(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Walka o jzyk"

T A 



^^ * 


w^ 


c 


<WiL~ 




8902 




31761 03592 




i = 


Pm- 


'■y£ i 


v, ] 


' "Tk. 


mm 






W^/vw^ 




•v\^ 


'& 


t*J* 




• 









• > 



•' — c 



^. ■#■■ 4. ł. 






iv 



w 



^ 



\° 



Mieczysław Grygosińśki 



ALEKSANDER BROCKNER 



WALKA O JĘZYK 




LWÓW 1917 

NAKŁADEM KSIĄŻNICY POLSKIEJ TOWARZYSTWA 

NAUCZYCIELI SZKÓŁ WYŻSZYCH WE LWOWIE 

WARSZAWA - GEBETHNER i WOLFF. POZNAŃ 

M. NIEMIERKIEWICZ. 



PS- 
6 O 73 

B 7 




WYKONANO W ZRKŁHDZIE DRUKHRSKIM „GRJIFW 
LWÓW, UL. CHORitfCZYZNY L. 27. TELEFON Nr. 1998. 



Prześwietna 'Rado $zkolna 

Królewstwa Polskiego! 

Prześwietna Rado szkolna 

ftrólewstwa "Galicyi! 

szanowne towarzystwo 

Przyjaciół Języka Polskiego t 




państwowienie Królewstwa Polskiego i wy- 
odrębnienie Galicyi nabiera z każdym 
dniem coraz bardziej przełomowego zna- 
czenia w całem życiu narodowem i każ- 
dej tegoż dziedzinie nowe nadaje piętno. 
Ten zwrot stanowczy ku lepszemu doty- 
czy i mowy samej, powołanej teraz w Królewstwie do 
coraz okazalszego występy wania, przewodzącej wszech- 
władnie tam, gdzie ją do niedawna na milczenie skazy- 
wano, rozlegającej się obecnie, bez owych dawnych ogra- 
niczali, z mównic i uczelni, z urzędów i sądów, z pola 
walki i z koszar polskich. 

Przeglądami wojsk uświetnia się obchody narodowe, 
dnie chwały i zwycięstw, bojów i pokoju, od któregośmy, 
niestety, zawsze jeszcze bardzo dalecy. Przeglądem mowy 
naszej przysłużmyż się czasowi, jaki przeżywamy w naj- 
większej radości dla zdobyczy narodowych, w smutku 
najgłębszym dla ofiar niezliczonych ; obliczmy, czego na- 
szej praktyce piśmiennej nie dostaje, co w niej zbyteczne, 
czy nie należy odmienić lub usunąć jakiej nawyczki. 
W chwilach uroczystych, co mimo nas biega, zastanów- 
myż się nieco i nad tych chwil wyrazem zewnętrznym, 
nad owem narzędziem myśli naszej, czy nikłej, szarej, 
codziennej, czy odświętnej, wzniosłej a trwałej: nad pis- 
mem i mową naszą, których piastowanie, przez długie 

