Skip to main content

Full text of "Teka Wileńska"

See other formats


This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project 
to make the world's books discoverable online. 

It has survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one that was never subject 
to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books 
are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to discover. 

Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 
publisher to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying. 

We also ask that you: 

+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for 
personal, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's Information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers 
discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web 



at |http : //books . google . com/ 




Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznych pólkach, zanim została troskliwie zeska- 
nowana przez Google w ramach projektu światowej biblioteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 
dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 
dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 
dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 
długą podróż tej książki od wydawcy do biblioteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady użytkowania 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prace takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostarczać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 

Prosimy również o: 

• Wykorzystywanie tych plików jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w niekomercyjnych 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysyłanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tłumaczeniami maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości tekstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny "Google w każdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowych 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 

• Przestrzeganie prawa 

W każdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana książka została uznana za część powszechnego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób traktowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych krajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej używać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 



tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem http : //books . google . com/ 



tV: 



% - 



W- 



^tcvvr-S'l'lS- ŁSl (S"-'*) 



s 



Bougjit withtheincome of 
THE KELLER FUND 



Bequeathed in Memory of 

JasperNewton Keller 

Betty Scott Henshaw Keller 

Marian MandellKeller 

Ralph Henshaw Keller 

Gn^rlTilden Keller 




f 



V 



IL 



9 ^ K^ 



% 



w I L E Ń S r A 



ITTTi ŁW żklT Ł 



.w^ 



PRZEZ 



JANA ZEillTINA. 



NUMER PIĄTY. 



WILNO. 

w DRUKARNI A. MARClNOWSKlESO. 



18 5«. 




4^ . 



3 






Potwolono drukować % obowiąikiem sloienia w KomiUcte Cantury pra- 
wem oinacłODćj liezby ezemplarsy. Wilnoi 29 Kwietola 1858 foku. 



CMior Pawal Kmk«lalk. 






NOTATKI DZIWAKA, 

POWIERZONE SOBIE 

OGŁOSIŁ 
WAOŁAW V. 

ROZBITEK M i. 

MARZYCIEL-MATEMATYK 

{Ciąg dalszy). 

DZIENNIK KAROLA. 



Wilno 20 czerwca* 184... 

Są uczucia, którym zaciasno w ludzkiój piersi; wola 
nad niemi zapanować niemoże, a chociaż rozpromieniają 
nieraz cafe nasze jestestwo, jeżelibyśmy je chcieli ukryć 
w sobie i z niemi się pieścić, stają się one ciężarem, do- 
magają się gwałtownie wylania na zewnątrz, czy to w po- 
ufnej serdecznej spowiedzi przed bratem z ducha, który 
nas pojmie, zrozumie i razem z nami będzie bujał w uro- 
czych przestworach rojeń zaludnionych przez rozigraną 
wyobraźnię, czy też spowiedzi przed samym sobą. 

Dopókim był małćm chłopięciem^ i wszystkie myśli 
ześrodkowywały się w chwili bieżąećj) nigdy tęsknota nie- 
nawiedzała mych piersi, byłem swobodny, jako wiatr w po- 
lu, spokojny i niotroskliwy o siebie, bo wiedziałem że inni 

TEKA N. V. 1 



2 286 

myślą za mnie, inni o moim losie stanowią, a ja powinie- 
nem tylko pracą usilną wspierać zamiary starszych. Dziś — 
gdy pierwszy raz mi powiedziano publicznie, że jestem 
już człowiekiem, że muszę sam myśleć o sobie, — przy- 
szłość niepewna, przerażająca stanęła mi przed oczy ze 
swą zagadkową fizyonomiją sfinxa niepojętego; myśli 
wolne od hamulca rozpierzchły się swawolnie — niemogę 
zdać sobie sprawy z uczuć, które mi pierś przepełniają; — 
a jednak pojmuję to dobrze, że teraz właśnie powinienem 
trz3rmać się na wodzy, zdawać sobie sprawę z każdego 
swego postępku, każdy zamiar pićrwićj dobrze rozważyć, 
niż w czyn zamienić. 

Dla tego więc postanawiam od dziś, zapisjrwać wszyst- 
kie najtajniejsze myśli i zachcenia chociażby kiedy przyszło 
zarumienić się przed sobą samym: — przecież mych wy- 
znań nikt czytać niebędzie, moich świętości niesponiewiera 
obojętny wzrok ciekawości; — a może kiedy za lat wiele prze- 
biegając te karty, na których każda chwila życia wj^isa- 
na, wrócę wspomnieniem wiata młodzieńcze — i będę z tych 
kart czerpał otuchę w strapieniu; one mię skrzepią na 
walkę z życiem i przeciwnościami. 

Noc spokojna — przy otwartem oknie mojćj staucyjki 
na poddaszu, siedzę rozmarzony rozkosznie, zmęczony wy- 
padkami dnia dzisiejszego; przede mną wieżyca Ś-to Jańska 
wyskoczyła wysoko w górę i osrebrzona promieniem xię- 
życa, ostremi konturnami zarysowy wa swe kształty na cie- 
mnym lazurze; jćj dumne czoło, górując po nad całćm mia- 
stem swą wjmiosłością i szronem przeżytych wieków, hardo 
się nadstawia chmurom przelotnym; a u stóp jćj szemrzące 
źródło — to łez krynica, łez wylewanych za tćm co minęło 
od lat dawnych; a cichy szmer odłńjający się o ściany ota- 
czającego domówstwa i po krawędziach wieżycy wdziera-. 



287 3 

jacy się aż do niebieskich stropów — to poufna Bkarga, ser- 
deczne wyznanie, które gwar dzienny swym interesowa- 
nym zgieiidem zagłusza, i nikt zrozumieć niemoże, i nikt 
posłyszeć niechce wyszemranyołi przypowieści z dalekićj 
przeszłości... a wiele widziała wieżyca. Wartoby jćj po- 
słuchać i wziąć do serca jćj słowa. Lecz nasze serca mar- 
twe, wyobraźnia ołowiem przystroiła skrzydła i lęka się 
uchylić zasłony, co dolę praojców zakrywa, by ztamtąd 
nieurósł groźny wyrzut, żeśmy niesprostali swym obo- 
wiązkom, że spuścizna poświęcenia ,i miłości zacięźka na 
nasze barki. I po cóż nam karłom w pieluchach , ktiórych 
cały cel życia, to byt materyalny i trochę rozgłosu chociaż- 
by szalbiersko zdobytego, stawać oko w oko z przeszłością? 
Oglądam się dokoła, patrzę na swoich rówieśników i we- 
wnątrz własnej zaglądam piersi, i szukam zapału tych wznio- 
słych uniesień, które młodzieńczość stanowią, i pytam: czy 
my żyjemy, czy tylko jesteśmy? 

Wczoraj zebraliśmy się w kilkuiKwtu, my, dzieci ju- 
tra, przed którymi zda się cały świat stoi otworem. A by- 
ła to ważna chwila w naszem życiu, bo to było wiliją dnia, 
w którym mieli nas pasować na ludzi, rozdając publicznie 
patenta w radzie nauczyoielskićj, i pobłogosławić na drogę 
życia ręką, ca kierowała nasze dziecinne kroki, rodziciel- 
skiem współczuciem, które myśl nasze przez lat tyle bu- 
dziło i piórwsze ziarna poczucia obowią;aiku wszczepiło 
w nasze serca. Dziwne to była nasze zóbranie! Jedni znie- 
oględnością dziecięcia jak ptaszę co się z klaAki wyrywa 
niechcieli badać jutra: bo i cóż to ieh obchodziło? chwila 
obecna dla nich wystarcz^-ła. Inni z jakąś bojaźnią pa- 
trzali w przyszłość:, bo- prze(&zuwaU wiele zawodów w ży- 
ciu, przeciwności wzrastały w olbrzymie kształty w ich wy- 
obraźni, i nif*przyzwyczajeiii do saiiiodzieliiości, żałowali 



4 288 

tych pasków, na których ich prowadzono, chociaż do tego 
się nieprzyznawali. Szukałem pośród swoich oddźwięku 
dla myśli, co mi mózg paliła, pierś rozsadzała, — i gdy już 
pierwsze upojenia, utyskiwania i skargi przeminęły, gdy 
każdy wylał w słowach to co mu ciężyło, takem do nich prze- 
mówił: „Jutro idziemy w świat. Nasze wstąpienie w szran- 
ki życiowe niepowiiiho się odbyd pod gocUem sobkowstwa 
i dbania tylko o siebie; my jesteśmy przedstawicielami je- 
dnaj chwili życia, i za 'tę chwilę zmarnowaną Bogu odpo- 
wiedzieć będzie potrzeba. Kto dzisiaj myśli o sobie, o swo- 
ich celach i o swoim tylko losie, ten niema prawa do życia/* 

— No , to ja będę żyć bezprawnie! — odezwał się jeden 
z koleżków, dziecię zamożnych rodziców, — ^ja tak siebie ser- 
'decznie kocham, że bez względu na wszystkie teorye ni- 
gdy o tćm zapomnieć niemogę. Widzisz mój Karolu, ty 
zawsze mówisz pięknie i gotowem cię słuchać kto wie jak 
długo, kiedym niegłodny; ale chciej zważyć, że dla orła 
powietrze, dla ryby woda; tyś marzyciel, tobie ten stary 
professor Jan swojemi lakonicznemi maxymami głowę 
przewrócił, to tobie się i zdaje, że Bóg do wielkich rze- 
czy ciebie powołał, A ja to co innego, ja sobie jestem 
urwis i wcale sobie głowy niekłopocę, co tam i jak będzie. 

— I dobrze robi Ignaś; po co to sobie głowę zaprzątać? — 
przerwał drugi. — Wszakże pamiętasz co nam zawsze bedel 
dowodził, kiedy który 35- nas tjómacząc się powiedział, że 
myślał tak albo owak: „Hm! wacan myślisz bardzo źle, 
bardzo źle! młody człowiek niepowinien myśleć, ale słu- 
chać; to swawola, mości dobrodzieju, to nieposłuszeństwo; 

^ a od czegóż są naczelnicy?" I mówiąc to młody chłopak 
poprawiał kołnierzyki, nadymał się i chodził po pokoju, na- 
śladując z niesłychaną zręcznością i dokładnością całą ko- 
miczną postawę nasz(.*go l^edeku 



289 5 

Śmićoh homeryczny rozwiązał tę wainą kwestyę. Smia- 
iem się i ja wraz, z innymi; ale jakoś mi bolesno byio na 
duszy: oni powiadają, iem ja marzyciel — i dla czegóż? 
przecież kocham ich jak braci — to rzeczywistość ; poj- 
muję to życie praktycznie, może praktyczniej niż inni, bom 
nieraz musiai bez wielu się rzeczy obywać i dla kupie- 
nia xi^ki wyrzec się kilka obiadów. Ja miałbym prze- 
cież prawo, samowolną pięścią kołatać do podwoi łaski, ko- 
leją domagając się o byt dla siebie; — ale nie: ja do tych 
gonitw o rubla należeć niebędę — czuję wewnątrz mćj 
piersi zapał nieudany, — poświęcenie dla mnie niebędzie 
strasznćm, nierozpieściły mię zbytki, nieskrępowały ducha 
nawyknienia... Dzięki ci, professorze Janie ! tyś mi wska- 
zał cel życia, a taki święty, niepokalany przez sobkowstwo 
ani przez słabość ludzkąl 

— Wszystko to bardzo pięknie, — powiedział Ignaś; — ale 
ja trzymam się zasady: „w wątióm ciele słaba dusza'', chociaż 
nasz kapelan trochę się krzywi na tę maxymę — ale cóż 
począć! myśmy słabi. A zatćm przez wzgląd na nasze 
ciało wnioskuję, aby się napić herbatki. 

— Zgoda! zgoda! — zawołali wszyscy, — ale jakże to będzie? 

— Juneis viribu$y mości panowie, ot co! może nie po- 
łacinie? 

— Ach mój Boże, i wszystko napróżno! Niesłyszysz, mój 
potomku (choć nie w prostćj linii) Cyceronów i całćj ko- 
horty gadułów w togach , niepoprawisz mnie dwójki, ja- 
dę bez patentu do mamy, będę musiał opowiadać bajecz- 
ne hifitorye o prześladowaniach, niesprawiedliwościach — 
mama ze łzami będzie mnie słuchać i, rozumie się, uwie- 
i'zy, że to zazdrość skrzywdziła jćj jedynaka* 

— Mój Ignacy, — ^przerwałem mu — ^matka cię kocha, a ty 
ją oszukujesz,^ 



6 f90 

— Oho, mój Katoniel wtaioie dla tego, że mię kocha, mu- 
szę ją oszukać: lepiej niech sobie myśli, żem skrzywdzo-, 
ny, niż żem nic dobrego. Ale do rzeczy, mości panowie! 
Najprzód ja, jako człowiek najpraktyczniejszy, mam herłwi- 
tę i cukier w kieszeni. Jasiek dostanie samowara i szkla- 
nek u gospodyni, bo przecież on gospodarz i może się 
zdobyć na poświęcenie, wysłuchać przy okazyi litaniję na- 
rzekania na złe czasy, na dwóch złych mężów, których po- 
chowała i t. d. Ale tego jeszcze mało! trzeba jeszcze zro- 
bić inwentarz naszych finansów , a jako kto może niech 
ku poczciwej sprawie dopomoże — może cytacya niedokład- 
na ale w porę. Ja składam na ołtarz dobra publicznego 
gr, Pol. 7; więcej niemogę bo niemam. 

Jaś poszedł po samowar i szklanki, my zaczęliśmy 
najsumienniejsze poszukiwanie po naszych kieszeniach, i 
przy Bożój pomocy jakoś wkrótce przyzwoita kupka mie- 
dziaków znalazła się na stole. 

— Powiadają: szanuj groszr, grosz cię uszanuje, — ciągn^ 
dalój Ignaś, — piękna teorya, ale chciałbym wiedzieć, jak te 
grosze zebrane na stole uszanują nasz apetyt, kiedy swo- 
jćj pracy do nich nieprzyłożymy? Macie ustęp z ekono- 
mii o kapitale i pracy — widzicie , ze nauka i w życiu ma 
pewne zastosowanie. Qua causa^ mospanowie, na głosy: ko- 
go wysyłamy w ważuój missyi zakupienia bułek ? bo do 
wszystkiego, potrzeba specyalnej kwalifikacyi, jak powiada 
projfessor fizyki. 

— Karola posyłać niemożna, — zawołał Józef silnie zbu- 
dowany, pulchny, z wyrazem powszedniości na twarzy,^-bo 
zobaczycie, że idąc kolo kościoła pdowę rozda żebrakom. 

— No i ciebie niebardzo można posyłać, — przerwał 
Ignaś,— bo ty w drodze wprawdzie ^ienakarmisz łaknącego, 
ty m\(i w tkliwość niebawisz, ale trzy czwarte obrócisz na 



291 7 

pożytek twojej indywidualności; ja głosuję 2a Franciszkiem; 
czyż my go darmo starym nazywamy? Najprzód, wiek 
jego i systematyczność broni go od wszelkiego roztargnie- 
nia, — ^powtóre: znacie przecież jego praktyczność, on ktipu- 
jąc librę papieru, przejrzy każdy arkusz, czy niema skazy. 
— Głosujemy za Franciszkiem— Franciszek nasz de- 
putowany! — zawołaliśmy jednogłośnie.^— Franciszek Draw- 
dzik był jednym z najlepszych uczniów w naszej klassie; 
niedał mu Bóg świetnych zdolności, ale bieda wyrobiła 
w nim charakter i wolę. Kiedyśmy pustowali, on ucząc 
dziatwę czytać , korepetując kolegom z niższych klass, 
przepisując kajeta, zarabiał na swojo utrzymanie — i nigdy 
niemogliśmy się wydziwió jak mu na wszystko starczyło 
czasu; umiał sobie wszystkiego odmawiać pod względem 
wygód życia, byle tylko zapewnić sobie środki do nauki, — • 
i tak robiąc spekulacye na swoim apetycie , w przeciągu 
dwóch lat ostatnich pobytu w gimnazyum , zebrał sobie 
w cale niezłą biblijoteczkę z kilkudziesięciu ale wył)oro- 
wych dzieł złożoną. Często wiedząc że niema za co ku-- 
pić obiadu, zamożniejsi koledzy zapraszali go do siebie. 
Franciszek przychodził, ale niedotknął okruchy chleba, i 
kiedy mu wyrzucano, żezb3rtjest dumnym i niechce przy- 
jąć bratniej pomocy, zwykle odpowiadał; — dumny; niewo- 
len jestem od tego grzechu ; ale toby mię poniżało gdy- 
bym się wyparł swojej zasady^ Człowiek do tego tylko 
ma prawo co zapracuje: waszego obiadu niobędę jadł, bo 
niezapracowałem nań. Zresztą wywzajemnić się niemogę, ja 
wam obiadu niekupię , musiałbym zaciągać dług beż po- 
trzeby i bez zamiaru wypłacenia go. To szalbierstwo , a 
ja jestem poczciwy człowiek. Zjadłem dziś szklankę mleka 
i to wystarcza. Przecie mogłem mieć obiad bo jeszcze 
onegdaj miałem 20 «łt., ale znalazłem u bukonisty fizy- 



8 292 

kę Pouillet^a, wolałem ją kupić i przez miesiąc brać 
mleczną kuracyę. I cóż mi to szkodzi? przecież widzicie, 
żem zdrów i wesół. — 

Ta codzienna walka o potrzeby życia, wyrobiła w 
nim poszanowanie grosza, jako środka: nim co wydał, dłu- 
go się namyślał, — ^i jak choremu koledze zawsze przybie- 
gał z chęcią, z pomocą, tak zdrowemu i mogącemu praco- 
wać nigdy niepożyczyl pieniędzy, a nawet niepomógł 
w pracy lunysłowćj, dowodząc, że każdy winien sam sobie 
radzić. Ta rachunkowość z początku zrażała nas i od- 
stręczała od Drawdzika, miikaliśmy go nawet przez rok 
blizko; ale póżnićj jedna okoliczność pokazała nam, że 
to zacne serce i że tylko jakaś kontradykcya wmoralnćj 
naturze ducha, z warunków życia wylęgła, była powodem 
takićj oziębłości i przezornego egoizmu. Było to jakoś jesie- 
nią. Przez miesiąc blizko niewidzieliśmy Drawdzika ani na 
lekcyach, ani u kolegów, powoli zaczęło nas niepokoić; ja 
w imieniu kolegów poszedłem dowiedzieć się, co się z nim 
dzieje. Mieszkał on wtenczas na Popowszczyźnie w malut- 
kim domeczku, który podczas zimy stał zwykle pustko- 
wiem, i dla tego za kilkanaście złt. komornego mógł mieć 
swój kątek. — Znalazłem go w domu; trochę się zakłopotał 
gdy mnie zobaczyi: byłi to szlachetna skromność czło- 
wieka, co się ukrywa ze swojemi dobremi uczynkami. Od 
miesiąca pielęgnował on chorego wyrobnika, którego zna- 
lazł leżącego na drodze. Niemiał on dla niego żadnych 
obowiązków, bo go nieznał; ale był to człowiek chóry, co 
niemógl pracować, miał przeto prawo do jego pomocy: za-, 
brał go do siebie, przywołał lekarza, pielęgnował jak bra- 
ta, poświęcił cały zapasik grosza tak mozolnie uzbierany, 
a gdy choroba się przeciągała , powoli surducik poszedł 
na zastaw, i polowa książek się sprzedała. Ze łzami uwiel- 



298 9 

bBBnia rzaciiemsię mu na szyję; w imieniu wszystkich ko- 
legów przepraszałem go za nasze niesprawiedliwość; wy- 
znałem mu szczerze^ ie my sądząc z pozorów uznaliśmy 
go za egoistę. On się usmićcłmąt boleśnie i powiedział: 
,,Bolało mię to, ale niemogłem się poniżyć do tłómacze- 
nia; wybyście mnie niezrozmnieli, a ja komedyi zgrywać 
niemogę.'* 

Na drugi dzień całćm gronem przyszliśmy wynagro- 
dzić nasze pomyłkę. Uzbierała się malutka składka, chory 
wyzdrowiał, a Drawdzik ani na jotę niezmienii swego 
postępowania; ale myśmy szanowali jego dziwaczne nieraz 
maxymy , bośmy się przekonali, ie one z zacnćj płyn], 
duszy. 

Mnićj jak w kwadrans Jaś przyszedł ze szklankami 
i samowarem, Franciszek wrócił z bułkami, a Ignaś jako 
promotor postawił stół na środku pokoju, zamiast serwe- 
ty rozesłał kilka arkuszy Kuryera Wileńskiego i zaczął 
ustawiać szklanki. 

— No, Jasiu , niepopisałeś się : nas jest czternastu a 
szklanek tylko 7; ale trzeba się ratować jak można, mu- 
sim się podzielić na dwie partye, na gości i gospodarzy. 
Najprzód nakarmim i napoim hultajów: bo ci zwykle cudzym 
kosztem żyją. 

— A ty, Ignasiu, do jakiej partyi będziesz należeć?— za- 
pytał Franciszek. 

— Ja, jak to wam musi być wiadomo, mam niezaprze- 
czone prawo do hultajstwa; bo mama wyprawując mię do 
szkół mówiła: „Niemęcz siebie, mój Ignalku szanuj zdro- 
wie, boś ty jeden u mnie jak słońce na niebie." To też 
szanowałem moje zdrowieczko, wyglądam zda się nieźle, 
i umiem właśnie tyle ile potrzeba jedynakowi, co dosta- 
nie wioskę po rodzicach. 

TEKA N/ V. 2 



10 294 

Znałem Ignasia zupełnie z innćj strony; wiedziałem, 
ze chociaż niebardzo się przykładał do nauk, ale wiele 
czytał, i pomimo swśj lekkomyślności pozornćj, wyrobił 
w sobie dość wytrawny sąd o ludziach i o swoich obowiąz- 
kach: dla tego bolał mnie jego cynizm w przechwalaniu 
się ze swemi wadami, i lekceważenie w słowach nawet tego 
co szanował najbardziej. 

— Mój Ignasiu, — powiedziałem mu — niesłusznie siebie 
oskarżasz. Prawda, żeś mnidj od nas ślęczyi nad wiązka- 
mi, aleś się więcój wpatrzył w życie,— r i w każdśj sprawie, 
która nas obchodziła, któż nam doradził? Ignaśl kto z kło- 
potu wyplątał? Ignaśl kto się podzielił ostatkiem z po- 
trzebującym? Ignaśl kto Antosiowi napisał ćwiczenie, za 
które tamten wziął piątkę, a sam niepodał żadnego? 
Ignaś! i zawsze Ignaś! 

— O dla Boga! powstrzymaj swój zapęd Karolu! — zawo- 
łał Ignaś, — czy nieinyślisz odprawiać na moje cześć litanii? 

^tóż bałwochwalstwo. Jak rozbujasz swoje wyobraźnię, mój 
Karolu, to gotoweś poczjrtać mi za największą zasługę, że 
nic nieumiem, że będę żyjącym obrazem nędzy moralnćj, 
i każdy ojciec i matka pokazbjąc na mnie będą mówić do 
swojego S3nia: „ucz się chłopcze, żeby niebyć takim nic 
dobrego jak ten Ignaś." 

— A dajcie już J)okoj tćj nauce! — przerwał Antoś — czy 
już nićma o czem porządniejszym rozmawiać? Że Karol, 
żeDrawdzik się uczą, to ich rzecz, oni będą z tego chleb 
jedli, ale nam to na co? jeszcze nam chleba wystarczy. 

— Masz najzupełniejszą racyę, mój Antosiu, — przerwał 
Ignaś, — t(3m zdobyłeś sobie przywilćj do pićrwszćj szklanki 
herbaty: bo kiedy my hultaim przypadkiem, ty hultaisz 
z zasady. 

— Żartuj sobie zdrów! — przerwał Antoś — a ja sobie wra- 



295 11 

cam do domu i zaczynam gospodarzyć, i ręczę, źe bez wa- 
szych mądrości, będę miał więcej od was wszystkich pie- 
niędzy — a jak mi trzeba będzie co zrobić, to kupię sobie 
jakiego hoiysża, co za mnie będzie pracował, aja mu zapłacę. 
Obrażał nas wszystkich podobny sposób zapatry- 
wania się na rzeczy; aleśmy się wszyscy przyzwyczaili 
nieprzywiązywać wielkiej wagi do tego co Antoś mówi. 
Jeden tylko Drawdzik, który go instynktowie nielubił, 
zbladł, postąpił parę kroków do łóżka, na którym leżał roz- 
walony Antoś, i głosem tłumionym powiedział: 

— Powoli, powoli, mości ELrezusie, z kupowaniem hoły- 
szów! Nas tu więcćj hołyszów ńiz pasożytów takich jak 
ty; ale jeszcze bodaj żaden z nas niebyt do sprzedania; 
niekupiłes nawet odrobiny przychylności i poszanowania 
jakie się ma dla kolegi, — i dla tego ci radzę, niewywołuj 
wilka z lasu, bo mógłbym ci tak gorzką prawdę powie- 
dzieć, że odpadłaby cię ochota, chełpienia się z grosza, kto 
wie jak nabytego. 

Antoś był synem dorobkowicza. Ojciec jego naj- 
przód ekonom, datój pisarz prowentowy, póżnićj komi- 
sarz, dorobił się znacznćj fortuny, może niezupełnie we- 
dle prawdy i sumienia. -Kupił majątek w dyferencyach, 
od razu rozpoczął kilka procesów z biedniejszymi są- 
siadami; a że miał pieniądze, słuszność znalazła się na 
jego stronie i zaokrąglił sobie w ten sposób bardzo pię- 
kną fortunkę. Z początku okoliczni obywatele patrzyli nań 
z ukosa; ale powoli, powoli, oswoili się widzieć go w swo- 
j^m gronie. Smaczne obiady dokonały reszty. Przymówka 
zatem Drawdzika tak była jawną, ze pawet Antoś ją zrozu- 
miał, chociaż niegrzeszyt domyslnoicią. Zerwał się z łóżka, 
czerwony jak upiór, i podskakując do Franciszka, zawołał: 

— Cóż to sobie ty myślisz, że ja pozwolę byle konui 



15 596 

w kaszę dmuohaó? Przymówkil patrzaj go,— -jeszcze oDi 
umie będzie robić przymówki! 

Ściągnięte rysy Drawdzika kazaiy się nam lękać, że 
może z tego być awantura; i kto wie jakby się ta sprzeczka 
skończyła, żeby Ignaś niewpadt między zwaśnionych, wo- 
łając: 

— Dosyć tćj gawędy, czas do roboty. Jak przyjedziemy 
do ciebie, Antosiu, to nam twój Hryćko nastawi samowar 
i będziesz nas wielce fetow^ai; a teraz, ponieważ niemamy 
Hryćki, zrzuć pychę z serca, bierz dzbanek i ruszaj po 
wodę. 

— Jak to? ja po wodę? — zap3rtał Antos, patrząc ze 
zdziwieniem na Ignasia. 

— A tak, po wodę: bo wiesz przecie, że bez wody sa- 
mowara nastawić niemożna. 

Antosiowi ten komis widać bardzo się niepodobaf, 
ale że się lękał trochę Ignasia, odezwał się nieśmiało, pa- 
trząc mu w oczy; 

— Możeby kto inny? 

— Patrzcie, jaki wyborny nasz splendorek! — zawołał 
Ignaś odwracając się do kolegów — kto inny! — czemuż nie? 
Niech inni pracują, ja będę i^pożywał. Zastosujesz tę za- 
sadę, jesteśmy przekonani, jak pqjedziesz gospodarzyć; ale 
tymczasem życzymy panu szczęśliwćj podróży,^ Tylko uwa- 
żnie i oględnie z tym dzbankiem: ucho trochę niepewne, 

Antoś wyszedł mrucząc pod nosem; a wszyscyśmy dzię-v 
kowali Ignasiowi, że tak w porę umiał upokorzyć niewcze- 
sny wyskok Antosia, który w naszym serdecznćm koleżeń- 
skićm kółku, b3rł jakby żyjącą przestrogą: że te szkolne 
przyjaźnie, tę równość braterską, zetknięcie się ze świa- 
tem rozproszy jak mgły poranne, że miejsce miłości i po* 
święcenia zajmic w^^iszem ^ercu interes i sobkowstwo, że 



297 U 

aezanowanie zaalugi i pracy zastąpi albo schlebianie nie* 
wolnicze tym co silniejsi, albo li też zerwanie z towarzy- 
stwem i zamknięcie się w sobie samym.— ^ Smutna wojacz- 
ka z upiorami przesądów i zastarzałych nawyknień, kie- 
dyż ona przestanie pochłaniać co najpiękniejsze zdolności 
iskiadac na ołtarz Baalowi szlachetne uniesienia dusz mło- 
dzieńczych, łzy rozpaczy bezsilnej, umysły stargane zwąt- 
pieniem? W naszóm kółku z kilkunastu młodych chłopa- 
ków złożonym, których nauka i koleżeństwo powinnoby zwró- 
cić ku jednemu celowi, tyle się różnorodnych zebrało ży- 
wiołów, — a cóż będzie później? co będzie w życiu? 



Przy herbacie gawędka szła jakoś żwawiój, każdy się 
spowiadał ze swych rojeń, ze swych projektów ua przy- 
szłość; a najnicdorzeczniejsze nawet plany poparte nieu- 
danym zapałćm i potęgą młodzieńczej wiary w swe siły, na- 
bierały u nas praw objrwątelstwa. 

Kilka słów, płynącycl^ z serca, pewno potrafiły obu- 
dzić szczery zapał, chęć poświęcenia. Każdy zahaczał o so- 
bie, o swoieh widokach i celach, całą istotą zlewał się 
z myślą ogólną, okiem roziskrzonym wiarą w przyszłość 
i nadzieją, gonił urocze fantazma młodzieńczćj wyobraź- 
ni.... wzniosła to była chwila ogólnego uwiedzenia. 

Czy się ona powtórzy? czy się wyryje niezatartem 
piętnem na sercach naszych? Ta)c wzniosłych postano- 
wień, wywołanych przez podniesiony stan ducha, ani czas, 
ani ludzie, aiii przeciwności zagładzić niebyły w stanie. 

Czy owe wzniosłe zamiary, poświęcenia pełne, roz- 
pierzchną się jako mgły poranne, gdy słońce realizmu, wej- 
dzie na naszym horyzoncie, — czy dochowają nieskalaną dzie - 
wiczą szatę młodzieńczego ducha i ochronią przez lat wie- 



14 298 

le serca nasze od zajazdów egoizmu, zwątpienia i obojęt^ 
nośoi» co z śmiercią graniczy? któż zgadnie, kto to przepo- 
wiedzieć potrafi? 

O! moi drodzy koledzy, z którymi eię tyle lat wol- 
nych od trosk i niedoli przeżyło, dzieląc* się myślą każdą, 
płacząc jednemi łzami, ciesząc się wspólną radością — czy 
was kiedy zobaczę? czy pozwoli los zawistny spotkać się 
nam kiedy znowu wśród życia kolei, i takjakdawnićj tjd- 
ko w doświadczenie bogatym, przez czyściec próby zahar- 
towanym, iść z życiem w zapasy, pierś przy piersi, ręka w rę- 
kę, mieć jedne drogi i wspólne cele? 

Niestraszy nas nieszczęście, bośmy w wiarę bogaci — 
niech ono nas dotknie — lecz dla tego. tylko, byśmy przez 
cierpienie uszlachetnieni, stali się pożytecznymi pracownika- 
mi w winnicy Paóskiśj, 

A jeżeli któremu z nas sądzono dla ziemskich celów po- 
deptać swoje świętości , dla utorowania sobie drogi po- 
pchnąć bliźniego w przepaść, uchylić szlachetne czoło przed 
nieprawością, dla tego tylko że silniejsza, lub nagiąć wol- 
ne sumienie do frymarku sobą i swoimi, to lepićj niech 
o takim pamięć zaginie— ^i niedozwól nam Beże spotykać 
go w życiu , by jego upadek naszych wspomnień nieobra- 
żał, a jego poniżenie niestanęlo przed nami , jak widmo 
szyderstwa z zapałów młodzieńczego ducha — i niepo- 
' służyło za żyjący przykład , dla tych, coby w imię ego- 
izmu pragnęli stygmatem szaleństwa, napiętnować ka- 
żdą myśl z serca niezarażonego sobkowstwem płynącą, ka- 
żdy zamiar 90 się wyłamał zespowijaków kupczenia, zysku 
lub wzdychania do dobrego bytu dla siebie, każdą chwilę 
uniesienia i zapału, w których człowiek zahacza o sobie — 
^ żyje tylko dla idei. Często bardzo zastanawiałem się^ nad 
teni, czemuby przypisać tę łatwość, z jaką w naszym wie 



299 15 

ku przechodzimy od jednego uspofiobienia do drugiego? 
na moey jakich praw, jakich wpływów zewnętrznych, roz- 
wija się w późniejszym wieku inercya ducha? a chociaż mi 
pan Jan starsd się wyŁlómaczyó, że właśnie ta inercya jest 
hartem charakteru^ niezmiennością opinii, siłą woli, ja ja- 
koś nigdy dobrze tego pojąć niemogłem. Ale wiedziałem 
z doświadczenia, że gdzie się zbierze kilkunastu młodzieży, 
tam łzy od śmiechu, najpoważniejsze postanowienia i za- 
miary od pustoty, jedna tylko chwiila przedziela: — to też i 
z nami wczoraj zupełnie było tak samo. Po chwili skry- 
stalizowania młodzieńczego zapału, gwoli jednój myśli wznio- 
słej , która winna była być zasadą naszego postępowania 
wciąż przez wszystkie godziny życia, — niepamiętam już na 
czyj wniosek, uprzątnęli naprędce w pokoju, mnie dali 
skrzypce w ręce, wsadzili na komodę i kazali rznąć od 
ucha; Drawdzik wtórował na grzebieniu, inny z kolegów 
takt wybijał w miednicę, a reszta kompanii dalśj dotaiica. 
Ktoby ze strony patrzał na te niesforne skoki, na oczy 
roziskrzone nieudanćm weselem , twarze rozpromienione 
swawolą, ten mógłby nas wziąć wszystkich za wyzwoleńców 
od Bonifratrów albo hołdowników Bachusa, — a jednak tak nie 
było. Podnietą zabawy był nadmiar życia, który się musiał 
jakkolwiek przejawić na zewnątrz. A chociaż patrząc na nas 
niełacnoby nas uznano za nieodrodne dzieci Terpschory; 
toć w ruchach tyle było dziarskości, na twarzy takie wesele 
szczere, serdeczne jaśniało , iż wieluby się znalazło, coby 
nam tój godzinki swawoU pozazdrościć mogli. Biedni co 
się nigdy niezapominają!... 

— Basta! — zawołał Drawdzik rzucając grzebień, gdy u 
mnie już się wszystkie struny na skrzypcach porwały, a 
reszta kolegów zmęczona ledwo się .trzymała na nogach, 
Ignaś leżąc na łóżku, głosem przerywanym od zmę- 



u 300 

czenia zawołał: — Hola frygil — cóż to nieznaoie waszycłi 
obowiązków? dalój w solennym porządku wedle zasługi, 
oddać cześć kapeli! 

I za przykładem Ignasia, wszyscy skoczyli do nas, 
pochwycili na ręce i poczęli wyrzucać w górę każdego 
z kolei. Chwała Bogu, że mi się udało skrzypce położyó 
w bezpiecznćm miejscu. 

— Grajek zmachał się od grania.... powiedział Ignaś ocie- 
rając pot z czoła rękawem, — jak tam dalćj? podpowiedz- 
cie chłopcy, bo niepamiętam.| 

— Dalej stoi napisano: że wszyscy się rozeszli do domu, — 
powiedział Drawdzik i wziął poważnie czapkę. 

— To chyba nieczytałeśprzjrpisku — rzekł Ignaś, — ^botam 
jest napisano: że wyszU na ulicę, ale nie do domu. Ja gło 
suję za przypiskiem, — czy zgoda panowie? 

— Zgoda! zgoda! — zawołali wszyscy. 

I w jednej chwili już byUśmy na dole i parami su- 
nęliśmy się bez celu, głośno gawędząc i nócąc. 

Już było późno; na ulicach niespotykaUśmy nikogo; 
miasto zmęczone dziennym trudem spoczywało. Dziwne 
wrażenie robią puste ulice ludnego miasta wśród nocy. 
Gdzie spojrzysz, w oknach ciemno, cisza dokoła, i echo 
stąpania odbite wielokrotnie, jak w śród katakumb głucho 
się rozlega, dochodzi do ucha, by złowieszcza przestroga 
za połamanie praw natury i lekceważenie cudzego spoko- 
ju. Błądząc tak bez celu, niechcący znaleźliśmy się na 
Ostrobramskićj ulicy. Mimo woli posunęliśmy się dalój; 
wszyscy przyklękli, głowy się pochyliły w kornój modli- 
twie, a tam przed obrazem, jak gwiazdka nadziei, świeciła 
lampa? migocąc, awśród nocnćj ciszy wyrywające się z na- 
szych piersi westchnienia zlewały się w hjonn błagalny o bło- 
gosławieństwo na drogę życia. Podniosłem wzrok, w pa- 



Ml IT 

tr^em dę w obraz, i idawaio mi się, ze z mroków noc- 
nych, wyjrzaia twarz Boga-Rodzicy, otoczona jasnością, i 
dłonie zioźone na piersiach, wyciągnęła zda się po nad na* 
szenń głowami, a wiatr przelotny zdawał się szeptać do 
ucha: „Ja nkocłiałam Wilno, bo gród ten od wieków dań 
z miłości i s modłów serdecznych mi płaci; wyście dzieci 
tego grodu, Ja czuwać będę nad wami; ale ducha niega- 
scie, szanujcie zapał święty w piersiach złożony, a gdy po 
latach wielu wrócicie do rodzinnego miasta, każdy kamień 
co wieki pamięta, będzie miał prawo was zapytać: coże- 
scie zrobili ^e spuścizną łez, pracy i poświęcenia, przez oj- 
ców nam przekazaną? I złożę w waszych piersiach miłość 
niewygasłą dla tego grodu, z którego się na świat rozcho* 
dzicie; ona was ochroni od podszeptów pychy i chęci wznie- 
sienia się, z uićj wykujecie zbroicę, która wasze pierś zakryje 
od pocisków, namów obcych i ludzkićj przemocy. Ufajcie 
tylko, w modlitwie czerpajcie siły; a gdy was gdzie dale- 
ko od swoich pokusy otoczą, a wasza pierś zabliźni się 
egoizmem, — szukajcie obrony przed moim ołtarzem, ulatuj- 
cie wspomnieniem w lata minione: świętość chwili obecnćj 
będzie dla was najlepszym puklerzem/' 

I znowu było cicho, lampa wciąż migotała, a w duszach 
naszych był spokój. Powstaliśmy w mflczeniu i ze spu- 
szczonemi głowami, z piersią przepełnioną miłością, z za- 
łzawioną źrenicą przeszliśmy aż na plac katedrabiy. Ta 
Drawdzik nas zatrzjrmał; twarz jego była zaogniona sil- 
nom wzruszeniem, oko łzawe, głos tłumiony gwałłownćm 
uczuciem. 

Myśmy go otoczyli, ti on tak do nas mówił: 
— Bracia, wspólna modlitwa, to wielki ślub Bogu^ tam 
przed obrazem Matki Boskićj ochrzciliśmy naszego ducha 
miłością, modlitwą i poświęceniem; tu wobec tych wieko- 



18 M2 

wych pamiątek życia praojoów, które nas otaczają, podaje 
my sobie dłonie i wykonajmy wielki ślub stania się go- 
dnymi obowiązków jakie przeszłość na nas wkłada. Praca 
i prawość niech będą naszćm godłem; wspomnienia naszą 
podnietą; spełnienie obowiązku jedyną nasząmagrodą. 

Gdy to mówił, twarz jego strojna w zapai i natchnie- 
nie, silną wiarą rozpromieniona, była piękna tym rodzajem 
męzkiój piękności, której nieznajdziesz w Greckich posą- 
gach. Wyciągnął do nas rękę i 14 rąk związało się w jeden 
węzeł, i czternaście par oczu łzawych a iskrzących zapałem 
wzniosło się ku Niebu, jakby biorąc Pana Jfastępów za 
świadka tego postanowienia, co młodzieńcze zaludniło 
pierpi. Drawdzik mówił datój: 

— Patrzcie, oto świątynia Pańska; wzniosła się na gru- 
zach pogaństwa, i przez wieki przechodząc i przeistacza- 
jąc swe kształty, gromadziła w swych murach swoich wy- 
znawców. Wiara ją wzniosła, wiara ją strzegła; chowaj- 
myż w piersiach wiarę! Widzicie te gruzy na szczycie 
góry Zamkowój, siła je wzniosła a czas zniweczył, dziś 
pleśń je przykrywa i wiekowe gmachy w ruinach, gdy trzy 
drewniane proste krzyże na sąsiodnićj górze stoją jeszcze. 
Dźwigajmy swój krzyż z radością: bo tylko przez krzyż 
do nieśmiertelności droga. A tam, jeszcze dalćj, na prawo, 
spostrzegacie płowy odsyp góry Bekiesza; przelotne wia- 
try zdmuchnęły nawet i ślady pomnika, jednostce wznie- 
sionego: taka kolój, takie prawo konieczności- Pracujmy 
nie dla rozgłosu, ale dla prawdy: pomniki runą, ale owoce 
pracy sumiennśj przetrwają przez wieki. 

— Przez wieki! — powtórzyło czternaście piersi. „Przez 
wiekir' wtórzyło echo odbite od ścian świątyni i od gór kra- 
wędzi, i ztamtąd przedzierając się po ramionach krzyżów 
wyżąj i wyżćj jeszcze raz odbiło się w chmurce przelotnej 



sos 19 

i ilecialo na dół — „Przez wieki," jak błogosławieiistwo na 
nasze głowy. 

O moja matko, matko jedyna! Czemuż ciebie niebyło 
wowśj chwili, kiedyś się mogła pocłilubió swoim synem! 
a tak mi było potrzeba twojśj piersi, na którójbjrm mógł 
uspokoić moje rozmarzoną głowę i spłakać się dowoli łza- 
mi radości. 

Każdy z kolegów miał swoich blizkich, którzy jego 
tryumf dadelili; ja tylko jeden napróżno toczyłem wzro- 
kiem do koła, przeglądając* świetne grono zebranych go- 
ści na akt publiczny: tam niebyło nikogo na czyjby wi- 
dok serce zadrgało w piersiach. Boże rmó^y Boże! czćm 
się to dzieje, że trudnićj podołać wielkićj radości, niż bo- 
leści gwałtownej? Pićrwsza' pierś nam rozwidnia, eały świat 
wydaje się nam .pięknym, pod jój wpływem kochamy 
wszystkich ludzi jak braci, i radzibyśmy z nimi się dzie- 
tić tym nieprzebranym,^ według naszego nmianobania, skar-. 
bem radości, i d^ełimy się z. silną wiarą, że ten podział 
nas niezuboży na szczęściu; radzibyśmy pełnemi garścia-r 
mi rozrzucać między bliźnich uciechę, widzieć dokoła sie* 
l>ie tylko uśmiechające się twarze: bo szczęŚQiQ» to. spuśei<^ 
zna młodości; a młodość niebac^y na jutro- właśnie dlate^ 
gO) że przed nią tyle dni jutrzejsaĘ;ych z^^stało. Boleść kry^ 
je się od świata, w cichości uo^yb&zsenni^trawignycb spor 
żywa życia zasoby, godziny zmienia w l»ta, olbrzymim kro-^ 
kiem posuwa nas do końca; a chociaż sił duoha nu^zniwe-* 
czy, ale jeszcze hartu mu nacja iwjsmocni, wolę przerobi, 
niedoświadczonego ehłc^aka Z9.mipi)i w męża* tpć w zamian 
za dni próby k;aże zapłacić ciężką daniną, ze zdruzgotanych 
lojeń uroczych snów i ttiarzeii.młodociaijy eh, nadziei pra^ 
mienny<5h; posta^wi^nas uad świeżo- usypająą mogiłą^ Tsrktór^ 



20 104 

rój wiasnemi rękami zągrzebaliemy wiarę w szczęście osch 
bistCt a zamiast pomnika postawiliśmy na nićj chłodne uczu* 
cie obowiązku, który ma być przewodnikiem w dalszych 
iycia kolejach.^ 

Dziś naleiy do mnie, jam dziś szczęśliwy, bom dosią^ 
cela. Pocói się strachać o jutro, poco wywoływać wid- 
mo zgryzoty, którój i tak dość jeszcze przyjdzie doznać 
w łyciu? 

Po ukończeniu uroczystćm aktu z Drawdsikiem do- 
staliśmy najwyższe nagrody. Pobiegłem pochwalić się 
i podzielić swoją radością z professorem Janem. Przez 
cały czas mego pobytu w Wilnie on mi zastępował ro^ 
dziców, wspierał radą a niekiedy i kieszenią, chociaż sam 
nienazbyt był w środki bogaty. Wiązała go z moim 
ojcem przyjaźń od ławki szkolnej, w imię więc tćj przy- 
jaźni poruczono mię jego bacznej opiece. Był to czło- 
wiek najzacniejszy w świecie; ale trzeba go było zrozumieć, 
trzeba było umieć odkryć i dopatrzyć pod szorstką, na- 
wet trochę rubaszną postacią duszę wzniosłą, zapału peł- 
ną, którćj ani czas, ani okoliczności zużyć niemogły. Po- 
mimo siwego włosu przechował jak świętość, młodzieńczość 
ducha; w chwilach serdecznego wylania skoro go roze- 
grzało współczucie słuchającego , widziałem w nim insze- 
go człowieka niż zwykle: jego twarz promieniała natchnie- 
niem, rysy niepiękne i trochę ospą zeszpecone odbijając 
wewnętrzny nastrój ducha, uszlachetnione zapałem, ja- 
śniały jakimś mistycznym nieodgadnionym powabem. 

Niezależność osobista była główną ideją, do klórćj dą- 
żył przez całe żj'cie; dla niej zaniechał świetnego może 
losu i rozgłośnego stanowiska w nauce: porzucając kate- 



305 21 

drę professora uniwersytetu o&iadł w Wilnie i utrzymy- 
wał się E lekcyj prywatnych; a wszystkie wolne chwile 
poświęcał muzyce , która się w końcu staia jedynym wy- 
łącznym jego żywiołem i zapełniała całą próżnię jaką mo-^ 
gk) zrobić w sercu tkliwćm i do przywiązania skłonnym 
iyeie samotne zdaleka od ludzi , chociaż wśród ludnego 
miasta. Dla tegp by siebie niekrępowaó, potrafił ogra* 
niczyć swe potrzeby tylko niezbędnie koniecznem. Ileż 
to raasy powtarzał mi, pragnąc przelać swe zasady w mo^ 
je młodziane serce, „Mało potrzeb— wiele swobody; przy-* 
swycsajenia — to łańcuchy na niezależność ducha. Kochaj 
ludzi , ale postaw siebie tak, żebyś niczego od nich nie* 
potrzebował. Dawaj wiele — ^bierz mało. Wdzięczność, to naj- 
sroisze pęta na swobodę. Lakoniczne te formułki za- 
sklepiały w siebie całą niemal łustoryę życia, tego kocha- 
nego mizantropa, — co kochając ludzi, o ile mógł ich uni* 
kał, dla tego jedynie, by stosunki z nimi niepostawiły go 
w zależności od czyjegoś kaprysu. Mieszkał na poddaszu, 
w małym pokoiku, którego całe umeblowanie stanowiły 
łóżko, szafa z xiążkami, stół do pisania^ pulpit i półka 
na noty. Przy stole stało jedyne krzesełko plecione, a 
w jednjmi kącie koło pieca prosty stołek drewniany z mi- 
ską i dzbankiem do wody, kij, parasol i na kilku ćwiekach 
zawieszone płaszcz, futro i trochę innego odzienia. W in^ 
uym kącie stał samowar i króbka z węglami, a obok nie- 
go dwie szklanki, imbryczek i mieszek. Przy pulpicie leżało 
na ziemi pudełko ze skrzypcami. Trudno było wchodzić 
do jego mieszkania, ale za to z jego okna był widok cza- 
rujący. Sposób jego życia był następujący: wstawał o pią- 
tfy i narruciwszy na siebie płaszcz ruszał z dzbankiem po 
wodę , zachodził po drodze do piekarni , kupował buł- 
kę , wracał , sam nastawiał sobie samowar , po herbacie 



22 Z06 

grał «wykle kilka godzin;— pożriiej wychodriłlf na lekcye co 
mu zabierało także kilka godrin czasu; — za powrotem do 
domu czytał, robił wypisy, a wieczorem albo ja przycho- 
dziłem, na gawędkę, albo znowu grał, bo czytać niemógt. 
Obiadował rzadko, nie przez oszczędność, ale dla tego że 
to go kosztowało, — i kiedym mu zarzucał, że to może zdrowiu 
zaszkodzić: zwykłe mnie odpowiadał: „Ależ mój Karolu, jaz 
niemogę być niewolnikiem traktyernika; u niego obiad gotów 
apierwstój ajamo^ęeheieć jeść odwónastćj; stołować się 
starym, ta kupować niewolę; organizm skłonny do przyzwy- 
czajeń; regularność jest matką przyzwyczajenia ; złamanie 
nabytego przyzwyczajenia okupuje się cbOToh%*'* 



Jednym tchem wbiegłem na trzecie piętro z paten- 
tem w ręku, z radością w sercu. Przy drzwiach zatrzyma- 
łem 8ię> by oddech odohwycić i posłyszałem rzewne tony 
elegii Brnsta, które się z pod jego smyczka wylewały ja^ 
ko bolesna skarga kochającego, a zranionego serca, które 
przeszło pnEez świat szeroki samotne, i nigdzie niespotkało 
bratniego spółczucia. Uchyliłem drzwi pocichu zatrzy- 
małem się przy progu, i w niemym zachwyceniu przysłu- 
obywałem się grze pr. Jana^ który stał pośrodku pokoju 
sposągewany prawie, zełzawem okiemf i skrzypce i gra- 
jąey stanowiły jedne całość. Ten kawai drzewa musiał 
pojąć niemą boleść swojego, pana, i dla tego strony jego 
z taką prawdą się wypowiadały^ I słuchałbym go długo, 
śledząc myślą wf^iystkie przejścia uczucia we wzniosłe, a 
rzewności pełne tony, żeby znienacka pr. Jan nieurwał 
wpół taktu z pewnćm niezadowoleniem na twarzy, jakby 
fię żaląc na instrument, że zeń niemożna wydobyć tonu 
barmoni żującego z jego wewnętrznym nastrojem.. Wtedy 
rzacilom się mu na szyję ze łzami w.oczach, starałem się 



mi ii 

moim uściskiem ukoić boleść, którą zrozumiałem kochają- 
cem sercem: zapomoiaiem i o patencie nawet i o świetnych 
rojeniach; gra jego uniosła mnie daleko w tę niedostępne 
krainy ducha, których pigdy niedojrzy oko zamroczone 
egoizmem, albo też przyćmione materyalizmu powloką. 

— Karolu pamiętaj, — mówił mi jakby odpowiadając na 
myśl moje, — że sztuka to przeczysta dziewica; skoro sza- 
ty twojego ducha niejaśnieją śnieżną białością , nieważ się 
do nićj zbliżyć: prawdziwe uczucie tylko z szlachetnego ło- 
na wypłynąć może — i zaczął chodzić po pokoju wielkierai 
krokami jakby się starając uspokoić; ja mu podałem pa- 
tent. 

— C5o to jest? — zapytał mnie jakby budząc się z uśpienia. 

— To patent, otrzymałem go przed chwilą, do kogóż 
miałem się udać, aby podzielić moje radość? tyś mi dru- 
gim ojcem, wesprzyj mnie radą i pobłogosław na drogę 
życia. Z gorączkową prawie niecierpliwością pr. Jan roz- 
winął patent, i zaczął się weń wczytywać, mrucząc pod 
nosem: 

— Poczciwe serce-., brak hartu; dziecięca wrażliwość.... 
czas i niedola najlepsze lekarstwo.... Skoro ^kończjHt, poło- 
żył patent na stole, wpatrywał się przez kilka minut w twarz 
Hioję jakby chcąc wyśledzić wszystkie najskrytsze myśli, 
a poźuićj zapytał: 

— Przyjacielul cóż myślisz? 

Ja co czekałem pochwały i zachęty, trochę byłem 
zrażony tem niby obojętnćm zapytaniem, idla^tegom dość 
ozięble odpowiedział: 

— Świat Azeroki, może się i dla nanie na nim znajdzie 
miejsce; będę się uczyć, będę pracować, a może kiedyś 
dobiję się szacunku u ludzi i mnićj więcćj korzystnego sta- 
nowiska na świecie. 



-24 308 

Słowa moje przykre zrobiły napr. Janie wrażesie. 

— To nieprawda, przyjacielu! nie taki cel twojej pracy: 
czyżby ci dziecinne wawrzyny tak zawróciły już głowę? 
Bracie, strzeż się pychy; skoro ta namiętność włoży pęta 
na twojego ducha, on musi skarleć: niewola to matka błę* 
dów. Idż w świat, bo taka dola; ty masz obowiązki ro- 
dzinne, które ciebie wiążą, będziesz musiał być wyrobni- 
kiem całe życie, by młodszemu rodzeństwu rękę pomocy 
podać. Czyż ci jeszcze mało t^j jednćj niewoli? i jeszcze 
pragniesz przykuć siebie do taczki samolubstwa? Nie, to 
być niemoże. Karolu! cóż, milczysz? odpowiadaj mi prze- 



cie!. 



Hzeczy wista nieudana boleść, co się na twarzy za- 
cnego starca wybiła, poruszyła mnie do głębi. Podsze- 
dłem doń z wyrazem skruchy na twarzy, jak grzesznik, 
co się do winy przyznaje; ścisnąłem go za rękę z temi 
słowy : 

— Daruj, professorze Janiel to był wyskok chorobliwy 
obrażonej miłości własnćj. 01 nietakie mię cele wiodą 
w ten świat; ja kocham ludzi jak braci, ich dobro pu- 
bliczne mojćm jedynćm marzeniem, a w każdćm, by naj« 
liohszem położeniu na świecie, czuję to mocno, można byó 
pożytecznym. 

— Ale niezawsze szczęśliwym, — dorzucił pr. Jan z tkli- 
wością przyciskając mnie do piersi, a jednak. Bóg widzi; — 
że pragnąłbym dla cię innego losu. Konieczność, smutne 
prawo. Broń swej niezależności, moje drogie dziecię, 
ograniczaj swe potrzeby, by się niestać ich niewolnikiem. 
Niesłuchaj podszeptów miłości własnćj, to zdradliwy do- 
radca: on chęć blasku i wyniesienia się przybierze w szaty 
poświęcenia, tak, że twe młodociane serce niewiedząc o 



309 25 

tóm prawie uderzy czołem uwiełbiająe samego siebie. A 
to najstraszniejsze pogaństwo. 

— Nielękaj się, professorze Janie: za tarczę mi będą 
siuzyc twoje rady» a za nauczkę w strapieniu sztuka do 
której przybytku tajemniczego, dzięki tw^j łasce, wstęp o-* 
trzymałem. 

— Mówisz dobrze; postępuj tak jak mówisz. Kiedy się 
rozdzielamy, niezapominaj o starym przyjaciela. Spisałem 
dla ciebie kilka uwag; przyjaźń i doświadczenie je dykto- 
wały. 

Mówiąc to podał mi kilka arkuszy zapisanych st.i^ 
rannie. 

— Skrzypce, na których grałeś, weź z sobą: one ci oie- 
raz przypomną starego przyjaciela; a oprócz tego — dodat 
staruszek z widocznym zakłopotaniem — ty się niebędziesz 
na mnie gniewał, Karolu.. .bo ja mam do tego prawo, prze- 
cież sam nazywałeś mię drugim ojcem 

I mówiąc to podszedł do stołu wyjął nowiutki pugi* 
lares i podał mi z błagającćm spojrzeniem. 

— O nie, pr. Janie, tego niewezmę! ja miałbym Cię n- 
dzierać, ciebie mój drogi ojcze, coś musiał sobie odma- 
wiać najkonieczniejszych potrzeb, by ten mały zapasik u- 
zbierać nie! nigdy! To toż samo, co głodnemu odebrać k.l 
wałek chleba.' Ten grosz, cobym przyjął od Ciebie, wołałby 
o pomstę do Boga, onby mi szczęścia nieprzyniosł. 

— O pomstę może wołać tylko grosz podle nabyty. 
Pycha i jeszcze raz pycha. Twoi rodzice mniej niają h i 
więcej mają potrzeb. Z resztą, Karolu, ty musisz przyjąć'-: \ - 
pieniądze nienależą do mnie, to dług który u twego ojca 
zaciągnąłem przed laty. 

I staruszek się odwrócił, lękając się gdybym niewyr^zy tał 
na jego twarzy, że może pierwszy raz w życiu musiał skłamaó. 
Tfc:KA N. V. * 



26 310 

Zamiast odpowiedzi, rzuoifemsię mu na szyję. Przy- 
cisnąt mnie do piersi, a dwie łzy gorące spadły mi oa 
skroń. Święte łzy, wyście namaściły me czoło zostawiając 
na nićm ślady, które niepozwolą, by to swobodne młodzień- 
cze czoło uchyliło się przed podłością, dla tego tylko ie 
mocna. 

— Pisuj do mnie, Karola; pisuj o wszystkiem, co ci na 
myśl przyjdzie, ja cię potrafię zrozumieć. A teraz chodź- 
my w góry, za ogrodem botanicznym poiegnaó miasto. Jut- 
ro wyjeżdżasz i Bóg wie kiedy wrócisz. 

To mówiąc włożył kapelusz, wziął parasol w rękę i 
posunął się do drzwi^ mrucząc pod nosem: 

— Świeże powietrze, tak, tak, przyjacielu*... najlepsze 
lekarstwo.... trzeba się leczyć; gwar zewnętrzny uspakaja 
jęk duszy. Chodźmy do ogrodu, tam będzie ludno. 

Wyszedł na ulicę i zdążał w stronę botanicznego ogrodu. 

W ogrodzie było ludno, nmóztwo strojnych dam spa- 
cerowało po wielkiój alei. Ja pićrwszy raz miałem na so- 
bie cywilne odzienie: zdayrało misie, że wszyscy patrzą 
na mnie, że wszyscy mnie winszują, iż jestem człowie- 
kiem. 

Tuż przy wrotach spotkaliśmy Drawdzika; przyłączy! 
się do nas i szliśmy dalćj razem. Dziwacznym kontras- 
tem była postać pr. Jana wśród tego strojnego świata: 
jego sztywna długa postać w zapięty pod sseyją szafirowy 
długi surdut ubrana, czerwony parasol w ręku, krok po- 
ważnie komiczny, kapelusz odwiecznćj formy, wyfrfowia- 
ły, ale wygładzony, — zwracały na siebie oczy wszystkich 
przechodzących. On wcale tego nieuważal szedł wypro- 
stowany aż do ławeczki pod topolami, naprzeciw oran- 
żeryi. Tu się zatrzymał, zdjął kapelusz z niewysłowioną bo- 



311 27 

lescią na twarzy. Na ławeczce niebyło uikogo; zapytaliśmy 
więc zdziwieni: 

— Profesflorze? komu się kłaniasz, 

— Wspomnieniu i miejscu! — powiedział z uroczystością. — 
Na tćj ławeczce on zwykle lubił przesiadywać, z rodziciel- 
ską troskliwością przypatrywał się każdemu wrastającemu 
drzewku, to było jego jedyną pociechą, było potrzebą ży- 
cia. Kilka lat temu zdarzył się czyn okropny: z rozkazu 
jakiegoś chłystka dwóch służalców wyrzuciło za drzwi 
biednego starca. Już więcój jego noga tu niepostała. 
Nienadlugo przeżył tę krzywdę bez miary. Ale chodźmy 
w góry; mnie tu duszno: ci Murzyni ducha zarazili powie- 
trze swym oddechem. — To mówiąc posunął bocianim kro- 
kiem przez mostek. 

Na piórwszym skręcie dróżki wiodącej na góry spo- 
strzegłem siedzącą niarsowatą postać kapitana Napoleoni* 
Sty Dzieinowskiega^ Był on najbliższym sąsiadem mo- 
jego ojca, a wieloletnia przyjaźń łączyła nasze domy. Zdzi- 
wiła mnie niepomału obecność p- Dzielnawskiego, w ogro- 
dzie, bo .wiedziałem ze był wielkim, dopiatorem i nielu — 
bił miasta. A jeszcze bardziej mnie uderzyła siedząca obok 
jasnowłosa dziewczynka z wyrazem, jakiejś tęsknój zadu- 
my na twarzy, siedziała, ze spuszczpną główką i kreśliła 
parasolikiem jakieś hieroglify na piasku^ 

— P. kapitan mąie niepo^naje? — rzekłem, podchodząc 
bliżój i zdejmując czj^pkę.. Ona podniosła główkę i dwo- 
je dużych błękitnych oczu wpafarzylo.się we mnie z za- 
ciekawieniem. — O jakże oĄa byłak piękną w; tój chwili! 

— Patrz, Maryniu, to Romiialdek Cicha^ski — odezwał się 
kapitan kręcąc wąsa. — Jakżeś mi wyrósł chłopcze i poła- 



•28 • 312 

(Iniat; — toż się staruszkowie ucieszą! No a jjikże tam 
nauki, mój chłopcze? 

— Już skończyłem, dostałem rangę i medal złoty ,^ — Ni- 
gdybym tego niepowiedział; ale ona mnie słuchała, próż- 
ność moja była do darowania, 

— A niechże cię uścisnę, mój chłopcze! — zawołał kapitan 
laoając uczynek z obietnicą. 

— No, a kiedyż wracasz do domu? 

— Jutro wyjeżdżam, — odpowiedziałem i jakoś śmielej 
^l)oj^załem w oczy Maryni; ona z kolei spuściła swoje i 
L lekka^ się zarumieniła, 

— ^x Szkoda, niemożemy jechać razem, mnie te przeklęte 
interec^a dni ze cztery zatrzymają, Ale się zobaczymy 
mój chłopcze, przecież niezapomniałeś drogi do Chwalów- 
ki. Mus?ę cię wziąć do swojej szkoły, bo to przy waszej 
I iRoinie wy i na koniu musicie siedzieć po Łacinie , nie- 
wiocie pewno jak i pałasz wziąć do ręki; a jakby ci 
przyszło pociągnąć za cyngiel to możebyś zbladł jak 
Ciiusta, co chłopcze? No! ale to się da naprawić: miesiąc 
ozasu a będzie z ciebie człowiek, nie jakiś tam papine- 
rik, Z mojćj Maryni to zuch dziewka, mój chłopcze, sadzi 
n rzez płoty że to ha! No, nłerumień się mój aniołku, — do- 
'\'x\ zwracając się do córki i głaszcząc ją z tkliwością pod 
i)rodę, — przecież jesteś córką legijonisty. 

Córka widocznie była ^zakłopotaną rekomendacyą oj- 
r i, i pragoąo zwrócić na inny przedmiot rozmowę, zapy-* 
i:tła ł^ię podnosząc oczy nieśmiało; 

— P, Karol niezapomni nas odwiedzić? 

Czołem, że mi wypada cóś odpowiedzieć; ale ona pa- 
\\?:\\'\ na mnie, język misie splątał, zabełkotałem coś nie- 
/jo^uniiale , pożegnałem zacnego kapitana i pobiegłem 



313 29 

w góry lękając się obejrzeć, w ślad za professorem. Na 
pióżno mi pr. Jan dowodził: 

— Karolu unikaj tej kobiety! zanadto piękną i zanadto 
poczciwą ma fizionomiję: może ci na wstępie da życia, ży- 
cie zagrabić. 

Jej w pól tiśmićohnięta twarzyczka stała mi ciągle 
przed oczami, jej spojrzenie głębokie myśli mi plątało; i 
zapomniałem o wszystkiem nawet o swoim patencie. 



MYŚLI 
■ ftBO»Oft»A fll«BBVBBA, 

PRZEZ 
€B&OFA % POWUTU «ABTA»OU«nNK>. 



Kto głos oaturjr słyszał w całości. 
Kto pojął walkf wsiystkieh iywiołóWt 
I poczuł siebie cząstką hozkości, — 
Temu Natura chórem aniołów! 

Pod mojem oknem płacze dziecina — 
A tam w gaiku pieje ptaszyna. 
Opodal znowu dąb stary mszeje — 
Pod nim krzewina kwieciem bieleje. 
W izbie zmarłego brzmi śpiew pogrzebny, — 
A przed nią ciągnie orszak swadziebny. 
Tui stoi trumna nawpół przemknitta, 
W niej drogie dla mnie mieszczą się zwłoki - 
Przy nich dziecina podziwem zdjęta. •• 
A tam wysoko ciągną obłoki, 
I niepytają co świat wyprawia? 
Jak się on smuci? Jak się zabawia? 

Gdy duch wszechpiękna w duszy zagości, 
Jak się uczucie w sercu układa! 
1 moja UUioió wszystkiem zawłada: 
Nioznam ni smutku, ani radości — 
Zdała od trosków i od boleści, 
Wszystko przyjmuję co iycid mieści. 



315 31 

n. 

Jakiei to walki stoczyć wypada, 
Uhj azyskaó imię człowieka! 
A dusza będzie tym walkom rada, 
Gdy od nich wola twa nieucieka. 
Przeto człowiekiem miej wolę zostać — 
Tylko człowiekiem, aniczem więcej!.* 
Tedy przed losem zdołasz się ostać, 
I świat ukochasz jak najgorę cej* • . 
I wesół będziesz na tym padole. 
Bo szczęście siadło tobie na czole. 
Tedy spokojnie umrzesz w młodości. 
Jak pączek róiy z krzaka uszczknięty* 
Tedy radośnie zamrzesz w starości, 
Jak dąb wyniosły a wiekiem zgięty. 
Tedy się smutek w tobie ni«*zbudzi , 
^ Jeśli niepamięć zyskasz u ludzi: 
Bo na tym świecie człek prędko znika, 
Choć nieśmiertelną jest Jego dusza. 
A gdy los braci ciebie przenika, 
I łza bliźniego do głębi wzrusza— 
To zapłacz rzewnie, płaczem miłości: 
Bo temu trzeba tutaj wychylić 
Kielich goryczy, czarę iałości. 
Kto się od cierpień niechce uchylić 
I ma przed sobą szczęście Ludzkości. 
Jak często w iyciu walczyć wypada!.. 
A dusza będzie tym walkom rada: 
Bo po nich wielka godność cię czeka-— 
Uodność jedyna — imię człowieka! 

III. 

Mniemasz, ie człowiek tu poniżony? 
Że jego władzy ciasne granice? 
Bo tu na małą zesłan ziemicę , 
Kiedy tam za nim świat niezmierzony!. . 



32 31& 

— Czyś Die wszechświatem ze swojf wiedzą? 
Czuciem zgromadzasz cały świat w serce; 
A siły» myśli co dziejów śledzą, 
Czas zdobywają!.. 

Tylko bluŹDierce 
Wydają rozpacz oad ludzką nędzą. 
Człowiek co pojął dostojność Męża, 
Co stał się takim, jakim być trzeba, 
Wszystkie swe siły wbozkość uatęła, 
A precz odpycha płonne marzenia — 
Tylko rozszerza Królestwo Nieba 
I wykonywa dzieło tworzenia. 

IV. 

Dla swego dobra przeszłość roztrząsaj, 
I na nikogo tu się niedąsaj, 
Jeśli pomarli krewni i mili— 
Znikli ze świata jakby nieżyli... 

Panie! czy liż i mnie to czeka? 
Więc jako proszek życie człowieka!. • 
— Czy kwiat napróżuo ziemię okrywa? 
Niebo bez celu obrót odbywa? 
Człomekf co dzisiaj w grobie spoczywa, 
Napróżnoż zwiedzał tę świętą ziemię? 
Napróżno dźwigał przeznaczeń brzemię? 
Teraz go niemasz — więc nigdy nieżył? 
Wszak jesteś^ — byłeś — będziesz w przyszłości!. 
Ty się związałeś węzłem jedności 

1 z tym co umarł i z niezrodzooym. 
Tyś od zmarłego niebył wzgardzonym: 

' Żyłei dla niego w przyszłości — w niebie; 
On ścieżkę dobra przetarł dla ciebie — 
On teraz tobie służy w przeszłości. 
Jak ty dziś służysz dla potomności. 



317 113 



T U K A J. 

* 
CZĘŚĆ TRZECIA n, 

PBZBZ 



Tukąj przeifł lat ctterdzieście. 
Zdrowia, złota nie iałował. 
Hulałft szalał — ai oaroście 
Przesycił sif'! zmordowałw 
Kochanki si^ postarzały. 
Młode młodszych obierały. 
Mógł odmłodoieć— po cdi zwlekad? 
Z przyjaciół— miał ich nie mało— 
Trzech się tylko pozostało, 
Którymby się dał posiekać — 
Ma się rozumieć, po próbie* 

Rzekł więc naprzód najstarszemu: 
•Przyjacielu! ufam tubie. 
Nie pytaj na co, i czemu? 
Lecz weź ten słój, pójdź do zdroju, 
1 cokolwiek będzie w słoju, 
Proszę, byś do wody wrzucił. » — 
Przyrzekł, poszedł, nie powrócił.— 
Tukaj się mocno zasmucił. 



(♦) Ośmielając się kończyć balladę Adama Mickiewicza, winienem 
oświadczyć, iź czynię to za wyraźną wolą jego (Przyp. Autora w r. 1829). 

TEKA N. V. 5 



34 318 

S£C2Qściem ia przyjaciel dru{i 
Stanął gotów do posługi. 

Wrócił— lecs dziwem przejęty: 
iTakajtt! to dyamenty! 
Co za kaprys lub powody/ 
Taki skarb rzucaó do wody?» — 
— ^»Będzie]ny dość mieli oba, 
^ Weźmiesz, ile się podoba** — 

—•Mniejsza o to! Powiedz raczej, 
Co to? na co? co się znaczy? 
Nikomu nie powiem o tem.c — 
— tJeszcze nie czas — potem, potem. 
^ Masz słój drugi, wrzuó do zdroju, 

Ale nie patrz co jest w słoju! «— 

Wziął słój — ale nic nie mówU 
Patrzy w oczy Takajuwi. 
»Idź, idź! resztę czas wyświeci.*— 
On odszedł milcząc ponuro, 
Alió ledwie znikł za górą, 
Z za góry czarny kruk leci^ 
»Gói? Tukaju! wracam suchy. 
Cha, cha! lecz nie trać otuchy. 
Idzie twój przyjaciel trzeci.* — 

Tukaj się uderzył w skronie, 
Z rozpaczą załamał dłonie, 
I wzrokiem tocząc po niebie,' 
Klął ludzi, djabłów, i siebie.— 
» Tukaju! co się to znaczy? 
Wyjaw mi powód rozpaczy: 
Jeśli osłodzić nie zdoła» 
Przyjaźń twój smdtek podzieli!*-^ 
— »Ha przyjaźń! — Tukaj zawoła-* 
» Wszak wiesz, miałem przyjaciel!, 
Ctdzieł są po najpierwszej próbie?— 
lec; znana mi dusza twoja. 



319 35 



Mów, mogęi zaufać tobie? « — 

— ^Doświadcz, to odpowiedź moja.« — 

Wziął słój— skarb do wod^ wrzucił* 
Wziął drugi— kruk nie powrócił. 
On wraca.— Skoro go zoczył, 
Tukaj ua spotkanie skoczył. 
Jui są blisko, jui wzajemniB- 
Wjrciągają uścisk tkliwy-r- 
Tukąj szepnął coś tajemnie^ 
Skioj^ i wtćm, dziw nad dziwy! 
Wilk, lew, tygrys, smok straszliwy, 
Z dymem w paszczy, z ogniem w oku. 
Na Tukaja wypadł z boku. 
»Ratuj brapie!*— Tukaj krzyknął. 
On zapomniał ie bezbronny. 
Skoczył śmiało — zapęd płonny! 
Zwierz jak wypadł tak i zniknął. 
Głos tylka % śmiechem zmieszany 
Zabrzmiał: »Winszujf wygranąj! 
Ale jeszcze, jeszcze próba. « — 

Ci się uścisnęli oba. 
Tidcaj jui się uc nie trwoiył. 
Odkrył sekret, rzecz wyłożył; 
Dał przepisy, dał przestrogi. 
Jak- ściąć głowę, siekać nogi; ' 
Lecz nadewszystko powtórzył: 
Jak pocięte skleić człouj^i. 
Jakie zioła i korzonki. 
Bwać na nowiu lob pod pełnij^ 
Po ile brać szczypt i łotów; 
To skończywszy, był zupełnie 
Do operacyi gotów^ 

Jednak zal mu się zrobiło. 
Słońce pięknie zachodziło, 



36 320 

litiyc wznosił 8i« od wschodu.-* « 
TukaJ poszedł do ogrodu. 
Kwiaty kwitły na około, 
Wonny wietrzyk cbłodził czoło, 
Słowik śpiewał gdzieś wesoło.— 
Tukaj stanął po nad strugą, 
Myślał, patrzał, długo, długo — 
Wtem łzą błysnął wzrok ponury. 
Oczy, ręce, wzniósł de góry: 
» Niebo! słońce! bądźcie zdrowe!*— 
Wtem przyjaciel ściął mu głowę. 

. (1829 r. w Wejmarae.) 



TUKAJ. 

CZĘŚĆ CZWARTA. 



Drugi miesiąc na młodziku. 
Jui cała ciata budowa 
Uklejona — tylko głowa 
Leiy pod szkłem na stoliku. 
Lecz i tę głowę z kolei 
Przyjaciel dziś już przyklei. 
I pełen wiary, nadziei, 
Z miłością marzy o cbwili, 
Kiedy się. Tukaj ocuci. 
Jak mu na szyję się rzuci! 
Co będą czuli, mówili, 
Jak się kocbali, jak żyli! 
Światu się staną przykładem. 
Jak nowy Ore&t z Pyladem. 

I w tem rozkosznem marzeniu^ 
Wzruszeniu i uuiesieniu, 
Aui postrzega, jak burza 
Cały buryzout zaclimurza^ 



321 17 



AŁ jednym razem nad domem 
Wiehrem, ulewą i gromem 
Bykła^ i trtfsie ściaoamu 
A w tejie chwili przed drzwiami 
Głos jakiś błaga o woijście.— 
Nie w porę, gość rzeczywiście • 
Gorzej Tatara;— lecz juzció 
Niepodobieństwo oie wpuścić! 
(Albowiem rzecz si«, jak wiecie. 
Dzieje w Litewskim powiecie, 
A iaden bardziej być ludzki 
Nie moict jak Nowogródzki.) 

Gość więc wszedł — Postać i mina 

Nie okazują Litwina. 

l^cz kto? zagadka nie lada! 

Bo chociaż po polsku gada. 

Znać po nim ze cudzoziemiec. 

Lecz kto? Włoch, Francuz, c^y Niemiec? 

Każdego zda się po trocha. — ^ 

Oczy ogniste jak Włocha; 

Buch, uśmiech, podróżna bhiza. 

Przypominają Francuza; 

A ledwo usta otworzył. 

Zda si9 że Niemiec Faust ożył, 

Tak się z nich raptem polała 

Mądrość— jak owa nawała 

Z chmur po nad domem. — 

On burzę 
Wziąwszy za assumpt— od progu. 
Jak zaczął, to o naturze. 
To o człowieku i Bogu, 
Prawić— a tak patetycznie. 
Tak mądrze, filoi^oficzule, 
Ze czy to urok wymowy, 
Czy figiel sztoki Faubtuwej, 



38 ' 322 



Dość, źo gospodarz osłupiał, 

I tak czy zmądrzał, ozy zghiptały 

Źe ebociaa dobrze słów jego 

Aoi ogarnął, oi zmierzył. 

Od razu zaczął od tego, 

Że im ua oślep uwierzył. 

1 sam, wjajaści swej środku, 

Nagle, jak kurczę w zarodku. 

Poczuł straszliwą ochotf 

Zbadać wszeeb rzeozy istotę. 

Więc cboć mu zawsze w pamięci 
Tukaj, i nad nim robota — 
Jui go nie miłość k'uiej nęci, 
Tylko ciekawość nim miota, 
Czem może stać się, gdy stanie, 
U martwy z martwycb powstanie? — 

Ale jak zadać pytanie? — 
Wie on i dobrze pamięta 
TijjEaja pacia conpenta. 
Że zdradzić przed kią bądź sekret, 
To znaczy wydać nań dekret 
Nie tylko śmierci — hą piekła. — 

A więc ubocznym sposobem 
Zagadł— co mądrość dociekła 

życiu dusz po za grobem? 

1 czy są siły, co mogą, 
Naprzykład — ot wskrzesi^ kogo? 

Gośctowi radość na liea 
Wybłysła, jak błyskawica, 
I tając uśmiech wpół drwiąca. 
Co się z ust wymknął niechcący, 
Nuż ex caikedtay ab ovo^ 
Rozprawiać na dane tema. 
^'apr^ód o Bogu: — »Bóg— sbwo. 
I jest— i razem go niema. 



323 39 



Niema na liemi ni w Niebie; 
Ale jest w mfdrcówr rozumie. 
Bez nit^by nie był— b§ sjebi« 
Saoi bez nich pojąć Bie umie,^— 
Wbrew więc dawaycd Teozofów, 
tściin ludzie poznają, 
Że nie Pan Bóg Filozofów, 
Ale ge oni stwarzają «— 

Gospodarz strasznie się sdziwił. 

Wytrzeszczył oczy, twarz sl^rzywtł, 

I jak mógł nastawił uszy. — 

A gość tak dalej o duszy 

Ciągnął rozprawę swą: j»Dusca. 

Jako jest Boga obrazem, 

!Rak tez jest, i nie jest razem. 

Jest to wiatr, co światem rusza^ 

A jak rusza światem eałym. 

Tak rusza i kaidem ciałem. 

A jak to ciało spróchnieje, 

Wiatr wiatrem— jak wiał, tak wieje, 

I drugie ciała kołysze. 

Z bytu' jego w kaidem ciele, 

Zostaje tylko tak wiele, 

Ile kto w lięgach zapisze. 

O kim zaś raczą w swej głowie 

Pamiętać Filozofowie, 

Ten dopiero rzeczywiście 

Żyje w Bogu wiekuiście, — 

Co gmiu ślepy niebem zowie, c— 

Gospodarz w ciągu tej mowy. 
Jak oczadzony, z początku 
Czuł tylko kręcenie głowy; 
Ale przy dalszym jej wątku, 
(Jak zwykle w oczadzie bywa), 



40 324 



Poczuł iradzenie i ckliwoi^. 
Jui Jui na wybuch go zrywa— 
I^cz się uzbroił w eierpliwosd. 
Ściął zęby, i znów w milczeniu 
Słucha. — A gość o wskrzeszeoio 
Tak zaczął: i»Chci6ć wskrzeszać ciało, 
Formę człowieka, lub ludu, 
Głupcom się tylko ubrdało. 
Rzecz zresztą nie warta trudu! 
Bo forma ciał nie określi 
Absolutu życia myśli. 

•Ale podźwigać tołowy 
Ludów, narodów, lub stanów. 
Gnijące w śmierci mysiowej; 
Im nowe nasadzić głowy; 
Do głów tych, jak pustych dzbanów, 
Lać wyskok mądrości nowej — 
Ów nektar, którego dzielność 
Bogów ma czynić z bałwanów, 
Nicośid dać nieśmiertelność!-— 
To dział tych wielkich, tych dzielnych, 
Tych Boskich i nieśmiertelnych 
Mistrzów z nad Sprei i Pregli, 
Co po nad ziemią się zbiegli, 
Jak mglistych komet jajoiei, 
i twardo^moctti nauką 
Jak w bitki wzajem się tłuką 
Na firmamencie mądrości! 

»Lecz biada, biada mu, ktoby 
^Mając dokonać tej próby. 
Szedł torem ślepej natury! 
W czyichby ręku ta nowa, 
Wsadzić mająca się głowa, 
Była tej samój struktury. 
Lub w takim samym została 
Stosunku do reszty ciała. 



3J5 41 

Jak ta, 6ó dsiś Ją eOtl Urnfk^ 
htną mak4wkt Mjg^ 
Rodzącą tylko Dasieoia 
Uśpienia lab npojenia* 

iżi pijrwszy pneto wanadc, 
I iin0 qua wn— potneba^ 
Stargać jej s aereem atoaimeki 
I wzrok osłonić od nieba: 
By ciągły rncli serca rsutu 
Nie trącał w ai<y Ah9olmti^ 
A on wyiszego od siebio 
Hie upatrywał aa Niebie. 

» Wtenczas to ludzieby pnystfi 
Do swoich przeznaczeń szczytn, 
Bo swej mądrości zenitn. 
Do iycia # inyśli, dla myśli— 
Co dziś Iśoi Jeszcze w iskierc^i 
Ale świat słońcem okrasie 
Gdy całkiem pódepce serco^ 
A wiarę całkiem wygasi.t^ 

ttt Juł uczniowi siQ zdało, 
ie mistrz drwi z niego wyraioM.- 
Krwią Polską serce zawrzało-^ 
I jako Autor Przedbtkrzy^ 
Nie mogąc wytrzymać dłuiej. 
Jak Mnie: iAch ty! ty błaźniei 
•ty szołdro! taki, oWaki! 
•Alboiem to ja iak jaki, 
»Źe ihi śmiesz świecić te bakilu 

»Widzf^ ie alboś sam szatan^ 

*AIbo być milsisz z nim zbratauj 

»6dy wieśż zajęcie dziś moje.-^ 

•Lecz Ja sif djabła nie boję! 

jNie dam si« zwieść, i nie zgfżeizci 

^Przyjaciela kocham szćżei^zei 
TEKA N. T. f 



42 326 

•W nieśmiartolnośó Juszf wton^, 

•PrMX Boga z Jńartwych go wskrzeszę.*— 

— iCha, cha, cha! — gość parsknął śmiechem: 
•Nie kaidf grzech zda się grzechem. 
•Tyś nieodrodny w swym rodzie, 
»)lądry — lecz zawsze po szkodzie. 
•Gdybyś był czynił Wytrwale, 
•Co teraz krzyczysz w zapale,. 
•A w i^zas mu głowę przyłoiył, 
•Tukajby może i oiył! 
•Lecz teraz — czas jui przeminął.*—- 
Rzekł — świsnął, chychnął, i zginął. 

A wtem — O! Jezus Maryja! 
Północ dwunastą wybija. 
Tukaj miał wstać o północy!— 

Przyjaciel skoczył jak z procy — 
Alió, u progu alkowy, 
O zgrozo! Tukaj bez głowy 
Stoi, a w ręku swą głową 
. Grozi jak kulą działową. 
Cisnął — i nagle po domu 
Rozległ się jakby trzask gromu. 
W całym powiecie słyszano 
Ów nocny łoskot — a rano 
Ze wszech stron zbiegła się zgraja 
Ra gruzy zamku Tukaja, 
Próżno chcąc zbadać przyczynę 
Czemu tak runął w ruinę. 
Co jako wielka mogiła, 
Tajnię tej nocy pokryła. — 

Lecz koło góry Żarnowej 
Lud dotąd widzi co nocy 



327 43 

Dwa cienie— Jeden bes głowy, ^ 
Ćoni— a drugi jak z procy 
Ucieka. A ten, co goni. 
Własną snąć głowę ma w dłoni, 
I la ściganym tą głową, 
Baz wraz, jak knlą działową, 
Ciska— a skoro odbita 
Odskoczy— on znów ją cbwyta. 
By wnet znów cisnąć na nowo. — 

To ów przyjaciel z Tukajem 
Tak pokutują nawzajem. 
I poty b«dą, ai póki. 
Wnuki ich, albo prawnuki. 
Świadomi smutnych przykładów 
Dziadów swych, albo pradziadów, 
A świadki kary nad niemi— 
Nie oduczą się powoli: 
Jedni hołdować swej woli, 
A chcieć żyć tylko dla ziemi; 
Drudzy nakłaniać wnet ucha 
Na słowa cudzego ducha. 
Choćby był w zmowie ze złemi. 

1857 r. 



KWESTARZ STAROZAKOIfNY. 

{Po$iaS łująeą m WUnUl). 



nizEz 

0es gnens ehantonf U looange.. 
Qae de gaeax bomiDet He biea! 
' II faui qa*enfSii Tesprit Yenge 
i«'iioiiii4te homme qui b*a rien., 



Codiłen go widzą Jui lat ze trzydueśoi, — 
Znają twarz Je^o z wyrazem boleści, 
\ kształtną postać^ co w łęic sif jui zginą, 
I długą brodt, co siwieć poczyna; 
Zną|ą kapotę, co Bóg wie lat wiele 
Cudem przyrosła trzyma A% na ciele; 
Zną}ą pa hmku niepewne stąpanie 
Nogą pol t^^t gdiie raną na ranie.... 
Oiodzi i 9 bierą— }ecz nie sobie plony,. 
Cbpć Żyd otd uozuó zdą^rien iMsądzony. 

Codziei^ ga widzą ną flioach młąstar 
Po naj|ciaśniejszycb zakątkach sit szasta,^ 
Idąc potrząsa blaszaną skarboną, 
Ąieby do, n^] półgroszą wrzucono^ 
Ku jasnymi pąoom ^bli^yd sit niewazy,— 
Wzywa biedaków do^ wsparcia nędurzy, 
^aga wzgardzonych brac^ w Abrabamie: 



329 4i 



I kaidy grosz swój na połowa łamie, 
Nikt oieodpycha blaszanej Kkarbooy, 
Cboć Żyd od wczuć zdawieo odsądzony. 

Codzień go widzą gdzie ciemDe poddasza, — 
Wsparcie od biednych biedniejszym rozoasza: 
Tam, gdzie obłóinie boleje kaleka. 
Gdzie drobna dziatwa pożywienia ozeka. 
Gdzie 'wdowa rtk« wyciągnąć się sroma. 
Gdzie głodne dziewczę ma s^hłonąć sodoma, 
Gdzie ani z wieści nieznają wesela, — 
Po kilka groszy każdemu rozdziela, 
Z niecierpliwością odpycha pakłony. 
Choć Żyd od uauć zdawieo odsądzony. 

Codzień ga widzą gdy wieczór szarzeje; 
Odbywszy drogi kwestarskie] koleje, 
Dybie do kurnej klatki wyrobnika: 
Tam drąg u miecha kowalom pomyka, 
Lub z pewrdinikiefli wyprzeda paździerze. 
Lub do kapara w olejni się bierzei — 
I cały wieczór pot leje obficie 
Dla kilku groszy na własne przeżycie. 
Nieśmie brać sobie z biedaczej skarbony,. 
^ Choć Żyd od uczuć zdawien odsądzony. 

Codzień go widzą północni wędrówce: 

Siedzi w gospodzie p^rzy cienkiej łojówce, 

^ada garść bobu i Bibliję czyta; 

Na lica troska wychodzi uk^ta, 

] w smutnych myśłach zatopiony siedzi^^ 

Znosząc obelgi pijanej gawi«div 

Nit^y uieczi^y co serca potyka. 

Płacąc za wzgairii^ę wzgardą niewolnika^ 

Wzdycha przed śmiercią do pi:anjców strony. 

Chuć Żyd od uczuć zdawi^ ods^ądzony*. 



46 330 

Oidzień go widzą — i zna go śród wiela 
Biedua, zeliona dziatwa Izraela! 
Gdy jego dusza ku ojcom pośpieszy, 
Kto ma nieść zwłoki? bidzie waśń u rzeszy; 
Nędznych i moinych, starców i mtodzieiy. 
Na okopisko pół miasta wybieiy; 
Sypiąc na zwłoki liemiff z Chanaanu, 
Bfd; w modlitwie polecać go Panu; 
Ozwą sjf w tłumie iałościwe tony. 
Choć Żyd od uczud zdawien odsądzony. 



Wilno 
•20 kwieioia 1858 r. 



STARY ZAMEK. 

LEGENDA 

PRZEZ 
1. 1. mMUkMWMWMmmUO, 

Palvis et umbra.... 
STEFANII Z 6UŁK0WSKIGH I MARTI Z RULiKOWSKICH 

BBASBBWBIKIII. 

LUCYJANOWI I KAJETANOWI KOCHANYM BHACIOk IfOIU, 

na pamiątkę zjazda w Romanowie^ 

Przywalany brat» ' 

J. I. R. 



Romanów Podlaski. 
I. 20 maja 1856 r. 



Wiele nam jeszcze braknie w dziejach kraju i ro- 
dzin niezapisanych nigdzie podań i legend, kwiatów wy- 
it>8lyeh na mogiłach, które zwiędły zerwane ręką obojęt- 
ną lub zaschły w śmiecie rzucone. Suchy szkielet życia, 
nic nieznaczące daty, szczeble drabiny — > nazwiska pu- 
ste jak dziurawe orzechy, ułamki twardsze, których czas 
strawić niemógl, pochowano skrzętnie, ponumerowano i 
rozklasyfikowano; ale to co stanowiło fizyonomiję, co biło 
krwią i rumieniło się życiem, zginętp może na wieki* — 
Jak to dziś .wyglądają bijografije najznakomitszych ludzi 



48 332 

naszych, do czego dziś podobne icb postacie dobyte 
z grobu? — do odkopanych nieboszczyków, z których par- 
gaminowój skóry i rozsypanych kostek, śmierć tylko czy- 
tamy i nieuniknioną znikomosć. 

Urzędowa, publiczna część iywota, zapisana gdzieś 
skrzętnie, dozwala oznaczyć, ile kto przebył na świecie 
godzin, w jakiąj obracał się sferze -^ ale jakże mało tych 
po którychby jeden rys dobitny, żywy, znaczący pozo- 
stał i dozwalsd odgadnąć, pokochać lub zdziwić się czło- 
wiekowi? A tak to prędko zapomina się, zaciera wszyst- 
ko, ze w trzecićm pokolenia o dziadach jui nic nie wie- 
dzą wnuki^, i odgadywać ich muszą. Czasem istnym 
przypadkiem , uchowa się cóś i skryje w sobie iskierkę 
ducha, nasionko iycia, ale jak tego jest mdcl 

Przerzucasz karty dziejów, wysuwają się przed oczy 
postacie, po których tylko rozgłos imienia pozostał — rad- 
byś wywoJaó je i pobratać się z niemi, ale cień się wy- 
myka i szkielet sterczy suchy, którego usta skostniałe nic 
już wymówić niemogą. 

I chodzisz po tćj wielkiej ruinie, po cmentarzu za- 
rosłym, szukając, do kogobyś przemówił, ktoby się odez- 
wał choć głosem upiora? nadepczesz nieme kości i pro- 
chy — szczęśliwy jeśli choć kropla życia, jedna łza, jedno 
westchnienie, jednego cóś niedomartego przemówi do cie- 
bie zrozumialszym językiepi. 

Napróżno człowiek sili się na Wyrwanie przeszłości 
zapomnieniu wiekuistemu, któremu jest przeznaczoną, — ta 
walka z naturą pochłaniającą wczoraj i na ruinie jego da- 
jącą nieustannie nowemu jutru wykwitać, — jest beżowoco- 
wym bojem 4 

Czyn zaledwie dopdniony już się w chwili prze- 
kształca zamiera i rozprasza W jakiejś cząstce<..i woń du- 



331 49 

cha ulatuje z niego w mgnieaiu oka... Ło zuowu olbrzy- 
mieje jak widmo, wykrzywia się, paczy, i własnością spadko- 
bierców staje się nie takim jakim był w istocie, ale przy- 
krojony do ich miary, do pojęcia i serca.. Gdzie się nie- 
mieści bohatśr, bisiory a go obcina nielitościwie... Histo- 
rya jest tylko wiekui^tóm tłem, na którym nowe pokole- 
nia malują swe własne wizerunki, chrzcząc je imieniem 
naddziadów. W jśj ramach z kolei, każdy wiek uposta- 
ciowuje siebie, szukając wrzekomo prawdy, a znajdując 
dowody swój słabości. 

Każde stulecie inaczej sobie swą przeszłość tłómaczy, 
inaczój ją wskrzesza, inny strój daje nieśmiertelnym ofia- 
rom, innych nawet na bohaterów wybiera, z kolei podno- 
6ząc i spychając co było wielkićm i małem, — w końcu ze 
sprzeczności tysiąca składa się wielka, a smutna ruina. 

Nadaremne usiłowanie nasze: nieśmiertelndm będąc 
gdzieindziej, tu wszystko umierać musi, ludzie i myśli, 
budowy i czyny... 

Wnijdźmy na stare zamczysko wojewodzin skie, w któ- 
rem już warczą kołowrotki fabryczne, gdzie niedawno sła- 
no kobierce na przyjęcie królów, strzelano na wiwat xią- 
żętom, do saU portretów z powybijanemi oczyma, do gro- 
bów pod kościołem, i — spytajmy, co to byli za mężowie? 

Imiona ich i nazwiska nic nam niepowiedzą, — a ko- 
ści niespokojnych magnatów tak śpią spokojnie w swycłi 
trumnach cynowy cłi, jak najpokorniejszego zakonnika! 
Hamlet, zapytujący czaszki na cmentarzu o prze.-zle jej 
dzieje, jei*t typem badaczów przeszłości. Każdy z nich 
sam pyta i sam sobie odpowiadać musi. Duch uleciał a 
prochy milczą, — i z tych tysiąca wieków ubiegłych, pozo- 
stał napis mogilny w dwóch słowacli: 

'»PuIvis ei uinbra !• 
TEKA N. V. 7 



50 3S4 

Jest cóś przerażającego w tćm milczeniu śmierci, w tćj 
martwości' trapów, którym żadne zaklęcie ust nierozwią- 
że, — w tśm prawie zapomnieniu, które cięży nad światem. 

W sto lat dzieje umarłych mieszają się jak ich kości, 
czyny jednych przyznają drugim, imiona mieniają, wypadki 
łączą, a na karb głośniejszych ludzi składają wszystko co 
gdzie jeszcze lata po świecie niedomarlego. 

I tak, my nie wiemy o przeszłości; przyszłość nic 
o nas wiedzieć niebędzie — zamiast życia naszego, istwo- 
rzą nam póżnićj jaldeś inne do smaku tym, co w nióm 
szperać zechcą, — badacz następny wywróci ten budynek 
z kart, inny go znowu wyrestauruje, aż się materyały 
w proch zetrą, i garść tego prochu a słowa martwe pozo- 
staną ze wszystkiego — poŁóm szczypta popiołu... potem i 
to wiatry rozniopą... 

Historya z kolei, rejestr suchy lub romans niezabawny, 
argument i temat, zapożyczając życia u tych co ją wykła- 
dają, podi-ycana tchem najróżniejszych piersi, przystraja- 
na w łachmanki różnobarwne, zszywane jak pstra suknia 
arlekina — pogrzebioną w końcu' zostanie, jak ten nieszczę- 
śliwy trup Sicińskiego, co wynalazł „Liberum veto", co to 
go dzieci włóczyły po ulicach, ogryzały kozy głodne, a dziś 
w niedostatku trumny do szafy zamknięto... adperpetuam 
memoriam....... 

Smutne te myśli przychodziły mi do głowy obcho- 
dząc stare zamczysko , którego dawni właściciele z imie- 
niem swćm razem pogrzebani leżeli w grobach niedale- 
kiego kościółka. 

Imię to , niedawno jeszcze bardzo głośne i piękne, 
dziś już z ostatnią tarczą na pogrzebie roztrzaskane zo- 
stało i znikło. Potomek jego ostatni, zmarł gdzieś dale- 



S35 51 

ko od kraju na obczyźnie, na. dobrowolnem wygnaniu^ 
niewiem nawet czy wzdychając po kęsku ziemi, nad któ- 
rym panowała jego rodzina, tak dawniej potężna i dumna, 
tak już dziś zapoumiana. 

Z całego tego długiego szeregu pokoleń, których ży- 
cie pełne było barwy i ognia, pozostały kilkadziesiąt 
imion na drzewie genealogicznym, zawieszonych ręką nie- 
l)ardzo pilnego historyografa, wśród dat, które dzieci star- 
8zemi często czynią od ojców — kilkanaście trumien w gro- 
bowcach i puste zamczysko, w którem Żyd gospodaruje, 
fabrykuje sukno i sławi opiekę Jehowy nad wybranym 
Izraelem. 

Przejeżdżając przez miasteczko u stóp góry, na któ- 
rój stai zamek położone, niemogłemsię powstrzymać, że- 
by tych ruin niezwiedzić... dziś do dzieł dobroczynnych, 
do których obowiązany jest chrześcijanin, liczy się posza- 
nowanie pamiątek, — tak mało ludzi cześć im oddaje, a 
tylu je niszczą! Zdaleka gmach miał fizyonomiję nie- 
zmiernie malowniczą i dopraszat się ołówka... tysiące 
wspomnień poczepianych jak zielony bluszcz na jego mu- 
rach ożywiały go jeszcze... W widłach rzeki i mniejsze- 
go wpadającego w nią strumienia, na gliniastym obrywie, 
w wysokim cyplu odciętym od lądu fossą dziś zupełnie 
wyschłą, czerniały mury starego zamku pokryte jeszcze 
dachami, z lasem kominów i niekształtnych szczytów, z bra- 
mą majestatyczną u mostu dziś zastąpionego lichą gro- 
belką, z kościółkiem wreszcie zamkowym, z którego zdję- 
ty krzyż opowiadał, że tam już Bóg uiemieszkał, tylk6 
pustka i zniszczenie. 

Ze ściśnionćm sercem poszedłem pow<^ ku ruiole, 
pytając każdej garstki ziemi o dawne jój dzieje ; ale mi 
one odpowiadały badylami pigłunu, zeschłą trawą, koią- 



52 iU 

cemi opty tylko... Dla ziemi niebyło tu nigdy człowie- 
ka; wiedziała tylko o dzieciach rodzouych, o roślinach, co 
rok umierających, by odżyć znowu co roku. 

Staw ze zgęsłą i pleśniami pokrytą wodą, wpół za- 
rosły trzciną, na pół brakiem odpływu zmieniony w błoto, 
już sam był maleńkim obrazem tego, w co dziś obrócił się 
zamek. Roślinność bujna od brzegów idąc parła się coraz 
dalej, wypijała wody i pokrywała większą część czyetój 
ni egrlyś tafli, w którćj odbijały się mury zamkowe. Ponad 
kałużą tą krążyły stada komarów, wrzeszczały armije żab 
sprzymierzonych, jak gdyby szturmem pustkę brać chciały. 
Gdzie niegdzie z t6j gęszczy błota, liści, stworzeń i brudnćj 
wody, dobywał się stary, gruby pal dębowy, trup dawne- 
go mostu, — i kupa cegieł, resztka jakiejś obwalonej arka- 
dy, Ale to wszystko trawiły już mchy i pleśnie, wyźerar 
ła woda, jadło nawet powietrze... Na miejsce mostu kió- 
jy niegdyś wspaniały być musiał, dla wygody ostatnich wła- 
ścicieli wysypano grobelkę — wyborny rys do porównania 
dwóch epok. Grobelka ta pozioma, licha, w półzchróstu, 
na pół z ziemi i gnoju, z mierzwy i gruzów, krzywa, po- 
wybijana, dziur pełna, cho^wała się w tataraki i trzciny: tak 
j^j samej wstyd było, że ją tam położono, — kręciła się, wy- . 
wijata, żeby oczów uniknąć. 

Wpośrodku jój zbudował dowcipny jakiś ekonom ka- 
rykaturę mostka z poręczami krzywemi, na cienkich kilku 
palikach, z osinowych raostnic, krzywo, garbato, niepocześ- 
nie,, ale do grobli stosownie, — jedno warte było drugiego. 

Minąwszy mostek, wśród gęstszych palów i gruzów 
droga podnosiła się nieco ku górze, ale niewiele była we- 
selszą od grobelki. Doły naniśj ktoś powymoszczal chró- 
Stern i cegłą, które pływ<tfy w nigdy nie wysychających ka- 
łttżachj koła powybijały wszędzie koleje, zawadzając to o 



m 53 

gliniasty obryw fizozątków rozkopanego waiu« to ojakiesoi 
morów podziemnych sterczące sklepienia do żywego powy- 
dzierane. 

W samej bramie z obu stron rozdartej, jakby dla no- 
wych pokoleń była zawązką, ściany nosiły ślady prze- 
jazdu wozów i bryk: pooszarpywane i zamazane błotem, 
wielkie owe wrota z herbami dziedziców na czole «taiy 
zupełną pustką, choć to był gmach dosyć obszerny miesz* 
czący w sobie dawniej pokoje na górze dla komendanta 
straży zamkowćj, a w dole kordegardę dla nadwornej mi- 
licyi. Na obwaohcie stoi dziś krowa Żydowska w zagród- 
ce z desek i kijów zbitej; a mierzwy pod samo okno 
w kupę zgarnięte, dowodziły, że nie od dziś rozmyślało t^ 
bydio nad marnościami kordegard ludzkich. 

W bramie o wrotach ani mowy; pozostałe nawet od 
nich ogromne żelazne haki^ w dole chciwy żelaza speku- 
lant jakiś wyciosał, wielkie dziury porobiwszy z niemaićm 
zapewnie wysileniem^ bo mu się cegła i wapno jak mogły 
niedawaiy; — szczęściem do wyższych niedosięgnąi itejeaz* 
cze groźnie nad głową sterczały* 

Szeroki dziedziniec na pół wydeptany i wyjeżdżony, 
gdzie niegdzie malutkie zarastały rdesty i chwast umieją- 
cy się oprzeć despotyzmowi człowieka; — trawa bojaźliw- 
sza uciekała z niego na wały, gdzie jćj było swobodniej. 
Wielki gmach ze wspaniałą focyatą, na którćj pośród kot- 
łów, bębnów i chorągwi rozlegały się połączone herby naj- 
znakomitszych w kraju naszym rodzin, wyglądające jeszcze 
wspaniale ze swemi kolumnami, sięgającemiprzezdwapętra; 
ale już gdzieniegdzie tynk opadły* głębokie szramy, zapo- 
wiadały, że niediago postoją slupy olbrzymie^ W prawo i 
lewo długie okien szeregi, ganki, przejścia, galerye, nie- 
wszędzie juz ich było widać, do mieszkalnych izb przyty- 



54 338 

kały. Tuiówdiie posabijanoje taroieami, pozakładano oe- 
gią starą, pozapyohano stoma, pozarzucano gnojem od dołu, 
pozmniejszanoi powybijano bez litości. Na dachach rosły 
trawy i krzewiny nawet, mur popęks^ i pozacieka! szka- 
radnie; a diugie, czarne pasy pleśni, poznaczyły go przed- 
śmiertną gangreną. Na prawo częsc gmachu zajęta przez 
Żyda na fabrykę, szyderski, nieznośny stanowiła kontrast 
z majestatem tój ruiny, wspanialej jeszcze mimo opuszcze- 
nia i trupiej swój fizyonomii. Tu mur był potynkowany 
na bi8d:o i świeio, przykrą tą barwą ubrany śniegową, któ- 
ra oczy razi i niedaje im spocząć na sobie, mecierpliwiąc 
i drażniąc Okna wszystkie poprzerabiano formą nową, nie- 
pytając jak będą zewnątrz wyglądaói powkładano w nie 
szyby wielkie a brudne, przez łdlka z nich wysuwały się 
szyje obrzydliwych komiaków blaszanych, od których ko- 
peć czarne smugi porysowiJ na owój bieliźnie Żydowskiój. 
Sznur ze schnącemi szmaty i sukienkami, sprzęt drewnia- 
ny jakićiś rodziny Izraelskiój osiadłej jak wróbel w gnieź- 
dzie orlćm, dopełnisiy obrazu z tćj strony, malowniczo nie- 
stety! 

Przykrzój jeszcze byto wzrok obrócić w lewo, gdzie 
odosobniona stała dawna zamkowa kaplica, niesprofanowa- 
na jeszcze ręką ludzkąi ale już ogarnięta obojętnością. 
Drzwi jej zabite deskami i okna bez szkieł;, dach obnażo- 
ny z gontów i miejscami świecący na wylot, mówiły do- 
bitnie o niedzisiejszem już osieroceniu. Chmury wróbli i 
wron uwijały się tu, gospodarząc gwarnie i zajmując bez- 
bronjoe stanowiska, jarskóiki poobłepiały ściany gniazdami 
swemi dokoła, bocian nieostrożny na krawędzi muru ujsiai 
gniazdo szerokie^ w progu wyrosła blada brzózka, mizerna, 
stara, odarta z kory, i kilkunastu ledwie żółtemi listkami 
dająca znak źycia> a inaczej konaniar 



339 55 

Żyd, który ta teras panował, stał wbsnie w progu 
wielkiego zamku i przypatrywał mi się zdaleka z miną 
dosó kwaśną i pogardliwą, jakby byi nierad odwiedzinom. 
Niebyl to już ów Izraelita po^staremu odziany w tradycyo- 
nalny żupan i sobolowy kołpak, z rękanii za pas czarny 
zalożonemi; ale mieszaniec, niedobitek wielki<^ rodziny roz* 
proszonych, usiłujący się przekształcić na kosmopolitę ro- 
bigrosza. Widać było, że dla imienia Europejczyka gotów 
się był wyrzec nawet cebuli. Ubrany bardzo wytwornie, 
palii cygaro Hawańskie puro^ a z brody wy fryzowanej i lakiero- 
wanych bócików widać było, ze wolał Wrocław i Lipsk nad 
wspomnienie Jerozolimy, a może nawet czytał Mosesa Men- 
delsohna... i pewnie niewierzył już w nic prócz złotówki. 

Gdym grzecznie podszedłszy do spadkobiercy woje* 
wodów, prosił go o pozwolenie obejrzenia zamczyska, za* 
imiał się szydersko odejmując od ust cygaro^ 

— Co tu jest do widzenia? — spytał pogardliwie — tro* 
chę gruzów? Ciekawszaby była moja fabryka i warszta- 
ty nowego systemu, które sprowadziłem z Anglii. 

— Siechciałeś pan! — rzekłem z uśmiechem, — każdy ma 
fiwoję słabość: pan do warsztatów nowego systemu, ja do 
gruzów i ruin starego systemu... wszakże to panu przy- 
krości niezrobL 

— Opatruj pan sobie co chcesz, — rzekł, — dam nawet sta- 
rego dugę, który oprowadzi i pokaże; cóżby mi to szko- 
dzić miało? Dziwi mnie tylko, że się panowie rozczulać mo- 
żecie nad tćm i żałować... co słusznie upadło. 

— Podniosłem nań oczy ciekawe. 

— Słusznie? — zapytałem. 

— Zapewnie, — rzeki. — Najprzód co upadło, to upaść zasłu- 
żyło... alles vas ist, ist vemunftig* A do czegóż dziś zam- 
ki? do czego nawet one były dawnićj? służyły do ucisku 



56 340 

słabszych, do panowania datnyl... Błogosławiona chwila^ gdy 
w nich pracowity kołowrotek zawarczy... 

Doszedłem z tego wykrzylmika, że Żyd oprócz Men- 
delsohna gotów był czytać jeśli nie Hegla, to choó Rosen- 
krauz'a; posądzać zacząłem, że mu nowa literatura Niemie- 
cka niebyła obcą, — i niechciałem się z nim spierać; byli- 
byśmy się i za dwadzieścia pięć lat-uieporozumieli. Wie- 
działem zresztą a priori, co z tego tematu można było za 
piękne zagrać waryacye o postępie, cywilizac3d, duchu cza- 
su, znaczeniu pracy, feodalizmie , swobodzie i t. d. i t. d. 
Usmićcłmąłem się tylko na dictum acerbum, i uchyliwszy 
czapki, prosiłem o obiecanego przewodnika. 

— No! dobrze, a potćm proszę i do mnie zajść, — rzekł 
grzecznićj gospodarz — przewodnika znajdzie pan w sute- 
renach na lewo, w samym rogu. 

Reprezentant dzisiejszćj cywilizacyi znikł mi z oczów 
nareszcie, i odetchnąłem znalazłszy się po zejściu trochę 
ku dołowi sam z sobą, uwolniony od dysharmonijnego kon- 
trastu, w obec ruiny, u drzwi w ziemię wpadłych, dębo- 
wych, grubo okutych przejścia, które zdawało się do sute- 
renów prowadzić. Klucz w zamku z przywieszoną do nie- 
go na sznurku kłódką drewnianą zapowiedział mi, że znaj- 
dę starego sługę, który miał być moim przewodnikiem. 
Wszedłem uchyliwszy powoli drzwi, i naprzeciw okienka 
obwarowanego kratą, postrzegłem staruszka zxiążką wiel- 
ką na kolanach, po formie i druku, jakem się domyślał, po- 
bożną. — Była to postać maluczka, chuda, z twarzą perga- 
minową przysypaną siwemi włosy, z brodą nieogoloną od 
kilku tygodni, z wyrazem spokoju, smutku i rezygnaeyi 
przenikającej. Człowiek ten tak przypadł do tćj ruiny, do 
izdebki, do wszystkiego co go otaczało, tak był stworzo- 
ny do tła, na którćm się mieścił, że artysta byłby go mu- 



341 57 

sial użyć w kaidjon widoku tych zwalisk, bo je najcudo- 
wnićj dopełniał. On jeden, klucznik groiwwca, został na 
ruinie, wierny gruzowisku i smiejci. 

Zwolna^ postrEegłs^r mnie, żatnknął :dążkę domyśla- 
jąc się co sprowadzało podróżnego, i nieśpieezył ppwetać^ 
oczekując co mu ppwiem* 

— Mam pozwolenie obejrzeć zameki — ^jeektśni poszano* 
wawszy siwe włosy starca sieroty — niebylibyście łaskd^wi 
pomódz mi do zobaczenia co tu jept piekawego? 

— A! — rzekł stary składając ^W2^ ?ięgC na stoliku obok 
krucyfixu — pan zapewnie zjialeka? podróżny? 

— Przejeżdżający... 

— I piękny ten zamefc wzbiidjsił w panu ciekawość? 

— Tak jestj — aje poftwól najprzód jspytaó, jak pian| 
Wpana nazywap. 

— Ja? — Piotr...* Piotr {Zduński, — rjsekł szukając kluczom 
na półce* 

— Więc nieodmówicie, paiiie Piett^ze? 

— Apójdziemy! pójdziemy! — Westchnął opatrując kieszeń 
nie istancyjHę — Żyd panu pozwolił? 

— Pozwolił! 

— Żyd| — rpz^miał się Piotr — Żyd! panem na zamku aa- 
szyip! a! panie! niezaboliż to serce?** wid^aM pan jak 
to się dmie? iiieohpeż się to płakać kwaTyemi Izami? 

— Widziałem, wid.ziateim> panie PietrzeJ ftlo to nie o to 
chodzi, czy on Żyd, czy Tatar*., pmutiio, że obcy, przyr 
bys^, że ziemny nabywca, po tego poszanować nietoożfc.*, 

— Nieprzyjaciel! wróg I — zawołał Piptr — Wróg> paniel 
Pap niewiesz, co ją tu z nim cierpię,.* pąjgratyfiyft się zą 
wszystkiego! Widzę rękę Bożą; mści^^ą ^ naszym nieszczę^ 
ściu a w swpjój pomyślności, deppjsą świętą pr»pzłQ8Ć du- 
mną nogą i plwają na nic z szyderstwem niepooeciwdm. . 

TKKĄ N, y. § 



58 342 

— A dla czegóż przyszło wam tu pozostać, aby net to 
patrzeć, panie Piętrze? 

— Mnie! a! bo to moja myszą jama! bo ja niemam gdzie 
g!owy przytulić, bom służył ostatniemu panu z tego rodu 
i niemóglbym dla tęsknoty wyżyć gdzieindzićj! Za ten kąt i 
pozwolenie dziury ziemnćj służę Żydowi i wymiatam mu 
podwórze... Bóg przyjmie lo za grzechy... A! ale są chwi- 
le w których cierpliwość opuszcza i chce się bachury ich 
podusić... tfu! Boże odpuść! 

Tak rozmawiając wyszliśmy z izdebki i starzec we- 
stchnął kierując się ku głównemu wchodowi, do którego 
dobierał znanego klucza. 

— Pan Bóg strzegł, — mówił, — że się jeszcze tu niewpro- 
wadzili do samego pałacu, a w porządniejszem bocznćm 
skrzydle pomieścili swoje djabelskie machiny. Niechciało 
się im tu dachu nakrywać nanowo, a wszędzie zacieka. 
Niech zacieka i niech gnije, niech się wali i upada na kar- 
ki tych niewiernych, lepićj niżby się miało splugawić. 

Gdy to mówił, chłód murów" nas ogarnął, stanęliśmy 
w majestatycznej sieni, z której szerokie wschody wiodły 
dwoma powolnemi szeregi kamiennych stopni na górę. Ta 
przedsiei^ godnie odpowiadała pałacowi : — wielka, widna, 
w^spaniała, — na ścianach jej by:y .-zczątki malowań, wyobra- 
żających jakieś ogrody Armidy, z posągami milologiczne- 
mi, galeryami, świątyniami, — kilka kamiennych nadUuczo- 
nych wazonów, z których jeden wywrócony i strzaskany, 
zdobiły poręcze uwnijścia, — po ścianach dlugiemi smuga- 
mi deszcz się lat na kamienne posadzki i porysował mury, 
a kałuże niewy schło zastygły pod każdym z tych złowro- 
gich pasów; o'coło których rosły pleśnie zielone. 

W milczeniu uroczystym poszliśmy na górę do ogro- 
unyoh drzwi obłożonych marmurową z herbami futryną, — 



na lichą kłódkę i przybity niezgrabnie skobel zamkniętych. 
W pustce tej mało zostało śladów życia, a jednak jeszcze 
uderzała wielkością charakteru swego, czemś wspaniałem 
i potężnem. Przedpokój większy od niejednego dzisiejsze- 
go salonu, pełen był połamanych meblów zwalonych na 
kupę, wśród których na oszarpanych axamitach i biało ze 
złotem lakierowanych kanapach, leżało kilka pustych gy- 
panek, wyszczerbione żydowskie necułki, korzec kartofli 
i worek buraków. 

Drzwi wyłupane i na jednej trzymające się zawiasie,, 
powiodły nas do sal szeregiem po sobie następujących, 
wśród których gdzieniegdzie mokre znowu ślady deszczów 
i siwe pleśnie szeroko się rozkładały. Tu i ówdzie jednak 
szczątki jeszcze dawnój wielkości znać było: — ramy zwier- 
ciadeł, których ze ścian wydrzeć nie umiano, malowania na 
murach i nisze, napisy, kominy kamienne i marmurowe, 
kolumny marmuryzowane z bronzowemi kapitelami, świad- 
czyły o przepychu z jakim ten gmach wznoszono. Jakby 
na pośmiewisko wśród tych wspaniałości Umarłych, Żyd po- 
rozsypywał swojo sprzęty maluczkie, prozaiczne. Stały tu 
zepsute łóżka, połamane warsztaty, karczemne stoły bez 
nóg, rozbite skrzynki czeladzi i uiewi^m już co za bez- 
imienne rupiecie starej nędzy. 

Starzec wskazjrwał to i wzdychał... bolało go, że ra- 
zem gniją, pański dostatek i Żydowskie skępstwo. 

Tak przebiegliśmy z, nim wielkie sale przeznaczono 
do iu'0czystych przyjęć i obchodów wielką jedne, w której 
bytność króla oznaczyli niedawno marraui*, przez Żyda obró- 
cony na zrobienie jakiegoś stołu do kuchni — o c?em. sta-^ 
rzec mówił ze zgrozą, — inną, z którój wydarte posadzki kQ, 
sztowne, zo;stawując pełną pyłu i zbutwiałego. di; ze wa, — fit- 
tem polcoje sypialne, biblijotekę pus\ą^, \vąró4 W>i:i^ \y,ala,-. 



60 344 

ły eię kilka kart wydartych fc xiąg XVII wieku, archiwum 
I; powywracanentii pólkami soenowetnij jadalnie, kredeiisa 
i nie wiem już ile izb i ile korytarzy i komórek. Był to 
dedal prżegródeli, wschodów, wschodków, przejść, sklepień, 
kryjówek, Ogromnych gmachów i szc2uplych pokoików, 
dgołOcanych i odartych ze wszystkiego, czekających dnia 
ruiiiy ze smutną cierpliwojjcią męczennika. Znać było, że 
teii budynekj któtemu ręka późftiejsjsa nadała powierzcho- 
wnie jednolitą fizyonomiję, wznosiły powoli wieki; że po- 
częty w XIV wieku, może skromnym grtibym murem, 
W XV nieco ńnielój rozazerzony, w XVI zarysowany na 
poważniejszą już sk^lę, w XVn rozpostarty nagle i 
zbytkownie^ w XVHI dopióro z zamku wyrósł na pa- 
łabj by W Xix Jś pałacu stać się pół rułną, pół fabryką. — 
Na gołycih murach cssytaó było można dzieje żywota tych 
wieków i razu bohaterskich, pracowitych, prostoty pełnych 
W obyczaju^ potiśm żbytkiyących i zepsutych. , , 

Stary Piotr po słowie się tylko odzj^wał, tłómacząc 
jtni iRiiacjsenie każdój izby, dając im dziwne i doić niezro- 
jRUmiałe narwania od osób co je zamieszkiwały, od Wypad- 
kóWj 00 W nioh miały miejsce przed laty — ale nieśmiał roz- 
sSief śSaó się iś boleścią i narzekaniem, których był pełen i 
iyetrzymywał j<> W sobie jako mógł. Wzdychał ciężko i 
modlił Bię pociohu,^ czaeem ocssy odwrarjał.^. kilka razy 
już> już udawały mu się rozwiązywać usta, ale milkł zaraz 
jakby sobie przypomniał, że słowa jego paść mogą nie 
WOieple $erce, auaiumną opokę, 

W jednaj JS komnat nagle zatrzymałem się osłupiały 
nad ogromnym $tosem jakichś płócien z obrazów i połama- 
uyoh ratń» zwalonych na kupę niomilosiernie. Gdzie nie* 
gdzie jR tego chaosu patrzała jeszcze spk'4?iiiału i zakurzo- 
na twarz hetmaiitfka dziko i ctmulno — ówdzie wyt^taWiiła 



345 61 

ręka z szablicą, poła sukni gronostajami podbitój, niewie- 
ście czoło pokryte zasłoną wdowią... 

— A to co? — spytałem Piotra. 

— To! to stare portrety, — rzekł; — zwaliłem je na kupę 
i przygniotłem żeby sobie prędzćj zgniły, bo tu najlepiój 
zacieka,., i już mi dobrze nadtruchlaly... 

— Zlituj się ! czemuż icłi nieocalisz? 

— Dla kogo? na co? żeby się nad niemi pastwili ży- 
dziuki łub handlowali przekupnie? żeby niemi Sara para- 
wany obijała, jak już próbowali, żeby te poczciwe twarze 
patrzały na ich ohydne szabasy?.. Nie! niepozwolę krzy- 
żować ióh niewiernym, niech lepiśj zgniją i zginą.,, a nie! 
to je spalę., dym pójdzie na cŁwałę Bogu jak w staiym 
testamencie Ablowa ofiara, 

— Ale — mógłżebyś je oddać komu? 

— Żyd je kupił, lo jego własność! zgnić może im po- 
zwolić, ale nieodda.. to niewolnicy jego... 

— A gdyby zapłacono? 

— Któż za to śmiecie da trzy grosze?.,, Grdzie dziś' 
panie-^ dodał wzruszony — poszanowanie dla przeszłości, 
gdzie ten duch, co dawniej nas ożywiał? Każdy panicz 
tiroleó będzie lada kurtkę axamitną i konika, niż sta- 
ry gaJgan, na którym jakiś bazgroła liieosobliwszym pę-' 
ziem wyraził twarz nieznaną, co tu kona lat sto i skonać 
niemoże... Turcy, panie, mają rozum, że portretów nie- 
malują,.. 

Poszliśmy dalej — był i teatr, były i wspanialsze zno- 
wu wielkie apartamenta malowane na dole, których freski 
zachowane dosyć świćże uderzyły niezwykłą pięknością 
swoją. Zapewnie, niebyły lo arcydzieła, ale ten co je ma- 
lował, niepospolitym okazywał się w nich artystą. Niena- 
tchnęły go przedmioty obce, liistorye narzucone mu, prze 



6'2 346 

szlośó, której nieroziunial, — nieptakał i niemodlił się malując, 
ale gorąco i żywo rzucił szlachetne dziejowe postacie na 
mur, który miat przeżyć dziedziców tego imienia. 

Pierwszy to raz trafiło mi się w kraju naszym wi- 
dzieć historyę domu użytą za przedmiot do ozdoby ścian 
sal mieszkalnych. Widoczuem było, że ta myśl przyszła 
komuś w końcu XVn wieku, a obcemu powierzono jćj wy- 
konanie. Malarz był Włoch, manijerzysta trochę, wielce 
biegły w swćj sztuce, i człek nie bez talentu; ale przeszło- 
ści polskiej dobrze nierozumiał... Praca jego zgadzała się 
zresztą wybornie z charakterem budowli, z fizyonomiją ca- 
łego pałacu, W szerokich ramach, było tu naprzód przy- 
jęcie króla ua zamku, z ciekawym widokiem tego gmachu, 
jakim był jeszcze w XVII wieku przed ostatecznemi upię- 
knieniami, Scena ta uroczysta odpowiadająca talentowi 
malarza, wcale była zajmującą, twarze widocznie portre- 
towane. Dalej odmalowane zaślubiny jakiejś xiężniczki Nie- 
mieckiej przez wojewodę Połockiego odbyte w Gdańsku. 
Dalój wjazd do Rzymu posła, i pogrzeb królew^ski w któ- 
rym — ^jedeu z przodków reprezentował figurę króla... jadąc 
za marami na koniu. Każdy z tych wielkich obrazów miat 
wartość historyczną i artystyczną, a nad znaczeniem ich 
niepotrzeba się było zastanawiać długo, gdyż u góry w kar- 
tuszach floresami złoconemi ozdobnych, stały Łacińskie na- 
pisy, daty i osób głównych imiona. 

Zatrzymałem się tu dłużej niż gdzieindziój: bo i po- 
koje tu na dole lepiej poszanowane, więcej miały sprzętu 
starego, i nic w nich jeszcze nietrącilo panowaniem Ży- 
dowskióm. Kilka stolików rzeźbionych mi.-iternie, krzeseł 
i kanap, ram w ścianach i odrzwi wspaniałych z czarnego* 
marmuru Szwedzkiego, dozwalały się doanyślać, jak to mu- 
siało być pięknem gdy by?o calem i życi'> w aohio mieściło. 



347 63 

Mały gabinet owalny przytykający do owych \vielkich gma- 
chów, zwabii mnie obrazem al-fresco na ścianie widocznie 
tegoż pęzla co poprzedzające. Obraz ten byt mniejszych 
rozmiarów, bladszy, nieco swobodniej, czy prędzej malo- 
wany, a w kartuszu nad nim zamiast roku i napisu , stała 
lylko trupia głowa, dwie kości na krzyż złożone i klepsy- 
dra wyczerpnięta. . . 

Wypadku, jaki ta ściana przedstawiała niełatwo było 
zrozumieć... Był to znowu pogrzeb, ale dziwny jakiś: po- 
stacie, które mu towarzyszyły, wszystkie miały twarze po- 
zakrywane; dwie tylko na całym obrazie tak były zwróco- 
ne, że wyraźnie rozeznać się dawały. Malarz ustawił- re- 
sztę figur tak zręcznie i sztucznie, pozawieszał głowy ka- 
pturami różnych bractw, pozakrjrwał jedne drugiemi, że 
nigdzie nikogo widać niebyło, oprócz nieboszczyka w tru- 
mnie odkrytćj, i jednego tuż za nią rycerza. Nadzwyczaj 
iiderzającćm było to: że nieboszczyk i rycerz ów tak do 
siebie byli podobni, tak jedni, jakby rozdwojoną tylko a 
jedną stanowili osobę, jakby bracia rodzeni, jak cień i rze- 
czymelość... Tylko na twarzy zmarłego malarz wyraził spo- 
kój grobowy, a na licu rycerza jadącego konno za karawa- 
nem, zdziwienie, przestrach, niepewność, uczucia jakieś 
tłumne, pomieszane, dziwaczne. 

Znać to podobieństwo rysów dwóch postaci nieb)^© 
bez celu, i artysta wrażeniu jakie chciał uczynić niemi, po- 
święcił wszystkie inne twarze ludzi idących za pogrze- 
ł)em, pokrywając je i osłaniając naumyślnie. Nawet ubiór 
rycerza i nieboszczyka były zupełnie jednakowe, rzekłbyś 
ten sam człowiek położony w trumnie. Ale co to znaczyć 
miało? czy tylko ową marę, jaką dawnićj wystawiano na 
l)ogrzebach, gdzie ktoś zawsze zmarłego reprezentował 
)>ohatera? czy to była jaka familijna tradycyonalna hi- 



u 348 

slorya, którój anim sobie mógł przypomnieć, ani się do- 
myśleć ? 

• Stałem długo przed obrazem, choć Piotr brząkał klu- 
czarni i niecierpliwił eię przechodząc naprózno w drugie 
drzwi dalej wiodące; — nakoniec zapjrtałem go: 

— Cóż to wyobraża? 

— A! to jakaś długa> a nieciekawa historya, — odpaH 
klucznik; — a ja dobrze* jej uiewiem... gadają różnie, jakiś to 
pogrzeb... Bóg wie! Ale czasu nam niestanie na piwnice 
i kapliczkę... ot, chodźmy lepićj. 

Rad nierad, dopytując naprózno, musiałem posłuchać 
i dać się po wschodach prowadzić do sklepów pod zamkiem, 
które istotnie na widzenie zasługiwały* Był to drugi, gmach 
podziemny, o dwóch piętrach, z tysiącem przechodów, izb, 
piwnic, tajemniczych zakątów, ścian porozwalanych, i skle- 
pów zarzuconych stosami potłuczonego szkła, walającemi 
się od niepamiętnych "czasów kamiennemi kulami i spiżo- 
wemi w ziemię wrosłemi działami. Wycieczki ztąd, jak 
stary opowiadał, miały prowadzić za rzekę, ale teraz po- 
zawalane kończyły się osuniętym gruzem i cegłami. 

Podróż nasza po tych podziemiach majestatycznych 
jak same zamczysko, prócz wrażenia tęsknoty i podziwu 
nad tem dziełem olbrzymiem dziś nieużytecznem, nic mnie 
nienauczyła. Piotr jakby dla zatarcia wspomnień tego 
obrazu pogrzebowego, o którym wspominałem mu ciągle, 
opowiadał mi dość żwawo o ogromnych beczkach miodu 
kilkasetletniego, które tu wisiały na łańcuchach, i o przy- 
godzie jakichś żołdaków z 1812 i^oku, co wpadłszy do pi- 
wnic tych, w dni kilka martwemi trupy ztąd powyciągani 
zostali, usnąwszy po opiciu się zabójczego trunku na wie- 
ki. Dawniej te miody w małych jak naparstek podawano 
kieliszkach. 



U9 65 

Z podziemia nareszcie wyszliśmy niespodzianie na 
światło dzienne szyją jakąś naprzeciw kaplicy, drzwiami, od 
których Piotr miał klucze. — Powietrze, którem odetchną- 
łem, wydało mi się rozkosznym, niebo cudnego blasku, 
świat w szatach świątecznych... ale mimo doznanych wra- 
żeń i potrzeby odświeżenia się po nich, niemo j Lem opa- 
śció kaplicy. Piotr przewidział to żądanie, i minąwszy drzwi 
deskami zabite, poszukał klucza do małego bocznego wnij- 
ścia przez zakrystyę, 

Tu — straszniejsza jeszcze była ruina domu Bożeno 
niż ludzkiśj siedziby i cięższy smutek ogarniał patrząc n% 
iiię, bo się przypominały słowa Pisma grożącego niegodnym 
odebraniem pasterzy i wywróceniem ołtarzów. Ludzka 
znikomoió mówiła w zamku głosem od lat tysiąca jedn^ in 
wszędzie: tu kara Boża i grzechy zdawały się puhaczów 
głosem odzywać z tego opuszczonego kościółka. Niewiel- 
ki, postawiony był z najwię|:szem staraniem i wyiwiutno- 
ścią przez pobożnych przodków domu te 2:0. Nieżałowali 
widać na budowniczego, który śmiało zarzucił w górę skle- 
pienie, ija snycerzy co porzeźbili odrzwi i futryny okien 
kamienne, na grobowce i ołtarze wykwintnie 7, marmuru 
misterną ręką wykute..,, ale dziś wiatr dmny wiał prze? 
rozbitą ugory kaplicę sam jeden tu mieszkając. 

Sklepienie wyszczerbione wisiało straszliwie grożąc 
upadkiem, wydarta posadzka przepuszczała pokrzywy, pio-r. 
łuny i dziewanny, ptastwo i żaby lęgły się w przybytku 
modlitwy. Po ścianach jeszcze widoczne były ślady. mą* 
Ipwań tćj samćj ręki, która zamek ozdobiła, aniołki i świę- 
ci w obłokach, nad ołtarzami w extazie , posta ńe zamo- 
dlone i smutne, — i panujący im w sklepieniu u wieł. oł- 
tarza krzyż % Chrystusem na nim, zawieszony w powie- 
trzu.*. Ale niebyło ani j.ednego malowania całego, ną 
TEKA N. y, ^ 



66 350 

każdóm piętrze zniszczenie się wyr)^©;— sam Chrystus 
tylko pozostał nietknięty i tryumfujący; a u stop jego Matka 
Boża, na którój łonie w niebieskich jój szatach jaskóika ule- 
piła sobie gniazdeczko. 

Wielkiego ołtarza stało tylko podmurowanie odarte 
z płyt marmurowych ; po za nim dwa wielkie grobowce 
przodków, tumby z czarnego kamienia z leżącymi rycerza- 
mi i niewiastami snem wiekuist3mi uśpionymi, wyglądają- 
cymi dziwnie surowo i smutno. Rycerz był pierwszy spar- 
ty na ręku, we zbroi, z Jiełmem u nóg i tarczą herbowną, 
matrona w szatach zakonnych. Bo wówczas jeszcze zakonem 
było małżeństwo — z różańcem w ręku i pieskiem unóg... 

Ale to wszystko stało osute pyłem, popękane, poroz- 
bijane, zniszczone... Na drugim grobowcu starzec z brodą 
do pasa i łańcuchem na piersi, i maluczkie dziecię spo- 
spoczy wało okrążone wieńcem kwiatów, a na wierzchu ohy- 
dna śmierć z kosą uśmiechająca się zębami białemi, — trochę 
lepiej oszczędzone zostały, bo je gzems ocalony przy- 
krywał. Z bocznych ołtarzów także rumowiska tylko po- 
zostały, a u stóp ich walały się potłuczone ławy, połama- 
ne lichtarze, i strzaskane wieka grobowe. 

Piotr stał z odkrytą głową i odmawiał Anioł Pański, 
ja przy nim ukląkłem upokorzony — modlitwa nas zje- 
dnoczyła. 

— A! — rzekł gdyśmy ją skończyli, — teraz to panu poka- 
żę i groby... poszanujesz je... Nielubię tam chodzić, bo się 
boję żeby Żydzi i do nich się niedopytali* gotowi powie- 
dzieć, że i te kości im sprzedane- Zamknijmy drzwi naj- 
przód... 

Piotr zaryglował zakrystyę, wprowadził mnie do skar- 
bca, usunął deski przy ścianie zostawione, i odkr3rwszy 
drcwi majone ua płask • leżące, podniósł je powoli... Po 



Ut 67 

wscbodkach dosyć wygodnych spuściliśmy się w giąb pod- 
ziemia. 

Na podziw tu byio jasno, cicho, czysto i stosunkowo 
świeżo nawet: znać pobożna ręka i serce pilnowały tych 
grobów. Lochy były prześhczne, suche, pełne piasku, i 
formowały jakby kościółek podziemny kształtem odpowia- 
dający górnemu.- Nawet w głębi naprzeciw wielkiego oł- 
tarza, stał i tu ołtarz drewniany z krzyżem i lichtarzami, 
pokryty ubogim obrusem na pół przegniłjrm i zapylonym. 
Po obu stronach drożyny wiodącej ku niemu, przy nizkich 

5 

słupach, na których opierały 6ię sklepienia, rzędem stały 
trumny na podstawkach z cegieł i drzewa. Niektóre po- 
osuwały się nieco, ale żadua się dotąd nierozsypała. A 
było ich wiele i były różne, począwszy od nienazbyt sta- 
rej axamitem obitój i galonem ozłoconej, od cynow4j Aug- 
sburskiej misternie rzeźbion(^j i na głowach aniołków opar- 
tej, do blaszanych, dębowych, i smolonych kłód, które 
wyglądały jak koryta nieforemne. 

Na samo wejrzenie domyślałeś się w nich rycerzy, 
niewiast i dzieci, młodych nadziei pogrzebionych w kwie- 
cie wieku, i starców, co do dna wypili gorzką czarę żjnvo- 
ta. Te milczące szeregi, śoiśnione, były wymowne... zda- 
wały się u ołtarza Bożego klęcząc prosić o przebaczenie 
rodowi i potomstwft swojemu... zdawały się modlić i bła- 
^ó... Znowu ze starym poklękliśmy. 

Gdy wstałem łzę miałem w oku, ale pokój w sercu... 
spojrzałem ze czcią na tych modlących się po śmierci pra- 
ojców zgasłćj rodziny, którój xięgi ostatnią kartę wiatr 
poniósł gdzieś nad ocean i rzucił na ziemię wygnania. 

— To — rzekł niepytany Piotr, poczynając od ołtarza i 
nieforemnych trumien najstarszych — to ten, co chodził do 
Palestyny... zabiwszy rodzonego brata... potćm byJwRzy- 



€8 353 

mie po przebaczenie i papież go rozwiązał ze krwi... on kla- 
sztor w miasteczku fundował... A oto tuż brat oh zabiły 
i żona jego..* 

Podniósł jedno wieko, które samo odstawało i w głębi 
smołą wylanego wydrążenia, ujrzałem trochę szat, trochę 
pyłu, drobinę zczerniałych kości, i błyskotki, w pośród któ- 
rych prosty był krzyżyk bronzowy. 

— Ten — mówił dalej — niema głowy — (w istocie skele- 
towi jśj brakło). — Wykupiono ciało jego z niewoli Tureckiej, 
.ale głowa ucięta gdzieś na bramie seraju sułtańskiego zo- 
stała, i niemożna jój było dostać... Trup ten zapłacono na 
wagę złota. 

I ta trumna była prosta drewniana, choć szczątki 
w niej zawarte wartały tyle co wielki klucz na Rusi, któ- 
ry rodzina dla okupu zaprzedała. Obok niój przysunięta 
szczelnie stała tuż druga wiernój żony i dwie mniejsze 
dzieci, dwojga zmarłych zawcześnie. 

— To wojewoda, to kasztelan, — mówił daldj mój prze- 
wodnik;-=— pierwszego zwali królikiem, drugiego mnichem. 
Tamten zbudował zamek; ów pochować się kazał w habi- 
cie Św. Franciszka, ale u nóg szablę sobie położył. 

Przechodziliśmy do coraz ozdobniejszych trumien; gdy 
po drodze uderzyła mnie jedna bardzo misternój roboty, 
cynowa, widocznie lana umyślnie gdzieś w Niemczech, gdzie 
często dla nas podobne wyralńały się sprzęty i przez Gdańsk 
sprowadzały. Stała ona oparta na skrzydłach czterech 
aniołków i lwich łapach, w głowach okienniczka pokry- 
wała osadzony portret olejnym na bokach w medalijonach 
bogatych wystawione były bitwy i rycerskie sprawy. Eo* 
bota acz piękna, niebylaby mnie może zastanowiła, gdy- 
hy nie ów portret przypominający dziwnie rycerza na obra- 
zie w gabinecie jadącego za pogrzelK^ni. 



353 69 

Zacząłem szukać napisu, alem gp nigdzie niemógi 
znaleźć. 

— A to kto? — spytałem Piotra. 

— A to — odparł widocznie zakłopotany — a to... e! e! e! 
to pan wojewodzie. 

— Ten sam co na górze w zamku?., dodałem żywo. 

— A ten sam, ten sam, — mówił Piotr odsuwając się po- 
woli, jakby się namyślał milczeć czy odpowiedzieć- Alem 
na niego spojrzał błagającym wzrokiem ż tak wymowną 
prośbą milczącą, że stary zatrzymał się wśród drogi, za- 
wahał i dodał: 

— To ten wojewodzie, który... który potom umarl^bra- . 
Ciszkiem uKamedułów pod Krakowem... 

— Jużciż wiecie co znaczy ten obraz.,, z trupią głową 
u góry, musieliście coś słyszeć o nim : proszęż was opo- 
wiedzcie mi... 

— Przyznam się panu, że ja tam tego nigdy nikomu 
nieopowiadam, — szepnął starzec ruszając ramionami, — bo to 
widzi pan.... śmieją się, drwią, a pan Bóg więcćj może niż 
człowiek wymyśli, i taki wszystko to prawda! 

Te słowa obudziły żywszą jeszcze we mnie ciekawość, 
począłem nalegać, i usiedliśmy na wschodkach podziemia^ 
naprzeciw ołtarza, poglądając zdała na trumny, — Piotr tak 
począł opowiadanie powoli: 

— Wojewodzie ten miał na imię Żegota, — kiedy iyi 
dalipan nieumiem panu powiedzieć, ale na trumnie gdzieś 
tam rok śmierci się znajdzie, to go sobie pan dojdziesz — 
zresztą i mniejsza oto. Co lata mają do historyi? wszyst- 
ko jedno, kiedy się to działo, wczoraj czy pozawczoraj; do- 
syć, że co powiem — ^prawda święta. U nas to wszyscy wie- 
dzą. Jak to już podówczas było we zwyczaju, ojciec wo- 
jewoda posła? z kimś młodego panicza zagranicę dla ry- 



70 354 

cerskiśj sprawy, po Niemczech, poFrancyi, i niewiem już 
dokąd- Panicz pojechał rad; aż oto w pierwszym mieście 
Niemiec^kióm z dwóch nauczycieli, których przy sobie miał, 
jeden mu zaraz umarł. Trzeba bowienr panu wiedzieć, że 
wyprawując panicza stary jegomość dął mu do konduity 

4 

i dozoru Polaka niemłodego już człowieka, który choć nic 
nieumiał prócz pacierzy po-Łacinie, ale był co się zowie 
sensat i rygorysta, — a do jakichś tam mądrości był oso- 
bny Niemiec czy kat go wie jaki szołdra, który tylko miał 
uczyć, ale nierządził się sam, tylko to robił co mu stary 
ochmistrz powiedział. 

Otóż trafiło się, ie zaraz w początku drogi za grani- 
cę, ów szlachcic dany do dozoru rozchorował się na ja- 
kąś gorączkę, które Łam po tych krajach chodzą niemal 
co roku; a że niemiał się czćm leczyć ponaszemu, ani ziół 
takich jak u nas, ani naszego powietrza i wody — jak go 
poczęli Niemcy medykament ować, zalewania swoje dawać, 
krew* nie w porę podług kale^ndarzaz niego toczyć, oble- 
wać go lekarstwami — Panu Bogu ducha oddał. Niemiec 
pozostały zatrzymał się zaraz wtćm miasteczku i dał znać 
staremu wojewodzie, który, co miał odwołać syna do do- 
mu póki by mu innego mentora niedobrał, jakoś nieroz- 
myśliwszy się czy co — puścił panicza z tym szoldrą w dal- 
szą drogę. Tego już panu opowiedzieć niepotrafię dokąd 
i jak pojechali; tylkom to słyszał, że jeździli po świecie 
z miasta do miasta, przypatrując się twierdzom i zamkom, 
bo ^ię wojewodzie na wojskowego sposobił, i trwało to lat 
kilka. Wszędzie — jak to był człowiek wielkiego imienia 
i kolligacyi, robili mu honory xiążęta, monarchowie na- 
wet, do których z kraju miał listów dosyć. Ale panicz 
raz wraz z tym Niemcem przestając, to z wojskowemi, to 
z dworaki, jaka to b>l jeszcze młody, a krwi gorącćj, tak 







^ ,355' 7t 

się w niwec2 rozjunaczjrf i rozhulał, Niemiec, coby go byt 
miał wstrzymywać, to mu pochlebia!, aże z nim pijał, grat, 
z grosza go dart i wszystko sobie kupować kazał co zamy- 
ślał, a dobrze mu z tem łajdakowi było, — zamknąwszy oczy, 
cuglów popuścił wojewodzicowi. Na dobitkę — wojewo- 
da stary zaraz jakoś rychło umarł, a matka słaba choć 
jedynaka do domu ciągnęła, gdy ten napisał, że się tam 
jeszcze czegoś niedouczył, pozwalała mu coraz dalćj i dłu- 
żej podróżować, nieskąpiąc pieniędzy. 

Gdy wojewody niestało, poszło coraz gorzej a gorzćj, 
i trafiło się już, że konie, powozy i brylanty na karty sta- 
wiono, zadłużano się, po miastach zatrzymywali za sum- 
my nieopłacone, — a co było awantur z kobietami, z nudszka- 
mi, z mieszczankami różnego kaUbru, tego i na wołowójby 
skórze niespisai. Jak się raz tak puściło, niebyło już ra- 
dy, ani powstrzymania; panicz trafił na dwór Francuzki i 
tam się dorzoął. Panowało tam, słyszę, takie powietrze 
naówczas, żeianiołaby popsuło gdyby zawczasu nieuciekł, 
a co dopićro panicza, który i tak miał żyłkę do rozpusty... 
A że był urodziwy, silny, młody, dobrze urodzony, kolligat 
i pan całą gębą, jak go tam pochwyciła ta sodomija, tak 
wnićj ugrzązł. 

Co się tam działo, tego ja opowiedzieć niepotrafię; ale 
bywało, kiedy stary pan, nieboszczyka naszego ostatniego 
ojciec, zacznie o tćm pocichu opowiadać, włosy na głowie po- 
wstają i zrozumieć nawet niemożna... Jakąś tam jejmość wię- 
znę Francuzką pobałamucił, i wykradłszy ją, uciekł z nią do 
Hiszpanii Mąż poszedł w pogoń za nimi, ten go w pojedyn- 
ku zabił, a tandem na trzeciej stacyi i z tą kortezanką powa- 
śuiwszy się zaraz, porzucił ją. Xiężna wróciła do Fran- 
cyi, a on że się już byt wybrał do Hiszpanii, pojechał da- 
Ićj dla ciekawości. I nim dojechał do stolicy, po drodze 



7S 35C 

nadokazywai oo wlazio^ Gdsdeś znowu z klasztoru piętna- 
stoletnią dziewczynę porwał, dwóch braci jój okaleczy!, 
zgrai się , potom zamek jakiś w kości wygrał, i Pan Bóg 
święty wie co więcćj, bo ja tego spamiętać nicumiem. Do- 
syć, że rok się tak wałęsał po tym kraju awanturując, 
Niemca swojego zbywszy się, bo go gdzieś za słówko nie- 
ostrożne do drzewa przywiązanego porzucił miodem twarz 
posmarowawszy, ,aby go lepiśj muchy jadły. — A taki był 
szczęśliwy w tych swoich szaleństwach, że mu się wszyst- 
ko udawało: porjrwał się z jedną szpadą na całe bandy 
mulników i rabusiów i wychodził cało, bil się i guza nie 
dostał, golał i zgrywał się, a potom zaraz w trójnasób od- 
zyskiwał co stracił. . Dosyć, że to niesłychane szczęście tak 
go opętało, że już począł ze wszystkiego się śmiać, nawet 
z Pana Boga... i żadnćj wiary niemiał. 

Tak się tedy włócząc po świecie, zajechał niewiera już 
do jakiego miasta w tćj Hiszpanii; a że był przytśm wszyst- 
kićm człowiek ciekawy i dobrćj głowy, nigdzie nieminął 
miejsca żadnego, żeby osobliwości jego nieobejrzał, — i tu 
jakoś się przydarzyło, że go do katedry zaprowadzono. 

Mnich go jakiś tam wiódł, pokazując mu różne mała- 
tury i posągi, jakich tam, słyszę, pełno, bo to oni te sztuki 
najlepiej umieją; a wojewodzie znał się na tern dobrze i 
smakował w malarzach — zwyczajnie, przjsz lekkość dzie- 
cinną. Różne tam jakieś dziwowiska oglądając, krucyfixy 
misterne, tablatury, ołtarze, przyszli z owym mnichem do 
obrazu osobliwego, wystawującego pogi-zeb taki właśnie, 
jak tu jest na górze, w którym w trumnie i za tnunną jakor 
by jeden jedzie człowiek. Ujrzawszy to spytał wojewodzie, 
coby znaczyło? a mnich w dobrój wierze począł mu 6por 
wiadaó jako to był jeden rozpustnik wielki i zbytnik stoa- 
azny, który Bóg wie ila uiewiaiat nieszczęścia stał się pr^- 



357 73 

czyn% że graf, pi{ i hulał niegodnie życiem szafując, aż 
jednego razu, gdy z jakiejś uczty nocą powracał, wjeżdża- 
jąc do miasta spotkał pogrzeb... 

„Śmiejąc się tedy i śpiewając piosnkę świecką, — mówit 
mu mnich — wjechał konno przebiwszy tłum aż do. samej 
trumny, którą tam wieziono zwyczajem kraju tego odkry- 
tą, — i gdy już miał szydersko nieboszczykowi się pokłonić, 
patrzy... i siebie samego zobaczył leżącego na wozie... Z te- 
go powodu zaraz jęła serce jego skrucha, i widząc w tern 
łaskawą przestrogę Bożą, wstąpił potem do klasztoru^ gdzie 
bogobojnie umarł." 

Baedy mnich tę historyę opowiadał wojewodzicowi, 
ten, chotó to było w kościele — taksie począł głośno śmiać 
za boki się trzymając, że aż wszyscy co się podówczas 
tam znajdowali, zgorszeni zostali. Xiądz ów porzucił go 
zaraz, a wojewodzie unikając tumultu, bo lud bardzo nań 
koso zaczął patrząc, drapnął z klasztoru, a niebawem z go- 
spody i miasta, bo się zbierali ukamienować go jak he- 
retyka. 

Zdarzenie to poszło tak w niepamięć jak wiele innych; 
aż nasz panicz w końcu nabroiwszy dobi-ze^ gdy się gro- 
sza przebrało, matka umarła, a z domu dla nieładu niedo- 
syłano już pieniędzy, musiał powrócić do krajii^ którym się 
brzydził. 

Już tedy powróciwszy na ten oto zamek, nikogo nie- 
zastal z tych, których w nim porzucił, ani ojca, ani matki, 
ani braci, ani sióstr, wszyscy byli pomarli. Stryjowie zaś, 
których on niecierpiał, zaczynali się do spadku dowiady- 
wać powoli, gdy się im zjawił niespodziewanie. 

Ale w myśli miał jeno przybyć, pokręcić się, posprze- 
dawae co było można, grosza zebrać i odjechać; ho takiej 
hulanki jaka tam po innych krajach się wiodła ^ u nas się 

TEKA N. V. 10 



74 358 

niepraktykowalo i po największych miastach. Jużci mło- 
dość poszalała, podm^zyla się, niejeden cós przeskrobał, 
ale wprędce każdy w karby wchodził, a miecz i zbroja, koń 
i wojaczka wprędce głupstwo z głowy wybiły — niebyło cza- 
su na perebendye... 

Wojewodzie wjechawszy, tu zaraz się poczuł jakby 
do klasztoru wpadł, co spojrzy to twarze surowe, słowa 
poważne, a fertycznych owych jójmoscianek ani zajrzeć, i 
od kobićt wara... chyba przez drzwi kościelne — o zł^m i 
pomyśleć niedają. Raz, drugi, spróbował poFrancuzku, 
ale jak mu kości z Polska pogruchotano a odleżał Ruski 
miesiąc, ochota odpadła i od cudzego i od szermierki. W ko- 
ści też niebyło z kim grac, musiał pilnować przyzwoitości, 
a ozwał się co przeciwko honorowi Bożemu, lub świętych 
jego, to nań szlachta z szablami leciała i poz3n^ali go za- 
raz o kryminał. 

Niebyło tedy sposobu, rad się był jednćj godziny uwol- 
nić, począł dobra sprzedawać, grosz zbierać i pakować do 
drogi; ale na klucz tutejszy i zamczysko kupca niebyło, a 
pieniądz z innych dóbr, który zachwycił, zaraz posiał mię- 
dzy ludzi, bo z sobą był przywiózł takich doskonałych 
majstrów z' zagranicy, że ani się postrzegł jak mu kiesze- 
nie oczyszczah. W końcu, gdy do podróży już się gotował, 
a klucza tego sprzedać niebyło można, postrzęp, że nic 
prawie niemiał, i Niemcy ci zaraz mu się powymykali do 
nor swoich zmykając... a on sam jeden pozostał. 

Z t6} nudy i aprehencyi, począł bałamucić jakąś wdo- 
wę, niby udając jakoby się z nią chciał żenić; ta go nieo- 
depchnęła, ten ze zmęczenia i utrudzenia przylgnął. Zno- 
wu tedy historya dawna, krewni się dowąchali i gdy wo- 
jewodzie do Krakowa uciekł, ci w pogoń za nim poszedł- 
szy w drodze już nie na szable wyzwali, ale kijmi go 



359 75 

skrzywdzić chcieli. Musiał się w rozpaczy obraniać i dwdch 
tam pono rozpłatał, a wdowa w klasztorze umarła... 

Ze to byli jacyś familijanci, musiał potem co rychlej 
z kraju się wynosić. Po drodze niepodobna mu było mi- 
nąć Krakowa, gdzie się ów klucz ostatni i zamek ostatni 
spodziewał przefrymarczyć ; że zas pilno mu było, porzu- 
ciwszy na ostatnim noclegu służbę i dwór, dla niepoznaki 
może, nocką już zbliżył się do miasta... 

Jak b3rwało pocznie stary nasz, ojciec nieboszczyka 
ostatniego pana opowiadać^ to co ja tu mam panu mówić, 
włosy na głowie wstają a ciarki po skórze przechodzą, ale 
ja tak niepotrafię opisać tego. 

Słuchaj-że no pan tylko, jak się stało. Wojewodzie 
zbliżył się konno do Krakowa, i minął już był Floryań- 
ską bramę, gdy w ulicy usłyszał bijącą u Panny Maryi 
północ... Noc była choć oczy wykol, ciemniuteńko, miasto 
puste, nigdzie światła w oknach, żywćj duszy w ulicy. 
Zdziwił się bardzo panicz, bo znał Kraków, że tam od ra- 
na do rana przez dzień i noc ciągle się jak w garnku 
gotuje.... 

Jak zaczęła bić północ, wybiło raz, dwa, trzy, cztery 
powoli, — on hoży, a ono bije a bije bez końca, — co jedną dwu- 
nastkę skończy, to drugą zaczyna... Niewiedzieó dlaczego 
ten głos wieżowego zegara przejął go jakąś trwogą, w tern 
na zawrocie blask postrzegł i widzi sunie pogrzeb przeciw 
niemu. 

O tej godzinie nigdy ani exportac)'i, ani pogrzebów 
nieodprawiają: tknęło go to, zdziwił się, ale rad był, że 
ludzi spotkał, i wcisnął się w tłum, który go z sobą pocią- 
guął, bo takie szły gromady, że ich przebić, niebyło podo- 
bna. Z razu niewidział nic tylko kaptury ponasuwane jia. 



76 360 

twarze i kapników, ale mijając dal^j, gdy jednemu i dru- 
giemu zajrzał w twarz, pobladł... 

Szli to wszystko ludzie nieprości, ale ci oto, których 
tu pan widzisz wtrmimach: dziadowie, pradziadowie, pra- 
babki wojewodzica, zdawna pomarli, których znał przecie 
z obrazów, tak żywo do malatur podobni, jakby ich z nich 
pozdejmował... Wojewodzie od razu zdi^ętwiał. Zpoczątku 
myślał, że mu się w oczach dwoi; ale co się mocniej przy- 
glądał, to wyraźniej widział, że szeregiem i lat kolej% po- 
cząwszy od pierwszego protoplasty, byli to w^szystko jego 
rodzeni... 

Szli tedy i płakali, modląc się i bijąc w piersi, a gło- 
śno odmawiając pacierze za duszę 'Żegoty... 

Przesuwał się w pośród nich wojewodzie, chcąc minąć 
to przyk)'e widzenie, dalej a daley, aż doszedł tak do ojca 
i matki swoich, idących tuż za trumną wiezioną na wyso- 
kim wozie i plączących tak gorzko, tak okrutnie, jęczą- 
cych tak boleśnie, że się ich głos aż w zatwardziałej du- 
szy jego odezwał. 

Wtem kiedy rzuci okiem na trumnę odkrytą, zoba- 
czył w niej siebie jak stał, wtem samem odzieniu, leżące- 
go na marach ze złożonemi rękan^i. Już mu tedy ochota 
od śmiechu i żartu cale odeszła, i zimnym potem oblany, 
ledwie żyw jechał za swqją trumną, nic niesłysząc, jeno 
narzekania rodzicielskie, jedną tylko wielką modlitwę za 
duszę swoje... a bal się nawet obejrzeć po za siebie, bo nie 
śmiał drugi raz spotkać wejrzenia ojca i matki, których się 
w dzieciństwie powstydził, — wielka boleść ogarnęła 9er- 
ce jego, skostniał cały. 

Powiadają, że tcni pochód trwał tak dtngo, iż wojewo- 
dzicowi czarny wlot^ pizoz ten czas j-otiwiał na t^kroni. 



361 77 

sbielai, i więcój w tych godzinach postarza!, niieli prses 
dziesięć lat rozpusty i zbytków... 

Pochód żaiobny przeszedł przez całe miasto, wysunjl 
się aż w pola puste, daleko, a wojewodzie ściśnięty w tłu- 
mie niewiedząc co czyni, jechał za trumną uiemogąc się 
ani cofnąć, ani obejrzeć. Zajechali tak aż do kościółka i 
klasztoru Kamedułów na Bielanach. 

Zdała już świeciło we wszystkich oknach jego, i wi- 
dać było wychodzącą ze światłami naprzeciw nieboszczy- 
ka processyę. Wkrótce ukazali się xięża, ale sami nie- 
boszczycy — bo nogami niedotykali ziemi, a szli w powie- 
trzu opromienieni, a w rękach trzymali nie pochodnie lub 
gromnice, ale płonące serca cierniem owite. Na czele ich 
leciał sw. Romuald, starzec siwobrody w pustelniczej sukni. 

Niewiedział Żegota jak się dostał do kościółka, jak 
zlazł z konia, a gdy ukląkł na zimnym marmurze posadz- 
ki, pochylił się na grobowe kamienie i omdlał. 

