący w imieniu biskupa Macieja, 
zdołał przekonać kasztelana Brzezińskiego, Pio- 
tra, o braku wszelkiego prawa do pociągania 
mieszkańców wsi biskupich przed jego forum 4 ). 
Zdaje się nie ulegać wątpliwości, że zwy- 



ł ) Komorniki i Żywocin leżą w dawnym obwodzie 
piotrkowskim; Godaszewice, Chorzęcin, Łaznów, Niesuł- 
ków, Pszanowice i Sobota — w brzezińskim; Dąbrowa — 
w zgierskim, a Siedlec w łęczyckim. 

*) Nazwy tych miejscowości brzmią w dokumencie 
z dnia 6 września 1332 r. : Trancbewo, Strupyno, Gnichewo, 
Szagnischewicze (Rzyszcz. i Muczk. j. w. str. 663). 

8 ) Pomieniony dyplomat (Rzyszcz. i Muczk. j. w. 
Nr. 484) wymienia tam ciężary następujące: sep, po- 
radlne, podworowe, powód, stróża, danina krowy i wie- 
prza, opole, narzaz, budowa i naprawa grodów i spodków, 
sądy wojewodzińskie i kasztelańskie, pozwy sędziów, 
podsędków, oraz urzędników i woźnych ziemskich. 

*) Tamże Nr. 254. 



KBDT BOftCTA BYŁ PACHOŁBCIKM 175 



cięstwo stolicy biskupiej kujawskiej nad książęcą 
władzą, było wynikiem długotrwałych walk i usi- 
łowań. Pamięci naszej przekazały źródła dzie- 
jowe jedynie epilog tych mozołów, uszczuplając 
zasób danych, jakie mogłyby niechybnie rzucić 
niemało światła w tej mierze na epokę, poprze- 
dzającą biskupa Macieja: na czasy Gerwarda 
i jego poprzedników: Wisława, Wojciecha, Woli- 
mira, a może i dawniejszych '). Dane te, zapadłe 
w otchłań niepamięci, możemy atoli odtworzyć 
sobie z tych przekazów, które dotyczą dóbr wol- 
borskich z czasów Wolimira (1255—1274 *), a jak 
wiadomo, były to czasy, wchodzące w epokę wcie- 
lenia Łodzi do tego kompleksu*). Otóż w epoce, 
o jakiej mowa, dobra wolborskie były jeszcze 
puszczą leśną, mało zaludnioną. W roku 1255, 
kiedy Budzisław, sędzia, i Wit, skarbnik łęczy- 
cki — obaj dostojnicy dworu księcia Kazimierza 
Eonradowica (1211— 1267 4 ), dokonywali rozgra- 
niczenia opól, należących do Rozprzy i do Wol- 
borza — na wsiach tej ostatniej » kasztelanii* cią- 



*) Por. M. Borucki » Ziemia Kujawska* j. w. 

*) U M. Boruckiego (j. w.), jako początek rządów bi- 
skupich Wolimira, występuje rok 1256, atoli dokument 
podany przez B. Ulanowskiego (Dokum. Kuj. i Mazow, 
str. 189, Nr. 14) stwierdza, że Wolimir był już biskupem 
kujawskim w r. 1255. 

8 ) Por. wyżej tekst; str. 124. 

4) O. Balzer j. w. (Gen. Piastów). 



174 J. K. KOCHANOWSKI 

żyły wyłącznie jeszcze, w stosunku do księcia, 
ciężary służby łowieckiej: » Kłusowników wol- 
borskich sądzić będzie książę — opiewa treść 
dokumentu 1 ) — z wyjątkiem ludności, przypi- 
sanej do gleby. Opłaty karne przypadną w po- 
łowie biskupowi, a w połowie księciu. Łowczy, 
ani podłowczy książęcy nic tam pobierać nie 
mają, a do ochrony (zwierza) ustanowieni będą 
»Gajownicy« książęcy i biskupi; pierwsi jednak 
poboru (kolendy) z pomienionej ludności ściągać 
nie powinni, poprzestając jedynie na datkach, 
uiszczanych przez ludność w miarę możności 
Atoli ludność wolna, zamieszkała we wsiach 
książęcych, biskupich, czy rycerskich, oraz 
wszelka książęca, znajdująca się w granicach 
wolborskich, ma wydatki »Gajowników« pokryj 
wać, a nadto uiszczać im »kolendę«. Książę raz 
do roku w granice » kasztelanii « wkroczy, wszczy- 
nając tam łowy po lasach i borach; gdy zaś za- 
bójstwo pomiędzy ludźmi biskupimi się zdarzy, 
główszczyzna biskupowi przypadnie w udziale*. 
Trudno przypuszczać, by Łódź i najbliższą 
jej okolicę miały obarczać wtedy inne jakie cię- 
żary publiczne, niż te, jakie w dokumencie wspo- 
mnianym całej »kasztelanii« wolborskiej dotyczą. 
Trudno to przypuszczać; jakkolwiek bowiem 
Łódź obarczona była już w r. 1332 daninami, 



*) B. Ulanowski, Dok. Kuj. i Mazow. str. 188, Nr. 14. 



KIEDY BORUTA BYŁ PACUGLECIEM 



175 



iwiadczącemi o niejakiem jej zagospodarowaniu, 
a jednak potem u schyłku wieku XIV, miała 
>na korzystać z »wolnizny* % stosowanej do 
ciosek, które z żywiołem lasu do czynienia miały. 
Wszak puszcza podłódzka nie była bardziej, niż 
właściwa wolborska, cywilizowaną,,. Przeciwnie! 
Zestawienie zasiedlenia obu tych okolic — i to 
eszcze w wieku XVI — stanowczo na korzyść 
ostatniej przemawia*). Ciężary » cywilizowane* 
roku 1332 % jak: sep, poradlne, podworowe, 
daaina krowy, wieprza i * narzaz* — to niewąt- 
pliwie * łupież* energicznej gospodarki kościelnej, 
ctóra apetyty książęce zwiększała. Biskup ku- 
awski, Maciej z Golańczewa, zwyciężając, po 
długiej walce Kościoła z państwem, księcia Wła- 
dysława Ziemowitowica, apetytom tym nałożył 
lamulec; zato władza biskupia kujawska* siejąc 
w swych, niezawisłych odtąd dobrach, ziarno 
prac gospodarczych wśród puszczy, które jej 
plon coraz obfitszy dawało, nie przestawała 
zwiększać go nadal i zapobiegliwością swoją po- 
mnażać. 

Za bratanka i następcy Maciejowego, biskupa 
Zbiluta 4 ) (1368—1383), Łódź dostała się wraz 



*) Tamże str, 2£8, Nr, 90. 

J ) Por, w » Wielkopolsce* A, Pawinskiego (j. w.) Uoi6 
*nów uprawnych tu i tam* 

') Fon wyżej prayp. 8, str, 172. 
*) M. Borucki j. w. 



176 



z przykgia do niej włoszczyzną leśną, Widze- 
wem, zwanym wówczas Widzewnicą od stru- 
myka, co zrasza! jej pola. w posiadanie doły- 
wolnie >panac Piotra, przezwiskiem Śliwka^ ka- 
nonika kapituły włocławskiej 1 ). 

Ksiądz Piotr, uczestnik prac gospodarczych 
biskupa * ~ dbały o to beaeficram swoje, w par 
mięci własnej chować go nie przestawał Podczas 
doniosłych w Polsce wydarzeń, w dobie ślubów 
Jadwigi z Jagiełłą, kiedy na stolicy kujawskiej, 
po śmierci drugiego a przelotnego następcy Ma- 
cieja, biskupa Trojana * } (1383 f 1384), zasiadł 
Piast, Jan Kropidło, książę opolski (1384— 1389 4 ; 
1402—1421) przyjaciel Krzyżaków a słynny ma- 
gister elegantiarum 5 ), Łódź wypłynęła powtórnie 
na arenę dziejów. 

Dnia 10 czerwca 1387 roku we Włocławku 
książę-biskup, pospołu z członkami kapituły, na- 
dał Śliwce przywilej przeniesienia Łodzi i Wi- 
dzewa na prawo niemieckie wedle wzoru średz- 
kiego, oraz zwykłej w tych stronach organi- 
zacyi rolnej » flamandzkiej*, czyli chełmińskiej •> 

l ) B. Ulanowski, Dok. Kuj. i Mazow., str. 268, Nr. 90. 
») Tamże str. 266, Nr. 88. 
•) M. Borucki j. w. 

4 ) Co do daty roku 1389, por. u Rzyszcz. i Mnezk. II. 
cz. I. Nr. 328, 336, 337; IV. Nr. 69. 

B ) Por. M. Boniecki: »Ksiązęta Śląscy* II.- str. 117. 
•) Por. Fr. Piekosiński »0 Łanach w Polsce Wieków 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 

Przywilej ten był sankcyą urządzeń, jakie ksiądz 
Śliwka w obu wsiach wspomnianych gotów był 
wprowadzić wnet w życie,.. Dowiadujemy się 
bowiem z dokumentu, o jakim mowa, źe Łódź 
z Widzewem posiadała już w dniu jego wysta- 
wienia gotowego przedstawiciela swej przyszłej 
organizacyi w osobie sołtysa, Janusza Piotrowica. 
Ow to dygnitarz, stanąwszy osobiście do aktu 
i przyjąwszy dyplomat biskupi, znalazł w nim 
szereg następujących zarządzeń: 

^Sołtys dziedzicznie posiadać będzie w Łodzi 
i w Widzewie po dwa łany 1 ), wolne (od opłat 
i danin), a złożone z pól, łąk, lasów, pastwisk, 
pasiek i gajów, Kmiecie obu tych wiosek od 
dnia wystawienia niniejszego (10, VI, 1387 r.) — 
przez lat trzy w Łodzi, a przez lat czternaście 
w Widzewie korzystać będą z zupełnej wolni- 
zny (od ciężarów, opłat i danin), a dopiero po 
jej upływie uiszczać mają corocznie w dniu 
św. Marcina księdzu Śliwce po pół grzywny 
groszy praskich, oraz po »rączce a ) łęczyckiej*, 
t. j, po ćwierci miary zwykłej (urna) miodu z lar 






Średnich* (Rozpr. Wydz. HiBt.-fiL Akadem. Umiej. U 21, 
afer. 79). 

i) ss włóki 30-morgowei por. Fr. Piekosińeki j. w. 

*) W oryginale (pon wyżej przyp. 1, str« 176) napi- 
iaao: *«. et ąnartam partem meliis vrnae, dictam wlgfr- 
riter Maczka^ de men sura Lanci cieńsi, .« solvere Bint 
agtricti«... 



178 



J. Ł KQCHASDW*XX 



nów łódzkich, a po pól grzywny bez dodatku 
Z fanów widzewskich- Po śmierci księdza Śliwki 
wszelkie opłaty i daniny przejdą na skarb bi- 
skupi. Nadto, co Wielkanoc kmiecie łódzcy i wi- 
dzewscy składać mają po trzydzieści jaj i po 
jndnym serze, a w dniu Wniebowzięcia N. 1L P. 
po dwie kury. Sołtys i jego następcy z karczem 
łódzkich i widzewskich — ile ich obsadzić się 
uda — dwie trzecie otrzymywanego z nich 
Ofynazu rocznego płacić będą, zatrzymując je- 
dną, pozostałą, dla siebie, Sołtys Janusz będzie 
miał prawo zbudować i utrzymywać młyn w Wi- 
dzewie bez żadnej opłaty, Co do robót rolnych 
{na folwarku) — kmiecie winni orać pod ozi- 
miny i pod jarzyny, winni wywozić nawóz, oraz 
koaió i grabić łąki, przeznaczając na każde 
z tych zajęć po jednym dniu (w roku), Co do 
nądownictwa, sołtys i jego następcy wszelkie 
wprawy cywilne i kryminalne, nie wyłączając 
gardłowych i ucięcia członków, sądzić będą 
w granicach wiosek rzeczonych wedle prawa 
Grodzkiego, a w obecności ks. Śliwki, lub — po 
jego zgonie — biskupiego wysłańca, Z opłat są 
dowych dwie części przypadną księdzu Śliwce, 
a jedna sołtysowi; przysiężne pobierać będzie 
aoltys w całości, Nadto i sołtys i kmiecie winni 
ki. Śliwce, a P° i e g° śmierci biskupom kujaw- 
Łwiadczyć honory i usługi wszelkie we 
«*yc*aju średzkiego, Gdyby sołtys Janusz, 



KIBDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIU 179 

albo li też jego następcy, prawa swe kiedykol- 
wiek i komukolwiekbądź odstąpić zechcieli, winni 
uzyskać na to zgodę biskupów kujawskich*. 

Z ciekawego tego dokumentu, najobszerniej- 
szego z tych, jakie Łodzi średniowiecznej do- 
tyczą, dowiadujemy się, że jeszcze na schyłku 
wieku XIV była ona zwykłą wioszczyzną, »prze- 
niesioną*, jak wiele innych, współczesnych jej 
towarzyszek, z prawa, obyczaju i urządzeń rol- 
nych swojskich — na niemieckie. Nie stało się 
to ani wcześniej, ani inaczej, niż w wielu miej- 
scowościach innych, które potężnemu czynni- 
kowi cywilizacyi — t zw. kolonizacyi niemie- 
ckiej, rozwój swój zawdzięczały... 

A jednak — ze względu na późniejsze jej 
losy — był to fakt o doniosłości iście pierwszo- 
rzędnej! Akt włocławski z r. 1387, to pierwszy 
po włączeniu Łodzi do kompleksu dóbr bisku- 
pich wolborskich, wypadek historyczny 
w jej dziejach: pierwszy etap tego rozwoju, 
który miał niebawem już wyróżnić ją w sze- 
regu wiosek okolicznych 'dostojeństwem* osady 
parafialnej i miasteczka. 

Szczupła parafia łódzka, szczupła, bo wykro- 
jona niewątpliwie z pasterni pierwotnych w Mi- 
leszkach, w Zgierzu, a może i w Skoszewach *), 



i) Por. wyżej przyp. 3, str. 146, oraz przyp. 1, 2, str. 157 
i przyp. 1—8, str. 158. 

W 



180 



J. K, KOCHANOWSKI 



powstała prawdopodobnie jednocześnie ze rzgow- 
ską 1 ), a najprawdopodobniej współcześnie, lub 
później nawet, niż ^miasteczko*, t j. około po- 
lowy wieku XV). 

Jako miasteczko (oppidum), zapewne jui pa- 
rafialne, występuje Łódź poraź pierwszy w dzie- 
jach dnia 16 kwietnia 1464 roku a ), w charak- 
terze znacznego waloru w ręku biskupów ku- 
jawskich. Kiedy bowiem, przyciśnięty pieniężną 
potrzebą, pan jej i władca, biskup Jan Lutek 
a Brzezia herbu Doliwa, znany rozrzutnik, któ- 
rego pogrześó nawet musiano potem na koszt 



l ) Por, wyżej przyp, 1, str. 179, oraz J, Łauki Liber 
Benef t j. w. IL 383, przyp. wydawcy. 

*} Obok znanych nam już przesłanek, wskazujących 
na tak późne powstanie parafii Łódzkiej (por* wylej 
przyp. 3, str. 146, oraz przyp. 1, 2 t Btr. 157 i przyp, 1—8, str. 
158), zasługuje nadto na uwagę fakt, że stolica tej parafii 
zwala się w dobie nowożytnej (XVI st.) *Łodzia* — w zna- 
czeniu Łodzi — (Nowej) (t. j, miasteczka), będącej 
przeciwstawieniem Starej-Łopzi (wioski), występu- 
jącej jedynie i wyłącznie jako Łódź (Lodzą) w aktach 
1332 i 1387 roku, kiedy Łodzi a-(Nowa), t. j* miasteczko 
i stolica parafii jeszcze nie istniały. Por. jako podstawę 
do takiego wniosku (u Łaskiego j. w. Liber Benef. IL 881) 
tytuł rozdziału o Łodzi i wykaz należących do niej 
wiosek; » Lodź i a (= parafia i miasteczko),., oppidum... 
m eodem oppido ecclegia parochialis,.* ad quam*.. ultra 
oppidum, villae infrascriptae, vi de licet; Radogoazczp.. 
Stara Lodzya etc,,, pertinent** 
łon. Medii aevi t. 














kapituły x ), zabiegał o pożyczkę, uzyskał ją isto- 
tnie — i to w sumie na te czasy wielkiej — 
tysiąca florenów węgierskich, od pana Piotra 
z Oporowa, wojewody łęczyckiego, na zastaw 
Łodzi-wsi i Łodzi-miasteczka, Niesułkowa, oraz 
pomniejszych wiosek stołowych, nieznanych dziś 
z miana*), 

Łódź-wieśy to »Stara-Łodzia«, przeciwstawie- 
nie *Łodzi- miasteczka *, którego nazwa w ten 
sam sposób poufały, a dziś naiwny, choć histo- 
rycznie tak uzasadniony, nadawana bywa przez 
wieśniaczą ludność okoliczną pół-milionowemu 
Manchesterowi, który strawić już zdołał i »Starą- 
Łodzie* i »Łodzię-miasteczko* i część Widzewa 
i Bałuty i inne pobliskie wioszczyny!.., 

Podczas układów o zastaw Łodzi Oporów- 
skiemu, zaszedł ciekawy dyskurs pomiędzy stra- 
żniczką dóbr stołowych, Kapitułą, a biskupem 
Lutkiem, który tu za źródłami wiernie powta- 
rzamy ■): 

»Najprzewielebniejszy Ojcze — mówił Archi- 
dyakon, Świętosław z Wrzącej, imieniem Kapi- 
tuły — przekonaliśmy się, że akt zastawu dóbr 
na rzecz Wielmożnego Pana Piotra Oporow- 
skiego, wojewody łęczyckiego, dokonany został 




182 



J. K. KOCHANOWSKI 



przez Was w sposób przeciwny nietylko oby- 
czajowi i normom ogólnym, ale i poglądom na- 
szym. Prosimy Cię, abyś akt ten poprawić po- 
lecił, iżby zeń niebezpieczeństwa jakowe i szkody 
na nas i na następców Twych nie spłynęły«. 

A biskup-utracyusz na to: 

»Mili panowie i bracia! Bóg mi świadkiem, 
że stało się to nie z woli mojej, jeno pan Doktor 
Andrzej Oporowski, kantor włocławski, akt ten 
tak sporządzić i spisać polecił, zaręczając, że 
wymoże to na Was, Panowie Bracia, iż go ta- 
kim, jakim jest, pozostawicie«... 

Po rozgoworze tym atoli biskup przyrzekł 
jaknajuroczyściej, że akt zastawu każe skory- 
gować, a dobra, o które tam chodzi, oraz inne, 
również zastawione, wykupi. Jedne z nich — 
przed upływem sześciu miesięcy, a inne — przed 
najbliższem zebraniem się kapituły w dzień 
Wniebowzięcia N. M. P. Kiedy i jak się to stało — 
nie wiemy. Paktem jest jednak, że Łódź pozo- 
stała w rękach obcych niedługo i powróciła — 
wkrótce zapewne, jak biskup przyrzekł — do 
kompleksu dóbr stołowych kujawskich. O prze- 
biegu przelotnego tam panowania Oporów skich 
żadne nie doszły nas wieści. 

Cóż jednak działo się w najbliższem, bezpo- 
średniem, stałem a rodzonem środowisku » mia- 
steczka* — w cichem zakątku brzezińskim — 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 



183 



w dobie, kiedy Łódź » atuty « takie wygrywała 
w dziejach ?,.. 



Wszystko działo się tam, jak dawniej, z tą 
tylko różnicą, że źródła bliżej nam już, niż do- 
tąd, wejrzeć pozwalają w tajemnice, drzemiące 
w ostępach puszczy podłódzkiej... 

Znany nam w zarysie ogólnym charakter 
dziejowy tego zakątka, znajduje w zasobie naj- 
dawniejszych, jedynych w swoim rodzaju, prze- 
kazów źródłowych, wierne odbicie swoje. A źró- 
dła te — to nieocenione księgi sądowe: w da- 
nym wypadku Księgi Sądowe Łęczyckie z cza- 
sów Jagiełły. Ich lakonizm, niby jednostajny 
i jednolity, nie różniący się pozornie niczem od 
małomównej prostoty innych tego rodzaju aktów, 
pochodzących z całego obszaru dawnych ziem 
polskich, kryje jednak w swym łonie to, czego 
szukamy. Odrębność łęczycka, jej wyraz i jej 
tajniki mienią się tam pod okiem spostrzegacza 
blaskami minionej, zamarłej przeszłości, jakgdyby 
postać jej żyła jeszcze w całej swej krasie pier- 
wotnej pod nalotem » przyszłości, jak z bajki*, 
która już także » przeszłością* się stała. 

Na tle tej odrębności, uderzającej naogół 
w porównaniu ze współczesną fizyognoniią Mało- 
polski, czy Kujaw, rysuje się nadto, jakby od- 




184 J. K. KOCHANOWSKI 

rębność inna: powiew cichej swojszczyzny brze- 
zińskiej... Dobrobyt średniowieczny okolic Kra- 
kowa i Brześcia — podstawa późniejszej cywi- 
lizacyi tych stron uprzywilejowanych, znajduje 
w zamożności urodzajnych ziem Łęczycy i Or- 
łowa, nieokiełzanych jeszcze w krwawych po- 
rywach prawieku, pewnego rodzaju przeciwsta- 
wienie. A takiemże samem przeciwstawieniem 
okolic północnych województwa — to powiat 
brzeziński i cicha puszcza podłódzka. Cicha, bo 
uboga glebą, leśna i zaludniona mało. Istna sieć 
pajęcza kultury, złożona z włókien różnego na- 
lotu, a rozpięta, jakby za świeża, nad okolicą, 
skąpaną jeszcze w mrokach przeszłości odległej. 
Puszcza ma w źródłach karty dość obfite — 
bal zdumiewające nawet liczebnością śladów tego 
życia, jakie tam pulsowało w dobie Jagiełły. By 
je scharakteryzować w paru słowach, dość by- 
łoby powiedzieć, że wyrazy »pulsowało tam«, 
wydają się zbyt silne, a wymagają conajmniej... 
komentarza. Oto — punktem ciężkości, węzłem 
życia i zabiegów możniejszych, a nawet i uboż- 
szych mieszkańców puszczy, była właściwie nie 
ona sama, lecz okolice poza nią leżące, gdzie 
w lepszej glebie i kulturze dawniejszej świat szla- 
checki i kmiecy bujniejszem wrzał życiem. Opary 
tego życia krążyły już nad puszczą, krystalizo- 
wały się nawet tu i owdzie w pewnych jej ogni- 
skach, ale daleko jeszcze było jej do tego, by 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 185 

sama stać się mogła jego źródłem, A na kanwie 
cienkiej sieci pajęczej, co kulturę Polski przed- 
stawiała w tych stronach, los dziwne zaiste haf- 
tował wzory... Oto, obok dziejów codziennych 
szlachty i kmieci, obok pierwiastków rodzinnych 
i sąsiedzkich, dorzucił on — niby u wstępu do 
^cywilizowanego* życia okolicy — garść istnych 
dziwów, nalot szczególny a tajemniczy L. 

Wśród mrocznych lasów brzezińskich, w ostę- 
pie, z którego przez okolice Brzezin i Jeżowa, 
rzeczka Mroga spływała ku Bzurze, dając miano, 
a może i życie słynnym zbójom pomrożańskim, 
powstała ongi skromna osada ludzka — Koluszko- 
wice *). To oczywiście siedziba zstępnych jakiegoś 
Kolucha 1 ), a raczej zdrobniałego Koluszka (Ko 
1 uszko). I nie byłoby może ani w nazwie Kolu- 
sftkowic, części Koluszek późniejszych 3 ), ani 
w dziejach przeciętnych tej wioski nic godnego 



l ) »Teki A. Pawińskiego* (Księgi Sądowe Łęczyckie) 
II , Nr, 21 16. 

■) Imienia takiego bezpośrednio nie spotykamy w źró- 
dłach, atoli — prawie, napewno — przypuścić możemy 
istnienie. Był Goluch (Fr. Bujak, tOsadnictwot 
r. 234 [63], a od niego, ewentualnie od Koluch ł a), zdro- 
bniały Goluszko (Koluszko), skąd (patronim.) Koluszko- 
wice, a wreszcie Koluszki, Kreacja podobna, jak Mile- 
szki od Milec'a (Milech'a). Por, wyżej przyp. 2, str- 160. 

») W »Kst egach Sądowych Łęczyckich* występują 
jednocześnie KoJusakowice i Koluszki, Pierwsze waze- 
l:iko — tylko raz jeden (por. wyżej przyp- 1), poczem 



186 



J. K. KOCHANOWSKI 



uwagi, gdyby nie dziwne imiona jej mieszkań- 
ców w brzaskach Jagiellońskiej doby. Brak źró- 
deł — owych satelitów mocy i panowania, pierz- 
chających bez śladu z przed oblicza maluczkich 
i słabych, nie pozwala nam, niestety, na grun- 
towne wyświetlenie sprawy. Poprzestaniemy na 
zestawieniu faktów — suchych, drobnych i nie- 
znanych, a jednak barwnych, wiekopomnych 
i uderzających sensacyą zapomnianego dramatu 
na tle dziejów skromnej wioski pomrożańskiej. 
Oto, w dobie, kiedy możny Witold trzymał 
Koronę na uwięzi spraw litewsko-ruskich, kiedy 
chwiał się po Worskli, ratował w Raciążu, grzmiał 
pod Grunwaldem i królował z Litwy po szero- 
kim świecie 1 ) — w latach 1399—1419, a zape- 
wne i później jeszcze, konały w Koluszkach 
echa przeszłości tajemniczej, która grono roz- 
bitków losu rzuciła ze Wschodu nad Mrogę. 
Wsie niedalekie: Moskwa, Moskiew i Moskule 
zdają się wskazywać na to, że rozbitki, o jakich 
mowa, wiedli istotnie ród swój zagadkowy gdzieś 
z poza późniejszych dzierżaw Witoldowych. Bóg 
to raczy wiedzieć, skąd i kiedy tam przybyli, 
dość, że w czasach wspomnianych siedzą w Ko- 



znikają — niewątpliwie na rzecz nowej nomenklatury 
(Koluszki), która objąć musiała osadę dawną (Koluszko- 
wice) i nowszą (Koluszki). 

*) J. K. Kochanowski: » Witold, Wielki Książę Litew- 
ski*, Lwów 1900. 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 187 

luszkach: Mikołaj z braćmi *}, Jan i Mikołaj — 
obaj przezwiskiem Babicze s ), wskazującym może 
na Babów polskich % lub na pogańskie Bahy% 
ale może także — pośrednio, lub bezpośrednio, 
na słynnych kniaziów moskiewskich, później- 
szych towarzyszów Waayla Ślepego 6 ); siedzą 
Andrzej % Dorota 7 ) i Wojciech 8 ), ale — co wa- 
żniejsza — siedzą tam także dwie dostojne par 
nie, Olga i Anastazya % właścicielki imion, zgoła 
na pniu polskim nie wyrosłych. Jeszcze w sto 
kilkadziesiąt lat później, w r. 1576, liczyły Ko- 
luszki zaledwie pół-trzecia uprawnego łanu, choć 
siedziało na nich trzech panów i dwie panie 
■ Kol uszko wskie« w ) — jedna z nich, Jadwiga, 



l ) Teki j. w. (Księgi Łęczyckie) II. 21 IB. 

■J Tamie U. 2330,* 2386.' 

■) Por, wsie Baby (ogółem 8 takich nomenklatur) 
w piotrkowskiem, wieluńskiem, prasnyikiem, sochaczew- 
skiem i gostyńskiem (*Tabella miast, wsi i osad Króle- 
stwa Polskiego i, Warszawa 1827). 

*) Por* Zygmunt Gloger: *Encyklope.dya Staropol- 
ska* (Baba). 

s ) Por. Adama Bonieckiego: » Poczet rodów w W. X, 
Lit,« (Babicze). 

•) Teki j. w. (Kb. Lecz.) II, 2388. 

J ) Tamże II. 2408, 

») Tamże IL 2572. 

•J Tamże U, 2365, 2408 etc 

M ) A, Pawiński * Wielkopolska- (w ^Źródłach Dzie- 
jowych* IX Btr. 93, 161, 



188 J. K. KOCHANOWSKI 

wdowa po Janie, noszącym znamienne w wa- 
runkach tamtejszych nazwisko Glińskiego 1 ). Miały 
już jednak wtedy Koluszki młyn, trzech zagro- 
dników, a nawet kołodzieja i tkacza 1 ) — zato 
ani jednego kmiecia na gruntach wspomnia- 
nych 8 ). »Dobytek kmiecy* dzierżyli tam wów- 
czas, w przyległej części wioski, panowie ma- 
gnaci, Lasoccy z Brzezin, spadkobiercy pana 
Jakóba, szczęśliwego posiadacza sześciu koloni- 
stów 4 ), dość już obficie za króla Stefana wystę- 
pujących w Brzezińskiem 6 ). W Koluszkach sie- 
dzieli Lasoccy już na początku wieku XVI, jak 
o tern zdają się świadczyć ówczesne źródła ko- 
ścielne 6 ). 

Jeżeli tak mglisto i ubogo przedstawia się 
historya Koluszek w zaraniu nowożytnej doby, 
to tern mniej posiadamy danych, aby ich dzieje 
zamierzchłe z czasów Jagiełły »ozłoció«. Klej- 
notem ówczesnym tego zakątka, jaśniejącym na 
widnokręgu szerokim od Choin i Witkowie po 
Brzeziny i Zalesie, były tam przedewszystkiem 
panie Olga i Anastazya, pieniające się o posagi 7 ), 



») Tamże. 

*) Tamże. 

s ) Tamże str. 120. 

*) Tamże str. 93. 

5 ) Tamże passim str. 88—98. 

6 ) Por. Liber Benef. Łaskiego II. str. 400. 

7 ) Teki (Księgi Sądowe Łęczyckie) II. 2365. 



KISDT BOBUTA^BTŁ PACHOUCOHM 189 

;astawiające części gruntów swoich sąsiadom 1 ) 
stwierdzające przed sądem, tsse Hciga umosła 
[8 gryffen posagu w dziedzinę manssu swemu m 
loluszki *). 

Jak cichym niewiastom przystało, żadna 
; nich nie miała dość szczęścia, by imię swe 
)oiączyć choćby z jaką »gwerrą« wiekopomną 
La kartach dziejów partykularza. I pod tym 
K)wiem względem różnił się nasz zakątek od tła 
byczajowego dalszej okolicy, gdzie pod Łęczycą 
apamiętałe temi czasy wrzały walki — wojny 
odowe — pod hasłem krwawych odwetów, zna- 
jącym te strony, jeszcze za Jagiełły, piętnem 
przeszłości zamierzchłej*). Za uboga była na 
bytek taki puszcza podłódzka, wolna zresztą, 
ak z ewolucyi jej wynikało, od kompleksów od- 
wiecznych dóbr rodowych. Ubóstwo jej kmie- 
cego i szlacheckiego nalotu, to cecha najisto- 
niejsza i stosunków i obyczaju. Tęsknem też 
kiem] spoglądali mieszkańcy puszczy w bo- 
atsze strony łęczyckie, sieradzkie, czy nawet 
lazowieckie, tam przedewszystkiem dobijając 
ię afektów możniejszej braci Sobie samej wyspa 



») Tamże DL 2408. 

f ) Ustęp tego zdania od ti gryffen do — Koluszki' 1 
włącznie) jest przekładem archaicznym tekstu łaciń- 
kiego z r. 1406. (Tamże II. 2586). 

») Por. A. Pawiński: »0 pojednaniu w zabójstwie*. 
Warszawa 1884. 



190 J. K. KOCHANOWSKI 

ta nie wystarczała, boć i wystarczać nie mogła* 
Wszak kompleks cały właściwych wiosek pu- 
szczańskich: Będoń, Chojny, Galków, Koluszki 
Kurowice, Małczew, Mileszki, Wiączyń, Wiskitno, 
Witkowice i Stoki, liczyły conajmniej, w cza- 
sach omawianych, 75-ciu »pańskich« mieszkań- 
ców 1 ), siedzących na 350-ciu, co najwyżej (!) 
uprawnych łanach 8 )! To też wielu z nich — 
jeśli nie wszyscy — starali się usilnie posiąść, 
gdzie się dało: bliżej, czy dalej, klucz powodzeń 
życiowych w postaci łanów — drogą procesów, 
zastawów, kupna, czy ożenku. Jeżeli zaś metoda 
ta nie była wcale na tle ogólnych stosunków 
ówczesnych oryginalną, to jednak puszczanom 
naszym trzeba przyznać w tej mierze energię 



l ) Obliczenie, dokonane na podstawie » Ksiąg Sądo- 
wych Łęczyckich* (Teki j. w.): Będoń — 10 szlachty 
Chojny — 28; Koluszki — 8; Galków — 0; Kurowice — V 
Małczew — 1; Mileszki — 4; Wiączyń — 3; Wiskitno — (?)2; 
Witkowice — 15; Stoki — 1. 

*) Wedle A. Pawińskiego: » Wielkopolski* (w »Żródłach 
Dziejowych*), opisanej na podstawie aktów (głównie) 
z r. 1576. — Atoli wedle Liber Beneficiorum Łaskiego 
(przeciętna norma dochodu kościelnego 1 grosz z łanu 
Por. niżej przyp. 3, str. 198) wypada, że (na początku 
XVI wieku) istniało eona j wyżej 50 uprawnych łanów 
w całej parafii Mileszki, czyli, że podana przez nas liczba 
350 łanów na terytoryum 11- tu wiosek wspomnianych, 
w wieku XV, wydaje się — aczkolwiek mała — nie- 
prawdopodobnie wysoką! 



KLHDY BORUTA BTŁ PACHOLĘCIBM 191 

iście niepospolitą, bodaj wyjątkową. Przeglądając 
Księgi Sądowe Łęczyckie, widzi się, że ludzie ci 
żyli w rozjazdach nieustannych, jak gdyby drogi 
kamieniste, łączące podziśdzień stołeczne Brze- 
ziny z okolicą, należały do najprzedniejszych 
w Królestwie gościńców 1 )! Ubożsi i na to czę- 
ściej pozwolić sobie nie mogli, uganiając się za 
kąskiem mięsnym po lasach z sąsiadem, psem 
i krogulcem. 

Kollokacya, system utarty osadnictwa szla- 
checkiego w wiekach średnich, dostarczała nie- 
mało okazyi do zatargów, pociągających za sobą 
sprawy sądowe. Nie mniej wycieczek przed akta 
ziemskie, albo i grodzkie do Brzezin, powodo- 
wały rozliczne kwestye majątkowe, wymagające 
zabezpieczenia. Prym pod względem ruchliwości 
w tej mierze dzierżył w okolicy jeden z ośmiu 
panów na Będoniu, Imć pan Przybysław, żonaty 
z panną Heleną z Grzmiącej, siostrą Macieja, 
plebana ze Skoszew*). Było to już w puszczy 
stanowisko bez mała arystokratyczne, zwłaszcza, 
że i szkatuła pana Przybysława zdawała się 
przytłaczać ciężarem swoim dobytek sąsiadów. 

Jak nic bierze Przybysław w r. 1400 dwóch 
kmieci w Mileszkach w swoje posiadanie, płacąc 



ł ) Bardziej wygodnickim wydawało się to i wtedy 
jednak zbyt uciążliwem (Teki, Księgi Sądowe Łęczy- 
ckie, H. 3476, 3476). 

>) Teki (Księgi Sądowe Łęczyckie) II. 2580. 



192 J. Ł KOCHANOWSKI 

za nich Dobkowi z Dobieszkowa całe osiem 
grzywien *); jak nic ogarnia w Grzmiącej zasta- 
wem »dziedziny« szwagra swojego 1 ) i pana Bo- 
lesty "); jak nic pobiera rocznie całą kopę » płatu* 
od Świętosława z Moszczenicy, dzięki umowie, 
zawartej z Katuszą z Mileszek 4 ). A cóż dopiero 
mówić o konneksyach pana Przybysława ze 
szlachtą z Pszanowic, Witkowie, Byszew, Dobrej, 
Zaosia, Strykowa i Ujazda ? ! Żadna sprawa wa- 
żniejsza tych wiosek nie obywała się bez świa- 
dectwa pana Będońskiego 6 ), który nie szczędził 
drogi do Brzezin, a choćby i do Orłowa^ byle 
stosunek sąsiedzki utrzymać, byle przy okazyi 
zetknąć się z tym albo z owym, nową nawiązać 
znajomość i pomyślny ubić interes. Losy zda- 
wały mu się sprzyjać w tych zabiegach. Raz 
tylko bowiem, i to w okresie lat blisko trzy- 
dziestu, popadł pan Przybysław w dwie drobne 
kary sądowe przeciw Imć panu Łukaszowi 
z Grzmiącej, a nie byłać to nawet jego sprawa 
własna, jeno żonina, bo pani Helena pospołu 
z Boguchną Jędrzejowa z Będonia, nieopatrznie 



*) Tamże II. 6506. 
») Tamże II. 2680. 
8 ) Tamże II. 2881. 
*) Tamże II. 3447. 

*) Tamże II. 3420, 3408, 3357, 3356, 3325, 3262, 3437, 
3438, 3459, 3431. 



JdBDT BOKUTA BYŁ PAG&OŁĘGUBM 193 

jakoś poczęły Bobie z sąsiadem 1 ). Oględność pana 
Przybysława sprzyjała jego fortunie. Korzysta- 
jąc za młodu z poważnych usług sąsiedzkich, 
przyczem pan Myślisz z Witkowie ręczył zań 
niegdyś sumę nie byle jaką, bo 80 grzywien wy- 
noszącą*), nie miał pan Przybysław ręki zbyt 
szczodrej dla innych; raz tylko jeden, w spra- 
wie pana Dobka z Byszew, z którym niezwykłe 
jakieś wiązały go stosunki, ręczył kwotę 15-stu 
g r zywien pod przepadkiem 36-ciu, urodzonemu 
Jakóbowi, wójtowi z Strykowa*). 

Inni panowie ówcześni z Będonia: Jan 4 ), Ję- 
drzej *), bracia Wacław i Wojciech % Mroczko 7 ), 
Łukasz i Bartłomiej 6 ), to postacie bledsze, to 
niby satelici pana Przybysława, których fortuna 
w mniejszej miała pieczy. Niknie obok niego 
sam nawet uczony Bartłomiej, kleryk dyeoezyi 
Gnieźnieńskiej 9 \ który dziedzictwo swoje w Bę- 
doniu łączył u wrót karyery pana Przybysława, 
przed rokiem 1405-tym, z urzędem notaryusza, 



*) Taaie II. 3167. 
*) Tamie IL 3949. 
«) Tamie IL 343L 
*) Tamie IL 33ia 
*) Tamie H. 3309. 
«) Tamie IL 3475, 3476. 
«) Tamie EL 2572. 
«) Tamie IL 3578. 
*) Tamie IL 2389. 