Aleksander Bruckner, Walka o język. 1 



lata i na najszerszej przestrzeni narodowej, okazywało 
się, wbrew wszelkiej słuszności, już niemal jedynem tej 
narodowości znamieniem na zewnątrz. Takiemu to prze- 
glądowi służą wywody poniższe, co badają niektóre dzie- 
dziny, szczególniej pisma, pod względem rozmaitych nie- 
doborów, dla ich wypełnienia; przeróżnych skaz i nałogów, 
dla ich poprawy; wszelakich zbytków, dla ich okrzesania. 
W ustroju narodowym oprócz wiary najbardziej za- 
chowawczą dziedzinę stanowi właśnie język; nie znosi 
żadnych przewrotów czy przeskoków i rozwija się tak 
powoli, że po upływie całych wieków ledwie w nim ja- 
kich dostrzeżesz odmian i to całkiem zewnętrznych , n. p. 
w samem wysłowieniu. Więc umyślnie unikamy wszela- 
kiej nowizny; nie zrywamy z utartym zwyczajem, choćby 
i mylnym; uderzamy raczej na jawne ułomności, zagra- 
żające językowi, jeżeli się im w czas nie zapobiegnie; 
zwracamy się głównie przeciw zbytniej dowolności, wal- 
czymy o większą jednostajność; żądamy przedewszyst- 
kiem zgody jakiejkolwiek, żeby tylko powszechnej i obo- 
wiązującej wszystkich. Rozbieżności umysłowej nie usu- 
niemy przenigdy; natomiast winniśmy przeprowadzić, 
czem rychlej tern lepiej, jednolitość językową, znamionu- 
jącą piśmiennictwo każdego wielkiego narodu. Mogła Fran- 
cya rozsadzać wszelkie pety państwa i wiary, język jej 
piśmienny nie zerwał żadnego i znosi w najprzykładniej- 
szem posłuszeństwie uciążliwe nieraz a niemądre prze- 
pisy. W Anglii trudności pisowni są jeszcze znaczniejsze; 
mimo to o ich ułatwieniu nikt tam poważnie nie myśli 
i powszechnej zachowawczości obyczajowej właśnie na 
tern polu najściślej się przestrzega. Język piśmienny ro- 
syjski do takiej samej nawykł karności i biedzi się po 
dziś dzień z przekazem minionej, nawet nie własnej prze- 
szłości; również utrzymują czeski język piśmienny wręcz 



w karbach żelaznych. Dopiero u Niemców, wobec ich 
rozbicia państwowego, dawniej o wiele większego jeszcze, 
dostrzegamy niejedne niejednostajność w szczegółach roz- 
maitych, dziś ile sił starczy usuwaną. U nas, wobec na- 
szego położenia, wobec braku urządzeń, coby cały obej- 
my wały naród, wobec zdawania wszystkiego na dobrą 
wolę ogółu i jego niezgodnych przewodników, okazy nie- 
jednostajności i nieuslalenia w piśmie mnożą się ciągle 
i dopiero od niedawna przychodzimy do przekonania, że 
wypada temu zaradzić, że miejsce przeróżnych wątpliwo- 
ści i dowolności winny zająć zasady stałe, obowiązujące 
nietylko brać piśmienną w chwilach zajęć zawodowych, 
lecz każdego, kto się pióra dotknie, jeżeli nie chce zdra- 
dzić braku najpierwotniejszej ogłady; obowiązujące prze- 
dewszystkiem w szkole i prasie. Nie możemy przecież 
zdawać pisowni na łaskę czy domysły uczniów lub skła- 
daczy. Winniśmy przeciwnie podawać im stałe przepisy 
■czy prawidła, wyprowadzać uczniów z chwiejności i do- 
wolności, uczyć ich choć na tern polu karności i posłu- 
szeństwa. 

Rozstrzyga tu szkoła, z niej wynosi młodzież na- 
wyczki językowe, wedle niej urabia sobie język piśmienny 
i dlatego zwracam się ku obu Prześwietnym Radom Szkol- 
nym, jako w tej sprawie najbardziej powołanym i za nią 
najwięcej odpowiedzialnym. Co one uchwalą i uświęcą, 
nas obowiązywać będzie; w Ich ręku leży i od Nich za- 
wisło, aby nadać pisowni naszej, chwiejnej i wątpliwej 
-aż nadto, pożądaną jednolitość. Uznała tę konieczność 
Warszawa już dawniej i powzięła uchwałę, aby zaprowa- 
dzić w szkołach własnych pisownię krakowskiej Akade- 
mii Umiejętności. Krok ten bardzo wymownie świadczy 
o należytem zrozumieniu ważności sprawy, lecz nie wy- 
starcza nam dzisiaj, bo pisownia Akademii zostawia 