Gdy nazajutrz oczy otworzył, znalazł się w rękach 
xięży, którzy go trzeźwih i cucili, ale obudził się cale in- 
njrm człowiekiem. ^ 

Wczorajszego widzenia pamięć tylko jakby snu roz- 
wianego blai?kiem słonecznym została; wiedział, że nocą 
dobił się do drzwi kościelnych, i na katafalku w pośrodku 
ujrzał trumnę próżną do jutrzejszego zgotowaną nabo- 
żeństwa... 

I więcej ztąd już niewyszedl: — widzenie nocne poru- 
szyło go do głębi, zmieniło w gruncie i nawróciło duszę 
jego ku Bogu; — nazajutrz wstąpił do nowicyatu, oblókł 
suknię zakonną i w niej rok przebywszy w anniwersarz 
owego widzenia, życia w skrusze i pokucie dokonał. Mó- 
wią, że u loża miał jeszcze widzenie jedno całej swej 
świętej rodziny, witającej go z palmami i gorejąccmi po- 



78 H% 

chodniami w ręku, na progu nowego życia... mówit oniem 
przytomnemu kapłanowi, który go na śmierć przygoto- 
wywał. 

Otóż cała owa historya wyrażona na obrazie,*y- dodał 
Piotr wstając, — ale myśmy się zagadali a tu się zrobiło tak 
ciemno i .późno, żo nam co prędzej ztąd wychodzić już 
potrzeba.... 

Dopierośmy się postrzegli oba, że z podziemia przyj- 
dzie wjrdobywaó się omackiem, gdyż choć na dworze by- 
ły jeszcze dnia ostatki, w lochu już ciemna noc panowała... 

Z pomocą staruszka, który znał dobrze wejście i wschód- 
kil dostaliśmy się przecie do górnego kościółka, przez któ- 
rego wyszczerbioną ruinę wschodzący xiężyo rzucai smu- 
gi białawego światła, w fantastyczne ubierając go po* 
stacie. 

— Chodźmy, chodźmy! — podchwycił biorąc nanie za rę- 
kę i ciągnąc prawie gwałtem Piotr — Żydzisko pewnie gdzieś 
nas pilnuje i śmiać się. będzie, że nas tu ta historya tak 
długo wstrzymała... a oto i noc!... I z zamku idąc do mia- 
steczka, w bramie lub na dziurawćj grobU możua gdzieś 
nogę nadwerężyć, 

Opowiadaniem tem i widokieha zwalisk i cmentarnych 
zabytków upojony, znalazłem się wreszcie wyszedłszy za 
drzwiczki boczne kościółka w dziedzińcu, — i Piotr znikł mi 
jak widmo na zawró(;ie ścieżki nim się opatrzyłem, jak i 
gdzie się mógł podziać. Szukałem go, chcąc mu się za 
jego opowiadanie i pracę małym datkiem wywdzięczyć, 
gdy Żyd gospodarz z cygarem w ustach, stanął nicspodzia- 
łiie przede mną. 

Można sobie wyobrazić łatwo, jak mi się wydał po 
tych obrazach, których głowę miałem pełną, pełne oczy i 
fcerce. 



363 79 

— Alei. się pan zabawił! — rzekł drwiąco — jeśli to za- 
bawą nazwać można. 

— Przepraszam jeślim pozwolenia nadużył, ale.... 

— A co to mnie szkodzi! — odparł ruszając ramionami, — 
istotnie ruina to niebrzydka... sprowadzić nawet myslę ma- 
larza, żeby mi ją wymalował nim runie... Takich zwalisk 
i nad Benem mało... możnaby ją za biletami pokazy- 
wać? hę? 

I uśnućchnął się. 

— Gdyby w nićj niebyło fabryki ! — rzekłem niemogąc 
się powstrzymać — bo juściż niepowiesz pan, żeby warsta- 
ty dodawały wdzięku. 

Starozakonny splunął zżymając się pogardliwie. 

— Gdyby w niój niebyło fabryki, — odpowiedział chło- 
dno — tobym ją dawno rozebrał i sprzedał na cegłę, bo do 
czego ten stary grat się przydał?... bajki tylko i bałamuc- 
twa się w nim gnieżdżą!! 

Skłoniliśmy się sobie zdaleka, i wzdychając wysuną*^ 

lem się z zamku, a na usta mimowolnie przyszły wyrazy 

grobowe — 

t>Pulvi8 et umbra!^' 

d. SO maja 1856 r. 
B omanów Podlaski. 



OD MERECZA DO KOWNA, 
GAWĘDA PUSTELNIKA, 

PBZBZ 
0TAVI8&AWA HORAWSKIBOO. 



NIBOZUJKL 

Kiedy znudzony piaskami Merecza, rozżalony za- 
petnym upadkiem obdartój z dachów i rozerwanej na 
poły Olity, ku Puniom się przybliżałeś; na parę staj od 
miasteczka, ujrzałbyś przed dwódzieetą jeszcze laty, jakby 
jaką oazę. Ujrzałbyś wesoły, schludny, kształtny, z nie- 
zwykłem tutaj staraniem utrzymany — dwupiętrowy pała- 
cyk, który piękne, cieniste okolaty drzewa, maskując tą 
fiztucznie urządzoną zasłoną, wszystkie do życia wiejskie- 
go potrzebne mniej poetyczne domówstwa. Tuz obok, 
w kilku ładnych i wytwornych klombach, i po bujną mu- 
rawą okrytych łączkach, mnóztwo i białych^ i zwyczaj- 
jaych zawsze bawiło się pawiów. 

Pałacyk wzniesiony nad brzegiem Niemna, śliczne i 
z tój i z drugiej strony rzeki odkrywał widoki. ^ 

Przed dwudziestą jeszcze kty^ wszystko tu żyło ży- 
ciem wesołćm, a co nćij więcej poczoiwem, — ale odrębnćm 

TEKA N- y- li 



82 38 

Wszystko tu na sobie nosiło cechę, pobratymczej wpraw- 
dzie, patryarchalnej, ale w oczy bijącej obczyzny. Byl to 
pałacyk Ruskiego pana. 

To śliczne wiejskie mieszkanie, zwało się Nietzujki. 
Dzisiaj już tutaj same ruiny... Za lat parę, już nawet i 
śladu Nieczujek niebędzie... Niechaj że ślad poczciwego 
i zacnego człowieka, dawnego ich pana, na tej mojej karcie 
przynajmniej zostanie. 

Alexaoder Michajłowicz Kochowski jenerał Rossyj- 
ski, rodem był ze Smoleńskich okolic. Posiadał tam do- 
bra 1200 dusz liczące; a był starszym przyrodnim bratem 
sławnego Jermołowa. Kochowski, za Katarzyny jeszcze, 
zaczął był swój zawód wojskowy; i w nim daleko postą- 
pił. Dziwny to był czas dla Rossyi, ten wiek Katarzyny! 
Nikt dzisiaj o nim niemówi; owszem, umyślnie każdy ja- 
koś mówić się strzeże. Dzisiaj wszędzie i we wszystki^m, 
świeci tylko Piotr Wielki i jego okres... Może dlatego otćj 
niepospolitej kobiecie tak obecni milczą, że za jej życia tyle 
o niej mówiono. Ale kotój i na nię znów przyjdzie: bo mówić 
jest oczćm Śród ciemnoty zdarzali się często za jćj rządów 
ludzie, niespodziewanie i sami przez się wzniesieni nad po- 
ziom, posiadający wielką i głęboką naukę, wielkie przyro- 
dzone zdolności. Zdarzali się ledwie nie co moment ludzie, 
posiadający wielki polor społeczny, wielką nieskazitelną 
cnotę. Kochowski . był właśnie jednym z tych rzadkich, 
odznaczających się samorodną a wyższą cnotą, Rossyjskich 
ludzi. Miody jeszcze, miał już w 1797 roku stopień je- 
nerat-majora. To, jeśli niewięcćj, dowodzi przynajmniej 
znakomitości i wpływu rodu jego u dworu. Zwyczaj był 
bowiem podówczas zapisywać tylko co urodzonego syna 
i sobie właściwem, niepodobnćm zgoła do życia Litwy. 



39 83 

do wojska, jak skoro ojciec jego dobre u góry miał ple- 
cy. Zycie takowego niemowlęcia w pieluchach liczyło mu 
się za rzeczywistą służbę wojskową. I nieraz, wychodzą- 
cy z pod szkolnej rózgi siedemnastoletni młodzieniec, tak 
byl już starym i doświadczonym żołnierzem, i tyle w sa- 
mej rzeczy liczył lat służby, że się, sam niewiedząc jak 
to półkawnikiem^ to czasem nawet jenerałem zobaczył. 
W Prusiech, u Fryderyka Wielkiego, o tej samej porze 
szło wbrew przeciwnie — sześćdziesiątletni starzec jeszcze 
peruezuikiem bywał; a rzadko się kto, służąc i przez ca- 
łe życie dla tronu krew' lejąc, dosłużył — stopnia majora/ 

Kochowski, w randze jenerała, był świadkiem koro- 
nacyi cesarza Pawła. — Cesarz Paweł, jak wiem od tych, 
co z nim w blizkich , codzieunych zostawali stosunkach, 
był człowiek najlepszego a nawet miękkiego serca i do 
urojenia posuniętej cnoty; przepełniony uczuciami ry- 
cerskiego honoru, pełen prawdziwie monarazćj wspaniało- 
ści, szczodroty, a nawet w stanie zwyczajnym umysłu 
swojego, kiedy go nic niedrażniło gwałtownie, pełen czy- 
stej i zdrowćj logiki. 

Rozum Francuzki, bezwzględnie dawał wtedy ton 
całej Europie. Uczeni Rossyjscy, ze świeżem sercem i 
dobrą wiarą^ przyjęli i wessali w siebie Francuzkich mędr- 
ców nauki. Zbliżały się one na oko do szorstkich, czerst- 
wych, ale poczciwych cnot republikańiskich, z czerstwo^ 
scią i szorstkością nieobrobionego jeszcze narodu, w pew- 
nym stopniu i względzie niejako pokrewnych. Szczerze 
tedy — przez samych mistrzów przyjęte i szczerze ledwie 
że nie od kolebki młodemu xicciu przez nich wcojone za- 
sady, podniosły w nim jeszcze wyżó| wrodzone poetycz- 
ne o cnocie ludzkiej marzenia; — i zrobiły z niego jakie- 
goś nieskażonego bajeczuych czasów rycerza^ trzymanego 



84 40 

pod z!otym klucsem złego czarnoxięźnika, czekającego na 
to, az munakoniec dobry genijusz jaki teielazne pęta po- 
kruszy, te lane z ołowiu bramy otworzy. 

Historya powiedziała wiele i więcój jeszcze powie 
o tym cesarzu. Nasze dzieje minąć go niemogą, i opisać 
go muszą, jako wspaniałego i szlachetnego oswobodzicieia 
Kościuszki. Wiele jest ó nim bardzo , z ust do ust tyl- 
ko chodzących powiastek. Załączę z nich tutaj parę 
mniój wiadomych, a słyszanych od osób, które mu 
do ostatniej godziny wiernemi dotrwały, które w kilka- 
dziesiąt jeszcze lat po jego zgonie, w oczach moich, ze 
łzami wdzięczności wspominały o nim, choó iqi i następne 
panowanie niechęcią czuć się niedała. . Znam to dobrze, ie 
treść tych powiastek, ani na samego człowieka, ani na je- 
go majestat, ani na epokę nawet jego, do żadnych wyż- 
szych nieposłuży poglądów. Najwięcej będzie, jeśh rzucą 
promyk światła na charakter potężnego Słowian włada- 
cza. Był, naprzykład, sławny w Rossyi autor nazwiskiem 
Kapnist, który pomiędzy innemi, napisał powszechnie 
dziś znajomą, a podziśdzień wielbioną komedyę, pod ty- 
tułem Pieniactwo (floe^a) (•). Wystawił on w niej ży wemi na 
swój czas rysami, i trafnie dobranym językiem, całe prze- 
kupstwo, zdzierstwo, matactwo i łotrowstwo urzędników 
Rossyjskich. Gdy ją dano na publicznej scenie, uszczę- 
śliwieni widzowie, czcząc na uczynku schwytaną naturę,- 
ledwie nieskoaali z radości. CieszyU się hucznie^ jak się 
cieszą ludzie jeszcze w kluby dobrego wychowania nie- 
ujęci, Al^urządnicy Wi?zelkiego stopnia, zawstydzeni, jeś- 
li to być mogło, takim wizerunkiem, krwawą w nim upa- 
trując mecnoty swojej ubrazę, ledwie że niepękli od wście- 
kłego gniewu. Natyclimiai>t więc zrobił się spisek. Przed- 

(*) Zaaua w lł(imaf/yiwu Tolsikiem p. t. Jabiedu. {Przyp. Red.) 



41 85 

stawiono cesarzowi, okropne niby przez Kapnista zro- 
bione zgorszenie, i zgubne zuchwalstwem jego sprawione 
już skutki; wytknięto jawne dążenie do sponiewierania 
monarszej wladiy w najbliższych tej władzy organach* — i te 
twierdzenia caią górą kłamliwych najeżono zarzutów. Bia- 
^no zatćm, jak o zbawienie państwa, o wzbronienie szta* 
Id i o przykładne na czas potomny ukaranie złośliwego 
i źle krajowi życzącego autora. Paweł z razu uwierzył, 
kazał natychmiast wy wies'ó Kapnista na Sybir. To było ra* 
no. Rozkaz co do joty w t^jże chwili spełniono. Popo- 
łudniu, cesarz ochłonął, pomyślał, i zwątpił czy dobrze 
zrobił. Więc niezwierzająo się z tego nikomu, rozkazał, 
aby na prywatnym jego teatrze w Ermitażu, sztukę tę przed 
nim samym tegoż wieczora grano. Wszedł Paweł na teatr, 
z synem tylko swoim Alexandrem. Ż3rw^j duszy więcej 
niebyło. Po pierwszym akcie, cesarz co moment klaska- 
jąc, w dłonie, wysłał pierwszego pod ręką będącego feld- 
jegra aby natychmiast wrócić nazad Kapnista; — a wróco- 
nemu, dał odrazu rangę radcy stanu, przeskakując, nad 
przyjęty tu zwyczaj, niższych klass kilka, bo Kapnist byt 
tylko wtedy assesorem koUegijalnym. Obdarzył go hojnie 
i łaską swoją do samdj śmierci zaszczycał. 

Oficer jakiś, czy doprawdy, czy tylko pozornie zagniews^ 
Pawła; cesarz pod sąd go oddał. Wyrok uprzedzonego 
już sądu odebrał mu stopnie i miejsce w służbie, a przy- 
tern wrócić mu kazał do rodziny swojej, i tam ciągle pod 
dozorem policyi zamieszkać. Cesarz dekret potwierdził. 
Tymczasem, przy objawieniu go i spełnieniu, oficer oś- 
wiadczył, że jest podrzutkiem, że w dzieciństwie opuszczo- 
ny od rodziców, włóczyć się musiał o zebranym chlebie, 
że ani miejsca urodzenia swojego, ani rodziców, ani ro- 
dziny, uieznał nigdy i niezua, i że to co miał własnej tylko 



86 42 

zasłudze i męztwn był winien. Jakże tedy wypełnić ukaz 
monarszy? Minister sprawiedliwości, wówczas prokurato- 
rem państwa zwany, donosi o tern z największą nieśniia- 
łoseią Pawłowi. Ten zawsze jeszcze gniewny na oficera, 
po cłiwili namysłu powiada: „Przebaczyć mu niemogę; ale 
„kiedy on niema miejsca zamieszkania, kiedy żadnej nie- 
„ma rodziny, i oto tylko idzie, — dać mu w Witebskiem 
»,na wieczność majątek do trzechset dusz: niech tam rabie 
mieszka^' — Tym tedy sposobem, człowiekt co miał odnieść 
karę, odrazu pół-pankiem zost^. — 

Lecz wróćmy już do Kochowskiego. Przywiązanie na- 
rodu do Katarzyny niedozwalalo podówczas nikomu pra* 
wie ocenić stanu duszy jćj syna. Kochowski był jednym 
z tych ludzi, co się tylko wściekali na skutki, niechcąo zda- 
wać sobie sprawy z przyczyny. Należał więc całćm ser* 
cem, do tój partyi zażartych nieprzyja*5iół Pawia; a raz 
przejąwszy się tern uczuciem, młody, śmiały, drażliwy, pie- 
doświadczony, zuchwały, a przytóm sibaego ducha i prawe- 
go serca, niemógt się iiakoniec z prześladowaniem nie- 
Hpótkać. Raucit więc siuzbę, — i wróciwszy do dóbr swoich, 
zniechęcony do reszty, nietylko otwarcie na Pawła bluz- 
gał, co mu ślina do ust przyniosła, nietylko że do siebie 
zapraszał i wzywał wszystkich, których prześladowały wy- 
roki cesarskie; ale jeszcze i na domu swoim wystawił na- 
pis: „jTu wyklue%onym dają pr%ytułek.*^ 

Zbiegło się więc do niego duio takich ludzi, małych 
i wielkich. Żyli na jego koszeie. Jednym z nich był Mi- 
kołaj Nowosiloow. Słyszałem na własne uszy, jak sam Ko- 
chowskiemu przypominał, że oprócz wygód życia, niejedno 
mu był wtedy winien dolne odzienie. 

Tak niesłychana w Rossyi zuchwałość, doszła rychło 
dó wiadomości rządu. Zabrano Kochowskiemu natych- 



43 87 

miast majątek, — a zaszła pod ganek kibitka zawiozła go 
do Diinamuodu, fortecy pod Rygą» zwanej u nas po- 
spolicie Dyamentem. Przesfedziai tam nieborak lat kil- 
ka; osiwiał jak gołąb*. Ale zaszczycony łaeką i wzglę- 
dami komendanta fortecy, dostawał w swojój niedoli 
xiążki do czytania. Dobrze już oświecony wprzódy, 
gruntowniejszych jeszcze nabył tam wiadomości, — co mu 
przyszło tern łatwidj, że natura dwoma rzadkiemi wzbo- 
gaciła go była darami: zadziwiającą pamięcią i nadzwy- 
czaj silnym, niczem niezmordowanym wzrokiem. Coraz 
przeczytał, jużeś mu tego i klinem z głowy niewybił. Czy- 
tane w dzieciństwie xiążki, w sześćdziesiątym roku życia, 
nietylko w treści, ale prawie co do słowa mógł wyrecy- 
tować. A kiedy chciał, o parę sążni od siebie, każdy druk 
czy pismo z łatwością czytał, tak jak gdyby je trzymał przed 
6obą. Po śmierci Pawła, kiedy się nowa era dla Rossyi od- 
kryła, Alexander od tego rządy swoje zaczął, że wszystkich 
przez Pawła skazanych bez różnicy uwolnił. Kochowski 
uwolniony także, niemiał już do czego wracać. Dobra je- 
go, darowane natychmiast po konfiskacie komu innemu» 
zaraz potom sprzedane, w czwartym już były ręku. Cesarz 
Alexander, dał mu dożywociem starostwo Puóskie. Tu 
tedy Kochowski pod samemi Puniami obrał nad Niemnem 
rozkoszne miejsce, które Nieczujkami nazwał; wystawił tam 
z drzewa pałacyk, gdzie (Uugi czas mieszkał, a nawet 
mnarł. 

Pałacyk ten był dla nas typem wiejskich budowli Bos- 
sy an. Wy chuchany, wycacany, śliczny. Budują oni, w oka- 
mgnieniu, tak, że sam sobie patrząc na to wiary nie- 
dajesz; a budują wyłącznie z okrąglaków, potóm zewnątrz 
opierzają deskami, kitują i malują olejno, — wewnątrz gła- 
dzą ściany pociągając je płótnemi które naprzód z klejem 



88 U 

pobielą, a później klejowemi farbami powleką. Tu zawsze 
dla szczurów i różnego robactwa obiecana ziemia; ale na 
oko to bardzo piękne, zgrabne, wytworne. 

Kochowski byl mąż niepospolitej nauki, zdrowego zda- 
nia, poczciwdj i szlachetnej duszy, prawego, czułego i mi- 
łosierdzia pełnego serca. Zwyczajem Rossy an, uprzejmy i 
w rzadkim sposobie gościnny, mnóztwo miał około siebie 
rezydentów i rezydentek, obowiązanych tylko jeść i pić 
smaczno i bawić się dobrze w domu jego. Co niedzielę, 
wszystko się z całej okolicy Puńskiej, po mszy iśtej do nie- 
go na obiad zjeżdżało; i to bez różnicy fortun i urodzenia, 
wszystko jednostajnie grzecznie i po-ludzku bywało przyjęte. 



VI. 

P U N I E. 



Już więc minąłeś prawdziwie Słowiańskim obyczajem 
gościnne Nieczujki; jużeś się z żalem pożegnał z zacną 
pamięcią zacnego człowieka; jużeś naprzód kilkanaście no- 
w}^ch kroków ujechał. Znowu przed sobą widzisz jakąś 
lichą, okurzoną, ubogą wioskę. Znowu drewniany ubożu- 
chny kościółek, i nad całą tą okolicą górujący, dla wszyst- 
kich o każdej godzinie wiecznie dj^miący się gościnny 
komin proboszcza. Dalej kilka mniejszych z cegły nad 
dachami wyrostków, .udaje także gdzie -nie -gdzie ko- 
miny. Reszta, jak zwykle, wszędzie brudne, czarne— 
i okopcone chałupy!... 

Jużbyś chciał znowu z uczuciem wzgardliwej hto- 
ści jak można najprędzej objechać te śmiecia i błota,— 
ile, że ci się na około tutaj, tak wdzięcznie uśmiecha na- 
tura... i omyliłbyś się na śmierć. 



45 89 

. Stój tu, rodaku mój, przyjacielu mój! stój, każdy czlo- 
wecze, skoro tylko masz duszę! Zejdź tu z konia twego, 
uderz tu czołem, zegnij ze czcią, kolana; weź z sobą gar- 
stkę tój świętej ziemi, i zostaw ją dzieciom i wnukom two- 
im, na wieczną wielkiśj cnoty pamiątkę, na błogosławień- 
stwo krwi twojój! Mało miejsc takich w świecie To 

nasz Litewski Sagunt, Numancya nasza, — Punie!... 

Krzyżacy, pod wielkim mistrzem Teodorykiem z Al- 
tenburga, Hennenbergiem, i innymi panami, plondrując Li- 
twę w 1336 roku, obiegli Punie. Było to wóxvczas miasto 
zamożne i ludne, wałami wokoło obwarowane, i zamkiem 
obronnym z muru wzniesionym silne. Oblegający i oblę- 
żeni, długo w równie zawziętym trwali uporze* Wszelkie 
Krzyżackiej chytrości wysiłki rozbijały się zawsze o nie- 
ugięte, żelazne męztwo nieustraszonych Punian. O! krwi 
Niemieckiej wszędzie tu zostało. Ale nareszcie, do osta-' 
tniój przywiedzieni rozpaczy, umęczeni trudami, ranami^ 
chorobą i głodem, kiedy się już żadnej znikąd spodziewać 
niemogli odsieczy, kiedy już wszelką stracili nadzieję Pu- 
jaianie, raptem upartą przerwali obronę. 

Spragnione krwi, a chciwe tupieztwa wrogi, ze wście- 
kłą radością włamują się nakoniec do miasta, wrywają się 
przez wysadzone bezbronnego już zamku bramy, — a dreszcz 
przerażenia i zgrozy, włos na głowie dębem najeżył. Je- 
dnomyślny krzyk podziwu zbestwiooego żołdaetwa odbił 
się wielokrotnie o pogruchotane przez gwałt najezduików 
mury!.., 

Punianie niewidząc dla siebie żadnego ratunku, znie- 
śli co najdroższego mieli ze sprzętów, na ułożone już 
wcześnie ku temu stosy; żony swoje i dzieci tuż zaraz 
na nich spalih ; a sami siebie wzajemną , co do jednego 
męża, wymordowali dłonią! 

TBKA N. V, \% 



90 46 . 

I Niemiec, co §ię być mienił rycerzem^ dla tego tyl- 
ko, że byl cały w żelazną zbroję zakuty, ze wstydem zna- 
lazł tu same popioły i groźne poległych prawdziwych ry- 
cerzy zwłolri! Świat widzieć tu będzie wiecznie trudny do 
naśladowania przykład szlachetnych dzielnego ludu w obro* 
nie ojczyzny poświęceń. 

Punie leżą nad samym Niemnem , na wzgórzu, pię- 
kpemi parowami przerżniętem. Zaraz tu i Puiika, rzeczka 
a raczej potol^, czasem w groźną zamieniający się rzekę, 
do Niemna wpada. ^ 

Są tu i po dzień dzisiejszy, jaldeś ślady tego sławnego 
Puńskiego zamku, — ale już całkiem ziemią przykryte; a gó- 
rę tę, na którćj kiedyś się wznosił zamek, lud starego błę- 
du zwyczajem, górą królowej Bony naz3rwa. Kiedy 
zniknął zupełnie ten gmach warowny? Nikt tutaj niewie. 
Niedawno jeszcze wół pod sochą zapadły odltrył od strony 
Niemna wielkie murowane arłcady , zkąd potem lud tutej- 
szy mnóztwo wielkićj kwadratowćj cegły dobywać i wy- 
wozić na swoje potrzeby zaczął , tak dalece , że władza 
wejść w to i przeszkodzić grabieży była zmuszoną , cho- 
ciażby dla tego tylko, aby się góra od północy do Nie- 
mna, od południa do Punki nieosypywała. Nikt się do- 
tąd tutaj w śledzienie fundamentów zamku Puńskiego nie* 
wdawał: chociaż rzecz, jak się zdaje, dosyć ciekawą na- 
grodę za tę piękną pracę obieoywaćby mog!a. 

Blizko tego zamku, górnym zwanego , podług podań 
Tatarów Trockich, miał być niiej zameczek jakiegoś Ta- 
tarskiego carzyka, czy chana, który się od najazdów Nie- 
mieckich i Polskich pod skrzydłami Puńsldego męztwa 
ukrył i przytulił. Miejsce to i po dziś dzień zameczkiem si^ 
zowie. Często na nićm wyorzą to kamień, to cegłę; cza- 



47 91 

sem też te cegły, i same ztąd do Niemna się posypią. Dzia 
tutaj proboszcza warzywne ogrody. 

W jediiój z map plebanii Puńskiój, w r. 1764 przez 
komornika Dołwiiara wykonanej , na miejscu, gdzie kiedyś 
stał zamek g^^rny, narysowane są jego ruiny. Czy to pro- 
sty mierniczHgo wymysł? czy jeszcze może podówczas do- 
chowała się była w Puniach jakaś pamiątka , jakiś rysu* 
nek ruin tego gmacliu ? z pewnością twierdzić niemożna. 
I Podobniój , że to tylko z głowy, to jest z własnego na- 

I tchnienia, narysował Dołwnar. 

Punie, jakkolwiek się chełpią że kiedyś miały snobie 
nadane Magdeburskie prawa, ratusz i akta, zawsze jednak 
były chlebem dobrze zasłużonych; panis betie nieren- 
timn — jak wtedy mówiono, chociaż się kto był i nie tak 
bardzo dobrze ojczyźnie zasłużył. 

Paweł xiążę Olszański, biskup Łucki za Zygmunta 
Starego, Jan Zabrzeziński wojewoda Trocki, Bryndzynac- 
cy, Pocieje, Sapiehowie, kolejno je posiadali; — ^Michał Brzo- 
stowski którego żona, Barbara pod nazwiskiem staroici- 
nej Pufiskiej zeinB,sz} oh już cza^-ow pow.-ązechnie znajoma, 
rfawną była z nadzwyczajnych, a przez ośmdziesiąt lat wie- 
ku zawsze równie gwałtownych miłosnych pochopów, był 
ostatnim za dawnego rządu Puńskim starostą. Pa Brzo- 
stowskim, jakem już wyżćj mówiąc aNieczujkach powie- 
dział, cesarz AlexaDder, jenerałowi Eoebowskiemu do- 
żywociem to starostwo nada}; a cesarz Mikołaj synowi 
jego jeszcze na lat dwanaście posiadanie Puń przedłużył. 

Ziemia jak wszędzie tutaj^ skora ty łka nieco opodal od 
Niemna, dobra; obszary gruntów niemałe. 

Kościec Puński, dp dawnych należy. Mówią, że go 
takim jak jestr wystawiła ex roto-, jakaś Polska chorą- 
giew' w 1688 roku. Ale że był daleka dawniejszy, ta 



92 48 

eię z nadania w 1503 r. przez Alejcandra króla wykry- 
wa, gdzie powiedziano wyraźnie: „Ecclesiam Parochia- 
„lem in oppido Panie, qaae privilegio ab antecessoribus 
„Hostris sibi dato negligentia suortim rectorum est orba- 

w 1533 roku król Zygmunt L, w 1534 wielu mie- 
szkańców z Puń samych i okoliczna szlachta tutejsza, 
znacznie fundusze tego kościoła zwiększyli. Niemało się 
do uposażenia go przyłożyli i proboszczowie Puńscy, a mię* 
dzy innymi jeszcze w 1699 roku xiądz Jan Falkowski 
kanonik Smoleński, i dziekan Trocki. Tym sposobem do 
probostwa tego należało, aż do reformy za naszych cza- 
sów kilka folwarków, które razem wzięte do 27,000 złt, 
Pol. czyniły rocznego dochodu. 

Od nadto już obszernej parafii Pańskiej, oderwaną 
cząstkę w 1786 roku zamieniono na Niemouiuńską pa- 
raf iję, dla której kościół drewniany wystawiła wła- 
snym swoim kosztem Krystyna z Rahozow Kaczanowska 
starościna Powierzchniańska. Filija w Butrymańcach, do- 
tąd jeszcze do Puńi>kiego plebana należy. Dziwu zatśm 
niema, że się o tak dochodne probostwo starali zazwyczaj 
zasłużeni i możniejsi członkowie kapituły Wileńskiej, któ- 
rzy trzymając tu wikaryuszów, sami w Wilnie, albo gdzie 
indziej mieszkali. W ogólności Punie, pomiędzy ducho- 
wnymi pasterzami swoimi liczyły zawsze znamienit- 
szych ludzi. 

Jednym z nich, bez żadnej wątpliwości, był xiądz Je- 
rzy Huszcza, kanonik Kijowski a potem Wileński, świętej 
teologii, obojga praw i sztuk wyzwolonych doktor, mąż 
wielkiej cnoty, świątobliwości, nauki. Ten, sam tu ^nie^ 
szkał; szkółkę o kilku klassach założył; sam szlachtę i wło- 
ścian uczył; znajomość ziół i lekarstw pomiędzy ludem 



49 H 

rozsiewał; i w każdym kroku swoim^ jak prawdziwy słu- 
ga Boiy, o rozszerzenie moralności , o rozkrzewienie na- 
uki i światła, wielce był dbały. Widziałem, za najpierw- 
Bzej mojej młodoaci uczn\ów, co wyszli ze szkoły jego, 
wtedy zgrzybiałych już starców, ludzi, co i po-Łacinie 
jak rzepę gryźli i dalipau więcej przez jednego xiędza 
Huszczę umieli, niż tylu innych, przy dzisiejszych gimna- 
zyach i publicznych szkołach. A każdy z nich o Huszczy 
z najwyższem uszanowaniem, i uwielbieniem, jak o ojcu, 
jak o prawdziwie chrześcijańskim mistrzu, jak o świętym 
człowieku wspominał. Cześć i wieczna sława, niech bę- 
dzie jego pamięci! On to objąwszy rządy plebanii Puńskiój 
w r. 1747, walący się kościół podmurowaniem opatrzył, we 
wszystkiem jak jest ozdobił, ołtarze nowe wystawił, kon- 
fessyoiialy, ambonę, chrzcielnicę, organy i sklepy kosztem 
swoim sporządził. Nieliczę już samej plebanii, o staro- 
świeckim, łamanym dachu, i mnóztwa innych gospodar- 
skich budowli, któremi się miejscu temu przysłużył. Bi- 
blijotekę znaczną, szczególniśj pięknym zbiorem wszyst- 
kich ojców kościoła świętego bogatą, także plebanii Puń- 
tfkiej zapisał; ale cóż ! kiedy ją następcy jego roztrwonili 
do szczętu, tak, że dzisiejszy pleban, dawniej ś. p. Kłągie- 
wicza biskupa Wileńskiego sekretarz, x. Wincenty Jezier- 
ski dziekan Nadniemeński, obejmując to miejsce przed 
laty dwódziestą, ani jednej już xiążki tutaj niezastał. To 
dziwna, że w sklepie pod wielkim ołtarzem, złożone zwło- 
ki X. Huszczy, zmarłego w 1776 roku, żadnemu nieuległy 
zepsuciu — i twarz, oprócz - cząstki nosa, i ubiór całe są, 
wówczas kiedy obok niego leżący, a we dwadzieścia lat 
pot(§m zmarły jego następca, x. Dołwnar kanonik Smo- 
leński i dziekan Trocki, a kiedyś na sejm Grodzieński 
deputat, już się w zupełne prochy rozsypał. 



u 50 

Xiąd« Huszcsa, roślinę nad biotami i wodami chętnie 
rosnącą, Lyłhrutn saliearia zwaną, wszystkim tu w swo- 
im czasie na około, utpeumie od wścieklizny, jako lekar- 
stwo polecał; korzeń jćj suszony, w proszku z wodą zmie- 
szany, z zupełną wiarą w takim razie dawał. Sok za?? 
z Psliganum persicaria^ ziela ciągle będącego u nas pod 
ręką, na zgubienie robaków gnieżdżących się w ranach 
zwierząt domowych, na ^asnćm opierając się doświadcze- 
niu, bardzo zachwalał. 

W Puniach zdarzył się kiedyś jeden z łych smutnych 
wypadków, które na długo u ludu naszego popierały i utwier- 
dziły przesąd, że Żydzi do Wielkanocnych obrządków swo- 
ich potrzebują koniecznie krwi chrześcijańskiego dziecię- 
cia, i że na ten cel złapane dzieci mordują i męczą. 

Oto, co w Żywotach świętych Skargi, mówi o tem 
obrok duchowny : 

„Toż uczynili niewierni Żydzi za czasów naszych, 
„w wielki^m xięztwie Litewskióm, bardzo znacznie i ja- 
„wnie, roku Pańskiego 1574, po śmierci Króla Zygmun- 
„ta • Augusta , w osieroceniu królestwa tego. Jest mia- 
„ steczko w Litwie Puuie, dwanaście mil od Wilna, nad 
„rzeką Niemnem. Tam, Żyd niejaki, Joachim Smerlowicz, 
„arendował browar w jednym domu, w którym też mie- 
„szkała niejaka wdowa Urszula z Lublina, żona niegdy 
„Sebastyana Tworowskiego, z powiatu Piotrkowskiego; ta 
„miała córeczkę piękną w siedmiu leciech, Elżbietę. Żyd 
„on, od innych Litewskich Żydów jak mniemano namó- 
„wiony, umyślił zarżnąć, i krew' z owćj dzieweczki na 
„tajemnice nabożeństwa swego przeklętego, na Wielkanoc 
„Żydowską wytoczyć. A mając dwóch sług Chrześcijan 
,. grubych, i tyrh, którzy o Panu Bogu niewiedzieli, upa- 
„irzywszy czas we wtorek pized Kwietną niedzielą, po 



51 95 

„obiedzie, gdy matka wyszta do sąsiadów, a samo. dzie- 
gcie zostaio w domu, mając zmowę z sługą jednym prze- 
„kupionym, a drugiego postawiwszy na straży, wbiegł 
„w dom on przeklęty Żyd Joachim. Dzieweczka iż go 
„znafa, nic się niezlękta, rączkę mu podała, a on ją jako 
„okrutny wilk. porwał i tamże w izbie ustka jój za- 
„wiązawszy, położył ją na worze żyta, który tąm stał, — 
„i dobyivszy noża, kat okrutny, rzezał szyję niewinnój dzie- 
„weczki w tyle, i potem wkoło krew' z ni^j w garniec na 
„to nagotowany, jako z gęsi wytaczając. Wtóm, panicn- 
„ka, długo się w r<;ku mężobójskiem jako jakie kurczę 
„męcząc się skonała. Sprawiwszy djabelską robotę, z bo- 
,Jażni Żyd on i ciała niekryjąc, ale go na onóm miejscu 
„odbiegając schował krew' w wór mąki, i na wozie zgoto- 
„wanym bieżał do rzeki Niemna, i uciekł do Balwierzy- 
„szek, miasteczka drugiego. Z drugiej strony Nienma, cze- 
„kał go syn jego, któremu on wor ze krwią oddał i prę- 
„dko z nią niewiedzieć gdzie uszedł. Matka się wróciwszy 
„do domu, i ujrzawszy córkę swoje zamordowaną, zwoła- 
„ła na to wszystko miasteczko, a suspicyę na Żyda mając, 
„szukać go kazała. Gnał go podstarości i dogoniwszy go 
„w Balbierzyszkach, pojmał i osadził razem z onymi dwó- 
„ma sługami. — Przedsię onego złoczyństwa niemogli się 
„wyprzeć, ale jednak potem Żyd na porękę puszczony 
„włosu z głowy niestracił. Biegała smutna matka wdowa, 
„żebrząc sprawiedliwości na sejmie, który był tego roku 
„w Wilnie, i na innych sejmikach. Wiedzieli o tak okru- 
„tnćm morderstwie wszyscy panowie; ciało dzieweczki 
„onćj do Wilna przywiezione i przed panami stawione by- 
„lo. Patrzał kto chciał naonę szyję rzezaną i pod ziśdzień 
„w Wilnie, w kościółku Krzyża św. przy dworze biskupim 
„leży. Wszakże to wszystko niepomogło, aby byli tacy 



96 52 

„złoczyńcy karani, acz się o to niektórzy przyczyniali. 
„Ale iż ta rzecz bez karania uszła, boję się, aby Pan Bóg 
„za to przy innych grzechacłi, karania swego na wiele lu- 
„dzi w tój ziemi nierozciągał" — i t. d. 

Xiądz Gaudenty Pikulski, konwentu oo. Bernardynów 
Lwowskich teolog, przed stu laty, w dziele swoj^m pod 
tytułem: j.Złośó Źydowska^\ z powodu dysput Talmu- 
dystów z kontra-Talmudystami, w archikatedrze Lwowskiój 
odbywanych, wy danóm, między innemi powiada; 

.... „Jedną im, Talmudystom, tylko sprawkę przed 
oczy przełożę, ażeby się w niój jak w zwierciadle przeglą- 
dali, prawnie u sądu dowiedzioną roku 1753 w Żytomierzu, 
której się żadnym spoFobem zaprzeć niemogą Tego ro- 
ku 1753 w sam Wielki Piątek, złapawszy dziecię półczwar- 
ta roku mające, imieniem Stefana Studzieńskiego, syna 
Adama i Ewy Studzieńskicb, w Wielką Sobotę po sabba- 
cie zgromadzeni Talmudy stówie okrutnie go zamordowali, 
z każdej żyły i junktury krew' wypuszczając przoz klocie. 
Gdy się sąd o tóm dowiedział, kazał złapać zabójców, i po 
uczynionej pilnie inkwizycyi, przez dekret, z jedenastu 
Żydów żjTwcem pasy darto, a potom ćwiertowano. Trzy- 
nastu chrzest ś-ty przyjąwszy ścięci byli; jeden z nich 
mniój winny, dla świadectwa innym Talmud3^stom przy ży- 
ciu zachowany został, chrzest ś-ty przj^jąwszy.... Kładę 
wam tu umyślnie wyrażoną figurę tego zamordowanego 
dziecięcia, ażebyście sobie ziość wasze przypominali! Wiem 
ja, co wy Talmudystowie odpowiadać będziecie, mówiąc: 
że to hulłaie uczynili! ale ta odpowiedź, ani godna ucha 
rozumnego. Azaliż był hultaj Kiwa, arendarz z Pawoło- 
czy, któregoście wy sami n^iędzy sobą szanowali? Hultaj 
że to był rabin i inni, pierwsze czoło synagogi waszc^j 
Kijowskif^j?"... it. d. Oddawna ludzie rozsądni i śwatli, 



53 97 

przeczą stanowczo podobnym zarzutom, i mają to za czy- 
sty wymysł, potwarz i bajkę. Żydzi się na samą myśl o 
t^m wzdrygają. Powszechne atoli przekonanie i wiara lu- 
du zawsze mieć muszą w sobie jakąś zasadę. 

Nie w jednych Puniach lub Żytomierzu, jak świad- 
czą dzieje, bywały takie zdarzenia, a często odkrjrwane ta- 
kich nieszczęsnych dziatek i u nas i w obcych krajach na* 
grobki, za dusznym w tćj mierze sądem mówić się zdają. 
Można się było czasem spółcześnym w sądzie o tćm po- 
mylić; ale mylać się tawsze^ w tejże samćj rzeczy, było 
niepodobieństwem. Tymczasem, wiadomo, że kilka sekt 
Chrześcijańskich , w drugim wieku ery naszćj, kiedy do- 
gmata tak silnie zajmowały wszystkie umysły i najleps^zc 
przewracały głowy, z teologiczno -filozoficznych marzeń 
swoich wyciągnęły dla siebie ten gruby błąd, w postać 
jakićjś prawdy odziany: że nie już niewinniejszego być 
na świecie niemoże nad Chrześcijańskie dziecię, chrztem 
świętym z pierworodnego grzechu obmyte , a własnego 
jeszcase popełnić niezdolne. Ztąd poszło, ie krew' ta- 
kiego dziecięcia, miała być władnie krwią niewinnego 
paschalnego baranka. Tak, sektarze Całaphryges, Pa- 
puziani, Alrtotyristae , w swoim czasie zwani, z zago- 
rzałej wiary w swe brednie, z fanatyzmu szczerego, mę- 
czyli wówczas i mordowali dzieci na paschę, jak się o tern 
z pism Ojców świętych przekonać można (*). Pomiędzy 
Żydami, którzy ciągle, nałogowie, nad subtelnościami i wy- 



(^) Sekty te dzieliły się jeszcze na rozmaite odcienia. Niektóre z nirh 
do celu swojego używały dziecięcia rok tylko mającego. Meodbie- 
rauo mu iycia, ale koląc je po całem ciele szpilkami, krew' z iiii>< 
go kroplami sączono, i tę potem z Eucharystyą mieszano. Jeżeli 
dziecię z takiej czynaości umarło — czczono je jak męczennika. 

TEKA. N. V. 13 



98 oi 

znania i xiąg swoich studują, i wszyscy bez żadnego pra- 
wie wyjątku piśmienni, są Żydzi uczeni po-swojemu, na- 
ueznymi u nas powszechnie zwani, którzy wyłącznie abstrak- 
cyami przez całe życie swoje zajęci tak dalece, że do- 
prawdy dla życia potocznego i zwyczajnego najzupełniej 
głupieją, ustawicznie wpadać muszą i mogą w najlepszej 
wierze we wszystkie urojenia, spaczenia i błędy, do jakich 
tylko umysł ludzki', raz na złą skierowany drogę, może 
być zdolnym. Tym sposobem, z pomiędzy wielu innych, 
mogła się była i u nich kiedyś utworzyć sekta, która w tym- 
że duchu wytłómaczyła i śmierć i użycie wielkanocnego 
baranka. Zresztą, mnóztwo Żydów w pierwiastkach Chrze- 
ścijaństwa przyjmowało z ochotą nasze świętą wiarę. Bar- 
dzo zatśm być może, iż niektórzy z nich , właśnie na od- 
ezczepieńców Cataphrygami zwanych trafili i do nich przy- 
lgnęli; — a potem dalój takież rozsiewali błędy, zbrodnię 
za wieniec pobożnych urojeń mające! Takie to są umysłu 
ludzkiego nieszczęścia, takie rozumu naszego choroby. Raz 
siebie silnie jakąś oderwaną zaprzątnąwszy myślą, raz się 
j^j z zapałem oddawszy, raz się z nią oswoiwszy, niema 
już potem ratunku — największe zbrodnie już się nam czę- 
sto godną naśladowania wydadzą cnotą! Jeżeliby kiedy 
ród ludzki, duchem prawdziwej moralności Chrystusa ob- 
jęty, uczuł nakoniec potrzebę wiecznego pokoju, miłoj^ci 
i zgody, — zjakążby wtedy zgrozą na przeszłość i na nas 
dzisiaj żyjących oczy swoje obrócił! Co zuaczy zabój- 
stwo to tu to ówdzie jednego małego dziecięcia, w po- 
równaniu tej wielkiej jatki, którą kłótnie i zatargi ludó\^, 
którą wąjna za sobą ciągnie? Tutaj się tyle ludzi wybija, 
tyle kaleczy, tyle umęcza! A pozostali na nogach Chrze- 
ścijanie, jeszcze się chełpią i radują z tego, i zbrodni wta- 
kiem zabójstwie dotąd niewidzą! Bądź co bądź, to pe- 



55 99 

wna, ie dzisiaj męczeństwa dzieci przez Żydów nigdy 
już nie^ma , i że mowy o tem nawet od bardzo dawna nk 
świecie niebyło. 

Do Puńskiego starostwa należy wieś Strzelce zwa- 
na. Naprzeciw niśj, z drugiej strony Niemna dziś już 
do Królestwa Polskiego odpadła, jest wieś Źołnier%ys%ki. 
Obie dawniej, do Puń należały. Takie dwa nazwiska, do- 
mysł we mnie wzbudziły, że tu czasem mogły byó kie- 
■ dyś jakieś wojskowe osady. Ale wszelkie poszukiwania 
moje w tym względzie spełzły na niczym. Nikt tutaj ani 
początku, ani przeznaczenia wsi tych niepamięta. Są je- 
dnak ludzie tacy, co pamiętają jeszcze, że kiedy starosta 
Puński, Brzostowski, z majętności swojój Pieńkina, do Puń 
przyjeżdżał, otoczony był zwykle pocztem przeprowadza- 
jących go mieszkańców wsi Źahiierzyszek, w myśliwskim 
etroju honorową straż jego trzymających. Są znowu i ta- 
cy, którzy pomni powiastek swych ojców, wiedzą: że kiedy 
tenże sam Brzostowski raz podróż do Suderwy pod Wil- 
nem i do Szydłowca w Słonimskiem odbywał , mieszkań- 
cy Strzelców towarzyszyli mu w tśj drodze, w takiej że 
jak i pierwsi odzieży opatrzeni w broń palną i białą, a za- 
wsze konno. To daje powód do wniosku, że ludzie tu 
osadzeni przeznaczeni kiedyś byli na służbę do łowów 
królewskich, które się tak często odbywały w tych stro- 
nach, i że z tym obowiązkiem mieK ^tu sobie nadane zie- 
mie. Strzelce j szczególną się jeszcze dzisiaj odznaczać 
zaczęły osobliwością. Jest tam góra piaskowa, PUshinis 
po-Litewsku zwana. Przed kilkunastu laty, wiatr, który ją 
dotąd szanował i nigdy w m'czem nieszkodzit, zaczął na- 
gle jej piaski chmurami wszędzie roznosić! ale tak, że 
ai fM drugiej stronie Niemna wielkie na dobrej roli pia- 
skowe porobił zasypy. Samemu Niemnowi to mało szko- 



100 56 

dzi: bo woda częsó piasku zaras dalćj z sobą unosi, i ten 
piasek, spadając w jeduostajnym dotąd kierunku, trafia 
właśnie w rzece na rafę Jablynką zwaną, w którćj powoli 
osiada. Po każdćm takiem brojeniu wiatru, odkrywać się 
zaczęto w wydmuchach na piaskowej górze innóztwo ko- 
iści ludzkich i czerepów, często doprawdy daleko większych 
niż bywa zwyczajnie. Aprzytem, wychodzą na wierzch 
siekierki, piki i wielka moc małych pieniążków, tak już 
rdzą przejętych, że z nich niczego poznać ani dójsć nie- 
można. Nieraz mi je dostawiano w znacznćj nawet ilo- 
ści, ale wszystkie były najzupełnićj struchlałe i na kawał- 
ki spękane. Takie, o jakich mówiłem * zasypy piasku za 
Niemnem, wiatr północno-zachodni napowrót tutaj odpę- 
dza, ztąd też one tamtejszym ludziom muićj szkodzą. Ale 
te ciągłe żywiołów swawole stały się prawdziwą klęską 
dla biednych Strzelców/ Doszło nakoniec do tego, iż aię 
o pomoc władzy w tej mierze udano. Zarządzono dla ich 
pociechy śledztwo. I zaraz się z tego maleńka stworzyła 
legenda. Był w Strzelcach stary włościanin, Krzysztof Pia- 
secki, który do mowy swojdj ciągle dokładał grzeczne przy- 
słowie: ,,KadukV^ — co u nas tutaj narówni « djabiami 
chodzi. Gorszono się z tego bezbożnego przysłowia, i da- 
wno już nienajlepićj i o nim samym i o zbawieniu duszy 
jego wróżono; on się jednak od nałogu uleczyć niemógl. 
Nakoniec za te Kaduki, Kiadas go po-Litew»ku przezwa- 
no. Owoż, ten Piasecki, ten Kiadas, przed kilkunastą la- 
ty, widząc około olanego gruntu swojego małe a gęste 
narośle, zacz^ pożądać pomnożaua swojej chudoby, i nie- 
mogąc się oprzeć tćj łakomej żądzy, część krzaków wy- 
ciął, i nieco ziemi na pole sobie wyorał. Jakże tylko to 
zrobił, zaraz jak na licho w tę lukę wiatr dmuchać po- 
czął, i ciągle już (.diąd to zlokka dmucha, to wieje nieżar- 



57 101 

tern. Zaraz więc resztę zarośli od korzenia wysuszył i 
zniszczyły pozbawiając je i podpory i odżywnćj ziemi. 
Terazy coraz to więcćj po calycłi Strzt4cach zewsząd przy- 
bywa piasku, coraz im ta klęska zmniejsza urodzaj, psując 
zapełnię dobrą dotąd naturę ich roli. A wszystkiego tego 
przyczyną, jak mówią, jeżeli nie sam Piasecki, co się je- 
szcze jak na złość i od piasku nazywa i odkrył te po- 
wietrzne ciągi , — to jaz najpewniej tu winno jego bezbo- 
żne przysłowie!... Po co on ukryte i niewiadome nikomu 
poruszył groby? Po co ciągle djabłów misJ w gębie?!? 
Jakkołwiek bądź, żart na bok, ale ten nieulegający wątpłi* 
wości s piaskiem wypadek godny jest i meteorologów i 
geologów uwagi. 



VII. 

BUCHTA. 

Zgodzicie się ze mną natychmiast sami, że do naj- 
większych osobliwości naszego zakątka należy bez wąt- 
pienia Buchta. Tak u nas zwykłe nazywają kawał zie- 
mi wchodzący językie^, czy w nasze jezioro, czy w rzekę 
naszą, i tw^orzący rodzaj póhvjfspu. 

Owoż, Niemen płyaący w dość prostym kierunku do 
Puń samycłi, ztąd zaczyna już zaraz wybredzać, — a doszedł- 
szy do Nienumiwh królewszczyzny przed półtora wiekienf 
Żwirzdami i Dowtortyszkami zwanej, tak zbacza, tak igra, 
swawoli i rzuca się na boki gzygzakiem, że przebywszy 
w krzywśj hnii więcej dziewięciu dobrych mil naszych, 
wraca znowu w Zydąjkanach, ledwie nie na toż samo miej- 
sce zkąd wyszedł, tak dalece, że odległość jego koryta 
w Żydejkanach od koryta jego w Niemaniunach ijednćj na- 
wet uiewyiiosi mili. Taką tedy pętlę obiegem Niemna 



1U2 58 

stworzoną i objętą, czyli pólwyspek, Buchtą tutaj nazywa- 
ją powszechnie. Buchta, zajmując i wzdłuż i wpoprzek 
po mil kilka oprócz jednych Sipowicz, dawniej dziedzictwa 
owych sławnych Butlerów, Jana-Kazimierza króla wiernych 
i nieodstępnych przyjaciół, stanowi ciąg włości i gruntów 
starościńskich, to jest królewszczyznę w znacznej części 
do starostwa Niemanimiskiego, ale całą massa do starostwa 
Birsztariskiego, albo, jeśU mówić po-dawnemu, do Preńskie- 
go należących. LeczPreny, dawna tej ziemi stolica, w 1502 
jeszcze roku przez Alexandra króla Michałowi Glińskiemu 
nadana, a tuż z drugiej strony Niemna na dzisiejszej gra- 
nicy stojąca, z powodu tej właśnie granicy, którą rzekp, 
nasza oznacza, najprzód do Prus, potem do w. xięztwa 
Warszaw^?kiego odchodząc, nakoniec do królestwa Polskie- 
go przyłączone zostały. 

Wiecie wszyscy, że w Prenach był zamek, który Got- 
tard Butler, starosta Preński, na zupełne podobieństwo 
zamku Cisteran wystawił, chcąc w nim wieczną mieć pa 
miątkę niesłusznego dwuletniego więzienia Jana-Kazi- 
mierza z tymże Butlerem we Francyi. Miło widzieć, że 
dobry choć nieszczęśliwy król nasz o wiernych sługach 
swoich wdzięcznie pamiętał, i wielą łaskami a między te- 
mi i starostwem Preńskiem hojnie Butlera nagrodził. 

Birsztany odPren oderwane mają drewniany kośció- 
łek, w 1787 roku zbudowany staraniem Kazimierza Sapie- 
hy starosty Preńskiego. Kościółek ten stanowił do osta- 
tniego podziału Polski filiję kościoła Preńskiego: to też 
pleban tamtejszy, x. Kai'powicz (1), w 1791 roku ozdobił 



(1) Xiądz Michał-Franciszek Karpowicz, prałat archidyakon Smoleński, 
proboszcz Preński, potem biskup Wigierski, był jednym z najsławniej- 
bzych kaznodziejów swojego czasu. Sławę tę do najwyższego szczytu 



59 103 

go i restaurował wksnem staraniem i kosztem. Po odej- 
ściu Birsztan do Rossyi, kościół ten stał się parafijalnym, 
z tego mianowicie względu, że z nadania króla Władysła- 
wa IV, 6 lutego 1643 roku, miał sobie zapewnione cztery 
chatki csyńszawe, i trzy ciągłe, czyli pańszczyźniane. Ten 
królewski przywilój dowodzi, że tu już dawniej musiał byó 
kościół, lecz archiwum dzisiejszej plebanii niema żadnych 
na to dokumentów i swój rodowód od 1787 r. liczy. 

W tych więc zgrabnie kapryśnych naszego Niemna 
zakrętach, tworzących jak już mówiłem Buchtę, jest je- 
szcze drugi, mniejszy, a raczej węższy półwysep, po-dziś- 
dzień Zwierzyńcem zwany, gdzie i dla xiążąt Litewskich i 
potem dla królewskich łowów, utrzymywano kiedyś z ró- 
żnych stron okolicznych spędzonego zwierza. Na dzisiaj, 



podniosło kazanie jego miaDe 25 czerwca 1794 r. przy poświęceniu 
broni i chorągwi b Województwa Wileńskiego, wychodzącego na wojnę, 
w pospoliteoi ruszeniu. » Kilkadziesiąt tysięcy obojej płci różnych sta- 
nów ludu zebranego na tak zwanej Józefaiowej dolinie pod Wil- 
nem, wpływem porywającej i nieprzełamauej siły natchnionego słowa, 
jakby jeden człowiek, rzewnemi zalało się łzami i zanosiło od płaczu 
i łkania, a wojsko nadzwyczajnym zapałem przejęte darło się gwał- 
tem na wojnę. To był zapewnie najpiękniejszy dzień w życiu tego 
zacnego kapłana. 

Cała potęga wymowy i cały urok, jakim przejmował swoich słu- 
chaczów Karpowicz, leżały szczególniej w osobliwszym wdzięku 
i giętkości głosu, w szczerem przejęciu się w danej chwili treścią rze- 
czy, w nader trafnych , dobitnych, wiecznie szlachetnych i pełnych 
uniesienia ruchach ciała, i w grze rysów jego pełnej wyrazu twarzy. 
Ztąd też wielbiciele tak niepospolitego talentu Karpowicza^ w rzę- 
dzie których był i mój ojciec w wielkiej z nim żyjący przyjaźni, 
dziwili się zawsze, odczytując potem jego kazania, że te na nich 
nieroblły tego nadzwyczaj silnego wrażenia , z jakim się spotykali 
statecznie, kiedy je we własnych ustach mówcy słyszeli. 



lOł 60 

tylko już samo imię Żwńorzj-iica zostało. Miojsce bardzo 
piękne i dotąd bawiące oko. W Birsztanach byio długo 
znakomite myśliwstwo królewskie. Tu 1475 roku Kazimiórz 
Jagiellończyk z żoną i synami Kazimierzem i Janem-Albrych- 
tem, chętnie częs'ć zimy przepędził. Tuż w pobliżu Birsz- 
tan znajduje się po-dziś-dzień czworogranna w środku pa- 
rowów usypana góra, na której się wznosił (albo którą mo- 
że i utworzj^) myśliwski zamek królewski. Górę tę lud, 
swoim zwj^czajem wszystko królowój Bonie przypisujący, 
nazywa dworem Zaklętym, dwaras uszkialktas. Pradzia- 
dowie tutejszych włościan opowiadali swym dzieciom, a 
ci znowu wnukom swoim zostawili podanie: że na tój gó- 
rze, za ich jeszcze czasów, widne były tutaj na piętrach 
okienka, do których nikt oddawna nieośmielił się zajrzeć; 
i że tu stał kiedyś zamek % ziemi ubity. Niedawno jeszcze 
włościanin Birsztański zamierzył był sobie zorać wierzcho- 
łek tej góry i len na niej posiać. Ejedy już miał nazajutrz 
do tej roboty przystąpić i potrzebne do niey przygotował 
narzędzie: aż oto, tejże nocy, stanął przed nim we śnie 
w bieli ubrany, z siwą po sam pas brodą starzec. „Nieważ 
się tykać tej. ziemi — rzekł mu — bo natyclimiast umrzesz!" 
Po takióm ostrzeżeniu, przyznajmy się szczerze na ucho, 
że i najzaciętszy niedowiarek-filozof, niechcialby próby ro- 
bić na sobiel Żydzi mówią, że kiedy Pan Bóg zechce, lo 
i z nienabitego pistoletu wystrzeli. Niedziw zatf^m, że chło- 
pek rady usłuchał, i rzecz się na projekcie tylko skończy- 
ła. Góra ta więc dotąd stoi nietknięta, czekając na jakie- 
go naszego starożytnika — jeśli mu się także ten sam sta- 
rzec nieprzyśni. 

Ależ i ta królowa Bona. Czemu to jej tj Iko wszystko a 
wszystko lud nasz przypisuje? Dzieje nasze charakter jej 
szpecą, lecz czy tylko niebluźnią? Tak długa i pohia po- 



61 105 

szanowania panńęó u całego łudu, usprawiedliwiać z wie- 
lu zarzutów powinna tę genijalną panie, co się tak głębo- 
ko wryć potrafiła we wszelkie najsprawiedliwsze dziejowe 
pojęcia, u wszystkich prostaczków, u wszystkich nieoświe- 
conych, a nawet na-wpół-oświeconych mieszkańców nasze- 
go kraju. 

Wędrowiec Francuzki , Gilbert de Lannoy , włóczą- 
cy się w 1413 i 1414 r. po Litwie, między iunemi wspo- 
mina o częścią drewnianym a częścią z ziemi ubitym zam- 
ku Posur czy Pazur nazwanym , nad samym Niemnem 
leżącym, opięć mil, a raczej półmilek (lieues) od Trok do 
Kowna; miał on tam znaleźć Witolda, z całą rodziną ba- 
wiącego się w zimie łowami od kilku tygodni, Francu- 
zisko po-swojemu (bo i dziś jego ziomkowie tak zwykle 
robią) czy odległość miejsca, czy nazwanie zamku, czy to 
oboje razem błędnie oznaczył. 

Łamią teraz sobie głowę nasi dziejowi badacze: gdzież 
to był ów zamek? Jakoż, najjprzód Niemen nigdzie w od- 
ległości mil pięciu od Trok niepłynie, a tern bardziej 
pięciu półnUiek; powtóre nigdzie się o Posur czy Po* 
sur dopytać niemożna. Zdaje mi się , że albo Francuz 
wziął Wiliję za Niemen, i w takim razie trafił do Ponar, 
majętności niedawno jeszcze' Puzynów, a dziś przez ro- 
dzinne związki Romerów, i to nazwanie Ponar^ z pośpie- 
chu fałszywie lub niedosyć wyraźnie zapisał — albo też 
szybko Litewskiemi bachmaty w saniach wieziony, omy- 
lił się w oznaczeniu na pamięć odległości gcograficznćj miej- 
sca, i zastał Witolda w Pasaniu czy Po%ańca4:h^ dziś 
PńiaAcami zwanych, blizko Zwierzyńca leżących. 

Dwór Birsztański, wprost z brzegu Niemna na Pre- 
ny patrzy; i oddawua z tego powodu, arbitralnie Pod- 
preniem nazywany, w rzeczy samej zowie się i podziś- 

TEEA N. V. 14 



106 6'2 

dzień Zanie. Tak go nawet w urzędowych straży gra- 
nicznej papierach ciągle mianują. Wieś od tych Zań 
wgicciem się Niemna przedzielona, a dzisiaj w zepsu- 
tym włościan języku Puzańcami zwana, nazywała się da- 
wniej Pozaniem-, a Niemen w zimie bardzo ją do Zań 
przybliża. Jasna rzecz, że od Ponar^ czy Pozań, do Fran- 
cuzkiego Posur czy Pozur, niedaleka droga. 

Pamiętam, jak nietak bardzo dawno jeden z podró- 
żników Francuzkich, wydając na świat opis wędrówek 
swoich , wyczytał we własnych notatkach , że w Rossyi, 
wszyscy, chcąc mów!ć grzecznie do siebie, używają po- 
wszechnie przyjętego na ten cel wyrazu: Pa%ar'uleita. 
A cóż to jest? To zrazu źle napisany, na drugi wiersz 
w polowie przeniesiony, a potem gorzej przez samegoz 
autora przeczytany i do druku podany Ruski wyraz: „Pa- 
żałujsta!" Znajdziecie to dzieło gdziekolwiek, wielą jeszcze 
innemi podobnemiż naszpikowane bąkami; imię autora wy- 
szło mi w tój chwili z pamięci-— a naprężać ją niewarto, 
ryć się w xiążkach nielubię , i od pewnego już czasu 
uciekam od nich jak djabet od święconej wody. Kiedy 
już o Posurze mowa, niepowinienem zamilczeć w tych 
moich uwagach, że niedalej jako o trzy tysiące sążni 
ode mnie , we wsi Wasiłuńcach należącej do Birsztan, 
znajduje się kilkakrotną zmianą koryta rzeki Wierzch- 
ni znacznie podmyta i os3rpana już góra, którą Sura- 
kalois , to jest słoną-górą dotąd nazywają ; (chociaż bo*- 
wiem sol po-Litewsku nazywa się Druckas, słewg jednak- 
że wyrazem Surus się oznacza). 

Ktoby tedy powiedział Posur, powiedziałby jakby Po- 
słonie. A wiadomo, że się tu mnóztwo i wsi i łanów, od 
spotykanej wszędzie soli, słonemi przydomkami pochrzci- 
ło. Może ł)yó zatem , że ów straszny dwaras wizkialk- 



63 107 

t¥r (1), był właśnie tym szukanym zamkiem, w którym 
Witold uprzejmie Francuza przyjmował. 

Ziemia w całej prawie Buchcie niewdzięczna, sam 
piasek; kwapią eię jednak nanię ciągle dzierżawcy, ainie- 
przykrzą jój zgoła miejscowi włościanie, nie dla roli, ale 
wabieni węchem ogromnych zysków jakie im daje pogra- 
niczne przemycanie tytuniu i soli, których ścisły monopol 
w Królestwie Połskiem podwaja tutaj jeśli niepotraja 
(5enę. 



(1) Aieby dać adłe wyobrażenie, jak sit i wiaędue i u nas, plotki, bajki, 
legendy y podania i pufy twor&ą, pny toczę następny przykład. 
Więcej niż w ośm miesięcy^ po napisaniu tego rozdziału o Buch- 
cie, wracałem z Kowna. Zatrzymałem sif na chwilę wKromach. 
Znajoma mnie szynkarka. Chrześcijanka, wyszedłszy przez grzeczność 
pomówić ze mną, powiada: „Pan wracasz w swoje cudoume stro- 
ny." — Albo co? — ^^1 Przed dwoma dniami część jakiejś góry w Bir- 
sztanach osunęła się, i odkrył się tam dom, i śliczne powoje pod 
ziemią. Co tam, słyszę, osobliwości, ta i na palcach niezliczyć!" 
— Co wasani mówisz? — »A tak, panie! wczora i dzisiaj ludzie 
ztamtąd 7;e zbożem jechali, i tu cały czas rozpowiadali o tem.»— Ależ 
cóż przecie? — >Już ja tego panu opisać nietrafię*... Cóż było robić? 
jechałem dalej. W Koszanach, zatrzymawszy się znowu miałem 
rozmowę t Źydkiem od Niemna jadącym, który mnie toż samo po- 
wtórzył, dodając jeszcze, że tam przy jednej ścianie znalezione pan- 
nę całą w bieli trzymającą na smyczy białego charta i ogromnego 
rndego kundla. Ja tedy myślę sobie; chwała Bogu! sekret pałacu 
ww. liążąt Litewskich sam się nam odkrywa, a pewno na ścla- 
Die odmalowana panna jest jakąś myśliwską Litewską boginią. — 
W Jeinie o dwie mile od Birsztan, wójt dawny miasteczka, zoba- 
czywszy, mnie potwierdza to wszystko i tą nic nieznaczącą po- 
prawką: że ta panna i te psy, niemalowane ale żywe, żywiusieńkie; 
„a śliczne, a czyste, że aż oko rwą. Ta tylko bieda że nikt a 
nikt z miasteczka nieśmie do nich przystąpić. To nieżart panie! 
jak raz licho człowieka weźmie!*' 



108 64 

Ztąd grosz gotowy tu ledwie nie każdy ma w zapa- 
sie. Na zboże i dzierżawca i^oscianin ubodzy, ale zbo- 
ża dostarczają ciągle z góry do Prus idące wicinji. A że 
spław wszelki doświadcza tutaj wielkiej z powodu rap i 
ostrych kamieni trudności, a rzeczna żegluga jest u nas do 
tąd w zupełnej lichocie (bo mało jest świadomych rzeczy 
sterników, a ci jacy są miejscowi sternicy bjrwają najczę- 
ściej ludźmi bez żadnego sumienia): nieraz więc też, pra- 
wie co rok, przypadkiem, ale bodaj czy nieumyślnie, po 
kilka statków zbożem ładownych rozbija się pod Buchtą, 
a szyprowie %amoc%ane już na chwilę zboże mieszkańcom 
Buchty oddają. — Buchta w dawnych czasach dla pias- 
czystego grmitu mało przez rolników zamieszkaną była. 
Stanowiła ona odwieczną, ogromną, a głównie sosnową 
puszczę, przedsionek tych wielkich wspaniałych Zaniemeń- 
skich lipowych lasów, które całemu tamtemu krajowi na- 
żwisko ziemi Zapus%c%ańskiejj a szczególniej traktu Za- 
puszczańskiego nadały, a sławę Kowieńskiego lipcu ai 
do samego Gibraltaru zaniosły. 

Środkiem tój puszczy od Jezna szedł kiedyś ku War- 
szawie tak zwany Preński gościniec. Dotąd jeszcze za- 

Pomimo takie bredzenie, niemogłem niebyć najzupełniej pe- 
wnym, ie rzeczywiście osunięcie się góry odkryło dawne jakieś 
Birsztańskiego zamku komnaty. Skórom więc wrócił do domu, na- 
tychmiast wysłałem kogoś aieby się naocznie a tern przekonał ; a 
o leszcie rozpytał u miejscowego proboszcza. 

I cóz? Oto nic, ale to nic a nic z tego co mówiono niebyłe 
prawdą, nawet ani jedoa garść piasku nieosypała się z zaczaro- 
wanej góry. 

Zkądże się ta plotka wzięła dla Boga? 

Ztąd, że się pan Stanisław Morawski pr7.ed półrokiem rozpyty- 
wał u ludzi Birsztańskicb o tej górze, o tym myśliwskim zamku! 

fiisoite— moniti* 



65 109 

miast kopca sterczą mi ułamki palów od mostii, który 
stał kiedyś na rzece mojój Wierzchni. 

Drogi były podówczas bodaj gorsze jeszcze niż te- 
raz. Przestrzeń tych kilku mil ciągłym lasem objętych, 
po wybojach, powałach, wywrotach, zaledwie przez dzień 
cały albo i przez dwa dni, jak mówią starzy, przebyć mo- 
żna było, czy lżejszym pojazdem, czy ładowną kupiecką 
bryką. Tu więc korzystający z tak dogodnój miejscowości 
ciągle gnieździli się złodzieje i zbójcy, tu wszystkie zbie- 
gi i wszystkie łotry od wieku całego gościnny i chętny 
znajdowali przytułek. 

Na mojej z Buchtą sąsiedzkiej ziemi, w folwarku Ao- 
brawicze zwanym, są aż dotąd ślady podziemnych skle- 
pów, gdzie rabusie i rozbójnicy zlupione na podróżnych 
sprzęty lub towary kiedyś ^ naprędce chowali. Caie to 
miejsce wówczas było nieprzebytym lasem, dziś jest juz 
rolą, na którój ani śladu pnia starego niedójrzysz. 

Szlachta Jefimowicze i Piotrowicze, w Szyłanach 
Pieleszyszkach, i w dziś należących już do mnie Dymszę- 
wieżach, na okolicznych schedach osiadła, tajenmie kiero- 
wała takim rozbojem; powagą stanu swojego pokrywała 
rodzące się nieraz podejrzenia. Byli to pełni odwagi, 
zapamiętałości, ale razem i okrucieństwa, hersztowie band 
rozbójniczych. Udawało się długo, aie nakoniec w osta- 
tnich już prawie chwilach panowania Stanisława-Augusta, 
Jefimowicza i Piotrowicza ścięto wGrodpie na rynku za 
te sądownie dowiedzione rozboje. 

Popęd wszakże dawno już był dany: wszystko więc, 
co złe i społeczności szkodliwe, siłą szatańskiego magnesu 
ciągnięte, cisnęło się^ tutaj do Buchty. 

Przy surowym i groźnym Ros^syjskim rządzie, prz}' 



110 6« 

zmianie kierunku wielkiej publicznej drogi, przy pomnaża- 
jącej się coraz tutejszej ludności, przy zaprowadzeniu gra- 
nicy od Niemna, rozbójników nakoniec nit>6talo. I cari la- 
droni, iii cari bauditi , najprozaiczniej zniknęli. Zostali 
tylko z całego kraju naszego o jeden stopień od nich po- 
czciwsi zbiegowie , . a z nimi też i miejscowi złodzieje^ 
kradnący tutaj z cudowną zręcznością konie, i przepro- 
wadzający je do Królestwa Polskiego dla wręczenia po- 
dobnym sobie poczciwcom, a tam znowu skradzione prze- 
dający na tej stronie granicy. Nieraz tu człowiek okra- 
dziony widzi konia swojego u drugiego brzegu, ale chcąc 
go odebrać, musi się starać o pasport za Niemen, a do- 
stawszy go, jechać na Kowno; koń jego tymczasem aż 
do Paryża bezpiecznie dojść może: bo prawo mniemanej 
granicy święcie zacbowanem być winno; chociażby i ty- 
siąc skradzionych koni przed nosem twoim na drugićj stro- 
nie rzeki trzymali. 

Cała Buchta nakoniec codzień się lepićj w ten ta- 
lent wprawując, otwarcie, bezwstydnie, owszem z prze- 
chwałką, jakby z jakiego rycerskiego czynu, tym się tylko 
kandelkiem wyłącznie bawiła i bawi dotąd poniekąd — lu- 
bo mojem staraniem skrzydełka nieco temu podciąłem, bro- 
niąc- od tak srogićj krzywdy pobrzeżnych Niemna mie- 
szkańców. Doszło to już bowiem było do tego, że brat u 
brata, ojciec u tyni#, syn u ojca niewstydził się iikraść 
konia, i nawet za zucha był uważanym. Istniały tu za- 
wiozę i są po-dziś-dzień doskonale urządzone tajemne zło- 
dż:iejskie stowarzyszenia, podająca wiadomemi już stacya- 
mi skradzionego konia z rąk do rąk — tak, że zwykle wcią- 
gu godzin dwónastu koń schwycony naprzyk^ad w Pre- 
nach, był już przedany do Oszmiany lub Lidy, w Żyżmo- 
rach, Jewju, Trokach, lub Wilnie, i lo za bezcen, za kil- 



67 Hi 

ka złotych; tylko dla honoru słodziejskiój zręcziK)ści. 
Saukąjże go potem po całym świecie. * 

Do tych nałogowych zatrudnień^ dodać aależy i kon- 
trabandę. Od 1820 do 1825 roku nawet assedor policyi 
ziemskiej, nad Buchtą dozór mający, mógł z tego źródła 
co wieczór przegrjrwać w karty po sto dukatów, co na 
własne oczy widziałem. Taki był napływ cudzoziem- 
skich towarów przez Buchtę, ie za ich przepuszczenie, to 
jest zatknięcie uszu i zamrużenie na chwilę oczu assesor 
miał ogromne kubany; a cóż to juz mówić o straży gra- 
nicznej! Szlachta okoliczna tę straż podówczas trzymała 
i dobrze kradła, spuszczając się niby na gorliwość i pil- 
ność kradnących także Dońskich Kozaków, którzy jćj w po- 
moc byli dodani; ale przełożeni nad nimi wszystkimi nad- 
strażnicy (nadziratele) kradli tysiąc razy więcćj. Tym spo- 
sobem , niejaki nadstrażnik w Podpreniu' przez lat sześć 
zebrał sobie, (bo niełotrował i w karty niegrał) trzykroć 
sto tysięcy rubli assygnacyjnych majątku; zebrawszy, po- 
dziękował natychmiast za służbę i dobra gdzieś kupU. Czy 
Siłą piśrwszego moralnego rzutu, czy instyktem, sympa- 
tyą, nałogiem, zlatują się aż po dzień dzisiejszy włącznie, 
tłumy łotrów, delatorów, pieniaczów i różnego rodzaju 
włóczęgów da tćj naszćj Buchty, i robią z nićj jakiś ga- 
tunek odrębnego zupełnie kraju. Położenie też jćj dla ta- 
kich ludzi wyborne: Królestwo Polskie ze swoją granicą 
pod nosem, tuż zaraz i Prussy, a same tu Niemna usta- 
wiczne zakręty ułatwiają sposobność ukrycia się natych" 
miast aż w trzech oddzielnych państwach w razie prze- 
śladowania, a dają wdzelką możność brojenia jak kto ze- 
chce, póki jeszcze do urzędowego poszukiwania nieprzyj- 
dzie. 

Od 1810 do 1812 roku, a i pierwiej nawet, było to 



112 68 

jedyne miejsce, kędy najbezpieczntój młodzież Litewska 
do wojska Polskiego na służbę tajemnie przesunąć się mo- 
gia, pomimo tej dwoistej i Kozaków i strażników bacz- 
ności. Dotąd nawet , przj^ zmniejszeniu się wielkiej kon- 
trabandy, ograniczającej się juz tylko, zmi^ym wyjątkiem 
na przemycaniu ztąd tytuniu i soli, a ztamtąd Pruskiego 
romu i cukru z buraków, — trudno znaleźć miejsce wEos- 
syi, gdzieby więcćj było ludzi bez żadnego pasportu włó- 
czących się. Bóg wie zkąd przybyłych, dokąd idących, gdzie 
urodzonych, czóm zajmujących się dzisiaj i z czego żyją- 
cych. Powtarzam, że wszystko co złe i zepsute, co zbie- 
ga zkądkolwiek chroniąc się sprawiedliwości ludzkiój, w ten 
kąt się wciska z całego Litewskiego kraju. Prawdziwa 
kara Bożka być z tą Buchtą w sąsiedztwie! Przybysze ci, 
zawsze bezsumienni, do rdzenia zepsuci, wymknąwszy się 
zwykle z niejednego więzienia, gdzie się najczęściej błąd i sła- 
bość obok zestarzałej i zakrzepłój już zbrodni legną, — przy- 
uczają tu włościan naszych do wszystkich występków, wcho- 
dzą z nimi w tajemne intrygi i szachry, durzą biednych 
chłopków, namawiają na różne swawole, skargi niemające 
zasady, na hańbiące stan każdy delacye. Mnóztwo się tu 
także po lasach ukrywa zbie^ych rekrutów przy każdym 
naborze tak w Rossyi jako i Królestwie odbytym. Znaj- 
dziesz tu zatćm sławne od wieków sukcessyjne imiona ka- 
pitalnych aż po dzień dzisiejszy i rasowych złodziejów. 
Tak, rodziny: Kiejderis, Łaużones, Laukajtis, Czepukajtis, 
Wauagas i teraz jeszcze równie zasługują u chłopów tu- 
tejszych na zdjęcie czapki i pełny uszanowania ukłon, jak 
imiona Monmoransych, Duglasow, Zamojskich, co słyną 
przez wielkie cnoty. 

Pomimo to wszystko, gdyby kto odrzucając całą tę 
poezyę złodziejstwa w pełni tutaj kwitnącą, i wnajroz- 



69 113 

maiŁsze oblekającą się Bzaty, nawet cają poezyę, przemy- 
tu, a mając na względzie tylko życie uczoiY^ój pracy, 
które daleko za sobą wszelką zosta>via poezyę , gdyłiy 
kto, jak kiedyś Rzewuski Żydowskie nory, caJą tę 
Buchtę słomą otoczył i wszystko co 4o nogi wysmaliłi a 
przynajnmiój ztąd jak lisów z nory tatrem wykurzył, za- 
prawdę wielkiego niepopełniłby grzechu, a wielki sprawiła 
by pożytek. Jeśli gdzie było w Litwie zupełnie szatana 
skie zepsucie ludu, gotowe na wszelkiego rodzaju łupież^ 
two i rozbój, to tu zapewnie. To prawdziwi flibustyero^ ' 
wie Litewscy na małą skalę* 

Cała Buchta w ogóle dzisiaj nieliczy więcej nad 3,04)0 
ludzi. jd^i obojój. Przy takiem tedy usposobieniu ducha 
mieszkańców tego zakątka, domyśleć się łatwo , że je.śliby 
w jakimś danym czacie, komu oepryt i zm3^:ślnośe posj^jli^ 
tego człowieka chodziło, ludzie z Buchty od wszystkich 
pogranicznych kraju naszego ludzi i zręczniejszymi i^do- 
wcipniejszymi i usłużniej szymi okazaliby się najpewniej. 

Dziwna rzecz, że przy takiem ze^^sueiu mężczyzn, ko- 
biety cnotUwsze ąą tutaj « ale tylko pod względem wiary 
małżeńskiej i wstrzemięźliwości dziewiczej, w czem mogę 
]bryó sędzią jako blizko mieszkający sąsiad. U mnie., cbo^ 
ciaz staram się dać dobry przykład i moralność we vf\o* 
ścianach zaszczepić, tudziBŻ wszędzie naokoło « gdzie 
może ntmiej lub daleko więcej oto się starająy^-^-^wónasto^ 
letnia dziewczynka, jakbyś nienK)ralizował., ma już naj^ 
częściej kochanka ; owszem, korzysta z tego wieku,- wie- 
dząc już tak wcześnie, że widomych śladów swawoli iii<v- 
będzie.. W Buchcie, dziewka mająca lat 25, najczęściej 
niezna jeszcze miłości^— pomimo to^ że straż graniczna 
z rozpustnych żołnierzy- czasowo tylko tutaj zwykle ba 

wiącycht a prawic zawsze bezżennych, złożona, wiele ^vi 
TEKA N, y, 15 



I u 7« 

do zepsucia obyczajów w kobietach przyczynia; kofciety i 
dziewki swawoli oddane, albo onię na. wet podejrzewane 
tylko, palcena wytknięte i do zamieszkania gdzieindziej 
z pogardą powszechną zmuszane bywają. Tak to «ło^ w naj- 
rozmaitsze umiejąc wyradzać się kształty, nieraz i dobrą 
stronę pokazać umie, rządząc się wiecznym antagonizmem 
duchowego i fizycznego świata. Wszakże dla zupełnego 
(jdszkicowania ducha ludzi w Buchcie żyjących, i to dodać 
należy, com już bodaj mimojazdem namienil, że kt>frtra- 
banda i kradzież koni, a nawet i wszelkie inne zIodzMj- 
stwa, więcej się tu uważają za jakąś zuchowską najezdni- 
czą cnoię^ niż za występek; inne zaś wszelkie przestęp- 
stwa, tak jak i u reszty świata, pozostają wysiępkan^ nńioh. 

Samo z siebie wynika, że tułający się po Buchcie hul- 
taje w wadach nawet i ułomnościach swoich różnić się mię- 
dzy sobą muszą większą lub mniejszą w nich zdóino^dią. 

Pomiędzy włóczęgami, trzymającymi się miejsca te- 
go statecznie i trudniącymi się wyłącznie prientysłemy 
a broń Boże nie prywatną kradzieżą, byt niejakiś ŚylwC" 
Mter Prusaczkiem, po-Litewsku Prussialis, zwany. Gzłowifek 
ten, jak szara gęś, wszystkim mieszkańcom Buchty hyi 
znajomy, chociaż jego prawdziwego naźv^^iskit nikt nigdy 
niewiedział i dotąd podobno niewie. Ż tego, co mówił 
o sobie, rodem był z Prnss Litewskich, z po nad i^nrój 
graniczy Królestwa Polskiego, które tu pomiędzy Ros^ 
syą a Prussami wazki m wciska się ószyjkiem. Sylwe- 
ster co tydzień, najdalej co dwa tygodnie, zjawiał śię tuta!] 
ze swoim przemycowym towarem. Nizki, baiczysfty, krę- 
py, fizyonomii mało znaczącej, strzygł włosy króciutko, 
dla tego, żeby go za nie ułapić straż graniczna nietnogla, 
W kusej siermiędze, raz granntowej a drugi szarćj, w cho- 
dakach, w podpszwar'h 0f| botów, w sfarzyżh^e, kbórą nogi 



71 • 115 

zamiast pociczoch obwijal, zwyczajem tutejszej prostoty, 
iDiał sobie tylko jednemu wiadome potajemniki i z nich 
niekiedy to szczyptę Holenderskich dukatów, to półgarst- 
kę imperyalów Roscyjskich wydobywał. Przebiegając co 
moment siedziby naszycb włościan i jednosiedlców, oraz lasy, 
tak się wprawił, że niebyło w Buchcie ani ścieżki, ani drożyny, 
ani pnia, nawet gałęzi, sęka, dziupli, jamki, parowu, lub 
łomu, którychby ten człowiek nieznał na pamięć. Odgadł 
odrazu po śladzie, czy to był koń strażnika, czy pana, ozy 
chłopa. Uchem poj^, węchem zwietrzył nieprzyjaciela. 
Otoczony nieraz zewsząd przez straż graniczną , tak, że 
mysz nawet wyśliznąćby się niemogła, zawsze, jak czaro- 
wnik jaki wymknął się czatom, a czasem, wyłażąc z dziu-^ 
pli, kiedy już pogoń za sobą zostawił, zaśpiewał jój na drwi> 
nę głośni^ „Atditurt&u" — i śmiejąc sję ueiekł. 

Człowiek ten był rozpaczą tutejszój cheiwój na łapan- 
kę straży. Jeśli był kiedy schwycony, to nieinaczej jak 
%dradą. Ujęto go nienawolnćm powietrzu; ale zwykle na 
noclegu, śród twardego snu po ciężkich trudach, lub w cha- ^ 
cie fałszywego przyjaciela, co mu dał na noc przytułek, 
a kwapiąc się na część jego t*)warów, odegrał rolę Juda- 
sza. W takim nawet razie, dręczony, bity, smagany, wię- 
ziony, nigdy tych, z którymi miał stosunek, niewydał. 

Nieznając owego Sylwestra, a słysząc tylko o jego 
figlach, zręczności, odwadze, dowcipie, stałości, miałem ga 
w duszy za nieocenionego człowieka,, i był nim w istocie, 
póki wielokrotnie zdradzony, zrujnowany , oszukany, nie- 
rozpił się z rozpaczy, i sam wzajemnie oszukiwać nieza- 
cząl. Dzisiaj, jeżeli żyje^ jest to już inny zupełnie Pru?a- 
czek; — dawny dla mnie i w mojem pojęciu od lat kilku umarł. 
Chociaż mówił tylko po- Litewsku, chociaż ledwie kilka 
słów umiał niby po-Polsku, i ani słowa po-Rusku; jednak- 



IK • 72 

że, jako przebiegły i chytry, miai on zawsze tysiące spo- 
gobów rozmówienia się z każdym i dowiedzenia swej pra- 
wdy mianowicie wyrażając się na migach. Więziony sto 
razy tu i w Królestwie Polskićm, zawsze wyszedł zwycięz- 
ko, gdyż albo uwolniono go, albo pozwolono uciec z wię- 
zienia , albo sam sobie czmychnął, u nikogo o takowie po- 
zwolenie nieprosząc. 

Przyjaciół miał na każdem miejscu , a bab szczegól- 
niej. I jakżeby ich niemiał? Tej dai chustkę gościńca, 
t^j paciorki, tamtej piękne szkaplerze. Temu dal epinkę, 
tamtemu pasek lub sprzączkę, owego zaś spotkawszy 
w lesie przypadkiem, napoił haustem białego niesionego 
w baryłce na plecach romu. Szedł z za Niemna obłado- 
wany zrazu jak wielbłąd. Ale pamiętając kto go o co 
prosił, natychmiast, jak garson w Paryzkich garkuchniach,. 
oddawał porządkiem swoje sprawunki, i tak się po dro- 
dze stopniowo od ciężaru uwalniał. Idąc bowiem zawsze 
przed siebie i niezatrzymując się nigdzie , tu oddal chustki, 
tam jakiejś dziewczynie zostawił komis oddania komuś 
korali, tam wetknął w ręce bursztyny, tu rzucił perkal, 
ówdzie batyścik lub kamlot, czasem tak sekretnie, że i sam 
gospodarz o t^m niewiedział, wsunął jaki swój towar do 
pańskiej lub chłopskiój stodoły, a szedł ciągle dalój i da- 
tój, dopóki wszystkiego nierozdał. Dopiero zatrzymjrwał się 
na baj ram i krzepkie umizgi. Szynkarki ubóztwiały go wszę- 
dzie po karczmach i przyjmowały z radością, jak wiosennego 
skowronka; a chowały go gdzie mogły przed szpiegów- 
skiem okiem. Nareszcie po tern wszystki^m, wracał tąż 
samą drogą, i należne sobie pieniądze za towary z ufno- 
ścią pewną zostawione odbierał. Nigdy podobnego trybu 
niezmieniał, chociaż go ta zbyteczna ufność nieraz zawio- 
dła: widae, czy tak czy owak^ zawsze byi w zysku. Ale 



TS 117 

zysk tiym go robił człekiem. Zrazu mieó go cfaoiałem 
za poetę tutejszego przemysłu , wdającego się w tak nie- 
bezpieczne i pełne ciężkich trudów życie wyłącznie tyłko 
dla poetycznej jego strony. 

Sposób, w jaki ja go poznałem, da także maleńką pró- 
bę lisiego sprytu i przebiegłości tego człowieka. Raz schwy- 
tany przez tych, co zostawiony przez niego w dobrdj wie- 
rze towar przywłaszczyli sobie, lubo mając dużo (jak mó- 
wiłem) przyjaciół, zaraz na porękę był wzięty do czasu, 
nim śledcza komissya niezjedzie; — czuł jednak w sobie, 
że zarzuty przeciwko niemu były ważne, wiedział dobrze, 
co go podług praw czeka za dowiedziony wielokrotny prze- 
chód granicy i przemyt towarów, że mu się już wcześnie 
pod samym nosem, kręcił zapaszek Sybirskiego powietrza. 

Pragnął więc rady czyjejś, któraby własnemu jego do- 
świadcfzeniu dopomódz mogła, bo tyle był uczciwy, że nie- 
chciał sprysnąć i poręczycieli swoich na hazard wystawie. 
Słyszał o mnie, ale wiedział i o tóm, że ja się z takiego ro- 
dzaju ludźmi niewdaję i włościan moich równie od prote- 
gowania ich wstrzjmiuję. Było to wiecie. Chodziłem pod- 
ówczas na przechadzkę co dzień w tę stronę, gdzie psze- 
nica moja pięknym wzrostem bawiła oko lubiące sielskie 
piękności. Wt(5m nieopodal od drogi, na samym brzeżku . 
chuchanego i cacanego przeze mnie lasku, widzę człowieka 
zapamiętale rąbiącego drzewo, bez żadnego względu na to, 
że właśnie te drzewa służyły za ozdobę. Zbliżyłem się 
więc natychmiast ku owemu człowiekowi, który tyłem obró- 
cony do mnie, zdawało się, że niedostrzegł jak się do nie- 
go skradałem, i dalój swoje robił. Nakoniec staję tuż przy 
nim i z zadziwieniem widzę, że nieznajomy z całą siłą, uła- 
maną suchą gałęzią anie siekierą, w drzewo uderza. — Kto 
ty jesteś? 



118 74 

— Sylwester Prusaczek, panie. 

— Co tu robisz? 

— Oto panie, daruj pan mnie biednemu, chciałem się 
z panem zobaczyć i poradzić. Prześladowany jestem za 
tnaję niewinność^ Do dworu pańskiego iść niesmiałem; a 
wiedziałem że pail w dzień tu przychodzisz i lasu bronisz. , 
Biłem zatćm gałęzią o drzewo, udając że rąJbię, żeby zwró- 
cić pańską uwagę, przywabić pana tutaj i rozmówić się; 
daruj mi pan tę śmiałość. 

Była to jedna z tych prostych, naiwnych chłop- 
skich chytrości, — ale w swoim rodzaju , dająca miarę 
dowcipu tego człowieka. Prusaczek bowiem był pełen 
sprytu, rzutkości i przytomności umysłu, a przjrtem wła- 
ściwćj sobie szlachetności, słowności i uczciwości. Wal- 
ter-Scott niewieleby takich naprawdę pomiędzy Szkota- 
mi swoimi naliczył. Bj^ł to Fra-Diarolo Buchty. Ale 
cóż, kiedy potem rozpojony i i ozwydrzony, stracił te wiel- 
kie zalety, i stał się już tylko niesumiennym oszustem i 
łotrem. A szkoda! miał prawdziwie Mohikańskie talenta, ob- 
darzony był taką przebiegłością i tak udoskonalonemi zmy- 
słami, jakie posiadają tylko dzicy mieszkańcy puszcz Ame- 
ryki. Lecz wódka, toż samo z nim co i z tamtymi zrobiła. 

W Buchcie, a szczególniej w tak nazwanćm miastec%- 
ku Birsztanach i w pobliżu, niemało znajduje się źródeł sło- 
nych, sól kuchenną rozpuszczoną w wodzie sączących, któ- 
remi się leczą niektórzy od wielu, cierpień- Do garnków 
swoich dodaje tę wodę ubóztwo. Nieodżałowany Ignacy- 
Emanuel Lachnicki , który miał tu szukać pokładów soh, 
kto wie, gdyby dłużój dla szczęścia przyjaciół i sławy kra- 
ju pożył, możeby tu nową odkrył Wiehczkę? 

Są tu także nad Niemnem, w Pożańcach, nąnośne ży- 
ły sproszkowanej miki, zupełnie zbcistej, udającej metal i 



75 119 

przystającej do rydla tak, że pozłacać żelazo się zdaje. Kie- 
dy Kalifomija giowy calój Europie przewracać zaczęła, a 
iechcące o nićj nowiny dosziy aż do tego zapadłego kąta, 
oficer straży granicznej, major L., dowiedziawszy się o 
tycłi świecących metalem żyłach, wyobraził sobie, że zna- 
lazł złoto, i miejsce to silną wartą żołnierzy swoich osta- 
wil; lecz się omylił nieborak, jak mu to po uczynionej pró- 
bie chemicznej przepowiedziałem zaraz. Biegał z tym pia- 
skiem po różnych miastach i zawsze napróżno. Wróciw- 
szy, to tylko znalazł, co mu niemogąca ani na krok odstą- 
pić warta, zostawić chcąc niechcąc musiała. To wszakże 
pewna , że przed dwódziestu laty Żydzi z Królestwa Pol- 
skiegO) więcej niż po złotemu za garniec piasku tego z ra- 
zu płacić zaczęli. Handlu takiego, ówczesny właściciel 
Birsztańcikiego starostwa niewiem czemu zabronił ; snadż 
Żydzi, tak jak i nasz major, w nadziejach złotych się za- 
wiedli, ale może tam jakąś miedzi cząstkę znaleźli, z któ- 
rej sobie tajemuie zysk ciągnąć chciel*. 

Zdarzają się tu również nad brzegami Niemna obfite 
pokłady miełuy t. j. podlejszego gatunku kredy, do ró- 
żnych w malarstwie i mularstwie potrzeb używanego. 

Nakoniec w Liso wieżach, jest skała z piaskowca t kru- 
chego wprawdzie, ale mogącego być zdalnym do cembro- 
wania śluz i kan-ilów, tudzież do innego w budownictwie 
użytku, jeśU się ruch rolniczo - handlowy i przemysłowy 
kiedykolwiek u nas objawi. 



ZDANIE SPRAWY 

o 

TATARACH LITEWSKICH. 

PRZEZ JEDNK60 Z TTCH TATARÓW 

zLoionn 

SUŁTANOWI SUŁEJMANOWr, 

w r. 1558. 

Z języka Tureckiego przeloźjrtt objaRuil i materyałami 
historycznemi nzapetDit 

▲. KOOBŁt*iKI, 

prof^ssor iwrczajny literatury Tureckiej w CiSAtsRm St. Petersborskim 

uoiwersytecie. 



Diaiiibeg albo Dianbeg, chan złotej Hordy, ayn Uzbeka, 
na^pit po ojcUi a rzeczy^śeiej po swoim brarńc tManhek^ 
według innych Tinibeg zwanym, który władał tronem nie- 
spełna rok jeden , to je»t w r« 742 hidżry (1 342 nasz^^j 
ery)« Dżapibeg zwyciężywszy go i drugiego swego brata, 
objął nsądy państwa. O gorliwości jego dla wiary Muham- 
medai wszyscy dziejopisowie wschodni świadczą* Abul- 
gazy w historyi Tatarskiej, ogłoszonej drukiem w Kazania 
staraniem kanclerza państwa hr« Rumiancowai Wf. 182$, 
tak o nim powiada: f,Dżanibeg chan był przedziwnym Mu 

TEKA N. V. i 16 



122 U 

Buimańskim padiszahem: uczonych, cnotliwych, położnych 
i religiję w wielkiem miał powaianiu/' Lecs o wypra- 
wach Dianibega do Polski zupełnie zamilczają: pićrwszy 
ślad o tóm znajduję u naszego Litwina, a co zgadza się 
i z naszemi dziejami. Wiadomo bowiem, ie za Kazimie* 
rza wielkiego w r. 1343 Tatarzy zagony swoje istotnie po- 
sunęli do Polski; król poiśpieszy! na ratunek kraju, spotkał 
Tatarów wokoUcach Sandomierza, wzbronił im przeprawy 
przez Wislęt apotćm pobił ifeh na gloH^ę pdd. Lublinem. 
O innych napadach Tatarów z owej epoki, nic juz nieznaj- 
dujemy w dziejach. Nie dziw także, iż pisarz Musuimań* 
ski wystawia te wyprawy Dżanibega jako mające na celu 
nawrócenia Polski do wiary Islamskiej. Kurhan wyraźnie 
zaleca prowadzić wojnę s niewiernymi , aby ich zmusić 
wężem do przyjęcia Islamu: każda przeto wojna z nie- 
wiemjrmi uważa się za wojnę świętą liiyAffif, gm%a. Po- 
wolni rozkazom swego prawodawcy, monarchowie Musul- 
mańscy zawsze poczytywali dla siebie za najprzedniejszy 
obowiązek, wypowiadać wojnę Chrześcijanom (niewiernym), 
a kiedy sktadaK oręż, było to tylko zawieszeniem broni, 
i trzeba była długich niepowodzeń , ieby przymusić na- 
konieo Turków do zawierania traktatów wiecznego przy- 
mierza. .... 

/; Dzanibeg w r. 758 łiidżry (1357 naszej ery), został 
zabity od swego syna Berdibega, który nastąpił po ojcu 
pa ehaństwp Hordy złotej* 

w zbiorze Gwagmna: Rerum Polpnicaram, toini łres, 
Franćofufii 1584, wtomieJ znajduje się, list pisany przez 
pewnego Polaka w r. 1581 do Dawida Chytreja (ad Da- 
yidum Cliytra^um) o religii i obyczajach naszych Tata^ 



rów, gdzie potwierdza «ię to, oo mówi nasz Tatarzyn o uby- 
waniu już wtedy przez nich krajowej mowy: „Tartari 
(słowa 8ą jego) in Polonia, et Lithuania, et utraque Kus&fia, 
longe lateąue dispersi Bunt, plerumąue " hominum, quibu- 
soum degent, linguam addisunt et callent/^ Owszem, zda* 
wna nasi Tatarzy okazywali przywiązanie do naszego ję- 
zyka,, a n&wet niekiedy używali go W swoich modłach; są 
też w rękopismaeh xiążki modlitw MusiUmańskich , utożó- 
Dych w jęfeyku Polickim, lecz pisanych głoskami Ar^tbskie- 
mi jako, też podoicie tidmaozenie Kurhanu i innych dziet 
religijnychi a nawet w narzeczach Białoruskiem i Ukraiń- 
ski^. Tego rodzaju. xiążkt znajdują się i dzisiaj w rękadh 
naszych Tatarów. * Wbiblijotece Lijp9kiej= takoż prztóha- 
wttja się xiążka Polska do modłów pisana glbsksiAi AraB- 
skietnit o której podaje wiadbmotó* professor Fleiszer 
w katalogu rękopismdw wsehbduiób tejże biblioteki (Catal* 
logus hbrorum Matmscriptorum, <iui in Bihiiotheca Sena- 
tor. civit. li^ensis asservi*nturi edidit^flejscher, Lipsiąe 
1840). 

Sobolewski* w dziełku: Wykład wiary Machom^tański^j 
czyli Islamskiej (Wilno iSi&)t iyc«y nawet żeby Kur^aii 
i nabożeństwa bjrły wymawiane w naszym jęiyku ojczyr 
atym na miejscu Arabskiego. ,>Tlak w ciągu wieku, piszi^ 
on, doznawszy dbbitMlaiejstw iaemi a opieki prawa; sniu*. 
ind nam wspomnieć, ie dotąd my i dzieci nuMA chwaliri^' 
jednego Boga hiezrazumiałym dte nas językłen», ii meko^ 
rzystaYny ztćj Uiówy, kśirą juś^odt^u wteh&m ęgiMmie 
nmH % iobą ro%mawiah^ a ktdra odl aaszycfa lat nie^nio-' 
włęoych tak jest nam przyjemną i drogą; smmtno nam że 
nasze pisma, texty i rozmaite nabożeństwa dotąd się* dla^ 
nas ukrywają w języku , którego ńderozumiemy. Ozife^ 
abyśmy^ się ocknąwszy « nie wiadenwści- naszej , a razen* 



tu 36 

})rzez wdzięczność dla ziemi, która nas zywiia, odtąd we 
właściwym nam języku, naszą ojczystą mową słowa Twór- 
cy, przez jego posłańca objawionei wymawiali, a dzieciom 
ua^^zym dali do przyjęcia mądrość swi^l^go pisma/* 

5. 
W dziejach Tatarskich bardxo często się napotyka 
iniie Timura, które właściwie znaczy iela%o, w dzisiejszym 
ję/yku Tureckim wymawia się demiT\ taknp. pomijając mni^ 
Knakomityeh, sławny Tamerlau nazywał się Timu* z dodar 
niempr/y miotu ikaPer#>kiego Unk (kulawy), i wymawia się 
Timur lenk ?kąd zr biono Tamerlan. W poczcie wład- 
ców Mongolskich, którzy rządzili utusem Diudży czyli 
Hordą ztotą» mamy także kilku non^^ych to imię: i)Men^ 
4fH Timur chan (1267 r.)» 2) Timur Chodiu chmn (1360 
i\), 3} P^tuik Timur (1366 r), 4) Timur Mutług cham, 
którego kronika4*ze Ruscy zowią Temir tiuiłt^t i tak się 
czyta najego monetach (1897 r.)t ^) Timur ebmn (1410 r*), 
i ioni, Opowiadwie naszego pis^irza niestosuje się do cza- 
sów Tamerlaua, czyli em ra Timura, jak go zwykle mia- 
nują dziejopisowie wschodu; ale do Timur ehanm^ który 
po śmierci Putud ehaną inaczej Puład Sułtanem zwane- 
go, ubiegał się i, wielą xiąźętami Mongolskimi o tron Hor- 
dy złotój, Ł otrzymał nad nimi przewagę wr. 813 hidiry, 
1416 nasf^J ery« Począwszy od panowania 7iiJkl«Ry«ziK 
chana (a nieTokatmis%a,jak niektórzy błędnie piej^), pań- 
stwo Kypczaku było z«»pelnione prawie do końca swego 
istnienia zatargami domowomit tak^ ii trudt o oznaczyć do- 
kładnie jego następców, kto mianowicie i wiele lat pano- 
wał, Wnosząc 9( monet tego chana, Timur chan rządził 
Hordą złotą latoztery lub pięć, to jestod r, 813 h, (1410 
jiaszój ery) dor- 81*8(1415), jak wykazano uFrena w dzie- 
le; das Mabąmmedląniscbe Mun^kiibinet Pcs Aaiatisches 



37 12$ 

MuseuniB der k. Akademie d, Wiewtifch zu S.-P.eterc^l^urgt 
1831 atr. 60, i w dziele; Recensio inemprum Miihammeda- 
Dorooi, Petropoli 1826, str. 373. Był ou synem Timur ku- 
ttuga. Na wyprawę Władysława Jagiełły przeciw Krzy- 
żaków, a którą eię uświetuiia Litwa pod Grunwaldem, w. 
X. Witowt prosił posiłków wławie u tego Timur chiąna: ja- 
koż Timur chan posłał Dżelal-ed-diuat syna Tuktamysza, 
na czele 30 000 swego wojskai jak podają nasi dziejopiso- 
mńe, a według naszego pisarza bir kac% hbi, % kilaku ty*- 
siącami (od 3000 do 10,000), ćo zdaje się bliżej prawdy. 
KypK^zak, j^^kkolwiek obszerny kraj, znany u nas pod na- 
zwą wielkiej Tartaryi , i rozciągający się między Jajk 
(Uralem) « Wołgą (Itil), Dniestrem (Turla) i Kryrnem,. je^ 
dnak niemógł wystawić więcej 120,000 wojska u siebie 
i to pod pićrwszyoii chanami (Histoire des Huus par De* 
^gnes, T. 1, 2 partie p. LXX); w późniejszym zs^ cza- 
sie granice Kypczakn zostały ussozuplonei i^ łiezył załedwo 
połowę tego wojska. Nasi też historycy sami są w sprzeczno- 
ści co do liczby: mówiąc o tem jak Witowt podejmował 
tego sprzymierzeńca przez kilkanaście miesięcy aż do roz« 
poęzęcia wyprawy w r, 1410, |i niemałym, kosztem^ z żo* 
nami, dziećmi, dworem i licznym ludem zbrojnym^ podaji| 
liczbę jego wojska do dwudziestu tysięcy (u Narbutta Dzie- 
je narodu Litewskiego T. YJ str. 185); potem kiedy Jar 
gietto spotyka Witowta. z sułtanem Tatarskim nad Wisłq^ 
liczą już, opierając się na świadectwie słów dopełniacza 
kroniki Dusburga, trzydzieeoi tysięcy wajska Tatarskiego 
(Narbutta t- VI str. 206). Prawda, że Tatarąy w Litwia 
osiedli pomnożyli zastępy Dżelal-ed^dina; ale ich niebyif 
więcćj nad 10^000* a. zat^m jeśli wyłączyć \ą ilość, sto- 
sownie do rachuby pier^sz^j, wypadłoby wojslta Kypcaao* 
kiego około 10,009» co4Klpowie wyrażenia oaszego pifia? 



«« 38 

rża % kilku t^Mtąemmi. Liczba ta potwierdza się zkądiuąd 
>aehtuikiem tegoż niewiadomego dopełniacza kroniki Du^ 
tsbarga, który wyliczając stratę z obu stron poległych, a 
]K>wzict4 z ust naocznych świadków, ])owiada, ze cesarz 
Tatarski wróci! z 8,000 łudzi. Oto słowa jego: „Sicut 
reluierunt heroldi et alii fłniosł et fide digoi, qui prae- 
dfcto bello interfuernnt, plus?quam 60 millła riroruni ceci-^ 
derunt de utriMque pariUnis. Imnio referebatur ab eis- 
dem, quod Tartarornm imperat )r vel marschaleus, regi 
Polouiae et Vitoldo cum 30 millibns rirorum protnncYe^ 
nerat in sub^idium. et ahinde rectssis dnutasani eum B 
miłiibut. Qui tune de RuthenU et LitittmNis, ąmrwn 
Principe$ eum populo tjfuasi urnwueraMi adwfnerunt^ 
(Petri de Dusburg Cłirouicon Prussisołi, editio ChristopK 
Hartknoch, Jenac 1679, str. 435). l^iepodoboa ieby mógt 
stracić 22,000 kiedy dodaje: „a c6ż mdwic o poległyoli 
Rusinach, i Litwinach, których ^ńąźęta przybyli . z hidem 
jakby nieprzeliczonym**? Snąć tycb ostataifb, csoWiwie 
Litwinów na początku bitwy, poległo więcej, gdy tym-- 
czasem strata ogólna ze strony PbKskićj tiieprzewyższała 
20,000 ludu zbrojnego. Takim sposobem liczba Sd.OM 
wojska Tatarskiego widocznie jest przesadzoną, albo w rę^ 
Icopiśmie kroniin błędnie była po^wioną. Timiur ehafi 
w rzeczy samej nienlógł posłać więcej sad Iciłka tjrsjęcy 
wojska posiłkowego pod dowództweni Pzebl-ed-dina, a 
którego dziejopisowie Polscy przerobili na SaK&dyna^ Ruscy 
zaś na Zeleni, Zeledi, Zelet Hammer i^iepojąwsssy kro*^ 
nikarzy Ruskich, tego samego Dżelal ed-dina posyła w ro^ 
kil następnym (141 f) na Kijów razem z Witówlfeiił (GTe- 
fiohicbteder goldenen Hordę inKiptschak, Pesth t840, stK 
37S), a który, jak on mówi tairiże; był "do tego kroku 
podburzony prze? ifccia TwerśkSego Aleaćandri Iwanów!- 



t9 117 

en* Wprawdtie znajdy ws^ się w Kijowie ziąie Tatariiki» 
leas nie na wojnie, a tylko w orszaku króla Wiadyriawa i 
Wielkfego xięoia Witowia* którzy zwiedzająn południowe 
jprowineye państwa, wstąpili do Kijową i tam przyjiuowaK 
odwiedziny xigcia Twerskiego, a których celem byio od- 
nowienie stosunków dawniejszych z Litw:ą, jakoż i zawarli 
z 8obą przymierze wzajemućj przyjaźni. Dżelal^edHdiu 
zaś przybyi tam prosić o pomoc dla siebie do o^iągnieni^ 
władcy uajwyższćj w Hordzie, co niebawnie byto pr^pre* 
wadzone do skutku, gdyż korzystając z zamieszek w pań- 
stwie, strącił on Timur chana i sam zasiadł na tronie Kyp* 
czaku. U niektórych naszych dz ejopi^ów, dowódcza Tata- 
rów nazywa się Tachtamirza Anion, który nietylko Litew- 
skie, ale i Zawoiźaiiskic imdl przyprowadzić hufce. Na- 
zwisko Tachtamirza Antona niechybnie zost^o przez na- 
szych krooikarzów przekształcone z TukUmfifn^mffłmm, 
co znaczy syn Tuktamy^za, jakim b3ri właśnie sam.Dźe-* 
lal-ed-^n (syn Taktarńysza) Nakonieo trzeba poprawić 
oipylkę Deguignes (Hii^toire generale des Huos T. i ntr. 
374), który wyprania samego Timur chana na czele po- 
siłków do Litwy i powiada że on był z&bity, w Litwie; o 
Dżelal-ed dinie zgoła uiemówi, albo oo prawdopodobni^ 
robi z niego do nie poznania sułtana Zedi, ponieważ mia^ 
nuje go synem Tokatmisza (Tiiktamj^sza). 



Odprawiać nabożeństwo żałobne po zmarłych obcego 
wyzoapia, wyraźnie zabrania się w prawie Musuimań^ki<$m# 
które w artykule Salat'Ul*d£e9Uisa (modlitwa pogrzebowa) 
mówi: modlitwa ta ma miejsce tylko dla wyaniwców Islz-^ 
mm, anie zaś dla niewiernych, na n^ocy słów Bożych: ,^d 
módlcie się za nikogo i^ tych, którzy umarli wieoznie.^' 



12« 40 

Lecz nmiarkowańsi tłómacse prawa pozwalają nezęstniczyc^ 
w modłach za niewiernych, i historya przytacza uderzają- 
ce w tym względzie przykłady. -Zapanowania Melik-^za- 
ha, czwartego króla dynastyi Seidżuków, która władała 
przez półtora wieku tronem Ispahanij w Persji, kiedy umar- 
ła iona muehaayla czyli poborcy dochodów skarbowych 
wBa£(liorze, Żyda Ibn AUam (wr. 467 hidiry, 1074 naszi^j 
ery), wszyscy Musulmanie, urzędnicy i obywatele, uczcili 
swą obecnością pogrzeb IzraeKtki, wyjąwszy tylko jedne- 
go sędziego (kady). (Tableau giśneral de TEmpire Oitoman 
par d*Oh6son, T. 2, str. 334). Zresztą wRur'anie powiedzia- 
no: i, wierni, jak równie Żydzi, Sabejowie i Chrześcijanie, 
którzy wierzą w Boga iw dzień oetatni, i iyją świątobli- 
wie, będą wyjęci od mąk w przyszłem życiu'* (w Surze 2-^j 
ajat 59, w Surze 5-^j ajat 73). Z tych słów cii tiómacze wy- 
prowadzają wniosek, ze można modlić się za takich zmar- 
łych, albowiem oni nieumierają wiecznie. 

W puństwach Chrześcijańskich oddawna przyjęty zó- 
bM przez Musułmanów zwyczaj zgromadzać się do mecze- 
tów na obchody, poświęcone pamiątce zmarłych królów S 
dostojniejszyeh osób. W Polsce mamy tego liczne pi^zy- 
kiady i świadectwa: między innemi obchody żałobne po 
Janie Sobieskim, także w r. 1794 za poległych rycerzów 
i najświeższy w 1818 po Tadeuszu Kościuszce. 

Po namazie, czyli modlitwie kanonicrznej, którą wszyscy 
Musulmanie są obowiązani odprawić co dzień pięć razy, 
na takim obchodzie zwykle była odmawianą modlitwa szcze- 
gólna, ułożona z ajatów czyli werset^ów Kur'anu, z prży-^ 
Stosowaniem do modlitwy żałobnój za umarłych, o ile to 
zgodne z wiarą Islamu. Takowa modlitwa powtarzała się 
z maiemi stmiafiami przy każdym podobnym obchodzie. Dla 
])rMchowania tego ciekawego pomnika, wypisujemy ją do- 



41 129 

siówDie z dziełka: Opisanie obchodu żałobnego nabożeń- 
stwa za duszę ś. p. Tadeusza Kościuszki, odbytego w Miń- 
ska d. 7-go marca 1818 r. Wihio 1818. 

MODLITWA. 

,, Panie Wszechmogący, Boże ojców naszych, Abraha- 
ma, Izaaka, Jakóba i pokolenia ich sprawiedliwego, któryś 
jednćm słowem stworzył niebo i ziemię ze wszystkiemi 
ozdobami, Tyś położył granice morza i zamknąłeś przepa- 
ści, zapieczętowałeś je strasznym imieniem Twojem, któ- 
rego się wszystkie duchy lękają i drżą przed obliczem 
mocy Twojój i wielkością chwały Twojej, a nikt znieść 
niemoże gniewu Twego, którym grozisz grzesznikom; je- 
dnak dziwne i niedościgle jest miłosierdzie obietnic Two- 
ich, boś Ty jest Pan najwyższy, dobrotliwy, cierpliwy 
i miłosierny, razem masz litość nad stworzf niem Twojćm. 
Tyś, Panie, wedle wielkości dobroci T#ojćj i miłosierdzia 
przyj omjesz pokutę i odpuszczasz tym, którzy zgrzeszyli 
przeciw Tobie nad liczbę piasku morskiego. Niejestem, 
Panie, godzien i nieśmiem podnieść oczu, i spojrzeć na wy- 
sokość nieba, przez wielkość nieprawości mojej. Będąc 
obciążony okowami żelaznemi pod wielą łańcuchów żeh- 
znych, tak, iż niemogę podjąć głowy moj^j, bom czynił to 
co jest zfego w oczach Twoich, jako ten, którym nieczy- 
nił woli Twojćj, anim strzegł przykazania Twego, owszem 
dop^iai nieprawości, a teraz upadam na kolana serca mr - 
go, prosząc dobrotliwości Twojćj. Zgrzeszyłem, Panie, zgrzf - 
szyłem, i wyznaję nieprawości moje, a przetoż żądam i 
proszę, odpuść mi Panie, odpuść mi, aniezatracaj mię po- 
społu z nieprawościami mojemi, ani się gniewaj na wieki, 
pamiętając na z?ość moję , ani mię potępiaj do najniższych 
miejsc ziemi, bo3 Ty jest Bóg nasz litościwy, Bóg mi- 
łosierny. Odpuść ułomność i grzechy NN- i okaż nad nim 

TEKA. N. V. 17 



130 42 

wszelką dobrotliwość Twoje zbawiając go, jako męża spra- 
wiedliwego, według wielkiego miłosierdzia Twego, i daj 
Jemu miejsce w królestwie mebieskićm między miłośnika- 
mi swymi. O co Cię z duszy i serca pokornie prosimy.'* 

Że musiały być w rzeczy samćj obchody po Witów- 
dzie u naszych Tatarów, przekonywamy się także ze słów 
prośby podanej przez nich do Zygmunta I, na kilkadziesiąt 
lat przedtśm, w r. 1519, gdzie wspominając imię jego 
z wdzięcznością, tak się odzjrwają: „Niemamy sławnćj pa- 
mięci Witołda, on nam niekazat zapomnieć o Proroku^ a 
my do świętych miejsc oczy obracając, tak jego imię po- 
wtarzaliśmy jak naszych chalifów^ Na szable nasze przy- 
sięgliśmy, że kochamy Litwinów, kiedy w wojnie mieli nas 
zajeńce, a wstępującym na tę ziemię powiedzieli, że ten 
piasek, ta woda i te drzewa są nam wspólne. Nasze dzie- 
ci wiedzą o nim, a nad słonemi jeziorami (t. j. w Krymie) 
iwKipczaku wiedzą, że my w waszym kraju niejesteśmy 
cudzoziemcami.'* (Czackiego rozprawa o Tatarach, T. 3, str. 
str. 311, wyd. Poznańskiego). Wyrazy w tej prośbie: mg 
do świętych mujsc (t. j. Mekki i Mediny) oe%y obracając, 
tak jego imię powtarzaliśmy jak nas%ych chalifów*^ sto- 
sują się do podobnych schadzek w meczecie,- poświęceń 
nych pamiątce wielkiego xięcia. Za czasów jeszcze nasze- 
go pisarza, pamięć o nim musiała być u Tatarów świeżą* 
co dowodzą i wyrazy w tejże prośbie: nasze dueci wiedzą 
o nim. Kiedy zaś ustały podobne obchody reUgijne po 
Witowdzie, historycznie niepodobna oznaczyć; najstarsi 
wiekiem dziś żyjący niepamiętają już tego, i nic też o tćm 
niesłyszeli od swych rodziców. 

7. 

Początek nazwiska Tatarów jest wcale niewiadomy: 
w językach Arabskim, Perskim i Hebrajskim od bardzo da- 



43 131 

wDych czasów używają się wyrazy tatar ^ tataristan; w Eu- 
ropie zdaje się, że przed dwunastym wiekiem ta nazwa 
niebyia jeszcze w użyciu. 

Abel Rćmusat i Klaproth opierając się na świadectwie 
dziej opisów Chińskich, najprawdopodobniej wywodzą Tata- 
rów pierwiastkowych od jednej z giównych ga^zi narodu 
Mąg-ho albo Mongołów, osadzonój w kothnie górnego Amu- 
ra, a która później wielkie podboje nad plemionami Mon- 
golskiemi dokonała: dzieje bowiem Chińskie wspominają o 
tym narodzie na początku IX wieku naszśj ery pod imie- 
niem Ta-te, z wyrzuceniem głoski r jako niebędącdj y ję- 
zyku Chińskim (1). Kiedy Czyngyz-chan połączył pod swe 
berło wszystkie plemiona Mongolskie i Tatarskie, i z niemi 
wj^rawił się na zawojowanie Azyi, przybrał dla swej dy- 
nastyi i dla bitnych wojowników swego narodu imię za- 
szczytne Mąg-ho (junacy, śmiali), i (o imię zabrzmiało wszę- 
dzie, gdzie się pokazał straszny wódz hord dzikich. Je- 
dnak nazwa Tatarów była powszechniejszą w Azyi półno- 
cno-zachodniej, i nakoniec przemogła ł^piedy Batu-chąn^ 
wnuk Czyngyz-chana pośród, ludów Tureckich, podbitych 
orężem, założył na północ od morza Kaspijskiego potężne 
państwo KyTpozaku, rozciągające się między Sy bery ą i Dnie- 
prem. W tóm nowem państwie chan, główniej si wodzo- 
wie i kilka wyborowych oddziałów jego wojska, byli to tyl-. 
ko Tatarzy, a resztę nieprzeliczonej ludności składali Mon- 
gołowie, nakoniec i ta mała ilość władców po przyjęciu 
przez nich Islamu, została pochłoniętą w ogromnej massie; 
łecz za granicami Kypczaku, nazywano ciągle dawnem imie- 



(1) Według Chińskiego wymawiania Da-tań, ń końcowe zamieniło r; 
w ogóle różni się wiele od Chińskiego wymawianie Europejskie; Da- 
tan może być wymawłauiem południowych- prowincyj Giriu. 



132 U 

niem władców, to jest Tatarami, wszystkie ludy tego pań- 
stwa, nawet i wtedy kiedy już rozbiór Kypczaku oswobo- 
dzi! ich zupełnie od jarzma hordy Tatarskiej, Dziiś sami 
Tatarzy nazywają siebie Turkmenami, Turkami {Tiurkme^i, 
Tiurk)j a wschodni i północni Tatarzy zowią się podług 
plemion oddzielnych, Nogajami, Uzbekami, Kirgizami i t. d. 
Niedziw zatćm, że Musułmanie w ogóle odrzucają i pogar- 
dzają nazwą Tatarów, która u Buryatów i Mongołów ma 
znaczyć pobór nieprawny: oni płacą jasak, podatek pra- 
wny, i tatarin pobór. Zapewnie wyraz tatarin^ było piśrw- 
szóijł słowem Mongołów-zaboreów, i pokazywało ceł ich na- 
padów, co oni usprawiedliwili i w skutku, wjnnagając tyl- 
ko podatków a nieprzywłaszczając sobie podbitych przez się 
krajów; tu zdaje się trzeba szukać prawdziwego początku 
wyrazu totor, zamienionego w nazwisko ludu- W Euro- 
pie przezwano ich Tartaranii, dla podobieństwa brzmie- 
nia z wyrazem Łacińskim znaczącym piekło; tak ich nazy- 
wał Ludwik XI w znaczeniu podziemnego ludu, mieszkają- 
cego w tartarze (piekle). 

8. 

Niepodlega wątpliwości, że przed epoką, wktórój by- 
ło pisane niniejsze sprawozdanie, w haremach sułtańskich 
już się znajdywały Polki, porywane przez Tatarów w są- 
siednich prowincyach i sprzedawane handlarzom niewolnic. 
Sultanka Churrem (w 'soła), znajoma w Europie pod imie- 
niem Boksolany, z początku kadyn pani, a potem chuse^ 
ki-sułtan żona Sulejmana, była rodem z Ukrainy albo Gra- i 

licyi, i w r. 1524 w)dała ca świat Selima. Panując despo- , 

tycznie nad umysłem sułtana zkądinąd samowładnego, I 

wielki wpływ wywierała ona na sprawy państwa, i dziejo- 
piriowie Tureccy jej przypisują niu zwyczajne przymioty 



45 t9i 

umysłu i serca. Umarła w r. 1558, i pochowana w ozdo* 
bnym grobowćm iurbe przy dżamii Sulejmanije^ w samym 
środku Stambułu. Jeden z nowoczesnych poetów Otoman- 
skich Fuzyl-bej, syn znakomitego Tahyr-paszy z Akki (St. 
Jeao d'Acr6), zmarły wr. 122^ hidżry (1810), wpoema* 
cle Zenan^nume (xięga niewiast), opiewając ^ówne rysy 
charakteru kobićt trzydziestu pi<;ciu rozmaitych narodów, 
gdzie razem wychwala przymioty, a gani wady ich, tak 
się odzywa o Polkach w pięciu wierszach, oddzielnie im 
poświęconych : 
„Opisanie przymiotów płci pięknój narodu Łebskiego.*' 

„Polki ! spojrzenie wasze roznieca w sercu nawet pu- 
stelnika płomień iądzy, a sploty waszych włosów stają się 
dlań przepaską w zamian pustelniczego pasa. Niewiasty 
bowiem Leh'stanu są istoty całkiem wyłączne: lica ich pię- 
koe jak róża, kibić ich wyniosła jak cyprys; kiedy idą, 
postawa ich pełna wdzięku, kiedy mówią, usta ich pełne 
słodyczy. Każda z nich w sztuce niewiesciój (kochania) 
jest mistrzynią, duszę swą oddaje przyjacielowi, którego 
pozyskała dla siebie. A chociaż one są dotyla ujmujące, 
śliczne, cóż począć, kiedy ich pochodzenie jest Izrael- 
skie {i)V' 

W drugim poemacie pod nazwą: Chuban-name (xię- 
ga pięknych), tenże poeta, w epigrammacie także pięcio- 
wi^rszowym, maluje przymioty Lehek w następujących 
obrazach : 

„Ty, którć} rzuty oczu sprawują pomięszanie w kochan- 
ku, nierozdzieraj jego serca przez szacunek dla niego sa- 



(1) Poeta uiył wyrażenia: „pochodzenie ich Żydowskie*' jedynie, aby zna- 
leić coś do nagaaienia, Jakby Polki nasze istotnie były niestałe i 
zwodnicze. 



ĄU 46 

mego. Piękne bóztwa Lehistanu są klęską świata, niepoko- 
jem wieku, nieszczęściem czasu. 

„Kiedy strzały oczu zdolne są przeszywać wnętrzno- 
ści, miecz w jego ręku jest rzeczą błahą, na nic łiieprzy* 
datną: serce ich kamienne zmiękcza się dla ludzi, — a zatem 
niemiój urazy dla takiśj piękności, która porywa serca. 
Ona już będąc na osobności, zawiesza dwie lampy przed 
ołtarzem swego kościoła (1)." 

9. 

Pod imieniem rydial (właściwie mężczyźni, ludzie) 
Turcy rozumieją ministrów i dygnitarzy Porty; tu stosu- 
je się do naszych wyższych urzędników, a mianowicie na- 
miestników królewskich czyli starostów, którzy istotnie za 
Zygmunta I-go poczęli uciskać Tatarów. Właśnie kolo tej 
epoki, kiedy było pisane niniejsze sprawozdanie, ośmielano 
się jak twierdzi Czacki (Tom 2-gi, str. 133 wyd. Pożn.) 
brać kunice czyli opłaty od pójścia za mąż, od córek mir- 
zów, i różne wyrządzano gwałtownością W xiędze 20-tej 
Metryki Litewskiej na karcie 32, ^ajduje się list Zygmun- 
ta I-go pisany w r. 1537 do wojewody Trockiego, w któ- 
rym król czyni surowe napomnienie, aby podobne gwał- 
towności niebyły popełniane (Obacz w materyałach histo- 
rycznych). Za Zygmunta- Augusta Tatarzy nasi doznawali 
opieki praw, dawniejsze nadania zatwierdzono i dobra przez 
nich posiadane zrównano z dobrami szlacheckiemi. Lecz 



(1) To jest na votum zamąż[jójścia. Użyty w tych wierszach wyraz mecz 
w znaczeniu miecza hytydz^ wzięty jest z naszego języka 1 używa 
się w języku Otomauskim. Jest oprócz tego kilkadziesiąt innych 
wyrazów pożyczonych u Polaków, które objaśniłem w Słowniku żró- 
dłosłowowym wyrazów Polskich , pochodzących z języków Wschd- 
duich. 



47 135 

smutna kolej na nich przyszła z początkiem panowania 
Zygmunta III-go: wtedy nietylko że poczęto ich znowu ucie- 
miężaóy ale otwarcie prześladowano prawami tchnącemi 
nienawiścią, liono i nawet palono jako czarnoadężników. 
(Rozprawka J. W. Bandtkie o Tatarach mieszkańcach Kró- 
lestwa Polskiego, w Album Literackićm, Warszawa 1848). 

to. 

Przepowiednia naszego Tatara na nieszczęście spra- 
wdziła się w późniejszych czasach: albowiem już wskutek 
prześladowań za Zygmunta III-go, jużto w skutek wojen i 
ustąpienia Turków z Podola, wiele rodzin Tatarskich, pd- 
dawna osiadłych, przeniosło się z kraju naszego do pań- 
stwa Otomańskiego. Z takich to wychodźców utworzyły się 
tam trzy kolonije, które po-dziś-dzień odznaczają się od 
Turków typem i strojem; jedna z tych osad zamieszkuje 
płaszczyznę Dobrudży wBulgaryi, na brzegach Dunaju, 
druga osiadła w okolicach Brussy (w Azyi), w ejalecie czyli 
prowincyi Chodawendgiar, trzecia usadowiła się przy zej- 
ściu rzeki Ryzył^yrmak (rzeka czerwona), staroż^nego 
Halys , w maiój Azyi. Ludność Tatarska tych trzech osad 
wynosi, podług urzędowych statystycznych sprawozdań, 
około 36,000 dusz. (Lettres sur la Turquie par Ubicini, 2-de 
edition, Paris 1853, str. 23). Niedziw zatóm, że osady Ta- 
tarskie niegdyś ludne w naszym kraju, w przeszłym już 
wieku liczyły zaledwo kilkanaście lub kilka tylko rodzin, 
a dzisiaj w niektórych i śladu nawet niepozostalo Tatarów. 
Piotr Czjrżewski w dziełku : Alfurkan Tatarski na czter- 
dzieści części podzielony, w § 18 pisze, że za" jego czasów 
(koło r. 1616) znalazłoby się 10,000 Tatarów Litewskich 
do potrzeby godnych, a dzisiaj całkowita ludność Tata-' 
rów, jak obliczymy niżej, w gubernijach zachodnich i Kró- 
lestwie Polakiem uiedochodzi sześciu tysięcy dusz. 



136 48 

11. 

Przez stolicę tego państwa, Kursi-i mendeket bez 
wątpienia rozumie pisarz' miasto Wilno, gdzie dotychczas 
na przedmieściu Łukiszkach stoi mały meczet drewniany, 
którego architektura zupełnie nosi cechę Wschodu, rysunek 
żaś jego załączony w Tomie 3-m dzieła Kraszewskiego: 
Wilno od początku jego do r. 1750 Wilno 1841. Wwy- 
tój przytoczonym liście Polaka do Dawida Chytreja, pisa- 
nym wr. 1581, a który znajduje się w zbiorze Gwagnina, 
jakotei w zbiorze Elzewirskim : Russia siye Moscovia item- 
que Tartaria, Lugd. Batav. 1630, już opisuje się mecząt 
Tatarski blizko Wilna, to jest na przedmieściu Łukiszkach, 
w następujących wyrazach: „Hi (t. j. Tartari) uno a Vilna 
milliari, ad fluminis Yeliae ripas, gurgustia aliquot etpa- 
gum amaenissimo loco situm habent. Hue ego Xn. Ka). 
Jul. cum Joannę Gamrato Stralsundino, mercatore et cive 
Yilnensi exspaciatus, delubrum eorum intravi. Inillo cer- 
tę, nec alicujus Divi, nec atri doemonis simulacrum ullum 
yidetur. Nudi ubiąue parietes. Area tamen pictis tapetis 
instrata est. DieVeneri dicata semper ad sacra conveniunt, 
ea, uti opinor, de causa, ut significent neque Judaeorum 
superstitiones, neąue Christianorum nomen et religionem 
sibi probari. Delubrum nulli nisi discalceato ingredi licet. 
Campanarum boatum minime tolerant." — i t. d. 

12. 

Kyrk-^taiat, co znaczy czterdzieści tatarów, jest do* 
słownym przekładem nazwy Sorok-tatarów, wsi położonej 
w powiecie Wileńskim. Sama nazwa świadczy, że to mu- 
siała byó kiedyś liczna osada Tatarów: przez liczbę bo- 
wiem sorok czterdzieści u Słowian oznacza się w ogólno- 
ści wielka liczba czegoś, to samoi w językach wschodnich. 



49 137 

Jest podobne nazwisko od takiej że liczby miasta w Turcyi 
Europejskiój, w ejalecie Sylistryi, Ryrk-kilisija, czterdzie- 
ści kościołów, a które dziś niema żadiiego starożytnego 
kościoła, od których wzięło swoje iniie; Gr^by nawet są 
tam nieliczni, mieszkańcy składają się z Turków, Ormian 
i wielu Żydów, przesiedlonych niegdyś z Podola. Takoż 
w Elrymie Kyrk-er^ czterdzieści mężów zamek, blizko Bak- 
e%€^€rajuj dokąd Mengli-Girej raniony od Nogajóvc schro- 
nił fię, i 2t%d piwi dtf kr<ila Zygmunta h-gOy w aktaoh 
Buskich TOwie się te» zamek Kupnop*^ Rithor. Miehaion 
w dziełka De moribus Lithuanoruiu frag. YII, mówi, ża wieś 
Sorok-tfttarów wzięli ppozątek od -W synów Tatarzyna 
Omeldesza (Jaroizewicza Obraz' Litwy ozęśó 2-a, str. 202). 
Nazwa tego Tatarzyna jest czysto Tatarska, co mówi dor 
syć na stronę świadeclwa Michalona. Jeden z potomków 
Dżagataj-chana, w państwij^ Ma-wara^ann^^hr (Transoxanii) 
nazywał się także Emel, w wymawianiu Tatarakiem Omel, 
AmuT, właśeiwe żm imle jego było Isan-boga-chan, prze- 
zwany Emelrckodza. Emel^naj^zy i^adzieja^ ^dza, ato9s 
kamień; zatóm OmeMesz (Emel-tasz) znaczy twardy, jak 
kamień, w nadziei, wżąizy. 

f3. 

Wat^a^ jak w texcie napijano, znaczy po-Arabsku 
wypadek, zdarzenie: będzie to niezawodnie nazwa wsi 
Waka^ leżącój w powiecie Wil(*ńskim, przedttJm w woje- 
wództwie Trockiśm, nad rzeką ^/z*qj, zkąd i wzięła imię. 
Była tam niegdyś liczna osada Tatarów, których, jak na- 
sze dzieje świad(3zą, osadził tam Witowd, z jeńców nabra- 
nych w wyprawie na Tatarów za Don przedsięwziętej w r. 
1396. Jan Krasiński w dziele p. t. Polska, wspomina o Wace 
w te słowa: „Niedaleko Wilna nad rzeką Waką mieszka- 

TEŁA N. Y. 18 



U8 50 

ją Tatarzy, lud Scytyjski, trudniący się rolnictwem i Ma- 
hometaiiskim przesądom oddany. Witowd w. ks. Litew- 
ski ich sprowadził z ich kraju wraz z żonami i dziećmi 
i w środku Litwy osadził w r. 1396 (str. 102 przekładu Bu- 
dzińskiego Stan. Warszawa 1852). Dziś wtój wsi zostało 
tylko kilka domów Tatarskich. 

14. 

Jenł-szehir, po^Turecku znaczy n&we miasto: podo- 
bno i to także będzie dosłownym przekładem ntfzwy inia^ 
sta Pfowogródek w Litwie, gdzie i po-dziś-dzień Tatarzy 
mieszkają. Turcy lubią imiona właściwe obcycłi jęayków 
albo przekształcać nablizko brzmiące Tureckie, albo tłó- 
maczyó je dosłownie lub prcez omówienie, i tak ae Stambu- 
łu zrobili Isłambot, obfity w Islam, t. j. miejsce gdzie kwi- 
tnie Islam, Olymp Bitynii zowią Le9%i$%*datuj^ górą mni- 
chów, wyspę Chijo Suky%j wyspa mastyxu, Rzym Kyvyt 
elma^ jabłkiem czerwonćm, od gaiki na bazylice św. Piotrai 
Amerykę Jem dunia nowym światem i t. p. 

15. 

Na podobieństwo innych naszych miast, przekręco- 
nych na brzmienia wyrazów wschodnich, nazwa Turk czy 
Terk zdaje się odpowiadać nazwie miasta Trok. Jeśli czy- 
tać Turk znaczy Turczyn czyli dziki mieszkaniec Azyl 
z plemienia Tureckiego, jeśli zaś terk znaczy po-Arabsku 
zaniechanie. W przekładzie Rusko-Polskim listu Tochtamy- 
sza, chana złotej Hordy, do Władysława Jagiełły, wspomi- 
na się już miasto Troki 9,h HamH nocJiH HainjiH Ba (oacb) 
nofl ropoAOMi no A Tponu ctohhh." W Trokach zaś uli- 
ca Tatarska świadczy o bytności tam już w czasach da w- 



51 139 

ńiejszych Tatarów. Kromer w xiędze Uj opisu Polski o 
meczecie Trockim mówi następnie! „w Trockiój ich (Tata- 
rów) bożnicy przed laty widzieliśmy za cały sprzęt kościel- 
ny jeno turban, czyli czapkę, jakich pospolicie ów naród 
używa, położoną na wzniesieniu." (Pols^ka Marcina Kromera, 
przeldad Władysława Syrokomli, Wilno 1853 str. 67.). 

16. 

Gdzie nićma przy meczetach wież dla zwoływania na 
modlitwę kanoniczną, a które się zowią po-Aral)8kti ma^a 
dana, po-Turecku minaretami^ etan czyli wezwanie uro- 
czyste na taką modlitwę ogłasza się na schodkach lub przy 
drzwiach meczetu, ozy izby, na ten cel przeznaczonej; prak- 
tykuje się to zwłaszcza w domach zajezdnych, w pała- 
cach magnatów i dygnitarzy, i dla tego utrzymują oni pry- 
watnych imamów i muezzinów, jakby kapelanów, wybra- 
nych przez nich z prostych obywateli dla przewodniczenia 
nabożeństwu. Każda modlitwa kanoniczna,* nawet konie- 
cznie powinna być poprzedzoną ezanem, albowiem ezan 
jest ustanowiony przez samego założyciela Islamu. Kiedy 
Muhammed schronił się do Mediny, uczniowie jego nara- 
dzali się nad sposobami obwiesa^czania ludowi czasu, w któ- 
rym ich prorok dopełniał najpierwszegp obowiązku religij- 
nego, L j. modlitwy. Cborągwie, dzwony, tr^by, ognie by- 
ły kolejno podawane na takie sygnały; Lecz źadme z tych 
narzędzi niezostąło przyjęte: odrzucono chorągwie jako nie- 
przyzwoite świętości przedmiotu, dzwony żeby nienaśla-. 
dować Chrześcijan, trąby jako narzędzie właściwe obrzę- 
dom Żydowskim, ognie nakoniec aby uiemieć żadnego sto- 
sunku z Czcipielanai ognia. Wtedy jednemu z uczniów na 
imię Abd-ałlabeii Zejd Abderyje pokazał się we śnie, jak 
głosi legenda Musułmańska, duch niebieski ubrany w »za- 



140 52 

ty zielone, oświadczając mp, iż napczy go najlepszego 
w tym względzie sposobu: wstępuje na taras domu i wy- 
mawia ezan donośnym głosem w tychże samych wyra- 
zach, które odtąd używają się dla ogłaszania pięciu godzin 
kanonicznych. Obudziwszy się Abd-afla, pobiegł oznajmić 
to swemu mistrzowi, który go osypał błogosławieństwy i 
upoważnił drugiego ucznia, Bilal Habessy, spełniać na ta- 
rasie swego domu ten dostojny urząd podtytułem Muezzi- 
na. (Tableau góąóral de Tfimpire Ottomanpar d'Ohsson, 
Paris 1788, T. 2, stc. 108 i 176 ). 

17. 

Kobiety, podług prawa Musułmańskiegoniemogą mod- 
lić się razem z mężczyznami, a tćm więećj stać z nimi 
w jednym szeregu, z obawy żeby ich obecność nienaru- 
szyła prawideł przystojności i wstydu. Prawo w ogóle do 
grona mężczyzn nieprzypuszcza kobiet, chyba w pewnym 
już wieku, ztąd to i nie widać ich w meczetach; jednak tam 
mogą być dla płci żeńskiej oddzielne loże z żaluzyami, lecz 
wzniesione nad głównemi drzwiami. Tym sposobem nie- 
wiasty, które są przytomne na modlitwie, stanowią ostat- 
nią klassę. zgromadzenia wiernych ; lecz one na nabożeń- 
stwo nieschodzą się nigdy razem, bądź w meczetach, bądź 
gdzieindzićj. Niema też u Moślimów klasztorów, domów, 
towarzystw religijnych żeńskich. Zazwyczaj prawie wszyst- 
kie kobiety^ bez różnicy stanu i godności, spełniają prze- 
pis namazu w swoich domach, i to każda na osobności. 
W mektórych meczetach naszego kraju i dziś są osobne 
przegródki dla kobiót. Szpil ewpki w wycieczce po Polesiu 
i Białej-Rusi, opisując drewniany meczet w Mińsku, powia- 
da, iż dzieli się na dwa oddziały, męzki i żeński, rozdzie- 
lone między sobą kratkami: wewnątrz niema żadnych oz- 



53 141 

dób| prócz baldachimu dla muiłj w oddziale inęzkim» po- 
dłoga ' zasiana suknem zielonem, a przy ścianach postawio- 
ne zedle dla przychodzących. Oprócz tych dwóch prze- 
działek, albo izb, jest jeszcze cóś, w rodzaju przedpokoju, 
gdzie Tatarzy zottawują obówie, albowiem stosownie do 
przepisów prawa niemogą wchodzić w botach do mecze- 
tów*. (CoBpeMeuHHK'^» OKTjiopb 1854.) 

' ■ ■ 18. ■ • 

Zygmunt August, mówi Jęd, Moracaewski, pplubil 
tak dalece rozmowy i spory w rzeczach wiary, źe czasem 
wkoło niego cztery religije znaleźć było icożna, a utrzyr 
my wai, że to wszystko jeden Bóg, jedna wiara, jeden chrzest, 
i stał już z Kalwinem w korespoudencyi. (Dzieje Rzeczy- 
pospolita Polskiój z pićrwszej połowy szecnastegp wieku, 
Poznań 1847, str, 204). Wiaśnie w tymże czasie na sej- 
mie zwyczajnym w Warszawie^ zapewnionp posłom Pru- 
skim, że wnaszój wierze przeciwieństwa . doznawać niebę- 
dą. Podobne upewnienia otrzymały Gdańsk, Toruń, El; 
blag, i odtąd nowa nauka przynajmniej w Prusach, stała 
się wyznaniem religijnóm, Niedziw, ie i Tatarom wtedy 
było lepiej. 

19. 

Ówczesne stosunki dworu Moskiewskiego x Litew- 
skim, z przyczyny interesów Krymu, lepi^ wyjaśniają i 
opowiadanie naszego pisarza i stan samych zatargów* Stre- 
ścimy je tutaj podług wypisu zrobionego przez professora 
Sołowjewa z głównego archiwum Moskiewskiego, należą- 
cego do ministerstwa spraw zagranicznych. W lipcu 1495 
roku, przyjechał z Litwy do Moskwy goniec Jadro z wia- 
domością, że chan Krymski, Mengli-Girej idzie na Litwę, 



14i 54 

i król Alexander prosi wielkiego xiccia o pomocu w sku- 
tek ozego Joann przez goiiea swego Tretjaka Dalmatowa 
zapytywał króla AIexaiidra, czy Mengli Girej wyszedł już 
z Przekopu, jaką drogą idzie i kiedy może być w Litwie, 
ażeby na czas stanąć z posiłkami. Alexander na to od- 
powiedział, że jeszcze Mengli- Gir^j niedoszedt do Dniepru^ 
i jak tylko będą wieści pewniejsze, zawiadomi o tóm wiel- 
kiego xięcia. W styczniu imstępnego l^oku 1+96 wyru- 
szył do Alexandra nowy poseł, Tretjak Dalmatow, ze 
skargą, że w Litwie zatrzymali posła Tureckiego i kup- 
ców jadących do Moskwy. Z odpowiedzią na tó posel- 
stwo Alexander przysłał Fiedka pisarza, który objawił ie 
poseł Turecki niezostał wypuszczony jako podejrzany o 
szpiega wanie. W maju zas tegoż roku Joann wyprawił do 
Litwy Jaropkłna z zawiadomieniem, że Stefan hospodar 
Multanski i Mengli- Girdj gotowi są pogodzić się z Litwą} 
byto też poruczono Jaropkinowi domagać się uwolnienia po- 
rfów Tureckich, Krymskich i Multanskich, i oświadczyć, że 
usprawiedliwienie się Alexandra względem zatrzymania 
posła Tureckiego niema zasady. „I do króla Kazimierza, 
mówi! on, przyjeżdżają posłowie a Turcyi, i także wiele 
kupców (gości) chodziło dowaszśj i naszój ziemi bez żad- 
nej przeszkody. My z tobą zpstajcmy w miłości, przymie- 
rzu, dobrych stosunkach i w pokrewieństwie, a ty posłom 
i kupcom niepozwałasz do mnte jeżdzióh* Alexander od- 
powiedział: „Teść nasz mówi o wszystkich sprawach, lecz 
o naszych milczy, jakie nam krzywdy się dzieją. Jeśli nasz 
teść chce, żebyśmy byli w pokoju z Krymem, Wołocha- 
mi, niechże mł wynagrodzą krzywdy nam przesŁ siebie 
wyrządzenie.** 

W czerwcu 1497 r. z Litwy przyjechał poseł Iwasz- 
ko Sopiehin z wezwaniem uzbrajać się na pogany. Joann 



55 U$ 

obieca! 8w% pomoc, i wyslat do Litwy Zągraiskiegp za- 
pytuj ąc» dokąd idzie pogaństwo, i jaką drogą Joann ma 
pomagać Alexandrowi? W lutym tł98 r. posiany byl do 
Litwy Iwan Teleszow z nowemi skargami na zatrzymanie 
posłów i kupców (gości), gdyż Litwini nieprzepuscili w Pu- 
tywlu posła Moskiewskiego Piesze zejewa, wracającego z Tur- 
cyi. Alexander odpowiedział, że poseł i kupcy są już 
wypuszczeni, a z początku byli zatrzymani dla tego tyl- 
ko, że razem z nimi przyjechali Tatarzy, którzy poczęli 
rabować okolice Putywla. W marcu zaś Alęxander po- 
syłał swego człowieka, Bazylego *Bokieja, ze skargą na 
tegoż Pleszczejewa, który przyprowadził z sobą Tatarów 
do Putywla. Bokiejowi odpowiedziano: że Tatarzy schwy- 
cili samego Pleszczejewa i gwałtem przyprowadzili go do 
Putywla, wtedy kiedy on chciał jechać polem prosto do 
granic Moskiewskich. , W lipcu 1498 r. z Litwy przyje- 
chał do Moskwy Stanisław Kiszka ze skargami na Men- 
gli-Gireja i Stefana Wołoskiego, że oświadczając się z po- 
kojem, pustoszą włości Alexandra. Joaun odpowiedział: 
„Alexander prosił pomocy przeciw poganom i myśmy 
obiecali posiłki; ale ta prośba była tylko podejściem, że- 
by ukryć przed nami swoje wyprawę na naszego przyja- 
ciela Stefana Wołoskiego. Prosiliśmy więc króla, żeby on 
nieszedł na Stefana: wprawdzie on sam nieposzedł, lecz 
posłał swe wojsko. Alexander żąda, abyśmy, na mocy 
przymierza, pogodzili go z Mengli Girejem i Stefanem, 
a sam niezachowuje przymierza. Ale my, pomnąc na na- 
sze pokrewieństwo, że nasza córka za nim, wysyłamy do 
Mengli Gireja ido Stefana, ztóm, aby się pogodzili z nim, 
chociażby nam i nie wy padało posyłać, kiedy bu sam na- 
rusza przymierza**- 

W sierpniu U 9 9 r. przyjechał do Moskwy wielki po-: 



144 56 

sel z Litwy, StanisJaw Hlebowicz, przez którego oznaj- 
mił Alexander, że nakoniec zawarł przymierze z hospo- 
darem Stefanem, i zapraszał Joanna do powszechnego 
związku państw Europy wschodniej przeciw Turkom na 
obronę Multan mówiąc: „albowiem i sam brat nasz mo« 
że pojmować, że państwo wojewody Stefana, jest brania 
wszystkich Chrześcijańskich ziem naszej wyspy. Niedaj 
tego Boże, żeby je zachwycił sułtan". Poseł skarżył się 
także, iż Joann znosił się z Mengli-Girejem na szkodę Ale- 
xańdra, na co Joann odparł, że i Alexander posyła do cha* 
nów Ordyńskich, nieprzyjaciół Moskiewskich, podburza- 
jąc ich przeciw Jóannowi i Mengli-Girejowi. 

Nakoniec w grudniu tegoż roku Joann posyłał Mamo- 
nowa powiedzieć Alexandrowi, że Mengli-Girej chce po- 
koju % Litwą i przedstawi puukta swych wymagań. Po- 
dług tych punktów powinny płacić daninę Krymowi na- 
stępujące miasta i miasteczka: Kijów, Kaniów, Nestobrat, 
Dascho, Jaro, Czanam, Bołdaw, Kulzan, fearyn, Ozałbasz, 
Czerkask, 'Putywl, Lipiatin. Mamonowi polecono było do- 
pilnować, żeby Alexander dał odpowiedź, póki posłowie 
Mengli-Girej a są jeszcze w Moskwie. Alexander odpo- 
wiedział: „Niechaj, sam Joann pomyśli i da nam swą radę, 
jak nam postąpić względem Kijowa i innych naszych miast; 
czy przyzwoita to rzecz, żeby Mengli-Girej chciał od nas 
tego, czego jego przodkowie nigdy nieżądali od naszych 
przodków? Pomówimy z radą i przyszlcmy naszego posła, 
a wielki xiążę niech do tego czasu zatrzyma u siebie 
posła Mengli-Gireja". Na tem się i skoń^^zyly stosunki między 
dwoma dworami w wieku XVtym z powodu spraw Krym- • 
skieh. (Ooaopi AunjiOMaTUHecKnx'b CHomenifi ftlocKuBCRaro 
^Bopa ci> JLaTOBCKnifi* bo BTopoil nojioBBH^b Xy ntKu, ITp. 
GoAOBibeBa, fiii^ypu. Mhhbc. aap.IIpocB. 'Anpii.iB 1854 r.)- 



57 145 

20. 

Piszący ten pamiętnik na początku 1558 r. trafne ro- 
bi pojęcie o ówoześnćm połączeniu, jeszcze na wiele lat 
przed ostateczDą unijąi dwóch narodów przez Litwę, któ- 
ra lubo i okazywała uprzednio dążność do niezawisłości 
jednak dając Polsce króla przez to samo utrzymywała 
się przy Polsce; aie i Polakom szło o to, aby Litwę za- 
trzymać przy królestwiCi przeto nietrudno było wielkim 
xiąźętom Litewskim otrzymać tron Polski. 

Dla tego oba kraje nasz pisarz nazywa kyrałłyk, krat- 
łyki CO oznaeza właściwie posiadłość, godność, dostojeń^ 
stwo króla, od wyrazu przyjętego z języka Polickiego *y- 
rffł, krałj co niekoniecznie znaczy króla, ale w ogóle wła- 
dzę: — i tak, xięcia Siedmiogrodu zowią też erdel kyraty, 
siedmiu elektorów dawnego cesarza Niemieckiego zwano 
jedi kyrał siedmiu królami, a ztąd cesarza Niemieckiego 
jedi kr mł baszyj glowa^ (naczelnikiem) siedmiu królów; wy- 
raz zaś wilajeł^ którym zowie Litwę, oznacza kraj mający od- 
dzielny zarząd. U dziejopisów i geografów Mugulmańskich, 
zwłaszcza Tureckich, Litwa zawsze się uważała za jedno 
z Polską, pod jedną nazwą Lak, Lek po-Arabsku (Lechi- 
ja), ŁekUtan po-Persku (królestwo Lehów), Lek memte- 
keti po-Turecku (królestwo Lehów); Lek^kraty w języku 
Tureckim zowie się ogólnie król Polski ( Łeha^ Lechii) .W prze- 
kładzie z narzecza Dżagatajskiego (wschodnio-Tureckiego) 
na zachodnio-Buskie jarłyka czyli listu chana złotćj Hordy, 
Tochtamysza, do Władysława Jagiełły, pisanego r. 795 
hidżry miesiąca Redziba 8d. a naszego 1393 r. 20 maja, 
Jagiełło zowie się królem Polskim „C-iono TaKiaMuuieiio 
KI* KopojieBO nojibcBOHy'\ w oryginale zaś prosto zowie: 
Jagiełło-chan Jagajłło-kan. W przekładzie Polskim, znaj- 
dującym się na odwrótnćj stronicy Ruskiego tłómaczenia, pi- 

TKkA N. V. 19 



146 58 

sze się: „Copia listu do króla Polskiego od cara Tartar- 
skiego^'; w samym zaś liście wspomina się w obu tiómacze- 
niack o pośle Litwinie wysłanym uprzednio od Jagiełły 
do Tocłitamysza: „bu aa nocAaAfl ecTe KBaMi> nocjia Ba- 
mero JLHTBHHa Ha buh HeBoacTa"; „wyście też posłali 
do nas posła waszego Litwina, imieniem*' (zostawiono miej- 
sce czyste dla dopisania imienia Niewoista). W orygina- 
le niśma wyrazu Litwin a tylko prosto poseŁ Lecz nie 
podlega żadnej wątpliwości » że Ruskie tłómaczenie listu 
Tochtamysza jest spółcześne oryginałowi i dokonane zo- 
stało w kanoelaryi chańskiój pod okiem samego chana, 
albo zarządzającego wydziałem spraw z dworami zagra- 
nicznemii Przekład ten w ogóle wiemy, dodatki zaś, znaj- 
dujące się w nim, mogą dowodzić, że w owocześnym ję- 
zyku Tatarskim niebyło osobnych wyrazów na oznacze- 
nie króla Polskiego i Litwina, przeto i w oryginale zo- 
stały wypuszczone, tdm bardzi^^j, że Jagiełłę nazwał tjrtu- 
łem równym sobie, to jest chanem, czem sądził iż lepiśj 
się jemu przypodoba i więcej go uczci. Jarłyk wspom- 
niony został odszukany przez x. M. Oboleńskiego w ar- 
chiwum głównem ministerstwa spraw zagranicznych w Mo- 
skwie, i wydany w Kazaniu w r. 1850 z nowemi tłóma- 
czeniami i objaśnieniami professorów Kowalewskiego, Ka- 
zembeka i Berezina. Wkrótce ogłoszę mój przekład tego 
ważnego dokumentu dyplomatycznego , a różniący się 
w bardzo wielu miejscach od moich poprzedników. 

Sama także nazwa Polski Lah, Leh^ Lehistan u dziejo- 
pisów wschodnich zjawia się w późnych czasach, w wieku 
czternastym. Pierwiśj Arabowie wszystkim narodom i ludom 
Europy dawaU nazwisko Afrandż wzięte od imienia Franków 
(Francuzów), którzy im byli więcej znani od innych, z powodu 
wojen Krzyżowych w Egipcie i Palestynie: ztąd w Arabskim 



59 147 

Afrandi, Efrendi, Frendi, w Perskim Efrenh, Frenk, 
Firetik, jest to iraie rodowe i oznacza w ogólności wszyst- 
kie narody Europy, przymiotnik ^/raniii/;, Frengi (Frank) 
Europejczyka, Afrandijo^ Europę. Kiedy już nabyli do- 
kładniejszych wiadomości o Chrześcijańskich ludach Zachodu 
i Północy, poczęli wtedy narody Europejskie odróżniać 
własciwemi nazwami, — i tak Francuzów zowią Fransamij 
Fransinij Hi8Z{>anów ^tiifa/u^, Niemców iVem^e, Słowian 
Sakłab w liczbie pojedyncz(^j a Sakaliha w muogiój, Kos * 
syan Rns, Polaków Lek. O Litwie mogą być wzmianki tak- 
że w wieku czternastym u Arabów, a mianowicie u hi- 
storyka Ibn-ul-wardj (zm. r. 749 hidżry, 134; naszój ery) 
pod nazwą Atwal^ i u Szems-ed-din pod nazwą jśULiła- 
bija (794 r. h. 1392 n^ ery), jeśli się niemylimy w czy- 
taniu tych nazwisk w rękopismach Arabskich, gdzie najczę- 
ściej pochodzą błędy od samych przepisywao^y, a to przez 
zamianę głosek do siebie podobnych, albo też kropek, któ- 
remi rojzróżnia się między sobą większa część głosek. Ta- 
kowe miejsca, stosujące się do Litwy, są wypieane w dzie- 
łach: Frena Ibn Foszlan's und anderer Araber Beriehte liber 
die Russen alteres-Zeit. S.-Petersburg, 1823 str. 170, 171, 
172 i 193, oraz:Charmoy Kelation de Mas'oudy et d'autres au- 
teurs Musulmans sur lea anciens Slares, w Mćmoires de 
TAcademie Imp. des soiences de S. -Peter sbourg, VL serie 
T. 2, 1834, str. 354. 

21. 