194 J. K. KOCHANOWSKI 

a może i rektora szkółki » stołecznej* w Brzezi- 
nach, nim go tam zastąpił późniejszy jej prze- 
łożony, Imó pan Gniewomir 1 )... A jednak i pan 
Łukasz, choć daleko mu było do Przybysława 
i Bartłomieja, potrafił przejść do potomności, 
dzięki mężnemu, acz nieprawnemu wzięciu w po- 
siadanie »dziedziny« samego sędziego łęczyckiego, 
Piotra*), przy pomocy stosunków swoich ze 
szlachtą z Kalenia ■), Dobieszkowa i Belin 4 ). Nie 
ustępują mu także — dzielny Mroczko, świadek 
czynności prawnych Olgi z Koluszek 6 ), ani Wa- 
cław, brat Wojciecha, którzy w sprawach są- 
siedzkich z panią Katarzyną z Witkowie i z Ofką 
z Zalesia honor swój, czy sąsiedzki, oczyszczali 
zgodnie: Pierwszy, świadcząc pod przysięgą, 
jako jest Pietrasa (a nie on) ukradł koń... a o to 
mam póttory grzywny szkody 6 ); drugi — jako te 
cztery grzywny, co są one sparły... to są one winny 
z Ghstynekj z oćczyzny 1 ).. 

Bardzo podobnie przedstawia się w źródłach 
charakter życia innych wiosek pobliskich, przy- 
czem uderza okoliczność, że mieszkańcy danej 



*) Por. tamże II. 288. 
a ) Tamże II. 3578, 359a 
8 ) Tamże II. 2383. 

4 ) Tamże II. 2531. 

5 ) Tamże II. 2572. 
°) Tamże II. 2623. 
7 ) Tamże II. 3166. 



K1HDY BOKUTA BTŁ PACHOLĘClflM 195 

»kollokacyi« dążą w zakresie stosunków swoich 
ze światem zewnętrznym w kierunku jakby od- 
środkowym. Czyliby tkwił w tern dowód braku 
rywalizacyi pomiędzy nimi, jako, że siedząc od- 
dawna w okolicy, w znacznej mierze spokre- 
wnieni bywali ze sobą — czyli też wskazówka 
ich pochodzenia ze stron różnych po mieczu 
i kądzieli, rozstrzygnąć tego niepodobna; dość, 
że każdy z nich obraca się przeważnie w sferze 
innych, bliższych czy dalszych sąsiadów. 

Jak w Będoniu Imć pan Przybysław, tak 
w Witkowicach Imć pan Stanisław rej wodzili 
nad kollokacyą. Pierwszemu brakło atoli tego 
dostojeństwa, jakie posiadał drugi w urzędzie 
tytularnym cześnika łęczyckiego 1 ). Pan Stani- 
sław był nadto starszy od Przybysława i kiedy 
wielkość tego ostatniego zaledwie się poczynała, 
drugi, sięgający niechybnie wspomnieniami mło- 
dości w czasy króla Kazimierza, miał już po- 
wagę w okolicy ugruntowaną. Kiedy pomiędzy 
nim, a panami: Pełką, Jakuszem i Wawrzeńcem, 
oraz siostrą ich Wojsławą, szło w roku 1398-ym 
o granice » dziedzin « w Witkowicach, załatwiono 
sprawę krótko i węzłowato, orzekając zgodnie: 
Niechaj cześnik przyjdzie do niwy i rzeknie — 
to jest moje; od tej strony po tęl — i kwita 2 ) 



») Tamże I. 3190, 3521. 

>) Tamże I. 5559; por. tamże zapiskę 5546. 



196 J. K. KOCHANOWSKI 

Widać jednak Imć pan Stanisław życzył zbyt 
dobrze samemu sobie, bo sprawa wlokła się długo, 
wywołując w dwa lata później wyrok sądowy, 
skazujący cześnika na powrócenie Pełce jednej 
trzeciej części łąk swoich »poza Przyśniewem« *). 

Ale nic w tern dziwnego! Pan Pełka w ka- 
szę — choćby i cześnikowi — dmuchać sobie 
nie dawał. Ba! w upartym jego procesie z pa- 
nem Paszkiem z Łagiewnik sam Król Jegomość 
»zakład« w sumie 50 grzywien ustanowić mu- 
siał, byle animozyę walczących poskromić 1 ). 

Na tle tych wszystkich » statystów* i »sen- 
satów«, mających głównie korzyści realne na 
oku, wyróżniali się karygodną lekkomyślnością 
swoją trzej inni panowie z Witkowie: Marcin, 
Piotr i Witek. Pierwszy w zatargu nieopatrznym 
z panem Kuczem uległ ranom krwawym 8 ), 
a w sprawie z podsędkiem łęczyckim, Dziersła- 
wem ze Strykowa 4 ), huknął nań srodze: Takom 
dobry, jako i ty! Gdy zaś ów prawem go od- 
pierał, " nie zawahał się pan Marcin krzyknąć 
przed sądem: Panie Podsędku! My chórem prze- 
ciw tobie 6 )! Dwaj ostatni, jak się to przed Ja- 
śkiem, starostą łęczyckim, wydało, trzymali w dy- 



») Tamże II. 6474. 
>) Tamże II. 2234. 
8 ) Tamże II. 2240. 
*) Tamże II. 2194. 
B ) Tamże II. 2099. 



KIBDT BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 197 

bach, na własną rękę, wraz z Łaszczem z Kro- 
sina, pana Klemensa, sąsiada swego z Ziele- 
niewa 1 )... Pan Marcin zasie dbał więcej, niźli oni, 
o honor sąsiadów. Kiedy Myśliborza z Choin, na- 
miętnego łowca, posądzono o przywłaszczenie so- 
bie wyuczonego jastrzębia, pan Marcin, który 
nieraz pono z obwinionym w kniei się zabawiał, 
klął się na Krzyż Pański, jako przyjaciel jego 
w ciągu trzech lat ostatnich nie ukradł jastrzę- 
bia — i tak honor jego salwował 2 ). 

Nie mniej czułymi na przyjaźń sąsiedzką 
byli i inni panowie z Witkowie: Jakusz i Wa- 
wrzeniec, świadczący zgodnie w sprawie pana 
Wawrzeńca z Pszanowic, jako Wawrzyniec nie 
kradnie, ani złodziejów nie ochrania, ani ze złodziej- 
stwa ufytku ma*)... 

Dostojniej może, niż reszta okolicy, prezen- 
tują się w świetle skromnych, jak ona sama, 
okruchów źródłowych, panowie »stołecznych« 
Mileszek, mających w osobie swego proboszcza 
pieczę kościelną nad duszami wiernych. Wybili 
się tam w okresie lat 1393—1419 panowie An- 
drzej i Bolesta, oraz niejaka pani Katarzyna, 
siostrzenica Swiętosława z Moszczenicy, zwana 
Katuszą 4 ). Ktoby w pierwszym rzędzie cierpiał 

») Tamże II. 5586. 
») Tamże II. 2104. 
») Tamże H. 3593. 
*) Tamże II. 3116, 3447. 



198 J. K. KOCHANOWSKI 

»katusze« z jej ręki mocarnej — milczą o tern 
dzieje. Spadały one, między innymi, w proce- 
sach o czynsze z tytułu dożywocia, na wuja jej, 
Świętosława, oraz na Przybysława z Będonia 1 ). 
Wolnym był od nich poniekąd Imó pan Bolesta, 
szczęśliwy małżonek pani Swięchny *), może syn 
Andrzeja, głównego dziedzica Mileszek. Ogółem 
nie byłoć tam łanów o wiele więcej nad dzie- 
sięć 8 ), a i tak częścią ich władali przygodnie 
panowie obcy z Będonia i Dobieszkowa, kupcząc 
między sobą w sposób zastawu czynszami kmio- 
tków miejscowych 4 ). Sam nawet Imć pan sędzia, 
kto wie czy nie Piotrasz z Tura Turski, usiłował 
wyzuć pana Andrzeja z jego »dziedziny«. Ow 
jednak — biegły w palestrze — mężnie stawił 
mu czoło i odniósł wiktoryę zupełną, przedsta- 
wiwszy ad oculos pismo sądowe, stwierdzające, 
że do niego Mileszki należą 6 ). Jakoż, losy pó- 
źniejsze tej wioski — działo się to bowiem w roku 
1393 — wykazują dowodnie, że spadkobierca 
pana Andrzejowej chwały i mienia, Imć pan Bo- 
lesta, wspierany dzielnie przez życie ramieniem 



1 ) Tamże j. w. 

2 ) Tamże II. 3347. 

8 ) Obliczenie, dokonane na podstawie Liber Bene- 
ficiorum J. Łaskiego (norma: 1 grosz dochodu kościel- 
nego z jednego łanu). Por. wyżej przyp. 2, str. 190, 

*) Teki j. w. (Ks. Sąd. Łęcz.) II. 6506. 

5 ) Tamże I. 2825. 



KIBDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 199 

swej Święchny, nietylko wioskę swą statecznie 
zachować umiał, chroniąc jej grunta od apetytu 
sąsiadów, ale i w okolicy nowe pozyskał władanie, 
dzierżąc zastawem role braci Ploryana i Piotra 
z pobliskich Choin 1 ). Wreszcie jednak procesy ma- 
jątkowe z Andrzejem Będońskim *), a nadewszystko 
z Walkierzem z Zawad 8 ), oraz ze szwagrem pana 
Przybysława, proboszczem skoszewskim, Ma- 
ciejem 4 ), szarpnęły nieco jego szkatułę. Wtedy 
to Imó pan Bolesta o mało nie stał się mężem 
wiekopomnym, dobroczyńcą ludu... Staszicem, co, 
jak na czasy Jagiełły, byłoby rzeczą zgoła nie- 
powszednią! Oto, dnia 19 grudnia 1419 r., odbył 
on wraz z towarzyszką dni swoich drogę cier- 
nistą do Brzezin, by zapisać tam w aktach, w obe- 
cności szlachty z Dąbrówki, Szczawina, Bruno- 
wic i Byszew, zwolnienie kmiecia swego, Michała, 
od czynszów, opłat i robocizny, oraz nadać mu 
loco dawnej zależności — u progów roku no- 
wego — wszelką swobodę. Ale niech czar tej 
opowieści pryśnie, czytelniku! Pan Bolesta... wi- 
nien był Michałowi całe półtrzeciej grzywny mo- 
nety kurs w kraju mającej, pieniądze były mu 
potrzebne, zwrócić nie miał ich z czego, przeto — 



i) Tamże II. 3133, 3440. 

*) Tamże II. 3309, 3310, 3311. 

») Tamże II. 3133, 3144, 3254, 3277, 3290, 3299. 

*) Tamże II. 3082, 3347. 



200 



J. K. KOCHANOWSKI 



w procencie — paktował z kmiotkiem, jak się 
dało 1 ). Taka to prosta i pospolita konieczność 
wyniosła go nad poziomy! 

Największą rozmaitość przedstawiać musiały 
tymi czasy Chojny, liczące pół kopy, bez mała, 
bo dwudziestu ośmiu szlacheckich mieszkań- 
ców *). Rozmaitość ta utonęła jednak w otchłani 
czasu, a drobne tylko szczegóły ocalały na jego 
powierzchni w lakonicznych fragmentach źró- 
dłowych. Wynika z nich, że szlachta chojeńska, 
poświęcając, jak i cała okolica, główne usiłowa- 
nia swoje sprawom gruntów uprawnych: wzaje- 
mnym, między sobą i sąsiadami, zastawom 8 ), 
sprzedaży i kupnu łanów osiadłych % nagradzała 
sobie przytem ubocznie, jak mogła, ubóstwo awoje 
procederem leśnym, podyktowanym przez pu- 
szczańskie warunki środowiska. Na tle spraw 
o »dziedziny« 6 ) i ich granice, wytykane jeszcze 
sposobem pierwotnym, np. » wzdłuż biegu stru- 
myka« 6 ), rysują się tam, niby żywe echo bytu 
zamierzchłego, procesy sądowe o kradzież ja- 
strzębi, pszczół i krogulców. Tako mi Bóg po- 



l ) Tamże II. 3460. 
8 ) Tamże I. II. passim. 
8 ) Por. tamże II. 2940. 
*) Tamże II. 3440 etc. 
6 ) Tamże II. 2627 etc. 
») Tnmłe TT. 2284. 



KIMDT BORUTA BYŁ PAOHOLĘOIHM 201 

móź i św. krzyż, jako Myślibórz z Choin w trzy 
ostatnie lata jastrzębia nie zebrał Stanisławowi, ani 
z niego użytku ma 1 )... Tako mi Bóg pomóż etc, 
jako urodzony Paweł z Choin nie ukradł jastrzębi 
ani krogulców z lasu Przecława, ani z nich po- 
żytku ma 9 )... — oto, jak klną się sąsiedzi pa- 
nów chojeńskich — naprzekór ich oskarży- 
cielom — w obronie czci posądzonych. Jakoż 
udawały się takie wybiegi, np. panu Imisła- 
wowi z Choin, którego pani Śmichna ze Sta- 
wek daremnie do Brzezin o szmery (pszczoły 
leśne) wartości dwu grzywien wodziła 8 ). Obro- 
nili go sąsiedzi. Wywdzięczali im się za to 
z nawiązką panowie Chojeńscy. Dnia 30 czer- 
wca 1416 roku czterej urodzeni mieszkańcy 
Choin: Dobek, Jakób, Wszebor i Imisław klną 
się uroczyście w Brzezinach w sprawie Andrzeja 
z Zakowic z Jakóbem z Wierzbia, jako pan An- 
drzej, przybywszy na Jakóbową niwę, nie ukradł 
mu konia wartości trzech grzywien, ani z niego 
użytku ma 4 )! 

Nikną zgoła wobec faktów, równie wiekopo- 
mnych, kroniki Kurowic, Wiączynia, Stoków 
i Małczewa. W Kurowicach, ówczesnym Kuro- 



i) Tamże II. 2104. 
*) Tamże II. 2280. 
») Tamże II. 3085. 
*) Tamże II. 2836. 



202 



J. K. KOCHANOWSKI 



wie, ojciec Klemensa, chorążego łęczyckiego, 
czyni z bratem swoim, Aleksym, rzand (układ) 
uroczysty, jako tenże nie będzie Ul się (dążył) 
ku Kurowu, za co pierwszy trzymać się obie- 
cuje zdała a Glanćbanowo 1 ). W Wiączyniu ubo- 
dzy dziedzice pieniają się z kmieciami o bu- 
dynki*) i zboże 1 ), w Małczewie kmieć zadzier- 
żysty gnębi przed sądem pana Pełkę z Witko- 
wie 4 ), a w Stokach Imć Pan Paszko wzbrania 
się sprawiedliwości uczynić biedakowi jakiemuś 
ze Zgierza, poszukującemu na kmieciu Stokow- 
skim główszczyzny za zabójstwo syna 6 ). Nic 
dziwnego! Wszak zubożenie kmiecia mogło się 
odbić nader niekorzystnie na trzosie własnym 
pana Paska! 

Oto tło obyczajowe zaścianka, który, jako 
cząstka składowa powiatu i województwa, zdo- 
bywał się i na czyny obywatelskie! W nich to, 
bardziej niż w czemkolwiek, iście jak w zwier- 
ciedle, odbiła się dusza, oraz myśl prawna tej 
społeczności zamierzchłej a ciekawej. 

W czasach, o jakich mowa, w latach 1418 
— 1419, zapadły w Łęczycy słynne »Konsty- 



ł ) Tamże II. 1107. 
») Tamże II. 2777. 
8 ) Tamże II. 2952. 
4 ) Tamże II. 2267. 
6 ) Tamże II. 3549. 



KIBDT BORUTA BYŁ PAOHOLE.OIBM 203 

tucye* tej ziemi 1 ), będące w swych 68-iu arty- 
kułach, posiadających wielokrotnie charakter 
prejudykatów, jakby jednym potężnym krzy- 
kiem obronnym swojskiego prawieku przeciw 
zamachom, jakie zewsząd czyniła już wtedy 
kultura państwa i Kościoła na najświętsze jego 
wierzenia i nawyki 

Jeżeli blisko przed stu laty, za czasów osta- 
tniego Króla-Piasta, mogły były podobne spra- 
wiać wrażenie artykuły wielkopolskie Statutów 
Kazimierzowskich w zestawieniu z małopolskimi, 
to cóż dopiero mówić o różnicy i czasu i treści, 
gdy się ze zbiorem Wiślicko-piotrkowskim Kon- 
stytucye łęczyckie porówna! Przewaga formy 
prejudykatu świadczy, że były one wiernem od- 
biciem życia — wierniejszem, niż wszelka ko- 
dyfikacya; treść zaś — że słynne gwerry łęczy- 
ckie tej doby, walki rodowe, długoletnie a krwa- 
we, np. Łubów z Ramionami *) i Janinów z Grzy- 
malitami 8 ), o których bliższe szczegóły przecho- 
wały nam źródła, nie były tam zjawiskiem 
oderwanem, lub o wiele rzadszem niż na Ma- 
zowszu, w sąsiedniej, dzikiej, klasycznej krainie 



ł ) J. W. Bandtkie, Jus Polonicum. Warszawa 1831, 
str. 194—200. Wydawnictwo i konstytucye te cytować 
będziemy poniżej: »Bandtkie«. 

*) A. Pawiński: »0 pojednaniu w zabójstwie*, War- 
szawa 1884, str. 15 i nast. 

8 ) Tamże str. 19—20. 



204 J. K. KOCHANOWSKI 

takich zapasów 1 ). Na Mazowszu dopiero w dru- 
giej połowie XVI wieku — w dobie bujnego re- 
nesansu na Wawelu — ustala »wróżda« *). Nie 
o wiele wcześniej zapaść musiały w przeszłość 
i łęczyckie hekatomby ludzkie tego typu, choć 
milczą o nich dzieje pisane. 

W roku pamiętnym bitwy Grunwaldzkiej Imć 
Pan Borzym ze Skoszew, wioski rodzinnej pani 
Przybysławowej z Będonia, miał roczek w są- 
dzie łęczyckim. Próżno go jednak tam oczeki- 
wano. Powód absencyi — prawny i moralny — 
był bardzo prosty: Pan Borzym miał tymi czasy 
» wróżdę« z sąsiadem 8 ). Trudnoć mu było w pa- 
lestrę się bawić, skoro właśnie — jak na złość — 
łowy na ludzi pochłaniały wszystkie jego siły. 
Sąd dopusty takie pojmował należycie i pan 
Borzym, jako mąż sprawiedliwy, kary »niesta- 
nie« uniknął w Łęczycy. 

Konstytucye, o jakich mowa, to zabytek na- 
der ciekawy, bo stanowiący dowód żywy, jak 
się w zaścianku myśl prawna, narzucanej przez 
Koronę wyższej kultury, borykała jeszcze za 
Jagiełły ze swojskością pojęć, dążeń i porywów 
szlachty łęczyckiej. 

Kradzież, której poświęcono tam około 10°/ 



ł ) Por. tamże str. 24, 35, 50, 70. 
») Por. tamże str. 60. 
8 ) Tamże str. 22. 



KIBDY BORUTA BYŁ PAOHOMgOIBM 205 

uwagi, występuje, jako przestępstwo, poniekąd 
jeszcze tolerowane w granicach ziemi. Przeda- 
wnienie za kradzież drobniejszą wynosi tylko 
trzy lata 1 ), jak wszędzie w Polsce ówczesnej, 
ale szlachcic, przez szlachcica o kradzież oskar- 
żony, oczyszcza się przysięgą pięciu — nie sze- 
ściu, jak gdzieindziej — świadków*). Gdy kto 
konie, lub woły kradzione odbije, ma prawo do 
wynagrodzenia podwójnego, jeżeli zwierzę 
skradzione było poza granicami » ziemi* •). Do 
rzędu okaleczeń, przewidzianych w Statucie Wi- 
ślickim, przybywa tam nadto kastracya. Gdy 
takowa razu jednego z ręki Janusza ze Słupcy, 
a w sposób połowiczny, pewnego kmiotka spo- 
tkała, pani okaleczonego, Drogochna z Rzeź- 
wienny, wygrała za to pięć grzywien; panowie 
postanowili atoli, że za luksus tego rodzaju 
winny płacić ma tak, jak za głowę 4 ). 

Wśród ubóstwa i idącej za niem ciemnoty, 
uderza w Konstytucyach łęczyckich nieświado- 
mość wybitna szlachty, żyjącej zresztą w nie- 
ustannej pogoni za uprawnymi łanami, w jakiby 
sposób zapewnić sobie posiadanie kmieci 5 ). To- 
warzyszy temu zjawisku obojętność »panów« na 



*) Bandtkie j. w. (Konstytucye Łęczyckie) Artykuł II. 

*) Tamże art. III. 

») Tamże art. VII. 

*) Tamże art. XVIII, XIX. 

*) Tamże art. XXXV. 



206 J. K. KOOHAKOWSKI 

ich losy *), oraz brak odczucia pożytków ekono- 
micznych, płynących z kolonizacyi niemieckiej % 
przy oczywistej dbałości o sam fakt panowa- 
nia nad ludnością wiejską 8 ). 

Dążenie to nie przeszkadzało bynajmniej po- 
niewieraniu godności szlacheckiej przez samąź 
szlachtę 4 ), czemu — daremnie zresztą w całej 
Polsce — starał się przeciwdziałać od lat kilku- 
dziesięciu Statut Wiślicki króla Kazimierza. Miary 
dopełniała dzikość obyczajów 6 ), zanik poczucia 
prawa 6 ) i obyczajności 7 ). Niechęć względem 
sprężystej władzy państwowej 8 ) dzieliła szlachta 
łęczycka z bracią swą w całej Koronie; trudno 
jednak dopatrzeć się w niej usiłowań pochwy- 
cenia natomiast władzy zorganizowanej, np. nad 
kmieciami, we własne swe dłonie... Konstytucye 
Łęczyckie postanawiały, że ani szlachcie, 
ani kmieciom niewolno przybywać do miast, gro- 
dów i sądów z bronią w ręku, pod karą grzy- 
wien i konfiskaty oręża 9 )... Inaczej sprawę tę 



l ) Tamże art. XII, XV. 
*) Por. tamże art XXXVI. 
8 ) Por. tamże art. I, XV. 
*) Por. tamże art. XXI. 

5 ) Por. tamże art. XVIII, XIX. 

6 ) Por. tamże art. XXX. 

7 ) Por. tamże art. XX, LV, LVI. 

8 ) Por. tamże art. LVII. 

9 ) Tamże art. LXII. 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 



207 



uregulowała w kilka lat później, w roku 1423, 
sąsiednia szlachta kujawska, ściślej już klasowo 
zespolona, zabraniając podobnych ^występów* 
tylko i jedynie — kmieciom 1 ), *aby wróżdy 
i spory pomiędzy nimi nie powstawały*. Wobec 
faktu, że wróżdy i spory stanowiły wówczas — 
sit venia verbo — cechę zawodową klasy rycer- 
skiej, pobudka tej Konstytucyi leży, jak na dłoni, 
a dźwięczy w niej już nuta solidarności szla- 
checkiej względem innych, niższych warstw na- 
rodu: zapowiedź niedalekiego wszechwładz twa 
braci herbowej jeszcze za Jagiellonów: Kazimie- 
rza, Aleksandra i obu Zygmuntów. Nie zanosiło 
się na to w łęczyckiem. 

Zestawienie współczesnych (XV sŁ) i równo- 
rzędnych pod względem rodzaju materyału Ksiąg 
Sądowych Kujawskich z Łęczyckiemi, ujawnia 
nadto po stronie tych ostatnich tak znakomitą 
przewagę spraw o kradzieże, wróżdy, zabójstwa, 
najazdy, rozboje* bójki krwawe i gwałty — cały 
majestat czasów barbarzyńskich — że niepodo- 
bna wątpić o różnicy kultury obu tych ziem, 
tak blisko geograficznie, a tak daleko pod wzglę- 
dem rozwoju dziejowego z sobą sąsiadujących*). 



J ) >Teki A. Pawińskiego^ tom VII (» Księgi Sądowe 
Brzesko-Eujawskie*, wydane przez J\ K. Kochanowskiego y 
Warszawa 1905), Nr. zapiski 3373. 

■} Por* passim *Teki A. Pawińskiego« f tomy: III 
IV (V), VII. 



208 



J. K. KOCHANOWSKI 



Na takiem tle krzewił się, a miał się krze- 
wić i nadal w najbliższych okolicach Łodzi — 
mechanicznie raczej, niż duchowo, folwarcznie 
raczej, niż kulturalnie — rozwój osadnictwa ko- 
ścielnego, wytknięty tam przez losy niemal od 
zarania dziejów. Trzy znane nam fale tego osa- 
dnictwa, a zwłaszcza Chropska i Wolborska, 
zdołały zalać nietylko Łódź, ale i »kraj« jej 
cały naokół, już w wieku XV 1 ), czyniąc i pó- 
źniej jeszcze wyłomy w kompleksach okolicznej 
własności prywatnej *). 

Krakowscy właściciele »Chropów« działali 
bodaj gorliwiej, aniżeli kujawscy panowie »Wol- 
borza«. Olbrzymia połać dóbr chropskich, zaj- 
mujących południowe, południowo-wschodnie i za- 
chodnie okolice Łodzi, powstała bądź co bądź 
najprzeważniej, jako osady, folwarki, młyny, za- 
grody i wioski, dzięki osadnictwu kościelnemu — 
w XV, XVI, a poniekąd nawet w XVII i XVIII 
stuleciu. Należały do tej kategoryi: Brojce, Brus, 
Czereczyn, Giemzów, Guzew, Jasienie — Karpin 
i Klucze (?) — Kotliny, Kraszew, Leszczyny, Ła- 
ziska, Majówka, Mierzączka, Mogilno, Olechów, 
Pawlikowice, Rydzyny, Stróża, Wola Kotowa 



*) Osadnictwo »chropskie« objęło wtedy wieś Wiski- 
tno pod Będoniem (Por. M. Baruch j. w.). 

») Por. M. Baruch j. w. str. 285 (Wiączyń); str. 262 
(Kalinko). 



KIBDT BORUTA BTŁ PACHOLĘCIU 209 

czyli Kochanie, Zamoście i parę osad pomniej- 
szych *). 

Co do » Wolborza*, to miała mu wprawdzie 
Łódź swoją godność > miasteczka* do zawdzię- 
czenia, ale niewiele ponadto. Aby być sprawie- 
dliwym, trzeba jednak zauważyć, że »miasta«, 
zakładane sztucznie, nie udawały się nigdzie na- 
ówczas, a najszczególniej — w Polsce, gdzie — 
jak powiada dusznie wyborny znawca tych sto- 
sunków, Pr. Bujak 1 ) — zróżniczkowanie wsi 
i miast było raczej formalne, niż rzeczywiste: 
»Zbyt licznie i zbyt łatwo zakładano w Polsce 
miasta, a przecież samo nazwanie jakiejś wsi 
miastem i nadanie jej miejskiej organizacyi pra- 
wnej, nie przekształcało stosunków gospodar- 
czych. Brakło wiary i zaufania do tego nowego 
systemu gospodarczego. Olbrzymia większość 
miast zajmowała się także rolnictwem i cho- 
wem zwierząt, jakby nie ufając, czy sąsiednie 
wsie zechcą im dostarczyć całej żywności, 
a z drugiej strony również i wsie nie dowie- 
rzały, czy będą dla nich zupełnie dostępne 
i odpowiednie wyroby przemysłu miejskiego, 
i u siebie, już w początku, o rozwoju rzemiosła 
myślały*... 



*) Tamże str. 243 — 291 passim. 
*) W artykule, zamieszczonym w » Myśli Polskiej « 
(Warszawa, 1906, Nr. 36, str. 572). 

SZKICE I DROBIAZGI. II. \ftfc 



210 



J. K. KOCHANOWSKI 



Trudno o wierniejszą, choć zaoczną w da- 
nym wypadku, charakterystykę ogólną tego, 
czem była Łódź, *wieś-miasteczko« i jej o] 
aż do polowy wieku XIX-go. 



Wiadomo, że rozwój Łodzi, jako miasta, da- 
tuje właściwie od roku 1820, kiedy (dnia 18 wrze- 
śnią) zaliczono » miasteczko* do rzędu miast tar 
brycznych ze względu na warunki położenia 
korzystne dla rozwoju przemysłu miejscowego* 
Wkrótce po odpowiedniem rozporządzeniu Na- 
miestnika Królewskiego (18/IX 1820), w r. 1821 
przystąpiono do pierwszej regulacyi miasta, która 
polegała na przygotowaniu miejsca pod osadę 
fabryczną, dzisiejsze Nowe-Miasto i rozdzieleniu 
tego obszaru na dwieście placów. Aby powięk- 
szyć obszar miejski, wcielono do niego folwark 
sąsiedni, Starą- Wieś, oraz » wójtostwo łódzkie*, 
stanowiąca część klucza Gałkówek, należącego 
do ekonomii dóbr rządowych, Łaznów. W roku 
1823 specyalna delegacya rządowa dopełniła re- 
gulacyi Starego-Miasta, W r. 1825 cesarz i król 
Aleksander I, przedsięwziąwszy podróż dla po- 
znania miast fabrycznych Królestwa, zwiedził 
Łódi i zezwolił wtedy na nowe powiększenie 
obszaru miejskiego przez włączenie wsi Wólk 
wójtowstwa Zakrzewskiego, oraz części lasu m 



KIBDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 211 

dowego z ekonomii Łaznów. Na nowym obsza- 
rze wytknięto 462 place budowlane, a resztę od- 
dano siedmiu większym zakładom fabrycznym. 
W przedłużeniu osady sukienniczej, powstała 
nowa osada tkacka, zwana Łódką. W roku 1827 
było już w Łodzi conajmniej 2843 mieszkańców, 
a w tern 322 robotników fabrycznych. W roku 
1833 jest już 5730 mieszkańców; w roku 1837 
10645. W r. 1840 nastąpiła czwarta z kolei re- 
gulacya miasta i nowe powiększenie jego ob- 
szaru; ludność doszła już bowiem wtedy do 
20.000 mieszkańców. Pomiędzy r. 1840—1850 
wzrost ludności Łodzi nieco się zatrzymał, a na- 
wet cofnął (w roku 1840 — 20150 mieszkańców; 
w r. 1844 — 14028 mieszkańców) — nie ustawał 
jednak rozwój fabryczny miasta. W roku 1839 
sprowadzono tam pierwszą machinę parową o sile 
60 koni; w r. 1847 drugą (20 koni). W r. 1850 
istniały już cztery machiny o sile łącznej 150 
koni. W ćwierć wieku później, produkcya w po- 
równaniu z rokiem 1860 wzrosła dziesięciokrotnie, 
a ludność wraz z przedmiejską doszła bez mała 
do 120.000 mieszkańców. Było już wtedy 500 
fabryk wyrobów bawełnianych i 80 — wełnia- 
nych, których wytwórczość oceniono w r. 1878 
na sumę z górą 27 milionów rubli 1 ). 



*) Dane, dotyczące rozwoju Łodzi w okresie od 1820 do 
1878 r., oparłem na opracowaniu Bronisława Chlebowskiego 

W* 



212 J. K. KOCHANOWSKI 

Zważywszy, że kilkadziesiąt lat przedtem, 
w r. 1793, liczyła Łódź 190 mieszkańców przy 
»dobytku« następującym: 44 dymy, domów nie- 
zamieszkałych 11, placów pustych 18, stodół 44, 
areszt drewniany, 4 studnie publiczne i 4 pry- 
watne, jeden młyn wodny i dwa szynki: domi- 
nialny, oraz proboszczowski *), a przy produkcyi 
rocznej 50 beczek piwa oraz 70 8 / 4 garncy » wódki 
ordynareyney«, meldowanych w łęczyckim gro- 
dzie *), wołamy — skąd ta bajka?! Skąd te skarby 
w puszczańskiem, zapadłem miasteczku? 



w »Słowniku Geograficznym* (V. 678—679). Autor wy- 
zyskał tam sumiennie wszystkich dawniejszych dziejo- 
pisów Łodzi: Oskara Flatta, Majewskiego i Petetza. 

*) Według lustracyi rządu pruskiego (»Dziennik 
Łódzki* z r. 1885, Nr. 1). 

8 ) Xięgi Wieczyste Obywatelstwa Łódzkiego Miaste- 
czka Lodzi (rękopis), fol. 1. — Kiedy w r. 1903, za ini- 
cyatywą redakcyi dziennika łódzkiego p. t. »Rozwój«, 
podjęto w Łodzi myśl zaopatrzenia tego miasta w herb 
własny i rozpoczęto poszukiwania za śladami dawnego 
jego godła, wystąpiłem w »Kuryerze Warszawskim* (Nr. 
90 z r. 1903), a następnie w »Tygodniku Illustrowanym* 
(Nr. 16 z 1903 roku) z artykułami p. t.: »Herb Łodzi* 
"i »W sprawie herbu miasta Łodzi*. W pierwszym z tych 
artykułów podałem, między innymi, do wiadomości osób, 
interesujących się przeszłością Łodzi, że jestem — szczę- 
śliwym trafem — w posiadaniu » Ksiąg wieczystych oby- 
watelstwa łódzkiego*. Skorzystał z tego zawiadomienia 
zasłużony badacz i autor dziejów » Pabianic, Rzgowa 
i wsi okolicznych* — książki wielokrotnie tu cytowa- 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 213 

Źródło zagadki leży, jak na dłoni, w infor- 
macyach... magistrae vitae. Czemuż to bowiem 
właściwie i przedewszystkiem, jakiemu zbiegowi 
okoliczności, poza wiele i małomówiącem »ko- 
rzy8tnem położeniem*, zawdzięczała Łódź-miasto 
bajeczny swój rozwój w wieku XIX? 



nej — p. Maksymilian Barach, który rękopis » Ksiąg wie- 
czystych oby w. lódz.« przejrzał, ale — o ile mi wia- 
domo — dotąd użytku publicznego z oględzin tych nie 
zrobił. Czuję się przeto w obowiązku podać tu krótką 
informacyę o tym zabytku i o (domniemanych) jego dzie- 
jach. Rękopiśmienna ta księga papierowa — najniewąt- 
pliwiej oryginalna — rozpoczynająca się (fol. 2) od słów: 
»In Nomine Domini 1775, Xięgi Wieczyste Obywatelstwa 
Łódzkiego — Miasteczka Lodzi na dnia (sic) 16 (?) Li- 
stopada«, składa się z 265-iu kart (folio maj.), przewa- 
żnie nieliczbowanych, obustronnie zapisanych, oraz z pię- 
ciu wolantów, zawierających akty i kwity z XVIII wieku. 
Rękopis w niezłym stanie, z wyjątkiem pierwszej i osta- 
tniej karty; oprawa skórzana zniszczona. Wpisy, w wielu 
wypadkach pieczęcią miejską stwierdzone (Por. wizeru- 
nek tej pieczęci w »Tyg. Illustr.« j. w.), sięgają wstecz 
(prawdopodobnie — w kopiach z aktów dawniejszych) 
roku 1765 (fol. 42) i kończą się na roku 1822-gim (fol. 9 
od końca). Księga, o ile autopsya, bez prócia oprawy, 
stwierdzić to pozwała, powstała prawdopodobnie — przy- 
najmniej w pewnej części — ze zszycia aktów luźnych, 
z XVIII i XIX stulecia pochodzących, a przeważnie bez 
ładu i składu w jeden wolumin zebranych. — Powyższy 
opis tego zabytku wydał mi się tu z tego względu pożą- 
danym, że jest on — wobec pożarów, jakie akta łódzkie w po- 
łowie ubiegłego wieku strawiły — bodaj czy nie jedy- 



214 



J. K. KOCHANOWSKI 



Zdaje się, że nie będziemy dalecy od prawdy, 
twierdząc, że: opóźnieniu kolonizacyi 
niemieckiej. 

Doniosłe to zjawisko średniowieczne, które 
zgotowało przełom w stosunkach wewnętrznych 
Polski, agrarnych, społecznych i ekonomicznych 
w okresie przybliżonym 1250 — 1450, nie odbiło 
się w swoim czasie echem dość potężnem w pu- 
szczy podłódzkiej. Osadnicy niemieccy, dawszy 
impuls do nowej organizacyi wsi, osad, miast 
i miasteczek na schyłku wieków średnich, wsiąkli 
w ludność polską i zlali się z nią na tle ogólnej, 
nowożytnej fizyognomii Rzpltej w stuleciu XVI, 
XVII i XVIII. Inaczej było poniekąd w puszczań- 
skim zakątku brzezińskim. Odwieczna, szczera 
polskość tej okolicy, podtrzymywana z jednej 
strony przez szlachtę ubogą i zacofaną, a z dru- 
giej modyfikowana mało przez pokost gospodarki 
możnego Kościoła, zetknąć się tam miała nagle, 
na samym schyłku XVIII wieku z nowymi, cał- 



nym, a z pewnością najdawniejszym okazem archi- 
walnym łódzkim, jaki się podziśdzień zachował. Ocalenie 
swe zawdzięcza on, jak się domyślam, temu, że w swoim 
czasie — przed laty kilkudziesięciu — Jan Laguna, oj- 
ciec historyka Stosława, sędzia apelacyjny łęczycki, spro- 
wadził sobie tę księgę w sprawach urzędowych do Łę- 
czycy, a tymczasem archiwum łódzkie spłonęło. » Księgi 
Wieczyste obywatelstwa łódzkiego* wraz z biblioteką 
i rękopisami, pozostatymi po ś. p. Stosławie Lagunie, 
dostały się w r. 1901 w moje posiadanie. 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 215 

kiem nieoczekiwanymi warunkami bytu... Kiedy, 
porzucając ostatnią kartę Ksiąg Sądowych Łę- 
czyckich z czasów Jagiełły, a mianowicie ustępy, 
dotyczące puszczy podłódzkiej, przejdziemy bez- 
pośrednio potem do »Xiąg wieczystych miasta 
Łodzi* z doby króla Stanisława Augusta (naj- 
dawniejszy to zabytek »łódzki« *), odnieść mu- 
simy wrażenie, że pomiędzy wiekiem XV, a koń- 
cem XVIII-go, rysy zasadnicze fizyognomii na- 
szego zakątka nie zmieniły się ani na jotę. 