zawsze jeszcze zbyt wiele miejsca dowolności, nie prze- 
prowadza ściślej jednej zasady, chwieje się w tę i owę 
stronę. Wobec tego, że jedną z najważniejszych i najry- 
chlejszego załatwienia ostatecznego wymagających spraw 
dawnej i nowej Rady szkolnej winno być właśnie ustale- 
nie prawopisu dla celów szkolnych, umyśliłem podjąć na 
nowo szczegóły rozmaite tego zagadnienia, aby przygo- 
tować wszystko dla pomyślnego rozstrzygnięcia, jakie 
z szkoły w życie przejść winno. Pisałem nieraz o nie- 
jednym z tych szczegółów, brałem udział w rozprawach, 
toczonych nad tern w wydziałach akademickich, mimo to, 
nie obawiając się zarzutu powtarzania słów własnych, 
znowu sprawę wyłączam, w nadziei, iż mi się uda prze- 
konać niejednego, że należy raz przecież te spory piso- 
wniowe, te wahania i wątpliwości w imię stałej jakiejś 
zasady usunąć. Korzystam zaś ze sposobności, aby po- 
ruszyć i inne sprawy językowe, ważne dla ogółu nietylko 
piszących, ale i mówiących, co do których szkoła rów- 
nież i nauczycielstwo nasze wszelkich stopni głównie 
przyłożyć się mają, jeżeli chcemy pomyślne osiągnąć 
skutki, a przede wszystkiem pozbyć się niejednej nawyczki, 
ubliżającej nieraz wcale dotkliwie powadze narodowego 
języka i dlatego godnej potępienia. 

Wszelka myśl czy chętka jakiegośkolwiek narzuca- 
nia mego sposobu widzenia jest mi przytem zupełnie 
obca ; wychodzę bowiem z zasady, że za zgodą powszechną 
i zła pisownia miejsce dobrej zabierać winna; że jedno- 
litość pisowni, acz złej, zawsze przedkładać należy rozbie- 
żności pisowni choćby najlepszej; że bez ustępstw wza- 
jemnych w rzeczy ściśle umownej, jaką jest każda piso- 
wnia, nigdy się nie obejdziemy. Zwracam ^ię zaś nie do 
zawodowców, lecz do najszerszego ogółu ; dlatego omijam 
wszelkie wywody umiejętne i wszelkie słownictwo nau- 



kowe, starając się o najbardziej przystępny wykład tych 
zagadnień, drobnych samych w sobie nieraz aż do śmie- 
szności, mimo to zlewających się ostatecznie w całość 
budowy językowej, i dlatego samego nie godnych lekce- 
ważenia. Dla uniknięcia nawet pozorów jakiegokolwiek 
sporu omijam wszelkie wymienianie osób, mając tylko 
rzecz samą na pieczy. 

U progu niespodziewanie ziszczonej państwowości 
polskiej należy się nam przeprowadzenie ogólnych a je- 
dnolitych prawidł językowych, obowiązujących odtąd każ- 
dego z nas w piśmie, gdyż o nie przeważnie chodzi; 
mowie ustnej pęt się nie narzuca w przekonaniu, że i tak 
z czasem pismo na nią wpływa, jak i na odwrót do niej 
się stosuje. Dbałości o schludność czy wytworność i o ro- 
dzimość szaty językowej i jej kroju nie zaliczymy chyba 
do niepotrzebnego marnowania czasu i pracy, papieru 
i druku, dlatego też podjąłem się wywodów poniższych 
i z tegoż stanowiska proszę o ich ocenę. Chwilę, zdaje 
się, obrałem najbardziej stosowną: nowym zadaniom, no- 
wemu powołaniu na szerszej widowni ma sprostać język, 
wolny od zaśniecenia cudzoziemszczyzną, co go nieraz 
szpeciła, wolny od nierównomierności w pisowni, co mu 
chluby nie przynosiła. Przyłożyć się do tego w jakiej- 
kolwiek mierze było zadaniem aż nadto pożądanem. 

Jeżeli w Warszawie polecono świeżo kilku zawodow- 
com, aby ustalili ostatecznie słowa i melodyę trzech pieśni 
narodowych, aby usunęli wszelką ich niejednostajność, 
toć zasłużyły chyba pisownia i język na podobne uwzglę- 
dnienie. Ile tu braków i niedomagali; jak mało wystarczają 
czy to „Prawidła pisowni polskiej" Akademii krakowskiej, 
czy najnowszy, bardzo staranny „Słownik ortograficzny 
na podstawie uchwał Akademii i t. d." H. Passendorfera 
z r. 1911., czy Gramatyka Polska Kryńskiego; ile tam 