O rozmaitości nabożeństw w owym czasie w Polsce 
Łubieniecki Andrzej w Polonentichii, taksie odzywa: „Co 
największa i najdziwniejsza, w nabożeństwie nigdy przed- 
tem, ani potom wielkiego poróżnienia niebyło, jako za kró- 
la Augusta, naprzód między religiją Rzymską Katolicką,, a 



148 60 

między heretykami, którzy się byli bardzo zagęścili, zmo- 
cnili i w senacie przedDiej^ze miejsca mieli, także i mię- 
dzy posly ziemskimi" (str. 37, Lwów 1843), — i dalśj (na sir- 
41): „Wspomina x. Sulikowski (w mowie pogrzebowej po 
tym królu), iż w innych krajach o jedne albo dwie opinije 
wojny wielkie się toczyły, gdzie, powiada, królestwo kwi- 
tnące domowemi wojnami wzruszone, zacne domy i ko- 
ścioły, wielkich ludzi pokoje i łożnice krwią polane, mia- 
sta i klasztory poburzqne i wolności potracone, a u nas 
widział to i on, co zamieszania było w nabożeństwie won- 
czas, iż od początku świata, w tak krótkim czasiCt w dzie- 
sięciu tylko lat ostatnich panowania Augustowego, w tak 
małym kącie świata, jak jest nasz kraj, nigdzie podobień- 
stwa niewidzimy tego co tu, żeby w kupie tak wiele ró- 
żnych nabożeństw, Rzymskich Katolickich, Greckich, Or- 
miańskich, Żydowskich, Karaimskich i Tatarskich, a nawet 
pogańskich , jakie są w kraju naszym. Samych heretyc- 
kich naówczas było kilkadziesiąt, i dość potężnych, co mia- 
ły niektóre z nich ludzie uczone i możne po sobie/' 

22. 

Stosuje się to niechybnie do wyprawy Inflanckiój wr. 
1557. Na początku lipca tego roku król ruszył z Wilna 
ku Inflantom, żeby uwolnić brata ciotecznego Wilhelma 
arcybiskupa Ryskiego, osadzonego prze^ mistrza Henryka 
Gallena w więzieniu, i stanął pod Pozwolem z ogromną 
siłą, we sto cztery tysiące zbrojnego ludu; lecz za pośre- 
dnictwem Ferdynanda króla Rzjrmskiego i xiążąt Pomór- 
oskich nastąpiła ugoda 14-go września 1557 r., po którśj 
mistrz ukląkł i przeprosił króla, a arcybiskup dziękował za 
swobodę. (Moraczewski, Dzieje Rzeczypwpolitój Polskiój, 
cątcśó IV, str. 221.) 



61 149 

23. 

Pod imieniem BekAw pisarz rozumie przedniejszych 
Tatarów, czyli tak zwanych kniaziów w przywilejach na- 
szych królów i mirzów w statutach. U Tatarów Hordy zlotćj 
(Kjrpczaku), Beg wyraz Turecki oznaczał każdego xięcia, 
to jest wyższego urzędnika wojskowego, i takimi byli iu- 
num^begi, naczelnik tumanu (ćmy, 10,000), ming-begi, ty- 
siącznik-beg, jn%^begi setnik-beg i un-begi dziesiątnik-beg; 
a zatćm pod imieniem xięcia ordyńskiego, noszącego tytuł 
bega, należy pojmować każdego posiadającego wyższe do- 
stojeństwo wojskowe, i u nas kniaziowie Tatarscy musieli 
być potomkami takich to rodzin Tatarskich, pochodzących 
z Hordy zlotćj czyli ordyńskich. 

U Turków Otomańskich, Osmanów, Beg, pospolicie 
Bej, oznaczał posiadacza nadania lennego i gubernatora 
obwodu (których oznaką godności był jeden buńczuk), 
oraz synów paszów, dowódzców okrętów i galer, i każdego 
znakomitszego cudzoziemca* 

Mirta wyraz Perski przez skrócenie zamiast Etnit' 
%ade, urodzony (syn) z emira, albo osoby mającćj władzę 
rozkazywania. Powiedzieliśmy już wyżój, iż wyraz mirza 
umieszczony pó imieniu oznacza w Persyi xięcia z familii 
panującdj, np. Chosrew-mirza, jak to niegdyś służyło dla 
potomków Timura, — położone zaś przed imieniem znaczy 
prosto pan; lecz w Krymie mirzowie byli niżsi stopniem 
od kerim-bejów (xiążąt), członków rady chana, jednak i 
oni uczestniczyli także w radzie: ztąd mirza, inaczej mur- 
za, musiał być to tytuł dodawany do imion rodzin zacn3^ch, 
pochodzących od Tatarów Krymskich, i równa się prawie 
bejom Tatarskim, albo naszym kniaziom. Oprócz tego, na- 
sze prawa do przedniejszych Tatarów^ czyli do starszyzny 



150 61 

Tatarskiej zaliczają też uianów „Gdyby który Tatarzyn cel- 
niejszy, jako to: knia%iowie^ mursowie, ułanowie^^ i t. d. 
(w drugim układzie Statutu Litewskiego, — u Czackiego, o Li- 
tewskich i Polskich prawach, część 2, str. 131, wyd. Poznańs. 
— wKonstytucyir. 1775). „Tatarowie, mianowicie zacnego 
rodu kniaziowie, murzowie, utanowie i wszyscy Tatarowie, 
którzy na ziemskich dobrach mieszkają" i t. d. (Vol. Leg. VIII. 
str. 650]. Ohłan' poTurecku o^uhłan' po-Tatarsku znaczy: 
chłopię chłopiec, paź, a postawiony po imieniu wlaśoiwćm 
Tureckidm albo Mongolskiśm, odpowiada wyrazowi Perskie- 
mu mirza i oznacza xiążąt ze krwi chanów. Uhłany (ula- 
ny) składali jakby wyższą szlachtę ordyńską, mającą po- 
siadłości ziepiskie, to jest ułusy (udziały), należącą do obie- 
rania chanów i zajmującą rozmaite wyższe urzędy. Od te- 
go słowa Uhłan poszła nazwa konnicy, ułanów (uhlan, hulan, 
ułan, hułan).- U naszych Tatarów pod imieniem ułanów należy 
rozumieć potomków uhłanów chamskich, którzy posiadali 
ułusy (udziały), aktorzy następnie tak zdrobnieU, że oko- 
lice zostały osiedlone ułanami, jak naszą drobną szlachtą, 
i nazwa ułanów stała się tam li tylko nazwiskiem rodo- 
wśm, Z tego wszystkiego wynika następna klassyfikacya 
naszćj starszyzny Tatarskiej w nazwach, powtarzających 
się w naszych prawach: 1-ód JRniastotrte, są to rodziny 
xiążąt domu chanów, oraz wyższych urzędników wojsko- 
wych ordyńskich, 2-re Sfursowie potomkowie rodzin szla- 
chetnych pochodzących od Tatarów Krjonskich i 3-e Uła- 
nowie potomkowie jakby szlachty ordyńskićj, która posia- 
dała swe ułusy. 

Prawa nasze wspominają jeszcze Chorążych i Mar^ 
statków Tatarskich, — i tak w przywileju Zygmunta- Augusta 
zr. 1568, potwierdzającym prawa i swobody Tatarów, mó- 
wi się: „Oznajmujem sim listom naszim Kniaziem, Uła- 



63 151 

nom, Choruniym, Btarstałkani i wsim Tatarom kotoryje 

osiełosti majut.'* W przywileju Zygmunta III zr. 1609: 

„poddanyje naszy, Kniazi, UJanowie, Murzy, Chomniyje, 
Mars%ałkoune i wsi Tatarowie w państwie naszom osie- 
łostju mieezkajuczyje i t. d.;** toż w innych późniejszych 
(obacz w dokumentach). W Polsce jazda dzieliła się na 
chorągwie, chorągiew' wojskową piastowali chorążowie; 
liczba żołnierzy w każdój chorągwi nieby!a jednostajną ani 
stalą, lecz się odmieniała według pewnych odrębnych pra- 
wideł. W Litwie zaś szlachta niższa, t.j. ziemianie i boja- 
rowie, mniejsze a często bardzo małe posiadłości, już dzie^ 
dziczne, już nadane mający, we względzie mihtarnym dzie- 
lili się na chorągwie czyli małe powiaty, podobne do da- 
wniejszych powiatów Zmudzkich. Ślad takowego podziału 
postrzegamy w tranzakcyach szlacheckich z pierwszej poło- 
wy XVI wieku, i w uchwałach Wileńskiego sejmu 1554 r., 
gdzie jest wzmianka o chorąztwach: Ejszyskióm, Raduń- 
•skićm, Wasiliskióm, Somkliszskiśm i Kurkielskiśm, a wszyst- 
kie trzy Statuty Litewskie wyszczególniają prawa i oho- 
wiązki chorążych powiatowych. (Narbutt, Dzieje narodu Li- 
tewskiego, t. IX. gtr. 446 i 447, w notach). W rewizyi dóbr 
na służbie wojennej Tatarom w. x. Litewskiego nadanych, 
a za uchwalą Konstytucyi r. 1628 i 1629 przez Jana Kier- 
deja koniuszego Wileńskiego, pisarza ziemskiego Oszmiań- 
fikiego, sporządzonej, i na sejmie Warszawskim r. 1631 po- 
danej, liczy się sześć chorągwi Tatarskich czyli chorąztw: 
1) Ułańskie ściahu Grodzieńskiego i Oszmiańskiego; 2) Ju- 
szyńskie ściahu województwa Trockiego; 8) Ńajmańskie 
ściahu województwa Wileńskiego; 4) Jałońskie ściahu 
Nowogródzkiego; 5) Kondrackie ściahu Mereszlańskiego; 
6) Baryńskie ściahu Nowogródzkiego. Nad każdą chorą- 
gwią, składającą się, jak mówi Kierdej, z familij, które 



152 64 

róinemi czasy z Hordy do w. xięstwa Litewskiego prze- 
szly, był oddadelny chorąży (zobacz w dokumentach). Scimh, 
CTsrbf wyraz stary Ruski oznaczał chorągiew', u Nestora 
używa się cmaeumh cmAeu^ stawie ściahi, w inaczeniu 
szykować półki pod chorągwie t. j. do boju, ztąd emjuo^ 
mu^ ^ciahowy, należący do sciahu, i cmAeoenuKs^ sciaho- 
wniki niosący sciah, chorągiew'. Przedtem w Litwie każdą 
chorągiew' nazywano ćciahem, w późniejszym czasie kilka 
ściahów pomieszczono w jednćj chorągwi, z powodu zmniej- 
szenia się ludności Tatarskiej. Na chorąztwo król dawał 
przywilej; jeden z takich przywilejów jest Zygmunta III Ka- 
simowi Murzie Barynskiemu chorążemu sciahu Nowogródz- 
kiego, w r. 1623 dany, ważny z tego względu, iż służy 
za dowód, że nasi Tatarzy chodzili na wojny przeciw Ta- 
tarom i Turkom, czyli, jak przywilej mówi, przeciw nie- 
przyjaciołom Krzyża świętego. (Obacz między dokumenta- 
mi). Obowiązkiem tych chorążych Tatarskich, było pospo- 
lite ruszenie Tatarskie odprowadzać do wojewody lub wprost 
pod rozkazy hetmana. Jak urząd chorążego był wojenny, 
tak urząd marszałka był ziemski i właściwy tylko Litwie. 
Pisma urzędowe już o marszałkach ziemskich pod r. 1499 
i 1501 wspominają (Lengnicha Prawo pospolite Królestwa 
Polskiego, Kraków 1836, str. 332). 

Od czasów Zygmunta Augusta na zjazdach (sejmach) 
Litewskich, zaczęli marszałkowie reprezentować urzędni- 
ków a póżnićj szlachtę, jak chorążowie stan wojskowy i 
rycerstwo. (Jaroszewicza Obraz Litwy, część 2. str. 58). Ta- 
tarzy też Litewscy zdawna mieli swych marszałków nad 
ściahami. W Metryce Litewsldej znajduje się przywilej 
króla Alezandra, dany Kiełdyjarowi marszałkowi Tatarskie- 
mu r. 1505 kwietnia 7 dnia, na dwie służby ludzi z włości 
Nowogródzkićj, oraz przywi!ćj króla Zygmunta I-go, dany 



65 UZ 

r. 15ł0 maja 15 d. kuiaiiu Machmotu UTanir (wianu) Osan- 
czukowiczii na urząd (wrad) marszałkowski (marszałstwa) 
nad ściahem Ułanów Asancziikowiczów. (Oba te przywileje 
międzj'' dokumentami). 

W tejże Metryce znajdują się list Isupu Dankowiczu 
Tatarynu na marszalstwo Tatarskoje stialiu Aiłairskoho zr. 
1546 (N. 31 f. 90). List Asanu Włanu na marszalstwo nad 
fitiahom ulauow Asanczukowiczow zr. 1549 (N. 31. f. 242). 

Obowiązkiem zaś marszałków Tatarskich było, jak 
przj^wilej Zygmunta I. opiewa, w Stiahu sia riaditi i spra- 
wowali. 

Między Tatarami, byli jeszcze tak zwani Kozacy Ta^ 
iariy, używani na dworach królów i wojewodów na posył- 
ki z listami. Mnóztwo jest listów i tranzakcyj w Metryce 
Litewskiej, odnoszących się do takich Kozaków Tatarów. 
Np. wxiędze 2-ej N. 24 f. 36 jest: „List danyj w Wilnie 
1540 leta Jula 4 d. Tatarom Rudommshim iOlemeiskim (1) 
Wilenskoho powietu, wyzwoląjuczy ich od posyłania z li- 
sty czerez w^ojewod Wileńskich, odno zostawujeczy wo- 
dłuh dawnoho sposobu pry służbie ziemskoj." Na tejże 
stronicy drugi „List Jula S-ho 1540 leta Tatarom Roza-- 
kom, Mereczlanskim, trem osobam na zostawienie ich wo • 
dłuh listu sudowoho Carewicza Osiubek Soltana pry czti za 
prymowkoju niekotorych Tatar/* W xiędze 2-ej N^ 93^ 
f. 313, 314, 551, 552: 1) List Abrahimowi Alejewiczowi 
Kieńskiemu Kozakowi Naszemu, na dobra po zejściu Ta- 
tarzyna Ai^a Abramowicza 1619 r. 2) Kozakowi Rrola 
J. Mości Szajenowi Achmecewiczowi ułanowi Tatarzynowi, 



(1) Memezskim Bajnłewątptiwiej jest omyłką układacza listu lub tęga 
co^go weiągiił do Metryki; powinno być: Niemieżskim* 

iPrzup. Red.) 

TEKA N. V. ' 20 



154 6S 

pozwalający prawem dochodzić dóbr Tatarskich w. powie- 
cie Oszmiańskim, folwarki Sieliszcze 1619 r. 3) Koza- 
kowi Tatarynowi Asanowi Abazowiczowi , prawem do- 
chodzić dobra nasze Tatarskie,' powinności Tatarskiej pod- 
legle w powiecie Grodzieńskim lezące, mianowicie w Dzie- 
mitkowie, dan w Warszawie 15-go grudnia 1625 roku. 4) 
Kozakom Tatarom Szejcowi Siulamanowiczowi i Józefowi 
Komratowi, prawem dochodzić dobra nasze Tatarskie, po- 
winności Tatarskiej podlegle, w województwie Mścislaw- 
skióm leżące, a mianowicie slużeb trzy nazwanych Ho- 
rodecia, w Warszawie 15-go grudnia 1625 r. 

Nakoniec w przywilejach królewskich wzmiankują się 
prości Tatarzy, to jest nienadani ziemią lub zajmujący się 
handlem, rzemiosłami i furmaństwem (1). Tatarzy bowiem 
dzieli się na stan szlachecki i prosty. Szlachtę składaU knia- • 
ziowie, murzowie, ułanowie i posiadający majętności ziem- 
skie, które w naszych prawach zowią się Tatarczyznami 
lub Tatarowszozyznami. Tatarska szlachta była równa 
inn(5j szlachcie Litewskiój , była obowiązaną z posiadanej 
ziemi służyć osobiście bez żoidu na wyprawach wojen- 
nych, i za to dostępowała uczestnictwa i wspólności praw 
szlachty w końcu 18-go wieku zupełnie prawie rów- 
nych ; nawet byli i dzisiaj są od szlachty wybierani na 
urzędy zi^skie (2). Prości Tatarzy, jeżeli za żołd w pół- 
kach krajowych niesłuźyli, zostawali pod zwierzchnie- 

(1) W liście Tatarów powiatu Trockiego 1541 1. oklobra 14 doia 
danym, mówi się, ii niemajut ich, t. j. Tatarów powiatu Trockiego, 
wojewodowie Trockije i ich namiestniki ua swoi potrebf.... abodla ł- 
mania jakich złoczyńców posyłaU ohrom inszych prostych Ta^ 
tar na to u$tanovnonych. 
(2) fr Staroiytnoiciach Polskich, w artykule; Tataray Litewscy, 
błtdnie mówi si;, iź niebyli wybierani na uriędy. 



«7 155 

twem swej starszyzny używając tylko praw gminu wol- 
nego, pospolitego. Służących zaś Tatarów w pólkach lek- 
kiej jazdy nie z obowiązku posiadanej ziemi, lecz z wła- 
snej ochoty za żotd , uwalniano od poglównego i od 
innych ciężarów, od których szlachta była wolną, i przy* 
znawano im godność rodu i sposobność zasługi jak i szlach- 
cie krajowćj: ,a przeto i nadawano takim Tatarom zasłużo- 
nym, chociaż nieosiadłym, chorążowstwa dożywotnio. Pra- 
wa nasze w tym przedmiocie są wskazane w rozprawce 
Bandtkiego. 

Po zawojowaniu państwa Bizantyjskiego przez Tur- 
ków, we wszystkich jego krajach urządzone zoetafy leny 
w dwojakim celu , żeby zaradzić obronie państwa i żeby 
nagrodzić zasługi wojenne. Sipahi (kawalerzy sta), obda- 
rzony podobnenii ziemiami, pobierał intratę poborów nad- 
łożonych na ziemie jego lenu, uprawiane przez Musułma- 
nów albo Chrześcijan, nad którymi też miał władzę pana 
feodalnego; lecz do tamtych należała własność. 

Takie ziemie dzieliły się na trzy klassy według ich 
obszaru, to jest na timary, zijamety i hejliki. Posiada- 
cze timarów zostawali pod rozkazami %aimót» (posiadaczy 
zijmetów), a. ci pod rozkazami bejów; każdego zaś posia- 
dacza któregokolwiek bądź rodzaju ztychlenów, było po- 
winnością iść osobiście na wojnę i dać jeźdźca jednego 
z 3000 asprów, czyli 25 plastrów, ręcznego dochodu. Ta- 
kie urządzenie trwało do czasów Mahmuda, ojca dziś pa- 
nującego sułtana. (Ubcini, Lettres sur la Turąuie 2-e wyd. 
Paryż 1853 n, sir. 266.) 

Witowt z wyprawy na Tatarów za Don przedsięwzię- 
tej w r. 1397, mnóztwo Tatarów sprowadziwszy do Li- 



156 C8 

twy, ponadawał im ziemie, w różnych stronach swego pań- 
stwa nad Wiliją, Waką, Łosośną, w Trockiein, Lidzkieui, 
Oszraiańskiem, Nowogródzki(^ni, Brzeskiem i w kraju Za- 
puszczańskim , zapewnił dla nic^h opiekę rządu i prawa, 
uwalniająjC przytem od wszelkich ciężarów, z obowiązkiem 
tylko stawić się do służby wojennej na rozkazy wielkiego 
xięcia , i dla podobieństwa w tym względzie urządzenia 
z Tureckiemi, nasz pisarz te ziemie nazywa timarami. I za 
następnych panowań nadawano im ziemie i opiekę, uniją 
zaś wszelkie dawniejsze nadania zostały potwierdzone i do- 
bra posiadane przez Tatarów zostały im na wieczystość 
przyznane, z t3mi zawsze warunkiem, iż powinni byh słu- 
żyć w potrzebie każdej. (Jaroszewicza Obraz Litwy, Wil- 
no 1844, część 2, str. 81.) 

25. 

Od poborów była uwolnioną szlachta osiadła, a za- 
tem i ci Tatarzy, którzy byli w przywilejach zrównani ze 
szlachtą. Wszyscy inni mieszkańcy, oprócz szlachty i du- 
chowieństwa Katolickiego , wszelkiego stanu , składali po- 
bory uchwalone, na sejmie. W uniwersale poł^orowym ka- 
żdy znalazł dla siebie miejsce. Łanowce, które płacili kmie- 
cie , pogłówne Żydowskie i Tatarskie , szos czyli podatek 
miejski od domów, podatek od młynów, hut i* innych pro- 
cederów , czopow^e czyli oplata od każdej beczki piwa i 
baryły droższego trunku, podatek od palenia i szynkowa- 
nia gorzałki i t. p. zlew^ały się w jedno ogólne nazwisko 
poboru. Tatarzy więc nieposiadający dóbr, albo przez roz- 
rodzenie lub pozbycie się posiadania ich pozbawieni, a fur- 
manką, handlem i rzemiosłami bawiący się , jeśli niesłu • 
żyli na żołdzie w wojsku, do czego zawsze byh ochoczymi, 
opłacali zarówno z Żydami, za siebie, żony i dzieci, po- 



69 tSl 

główne zwane pogłównem Tatarskiem. Starszyzna, to 
jest chorążowie i ułanowie, zebrawszy od nich ten poda- 
tek osobisty, wnosili go do skarbu pod przysięgą, iż nie- 
utaiH spólbraci nieosiadłych. 

Wrewizyi Tatarów przez Kierdeja dokoaaoćj, zosta- 
li zaciągnięci oprócz tych, któnTn dobra w w. x. Litew- 
fikiem, za posługi rzeczypospolitej wojenne, nadane były, 
wszyscy Tatarzy, którzy handlem, furinaństwem albo rze- 
miosłami się bawili, i płaceniu poglównego ulegali. Lecz 
znalazło się, jak mówi Kierdej, że już „było mało takowych^ 
co swe obejścia mają i łiandlami się bawią, ale wszyscy 
na małych szplachciach, w jednym domio kilku ich mie- 
szkając, synów niemało dorosłych mając, gdy im na woj- 
nę jechać każą, jedni z powinności a drudzy za pieniądze 
zaciągnąwszy się służą. Ci zaś co doma zostają, niemając 
inszych zabaw, handlami i rzemiosłem, a drudzy furmań- 
stwem się bawią.*' I dzisiaj, główny przedmiot zajęcia się 
Tatarów osiadłych po naszych miastach stanowią: wzoro- 
wa uprawa ogrodów warzywnych, hodowanie koni, furman- 
ka i garbowanie skór. W Pińsku, Tatarzy zamieszkali od 
czasów Witowta, trudnili się wyprawą skór, które słynęły 
aż do końca wieku XVin na całą Polska i Litwę. (Połujań- 
ekiego Opisanie lasów Królestwa Polskiego i gubernij za- 
chodnich, Warsz. ISoł. T. 2, str. 257). Wyprawą safijanów 
w Rossy i zajmują się i dziś Tatarzy; sama nazwa safijanu 
przeszła przez nich z języków Perskiego i Tureckiego, gdzie 
się nazywa sachtijan^ tak jak w Hiszpanii i Francy i prze- 
szła z ^laroku, i dla tego zowie się marrochino, marroąuin. 

26. 

W wielu miastach osady Tatarskie nosiły nazwę tdie 
Tatarskich. Tak w Wilnie i dziś jest ulica Tatarska ibra- 



i» 70 

ma od t?j ulicy nazywała się Tatarską, toż samo w Tro- 
kach, Augustowie i w iauych miastach (Wihio Kraszew.-kie- 
go T. 3, str. 158). W Ostrogu na Wołyniu, ulica Tatarska 
jest jednćm ż przedmieść tego miasta, gdzie jeńcy Tatar- 
fi<*y> po porażce im zadanej przez Konstantyna xięcia Ostrog- 
skiego w r. 1508, otrzymali wolność mieszkania. WMiń- 
s-ku Litewskim Tatarzy osiedli od r. 1508, to jest pozwj-- 
cięztwie otrzymanem nad Tatarami przez Michała kniazia 
(rlińskiego pod Klockiem, i to przedmieście gdzie oni mie- 
szkają wyłącznie nazywa się Rońcem Tatarskim; liczy się 
ich około 400 dusz, a na prośbę starszyny Solimana wr. 1617 
Tostał tamże wybudowany meczet. (Szpilcwskiego, IlyTf* 
mecTBie no IIojiecBio uEluiopyccKuM}' icpaH). CoBpeMeBu«Ki», 
HoiiSpB, 1854). 

27. 

Ludność Tatarska w naszym kraju stopniowo się zmniej* 
srała, już to skutkiem wojen, już to emigracyi do państwa 
Tureckiego. W xiążeczce: Alfurhan Tatarskie za Zygmun- 
ta III. wydanej, w r. 1616, liczba Tatarów prawdopodobnie 
oznacza się około 100,000 głów, a do potrzeby godnych 
10,000. Dawniej więcój ieh byc musiało. Narbirtt pisze, 
że kilkunasto-tysiąćzne wojsko było w sam4j Litwie z Ta- 
tarów. Litewskich obywateli, za Kazimierza Jagiellończyka 
i blizkich pb nim następców. (Dodatek 2-gi, Wzmianka o Ta- 
tarach w T. Vni). Lecz w następnych latach ludnośó ich bar- 
dziój się umniejszyła. W przytoczonej rewizjri z r. 1631 
dóbr Tatarom w. x. Litewskiego na służbie wojennój zo«»ta- 
jącym nadanych, naliczono w sześciu chorąztwa^^h domów 
osiadłych na gruntach 790, to jest: 1-ód wchorąztwie Ułan- 
eldóm 179 domów; 2-re w chorąztwie Juszyńskiem 244; 
S^e w chor. Najmański^m 1 26; 4-e w chor. Jałoirskiem 78; 
5 c w chor. Kondrackiem 81; 6-e w chor. Baryńskiem 82. 



71 159 

Gdyby na dom liczyć 10 osób p!ci męzkiej, ogól ludności 
osiadłej na gruntach i z gospodarstwa żyjącej, nieprzewyż- 
szaiby 8 tysięcy głów męzkich. „Ż której rewizyi (stówa są 
samego Kierdeja) pokazało się także, iż chorążowie Tatar- 
scy, tak bardzo małą liczbę pocztów wszystkich Tatar mie- 
li, że ledwo pod wszystkiemi chorągwiami ich, gdy kaza- 
no, na posługę zebrać się mogło koni 120: czego przyczy- 
ną było, iż wielu mało mając gruntów, sami ^niszczeli 
1 rozeszli się, a inni albo sprzedali swą ziemię innym są- 
siadom, albo też darmo je porzucili, i dla tego służba rze- 
czypospolitej ginęła." Przy tej rewiz3'i dóbr Tatarskich, 
zalecono takoż było Kierdejowi zrobić rewizyę wszystkich 
Tatarów, którzy nieposiadając dóbr, furmaństwem, rzemio- 
słami i handlem się bawili, a ztąd opłacie pogłównego ule- 
gali. Takich znalazł on niewielką liezbę, i to mało takowych, 
jak sam mówi, co swoje obejścia mają i handlami się bawią, 
mianowicie pod Wilnem w jLukiszkacb, na Memeży (Nie- 
mieży), w Rudominie, Sorok-tatarach, Kołnotarach, Kozokła- 
rach i na Wace; ale wszyscy na małych szpłachciachi w je- 
dnym domie kilka ich mieszkając i synów dorosłych nie- 
mało mając, gdy im na wojnę jechać każą, jedni z powin- 
ności, a drudzy za pieniądze zaciągnąwszy się służą. Ci 
zaś co doma zostają, niemając inszych zabaw, handlami 
i rzemiosłem a drudzy się furmaństwem bawią. Jeżeli li- 
czyć tych ostatnich 5,000, to koło połowy XVII wieku, 
cała ludność Tatarska u nas nieprzewyższała od 20,000 do 
25,000 głów męzkich. S. Plater w Geografii wschodniej czę- 
ści Europy, wydanćj w r. 1825 we Wrocławiu, hczy w na- 
8C}ch już czarkach Tatarów, zamieszkałych w gubernijach: 
Wileńskićj, Grodzieńskiej i Mińskićj, wMOatiym doprawdg 
rachunku 50,000, i w Królestwie Polski^m około 1,000 
(str. 135 i 195); lecz wjrażnie jest to cyfra przesadzona. 



1GQ 72 

Z4JDirOĆĆ TBRAiiriBJSSA TATARÓlr. 
I. W CESARSTWIE. 

1. W gtihernii Wileńskiej. Podług tablicy komitetu 
statystycznego gubernii Wileńskiej, umieszczonej w IlaMflT- 
BoJł Rhhjrk:^ BHJieHCKoii ryoepHiu Ha 1855 voxh^ było w r. 
1851: Tatarów wolnych (HecocTOBmHX'b bi> OK.iaAl») 1,299 
pici męzkiej, 1,031 żeńskiej, razem 2,330; takaż cyfra w dzie- 
le Polujańskiego, „Opisanie lasów" i oprócz tego Tatarów na- 
leżących do zarządu pocztowego (cocTojixi|nxi» bi> noHTOBOMi» 
B:b^OMcTB!b) 62 męzkiój pici, 30 żeńskiej, razem 92. Z tych 
w samem Wilnie wolnych 237 mężczyzn, 46 kobiet, razem 
283, i należących do zarządu pocztowego 33 męż. 17 ko- 
bićt, razem 50 dusz. Podług tablic statystycznych, ułożo- 
nych w statystycznym wydziale rady Miuist. spraw we- 
wnętrznych (CTaTHCTn^ecKiA TaojiHif&i cocTaBaeHiuifl bi» 

GTaTHCTHieCROaiEI* 0T4l>Aeuia MHHHCrp. BHJTp. AtJii>) w r. 

1849 liczyło się w tejże gubernii Tatarów 2,170 obojej płci. 
Nakoniec podług tablicy etnograficznej państw-a Rossyjskie- 
go, wydanej w r. 1853 przez akademika 'Keppena, w gu- 
bernii Wileńskiej w r. 1853 było Tatarów jeszcze mniej, 
bo tylko 1,874 dusz obojej płci. 

2. W gubernii Kowieńskiej. Podług tablicy Minister, 
spraw wewnętrznych 265 dusz, a podług tablicy Keppena 
415. Połujański w dziele: „Opisanie lasów Królestw^a Pol- 
skiego i gubernij zachodnich cesarstwa Rossyjskiego pod 
względem- historycznym , statystycznym i gospodarczym 
Warszawa 1854,'* rachuje do 400 głów (str. 122 T. 2-gi). 

3. W gubernii Grodzieńskiej. Podług tablicy staty- 
stycznej Minister, spr^-w wewnętrznych było dusz 694, a 
podług tablicy Keppena 849. 

4. ^(^lifteriitiilfiw^Jkte;. Podług tablicy Minister, spraw 
wewnętrznych 2,114, a podług tablicy Keppena 2,120, Po- 



7:^ J61 

łujański sa^ Uc«y tylfco 1,501^ głów (str. 211. T.,2), z tych 
w samyiB Jtfińęku 400 dusz jak pisze 3%pilew&ki w ITyie 
mecTBui no Ilojieatt b fiftaopjcciLuii; spaju), w CoBpeaieu- 
u&*, HonSph 1854 r). 

5. ir^Mftermt W^^kięi. Podług tablicy Mimeter. 
spraw wewnętrznych 200 dusz, a Keppena zaś nic niepo- 
ka^ano. Połajańeki (wprzypisku nastr. 78 tomu S-go) pi- 
we, że Tatarzy w t(ś) gubernii mieszkają w Żytomierz, 
Ostrogu i w powiecie Owruckim nadU^zą* Wiciksza ich część 
jest teraz wyzoania Chrześc^jsu^Bkiego. 

fi. W gubernii Podólski4j. Podług tablicy Minister, 
spraw wewnętrz. 42 do^s^ podług Keppena 46, Połujai^ski aią 
dając cyfry mówi, iż Ta^tarzy są w KaĘ^e^u (str. 1 1 8, L 3*go). 

Ogólna la(}nQ6Q l^atarska w tych sześciu guberni* 
jacfa podług Ministerstwa spraw wewnętrznych 5,485 dusz^, 
a dodawszy p.rzp\Yyżkę Ta;!t?,rów gubeniii Wileńskiej, po; 
kazaną wtabłicy koanitetu statyst Wileńskiego to jest ^% 
dusz, byłoby ogółem 5,737j podług Keppena zaś 5,304; lecz 
spis urzędowy Departauo^ntu obcych wyznań z r. 1854 da- 
leko mniejszą cyfrę pokazuje, liczy Tatarów w gubernijach 
zachodnich tylko 3^525 du$iz, meczetów 21,. mołłów 7.., 
Szkół osobnych nieuiają wtych gubernijacłL 

IC. w KRÓLESTWIE POŁSKIEAL 

1. tV Gubernii Angmłws$ki4j. W v. 1841 było osób 
pici nięzki(^j 82, ieńskiój 87, razem 169 (Kuryer Warszaw- 
ski r. 1845 17. 305^ i w Kalendijurzu ipowszechnym na r. 
1856 Adr. Krzyżanowskiego o Machometań^^kicłi Polakach 
słowo str. l&)i . » W r. 1851 wedtug urzędowych wiadomo- 
ści gubernatora liczyło, się 76 mężczyzn, 77 kobieti ra- 
zem 153. Połujańfiki liczy F r. 1852, 155 dusz ^stn 334 T. 1). 

2. fF Gubetnii Lubelskiej. Wr.. 1843 wb.,gut»ernii 
Podlaski^^.bylo pł.!i msrói^j 53, żeńskiej 71, razem 124 

T£KA N. V. 21 



1 62 U 

(Adr. Krzyiani słowo o Ma^hbmotańdkióh Polakach), W ri 
1852 fodług tablicy Połujaóski^go liczyło «ię 62 płcimęz^ 
ki^j, 79 i^ski^j, mzem 141 gióW^(378.'fitr). *^ : 

Ogólna zatśm ludność Tatarska W -Królestwie doohodżł 
SOOgtóW. Meczetów mają wdbbł^ stabied^t. Vr\Wdnksz- 
nupiach w pow: Kalwaryjskim, i w Studziance w pow. ' Bial* 
skim. W poprzednich latac^h, piszeErzyiabowskiyiólędzyBwy^ 
rti mieszkańcami obejmowały Tatarów gubei^nijet Połocfcav 
Mazowiecka i Sandomierska, tak, iź ich ludności praenósi^ 
la znacznie dzisiejszą liczbę trzysta. * OkMeą/, - pwseddtalwi; 
cłeleiri i patryairchą dd r. 17810 ludneśi^i-Tafer^kiAj w Pol- 
sce był" Jdkób Buczacki; którego i«l'ącŻ3^ł''kl'ótką bitfgrafiję- 

Ż doktmientów znajdujących się- w M^to^ype .Litów* 
skiśj i t rewizyi dóbr Kiefdeja widaó, ^ż^^ Tatarzy' mieli 
osady także na Białej 'Rusi,-^i tak: w x. 2i N: 9^ f; 55?, Jest 
przywilej dany w* Wat^szawie ' 1 5 grudnia' 1€85 ł^^-koóakom 
"tatarom Szejcowi Siulamano^czowi i ^^óz^^khń Komrato- 
-wa, prawem dochodzić dóbr Tatarskich, powinnosd^Tatar*^ 
skićj ^odle^jFcA, w Wojby^ództwie Mścisławfekićm' lewych, « 
mianowicie shiżób trzeih łiazwa*nyoh Horodeoia (^ŁapownaHot 
rodiiia). W. i-ewizyi • zaś iKierdoja ' W' chorąiźtwiel K<^ndnic;. 
kiom ściahu Mereszlańskiego ^ • ' należąćdm^ do ' chorążego 
Jachija Zawacki ego,: pokazano w powiecie Orszańskim wKry- 
cfcynie (zapewnie Kryezewie)»^ clotoyj^-i^wy^hdr^A^wfe Ba- 
ryAikiiJm' sóiahu Nowogródzkiego ,. • aaieiąc^th ; da ^dr^? 
źego -Szachmancera jHudnickiegb, w wbjewódaiwid Jdaoi* 
stawskićm pokazano: • v - . ^-^ : . . ^ i,^-. f 

Sutoki ; . ... / i.* • .; 5? domfdw.-'^ . / :^ 

Dziedkowicze^ . . i -." •" . . 4 :-i— ..i- •' 
• • Boroduia Komorowiftc * :' : • H :-^.' ': 1';. i • .^ 
' Wied-Stara ^ .• ' .• ' ..;,v;A,- ..,,'' ;,.. ^ ».'a^\ . . ^ 

' ^ '^ • ' L TOzend 28 dothdtjr 

7 ^ •.A-,\ 



79 169 

' 3ą Umie i poHd9i^-dzień..i»iejpQft5VQ8ci ^ któro otóm 
inhdi^z^:, po•,ukl^^^^emu Wojirf ae $zwe4ainif Gąsic^wski 
darował zfi(pie;«m.dla,Je2uiW>w,DyQabur«kich wieś Alułpi\hę 
Mąjię, cbsw Awliję;,'Wil&3l,r. Wie9^^/i ^wyraa Taljarsbi* 
aDaczyobóz. ładu koezgu^cego, koe^towiako .w ogCDtlej-^rtak 
jaazwadaa od^oeiedlooycJk w uiej j^iloów , Tatfurdk>ch. (&4>p^ 
HHJitawBa IJCT«4)ii1iecaM ca«Al^t«i» iipflM^aii.aore^ifrpifiiiiiiBK^ 

tq uieohybniejtaoy Tatai*zy, k^rzy pMia4aii%c ©aczupłe gruur 
tt-t ztamtąd w .p<Simej©zyoj csj^isie ^szli. i przyjęli psiar 
dlości w dobrach panów, jak się wyraża Kierdćj» . „pod 
ichmściami paoy senatorami. '^* 

•"■•■•• 28. • - •• 

Pis^r:ft|naęz rp^umuje.naspojsób Turecki: albowiem 
wTurcyi, c^pbljwie w.poazątkąohpaAStwa, zmuszano brąń- 
ców Chrzescijańi^kich przyjmować Islanaf*:^ sądzi, że 

ta^ zwycząjj musiai być wszędzie. Tym sposobem zasuj- 
.tana ; Urohanai ujtworzylo. się straszne niegdyś wojsko Je- 
mczeri, dosłownie nowe wojsko, Janczarowie. Pierwia^t- 
kcwo zmuszano coroczpie tysiąc Chrześcijan,' w więjcu mło- 
.docianym pojmanych w niewolę, zmienić wiarę, i zaciągano 
ich do ;<wojską^ janczarskiego. Kiedy zaś liczba jeńców pie 
byłą dosta^czną, uzupełniano zaciąg do w:pjska w czasie 
pokoju, poddanymi z Chrześcijan, biorąc ich bez żadnej 
różnicy ^— i ten zwyczaj utrzymał się do panowania Mu- 
ham^^da lYgo, tp jest do połowy lXga, wieku. Hammer 
w swój ^listoryi, Ij^czy nąjmniój 500,000 Chrześcijan nawró- 
conych nueczem na wiarę Islamu i pośTjrięcouych na ofia- 
rę wojny. U nas, jak wiadomo, Tatiarzy zawsze używali 
swobody wyznawać swą wiarę, i niebyli zmuszani do jój 
zmiany, nawet czasu. prześladowania różnowięrców,, I\ tylko 



i"6ł 76 

ógranicEaiio ich prawa eywilae. Nadto saiiii oni utrzy- 
mywali zawsze, że przyszli do nas dobrowolnjei i ie za^* 
tern niepochodzą od jeńców wojennych. Kiedy KierdfJ 
robi J re wizy ę dóbr Tatarskich, ,,w tę rewizyę, siowasąjego^ 
wszystkie chorągwie Tatarskie jako :& Ordy swiemi familijami 
przyszłe, wpisał; te zaś familije ich nie wszystkie razenu 
ale różnetni czsisy za przodków króla imtici, z Ovdy do 
w. X. Litewskiego byiy przyprowadzone , jednak kaida 
familija z swoją kompaniją przyszła, którym królowie po 
różnych miejscach w w« x. Litewskióm opatrzenie^ da^ 

wać raczyli.'* 

29. 

Niemusiało to być poselstwo, ale zapewnie przyjeż- 
dżał jakiś czausz, urzędnik Porty, z listem sułtana do kró- 
la: gdyż około tych czasów, to jest między 1550 a 1557 
rokiem, ważne się prowadziły układy między Polską i Por- 
ta o przekrócenie zagonów Tatarskich na Polskę; Tureya 
zaś domagała się niejednokrotnie ukarania I)ymitra Wf- 
śniowieckiego, owego pogromcy Tatarskich koszów, i gro^ 
ziła w razie przeciwnym napadem chana Tatarskiego na 
kraje Polskie. W archiwum Puławskiem znajdywały się 
z tój epoki dwa listy sułtana Sulejmana, jeden pisany 
z Konstantynopola wr. 1556 względem rabunku Bialogro- 
du, gdzie sułtan domaga się także skarcenia Wiśniowiec^ 
kiego, drugi pisany z Adryanopola w r. 1557, z nowemi 
skargami na Wiśniowieckiego i groźbą nasłania Tatarów. 
(Hammer Hist. de TEmp. Ott. trąd. parHellert T. VI, no- 
ta 17, str. 472)- Żadne też mocarstwo Europy niewypra- 
wiało wtedy tak często posłów co Polska do Turcyi. 

30- 
" Od samego początku osiedlenia Tatarów w Litwir, 



Vi 165 

by!o przez WielkicTi xiąiąt zatwierdzone używanie praw 
religijnych podług Kur'anu, xięgi świętój dla Moślimów 
(Czacki o Tatarach §' 3). KządziHsię tera śamóm prawem i 
w sprawach cywilnych, ale tylko między sobą. Lecz w spra- 
wach z Litwmami, Polakami i w ogóle t inowiercami, 
musieli sądzić się u 'starostów, dla których ustawa świe- 
żo bjla wydaną, bo wr, 1557 I-go kwietnia, i tych sta- 
rostów zdaje się nasz pisarz zrozumie pod nayw^ kady, 
(sędziego), a to tak, jak sądziła się i nasza szlachta, albo- 
wiem, jak wyżiśj namienilismy wszystkich Tatarów, zie- 
mią nadanych, równało nasze prawodawstwo ze szlachtą 
w stosunkach spolecznegai domowego poiycia, uznało pci 
siadłośći im nadane za dziedziczne, i dozwalało Tatarom 
nabywać i posiadać dobra ziemskie, których dzierżenie sta- 
ło się od T. 1496 prawem wy łącznem sairiój szlachty. Ta- 
tarzy zaś nieposiadający dóhr, używali praw włościan na- 
szego narodu, 

31- 

Każdy Muslim, podług swego zakonu może pojąć dwie 
trzy i cztery żony, razem albo oddzielnie, w każdym cza- 
sie i wkażdćm miejscu, — więc(5j nad c?;tery zabrania się; 
lecz bardzo rzadko w krajach nawet Musułmariskifeh zda- 
rza się, iżby ktoś miał więcój nad jedne żonę, zwłaszcza 
wklassie niezamożnój Takoż religija Musułmańska pozwa- 
la im żenić się z Żydówkami i chrześcijankami, a to dla te- 
go, że ich wiara zasiadza się na Starem i Nowem przymierzu, 
to jest na dwóch xięgach zarówno szanowanych prze* 
Islam; ale niewolno mieć żon i nałożnic religii bałwochwal- 
czej. Małżeństwo atoli między Mahometanką i Chrześci- 
janinem lub Żydem jest zakazane, f jeśliby było, uważa się 
za nieważne; dzieci zaś spłodzone z takiego Występnego 
związku powinny być religii Musułmaiskiśj , wedfług nie- 



wzraszpp^X ^^^^7' Iftói-a. przysądza. dfsięciŁćj o&ohie z i|i^ 
;co.nfców^' kt(5a:a ,wy2;uają lęp82% .rtiiguę. K tój pczyezyjjiy 
, w państwie Tureckiem dzieje gię to 8amo i z potoipstwem 
zro4zoi>ęm "z mąiietsl^wą. ji^ięszaut^go, to j^st : .kie4y j^dna 
QSoba :^ lOiątżonkóWr. j,est /ftląft/V'Wyfluawca. Pi^sma świętego, 
to jęst: Jzr2^elita,czy;Chrze4cy,ąniD,« a draga wiary balwp- 
chwalczćj — dzieci;ni3Lleżą| do Aty«W, a to dla wyipszosoi lu- 
dów, uznających ąwiętppć pięciix xiągvM,QJŻ€;8zowycii iyK,waił- 
.gelii nad..p»^ganauu. KięĄy Chrześcijanin lu^ Zyd przyj- 
muje JąlaDp, ;za\i;^;Ęj^ ^xn^lze4stw,q uw^.zą siig ^ ważne, pQ- 
nieważ Mahoipet;fciicM5v^i . wolno mieć . zonę ChrześcijaDkę 
^ub^Żyd(^jvk^,..a jŁiedy.zoną.przyjn:iaje ląlaici, .wtedy mal- 
jZe^stwp uwaz^,fię zax:QZwiąząpe, jeśl,! inąż ,niechce tak- 
ią^ zo^a^ . JSIuśląmem. j J^ą . w .ogąlnośpi .rmlięikętws^ Maho- 
ni^ptau z Chrze;ścija;iikaipi są* i^rdzo rzadjcię i wyjąwazy te 
kraje, w. których. Chrzeacijaijie ;6kj[adają więk^?^ ozęśó lią- 
dnoś^ji, jako to; na wyspach Archipelagu, w.Kaqdyi i Cy- 
prze. Zona w takim razie tooże zawsze pozostać w swćj 
religi, jeśli nieży czy. przejść ną Musułmańsfcą, i mąż nie- 
ma ^ynajmuiój prawa, zmuszać ją dó tąki^ zmiany; lecz 
dzieci Qbojej płci wychowują, się w wif^rzę Mahometan- 
skiej-.Rzadziąj bywa. Żeby Turek poślubił . Żydówkę , cho- 
ciaż pcawo i)itizabrania.. takiego związku^ i. sam nawet Mu- 
hammed dal t^e^o ^ przykład, kiedy \vzią^ za zonę Izraehtkę 
Sofijft córkę P?JJ.. , : , 

.,, ..^a^i Tatarzy^ :już dobrowolnie, przesiedlani, już na 
.wojnie dpptowszy się w. niewplę oąądzeni przez w. ^ciążą^t 
iia ścierniach^ nierpająo ^ ^obą, , kobiet siwego i^arodu, . mieli 
^idawpa , p9.do.bno od .(fzaąó.w Witpwta, jak g^osi podanie 
dotąd ^i^Uy^^^fit>ar^n^ jtrwające, f)o^\yolenie że- 

.nić sig z Litęwkaipi, pod warunkieip aby jedną li. tylko żo- 
nę, miął kaz;dyf,,i ij. fój przye.zyny 2Łachp)vjil ,5ic ąawaze 



79 n^. 

u naszych Tatiirów zDi^osraji jednoieństwa (Narbotta Dziej€^ 
narodu Lit. T. VIII ' str . ' ^6, i Jąroszerme^sa Obraz Litwyi 
ezęSó % przjp* 5i9wyditMi r.). Śoieśmeiaia wtym wz^*- 
dzie nastąpiły jui. w późniejszych esiBąch, a npianowkMr 
na poc.zątka- panowania Zyghnmb^ Ul/ wlrzecim ukiadżie 
Statutu liitewakiego, ogiÓ6Żonym;:w:r. 1588, ezyli w dzie^ 
siec lat po ńaj^saniu t^j seUajcyi: > lUitcmoAo w tedy ^^osta-' 
ło Tatarom jak i Żydom, zakupować Chrześcijan w niewolę, 
jakró^imle namawiać n|i ^zmi^ęiwiaiyy/ albo ohsrzeSywaó 
pojmańeów lubi lzakupniów'i Ohrz^aoijanit %z I oze^a w^imo^ 
sic należys ze ni^^swolha =był6\ także -n^ieÓTŹonr Cbrześei^ 
janek , t^ bardziej ie nraęfeli* iTatarż;^ >, . : w poeząttetoh. 
Bwego' osiedlenia się Winowej ojozyi^nifer obyczaj emv w@icbo^ 
dnim , utrzy raynn7a.ó ; liaioźnioe ; / i • a^a , tesd . cel ^^sa^ypowali 
dla Biebie ; dhńaescijanki f w.yfi^wolę i:wi00l9Q%i . ; St^ut , JUn 
tewski rożd. i XII : w. dJ Kons^t^tucyA zfcś/.z rĄkii]::191Qf> 
wyraźnie' zabrania iTat&rdla pojĄnowaó' żoi^iCbr^scifcijaiik^ 
pod karą femerci dla. obojga,, a. to w tych ^jt^wach:, ;„a .iżi 
się znajdują niektórzy między Tattjryj kjtówy ; przeciw piraS 
wu BoiaerttHi^ waią «ię: żDiijr ChoMBaijanki pojJ9iK^ 
w BisurmatMbą \iviarę poeięgi^^^ j jr bi^loglo.wy Cł^zęF 
śoijański^ w.naamki do^r]^iąteki.lErwyGh Jpiiorą^ [i ozela4^'i^ąHt 
jemną; w dni/niedziełpei i: *(łśwdętó .do/^szelątócil3i,,cfił)0|; 
pędzą: wanyeiny\ tąf^koristy tucy%Aaby od tegł) C^WU .i^Pi 
się Tatarzyii nie^azył.iSfarzesoijąn obojśj »płei^<biafyqbgfóyE^.)7^ 
mamki^ : a/ męaózyzn .pogotowiu ' ^a zony OhrzjdaoijjBLiąeł^.br.ąef 
i jatóflakólwiek pretęxtśn»j obowiać* ! Czego ::gdy by: isig ^9 
ż Tatar.pp\^2tżył, M Chra^c&jankę: zaizónę ^pojąl: . ti^j^y ^b<\j^ 
za tako^ exoes gardłem kailani Ayi3(mają;'. o cio:;lprflm,,ą|4 
o\2JUBvis ihatantiatibŁ maprźed .nl'źędem>.;gr(łdzkii$^ iod; te^ 
go urzędu ma się dziać iakwizycya, aby. się ta}uA ni^d^y 
enormia.^Yol Leig;.ni,«fcCi 3«9^aią, ^kieSjopa*^ rj 



ts» 80: 

1678 fca Jajfialll ttauowl: iż Tatarom, jak Żydomimoym 
niewiernym idegodsi się.*. czeladzi i bialychglów Cbrae- 
scijatifikich chować (oprócz siodowników, browarników i fur- 
Haaoów), pod karą dwóchaet grzywien na każdego Żyda 
i Tatarzyna temu prawupraaciwnego^.a na Ghneścijanina 
albo Ohrzeseijaiikę dwanasoię . niedziel fiiedzenia w zamkach 
każdego województwa łub powiatu. (VoU Leg. V str^ 585). 

- 31 .. . 
Tatarzy wojskowo służący i przypuszczeni do towa^^ 
rzystrwa broni z rycerstwem Polskićm i Litewskićm, uży- 
wali tych samych praw co szlachta, i należeli tóm samom 
do stanu saslacheclpiegOy ^biorącego nazwę stanu rycei^skie- 
go» Że zas każdy szlachcic prócz imienia, prócz przypad- 
kowych przydomków, przybierał sobie naźwiąko - i w ro- 
dzinie swćj urtidat, ca tym przykładem murieli pó)ió i na- 
si Tatarzy; A że 'w rodzinach Litewskich niebyło usta- 
lonego nazwiska, były ogólne dla kilku rodzin, były oso- 
bne dla każdej, były patronymiki czyli nazwiska pocho- 
dzące od przodka , byiy też i nowe nazwiska na sposóU 
szlachty Polskiej , toż samo i u Tatarów sposti-zogamy. 
W rewizyi dóbr na ^służbie wojennćj Tataraoi w .x. Li*, 
tewskiego nadanych, znajdujemy już wiele nazwisk rodzin 
Tatarskich, bez wątpienia od żon przybranych, jako to: 
Baranowscy, Bofauszewiczowie, Jurkiewiczowie, Iwaszkie-r 
irłcźowie^ Sobolewscy, Szczęsnowiczowie, Zawaccy, Źuko- 
wiczowie i t. d, IteGz nierównie więc^ u nich nazwisk zisa^ 
kończeniem, na ic% od imienia ojców przodków bliża^^h 
i dawniejszych^ np- Adbulicz ad Abd-ałła^ Alejewiez od 
Ali, Abrahiniowic^ od Abrahama, Dziafirowicz od Dżafa^ 
ra, IsupoWicz od Jusufa, Mustafies od Mustafy, Ocfamece- 
Wiisz od Achmeta, Salomonowicz od Salomona i t. p. 
U Arabów na podobny sposób dodajecie beu (syn), do imienia^ 
ojca, np. ben Achmad (Achmedowicz), ben Mustafa (Mu- 



81 169 

fitafowicz), ben Moharamed (Mohauimedowicz), ben Jusuf (Ju- 
sufowicz) i t. d. Są także nazwiska u naszych Tatarów od 
przedmiotów : Bazarowski od bazaru, bazar po-Turecku 
targ, Buczacki s^dbudiak lub buezakf kąt, węgiei, zkąd i 
Bes^arabija zowie śię budżakiem, i inne. Nakoniec niema- 
ło jest nazwisk, które pozostały z przezwisk Tatarskich 
np, Tachtarzyn, Czymbaj, KieJdyjar, Mysak, Miehkbaszyn 
i inne, a które po większej części już w ostatnich czasach 
zatarjy się i zamieniły się na nazwiska ojczyste. 

33. 

W rzeczy samój mogło to byc, że w Litwie niektóre 
^erby i nazwiska przeszły od Tatarów, osobliwie herby u 
naszych heraldyków uważane za Ruskie, a które na Ru- 
8i od Tatarów powstały, i tych jest wiele. Sama bowiem ich 
nazwa Turecka zdaje się naprowadzać ną. ten prawdopo- 
dobny domysł. Do takich właśnie możeby dały się zali- 
czyć następne: 

1. Aksakj herb i rodzina na Litwie, po-Turecku zna- 
czy kulawy, chromy; znany u nas Tamerlan, po Turecku 
zowie się Aksak Timur a po Per«ku przetiómaczony Tymur- 
leng {leng w Perskim kulaAyy), zkąd w Europie zrobih go 
Tamerlanem. 

2. Bajbusa, herb i rodz'na, wyraz Turecki ztożony 
z dwóch: baji dostatns bogaty, i bina albo buzan (w Otp- 
mańskim buzahu) cielę; w dziejach Tatar^skich Ab-ul-gazy 
wzmiankuje eięBaj Titnur, w poczcie zaś sułtanów us- 
beków Charezrtio znajduje się Buzahu Chan, po-Tatarsku 
Buza chan^ brat Sofjan-chana. 

3. Bair nazwisko familii u Małachowskiego— po-Tu- 
recku znaczy wzgórze, z którego nasz wyraz bitif^r w zna- 
czeniu wzgórza błotnistego,,, kałuży. 

TEKA N. V. h ' 



170 ^ 82 

4. Bałaban nazwa herbu i familii; po-Torecku gatu- 
nek wielkiego krogulca, a w przeuośnćni znaczeniu bał- 
wan, głupiec, zkąd i pochodzi nasz wyraz bałwan. W hi- 
storyi Tureckiej mamy kiłkudowódzcówna imię Bałaban^ 
i tak: nosił je sułtan Osman, który zbudował twierdzę pod 
Brussą na brzegu rzeki Nilufur, zwaną po-dziś-dzień je- 
go nazwisko Bałabandzyk; drugi Bałaban^paszaj rządca 
Tukatu za panowania Murada 2go, trzeci Bataban-Ba- 
deraj dowódca Muhammeda 2go, który się odznaczyi w ob- 
lężeniu Konstantynopolat i w potyczce ze Skanderbegem, 
rodem z Albanii, i inni. 

5. Boduia herb, w Tureckim budała prostak, wła- 
ściwie asceta Muzułmański, sufi. 

6. Borsuk, familija Litewska; w Tureckim bamk ma 
także znaczenie naszego wyrazu, i zapewnie przyjęty z na- 
szego języka. 

7. Bułhak familija, w Tatarskim bułgak, bułhak bę- 
dący, imiesłów od słowa buttnak być, w Tureckim ołmak. 
Narbutt w T. IX na str. 199, opowiada o xięciu Tatar- 
skim, znakomitym najezdniku imieniem Bułhaka który w r. 
1535, połączywszy się z Eustachym Daszkiewiczem sta- 
rostą Czerkaskim, służył królowi przeciw nieprzyjaznym 
ziomkom swoim Tatarom Krymskim, i odbył z dowódzcą Ko- 
zaków wielką wyprawę do Siewierza, zkąd powrócili z wiel- 
ki^mi łupami; nakoniec przyjął wiarę Chrześcijańską i był 
głową familii Litewskiej. 

8. Defiis herb i rodzina, w Tureckim Denyt morze. 

9. D%yrytt nazwa familii u Małachowskiego — po-Tu- 
reeku diyryd krótki pocisk, i igrzysko ulubione na wscho- 
dzie, ztąd pochodzi i nasz dziryt dziryda. 

10. Turs, Tursawicz familija— w Arabskim faras: koń, 
fur$ Pers. W spisie Tatarów Kierdeja napotykamy imio- 



83 171 

na i nazwiska: Fars- Juchnowics, Furs-Fursowiozit Abrahim- 
Fursowicz i t. d. 

11. HutoPf HutarmuncZt herb i rodzina. Ruttir to to 
F^dóP i w języku Boasyjskim xjrmofi9^y z. Arabskiego 
kuir okolica, obszar^ obręb grantu, roli 

12. Kara herb z Greeyi przybył do Polski, iJoaczi^j 
zwany Aksakiem. Rarm po-Tuneku znaczy c%i$r9iif^ bar- 
dzo pospolity przydooiek na Wsohodzier jedeu z dawnych 
chanów Mongolskich nazywa się Kara-^haUf syn Mogoł- 
chana. Tenże wyraz wchodzi do składu wielu słów np. 
Miara^denjf% morze Czarne; Kara^^Sfhfsar zaoiek czarny^ 
miasto w Azyi małejV gdzie arię wyrabia op^um^ w wielkićj 
ilości; ISara-j/ias czarne oko, główna o6oba^ bufon, w far^ 
sach Tureckich; Rara-^ak Gzarua góra, Czs^nogórcze^Moo- 
ten^gro; Rara-^ąu czarna rzeka (w€da)i miasto* w lSxyxxńf^ 
i t- p. 

13. Może i nazwa naszega herbu Rarega Raręga 
podobnie zloiona z dwóch wyrazów Tureckich: Kartf czar- 
ny i jiga paut również pospolity przydomek w krajach 
Tureckich- 

14. Rierdejaf Rierdej herb i rodzina; w rewizyi 
znajduje się Tatarzyn Kierdej we wsi Kumtelanaeh w;qje- 
wództwa Wileńskiego: jest to^ przydomek Tatarski. Góra 
w Tataryi, na pólnoco-^wsohód od morza Kaspijskiego zwa- 
ła się Riertmjy alba Rertah^ [dah^ iakr taj w Tureckim 
góra), teraz nazywa się Ryczf^ taj, mała góra, ciągnie się 
ona na wschód ku Bucharyi. O tój górze pisze historyk 
Dżagatajski Ab^^ił-gazy-Bbbadyr-chan,. że następca Mogi^- 
chana^ założyciela potężnego państwa, syn jego Kara-chan, 

. latem koczował w okolicach gór Kerdaj i Artaj.. Byd mo- 
że, że Kierdej skrócony z Riefdyjar: król Alexander li- 
atem danym w Wilnie 1505 r- kwietma T dnia (N. 6 f- 



tn 84 

50 w Metryce Litewski«^j) marszałkowi Tatarskiemu Kieł- 
dyjarowi Kurczewiczowi nadaje dwóch ludzi z zioniią z No* 
wogrodzkiej włości. 

15. Kiłd}/s% n Małachowskiego w Tatarskim jjiYrfy^s, 
hiłdys^, pr%ybylee od słowa gilmak przybyć — faniilija Ta- 
tarska, 

te, Rirhorh^rh i rodzina — w Tureckim liyrkar licz- 
ba, podzieina od czierds^istu, po czterdzieści, także kyrk 
ery dosłownie znaozy czterdziestu mężów, zamek blizko 
Bak^ze Seraju w Krymie , dokąd Mengti Girej raniony 
od Nog^ijów schronif »ię, x tego zamku pisał on list do 
Zygmunta I, w aktach Ruskich zowie się KHp&opi». Obacz 
pr^ypisefc 12. 

17. Rołodym^ R&todynski^ herb i rodzina: Kyidy, 
Rytdyn t^zywat się jeden a chanów złolej Hordy. 

18. Korsaka herb i rodzina — w Tatarskim Korsak 
loały fis w s<j^«|)aoh średniej Azyi: po-Polsku także Korsakj^ 
i po Rusku KopoaK%; w Tureckim KurseUt wole, gardło. 

ł9. iiice«uA, herb i rodzina — w Tureckim kncznk zna- 
czy ma^y^ 

^. Rwtaky imię rodzimy — może prędzej poehodzi z Tu- 
ireekiega k^łmk^ ucho, 

21., Ordyński rodzina, w Tureckim ontst, ^bóz, ko^ 
ezoiwisko^ ztąd i nasz wyraz hord^t. 

22. Sefśri Sefh^owir^ rodzina od wyrazu Arabskiego^ 
wzywającego się w języfcaeh Fer^ki^^ i Tureckim Sefer^ 
podróż,, wyprawa wojenna^ 

23^, T^k(M% rodzina u Małachowskiego; nazwisko po-v 
dohne spotyka się^ i» Tatarów Dźagatajskich, ód słowa iap-i. 
rnttk czcić Boga , a w Tatarskim znaczy takż.e %nąteie^^ 
$chufyiaey ztąd Utbasu rzecz znaleziona. 

2k T^veb€s% herb i rodziw u M^lachowskiejjoj T^ 



85 173 

rabetuHj Trebizond, miasto w malój Azyi, Tatarzy zowią 
go po-prostu Terebe%. 

25. Turecki rodzina u Małachowskiego, od Turk^ 
Tinrk^ nazwa ogólna plemion Tureckich i mieszkańców Tur- 
cy i Europejskiej. 

26. Ułańskie Ulanicki, Ulanmvski, nazwiska rodzin» 
od wyrazu Tatarskiego Ublan, Ułan^ chłopiec, paź. Obacz 
przypisek 23. 

Zuałazloby się i więcej takich nazw rodzinnych, 
które mogły do nas przejść wprost, przez Ruś lub Wę- 
gry, od Tatarów, np. Amadej, Sałon^onowicz, Tatarowicz, 
Uszak i t. p.; lecz należy wyznać, iż jedyną wskazówką 
takiego pochodzenia jest żródlosłów wschodni, a historycz- 
nie nie zawsze podobna tego dowieść. 

3ł. 

Zapewnie chce pisarz mówić tu o wyprawie na Krym, 
do której Zygmunt- August na początku r. 1557 robił przy- 
gotowania, poleciwszy Dymitrowi xięciu Wiśniowieckiemu, 
staroście Kaniowskiemu, zająć się tem, i jemu miano zle- 
cić dowództwo wyprawy; lecz, jak wiadomo, projekt ten 
ispełzł naniczem. Wtedy to sam Wiśniowiecki, wszedłs^zy 
w przymierze z carem, przy pomocy Kozaków Ukraińskich, 
walczył z Tatarami na Perekopie, zdobył i spalił ich wa- 
rownię Islam-Kerman (do?^łównie twierdza Islamu), zabrał 
działa i osadził niemi siecze swoje na Chortycy, wyspie 
Pniepru, niedaleko ujścia, i gdzie przeciw całej potędze 
De wlet-Girej -chana przez 24 dni walecznie się bronił. (Ka* 
ranizina Historya państwa ^Rossyjskiego, xięga 2, str. 155 
wyd. Ejnerliuga). A chociaż Wiśniowiecki udawał się raz 
pod opiekę sułtańską, drugi raz pod carską, zrobił jednak 
przysługę i dla Polski, a to kładąc tamę najazdom Tatar- 
skim. 



174 «« 

35. 

Xięga święta MuslimóWt Kurhan, zaleca prowadzić 
iistawićzuą wojnę z wrogami lelamu. aby ich zmufiió do je- 
go przyjęcia: przeto każdy \yyzuawca Miihammeda, będą- 
cy w stanie noszeń a oręża, jest obowiązany ise na wojnę 
przeciw niewiernym i z- > wie się a^^kari żołnierzem; — lecz 
niepozwala się wojować Musultnanom z Musulmanami, chy- 
ba jeśli podejtną roto^sz przeciw swemu panującen^u: al- 
bowiemit według prawa, każdy godzący na władzę panują- 
cego prawowiernego, sprzeciwiający się jego rozkazornt al- 
bo chcący zbrojną ręką odjąć jego posiadłości, godzi^^n jest 
śmierci, stosownie do przepisu łjozkiego, Kurhanu niejedno-* 
krotnie powtórzonego „walcz-ie z rokosznuami (buhat) 
aż póki się nieupokorzą," — na mocy to takiego przejnsu. 
Sułtan Mahmud w r. 1826 podniósł oręż na Janczarów i 
wytępił ich* A tómbardziej prawo niepozwala Masułm»- 
nom stawać w szeregach nieprzyjacielskich i uezęstmczjd 
na wojnach prowadzonych przez niewiernych z Musuima- 
nami. Nasi jednak Tatarzy, nietylko że chodzili* na woj- 
ny z państwami Chrzescijańskiemi; ale byli powoływani i na 
wyprawy przeciw Tatarom Krymskim. To miało miejsce 
wr. 1533, kiedy po ukończonćj wojnie Multaóskiej chan 
Krymski , Sachib-Girej-chan uganiając się za Islam-Gire- 
jem, który nauowo domagał się tronu, wpadł na Ukra- 
inę i obiegł Czerkasy, mając z sobą Janczarów do półto- 
ra tysiąca i dział Tureckich pięćdziesiąt; jednakie uwiel- 
biając męztwo walecznego obrońcy zamku, Eustachego Da- 
szkiewicza, wszedł z nim w końcu w przyjacielski związek 
fitoienia królowi za pewną opłatę żołdu. Bielski (str. 56 
wyd I-go), opisując to oblężenie Czerkas, mówi: „gdy 
Ostafi starosta Czerkaski sprawił to, że Chana z uieprzy- 



87 175 

jaciela przyjaciefe królowi Zygmuntowi panu swemu uczy- 
nił, zacz^m niedługo potem dwaj pogłowie z Tatar u kró- 
la byli od Setkireja (Sachib-Gireja, w Tatarskióm wymawia- 
niu przez skrócenie Sebgireja) i od Oslam suftaoa (Islam 
sułtana), którego już król m^ał jako za swego i płacił mu, 
a oo mu też głu^jrł gdzie potrzeba.*' Pi^a^z historyi Krym- 
skiej, Sejid Muhammed Ryza, w dziele : Es-seb*-us-8eijar 
(aiedm planet), o Islam-Gireju opowiada następnie: „Islam- 
Girej przez zbn dnie zostawszy chanem, był dopuścił się 
także i panując wiela zbrodni, a lękając się Solejmana suł- 
tana Tureckego, prorił u niego przebaczenia i mianowa- 
nia na swe miejsce drugiego chana. Jakoż sułtan nazna- 
czył Sachib-Gireja, młodszego syna Mengli-Gireja, a Isla- 
ma udarował tytułem Kałgaja (namiestnika). Islam otrzy- 
mawszy tę godność począł chytrośoią i zdradą kusić się 
o tron, którym władał przed Sachib-Girejem; lecz gdy to 
nieudało się mu, wiedząc że chcą go sprzątnąć, uciekł do 
Farach-Kermana, gdzie został zabity od niejakiego Baky- 
beka^* (str. 9t wyd. Kazańskiego). Poselstwo zatćro Islam- 
Gireja z prośbą o posiłki przeciw Sachib-Girejowi, musia* 
ło poprzedzać poselstwo te^o ostatniego. W Metryce Li- 
tewskiej znajdują się listy Zygmunta I-go, datowano wr. 
1533 września 3 d. , do marszałków i chorążych wszyst- 
kich ściahów Tatarskich na tę wyprawę przeciw Tatarom — 

lobac% w dokumentach). 

36. 

Alexander wielki w Kurhanie i na Wschodzie w ogól- 
ności, zowie się Zu^l-karneju, to jest dwurogi, mający dwa 
rogi: dla objaśnił nia tego epitetu, wykładacze Km**anu wi- 
dząc w nim znaczenie allegoryozne zużyli cały swój do- 
wcip. Większa ich część utrzjrmuje, in on się nazywa 
tak dla sw^) p^*^g^ » ^^' ^ ^^^ ^^8<>» źe zawojował wschód 



176 88 

/ 

i zachód, znaczące się niekiedy poArabsku wyrazem Kar- 
nęjUf i doszedł do obu końców świata. Lecz zdaje się, 
iż przyczyna tój nazwy powstała prosto ztąd* że Alexaii-* 
der chciał wydawać siebie za syna Jowisza Amraoń-skie- 
go i kazat nawet snycerzom robić swe posągi w postaci 
Jowisza z rogami , czem , jak się uskarża Klemens Ale- 
xandryJ8ki, zepsuł piękny obraz człowieczy. Nawet óca-* 
lały monety, na których Alexander wyobraża się z rogami 
baraniemi. Niedziw zatćm , że Arabowie do Muhamme- 
da, mało obeznani z imieniem i historyą Alexandrat na- 
zwali go właśnie dwórogim z przyczyny tej dziwacznej 
ozdoby, w którą był ustrojony na posągach i monetach. 

W Kur'anie Alexander uważa się także za wybrańca 
bozkiego (Sura XVni). Bejdawi, najsławniejszy kommeiita- 
tor tej xięgi, robi uwagę, że chociaż pisarze niezgadzają się 
na to czy wyznawał on czysty Islam, wszyscy jednak chwa- 
lą jego prawowiernosć i życie cnotliwe, i po większej czę- 
ści zaliczają go do proroków; w samym Kurhanie stoi Ałe- 
xander widoczuie w jednym rzędzie z Dawidem i Salomo- 
nem. ŻródJo powieści o Muhammedańskim AlexaDdrze 
może objaśnić opowiadanie Pscudo-Kallistena , u którego 
Alexander przedstawia się nieraz jako gorliwy czciciel Bo- 
ga jedynego i jako opiekun czczących go Żydów ; ztąd i 
Muhammed, świadom tego podania, niemógł wątpić opra- 
wowierności Alexandra, i na tćj zasadzie umieścił go w rzę- 
dzie prawowiernych królów. 

37. 

Dawnićj pielgrzymi udający się do Meldci i Mediny, 
zgromadzali się z rozmaitych stron, w miesiącu Szawwal, 
do Damaszku, zkąd wyruszała święta karawana pod prze- 
wodnictwem paszy tego miasta, który z tćj przyczyny no- 



89 tn 

eS. tytui: Bmir-ul-hadi to jest naczelnika pielgrzymki. 
W Stambule wielu korzysta z eskorty, towarzyszącej wy- 
sokiemu urzędnikowi Porty, Surre-emini zwanemu, czyli 
komissarzowi sułtana, któremu się powierza mrre kie- 
sa z pieniędzmi, wielbłąd święty i maekmil, materya je- 
dwabna dla przykrycia Kaaby, podarki coroczne od padi- 
szaha Otomańskiego dla świątyni Mekki. Wyjeidia on 
każdorocznie z Konstantynopola 12 ziężyca Redieba, na 
pięó miesięcy przed uroczystością ofiar* Kurban-bajramem. 
Przyłącza się też do tćj eskorty z łaski sułtana mnóztwo 
osób na koszt rządu. Na drodze karawana codzień się 
zwiększa, tak, ie staje się bardzo wielką, kiedy przyjeż- 
dża do Damaszku; lecz teraz nie pasza Damaszku, a mce- 
król Egiptu przeprowadza tę świętą karawanę do Arabii. 
W podróży każdy obowiązany jest być porfusznym emi- 
rowi pielgrzymki , tak w pochodzie jak i na popasach , a 
przez co zapobiega się nieporządkowi, w takiej ciżbie nie- 
uchronnemu. 

Niepodobna przejechać pustyni bez silnego konwoju, 
wtedy nawet, kiedy karawana jest bardzo liczBą i naj- 
lepiśj uzbrojoną, pielgrzym oddalający się na chwilę od 
od niój, niepochybnie wystawiony jest na rabunek Bedui- 
nów, którzy ją ciągle niepokoją. Żydzi także i Chrzeiści- 
janie w Arabii istotnie dopuszczają się niekiedy łupieztwa. 
Abd-ul-keńm w swojej podróży z ludy i do Mekki, przelió- 
maczonćj i wydanój w Paryżu przez Langlis, mówi na 
str. 173 drugiego wydania: „W okolicach Chajbara, na^ 
sześó dni drogi od Mediny , znajduje się wielu Żydów i 
Chrześcijan , którzy nawet mają za pobożny uczynek ra- 
bować i zabijać, pielgrzymów. Mimo wszelkich roztropnych 
ostrożności ze strony naszego Miri-hadż f niemożoa było 
zapobiedz, aby ci niegodziwcy nieokradli nas, a przy czóqi 

TEKA. N. V. n 



178 90 

zabili trzech towarzyszów podróży. Nasz naczelnik za to 
chciał się zemścić zdobyciem i zburzeniem Chajbara; 
lecz znaczniejsi z pielgrzymów przedstawili mii, że taka 
wyprawa opóźniłaby przybycie karawany do Mekki." 

38. 

Pielgrzymka do Mekki jest przedmiotem bardzo wa- 
żnym w I&lan:iiey i obowiązuje każdego Muslima, który przez 
swe położenie albo szczególne okoliczności niema żadnój 
prawnój przyczjmy do uwolnienia się od nidj. Przykaza- 
nie to zasadza się na czci Arabów i wszystkich ludów 
Musuimańskich, jaką oni mają dla Kaaby wMecce, którą 
uważają za.piórwszy, najwspanialszy i najdumniejszy przy- 
bytek, poświęcony Bogu^ albowiem wzniesiony przez pa- 
tryarchę Abrahama, z rozkazu Bozkiego, na tćm sarnim 
miejscu, gd?ie aniołowie rozpięli namiot, w dniu stworze- 
nia świata , przeznaczony dla czci Najwyższejgo i zwany do-. 
mem Boga. Kiedy Abraham zakładał tę świątynię, anioł 
Gabryel przyniósł mu kamień, na którym w tajemniczych 
wyrazach było wyryte przymierze Boga z ludźmi w osobie 
Adama, z rozkazem umieszczenia tego kamienia w jednym 
z węgłów Kaaby, jako znak zkąd wierni powinni zaczy- 
nać processyę na około przybytku. Zowie się ten kamień 
hadżer-ul-aswad, kamieniem czarnym, z przyczyny swego 
koloru, i był zawsze przedmiotem stałego poszanowania; 
jakoż ogarnął największy przestrach Muslimów, kiedy ka- 
cerze Karamaty zabrali go w 929 r. i przetrzymali go u 
siebie 22 lata. K^żdy też pielgrzym jest obowiązany ca- 
łować ten kamień kilka razy, podług przepisów religijnych, 
czasu obchodu Kaaby. Z Mekki udają się do Mediny, mia- 
sta sławnego już za życia proroka i pićrwszych chalifów, 
jego następców, jako piórwsza stohca państwa Musułmań- 



91 179 

skiego, a bardziej jeszcze dla tego, ie ta spoczywają po- 
pioły samego założyciela Islamu. Chociaż religija niewkła- 
da z tego względu żadnego obowiązku; pielgrzymi jednak 
wracając z Mekki, a szczególniej ci , którzy muszą skie- 
rować drogę na Medinę, oddają w niój hołd grobowcowi 
Muhammeda, zamkniętemu w Turbi czyli kapliczce murowa- 
nej, bardzo prostej budowy i wystawionój na miejscu gdzie 
mieszkała Ajsza, jego najulubieńsza małżonka. Ta kapliczka 
dziś znajduje się na środku świątyni, zbudowanej przez 
chalifa Walida I-go, w takimże kształcie jak i Kaaba Mek- 
ki, wr. 707. 

Musułmanin, skoro spełnił wszystkie obrzędy piel- 
grzymki, hadi^ otrzymuje nazwę Hadi Hadiy^ pielgrzy- 
ma, a która odtąd staje się już jakby przydomkiem, do- 
dawanym do imienia, na całe życie, dla wszystkich wo- 
góle jakiegokolwiek bądź stanu i dostojeństwa, i jedna im 
szacunek powszechny, a dla widoczniej szego odróżnienia 
się od innych tacy pielgrzymi zapuszczają brodę naśladu- 
jąc wtóm przykład Muhammeda. I nasz pielgrzym po 
powrocie z Mekki musiał się też nazywać Hadzy. 



WI.4D0M0ŚĆ fflSTORYCZNA 

O ZAMKACH, HORODTSZGZAGH I OKOPISKAGH 
STAROŻYTNYCH 

NA LITWIE I BOSI ŁITEWSKIĆJ, 

PSZS2 
KaVSTAVTB«0 HB. miSKIBWIOSA. 



UROCZYSKO PANIEŃSKA GÓRA. 

Między wschodem a południem^ w kierunku do zamku 
Łohojskiego, w odległości o pół wiorsty od tegoż zamku, 
znajduje się góra wyniesiona nad poziom o sążni piętnaście, 
u wierzchołka okopana, mająca grzbiet kulisty zawierający 
ośmdziesiąt jeden prętów Litewskich powierzchni, od za- 
chodu jedno wejście przez fossę. 

Góra ta w języku spolszczalym ludu, górą Panień- 
ską^ a często w narzeczu miejscowóm Rusińskióm /Ary- 
sse%em się nazjrwa. Podanie gminne o tój górze, docho- 
wane do dni naszych, jest następne: kiedyś przed laty ja- 
kiś kawaler najój wierzchołku oświadczył się pannie; gdy 
odmowną odpowiedź dostał, pchnął ją z góry tak, iż pan- 
na z niój lecąc kark złamała; od tego 'wypadku góra ta 
jakoby nazwisko Panieńskiej Góry przybrała. Dawniej, przeac 
lat wiele nawet, pobożną litością natchnięci mieszkańcy 
miejscowi, dla których zwykle każda przeszłość jest obo- 



182 70 

jętną, na jej wierzchołku za duszę tój nieszczęśliwej ofia- 
ry miłości, którą zapamiętały wyskok kocłiauka w zapom- 
nieniu się rozpaczliwem o śmierć przyprawił, na Panień- 
skiej Górze krzyże stawiali. Ucłiylając miejscowe poda- 
nie, uroczysko w rzeczy samej jako stanowiące ciekawy 
zabytek dawnej Słowiańszczyzny, zasługuje na bliższe zba- 
danie. Góra t^ jest jedną ? gór Dziewiczych (A^BH^aa 
ropa) tyle znanych w Słowiańszczyźnie przedchrześcijań- 
skiej, Zoryan Dołęga-Chodakowski w swoim Słowniku ge- 
ograficznym ziem Słowiańskich (1) naliczył 79 uroczysk 
w różnych stronach Słowiańskiój ziemi, bądź błot, jezior, 
pól, horodyszcz, bądź wsi i t, d, noszących nazwisko Dziewi- 
czych. W liczbie tych wylicza 11 gór Dziewiczych i 3 
Dziewicze Pola: Dziewiczą górę w Iwań-Grodzie pod Nar- 
wą; drugą nad Wołgą niżój Kazania; trzecią w Wiacki(5j 
ziemi ; czwartą w Korolewieckim' powiecie z prawej strony 
Desny, niedaleko Rajhoroda i na niój ma byó Horodek; 
DiewczyHrady; jest wysoka góra z zamkiem na Murawach. 
Diewicza Hora w Kiryłowskim powiecie na Szekśnie; Die- 
wicz Hora wBobrujgkim powiecie pod Luboniczami; wDu- 
bieiiskim powiecie w Smordwie takaż; Diewicz Horody- 
szcze w Sudzewskim powiecie na ^zece Biol^ powyżój Mi- 
ropola, gd?ie był Mikołajewski Bielogwski monastyr; Die- 
wicze Horodyszcze w Puty wilskim powiecie, „u lewaho bie- 
reha w niż od Kniaziewa*'; Diewkiua Hora między Bałach- 
ną i Jurj6wcem; Dziewicze Pole pod Kołomną, góra o czte- 
ry wiorst od miasta nad Oką; Dziewicze Pole w Moskwie 
u Lużeckiój zastawy, i Dziewicze Pole na Kujawach w Prze- 
deckim powiecie, Błędowskiej parafii. 



(1) SłówDik ten w rękopłśmie złoionym jest w biUijotece Muzeom sta- 
rożytoości w Wilaie. 



Tl 183 

Znamy jeszcze Dziewiczą górę nad Dnieprem pomię- 
dzy Kijowem a Rżyszczewem pod miasteczkiem Trypd. 
W gubernii Mińskiej w powiecie Borysowskim w Kosinie, 
majątku Michała hrabiego Tyszkiewicza, jest uroczysko na- 
zwane Dziewicze Pole, na niem górka niewielka, nazywa- 
jąca się Dziewiczym Kurhanem. Do tego uroczyska jak 
do wszystkich niemal przywiązana jest miłosna legenda: 
Dwaj młodzieńcy kochający się razem w jednf^j dziewicy, 
gdy się o nią pogodzić niemogli, oręi los ich rozstrzygnąć 
musiał. Szczęśliwszy został mężem dziewicy, drugiego zhś 
który życiem swą miłość dla nićj przypłacił, zwłoki jakoby 
ów kurhan pokrywa. 

Pod- Wilnem około Rudnik, dawnćj rezydencyi kró- 
lów, jedna z dwóch odznaczających się tam gór, nazywa 
się Panieńską górą; tamta równie jak i ta, o której mówi- 
my, z upowszechnieniem się w kraju języka Polskiego, z da- 
wnćj Słowiański^ Dziewiczej góry przezwana po-Polsku 
Panieńską, tę nazwę dotąd przechow^ała. 

Od czegoby te góry nazwy Dziewiczych gór przyjęły 
i jakieby na ich wierzchołku dziewice, przedchrześcijańskie 
spełniały obrzędy, narady lub zabawy, dzisiaj z pewnością 
odgadnąć trudno; musisd to jednak być zwyczaj w swoim 
czasie powszechny, urzędowy, uszanowany powagą współ- 
czesnych ludzi, kiedy na takowe dziewic zgromadzanie się, 
usypywano góry, lub obierana osobne miejsca i takowe 
narówni z miejscami ofiarniczemi lub sądowemi uroczyście 
okopywano, albo horodyszczem osypywano. Że na nich 
oprócz narad poważnych przez dziewice odbywanych, za- 
bawy i wesołe uroczystości miejsce mieć musiały, godzi 
się domyślać z nazwania Ihryszcze, jakie góra w mowie 
będąca w miejscowćra gminnćm Rusińskit^m narzeczu do dni 
naszych zachowała. Dotąd w stronach o których mówiipy, 



184 73 

w obyczajach ludowych przechowuje się jedno do roku 
święto dziewic. W dzień Zielonych Świątek, same dziew- 
częta wiejskie zbierają się w jedną gromadę, każda z nich 
przynieść jest obowiązaną przysmak do zjedzenia na jaki 
jdj staio, np. jajat masło, mąkę, piróg domowy, uboższe 
nawet kawał chleba przynoszą, z sobą i tak zaopatrzone 
w wiejskie przysmaki, wesoło ze śpiewami idą na łąki lub 
w lasy dla zbierania ziół polnych i leśnych, tam z przynie- 
sionych z sobą przysmaków wspólną wyprawiają ucztę. 
Między róźnemi ziołami, zbiór sznitki koniecznym jest wa- 
runkiem tój wycieczki, albowiem każda z nich czuje się 
w obowiązku przyniesienia tój trawy do domu dla ugoto- 
wania z tiiój barszczu, strawy, do którój jakaś tajenmica 
tdj uroczystości jest przywiązaną, a którój znaczenia ża- 
dna z nich dzisiaj wytłómaczyó nieumie. W śpiewach we- 
sołych dziewic nieodkryliśmy w poszukiwaniach naszych 
oddzielnych na to piosnek, śpiewają one zwykle pieśni we- 
selne, lub te, których przy żniwach na polu używają, byle 
miały notę skoczną i wesołą. Że góry Dziewicze nietylko 
w dawnój Słowiańszczyznie znajomemi były, lecz że i Ta- 
tarzy takowe nazwania wespół z podaniami gminnemi u 
siebie mają, przekonywamy się ze spisu znakomitszych 
kurhanów w Rossyi, wydanych w dziele Keppena (31), w któ- 
róm on tak pisze: „Carewo Horodyszcze czyli Dziewiczy 
gród — tak nazywają Rossyanie nasyp dziesięć sążni wy- 
soki, położony na południe od rzeki Irtysza pośród nizkich 
śianożęei. Nasyp ten znajomy jest Tatarom pod nazwi- 
skiem Kysym-Tura, to jest Dziewiczego Grodu- Według 
podania tamecznego ludu, nasyp ten, pomnik przeszłych 
i zapomnianych wieków, usypany był dziewiczemi rękami 



(31) CoHCORi HafitCTHlftiOHiiii* RyprafiaMii bi> Poccifl. 



n 185 

na monarszą rezydencyę. Jest i drugie nawschoduini brze- 
gu Irtysza podobnego nazwania uroczysko, w odległości 
dwóch wiorst od Is kiera, gdzie dzisiaj znajduje się wioska 
Preobrażt^ńsk; w niem to ma być pogrzebiona córka któ- 
regoś z chanów, porwana przez kochanka i razem z nim 
przez sług jój ojca zabita.'* 

Jeżeli u Tatarów, narodu tak obojętnego, podobnym 
uro^.zyskom, towarzyszą podania miłosne, dla czegożby wśród 
ludu naszego, który ma niezaprzeczenie wiele rzewndj poe- 
zyi w sobie i w swojem życiu słelskióm, niemialy się wy- 
lęgnąć romantyczne legendy przywiązane do naszych uro- 
czysk? Śledząc zatśm i dochodząc w nich rzeozjrwistej 
prawdy, uszanować nieraz wypada i bajkę, która znJilazia 
swój początek w roraantycznój myśli gminu, która ją w tak 
ładne obrazki ubrała. 

UROCZYSKO ZAMKOWISZCZE. 

Na zachód od zamku Łohojskiego w tejże samej odle- 
głości co i Panieńska góra, lecz w kierunku zupełnie wste- 
cznym, leży uroczysko Zamkowiszcze. U ludu pospolite- 
go wszystko cokolwiek od czasów starożytnych okopanym 
pozostało, nazywa się ogólnym wyrazem Zamek, wszystko 
ma u nich swoje tradycyę, wszystko ma podanie gminne 
bądź uroczyste., któremu towarzyszą jakieś zawsze zaklęte 
duchy lub tajemnicze bogactwa, bądź romantyczne, w któ- 
rych miłość gra znamienitą rolę. Do badacza więc należy 
rozeznać prawdę od zmyślonej bajki. Uroczysko w mowie 
będące, w pośród pięknych krętych i tak nieforemnie kształ- 
tnych gór umieszczone, wznosi się od strony wschodniśj nad 
poziom o sążni dwadzieścia dwa, na zachód o sążni dzie- 
sięć wzniesione nad pochylą i ciągnącą się długo wgłąb' la- 

TEKA. N. y. tk 



188 U 

8U, górą; ma ono w sobie wszystkie charaktery sądowego 
okopiska. U wierzohoika na północ, zachód i południe 
fossą jest oprowadzone; od wschodu tylko stroma i spa- 
dzista góra, od wierzchołka na dół spuszczona w pewnój 
7)rzestrzeni, snadź osuwając się z czasem okop przerwała; 
od południa jest foremne wejście, grzbiet wypukło ku- 
listy, mający powierzchni sto dwadzieści cztery pręty Li- 
tewskie, Lubo podanie gminne miejscowych ludzi, prze- 
chowane pośród nich jako spuścizna po ich dziadach i pra- 
dziadach, utrzymuje, iż na wierzchołku tej góry przed laty 
był zamek murowany, z którego cegłę rozebrano i rozcią- 
gnięto pokryjomu na osobiste potrzeby mieszkańców mia- 
steczka Łohojska, ie dzisiaj nawet żyjący mieszkance sa- 
mi z fundamentów tego zamku jeszcze przywozili do do- 
mów swoich szczątki cegie! i gruzu; wszakże przy ści- 
słym zbadaniu tego uroczyska, gdyśmy go skopali we 
wszystkich kierunkach na miejscach wskazanych przez tych 
nawet włościan co sami powiadają, iż z fundamentu ruin zam- 
kowych cegłę wydobywali, nic podobnego do fundamentów 
odkryć nam się nieudało. Dwie wklęsłości przy wejściu na to 
okopisko, jako stanowiące niezwyczajną w lu^oczyskach tego 
rodzaju różnicę, dawały nam powód do domyślania się, iż one 
są temi miejscami wydobytych szczątków fundamentu, na 
którym stała ta murowana budowa, o którój mówią podania . 
ludowe* Skopaliśmy obie z największą szkrupulatnością — 
i lubo uieodkrylismy wuich najmniejszych śladów fundamen- 
tu; wszakże wydobyte ztamtąd w wielkiej liczbie drobne 
kawałki cieókiój glinianój, wypalonej substancyi, jedne jak- 
by szczątki potłuczonej dachówki, inne jakby resztki po- 
bitych garnków, domyślać się każą, iż w późniejszych dar 
leko czasach od tój daty kiedy to okopisko za miejsce 
sądowe służyłot a w odległych jeszcze bardzo od pamięci 



75 187 

żyjących dzisiaj ludzi, mogły tam byó garncarskie piece, 
dla wypalaoia garnków lub dacMwek* Tej wprawdzie osta- 
tniej, aby kiedy używano na pokrywanie dachów tak w mia- 
steczku Łohojśku, jako i w okolica.ch j,ego^ śladu mema; 
nieid^ie jednak zatem, aieby pamięć ludzka w idących po 
5obie pokoleniach każden drobny szczegół, których ślady 
czas tak prędko niszczy i zaciera, prz^echowad umiała. 

ZAMEK WE WSI RIJDNI. 

Na wschód od zamku Łohojskiego , w prostym^ kie^ 
runku o cztery wiorsty od tego zamku , przy wsi Rud- 
ni, należącej do dóbr Łohojskich* na lewym brzegu rzeki 
Hajny, która te dobra od zaehodu na wschód w poprzek 
przeply wa» na wzgórzu samorodnóm^ nokajjącćm dwadzieścia 
sążni wysokości, leży obszerny,, starożytny zamek, którego 
dawae kształty w zupeiaości pomimo tylu wieków dochowały 
się do czasów naszych. Od południa strzeżony przez rzekę 
Hajnę i błotniste j.ój brzegi; od północy obwarowany głęboką 
na dwanaście^ a szeroką na dwadzieści sążni £o8są, ma obron- 
ną na sześć sążni szeroką ptatConuę, nad którą wznosi się 
na dziesięć sążni w pochyłości szaniec obronny^ okrywa- 
jący kotlinę; ku prawej strome zamku wśród fossy, ze źró- 
dła tam znajdującego się^ wypływa do rzeki Hajny mały 
nio aiearuaezący strumyczek.. Powierzchnia kotliny w nim 
jest trzy razy prawie większą od kotliny zamku Łohoj- 
skiego, ma ona albowiem trzy morgi i dwieście trzydzie- 
ści sześć prętów Litewskich powierzchni; dzisfaj w pote 
zamieniona, uprawianą j'est pFzezwłościaB obokległćj wio- 
ski. Na jej powierzchni znajdują się dwie gfębokie jamy 
Icjkowatćj formy, leszczyną, wierzbą,, młodym dębem^ cze- 
remchą i brzozą wewnątrz zarosłe^ ostatnie ślady budowli 



188 76 

należą^^ych niegdyś do starożytnego zamku. Wposzukiwa- 
niac.h naszych, dokonywanych nad tym zamkiem w celu zba- 
dania i odkrycia szczątków odległej na nim przeszłości, z naj- 
wit^kszą szkrupulatnosiią sk< palismy te dwa otwory. W pierw- 
szym mającym obwodu w nieforemnym prostokącie sążni 
trzydzieści z górą, na trzy sążni głębiny, okazała się warstwa 
ziemi czarnt5j napływowej, uformowanej przez odw^ieczne do 
nidj ścieki i coroczne opadanie liści z drzew, któremi ten ot- 
wór jest zarosłym. Warstwa ta czarnej ziemi grubą była na 
sążeń, po zdjęciu którdj natrafiono na pokład ułożony z do- 
syć sporych kamieni mających płaskie brzegi, składanych 
z sobą tak, aby jeden przystając z drugim szczelną sta- 
nowiły podstawę; miejscu gdzie te kamienie niedosyć szczel- 
nie przystając do siebie czyniły szparę , takową znale- 
źliśmy wkażdem miejscu starannie założoną i mocno za- 
bitą drobniejszemi samorodnemi kamiennemi płytkami, lub 
małemi kamieniami; nigdzie wżadnem miejscu wapno, ani 
żaden inny łącznik niespajat owych kamieni z sobą. To 
podmurowanie odkopane pod ziemią stanowi ciekawy za- 
bytek sztuki budowniczej w starożytności w tym kra- 
ju : rzuca albowiem niejakieś światło na sposób, którym 
przedchrześcijańscy ludzie, przed umiejętnością użycia wa- 
pna w budownictwie, tę potrzebę tak mozolnem dobieraniem 
kamieni załatwiali. Po śeisłem zbadaniu i dokładnem obejrze- 
niu fundamentów, stanowiących niegdyś podstawę istniejącej 
tutaj budowy, gdy nam nic więcej się nieodkryło prócz słabój 
wskazówki o sztuce mularskiej w starożytności, postanowili- 
śmy pójść głębiej w ziemię, azali pod tym pokładem kamien- 
nym nieznajdziemy czegoś więcćj coby ciekawość nasze 
w badaniach przedsięwziętych zaspokoić i nauczyć nas mo- 
gło. Pod zdartym kamiennym fundamentem, na twardej 



77 189 

już ziemi piasczystego pokładu, na giębinie niewięcćj o ło- 
kieć jeden znaleźliśmy dziewięć kawałków niewielkich od 
pobitych żaren, tego kształtu jakiego dzisiaj włościanie do 
niełcia zboża użjrwają, tylko nieco nieforemnićj od żaren 
dzisiejszych wyrobione. Pod temi żarnami odkryliśmy ka- 
wa! kamienia krajowego szarofijoletowej barwy, mające- 
go jeden bok doskonale wyszUfowany i wypolerowany* 
Obok tego leżały na piasku cztery z^by na trzy cale dłu- 
gie, a na jeden cal prawie w kwadrat grube, mające w so- 
bie po cztery komórki, nieznanego nam zwierzęcia; war- 
stwa węgli, zwykle wszystkim wykopalij?kom towarzysząca 
w starożytności, mieszała się z temi szczętami;. Znalezio- 
ne szczątki żaren naprowadzają nas na domysł czysty i na- 
turalny , że w mowie będą ^a jama mogła być miejscem 
młynów zamkowych. Zachowanie tych szozą^ików tak głę- 
boko pod podstawą kamienną istniejącej niegdyś budowy, 
jakąby miało tajemnicę, odgadnąć nieumiemy: nigdzie bo- 
wiem nam się czytać , ani słyszeć nie zdarzyło , aby sta- 
rożytni przedchrześcijańscy ludzie dla kamieni młynowych, 
szczególniejszą cześć mieli. Goby miał znaczyć ów kamień 
szlifowany i te zęby nieznanej nam całkiem formy, przy 
nim złożone, ukryte pod szczątkami młynowych kamieni, 
.domyśleć się jeszcze trudniej. Że chowanie kamieni mły- 
nowych wespół z zębami żwierzęcemi w starożytności, mia- 
ło jakiś symbol tajemniczy, jakąś myśl, dzisiaj niezbada- 
ną, domyślamy się ztąd, iż owe żarna , o których mówi- 
my, nietą odkryciem wyjątkowćm u nas, lecz były snadź 
niejakim obrzędowym zwyczajem ogólnie używanym 
w starożytności i w innych krajach t kiedy w roku ISSł 
podobne wykopahsko odkryto w Szwajcaryi. Doktor Von- 
ger w jednem z pism naukowych Francuzkich zamieścił 
swój artykuł pod tytułem: Antiąuiies Celtiques des lacs 



190 78 

de laSuisse, w którym pisze, iż silna zima r. 1853 i 54go 
sprawiła wyschnięcie wielu iródel i strumyków, praez co 
jeziora Szwajcarskie , podsycane niemi, opad?y. Szcze- 
frólijie jezioru w Zurioh zmniejszyło eię jak nigdy niepa- 
miętają. Woda opadlszj- o a^ayla kawał przestrzeni ziemi 
na dnie jeziora, z cz go korzystając mieszkańcy, postano- 
wili nową groblę urządzić, aby raz osuniętą wodę nłep\>- 
ś^ić w dawne miejsca, a tem sam^m uzyskać trochę zdat- 
nt^j do uprawy ziemi. Wzniesiono więc groble na doie 
jeziora w Oberwejlen, a przy braniu ziemi zaraz pod zwierz- 
chnim pokładem na mielisku odkryto w głębokości jednaj 
do dwó.?h 6<op, wierz hy stary eh pileiow, rogi jelenie i 
różne narzędzia. Po tem odkryciu Towarzystw© staro- 
żytn'^^ sci w Zurich wydeK*gowa'o dla bliższego zbadania 
rzeczy na miejscu, członka swego doktora Keller,^ i ogło- 
siło o tem swe sprawozdanie. 

Owoż z pośród mnóztwa naczyń kamiennycłl i żelaz- 
nych, pił kamiennych tam odkopanych, znaleziono również. 
w tem miejscu i mafe żarna do mełcia zboża i różne 2^ zę- 
bów zwierzęcych i kości przyrządy (1). 

Starożytoi, jak wiemy> miełi zamiłowanie w przeno- 
śniach , figurach i podobieństwach, i prze^ takowe myśli 
ewoje i pojęcia najuroczystsze o rzeczach symboficznfe 
tlómaczyć zwykli: — być może^ 12 żarna do mełcia zboża^ 
jako narzędzie, ułatwiające wyżywienie dla ludzi, po jego» 
starciu się łączyli z zębami żwierzęcemi, jako podobniei 
narzędziem, ufatwiającóm spożywanie pokarmów, łączy Bk 
z sobą i połączone z poszanowaniem na pamiątkę razenk 
okładali w głębokiśm i spokojnóm ukryciu. 



(1) O wykopaliskach Lezajskiclr, rzecz arcfieofo^^czna pnez Karała Ro- 
galskiego. Kraków, w drukarni Czasu, r. 185&, str. 60» 61, 62. 



n 1»1 

Jakkolwiek bądź, my A ta Łajemiiieza dla nas, aiebyla 
jak przekonywamy się z wyżćj zacytowanego poszukiwa* 
nia, wyłączną myślą mieszkańców Słowiańskiej tylko ziemi 
w starożytności, lecz ją zarówno z nami pojmowały i uprą* 
wiaiy pokolenia Celtyckie. 

Kamień szlifowany ułamek od żarna i ząb jeden z wy« 
kopanych przez nas, złożyliśmy w Muzeum Wileńskićm; 
resztę zaś kamieni młynowych i zęby pozostałe zachowa* 
lismj w naszym zbiorku starożytności krajowych. 

Druga jama nieco mniejsza od pierwszej , położona 
tuż pod szańcem obronnym, była podobnież miejscem bu- 
dowy w czasach wąjenoego istnienia tego zamku w sta- 
rożytności* W tej, równie jak i w pierwszej, pod warst- 
wą nienmiej grubą czarnej napływowej ziemi , odkryliśmy 
podobnąż pierwszej kamienną podstawę; lecz pod nią nic 
nieznaleziono, wyjąwszy bryłowatego kawałka pordzewia- 
łego żelaza, mającego trójkątną spiczastą formę, jakby ko- 
niec od rolniczego narogu, lecz daleko węższej formy od 
oarogów używanych dzisiaj. 

Włościanie najstarsi przyległej wioski, badani przez 
nas o podania ludowe o tym zamku, nic nam więcćj po- 
wiedzieć nieumieli nad to, iż to miejsce od wieków zam- 
kiem się nazywa, ie słyszeli od ojców swoich, iż ono kie^ 
«ly9 porosłe było starożytnemi dębami, które gdy na klep- 
ię wyrąbano, pozwolono im natóm miejscu wyrabiać pa- 
sieki na pole ; że ojcowie ich słyszeli od swoich ojców» 
iż jakoby przy pierwotnćm oraniu pasieki na połę, wyo- 
rywADO na <ym zamku obręcze żelazne od kół, niekiedy: 
zdarzało się łańcuchy żelazne wyorywać. Taką przecho- 
wali oni tylko w podaniu po ojcach swoich wiadooKiść: 
alł>owiem dzisiaj żyjący ludzie, uprawiający kotlnę zamka 
aa pole, sami nic podobnego nigdy niewyorali, Zamek o 



in 80 

którym mówimy, niema żadnych wspomnień historycznych, 
ani w dziejach piśmiennych, ani nawet w podaniach gmin- 
nych; zanadto blizko po!ozouy od zamku Łohojskiego, nie- 
podobna aby w starożytności składał oddzielną xiążęcą 
dzielnicę. Gdyby tak byó miało, niechybnie w 1128 roku 
Izasiaw przez ojca swego Mscislawa posłany na zawojo- 
wanie ziemi Krywiczan, gdy dobywał zamku w Łohojsku, 
byłby ten zamek również oblegał i szturmem dobywał, a 
historya niebyłaby tśj wyprawy przemilczała. Lecz po- 
dobniejszą do prawdy zdaje się być rzeczą, iż te dwa zam- 
ki, Łohojski i przy wsi Rudni z sobą połączone, broniły 
jednej i tejże samej dzielnicy, i stanowiły siłę i twierdzę 
jednego zamku pod nazwą Łohojskiego, w dziejach zna- 
nego. Ztąd zaYnek przy wsi Rudni rozdzielając tak swą 
świetność jako i niepowodzenia swoje wojenne z zamkiem 
Łohojskim w starożytności, wspomnienienia historyczne 
z piór wszy m podzielić zdaniem naszćm powinien. 

ZAMEK PRZY WSI S WIDNIE. 

Jak już wyżćj rzekliśmy, wszystko cokolwiek po- 
stać nawet okopów starożytnych na sobie nosi, w języku 
ludu , a przez powtarzanie i w mowie wyksztalceószych 
ludzi. Zamkiem się u nas nazywa. Myśmy nieod»tę- 
pując tego powszechnego prawidła we wstępie pracy 
naszćj tę nazwę wszystkim uroczyskom naszym nadali; 
w bliższćm atoli ich zbadaniu i w szczegółowym rozbio- 
rze tych uroczysk, zadaniem jest naszćm po charakterach 
na nich pozostałych odkryć i zdeterminować ich przezna- 
czenie w starożytności. Zamek przy wsi Świdnic, na pra- 
wym brzegu rzeki Hajny leżący, przy ujściu do niej stm- 
mienia bez nazwiska, na wschód od zamku przy wsi Rud- 
ni o wiorst pięć w prostćj linii, położony na stromćj gó- 



81 193 

rze, mający oamnascie^ sążni pochyłości, od wschodu dwó* 
ma fosami na sążni pięć szerokiemi zaopatrzony, ^d za- 
chodu walem na pięć sążni w pochyłości zabezpieczony, 
mający ośmdziesiąt dziewięć prętów Litewskich kotliny, 
jest czystćm horodyszczem ofiarniczćm. Czas i ludzka 
ręka od"^ południa » gdzie przypierają wioskowe ogrody, 
opsula trochę jego pierwiastkową formę; lecz gdyby i tój 
cechy nam brakło na zadeterminowanie w nim charakteru 
horodyszcza , znajdziemy tę pewność niechybną w tćm, iż 
ono od niepamiętnych wieków służy na cmentarz wioskowy. 

W starożytności, ludzie chcący uczcić pamięć miejsc 
przeznaczonych dla spełniania religijnych obrzędów po 
przyjęciu wiary chrześcijańskiśj, by przedłużyć pamięć 
miejsca świętego, stawiali na nich bądź świątynie nowemu 
Bogu poświęcone^ bądź uświęcali takowe przeznaczając je 
na miejsce wiecznego spoczynku. Ztąd to w badaniach 
archeologicznych do zdeterminowania ofiarniczych horo- 
dyszcz 9 kościoły , cerkwie i cmentarze w okopiskach 
umieszczone, stają się niewątpliwemi do tego wskazów- 
kami. Według podania gminnego, na tćm horodyszczu 
mają się ukrywać jakieś zaklęte skarbjr; wiele ludzi ta- 
kowe widziało ukazujące się w postaci przelotnych, skaczą- 
cych przed wzrokiem człowieka płomyków. Żaden z mie- 
szkańców tćj wioski, chciwych do odkrycia owych tajem- 
niczych skarbów, niemógł zbadać miejsca gdzie one są za- 
kopanemi: albowiem za zbliżeniem się do tego płomyka, 
I^omyk się oddalał i odprowadzał za sobą skarbów chci^ 
wego człowieka daleko za to horodyszcze i. tam niknął 
w powietrzu. Podanie podobne o zaklętych skarbach, uka- 
zujących się oczom ludzkim w postaci płomyka, niesą ści- 
śle przywiązanemi do tego tylko horodyszcza; lud prosty 

TEKA N, V, W 



194 82 

powtarza je i stosuje do wielu bardzo uroczysk mających 
swoją wiejskie podania. 

ZAMEK PRZY WSI DOBRYNIEWIE. 

Na północ od zamku Łohojskiego w prostej Unii o 
wiorst pięó od tego zamku, na lewym brzegu rzeki Hajny, 
pomiędzy Dobryniewem, wioską niegdyś należącą do ple- 
banii Bzymsko-Katolickiój Łohojekiej, dziś zaś skarbową, 
a folwarkiem Kuziewiezami należącym podobnież przed 
laty do składu dóbr Łohojskich, dzisiaj będącym dziedzicz- 
ną własnością obywatela P. Poźniaka, przy samym gościń- 
cu wiodącym z Łohojska do Dolhinowa i Wilejki, pośrod- 
ku pól uprawnych, wznosi się o sążni dziesięć nad poziom 
góra lasem porosła, u wierzchołka oprowadzona fosą, ma- 
jącą cztery sążnie szerokości; przez nią od południa wchód 
na j^j wierzchołek kulisto zakończony, mający powierzch- 
ni czterdzieści ośm prętów Litewskich, na którym się znaj- 
duje cmentarz wioskowy. Pomiędzy włościanami przy- 
ległej wioski dochowało się dziwaczne podanie gminne o 
tym zamku, które oni opowiadają następnie: Miała być na 
im miejscu przed laty cerkiew'; ta niewiadomo z jakich powo- 
dów wpadła w ziemię i długo bardzo potom słyszano od- 
głosy dzwonów tój cerkwi pod ziemią. Na przedłużeniu 
gościńca o kroków dwieście od podnóża góry, na grobel- 
ce tam znajdującej się, jest mały mostek; przy tym mo- 
stku przechodzący ludzie widywali jakoby leżącego żoł- 
nierza, przy nim był pies i fura pełna pieniędzy. Żołnierz 
każdego przechodzącego przez ten mostek zatrzymywał pro- 
ponując mu aby mu dał trzy dusze, poczóm wóz z pie- 
ni^jdzmi do niego będzie należał. Gdy żaden z przecho- 
dzących ludzi, mając sobie objawione to żądanie, niemial 
trzech dusz do dania żołnierzowi, pieniądze z żołnierzem 



83 195 

zuikaiy w oka mgnieniu. Ustab to widmo z czasem, bo 

t 

gdy żołnierz nieznalazl człowieka z trzema duszami, prze- 
stał się im poŁ:az}wać; lecz to zjawisko miało być jakoby 
przepowiednią, iż na tym zamku n«ogilnik dla wio«ki zało- 
żyć wypadało , i odtąd włościanie przyległych dwóch wio- 
sek grzebać się na nim poczęli.* Lubo to jest wskazówką 
niemylną w poszukiwaniach archeologicznych, iż kościoły, 
cerkwie i cmentarze stawiane na wierzchołkach dawnych 
uroczysk, stanowią cechę ofiarniczego horodyszcza; wszak* 
ie w zadeterminowaniu pod rozbiór wziętego uroczyska, 
przyjdzie nam odstąpić od tego prawidła ogólnego. Po- 
wierzchnia jego kulista, na niej najmniejszego śladu kot- 
liny; pomimo iż mogiłami jest pokrytą, zdaje się nam no- 
fiić niewątpliwe cechy okopiska sądowego w starożyt- 
ności, i za takową w badaniach naszych tę górę podajemy. 
Mogła ona stanowić wyjątek z prawidła ogólnego w sta- 
rożytności; przy przemianie pojęć religijnych, gdy sienie- 
znajdowało blizko tćj posady ofiarniczego horodyszcza, a 
Łylkb okopisko sądowe, być może, iż na nićm się grze- 
bać zaczęto. Im więcej się zagłębiamy w badaniach na- 
szych, im większego doświadczenia i dojrzałości w tym 
przedmiocie nabywamy, tćm mocnićj przekonywamy się^iż 
charaktery horodyszcz i okopisk starożytnych zadeter- 
minowane przez nas we wstępie do tćj pracy, nabierać za- 
czynają coraz większej powagi i prawdy. Horodyszcza 
ofiaraicze nie bez przyczyny miewały kotlinę: gdzie znicz 
gorzał wiecznie, a lud do istnienia jego przywiązywał za- 
bobonną wiarę, tam go trzeba było okrążyć wałem, aby 
wiatry ognia niezgasiły, a burze nierozniosły jego szcząt- 
ków; trzeba jeszcze było go uczynić niewidzialnym, ta- 
jemniczym, a przez to ludowi religiji^ą cześć mu oddają- 
cemu, uroczystym pokazać, — wały gojotaczające, temuwa- 



196 84 

ruDkowi sadosyć czyniły. Okopisko sądowe całkiem prze- 
ciwnemu powołaniu poświęcone, innych zupełnie do wy* 
peiniauia swćj czynności warunków wymagało: sądy pu- 
bliczne, wyroki ^ośno ludowi ogłaszane, potrzebowały miej- 
sca czystego, odkrjrtego na wszystkie strony, aby wybra- 
ni tę czynność spełniający od ludu widzianymi i słyszal- 
nymi byó mogli; kulista zatóm powierzchnia wyniosłćj gó- 
ry, nie co innego jak okopisko sądowe 9 tak naturakie i 
tak stosownie do swego przeznaczenia wyrażała. 



PIŚMIENNICTWO W W. X. POZNAŃSKIEM OD R. 1850 

I CHARAKTER TEGOŻ W POPRZEDZAJĄCYCH ŁATACH, 



PRZBZ 
▲HTOWnMO BXAiJM)KIB«0. 



W obec gwarliwego ruchu, skwapliwej pracy, któryeh 
w ostatnich kilku latach dawały dowody na polu literac^ 
kićm inne prowincye nasze — zacząwszy od przewodniczą- 
cej pod tym względem Warszawy, a stopniując potćm Lwów, 
Kraków^ Wilno — na samym końcu Poznań umieścić przy- 
pada. Wprawdzie drukarnie jego także niepróżnowaly; wy- 
syłały różne płody, ale niebyły to owoce myśli i pracy 
w obrębie prowincyi. Z publikacyj w tych czasach ogłoszo- 
nych, niemożna bezwzględnie wyciągać wniosku o rozwo- 
ju, kierunku i sile umysłowego kształcenia się prowincja 
Poznańskićj. Nadesłane z innych stron, czekały tylko nie- 
jako przytułku tutaj, korzystając z łagodniejszych praso- 
wych przepisów. Z pomiędzy xiążek w ostatnich siedmiu 
latach ogłoszonych w Poznaniu lub Lesznie, może i poło- 
wa niebyła napisana przez miejscowych autorów. Wła- 
ściwego ruchu literackiego, można powiedzieć, że niebyło 
wcale — a przynajmuićj był mało znaczny; więcćj to ruch 
xięgarski , ruch handlowy, któremu w części dogodnićj tu 



198 2 

się było rozwijać, a który znalazł równie czynnych i chę- 
tnych nakładców jak gdzieindziej. 

Oddzielając zatóm w epoce 1850—1857 objawy umy- 
słowój pracy pochodzeniem swem do innych prowincyj na- 
leżące, tu obywatelstwa tylka szukające, od mających isto- 
tnie prawo Poznańskiemi cię na?wać, — zastęp tych ostatnich 
uka^e się bardzo szczupły, a co więcej nieświecący żadną 
potęgą siły, kierunku oznaczonego czy to zbiorowo, czy 
pojedyiV3?o, Opioije publiczne, specyalne nauk gałęzie, 
niemająo. organów swych w dziennikarstwie nieistniejącem 
prawie — nienaogły się dal|śi rozwijać i kształcić: — w sku- 
tek tego mysi powszechna, nieznaj dując skupienia w pu- 
blicznej jakiejś pracy, odwróciła się i zainknęła w ciaśniej- 
szym obrębie ly^cia domowegc?; — tam też sspukaćby nale- 
gało obrazu charakterystyki tych lat, — gdy b^ widowni pu- 
blicznej, w literaturze, zgromadzeniach i wszystkich zbio- 
rcwych robotach ani prawdziwego, ani dość wyraźnego zna- 
leźć niemocna. Pacę pi3m peryodycznych wt^j epoce wy- 
chodzących ani były wyrasiem irzeczywistych potrzeb pro- 
wiijcyi, ani im zadość czynić mogły;, pojedynczo ogłasza- 
i\e prace \y najroajinaitszych, przedmiotach, z różjaą pomy- 
ślane i wykonane zdolnością, przyjmowane były dość obo- 
jętnie, a, same dpwodziły rozproszenia się ipysli w drobnych 
odłamach, nieumiejącśj czy niechcąc^j. stosować się. do 
potirzel?; ogółu i i\iem zawiadywać. Z historyk, literatury 
pięknćj,/ filp^pfii, arqheologii,^ nauk przyrodzonych, rzuco- 
no tego i owego pprtrochu w różnych 4ozaoh — co kto miat 
pod ręką; — lecz ogólnie w tem wszystkiem tfudnp dostr^cdz 
jakiejś analogii mych , ciągu pewnego, i stale przeprowa- 
dzonego. Uderza mianowicie przebijające się wszędzie znu- 
żenie, odrętwiałość, ciężkość: tu i ówdzie strzeli jakiś blask 
żywszy, jakaś myśl gorętsza, zdolniejsza — lecz w szybkim 



3 199 

przelocie ani do dalszego rozwoju zmierza, ani wrażeniem 
śladu po sobie niezostawia. W ogóle charakterystyka tych 
pięciu laty owiana pewną duszną, tłoczącą atmosferą — mę- 
czące tylko sprawia uczucie. 

W najświeższych czasach, od roku może lub więcdj nie- 
co — spostrzedz się daje korzystniejsza zmiana. Rozbudza 
się umysłowe życie, wstaje ze spoczynku, krzątać się za- 
czyna i rokuje nadzieję, że po przydluższdm tóm milcze- 
niu i wytchnieniu, rozpocznie datój swą czynność kolo 
uprawy wlasnćj roli. Nieznaczne, słabe wprawdzie te ob- 
jawy wiosennego drżenia — lecz dojrzeć je przecie nietru- 
dno. Oto od roku zawiązane towarzystwo przyjaciół nauk 
w Poznaniu, choć o wątłych siłachi ki^ząta się jednak gor- 
liwie i wiele obiecuje. Od dwóch lat przybyto jedno pi- 
smo peryodyczne; — istniejące przed nićm dążą do coraz 
większego udoskonalenia się; — kilka dobrych xiążek wy- 
szło z pod pióra miejscowych pisarzy; — powstają nowe za- 
kłady naukowe i pobożne; — w stowarzyszeniach nawet ta- 
kich, które zabawę głównie dotąd na oku miały, przewa- 
żać zaczyna wpływ intelligencyi, jak np. w resursie Po- 
znańskićj (tak zwanćm kółku twoarzyskiem)^ gdzie co po- 
niedziałek odbywają się całą zimę odczyty naukowe, na 
które Uumnie publiczność uczęszcza. Myśl ogółu zdaje się 
tedy szukać jakoś drogi poważniejszćj, pożyteczniejszo] — 
obiera środki do tego najstosowniejsze: wzajemnego zespo- 
lenia rozrzuconych sił. Słowem wglądnąwszy głębiej w o- 
becne życie umysłowe prowincyi Poznańskićj, pocieszające 
można wynieść przekonanie — a to tćm bardzićj, że jedno- 
cześnie stosunki życia materyalnego bardzo zachwianei do- 
tkliwe i trudne, niewpłynęły jednak na tamte tak szkodli- 
wie, jakby tego słusznie obawiać się było można. 

Zanim przystąpimy do sprawozdania więcej szczegó- 



200 * 

lowego, do bliższego przejrzenia objawów literatury po- 
wyższej epoki 9 wypada nam koniecznie udowodnić a ra- 
czej wyjaśnić rzuconą o nićj w ogólnych słowach chara- 
kterystykę. Wskazane powyżój symptomata, koniecznym 
są bowiem wypływem poprzedzających je stosunkówi oko- 
liczności, wydarzeń. Ooe to przygotowały je nieodwołal- 
nie. Dla zrozumienia przeto stanu rzeczy obecnegOi dla 
wytłómaczenia go sobie jak należy, zapoznać się pobieżnie 
przynajmniej trzeba z czynnikami, które na niego tak po- 
tężnie oddziałały. Inaczój mówiąc trzeba się nam cofnąć 
kilkanaście lat w przeszłość i jednćm spojrzeniem powziąć 
pojęcie o charakterze, kierunku i donośności zasług pi- 
śmiennictwa tego czasu, oddzielić wpływy zewnętrzne od 
samodzielnego usposobienia i rozwoju, oraz ocenić i roz- 
trząsnąć warunki, pod któremi się kształciło i krzewiło; je- 
dnym pociągiem pióra, jednym słowa potokiem odsłonić 
całość obrazu; ze wszech stron ukazać jakie farby na pę- 
zel nałożono, jaka ręka nim wiodła, jaka gra świateł i cie- 
ni na malowidło się złożyła : jaskrawy i różnobarwny to 
obraz- burzliwy i kipiący całą, pełnią życia ferment! Z nie- 
go jednak wychyliła się świeża przeszłość i to położenie 
rzeczy, które obejrzeniem tamtego wyjaśnić zamierzamy. 
Wielką trudność tego zadania, zawiłość samćj kwestyi, 
drażliwość jćj — czujemy ze wszech względów. Są to rze- 
czy, które, by dokładnie, należycie zbadać, obszernćm dzie- 
łem ledwie objąćby można; są to chwile zbyt nas blizkie, 
aby z całą spokojnością o niejednćm sądzić się dało; — sto- 
sunki, wypadki zbyt świeże, zbyt drażliwe, aby o nich 
z całą swobodą rozszerzyć się można. Wbrew chęci trze- 
ba o niejednem zamilczeć, niejedno ledwie dotknąć, od od- 
słonienia prawdziwych sprężyn ruchu się powstrzymać; — 
w końcu ;Baś| trudność zadania podnosi jeszcze wiele dla 



5 201« 

nas samych ta okoliczność, ze w owym czasie aniśmy 
w prowincyi Poznańskif^ przebywali, ani do stosunków i 
wydarzeiS chwil owych ręki własnej przyłożyć mogli. Cho- 
ciaż zyskuje się może w takim razie na latwiejszćj może- 
bnoćci wyrobienia sobie trzeźwego sądu; wszakie z dru- 
giej strony niezawodnie traci się na eile żywego pojęcia, 
gdy się akcyi obecnym niejest, gdy fakta w daleko roz- 
proszonych wiidomościach zbierać potrzeba, gdy wrażenia 
odbiera się z martwych liter a nie wprost z niemi aię sty- 
ka. Różnicę taką przyrównaćby można do znajomości czło- 
wieka, z którym się wiele lat razem spędziło, a do znajo- 
mości zabranćj z nim po odczytaniu napisu grobowego ka- 
mienia, co życie jego poświadcza. 

Znamy więc dokładnie trudności towarzyszące podje-' 
ciu zadaDia, którego jednak uniknąć w naszej pracy było 
niepodobieństwem. Otwarcie i szczerze wyliczyliśmy je, 
choćby dla usprawiedliwienia się w razie, gdyby mima wie- 
dzy pomyłka jaka wcisnąć się miała; podnieśliśmy je choć- 
by dla całego uznania ważności chwili owśj, którem prze-^ 
jęci jesteśmy, dla zwrócenia uwagi na nią pióra zdołniej* 
f>zego, jeżeli niezaraz to w najbliższej przyszłości pozwala- 
jącej traktować ten przedmiot w caićj rozciągłości i z całą 
swobodą. 

Pomimo tego niewahamy się spróbować sił własnych — 
w g^nicach i rozmiarze właściwym. Piszeifty rozprawę 
tę. wyłącznie' dla Teki Wileńśkićj i dla najbliższych jćj czy- 
telników. Zdaje nam się, że wiele względów niepozwa* 
la dotąd o wielu kwestyach traktować w pismach na Li- 
twie rozpowszechnionych : w nadziei , że rzucimy nowe 
awiatło na część piśmiennictwa naszego, tj^m przynajmnićj 
czytelnikom, którzy z nićm wprost zapoznać się niemoglł— * 
na skreślenie poniższych słów kilku odwazjii^^^my się. 

TEKA N. V. 16 



102 6 

U. 

Bolesna cisea, co prxed dwudziestą sześcią laty pię- 
koy, szeroki kraj nasz owiała, wszyetkiemi stosunkami ży- 
cia publiczx>ego i domowego jednakowo zawładla^ na wszyst- 
kie ten sam wpiyw wywaria. Jak w Alpejskich krainach^ 
gdy z szczytów gór se złowrogim hukiem i szalonym pę- 
dem straszne zesuną«ię śniegów lawiny^ — ]»*zykryją wszyst- 
ko w dolinie co żyio i kwitło jedną ciężką powloką — nie- 
me, martwe zapanuje milczenie: — tak i pod on cza^ głu- 
cho byk) w kraju naszym od granic do gramc , bo równie 
śnieżną zawi^'ą pomiótł wicher wokoło i przysypał wszy bt* 
ko. Zaskrzepła krew* w sercu, wstrzymał się oddech wpier^ 
si i zastanowiły bieg swój całego organizmu płyny* Na 
ziemi i wśród ludzi uroczyste* poważne milczenie zaległo, — 
milczenie, które szanować należało. 

I ta część Wielkopolski którą dziś xięztwem Poznań- 
skiem zowiemy, zawtórowała oddźwiękiem, na który cale-* 
go kraju akord był się nastroił* I tu podobnie jak gdzie* 
indziój, w obec ciężkiój katastrofy nastąpiła zupełna stagna* 
cya w życiu publicznóm, prywatnóm, — w^e wszelkiej pracy 
co ży wolniejszego ruchu żądała « co silniejszego popar- 
cia, swobodnej myśli wymagała. W wyniku tym i na po- 
lu piśmiennictwa powstała próżnia, zeszli z posterilnków 
swych czujni stróże rozwoju nąyśli powszechnej , zadmu- 
chnęli lampy swoje — a tylko słabe dymy ich snuły się 
przy ziemi. 

Stan ten trwał lat kilka* 

Potrzebę ożywienia się , zbliżenia wzajemnego , coraz 
bardziój poczuwać zaczęto. W myśli tśj zaczynają się naj- 
przód zawiązywać po prowincyi stowarzyszenia agronomicz- 
ne, sldadaó przy nich xięgozbiory, urządzać czytekiie,— 



7 203 

nastanie zjasdy i zdbawy w celu poznawania mę^ spojenia 
organizmu ciaia obywatelskiego dotąd wdrolHie kółka roar- 
proszonej. Agrononiiczno^towarzyskie te instytncyc wy- 
raziły się wreszeie wr. 1834 założonym pismem, p.t. Ty- 
^odmik roMez&^r%emysłewjf^ w którym! saj^^zyninej^ay 
brał udauał pcdóweasas Jędrzej Moia^zewskK Jediioczesnie 
w obee eoraz dotkKwićj ezui się chijąeego brakit wszelkiej 
kariri umysfewćji zjawia się- Bowe fi^mo w Lesznie u Er- 
nesta GttHthepa aałoiond praea Jana PdpKńskiege i Józe- 
fa Łukaszewicza pv t. fr%^meUt huduy majądc zbudzić 
^tieha z letargu^ słuiyć^ naaee, rezrjwee i powołafie- zebrać 
w jedne ramy Pamiętnika^ rozproszone zabytki sztul^y wi^ 
dzy^ histK)r;]i^ wspomnień^ i legend krajowyah.. Metylka 
w Poznańskićji prjowineyi^ ale w oałej ziemia Fołski^j. roz- 
biegi się niebawem najpirzyjaźaiąjszy odgłos dla tąJ publi- 
kaeyi. Podoboćj wziętoi^oi, sympatyi niedoczeka się pewno» 
ładn^ drugie pismo^ Nasaćm* zdaniem 'głównie przypisać 
to naleiy ehwili w którćj ono wystąpiło*— szczęśliwemu po- 
mysłowi eo d<> cbaYakteru jego i kierunku samego. Umia>- 
)o połąozye zabawę i pożytek, zakołatać do serca i brzą-^ 
knąć w najczulszą jego lutni strunę. Wszak z żywą wdzię^ 
eznoedą, z smutną rozkoszą, z najgorętszćm uozueiem wi^ 
tamy zawBse obraz utraconej drogiźj osoby, choćby w obwili 
koaania j^j zĄjęty; Mtmiętnie przytulamy do ust oząstkę 
j^> szaty> lub jakichbądź szczątków ją samą nam przypor 
minająeyeh. Tak też było * Przyjadełem Ludu. Miarą 
zyskanego wzięeia niepodobna mierzyć rzeezywistój^ kry- 
tycznie oocnionej zasługi jegot. Mnóztwo opisów znanych 
©kolio, pamiątek dziejowych, bijografij zasłużonych.mężów, — 
podawał jedne z» drugiemi bez oględiiyołŁ studyów^. często 
dla rj^ijiy lub portretu więcćj. Zbierane bez wyraźnego 
systeraatu. rozprawy naukowe, epizody historyczne, poda- 



nia i pieśni ludowe, powieśei najroemaitisze — puezczai 
w świat zwykle bez wyboru, jak przyszły, bez aualizy po- 
przedniej. Ale, że to wszystko osnute i przejęte było tchem 
royśli narodowej, wyrwaneui świeżo z pamięcią że do tyeh 
wszystkich opisów przywiązana była wartość wagi ich, że 
były drogie wspomnieniem, a podania i legendy wyjęte 
z ciepłego łona ludu grały jeszcze pełnią życia: — słowem, 
że gdy całość była jakby echem ezczęśliwćj i ukochanej 
pieśni, choć pewno niedoktadnem, czasem nie pewnćm, że 
echo to zabrzmiało wśród ciszy pogrobnój, — więc gorąco 
chwytano każdy powiew, jego, a tak dla Przyjaciela Ludu 
nieznane granic uniesienia. 

Wpływ wszakże, który on wywarł, tylko jak najko- 
rzystniej da się zanolowaCi Pominąwszy już niesłychaną 
ważność sprawioną wystąpieniem jego 3.amem w ogólnym 
interesie prowincyi i krajur— przyczynił się jak wtedy, głó-- 
wnie i jedynie do rozbudzenia życia imayslowego, du^ha 
pracy, kierunku tejże, oraz do zwTÓceuia uwagi na zabytki 
archeologii, wspomnienia, legeudy i podauia. Z tych po- 
wodów założyciele Przyjaciela Ludu, a iiastępnie praco- 
wnicy inni kolo niego, mogą słusznie dopominać się naj- 
szczerszego uznania swych zasług. To co pismu temu 
niedostawało, wypływało nie z braku chęci dobrych , ale 
z braku sił ; w każdym zaś razie było uisterkami czysto 
scyentyficznemi , niezaś poniżającemi moralnie wysoką 
wartość i zasługę pożytecznej tej pracy. 

Istnienie Przyjaciela Ludu przeciągnęło się do roku 
1848. Zmieniając kilkakrotnie redakcyę, ostatecznie zupeł- 
nie osłabło na siłach. Zawsze jednak, te szesnaście lat je> 
go CKystencyi są jeszcze jednym dowodem więcej, po- 
wszechnego dla niego współczucia, gdy w csasie 1840: — 
1&48 dziennikarstwo właśnie liczbą swą nąjwyżój staio 



9 205 

W Poznańskićtn, gdy w epoce tej mysi powszechna gor- 
liwiej zajęta była kwesty ami, gdy j^j najbardziej zbywało 
wtedy na spokoju i skupieniu się dostateeznem, a przy* 
najmniej takiem, by przedmiotami przez Przyjaciela Lu* 
du podawanemi zając się mogia. 

Dawszy już raz hasło przebudzenia się do pracy, po- 
stępowanie w niej powolnie z początku, ale przecie wyra* 
iniej rozwijać się zaczęło. Za śladem Przyjaciela Luda 
widzimy rodzące się coraz nowe usiłowania na polu lite- 
rackióm. Tak w r. 1836 x. Jabczyński zakłada Areki^ 
wum Łeologic%nej pismo miesięczne, mające podawać naj-^ 
ważniejsze dokumeuta tyczące się rzeczy Kościoła. W ro- 
ku tym jednak ukazały się tylko trzy, a w następnym tyl- 
ko jeden zeszyt. 

W roku 1837 x. Tomasz Borowicz ( + d. 15 sier- 
pnia 1857, jako pleban w Brodnitgr w w. x. Poz,) uGun* 
thera w Lesznie zaczyna wydawać co tydzień pół-arkusza 
pisma moralno-religijnego , wyłączbie dla dzieci w szkół- 
kach wiejskich poświęconego pod nazwą, Sskółki Wie* 
d%ielnej. Jasnym wykładem, przystępnym językiem, gor- 
liwą redakcyą, prawdziwem zamiłowaniem przedmiotu i 
celu, szanowny ten ś. p. redaktor zarobił na najohlubniej- 
sze imię, a pismu swemu nadał niedość pewno jeszcze o* 
cenioną wartość. Zostanie ono na długo wzorem dla te-^ 
go rodzaju przedsięwzięć, a istotnym pożytkiem dla bie- 
dnych dzieci ludu. Szkółkę l!Ęied%ielną^ prowadził dor.- 
1848 z tąi samą żarliwością ipodziwienia godną wytrwa- 
łością. Następnie do r. 1853, słabi^za już wiele wychodzi-" 
ła pod redakcyą x. Koteckiego. 

Założenie Tygodniku Literackiego w r. 1838 przez 
Józefa Łukaszewicza i Antoniego Poplińskiego (brata Jana), 
pod firmą A. Wojkowskiego — otwiera nowy peryod cha^. 



206 to 

rakteni pismioDietwa w w. x. Poznańskićnit który od roku 
1840 wypiynąt dopiero na pełniejsze morzem znacząc swe 
objawy odmiennemi zupełnie niź dotąd cechami. O pi- 
śmie tern będziemy mieli więcój do powiedzenia następnie^ 
a zwłaszcza wtedy, gdy przeszło de facto (1840) piKi re-- 
dakcrę Wojkowskiego : w stosunkach bowiem lat nastę- 
pnych grało niepoślednią rolą. Tu najprzód tylko zwra- 
camy uwagę czytelników, ze pismo to przez dwa latar 
{»ćrw8ze (18S8 — 9) zupełnie w swym charakter ze inne 
miało znaczenie niż późnić], a to tak dałecci że cbo^ p0^ 
tern pod tą tsamą nazwą i firmą wychodziło za jedno i to^ 
samo brać go przecie nienałeźy. Lecz nie wyprzedzajmy 
}ńegxx rzeczy. 

W latach tych , a mianowicie od r; 1834 występuje 
czynnie t znakomita w rzędzie iniłośników narodowego 
oświecenia postać — występuje Edward hn Raczyński.: 
W pomienionym roku buduje piękny gmach w na^elniej-^ 
8zój ulicy Poznania i składa w nim bogatą biblijotekę swo- 
je na użytek publiczny. Czyni ją db wszystkich przystę- 
pną, urządza czytelnię, uposaia stałym funduszem na zai-* 
kupno xiązek i utrzymanie urzędników przeznaczonym^ 
Biblijoteka ta liczy obecnie przeszło 20,900 tomów, posia- 
da wide ciekawych rękopismów (okoto 300) z Xin, XIT 
i XV wieku^ a szczególnie a XVI i XVn, tyczących się* 
spraw krajowych, mianowicie Wielkopolski. Uchwałjr 
aejmibów grodzkich znajdują się tu w komplecie*. 

Odtćj epoki zaczynają się ukazywaó szepeglem^ wydar- 
wnictwa materyałów historycznych, pamiętników, z niezło- 
mną gorliwością przez zacnego męża tegov ai do śmcierci jego 
(r. 1846 na wyspie jieziora Zaniemyślskiegoy gdzie wystrza- 
łem z moździerza życie sobie odebrał) prowadzone. Czer- 
pane w archiwach krajowych i zagranicznych, z pośpiechem 



It 207 

drukowane, urosły w zoaozną liezbę. Wielki brak wszak- 
że krytyki, poprawności, doktadaój staranności mocQO 
w nich czuć się daje i wiele razy byl juz wykazy wiwy (1). 
Wspt)mnieliśmy, że rok 1840 nowy zwrdt literaturze 
Poznańskiej nadaje; zbliżając się do niego, spójrzyjmyż 
Jeszcze raz po za siebie w ubiegło lat kilka, jednym je o- 
bąjmując wyrazem. Powoli, nieznacznie ale obiecująco 
zaczynało się wychylać wszystko, co w uśpieniu -trwało. 
P-ojedyńczy pracownicy, pojedyncze siły próbują czy po- 
krzepieli już dosyć, czy można wystać gołębicę z dobrą 
wieścią między braci : — z obawą choć z gorą(«ą chęcią sta- 
ją oni do roboty — z niepewną dionią chwytają za pług, 
niewiedząo cży dość rozmarzfa już gleba. Wszędzie ob- 
jawy dobrćj woli, poczciwej chęci — ale wszędzie brak uf- 
ności w siły. Drżącem światłem zarun^ieniła się ta zorza 
wschodzącego słońca myśli — niewiedząo czy wypłynąwszy 



<1) Edward hr. Ractyński wydał: Podróż doTurcyt, 1822. Listy Kró- 
la Jana III, 1824. hny Łubooiierski , Statystyka AogUi 1837. 
Foselstwo od Zygmunta III do Dymitra Iwaiiowiaa cara Moskiew- 
skiego i okazyi jego zaślubin z Maryną Muiszkówną, 1837. Otwi- 
Bowski Erazm, Pamiętniki do panowania Auguiita II, 1838. Pamię- 
tniki Albr.-Sian. xcia Radziwiłła kanclerza w. Litewskiego, 1839, 
SąbrowskI JaU-Henryk jenerał, Wyprawa do w. Polski przez nie- 
go samego opisana, 1839. Kajet Koźmiana Ziemiaństw^o Polskie, 
1839« (Moz dipK Maj* Pd. 1840. Obraz Polaków i l^olski, 19 
tom. 1840—42. Poesye B. Zaleskiego, 1841. Gabinet medalów, 
1841. Żywoty sławnych Polaków w XVII wieku, 1841. Sprawo* 
ftdanie a fabryki kaplicy grobowej Mieczysława 1 i Bolesława Cbro^ 
brego w Poznaniu, 1841. Wspomnienia Wielko-Polski z atlasem 
1842—%^ Arcbiwum tajne Aug. II, 1843. Codex dipl. Łithuauiae, 
1845* Czackiego dzieła, 1845. Albertraudy, Dwadzieścia i sześć 
lat panowania Wł. Jagiełły, 1848. Pamiętniki Paska. Ludgarda 



2oa 1^ 

na petay widnakrąg napotka czysty lazur i jasnym, cie- 
płym uściskiem siostrzyeę ziemię obejmie, czy przyjdzie 
mu przedzierać się przez czarne chmury i wałczyć o 
pierwszeństwo z biysluwicą piorunu. 

III. 

Wiele tareia, mato ritehii. 

>Mąf . CI«a»kowski. 

Ach w Urn PoxDaD8ki6m« 

Wtćm nsLSŁ^m Poliko-Germańskiśm, 
Arysto-deme- kratf esap-pJiAsko* 
FilozoficiDie-k^łUńskióm ! 

m. B«rwłń«ki. 

Pod przyjazną wróżbą spokojnej, obiecującej i buclu-* 
jącćj pracy zbudziła się myśl z odpoeznienia. Tuszyć wie* 
le pozwalały jćj objawy w przyszłość. Wzrastała ochoti^ 
gorliwego czynu, pokrzepły siłą dłonie, do rodzenia goto- 
wą była gleba. Usposobienie to rodzajne było w tym sto- 
pniu* ie zdolne już było wiasućm ciepłem skłonić do kieł- 
kowania ziarno, jakiebądżby nawet rzucono. Niebawem 
też najrozmaitsze syjmęły one zawieruchą i gradem na 
ziemię nasze, padły w spulchnioną już jej warstwę i wszyst- 
kie przyjęły się, każde swoją naturą wzrastając. 

Wszelkie względy, wpływy i stosunki zewnętrzne, 
krajowe i społeczne najprzyjażnićj temu mieszanemu sie- 
wowi pomogły. Rychło z jednego zagonu wychylać się 
zaczęły najrozmaitsze rośliny, szybko, smagło podnosić 
wiotkie łodygi i pstrokatemi majaczyć barwy, sypać na- 
siona w różne strony wichrem gnane, spychające się wza- 
jemnie z ciasnej przestrzeni. Dziwneż to tam były krze- 
wy i rośle : swojskie i obce, pożyteczne i zjadliwe, płodne 
i płonne. Ale rosły czas jakiś wszystkie, rosły rozmaicie, 
słabiej lub siUiićj w miarę żywotności zasobów — bo pod 



18 209 

wszystkiemi byia gleba dobra» poozciwa, gleba rozgrzana, 
rodzić- pragnąca. Wiemy za oset tylko na eilnój, odpo- 
czętej roli bujno się krzewi. 

Epoka piśmiennictwa prowincyi naszej, z temi ceohami, 
obejmuje mni^j więcej lat jednaście i pól — t. j* do lipca 
1850 r., w którym to czasie nowy zewnętrzny stosunek 
zamyka całe prawie dziennikarstwo , przytłumia słabnące 
już wysilenia, dotklit?rie ścieśnia swobodę umysłowej pra- 
cy — słowem^ chwili od któnśj nowe ostygnięcie, datujące 
aż do najświeższych znowu czasów. 

Rzućmy okiem na charakter tAj epoki. 

W r* 1840 zaszła zmiana nit tronie Berlińskim. Z wstą- 
pieniem nowego nań króla, stosunki prowincyi Poznańskićj 
wielom uległy zmianom — zmianom, któremi się powszech 
nie cieszono. Fryderyk Wilhelm IV, mimo że w uprzedze- 
niach Pruskich i niechęci Pruskićj wychowany, rozumiał' 
wówczas ze strony poetycznćj przywiązanie Polaków do 
narodowości — i miał jak najlepsze chęci. Ztąd nadzieja, 
otucha w przyszłości, wnioski szczęśliwe rozjaśniły wszy st* 
kim. myśl, ożywiły. serca, podobnie jak u was w tej chwili. 
Ku pracy naukowej, literackiój, rzuciło się wszystko z ener^- 
giją i zapałem a dobrą myślą.* Właściwa ruchliwość lite- 
racka rozpoczęła się z latem r. 18łl, w którym dr. Ka- 
rol Libelt otworzył publiczne prelekcye o literaturze Nie- 
mieckiej. Niebawem następnćj zimy zaimprowizowano ro- 
dzaj uniwersytetu: dr. Matecki zaczął wykładać o chemii, 
Jakób Krauthofer o filozofii prawa, Libelt o estetyce, a 
Moraczewski historyę ludów Słowiańskich i Polski aż do • 
XV w. Tłumnie zgromadzano .się. na te odczyty do- sali 
pałacu Działyńskięb-rr-i im przypisać należy wjdanie hasła do 
pospolitego. ruszenia w piśmieriuiotwie. Tej chwili zwrotu 
pracy naukowój winno powstanie swe Towarzystwo do dzi- 

lEKA N. V. 27 



210 Ił 

siaj istniejące, a w tedy głównie uórganiżo^łrane przOT 8. 
p. d-ra Mareiukowakiego (1). Tmoanystwo naukaw^ po- 
mocy, przez władze miejscowe zatwierdzone pajteatem d« 
21 września 1841, Celem jego wychowanie i wspieranie 
własnym jŁosztena najuboższej, zdolnościami : wyszczególnii* 
jąc4j się młodzieży. Oparte na dohrf^j woli obywatelstwa^ 
ze składek, roc^anycb w fundusze opatrzone, przyszło do^zna^ 
cznych kapitałów, zlapbmocą których wydźwignęło i postawiło 
na poźyte^L kraju z pomiędzy maa* ludu mnóztwo zdolności, 
które bez tej pomocy niezawodnie .zmamowaneby 'były* 
Wielu najzdolniejszych dziś prolessorów^ . lekarzy^ ducho- 
wnych, rzemieślników, inżynierowi U d,\W xifeztwie Po- 
znadskióm, . świadczą, iyciem i pracą ewą o dobroczynno- 
ści i "owocach towarzystwa. J^st ono największą chlubą 
prowiacyi i jedynóm dziełem, które burzliwa, smutna s^d^. 
inąd epoka postawiła* Niemąmy słów..: na oddanie zasługa 
i uznania tak instytucyi tej, jak i czcigodnemu L p. je^^ 
fundatorowi — i dziwić nas tylko nieprzestaje, że dotąd po 
17 leciech od czasu założenia Towarzystwa naukowej po- 
mocy w {^oznań^kiemi nie podobnego, w ituiych firoum" 
cyach krąju naszego się niezrodzilo! 

Między inaemi w skutek zmiany tronu reformami^ by- 
ło i ułatwienie styczności z zagranicą, zFrancyą. Soeyal- 
nemi najróżuorodniejszemi pomysłami zaczynał burzyć sięr 
ówczesny Zachód. Pismami tylko udziela! się dotąd fer--. 



(1) Dr. Karol Marciakoitrski or. 23 curirea 1800 w Poxnaoiu» urn*. 
7 listopa^la 1846 w Dąbrowie w pouriecie Obornickim. Życiem po- 
iwięeeaia, szlacbetnycb czynów, biegłością W sztuce lekarskfćj, ta- 
łełeniem wreszcie powyższego Towarzystwa* uwiecznił się w pamięc!- 
wdftitczoych współobywateli i lipmków-^i i iiajwlększą czcią dotąd . 
wspominanym bywa. Napisał; Uwagi nad naturą i historyą koł- 
tuna, Kraków, 1846^ 



is sił 

liient jego PoKiańskiesmu; teraz zaś ziomkowie wychodźcy 
przybywając łiczaie w obec swobodniejszego prawa, ry- 
ozaitem przynosili z sobą obce teorye, pomysły, obok indy- 
widualnych najrozmaitszyeh przekonań, uzdolnień, zwro- 
tów życia, przeważnie nasiąktycb nlerodzinnym już wpły- 
wem, przęjictych ohcemi idejami. Te zaś, jak wiadomo 
najczęściej w zastosowaniu na miejscu swego zrodzenia na- 
wet, aiedójr^ćmi się ukia^ywały; a cóż dopićro przenie* 
sione do kraju, pod inne niebo, inne stosunki, między in- 
nych łudzi! Róinobarwny, różnochorągwisty ten zastęp* 
ziomków uaszych, zatknął jaskrawe sztandary swoje tlu« 
umie na Wielkopolskiej równinie, potężnemi glosy zaczął 
obwoływać godła swoje, a przyjmowany wszędy z otwar- 
temi ramionami, wylanemi sercami, pod urokiem oddale- 
nia, cierpień i poświęceń — rozdzielił społeczeństwo miej- 
scowe na. drobne, gwarne obozy pojęć i kierunków. Kaz^* 
dy z nich skupiony koło pewnćj flagi, zaczął objawiać 
ślsui życia szermierką ze zwolennikami drugićj, rozbijaniem 
sięhałaśfióm zaezćmś óoniemiaJo ani kształtu, ani celu, ani 
osnowy wyrainój^ dobrze pojętej i jaano widzianój^ Cale. 
zaś tło pstrokatego obrazu pooiągnęte było purpurowym 
kolorytem przykazania do kraju i gorącćj cbęci tąluzenia, 
mn; w tćj myśli tylko i w tym cdu- wrzało to niesforna, 
pospolite ruszenie. Niełniato jaenój samowiedzy, nicwi- 
działo wyraźnie. 8 wćj. drogie zapominało^ że j.ednym» pzerąr 
Ipein szlakiem iść należało, by , zualeźć. upragniony oel, a 
niegubić się po makowcach i potrącać wzajem w ciem-- 
nych zaułkach-:--! tern błądziło^ Byl to błąd nie w zaja- 
dzie, ale w rozwinięciu, Zitąd obok wielkiej, nad siły na- 
prężonej czynności, niebyło czynów,— a jak słusznie wy- 
rzekł nasz myeiiei;el: było wiele tareia mało ru^hu. 
Bo dziwaczne też k&ztałtem,. sprzeczne oświetleniem,,. 



snuły się po tym obrazie różne pojedyncze piostaoie ' tab 
grupowały się gromady, każda w inną stronę, spiesząc i wza- 
jem się spychając , potrącając, goniąc. Mglista, hałaśua 
zawierucha. Więc przykro udei-za w tym obrazie ogól^ 
nój harmonii tonu brak, powszechny rozstrój , gorączko-- 
wym, epileptycznym prawie wyrażający się pośpiechem, — 
dymem i kurzawą wirująca zamieć* Rozjaśni się czasem 
jakieś kółko maleńkie, strzeli zeń czysty promyk, uwyda- 
tni czasem jaka postać, lecz zawpze zjawisko to trwania 
tak przelotnego, efemerycznego — przysłania się niebawem 
wieczną chmurą i niedaje się ani poznaó blizćj ani oce- 
nić należycie mignąwszy zaledwo gwiazdy przelatującej, 
pędem. Zdając sobie sprawę z tego dziesi^^tka lat, niesły- 
chanie unużającego doznaje się wrażenia, chcąc wyśledzić 
kierunek myśli ogólndj, która co chwila rozrywana w rór 
żne drogi za mgłą przeczuwa swój kres. Niewie jak zmie- 
rzać ku niemu , oddala się i ^bliża^ szamoce i uspokajaj 
staje nad przepaścią lub wchodzi na tor ubity, to niema do- 
syć spokoju, dosyć siiy organicznój^ by cierpliwie zbadać 
głębinę na dnie której chce umocować kotwicę. 

Wszystkiemi uczuciami grała pierś ludzka wtedy^ 
wszystkiemi śluzami kipiał wezbrany potok, wszystkiemi 
rozdrożami błądziła myśl. Wstrząśnienia polityczne lat 
kilku dolały palnego płynu. I byl znowu czas, gdzie wo-; 
jenna rada stała się przeważającą melodyą, na której tema 
grzmiały strzały. Polityką oddychało wszystko: polityką 
dzienniki, rozprawy, nauka, poezya; polityczną skalą mi6* 
rzyły się i oceniały stosunki, położenie i życie całe. . 

W logiczntjj konsekwencja cała literatura nietylko 
była najprawdziwszym wyrazem tych wszystkich pojawówy 
ale należała do nich bezpośrednio, była ich rzeczy wista po- 
trzebą, organem,' oddechu naczyniem. * • 



IT 413 

Tłumy broszur i pfem ulotny^jh mnogość rozmaitych 
dzienników, noszą loa sobie cechę tój zawieruchy pojęć gi- 
nących najczęściój w ostatecznościach socyalizmu lub ra- 
dykalizmui w filozoficznych zagłębieniach Heglowskich i lot- 
nych pląsach poetyczniej, rozkołysanej wyobraźni, w flegma- 
tycznem gadulstwie i gorączkowych wykrzyknikach, w bi- 
blijnym nastroju i plóchem zrywaniu się! Istna mozaika 
rozklejona! Ze 'wszystkiego po trosze, każdej farby, każde- 
go kształtu i zakroju nieco — a niczego w całości, wpelui, 
w ukończeniu. Myśli przewodniej, ładu w układzie, poro- 
zumienia się wre&^cie, najwyraźniej niebyło. Z pośród tej 
wrzawy zmąconej, zalatują czasami jakieś głosy wzywające 
do porządku, do zgody, do w}'jaśnieuia wzajemnego; — ale 
zasłabe ich dźwięki xvnet przyjgłusza powszechny gwar. 

Burza nic zbudować niezdołaj sama jćj nazwa w na- 
»Z3mi języku ma już pojęcie niszczenia. Fiizycy twier- 
dzą, że- w przyrodzie jest ona do dalszego życia, do 
wzmocnienia jego pierwiastków niezbędną; w historyi pra^- 
wo to jednak zastosować się nieda: pytając o rezultaty 
burzliwego procesu tych jedenastu lat wumysłowem i spo- 
łccznóm życiu ;prowincyi Poznańskiej — dodatnich trudno 
dojrzeć. W korzyści, zdaniem naszćm, zostało nam tylko 
doświadczenie, nauka, jak przezornie zbiżać się należy do 
teoryj, których zasadą bezwzględnie obalać dawny porzą- 
dek, bez zasobów wystarczających do postawienia lepsze- 
go, nowego. I więcej jeszcze nauki i innego doświadcze- 
nia nam przybyło .... jakich? to nadto jest dotykalnem aby 
zbytecznćm niebyło je wyłuszczać. Lecz prócz tych, zo- 
stało wiele cierpkiego wspomienia, ubyło dużo siły, uroni- 
ło się nie jedno co niepowetowane! 

Przerzućmy kilka pomników literackich tego czasu, 
zajrzyjmy w kolumny dzienników, tych ciepłomierzy orga- 



m n 

fi^rnu, podejmując, przynajmniej co siluiejssjym rozro- 
stem się uwydatniło, a> zapoznaaaoly się Wiżej jeszcze z Or 
brązem powyzój nasakicow^^nym. 

.W całym tyi» peryddzie pisano wiele, bardzo wiele; 
^dawało «ię to leżeó w usposobieniu chwili, być pymptor 
matem chąpakterystpyczoym. ICiedy już hałasować to dobrze, 
Jciedy pisać to wolumina, Niedoczeka się pewno ani Po* 
zi^ajisjiie t a^ii żadna prowincya nasza, aby pr»ez 10 lat 
V takim Hrąiku 30 pism peryodycznych {^awie iiaraz wy«r 
chodziło, Poznąńczycy prze^cigęicli wtedy nawet s%pia* 
4ÓW pwoich, chlubiących pię szybkppiórą zdol^iością^ idatr 
wiającą im opisanie, pr^episaoie i spisanie całego życia i 
;^pzy6tkich jego warunków^ — napełnienie tomów badaniami 
nad partykułą jeduą i t. p.r-r-Założenie jakiegoś dziennika 
powodowane bywa zazwyczaj ważnemi prz}^zynaini» pilną 
potrzebą, yojległością jadowej pracy stresjsczenia wyma- 
^ąjącćj. Po.dówcs^as skromniejsze ciiano pobudki, nie. tak 
dpnośąe motywa; przypopaij^ą nafli się racyą podana pi^zez 
jsacnpgp ztjądinąd redaktora, przy otwarciu baydzo ,po2y-. 
tocznego później pise^nka, SąhółĘii dla dąieei Ew. Sst- 
kowskiego, Tąk on wykłada popularnie przyczyny skła-: 
niające go do tdj publikacyi: ,,Bo to widzicie yóinę: pisma 
,,pod2;ieó;.jędni trziymają Gazetę, albo Dz^ec^oik polski, oboi- 
„si i inni^j wykształceni trzymają A^ie^kopolapina albo Wia-^ 
„rusą, nauczyciele trzymają Sz^Łołę Polską; więc tak u;*»y*. 
„scff' mają pUmą, -. dla ąiebię^ tylko dzieci niemają. ^ 
^yczemui^y i dueci pisma swego mtec n^eifio^ly?''--r Z po- 
dobnych, powodów zjakładąnp najczęściej 4zienpiki4 abypew*^ 
pe kółko odrębnego jakiegoś przekopania i teoryi miało, 
swój organ, niby miecz, k.tórymby naokoło njiachąp mogło. 
Jeżeli się tylko znalaz^J; człowiek., który jako tako podjął 
się tę rzecz prpwądzić, jeżeli ?jawił si^ jaki taki fundusz 



19 215 

Da pcrezątek, to i wai^uaki do exyśtetxcyi dzieDHika były 
w koinpIecie->--bo o resztę niniejfiiza: to się zostawiało ja- 
koś troohę losowi, trochę nadziei^ resztę Panu Bogu. W tym 
punkcie pojęcia religijne były -najpowszechniSj zgodiie^ 0- 
patrznoeci porticzano najeżęsciój z całćm zaufaniein troskę 
wydawnictwa- Gdyby odsłonić moioa i wolno było zaku- 
lisowe dzieje źurńalistyki ówczesnej,-— ciekawych i interes 
sująoych nastręczyłyby studyów^ 

Tygodnik liierMcki założony w r. 1838 przes j^o-; 
plińskiego i Łukaszewdeza pod firmą. A.; Winkowskiego^ i 
zajmuje jedno z najważniegszyoh; miejsc w historyi wzra-^ 
stającego dziennikarstwa^ Niepodobna mu zaprzeczyć^ iz 
wpłynął niesłychanie .wiele na ożywienie ducha, skupienie' 
rozrzuconej pracy,, wykształceni© literatury lekkiój^ po-' 
wieściarskidj. Pod tym wz^ędem ma bardzo wielką za- 
sługę i Z początku był on umiarkowanymi spokojnynr^ tru- 
dnił się wyłącznie uprawą piśmiennictwa i szerzeni^n za^' 
miłowania do niego- Gdy wszakże wr. 1840 właściwi re- 
daktorowie niemogli się pogodzić z Wójkowskim, który nie-, 
zadawalniając się firmą samą< czymiie zasady swoje prze- 
prowadzać zaczął-^ustąpiU mu miejsca i óddah pismo pod 
jego własny kierunek. W charakterze swoim zmieniło się . 
ono zaraz< Na życiu j wziętości niezbywało mu wcale — . 
owszem pomnożyły się one naoże: bo redaktor młody, rucb^ . 
liwy, energiczny^ rozrządzający potrzebnemi kapitałami, 
miał przymioty do nadania świeżości, różnobarwności Ty* 
godnikowi ; umiał . wielu do siebie przygarnąć, zachęcić/ 
każdą zdolność dostatefcznie ocenić i, stosownie do sWeg^ 
poglądu na rzeczy użyć.r W Tygodniku prócz mnóztwa in- 
nych spotykamy: Libelta^ Si0nueńskiego, Moriaczewski^go, - 
Kraszewskiego, Czajkowskiego^ Dembowskiego, Dahlmannę^^ , 
Goszczyńskiego, Macie^owekiego, Wasilewskiego, Zyglió^ 



sJciegoit. d. Lecz prayraiotów swoich nieumial użyć mło- 
dy redaktor Tygodnika literackiego. Porwany powodzią 
ducha czasu, dawał przystęp wpiśniie.swem zasadom czę- 
Bto niedojrzaTym, biednym— ale pociągającym go ku sohie 
gorącą żywotnością i jaskrawością. Sam takiego usposo- 
bienia, niemiał czasu ani zdolności do analizy wszeohstron^ 
neji choćby najważniejszego przedmiotu. 