Pierwszy ani drugi rozbiór Polski nie dotknęły 
Łodzi; trzeci natomiast (1795 r.) wcielił ją wraz 
z okolicą bliższą i dalszą — w kraj zabrany 
pomiędzy Pilicą, Bugiem i Niemnem, który pod 
mianem Prus Południowych dostał się Hohen- 
zollernom. I stało się to, co się stać musiało. 
Zjawiło się gromowe »przypomnienie«, że czas 
wreszcie, po długich wiekach, gonić teraźniej- 
szość* warunków bytu. A teraźniejszość ta, wraz 
ze smutnym zbiegiem okoliczności politycznych, 
podsuwała sama przez się, nie dając czasu na 
obmyślanie miejscowych środków oryginalnych — 
remedium, jakgdyby ze wspomnień średniowie- 
cznych Polski zaczerpnięte, a jednak jakżeż już 
obce, jakżeż tragiczne... 

W Łodzi, w Księgach Wieczystych tego mia- 
sta,- spotykamy się poraź pierwszy z Niemcami, 



ł ) Por. wyżej przyp. 2, str. 212. 



216 



J. K. KOCHANOWSKI 



na razie jako z przybyszami, a wnet potem jako 
z kolonistami— z »panami« tych stron — wr. 1799. 
Jednocześnie, bo w wielkiej dobie Napoleońskiej, 
Kościół i szlachta, rozporządzając obszarami pu- 
szczy mało zaludnionej, a pragnąc podnieść jej 
dochodowość, bo nie czas już było na »łowy 
z krogulce«, sprowadzają, jak na zawołanie, całe 
rzesze kolonistów niemieckich z Prus pobliskich, 
a nawet z Westfalii. Na parusetwłókowym ob- 
szarze leśnym samego Będonia, nie licząc borów 
okolicznych, powstało tymi czasy kilkanaście 
kolonii niemieckich, jak Andrespol, Andrzejów, 
Jordanów, Eufeminów, Hulanka, Justynów, Ja- 
nówka, Ludwików i t d. A każdy prawie kolo- 
nista był tkaczem 1 ). Powstawały nowe osady 
i huty (w Będoniu około 1824 r. *), palono i kar- 
czowano lasy, a wszystko nagle, gwałtownie, 
jakby na wyścigi z czasem... 

W chwili, kiedy książę -minister Ksawery 
Drucki-Lubecki popierać jął gorliwie przemysł 
krajowy, w dobie, poprzedzającej powstanie listo- 
padowe, Łódź miała już nietylko grunt pod no- 
gami, ale i okolicę, mogącą jej dostarczać na 
zawołanie zdolnej, tkackiej z ojca i dziada, lu- 
dności fabrycznej. Przyszłość była zapewniona. 
Czyż mamy, żyjąc jeszcze w czasach formo- 

*) Tradycye będońskie (Opowiadania sędziwego już 
w r. 1880 gajowego Błażeja). 

*) » Słownik Geograficzny « (Będoń). 



KIBDY BORUTA BTŁ PACHOLECEBM 217 

w anią się Łodzi nowożytnej, przepowiadać 
jej przyszłość dalszą? Losy kolonizacyi niemie- 
ckiej w Polsce całej przesądzają ją. Będzie ona — 
bo być musi — polską. 

Oto geneza ^korzystnego położenia* miaste- 
czka, którego wzrost fenomenalny przedstawia 
się w oświetleniu dziejów niby »procent« nagle 
zrealizowany, procent składany od »gniazd kro- 
gulczych i szmerów*, od bogatej natury dzie- 
wiczej, niewyzyskiwanej wcale niemal przez 
człowieka aż do czasów najświeższej daty. 

Jeszcze jednak w roku 1843, pomimo wido- 
cznego już wtedy rozwoju Łodzi, Baliński i li- 
piński *), pisząc o niej, nadmieniają, że choć tam 
w r. 1459 miała ona dostarczyć jednego zbroj- 
nego piechura na wojnę pruską, choć Jan Ol- 
bracht ustanowił w niej w r. 1496 na prośby 
biskupa targi tygodniowe we wtorki, a jarmarki 
na uroczystość Narodzenia N. M. P. i na św. Woj- 
ciech; choć wreszcie, w r. 1553, Zygmunt Au- 
gust, spełniając życzenia biskupie, przeniósł jar- 
marki na dni inne, a nadto dodał trzeci — na 
św. Tomasz — »Łódż pozostała lichą, drewnianą 
mieściną, od samych chrześcijan zamieszkałą «. 

Była to jeszcze żyjąca, jak widać, w litera- 
turze, tradycya i opinia o dawnej Łodzi staro- 

*) ^ Starożytna Polska, pod względem historycznym, 
geograficznym i statystycznym opisana*. Warszawa 1843, 
t. I, str. 271. 



218 J. K. KOCHANOWSKI 

polskiej. Jakąż bo była ona istotnie jeszcze na 
schyłku istnienia Rzpltej? Była nie o wiele pono 
dostojniejszą, niż za księdza Śliwki, co czasy 
Kazimierza Wielkiego dobrze pamiętał. Świadczą 
o tern różnice formalne raczej, niż istotne. Za- 
miast kanonika, trzymali wtedy »miasteczko« 
z kolei w dzierżawie protegowani stolicy bisku- 
piej kujawskiej, pp. Jan Gozdowski *), Józef Cho- 
jecki *), a wreszcie Imó pan Kazimierz Dawido- 
wicz, » dzierżawca miasta Łodzi y klucza łódz- 
kiego* *), który łączył nadto, jak i jego poprze- 
dnicy, z dostojeństwem tym, oraz z mieszkaniem 
»we dworze« (Stara Łódź), godność wójta miej- 
scowego z ramienia biskupa-dziedzica, a raczej 
»Nayiaśnieyszey Infuły Jaśnie Wielmożnego księ- 
dza-biskupa, Pana Miłościwego miasta Łodzi« 4 ). 
Aby zaś skromny urząd wójtowski nie uwłaczał 
takiej personie, zwano go »Landwójtem«, zwła- 
szcza, że panowaniu jego nietylko miasteczko, 
ale i cały »klucz łódzki « podlegał. Połączenie 
obu urzędów: dzierżawcy i wójta w jednej oso- 
bie, było juz wynikiem naturalnym położenia 
ogólnego poddanych, świadczącym nadto, że 
» miasteczko « nie przestało de facto być wioską. 



*) » Księgi Wieczyste obywatelstwa łódzkiego* fol. 2 etc. 

2 ) Tamże str. 27 etc. 

3 ) Tamże str. 30, 82. 

4 ) Tamże passim. 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 



219 



Dawny sołtys, jak ów Janusz za księdza Śliwki, 
był niby wójtem-przedstawicielem autonomii miej- 
scowej, wypływającej z urządzeń prawa niemie- 
ckiego. W chwili, kiedy Łódź została formalnie 
miasteczkiem, miejsce sołtysa zająć tam musiał 
»wójt«, a miejsce ławników — »rajcowie«. Tytu- 
larne te zmiany mogły były o tyle tylko stać 
się rzeczywistemi, o ileby wioska stała się była 
istotnie miastem, któreby powagą swoją, zamo- 
żnością, ruchem przemysłowym, czy handlowym, 
potrafiło w końcu XV-go i w XVT-em stuleciu, 
t. j. w dobie utrwalenia się stanowczej przewagi 
dziedziców nad poddanymi — ocalić miejskie, 
autonomiczne przywileje swoje. Miasta praw- 
dziwe, jakkolwiek uciśnione przez klasę panu- 
jącą, ocaliły je w znacznej mierze; miasteczka 
i wioski uległy — boć inaczej być nie mogło. 
Do tych ostatnich właśnie należała i »Łodzia«. 
Dzierżawca, atter ego dziedzica, stał się zarazem 
jej wójtem, mieszkał »we dworze*, »Xięgi Wie- 
czyste obywatelstwa łódzkiego* kazał tam sobie 
nosić do rewizyi i podpisu 1 ), a »burmistrz- sędzia* , 
niby cień chiński dawnego sołtysa-wójta i strze- 
żonego przezeń samorządu miasteczka, stał się 
właściwie jego pachołkiem. Nad »dzierżawcą- 
Landwoytem* przygodnie, z fantazyi może, a nie- 
kiedy i z potrzeby, wykonywał nadzór, zwła- 



») Tamże str. 63. 



220 J. K. KOCHANOWSKI 

szcza, gdy na miejscu bywał, sam biskup-dzie- 
dzic, który — jak np. Antoni Ostrowski, co się, 
wedle tradycyi, łowami w puszczy, w kniejach 
będońskich zabawiał — wyręczał się tam przy 
sposobności i innymi ludźmi. I tak, w r. 1774 
wykonywa przygodnie w Łodzi prawa zwierz- 
chnie »podsędek y Żupnik województwa Łęczy- 
ckiego^ Wojciech Grzymała Ostrowski, brat bi- 
skupa, który do niego pisał: »słynie WMM. Pana 
roztropność per universum, że nawet Mieszczanie 
Moi Łódcy między Sądem Dworskim (Land- 
wójta) y Swoim (burmistrza) chcą mieć Jego po- 
średnictwo« l ) M W dziesięć lat później, w r. 1784, 
występuje tam w roli podobnej starosta wolbor- 
ski, Kazimierz Kaziewicz 8 ). 

W sprawach życia codziennego dbało jednak 
» miasteczko « o dostojność swoją. Mieszczanie pę- 
dzili gorzałkę, warzyli piwo, gospodarzyli po 
wiejsku, dokonywali ożywionych tranzakcyi, 
sprzedając jeden drugiemu »lechy gruntu«, »by- 
cki« i »jałoski« i czynili liczne a hojne zapisy 
na rzecz kościoła łódzkiego 8 ). Troska o zabez- 
pieczenie sobie w ten sposób żywota wiecznego 
odgrywała w ich życiu rolę tern większą, ile że 
cnota nie zawsze jakoś dopisywała im w wę- 



*) Tamże str. 10—18. 
a ) Tamże str. 96. 
3 ) Tamże passim. 



KUEDT BORUTA BYŁ PACHOLSCIKM 



221 



drówce doczesnej. Najsilniejszą była ona, jak się 
zdaje, w punkcie szóstego przykazania, bo ani 
bójki krwawą ani morderstwa, ani awantury 
pijackie, ani nawet podstępne żonobójstwo, do- 
konane przez jednego z mieszczan w r. 1786 ^ 
nie potrafiły wstrząsnąć tak głęboko łódzkim 
urzędem sprawiedliwości, jak przygoda roman- 
tycznej wdowy po Piotrze, pani Zofii Moczygę- 
biny, którą — nomen amen — sławetny Antoni 
Gozdowski, mając wódką u Żyda częstować, 
tamie do »nieprzystoynego uczynku* skłonił. 
Przypłacił to p. Antoni srogą grzywną pieniężną, 
a pani Moczygębina plagą »Rozg 90, N-ro dzie- 
więćdziesiąt według przykazu Dworu* *). »Dwórc 
dbał bowiem o przystojność miasteczka i za- 
łatwił sprawę krótko a węzłowato, nie żądając 
nawet przysiąg w rodzaju: »jako ja.-, tak mnie 
Boże skarż y Liścia na drzewie, Piasku na ziemi, 
Gwiazd na niebie, Piasku w morzu, Kropel wody, 
Niech mnie to wszystko potłumi* *)... — boć 
zresztą » Córka... Arendarza, przez Drzwi spoy- 
rzawszy, widziała co się DziaJto«... 

Dwór dbał nadto i o dostojeństwo Łodzi. 
Exemplum. Dnia 26 czerwca 1775 roku ze wszyst- 
kich »Ulic« miasteczka, a więc z Gościńca Sre- 



*) Tamże str. 132, 138. 

») Tamże str. 77. 

») Tamże, typowa rota przysięgi. 



222 J. K. KOCHANOWSKI 

bierskiego, od Źródeł Starowiejskich, od Placu, 
na którym stodoła stoi, od Ogrodu na stajniach, 
od Ścieżki Ogrodowej, Gościńca Walińskiego, 
z Opłotków i z Potyłków, z Ulicy Nadrzecznej, 
od Granic Kapitulnych i Bałuckich, od Ogrodu 
Durajowskiego i Rzeki Starowiejskiej, od Drogi 
Lutomierskiej, Laskowej, Stawu, Gościńca Brze- 
zińskiego, od Dróżki Ciemnej, Ogrodu na Lasku, 
Gaju i Starej Dróżki Lamusowskiej *) — zewsząd, 
ze wszystkich arteryi >wielkomiejskich«, które 
jeszcze ulicy Piotrkowskiej (przedtem szosy Zgier- 
sko-Kaliskiej *) nie przeczuwały — zbiegli się 
»Ulicą do Kościoła« na Rynek patrycyusze pó- 
źniejszego Manchesteru, których akt urzędowy 
godną nazwą »pospólstwa« mianuje i dokonali 
tam wyborów na urzędy miejskie: 

»In Nomine Domini. Sit nomen Domini bene- 
dictum Nunc et usque in Saeculum. Dnia 26 Czer- 
wca Roku 1775-go Obrany iest od Pospólstwa 
całego y od Dworu potwierdzony przez W. Imci 
fana Józefa Choieckiego a Dzierżawcy Trzech- 
letniego od J. W. Imci Xięza Antoniego Ostrow- 
skiego Biskupa Kujawskiego y Pomorskiego: 

Woyt Sławetny Jan Gozdowski 
Burmistrz Alexy Drewnowicz 



*) Nomenklatury, zebrane z ^ Ksiąg Wieczystych* 
(tamże) passim. 

■) » Słownik Geograficzny* (Łódź). 



KIEDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 223 

Rayca pierwszy Paweł Suwalski 
Rayca drugi Stanisław Pławski 
Rayca trzeci Jakub Kryzłowczyk 
Rayca czwarty Jakub Zarzecki 

Landwoytowskich Rayców: 

Rayca Pierwszy Jan Maniński 

Rayca Drugi Jan Jezewicz 

Pisarz Mieyski Roch Józef Ławiński 

Przysięgły Łódzki mp.« *). 

Czyż mamy snuć dalej obraz »miasteczka«?... 
Nie zmieniłoby to w niczem barwy jego, ani 
wyrazu... W roku 1806, wraz z powstaniem Księ- 
stwa Warszawskiego, stała się Łódź de nomine 
miastem rządowem. Posiadała już wtedy 767 
mieszkańców i 106 domów*). Wkrótce potem 
rozpoczęto regulacyę granic miejskich, zanie- 
dbaną, bo i zbyteczną od wieków. Dnia 7 czer- 
wca 1808 r., jeszcze przy udziale Kapituły Kujaw- 
skiej, przeprowadzono granice z Radogoszczem 
i z Retkinią, na podstawie aktów z r. 1597 8 ). 

Zmiany polityczne, w stosunku do Łodzi for- 
malne raczej na razie, niż rzeczywiste, nie od- 
biły się też dość rychło na fizyognomii jej życia 



f ) »Księgi Wieczyste obywatelstwa łódzkiego* str. 27. 
■) Wedle lustracyi, dokonanej przez rząd pruski 
(•Dziennik Łódzki* z 1885 r. Nr. 1). 

8 ) »Księgi Wieczyste* fol. (nlb.) 183—184. 



224 J. K. KOCHANOWSKI 

wewnętrznego. Obraz tego życia z czasów Księ- 
stwa Warszawskiego, rozwijający się pod skrzy- 
dłami już nie »Landwójta«, lecz »Magistratu«, 
nie różnił się niczem właściwie od tego, co było 
dawniej. Zaznaczyło się to nawet i w takim 
drobnym szczególe zewnętrznym, że jeden i ten 
sam wolumin aktów, w skórę oprawny, zawiera— 
niby jedne całość — zarówno dawne, z czasów 
Rzpltej, »Xięgi Wieczyste Obywatelstwa łodz- 
kiego«, jak i późniejsze wpisy magistrackie po 
rok 1822. Od tego to czasu, jak zaznaczyliśmy 
wyżej J ), rozpoczęła się w rozwoju Łodzi era 
nowa. I ona jednak zarysowała się w całej pełni 
dopiero w połowie XIX wieku. 

Jeżeli Łódź, dzięki zbiegowi różnych okoli- 
czności, wynurzyła się tak świetnie a późno 
z dawnego » niebytu «, to okolica »miasteczka«, 
puszczańskie jego środowisko, przygotowywało 
się do nowej swej roli i do nieoczekiwanych 
splendorów swej stolicy, dłużej jeszcze, pomimo 
rączej inwazyi kolonistów niemieckich. 

Na razie różnica polegała jedynie na tera, 
że — np. w Będoniu — siedzieli w XVI, XVII 
i XVIII stuleciu, zamiast Przybysława i jego 
sąsiadów, inni panowie Będońscy. W roku 1576 
współwłaścicielem tej wioski był p. Wojciech 8 ), 



ł ) Por. wyżej przyp. 1, str. 211. 

8 ) Adama Bonieckiego ? Herbarz Polski « t. I, str. 146. 



K1BDY BORUTA BYŁ PAOBGLĘOIBM 



w roku 1628 p. Andrzeja pisarz grodzki włodzi- 
mierski, a potem synowie jego: Jan, Paweł i Woj- 
ciech* Trzymali się tam oni trwale od prawieku 
aż do samego schyłku XVIII stulecia 1 ), wzmo- 
cnieni na szkatule i na gloryi rodzinnej w oso- 
bie Michała, syna Wojciecha i Wiktoryi z Sa- 
gatowskich, pisarza^ a po roku 1769 regenta są- 
dów marszałkowskich*), Glorya ta była jednak 
śpiewem łabędzim starych Nałęczów w puszczy 
podłódzkiej. Nowe prądy, nowe czasy i ludzie 
nowi strzaskali grunt odwieczny pod ich omszałą 
tarczą herbową, Pan Michał Będoński, dziedzic 
wyłączny gniazda rodzinnego, zaznaczywszy się 
jako zwolennik reemiiorum, małżeństwem z Ka- 
tarzyną Sztermerówną, opuścił knieje rodowe. 
Nie bacząc na staropolski dworzec modrzewiowy, 
zbudowany w cieniu lip starych w roku 1752 
w odwiecznej wiosce rodzinnej nieopodal rzeczki 
Miazgi i » Jazów « (obstacula) na niej, a uświęcony 
pięknym na belce napisem: »Boże łaskawy, do- 
brotliwy Panie, błogosław ludziom Twoim to 
mieszkanie* *); nie bacząc na prochy przodków, 
spoczywające u stóp modrzewiowego Kościółka 
w Mieszkach — on, pierwszy może pan możny 




») Tamże j w. 
») Tamże j, w. 
■) Zabytek, przechowany 
wyto Dworze w Bedonm 



KOCHANOWSKI 



na BędoniUj sprzedał go w r. 1791 Trembeckim 
i, rozwiódłszy się z żoną, porzuci! progi domowe, 
aby zamieszkać w Czyszkowie, w Ziemi Czer- 
skiej *), — Choć słynna do niedawna jeszcze 
z tradycyi pani Trembecka, właścicielka Będo- 
nia> niewiasta energii mocarnej, nietylko zajmo- 
wała się (w czasach pruskich) zamykaniem 
»Iandratów* do chlewa, ale i krzewiła gorliwie 
kolonizacyę po lasach*), puszcza nie zaraz 
jeszcze utracić tam miała swój dawny charak 
odwieczny. 

Wedle wspomnień starego sługi i gajowego 
nowych właścicieli wioski, wołyniaka Teodora 
Sawickiego, który około r. 1850 sięgał pamięcią 
w czasy, kiedy biskup Ostrowski łowami w knie- 
jach będońskich się bawił, kiedy niedźwiedź 
ostatni padł w nich, kulą rażony, Będoń przed- 
stawiał się wtedy, jako »Lasy i owies dla psów 
na ospę — ono tolko*. » Psiarnię po prymasie 
Ostrowskim* (f 1784 *) zniesiono tam istotnie do- 
piero przed sześćdziesięciu kilku laty. Ostrowski, 
który, jak wiadomo, przed wstąpieniem w r. 1778 
na arcybiskupstwo Gnieźnieńskie, piastował od 



ter 

... 



*) Adama Bonieckiego » Herbarz Polski t I, 146, 

■) Tradycje Będońskie (Opowiad, wnuczki pani Trem 

beckiej, a długoletniej po r. 1845 właścicielki Rędonia, 

Joanny z Sucheckich Koźmińskiej, zmarłej tamie w r. 1904). 

■) Trądy cye Będońskie (Opowiad. Karola Koźmin- 

skiego, roężaś. p, Joanny s Sucheckich* Por, wyżej przyp. S) 



. 



KIBDT BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 227 

oku 1762 infułę kujawską, dzierżawił naj wido- 
czniej łowy w tych kniejach od panów Będoń- 
kich, a na szczupłych gruntach uprawnych 

Pdukował owies na ospę dla sfory *). Opłata 
enuty takiej mogła nie odpowiadać istotnie 
wymaganiom pana Michała! Potomek starych 
lałęczów nie przeczuwał czasów nowych, stojąc 
i samego ich progu, Był to jednak dopiero próg 
aczej dziejowy, aniżeli taki, na jaki jednostki 
: wy kły się oglądać. Pomimo działalności koloni- 
aeyjnej następczym Michała Będońskiego, pani 
Yembeckiej, puszcza pozostała bowiem w tym 
tanie, że jeszcze za jej wnuczki, a długoletniej 
właścicielki Będonia od roku 1845, Joanny z Su- 
deckich, toczył się proces z rządem, prowa- 
Lzony około roku 1850 przez męża jej, Karola 
koźmińskiego, o granice w obszarze kilkuset 
rłók lasu od strony Kurowic i Gaikowa ■). 

W Stokach rozrośli się na przełomie XVI-go 
rieku z ZYII-yiu panowie Stokowscy, najbliżsi 
►ywalcy i sąsiedzi Łodzi 5 }. Inne wioski, o ile 
de stały się kościelnemi, a potem rządowemi, 
►ozmieniały przeważnie dawnych właścicieli. Tło 
rszędzie jednak naokół i na długo pozostawało 




*) Por. wyżej przyp. 2 i 3, utr. 226. 
») Por. wylej przyp. 3, atr. 226, 
») A t Pawińskiego » Wielkopolska* (w » Źródłach Dzie- 
ryeh*) IL 



228 J. K. KOOĘĄNOWSKI 

bez zmiany. Pamięć przeszłości, pomimo, że »te- 
raźniejszość« przez wieki całe, bo aż do po- 
czątków XIX stulecia, była jej wiernym odbi- 
ciem i ciągiem dalszym, zatarła się zupełnie 
wśród Łodzian; pozostało z niej jedynie poczu- 
cie, jakby odwiecznej wyłączności bytu, pano- 
wania i siły twórczej Kościoła, tej instytucyi, 
która cienkim — to prawda — lecz jedynym na- 
lotem kultury obdarzyła puszczę i »miasteczko««. 

Istniała do niedawna, nim jeszcze dym ko- 
minów fabrycznych zdołał przesłonić tam całko- 
wicie pamięć rzeczy minionych, ciekawa, bo 
znamienna legenda łódzka. Posłuchajmy jej 
opowieści, odtworzonej na podstawie poematu 
Wiktora Dłużniewskiego *). 

W gąszczu leśnym była licha mieścina z ko- 
ściółkiem ubogim. Miała właściciela, a był nim 
Paweł Łodzią Kubowicz 8 ) — stąd nazwa mia- 
steczka — potomek Kuby Mazura, który nie- 
gdyś cesarzowi Zygmuntowi przywiózł łodzią 
pierścień przez Dunaj. A był to pierścień Za- 
wiszy Czarnego, wodza wojsk cesarskich, po któ- 
rego Zygmunt wyprawił ową łódkę podczas bitwy 
z Turkami, aby się ratował. Rycerz zginął je- 
dnak i tylko pierścień swój zdołał odesłać panu 



*) Por. wyżej przyp. 1. str. 151. 
*) Spisy szlachty nie wykazują nazwiska tego pod 
herbem Łodzią. 



K1BDY BORUTA BYŁ PACHOLĘCIEM 229 

swemu* Stąd herb Kuby Mazura u potomka jego, 
Pawia Kubowicza. Paweł był chorążym w cza- 
sach Dymitra i Maryny, a byl wojakiem wielce 
zasłużonym. Asystował Żółkiewskiemu w War- 
szawie i pierwszy złożył zdobycz swoją u stóp 
tronu. Słynął i za Batorego* Żona odumarla go 
w rok po ślubie, zostawiając córkę, Urszulę. Wy- 
chowywała ją siostra Kubowicza, żona Jakóba 
Rogowskiego (Rogi pod Łodzią), który Łódź odeń 
dzierżawił. Gdy Kubowicz walczył, podrosły 
i córka jego Urszula i córka Rogowskich, która 
wyszła za sąsiada, Jacka, pijaka, rozpustnika 
i zawadyakę. Działy się sceny okropne, to też 
Rogowski rozpil się za przykładem zięcia, pani 
Rogowska umarła, a nieszczęście Urszuli wzra- 
stało. Modliła się ona gorąco w kościele łódzkim 
o zdrowie nieobecnego ojca, gdy znany jej mło- 
dzian, Podstolic, zapałał do niej afektem serde- 
cznym, wbrew woli tych, coby jej mieniem owła- 
dnąć chcieli. A Jacek miał już wtedy syna, Wło- 
dzia. Niepokoi się więc i powiada do teścia: »Jak 
się ryba wyśliźnie z Łodzią, tylko na Rogach 
osiądzie Wlodzio*. Obaj stawiają tedy przeszkody 
energiczne małżeństwu Urszuli. Kiedy podstolic 
zajeżdża z orszakiem, zastaje obu opiekunów Ur- 
szuli pijanych* Zebrawszy poddanych, rozbroili 
oni gościa i pobili go tak ciężko, że umarł nie- 
bawem. Wkrótce potem zawitała śmierć i do 
dworu w Rogach, zabierając Urszulę, 



230 



J. K. KOCHANOWSKI 



W kościele łódzkim nabożeństwo, Kaplau 
wzywa Boga o mściciela: » Pawle, ojcze Urszuli, 
jeśli żyjesz, gdzie się kry jesz ?■.., Jak na zawo- 
łanie, zjawia się postać, niby grobowa i prawi: 
*Boże, połącz mnie z córką — błagam w po- 
korze. Jara myślał, że trafię na wesele, a znaj- 
duję ją martwą*! Był to Paweł Kubowicz, który 
po 19 latach niewoli u Turków, wrócił do kraju. 
Zemdlał u wrót kościelnych* Dostrzegli go tam 
Rogowski z Jackiem, a i on ich poznał i do 
zemsty gotować się zaczął. 

Tam, gdzie w polowie XIX wieku stała ple- 
bania łódzka, wznosił się niegdyś dwór dziedzica 
Łodzi, otoczony fosą. Po powrocie Kubowicza, 
a było to w r. 1633, miało tam miejsce pamiętne 
zdarzenie, Chorąży Paweł Kubowicz, wpatrzony 
w portrety antenatów, wypowiada monolog: »Ko- 
muż powierzę straż przy naszym grobie? Kto 
o nas wspomni, odda uścisk bratni w przed- 
śmiertnej chwili? Nikt, oprócz kapłana i krom 
Kościoła, Niechże Kościół za to, że nas oddaje 
miłosierdziu Pana, rozrządza mieniem — docze- 
sną zapłatą*. Postanawia zapisać Łódź, zamiast 
krewnym, Kościołowi: »za chciwość krewnych, 
za grzechy i zsl śmierć Urszuli* .„ Pada strzał, 
okno się wali, a Chorąży, trafiony w głowę, 
kona. Zbir, jak huragan, zjawia się w komnacie, 
chwyta — zostawiając wszystko — papiery 
i ucieka. Posądzony o zbrodnię Jacek, dowodzi, 



ZIBDY BORUTA BTŁ PAOHOŁĘOIBM 231 

że sprawcą jej był jakiś łyk miejski. Uwolniony 
od odpowiedzialności, raduje się z Rogowskim, 
że wreszcie Łódź zagarną. Aliści okazuje się, że 
testament już oblatowany na rzecz Kościoła. 
Jacek wypija dzban okowity i pali się, a Ro- 
gowski — gdzieś, między Łodzią a Zgierzem — 
zostaje pustelnikiem. Po trzydziestu latach od- 
najduje go tam Włodzio, jako żebraka i po- 
kutnika. 

Na treść tej opowieści złożyły się niechybnie, 
i to w znacznej mierze, tragiczne wspomnienia 
rodzinne któregoś z biskupich dzierżawców Łodzi 
Czyliż jednak legenda ta nie jest, jak tyle in- 
nych, prawdziwą wonią przeszłości?... 



•iii 



' *§> 



iE> 



SZÓSTY KONGRES 

pnmuioiBii irau mm i nuna, 

ODBYTY W LONDYNIE W U PC U 1906 ROKU. 



Dzięki staraniom socyologa francuskiego, 
ene Worms'a, oraz współdziałania najwybitniej- 
sych przedstawicieli studyów socyologicznych 
r Europie i w Ameryce, a między innymi pro- 
;sora Ludwika Gumplowicza z Graca i proŁ 
iester Ward'a z Waszyngtonu, powstał w Pa- 
yżu na schyłku ubiegłego stulecia Instytut IGę- 
zynarodowy Socyologii, zorganizowany w celu 
kupienia rozstrzelonych dawniej prac na tem 
olu. 

Działalność Instytutu, rozwijającego się na- 
.er szybko i pomyślnie, polega przedewszyst- 
iem na ogłaszaniu prac członków swoich w wy- 
dawnictwie specyalnem, noszącem miano Jnna- 
38 de l'Insttiut International de soctologie, a wycho- 
Izącem w Paryżu, oraz na organizowaniu zjazdów 
oiędzynarodowych, podejmowanych w celu 
wzajemnej wymiany myśli i krytyki prac, przy- 
ętych przez zarząd Instytutu do druku w ro- 
cznikach. 

Zarząd Instytutu, wybierany corocznie z po- 



236 



J. X. KOCHANOWSKI 



Śród jego członków, stanowili w r. 1906 pp.: 
Emil Levasseur, profesor Collśge de France, 
jako przewodniczący, a Eugeniusz von Boehm* 
Bawerk, były austryacki minister finansów, se- 
nator Eduardo Sanz y Escartin z Madrytu, 
Aleksander Czuprow, profesor honorowy uni- 
wersytetu moskiewskiego, oraz Carrol D. Wright, 
prezydent Clark College w Worcester (Massa 
chusets), jako wiceprezydenci *)> Sekretarzem 
stałym zarządu a sekretarzem jeneralnym In- 
stytutu jest jeden z jego założycieli, p. Renę 
Worms, redaktor paryskiej Bewe Intematimak 
de sotiohgie. Zjazdy członków Instytutu (t aw. 
kongresy międzynarodowe) odbywały się zaz 
czaj w jego siedzibie, w Paryżu. 

Kongres roku 1906 -go przeniesiono wyjątkowo, 
na zaproszenie angielskiego Towarzystwa socyo* 
logów, Sociological Society, do Londynu, gdzie 
uniwersytet miejscowy (właściwie mstytucya 
państwowych komisy i egzaminacyjnych angiel- 
skich), Unwersity of London, udzielił mu gościny 
w Jehanghir Hall wspaniałej siedziby swojej, po- 
łożonej w arystokratycznej dzielnicy (South Km- 
singion) olbrzymiego miasta. Kongres, rozpoc: 



l ) W r t b. (1907) zarząd ten stanowią; Maksym Ko- 
walewekij, jako prezes; E, Delbet, J. S. Nicboison, 
G, Sergi i Wilhelm Wundt, jako wice- prezydenci, 
Ren 6 Wonna, jako stały sekretarz generalny. 



KONGRES LONDYŃSKI 237 

dnia 3 lipca, a zamknięty po czterodniowej ka^ 
dencyi dnia 6 t, m., zgromadził liczne grono 
uczestników, zarówno z pośród członków Insty- 
tutu, jako taż i gości, W otwarciu uczestniczyło 
około stu osób, a obrady toczyły się zazwyczaj 
w obecności 50-60 uczestników obojga płci. 

jakkolwiek omawianemu kongresowi socyo 
logów starano się nadać już z góry charakter 
czysto naukowy, jednak wada chroniczna kon- 
gresów: przyśpieszone tempo odczytów i obrad, 
znużenie uczestników, potęgujące się w nie- 
ustannym szeregu przyjęć i bankietów, wreszcie 
atmosfera salonowa, podniesiona w Anglii do 
zenitu — wszystko to razem sprawiło, że kon- 
gres nasz Btał się, jak wszystkie inne, zebra- 
niem bardziej towarzyskiem, niż naukowem. Obe- 
cność strojnych dam nie dawała zapomnieć ani 
na chwilę, że się jest w salonie — a sam 
przedmiot wykładów i obrad: najrozmaitsze po 
niysły, wygłaszane na temat konjunktur socyo- 
logicznych, ślizkich najczęściej w założeniu, 
a elastycznych w dy alek tyce wywodów, zda- 
wał się, z małymi wyjątkami, iść w parze z gładką 
atmosferą elegancyi i »dobrego tonu** 

Byłbym może za surowy, poprzestając na 
takim sądzie o rzeczy. Inna, dodatnia strona 
kongresów: możność i łatwość nawiązywania 
stosunków międzynarodowych w sferze nauko- 
wej, panowała i tutaj w nader szerokiej mie- 




238 



J. K. KOCHANOWSKI 



rze, a rozmowy poufne, prowadzone w małych 
grupach osób, wywarły na mnie jaknajkorzy- 
stniejsze wrażenie* 

We wtorek, dnia 3 lipca, o godzinie 4}\ % po 
południu, otworzył zebranie prot Levasseur, 
otoczony gronem kilkunastu członków Instytutu, 
» pośród których godzi się wymienić pp. lorda 
Avebury, prezesa londyńskiej Soeiobgieal Soriety; 
Limousin^, prezesa paryskiej Sotiśtć de Sociolo- 
gie; Lester Ward'a, prezesa American Socwlogiml 
Society; barona Rafaela Garofalo z Wenecyi; 
prof. A. D. X6nopol'a z Jassów w Rumunii; prot 
Ludwika S te i na z Bernu; prof, Toenniesa z Ki- 
lonii i wielu innych. Rosya była reprezentowana 
przez pp* J, Nowikowa z Odesy, N. Abrikosowa 
z Moskwy i S. Halpórine'a z Bkaterynosławia, 
Z Polaków, obok wyżej podpisanego, bywał na 
obradach kongresu filozof, dr, Władysław Hein- 
rich, prof. uniw. Jag, przebywający, po powro- 
cie z Ameryki, od kilku miesięcy w Londynie. 
Prof* Levasseur, nakreśliwszy w krótkości dzieje 
powstania i rozwoju Instytutu, wypowiedział po- 
witanie pod adresem zgromadzonych narodowo- 
ści, poczem wygłosił odczyta poświęcony okre- 
śleniu socyologii jako umiejętności, której z 
niem jest z jednej strony badanie samodzie 
zjawisk ogólno-ludzkich; z drugiej zaś syn 
wyników, osiągniętych przez nauki społeczne. 
Uczony profesor w odczycie, wypowiedzianym 



>kre- 
ada- 
ielne 
iteza 



KONGRES LONDYŃSKI 



239 



z iście francuską lekkością formy i »powiewno- 
ścią« spostrzeżeń, podkreśli! harmonię, istniejącą 
pomiędzy olbrzymią komplikaeyą zjawisk a spo- 
sobem i kategoryami myślenia człowieka, oraz wy- 
znał, że najnowsza tendencya studyów socyolo- 
gieznych, skierowana ku U zw, psychologii tłumu, 
posiada w nim połowicznego tylko zwolennika, 
bo — jak zauważył — nie pojmuje jej w całej 
rozciągłości, Nie pojmując jej jednak, schyla 
głową przed najnowszymi a głębokimi wysił- 
kami myśli ludzkiej, i powtarza za owczarzem 
z bajki słowa: »Nie rozumiem cudów tego świata^ 
ale go podziwiam «. 

W końcu przewodniczący zauważył, że kon- 
gres obecny poświęcony będzie wyłącznie przed- 
miotowi walk społecznych (luttes sociales) i za- 
prosił zebranych na kongres następny w r. 1909, 
do Bernu. Tematem jego odczytów i obrad bę- 
dzie kwestya solidarności społecznej. 

Po Levasseurze zabrał głos lord Avebury 
i mówił o pauperyzmie angielskim, jak praw- 
dziwy Anglik-opfcymista, wierzący silnie w po- 
tęgę cywilizacyi i bogactw swego kraju — w po- 
tęgę dobrej woli i praktyczności społecznej, któ- 
rej bez przewrotów uda się rozwiązać zaga- 
dnienia i zabliźnić rany socyalne, będące smu- 
tnym przeżytkiem czasów błędnej organizacyi 
społecznej, braku stowarzyszeń, asocyacyi i Ł d. 
Optymizm stanowił wogóle, niemal bez wyjątku, 



240 



I* K. KOCHANOWSKI 



istną nić czerwoną, wijącą się przez wszystkie 
odczyty i dyskusye kongresu. Nić ta nabierała 
tu i owdzie różnych odcieni, zależnie od tematu, 
a nadewszystko od narodowości prelegenta, ale 
pełnia wiary w stopniowe doskonalenie się 
ludzkości, pełnia ufności w potęgę środków cy- 
wilizacyjnych, nie dawała ani na chwilę prz; 
stepu zwątpieniu. 

Szczęśliwe, wesołe ludy świata cywilizowa- 
nego zdawały się przez usta swoich przedsta 
wicieli składać świadectwo własnemu rozwo- 
jowi, postępowi i dążeniu do doskonałości. Jedno 
było w tern jednak uderzające: wymowny so- 
cyolog rosyjski, p, Nowikow, jak gdyby odczul 
i przewidział ów nastrój z góry, postanowił 
wziąć istny rekord w róźowem zapatrywaniu 
się na świat i na rozwój ludzkości — w kreśleniu 
iście niebiańskich fantazmągoryi na temat przy- 
szłych ustrojów społecznych, czem w wielokro- 
tnych — nieraz mistrzowskich w dyalektyce- 
przemówieniach swoich entuzyazmował nieustan- 
nie obecne na kongresie damy. Przeciwnikiem 
jego typowym był Lester Ward z Ameryki, czło- 
wiek seryo, myśliciel głęboki, zrównoważony 
i wnoszący do odczytów oraz do dyskusyi pier- 
wiastek trzeźwości męskiej, nie dającej się unosić 
pozorom* Nie znaczy to, aby Ward był pesymi- 
stą. Nie! To człowiek silnej wiary w postęp 
ludzkości f to mąż wielkiej wiedzy i kultury. 



KOK0RES LOKDYNSKI 



wielkiej sumienności i jakby kapłańskiego od- 
dania się studyom umiłowanym. Kieraa w nim 
lekkomyślności* jest natomiast troska i obawa, 
aby to, co umysł ludzki zgłębia jako nauki spo- 
łecznej było istotnie, nie zaś pozornie tylko ży- 
wotną krynicą postępu i udoskonalenia,.. 