sprzeczności, to wykażą uwagi poniższe, przeznaczone 
dla ogółu czytającego, dla szkoły, ale i dla grona tych 
ludzi, jakich obiorą obie Rady Szkolne, każda dla 
siebie, aby wyniki ich pracy pogodzić i jako obo- 
wiązujące szkołę a z nią nas wszystkich uchwalić. 
Nie narzucam niczego, lecz przedkładam, jak się rzecz 
ma a jakby się mieć mogła czy winna, przed sądy ta- 
kiego grona, aby mu ostateczne rozstrzygnięcie ułatwić 
i drogę do zgody wzkazać. Ktoby zaś, czytając wywody 
poniższe, dziwił się ich drobiazgowości — jakby chodziło 
tylko o to, co piszemy, nie jak piszemy — temu wyka- 
żemy przykłady narodów, co o swój język od dawna 
w osobnych akademiach dbały, jak francuski lub włoski „ 
gdy Polska się on nie troszczyła wcale, zawsze przeko- 
nana, że wszystko samo od siebie się robi. Nie dbała 
Polska o wojsko ani o szkoły własne, aż skutki niedbal- 
stwa poznała; nie dbała o język, aż potworne za czasów 
saskich tegoż zubożenie, zaśniecenie obczyzną na każdem 
polu (a najbardziej właśnie w wojskowości), chwiejność 
pisowni najdowolniejsza, o pomstę do nieba wołały. Prze- 
chodziły i inne języki narodowe (niemiecki, czeski) po- 
dobne koleje, ale wzięły się czy znacznie rychlej, czy 
znacznie silniej do naprawy błędów i w pracy tej dotąd 
nie ustają. 

Jakież panują u nas wyobrażenia o pracy podobnej? 
Świeżo wypisał „Kuryer Polski", co następuje: „nawołuję 
oto ludzie dobrej woli do zawiązania nowego zrzeszenia 
zupełnie zbytecznego Przyjaciół Języka Polskiego. Takie 
stowarzyszenie w jednym tylko razie miałoby sens... gdyby 
można było... narzucić jedną pisownię polską... jeżeli te 
sprawę z programu Towarzystwa wyłączyć, to co tam 
zostanie? Walki z prowincyonalizmami (!), z dyalektami 
prowadzić u nas niema potrzeby. Polska posiada chwała 



Bogu jedność językową, o jakiej Niemcy, Francuzi, Włosi, 
Anglicy marzyć ledwie mogą... Po za tern nasz język jest 
nie dość ustalony, zbyt bogaty, zanadto wolnościowy, ję- 
zyk to w swej fazie twórczej, w okresie młodości, bra- 
kuje mu kanonów klasyczności... musi się skondensować, 
okrzepnąć, ale tego nie zrobi żadne towarzystwo, chyba 
takie, któreby zrzeszyło dziesięciu Mickiewiczów i Sien- 
kiewiczów, do czego brakuje nam w chwili obecnej akurat 
dziesięciu członków". 

Odpowiedź na drwinki gotowa: właśnie tych dzie- 
sięciu Mickiewiczów i Sienkiewiczów, których nam nie- 
dostaje, nie przyłożyłoby się wcale do „skondensowania 
i okrzepnienia" polszczyzny, bo zadanie czy powołanie 
Mickiewiczów i Sienkiewiczów, jak przeszłość dowiodła, 
było inne zupełnie. Na Mickiewicza sypały się niegdyś 
gromy, że tylko rozchwiał język „skondensowany i krze- 
pki". Towarzystwo Przyjaciół Języka Polskiego oprócz 
sprawy pisowni (o walce z „dyalektami" i mowy niema) 
mogłoby zająć się inną, ważniejszą o wiele rzeczą. Czy- 
tamy bowiem w tym samym łamie, w którym owe drwinki 
ogłoszono, takie zdania: specjalna podkomisja opracowuje 
projekt kasy chorych, ustanowiła własne dyżury w tym- 
czasowym lokalu; inicjowała nowe związki z pośród ro- 
botników instytucji miejskich... Opór magistratu nie po- 
zwolił na zalegalizowanie tych związków... komisja cen- 
tralna weszła w styczność z sekcjami... wzięła udział 
w pracach komisji organizującej inspektorat przemysłowy 
i t. d. i t. d. 