Demokratyczne maxymy , socy alne marzenia , w całój 
pełni zapanowały w Tygodniku. Dziwnie raziły obok tych 
nowości w jednym i tym samym numerze podawane do- 
kumenta, akta, ustępy z historyi odległych wieków , przy 
nich lotna namiętna poezyjka, wesoła powiastka, za nią fi- 
lozoficzna dyssertacya, tuż zaraz brukowa wiadomość, ja- 
dowita plotka, nieprzyzwoita krytyka a raczej często bar- 
dzo paszkwil — oto i skład Tygodnikal 

Na dobrej opinii o sobie samym niezbywało Tygod- 
nikowi. Oto jego słowa: „Tygodnik Literacki je«?t przed- 
„się wzięciem jednem z najważniejszych, wpJywu jaki wy- 
„warł niepodobna niewidzieć. Wielką chlubą byłoby dla 
„Poznania, gdyby Tygodnjk nieb3rł organem całej Polski, 
„zbiorem artykułów ze wszystkich stron nadsyłanych!- Jak- 
„kolwiek bądź, jemu tylko zawdzięcza Poznańskie tę hege- . 
„moniję literacką, jaką choćby tylko te wzglądu postępu 
„w zdaniach inne wojewódsstwa w nim uczuć powinny!*^ 
Po tóńa przytoczeniu, niemoże być już kwestyi o za- 
sadach Tygodnika* 

Konał Tygodnik przez r. 1845 i 46. Wójkowski zra- 
ził sobie wielu — odsunięto się od niego, pismo osłabło a 
i sam upadający na zdrowiu niemógl się juz tak czynnie 
nióm trudnić; redagował to w Poznaniu, to we Wrocła- 
witl, aż na reszcie wydawszy kilka numerów w r. 1846, 
na nich zakoiiczyŁ Nieoceniona strata zmarnowanych zdol- 



21 217 

no-^ci, talentu, środków czyuienia dobrze, życia człowie- 
ka, któremu niczego odmówić niemoźna prócz zasad zdro- 
wych i spokojnych, brakiem których cała praca, poświę- 
cenia i trudy, których nieszczędzif, pożytecznych nieprzy- 
niosły owoców! 

Gdy w r. 1840 Łukaszewicz i PophYiski usunęli się 
od redakeyi Tygodnika, widząc jaki charakter to pismo przy - 
bierze, jaki wpływ wjrwrzeć może, powodowani trochę oso- 
bistości pobudkami założyli zaraz drugie: Orędownik nau' 
kunry, aby niejako pracę i exystencyę tamtego neutralizo- 
wać. Orędownik w pierwszym planie swoim miał być nie- 
jako antidotum trucizny, nauczycielem , kierownikiem — 
utrzymywać równowagę a nawoływać do porządku, jasno- 
ści i j)rostej drogi. Pomimo tego zanjiaru, nieudało mu 
się to w zupełności, bo sam zgrzeszył w pierwszym po- 
czątku namiętnością, na którćj się oparł i z której powstał. 
Zacięta, niezmordowana, wszystkie fazy gniewu, żółci prze- 
chodząca wa'ka z Tygodnikiem była tą podstawą i ciągłym 
następnie przeprowadzeniem. Ten antagonizm z jednem 
pismem, pociągnął za sobą i sprzeciwianie się wszystkiemu 
co w nićm lub z niego w^yrosło. Tu leżał powód niepo- 
rządku Orąduwnika^ dla którego sam reprezentantem po- 
rządku być niemógł, choć może szczerze tego pragnął (1). 



(1) Z pomiędzy tysiąca. Jeden na to dowód na pierws/ij lepszej karcie 

wyrwany. Tak np. w sporze i Rokiem polł^mizuje (1844.str. 46): 

•Zaiste p. B. co tu wie cu postęp i di)'2iii1a lutluwe, lepiójby daleko 

•zrobił, ucząc się poprawnie pisad po-Polsku i Ziiokniglonycb dzi«- 

% »jów, niz pisać t ;kie brednie i wmawiać w młodziki i nieuków^ 

»U najwyiszem dobrem w położeniu naszem jest poslęp ludowy 

»(!óż więc jest, powiedzcież raz przecie wyraźnie, ludzie mieniący 
■się chełpliwie postępowymi, ów wasz postęp ludo\yy, mający miii- 
•jony ludzi uszczęśUwić ? Czemuż w mistycyzm jakiś otuleni nieubja* 

TE&A N. V. t% 



218 22 

Stronę naukową, belletrystyczną wykształci! udolnie: wt- 
mieścil wiele ciekawych, pouczających prac: Treutowskie- 
go, Lelewela, Maciejowskiego, Wójcickiego, Goszczyńskie- 
go, Magnuszew^skie^, Grabowski^o i w. i. 

Od hołdowania, a praynajmniej trudnienia się kwesty- 
ami postępu, wolnym niebył; za Ełe mu tego mieć niemo- 
żna wcale: charakter chwili skla&iał do tego, lecz i w tym 
względzie zbyt mało trzymał 4się drogi, którą wytknąć był 
sobie zamierzył. Ustaje z r* 1845. Jednocześnie z powyż- 
szem pismem powstał w r. 1840 Dziennik donamiy dla ko- 
bićt poświęcony, przez pp, Grabowską, Łubieńską, z natchnie- 
nia p. Tańskiój założony. Redaktorem był N» Kamieński, 
wiele w tśj publikacyi od fundatorek zależny. Jasnym, 
prost^on wykładom odznaczały się artykuły wstępne, pióra 
Jędrzeja Moraczewskiego, zalecające się uczciwą dążnością 
i moralnemi względami. Literaturę lekką obrabiali mię- 
dzy iunemi: Czajkowski, Witwicki, Maciejowski, Goszczyń- 
ski, Siemieński. Prócz powiastek zwabiały czytelniczki do- 
łączane ryciny mód. W ogóle publikacya ta niekusząca 
się o świetne stanowisko, była w skromnym zakresie swo- 
im pożyteczną, popularnie nauczającą i dla kobiet właści- 
wą. Dziennik domowy przestał wychodzić w r. 1847. 



•wiacie wręcK sposobów tego zbawienia narodu, ludzkości? Czemu 
li samoluby trzymacie światło zbawienne pod korcem? Czemu się 
>z rozpoczęciem dzieła wielkiego ociągacie? Oto dlatego, ie jeste* 
»ście, albo ludzie niedowarzeni^ albo dumni, pod płaszczykiem 
•jakiegoś postępu ludowego, szukający własnego wyniesieniay ko- 
•rzyici^ szkodzący świętej sprawie niezmiernie, odwodzeniem urny* 
•słów w iuną stronę, bałamuceniem młodzieży. Ku końcowi swej 
tchryU przyznaje się p. B. dobrodusznie do nieuctwa. Niech nam 
•wybaczy, ie mu w tóm miejscu wytkniemy stokroć powtórzony pleo- 
>uazm.i... i t. d. 



23 219 

„Uchylając czoło przed przeszłością jako przed bab- 
„ką i prababką naszą i szanując mężów co się tej mo- 
„zohi(^j pracy poświęcają ku dobru całości, rozwińmy oraz 
„drugą chorągiew', powiewną wiatrem obecnego żywota 
„ipodhasem: naprzód myśli narodowa! zestrzehny wprzy- 
„s/Jość fcHy ducha naszego." Temi słowy rozpoczęło no- 
we pi>mo Kok kolumny swoje w r. 1843. Wydawcy je- 
go: Libelt, Moraczewski i Wolniewicz^ obok własnych wie- 
lu prac, ogłaszali między iimemi: Cybulskiego, Wężyka, 
Trentowskiego>. Cieszkawskiego, KozJow:?kiego, Berwińskie- 
go, Dahlmauua^ 

Złośliwi toJzie* zawticalS' BoJtawi^y zer powodlijąc się* 
hasłem naprzójcf tylko,, a z uszanowaniem zapominając o 
przeszfości, — budUję dom od dachu niedbając o fundamen- 
ta. NiferozgrądSg^' się w wykonaniu budowli powiedzieli- 
byśmy onieji w ogóle, że była bardto doraźną, słabą. Bra- 
kowało tam; oczywiście dobrej' uorganizowan^j redakcja. 
Zbierajie artykuły nieprzystawały niezem do siebie, owszem 
sprzeciwiały się- często zakrojem iedue drugim. Polemi- 
ka, krytyka,, idąc* za powszechnym wtedy zwyczajem , od- 
bywała się bez powagi^ spokojnego sądu, wszechstronnego 
obejrzenia — Lecz wrzaia namiętnością, szykanami, uprze- 
dzeniem. Zam^tszyście też. i Bok szermierzy! na prawo i na 
lewo. Czego sam chciaJ, dokąd dążył, pewno niewiedział;, 
płynął z wiatrem gdzie ten go zagnał. Oparł się dziś na reli- 
gii, jutra na nowóm wyznaniu, tu na demokracyi,, tam na 
ludowym postępie* ó-wdzie na socyalizmie, dalej na komu- 
nizmie, a gdzieindziej, na ekonomicznych reformach. Gnie- 
wał się zawsze nakażdego^ kto zdań jego* tak sprzecznych 
niepodzielat — więc gniewał się na wszystkich,, ito. często na- 
der doiśadnie... Mglistoi chmurno było mu w duszy i na świe- 



220 U 

cie jak wiekowi bieżącemu, którego zadaniem według Bo- 
ku j(?st- 9yvrypeluic ideę państwa w idealnoici i rzeczy- 
„wistości przez ogóhnk, szrzególmk i pojedynek , C7yli 
„przez narodowość, towarzystwa i wolność." (18ł5, IX, 
fitr, 53). Kto to dziś rozwikia, zrozumie? A ileż to wtedy 
głów zdumiało się nad równie głęboką myślą, wznioslo-lo- 
tną potęgą wys owienia? ! 

Jeżeli koloryt, którym to pismo byjo powleczone mo- 
że dozwolić na miano poważnego, to przynajmniej forma, 
którą rzeczy tj*aktowalo, starała się być poważną t. j. o 
tyle, że w ksz' alcie rozprawy, dyssertacyi się pojawiała. 
Belletrystyka była zupełnie wykluczona. Talentów w Ro^ 
ku jak w całym tym okresie piśmiennictwa niebraklo; pió- 
ra wyrabiały się coraz bardziej; szkoda tylko, że to kształ- 
cenie się nicodbywało się zia innej drodze. Zakres w któ- 
rym JRok się poruszał był nieoznaczony. Polityka, społe- 
czność, etyka, ekonomija — wszystkie były podejmowane. 
To samo już przyczyniło się do owej słabości i dwoisto- 
ści, której wypływem łjyło, że Rok niezajął żadnego sta- 
nowiska, niczego niedowiódł, niepotrafił być organem ża- 
dnym nawet. Zakończył chorowity żywot wr. 1846, gdy 
wszystkie pisma w prowincyi na jakiś czas zawieszone 
zostały, 

W tymże r. 1843 zaczęła wj^^cliodzić Gazeta Kościel- 
na f mająca być pismem dla duchowieństwa, traktującem 
ze stanowiska Katolickiego sprawy kościoła. Nader bier- 
nie zachowała się ona jednak w tym względzie — a na po- 
lu artysty cznem trzymała się mierności, żywiąr? się głó. 
wnie przekładami, W r, 1849 przestała wychodzić. 

Wr, ISłS powstaje miesięczne pismo z odrębnemi 
cechami, charakterem, kierunkiem od wszystkich innych: 



25 221 

pojawia się Przegląd Póznańjfhi, który że do tej chwili 
wychodzi, powiemy w nasiępuyin okresie o znaczeniu j( go. 
W tymże roku zaczęła wychodzić miesięcznemi poszy- 
łam i Obrona prawdy, pod redakcyą x. Urbanowicza. Po- 
wodem pojaw. enia się jej było wystąpienie Jana Czf rskie- 
go (1) xicdza katolickiego z łona kościoła i głoszenie no- 
wych zasad rehgijnych. Zbijać je, potępić apostazyę by- 
ło pierwotnym zadanit-m Obrony prawdy. Następnie roz- 
szerzyła swój zakres — zaczęła prostować błędy religijne 
przez dziennikarstwo szerzone. Ma pod tym względem 
wiele zasługi, choć wziętość jej była nader ograniczoną; — 
zasobów brakowało redakcyi, a tak pismo jej bez pomocy 
i poparcia z zewnątrz, chrouieć musiało. Oprócz religijno- 
odponi' go stanowij^ka które zajmowała — drukowała Obro^ 
na prawdy ustępy z bistoryi kościelnej , mniejsze * prace 
teologiczne, oraz notatki i uwagi literackie. Przestaje wy- 
chfidzió w połowie r. 1846 razem z wielu innemi pismami 
niebędąc w stanie przedłużyć swego istnienia. 

Także wr. 1845 zaczynają Estkowski i Łukaszewski, 
nauczyciele elementarni rtdig >wać pod firmą Wójkowskie- 
go Pismo dla nauczy eieli ludu i ludu Polskiego. W owych 
latach panowania teoryi, ta musiała poruszać wszystkie 
stosunki i kwestye. Dziennikarstwo rozdzielało się nietylko 
według stronnictw, ale i według stosunków społecznych. 
W piśmie powyższem poświęcono więc jedne kartę i in- 



(1) Jan Qer8ki ur. w Worlub w Chełmiuskiem, wyświęcił się na licilza 
jako wikary przy ttirnie Poznańskim w r. 1842. Odesłany był naj- 
przód do Wir, polem do Piły. Suspendowany w r. 1844 w obowiąz- 
kach kapłańskich, zaczął głosić nową wiarę, przeszedł na religiję 
Protestancką i stał się powodem wielkiego zgorszenia i przykrych wy- 
darzeń. 



222 26 

teresowi ludu i nauczycieli tegai spccyalnie. Po długich 
poprzednio debatach nad ludem samym, po wynoszeniu go 
do apoteozy i bałwochwalstwie prawie dla niego z jednej 
Ftrony, a bezwzględnem często lekceważeniu z drugiej, 
zgodzono się nareszcie wspólnie, ze lepidj zająć się czyn- 
nie pracą koio j» go kształ«eijia. Co rozpoczął czcigodny 
ś. p. X. Borowicz w swojej Szkółce Niedzielnej^ usiłowa- 
no prowadzić dalej wj<dni'j polowie powyższej publikacyi, 
wyłącznie dla czytehiików wiejskich po.^więconej. Druga 
przeznaczona była dla nauczycieli cL mentarnych. Oświad- 
czyła redakcya na wstępie, iż w obec braku możności po- 
rozumiewania się łychże nad biegiem nauki szkolnej, roz- 
wojem j^j, wymieniania wzajemnych uwag i spo-trzeżeń, 
w skutek niedostatku xiążek pedagogicznych mocno czuć 
się dającego — pragnie zadość uczynić tej potrzebie , po- 
wyższćm wydawnictwem. Uczciwym tym pobudkom sta- 
rała się wydołać jak mogła, i pomimo zniechęcającej fir- 
my Wójkowskiego zjednała większą część publiczności amia- 
nowicie duchowieństwo, dobiła się jakićj takiej wziętości, a 
pracę swą wcale pożyteczną uczyniła. Część dla ludu 
przeznaczona dobrze była obmyślana, ale słabo wykona- 
na, zdradzająca) brak rutyny w tego rodzaju hteraturzc 
W ogóle ubóztwo przebijało się w tej robocie. W sku- 
tek braku współpracowników, oraz wypadków politycz- 
nych, krótko trwała ta publikacya i z następoym rokiem 
zakończyła swe istnienie. 

Prócz powyższych pism wychodził jeszcze Zwiastun 
wstrzemtęiliwości w tym czasie, lecz uie jest nam znany. 
Był zapewnie organem To w. wstrzem. szerzącego się wte- 
dy po prowincyi. 

Ogromne fiasco które popełniło xięztwo Poznańskie 
iiapolu swych usiłowań w r^ 1846, wraz ze smutuemi na- 



27 223 

stępstwami swemi^samo przez się wstrzymało w jcdnój chwi- 
li dalszy swobodny rozwój literatury. Prócz tego prawo 20 
marca t. r. zawieszające wszystkie dzienniki, utrudniające 
niesłychanie dalsze ich wychodzenie, zastanowiło bieg 
sprawy teoryi. Wypadki wreszcie, odwróciły uwagę po- 
wszechną w inne stronę. Następstwa wiosennych zdarzeń, 
przykro i dolegliwie prowincyi uczuwać się dając, wywo- 
łały usposobienie, wobec którego niepodobne m prawie by- 
ło myśleó komu o piśmiennej stałej pracy, Z biciem ser- 
ca oczekiwano co będzie dalej. 

Zawrził r. 1848. Do czynu zerwało się wszystko, a 
w ob c biegu rzeczy, literatura stała się jego narzędziem 
nie zaś celem. Polityką przejęła się więc cala, doj^j wido- 
ków, posługi stosowaną została. Razem z ludnością gorącz- 
kowem życiem zapłonęły dawne dzienniki , pojawiają się 
co chwila nowe, tłumem rozsypują broszury, xiążki, świ- 
stki, wierszem, prozą na wyścigi jedne przed drugiemi. 
A wszędzie ten sam koloryt. Wszędzie pośpiech, gwar. 
Nikt niemyśli o pracy poważnej, treści innej jak kwestyj 
czasowych, — omnia pro tempore, nihil pro seritate! Niepo- 
dobieństwem byłoby objąć sprawozdaniem, szczegółowo 
wszystko co wyszło wtedy, a tóm mniej oceniać i roz- 
trząsać. W niniejszej zaś pracy byłoby to nawet zjedu^j 
strony niewłaściwe, a z drugiej ze wsz^^ch względów nie- 
możebne. Pobieżnym przeto więcej tylko biblijograficz- 
nym poglądem, obejmiemy tę chwilę dziennikarstwa, przez 
zacytowanie kilka ważniejszych pism. 

Wszystko, co tylko doiąd się ruszało, spierało na drodze 
jako tako spokojniejszej, teraz rozżarzone naraiętnoś -ią po» 
lityczną, podniosło polemikę swą do najwyższej potęgi źy \ 
W08J i. Dotąd rozprawiano i mówiono, teraz zaczęto krzy- 
czeć. Kto lepsze miał gardło ten hy\ górą, ten swoje prze* 



22i 28 

prowadził. W niewysłowionym stopniu burzliwa, gwałto- 
wna poU-mika, bj^-ła forraą dawniej i nowo wychodzJ^y^^ 
pism. Na tej drodze prawie wyłącznie rozstrzygano (je- 
żeli rzeezewiśc e rozstrzygnąć zdołano) wszystkie kwe tye. 
Trądy cya sejmikowego nieporządku, odżyła w ealej pełni 
w dzień nikar^twie ówczesnem. 

Jednóm z najumiarkowaiis/j^łi pism poli-ycznych świe- 
żo zalożonycti, była Gazeta Polska. Pierwszy jej numer 
ukazał s'ę 22 marca 1848 a ostatni z końcem czerwca 1850. 
Staranna redakcya Cegielskiego i Mottego nadała temu 
pismu poszanowanie powszeclme. Traktowała sprawy bie- 
żące w kraju i za granicą, zamieszczając w fejlletonie ar- 
tylcuły niewchodzące w wyłączny zakres polityki. 

Aby i ludową warstwę z tokiem sprawy zaznajamiać, 
wpłynąć na porządek jej myśli i sposobu widzenia rzeczy, 
zaczął z d. 4 paźdz ernika 1848 wydawać x. Alexy Pru- 
sinowski , znakomity kaznodzieja prowincyi Poznańskiej 
fFielkopnlanina. Publikacya ta nietvlko że się udała bar- 
dzo szczęśliwie, wiele dobrego przyniosła — ale pod wzgb;- 
dem wyrobienia formy języka, zwrotu, przedstawienia rze- 
czy w pism e ludowćm, pozos anie wzorem godnym na- 
śladowania. Gdyl)y odrzucić jaskrawość z konieczność óvv- 
cześnego położenia wynikającą — dzisiaj w rękach ludu pi- 
smo to zostawione pożytekby przyni* ść mogło. Wady 
jakie tam były, wszędzie te same, tu nawet wiele zmody- 
fikowane : ujmy więc one f^Fielkopulaniumkn dziś nawet 
rozbieranemu nieczynią. Wychodził on do lipca 1850 r., 
lecz pod redakcya x. Prusinowskiego tjlko do październi- 
ka 1849. Od tego bowiem czasu Stefański obj^ł odpowie- 
dzialność za redakcyę. 

Natomiast niby w dalszym ciągu rozpoczętćj pracy, 



29 225 

wydawał x. Prusinowski od r. 184-9 fFiarusa, którego 
w tymże co poprzednio charakterze do fatalnego lipca 1859 
doprowadził. 

Na dniu 7 czerwca 1849 otworzył Karol Libelt Dzien- 
nik Polskie który pomimo talentu redaktora i staranności 
wydawnictwa, nieumiarkowaną namiętnością więcdj może 
Bzkodził piśmiennictwu niż pomagał. Wielu nieporozu- 
mień , rozdrażnień, których dzisiaj jeszcze są ślady w sto- 
sunkach Polskićj spcrfecznoflci xięztwa, z niego wypłynęły. 
Znaczna częśó fejletonów Dziennika , pióra redaktora sa- 
noego, odbita w osobną ziążkę, wiele szerzyła zajęcia* 
Wraz z inuemi pismami przestał w r. 1850 wychodzić. 

W skutek upadku w r. 1849 Gazę fy Kościelnej j za.- 
cząl się ukazy waó zaraz poni^j Tfgodnik Kościelny, bę- 
dący rzeczywiście pod zmienionym tytułem dalszym tylko 
j^j ciągiem. Do r. 1850 doprowadzili go redaktorowie .xx. 
Jabczyński i Janiszewski 

Myśl w r. 1845 zrodzona, podnosząca sprawę szkoły 
i nauczycieli elementarnych, teraz wr. 1848, wobec swo- 
bodniejszego ruszania się, żwawiej miała być rozwiniętą. 
Pracę tę w tźj epoce uważamy za ważniejszą od wielu in- 
nych, za niewyczerpniętą wcale i dla tego pozwolimy so- 
bie zatrzymać nieco nad nią uwagę. 

We wrześniu r. 1848 zawiązało się w Poznaniu To- 
warzystwo pedagogiczne centralne. Celem jego było: obu- 
dzaó coraz większy interes dla ważnćj sprawy wychowa- 
nia, łączyć ficiślćj z sobą kościół i szkolę, ułatwiać nauczy- 
cielom wzajemne kształcenie się* wreszcie obmyślać środ- 
ki do wypracowania i wydawania najpotrzebniejszych ele- 
mentarnych xiążek. Towarzystwo to zcentralizowane w Po- 
znaniu, rozgałęziło się niebawem nietylko na prowincyi, 

TEKA N. V. • » 



12S 30 

ale nawet w górajon Szlązku i Prusach zachodnich. Wy- 
wołało bardzo wiele dobrego, zwróciło uwagę pilniejszą tak 
na wychowanie w ogóle » jak i na obowiązki nauczycieli 
w szczególe, sprostowało niejeden mylny kierunek. Wy- 
brany z niego komitet -złożony z xx. Dolińskiego, Brzeziń- 
skiego, Iga. Prusinowskiego, i nauczycieli elementarnych: 
Sikorskiego, Estkowskiego, Rakowicza i Siekierskiego, za- 
jął się uorganizowaniem pisma jako organu towarzystwa, 
które też niebawem (w r. 1849) pod nazwą S%koły PoU 
skiej otworzono. Jedyne to może pismo, które wtedy mia- 
ło swój cel jasno pojęty i w którym wyłącznie pracowało 
niemięszając się w inny zakres pracy. Redaktorem, du- 
szą jego był Ewaryst Estkowski zmarły w r. 185 G wSo- 
den. Na nim prawie wyłącznie polegała cała praca; jeg# 
zabiegom, czynności nieznużonćj winna SsAfoto stanowisko, 
które zajęła. Może był jedynym z pomiędzy kolegów swo- 
ich w prowincyi, który tak wysoko od nich odbiedz potra- 
fił, tak rzetelnie ukochaó zawód, pojąć go i pożytecznie 
w nim się poświęcać. Piśmienne prace jego cechują się 
jeżeli nie wzorem poprawności i gładkości stylu, to ser- 
decznym, gorąco miłującym wszystko co poczciwe cha^- 
rakterem. Słodyczą,*] miłością z jaką pisał, potrafił swoje 
myśli przeprowadzić, potrafił jednać sobie wszystkich. 

W kwietniu r. 1850 do miesięcznie wychodzącćj Szko- 
ły pohkiąjt zaczął dołączać dodatek dla dzieci, redagowa- 
ny p. t. Szkółka dla dziecię w którym podawał im pełne 
wdzięku opisy, powiastki, legendy i nauki, wierszyki i t. d. 
wszędzie prócz kształcenia ich umysłowego, mając na ce- 
lu rzucanie pojęć odnoszących się do uczucia narodowego. 

Wydawnictwo to, tyle pożyteczne, przetrwało zawi- 
kłaniar. 1850 i przedłużyło się do r. 1855; i to tak długie 
utrzymanie eię winno jedynie zacnemu redaktorowi swe- 



31 227 

mu, który pomimo braku funduszów, niedostatecznego ze^ 
wn%Łrz, zwłaszcza przy końcu, poparcia — co tylko mógł, 
poświęcał — ze wszystkiemi przeciwnościami walczył do o- 
statniój chwili niescbodząo z raz zajętego stanowiska. 
Słowem, publikacya ta pod każdym względem na najwię- 
kszą zasługuje uwagę, zostanie zawsze wyrazem prawdzi- 
wie silnój woli, poświęcenia i miłości przedmiotu i celu. 
Dla bliższego poznania jój, wypisujemy ustęp pożegnalny 
2 S%kiłki dla dzieci w r. 1853, gdy miała przestać wy- 
chodzić, doskonale malujący i redaktora i pismo jego. Tak 
się on rozstaje ze swymi czytelnikami (1853, YIII, 292): 

„Kto sobie pobudpwał własny dom, w nim się urządził, 
„w nim przez wiele lat gości i przyjaciół przyjmował, ten 
„żal czuje serdeczny, kiedy mu przyjdzie ten dom opu- 
„scić; kto sobie zsdożył ogródek, w nim nasadził kwiatów, 
„drzew owocowych, truskawek, urządził zielone murawki, 
„temu także żal jest ogródek ten opuścić i dozwolić, aby 
„zarósł chwastem. Szkółka ^ którą przez lat cztery wy- 
,tdawałem , była jakoby ogródkiem, który dla was młodzi * 
„czytelnicy założyłem, ozdobić się starałem, i z którego 
•jagody i owoce wy zrywać i kosztować mieliście. Szkół- 
ffka hyl^ także jakoby ogrodnikiem, a serca i umysły wa- 
„sza jakoby ziemią w ogródku; a jak ogrodnik ziemię do- 
„prawia i na niój użyteczne rośliny sadzi , tak Szkółka 
9,Btarała się wasze serca i imiysły spulchniać i na nich 
tfpożyteczne nauki zaszczepiać. Szkółka była jeszcze jak* 
„by domkiem, który dla was wybudowałem, w ktc^ym u- 
„kładałem jakoby dla was biblijoteczkę , na którego ścia* 
„uach zawieszałem jakoby obrazki, i do którego szczerze 
„was zapraszałem. 

„Monecie więc sobie dzieci wystawić, jak mi żał do- 
„mek ten opuścić, ogródek bez starania i opieki zostawić, 



228 32 

,.a jednak niemogę dlużśj Szkółki dla was wydawać. Roz- 
;,maitemi przyciśniony niepowodzeniami, przymuszony je- 
„stem rozstać się i pożegnać z wami. Ostatni więc dzi- 
„siaj odbieracie poszyt tego pisemka, t^j gazetki. Może- 
„cie mi wierzyć, że przyjemność mi to sprawiało, iż wam 
„mogłem służyć, pouczać, oświecać i obezńawaó was, czy 
„to z dziejami naszemi, czy to z naszym narodem, oby- 
„czajami, pamiątkami , czy to z ziemią naszą i jćj bogac- 
„twami, czy to z naszymi sławnymi mężami i bołiateranii, 
„czy to wreszcie z ciekawemi rzeczami zagranicznemi. Mi- 
„ło było i dla mnie, ile razy dowiedziałem się, że wam 
„sprawiłem przyjemność, że wamsie to lub owo wS%kót' 
„ce podobało. Pojmujecie więc, że jak dotąd przyjemnie 
„było dla mnie rozmawiać z wami przez cztery lata, tak 
„dziś nieudany żal czuję, że już po raz ostatni przez Szkół- 
„ftf do was się odzywam, i że już dłużój niehędę mógł 
„pożytecznie was bawić i uczyć. Ale trudna rada, kiedy 
„inaczej być niemoże. 

„Kto dom swój opuszcza i w inne strony się przepro- 
„wadza, ten po raz ostatni ogląda jeszcze wszystkie jego 
„kąty, i przypomina sobie wszystkie wydarzenia, wesołe 
„czy smutne, których w nim doświadczył* Kto opuszcza 
„ogródek, który sam założył, upięknił, kwiatami i poży- 
„tecznemi roślinami zasadził, ten jeszcze przed opuszczę^ 
„niem go po raz ostatni idzie do niego, aby się jego wi- 
„dokiem jeszcze raz nacieszył, aby sobie przypomniał, kie- 
„dy i jakie to rośliny w nim pielęgnował. Uczjndmy i my 
„tak samo.** 

Tu następuje pobieżny przegląd rzeczy podawanych; 
poczćm z ojcowskićm prawdziwie uczuciem żegnając się 
poraź ostatni, daje młodym czy telnikom rady z jakich da- 
Ićj xiąźek i dzieł kształcić się mają, wyliczając im takowe. 



33 229 

Do publiczDosci zaś caiej, do czjrtelników Stkoiy po osta- 
tnieofi pożegDaniu się tak przemawia (1853, YIII, 419): 
„Jeżeli przy końcu odzywania się naszego do publiczno- 
„ści w^olno nam taki glos podnieść, to polecamy świętą 
„sprawę wychowania młodzieży naszej, opiekę i troskliwość 
„nad nią, o ile to leży wwaszćj sposobności, wam, zacni 
„z pomiędzy wielu, kapłani, nauczyciele, matki i wszyscy, 
„którzyście szczerze podzielali dążenia Szkoły i Sśkółkiy 
„którzy uznajecie, że clirześoijaiiskie wychowanie i oświa* 
„ta prawdziwa, są największćm dobrem narodu, którzy 
„wierzycie , że jakie jest wychowanie , taki będzie naród, 
„że tylko naród ciemny i nikczemny zniszczeć może. Przy- 
„jaciele oświaty ludu, rlu was jest, miejcie ojcowską tn>- 
„skliwośó nad wychowującą się młodzieżą, zt^aszoza dzia- 
„twą ludu : napawajcie ją, ile to w waszej mocy, miłością 
„chrześcijańską, wlewajcie w j^j niewinne serca święte pra- 
„wdy religii, uszlachetniajcie jćj obyczaje, kształćcie ich 
„umysły, dawajcie im naukę nie próżną, błahą, ale poży- 
,,teczną, a ^w piersiach ich pielęgnujcie święty ogień rodzin- 
„uy, bo póki tfen jasnym płomieniem goreć będzie, poty 
j.nieutracimy gwiazdy przewodnićj! Niech lud stawa się 
„oświeconym, ale niech oświata ta opiera się na poznania 
„obowiązków; na miłości Boga, bliźniego i kraju; wszelka 
„inna oświata ludu jest trucizną ducha. Niew3rpu8zczaj- 
„cie z ojcowskićj opieki szkółek, tych zakładów najpoży- 
„teczniejszych, jeżeli są w dobrym duchu kierowane, tych 
„najniebezpieczniejszych ognisk, jeżeli zfy, przewrotny 
„duch ogień w nich zażega; troszczcie się o te winniczki 
„Pańskie, w których rosną młode latorośle, w których cho^ 
„wają się przyszli członkowie gminy, kraju i kościoła. 
„Niechaj szkółki wydają społeczeństwu ludzi pracowitych 
„i cnotliwych. Opuszczając jedne straż w towarzystwie 



i99 34 

„naszómi waszym sercom, zaćm męiowie, powierzyć ją 
„pragnęlibysmyl" , 

W piśmie tćm pracowali między innemi: Łukaszew- 
ski, Rymarkiewicz I Libelt, Wiśniewski Tomasz, Lompa, 
z. Prusinowski, Leuartowicz i t. d. Wr. 1854 zmieniło 
tytid na S%kółkę dla młodzieży z dodatkiem literackim 
osłabłszy już wiele bardzo na siłach. 

Z rokiem 1850 prócz poprzednich pism, powstały jeszcze: 
Ziemianin^ rolnicze pod redakcyą Lipskiego i Wolniewi- 
e«a — ^i Kt»yi a Miee%^ tygodnik polityczno-religijno-lite- 
rackiego zakroju^ pod względem charakteru formy, różny 
od wszystkich dotąd wychodzących. Ze przyzwyczailiśmy 
się uważać pisma tej epoki, każde jako reprezentanta pe- 
wnego zwrotu pojęć przez garstkę ludzi żywionych, jako 
organ pewnego stronnictwa (jeżeli stronnictwem we wła^ 
iciwćm znaczeniu, rozłomy społeczne ówczesne nazwać 
można), to chcąc w tenże sposób nazwać JCrsyi a MieeZf 
nazwalibyśmy go organem uszlachetmanych marzeń. Tu- 
taj wierzono nietylko w przeszłość narodową, lecz kocha- 
no ją, co więcćj do ideału podnoszono, na którym żadnćj 
skazy widzieć niechciane. Wyróżniając się tćm od na- 
der powszechne) wtedy zasady poniewierania wszelką tra* 
dycyą, wierzono z drugiej strony w obecność pod całym 
wpływem gorączkowćj, zdarzeniami chwili rozognionćj wy- 
obraźni: — jako w przejście ani mnićj ani więcój tylko do 
apoteozy w przyszłości. Pod tćm rozgorzałćm wejrzeniem 
niezdołano w Krzffiu a Btieezu ani na chwilę zebrać spo- 
kojnćj myśli, trzeźwego sądu. .W chmurach , z wiatrem, 
z burzą — snuło się ogniste, piękne nawet czasem fantazmą, 
ale nieschodziło na ziemię, między ludzi. Trudno zaprze- 
czyć pracy tćj niesłychanie wiele życia, miłości, prawych 
uczuć; ale niestety mistyczną mglistą formą, którą się tłó- 



35 231 

maoz3^y» ani sobie roEwinięcia, ani drugim pożytku nie- 
przyniosfy. Najlepsze pewno chęci zmarnowały się zno^ 
wu mylnie wybranemi środkami. Wiele uwag nastręcza 
się przy tym wypadku, zktóremi niemogącsię wynurzyć, 
zanotujemy tylko spostrzeżenie, jak rozmaity charakter 
przybiera ciągle wezbrane uczucie — jak namiętnie rzuca 
się ono w najrozmaitsze strony, chwyta się ostateczności, 
szuka ulgi i pomocy w swym rozstroju 

Krsyi n. MiecZj odnośnie do swego charakteru, przy- 
brał zgodną zupełnie z nim formę. Styl biblijny, mistycz- 
ny, do zbytku kwiecisty — ^wydowienie wyszukane, nieja- 
sne, koloryt jaskrawy, obrazy pstrokate, ton całości roz- 
rzucony. Artykuły dyssertacyjne, poglądy polityczne, obra- 
zy historyczne , poezya , wiadomości literackie — składały 
organizm Kr%yia a Miecui. Firinę redakcjri dał Bw. Ęst- 
kowski, wszakże na pierwszy rzut oka łatwo poznać, że 
to rodzaj pracy zupełnie odmienny. Najwięcćj drukowali 
tam swoich płodów prozą lub wierszem: Lenartowicz, Ba^ 
liński Karol, Ujejski, Berwiński, Norwid i inni. Ostatni 
numer wyszedł 24 czerwca 1850. 

Tak więc nowy rok 1850 zastał wprowincyi Poznań- 
skiej następne pisma czasowe: Przegląd Poznański, Gaze- 
tę Polską, Dziennik Pc^ki, Krzyż a Miecz, Wielkopola- 
nina, Wiarusa, Szkółkę niedzielną, Tygodnik kościelny, 
Ziemianina, Szkołę Polską, Gazeta med^elną, i Gazetę w. 
X. Poznańskiego (1). 



(1) RiewspomnieliśiDy wcale o dwóch ostatnich pismach. Pierwsze tak 
efemeryczne, ie trudno było si^ o niego dopytać i postarać. Dm- 
gie, choć do dzisiaj od lat kilkudziesiąt wychodzi, niczem nieza- 
słuiyło na wzmianka. Płód spekulacyi bez barwy, wartości, najlich- 
sza w świecie publikacja, stojąca jedynie iuseratami i przedrukami. 



332 36 

Wskutek wspomaianój już okoliczrioeoi, która ogto- 
ażeniem nowego prawa drukowego, przepisem składania 
kaucyi, odmówieniem debitu pocztowego, nakazaniem sta- 
rania się o nowe pozwolenie, zagroziła istnieniu wszyst- 
kich pism, zostały tylko: Przegląd Poznański, Szkoła nie- 
dzielna, Ziemianin, Szkoła Polska i Gazeta w. x. Pozn.« 
które wchodzą i należą do następnego już okresu. 

W ocenianiu płodów piśmiennictwa epoki 1840 — 1850, 
mającóm służyć nam niejako za dowód rzuconój naprzód 
charakterystyki, oparliśmy się głównie i jedynie na dzien- 
nikarstwie, niepodejmując innych objawów, które nie w nióm 
lecz w osobnych xiążkach się pomieściły. Uczyniliśmy to 
raz: aby niepomnażsuS objętości niniejszój rozprawy, której 
celem nieoceniaó i roztrząsać pojedyncze płody i prace, 
lecz zbiorowych kierunek, wartość i pożytku donośność 
poglądowo zeszkicować; powtóre: tych pierwszych liczba 
tak szczupła w stosunku do rozrzuconych po pismach peryo- 
dycznych utworów — ^nieprzedstawia razem wzięta nic od- 
rębnego, oderwanego w kierunku swoim, nieświoci żadnym 
potężnym zwrotem. W opisanćm albowiem położeniu rze- 
czy, mało kto mógł pracę i zajęcie swoje zwrócić do przed- 
miotu odrębnego, z duchem czasu nic wąpólnego niema- 
jącego, któremu znowuż najdogodnićj było wyrażać się 
\y doraźnych artykułach, żwawych odezwach, wruchliwćm 
i gorączkowćm dziennikarstwie ówcześnćm. Koło niego 
też widzimy gronąadzące się zdolności pisarskie, jemu skła- 
dające płody swoje, z niego w znacznćj części nawet wy- 
chodzące na widok publiczny imiona, w niem wreszcie za- 
prawiające i kształcące swe pióra. 

w których nawet wybora znaleźć nieumie— niczem się nierózni od 
powiatowych urzędowych kartek, chyba iim, ie ostatnie zawierają 
potrzebne często przepisy i regulamina władz okręgowych. 



SI %n 

Pró?2 BACzyńeldego ^ który pewien ciąg i łącznos^ 
jeżeli niechroiiologiczaą to przedmiotową swym wydaw- 
nictwom nadati kilkii zaledwie łudzi podejmowało pracę ob- 
szerniej szycti rozmiarów, fcu pożytkowi nietylko cłiwilo- 
wema, w pewnćj analogii i związku. Tak Łukaszewicz 
głębokiej wartości studyami, pomnikowemi dziełami w dzie- 
dzinie historyi, opracowaniem nietkniętych z ni^j dotąd 
ustępów, zyskał w kraju rozgłośne imię (1)^ Podobnie Mo^ 
raczewski Jędrzej, pierwszy i jedyny, który naukę historyi 
naszej, w jeden ciąg usiłował zebrać, w rozleglejszym za- 
kresie i na czysto scyentyficznych zasadach. Od 1843 — 1855 
prowadził on wydawuictwo swoich Duejów Rzee%ypo9po^ 
lUejf stanąwszy na abdykacyi Jana-Kazimierza — gdy przed- 
-wczesna śmierć (2d lutego 1855) niepozwolila muichukoń- 
czyó (2). Filozofiję, etykę, ekonomiję polityczną, pedagogikę, 
estetykę uprawiają słynni z nauki i talentu: Libelt, Tren- 
towski i Cieszkowski (3). W badaniu starożytności pra- 
cuje choć niezaw<?ze na podstawie, w którą wierzyć można, 



(1) Najważniejsze Jego utwory są: Obraz miasta Poznania, 1838. Wia* 
domości historyczne o dyssydeutach w mieście Poznaniu, 1834. O 
kościołach Braci Czeskich, 1835. Historya wyznania Helweckieg^ 
w Litwie, 1846—7. Zakłady naukowe w Koronie i w. x. Litewsl[» 
1851. Historya szkół w Polsce od najdawniejszych czasów ai do 

' r. 1794, 4 tomy, 1851. Dzieje kościołów wyznania Helwećkiego 
w dawnej ftlałej Polsce, 1853. 

(2) Prócz moóztwa artykułów rozrzuconych po dziennikach, a mianowi* 
cie: Koku, Dzienniku Polskim, Dzienniku dumowyni, Tygodniku lite- 
rackim i innych, znane nam jrgo prace są: Polska w złotym wieku 
przedstawiona, i wyimkami z Dziejów R. pospolitej, 1851. Wy- 
danie pamiętników Fr. Rarptfiskrego. 1844. Podróż po kręgach Skąd*' 
dyoawskkh, 1845. 

(3) Karol Libelt, d*r. filozofii, urodził się w Poznaniu r. 1807. Na 
uoirersytecie Berlińskim jeszcze napisał rozprawę o Spiuozie, uwień< 

TEKA N. V. 30 



234 38 

jednak z pewnym pożytkiem Tadeusz Wolański (t). Poe- 
tów, powiesciopisarzy w t(ij epoce było dyletantów wiele, 
wy^iczególniających się prawie nic. Tego rodzaju prace 
nadsyłane były najwięcej dodruku tutaj przez autorów do 
innych stron kraju należących, 

Z kolei przejdziemy wreszcie do ostatniego okresu, za- 
czynającego 4się około połowy r. 1850, a ostatecznie w dni 
dzisiejsze wchodzącego. 



czoną złotym medalem. Jego następne prace, prócz rozrzuconych po 
dziennikach są: Dziewica Orleańska, 1847* Feljeton polityczno*li- 
teracki, 1845. System umnictwa 1857. Pisma pomnii^jsu. 6 to- 
mów, 1849—51. Pisma krytyczne » 185L Filyzof^a i Krytyka 
1845—9. Estetyica ciyli umnictwo pifkne » 1854. Wykład mae- 
matyki. August kr. Cieszkowiki wydał: Prolegomena zur bisto- 
riosephie. Gptt und polingenesie « 1842. Du credit et de la cir- 
cuUtioo, 1839. Dela pairle et de Paristocratie modernę, 1844. 
O odirouach wiejskich, 1849. Ojcze nasz, 1849. Huóztwo arty- 
kułów po dziennikach. Bronisław Trentawski pisał. iMyśIini czyli 
całokształt logiki narodowej, 1844. Cfaowanna, 1845. Demonoma- 
idja czyli nauka nadziemskiej mądrości, 1854. Stosunek filozofii do 
Cybernatyki , 1845. Yorstudien zur Wissenchaft der Natur oder 
iibergang vom Gott sur Sch5pfung, 1840. Grundlage der univer- 
sellen Philosophie, 1837. De Yita humanis aeterna, 1846. 
(1) Wydał: Listy o starożytnościach Słowiańskich 1845. Toż po-Nie- 
miecku 1846. Odkrycie najdawniejszych pomników narodu Polskiego^ 
1843. Schrift Denkmale der Slaven vor Christi Geburt, 1850. Dit 
Opfergefasse des Tempels der Taurischen Diana, 1851. 



X. MARCIN POCZORUT. 
OBRAZ iYClA ARAI^EMICKIEGO^ 



F R z E z 

ł 



KŁoi, a obecoycłi i stałych mieszkańców Wilna, nie- 
styszal o uozonyoii a w kraju 1 sa krajem wszędzie slyn* 
nym ssŁrooomie xiędzu Maroioie Poczobucie? A może znaj- 
dą się taoy, którzy pamiętaj^ iiawet tęga sędziwego- star- 
ea, piK^hylooega laty, ale jeszcze i>zeż.wego< umysłem; apeN 
nego powagi i dobroci z oblioza? Znany jest wszystkim, a 
{Nrzynajmoió} tym którzy w czytania poważnych, ziąiek 
8zukaj% rozrywki i wiadomości aczynach przc^dków i dzie- 
jach kraju naszego, żywot uczony L publiczny tego znako- 
mitego męża, tak wymownie skreślony przez tyle godne- 
go C2»i ^ pamięci aasziśj; Jana, Śniadfeckiego. Możeby to> 
byia zachwałośó pory wać się na pisanfe cóś więcej jeszcze 
o zairiugach Poftzobuta, po tóm co już nanL wypowiedział 
sławny jego w uraędzie i astronomii następca, a w pra- 
caoh dia zabeipieczenia. icstrukcyi kra^owćj; nieoddzielny 
towarzysz! Ale znalazły się nowe świadectwa i nowe szcze- 
góły o trudach Peczobuta dla dobra alćademii dawnej; Wi- 
leńskićjt o troskach i pociechach, tego« życia akademickie- 
go w połowie naukom > a w połowie niełatwemu sterowi 
uczącego zgramadzenia poświęconemu^ Zdietło mi się więc, 



236 2 

żo to niebędzie z mojej strony grzechem zbyte znego za- 
ufania we własnych silach, dodać cóś nowego do dawnego 
obrazu żyoia Poczobuta, coby niepsując świetnych farb au- 
t)ra, w}'jaśi)ilo. niektóre jego gzczegóiy, ktire on oeądzit 
«a rzecaj właściwą w swoim czasie, pod cieniem zostawić. 
Bo juz niemal pól wieku od zgonu Poczobuta zapadło w nie- 
powrótną przeszłość, bo już tyle jemu spółcześnych opu- 
ściło ziemię, l^tórzy albo za nim, albo pm^piw uiemu dzia- 
łali. Ni(^ma więc powodu do żadnych względów na osoby 
i okoliczności; owszem zachować dlą potomności i odsło- 
nić jej szereg wypadków ukrytych dotąd przednią, byle 
z poszanowaniem prawdy i oparciem się na pewnych do* 
wodach, 5ądzę ze jest powinnością każdego, kto ma do te- 
go sposobność i .powołanie! I dla tego, obracam się ta 
szczególnie do was, dawni uczniowie uniwersytetu Wileń- 
skiego, słuchajcie tego co wc.m tu powićm o Poczobude, 
jeżeliście ciekawi wiedzieć , jaka byfa fizyonomija przy 
końcu XVIII wieku tej akademii ^Ima inater^ tego ogni- 
ska nauk, z któregoście po jej odrodzeniu z Jezuickich po- 
piołów, czerpali światło i brali przestrogi na drogę życia, 
równie z zalet jak z wad owej starożytnej inst3rtucyi! — 
Ale niesądźcie żeby to wszystko z czego się dowiemy o 
j(?j przewodniku i luminarzu starym Poczobucie, służy!o 
zawsze i wszędzie na jćj pochwałę , żeby to było jakimś 
jej panegirykiem. Nie, zaiste: powiemy prawdę, a raczej 
powiemy to tylko, co z nowych szczegółów o życiu i czy- 
nach iezeigodnego jój rektora i astronoma, da się ojdj by- 
cie i odrodzeniu wyczerpnąć, 

h 

W chwili kiedy straszliwy cios dla zakona Jezuitów, 
.ugodź ł w hh zgromadzenie^ w pośród stolicy Litewskiej 



i ?37 

na tray gałęzie rozrosłe,— *jf den i ui(?h w eamój sile wieku, 
bo jeszcze lat ezterdzie^ći pięć liczący, gruntownie ukształ- 
cony w naukach matematycznych w pierwszych akademi- 
jacb Buropy, oddawał się z zapałem astronomii posunion^j 
naówczas tylu świetnemi pracami genijalnych ludzi do wy- 
sokiego 8top«ia' doskonałości. We wzniesionem przez nie- 
riychśbą gorliwość swą obserwatoryunH trawił on dni i no- 
i^se na uważaniu obrotu ciał niebieskich, i wtenczas już zna- 
ny wpzędzie z pięknych owoców swojćj nauki i pracowi- 
tości zasłynął w całćj Europie, jako jeden z najpićrwszych 
astronomów tój części świata. Tym niepospolitym mężem, 
tą chlubą wówczas naszej ziemi, byt Marcin Poczobut. — 
Już dziesiątkiem lat wprzódy Jezuici Wileńscy naciskani 
równie duchem czasu, jak potężnóm spółzawodnictwem Pi- 
jarów, musieli nakoniec sami jakby dobrowolnie przystą- 
pić do saprowadzenia pewnych odmian na lepsze w ucze- 
niu młodzieży. Właśnie skutkiem tego, w akademii Wi- 
leńskićj zaprowadzono porządną lekcyę matematyki, po- 
myślano o kształceniu członków zgromadzenia w zagrani- 
cznych szkołach, a nawet jeden z uczonych professorów 
tejże akademii Jezuita Żebrowski, wcale dobry matematyk, 
zajął się urządzeniem obserwacyj astronomicznych, które 
uczeń jego a bezpośredni naszego Poczobuta poprzednik, 
X. Jakób Naksianowicz przedłużał czynnie, chociai bez ta- 
kiej korzyści dla dobra i postępu nauki, jakiej należno wy- 
macać po nim i po nauczającćm zgromadzeniu. Poczobut 
Zr funduszu xięcia Michała Czartoryskiego kanclerza w. w. 
X. Lit. wydoskonalopy w naukach matematycznych, a szcze- 
gólniejszy miłośnik astronomii, za powrotem do Wilna w r. 
1764, posunął jeszcze dalźj usiłowania akademii opodżwi- 
gnienie tak ważoych umiejętności w publicznćj inetrukcyi. 
A chociaż niebyfo jeszcze dobrych narzędzi do obserwacyi, 



238 ł 

Poczobut jednak objąwszy posadę astrononia obserwatora^ 
oddał się gorliwie pracy, którój także ^lad pozostai w ma* 
lem pi«?einku zawierającem ob^ei-wacyę zaćmieuia xięzyGa 
wr. 1766 (1). Wiadomo już jest zkądinąd, jak te WBzyst^ 
kie usiłowania Poczobuta w podni^aieniu nauki astronomii 
do wysokiego stopnia w ówczesnej akadśmii Wileńskiej, 
UW. eńczoue zostaJy wspania-ym darem Elżbiety z Ogtśskich 
Puzyniny. Wiadomo również jak po sprowadzeuiu z An- 
gii ko;?ztem tejże samej ozeigcdpej matrony Polsk-ej, w}^- 
branych i zamówionych przez samegoi Poczobuta iostru* 
mentów do obserwacyi, wzniosła s.ę w ciągu dwóch łat 
1770 — 1772, prawdziwie piękna i dogodna sala w obser* 
w^atoryum pod dozorem naszego astrotwma (2). Lecz obok 
tego przeczuwali także Jezuici Wileńscy zarówno z inny- 
mi, jeżeli niezupełny swój upadek, to przynajnuiiój blizkie 
zachwianie swojego znaczenia, swoich bogactw i wpływu. 
Poczobut świeżo z obcych krajów przybyły, może jaśniej 
pad innych s{)ółbraci widział zbliżającą się burzę. Ale, gdy 



(1) Martini Poozobut, Calculus eclipsos luparis quae accidit die 34 Fobr. 
1766, pro observatorio Acad. YtluensL Ia-4» oa dwóch arkusiach. 
rnytem rycina wyobrażająca zaćmienie. 

(2) Niemożemy tu pominąć pięknej wiadomości historycznej o Wileńskiem 
obsferwatoryum od początku jego aż do naszych czasów, którą równie 
lacuy jak uczony MaeUj Guńe^t, dzisiejszy pomocnik dyrektora 
tegoż obserwatoryiun, podał w r. 1853 do Rocznika Wileńskiej gu- 
bernti (IlaMaTHafl RHHJKKa BajieHCKOft rySepaiH sa 1853 toą%\ 
na pamiątkę stuletniego trwania obserwatoryum, pod napiseni: Cto* 
jfbTHee cyntecTBOBaHie BsjieHCKoft acTpoHOuaHecE/oi i^cep- 
BaTopiH. Frócz głównego źródła do tego pisma, jakiem jest Żywot 
Poczobuta p. Śniadeckiego, korzystał jeszcze autor umiejętnie z kilka 
dzieł i rękopismów znajdujących się w biblijotęce obserwatoryum , a 
najwięcej z Inwentarza instrumentów i meblów przez samcgoż Po* 
eiobuta spisanego. 



5 239 

inni ojcowie p^2ewodni^y klasztorów, uprzed/.ając nieuchron- 
ną katastrofę, oszczędzali to, co można by}o oszczędzić 
z dochodów i z zapasów iwych, dla utworzenia funduszu 
tajemnego dla rozbitków, i w przypuszczeniu przyszłego 
odrodzenia swego: Poczobut zc swojej strony rozmyi^laf 
« trwogą o zabezpieczeniu jedynie tego obserwatoryum, 
które tylu trudami wzniósł i tak wielkiem poświęceniem 
zdrowia i nauki sw<3J zrobi! użyteczn(;m dla własnego kra- 
ju i dla cal(5j Europy. Dawno już w.ęc szukał on znajo- 
moj^ci i stosunków z osobami, którcby mu z czasł^m mogły 
być radą, pomocą i opieką w zbliżającej się katastrofie. 
Ułatwiały mu do tego drogę najprzód^ pomimo upadające- 
go znaczenia Jezuitów w litwie, powaga stanu jego jako 
uczeńszego nad innych kolegów członka starożytnćj aka- 
demii, a pot^m osobiste przymioty jego, owa łatwość cha- 
raktem, towar zyskośó, potulno5Ć i uprzejmość dla wszyst- 
kich, a przy takich zaletach serca, wielka żywość imagi- 
nacyi, która go pomimo surowości nauk matematycznych 
w krainy poezyi często unosiła. Miał on do tego jeszcze 
tytuł astronoma królewskiego, którym go wr. 1767 obda- 
rzył Stanisław-Attgust(l). Lecz to wszystko niezdawało mu 
się dostatecznćm w przewidzeniu grożne^j przyszłości do 
uspokojenia w nim trwogi o los ulubionego zakładu. Już 
pd powrotu swego z Włoch i Francyi, po skończeniu stu- 
dyów, kiedy w pićrwszych latach panowania Stanisława- 
Augusta zasiadł w akademii WiUńskićj na katedrze raateJ*- 
matyki i astronomii, — zabrał Poczobut ścisłą znajomość z Jo- 
achimem Chreptowiczem {ob. przypisek na koneu artykn- 
łu) naonczas pisarzem wielkim, w. x. Lit., czlowiekiiem 



(1) Praywilej Stanisława* Augusta taszczy cająi^y tytułem królewskiego^ 
obserwatoryum Wileńskiej akademii, a obserwatorów mianem astrono- 
mów jego królewskiej mości, dany był w Warszawie 25 stycznia 17^7 r. 



240 6 

możnym, oświeconym i mającym przez swoje stanowisko 
między piórwszem obywatelstwem Litewskićm wpływ zna- 
komity w stolicy. I naturalny poci%g człowieka uczonego 
do tych, co sami oświeceni lubili nauki, i tych którzy się 
im poświęcali, i wreszcie przewidzenie, że w oczekiwanym 
rozbicia, trzeba było koniecznie zabezpieczyć sobie środek 
ratmiku, — skłaniały Poczobuta do utrzymywania ciągłych 
stosunków i korespondencyi z Cbreptowiczem, do C9;ynie- 
nia mu. rozmaitych przysług i dawania różnych wiadomo- 
ści o wypadkach Wileńskich, które go obchodzić mogły. 
Jakże frasobliwie wymawia się on przed swoim mecena- 
sem z niemożności odwiedzenia go w Szczorsach, kiedy 
jeszcze w marcu r. 1768, skończywszy obserwacye w No- 
wogródku, niemógt dla naglących interesów zboczyć ta^ 
w powrocie swoim do Wilna. „Ale będzie ten czas, kiedy 
się ja pomszczę nad nieszczęściem mojćm, (pisze nasz astro- 
nom do Chreptowicza), i upatrzywszy sposobność umyślnie 
z Wilna do Szczorsów przybiegnę, idąue z całym astrono- 
micznym ekwipażem i instrumentami do determinowania 
latitudinii et longitudinis loci. Naówczas nie dzionek 
jeden, ale najmniej niedziel dwie lub tr^ poświęcę na je- 
dyne usługi JWMPana Dobrodzieja-'* Jakże znowu serde- 
cznie w liście 7 maja 1773 winszuje mu otrzymaućj pie- 
częci podkanclerskiój Lit. i jak „niewymownie cieszy się 
z tego tak szczęśliwego ewentu!*' Chreptowicz też nawza- 
jem zobowiązuje go czasem do spełniania niektórych pole- 
joeń i interesów swoich nawet; ale też umie go nieraz 
.zręcznie za przysługi wynagradzać. Itak naprzykład pro- 
^ł Poczobuta w tymże roku o dobre umieszczenie sześciu 
synów szlacheckich w Wilnie, z funduszu przeznaczonego 
♦od zeszłego podkanclerzego Lit. Przeździeckiego. Poczobut 
skwapliwie tego dopełnił, i z takiemi szczegółami doniósł 



7 2il 

mu o tóm. nStancyęf wikt i inne drobniejsze wygody^ ja- 
ko to: praGsd:ę, opid i swi^oe samówilem we dworku jednój 
dobrćj imajętućj gospodyni, za sto szesódzieBiąŁ złotych od 
osoby, to jest in summa za &60 sdotych. Przez co od oa- 
fój summy 1,2^0 ziL oszezędziiem 240 zł., to jest 160 na 
stół a 80 na pensyę dla insp^tora (guwernera), który zdał 
mi się koniecznie potrzebny dla ustawicznego tycfa dzieci 
dozoru* Stół będzie przystojny i staneya dosyć wygodna; 
od których połowa pensyi płacić się ma zaraz na począt- 
ku, a polowa na końcu roku okrągłego/' Ale po tych sło- 
wach wnet dodaje Poozobut: „Więcćj mi niezostaje, jako 
dalszych Jwwpana^ Dóbr* czekać rozkazów, oraz za jeden 
ze sześciu placów do nominaćjri mojćj zostawiony, złożyć 
podziękowanie najgłębszego pełne respektu.** Taki to byt 
wówczas stosunek panów do szlachty, protektorów z prę- 
tegowanymi« Trafny to był istotnie wybór w osobie Chrep- 
towicza szukać podpory: bo wątpliwości niebyło, że on 
jeden prawie z panów Litewskich w owym czasie, jako mi- 
łośnik nauk, mógł dać jćj skuteczną opiekę > w razie pen 
trzeby* Byli wprawdzie i inni panowie Litewscy, którzy 
i sami mieli wyższe ukształeenie i naukę, i lubili przesta- 
wać z ludźmi poświęcającymi się naukom, mianowicie jak 
xiążę Adam Czartoryski generał ziem Podolskich 12:. Mas- 
salski biskup Wileński. Ale pićrwszy rzadko bywał w Li- 
twie, a drugi nad wszystkich uczony<!h i nad nauki, przed- 
kładał więcej grę i zbytkowe rozrywki. Właśnie potrz^^- 
ba opieki i pomocy wkrótce nadeszła. Wiadomość o butli 
Klemensa XIV, wydanćj dnia 21 lipca roku 1773, i sno- 
szącćj na całym świecie zakon Towarzystwa Jezusowego, 
spadła na Wileńskich Jezuitów we wrześniu, chociaż osia* 
teczn^ jćj ogłoszenie w Wilnie nastąpiło dopićro dnia t% 

listopada tegoż roku. Pomijając wszelkie powody, dla któ^ 
TEKA. N. V. ai 



rych Jezuici zasłużyli na ten nfyrok Stoliey apostokskięj, 
niepodobna było, ażeby tea cios ohociaż dawno przewi- 
dziany, niewstrząsł wszystkich mieszkańców miastia i pro- 
wincyi, i żeby nieobudził pewnego politowania, jakie się 
obudzą w sercu ludzkićm nad każdą wielką niedolą, nad ka- 
rą nawet pospolitego winowajcy! Odrętwieli Jezuici pod 
tak srogim ciosem, oddali się żalom, i zamieszanie wobar 
wie o los przyszły każdego z członków zgromadzenia po- 
wstało w murach klasztorów Wileńskich. Ale serce Poczo- 
buta podwójnym razem ugodzone zostało. Cierpiał on 
jako zakonnik, i cierpiał niemniśj boleśnie, jako należący 
prócz tego do akademii, jako twórca tak ważnój dla nauk 
instytucyi jaką było obserwatoryum astronomiczne, w któ- 
rym właśnie w tym samj^m 1773 roku, raśŁcm z nieod- 
łącznym towarzyszem prac swoich xiędzem Andrzejem 
Strzeckim, zaczął nowo-sprowadzouemi narzędziami, od- 
bjnyać szereg porządnych i stałych obserwacyj nieba. Drżał 
o ich byt, i o los swoich towarzyszów w zawodzie na- 
uczycielskim, którzy do innego chleba i do innego. za- 
trudnienia przywyknąóby niemoglL Kiedy się jui więc 
wszystko spełniło z Jezuitami, w piórwszśj chwili prze- 
rażenia, obrócił się Poczobut szukając opieki i ratunka 
do przychylnego sobie Ohreptowicza. „Pozwolisz panie! 
(wolał prz}^valouy smutkiem do swego protektora), w tym 
okropnym razie, w którym mię fatalny los zakonu na- 
szego postawił, wezwać protekcyi twojej ministeryaln^, 
do odwrócenia tych klęsk , które tak straszny wypadek 
na osobę, urząd i obserwatoryum moje ściągnąć może. 
Po nieszczęściu powr^zechnem, w którym znajduję się z ca- 
łym zakonem, niebyloby większego dla of?oby mojdj utra* 
pi'^nia, jako nietylko porzucić, a^e nawet przerwać osnowę 
robol. moioh wtem obserwatoryum, które mając swe ode- 



9. US 

omie pootąŁki, miało być dla mnie chw^delmym grobem. O 
to więc obserwatorymn, o urząd mój i kolegów a pomoc- 
ników moich niezmiernie etroskany, rzucam się ze Izami» 
ora« z najzupeiuiejszą ufnością na łono ministeryalnćj pro- 
t^cjri twojej Panie, niemogąc od płaczu nic już więcej wy- 
razić.** Niedługo czekał na pocieazenie i opiekę mecena- 
sa swego PoGzobut: bo Chreptowicz, umiejąc ocenić smut- 
ny stan jego i ufność któirą». w nim położył* pośpieszył 
wnet uspokoić troskliwość uczonego męża o dalszy los tak 
świetnego zakładu* Pokrzepiony Poczobut uprzejmością i 
pdnemi nadziei obietnicami ministra* niesądził odtąd, ase-> 
by król miał zostawić niepewnemu losowi obserwatoryum 
zaszczycone tytułem królewskiego* ^ a instrumentami i ob- 
serwacyami w całej Europie już tak słynne. Owszem bła- 
gając Ghreptowicza o wstawienie się do króła i stanów 
Uzeezypospolitójr oświadczał mu, że pełen ufności czekać 
będzie ostatecznego wyroku na tćm miejscu , na którćm 
(mówimy jego wlasnemł sfowy) we dnie i w nocy pra- 
cując, dotąd w pocie czoła, a teraz gorzkierpi łzami oble- 
wając, nieiiinój żądał nagrody, jedno tój, aby na nióm gło- 
wę położyć. Nieprzestając natćm, żeby rozszerzyć sferę 
czj^nosci swoicb, ośmielony dobrocią protektora^ prosił go 
o wyjednanie mu przywileju wyłącznego dla osoby jego, 
na wydawanie kalendarza politycznego na Litwę, i oprócz 
tego ^ązet literackich jeśK można i politycznych w Wil- 
nie (1). Niemiał tu na widoku Poczobut żadnych korzy- 



(1) Gazety drakwaoe w Wilnie trwały ]\d za panawaaia Augusta III, 
a moie i wprzódy. Znamy Je od r. 1761, były im osobliwego 
składa. Jednego dnia pokazywał się na pdłarkuszih w ćwiartce Bu- 
ryer Litewski, mający na czele odcisk drukarski Wyobrażający ku- 
ryera i trąbką konno galopującego, i ji^dnej strony rok, i drugiej 
numer na tarczach. Tegoł samego dnia, ą- najczęściej nazajutrz wy- 



244' f» 

ści osobistych s takiego rodsajo piiblikaoyi; ale co doka* 
lendarzy, chciał ifcby wydawane dotąd ooroczoie od pew- 
nych lat przez x, Franciszka Paprockiego prokuratora pro- 
wincyi Litewskiej Jezuitów, w drukarki Akademickiej, wy- 
chodziły i nadal bezprzerwy^ Ważniejsze wtenczas byfy, 
niżby kto dziś rozumiał, owe kalendarzyki dla Poczobuta, 
i użyteczniejsze dla publiczności; ponieważ w nich oprócz 
zwyłdój politycznej treści , umieszczali Jezuici to chrono- 
ogiję królów Polskich, to wyciągi z ustaw sejmowych, a 
Poczobut wyłącznie podawał swoje rozprawy astronomiczne, 
oswajając czytelników Z umiejętnościami dokfadaemi sposo* 



cbodziły Jfiadomoici Cudzoziemskie % herbem obojga narodów, 
4 numer tea sam co i w Kuryerze, teo sam tormat i objętość. Nąj- 
cięściej aastępoego doia, pokazywał 319 Suppl0ment do gazei 
WUeńAkich^ podtym^ samym oomerem, bez odcisku i oa jednej 
tylko karcie tego:^ saniego formatu, Czasem i drugi krótszy wple- 
wvi\ wychodziła IHiekiedyt ale bardzo rzadko, bo prawie raz na 
miesiąc, w tym^e samym kształcie, ogłaszano przez 4 lata od r. 
1760 do 1763 ną dwóch kartach Wiadomoiei literackie przez 
X. Bartłomieja Paprockiego Jezuitę, z odciskiem wyobrażającym wo- 
dotrysk z godłem na4 nim; Q^Q phis ąunt potae^ plus stU" 
%ntur* Treśó tych pisemek byłą bardzo szczupła i zwięzła. Ku- 
ryer i supłement jego ogłaszał wiadomości wówato krajowe, o wy-* 
padkacli w Utwie i f^orome, jak ^ranir^ne tyOnee 4ię polityki. 
Wiadomości cadmioffiskie odpowiadały ściśle swemu tytMłowi; ale 
Wiadomości literackie oki^ywały jui niejaką dąiaośó naukową, oho- 
ciat były bardzo niedołężnie redagowane^ I, roku np. 176t zawie- 
rają: niezły artykuł o monecie krajowej, o pubiic^nem wychowaniu 
młodzie^j kor^ystttiejszeo) od domowego, treś(S pisma umies^c2;QnegQ 
w Dzienniku Paryzkim % X: 1734« sposób ną śyźBość drzew, wa- 
rzywa i zboża, o straszydłach^ i tym podobnie, Elxemplar( takich 
Wiadomości sprzedawał się osobno od Karyerą po Szostaku. W roku 
U70 «n(k« Uwyer^. apokłWUiąsic Gązęi^g WHeńihi^% W ośmdni 



11 S45 

bem wcałe popularnym (S)« W ciągti^j obawie o przyszły 
los Akademii, Poczobut uieprzestawai szukać pociecby t 
opieki u Obreptowicza. I Chreptowicz niósł mu je skwa« 
pliwie, dobrotUwemi wyrazy kojąo troski wątpliwego poio* 
żeniat i zapewniając^ ie zakłady naukowe po Jezuitach po* 
zostaie, rząd pod innym kształtem utrzyma i poiyteezme 
dla kraju urządzi. Ale Poczobut niespokojny jak to ńą 
ułoży, a przyzwyczajony oprócz tego w samych tylko Je* 
zuitach widzieć wówczas ognisko nauki i instrukcyi publicz* 
nćj, szukał w głowie sposobu jakby tęi sarnę akademiję 
zatrzymać^ w ręku członków obalonego zakonu, któtzyby 
w innej postaci i pod innćm imieniem, zatrz3anali w swo* 
jćm ręku jeieli niezupełnie dozór nad wychowaniem mio- 



ia«4to we dwiiob JtartMh WfcbodHee , a obok tych UgfA atmofo 
dnia soplemeot równej objętości. Odcisk oa ciele wyobraża na tar^ 
eij pod mitrą liąięcą wśród armatury , gońca w ubione hiuar* 
akim cwałi^ąceto. Po wstąpienia oa tron Stametawa-Angosta, ga- 
^ty w Wilnie snowu swoje postać smieoiają około roku 1780 
(moie nieco pierwej), i zaczynają wycbodzió regularnie co 7 dni, 
s berbem królestwa mającym pośrodlu Ciołka Poniatowskich, objt*^ 
tosci dwóeh kart in*4to przytakimie suplemencie. Rad tarczą ale 
pod koroną, zzabełma wychodzi wszerz pas czyli wstęga, a na 
niej napis OoMty WUerukU. 1 w takłm kształcie gazeta po« 
lityczna w Wilnie, przetrwała ^ za rok 1794; potem si^ znów od* 
rodził Kuryer Utewski. 
(2) Właśuie taka wiadomość o priąjściu planety Wenus przei płast. 
czyznę słońca, zbijająca Mędy i uprzedzenia dawniejsze astrologiczne, 
oraz wykładająca zalety ( poiytki astronomii , znajduje si; w Ra-^ 
tendarzu fFUetUkim na rok 1769, po której następuje oznaczę^ 
nie szerokeśoi geografiezoej Wilna, przez x, Poozobuta. Ralen* 
darze takie polityczne w Wilnie wydawane najprzód przez Jezuitów, 
później przez uniwersytet, drukowały si« każdorocznie, ai do kas* 



246 n 

dżieiy, jak dotąd było, to przynajmniej wpływ na opinijc. 
publiezną, i kierunek w rozwijaniu się oywilizacyi krajo- 
wej. Ułożył więc projekt, ażeby z młodzi zakonnśj ex- Je- 
zuickiej uczyniwszy wybór utworzyć, jak nazywał, corpus 
literackiej z któregoby powstać z czasem mogło cóś po- 
dobnego, da akadenjii nauk. nChoę (odzywał się on) z nie- 
szczęścia prywatnego poszukać publicznego pożytku: ćłicę 
na mogiłę matki mojej' wystawić tę pamiątkę dla ni^ ohwa- 
ebną a ojczyźnie pożytecauą. Nieinacaej Francuzka i 
Angielska akademije umiejętności powstały i w tak wspa- 
niałe korpusy urosły. ' Poczęły się od prywatnych łudzi, 
prsfyjaiń miedzy sobą, a gorliwość o nauki mających. Już 
cokolwiek mam takich, i więcej zebrać postaram się; aspo- 
dziewatn się, że Bóg myślom mcfim pobłogosławi". Już to 
naturalnie astronomija i obserwatoryum grałyby w tym 
planie największą rolę. Szła jeszcze o sposoby ogłasza- 



saty jego w roku 1832., I Dajdąwniąjszy^h znuoy mi jest z r. 1737, 
pod tytułem; Ęaląudarz polityczny oa rok paśski 1737, pny- 
bysłowy po przestępnym pi^wszy , zawierający w sobie rewolucye 
roczne i luiiacye,, zaćmieuia słoócą. i sięiyca, coocilia powszechne, 
heresie, zakony, seriem. królów Polskich, dzied narodzenia panów 
. i inne rzeczy ciekawe da politycznych r&migft. słuiące , zebrane 
przez J. P. S. J. Theologa. w WUnie wdrnkarni Akademickiej So- 
cietatis Jesii. Wydawcą jest . zapewnie .x. Poszakowski, bo w ka- 
lendarzyku następnego 1738 roku nazwisko jego już jest wymienio- 
ne. Takiż kalendarz wydany r. 1774, w drukarni J. K. Mci 
w Wilnie, bardzo porządnie drukowany, zdaje się jui być redakcyi 
Poczobuta. Znajduje się w nim na końcu: „Dyssertacya historyko- 
krytyczna napisana po-Riemiecku przez pana Sehleezer historii pro* 
lessorą w Petersburgu, w której dowodzi, ie Lech ani prsed rokiem 
550, ani po nim, ani iadnego innego czasu w Polaoe niepostał, 
i że cała o nim bajka około czternastego ur%ła wi«ku.'* 



IZ 247 

i)ia publicznie p»e i dąisości/Łego nowego zgromadzenia 
uczonych. Pisma cisowe byfy najwłaściwszym środkiem 
dopięcia tego celu. Ale tych prawie niebyło wówcs&as 
w Wilnie, a jeieli jakie publiczne papiery ukazywały się 
od czasu do czasui wszystko to ograniczało się do samjch 
gazet raz na tydzień wychodzących, i kalendarzyka poUr 
tycznego raz na rok: bo i wiadomości literackie co miesiąc 
dawniej pojawiające się ustały od kilku lat, acz błahe i 
mało czego uauczającel Poczobut jednak w niedostatki 
innych środków, chwycił się tych jakie były pod ręką, i 
usilnie nalegał prośbami swemi na Cbreptowicza o posta^ 
ranie się dla niego przywileju na kalendarz polityczny 
mający służyć na Litwę, i na gazety literackie, a jeśli to 
być może, i na polityczne. Zaręczał pr,zytem, ie dotych- 
czasowe obowiązki jego nieprzeszkadzalyby mu do za- 
jęcia się nowemi przy pomocy wybranych do tego 
osób. Mniemał zaś, ie jakikolwiek doohód z ta* 
kich publikacyj , przyłożyłby się do .wsparcia i fundu- 
szu dla pracujących w projektowanóm zgromadzeniu. 
O drukarnię nieśmiał prosić , boby się to zdawać mogło 
zawiele na jeden raz, chociaż drukarnia była koniecznie 
potrzebną w jego widokach dla takiej instytuoyi, i pod 
jój dozorem byłaby najpożyteczniejszą krajowi. Zamiary 
te tak dalece zajęły myśl Poczobuta, że wysłany do War- 
szawy w różnych sprawach zniesionego' zakonu » x. Jan- 
kowski rektor kołlegijum Jezuickiego w Poszawszu na Zmuj- 
dzi, odebrał polecenie rozwinąć je ustnie tak Chreptowiczo- 
wi, jako i innjmi osobom mogąc3an je wspierać. Lecz pró- 
żne były obawy naszego astronoma o losy obserwatoryuni 
Wileńskiego^ a nawet i o samych Jezuitów: ponieważ nikt 
niemyślał o zniesieniu akademii, a z nią jakichkolwiek za- 
kładów uauko^Tch; zdolniejsi zaś Jezuici musieli znaleźć 



246 U 

w niój miejsce, bo prócz nich i kilku Pijarów, prawie ni- 
kogo niebyło, metylko w Litwie, ale i w całym kraju, spo- 
sobnego do nauczania młodzi po szkołach, jeieli wyłączy- 
my uczniów akademii Krakowskiej. Inna wcale od proje- 
któw Poczobuta mysi tkwiła w głowie niepospolitych zdol- 
noiJci ministra t myśl wielka i zbawienne dla narodu po* 
iytki zlaó mającą. Chreptowicz powziął zamiar utworzenia 
osobnego najwyższego dozoru dla szkół narodowych* a zna- 
lazłszy wsparcie swojćj idei u króla- uzyskał zaraz na sej- 
mie przyjęcie j^j , i uskutecznię pod imieniem Komissyi 
edukacyjnój obojga narodów: było to piórwsze minister- 
stwo iOŚwiecenia W Europie. Zajęli się ona natychimast 
losem upadłych Jezuitów, i docześnie zostawiła im jui se* 
kularyzowanym nauczanie młodzi z pewnemi insirukcya- 
mi, tak w akademii w Wilnie, jako i w podobnych szko- 
łach. Niepotrzebnemi więc stały się projekta Poczobuta; 
a tymczasem dla pocieszenia go, przysłał mu Chreptowicz 
w listopadzie roku 1773, przywilój królewski na drukar- 
nię, po-Jezuicką Świętojańską w Wilnie, na imię jego wy- 
dany. Badośó Poczobuta i wdzięczność za to^ hyttai nie^ 
zmierna: sądził bowiem, że taki ih*odek rozszerzania nauk 
i wiadomości z odnowić się mającćj akademii^ w ręce mu 
oddany, pomoże mu razem do ogłaszania ważnych prac i 
obserwacyj astronomicznych i pomnoży fundusz na różn$ 
przedmioty naukowe. Lecz i ten dar nieobszedł się bez 
kłopotu. Wyznaczeni lustratorowie do inwentacyi i ob- 
jęcia na skarb różnej ruchomości po-Jezuickiój, nieotrzy- 
mawszy urzędowej wiadomości o przywiląju dla Poczo- 
buta, mogliby swoje czynność i do drukarni rozciągnąć. 
I nie tu jeszcsse koniec ambarasu: bo Jezuici przed samą 
kassatą swoją, ucSsyniU donacyę tćj drukarni na rzecz kró* 
ia; tymćz^^sem zaś podskarbi nadworny Litewski Tyzeu* 



IS 249 

bauz, chociai sprzyjajmy Poczobutowii lecz niebędąc f(y- 
malaie uwiadomiony o pr^ywiłeju, a ijwiadoiny dobrze o 
doiiacyi Jezuickiej na osobę królewską, zabierał się także 
do objęcia drukarnia w celu zapobieżenia luetracyi. Znowu 
satóm Poczobut musiał kołatać czas niejakiś o stanowczą 
rezolucyę w tój rzeczy od Komissyi : bo chociaż ta drukar- 
nia wówczas opuszczona, niemogla więcej przynosić zysku 
nad 3,090 zlt. P., bez ni^j wszakże ani akademija^ ani obser- 
watoryum ob 'jśćby się niemogly. Zaspokojony wreszcie bez- 
pieczną już posiadtoscią drukarni, zdaje się, że jeśli nie w tym- 
że samym, to w początku zaraz następnego roku 1774^ 
doczekał rię dalszego spełnienia swych życzeń, przez od- 
danie mu redakcyi Gazety Wileńskićj. Jednakże i tu spo- 
tykały go niekiedy trudności i zmartwienia, czego dowodzi 
jakiś przypadek, którego sobie wytłćmaczyć niemożemy, 
choćbyśmy nawet i posiadali gazety z roku 1774, a które* 
go wiadomość podaje nam następny list Poczobuta pisany 
do Chreptowicza, do Warszawy. „Nieukontentowauie pu- 
blicane, o którćm ostrzeżony jestem imieniem Jwm. pana 
dóbr., względem addytamentu do Gazety Wileńskiej pod 
datą 12 lutego, tembardzićj mię martwi, im wczedlui^j 
przejrzane a pewni^śj spodziewane było. Widziałem nie- 
godność tcgoto projektu, i sądzić inaczłij niemogłem, je- 
no iż podle i uszczypliwe wyi'azy nietylko narodowi ol>el- 
gę, ale nawet i Gmtecie pod dyrekcyą moją będącejy znie* 
wagę i niesławę czyniły. Mówioiio to au^owwi Jtnć*pami 
Pękalskiemu, który kwalifikując się sekretarzem JwJmć 
pana g.^neraia Rzewuskiego do expedycyj Polskich należą-^ 
cym, wodzach jednego zxięży kolegów moich własną rę- 
ką caiy ten artykuł napisał. Ale on odpowiedziu): czemu 
tego nit drukowaó, co w rzeczy samój było? Tak było, tak 
JwJmc pan ^eneraJ chre, tak być ittiw^. Szczęyciem to 

TKZA. N. V. II 



- 25» t$ 

się jeszcze istalp, że Grazoty będąc już zupełnie ułożone oete 
znajdowały się pod pra;^są». Byłbym uecessltowany spla<- 
gawić one tym artykułem, który gdy był złożony do ad* 
dytai?aentu, posłałem mu jeden exemplarz z przydanym 
biletem. W tym wyraziwszy , iż dotkliwe terminy wielu 
urazić mogą, i że €am Jmćpan generał może być z tego 
niekontent, prosiłem aby się jeszcze dołożył w tój mierze 
Jmć pana generała, i prezentował mu exet)iplarz posłany, 
a dał mi rezołucyę przez bilet. jŚHos uiemiałem wydae 
innych exemplarzów, co też mu posłaniec dopraszający się 
responsu powiedział- Dał mi tedy przez bilet rezołucyę: 
iż dobry ten exemplarz, iż dwanaście takich potrzeba, nio 
nieujmując ani przydając, z rzeczy w piórwszym wyra- 
żonych. Zachowawszy taki bilet tti mnnem ewentum^ ka- 
załem dwanaście praecUe exemplarzów addytamentu wy- 
bić, i żadnego sobie niezostawiwszy,. wszystkie mu ode- 
«łae^ Żem przestał na tych krokach, a dalszych nieczynit, 
ma, mię wymówić siawny przypadek Jmć panu de Raez 
sędaemu Trockiemu w tjon roku zdarzony. Dobroć serca 
Jwm pana dobrodzieja ku mnie, ufać mi niezawodnie każe, 
iż nietylko winnym w tym postępku nicznajdzieisz, ale też 
przed królem Jmoią, panem moim miłościwym , zupełnie 
usprawiedliwić raczysz, jako tego, który bono pnhtico z naj- 
większą gorliwością służyć chcąc, pragnę też być z naj- 
vnąkiaym ręupekt&m y lifmiseigneyr Jaśnie Wielmożnego 
I wmć pana. dóbr. najniższym «ługą, x. Poczobut astronom 
JK.mci. D. 3 marca 1774, w Wilnie." 

Nad wszystko jednak kłopotliwszą rzeczą było, połor 
iente ówczesne Poczobuta w akademii. Nic w niej jeszcze 
nie urządzono iia nowo, a stary porządek razem z zistko* 
Bem obalony. Nauki też były w dziwnym stanie. Było tó 
raczćj , jeżeli wyłączymy astronomiję i wybornie urządzo- 



n 251 

ne starauiem Poczobuta obserwatoryamt j^Bikieś gimna^y am, 
to ibyt niedolęine, aby się wnićm czegoś gjruntowuie 
naucs^yć możila było. Uchyli eami prawie ex-Jezuiei, ję- 
zyków, kanonów, fizyki i naok innych elementarnych, do 
czego przypięto niejako katedrę anatomii i chirurgii, któ^ 
rych lekcyę dawał Mikołaj Begpier^ Franouz, przedtem 
chirug nadworny StaBasławarAugusta^. Dodiad do lego ^- 
szcae wypada, że nie^lko raąd,, tecz i los samćj akademii 
był w ręku Massalskiego, biskupa WiD^tokiegOi jaka dbtąd 
jćj kanclerza, a potćm pMzesa komissjrS edukacyjn^ij. 
Prałat ten, chociaż mający niemało nauki, a powierzcho- 
wnego poloru JMzcze więcćj, ale- pełen dumy i prc^nosci, 
a w donsowyoh wydatkach nieładnik, u&jący pochlebiają- 
cym mu powiernikonft, rządził się bardziiśj faatazyą pań- 
ską, jak zdrową rozwagą rzeczy. I co gorsza! zarządjsa^ 
jąc wtenczas gównie funduszami edukacyjaemi. w kraju 
caJym, odważył się na obracanie ich w pewnej części na 
swój użytek. Ztąd wynikło, że nietylko pensye- liche po- 
bieralt akademiccy professorowie , lecz i te w Tzupetności 
ich niedochodziły. Poczobut więc znalazł się w bardzo 
krytyeznóm położeniu. Sam takiej powagi, tokićj nauki 
i pracy C2^wiek| zaledwo ze swoim pomocni)$:iem, a ra- 
zem professorem fizyki i adjunktami dwoma, pobierał 
w ogóle 7,000 złot. Pol- półrocznie. Stawiło to go pra- 
wie *w niemożności przyzwoitego utrzymania się, martwi- 
ło zaś, ż6 ani swoim towarzyszom przy obserwatoryum 
pooM^dz ńiemógł, ani mieó nadziei, żeby w takim stanie 
rziBozy kiedykolwiek akademija przyjść mogła do porządku. 
Pł*ócz tego. Massalski go nielubił, oświadczał nawet, że mając 
pretensye do drukarni akademickiej, zamierza ma ją ode- 
brać, a poflłocnikom jego tylko po 500 złot. P. rocznie 
wyznaczyć. Poczobut ze wszelkich względów miałby wten- 



J52 1«: 

czas prawo przed innymi, tak do urzędu rektora akade- 
raii, jako i do otrzymania jakiój prebendy, oa które wów- 
czas zasiużeńszycb ex*Jezuitów posuwana Ato Masaalfiki 
oddala] jak móg) wsaelk e .^po^obnoeci do otrzymania pro^ 
mocy i odPoczoUuta* Kiedy naprzyfcład M )ipoa r. illK 
X. Ale^and^r Horain biskup Hireneński, referendarz Li- 
tewski a razem arohidyakon Wileński, apopłezyą uderzo- 
ny wkosciełe katedralnym podczas nieszporów, maw) na- 
^e: Massalski z doniesieniem mu o tym wypadku oswiad- 
ezył natyehmiast trzem oasiookom akademii obeenym w6w-- 
czas u niego na pokojael^ między którymi był rektor x. 
Skorulski i sam Poezobut» ie wysyia salafetę do króla 
prosząc o kanoniję dla Skoirulskiego, a x. Ignacego Zab^ 
professoi^a teologii posuwa naBektora. Jakoż sztafety od 
protektora i protegowanych barmam poleciały do króla i 
różuych potentatów w Warszawie.. Niewierny ezy Skorul- 
skiemu dostała się kaiionjja, ale to pewna^ iid x. Żaba po-- 
stąpił niezadługo na rektora akadenńt, a Poczobut mąi 
gtębokićj i>auki» rzadluej enoty i ski omLOSci^ zostat na hor- 
ku. Taki to los» jeśli nie zawsze » to pr^riia^nie) do^ó 
cZęsto spotyka podpbuyeh ^mu łudził — Poezobut zastra* 
szooy zaniedbaniem akademii^ i wyrain^ niechęcią wszceh-- 
władnego kniazia biskupa* gotowat się w ostatnim raaiei 
choćby z torbą o kiju opusoie drogie dla niego obeerwa^ 
toryi^ni i pójść w świat szukać kawałka chleba* Jednakża 
ohobisty szacunek Stanisława* Augusta i opieka Cbrepto* 
wici^a^ ochraniały jego o^obę i obserwatoryum odnapaśoi 
ositateozDĆj nieprzyjażuyob mu osób. Król pooieszał go jak 
iiiógl lo obietnicą lepsz^ przyszłością to po zaszczyceniu 
go dawuiej t)tułem astroiioma królewskiego » wybiciem 
na czeiśó jego wr. 1775 pięknego medalu. Cbieplo>Yicz ze 
6v\ oj(?j sL ony pełen ^zczer^j i ińeustaimt^j zj-czhwości dla na- 



If 153 

Btego astronoma , usitował go opatrzyć w nieco większe^ 
dochody, wiedząc, ie gotów niemi w każdym razie zasilać 
potrzeby edukacyjne kraju, prędzej niż obracać na własne 
wygody. Niełatwo to jednak udawafo się i podkanolerze- 
mu: bo kiedy w r. 1776, będąc już pewnym otrzymania 
dla niego koadjutoryi kanonii Wileńskićj, uwiadomił o tćm 
Po^^zobuta, wkrótce jednak przez zabiegi 8póIzawod(iik<Sw» 
pomimo protekcyi Chreptowicza, nominaoyja ta nieprzy- 
szła do skutku. Próżno tylko Poczobut silii się na podzię- 
kowanie swojemu mecenasowi, za to, co go wnet zawiodło, 
porównywając siebie do losu wielłdego Kopernika. Ale i 
stan dotąd jeszcze nieurządzonćj należycie akademii z przy* 
wtasa^zanemi ciągle przez Massalskiego jćj dochodami* 
niewzbudzał wPoczobucie śtałćj ufności w bezpieczeństwo 
trwałego bytu zakładów naukowych w Litwie, a tćmbar- 
dziej w ich postęp i udoskonalenie. Wszystkie te prze- 
ciwności zachwiały wiecie tegoż roku zdrowie Poczobutat 
i musiał szukać pomocy Tekarskićj doktora Bisio, niegdyś 
Jezuickiego lekarza, a natenczas praktykującego prywa-*^ 
tnie w Wilnie, człowieka uczonego i wielką tu wsiętofó 
wswojćj epoce mającego. Tymczasem Komissya edu- 
kacyjoa postrzegła się nakoniec w nieobecności prezesa 
Massalskiego, że w akademii Wileńskiej i w szkołach jćj 
zarządowi podległych, działy się wielkie nadużycia i nie- 
porządki, który (& koniecznie zapobiedz wypadało. Wy- * 
znaczyła więc dla wejrzenia w to wszystko, co isię dzieje 
na Litwie pod względem szkdlńym , Józefa Wybickiego ^ 
jako nadzwyczajnego wizjrtatora, który dnia 24 czerwca 
1777 roku zawitał do Wilna, a we dwa dni potćm aro«>' 
czystą mową rozpoczął poleconą sobie wizytę najprzód- 
akademii. Niebędziemy już powtarzać tego co się tyczA 
owej wżyty, ćo zkądinąd wiadomo, i jak zacny W}b.ckł 



254- Ift 

znalazłszy t że Massah^ki 300,000 zlot. PoL zadłuiyi się 
kapsie edukacyjnej, zmusił go pomimo wszelkicłł. zabiegów 
do zapłacenia tój summy. Ale to tylko dodamy, że z ca- 
łej akademii, na której czele stał wówczas Jdądz Żabaja* 
ko r«*ktor, a może i z całego towarzystwa ówczesnego 
w Wilnie, najbardziej uj%ł za siirce Wybickiego ze wszyst- 
kich, Poczobut, tak głęboką nauką i wyższem oświeceniem, 
jak powagą i zacnością cbarakteru« Szacunek i przychyl- 
ność wzajemna ustaliły się między nimi, jako między lu- 
dźmi nie dla siebie tylko, ale i dla dobi;a publicznego ży- 
jącymi. Ztąd wypada naturalnie, że Poczobut musiał mu 
pomódz do wykazania wielu błędów i niedostatków win- 
strukcyi szkoliićj naówczas zagnieżdżonych, a razem uspo- 
sobić wizytatora do wystawienia Komissyi edukacyjnej 
potrzeby zaopatrzenia obserwatoryum jego w nowe środki 
do utrzymania się oą stopie świeto(^j, na jakiąj zdołało sta-^ 
nąó już. jego usilnoscią.. Raport Wybickiego uczynił wiel- 
kie wrażenie na Konńssyi, i sprawił ten skutek i że 0il«- 
niej zaczęto radzić i działać woelu przyśpieszenia refor- 
my uczenia publicznego w ELoronie i Litwie. Tymczasem * 
Poczobut wsparty protekcyą królewską i Chreptowi^Aa 
^Tiieprzestawał kołatać do Komissyi edukacyinćj o fun- 
dusz na wkupienie nowych narzędzi do obserwatoryimi 
Wileńskiego. Massalski zaśzeswojćj strony, j^o dotąd je- 
Bzcze kanciiórz akademiii a zatśm jćj bMpośredm' zwierzob- 
sik, myślał także cokolwiek onićj, lecz aamei prawie nauki 
lekarskie zarjmo^y. go wyjąe.znie. Jakoi.gdy lekarz je* 
go domowy: Regnier Łotaryńczyk, którego on zrobił w r.* 
177£i professorem w Wilnie anatomii, niemógł się zajmo* 
w^.ią Muką, dla osłal^ioi^ego wzroku: Massalski wysłał 
gft^do Franeyi na? wyszukania zastępcy. Wiadomo jest, 
ię/tym ^aetję^pcą zostjd wybrany t. 1777 Jakób Briotet^ • 



21 255 

tak znany za naszej mfodości w Wilnie lekarz, i tak ko- 
chany od wszystkich (!)• Nakoniec Poczobutowi najpo- 
myślniej udają się jego starania w Komissyi, która tegoż 
roku przeznacza na zakupienie nowych narzędzi do ohser* 
walory um Wileńskiego 2,000 czerwimy eh złotych, a po- 
niocnik i przyjamel jego x. Strzecki wyjeżdża do Londy- 
nu dla zamówienia ich i sprowadzenia, z dodanym mu przez 
podkanclerzego na prośbę Poczobuta towarzyszem podró- 
ży, jakimś panem Gabryelem budowniczym Chreptowi- 
cza. A Poczobut uszczęśliwiony z tej wyprawy swojego 
towarzysza, nieprzestaje dziękować gorąco swojemu pro- 
tektorowi za tyle jego względów i uczynności, polecając 
ciągle i z ufnością obserwatoryum i całe swoje, jak nazy* 
wa, kollegijutn astronomiczne potężnej jego opiece! Wza- 
jemnie cały rok następny 1778 był szeregiem różnych 
przysług, któremi Poczobut usHował wj^wdzięczaó się bwo- 
jemu opiekunowi. To mu summę jaką4 10,000 złot. Pol. 
w złocie Hotenderski^m podług redukcyi konstytucyą prze- 
pisanej wynoszącą czerw. złpt. 597 i grosz jeden sre- 
brny, z Kowna sprowadzoną, odsyła przez umyślnie prtsy- 
ełanego z Zyrmun Tatarzyna. To mu donosi o różnych 
wypadkach jak np., że Trybunał siedzi na namowie w spra- 
wie p. podskarbiego Tyzenhauza, ale dziś (17 stycznia 
1778) ma byó dekret; potśm o zgonie biskupa Żmiidzkie- 



(1) CzytełitilL, chcący mieć dokładne wiadomości o professorach medjr- 
cyoy uctąeych j^ naprzód w al^ademil WileuAiej za rektorstwa PtH 

. czotwta, a ]foim w aiiiwer8yuci«> zaajdsie je w bardzo zajmująccl 
rozprawie uczoflego i szaiiuwoego prezesa Tuwarzysiwa lekarskier 
go w Wilnie, professora Adamowicza, pod tytułem : PocząUk i po* 
stęp anatomii iv Polsce i w Litwie^ umieszczoiiój w Historyi 
nauk przyrodzonych Gustawa Belkę i Al<'xaudra Kremera, T. Vr 
a razem usólmo wydrukowanej. 



25« n 

go (Jana-Domioika Łopaoiń^kiego, takie wttyozniuyt lub 
o przybyciu do Wilna xięcia Sapiehy geueraia artyleryi 
hit, albo o Diedójśoiu kombioacyi xięcia Massalakiego bi* 
akupa z wojewodą Nowogródzkim i o przejeździe przes 
Wiluo na Sionim do Warszawy nowego biakapa Żmudz^ 
kiego Stefana Giedrojcia, a wszystko to w jednym dnia 
prawie miesiąca września. To nakonieo nsiiuje gorliwie 
ulozyć z jakimś panem Tadwenem, interes pieniężny mię- 
dzy Chreptowiczem^ a pewną panią kasztelanową, jeździ 
nawet sam do Kowna. Ale próżne starania: kasztelano- 
wą zastaje niebezpiecznie chorą, córki, zięcia i wnuczkę 
pilnie nad nią czuwających, a do tego wszystkiego Tadwen 
szczerze wyznaje, źe o zamożności kasztelanowej większa 
opinija, niź rzeczywistość. Słowem interes pęka z ialem 
chcącego się odstuźyó Poczobuta, a zwiększy m zapewnie 
jesz^^ze samego Podkanclerzego. Z tóm wszystkiem Ohre- 
ptowicz umie ocenić przychylność i wdzięczność Poczo- 
buta,' i nieprzestaje być jego nieustannym protektorem. 
Tymczsusem Strzecki przebywał w Paryżu już w grudniu 
r. 1777, obracając naj pożyteczniej czas swój dla obserwa- 
toryum Wileńskiego, z wielką radością naszego Poczobuta, 
przepełnionego żywą wdzięcznością dla sprawcy tej wa* 
żnej missyi. Świadczą o tóm własne wyrazy w jednym 
liście jego do Chreptowicza (z daty 2 lutego roku 1778). 
,,Ja żadnych listów i raportów JX, Strzeckiego czytać 
niemogę, nietylko bez serdecznego ukontentowania, ale też 
bez uczucia tćj najży wszój rekoguioyi, którą winienem jest 
po Bogu, JW. Panu Dobrodziejowi, tych wszystkich po- 
myślności i pociech moich autorowi. Przez wykonauie 
tego to projektu osładzają się mi niewymownie wszystkie 
prace i kłopoty moje przeszłe; ale ten tam projekt utrzy- 
mać by się i stanąć nigdy niemógł, gdyby niebyi wi^pur- 



M 257 

ty tak unlnem ifitereaowaniem się JW. M. Pana Dóbr. 
za nim, i tą partykularną protekoyą, którąś mi Monsei- 
gneur, i kompanii mojój zdawna akkordowad raczył." — 
Strzecki zasługiwał istotnie na ufność Poczobuta , i odpo- 
wiedział godnie wyborowi jaki w osobie jego zrobiono do 
t^j astronomicznej wyprawy. Zamówiwszy bowiem w Lon- 
dynie trafnie- i jak na znawcę przy.stało robotę narzędzi dla* 
obserwatoryum; udał się do Paryża, dla poznania się z u- 
czonymi sw^go powołania, będąc im polecony od Poczobu* . 
ta«i^a zawiązania uadar czynnych związków między tćm-* 
ie obfi6rWator}mm , a tamtejszą akademiją umiejętności. 
Jeden z astronomów Paryzkich przyjazny Poczobatowi, St.' 
Maurice de; St-Leu, a jak się zdaje sprawujący obowią- 
zek uczonego niejako agenta- Stanisława-Augusta w Pa- 
ryżu, miał lułatwid te stosunki naukowe. Celem Poezo-. 
buta w tym zatniarze było nietylko zawiązanie bardzo po- ' 
żyteoznój dla nauk i zaszezytnćj korrespondencyi z ńaj-' 
pićrwitzćm.i najuczeńszóm na świecie zgromadzeniem na- 
ukowóm; ale jeszcze włoienie raz uazawsze na astroa^*- 
ntów. Wiłeńskicli. obowiązku i niechybn^śj potrzeby utrzy- * 
mywama:naukowych stosunków. Ale St-Łęu i drugi jeszcze 
Francuz uczony Du-Pont, nieinacz^j chcieli się zajĄć uła- 
twieniem tego interesu tak pożądanego przez Poozohmta, aż ' 
gdy odbiorą wyraźne w tśj mierze polecenia od króla,* oboć-^ 
by za pośrednictwem podkanclerzego Chreptowiczp, i od • 
Komissyi edukacyjnej przez xięci^ biekitpa WiłejMk-go. 
Zdaje «ię , ze choć: w części życzenia naszego astronoma 
spełnione zostały. Tegoż samego roku jeszcze 1778, Po- 
o«obut był » wybrany cribnki^tn korespondentejii ak^ul^rnii 
umiejętności w Pajyżu, którą to godność w dalszym c;8asie 
zktw^rdził mu instytut narodowy Francuzki. Al6 Poczo- 
but niejedne tniał do .tego prawo: bo nietylko byi zjiany 

TEŁA N. V. 33 



258 2ł 

od wszystkich astronomów Europej-kioh jako ptórws^y pra- 
wie założyciel zupełnego już obserwatoryum w Wilnie, 
pierwszy w niśm nauczyciel astronomii i regularny obser- 
wator ciał niebieskich; nietylko swojemi obserwacyami prze- 
syłanemi i oglaszanemi po główniej szych obserwatoryaob, 
wielkie dla siebie wyrobił między uczonymi stanowifirko: — 
nad to wszystko przybyła mu jeszcze jedna zaduga pod*^ 
czas bytności Strzeckiego w Paryżu. W akademii umieję- 
tności udowodnionym zostało, ze Poczobut odkrył najła- 
twiejszy, sposób sprawdzania mikrometru przedmiotowego. 
Tak się otćm wyraża w liście do Chreptowicza d. 9 mairoa 
1778 roku z Wihia pisanym: „Po odebranym pierwszym 
liście z Londynu, doszedł mię jeszcze ostatni list z Pary- 
ża na samym wyjeździe od JX. Strzeckiego pisany, które- 
go kopiję mam honor prezentować JW. Panu Dobr< Mię- 
dzy wiadomościami matematycznemi, ta która jest opisar 
na N. 1, ściąga się do obserwacyj naszych, i obserwato- 
ryum naszemu czyni honor. Sposoby weryfikowania Mi- 
crometri Ohiectwi dotychczas były trudne, nienaturałne, 
i należytój precyzyi niemające. j^^faree d?observer mnie 
się zdarzyło odkryó tak łatwy, tak nattiralny i tak dosko- 
nały w tćj mierze sposób, że się sam zdziwiłem, jak on 
odemnie pierwszego mógł być postrzeżony. O t^m to ta- 
ventum powiada JX. Strzecki, że sławny Pabbe Fontana 
był za pićrwszego autora miaiiy ; ale się potdm pokazało, 
że on wpadi na to, co już pierwiej było od nas odkryto, 
jako same obserwacye przez JX. Strzeckiego akadeimi 
prezentowane przyświadczają." 

Tak tedy liczne zasługi Poczobuta w tnrm csasie^ na* 
dawały mu niejako prawo podawania czasami rad i prze- 
stróg w przyszłej i gotującćj się już reformie obu 8«kól 
głównych- Jednakże oddany swojemu dotąd jedynie za- 



25 859 

rodowi obserwatora, z rządkiem i godn^ naśladowania 
zamiłowaniem, niemyślaJ, niemarz}'i ciągle jak tylko o niśm, 
o jego trwałem urządzeniu i dostatecznóm uposażeniu. 
Wkrótce też nadarzyła mu się zręczność nietylko ra- 
dzenia w tój materyi , ale nawet wołania o to do komie- 
syi edukacyjnej. Pokazuje się że jeszcze w tym roku 
1778, tkwiła już myśl w światlejszych głowach mężów wpły- 
wających do rządu Polski, wymierzenia geometrycznego 
całej powierzchni kraju i zrobień a dokładnej jego mapfy, 
zaczynając przedewszystkiem od ściślejszego oznaczenia 
położeń geograficznych każdego znaczniejszego miejsca: — 
myśl wskrzeszona póinićj przez Tadeusza Czackiego, a 
rozwinięta w planie już wyrozumowanym roku 1790 przez 
Jana Śniadeckiego. . Wiedział dobrze o tych zamiarach Po- 
czobut tak z korespondencyi Chreptowioza, jako i z do- 
niesień X. Strzeckiego bawiącego wówczas w Warszawier 
wniósł zatóm, że chcąc tak wielkie projekta przyprowadzić 
do skutku trzeba było wprzódy uksztatcić do tego ludzi 
zdolnych, a zatćm uorganizowac zupełniej niż dotąd szko- 
łę astronomiczną. Mocno się jednak zatrwożył, gdy d<)sz- 
ło do jego. wiadomości, że komissya przy nowóm, prze- 
ksztaiceniu akademii, Wileńskiej, małe bardzo ppatrzenie 
ehciała naznaczyć. jM^acownikom, w obserwatocyura. Żywy 
z przyrodzenia, żjrwo też wziął te rzeczy do serca, i taki 
list w tym przedmiocie, napisał do podkanclerzego., Przy- 
taczamy go. i dla tego że.ma, zwjązek z podobnym zamia- 
rem i. planem Jana Śniadeckiego, któryśmy w żywocie je- 
go umieścili, (str.^ 189^). — „ Mam też okazyę, (pisze 

Poczobut), wezwać dobrotliwćj jego protekcyi i pomocy w in- 
teresach astroaomipzHych, w których pomyślnym sukces- 
sie tę jedynie dla siebie zakładam korzyść, żebym z prac 
naszych a z kosztów prześwietnej komissyi, niezawodny^ 



26« U 

dla kraju poiyt^ zabezpieczyi Idzie, Moiweigueur, o.mr- 
lezj^tą dotai»,yę Collegii AstranonUcL Ta jeśli ma dopil- 
nować, zwyczajnych robot in observatoriOj i zająć si^ exer 
kucyą projektu geograficznego, to jest czynieniem różnych 
po kraju obserwacyj dla d'jtermiaowania miejsc, oraz dy- 
rekcyą i weryfikacyą wymiarów geometrycznych, niemoie 
eię składać z mniejszej liczby astronomów jak sześciu. Jei- 
den z nich musi być statecznie in ohsewuti^rioy czterech 
albo trzech najmnićj potrzeba będzie do stacyj owych, któ- 
re między różnemi miastami obierane będą, i na których 
obserwacye astronomiczne czynione być muszą, gdy tynj 
czasem jeden z zegarkiem Langitudinmn od stacyi do 
stacyi jeździć i dyfferencyę merydyanów determinowaę 
będzie. Dyrekcya też i werefikacya operacyj geometrycz^ 
nyoh najnmićj jednego potrzebować będzie. Mnićj użyć 
osób, byłoby to przeciągnąć robotę in infinitum, a powięk- 
szyć expens bardzo znacznie. Po dwa tysiące kładąc na 
osobę, już na same pen«ye sześciu osób, trzebaby najmni^ 
dwunastu tysięcy, prócz pewnej jakiej iutraty. na ustawicz- 
ne in obsewatorio wydatki. Lecz jako żadnego z astro- 
nomów mieć niemoźna za mnidj nad dwa ł^ysiące, bo każ- 
dy z nich porzuciwszy obserwatoryum obrałby chleb szkol- 
ny, tak xdza kolegę mojego i mnie dQ rówąej z innemi 
redukować pensyi, byłoby do ostatnićj pędzić nas rozpa- 
czy. Zatem krótko mówiąc, a kładąc dla dwu pierwszych 
astronomów przynajmniej tę pcnsyę, którą się dotychcsaa 
nam płaciła, nie arbitrarie , ale za wiedzą komissyi: na 
same dla Collegium Astronomicum, pensye nmićj kłaść 
niernożna nad szesnaście tysięcy, prócz opatrzenia niechyb- 
nych potrzeb obsewatorii^ na które wyzsaaczyćby cóś na- 
leżało,, tak jako się wyznacza pro sarti$ teetis szkół i ko- 
lQgijów. Niewspominam ani łączę tu peufyi dla .professo-' 



27 26i 

ra fizyki i hiŁraty* na galauet fizyczny. Ten artykuł do 
.obaerwatoryutn i Collegium astronomicum zgoldi, nłenależą- 
cy, osobnych prześwietnej komissyi czeka względów; a 
sama dotaoya Collegii astronomici et obsewatorii ze- 
by byJa dostateczna, zda się wyciąjgać najmniej ośmnastu 
tysięcy. Ozuję się być niezmiernie umartwionym, że o tę 
do.acyę muszę się przykrzyó i naraiad prześwietnej ko- 
missyi. Ale byłbym nierozsądnym, zawodnym i złym czło- 
wiekiem, a komissyi i krajowi uczyniłbym pewną przez 
zawód krzywdę , gdybym niemając in observatorio zdol- 
nych i potrzebnych do roboty ludzi, porwał się do exe- 
kuoyi tak wielkiego i ciężkiego projektu, jaki jest projiekt 
geograficzny. Niech x. kolega mój opowie J. W. Panii 
Dobrodziejowi i prześwietnej komissyi , wielu we Prancyi 
użyto astronomów, geografów, geometrów i inżynierów dla 
zrobienia należytej mapy królestwa, koło której od ośm- 
dziesiąt lat z górą do dnia dzisiejszego pracują? wiele na 
to. łożono? Może on to dokładnie opowiedzieć, bo zasięg- 
nął o tern dokładnój wiadomości, jako mi sam ż Paryża 
p śał. ^ Ja ani tćj gromady ludzi, ani tych summ, ani tak 
długiego czasu niezakładam ; ale też bez ludzi i kosztów 
ińechybni^ potrzebnych robić nicniemogę. Wielka to ro- 
bota, Monseigneur; trzeba do nićj ludzi zdolnych i wcześ- 
jaie ni obsewetiwio wyexercytowanych; a tych bez nale- 
żytej pensyi mieć niemożna. Wielka mówię robota, o któ- 
rej im więcej myślę, tern się bardziej przestraszam, i tak 
fiię prawdziwie przestraszam, że bez tej dotacyi Collegii 
4utronomići, o którą z x. kolegą moim prześwietnej ko- 
missjn najpokomiej i najusiloiej suplikuję, natychmiast zrzec 
pię tego projektu i od wszystkiego umknąć się jestem po- 
stauowiony. Niechcę, Monseigneur, prześwietnej komissyi 
i ojczyzny zawodzie, niechcę na pewną awanturę i siebie 



262 28 

i kolegów exponować, niechcę oczyma świecić praed całą 
Europą, którój to sarno nawet do zadziwienia będzie, że 
na tak wielką robotę , tak malej rzeczy dopraszam eię- 
Daruj mi, Monseigneur, ze w tśj rzetelności i prostocie, do 
którdj przez wiek mój przywykłem, a w tśj poufałości, do 
której dobroć i łaskawość J. W. Pana Dóbr. dała jni pra- 
wo, prawdziwy mój otwieram sentyment, i to co myślę 
szczerze wypisuję". — Takie utyskiwania zatrwożonego nad- 
to wc?eśpie Poczobuta, o los astronomii i astronomów 
w akademii Wileńskiój, uspokojone zostały najprzód teoi: 
że projekt rozniiąru i naapy kraju Poli^ego odłożony zo- 
stał na poźnićj, jako. może zbyt wczesny kiedy jeszcze taJc 
mało było. sposc^bności do tego; powtóre, dostattcznińm jak 
na owe czasy opatrzeniem, przy następującej wnet refor- 
mie wszystkich prQjfe6soró\i\c tak Krakowskich jak Wileń- 
skich, a ^ ich liczbie cbse^^alpró^sf i professorów astro- 
nomii^ Nie tu jednak byl k^onieo kłoc<xtó\^ i umartwień fra- 
sobliwego, Poczobuta^ W sąmym^ początku następnego 1779 
roku, komissya edukacyjna mijano^ała sdędza Cheva- 
lier znanego dobrze w Wacsza^ę eic-Jezuitę,^ rektorem aka^ 
demii Wileńskiój po xiędzu Żabie prałacie dziekanie Smo- 
leńskim, Wybór ten był tak niespodzianym, że wszystkich 
w Wilnie w zadziwienie wprawił. Spowodpwały go zaś 
różne przyczyny. Bezwątpienia z całego składu akademii, 
ze wszystkich ówczesnych uczonych w całem Wilnie, Po- 
ozpbut miał największe prawo do tego urzędu. Obszerna 
jego nauka, imię i prace znane w Europie, powa^ nabyta 
wszędzie, zasługi położone w kraju przez głośne za gra^ 
nicą ufundowanie obserwatoryum, mówiły za nim zwycięz- 
ko. Ale komissya uważając , a może i znając go dotąd 
jeszcze jako człowieka specyalnego tylko, niesądziła że 
w nim znajdzie do^yó rękojmi do wykonania w catój roz- 



29 263 

ciągłości przedsięwziętój reformy, zwłaszcza ie wiedziała 
o jego charakterze niepodległym; a może się i bała niektó- 
rych jego uprzedzeń z przeszłego stanu zakounego po- 
zostałych. Wreszcie i sam prezydujący w komissyi bis- 
kup Massalski meoaleźał wcale de przyjazny eh jemu zwierz- 
chników. Słowem, dla któregokolwiek z wyliczonych tu 
powodów, albo i dla w^zy^-tkich razem, a może głównie dla 
^nieżyczliwego wpływu Masi^alskiego, ominiouó na ten raz 
Poczobuta , a xiądfc Chevalier , jako dobrze komissyi, 
podtug wyrażenia się samegoż j4j sekretarza x. Piramo- 
wicza (1), znajomy z gruntownego rozsądku^ t obszernych 
wiadomości, i z gorliwości o dobro edukacyi, został zro- 
biony rektorem. Kiedy wiadomość o t^j niespodzianej 
nominacyi przyszła do Wilna, ca]a akademija, wszystka 
publiczność była w zadumieniu. Nikt niepojmował dla cze- 
go tak się stało, bo każdy w jednym tylko Poczobuoie wi- 
dział naturalnego i najwłaściwszego rektora. Ale akade- 
mija przecież równie w Litwie, jak i w j^j stolicy, wszyst- 
kich mocno zajmowała , każdy w niój iK^ypadek, każda od- 
miana, każda nawet o nićj pogłaska żywo obchodziły szlach* 
tę, duchownych i obywateli miasta. Znał się do tego nasz 
Poczobut, i uczuł też dotkliwie, kiedy poczta Warszawska 
przyniosła taką nowinę do Wilna. Napróżno Chreptowicz 
usiłował go pocieszać najczulszemi listami z Warszawy,, 
Ż9 nominacya Chevalier*a wypadła z takiego obrotu rzeczy, 
którego inaczej skierować niepodobna było» że kolćj. rek- 
torstwa musi teraz już niezawodnie przypaść na Poozobu- 
ta, i że wreszcie dostojność którą zaszczycony został tak 
wielki przyjaciel jego, jakim jest xiądz ChevBli6r, po- 



(1) W mowie, w dzień rocznicy otwarcia Towarzystwa do xiąg olcmoih 
tarofcb, na soasyi dnia 8 marca 1779 miaoej« 



26ł 30 

' wiDoa go raczej uradować niż obrazić. Por^zobut czuł to 
wszystko i uważał wcale inaczćj: niezazdrościł on powo- 
dzeniu przyjaciela, ale wyznawał otwaroie, że niebędąc po- 
zbawionym do stopnia zupełnćj abnegacyi , właśoiwćj lu- 
dziom miłości własnćj, niemógł obojętnie patrzeć na to, ra- 
zem z całą publicznością, jak nauka» praca i zasługi na nic 
się niezdadzą, gdy intryga nurtując pokryjomu przeważa 
je oczywiście! Żale te jednak najpićrwszegp męża z nauk 
W akadeiwi Wiłeiiskiej i w Litwie, pochodziły rączój z ży- 
wości jego uczuć, a niżeli z obrażonej dumy, bardzićj z u- 
pragnienis( do coraz czynniejsz^gp życia, do działania na 
większą skalę w celu dobra publicznego, nakonieo do co- 
raz większego podniesienia ulubionego sobie przedmiotu, 
astroi^iomii, jak z chciwości dostojeństw i władzy. 

Taki był pićrwszy okres życia i publicznego zawodu 
Marcina Poczobuta, taki szere^g trosk i życzeń jego. 



PRZYPISEK. 

Nim podamy dalszy ciąg i resztę rysów żywota za- 
służonego Poezobuta, sądzimy, że pożądaną będzie dla czy- 
telników naszych wiadomość o mężu, z którym los Poczo* 
buta i akademii Wileńskiej tak ścisłe był złączony. Joa- 
chim Chreptowicz już w póżnćj starości ułożył był dla. 
wiadomości synów swoich Adama i Irenego: Pamiętnik 
rodu Litłeworów-Chreptowiczów od ponząfku juk wia^ 
d-omoió %asięga do roku 1795. W tćm piśmie nastę- ! 
pnie rys własnego swego żj-cia skrćślił: 

JOACHIM CHREPTOWICZ, 

Syn Maroybna, zmarłego 1766 kwietnia 17 i Reginy 
Wojnianki zmarłćj 1763 w sierpniu, urodził się r. 1729 d. ł 
stycznia w Jasieńcu, w domu babki Teofili z Pe4iaes'sów 
wprzód Wojuiny podczaszynćj Nowogrodzkłćj, podówczas 



31 265 

Niesiono wakiej kaastelanoD^jiSmpleóflkićj, i wtymie domu 
babki przez pierwsze dlziecinne lata byi wychowany. Początki 
grammatyki Ładi^kićj brai w dgum rodziców w Szczoraach, 
pod dyrektorem (jak podówczas nazywano) ziędzem Ada- 
mem Chmielowskim. Z tymże dyrektorem do akademii Wi- 
leńskiej, wysiany, tam przez lat dwie pod profest^orami Jezu- 
ickimi Korytyńskim i Wyrwiczem bral nauki tejże gram^ 
matyki. Z Wilna posłany do Bransberga w armii, przez, 
lat trzy niewyjeżdzaj%o . luAczyi nauki poetyki i retoryki 
w Brunsbergu, miał z spbą tegoż dyrektora xiędza Ohmie* 
lowskiego. Powróciwszy z Brun8t)erga5 rok jeden sluchat 
jeszcze retoryki w Nieświeżu, drugi logiki w Wilnie. Po 
8koń(2Zonych naukach zaciągniooy do wojska Litewskiego 
pod znakiem usarskim królewica Xawerego. W roku 
1753 byt deputatem na trybunał z Buibarynem z powiatu 
Grodzieńskiego, pod laską Ignacego Łanie wskiego łowcze- 
go Litewskiego. Za ppatąpieoiem w roku 1752 stryja swe* 
go Jana Cbreptowicza na kasztelauiję Brzeską , wziął po 
nim urząd stolnika Nowogródzkiego, i w tym urzędzie pre* 
zydował sejmikom Nowogródzkim: bo ziemstwa wyższego 
niebyło w Nowogródku, dla zrywania sejmików per libe- 
rum veto- W roku 1754 był posłem z Nowogródka na^ 
sejm ordynaryjuy w Warszawie ^z Karolem xiążęciem Ra- 
dziwiłłem podów.«as miecznikiem Litewskim. W rok.u 
1756 był posłem obrany zSiaroduba zBuiharynem regen-^ 
tem skarb )wym Litewskim, na sejm ordynjiryjny w War* 
szawiCt który się niezaczął dla. nieob^ności króla Augu- 
sta III, zatrzymaoegp wojną w Saxonii. W roku 1758 
był posiem zNpwogródka na sejm Warszawski z cięciem 
Michałem Radziwiłłem podówczas krajczycem Litewskim 
dzisiejszym wojew^odą Wileńskim. Został półkownikieqi 
snaku peŁyhorskiego buławy wielki^ w wojsku Litewskioi* 

TKKA N. V. 34 



266 32^ 

Po śmierci Augusta Itl, roku 1764 w konfederacyi Litew- 
Bkiij był marszaikietn województwa Nowogródzkiego. Wtym- 
źe roku był posłem z Grodua z Antonim Tyzenhauzem pod- 
ówczas podstarostą Grodzieńskim na sejm konwokacyjny 
pod laską xlęcia Adama Czartoryskiego. Podczas elekcyi 
Stanisława- Augusta prezydował jak przytomnemu w Warszar 
wie województwu Nowogródzkierauj był posłem od wojska 
do stanów Rzpitóji sprawował Ło poselstwo w szopie elekto- 
ralnej; odpowiadał mu xiążę prymas Łubieński. Ppdczas 
sejmu koronacyi Stanisława- Augusta został sekretarzem w. 
w. X. liit. W r. 1765 został .marszałkiem trybunału głó- 
wnego Litewskiego. Wr. 1766 był na sejm Warszawski 
z Nowogródka z Kazimierzem Korsakiem pisarzem ziem- 
skim Nowogródzkim posłem i deputatem do koostytucyi. 
W tym roku dnia 22 decembra ożenił- się z Konstancyą Prze- 
żdzieeką, Antoniego Przeździeckiego podkanclerzego Litisw- 
skiego i Katarzyny Ogińskiej wojewodzianki Trockiej córką. 
Po tym sejmie konfederacye Słucka, Toruńska, Ra- 
domska, sejm 1768, po nim konfederacya Barska; przez 
te wszystkie czasy niewchodził w żadne fnokcye publiczne. 
Dla poratowania zdrowia, w roku 1770, wyjechał do 
cudzych krajów, przez Gdańsk, Berlin, Lipsk, Frankfurt, 
Strasburg do Paryża; ztamtąd do Londynu, do Hollandyi, 
potem do Spaa, pi-zez Koloniję , Frankfurt , Norymbergę, 
Uatysbonę do Wiednia; z Wiednia przez Pragę , Dreznoi 
Berlin, Gdańsk, powrócił do Warszawy. 

Na zaczynającym się sejmie roku 1773 wziął pieczęć 
mniejszą Litewską po Antonim Praeidzieckim teściu swoim 
wakującą. Oddawał mu ją król z tronu po złączeniu izby 
poselskiej z senatem. Został potem starostą grodowym 
Orszańskim* Przy ustanowieniu na tymże sejmie komis- 
^yi edukacyjnój po skasowaniu zakonu Jezuickiego, został 



33 2«7 

Dominowany między komisearBami » i pracowai w tóm 
zgromadzeniu do roku 1792, mając Bobie poruczony depar- 
tament akademii i azkót Litewskich. 

Od roku 1773 do roku 1793 prboował w obowiąKkaoJi 
urzędowych, juz to prezy dując sądom asscsorskim, już to 
zasiadając przez lat dwie w radzie nieustającej w depar- 
tamencie zagranicznymi już to sprawująo urząd pieczętiar- 
£ki na sejmach. Roku 1791, kiedy przez konstytuoyę 
dnia 3 maja rada titulo Straż do boku królewskiego była 
ustanowiona, zasiadł w tej straży* sprawując interesa za^ 
graniczne* i miat . na to fondusz ze skarbu Rzpltój nazna- 
czony. Pb ustai^ straży, sśa dyspozyćyą konfederacyi Tar- 
gowickiej zdał i kaoeełaryę zagraniczną i fundusz Mała- 
chowddemu kanckraowi koronnemu; a rachunek z fiuidiaH 
szu zagranicznego podany jest w Grodnie na sejnue 179^3 
, w jego nieprzytomności , i kwitanoya jemu dana znajduje 
aię w aktach tego sejmu* Pm^ed tym s^mem. Gcrod^n^il- 
s^kim, złożywszy pledzęó w ręku królewskich^ wyjjechal: dla 
potrzeby zdrowia do Karlsbatu» dokąd jadąc wz]]0 z: sobą 
z Drezna młodszego syna Irenego; od wód Kadsbackich, 
ndał się przez Bawaryę» TyroU Weronę,^ ^ennoniję, Plo- 
reneyę, Łiww nę do Ba^niu^ pOl^óm^ do Neapol^^ Za po- 
wrotem do Rzymu* odebraws^ wiadomośó o^ nowych roz- 
rucłiach w Polsce* wyjechał dto Wiedbia. Po skończe- 
niu^ tych rozmehów po. rozdaieteBiu ojczyzny między 
trzy sąsiedzkie pofceDoye,, powróciwszy do Litwy, zna- 
lazł dobra Szczorse i Wiszn&Bw przez wojsko Ros- 
syjskie zrujnowane ^ zrabowane i w sekwestr Rossyjaki 
wzięte, a na dobra Kałoniekie',, Chołopienicze , Ziembiu, 
Biesieńkowieze koiifiskatę publikowaną. Otrzymawszy uchy- 
lenie z sekwestru i konfiskaty, tei dobra prawem dona- 
oyjnóm. oddał do. działu między synów swoich Adama i 



268 34 

' Irencgo i długi do spłacenia im pr^słcasaws^y, tei dobra 
w posegyę im ustąprf. 

Co do dóbr, najpntód objął Joachim Cbreptowidz 
prawem nabycia od ostatniego sukcessora Antoniego 
Chreptowieza , za ustąpieniem przez Karola Cłireptowi- 
oza dzisiejszego starostę Grodzieńskiego, majętność Kra- 
snybór w powiecie Grodzieńskim , Ictórą oddał w posa- 
gu córce swojój Ewie z Cłireptowiczów Brzostowskiej, 
Po zejściu ojca swego Marcyana objął Szczorse, w tycłi 
ezęściacłi , które Marcyan ojciec i Jan stryj jego trzy- 
mali w Nowogródzkiem , Pyszno w Połockiem, Popor- 
cie i Kościuszyszki w Trockiem, Ziembin w Mińskióm 
województwach; Chołopieuicze w trzech częściach dziedzi- 
czne w czwartój zastawne; Wesołów wOrszańskim, Kot- 
wieliszki w Oszmiańskim powiatach; kamienice w Wilnie. 
Z tych dóbr objętych, Pyszno , Poporcie , Kościuszyszki, 
Kotwieliszki, kamienice w Wilnie f^^zedał. Po zeji^cia sio- 
stry Karolowśj Chreptowiczowej, objął dobra które jój b)rły 
darowane od ojca, Ponedel i Wysoki dwór w powiecie Wił- 
komirskim , i te także przedttł. Za prawem darownem 
od Zofii z Chrepto więzów Sawaniewskiej^ ostatnio] z linii 
Teodora Chreptowicza podskarbiego w- L-, objął majętność 
Wiszniew w powiecie Oramiańskim. Za prawem takie 
darownóni od Michała Ogińskiego hetmana w. x. L« ob- 
jąi dobra Biesieńkowicze nad Dżwiiią w województwfe Po- 
łockióm, część która była w Polsce dziedzictwem, a część 
która była w kordonie Rossyjskim pod konfiskatią z inne- 
mi dobrami Ogińskiego podpadła wsummie Platerowskiej 
na nich będącej. Objął wsummie zastawnej, wlanej 'sobie 
od Karola Chrei^wicza starosty Grodzieńskiego, dobra xią* 
śąt Radziwiłłów Głębokie w powiecie Oszmiańskim. Zno- 
sząc szachownice, którjiih było bardzo wiele w gron- 



S5 ac9 

tach i wsiach Ssczorsowskich, uwolni! z pod zastawy ezęśc 
Szczors Ostafiejewszczyzua twaną. PrzykupiiKolczyce trze- 
cią część Ostuehowa « Kulów, ludzi Ba^ylijańskich we wsi 
Bototcu z gruntami, i przez te kupna całe Szczorse w je- 
dno zebrai i od szachownic o^zyściL Dat summę xiążę- 
tom Radziwiiiom na zastaw Niehniewicz przyległych do 
Szczors. Kupił majętność Słowieńsk z attynencyami przy- 
ległą do Wiszniewa w połowie dziedzictwem, a w połowie 
prawem zastawnćm. Po zgaszonym zakonie Jezuitów ku- 
pił przylegle do Cholopienicz dobra Poczujewicze w wó-^ 
jewództwie Polo^kićm, Hryckiewicze i Nizyce w powiecie 
Orszańskim. Kupił domy xięży Teatynów w Warszawie 
spłaceniem z nich summy Genueńczykom i iimych długów 
Teatyńskich. Kupił starostwa Zyczyn i Brzeziny w ziemi 
Stężyckićj, od xiąiąt de Nassau Siegen. W czasie swo- 
jćj possesyi wymurował w Szczorsach dom obszerny z ofi- 
cynami; i innemi mieszkania wygodami; wymurował cer- 
kiew' na miejscu zgorzałćj w roku 1758 dnia 22 maja. 
Założył w Wiszniewie kifinice wielkie żelazne i hamer* 
nię miedzianą. 

ADAM CHREPTOWICZ. 
Kawaler orderu s-go Stanisława rodził się w Szczorsacht 

roku 1768 dnia 19 marca. 

EWA CHREPTOWICZÓWNA. 
Rodzitasię w Warszawie roku 1769 maja 9, poszła za Mi- 
chała Brzostowskiego starostę Mińskiego, Bystrzyckiego, 
Orszańakiego » kawalera orderów Orła białego i świętego 

Stanisława. 

ALEXANDER CHREPTOWICZ. 

Rodził się w Warszawie roku 1772 januaryi 8 dnia. Po 
skończonych naukach w akademii Wileńskićji umarł w War- 



570 ,36 

•fizawie roka 1786 marca 27. Pogrzebioigr na omentarai 
kościoła Paony Maryi. 

IGNACY CHREPTOWICZ. 

Rodził s^ę w Warszawie roku 1773 junii 12. Po skończo- 
nych naukach w Akademii Wileńskiej , jeździł z bratem 
starszym Adamem dla widzenia akademii w Gottingen, do- 
bywania kruszców w Hartzu, ztamtąd do Hamburga, i z Lu- 
beki morzem do Kopenhagi. Umarł w Grodnie roku 1793 
maja dnia 11-go; pochowany w Grodnie u Bernardynów. 

ffiEŃE CHBEPTOWICZ. 

Kawaler Maltański, rodził się w Warszawie roku I7T5 
dnia 19 februaryi. 




Jan Chodźko (JanzeSwisioczy: 



JAN CHODŹKO. 

OBRAZEK ŻYCIORYSOWY, 

PRZKZ 
SOHnriKA o. OBODSB9, 



Od dawuaby należało uczcić wspomnieniem żyoiory-' 
sowem pamięć takiego człowieka, jakim byl s* p. Jan 
Chodiko, znany pod imieniem autora Pism Puna Jana 
%e Swisłoc%y. Nieraz tu i ówdzie słyszeć nię mi zdarzyło 
życzenie powzięcia takich wiadomości, nieraz brałem w tym 
celu pióro do rąk, leez zawsze je odkładałem, bom takż*5 
słyszał, że znane chlubnie w piśmiennictwie iiasećm osoby 
tą szacowną zamują się pracą. Ale gdy teraz jaz kilka 
lat ubiegło a cicłiość pod tym względem zupełna, niewiel-* 
ką i nadal zisz^^zenia żądanych chęci rokvije nadzieja, po* 
stanowiłem nareszcie, w miarę możności mojój, oddać hołd 
należny zasługom i pracom zacnego obywatela i pisarza% 
Zoałem go z lat moich dziecinnych , byłem z nim potćm 
w częstych blizkich, pokrewnj^ch stoduokaeh. To więc o 
nim wiernie opowiem, co mi jest z życia jego znajome. 

Pisemko moje niebędzie ani nekrologiem, ani dokła- 
dnym, zupełnym życiorysem. Będzie to tylko proste, tym- 
czasowe, lecz rzetelne wspomnienie. Będzie to tylko obrsh 
%ek iyeiorysmrj/y jakem to na początku pisania mego za- 
powiedział. 



272 332 

Jan Chodźko urodził się w roku 1777 dnia 24 czerw- 
ca, z rodziców dostatnich, w dzisiejszej gubernii, dawiiiej- 
Bzem województwie Mińskiem, powiecie Wilejskim, w ma- 
jątku Krzywiczach. Pierwiastowe wychowanie odebrał 
w domu pod dozorem umiejętnych i sumiennych nauczy- 
cieli. W samym młodocianym dni swoich rozwoju, nie- 
pospolite do nauk okazywał zdolności; dalsze nauki odł>yt 
w szkołach publicznych Wileńskich. Ale krótko mu prze- 
znaczono isć torem własoego naukowego kształcenia się: 
Itdwie bowiem dożył lat siedemnastu, już stracił ojca i cały 
ciężar zarządu domowego na młode jego spadł barki. Spra- 
wy rodzinne wymagały po nim stałego i czynnego kiero- 
rownika, on zaś według prawa był jeszcze nieletnim. Na 
sejmie tedy Grodzieńskim r, 1794 król Stanisław- August 
skutkiem podauśj sobie prośby, wchodząc dobrowolnie w po- 
trzeby pozbawionój opiekuna rodziny, uznał go pełroletnim* 
Odtąd Janlroskliwie domowym zaradzając potrzebom, słu- 
żył też razem czynnie obywatelstwu, które na różne wzy- 
wało go urzędy, był po kolei sędzią, podkomorzym, nare- 
szcie prezesem sądu głównego izby cywilnćj Mińskiej. Za- 
sługi jego publiczne najżywszym jaśniały blaskiem w cza- 
sach, kiedy światły i możny obywatel, Kazimierz Sulistrow- 
ski mianowany został od tronu gubernatorem Mińskim, 
Dom Chodźki w Mińsku, dz ś własność Wańków czów, przy 
ulicy Dominikańskiój, stał się wtedy niejakiemś ożywczem dla 
każdego ogniskiem, do którego zbiegały się tłumnie wszel- 
kiego stanu Odoby, potrzebujące rady w zawilszych spra- 
wach lub polubownego stanowczego szukające pośredni- 
ctwa; rieroty przytem zawsze w nim łatwą znajdowały 
pociechę, ubóztwo wsparcie. Dom ten naówczas odznaczał 
«ę prócz tego, szczególniejszą, staroświecką, milą, serde- 
czną uprzejmością. Starsi wiekiem obywatele, dotąd wdzię- 



338 273 

ćznie wspominają zwykle tam praebywane wtorki, wyzna- 
czone na przyjmowanie liczniejszych gośoi, lubiony i sza* 
cowany powszechnie^ w młodym wieku zawarł związki mał- 
żeńskie a Klarą Korsakówną, córką zamożnych obywateli, 
dziewicą niepospolitemi słynącą powabami. Bóg koleją 
czasu liczneSm go ubiogoslawii potomstwem, oraz wzrostem 
ziemnego majątku. Nabył rozlegle, niedalekie odKrzywicz 
dobra Parafyanów zwane; lecz swobodne od prac urzę- 
dowych chwile, często w dziedzicznych przebywał Rrzy^ 
u>tc%ach. Tam pokrzepiał duszę, w pięknym, śród miaste- 
czka, murowanym kościele, wtedy do oo. Trynitarzy na- 
należącym » mającym prócz wielu dobrego pęzla obra- 
zów, przy wielkim ołtarzu posąg Zbawiciela, zupdnie ta- 
ki jak na Autpkolu w Wilnie i z nim razem niegdyś 
z Włoch przywieziony. Tam oświecał umysł i naukową roz- 
postrzeniał wiedzę, czerpiąc ze znacznego, kilka tysięcy 
tomów zawierającego xięgozbioru, który byt zebrał a po- 
żniśj przy zejściu na użytek ogólny rodzinie Chodźków 
ostatnią wolą swą przekazał s. p« Ignacy Chodźko, Jezui- 
ta, rektor koUegijum w Żod%is%kach, tłómacz wierszem 
miarowym Fedra na język Polski, a prozą na Francuzki. 
Tam nareszcie błogie spędzał godziny, obok małżonki i 
dziatek » okolony zawsze prawie krewnymi i sąsiadami, 
w obszernój Krz3rwicki^j sali, mającej okna wychodzące 
na kwiecisty ogród, zdobnój portretami monarchów i cel- 
niej szych bohaterów kraju, rozlegały się nieraz gwary we- 
sołe hożój dziatwy , lub toczyły się zajmujące starszych 
osób rozmowy, krórych zawsze ś» p. Jan głównym był 
przywodżcą i duszą, a stół ogromny , podłużny , osiadali 
najczęściej sami tylko mnodzy jego pokrewnil Wszystko 
zaiste ulega zmianom na tój ziemi ; ale któżby wtedy i 
pomyśleć mógt nawet, że wkrótce ten rozkosz j obrai 

TZKA N. V. 15 



27i 334 

rodziny całkowicie do niepoznania zgaśuie^ ie gwary uci^ 
chną^ Bala opustoszała wraz z majątkiem w obce odpadnie 
ręce, a dziatwa podrosła, jedna wstąpi wcześnie do gro- 
bu , inna jak liść jesienny wichrem, rozmiecioną zostanie 
po różnych stronach świata 1 Tak jednakże z czasem się 
stało. 

Ukończywszyl służbę objrwatelską chwalebnie, nagro- 
dzony od monarchy orderami: ś. Anny 2-go i ś. Włodzi- 
mierza 4-go stopnia, z Mińska przeniósł się do Wilna, 
jako główny prokurator massy dóbr po-Radziwiłłowskich, 
należących wtedy do nieletniój xiężniczki Stefanii Radzi- 
wiłłówny , córki xięcia Dominika, poźni<śj małżonki xięcia 
Ludwika Wittgensteina. Tu mu obszerne do rozmaitych 
działań dla dobra powszechnego otworzyło się pole. Tkli- 
wego i litośnego serca, chętnie przyjął wezwanie jeszcze 
od samego początku zawiązania się dwóch towarzystw 
domów dobroczynności w Mińsku i Wilnie: tu osiadtszy 
najczynniejszym wprędce stał się członkiem i prezesem 
wydziału. Wielu jeszcze pamięta, wreszcie świadectwa 
pozostałe w piśmie peryodycznóm, przez lat kilka wydawa- 
nym pod napisem Dzieje dobroczynności w Wilnie^ dal- 
sżój pamięci to przekażą, ile Jan Chodźko ciągle się tru- 
dził i bezustannie przemysliwal, aby skarbona ubogich ob- 
ficie uposażaną była a przez to dostarczała bezustannych 
zasobów wspierania nędzy i przynoszenia ulgi cierpiącym 
niedostatek. Ileż to za jego wpływem odegrano koncer- 
tów publicznych przez różnych artysitów i amatorów na 
dochód ubogich! ileż pełnych smaku i wyborowych przed- 
stawiono na teatrze w tymże celu widowisk!... Sam wielki 
lubownik i niepospolity znawca teatru, występował wraz 
z innymi ze znamienitszego obywatelstwa złożonymi ama- 
torami na scenę, a zachwycona grą wzorową publiczność, 



835 275 

uiezmiernemi z zapałem zbiegała się tłumami (1). Na po^ 
wędzeniach publicznych towarzystwa często brzmiał głos 
jego wymowny w treściwych i pięknych mowach. Z tych. 
niektóre wydrukowano we wspomnionych wyżój Dzidach. 

(1) Sławna artystka Warszawska Łeddcbowska, oraz słyoDi i tegoł mia- 
sta artyści W. Bogusławski i Werowski (którego Jan Chodźko sam 
był zawiózł do Warszawy i teatrowi zalecił), przybywający wtedy do- 
syć czfsito do Wiloa, jako pożądani goście» nieraz za wpływem jego 
na korzyść domu dobroczynności grywali. Ale najwięcej rozwijał 
wrodzone to swoje do teatru upodobanie w miasteczku Zaborzu, 
w powiecie Dziśnieńskim. Właściciel naówczas tego miasteczka, mar- 
szałek Bujnick), krewny znanego wydawcy Ruboiia i autora pism 
wielu, lubiący towarzyskie zabawy, w jesień na tygodni kilka, spra- 
szał liczne obywatelstwo, z którego grona najcelniejsze osoby utwo- 
rzyły towarzystwo amatorskie dramatyczne, a duszą jego i najgor- 
liwszym a najzdolniejszym przewodnikiem zwykle bywał Jan Chodźko. 
NąjczcścićJ wystąpował w rolach tragicznych; między innemi Kmitf 
w ttaffiiyi Barbara RadziwiłiÓwtuŁ A. Felińskiego i Alwaresa w^/- 
zyrze Woltera, przekładu Ł. Osińskiego, tak przedstawiał, ie naj- 
surowszy iLrytyk nicby grze jego przewybornej zarzucić uiebył w sta- 
nie. Nietylko najsłynniejsze dramata i tragedye, oraz wyborowe 
komedye, przedziwnie odegrywano na teatrze Zaborskim, lecz opery 
nawet Satjerego^ Mocarta^ Bualdje (Boildieu), Mehiuta i wie- 
lu innych owocześnych wysławianych mistrzów, dokładnie wykony- 
wano: niebrakło bowiem i dobrych obojej płci śpiewaków i odpo- 
wiednej przedmiotowi orkiestry, należącej do znawcy muzyki, pię- 
knym obdarzonego głosem ś. p. marszałka Serafina Roszkowskie^ 
go. Niektóre wspomnienia oltym teatrze i Zaborzu, były umieszczo- 
ne w Wizerunkach naukowych. Warto, aby którykolwiek z oby- 
wateli starszych, bliższy i świadomy zabaw Zaborskich świadek, do- 
kładniejszą spisał o nich i¥iadomość. W Mińsku, prócz tego, Jan 
Chodźkoznacznie był zasilił, bo kilku tysiącami rubli srebrem, dom 
tameczny dobroczynności, odegrywając tam t amatorami, rdinecel- 
fiiejsze utwory sceniczne, za co ma wtedy prezes towarzystwa Miń- 
skiego dobroczynności z. biskup Dederko publiczne oświadczył dzięki. 



276 336 

Obok miłosiernego serca, obdarzył go Bóg umysłem 
pojętnym i wzniosłym, który on w miarę swojej możno- 
ść}, czytaniem, nauką i obcowaniem z uczonymi ludźmi wy- 
kształcał. Uniwersytet Wileński, widząc w nim tak świa- 
tłego i użytecznego ol^ywatela, policzył go w poczet łio- 
norowyoh swycłi członków, po^niój z^^i n^ianował głównym 
szkół, wizytatorem. Jak ważnego tego dopełnił porucze- 
nia, ztąd łatwo wnieść można, ae wizyty jego wraz z wi • 
mytami Józefa Twardowskiego, (później rektora uniwersy- 
tetu) zdanien^ powszjechpóną , zą najlepsze i wzorowe u- 
znano, 

Usunąwszy aię od prokuratoryi Radziwiłłoweki^j, za- 
trudniał się jeszcze czas jakiś w Wilnie dla pożytku in- 
nych, gdy wtśm chmura niedoli widnokrąg życia jego, do- 
tąd stale prawie pogodny, niespodziewanie zasępiła, a wy- 
padły zniój piortm, wszystkie dalsze jego pogruchotał na- 
dzieje. .Odtąd pasmo holów 1 tułactwa kilkoletni mu prze- 
ciąg dni zabrało, wynikły ztąd nieporządek domu, za^ 
chwiał majątkiem, Htóry i hez tego różnęmi ubocznemi oko- 
licznościan^i i zbytniem włąspdm, jego do zaślepienia zaufa- 
niem oraz mnićj ohączną szczodrotą znacznie był już nadwą- 
tlony. Wróciwszy do domu, nieznalazł już wszyakich swo- 
ich synów I ówczesnym wirem wypadków w obcą zagna- 
nych stronę. Pozostali mu tylko dwaj synowie starsi 
i dorodna już córka. Tę wkrótce wydał za mąż; najstar- 
szy syn zgasł wozei^nie naglą śmiercią w Wilejce, gdzie 
był powiatowym sędzią; drugi z kolei, nie częs^ odwie- 
dzać mógł ojca, zajęty słtiibą inżynierską. Uczącą się w or- 
sziku monarszymf nasamprzód w Wołoszech, a pot^m na 
Kaukazie. Całe potomstwo ś^ p. Jana, prócz zgasłych 
w niemowlęctwie dziateki było następne: 1) Władysław, 
o którego niespodzianymi w pełnój sile wieku, wspomnie* 



837 277 

liśmy zgonie. 2) Józef, dzisiejszy jeneralmajor, iniyi 
nier , kawaler orderu e^ Stanisława 1-gp. stopnia i wiela 
innych, słynny tryangalacy% Kaukazu i wędrówką na górę 
biblijną Ararat, na którój szczyt najwyższy, pierwszy po 
Św. AndrzejUi wstąpił, ba uczony Parrgt niebył na samym 
szczycie, jak niektórzy myhiie mniemają, leoz go tylko wi- 
dział zdaleka,, 3)Alexander, znany nasz pęeta romantyczny,^ 
tłóraacz poezyj ludawych Nowogreckich, przez czas długi 
mieszkaniec Persyi, Kozacy się obecnie między znamienita 
szymi opyenJtalistanii w, Europie, 4) FeHx, 5) Michał; 
oba zaajomi za granicą z wynalazków swych mechanicznych^ 
6) Stanisław , znamienicie, uczony chemik, professor tój 
wainój nauki we Fryburgu, rozgłośny w tych czasach wyT 
nalazkiem nowego spoisobu użyźniania roli (engrais afcmo- 
spMrique)^ 7) Cofką Zofija, po mężu^ Nąborowska, obywa-? 
tełka powiatu Mińskiego, teraz już i sierota i wdowa, naaT 
tka czworga dziatek, pozostałych po aejseiu licznie wyga-i 
gaełego w niemowlęctwie potomstwa. 

Uległszy opacznym losu zmianom., nieupadł Jan na 
duehu, rezygnacyą Chrześcijaósfc|% wspieranym; ale jakp 
mężny gospodarz, dotknięty, pogorzelą, zostawione od pło^ 
mienia obłamki domu skupia i stara ęię z nich choć w skro^ 
mniejszym obrębie, skleció swój rodzinie uchrouę,— tak i on, 
, zbywszy się dóbr.Parafijancwa, w samych tylko, dziedzicz- 
nych osiadł Krzy wieżach. Zamieszkały przy nim: żojia, 
córka jeszcze wtedy niezaniężna, i dziewięćdziesiąt kilka 
Jat Koząca już so]bi», matka. Trudno się mi tu wstrzymać, 
by obszernićj niewąpomnieó o cii^j. Była to, prawdziwa 
Staropolska weteranka, poniewolnie uszanowanie wzbudza- 
jąca. Wysokićj, ani trochę niezgiętelj postawy ciała, szla- 
chetnego, pięknego oblicza, łagodnością i dobrocią, serca 
wszystkich jedoala. Syn dla nićj .po Bpgu byt najdroż- 



278 338 

Bzą istotą. Cierpieniami jego spoinie bolejąc, tyle niebo- 
ga łez wylała, iż niestępione wiekiena wypłakała oczy! Od- 
tąd wieczystą otoczona pomroką , w tśm tylko całą życia 
znajdowała osłodę, iż syna już miała wróconego. Rzewny 
to byl i szczególny widok, gdy ją wtaczano wwielkiómpo- 
ręczastćm krześle na kółkach do pokojów bawialnych. Przy- 
byłych krewnych lub znajomych, po kilku nawet leciech 
ich niebytności, nieraz po głosie rozpoznawała, a w roz- 
mowie z^ nimi , pewnym i mocnym ^osem, zawsze pogo- 
dna, dziwnie uprzejma, nigdy najdrobniejszój skargi, naj- 
mniejszego utysku na zmienną dolę nie wyrzekła. Tkliwy, 
wdzięczny syn, najpieszczotliwszą osłaniał ją miłością swo- 
ją i opieką ; a gdy naostatek Bóg ją do siebie przyzwał, 
własną ręką na sen śmiertelny, martwe jój powieki za- 
sunął. 

Po zejściu matki, wezwany urzędownie, jeszcze chcisi 
być pomocny innym; lecz gdy zamiar skutku niedoszedł, 
wrócił ze Słucczyzny do domu i zarządem własnego gospo* 
darstwa czynnie się zajął. Wszakże po niejakim czasie, 
widząc, że pomimo najusilniejszych chęci i starań, mają- 
tek ku coraz większemu schyla się upadkowi; oddać go 
wolał nastręczającemu się nabywcy, byleby się sumiennie 
co do grosza, rozpłacić z wierzycielami. Ciężary bowiem 
jeszcze były wielkie, Jan zaś podeszłym już obarczony 
wiekiem , bez pomocy , bez znajomości i doświadczenia 
w rolnictwie, przy ciągłym prawie nieurodzaju, a zawsze 
ślepo ufny, lubo nieraz zwodzony, — postanowił na mał^m 
wcale przestać mieniu, aby tylko nieiikrzywdzić nikogo. 
Po wydaniu przeto córki za mąż, wyprzedawszy Krzywi- 
cze, osiadł nasamprzód jako dzierżawca, razem z żoną 
w Janowszczyźnie, w gubernii Mińskiej. Jest to mały, ze 
szczupłym domkiem folwark. Traf zrządził, iż w pokoiku 



339 279 

jego, dwa okna wychodziiy, jedno na powiat Miński, dru<- 
gie na Wilejski 9 jakby dla przypomnienia staruszkowi , iż 
we dwóch tych stronach , pożytecznie niegdyś dla dobra 
bliźnich, młode swe przebył lata! Zczystem sercem, z po- 
godą sumienia, osioniony w kolo szumiącemi brzozowemi 
gajami, zebrat szczątki swojego sięgozbioru, także pod- 
czas jego dittgićj nieobecności znacznie nadwerężonego, 
i gorliwie się oddaf pracom piśmiennym, o których, równie 
jak i o poprzednich, przy końcu tego pisemka rozpowie- 
my, żeby tutaj niemi rozpoczętego nieprzerywaó wątku. 

Po śmierci zięcia, Tytusa Naborowskiego, obywatela 
gubemii Mińskiój, przeniósł się wraz z żoną do majątku 
jego Rohowicz o mil kilka od Mińska, żeby być tliżój mło- 
dój swój jeszcze, owdowiałój córki, gdzie prócz zwykłego 
sobie piśmiennego zajęcia się, nieraz okolony wnuczętami, 
wpajał w ich młodociane serca, piórwsze pojęcia cnot 
Chrześcijańskieh izwłaśoiwemi wiekowi oswajał i oznaja- 
miał je naukami. 

Tak płynął mu czas korzystnie, a lata jego ku coraz 
głębszój posuwały się sędziwości. Niezważając atoli na 
to, czerstwem zawsze cieszący się zdrowiem, gdy go w r. 
1851 urzędownie mianowano członkiem komissyi budo- 
wniczej Mińskiej, — z ochotą młodzianowi odpowiedną, po- 
spieszył do Mińska, dla objęcia poruczonego sobie urzędu, 
jakby właśnie chciał koniecznie, na publicznój zstąpió do 
grobli zasłudze, rozpocząwszy megdyś od niój z n:łłodych 
lat zawód swego pożytecznego życia. Przyjazd jego do 
miasta nastąpił w listopadzie, miesiącu ustawicznój zmia- 
nie chłodnego juz powietrza ule^ym. Podczas odwiedzin 
cełniejszych urzędników, zgrzany, zmienił mniój bacznie 
cieplejszą zwierzchnią odzież na lżejszą, zkąd nagłego do- 
znawszy przeziębienia, g^y wrócił do swojego mieszka- 



280 340 

nia, natychmiast zaniemógł, i silnet coraz okropniejsze) 
dręczyć go poczęły cierpienia;-— aż nareszcie przeczuwając 
zbliżający się koniec życia, sam wezwał przyjaznego sobie 
kapłana x. Micłiala Terajewicza, dzisiejszego dziekana i 
proboszcza na Złotej Górce w Mińsku, z nim pokrzepiał 
ducha rozmową ó wieczności i nieograniczonej dobroci Bo- 
żSj. Ten mu też ostatnich religijnych pociech udzielił. 
Zalane łzami żonę i córkę słowami z głębi serca płynące- 
mi pokrzepiał i koił. Wzywał wszystkich do spólnej z so- 
bą modlitwy, znosząc dotkliwe bole z największą cierpli- 
wością. Dnia jednego przyniesiono doń listy z poczty: raz 
tedy jeszcze zwróciwszy uwagę na świat, prosił córkę, by 
mu je głośno odczytała ; lecz w polowie przerwał czyta- 
nie, mówiąc, że myśl jego, gdzieindziej już skierowaną, 
i utrudzą i plącze. Żegnał wszystkich obecnych i nieobe- 
cnych, bliższych sobie, każdego prawie wymieniając po 
imieniu; uroczyście oświadczał, że wszelkie przykrości, 
wszelkie doznane krzywdy, całą skruchą duszy swojój 
przebacza, sam prosząc o przebaczenie* Błogosławił z prze- 
jęciem żonę, córkę, jój dziatwę, synów, wnuków, zdała bę- 
dących od śmiertelnego jego łoża, przyjaciół, znajomych, 
krewnych, i rzewnie płaczącą, a szczerze doń przywiązaną 
czeladkę domową. Naostatek, podtrzymywany rękami cór- 
ki, na chwilę nieodstępnój , szepcąc już mniej wyraźnie 
drogie Imiona Jezusa i Maryi, — skonał. 

Stało się to o południu dnia 10 listopada 1851 roku, 
w Mińsku, przy Wysokim-Rynku, w domu Kisterów, na prze- 
ciwko ich większej kamienicy. Zwłoki przewiezione do 
grobów rodziny Naborowskich, pogrzebiono wZasławiu, 
na cmentarzu parafijalnym, o mil trzy od miasta. Uszano- 
wał pamięć zmarłego piękną mową x. Jan Drawdzik, tak- 



341 281 

że już tera« zga^fy, gorliv»y i prssykTbdtiy kapian^ dziekan 
i}R*obo6Zc^ Raxlo62rkowicki\ 

Żył Jan CŚiodźko lat siedemdziefliąt sześć. W rok pó- 
źniej (dniar 17 listopada 1851 r.) opadająca coraz znaczniej 
na siiach ciaiat ale przytomna umysienot weteranka, żona 
jego, o pięó lat tylko młodsza, Klara z Korsaków, niespo* 
dziewanie tąż drogą sui tnężem poszk. Wieczorem bowiem, 
zdlrowai wesoła, bawiła się śród rodziny; a gdy godzina 
roBej.«cia się (io sna wybito, wstała z krzesła, uciskała ' 
córkę , życząc jiśj dobrój nocy, pobłogosławiła wnuki i na ' 
spoczynek do swojego pokoju odeszła, gdzie ją nazajutrz 
juz śpiącą snem śmieroi znaleziono. Pochowana/również 
w Zarfawia, obok zwłok męża. 

Był ś. p. Jan wzrostu miernego, ciemnawy blondyn, 
twarz)' mofte mniej piękndj co do rysów, ale znaczącćj. 
Ofco jego niebieskie, bujne, miało szczególny wyraz do-' 
broei iszlaehetnoitei. Charakteru żywego, łatwego, jedno-, 
stajnośeią humoru ^ uprzejmym oboowanicm, płynną nad*: 
zwycsaj wymową, ujmował, rzeeby nawet bez przesady i 
można, czarował wszy^tkioh• Jakoż żyje dotąd we wdzię- 
cznej pamięoi tych, którzy go zUizka znali. Z młodych 
lat do utycia sklonnjS w podeszłym wieku spadać nit co 
zaczął na ciele, eserst^fió wszakże i siłę bardzo powoli 
tracił. Może mu do tego pomagała szczególniejsza po*- 
goda Umysłowa, którą aż do zgonu zachował, wszelkie przy-* 
gody, wszelkie bole, gasząo męztwem i Chrześcijańską u« 
ległoecią. Za(*hęo4 ńi słodyczą obeji>cia, odwied;^li go cią- 
gle przyjaciele i krewni; przyjeżdżał zawsze, jak tylko = 
mógł, choć na krótko, ulubiony syn jego Józef, z nad brze** 
gow Tei^ekn. Odwiedzałem go także niejednokrotnie z żo- 
ną moją; widzieliśmy oboje ze smutkiem siady stopniowe- 
go nisz<^zenia ua twarzy, jakie czas nieubłagany nicz^tn,! 