Zestawienie obu tych typów: Nowikowa 
i Warda, uśmiechających się nawzajem z dy- 
skretną ironią podczas przemówień własnych — 
to istne uosobienie syntezy dwu kierunków: pię- 
knych pozorów i szarej rzeczywistości, które się 
na kongresie, w głębi dyskusyi i odczytów, 
a pod pokrywką uprzejmości i »flirtu* zwal- 
czały nawzajem. Sam jednak fakt tej walki, 
sama możliwość podobnych przeciwieństw ultra 
podmiotowych w areopagu uczonych, myślicieli 
i specyalistów, świadczyły chyba w sposób nie- 
zwykle wymowny o tern, że temu, co się »ao- 
cyologią* zowie, daleko jeszcze do miana nauki 
nietylko ścisłej, ale choćby wyzwolonej, na poły, 
jak np. historyą ekonomia lub nauki prawne. 
Po przemówieniu lorda Avebury'ego zabrał głos 
w imieniu Unwersiiy of London sir Arthur Rti- 
cker, informując zebranych o prowadzonem 
z energią i z zapałem przez tę instytucyę po- 
pieraniu studyów nad socyologią w formie kur- 
sów, wykładów, odczytów i dyskusyi nietylko 
w Londynie, ale i w całej Anglii. 

Pierwsze to posiedzenie kongresu zakończył 



l/IIGf I HMMfli. Ib 



Ig 




sekretarz jeneralny, p. Renś Worms, przet 
wieniem, w któreni obok sprawozdania z czyn- 
ności Instytutu, zespolonego już z całym świa- 
tem, obok wzmianki o nowomianowanycli człon- 
kach, a wreszcie — stów uprzejmości dla Anglii za 
podjęcie idei, głoszonych niegdyś przez Comte T a, 
i przyczynienie się przez to najbardziej do roz- 
woju socyologii w świecie cywilizowanym, zna- 
lazł się zwrot pod adresem ludzkości. Jedni so- 
cyologowie twierdzą, że uprawiana przez nich 
umiejętność winna mieć przedewszystkiem za- 
stosowanie praktyczne; inni, że winna być teo- 
ryą. Worms nie wątpi, źe tak czy owak — 
ludzkość dzięki wysiłkom myśli swych najlep- 
szych synów będzie coraz szczęśliwsza, coraz 
lepsza, coraz wznioślejaza... 

Wieczorem, w przybranej kwiatami Jehang- 
hir Hall, przy dźwiękach orkiestry Scots gmrds, 
odbył się raut na cześć uczestników kongresu, 
przyjmowanych u wejścia przez sir Arthura 
Ruckera, naczelnika fprineipal) uniwersytetu. 
Sir, przybrany w togę i biret, czynił honory 
domu z wielką gościnnością, a zebrani spędzili 
kilka godzin na bliźszem zapoznawaniu się i 
wionej rozmowie. 

Kongres rozpoczął się właściwie nazajutrz, 
dnia 4 lipca, o godzinie I0 l j § zrana, przyczem 
p. Levasseur oddał prezydyum bar. Garofolo 
z Wenecyi. Według programu, pp. Ludwik Gum- 



. 1.4/, UJ 

oty- 



KONGRES LONDYŃSKI 243 

plowicz, Raoul de la Grasserie, Ward, Nowikow 
i Halpćrine przemawiać mieli na temat ogólnej 
charakterystyki walk społecznych. 

Ponieważ dwaj pierwsi uczeni do Londynu 
nie przybyli, odczytano streszczenia ich refera- 
tów. Sumary usz zasadniczych poglądów socyo 
logicznych prof. Gumplowicza, którego zasługi 
i imię są w Anglii i we Francyi bardzo wysoko 
cenione, doczekał się szczerych i gorących okla- 
sków ze strony kongresu. Nie będę powtarzał 
tu jego treści, bo dzieła czcigodnego naszego 
rodaka, który imię polskie poza granicami kraju 
okrywa chwałą, cieszą się u nas w kołach in- 
teligentnych czytelników zasłużonem uznaniem 
i powagą. Miło mi jednak stwierdzić na tern 
miejscu, że prawdziwa, głęboka zasługa naszego 
uczonego znalazła na kongresie, mimo jego nie- 
obecności, wyraz szczerego uznania. 

Szereg referatów rozpoczął p. Nowikow od 
skondensowanego wywodu argumentów dyale- 
ktycznych przeciw uczonym stronnikom tych 
kierunków w socyologii, które, opierając się na 
charakterze zjawisk ze sfery świata organi- 
cznego, zdają się stawiać na wysokości aksyo- 
matu twierdzenie, że morderstwa gromadne to 
warunek niezbędny postępu i rozwoju społe- 
czeństw ludzkich. P. Nowikow walkę o byt za- 
myka jedynie i wyłącznie w granicach walki 
człowieka z naturą: najpierw o życie, potem 



J. K. KOCHANOWSKI 



o bogactwo, nie zaś — z własnym gatunkiem, Sliss- 
kość tego wywodu, opartego na argumencie, że 
zwierzęta jednego gatunku nie zwalczają się na- 
wzajem, uderza tu w oczy, albowiem, jak siu- 
sznie zauważył potem jeden z oponentów, prof. 
Ward, walka lub zgoda wilka z wilkiem zależy 
jedynie od okoliczności życiowych, w jakich się 
owe wilki w danym momencie znajdują. P, No- 
wikow zakończył swój wywód interesującą tezą 
dyalektyczną , polegającą na zaznaczeniu, że 
ponieważ; a) stworzenia niższe nie zwalczają 
się nawzajem, przeto i b) człowiek musiał być 
niegdyś podobnie usposobiony; c) zdolność ludzi 
do wzajemnego zwalczania się sprzyjała wpraw- 
dzie przez czas pewien rozwojowi i postępowi 
ludzkości, ale d) była ona, jest i będzie jedynie 
fazą przejściową rozwoju bytu gromadnego ludz- 
kości, Optymistyczny ten wywód zamknął pre- 
legent tendencyą moralną, że krzywda cudza 
nie tuczy, że Machiavełli był złym politykiem, 
że wojna była, jest i będzie błędem psychicznym 
ludzkości, jej stanem patologicznym, który mi- 
nąć musi, a miejsce jej zajmie asocyacya, która 
wypełni przyszłość. Ludzkość nie może wykra- 
czać stale poza ramy praw biologicznych (I), 
a zadaniem jej jest zwalczanie natury, nie sie- 
bie samej. 

Poświęciłem nieco więcej miejsca wywodowi 
p, Nowikowa, aby dać przykład, jak daleko 



KONGRES LONDYŃSKI 245 

dyalektyka zaprowadzić może. Trzeba jednak 
oddać sprawiedliwość zebranym w licznem gro- 
nie optymistom. Kiedy bowiem prelegent we- 
zwał kongres, aby tenże potępił »oszczerców«, 
twierdzących, że wojna jest przyrodzoną konie- 
cznością bytu — okrzyk ten nie znalazł gło- 
śniejszego echa, a p. Worms oświadczył, że od- 
czyt Lester Ward'a, będący na porządku dzien- 
nym, starczy p. Nowikowowi za odpowiedź. 

Trzeźwy amerykanin z innej strony spogląda 
na rzeczy. Walka jest według niego konieczno- 
ścią, jest niezbędnym, naturalnym warunkiem 
rozwoju, jest ekstensyą sił społecznych. Błędem 
jest rozróżnianie zasadnicze walki ze środowi- 
skiem (z naturą) od walki ludzi z ludźmi. 

Człowiek jest parazytą, jest pożeraczetn 
oszczędności zwierząt: walka jest jednym z naj- 
istotniejszych objawów jego życia indywidual- 
nego i gromadnego. Energia i synergia schodzą 
się tu z sobą. Zbyteczną nawet byłoby rzeczą 
uzależnianie tego faktu od rasy. Prelegent 
zaznacza słusznie, że walka istnieje zarówno 
w obrębie gatunku, jak i poza nim, a lwy nie 
pożerają się wzajemnie tylko dlatego, że mają 
zdobycz łatwiejszą; gdyby jej zabrakło, zjadłyby 
się nawzajem. Duszą życia i rozwoju jest walka, 
a wojna jest niczem więcej — jeno udoskonale- 
niem walki. Wszelako rozwój cywilizacyi, wska- 
zującej dobro pokoju, a klęski wojny, może 



246 J. K. KOCHANOWSKI 

i powinien na drodze czysto rozumowej dopro- 
wadzić z czasem, jeżeli nie do zaniku wojen, 
to przynajmniej do ich znakomitego ograni- 
czenia. 

Poparł gorąco przemówienie Ward'a prof. 
Xenopol z Rumunii w dłuższem przemówieniu. 

Po południu tegoż dnia członkowie kongresu 
w gronie kilkudziesięciu osób odbyli wycieczkę 
zamiejską, podążając na uprzejme zaproszenie 
lorda i lady Avebury do ich uroczej rezyden- 
cyi, położonej w Orpington, w hrabstwie Kent. 
Przebywszy liczne stacye Londynu, pociąg za- 
trzymał się wreszcie po jeździe półtoragodzin- 
nej na stacyi w Orpington, już poza linią dy- 
mów olbrzymiego miasta, wśród malowniczej 
okolicy, skąpanej w zieleni. Kilka olbrzymich 
break'ów, powożonych ręką istnych gentlema- 
nów, czekało na gości, aby ich przez wieś-mia- 
steczko, po szosie, jak marzenie, ujętej w strzy- 
żone szpalery krzewów i liściastych olbrzymów, 
powieźć o dziesięć minut drogi w głąb parku 
angielskiego pod progi magnackiej siedziby. Li- 
czna służba, zebrana w przedsionku wielkiego 
pałacu, pokrytego obyczajem angielskim ziele- 
nią, wiodła przybyłych w głąb apartamentów, 
urządzonych z królewskim przepychem, i wska- 
zywała drogę ku głównemu wyjściu do parku, 
gdzie u progu oboje gospodarstwo czynili ho- 
nory domu, witając gości. 



KONGRES LONDYŃSKI 247 

Garden parły, bo taki był rodzaj przyjęcia, 
rozpoczęła się z wielką, niczem niezamąconą 
swobodą. I trzeba było podziwiać szczerą go- 
ścinność gospodarstwa, uprzejmość ich i pro- 
stotę, z jaką oddali się na usługi zebranych. 
Orkiestra, strojna w purpurę, przygrywała zdała 
wśród zieleni, goście krążyli po uroczym parku, 
bawiąc się żywo rozmową, lub nawiedzając na- 
miot na wzgórzu, gdzie służba, zgromadzona 
u stołów ze wspaniałą zastawą, raczyła przyby- 
wających herbatą, przekąskami, winem i owo- 
cami Jaknajmilsze wspomnienie wywieźli z Or- 
pington po 2 1 /agodzinnym tam pobycie członko- 
wie kongresu. Do samego Londynu trwało dziele- 
nie się wrażeniami; wszyscy przyznawali zgo- 
dnie, że sir John Lubbock, uczony, bankier 
i milioner angielski, obdarzony przez królowę 
Wiktoryę tytułem lorda Avebury, stanowi typ 
niezmiernie charakterystyczny swej rasy — czło- 
wieka wzrosłego w każdym calu na podłożu 
prawdziwej i wielkiej kultury. 

Trzeci dzień kongresu, odbyty pod przewodni- 
ctwem prof . Lester Ward'a, przyniósł odczyty pp. 
Halperina, prof. Ludwika Steina z Bernu, prof. Xe- 
nopola z Jassów, profesorów angielskich Harrisona 
i Locka, wreszcie dra Emila Reicha, węgra rodem. 

P. Halpćrine widzi w walce jedynie walkę 
klas społecznych; że zaś klasy nie są katego- 
ryami zasadniczemi (pierwiastkami) ustroju, 



248 J. K. KOCHANOWSKI 

przeto nie mogło ich być w przeszłości odległej 
a nie będzie ich i w przyszłości. Z chwilą, gdy 
istnieć przestaną, ustanie źródło walki i zapa- 
nuje królestwo Boże. Prof. Stein przeprowadzał 
paralelę dyalektyczną pomiędzy Marcem a Spen- 
cerem. Szermierz i apostoł harmonii, widzi ją 
wszędzie : w sprzecznościach najradykalniej- 
szych. Walka jest jedynie czynnikiem, zmierza- 
jącym do przywrócenia równowagi tam, gdzie 
ją okoliczności chwilowe zwichnęły. Sprzeczność 
pomiędzy twierdzeniem Spencera, że walka spo- 
łeczna jest tylko zjawiskiem szczególnem z za- 
kresu walki o byt — a twierdzeniem. Marca, 
że jest ona warunkiem i zasadą rozwoju społe- 
cznego, sprowadza się do faktu, że Spencer był 
indywidualistą, a Marc kolektywistą. Różnica 
nie jest tak przepastna, jakby się zdawało, albo- 
wiem kultura zmierza do tego, że człowiek in- 
dywidualny musi się na społecznego zamienić. 
Prof. X6nopol oświadcza się za niezbędno- 
ścią wojny, przynajmniej na bardzo daleką przy- 
szłość. Krew jest płynem życiodajnym dla roz- 
woju ludzkości. Tak było przynajmniej dotych- 
czas. Chcąc zniszczyć wojnę, trzebaby zniszczyć 
jej przyczyny, a te tkwią zbyt głęboko. Jest 
atoli jeden czynnik, którego uczony chwyta się, 
jak deski zbawienia. Czynnikiem tym — to 
strach przed klęskami wojny. Strach wzmaga- 
jący się w miarę udoskonaleń strategii i broni 



KONGRB8 LONDYŃSKI 249 

Dzięki temu czynnikowi przyjść może wreszcie 
do stopniowego zohydzenia sobie wojny przez 
ludzkość. Wśród dyskusji dość ożywionej, jaka 
się na ten temat wywiązała, prof. Stein zazna- 
czył, że tworzenie się olbrzymich państw jest 
równoznaczne z pacyfikacyą małych grup na- 
cyonalistycznycłL 

Po przerwie dwugodzinnej p. Harrison za- 
brał głos w sprawie bezroboci w Anglii i pod- 
niósł bezkrwawość tej walki. Jest to olbrzymi 
dowód kultury. Należy jednak zauważyć, że 
socyalizm angielski jest mniej wojowniczy, niż 
gdziekolwiekbądż indziej. Nadto, Anglia to kraj 
najbogatszy w Europie, a w izbie niższej za- 
siada wielu robotników; Anglia ze swojem bo- 
gactwem, świetnym dworem i przykładną ary- 
stokracyą — tworzy wielką potęgę moralną, 
która nakłada ciężkie więzy na porywy walki 
i wpływa nader łagodząco na bieg wypadków, 
gdzieindziej tak krwawych. Kierunek ten za- 
znaczył się w literaturze i w sztuce. »Nasz 
Edward, bon enfant, jest usposobiony jak jaki 
prezydent — Loubet, czy Mac Kinley«, arysto- 
kracya jest istotnie arystokracyą, pojmującą po- 
trzeby mas i t. d. Widać stąd — kończył pre- 
legent — że gdyby wszyscy możni tego świata 
zechcieli być naprawdę ludźmi, świat mógłby 
być inny i będzie inny, gdy zbrodnia we wła- 
snej obrzydliwości śmierć znajdzie. Prelegent,. 



J. K. KOCHANOWSKI 

wielbiciel socyokracyi Comte'a, jest szczerym 
chrześcijaninem; odczyt jego przyjęto % sympa- 
tyą niekłamaną. Prof. Loch widzi przyszłość 
w asocyacyach; twierdzi nadto, źe wzrastająca 
zdolność robotników wpływać będzie na wzrost 
ich dobrobytu, na złagodzenie potrzeby i pory- 
wów walki. Czynniki ekonomiczne wesprą tu 
czynniki psychiczne, podniesione przez Har- 
risona. 

Istną oryginalnością kongresu było ostat 
w tym dniu przemówienie, wygłoszone przez 
p. Emila Reicha, uczonego i podróżnika, organi- 
zatora znanych na Zachodzie konferencyi na 
temat zagadnień społecznych. P. Reich, wpra- 
wny mówca> nie czytał, lecz mówił. Mówił, źe 
nie ma zaufania do socyologii , źe jest raczej 
historykiem niż socyologiem, że jest wielbicie- 
lem autopsyi, źe chce poznawać te ludy, któ- 
rych dzieje bada, -Mówiono tu dużo o Spence- 
rze; pytam, gdzie byliby dziś Japończycy, gdyby 
usłuchali jego rady: bądźcie tylko Japończy- 
kami I P« Zresztą Spencer zajmował się tylko 
pre- i post-historyą, chcąc zaś tworzyć teoryę 
o człowieku, nie trzeba analogii zwierzęcych, 
trzeba tylko i jedynie studyować historyę* Po- 
wiadają, że walka jest niepotrzebna* Proszę o od- 
powiedź — historyi. Powiadają, że Napoleon zabił 
2 miliony ludzi. Zgoda, ale kobiety zabiły we wła- 
snych swych łonach 20 milionów istot ludzkich 



KONGRB8 LONDYŃSKI 251 

(panie dostojne wychodzą z sali). A co zrobił 
Napoleon? Świat odrodził. Co zrobiły kobiety? 
Nic W starożytności były »walki pionowe* — 
klasy społeczne walczyły z sobą. Tak było 
w Grecyi, w Sparcie i w Rzymie. Teraz są tylko 
walki » poziome*. Chodzi w nich jedynie o pienią- 
dze. Pierwsze walki były to walki kefaliczne. 
Miały swoich wielkich przewódców: Mojżesza, 
Tezeusza i t d. Oni byli tych walk duszą, po- 
mimo, że przeczą ich istnieniu istniejący — nie- 
stety! — profesorowie berlińscy. Gdyby nie było 
walki, zostalibyśmy tybetańczykami. Wszystkie 
narody wielkie w walce były zawsze, są i będą 
wielkie w zakresie kultury, jak Rzymianie, 
Grecy i Japończycy. Wiecie, panowie, dlaczego 
tak biadacie nad wojną? — bo Europa od dłuż- 
szego czasu nigdzie nie odniosła prawdziwego, 
świetnego zwycięstwa, bo jej armie były i są 
bite, tylko bite. Świat wytwarza jednak nową 
walkę »pionową«, bo ją mieć musi, wytwarza 
ją pod postacią walki kobiety z mężczyzną. 
Amerykanie mogliby coś o tem powiedzieć na 
sery o... 

Wieczorem tegoż dnia odbył się na cześć 
uczestników kongresu świetny bankiet ** 
Monico, Regent Saloon«, ofiarowanr 
przez londyńską Sociological Society. 
na cześć króla Edwarda VII, królowi 
dry i członków Instytutu sir W 



252 J. K. KOCHANOWSKI 

oraz sekretarz stanu, lord Fitzmaurice. Odpo- 
wiadał w imieniu gości prof. Levasseur. Ban- 
kiet przeciągnął się do późna; rozmawiano, a na- 
wet tańczono z ożywieniem. 

W następnym, ostatnim dniu kongresu, prof 
Lester Ward wykazywał ciekawe analogie po- 
między zjawiskami społecznemi a kosmicznemi 
i twierdził, że proces działalności gromadnej od- 
bywa się automatycznie. Wykazuje to badanie 
akcyi wyborczych i parlamentarnych. Libera- 
lizm jest tylko nową formą toryzmu, a podkład 
ekonomiczny to dusza ruchów masowych. — W za- 
stępstwie nieobecnego członka kongresu, sena- 
tora Arcoleo z Rzymu, wypowiedział krótkie 
streszczenie jego referatu o socyalizmie we Wło- 
szech Renę Worms. Uzupełnienia podał obecny 
baron Garofalo z Wenecyi. Optymizm Arcolea 
spotkał się z ostrą repliką Garofala, który stwier- 
dził, że Włochom brak poczucia dyscypliny, 
i dlatego wszelkie ruchy społeczne muszą się 
tam zapowiadać ostrzej, niż na Zachodzie 
Europy. 

Referat p. Alfreda Nicefora, poświęcony za- 
gadnieniom antropologiczno-socyologicznym, nie 
wywołał większego zainteresowania, natomiast 
praca p. Abrykosowa z Moskwy, wykazująca 
budzenie się solidarności w walce i przez walkę, 
przyjęta była z uznaniem. 

Tegoż dnia przed południem weszło na po- 



KONGRES LONDYK8KI 253 

;ądek dzienny studyum wyżej podpisanego: La 
wie et les rneneurs 1 ). 

Po wyczerpaniu porządku dziennego rozpo- 
zął się szereg oracyi konwencyonalnych, za- 
lykających obrady kongresu. Dziękowano so- 
ie nawzajem i zapowiadano spotkanie się na 
rzyszłym zjeździe. Przedstawiciele poszczegól- 
ych instytucyi przemawiali w ich imieniu, 
przedstawiciele wszystkich narodowości dzię- 
owali za otrzymaną gościnę. Wyżej podpisa- 
emu, jako jedynemu Polakowi, biorącemu udział 
zynny w kongresie, przypadł w udziale zaszczyt 
akiego przemówienia na wezwanie prezydyum. 
Profesor Philipp, nawiązując przemówienie 
woje do rozmaitych odczytów, wyraził pod 
dresem Instytutu życzenie, aby na przyszłość 
reść przemówień była drukowana przed kon- 
resem w celu umożliwienia krytykom głęb- 
zego wnikania w przedmiot. Zarząd Instytutu, 
•rzyjąwszy tę propozycyę, wyraził w osobach 
>p. Leva8seura i Wormsa żywe zadowolenie 
woje z przebiegu kongresu i zapowiedział ry- 
hłe ogłoszenie drukiem w tomie XI Annales de 
Institut International de Soeiologie, rozpraw, wy- 
koszonych w Londynie*). 



*) Przekład francuski pracy p. t. »Tłum i jego prze- 
ródcy«. (Warszawa 1906). Por. wyżej przyp. 1 na str. 8-ej. 

*) Tom ten ukazał się w r. 1907 u V. Giard'a & E. 
>riere*a w Paryżu. 



254 



J. K. KOCHANOWSKI 



Nazajutrz, po zamknięciu kongresu, w so- 
botę, d. 7 lipca, odbyły się dwie wycieczki 
urzędowe do Oxfordu i Cambridge. Należało wy- 
bierać jedne lub drugą. Wybrałem pierwszą 
i już około 12 w południe znalazłem się w istnem 
muzeum kolegiów, w starym Oxfordzie. Fellow 
of St. Johns College, p. Sidney Bali z małżonką 
czynili przybyłym honory domu. Zwiedziliśmy 
większość kolegiów, podziwiając ich stary, 
omszały gotyk, ich ogrody przepiękne, ich ciszę 
jakby dla kontemplacyi stworzoną, ich komfort 
i bogactwo zbiorów, zespolone tu na to, aby wy- 
kazać naocznie potęgę i odwieczność kultury 
angielskiej. W starym refektarzu St Johtfs 
College podano lunch wytworny. Stoły uginały 
się pod ciężarem pamiątkowych sreber, a ze 
ścian, ze starych portretów, spoglądały na obe- 
cnych twarze tych, co tu niegdyś źródeł świe- 
tności obecnej magna pars fuerunt. Wycieczka 
uwieńczyła godnie całość otrzymanych wrażeń: 
silnych, niezatartych, pouczających. 



JAKÓB CARO. 



I 



W grudniu 1904 roku zmarł uczony dużej 
miary i talentu, człowiek o umyśle kultury nie- 
pospolitej, o zamiłowaniu gorącem i promiennem, 
pociągającem tych, co z nim się stykali. 

Mało czytany — bo zatopiony w studyach 
gabinetowych i w pracach, w których pierwia- 
stek czysto naukowy zwykł był przeważać nad 
artystyczną, lub aktualną stroną przedmiotu,— 
nie bolał Caro nad brakiem szerszej popularno- 
ści zbyt ciężko, ani stale. Stać było go zresztą 
na utwory o tonie lżejszym... Sama natura wy- 
bitnie artystyczna, zapalna, do uniesień i polo- 
tów skłonna, ciągnęła go nieraz — poprzed mo- 
zołami ciężkich studyów źródłowych, do prze- 
lewania na papier, lub przetapiania w mowę 
ognistą a płynną — zestawień i obrazów w ro- 
dzaju takich, jak: John Dee, Albrecht Łaski, Gior- 
dano Bruno, Shakespeare, lub przepięknych, acz 
lżejszych w treści, wykładów o »Komedyi« 
Danta. 

Naturze tej, która mogła była tworzyć arcy- 

IZKIOE I OROIIAZai. II. 17 



258 



J. K. KOCHANOWSKI 



dzieła formy, starał się Caro narzucać obowiązki 
pierwszorzędne uczonego: giąć ją do wymagań 
treści — zmuszać do jak najgłębszego opano- 
wania przedmiotu. Duch czasu i dobra szkoła, 
przebyta w młodości, wywarły na jego umyśle 
niezatarte piętno. 

I powstała stąd walka, widoczna we wszyst- 
kich pracach uczonego, nie wyłączając kart 
Gtesćkichte Pólens — tych zwłaszcza, gdzie potę- 
żna, porywająca strona zjawisk, przemawiała 
równie silnie do duszy poety, jak myśliciela. 
A myślicielem był Caro wytrawnym, wyćwi- 
czonym w ogniu przejść życiowych i pracy mo- 
zolnej. Głębokości sądu brakło mu rzadko, po- 
dobnie, jak i finezyi w określaniu zjawisk, 
w charakterystyce postaci, w rozplątywaniu wę- 
złów natury dyplomatycznej. 

Widać to już w pierwszych tomach pomni- 
kowej jego »Historyi Polski*, którą tworzył 
i pisał w czasach dotkliwego braku źródeł opra- 
cowanych i monografii. Rzec można, że prze- 
orał on cały okres olbrzymi, epokę 1300—1506, 
wzdłuż, wszerz i wgłąb źródeł surowych, prze- 
ważnie nie uprzystępnionych jeszcze w tekstach, 
ani w krytyce dla autorów prac ogólniejszych. 

Roepell i Caro — to dwa nazwiska, zlewa- 
jące się na pojęcie brzasku nowej metody kry- 
tycznej w zakresie naszych wieków średnich. 

Pierwszy wydał, jak wiadomo, w roku 1840 



JAKÓB CARO 259 

w Hamburgu, nakładem Heerena i Ukerta, (wy- 
dawców obszernej Geschichte der europaeischen 
Staaten), swoją Geschichte Polens, obejmującą 
dzieje narodu naszego do końca XIII wieku; 
drugi — w większych rozmiarach i z większym 
nakładem pracy, a bodaj i talentu, doprowadził 
naukowe to przedsięwzięcie do końca wieków 
średnich, wydając w tymże samym zbiorze Hi- 
storyę Polski od r. 1300 po rok 1506 w opraco- 
waniu własnem. 

Jakób Caro, syn rabina gminy żydowskiej 
w Gnieźnie, urodził się tamże w r. 1836. Jak 
świadczy autor jego życiorysu 1 ), korzystający 
z odpowiednich materyałów autobiograficznych 
uczonego, nie był Caro otoczony w dziecięctwie 
swojem atmosferą, któraby w nim aspiracye 
wyższe, albo li też zamiłowanie do rzeczy pol- 
skich obudzić mogła. Przeciwnie. Syn rodziny 
licznej, a ubogiej, skazany od lat najmłodszych 
na ciężkie doświadczenia losu, miał Caro zostać 
zecerem, gdy środki ojca przyszłości innej ro- 
kować mu nie mogły. Jedynie woli własnej, 
pracy usilnej i ciężkim poświęceniom rodziców, 



l ) Adolf Pawiński w » Wielkiej Encyklopedyi Po- 
wszechnej Ilustrowanej*, t. XI, str. 93—96. Autor ni- 
aiejszego szkicu słyszał w r. 1893 we Wrocławiu z ust 
prof. Caro wyrazy uznania dla pracy prof. Pawińskiego, 
3raz wzmiankę, że szczegółów biograficznych dostar- 
czył Pawińskiemu sam interesowany, 

17* 



260 



J. K. KOCHANOWSKI 



którzy na zdolnościach chłopca poznali się dość 
wcześnie, zawdzięczał przyszły historyk mo- 
żnośó przebycia drogi ciernistej w gimnazyach 
ostrowskiem i poznańskiem, drogi, na której 
ubóstwo, zaburzenia 1848 roku, a potem cho- 
roba, kładły nieprzebyte prawie zapory. Wre- 
szcie, dzięki poparciu prof. Schónborna, ukończył 
Caro szkoły i, powolny pragnieniom ojca, który 
marzył o rabinacie dla syna, wstąpił na uni- 
wersytet w Berlinie. Już jednak w czasie po- 
bytu w szkołach, osłabł był Caro w przywią 
zaniu do atmosfery rodzinnej; zerwał też nie- 
bawem z dążeniami ojca i, porzuciwszy Berlin, 
udał się w r. 1857 do Lipska, gdzie go zamiast 
filozofii, literatury i prawa, zajęły od samego 
wstępu nauki historyczno - polityczne. Słuchał 
Albrechta, Drobischa, Roschera, Wachsmutha 
i in., a ukończywszy studya, obrał sobie, za 
radą prof. Henryka Wuttke'go, przedmiot z dzie- 
jów Polski, jako temat pracy doktorskiej. 

Były to już czasy, kiedy świat naukowy 
niemiecki kładł podstawy szerokie pod studya 
szczegółowe nad dziejami powszechnemi, które 
tyle prac cennych, epokowych mają dziś Niem- 
com do zawdzięczenia. Sam Wuttke zbierał 
wtedy materyały do (licho jeszcze) wydanego 
w r. 1864 Staedtebuch des Landes Posen, a Sten- 
zel, Roepell, Górtz, Wattenbach i niebawem 
Colmar Grunhagen, pracowali usilnie nad dzie- 



JAKÓB OARO 361 

ami Śląska, nad organizacyą stałych badań 
v tym kierunku, zogniskowanych w Towarzy- 
twie Historycznem (Yerein f&r Geschichte und 
iUerthum Schlesiens) we Wrocławiu. 

Że Caro jął się dziejów Polski, można to 
v części tylko przypisać okoliczności, iż ujrzał 
wiatło dzienne na piastowskiej ziemi Było to 
aczej dziełem przypadku: wynikiem prądu, 
kierowującego historyków niemieckich do stu- 
lyów nad dziejami powszechnemi, a zwłaszcza 
Lad dziejami ludów zgermanizowanych, lub są- 
iadujących z Niemcami. — Oriundus Gneznae 
aieć tu mogło znaczenie tylko o tyle, że Caro, 
aówiący w domu po niemiecku, wyniósł był 
ednak ze szkół pewną znajomość języka pol- 
kiego: że rozumiał po polsku i mógł łatwiej, 
iż kto inny, z literatury polskiej korzystać 
Iłabsza, aniżeli jego, znajomość polszczyzny, 
rykierowała wielu uczonych niemieckich na 
kspertów w sprawach przeszłości, kraju i na- 
odu naszego przed trybunałem niemieckim... 

Jako temat rozprawy doktorskiej, obrał so- 
ie Caro czasy bezkrólewia po Batorym i, zło- 
ywszy w r. 1860 uniwersytetowi lipskiemu 
racę p. t. Bas Interregnum Polens im Jahre 1587 
nd die ParteiJc&mpfe der Hauser Zborowski und 
Zamoyski, stopień doktora filozofii uzyskał. 

Losy, zaczerpnięte z przypadku, Ir" * 
one. Rozprawa Cara, wydana w r. 18 



262 J. K. KOCHANOWSKI 

jęta przez krytykę niemiecką i polską — naogól 
bardzo życzliwie, zapewniła mu w Niemczech 
uznane stanowisko badacza rzeczy polskich. Że 
zaś nacechowana była zaletami talentu i przy- 
gotowania metodycznego autora, podsunęła na- 
kładcy wydawnictwa Heerena i Ukerta, Perthe- 
sowi, myśl uproszenia Cara o opracowanie ciągu 
dalszego »Dziejów Polski«, wszczętych niegdyś, 
a zaniechanych od lat dwudziestu z górą, przez 
Koepella. 

Dla młodego uczonego była to oferta nie do 
odrzucenia. I stanął układ, mający w historyi 
rozwoju dziejopisarstwa naszego znaczenie wręcz 
pierwszorzędne... Caro zyskał w nim niezbędną, 
acz nader skromną, podstawę materyalną dla 
przyszłej pracy swojej, — nauka zaś, a histo- 
ryografia polska w szczególności — zapowiedź 
jednego z najcenniejszych nabytków swoich. 

Ciężkie warunki tej pracy Cara, obfitej 
w plony bogate, odtworzyć możemy sobie dzi- 
siaj z łatwością. Pomiędzy rokiem 1861 — 1863 
przygotował on tom pierwszy dzieła swego, 
a drugi Geschichte Polens (Gotha, 1863), objąw- 
szy w nim okres lat 1300—1386. Kto pracował 
nad dziejami tej doby, uchylić musi czoła przed 
owocami pracy uczonego i zdumieć się na myśl, 
że zostały one osiągnięte przed czterdziestu 
laty! Prawda, że Caro trudów, ani podróży po 
archiwach i bibliotekach nie szczędził; prawda, 



JAKÓB CAKO 263 

że, docierając do Warszawy, Krakowa, Pozna- 
nia, Kórnika, Wrocławia, Berlina, Drezna i Lip- 
ska, a potem do Moskwy i Petersburga, znajdo- 
wał wszędzie u uczonych i mecenasów pomoc 
życzliwą; prawda, że go u nas hr. Jan Dzia- 
łyński, ks. Jan Koźmian oraz Z. A. Helcel gor- 
liwie mocą swoją wspierali. Mimo to jednak 
plony jego studyów w czasach, poprzedzających 
wydawnictwa Bielowskiego, Ig. Zakrzewskiego, 
Piekosińskiego i cały — ogromny dorobek lite- 
ratury monograficznej z ostatnich lat kilkudzie- 
sięciu, wydać się muszą, jako wręcz zdumiewa- 
jące. Jeżeli też przez uszanowanie dla zasług 
naukowych Roepella — pisał Caro w przedmo- 
wie do (I) II tomu Geschichte Polens, że: »Częśó 
niniejsza Historyi Polski łączy się ściśle z to- 
mem pierwszym, który wyszedł z pod pióra 
godniejszego i bardziej doświadczonego «, to — 
zbyt mało, zaprawdę, powiedział wydawca, nad- 
mieniając, że: ^opracowanie ciągu dalszego Hi- 
storyi Polski powierzone zostało obeznanemu 
z rzeczą, uczonemu historykowi... « 

Tom, o którym mowa, uległ już w wielu 
punktach przestarzeniu. Jest to zjawisko cał- 
kiem naturalne wobec ogromu ujawnionych pó- 
źniej źródeł historycznych. Nie chodzi nam te* 
bynajmniej o obecną wartość naukową dzieła, 
jakkolwiek i ta, oparta na podstawi? 
szerokiej, ostała się podziś dzień w n 



264 



cznej mierze Chodzi nam jedynie o zarzucaną 
Batorowi przez krytykę naszą stronniczość 
w przedstawienia i oświetleniu niektórych fak- 
tów z zakresu stosunku dziejowego Polski do 
Niemiec 

Sprobójmy ustalić istotę tej »stronniczoócL.« 
Krytyka nasza widziała w niej predylekcye 
niemieckie na niekorzyść rzeczy polskich 
i miała w tern słuszność pozorną. Potwierdzała 
ją interpretacya bezstronna a logiczna faktów 
niektórych, np. oświetlonej »po niemiecku* przez 
Gara kwestyi warunków Traktatu Kaliskiego 
z r. 1343 i t p. Jeżeli chodzi o szczegóły, mo- 
żnaby uczonemu historykowi wytknąć usterków . 
takich nie mało. 

Charakteryzując jednak umysłowość i uspo- 
sobienie autora » Dziejów Polski«, musimy wznieść 
się ponad szczegóły oderwane i stwierdzić, że 
źródło, z którego opinie naukowe Cara płynęły, 
było całkiem odmiennej natury, aniżeli ta, ja- 
kiej się w nim krytyka surowa dopatrywała. 

Zarówno wyraz ogólny twórczości dziejopi- 
sarskiej uczonego, jak jego wykłady w uniwer- 
sytecie wrocławskim i jak wreszcie psyche czło- 
wieka, ukazująca się i bliżej i jaskrawiej w po- 
ufnem obcowaniu, wykazywały naturę wyższą, 
a poza słabostkami drobiazgowemi — niesłycha- 
nie wrażliwą i subtelną. 

W głębi przekonań i upodobań swoich, był 



JAKÓB GARO 265 

Caro wielbicielem namiętnym »wyższości« kul- 
turalnych i politycznych. Stal w tern umiłowaniu 
swojem poza atmosferą postulatów i zagadnień 
aktualnych. W stosunku do wszelkich narodo- 
wości i religii byl przedewszystkiem obserwa- 
torem i myślicielem, posiadającym w niezale- 
żności swego umysłu podstawy najistotniejsze 
zasadniczej bezstronności naukowej. Jeżeli w oce- 
nie stosunków polsko-krzyżackich uniosła go tu 
i owdzie » wielkość* Zakonu, to popęd ten nie 
przeszkodził mu bynajmniej ocenić, a niekiedy 
nawet entuzyastycznie odczuć i uwydatnić 
wielkich czynów i wielkich postaci naszych 
dziejów. — »W niczem, pisał Caro w swojem 
zamknięciu panowania Ostatniego Piasta (Gesch. 
Poi. II 362) — nie była historya powszechna 
bardziej sprawiedliwą, aniżeli w tern, że Kazi- 
mierzowi tytuł Wielkiego przyznała... « Trudno 
o wyznanie szczersze i bardziej znamienne! 

Wysoką bezstronność moralną i niezawisłość 
naukowych sądów swoich, kojarzył Caro z wy- 
bitnym talentem pisarskim, z sumiennością opra- 
cowania i z przygotowaniem metodycznem, sto- 
jącem na poziomie wzorów wiedzy europejskiej. 
Uposażony w te środki niepospolite, wnosił do 
dziejopisarstwa polskiego swej doby powiew 
świeży i w następstwa płodny. »Historya« Cara 
stała się książką podręczną dla wielu badaczów 
naszych, nicią przewodnią rozlicznych studyów, 



266 J. K. KOCHAKOW8D 

poszukiwań i badań, nawet specjalnych. W roku 
1869 ukazał się tom (II) trzeci dzieła, zawiera- 
jący okres od r. 1386—1430; tom (ID) IV (wyd. 
1875 r) sięgnął po rok 1454, a w latach 
1886—1888 zyskała historyografia polska osta- 
tnie, najlepsze (IV) Va i V6 tomy pomnikowego 
wydawnictwa, które objęło wraz z »Historyą« 
Roepella całość dziejów naszych po rok 1506. 
Ostatnie te tomy posiadają i dziś jeszcze pełną, 
bez mała, wartość naukową. 