Nie słychać nic o jakiemś Towarzystwie Nieprzyja- 
ciół Języka Polskiego; mimoto działalność jego widoczna, 
bo wypływa ze zdań powyższych, niby polskich, które 
prawdziwie polskiemi zastępywać byłoby jednem z zadań 
Przyjaciół Języka Polskiego, coby na dniówkach (nie dy- 



żurach) urządzali (nie organizowali) dozór (nie inspe- 
ktorat) wraz z osobnymi podwydziałami (nie z specjal- 
nemi podkomisjami) zakładów (nie instytucji) miejskich 
w własnem umieszczeniu (nie lokalu) i wdrażali (nie ini- 
cjowali) uprawnienie (nie zalegalizowanie) i t. d. 

Otóż do przyszłego Towarzystwa Przyjaciół Języka 
Polskiego — obyż jak najrychlej w życie weszło — zwra- 
cają się również wywody poniższe; zebrano w nich dane 
z rozmaitych dziedzin językowych, wskazano rozmaite 
wady czy wątpliwości i jakby im zabieżeć wypadało; 
o jakiemś wyrokowaniu ostatecznem , nieodwołalnem nie- 
ma w nich i mowy/ chociaż rzeczy po imieniu nazywano; 
czyniono ustępstwa wbrew rozumieniu lepszemu, aby ilo- 
ścią zbytnią pomysłów nowych i wymagań nie zrażać 
bardzo u nas trwożliwego i odpornego mniemania ogółu — 
z chęci służenia dobrej sprawie, ale i w zamiarze przyłoże- 
nia się do tego, aby przynajmniej wypływające coraz, jak 
wąż morski, zagadnienie pisowniowe z porządku dzien- 
nego raz już usunąć, zgodzić się na byle jaką, ale jedno- 
litą pisownię przynajmniej, jeżeli na innych polach języ- 
kowych o zgodę podobną trudniej. 

Nie streszczamy na razie, umyślnie, wywodów po- 
niższych w postaci wniosków jakichś stanowczych; nie 
dajemy nieraz wyraźnych prawideł; wykładamy raczej 
i przedstawiamy zasady ogólne i szczególne od nich od- 
stępstwa — na takiej podstawie niech wyrokują inni, po- 
wagą urzędową czy obywatelską bardziej do tego powo- 
łani. Im wyrok ułatwić, oto niniejszej pracy pierwsze 
zadanie wdzięczne ; jej drugie zaś następujące : 

Aby skutecznie oprzeć się cudzoziemszczyznie, aby 
nie brnąć po jej manowcach, co zagraża wkońcu od- 
rębności i pełności języka narodowego, należy poznać jej 
dzieje, warstwy, wpływy, od kiedy i jak daleko w różnych 



sięgała czasach, jakich doznawała kolejno przejść i od- 
mian — należyż wroga poznać, chcąc się z nim skutecz- 
niej borykać. W tym zamiarze wznowiłem własną pracę, 
wydaną przed laty, dziś wyczerpaną (Cywilizacya i język, 
szkice z dziejów obyczajowości polskiej, Warszawa 1904), 
lecz nie mogłem jej powtórzyć dosłownie. Własne i obce 
badania usunęły moc szczegółów mylnych; okazało się 
z czasem, że pomawiano jak najbłędniej liczne słowa, 
stare i nowe, o zapożyczenie, przeważnie z języków ger- 
mańskich; wróciliśmy wielu słowom, lekkomyślnie posą- 
dzanym o początek obcy, ich rodzimość; odwojowaliśmy 
słowiańszczyźnie jej prawowitych potomków. W innych 
razach okazało się, żeśmy źródło obce nietrafnie ozna- 
czali, że n. p. niem było, nie tureckie, lecz niemieckie 
dla kiru i i. Przedewszystkiem usunąłem własny dawny 
pogląd na mniemane pożyczki i wpływy czeskie (o wiele 
rzadziej i ruskie) na dawną polszczyznę; dziś już nie 
twierdzę, jak niegdyś, żeby hardy i hańba, litość, 
powiedać czy śmietana, dla pozornej nieprawidłowości 
{h zamiast g w gardzić, ganić; i zamiast iu, jak w luty; 
ie zamiast ia, io : powiadać, miotać) były z czeska po- 
życzone czy tylko okraszone. Nie dziw; tylokrotnie na- 
potykano wyraźne ślady wpływów obcych, zapożyczań 
i t. d. , że mimowoli wpadano coraz na podobne domysły 
i tam, gdzie one jak najmniej uzasadnione albo wobec 
wyraźnych świadectw przeciwnych wręcz niemożliwe. 
Z takimi sądami pospiesznymi zerwałem zupełnie i na 
każdej niemal stronicy wypadało dawne twierdzenia czy 
•domysły usuwać; szczerby, co przez to powstawały, za- 
pełniałem nowymi, pewniejszymi szczegółami. 