TtlŁA N. V. * M ' 



na kochanym »tar)Qu naszym pilnował, lees zminay hu- 
moru 9 a mianowicie stępienia uczuć fterca ' luł>. pojęć, dh 
gdyśmy ni^dostrzegU. Zadumał się wpribw4aie Biekiedyt 
ztęsknćm wspominał wo^tchnietdtap o. daleko •miie0zkaj%* 
cych synach i wnukach y których już oczy jego nigdy na 
tćj ziemi oglądać niemiaJy^ ale akorom tylko zmieni! u« 
myślnie tok rozmowy i ze smutnąj obecności przewiodi 
go mysią do wspomnień czasów uhiegfyDb9t-~patychiDia49yt ^ię 
rzezko wyprostowywali wzre^ mn zajaauialy ploimoń m\ę^ 
dzieńczego rumieńca na zwiędłe lica wybuchał, z żywośeią 
cl^pdząc {K) pokoju, płynnie docnane lub słyszane wy* 
padki w życiu swem. opowiadał. Jak te chwile b)rły dla. 
nas miłemi, jakićm rozkosznem preąjmowały wrazenieon; — 
pióro moje doatateczqie opia^ niejest zdolne; lecz każdy 
i bez tego lątwo to odgadnie i pojmie , ktokolwiek tylko 
według 6ł(^w .wieUoega naszego poety> ma §erce i mmie* 
patnae w s/frcel W opowiaclamaeb swoich i ni^ylko byt 
płyn»y> malowniczy, wesoły , leci; ez^^to i bardzo dowci- 
pjofy, iHgdy jednak dowcipu s^rego z cudzą szkodą nieu^ 
żył. Tęż samą zdrowosć aż do końea zachował wpiamach: 
i listach bes2 zmiany cfaaiakteru ręki. A mi^ł tei pciem^ 
opowiadać lub pisaći przebywszy Jat wiele ^śrćd wainychi 
wypadkó\y^.z uajcelqiejs55<mi . swegp oawu i- miejsca oso-' 
bami, ^auką^ wychowaniem lub doatojeńatwem odznacza r 
nem. Jędrzej Śniadecki iuci^ony, pr»ezacny nasz filotog 
G» Jl. Gi^odek, który sam. nieraz . nazywał siebie firroitee-*.. 
jkiif^, byli jw-óoa wielu innych, blizązymi jago prz^jaiaćł^ 
mi. Dobroczynność i litość okazonirał wtawiiie» % mufpei-. 
n6m na siebie zaponu^ieniein* 2^tąi satuą^ochotąi ztąi 9a^< 
mą gorliwością. biegi, tam wszędBi<>, gdzie mni^ciali ił nao^. 
że stać się pożytecznym dobru ogólnemu. Za (o iei był: 
poay^kał powsseeJbDji si^aeuneki wziętośći z^^/liwość. Nic-- 



^iało^iM^j ińgdyi pra^wtfi*Wła llWi^tój palteiięci, Kaaimierz 
Brodihiflki, w jednym i listów BWDich )p(ywiadai — iVtfil 
tt^McM^ 9ttHnęif9ttuńę Un si^ mffwiÓMłi kto dobrą chf^ 
'dĄ na łyetliufoid ludni mtobit. Mądrte io przodkowie 
nasi % Jednego iridłu unfffrbmadśali: życie i życzli- 
wość, &o tffikonfi^cfUiwoiei łud%i prawdziwie iyjemy..... 
Wnystkoi co jest wyratbow^ue naeławę, wraienie^ eo 
%$mniolnketwa powiteło, jest bt^kótką, ktira^nie nie^ 
zostawi po soikie. Stawa ^dMikmiotHM jest niklem zja- 
wiskiem t za ktiHm gomiS^ ni^wartó > sława kaidego 
zff&rze^ powinna wjedu^ powszechnym ognisku. Otóż 
•tak żył, tak przea oafe awe życie postępował, s. p. Jaii 
Chodźko. Nieraz, tak się zdarzało ^. iż przy szczupłych, 
zMaszcza w ostatium czasie dochodach własnych; zasłyń 
szawszy o biednej wdSo\ńe, ńiemającij cz^m karmić zgło- 
dniałych dzieci, o nęcbarzti jakim zdręezonym chorobą lub 
kalectwem, większą połowę ewych. ^asflków, niebacząc na. 
łysiączne tirtasn^ potrzćby, im przesyłaL Bóg też go 
może za to, prawdziwie Chrześcijanką ubJogosławil śmier- 
cią, o której juŻBŚmy szozegółówie wyżej wspomnieli. 

Takim byl rzeczywiście ś. p, nasz. JF^ft, i nikt mtt4j 
prawdy, ze 'znających go biiżćj, nieaaprzeczy. Może tu 
kto zarzucił żeśmy nakształt malaf zy Ogińskich, same tyl^ 
io skupiwszy vjr obrazku iutnym światła, zapomnieli o cie- 
niach. Zaiste musiki mieć i Jan Chpdźko, tak jak każdy 
człowiek- przywry;: leo2 te pewnie wynikały z mnić} oglę- 
dnej uwagi, a nigdy ze. śkaion^j woli , albo debiełubne!-. 
go serca. Alboż je za iyda swego sowicie niewykupił 
tyloletnią boleścią iniedóJą,, byśmy tu o nich nad giucbym 
grobem j^go, koniectói^ wyg^sealł? I ktożby chciał wę^ bar- 
wić wytykaniem, dreibtuntkićlh plamek,; na czystóm, jasnćm, 
]^łierównśm ż^#i^ie'dleT^. 



Frsebj^żmyiiaostatekprftoeińśiaieni)* p» Jąiuh tak 
w druku jak rękopi^mach, pozostałe. Sąd iwialjyob 017- 
teluikow dawi:)o już je umie#(;ii w rą^i^ą pjM>in MęęytąoĘ- 
nyoh, wyŻ8S(% uąoeobowanyoh adojoośeią^ NjebędzWmy tU 
przeto rozszerzać się z ich krytycznym rpzbiorem;. wak»* 
żemy tylko porządek ohroaologia^py, w jąkioi om. wyeba* 
,^zily z pod pióra autora, i kiedy i^kiedy uapofuka^s^ 
chyba o wartośoi utworów oaluiejejtychi, 

1, BaleMław iSr«yiwie«^, t^agedya.w pięciu, ąkiacibt 
wierszem*. Z lat młodocianych, jak to ę^ato zd< 'Imęjszym 
$ię trafia, ujęty zo^>^ ś. p. Jm .powabami ppezyi;. iikią- 
dał więc różoe uajprzód pomniejsze wiersze dla siebie i 
dla swoich, a pózniój. zaprawiony na wzorach tak zwaii^ 
kla^sycsiWiicif ułożył wsponTnipną tragedyę. Zpstala ona 
w rękopiśmie; lecz musiała mieć swą zaletę, kiedy jąwie- 
rlokrotnie na publicznych teatrach w Wilni<^ Warszawie 
j wielu innych miastach, z dobrem od widzo.yr pr^yjęcH^m 
^przedstawiano, . Znamienity natenczas artysta dramatyozpy 
Werowskit jakby przez wdzięczŁoścS iżgoś-p^ Jan, pierw- 
szy zalecił scenie Warszawskiój, ilekroć tylko był w Wilr 
nie, zawsze w tej tragedyi przecudnie odegry^a,! rolę zię- 
cia Pomorzan, odziany w prawdziwą rolową zbroję Pomór- 
«ką, dostarczaną przez s. p, jenerała Kosąakowakiegpt z je* 
go niegdye słynnego, długo w Wilnie, przpcbowywanego, 
różnych osobliwości gabinetu. 

2* JRrc/Au^ tragedya w pięciu aktach wierszem. B^z po- 
jrównania później, ułoiył tę tragędyę; wyjątki umieścił naj: 
przód Kazimióra Kontrym w wydawanym przez siebie 
Dzienniku, ff^i7m#/Um,— pot(^ zaś, po ubiegu łat w|eli\, 
Kazimićrz Bujnicki w swoim Ruhanief Tragedya ta choó, 
.gładkim^ poprawnym utpżona wierszem, niższą jest ws;sak^ 
od utworu pier.vszogo. Już tu. aujbor, zuiiioj^uic wiekiem 



345 285 

•tarsą^i sbyft- tiwniny , etąpai osiróinie jak wielu innych 
wtedy* nadUdowniozym za wzorami kłassycznemi torem i 
.pFzez tpO ostudziwszy wiasne natołmienie, wpadt w dekla- 
niaoyjtią moDotoniję. I ten utwór, prócz wspomnionych 
wyjątków, pozostai w rękopismie. O tragedyi pi^rwsz^j, 
wiemy z dumek mmersmcyj % jrtr%es%ioiei swieio wydaoycb« 
przez tak sprawiedliwie i powszechnie uluhionego autora 0A« 
rm§^ LUew§kichf ze byta pisana w majątku DtiewiętniĘickf 
«ród ogrodowej pamiątkowej altany. Druga ułoiouą zo- 
stała częścią w Rr%ywie%ecky częścią w Wilnie. 

3* Litwa i t d. Komedyjka w jediiym akcie, wierr 
«Mm gładkim i potoczystym, wydrukowatm byta w Miń- 
sku* Mało koum jest teraz znana, uiożyi ją bowiem au- 
tor jedynie dla ezasowych okoliczoości. 

4. O €x4i/wi%tfaeh eMffli o pod%iAU majątku dłułmi- 
kB dUitwięr%yeieli^ rozprawa wydrukowana była wHsien* 
niku fraeu$kimi^omVf.vo\i 1816, str. 194—227). Obiih 
dtfla ona wiisle. piór obywatelskich. Między inuemi pisali 
w dalszych numerach tegoż dziennika, w tymże przedmio- 
jsie: Włodzimierz Ghidon, marszidek O* A. Wierzejaki, je- 
nerał Niesiołowski, jenerał Józef Wawrzeckii Michał Ro- 
mer, Ignacy Domejko i w. i 

5. O Mkóihaek paraftjmlnjfck i wiejskiek^ rzecz wyr 
drukowana w 9%i€fmck Mhhroessfpmoich wydąwanycl) 
w Wilnie (rok 1820, tom 1, str, 315—326). Ułożył to pir 
semko wr. 1819, będąc dozorcą honorowym szkół wP<>; 
wiecie Dzisnieńskimi ^póinićj oiecoi należąc w Wilijae do 
dw^cb pożytecznych towarzystw, Typografic%nego i 
fT^pierania niedą$iutniek uc%nUm firzy uniwersytet 
eie , czynnie i zasiłkiem potrzebnym i ustną radą i nie^ 
kiedy uwagami na piśmie dopomagał. 

6. W tylko 00 wyź^j wspomnion^ peryodycznóm 



286 ■34* 

pisiuie, W} dawanym pod nazw^: Du€j&f» BoktÓ9%jfnnoM, 

wydrukowano niektóre jego mowy; z tyoh bardziej odzna- 
czającą się byia mowa na uczcssenie pamięci zmartych 
członków towarzystwa. 

7. W roku 1816 dnia 21 sierpnia, ukbzał się bj^ 
w Wilnie drukowany półankuszyk, pod nazwą PFtadamO' 
iei brukowych, przedawano go po groszy pięć. Pótśm 
niejakaś nastąpiła przef*wa; ai nareszcie od raku IWT 
stale, wychodzić zaczęły co tydzień po półał-kusza, nnmer^ 
ki tegoż pisemka, przedawane po groszy dziesięć. Wkrót- 
ce wielkiej nabyły wzii^^to^ci. Następnie, Jdhób Szymkie- 
wicz doktor, Kazimićrz Xontrym pomocnik biblijbtt karzą 
uniwersytetu i inni, pierwsi przedsiębiercy tego dowcip- 
nego i wielce nawet w początkach pod względem morał- 
ń^j *popra^y obyczajów korzystnego pisemka, polstano- 
wili utworzyć towarzystwo, pod nazwą towarzystwa^ Stu- 
brawcóWi ułożyli stosowny kodex, i przyjmowanych d» 
grona swego członków, podzielonych na Urbanów rthi^ 
styhanów^ mianowali każdego nazwą którógolwiek 
z pogańskich Litewskich bożków. Otóż natenczas i 
Jan Chodźko, do tegoż grona był przyjęty i nazywał się 
Wąjigantos (bożek przewodniczący uprawie Ińu i konopi). 
Przypisują mu, między wielu inhemi, dowcipny attykuł 
o magnetyzowanij hune' i ktkckćiku , z powodu sagęm* 
czońego natenczas w Wilnie a ile i szkodliwie skieróu 
wywauego niagnetyzmu. 

8. Pan Jan %e 'Swi$łocuf, kramarz wędrwjącyj jdt([- 
łecaka we dwóch, częściacb, po8'więcona oświacie luda, naj* 
więcój rozgłosu sprawiła dla autora, zwłaszcza ie tenod^ 
tąd; na wszystkich dalszych swych utworach, podpisywał 
się autorem P. Jana ze Świsioczy. Zaraz po wyji^ciu tego 
j>oiytecznegc,: jatoya^ i płynnym .ułoiouego /stylem, dzieł- 



147: 487 

ka, Kafimićw Kootffjsm ma^^^ł^ti^i onw^ 'się, o.nićm-. 
w wydawanym: przdii^ ^i^bio-. liNewiiApf tFileńshim^ pa 
cróm uniwersytet Wjteńiki wliczył je do rsędu d^ei ele^ . 
iQentarDyąh« esu^ególnićj saleeająo dla ueytku i oświaty 
wlo0cian« Xi%Lka ^i niewiele wezakże ludowi mkjaoowe* 
laa soąjoniai % pow^u^ęgo Dieumiejętoosci czyŁaniat prze- 
lozoBa na jis^k Żmudzki przez x, pralato Bupejkę, um- 
siyob^fOie pgwyslną n^iala i ma u ludu tamecznego wzięto8Ć« 

1^ tomików XII, w Wilnie, drukiem A. Marcinowskiego^: 
184^!^ rokio^ W«zyjstkie tu pierwićj wymienione pisma uio^f 
żonę jbyły ]H*zez autora w es^a^ie pogodniejezyefa dni jego 
doli. . Z posuwający tti aię wiekiem^ zaoieebai ęoikiempra- 
wie; paez^ęv a' ukibi^. wepommeoia przezzłoifici, i te podamy? 
jepit myśl utwc^zeM z nieh v pami%(kowych, praeskio ^ 
Wi$c«iiycłi4 obrazków powieśeiawycA^-^jatewy ro^zij uie^; 
był JQ6zeM j)a4wosias jttk teraz ^aeroldl. rozwinięty* -Wszy^tW 
k^eopbane przefceń; Osoby,, żyfy przy aofcyiku XVIII wie-, 
k;u}znai je w młodości autor, i bez wymieofedia nazwisk^; 
wiania i trafcie {^zed^awiif StylpQtQezyaty» naturalny/ 
pooiąga ei^ialoiki, : który prawdziwą, znajdując przyjemi- 
00^ w ezyfaueaOi zapragnąłby cby ba c»iM]ń» przedetawio-i 
nia dmowtyczme dziajająo^ aamej oispby, a nie opowie-^ 
d^eiiia^tylko.oaiój. Pierwszą pawi&ści<|fV umieaz('*zoną wpi^rw^ 
siym totniku^ ^eat JPan WoJ4hi% d^iitd autora, znapy juii 
nam także • i x Jh^óek ńuweriacfij Jeszcze w rokor 
182^1. aacfząt był {lisa^ tępowieśó: będąc albowieln po, ras*" 
pierwszy na posiedzeniu^ naukowcom, gdy został ćzto^kiete 
uniwersytetu* Wiłei!izkiego » iaii^l slodowitą przemowę i 
w Tii^ pświadwył i& pracuje nad dziełkiem p. Ff^ą/skii 
j^k o tóm powtada.óweaaeowy Ihi^mnik 9FiUMti*W pienr-i 
M^ .tedy ton^kgii pi^rt^aą umief9z«zaną powitotką JM# 



288 SI8 

Fmn PF^M, dragą P0hmH»q C%&in^kęmUm^, wyborne 
w gw<mn Fodsaju poeoeiwe małżeństwo « lecz odręboega 
iiposobu widzenia rzeczy ichu*aktera. Takich cześnikow 
i cześnikawyoh juz teraz pono m4ma, albo przynajmniej 
arcy rzadko coś podobnego napotkać moina. Pan cze- 
raik ze swoj^m przyatowicm, t0go t0 eheiulem mówiS 
ustawiony przez autora w dalszych tomikach % inną iSziach- 
tą, mającą takie swe przysłowia, pocieszny, }xA Ła^aznie-* 
widziany nigdzie, przedstawia obrazek. Ihngi tomik z po* 
rządku, zajęty komedyjkami. W wydaniu tćm albowiem 
powiastki przeplatają się ai do tomiku X. utworami tea- 
tralnemi, o których później napomkniemy, wprzód zai 
zajmiemy się przejrzeniem samych tylko powieści* I. tak: 
w tomiku m, są dwie powiastki: I) Podrói dó panikm^ 
$%ielaniomej. 2) Fani kas%telanowa. W tomiku Y: 1) 
Imieniny pani kasztelanowej^ 2) Starościna. W tc^niku 
YII: 1) Sejmiki, 2) M^ Stryja$%ek. Ton stryjaszekjui 
jest osobą nowożytniejszą. W tomiku IX, Jedna powiastka 
pod nazwą Intereesa^ i na niej kończy się powiesd ogólna; 
bo wszystkie tu wymienione powiastki wiąią się w jedne 
całość i na*zą ogólną nazwę powieści: Pani kM^telano^i 
wa ij^ sąsiedztwo. Jeszcze w tomiku X jest powias^tka 
Aenrycsif A, którą sam autor nazwai dokończeniem Sąsied%ł'' 
ma pani kasttelanowej . Dalej w tymże tomiku jest ma- 
ła ale petna iycia i więoój może obrazowa nad inne po-' 
wieści powiastka, p. n. Roron^aś% t» Wilnie z prtiwdti*- 
wego uloiona zdarzenia* Dalój: Święta Bołego NatoUte^ 
nia w Litwie, piękny, wierny, mity zvriaszcza dla Lit^* 
winów obrazek* Tomiki XI i XII zajmuje przedruk wspo« 
mnianego już wyż^^j od nas dziełka Pan Jan we Swisio^ 
Mf . Koroięasta w przeciągu jednćj godziny, napisał autor, 
w obecności mojeji w powiecie Słuckim, w majtku Zn- 



M9 28d 

rakmnu. Ws^dzia w pomienionych wyićj powieściach, 
gdzie tylko znałaś^ stoBowne ku temu miejsoe^ autor zo- 
stawił wspomnienia to o Radssiwifiach » to o innych zna- 
mienitych wtedy w Litwie osobach. Słowem^ cala ta je- 
go praoa jest szacownym zbiorem narodowych pamiątek, 
i Jan Chodźko ze wszech względów należy do rzędu tych 
pisarzy, którym winniśmy wdzięczność^ iż wiernie i skrzęt^ 
nie zebrali wspomnienia^ ubiegłóji a nas iako potomków 
zajnmjąc^j naszej przeaztosei^ 

Tomiki: IIj IV> Yh VI1I> zawierają pisemka drama* 
tyczne następne: 1) Pi4tm$%a mił^ie ć%yli pamiątka 
dziecinnego wieku » kemedyo-opera w jednym akcie« 2) 
Stary pan młody ^ komedyo-opera we dwóch aktach. 3) Pan- 
na na wydaniu^ komedya we trzech aktach^ 4) Riamea 
prawdomiwnyt komedya w jednym akcie« 5) Dam %ajeid^ 
ny tś górach Pirenęjikiehi komedyo^opera w jednym ak- 
cie. 6) ]Sievóia9ta panem damu^ komedyo-opera w jednym 
akcie. 7) Pan % lokaja^ tokaj % pana^ komedyo-opera 
w jednym.akcie. 8) Oogaty ^padek^ komedyo-opera w jed* 
nym akcie. Wszystkie te malutkie utworki^ pr^estosowa-^ 
ne ze Scrihego i innych Francuzkich komedyo-pisarzy^ mo- 
żeby zaiste właściwsze sobie w, udzielnym druku miały 
miejsce; lecz i w nich trzeba oddaó należną sprawiedli-^ 
wośó zdolności autora^ przestosowaniaaibowiem w ogólno^ 
śei są bardzo zręczne. Adam Szemesż) znany w pismien^ 
nictwie naszćm i wysokich zdolności malarz^ w inszym to^ 
miku wydanych w Wihiie Pism rozmaitych przez F. D. i 
L. T. (Franciszka Dobkiewicza i Ludwika Trynkowskiego), 
mówiąc o pierwszych tomikach Pi^m rotmaitych Jana 
Chodźki, wielce wychwala kotoiedyę Panna na u>ydanim^ 
mieniąc ją najtrafniej przestosowaną do obyczajów ńaro* 

dowych* Wreszcie komedyjki.te i komcdyo-operetki, po 
TfcKA N. V. ar 



290 35» 

większej części napisane były z chwilowej potrzeby. Au- 
tor w czasie pobytu swego w Permie (1831 roku) z kilku 
rodakami, żeby długie jesienne i zimowe , nietylko sobie 
lecz i dla innych uprzyjemnić wieczory, wzniósł skromny 
amatorski teatrzyk i na nim w gronie towarzyszów, gry- 
wał z wielkióm zadowoleniem wzywanych na te widowi- 
ska celniejszych mieszkańców miasta, łatwiej od iouych 
pobratymczą mowę zrozumieć mogących. 

lU). Słownik przysłów*^ ptzyptmieści, %dań obye%ajo'' 
wych^ i 9zc%ególniejs%yck obrotów mowy Polskiej %e skro" 
cenią słownika S.-B. Lindego^ ora% % wyjątków póiniej^ 
szych dzieł ułoiony^ 4-0, we trzech częściach część 1 — A, (Ł 
stron. 136; część 2, K— P, str. 168; część 3, R— Z stron. 
106.) Prócz wstępu jest wykaz dzieł źródłowych w tym 
zbiorze użytych, oraz spisanie udzielne wyrazów Polskich 
dziś mało albo zupełnie nieużywanych. Słowniczek ten, 
ułożony w r. 1840, pozostał w rękopiśmie. 

Następnie autor, jakby stopniami odrywający się od 
ponęt marności ziemsktćj, z coraz sędziwszym wiekiem 
zwracając oko ku jedynie trwałej wiekuistćj prawdzie, — ca- 
ły się oddał przedmiotom religijnym, i owocem tego uspo- 
sobienia ducha jego byfy: 

11. Roztrząsania religijno-filozoficzne o najcelniej" 
szych przedmiotach wiary ś. Katolickiej^ 4-0, tomów 4. 
Jest to przekład znajomych powszechnie prawie, rozgłoś- 
nych konferencyj, slymiego kaznodziei Paryzkiego x. La- 
kordera (Lacordaire), przekład ten dokonany w roku 1848» 
zostaje w rękopiśmie. 

12. H^iadomośći histęryczno-statystyczne odyecezyi 
Rz. Katolickiej Mińskiej^ we dwóch częściach 4-o; część 1, 
zawiera opis ko/ciolów parafijalnych, część 2 kościołów i 
klasztorów zakonnych, z pięcia tablicami. W pićrwszymto- 



351 291 

nue str. 364, w drugim 278, prócz przemowy^ tablic i spi- 
sów. Szacowna .ta z wielu względów praca dotąd także 
zostająca w rękopiśmie, zatwierdzoną już jest przez cen- 
zurę ducbown% od roku 1849 dnia 30 grudnia. 

13. Zbiór psalmów i fnodlUw, utywanyeh w hrewija'' 
r%aeh kapłańskich katolickich, przekład całkowity we 4ch 
tomach 8-o. Z tego swojego rękopismu zwykle się autor 
modlił przy słuchaniu mszy ś , mnóżtwo sam przyt^m uło- 
żył tkliwych i stosownych na różne potrzeby duszy mo- 
dlitewek. 

14. Naostatek, zawsze chętnie biegnący na wezwanie 
z usługą swoją, przesyłał pomniejsze pisentika swoje, do 
różnych pism zbiorowych. I tak: w Athenaeum I.-J. Kra- 
szewskiego, umieszczone są jego artykuły o wyehmoaniu 
młodzi; VI Ruhonie R. BujnickiegOf rozprawki o piśmien- 
nictwie Polskiem i korespondencja % synowicą (Teofilą 
z Kurowskich Korsakową); umieściło też niektóre z dzieł 
jego ulętniej szych wyjątki, niepospolitej wartości pismo, 
wydaivane niegdyś pod nazwą Przyjaciela ludu. 

Jan Chodźko, jako pisarz, żył w przechodow^j epoce 
piśmiennictwa naszego, kiedy się ruszyło, naśladownictwo 
!Francuzkie a pisarze nasi pod przy wodeni K. Brodzińskie- 
go i A. Mickiewicza, na rodzinne ze swojem piórem wy- 
stępowali pole: trudno więc było jemu z raz przyjęttfj i 
zmłodu nałogiem ukrzepionej wyłamywać się formy; wszak- 
że ile mógł, gorliwie się o to starał, co z pism jego póź- 
niejszych, widocznie się wykazuje,^ 

Otóż i wszystkie prace piśmienne naszego przezac-- 
nego autora, te przynajmniej, które są mi dQtąd znajome 
Niechże ta cała spominka moja, będzie drobnym,, rzuco- 
nym kwiatkiem na mogiłę, nigdy przez nas ądżaławać się 
niemogąeego człowieka, niech wywoła pióra; świadomsze 



292 352 

i zdolniejsEe. A ja wtedy jak najwdzięcznićj ze słabą mą 
spominką ustąpię, tak wiasnie, jak pokornj sługa kościel* 
Dy, uderzywszy w dzwonek wieżowy, dla wezwania do świą- 
tyni wiernych, milcząe usuwa się |ia stronę, skoro powa* 
żuy kapłan, wdziawszy właściwe etanowi swemu szaty, 
uroczyste rozpocznie modły. 

Dmą t^ cierweft 
1S55 roku. 

Potaknie. 



TEKI WILEŃSKIEJ. 

LIST DO REDAKTORA TEKI 
OD J. I. KRARSaWnUBOO* 



iytomiert, d. 28 marc* 1858. 

Wdzięczen panu jestem serdecznie za wezwanie do' 
Teki,,, Radbym na nie odpowiedzieć czemś lepszym niż to 
na co dziś zdobyć się mogę; ale człowiek niejest panem 
siebie i sil własnych, — są chwile w. których, gdy go owio- 
nie jakieś znużenie i zwątpiałość, niczem się im obronić 
niemoże, Takim się dziś właśnie czuję, a niegodzi się za- 
smucać drugich spowiedzią wrażeń i uczuć, które choć nie 
z osobistych płyną dolegliwości, lepiej o nich zamilczeć i 
pi^zenieść je mężnie samemu w sobie. Wspomniałem da- 
wniej nieco w liście do Gazety Warszawskiej pisanym o 
przykrych przeczuciach jakich doznałem widząc w koło 
zobojętnienie ogólne na to co dla nas najdroższćm być po- 
winno; panowie w szczęśliwszej Litwie niemożecie się u- 
skarżać na nie, więc możebyście mnie niezrozumieli nawet. 
Dajmy temu pokój i ofiarujmy Bogu chwilę ciężką. Ale 
o czćmże panu donieść z kraju, .w którym nićma literackich 
nowości, i tak mało duchonego życia ? Mówmy o tćm 
co na6 zkądinąd dochodzi, a związek jakiś, ma z nami i zaj- 
mować nas powinno. Zacznę od tłópiaczenia Litew^kieh 
Dainos, które świeżo się ukazało w ostatnim numerze He- 



294 354 

vue contemparaine (28 fevrier); — ^jest ono, jeśli się niemylę, 
pi^rwsz^m w tym języku; tłóinaczem pan Hipolit Val- 
morę. Artykuł jego zawierający bardzo nieśmiałe ocenie- 
nie Dair\os naszycłi, które autor porównywa z wydanemi 
przez Gerarda de Nerval piesoianri ludu Walezyjskiego, 
cały wyczerpnięty ze. zbiox;u i przedmowy Ncsselmami^a. 
Jest w nim XXXni piosnki, które w tćj szacie now^j, dzi- 
wnie sicj a^e miluchnc^ wy^i^i ohoó odzież ta tak im 
iiieprzystała ! choć p. Yalmore dowiódł tylko przy najle- 
pszych chęciach, jak dalece przekład^z języka obcego i in- 
nego charakteru jest niemat niepodobiei^stwem... Tu się 
przekonać można o niezpiiernej różnicy dwóch mów, sta 
ro-LitewsI^^j, która majeązczę eałą l^rwę.i swieiośó pier- 
wojtnych świata jęajyków, ich formy nięskgńcaenie bogate 
i ruchy s;wohoduej i,Fraucurfdśj mawy inQegQ świata i po- 
jęć, s^tywnój, manijeroyyacdj, do wyrażenia prostych uczuć 
i pojęć Djeunąiejącej już n^^giąć się łatwo i odzyakać stra- 
conćj njL wieki szpzerqty, Po|nimQi wielki^ do przezwy- 
ciężenia trudności p. YalmoriB dokonał przekłada sumien- 
nie i sympatyczuie dla. Litwy, za CQ^mu winiliśmy wdzię- 
czność 9 a kończy artykuł zący tąwanym w oryginale So- 
netem Kpymsikim Micłciewiczą^ 

Litwo! piały mi wdzięczniej twe szumiące Ia$y, 
Niż słowilci Bijilarut SaUiirj^ d«iew)<ie» 
1 weselszy deptałem twoje trzęsawice* 
Riż rubinowe morwy, złotp aoąnasyv« 
Tak daleki 

Jest to w tym roku pijśrwszy przeglądu artykuł odno- 
szący się do kraju naszego, mamy wszakże obietnicę spra- 
wozdań z literatury i nowo wychodąeych dzieł, dotąd nie- 
spełnioną, ale dowodzącą poczucia jej potrzeby. 

Rzymski kon-spondont Kroniki w jednym z ostatnich 



355 29$ 

listów swoich wzmiaukuje o nowo odkrytym aimaliacie 
Rzymskim współczesnym Salluscyuszowi, Grenijuszu Licy- 
nijusEU, którego rękopism znany Karol Pertz wynalaz! 
w muzeum Brytańskiśm między Syryjskiemi z Egyptu przy- 
wiezionemi. Ciekawe to odkrycie na pergaminie dwakroe 
skrobanym i po Licinijuszu dwa texty późniejsze noszącym 
na sobie; przypomina mi podobne, równie waine z tego 
samego źródła, októróm, jeśli się niemylę, nigdzie dotąd 
nnas niemówiono... 

Są to listy pasterskie paschalne i. Athanazego pa- 
łryarchy Alexandryjskiego — zabytek tóm droższy i cie- 
kawszy, że znakomity ten mąż niewiele po sobie zostawi}, 
a głównie pisma polemiczne przeciw Aryanom spuściznę 
jego stanowią... 

Listy paschalne uważane były dotąd za zatracone, mie- 
liśmy z nich tylko ułamki, nieco dłuższy wypis z XXXIX, 
zajęty spisem xiąg i urywki nieznaczące. Bernard de Mont- 
faucon w Benedykt)rii6ki^m wydaniu resztek pism ś. Atha- 
nazego, jakby proroczym duchem wskazał , że kiedyś mo- 
że na wschodzie — ubi bene multa exstant^. znajdą się 
te nieodżałowane listy patryarchalne. 

Z powodu ważności tego odkrycia dla całego Chrze- 
ścijańskiego, a szczególniej Katolickiego świata, pozwolimy 
tu sobie nieco obszerniejszą dziś o nióm wiadomość, wzię- 
tą ze sprawozdania x. Freppel.-r-Niedaleko od Alexandryi, 
na lewym brzegu Nilu, rozciąga się dolina Nitryi, tak na- 
zwana od jezior, które ją przerzynają, wtój pustyni mnóz- 
two było klasztorów, według ś. Athanazego i Sozomena 
porządek biorących od błogosławionego Ammona i Makare- 
go Egipskiego; w IV wieku liczono tu do pięciu tysięcy 
pustelników. Do zdobycia Egiptu przez Arabów klaszto- 
ry tu w kwitnącym były stanie? póżniój upadać za'! żęły 



296 356 

i w 829 prsez Eoreissytów ostateoznie zostały zniszczo- 
ne. Później poodbttdowywano je znowu » ale się liczba 
zmniejszyła i w XV wieku było ich tylko słedm, a z tych 
cztery dożyły naszych czasów. 

Xięgozbiory starożytnych tych monasterów zwróciły 
uwagę podróżnych. Wiadomo było, że wr* 923 Mojżesz 
zNizylUt opat klasztoru P» Maryi, z Bagdadu i okolic ze- 
brał 250 rękopismów do swćj bibłijoteki, a jedna z tych 
biblijotek monasterów dostarczyła Sewerowi bisk* Hermo- 
politańskiemu materyałów do histol*yi patryarchów Alexan- 
dryjskich. W XVI w* Franciszkan Gilles deLoches w je- 
dnym z tych monasterów naliczył jeszcze do 8,000, ręko- 
pismów. W 1706 Elemens XI posłai Elijasza Asiemani 
dla zdobycia do biblijoteki Watykańskiej rękopismów r kla- 
sztoru doliny Nitryjskiśj; ale niewiele ich udało się dostać, 
a z tych częsó jeszcze w burzę na Nilu zatonęła i tylko 
trzydzieści cztery przywieziono do Rzymu. W czasie wy- 
prawy Egipskiej Napoleona jenerał Aiidreóssy pożołnier- 
sku zajrzał zlekka do xięgozbiorów tych i za mało ważne 
je uznał. Wr. 1828 xiąże Northumberłand w swej po- 
dróży po Egipcie zwiedził pilniej dolinę Nitryi, a d-r Tat- 
tam po nim przybywający dostał ztąd dość znaczną licz- 
bę rękopismów Koptyckioh, około pięćdziesięciu Syryjskich, 
i tłómaczenie Euzebijusza biskupa Cezaryjskiego Peri Teo- 
fanejasj którego oryginał niedał się nigdzie wynaleźć. 

Ta zdobycz niespodziana skłoniła administratorów Na- 
rodowego Muzeum Brytańskiego do wj^słania powtórnie d*ra 
Tattam w r. 1842 w dolinę Nitryi, zkąd przywiózł wszyst- 
kie pozostałe w klasztorze P* Maryi rękopisma starożytne. 
Tak go przynajmniej upewniono. 

Przejrzenie tych skarbów polecono x. Wilijanowi Cu- 
reton kapelanowi królowej Wiktoryi, który znalazł w nich 



»5J 297 

naprzód toxt Syryjski listów i. Ignacego dorPoIykarpa, do. 
Efeaów i Ra&ymian i dat tiómaezenie jego Angielskie w r. 
1^45. Oprócz tego znalazły się 'aiamki listów s. Athana- 
zego, dotąd pożądanych, niamek przedmowy, koniec Yly 
VII, kawałki Xi XI, list do Serapijona i XIII, XIV, XVII, 
XVIII i XIX z początkiem XX. 

Zabierano się już do ogłoszenia tego szacownego za*- 
bytku, gdy wr* 1847 doszła wiadomość, ie mnisi klaszto- 
ru P. Maryi, którzy wszystko co mieli sprzedali dr. Tat- 
tam, potajemnie jednak zatrzymali część znaczną rękopi- 
smów, wymawiając się jak przed Assemanim, ie klątwa 
wzbraniała im pozbywać się ty<^ zalbytków... Po wie* 
lu staraniach, dopytano ukrytej reszty, lniót^ Muzeum o- 
trzymało w r. 1847. 

Gureton postrzegł zaraz, ie nowe nabycie dopełniło 
dawniejsze, z Hstów ś. Athanazego prslybyly ułamek Yl, 
VII, X, XI, i bardzo znaczna ozęsó. przemowy. Z tego 
powstało ogłoszone przezeń wLotuiynie tiómaozenie An- 
gielskie: Tke Festal letterś of ^thanasiuM disemiered 
in 0n mneieni Sfria persian. W r. 1852, d^r. Lerson 
z Berlina, wydał przekład Niemiecki z Syryjskiego, Fran^ 
cya dotąd się opóźniła z tłómaczemęm. 

Listy paschalne, te są wedle zwyczaju dawnego ko- 
ścioła, oznajomieniem wiemyni o czasie, w. którym przypa* 
dała Wielkanoc i zawierają holniłije pasterskie^ Zwyczaj 
ogłaszania takich listów^ o których wspomina Euzebijuś? 
(przy Denisie {Hitryarsze Alexamtryjskim), po sołKirze Ni* 
cejskim był po»tanowi<yny i zostawiony; potryarchom Ale- 
xandryjskim, co potwierdził list s. Leona Papieża. 

Listów odkrytych jest dwadzie^ia, a chociaż patryr 
^rchat Athanuzego od 328 do 373 ciągnący się, dozwala się 
domyślać, że większa i^jh liczba wyjść musiała, wszakże 



29S S5& 

i ta zdobycz drogą jest dla Cbre^śsijsuiskiągo arwiaCa. Ka« 
żdy list eklada' się z dwóch caętei, pobudki. do czterd^ńe- 
Ftodniowego postu i kommuuii Wieikauocućj i oregulowarr 
nia epoki obobodu Wielldejuojiy. Ldsfcy te i do tiistoryi 
kośeiola są drogim nabytkieiti, wskazując oO najpil&iejseą 
byio potrzebą kościoła w tych esasacb, i jakich środków 
używai krzątając się c^oio nawracania Żydów i przekona - 
ma obłąkanych Aryanów. List IV pisał Athanazy z obo^ 
zil Konstantyna^ do którego jeźd«ii ttómaczyć się % uczy- 
nionych mu zarzutowi w XIX jest wzmianka o drugi^m je- 
go wygnaniu i powrocie do^Alexandryi, po soborze wSar- 
dyku; list X odsfiaoza się Żywą polemiką % Aryanami) z któ- 
rśj X. Preppeł przywodzi tu igliczne wyrazy, wymierzone 
przeciw kacerzom w obronie dogmatu kościoła:- 

„Syn Boży 0ierpial»ahyiiskira'liKizka w nim cierpią- 
ca, wolną była boleści, i zstąpił z niebios^ aby nas za €ob^ 
ku nim pociągnąć, i zapragnął przejść przez próby wci^l^ 
nia i ori:oWłe6zeństwa, aby pozyskać serca naszc; wzią! na 
śię ciało znikome, aby '^w uiein złoiyć ziarlike meśmierteit 
ności, aby naoi dać siię skazad eię na siąbośb nsMią,^*^ je^^ 
dneni »łowein stal dę człowiekiem,, aby ludzkość odrodzo- 
na przezeń mogła odzy<^ zwyeięztwetti śrai<Tci.*' 

. Oddawńa iim ważniejszego dla dziejów kościoła nie 
ukazało saę. Zdziwi się czytający, postrzegając w IV wieku 
dogmat, obi^zędy \ żywot zakotmy już na tak stałych 
zaeadach ugruntowjauie, że do dziś dnia ż^d^j w: niek zmiany 
nieznajdzie. Dziwnym .trafem; listy te tak sibiie, popiera- 
jące katolicymn, wimiiśmy protestaj^crwi: i dotąd nawet nie 
pomyślano o przekładzie ich Wkmjach' katolickich. Powsze- 
chne zaŁjęeie jakie ta pubłika^a będąca własnością Ghrze-^ 
ścijańskiego świata obudzą, ntechńas tlómaczy z. dłuższego 
nad ntą zastanowienia. Przejdziemy teraz do innćj, bliżej nas 



tylko o1)chodząećj , którą wiiiujśaiy pracowityin Niemcom 
i . Ajiglikom. Pidrwssy Geryinus ^bral i wydai pisma i li- 
sty Jerzpgo Forstefa^ ^ któryoh Henryk Koeaig zajmujące 
życie tego csiowieka opisał i wydrukował; dzieło to do- 
C26kato się jus drugiego wydania. Z Koeniga Westmiu- 
sierski pr«egłbd umieseit obszerny wyciąg i zyeiorys> a za 
nim powtórzyła je w ^sbróceniu Heyue Briteo^iąuei z:któ* 
rej my damy tu wiadomość o Jerzjma Foreterse. 

Znany ien -w Niemozedh więeó| nii -u nas towarzysz 
drugidrj podróży Cooka, urcdaii się aa tzetaów Bzptąi na-* 
s^eji na ziemi Polski^,, jiak sam /w liśoie .do Herzberga 
tiznaje, a pochodzi} mewątpliiiirłe» zirodftioy Forsterów Gdań- 
skich, z których imieniuk j;^o^ takie Jer«y Bibliopola, zna- 
kiiintiy w dziejach naezegp sdęgprablear waiuę zajmuje miej- 
sec^^— byi aaś pnez^. czai» oic^aJ^ pr^j^eaisorjem uow^oreor- 
gaoisiijąodgD się uuiwersyWiUs w Wiląjie^— .1 .z. tych. powo- 
dów niejaka do inis Xiależy-. Opi;óp& tfigft iywo); jego^ jesji 
zajmują<?^ym i nauMąjącym, wiełoe» . ba w ąk)ą^ t^ąk może 
dobitnie niewyrazii się niepokój^ XyiII w.,, jpgot' szały pocz-: 
ciwei błędne* ^ 

OJGiiea. oaszegpk Jerzogoi Jaa Sąiopld; mijuątei: Kalwin* 
ki w Kasi&eobubea pod GdąMkjemi, ^ui^l^Ł pewnie pocho- 
daić od siawiiego Jeroeigo Foisst^rą, ĘibUof)oli i wydawcy 
któremu iwiiwmy mnóstwo wjideiijw^ wGfM^Hku^ul w Hol 
landryi zrobionych;, p&zepyszna ed(yQya» mów Ossolińskie- 
go,/ obroaę Polski (P<»loDia defipu^a} Koj^ąwicza> Solikow- 
ekiego, Ethiopiki Wari^zewickiegp i t d.» wćeazcie portrety 
Polskie Falcka praeseńi wydanj^ne^ , Forster óWi który 
z Ewangelika nawrócid się miał i pocib|o;«7ąny był w opa- 
ctwie Ołiwskióm,. jiak pism 3ai|dtkja) cp do wydań swych, 
pter^msze między współczesnynu z^tjmuje miejsce, j^iektórę 
piękiością i starannością ^rzypoi^inąlą* Danieda Błzewira. 



im Mft 

Od niego lub innego as tego reda pochodsii Jan Rejoołd 
znakomicie uzdatnionyi ale niezmiernie gwałtownego eha- 
rakteru człowiek. Ojoiec praeEnacąał go na prawnika ale 
B^jnold oaYysię oddat naukom preyrodronyiny do kt^yi^ 
czu! się powofany; a później dopieit) na aądainerod^ieielakie 
tg dzit się przywdziaó suknię duchowną; Zostawiony sam 
sobie mimo obowiązków pastora, zwróeii się znowu do ulu<- 
bionyeh swych badań. 

Przy mafóm probęSetwie Psn B<^ dai nm siedmioro 
dzieci— f tak^ łe ohłebem powsaednim trudno się było ob^ 
d&iełie. W tóm poioieiiiu aoetająe» prayjąl wezwanie rząda 
Ko^yjski^^go obejraoBia i zdania sprawy ae strooy nowo 
utworzonych nad Wołgą k^onij. W r. 176& wyjeehal. z sy- 
nem Jerzym jedenastotetnim do Petersburg, petóoi na 
miejsce prze«naezei>ia^ i wrocii z raportem do stoliey, gdzie 
e-atą zimę przepędzi^^ starająe się e takie wyiiagroflzeMe 
praey^ jakie sam sobie wymierzyi. Za powrotem do ISk^r- 
senhobeA anałazi swe probostwa w ezasie mebytnozei za- 
jęte. . . 

Roagmewaoyr będąo jeszcze przy greszwf zawzae 
iniap o tśm, Łe Forsterowie Gdaósey^ poehedz% z jakiejś ro- 
dany lordów S^oekSeb Pope8tef6w^ poeianewił do» •ta-^ 
Hj powrdcić ojczyzny, i udał się oiewidząć się nawet z ro- 
dziiłą de> Aogłii wraz z synem Jerzym. Przez drogę ej^- 
eiee i syn ptFuie ttczyK się pe-Anglelskii. 

RejskoMowi za przybyeiem do ŁcmdyDO udaio się otrzjr-^ 
mac poeadę professera, w jakieji^ szkole w ŁaneasbirOy a 
Jerzego pozbył się^ oddając za kom^ ssania kttpeowi Ruskie- 
mu Lewinowi, mimo te najmniejsza do-tego staoo nowe- 
go nieokazywa} ochoty^. To iyeie i praca siezwykla tak 
wycieńćzyTy Jerzege, że matka i siostry przybywszy do 
Anglii ledwie ^ peżnać mo^iy. 



S«l 801 

Starjr Rejuołd, wkrótce poawojemii ndarł nę se 
wszystkimi i musiai posadę rzucić^ a ża niemiat iadnego 
sposoba do iy^ia, wziął się do pisajiia dla xięgarsy i Je* 
rz*>ma leiwie piętoastoletniemu kazai sobie dopomagać. 
Biedoy chłopak pracował eiężko; , część dnia spędzał Da 
uanee zool^^i pod przewodoictwem ojca, kiłka godzin lek* 
eji języka Niemieckiego i Francuzkiego dawał na pensy!, 
a do wyżywienia siebie i ojca tłómaczył. W takim stanie 
byli Forsterowie, g^y opatrzność cznwlijąea nad nimi na^ 
stręczyła sposobność dźwiguienia się, i Cook w swćj dra« 
gi^j podróiy^ ofiarował miejsce naturalisty Bejnoldowi, 
D. 4 lipca 1772 r* uczyniono mu tę propozycyę a d« It* 
siadł jtii na statek w Plymouth, nietroszcząc się o resztę 
familii, którą porzucał wAng^ij i warując sobie tylko, ieby 
mu wolno było zabrać Jerz^^go. 

Ta draga podrói Cooka, jak wiadomo, budziła w ca- 
łym świecie zapii! i zajęcie ogroome, geografowie i im** 
toirałiści « badacea .obojętni nawet wyglądali jćj z cieka^ 
wością najływszą. Spodziewano się od niej rozwiązania za- 
gadki o nieznuernćj rozległości lądzie Australidcim, którego 
jeszcze się spodziewano aoimo -^rwsz^j Cooka podróły 
dowodżącćj, ie to były marzenia* Dla Jćrzego największemu 
azczęściem hjia nuduezyoae pracy zamienić na wasoIą.pe-» 
drói po świecie. Z ojcem tylko zawsze kłótliwym i nieri 
ifornym miano biedę, bo aię z nikim zgodzić oie mógt^ 
i .musiano go urzędowie przywoływać do porządku— ale 
Jerzego Cook mniał ocenić i polubił Jbardzo^ . 

W r. 1774 po powrocie x podróży, przywiązanie jegq 
ku ojcu znowu go w cięikióm postawtto położeniu. Nicrr 
ehcąc ezy niemogąc pojąć swoich zobowiązań względem 
rządu Angielskiego, który z nim o towarzyszenie kapita^ 
nowi Cook rdbit umowę, Bejnold F(Mrater postanowił: wyf 



dać opispodnSży łpostfees^cń oczTiriouycht ezegatnu kon 
trak aKizynionyi wsbpauiał. Adtnirąlicya oparła nę temu^ 
Forster uparł się przy swojćm; zakitzano drukować jego 
opis podróiiy, a gdy dr^ Rejnoid ustąpić niechoial, us^unio-' 
M go od wfissełki go udziała w ofioyainćj pracy i zostsll 
ly^z oh*eba. Że i.i%i Jerzy niebyl wymieniony wJc€mtrakeie 
i 4ric mu niozdawaiofiię wzbraniać wydali opis podróży, 
o Jo zono ją pod jego imieniem, żaco adizńralieya jesecze 
b^rdztój przeotw Forsterowi zaiałoną zoslata. OpiB Je-^ 
rsego fniai ogromne powodzenie; imię jego atało . się zno-: 
jotnecałejlEurbpta^aniieszkaiiieicH na Peroy-iStrdcet< miió-- 
^wo • odwiedzało ciekawych. Tu poanal śię .Jerzy z- dr; 
Soemineruig « j^^driym ze znakomity oAi liziologdw MeOiie- 
ckich (urodzonym /^ Tormńa r« 17U) i śo^ią k nim za* 
wart przyjaźń. . . : . - ' 

' ^Opis 'podróży Forsterów wiećd| jednak* sjediiśl mu 
sławy nit pieaiędzyv troohę ich do8tarc2;y|a sprzedai oao-^ 
btlwói^ci' pn^ywitiasionych, ale . i io' aię wyrc^paio « a rząd 
Angielski gttiehy bytua wszelkie p:^08^;;-^dkigi^jnosłyifia<> 
reszcie atary Bejnold distel-ai^ %k nie do* Bdęzenia. . 
\' ' "N^ Jerzyńi .teraz ' śpoozywaila eała nodfiny, 4iadasBBJa» 
6nswą praeą mógłby dać ehieb; a^ żę^ w Angiij zdobyć- go 
byto trndnoi fcwrćoiimę doffiemi^ z reszUnS iswyóbkei* 
Ińkćyj madwpopów/ ro*ii, źtńeipząt i ptakćiw wypełianych* 
w nadziei spraedlinia ieh do jakiegoś gabinetu; z wielką 
Wiarą w opatrznoM pościł się W' tę wędrówkę, -s^ bet z Hoi-» 
landyi pisany dobrs^ maluje; stan jego duBzy.-rr-. y^Zdrdwjen 
etem (powiada) i z rezygnąc^^ą patrzę na ndoszcżęme^'' które 
nas' dotknęło i; ufność pokładam w miłosieiidzin fiodćml 
Ottęstośmy doi^wiMlezali jego dobropi, m aas ^-pwobodzi 
(Aiewątpmy) ztyd^ntrapieiłr, w których .od iatkiłka żj^emy; 
Poddaję 9\ą w pokorze bierpienioci^ ate ' spus^zająć ^^ 



Ul 3«l 

na wyroki. Opa^pzoQ3ci ^^^ądaje fąięi^^hym jąobrAzHipo- 
dlitwą, pro3ząQ o litoeĆDad naa^, 9 chleb dla uaa powszedui.,^ 
Wszak wolno żądać troebę zięipakifgp dobra, ^zeniużb^ 
o nie modlić eię niegodiiło?" W HoUandyi Jerzy był do- 
brze przyjftty, ale srocłkcjw diw^gfiienia ojca nitzn^lazJl; 
żadnych^ wszyf$tkiQ z kolei^ nadzieje zawiodty ; upadając 
prawie np. di\c^ią pogęcbąt 4<) .Niemiec i zatr/ymat ..^i^ 
w Dusseldorfie* gflziego z zapałem po^rit^I Jacobi. Tu towa- 
rzystwo, jego i rozmowa wstrzymają g9 czas j^Hi?. W Kas- 
sel spodziewał, ąię, przecie cóś wyj|edfiać u Fr^dtiryka 11^ 
i w istocie dost^ pd luego ;50 Iiiidorów dlaojrai a dla sie; 
b'ekaWdr9.profeseora w.uu^wersytęcie zpensy^ ITOOfraij- 
ków, małą wprawdzie^ ale atanciwi^ jakiś począte)c» da- 
jąęąi punkt, oparcia, ; ^^ryzlo tylko Jerzego^ że Ips , wprzó.-, 
dy jęn;u pą(^zyl:kayiratek eblębą, niip^ się mógt o cqś dla 
ojca postarać, i. z suułieaipm byl w .walce, oz^ przyjąć lubt 
nie ofiarowaną pof^adę. Dla uspokojenia go d^no mu kilr; 
ka miesięcy czasu na poratowanie ojci. WGoiynrizepot 
zualsię zjEIe^u^eca. (^yd<j.wc% dzid kląssyków Łacińi^kirli), 
a w Berlinie professoro wie .przyjęli ^o.bardzo uprzgmie^ . aU 
tę oznaki :<v9pólcz(iicia cóż zAac^jly dla uwięź ouęgo? Do-, 
piąro X. Dęssanski,, poruszony widokiem t^go przywiązania 
synpwskiego, odprąwuj^cego żebraczą pielgrzymkę^ by wpo; 
rooc przyjąć pjou,. dal mu sto luidorów dla.dtarvgo.i cbie^ 
cal wstawić, się za nim do admi.ralicyi. ^. 

Jerzy odesłał do Londynu uzbieraną spmkęi sani ząf 
wiosną 1779 powrócił do Kapsel dla objęcia katedry;- Tu 
idowiedział się, . że staraniem x. Brui;iświckiągo ,.loże Nie^ 
mieckie przyr^&ekły zrobić składkę, .dla uwolnienia. PjCą i 
przyrzęJUy.mu, prQf(?ssorstw.o his ory^ i naturalniej w.iji^wer- 
sytcjcie w.lialli. IJównie wiclkicfli dlań pocięszje^nieni było 
spotkać w .Kąs?el proft^sfcora, Socmmeringa..... Osiadl«y 



począł tlóitiaczyó Buffona i życie zdawało się uśmiechać. 
Oprócz wspomnionego przyjaciela, zbliżył się wtój porze 
do pana Mutlera znanego hiiitoryira. 

Ale po krótkićj chwili odetobnienia, niedostatek zno- 
wu dokuczać^, zaczjmał, a pensya była niewystarczająca, bi- 
bljotece brakło najpotrzebniejszych xiążek, na które ledwie 
S,000 fr. wyznaczono. Forster dla siebie i nauki potrzebna 
dzieła musiał swoim kosztem sprowadzać, a mimo najwięk- 
szej o^^zczędnosci , na pierwsze potrzeby niestarcżyło i 
musiał się zapożyczać u JćLcobiego, z którym już prowadził 
korespondencyę. Starano się dlań o korzystniejsze miej- 
sce w xięztwie Bergu ale się to zaraz rozchwiało. Forster 
pocieszał się illuminizmem i mistycznemi zachwyty, które 
wówczas epidemicznie panowały, i z Liohten bergiem uwie. 
rzył w przemianę kruszców na złoto. Rzucił się z zami- 
łowaniem do Alchemii resztę grosza tracąc na nię, ale pręd- 
ko jakoi opamięta! się i wyszedł z obłąkania* w które chwi- 
lowo był popadł* 

Pobyt w Kassel późniejszy z powodu nieprzyjemnych 
stosunków z illumiuatami i innych okoliczności niedogod* 
nych, stał się dlań nieznośnym; pragnął i wzdychał do po- 
dróży. Szczęściem jakićmś właśnie w tćj chwili xiążę Po- 
niatow#*ki prymas, potrzebujący nauczycieli do organizują- 
cego się uniwersytetu w Wilnie, ofiarował mu katedrę 
z pensyą dość znaczną i rooznćm subsydyum na koszta ko- 
respondencyi i nabycie pomocniczych przedmiotów. 

Z radością opuścił Jerzy Kassel, — przyjaciele złożyli 
mu się na opłacenie długów, a wyobraźnia przyszłości 
malowała się już w najświetniejszych kolorach. 

Odwiedzając kilkakrotnie w Goetyndze Hejnego, Jerzy 
p>znał tam córkę jego Teresę i pokochał ją; ona choć bez 
wielki go może przywiązania, ua oświadczenie Forstera o j^j 



365 305 

rękę, zgodziła się w dalekiej towarzyszyć mu podróży. Oj- 
eiee wszakże pprzeciwial się temu impronizowaneitiu maJ- 
ż"iistwu i odłożył je do czasu, pókiby Jerzy na miejscu 
o swej pomadzie się nieprzekonaF. Wyjechał tedy Forster 
już tik jak zaręczony i szczęśliwy, po drodze wstępujjjc 
do VVit'dnia, Tu znanego z nazwiska wędrowca, świat ary- 
stokraty(;ziiy przyjął uprzejmie, Józef IL cesarz przypu* 
ś*i\ go do si-bio. Kaunitz i Hrabina de Thum zapraszali 
Z listów Forstera widać, że Wied« ń ucyynił na nim naj- 
milsze wrażeiiir, nazywał go elizeum i całe życie tęsknie 
wspominał o nim. W pażdzieroiku opuścił tę stolicę, a dżdży- 
stą jesienią rozpocząwszy podróż, krajem płaskim i nie- 
urozmaiconym, doznał z razu zawodów, którycli wrażenie po- 
większało może jeszcze wspomnienie Wiedeńj^kiego pobytu. 
Kraj nasz pusty na oko, smętny niemógł się podobać cu- 
dzoziemcowi, zwłaszcza w porze, w której się naj nieko- 
rzystnej przedstaw -a. 

Dwór i króla znalazł w Groinie, gdzie się właśnie 
Bejni odbywał, a widok ten nowy i oryginalny musiał na 
nim uczynić wrażeń e, które się w listach jego maluje* 
Ponititowski i mignaci łi-ptei z tłumnemi dw.'ry swojemi 
Kajmo wali główne ulice, po prz dmieściach pełno było but- 
nej i strojnej szlachty, w but ich czerwonych, z szablami 
brzęczącemi, ot cz mej pajukami, masztallarzami, hajduka- 
mi, niezawsze równi*:? Wspaniale wygląd .jącerr.i, jak F* rst r 
wzmiankuje o łapcia<-h i wiechciach ^łomy wyglądających 
% obówia. • Wśród tego różrobarwn go tłumu spotkał 
jak sam wy/^naje, liidai znakomitych, którzy go mile prz}*-- 
jęli: miedzy innemi pani Krakowska, siostra króle w^kał* 
Ta samaro prz-^dstawila królowi, ktbry na wieczór, do 
aamku zapri^sił Forstera i tchnął weń jakąś lepszą otiiciię. 

W listop:id^ie tedy mężnie objął swą katedrę w Wil- 

TRKA N. V. 30 



su 3«6 

liif, ale tu rzeczy zastał , gorzój niz się spodziewał; ga- 
binetu historij naturalnej ledwie .zarodek^ bibliotekę ubogą 
w dzieła treści dlań zajmująco)^ a wt«zakże obiet^ywario uiu 
pomnożyć ją i uieżalowaó na to wydaAku^ 

Uniwersytet wedle listów Forsterat, z:iłożopy przez J( zui- 
tów, (tak się wyraża) właśnie niiał być zreorgani*- wauy> 
wedle nowego planu* Jezuitów już niebyło, ale kilku jesz* 
cze pozostałych professorów uczyli świecką przywdziawszy 
suknię. Jerzy silne przeciwko nim jako protestant miał 
uprzcdzeiiia, ale w krotce zbliżywszy się do tyeh lak czar- 
no mu odmalowanych ludzi, złagodniał dla nich i w cza« 
cach późniejszych oddaje sprawiedliwość godnemu ich pi>- 
stępowaniu i' zupełnej beziiiteresowiioś<n. Umieszczono go 
przy gmachu uniwersyteckim w klasztorze dawnym> w po- 
kojach ciemn}'ch i smutnych, ale najlepszych jakie się zna- 
lazły* Z trudnością przyszło oswoić się z łaciną, gdyż do 
wykładu w tym języku był obowiązany, a pisał dobrze j»o 
francuzku i angielsku, ale po łacinie przychodź ło mu mo- 
zolnie i niełatwo. Ale że ożenienie zależało od proftssor- 
stwa, musiał się do wykładu nałamać. 

Tak upłynęła zima, z początkiem lata, Jerzy miał już 
jechać po narzeczoną i pr-sygotowywał dla niój mit^szkanie, 
a choć exaltowana Teresa ofiarowała mu się w swyrh 
listacJi żyć z nim bodaj w n^-łjlichi^zej chatce i cieszyła pry- 
wacyjami jakie miała ponosić^ Jerzy chciał koniet^znie urzą- 
dź ć jej mieszkanie ładne i miłe. Że zyaiś Wileńskie skU- 
py niebardzo były opatrzone, a rzemieślnicy zdali mu sitj 
niezręczni, posprowadzał meble i rzemieślników z Niemiec. 
Ta fantazyja nie mogła przyjść tanio, a w dodatku kupo- 
wał jeszcze xiążki, mappy, narzędzia fizyczne i znowu wpaść 
musiał w długi* 

Dla pom! ożenią do^hrdów przy zlo mu na myśl zo- 



367 307 

stać doktt>rem, ho w Polsce i Litwie brakło naówczas le- 
karzów, a mała ich liczba sowicie była opłacaną. Tym- 
czasem z pra^y zapewne, uim drugich leczyć począł, sam 
śmierielnie zapadł/ Dopiero w sierpniu dźwignął dię i mógł 
jł-chać do Getyngi, we wrześniu się ożenił, i nazad z żo- 
ną do Wilna powrócił.. 

Od tego czasu (1185) dwA liata; jeszero spędził Jerzy 
vt Litwie i czas tea pośwfi^eił caJk em naude-. Obejście je- 
go z żoną b}ło. uadfewyczaj dętka tne- i pełae- ostrożności,. 
Obawiał się ją czemr kobnriek zmartwić i pczestraszyć,. i a 
spotykających go. nieprzyjemnościach, nawet wieści do niej. 
nuidopuszozał.. Biografowie Forstera-, w tym braku ufności 
dla niej, widzą zaród przyszłych nieporozumień, i. zupeł- 
nego^ uakoniec z exalŁowiUią kobietą rozbratu; 

Wilno^ jak je Forster opisuje w swojój, korresponden- 
eyi, dla cudzoziemca i zapamiętałego* szperacza, oddanego^ 
nauce tylko» a ui^mającego udzału wżyciu jego powszed- 
niem, było naówczas miastem dość nudnem.. Xiążę Pry- 
nas mimo ołiietnic sw}'ch^ wcałe się niezajmował uoiwer- 
sytetem. Jerzemu co chwila* brakło. xiąg nowych,, w któ- 
rych byłojegp życie- materyjału do- podsycenia badSa«ń» któ • 
re wyłączme go- zajmowały; zakKnał przyjaciół: zagranicą 
aby mu choć okruchy ze swych stołów przysyłali. Sto- 
sunków miłyeh. niezualazt wcale, a nasze zabawy i uczty 
szumne pociągnąć go niemogły.. Jezuici,, którzy z począt- 
ku zbliżyli się- doń, jak pisz^, w nadziei nawrócenia jego i 
żony^ widząo ich niedostępnemi, usunęli się ; żył więc sa- 
motnie spełniając swój obowiązek, pisząc i pracując pa 
echu. 

Czas który tu spędziłem, pisze do jednego z przyjaciół^ 
niebędzic dla mnie stracony. Niejedno gorzkie zdobyłem 
tu dociwiwdczenie , ale na przyfc^złośe ono mi posłuży da 



308 368 

rozwinienia umysłu,.. Trzeba żebym się z mych błędów 
starał poprawi^, a w Wilnie muszę trwać w tym stanie 
p)dobnym do g:^8'enni«\v; póki nareszcie skrzydła mi uic- 
wyrosną i niebędę mógł ku Lepszym uleci< ć l^som. 

Dla polepszenia materyjalnego bytu Jerzy pracował 
ogromuie, wynieizczał się i silnie nadwarężyl swe zdrowie. 
Od rana zasiadał do roWoty, w tej epoce oprócz tłumaczeń 
uJoiył kilka dńei zasługujących na uwagę: naprzód rozpra- 
wę, o rodzie ludzkim , którą myśl podała mu rozprawa 
Kanta o tym przedmiocie. Ton dogmatyczny filozofa kró- 
le wieokiego gniewał Forstera, który do spekulacyjnych ^^' 
c)ekańniem'al najmniejszój zdolności. W jednym ze swych 
]istów zowie on Kanta archischolastykiem i archisofistą 
wi-^ku, My-lą Forstera było, ze cały ród ludzki z jedne- 
go pnia pochodzi, co się w kilka oddzielnych rozrosną! 
gałęzi, co dzisiejsza studja potwierdzają codziennie. 

Drugim to przedsięwziętóm dziełem, było życie Cooka 
przypisiane Józefowi II, co tóm dziwniejszeu) się zdało, że w.e- 
le w nióm było myśli śmiało rzuconych o przyszłości. For* 
^ter już wr, 1782—1787 zdawał się przewidywać straszli- 
wy prz-^wrót , jaki miał nastąpić we Fraiicyi i wstrząsnąć 
pwiatem starym, Kilkakrotrnie w pismach i listach swoich 
przepowiadał katastrofę, 

W czerwcu t787 r najniespodzianiój jednego ranku 
wszedł doń ofioer Rossyjski z listem od hr, Stackelberga, 
wzywającym go w imieniu rządu do nowej podróży odkryó 
na Oceanie spokojnym, Ooaarsowa kazała mu ofiarować 
do^yć znaozaą nagrodę, dla niego i pensyją dożywotnią dla 
żony, jeśliby w drodze spotkało ich jakie nieszczęście. Do- 
dawano dla zachęcenia • ie przyjaciel Forstera, Soem- 
mering, miał uczestniczyć w podróży. Byio to pi łne naj- 
6\vi.tniej zyoh nadziei wezwauie dla człowieka » którego 



S<9 309 

Wilno nasze śmierŁełnie już nucIsiTo, który wzdychał tyl- 
koby jak najprędzej uoiec z kraju, z którym się zżyć nie 
uoiiai; cieszył go powrót w zaczarowane owe strony dzi«* 
wów i cudów, gdzie dzieckiem prawie tyle sławy pozyskaL 
Przyjąwszy więc ochotnie propozycyc» udał się natychmiast 
do Gttyugi, ale wtem wybuchła wojna Rossj^i z Turcyą 
świetne to nadzi<^je zburzyła* Podróż osnuta praez cesa- 
rzowę musiała być odłożoną, Forster więc pozostał w Nłom- 
czech bez miejsca znowu, rok tylko płacy otrzymawszy 
zgóry; szczęściem rząd Bossyjski opłacił długi Wileńskie 
i z przykrego w) bawił go położenia. 

Napróżuo starając się znowu o jakąś posadę, Jerzy 
udał się do Moguncyi, gdzie znajomy mu Jan Miiller peł- 
nił przy elektorze obowiązki sekretarza, a Soemmering 
wykładał kurs anatomii. Miiller przedstawi! go xięciu e- 
Itfktorowi, który tymczasowo dał mu miejsce biblijotekarza. 
Pensya była szczupła, ale za to żył Forster wśrodku Nie-* 
mieo, nad uśmiechającym się Renem, w ognisku umysło*- 
wego ruchu. 

Prałat elektor Canon Erthal, był, wedle współcze- 
snych, człowiekiem wielkiej bystroiici umysłu, doskonale 
odegrywa.ł rolę przyjętą, ale w gruncie lubił tylko dobre> 
życie, zabawy i wygody. Z razu udawał wielce bogobojne- 
go, ale gdy jakiś czas w tym charakterze wytrwał dla oka,, 
wrócił potćm do upodobanego używania żywota po myśli. 
Na wygodnej spoczywając sofie, Erthal bawił się słuchając,^ 
jak piękne panie czytywały mu powieści Yoltaira, listy Per- 
skie i ro lianse Crebillona. 

Wieczorem u stołu jego zgromadzało się towarzystwo 
dobraa'\ a tlustemi prebendami obdzielano pochlebników. 
i nadskakującycli Ańciu. Dziwna rzecz, że mimu płocho- 
sci tego dworu, w którym czas upływał na rabawkacht 



310 370 

mogli zeń wyjść tacy ludzie, jak Studion, który w Mogun 
cyi byi kanonikiein, uim został AuAtryackim ministrem, i Dal- 
bprg eo wprzód tu otrzymawszy kanoniją, wzniósł się f)ó- 
źiiiej na biskupstwo Brfurtskie, koadjuiorhtwo Mogunckie 
i archi-kanolerstwo państwa. 

Towarzystwo tut<»jsze niemoglo przypaść do smaku 
Forsterowi; nie bardzo go też doń przepuszczano, gd3'^ż 
zwykle elektor otaczał się mlodemi paniczykami i arysto- 
kracyą pogardzającą wszelkie ui mieszezaiistweni, choćby 
najuczt ńszem. Ale pod bokjem miał Jerzy Soeuim rioga, 
a w sąsiedztwie w Diisseldorfie Jacobiego, który z nim kok- 
rospendował i Hejnego, któremu pisał artykuły da ro- 
czników Getyngskicli. 

Mimo usilnej pijacy znowu zagrażała ubóstwa. X. e- 
lektor nie myślał o swej bibiijotece, która składała się zja- 
kii'h piędziesięciu tysięcy tomów rozrzuconych po stry- 
chach — i radzono Forsterowi rozpocząć kurs nauk przy- 
rodzonych, alo słuchacza niemiał ani jednego. 

Niedostatek dobry czasem doradźca> poddał mu mysi 
przedsięwzięcia hittorjd odkryć sta marzaeh południowych 
i flory ich archi-pelagów* Ale, ze w Niemi^zech na to 
ogromne dzieło nakładcy nie była, postanowił ga szukać 
wAn^i; otrzymawszy trzymiesięczny urlop wyjeebaf z 
Alex. Humboldtem w końcu marca 1790. 

Projekt wszakże dzieła nieprzyszedł da skutku » ale 
podróż z innych względów nie była bez awocową. W Łan- 
dynie był świadkiem sławnego processu Hastiagiai, w Pa- 
ryżu pićrwszych poruszeń i przygaiawań da pola- Marso- 
wego. Podróż tę opisał w bardzo zajmujący spo-óbwdzie- 
le: widoki Renu niższego, Brabantu i Flaudryi* 

Ale z powrótc^m w domu czekały go zmiany niespo- 
dziane i niefizczę.^Iiwe, d* tąd s] okój i szczęście familijne 



371 311 

płaciły mu za doznawane zawody, teraz miał i to stracić 
w niepojęty sposób. — Teresa przj^^wiązala eię do innego 
i całkiem dlań stała się obojętną. Współzawodnikiem ener- 
gicznego Forstera był człowiek wcale nie na Lovelaca 
stwor zony> ittoia maia, drobna» fiziognomii niezoaczącej 
i głupawej, cherlak cieleśnie i umysłowie, którego po- 
równywa biograf do węża wciskającego się potajemnie 
w gniazdo orle. 

Któż zna serce kobiece? Teresa sądziła się zapomnia*- 
ną, opuszczoną! uie tak kochaną jak chciała 9 i uwierzyła 
podszeptom Hubera. Huber wytrwale starał sieją uwieść, 
Forster nieumi^ł być zazdrosnym i uieposądzał nikogo. 
Soemmering zwracał już kilkakrotnie uwagę jego na to, 
że Teresa w stosunkach swych z mężczyznami zbyt była 
śmiałą i wolną, ale Jerzy mu odpowiadał, że nienawidzi 
udawania, że pęt niechce narzucać nikomu, że ceni szczę- 
ście wyżej Wszystkiego. 

Powoli ten pan Huber, sekretarz jakiegoś ministeryuni 
Saskiego, zainstallował się w domu podwójną sprawująe 
funkoyą; wzdychając do sentymentalnej Teresy, a mężo- 
wi jej pomagając w tłómaczeniaoh i służąc za pośrednika 
w interesach z xięgarzami' i dziennikami. W czasie po- 
dr-óiy Forstera do Anglii miał czas zbliżyć się więcej do Te- 
resy, i w progu domu spotkała wracającego z nowemi dłu- 
gami wędrowca wieść, o niepowetowanym nieszczęściu, 
o straconym na wieki spokoju domowym. 

Forster zniósł to i zmilczał, nie śmiejąc nawet poskar- 
żyć się przed starym Hej nem, raz tylko zabolał w lifcie 
do Jacobiego na swą dolę, ale że zwykle korespondecyą 
z Jacob m czytywali razem z żoną dla którćj nic on nie 
odmienił, prosił go aby odpisując mu na osobnym świstka 
<vspomniał o tern , by jej przykrości uiezrobić* Tak je- 



312 371 

pzc«e pełen delikatności by! dla kobiety co go zdradziła, 
udając ślepotę. 

Tyinozasem we Francy i wrzała rewolucya, a elektor 
Moguncki bankietował, do Worms przybył x. Kondensz, do 
Moguncn hr. d^Artois, któremu elektor na utrzymanie wy- 
zna(rzył po 5,000 fr. pensyi dziennie. Massa emigrantów 
otaczała tyoh wodzów, a cho6 z lekka sobie poczynano 
z elektorem , którego xiędzem opatt m Mogunckim nazy- 
wano, Erthal miał przyjemność czynnego udziału w t^pi- 
fikach politycznych jakie się tu kuuly i odegrywanie pe- 
wnej roli, którą sobie zapewne za ważną wystawiał. Sła- 
wny manifest x. Brunświckiego wyszedł z podprass Mo- 
gunrkich. 

Forster, łatwo to zgadnąć — marzyciel, filozof, dziecię 
XVIII w., w duchu był za reformami, ale sądził, ze one go 
za pewną metę ntopij wyjśó niepowiniiy i cieszył się niemi, 
st-ary Hejne podzielał jego zdanie, oba jednak chwilami u- 
nosząc się, cofali potem pobtrzegając , że za daleko zajść 
mogą. 

Forster już był wz'ął do tłómaozenia jednego z pism 
Sris-sot^a, ale się cofn^^ł pobtrzł-glj^zy, jak się wyraża w li- 
ście do Hejneg), że Fraurya fdzie za daleko, i niecłicąo 
należeć do wści» kły eh żadnego fcitronrńctwa. 

Porzuciwszy ów pa<i flet dla odotchnienia świeższą 
poezyą, począł przedkładać Sacoantalę z Angielskiej wi rsyi 
W. Jones. Sława jego jako pisarza, pr drożą wydaną do 
Flandryi nieco odżyła , był w pełni s^ił i energii, ale nie- 
dostatek ciągły i troski powszednie wycieńczały go* Wr. 
1791 skarżył się w liftach, że w^z Ikie nadzitje go za- 
wodzą, że nic nni nieidzie , że do niczego dójś'*: -nit mo- 
że, i znowu w myśli miał Piorę cc-anu Spokojnego, któ- 
rą^ niewidząc w uiej ani korzyjfci, am przyszłoifci^ porzucił. 



373 315 

W r. 1791 los niby mu się zdał uśmiechać, aby pń- 
źniśj dotknąć tóm arożój. Elektor Moguncki wyznaczył 
biblijotece lokal w ntarym kościele po- Jezuickim , i dodał 
Forsterowi do pensyi, emolumentu po zmarłym professo- 
rze historyi naturalnej. Do tego, Herzberg stary minister 
Fryderyka W. wszedł z nim w stosunki, oświadczając z po- 
mocą chętną do przedsięwziętej przez Forstera publikacyi. 
Dowiedział się bowiem, że Forster na żądanie Vossa zię- 
garza w Berlinie, przedsięwziął pisać historyą negocyacyi 
dyplomatycznych r. 1790, do których wpływał głównie. 
Dzieło to nazbyt go obchodziło, by w nióm niechciał brać 
udziału, z akt oryginalnych niemógł udzielić, ale czynną 
pomoc ofiarował autorowi, którą on z razu przyjął z wdzię- 
cznością. — Ale w kilka tygodni potom armija Francuzka 
wchodziła do MogUBcyi. 

Herzberg posłał zaras Jerzemu przez Yossa, srćbrny 
medal akademii Berlińskiej, pakę xiąg i summę dosyć zna- 
czną, ale pisząc doń wyraził się w przekonaniu, że pisze 
do poddanego Pruskiego, iż się spodziewa po nim uczuć 
prawdziwego Prusaka. 

Forster ujrzsJ w tych darach i liście chęć przekupie- 
nia go i oburzył się; odpisał więc ostro, ale urywek mały 
z tego listu, nadto charakteryzuje pojęcia XVIII w., byśmy 
go tu przywieść nie mieli. 

» Jeżelim dobrze zrozumiał, niewiem czy życzenie pań- 
skie potrafi się zgodzić z zasadami mojemi i pojęciami ja- 
kie natchnęły wszystkie pisma moje. Urodziłem eięwje- 
dućj z prowincyi Polskich o milę od Gdańska, a gdy zie- 
mia moja rodzima dostała się Prussom, jam ją opuścił, nie 
jestem więc Prusakiem. Żyłem zajmując się nauką w An- 
glii, odbyłem podróż około świata, spełniałem różne obo- 

TEKA. N. V. 40 



314 374 

wiązki w Cassel, w Wilnie, w Moguncyi. Cale życie sta- 
rając się byó dobrym obywatelem, pracowałem w pocie 
czoła na utrzymanie — Ubi bene ibi pałria (!!!) musi byó 
godłem ludzi poświęconych nauce i tycłi co usiłują zawa- 
rowaó osobistą niezależność w krajach, gdzie panuje arbi- 
tralność. Jeżeli wyrażenie „dobry Prusak,, ma znaczyć, że 
w Moguncyi pod panowaniem legij Francuzkicb, powinienem 
pragnąć końca klęsk wojennych , jestem pewnie dobrym 
Prusakiem, jak równie dobrym Turkiem i Chińczykiem; ale 
jeśli dla imienia Prusaka mam się zrzec moich opiuij po- 
litycznych, smucić się ze swobód nowych, i wstrzymać od 
wszelkiego, wydobycia ich, udziału, zostać neutralnym lub 
niedecydowanym w chwili przesilenia — niezasługuję wcale 
na imię dobrego Prusaka.* 

Gdy się armija Custin^a zbliżyła, elektor Moguncki 
zwołał swych urzędników, oficerów załogi, deputatów miej- 
skich i kazał im poprzysiądz, że będą miasta bronić do 
ostatka, namiestnikiem naznaczył kanclerza Albinf, sam zaś 
wieczorem wyjechał w jednym powozie ze swoją raetres- 
są eskortując pilnie furgony zawierające łupy odartego 
zamku i skarbcu. Mówiono nawet, ze dla bezpieczeń- 
stwa zabrano summy należące do zakładów dobroczyn- 
nych... Zabierało się na jakąś obronę, wojsko ruszało się, 
ale 19 października Custine podstąpil pod miasto i zażą- 
dał by się poddało, a generał Gynmich uznał bezpieczniej- 
szćm zdać je bez wystrzału, sam pośpieszając za elektorem. 

Forster pozostał w miejscu, bo musiał. Uniwersytet 
wybrał go zatłómacza i obrońcę, potom Custine także u- 
źył Forstera jako dobrze mówiącego po Francuzku, i usta- 
nawiając rząd tymczasowy zrobił go członkiem. Przyję- 
cie tej posady, które Forster uważał za konieczność dla 
dobra kraju, odstręczjło od niego wszystkich dawnych 



375 315 

przyjaciół. Soemmering uważając go odtąd za zdrajcę, ze- 
rwał z nim wszelkie stosuoki. 

Takim sposobem wpadł Jerzy w nową sferę czynno- 
ści, stając się tłómaczem przy generale, przy zarządzie 
miejskim, i komissarzach Franouzkich, oprócz tego redago- 
wał dziennik i zasiadał w klubie Jakobinów. A że obawiał 
się o Teressę i dzieci niewiedząc jaki los miasto spotkać 
może , wyprawił ją do swych przyjaciół do Strasburga — 
Zarwało to ostatni z nią węzeł, który od powrotu z Anglii 
dla obojga był tylko ciężarem. 

Huber, który wprzód jeszcze opuścił Mogunoyję, okazał 
dosyć szlachetności i nieporzucił Teresy, połączyli się z nim 
na granicy Francy! i razem udali się do Szwajoaryi, od tej 
chwili, dziwnym fenomenem, Forster, który ostygł był dla 
żony, stał się najczulszym dla nićj i Hubera przyjacielem. 

WMogancyi przybycie komissarzy Merlin de Thion- 
villes, Hausmanna i Rewbeira nową za sobą pociągnęło 
pracę, Forster zachorował ze znużenia, a ledwie przycho- 
dzącemu do zdrowia, kazano jechać na pro wincyę dla przy- 
gotowania wyborów, potóra zaś wysłano z dwoma innenii 
do Paryża, dla przedstawienia konwencyi narodowej aktu 
unii. Myśląc powrócić za trzy tygoduie; Forster zostawił 
nawet xiążki i papiery niezabezpieczone. D. 30 marca 
przypuszczeni zostali przed zgromadzenie wśród oklaeków 
i uścisków braterskich, a Forster pićrwszy raz ujrzał Sau- 
kiulotów i ponczosznice. Tym czasem armija Reńska za- 
bierała się blokować Moguncyę, powracać już nie było mo- 
żno, i musiał pozostać w Paryżu z pensyą 18 liwrów as- 
syguacyjnych, to jest groszem ledwie na kawałek chleba 
i suchy kartofel wystarczającym, mając tyle, ile trzeba było 
ściśle by nie umrzeć zgłodu. Rewolucya którćj teraz przy- 
patrywał się z blizka rozczarowało go zupełnie, nazywał ją 



316 376 

poczwarą, źalając, że poczciwie chciał służyć sprawie nie- 
poozciwej, i w liście jednym pisze, że to było: „kloaką naj- 
wśeieklejszych naniiętnośei/' 

Ale cóż? mimo to został Góralem, Jakobinem i po szy- 
ję zatonął w tym zamęcie — g iy w Mogomicyi bombardowa- 
no jego bibliotekę i papiery , a za głowę jego naznaczo- 
no cenę., tu zaś z t8 liwrarai ciężko było, gdy dwieście 
kosztowało ^ara butów. Tak przeszła cała zima, Forster 
starał się u rządu o polepszenie bytu, ale go karmiono grze- 
cznościami, gołego zostawując ha bruku, W lecie już my- 
ślał porzucić Europę, i udać się na wschód do Indyi^ 
ale to były marzenia i grosza brakło aby przywieść do 
skutku. Całą jego pociechą była częsta 9 żoną korespon- 
dencya, do którśj pisał teraz jako do najlepszćj przyja- 
ciółki i pragnąc ją i dzieci zobaczyć oszczędzając i odejmu- 
jąc od gęby sębie aby im cóś posłać, Tym czasem za- 
miast do Indyi wyprawiono go do Cambrai, dla układów 
o zamianę jeńców, a w sam dz;ień wyjazdu towarzysz jego 
Lux został powołany przed trjrbunał rewolucyjny, za po- 
chwałę Karpliny Kordaj i skazany na śmierć, Forster któ- 
ry byt z nim w przyjaźni, ocalepie winien temu posel- 
stwu. Trzy miesiące spędził w północnej Frąncyi, cier- 
piąc straszliwie be^ grgsza, be? przyjaciół, bez jciążek i 
zajęcia. 

Powróciwszy nareszcie stęskniony zapragnął gwałto- 
wnie zobaczyć dzieci i żonę, choć trudno było jemu do- 
stać się do Neucha pod panowanie Prusskie, a Teressie 
z Huberem przyjechać do Francyi, Postanowili zjechać 
się na granicy w Travers o kilka mil od Pontarlier, For- 
ster na tę podróż musiał pożyczyć u przyjaciela tysiąc 
franków , i wyjechał w listopadzie rachując pa to że jako 
urzędnik Rzptćj , nie narazi się na żadne niebezpieczeń- 



377 SI7 

8two* Trzy dni zabawili razem z ioną i dziećmi, i wi- 
dok ich wimógt jeszcze przywiązanie i pragnął się z niemi 
połącszyó i żyć w Paryżu, Dwa tygodnie jeszcze »trzy- 
jnawszy się w Pontarlier, w chłodną porę wyjechał; i przy^, 
był do Pary^ ze szkorbutem, który, się zmie];a( w srogie 
atak reumatyzmu. A że siedzieć w domu nieumiat , za- 
ziębił się powtórnie, i ijausiał w łóżko położyć. Poloieoijs 
biednego męcs^ennika bez grosza i przyjaciół było okro-< 
pne — miał jednak siłę sam ^udzid się nadzieją i w listach 
do Teres;jr pocieszać ją, W ostatnim, prosił ją, aby doń 
często pisała, kazał dzieci uściskać,... i% stycznia już nie 
żył, U łoża jego jeden tyl^ wierny pozostał nieszczęścia 
przyjaciel; inni od tygodnia znikli widząc niebezpiecBeń- 
tttwo. Opisując śmierć Forstera poczciwy ów człowiek ZjS^- 
cytował ów wiersz Łaciński* 

lionec eria felii— multos uumerabis amicoa 
Tempora si fueriot ni^bilą— soiiis aris . • 

Tak nieszczęśliwy ten człowiek miotany tylu ^^jrypad- 
kami skończył zapomniany, opuszczony, własny ojciec je^o 
od czasu jak osiadł wHalE znienawidział i mó\vil, że^rąd- 
by go widzieć na szubienicy.. Soemmęriag nie chciał sły- 
B^eć o nim. Lichteuberg potępiał, Jacobi milczał, jeden sta^ 
Hejne plakąl po nim. — Nier^chło potem Gervinus pisma 
wydarł zapo|naieniu w których spoczywały; zajął się iph 
wydaniem i dźwignął pamięć tego dziecięcia XVm cie- 
lcu, które tak wswćj sferze dobitnie przedstawią Jego cha- 
^pakter, popędy i ułomności. — 

Z dziel i lcorespandencyi Forstera^ tę co się odnosi do 
pobytu jego w Wilnie powinien by któą z biografii Koe- 
niga przełożyć. 



UST A. B. DO REDAKTORA 
TEKI WILEŃSRIĆJ- 



P. Redaktorze! po przeczytaniu 3-go tomu „Teki'^ 
ucieszyłem się niepomalu, ujrzawszy w uim nowy dział — 
korespondenoyę. O ile pojmuję, chcieliście zapewne przez 
to oiywió wasze pismo* zamieszczając w lekkiej listowej 
formie źjrwotniejsze bieżące kwestyje. Forma listowa daje 
poniekąd prawo traktowania o przedmiocie nie koniecznie 
systematycznie, — choćby pobieżnych kilka myśli, ale ży- 
wotnej tylko treści pożądane są dla pisma, zwłaszcza 
dla zbiorowego, którego charakterem jest, między innemi, 
usunięcie działu krytycznego. Tak przynajmniej pojąłem 
zamieszczenie owego oryginalnego zkądinąd listu chłopa 
z Maryj ampolskiego. 

Jeżeli tedy myśli o języku Litewskim mają prawo 
obywatelstwa w piśmie waszóm, może mi pozwolicie powie- 
dzieó słów kilka o języku Polskim* Ten ostatni, zdaje mi 
się, więcej was interessowac powinien, jako więcśj inte- 
ressujący publiczność, czytającą waszą Tekę« 

Dwie rzeczy spowodowały odezwę moje: wprowadzę* 
nie języka Polskiego do szkól Wil. nauk, okręgu i powtó- 
re, premijum p. Rastawieekiego na synonimikę Polską. 



3i0 5«0 

Niedawne to jeszcze czany, kiedy Wilno było ogni- 
skiem oświaty, kiedy wszechnica Wileńska rozsiewała na 
wszystkie dokoła prowinoyje promienie istotnej bo rodzi- 
mej oświaty. Kwitły nauki wszystkie, kwitnął język Pol- 
ski najbardziej. Zbyt świćże to dzieje , a przynajmniej, 
zbyt iy wo się rysują w pamięci i sercach Litwinów, bym 
miał tu potrzebę mówić o tóm jak o dalekiej przeszłości: 
w piśmiennictwie , w życiu naszóm umysłowym, w ogóle 
odczuwa się co chwila ta świetna epoka Wilna i Litwy — 
imiona Grodków, Śniadeckich wespół z plejadą wieszczów 
splatają nieśmiertelny wieniec chwały, którą późniejsze po* 
kolenia umieją oceniać i niełatwo przepomną, bo żyją ^ 
karmią się myślą jednych, uczuciem i wieszczćm natchnie- 
niem drugich. 

Nie rozwodząc się więc szeroko , powiem tylko, że 
^a czasów wszechnicy Wileńskiej, gałąź nauk z najlepszem 
uprawiana powodzeniem, była filologija starożytna i Pol- 
ska. Stała ona może na równi z ówczesnem stanowiskiem 
filologii na Zachodzie. Dziś zaś , kiedyśmy tu odłogiem 
Eostawili niwę językową, nauka ta na* Zachodzie, a najbar- 
dziej w Niemczech, wielkie zrobiła postępy; — w ostatniej 
ćwierci tego wieku filologija, można powiedzieć, całkiem się 
przeobraziła: z suchej, rutynicznie, po średniowiekowemu 
traktowanej nauki, stała się żywą, zasobną w myśli, olbrzy- 
mią, a co ważniejsza — konieczną podstawą badań staroży- 
tniczych i dziejowych. Zapewne, była ona i pierwiej za- 
.fitosowywaną,— ale naówczas filologija, niemająca wielu wy- 
robionych dziś pewników, nie mająca swej filozofii, (1) 

(1) Mógłby tu kto zrobić uwagę, ie Adelung, Monboddo, autor dziel 
„la menda primitif* i „ histoire uaturelle de la parole" ł tylu innych 
pisali 8wqe teoryje daleko wcześniej, nii w drugiej ćwierci tego 
wieku. Nato*bym odpowiedział, ie w tych filozoficznych pomysłach 



381 321 

błąkała się ¥f chaotycznym labiryncie hypotez bezowocnych 
i zastosowana do dziejów, albo archeologii, nie tylko nie 
rozjaśniała rzeczy- ale gmatwała jeszcze bardziej i zosta- 
wiała obszerne pole dla dowolnych twierdzeń. 

Ale dziś, kiedy dzięki Beckerowi, wiemy , że język, 
to żywy organizm ^ którego dowolnie przetwarzać i plą- 
tać nikomu niewolno; kiedy dzięki tylu innym badaczom 
słowa ludzkiego, wiemy, że wszystkie mowy, języki, na- 
rzecza splatają się w jeden nierozerwany łańcuch wszech- 
ludzkićj mowy, kiedy mamy już niejakie skazówki, wyja- 
śniające tę cudowną wiązaninę wszechjęzyków, po których 
już ze świadomością cłiodzió możemy , dziś więc , po- 
wiadam, już nie hypotezując dowolnie, opierać się może- 
my na filologii w dociekaniach dziejowych, albo kosmolo- 
gicznych «p., jak to robił autor Kosmosu, biorąc za pod- 
stawę badania fiblogicztie brata swego Wilhelma. ' 

Pilologija dzisiejsza doszła już do tych rezultatów, że 
każdy język, każde narzecze języka, każde nawet podrztcze 
(używając termin Szafarzyka) narzecza, jest-to żywy orga- 
nizm, a jako taki zawiera w sobie wszystkie warunki (do od- 
dania) we właściwy sp<łsób każdój myśli, i w ekładzie swoim 
jest niepodzielny, niezawisły od pokrewnych języków albo 
narzeczy, czyli że jest w sobie samym całością. Z postę- 
pem czasu, z biegiem historycznym narodu i język może 
się kształtować, doskonalić się nawet, ale jak w pierwszym 

przedstawiały się tylko dwie ostateczności, dwie rozłogi myśli o ję- 
zyku; materjalnej i idealnej, czyli pA je zowią w tej nauce, psy- 
chologicznej i naturalnej teoryi słowa; a gdzie są ostateczności, gdzie 
bieguny myśli pojedynczo tylko się objawiają, gdzie bierna tych bie- 
guuów zetknięcia się, niemasz tam jeszcze iskry elektrycznej, uie- 
masz prawdy istotnej , jaka się za dni naszych odsłania w pomy- 
słach filologicznych W. Humbolota, a nawet Boppa, Grymma i t. d. 

TEKA. N. V. 41 



^22 382 

zaczątku swoim, tak na ostatnim eiiiszeblu organizm języka* 
będzie zawsze tenże sam. Jak w organizmie ludzkim jui 
w embryonie leży raożebność istnienia istoty, z czasu poste- 
pem krzepnie tylko i rozwija się orgauizm człowieka, każda 
cząstka jego przetwarza si(;, przekształcał ale nigdy nie gi« 
nie i nigdy to nieustanne przeobrażanie się^ niezmienia 
istoty organizmu ludzkiego- Toż samo zupełnie i w mo- 
wie: organizm języka każdego, z wielołicznych przyczyn 
kształtuje się ciągle, wykluwają się nowe słowa, doskona* 
ią się formy językowe; ale przez to bynajmniej się nie 
zmienia organizm; istota jego pozostanie zawsze niezmien- 
ną. I istotne bogactwo języka zawsze jest w gruncie nie- 
zmienne: ani przyswajanie wyrazów z oł^cśj mowy, ani nacią- 
gane tworzenie nowych wyrazów nie wzmoże bogactwa ję* 
zykowego. Złudne takie pojęcie i chyba dla bardzo nie- 
wprawnego oka wydałoby się rozszerzeniem leksykologii. 
Bo bogactwa każdej mowy niestanowią pochodniki, ale 
wielka ilość pierwotników; giętkość końcówek (względnych) 
łatwo może wywiązać w duchu języka wiele pochodni W w^ 
ale nie powiększy się przez to bogactwo mowy^ Mieli- 
śmy np* w języku wyrazy „anioł'* „promień" czy przez to 
wzrosło bogactwo słowa Polskiego, że któryś tam z poe- 
tów szczęśliwie uzył> a tłumy naśladowców powtórzyły za 
nim — „rozanielony" , „rozpromieniony*', Byiy już pier- 
wotniki tych ostatnich wyrazów, była już możebnośó po- 
dobnych zmian przymiotnikowych na •wy (bo byto ich 
42 według Muczkowskiego), — jasno więc, że obręb języka 
nie rozszerzył się przeto. 

Wiadoma to wszystkim prawda i jeżeli wspominam 
o niój, to dla tego jedynie , że w piśmiennictwie naszem 
dziwne objawiają się zdania w tym względzie : zarzucono 
już wprawdzie przyswajanie obczyzny, ale mamy za to dru- 



383 323 

gą, . może gorszą ostateczność — tif orzenie, albo racz^ ku- 
cie uowych Bwojskfeh wyrażeń, jak gHyby język byl ku« 
ziiią, w której hda kowaŁ coś wedle swego widzimi się 
ukiić potrajB. O ite p^trzegalem^^ uprzedzenie to od lat kii- 
kuuastu stało się zupełną maniją. I jak nieoględui ci pa* 
Bowie twórcy ? niech policzą ile narobiono nowych wy- 
razów^ wszak na seciny rachować je możemy, a ile przy- 
swoił duch języfcsi? dwa, trzy wyrazy jakie. Mowa tu o wy- 
dobytych z ducha języka pierwotnikach jak jaźń np., bo. 
eo do pochodiuków^ to tych mamy aż nadto, jak o tern 
wspomiiiałeni j^ż• 

Nie tylko w słownictwie,, ale i w gramatykach naszych 
widoczna ta plątanina zdaii, ta niemoc zasad językowych^ 
popisano tuzi uy większćj albo mniejszój objętości gramma- 
tyk, a któż się zgodzi by na jedne z nich? Czyż wyobra- 
ża dostatecznie choć jedna z nich ducha tćj ,',8trojnćj i& 
©granój,*' (wyrażając się- słowy poety) mowy Polskićj? 

Czyż więc darenane te tak żmudne krzątaniny gjrama- 
tykarzy naszych?^ i zkąd^ mianowicie pochodzi bezskutecz- 
ność tak mozolnych poszukiwań? 

Nic nie ginie w przyrodzie, co tylko z ducha praw- 
dy i. miłości początek swój bierze^ a więc nie zaginą i pra- 
ce wielu grammatyków naszych, każda z nich maluczką ce- 
giełką, dorzuconą do przyszłego budynku mowy Polskićj. 
Nie zaślepiajmy się tylka miłości% własną, a dostrzeżemy 
prawdy: myli np^ Muczkowski, jeżli sądzi że napisał gra- 
matykę języka Polskiego. On opracował tylko lepićj przy- 
miotniki , rzeczowniki i rzucił aowe światło na łączenie 
spółgłoskowych i samogłoskowych, brzmień; mylą się Zó- 
chowski i Morzycki „ jeżłi myślą, że ostatecznie odgadli 
^mownię języka Polskiego". Rrzucili oni tylko kilka nowych 
myśli na części mowy odmienne (Żochowski), albo starań- 



82ł ' 384 

niej zajrzeli, do niewyczerpanego bogactwa czasowników na- 
szych (Mdrzycki), ale i tu niewypowiedzieli ostatniego sło- 
wa. Cegielski i ksiądz Malinowski jawnym są tego dowo- 
dem. Tak samo Łazowski np. niestworzyl ostatecznej teo- 
ryi języka, ale wypowiedział wiele myśli o naszej składni 
tak też i inni: każdy z nich cóś dodat do przyszłej wiedzy 
słowa Polskiego. 

Trudniej daleko odpowiedzieć na drugie pytanie, dla 
czego stosunkowo, do tak wielkiej praoy filologów naszych, 
tak małą osiągnęliśmy korzyść. By odpowiedzieć na Ło, 
trzeba byJoby porównać prace badaczy naszego języka z fi- 
lologami Zachodu; pokazać jaką drogą rozwijało się 
badanie języków na Zachodzie , na czćm się obecnie za- 
trzymało i o ile od tego pozostah, nasi pracownicy. To 
wszystko przechodziłoby zakres listu mego; poprzestanę 
więc na wskazaniu kilku ogólnych uwag. 

Powiedzieliśmy już, że język niejest mei^hanicznym 
apletem wyrazów, ale organiczną ich spójnią, w której fi- 
lozofowie słowa ludzkiego dostrzegli rozumnćj wyższój do- 
skonałości. Jako utwór ludzki, język byłby na wieki nie- 
ro^wiklauą zagadką dla czlowiekai jako dzieło Boże, obja- 
wia jak w najdrobniejszych cząstkach, tak i w całości swo- 
jej nieskończenie mądrą doskonałość, którą ludzie tylko po 
wielkich myśli wysileniach zaledwo w części zrozumieć i 
ocenić zdołają. 

Jako organiczny utwór, język, w każdym periodzie swo- 
jego żywota, jest całością, jest barmonynie zczłonkowaną 
jednolitością; niemasz w niej nic sztucznie przyklejonego, 
nic martwego, bo żywy organizm odtrąci martwy członek, 
dla tego właśnie, że ma siłę wyrabiania wszystkiego ze sie- 
bie samego. Dla tego języki te słusznie zowią się żyją- 
cemi, dla odróżnienia od języków martwych, które skon* 



885 B35 

czyły istnienie swoje (Sanskrycki, Koptyjski...) Te ostatnie, 
jako jedynie sztucznie przechowana pamiątka przesz!ośC| 
dowodzą tylko wielkiej niegdyś siiy żywotnej, kiedy i po 
śmierci w niejaki sposób bytować mogą Jak każdy żywy 
orgauizm daje się pochwycić w chwili cbecnej, bo jego prze- 
szłość jakkolwiek w ogóle mówiąo tąż sama, w szczegółach 
jednak bardzo się różni od teraźniejszości; tak też i ję- 
zykowy organizm może być postrzegany tylko w tera- 
źniejszości. 

Krom tego normalnego życia języka w teraźniejszości, 
w xięgach zo^taJy zapisane ślady jego z ubiegłego żywota. , 
Te piśmienne zabytki zachowane w literaturze bez wąt- 
pienia są tylko martwym daguerrotypem przeszłości języka 
w dandj epoce. Może się tam odbić ogólna mądrość ustro- 
ju mowy, alei tćj zupełnie, zapewne, że nieodgadnieroy. 
A tćm mnićj domyślić się możemy bogactwa leksykologicz* 
nego; bo i teraz nawet, kiedy filologija od tak dawna wy- 
robiła pomysł słownictwa, przy tych nawet podi*ęoznikach 
nie możemy mieć zupełnćj całości wyrazów jęz}kowych i 
nieskończonćj rozmaitości ich użycia, właśnie dla tego że 
żywy organizm ma to do siebie, że niełatwo go podciąg- 
nąć pod teoryjne formułki. Z ksiąg wszakże tych widzi- 
my, że niektóre cząstki organizmu niezmieniły się i są 
obecnie też same co pierwićj, — inne zaś skutkiem tćj vi8 
vitalis przetworzyły się na nowe cząstki z zachowaniem 
wszakże tożsamości, ogólnego ustroju mowy. To zarówno 
się stosuje do form języka, jak i do leksykologji jego. 

Chcąc więc filozoficznie zbadać organizm językowy, 
trzeba ob cuy jego żywot z ubiegłym porównać, bo tą tyl- 
ko drogą można dojść do zupełnej świadomości języka. 
Wydobyte taką koleją zasady mowy, wzięte jeszcze po- 
równawczo z innemi pokrewnemi językamii stanowić będą 



^26 386 

grammatykę filologiczną, albo filozoficzDą. Zw}'czajnazaś, pod 
ręczna, grammatyka niesięga tak daleko: niezaglębia się ona 
•w przeszłość, nieporówiiywa zpokrewnemi narzeczami, ale 
pokazać powinna czem jest język w obecnej chwili. Po- 
daje ona przy tern prawidła części tylko organizmu języko- 
wego, języka wykształconego, poprawnego, książkowego na- 
kouiec. Filozoficzna zaś gramatyka rozpatruje język wca- 
J^j j^go obtszerności — tu i prowincijonalizmy, potępiane 

^ w zwyczajnej grammatyce mają miejsce i wchodzą do ca- 
łości organizmu: są to tylko odcienia, ale bynajmniej nie- 

' tspaczenia ducha języka. Bogaty a mało co tknięty język 
ludu ma tu także prawo obywatelstwa, bo w nim filolog 
dostrzedz może k!uoz do rozwiązania wielu zagadek języ- 
kowych. Ale jakkolwiek wyższy, naukowy cel jest tylko 
w tój ostatnićj grammatyce, wszakże ważniejsza czasem by- 
wa rola zwyczajnej grammatyki; ona to właśnie jest straż- 
nicą czystości języka i integralności jego ; ona jedna opie- 
ra się wpływom obczyzny, które z wielołicznych przyczyn 
niepostrzeżenie weń wsiąkają. 

Tutaj w Wilnie za czasów byłego uniwersytetu Wi- 
leńskiego przestrzegano poprawności, zwracano przede- 
wszystkićm uwagę na ogładę i czystość językową, na ję- 
syk piśmienny. Kopczyński ówczesny teoretyk i nieod- 
wołalny sędzia języka, chociaż w swych badaniach zagłę- 
biał się w przeszłość języka, jednakże wszystkie swe za- 
Bady kierował ku temu, by oczyścić język nie tylko z ob- 
czyzny, ale i z ludowych jakichś wyrażeń i zwrotów mo- 
wy. Myślał więc on przedewszystkiem o poprawności mo- 
wy, o ogładzie językowój* Kierunek ten filologiczny przy- 
niósł niezaprzeczoną korzyść; oczyścił język, uwolnił od 
wielu wpływów cudzoziemskich i doprowadził do stopnia 
doskonałości pod względem giętkości i łatAvości oddania 
myśli. 



387 32T 

Ale to wyszlifowanie, ta ogłada językowa, będąca tak-- 
że skutkiem oddziaływania na nas Francuzkiój literatury^ 
wyrobiła jakąś monotoniję i brak siły w języku. Zjawie- 
nie się w literaturze szkoły romantycznej, stanowiąc epo- 
kę w poezyji, jest zarazem epoką i dla języka. GcDijal- 
ni poeci nasi, czerpiąc natchnienie w ludowych podaniach, 
musieli dla oddania swych obrazów i wjTażeń od ludu po- 
życzać. Z początku szczęśliwie wybierane i przyswajano 
językowi wyrażenia i zwroty całe, powiększały zasoby ję- 
zykowe, ale w nieprzeliczonych tłumach naśladowców szko- 
ły romantycznej , myśl ta pierwotna zkoszlawioną i wy- 
paczoną została. 

To co objawiło się w praktyce weszło z czasem do 
teoryi: i oto gramatycy nasi zaczęli wciągać do swych for- 
mułek ludowe zwroty, wyrażenia dawne. Muczkowski, 
Łazowski, Zochowski, Morzycki, Sztochel nawet (choć się 
on odwołuje do Kopczyńt^kiego) , i inni , w gramatykach 
swoich wyrażają ten nowy zwrot do ludowego pierwiastku, 
albo zwrot do przeszłości. 

Nicumieją oni, czy niechcą, odróżnić zaf«ad, tej jakeśmy 
nazwali, filologicznćj grammatyki od grammatyki zwyczajniej. 
Ztąd też może pochodzi Un nieprzebyty labirynt hypoter 
i brak jasnego na istotę mowy poglądu. Muczkowski wpro- 
wadza wiele wyszlych z używania wyrazów i na tej pod- 
stawie buduje teoryje; Morzycki, powołując się na mistrza 
swego Żochowskiego, naiwnie się raduje, że odkrył już ten 
nowy kamień filozoficzny. — podział czasowników i wzory 
normalności i anomalji słów, choć, jakeśmy powiedzieli, il- 
luzyja ta zniknąć może, kiedy np. x. Malinowski ze sta- 
nowiska porównawczej metody jc^ykowój rozpatrzyć ze- 
chce tę sztuczną budowę; cieszy on także, że wprowadził 
ludowe czarowanie t. j. liczbę podwojuą, choć już świę- 



328 388 

tój pamięci opat Dobrowski wspominał byl o niój, nie mó- 
wiąc już o tóin, że grammatyoy nasi rozwijali tę myśl. Sło- 
wem, gramatycy nasi niepilnają się poprawności współcze- 
snego j^jzyka, ale chcą niby filozoficznie objas'Dic zasady 
mowy na6zf»j. Niedorównali wszakże wymaganiom t^j ostat- 
niej, a zamąui czystość i poprawność współczesnej mo- 
wy. Te więc plątaniny i chybkość zasad filologicznych 
może są przyczyną tak małych owoców żmudnój i mozol- 
nej pracy graramatyków naszyob.^ 

Oberonie więc, kiedy wprowadzony został język Polski 
do szkól WjUń. nauk. oki^ęgu, przewodnicy jęayka tego mają, 
zapewne, wielkie przeszkody w braku dobrego podręcznika 
językowego, któryby, niebląkając się po bezowocnych hy- 
potozach, dał jasne pojęcie poprawności mowy naszój. I 
dla tego zwracam uwagę twoje, p. Redaktorze, na ten nie- 
dostatek, który bez wątpienia zbyt dotkliwie się czuje; 
wszak widzę naliście współpracowników twego pisma imio- 
na osób, którzyby łatwo temu zaradzić mogli, łatwo mo- 
gliby napisać taki podręcznik językowy, któryby nieprzy- 
puszczając do się mętów filologicznych, jasno i treściwie 
objaśni! ducha mowy naszej. Tem konieczniejszy jest taki 
podręcznik, że prócz braku dubr^j gramatyki, inną jeszcze 
widzę trudność w korzystnym wykładzie języka Polskiego: 
język ten ma się wykładać porównawczo z Rossyjskim, a 
najbardzićj ze sławiańskim. 

Wiecie zapewne dobrze na jakim dziś stopniu stoi 
porównawcza nauka języków Słowiańskich — niech mi wolno 
będzie tutaj najogólniej dotknąć się tej kwestji. 

Od lat już wielu po całćj Slowiańszczyznie, w Rossyi, 
w Pradz-i-Czeskiej, w Berlinie, w Belgradzie Serbskim i t. d. 
pozapro A^adzano porównawczy wykład języków Słowiań- 
skich. Przewodniczyła w tern uczonym filologom, Ła mię- 



389 329 

dzy innemi myśli, ie by! niegdyś jedyny język Słowiański, 
który po przejściu jakiegoś długiego peryodu czasu, roz- 
padł się narożne narzecza, tak, że z jedynej ogólnej mowy 
pozostały dziś szczątki tylko wspólnego organizmu mowy 
Słowiańskiej. W głowach tedy filologów zrodziła eię myśl 
odtworzenia, choóby sztucznie fe»go źródłowego języka. 
Ale myśl ta z fałszywej wypływając zasady, niedoprowa- 
dziła do pożądanych rezultatów; gorą'5zkowo wziąwszy eię 
do pracy, filologowie Słowiańscy ani się spostrzegli, że za- 
brnęli nietam dokąd zdążali. 
Objaśnię myśl moje bliżój. 

Hypoteza, że rozmaite narzecza stopniowo się rozwi- 
jają z jednego języka, powszechnie kiedyś przez filologów 
przyjęta i przewodnicząca, jak mówiłem, filologom Słowiań- 
skim, dziś już jest ssaohwianą, jeśli nieobaloiią. Żeby po- 
przeć myśl,< że dzisiejsze Słowiańskie narzecza, pochodzą od 
jednego wspólnego wszystkim języka, że ten ostatni z po- 
stępem czasu, rozpadł się na widome dziś cząstki , trzeba 
było z pomiędzy współczesnych narzeczy wskazać jedno 
starożytnie] sze i przytćm takie, do którego, jako do ogól- 
nego ogniska, byłoby można sprowadzić wszelkie lexyko- 
logiczne i etymologiczne różnice innych narzeczy* Oddaw- 
na filologowie zwracali uwagę na narzecze Oerkiewno-Sło- 
wiańskie, które jak się im zdawało, zawiera w sobie wszel- 
kie resjstki tego pierwotnego, pan-Słowiańskiego języka, 
jeszcze nierozpadiego na narzecza Potrzeba było zatćm 
faktycznie wykazać ten pierwowzór cerkiewnego narzecza, 
jak w etymologicznych formach, tak też i w łexykologicz- 
nym składzie. Rezultaty wszakże dowiodły całą chybkość 
tśj hypotezy. Na dowód wspomnę o stopniowćm rozwija- 
piu się rozmaitych przypuszczeń, z którego dojrzeć mo- 
żemy, że ideja o pierwszeństwie jednego Słowiańskiego ua- 

TEKA N. V. 42 



33« 390 

rzeczą przeszła wszystkie fazy możliwy eh twierdzeń, i 
w końcu stanęła w najzapeliaiejszćj ze sobą sprzeczności. 

Skoro się tylko dotknięto tego pytania»,z powodu tió- 
maczenia Biblii na język Słowiański, mniemano: że w IX 
wieku język ten jeszcze się nierozpadł na narzecza i byt 
jednaki, t. j. wspólny u wszystkich plemion. Ale zdanie 
to, mające za sobą głos jednego tylko RakopfieckiegOy za- 
mieniono wkrótce inn^m: że język Słowiański w tym wie- 
ku rozpadły już był na narzecza. Pytanie zatóm, jakie 
z nich b3rło najdawniejsze i źródłowe? 

I. Dąbrowski pierwszy wskazał na ^Artfeeme, albora- 
czój na he%9amogło$kQfwoió (oęsrjiacic) Cerkiewno-Sfowiań- 
skiego narzecza (np. Ti>pri», KpibBb, njii»E3>], jako na pier- 
wotno źródło, z którego stopniowo się wywiązały pełne 
samogłoskowe formy innych, późniejszych narzeczy Sło- 
wiańskich (targ, Toprb, półk, ho^ak^, krew' KpoBB,), 

Maxymowie% obalił to twierdzenie i z większą może do- 
kładnością wskazał na pełnoś^S samogłoskowych brzmień (noji- 
Horjiacie) jako najedyne pierwotne źródło, z którego z cza- 
sem przez stopniowe skrócenia, wypłynęła krótkośó samo- 
głoskowych brzmień i nawet całkowity brak tych. brzmień 
(5csrjiacie), w innych par zeczaoh Słowiańskich (nj>. inepcTB 
ross., sierść nasze^ srst Czeskie...). Kałh^ stanął wyrod- 
ku tych dwojga ostateczności, i starał się zbliżyć je ze so- 
bą, przyjąwszy za pierwotną zasadę dufoistą^sitmogioska- 
woić (ABOcrjiacie), z którego rozwinęła ^ę 2 jednój strony 
pełność samogłoskowa w jednych, a krótkość samogłosko.- 
wa w drugich narzeczach. Tę dwoistość samo^oskową 
Kątków chciał widzieć w Cerkiewno-Slowiańskem narzeciu, 
że zatćm ono było najdawniejszym. Ale hypoteza niedar 
ła się praktycznie sprawdzić i uczony filolog zmuszony 
był w końcu ugodzić się z Grimmem , że róinice narzer 



391 331 

ozy w najdawniejszych czasach, (t. j. o ile sięgać mogą 
w przeszłość piśmienne zabytki Siowiańftkie) byiy wyrazist- 
szei że własności pojedynczych narzeczy daleko widoczniej 
niżli dziś były oznaczone. 

Taką koleją stopniowy rozwój twierdzenia, że była 
kiedyś jedyna, wspólna wszystkim Słowianom mowa, do- 
prowadził do rezultatu, że w żadnym z dzisiejszych na- 
rzeczy Słowiańskich niemożna znaleźć tego ogólnego pier^ 
wowzoru, tego źródłowego pierwiastku t z którego można 
byłoby filologicznie objaśnić różnice innych narzeczy; 
czyli, co zatćm idzie, że żadnego dotąd narzecza niema- 
my prawa nazwać pierwotnćm, że każde pojedyncze na- 
rzecze od wieków byjo oddzielnćm, niezawisłem. Pie^rw- 
szeństwo Cerkiewno-Słowiańdkiego narzecza, zdaje się, że 
ostatecznie dziś już zachwiane; ale wiara w istoienie ogól- 
nćj niegdyś mowy Słowian dotąd jeszcze się trzyma, przy- 
najmniej tak wnioskować można s twierdzeń Srezniew^ 
skiego, który w Siaro-Słamańskiem (jak je nazywa) na- 
rzeczu zawsze jeszcze chce widzieć źródło wspólnćj mowy 
Słowian. 

Nietylko Srezniewski; wielu innych filologów pracuje 
jeszcze w imię tój starćj idei, ale w cale już nie z tym za- 
pałem, nie z tą wytrwałością co dawuićj ; bo znikła już 
pierwotna, illuzya marzycieli Słowiańskich, ie może kie- 
dyś zabrzmieć ogólna wszechsiowiańskaf mowa: dziś już 
wprawniejszćm trochę okiem doświadczenia poglądając na 
przeszłość tćj mowy, z smutnóm odczarowaniem dochodzą 
do tćj prawdy, że co Bóg i czas rozdzieliły i wywołały na 
widownię dziejów, napróżnoby człowiek stara! się połączyć 
albo raczej zgmatwać ze sobą. Coraz bardzićj mgliste, coraz 
słabsze filologów Słowiańskich dowodzenia, pozwalają nam 
mniemać, że z czasem zupełnie zniknie to ich marzenie; 



332 392 

a zresztą i badanie innych filologów: Niemieckich — Grim- 
ca, Boppa; z Ruskich Buslajewa^ w teoryi stwierdzają to, 
do czego Słowiańscy badacze przyszli drogą analizy filo- 
logicznej, 

Wskazałem tu tylko na tło główne badań filologicznych, 
na kierunek ich. Niewdawałem się w szczegóły, niemó- 
wiłem nic o forach i jusach , tych mitycznych sfinzacb, 
które niemiały dotąd swego Szampoljona ; bo mnie się 
zdaje, że i w tych ogóloych zarysach widzieć już możnai 
że porównawcza filologija Słowiańska, niemając należyte- 
go punkt opory, musiała z natury rzeczy wikiaóaię, w za- 
czarowanym kółku bezowocnych przypuszczeń. Mozolne 
poszukiwania Czechów i kilku pierwszorzędnych filologów 
Niemieckich położyły tu tylko początek; — do pożądanego 
rezultatu jeszcze daleko. Dziś przez mglisty obłok różno- 
rodnych opinij fik)lQgicznych i przejrzeć nawet .niemoże- 
my, jaką drogą pójdzie dalćj nauka i na ozćm się ostoi 
ostatecznie. 

Jeżeli tedy taki zamęt zdań, objawia się w świeczni- 
kach nauki, jakże trudno dadzą się zastosować myśli te, dla 
dzieci w gimnazyach ! bo tam to tylko korzystnie przy- 
swoić się da, co już nauka po wielkićj doświadczenia pró- 
bie, zamieniła na niezbite axyomata. 

Na twoich więc współpracownikach , p. Bedaktorze, 
leży obowiązek zaradzenia temu drugiemu niedostatkowi. 
Ten zdaje mi się , choć w części dałby się usunąć, jeśli- 
by zrobione były takie wypisy, gdzieby się najw)Tażniój 
oznaczały różnice mowy Cerkierwno Słowiańskiój i Pol- 
skićj,jak nf>. Ewangelija Ostromira, Ewan. Reimska, Pra- 
wda Ruska, Słowo o półku Igora, objaśniane albo tłómaczo- 
ne przez naszych uczonych Rakowieckiego, Bielowskiegoi 
Krasińskiego, i kilka innych co dawniejszych zabytków. 



393 333 

Bozpisalem się zanadto w pierwszej części listu mego, 
ograniczę ei<j za to kilką słowy w drugiej. 

Najprzód Gazeta Warszawska, potón^ Biblijoteka ogło- 
siły premijara P. Rastawiecfciego za napisanie synonimów 
Polskich. O ile premijum takie jest ważne, a dzieło po- 
dobnej treści pożądane w obecnym czasie, wie dobrze ka-* 
żdy, komu nieobcy kierunek a najbardziej stanowisko ba* 
daczy naszego języka, J2a dai naszych nietylko w mowie, 
ale i w pismienictwie panuje tak-a dTowolnosó, że każdy 
z nas mówiących albo i pisząoych, pozwala sobie używać 
wyrażeń częstokroć sprzecznych z duchem mowy naęzój, 
i ustalonych zasad lexykolo£iczny<ih; stało się to tak en- 
demiczną chorobą, żenieledwo każdy popełnia grzech teD« 
Słownik więc synojuimów, jeśliby mogl być należycie apra-« 
cowany, wykazałby nietylko, jak mówi Biblioteka, . boga- 
ctwo naszych wyrazjów blizkoanacznych, ale zaraaem wpro- 
wadziłby UiOŻe jakiś ład w dzisitijszćj. leixykologii i dła * 
kształcących się w języku byłby niejako skazówką, do któ- 
rój w razie po:trzeby odw^laóby się moina. 

Ale właśnie dla tego, by praca podobnego rodzaju mo- 
gła służyó wyrocznią, poJLrzeba, by w* zupełno/5oi odpowie- 
działa wymaganiom nauki i głębiej zajrzała w ducha mo- 
wy naszej, niźM dotychczasawe nasze prace językowe. Nie- 
ważna jak moie się zdaje, uwaga Pamiętnika religijno 
moralnego^ że w języku żyjącyna, wyrabiają'^ym nieustan- 
nie uowe wyrazy „ niepodobna wymienió wszystkich syno- 
nimów; światli sędziowie Biblioteki Warszawskiój, bez wąt- 
pienia na tę niopełnoaó uwagi zwracać niebędą bo tu cho- 
dzi o głębokie w ducha mowy wtajemniczenie się i dobre 
zestawienie wyrobionych już synonimów ale najzupelniój 
z^odZić się ms>żna z drugą Pamiętnika uwagą, że słownik. 



334 394 

synonimów piemoze być dziełem jedoego człowieka i nie 
irzech lat pracy owacem. 

Na poparcie tego zdania Pamiętnika, te byśmy zrobili 
uwagi: język nasz tak bogaty w źródłowe wyrazy i tak 
fantastycznie swobodny w odcieniach wyrazów pochodnych, 
że niepodobieństwem zda mi mę w tym czasie (do 1861 r.) 
pochwycić tę subtelność organizmu mowy naszćj. Potrze- 
baby do tego wiele, bardzo wiele studyów krytyczno- 
językowych, potrzeba oddzielnych monografij, (jeśli tak 
się wyrazić wohio)| w przedmiocie lexykologii naszej, za- 
nimbysmy zdołali stworzyć jakąś pożądaną całość. 

W3nrazy języka naszego nietylko w potocznćj mowie, 
ale i w piśmiennictwie, jak to wspomniałem, tak są czę- 
tso dowolne, że przetwarzają czasem istotne wyrazu zna- 
czenie. Nićma tu mowy o manijerze, jaką ma wielu z pi- 
szących, ta niezepsuje języka, bo każdy łatwo dostrzeże 
ten niewinny grzech in gratiam predylekcyi do jakiegoś 
ulubionego słówka; mówimy tu tylko o naciąganćm prze- 
twarzaniu znaczenia wyrazu, o niewłaściwćm jego użyciu. 
To używanie wyrazów jednych zamiast drugich, synoni- 
mowych za właściwe, wyrobiło wprawdzie lekkość, złudną 
powabność mowy, ale jakżeśmy wiele za to stracili na sile, 
na mocy wyrażenia! Doszliśmy już do tego, że dla okre- 
ślenia tćj energii słowa używamy dziś Francuzkiego wyra- 
zu — .yverve^\ A przecie każdemu wiadomo, że język ten 
wyrobiwszy najsubtelniejszą frazeologiję, postradał już wła- 
ściwą moc, widać więc, że i ; nam braknie tćj mocy, kie- 
dy dla określenia jćj pożyczamy z języka, który właśnie 
jej niema? 

To rozmyślne, czy fantazyjne branie synonimów, albo 
czasem i całkiem niewłaściwych wyrazów spotykamy naj- 



częściej u poetów - współcseśnydii. ' Zatraoiwazy wiele tra- 
dycyjnych pojęć klassycyaunUf mezapioiameli oni wszakże 
o ticeticyi poetyckiej i tą jedynie tarczą zbrojnie uchylają 
się od wszelkich praw językdwyeh. 

Powie kto może, że to maluczka cząstka organizmu 
mowy naszej, że to drobiazgi, na które zwracać uwagi nie- 
trzeba! Zapewnie że drobiazgi; ale weżmijcie wszystkie 
dzieła nasze prozą i wierszem pisane od lat kilkudziesię- 
ciui od początków szkoły romantyczno) np.f porównajcie 
ze Słownikiem Lindego, i porachujcie wszystkie te dro- 
biazgi; a zobaczycie ile tam tego się uzbiera! Cóż więc 
poradzić ma przyszły autor Słownika synonimów? Czy do- 
prawdy trzymać się owego Heglowskiego zdania, ,^alles 
was ist, ist derniinftig"? i wszystkie, skutkiem fantaz}^ al- 
bo rozmysłu ukute wyrazy wciągać do Słownika? Czy mo- 
że rozgatunkować je jakoś na dobre i złe, na mające wejść 
do słownika i poza obrębem jego zostać mające? GUlziei 
więc zasada po temu, gdzie punkt oparcia? Kto, albo co wy- 
rocznią tu służyć może? Wszak niemamy akademii, jak 
Francuzi niegdyś, żebyśmy do powagi jćj odwołać się mo- 
gli? 

Bagatelna więc rzecz, czy mogą wejść wszystkie wy- 
razy do słownika, sle jakie mają wejść? to pytanie dale- 
ko trudniejsze, i szczerzebyśmy się cieszyli, jeżliby Biblijo- 
teka Warszawska w zadawalniający sposób rozwiązać to 
mogła. 

Dla tych to uwag sądziłbym, wespół z Pamiętnikiem, 
że pominę inne rzeczy, np. zbyt małe wynagrodzenie za 
tak wielką pracę, że szlachetna gorliwość p. Rastawieckie- 
go, jeśli niezostanie całkiem bezowocną, to przynajmnićj, 
niewyda tych błogich owoców, dla których zapewnie p. 
Rastawiecki ogłosił premijum. 



336 396 

Nieubliiająo zasłudze tylu pracowników oa niwie sio- 
wa Polskiego* nieledwo z pewnoi^cią powiedzieć możemy, 
ie dkwnik synonimów, jeśli i zjawi się w 1861 roku, bę- 
dzie tylko próbką tego rodzaju pracy, i bez wątpienia, nie- 
zadowolni współczesnych wymagań językoznawstwa. 

Dofft 15 marca 
1858 roka. 



LIST ANDRZEJA JASTRZEMBSKIE60 
O KOŚCIELE W POZELWIE. 

W Gubernii Kowieńskiej , powiecie i dekanacie Wił- 
korai( leskim , parafii Żmujdeckiej , w miasteczku Pozelwie» 
położony je8t koscioI drewniany pod tytułem 8. Ignacego. 

Jerzy Xiążę Radziwiłł syn Mikołaja Czarnego : Anny 
Szydiowieckićj (ur. roku 1556) zapisał oo. Jezuitom, ma- 
jętność swoją Zmujdki z kilku folwarkami i z miastecz- 
kiem Pozelwą. Jezuici mając kościół parafialny w Żmigd- 
kach, założyli jeszcze filialny w Pozelwie ; ale w którym 
czasie to założenie nastało, kto go i kiedy konsekrował? — 
ubogie zupełnie miejscowe archiwum , żadnój o tóm wia- 
domości liieprzynosi. Akta nawet metrykalne zuledwp się- 
gają roku 177S. 

Klemens XIV (Ganganeli) Bullą swą Papiezką» 
poczynającą się od słowa: »Deu8 ac , redemptor» ska- 
sował ^kon Jezuitów zamożny w naukę, talenta, i bo- 
gactwa. To wydaliło ich z licznych i pięknych majątków; 
a w tój liczbie ze Zmujdek i Pozelwy. Sejm zaś 1775 
roku, usłucłiawszy głosu mądrości i obywatelstwa Joachi-r 
ma Chreptowicża , ogi*omuę fortunę zgaszonego zakonu, 
oddał na potrzebę edukacyi publicznój. Taką koleją, w sku^ 
tek postanowienia kommissyi rozdawniczej, i za przywi- 
lejem króla Stanisława-Augusta, dobra Żmnjdki z folwar«* 
kami Wolin , Perkale , Dąugudzie , Pozelwa, i z miasteez- 

TEKA N. V. 41 



«3« ^n 

kiem tegoż narwania, oddaiie zostały ea wieczwosć, t obo- 
wiązkiem wnoszenia tak nazwanej kwaity, dla fundtiszu 
edukacyj^Hego , jenerałowi MorykoaicmH ds^eds^ic^wi łna^ 
jfjjtfca N4dok, pr^cyległego do dóbr po-JeziHCfciob* 

Zmujdki z pomieHionymi folwarkami i z miasteczkiem 
Pozelwą, przynosiły na rok kiłkadziesi^ tysięcjy złotych 
docbodu. Z tego jednak co do daia dnia pozostało po-je- 
ziuitach w kościołach* Zmujdeckim i Pocsetwian^kim; z tego 
mówię wyraźnie widać, że^ię laidtoijio «io, afto nmło co 
więcej jak uio, na 'ozdobę i utrwalenie tych kośck)Iów% 
Jezuici ro Aatfzali -swoje wielkie -bogactwa, po wielkich mia- 
stach^ tam wy&tępowaK v całyta biłafiku te tfwynri ^osta- 
licami; wiejskie Tsaś kościoły były bardzo skrcmmie> fedwo 
iiiepowiem ubogo iitrzymywan^ ohociuż jH^zodkowie 4iaS'i> 
z nieoględną iiawet hojnością, ^adawaM Jecuitom ^najątki; 
<^hocmi w tych nadaniach żaden fcraj, żaden naród «ie^'«* 
równai Litwie, i nigdzie gorliwiej Jak « nas ., fliwa reli* 
gijina tiprawianą niebyła. 

Kościół tedy Pofzedwiański , ^ epotó rząda oo. -Jezui- 
tów, ttiema -swojej zajmującej przeszłością, i swejgo wspo* 
mnieniu. Po k^ssacie Jezuitów objęło go tlurhowieństwo 
świeckie^ a fili ja Pozelwisaisfca bardzo ubogo zastała upo- 
sażoną: cźtńry bowiem morgi piazc^rtego "ogrotlu, F«eść- 
dziesiąt rubli rocznej pensyi, i szczupła t^rdyiiarya dawa* 
iia z majątku Żmujdek, stanowi^ty t^ąłe i jedyne upa- 
fiażenie miejscowego kap!a«a* Ale tam gdzie chęó ludz- 
ka jest niemą> tam pomoc i łaska Boża jest jeszcze wię- 
kszą; dowiódł tego zmarły przed kilkunastu laty x. Maciej 
Ptaszyński* Czcigodny ten kapłan osadzony w Pozelwie 
na tak szczupłym funduszu, zafundował do kościoła dzwon 
wielki (za czasów oo. Jezuitów była tylko mała sygna- 
turka) zwołujący do dziś dnia lud da chwały Bożój, wzniósł 



399 m 

kilka budowli gOBpodarskiohf. wgrstowit Kpital dla ubogich 
kalek; żywii^ leczyła. i.opatpy wal. tyeh. nieszczęśliwyeb. Ddm. 
jpgo bj^Ł obtegan^T' pKzez^. ubóstwo^ i ubodzjr ziiajdt>wali u 
niego pecieszdDie , pomoe , wsparcie ; . a xiądz Ptaszyńeki 
dożyl^ swojego^ widkuL z. ma^rymą; im hiiie^ ubogfch^ tern 
miej Nieha^ 

Poi-śniteDei Juędza^.Ptui^itekiegOi.następojjago, mni^. 
więoejj za^(iu>wałi się pcNitrzymamem kośoii^lo^;, budowy^ 
ali^ ta znękaua wiekiem- potrzebowała oiągifego rajtunku i 
pomoo]^ Niidialowaly kosztru na. erekc}^. kośoioia pobo* 
ino di&ied^ezki Fozekwy,, hrabini.Ło{)aeii2M6ka i.Platerowa« 
ale same piUiowaó faJbryki^. nie mogl^. Były. tedy koszta 
wielkioy ai. korzyści małe*. 

X. Adam* Matuse wjqz\ zaŁMitii się da ^ now^j 9., fllndi- 
meutałnejt restauracyi, dor^pczerabienia ołtarzy i^ dalszych^ 
atrybiicyii koś(>ielnych4. ale w.tym czaaie 2..ro8kazu.swaj^'. 
zwieriu;bności«. przeazedt^ na inue-miejęoey. a.^Cgo posadę, 
zająlix AlezaiideF Turezyń&ki.. 

X.. Ttumzyńskii. ledli^a nie cały) na nowo przęlfudówal' 
kosoioł.. W miejsou. nadgnitych powstawiai zdrawe ścia-- 
ny, da!% no^m g(>tyeki& okna^.okr;^ dach j^dwójną ggatą, 
dobudowali dl&> zakryslyi. skład, na.apparaty koacielnet ,wyr 
restąurowaŁoFgany; oparkanii. i.osaditil. di^zewami kościoi 
i> cmcnAarz^ a;teraz. gaiuję sią do. zrobiema ozdobnego sur 
fitu. Obywatele i wiascianie, boga^U uJt)odzy,,,chętnie przj^ 
BiegU na pomoc x. Turczyi!iski^nu.. Hrabina Plater wylo^ 
iyia powtórnie znaczną ilośd pieniędzy, i dostarczyła drze-< 
wa;. Mieczysław Pomarnaekiy Czyżowie z. Łownian,. Bań- 
kowscy z Balalissek,- Stalewscy z^Bastun, . Szwejniccy z Jo-- 
dak. dostarczali robo|^nika»i4nnych potrzebnych, artykułów.. 
Kosztem ś.p., Henryety. z Ja&trzembękichBo^ksaewiczow^i; 
stan^ wielkiego oozmiaruH w. bogatych ramach,, w. wielkitti 



840 400 

ołtarzu obraz i. Ignacego; Johanua Jastrzembska zafun- 
dowała takiegoż rozmiaru do dwóch bocznych ołtarzy dwa 
obrazy: jeden ś. Trójcy, drugi Najświętszej Panny Maryi. 
W^zystkie te trzy olejne obrazy, są pędzla p. Antonie- 
go Rodziewicza, i stanowią najmocniejszy, bo widozuy 
dowód znakomitego jego talentu. . Obywatele Józef i Te- 
ofila Baczańsey, zafundowali kształtną ambonę wraz z kon- 
fessionałem. Panna Helena Narkiewicz wyporządziła i)ię- 
kne antipedia; Mrłosoianin folwarku Szukiszek Stanisław 
Krauczun, i zeszła ś. p. Kiewliezowa zafundowali ozdobne 
<5horągwie. Trzeba tylko b)ło do tych obrazów, do przy- 
byłych ozdób i atrybutów zastosować i zupełnie przero- 
bić wszystkie trzy ołtarze, a gdy te po bliźszem ich ro- 
zpatrzeniu, okazały się przez wpływ wszystko niszczącego 
czasu, spsute, i do przerobienia niezdatne, wy))adało tedy 
myśleć o nowych; ale nowe wymagały znacznych kosztów, 

X. Turczyóski udał się do parafian, i parafianie chę- 
tnie przybiegli z ofiarą, Temu, który przewyższa Indzi 
i auiołdw. 

Wszystkie tedy wydatki wyłożone, zostały natychmiast 
pokryte, a trzy nowe ołtarze roboty p, Szejmana, zdobią 
dziś Świątynię Bożą. Dodać jeszcze musimy, ze w spisie 
wnoszonych składek, znalazł się niejeden grosz wdowia 
niejedna złotówka ubogiego rolnika. Poczciwy bowiem 
kmiotek Litewski, tą samą ręką, którą zarabia, tą samą 
mówię ręką, i tęź samą złotówkę rad niesie na ofiarę ko- 
ściołowi ; i zna dobrze, ze ta ofiara, jest to całe jego bo- 
gactwo, którego ani rd%a nietrawit mii mil niełoczy. 

Kościół Pozelwiański, obchodzi każdorocznie dwie u- 
roczystosci, ś. Trójcy, i s. Ignacego; w czasie tych festów, 
owF-zem każdego święta, każdej niedzieli, nie stoi on pró- 
żny; niestałby próżny i wtenczas, żeby o 4 razy był wię- 



401 Sil 

kszy nii yst teraz. Lud tu zbiera się na^er grnmadfre 
na riabożeiistwo: to dowodzi głęboko zaszczepionej rHijri; 
do tpgo licznego zbierania nię wpływają j s^cze każHo- 
niedzieliie znaczne targi; pięć przyt} kająoy' h parafij, kió- 
r«* sc w tym punkcie schodzą, i wiHka 1 czb^i pos^d oby- 
watt:*l8kich okolają^\vcłi Pozelw(,^. W skutku takiego nagro- 
madzanie 8ię, cz*,ść bidu stać nui.«i pod r Iwari^ra niebem 
udrzwi koś 'ieloych: zt?|d wznosi on modlitwę i spracowa- 
ne rtjce do Boga. Kazaii i nauk trudno mu doslyszść, 
trudno z nich korzystać. Niedogodności tój zaradzi za- 
pewne tł*raźniejszy nowj^ dziedzic Pozelwy Karol Bysrram, 
wielce poważany obywał el. 

Cmentarz Pozelwiaiiski , tak jak prawie wszystkie 
cmentarze wiejskie niedźwiga na sobie pysznych grobow- 
ców z bronzu i marmuru ; tu się pospolicie grzebie ubogi 
kmiotek, na którego mogile tern piękniej i swobodniej zie- 
lona wyrasta murawa; im częściej i obfi^niej jest polewana^ 
Izami osieroconej' rodził ty: a Li twin, prędzej zapomni oso- 
bie samym , niżeli o umariych : często bowiem widziemy, 
że kiedy sam jeden nie jest wstanie pokryć kosztów exe- 
kwialnyeh, to wzywa do składki drugiego wieśniaka, i za 
wspólną opłatą, wspólne zamawia żałobne nabożeństwo, 
wspólnie się modli, i wspólną modlitwą prosi Boga o wie- 
czne odpocznienie, i światłość wiekuistą, dla osób drogich 
jego sercu. •« 

Takim tedy sposobem przy łasce i pomocy Bożój, 
bez którój wszystkie nasze prace, i starania są daremne; 
X. Ałexand<*r Turczyński, i ludzie dobrej woli postawili 
w krótkim cza<^ie kościół Pozelwiaóski na tym stopniu , że 
wielu świątyniom może on ustąpić w bogactwie ; ale nie- 
wielu ustąpi w ozdobie, a żadnemu w porządku^ 

Zakończymy ten artykuł, jeszcze jedną uwagą: sżkol- 



312 402 

ki parafijalne, ^ą pi^rwssem ogoiw^tn i walną podstawą 
publicznego wycho^wania;: w mck sakiadają się fuudamen 
ta nauki, moralności i rełigii. Wszystkie gorszące w spo- 
]eezr;ości ludzkiej sprawy nieprzystaną do człowieka, któ- 
ry oświecił głowę^, i wziął za sternika reŁigiją; tę religiję 
która cala s^jęta jest dobircm człowieka , która d^aje mu 
hyt pomyślny aa życia^ a po zgonie prowadzi g© <fo przy- 
bytków pokoju i wieczu^go szczęścia. 

W Pozelwio nie byio> szkóiki dla ubogiclu dziatek^ za- 
łożył ją Xc Turezyński; a dp duia dzisiejszego wyszło z uiej 
przeszło sto osób z początkową iastirukeyą w głowie;; % u- 
gruntowaną religi ją w sercu.. 

Powiedzieliśmy wyżj^j, jaki jest fundlisz: i epaiirzeuic 
kapłana, zajmującego^ pa^adlę w Pozelwie; ale €%łuv)iek 
$%e9epi i polewa^ a Bóg yomnoienie dU/jfi^ 



LISTY O GOSPODARSTWIE. 



I. 

Panie Redaktorce! 

W trzecim tomie Teki Wileńskiej czytałem lifejt pana 
Ja<itrzębskiego , w treści gospodarski(3J napisany. Z pra- 
wd2i\^^m ukontentowaniem patrzałem na to, iż panwxiąż- 
ce swojej otWor^yfeś karły dla lego przedraiotiu Gospo- 
darstwo W krajach wszystkich jest podstawą bogate twa 
krajowego, środkiem jedynym przeżywienia ludzi i poży- 
tecznych żywiołów > dostarczają^cym eoclzienn«*go chlćba i 
odzieży, a 2atem przedmiotem tak dalece żywotnym, ob* 
chodzącym ludzkość całą* Cóż dopiero w Litwie, a mia« 
nowicie w epoce teraźuicjszej^ gd^ie się spełnia wielka so- 
cyjalna reforma cmancypacyi włościan, gdzie z systematu 
pańszczyźnianego, na wohionajemnego robotnika przejść ma- 
my* Po spełnieniu tćj reformy, gdy odjęte będą nam ręce 
do roli i utrudnione nabycie pracy człowieka^ którą dotąd, 
wyznajmy zpokorą>bez rachunku i nieoględnie dla siebie, 
prawie zawsze szafowaliśmy > jodyną przyszłością naszą 
stać się musi ulepszona go^^podarka^ Dzisiaj ostateczna po- 
trzeba jedynie nas doprowadzić potrafi do tego czegośmy 
sami w sobie, w stanie naszej patryarchalnej swobody, wy- 
robić nie potrafili; zmusi ona nas do myślenia, do praco- 
witszego krzątania się i do bacznego zapatrywania się na 



314 *U 

gospodarstwa sąsiednich krajów, ktńre już dawniej od nas 
t<^ kryzę t^ocyjalną przebywszy, mi^ li dosyć czasu do upo- 
rządkowania ^ię i do wyrabiania dla swego gospodarstwa 
tak świeUi' go stanowiska, na jakićm stoją. Popchnięci 
obłcoą ostilei*zn««ścią, goniąc za ich przykładem, mimo- 
woiiie d.i B(>g, postąpiemy pod tym względu m w cywili- 
zacyi i w kształceniu. W iimych krajach Europy gospo- 
dar-lwo na I ży do rzędu nauk scisJyfh, głęboko i u«*zenie 
opr; ci>wany« li, którą akademije i szkoły agronomiczne, gę- 
sto po kraju przez rządy ot\Aorzone, praktycznie tę nau- 
kę mit szkańcom jego udzitlają. Na Litwie, gdzie zakła- 
dów pubhcznych dla agronomii niema, stanowiła ona i eta- 
nowi dotąd jfszoze po większej części rutyniczne i prakty- 
czne zatrudnienia ziemianina, nałogowo i machinalnie nie- 
jako w pokoleuiach po sobie id^cy-h, ciągle powt-trzane. 
W bratniej nam Koronie gospodarbtwo podobnież już na- 
ukę stanowi. Zakład w Marymoncie od lat wielu istnie- 
jący, rzueil już nie jedno z arno pożytku na dobrze przy- 
sposobioną rolę ; szkoły tego rodzaju nowootwierająoe się 
po kraju, pod mądrym kierunkiem n»ifośników postępu kra- 
jowego, nezawodiiy pożytek przynieść muszą. Korona 
ma już swoje pisma publiczne , wyłącznie temu prz^d- 
miotowi po.^wuęoone, za pomo^^ą których myśli i po trze- 
ienia z sobą po kraju zamienia, a pożyteczne doświad^^ze^ 
nia, lub sprawdzone nowe wynalazki drugim głośno udzie^ 
la, Litwa ani jednego pisma tej gal^^-zi wyłącznie nie po- 
święciła doląd, ai.i jednego niema organu publiczne- 
go, przez któreby tego rodzaju idei i myśli' wymieniać 
wzajemnie po kraju mogła D )wiadujemy .^ię ochoczo 
z pism obcych, co się u drugich dzirje, skwapliwie i chę- 
tnie radzilibyśmy uczyć się od ia'h postępu i naśladować 
rzeczy pożyteczne, leez na nieszf^Zł^ście nawzaj«^m nic o 



405 345 

sobie im doni^sćS nie moiemj; nie mamy gdzie się publi- 
cznie pochwalić przed światem, choćby nie raz i było mo- 
że z czćm. 

W Koronie Andrzćj hr. Zamojski, pan oddawna zna • 
ny ze swoich czysto obywatel:jkich dążności, jak prawdzi- 
wy Mecenas stanął na czele roluictwa i przemysłu krajo- 
wego; wyrobił u rządu przywilej na zawiązanie towarzy- 
stwa rolniczego. Jako prezes tego towarzystwa, powagą 
swoją, światłem i długoletnićm doświadczeniem, skupił oko- 
ło siebie licznie szlachtę, gorliwą o postęp rolnictwa w kra- 
ju. Szlachta koronna pojmuje i ocenia doskonale wielkość 
tego zagadnienia, kiedy na pierwsze wezwanie tak się ocho- 
czo zbiegła do Warszawy, dla współdziałania w tćj wiel- 
kiej myśli. Pisma publiczne ogłosiły nam szczegółowe za- 
trudnienia tych posiedzeń; ze czcią i poszanowaniem pr /wy- 
glądaliśmy się ich tendencji. Ileż tam głębokich myśli i 
prawd wielkich wyszło na jaw, ile toczyło się rozpraw pra- 
ktycznych i żywotnych! Podziwialiśmy z ukontentowaniem 
i z serdeczną pociechą stanowisko, z jakiego się zapatry- 
wano na stronę gospodarstwa krajowego i te tak dobrze 
obmyśliwane środki dla jego ulepszenia. Nic dziwnego za- 
t^m, iż z podobnych zjazdów, samych tylko korzyści ocze- 
kiwać należy. 

Na Litwie głucho i cicho jakby w grobie jakim pod 
tym względem! nigdzie zejścia się z sobą, nigdzie wzaje-^ 
mnój publicznćj narady, ani zamiany myśli , w rzeczach 
dotyczących gospodarstwa niesłychaó. W 1852 roku, w je- 
sieni przy wyborach szlacheckich w Mińsku, na wniosek 
obywatela tejże gubernii, p. Juhjana Łapickiego zawią- 
zaliśmy byli podobne rolniczo-gospodarskie towarzystwo. 
Wypracowana przez niego ustawa dla tegoż towarzystwa, 

TEKA N. V. 44 



346 40fi 

której artykuł warował pismo peryodyczne treści gospo- 
darskiój, redagowane przez członków tegoż towarzystwa i 
drukować się mające w Mińsku, dotąd nieprzyszlo do sku- 
tku. 

Na Litwie wielu z właścicieli ziemskich, o ile T^dado- 
mo pojedynczo pracuje i mozoli się nad postępem i ule- 
pszeniami; są nawet gospodarstwa prawdziwie wzorowe 
pod wszystkiemi względami, gdzie i urodzaje ziemskie do 
wysokiego stopnia są podniesionemi, i część mechaniczna 
w gospodarstwie na wysokim stopniu postawiona, a wzo- 
rowy porządek po wioskach, po lasach i po dalszych nie - 
uży walnych odłogach panuje; przynoszą one niezaprzeczo- 
ną korzyść ich właścicielowi, lecz jakiż z nich pożytek wy- 
pływa dla ogółu? Zaprawdę, wszelkie usiłowania pojedyn- 
czego człowieka, nie podtrzymane powagą rządu, ani wy- 
robione przez starcie się opinii publicznćj, rozumnych i do- 
świadczonych gospodarzy, żadnćj ofiary korzystnćj na oł- 
tarzu dobra publicznego złożyć nie potrafią. Będzie to 
zawsze jakby ziarno, rzucane na twardą opokę, jakby po- 
żyteczne ziółko , wyrosłe pośrodku kolących chwastów i 
badylów, które je zagłuszają. 

Jestem właścicielem ziemskim na Litwie; zatćm go- 
spodarstwo jest speoyalnym i wyłącznym moich zatru- 
dnień przedmiotem; dwadzieścia lat z górą pracuję około 
roli i około tak zwanego gospodarstwa postępowego; w la- 
tach młodszych, w tych, gdzie zapał jeszcze nie stygnie, 
imaginacyja podnosi się do urojenia, a miłość dobra po- 
WHzechnego przewodniczy pracy, w tych właśnie latach dą- 
żyłem całą siłą do tego, aby moje gospodarstwo byłowzo- 
Towćra, i dopiąłem, zdaje się w części mego celu. Dzi- 
siaj ludzie uważni i sprawiedliwi, oddają mnie zasłużoną 



407 347 

pochwalę; lecz nim do tego doszedłem, wciągu lat wielu, 
przez ileż to żartów, szykan i śmiechów publicznych lu- 
dzi mniej rozważnych, a tych jest tak przemagająca liczba, 
przechodzić mnie przyszło. Każde nowe zaprowadzenie 
które wywalczyć trzeba było u rządcy ciemnego, nie poj- 
mującego żadnych iunowacyi, ślepo dostarćj rutyny przy- 
wiązanego, pracującego tylko dla zadosyć uczynienia mo- 
im rozkazom, bez żadnąj wiary, ani pojęcia o rzeczy; co 
wymodz przychodziło uporem na ludziach pracujących, co 
dziko i niechętnie do podobnej pracy przystępowali; ka- 
żdą szkodę ztąd poniesioną, jako konieczną przy nowćj re- 
formie palcem wytykano, szyderstwem i żartami okrywa- 
no; bo zeznB.6 winienem i to, że oprócz urządzenia gospo- 
darstwa mego w plodozmian, oprócz ulepszeń widziilnych, 
jakie mnie się zaprowadzić na korzyść rolnictwa udało; 
część znaczną czasu, pola i dochodów poświęcałem na sa- 
me tylko próby. Cokolwiek, nie powiem nauka , bo ta 
nadto ma powagi, lecz cokolwiek najdziwaczniejszego pisali 
w yiążkach, lub po pismach publicznych autorowie, dogadza- 
jący usposobieniu chwilowemu ogółu, a przez to szukający 
rotzgłosu; cokolwiek radzili mnie drudzy gospodarze, cokol- 
wiek zasłyszeć się zdarzyło z sekretów, lub tajeomic pospoli- 
tego ludu wszystko to wypróbowałem na moJBm gospodar- 
stwiow Ja cielęta doiłem, bydto Turuypsan»i kairmiłem, morgi 
gipsowałem, koście na nawoź tłukłen}, uluku, co miała aa-^ 
stąpić kartofle podczas jćjpsuma się, sadziłem; kapustę ol-^ 
brzymią z zagranicy sprowadzałem, madiję satywę upra-^ 
wiałem i z nićj olć| cisnąłem, buraki sadziłem, cukiei^^znieh- 
warzyłem i t. d.; jakby o probierczy kamień-, a.którysię * 
metale ocierają. Wszystkie te próJby ooierajli^ się o kieszeń, 
moją i o moje doświadczenie.. Wazy^iie> wydatki, pono* 
szone na nie, jak niemmej wynikłą a>tyeh prób rezulta- 



348 408 

ta fizkrupulatnie, wiernie, szczerze w ciągu czynności spi- 
sywałem. Zebrało się ztądniemaJo materyalow, które w je- 
dną catośó uszykować i ogłosić publicznie dla pożytku mo- 
ich współbraci zamierzałem, lecz jakoś dotąd nie przyszło 
jeszcze do tego. 

Ubogi może w korzyści, lecz bogaty za to w doświad- 
czenia, dzisiaj, kiedy proszę o kartkę w pańskiój Tece dla 
moich gospodarslrich postrzeżeó, czynię to nie dla tego, iż- 
bym zgrzeszy! myślą zuchwałą, żebym pyszny z mego do- 
świadczenia; obciai drugich nauczać, broń mnie Boże od 
tój zarozumiałości, chcę tylko> aby szkody przezenmie po- 
niesione na czasie i na dochodach, cyframi obliczone i naj- 
szczerzej przedstawione, powstrzymać mogły w zapędzie 
nie jednego młodego ziemianina, gorliwego zwolennika in* 
nowaoijów. Wiele i bardzo wiele strat sobie oszczędzi ka- 
żdy, kto mojemu doświadczeniu z wiarą zaufać zechce, 

OFICYAUŚCL 

Jedną, z wielkich podstaw i najdzielniejszą pomocą 
w gospodarstwie, są dobrzy słudzy, poczciwi i pracowici 
oficyałiści, na których leży całe wykonanie woli i rozpo- 
rządzeń właściciela, bo niekażdy z nich chce; drugi za- 
jęty służbą publiczną nie może , inny nareszcie nieumie, 
niema potrzebnćj woli, ochoty, ani znajomości do admi* 
nistrowania; nakouiec jest to obyczajem, upowszechnionym 
u uas, iż właściciel ziemski nielubi poświęcać swego czasu, 
wyłącznie szczegółowo i drobnostkowe swojemu gospodar- 
stwu; nawykły do awobody osobistej, mając tradycyjnie 
sobie przeka?aue uczcie życia publicznego, czas swój 
obracając »ą wymianę prajyjemuych stosunków z sąsiada- 
mi i przyjaoiołmii musi zawierzyć sługom i polegać na nich. 

Lecą gdtóe są ci poczciwi słudzy? 



409 349 

Minęły już te czasy, kiedy sługa ze swym panem 
przywiązaniem i przyjaźnią złączony, interes pana za swój 
własny uważał, i tak idąc przez wiele pokoleń po sobie, 
dziad dziadowi, ojriec ojcu, syn synowi służyli nie przer- 
wanie, Bjrł to jeden z pięknych zwyczajów naszego kra- 
ju, uświęcony powagą wieków, ugruntowany na pobożno- 
ści, i na tśm uczuciu wzajemnego braterstwa, jakidm się 
Litwa zawsze odznaczała. 

Dawny sługa niepatrzał wysoko dla swych dzieci, nie- 
wyciągat ich ze swego stanu, niewyprowadzał z szarój ka- 
poty, w jakiój sam chodził; synów układał do ciężkiej pra- 
cy około roli, aby jego kiedyś u pana zastąpić mogli; cór- 
ki kształcił na wiejskie gospodynie, na poczciwe sługi, lub 
na pracowite i oszczędne szlacheckie żony. Gdy mu z ko- 
lei świat ten porzucić przychodziło, zostawaj ąc na nim żo- 
nę i małe dziatki, umierał całkiem spokojny, bo bezpieczny 
o ich przyszłość, albowiem widział, że nie na igraszkę losów 
ich puszczał, lecz że oddawał w ręce pana, co się niemi 
zajmie, ich usługi wierne przyjmie i ich przyszłość ustali. 
Tym sposobem ze sług i panów, tworzyła się jedna rodzi- 
na, spojona, zrosła z sobą długoletnićm zażyciem się, od- 
wiecznym przywyknieniem do siebie i ciąglćm odnawia- 
niem wzajemnych między sobą stosunków. W tamtćj da- 
cie niekradł, nieoszukiwał, ani zdradzał sługa pana; nie- 
potrzebowat on tego czynić. Zbytkowych potrzeb dzisiej- 
szego świata wówczas nieznano całkiem; a tego oo pobie- 
rał za swe usługi, aż nadto mu na własne i jego rodziny 
skromne utrzymanie wystarczało; wiedział on, iż niepo- 
dzienciie swemu panu służył, wiedział dobrze, że za lada 
fantazyą, lub za najmniejszym gniewem pana wypędzonym^ 
ani pokrzjrwdzonym niezostanie; kochał go też sercem, 
szanował go całą duszą, w jego wzajemnćm przywiązaniu 



550 in 

widzia? rękojmię, swojdj pMyBzlo&ci, swego losu i tej bez- 
piecziiśj pozyeyi na świecie, o.któi^ąsię niejeden człowiek 
pieraz daremnie dobija. 

WzQry tego tradycyjnego wspdlnictwa sług z pana- 
mi, jeszc2;e ^acbwyciJo nasze pokgljenie; jeszcze pamięta* 
iXiy wszyscy dożywające ęxe?pplarze owyct dawnych sług, 
z których życiem zakończył się i <Jw typ staroświeckiej 
prostoty, pobożności i poczciwości. Sciiesąneipi one i nie- 
znośnemu się wy4a'Wały dla ciłodego^ pokolenia, bo się ni- 
gd^ pogodzić znx)wemi wyobrażeniami iiiemogli. Gderząc 
i zrzędząc ng, ułgmnośbie i przywary sli^. nowego pokro- 
ju, swój wiek, swoich pan^w i poczciwość ewąją wychwa- 
}pi,\. Brąkla zaprawdę dawnie starynj sługom tóy oglądy, 
którą nasza tcgocz^esna cywiliz^^ya się chlubi; sługa daw- 
py w prostój, grubej, bachmato usjtyt^ kapocie, lubwwy- 
l^ąrtej lisiurzej, kupi^ndj gdzieś na tandecie, z czupryną nie- 
wystrzyżoną, ai4i nawet uczesaną, w grubych,, ówiekami 
podkutych Ijutach,, stawił się bez. i^rumienienia wszędzie, 
zaledwo na Wielkąnpc i na Bc^e Cią^p przywdziewał ja- 
1^ leps;&% świąteczną kapota; kiedy dzisiejsi słudzy bez 
ciecikiego surduta, modnie uszytegp, lub^węgjerki,^ suto na- 
szywan^ sznurfoiripii bq? myśJi ubliżenia spbie niiBodM^azyliby 
si^ przedstawić nikoniu. 

Dawny sługa, gdy z posĄanowa^iew niezgrabnie uchy- 
lił się, aby uśgisnąć stopy swego piana, czyjail ta z taką 
prawdą, z ta^ wielką serd 'oanością, z takienv wylaniem się 
ozci dla &wego pana^ a jakiej dj:i$iejsi^ słudzy pojęcia, na- 
wet niemają. 

Mówiąc prawdę* i tego zataić niemożna, że się z koń- 
cem ow^j epoki w życiu naszóm, przemieniły obyczaje i 
wymagania socyalne; najstraszniejsza wada tego wieku zby- 
tek, rozszerzając swoje panowanie, dotknął i zaraził tącho- 



411 351 

robą wszystkie stany. Kiedy panowie, goniący za zbyt- 
kownemi potrzebami, wymagać zaczęli od s^^ych sług więk» 
sz^j pracy i zbytnich rezultatów, nowy tegoczesny sługa 
poprzestać już niemógl na opłacie i wygodach, pobieranych 
dawnićj; każdy zuich, ślubując podobnież duchowi czasu, 
występował zagranicę sWojćj możności, piął się wyżej nad 
sferę stanowiska, W którćm go los postawił, ztąd i dzieciom 
niegotował on miejsca po sobie, sądząc ich godnemi świet- 
niejszej od jego doli. 