Historyk rozwoju dziejopisarstwa polskiego 
w drugiej połowie XIX stulecia wyznaczy nie- 
wątpliwie profesorowi Caro miejsce bardzo wy- 
bitne. A sprawią to nie inne prace uczonego, 
jeno autorstwo pomnikowej Greschichie Pólens.. 
Czyżby brzmienie obce tytułu tej książki do- 
niosłej, było jednym więcej atutem w rękach 
tych, co o naszej »młodszości cywilizacyjnej* 
prawią? Bez wątpienia. Gdyby jednak zasługę 
ty przyznać sobie chcieli i tym razem Niemcy 
w całości, należałoby protestować. Caro byl 
uczniom Niemców, ale Niemcem nie był, — po- 
dobnie, jak nie był Polakiem, ani Żydem. Byl 
Hobą. Byl wcieleniem kombinacji warunków 
rozlicznych, jakie go wydały i wyrobiły na po- 
zy tek naszego narodu. 

W Aj ód studyów trzydziestoletnich nad dzie- 
jami Polski, przerywanych przez prace inne, 
snuło się życie Cara w sposób nader rozmaity. 



JAKÓB CAKO 267 

Rozmaitość ta uczyniła go dla wielu przedmio- 
tem zaciekawienia, człowiekiem » tajemniczym*. 
Pochodziło to stąd, że Caro lubił mieć stosunki, 
budzące sensacyę, że posiadał je rzeczywiście 
i że, wspominając o nich półgębkiem, budził 
tem większy podziw i sięgające aż hen!... przy- 
puszczenia. Stosunki te płynęły z gruntu na- 
ukowo-literackiego, z mecenasostwa sfer wyż- 
szych dla talentów i — najprawdopodobniej 
gruntu tego nie opuszczały nigdy. 

W roku 1863, przełamawszy przy poparciu 
profesorów: Adolfa Schmidta i Hildebranda nie- 
chęć uniwersytetu w Jenie przeciw pochodze- 
niu swemu, Caro — pierwszy Żyd w tej wsze- 
chnicy, habilitował się tam na podstawie pracy, 
p. t. Johannes Longinus, ein Beitrag aur Littera- 
turgesćhichte des XV Jahrhunderts. 

Będąc niepłatnym docentem, utrzymywać się 
musiał ze współpracownictwa w Augslurger All- 
gemeine Zeitung. Pracował także jednocześnie 
w Staats-Lexicon von K. v. Eotteck und K. Welter, 
gdzie w r. 1864 zamieścił artykuły obszerne, 
p. t Polen i Posen. 

-Pierwsza z tych rozpraw — pisze Adolf 
Pawiński 1 ) — obejmuje w zarysach dzieje Pol- 
ski od końca X wieku aż do upadku państwa, 
a następnie przedstawia losy porozbiorowe, od- 

*) J. w. 



268 



J. Ł KOCHAMOW8KI 



słaniając widok na całą połowę XIX wieku. 
Zawiera w sobie nietylko obraz dziejów polity- 
cznych, ale wyłuszcza zarazem rozwój wewnę- 
trzny, kształt i życie organizacyi polityczno- 
prawnej. Uzupełnia ją rys statystyczny. Pano- 
wanie nad rozległym przedmiotem i zgłębienie 
całokształtu dziejów dobrze świadczyło o zale- 
tach umysłu szerszego*. 

W tym to czasie odbył Caro wycieczkę 
w celach naukowych do Warszawy, gdzie do- 
brze był przyjęty przez mrgr. Wielopolskiego 
i wszedł w stosunki bliższe z Aleksandrem hr. 
Przezdzieckim. Odtąd datują również stosunki 
uczonego ze światłym dworem książęcym w Wej- 
raarze, który zwrócił nań swoją uwagę i za- 
ofiarował mu sposobność przejrzenia archiwów 
i bibliotek w cesarstwie rosyjskiem. 

Już w r. 1864, zawiesiwszy wykłady w Je- 
nie, został Caro lektorem W. Ks. Heleny Pa- 
wlówny, córki Pawła, księcia Wirtemberskiego, 
u wdowy po W. Ks. Michale Pawłowiczu, bra- 
cie eea. Mikołaja I W nowej tej roli udał się, 
jako członek dworu W. Księżny, w podróż do 
Sftw*jc*ryi. Włoch i Rosy i, gdzie spędził czas 
dhitaty. prowadząc w miarę możności studya 
*ivhiwalne i biblioteczne w Petersburgu, oraz 
w Moskwie w archiwum ministeryum spraw 
*a$T3Uw&nvoh. Z u\a> czasu i pobytu zachował 



JAKÓB CARO 369 

nadto Caro wspomnienia pewne o pedagogicznej 
działalności swojej na dworze rosyjskim. 

W r. 1865 powrócił do Jeny, gdzie otrzy- 
mał niebawem godność profesora nadzwyczaj- 
nego w charakterze honorowym, bez uposaże- 
nia. Dopiero w r. 1868 powołano go na takież 
stanowisko do Wrocławia, i za poparciem nie- 
mieckiego ministeryum spraw zagranicznych, 
przyznano mu pensyę stałą w kwocie 1.200 ta- 
larów rocznie. 

Stosunki, zawarte w r. 1864, zbliżyły go do 
dworów: drezdeńskiego, meklemburskiego, ber- 
lińskiego i petersburskiego. Korespondował z nimi 
do ostatnich lat życia. Korespondencya ta (np. 
listy ces. Pryderykowej i Bismarcka) dotyczyła — 
o ile mi wiadomo — tych samych kwestyi, ja- 
kich dotykał w swoich odczytach dworskich, 
nacechowanych wysokim smakiem estetycznym 
i wykwintnością stylu. Lorenzo Valla, Pico Mi- 
randola i umiłowany Dante, stanowili — obok 
grona innych poetów i myślicieli, punkt wyjścia 
tych przepięknych obrazów myśli i uczuć, jakie 
Caro przed słuchaczami swymi roztaczał, posił- 
kując się mistrzostwem języka i oratorską swadą... 
Zrywał się tam niekiedy poetycki poryw duszy 
wrażliwej a lotnej przeciw więzom, narzucanym 
przez wymagania poważne — uczonemu. Try- 
umfował jednak najczęściej i uczony. Scherr 
nazywa odczyt Cara o Lessingu i Sfifcie, wy- 



270 



J. K. KOCHANOWSKI 



głoszony około r. 1868 Da dworze w Berlinie — 
studyum najwybitniejszem, jakie o tym przed- 
miocie istnieje. 

Predylekcya do studyów nad pięknem, do 
oddychania wskrzeszaną w sobie atmosferą Od- 
rodzenia, do towarzyszenia myślą i duchem naj- 
wybrańszym polotom ludzkości i zagłębiania się 
w arcydzieła literatury, czyniła z uczonego 
męża causeufa o tonie subtelnym i wykwintnym, 
pożądanego zarówno w salonach dworskich, jak 
i na katedrze. 

Audytoryum Cara we Wrocławiu, gdzie do 
zgonu profesurę historyi powszechnej piasto- 
wał — było zawsze pełne, zawsze przesycone 
atmosferą skupienia i chłonięcia podniosłych 
wrażeń. 

Słuszną była obawa, że ucierpi na tern ciąg 
dalszy Geschichte Polens, ów niewydany dotąd 
tom VI (VII) dzieła, mający objąć czasy obu 
Zygmuntów, nadające się — jak mało co — pod 
pióro Jakóba Caro. Zdaje się jednak, że nad 
nim pracował; zdaje się, że w spuściźnie ręko- 
piśmiennej uczonego pozostały — bodaj fra- 
gmenty cenniejsze pracy o Złotym Wieku Rze- 
czypospolitej. 

Z pism pomniejszych Cara, poświęconych 
przeszłości Polski, przedmiotowi, nad którym 
rósł i mężniał jego talent, wymienić należy (nie- 
szczególnie zresztą wydany) Liber CanceUariae 



JAKÓB O ARO 271 

Stanislai dołek (2 tomy. Wiedeń, 1871, 1874), 
oraz słynną rozprawę o Janie Ostrorogu, zamie- 
szczoną wraz z Memoryałem Ostroroga w Zeit- 
schrift des mstpreussisćhen Oeschichtsvereins (1882 r.), 
a w tłómaczeniu polskiem w » Pamiętniku* Kra- 
kowskiej Akademii Umiejętności (1885 r.). O li- 
cznych, pomniejszych artykułach Jakóba Caro, 
z dziedziny historyi i dziejów literatury polskiej, 
oraz powszechnej, mówić tu nie będziemy. Pi- 
sane przeważnie na schyłku żywota, grzeszyły 
one niekiedy uprzedzeniem na niekorzyść na- 
szą... W pierwszym rzędzie wymieniłbym tu ar- 
tykuł o działalności naukowej Henryka von Sy- 
bla, zamieszczony w czasopiśmie Nord und Sad, 
a nacechowany wybitnemi zaletami stylu. 

W roku 1880 zjawił się Caro na I Zjeździe 
historyków polskich (im. Długosza) w Krakowie. 
Wystąpił tam z referatem o potrzebie ożywienia 
badań geograficzno-historycznych polskich, oraz 
z przedstawieniem granic i części składowych 
Polski a W. Ks. Moskiewskiego w XIV i XV w., 
aa przygotowanych odpowiednio mapach (Nr, 68, 
59, 70) atlasu historycznego Sprunera. — »Było 
to — nadmienił wtedy — jedno z zadań naj- 
cięższych, nad jakiemi mozoliłem się w życiu«. 

W roku następnym, 1881, w uznaniu niepo- 
żytych zasług naukowych profesora Caro, przy- 
znała mu Akademia Umiejętności w Krakowie 
najwyższy z zaszczytów swoich — godność 



272 J. Ł KOOHAHOWUI 

członka czynnego zagranicznego. Było to na 
kilka lat przed wydaniem ostatnich tomów Oe- 
schichte Polens (1886, 1888 r.), które zamknęły 
właściwie publiczny stosunek naukowy autora 
do naszego dziejopisarstwa. 

Oddany ściślejszej pracy zawodowej, — wy- 
kładom i ćwiczeniom seminaryjnym, a wyczer- 
pany już z sił, usuwał się zwolna profesor 
z szerszej widowni. Być może, że dostatek, zy- 
skany niemal na schyłku żywota; być może, że 
ciepło rodzinne u boku późno zaślubionej żony, 
a potem i córki, bardzo ukochanej, pozbawiły 
go tej energii czynu, jaką tak dawniej celo- 
wał... Zrobił jednak wiele, bardzo wiele i za to 
uznanie niekłamane należy się jego pamięci, 
oraz wdzięczność z naszej strony wielka a szczera. 

Studenci Polacy interesowali go zawsze bar- 
dzo gorąco. Ugaszczał ich w domu swoim i do 
siebie zbliżał, opiekując się ich pracami, nie 
szczędząc im rad, wskazówek, a nawet pomocy 
czynnej w studyach specyalnych. Miłe wspo- 
mnienia takie mają niewątpliwie ci wszyscy 
zpośród nas, którzy w uniwersytecie wrocław- 
skim naukom historycznym się oddawali Węzły 
z tych wspomnień płynące, były serdeczne 
i trwałe. Nie osłabiły ich bynajmniej naprężone 
w czasach ostatnich stosunki polsko-pruskie — 
die rege aur Zeit gewordenen Leidenschaften, tcelche 
uuch die besten Oesinnungen dem Misstrauen om- 



JAKÓB CAKO 273 

setom*. *). I nic dziwnego. Cóż bowiem znaczyła 
polityka aktualna, a choćby i napięcie walki 
narodów, dla człowieka, który stal w głębi du- 
szy jensetis jednej i drugiej ?~ 

W roku 1900, kiedy obowiązki grzeczności 
dla Austryi przełamały w chwili ostatniej, pono 
nie bez » znaku z góry*, postanowienie uniwer- 
sytetów pruskich, że się od udziału w uroczy- 
stościach jubileuszowych Uniwersytetu Jagielloń- 
skiego cofną zupełnie, wystąpił Caro w gronie 
przedstawicieli Niemiec, u boku rektora berliń- 
skiego Fuchsa, pod stropem przybranego odświę- 
tnie kościoła św. Anny. Blady był i widocznie 
wzruszony... Czyżby mu się w tym momencie 
dziejowym przypomnieć miały pełne uczucia 
słowa, jakie przed laty kilkudziesięciu kreślił 
o »Królu wspaniałego serca*, co tę wszechnicę 
fundował i o »Królowej«, która, odnawiając ją, 
a ^uchodząc w zaświaty, czynem wznioślejszym 
zamknąć nie mogła żywota ?...« 



*) Słowa z listu prof. Caro do autora. 



SZKIOE I DHOlUZai. II IB 



Ił* 

m 



FRANCISZEK PIEKOSINSKI. 



W 



m 



Zmarły dnia 27 listopada 1906 r. w Krako- 
wie profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, Fran- 
ciszek Piekosiński, uczony badacz i jeden z naj- 
znakomitszych znawców naszego średniowiecza, 
wywalczył sobie przez ciąg 62-ietniegG praco- 
witego żywota stanowisko niezwykle wybitne 
i niezwykle oryginalne w świecie nauki pol- 
skiej, Wybitne, bo powiedzieć można śmiało, że 
nazwisko jego sprzęgło się na zawsze z histo 
ryą naszych wieków średnich, z ich najcenniej- 
szymi zabytkami prawno -społecznymi; orygi- 
nalne, bo wszystko, co Piekosiński stworzył, 
w zasadzie oparte było wyłącznie na źródłach 
dziejowych, przetrawianych samodzielnie. Samo- 
dzielność, jako warunek normalny wszelakiej 
pracy naukowej, nie zasługiwałaby tu na pod- 
niesienie, gdyby nie jej stopień istotnie niezwy- 
kły, wręcz charakterystyczny, w twórczości 
zmarłego badacza, który wierzył tylko w źró- 
dła, a nigdy prawie w literaturę. Gdyby Pieko- 
siński był żył i działał kilkadziesiąt lat temu, 



278 J. K. KOCHANOWSKI 

byłby niechybnie wypełnił sobą całą epokę 
w dziejopisarstwie. Historya prawa polskiego pu- 
blicznego i prywatnego, dzieje parlamentaryzmu 
i stosunki włościańskie, świetne a olbrzymie po- 
blikacye źródeł i cały szereg pomocniczych nauk 
historycznych, jak dyplomatyka, paleografia, I 
sfragistyka, heraldyka, numizmatyka, a nawet 
archeologia — wszystko to były pola pracy na- 
ukowej, na których zmarły znakomicie się od- 
znaczył. To też działalność jego na tle najnow- 
szego rozwoju polskiej nauki historycznej, któ- 
rej magna pars fuit, odbiła się nietylko obficie, 
ale i imponująco; zarazem jednak stała się w la- 
tach ostatnich — w zakresie syntezy — pewnego 
rodzaju dyssonansem w stosunku do tonów, w roz- 
woju wspomnianym dominujących. Wzgląd to 
całkiem naturalny wobec podniesionej już wybi- 
tnej oryginalności poglądów naukowych Pieko- 
sińskiego, którego zasługi, spoczywające w ol- 
brzymim jego dorobku naukowym, są dość wiel- 
kie, aby znieść bez szwanku najsurowszą nawet 
krytykę. 

Sprawiedliwość każe podzielić działalność 
zmarłego na dwa okresy, a owoce prac jego 
mozolnych na dwie kategorye. 

Okres pierwszy, to okres najbujniejszej pracy 
myślowej badacza, rozpoczęty około roku 1874, 
a zamknięty wydaniem znanej szeroko pracy 
p. t. ^Heraldyka polska wieków średnich* (1899 r.); 



FRANCISZEK PIK08IW8KI 279 

okres drugi — to ostatnie lata jego żywota, za- 
mroczone smutnem, nieuleczalnem kalectwem 
zupełnej głuchoty. Do kategoryi pierwszej zali* 
czarny wydawnictwa, a do drugiej prace synte- 
tyczne Piekosińskiego. Wydawnictwa zawsze, 
w obu okresach, stały na pierwszorzędnym po- 
ziomie wymagań nauki, rozszerzając je nawet 
i pogłębiając w sposób twórczy; co do prac 
syntetycznych, to te, odpowiadając przeważnie 
stanowisku naukowemu autora w okresie pierw- 
szym, uległy w drugim pewnej chorobliwej już 
bezwzględności jego poglądów. 

Ta chorobliwość, wynik cierpień przewle- 
kłych, którym w końcu uległ, złożyła się w osta- 
tnich latach na istny circulus vitiosus rozczaro- 
wań i zawodów, na wyzwolenie tragizmu, tkwią- 
cego w losach Piekosińskiego. Człowiek ten, 
który dopusty najcięższe znosił z dobrotliwym 
uśmiechem filozofa, zatopiony przez całe życie 
w głuszy pracy gabinetowej, zapragnął pod ko- 
niec, jakby w chęci wyrwania się z ciszy, na- 
rzuconej mu przez kalectwo, uznania szerokiego, 
głośnego — nie dla niepożytych prac swoich, 
lecz właśnie dla tych, ostatnich już utworów, 
które błądzić poczęły w krainie fantazyi. 

Trudno, niepodobna nawet w szkicu pobie- 
żnym scharakteryzować dostatecznie i należy- 
cie olbrzymiego dorobku naukowego, jaki po 
zmarłym pozostał. Kilkadziesiąt tytułów wyda- 



280 J. K. KOCHANOWSKI 

wnictw i rozpraw to szala jego sewnętnna, 
a długi szereg kwestyi naukowych, jak: skupia 
nie, analiza i opracowanie materyalów źródło- 
wych, dotyczących Małopolski (1178 — 1450^ 
miasta Krakowa (1257—1586), katedry na Wa- 
welu (1166—1423) i rachunków dworu Jadwigi 
i Jagiełły (1388—1420), jak ustawodawstwo Ka- 
zimierza Wielkiego, sprawy monetarne w Pol- 
sce XIV i XV stulecia, kwestye wieców, •sej- 
mów*, sejmików i przywilejów ziemskich śre- 
dniowiecznych, studya nad znakami wodnymi 
rękopisów z tegoż okresu, a wreszcie — pomija- 
jąc drobniejsze przyczynki naukowe — słynne 
studya heraldyczne Piekosińskiego, oto krótka 
charakterystyka treści naukowej dorobku, jakim 
tenże po królewsku nas obdarzył. 

Najistotniejszą cechą owego dorobku, rzuca- 
jącą się przedewszystkiem w oczy, to niezwy- 
kła, może jedyna w tym rodzaju i stopniu, pra- 
cowitość fenomenalna iście benedyktyńska uczo- 
nego, której zawdzięcza! on możność opracowania 
olbrzymich dyplomataryuszów swoich. A owe 
to właśnie zbiory źródeł, — perła w koronie za- 
sług naukowych Piekosińskiego — najmniej ogó- 
łowi znana, to krynica, z której wszystkie nie- 
mal jego rozprawy, niby produkt uboczny pracy 
głównej i zasadniczej, spływały. Zmarły uczony, 
obrawszy sobie przedewszystkiem za teren dzia- 
łalności swojej sferę najszczytniejszą pracy ściśle 



FRANCISZEK PIBKOSIlfSKI 281 

naukowej, najszczytniejsze sub specie aeternitatis 
zadanie budowniczego podstaw badania histo- 
rycznego dla pokoleń obecnych i przyszłych, 
stal się w tym kierunku pracownikiem naprawdę 
wielkim. Styl i rodzaj tej właśnie wielkości, 
opartej na istocie jego upodobań i uzdolnienia, 
sprawiał, że trudno mu było rywalizować zawsze 
i zwycięsko na innem zgoła polu twórczości 
naukowej, na polu syntezy, z jej kapłanami. 

Ekonomia pracy dziejopisarskiej nie różni 
się od ekonomii innych: Tysiące godzin krwa- 
wego mozołu, włożone w obróbkę źródeł suro- 
wych, muszą, dając plusy w rubrykach jednych, 
ciążyć odpowiednio na innych, w danym wy- 
padku na rubryce studyów szerokich, porów- 
nawczych i t p., opieranych z zasady na ma- 
teryale już opracowanym, na rozlicznych pomo- 
cach naukowych i na literaturze... 

Piekosiński w tej postaci, w jakiej nam się 
na tle prac swoich zarysowuje, — to syn ty- 
powy epoki, która go wydała. Urodzony dnia 
3 lutego 1844 roku w Wiercanach w obwodzie 
Tarnowskim brał udział, jako młodzieniec 21 letni, 
w wypadkach 1863 roku w Królestwie, poczem 
dnia 3 grudnia 1870 roku ukończył Uniwersytet 
Jagielloński ze stopniem doktora praw. Alma 
Mater nie stała jeszcze wówczas na wysokości 
późniejszej; mimo to jednak i mimo zaniechania 
dalszych studyów zagranicą, przyszły uczony 



282 



J. Ł KOCHANOWSKI 



jął się odraza w Krakowie pracy naukowej 
w atmosferze Józefa Szujskiego, Karola Estrei- 
chera i Franciszka Matejki, którzy przy owcze- 
snem Towarzystwie Naukowem krakowskiem 
powołali do życia Komisyę historyczną. Jui 
w początkach tej jego pracy odbił się przyszły 
jej kierunek, a wraz z nim idea roboty dziejo- 
pisarskiej »u podstaw*, której wyrazem były 
wtedy publikacye poważne Dzialyńskiego i Ba- 
czyńskiego, Bielowskiego, Daniłowicza, Bartosze- 
wicza, Hubego, Helcia, Rzyszczewskiego, Mu- 
czkowskiego i innych. 

Występując na jednem z pierwszych zebrań 
Komisyi historycznej krakowskiej z hasłem wy- 
dania przywilejów i dokumentów, zachowanych 
w Archiwum miejscowej kapituły katedralnej, 
a ogłoszonych częściowo, przed laty wówczas 
trzydziestu, przez ks. Mateusza Gładyszewicza, 
wstępował Piekosiński — jeden z pierwszych — 
w szranki najnowszego okresu w dziejopisarstwie 
naszem, któremu rychle potem powstanie Aka- 
demii Umiejętności (1873 r.), oraz katedry hi- 
storyi polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim 
otworzyło wrota przyszłości. Okoliczności tak 
się złożyły, że, uchwaliwszy rzeczone wydawni- 
ctwo, Komisya przekazała je do przygotowania 
młodemu inicyatorowi. Jakoż już w roku 1874 
nak&dem Akademii ogłosił Piekosiński tę pierw- 
szą, a już wybitną pracę swoją p. t części 



i 



FBANCISZBK P1DK08I*8KI 283 

pierwszej »Kodeksu dyplomatycznego katedry 
krakowskiej św. Wacława*. Wzór Rzyszczew- 
skiego, Muczkowskiego, a poniekąd i Helcia, zo- 
stał tu udoskonalony, stając się z jednej strony 
ulepszaną stopniowo podstawą techniczną dal- 
szych prac wydawniczych Piekosińskiego, a z dru- 
giej — dowodem niepospolitego jego przygotowa- 
nia do pracy naukowej. Strona paleograficzna 
tego wydawnictwa, przypisy edytorskie, a wre- 
szcie (cieszące się nawet uznaniem Stosława 
Laguny!) indeksy — słynne potem indeksy Pie- 
kosińskiego — wszystko wskazywało na to, że 
nauka polska posiadła w nim siłę pierwszo- 
rzędną. 

Już w dwa lata później (1876 r.) wystąpił 
młody badacz z tomem pierwszym swego 'Ko- 
deksu Małopolskiego*, którego tom ostatni 
(czwarty) ukazał się przed dwoma laty (1905), 
a wnet potem, w roku 1878 — z »Najstarszemi 
księgami i rachunkami miasta Krakowa« (1300 — 
1400). Z tegoż roku datuje pierwsza jego — je- 
dna z najlepszych — praca syntetyczna »0 mo- 
necie i stopie menniczej w Polsce XIV i XV w.«. 
Nie przerwało ani na chwilę tych prac nauko- 
wych przeniesienie się Piekosińskiego do Lwowa, 
gdzie objął stanowisko w biurze prawniczym 
Wydziału krajowego. Już jako członek czynny 
Akademii Umiejętności (od dnia 9 listopada 
1878 r.) ogłosił w r. 1879 tom pierwszy »Kode- 



284 



J. K. KOCHANOWSKI 



ksu dyplomatycznego miasta Krakowa*, w roku 
1883 część drugą 'Kodeksu katedry krakow- 
skiej*, a w roku 1885 »Prawa, przywileje i sta- 
tuta miasta Krakowa* (2 tomy). W tym to cza- 
sie, wśród ciągłych prac wydawniczych, nastą- 
pił w naukowej karyerze Piekosińskiego wy- 
padek, który miał stworzyć wpływ decydujący 
na kierunek późniejszych jego prac syntety- 
cznych, a poniekąd i wydawniczych (»Herold 
Polski*). Oto, kiedy w roku 1881 Michał Bo- 
brzyński i Stanisław Smolka wystąpili ze swemi 
teoryami o pierwotnym ustroju społecznym Pol- 
ski, pierwszy w » Genezie społeczeństwa pol- 
skiego na podstawie kroniki Galla i dyploma- 
tów XII wieku*, a drugi w dziele p. Ł »Mieszko 
Stary i jego wiek«, Piekosiński, który nosić się 
już musiał poprzednio z ideą własną w tym 
kierunku, wystąpił natychmiast (1881) z roz- 
prawą »0 powstaniu społeczeństwa polskiego 
w wiekach średnich i jego pierwotnym ustroju*, 
zawierającą teoryę najazdu. 

Zasadniczemi twierdzeniami, na których opie- 
rała się wygłoszona tam teorya — teorya na- 
jazdu — były: 1) »Ustrój społeczno-państwowy, 
jaki monarchia piastowska w pierwszych wie- 
kach swego istnienia przedstawia, jest wypły- 
wem i skutkiem najazdu, dokonanego przez je- 
den ze szczepów lechickich, zamieszkały niegdy 
między Odrą a Łabą, na Lechitów, mających 



285 



»we siedziby po prawym brzegu Odry, głównie 
aad Wartą*; 2) »Z trzech klas, stanowiących 
ówczesne społeczeństwo polskie, mianowicie: 
szlachty, włodyków i kmieci, dwie pierwsze 
stanowią szczep przybylczy, a ostatnia, społe- 
cznie najniżej położona, ograniczona w używa- 
niu praw, ale jedyna, która posiada własność 
ziemską, choć drobną, stanowi klasę wolnych 
niegdyś autochtonów*; 3) Znaki, które się na 
najstarszych pieczęciach szlachty polskiej, wcze- 
śnie przed herbami zjawiają, i które zapewne 
jako znaki wojskowe używane były, noszą na 
sobie charakter run skandynawskich, wskutek 
czego pierwotnych siedzib szczepu przybylczego 
gdzieś w najbliższem sąsiedztwie Normanów, 
u granic Danii szukać należy... « 

Losy były rzucone, a cała długoletnia pole- 
mika, która ożywiła niepospolicie studya nad 
dziejami wewnętrznemi Polski średniowiecznej 
i w której udział między innymi wzięli: Balzer, 
Bobrzyński, Laguna, Małecki i Smolka, nie zdo- 
łała zmienić ani na jotę poglądów Piekosińskiego. 
W obronie teoryi swojej, rozwiniętej następnie 
w szeregu dzieł p. Ł »0 dynasty cznem szlachty 
polskiej pochodzeniu* (1888 r.), » Rycerstwo pol- 
skie wieków średnich* (2 t. 1896) i »Rycerstwo 
Małopolskie w dobie Piastowskiej* (2 t. 1901—2), 
autor zdobył się na nakład pracy olbrzymiej, 
na kombinacye pomysłów arcyzręcznych i my- 




286 J* K. KOCHANOWSKI 

ślowo nieraz bardzo głębokich, ale chybiony 
w założeniu dlatego, że snuł je wyłącznie ze 
źródeł polskich^ posiłkując się obcymi jakby jer 
dynie ad usum DelphinL Było coś tragicznego 
w tej — niby olbrzymiej pracy Penelopy, któ- 
rej przędza zawisła w powietrzu. Było w niej 
coś tragicznego — dla syntezy, pieszczonej przez 
autora, ale tragedya ta zamieniała się e contra- 
ria na bodziec ożywczy dla badaczów ionych, 
wpływając na pogłębienie ich studyów, na kie- 
rowanie ich dociekań i wniosków ku torom po- 
równawczym, wskazanym przez wiedzę. 

Tyle o samej tragedyi syntezy, bo poza 
nią wartość rzeczowa pomienionych prac Fieko- 
sińskiego była i jest niepospolita, jako nagroma- 
dzenie i uporządkowanie, zdobytego przez eru* 
dycyę niepospolitą, mnóstwa faktów źródłowych. 
Nadto prace te — stworzyły, rzec można 
bez przesady, naukową heraldykę polską, wy 
przedzając w tym kierunku cały świat cywi- 
lizowany, gdzie, w Niemczech np*, świeżo do- 
piero Guido von List studyom podobnym się 
oddaje. Dzięki Piekosińskiemu, oraz znakomi- 
temu jego przeciwnikowi, Antoniemu Małeckie- 
mu — heraldyka nasza 2 fazy skromnych prób 
naukowości (St, Mieroszowski), spoczywającej na 
olbrzymiem podłożu próżności ludzkiej, przeszła 
w sferę nauki, czego dowodem namacalnym jest 




FRANCI8ZBK PLBK08IŃ8KI 287 

świetne dzieło zmarłego ^Heraldyka polska wie- 
ków średnich* (Kraków, 1899). 

Z prac ważniejszych Piekosińskiego wymie- 
nić należy nadto: »Codex diplomaticus Univer- 
sitatis studii generalis Cracoviensis«, część piątą 
(1900), »Statut Litewski* (1899), publikacyę her- 
barzów Kojałowicza i szlachty witebskiej (1899) 
w ^Heroldzie polskim*, wydawanym i redagowa- 
nym przez niego w ostatnich latach ubiegłego 
stulecia; »Kodeks Dzikowski*, »Statut Wielko- 
polski króla Kazimierza Wielkiego*, ^Pieczęcie 
polskie wieków średnich* (1899), »Stary Kra- 
ków*, opracowany wspólnie z Szujskim, a wy- 
dany w r. 1901, oraz rozprawy »Uwagi nad 
ustawodawstwem wiślicko-piotrkowskiem króla 
Kazimierza Wielkiego* (1891 — 5), »W sprawie 
grzywien karnych w dawnej Polsce* (1894), 
»Ludność wieśniacza w Polsce w dobie piastow- 
skiej* (1896), »0 źródłach heraldyki ruskiej*, 
»Sądy wyższe prawa niemieckiego w Polsce*, 
»A1 Bekri o Polakach*, »Łany polskie w wie- 
kach średnich*, »Zdobycze szlachty polskiej 
w dziedzinie prawa publicznego w wieku XV «, 
oraz długi szereg przyczynków drobniejszych, 
przeważnie z zakresu numizmatyki i sfragistyki 
polskiej, oraz krytyk, polemik i sprawozdań, 
drukowanych w Kwartalniku historycznym, w Wia- 
domościach numizmatyczna - archeologicznych, Tygo- 
dniku IUustrowanym i w czasopismach innych. 



288 J. K. KOCHANOWSKI 

W roku 1891 objął Piekosiński po prof. Mi- 
chale Bobrzyńskim katedrę prawa polskiego 
w Uniwersytecie Jagiellońskim; został nadto dy- 
rektorem archiwum akt dawnych grodzkich 
i ziemskich w Krakowie i konserwatorem Ko- 
misy) centralnej dla zabytków archiwalnych na 
Galicyę zachodnią. 

Towarzystwo heraldyczne »Adler« w Wie- 
dniu powołało go na swego członka-korespon- 
denta. 

Działalność pedagogiczna Piekosińskiego, utru- 
dniona na samym niemal wstępie przez jego ka- 
lectwo, które kazało mu wykłady uniwersyte- 
ckie przygotowywać na piśmie, a materyalom 
do ćwiczeń seminaryjnych poświęcać olbrzymi 
nieraz nakład pracy, miała, poza stroną naukową 
i dydaktyczną, jedne jeszcze rzadką, a cenną 
zaletę: Profesor umiał, jak mało kto, budzić 
w swych uczniach zapał do pracy, zachęcać 
ich do niej, a nawet i później, do końca, krze- 
pie* ich radą swoją i pomocą, dla której nie 
szczędził mozołów. Żywa, niezatarta wdzięczność 
rzuca dziś na trumnę jego tę garść wspomnień. 
Niechaj mu ziemia lekką będzie! 



\ 
\ 



KONKLAWE I KORONACYA 

PIUSA X-go. 



19 



A»i 



*3 






Bawiąc w drugiej polowie lipca 1903 r. w ką- 
pielach morskich w Anzio, stałem się przypad- 
kowo świadkiem wydarzeń poważnych i wyjąt- 
kowej zmiany fizyognomii Wiecznego Miasta. 

Dnia 20 lipca zmarł Leon XTTT, a wkrótce 
potem, dnia 31 tegoż miesiąca, zebrało się Kon- 
klawe, mające powołać na Stolicę Piotrowa jego 
następcę. 

Sąsiedztwo Rzymu pociągało myśl i wyobra- 
źnię ku watykańskiemu wzgórzu, gdzie święte 
Kollegium, opromienione tysiącem legend i na- 
dziei w ustach okolicznego ludu, wydać miało 
lada moment ze swego łona nowego Papieża,*, 
Napięcie oczekiwania było tak niezwykłe, tak 
dalece drażniło nerwy i wyczerpywało siły miej- 
scowego ogółu, że zapominano niemal zupełnie 
o możliwości przeciągnięcia się Konklawe do dni 
kilku, lub kilkunastu, jak gdyby termin wyboru 
Arcykapłana zawisł był wyłącznie od granic 
cierpliwości rzymskiego ludu. 

19* 



J. Mm KOOHAWHPSU 

Bezkrólewie watykańskie ciąłyio 
przygnębienia i troski na czołach 
obywateli Włoch Zjednoczonych. Biby 
nagle ze zwykłej pewności siebie w 
przybyszów zdaleka, zapomnieli oni i 
o hasłach codziennych, wysuwając w 
życzliwych, nawet w prasie wrogiego obosą 
dział watykański na czoło zwyczajnych i nad- 
zwyczajnych wydań dzienników. 

Cudzoziemca uderzać musiała w ich treści 
i tonie niekonsekwencya dziwna, a nawet roz- 
bieżność pomiędzy zwykłem 'lekcewaienknn 
kwestyi watykańskiej, a ową 'świąteczną* jęj 
wyłącznością na łamach prasy włoskiej 
wszelakich odcieni 

Rzekomość tego lekceważenia, a wpływy po- 
tężne odwiecznych tradycyi papieskich; nikłość 
prądów nowych, a nieokiełznana jeszcze, czy 
rozpętana przez nastroje chwili, ale — olbrzy- 
mia w swoich porywach, żywiołowość tak zwar 
nych przeżytków, wystąpiły tu w całej okaza- 
łości barw jaskrawych, składając się na zja- 
wisko nie niespodziane bynajmniej, ale uderza- 
jące^ 

Miraowoli zwracała się pamięć spostrzegacza 
ku smutnym okolicznościom Konklawe z roku 
1878 i mknęła dalej ku wielkiemu pontyfikatowi 
Papieża Leona, który w ciągu lat Piotrowych 
metamorfozę taką zgotował. 



KONKLAWE I KOBONAOYA PIUSA X 293 

Rampolla, Gotti i Vanutelli, były to nazwiska, 
krążące z ust do ust po okolicach Rzymu wśród 
tych, co wiadomości swoje czerpali z dzienni- 
ków. Instynkt najniższych warstw ludu pozo- 
stawiał kwestyę elekcyi Duchowi Świętemu, któ- 
rego wyrok »dziś wieczorem, a może jutro z rana* 
obwieszczony zostanie wiernym z balkonu Ba- 
zyliki świętego Piotra. 

Dziś, jutro, lada chwila, były to wyrazy, pa- 
dające naokół wśród żywej giestykulacyi prze- 
chodniów, których każdy pociąg, nadchodzący 
z Rzymu, pozbawiał resztek słabej równowagi. 

Atmosfera stawała się coraz bardziej pod- 
niecającą. 

W trzecim dniu Konklawe, w niedzielę, dnia 
2 sierpnia, kiedy wieści poranne zwiastowały 
»z całą pewnością*, że wybór nowego Papieża 
lada moment dokonany będzie, opuściłem Anzio 
pociągiem południowym, udając się do Rzymu. 

Szybko minęła droga trzydziestu kilku kilo- 
metrów, wijąca się wśród winnic, zarośli i wą- 
wozów, a wreszcie przez spokojną równinę kam- 
panii, przyozdobioną arkadami słynnych wodo- 
ciągów. Już około godziny w pół do drugiej zna- 
lazłem się pod kolumnadą zalanego słońcem 
Placu świętego Piotra. 

Z powodu upału tropikalnego, Plac był cał- 
kowicie pusty, a dokoła panowała cisza zamar- 
łego życia. Przerywały ją zrzadka szmery, na- 




pływające z ocienionych ulic od strony zamku 
Św. Anioła, i łagodny szum wodotrysków, wal- 
czących daremnie odblaskami tęczy z drgającą 
białością południowego światła a — chwilowym 
powiewem sztucznego chłodu z zapierającym 
oddech gorącem. 

Wszystko, co żyło, szukało skąpego o tej 
porze cienia, cisnąc się pod kolumnady Placu, 
albo do wnętrza winiarni nadtybrzanskich, któ- 
rych werandy, ocienione płótnem, więdły, zda się, 
i parzyły, przesycone palącym oddechem nieba. 

Najehłodniej było w głębi kolumnady, dokąd, 
pod ochroną chustek, zabezpieczających kark 
i głowę od porażenia słonecznego, zmierzali szyb- 
kim krokiem odważniejsi, którzy się z mro- 
cznego wnętrza domów w drogę ku Watyka- 
nowi wybrali. 

Tam też, w cieniu kamiennych olbrzymów, 
widniały w kierunku Porta di Bronso szeregi 
barwnych karabinierów i różnych broni wojska 
I loHkiego, które w szyku bojowym i w grobo- 

iii milczeniu strzegło przed niebezpieczeń- 
lUtfwm ulcistniejącem swobody Konklawe u wrót 
\knmi, 

VY ttnigloj stronie granicy, poza schodami, 

.<,H|iHtmi z końca kolumnady w głąb pa* 

ii, świeciły jednocześnie przez 

o placówki inne, barwniejsze™ 

*dt w« oddział Szwajcarów papieskich, 



KONKŁAWflł I KOBONAOTA PIUSA X 295 

przyodzianych w stroje malownicze pomysłu Mi- 
chała Anioła, a uzbrojonych tym razem nie 
w halabardy stylowe, lecz w karabiny i bagnety 
nowego typu. Kardynał Oreglia, interrex, dzie- 
kan świętego Kollegium, nadawał tutaj pokojo- 
wym antykamerom i dziedzińcom Watykanu 
wygląd pogotowia wojennego. 