IDalka z cudzoziemszczyzną. 



Przywłaszczanie rzeczy obcych , narzucanie im byle- 
jakiego znaku własności, aby ukryć przynależność pier- 
wotną, uchodzi zazwyczaj za rzecz wcale podejrzane 
i karogodną*). Nie w języku; z rzeczami obcemi i no- 
wemi przywłaszczamy sobie bezkarnie i nazwy ich obce- 
i niewiele temu można zarzucić — do pewnej jednak gra- 
nicy. Należy baczyć, aby tego towaru przywoźnego nie 
było zanadto, aby nie cierpiało przytem słownictwo wła- 
sne, aby go nie zagłuszały czy nie zatłumiały słowa obce. 
Tej granicy myśmy, niestety, nigdy nie przestrzegali,, 
a skutek tego ten, że miewamy dla najprostszych rzeczy 
ze cztery wyrazy, cóż z tego, kiedy wszystkie obce. Za- 
słonkę n. p. nazywamy welonem, woalką, kwefem, nie- 
gdyś szlojerzem (słojerzem), a więc po francusku i niemier 
cku, tylko nie po polsku. Nam wystarcza, że tych obcych; 
odmieniamy na nasz ład i że nieraz aż do niepoznaki 
wygląd ich ucierpiał ; kwef odbiegł daleko od coiffe, a cy- 
kata n. p. przypomina raczej cykutę, niż właśnie succado, 
skąd wyszła — cóż dopiero rumianek, obszar, lubszczyk, co- 
od polskości niby kapią, choć nic z nią nie mają spólnego. 

*) Mylnie piszą i mówią karygodną , jak gdyby to były dwa sło- 
wa; złożeniu należy się karogodny, jak wiarogodny, wiarołomny i t. p. 
i nie można się przeciw temu odwoływać do mniemanych złożeń, jak 
Bogumił, psikus (psiego kusa), psubrat, wielkanoc i t. p. 



12 



Niewielka nam pociecha, że u naszych sąsiadów 
nie wiele lepiej. Zalet niemieckich nigdy nie naśladowa- 
liśmy, zato w nałogach podajemy sobie ręce. I tak nauczy- 
liśmy się od nich pijaństwa — przynajmniej w wieku XVI 
tak u nas twierdzono powszechnie, chociaż co do tego 
i Litwa świetnie pomogła, sądząc, co o litewskiem pijań- 
stwie i obżarstwie, przypominającem ich żarłocznego roso- 
maka, Maciej Miechowczyk i spółczesny kaznodzieja ber- 
nardyński w Wilnie zapisali. R\e i inną, powszechniejszą 
wadę podzielamy z Niemcami. Bo oto między wszystkimi 
znaczniejszymi językami świata właśnie niemiecki i pol- 
ski najbardziej cudzoziemszczyzną zachwaszczono i nie 
wiemy, któremu z obu pod tym względem przypisać pierw- 
szeństwo. Szczególnie nasza mowa potoczna grzeszy ta- 
kiem przesadzaniem aż do obrzydzenia; język piśmienny 
jeszcze jako tako tej pstrocizny unika, pamięta o jakiej 
takiej czystości, wystrzega się jawnego zaniedbania, pa- 
nującego niepodzielnie w gwarze ulicznej, towarzyskiej, 
domowej. Ucząc się z potrzeby języków obcych, nie wła- 
damy żadnym poprawnie, zato zaśniecamy własny nale- 
ciałościami z każdego, a powoli utrącamy wszelką na to 
odporność. Czas najwyższy, aby otrząsnąć się z nałogu, 
wygodnego, ale szkodliwego aż nadto, niszczącego tkankę 
językową, jak alkohol nerwową. 