Rozporządzenia Rządowe zażądały od każdego szlach- 
cica rangi, którą daje służba publiczna. W to im tylko i 
graj! cala młodzież, a w jćj liczbie wszystkie ekonomskie 
dzieci rzucili się do służby publicznej. Środek ten trafił 
wszystkim do smaku — raz, iż przedstawił niejednemu na- 
dzieję świetnćj przyszłości, potćm, iż służba publiczna jest 
Iżejszem zatrudnieniem, że koło niój piękniej i czyściej się 
niźli koło roli chodzi, nareszcie, iż często gęsto świeży gro- 
szyk przybywał daremnie, drogami, jakie u nas służba pu-». 
bliczna nastręcza. 

Córki ich podobnąż idą drogą, miasto wrzeciona i 
kądzia?ki, tego skromnego zatrudnienia, któremu się z upo- 
dobaniem oddawały staroświeckie dziewczęta, zamiast 
kształcenia się na dobre ochmistrzynie, na skromne i po- 
rządne sługi, na których nam tyle w kraju zbywa, kiero- 
wane niby na guwernantki, wychodzą na istne LaCryndy; 
przez rodziców oddawane do pensyonu, uczyJy się szcze- 
gólnićj po Francuzku i grać na fortepijanie. Taka, gdy 
wróci do domu rodzicielskiego , prużnuje i nudzi ; na ja- 
kiemś rozklepanćm brząkadełku, co się klawikordem na- 
zywa, bo na lepsz}' ojcowi funduszu niestarczy, wygrywa 
jakieś szyk- polki; często, próbując głosu; 
— „Siedzę ja sobie pewnego ranka**, lub, „Te brzóz kilka". 



352 412 

Przy owem klepadle piskliwie lipiewa, które papa i ma- 
ma admirują, ciesząc się, iż edukacya do dziewczyny przy- 
staTa. To znowu jak istota niepojęta i niezrozumiana z prze- 
sadą ubrana z siążką najczęści<śj Francuzką i z rozkwitłą 
gałązką lilaku w ręku, błąka się samotnie po wirydarzach 
ogrodu, lub siedząc pod cieniem drzewa, wygląda, czyli 
który z dworskićj młodzieży nieprzybywa ją zabawiać swo- 
ją rozmową, jednćm słowem, niewprawiona do pożytecz- 
nej pracy, wiecznie próżnuje. 

Na wszystkie wydatki podobne starczyć powinna bied- 
na głowa ekonoma; niedziw zatćm, iż gdy mu pensyi na 
wszystko za mało; gdzie może, tam skubnie; czego niedo- 
skubie, to jakąś jedną, drugą beczkę zboża u pana wypła- 
cze, w3niiodli na swych dzieci, których jakby djabeł mu 
pomagał, u każdego z nich półtuzina, najmniejszą liczbę 
stanowi* 

Na starćm sług pokoleuiu, przerwał się na Litwie ciąg 
oficyjantów, albowiem, jak przed chwilą rzekłem, w póź- 
niejszym czasie, dzieci ich, pogardziwszy powołaniem ro- 
dziców, inną już całkiem poszły drogą; niedostatek ich za- 
pełniać u nas poczęli ludzie niefachowi, nieprofesyjniści 
lecz Jacyś amatorowie, bez konduity i charakteru, nsjczę- 
ścićj ludzie, których legitymacya szlachecka w obliczu 
prawa uznaną niezostała, lub właściciele drobnego kawałka 
ziemi, należącego do licznćj rodziny, co ich wszystkich 
wykarmić, ani utrzymać niemogła; którym gdy już tru- 
dno w nieczynności przeżyć było, rzucali się na służbę 
prywatną; i tak się zaprowadziła i wyrobiła u nas kiassa 
nowych oficyjantów. 

Nauka w podobnym oficyąncie niejest zbyt obszerna, 
niedaleko ona sięga; umie on zwykle ladajako czytać, pi- 
sać dosyć słabo, tyle tylko, ile mu potrzeba na zapisanie 



413 353 

rejestrów i pańszczyzny, umie zaledwo i to niebezpomy- 
lek cztery proste d^alauia arytmetyczne. Wiadomości 
agronomiczne podobnież niesą obszerne a tych ludzi; wie- 
dzą oni iż najpi^rwsze ziarno, jakie się sieje po zimie, 
gdy ziemia przeschnie, jest groch i pszenica letnia; że groch, 
aby go robactwo niezjadało, siać trzeba w poniedziałek, 
piątek i sobetę, dla tego, iż nazwisko tych trzech dni nie* 
zawiera w sobie litery JR. Pszenicy niesieją w pełni, bo 
w pełni g;dy posianą będzie, kłos w ni^j nigdy jakoby 
całkiem niewy płynie; że jęczmień sieje się dwoma na* 
wrotami: piórwszy zaraz z wiosny; drugi na sześć tygod- 
ni przed św.^ Elijaszem, kiedy już żyto wypłjrwa, że i przy 
siewbie jęczmienia pełni wystrzegać się należy, albowiem 
i ten, siaoy w pełnię, kłosów niewyda; że siewbę owsa 
zaczynać potrzeba na jedenastym tygodniu przed sw. Eli- 
jaszem, a kończyć ją na siódmym; że się len sieje na św. 
Belenę; że się pole pod żyto uprawuje pod samą pełnię; 
nareszcie, że siewba żytnia rozpoczyna się od Przemienie- 
nia Pańskiego t. j. od dnia 6-0 Sierpnia, a przeciąga się 
dotąd, aż żyd koł na kuczkę zabije i L d. 

Wielu z nich starszych wiekiem i doświadczeniem, 
posiada jakieś pewne, a dziwne sekreta i tajemnice gospo* 
darskie, któremi się niebez zazdrości, skąpo, w dowód 
wielkićj łaski podziela z młodszemi i mnićj doświadczone- 
mi od siebie gospodarzami, jak na przykład: przy siewbie 
konopi uważać zaleca^ aby wszystko, co potrzebne do sia- 
nia, przygotowanym było za wcześnie, ażeby siewca nie- 
brat się dnia tego za żadną inną robotę, albowiem, gdy 
tego warunku niezachowa, konopie, zasiane tą ręką, która 
inną robotę po piewbie spełniać będzie, nieobejdą nad po- 
wierzchnią ziemi, lecz wszystkie w korzenie obrócone, świ- 
drem w ziemię pójdą. Po zasianiu konopi i po ich za- 

TEKA N. V. 45 



354 *t* 

oraniu, przed wieczorem wyjmuje aię ierdź z płotu i kła- 
dzie się na nim co najwyżśj, co stanowi sekret, ii kono- 
pie tak wysoko wyrosną, jak wysoko żerdź została położoną. 

To znowu, przysiewhie jęczmienia, pilnie baczyć na* 
uczą, ażeby pod czas siania nigdzie się w piecach niepa- 
liło; gdy się bowiem to prawidło niezachowa, jęczmień 
w ziarnie będzie miał czarne głównie, znane w zbożu pod 
nazwą rożków. 

Przy siewbie bobu pamiętać każe^ ażeby siewca miał 
żelazo przy sobie; ono bowiem zachować powinno przyszłe 
ziarno od spalenizny, którdj ślady zwykle błyskawica na 
bobie zostawuje. 

Po każdym posiewie radzi, aby oracz, skończywszy 
ostatni zagon, prosto z pola prowadził sochę do rzeki i ją 
obmył na biegąo^j wodzie; lub w niedostatku rzelri, w ja- 
kiejkolwiek wodzie ją opłukał; czćm zabezpieczy niezawod- 
nie obsiane pole od dzikiego ow^śiucha, głuszącego jarzyn- 
ne ziarno. 

Przy pićrwszem wyj ecu wiosną z sochą, pilnie baczj 
tego, ażeby oracz miał przy sobie gromnicę, jako i boche- 
nek okrągły chleba,, pozostaty od wielkanocnego święco- 
nego; po takićm rozpoczęciu orki, tak na polu, jako i w dal- 
szóm gospodarstwie, wszystko ma pójść w ciągu tego ro- 
ku okrągło i gładko. 

Koście od święconego aakopąne do ziemi po czte- 
rech końcach pola, strzedz mają urodzaje od gradów. 

Gdy się żywioł po raz pierwszy wiosną wyprawuje 
z obory na paszę, uczy on; aby czuły o całość żywiołu 
gospodarz obchodził do koła oborę z czterma zamkami 
w ręku; przed każdą ze czterech ścian obory po jednym 
zamku na klucz zamykał; poczóm te cztery klucze od zam- 
kniętych kiodek, aby na czterech ścianach swojćj izby za- 



415 355 

wieszaf; po dopeinienia tój ceremomi, jest wszelka pewBość, 
iz wilk żywiołu z tój obory nigdy niedotknie. 

Gdy się robactwo w żywiole zaprowadzi , i tak się 
w której sztuce zagnieździ, że żadne leki znane oczyścić 
ją s niego niemogą; w takim rasie szuka on dziko rosną- 
cćj na polu dziewanny; tę nacbyla ku ziemi, konieo jćj 
przyciska żarstwianym kamieniem, przyczćm wyrzeka ja- 
kieś tajemnicze zaklęcie, i w chwili, gdy to czyni robaki 
.z chorćj sztuki żywiołu, sympatyczną silą wypędzane ma- 
ją uciekać, po czóm sztuka do zupełnego zdrowia przychodzi. 

Gdy trzoda chlewna dziedziniec przed domem poryje, 
ostrzega aby takowego dla zrównowania bronami, broń Bo- 
że, niebronowano, albowiem po tćj manipulacyj wszystka 
trzoda wydeohnie. Jedynym sposobem ratowania trzody 
od wyginięcia i to na prędce, po tak nieobacznym postęp- 
ku, przez niedoświadczonych gospodarzy spełnionym; jest 
przeprowadzenie duedzlńca znowu bronami, lecz już obró- 
conemi do góry, t. j. tępym końcem ku ziemi. Tym je- 
dynie sposobem poprawić tylko można szkody, popelnioiike 
przez zabronowanie porytego miejsca^ 

Któż nareszcie wyliczyć potrafi wszysitóe gospodar- 
skie sekreta, posiadane przez tychhidzi; oprócz tajemnic 
z gospodarstwem złączonych. Są jeszcze między podobne- 
mi oficy antami i tacy, którzy się znają na znachorstwie; 
taki niechętnie i prawie nigdy za życia swoich sekretów 
innym uieobjawia, albowiem moono jest przekonanym, iż 
gdy tćj nauki drugim udzieli, sam straci własność jćj uży- 
wania; przeto przy śmierci tylko wybranemu i przyspo- 
sobionemu do tego człowiekowi tę tajemnicę powierza i 
przekazuje podobnież z warankiedDL eprzysiężooym niewy- 
jawiania jćj nikomu^ 

Taki znachor umie iłowami jakiemia tajemniosemi za* 



356 416 

trzymać krwotoki różnego rodzaju u lud^i; iecey febrę przez 
puszczenie na rzekę kilku kawałków drzewa brzozowego 
ze stosownym do tego zaklęciem. Leczy przez zamawia- 
nie ukońszonych od gadziny. Umie on sprawić przykrość 
myśliwym przez zaczarowanie f użyj, za pconocą osinowego 
kołka, zabitego do ziemi. Umie zatrzymać słowami w naj- 
większym pędzie kamień młyński. Umie obronie krowy 
od wiedźmy, co przemieniona w ropuchę, jakoby krowę 
wysysa i mleczność w oborze niszczy. Zna rozryw-trawę, 
za dotknięciem się którćj wszelkie żelazo pęka. Posiada 
tajemnicę dowiedzenia się o skarbach ukrytych; z tą jed- 
nak szacowną nauką zawsze goły żyjci a umiera najczę- 
ściej w nędzy. 

Na t^m się zatrzymali ci ludzie , według wyrażenia 
p, Kraszewskiego użytego w którćmś z pism jego, jak owe 
zegary popsute, które się na pewnćj godzinie zatrzymały 
i dalój pójść niemogą. Żadna myśl postępu do ich przeko- 
nania nie trafij niewierzą oni w iadne ulepszenia gospo- 
darskie, nierozumują, niemyślą ani czytają, ani drugich 
słuchają, lecz za to wojują oni wszyscy jakiemiś jedne- 
stajnemi axyomatamit w ogólnikach zawartemi, których się 
jeden od drugiego z upodobaniem uozjr; tak naprzykład: po 
^iężkićj i przedłużonej zimie, gdy karmu dla żywiołów 
w gospodarstwach już nieataje, zalędwo na wiosnę śnieg 
schodzić zaczyna, a ziemia zwarrfa żadnćj a^ielonój trawy 
wypuścić z siebie niemiała jeszcze cjsasut ekonom podobny 
zamiast zaopatrzenia się wcześnie w karm potrasebny, by- 
dło wypędza w pole, lub do lasu na wriosy, 
— Cóż ono tam za pokarm wajdzie? 

yy^t fdunftTw iif i poweselej^^-^-ekonom odpowiada, 
jak gdyby wytarciem eię głód jjaspokoió i poweseleć mo- 
żna było, ' 



4J7 357 

W polowie maja, kiedy przyrodMnie w catój swojej 
krasie i sielooości, awegataoyja w oaiej 8wojćj aile, tfiadl 
pan na konia, aby objechać poletki; ekonom mu towarzy- 
szy. Żyto byto w pęku, gdzie niegdzie kłosy już wyzie- 
rać zaczęty; zdało ma się, że ono jest rzadkie, żle obsia* 
ne w jesieni. 

— „Kiepskie mospanie mamy żyto" — pan rzecze. 
-— Nmhhr%ę się — z pewnością odpowiada ekonom. 

Szlachcic na dobrą wiarę czeka cale lato, aź się ono 
mewiedzieó z czego nabierze. 

Żyto wypłynęło, odkrasowało, kłosy nalane dężarem 
ziarna pochyliły się ku ziemi i słoma już żóiknąó zaczyna; 
znowu pan jedzie okoła pola > znowu ekonon^ mu towa- 
rzyszy. Żyto rzadkie jak przedtćm; wyraźnie, że się nie 
nabraJo jeszcze, 

— „Kiepskież , mospanie nasze żyto'* — znowu do eko- 
noma pan rzecze, 

— Co be% €%ęsiQ — ekonom mu na to pocieszającym to- 
nem mówi, 

rfubierie się i co be% czega są to dwa najświetniej- 
sze wyrażeoia w mowie oncyantow naszych; w nich oni 
zamykają całą nadzieję przyszłości gospodarzą i całą po- 
ciechę, gdy się urodzaj uieudał w jesiem'. Jest to otg- 
szezytaiejszy pomnik lakonicuićj wyniowy ekonoinskiój; jest 
. to jakby owe starożytne Julijuwa Cezara; veni, yidi, vinoiI 
Przyznać jednak trzeba, że z takiemi przywarami słu- 
dzy bywają często roztropni, przebiegli i rządni ludzie; 
choć niezapomina o sobie, przysporzy coś jednak i dla pa- 
na, aby miał ^ę czćm z nim podścielić , lecz jest klaasa 
oficyantow, tak nazwanych poczciwych, dobrodusznych, lu- 
dzi, bes najmniejszych nałogów; taki wódki niepije, fajki 
niepali» tabaki nawet niezażywa^ nigdzie się niezahula, p^* 



358 418 

boźny; ciągle Skarb dla duszy, Żywoty sś. lub kantycxkę 
czyta; W niedołężnym zarządzie takiego czas się marnuje^ 
robotnik trze się, robota niepostępuje, opuszczenia w go- 
spodarstwie z każdym dniem się mnożą; gdy ztąd złe na- 
stępstwa i szkody wynikną, on rzewnie płacze i przysięga, 
że poczciwie służy, że zawsze ubogi, że nip u pana nie- 
ukradł, gdy tymczasem większe on daleko od tych , co 
z umiarkowaniem kradną, szkody swemu paaiu wyrządza, 
bo większą bez porównania jest krzywdą marnować i tra- 
cić dni robocze, które raz stracone, niewrócą więcej; gdy 
ocenienie ich wartości na gotówkę w ciągu roku jedne do 
drugich przyliczone, złożą kapitał marnie starty, z którego 
• ani pan, jako właściciel, ani sługa tym funduszem admini- 
strujący, ani wyrobnicy , od których się dni robocze na- 
leżą nic na tćm oieskorzystali. 

Od takich sług zachowaj Boże każdego! — 
Administraoya właściciela ziemskiego na Litwie, gdy 
niekażdemu na utrzymanie porządnego rządcy wystarcza, 
składa się zwykle z pisarza prowentowego , ekonomów i 
rachmistrza. Pisarz prowentowy zwykle chłopiec młody, 
co wiatry goni, niemając wiele doczynienia, bo mu się do 
szafuoku niewiele zwykle od razu powierza, wiecznie roz- 
trzepany, bo jednocześnie zwykle to jakąś miłoeną intrygę 
prowadzi, to bryczkę, ukradkiem sporządza, to fuzyę pró- 
buje, czy ona mu dobrze kulami bije do celu, zakreślone^ 
go na ścianie najnowszej i najzdrowszej zawsze budowy 
' folwarku, którą psuje potom dtótem, dobywając z ni^j kulę 
wpędzoną. Wieczorami przez galanteryę przepisuje wier- 
aze dla garderoby pani, lub się zgrywa w karty, gdy oko- 
liczność posłuży po temu. Zagadnięty przez pana o czyn- 
ność, do służby jego przywiązaną, zawsze się łgarstwem 
jakoś wykieruje. Oto jest jedyna u nas po mniejszych 



adtninisŁracyao^ ukoła dla mtodychaiug. Na próżnowa- 
niu, na kfem:istwie i na przypatrywania się zblizka nadu« 
życiom ekonoma, ksztaici się on zwykle w przyszłości na 
ważniejszego oficyanta; bo gdy się ożeni, postępuje naj« 
częściej £ tćj posady na ekonomiję , jako zyskowniejsze 
miejsce, na któróm kawai cbleba pewny. 

Bkonom jest to jakby ten wói zaprzężny, co ciągnie 
całą macfainę ; pracuje on od rana do wieczora; ma on na 
«wojćm ręku wszystko , co prawdziwe jądro gospodarki 
stanowi; on się robotnikiem rosporządza, on pola obsiewa^ 
plony zdejmiąje, siano kosi i nim przez całą zimę szafuje; 
nabiał, ptastwo, |)rzędziwO| ogrodowinę^ wszystko ma 
w swojćm ręku, z każdego artykułu gdy musie potrochę 
okroi, ot i jest czem żonkę przystroić na fest do koscio* 
ła, jest czóm dziepi sobludnie przyodziać i jest co zacho- 
wać na czarną, jak oni nazywająi godzinę. 

Kończy się rok gospodarski. Rachmistrz przez oku* 
lary, ho zwykle człowiek nie młody i poważny, co ślepiąc 
ca^e ^cie x^d rachunkami, oczy stracił, oblicza decessa i 
szkpdy; przedstawia je panu. Pan się złości, gniewa, eko- 
noma zabiera ąię wypędzić. To się dzieje w kwietniu, bo 
na 8» Jerzy rok się gospodarski zaczyna. Piękne wiosenne 
słońce osuszyło już ziemię, juz się siowba zaczyna; gdzież 
teraz szukać nowego oficyanta, gdy się robota w polu roz- 
poczęła. Pan, zagniewany za nadużycia, ekonoma zfuka, 
poiaje, wypędzeniem na przyszłość pogrozi i rok się gor 
spodarski po staremu na nowo zaczyna. 

Wypędzić dawnego sługę nie jest rzeczą bezpiecznąi 
bo smutne niestety! doświadczenie tylokrotnie już powta- 
rzane, przekonało nas o tćj prawdzie, iż oficyanta z wielJ 
kiemi nawet przywarami znosić i cierpieć trzeba, albowiem 
na miejsce tego , co się odprawuje, niezawodnie nastąpi 



\ 



360 420 

nowy gorszy z większemi bez porównania wadami; tak 
dalece strona moralna tój klassy ładzi jest zaniedbaną i 
zepsutą tutaj od lat wielu. Lecz że nidma prawidła bez 
wyjątku, przeto i u nas znajdują się niekiedy oficyanci 
dobrzy i poczciwi. Sługa dobry i poczciwy stanowi wpra- 
wdzie bardzo wielką wyjątkową rzadkość; ten nie jest do 
wzięcia; zwykle on miejsca nie odmienia, bo go całą siłą 
pan któremu służy utrzjnnywaó usiłuje, on zaś do miejsca 
i pana prz3rwyka. 

I tó jeszcze należy do błędów i słabości naszych, któ- 
remi powiększamy to zło i tak już ażnadto z siebie wiel- 
kie, że oficyaliście niezdolnemu, którego wypędzamy po 
prostu z naszej administrac}^, przez litość jakąś nad jego 
dziećmi, dajemy dobre świadectwo o służbie jego, którym 
ón zaopatrzony, na wiarę podpisu, łatwo miejsce dostaje 
i drugich kolejno zawodzi. 

Cały ten porządek służby gospodarskićj zwichnięty, 
wykoszlawiony, idzie u nas krzywo i niepraktycnie; ztąd 
też i wjr^adki ogólnie nie odpowiadają oczekiwaniom i nie 
prowadzą porządnie do wielkiego celu ekonomii politycznej, 
którego zagadnieniem jest bogactwo krajowe. Jeżeli skar* 
żemy się na ten stan moralnego odrętwienia w kraju na- 
szym, który przebywaliśmy tak długo w oczekiwaniu 
Bzczęśliwszćj przyszłości, na to rozprzężenie się ducha i na 
ten upadek moralności, którego przykłady tak przemożnie 
Bzćrzące się po kraju widzimy codziennie, a którego obja- 
wy towarzyszą zawsze każdśj narodowości, upadłćj poli- 
tycznie, i temu przyczynę żła przjrpisać usiłujemy; jeżeli 
obwiniamy ustawy krajowe o to, iż one się do tego zła tak 
przemożnie przyczyniły: uderzmy się takoż w piersi i przyj- 
mijmy znaczną cząstkę Winy na siebie. Wszelkie przykłady 
złego i dobrego idą zawsze z góry. Gdyby nie ta indo- 



491 361 

hmcya i Ła abiiogaćya na^^sa , co nam odejmii}%e ochotę 
do o^oustdj pracy, doprowadza do ślepego spuszczania 
się na £i]ugł, oficyauci, czujący nad.mbą ciągłe oko pana» 
ioaczej by się sprawowali; żeby nie to przywyknienic, nie 
to niewolnicze poddanie się nasze wygodom zbytkownym, 
Cl ciało rozpieszcza, któryah zaopatrzenie przechodzi nie 
raz możność czlowiekai a ich nabywanie z ostatków, rzu- 
cając jadowite ziarno złego przykładu zaraża niemi i słu* 
zebną kłaesę, wyradza u pich pićrwszy zan^dek niemoral- 
nośid, który przy ziem usposobieniu religijnóm i moral- 
uem w tej klassie tak szybko się rozwija; gdyby na osta- 
tek nie ta p ^błażliwośó zbytnia^, rówuająca się słaboś>i, na. 
wady sług naszych, nakonie*-^, żeby nie ta litość niepotrze- 
bna nad winnym: klassa siug naszych, tak przez nas zwią- 
zana i obwarowana, jeżeli nie przez zasady , tedy począ- 
tkowie z potrzeby musiała, by się staó pracowitą, usłużną 
i dobrą, które to przym oty • z razu przez potrzebę po- 
częte i powtarzan»s mogłyby się z czasem zamienić w zwy- 
czaj i przechodząc; z pokolenia na pokolenie, przez przy- 
wykuienie stać się cnotą, dają<^ą prawdziwą wartość tćj 
klassie ludzi, której im dzisiaj nie dostaje. 

Każda rzecz w przyrodzeniu ma sobie wskazane pe- 
wne drogi i zakreśloną porę, do której wzrasta i wypeł- 
nia zakres swoj^^j działalności; dla czegożby gospodarstwo 
Litewskie nie miało ulegać temu ogólnemu prawidłu? Owoż 
gdy stan podobnego nieporządku w gospodarstMiach na- 
szych na Litwie, coraz się wypełuiai i dochodził do ^wej 
dojrzałości. Poczucie potrzeby ulepszeń przez zaprowadze- 
nie rozumowanych gospodarstw, stało się uczuciem po- 
wszeclmit jszćm, a tak wydatną i konieczną już potrzebą; 
lecz bi*akio nam zawsze na środkach uskutecznienia tej 

dążnoś i; bo brakło nam :ciąglę dobrych sług i oficyantów, 
TIZA N. V. ^6 * 



^2 An 

na których jedynie spoczywa wykonanie tego datieła. Kie- 
dyśisy nad tą smutną alternatą rozmyślali, nowa całkiem 
klęska dla gospodarstwa naszego znać przeznaczoną była; 
Bogu dzięki, iż nie długo ona trwi^; przechodnie tylko 
mając istnienie, nie zostawiła po sobie zbyt wielkich śla- 
dów zniszczenia w gospodarstwie krajowóm. 

Oto znalazła się w Warszawie jakaś klassa ludzi, pró- 
żniaków, ludzi straconych, żyjących bezjntra, przemysłow- 
ców szkodliwych, jakaś tężyzna nowego rodzaju » co gdy 
po jarmarkach hulając , grając w karty, potraciła resztki 
swojego funduszu i znalazła się bez sposobu do życia na 
brukach Warszawy, musiaia się chwycić jakichś śrolków 
utrzymania siebie i rodziny swojej; tó znowu jakichś eko- 
nomków niedouczonych i całkiem niezdolnych^ którzy w go- 
spodarstwach koronnych pod bystróm okiem i żelazną ręką 
tamecznych prawdziwych i dzielnych administratorów, gdy 
wytrzymać ciężkich prób pracy i umiejętności nie mogli, 
a bez tej chtóba darmo niedostali, postanowili zosta(^ agro- 
nomami i jechać na dziką i ciemną , jak ją nazywali Li - 
iwę aby ją oświecać i urządzać. Owa ciemna i dzika Li- 
twa dobrodusznie, z pełną wiarą i z właściwą pohie gościn- 
nością przyjęła tę zgraję dobrodziejów swoich. Oprócz 
pojedynczo tam i ówdzie przybywających, znalazła się je- 
dna z administracyj możnego bardzo pana, gdzie do za- 
rządu obszernych dóbr jego, po gubernii Mińskiej poło- 
żonych, ^dy miejscowi oficyaliści niedogoduemi być mu się 
wydali, w zamianę przywożono kilką nawrotami z Warsza- 
wy sług podobnych furami, lecz co do słowa furami; za. 
den się z nich nie nazywał po naszemu rachmistrzem, eko^ 
nomem, ani pisarzem; lecz były to transporta samych ad- 
ministratorów, agronomów, lustratorów, kontrolerów, któ^ 
rzy się ztąd, bo ich prędko jednego po drugim wyprawia*^ 



423 S63 

no, pa okolicy rozeszli sięt rozuosząe naukę i światło, z ja- 
kiem przyjechali, pomniejszych gospodarstwach naszych. 

Mój Boże! co też to za dziwny i drapieżny jakiś ga- 
tunek byi hidzi; wyobrazić sobie nie podobna z jaką za- 
rozumiałą furfanteryą wpadali oni pośród nas cichych i 
skromnych mieszkańców, skromnój spokojnej prowincyi na^ 
szfj; z jaką odwagą bezprzykładną, którój gdyby użyli 
w dziełach wojennych, każdy by z nich mógł byó boha- 
torem. RzucaU się i decydowaU o gospodarstwach i kra- 
ju, który ptórwszy raz widzą; bez. najmniejszego zapo- 
znania się z miejscowością^ bez^ potrzebnego zgłębienia na- 
szćj gleby, naszój Aury,, bez poznania wszelkich okoliczno- 
ści, wynikłych z.tegp wiclkiegp węzła » jakim jest społe- 
czność nasza. A tak potężny i tak wybitny związek mają- 
cych znasza obyeząjnością; nie wiedząc prawdziwie od cze- 
go tu począć wypada, dzieto> reformy rozpoczynali od ha- 
łaśliwego ganienia wszystkiego^^ co*uasze. Najprzód z góry 
znajdowali t iż gleba Litewska jest zimną,, że ma grunta 
sopowate, nieurodzajne, bez. próchnicy. Ten. nie wiedzieć 
dla czego znajdował, że tylko* na ziemi Litewskiiśj nic in- 
nego, jak buraki sadzić wypada , a ctikro4varstwo« jedno, 
co tylko Litwę podnieść może i na głowę radził, aby cu- 
kiernię zakładano; drugi mówił,, że drenowanie dla Litwy 
jest jedynym środkiem^ i caprędzćj gliniane rury do tego 
obstalował. 

Inny widząe łasy óbBz&me^^ radzi! zaMadać huty 
szklanne; z największą effrooteryą uczył i podawał sposo- 
by, jak korzystnićj wyrabiać drzewo na makszty i szpyry 
o nazwisku których, pierwszy raz tutaj zaledwo zasłyszał; 
zuchwale poprawiał i dyrygował paleniem smoły, opera- 
cyą tak zwyczajną u nas, którą on poraź pićrwszy wży- 
ciu swojem widział, którą każdy prosty człowiek tutaj 



364 434 

praktycznie najwyborntój pro wadzie a której rifeiimi 'jętne 
dozorowanie co chwila właściciela o szkodę przyprawić mo* 
że. Kadził zaprowadzić żeglugę parową po nnszj^ch rze- 
kach, albowiem utrzymywał, że na Litwi-* tylko «)ei*,hafłi- 
rzną gospodarkę z forsą prowadzić można, co nie ohie- 
cuje właścicielom wielkich korzyści, kiedy handel na rze- 
kach jedynie tylko wzbogacić może. 

Inny, widząc rudawkę, powszechną tn po sianożccinch, 
powierzchownie, wyliczał na krocie korzyści, jakieby żt^lazo 

d?i6 tutaj powiuuo i fabryki żoktza co najprędzej zakładać 
rad^i. 

Ten fornalki sprzęga i wazy pd Lilpopa sprowadza; 
tamten pługi od Sztejnklera wypisuje i przez taką orkę, 
przewracając warstwę, wierzchiiią ziemit uą polach naszych 
urodzajność niszczy; wszyticy nam imponować u^^ilują przez 
wyrazy, nazwiska, które sami n^achinalnie c>tują jak up. 
plodożmiai^, rotacija, kapilarnośó, sochy systematu p. Dam- 
bala i t. p.; imponować nam usiłują,, przez p< ^ wojną buch- 
halteryą, o której zaledwo sami slys&fli, znając ją tylko 
z nazwit^ka, a której oata wartość leżała u nich jaket^my 
się przekonali jedynie na czerwonym atraraenci«» ; zapro- 
wadzają xięgi rygowano czerwonym atramentem; czerwo- 
ne w nich cyfry stawią, lecz bilansu żaden, śmiało to rzec 
można, do końca nie sprowadził, bo gdy «ę nieumiejętny 
rachunku pojedynczego, a gdzież tam podwójnego, w cy- 
frach splątał; ani sam wiedział, co robi, ani właściciel do- 
szedł gdzie si^ co podziało. Każdy z tych ichmosciów 
widział zapewne^ że się tak w porządnych gospodarstwach 
w królestwie dzieje, lecz jnioajego uiei umiał grujntownie; 
wszystko u nich było po\vierzchowfie, okraszone tylko sło- 
wami; wszystko leżało na pozoraeh, nie miało najmniej-, 
fizej wartosioi, choć wszyscy wołali jtdnogluśnie: 



4S3 M5 

— ^ProflTEęPaDal jaki tei to kraj jest d:siki ici^niiy; 
tn żadnego goBpodarstwa nie sssaćhodziniy; gdybyśmy je* 
ssicze o lat kilka później tutaj przyjechali, to» proszę Pa* 
tia! jużby dobra tutejsze żadnej wartości nie miaiy. » 

Mylą się i grubo mylą się wszyscy ci, którym się 
ziaje, iż na Litwie g spodarcjtwo nie było rozumowanym 
nigdy. Musiało ono być w swojej dacie i mądrze obmy- 
ślane i trafnie, a praktycznie zastosowane do miejscowo- 
ści, do sloiica i gleby tutejszej , kiedy po dostatnićm wy- 
żywieniu mieszkańców tego kraju, po okarmienia nieraz 
nieproszonych w kraju gości, po utrzymaniu dostatni^m, 
oporządzeuiu i sutem zaopatrzeniu rozmaitych jakichś przy- 
błędów, którzy Litwę bez końca w zuaczndj liczbie na- 
wiedzają, było czóm jchzcze karmić głodnych za granicą. 
Niemen i Dźwina po grzbiecie swoim niosąc corocznie 
zbywające od potrzeby płody kraju naszego przez Króle* 
wiec i Kygę, rozdzielała takowe pomiędzy obce kraje. Pra- 
wda , że bławatów i wina kraj nasz nie wydaje ; daktyle» 
pomarańcze, ani banany w nim nie rosną; lecz ileż w za- 
mian za to skromnych wprawdzie, a tak zdrowiu ludzkie- 
mu pożytecznych, tak nieocenionych dla konieczności i dla 
iwygod życia naszego płodów, ta poczciwa i kochana na- 
sza Litewska ziemia rodzi? Oprócz chleba , którym się 
człek codziennie żywi, oprócz dostatku wybornego mięsa» 
jakie nam pastwiska nasze wykarmiają; mamy własne płó* 
tna, sukna na odzienie, skury na obuwie, żelazo na rolni- 
cze sprzęty; dziki zwierz, którego Litewskie lasy są je- 
szcze pełne, dostarcza nam futra na zimę, dostatek drze- 
wa ciepło w domach utrzymuje. Z żyta robiemy gorzał*^ 
kę, którą długie lata do wysokiej wartości podnoszą, ję- 
czmień daje piwko, a pracowita pszczółka miodek składa- 



S66 AU 

t którego warzemy aobiB świąteczny napój , zdrowszy i 
sma^^ziiił^jszy od wszystkich win na świecie* 

' Czyliż mając tyle darów przyrołzenia, tyle owoców 
pracy naszej , znajdziemy jeszcze cośkolwiek do zazd]x>-» 
szczenią obcj-m? czyż widząc taki szereg wygód dla ży- 
cia wynikły z gospodarstwa, a bezprzcstannie się powta^ 
rzający i sjoknjme, *iwobodnie^ bez najinia^jszfgo wysił- 
ku i wytężenia porządnie wiążący się z sobą; ktokolwiek 
z rozważnych i niyś^cych ludzi odważy się. powiedzieć^ 
że to jest kraj dziki i ciemny, że w nim śladów niema 
żadnej gospodarki. O nie! przywilej ten .zaprawdę zasta- 
wionym zosta! jednym tylko owym nowoczesnym agrono- 
mom, o których jest mowa , którzy bez najmniejszego za- 
pasu nauki i usposobienia na ową ciemną i dziką Litwę 
się rzucili w nadziei, że jako ci^emna, na nich się nie po- 
zna, ą wśród niej będą mogli oni pędzić życie wygodne 
i opłacać grubo Litewskiemi pieniędzmi niby swoją naukę» 
Rp /.poczęło się więc marzone przez nich żniwo; 
wszyscy dotali u nas w mniejszych czy większych admi- 
nistracyjach bądź miejsca, bądź znrząd. Każdy z tych 
mł>dych ekouomków, który mazymum za 200 złotych 
ro<'znie i kawałek skromnej slrawy musiał u siebie pod 
dyrekcyą ciążącego nad sob:jj rządcy pracować, jak- wy- 
robnik jaki od wschodu do zachodu slonca, gdy bral się 
do zarządu dóbr na Litwie, kazał sobie płacić po rubli 
kilkaset rocznie, rozką/y do ekonomii wydawał z ga- 
binetu z cygarem w ustach; do południa ze szlafroka nie 
wyłaził, bo mu ranek cały zabierała herbata; o południu 
jadł śniadanie, potom, ubrany w eleganckie długie lakiero- 
wane buty, w które wszyscy jakby na jeden model jedno- 
stajnie przybrani, przybywali nam z Warszawy; przecho- 
dził się , lub przejechał się trochę i wracał o drugićj na 



427 Wi 

obiad do doma ; pocsćm zuowu ćygarkOt suiowu odpoczy- 
nek; dzień si^ koiiczyi najczęściej na partyjce preferausa, 
do którego miewai sobie laprosiianycb bądź Bąsiadów, 
bądź kolegów swoich. Zagadnięty oto, s zuchwałos^cią od- 
powiadał : 

— »A jiiiełi*.^ pros»ę, Pana^ po pracy od})ocząó po- 
trzeba, iziyBUiy, pix>8zę Pana, wKrdltfitwie do tego przy- 
wykli.* 

Po preferausie i wieczerzy rozpoc:^naty się zwykle 
orgije różnego rodzaju, które im dawaia wladz'4 uad nie- 
wolniczym ludem; co dni kilka eluga taki na fornalkach 
Patiskich, sprzężonych dla folwarku do pracy w jospodar- 
siwie wyjeżdżał wodwedziny do sąsiadów, bo też łyłoby 
wcale niegrzecznie nie odwiedzać ich nawzajem, bez cze- 
go stosunki sąsiedzkie ostygnąć i ustać by mogły. Xilk;% 
raizy do roku taż fornalka woziła pana Administratora do 
pobhzkingo miasteczka na publiczne zabawy, gdzie się on 
uprzejmością i szczodrem traktowaniem swoich j>rzyjaciól| 
swoich znajomych i- nieznajomych nawet odznaczał, a 
zręcznością w tańcu nad innych popisywał. W maturze 
dzielny, wołjertasie ni-porównauy, zmęczony kilkadnio-. 
wym tańcem, zgi^ny w karty z zaciągniętym długiem w kra- 
maob, gdzie na konto swego pryncypała brał rzciazy, nie- 
odbicie do życia jego potrzebne, jak wino, rom, ^ukiery 
herbatę, cygarę, kawior, śledzie holenderskie^ sór szwaj- 
carski i t. d., wracał odpoczywać do domu. 

Starsi od tamtych doświadczeniem, uźbieranórn na 
bruku Warszawy, to jest ow*a tężyzna, wymowniejsi od 
pierwszych, lepi<ij od tamtych umiejący władać językiem, 
o wiele od nich zuchwalsi i niebezpieczniej^i , niejeduego 
% nas, chciwych postępu w gospodarstwie swoją mową zdu- 
rzyU i pozorami pra\Ydy do kosztownych doświadczeń po- 



908 42g 

ciągnęli; przyjeżdżali oni do des z żonami i liczną rodzi- 
ną zwykle na wyższe poeady; ich pensyo na tysiące się o- 
hli(*zały; utrzymaaie, wymagania i kaprysy kosztoj^^aly ro« 
cznie drng e tyle; żaden z tych panów nie zezna! pokor- 
nie, iż przyj<.'żdża na Litwę szukać i pracować na kaws^ek 
chleba, którego w Królestwie niezua]azi» lecz każdy znich, 
jakby nam łaskę erwoj^m przybyciem czyniąc, lekko i po- 
gaj-dliwie jiiawial: iż wyjechał z Królestwa jedynie dla po- 
znania Litwy, dla spraktykowania umiejętności swoich, a 
każdy z nich zostawi! bądź dom w Busku, pod zarządem dzia* 
dka, bądź niedzielone dobra w SanHomierskićm, admini- 
strowane przez ojca, lub brata,.bądź kapitai w Warszawie, 
którym brat obraca, czyniąc bankierskie operacye. Ka- 
żdy z tych rządców na wszelką, aby najdrobniejszą prze- 
jażdżkę w interc-sie swego pryneypala, czy potrzebnie, czyli 
niepotrzebnie się ruszai, likwidował sobie dyety, jakieś ko- 
szta podróży, kommunikowai się le wszystkiemi przez szta- 
fety; inaczej się nie ruszał, jak dużym pojazdem i to po- 
cztą rozrzucając hojnie pieniądze po drodze. Słowem: 
każdy bez rachunku* najczęściej dla .wlasnćj fantazyi przy- 
czynia! się bez miłosierdzia do wydatku Pańskiego. 

Wszyscy oni bez wyjątku w powierzonej sobie admi* 
nistracyi prawdziwie mówiąc, nie wiedzieli, od ezego mie- 
li rozpocząć ezpmośe swoją; żaden z nich nie rozumiał, 
i aby zrozumieć nie zadał sobie pracy, co mianowicie by- 
ło główną podstawą gospodarstwa, i w jaki sposób dkutecz- 
ttie miał się tem rozporządzić. Każdy, nie znająf*y mej- 
scowości, ani zwyczajów gospodarskich, uświęconycn do- 
świadczeniem, nabytem przez długie lata, bez poradzenia 
się z ludźmi nai^iscowemi, z mieszkańcami tego kr«ju, za* 
rozumiało i z uporem wydawał rozkazy jakieś dziwaczne 
i wstfeczne potrzebie miejscowej^ niechcący pomyśleć i za- 



429 369 

stanowić się nad tóm ii oo jest dobrom w Poznańskiem, 
w Sandomierskiem, lab Krakowskiem, nie:)tosowne i złe ia 
nawet i zgubne byó moie a nas. 

Kaiden z nich wszystko umia?; nic ma obcćm nie* 
byio; na wszelki zarzut właściciela, lub na zapytanie cie- 
kawego, kaiden z tych panów miał zawsze odpowiedź go- 
tową, i to w tak szumnych wyrazach, z jakąś nieznajomą 
nam cytaoyą, a z tak pewnym siebie tonem wyrzeczoną, 
ie choć pjrtającego nieraz moie nieprzekonał, ani zado- 
wolnił, repliki jednak na nią mu zabrakło. Przyjmując 
zarząd dóbr, taki administrator z góry zwykle krocie do- 
chodów panu swemu obiecywał, co wszystkim nam bardzo 
do smaku przypadło. Na jawne bezsensa w rozporządze- 
niach gospodarskich, zawsze się znalazła u niego przyczyna, 
i gdy po zamknięciu prac rocznych, majątek w zarząd ta- 
kiemu panu powierzony, pozornie administrowany, nietyl- 
ko ie intrat zwyczajnych niedał, lecz się w gospodarskiej 
swój sile nadwątlony i zwichnięty o wiele nazad cofnął a 
przez to i rządca posadę stracić musiał, — ex-rządGa, wyli- 
czając patetycznie przysługi, jakie wyświadczając dla go- 
spodarstwa dobra te w szacunkowój ich wartości znacznie 
podnióf^, końcqrt zawsze tą skargą, ii w tym dzikim i 
ciemnym kraju naukę i pracę jego ocenić dostatecznie 
niepotrafiono. 

Nieiadną satyrę ja tutaj pisać przedsiębiorę, ani tei 
zamierzam przez wymyślone jakieś złośliwe nieprawdy 
uwłaczać ludziom, do nas przybyłym: bo ani satyra, a 
nmiój jeszcze paszkwil, ani złośliwe ukąszenie niejest mo- 
jćm upodobaniem. Przejścia wszakże tego przemilczeć uie- 
powinien iaden, ktokolwiek pisze o gospodarstwie na Lit- 
wie i ja go tutaj zapisuję, jako ciekawy okres historyczny, 
jako charakterystyczną fazę w dziejach gospodarstwa na 

TBKA N. V. 47 



370 439 

Litwie^ Zacytuję tutaj szczegółowo niektóre gospodarskie 
rozporz^da^enia tych panów, abyin doŁykalniój przekoual 
każdego, kto moje. gospodarskie * sprawozdanie prateczytać 
raczy, o ile one były^nietrafnemi, szkodliwemi dla wła^ci- 
Gieia i jak małych zdolności i nizkiego. usposobienia byli 
ci ludzie, którzy z taką zuchwałością, na nasz kraj i na 
oświecanie nas parnych się odważyli. Niepodobńem do 
prawdy zda się niemal wszystko^ ootu wypiszę; lecz przyj- 
muję na siebie odpowiedzialność za każde wyrzeczone sło- 
wo, i jeśliby tego kiedy potraeba W3rpadła, potrafię zacy- 
. tować miejsce i nazwiska osób. 

I tak naprzyktad: 

Rządca niemałych dóbr, położonych w mojóm są- 
siedztwie wśród lasów tak dalece, że z dworu najbliższej 
wioski za lasem niewidaó, że na. każde przyrobienie mor- 
ga do poletku , zwalać jodły , sosny i wydzierać pasieki 
przychodziło, — w takich dobrach sprowadzony z Poznań- 
skiego rządca lasy corocznie zasiewał, pańszczyzną szyszki 
sosnowe zbierał, te suszył w suszarniach, umyślnie na ten 
cel pobudowanych i z nich na intratę swemu panu sosno- 
we nasienie wytrzęsał. Że zawsze szanowałem naukę 
w każdym człowieku, zawsze wierzyłem w potrzebę po- 
stępu gpepodarki i od każdego rad byłeni czegoś poży- 
tecznego nauczyć się, po upływie roku odwiedziłem nowe- 
go gospodarza w celu obejrzenia gospodarki nowo-órgani- 
zowaućj. przez niego; oprócz pól, urządzonych w płodo- 
źmian i podzielonych oa liczne zmiany,, które były poży- 
teczną czynnością, oprócz podziału lasów na sekeye^ które 
znamionując porządek w gospodarstwie leśnem zabezpie- 
czać miało jego ciągłe odradzanie się, szczególnićj mi snę 
chwalił suszarnią, którą wystawił dla suszenia szyszek so- 
snęwych. 



*31 371 

— „Oto pochwalę się paim, że w tym roku na intratę 
dla mojt^go chrabi będę miai ze^i€defn beczek sosnowego 
nasienia'' — 

-^ i któż u pana to nasienie kupi w okolicy tak leśuśj, 
gdzie się sosna sama co roku zasiewa?-^ 

-^ „Cho! proszę panal — wykrzyknie z nieukontentowa- 
niem rządea, — -jeżeli w tym kraju dzikim i ciemnym kupca 
nieznajdę, toć przecie powiozę mój towar do Królewca, 
gdzie mnie go zapłacą" — 

Tenże sam agronom nauczał mnie doić roczne cielę- 
ta, o czem powiem szczególowie, gdy będzie mowa o cho- 
wie bydJa. 

W inuyeh znowu dobrach, zawsze w moj^m sąsiedz- 
twie położonych, podobny rządca sprzęgał fornalki i koni- 
czynę zasiewał. Wozy gospodarskie, sprowadzone od Lil- 
popa z Warszawy kosztowały po 1 JO rubli każdy ; do 
tego cztery konie z zaprzęgiem — rubli sr. 240; tak złożo- 
na każda fornalka kosztowała właściciela 350 rubli sp.; przez 
oszczędność w robocie i przez jój pośpiech stosunkowo do 
roboty naszych włościan, miała właścicielowi dóbr przynieść 
niezwyczajne podług obliczenia rządcy korzyści. Po żni- 
wie, przy zwożeniu krestencyj z poła, nakładając on na 
talią fornalkę cztery kopy snopów — 

— „No proszę pana! — wołał — ,tak u nas w Królestwie wo- 
żą; kiedy tym czasem obok włościański wózek, ciągnięty 
przez włościańskiego Litewskiego konia, wartości rubli dwu- 
dziestu cicho, \viozł do tejże stodoły kopę snopów. 

Każden łatwo obliczy^ iż skromny kapitai^ naJ^adowy 
rubli 80 na cztery włościańskie konie wydany, dawat 
właścicielowi tęż sam% korzyść, co ozterj c.azy z górą wię- 
cej saum^ie^ przez administratora* postępowego umytych, Jedea 



372 Alt 

tylko rządca znajdywał zawsze jakieś argamenta na po- * 
chwałę wyższości swego zaprowadzenia. 

To znowa, gdy zasiał w zmianie parę morgów koni- 
czyny, przed wszystkimi się chwalił, ii tak u nich w Kró- 
lestwie gospodarzą. Na zdjęcie tój koniczynyi którój zbie- 
rać praktycznie nieumiai, marnował i taracił powierzonego 
do swego szafunku robotnika; w rezultacie zaś wypadła 
jedynie ta korzysó dla właściciela, ii za wozów dwadzie- 
ścia suchćj koniczyny trzydzieści z górą morgów siano- 
zęci nieskoszonych zostało. Rządca, popisując się z tóm 
nowóm ulepszeniem w powierzonóm sobie gospodarstwie, 
przez uprawę koniczyny liczył jui przed drugimi podnie- 
sioną dóbr tych szacunkową wartość, choć dziedzic^ od pół 
zimy siano kupował. 

Inny znowu rozpoczął zawód prac administracyjnych 
od zrzucania w folwarkach przeplotów. „Przepłoty, mó- 
wił on, to barbarzyństwo ; tego u nas w Królestwie jui 
nigdzie nićma'' — i dalćj, bez uwagi, ii słońce tutaj jesien- 
ne przy zbiorach niezaweze ma tyle ciepła aby dostatecz- 
nie wysuszyć snopy na polu, krestencyę składał do gumna, 
która gdy się sparzyła, ani z ziarna, ani ze słomy wła- 
ściciel niemiał korzyści. 

Każden się z tych panów z góry popisywał zwykle 
przed nami z jakąś emdyoyą gospodarską, lub z jakąś no- 
wością, nam, jak się jemu zdawało, nieznaną, którą jako 
nader pożyteczną wnet zaprowadzić obiecywał. Tak pa- 
miętam, iż jeden z tych przybyszów, wychwalając sposób 
karmienia bydła w Królestwie miał podobny tamtemu, a 
całkiem, jak mniemał tutaj nieznany zaprowadzić w po- 
wierzonćj sobie administracyi. 

— „U nas, w Królestwie, — mówfl on z powagą, która 
jak mu się zdawało, że na nas słuchających wielkie spra- 



4SB 37S 

wia wrażenie;— jest spoeob bardzo przyjęty dobrego opazu 
inwentarzai którego tutaj niezuają; oto — robi się trojanka: 
bierze zięy proszę pana, pewna częiió słomy iytnićj, ta- 
każ jarzynnój i siana, i za pomocą machiny, choć prawdę 
mówiąc niejest to machina, lecz narzędzie, upowszechnione 
u nas w Królestwie; nazywa się ono wictty, i (rozdwajając 
przed nami stuchającymi palcy, przedstawiając figurę tego 
nieznanego na Litwie narzędzia) tóm narzędziem, mówi! 
dalój — ^trojanka się z sobą miesza; jest to bardzo dobry i 
pewny sposób utrzymania inwentarza. 

Drugi, którego wytącznjrm fachem, jak sam o sobie 
powiadał, l^a znajomość utrzymania iywiolu w dobrom 
zdrowiu, nauczał, ii aby owce zabezpieczyó od chorób czę- 
sto dotykających ten żywioł, trzeba im świdrować dziury 
z góry w nosie i zapuszczać pewne lekarstwo, którego 
tutaj zrobić niemoina, albowiem w tym dzikim kraju, nie- 
podobna dostać potrzebnych do tego iogredyencyj , które 
tylko w Warszawie znajdują się. 

Nareszcie— jako fakt biegłości w rachunkach, niemo- 
gę niezapisać tutaj zdarzenia następnego, na kióte pa- 
trzałem zblizka. W tćjźe administracyi możnego pana, 
o którćj wspomnieliśmy z góry, do którćj to furami zwo- 
żono administratorów, przy przejrzeniu miesięcznych ra- 
chunków domowego ezpensu, ponoszonego na utrzymanie 
oficyantów, główny pełnomocnik zarządu, człowiek miej- 
scowy , gdy postrzegł , iż na mięso wyezpensowano 80 
rubli w ciąga miesiąca, pozycya ta w rachunku niezwyczaj- 
na, uderzjrła go wielkoiieią cyfry; rozkazsd przedstawić so- 
bie szczegółową o tćm wiadomoshS. Przedstawiono ją. Za- 
gadnienie to było, jak zaraz zobaczymy, zawikłane i for- 
muła rachunkowa arcy-trudna. Oto znalazł główny rządca* 
iż wyszło na kuchnię mięsa cztery pudy, którego funtpła- 



874 4B4 

coiip po kopiejek 4, ca iiczynUo podług podwójnej buhal*; 
teryi owych biegłych wrachunku kcptrolerów rubli er. 80. 
Z rozkazu głównego peh\omo.cnika xiad spwstowauiem te^ 
ga tak za^wileg^ rac^uuku, dwaj kgatrolerawie trzy dni 
prapowaU; kilka wyprowadzili ro/maitych rezultatów, któ- 
rych liczł^y znączi^ie róźuily się n^ędzy aobą; uaostatek 
gdy niemogli sami trafić do^ końca , miejscowy , ciemny, 
dz^kiegOi kraju pisar^,, ipęzuający. wyższego^ . rachuuka — 
.%yezwaQy> ppprąstu to trudne dla iiigh. zagadiiieaie w je- 
dnój chwili rozwiąza^^ 

Takiego poglj^du na p^seczy w gospodarstwie . i tak 
^Wkicjh zdo^OcSci z iftalyua bardzo, wyjątkiem byli ci lu- 
dnie, którzy tąk z^hwale z taką, śi^iatości^ przybywali ua 
Litwę dla jąj. ggwieaajoju i, dia wprowadz^^nia W uiśj ule- 
pszonego gospodarstwa. Szczęściem, ii niedługo trwat 
u. pąs s^n.tajti vzęci&y;.. nadto widziptl^ą była icb nieudol^ 
.i\a^Q i ignorancya, ażeby &i^ nawt^j 9iepozri|uS «^oznabyIo 
do razu; nadto zuchwale i otwarcie rozp(>częU bałamuctwo, 
gdyby isię iją jcii^m prędko, obejr^ć ^iemożną było, Ka- 
i4en z nieb w ząi^ządzie sobie po^iersjonym, rutynę starą 
oaszego gospodarstwa od w\ekó)y istąlejącą, Qp namprzy- 
^:woity dpchód o^i ^jienii naszej wyręczała, od raw po- 
.psuł,: szkód właścicielowi przyozynił,^ i byjiby całkiem zruj- 
liipwali nasze. fQrtuny>g<^yb/ ipa czas qato^^ potrzebny dano. 

Wy;&W(ilijto. Mg ąaresz»ie Lij^wskig gospodarstwo od 
tej opieki nad sobą; pQi^ządek,prłoz tych rządców zwichnię- 
ty i przewrócony, powoji popirawiaó się zaozął; trzeba by- 
ło znowu wrócić, do sług ^eji^cowycb i oinii się konteu- 
.towąó; lecZk po tej $trąsza^ próbie,, jakie przyszłość na- 
eza pod ty 01 względem zachwianą, i rozczarowaną zosta* 
• ła! Spękały się od razu te piękne nadzieje ulepszeń w go- 
epoJarsŁwie naszćm przez przybyszów szumnie obiecywa- 



435 375 

ne i pięknemi słowy! opowiadane, do któr3^h, gdy Barn bra- 
Mo Da własnych naszych sasobaoh^ cłiętiiie przylgnęliśmy 
z tak wielką wiai^. PrEyszła pomyślność w go^podar* 
stwach naszych leży dzisiaj jedynie na opiece r7.ądu , na 
t^j nadziei, ii rząd nasz dzisiejszy^ zwracając swoje uwar- 
gę na wszystko, co jest pożytecznym, tę gałąź bogactwa pa ^ 
rodowego poprawi, i zapełni ten niedostatek dobrych ofi- 
cyantów przez zakładanie po kraju, najmniej pojednaj 
w każdej gubernii , szkół agronomicznych , w którychby 
ludzie fachowi i praktyczni wykładali naukę gospodarstwa 
wiejskiego , nie teorycznie tylko , jako spełnienie formy 
dla zadosyó uczynienia najczęściej rozkazowi, jak się 
u nas dotąd działo, lecz wykładali ją szczerze, serde- 
cznie, z gruntowną znajomością przedmiotu, z zastosowa- 
niem tćj nauki do potrzeby Icraju i jego mieszkańców. 
Oto nam prosić u Rządu przy dzisiejsz^ij reformie socyal- 
nej koniecznie potrzf*ba : w tenczasby się mogła zmienić 
postać rzeczy na Litwie; każda szkoła podobnie kierowa- 
na, dostarczałaby ludzi pożytecznych, którymi obsadzane 
gospodarstwa nasze, wprędce zapowiadać by mogły ową 
pomyślność ogólną krajową , do spełnienia którćj każden 
rząd ojcowski i mądry, wspierany zaufaniem, dobrą wia- 
rą i współdziałaniem narodu, dążyć powinien.. 

W pomoc Rządowi w imię dobra publicznego, w imię 
t^j wielkiej idei, jaką jest we wszystkich narodowośiiiach 
miłość własnego kraju , możniejsi panowie na Litwie, ci, 
których obszerniejsze dobra lepićj i dzielnićj od innych 
są administrowanemi, powinniby rozciągnąć swoje opiekę 
nad dziećmi ubogićj zagonowćj szlachty, po kilku, kilku- 
nastu, lub kilkudziesięciu takich stosownie do możności 
nad komplet w administraoyach swoich utrzymywać i tych 
w prawidłach moraluośoi i poczciwości kształ^^ić na przy- 



376 43fi 

sstyeh rządrów i ofieyantów dla mniejszych gospodarstw 
po kraju. Byiby to najpiękniej ożjrfcy i wydatkowany ka* 
pital; byiby to dług Chrześcijański świetnie wyi^aeony kra- 
jowi i braciom t najszczytniejszy pomnik , wzniesiony tój 
wielkiój myśli i tym świętym uczuciom miłości dla rodzin* 
nój ziemi, która we wszystkich krajach jednostajnem mia- 
nem patryotyzmu się nazjrwa. 



DO RKDAKGYI ,»TEKI WILEŃSKIEJ". 



W namerze 2 teki Wileńskiej sroka 1857, na kar- 
cie 250, w artykule p. t. „Wiadomość o Kzymsko-Kato-' 
1 ckich kośeiolacli wdyecezyi Wileńskiej'*, przywiedziono na- 
grub.k w kościele xięży Missyonarzy Wileńekieh Wincen- 
temu Gosiewskiemu hetmanowi pol. Lit. przez jego mał- 
żonkę Magdalenę, jakoby, z łffmrfracAtcik wystawiony. Po^ 
danie familijna stwierdza Atlas histfiryezno-genealogiczny 
Ił' 'giny Kor/-eniow:?kiej, ze małżonką hebnana Gosiewskie- 
go była Magda! Mv^ Konopacka j która owdowiawszy po 
nim, Weszta w p«»w óriiy Awiązek małżenaki z Karolem-xię- 
ciem Czart'»r\ skini z linii Koreckiej: wnoszą przeto , że 
zatarty n. pis nngr bkowy mylnie wyczytano. • 

J żelł prax\'di wyjaśni się dośledzeniem owego zatar- 
cia nap .^ti. prosiUr)^ ?» , je^li to być moż ^ giby w jednyni 
z nastęj»nyfhnum nSw ,/reki Wileńskiej", sprostowanie tej 
omyłki mogio zn-^li ść miejsce (1). 

Szymon Konopacki. 

Dnia 14 (*%iirwpa 1858 r. 
ŁawłiiiuMce. 



(1) MAłiiinkt^ GoHiewskirgo re«i%ywiście b^ Magdalena Konopacka. 

P^riyp. Red. 
TEKA. N. V. ' 48 



OGŁOSZENIE 

ROMHJRSD BO JiAflSANlk ffiSTORYI Wł.OŚCIAN I STO* 
SUNKÓW EKONOMICZNYCH W BAWNEf PUŁSC£. 



(04 «o«i«dild«g« 4ioww«r«*v« »t«yiMA<(l aMk.) 



t^e waine dla dziejopisdw i statystów « sasczególnie jeat 
dziś pożąfdaiią w jjdśiiaiieiiiłictwie na^o^eiii illai^groiniiej wa- 
gi t, jałdiśj siahrai 'Toewój tych «tosiiDk|&w w kraj»cb Pol* 
skich: «łikt ^wieai w obecoćm pe^Ieżefiiu ja^uo i gruoto^ 
wnie rozpatrzyć ^ę. mesodoła^ ktK> «ię tlokłaKlaie z pi^e- 
szlością Bł6zapezBa> a z dziąjow^j iprzwzlości naszej zna-^ 
Dą uam byia dotąd > nieDiil .wylącsme> łii&torya jedne* 
go tyUcOy paaKyącego mie^gdyii ataiui w narqdxie> Bt*z 
tćj wszechstronnąj cnajomosei «i«kNąy<A ezwów nikt VćŁ 
o przyszłych kolejach dzią/owych dojrzałego tłądu utwo- 
rzyć sobie niejest w «tHoie> ho uiszelki rozwój orgaiii* 
czny od przeszłości nieodlączuiy^ i wśrćd największych na- 
wet przeobrażeń, na niąj się opiera* Terai powodowany 
względami wyznaczył w roku zeszłym pierwotny prezes 
Poznańskiego towarzystwa przyjaciół nauk, pan hrabia 
August Cieszkowski, nagradę 1000 talarów za najlep.^zą 
Histaryę toloician i stosunków eko9ionuc%nych w dawnej 
Polsce f naszemu zlecając towarzystwu napisanie odpo«* 
wiedniego konkursu i przysądzenie naznaczono) nagrody. 
Wywiązując się z włożonego na siebie zat^zczytnego 
obowiązki], Poznańskie towarzystwo przyjaciół nauk ogta- 



499 379 

8» nimejiHtim koiikurs dn ngpi^ania MiM^r^ v^i%ięm 
i $t0śHMkóm dkMiamitfii^eA m dawn^ PaUw^ po<l^)iiUi- 
J^ się msenii ]9i»}ni^«eiija riagcodf lOOft talarów w Pko- 
8lut*ji H»»ii0«>ie,. aa^pBz^ a. pm^i, któiH^ w. •iągyu dwóch lafc 

Aozkolwiek niem^że b^e injiel^ mMazą* ohcieó^ krepo*- 
w«ć* wolny WMh. pisanj! so^śle wytkBięt% najprzód^ drog%, 
aui te^. VI jalttł>ądiB »gK)a6ł> intypadkoiyi bezstDOBuych. ppze- 
askadfiuić hadiińt uważalo^praecięi towasayiitwo aa aiw«{|ę po- 
winność błiine podao* ahasówki coidb grania i wamnków;» 
któM dla przjrsateji paacy m caęaoi za< nieabfjilie^, w. oaę- 
aoi aaip<#iądkoe wntuu. 

Samo^ Juz., brzmienie aad^niaiWiEfiazujey. ie pmca eł)«j^ 
mov«ió* wiana. dlma^. w: bttafcićj[ w<{H*awdkie a^eebą* 8tyczno«> 
ffoi aoalaji^t akd praeeię4> wielorako odt^bne daial]^« t^ 
jfiBk Ifyhistoffą Bamegęi etanu wlo«md6ttiagQ^palityeKayeh». 
apoteczui^chi i prawn^whi onegoiiatoaiink^w;. S) daiejd go- 
apodkrstwa y, saczególiiie oale stan. i coswój Jeg^^ wply waifi 
na po)oeenio nAosoiaan 

Co> do hiatoryi /»taMi .wfoaótańp Kjeg^i nal^źgr Ją do- 
proMwdfeia aŻL do»Mtiatniego podkiala Polski, poozy^uaj%($* 
od^ zwiętiego it aa irócttaofa oportego^ zaiyau^ atosmików: 
przedehrzeeoya^akieb:: be&. takiegp bowiem watępu Qateniu> 
obrazowi dziejjMKOiniUkKyk upuegętuf^^^ podatowio^ 

Natura' przodtaiottt wjmagać aię zda|«^ aieby piaanf prze- 
ohodaąo* w koleiioaaaów róiue epoki, ^fidą mn si^ w dzio- 
JAoh udośdoABkioh przedistawią^ azozę^^lai^ ŁroskUwomui 
poddM zbadaniu^: wjpAjiiw C^trze^ei^a^stwa aa.^wny ialoa^ 
włościan., wptyw panowania, i prawodawstwa Kaz^eraa 
Wielkiego^p9zeobi*aŹQni» zaaate w maatępstwia sząd^^ Lu^ 
dvcika^ Węgierskiego i w s)n|tek. wzi^oat^. moin^władz&wik 
azlacbiekiiego^^ i»płs^ narosz&io. rąCormao^i) ]?eligijnćj,; jak 



^80 114 

wemni^j nóWBzych , od XVIII miaiH>wh5ie wi< ku datują- 
cych wiobrażeń. Pi8ftreo#i dtieje^ (wo^^mit- ^p^^^yiej 
wytkniętych granicach czasu kresląwfmłj wypadnie szcae- 
góiowo rozebrać odmienne pod mojednN«i wzję^^tlmn hto- 
sunki stanu tego w dnbrach szlacheckich, w króle wszczy- 
zaacb , w dobrach duchownych , w sołectwach i innych 
mnidj lub więcej niezależnych osadach wiej^^kieh,- jak nie- 
mniej wykazać wpływ odrębnych praw i przywilejów ua 
stosunki włościańskie. 

Nauka z obrazu takiego ptjruąca o wieb by się zmniej- 
szyć ttiusiała, gdyby autor zanitdbat wykazać wjiły w wło- 
ścian i }iistor*ycznych kolei stanu tego na politykę i dzieje 
i:zeczypo»p litej. 

Życzyć wy[>ada , ażeby pisarz uzttpelnii pracę swoje 
zwięzłem a charakterystycznćm porównaniem stosunków 
wtościatiskićh w Polsce, z położeniem rolniczej klapsy w ju- 
nych krajach » ile możności w każdej ważniejszc^j epoce 
swego, obrazo. 

Co do historyi stosunków ekonomtcżnycliy nadmienia 
Hię tylko, żfe przez to wyrażenie maj'4 być stosunki go- 
spodarstwa wiejskiego rozumiane, i że toy^arzystwo pra- 
gnęłoby znaleać w tym dziale obraz gospodar^-twa i przemy- 
słu wiejskiego w różnych czasach daWnej Polski, 2 uwzglę- 
dnieniem ich wpływu na handel i odwrotnie. 

Najmóc^nićj pożądaną jest rzeczą, ażeby piszący dzieje 
włościan, óparf badania swoje nie na samych tylko hi-- 
storyczDych źródłach drukiem ogłoszonych, ale i na źró- 
dłach archiwalnych, o ile być może w jak najszerszej 
mierzei. 

Prace konkursowe , które w Polskim winny być pi- 
sane języku, przesłać należy , najdalćj do dii»a I-go lijHja 
18 GO r., ha ręce sekretarza 2arstądu Po^zaańskiego towa- 



441 381 

rxyatwą przyjaciół nauk. Obok prac rękopiśmiennych 
przypuszczają się do konkursu i dzieia po ogłoszeniu ni- 
nif^jszego konkursu w druku wyezłe, o ile i«'h autorowie 
nad'^;?zlą je w łym celu ńa ręce 'sekretarza towarzj^slwa. 
Każdą nadsyłaną prapę naleiy opatrzyć w dewizę. i do'ą- 
ozyci list zapieczętowany^ tęż samą dewizę na okryciu no- 
szący, a który imię, nazwisko i miejsce zamieszkania au- . 
torą wewnątrz .zawierać. powinien. 

VoŁQ9ń9 jdaia 1 lipo* 1S6S. . 

Pwnańakie Twmr%yMtm^ Prnffociót Na¥k. 

Prezes Sekretarz 

*tytut Działyński. Leon Wegntr. ' 



OD RBI>ARCYt >TKRt WILEŃSKIEJ*. 



Wilno» słynące tł>eg(hr» tak żywym naukowyn ru- 
chom, którego odbicie dt& prowincyi depełbialo kilka 
pi8in peryodyczoycb^ następuie praes ewiere wiieku peeba- 
wione swojego literackiego orgasHt, cznh) weapi&t z caią 
prowiocyą potrzebę pisna^ któreby skupiając w jedno 
ognisko praóe nasfle i mcb* UBiyaiowy, praeprawadssato 
poU^m do wszystkich warstw społecznych — światło, po- 
radę, w&pomnięnie. •Wizeruaki i roątiząsan^ naukowe t, 
a później >Athenaeumft odpowiadały temu celowi, o iłe za- 
kres pism zbiorowych to dozwalaL Z ustaniem zaa ieb, 
potrzeba ta stalą się jibszcae widoczni^jiszą. 

Najmocniej przeświadczeui o tej prawdzie, z gorliwą 
chęcią stuźeuia rodakom, uCoie staikęliŚKiy przed nimi, — 
przedsiębiorąc wydawanie psma zbiorowego Tekm tWu 
lenskn , wierząc uajsaezerzej^ ze pisarze i ezytelniey od 
których jedyni<> byt każdego pisma zależy, IIds jego wez- 
mą do serca i upaść mu niedadzą..... I niezawiodly aas 
nadzieje... Wsparci światłą radą i pomocą najzastuzeń- 
szych w kraju pisara^, jak również dostateezuą liczbą preiMi- 
meratorów, na pokrycie nieodbitych kMziów^ kończyny jui 
zapowiedziane 6 numerów Teki, stanowiące pierwaząjć} seryę. 

Czy odpowiedziała Teka wymagamom ogółu? — to in* 
ne pytanie. 

Aby rozwiązać to pytanie, należałoby najprzód ściśle 
określić znaczenie fMsma zbiorowego i istotną jego różnicę 
od pism czasowych, czyli peryodycznyeh. Te ostatnie 
mogą być albo specyatne, wyłącznie jednćj nauce poświę- 
cone, albo encyklopedyczne; dotąd największa liczba pism 



csasowyoh Poltkieh naleiala cb ostatniej kategoryi. Zada- 
niem redakcjri bjrć powiuno uwiadaniiiAć esytelników o 
stopniowym ro2Wojii unfii«*jętności i oroehu UteratuiTr tak 
ogólnej Baropejskiej, jak sac^j^fgiUiiie ogcsystej. Lecz po*^ 
iiieważ aama literatura prsekrocayia dawniej saakreśłony 
dla niej obręb i p>gl4dem swoim objęia iyoie epoteosne^ 
dla tego i wdaelk»e kwestye ijrwotne, obecne, roztrząsać 
w rozmaitej formie począwszy, przyjęła niejako obowią-* 
sek uwiadainiać czytelników swoidb o ich przejawa<^. Ztąd 
wyniknęła dla ui^j powiunosó ezczególowie roztrząsaó 
wfizelkie wychodzące nowe dzieła, niówió o zakładach na^* 
ukowyeh, o rucha życia umysłowego, i biorąc nauki na 
tem 0tauowidkU| na jakiem je piismo czasowe zastało, po^ 
stępować krok w krok za ich rozwojem, i je^li można 
kierować ich dążeniem ku największemu dobru taksamcij 
nauki, jak i spoleezno^i. Skromniejsze jest nierównie za- 
danie pisma zbiorowego^ Głównym je^ęo celem być powin- 
no: ułatwić piszącym niożnośó podzielenia się z ogółt m 
owocem dojrzalszych prae w kaidym rodzaju wiedzy luda-* 
kit^{ niekrępowane ścisłe czasem, nieobowiązane śpiećZT<V. 
aa obeenemi i ulatigącemi z chwilą objawumi iyeia un>y^' 
stowego, moii; otworzyć kolumny swoje równie dla praoi 
obchodzących przeszłość jak i obecność. Teka zwłaszcza 
Wileńska odpowiechiie swojemu nazwaniu przedewszyst^ 
kićm pragnie mieć głównie na r^Iu rzeczy ^itemhie i 
LUewąkie w najrorieglejszćm tego wyrazu znaczeniu; leeK 
tak jak przeszłość puściznę umysłową Litwie przekazafa* 
jak ją stan obecny uwarunkował, niemoże wyłączać z ob»' 
rębu prac swoich tych żywiołów^ które tak si!nte wprzę- 
diy się w jej życie. Dla tego ogółuy ruch i znaczenie 
piśmiennictwa Polskiego, prace braci współ- Słowian, py- 
tania, nawet niybliżej blizką przyszłość obchodzące,— treść 



3H^ 4*4. 

jej Bt^nowió powinny;, a jej godl^on jet^t miioeó rseozjr do- 
mowych Litewskieh, w dawnyro, obecnym i pr^sziym ioh 
rozwojUt uwsględiiieDie tego co się obok Litwry dsieje, i 
zaszczepienie zdrowych pojęć o ten;, ezego rozumnie żą- 
dać i ku czemu wytrwale dąśyć należy. — Już w krótkim 
ciągu swego istnienia Teka b}^^ tak szczęśliwą* iż obu- 
dzając współczucie wyższych i . zaslużenszyeh pracowni- 
ków, podzit;liia się z czytelnikami owocem dojrzalt<zćji<-h 
pracy, poruszyła pytania dotąd nietknięte, tak ppoifczne 
jak naukowe, zjedni^a spóidziaianie pobratymczych mę- 
żów nauki, iobu<iziia niektóre młode umysły do Hpółulńe- 
giiuia.się na temże polu pracy i zasługi. Wszyjslkie bez 
wyjątku poważniejsze pisma czac^owe powitały ją wrpói* 
eztUcJiem i zachętą, a dochodsące R( dakeyę pełm* dobrej 
woli rj^y i przestrogi są dlaniój skazów ką i iyczfjii ogó.u i 
dalszego jej kierunku w zakreśl iiyui dla siebie Zawodzie. 
Uznając całą użyteczność pism jnryodyi-ziiycłi, ro- 
zumiemy jednakł że i pisma zbiorowe, z jakichkolwiek 
powodów miejsce^ pierwszych zastępować zniewolone, od- 
powiedzieć mogą wymaganiom i potrzebom społecznym* 
Wychodząc 2;wykle w prze6taiikai5h nieokreślonych, nie- 
przywiązane do prwi>ego dnia, dają redak<;yi więcej swo- 
body i piszącym NUęcśj czasu do prz> łożenia osij^niej rę- 
ki. Pozbawione pizywileju oglatzania recenzyj, tudzież 
^iadpmosci .pobiczu} cli o ruchu dziejowym i umy^lowym^ 
ij^esą jednak skazane na milczenie w tych tak zajnuKJącycIk 
prs^edmiotach. Jedynym tylko warunkiem przez samą na- 
turę swoje na pismach zbiorowych ciąż«|oym, jest to, że 
poglądy swoje, o tych przedmiutacb, w szerszym, rozmia- 
rze i w poląpzemu z rozl.glejszeuti widokami wypo\^ia- 
dąć mu /^ą. Nadto we jlug. właściwego pojmowania natury 
pwra zbit^rowych, tu wtajściwie,mi('jb-ce mieć powinny ob»- 



445 38;1 

szerniejsze prace wychodzące za obręb obecności. Ztąd 
Łez Teka Wileńska starała się o zebranie materycjów do 
dziejów uniwersytetu Wileńskiego i to nie w martwych do- 
kumentachy ale w zywćm spółcześ^ćm, obrazowym, mo- 
że nawet niekiedy namiętućm, przez naocznych i^wiadków 
opowiedzeniu kolei tój glównćj szkoły Litewskiej. Spo- 
dziewa się także podobnemiż wspomnieniami o początku, 
wzroście i dalszych kolejach liceum Krzemienieckiego oca- 
lić zacierające się siady prac i zasług na naukowćj niwie 
gorliwych o kwitnienie tój szkoły obywateli. Nakoniec 
matka oświaty wPolscCt almamater Krakowska otrzyma, 
podobnież uznanie zasług niektórych jćj członków, skreślone 
doświadczoną i umiejętną ręką. Niewchodząc w szczegółowe 
wyliczanie piśmiennych zasobów Teki» to tylko powiedzieć 
możemy, że wtćj chwili zebrane już rękopisma, lub któ- 
rych nadesłanie jćj przyrzeczone, — wystarczą na 6 nume- 
rów drugićj seryi takiejże co i pićrwsza objętości. Wszak- 
że, mimo rzeczy wiście bogatych zasobów, wzywa jeduak, 
zwłaszcza młodszych zwolenników nauki, aby niewahali się 
nadsyłać swoje prace, które w poszytach tego pisma zbio- 
rowego znajdą gościnne przyjęcie. 

Przedmioty w zakres Teki Wileńskiój wchodzące, są 
następujące: 

I. Najpićrwsza z nauk, bo nie na ziemi biorąca swój 
początek, bo zabezpieczająca doczesne podstawy towarzy- 
stwa i wiekuiste szczęście człowieka, religijza^ z głów- 
nem baczeniem na jćj stronę moralną, zająć powinnaby prze- 
ważne miejsce w naszćm piśmie. Wzywamy przeto ś^^iat- 
łych i gorliwych kapłanów, jakich kościół nasz na łonie 
swojćm posiada, równie zasłużonych na niwie Chrystuso- 
wćj, jako i na polu literatury, aby ochocze serce i szcze- 
rą rękę przyłożyli do naszych usiłowań, udzielając własnych 

TEKA N. V. 49 



:186 446 

prac w rzeczach religijnej moralności, oznajaniiając ogół 
z ważniejszemi tego rodzaju pracami za granicą, ze wzo- 
rami świętej wymowy kaznodziejów obcych, dziejami ko- 
ścioła, słowem z tern wszystkiem co służąc ku zbawieniu 
ogółu, podać może plebanom i nauczycielom wiejskim, do- 
bre pomocnicze skazówki do wykładu ich świętego przedmiotu. 

II. Pod względem literatury fiadobnej zamieszczone 
będą prawdziwe poezye, nowelle, powieści, podróże po 
kraju i zagranicą, malujące obyczajową stronę zwiedzo- 
nej miejscowości, — jednem słowem w zakres tej rubryki 
wchodzić będzie to wszystko, co w sposób lekki, a przjje- 
mny rozszerza granice wiedzy, co wykształca serce, roz- 
wija poczucie piękna w sztuce, naturze i duszy ludzkiej. 
Pomoce już nadesłane i obiecane od najpiórwszych w kra- 
ju pisarzy jak Kraszewskiego, Ig. Chodźki, Odyńca, Sy- 
rokomli, Kaczkowskiego , Siemieńskiego — pozwalają nam 
mieć nadzieję, że oddział ten uczynimy zajmującym. 

III. Historya, ze wszystldemi gałężmi stanowiącemi 
jej całość, archeologijąt etonografiją, statystyką — będzie 
przedmiotem jak najtroskliwszych studyow. Wolno nam dzi- 
siaj pochlubić się, że Teka Wileńska, wsparta współdziałaniem 
najzasłużeiiszych naszych badaczow, jak T. Narbutta, M. 
Malinowskiego, I. J. Kraszewskiego, M. Balińskiego, J. Ja- 
roszewicza, prof. Muchlińskiego, Szajnochy, K. Wl. Wójcickie- 
go, J. Bartoszewicza, J. Łepkowskiego i w. i., posiada już dziś 
nader bogate zasoby, które niejedną ciekawą kartką wzbogacą 
wiedzę naszych dziejów. Dla młodszej zaś braci, życzącćj 
poświęcić się tej ważne^j gałęzi, pozwalamy • sobie wskazać 
tu główne przedmioty, na które szczególną uwagę zwra- 
cać powiona, a opisy których nader eą pożądane dla Teki. 

IV. Pod względem archeologii: pomniki sypane z zie- 
mi, horodyszcza, okopiska, kurhany, góry zamkowe, z do- 



Ul 387 

Hadnem wyjaśnieniem ich położenia, pomiaru , z wiado 
mością czy były poszukiwane, kiedy i przez kogo; pomni- 
ki z muru i drzewa, ruiny lub tylko fundamenta z drzewa, 
lub muru, pałace," domy, do których jest przywiązana tra- 
dycya ludowa; jeziora, rzeki, góry, lasy, kamienie, nawet 
drzewa pojedyncze, o których lud zachował jakie odwiecz- 
ne podania, lub które nazwą swoją czegoś historycznego, 
lub my tyczne go domyślać się każą, — słowem to wszystko, 
co może wyświetlić nasze przeszłość. Przedewszystkiem 
prosimy naszych młodych współpracowników nie o kompi- 
lacye z drukowanych xiążek, nie o popisywanie się z wła- 
sną historyczną erudycyą, ale o wierne spisanie tego co 
jest w ustach i pamięci ludu, choćby to się podawcy wy- 
dawało wirutną banialuką. Zbiory prywatne zabytków sta- 
rożytnych, wykopalisk z ziemi, osobliwości, rzeczy pa- 
miątkowych, biblijotek, obrazów, sztychów, rzeźby, słowem 
tego wszystkiego co w danem miejscu troskliwość, lub cie- 
kawość prywatnych osób nagromadziła z rzeczy godnych 
uwagi, — może posłużyć za pożyteczny przedmiot opisu. 
Zacnych zaś i światłych kapłanów wszystkich wyznań 
najmocuićj upraszamy o szczegółowe opisy kościołów, 
cerkwi , kaplic , cmentarzów , pod względem historycz- 
nym, lub archeologicznym; o wypisanie dat ich założenia 
i konsekracyi, imion fundatorów, lub dobrodziejów, znacz- 
niejszych pomników, dzwonów i na nich napisów, relikwij 
śś., obrazów cudownych, portretów fundatorów, znakomit- 
szych apparatów i sprzętów kościelnych, jako to: kielichów, 
monstrancyj, relkwiarzy, — nadto innych pamiątek historycz- 
nych, np. chorągwi wojennych łub zdobytych na nie- 
przyjacielu, moździerzy, kotłów i innych rzeczy, do których 
jest przywiązana archeologiczna, historyczna lub pamiąt- 
kowa wartość, archiwów i bibliotek klasztornych, wyszcze- 



388 US 

gólnienie ważniejszych przywilejów i nadań, z treściwą wia- 
domością kiedy i od kogo pochodzi ten lub ów nabytek 
na chwalę Bożą ofiarowany. Wiadomości odnoszące się 
do uroczystości kościelnych, kiedy te zostały wprowadzo- 
ne, kiedy się obchodzą, o plebanach wsławionych nauką, 
wymową, świątobliwym życiem lub dobroezynnemi pamiąt- 
kami jakie po sobie zostawili. 

V. Wiadomości etnograficzne, tak ważne, a wta- 
kiem niemowlęctwie jeszcze u nas zostające i tak mało 
rozwinięte, zwracać powinny szczególną uwagę. W za- 
kres tój wiedzy wchodzą: 1) oznaczenie plemienia; powierz- 
chowność ludu osiadłego w danej prowincyi: wzrost, ko- 
lor włosów, płci, oczu, siły fizyczne, stan zdrowia. 2.) Ję- 
zyk — szczególne znanfiiona, sposób wymawiania, wyrazy 
i całe okresy właściwe pewnej klassie ludności, naprz: ję- 
zyk flisów, używane przez nich nazwy prztd miotów w uży- 
ciu będących, jak rap it. d. (bożek wodny). 3) Zycie domowe: 
opis dworów i wsi, zabudcwania obywatekkie, klassy rol- 
niczo] , wewnętrzne urządzenie domów , odzież męż- 
czyzn i kobiet w rozmaitych porach roku, pokarmy i na^ 
poje. 4) Zwyczaje i obrzędy: urodziny i chrzciny, we- 
sela, pogrzeby, rozmaite wspominki po umarłych, jak przy- 
kładziny, radownice, dziady i t. d. 5) Prace rolne: ob-> 
siewki, dożynki i t. d. 6) Roczne uroczystości: kupało, ro- 
sa, kucya. Boże narodzenie (kolady), wigilija Nowego roku, 
Nowy rok, Trzy króle, wieczorynki czyli święte wieczory, 
Wierzbna niedziela, Wielkanoc, Zielone święta. Zielna i t d. 
7) Domowe sposoby leczenia, gusła, zabobony. 8) Za- 
bawy, piosnki, tańce, instrumenta muzykalne, muzyka i 
jój charakter, igrzyska i t. d. 9) Stosunek włościanina do 
obywatela, czynszowe lub pańszczyznowe służebności za 
posiadaną ziemię, natura i ilość dodatkowych robocizn lub 



449 389 

daniDi służby lub opłaty allodyalne uświęcone tradycyjnym 
zwyczajem, jak np. połowiczne miody, obowiązek dostar- 
czania ludzi na polowanie, hurtowe tłoki it. p. 10) Przy- 
czyny miejscowe stałe lub chwilowo wpływające naroS' 
wój władz umysłowych , moralności , dobrego bytu lub 
nędzy hlassy rolniczej \ wymienienie miejsc odznacza* 
jących się pod tym względem dodatnio lub ujemnie, wska- 
zanie najbliższych miejscowych środków zaradzenia złemu. 
Nakoniec: 11), podania miejscowe, szczególne przysłowia, 
pieśni, skazki i pomówiska. 

YI. Pod względem wiadomości gospodarskich ista^ 
tystycznych: sposoby gospodorowania , najbardziej odzna- 
czające się w tym względzie dobra ziemskie, szczegóły o 
znaczniejszych zakładach fabrycznych i handlowych w pro- 
wincyi, tak np. o papierniach, hutach, młynach, znaczniejf 
szych gorzelniach, browarach; szczegółowe opisy pszczel- 
nictwa, jedwabnictwa, cukrownictwa, polowania, ogrodów, 
cieplarni, sztucznych łąk i t. d. Ilość mieszkańców po- 
dług pochodzenia, wyznania i plemienności, liczba rodzą- 
cych się i umierających, śmiertelność podług lat od uro- 
dzenia, podział jej na miesiące. Miejscowe metryki i źrzó- 
dla policyjne, oraz wiadomości zbierane przez izby skar- 
bowe i komitety statystyczne — szczegółów tych dostar- 
czyć mogą. Nieraz się zdarza, że pod względem ludności ' 
cyfry podane przez komiteta statystyczne i przez miejsco- 
wych proboszczów niezawsze z sobą są zgodne, a liczba 
podług wyznań, najczęściej bywa przewyższającą; różnicę 
tę wypada wskazać , tłómacząc jeśli można jój powody. 
Ilość dorocznych ślubów podług wyznań. Ilo#ć kościołów 
i innych świątyń, cmentarzy, ilość domów murowanych i 
drewnianych, ulic brukowanych i niebrukowanych, placów, 
rynków, zakładów dobroczynnych; szkoły, liczba uczących 



;}90 ł50 

się i nauczycieli; kramy, handle, traktyery, szynki, łaźnie, 
ilość kupców, handlujących mieszczan i t. d. — ^jednem sło- 
wem to wszystko co pod względ.-m statystycznym może 
dać wyobrażenie o stanie miasta. Niemniej pożądane są 
statystyczne wiadomości z prowmcyi : tu główną uwagę 
zwracać należy na przestrzeń ziemi, ilość rąk roboczych, 
lasy, ich produkcye, handel leśnym materyałem, jeziora 
z uwagą na gatunek ryb; miejscowe rybołówstwo , rzeki 
splawne, ilość statków, szczególne gatunki zwierząt; stada 
koz i bydła; drogi komunikacyjne, pocztowe, prywatne, zna- 
czniejsze góry, ze zwróceniem uwagi na ich skład geologi- 
czny, np. gdzie są pokłady żwiru, wapna, kredy , glinki 
barwianej i t. d.; rośHny lakarskie i farbierskie z ich 
miejscowym użytkiem, rudnie żelazne i innych kruszców^. 
Postrzeżenia meteorologiczne z wykazem ważniejszych faz 
klimatycznych, większych mrozów, upałów, burz, notowa- 
nie dat stawania lodów, puszczania rzek, powodzi i wa- 
żniejszych fenomenów, np. trąby powietrznej, niezwykłe- 
go gradu, piorunów, zorzy północnej, meteorów, przelotu 
ptaków i t. d. Wiadomości o jarmarkach i targach na 
konie, bydło, wełnę i t. d. 

VII. Dwie przeważne podst£«vy ekonomii politycznej, 
rolnictwo i przemysł , dwa stanowcze warunki bytu na- 
szego kraju, powinny powołać usilność nasze do szczegól- 
nych studyów. Nie walcząc z uświęconemi od wieków go- 
spodarczemi trądy cyami, które mają zasługę miejscowości 
i praktyki, nieusiłując na pola nasze wprowadzać rzeczy ob- 
cych, z ziemią i klimatem naszym niezgodnych, za ważną 
bierzemy powinność oswajania naszych rolników z ulepsze- 
niami i wynalazkami, które wprowadzone w praktykę i za- 
stosowane do naszej miejscowości, mogłyby przynieść rze- 
telną korzyść wiejskim obywatelom. Gdy te rolnicze ko- 



451 391 

rzyści w nierozdzielnym są związku z bytem klassy wło- 
ściańskiej, postaramy się rozwijać kwestye dążące do ule- 
pszenia bytu na warunkach zobopolnej dogodności , wza- 
jemnego współczucia i ufania, bez których dwory i wio- 
ski nasze pod względem tak finansowym jako i moralnym 
dźwignąć się niemogą. 

Vni. Rozmaitości — zawierać będą przeglądy piśmien- 
nictwa Pobkiego i pobratymczych Słowian z lat ubiegłych, 
poglądy na sztuki piękne, życiorysy zasłużonych rodaków, 
nietylko osób historycznych, ale i takich które lubo nie- 
miały głof?niejszego nad obręb swojćj okolicy rozgłosu, na 
miejscu jednak zasłużyły na wdzięczne lub pamiątkowe 
wspomnienie. Tu i wieśniak odznaczający się wysokiemi 
swojego stanu cnotami, i rzemieślnik znany i zasłużony 
okolicy biegłością w kunszcie i rzetelną poczciwością, zna- 
leźć powinien szanowną o sobie wzmiankę. Wreszcie ko- 
respondencye rozmaitej treści. 

Czyj emu sercu uiejest obca miłość kraju w którym 
mieszka , kto życzy dobra macierzystej swej ziemi , ten 
wraz z nami nabędzie przekonania, że tego dobra niemo- 
źna dla niej osiągnąć bez gruntownego i różnostronnego 
jej zbadania. Skarbnicę tych ważnych badań chcemy otwo- 
rzyć w naszem piśmie, któremu jeśli Bóg, przyjazne oko- 
liczności i prawdziwie obywatelska gorliwość współpraco- 
wników przyjdzie do pomocy, karty jego stać się mogą 
cenoym składem jedynych materyałów dla ekonomisty, hi- 
storyka lub pod każdym względem badacza kraju. To 
szczegółowe poznanie swej ziemi, krom naukowych, real- 
ne i natychmiastowe przyniesie z czasem korzyści; a by- 
leśmy teraz ochoczo wzięli się do bogatego żniwa, które 
nas otacza, skromne pismo nasze stać się może zasobnym 
spichlerzem , którego chleb duchowy zasili i pokrzepi 



392 452 

zdrowie przyszłych pokoleń. Praca godna pilnćj ręki i 
serdecznego zamiłowania wszystkich dobrze myślących lu- 
dzi. 

Z takićm wyznaniem wiary, w tóm miejscu niech »ię 
nam godzi jeszcze wypowiedzieć zasadniczą mysi nasze. 
Hołdując prawdzie i pięknu powitamy je radośnie wszę- 
dzie, gdzie się dadzą napotkać. Obcy duchowi stronnictwa, 
niechcemy mieć w literaturze przyjaciół i nieprzyjaciół; a 
jeżeli śmiało i sumiennie wypowiadając prawdę zadraśniemy 
czyjeś osobistą miłość, własne lub koteryjne przekonanie 
uroczyście oświadczamy, że niepodrzędne względy, ale mo- 
cna wiara w to co wyznajemy — kieruje naszćm zdaniem. 

Kończymy szczerem słówkiem do młodzi pracującej 
w rozmaitych gałęziach nauk i literatury; — śmiało i ufnie 
niech składają w nasze ręce owoce swej pracy. Każdy 
objaw telentu powitamy radośnie, każdym dobrym naby- 
tkiem podzielimy się z publicznością, poszanujemy zwy- 
kłą, a chwalebną skronmośó autorów, niezrazimy lekcewa- 
żeniem, lub szyderstwem niczyich dobrych chęci, a wpro- 
wadzenie w publiczne szranki każdego młodego zapaśnika, 
poczytamy dla się za aasługę. 



Stałe uczestnictwo w Tece Wileńskiej przyjmują na- 
stępni pisarze: 

Adamowicz Adam F., Andrzejewski Antoni, Baliński 
Michał, Bartoszewicz Julijan, Bądzkiewicz Antoni, Białecki 
Antoni, BiUński Jan, Buszczyński Stefan, Deotyma, Chłop 
z ptu Maryampolskiego, Chodźko Ignacy, Chodźko Domi- 
nik, Fryczyński Michał, Grodlewski x. Lucyan, Jaroszewicz 
Józef, Jocher Adam, Kaczkowski Zygmunt, Korotyński Win- 
centy, Krasiński x. Stanisław - Adam, Kraszewski Ignacy- 



453 393 

Józef, iLuTakowski Ignacy, Kremer Józef, Laskarys Jerzy, 
Libelt Karol, Łepkowski Józef, dr Majer Jdsef, Malinow- 
ski Mikołaj, Mikulski Jan, Muchliński Antoni prot, Nar- 
butt Teodor, Nowosielski Antoni, Odyniec Autoni-Edward, 
Padalica Tadeosz, Plag Adam, Proniewska Karolina, Pm- 
sinowski., Przyborowski Józef, Przybylski Wacław, Przyal- 
gowski X. W,, Puzynina xięina Gabryella (ur# hr. Gnu- 
ther), Rogalski Józef, Rogawski Karol, Sienńeński Lucyan, 
Sjrrokomla Władysław, Szajnocha Karol, Szlagier Kazi* 
miórz, Tomaszewioz Waleryan, Trentowski Bron.-^Ferd., 
Tyszkiewicz hr. Bnstachy, Tyszkiewicz hr. Konstanty, 
Tyszyński Alexander , Walicki Alfons prof., Wazyński x. 
Alexander, Wójcicki Kazimiśrz- Władysław, Zaleski Broni- 
sław, Zap Karol -Władysław prof., Ziemięcka Bleonora» 
Zienkiewicz Romuald. 

Jan %e S Uwiną. 



TIKA. N. Vi Bf 



Od Redahejfi »Tękit. 

NieprBewidjwaliśmy, aby tak prędko zisiezooe byljr 
życzeoia inioszkańców tego kraju pod wz^^dem pami^o- 
źeoia liczby gitnnazyów i sŁosols^niejszego do potrzeb kra- 
ju urządEama szkół powiatowych; tymczasem z Najmi- 
i as o i w i ó j potwierdzonego przez NAJJAŚNIEJSZEGO 
PANA urządzenia zakładów naukowych w okręgu nauko- 
^wym Wileńskim 9 z wdzięcznością widzimy, ie uohw^.* 
łono i otworzono 7 nowych gimnazyów; dzięki zaś troskliwo* 
^ci zarządu naukowego okręgu* jak ni^mniój gorliwości 
obywateli, którzy chętną ofiarą przyczynili się do urzo- 
ozywifltoienia tego projektu, od Isiei^oia b. r.,w Poniąwie- 
y.u, Kiejdanach, Nowogródku, Piibku szkoły powiato^^ 
;&łie<tąpiono . zostały gimbazyami. €rdy rodziców i całą po-* 
wszechnośó żywo obchodzić powinno 0Z6go młodzież szkol* 
na, tak w dji^wniój istniejących, jak obecnie otworzonych 
zakładach uczyć się będzie, znajdujemy rzeczą właściwą 
umieścić niżćj, rozkład nauk na gimnazya i szkoły niższe 
na rok szkolny bieżący przepisane. 

Rozkład lekcy f w klapsach gimnazyów^ zatwierdzony 
przez p. minista narodowego oświecenia na dniu 26 kwieU 
ida 1858 r. 



PllZEDMIOTY. 


WYKŁAD 


WYKŁAD 


SPECYALNT. 




WSPÓLNY. . 
I. II. III. 










Dla gotująoyeh tif do 
•tttihy. 

IV.V.VI. VII. 


OU g«t«Jt<7oh łii do 
ualwenjMU. 




iv.v.vi.vir. 


Religija 


2 2 2 


2 1 1 


2 


2 112 


JęzykRossyjs 


4 4 4 


5 3 3 


3 


3 3 3 3 


Geografija 


2 2 2 


2 2 — 


1 


2 2—1 


Ilistorya 


2 


2 2 4 


3 


2 2 4 3 



455 snr, 

Matematyka 333 533 3 333 3 

Fizyka ~ -■ 2 2 — 22 2 

Mat i fizycz. 

Greografija — 2 — 2 

Nauki przyro- 
dzone 222 2111 2111 
Język Niemiec. 3 33 222 2 2222 
— FraDcuz. 312 223 3 2233 
— Polski 222 2211 2211 

Kaligraf ja 22 1 — 

Rysunki 111 1111 1111 

Prawo Ros. — ^4 4 4 — — — 

Język Łaciński — 44 4 4 

Wogóle lekcyj na tydzień 186. 

Ro%kład leheyj w ttkołaeh powiatowych dwcrzanakieh, 

K Ł A S S T. 



I. 


II. 


m. 


Religija 2 

Język Rossyjski 4 

— Polski 2 


2 

4 
8 


2 
4 
2 


Ar3rtmetykai pierwsze 
początki geometryi 4 
Geografija 2 
Historya 2 
Kaligrafija 4 


4 

2 
2 
4 


4 
2 
2 

4 



Wogóle lekcyj na tydzień 60. 



LISTA PRENUMERATORÓW 

NA 



fnino i powiat PrUemku 

Adamowicz Adam F. prof* 

Aaisimow Jan koL ass^ 

Ass — xię^arz 10 exempL 

Baliński Michał wice-prezes kom. arch. WiU 

Baliński Józef a»>s. izb. krym^ i kaw. 

Bądzkiewicz Antoni nauczyciel. 

Bereśniewicz AlexaQdeif xiąd2» 

Bohatyrowicz Jan x. prob» Ławaryski; 

Bohdanowicz AIexander koU* eekr* 

Borowska Helena* 

BowkiewicK Józef x. prałat. 

Buczyńska Matylda t hr» Gunterów* 

Bi^jko X. dziekatK 

Bujnowski Tadeusft oacjt^ stołu iKb. krym* 

Chlewińska J. W. 

Chodakowski Jguacy koli. asfi^ 

Chodźko Ignacy, ozi. koin% wloBCiaU) podkomorzy. 

Chudziński Aloizy. 

Ćwirko Tomasz protok- izb. krym. 

Czerwińska Zuzanna. 

Dmochowski Aurelijan marszałek* 

Dombrowski sledstw. prystaw. , 

Dzwonkewski Wincenty sekr. szlachty. 

Florkowski Piotr Konstanty koli. ass. 

Frejend Leonard koli. ass. 

Gawroński Wiktor buhaU izb. skar. 

TBULA N» V. W 



Giedmin Leon naczel. stołu izb. ekar- r. h. 

Giedrojć xiążę Mikołaj. 

Giedrojó Kiążę Witold. 

Giedrojć Konstanty nacz.- stołu izb. skar. 

Gliicksberg Teofil xicgarz, 21 exra. 

Górnicki Felix pleban kość. s. Jakóba* 

Gusiew Mateusz, astronom. 

Holyńska z hr. Platerów. 

Hundius x]ądź; wice-proboszcz s. Jana. 

Hurczyn Ildefons. 

Hurynowicz Władysław. 

Jachimowicz Leon koli* ass* 

Jasiński Ignacy. 

Jastrzembski Jędrzej. 

Jeżewski Józef kapel. pp. Wizytek, 2 ex. 

Jocher Adam. , 

Jotejko Jan. 

Kałusz Franciszek. 

Karabanowicz Ignacy rad. st. i kaw. 

Karłowicz AlexaDder. 

Kolesiński Baltazar. 

Kondratowicz Ludwik. 

Korewo Adolf. 

Korewo sztabs kapit. generał* sztabu. 

Korotyński Wincenty. 

Kostijowicki Alexander. 

Kotwicz Xawery. 

Kotwicz Xawery. 

Kozłowski Szymon kanon. rekt. sem. 

Krupo wicz Maurycy, naukowy sekr. arch. kom. 

Krzyszkowski Innocenty dr. e* teolog, ex minister xx. Try- 

nitarzy. ' ' 

Kucyński Andrzej generał major. 
Kuczuk -Kajetan nacz. stołu izb. krym. 
Kukolnik Paweł, rzecz. rad. bt. 
Kulwiński Michała 
Kułakowski Sarmat. 
Kwiatkowski Teofil. 
Lampe Teofil x. kustosz xx. Bertiard. 
Laskarys Jerzy. 
Laudański Karol. 
Laudański Bolesław. 
Lewiński Józef. 



Łazarowicz Romuald. 

Łazarowioz Antoni. 

Łopaciński Bolei^ław, ozłooek zarządu zakiltdów przytaf« 

ku dzieci. 
Łopaciński Alexander. 
Majewski Jan kapel, szlachee. infityt* 
Makarów Alexander« 
Malinowski Mikołaj. 
Mołoohowteo Jan. 
Michniewicz Leonard. 
Mikucki Józef proU Rokojńeki* 
Mikulski Jan. 
Milkiewicz Jan. 

MiryLOwicz Micłuil prób. Tyrgieleki. 
Missiewicz Leon prób. Gierwiacki. 
Moniuszko Stanisław* 
Muzeum starożytności w Wilnie. 
Noiszewski Józef, buch. izby skar. 
Nowicki Bogusław pleb Bc^usiawski* 
Odyniec Antoni-Edward. 
Orgelbrand Maurycy xięgarz, 65 exemp. 
Ostapowicz Wawrzyniec prób* Cudzieniski mag* św^ teoL 
Paszkowski Kazimierz. 
Piasecki Eazimićrz* 
Prościewicz Wiocenty, buh. izbyskar. 
Puzynina xięż. Gabryela nr. hr. Giinter. 
Przybylski Wacław, naucz, instytutu* 
Ratowtowa. 

De-Roberti Emil, radzoa stanu i kaw« 
Romankiewicz Józef. 
Romer Seweryn. 
Rossochacki Antoni. 
Rymkiewicz Felicyan. 
Rzewuski Romuald. 
Sieklucki Zefiryn. 
Sieklucki. 

Siemaszko Donat dziek. pttu Wileńska 
Słowaczyński Jan. 
Sosonko. 

Stefanowicz Mikołaj. 
Syrkio xięgarz, 15 exemp.^ 
Syrmiowicz Julijan pleb. kosę., xx. Bernard* 
Szarski Antoni nacz. stołu izby skar* 



S»kultecld Romuald rad. et. i kaw. 

Szlay:ier Kazimiópz uauozyciel. 

Sssiapowiog Adam x. 

Szyszko Józjef. 

Talatowa. 

Tamulewioz Kajetan nauczyciel. 

Taruowf^ki Edward. 

Titius Gu^*tawa. 

Tomasze wi oz Walery an. 

Traohtenbrg Róża. 

Tyszkiewicz Eustachy hr. preses kom* wrch. 

Tur. 

Urbanowicz Hipolit, 

Wagner Olgierd. 

Walicki Michał rad. honor. 

Wasilewski Ferdynand koli. ass* 

Wiesiołowski Wiodzimiera. 

Wilczyński Jan*Kazimierz« 

Wojciechowski Franciszek kapel. oda. g»m. 

Wojnicki gub. lustr. 

Wojtkiewicz Hermenegild. 

Wojewódzki Jan koli. ass, konsyst sek. 

Wołkowa Izabella, 

Wróblewski Ałexander x. kan i kaw. 

Wypzomirski Kazimiórz sekr. i^b. kiym. 

Zagórski Józef x, prób. Taboryski. 

Zajączkowski Edward koił. regisir* 

Zawadzki xięgarz, 30 excm, 

Zdanowicz Alexander nauczyciel instytutu^ 

Zienkiewicz Romuald, 

Zimodro Jan, żurnalista izby skarb. 

Zylewiozowa Karolina. 

Żylińska Barbara marszai. 

Żyliński Konstanty. 

Powiat OsmUauMki. 

Bohdanowicz Otton. 
Bojarzy ński x. 
Cywińska Marya, 
Bownarowicz x. dziekan* 
Jabłoński Luoyan. 
Ja^cmin Alfons. 
Januszowie^ Konstaoty, 



Jurjewicz x. dziek. Winułiewsiu* 

Kolaukoweki Antoni. 

Kryczyński Samuel major* 

NiekrAHzewicz Jan. 

Oleszkiewicz Onufry. 

Stelnicki Tadeusz ob. 

Sulistrowpki Józef. 

Sulistrow^ki Edmund. 

Swiętorzerki Fortunat. 

Szaniawpki Benedykt prób. Dercwueński. - 

Tukaiło Konstanty. 

Turobojski koli. ass. 

Walicki Adolf. • 

Walicki Henryk. 

Wasilewski Kazimierz. 

Wojtkiewicz Maciej. 

Wolczacki Michał gub. sekr. 

Żyliński Hippolit. 

Powiat fTilejski. 

Augustynowicz dziek. Nadwilejski prób. Wolkołat. 

Bohdanowicz Tadeusz. 

Bohdanowicz Ignacy. 

Gi^czewicz Konstanty. 

Giedrojć kaznaczej. 

Kowerski Stefan. 

Koziell Jan kurator. 

Lubański Jan marszałek i kaw. 

Mackiewicz Bronisław dr. med. 

Pawłowicz Karol sok. okr. dóbr paiist. 

Plewako* 

Puzyna Adam x* pleban. 

Rzewuski Walens b« prez# graniczńy^- 

Słotwiński Gwido. 

Śnitko Konstanty. 

^wida Sydalija. 

Świdziniski Bronisław koli* ass* 

Świętorzecki Cezary. 

Szyszko Józef. 

Tyszvński Alexander. 

Tnkałło Mieczysław marszałek i kaw* 

Węcławowiez Walery. 

Wołodkowicz Ludwik- 

Żyliński x. Piotr dziekan* 



Pawimi Lidaki. 

Andrzejkowicz Alexander. 
Brochccki Antoni. 
Chlewiński x. dziekan, 3 ex. 
Krahelpki Józf-f koli. ass* skarbny* ptt. 
Karbutt Teodor. 
Kiezabytowski Konstanty. 
Potrykowski Anzelm. 
Sz^lewicz Adolf. 

iJ^zukiewioz Tomasz. 

« 

Zebrowski Adam. 

Powiat Swięciański. 

Abramowpki Kazimierz. 

Chalecki Kajetan. 

Di mbrowski Wiktor. 

Kublioki Adolf. 

Kurkowski Witalis prezes sąd. ptt. 

Masłowski Konstanty* 

Szymkowicz Jan. 

Szyszlo Norbert skarbny. 

Powiat Trocki. 

Alchimowicz Julijan. 
Chełstowski Kazimierz. 
Morawski Apolinary. 
Olechnowicz x. 
Świderski Wawrzyniec. 
Wenckowicz Franc dziek. Trocki. 

Powiat Dziśnieński. 

Brydycki Bartłomiej przeor Karmel, bos. Głębockich. 

Drobniszewicz Dominik pleb. Łużeoki* 

Drucki-Lubecki książę marszał. 2 ex. 

Józefowicz Bartłomiej pleb. Miorski. 

Iwaszkiewicz Walery an ass. sądu ziem. 

Kaczyński Napoleon x. prób. Mosarski. 

Kario Maciej kaznacz(5j. 

Kozakiewicz Leopold x. prób. Prozorocki. 

Kredyt Wincenty naucz powiat szkół. 

Kruszyński Pankracy prób. Głębocki. 

Kurowski Stanisław. 

Łódź Konstanty x. prób. Hermanowiclu* 

Łopacińska Auna. 



Mieszkowski Kazimierz x. pleb« Zadorołski* 

Mokrzecki Filip domioikan kaznodzieja* 

Obrąpalski Franciszek x- pleb. Drujski. 

Piotrowioz Michał x. pleb. Udzinl^ki. 

Rajuuiec Józef x. dziek. i prób. Dziiń. 

Sulistrowaki Leon. 

Szyryn Jan x. prób. PohosŁski* 

Wińcza Paulin. 

Zieniewicz Wawrzyniec x. prób* Ikaźnieński. 

Grodno i powiat Grodzieński. 

Bruszewski Ignacy. 
Chomicz sekr. bud. kom» 
Ciechanowski dr. 
Cytowicz Józef. 

Czetwertyński xiążę Konstanty, 
Daniiowicz Jan koli. ass. 
Downarowicz Adam. 
Ejsymont Bolesław koli. reg. 
Falski Antoni. 
Falski Józef. rad. honor. 
Gienijusz Ignacy rad. honor. 
6rudziii!^ki Alexander koli. sekr. 
Jacewicki Kazimierz koli a^^s.. 
Jacuński Karol gub. sekr. 
Janowski Teofil. 
Idzikowski Jan leśniczy. 
Jezierski Jakób. 
Kiersnowski Nikodem. 
Kiersnowski Józef inżynier. 
Kimbar Jan gubr* sekr. 
Klimaszewski Mikołaj. 
Kłopotowski Michał. 
Kosmowski Konstanty rad honor. 
Kossobucki x prób. Rożanostocki. 
Kowalewski Floryan. 
Krupowicz Antoni. 
La(?huicki Roman marszałek. 
Ljoodt Leon kolL ass. 
Lubowicki Adam rad. honor. 
Majewski Józef x. dziekan. 
Malewioz Pelicyan koli. sekr. 
Marcinkiewicz Józef. 



Marciszewski Franciszek kolK b»b* 

Ddootowicz ass. Izb. Cyw. 

Mudrowicz Ludwik. 

Orzeszko Kalixt gub. marszałek. 

Perocki Józef kuli. aas^ 

Pilecki Jan dr med. 

Podhajski koli- ass. 

Pogorzelski Alexander rad. honor. 

Pruszyński rad. dwór. 

Radzi^^zewski kol. a^e. 

Rahnza koli. sekr. 

Rudzki koli r* g. 

Sasulicz Edward. 

Sągin Józef ass. koli. 

Siezieniewski Michał rad. hop. 

Spirydowic!z Władysław gub. sekr. 

Steckicwi?z Tomasz ass. koli. 

Strutyński Franciszek rad. hon. 

Styczyński Benedykt rad. hon. 

Sztark Jan rajd. hon. 

Wierzbicki Konstanty. 

Wiryon Jan. 

Zach Paweł rad. hon. 

Zagajewski, xięgarz. 2 ex. 

Zapolski Leonard. 

Żółkowski Ludwik sekr. szlachty. 

Powiat Brzesku 

Buchowiecki Wojciech. 
Dziekoński marszałek. 
Dziemiauowicz Wincenty x. dziek. 
Hofmejster Apolin. 
Jaskłowski Antoni kap. 
Matusewicz Wincenty. 
Mogilnicki Michał. 
Podgórski Karol porucz. 
Ponik wieki Felix. 
Rudziewicz Stefan ass* kolh 
Tołoczko Antoni. 
Zalewski Leon. 

Powiat Białostocki. 

Andrzejewski rad. dwór* 
Bąkowski x. dziek* 



Biblijoteka gimnazyum. 

Boufai Stanisław. 

Gąsecki Adolf prowiz. 

Janowski półkownik 

Kalinowski August, kap- 

Karpowicz Michał kurator szkół. 

Kułakowski Ignacy rad. st. kamerjunkier i kaw., 3 eXi 

Kurkowski naucz* gimnaz. 

Małyszewicz Józef x. prób- Niewodnioki. 

Płotnicki Marcelli ńss. koli. 

Sakowicz marszałek. 

Skirmunt sędź. sąd. ptt. 

Snarski Alexander x. 

Szepietowski marszałek. 

Zawadzki Marcin marszałek/ 

Powiat Rieiski. 

Jaroszewicz Józef prof. 

Lipnicki Felix. * , • 

Lipnicki Stanisław. 

Pieńkowski Ludwik. 

Sągin Stanisław ass. koli. 

Zaleski Teofil, 2 ex. 

. Pomai Sokolski. 

Bachra Otton marszałek i kaw. 
Kryszczun prób. Sokolski. 
Kossobudzki x. prób. w R(^anym Stoku. 
Lipiszko X. prób. Odelski. 
Wysocki x. dziek. 
Zawistowski Ignacy marszałek. 

Powiał Robryński. 

Babińska Julija z Żelwertów. 
Niepokojczycki Michał. 
Onichimowski Ignacy. 
Wysłouch Ludwik. 
Wysłouch Felix. 

Powiał Pruiańskt. 

Moraczewski ( Jan ass. koli. 
Osuchowski Michał. 
Sawykowski Walenty marszałek. 

TMA. N. V. M 



Powiat SłonimśU^ 

Bergiel Albert ob. 
Chodźko Dominik. 
Horkowicz Konstanty ass. koli. 
Karpowiczowa Marya. 
Kazigrodzki Cezary, 2 ex. 
Korsak Edńaund ob. 
Mikulski Florenty b. prezes, 

Powiat fFałkawyski* 

Butkiewicz Kazimierz.* 
Ciechanowiecki Konstanty. 
Gajewski Jan. 
Glazer Antoni. 
Jaźwiński Gustaw. 
Jelski Tadeusz. 
Zwirowicz Adolf. 

Mińsk i powiat Miński. 

Bokymowski nauczyciel. 

Czepieliński 3 exem. 

Chmara Adam. 

Dobkiewicz Franciszek. 

Hejbowicz naucz, gimnazyum. 

Hilferding Jan, prezes izb. skar. rad. stan. i kaw. 

Kostro wieki Karol marszałek. 

Malewicz x. prób. 4 ex. v . 

Niemorszańska Amelija. 

Paszkiewicz Antoni. 

Pawlikowska Stefanowa. 

Plewako Piotr. 

Pruszyński Eustachy b. prez. izb. cyw. 

Pułjanowska Helena. 

Rzewuski hr. Floryan jenerał ifisJ4:»*. . 

Słotwiński Ludwik gub. marszałek. ,v 

Straszyński inep gim. ,/ . 

Swiętorzecki Bolesław* 

Torczyński Artur. 

Truskowski urzędnik. 

Wańkowicz Edward. 

Wierzbowski Wilhelm. 

Wiśniowski x. ; . i : 

Zabiełłowa Stefanija. / 



Zawisza Jan. . . ^ 

Żbikowski nauczyciel. 

Powiat Słucki. 

Bochwic Otton, 
Buchowiecki Stefai;^. '* 
Czapska hr. Zofija. 
Jeleński Kazimierz. 
Juchnowicz Ignacy rad. honor. 
SIrupski Bonifacy. 
Miładowski Tomasz uaucz. gim. 
Narkiewicz Jodko kurat. gzkói, 6 ex. 
Niesłuchowski Lucyan ass. koli. 
Okołow Leonard prez. sąd. ptt. 6 ex. 
Rdultowski Eustachy. 
Reczyński Marcin insp. gim. 
Bewieński Konstanty. 
Rzepecki Adam naucz. gim. . 
iTzlowski Marcin ob. 
Wojnilowicz Tadeusz mai^szałek. 
Zaleski Bronisław. 

Powiat BorffAomski^ 

Bartels Artur. 
Bieliński Ignacy. 
Piotnicki Wincenty sekr. koli. 
Tyszkiewicz hr. Konstanty. 
Tyszkiewicz hr. Michał. 
Wołlowicz Henryk. 

Powiat Ihumeński. 

Janiszewski August b. marszałek. 
Janiszewski Ludwik marszałek. 
Kamieński Józef. 
Korzemewski Edward ob. 
Narkiewicz Jodko Otton ob. 
Nowicki Franciszek dr. powiat. 
Obrompalski Ludwik ob. 

Powiat Bobrujskf. 

Krupacki Ferdynand rad. dworu, 10 ex. 
Łappo Dominik. 
Kiełczewski Jan. 
Miedwiediow koli. pow., 2 ex. 
Pruszanowski Eugenijusz. 



Powiat R%e€%ffcki. 

Allinger KaroL 

Popowski Józef sekr. sądu ziem. . 

Sokołowski Onufry. 

Powiat Piński. 

BraumaDn zięgarz. 
Hanowa z Łaskich inspektorowa. 
Manuzzi hr. Konstancya. 
Plater hr. Włodzimierz. 
Rulikowska Anna marszałkowa. 
Skirmuntt Hemyk. 

Powiat Nowo§ród%ki, 

Abłamowicz Piotr prez. 

Abramowski. 

Brochocka Helena. 

Dmochowska. 

Domejko Kazimierz poracz. 

Ejsymontowa Regiaa jenerałowa. 

Gnoiński Piotr dr. powiat. 

Kamińska Auua ob. 

Karpowicz Kazimi^rE «ęd. granica. 

Kozmyn Elijasz sęd- granicz. 

Mierzejewski Leon 3 ex. 

Mierzejewska. 

Mikulski Adolf. 

Olędzka Franciszka podk. Wołn. 

Olędzki Alexander sędz. granicz. 

0'fiurk hr. Michał. 

Piotrowicz Ludwik. 

Protaseewicz Wilhelm. 

Sadź Mikołaj. 

Szalewicz Tomasz. 

Tuhanowski Konstanty. 

Wolski Mikołaj marszałek. 

Powiat MoztfT^ki. 

Horwatt Artur. 

Jeleński Napoleon, 3 ex. - 

Maszewski Artur. ' ; . 

Kowno i powiat Rówieński 

Bujnicki Zygfryd. 

Butkiewicz Alexander ass. koli. 



Cbmielewaki prez izb. ^yw. 

Chomiński Stanisław gubernator oywilny Kowien. 

Doboszyński Jan. 

Giejsztor Jakób 

Gobiatto Ignacy ass. koli. 

Hryncewicz Józef. 

Jacewicz Zygmunt rad. bon. 

Jasieński Konstanty koli. reg. 

Jasiukowicz rad. st. 

Krupowicz Adam ass. koli. 

Krzywóbłoeki Edward. 

Łabanowski Alexander. 

Milanowski* Józef rad. dw. 

Missiewicz Antoni sekr. gub. 

Ongirski Stanisław rad. bon. 

Owsiany'* Władysław.' - 

Prozor Adam. 

Siemaszko Romuald sek. gub. 

Stankiewicz Maciej rad. bon. 

Stulgiński ^Leon rad. dw. 

Szylański Julijaii rad. bon. 

Tokarzewicz Alexander ass. koli. 

Wroński Józef. 

Wróblewski Teodor. 

Zarzecki Stanisław urzęd. izb. cyw- i kaw... 

Żylińki Ludwik. 

Rossienie i powiat. 

Chrząstowski Wilhelm, 

Chrząstowski Jan. 

Feliński Włodzimierz. 

Giedgowd Tadeusz komornik. 

Janczewski Waleryan. 

Miksiewicz Stanisław. 

Miller Jan skarb. ptt. 

Piłsudzki Julijusz, 3 ex. 

Przeciszewski Hieronim. 

Pusłowski Stanisław. 

PutwiństoL Władysław. ' ., 

Rakowski Anastazy, 

Rejcbardt kapit. uac^k .iow^^kom* 

Szemiot Józef. • : .v^ 

Wierzbowski Jan. 



Witkamiir% 

Dobrowolski Kazimierz, 

Hrynkiewiczówna Zofija. 

Ingielewicz. 

Korewo Hieronim. 

Eossko marszałek. 

Lachnicki Hippolit. 

Łukaszewicz Leopold. 

Moszyński Justyn. 

Pacewicz Jan x. 

Sawicki Ferdynand. 

Siesicki Pelix. 

Strawiński Józef skarb. ptt. 

Syrewicz Ildefons ass. sąd. ptt. 

Poniewiei i powiat^ 

Bławzdziewicz Adam. 
Czerniewski Bolesław. 
Kognowicki Jan. 
Kordzikowski Józef. 
Maliński Gustaw. 
Śmigielski. 
Tyszkiewicz hr. Jan. 
Wojtkiewicz Maurycy. 

• I^awoalexandraw3k i powiat. 

Dąbrowski Felix ass. koli. 
Klimaszewski Alexander skarb. ptt. 
Strawińska Rachela. 

Szawle i powiat 

Biblijoteka obywatelska. 

Hoffman Bogusław rad. dw. dr. ptt. 

Kurnatowski Henryk. 

Mackiewicz Barnaba sekr. gub. buch. podskarb. 

Moro Alexander. 

Rodowiczówna Kazimira. 

Rymkiewicz Onufry. 

Rymkiewicz Felix gwardyan klaszt. Ber. w Kretyndze. 

Staszewski Alexander skarb. ptt. 

Teh%e i pwoiat. 

Bortkiewicz x. pleban. 
Daszkiewicz gabryel* 



DowgiaSo X. dztekan. 
Fryka rad. bon. 
Medeksza Onufry skarb. pŁt. 
Pancerzyński ADtoni* 
Pawłowicz Józef. 
Proniewska Karolina. 
Studziński rad. dw. 
Woiiowski Antoni ass- koli. 

Peter%burg. 

Babiński Eugenijusz. 

Bańkowski Józef. 

Baraniecki Mieczysław. 

Batogowski Alexander podpór. lejbgwar. Siemion, pól. 

Bolesiawski Nikodem. 

Bułharyn Tadeusz. 

Doliński Artur. 

Fijałkowski biskup koad. Kamieniecki. 

Iwanowski Antoni. 

Każyński Wiktor. 

Klewszczyński Antoni. 

Kątski Apolinary. 

Korbut Józef. 

Korf Modest baron rz. ira4. t^^ny^ . dyrekt. Cesars. pub. 

biblijoteki statssekr. człon, rady państwa. 
Koziełło Augustyn. 

Krasiński Stanisław- Zygmunt prał. Wil. czł. koU. 
Krasowski Władysław stud. uniw. 
Kuczyński Antoni rad. st 
Kukolnik Nestor. 
Muchliński Antoni prof. 
Niedzielski Władysław, adwokat. 
Plater hr. 

Pogorzelski Wiktor. 
Połoński Alexander. 
Przecławski Józef rzecz. rad. stan. 
Radziwiłłowicz J. dr. med. 
Redakcya OTe^tecTBeBHJUiii 3anncoKi>. 

dKOHOMBHecEaro jKasaTejiA^ 

Trejdosiewicz Jan stud. uniw. 

Ważyński Alexander prałat Wileń. inspek. i prof. akad. 

duchów. 
Wolański Antoni adwokat. 
Wicherski Pelix. 



Żyliński x. Wacław metropolita wszech R; kat. koÓó. w ce 
sarstwie, arcybiskup Mohylewski, pregen R. K. kolie 
gijum, kaw. ord. 

Moskwa. 

Bartoszewicz Ad.-Doiii. stud. uniw. 
Ejsymont Leon dr. 
Gudwiłowicz Julijan dr. 
Hannusowski Jan x. 
Jasiukowicz Wilhelm stud. uniw. 
Kirkor Alexander. 
Kopeć Józef stud. uniw. 
Mlodziejowski dr. adjuukt prof* 
Niewodniczański Wincenty. 
Ostrowski Robert stud. uniw. 
Piechowski Józef prof. uniw. 
Redakcya MoeKUBc&Hziy B^B^oMOCTett. 

PyccKaro B'fecTH]iKa. 

Sobaciński. 

Swiesznikow Teodor kommiss. Cesar. uniw. 

Walicki Alexander kapit. inżyn. 

Zaleski Michał 

Kijów i powiat. 

Berezowski Felix. 
Bierzyński Adam. 
Grabowski Michał. 
Jaroszyński Oktawijan gub. marsz. 
Idzikowski Leon. 
Kaczyński Piotr 7 ex. 
Kozakowski Wincenty. 
Kozłowski sekr. szlachty. 
Lewandowski Julijan. 
Michałowski Ludwik. 
Malerb naucz, gim 
Pinkowski stud. nniwer. 
Podhorski Zygmunt. 
Potocki hr. Włodzimierz. 
Sienkiewicz x. dziek. Bracfawski. 
Soroczyński Michał. 
Syroczyńfiki Seweryn. 
Syroczyiiski Antoni. 
Truszkowski Platon. 



Wilczyński. 

Wiszatycki Wiktor 2 exem4 

Wiszniewski. 

Powiat Kaniowski i 

Bielecki Franciszek^ 
Chamiec Ludwik. 
Dziaiyńska hr. Teofila. 
Jaczewski Teodor. 
Jankowska Antonina* 
Jankowski Ludwik. 
Eomarowicz Maurycy. 
Madzalewski Leon. 
Monadterski Wiktor. 
Parczewski Nikodem. 
Pawłowski Franciszek. { 
Piotrowska Helena* 
Podhorski Alexander. 
Poniatowski Cezary, 
łurcewicz Bonawentura prezes. 

Powiat Berd^%ow9ki^ 

Cieszkowski Franciszek* 
Gromnicki Piotr marszałek, 2 ex. 
Korsuń Bogusław. 
Lubecki Grzegorz ob. 
Rosiaków Alexander sęd. pow. 

Powiat Zwienigrod%kii 

Barszczewski Jan. 
Butkiewicz Adelaida. 
Frankowski Ignacy. 

Powiat Skwirski. 

Madejski Leonard 2 exem. 
Potocki Aatoni. 
Świderska Wiktorya. 
Złotnicki Antoni. 

Powiat Radomyskii 

Kownacki Władysław. 
Kownacki Faustyn. 
Jaroszewicz Tytus. 
Wierzbicki Bolesław 

TIKA N. V. 53 



Powiat Lipowiechu 

Dachowska Geaewofa. 
Kopczyński Ignacy. 
Kuczalski Alexand( r marsz. 
Mazewski Alexander. 
Kulikowski Antoni. 
Tyszkiewiczowa hr. Helena. 
Zdziechowski A. 

Powiat Humański. 

Czarkowska Paulina, 
lalowicki Teodor. 
Jełowicki Teodor. 
Rakowski Dyonizy marsz. 

Powiat Taras%c%ań$ki. 

Lipkowski Piotr. 
Mikulski Mikołaj. 
Rohoziński Antoni. 
Szostakowski Felix marszałek. 

PowimŁ M€Hikn6w9ki. 

Kaczanowski Alexander. 
Kornelowski Antoni. 
Mazarakówny Matylda i Henryeta- 
Morgulec Michał. 
Olizar hr. Adolf. 
Popowski Julijan. 
Sobieszczański Wilhelm. 

S mił a. 

Fisz Zenon. 

¥jf^aM%lkąw. 

Marcinkowski Jaksa Antoni: 

Kamieniec Podolski i powiat Kamieniecki. 

Abramowicz Deodot x. 

Chmielowski Narcyz. 

Chmielowski Julijan. n 

Dobrowolski Józef. 

Dobrzański Seweryn. 

Giżyoki Wacław. 

Gorochowski ass. koli. sekr. izb. krym. 



Kiodnicki Antoni. 

Krzeczkowski Konstanty. 

Kostecki Michał rad. hou. 

Lewicki Alexander. 

Lipski Mikoiaj ob. 

Łoziński Mic*hai ptwy komornik. 

Mysłowski Jan. 

Ostrowski Józef rad. łion. 

Popławski Haman. 

Sadowski Jan marsz. 

Sadowski Alexander. 

Sienicki Józef. 

Starorypiiiski Felix. 

Studzicki Jan. 

Swirska Karolina. 

Swirski Wincenty. 

Szule Alexander. 

Zborowski Felix. 

Zwinogrodzki Władysław deputat. 

Powiai Vs%ycki. 

Grudziński Justyn. 
Kumanowski Adam. 
Mysłowski Kajetan. 
Stadnicki hr. Xawery. 

Pm»htt tlajsfpk$kt 

Cze piele wski Leon 
Hulanicki Cezary. 
Jabłoński Stanisław. 
Jeleński Julijusz. 
Kulesza Eustachy. 
Leszczyn-Grabianka Jędrzej. 
Liptowski Henryk. 
Lisowski Karol. 
Potocki hr. Wacław. 

Powiat Pr^kupowski. 

Jodko Jerzy b. sędzia. 
Krukowski Alexander b. prezes. 
Marcinkiewicz Józef marszałek. • 
Ostrowski Felix. 
Popiel AIexander. 
ftaciborowski Zygmimt. 



Starzyński Edward rotmistrz* 
Zaleski Wilhelm b. deputat. 

Chmielnik- 

Bernatowicz Konstanty, 
Iwanowski Dyonizy. 
Popiel Pius. 
Zaleski Xawery, 2 ex- 

Powiat BraciawMki, 

Baranowicz Major. 

Gaduszczyński. 

Gogolewski. 

Gruszczyński Józef deputat, 

Kamieński Ludwik prowizor. 

{jomnicki Julijan kurator. 

Łomnicki x, kanon. 

Miładowski Jan dr. fil. rad, st. i kaw, 

Musialowicz ofic. wojsk Polskich. 

Rakowski Józef. 

Żolińśki * pótkow. 

Powiat UłanawM. 

Domaniewski Wiktor. 
Kędrzycki Julijan. 
Piotrowski Józef. 

Pimiat Winnicki. 

Męciński Tytus pólkow. 

Mossakowski Wincenty sekr. dworz* opieki* 

Mysłowski January rotmistrz. 

Pieńkowski Ludwik. 

Pietkiewicz Antoni. 

Russanowski Artur. 

Skowroński Konstanty. 

Powiat Mohylewski. 

JloUet Józef. 

Łaiffc%ów. 

Bernatowicz Ludwik, 
Dobrzycki Teofil. 
Koscielski Ludwik. 
Lewicki Julijan. 
Mysłowski Michał. 
Witosławski Eugenijusz. 



LitffH. 

Stankiewicz A1exander dr. 

Ol g opól* 

Brzostowski Zenon. 
KoBcielski Bonawentura. 
Lipiński Bolesław. 
Sobański Felis. 
Szembek br. Józef. 
Zakrzewski Ludwik marszałek. 

Witebsk i powiat Witebski. 

Bobaszyński Kazimierz rad. kol. izby skarb 

Czermowski Jan ass. rząd. gub. 

Franio Michał ass. izb. dóbr. państ. rad. hon. 

Ełodnicki August, sekr. Izb. skarb. rad. bon. 

Konstantynowicz Konstanty stół. izb. skarb. sekr. gub. 

Obiedziński Teodozy buhalter. 

Piasecka Elżbieta* 

Poloński Józef pomoc gub. kaznacz, sek. gub. 

Ramel Julijan sekr. koli. 

Rodziewicz Bazyli sekr. koli. 

Stosza Paweł registr. koli. 

Szymanowski Wiktor rad. hon. 

Targoński Kazimierz exekut. izb. skarb. 

Wąsowicz Alezander sekr. gub. 

Weryho Mikełaj sekr. gub. 

Wieliczko Józef stot izb. skarb. 

Wiszniewski Kasper sekr. gub. 

Zubowicz Antoni sekr. koli. 

C%ec%ersk. 

Łowieniecki Wincenty sekr. koli. 

L e p e 1. 

Ciechanowiecki Paweł marszałek. 

Juraho dr. 

Korsak Erazm b. marsz. 

Stefanowski Jan prezes. 

Szauman August 

Wolodkowiczowa Józefa ze Szczytów. 

Powiat Dynaburski. 

Dydalewicz Mieczysław x. pleb. w Jasmojży. 
Kopeć Tomasz z. dziekan. 



Plater-Zyberk hr. Michał. 
Plater-Zyberk hr. Stanisław. 
Surwiłło Kajetan x. pleb. 
Szadurski hr. Jan. 
Szyłejko Adolf, 6 exem. 

Powiat lVeu)elskL 

Bogucki Adolf sekr. gub. 
Bujnieki Ludwik. 

M. P ołor, k. 

Szlacheckie zebranie. 

Powiat Surazki. 

Byćhowska Zofija marszat. 

Hromyko Antoni x. prób. 

Nitosławski Jan prezyd. sąd. pow. i kaw 

Powiat Reiycki. 

Bohomolec Ignacy. 

Reutt Michał marszałek, 4 ex. 

Wyrzycki Józef Gerard. 

Powiat LucjpUki. 

Karpiński Franciszek. 
Szadurski Stanisław markiz. 
Szadurski Mikołaj. 

Powiał Drysski. 

Korsakowa marszałkowa. 
Sworacki Leonard- 

Powiut WieUM. 

Pietkiewicz Benedykt x. prób. 
Wieczorkowski Franciszek x. dziek. 

Mohylów i powiał Bhhyltwski. 

Brzostowski Ignacy prez* izb. krym. 
Grodlewski Lucyan x. 
Kiełkiewicz prałat. 
Kowalewski Józefat. 
Łaszcz półkow. inż. 
Chmyzowski, b. prez. izb. cyw. 
Mancewicz FraaeiMek. 
Morawski sow. koli., 12 ex.. 



Nestorowicz Konstanty rad. hon. 
Plawiński Hieronim* 
Sikorski aptekarz. 
Sołtan Jan b. marszałek. 
Rostkowski Wiktor rad. hon. 
Bynwid Mickiewicz Władysław, porucz. 
Ungern baron Konstanty b. marsz. 
Żącki Józef, nacz. artyllerjd. 
Żurawski Edward. 

Pau)iat Micuławski. 
Godlewski x. 
Kaszo-Zgierski Józef. 
Tur Stefan. 
Wykowski Stanisław. 

Powiat Rohaczewski. 

Kossakowski Janusz. 
Oskiersko Jan ob. 
Wojnicz-Sianożęcki MichaL 
Żakowski Alexander marszałek. 

C % a u s y. 

Rahoza — Suszczewski Alexander. 

S i enna- 
Parfianowicz Bonifacy x. dziek. 

B yc h ów. 

Onoszko sędzia ptt. 

O r s % a^ 

Lubomirski xiąię Władysław marszał, 2 ex. 

Czeryków. 

Czerniewski Ignacy x. 
Dobrzyniecki Franciszek. 
Hołyński Michał marszałek. 

Cternihowska gub.j w Czernikowie. 

Gorzkowski Maryan naucz gimn* 

Ronot op* 
Mężyński Konstanty. 

rr o ł y ń. 

żytomierz i powiat Źytomier$ki. 

Bilski Józef rad. et. czł. kom* żyw. 



Dobr2yńBki Ludwik sekr. gub. 
Drohoiuirecki Adam ass. koli. 
Milkowski Seweryn rad. dw. 
Kraszewski Józef, Ignacy. 
Podhorodeński Władysław prezes. 
Potocki hr. Alfred. 
Ziemiański Stanisław ass. koli. 

Powiat ¥Fłod%imier$ku 

Kuczyński Tadeusz kapit. wojsk. Pol. • 
Orzeszko Julijusz marszałek* 
Sierakowski hr. 
Stecki Franciszek. 

Powiat Zasławski. 

Grocholski Mieczysław deputat. 
Humiecki Teofil marszałek. 
Konopacki Szymon podkomorzy. 
Bo^ajewski Józef. 
Nartow Alexander kurator. 

Powiat Bowelski. 

Orzeszkowa Ferdynanda z Chrzanowskich. 

Równo. 

Podhorodeński Władysław. 
Stypułkowski Teofil. 

Krzemieniec. 
Pruszyński Gustaw. 

Nowogród tFoł. 

Radański Kasper rad. dw. i kaw. 

Ostr ó^g. 

Bachmiłowicz xięgarz, 4 exem. 

R a z a ń. 

Kossołowski Achilles. 

^Psków. 

Janicki dr. 

P Ottawa. 

Golioki X. Bonif. kur. R. Kat. kos. 

Łuhno. 

Bułhak Lucyan lekarz. 



Smolęuskfi f/up. 

Holyńska Lddwika marszałkowa Mścislawska. 

Sycsewka, '■,.,■..■ 

Szczuka Leonard strapcży. .. 

Chersonsha gidf. 

Będziński szt. kap. pólku dragońsk. Kąsjąńsk. 

Twer. 

i 

Krzywice Józef porucz, inżyn. 
Michałowski Bolesław architekt. 
Wierzbowski Artur kapit. inzyn. 

R a z a ń. 

Gross Ludwik dr medyc. 

O r enbur g. 

Arcimowicz Emilijan rad. kolL 
Baranowski Jerzy^ rad, st. 
Cejzik Michał. 
Zielonko x. kapel. 
Zienkowicz Onufry dr. 

Troick* 

Witkiewicz Wacław lekarz. 

PFiertchni Uralsk. 

Osmolski sztabs kap. zarząd wojsk, zlot zakł. 

V f a. 

Rudzki Felicyan leśniczy izb. dóbr. pań. i 

B i T s k. 

Kuncewicz lekarz pttwy. 

- Wb łóg adzka guh. 

,,M i\ fTielki Ustiug. 

Lubieńlski Marceli. 

metek. 
Micha) Dłuski nacz. okr. rad. dw. 

Kiini Nmuggrod. 
Rejkowski Donat dr. 
Wejtko Auioui. 
Wróbel Auloni- 

TEKA N. V. 



64 



Raluska gub. 

Me dyn. 

Ptaszycki Leon, 

Ro%iel$k. 

Włodzimirsld Alexander, 

Ekate rynosław , 

Buczyński Alexaiider. 

ff^oroneisia guber^ 

Ziemlańsk. 

Dombfowski Rudolf 

Wiszniewski Pelix, porucz. Michałow, kad. korp, 

Jfiiazańska gub. 

m< Ęorajsk. 

Rechniewski Szymon. 

Rurski^j gvb. m, K^roem^ 

Nielnbowicz Frapciazek. 

O m 9 k. 

Gutnnicki Kazimiórz inż. porucz. 

Irkuck. 

Szwermioki kurąt Rzy u* Kat. kość. 7 ex« 

Lipski prof. 

JC i> « a fi o tv« 
Ryqiejski Danije^ 

Permo, 

Szadurski Józef rad., dw^ 

1Fo9agod%ka gub, f>U FFithk. 

Dłuski Miohal rad* dw- iiaczel. okrę^. izb. dóbr. pąA. 

Ht, Rostroma, 
SkideH Maciej. 

Rurlan4y»* 

Biblijoteka Polsk. ksiąg, przy gimna*. 
Kosciałkowski Meloriijor uczefł ginu3« 
Lewaniewski podpóikow* 



Rupejko X* kapelaa. 
Zabielski Adam* 

Liflandyan 
R y g ^. 

Chodorowski Kazłmiórj, 2 ex, 
Oranowski Kazimi*ir2Ł. 
Ortowski Franciszek* 
Tabęcki Jakób« 

Dorpat 
Massa akademicka* 

Rauka%. 

Mikiewioz pacz. chirurg arm. Kaukaz* 

Królestwo Polskie- 
W ar $%ut»a* 

Bartoszewicz Julijan. 

Łuszczewska Jadwiga. 

Naimski Józef. 

Platerowa de Broel hr. Tdalija z Sobańskioł^ 

Redakcye; Biblijoteki Warszawskiśj. 

Gazety Warszawskiej. 

Kroniki. 

Gazety * Codziennej. 
Rogalski Leon. 
Senne wałd księgarz, 19 ex. 
Skimborowicz Hippolit. 
Wójcicki Kazimierz - Władysław. 

Lipski Ludwik. 
Wolski Tadeupz. 

Zav»ieho$K 
Ciechanowska Kazinąira^ 

Ms%o%aniw^ 
Wiśniewski Franciszek. 

Augustowska gubn Sersj^* 
Tukałlo Antoni. 

S ęj n y^ 
Abłamowicz Józef Edward. 

łf o m i a^ 
Józefowicz. 

Suwałki. 
Lewiński xięgarz, S ex. 



Lublin. 

Szczepunowska Emilija 

Ostróg. 

Bachmiłowicz xięgarz. 

Lubelska gub. Hrubieriow. 

Bormann Liberat sęd. pokoju. 
Hempel Alexander dyrck. fabr. cukru. 
Madan Seweryn. 
Milowicz Leon. 

K, a I i s %. 
Hurtig xięgarz 16, ex. 

Łęczyca* 

Furst xięgarz, 5 ex. 

Galie ij «. 
L w ó w* 

Jabłoński xięgarz 25 ex. 
Kaczkowski Zygmunt. 
Szajnocha Karol. 

Kraków. 
Cesat^sko Królewskie towarzyst. oaukowe* 
Jakubowski Adam x. 
Kremer Józef. 
Lepko wski Józef. 
Majer Józef dr. 
Ręgowski Karol. 
Siemieński Lucyan. 

m. ToruiL 
Miecznikowski Julijan pisarz sądowy 

P o % n a ń. 
Białecki Antoni. 
Przyborowłski Józef. 
Żupań-ki xięgar2, 20 ex. 

Praga Czeska. 
Hanka Wacław. 
Rittersberg Ludwik. 
Zapp Karol Władysław, 

frejburg w Bryzgouoiu 
Trentowski Bronisław, 2 ex. 

iirux€lla tir BęlęU. 
Lelewel Joachim. 

P a t y L 
Chodźko Alexander. 



CBATRi OJCi TOlli. tS 

nad sobą. — Ale ja ! to rzecz inna ! sztarehańce i róz{^ — po- 
tajanki i przekleństwa.... panuzawdzięezam. Stokroć mu wypła- 
€Bem koszta — mojego utrzymania ; a Unii} już wytrzymać 
niemogę... nie, niecheę ! *- zawołał Dzordż marszcząc brwi i za- 
ciskając pięści. 

Eliza cała drżąca , nierzekła ani słowa. Niewidziała bie- 
dna swego męża jeszcze nigdy w takim stanie. Rozigrane 
namiętności Dżordża wywierały na słabą kobietę wpływ podob- 
ny do huraganu co w przelocie hulaszczym chyli do ziemi 
trzcinę wiotką. 

— Pamiętasz, — mówił dalćj — małego Karlo, któregoś mi daro- 
wała ; on byt moją pociechą, jedyną rozrywką. W nocy i we dnie 
ciągle był przy mnie i patrzał mi w oczy z takim wyrazem czu- 
łości, jakby rozumiał ile cierpię. I to mi zabrali. Wczora kar- 
miłem {O u drzwi Jmchni okruchami, którcm pozbierał na zie- 
mi. Pan to zobaczył, i 'dowodząc że karmię psa chlebem kra- 
dzionym, kazał mu przywiązać kamień do szyi i rzucić biedne- 
go Karlo do stawu. 

— Ach Dżordż! czyżeś to zrobił? 

— Ja ? nie ! ale on .... on to zrobił ! pan i godny syn jego 
ciskali jeszcze z brzegu kamieniami w tonącego Karlo. Biedna 
psina , patrzała na mnie tak smutnie, jakby mi wyrzucała , dla 
czego jćj niechcę ratować. A mnie jeszcze za to obito , żem 
go niechciał sam utopić. Biciem ze mną niewskórasz: przeko- 
nasz się tyranie, że mnie rózgi zmiękczyć niepotrafią.... Przyj- 
dzie i na mnie kolej — pićrwićj niż się ty obejrzeć zdołasz; 
a wtenczas się policzymy. 

— Co chcesz począć ? Dżordż , powstrzymaj się ! Pokładaj 
w Bogu nadzieję, żyj wedle prawdy, a On cię wybawi z niedoli. 

— Nie Elizo, ja niemam Chrześcijańskićj pokory, serce moje 
przepełnione goryczą, niemogę pokładać w Bogu nadziei.... Dla 
czegóż Bóg pozwala, by się podobne rzeczy dziać mogły? 

— Miejmy ciepłą wiarę, Dżordż: pani mi mówiła , żewszyst* 
ko co z woli Bożćj , nawet smutki i niedole, są dla naszego 
dobra. 

— Zapewnie , łatwo to mówić siedząc na miękkićj sofie , albo 
jadąc w wygodnćj karecie; ale na mojćm miejscu każdyby co 
innego powiedział , jestem tego pewny. Ja chciałbym zdobyć 
się na zgodzenie się z wolą Bożą ale krew' mi wre, zgroza i gniew 

rozrywają piersi nie to próżna, ja się ze swą dolą pogodzić 

niemogę. I tybyś była nielepszą, Ale poczekaj jcszczem nie- 
wszystko ci powiedział; posłuchaj, a bodaj i w twoich żyłach 
krew' zagra inaczćj. 

CHATKA 5 



2$ CHATKA OJCA TOKA. 

— Góihf jeszcze gorszego hyt mogło ? 

— Posłuchaj. Pan mi powiedział niedawno, ze żłc zrobił, 
pozwalając mi ożenić się z dziewczyną, która do niego nienale- 
zy. Powiadał, ze niemoże ścierpieć mistra Szelby i całego jego 
doma , dla tego , ze są hardzi i nos przed nim zadzierają. Mó- 
wił, że ty mnie nauczyłaś być damnym , że niepozwoli mi wię- 
cćj tu uczęszczać, że ja powinienem ożenić się z drugą i iyć 
z nią na jego grimcie. Z początku były to tylko postrachy; ale 
wczora powiedział stanowczo, że rozkazuje mi zaślubić Minę 
i żyć z nią w jednćj chacie ; a jeśli się niezgodzę, grozi ze mię 
sprzeda handlarzom południowym. 

. — Ależ my połączeni jesteśmy przez pastora, tak samo jak 
biali ! — wyrzekła z prostotą Eliza. 

— Alboż ty niewiesz, że niewolnik niemoże się żenić? Pra- 
wa, zabezpieczającego trwałość naszego związku , niema w tym 
kraju. Ty musisz przestać być moją żoną, jeśli mu się tego 
zechce. Oto dlaczego tak mi smutno, że cielic poznałem!... Oto 
dla czego złorzeczę dniowi mojego urodzenia!... Lepiejby nam 
było, gdybyśmy siebie nicznali; lepiejby było, gdyby ten chło- 
piec nieprzyszedł na świat. Z nim może się to samo stanie co 
z nami ! 

— O! nasz pan taki dobry! 

— Tak ! lecz kto wie ? On może umrzeć , a dziecię kupi 
ktoś drugi , Bóg wie kto taki ! Jaka nam radość, że to chłopię 
jest piękne , rozmnne i miłe ? Powiadam ci, Elizo, że każdy 
dobry przymiot , jaki się znajdzie w twym chłopcu, będzie dla 
ciebie pocisltiem noża... Będą go cenić drogo , bardzo drogo, — 
i niemieć tobie z niego pociechy , zostanie sprzedany. 

Słowa te mocno zasmuciły Elizę. Stanęła w jej myśli po- 
stać handlarza; zbladła z przerażenia, niemiała sił odetchnąć, 
jak gdyby po otrzymaniu śmiertelnego ciosu. Spojrzała ze stra- 
chem na galeryę , dokąd wyszedł chłopczyna w czasie smntnćj 
i ważnćj rozmowy rodziców ; tam dziecię hasało żwawie po 
wszystkich kątach, jeżdżąc na kiju mistra Szelby. Chciała zra- 
zu mężowi opowiedzieć swoje obawę ; lecz się zatrzymała, i nic 
nierzekła. 

„Nie, — pomyślała — nieszczęśliwy, i bez tego ma on tyle 
do zniesienia ! Nie, ja mu nic a nic niepowiem. A zresztą, wszak 
to nieprawda : miss nigdy nas nieosznkuje.^^ 

— No , moja droga Elizo ! — odezwał się mąż z boleścią — 
cierpliwości , wytrwania ! bywaj zdrowa ! muszę odejść ! 

— Idziesz, Dżordż ?... ale dokąd? 

, — Do Kanady ! — odpowiedział tłumiąc wzruszenie. -— A kle- 



CHiTU OJCk TOKA. 27 

dy tam zostanę , wykupię cię ztąd... To ostatnia nadzieja. Ty 
masz dobrego pana» który zapewnie zgodzi się sprzedać cię dla 
mnie. Wykąpię ciebie... ciebie i nasze dziecko... Mam nadzie- 
ję w Bogn, ze mi się uda tego dokazać. 

— Ach! ja drżę cała!... A jeśli cię pochwycą? 

— Nie, Elizo, niepochwycą... chyba trupa... Albo zostanę 
wolny , albo żyć przestanę. 

— Czyż ty sam na siebie podniesiesz rękę ? 

— Samemu się zabijać nićma potrzeby : zabiją mię bez mo- 
jej pomocy... Ale żywcem niesprzedadzą mię do stanów połu- 
dniowych. 

— Dżordi, Dzordż! dla Boga, strzeż się, mój drogi! Nie- 
rób nic złego... niepodnoś ręki na siebie, niepodnoś na nikogo! 
Wielka pokusa tobą miota... bardzo wielka; ale walcz z pokusa- 
mi. Potrzeba żebyś uciekł , ale bądźże ostrożny ! Módl się do 
Boga, proś niechaj cię wspomoże! 

— Dobrze, dobrze, Elizo; będę ci posłusznym. Ale teraz 
wykryję ci moje zamiary. Pan mój umyślił posłać mię dro- 
gą idącą tędy, koło was, do mistra Simzy , który mieszką ztąd 
może o milę. Mnie się zdaje, że mu wiadomo, iż ja tu zajdę 
i będę się na niego skarżył przed tobą. On się zapewnie już 
raduje, że to, co powiedziałem, zasmaci wyrodnych Szelby, jak 

Jch zawsze tytułuje... Ja zaś powrócę do domu najzupełnićj spo- 
kojny, jak gdybym^ nicmiał żadnej nadziei... rozumiesz? Nie- 
które przygotowania już są urządzone : są ludzie , którzy mi 
pomogą; za tydzień mnićj lub więcćj policzonym zostanę do 
tych , „którzy zginęli bez wieści ''... Módl się za mną, Elizo! 
może miłosierny Stwórca wysłucha twojej modlitwy! 

— O Dżordż! módl się sam do Niego, módl się i pokładaj 
w Nim nadzieję , a wtenczas nic złego niezrobisz ! 

— No bądź już zdrowa! — zawołał Dżordż, i ująwszy ręce 
Elizy, nieruchomie spoglądał jej w oczy. 

Kilka minut tak stali w milczeniu. Ostatnie słowa, ostatnie 
westchnienia, łzy gorzkie i gorące... jednem słowem było to po- 
żegnanie ludzi, których nadzieja powtórnego spotkania się tyle 
ma mocy co nitka pajęcza... Mąż i żona rozstali się z sobą..... 



S8 ClAm OIGA YMUU 

ROZDZIAŁ lY. 

Wieczorynka w chatce ojca Toma. 

Niedaleko od dworu , stała ehatka ojea Toma , z rotmait^j 
wielkości bierwion sklecona ; przed chatką hyl ogródek , w któ- 
rym, dzięki troskliwej staranności, dojrzewały rozkosznie maliny, 
wraz z innemi owocami i warzywem. 

Gały front chatki , zakrywały gęste sploty begonii ponso- 
w^j i miejscowej róży wielokwiatowej, i niedozwalały prawie do- 
strzedz nieogładzonych i koszlawych ścian chaty. Każdego lata, 
matka Chloe oddzielała część ogródka , i zasadzała go jaskra- 
wemi kwiatami , jak złocień, petnnija i inne,^ do których miała 
słabośó wyłączną. 

Ale wejdźmy do chatki. We dworze jnż pokolacyi, i mat- 
ka Chloe, jako naczelna kucharka , mogła ze spokojnym sumie- 
niem, zostawiwszy pomycie naczynia i uprzątanie kuchni kuch- 
cikom , udać się do swój chatki i zająć się przygotowaniem po- 
siłku dla swego starego, jak zwykła nazywać męża. Teraz wła- 
śnie widzimy ją przy piecu , z zajęciem przypatrującą się róż- 
nym różnościom smażącym się na patelni ; z pewnym rodzajem 
wewnętrznego zadowolenia podejmowała nakrywkę od kociełka, 
z którego wylatujący zapach, jasno dowodził, że tam cóś się wy- 
brednego gotuje. > 

Twarz jej okrągła , pełna, czarna , błyszcząca, jakby ją la- 
kierem pociągnął, jaśnieje wewnętrznćm zadowoleniem i pewnym 
rodzajem poczucia własnćj godności ; i nic dziwnego : matka 
Chloe to najlepsza kucharka na całą okolicę, niema ona w tym 
względzie rywalki , rozumie to dobrze , i słusznie się pyszni 
z pochwał ogólnych. 

Matka Chloe urodziła się na kucharkę, kunszt miała już we 
krwi i w kościach: — to też ptastwo domowe czytało w jćj 
spojrzeniu swą dolę nieszczęśliwą, i gdy spostrzegało ją zbliża- 
jącą się krokiem poważnym , kury , gęsie , kaczki wszystko to 
drżało z przestrachu — a ba! nawet odważny indyk ponuro spu- 
szczał głowę i pogrążał się w głęboką zadumę, widocznie na śmierć 
się gotował. W myśli jćj nieustannie się przesuwały rozmaite 
fazy jćj zajęcia ; i wciąż nowe zdobywała tajemnice kuchen- 
ne , których , rozumie się , nieudzielała żadnćj innćj kobiecie, 
bo na tćm zależała jćj sława. Matka Chloe była jedyną w swo- 
im rodzaju, chociaż niewolną była od pewnćj próżności , i nieraz 
aż polegała ze śmiechu, opowiadając o nieszczęśliwych próbach 



ouni OJCA TmA 19 

swoich rywalek w przyrządzaniu , miaflowieie wszelkiego nh 
dzajn pierogów, ciasta i zapiekanek. 

Zjazd wielki gości /który pociągał za sobą wystawne obia- 
dy i kolacye, podniecat zwykle siły moralne matki Chloe, i dla 
tego zazwyczaj z pewnym rodzajem Wewnętrznej rozkoszy patrzała 
na zwalone nieraz na ganku walizy, kufry, pudła i t p. — zwia- 
stowały one bowiem cały szereg kalinarnyeh zabiegów, cały 
szereg popisów. 

W obecnej chwili, jakeśmy to powiedzieli, stała przed piecem 
i uważnie pilnowała gotujących się przysmaków: — nieprzeszka- 
dzajmy jej przeto, a skończmy tymczasem przegląd wnętrza 
chatki. 

W jednym kącie stało łuzko, starannie białą kapą przykry- 
te; przed łóżkiem był dywan, i miejsce to widać było honoro- 
wym, zostawało pod bezpośrednióm rozporządzeniem matki Chloe, 
jako kobiety, mającej niejakie zestosunkowanic chociaż po- 
średnie zwyzszćm towarzystwem; toteż o ile mogła broniła ona 
swój pokój bawialny^ jak go nazywała , od najścia dziatwy roz- 
swawolono]. 

W drugim kącie było drugie łóżko, mnićj starannie zasła- 
ne , przeznaczone jak widać do codziennego użycia. Ścianę po 
nad kominem zdobiły jaskrawo koloryzowane obrazki z Pisma 

świętego i portret Waszyngtona Biedny wybawca Ameryki! 

tożby się zadziwił, skoroby mógł zobaczyć jak go sztuka naro- 
dowa przybrała! 

W tym właśnie kącie izdebki, dwa czarne jak węgiel chło- 
paki , z kręcącemi się włosami z błyszczącemi policzkami , wy- 
kładali pierwsze zasady chodzenia swój malutkiej siostrzyczce; 
lecz telekcye widać nieszły na pożytek, bo lada chwila dzie- 
cię się przewracało , a nauczyciele ogłaszali ten wypadek śmie- 
chem donośnym. 

Przed kominem byt stół zasłany, widocznie do kolacyi, za 
stołem siedział ojciec Tom, najlepszy robotnik mistra Szelby: 
a ponieważ on ma być bohaterem naszego opowiadania winniśmy 
skreślić o ile można podobny doń portret. Był to mężczyzna bar- 
czysty, wysokiej postawy ; na jego twarzy czarnćj i' błyszczącej 
pełnej charakteru cechującego dzieci gorących stref Afryki, od- 
bijało się połączenie łagodności i prostoty ze zdrowym rozsąd- 
kiem; cała postawa zdradzała poczucie swej godności wraz z pew- 
nym rodzajem pokornćj i łatwowiernćj prostoduszności. W o- 
becnej chwili z komiczną powagą , przerysowywał na marmu- 
rowćj tabliczce, jakieś litery , pod przewodnictwem trzynasto- 
letniego Dźordża, chłopaka bystrego z otwartą fizyonomiją, któ- 



iV CffATU OICA TOHA. 

ry jak się zdaje, dofkonale pojął obecne awe stanowisko jako 
nauezyciela. 