A mury watykańskie, przylegające ze wzgó- 
rza do Bazyliki, strzelały spokojnie w niebo, ką- 
piąc się w ciszy i słońcu, rozpalone w swej bar- 
wie czerwonawej i patrzące w otchłań bladego 
lazuru nieba szeregiem okien, poza któremi za- 
gasł dla widza wszelki ślad życia. 

Trzy z nich, zawieszone kirem, wskazywały 
apartament, w którym Leon XIII dokonał ży- 
wota; reszta, zabita przeważnie koszami z tarcic 
w sposób świadczący o nagłości i o pośpiechu 
w robocie, należała do prowizorycznych mie- 
szkań kardynałów i ich orszaków, zamkniętych 
w Konklawe. Zasłony te miały na celu odjęcie 
członkom świętego Kollegium i ich towarzyszom 
możności znoszenia się za pomocą sygnałów ze 
światem zewnętrznym. 

Drażniącej atmosferze niepokoju, panującej 
w Rzymie i w jego okolicach, odpowiadała du- 
mnie na wzgórzu watykańskiem świąteczna cisza 
śmierci i sfinksowe oblicze pałaców papieskich. 

Naokół Bazyliki, w cieniu murów i zwisa- 
jącej z nich roślinności, snuły się pikiety żoł- 



iumc? *30*&ft~ Ma/ner? śbv*rccr *m& ntat ist 
uySM- /7um< ódk Hupwmiw :msniIŁ T inne. jr- 
wtew^ft w £axi iaassSsaissssi wJaaa g L ' 
«^v fcwnitfy laipwt iwirwT ias^r^parów:, 

yiy&fa&u* w *vpj£ pcidw^ Kflksuiae nok 
tr '/?/*&f**uiu lut iduLBUw «ę 1»i1ccb Avnm 
% toHsfa* źykMjsjj, zajęto miejsce na *rhnflarih 
f#'/w*4?AWAi z Pbiai do fcofciołą, jakby wohr 
*te, ^ *pA/Jw*mj tuąiyw timndw nad wieen* 
f*« woJfc pozbawić je widoku oczekiwanej »dsh 
*&)* t/rokUffuv;yi i błogosławieństwa mt6» ci mii 

W kt/totoUt było nieoo raźniej. Turyści, pra- 
wi* wyly.mU; WłoHi z dalszych okolic Rzymi. 
modlili «i<; u grobu $w. Piotra, oglądali arcy- 
d/>ła MMifdurwJa i Canovy, stali w zadumie 
•iMil wkromnym grobowcem prowizorycznym zga- 
ał«t|{ii pitplnAa. Niektórzy z nich rozprawiali sze- 
jilnin y, karabinierami, których część aż tutaj 
jn/ya/Ja M/,ukae chłodu, albo badali służbę ko- 
Mnltui ii nwonlualny koniec i wynik Konklawe. 

Ml u Mm lit, #m pMrini, lokaje kościelni o typie 
|tftlftco\Yf\| aliiAby dworskiej, snujący się w cza- 
|»hii« i U libery Jny oh krokiem leniwym po olbrzy- 
miUmii wtictrati Itaftyliki, odradzali dość chętnie, 
\\S\\\ |*\l£vltkff»m, w nadftioi napiwka, wysokie 



KONKLAWE I KORONACYA PIUSA X 297 

swoje » tajemnice stanu«. Rola ta barwiła ich 
oblicza w uśmiech protekcyonalny dygnitarzy, 
znudzonych przez natręctwo tłumu. 

Taki to Sanpietrino oświadczył mi kategory- 
cznie, że końca Konklawe przewidzieć niepodo- 
bna; że jednak są nadzieje rychłego wyboru 
papieża, na którego cześć zawieszono już pur- 
purą wnętrze olbrzymiej loży ponad przedsion- 
kiem świątyni. Papież udzieli błogosławieństwa 
tylko nawewnątrz kościoła (co się wbrew prze- 
powiedniom licznych dzienników sprawdziło), 
a przedtem kardynał Macchi ogłosi wybór ludowi 
od strony Placu; proklamacya i benedykcya od- 
będą się prawie jednocześnie. 

Na pytanie: kto będzie wybrany — Gotti, czy 
Rampolla? — oświadczył, że pierwszy »nie ma 
żadnych widoków* (miał w tym dniu rano dzie- 
więć, a wieczorem trzy głosy) — Rampolli (miał 
wówczas trzydzieści głosów) boją się oni, San- 
pietrini, a najpożądańszym dla nich byłby Va- 
nutelli (nie mający już wtedy żadnego głosu), 
pomiędzy którym a Rampolla, jak powiadał, roz- 
strzygnie się wybór. 

Notuję tu dla oryginalności ów głos opinii 
Sanpietrinów, których wiadomościami karmiło 
prasę europejską wielu »korespondentów zagra- 
nicznych^ wysiadujących całymi dniami w po- 
bliskich winiarniach. O kardynale Sarto, który 
miał już wtedy dwadzieścia kilka głosów i za- 



296 j. x. Kocinowm 

cząl grozić poważnie Rampolli, 
ani słowem żaden z tych argusów. 

Około godziny 5-ej znalazłem mą mm a 
Placu świętego Piotra, który przedstawiał xjm 
razem odmienny, bo wręcz ożywiony 
Upał zmniejszył się znacznie, a zei 
pojazdy i tłumy w nadziei ujrzenia o godzinie 6-^ 
dymu białego ponad Sykstyn% pmfclamai ii pa- 
pieża i benedykcyi. 

Dym, i tym razem czarny, ukarać się mśal 
dopiero nazajutrz zrana. Zawód spotkał 
najgorliwszych, którzy w znacznej 
ufni w wybór niedzielny, 
wróżbitów, do późnej nocy na Placu św. 
przetrwali Mnie uratował rozkład jaadj 
jowej, wykazujący rychle odejście pociągu — 
chórowego do Anzia 

Kiedym opuszczał Plac świętego Piotra* byt 
on jui niemal całkiem natłoczony. Dawna cisza 
uscgpila miejsca pogwarowi loda. nagiywaj*- 
iw wraz tl oŁIodem *:>d miasta- Otefc 6-ej 
jwar prayoic&Ł a tfum. oczyma* atkwamemi 
w palące- WasyfcuiŁ i których, cienką Łflttiifcą 
czarny zzrr^ Sykscyny W3ncs3 aa* ku aneba 
asScwiI *j w.;iic i sycz. aiorów,. po- dawrona 
milcaa-iycŁ i ^T^joiesyeŁ ^akowyś $Ł*t£ iy- 
vO*iL wyeayBic x ł ii sresc wfwnecran^ pofenyć 
fcra> craunijeaaaiL liKsa^ifcinaLyaŁ pskne go 




KONKLAWB I KOBONAOYA PIUSA X 299 

Kamienny sfinks, nieporuszony magnetyzmem 
tłumów, tulił się tymczasem cichy, jak za dnia, 
niemy/a dumny, w mroki południowej nocy. 



We wtorek, dnia 4 sierpnia, wybrałem się 
z Anzio na dłuższą wycieczkę do Grot Nerona, 
o których ruiny fale morskie roztrącają się 
dzisiaj z takim samym szumem, z jakim igrały 
niegdyś po marmurach w epoce cezarów. Po- 
wracałem z tej okolicy ustronnej a uroczej, ci- 
chym wieczorem, kiedy słońce tonęło już w mo- 
rzu, rzucając na jego granat ostatnie swoje pro- 
mienie, a Kampania z dziwną słodyczą i spo- 
kojem do snu się układała... Nagle przerwały 
zadumę moją odgłosy dzwonów, bijących na 
razie wolno i uroczyście, a potem coraz szybciej 
i potężniej z wieżyc kościelnych w Anzio. Nie 
umiałem z tego zdać sobie sprawy. Dopiero na- 
potkany w drodze staruszek oznajmił mi gło- 
sem radosnym wieść o dokonanej elekcyi. 

— Hanno fatto U nuavo Ponteficeł — ecco'l gwr- 
nale — mówił. 

W gazecie czytałem wiadomość południową 
o wyborze kardynała Sarto, wieść, która o tej 
godzinie wieczornej cały już może świat cywi- 
lizowany obiedz zdołała. 



300 J. K. KOCHABOWSKU 

Nazajutrz podążyłem zrana dte Rzynną, aby 
przyjrzeć się jego fizyogmmn 
dokonanym wyborze. 

Na placu przed dworcem i n 
dnich liczni przekupnie głosem donoinjn ob- 
woływali tysiączne wydania pisną, MUnastoracTi 
fantazyjnych, przedstawiających scenę eflefccyi, 
wizerunki nowego Papieża, a nawet karty po- 
cztowe z wyobrażeniem przyszłej jego faoraa- 
cyi — Vincoronazione id Sonio P*d*Ą dm per 
soldo! — pomimo, że o samym terminie tej uro- 
czystości najsprzeczniejsze jeszcze krążyły wieści 

Spodziewano się jej we wrześnio,, a nawet 
w grudniu. Sam Papież miał ją tego! dnia 
(4 sierpnia), wedle wiadomości weneckiej Difiaa, 
zapowiedzieć w rozmowie z redaktorem tegoi 
dziennika na dzień 8 grudnia 1903 roku. A wiel- 
kie wieści weneckie z Watykanu cieszyły się 
wyjątkowem powodzeniem w Rzymie, gdzie sobie 
z ust do ust podawano wspomnienia liczne 
i anegdoty na temat przywiązania Piusa X do 
królowej Adryatyku. 

Kto w latach ostatnich bywał w Wenecyi, 
mógł byl istotnie odszukać we wspomnieniach 
swoich postać poważną miejscowego patryarchy, 
wyniesionego dzisiaj na Stolicę Piotrowa, kar- 
dynała Sarto, który wyjątkowym szacunkiem 
i przywiązaniem tamtejszej ludności się cieszy L 
Wspomnienie jego osoby łączyło się z obrazem 



KONKLAWB I XORONACYA PIUSA X 301 

nabożeństw uroczystych u świętego Marka, z pa- 
mięcią procesyi tłumnych a malowniczych na 
Piazzełła i Biva degti Schiawm. 

Przed świętym Piotrem panował ruch nie- 
zwykły i ożywienie. Zmniejszone pikiety wojsk 
włoskich nie opuściły jeszcze wprawdzie da- 
wnych posterunków swoich, a straże papieskie 
świeciły, jak dawniej, błyskiem bagnetów, lecz 
nastrój ogólny cechowała swoboda — czy to 
w postawie publiczności, przechadzającej się pod 
kolumnadą, czyli też w ruchu podjazdów, krą- 
żących z kardynałami i z dygnitarzami dworu 
papieskiego pomiędzy miastem a, Watykanem. 

Dawny stan nużącego oczekiwania i niepo- 
koju ustąpił miejsca wytchnieniu, atmosferze po- 
gody i zadowolenia, w jakiej kąpały się ulice 
Rzymu, pomimo upału. 

We czwartek zrana znalazłem się w Bazy- 
lice, gdzie łoskot oskardów i pogwar rzeszy ro- 
botników zwróciły moją uwagę. Pod dozorem 
Sanpietrinów ludzie ci, ze sprawnością i pośpie- 
chem, dziurawili marmurową posadzkę świątyni, 
wbijając nizkie słupy metalowe w ziemię i łą- 
cząc je poręczami. 

Objaśniono mnie, że są to przygotowania do 
koronacyi, a mianowicie — roboty nad barye- 
rami, jakie zabezpieczyć mają swobodę ruchów 
orszakowi papieskiemu wobec spodziewanego na- 
poru tłumów. Objaśniono mnie także, że koro- 



302 J. K. KOCHANOWSKI 

nacya odbędzie się już w najbliższą 
i że bilety na tę uroczystość wydaje w Waty- 
kanie monsignore BislettL Ruszyłem ko BorU i 
Branżo i, minąwszy malowniczą wartę Szwajca- 
rów, która na pytanie o ekscelencyę udzieliła 
mi wolnego wstępu w głąb Watykanu, znala- 
złem się po chwili na drugiem piętrze wspanialej 
klatki schodowej, w antykamerze numńgmmrm. 

Bilety, pomimo, że rozdać ich miano całe 
50.000, do zdobycia łatwe nie były. Rzymianie 
i Włosi otrzymywać je mogli z rąk proboszczów 
swoich; od cudzoziemców specyalnych rekomeo- 
dacyi żądano. Wyfrakowana służba monsignora 
bąkała coś o niezbędności obostrzeń, dając na- 
wet delikatnie o anarchizmie do zrozumienia 
i zapowiadając popyt niebywały na bilety ze 
strony forrestierów, których krocie jakoby do 
Rzymu zjechać miały. Wspomniano także o za- 
mówieniach telegraficznych i o protekcyach wy- 
sokich, jakie w celu uzyskania biletu były nie- 
zbędne. 

Gdyby nie nagły a przyśpieszony termin ko- 
ronacyi, gdyby nie sezon wyludnienia Rzymu 
i niemożność podążenia tamże z wielu punktów 
Europy na uroczystości koronacyjne, bilet wstępu 
stałby się był niewątpliwie dla większości tury- 
stów walorem, wręcz niedostępnym, za jaki 
w pierwszej chwili sam go uważałem. 

Mówiono wprawdzie, że biedniejsi Rzymianie 



KONKLAWB I KOBONACTA PIUSA X 303 

odstępować będą bilety swoje; że w ostatnim 
momencie da się je nabyć od przekupniów na 
Placu świętego Piotra, albo od portyera hotelo- 
wego; ale mogły to być nadzieje złudne, zwła- 
szcza, że wzrostowi cen spodziewanych zakre- 
ślano granice bajeczne. 

W takich warunkach, wśród ogólnej pogoni 
za złotem runem, wśród wieści najsprzeczniej- 
szych o możności i niemożliwości uzyskania 
wstępu, wśród błysków nadziei i chmur zawodu, 
wśród napięcia, zbliżonego do atmosfery gry i ha- 
zardu, uderzyłem w starania o odpowiedne re- 
komendacye. Niepokój potęgowała wieść, że bi- 
lety rozdawać miano dopiero w chwili ostatniej 
w sobotę wieczorem, aby utrudnić fałszerzom 
naśladowanie ich wzoru; ktoby zaś przedtem 
w sposób odpowiedni biletu nie zamówił, nie 
otrzyma go wcale. Tymczasem, roznoszone po 
ulicach w coraz to nowszych wydaniach zapo- 
wiedzi i opisy uroczystości, targały nerwami 
wyczekujących — przyszłych szczęśliwców i za- 
wiedzionych. 

W sobotę, w godzinach popołudniowych, zdo- 
byłem nakoniec pożądaną rekomendacyę do ma- 
jordoma dworu papieskiego, monsignora Cagiano 
de Azevedo, i podążyłem z nią na Watykan, 

Monsignore śniadał w tej chwili, a i potem 
przez parę godzin siesty miał być niewidzialny. 
Dystyngowana służba wzbraniała nawet na razie 



304 



J. Ł KOCHANOWSKI 



wstępu ze schodów marmurowych do antyk* 
mery, twierdząc, że nie może ona pomieścić ani 
cząstki tych osób, jakie nad wieczorem, w go- 
dzinie przyjęć, cisnąć się będą przed oblicze 
Jego Ekscelencyi. 

Rekomendacya moja, jakkolwiek przyjęta 
mile, otwarta przedemną, dopiero po półgodzin- 
nym postoju, ciężkie drzwi wchodowe, poza któ- 
remi znalazłem się w obszernym pokoju; za nim 
widniał szereg dalszych poczekalni, przyozdo- 
bionych portretami zgasłego Papieża. Znalazłem 
się tam wraz z żoną, w gronie paru osób, które 
do tego Sezamu już wcześniej dotrzeć zdołały. 

W ciszy, przerywanej coraz dzwonkiem ode- 
drzwi wchodowych, strzeżonych pilnie przez lo- 
kaja, który cierpliwie, z uśmiechem słodyczy 
na ustach, powtarzał wkoło formułę o sieścU 
monsignora i cofał przybywających, zaczęły się 
długie minuty i kwadranse oczekiwania na po- 
dział biletów. 

Kilka razy zdążył stary kamerdyner zwilżyć 
wodą marmurowe posadzki antykamery, i kilka- 
dziesiąt dzwonków przebrzmiało daremnie u wej- 
ścia, nim nas zaproszono do poczekalni ostatniej, 
umeblowanej nieco wspanialej, a pełnej kartek 
zadrukowanych. Zwiastowały one, że Pius X nie 
życzy sobie Podczas uroczystości niedzielnych 
żadnych manifestacyi, lecz zaleca obecnym spo- 
kój zuP^ 1 ^ * nabożne skupienie ducha. 



I 



306 J. K. KOCHANOWSKI 

komendacye, jakie posiadali. Złożyliśmy je na- 
tychmiast na ręce służącego, który znikł za 
drzwiami. 

Była godzina 6-a wieczorem, kiedy po trzech 
godzinnem wyczekiwaniu _ w zamian za po. 
wierzone sobie papiery, jowialny, elegancki £ 
garo monsignora wręczył mi dwie karty zadni ' 
kowane... Jedne kremową (miejsce lepszą wy- * 
magające stroju czarnego i woalu), dla żony 
mojej, a drugą białą (wstęp zwykły) di a mnie 
samego. 

Grzeczność dla dam święciła tym razem 
tryumf i w Watykanie. 

Z radością niekłamaną rozglądałem się 
w tych dokumentach, zaopatrzonych w nu- 
mery, herby i pieczęcie, a opiewających w do- 
słownem brzmieniu: 

Sacri Patowi Apostolici. 
„Biglietto d'ingresso nelto Basilica Tatieana 
per assistere alla Solenna Messa Pontificale del 
regnante Sommo Pontifice Pio X e alla Sm 
Coronaeione, che avrd luogo Domenica 9 Am- 
sto alk ore 8 l / 9 ant 

Dal Yaticano ii 6 Agosło 1903. 

II Maggiordomo di Sua Santitd 
P. Cagiano de Ajsevedo u . 



KONKLAWE 1 KOEONACYA PIUSA X 



307 



Nadszedł wreszcie dzień uroczysty, niedziela 
nia 9 sierpnia 1903 r. 

Ponieważ początek obchodu oznaczono w bi- 
letach na godzinę 8%, & otwarcie Bazyliki już 
aa szóstą zrana, należało śpieszyć się bardzo, 
wobec spodziewanego natłoku, z pozyskaniem 
odpowiedniego miejsca, 

Rzym przybrał już od świtu postać świą- 
teczną, Nawet w odległej od Watykanu dziel- 
nicy dworca kolejowego, na Piama Termini, Via 
Cavour i Nazimale, zapanował o 6-ej rano ruch 
tak ożywiony, jakgdyby tam uroczystości jakieś 
się gotowały. 

Kiedyśmy przed godziną 7*ą mijali most na 
Tybrze, zdawało się, że wobec naporu tłumów, 
dążących ku Placowi św. Piotra, wobec szeregu 
pojazdów, sunących naprzód z mozołem, nasz 
wtturino nie dotrze do celu. Co chwila zwalnia- 
liśmy biegu, rozglądając się w fali pieszych 
i jezdnych, zalewającej miasto w okolicy Zamku 
św; Anioła*.. W miarę zbliżania się do kresu, 
tłum rósł i zwierał swoje szeregi, grożąc na- 
tłokiem. Przekupnie, sprzedający owoce, ser, 
salami, wino i stołki składane, docierali z tru- 
dem do pojazdów, częstując tern natrętniej 
swoim towarem i głosząc niezbędność naby- 
wana siedzeń, jadła i napoju wobec długiej uro- 
czystości 

Zatrzymaliśmy się wreszcie na skraju Placu 

20* 



J. K. KOCHANOWSKI 



św. Piotra, naprzeciw Bazyliki, skąd pieszo juś 
musieliśmy zmierzać do wrót świątyni. 

Po drodze tłum, przekupnie i podejrzane oso- 
bistości, częstujące biletami, fałszywymi bodaj, 
za drogie pieniądze; wokół — morze głów ludz- 
kich, ujęte w ramy słynnej kolumnady.,. U scho- 
dów, wiodących do Bazyliki, szpalery wojsk wio- 
tkich, stojących pod bronią, strzegły najbliższych 
okolic kościoła od naporu ludu. 

Barwny ten szpaler rozwidla! się w kierunku 
Zakry.sh i, iworząc gardziel, błyszczącą od bagne- 
tów, z której pojedynczo, wąskim strumieniem, po- 
siadacze biletów wylewali się w stronę świątyni. 
Podążyliśmy spiesznie za nimi 1, przepu- 
szczeni przez warty, które pobieżnie tylko okiem 
na legitymacye nasze rzuciły, znaleźliśmy się 
o godzinie 7 -ej w przedsionku kościoła. 

Wszystkie podwoje, z wyjątkiem zaraurowa- 

nej Borta Santa, stały otworem, a w olbrzymieli 

nh lukach widniały poważne straże wojsk pa- 

pfolkioh, złożone z żandarmów i z dorodnych 

j Niów-grenadyerów Jego Świątobliwości. 

rów, prowadzących do środkowych 
Bazyliki — w głąb, ku Konfeasyi św, Pio- 
cgly wzdłuż baryer zwarte szeregi zbrój* 
papieskiej, błyszczącej zlotem gu- 
amów w promieniach porannego słońca*. 
i ui-muurowej hali przedsionka, zasła- 
no szczotkami podartych kart wstępu, pano 



[>NKLAWK 1 KORONACTA PIU8A 



wal przedsmak tego natłoku, jakiego każdy 
z wchodzących mógł byl nnzekiwać z trwogą 
w głębi świątyni, wznoszącej dumnie kolosalne 
sklepienia swoje ze złota i marmurów ponad gło- 
wami rosnącego tłumu. 

Połączeni z nim, minęliśmy pierwsze odrzwia 
na lewo, w których uprzejmy oficer żandarmów 
zwróci! nam bilety nasze w całości i skierowa- 
liśmy się w głąb kościoła, dążąc ku Konfessyi 
św. Piotra* 

W połowie drogi, około posągu świętego Ka- 
mila, pochód dalszy stał się niemożliwym. Zna- 
leźliśmy się w zwartej grupie mnichów, rozpra- 
wiających żywo o miejscu, z którego miał się 
ukazać Papież. 

Obiegały pod tym względem wieści najsprze- 
czniejsze, choć rozejrzenie się spokojne po wnę- 
trzu Bazyliki mogło było udzielić w tej mierze 
informacyi całkiem dostatecznych, 

Kolosalna świątynia, której filary marmu- 
rowe przybrano w pasy z adamaszku karmazy- 
nowego, obramione zlotem, zdawała się zmniej- 
szać pod tą ozdobą rozmiary swoje i ułatwiać 
oryentowanie się naokół wśród ludu, wojsk, i na- 
pisów, wzbraniających manifestacyl 

Tłum skupił się prawie wyłącznie w nawie 
głównej % prąc z obu stron na baryery, poza 



■) Nazywamy tak Grodkowa hale świątyni 



10 



J. K, KOCHANOWSKI 



któremi, środkiem kościoła, biegło obstawione 
strażą przejście szerokie dla Papieża i jego 
orszaku. 

Sięgało ono od kolosalnych wrót środkowych 
świątyni — pod kopułę — aż do Konfessyi Księ 
cia Apostołów. 

Po drodze zbrojny ten szpaler rozgałęział się 
w dwóch kierunkach, tonących poza filarami 
nawy głównej. 

Odnogą prawą dotykał kaplicy N. Sakra- 
mentu, lewą — zwracał się ku ołtarzowi św. Grze* 
gorza, gdzie przestrzeń kilkudziesięciu metrów 
kwadratowych, pokryta suknem zielonem, oto- 
czona baryerą i ławami, spowitemi w jasne go- 
beliny jedwabne, a przyozdobiona purpurą i zło- 
tem mniejszego papieskiego tronu, którego strze- 
gli szwajcarowie w barwnych strojach Odrodzę* 
nia — służyć miała, jako miejsce pierwszego 
hołdu św. Kolegium, przed majestatem Piusa X, 
Przestrzeń kolistą Bazyliki, tuż pod kopułą — 
tam, gdzie w pośrodku wznosi się Konlessya 
św. Piotra — ołtarz papieski — odgrodzono baryerą 
od strony kościoła i obstawiono ją wojskiem. 

Poza tą baryerą widniała w głębi świątyni 
Irtnostrzou wolna, a olbrzymia, pozostawiona 
pra^ii 1 wyłącznie do użytku Papieża i jego 
£*tftt» Prawie — albowiem cząstkę zaklętego 
i ręce, a w bezpośrednieni sąsiedz- 
ie ttawui* najmowały panie w czarnych su- 



&OHKLAWB I KOBOBACYA PIUSA X 311 

Otiach • 

Jo f ** * welonach; ku prawej zaś — w pobliżu 



^ 3 H ustawiono opartą o filar kopuły try- 
U^ ^ bogatą ze szkarłatu i złota, przeznaczoną 
. c *ała dyplomatycznego i dostojników zagra- 
nych. 

*>. głębi — na miejscu wielkiego ołtarza, za- 

Siały ścianę całą od stropu do ziemi draperye 
^/^alne z adamaszków, mieniących się karma- 
^fcm jedwabiów, złotem sznurów, frendzli i pod- 
Rymujących tysiączne upięcia, aniołów skrzy- 
^ty c h.„ Było to tło właściwego tronu, który 
znosił się tam na podwyższeniu szkarlatnem, 
^d baldachimem z purpury i złota, zasłany lamą 
*ebrną, ujętą w czerwony szlak aksamitny, 
**zetykany złotem* 

Przestrzeń, zarezerwowana naokół tronu i Kon- 
essyi, była jeszcze wolną w chwili, kiedy po raz 
rierwszy wzrok na nią zwróciłem. 

Zwolna zapełniała się ona uniformami dygni- 
arzy, dążących do trybuny, kostyumami histo- 
ycznymi arystokracyi i dostojników dworu pa- 
ieskiego... W barwnym kalejdoskopie mieniły 
:ę tu: czerwień, lazur i złoto, błyski drogich ka- 
deni, atłasy i aksamity, gra pióropuszów, zdo- 
[ących kaski i hełmy. 

Zewsząd płynęły te postacie, zapuszczając się 
iwet w głąb szpaleru, prowadzącego ku wyj- 
iu, jakgdyby im żal było rozstać się z roz- 



31iJ 



J. K. KOCHANOWSKI 



; 



iski zonem wejrzeniem tłumów I zająć przezna- 
czone miejsca na uboczu. 

A tymczasem rósł pogwar w kościele, gdyi 
w loży, panującej ponad portykiem, ukazali się 
trębacze papiescy* Szpaler przebiegać zaczęły 
malownicze straże szwajcarów ze srebrzystemi 
halabardami w dłoniach, a za niemi napływał 
zdała szmer cichy, który zamienił się wkrótce 
w potężny szum rzeki... 

Ludzie gromadzili się na gzemsach u filarów, 
zazdroszcząc tym, którzy lepsze miejsca zdobyli 
tłum chwiał się i kołysał, grożąc katastrofą, 
a w oddali dały się słyszeć jęki zagrożonych, 
skierowując mysi ku wyjściu, lub bodaj ku 
zbudowanym w nawach bocznych oddziałom 
sanitarnym,., 

Nagle zapanowała cisza i z ciszy tej 
strzeli! oddalony gwar głosów, zwiastujących 
coś niezwykłego. 

Pomimo zaduchu i gorąca, które pozbawić 
mogły przytomności, skierowałem wzrok mój ku 
wejściu, gdzie ruch jakiś się poczynał, Zegar 
kościelny wskazywał 5 minut do 9*ej, gdy wśród 
ciszy chwilowej tłum zakołysał się znowu, dy- 
sząc niepokojem, a w podwojach świątyni uka- 
zał się las halabard, wyprzedzających orszak 
papieski. 

Nikt nie patrzył na barwną jego wstęgę, su- 
Bącą zwolna, poważnie, w głąb Bazyliki. Upa- 



■ 




KONKLAWE I KORONACYA PIUSA X 



313 



trywano z oddechem zapartym kogoś i czegoś, 
co za moment ukazać się miało. 

Mignął zdała krucyfiks złoty, wzmógł się 
szum ludzkiej fali i naraz głosy rozmodlone: 
EccoUI Litił Lui! zwiastowały zbliżanie się Arcy- 
kapłana- 

Wzrok wytężyłem ku wejściu: W olbrzymich 
podwojach zajaśniało nagle zjawisko niezwykłe. 

Tłum przesłonił na chwilę widok Ba or- 
szak papieski; ze stropu Bazyliki padła smuga 
elektrycznego światła i, przemknąwszy ponad 
głowami ludu, zadrgała falą białego blasku 
w odrzwiach świątyni. 

A z blasku tego wyłoniła się, jak na za- 
klęcie, siedząca postać biskupia, z ręką do bło- 
gosławieństwa wzniesioną, w infule srebrnobiałej, 
jak światło, z którego wyszła i, zakołysawszy 
się przez chwilę nad morzem głów ludzkich, 
spłynęła wolno, majestatycznie, niby tajemniczym 
powiewem niesiona, w głąb Bazyliki. 

Tłum poruszył się, stanął i w milczeniu wzro- 
kiem wytężonym śledził zbliżającą się sedię, 
około której, na wysokości głowy papieskiej, su- 
nęły dwa wachlarze z białych piór strusich, uję- 
tych w ciemny aksamit i srebro. 

Szmer fali ludziej* towarzyszący zjawisku od 
wejścia, stopniał nagle w potężnym okrzyku 
Ewim! w powiewie chustek białych, skierowa- 



314 J. Ł KOGHABOWBKI 

nych przez rąk tysiące w stronę 
frenetycznyra oklasku tłumów. 

Szybkiera, energicznym cofnięciem m 
gosławiąccj, Papież przy wrócą mflczenir itc- 
szy tej zagrzmiały niespodzianie z 
świątyni, z logii od wejścia, słynne trąby 
witające po raz pierwszy Piusa X-» 
przepotężnym: Tu es Petru*~ 

Akompaniowały im od Koofeasyi św. Piocn 
głosy śpiewaków mistrza Mustafy. 

Papież zbliżał się ku nam~ 

Otoczona wieńcem halabard i bapeiór. a od- 
wracająca uwagę od wspaniałości orszaku, mi- 
jała intia roziskrzone źrenice lodu, musząc Pa- 
pieża dalej i dalej, ku oczekującym go iwwym 
zastępom- Wreszcie zrównała się z nami 

Na fotelu z aksamitu wiśniowego, pokrytej 
haftem bogatym, spoczywał Pius X w sutsniDe 
białej i płaszczu zlotolitym. 

Srebrna infuła zdawała się ciążyć brzemie- 
niem hi. jego głowie o twarzy pełnej, łagodnej, 
pobladłej ze wzruszenia, a noszącej na sobie 
piętno słodyczy i dobroci porywającej. 

Nadawała ona rysom papieskim wyraz udu- 
chownienia, przykuwający do siebie rozmodlone 
spojrzenia tłumów, które chyliły się kornie, usi- 
łując przyklęknąć pod błogosławiącym je ru- 
chem ręki Arcykapłana. 

A Papież ze spojrzeniem zadumy, utkwionem 



KONKLAWE I KORONACYA PIUSA X 315 

w głowy ludu, czynił znak krzyża i z szeptem 
modlitwy na ustach posuwał się dalej, dążąc ku 
kaplicy N. Sakramentu. 

Na skręcie powitał go znowu grzmot głosów 
i oklasków... I znowu ruchem ręki przywrócił 
milczenie... Sedia skierowała się ku odrzwiom 
kaplicy, zawisła przez chwilę nad głowami tłumu, 
a potem, otoczona barwnem kołem szwajcarów, 
gwardyi i kawalerów maltańskich, zsunęła się 
cicho na ziemię. Pokrył ją las halabard i szy- 
szaków straży... Papież w głębi kaplicy oddawał 
się adoracyi Ciała i Krwi Pańskiej... 

Po kwadransie ruszył Pius X w tym samym 
porządku, wpoprzek kościoła, zmierzając ku oł- 
tarzowi św. Grzegorza, gdzie kardynałowie hołd 
mu składać mieli... 

Wyniesiono go stamtąd procesyalnie pod bal- 
dachimem z jedwabiów i złota, otoczonego ko- 
łem jarzącego światła, a poprzedzanego przez 
purpurowy tłum kardynałów, z Agliardim i Va- 
nutellim na przedzie, a z Rampollą, Gottim, 
Svampą, Gibbonsem, Skrbenskym i Martinellim 
w dalszych szeregach... 

Kiedy sedia znalazła się w pobliżu Konfessyi 
św. Piotra, głos jakiegoś Wenecyanina zabrzmiał 
nagle z tłumu okrzykiem radosnym: Viva el 
nosłro Patriarcaf... 

Papież z uśmiechem zadowolenia na twarzy 
pogonił za nim spojrzeniem... Poniesiono go jednak 



316 J, K. KOCHANOWSKI 

dalej, a w drodze do tronu dopełnił monsiffnm 
Riggi, w oczach Arcykapłana, symbolicznego 
całopalenia konopi, zakończonego filozoficzną 
przestrogą: 

Pater Sanctef Sie transit gloria mundi... 

Kolistą przestrzeń Bazyliki, przylegającą do 
Konfessyi, zapełnił tłum dostojny. Na lewo 
rósł las białych infuł, ożywiony polichromią 
mitr i kołpaków egzotycznych książąt Kościoła; 
na prawo stanęli w zwartych szeregach dygni- 
tarze świeccy w mundurach, lśniących od złota, 
a u stóp Konfessyi i poza nią, mieniły się 
w słońcu purpury, krzyże i łańcuchy liczny* 
eminencji... 

W głębi — za tym kalejdoskopem barw, 
marmurów i złota; za szeregiem wart honoro- 
wych, okalających Konfessyę od strony ludu; 
m bromami grobu św. Piotra — siadł w ma- 
jenia*- i«* rius X na srebrnym tronie... Strumień 
rittryuiuiego światła padł na jego postać, to- 
nącH w iiiomi kolorów, w bieli szat papieskich, 
a ohrumioiią kannazynami kolosalnego tła bal- 
dachimu, k którego boków wyrastały strusie 
pióra wachlarzy i lśniły bezcenne klejnoty asy- 
stnitów tronu. 

Zapanowała chwila milczenia; Papież zstąpi 
I wysokości i, dosiadłszy sedii, podążył w gro- 
Ni* aa stopnie ołtarza. Stamtąd już, wśród 

dźwięków hymnu tryumfalnego Palestriny Lau- 



się 
eh 



>ił 




KONKLAWE I KORON AC Y A PIUSA X 317 

datę Sion..., zabrzmiał głos jego, tłumiony wzru- 
szeniem: Introibo ad alłare Dei... 

Hymn bił z kopuły falami melodyi i pieśni, 
tłum szumiał, jak rzeka wezbrana, a poza Eon- 
fessyą św. Piotra, twarzą do ludu zwrócony, 
blady i w białem mehetto na głowie, rozpoczynał 
Pius X świętą ofiarę. 

Po chwili — już po Confiieor, znikła nam 
jego postać z oczu. Papież zasiadł wtedy na 
małym tronie u stopni ołtarza, oczekując na 
pdllium z rąk kardynałów Macchiego i Segna... 
Niebawem ukazał się znowu na tronie głównym, 
w potokach światła elektrycznego, przodując 
obecnością swoją szeregowi obrządków długich, 
symbolicznych i religijnych, związanych z uro- 
czystą mszą koronacyjną. 

Kardynałowie ponowili na klęczkach hołd 
przed jego majestatem. Tymczasem jednak na 
pienia i modły tłumu biskupów, na hymny, roz- 
brzmiewające z wyżyn kopuły, padał głośny, 
bezceremonialny pogwar ludu, tworząc dysso- 
nanse, nie licujące ani z miejscem i powagą 
chwili, ani z obecnością Arcykapłana, ani wre- 
szcie — z usprawiedliwionem dążeniem wielu do 
pochwycenia paru, bodaj, niezagłuszonych me- 
lodyi wzniosłej muzyki, przedzierającej się z tru- 
dem z pod batuty Perosiego do uszu słuchaczów. 

— Domino nostro Pio, a Deo decreto Summo 
Pontifici et unwersali Papae, wita! — woła cb*** 



~n v-n»»i 



.rs.-- 1 I_ 



1 J 2 *. '*. .«-... — -*cr 






r n jzrzk £*śft jak | 
Tin px z^Z3d:»5*" 



TTa 



;■; rr-a; — :- 






-v ct-ht**, _rnr^T-ł ze 

i** 5:'.L^.^^ T i^ , " nt* m tst,- wi- 
li 'jiinzzŁ w rviiŁ aCŁ;e ae 

_ v -'M-tf ni ii ;i£-- rciile- 

:-*•:_ ■ ri ^.ou.:— n i: ha* 



00. z*v. r >-z^e : r -ok Cirz:: 



-TM™ rosńiik: i. 
*ziri'. u poisiaw 

■~- z&si c-ncm ca- 
s:^ pc-za kotary 
■lnicy, w kaplicy 



KONKŁAWB I KORON ACTA PIUPA X 319 

W olbrzymich odrzwiach Bazyliki stoją znu- 
żone pikiety żandarmów i grenadyerów papie- 
skich, a poza nimi — w głębi przedsionka, 
otwiera się widok, zdumiewający nawet we 
Włoszech. 

Od Konfessyi św. Piotra, od strony papie- 
skiego tronu, brzmią pienia chóru: Tu illum ad- 
jtwa... i lamią się z pogwarem ludu — a tu na 
posadzce, zamienionej w błoto, na stosach bru- 
dnych, podartych papierów, na szczątkach nie- 
dopałków, owoców i kapeluszy, wśród obłoków 
dymu tytuniowego, wala się tłum o głowach na- 
krytych, paląc w postaci leżącej cygara i pa- 
pierosy, spożywając brzoskwinie, ser i salami, 
albo częstując się z oplatanek koniakiem i winem. 

Miałem chwilę niesmaku; wkrótce jednak 
ogrom Bazyliki wydał mi się miastem o wielu 
a rozmaitych dzielnicach. 

Tam — zawrotne otchłanie przepychu, dwór 
i jego dostojnicy; dalej — armie, lasy halabard 
i pióropuszy, dystyngowane koła rzymskich i ob- 
cych obywateli, place, natłoczone ludem, szpi- 
tale i ulice. Tu — dzielnica Zatybrza z jego 
malowniczością, ubóstwem i brudem. Wszystko — 
zawarte w ścianach niebotycznych jednej świą- 
tyni, jaśniejącej połyskiem marmurów i rzeźbami 
olbrzymiego stropu, a ukoronowanej kopułą, co 
Rzym i wieczne jego pamiątki przygniata. Pod 
tą kopułą, u Grobu Księcia Apostołów, w serc 



320 J. Ł KOCHANOWSKI 

dzielnic i rozmaitego ludu, Arcykapłan sprawo- 
wał teraz świętą ofiarę. 

W chwili, kiedy w drodze powrotnej dotar- 
łem w okolice Konfessyi, kardynał-dyakon, pro- 
filem do ludu zwrócony, stał na najwyższym 
stopniu ołtarza i pośredniczył pomiędzy nim 
a Papieżem. 

Po Epistole i Ewangeliach, odśpiewanych 
przez przedstawicieli różnych obrządków u tronu, 
nastąpiła ceremonia średniowieczna z Hostyą 
i winem, niewidoczna dla publiczności 

Konsekracyę wśród srebrnej fali dzwonków 
odbył Papież u ołtarza, poczem natychmiast na 
tron powrócił. 

Zajaśniała tam jego postać w otoczeniu kar- 
dynałów, z których jeden, Pierotti, wręczył mu 
Hostyę, a Macchi kielich złoty. 

Pius X, spełniając najważniejszy akt symbo- 
liczny swego dostojeństwa, przyjął komunię, nie 
powstając z tronu; z rąk jego komunikowali, 
klęcząc u stóp papieskich, kardynałowie Macchi 
i Segna. Msza dobiegała kresu. 

Rozległy się ciche słowa benedykcyi i wnet 
potem Papież, przyjąwszy od kardynała Ram- 
polli archaiczny podarek zbiorowy 25 paolów 
{V2 l t lir. x — t zw. I^esbiterium pro missa bene 
tointato* ukazał się na sedii, w otoczeniu dworu, 
poprzed Konfessyą św. Piotra. 

Nastąpił ssereg chwil równie uroczystych, 




OZ ^JłfSTW&ET^ WiUJtł- TB. 




BA&- Ś3DC& <ffn* T TO&Ł 

jtćnaÓL wiftsici i* 
zącą. Pd jew*£j rmt Knat X 
systent troHL R&jp ks. OcsmL 
rylantauni tkasjrca: p» ftsmą 
jgo towarzysse. 

rzmiały chóry, a kw&jiaał Maftrtt; sając 
stóp Papieia. szeptał wzruszmy siewa bek^ 
Litwy Pańskiej. 

Nastała osra śnńereL Kardynał Sranfeuber* 
bliżywazy się do Papieża, zdjął mchem paw*- 
nym z głowy jego srebrzystą infułę b&kupią* 
od którą zajaśniało białe jvdhett». 

I wtedy, jak wyrosła z ziemi utauuUa się 
agle w sąsiedztwie Papieża postać wyniosła 
ardynała Macchi ze złotą, klejnotami $ad&imt| % 
yarą w dłoniach, 

— Acdpe tiaro**, tribus conmis trmkm* (1 ar* 
i esse patrem pńndpum et rtgum — nuSwU ^l\v 
em doniosłym kardynał. Dalsze słowa formuły 
dwiecznej utonęły w pogwarze tłumu, 

Wraz z wyrazem amen, wypowiedaiłwym do* 

tZKKE I DIOIIAMI. II )}1 



322 



J. K. KOCHANOWSKI 



bitniej, a wśród ogłuszających oklasków i okrzy- 
ków ludu, tyara spoczęła na głowie Piusa X. 

Pochyliły się halabardy straży, które na 
klęczkach witały tę chwilę, a o mury Bazyliki 
odbił się hymn uroczysty trąb i głosów śpiewa- 
czych: Tu es Petrus... 

I nastała znowu chwila milczenia: Papież 
szeptem rozpoczął modlitwy, których tekst dwaj 
biskupi, klęcząc, zbliżali mu do oczu, poczem 
wstał i, stojąc, wygłosił mową drżącą wielką 
benedykcyę, wysłuchaną przez obecnych z na- 
bożnem skupieniem* 

— Sancti Apostoli Petrus et Paulus, de quo- 
rum potestate et auctoritaie confidimus, ipsi interes 
dani pro nobis ad Dominum — mówił Papież* 

— Amen — odpowiedział tłum. 

— Precibus et meritis B. Mariae.,. et omnium 
sanetorum misereatur vestrum omnipotens Deus, et 
dimissis omnibus peccatis vestris perdueat vos Jesus 
Chrisius ad viiam aeternam. 

— Amen. 

— Indulgeniiam, absolutionem, et remissionem 
mnium peccaiorum wstrorum, spatium verae fruc- 
luosae poenitentiae*.. at finałem persmerantmm m 
bouis operibus tńbuat vobis omnipotens et miserieors 
Dominus. 

— Amen, 

— Et benedictio Dei omnipotentis, Patris, et Fi* 
W et Spiritus Sancti — kończył Papież, wzno- 



KONKLAWE I KORONAOYA PFUSA I 






sząc obie ręce ku niebu — descendat super vo$ 
et tnaneat semper. 

Rozgłośne amen z ust wielotysięcznego tłumu, 
było odpowiedzią na to błogosławieństwo osta- 
tnie, zamknięte, zwyczajem Włochów, gorącym 
oklaskiem obecnych. 

Czuło się, źe lud rzymski, świadomy obrzę- 
dów koronacyjnych, zbliżył się w tym momencie 
uroczystym z ufnością do »swego« Arcykapłana, 
źe dziękował mu za jego miłość ku sobie, za 
modlitwę i poniesione trudy. 

Moment ostatni, zamykający uroczystości 
dnia tego, przeszedł powagą nastroju i potęgą 
swego wyrazu wszystkie, bodaj, chwile, jakich 
świadkami byliśmy w kościele. 

Sedia zawisła znowu na barkach służby pa- 
pieskiej, a orszak wspaniały sunął wolno i uro- 
czyście szpalerem barwnej straży ku widnieją- 
cym w dali podwojom świątyni. 

Przodem kroczyły malownicze oddziały Szwaj- 
carów z halabardami stylowemi w dłoniach. 
Wśród lasu stali złocił się krzyż Krucyfera, 
zwrócony w stronę Papieża, Dalej kroczył tłum 
mitr srebrzystych, które zasłały całunem bia- 
łym przejście papieskie niemal od Konfessyi, aż 
do dalekich wrót kościoła; za niemi postępowali 
dostojnicy wschodni w infułach szafirowych^ 

£ikach, szytych perłami, w mitrach ba- 
i z blachy złocistej i srebrnej; sunęli kar- 






324 



J. K. KOCHANOWSKI 



dynałowie w płaszczach książęcych z purpury, 
a Papież, siedzący między wachlarzami z piór 
na sedii pod baldachimem, błyszczący klejnotami 
korony potrójnej, stał jeszcze w miejscu, ści- 
gając wzrokiem z poza okularów niknące w dali 
infuły. 

Wreszcie ruszył i on, a wtedy zdało się nam, 
że spojrzeniem miłości i wzruszenia ogarnął ten 
tłum kierowników chrześcijańskiego ludu, kro- 
czących kornie u stóp jego rydwanu; — że sta- 
nął na wyżynie majestatu arcypasterza nad ol- 
brzymią rzeszą pasterzów świata. 

Chwila była niezwykle podniosła i piękna. 

Kiedy sedia mijała nas, postać Piusa X oka- 
zywała już tylko wielkie znużenie... Głowa w tya- 
rze, pochylona ku przodowi, i twarz obficie zro- 
szona potem — o wzroku w przestrzeń utkwio- 
nym, zdawała się należeć do innego człowieka, 
niż ten, który ręką, przybraną w jedwabną ręka- 
wiczkę białą i w pierścień Rybitwy, kreślił znak 
krzyża nad głowami tłumu. 

Wśród niepohamowanych okrzyków ludu 
i dźwięków marsza Longhiego, sedia, za którą 
postępował tłum kawalerów maltańskich i do- 
stojników dworu, skręciła u podwojów świątyni 
w stronę kaplicy Pieta, zawieszonej kotarą ada- 
maszkową. 

Wykonawszy na chwilę ruch, jakby powro- 
tny, przyczem Papież kreślił znak krzyża, zbli- 



KONKLAWE I KORONACYA PIUSA X 325 

żyła się do zasłony i znikła poza nią. Na kar- 
mazynowem tle adamaszku zarysował się bar- 
wny oddział Szwajcarów... 

Tłum ruszył ku wyjściu. Było wtedy l 1 / 2 po 
południu. — Siedmiogodzinny postój na marmu- 
rach wszystkim dał się we znaki. Na placu 
św. Piotra w promieniach tropikalnego słońca 
świty robotników i fiolety biskupie walczyły 
o lepsze w tramwajach i omnibusach. Wojska 
włoskie opuszczały marszem uroczystym poste- 
runki swoje, a pobliskie kawiarnie i tratłorie opa- 
nowywał tłum głodnych i spragnionych. Piesza, 
wielotysięczna fala ludu zmierzała za Tyber 
ku miastu. 



I f : 



Z WYCIECZKI PO KRAJU. 

GARŚĆ WRAŻEŃ. 
(Św. Krzyi — Opatów. — Sandomierz). 



I. 



Jeżeli na bruku miejskim, albo wśród okolic 
piaszczystych kraju ogarnie czasem człowieka 
tęsknota za czemś, co, jako piękno wsi, weszło 
do poezyi... Jeżeli wśród tęsknych pożądań roić 
mu się zacznie marzenie o wielkiem bogactwie 
natury, o dziarskości i dobrobycie ludu, o śla- 
dach świetności minionej — o tem wszystkiem, 
co, jako wspomnienie, lub wrażenie tężyzny pol- 
skiej, weszło do literatury, to... szlakiem utartym 
podąży tam, dokąd go poniesie wygodny wagon 
kolejowy— na łono przystosowanych do wieku XX 
letnisk, uzdrowisk, a wreszcie hotelów... 

Najczęściej, nauczony doświadczeniem, zwraca 
się potem tęskny marzyciel ku obcym, zagra- 
nicznym drogom letniej wędrówki narodów, gdzie 
serdecznej tęsknoty swojej nie zaspokoi wpraw- 
dzie, ale znajdzie, bądź co bądź, podniosłe wra- 
żenia inne i połączy umysłowe z fizycznem 
utile dulci... A jednak — nie urągając bynajmniej 



330 J. Ł KOGHAUO 



kształcącym wpływom Zachodu — szkód* to 
wielka, moralna i umysłowa ranirm, ie nie 
posiadamy w dostatecznej mierze sposobu za- 
spakajania porywów naturalnych ku widokowi 
pięknej, pouczającej swojszczyzny! Tub, gdzie 
u obcych stałyby dziś rzędy rywalizujących ze 
sobą »austeryi«, ściśle połączonych ze światem, 
znajdujemy u nas cenny dla badacza, ale mato 
dla nauki użyteczny, bo prawie niedostępny, byt 
swoisty natury i człowieka. A mówię ta nie 
o głębi puszcz i borów, nie o żadnym kącie 
dziewiczym, lecz o bogatej, historycznie świe- 
tnej, połaci południowej ziemi Sandomierskiej, 
która niegdyś, obok Krakowskiej, wydala zastęp 
wspaniały małopolskich panów i utrwaliła aę 
przez nich tak wiekopomnie na kartach naszej 
przeszłości 

Dzisiejszy jeszcze powiew tej ziemi, strojnej 
w bogactwo natury, dziarskie typy ludu i nie- 
zliczone ślady architektoniczne »czasów złotych*, 
tłómaczy spostrzegaczowi tak jasno i potężnie 
przyczyny faktu, że Małopolska stała się nie- 
gdyś koroną ziem piastowskich — jak żaden, 
bodaj najmisterniejszy, argument gabinetowy, 
stwierdzający oczywistość wpływu natury na 
człowieka i dzieje. Że Kraków i Sandomierz mu- 
siały pobić Poznań i Gniezno — dość porównać 
okolice tych miast starodawnych, okolice, któ- 
rym pod względem intensywności życia dziejo- 



Z ^YCIKGZKI PO KHAJU 



331 



wego, sprostać nie potrafiła żadna inna piastow- 
ska dzielnica., Sama nawet stołeczna Warszawa, 
przyobleczona sztucznie, a szczęśliwie w swe 
dostojeństwo wysokie przed trzystu blisko laty, 
nie była w stanie wyrównać po dziś dzień młod- 
szości kulturalnej szerokich równin mazowie- 
ckich z »karmazynowem« obliczem tych ziem 
pra-królewskich, 

Kolej żelazna prowadzi nas z Warszawy po- 
wolnie, ale zbyt szybko dla oka, poprzez żyzne 
płaszczyzny Powiśla, zdobne w bujną roślinność 
starych drzew liściastych, brać tych, co szepcą 
dziś uroczyście pieśń dawną w pobliskich, sta- 
rych Puławach ks. Izabelli . Mijamy szmara- 
gdowe łąki stężyekie, zasłane kobiercem olbrzy- 
mim aż po kres widnokręgu, mijamy wdzięczną 
panoramę Radomia, łany Orońska, węgieł boga- 
tych ziem iłżeckich i mury sędziwe siedrniowie- 
kowęgo opactwa Cystersów w Wąchocku, aby 
stanąć wreszcie u stóp wzgórz starachowickich, 
na stacyi w Wierzbniku. Otwiera się przed nami 
urocza panorama górzystego kraju, w którego 
głąb ruszamy dalej drogą kołową, powożeni przez 
dziarskiego Sandomierzanina. Kieruje końmi ener- 
gicznie, ochoczo i z wielką wprawą, Typ to na 
tle przepięknego widoku doskonały i bardzo 
charaktery styczny, 

Zbyt długo oddany rolnictwu i osiadły na 
żyznej glebie, aby miał być górskim sokołem — 



! 



332 J. K. KOCHANOWSKI 

zbyt chwacki. wrażliwy i pełen ruchu, aby go ze 
spokojnym kmiotkiem naszych nizin żytnich zesta- 
wić — zdał mi się wybornem wcieleniem wpły- 
wów tak rozbieżnych, jak góry skaliste, dające 
rącza przedsiębiorczość w życiu i — niziny żyzne, 
usposabiające do trzeźwego poglądu na dobro 
tego świata. Typ ciekawy, typ dziejowego mało- 
polanina* zachowany pod chłopską siermięgą 
przodków, która dzisiaj, jak wszędzie prawie, 
pod wpływem fabryk okolicznych, zamieniła się 
na brzydki strój miejski, nie licujący z obliczem 
attCcrcedctuL Kobiety tylko, zwłaszcza starsze, za- 
chowały jeszcze gdzieniegdzie odzienie dawne — 
chusta wsoreysta. zwinięta w turban na głowie, 
sapaski ciemne ze znaczną domieszką barwy 
0£arw\ weiruaki czerwone i kraśne gorsety. 

.\\: r v.v.v w siccere Świętokrzyskie — do 
>-oVi. s:o.i*:ry r.iegdys rodu tego miana i miej- 
sc; ;::\v. :;—**. >y:vs Wisła wowego. prymasa Bo- 
*i:„sr:\ *\ \?^r\ wyn?wadzal ongi Jagiełłę na 
!o:\ s \;^",\*. I,iv*.:yi go z Jadwiga i koronował 
ifc-syo *- o vor.\; <rv % .ewską w katedrze na Wa- 
>*x\ :V;v.-:\*s* w w;eku XVI właściciele Szelig, 

$V:\ >'<\>vy herr:; Sneliga*. świetniejsze 

-A's:v ;\vs*.v\i".: w srv:v.ii:en:e od wielu >królewiąt« 

;n rAf;\vV* »Horby«, wyd. 1SSS r, sir. 377 —Por. 
^.k M. T. H II 941. 

< A Pawifeki, > Małopolska* ni. str 195. 



Z WYCMCZŁI PO KŁAJU 333 

Droga prowadzi nas w znacznej części szosą, 
rzuconą na pagórki, jak wstęga biała, a wiodącą 
z Kielc do Wąchocka. Zbaczamy z niej wreszcie 
na gościniec, przecinający lasy rządowe w kie- 
runku Gór Świętokrzyskich. Całe długie ich pa- 
smo, siniejące borami w oddali ponad okolicą 
falistą, porzniętą w wąwozy, panowało nad oko- 
licą tego wieczora, kiedyśmy, wpatrzeni w spo- 
witą przez »srzeżogę«, dwugarbną Łysą Górę, 
opuszczali się z wyniosłości w dół ku Szeligom. 
Ow dół jest takie szczytem pagórków, stojących 
w górskiej kotlinie, to też przed wędrowcem 
otwiera się coraz to nowa panorama, jedna pię- 
kniejsza od drugiej, zdobna w lasy, majaczące 
na szczytach, to w barwne kobierce pól, zaście- 
lających stoki wyniosłości, to wreszcie w szem- 
rzące po głazach strumyki i bujną, tryskającą 
życiem, roślinność... Dwupiętrowy wąwóz pod 
Szeligami, wystrzępiony niegdyś przez wodę 
w łonie gór, tamujących przejście w dolinę, na- 
leży do bardzo pięknych tworów natury. Wy- 
trzymałby z pewnością porównanie z niejedną 
szczeliną górską Saskiej Szwajcaryi, a nawet 
bardziej imponujących okolic dalszego Zachodu... 
Wreszcie, już wśród wioski, rozrzuconej malo- 
wniczo na tle wzgórz i wąwozów, wspinamy się 
pod górę, gdzie z widokiem na lasy i łąki, ma- 
lujące się w dole, na luki dalekich widnokręgów 
gór, pól i wiosek, stanął u szczytu przed laty 



\ 



334 x ł 

gcća^ aa mżejaca weęr jtHjtnufłftiiia — siary 
dwór *hjj fr i *'» ■>* i 'i iiłuLlpfc t iffiinn i wh skiii 
r fc .", "wt Vbl gyiftwf f 'i' !MHSiznipB Meae awopoł- 

<urSr W TT3L Ł 2SKUULJ311 dtuniii JBJSl 9ędn06tW& 

J tetw-fry-fr, n«y* a-i sg&m* fndjr gospodarstwa 
icłwiI: fii* "frrami* kjCTnrii 5 ttiariliirai, odżyły wspo- 
Tnrnfwra &sw w sponifr flak sHnteoaiy i ssczery, 
że s»* Kscy £ życo* Trprii ]p. Rsdkau razwieszcee 
pc yrraftyfti sędEwjndfc: fe aac mikun i pod 
W erri^ jwimc^ftsa aa amUtt w bawialni i legar 
'i » jI * j&^^»« i — wydŁiBy hec z&bytfcuni chwil 
prcir,TPr*ygfe praessftaees odBeefei, lecz przed- 
miticazil lagnm awamjmu: śeraOe do cnso. osób 
i ciwiiL. 

W jla;o~ćżsl&zl a mfauto wrag Sneł^? srani las 
3£&ry. rrizlesiy — Iks ZacsTiski — zakończony 
~-aTz„ iizie ;"iź neiza irsewi** i Sto w i-faii roz- 
.eeie; :it:e. wi.i:k:.*c: rrreci»$kiLym na EWy Opa- 
"^ - 3:s£-ic:e. i-i ir:c* irrrsSŁfc *o Kunowa i na 

— *^s ten żyzny : cajny. idoeny w przepych 

r ^^mości niemal fanckayoza**;.. kryje w swem 

0Ł:e ^ąwóz rozwidlony, barriso st^boki i taje- 

Cz yr a tak piękny w swym mroku, obramio- 

,/_ T w ?órze szlakiem drzew strzelistych i liścia- 

że rf 1 - J#>ie ^ b^ów. sosen, świerków i modrzewi, 

wzo ^ Ć ^ trzeba, iż nie scal się dotąd arcy- 

rem *** ^ t ^ rch r c par^i zakładają, arcywzo- 

^ i8t ° Q owanym do flory i światła rodzimego, 



Z WYCIECZKI PO KRAJU 



335 



które go wydały. Zlewa się z niemi tak harmo- 
nijnie, że dusza rośnie z zachwytu... Przykry 
bywa po widoku takim widok owych parków 
opacznych, owych planów, przeszczepianych 
sztucznie z pod obcego nieba — z Włoch, Pran- 
cyi i Niemiec, bo kulawią one z jednej strony 
piękno oryginałów, a z drugiej — efekty naszego 
światła, naszej roślinności i naszej harmonii. 

Ow las pod Szeligami, przepiękne w sąsiedz- 
twie Grzegorzewice i Chybice, a wreszcie nie- 
które światła i mroki boru jodłowego na Łysej 
Górze, tuż pod klasztorem, godne są zaiste stu- 
dyów najpoważniejszych ze strony planistów na- 
szych, nie mówiąc już o pejzażystach, karmią- 
cych się pięknem natury. 



II. 



Drogą, wiodącą z Szelig przez urocze Grze- 
gorzewice gościńcem leśnym, zawieszonym na 
stoku górskim u przepaści, ruszyliśmy do mia- 
steczka Słupi, malującego się barwnie w dolinie, 
przylegającej do stóp Łysej Góry. »Łysiecc ł ) — 
to dawna jej nazwa pogańska, tak dalece za- 



*) Por. M. P. H. II. 772. — Nazwa ta istniała jeszcze 
w roku 1405; por. Baliński i Lipiński, » Starożytna Pol- 
ska* n. 807. 



SKfi 



mrattanii pafl mptjmneB Krzyża w pamięci oko- 
Tifraragre luftu, w >Łysą Górę*, o której słyszał 
«c«* iEDacroL pmenBasi gdzieś — hen! w podkar- 
juatifcw* smnettiy s czaiłby się szczerze dotknięty, 
gdyiby im$ neon mianem nazwał jego umiłowaną 
g-urę swwtUŁ z której szczytn strzelają w niebo 
wi«£y<c* śwjęa&nEyskiego klasztoru. 

Dawne, odwaeeme pogaństwo tej pięknej ziemi, 
minęła jak mija wszystko — może prócz łez 
>placzącycfa kamieni*, pokrywających walem 
stoki świętej góry i płaczących dziś tak samo, 
jak ongi, w prawieku, u stóp masztowych jodeł 
świętokrzyskich. 

U podnóża tej góry, tui za Słupią,. na zielo- 
nym kobiercu łączki, co biegnie nad drogą, klę- 
czy jakaś postać z głazu wykuta, mchem sta- 
rości okryta i oczy wielkie, niby w osłupieniu 
zastygłe, ku świętej górze zwraca. Pokrywa ją, 
jakby płaszcz, na rycerską kolczugę nadziany 
i bujne kędziory włosów, z obfitym zarostem 
splątane. Gdyby nie ręce, złożone do modlitwy 
i bose nogi pokutnika, sądzióby można, że ta 
postać sędziwa — to pogańska »baba«, którą tu 
Benedyktyni na pamiątkę czasów prastarych 
pozostawili nietkniętą. Mniemaóby można, że pra- 
gnęli, iżby ten głaz zagadkowy, korząc się przed 
świętością relikwii klasztornych, symbolizował 
slup graniczny między erą bogów pogańskich, 
których tu czczono i — Chrystusową. Ale nie! 



Z WYCIECZKI PO KRAJU 



337 



Wszak to Emeryk (1007—1031), syn króla Wę- 
gier, św. Stefana, wnuk w linii ojczystej Ade- 
lajdy, Białej Knehini, siostry Mieszka I, osobi- 
stość, związana tak ściśle z tradycyą klasztoru 
Benedyktynów na Łysej Górze *). Gdybyśmy bo- 
wiem odrzucili bałamuctwa liczne, przekazane 
nam w związku z tą tradycyą o dziejach za- 
mierzchłych klasztoru, gdybyśmy zapomnieli cał- 
kiem o dacie podaniowej jego założenia, roku 
1006, o łowach legendowych Emeryka z Bole- 
sławem Chrobrym (jakoby 1003 r.) pod Kielcami, 
kiedy to księciu węgierskiemu miał się ukazać 
anioł z rozkazem, by relikwię cenną, drzewo 
Krzyża Św., jakie na piersiach nosił, ofiarował 
mnichom łysogórskim; gdybyśmy wreszcie szcze- 
góły różne, historyi tej dotyczące, a w młodszym 
roczniku świętokrzyskim zawarte *), puścili mimo 
uszu z powodu * zamętu dat, gmatwaniny osób 
i czasów, oraz wtrętów podejrzanych — to i tak 
pozostanie dość dowodów na to, by w naiwnem 
dziele sztuki pierwotnej, w pokutniku, który »na 
kolanach co lat sto o ziarnko maku ku szczy- 
towi góry się posuwa*, powitać ucznia św. Ger- 
harda zakarpackiego gościa — Emeryka! 

Mętne trądy cye średniowiecznych źródeł świę- 



l ) Por. O, Balzer, Genealogia Piastów 73—75. 
•) M. P. H. III. 60, 300. 

SZKICE I DMBUZfll. II. 22 



J. K. KOCHANOWSKI 

tokrzyskich, dotyczących jego osoby, znajdują 
poparcie inne, łatwo dla spostrzegacza dostępne; 
Posąg z kamienia swojskiego wykuty, nosi na 
sobie ślady przeszłości tak zamierzchłej, jak ów 
wojownik umarły na łęczyckim »Tumi6ł, że go, 
nie wnikając bliżej w tradycye, wstecz po 
wiek XIII (? XI), posunąć trzeba niezbędnie, kła- 
dąc nacisk na to, że wyobraża rycerza, Po 
wtóre, klasztor świętokrzyski uważał z dawien- 
dawna królewicza Emeryka, kanonizowanego 
wr. 1081 przez papieża Grzegorza VII, za swego 
patrona i uroczyście anniwersarz jego w dniu 
2 września obchodził 1 ). Nakoniec lud okoliczny 
nie z lektury pono, jeno z przekazu ustnego, 
widzi w tej rzeźbie »św. Hameryka*, co tu przy- 
wędrował zdała. Wszystko to na tle faktu, że 
żadna więcej postać rycerska z przeszłości 
zamierzchłej, żadna osobistość, godna, ze względu 
na stanowisko swoje, uwiecznienia w głazie, nie 
zespoliła się tak ściśle z tradycyą miejscową, 
jak właśnie ów zakarpacki królewicz, opisany 
w roczniku tej góry, każe zapatrywać się na 
jego przekaz o Emeryku mniej podejrzliwie, niż 
się to działo dotychczas*), 

*) Ke. Józef Gacki, Benedyktyński klasztor sw, Krzyża 
na Łysej Górze, Warszawa 1873, str. 25. 

*) Nie wyświetla tej sprawy, a nawet nie portis 
jej gruntowniej praca specjalna ks. Józefa Gacki ego 



jyza 

iiaza 

„Jego 



Z WYCIECZKI PO KRAJU 339 

Z miasteczka Słupi — dawnego Słupa nad 
pzy wianka (kto wie, czy nie od posągu Eme- 
«^ia nazwanego tern mianem), ruszyliśmy pod 
^^rę w stronę klasztoru. Ładna to osada z gro- 
T^mdką domów drewnianych, zdobnych w pod- 
^ftenia, zbudowane tak za przykładem dawnych 
"'ozorów i z kościółkiem o wdzięcznej strukturze. 
jtJświęcony wezwaniem N. M. P. i św. Wawrzyńca, 
: ^fc fundowany w postaci obecnej na miejscu da- 
gjairaego przez miejscowego proboszcza, Macieja, 
^Benedyktyna z Łysej Góry, w wieku XVII, za- 
< chował jeszcze ten kościół trzy kamienne odrzwia 
gotyckie, zapewne z dawnej świątyni pochodzące, 
ładną bramę kutą z XVII stulecia, tablicę erek- 
« cyjną z roku 16(?25)-go, zaopatrzoną w krzyż 
. dwuramienny, symbol relikwiarza świętokrzy- 
skiego, a wreszcie trzy, dobrze rzeźbione figury 
patronów, ustawione w niszach fasady kościelnej. 
Na cmentarzu, około świątyni, zwraca uwagę 
wdzięczny nagrobek kamienny, wzniesiony przez 
synów — (Alfreda i Michała) — Michałowi Re- 
klewskiemu, oficerowi artyleryi b. wojska pol- 
skiego, dziedzicowi sąsiednich dóbr Skoszyna, 
zmarłemu w r. 1843. 

Wjazd pod górę staje się wręcz uciążliwy 
tuż za Emerykiem. Mijamy pieszo kapliczkę sta- 



p. t. »Benedyktyński klasztor Sw. Krzyża na Łysej Gó- 
rze* (Warszawa 1873). 

22* 



.'>40 J. K. KOCHANOWSKI 

cyjną, zawieszoną na stoku i pniemy się pc rwi- 
łuch plączących kamieni w głąb iasu joafc- 
wego ku klasztorowi Pochód trwający praesds 
godzinę, nuży mimo widoku przepięknego dotł 
krystalicznego światła i iście górskiego powie- 
trza. Las masztowych jodeł, usiany morzem k&- 
mieni, mieni się tajemniczymi mrokami gąs&cia. 
zielenią roślinności i lśniącą w słońcu powśen- 
chnią głazów. Poza nami widok przepiękny na 
ilolinę Słupi, obok bór górzysty, a dalej otchłai 
szaro- zielonych olbrzymów, szumiących smętną 
melodyą zadumy. Wreszcie polanka na skrycie. 
Na niej krąg pamiątkowy głazów, ułożonych ta 
przed czterdziestu laty. a z nie; widok nagły 
na klasztor, oddalony już tylko c kflka.iEfegar 
kivko»w. Wrażenie pierwsze — fragmentu kc- 
n. ..•!.-! ) asnogórskiego. wii-i&neg: : M;>ki. W:~k 
W \\\ \ ;'CyZO barocco zżzl:.$7y':~ *:*j w>— >ik:. :-: 
.* . : .*.'.-. csinowy budy:.<:^ kl:.srT.:-n.'. _ :i : k> 
-...J.i. .ijkoiianej po {>:ł.łTTt L777 r:*r^-.. z*:c> 
-;... ■.-.■.; 4. lo po dawnymi ::i^;: Z-irzwr*: n.v 
. «....;:.. _'.t.\ wewnątrz riA.m:Arrx ZLi^r. ?> 

: *',... m: \ ..*".ii«»w t»dwieijzz.y ;h sv.vi;-:,i tt- 

s\. ■».. . t\ .>Ł-.Łi (*óżfiym i z krzyżeci iw> 
> .. . ._* *\»iiiu.'vm na !nvsl zi:.rr r?L> 



Z WYCIBOZKI PO KRAJU 341 

kwiarz kościelny, prowadzi nas w podwórzec 
wewnętrzny, na poły więzienny, a na poły urą- 
gający swem zaniedbaniem miejscu i jego tra- 
dycyom. Brniemy w głąb budynków klasztornych 
przez ciemne zakamarki starodawnych murów, 
aby stwierdzić, że schludnie przedstawia się 
tylko jakaś komnata sklepiona, zamieniona na 
kancelaryę nowoczesnego celu i użytku; wszy- 
stko, pogrążone zresztą w niepamięci i opu- 
szczeniu zupełnem. Kościół, kryty zewnątrz cały 
kamieniem, a obielony wewnątrz wapnem po 
freskach i stiukach, przykre sprawia wrażenie. 
Posiada ołtarz w stylu korynckim i ładne stalle 
rzeźbione. Wielkie płótna Fr. SmuglewiQ^a, przy- 
strajające świątynię (w wielkim ołtarzu św. Trójca, 
w bocznych św. Emeryk z aniołem legendowym, 
św. Helena, znalazczyni Krzyża Św., św. Józef 
i św. Benedykt, zgon św. Benedykta i Zwiasto- 
wanie N. M. P.) zachowały się nieźle i bodajby 
je zostawiono raczej w stanie obecnym, aniżeli 
odnowić miano tak, jak freski Reichana w przy- 
ległej do zakrystyi kaplicy Oleśnickich. Kaplica 
ta — domniemane miejsce spoczynku rodziców 
kardynała Zbigniewa, stanowi właściwie całość 
odrębną, mauzoleum jego rodziny, połączone 
przez zakrystyę z kościołem. Ozdobiono je fre- 
skami, pokrywającymi ściany całe, w roku 1782, 
jak świadczy napis (Małhias Reichan pinxił anno 
M. D. CC LXXX II), widniejący na palecie, za- 



342 J. K. KOCHANOWSKI 

wieszonej u rogu wolu, towarzyszącego św. Łu- 
kaszowi Ewangeliście. Freski czterech Ewange- 
listów, poplamione i zamazane, jakby w przy- 
gotowaniu do odnowy, zachowały jeszcze (zwlar 
szcza św. -Łukasz i św. Jan) pod tą powloką 
wdzięczną i mięką w ruchu postać pierwotną. 
Natomiast freski inne, już niestety odrestauro- 
wane, zesztywniały w rysunku, utraciły piętno 
właściwe i powiewność malowideł nieuszkodzo- 
nych, nabrały kolorytu twardego w tonach, ra- 
żących oko... Naprzeciw Ewangelistów, a po pra- 
wej ręce od wejścia, stoi ołtarz późnej kon- 
strukcji, mieszczący w cyboryum sławny reli- 
kwiarz złoty w kształcie krzyża dwuramiennego 
o dolnem ramieniu dłuższem, zamknięty w po- 
złacanym krzyżu oszklonym. Relikwiarz wła- 
ściwy, zdobny rysunkiem narzędzi Męki Pań- 
skiej nu ramionach, a w środku otworem czwór- 
listnym, kryjącym relikwię drzewa Krzyża Św., 
posiada u dołu emaliowany znak fundatora, herb 
Topór, a wokół tarczy jego inicyały. Ofiarodawcą 
tym był prawdopodobnie (?) Jerzy Ossoliński 1 , 
kanclerz wielki koronny. 

Na ścianie od wejścia widnieje niezły portret 
olejny opata Benedyktynów Łysogórskich, Mi- 
chała Maliszewskiego, herbu Godziemba, zmar- 
łego w roku 1608, a tuż przy nim wznosi się 



*> Por. tamże str. 39. 



Z WYOIBCZKI PO KRAJU 343 

zachowany dobrze nagrobek podwójny, w mar- 
murze czerwonym wykuty. Ponad nim, na fry- 
zie, wieńczącym rzeźby wspaniałe, jaśnieją herby 
Dębno i Śreniawa. Na płycie górnej nagrobka, 
tuż pod fryzem, spoczywa w płaskorzeźbie po- 
stać strojnego rycerza, dzierżącego z butą ozdo- 
bny buzdygan w prawicy; na dolnym śpi snem 
wiekuistym niewiasta, pełna słodyczy i wdzięku, 
o białej twarzy alabastrowej i rękach śnieżnych, 
w marmur czerwony wprawionych. To epitaphium, 
jak świadczą napisy, nie żałujące miejsca, ni 
stylu — Mikołaja Oleśnickiego, wojewody lubel- 
skiego i żony jego, Zofii z Lubomirskich, córki 
Sebastyana. Ona zmarła w roku 1612, on w sie- 
demnaście lat później; nagrobek wkrótce f)otem 
wzniesiono... Dumni fundatorowie kaplicy Ole- 
śnickich, inaczej Świętokrzyską zwanej, kazali 
złożyć pod ni$, w łonie skał, w sklepionym gro- 
bie murowanym, śmiertelne szczątki swoje... 
Zstąpmy i my tam na chwilę, by spojrzeć na 
miejsce wiecznego spoczynku szczodrego woje- 
wody, co żył, jak napis opiewa — »sławą na 
ziemi«, nim »duchem zamieszkał w niebie« — 
na prochy tej, której »skromności, wiary i cnoty 
los w roku 1612 pozazdrościł światu*... 

Po stromych schodach marmurowych opu- 
szczamy się w głąb grobowca i — ogarnia nas 
przerażenie. Oświetlona mdłem światłem zakra- 
towanego w górze okna, mieści w sobie ta nisza 



344 J. Ł KOCHA* OWOT 

podziemna kilkanaście zbutwiałych, rozwalonych 
trumien, a w nich odarte z odzienia, nagie szkie- 
lety i trapy. W jednej z nich, ozdobniejszej, niż 
inne. plączą się w szczątkach postrzępionych 
złotego jedwabiu kości ludzkie spróchniałe, w in- 
nych szkielety i mumie z wyrazem boleści na 
ustach, w objęciach śmierci zastygłe, zdają się 
tęsknić, by je z tego miejsca »chwaly«, gdzieś 
w piasku wiejskim na sctl wiekuisty złoiono. 
Górują nad tym obrazem zniszczenia i zniko- 
mości dwa sarkofagi. Jeden, blachą cynową po- 
kryty, a guzami w lewki rzeźbione i rozety 
zdobny na powierzchni, zawiera, jak świadczy 
w głowach wielki herb Śreniawa, zwłoki woje- 
wodziny. Czas, czy ręka złowroga rozsadziły 
wprawdzie ścianę boczną sarkofagu, trudno atoli 
dociec, co się dziś jeszcze w jego wnętrzu kryje. 
Drugi, tych samych rozmiarów, ~ co pierwszy* 
blisko z nim sąsiadujący, to niewątpliwie miej- 
sce spoczynku wojewody, przedstawiające dziś 
obraz potworny dzikiego zniszczenia i grabieży. 
Odarty z blachy, z odwalonem wiekiem i wy- 
ciętym przez łupieżcę otworem owalnym w dre- 
wnianej pokrywie wewnętrznej, powleczonej 
smołą, tlómaczy on smutne dzieje pośmiertne Mi- 
kołaja Oleśnickiego. Przez otwór widnieją nagie, 
pełnych jeszcze kształtów, szczątki wojewody, 
obrane skrzętnie przez świętokradcę z bogatego 
stroju. 



Z WYCIECZKI PO KBAJU 



345 



Opuszczamy to miejsce, kościół i klasztor 
żałością i z życzeniem, aby w roku uroczystym, 
uwagi na zapowiedziany »jubileusz 900-letni« 
>ra-pamiątek Świętokrzyskich , doprowadzono 
Toby fundatorów i dobrodziejów miejscowych 
lo właściwego stanu, podobnież, jak zewnętrzną 
K)daj postać świątyni i najbliższego jej otoczenia. 
Czcigodnej pamiątce odwiecznej, posągowi 
w. Emeryka, należałoby się przy tej sposobności 
►grodzenie trwałe. Figura ta bowiem, jak świad- 
czą ślady świeże, poniosła niezbyt dawno szwank 
>oważny na twarzy z ręki swawolnej a lekko- 
nyślnej. Na korytarzach klasztornych widnieją 
lomagające się oczyszczenia, nagrobki rodzin 
Sierakowskich i Radoszewskich, oraz ryte w mar- 
nurze dzieje klasztoru, bałamutnie w języku 
acińskim przed sju laty spisane. Z wieży święto- 
a*zyskiej, zbudowanej trwale, a wzniesionej na 
'000 stóp bez mała ponad poziom morza, roz- 
acza się widok rozległy i wspaniały. Całe bo- 
;actwo tej ziemi urodzajnej i ludnej leży tam 
i nóg widza, jak kobierzec barwny, przez wzgó- 
za skłębiony, a sięgający hen! naokół daleko 
v promieniu mil kilkunastu. 

ni. 