— Ale nietak, nie w tę stronę, ojcze Tom! — zawołał chłopak 
spostrzegłszy ze jego uczeń z wysileniem zawrócił ogonek od g 
w niewłaściwą stronę, — patrz , napisałeś q zamiast g. 

— O dla Boga! czyi doprawdy ? — przerwał ojciec Tom, popa- 
trzał z poszanowaniem na swego młodego nauczyciela , który 
chcąc go przekonać kreślił swobodnie mnóstwo y i ^, i zno- 
wu się wziął do gryfelka , który się niemój^ ntrzymaó w jego 
grubych spracowanych palcach. 

— Jak to tym białym wszystkie sztuki łatwo przychodzą! — za- 
wołała matka Chloe, przerwawszy na chwilę operacyę smaro- 
wania patelni i kawałkiem słoniny i patrząc z pewnym rodzajem 
pychy na Dzordia. — A w domu jak to on pisze , tylko patrzaj ! 
a jak czyta ! co to i mówić ? a jeszcze taki dobry , ze wieczór* 
kiem zabieży do nas i mego starego uczy. Oj paniczu!... 

— Ej, co tam, matko Chloe! jestem głodny, — przerwał Dzordz — 
zobaczno tam do kociełka, może już się zgotowało. 

— Prawie gotowe, mister Dźordź, — odpowie tnatka Chloe, po- 
dejmując nakrywkę kociełka i patrząc wewnątrz — a skórka 
jak się rumieni !.... ślicznota będzie ; dajcie mi tylko chwilkę 
czasu. Cierpliwości, paniczu kochany. Onegdaj pani chciała 
zęby Sally spróbowała upiec kilka pierożków , ale gdzie jćj, — 
ja powiadam paniczowi — że to się serce kraje, patrząc jak się 
dobro pańskie marnuje; i cóż bo to było za pieczywo, żal się Bo- 
że! skrzywione, koszlawe, właśnie nieprzymierzając , jak mój 
bócik; — nie, to próżno, gdzieżby tam ona potrafiła? nietak to 
łatwo. 

Po tćj wzgardliwćj tyradzie wymierzonćj przeciw Sally, mat- 
ka Chloe zrzuciła nakrywkę z kociełka , i odkryła mistrzowsko 
przyrządzony pasztet , któregoby żaden się niepowstydził pasz- 
tetnik z miasta ; a że ten pasztet miał stanowić osnowę uczty, 
zaczęła się krzątać nieżartem koło stołu i przyrządzać do ko^ 
lacyi. 

— Wynoście się swoim kosztem, wy urwisy! a i ty ruszaj da- 
Ićj, moja Poili. Mameczka niezapomni o swćj córeczce , da ci 
cóś i smacznego, moja pieszczotko. A wy mister Dżordż rzucaj- 
cie ziążki i zasiadajcie z moim starym. Zaraz będą kiełbaski 
smażone i bliny. 

— Wiesz, matko Chloe, — odpowie Dżordź, — mnie tam w domu 
czekają na kolacyę ; ale niech sobie czekają , ja wiem gdzie 
zczćm mi lepićj — to też i zostaję u was. 

i-*- Już to pewno, że wiesz, mój serdeczny, — powiedziała mat« 



dUTRA OIOA TOKA. 31 

ka GhloCi Uadąc mu na talerz gorące bliny, — bo i dla kogoiby 
stara Chloe miała chować przysmaki, jeżeli nie dla swego 
pieszczocha ! 

Mówiąc to matka Chloe była bardzo zadowoloną, popatrza- 
ła na Dżordza i odwróciła się do ogniska. 

— No, teraz dawaj pasztet! — zawołał Dźordi,i podjął wielki nóź, 
jakby się gotując do sekcyi. 

— O dla Boga ! co panu jest , mister Dzordź ? czy niemy- 
ślisz może tym wielkim nożem krajać ? o ! co na to, to nigdy 
niepozwolę, w jednćj chwili zmarnować moje pracę. Chwilkę, mi- 
ster Dżordz, cierpliwości : ja mam malntki, ostry nożyk, jakby 
umyślnie do tego zrobiony ; patrzaj pan jak kraje — płatki się 
oddzielają lekkie jak piórka. — Jedz pan na zdrowie — a i pój- 
dzie na zdrowie, bo tez nic juz lepszego nieznajdziesz. 

— Tom Łinkoln powiada, — mruczał Dźordż pakując się pasz- 
tetem — ze jego Dziuni lepsza kucharka od ciebie. 

— Oho, jaki mi zuch Łinkoln I — zawołała Chloe z pogardą; — 
Linkolny wielkie mi osoby, ważne figury. Dobrzy to ludzie na 
codzień; ale co się tyczy czegoś ważniejszego , to darmo, oni i po- 
jęcia o tćm niemają; nasze państwo, to rzecz inna. Proszę tyl- 
ko postawić Łinkolna obokmistraSzelby! a może miss Łinkoln 
potrafi tak wejść do salonu, jak nasza dobra pani, co to zda- 
je się płynie — a taka lekka a taka poważna , że choć padaj 
na kolana! Ale to darmo ; gdzie się im równać ! już ja co 
wiem, to wiem; proijzę mi lepiej niewspominać o tych Łinkol- 
nach. 

Matka Chloe powiedziawszy to podniosła z dumą głowę, jakby 
chciała tćm pokazać , że sprawy świata tego niesą dla nićj ta- 
jemnicą. 

— Co prawda , to prawda, — przerwał Dżordź; — aleś ty mi 
sama chwaliła Dżinni , mówiłaś mi że Dżinni dobra kucharka. 

— Mówiłam — odpowiedziała Chloe, — i teraz powtórzę: ich 
Dżinni dobra , zwyczajna prosta kucharka; umie upiec pieczy- 
ste , zrobić jaką taką potrawkę, ale co do pasztetów , to kła- 
niam uniżenie, — a nicchno trzeba zrobić cóś wymyślnego. Boże 
łaskawy! śmiech tylko i basta. O, Dżinni robi pasztety, ale cóż 
to za pasztety? jak wyglądają? a niechno potrafi zrobić 
ciasto , coby się rozpływało w ustach, lekkie jak puszek ! Kie- 
dy miss Mery wychodziła za mąż, ja widziałam jakie ciasto ona 
upiekła..... Dżinni moja przyjaciółka , — i dla tego nic jćj wte- 
dy niepowiedziałam... ale cóż to ? powiem paniczowi szczerze, 
jabym przez tydzień spać niemogła , żebym cóś podobnego 
zrobiła. 



32 immu, mu tmu. 

— Ja myślę — powiedział Diordź , — ze Diinni się zdawało, ^ 
ii ji} ciasto wyborne. \ 

— Wyborne ! to mi się podoba ! juzci jćj mocto się zdawać, ^ 
bo jeszeze miała odwagę wszystkim pokazywać i ehwalić się. — 
Ale widzisz panicza, to właśnie dowodzi , że Dżinni nic niero- 
zmnie....Ach co to mówić? tam cały dom niema sensn; czego się 
ona tam może napatrzyć. O, mister Dżordź , pan niewiesz wszy* 
stkich zalet swćj familii i niepojmnjesz jak w waszym doma wie- 
le można skorzystać. 

Ta matka Chloe westchnęła , i z aczaciem podniosła oczy 
w górę. 

— Bądź przekonaną, matko Chloe, ze ja doskonale pojmuję 
com winien pasztetom, — powiedział Dzordź. — Zapytaj a Toma 
Łinkolna, jak go tćm drażnię gdy się spotkamy. 

Chloe brała się za boki od śmiechu, nareszcie padła na krze- 
sło i śmiała się tak szczerze, aż łzy się puściłj strumieniem po 
jćj czarnych błyszczących policzkach , i wciąż prosiła Dżordża 
żeby jćj darował życie f dowodząc , że on ją kiedykolwiek za- 
bije swoim dowcipem , że będzie musiała pęknąć od śmiechu — 
i dalćjże znowu zalewać się śmiechem, i to tak zawzięcie, iż Dżor- 
dżowi naprawdę się wydało, że on może być niebezpieczny ze 
swym dowcipem , i że dla dobra ludzkości winien się trochę 
trzymać na wodzy, 

— To pan tak prosto i powiedziałeś Tomowi ? Ale czyż po- 
wiedziałeś? — pytała matka Chloe. — Mój Boże, to mi zuch ! Żar- 
tuje sobie z Toma ! O dla Boga , mister Dżordź, pan umar- 
łego potrafisz rozśmieszyć...- Co? i doprawdy tak powiedziałeś? 

— Jużci też mówiłem, odpowiedział Dżordź. — „Posłncluij Tom, 
powiadam mu , trzeba ci zobaczyć kiedy pasztety matki Chloe, 
to dowiesz się przynajmnićj co to jest pasztet 

— A szkoda, że ich niewidział! — dorzuciła Chloe, którćj do- 
bre serce przedstawiło sobie zaraz smutne położenie Toma Łin- 
kolna. Powinieneś) mister Dżordź, zaprosić go kiedy na obiad, bę- 
dzie to bardzo pięknie zpaiiskićj strony. Pan to wiesz, mister 
Dżordź , iż niepowinniśmy nigdy się chełpić z tego co nam 
Pan Bóg dać raczył. 

Mówiąc to matka Chloe przystroiła swą twarz w bardzo po- 
ważny wyraz. 

— Dobrze: w przyszłym tygodniu zapraszam Toma, a ty 
matko Chloe, niepożałuj pracy, — toż się będzie wytrzeszczał! Tak 
go nakarmimy, by pamiętał ze dwa tygodnie o naszym obiedzie. 

— Koniecznie, koniecznie, przerwała Chloe w zachwyceniu. 
Zobaczysz pan jak go nakarmim! O dla Boga, jak to się prity- 



CHATKA OJCA TOMA. 33 

pomai niektóre obiady — pamiętasz, mister Diordi, ten pasztet 
z Iturcząt , ii:i obiedzie, któryśmy dawali dla jenerała Noksa ? 
O, wtenezas , tę o mato cośmy się niepoklóciły z panią o skór- 
kę pasztetu. Do icż ja uierozamiemt eo tym paniom przy- 
chodzi niekiedy do głowy : czasami właśnie wtedy gdy lękasz się 
i drżysz żeby się ndafo , wsnną swoje trzy grosze. Pani się 
chciało icbym to ja robiła, jedno tak , drugie inaczej — az mi 
cierpliwości zabrakło.... „Pani, — powiadam ja — chciej tylko pani 
spojrzeć na swoje białe rączki i na moje czarne łapy; to juz wi- 
dać hóf; tak chcinT, żebym ja się krzątała koło kuchni , a pani 
siedziała sobie w pokoju. " Ot co jest, mister Dżordż ! o ma- 
ło nierozgnicwałam się. 

— A co mama na to powiedziała ? — spytał Dżordź. 

— Go powiedziała ? ona popatrzała na mnie swemi piękne* 
mi oczami i powiedziała: „Zgoda, matko Chloe; widzę ty masz 
racyę " — i poszła sobie do pokojów. Już to, co prawda to prawda: 
pani wypadało palnąć czem się nawinie po mojej głupiej gło- 
wie, co jeszcze w obec swej pani puszcza się w dowodzenia... 
ale cóż poradzić? już to moja natura , ja nic nieumiem zrobię, 
kiedy pani w kuchni. 

— O! ja pamiętam ten obiad, udał ci się doskonale, wszyscy 
chwalili , — dodał Dżordż. 

— Oj co tak to tak ! Ja stojąc za drzwiami , na własne oczy 
widziałam , jak jenerał trzy razy podsuwał swój talerz do pa- 
ni prosząc o pierogi z jagodami, i wciąż mówił: „Mistris Szel- 
by , pani masz nieocenioną kucharkę.'^ — O mój Boże ^ mój Bo- 
że! o mało mi radość głowy nierozsadziła ! Jenerał zna się na 
dobrćj kuchni! — dorzuciła matka Chloe zgodnością — to bardzo 
porządny człowiek! Pochodzi on z najstarożytniejszćj familii w sta- 
rej Wirginii, to też tak jak i mój pan zna się na tćm co smaczne, — to 
zacny człowiek ten jenerał. Widzisz paniczu, w każdej potrawie jest 
coś osobliwego , ale nickażdy umie to dostrzcdz — a ot jenerał 
od razu zrozumiał o co chodzi, — już to ja widziałam ze słów 
jego. Tak , tak, on się zna na osobliwościach. 

Dżordż tak się już naładował , że mógł zwrócić uwagę od 
pasztetu na dziatwę Toma, przypatrującą się mu z zazdrością 
z kąta chaty. 

— Cliodżcie lu, Piotrek, Monio, chcecie jeść? — zawołał, łamiąc 
spore kawałki ciasta i rzucając je dzieciom. — Matko Chloe, trze- 
ba teraz ich nakarmić. 

Dżordż i Tom przeszli od stołu do komina , a Chloe przygo- 
towała spory zapas blinów » wzięła na kolana małą Poili i ob« 

CHATKA 5 



34 OUTKl Oitk TOUk. 



dzielała dwóch arwisów, którzy widać największą znajdowali 

{irzyjemnośó posilaó się pod stołem, przewracając się , swawo- 
ąc i tarmosząc za nóżki swą małą siostrzyczkę. 

—; Ciszej! a przestaniecie wy tam? — wołała matka, sztur- 
chając pod stołem nogą na chybił - trafił , gdy jaz jój zanadto 
dokuczyli.-^ Widzicie że są goście, bądźcie cicho urwisy ! No, zo- 
baczycie niechno tylko mister Dzordi wyjdzie , a juz ja wam 
zrobię niespodziankę. 

Jaka to miała bye niespodzianka , trudno zgadnąć ; to 
tylko pewna , ze obietnica niewywarla najmniejszego wpływu 
na rozswawoloną dziatwę. 

— Rozpuszczone chłopcy! — powiedział ojciec Tom, — za nimi 
niemozna mieć chwili spokojności. 

Chłopcy tymczasem wyleżli z pod stołu, z zatłuszczouemi twa- 
rzami i rękami , i dawajze naprzemian całować i ściskać sio- 
strzyczkę. « 

— Ą dajcie jej pokój ! -r wołała matka, odpychając ich kę- 
dzierzawe ^ówki. Kuszajcie mi zaraz do ruczaju umyjcie aię 
czysto i pięknie; — i potwierdziła ten rozkaz kiku szturcbańcami, 
które widać niebyły nazbyt straszne , bo dziatwa śmiejąc się ¥ry- 
leciała za drzwi. 

— No powiedzcie mi przez litość , czy widzia! kto takich 
urwisów niegodziwych ! — powiedziała dobrodusznie matka Chloe. 
Wziąwszy umyślnie przygotowany ręcznik, umoczyła go wlet» 
uićj wodzie, obmyła twarz i ręce swojej Folii, posadziła ją 
na kolana ojca Toma i zaczęła uprzątać ze stołu. Dzieciak tym- 
czasem szarpał ojca za nos, drapał mu twarz i zapuszczał swo- 
je drobne rączęta w kędzierzawą czuprynę Toma, — ostatni ro- 
dzaj zajęcia widocznie najbardzićj się podobał małej Poili. 

— To mi pieszczotka! — zawołał ojciec Tom, podniósł ją w gó- 
rę , jakby się chcąc nacieszyć , późnićj usadowiwszy dziecinę 
na ramieniu, dalejże w pląsy po pokoju — a Daordz skacząc 
przed nią machał chustką , i bawił i bawił się razem. Monia 
i Piotrek za powrotem do izby, przyłączyli się takie do kompa- 
nii i to z takiemi okrzykami wesela , że matka Chloe stanow- 
czo objawiła , ii te wrzaski głowy ją pozbawią. Ale ponieważ, 
wedle jej słów własnych , przyprowadzano ją bez nieszczęśli- 

Zh skutków do podobnej ostateczności kilka razy na dzień — 
onicya więc ta nic na wiele się przydała; wrzask trwał do poty, 
aż Tom i dziatwa mając jui dosyć śmiechu i swawoli , mu- 
sieli w końcu spocząć. 

— Na dził sądzę będzie dosyć, — powiedziała matka , wyj- 



curu ojfCA TOMA. 3^ 

mając zkafra łóiko sktadanc. — DaMj Modio, Piotrek, kła^ćsic 
spad, i cieho! wkrótce się zbiorą nasi przyjaciele na modlitwę. 

— My Diechcemy spad, matuDiu , my będziemy modlić się; 
to takie zajmujące — nam się to podoba. 

— Pozwól im, matko Chloe, i sprzątnij łóżko, niech sobie 
posiedzą , — powiedział Dżordż. 

Chloe widocznie była z tego zadowolnioną, bo pędzała spad 
dziatwę tylko, wedle porządku. 

— To niechże sobie zostają, może to im pójdzie na pożytek. 
1 wszjscy się wzięli do sprzątania. 

— Zkąd dostać krzeseł? — powiedziała matka Chloe; — ja do- 

Jrawdy nie wiem jak temn zaradzić? Ależ te zebrania co tydzień 
ywają w chacie Toma i zawsze obchodziliśmy się tdm co jest, 
może i teraz jakoś damy rady. Siądą jak będzie można , miej- 
sca jest dosyt. 

'^ W przeszłym tygodniu , stary dziadek Piotr złamał dwie 
sóiki u tego krzesła, — przerwał Monio. 

— Jeszcze mi bodziesz zmyślad! Bodaj, że to twoja robota, ty 
niegodziwy urwisie 1 — zawołała matka Chloe. 

— Tonie, matnniu, będzie stad, jak je przyprę do ściany, — 
wołał Monio. 

— Tylko patrzaj, — podchwycił Piotrek, — żeby tam nieusiadl 
dziadek Piotr , bo on zwykle jak pocznie śpiewać, to jeździ po- 
całym pokoju ze swojdm krzesłem. 

— Tdm lepidj, niech siada, — przerwał Monio; — zobaczysz, jak 
tylko zacznie : „I przyjdziecie sprawiedliwi i grzesznicy wysłu- 
chać j^osu mojego^' — stary wywróci koziełka i rozciągnie się 
jak długi! — Mówiąc to urwis przedrzeźniał śpiew, i chcąc bar- 
dziej uobrazowad swe opowiadanie , dał kulka i leżał już na 
ziemi. 

— A no , przestań! — zawołała matka Chloe; — czyż wam nie- 
wstyd? niemożecie się na chwilę uspokoić. 

Ale mister Dżordż trzymał za urwisem , dowodząc że Mo- 
nio zuch; i dla tego uwagi matki niewiele przyniosły pożytku. 

— No, mój przyjacielu, trzeba teraz przynieść, beczułki, — 
powiedziała Chloe do męża. 

— Beczułki matuni , to tak jak u tamtej wdowy, o którćj 
nam mister Dżordź czytał z tdj grubćj xiążki, nigdy ichniebrak, — 
zakommikował Monio Piotrkowi. 

— Pamiętasz przeszłego tygodnia, jak się dno zawaliło, i za- 
częli padać śpiewając , pamiętasz ? 

Podczas tej rozmowy przytoczono do izby dwie puste becz- 



SC CHATKI OJCA tOMA. 

ki i podparli je kamieniami , na beczkach położyli deski i n* 
wieńczyli w ten sposób przygotowanie do przyjęcia gości. 

— Mister Dżordz , pan co tak pięknie czytasz, pewnie nam 
nieodmówisz, zostać tu na chwilę , i przeczytać cokolwiek, — 
powiedziała Matka Chloe , — zrobiłbyś nam wieRą łaskę. , 

Dźordz zgodził się z radością , jak każdy dzieciak , który 
chce uchodzić za poważniejszego niż jest w istocie. 

Izba wkrótce się napełniła różnobarwną gromadą, począwszy 
od ośmdziesięcioletniego starca , aż do dziewczynki lat piętna- 
stu. Z początkn jak zwykle udzielili sobie wzajem kilka nicwin* 
iiych ploteczek: „Zkąd ma Salli nową chustkę?*' „Pani darowała 
Elizie nowąsttknię^^•• „Pan kupi niedługo pięknego konia^' ijt p. 

Niektórzy z gości należeli do sąsiednich plantacyj i zbierali 
się do chaty ojca Toma za wyłącznem pozwoleniem swoich panów. 
Każdy z nich przyniósł w swoje kolćj przyzwoitą ilość nowośtek, 
które i tu równie żwawo i swobodnie krążyły, jak w świetnych 
salonach wyższego towarzystwa. 

Po chwili , z widocznćm zadowoleniem obecnych zaczęły się 
śpiew j. Kilka mniej świeżych i fałszywych głosów nieraogły 
zepsuć całości , pieśń się lała potężnie z silnie czujących pier- 
si— a jćj dzikie i namiętne tony dowodnie świadczyły , że w pier- 
siach tych ludzi pracy serce bić silnie nieprzestało. 

Śpiewano tu albo zwyczajne hymny kościelne, albo śpiewy 
religijne , których się od missyonarzy nauczyć mogli. 

Jeden z tych śpiewów wylał się z ust zebranych Murzynów 
namaszczony męzkićm rozrzewniającćm uczuciem; — oto są jego 
słowa: 

Umieram w boju ! 
Umieram w boju I 
Lecz jasność Bota w duszy mi świeci ! 

Druga pieśń brzmiała następnie : 

Ona mię woła — ja zdałam za sławą! 
Pośpieszcie za mną, i z ducha obawą 
Patrzajcie w niebo: tam święci anieli 
Jasnemi skrzydły w górę ulecieli, 
Drogę wskazując do grodu jasnego , 
Kędy przybytek pokoju wiecznego. 

Były jeszcze i inne śpiewy, w których się często wspomina- 
ły ft/-z^^i Jordanu, ziemia Chanaan^ nowe Jeruzalem; bo umysł 
Murzyna wrażliwy i niespokojny miłuje hymny przepełnić* 



(2HitXA OJ€A T61E4. 37 

ne pbstyctną obrazowością.... Podczas śpicwn jedni się śmieli, 
dradzy płakali , lani się ścisHali za ręce, jakby się wzajem po- 
zdrawiając, że szczęśliwie dobili do drugiego brzegu rzeki , co 
życie od wieczności dzieli. 

Pieśni się przeplatały uwagami, i oaukami moralaemi. Sta- 
ruszka biała jak gotąb^ , oddawna już wolna od wszelkiej pracy, 
ale poważana i szanowana jako żyjąca kronika, powstała , i o- 
pierając się na kiju, tak mówiła: 

— Moje dzieci , jam bardzo szczęśliwa ! Bóg mi dozwolił 
widzieć i słucbać was jeszcze dzisiaj ! Niewiem kiedy mię 
Bóg powpła do siebie. Jestem w pogotowiu , moje dobre dzieci; 
jnż zabrałam i upakowałam co mi potrzebne dotćj podróży, iczc* 
kam tylko wózka, by wyruszyć w drogę, Każdćj nocy słyszę 
skrzyp kół, wózek już blizko, a ja czekam i doczekać niemogę.... 
Gotujcie się, dzieci, bo niewiecie ani dnia ani godziny.... słuchaj- 
cie słów moich i pamiętajcie o nich! 

Stuknęła kijem i tak dalej mówiła : — Chwała przedwiecz- 
nemu! Dzieci nieście cześć Panu! Ale wy niemacie tego na 
względzie.... Dzieci ja was nierozumicm. 

Staruszka usiadła, łzy strumieniem potoczyły się po jćj wy- 
bladłych policzkach; a obecni jakl)y jedną. myślą ożywieni za- 
śpiewali, 

O Chanaan! o ziemio błogosławiona! 
Ja idę do ziemi Chanaan ! 

Mister Dżordż na ogólne prośby, zaczął czytać ostatnie roz- 
działy Apokalipsis; a wykrzykniki ogólne przerywały mu po kil- 
kakroć: „O mój Boże! posłuchajcie! zważcie! i wszystko to 
będzie !•* 

Dżordż , chłopak z natury uważny , a wychowany starannie 
przez matkę w zasadach religijnych, widząc, że jest celem uwa- 
gi powszechnćj 9 dodawał od siebie niektóre tłómaczenia, z po- 
wagą godną pochwały. Młodzież go podziwiała, starzy go bło- 
gosławili. Ze wszech stron dowodzono, że nawet liądz niele- 
pićjby sobie ^dał rady, jak ich dobry, kochany panicz. 

We wszystkich kwestyach religijnych, Toma słuchano w ca- 
łt?j okolicy , jakby patryarchy. Moralna strona w nim górowa- 
ła; jego umysł rozwinięty, pogląd rozległy, stawiły go wyżej 
po nad cały ogół Murzynów : i dla tego wszyscy go szanowali, 
szukali u niego porady i pociechy w strapieniach. 

Jego nauki proste, ale pełne ciepłćj wiary i miłości , po- 
ruszyłyby najbardzićj ucywilizowanych słuchaczy; a jego mo- 
dlitwa wzniosła i płynąca z serca, przeplatana cytatami z Pisma 



90 CBiltA OMA tęnk. 

Swictego, ktdrc obaeiaż esyt^t ztro4ńo9eią, dlesawne umiał 
przytoezyć w porę , do łez wszystkich rozczulała. 

Wedle słów Murzynów , modlitwa jego zawsze trafiała do 
Boga; to tez nieraz obecni wtórowali mn głośnym płaczem i ser* 
decznemi westębnieniami^ 



Gdy się to dzieje w chacie niewolnika , zupełnie inna się 
scena odegrywała w domn właściciela. 

Handlarz Murzynów i mister Szelby siedzieli za stołem za- 
rzuconym papierami. Mister Szelby podał Hellemu cały pak do- 
kumentów do przejrzenia. 

— Wszystko w porządku, — powiedział handlarz, — zostaje 
tylko podpisaó. 

Szelby porwał za pióro z gwałtownością i podpisał gorączko* 
wo, jakby chcąc prędzój nwolnid się od wyrzutów sumienia, iod«- 
dał handlarzowi dokumenta sprzedaży. Helli wyjął z pugilaresu 
pergamin i podał go mistrowi Szelby, a ten go pochwycił z nie- 
spokojnością, którój ukryć nicbył w stanie. ^ 

— Teraz interes skońciony, — powiedział Helli wstając. 

— Skończony ! — podchwycił Szelby w głębokiój zadumie, i je- 
szcze raz powtórzył : skończony I . 

— Pan niebardzo jesteś zadowolony z tego jak mi się zdaje, — 
dorzucił handlarz. 

— Helli, — odpowiedział Szelby, — pamiętasz, jak sądzę , ześ 
mi dał słowo przedaó Toma nieinaczej jak do zacnego domu. 

— Bądź pan przekonany, że w tym względzie pójdę za pań- 
skim przykładem, — powiedział handlarz. 

— Pan wiesz, że mię zmusiła konieczność ! 

— Przecież i mnie moie to spotkaó , — dorzucił Helli. — Zre- 
sztą użyję wszelkich starań, by dobrze ulokowaó Toma; co się 
zaś tyczy mego z nim obejścia, pan możesz być zupełnie spo- 
kojny. Codziennie dziękuję Bogu, że mi dał serce tkłiwe. 

Handlarz od pierwszego słowa dał się poznać we właści- 
wem świetle, i dla tego jego fllantropija oględnie kupiecka wca- 
le nieuspokoiła mistra Szelby , co do losu nieszczęśliwego Ta- 
ma ; ale w obecnćj chwili , wszystko już było skończone , 
i wszelkie wymagania ze [strony dawnego właściciela byłyby 
śmiesznością. 



€HLTKA tfMA ffWłf 



ROZDZIAŁ y. 



Uczuciaj z jakiem wtomoić iyjąca przechodzi od jednego it^«- 
ściciela do drugiego^ 

Jesteśmy w sypialni paustwa Szelby. Mister Szelby siedzi 
w wygodnym fotelu i przeziera listy otrzymane po obiedzie. Mi- 
stris Szelby stoi przed lustrem i rozpuszcza loki i loczki, w któ- 
re Eliza j^j warkocz ubrała. Mistris Szelby wyprawiła Elizę, 
spostrzegłszy bladość najtJj twarzy i złhmanie w cał^^ postaci, 
i dla tego sama się rozbierając , zwróciła się do męża z obo- 
jętnóm zapytaniem': 

— Ale, Arturze, kto to jest ten nieokrzesany jegomośó, ciiś 
go dziś przyciągnął na obiad? 

— To jest Helli, — odpowiedział Szelby poprawiając się z pew- 
nym zakłopotaniem na fotelu i nieodrywając wzroku od listów. 

— Helli ? powiedz mi zmiłuj się co to za człowiek ? i co j^st 
przyczyną jego obecności w naszym domu? 

— Robiłem z nim ostatniemi czasy rozmaite inferesa , pod- 
czas mojój bytności wNaczez. 

— Gzyz to go mogło upowainiać, przyjechaó do nas na obiad, 
byó przyjętym jako przyjaciel domu ? 

— Jam go zaprosił; mamy z sobą rachunki. 

— On bandluje Murzynami 7 — zapytała mistris Szelby, spo- 
strzegłszy aa twarzy męża pewien rodzaj niespokojności. 

— I cóż to cię obchodzi , moja droga ? — powiedział mister 
Szelby, podniósłszy swe oczy na żonę. 

— Tak.... wyobraź, co za dziwactwo: po obiedzie Eliza wpa- 
dła do mnie pomieszana , dowodząc że sama słyszała, jak Helli 
proponował cl kupić jćj syna; nieprawdaż, że to dziwaczne uro- 
jenie ? 

— Ona słyszała ? — przemówił mister Szelby biotąc się znowu 
do przeglądania papierów, z całą uwagą jak się zdawuło, chociaż 
je trzymał do góry nogami. „Po co tu taić ? pomyślał , pićr- 
wićj czy później musi się przecież dowiedzieć.** 

— Ja powiedziałam Elizie, — dodała Mistris Szelby, — że ona 
dziwaczy , źc ci ani w głowic mogło postać , przedawać które- 
gokolwiek bądź z naszych ludzi, a tćmbardzićj, takiemu jak ten 
człowiekowi. 

— Rzeczywiście Emilijo, ja zawsze tak sądziłem , było to 
moje przekonanie ; ale teraz okoliczności się zmieniły, i jestenr 
zmuszony odprzedać kOku ludzi. 



;4V CUknk OKA TOlfA* 

— Przedać takiemu człowiekowi? To iye niemoze , mister 
Szelby; żartujesz sobie zeum^e. 

— Bardzo mi przykro się przyznać, ze mi wcale nie do żar- 
tów. Jestem zdeeydowany przedać Toma. 

— Jakto ? naszego Toma ? naszego zacneco , poczciwe^co 
Toma? który od dzieciństwa wiernie ci służy}? Ach, mister 
SzelbyL. A jednak obiecałeś mu dać woluośó — powtarzaliśmy 
mu nieraz tę obietnicę... O! teraz mogę uwierzyć nawet i temu, 
żeś przedal małego Harry, jedyne dziecię biednćj Elizy ! — po- 
wiedziała mlstris głosem nabrzmiałym boleścią i oburzeniem. 

— Tak jest, i to prawda. Jeżeli tak ci pilno wszystko wic- 
d/ieć 3 to muszę ci wyznać, źemsię zdecydował przedać Toma 
i Harry; ale jeszcze niepojmnję powodu, by za to, co jest rze- 
czą zwyczajną , co wszyscy robią niemal codziennie , uważać 
mię za potwora ? 

— Dla czegóż ich właśnie wybrałeś? Skoro koniecznem było 
sprzedać kogo, to możno było inny zrobić wybór. 

— Dla tego, że za nich dają drożćj niż za innych. Zresztą 
dla mnie to wszystko jedno, możemy sprzedać kogo innego. Ten 
człowiek proponuje mi za Elizę grube pieniądze. Jak .uważasz? 
możeby to było lepićj ? 

— A co za podłość! — zawołała mister Szelby w gwałtownćm 
uniesieniu. 

— Ja przecież tego niezrobilera , szanując twoje uczucia; 
za nic w świecie na to się niezgodzę : słuszna przeto, żebyś mia- 
ła jakikolwiek bądź wzgląd na moje położenie i ufała mi cboć 
trochę. 

— Przebacz mi, mój drogi, jam się uniosła, — powiedziała rai- 
stris Szelby; — wiadomość ta przeraziła mię niesłychanie; ale, 
mam nadzieję , pozwolisz mi wstawić się za tymi nieszczęśli- 
wymi. Tom, chociaż Blurzyn , jest człowiekiem prawym , z za- 
cnćm szlachctnem sercem. Ja jestem pewna, że w przypadku 
potrzeby chętnieby życic swoje poświęcił dla ciebie. 

— Ja wiem otem; ale cóż to pomoże? ja niemogę inaczćj 
postąpić. 

— Czyż nielepićj narazić się na stratę? ja z chęcią połowę bio- 
rę na siebie...* O, mister Szelby! ty wiesz, że z całą sumiennością 
dobrćj Chrześcijanki, jam się starała wywiązać z mych obowiąz- 
ków względem tych biednych, mocą prawa do nas przykutych 
Istot. Wiele to już lat ja się nimi opiekuję, staram się zba- 
dać wszystkie ich potrzeby i dobrocią naprowadzić ich na dro- 
gę prawdy. Jakićmże czołem będziemy mogli im spojrzeć 
w oczy teraz » kiedy dla lichego zysku zgadzamy się sprzedać 



ouni OKU Td«i. 41 

najlepszego najwierniejszego Toma t rozdzielić gowjednćjeliwill 
z tem wszystkićm du czego mu serce przyrosło na głncbo ? Ja 
sturałam się zaszczepię w ich proste serca nezocia rodzinne, 
uznanie obowiązków dzieci dla rodziców , rodziców dla dzieci, 
męża dla zony — a teraz uczynkiem dowodzimy, żęto były sło- 
wa bez myśli, że zasady, któreśmy im chcieli przelaó ^ dopóty 
nam tylko służą , dopóki ich niezagłuszy interes pieniężny. Ja 
często rozmawiałam z Elizą ojój dziecięciu — mówiłam wiele 
o obowiązkach jej dla Harry, jak go powinna kształcić i wycho* 
wać, jak wszczepić w jego młodociane serce pićrwsze zasady nauki 
Chrystusa, — a teraz co ja powiem , gdy ty oderwiesz jćj je-' 
dynę dziecię od zbolałćj piersi matczynej i przedasz je niego^ 
dziwemu handlarzowi « przedasz z duszą i ciałem ? bo teti czło- 
wiek bez zasad, ciało zadręczy a duszę splugawi, i fo wszystko 
dla zysku. Jam jej mówiła, że zbawienie duszy winno być droz** 
sze nad wszjrstkie ziemskie skarby ; jakże mi teraz ma zaufać, 
gdy sprzedamy jćj dziecię jedyne , sprzedamy na pewną zagu&ę 
ciała i duszy? 

— Bardzo mi przykro , że tak bierzesz tę sprawę do serca. 
Szanuję twoje przekonania, chociaż muszę się przyznać, nie* 
Mwsze je podzielam , a przynajmnićj nieposuwam ich do prze- 
sady; lecz wszystko to do niczego nieprowadzi: konieczność nas 
zmusza — musimy albo przedać Toma i Harry , albo się wyzuć 
VL eałćj posiadłości. Helii , niewiem jakiih sposobem, przyszedł 
do posiadania dokumentu zastawnego na moje plantacyę : sko- 
ro więc nietrafię z nim do końca, mogą mi zabrać wszystko, czćm 
władałem przed wydaniem tego dokumentu. Używałem wszel- 
kich środków możliwych, chciałem się zapożyczyć, narażałem 
9ię na poniżenie; ale to próżno, nićma innego ratunliu — mu- 
simy sprzedać Toma i Harry , i przecie załatwić tę nieszczęśll"' 
wą sprawę. Przecież nie z dobrćj woli takem się rozrządził: — 
Hellemn podobał się ten chłopak , niechciał inaczćj skończyć in- 
teresu — on miał prawo za sobą — musiałem się zgodzić. Jeżeli 
ei tak szkoda Tonią i Harry, to czyż lepićj sprzedać wszystko 
i pójść w świat o kiju? 

Młstris Szelby stała przez chwilę , jakby piorunem rażona; 
później zwracając się do toalety i zakrywając twarz rękami, za- 
wołała wnajwyższem wzruszeniu: 

— O, to przekleństwo Boże ! Okropne prawo niewoli? jest to 
praekleństwo na głowę pana i na głowę niewolnika.... Ja byłam 
szalona gdym sądziła , iż można zrobić cóś dobrego w obec tA- 
kićj zasady prawa. Mieć niewolników jest grzechem, — zawSzem 
to czuła i tak myślała gdym jeszcze była małą dziewczynką; 

CHATKi 6 



42. CHATKA OJCA TO}|A« 

a teraz olsoliczuości boli*śnic potwierdziły moje przekonMie. 
Mnie się zdawafo, że łagodnością, sprawiedliwością, dobrem obej- 
ściem potrafię tak przywiązać do siebie niewolników , ii niebę- 
dą tęslinie do swobody.... D/iwnc szaleństwu! 

— Ej źoncczko ! jak widzę należysz do partyi f ycb, któ- 
rzy pragną zuicsieuia niewoli. Zawzięta z ciebie abolicyo* 
nistka, 

— Abolieyoniści wtcnczasby mieli prawo. mowie, skoroby tak 
zbadali jak ja stanowisko społeczne niewolników. I cóż ooi 
nam nowego powiedzą? Wiesz przecie, że nigdy nicprzykładaf* 
łam wiary do słuszności niewoli i uigdym uiepragoęła władać 
niewolnikami. 

— Uozmijasz się przeto ze zdaniem wiela zacnych, poboż- 
nych i rozumnych ludzi. Czy przypominasz sobie kazanie mi^ 
stra B^ które miał przeszłej niedzieli ? 

— Ńiepotrzcba mi takich kazań, i wolałabym niepodobnego 
więcej nieslyszeć w kościele. Zapewnie, może kapłani, owi paste- 
rze ducha, niemogą wylcczyó i wykorzenić z ustaw towarzy- 
stwa tej szkaradnej zasady; ale dla tego, by stawać w obronie niewo- 
li , być jej apostołem , trzeba być pozbawionym albo sumienia 
albo zdrowego rozsądku. Przecież sam nieprzy wiązy wałeś nigdy 
zbyt wielkićj wagi do kazań podobnych. 

<— Rzeczywiście , trudno zaprzeczać , nasi kaznodzieje dalćj 
się posuwają niż my prości grzesznicy, których świat i okoliez- 
ności często zmuszają do potakiwania złemu , i przyzwyczajają 
powoli do tego co być niepowinno. Ale nam niemoze przecie się 
podobać, gdy mówcy i kobiety zbyt doraźnie wypowiadają swo- 
je przekonania zahaczając o skromności. Tak jest, moja droga. 
Spodziewam się, że przekonałaś się teraz, iż mnie dotegokroka 
zmusiła konieczność , że z dwojga złego wybrałem mniejsze. 

— O, tak, tak! — zawołała mistris S/elby roztarjcniona bawiąc 
się ze swoim zegarkiem. — Na nieszczęście niema żadnych kosz- 
towności — dodała ona zamyślona: — ileby można dostać za ten ze- 
garek ? zapłaciliśmy zań bardzo drogo. Jnbym z chęcią poświę- 
ciła wszystko, żeby przynajmniej wyratować dziecię Elizy. 

— Bardzo mi przykro, że to cię tak martwi napróżno tyl- 
ko się dręczysz, rzeczy już skończone, moja droga Emiljo , do- 
kument sprzedaży podpisany i w ręku Helli ; dziękujmy Boga, 
że to się tak skończyło a niegorzćj. Uwolniliśmy się od czło- 
wieka, który nas trzymał w ręku i mógł nas puśeić z torbami. 
Ty go nieznasz i wiedzieć niemożesz, jak mnie było trudno tra- 
fić do końca. 

— Czyż on taki okrutny? 



cn.im OJCA TOBiA. 48 

— OkrritDy... nic, niopowfcm; ale jest to c?:łowiek ^dmieA, 
ctłowiek , którego nic iiieznfrzyma gdy ehod7i o ryski i korzy- 
śei; zimny jak mogiła, nienbtagany jak śmierć. On opuszcza 
rodzoną matkęs byleby mu dobrze zapłacono, i zrobi to zupełnie 
spokojnie, jakby to go nie niekosztowało, i jeszcze żegnając się 
pobłogosławi na drogę. 

— I ten człowiek nikczemny panuje teraz nad Tumem i sy- 
nem Elizy ? 

— Tak, moja droga. Alnic samemu ta sprawa kamieniend 
młyńskim cięży na piersiach... Hillemu pilno, i on od jutrd 
ehee wstąpić we władanie. Ja niemogę patrzeć na to : rówoo 
ze świtem każę sobie osiodłać konia i pojadę gdziekolwiek; ra- 
dzę i tobie zrobić to samo. Postaraj się także oddalić Elizę; le- 
piej gdyby ji?j niebyło przytćm. 

— Nie, nigdy! — powiedziała mistris Szelby, — ja nieprzyłożę 
ręki do tego okrucieiistwa. Pójdę ze słowem pociechy do stare- 
go Toma, niech mu Bóg przyjdzie z pomocą* i niech odejdzie od 
nas z tćm przekonaniem* że ja współczułam jego niedoli. O Eli- 
zie ja lękam się pomyśleć. To okropnie... mój Itoże! mój Boże! 
za cożeś nas tak ciężko pokarał ? czyż tak wielkie są nasze 
winy? 

Itozmowę tę podsłuchała trzecia osoba, osoI>a, którą tonaj- 
hliżćj dotykało: do sypialni państwa S/elby przytykał skład, od 
którego drzwi wychudziły na ganek. Eliza niespokojna, rozgo- 
rączkowana, dręczona ciągle podejrzeniepi, niespokojnością.odo* 
lę dziecięcia, postanowiła skorzystać z tego sąsiedztwa. Skoro 
mistris Szeiby pozwoliła jej odejść, zuchem przy tożouem do szpa- 
ry we drzwiach, zatrzymując oddech, biedna wysłuchała całą roz- 
mowę , której każdy wyraz wypalał się ognistemi zgłoskami na 
sercu zranionem. 

Rozmowa już ustała , a ona jeszcze lękała się wierzyć u- 
szom własnym... cios był za-silny. Blada, drżąca cała, z konwul- 
syjnie zaciśniętemi ustami, wcale niebyła podobną do owej ślicz- 
nćj, łagodnćj istoty, którąśmy w pierwszym rozdziale widzieli. 
Ostrożnie przeszła przez pokój — zatrzymała się na chwilę przed 
drzwiami swej pani, wzniosła ręce ku niebu, jakby błagając spra- 
wiedliwości i opieki w przedsięwziętym zamiarze, i wróciła do 
swojego pokoiku , w którym tak się wiele wspomnień związało, 
tyle szczęśliwych chwil przebyło. Oto okno, przy ktjrem sie- 
dząc z piosnką na ustach oczekiwała swego ukochanego, tu szaf- 
ka z xiążkami, a dalej komoda z jćj skromną garderobą — to 
cały jćj światek. W kącie w kołysce spało dziecię; jego długie 
włosy rozrzucone bezładnie przykryły twarzyczkę pełną spoko* 



H oufBi oiGA tom. 

jii« Baurptfl otwarte usteczka czekały zda się peea?oifca« na 
twarzy jego był uśmiech dziecięcia, co się nielęka jntra, 

— Dziecię moje, moje biedne dziecię ! ciebie przedałi! — po- 
wiedziała Eliza, — ^ale matka potraficie jeszcze uratować. 

I na poduszeczkę dziecięcia niestoczyła się ani jedna łza 
matczyna. Są chwile wżycia, gdy serce kamienieje z boleści i na 
łzę się zdobyć nicmoże. 

Eliza pochwyciła kawałek papieru i zaczęła pisać co nastę- 
puje: 9,0 pani moja, dobra pani! nieposądzaj ronie o niewdzięcz- 
ność : ja niemogłam inaczćj postąpić. Wczoraj słyszałam wa* 
szę rozmowę : ja muszę ratować muje dziecię — ty mi to prze- 
baczysz. Niech błogosławieństwo Boże będzie nad wami i na- 
grodzi cię pani za twoje dobroć. ^' 

Z gorączkowym pośpiechem złożyła ten list, zaadresowa- 
ła ; póżnićj wyjęta z komody odzienie dziecinne, upakowała do 
zawiniątka, które chustką przywiązała sobie na plecach. 

Dziwne, niezbadane są tajnie macierzyńskiego serca ! ze tez 
w tak okropnćj chwili mogła biedna Eliza , niezapomnieć za^ 
brać wszystkich zabawek dziecinnych małego Harry , zostawu* 
jąc tylko jaskrawą pomalowaną papugę, by zająć dziecinkę gdy 
go rozbudzi. 

Trudno było go rozbudzić, ale gdy się to jakoś zrobiło i chło- 
pak rozbudzony siedział w łóżeczku i obracał na wszystkie stro- 
ny swoje papugę , matka zaczęła się ubierać do drogi , okryła 
się chustką , włożyła kapelusz. 

— A gdzie mama idzie? — zapytał on gdy matka zbliżyła się 
do łóżeczka z jego odzieniem w ręku. Harry spojrzał na matkę, 
i z jćj wzroku i wyrazu fizyonomil, domyślił się, że musiało cóś 
zajść nadzwyczajnego. 

— Gieszćj Harry, — powiedziała ona, — niemów tak głośno, mo- 
gą nas posłyszeć. Zły człowiek, chce zabrać twojćj mamie ciebie, 
mój Harry, i zawieść daleko do ciemnicy; ale mama nieodda 
ciebie, mój ty skarbie jedyny , mama ubierze ciebie i uciecze 
z tobą, a zły człowiek nas niedogoni. 

Mówiąc to, skończyła niewymyślną toaletę swego dzieciaka, 
i wziąwszy go na ręce sze pnęła mu, by się nieodzywał , i otwo- 
rzywszy drzwi prowadzące na galeryę, cichutko wymknęła się 
z ^domu. 

Noc była mroźna — gwiazdy iskrzyły i migotały na ciemnćm 
niebios sklepieniu. Matka otuliła chustką dziecię. Strach pozba- 
wił go zwyktćj żywości; przerażony przytulił się do piersi mat- 
czyn^ » obwinął drobnemi rączkami jćj szyję inani(^ zawisnął. 



8«edry BrtAo« pies NiitfMindltiidiki, wartojący swykle it 
ryi , skoro po^ljszat szelest i stąpanie , powstał , nasroiył się 
i sscsąl warczeć ; — ale gdy Eliza pocichn za wołała nań po imię- 
iia» poznał głos dobrze znajomy , zaczął się łasić, kręcić oge- 
lem i zamierzał joż towarzyszyć swej opieknnee, która go przez 
tyle lat pieściła « chociaż jego przemądra głowa nieniogła po- 
jąć celu tak opóźnionej nocnej przechadzki. Jakieś niejasne 
przcezncio o niewłaściwości takiego kroka « widocznie go mn- 
Biało kłopotać , bo się często zastanawiał* oglądał, to na dom 
to M Elizę , ai w końcu jakby się zgadzając z koniecznością, 
poszedł w ślad za uciekającą kobietą. W kilka minut Eliza 
latrzymała się przed Chatką Toma i zcicba zapukała do okna. 
Zebranie pobożne w chatce Toma przeciągnęło się tego wie- 
czora dłużej jak zwykle. Późnii^j gdy się wszyscy rozeszli, 
Tom długo jeszcze śpiewał pieśni pobożne i hymny, i dla tego 
chociaż już było po północy , on i jego dostojna małżonka je- 
szcze czuwali. 

— O dla Boga! cóż to jest? — powiedziała matka Chloe, wsta- 
jąc z pośpiechem i uchylając firanki, — Wszak to Eliza ? 2Vb 
mój stary , ubieraj się żwawo.... A ot i stary Bruno przywlókł 
się razem... Cóżby to takiego być mogło ? Trzeba widać drzwi 
otworzyć. 

Za słowem czyn nastąpił, drzwi się otworzyły, i światło 
od małćj świeczki, którą Tom zapalił, padło na wybladłą i prze- 
straszoną twarz Elizy. 

— Pan Bóg z tobą, Elizo ! toż na ciebie strach spójrzcćl Czyś 
ty chora ? a może się co stało ? 

« — Ja muszę uciekać , ojcze Tom ! uciekać wraz z moim 
Harry , matko Chloe ! Pan go sprzedał. 

— Sprzedał goi — powtórzyli oboje wznosząc ręce z prze- 
rażeniem. 

— Tak, sprzedał go, — powtórzyła Eliza pewnym głosem. — 
fiasiaj podsłuchałam pode drzwiami , jak pan mówił pani , że 
sprzedał mojego Harry i ciebie sprzedał, ojcze Tom, że sam ju*^ 
tro wyjedzie konno na spacer, a handlarz tymczasem pójdzie 
was zabrać. ' 

Gdy to mówiła Eliza , Tom stał w osłupieniu z podniesio- 
nemi rękami, słuchał jakby przez sen; ale gdy skończyła , sity 
go opuściły, osunął się na krzesło, ręce opadły bezwładnie, 
a głowa się pochyliła aż do kolan. 

— Panie, zlitiąj się nad nami ! — zawoła Chloe, — czyż to być 
może ? cóż on zawinił, że mister go sprzedaje? 

.-*- On lic uiezawinit> i to woale Jiie< dla tęgol Pan niachdąlicb 



46 cfliTKi OMA mu. 

spnedawać; a pani nasza jak swykle dobra wstawiała sii; ca was, 
prosiła — ja lo słyszałam. Ale pan oilpowicdział, ic nicmoic ina- 
czej postąpić , ic winien sam handlarzowi , i ze gdy was nic* 
sprzeda, to będzie musiał stracić plantacyę i wszystkicli ładzi 
i zostać bez przytałkii z całą rodziną. — O ja to słyszałam jak 
dowodził j ze musi sprzedać albo crcbiCf ojcze Tom, i mojego syna, 
aibo wszystkich. Tak go oplatał ten człowiek! Pan mówił, ze 
bardzo tego żałuje... n żebyście słyszeli jak dobra pani was za* 
iowała! Juz kiedy ona nie święta, jeżeli to nie anioł z nieba, to 
ebyba już widać ich niema i niebyło na świecie. Ja ile robię, 
że ich opuszczam i uciekam , ale cóż począć? Ona sama mó> 
wita, ze duszo ludzka droższa nad wszystkie skarby na świecie. 
Mój syn ma także duszę, a gdy go ode mnie odbiorą, to cóż się 
stanie z jego biedną duszeczką? Zdaje mi się, że ja mam 
słuszność ; a kiedy źle robię , to niech mi Bóg przebaczy : bo 
już niewiem, doprawdy jak sobie inaczej doradzić. 

— A ty cóż siedzisz, stary?— powiedziała matka Chloe, — cóito, 
luemyślisz uciekać ? Czekasz może póki cię związanego spła* 
wią na południe, gdzie naszych braci głodem i pracą niweczą! 
O lepsza śmierć niż takie życie!... Jeszcze czas; ruszaj z Elizą. 
Ty masz kartę, możesz odchodzić i wracać kiedy ci się spo- 
doba : no żwawićj wybieraj się w drog^I ja oi tymczasem złożę 
zawiniątko. 

Tom powoli* podniósł głowę i spojrzał wzrokiem smutnym ale 
spokojnym. 

~ Nie, ja niepójdę, — powiedział. — Eliza niech uci^a, ona 
ma słuszność za sobą ; a ja jćj pewno niebędę zdradzać łub prze- 
szkadzać. Ona niemoze i niepowinna zostać, to przeciw natury. 
Aleś ty słyszała, że trzeba albo mnie sprzedać albo całą^sadę 
i wszystko straeić — niechże lepićj mnie jednego spotka zła dola. 
Dla czegożbym niemiał znosić tego, coby inni znosić musieli? — 
dodał on , a tymczasem pierś jego szeroka wznosiła się tajo- 
DĆm westchnieniem , i bolesnym kurczem. •— Pan zwykle mię 
znajdował na miejscu, zawsze przy pracy na swojćm stanowi- 
sku, i teraz tak będzie. Zawsze byłem poczciwy , i nigdym 
niaoadużył danćj mi karty, na słowo, bo słowo człowieka świę- 
te — * Tom i dziś słowa niezłamie. Toć lepićj niech mnie jednego 
sprzedają , niżby wszystkich miał los ten spolkać. Pan temu 
niewinien... Chloe, on będzie miał wzgląd na ciebie — i na tych 
biednych 

Mówiąc to zwrócił się do łóżeczka, z którego wyglądały dwie 
główki kędziarzawe; spojrzał i głos mu przymarzł do krtani, 
pochylił się do ściany, zakrył twarz rękami, piersi rosrywał jęk 



Ę^njj a hy pne4kierąjąe stę praez palce potooyły się itra- 
mieniem. 

1 były te łzy zupełnie takie same, jakiemi, łaskawy otytel- 
Bika , skrapiasz^ tranotienkę swego jedynaka ; iakie som^, ja- 
kiemi się zalewasz, łaskawa ezytelniezko, słysząc krzyk nnitcra- 
jąee go dziecięcia: — a to dla tego, łaskawi paaowle, ze Tom byt 
ezłowiekicmt zupełnie iakim samym jak my wszysey. Aty,j.iaiui 
pani r cboctai cię atłas 9 koruny i drogie zdobią kamieaie, prze- 
ei^i jesteś tylko kobietą — i w obec wielkity boleści lab nte^ 
szczęścia , piersią twą szamoce właściwe wszystkim ludziom 
Cierpienie. 

— Męża swego, — powiedziała Eliza, zatrzymająe się w pro- 
ga — widziałam wczora w wieczór; ol wtedy ja niewiedziałam, se 
nas dotknie takie nieszczęście. Jego tak tdręezyliy ze juz sił' 
brakuie do znoszenia , mówił mi , że chce neiekaÓM*. Postarajf* 
oieaię, jeżeli to podobna , z nim się zobaczyć i opowiedzieć mu, 
jak ja uciekłam i dla czego tak postąpiłam — i powiedzcie mn^ 
ze będę się starała doitaó do Kanady; zapewnijcie go, ie ja' 
go kocham — i powiedzcie, ze jeżeli Bóg nam niepozwoli się zoba?* 
czfć....^ Mówiąc to odwróciła się i po chwili dodała głosem przez 
łkanie tłumionym: — Powiedzcie żeby nią starał iye wedle Boga^ 
by się choć po śmierci spotkać ze sobą — tam...wmebie...«Przy« 
wołajeie Bruno — pocóż ma iśó za mną?... 

J jeszcze kilka słów na pożegnanie, kilka błogosławieństw 
na drogę , kilka uśetśniea łzami zroszonych , — a późmój biedna 
kobieta z dzieckiem na ręku poszła w świat, drżąca i niepewna 
przyszłości, jaka ją ezeka^ 



R O Z D Z I A Ł VI. 

Odkrycie. 

Państwo Szelby po swój rozmowie nieprędko mogli zasnąć, 
i na drugi dzień wstali ppźnićj niż zwykle. 

— Niepojmujęco się stało ^ Elizą? — powiedziała pani Szel« 
by^ — dzwoniłam już kilka razy, a ona nieprzychodzi. 

Szelby stał przed lustrem ostrząc brzytwę na pasku; wtćm 
drzwi się otworzyły, do pokoju wszedł młody Mulat przynosząc 
wodę do golenia. 

— Andrzeju, — powiedziała pani Szelby, — postukaj do Elizy 

i powiedz jćj, żem już trzy razy na nię dzwoniła Biedna 

kobieta!... dodała wzdychając* 



ńninii irf4tfit po chwitł z preesiractett aa twarzj^: ^ Ack 
paDi! w Elizy pokoju komody otwarte, rzeczy porozrzacaile, oba 
zdaje się uciekła! 

Wyrazy te jak błyskawica odbiły się na twarzach męża i żoDy« 

Sielby. zawołał: — Domyśliła się i neiebłal 

-^ Chwała Bogol — powiedziała mistria Szełby -^ fiiech ją bie« 
doą Bóg prowadzi. 

— £omI ty bredzisz jak dziecko: ucieczka ta nabawi mię 
najokropniejszego kłopotu. Helli przecięi wiedział, ie niecibciałem 
mu sprzedać tego chłopca ; gotów jeszcze sobie pomyśl6($, źe ja 
przyłożyłem się do tej ucieczki. Sprawa ta leży na moim boaorz^. 

Mister Szełby wyszedł z pokoju z pośpiechem. W eałym do- 
ma powstał ruch wielki, bieganina, stukanie drzwiami ; rozmai- 
te figwy snuły się ta i ówdzie zakłopotane. Jedna matka Ghtde 
mi^aby wiele wyjawić pod względem tćj kwestyi, ale ona mii* 
czata ; twarz }ij zwykle promieniejąca radością , dziś była 
chmurna , nadąsana. Milcząc przygotowywała siieharki do her- 
baty, niezwraeając na to uwagi, co się koło mij działo , jakby 
nie widzieć i słyszeć niemogła. 

Wkrótce z tuzin chłopaczków czarnych jak kruki zalolio- 
wało się* na wsehodach od ganku; a każdemu z aieh sdę chcia- 
ło uprzedzić innych zawiadomieniem handlarza , że mu się spe- 
knlacya nieudała. 

— On pęknie ze złości, zobaczycie! — powiedział Andrzej. 

— Tozto będzie łajał ! — dodał mały Dżak, 

— Tak, tak, ou ciągle łaje;— dodała z ki^ei Meadi, — ja wezo* 
ra wszystko słyszałam co mówili podczas obiadu , siedziałam 
w spiżarni co obok jadaloćj* Ja wszystko słyszałam. 

Mendi, która od urodzenia nigdy nierozumiała co jćj mówio- 
no, pragnęła uchodzić za spryjtną dziewczynkę, i z pewną powagą 
przechadzała się po ganku. Zapomniała tylko dodać , że wczoraj 
zamiast podsłuchywać w spiżarni, przespała tam czas cały. 

W końcu przyjechał Helli w botach z ostrogami, i na samym 
wstępie spotkała go ta nieprzyjemna nowina. 

Urwisy niezawiedli się w swojćm oczekiwaniu połajanek: Jak 
grad posypały się z ust łlelii ku wielkiemu zadowoleniu swa- 
wolnej dziatwy , która jednak trzymała się w przyzwoitćj od- 
ległości , by bicz Helli niemógł którego dosięgnąć. Wkrótce je- 
den przez dri^iego kulając i przeskakując rozsypali się i poczęli 
tarzać się po murawie ua dziedzińcu, krzycząc, piszcząc i śmie- 
jąc się. 

*— O djablęta ! — mruczał pod nosem Helli — poeąekajeie^ 
niechno którego złapię ! 



COATfiA OJCA TOMA. 49 

— Zaraz! my łcgołylkoi czekamy,— przerwał Andrzej ro- 
biąc z powagą aajpoeieszoiejsze miay, gdy się kopiec tyłem do 
Diego obrócił i niemógt go słyszeć. 

— Cuda się dzieją, Szclby! — powiedział Hełli, wchodząc znie* 
naćka do pokoja; — dziewka ta zdaje mi się uciekła ze swoim 
dzieciakiem?? 

— Mister Helii, to jest moja żona! — powiedział Sielby z go* 
dno^eią. 

— Przepraszam panie , — odezwał się Helli marszcząc brwi 
i kłaniając się niedbale; — ale ja wracam do rzeczy : dziwne tu 
spotykam wieści , czy to prawda, mój panie ? 

— Jeżeli się pan chcesz ze mną rozmówić, proszę się zacho- 
wać jak przystoi na dżentelmena. Andrzeju, przyjmij bicz i ka* 
pelusz od mistra Ilelli. Proszę siadać. Tak , mój panie, ze smut- 
kiem muszę panu wyznać , że młoda kobieta musiała nas pod- 
słuchać albo się domyśleć, i uciekła tćj nocy z synem. 

— Ja się spodziewałem , że w tćj sprawie postąpią ze mną 
honorowie. 

— Jak to, mój panic ? — powiedział mister Szelby podchodząc * 
prędko do niego, — co pan chcesz przez to rozumieć? Dla ludzi, co- 
by się ważyli wątpić o moim honorze, jedne mam tylko odpowiedź. ' 

Te stuwa widocznie zrobiły na handlarzu wrażenie , po- 
skromniał bowiem wielce i dodał cichym głosem : 

— W każdym razie zgodzi się pan, że przykro jest spotkać się 
z takim zawodem, gdy cztowiek myślał, że zrobił dobry interes. 

— Mój panie, — powiedział mister Szelby, — jeżelibym mógł 
pana podejrzewać, że powątpiewasz o sumienności naszćj umowy, 
niepozwolibym pajau wejść do pokoju, tćmbardzićj tak nieprz]r- 
zwoicie jak pan to zrobiłeś. Czuję się obowiązany dodać panu, że ża- 
dnćj w tym względzie nieprzyjmuję uwagi ; honor mój wolen 
od podejrzenia — proszę to pamiętać, mój panie. Czuję się je-' 
dnak obowiązanym okazać panu pomoc: ludzie moi i konie są na 
pańskie zawołanie, staraj się pan znaleźć swą własność.... Jednćm 
słowem , wiesz co , Helli , — dodał , zmieniając ton zimnćj 
godności, z jaką przedtćm rozmawiał, na bardzićj poufały, — naj- 
lepiej wcale się tern niemartwić , ale zjeść z nami śniadanie, 
a o interesie pomówimy póżnićj. 

Pani Szelby powstała , wymawiając się, że ma wiele zajęcia 
i dla tego niemoże asystować przy śniadaniu, i poruczywszy przy- 
gotowanie kawy młodćj Mulatce — wyszła z pokoju. 

•^•--ImośĆ niebardzo łaskawa na waszego pokornego sługę, — 
powiedział Helli , starając się zmienić ton rozmowy i przejść 
Ha stopę przyjaznej poufałości. 

CfiiTSA 7 



50m matu oioi miru 

— Nietwykłem slysseć, by się kto o inoj^j ioBie śmiał tak 
pvafale odzywać, — powiedział saobo Szelby. 

— Przepraszam, ale to byt prosty żart , pan to rozamtest? 

— 2arty niezawsze są przyjemne. 

. — Djabelnie zbard^ał od czasu jak skońezył ioteres! — przd- 
mraezał kupiec przez zęby — patrz go, jak spauiał od wczora ! 

Nigdy obalenie pierwszego ministra przez intrygi dworaków, 
niezrobiło takiego wrażenia , jak wiadomość o doli ojca Toma 
we dworze; w chatkach o tćm tylko rozprawiano i domyślano się, 
eo to z tego wszystkiego będzie. Ucieczka Elizy , wypadek nie^ 
slychany na osadzie mistra Szelby, jeszcze się przyczyniła do po* 
wickszenia ogólnego zamieszania i niespokojności. Czarny Sa- 
muel (nazywano go czarnym dla tego, że skóra jego była o trzykroć 
ciemniejszą , jeżeli to możliwe, niż u innych Murzynów) rozwai- 
żał w myśli tę. sprawę ze wszystkich stron; starał się odgadMąć 
jćj skutki, i obliczał jaki to może wywrzeć wpływ na jego stano- 
wisko osobiste, z taką przenikliwością i pewnością poglądu, iżby 
mu niejeden głęboki polityk biały z Waszyngtonu mógł tego po* 
zazdrościć. 

— Zły wiatr, niewiedzieć zkąd wieje, — mówił Samuel sam 
do siebie, — zły wiatr, już to taki — i pociągał spodnie, w których 
nieziiędny guzik zastąpił ćwieczek ; ten pomysł mechaniki bar- 
dzo cieszył jak się zdawało wynalazcę. 

— Tak, zły wiatr kiedy niewiadomo zkąd wieje!— powtórzył. — 
Tom. przekulił się^ na jego miejsce naznaczą innego Murzyna. 
Dla czegożby nie mnie naprzykiad ? Dla czegożby Sam niemógt 
być tym iMurzyncm ? Dobra myśl I konno jak Tom , jeździć 
konno 1 objeżdżać pola — glansowane boty — czarne błyszczą-* 
cc... karta wolnego przejścia w kieszeni.... Będę sobie jak wiel-* 
ki pan jeździł. I dla czegożby kto inny nie ja ? czyż Tom lep'- 
szy ode mnie ? Dla czego? chciałbym ja wiedzieć. 

— Ej Sam! pan kazał osiodłać Bella i Dżerry, — zawołał An-* 
drzćj |)rzerywiijąc monolog Samuela. 

— A to na co, mój mały? 

— Czyż niewiesz, że Eliza czmychnęła ze swoim malcem? 

— Cóż to tobie się zachciało i starszych uczyć ! — odpowie- 
dział Samuel z lekceważeniem, — dawno już ja o tćm wiedńalenN 
bratku. 

— No , mniejsza! pan kazał żeby konie były w ten moment 
gotowe , j[a i ty pojedziemy z p. Helli łapać Elizę. 

— Jest rzecz i okoliczności — powiędnął Samuel,^-* widać mnie 
ufają : a ja Murzyn. Zobaczysz jak ją , pochwycimy ; ja 
pokażę co umiem. 



---iPes!Mliaj,Saiii, tutnebaposłępawaiS ostróiaie; pmłtiie- 
ekee iebyśmy ztowili Etisę; otós trzymaj się ostro ! 

— Gzy z tak? — zapytał Samnel* wytrzeszczając oczy* — a ty «kąd 
wiesz o t^m ? 

— Słyszałem to oa własne uszy dziś zrMa , gdym przyno- 
sił panu wodę do golenia; pani posłała mię zawołati Elizę, i 
kiedy się dowiedziała, zeaeiekła, powiedziała: ^^ChwAła fioga!^*'pau 
o mało niezwarjował, i powiedział pani, ie sama niewie co mó- 
wi ; ale wa jego przekona, juz ja to wiem jak się to dzkje. 
Łepićj nam trzymatf z panią ; zawierzaj mi, ze lepiej. 

Czarny Samael poskrobd^ się w głowę, w której cliociazmoze 
głęboka mądrość niegościła, ale było wiele instynktowego prze- 
czncia, tak niezbędnego politykom wszystkich narodów i wszyst- 
kich rządów, przeczucia, które pokazuje czyja strona silniejsza. 
Samuel się zamyślił skrobiąc się w głowę , zajęcie to pobudza- 
ło widaó działalność jego mózgowego przyrządu. 

— Nigdy nietrzeba się wygadywać, nigdy.... mruczał sobie pod 
nosem, — na t^m świat stoi! i ten wyraz na tern powiedział z ta- 
kićm przyciśnięciem i poszanowaniem dla swćj głębokiój filo- 
zofii, jakby on w istocie wiedział, na ezóm ten świat stoi 
i wniosek swój na długich postrzeźeniach opierał. 

— A ja myślałem, że pani wszystkich nas wyprawi w po- 
goń za Elizą, — powiedział z zamyśleniem. 

— Rozumie się i ona chciałaby wróció Elizę , — powiedział 
chłopczyk; — czyi ty tego zrozumieć niemozesz, głupi Murzynie, 
ie pani niechce zęby mister Helli zabrał z sobą małego Harry?., 
ot co jest. 

— Hój I bój ! — krzyknął Samuel z intonacyą , której cha- 
rakter ci tylko pojąć mogą , co słyszeli ten okrzyk w ustach 
Murzyna. 

— A ja ci jeszcze powiem, — dodał Andi, — żebyś pośpieszał 
z końmi; pani juz pytała się o ciebie, a ty sobie stoisz i wy- 
grzewasz się ua słońcu. 

Samuel pobiegł z pośpiechem i wkrótce wrócił prowadząc 
Bdla i Sierry galopem, zeskoczył z siodła i postawił konie gło- 
wami do ściany. Wierzchowiec mistra Helli był młody i lękli- 
wy, począł więc rzec, skakać, wierzgać i słnpić się. 

— Oto, — powiedział Samuel, — patrzcie jaki dziki! — po czar- 
nój jego twarzy przebiegł uśmićch szyderstwa, — poczekaj, ja cię 
zaraz złagodzę! 

Pośrodku dziedzińca roztaczał swoje konary buk rozłożysty; 
eała darnina popod drzewem była zasłana trojgraniasieisi i)f le- 
chami. Samuel podjął jeden z nich 9 zUizył aię do konia, aa- 



S2 CBATIU O Ja TOHi, 

esął go głaskaiS i poprawiając siodło wsunąt pod nie orzech. Naj- 
mniejszy ciężar, wciskając ostre l(rawcdzic orzecha w skórę draż- 
liwego zwierzęcia , mógł je doprowadzić do szaleństwa , niezo- 
stawnjąc żadnych śladów zadraśnięcia. 

— Teraz — powiedział on oglądając się dokoła i dziwacznie 
twarz wykrzywiając— mozc się uspokoisz. Właśnie w tej chwili 
mistris Szelby wyszła na balkon i kiwnęła na Samuela. Samael 
podszedł ze stałym zamiarem zastosowania się do myśli pani 
zapełnię, jak to się zdarza starającym się o posadę w pałacach 
Waszyngtona, albo St-Dżems. 

^ — Cóż tak zamaradziłeś, Samuelu? musiałam posyłać dla po- 
śpiechu Andrzeja. 

— Ach, dla Boga, dobra pani! czyi to konie tak łatwo poła- 
pać ? Bóg wie gdzie zabiegły na sam koniec łąki. 

— Samuelu, ja tyle ci razy mówiłam, żebyś niewzywat imie- 
nia Pana Boga twego nadaremnie ; to grzech ! 

— Ach, jak Boga kocham, już więcćj nigdy tego niebędzie, 
będę pamiętać. 

— Masz tobie , poprawił się. 

— Czyi doprawdy ? O dla Boga ! już ja niewiem jak się to 
stało. 

— Trzeba się wystrzegać, mój Samuelu. 

— Niech mi pani pozwoli tylko odchwycić się , jak ja raz 
przyjdę do ochwatu , to juz później będę się wystrzegać. 

— To dobrze. Samuelu, ty pojedziesz z p. Helli, będziesz mu 
służył za przewodnika, będziesz mu pomagał; ale pamiętaj 
o koniach, mój Samuelu, wszak wiesz, że w przeszłym tygodnia 
Belli skaleczyła nogę.... ISiepcdi ich. 

Ostatnie wyrazy mistris Szelby powiedziała pół głosem i z wi« 
doczną intencyą. 

— Niech się pani na nas spuści, — powiedział Samael dopo- 
wiadając reszty wyrazem twarzy. — Bóg widzi... Ach! proszę mi 
darować, ja niechciałem tak powiedzieć!... zawołał on zatrzymu- 
jąc oddech z takim komizmem, iż nawet mistris Szelby rozśmiać 
się musiała. — Niech pani będzie spokojną, ja będę miał wzgląd 
n.a konie. 

— No, Andrzeju, — powiedział Samael wracając na swe sta- 
nowisko pod bukiem, — a cobyś ty powiedział, gdyby koniowi mistra 
Helli przyszła chętka poskakać , jak poczuje jeźdźca na sobie? 
Ty wiesz, Andrzeju, że na konie czasami jakieś licho napada;- 
tawyrokował Samuel, i nader znaczącym sposobem szturchnął 
kolegę w bok kałakiem. 



CHATKI Oia TOIU. 5t 

— H^j!— zakrzyczal Andrzej: widocznie mnsiał się wszyst- 
kiego domyśIe(S. 

— Bo widzisz, Andrzeju, pani chee wjgrac na czasie, to wi- 
doczna, trzeba tylko umieć « postrzegać; ja chcę jćj trochę po- 
módz. Konie moźnaby odwiązać niechby sobie trochę się popasły 
tam pod lasem. Wiesz co ja sądzę ? ze ten pan nietak prędko 
ztąd wyruszy. 

Andrzćj skrzywił się. 
— Uważaj, uważaj, Andrzeju! — powiedział Samuel— jeżeli zmi- 
strem Helli co się stanie , to my rozumie się , rzucimy swoje 
konie i udamy się jemu na pomoc. 

— Tak, tak, juz my jemu pomozem, pysznie pomoiem! 
Samuel i Andrzćj zarzucili swe kędzierzawe głowy na plecy 

i zalewali się śmiechem napróżno tłumionym , pląsali w polu, 
stukali piętami z nadzwyczajnem zadowoleniem. 

Helli wyszedł na ganek, kilka szklanek smacznćj kawy zła- 
godziły go trochę. Śmiejąc Isię więc i gawędząc wyszedł z po- 
koju w najlepszym humorze. 

Audi i Sam pochwycili kawałki liści palmowych , które zwy- 
kli nazywać swojemi kapeluszami , podskoczyli do koni , żeby 
być w pogotowiu na rozkazy swego nowego pana« 

Liście pokrywające głowę Sama spadały rozprószone na twarz 
jego i plecy wolne od wszelkićj pretensyi do wyglądania jak ka- 
pelusz; i to dziecię natury w swym dziwacznym stroju nagło- 
wię , wyglądało jak jaki wódz dzikiego plemienia. Widocznie 
był ze swego stroju bardzo zadowolony i zdaje się zapytywał 
wzrokiem: „któż mi zarzuci, ze ja bez kapelusza ? ** 

— Dobrze chłopcy. Teraz żwawićj do roboty: nićma co tra- 
cić czasu. 

— Ani chwili mister ! — powiedział Samuel podając mu cugle, 
przytrzymując strzemię, gdy tymczasem Andrzćj odwiązywał 
inne konie. 

Zaledwie Helli dotknął się do siodła, koń jak oparzony skoczył 
w górę , i zrzucił swego jeźdźca na miękką murawę, która tro- 
chę złagodziła upadek. 

Samuel gwałtownie rzucił się do cugli , stawiać przed oczy 
zestrachanego konia swą pocieszną głowę strojną w liście pal- 
mowe, co wcale nieprzyczyniło się do uspokojenia szalonego ru« 
roaka , który przewracając Sama dał kilka susów i puścił się 
jak strzała po łące , a tuż za nim Bell i Dżerry, których Andrzćj 
niezapomniał puścić zachęconych do biegu wrzaskiem niepomiar* 
kowanym. 



Bozroch paw9^l okre^ąy, Ąpdry^j J^ąm Jbiegirii {knyciąc, 
psy szczekały, Maik, Mojżesz, Amander, Fanay i.jiipe droboe 
exeiqp]arze czarnego plemiaoia, rDz|]ti9|;ły,9iC we ^wszyMkie stro- 
ny X przerazajaceip pienieni, klaszcząc )¥r(;ce i powiękiując 
zamięszafiie. Ko^ pistra HeUi dziar^iki i ognisty zdawało się 
ze 1 chęcią przyczyniał się do spełnienia z^oniara sprawców tćj 
sceny : przed nim na (Swierć mili rozciągała się we .wszystkie 
strony łąka , przytykająca do niewielkiego gaja ; ,koń .satrzy- 
mTwał się chwilę, pozwalał się do siebie zUizyć,.ale skpro postrzegt 
rękę sięgającą cugli , kilka sosami odsądzał się daleko i zbo- 
wusię zatrzymywał. Samuel niechciał go złapać pićrwiej otz 
była potrzeba, i rzeczywiście po-bohatersku jimiał sobie radzić; 
wszędzie gdzie tylko było podobieństwo chociażby najmniejsze 
siąpania rozhukanego rumaka , jak miecz Ryszarda Łwie-ser- 
ee wśród boju, błyskał jego liść palmowy , a koń daleko zosta- 
wiał po za sobą goniących. Pk*zytćm zwykle krzyczał na całe 
gardło : Tu ! pilnuj, łów, trzymaj !. ale to tak , ie krzyki wzma- 
gały tylko zamieszanie. Helli także biegał wraz z innymi, łając, 
przekllm'ając i szturchając, gdy który blizćj się nawinął. I^zelby wy- 
dawał z ganku rozkazy, które się niewypętniały; a mistris Szelby 
patrząc z okna swojego pokoju na całą tę scenę, śmiała się wdu 
chu: widocznie się musiała czegoś domyślać. 

Nareszcie koło godziny drugiej powrócił Samuel prowadząc 
konia mistra Helli pokrytego pianą , z ogniem w oczach, z roz- 
dęfemi nozdrzami ; widocznie szał' i rozhukanie jeszcze nie* 
przeszło. 

— Złapałe^! — wołał w tryumfie — Beze mnie aniby sobie 
rady niedali ; próżna robota! ktoby tam go złapał beze mnie? 

— Bez ciebie!— mruczał Helli— żeby niety,mozeby się ta 
awantura niestała. 

— Pan Bóg z panem ! — powiedział Samuel ze zmartwionym 
wyrazem twarzy , — ja się nadrywam żeby panu usłużyć! 

— Tak, tak... z twojćj łaski straciłem trzy godziny czasu; ale 
(eraz dosyć tych głupstw, dalćj na konie ! 

— Co panu? — zawołał Sam błagającym głos^em, — czy pan 
chcesz pozabijać i konie i ludzi ? My do siebie przyjść niemo- 
zem , a konie ledwo nogi włóczą. Moźeby się pan zatrzymał 
na obiad.... pańskiego konia trzebaby wytrzeć słomą , niech pan 
spojrzy do czego on podobny...., Dzerry kuleje; a oprócz tc^o 
czyż ^0 nasza pani tak pana wypuści ? Pan Bóg z wami, dobry 
pąni^Hp, inf pic na tćpi niestracim. Liza ni|gdy niebyła mociią 
na nogi. 



cttiTiu diatóKL ^ 

Mistris Szelby którą tajmowała ta rozmowa^ zeszła na dół» by 
wziąiS w nićj udział. Podchodząe do HellU bardzo (grzecznie po^ 
wiedziała , jak boleje nad t^m, go się stało, i usilnie go prosiła 
na obiad » twierdząc, ze już dają do stołu. 

Helli zważywszy wszystkie okolicznośeif zdecydował się zostać, 
i jakby niechcący poszedł do pokoju , a Samuel oglądając się 
dokoła, z wyrazem twarzy, którego niebierzemf na się opisywać, 
z powagą i godnością poprowadził konie do stajni. 

— A co? widziałeś Andi ? ale czy dobrze widziałeś?— i gdy się 
oddalił od domu na tyle ze słów słyszeć niemozna było, — no po- 
wiedz — zawołał — czyztonierozkosznie było patrzeć, jak on pod- 
skakiwał, jak się dąsał, łajał, rzekłbyś na mityngu.... Przecięi sły- 
szałeś! „Łaj sobie! stary blaźnie ! myślałem w duchu , taj, ale 
raczysz chwilkę poczekać nim ci złapię konia!^* 

Sam i Attdrzćj od śmiechu aż się brali za boki. 

— Kiedym mu przyprowadził konia, to był jak opętany; tak 
zdaje się wziąłby i zabił mnie; szkoda tylko, że niemozna... a ja 
sobie stoję spokojnie jakby nic. .. 

— Widziałem widziałem.... Sam, ty jesteś bystry. 

— Ja i sam to myślę , — odpowiedział Sam , — a widziałeś 
i ty jak się pani śmiała przy okbie. 

— Z pośpiechu to i niepostrzegłem. 

— Widzisz! — powiedział, Samuel zaczynając z godnością myć 
konia HelH, — już to u mnie we zwyczaju rozważać. To dobre 
przyzwyczajenie, Andrzeju. Ja ci radzę więcćj rozważać^ póki je- 
szcze lata nieminęły. A podejm-no tylną nogę koniowi^ Andrze- 
ju. Bo widzisz, mój chłopcze, z dwóch rozumnych zawsze ten 
lepszy co umie rozważać. Ot dziś zrana, czyż niezwąchałem 
zkąd wiatr wieje ? czyż niespostrzegłem czego chce pani, cho- 
ciaż nic o tćm niemówiła ; a to wszystko znaczy rozważać, mój 
Andrzeju. Ja sądzę że to właśnie i nazywa się zdolnością, — 
zdolności bywają rozmaite u różnych narodów » rzecz leży tyl- 
ko jak je wyrobić. 

-^A mnie się zdaje, że gdybym ja pićrwićj niemiał tćj 
twojćj rozwagi, tybyś może tak prędko niedomyślit się co i jak 
robić potrzeba. 

— Andi , tyś sprytny chłopak , ja dobrze trzymam o tobie, 
i dik tego wcale się' niewstydzę posłuchać tWbjćj rady. Zdarza 
się, że najroznmniejsi ludzie wpadają w matnię. No , pójdźmy 
do dworu; ja ci ręczę, że pani nas każe co się nazywa nakarmić. 



66 CDATKA OJa TOKi. 

ROZDZIAŁ VJI. 

Przestrach matki. 

Niemozna sobie wyobrazić kobiety nieszczęśliwszćj i bar- 
dziej opnszczonćjjak Eliza w chwili gdy opuszczała chatkę ojca 
Toma. Cierpienie męża, niebezpieczeństwo wiszące nad głową 
dziecka, połączone ze smutnćm zeznaniem oczekujących ją zda- 
rzeń, odurzyły jćj biedną głowę. Miała porzucić miejsce ro- 
dzinnne i udać się w kraj daleki, nieznany « opuścić swą dobro- 
dziejkę , którą kochała i szanowała, — tu każdy kącik dobrze jej 
byt znajomy; ale konieczność zmuszała ją opuścić ten dom gdzie 
wzrastała, te łąki, po których biegała małem dziecięciem, te 
gaje, po których w dni promienne swojego życia przechadzała się 
wraz ze swoim mężem. Razdy przedmiot co się przedstawiał jćj 
oczom przy niepewnem świetle nocy zdawał się patrzeć na nię 
z wyrzutem: ;,0pu5zczasz swoje rodzinę, a gdzież ci będzie 
lepićj?^' Ale ^ośnićj nad wszystko przemawiała miłość macie- 
rzyńska, która w miarę zbliżania się niebezpieczeństwa wzra- 
stała do szaleństwa. Syn jćj był już w takim wieku • że mógł 
sam chodzić, i żeby nie przestrach, onaby go prowadziła za rę- 
kę ; ale teraz sama myśl wypuszczenia go ze swych objęć, krew' 
jćj ścinała lodem. Konwulsyjnie przyciskała dziecię i przyśpie- 
szała kroku. 

Zamarzła ziemia chrupała pod jćj nogami , a każdy szelest 
drżeniem ją przejmował ; czy liść zaszeleści , czy jaki cień się 
przesunie, cała massa krwi przypływała jćj do serca, zabija- 
ła oddech, ale zda się strach powiększał siły i przyśpieszał u- 
cieczkę. Dziecię zdawało się jćj lekkiĆm jak pióro ; trwoga jej 
służyła za przewodnika , a jedyną obroną była modlitwa. Boże, 
zlituj się nade mną! Boże, poratuj mnie! 

Matki, co będziecie te karty przezierać , wyobraźcie sobie, 
że wasze jedyne dziecię mają jutro oddać nieokrzesanemu han- 
dlarzowi , że warunki sprzedaży już ukończone i podpisane.... 
wyobraźcie sobie, że ze świtem wszystko się skończy, i że tylko 
noc może was ratować, a pojmiecie wtedy, co to jest uciekać 
2 drogim skarbem... pojmiecie ile to mil można zrobić w kilka 
godzin z tym słodkim ciężarem na ręku , gdy tymczasem mata 
jego główka drzemie na waszćm ramieniu, a drobne rączki z ca- 
tćm zaufaniem obwinęły wasze szyję... 

Dziecię spało. Strach i nowość położenia niepokoiły go z po- 
czątkui OględjDia matka zatrzymując oddech trwożyła się , by naj- 



OUfKA OJCA TOMA. . 57 

imiłejszy szelest niesbudzii pogooi, zapewniała małego Harry^ ie 
go poratoje, byle lylko się spokojnie znajdował; dziecię przy- 
tnliło się do piersi matczpćj i jnż ukołysane zapytało: 

— Mamo , czy ja mogę zasnąć ? 
-^Śpij, mój aniołku. 

— Ale roałuDiu , ty mię jemu ńieoddasz jak ja zasnę ? 

— Nic ! nie ! — odpowiedziała matka; twarz jćj jeszcze bar- 
dziej pobladła, Oczy dziwnym blaskiem świeciły. 

—Ale czy tylko pewno mnie ńieoddasz, matulu? 

— Pewno! — przemówiła matka głosem, którego się sama prze- 
lękła; jćj sio zdawało, że ten wyraz wyrwał się zjćj ust mimo 
jlj woli, za jakiemś wyższym natchnieniem. Chłopak, pochy* 
łił swą zmęczoną główkę na ramie matki i wkrótce zasnął. Ona 
czuła przy swych -piersiach dziecię, dziecię jedyne, jego czysty 
oddech twarz jej ogrzewał i dodawał jćj ognia i odwagi. Za 
kazdćm poruszeniem dziecięcia jakiś dziwny prąd elektryczny 
przebiegał po cał^m ciele matki. Niepojęty jest wpływ uspo- 
sobienia wewnętrznego na organizm człowieka ! Siły wzrastają, 
a słaby dzieciak w bohatera się zmienia. Granica , fermy , ga- 
je i lasy przesuwały się przed jćj oczami jak widma; ona szła 
weiąi dalej i dal^j, tracąc z oczu jeden za drugim wszystkie 
przedmioty znajome. Niezatrzymywała się ani na chwilę, nie- 
odpoczywała ; i pierwsze promienie jutrzenki wschód rumienią- 
ce spotkały ją juz na wielkiej drodze... a wszystko, do czego się 
przyzwyczaiła od dzieciństwa, było daleko -^ daleko. 

Jeżdżąc z panią do sąsiadów , poznała drogę do wybrzeży 
Ohijo. W myśli j^j postało przeprawić się za rzekę do krainy zu- 
pełnie jej nieznanej ; ale Eliza mocno ufała w Bogu. Gdy się 
już ruch zaczął nu drodze, Eliza zrozumiała, że chód jćj przy- ' 
spieszony i niepokój mogą zwrócić uwagę i obudzić podejrzenie 
przechodniów, postawiła dzieciaka na nogi', a poprawiwszy o- 
dzicz i włosy postępowała dal^j, ale daleko wolniejszym krokiem. 
W małym woreczku chowała zapas jabłek i pierniczków, któ- 
rych używała do zachęcenia i podniesienia sił zmęczonego chłop- 
ca; od czasu do czasu toczyła jabłko po drodze, a Harry zapo- 

' minając o zmęczeniu gonił za uiem, — przy pomocy tego wybie- 
gu jeszcze kilka mil posunęła się naprzód —* wkrótce zbliżyli się 
do strumienia.* który wtem miejscu drogę przerzynał przedzie- 
rając się wśród zarośli. Chłopak się skarżył na głód i pragnie- 
nie. Zwróciła z wielkiej drogi w zarosłe, usiadła na urwistym 
brteegit struo^ienin poza kamieniem, i wyjęła z woreczka śnia- 

L daiie ' dla swego chłopaka, który się bardzo dziwB ismueiłi łe 

CHATKA 8 



S8 . CBtnk mu msk. 

matka nicjtśe nieckeiała. Objąwstyją jedną rękąsastyjf, dra-* 
gą gwałtem oheiat wpakować kawał bałki do Qst matki. 

— Nie, mój drogi Harry, twąja mima jeść niebędzie pikiś ty 
w niebezpieczeństwie. Nam trzeba iść eiągle , dalćj i dalćj, ai 
do wybrzeży rzeki. — Powiedziawszy to wybiegła z pośpieehem na 
drogę gdzie juz zwolniła krokn , dla tego, by niezwrócić na sie- 
bie awag,i przechodzących. 

Wszystkie miejsca ziiajomsze daleko jnż zostawiła poza so- 
bą ; a jeżeliby kto ze znajomych ją spotkał, liczyła na to , ze 
względy jakich doznawała wdomn swoich panów, oclironiąją od 
wszelkich podejrzeń. 

Oprócz tego krzepiła ją nadzieja, że przejdzie niepostrze- 
żona 1 niepoznana, jeszcze jedna okoliczność, a mianowicie, że 
tylko po długiem wpatrywania się można było dostrzedz na twa- 
rzach jćj i syna, ślady ich pochodzenia. Ufna w to zatrzymafa się 
na chwilę w jednej z ferm niedaleko od drogi położonych, w eela 
kupienia czego do zjeilzenia dla syna i dla siebie. W miarę 
powiększania się odłej^ości, zmniejszało się niebezpieczeństwo, 
a po tak gwattownem wysileniu , nastąpiło ogólne sił rozprzę- 
żenie , zmęczenie , a w aońcu i głód już zaczął dokuczać. 

Gospodyni dobra i gadatliwa kobiecina , bardzo się eiesaąe 
z nadeji^cia Elizy (dało to jćj bowiem możność uczynić zadość we« 
wąętrznćj potrzebie, wygadania się), zawnioskowała patrząc na 
biedną kobietę, iż zapewnie się wybrała aa jaki tydzień w go- 
ścinę do znajomych lub krewnych. 

Na godzinę przed zachodem słońca, przyszła Eliza do wio- 
ski , nad brzegiem Ohijo położonćj , a chociaż odwaga i siły 
moralne jćj nieopusciły, wątłe ciało niemogło sprostać dacho- 
wi ; nogi jćj popuchły , ledwo się biedna wlekła, a na jćj twa- 
rzy widocznemi były cierpienie i znużenie. 

Byt to początek wiosny , rzeka hulaszczo toczyła swe fale 
piętrząc je z łoskotem. Ogromne odłamy kry lodowćj zaciepia- 
jąc około wysokiego brzegu Kentekki, który w tĆm miejsca da- 
leko w głąb' koryta rzeki się zasunął, pokryły całą niemal wód 
powierzchnię , i zagradzały drogę innym krom z biegiem rzeki 
napływającym. Nagromadzone tak lodowiny^ tworzyły w tćm 
miejsea na pićrwszy rzut oka pewien rodzaj grobli oJbrzymi^, 
dwa przeciwne brzegi Ohijo łączącćj ze sobą. 

Eliza zatrzymała się przez chwilę na brzegi i przypatrywa- 
ła się z przestrachem miejscowości , która oięwiele otoohy wh- 
ła w serce zbolałe : przepłynąć bowiem na drugą stroBf byfo 
aiego^oj^jęnstwem. Fraekonana amitoą kMi«enofeią pasali do 



aum oia Tam. Sft 

M)|Uisfte} gospody , ky tam rady ząńęp^i , Imh tei powsią^ 
JWka. 

Go^odyiii zajętą praygotowantera wiecierzy, z zadziwieniem 
się odwróeiia posłyszawszy łagodny a razem rzewny głos EKiy. 

•~Czy pani ezego potrzeimjet — zapytała ona. 

~ — Chciałabym się dowiedzieć » gdzie ta można dostać łodzi; 
eoby mię na tamtą stronę przewiozła* 

— To darmo , teraz nikt niepojedzie. 

Zbolała i sktopotana postać Elizy, zrobiła pewne wrażenie, 
obudzając jednoezasowie jćj ciekawość. 

— A ezy ta pani takpitao oa tamtą stronę? pewno tam lito 
diwy ? pani tak jestaś przestraszona ? 

— Dzieeię niebezpiecznie mi zachorowało^ dowiedziałam ną 
o ićm wczora w nocy t śpieszyłam przez cały dzień i chciała- 
bym dziś jeszcse przeprawić się na tamt^ stronę* 

— Ach, to bardzo przykro! — powiedziała gospodyni, w której 
piersi odezwało się uczacie macierzyńskie. 

. — Jak mi Bóg miły. bardzo mi pani żal... Salomon! — zawołała 
wyglądając przez okno wychodzące na dziedziniec. 

We drzwiach pokazała się postać w skórzanym fartocha. 

-— Powiedz mi, Sel , niewiesz czasami , czy ten człowiek 
z beczkami będzie się dziś przeinrawiał ? 

— -Mówił, ze popróbuje. 

— Na dole jest ta kapiec, co chce wieczorem, Jeżeli będzie 
można, przejechać na tamtą stronę ze swoim towarem ; to się 
z nim zabierzecie, a tymczasem usiądź i odpocznij sobie... Ajaki^ 
ładny chłopak! — dodała gospodyni* traktując małego ciasteczkiem.*" 

Ale mały Harry osłabiony i znużony płakał ze zmęczenia. 
— Biedny chtopied— powiedziała EKza, — on nieprzyzwyczajo- 
ny do takich wędrówek , a mnie tak było pilno. 

— W takim razie zaprowadź go do tego pokoju, niech spocz- 
nie, — powiedziała gospodyni, otwierając drzwi od malutkićj sy- 
pialni. Eliza ułożyła dzieeiaka i trzymała go zarączkf póki nie- 
zasnął. I Odpocząć sam^ nawet jćj do głowy nieprzychodzi?o: 
myśl o tćm, że ją gonią, jak gorąca lawa mózg jćj paliła. 

Z tęsknotą, załzawionćm okiem patrzała na szumiące fale 
rzeki , eo ją od swdliody oddzielała. 

Tu winniśmy pożegnać ją na chwilę i wrócić do jćj przA- 
śkdoweów. 

Bez względu na to że mistris Szelby zapowiedziała , ze jiż 
podają do stołu, i ie rozkaz został wydany w obce mistra Helii, 
matka Chloe zamiast odpowiedzi, mmczała tylko pod nosem, 
wcale się uleśpieiząe , a nawet zdaje się daleko powohiićj niż 



ftwykle i zfewsą niewłaśeiwą jćj obojętooicią krzątając się oko* 
io kuchni. 

ISfiewiedzicć jakim sposobem cała służba się domyśliła , że 
pani wcale o pośpiech niechodzi, i,że niebardzo się gniewa za ma- 
radzenie: to tez przeszkody i przypadki nieszczęśliwe zjawiły 
się jak grzyby po deszczu. Chłopak rozlał sos, i trzeba go by- 
ło na nowo z przyzwoitą formalnością zrobić. A gdy poseł za 
posłem przychodził napędzać , matka GUoc odpowiadała sta- 
nowczo, zeniemyśli dać niedogotowanych potraw, dla tego tyl- 
ko, ze tam komuś pilno polować na ludzi* Jeden kuchcik bio- 
rąc wodę zawadził o cóś nogą, upadł i zalał całą kochnię, (jrze- 
ba było sprzątać i zacierać; drugi upuścił masło, iuny znowu 
rozbił garnek odsuwając go od ognia! Od czasu do czasu do 
kuchni zalatywały wieści , że mister Helli do tego stopnia 
niekontent , że niemoże usiedzieć na miejscu, że chodzi po po- 
koju, zaglądając wciąż to za drzwi, to przez okna. 

— A dobrze mu tak! — z oburzeniem mówiła matka Chloe. — Bę- 
dzie jeszcze gorzćj , kiedy się niepoprawi. I nad nim prze- 
cie jest pan , tam wysoko w niebie.... Oto zobaczymy, jak on 
zaśpiewa gij Tamten przyszłe po niego. 

« — On pójdzie do piekła , to pewno ! — zauważał mały Dżek. 

— I słusznie ! — z gniewem powiedziała matka Chloe. — Wie* 
leż to on dusz ludzkich zagubił ! Ja to mówię do was wszyst- 
kich, słuchajcie! — dodała ona, podnosząc rękę z widelcem do gó- 
ry. — A zgubione dusze, wołają przed tronem Przedwiecznego- 
o pomstę. Nam czytał o tćm mister Dżordż.... A Bóg wysłu- 
cha ich! to pewno, że wysłucha! 

Matkę Chloe wszyscy poważali, i dla tego wszyscy jej słu- 
chali z uwagą. Ponieważ już stół był nakryty , całe więc to*- 
warzystwo kuchenne miało dosyć czasu pogwarzyć sobie tro- 
chę , i skorzystać z uwag matki Chloe. 

— Tacy ludzie na tamtym świecie skazani są na ogień wiecz- 
ny ; — wszak prawda ? — zapytał Andi. 

— Obol żeby to mieć przyjemność ich tam zobaczyć, — zau- 
ważał Dźek. 

— Dzieci ! — odezwał się głos, który wszystkich przestraszył. 
Był to ojciec Tom, który przed chwilą wszedł do kBchni i sły- 
szał całą rozmowę. — Dzieci! mnie się zdaje, że wy niewiedz SQr 

-mi co mówicie. WieczńoU^ wielkie słowo. Strach o tćm po- 
myśleć. Mąk wiecznych nietrzeba nikomu życzyć. - 

— To też my nikomu i nieżyczym, oprócz. tym co duszeiudz- 
hie sprzedają; — powiedział Andi, -^ a cóż iok iepszego c^ka, tycłi 
djabłów wcielonych ? 



— Łairy t — Mwataht matka Gbloe. — Dta aieh to fiaji»fii«]»ńi,' 
oderwać dziecię od piersi matczynej i sprssdM... 1 eo to ieb 
otbchodEi,.ze matka j^aeze, zeduei^ę ełnrytaaię jej odzienia? 
dni jt odbiorą i spreedadsą* Oni i męia z zoną rozłączą ! — do-' 
wedzita Gfałoe krzyeząc coraz głośniej, — to dla nich bagateM 
Człowiek umiera , a oni jakby to nie, siedząc sobie, popijają 
wilio i palą fajeczki ! O na Boga ! kiedy juz takich 4jabli nie^ 
wezmą, to na cóz djabli potrzebni? 

Matka Cbloe zakryła twarz rękami i rozpłakała się na dobre. 

— ModUe się za nich! — zawołała Chloe. — O mój Boie , mdj 
dobry Boże! jakie to za nich się modlie ? Nie , ja tego niepo* 
trafię. 

— Wedle natury to tak; głos aattiry silnie, w nas przema- 
wia 9-^ powiedział Tom; — ale łaska Boża silniejszą jest odnato« 
ry. Zwazeić tylko w jak opłakanym stanie zostaje dnszatyeh 
nieszczęśliwych, co się takich dopuszczają występków. Chloe! 

dziękuj Bogu, ześ ty niepodobna do takich ludzi. O, niech 
mię lepiej sprzedają po tysiąc kroć razy, niżbym miał ich grze- 
chy przyjąć na swoje sumienie! 

— Niech nas Bóg od tego zachowa ! — powiedział Bzek, — 
czyż nieprawda Andi ? 

Andi twierdząco kiwnął głową. 

— Ja się bardzo cieszę, — powiedział Tom, — że nasz pan się 
namyślił i niewyjechał dziś zrana : toby mię gorzćj bolało, niz 
wiadomość, ze mnie sprzedali. Jemu to może nic nieżnaczy od- 
jechać i niepożegnae się ze mną; a mnie toby bardzo było smutno, — 
ja go znałem jeszcze małym dziedakiem. Dzięki niech będą 
Bogu , widziałem już swojego ^ana i bez szemrania igadzam się 
ze swoim losem. On musiał tak postąpić , bo inaczą^ trudna 
bfto doradzić ; lękam się tylko, że beze mnie majątek jeszcze 
się gorzćj zrujnuje. — Gdzież mu tam samemu dojrzeć wszyst- 
kiego ? a młodzi , choć to i walne chłopcy, ale to roztrzepane^ 
lekkomyślne. To mnie tylko smuci i niepokoi. 

Właśnie w tćj chwili dał się słyszeć dzwonek. Toma za- 
wołano do pokoju. 

— Tom! — powiedział doń pan łagodnym głosem , — musię d 

{fowiedzieć, żem się zobowiązał zapłacić temu panu tysiąc dol- 
arów sztrafu , skoro ty niestawisz się tam gdzie on cię prze«^ 
pnącza. On się oddala za interesami ; dzień dzisiejszy do cie* 
bie należy — możesz sobie iść, gdzie ei nę podoba. 

— Dziękuje panu, — powiedział Tom. * 

— ' Tylko mi tego iiiezapomnij , — dorzncit handlara, — że ja 
twemu dawnemu panu niedaruję ani feniga, skoro cię nieznajdę na 



nii^H* Wedle mojiege zdania itdiieinii %w» tdai wfmonia. 
Kasdy Morzy n zwilNiy jak wąi 

— Panie!—* powiedział Tom prostojąc się, — miaYem wteaeiai 
kt ośm , ęty stara pani mffie przywołała i pozwoliła mi wziąd 
WIS na ręee , pan miałeś zaledwie rok jeszeze. Wresz«^ie po- 
wiedziała mi: jjto twój młody pan ; pilnaj go i służ. ^^ A teraz 
pozwól mi pan siebie zapytać , czy ja kiedy skłamałem ? esyn 
nieposłuchał kiedy, mianowicie od czasu jakem ChrześcijaniMmY 

Mister Szelby do łez był poroszony. 

— Mój zaeny Tom ! Bóg widzi , ze to święta prawda...* 
Gdyby smatna koniecznośó mnie niezmuzała , jabym cię za 
żadne skarby niesprzedawal. 

— Bądź przekonany • Tom, ze my cięwyknpimy, — dodała mi« 
stris Szelby. — To tak pewno , jak to, żem ja ChrześeyaBka.... 
byłeśmy tylko zebrali cokolwiek jpieniędzy... Panie Helli , nieod* 
mów mi pan, i ebci^ zawiadomić koma go sprzedasz. 

— Z największą chęcią, — powiedział handlarz, — ja fo wam 
za rok przyprowadzę ; kiedy on dla was taki drogi , będziecie 
go mogli odkupió. 

— Załatwimy interes tak, ze pan natóm niestraciaz, — do- 
rzucił mister Szelby. 

— Bardzo dobrze!— odpowiedział handlarz. — A mnie to wszyst- 
ko jedno. Przedaó, kupić, odprzedać.... to moje rzemiosl^o, — byle 
tyłko przy tój zamianie , pan to rozumie , była jakakolwiek 
bądź korzyść.... oto jest jedyny cel , do którego człek dąży. 

Mister i mistris Szelby rozumieli , ie poufoły i chełpliwy 
ton mowy handlarza ujmował ich godności; ale widzieli ko* 
nieczność przytłumienia na jakiś czas słusznego obnrz^iia — tego 
wymagały ich pcrfożenie i okoliczności. W miarę jak się wy- 
kazywał we właściwćm świetle nieludzki bjdlęcy charakter t^ 
człowieka , miatris Szelby coraz więcój drżała o los Elizy, i n- 
źywała całćj strategii zręczności swojćj, by go dłużój zatrzy* 
mać. Uśmiechała się doń , potakiwała mu , gawędziła , słowem 
robiła co mogła, byle tylko jakoś czas zabić. 

O godzinie drugićj Sem i Andi przyprowadzili komę, na 
]pozór wypoczęte i silne. 

Sem I był niesłychanie usłużny i nadskakujący; oczekąiąe 
mistra Helli, on pompatycznie się chwalił przed Andrzejem, że 
się przedsięwzięcie musi uwieńczyć skutkiem pomyślnym. 

— Wasz pan , jak sądzę, nietrzyma psów ? — zapytał Helli 
siadając na koń zamyślony. 

••-Unaa, paaie,całc stado psów,— odpowiedział Sem z wy- 



rax»i ttdawikiU M twany.^^Ot BranOf doskńidleiBcteM* 
U Das kaidy Murzyo psa hodoje. 

— Pnestin bredckSj ja nie elaidebffów fiytan, ale e tych 
«o to sit bywają do pałowania na bidai t Ale ghi^ tam 1 w 
to ipy«aćlf«waf ffmtie tokielipsówiiA»a,-^pMrtodsiał Hcłli. 

Sem od raza zrozumiał] o jakich f9Mk mowa , aie mdąiąic 
głnpca tok daUj ciągną! : 

•~ Nasze psy mają węch doskonały. Te pewnie legę sa- 
mego gatnnkn, jak to pan mówił; ale niemają tylko wpri^wy» 
nikt ich do tego nienźywał. Walne psiska ! niech się pan tylko 
przypatrzy. Brano, pdjdi to! — zawołałSem, i ogromny pies nln- 
ffanndlandzki podbiegł i zaczął się doń łasi<i. 

— Rnszaj do djabła ze swoim psiskiemf - burknął flell!, po- 
prawujac się na siodte.— No, dalćj na koń i w drogę! 

Siadając na koń, Setn wybrał chwilkę odpowiedną, szturch* 
nął Andi, Audi głośno się zaśmiał, i mister Helli w oburzeniu 
zamierzył się nań biczem. 

— Niemogę się dosyć nadziwić, napatrzyć na ciebie, Audi, — 
powiedział Sem z komiczną powagą.— Teraz wcale nie do śmie- 
chu. Teraz nićma co żartować. Wszakże Panu niepotraehne na- 
sze żarty i śmiechy. 

— P^a^ wproit do rzeki, — powiedział HeHi4StaMwczoy fdy 
się zbliżali do granicy posiaitości Szelby: — pewno w tę stro- 
nę musiała uciekać* 

— Najświętsza prawda!— powiedział Sem, — zgadkś pan. Mi- 
ster Helli trafił w sedno — ho, ho!.. Teraz mamy przed sobą 
dwie drogi : jedna stera zawalona, dmga równa }A pa stole — 
którą pan wybierze ? 

Andi naiwnie poglądał lia Sema, dziwiąc się, zkąd mu przy- 
szedł do głowy taki nowy pomysł jeografiezny ; ale bez wzglę- 
du na to, że niepojmowal celu, potwierdził energicznie słowa 
kolegi. 

— Wedle mego zdania, — powiedział Sem — Eliza poszła po 
starćj drodze, po którćj mało kto chodzi. 

Mister Helli , chociaż szczwany lis i z natury podejrzliwy, 
niemógt zaprzeczyć słuszności tćj uwagi. 

— Szkoda tylkOf żeście obaj łgarze bezczelni ! — - powiedział 
wstrzymując konia w zamyśleniu. 

Zamyślanie miatra Helli widocznie bardzo cieszyło Andi; 
odmlił się na siodle x wyrazem zadowolenia na twarzy , i za- 
krfififm twam Ui^iami jtalanwjami » które ma^tużi^y za &utf 



"64 .WMTu oia 

k{ , śmiał n^ serdecsiiie. Twarz Seist bflk dttłflpóa^ i iteluH 
wała wyraz poważny i zamyśloiiy. 

— Góź a iidia , mnie co do te^o ! — uwołat Sem« niech sobie 
mister, pogtępnj^^ jak. można lepiej, niech sobie jedzie wielką 
drogą 9 nam wszystko jedno , i mnie się sameum zdaje » ze wiek- 
luL dvoga zawsze lepsza. 

— Bez wątpienia , masiala wybrać opuszczoną przez wszyst- 
kich drogę! -r-kjTiykns^ Wfptos Helli, niezwracając uwagi na 
wnioskowanie Sema. 

— Któż to wie?— powiedział Senu — Kobiety przecie to nie lu- 
dzie : one zawsze mnszą cóś nietak jak wszyscy zrobić. Jaz 
to leży w ich naturze: — choć ile, byle na przekor. Skoro się 
panu zdaje, ze musiała wybrać tę drogę, jedi pan po drugiej, 
a pewno ją spotkasz.... Mnie się zdaje , że ona powinna była 
pójść starą drogą, i dla tego trzeba pędzić się za nią nowym 
gościńcem. 

Gfłęboki ten pogląd na naturę kobiecą widocznie nienazbyt 
usposobił mistra Helli do wybrania prostćj drogi , i dla tego 
powiedział stanowczo, ie pojedzie starą drogą, i zapytaj czy da- 
leko jeszcze do tćj drogi? 

— Niedaleko,— powiedział Sem, mrugając jednćm okiem zna- 
cząco na Andi; — ale ja radzę jechać tędy, już to ja wiem z do- 
świadczenia. A wreszcie ja nigdy nieje£dzitem tą drogą, któ- 
ra juz może lasem porosła, i jeszcze, (czego niedopnść Boie) za- 
błądzić można i niewiedzieć gdzie zajechać. 

— ^^ No mniejsza z tern , w każdym razie pojedżiefny starą 
drogą. 

*~Ja słyszałem, że ją zagrodzili, w kilku miejscach są płoty 
i parkany ferm przyległych; nieprawdaż Andi? 

Andi niebył przekonany, on znał tę. drogę tylko z opowia- 
dania , ą sam nigdy tam niebył, niechciał się przeto kompro- 
mitować* 

Helli , przyzwyczajony do odszukiwania wątku prawdy w naj- 
fałszywszych opowiadaniach, przychylał się na stronę starćj dro- 
gi. Jemu się zdawało, że Sem wspomniał o nićj z początku^ 
niechcący , a póżnićj niezgrabnie starał się go odprowadzić od 
zamiaru powziętego. Zawsze bowiem podejrzewał, iż nienazbyt 
ma szczerych popleczników swej sprawy w dodanych sobie to- 
' warzyszach : zwrócił więc konia na starą drogę,— Sem i Andi 
jechali w ślad za nim. 

Rzeczywiście droga była od wielu lat opuszczona, to jest 
od czasu, jak wyprowadzono nowy gościniec do' weki.... Pó go- 
dzinie drogi, nasi podróżni musieli się koniecznie spotkatS z za-^ 



I S o II o T H I K i» 49 

styanki inne mają czarny habit podpasaay i takąż zasłonę na gło- 
wie. 

Świętych tego zakonu, 39 lub 40 figur, sztychował J. A. Pfeffel. 
(C. C. M. invenit. J. A. PfelTel sc). 

Aiiteneourt (d^)« Portret jenerała sztychowany fol. z pod- 
pisem : l^e generał baron (TAulencourt major des ChevauX'Le' 
gers Polonais de la gardę imperiale , surnomme le Papa du 
llegimenl, (w owalu, z herbem u spodu). 

Ax.aiiiltow0kl* Jenerał Axamitowski , wizerunek maleńki 
aqua tinta, r. 18t8> bezimienny. 



B« in Hall. Tak podpisany, znajduje się w zbiorze Batowskiego 
(1715 N.) portret Stanisława Leszczyńskiego, z Niemieckim podpisem: 
Stanislaus Kónig in Pohlen Herzog zu Lothringen und Bar. in 
S-t;o na miedzi. 

Jest inny roboty J. F. Bausef zob» to imię. 

C B« SC. Sztycharz który podpis^^ rycinę Kopernika portretu, 
w ćwiartce: A. C\ pinx. C. B. sculpsit, nieznany nam. 

T« B. se« Wizerunek z podpisem: G. fVenzky S. Theolog. 
br. Gymnasii Praemisl. Recłor etc.^ w ósemce na miedzi — t;. B. sc. 

H. B. I'B. Podpisy te znajdąją się na drzeworytach XVI wie- 
ku , w kronikach Miechowity 1521 , Gwagnina Krakowskiego 1578 
i 1611. 

Bentkowski znalazł i wskazał ten monogram przy drzeworycie 
Wandy u Gwagnina 1578. W Biblii Scharffenbergerowskićj 1561 » jest 
Św. Piotr (sign TT.) z podpisem HB, i ;św. Jan Ewangelista. Na innym 
drzeworycie u Bielskiego, przy podpisie jest i rok. (Zobacz Drze- 
woryty). 

Zdaje się , że cyfra ta oznacza dwóch odmiennych artystów, 
z których jeden robił w Polsce, drugiego zaś roboty z dzieł i drukarń 
obcych u nas utyte zostały. Nazwiska artystów tych nieznane. Brul- 
liot, fHctionnaire des monogrammes przywodzi dwa podobne zna- 
ki, i jeden z nich przyznaje sławnemu Janowi (Hans) Burgkmair, któ- 
ry niezdaje się, żeby dla Polski co robił, drugi zaś nieznajomemu xy- 
lografowi. 

Zobacz Odbicia drzeworytów Krakowskich. 

I. B. Drzeworytnik w Krakowie, zobacz G. Bruckner. 

M. B.**** Carte du Royaume de Pologne ettesfron- 
tieres^ par^M. B. * * * * Ingenieur de la Marinę et du Depot des 
Cartes et plansj 1770. 

V. B. fVidok Wilna wzięty z góry Boufałowskiij, w litografii 
Banku (Warszawa) rysował z natury T. B. (ark. poprzeczny). 
Zobacz T. Byczhow9kl 

7 



50 IKOFOTfllKA. 

Baaii C^e) Jan. Niejakiego de Baan, czy Debana, obrazy dwa 
historyczne znajdujące się na zamku w Podhorcach, wzmiankuje Stani- 
sław Przyłęcki, w opisie Podhoreckiego zamku. (Dniestrzanka^ Lwów 
1841). Wystawują one Oddanie Smoleńska Władysławowi IV i 
Szwedów pod W ulą o pokój proszących. 

Z tego powodu Rastawiecki w Słowniku swoim napomyka o zna- 
nym malarzu Janie de Baan, portreciście urodzonym w Harlem 1633, 
zmarłym w Hadze 1702 roku. (Nagler, T. 1, 214); ale śladu nićma 
pobytu jego w Polsce, ani de Baan historycznym był malarzem. Przyj- 
dzie więc innego szukać artysty, któremuby te obrazy przyznane być 
mogły: gdyż i czas w jakim żył de Baan, przedmiotowi obrazów nie 
dobrze odpowiada. Wzmiankę te o nim czynim tylko dla tego, by prze- 
ciw przypuszczeniu autora Słownika się rozpisać. 

O obrazach tych w Podhorcach, pisze nam S. Morawski: „Co do u- 
kładu i wykonania, należą do najlepszych z historyi Polskićj, jakie nam 
przeszłość zostawiła; przedstawiając zaś wojsko, owych skrzydlatych 
hussarzy z ośmiołokciowemi włóczniami, .z natury zdjętych, należą do 
fenixów archeologicznych " 

Babel. W katalogu zbioru Batowskiego N. 1739, znajdujen^y 
sztych: Marie Princesse de Pologne, Reine de France et de Na-- 
varre, (ćwiartka na miedzi). Babel sc. Paris. Jeśli to niejest omył- 
ką spisu, sztych to być może nieznanego artysty z familii architektów 
Babely o których wspomina Nagler^ T. 1 , 214. Jednakże żadnego 
z nich portretów nieznamy. 

P. E Babel , sztycharz pracujący w Paryżu w XVIII w. około 
1770, który podpisywał się B. inv. tt fec. , robił, wedle katalogu 
Paignon-Dijonval (N. 1507) z rysunku Justa-Aurel. Meissonier, sztych 
trzy stopy szeroki, dziś wielce rzadki, podpisany: Salon de fa l^rin- 
cesse Czartorinska en Pologne. 

Baceelll Macićj. Włoch, urodzony w Lucce 1769 r.; wośm- 
nastym roku życia udał się na naukę do Rzymu, gdzie przez lat sze- 
snaście zostawał; mianowany członkiem Akademii św. Łukasza. W r. 
1807 sprowadzony był przez Tad. Czackiego na nauczyciela do dzie- 
ci; przez lat dziesięć w Krzemieńcu zajmował się prywatnemi lekcyami 
rysunku i malarstwa. Ciampi (Notizie 87) wspomina o nim już jako 
o professorze szkoły Kamieniec-Podolskićj, gdzie jak widać ze Statystyki 
z. Marczyńskiego, nauczał w latach 1817—1820. 

Malował portrety i obrazy religijne, których wiele na Wołyniu i Po- 
dolu się znajduje, ua starość zamieszkał u hr. Przeżdzieckich w Czar- 
nym-Ostrowie. Kompozycyom jego , pisze Rastawiecki , nie brak do- 
kładności rysunku i akademickićj nauki, ale mało oryginalności i życia 
w kolorycie. 

Z robót jego są dwa oryginalne obrazy w kościele w Czarnym- 
Ostrowie : H skrzeszenie Piotrowina i Chrzest Cesarza Konstan- 
tyna', portrety familijne Przeżdzieckich tamże. 

Portret Tadeusza Czackiego przez niego robiony sztychował 
w Wilnie professor Saunders. 



IffOlfOTHtKA. 51 

Rysunek oryginaloy z obrazu Czarnoostrowski^j Kommunii św. Hie- 
ronima, jest w zbiorze piszącego. 
Umarł w ostatnich latach. 

Harciarelll Marcelu. Marcelli Bacciarelli urodził siew Rzy- 
mie d. 16 lutego 1731, z ojca kuchmistrza przy jakimś dworze. Oka- 
zując zdolności zamłodu do rysunku i malarstwa, wcześnie oddany zo- 
stał na naukę kawalerowi Bęnefiale. Marek Beneflale pierwszy i ostat- 
ni podobno nauczyciel jego , niebył bez talentu , cenił on naturę jako 
przewodniczkę sztuki, lecz w czasach gdy młody Bacciarelli oddany mu 
został, imię sobie dopićro robić poczynat. Tu , przy nim do 20 czy 
22 roku życia pozostał Bacciarelli na nauce malarstwa, i takie w nićj 
uczynił postępy, że gdy w roku 1753 (inni piszą w 1750) król August III 
zapotrzebował kogoś coby rysunki z obrazów Galeryi DrezdeAskićj do 
sztychu przygotował, wezwano go w tym celu do Drezna. Tu potra- 
fił sobie rychło zaskarbić łaski króla i zjednać imię artysty, a talent 
i charakter zarówno się do tego przykładać musiały. 

Zawód swój rozpoczął od portretów i rysunków do sztychu z Ga- 
leryi Drezdeńskićj* Wkrótce ożenił się tu ze sławną naó wczas mini- 
jaturystką i malarką portretów Joanną-Julijanną-Fryderyką Richter (uro- 
dzoną w Dreźnie 1733 r.), która w r. 1759 otrzymała patent nadwor- 
nćj malarki j. k. mości i zdejmowała także rysunki obrazów Galeryi 
Drezdeńskiej do zamierzonego jćj wydania. 

Zdaje się, że z żoną razem (około r. 1756) z dworem króla Augu- 
sta III, udał się Bacciarelli do Warszawy, gdzie poznał wielu panów 
Polskich, a między innymi Stanisława Poniatowskiego, naówczas stolni- 
ka Litewskiego, którego przyjaźń tak świetny los mu obiecywała 
w przyszłości. 

W r. 1761 Marya-Teressa wyjednała u Augusta III pozwolenie 
przybycia Bacciąrellemu do Wiednia; wzywała go tą szczególnie dla 
robienia portretów familii cesarskiej, gdyż dotąd wsławił się najwięcćj 
w tym rodzaju. Tu malował on portrety całój rodziny cesarskićj i jak 
piszą bijografowie jego, inne także obrazy (Apollo z Muzami) ; syn jed- 
nak w pośmiertnćj o ojcu wiadomości upewnia , że do historycznych 
kompozycyj wziął się dopićro za zachętą i naleganiem króla Stanisława - 
Augusta. Niemniej tu już sił swoich spróbował w większym rozmia- 
rze. „Piórwszy wielki obraz /aisze syn jego) , który wyszedł z pod 
jego ręki z figurami naturalno) wielkości, był ten który malował w Wied- 
niu z polecenia cesarzowćj Maryi-Teressy , wystawujący cztery arcy- 
xiężniczki Austryackie w postaci Apollina i trzech muz na górze Par- 
nassu.*' Właściwie były to tylko historyowane portrety. 

Po śmierci Augusta III, która go w Wiedniu jeszcze zachwycić mia- 
ła, liążę Kaunitz namawiał Bacciarellego , aby tu pozostał, dość ko- 
rzystne podając mu warunki ; lecz malarz pamiętny wiele obiecującćj 
przyjaźni Stanisława Poniatowskiego, wezwaniu jego najochotniój odpo- 
wiedział, powracając do Polski w r. 1765. 

Niezawiodły go oczekiwania: talent a więcćj jeszcze charakter kró- 
lowi miły, uniżoność, gotowość do wszelkich pjstug, takich nawet któ- 



it IK01I0THI14. 

re czyniąc cełowieka słatalcem nieszlachetnych namifiności, poniiąją 
w oczach wszystkich, — wyniosły szybko Bacciareliego i uczyniły wię- 
cćj niż nadwornym malarzem króla, bo przyjacielem jego i zaufanym 
ulubieńcem. Łaski też posypały się obficie. Wr. 1767 (Sejm 1767 — 
68) w październiku nadano mu indygenat» a z nim szlachectwo Polskie 
(Vol. Legum T. VII, 801); nieco późniśj mianowany został dyrektorem 
budowli i fabryk królestwa. 

Malarnia Bacciareliego otwartą została dla uczniów, których wpraw- 
dzie usposobił niewielu, ale syn uniewinniając go, winę przypisuje tym 
co z nauk jego korzystać nieumieli. W 1787 roku pozwolił mu król 
zwiedzić ziemię rodzinną; a podróż malarza była dla niego żniwem ho- ' 
norów i pielgrzymką zwycięzką, wśród której zbierał plony swojćj sła- 
wy. W przejeździe swoim przez Wiedeń mile naprzód przyjęty przez 
cesarza Józefa II i Leopolda xięcia Toskanii (brata jego). Obrany po« 
tóm członkiem akademii sztuk pięknych w Wiedniu, Dreźnie, BerUnie, 
Św. Łukasza w Rzymie, w Wenecyi, Bolonii, przez papieża Piusa VII 
uczyniony kawalerem złotćj ostrogi, a tćm samem hrabią pałacu Rzym- 
skiego , zaszczycał się jeszcze uprzejmóm bardzo przyjęciem króla 
Sardyńskiego i Neapolitańskiego i królowój Neapolitańskićj, którą znał 
dawnićj w Wiedniu przy matce Maryi-Teressie (była to jedna z muz 
owego Parnassu). Podróż ta Bacciareliego korzystną także była dla 
zbiorów Stanisława-Augusta , któremu zakupił odlewy gipsowe, obrazy 
i inne przedmioty sztuki. Zwiedził wniój Toskaniję, Neapol, Rzym, 
Turyn i południową Francyę. 

Po powrocie do kraju wziął się znowu do pracy, — i z jego malarni, 
jeśli nie całkiem z pod jego ręki, wyszła niezmierna ilość obrazów. Sam 
Stanisław- August co roku się malować mu kazał, a portretów tych mnó* 
stwo po kraju się rozchodziło. W czasie najnieszczęśliwszym dla Pol- 
ski, Bacciarelli przywykłszy do niój, pozostał niemięszając się do ni- 
czego w Warszawie, pracując ciągle, gdyż mu wzrok i siły do ostatku 
służyły szczęśliwie. 

W r. 1807 d. 11 grudnia, obrany członkiem towarzystwa Przyjaciół 
nauk, odmalował jeszcze portret Fryderyka-Augusta xięcia Saskiego 
i w. X. Warszawskiego, któremu towarzystwo w darze go złożyło. 

Wr. 1817 — 1818 był pićrwszym dziekanem iprofessorem wydzia- 
łu sztuk pięknych przy uniwersytecie Warszawskim. W tymże roku 
1818 d. 5 stycznia, pracując do śmierci samśj, życie zakończył w War- 
szawie. * • 

Pochowany wraz z żoną w kościele katedralnym Warszawskim św. 
Jana, z nagrobkiem postawionym podług rysunku architekta Szpilkow- 
skiegó, w którym dwa portrety jego i żony są pęzla Gładysza. Napis 
na nim następujący: 

A + SŁ 



Mef&oriae Semplternae. 

Marcelu. Bacciarelli. Dorno. Roma. 

Nobilis. Poloni. Pictoris. £ximii. 



IKOHOTHKKA. 53 

Et. 

Fridericac. Richter. Uxori. Ejus. Et. 

In. Arte. Pingendi. Discipulae. 

Fuit nic. 

Id. Pictorum. CoHegia. Roman. Venet. Boloniease. 

Berlin. lo. Sodalitium. Literat. Varsaviensium. 

Cooptutus.- 

Protopictor. Et. A. Cura. Aedium. Regis. Poloniae. 

Picturam. Apud. Polonos. 

Vel. ab. alijs. apertam. et. demenstratum. 

Ipsc. crudiit. atque. provexit. 

Vixit. Annos LXXXVI (86) mens VI. dies XI 

Ne. Ouos. inuxit. Sine. ąuerela. conjugium. 

Dissociaret. Memoria. Posteritatis. 

Parentibus. bene. mereńtibus. filij. 

Avo et Aviae. desideratiss. Nepotes. 

Commune. momumentum. 

Cum. lacrymis. 

Posuerunt. 

Pozostawił jak widzimy Bacciarelli, synów i wnuki; jedna córka 
jego była za Wilczewskim. Syn stając w obronie ojca , któremu za- 
rzucano, że zbyt wiele w miarę zasłag łask odbierał , że nieusposobił 
ludzi zdatnych na artystów dla kraju, że owszem sławy Polakom jako 
Czechowiczowi, Smuglewiczowi i innym zazdroszcząc, drogę im do kró* 
la zagradzał i t. p.,— umieścił w r. 1819 w Rozmaitościach Warszaw- 
skich obszerny artykuł o ojcu, starając się %o uniewinnić z zarzutów, 
co jednak trudno przychodzi. Artykuł ten jest zajmującym materyałem 
do bijografii malarza. 

Jako człowiek prywatny, być może , iż Bacciarelli zasłużył na po- 
chwały, któremi go obsypał x. Szaniawski , w mowie na posiedzeniu 
towarzystwa Przyjaciół nauk : „Dobry mąż , pisze on, czuły ojciec, 
przyjaciel stały, grzeczny, przystępny, uprzejmy dla każdego, unikają- 
cy pochlebstwa względem wyższych (?). niepogardzający niższymi, po- 
wszechny zyskał szacunek u wszystkich, którzy go znali. Skromny 
w każdćj okoliczności życia, często sam wykazywał wady i uchybienia 
w obrazach przez siebie malowanych. Unikał okazałości światowych, 
niezajęty sobą, względny dla drugich, pamiętał i o ubogich, wspierał 
hojnie a skrycie ich potrzeby. Dochował do sara4j śmierci czerstwość, 
żywość, uczciwość, przystojność, i miłym był wkażdćm towarzystwie 
osób, choć z różnego wieku i stanu złożonćm , miłym ciągle nawet 
w znacznie posuniętej starości. '^ 

Wszystko to być może, powiemy słowy Krasickiego; ale to tylko 
jedna dopićro strona medalu. Z drugiej widać, że aż do zbytku ako- 
modującym się był dla wyższych, że talentom obok powstającym (jak 
świadczą notaty J. Peszki) zazdrościł, że Czechowiczowi całkiem, 
Smuglewiczowi w części do zaskarbienia łaski królewskićj przeszkodził, 
sam chcąc zawsze być koniecznym i jedynym przy królu. 



«4 



IKOlfOTHIKA. 



Mamy to za bajeczkę, przecież chodziła pogłoska, że roboty Smu- 
glewicza nadsyłane z Rzymu, Bacciarelli pod pozorem popsucia w dro- 
dze^ umyślnie kaleczył, aby ^ię mnićj królowi podobały. 

Nadzwyczaj czynny , sam i pod swćm przewodnictwem niezmierną 
ilość prac wykonał. Spis tych które dla króla samego malował , już 
jest ogromny, a ileż po domach prywatnych się rozpierzchło? Umiał 
pogodzić obowiązki królewskiego malarza, dworaka, pośrednika, fawo- 
ryta, dyrektora budowli, fabryk, nadzorcy ogrodów królewskich, z za- 
rządem ekonomii Kozienickićj , korespondencyą z artystami , zajęciem 
nabywcy dzieł sztuki za granicą, z tysiącem innych zatrudnień. Zawia- 
dował także kopalniami marmurów Krakowskich, do których będąc we 
Włoszech, wezwał zdatnych rzemieślników. 

Jako o artyście spotykamy o nim sądy wielce sprzeczne : jedni go 
zbyt wynoszą , drudzy nadto poniżają. Najsłuszniój zacząćby można 
od słów Szaniawskiego, który powiada, że malarz sądzony być powi- 
nien w obec czasu w którym malował i osób dla których pracował. 
Bacciarelli nie był też wcale jednym z tych silnych genijuszów, co więzy 
czasu i względy osobiste krusząc, szli drogą jaką im własne wytyka- 
ło natclmienie. Owszem, aż- nazbyt posłuszny upodobaniom wieku— 
stylem, sposobem pojęcia przedmiotów, wykonaniem szkole Francuzkićj 
współczesnej hołdował, i odbił w sobie charakter epoki najdoskonalej. 
„Uznaną jest, dodaje x. Szaniawski, powiększój części, zręczność Bac- 
ciarellego we władaniu pęzlem, w układaniu czyli gruppowaniu figur, 
w okazałości ubiorów czyli draperyach, w wydawaniu świetności, świe- 
żości i harmonii kolorytu. 

Baron Rastawiecki powtarza sąd Szaniawskiego prawie co do sło- 
v^a, i wnosi w ostatku , że potomność umieścić powinna Bacciarellego 
w rzędzie znakomitych malarzy. 

Niezaręczamy jednak za potomność , żeby posłuchać miała rady 
autora. Bacciarelli jest rysownikiem zręcznym tylko, kolorystą sła 
bym, kompozytorem bez wzniosłości i ognia, a malarzem w ogólności 
więcćj odznaczającym się wdziękiem niż prawdziwą pięknością i siłą. 
Wszystko u niego zamglone, zasłabłe , wydelikacone się przedstawia ; 
barwy harmonijne, ale harmonija ta otrzymana kosztem potęgi, kompo- 
zycya więcij wyuczona niż natchniona. Jest to słowem jednćm, arty- 
sta z rzędu tych, u których ogromna łatwość pracy, wprawa i wdzięk 
płacą za wszystko. Bacciarelli niezostawił nic zupełnie złego, nic nad- 
zwyczaj uderzającego— wszystko, co utworzył piętnuje łatwość wdzięczna 
i staranie szczególne o wdzięk , gracyę, o smak raczćj niż o surowe, 
wielkie i prawdziwe piękno. Że wiele bardzo wad jego wiekowi i lu- 
dziom, dla których pracował, przypisać potrzeba — to niezawodna; — ale 
potężniejszy artysta niebyłby się dał zamknąć w szrankach tak cias- 
nych, i starałby się podnieść raczćj to, co go otaczało, do wysokości na 
jakii^j sam zostawał. 

Wiele zarzutów słusznych umieszczono w Rysie malarstwa druko- 
wanym w jednóm z pism peryodycznych Warszawskich, zaraz po śmierci 
Bacciarellego. Syn wówczas stanął w obronie pamięci ojca usiłując 
naprzód dowieść: że Bacciarelli niebył, jak mu zarzucano, obojętnym dla 



IRONOTHBEA. 55 

kraju, który go przyjął tak gościDnie a tak wspaniale za prace podjętą 
nagrodził; że uczniów kształcił jak mógł, niebędąc winien, że usposo- 
bić ich niezdołał; że pracą jego i staraniem zebrany był gabinet odle- 
wów gipsowych i t. p. i t. p. 

Co się tyczy uczniów, wymawia syn ojca po części zatrudnieniami 
rozlicznemi, po części dowodzi, że wpływ jego na młodzież większy był 
w istocie niż usiłowali dowieść nieprzyjaźni mu pisarze: „MarcelliBac- 
ciarelli, pisze syn, był zawsze aż nadto zatrudnionym przez króla, by 
mógł się oddać całkiem jedynie ukształceniu uczniów w sztuce rysun- 
ku i malarstwa; bo chociaż ciągle zajęty malowaniem obrazów histo- 
rycznych, któremi są zapełnione pokoje zamku Warszawskiego i rezy- 
dencyi letnićj królewskićj w Łazienkach, nielicząc w to przeszło 250 
portretów oryginalnych także malowanych dla króla, ani wielu innych 
większych obrazów, które robił dla innych osób, — mianował go król je- 
neralnym dyrektorem swoich budowli, dołączając do obowiązków t4j 
pracowitćj funkcyi dozór nad wszystkiemi ogrodami , prywatnemi pos- 
sesyami jego i nawet ekonomiją Kozi^^nicką. Niebyło przytćm festy- 
ny lub obchodu publicznego, niebyło widowiska, illuminacyi, fejerwer- 
ku, balu, zabawy , lub koncertu u dworu, którychby urządzeniem nie- 
masiał się trudnić mój ojciec. Polecał mu niemnićj król bezpośrednią 
korespondencyę z najsławniejszymi artystami zagranicznymi, od których 
odbierał doniesienia o wychodzących nowych dziełach co do kunsztów 
pięknych i przedaży obrazów, posągów, rycin, rysunków i t. p. W sku- 
tek których to doniesień przedstawiał królowi, coby nabyć wypadało 
dla uzupełnienia lub powiększenia exystujących już zbiorów królewskich. 
Prowadził także korrespondencyę z przełożonymi różnych manufaktur 
zagranicznych, zkąd sprowadzał król meble , zwierciadła , bronzy lub 
materye jedwabne dla ozdoby swych pałaców, — miał oprócz tego zwierz- 
chni nadzór nad kopalniami kamieni i marmurów Krakowskich, do urzą- 
dzenia których i wydobycia materyałów będąc w r. 1786 we Włoszech 
ugodził i sprowadził do Polski z Carrary zdatnych rzemieślników i ka- 
mieniarzy, którym najwięcej jesteśmy winni, iż teraz kraj nasz może się 
obejść bez marmurów kolorowych zagranicznych. Pomimo tych zatrud- 
nień, dodaje syn, były godziny uczniom poświęcone; a jeśli nieukształcił 
uczniów, winę im nie nauczycielowi przypisujemy.^' 

Do tych uczniów jego liczy syn: Petranowicza, Ścisłe, Tokarskie- 
go, Kucharskiego, Wahl' a, Padarowskiego i innych którym jak Smugle- 
wiczowi i Wojniakowskiemu rad swych miał udzielać. Oprócz tego po- 
daje jako uczniów jego w rysunku : Marszałkiewicza, Paszkiewicza, Ja- 
niszewskiego, Misiewicza, John'a i,?), Sienickiego, Pańczyńskiego i Sta- 
chowicza (?). 

Dodaje także , iż sam króla zachęcał do wyprawiania zdatniejszej 
młodzieży za granicę, i że jego opiece winni byli wysłanie do Włoch 
Wahl, Ferd. Pinck, Kucharski i t. d. On miał też wyjednać pensye Ku- 
bickiemu , Grcysmejerowi architektom , Smuglewiczowi , Lormenowi ; 
on miał skłonić króla do sprowadzenia z zagranicy, do Polski dzieł sztu- 
ki za wzory służyć mogących; — słowem syn przypisuje to ojcu swemu, 
cośmy swyUi Sianisiawowi-Augustowi przyznawać. 



56 IKOirOTHIKA. 

Dodaje wszakże, iż do obrazów historycznych wziął się dopiiro ar-^ 
tysta za usilnćm naleganiem króla i od niego był pobudzony do przej- 
ścia, z portretów na pole wyższćj kompozycyi. Nareszcie myśl zało- 
żenia akademii sztuk pięknych w Warszawie, do którćj projekt na sejm 
1791 był przygotowany, należeć ma także Bacciarellemu. Póżnićj po- 
dał jeszcze o tćm notę za rządu Pruskiego i starał się o doprowadze- 
nia do skutku projektu tego za xięztwa Warszawskiego ; ale docze- 
kał aż ża cesarza Aleiandra spełnienia swój myśli, która ustań owie- 
niem wydziału sztuk pięknych przy akademii urzeczywistnioną z ostała. 
Naznaczony dziekanem, sam Bacciarelli mianował professorów. 

Zarzuty wielkiego w miarę zasług obdarowania odpiera obrońca, 
przywodząc wyrazy listu króla piszącego z podziękowaniem do Baccia- 
rellego za oszczędzenie wydatków przy nabyciu różnych dzieł sztuki 
i wznoszeniu budowli. List teo kończą słowa: „że nazwał by się praw- 
dziwie szczęśliwym, gdyby był miał wielu tak wiernych i życzliwych 
sług/' Samo też wyliczenie robót dla króla, które pięć wielkich stro- 
pów, dziesięć obrazów historycznych z osobami naturalnćj wielkości 
i więcój dwóchset pięciudziesiąt obrazów mniejszych i portretów wyno- 
szą, cenionych pisze syn na 20,000 czerwonych złotych, zbija zarzut 
zbytniego uposażenia Bacciarellego. Nareszcie dodaje syn, że w mia- 
rę zasług niebył wcale wynagrodzony zbytecznie, gdyż oderwano go 
od usług dworu cesarskiego i Saskiego, gdzie mógł świetniejszych spo- 
dziewać się losów, o czem my bardzo wątpimy. Syn dopełnił obowiązku 
broniąc pamięci ojca; lecz zarzuty choć nieco osłabione, pozostały nie- 
zbite. 

Trudno dziś wyUczyć prace wszystkie Bacciarellego , a opisywać 
je byłoby zbytecznćm. Zamek Warszawski, Łazienki, Pomarańczarnia, 
Teatr, niezliczonemi obrazami przez niego ozdobione były, a niemało ich 
i po kraju, w domach prywatnych i po kościołach się rozsypało. 

Do celniejszych należą roboty jego w zamku Warszawskim, a szcze- 
gólnićj portrety: bo Bacciarelli do końca głównie był portrecistą. To 
było powołanie jego, w tćm talent prawdziwy okazał. Tu mu ideal- 
ności, szlachetności, smaku i wdzięku odmówić niepodobna. Lecz kró- 
lowie Polscy i bohaterowie w zamku Warszawskim, były to po większćj 
części, co zowią tetes de fantaisie raczćj niż portrety. Porównanie 
ich ze znanemi pomnikami dowodzi, że o autentyczność niewiele się 
troskano. Byli tu : Bolesław Chrobry , Wacław król Czeski i Polski, 
Władysław Łokietek, Kazimierz Wielki ulubieniec, XVIII w. , Ludwik 
Węgierski, Jadwiga, Władysław Jagiełło, Warneńczyk, Kazimierz, Jan 
Olbracht, Alexander, Zygmunt I , Zygmunt-August i wszyscy po nim 
następujący aż do Stanisława Poniatowskiego w świetnym stroju Hisz- 
pańskim, w jakim chciał być malowanym na pamiątkę koronacyjnego 
ubioru. 

Malowania al-fresco w sali tronowój i pokoju sypialnym króla, nie 
są wcale chwalone nawet przez największych Bacciarellego wielbicie- 
li. W rycerskićj sali zamku pomieszczone były obrazy historyczne 
i portrety sławnych ludzi, które poniżej wyliczamy. W wielkićj sali 
koocertowćj za praedniejsze dzieło uważany był strop wyobrażający 



I k o M o T H I R A. 57 

Jowisza świat z chaosu wyprowadzającego (wysok. 288, dług. 720 ca- 
łów}. W Łazienkach w sali gościnnćj sąd Salomona, poświęcenie świą- 
tyni Salomona, Salomon czyniący ofiary fałszywym bogom, królowa Sa- 
ba, Salomon i Hiram, Sprawiedliwość, Mądrość, Łaskawość i Siła. 

Któż niewidzi jak wybór t4j historyi Salomona , znakiem był po- 
chlebstwa dla króla* Królowę Sabę można było malować dwojako, ale 
najprędzćj dając jćj rysy pięknój xiężnćj Kurlandzkifj. Główne figu- 
ry w tych obrazach, były portretami osób żyjących. 

Posłuchanie młynarza, jeden z najciekawszych jeśli nie najlepszych 
obrazów Bacciarellego, wystawia króla leżącego na łożu, młynarz klę- 
cząc całuje rękę królewską, żona jego nachylona przed królem wyraża. 
mu swą wdzięczność, stoi ona w głowach łoża. Dalćj Ryx pićrwszy 
kamerdyner i Reyman pićrwszy lekarz, za tymi dwaj chirurgowie kró- 
la Łagenie i Ritsch, hr. Moszyński stolnik koronny i prałat Ghigiotti* 
szambelanowie służbowi Zabiełło i Walewski, naprosŁ Beckler zwyczaj- 
ny lekarz królewski, generał Coccej dowódzca gwardyi koronnćj i Sus- 
sen szatny królewski. Artysta przedstawił scenę nazajutrz po zamachu 
na życie króla d. 4 listopada 1771. W obrazie tym są jeszcze portre- 
ty i figury : szambelana Karasin, marszałka dworu i wice-marsżałka 
Alexandrowicza, kapitan Przyłuski koniuszy królewski. Jako pendant 
do tego służyć miał drugi obraz , którego szkic tylko był zrobiony, 
wystawujący śmierć króla w Petersburgu dnia 8 lutego 1798 r. Król 
także na łożu ale konający , przy nim cesarz Paweł z synami w. x. 
Alexandrem i Konstantym, xiążę Repnin stojący w nogach łoża, za ni« 
mi szambelanowie Trembecki i Wolski, pokojowiec Jabłoński i podko- 
niuszy Kawecki. Po lewćj stronie łoża, lekarz Bekler trzymający kró- 
la za puls, obok niego wielki marszałek koronny hr. Mniszech , By- 
szewski i Kirkor adjutanci polowi, i wice-marszałek dworu Witski. Na- 
prost łoża kapelan Jurewicz, za nim Cichocki adjutant polowy, i poko- 
jowiec głuchoniemy Wilczewski (szkicu i obrazu wysok. 25, długości 
24 cale). 

Po powrocie z podróży Włoskiój do kraju, malował BacciareUi dla 

kanclerza Joachima Chreptowicza do Szczors obrazy kościelne; jeden 

z nich wystawiał Chrystusa błogosławiącego dziatki, drugi św. Izydora 

* orzącego rolę. na którego powrót w dali oczekują żona i dzieci pod 

rozłożystemi drzewy. W obłokach ukazuje się Bóg Ojciec. 

Św. Izydor był portretem kanclerza. 

W ostatnich czasach, na miejsce obrazu Palmy, któfen Denon w r. 
1806 wraz z kilką robotami Bacciarellego i wielą innemi zdobyczami 
do Paryża z kościoła św. Jana zabrać kazał; zrobił jeszcze obraz ołta^* 
rzowy wystawujący w górze N. Pannę z dziecięciem Jezus otoczoną 
aniołami, awdoleśśw. Jana Chrzciciela i Stanisława bisk. Krak. Fi-* 
gury te wedle Szaniawskiego rysami twarzy przypominać miały xiążąt 
Janusza i Stanisława Mazowieckich, w kwiecie wieku zgasłych. 

Ostatnią pracą jego były portrety senatora Tomasza Ostrowskiego 
i kasztelana Walentego Sobolewskiego, robione z pamięci po ich zgofiie# 
z polecenia towarzystwa Przyjaciół nauk. Portret cesarza Ale^a&dra 
także (}U towarzystwie rozpoczęty, §mier4 mu przetwałii'. Oprócz ^o- 

8 



58 IKOHOTBBRA. 

bot wspomnianych w spisach, jest ich wiele po różnych domach Pol- 
skich, jego ręki lub z jego pracowni wyszłych i przezeń wykończonych. 
Malował także portrety Maryi-Antoniny królowćj Francuzkićj, Maryi- 
Amalii Saskiśj, allegoryczny portret Stanisława-Augusta z klepsydrą 
i godłem: Lucebił lumen de coelo ; Chreptowicza , półkownika tho- 
matis, kardynała Archetti, Stanisława-Augusta z popiersiem Piusa VU, 
xcia Józefa w całym ubiorze Jeneralskim, w burce, hr. Gutakowskiego, 
prezesa senatu Ostrowskiego, prymasa xcia Michała Poniatowskiego, dwa 
obrazy przedstawujące niewiasty w postaci naturalnćj wielkości, jedną 
z płaczącym amorkiem, drugą z pieskiem (dwie faworyty króla). 

Rodzina Bacciarellego posiada dotąd większą częćć szkiców stro- 
pów jego i wielkich obrazów historycznych, które robił w Wiedniu i War- 
szawie. Są takłe obrazy jego w Dreźnie. 

Bacciarelli zamieszkiwał ciągle i pracownię miał w zamku, do którćj 
król często wchodził, a jakie onićj krążyły wieści najlepiej przekony- 
wa wzmianka w pamiętnikach x. Kitowicza: „Trzecii takiejże faryny 
człowiek, Bacciarelli, Włoch, malarz ; ten pod pozorem wydoskonale- 
nia sztuki malarskiśj założył muzeum malarskie, do którego schodzili 
się malarze przedniejsi Warszawscy, a między nich na stół wchodziła 
płatna niewiasta, rozbierała się do naga i układała się w różne figury, jak 
jój kazano, w których ją malarze malowali. Król zaś imć siedząc 
w loży między malarzami, przypatrywał się temu.^' 

Wzmiankuje p. Rastawiecki, że w r. 1772 Bacciarelli otrzymał od 
króla nadanie dziedzictwem gruntu przy ulicy Okopowćj (N. 1761), 
gdzie niemałym kosztem pobudował domki i założył ogród owocowy 
i do przechadzki. Posiadał tę własność do śmierci, sprzedali ją dzie- 
dzice, nazwąoa póżniój Bagatelą. 

DZIEŁA BACCIARELLEGO (*). 
Mitologiczne obrazy : 

— - Apollo i muzy na Parnasie, cztery postacie portretowane z arcy« 
xiężniczek Austryackicb, malowane w Wiedniu, 1761—1764. 

♦— ApoUo-Słońce (numer katal. Stanisł.-Aug. 918, cali 20—29, oce- ' 
nione 20 duk.}, w zamku Warszawskim. 

*— Dyana-Luna (n. 917, cali 20—29, ocenione dukatów 20), w zamku 
warszawskim. 

* — Dyana zraniona przez ulatującego amorka, przy niój nimfa i dwa 
psy (n. 186, cali 61 i 58, dukatów 150) , w zamku Warszaw- 
skim. 

♦— Jowisz wyprowadzający świat z chaosu , ogromny strop w wicl- 
kiój sali koncertowój na zamku, (cali 720 i 288, dukatów 3,000) 

*— Narcyz, (cali 25 i 47, dukatów 25, numer 916), w zamku War- 
szawskim.] 



{*) Roboty dla Itróla przedsiębrane, ozoACzone sq gwiazdką. 



» 



• 



I lE o H o t H B X A/ 59 

Nereidy z amorkiem sa wodzie, obrazek cali 27 i 231, u p. Karola 
Hoppen w Radomiu. 

Tryumf Amfitryty, strop, owal podłuiny; główna myćl, według 
katalogu królewskiego wzięta z Natoire, ale przerobiona i dodat- 
kowemi figurami ozdobiona, (cali 90 i 205, dukatów 250, n. ka- 
talogu 2005); w zamku Warszawskim. 

Allegorye. 
Religija, owal, (n. 190, cali 40 i 56, dukatów 100), w zamku War- 
szawskim* 

*— Sprawiedliwość, owal, (n. 191, cali W i 56, dukatów 100), w lam- 
ku Warsza ws K ^ m - 

*— . Sprawiedliwość (w Łazienkach, oceniona 100 dukatów, miary kata- 
log niepodaje). 

* — Mądrość, (tamie, taż cena). 

*— Łagodność (Clementia), jak poprzednie. 

♦— Siła (tamże, jak trzy poprzedzające). 

•— Mądrość miarkująca zapęd młodości (Arystoteles i Alexanaer), owal, 
cali 40 i 56, dukatów 100; w zamku Warszawskim. 

♦— Siła (Samson), owal, 40 i 56 cali, dukatów 100, w zamku War- 
szawskim (n. 193). 

*— Nauki, sztuki i handel, kwitnące w czasie pokoju, strop w dawnej 
sali tronowćj, na zamku Warszawskim, oceniony w katalogu kró- 
la 1,500 dukatów. 

♦— Sława głosząca pamiętne czyny królów Polskich, strop w sau mar- 
murowej (Królewskićj), oceniony 800 dukatów. 

Eistorya i obratjf iitięte. 
Stary Testament: 

*— Agar trzymająca syna na kolanach, (na puszczy), owal. (n. 198, 
cali 43 i 23, dukatów 80); w zamku Warszawskim. 

•— Agar na puszczy, anioł wskazujący jij źródło, owal, (n. 199, cali 
43 i 23, dukatów 80); w zamku Warszawskim. 

— Betsabe w kąpieli, cali 18 i 22^; obrazek pięknie wykończony; 
własność dawnićj p. Karola Hoppen w Radomiu, dziś p. T. Zie- 
lińskiego w Kielcach. 

*— Esther i Ahasverus— Eslher omdlewająca,, za królem dwóch ludzi, 
z których jeden trzyma dekret przeciwko Żydom— owal, (46153 
cali, dukatów 100, numer kat. 196); w zamku Warszawskim. 

*— . Rebeka, którój Eleazar oddaje dary w imieniu Izaaka, owal, (cali 46 
i 53, dukatów 100, n. katal. 197; w zamku Warszawskim. 

*— Sen Salomona, strop w Łazienkach, oceniony 300 dukatów. 

♦— Salomon poświęca kościół Jerozolimski , (dukatów 600) , w Ła- 
zienkach. 

*— Salomon czyniący ofiary fałszywym bogom, (dukatów 600), w Ła- 
zienkach. 

*— Sąd Salomona, (dukatów 300), tamże. 



6^ IBOHO.TBIKA. 









Królowa Saba, (dukatów 300), tamże. 
Salomon i Hiram, (dukatów 200), tamie. 

Nowy T cstament: 

Najświętsza Panna z dzieciątkiem w obłokach; cali 21 — 29, u p. 
Karola Hoppen w Radomiu. 

Zwiastowanie N. Panny, z dwoma dodatkowemi figurami (?) , cali 
19|i25), u p. Kar. Hoppen, w Radomiu. 

Zdjęcie z krzyża, szkic do obrazu, w zbiorze p. Tom» Zieliń* 
skiego. 

Zmartwychwstanie Pańskie, szkic do obrazu, u tegoż. 

Chrystus błogosławiący dziatki ; w kościele w Szczorsach, obraz 
ołiarzowy. 

N. Panna z dziecięciem Jezus, otoczona aniołami, w obłokach, u spo- 
du śśw. Jan Chrzciciel i Stanisław bisk. Krak. Obraz ten, jakeśmy 
wyiój wspomnieli, malowany był po zabraniu dzieła Patmy z ka- 
tedry Św. Jana w Warszawie, Bacciarelli nic zań niechciał przy- 
jąć od kapituły, która mu na piśmie oświadczyła wdzięczność swo- 
je, a późnićj zwłokom jego i żony grób dała bezpłatnie. 

Św. Magdalena z Corregia, kopija, cali 36 i 56, oceniona dukatów 50, 
w zamku Warszawskim, numer katal. i714. 

Św. Magdalena (oryginalna), cali 33 i 58; oceniona dukatów 80, 
w zamku Warszawskim, n. 1991. 

Św. Izydor orzący rolę, obraz ołtarzowy do kościoła w Szczorsach 
Chreptowiczów, (Obacz wżyciu Bacciarellego). 

Hisiorya krajowa. 

Obrazy w sali rycerskiój na zamku Warszawskim: 
I. Kazimićrz W. nadający prawa i zakładający miasta (na ramie:- 
Leges Casimiri); iii i 132 cale, dukatów 500. 
U. Władysław Jagiełło wznawiający akademiję Krakowską (na- 
pis: Acad. Cracov. instituta) ; tejże wielkości i ceny. 

III. Nadanie Pruss prawćm lennćm xięciu Albertowi I przez Zyg- 
munta starego (inwestytura), {Prussia in f idem data Foloniae). 
Obraz ten w r. 1807 zabrano do Paryża, i zwrócono dopićro po 
roku 1815. Bacciarelli malował go powtórnie z polecenia króla 
Saskiego. Też same rozmiary i cena. 

IV. Unija Litwy z koroną za Zygmuntą-Augusta {Lithvania jun^ 
eta Poloniae) ; tenże rozmiar i cena. 

. V. Pokój Chócimski {Pax Chotimensis); jak poprzednie. 

■ Oswobodzenie Wiednia przez Jana III {Fienna Liberata); jak po- 
przedzające. 

Szkic do tego obrazu robiony, wyslawujący Jana III w chwili, gdy 
mu przynoszą zdobyte na Turkach buńczuki, wysok. cali 24 i 19, 
znajduje się u hr. A. Platera w Krasławiu na Białój-Rusi. 

- Wjazd Ossolińskiego do Rzymu, obraz znajdujący się w zakładzie 
Ossolińskich we Lwowie, w którym architeklurę malowlił sławny 



I'K 0:N O T U K R A# 61 

Caoaleito, a figury Bacciarelli ; wysokość 62 cale^ dtugośoi 102. 
Następujący napis na obrazie pochodzenie jego objaśnia : „AHn 
de representer le plus fidelemenl que possible Tenirće solenoelle 
' de George Ossoliński ambassadeur de Yladislas IV Roi de Pologne 
faite a Romę Tan 1633. Bernardo Belloto da CanaleUo qui la 
depeint dans ce tableau en 1779 , s'est servi pour le composer 
des descriptions authentiąues que la familie conserye, de Pestam- 
pe de Stephano delia Bella du portrait de George Ossoliński, et 
(Je diverses aulres cstampes de ce tems-la, tant pour Tordre de 
la marche , que pour cośtumes et couleurs. Joseph Ossoliński 
palatin de Podlachie, descendant discet de Pambassadeur ici re- 
presentć, a obtenu aisement la permission que ce tableau fut exe- 
cutć dans les appertemens et sous les yeux du roi Stanislas- 
Augustę, protecteur constant des beaux arts et surtout quand ils 
servent A perpetuer la memoire des bommes illustres de la na- 
tion.'« Chociaż w nocie tćj wzmianki niśma o Bacciarellim, figu- 
ry obrazu jemu są powszechąie przypisywane. 

— Sen Stanisława-Augusta , a raczej widzenie Moińy, szkic allego- 

ryczny małego rozmiaru , z galeryi Józefa hr. Ossolińskiego u 
hr. Leona Łubieńskiego w Warszawie. 
*— Posłuchanie młynarza (patrz wyżSj) katalog króla, 141 ; (cali 25 
i 24, dukatów 200). 

— Śmierć króla Stanisława-Augusta ; tenże rozmiar. 

— Nadanie ustawy xięztwa Warszawskiego, przez cesarza Napoleona 

w Dreźnie d. 22 lipca 1807 roku. Cesarz siedzący w krześle, 
oddaje ustawę Stanisł. Małachowskiemu prezesowi komissyi 
rządzącej ; za cesarzem stoją Talleyrand i Maret , na przedzie 
członkowie komissyi rządzącój Ludw. Gutakowski, Stanisł. hr. 
Potocki, Józef Wybicki, Xawery Działyński, Piotr Bieliiiski, Wa- 
lenty Sobolewski i sekretarz jeneralny Jan-Paweł Łuszczewski. 
Obraz ten, nad którym artysta około lat trzech pracował, malowa- 
' ny z polecenia xiccia Warszawskiego, ukończony wr. 18M. 

Portrety. 

*-* Portret Marcel. Bacciarelli przezeń malowany , nabyty przez ko- 
missyę wyznań relig. i oświecenia. 

— Inny, (cali 22^ i 28), u p. Karola Hoppen w Radomiu. 

— W pomniku jego u św. Jana w Warszawie portret z oryginału ma 

larza, kopijowany przez J. Gładysza. 



« 



^ August II król Polski, suknia axamitna ponsowa, haft na nićj złoty, 
(cali 46 i 38, dukatów 50, katalog n. 94). 
Auslryacka familija cesarska, portrety w Wiedniu robione 1761— 
1764 r. 

AIexander I , cesarz Ross. król Polski, portret zamówiony przez 
towarzystwo Przyjaciół nauk, którego ukończenie .śmierć prze- 
rwała. 



6t JKpHOTHBKA. 

— Andrzej Archelti, kardynał, arcybiskup KalcedoJslf, WBcyusz pi- 

piezki w Polsce. 
•— 5r8hlj hr. pierwszy minister Augusta III, portret u p. barona Ra- 
slawieckiegó* 

— Burakowski sędzia, u p. K!.-W. Wojcickieg#, 

*— Branicka z Poniatowskich hetmanowa w. kor., siostra królew&ka, 
cali 57 — 42, dukatów 60. n. katalogu 712. Siedząca, ubiór stroj- 
ny błękitny, do kolan, prawa ręka sparta naotwartćj xiąłce, na 
której sztych portretu ojca j^j. JPortret ten jest w Jabłonnie. 

— Inny portret tejże, owal, cali 23—18}, dukatów 25. 

— Inny jeszcze tejże,, w sukni jedwabnej białij złotem haftowanej, 

i futerku sobolowto, głowa w fryzurze tylko, owal, cali 2^ — 
20, u bar. Rastawieckiego. 

— Taż, ubiór biały z zielonym, do kolan, w zbiorze Ossolińskich we 

Lwowie. 

— Branicki Jan-Klemcns, hetman w. kor. kaszt. Krak., zm, 1771, 

do kolan ; tamże. 

— Bielińska, marszałk. nadworna, ubiór błękitny z draperyą karma- 

zynowa, trzymająca pieska, (cali 17^ i 14). 
•—Czartoryski xżc Adam, generał ziem Podolskich, (generał-feldm. 
Austryacki, zm. w Sieniawie 1823 r.) , w mundurze generała 
gwardyj Litewskich z kapeluszem pod pachą. (Cali 28 i 22, du- 
katów 30, n. katalogu 89). 

— Czartoryska x. Izabella z Flemingów, generałowa ziem Podolskich, 
(zm. 1835 r.). Portret ten powtarzał malarz razy kilka. 

*— Czartoryski Floryan biskup, portret na miedzi. Drugi tegoż cy- 
tuje p. Rastawiecki. 
-*~ Chreptowicz Joachim, kanclerz w. Lit., (zm. 1812 r.). 

•— Chodkiewicz Jan-Karol, (w sali Rycerskiój w zamku Warszawskim, 
na miedzi, cali 39 i 28, dukatów 60). 

*— Denhoff (który ?), portret po kolana, w ubiorze dawnym z kr*zą 
koronkową, włosy białe, sparty na lasce, kopija^ (cali 41—32, 
dukatów 15, n. katal. 533). Musiał to być wojewoda Pomorski, 
którego są i sztychowano podobne portrety, (żył w XVII w.)^ 

— Działyński Xawery , członek kommis. rządzącój 1807 r., senator 

wojewoda, (zm. 1819). 

— Fryderyk-August, król Saski, xiąię Warszawski. 

— Gąsiorowska (pani), głowa w zawoju. 

— Gagatkiewicz Walenty, doktor nadworny, 1805. 

— Gutakowski Ludw., hr. wojewoda, prezes senatu x. Warsz., (zm. 

1811), w mundurze kom. rządzącej x. Warsz., u hr. Gutakow- 
skiój w Warszawie. 

— Gutakowska Maryanna z Sobolewskich, żona jego, tamże. 

*— Hozyusz Stanisław, na miedzi, (do sali Rycersklój zamku Warszaw., 
cali 39 i 28, dukatów 60). 

— C.-H. de Heineken, portret robiony w Dreźnie. 

*— Katarzyna II cesarzowa, w postaci Minerwy, (w zamku Warszaw- 
skim, cali 24—19, dukatów 36, n* katal. 29). 



I K o K o T B S K A. C3 

«-- TaŁ, wposUci Dyany, tamte, cali 34 i 19, dokatów 3S, kaial. 

n. 28. 
«_ Tat, popiersie z profilu we włoaach i sukni bł^kitaiij, kopijazRo- 

tari, w zamku Warsz., cali 21 i 16, dukatów 25, kat. n. 282. 
*— Kurlandzka złna z domu hr. Medem, (w zunku Warszawskim, cali 

40 i 31, dukatów 80, n. katal. 19S5). 
*— Królowie Polscy, w sali Marmurowój na zamku, dwadzieścia i dwa 

następujące portrety, kaSdy byt ceniony po czerwonych złotych 50. 

— I. Bolesław Chrobry. 

— II. Wacław kr. Pol. i Czeski. 

— III. Władysław Łokietek. 

— IV. Kazimierz W. 

— V. Ludwik Węgierski. 

— VI. Jadwiga. 

~ V1K Władysław Jagiełło. 

— VIIL Władysław Warneńczyk. 

— IX. Kazimiórz Jagiellończyk. 

— X. Jan Albert. 

— XI. Alexander. 

— Xn. Zygmunt I. 

— XIII. Zygmunt-August. 

— XIV. Henryk Walezyusz. 

— XV. Stefan Batory. 

— XVI. Zygmunt UL 

— XVn. Władysław IV. 

— XVIII. Jan-Kazimićrz. 

— XIX. Michał Wiśniowiecki. 

— XX. Jan DL 

— XXI. August II. 
_ XXII. August III. 

*— < Kremer Marcin, (w sali Rycerskiej na zamku Warszawskim, cali 
39—28, dukatów 60). 

^ — Kopernik Mikołaj, tamże, tegoż rozmiaru i ceny. 

^-^ Kątski Marcin — jak poprzednie. 

* — Krasicka Alex. hr. z Grabowskich, portret niewykończony, (w zam- 
ku Warsz. n. katal. 1884, cali 26 i 22, dukatów 15). 

— Lubomirski Stanisł. xiążę marszał. w. koron., owal, w WUlano- 

wie (katal. 44). 

~ Tegoż inny portret, owal, tamże, kat. n. 482. 

'— Lubomirska xżna Izabella z xiążąt Czartoryskich, marszałk. w. 
koron, siedząca, w ubiorze strojnym, przed nią kosz z kwiatami 
na stole, z którego jedną ręką wyjmiye kwiatek, drugą głaszcze 
pieska; do kolan. W Willanowie, n. 483. 
*— Łubieński prymas. Portretu tego była tylko kopija w galeryi 
Stan.-Aug., pod N. 2156, cali 34 i 29, oryginał musiał być u ro- 
dziny. 

—i Łuszczewski Jan-Paweł, minister spraw wewnętrznych za xtwa 
Warsz. (zm. 1812). 



84ii I/K o ir o T H K R A. 

~ Łukaszewicz Józef, prezydent m. Warszawy, w końcu XVin wieku. 

— Łukaszewiczowa, jego żona. 

— Marya-Antonina, królowa Francuzka, (z Darida). 

— Marya-Amelija, królowa Saska. 

— Mnifizchowa Urszula, hr. z Zamojskich, marszałk. w. koron., por- 

tret cali 108 i 60, w Wiśniowcu. 

— Tai, wcałś} postawie, szkic, cali 18 i 12; tamże. 

*-- Taż, w sukni materyalnój pelijowćj z białemi ozdobami i kutasami, 
na głowie fryzura , u wierzchu przepaska biała i liście zielone, 
owal, cali 27^ i 20, u bar, Rastawieckiego. 

*— Taż, owal, (w zamku), cali 23 i 18^, dukatów 25, kat. 73. 

* — Taż, portret okrągły, tamże, cali 10}, dukatów 15. 

* — Taż, w stroju dworskim z Roślina, (nabyły przez hr. Mniszclia, ca- 
li 28 i 22, dukatów 15). 

*— Taż, z córkami, (cali 23 i 18}, dukatów 25, w zamku, n, katal. 68). 

— Mniszech Jan, podkom. w. Lit. w Wiśniowcu. 

— Mniszech Michał- Wandalin, hr. marszałek w. koron., cała postać, 

cali 18 i 12. W Wiśniowcu. 

— Mokronowski Andrzój, wojewoda Mazowiecki, w sukni ponsowój z koł- 

nierzem futrzanym, z orderem Orła białego, owal, 27 i 20 cali, 
u barona Rastawieckiego. 

— Massalski, hetm. Lit., w Wilnie, wspomina Dziennik Wileński 1820 
roku. 

— Małachowski Stanisław Nałęcz,, hrabia referendarz w. kw. marsza- 

łek czteroletniego sejmu, senator wjwda i prezes senatu x. War- 
szawsk. , w mundurze komis, rządzącśj x. War.; dwa razy ma- 
lowany dla komissyi i dla Winc. hr. Krasińskiego. 
* — Neuman-Bey, poseł Turecki w Warszawie w r. 1777, (w zamku, 
cali 36 i 34, dukatów 50. n. katal. 561). 

— Nakwaska Anna z Krajewskich, kasztelanowa. 

— Napoleon, z profilu, cali 20 i 25ł, u p. Kar. Hoppen w Radomiu. 

— Olszowski Andrzój prymas, w zamku, (na miedzi, 39 i 28 cali, du- 

katów 60). 

— Inny, podobny cytuje p. Rasławiecki. 

— Ostrowski hr. Tomasz, kasztelan Czerski, podskarbi nadw., kor. 

(zm. 1817;. 
* — Poniatowscy. Król Stanisław-August. Bacciarelli malował gtt tyle 
razy, sam lub z pomocą uczniów, a z malami jego wyszła taka 
mnogość portretów króla z imieniem Bacciarellego , że główne 
ledwie i znajomsze wyliczyć tu można. Na czele ich stoi, portret 
wielkości naturalnój, postać cała , w ubiorze bogatym Hiszpań- 
skim, jaki miał w czasie koronacyi. Portret ten znajdował się 
w zamku w sali Marmurowój, zakończał szereg* królów Polskich, 
dziś jest w Jabłonnie. Miary jego niepodaje katalog, cenę duka- 
tów 300. 

— Inny, z popiersiem marmurowóm Piusa VII, kilkakroć malowany, 

(jeden jest u bar. Rastawieckiego); cali 48 — 39. 

— Jnny, wystawujący króla w ubiorze cywilnym do kolan, w zbiorze 



IRONaTUIKA. €5 

p. Tom. Zielińskiego w Kielcach, wspomina p. Sobieszczański, (ze . 
zbioru p. K. Hoppen, cali 35 i 47). 

— Inny, cata postać, (rysunek zmniejszony na tytule 2-go tomu Wia- 

domości p. Sobieszczańskiego), własność p. Wincentego Kozłow- 
skiego, adjunkta głównego archiwum w Warszawie. 

— Portret króla siedzącego, z klepsydrą, na niebie przez chmury pro- 

myk słońca się przedziera, z napisem na karcie Lucebit lumen 
de coelo lub QuaesivU coelo lucern. Piękny ten portret powta- 
rzany był wielekroć. Jeden cytuje p. Rastawiecki u hrab. z Tysz- 
kiewiczów Wąsowiczowćj w Krakowie, inny uhr. Gutakowskićj, 
inny w Wiśniowcu (cali 60 i 48). Jeden taki był u jener. Gra- 
bowskićj, dla którćj początkowo miał być zrobiony. 

— Stanisław August, w Willanowie, n. 424. 

— Tenże, malowany w r. 1775, w zbroi (?) i narzuconym płaszczu, 

w orderach Orła białego i ś.w. Stanisława , owal , cali 27 i 21, 
u bar. Rastawieckiego. 

— Tenże, w mundurze jeneralskim błękitnym, w Jabłonnie. 

— Tenże, w ubiorze koronacyjnym , cała postać , małego rozmiaru, 

cali 20| i 14, u p. Jahołkowskiego w Warszawie. 

— Tenże, w stroju koronacyjnym, w Wiśniowcu, cali 84 i 60. 

— Portret króla w Horodnie na Litwie. 

— Tenże, w Działoszynie u Myszkowskich. 

* — Poniatowski Stanisław ojciec króla, kasztelan Krakowski, w Ki- 
rycie, kopija z Pesne (w zamku War. 24 i 19 cali, dukatów 15, 
n. katal. 25). 

*— Tenże , owal, kopija, cali 53 i 41 , dukatów 25, n. katal. 195, 
(w zamku War.). 

* — Tenże, w 83 roku życia, do pół, suknia z futrem i zbroja, malowa- 
ny w r. 1758 ; dawniój w zamku dziś w Jabłonnie, cali 51 i 37, 
dukatów 70, numer kat. 350. 

— Tenże, portret owahy, w Jabłonnie. 

* — Poniatowscy, ojciec i matka króla, portret natur, wielkości, w zam- 
ku, cali 78 i 54, oceniony 100 dukatów, katalog n. 1632. 

*_ . Poniatowska kasztel. Krakowska, matka króla, w sukni dworskiej, 
kopija, (w zamku, cali 24 i 19, dukat. 15, n. kat. 27). 

* — Taż, kopija, owal, tamże 53 i 41, dukatów 25, n. 194. 

— Taż, portret owalny w Jabłonnie. 

* — Poniatowski Kązimiórz , xiążę ex-podkomorzy koronny (zm. 1800 
r.), brat króla, owal, w zamku Warsz., cali 23, 18 i, dukatów 
25, n. katal G9, 

— Tenże, później z zamku w Jabłonnie, cali 61 i 43, dukatów 60, n. 

kat. 713. 

— Tenże, cała postać, w ubiorze Francuzkim^ siedzący w krześle, 

uhr. Anny z Tyszkiewiczów Wąsowzowij w Krakowie. 

— Tenże, w sukni ponsowćj z kołnierzem futrzanym, z orderami Orła 

białego i św. Stanisława, owal, cali 27}, 21, u bar. Rastawiec- 
kiego. 

9 



G6 IROKOTHSRi. 

— Poniatowska Apolonija z Uslrzyckich, żona xcia ex-podkomorzego, 

owal, w zamku, cali 23 i ł8j, dukatów 25, n. katal. 70. 

— Taż, inny portret, ubrana biało, synek przy nićj w postaci amor- 

ka, w zamku, 58 i 42 cale, ceny niedaje katalog, numer 631. 

— Poniatowski Stanisław , szef gwardyi pieszśj , podskarbi w. Lit. 
jener. lejtn. w. kor. (1754—1833), portret w mundurze penso- 
wym ze złotemi szlifami, i orderami Orła białego i św. Stanisła- 
wa, owal, 27 i 20 cali, u p. Rastawieckiego. 

*— Tenże, owal, w zamku, 23 i 18^ cali, dukatów 25, n. katal. 71. 

♦ — Poniatowski Andrzśj, jenerał w służbie Austryackiój, brat króla, 
owal, w zamku, cali 23 i 18}, dukatów 25, n. kat. 63. 

* — Poniatowski xżę Józef syn xcia Andrzeja, naczelny wódz w. Poł- 
marsz. Francyi, portret owalny; trzymający dwa gwoździki w rę- 
ku, w zamku, cali IG i 13, dukatów 12, n. katal. 536. 

*— Tenże w mundurze gwardyi konnśj, (nabyty przez hr. Mniszcha), 
cali 28 i 22, dukatów 30, w zamku, (2217). 

* — Tenże, już jako wódz naczelny, w burce, bardzo wiele razy po- 
wtarzany i kopijowany, jeden w Jabłonnie. 

^— Poniatowski Michał, arcyb. prymas (1736—1794), brat króla, 
owal, w zamku, cali 23 i 18^, cMkatów 25, n. katal 74. 

— Tenże, w stroju duchownym czarnym, z orderami Polskiemi, owal, 

cali 27 i 21, u bar. Rastawieckiego. 

— Tenże, w purpurze, cali 30 i 25. 

— Tenże, wWiśniowcu, cali 108 i 72. 

* — Potocki Revera, portret na miedzi, w zamku, w saK Rycerskiój, 

cali 39128, dukatów 60. 
. — Potocki Adam hr., półkown. jazdy za xicztwa Warsz., malowany 

jako adjutant Kościuszki w 15 roku życia, w Plancie w Sandomier- 

skióm, u p. Łempickiego. 

— Potocki Stanisław Kostka hr. , jenerał artyleryi , członek kom. 

rządzącój, prezes rady stanu i ministrów xtwa Warsz., minister 
ośw. i rei. i t. d., (zm. 1821), portret cytuje Rastawiecki. 

— Inny może u p. Tom. Zielińskiego w Kielcach. 

— Potocki Franciszek Salezy, wojewoda Kijowski, (około 1782 roku 

malowany). 

* — Potocka Sewerynowa z xx. Sapiehów, w zamku, cali 36 i 28, du- 
katów 50, n. katalogu 1875. 

* — Popielowa kasztel. Sierpska , tamże , cali 23 i 19 , dukatów 25, 
n. katal. 515. 

♦— Radziwiłł Krzysztof, tamże, w sali rycerskiej, na miedzi, bali 39 
i 28, dukatów 60. 

— Radziwiłł Karol xiążę, portret ten znajduje się w Litwie w Poło- 

neczce, uxcia Radziwiiła. 

*— Sanguszko Roman, w zamku, w sali rycerskiój, cali 39 i 28, du- 
katów 60. 

* — Sapieżyna xżna z domu Branicka, owal, w zamku, nabyty przez hr. 
Mniszcha, cali 23 i 19, dukatów 25, n, kat. 514, 






I K o N o T H S £ A. 67 

- Sapiezyna z Lubomirskich, kanclerzyna Lit., głowa sparŁa na rg- 

ce, w zamku, cali 38 i 2©, dukatów 25, d. katal. 516. 

- Szaniawska Anna zScypijonów, starościna Małogolska, zm. 1795; 

nabyty z zamku przez hr. Moiszcha, cali 34 i 26, dukatów 13, 
n. kat. 1943. 
■ Sołtyk X. Kajetan-Ignacy , biskup Krakowski, siedzący, malowa- 
ny około roku 1766. Pięknie wykonane akcessorya, draperye 
i ubranie. U p. Fr. Sołtyka w Piastowie wRadomskićm, i u p. 
K. Hoppen w Radomiu. 

lany podobny, . w Kurozwękach w Krakowskiem, u p. Pawła Po- 
piela. 

Sołtykowa Karolina z xxąt Sapiehów, (pierwiśj Potocka), w piórach 
na głowie, i orderze Złocistego krzyża, u p. Łempickiego. 

• Sapieha Alexander xiążę, kanclerz Lit.,. u p. Łempickiego w Plan- 

cie. 

• Sobolewski Maciój, kasztel Warszawski, u hr. Gutakowskiój w War- 

szawie. 

Sobolewski Walenty hr. , w mundurze członka komissyi rządzą- 
cej xtwa Warsz. 

Pani Szymanowska, owal, cali 33 i 46, u p. K. Iloppen w Rado- 
miu. 

Stackelberg hr., ambasador Rossyjski. 

Tarnowski Jan, w zamku, w sali rycerskiój, na miedzi, cali 39 i 2a, 
dukatów 60. 

Drugi portret tegoż cytuje p. Rastawiecki. 

Tyszkiewiczowa Wincentowa (córka x. Andrzeja Poniatowskiego), 
owal, w zamku, cali 23 i 18-^, dukatów 25, katal. n. 66. 

Tai, tamże, trzymająca ręką zasłonę, która ją okrywa, cali 16 i IJ", 
dukatów 12, n. katalogu 537. 

Tyszkiewiczowa z Poniatowskich (córka x. Kazimierza), w zamku, 
owal, 231181 cali, dukatów 25, katalog n. 72. 

Pani Tyszkiewicz z Poniatowskich, okrągły, w zamku, cali 10^, 
dukatów 15, n. katal 30. 

Tyszkiewiczowa z Poniatowskich Konstancya, hetman, polna Lit., 
w sukni fijoletowej z białemi krezami, na głowie fryzura wysoka, 
wianek z białych kwiatów i dwa pióra, białe i niebieskie , owal, 
cali 26^ i 21, u bar. Rastawieckiego. 

Tyszkiewicz (?), cali 26 i 27, u p. K. Hoppen w Radomiu. 

Inne portrety Tyszkiewiczów mają się znajdować w Horodnic w Lit- 
wie i w Działoszynie w Wieluńskiem, u p. Ign. Myszkowskiego. 

Thomatis Karol, dworzanin króla, późnićj hrabia, dyrektor tea- 
trów. 

Thomatis pani, w zamku, owal (z profilu) , 27 i 21 cali , duka- 
tów 25. 

Taż w postaci Muzy, tamże, cali 27 i 21. 

Wilczewski, głuchoniemy , kamerjunkier dworu j k. m., kasztel: 
Wiski, w zamku, cali 16 i 13, dukatów 20, n. katal 238. 

Wiśniowiecki, hetman, na miedzi. 



68 IROMOTRIKA. 

— Węgierska pani, owal, cali 33 i 46, u p. Kar. Hoppen, w Rado- 

miu. 
* — Zamojska z Poniatowskich, wjdzina Podolska, siostra króla, w zam- 
ku, 23 i 181 cali, dukatów 25, n. katal.67. 

— Taż, w sukni karmazynowćj z sobolami, w czepku białym z owinię- 

ciem czamśm, włosy upudrowane, owal, cali 26^ i 20, u bar, 
Rastawieckiego. 

— Zamojski Jan, kanclerz i hetman, cali 59 i 41, w Królikami. 

— Żółkiewski Stanisław, hetman, na miedzi. 

— : Oprócz tych portretów, rodziny Poniatowskich i pokrewnych jój 
wizerunki przez Bacciarellego malowane, mają się znajdować 
w Horódnie w Litwie , majątku niegdyś Ludwika Tyszkiewicza, 
marsz. w. i hetm. pol. Lit. i w Działoszynie w Wieluńskićm u Mysz- 
kowskich, gdzie ich liczą dwadzieścia. 

Głowy fantazyjne : 

* — Popiersie starca w sukni brunatnój, włosy i broda siwe, w zamku, 
cali 20 i 15, dukatów 25, n. katal. 152. 

*r- Portret dzieweczki (ma być wnuczka malarza) , u bar. Rasta- 
wieckiego. 

* — Niewiasta z amorkiem płaczącym, wielkości naturalnej (jedna z fa- 
woryt króla). 

*— Niewiasta z pieskiem, pendant, podobnie. 

Rysunki oryginalne. 

Niewiele zbiorów naszych rysunkami Bacciarellego pochlubić się 
może, gdyż mało ich w obieg poszło, a główne pozostały w posiada- 
niu familii, która zachowuje szkice wszystkich większych jego kom- 
pozycyj i historycznych obrazów. 

Inny obfity zbiór rysunków Bacciarellego posiadał p. Karol Hoppen 
w Radomiu. 

W zbiorze p. Gwalb. Pawlikowskiego w Medyce, teraz we Lwowie, 
jest także zbiór rysunków malarza, zwłaszcza szkice do portretów hi- 
storycznych hetmanów i t. p. 

Sztychy i litografije z rysunków Bacciarellego. 

Portret malarza : Marcel Bacciarelli, pierwszy malarz Slanisława- 
Augusta, folio, litog. J. Sonntag, u L. Letronna. 

— Portret w czapce z futrem i futerku, w 8-ce, litografija J. F. Pi- 

warskiego, do dzieła p. Rastawieckiego. 

— Wgaleryi Drezdeńskiój z rysunków jego kilka obrazów sztycho- 
wali P. E. Moitte, (obraz Fr. Yauni z Sienny). . . . 

— Nadanie ustawy xtwu Warszawskiemu 1807 r. , litogr. folio Fr. 

Hanfstaengl, w Dreźnie. 

— Stanisław-August , wielokrotnie sztychowany z portretów jego. 

Portret z klepsydrą 1798 r. sztychował A. Fogg. 

— Inny Kiistner. 



IKdHOTlIlKA. CO 

— Poniatowskiego x. Michała, prymasa JeanMałtuRt^ns, i782r. 

— Poniałowskiego ojca króla B. FoUino. 

— Poniatowskiego x. Józefa , jako wodza naczelnego , Bollinger i 

F. John, 

— J. Ligberj sztychował z jego porbrctów Jana Pawła Łuszczew- 

skiego* 

— Tenże Walentego Gagatkiewicza. 

— Hr. Stackelberga. sztychował Koizkin. 

— X. Kajet* Sołtyka, Cunego i Perini w Rzymie w. arkusz. 

— Fr. Salenego Potockiego, Dom. Cunego. 

— Portret C. H. de Heineckeu, sławnego ikonografa w Dreźnie, z por- 

tretu Bacciarellego sztychował Rasp; ale z tćj blachy, dla złego 
jfj wykonania, malarz starł swoje nazwisko {Heineken II. 9.). 

» a a t k 1. 

W katalogu galeryi Stanisława-Augusta, łaskawie nam udzielonym 
przez p. Tom. Zielińskiego, wszystkie roboty Bacciarellego jak i innych 
malarzy , ocenione są, — według niego podaliśmy tu ceny ich , które 
w istocie znacznąby summę wyniosły. Król Stanisław-August, gdy po 
upadku kraju z Grodna wyjeżdżał, nieczując jeszcze, by dostatecznie 
wynagrodził Bacciarellego, przesłał mu rewers do pozostałych majętno- 
ści swych na 25,000 czerw, złotych. 

Musimy tu przytoczyć jeszcze anegdotę , może zmyśloną, ale od- 
noszącą się do Bacciarellego, którą z podania spisał autor opisu Pod- 
boreckiego zamku w Rozmaitościach Lwowskich r. 1819, 5 pai4z. 

„Zmarły niedawno Bacciarelli, malując ten obraz (Salomon czynią<- 
cy ofiary fałszywym bogom?), miał zawsze wszystkie draperye i piękną 
kobietę przed oczyma; potrzeba było tylko mężczyzny, któryby do wzro- 
stu wysokiego łączył powagę dostojności z całą siłą wieku pełnego i 
był z brodą. Mury klasztorne wydały takiego męża. Ubranego Kapu- 
cyna w togę i purpurę przywiedziono do warstatu malarza i kazano mu 
klęczeć u nóg prawdziwćj z ubioru i urody Gracyi, dla wydobycia tego 
wzruszenia na twarzy , jakie w podobnój okoliczności król rozkochany 
mieć był powinien. Nietrzeba było na to długo czekać: biedny Kapu- 
cyn pod przybraną króla postacią został rzetelnie Salomonem. Tym 
sposobem męczono Kapucyna kilka razy; na dopełnienie zaś udręczenia 
stali zawsze za drzwiami dwaj inni zakapturzeni dla towarzyszenia roz- 
kochanemu za kratę.'^ 

Powiastka ta jakkolwiek zmyśloną być może, maluje wiek co ją 
stworzył, lekceważenie kapłaństwa i wyuzdaną jego swawolę. 

Źródła do życia Bacciarellego u nas są dosyć liczne. Pisał o nim 
X. Szaniawski pochwałę czytaną na posiedzeniu Towarz. Przyj, nauk 
1822; bezimienny w nekrologu w Gaz. Warsz. 1818 r. , syn, tamże 
w r. 1819; Ciampi, Stanisł Przyłęcki (1833 r.) it.d. Nagler yf swo- 
im słowniku malarzy, niezajrzawszy do Ciampi, bardzo mylną i krótką 
podał wiadomość, dzieląc Bacciarellego na dwóch, zowiąc go Baccia- 
relli i Bacciarchiy a sztych de Marcenay z portretu przez żonę jego 
malowanego, przyznając jemu it.d. 



ir* IBOff«TBI«A. 

Bac^arelU Joaima-Julijanna-Fryderyka a domu Bichter. Mini- 
jaturzystka, urodzona w Dreźnie , gdzie ją poznał i zaślubił Marcelli 
Bacciarcili w r. 1755. W r. 1756 towarzyszyła mężowi do Warszawy; 
w 1759 otrzymała patent nadwornej malarki króla Augusta III. 

Dzieliła ^późn^ćj losy męża któremu towarzyszyła w r. 1761 do 
Wiednia, apóźnićj osiadła z nim od 1763 w Warszawie, gdzie w roku 
1812 zmarła. Ciało jój złożone początkowo w grobach kościółka Bel- 
wederskiego, przeniesione póiniój do grobów kościoła św. Jana, i po- 
chowane obok męża z pomnikiem, w którym umieszczono portret ar- 
tystki. 

Robiła minijatury, które dość zjednały sobie wziętości. a biegła w ry- 
sunku użyta była z mężem do zdejmowania kopij ołówkiem z galeryi 
Drezdeńskićj do zamierzonego jój sztychu. 

Między innemi z ]fi] rysunku sztychował Beauvarlet : La mort 
d' Adonis pleuró par Fenus. Fred. Bacciarelli d'aprh Aless. Tur- 
cM (wysok. 342 millim. i 965!. 

De Marcenay 1765 roku sztychował z jój minijatury medalijon z por- 
tretem Stanisława-Augusta, uniesiony przez orła w obłokach (Hein- 
eken. Nachrichien L Th. 179— Si6). 

Portret artystki przez Ant. Graff malowany ze zbioru p. Karola IIop- 
pen w Radomiu, przeszedł do p. T. Zielińskiego. Służył on za wzór 
Gładyszowi do portretu w grobowcu. 

Inny ma być u p. Rastawieckiego. 

Córkę Bacciarellieb , która była za Wilczewskim , malował Mar- 
ieau. 

Bacll C. D. F. Karol-Danijel-Fryderyk Bach, urodzony w Pots- 
damie w r. 1756, mieści się tu z powodu, iż wykształcenie swe wi- 
nien był hr. Ossolińskiemu, który go też do różnych prac używał. 
Ossoliński spotkał go kopijującego obraz w galeryi x. Henryka Pruskie- 
go, podobał go sobie i losem się jego zajął. Naznaczył mu Ossoliń- 
ski pensyę, wziął go najprzód z sobą do Polski, potćm dla dalszego 
kształcenia się wysłał do Włoch. 

Z hrabią razem przebywał czas jakiś w Warszawie, i Nagler wzmian- 
kuje, że niektóre jego dzieła pozostały w Polsce. Kopijował wiele olej- 
no z Rafaela, Rubensa i innych. Był później professorem i dyrektorem 
Szląskiój szkoły sztuk pięknych we Wrocławiu. Sztychował także 
sam allegorye i portrety. 

Jego są zapewnie rylca następujące: 

— Josephus Comes de Tenctyn Ossoliński generalis Terrarum 
Volh. Palatinus, w 8*ce, na miedzi. Bach sc. 

— Theresse Comtesse Ossolińska nee Comlesse de Żmigród 
Stadnicka Palatine de Folhinie, w 8-ce. Bach sc. 

BaclimatoiYlcz Kazimierz. Uczeń Rustema , najbliższy 
może swego mistrza rodzajem talentu ; malarz sztambuchowy, którego 
drobne kompozycye, krajobrazki, kobiety, dzieci, wiele mają wdzięku. 
Wdzięk ten jednak przechodzi czasem w manijerę, a talent cały, z ża- 
lem, rozsypał się na drobnostki same. Słusznie mu zarzuca W. Smo- 



kowfiki, łe choć krajowe rzeczy na kamieniu rysowi^, przebija się w aty- 
la naśladowanie V. Adama. Pozoslało po nim kilka zeszytów litogra- 
fii* kopije % rysunków Orłowskiego i Rustema^ trochę małych kompo- 
zycyj i portrety olejno robione. Umarł niedoszedłszy lat trzydziestu 
wieku swego, w r. 4837, w Dobrowlanach,' uhr. GUntherów, miejscu 
znanćm w Litwie z wykształconego smaku jego mieszkańców, zamiło- 
wania ich w sztuce i zbiorów dzieł sztuki i pamiątek. (Szemesz. Aihe^ 
naeum Od. FI. T. FI. 2iB). 
Z litograrij jego znamy : 

1. Otłosiady, małe folio, zbiór rysunków Orłowskiego, z okładką, 
na której Chińczyk siedzący z Tajką, trzyma xiążkę z napisem : Zbidr 
rysunków A, Orłowskiego, litografowany przez K. Bachmatowicza 
1836 r. Zawiera, oprócz okładki : i) Czerkiesa na koniu, 2) Że- 
braka, 3) Ubiór Czerkieski, 4) Wiwandijerkę« (Robione w Dobro- 
wlanacli). 

2. Souvefiir de Dóbr owiany i i625^ arkusz, na którym dziesięć ma« 
łych litografowanych widoczków. Odbito w Wilnie u Oziębłowskiego. 

3. Somenir pUtoresąue despetiłs ouvrages de J.Busiem, re- 
cueillis et Utographies par son eleve reconnaissant C. Bachma- 
łowicz a Filna , takiż format jak Orłosiady, portret Bustema i kart 
siedm drobnych szkiców. 

4. Przypomnienie fFUna^ Ktografowane przez K. Bachmatowicza 
1837. Tenże format, z okładką litografowaną , kart cztery drobnych 
rysunków w sposobie V! Adama. 

5. Drugi ciąg przypomnień, okładka i karl cztery, litografowane w Do- 
browlanach. 

Rysuneczki są zręcznie rzucone, szczególnie Źydki i żebracy; ałe 
smak P>ancuzki i widoczne kształcenie się na wzorach Adama, zwłasz- 
cza w koniach, powozach i elegantach. Smakowi i wdziękowi wszystko 
tu {)Oświęcone, ale też smaku pełno. 

ttaeskowlcas Jan. Jeden z budowniczych koicioła w Ołyce 
na Wołyniu, około r. 1635—1640. 

Bacsekowska Dorota. Wspominają o niśj akta Radzieckie 
miasta Krakowa pod rokiem 1538 •(X. IV. 3. 14. str. 2;, DoroŁhea 
Baczkowskijj a za niemi i bar. Rastawiecki w swoim słowniku; ale 
najprędzćj być może, że to tylko żona malarza, (może Małh. Bć^cz- 
kowskiego). 

Bączkowski Malhlas. Malarz Krakowski, wspomniany tak- 
tach Radzieckich pod rokiem 1544 (Boczkowski — Batzkowski alias 
Wolka Mathias (X.IV. 5. 16, str. 542 i 639). 

JBaesyńskl Józef. Urodzony w Hruszkaeb na Wołyt^u, około 
r. 17 . . , nauki pobierał w Wilnie. Tadeusz Czacki mianowaf go 
kuratorem szkół naukowego okręgu Wołyńskiego, a następnie był toar* 
szatkiem z wyboru szlachty i prezesem. Cały niemal czas swobodniej- 
szy poświęcał on malarstwu , któremu oddawał się z zapałem. Naj- 
większe upodobanie miał w karykaturach, wktórydi celował. Z wiek- 



72 I K d « o T H B ą i. 

szych jego robót jest obraz znacznego rozmiaru scenę z r. 1791 wy- 
sŁawujący, — inny rynek Krakowski w czasie powstania Kościuszkowskie- 
go, — inny, celebrę archijereja w KijowO-Pieczerskićj Ławrze. Ostatni 
ma być pełen życia i charakteru. Zostawił także kilka rękopismów 
drukiem dotąd nieogłoszonych. Umarł w późnym wieku, w Dawidów- 
ce (pow. Żytomirskim, d. 28 stycznia 1838 r.}. Rękopisma znajdują 
się u p. Stanisł. Nowowiejskiego, któremu i tę wiadomość winniśmy. 

Baczyjiska Józefa z Bohuszów, żona jego, wychowanka domu Czac- 
kich star. Nowogr. uczyła się malarstwa u Bacellego i Lariusu w Krze- 
mieńcu. Malowała akwarellą zwłaszcza kwiaty i minijatury. (Nota p. 
A. Słowikowskiego). 

Haezyńskl Stefan. Sprowadzony ze Lwowa przez hr. Wor- 
cellów malarz portretów olejno i dekoracyjny. 

Umarł przeżywszy lat kilkadziesiąt w Stepaniu na Wołyniu u hr. 
Worcellów, po r. 1815. Nosił się po-Polsku, miał być dowcipnym i mi- 
łego charakteru człowiekiem. 

Malował w Stepaniu w r. 1805 wnętrze kościoła parafijalnego al 
secco. Tamże pokoje w domu hr, Worcellowśj podstoliny w. x. Lit. 
nad Horyniem, i wnętrze altany w ogrodzie Stanisł. hr. Worcella pod- 
stolego w. X. Lit. 

Olejno malował: — obraz Chrystusa klęczącego i modlącego się w O- 
grojcu, przy nim anioł, w dali trzój apostołowie, — Chrystus na krzy- 
żu, pod krzyżem św. Marya Magdalena klęcząca, — P. Jezusa Milatyń- 
skiego (na krzyżu), — Tadeusza Judę apostoła, — św. Floryana, — P. Je- 
zusa Milatyńskiego , drugi mniejszy obrazek,— obraz Niepokalanego 
poczęcia. 

Malował także dwanaście obrazów bitw z czasów Fryderyka w. 
i Stanisława-Augusta. Obrazy te znajdują się pod Stepaniem w Dwor- 
cu, majętności p. Kajetana Piastrzeckiego, chorąźyca kaw. nar. Lit. 

Baczyński umierając zostawił żonę, dwóch synów i dwie córki. 

Malarz b;ł mierny, o ile z pozostałych robót sądzić można, ałe wy- 
kształcenie swe sobie był winien. 

(Z notaty p. A. Słowikowskiego). 

Baden* Sztycharz w Krakowie, może amator tylko , którego 
rycina ćwiartkowa, jest w zbiorze A. Grabowskiego , wyobraża rodzaj 
dekoracyi zowabym w pośrodku otworem i podpisem: Baden sc. et 
€xcud. Cracoviae. 

Badeiirean J. F. Sztycharz w Paryżu, robił rylcem i krop- 
lcągij, Pracował od r. 1819 do 1831. Znamy jego x. Józefa Ponia- 
towskiego, z rysunku Bdme Gratien Parheau. 

Baeek-Beek Elias, Malarz i sztycharz , zwany Helden- 
muth, osiadły wAugsburgu, gdzie w r. 1747 umarł. Sztychował bit- 
wy, plany, portrety, krajobrazy it.p. 

W zbiorze hr. Konst. Swidzińskiego, jest przez niego robiony widak 
Warszawy, (dług. cali 44,5, wysok. 14,7). U góry na wstędze wiel- 
kiemi głoskami napie; Wanovia, pod ryciną objaśnienia numerów (29) 



IRONOTfllHA. 7S 

i podpis: Etias Buck, A. C. fecU. Haered. Jerem, ffolfij excudit. 
Aug. Fincl. 

Widok wzięty z za Wisły. Na pierwszym planie wazki brzeg prze- 
ciwległy, na którym kilka źle narysowanych drzew i rozsypane figur- 
ki konne i piesze w czapkach z futrem spiczastych 1 kitach; suknie dłu- 
gie z potrzebami od góry do dołu, dwóch ina kopije. Przez Wisłę prze- 
prawia się prom z powozem i wojskowemi. Za Wisłą widać miasto, 
ostatnia budowa od lewój strony pałac Kazimirowski, kaplicę Moskiew- 
ską zwaną, widać przez dachy gmachu połączonego galeryą z pałacem 
Kazimirowskim, napis objaśniający głosi : „4. Das Adel Frauen Zim- 
mer Stift^'^ przy nim klasztorek z kościółkiem. N. 5. Das Franzesishe 
Nonnen Kloster. h.ą tu Wizytki zaprowadzone w r. i 667. Widać da- 
Ićj pałac Koniecpolskich , Ossolińskiego z wieżą, Radziejowskich, nąj- 
wspaaialszy z całego miasta, za którym ku zamkowi widać spalone przed- 
mieścia. Widok ten po r. 1667 robiony około 1670, jak postrzega K. 
Świdziński, kopijował późaićj Beck. 

Tegoż zapewnie , jest mapa Polski do dzieła : Allgemeine Zei-^ 
tungs Uandbuch w r. 1748 wydanego, podpisana: C. P. P. S. V. E. 
Back, a H. sculp et exc. A. V. Ćwiartka. 

Baerend C. {Baerendls, Baerenis). Baerend Karol , rzei- 
biarz medalów, płaskorzeźb i sztycharz, urodzony w Dukli, ale wycho- 
waj się w Dreźnie, Uczył się uMatthaei, Mattensperger^a, Gasanor^y 
i Hócknera. Są jego roboty medale, medalijony, płaskorzeźby z wo- 
sku, portrety z natury, kopi je z antyków. Niektóre prace chwali 
Nagler. 

Obrazy Baerendt^a ucznia Casanovy na wystawie w Dreźnie 1794, 
wzmiankuje S. Morawski. 

Innego zapewnie Berendfa Karola takie były w r. 182< na wy- 
stawie Warszawskiej modelowane popiersia. 

Baeseler (DHseler). Litograf w Poznaniu; znamy jego: Ry^ 
nek i ratusz w Poznaniu w dzień targowy w litografii W. Kurna- 
towskiego w Poznania wydany. Ładna litografija w arkuszu (a deux 
teintes). 

Baf tałoiYskt J. Litografował w Berlinie w r. 1838 wize- 
runek Klaudyi z Działyńskich Potockiój. 

Bai^leiwlez (?). Litografował w r. 1840 : Jan Sandmann 

wirtuoz muzyczny (arkusz). 

Basnl C. W katalogu rycin, zbioru A. Batowskiego pod N. 
14H, jest: Joannes Rex Poloniae w 24, na miedzi, z podpisem szty- 
charza C. Bagni. O żadnym nazwiska tego artyście wiadomości zna- 
leźć niemogliśmy. 

Balimauii. Sztychował na stali, portret Władysł. hr. Ostrow- 
skiego z laską marszałkowską w ręku : Lądislaus Graf von Ostrów^ 
skietc. 4'to. 

Bafcałowlez A. Uczeń szkoły sztuk pięknych w Waraza* 

10 



74 IROl^OTHKRA. 

we. Na wystawie 1850 r. (Gaz. War. 180), były roboty jego wnę- 
trze tuszem i pejzaże. Zabawa w karczmie z talentem obmyśl^ma. 
Zobacz Piotr Wrmshi. 

BąliOWSlLl Teoni. W r. i852 czytaliśmy w gazetach ogło- 
szenie , że Teofil Bąkowski ąrtysta-malarz (sic) przybył z zagranicy, 
stoi na Podwalu w hotelu Słowiańskim i maluje portrety olejne po 10 
r. sr., z zaręczeniem podobieństwa (!!!)- Dla osobliwości wspomnij- 
my i to, chociaż niezaręczamy za artystę, jak artysta za podobieństwa, 

Bąfeows^hl Jan-pyincenty Jaxa (hrabia). Sztycharz ama- 
tor. Urodził się z ojca Mateusza a matki Anieli z Komorowskich Bą* 
kowskich (rodziny dawnej Pomorskiśj) w Wiśniowczyku w r. 1760, u- 
mart we Lwowie r. 1820. Mąż ten oprócz talentu z charakteru swego 
wysoce był ceniony, żył w ścisłych stosunkach z Ossolińskim i przyło- 
żył się do ustanowienia Zakładu imienia Ossolińskich we Lwowie. 
W wolnych godzinach trudnił się rytowaniera i rysunkiem, a liczne pró- 
by prac jego ma zbiór Medycki Pawlikowskiego. 

Bytował. 1. Jędrzeja Morsztyna podskarbiego, z ryciny Ede^ 
Unck'a. 

2, Gerard hrabia Donhoff, wojewoda Pomorski, oraz podskarbi 
w. kor. Bytował J. Bąkowski^ in 4^io (ze starćj rycinyj. 

3. Byciny monet i medalów Polskich. 

Bysunek oryginalny Jana Jędrzeja z Badzymina Morsztyna z Ede- 
linck'a, fol. przez niego robiony w r. 1792 ma zbiór Ossolińskich. 
Portret jego był litografowany. 

Baleewlcz Franciszek- Wactaw. Sztycharz, który pracował 
W Wilnie około 1759 r., ale o życiu jego żadnych szczegółów niemamy. 
Bobił rylcem, po większej części obrazki świętych , niekiedy mierne, 
w ogóle nieodznaczające się, ani kompozycyą ani wykonaniem. Większe 
są jeszcze gorsze od małych. . 

Największą znajomą jego ryciną, którój blachę posiada Eust. br« 
Tyszkiewicz, jest wizerunek św. Kazimierza królewicza. Oprócz tij 
pięć innych blach są w zbiorze Tyszkiewiczów Łohojskim. . Podpisy- 
wał się najczęściój przez skrócenie: Franc Bale, Fr. Balc^ Franc. 
WęcesL Bale; rzadko całóm nazwiskiem. 

1. Ąffigies S. Casimiri Regij Poloniae et M. V. L. Principis 
oujut corpus indesinenlibuTi gratiis et beneficiis claret in Cepel- 
ia Regia Arcis Filnens. ad excitandam et confovendam Sarmo" 
ticae gentis devotionem ergo hunc suum principalem patronum 
zelOy cura et sumptu Illustrissimi Exc€llentissimi Reverendissimi 
Domini Antonii Comitis Tyszkiewicz Episc. Samogitiae praepo- 
siti et Capellae^ sculpta et excussa. Anno Domini 1749. Po- 
niżój Franc. ^ęcesU Bale. sculp. Filnae. 

Półarkusz, wysoki cali 16, szer. 11. W ozdobach nakształt por- 
tyku, wyobraża świętego stojącego z liliją w ręce jednśj, z krzyżem 
wdrugićj, gniotącego nogami berło, koronę, tarczę i ślepego genijusza 
z łukiem w dłoni, mającego wyobrażać miłość ziemską. SwięUnuipo- 



ikOHOTHSKA. 7t 

daje koronę i berło nieziemskie anioł po-xi4żęcemu ubrany, w koronie, 
na obłoku niesiony. Po za świętym widok, katedry, miasto, góra Zam- 
kowa i Trzykrzyska. Herb Tyszkiewiczów dzieli podpis. Są odbicia 
slar^ i nowsze. Kompozycya i rysunek nadzwyczaj liche, wykonanie tak- 
ie nieszczególne. Ryciny tój kopiję zmniejszoną litografowano w Paryżu. 

3. Matka Bożka Niepokalanego poczęcia, na pół-xięźycu i kuli ziem- 
skiej wężem okręconśj, podpis: Mater pulchrae dilectioniSi Eccl 24. 
Niż*j: Franc, Bale. sc. Filnae. Blacha wŁohojsku. 

8. Małer admirabilis Et/symontoviensis in Districtu Grodnenst 
U dołu: Franc. Bale. se, Filnae. W ozdobach łamanych z palm i li- 
ćci złożonych , wśr(5d których w górze draperya i korona, M. Boża 
trzymająca na ręku Chrystusa dziecię, któren jedną ręką błogosławi, 
w drugiój trzyma xięgę. Na pokryciu głowy Matki Bożój wyszyty krzy- 
. tyk Grecki. Głowy promieniste. Sztych nieszczególny. 

4. Błogosławiony Józef Kalasanty od Matki Bozhiij, fundator 
szkół pobożnych^ umarł r. i648, beatyfikowany r. 1784, cudami 
iv Rzymie i w innyeh państwach sławny patron w utrap. W-to. 
Sztych mierny, ale rysunek w ozdobach niezły. Franc. Bale. sc. 
Filnae. W ramie łamanśj i liściowej, owal, w nim figura śwgo w birecie 

i sukni Pijarskiój, na piersi monogramm ^^^^ w promieniach, w rę- 
ku trzyma paciorki, przed nim krzyż. Podpis na podstawie. 

5. Św. Jan Nepomucen, w obłokach z krzyżem i pięcia gwiazdami do . 
koła głowy, anioł przy nim palmę trzyma, sześć główek aniołków 
w g^rze^ u dołu inny anioł z ustami palcem przyciśnionemi kartą, na 
którij: S« Joannes Nepomucenus. Fr. Bale. sc. Filnae* 

6. Inny zapewnie św. Jan, którego blacha w Łohojsku, nosi całe na- 
zwisko w podpisie F. Balcewicz sc. Filnae. 

7. S. Antonius Paduanus. F. B. sc. Filnae. 8-a. 
8—18. Trzy nieopisane Wachy są jeszcze w Łohojsku. 

!Balc!eivsbl E. Malarz nam nieznany w Wilnie, w drugiej po- 
łowie XVIII w. pracujący; wie o nim Heineken {II. 51), i pisze, że 
malował portret Maryi-Józefy królowój Polskiej, sztychowany bez imie- 
nia rytownika. 

Baleser. Balcier Schniczer, rzeźbiarz w Krakowie w r. 4533 
wspomniany w aktach Radzieckich, wedle noty p. Aip. Grabowskiego. 

Baldl (Baldo) Antoni. Malarz i sztycharz z Gava, uczeń Soli- 
meny, sztychował igłą i;rylcem, portrety, alłegorye i t. p. Pracował 
(ur. 1688) ok. 1740 r. 

Z jego rysunku sztychowano kilka rycin allegorycznych z powodu 
małżeństwa króla Obojga Sycylij z xicżniczką Sasko^Polską. Na jed- 
nój z nich w górze dwa portrety w medalijonach, niżćj dwie muzy — 
4 -a, Heineken* 

Tenże cytuje inne ryciny z powodu tśj uroczystości zrobione, we- 
dle rysunków Anton, Baldi. Kilka portretów na rodzaju ołtarza — 
Nos copulat Fenus (in 4-o). Król i królowa odbierający cześć od lu- 
du Neapolitatekiego (in 4*o). Wjazd królestwa do Neapolu i t. d. 



76 IKOHOTHSBi. 

Baldl Lazzaro. Malarz wPisloja, ur. 1624, ziii.1703. Uczeń 
i jeden z najlepszych uczniów Piotra z CorŁony. Rysował do szlychu 
rycinę na cześć Władysława IV, którą rył C. Bloemaert, fol. Na ry* 
cinie ii] cała postać króla konno wystawionego. (Heineken, II 53}« 

Zob. Szymonowicz. 

Balecliou J. J. Wyborny sztycharz Francuzki {Jan Jakub) 
urodzony w Arles 1715, zmarły w Avignon 17()4. On to z obraza 
Hijacynta Rigaud sztychował sławny i tak przez znawców ceniony wy- 
soko portret Augusta III, wystawujący go w całćj postaci, jako Kiątę- 
ćia jeszcze, w zbroi, płaszczu, za nim w pejzażu murzynek. Portret 
ten znajduje się na początku pićrwszego tomu Galeryi Drezdeńskiej 
(1753 — 57). Ma to być wedle Heinekena arcydzieło artysty, wielce 
się też szacuje i za drogą rzadkość uważa za granicą, byleby odbicie 
było dobre i nienowe, bo późnićj blacha była poprawiana przez nieja- 
kiego Zingg {HienckenIL 66), Huber do pięciu sztuk kapitataych 
Balechou liczy ten śliczny portret (Huber. 288), Gorsze i późniejsze 
odbicia jak widać z katalogu Lissnera, płacą się ledwie po dwa tala* 
Hf 6^J pierwsze tysiącami franków opłacane bywają; ^Brunei {Ma- 
nuel du libraire) pisze, że exemplarze Galeryi w których się ten por- 
tret znajduje, wyższą od innych mają wartość. 

Najpićrwsze odbicia portretu tego są bez roku 1750 i bez wyrazów : 
Chev. de Vord: de St. Michel Odciski całkiem bez podpisu trafiają się 
także, ale są niesłychanćj rzadkości. Autor Notice sur les Estam- 
pes de la BibL Hoyale i Foyage d'un iconophile (Duchesne), myli 
się utrzymując, że portretu Augusta III jeden jest tylko exemplarz cał- 
kiem avant la leilre w gabinecie Bibl. królewsk. w Paryżu , nabyty 
wr. 1805, który od sztycharza Daudet przeszedł był do jakiegoś ama- 
tora w Bordeaux , a z niego do Bibl. Paryzkićj. Joubert dowodzi, że 
tak niejest. Znamy cztery podobne odbicia : 1) w zbiorze Paryzkim 
kupiony w K 1807 za 1,200 franków; 2) w zbiorze Drezdeńskim; 
3) w zbiorze arcy-xięcia Karola w Wiedniu ; ostatni sprzedany na li- 
cytacyi Franka w Wiedniu 1836 r. za 130 fi. 45 kr. 

Drugie odbicia są bez roku 1750 nad nazwiskiem sztycharza. 

Trzecie numerowane (jedno takie posiada zbiór Batowskiego we Lwo- 
wie, 21 Epreuve^ N. 1857). 

Bez numerów. 
X Nakoniecy poprawiane przez Zingg' a. 

Oto są ceny różne portretu tego, jakie znajdujemy u Heller'a, w ka* 
tal. Weigla i t. p. 

Mariette, 260 fr.; Servat, 100 fr.; Basan, 180 fr.; Yalois, 121fr.; 
Saint.Yvcs, 125 fr.; Alibert, 164 fr.; Durand, 900 fr. (bez wszelkiego 
podpisu), z podpisem bez roku 1750, 30O fr. ; Debois, drugie odbicie, 
122 fr; Frauenholz V., 22 fi.; Becker, 4J. thlr. ; Schneider, 5^ thlr. ; 
Frank, drugie odbicie, 33 fi.; Weigel, 7 thlr.; Scbwarzenberg, lif thlr.; 
Sternberg, 5^i thlr. 

Dwa tomy Galeryi, w której się znajdują portret króla i królowćj, 
sprzedawały się po 520 fr., nieprzechodząc nigdy 560 fr. 



1 K o II o T H B K A. 77 

(Porlret ten wysok. 695 millim. i 501). 

Tegoż Balechou jest portret Henryka Brilbl z obrazu L. SiWestre, 
równie prawie szacowany jak królewski, (wysok. 438 roiHim. i 365, 
to jest cali 19 lini}9, i 14 cali 51inij). 

Portrety Briibla znane są także w rozmaitych stanach. 

1. Odbicia, bez żadnego podpisu, rzadkie. 

2. Odbicia, w herbie u spodu po za lampartami bez chorągwi. 

3. W herbie za lampartami chorągwie, głowa nieco poprawiona od- 
miennie. 

Podpis: Henry Comte de Bruhl. premier Uinisire de Sax. Ma* 
jeste l0 Roy de Pologne Electeur de Saxe, fol. (1750 r.). 

Różne ceny sztychu tego na licytacyacb bywały: Brandes, 2^^ 
thlr.; Winkler, pierwsze odbicie, 3 thlr.; Frank, 3 fi. 15 kr.; Weigel 
1 thlr. 

Balcer Jan. Sztycharz w Pradze 1738—1799, rytował wiel- 
ką ilość portretów różnych, bitwy, pejzaże, wizerunki świętych i t. p. 
Roboty jego niektóre tylko staranniejsze są i lepsze, ogół pospolity. 

Kilka robót jego ubocznie nas obchodzi. 

i. Pati/usŹW^*, wizerunek na miedzi (ur. 1413, + 1499), w8-ce, 
Balzer sc. (w zb. Batowskiego, N. 545). 

2. Paulus Strański, prof. gymn. Tharun.f 8-ka. J. Balzer &c. 
Pragae. 

3. Fridericns-Augusłus , Elector SaToniaSf etc. 8-ka. Pechwell 
delin. Johannes Balzer sc. Popiersie w medalijonie. 

Niewiem czy tego Balzera, jest jeszcze. 
— fVenceslaus de Budowo Budowicz Consiliarius S. B M. w 4-ce. 
Balcer sc. Popiersie. (Żył za Zygmunta III). Jest wzbierze Ossoliń- 
skich, kat. 104. 

4. Jan Amos Komenijusz. 

5. Albertus-Augustus-Uauritius , Dux Saxonxae et TescIUnioe^ 
Caes. Reg. Supremus Campi Mareschalcus, w4-ce, Johann Bal- 
zer sc. et exc. Pragae. Cała postać na koniu. 

6. N. Panna Berdyczowska, w 8*ce. Balzer sc. Pragae. 

Rainer Jan. Malarz portretów w Rydze, gdzie sit urodził w r. 
1775. Kształcił się w Dreźnie u CasanoT^y, i ku końcowi XVIII w. 
powrócił do Rygi. Tu późniój pracował. Wspomina o nim Nagler. 

Balestra Antoni. Malarz i sztycharz, urodzony w Weronie 
wr. 1666, zm. około 1734—1740 r. 

Z obrazu jego, a rysunku ^^ CavaggionU sztychował CarlOr- 
soUni^ (arkusze) iśw. Aloizego i Stanisława Kostkę w niebieaiech. 
(Heineken. II 73). 

Ballcht Karol. Krakowianin, uczeń Głowackiego, mzdarz i do- 
bry litograf, szczególniej pejzażysta. Korespondent Bibl. Warszawskiej 
1851 roku pisze o nim : „Jest to jeden z najwięcój obiecujących ucz- 
niów dawnych Głowackiego, a dziś A. Płonczyóskiego." W pracowni 
jego widział sprawozdawca kopije obrazów Steinfelda, Gauem«nai Ku« 



m łkOtlOTBKSA. 

mer^ai A* Gorczyńskiego, Głowackiego i Pło&czyńskiegO) Łak staranne 
i sumienne, że ich od oryginałów niepodobna było odróżnić. 

Oprócz tych kopij , studijów rysunkowych i litografij wzmiankuje 
korespondent niewykończonych kilka widoków Krakowa, olejno z na- 
tury robionydi. Koloryt w nich piękny, iywy, naturalny, dokładność 
w przedstawieniu wielka i wykonanie umiejętne. Wr. 1851 oderwaw- 
szy się nieco od robót olejnych , oddawał się p. Balicki sztycharstwu 
i znakomite w nióm uczynił postępy. Wykonywał piękne obrazki re- 
ligijne rylcem na kamieniu, które wydawnictwo dzieł katolickich ogło- 
siło. 

W r. 1852 robił rysunki do dzieła przez Przeździeckiege i Rasta- 
wieekiego wydawać się mającego (ffzory sztuki irednin-wiectńej)^ 
między innemi rysunek grobowca kardynała Fryderyka. 

Znane są jego : 

1. Zygmunt /, z płaskorzeźby w domu Bonerów w Krakowie, in 4-to, 
do &pomin. Ojcz. Ambr. Grabowskiego. 

2. Płaskorzeźba Wita Stossa w kościele św. Floryana w Krakowie, 
prześlicznie zrobiona, choć mnićj dobrze odbita. 

3. Kilka jeszcze litografij z rysunków M. Cerchy do starożytności 
J. Łepkowskiego, 

4. Kościół w Krzeszowicach^ na papierze do listów. 

5. Grobowiec Pakosława z r. 1319 do Rocznika nauk. Krak. 1852, 
(au trait na kamieniu). 

6. l^atusz Krakowskiy do tegoł, kilka litografij. 

Znane nam roboty p. Balickiego tak są ładne i wykończont, że je 
mamy ledwie nie za najlepsze u nas w tym rodzaju. 

Baliński S(tanisław). Brat Michała Balińskiego, znanego pi- 
sarza historycznego, urodzony w Wilnie w r. 1783, zmarły w Kridio- 
wie wr. 1813. Tłómacz La Rochefoucanld , Regnard'a i autor pism 
innych kilku. W r. 1805 powrócił on z podróży do Pruss, Saxonii, 
Austryi, Czech i Węgier. (Nekrolog, Dzień. fVa. 1817 T. FI). 

Z jego rysunków są dwa sztychowano portrety: 

1. Jerzego Mniszcha (zKilliana?) do dzieła J. U. Niemcewicza, sa- 
nowanie Zygmunta IIL D. Weiss sc. 

2. Portret T. Czackiego, sztychowany przez tegoż I). Weiss 
w Wiedniu. 

Baliński Stefan. Budowniczy, professor szkoły sztuk pięk- 
nych w Warszawie. W r. 1850 restaurował kościół xx. Karmelitów 
i pałac Rządowy przy ulicy Miodowćj. 

Bffellartl* Sztycharz mało znany, sztychował z rysunku Z. Vo- 
gla, Karpaty, arkusz podłużny. 

Ballfcanl Józef/, zobacz Jan Fabri. 

Banlewlea^ x. Józef. Zakonu xx. Kanoników regularnych, 
w r. 1820 był nauczycielem rysunków w szkole przez nich utrzymy- 
wać] w Litwie, w ita. Stonimie. 



J.-C. (Jafiqueft-Charles) rysowaik i szŁyctuurz aąua forti 
I lawowanym sposobem; pracował w Paryżu, 1777 — 1800 r. 

Jest jego sztych : Epithalam na małteństwo Ludwika XV z Lesz- 
czyńską, arkusz. 

Baranowskie x. Bonawept. Zakonu xx. Bernardynów, nau- 
czyciel rysunków w szkole powiatowej Traszkuńskiij, utrzymywanej 
przez Bernardynów (18 . . ). 

Barattl Antoni Malarz i sztycharz, ur. we Florencyi około r. 
1726, pracował około 1759—64. 

Jest jego portret Stanisława-Augusta (w zbiorze A. Batowskiego, 
N. 224i): Stanislaus - Augusius Rexj w 8-ce, na miedzi. Ant. Ba* 
raili SC. 

BarbeJ A. zob. BeneU. Farjat. 

lĘmrh^r^fHWA Wilhelm (GuiU. Barbier). Francuz, szlachcic, 
budowniczy wojenny, służył głównie przy Ją^ie-Karolu Chodkiewiczu 
w jego wyprawach wojennych, i jego staraniem w r. 1607 nobilitacyę 
otrzymał „ze względu dzielnych rycerskich zasług jego przez wspom- 
nionego hetmana zaleconych.*' 

Bardou Paweł-Józef. Malarz Berliński , zmarły w r. 1814« 
Jego jest obraz z podania o napadzie Litwinów na klasztor zakonnic, 
w którym mniszka uchodząc sromoty, Litwinowi pod pozorem, 4emo4« 
miecz zamówić, by nieszkodztf , ściąć się dała — jakby próbę z siebie 
czyniąc. Wykonanie i kompozycya piękne. 

BardauK (Bardou, Bardów) Jan. Malart pastelbwy z Berlina^ 
uczeń Lesner'a, w swoim rodzaju wyborny i bardzo wzięty artysta. 
Wedle Naglera w r. 1775 przybył do Warszawy, i tu pracował lat kil- 
ka; ale mu się w Polsce niepowodziło. Roboty jego bardzo wypełzły. 
Dwie kompozycye są szty^owaie. 

W galeryi StanisUwa-Augusta, były : 

1. Portret Hr. ... w suknie myśUwskićj (pastel), cdi 12 i 9, duka* 
tów 4, n. kat. 601. 

2. Xcia Adama Czartoryskiego, owalny, cali 10 i 8, (N. %Q%). 

3. Xiętn(j Jabłonowskiej, wojewodziny Poznańskiej z domu CzapliCi 
cali 10 i 8. (N. 603). 

4. Potockićj z domu hr. Zamojskićj, w. podkomorzyn^j, cali 10 i 8. 
(N.604). 

BaretU Jan. Stukator , z Mikołajem Piano odnanuał stuki 
w kościele św. Piotra na Antokolu w Wilnie w r. 1801. Piano lunar) 
w r. <802. 

Ilarl Piotr. Piotr Bari lub Piotr z Baru , malarz który praco- 
wał nad ozdobieniem kościoła xx. Kapucynów w Krakowie okoio roku 
1(U)5, tu zmart i pochowany z nagrobkiem. Wspomina o nim. Ci^mpi 
w swćj biblijografii krytycznej. U xx. Kapuc|w!w qa bió ną^(^(k 



80 I « o t o T R fe ft i. 

na taUicy m&rmurowćj po prawśj stronie wielkich drzwi umiestezooy, 
z napisem: 

Sta. Ylator. en. 
PetrVs. Bari. 
Insignis. PIctor. 
In. arte. nuLLI. SecVnDVs. 
PenIcILLo. Llbltlnae. 
DecoLoralYs est. 
Die 18 Augusti. 
Co znaczy rok 1605 d. 18 sierpnia z cbronogrammu. Dzieła je- 
go niesą znane. 

BardelU. Nieznany zkądinąd rzeźbiarz , bo go i Nagler nie 
wspomina, robił w Rzymie popiersie marmurowe Stanisława-Augusta 
bardzo piękne, dziś znajdujące się w Łazienkach. 

Berehhefir J. G. Jan Gothard, około r. 1676—1697 w Wil- 
nie pracował; niewiadomo zkąd rodem i przez kogo do Litwy spro- 
wadzony. 

W kaplicy katedralnśj bw. Maryi-Magdaleny znajduje się ogromny 
obraz Wszystkich świętych^ malowany przez niego w r. 1690 i pod- 
pisany. Śmiałości w nim wiele, ale manijery , przesady i nienałural- 
ności więcćj jeszcze. Po bokach tego obrazu były dwa mniejsze wy- 
stawujące iw. Stanisława i Kazimierza. Akta kapituły (1697 Ada 
rener. Capit. 2 octob. f. 594) dowodzą, że za tę pracę odebrał zło- 
tych sześćset nagrody. 

W zbiorze piszącego, jest szkic mały tego malarza, dowodzący, że 
w r. 1676 był już w Wilnie (nabyty w Berlinie). Jest to w ósemce 
małćj rysunek na papierze sinym tuszem robiony, wyobrażający Mer- 
kurego z Kaduceuszem w jednćj , z paletą i pęzlami w drugićj ręce, 
suknia zbroję pokryta, fałdzista, przepasana, drapcrya zarzucona na ra* 
mie. Stoi na półkuli ziemskiej. U góry napis trochę ocięty : Joan* 
nes Gothardus Berchhoff, M. P. Zdrugió} strony: Filnae inUth- 
vania, A. 1676. Dokoła: Nil ego cmtulerim incundo sanus 
amico. 

Rysunek łatwy, wprawny, ate niesmaczny, takiego właśnie manije- 
rowanego charakteru jak obrazy w katedrze, w których więcij umie- 
jętności i odwagi niż talentu, a w ogóle przesada i zły amak panują. 

Baron Marcin. Na wydanćm przez siebie niesłychanej rzad- 
kości dziele, mającćm się zaraz opisaś, podpisał się Saroslavien'- 
sis Polonus (może, domyśla się P. S. Morawski Jaroslavi$nsiSf to jest 
rodem z Jarosławia). 

Dzieło, o którem wspomnieliśmy, z bardzo pięknemi i przez znawców 
cenionemi sztychami , chociaż jest jedyną ikonografiją świętych Pol- 
skich, u nas prawie nieznane. Jeden tylko osobliwszćj ł.ćj rzadkości 
eiemplarz był wbiblijotece Załuskich, (obacz Janocki Nachricht I TheiU 
N. XVn)y dziś w publicznśj Biblijotece cesarskiój w Petersburgu; dru- 
gi miał posiadać p. Gw. Pawlikowski, 



SPIS RZECZY, 



Notatki Dziwaka, ogłosił Wacław P 1. v^ 

Myśli z Ł. Schefera, przez chłopa z pttu Maryampolskiego. 3L 

Tukaj, przez A. E. Odyńca 33. 

Kwestarz Starozakonny, przez W. Korotyńskiego . . • • 44. 

Stary Zamek, przez J. I. Kraszewskiego .*•.... 47. l 

Od Merecza do Kowna, przez St. Morawskiego . . . • 81. v/ 
Zdanie' sprawy o Tatarach Litewskich, przez A* Muchlió- 

skieco , ni!. 

Wiadomość historyczna o zamkach, horodyszczaeh i oko- 
piskach starożytnych na Litwie i Rusi Litewskiej, przez 

Konst. hr. Tyszkiewicza 181, ^ 

Piśmiennictwo w W. X. Poznańskiem od r. 1850 i cha- 
rakter tegoż w poprzedzających latach przez Ant. Bia- 
łeckiego 197. 

X. Marcin Poczobut> przez Michała Balińskiego . . • • 235. ^ 

Jan Chodźko, przez Dominika C. Chodźkę .,.,.. 271. ^ 

Korespondencya Teki: 

Listy: 1., J. I. Kraszewskiego , . , . 293. 

2., A. B. 319. 

3., Andrzeja Jastrzembskiego « 335. 

4., O gospodarstwie , . • , • 343. 

5,, Szymona Konopackiego ...•.•..• 377. 
Ogłoszenie Konkursu do napisania, historyi włościan i sto- 
sunków Ekonomicznych w dawnej Polsce . . • « 378. 

Od Redakeyi Teki Wileńskiój 382, 

Dodatki; Chatka ojca Toma (ciąg dalszv)— od 25 — fó« 
Ikouotheka (ciąg dalszy) od 49—81. ^ 



WILEŃSKA 



W7D A WŁIfŁ 



P X z I z 



JANA ZE SŁIWINA. 



Numer szósty. 



Brul&iem Teofila GlAelLSbersiH 

Księgarza i Typografa Wileiiskiego Naukowego Okręgu. 



1858. 



' :./:;'.^. ■V. . V; 



Poiwolono drukować, z obowiąikiem złoienia w Komitecie Cen- 
zury prawem oznaczonej liczby ezemplarzy. Wilno, dnia 10 czerwca 

1858 roku. 

Centar , Paweł Kukołrik. 



lllOZi. 

POWIEŚĆ SENTYMENTALNA. 

PRZEZ 

LUCVANA SIEMIlliSKłEJO. 



Ces deus personnes n^en font ąn^ane. EUes mai 
tellemeiit entrelacćes comme les dem imes et les deui 
eufitences des detix ^poui, <(ue la Yiederun est le 
contre-coup perpćtuel de la .vie de Pautre, et que le 
me me ĆYĆnement ou le meme sentimeot, repercutć dans 
un double ichOy 0*7 pf od«il 4|ii'ud Beid et mime imirii. 

Dfi Laiaktine. 

I. 

Nielubię, gdy się romans zaczyna od balu; 

Nielubif heroiny wyciętej złurnalu, 

Na którą się modniarka składa i. perukarz*- 

Bo najczęśclćj pod blichtrem serca niewyszakasZi 

Zwłaszcza, gdy idealnćj szukasz heroiny 

Na szybach woskowanych, we mgłach krynoliny. . . . 

Lecz któł niewie, Jak rzadko spotkać ją w tym świecie, 
- Gdzie uczucia tak sztuczne, jak robione kwiecie 

Gdzie' spojrzenia, uAtniechy i łzy wykłamane— 

Jednakowoż bywają dusze tak wybrane, 
niA JH.m. 1 



366 

Że łal patrzeć jak łańcuch z pajęczyn uwity 
Przykuwa nie Maryle same, a Judyty/. 



IL 



Na przekor zatofteniu temu, moja powieść 
Chociał nietendencyJDćj natury, chce dowieść 
Że aa balu w Warszawie. . . • Pn^cudne tam bale ! 
Nielylko w sam karnawał, i po karnawale 
Ochota nóg się trzyma z szlachetnćj podniety 
Ażeby opisywać miały co gazety. 

Otóż, na jednym balu— tak powieść dowodzi: 
Był panicz i panienka, — oboje zaś młodzi 
I na świat wstępujący. Niewiem czy się godzi 
Nazwać ich ? więc nienazwę; lecz węzeł zawiążę 
Gdy powiem: ona była pięknością, on— xiąjię. 
Że zaś piękność — tu węzeł mój zadzierzgnę lepićj— 
Niezawsze się na drzewie herbownćj krwić szczepi, 
I niezawsze z posagiem chodzi w jednśj sforze. . . 
Otóż wpadam w socyalizm ! uchowaj mię Boże 
Od tćj zmory, co dusi nasze powieściarze, 
I daj, niech bez tendencyi tę powieść domarzę* 

jn. 

w potokach światła» woni, kolorów, gorąca. 
Parę tańczącą para prześciga tańcząca; 
Walc wirowaty salę jak uragan wstrząsa: 
Klarynety wciąż górą, bas niby się dąsa; 
Skrzypce, jak śpiew pastuszka w dolinie pod lasem, 
Rozlegają się echem i kłócą się z basem— 
To Strauss lubieżne tony do serca tak leje 
Jakby napój miłośny-«i wszystko szaleje. .... 



m 

Girlanda tylko matron zbyt chudych, lub tłustych, 
Ustawiona pod ścianą, cenzura dla pustych, 
W wysokiim nastrojeniu na kamerton cnoty, 
Przez podwójne lornetki śledzi te obroty 
Par tańczących i wzrokiem ponuędzy nie wpada, 
At tancerka tancerza porzuca i siada 

Właśnie usiadła jedna sukienka bialutka 
-Z twarzyczką jak w m^ach lięSyc lub W mleku jagddka—- 
Wolę to porównanie, bo nie osyaniczne— 
Słowem, dzićwcze to było tak śliczne, tak śliczne.. . 
Lubo niewiem, czy jasną płeć miała, lub smagłą? . 
Gdyż najpiśrwsze wraienie bywa rzeczą nagłą. 
Jak działanie promieni słonecznych Daguerra — 
Wraienie się przyj muje, ale nierozbiera. ... 
Najpewniój, te wniój wszystko było odpowiedne 
I w cząstkach i całości, i tak niepowszedne 
Szczegóhiićj ócz wyrazem, potom ust uśmiechem, 
Że zgubić dla niśj duszę niebyłoby grzechem. . * 
Chociaż grzechem być może w tegoczesnym duchu, 
Co się rad zabezpiecza od tego wybuchu 
Przez wolne wydymianie sercowych wulkanów, 
W grze, sporcie i wojażach naszych Anglomanów 
Wychodzących z infimy. , . . 

Usiadła pod ścianą. 
Słuchała niesłuchając, już przygotowaną 
Jakąś długą perorę mówioną półgłosem; 
Zniosła ostre spojrzenie, rzucone ukosem; 
Zniosła nawet — co dziw mi — na czoło zsunięty 
Promyk włosów; a wachlarz ma nierozwinięty. 
Choć po szalonym walcu chłodzić się wypada, — 
Zwłaszcza, gdy pierś zmęczona wznosi się i spada 
Jak fala, co uderza o morskie krawędzie — 
Szumne to porównanie znalazłem w Ostendzie. 



s» 



IV. 



Gdyby tam jaki bystry doatrzagaez stali boku. 
I ttwaiał niezwykłą odmianę w jćj oka 
Co z pod rzęaów jedwabnych dłagi promień słato 
W jeden punkt, tylko ir jeden— bo nic niezbaczało, 
Jak i słońce niezbacza patrząc w Bołe światy 
Gdy ^odćwieła je wiosną w zieloność 1 kwiaty,**- 
Pewnieby w lot pochwycił, jak wykeł przepiórkę. 
Jakiś sekret i w serca aŁ zajrzał komórkę. 

Szczęściem, te go niebyło 1 wreszcie, trwało krótko; — 
Bo oto przed pięknością, xięftycem, jagódką, 
Młodzieniec wzrostem, czołem, profilem tak inny 
Od reszty,— stanął przednią; a jakiś pan zwinny 
Choć otyły, zapewnie gospodarz zabawy, 
Przedstawił go, z tytułem xięcia, do Warszawy 
Tylko co przybyłego.... 

Panna się spłoniła, 
Odrzekła cóś półgłosem i oczki spuściła; 
Choć pewnie weń patrzyła owćm światłem duszy, 
Co widzi o mil tysiąc i co słyszy w głuszy. — 
Wszak bywają osoby o dwoistym wzroku, 
Co widzą w oddaleniu, nawet w nocnym mroku, 
Lepićj nił na dniu,— jest to organizm nerwowy; 
Wreszcie tak samo widzą i koty i sowy — 
Lecz ja chciałbym tu skreślić stan dwóch serc niezwykły: 
Gdy się spotkały w tłumie i naraz przenikły 
W skutek prądów tajemnych ku sobie biegnących 
I gdzieś się w napowietrznćj drodze krzyżijyących, 
At zawiązują węzeł, sympatyą nazwany, 
W moc którego nieznaną, jut kocha nieznany. 



SM 

I zanim się ich octy spotkają, dłoń zbliży, 
Już czują cóś w powietrzu i krew' b|je chyżej, 
A wewnątrz się rozlewa tęsknota tak rzewna, 
Wszystkie myśli przenika harmoi\ia tak śpiewna, 
Że co widzą, co słyszą* co dotkną— to wszystko 
Przedstawia się jak z innych światów pojawisko: 
Kwiaty lepiśj im pachną, niebo błękitnawsze, , 
I zieloność zieleńsza, ludzie dobrzy zawsze 
Jak anioły— a ziemia istny raj przed grzechem«.« • . 
Możnaby świat spótbożyć takich serc uśmiechem I 
Lecz dobre się nieszerzy jak mik*, lub cholera— 
I ten uśmiech na ustach ironji umiera I 

Cóż dziwnego, że para tak usposobiona 
Szukała się— znalazła ... i w jego ramiona 
Gdy zaprosił do tańca, jak gołąbka biała 
Rozpostartemi skrzydły na piersi zleciała. 
I oboje w tłum wpadlL 



V. 



Próżno chcieć ode mnie 
Bym opisywał, jak to walcować przyjemnie, 
Jak wonne tchnienie wciągać, oko topić w oku, 
I ulatywać w niebo w wirowym obłoku — 
Bo mógłbym jak raz trącić o płaską zmysłowość, 
Lub zabrnąć w Balzakową opiso-rzeźbowość, 
Z zasady rozdrabianą dzisiaj na atomy, 
Z czego treść arcy-kusa rośnie w długie tomy 
I na łokcie ąię płaci. Ja sam tćj metody 
Trzymam się, i co chwila wymyślam przeszkody 
Zupełnie jak w gonitwach końskich z przeszkodami; 
Gdyż im dłuższa rzecz będzie, xięgarz więcój darni. 



370 



VI. 

W lim orkiestra ucięła, szmer powstał oa sali 
Ogólny szturm na biufet 

vn. 

Gdzież będsiem szukali 
Pary naszej ? Nieśmiatbym posadzić ich przecie 
Przy szumiącym szampanie, truflowym paszteciOi 
W gawf dce o miłości z krytycznym poglądem, 
Niemnićj filozoficzno-estełycznym sądem, 
Co się często kochankom tegocześnym zdarza, 
Że lawę namiętności leją z kałamarza. 
Tam— ich niema. Lecz gdzież są? 

Gdzieżby indziśj byli 
Jeśli nie tam, gdzie xiciyc świeci, słowik kwili, 
Wody mruczą, a drzewa wieczorne pacierze? — 
Zwykle piękna natura dziesiąty grosz bierze 
Z pierwszych uczuć, — a zatćm wniosek oczywisty, 
Że w każdym zakochanym trochę panteisty. 

Zgadłem I . • * otóż ich widzę w oknie. Cień firanek 
W połowie ich zasłania, axiężyc kochanek 
Znów w połowie oświeca. Podobnie ich miłość 

Teraz jasna— w przyszłości pochmurna zawiłość 

Ale gdzież im te myśli trapiące przyjść mogą, 
Gdy w tćj chwili prócz siebie niewidzą nikogo ? 
Bo ipocóżby mieli wyprzedzać tę chwilę, 
Gdy w nićj upojeń, szczęścia, zbiegło się aż tyle I . •• 
Cherubin przed jasnością Bożą ócz niemruży, 
Tylko mdlejąca wiara wciąż lęka się burzy* 



Niewiem co tam mówili; milczeli nąjpewniój. 
Milczenie się wyrała w m^pćci najśpiewnićj 
Inajgłębićj,— jak cisza Ukraimiych stepów 
Gdzie niezmierna tęsknota od niebieskich sklepów 
Wieje w serce człowieka, pograła w zadumie, 
Że jut sobie ze światem rady dać meonue. 

Milczeli— pocóż mówić, gdy wszystko dokoła 
Tłumaczyło ich myśli. Włoskich topól czoła 
Kłaniały się winszując narodzin Erosa, • • . 
Od gwiazdek uśtniecbniętych spadywała rosa 
Wilgotnym pocałunkiem; ró2 pąkowie prysły 
I cudną woń posłały wietrzykiem od Wisły; , 
A słowiczek, poeta odwieczny a nowy. 
Wyśpiewał dla nich sonet. Na cóż im rozmowy ? 
Na co rozmowy, kiedy ich źrenic promienie 
Spływały się ze sobą, mieszało westchnienie. 
Usta drżały jak listki, a ściśnięte dłonie 
Gadały o najmniejszym drgnieniu serca w łonie. 
W kontemplacyi wzaj^mnój wszystko się zamyka; 
Jest to w^ sztuce miłości największa mistyka, 
Októrój ni Grak ładen, ni Owid niewiedział; 
Chrześcjaństwa od pogaństwa myszerszy w tśm przedział, 
Który znowu najnowsza chce godzić nauka: 
Że kto duszę posiada, ten i ciała szuka* 

Jeśli romanse grzeszą zbytnią gadaniną. 
Tedy hiemy bohater, z niemą heroiną, 
Tępoby posuwali ten dramat miłosny, 
I kałdyby go cisnął, mówiąc: że nieznośny; 
Że autor niepotrzebne nasuwa domysły, 
Że i w mHośei język powinien być ścisły 
Jak^w algebrze; — co słusznie, wszak dzisiaj kochanie 
Jakby algebraiczne wygląda zrównanie. 



8 «Y2 

rm. 

Niewiem ctj tiążę przeczuł nasze niecierpliwość, 
Czyli też przyrodzona uniodła go 2ywo£ć, 
Czy wreszcie powódź uczuć, tak nagle, jak wody 
Górskie, śród najpiękniejszój wezbrane pogody, 
Niemogła się pomieścić w piersi bez pęknięcia, — 
Co się i malowało w rysach^ twarzy xięcia 
Bladych, skurczonych bólem tćj wewnętrznćj burzy-— 
Bo się chwytił za piersi, i jęknął : och dłołćj 
Milczeć mi niepodobna ! — W nie^ditorskim geście 
Znać było nieudane cierpienie. Nareszcie 
Przybrawszy wyraz twarzy 8pok<qnie posępny, 
Rzekł: 

„O przebacz mi pani ! jeielim występny, 
„Jełelim cię śmii^ścią moją mógł obrazić. . . • 
„Tyś wybrana i święta— a czyi mógłbym kazić 
„Choćby cieniem zMj myśli anielskość dziewiczą? 
„Ku tobie mię tóś niosło siłą tajemniczą; 
„O mil tysiąc przeczułem* te ktoś mię tu tzeka; 
,;0 mil tysiąc] wiodła mię jakaś postać lekka 
„Jak we śnie kiedy ctłowiek po powietrzu lata<^ 

Z tych słów wydał si^ 'Xiąłę, łe jest dyplomata, 
Bo odgadł sytuaeyę, w którą go rzutiła. 
Od wszelkićj dyplomaeyi potętnićjsza siła. 
A ie w tćm odgadnięciu i ona postrzegła. 
Jak się w jednćm uczuciu z kochankiem swym zbiegta, 
Więc milcząca, ku ziemi spuściła powieki. 

,JPani I-— mówfł znów ziąię^twój jestem na wieki t 
„Jedno mgnienie rozslrzygło, namysłu nietrzeba; 
„Bo czuję, ie się na mnie spełnia wyrok nieba. • . 
„Niewiem jakie przeszkody świat pod nogi ciśnie — 
„Leczwiemi łe łańcuch świętćj przysięgi nieprzśnie; 



B7S 

„I cokolwiek lu spotka, ś1ob6w mĄt} dutty, 
„Ludzie mogą flarussyć, niebo nieotruszy. 
„Ałebyś memyśMa, łe w mosgu się pali 
„Szaleńcowi-* daj mi tf gałązkę konwali; 
„Będzie to moieb przysiąg iwiad^ i zadatek 
„Wzajemności twi^j pani. . . O daj mi ten kwiatek I 
„Połołę go' na sercu; gdy to bić przestanie, 
„W niego przejdzie nadzieja moja i kochanie, 
„I wonią mówić będzie, niż ja mówię tkliwićj, 
„Że choć tu nieszczęśliwi, tam będziem szczęśliwi h< 

Zapomniałem z początku kiedym te osoby 
Wyprowadzał na scenę, wymienić ozdoby 
I znaki szczególniejsze: kolor sukni, włosów , 
Czy w nich byt powój, Qołki, lub girlanda z wr^os^w; 
Jaka tasza, nos, usta jakiego rozmiaru? 
Do pisania paszportów widać niemam daru. 

Chcąc jednak to naprawić, potrzebna jest wzmianka^ 
Że wjćj włosach świeciła konwalji równiaiika» 
I te kilka gałązek uciekłszy z szeregu 
Leiało na jćj szyi jak ptateczki śniegu. 
Otół do tych to zbiegów xiąłę miał przemowę, 
I tądanie przy wstępie trochę romansowe. 
Co chyba wytłómaezy ta jedna uwaga: 
Że na wstępie szczegóUiićj popłaca odwaga, 
Zwłaszcza kiedy tak jedna jak druga osoba 
Czuje pociąg i jedno w drugim się podoba. 
Jakoł xią2ę zgromiony niebył; lecz przeciwnie, 
Słodko się uśmiechnęło dzićwcze» i naiwi^e 
Podało mu uszczkniętą kónwalji gałązkę, — 
Nie jak ów, co to znalazł zgubioną podwiązkę, 
I aktem komedyapckim dar skompromitował ; 
Ona dała pamiątkę, a xiątę ją schował. 
Wszystko to się odbyło prędzśj mi w tym rymie; 
A w takiej tajemnicy, 2e nawet jój imia 

TEKA N. VI. 2 



|0 OTI 

Niebiegato po sili .rzuca9e priec c^eifi* 
Pytającą: gdzie Kocia? kto mi porwał Kooi^T 
Pewność tę jeszcze lepićj tea wzgląd Ydpwodoif 
Że ladzie sif nietradoią drugimi gdy głodni, 
Szczegółnićji gdy zastawne czekają ich iUAji 
Wyjątkiem od reguły jest ^odny, a goły. 



IX. 

Cói dalćj ? czytelniku zapytasz wraz ze mną, — 
C6i daKj? przyznam ci się, że daMj dość ciemną 

Podano mi legendę, niby kropek kilka 

W których mołe się zmieścić i pasterska chwilka, 
1 balkonowe sceny Romea z Juljetą, 
I porwanie z klasztoru, i podrół karetą^ 
Pog<M&, odbicie, scena z zagniewanym tatą, 
Jakimściś kontuszowym zaciętym Sarmatą, 
Co się na sentymentach niezna an( trocfaa, 
Co myśli, że dość kazać — a serce pokocha, 
I nawzajem, ie grzechem kochać bez rozkazu, — 
Słowem, tysiąc scen, rysów do lego obrazu 
Mógłbym brać, aby wypchać ten środek, jak ptaki, 
Wypychają, w żołądek kładąc sierć lub kłaki-*- 
Ai ptak będzie jak żywy, tak złudną z piór szata; 
Lecz wtćm sęk, że nieśpiewa, ani teżnielata. 
Te wszystkie kombinacje, jak panny do wzięcia, 
Przeciągały przede mną; — lecz nic przedsięwzięcia 
Niezmieniało mojego. Dwa skrzydła motyle 
Dano mi, więc je razem ze sobą zeszpOę, 
A o kadłub, już mniejsza-— bo cóż po kadłubie ? 
W motylu każdy skrzydła lubi, i ja lubię; 
Tak samo i w powieści; gdy początek daoy 
1 koniec~ to już mniejsza, czóm kadłub wypchany. 



m 11 

Zresttą, ile jest e wszystkiego naraz się wygadać; 
Co braknie, cznłe dusze mogą podokładać. 

X. I 

Cół robi na?;za piyknośó po owym wieczorze 7 . . 
Co mołe;7-aco zi^tf? on równieł oo mołe. 
A zatćm nic nierobią oboje. W tym szale 
Wiele się wzdyeba, marzyj przemyśliwa* ale 
Zwykle nic się nierobi ; bo i robić trudno 
Gdy w samotnośti gwarno, a w gwarze bezludno^ 
Kiedy jedno za dmgifoi po oUokacb goni. 
Szuka w kwiatach i trawkach, gdzie igra Fawoni, 
Botek, ktdrego tutaj wskrzesiłem dla wiersza; 
Restauracja klasyczna, zaiste niepierwsza. 
Wszak któi tam o klassykdw Warszawskiego lięztwa 
Niedarmo tyle kopij skruszył — bez zwycięzŁwa. 

Otóż choć się szukają zrazu gdzie ich niima. 
Choć miłość taką próbę dość długo wytrzyma. 
Jednakowoż ból serce ugniata jak zmora: 
Xiąłę się rozchorował, i ona też chora 

Choroba jest potrzebna jak burza w naturze — 
Serce jeśli niepęknie, wzmocni się przez burzę. 
A widać, że obojgu wyszło to na zdrowie: 
Bo się więcćj' zbliżyli odtąd kochankowie. 
Jakież z nich nowicyusze I jaki brak rutyny ! 
Dzisiaj rzadko kto chory z tak błahćj przyczyny, 
Pewny znanij recepty: klin klinem wysadza. 
Gdy jedno serce chybi, drugiem wynagradza. 

Myśli takie na chwilę u nich nieposUły: 
Jakoż są to wyjątki — albo ideały, 
Tyle tylko z drugimi mające wspólnego, 
Że on chciałby w nią patrzeć — ona patrzeć w niego« 

Zbliżyli się nakoniec I Lecz takie zbliżenie 
Kochanek przedsiębierczy miałby wnizkićj cenie, 



u 87« 

Bo i sbKłenie nawet różnie s\ą tłomaczy : 

Czyż Gustaw potopieniee na szczycie rozpaay, 

I po stracie nadziei niecbciał przestać na t<m, 

By Maryla z nim była jak „siostrzyczka z bratem^* ? 

Któżby na tóm nieprzestał? Wszak to same szczęście I 

A jednak, gdy je mamy, marzy się zamęźeie. 

Miłość jest, jak pragnienie niezgassone niciom: 
Mógłbym to poprzeć Bibiją, Dantem, Mickiewiczem, 
A nawet z łycia wziętym przykładem okrasić, 
Gdyby dziś nieumiano pragnienia tak gasić, 
Źe nic się ogniotrwałej piersi juz nieciepi. - . . 
Rozsądźcie, czy to iepićj, czyN teł nielepićj ?^ 
Nim trybunał miłości w sprawie tćj orzecze, 
Muszę wracać do wątku, bo jeszcze uciecze, 
Jak z wiatrem nić pajęcza którą snuje jesiert, 
Niby ostatni kwiatek, stygnącycb uniesień 

XL 

Wracam tedy do rzeczy. A więc się zbliżyli, 
I widywali często, z daleka — lecz czyli 
Były jakie zabiegi ze strony xiążęcia, 
Aby się ojcu panny przedstawić na zięcia ?' 
Tego niewiem; zapewnie późnićj to nastąpi. 
Wiemy jak zakochani zazwyczaj są skąpi 
Wszafunka chwil grą uczuć tyle zaprzątniętych, 
Aieby po protekcyę gdzieś do wszystkich świętych 
Biegać, kłaniać się, ściskać, wyprawiać obiady, 
Układać twarz i mowę jak do maskarady, 
A na dobitkę robić z notaryuszem targi — 
Niili to, milsze dla nich cierpienia i skargi. 

Jakoż otćm niemyślą. 

Codzień ona blada. 
Rumieniec znikł od balu — w otwartóm usiada 



377 19 

Oknie, pa la kwiatkaiii; M w donicskacb rosaą, 
A przed nią z nacią^^ kaawą stoi kroans 
Gdzie haftuje;! tradyoya U od Penelep^^ 
Wszystkie tęskniące panny iść BMiszą wj^j tropy. 
A jednak kwiatki. Ustki, pod jij paluaskami 
Jakoś wschodzić nierade — bo haftuje łzami; 
Główkę wspiera u dłonii wsdydu ras po raaii*^ 
Czasem klęknie, i rączki stoiy do obraza 
Częstochowskiej Madony-** i wtedy, o codzie 1 
Cóś ją ciągnie do okaa popatrzeć. • . Tam, ludzie 
Niby rzeka, ulicą płyną — obce twarze. . . 
Lecz chód jego w ulicznym wnet rozezna gwarze, 
I nigdy się niezmyli. Bo oto młodzieniec 
Przesuwa się, wzrok podnioBi — a na nią rumieniec 
Występuje tak nagły, serce driy, wzrok ćmi się, 
At niewie czy to jawa, a moie jij śni się ? 
Takie jedno zbłiienie na cały dzień starczy ; 
Nicby z nimi niewskórał i język poŁwarczy. 
Lecz z czasem i on śmielszy; lubo sif zdawało, 
Że już po pierwszym kroku niewiele zostało; 
Bo wstęp byt impetyczny jak początek ody. 
Dziś spokojniejsza szyba tćj głębokićj wody; 
Ich gwiazdy, chociaż stałe, wciął dążą ku sobie, 
Źe jedna doba, drugićj niepodobna dobie. 

Xiążę coraz się częścićj ulką przechadza; 
Czasem bukiet ma w ręku, co myśl serca zdradza 
Symbolem purpurowym^ żółtym lub niebieskim— 
Czasem też na przepysznym bachmacie Czerkieskim, 
Powoli po pod oknem przejeżdża, a zwierze 
Zwykle karne i grzeczne, jakoś na kieł bierze, 
Wspina się, w miejscu kręci — nieraz popręg fffyaka — 
I spojrzenia ich dłużćj sypią sif z ogniska, . . . 

Aczkolwiek ócz wymowa nsa swe Cycerony, 
To się czucie wymównićj wyraża przez tony; 



. Najwymównitj w dotknięda, w tticisk« Mj48i«taiQ. 
Lecz tę skalę kto iimy niechaj azupełni. 
To pewoa, ie miłości at dwa są rodzajef 
Jedna tutaj się kończy, druga nieprsestaje 
I za grobem snuć swoich marzeń i nadziei; 
Jedna nienasycona, gdy druga się przei. 

Że kochankowie nasi do piCrwszij należą, 
Widać to ze wszystkiego: bo eierpią, i wierzą, 
I ulgi nieszukąfą w tćm co ją przynosi. 
Przecieł kto się chce zbliiyć do panny, ten prosi 
Rodziców, albo krewnych, owolnoM bywania; 
Rozpoczyna formahie o rękę starania; 
Walczy z przesądem, upór, intrygę zwydęła, 
I chcąc być mętem, musi zdobyć imię męła. 
Tryb to zwykły; lecz oni odmiennego kroju: 
Godzien przejrzeć się wzajem, jak słoneczko w z^ju, 
Westchąć, zblednąć, zczerwienieć, kłaść rękę na sercu, 
Jakby się przysięgało na ślubnym kobiercu, 
Spotkać się na spacerze, lub w kościelnym tłoka, 
Usłyszeć nólę dumki miłośnćj o zmroku, 
Znaleźć zgubiony bukiet, a wierszyk* w bukiecie — 
To jut dla nich wystarcza, to szczęście w ich świecie. 

Itak ubiegło lato na sennćm marzeniu, 
Niby anioł, co spłynął na złotym promieniu, 
I przyniósł ai z Edenu kwiatów pełne kosze, 
Któremi posypywał wszystkie ieh rozkosze, 
I pragnienia człowiecze, it prawie myśleli, 
It mogą tu na ziemi kochać jak anieli. 
Lecz trafem, między inne, rodzaj niezabudki 
Wmieszał się i ostrzegał, te raj ziemski*-* krótki. . . . 
Kwiat ten zowią przeczuciem. 

A cót jest przeczucie? 
Oto najsłodszych sercu rozkoszy, otrucie!^ 



If» 1S 



XIL 



# Wromanaii tym przecioeie grato wielką rolQ, 
I lak jćj, jak i jego owtadofto wolę, 
Że naraz, itć] chwili, oboje wiedsieK, 
Jak we śDie magneŁycznym, gdsieaię ^fkać mieli; 
I pewno nieehybili. Cay w Salskim ogrodzie, 
Cay waleacb, gdzie z dotką owieezomyBi ebłodzfe 
Wyjełdiala powozem, czy na nabofteiatwie 
Wiedziat gdy słaba, wiedział gdy w niebezpieczeństwie, 
Bo rai wpadł był do domu i narobił krzyku, 
Is gore I Ona równieł w swoim p<^oiku 
Siedząc, naraz uczuła przestraoh niespodziany, 
W chwili, gdy go w nurt Wiały nitfst koń roi(hukany. 
Słowem taką aympatyą zrosty się ich dusze, 
Że przykład ak na braciadi Syamakieh dać muszf; 
Bo jeili się ptecyma zroćć mogli bliźnięta, 
Czemuł dusza niemoto zduszą by6 zroinięta? 

Przebaczcie, jeśHm znudził tą metafizyką ; 
Wszak katdy ma pretensję, zapewne doiić dziką 
Tłumaczyć fenomena, co są nad pojęcie. 
Niedarmo filozofy brodzą w tym odmęcie 
Od czasu, jak im Szekspir rzekł prawdę niemiłą: 
Że są rzeczy, o których ani się im śniło. 
Odtąd pyszny fllozof wszystko rad tłumaczy , 
Z tą maleńką rolnicą, it katdy inaczśj. 

xm. 

^ Niewiem czylim sympatyę zdobył dla mćj pary, 
I czyli kto nie powie, łe to sposób stary 
Kochać tak niedołęłnie i sentymentalnie ? 
Niepraeczę~ i jut czuję jak mię krytyk palnie— 



IC 



Lecz cół począć ? tak było ! niamoja w tćm wina: 

Że bohater marzyciel, marząca dziewczyna^ 

Po powietrzu latają jak Dantowskie duchy, 

Z kwiatów tycia strząsają ledwie same puchy; ^ 

Smutków, radości ziemskich, prawie jak niedzielą, 

I iywi, gdzieś na gwiazdkach gniazdo sobie ścielą 

Z westchnień, spójrzejó, snów, rojeń, i pieszczot oiewiniiyeh. 

Jak gdyby mieszkańcami byli światów innych, 

Jak gdyby rseczywistośó w zębate swe koła» 

Nieśmiała jak człowieka porwać i anioła ? — 

Gniewajcie si« jak chcecie, lecz miłość prawdziwsi, 
Rzadko jest działającą^ częścićj gouśną bywa; 
Jćj ogień niebart^je, owszem serca U^; 
Najtężsi przy Omfalacbi zniewieścieli chłopi. 
Bo kiedy łzy do oka cisną się bez przerwy, 
A serce pierś rozsadza, rozstroją się nerwy,. 
A za gardto ból chwyta^ a gorącska pali— 
Czy podobna w tym stanie być męiem ze stali 7 

Mniemam też o niejednym wielkim b(Aaterse, 
Co zasłynął romansem, će kodiał niesscserze, 
Aprzynajmni^ ucsucje podzielił na dwoje, 
Między sławę rycerską, a kochankę swoje. 
Przeciwnie tam, gdzie miłość ma swój cel j^yny: 
Światy marzeń ogromne, a małe są czyny; 
Bohater, istne dziecko, co na koń drewiany 
Wsiadłszy, zrywa wędzidłem, naciska kolany, 
Miota się, rusza cały, a koń stoi wryty. . • 
Grek niedarmo z pian morskich postać Afrodyty 
Tworzył, — a ztąd miłości symbol: morska pianka. 
I takim byt mój xiąłę i jego kochanka* 



m iT 

XIV. 

De ciemna legenda dostarczyła rysAw, 
Tylem o nich powiedział. 

Pod^ cieniem cyprysów. 
Arab fantazyi swojej mo2e puścić wodzei 
Bo ciekawych słuchaczy niebrak wnudaij drodze; 
Zresztą puszcza bezbrzeżna, piaskami zasiana, 
Wydaje tak powieści jak Fata-morgana. 
Lecz o nas, gdzie bez gazet iy6 prawie występkiem, 
Tym podobne androny , pAł-uchem, pół-gębkiem. 
Słuchają sif i mówią. Salon nie pustynia,— 
Choć w puszczy, nił w salonid prędzśj muz świątynia* 

Com słyszał, to powtarzam, zwłaszcza, te fakt pewny, 
A nie bajka gdzie wchodzą zaklęte królewny. 

Owoż jednego ranka, dziwny kaprys losu 
Zburzył ten raj kochanków. Piorun bez rozgłosu 
Spadt i rozciął jak mieczem dwie duszyczki bliźnie. 
Że się już niepołączą, aż w wspólnćj ojczyźnie; 
Mówiąc jaśnićj: — mójxiążę wezwań telegrafem 
Na dwór, wracał natychmiast; również dziwnym trtfeo, 
Ojciec panny zaniemógł; więc przysłano po nią, 
I oboje w przeciwne strony,, na raz gonią: 
On na północ, daleko .... ona o mil kilka* . . . 

Chwilka ich połączyła — rozłączyła chwilka. 
Czy złowrogie przeczucie ostrzegło ich wprzódy? 
Czy sny były straszące, lęk serca i nudy ? 
Tego niewiem; najpewnićj, że cóś być musiało, 
Lecz nicby niepomogło, kiedy tak się stało; 
I konieczność ich wzięła jeszcze w takie kluby. 
Że ni ona lubego— ani on swćj lubćj 
Niemógł nawet ostatnićm pożegnać wejrzeniem. . . • 

Słońce, dzień ten powinno było choć zaćmieniem, 
TIUN,VL 3 



IS S82 

Niebo, hami obcboddć, kwiaty Ustki stoUó. « . . 
Pneci(ł wiLiięczna natura moglU «« rozczulić 
Nad oimi, kiedy uczuć była powiernicą. . . 
A tymczasem, Jak na złość, dzień nad okolicą 
Rozpostarł lazurowe bez plamki namioty, 
Złote słońce świeciło, świecił ipętyc złoty , 
I świat si« uśmiectałwał jak dsiecif z pieloasek, 
Niebacsąc oa łzy krwawe roadartych aerdoszek. 



XV. 

Grad tęsknic, melancholii, trwćg, gorzkich wyrzutćw, 
Spadł na nich i okolił jakby klatką z drutów. 
Osobno przesadzone ptaszki obojętnie. 
Patrzą na świat dokoła, choć wabi ponętnie 
. Cukierkami rozkoszy; choć przyrzeka zatrzeć 
Te rysy, a tam w głębi, choć niekaie patrzeć 
Po za siebie, a tylko w urocze obrazy 
Rółowemi małteństwa powleczone gazy, 
Piękne imię i statek, folwarki i cugi, 
I podobnych koiyupktur szereg jeszcze długi. . . 

Ten język dla obojga był niezrozumiany, 
I odpadał, jak grochy rzucone o ściany. 
Blimo tego, z obojgiem co chciano, zrobiono: 
On został cudzym mężem, ona cudzą łona. 
Bez ładnćj protestacyi spełnił się obrządek. 
Jakby tego wymagał społeczny porządek, 
Wola ojców; nareszcie, że to rzecz przyjęta, 
By chłopcy się żenili, za mąż szły dziewczęta. . • 

Niewierzyłem, wyznaję, w całe to podanie. 
Żeby się związek taki odbył jak śniadanie, 
Bez mdłości, przekleństw, szlochów i bez krwawćj scenr, 
Lecz widać, że dziś rzadzićj sztylet Melpomeny 



m 

w tycie oasze B\ą miesza; z czego i^niosek taki: 
Że fiieprawda, eo piszą Sandy iBalzaki. 

XVI. 

Był dzieA majowy ciepły ; mgh wilgotoyeh weai 
Wisiała nad sadami bzów, wiśni, jabłoni; 
Słowik zaś te zapachy chcąc zagłuszyć w pietoi, 
Przekonał, łe dach woni, duch śpiewu, rdwieśdi 
Są jacyś geniuszkowie. Jeśli woń odurzy, 
To śpiew z seroa wyciśnie uczucie, jak z rdły 
Wyciskają na wschodzie olejek pachnący. . . 
Był to dzień. . . . dosyć tego ! 

Na gwek służący 
Przyniósł z poczty dzienniki, i list pod adresem ' 
Samśj pani. Gazety porwał pan obcesem, 
I zatonął po uszy w dziennćj polityce. 
Pani list otworzyła — 

Oblicze kobiśce 
Niejest duszy zwierciadłem. — Niech to nieobrała; 
Wszak oblicze z marmuru, pod dłutem rzeibiaria 
Jedno-li poruszenie wewnętrzne wyraża;—- 
Toż marmurową maskę gdy wdzieje kobióta. 
Nic przez nią najciekawsze oko niewyczyta, 
Krom tego, że los jakieś popisał tam runy, 
Za któremi cierpienia leżą lub całuny. . . 

Czytała — a na masce marmurowo białćj, 
Niedrgnął jeden nerw więcśj; i prócz plamki małśj. 
Co zrumieniła lice, nieznać plamki innśj — 
List pewnie obojętnej treści i niewinny . 
Sam mąż, co zrazu zórknął nad arkusz dziennika 
Chcąc ją spytać zkąd list ma, i co tam zamyka T 
Gdy ujrzał marmurowość, pytania niewtrącił. 
Dobrze zrobił ! Na wieki byłby sobie zmącił 



90 384 

Wieśniacty, czerstwy żywot. On, co się lim chlubił, 
Że górnych sentymentów w kobiócie nielabił, 
Cenił w ni<j gospodarność przy zdrowiu, urodzie, 
Za złe niemiał, chociażby hołdowała modzie, 
Byle znowu wciąż nieszły sążniste rachunki, 
On, co przyszedł do takiój, jak powiadał, żonki, 
Co była i gosposią, ładną i posłuszną,— 
Musiałby teraz zgłębiać zagadkę jćj duszną. 
Sęk nieladal Logogryf rozwiązywać taki I 
Ztąd sądzę, najszczęśliwsze podobne proitaki: 
Bo co wewnątrz? niedbają, jak ci antykwarze 
Ceniący Benoenuta rzeźbę na puharze, 
Miepatrzą w środek, myśląc, że naczynie próżne, 

xvn. 

u gminu wieści noszą jaskółki podróżne-* 
I^ta forma w poezyi bardzo jest na rękę. 
Bo ptaszkowi do dziobka dość włożyć piosenkę, 
Aby z efektem oddał smutną katastrofę— 
Aktorka, gdy umiera, woli paść na sofę 
Niż na ziem; ja rad nierad padam na podłogę— 
I, już ten list nieszczęsny powtórzę jak mogę f 
Wprzódy jednak maleńki szczegółek dołożę. 
Dzisiaj właśnie, rok temu, na balu.... 

— Mój Boże 1 
Któż potrafi rozwikłać losu plątaniny I 
Dosyć, że dziś rocznica, niby urodziny 
Miłości eztatycznćj, dziwnćj, niepodobnćj, 
Upowitćj promieńmi, nadziei zagrobnij, 
Kołysanćj w najgłębszym dwojga dusz tajniku, 
I pragnącój co prędzćj na gwiazdy promyku 
Wrócić znowu zkąd zbiegła — pomiędzy anioły-^ 
Soadź aa czysta na ziemskie walki i mozoły I 



885 21 



xvra. 

I wybuch j4j rozpaczy przeszedł bez wybucha. 
Jakoż wszystko stłumiła w sobie, w piersiach, w duchu, 
Gdy czytała wyrazy listu od kochanka— 

Bo to był list od niego 

„Pani! tego ranka 
„Lekanse byli u mnie; poznałem z ich twarzy, 
,iŻd już nic się spodziewać niemam od lekarzy. 
„Ledwo kilka dni życia zostało mi; czuję 
„Jak duch mój gdzieś w daleką drogę się gotuje. 
„Dokąd pójdzie ? sam niewiem; lecz jeśli choć trocha 
„Zatrzyma w sobie woli, to ku tśj co kocha. . . 

„Do listu, kilka zeschłych konwalii gałązek 
„Dołączam, pod ich godłem zrobił się nasz związek — 
„One moje przysięgę słyszały — te <wiadki , 
„Zasadź w ziemię — pielęgnuj jak zwyczajne kwiatki, 
„Jeśli odżyją barwą i wonią po zgonie, 
„To znak, że ja w nich żyję i dla ciebie wonie. ..." 



XIX. 

I koniec .... Zakochani miewają pomysły, 
Tak dziwne, że je rozum nieprzyjmuje ścisły ; 
I ja sam bym odrzucił, gdyby nie uwaga. 
Że żadnćj cudowności rozum niepomaga. 
Owszem depcze jak bajkę i do chorób liczy 
Wszelki zzagrobnym światem związek tajemniczy. 
A jednak to zdarzenie wyszło z ust prawdziwych, 
I heroina sama liczy się do żywych, 



m 

A nienttyJIoByeh osób; (stna $en$itiva. 
Od (łwiaU stula listki— sle w świecie bywa, 
IpTta: co to robię?— U nM aa granicą 
Spotykać się z światową mogłeś samotificą, 
Gdyt Ul dziwna historya z ost do ust krąłyła. 
Zapytana o prawdę— nigdy nietaiła, 
Owszem pokazywała dowód, ów uschnięty 
Kwiat konwalii pieszczony jak depozyt święty. 
1 nigdy nieodstępny. Liście, białe dzwonki, 
Odlyły tak wspaniale, ie ołtarz patronki 
Niepodobna ozdobić nawet piękniejszemi; 
A zapach wydawały jakby nie U] ziemi 
Tylko innćj; w legendach gdy święty się zjawia, 
W powietrzu taką wonność po sobie zostawia. 



Kraków, 15 lutego 
1858 roku. 



isr 



PRZESYŁAJĄC MIMOZĘ. 
do hr. #• P« 



Pani^ co rzadki posiadasz przywilij^, 
2e umiesz mdwić i słuchać aiynuli(J, 
Często i niewiesz w rozmowy zapale» 
Jak sypiesz perły, dyamenty, opale, 
Niby z Tysiąca Nocy xiąię WschodniCi 
Gdy kałe skarby miotać na przecbodme. 

Los mi nadarzył jednego wieczora, 
Żem miasto rupii, schwycił Koh-i-nora, 
I rad nad podziw monarszćj szczodroty, 
Chciałem ten klejnot mieć w oprawie złotćj* 
Chełpliwość srodze była ukarana, 
Bo to był kamień z władzą talizmana. 
Który mi zaraz dziwny figiel spłatał: 
Żem juł po ziemi niechodził a latał 
Wirowym lotem wiatrakowych skrzydeł, 
W zaklętym świecie bajecznych mamideł, 
Goniąc a goniąc bez tchu, wypocznienia, 
Jakieś dwie Diwy, dwie Peri, dwa cienia 
Zrobione z woni, muzyki i tęczy. . . 
Myślałem, łe mię ta pogoń zamęczy*^ 
Ale na szczęście dopadłem gdzieś soli, 
I one cienie wziąłem do niewoli. 

Sekret to bowiem jeszcze średniowieczny, 
Że kiedy dręczy Kobold niebezpieczny, 
Lub czarnoxięłnik gdzie na zdradzie stoi, 
Solą siQ tylko zły ducb uspokoi. 



u 688 

Szeroko oŁćm legenda pisała: 
Jak marmurowa Yenus z piedestała 
Zbiegłszy, goniła za artysta w tropy, 
Przez całą drogę z Rzymu, po Alp stopy; 
Jak po noclegach, spoczynkach^ popasach, 
Czy to w ruinach, czy w skałach, czy lasach, 
W rółnćj postaci trapiła biedaka, 
mieniąc się we lwa, rysia, wilkołaka, 
To znów czarnego na koniu rycerza, 
Co miał twarz trupią, skrzydła nietoperza; — 
At raz w zamczysku, gdy go noc napadła, 
Ta sama Yenus wieczerzę z nim jadła 
LukuIIusową« Rółne tam szatanki. 
Siarczyste wino lały mu do szklanki. 
Owoców, potraw, stawiały obficie, — 
Artysta zmiatał — był przy apetycie.. 
Lecz mu się jadło niesłone cóś zdało, 
Więc ze solniczki soli szczyptę małą 
Wziął — i w momencie pękła czarów siła^- 
Tylko bogini w powietrzu zawyła. . . . 



I ten talizman, i bogini ona — 
To fikcya stara — tylko odnowiona : 
Że kto ze światem fantazyi się zbrata, 
Ten dla zwykłego jak stracony świata, 
Pewnieby w końcu zamienił się w parę, 
W błędny ogniczek, lub ponocną marę. 
Gdyby ratunku niebyło wtój soli. 
Co z ziemską bićdą godzi mimowoli. . . 

Niewiem czy garść jćj niezanadto spora 
Wtćj to powieści— i czy Koh-i-nora 
Wartość niezgasła w pośledniej oprawie? 
Osądi łaskawie. 



HOTATKI DZIWiKi 

ROZBITEK M i. 



Dziennik Karola. 

S3 CxcrwcA. 

Słowa professora Jana: „Karolu, strzeż się tśj kobiety ! za- 
nadto piękną i zanadto poczciwą ma fizyonomiję , może ci na wstę- 
pie do życia, życie zagrabić," — stanowiły dla mnie niepojętą 
zagadkę, i chociaż wtenczas zwróciłem na inny przedmiot roz- 
mowę, lękając się teoryj mojego drogiego nauczyciela, które nie- 
kiedy robiły na mnie bolesne wrażenie, jakiś niepokój mię dręczył, 
czułem potrzebę osamotnienia. 

Siedząc na Bekieszowśj górze, długo przypatry.waliśmy się 
miastu, co się u naszych stóp rozsiadło. Gwar życia stłumiony 
dolatywał nas jakby jaka niezrozumiana prośba czy skarga. Wie- 
czorne mgły, podejmujące się powoli, przykrywały wszystko na 
wpół przejrzystą zasłoną, i próżno oko starało się przez nie cóś 
dopatrzyć, rzeczywistość przybrała fantastyczne formy. 

Bujaj moja myśli, bujaj swobodnie! Niezrazi cię widok rzeczy- 
wistości! — Zaludniaj, Łworaipi twej wyobraźni, świat otaczający, 
wysnuwaj co naj cudniejsze widzenia i pieść się z niemi ciągle 
i dłużćj jeszcze. Moja przyszła dola mgłą niepewności przykryta, 

TEKA N. VI. 4 



16 390 

i wśród tój mgły wyrastają widma obowiąrku i zaparcia się 
swoich uczuć i nadziei. 

I próżDO staram się ubarwić dni jutrzejsze, pokrzepić zapał 
głosem powinności : mimowoli z piersi wydobywa się skarga 
niezeznana , westchnienia tłumione. — Na co ? za czem ? któi 
zgadnie ? 

Ruszać w świat daleki, kędy wszystko będzie dla mnie obcćm, 
gdzie może niespotkam ani jednej duszy bratniej, coby mię mogła 
zrozumieć, uczucia podziehć. I po co ? 

Cóż mi przyszłość dać może ? 

Nieumiałem sobie odpowiedzieć na te wszystkie tłumnie cisną- 
ce się zapytania: niepewność i zwątpienie zagościły w mej piersi. 
2al mi było lat, przepędzonych na szkolnej ławie, żal pustoty 
i nieoględności dziecinnej , — myśl o jutrze z poważnym wyrazem 
na twarzy, dreszczem mię przejmowała. Ej boleśno, dążyć, anie- 
wldzieć celu ! tęsknić i niewiedzieć za czem ! 

Niepataiętam jak długo tak siedziałem bojując z własnemi 
myślami i starając się rozwikłać gordyjski węzeł przyszłości; 
w takich bowiem chwilach , kiedy się nam uda odosobnić się od 
świata zewnętrznego i tylko, bez zeznania, podlegać jego wpły- 
wowi, czas dla nas nieistnieje, przestrzenie nikną, duch, w całej 
swój potędze, rozwija skrzydła do lotu, żyje snm w sobie, z siebie 
całe życie wysnuwa ; wtenczas to właśnie rozwija się w nas 
cała siła twórczości. 

Niewiedziałem dobrze, co się koło mnie dzieje, kiedy mnie 
wyrwało z zadumy zapytanie professora Jana. 

— Kiedy jedziesz, Karolu ? 

Obejrzałem się dokoła jakby się budząc ze snu. Obok mnie sie- 
dzieli Drawdzik i professor Jan, na ich zacnych twarzach malował 
się jakiś niepokój, obaj badawczo patrzali mi w oczy. Niepodobało 
się mi to wdzieranie się samowolne do moich myśli, i widoczna 
chęć ich odgadnienia: chociaż więc wiedziałem, że źródłem ich 



991 %J 

troskliwości była najszczersza przyjaźń i źe może dla tego tylko 
chcieli odgadnąć, co było powodem mego zamyślenia, żeby mię 
zasłonić od zwątpienia radą przyjazną ; lecz, że niemogłem z całą 
serdecznością, na jaką zasługiwali, wypowiedzieć im wszystkiego 
co mi się po głowie snuło, wolałem udać obrażonego, i z obronnćj» 
od razu stanąć w pozycyi zaczepnój* 

— Czyżem już wam do tyla dokuczył, że mię chcecie wyprawić 
co rychlej ? niespodziewałem się , — odpowiedziałem nie bez 
żółci. 

Professor Jan popatrzył mi w oczy, jakby chcąc zbadać przy* 
ezynę słów moich, i pokiwał głową, mówiąc : 

— Ja niesłyszałem — fałszu niesłucbam ; ludzie z sercem nie- 
kłamią nigdy. Karolu, ty tak niemyślisz; słuchaj serca, to naj- 
lepszy doradca. 

— Daruj mu, drogi professorze, — przerwał Drawdzik — 
możeśmy go ściągnęli z siódmego nieba, do którego w swych 
marzeniach zawędrować raczył ; to i cóż dziwnego, że się na nas 
zażalił i nas podejrzewa. 

— Ależ nieróbcie ze słów moich sprawy stanu ! niesądziłem, że 
z przyjaciółmi trzeba ważyć każde słowo ; — dodałem jeszcze 
bardzićj rozdąsany, że mię Drawdzik odgadnął. 

Dziwna bo też ludzka natura! nigdy się niemoże wyrwać 
z więzów miłości własnćj, a zawsze swe planiki chciałby każdy 
z nas okryć nieprzejrzystą zasłoną tajemnicy, którćj niepozwalamy 
podejmować nawet najbliższym naszemu sercu osobom, nie dla 
tego, żebyśmy przywiązywali wielką wagę do samej tajemnicy, 
ale najczęściej, przez miłość własną, żebyśmy niebyli odgadnięci. 

Takie małe tajemnice naszych rojeń młodocianych nieraz 
w chwili serdecznego wylania, wypowiemy przed osobą nawet 
obojętną, ale niedarujemy najbliższemu przyjacielowi, skoro nasze 
mjil w lot pochwyci znienacka, i da do zrozumienia, ie nas odga- 



dnąły a przez to samo poda w podejrzenie nasze zręczność ukry- 
wania, tego co się myśli. 

— Posłuchaj mię Karolu, — powiedział Drawdzik biorąc mię 
za rękę, — nie dziś żyjemy z sobą i wiesz dobrze, jak ci życzę : 
o professorze niemowie, on cię kocha jak syna, tyś wiedział o tśm; 
a jednak w twoich słowach były ślady nieukontentowania ; to nie 
bez przyczyny; wyspowiadaj się nam ze wszystkiego, a jeżeliśmy 
zawinili przepraszamy cię z góry. 

— O tak, szczerość, cecha ludzi bez skazy ! Tyś czysty, mój 
Karolu ; bo ja cię kocham, a ja nigdy ludzi dwulicych niekochałem. 

Na twarzy professora Jana widocznem było zmartwienie; ton 
z jakim odpowiedziałem na zwyczajne, niemające żadnego zna- 
czenia pytanie, musiał go dotknąć boleśnie, tóm bardziej, że ja co 
tyle od niego doznałem, zamiast wdzięczności, płaciłem mu żółcią. 
Wstyd mi się zrobiło mojego niewczesnego wyskoku , którego 
niepodobna było niczem wytłómaczyć , chyba rozkapryszonym 
usposobieniem drażliwego dziecka. 

— Daruj mi, drogi professorze, — odpowiedziałem, — i ty kolego 
niemiej mi tego za złe ; ale miejcie mię za Wytłómacznego : kto 
wie, gdzie los mnie rzuci, czy was kiedy uda mi się spotkać, cóż 
więc dziwnego że mi smutno byłoby z wami się rozstawać, i że tę 
chwilę chciałbym odwlec ? Wiem ci ja dobrze , że niemam 
już co robić w Wilnie, źeczasmijechaćdodomu, ale pozwólcie 
mi z wami się nacieszyć, nieprzypominajcie mi tej chwili, kiedy 
będę już musiał z wami się rozstawać. Wy żyjecie w imię obo- 
wiązku ; ale ja niezapomniałem że mam serce, nienauczyłem się 
trzymać go na wodzy, i kazać mu milczeć skoro się odezwać 
niema prawa — i dla tego niedziwcie się wcale, żem zabolał, 
kiedyście mi wspomnieli o wyjeździe. 

— Matka, ojciec, święte obowiązki : jedź dzisiaj, Karolu! — 
odezwał się professor Jan, błagającym tonem. , 

*— O tak, jedź dzisiaj, Karolu! -— rzekł Drawdzik, — posłuchaj 



393 29 

professora. Od wielu to już dni, starzy rodzice wyglądają cię, 
a doczekać oiemogą ? Jedź pod domową strzechę pokrzepić się 
przywiązaniem rodziny, która cię nigdy niezdradzi. Napisałeś do 
nich, że wyjeżdżasz jutro ; zrób im niespodziankę, przyjedziesz 
wcześnićj, skrócisz o jeden dzień ich niespokojność o ciebie. A 
przecież za ich przywiązanie, za lyloletnią troskliwość, z którą 
ujmując sobie potrzeb koniecznych, dzielili się z tobą, byłeś tylko 
wyszedł na człowieka, — powinieneś, wedle sumienia, o ich przy- 
jemności myśleć przedewszystkićm. . O mój Boże ! czemuż to nie 
każdy taki szczęśliwy ! po mnie nikt nietęskni, nikt mnie nie wy- 
gląda ! moje powodzenie nikogo nieucie^zy, strapienie niezmartwi 
nikogo. Wczora po akcie publicznym, poszedłem na cmentarz 
Bernardyński, tam pod ścianą ukląkłom nad mogiłą, zrosiłem ją 
szczeremi łzami : może te łzy przesickną aż do głębi, lub polecą, 
ze słowami modlitwy, do nich, do moich najdroższych — oni po- 
błogosławią, z wysokiego nieba, swe biedne dziecię nażycia drogę. 
I spokój wstąpił w me piersi, z otuchą w sercu wracałem z cmen- 
tarza, bom się podzielił ze swą radością, zaczerpnął sił do życia, 
z mogiły. 

Gdy to mówił Drawdzik, dwie łzy, długo wstrzymywane, sto- 
czyły się mu po twarzy ; a mnie mimo woli stanął przed oczami 
nasz skromny domek : zda mi się widziałem , jak o wieczornej 
dobie, za długim stołem, siedziała cała rodzina ; obok ojca było 
miejsce próżne , i przygotowane nakrycie,, matka z tęsknicą na 
twarzy spozierała w tę stronę. Serce mi silniej zabiło, słowa kolegi 
jak wyrzut ciężyły mi na sercu. On ma tylko mogiłę, a najpier- 
wićj do niej pośpieszył, gdy ja.... 

— Professorze ! Franciszku ! dziękuję wam, wyście mi otwo- 
rzyli oczy. — O tak, do domu — do moich staruszków ! Każda 
chwila mi droga: oni mnie czekają i tęsknią do mnie ; a ja nie- 
wdzięczne dziecię, mamże bez koniecznćj potrzeby, przedłużać czas 
rozłąki ? — O, tak niebędzie ! Dzięki wam za szczerą radę I — 



80 S94 

I wyciągnąłem do nich dłonie, czekając uściśnienia, któreby mif 
upewniło, źe w ich przekonaniu, oczyściłem się z zarzulu zoboję- 
tnienia dla rodziny; — a tak niejest, Bóg widzi, żadna ofiara, żadne 
poświęcenie, dla ich szczęścia, niebyłoby dla mnie ciężarem. 

Professor Jan przycisnął mię do piersi i pocałował w głowę. 

— Bóg dobry — słuchaj serca, Karolu. Pamiętaj w życiu 
na ojca i matkę ; ich woU — Boża wola. Nieszukaj w świecie 
innego przywiązania , — znajdziesz gorączkowe wyskoki ; ale 
to fantazma, prawdy w tem ani źdźbła. 

Ostatnie wyrazy odkryły mi jasno całą strategiję moich dro- 
gich przyjaciół : zrozumiałem dla czego chcieli mnie dzisiaj ko- 
niecznie wyprawić, widzieli bowiem z wrażenia, jakie na mnie spo- 
tkanie w ogrodzie zrobiło, że jutro mogę zabrnąć dalej. Obie strony 
były w fałszywej pozycyi, i dla tego niemogliśmy się porozumieć; 
ja udałem, że się niedómyślam, professor Jan i Drawdzik lękali się 
cóś napomknąć , żebym niepomyślał że mnie chcą na pasku 
prowadzić, a co gorsza, żeby oporem nieobudzić we mnie 
uczucia, które jeszcze było w uśpieniu. Ja musiałem milczeć, bo 
i cóżbym powiedział ? ja sam siebie nierozumiałem, wiem tylko, 
że rozmowę o tem uważałbym za profanacy ę uczucia. 

— No to idź do domu i pakuj do mantelzaka rzeczy! — po- 
wiedział Drawdzik, — a ja skoczę na Żmudaką ulicę, nająć źydka 
dla ciebie. Wiesz, że to zrobię lepiej od innych ; znacie mię z tćj 
strony, że nieprzepłacę drożej jak warto. Za godzinę pojedziesz 
z Rabinem dalej w drogę , my cię przeprowadzimy. Zajdę do 
Ignaśia i poszlę go kursoryą, żeby się wszyscy zebrali. 

— No, do widzenia ! a czy professor Jan z nami ? 

— Z wami. Przed wyjazdem parę słów rady. Doświadczenie 
wesprze zapał. Żal się rozstawać, to źle: przyzwyczajenie to nie- 
wola ; przywiązanie, to skutek przyzwyczajenia — przeciw teoryi 
i moim zasadom... ostatni raz.... Dobry chłopiec... szkoda..*. 



398 II 

Tkfiwe serceM.. wrailiwy.... artysta,... nieszczęście. .. laur na 
mogije... 

Cedził po słówku, mrucząc staruszek zchodząc w zamyśleniu 
z góry Bekieszowśj. Często bardzo mu się zdarzało tak myśie6 
głośno, mianowicie kiedy był wzruszonym ; ale dla tego, by z tych 
oderwanych wyrazów myśl złożyć, trzeba było go tak znać 
jakeśmy go znali, — a i dla nas niekiedy bywał zagadką. 

Kiedyśmy się zbliżali do ostatniego zakrętu ścieżki, mimowoli 
wzrok mój zwrócił się, do owej ławeczki; ale na ławce niebyło 
nikogo. Kiedym się odwrócił, spotkałem się z badawczem spoj- 
rzeniem professora Jana i niewiem dla czego, ale czułem że mi 
rumieniec zalał twarz całą; a professor Jan spuścił głowę i dalćj 
mruknął : 

— r Tak, tak.... nieszczęście.... piękna.... młodość, czas i praca 
uleczą.... jest rana.... niedmuchaj w iskrę.... zły znak. 

Professor Jan był zakłopotany i zamyślony, ja także niemiałem 
popędu do rozmowy, może dlatego, że mi niewolno było mówić 
o tem, co mi przyjemność mogło sprawić ? przechodziliśmy więc, 
przez aleje ogrodu , niemówiąc do siebie ani słowa , jakbyśmy 
byli obcymi dla siebie. 

Nierozumiem dla czego piofessor Jan nierozpyty wał nmie o 
kapitanie i o jego córce ; przecież mógł tak jak się to zwyczajnie 
dzieje, zapytać kto oni są ? zkąd ich znam ? i jakie nasze stosunki ? 

Jego milczenie w tym względzie musi mieć jakiś powód, 
czyżby mię podejrzewał ? ale nie , to niema żadnej podstawy; 
chociaż kto wie? Jego oderwane wyrazy wiele mi dały do myśle- 
nia; zresztą naglenie mnie do wyjazdu, także ma swój cel. Niesły- 
chanie byłem ciekawy, co też sobie wyobraża, kochany pedagog, 
ale niesmiałem go wprost zapytać, a wszystkie moje strategiczne 
manewra, żeby naprowadzić na ten przedmiot rozmowę, na nic się 
niezdały, zbywał mię monosylabami. 

Na ulicach spotykaliśmy mnóztwo osób, wracających ze spa- 



9S 896 

cerów, wesołe rozmowy, śmiech szczery rozmawiających, jakieś 
bolesne na mnie robiły wrażenie , wolałbym widzieć , twarze 
smutne dokoła, niź uśmiechające się i nadziei pełne, był to egoizm 
tęsknicy; ranie było smutno, po cóż się oni weselą? 

Pierwszy to jeszcze raz wyjeżdżając do domu, niezapomniałem o 
wszystkiera, w rodośnóm upojeniu; przeszłych lat jeden ten wyraz, 
wakacya, był źródłem nieprzebranej radości, a teraz wyjeżdżałem 
do domu, z tęsknicą w sercu, czyż bym się tak mógł, w przeciągu 
jednego roku, zmienić ? 

W milczeniu przeszliśmy przez Zamkową uUcę, zwróciliśmy 
do mojćj bramy, bez zeznania wdrapałem się po wschodach, któ- 
rych stopnie uginały się jak klawisze, instynktowo otworzyłem 
drzwi swojćj stancyjki i z gorączkowym pośpiechem zacząłem 
zbierać swoje manatki, co niewiele mi trudu kosztowało. 

Professor Jan przypatrzywał mi się mrucząc, przez pewien 
czas, w końcu widać niemogąc już dłużej wytrzymać, odepchnął 
mię od mantelzaka, mówiąc : 

— Bez planu, bez symetryi, robota ladaco : spocznij sobie, ja 
ci złożę ; i zaczął wyjmować z całą pedanteryą odzienie, bieliznę 
i xiążki, złożone już do mantelzaka. 

— Patrz, surdut źle złożony, — ciągnął dalej, jakby pomagając 
słowem zajęciu ; — nieoględność matką marnotrawstwa; marno- 
trawstwo, to kajdany na niezależność ; rozumna skrzętność wy- 
swabadza człowieka z więzów, jakie nań stanowisko społeczne 
wkłada, — bądź skrzętny, ale nie skąpy; niezbieraj, ale umiej 
wydatkować. Cała filozofia swobody indywidualnjej, na skrzę- 
tności się opiera; zapracować wiele łatwo; wydać mniej jak 
potrzeba, trudno : szanuj pracę jako cel, ale niejako środek. 

— Ależ drogi professorze! — przerwałem mu, — tego ostatniego 
zdania nierozumiem, żeby praca miała cel sama w sobie, przecież 
sam proces pracowania nienader jest przyjemnym i tylko nadzieja,, 
jest dźwignią wszystkich cnót i poświęcenia wszelkiego — któż- 



397 33 

by cierpiał i dręczył się przez całe życie dla samego cierpienia, nie- 
mając nadziei, źe jego troski i pot krwawy będą kiedyś policzone. 

— U was tak zawsze : daj pierniczka, będę grzeczny, wieczne 
dzieci ; czas stać się mężami, uznać godność człowieka we wła- 
snych piersiach^ — ^być zacnym dla zacności, robić dobrze dla dobra 
samego, inaczej nićma zasługi, czysta spekulacya, — ja ci daruję 
kamyk, a ly mi daj w prezencie brylant. I kogóż to chcecie 
oszukać waszeml wybiegi ? któż to będzie płacił frycowe ? bo gdy 
jeden korzysta bez zasługi, mijisi dla równoważenia tćj korzyści 
ktoś inny stratę ponieść, na tćm prawo równowagi : Le bon Dieu 
n-est pas si simple! — powiadał stary pieśniarz Francuzki — 
i słusznie powiadał. 

Gdy to mówił professor Jan , kończąc składać mantelzak — 
drzwi się z hałasem otworzyły i wpadł do pokoju Igtiaś, a za nim 
kilku kolegów. Postrzegłszy jak się professor nachyla, poczciwy 
Igfiaś podbiegł wołając : 

— A toż co, kochany professorze ? tego już zanadto, żebyś 
w twoim wieku, nas urwisów wyręczał; na to nigdy niepozwolę! 
— i porwał w objęcia professora, pocałował go w ramię, i prawie 
gwałtem odwiódł od mantelzaka , posadził na jedynćm krzesełku, 
i tak dalćj ciągnął. 

— Ot tak , kochany professorze, siedź spokojnie, gderaj nas, 
bo warto , rozkazuj a my będziemy wypełniać. A tobie co się 
stało, Karolu, — dodał zwracając Się do mnie — że dziś znienacka 
nam się wymykasz ? Pytałem się starego Franka, ale będziesz 
mądry kiedy się z nim dogadasz. Trzeba, trzeba, musi jechać; 
twierdził mi z takim wyrazem na twarzy, jaki ma bóztwo koniecz- 
ności. A jak wygląda i czy jest bóztwo konieczności, kochany pro- 
fessorze ? bo przyznam sieja vt mitologii nienazbyt jestem mocny. 
Wprawdzie teraźniejsi historycy wprowadzają jakąś konieczność 
historyczną, ja to tego dobrze niezrozumiałem ; ale kiedy ta konie- 
czność historyczna może jakkolwiek wyglądać, to zaręczam nie- 

TEKA N. VI. 5 



34 398 

iodczej jak Drawdzik, kiedy rai, paulatim lentule cedził : — trzeba, 
i trzeba. No i cóż (o za gwałtowna potrzeba, moj Karolu ? Wyspo- 
wiadaj się nam,iiagradzając za zawód: bośmy się na dzień jutrzejszy 
wybierali, jak na wielką wyprawę wojenną, mieliśmy cię, in cor- 
porę, przeprowadzić aź na góry Ponarskie. Ja miałem mieć mówkę 
pożegnalną. Może niewierzysz w moje wymowę ? ale uspokój się, 
Drawdzik miał podpowiadać , ja byłbym tylko organem przejawu. 
„Die Uebung macht denMeister*S — jak twierdził nasz kośzlawy 
Niemiec, choć tylko słowami : bo ucząc przez piętnaście lat gram- 
matyki, sam się jej nigdy niemógł. nauczyć, — ale, nie jego wina, 
on za to w swoim fachu był mocny, kosy uczył gwizdać, — teraz 
wiek specyalności. 

Wiele słów — niesforność myśli ; — dorzucił jakby do siebie 
professor Jan. 

— Zgoda, drogi professorze ! przyznaję się do winy, terkoczę 
jak turkawka, ale cóż miałem począć ? Karol nieodpowiada, tylko 
przewraca oczy i o mało, mało niechlipie, wszyscy milczą ; a ja 
nieznoszę ciszy, bo wtenczas mogłaby mi przyjść chętka, zastano- 
wić się nad sobą samym, a toby mi wielkiej przyjemnoścfniespra- 
wiło. Zmarnował się chłopiec! powiecie, — i ja z wami powtórzę; 
ale jeszcze dodam , iż zeznaję, żem się zmarnował i nieobiecuję 
poprawy : bo to już u mnie we krwi, znajcie krew' obywatelskiego 
dziecka! poczciwa, hulaszcza, kochająca, szczera; aleniewymagaj 
od nićj wytrwania, pracy, długiego poświęcenia, bo na chwilowe 
każdy się zdobędzie. 

Niewiem jakby długo Ignaś nasz dowodził o swoich wadach, 
żeby najniespodziewanićj niezjawiła sięwmojćj stancyjce postać, 
zupełnie nam nieznajoma, z zapytaniem ; 

— Czy tu mieszka pan Karol Cichowski ? 

Był to starzec lat blizko siedmdziesięciu, z siwym jak mleko 
wąsem , z kresą przez całą twarz, na którćj malowała się szcze- 
rość i prostota. 



399 35 

Ubranie miał oa sobie z szarego sukna> trochę podszarzane; 
w ruchach widoczna była rubaszność starego wiarusa. 

Zdziwiło mię niepomału zjawienie się tego człowieka ; i nie- ' 
umiem sobie zdać sprawy dla czego, ale jakieś przeczucie boleśnie 
ścisnęło mię za serce. 

— To ja jestem, kogóż mam honor witać? — zapytałem. 

— Jestem Jerzy Wajtis, stary sługa majora Dzielno wskiego; 
to do pana» — odpowiedział mi stary wiarus i podał malutki 
bilecik. 

Wziąłem tę kartkę malutką, zaadresowaną ślicznym kobiecym 
charakterem, i długo przypatrywałem się, nierozpieczętowując, 
jakby chcąc z adresu odgadnąć, kto do mnie pisze i w jakim inte- 
resie. Wreszcie, nie bez pewnego drżenia, złamałem pieczątkę, 
przebiegłem liścik, — ciemno mi się w oczach zrobiło, niemogłem 
słowa wymówić, brakło oddechu, chociaż niepojmuję jakie uczucie 
zrodziło się w mej piersi. 

Listek był następujący : 

Panie Karolu! 

Ojciec moj' zasłabł nagle, ja jestem sama, niemamy tu nikogo 
zblizkich, nikogo z przyjaciół.... Ufam, że mi nieodmówisz pan 
swej pomocy. Zaklinam pana na przyjaźń naszych rodziców. 
Rozpacz mi dyktuje ; piszę przy łóżku umierającego ojca : niech 
tó przed panem wytłómaczy niewłaściwość mojego postę- 
powania. . Marya D. 

Milcząc podałem liścik professorowi Janowi, czekając jego 
rady, jakby chcąc zwalić z siebie odpowiedzialność na niego. 

— Idź ; obowiązek sumienia.... później odwrócił się do okna, 
i widziałem jak łzę otarł rękawem, mrucząc te słowa: Fatalizm — 
tak mu sądzono — biedny chłopiec. 

W jednej chwili byłem na dole, tuż za mną pośpieszał słu- 
żący ; w bramie dopędził mię Ignaś, ścisnął za rękę i idąc ze 
nmądalćj, tak mówił: 



36 490 

— Karolu, ciebie cóś niedobrego spotkało : ja cię nieodstą- 
pię ; daję ci słowo honoru , że się niebędę starał zbadać twej 
tajemnicy, ale mogę ci być potrzebny, — rozporządzaj, 

W milczeniu ścisnąłem go za rękę : bo są chwile w życiu, 
gdy słowa nic wypowiedzieć niesą wstanie. 

— Powiedzcie mi, panie Jerzy, co to za nagły przypadek ? 
zapytałem zwracając się do służącego, co ze spuszczoną głową 
postępował za nami. Przed parą godzinami widziałem jeszcze 
pana majora w ogrodzie Botanicznym. 

— Ot widzi panicz, to nie pićrwszy raz. Moje panisko, to jak 
się czego zmartwi, to jakby go kos^ podcięło; zda się panie nie- 
złomek, a leży bezwładnie, ani ręką , ani nogą. Bo to widzi panicz, 
jeszcze dawnemi czasy, jeszcze panicza niebyło , wtenczas na 
świecie, jakiś, odpuść Boże, Hiszpan tak go musnął kulką po 
czaszce, że ledwieśmy go odchuchali; ale od tego czasu, byle jaki 
powód, wpada w odrętwienie, i tak czasami parę dni polęży nim 
się odchwyci. Ale co dziś, to gorzćj jak zawsze ; ledwo powrócił 
z ogrodu, aż tu woźny przyniósł jakieś pisanie, nasz pan prze- 
czytał, pochwycił się za głowę, jęknął i jak snop na ziemię. 

— Ale czyż posłaliście po doktora ? — zapytałem, zniecierpli- 
wiony długiem opowiadaniem. 

— A byłci tam jakiś doktor, ale cóś z niemiecka wygląda, 
a do tego faktor go przyprowadził, toja i niebardzo wierzę. Bo 
to widzi panicz, jak dziś pamiętam, byliśmy z moim panem 
w Niemczyżnie ; mój pan zasłabł swoim zwyczajem , ja tędy 
i owędy; ale cóż tu począć? same Niemcy, ani jednego człowieka... 

— Dobrze, dobrze, mój panie Jerzy; a teraz powiedz mi, co ten 
lekarz doradził? 

— Ja mówiłem panience , że nic z tego niebędzie ; ale cóż po* 
radzisz! zaprosili Niemca, trzeba było go słuchać, puścili krew' — 
ale co to pomoże? już ja to wiem! ale cóż kiedy mnie starego 
niktniesłucha! 



401 37 

Ze słów starego mogłem wnioskować , że choroba majora 
była niebezpieczną, i że może wpadł w ręce jakiego niedoświad- 
czonego lekarza , co zamiast pomocy może jeszcze pogorszyć 
cierpienia. Dowiedziawszy się więc u pana Jerzego gdzie miesz- 
kają, zwróciłem się dolgnasiaz prośbą, teby pobiegł co rychlej 
uprosić jednego ze znakomitych lekarzy, a sam poszedłem dalej, 
niepokojony jakąś wewnętrzną trwogą i srautnćm przeczuciem. 
Dziwne to serce ludzkie ! któż zgłębi jego tajniki , kto źródło 
wszystkich uczuć odgadnie? Nieżyczyłem choroby majorowi; 
ale jednak, strach się przyznać, lękałem się zostać go do sił po* 
wróconym. Tam gdzieś, w naiskryiszym tajniku serca, gnieździło 
się, niemające odwagi wypowiedzieć się , jakieś dziwaczne uczu- 
cie, co niezbyt było dal^kiem od zadowolenia. Cieszyło muie to 
wewnętrznie, że nieszczęśliwy traf zbliżał ranie do tej dziewczynki, 
którąm raz w życiu spotkał i która jakieś niepojęte zrobiła na 
mnie wrażenie. O ! jakże pragnąłem być dla niej pomocą ! bo- 
leśno mi tylko było, że niejestem lekarzem, i że niemogę, swą 
nauką i poświęceniem, podżwignąć z choroby majora, do zdro- 
wia go powrócić, a później , z niemem uwielbieniem , spojrzeć 
jej w oczy, i niechby w mojem spójrzeniuwyczytać mogła: 
to wszystko dla ciebie, aniołku świetlany, twoje piękne oczy 
już się niezałzawią , a boleść będzie daleka od ciebie ; ty mnie 
to wszystko zawdzięczasz, a ja nic w zamian nieżądam od 
ciebie. 

Kiedyśmy już weszli na dziedziniec Kosobudzkiego domu, 
gdzie czasowie zamieszkał major, wjednemz okien postrzegłem 
przytłumione światło ; jakieś przeczucie ścisnęło mię za serce, 
przyśpieszyłem kroku, jednym tchem wbiegłem na schody i otwo- 
rzyłem drzwi domieszkania. W pierwszym pokoju było ciemno, 
i tylko, przez wpółotwarte drzwi do drugiego pokoju, przedzierało 
się światło niepewne i słychać był ciężki oddech chorego. O mój 
Boże, mój Boże! oświeć mię, co się ze mną stało ? przecież major 



38 40S 

był dla mnie zupełnie obcym człowiekiem; a jednak, kiedym prze- 
chodził przez ciemny pokój , pulsa mi biły gwałtownie, instynkto- 
wie przeczuwałem , że to będzie stanowcza chwila w mem życiu, 
i żeby się ziemia podemną rozstąpiła i niedozwoliła mi dojść do 
tych drzwi, za któremi jęcs^ł cierpiący bliźni, czuję żeniegnie- 
wałbym się wcale. Jerzy mię uprzedził i wszedł do drugiego 
pokoju, ja się zatrzymałem chwilę, niowiedząc co z sobą począć; 
w tśm drzwi się otworzyły zupełnie, i na progu pokazała się 
Marynia, lecz jakże była inną! Na jćj twarzy, skrystalizowanej 
boleścią, niewidać było śladu łez, oczy pałały jakimś gorączko- 
wym ogniem i rezygnacyą ; widziałem w niśj, już nie owe dziecię 
jasnowłose, co się rumieniło, w pół uśmiechnięte przed kilku go- 
dzinami , ale niewiastę silną poświęceniem. W milczeniu wycią- 
gnęła do mnie rękę , jako niemą oznakę podziękowania. Jakżem 
był malutki i nędzny przy tern dziewczęciu , którćj boleść i nie- 
szczęście nowych sił do poświęcenia dodaje ! jam się spodziewał 
znaleźć rozchlipane dziecko; sądziłem, że ją tulić i pocieszać trzeba 
będzie: a znalazłem nieodrodną córę Polskich niewiast, których 
miejsce przy łożu cierpienia sercu blizkich , a którym nigdy nie- 
zabraknie siły do poświęcania i miłości. Kiedyśmy wchodzili do 
pokoju, ona się zwróciła do mnie z temi słowy : 

— Panie Karolu, niech panu Bóg nagrodzi, żeś nieodmówił mej 
prośbie. Możem źle zrobiła wzywając pana, alem straciła głowę w 
boleści... niech to mnie tłómaczy. Pan mi to darujesz ? 

Ja cóś chciałem odpowiedzieć, ale słów mi zabrakło. Musiała 
jednak wyczytać odpowiedź w mej twarzy, bo skinęła główką 
i odeszła do łóżka ojca. Zostawiony sam sobie, mogłem się obej- 
rzeć dokoła i zdać sobie sprawę z tego co mię otacza. 

W pokoju było na wpół ciemno, świeca przysłoniona zieloną 
umbrelką, jakieś tajemnicze światło rzucała dokoła. Na łóżku leżał 
major z przewiązaną ręką, po krwi puszczeniu; twarz jego, niemal 
granatowa^ dziwny stanowiła kontrast z białemi włosami i wąsami; 



403> 39 

oczy miał zamknięte, pierś się ciężko podnosiła, a w całej posta- 
wie, sztywnie wypr ężonej, widoczne były ślady niedawno sto- 
czonego boju ze śmiercią. Długo się wpatrywałem w twarz tego 
starca, śledziłem badawczym wzrokiem zmiany, jakie na nićj kilko- 
godzinowa choroba zostawiła. Przy łóżku stał lekarz z zegarkiem 
w ręku, trzymając za puls chorego. Szczęśliwy traf przypro- 
wadził, do łoża cierpiącego majora, młodego lecz znanego ze swćj 
nauki lekarza , co rychłym ratunkiem wyrwał go ze szponów 
śmierci ; u wezgłowia , wsparta o poręcz łóżka, stała Marynia, 
wpatrując się badawczo w twarz lekarza, jakby chcąc z niój wy- 
rok dla siebie wyczytać ; przy drzwiach stał wyprostowany Jerzy 
Wajtis, i od czasu do czasu ocierał rękawem grubćj sukmany łzę, 
co się ukradkiem pojegozoranójzmarszczakami twarzy toczyła; 
pod oknem siedziała wiejska dziewczyna, zapewnie garderobna 
córki majora, i na dobre szlochała. Lekarz widać dostrzegł nie- 
pokój, malujący się na twarzy dziewczęcia, bo niewypuszczając 
ręki chorego, powiedział półgłosem ; 

— Uspokój się pani, niebezpieczeństwo minęło, troskliwość 
reszty dokona. 

Marynia złożyła ręce, jakby do modlitwy^ i z błagającym spoj- 
rzeniem powiedziała: 

— Ach zlituj się pan, nieopuszczaj nas. 

Właśnie wtedy posłyszałem stąpanie na schodach. Domyśla* 
jąc się , że to nasz zacny doktor Piotrowicz pośpiesza na wezwa- 
nie, czułem się w obowiązku uprzedzić obecnego lekarza, żeby 
tego niewziął za brak zaufania z naszćj strony, podszedłem więc 
doń i szepnąłem mu na ucho : 

— Niech mi pan niebierze za złe, że niewiedząc, iż pana już 
tu znajdę, uprosiłem doktora Piotrowicza, który właśnie nad- 
chodzi. 

— Ależ panie, — odpowiedział młody lekarz, z nieudaną szcze- 
.rością, — gdzie idzie o życie bliźniego,* tam wszystkie konwenanse 



40 404 

muszą ustąpić z placu. Przeciwnie, jestem panu wdzięczny; światła 
rada d-ra Piotrowicza zawsze się przyda. 

Uspokojony z tego względu, wyszedłem na spotkanie doktora, 
by go uprzedzić o tćm co się stało. Doktor Piotrowicz był jednym 
z najsławniejszych wWilnie lekarzy, a oprócz tego najzacniejszym 
człowiekiem. Niebyło wypadku żeby kiedy odmówił swej pomocy, 
nieoglądając się wcale na to czy jego pracę wynagrodzą. Był on 
opatrznością uczącćj się młodzieży ; ileż to razy widziałem go, 
siedzącego po całych nocach przy łóżku niejednego z moich 
kolegów, przynoszącego lekarstwa, wspierającego datkiem pie- 
niężnym konwalescenta , żeby zbytnićm troskaniem się o jutro 
i chl4b powszedni niepotrzebował sił nadwerężać. 

Gdym go spotkał w pićrwszym pokoju, popatrzał na mnie 
z podziwieniem, jakby chciał zapytać: a ty co tu robisz? ale widać 
sam sobie rozwiązał to pytanie, bo zatrzymawszy się na środku 
pokoju, tak rozpoczął przedwstępną indagacyę : 

— Jaka choroba ? 

— Zdaje się uderzenie krwi do głowy; zresztą, ja niemogę 
o tćm sądzić t bo sam niedawno tu przyszedłem, i wićm tylko, że 
chory leży zdrętwiały i nieprzytomny, cały zsiniały. 

— To dobrze , mnie twój sąd niepotrzebny. Czy był jaki 
ratunek? 

— Jest tu znany panu, młody doktor, puszczono krew', ale 
chory niewróoił do przytomności. 

— To dobrze, a jaki exemplarz ? 

— Człowiek lat siedmdziesięciu , i niegdyś żołnierz , teraz 
gospodarz. 

— To dobrze. Przy takich warunkach życia najczęścićj się 
w taki sposób kończy. No, a cóż więcej? 

— Mówiono mi, że otrzymał kiedyś ranę w głowę. 

— To bardzo dobrze — jestem w domu — obrażenie miejsco- 
we, cierpienie peryodyczne* A czy niebyło jakiego powodu ? 



40< 45 

* 

— Zdaje się» że czegoś się zmartwiłi jakaś przykra wiadomość. 

— A taki tak, to dobrze — trudna rada, cierpienie będzie skom- 
plikowane. No« a czy ma tam kogo przy sobie ? 

— Jest córka, lekarz przywołany i służba. 

— To dobrze — no chodźmy, ale uważasz waść, żeby to nie- 
robiło przykrego wrażenia na dziecko, nim się my z kolegą nara* 
dzim o środkach zaradczych, wyprowadzisz córkę do drugiego 
pokoju, dość jednego pacyenta. Kobiety, widzisz waść , to jak 
szkło , trzeba z niemi ostrożnie. 

Powiedziawszy to, pewnym krokiem przeszedł przez pokój, 
otworzył drzwi, i niezwracając na nikogo uwagi, wprost zdążał do 
chorego, z wlepionym weń wzrokiem. Młody lekarz trochę zakłg- 
potany, ustąpił mu swego krzesła przy łóżku, a sam stanął trochę 
na stronie, wpatrując się w twarz Piotrowicza, jakby chcąc zeń 
wyczytać wyrok o sobie. Doktor Piotrowicz milczący siadł na 
krzesło, wziął za puls chorego, siedział tak przez chwilę zamy- 
ślony, później powstał, omacał budowę głowy i szyi , znowu wziął 
za puls, jakiś uśmićch przebiegł po jego twarzy, i zwracając się 
do nmie rzekł : 

— No i cóż ? — pamiętasz co mówiłem? 

Zrozumiałem że d-r Piotrowicz chce sam z kolegą pozostać 
i z nim się poradzić nad sposobem leczenia, ale niemiałem 
odwagi powiedzieć Maryni, że jej obecność przy łóżku ojca jest 
niepotrzebna ; ona musiała postrzedz moje zakłopotanie, bo zbli- 
żywszy się do mnie, zapytała półgłosem : 

— Może czego potrzeba ? 

— Trzeba żebyś pani wyszła ztąd na chwilę, póki się konsy- 
lijum odbędzie. 

— Ja ? — powiedziała z zadziwianiem; a w tym jednym wy- 
razie tyle było wymowy, tyle miłości dziecięcej, która niechce 
pojąć, że córka może łoże chorego ojca opuścić,^— że jakby na po- 
parcie mój prośby musiałem dodać : 

TKA N. VI. 6 



— Może to kaprj'S doktora Piotrowicza, ale musi pani ma 
dogodzić, bo w jego ręku zdrowie ojca pani ;' on nieznosi, by kto- 
kolwiek był obecnympod czas konsylijum. 

— Ależ mogą być potrzebne niektóre objaśnienia; — któż 
bezemnłe potrafi to zrobić ? 

— Ja uprzedziłem doktora o wszystkióm. Jerzy mi rozpo- 
"wiedział, 

•^ Pan ? — przerwała, badawczo patrząc rai w oczy; później 
jakby jaka myśl jasna przebiegła jej po głowie, bo się czoło rozpro- 
mieniło, na twarzy przemknęło cóś podobnego do cienia uśmiechu. 

— Kiedy tak, to chodźmy, — dodała; — przepraszam cię panie 
Karolu: zapomniałam, że pan myślisz za nas dwoje ; są przysługi, 
które się nigdy niezapominają — dziękuję panu, — i jeszcze raz 
popatrzyła na chorego ojca i kiwnąwszy na służącą i Jerzego wy- 
czła do drugiego pokoju. Jam się na chwilę przyzostał , chcąc 
zasięgnąć wiadomości o zdaniu Piotrowicza, zapytałem : 

— Co będzie, doktorze ? 

Doktór potarł ręką czoło i cichym głosem odpowiedział: 

— Wszystko w ręku Boga, mój chłopcze. Jdź do córki, staraj 
$ię ją pocieszyć, ale już nieodchodź dziś do domu, posiedź przy 
chorym, za parę godzin może się rozwinąć gorączka, jeżeliby cóś 
było zastraszającego, dasz mnie wiedzieć. No, teraz idź, ja mam tu 
do pomówienia z kolegą. Ale, ale! miejcie tam na pogotowia sena- 
pizmę, i wolałbym żeby córka niesiedziała przy chorym; kiedy po- 
trafisz, to staraj się wmówić, żeby sobie spoczęła, choć to będzie 
trudno, bo takie wątło budowy, to wrażliwość w sukienkę 
odziana, stary może bredzić późnićj, to robi złe wrażenie. No 
ruszaj, jak będzie potrzeba, to cię zawołamy. 

Wychodząc do drugiego pokoju, spostrzegłem Marynię, stojącą 
u okna, miała ręce załamane, wzrok podniesiony do góry, jakby 
zniemem błaganiem Ojca Niebieskiego, by na jój boleść wejraał 



407 47 

łaskawie i nie okazywał jej Da sieroctwo. O jakże była piękną 
w swój boleści ! 

Skórom do niej podszedł i zatrzymał się na kilka kroków, nie- 
chcąc przerywać jej zadumy, spuściła główkę na piersi , dwie łzy 
stoczyły się po jój twarzy, i tak pozostała przez kilka chwil milczą* 
ca. W całej jej postaci widać było złamanie, i z owej silnej niewiasty, 
00 przy łożu umierającego ojca ze swej miłości czerpała energiję, 
bo widziała że iej pomoc i czujność potrzebne, teraz zjawiła mi się 
zbolała, znękana, szukająca wsparcia i opieki . . . Czemuż niemogę 
oddać swego pól życia, byle tylko jej ojcu zdrowie powrócić, a na 
jej twarzy znów uśmiech szczęścia i radości zobaczyć ? lecz widać 
nie dość chcieć się' poświęcać, trzeba jeszcze zdobyć prawo do 
poświecenia , trzeba jeszcze do tego Bożćj opieki, — jampragnął 
silnie i szczerze, ale Bóg mnie niewy3łuchał. Mój Boże, mój Boże! 
tylu ludzi niepotrzebnych żyje na świecie, czemuż o nich śmierć 
zapomina, a przechodzi tam właśnie, gdzie jej odwiedzin najmnićj 
czekają.... Po chwili podniosła główkę, i potarłszy rączką czoło? 
jakby chcąc czarne myśli rozpędzić, zwróciła się do mnie z zapy- 
t aniem : 

— Jakaż nadzieja ? 

— O bądź pani spokojna, — odpowiedziałem: — doktor Piotro- 
wicz wyratuje, kazał mi panią pocieszyć i właśnie z tem tu przy- 
chodzę. 

-^Poratuje.... a widziałeś pan ten uśmiech, co przebiegł po 
j