Droga powrotna wiedzie nas przez uroczą 
vieś Chybice, przez Pawłów parafialny, znowu 



346 J. K. KOCHANOWSKI 

do gościnnych Szelig, skąd ruszamy nazajutrz 
wózkiem sandomierskim ku nadwiślańskiej sto- 
licy województwa. 

Na szlaku polnym — Waśniew, schludna 
osada z kościołem murowanym, noszącym ślady 
niedawnej odnowy. Jak opiewa napis grobowy 
Konstancyi z Komorowskich Popielowej, żony 
Pawła, kasztelana sandomierskiego, w kościele 
bernardyńskim w Opatowie, kościół waśniewski, 
w którym kasztelanowa śmierć męczeńską po- 
niosła, zgorzał od pioruna w czerwcu 1787 roku. 
Z pamiątek dawnych nic w nim nie ocalato 
krom kazalnicy drewnianej w stylu barocco i — 
co ważniejsza — obrazu olejnego na drzewie 
(Zwiastowanie N. M. P.), malowanego nieźle, a po- 
chodzącego z późnej doby gotyckiej (XV— XVI 
stulecia). Obraz ten, stanowiący dzisiaj zasuwę 
w prawym ołtarzu bocznym, godzien jest uwagi 
znawców i konserwacyi starannej. 

W okolicy Waśniewa, na polach prusinowi- 
ckich, zwraca uwagę, nawet w tym kraju ka- 
miennych figur polnych i licznych śladów za- 
możności odwiecznej, stary filar rzeźbiony> z roku 
1699 pochodzący, z herbem Lubicz, z inicyałami 
S. I. Z. I. fundatora i z ładnym pilastrem stylo- 
wym, podtrzymującym godło krzyża. 

Góry Świętokrzyskie, przewijające się wciąż 
barwą sinawą na horyzoncie, nikną zwolna, 



34& J. t CDCBEAlfOWSKL 

zapewne zn. biskupów lubuskich, panów miasta 
przed Szydłowieekimi ^ stanęła. 

Kościół to wrełkL majestatyczny, zbudowany 
w kształcie krzyża — z wnękienu zamiast ko- 
puły, aa przecięciu ramion — w dobie romani- 
zmu i gotyku. Niestety, doba ta, wykończenie 
dwóch wież naczelnych, zaledwie do połowy wy- 
sokości z ciosu wzniesionych, szczodremu baro- 
kowi przekazała. Uwieńczył je też drzewem 
i hlft^hg na modłę gioryetek, zgoła do całości 
uiezastoaowanych, wdari się do wnętrza świą- 
tyni i. uaprzekor jej stylowi pokrył wszystko, 
czego dosięgnąć zdołał — Siary, sklepienia 
i ściany, rozlewną, a tanią bujnością swych 
barw i kształtów... 

^kmmnie la pozór, .-ile po pańsku, jak dwa 
"\ie;nurv ^mie w mroczeniu sziaeł i szychu, wi- 
tuieią t i^scieie ia de treska, malującego sceny 
i ■niaiec:r~ w.etiens&ie], iwa nagrobki stare, do 
sciaa lewego r:imien:a świątyni przyparte. Jeden. 
w marmurze czerwonym wykuty, zdobny w pła- 
skor^zby i ^piuionia. zq miejsce wiecznego spo 
■'■r.ynku Li; ćwika- Mikołaja. Zofii z Targowiska 
: Łrz^szrofa Szyiiowieckicii. Drueś. niemal z nim 
wspoioziisny — olbrzymie w rozmiarach arcy- 

l ' Baiiiwk: . LipinakL »6caroźyTnia Poi*ka« H. 3tó- 
R-m«1a^y^ z*, podobnie jak ansorowie dawniejsi, odnoei 
4«% Xrf w: era i Karol Ponkański Kolegiata, w Opatowie. 
Sprawowi. Akad. Umie;. V. itr. 7. 



Z WYCJMCZTI PO KRAJU 



349 



dzieło pełnego Odrodzenia — przygniata go swoim 
ogromem, barwą, pięknem i majestatem. Cały, 
kuty w bronzie, składa się z trzech płyt wiel- 
kich, w linii łamanej spojonych. Dwie dolne 
otacza rama, przepięknie zarysowana i harmo- 
nizująca z całością, a -uwieńczona dwiema kon- 
solami w górze, podtrzymującemi architraw, pełen 
wysokiego smaku i stylu. Rama ta, artystycznie 
cyzelowana, kryje po bokach, w dwu niszach 
muszlowych, dwa posągi spore, z których jeden 
przedstawia św. Krzysztofa. Piękno nagrobka wy- 
stępuje atoli w całej okazałości, gdy się bliżej 
w płaskorzeźbach trzech płyt rozejrzymy. Dolna 
maluje stypę rycerską. Czterdzieści z górą osób, 
każda odmienna w ruchu i wyrazie, siedzi i stoi 
przed i poza stołem, w strojach odświętnych, ge- 
stykulując żywo t tonąc w zadumie, lub spoży- 
wając potrawy z mis złotych. Psy i sokoły — 
żywa jeszcze reminiscencya gotyku — szukają 
żwawo pod stołem kości i okruchów, rzuconych 
im przez biesiadników. Płyta druga, środkowa, 
pod kątem rozwartym z pierwszą spojona, przed- 
stawia w majestacie bohatera tej epopei, w spiż 
zaklętej — pana na Opatowie i rozległych wło- 
ściach okolicznych, Krzysztofa Szydłowieckiego, 
który kasztelanię sandomierską, podskarbiostwo 
oraz kanclerstwo wielkie koronne i starostwa 
bogate poniósł z sobą do grobu w roku 1532, 
Ostatni ten znakomitego domu potomek po 



350 J. K. KOCHANOWSKI 

mieczu, wyobrażony na płaskorzeźbie w wiel- 
kości naturalnej, uderza doskonałym modelun- 
kiem twarzy golonej, z jaką przeszedł do poto- 
mności i pan jego miłościwy, król Zygmunt Stary, 
imponuje chłodnym spokojem, w całej postaci 
rozlanym i książęcią iście postawą. Okrywa go 
zbroja, pięknie rzeźbiona; w prawej ręce dzierży 
proporzec, jakby od wichru skłębiony, ze zna- 
kiem rodu, wąsatą strzałą Odrowąża, na bron- 
zowej tkaninie. U stóp dumnego pana, przy lewej 
jego goleni, spoczywa wielki hełm rycerski, 
strojny w pięć rzędów piór pawich na czubie. 
Chcemy tu zwrócić uwagę na ów starodawny, 
średniowieczny sposób przedstawienia herbu z go- 
dłem na proporcu, a z klejnotem u nóg rycerza 

Nie jest nam znany twórca tego arcydzieła, 
ale, pomijając wskazówki inns, już na samej 
tylko podstawie jego pojęć heraldycznych, stwier- 
dzamy, że musiał być cudzoziemcem, może z Nie- 
miec pochodzącym, a wykształconym, poza całą 
znajomością renesansu — na wzorach klasy- 
cznych średniowiecznej (XIII — XIV stul.) 
sztuki rycerskiej *). 

Ponad architrawem, misternie z nim spojona, 
a bezpośrednio w ścianę świątyni ujęta, widnieje 
trzecia, najmniejsza płyta grobowca, wyobraża- 



>) Por. J. K. Kochanowski, »Heraldyka«, Warszawa. 
M. Arct. 1902 (rozdział III). 



Z WYC1B0ZKI PO KRAJU 



jąca kutego w bronzie aniołka z tarczą herbową 
Szydłowieckich i z napisem, nieczytelnym zdała. 

Opuszczamy Monumenia S0ydtovieciana pod sil- 
nem wrażeniem piękna, jakie z przed czterech 
stuleci bez mała chwili obecnej przekazały. 
Arcydzieło zachowano w porządku, a nawet za- 
bezpieczono je balustradą od strony kościoła. 
Posiadałoby tedy wszelką gwarancyę trwałości, 
gdyby nie rysujące się już niestety mury świą- 
tyni i zły przykład ręki niepowołanej, która, by 
połysk z bronzu wydobyć — starła cenny nalot 
starości — emalię (erugo nobilis), pokrywającą 
grobowiec, z jego części wybitnych: ze sceny, 
przedstawiającej ucztę, z anioła i z ramy; sam 
Szydlowiecki pozostał szczęściem nietknięty* 

Wśród fresków świątyni zwracają uwagę po- 
nad łukami filarów, oddzielających nawę główną 
od bocznych, postacie alegoryczne, z których 
jedna dzierży Orła i malowany nieźle portret 
Stanisława Augusta, inne zaś — tarcze herbowe 
z Odrowążem, Gryfem, Pogonią i Śreniawą, go- 
dłami kolatorów i dobrodziejów Kościoła, Nawę 
środkową zdobią ławki, pięknie rzeźbione, z wieku 
XVII pochodzące, a fundowane, jak świadczą 
herby, drążone w drzewie, przez Ostrogskich, 
którzy przed Lubomirskimi, a po Szydłowieckich 
i Tarnowskich, władali Opatowem 2 ), Widnieją na 



*) Baliński i Lipiński j. w, itr. 30*2, 



352 J. K. KOCHANOWSKI 

nich liczne napisy poetyckie, na cześć księcia 
Janusza (?) spisane, oraz godła województwa san- 
domierskiego, z herbami kniaziów łączone. 

W ścianach zewnętrznych Kolegiaty zacho- 
wały się dotąd odrzwia kamienne z czasów 
Szydłowieckiego, pokryte ciekawym ornamen- 
tem stylowym, a na murze, okalającym świą- 
tynię — płaskorzeźba ze św. Krzysztofem, pa- 
tronem Podkanclerzego. 

Drugą świątynią, zwiedzaną w Opatowie, jest 
odnowiony w roku 1901 kościół po-bernardyński. 
Pierwiastkowo stał tam pono kościółek parafialny, 
założony w wieku XI, a opromieniony podaniem, 
że w nim św. Stanisław nabożeństwo solenne 
sprawował 1 ). Próżnobyśmy jednak wśród ruin, 
czy odrestaurowanych murów klasztoru i ko- 
ścioła poszukiwali śladów przeszłości odległej. 
Nazewnątrz jedynie, w ścianie prawej świątyni, 
widnieją trzy fragmenty rzeźb kamiennych 
z XV wieku, później tam wprawione i mchem 
zczerniałym porosłe. Towarzyszą im w pobliżu 
nagrobki barokowe, mocno zniszczone: jeden 
z nich — któregoś Lanckorońskiego, zdobny 
w herb poczwórny — Zadorę, Korczaka i dwa 
Topory. Na dworze również, ale już na ziemi, 
spoczywa niewieści nagrobek renesansowy z za- 



l ) Legenda miejscowa: Utrwalili ją Baliński i Li- 
piński (por. j. w. II. str. 304) bez wskazania źródła. 



Z WYCIECZKI PO KRAJU 353 

tartym napisem. Szkoda go, bo rzeźba była 
wcale zręczna. 

Jeżeli sędziwa kolegiata opatowska razi sty- 
lem swych fresków barokowych, to niemniej 
dziwnie uderza oko archaizm tej polichromii 
niby gotyckiej, jaką pokryto kilka lat temu 
ściany kościoła po-bernardyńskiego, nacechowa- 
nego strukturą nader nowożytną. Widać w tern 
wprawdzie staranność wielką i troskę, godną 
uznania, ale mimowoli ciśnie się na myśl uwaga, 
że znajomość rzeczy nie szła tu w parze z za- 
pałem. 

Na kurytarzu klasztoru, w l^órym niegdyś 
ukrywał się pono Mikołaj Zebrzydowski po prze- 
granej bitwie pod Guzowem, zwraca dziś uwagę 
portret (XVII— kvill st.) Jana Tarły, fundatora 
Bernardynów opatowskich, zmarłego w Jerozo- 
limie 1488 r. Okrywa go habit zakonny, a wiersz 
polski, przed kilkudziesięciu laty na sąsiedniej 
ścianie zawieszony, sławi jego żywot — za Va- 
dingusem 1 ) — i bogobojne czyny. Tutaj to, na 
tym kurytarzu, znaleść się powinny usunięte na 
zewnątrz rzeźby i nagrobki, jeżeli nie mają zu- 
pełnemu uledz zniszczeniu. 



ł ) Jak brzmi notatka współczesna, zamieszczona pod 
tekstem. 



8ZKME I MOIIAZei. II 23 



354 



J. K. KOCHANOW8KI 



IV. 



Z Opatowa, drogą na Włostów, ruszamy ku 
Sandomierzowi. Okolica, przechodząca w plar 
szczyznę coraz rozleglejszą, karmi oko widokiem 
tej zamożności i dobrobytu, jakie towarzyszyły 
od wieków zwycięskiej dzielnicy. Na polach wlo- 
stowskich, nieopodal od zabudowań, widnieje 
znowu stary krzyż kamienny — tym razem 
okrągło toczony, a pokryty wdzięczną płasko- 
rzeźbą gron i liści winnych. Jak na figurę wiej- 
ską, w szczerem polu ustawioną, uderza arty- 
zmem pomysłu i wykonania, oraz niepoślednią 
starożytnością. Pamięta może czasy saskie, a może 
i nieco dawniejsze, świadcząc o małopolskiej kie- 
sie i dobrym smaku swego fundatora. 

Dalej — wśród malowniczej, falistej równiny, 
jak gwiazda zielona z kępą drzew pośrodku 
i promieniami sędziwych szpalerów lipowych, 
wyłania się stary Ossolin... Gniazdo odwieczne 
świetnego domu, który niegdyś na ulicach Rzymu 
»siał złote podkowy«, otrzymywał od papieży 
i imperatorów tytuły książęce, a w osobie kancle- 
rza i podskarbiego W. Kor., Jerzego Ossolińskiego, 
osiągnął szczyt dostojeństw i chwały, smutne 
dziś sprawia wrażenie. Złowrogie sic transit glo- 
ria mundi zdaje się wisieć nad całą tą miejsco- 
wością, nad przerzedzonymi rzędami lip starych. 



Z WYCIECZKI PO KRAJU 355 

nad ruinami zamku, z którego szczątków po- 
wstała pono część obecnych zabudowań dwor- 
skich; — nad oryginalną, jedyną w swoim ro- 
dzaju, kaplicą wschodniego typu, Betleem zwanąl 
Ta ostatnia trzyma się jeszcze najlepiej. Drzewa 
i murawa pokrywają, jak dawniej, kopiec, w któ- 
rego głębi mieści się jej sklepienie i trzy we- 
wnętrzne ściany. Arkadowa fasada kaplicy prze- 
puszcza do jej wnętrza strumień skąpego światła 
przez okno zakratowane, a tuż przy niem spo- 
strzegamy niewielką tablicę marmurową z na- 
pisem łacińskim. Opiewa on, że mury te, na 
wzór betleemski, fundował w roku 1640 Jerzy 
Ossoliński, a odnowił je i uposażył w roku 1760 
jego potomek, Józef Salezy, wojewoda sando- 
mierski. Czworobok całego terytoryum, w któ- 
rego głębi wznosi się kaplica, uwieńczona Lore- 
tańską wieżycą na szczycie, otacza podziśdzień 
parkan murowany, zamknięty bramą od wschodu. 
Węgły frontowe muru zajmują dwa domki małe — 
niegdyś pustelnia, a dziś ruina, chyląca się pod 
dziurawym gontem do upadku. Z zamku, zbu- 
dowanego w roku 1636 na jedynej w okolicy 
skale przez kanclerza, a zwalonego przed wie- 
kiem na rozkaz Antoniego Ledóchowskiego, ów- 
czesnego (1806 r.) dziedzica Ossolina *), pozostała 
jeszcze okrągła baszta szczerbata, mężnie sta- 



*) Baliński i Lipiński j. w. II. 282, przyp. 

23* 



356 J. K. KOCHANOWSKI 

wiająca czoło zniszczeniu i nieco rumowisk po- 
nad linią fundamentów. Dawne fosy, a obecnie 
płytkie rozdoły, pokrywa skąpa murawa; w po- 
bliżu lipy stare, córy tych, co tu niegdyś ogrody 
włoskie zdobiły, stroją człowieka na nutę tęsknej 
zadumy... 

Ale oto wieś ludna i bardzo bogata, a mio- 
dem życiem przebujnej roślinności tchnąca — 
stare Świątniki, »narok« średniowieczny Kole- 
giaty Sandomierskiej 1 ). Mrok już zapada nad 
kępami drzew wiejskich, przyśpieszamy przeto 
biegu i, przemknąwszy kilka wąwozów i wiosek, 
mniej górzystych, niż w świętokrzyskiem, ale 
malowniczych w księżycowem świetle wieczora, 
stajemy na noc w starościńskyn niegdyś Sam- 
borcu 2 ), pod dachem gościnnego domu pp. Krze- 
simowskich. Stamtąd prowadzi już droga nieda- 
leka, a bardzo odmienna od dotychczasowej, bo— 
przez milowy szpaler, wierzbami sadzony, wzdłuż 
żyznych, gęsto zaludnionych wiosek Powiśla — 
do Sandomierza. 

Miasta, przesłonionego przez konary wierzb, 
zwisające nad drogą, nie widać niemal do osta- 
tniej chwili. Mijaliśmy w szybkiej jeździe rzędy 



l ) Por. Fr. Bujak, Studya nad osadnictwem Małopol- 
ski, cz. I. Rozpr. Wydz. hist.-fil. Akad. Umiej. XLVII, 
str. 348. 

a ) Por. A. Pawiński, Małopolska III, 165, a nadto Ba- 
liński i Lipiński j. w. II. 277. 



Z WYCIECZKI PO KRAJU 



357 



chat wiejskich i porosłe wierzbami rozdoły, gdy 
nagle, jakby z gąszczu drzew wyrosły, zamek, 
panujący z góry wysokiej nad Wisłą, zajaśniał 
przed nami w słońcu poranka olśniewającym 
blaskiem swych białych murów. Byliśmy u kresu 
podróży. 

Niepodobna w szkicu pobieżnym, a na pod- 
stawie szybkich oględzin, wyliczać wszystkich 
zabytków i pamiątek, nawet donioślejszego zna- 
czenia, jakie w swych murach kryje to miasto 
sędziwe, stolica odwieczna piastowskiej dzielnicy, 
a potem województwa. Uczyniła to już przed 
nami obszerna literatura, a w pierwszym rzę- 
dzie badacz starożytności miejscowych, ksiądz 
Buliński, zmarły w roku 1874, oraz monogra- 
fista kościoła iw. Jakóba, nieodżałowany prof. 
Łuszczkiewicz. Chcemy tu jednak podzielić się 
z czytelnikiem wrażeniem tego, co widzieliśmy 
w Sandomierzu dnia 11 września 1905 r. 

Minąwszy krętą drogą, wiodącą pod górę, wy- 
niosły i obszerny zamek sandomierski, zbudo- 
wany w postaci obecnej w roku 1520 przez Zy- 
gmunta Starego 1 ), a świeżo widać odnowiony 
i blachą pokryty, dążymy przez ulice małomiej- 
skie, w powodzi drzew skąpane, ku rynkowi. 
Wznosi się w jego sercu piękny, z rysunków 
znany, ratusz gotycki, nader lekkiej budowy, za- 



») Baliński i Lipiński j. w. II. 278. 



358 



J. K. KOCHANOWSKI 



chowany dobrze i na specyalną monografię zar 
sługujący. Strzeliste zakończenia ścian, przesła- 
niające widok na linię poziomą dachu, tworzą 
z pionową tendencyą budowli harmonię niepo- 
spolitą, zepsutą chyba tylko przez późniejsze — 
cornme de raison barokkowe — zakończenie wieży. 
Szczegóły rzeźb i ornamentów w cegle i kamie- 
niu, a nadewszystko przepiękne głowy ludzkie, 
co, niby zdobne wyloty rynien, tkwią w gór- 
nych węgłach budynku, napraszają się o spopula- 
ryzowanie ich w dobrej reprodukcyi. Zresztą ry- 
nek, poza planem topograficznym, stracił wszelką 
cechę starożytności. Otoczony przeważnie dom- 
kami mizernej konstrukcyi i barw płowych, za- 
brukowany licho a natłoczony w dniu jarmarku 
okolicznym ludem, pozbawionynf już całkowicie 
barwnych strojów swojskich, robił w tym dniu 
wrażenie pospolitego targowiska, urągającego 
szlachetnej budowie ratusza, który wystrzela ku 
niebu. Ale żałujemy niebawem tak surowego 
sądu: podobnie wyglądać musiał niegdyś, n. p. 
w czasach Rzeczypospolitej Krakowskiej, nasz 
rynek prastołeczny, nim przywdział obecną 
szatę wielkomiejską. 

Przeciskamy się z trudem ku katedrze, da- 
wnej kolegiacie, która wznosi się w pobliżu od 
środka miasta, na szczycie góry, panującej nad 
Wisłą. Otacza ją ład i porządek, a strzeże ogro- 
dzenie żelazne, zamykające całe terytoryum ko- 



Z WYCIECZKI PO KRAJU 359 

ścioła. Mimo pożaru, jaki go dotknął w r. 1656 *) 
w erze wojen szwedzkich, starożytność wieje po- 
dziśdzień od całego gmachu, obłożonego pokrywą 
z cegieł czerwonych i czarnych na wzór sza- 
chownicy, a wzniesionego w stylu gotyckim. 
Świątynia nie przemawia wprawdzie do widza 
czasami pierwiastkowych swych fundatorów — 
Krzywoustego (?), ani syna jego, Kazimierza ■) 
lecz poi oko harmonią kształtów i wdziękiem 
linii stylowych. Drobne na zewnątrz dary szczo- 
drego barokka, jak portal główny i ozdoby ściany 
frontowej, przechodzą w orgię barw i łamańców 
dopiero wewnątrz kościoła. Czegóż bo tam nie 
stworzył nasz styl zepsuty szalejącej kontr- 
ref ormacyi ? ! 

Powyginał ; w esowate sploty linie ołtarzy, 
kłócących się z lekkością architektoniczną mu- 
rów; pokrył je tysiącem ozdób krzyczących, 
a ściany świątyni — wieńcem bohomazów, ma- 
lujących na płótnach olbrzymich rozmiarów 
sceny apokaliptyczne mąk piekielnych, mają- 
cych przedstawiać wspomnienie z najazdów ta- 
tarskich na Sandomierz w wieku XIII. Dwa — 
jeśli się nie mylę — obrazy, zawieszone w ich 



*) Tamże str. 279. 

a ) Tamże j. w. — Por. Władysław Abraham: Orga- 
nizacya Kościoła w Polsce do połowy wieku XII. Lwów 
1893, str. 159. 



360 J. K. KOCHANOWSKI 

rzędzie, a poświęcone t. zw. rytualnym mordom 
żydowskim, noszą na sobie piętno lepszego pędzla. 
Pochyloną postać żyda, występującego na pier- 
wszym planie malowidła, uznaćby nawet można 
za niezłe dzieło sztuki, gdyby nie rysunek wa 
dliwy reszty jego towarzyszów. 

Na lewej ścianie prezbyteryum, ponad sta- 
lami u góry, zwracają uwagę dwa obrazy stare 
(XIV— XV st), z których jeden przedstawia »Po- 
całunek Judasza*, a drugi » Wieczerzę Pańską*; 
oba zasługiwałyby na lepsze światło i na lepsze 
miejsce w świątyni 

Ciekawy jest także barokkowy ołtarzyk prze- 
nośny z hebanu i srebra, ustawiony w prawej 
kaplicy, przylegającej do prezbyteryum, a ozna- 
czony herbem Wadwicz u podrióża cyboryum. 

W skarbcu katedralnym, utrzymanym wzo- 
rowo, a stanowiącym poważny już zawiązek mu- 
zeum z zakresu paleontologii, archeologii i sztuki, 
uderzają — poza dużym zbiorem średniowie- 
cznych rękopisów kościelnych — cztery przed- 
mioty cenne: Wielki relikwiarz gotycki pozła- 
cany, gobelin, bardzo już zniszczony, a zalega- 
jący ścianę w głębi skarbca, tryptyk ze św. El- 
żbietą, malowany na drzewie (XV st.) i — na- 
dewszystko — piękny obraz olejny, zawieszony 
ponad drzwiami od wejścia, a przedstawiający 
»Hołd trzech Królów« (XVI st.). Jednym z nich 
jest Zygmunt Stary, jakby żywcem przez mi- 



Z WYCIECZKI PO KRAJU 



361 



strzą włoskiego we wczesnej dobie Bony por- 
tretowany. 

W pobliżu katedry, wznosi się, podobny do 
krakowskiego, stary »Dom Długosza* z Wie- 
niawą i z napisem gotyckim ponad drzwiami. 
Cały z cegły nietynkowanej, mieści dziś mie- 
szkania służby kościelnej, a domaga się rychłej, 
jaknajśpieszniejszej odnowy. 

Podążamy dalej, na drugi kraniec miasta, po- 
przez wijące się z góry na dół kręte uliczki 
wyboiste, by dostać się na wzgórze, zielenią 
okryte, a piastujące na szczycie mury sędziwe 
klasztoru po-dominikańskiego św. Jakóba. Od- 
legła starożytność świątyni, mało nadwyrężona 
przez dodatki p^niejsze, zachowała się tu naj- 
lepiej w postaci zewnętrznej kościoła. Uderzają 
w niej jeszcze liczne cechy romanizmu, tak rzad- 
kie w naszej architekturze, a warkoczowe orna- 
menty łuków i filarów, zdobiących odrzwia, wy- 
konane z gliny palonej, stanowią osobliwość na- 
der wyjątkową i cenną *). Wnętrze — poza liniami 



l ) Władysław Łuszczkiewicz (Sprawozd. Kom. hist. 
sztuki II) poświęcił specyalną monografię tej świątyni. 

Dochodzi nas, wśród druku książki, wiadomość, że 
po nieszczęsnym pożarze z r. 1906-go, który strawił część 
tej świątyni, Warszawskie Towarzystwo opieki nad za- 
bytkami, w porozumieniu z Komitetem sandomierskim, 
zamierzyło zająć się umiejętną a gTuntowną restauracyą 
Kościoła św. Jakóba, oraz Domu Długosza. 



362 J. K. KOCHANOWSKI 

ścian i sklepień bielonych, a zdobnych również 
w warkocze, uległo, jak większość naszych bu- 
dynków kościelnych, wszechpotężnemu wpły- 
wowi barokka. 

Zachowały się jednak i pamiątki stare, a w ich 
rzędzie wymienić trzeba, jako pierwszą — czworo- 
kątną płytę kamienną (pocz. XIV st), wyobra- 
żającą w płaskorzeźbie leżącą postać niewieścią 
wielkości niemal nadnaturalnej — o włosach 
przy szyi strzyżonych, odzianą w szatę powłó- 
czystą i składającą ręce na piersiach do wie- 
kuistego spoczynku. Otacza ją stary napis go- 
tycki: Hic jacet daminicella Adelais... ducis Gasi- 
miri filia, ducis Lesłconis soror... To nagrobek 
księżniczki Adelajdy (1249— 12^1 *), córki Kazi- 
mierza, ks. Kujawskiego, a siostry Leszka Czar- 
nego i Łokietka, rzekomej fundatorki, istotnie zaś 
mieszkanki zakonnej tych murów, w których 
Iwo Odrowąż, biskup krakowski, 1226 r. Domi- 
nikanów osadził 2 ). Płytę, przez pół pękniętą, ale 
odrestaurowaną starannie, wmurowano niedawno 
w ścianę jednej z kaplic kościelnych, pokrytej 
nowożytnym freskiem »tatarskim«. Stoi tam na- 
przeciw starego epiłaphium nowy sarkofag dę- 
bowy, pracowicie z jednej, olbrzymiej kłody 



>) Por. Oswald Balzer: Genealogia Piastów, str. 337, 
338, 339. 

8 ) Por. tamże str. 338. 



Z WYCIECZKI PO KRAJU 363 

drzewa rzeźbiony, z leżącą na wieku postacią Ade- 
lajdy, w mitrze książęcej na głowie. Kryją się 
w nim pono, w szkatułce niewielkiej, prochy mni- 
szki — Piastówny, z grobów klasztornych dobyte. 

W rzędzie zabytków starszych, zdobiących 
filary nawy głównej, godzi się wymienić rycerski 
nagrobek kamienny (XVI st.), płytę grobową nie- 
znanego bliżej Jana Doktora (szlachcica), zmar- 
łego w roku 1427, fragmenty bronzów renesan- 
sowych, przedstawiające herby: Leliwę, Zadorę, 
Rawicza, Grzymałę i Świnkę, a wreszcie — 
skromne epitaphium mieszczańskie z gmerkiem 
(godłem) w pośrodku i polskim napisem: Sławni 
Mathis Bogvczki, miesczanin sandomierski, sobie 
i Zophiey Pothoczfcey, małżonce, wespołek z dziath- 
kami swemi na wieczną pamiątkę położył. Amoris 
ergo proście m nie Pana Boga. Anno Domini 
MDLXXXV (1585), die vero ocłava mensis junii. 

Lewa ściana świątyni dźwiga kilka niewiel- 
kich nagrobków barokkowych, mniej cennych. 
Należą one przeważnie (trzy płyty) do rodziny 
Gryfitów Chronowskich. Nie byłyby może godne 
wspomnienia, gdyby nie osobliwość heraldyczna, 
jaka na jednym z nich uderza. Herb Gryf, zdo- 
biący grobowiec Katarzyny Chronowskiej, może 
i de domo Gryfitki, składa się z dwóch Gryfów, 
splecionych z sobą ogonami i ułożonych w kształ- 
cie półksiężyca. Wielce to oryginalna dowolność 
pomysłu, warta zaznaczenia. 



•mu; :;:mi:: liiwiMiiir'. - ^ przed I&17 rie 
ii-.-ai. łłwłui.-.M^M, Łtniiru. u a, .-z dziś? już zri5z:-i«an 
pi'i:-.i!m-iih: : :m '•■:•:;: ni>kr ,- ::i. kr^e w czarnym 
.ms:i i \i--i*i*:;:»\vii iin-;*. pięcneffc p?^*' 
;ł -. » ;•::-• v ar :lii!\ ł i!s.Hv; iTzeasiawia or. Chry- 
..u:.j ... ..• . • .i v .u.iu:/.*!ihl; ćwoch nie , wia5t 
•.-i:-i:i. .-i -v ;uk. Hui± te.! osianuej po- 
0:1. '■ 'iiis.-: . >.:u:l■MlŁa: , ■ f.ićzianei. zn&mio 

.,..■-. :i::.. . :. .:tli?Si IlłttiaOtt WySOtfi WaTtOŚó 

•. • . ..u;. 
\ '.:::■. ..:*;!.!:■:. SV .'iU'KU. 5>Tl-"WCa biskUJW 

»■.■ -v :;.:. .■!::::■' KŁ^fcoru do^r.rr.ikać- 

.. ■ .- . '• .-.s. : .i.*s;:i.it» .ujr:*:" recc Swżęreffo. 
•».-.. .!.'.■■■•::■ :Ki/:-.L!.Mtfn: smutku w rcfa 



-. -■ _ _; -*r i-rftl. 



Z WYCIECZKI PO KRAJU 



365 



postaci historycznych (np. ks. Józefa Poniatow- 
skiego) i lokalnych (np. burmistrza sandomier- 
skiego z pierwszej połowy XIX wieku); ciekawy 
wreszcie ze względu na dobre płótno szkoły wło- 
skiej (? XVII st.) — » Wieczerzę Pańską«, za- 
wieszoną u chóru — ale ciekawy nadewszystko 
z powodu grobów, kryjących między innymi 
zwłoki »świętej panienki*, Teresy Morsztynówny 
(f 1707 r.) i ojca jej, Stanisława (f 1725 r.), wo- 
jewody sandomierskiego, tłumacza Seneki i Ka- 
syna, autora trenów, na śmierć córki pisanych. 



V. 



Jeżeli groby świętokrzyskie rodzą przeraże- 
nie, to z tych natomiast wieje — jak przystało — 
spokojny smutek i wielka powaga. 

Z głównej nawy kościelnej opuszczamy się 
po wygodnych schodach kamiennych w głąb 
podziemi... Przez utrzymane dobrze i pozbawione 
zaduchu sklepy, pełne trumien, posuwamy się 
zwolna ku ostatniej kamerze, gdzie wprost na 
piasku, z cegłami w wezgłowiu, spoczywają bez 
trumien i obuwia — na znak pokory — dwaj za- 
konnicy, w habity odziani. Gdyby nie kuny, które 
szerzą tam pono zniszczenie, rysy ich twarzy by- 
łyby jeszcze nieźle zachowane. W trumnie już, 
w sąsiedztwie niedalekiem, spoczywa jakiś dawny 



366 J. K. KOCHANOWSKI 

wojskowy z sianem pod głową i w szacie powłó- 
czystej; twarz zachowała wyraźne ślady zarostu.. 
Dwie skrzynie wyróżniają się z pośród in- 
nych wielkością swoją. Jedna z nich kryje tru- 
mnę Morsztyna, druga — jego »dziewki drogiej*. 
Po uchyleniu wieka pierwszej trumny, krytej, 
jak i druga, spłowiałym aksamitem wiśniowym, 
zdobnym w guzy złote, ukazuje się oczom na- 
szym postać Wojewody, jakby zapadająca się 
pod fałdami bogatego stroju w głąb ziemi. Kró- 
tkie buty skórzane — barwy niegdyś może czer- 
wonej, dziś cynamonowej, jasny żupan jedwabny* 
nieco zbutwiały, przepasany lśniącym pasem 
złotolitym, zachowanym wspaniale, rękawiczki 
białe i spłowiały biret niebieski na głowie — 
robią wrażenie szat, ułożonych bez pana, na 
jednej płaszczyźnie. Z pod biretu tylko, zsunię- 
tego na oko prawe, widnieje twarz wychudła, 
niemal kościana, barwy szarej, boleśnie i jakby 
z sarkazmem skrzywiona. Morsztynówna nato- 
miast, pomimo, że leży tu dłużej o lat osiemna- 
ście od ojca, sprawiałaby dziś jeszcze wrażenie 
osoby śpiącej, gdyby nie popielata barwa oblicza. 
Oblicze to młode, pełne i piękne panny 18-letniej, 
spoczywającej na wezgłowiu z mory białej, po- 
siada wyraz dziwnej słodyczy i spokoju. Wień- 
czy je biały łubek jedwabny, z pod którego spły- 
wają resztki długich włosów czarnych. Suknia 
adamaszkowa o lekkim odcieniu różowym, ko- 



Z WYCIECZKI PO KRAJU 367 

ronkami zdobna, szyte srebrem pantofle skó- 
rzane, dewizka złota i rękawiczki białe — ca- 
łość szat, jakby świeżych, pokrywa tu, zda się, 
ciało młode i pełne, któremu, w podziwie nad 
tą łaską nieba, pia fraus czyjaś nadała barwę 
krwistą życia i zdrowia pod rękawiczką jedwa- 
bną na kiści ręki prawej. 

Opuszczamy podziemia z silnem wzrusze- 
niem. Taki obraz przeszłości odległej przema- 
wia do wyobraźni nad wyraz potężnie... Gdy- 
śmy czytali w chwilę potem w kościele, na 
górze, ryte w głazie, a przez ogień niegdyś 
strawione, litery stare trenu Stanisława Mor- 
sztyna na śmierć wojewodzianki, zdało się nam, 
że to, cośmy wlftzieli na jawie, było snem mi- 
stycznym, który nas za wieki przeniósł, za 
ludzi i za wypadki... 



Na resztę pamiątek sandomierskich nie stało 
już czasu. 

Srebrną wstęgą Wisły, zarosłym wikliną po- 
brzeżem galicyjskiem, opuściliśmy na »Sokole« 
przepiękną panoramę starego Sandomierza, uno- 
sząc tyle wrażeń podniosłych z jego krainy. 
Wyniosłe wzgórza Zawichosta, ludne powiśle 
lubelskie, malownicze zwaliska pałacu w Józe- 
fowie, kościół w Piotrowinach, Solec, widniejący 



368 J. Ł KOCHANOWSKI 

wśród górskich • rozdołów, biało-iółtawe rmn 
zamku w Janowcu i sędziwy Kazimierz 2 
swymi kościołami, resztkami zamku i baszt 
białą, wystrzelającą z zieleni — oto widoki un 
cze, a wymowne, jakie towarzyszyły nam ni 
przerwanie aż do ślicznych Puław, skąpanyc 
w gąszczu przedziwnej roślinnością 
Zresztą — guantum mułatum ab tUo!^ 
Wieczorem prozaiczny wagon kolejowy p 
wiózł nas i wspomnienia nasze aż do Warszaw 



SPIS RZECZY. 



8tr. 

Najnowsze kierunki w historyozofii a wskazania 

historyografii naukowej 1 

Przyczynki do dziejów rozwoju pojęć moralnych 

na tle zabytków języka polskiego 18 

Rozwój dziejopisarstwa polskiego w drugiej poło 

wie XIX-go wieku 29 

Kmiecie w Polsce .... 47 

Kiedy Boruta był pacholęciem 91 

Szósty Kongres Międzynarodowego Instytutu Socyo- 
logii w Paryżu, odbyty w Londynie w lipcu 

1906 roku 233 

Jakób Caro 255 

Franciszek Piekosiński 275 

Konklawe i koronacya Piusa X-go 289 

Z wycieczki po kraju (garść wrażeń) 327 



szmoE i oftoiuzei. u. 24 



Poicsa -tic. f vo airzłftdjtc t&%\ 



-mi rok VIII) jest 

ie po- 



fcrytyaaie wszystkich Jtir^zck włż- 
lKsząika* w tozdym aumerze, 
t5p^óci ocen, podaje pełftazribliogrijjf bte* 
t%ccgo ptiicBimf wi polskiego* uporz^^s 
kowana wedhtę działów specyaJnyctu 
iKsbtżkac w artykułach wstępnych i kro- 
nice swojej jnfbrrau|c o wszy 9t ki cm. co 
}at w związku z ruchem piśmienniczym 
i wydawniczym u ais. 

Nizka cena pre numeracyjna i Książki*, 
wobec jej rozmiarów i obfuej treści, czyni 
ją dostępną dla wszystkich. 

Próbne numera otrzymać można w każ- 
dej księgarni oraz u wydawców w księgarni 

E. WEN DE I SR (T. Hiż i A. Turkuł) 

WAR5ZAWA, KRAKOWSKIE PRZEBM1EŚC1E 9, 

Prenumerata roczna tylko rb* 2* z przesyłką 
pocztową tb. 2"$0* 







O 7 .K7 1908 

Szkło© \ drobiąc historyczne 

Stanford Uniwrsity Librartea 




3 6105 041 342 952 





Stanford University Libraries 
Stanford, California 

Return this boofc on or before datę due.