I. 

Każdy naród stoi ziemią, którą włada i uprawia, 
1 językiem, co go wyodrębnia od sąsiadów, bliższych 
i dalszych. Zrzeszenia, którym obojga niedostaje, tworzą 
wyznanie lub stan, nie naród; kto oboje utracił, skazał 
się na zagładę. 

Cóż składa się na odrębność językową? Obok 
brzmień, końcówek i spójek, obok więzi słów i zdań, od- 



13 



znaczą go własny zasób słów rodzimych i tymto zasobem 
mierzymy jego bogactwo, samoistność, wyrazistość, gięt- 
kość. Jakżeż ma się rzecz pod tym względem z naszym 
językiem? „Wznawiać ból niewymowny każesz mi, królo- 
wo!" możnaby za Eneaszem zawołać, przemyślając straty 
i uszczerbki, na jakie narażała i naraża język nasza nieza- 
radność, obojętność, ospałość — cnoty iście słowiańskie, 
co nam walkę o byt tak utrudniają : ów popęd naśladowczy 
do wszystkiego, co nieswojskie, na co od wieków znawcy 
Słowiańszczyzny sarkają — do dziś całkiem napróżno. 

Po takim wstępie odgadł już czytelnik, o co chodzi, 
i żachnął się niechętnie, bo pomyślał, że wylewający ta- 
kie skargi sięga po zwiędłe wawrzyny tych, co siłą mocą 
z języka obcych przychodniów, acz daremnie, wyświecali; 
przypomniał sobie owe deszczochrony, cichostępy, kor- 
kociągi i tym podobne dziwolągi, których sobie wmówić 
nie dał i nie da. Lecz obawy jego tym razem są płonne ; 
wcale nie zamyślamy kusić się o jakieś nowotwory; nie 
zamyślamy wywlekać odwiecznych przeciw czystości ję- 
zykowej grzechów, owego upartego pstrzenia mowy roz- 
maitą cudzoziemszczyzną; nie zamyślamy prawić głuchym 
kazania o niepokalaności językowej, jak ją cenić, jak jej 
przestrzegać należy. Chcemy zwrócić uwagę na niebez- 
pieczeństwa, grożące językowi; chcemy wzmocnić jakieś 
zapory przeciw dalszemu jego psuciu ; chcemy przytępioną 
wrażliwość piszących i mówiących znowu obostrzyć, a naj- 
łatwiejsza po temu droga: pokazać, jak się ten nałóg do 
wszelkiej cudzoziemszczyzny objawia; jak i kiedy się 
począł; co go tak rozwinęło, że zdołał zubożyć język, za- 
nimeśmy się opatrzyli; czego dziś już ocalić nie można, 
a co jeszcze zawsze żywotne i tylko pieczy troskliwej, 
starania wymaga; kto i jak winien w tern przodować tak,, 
aby siebie i rzeczy słusznej na śmiech nie naraził. 



14 



Lecz i na to wszystko zarzuci czytelnik, niespokojny 
i niecierpliwy: Czyż pora rozprawiać o słowniku właśnie, 
gdy cały świat, wzruszony w posadach , zawaleniem grozi? 
gdy niepewność, bole i straty najdotkliwsze coraz nami 
miotają? Zamiast odpowiedzi wprost zobaczmy, co się 
obok nas dzieje. 

Walczą Niemcy z całym przeciw nim sprzysiężonym 
światem na zewnątrz a na wewnątrz z głodem i brakiem 
wszelkich potrzeb, od skóry i kruszców począwszy; mi- 
moto wytoczyli walkę i trzeciemu nieprzyjacielowi, języ- 
kowi własnemu, o ile go obce naleciałości zeszpeciły. 
W okresie najstraszliwszej i najcięższej walki o prosty 
byt bieżą w takie zawody o czystość językową nie jacyś 
Skoblowie, Waliccy, Blizińscy, nie jakieś jednostki zacie- 
trzewione, narażające się na ośmieszenie ogólne, lecz wła- 
dze same, wojskowe i cywilne, do niedawna najpewniej- 
sze ostoje wszelakiej cudzoziemszczyzny. Poczta i koleje 
zwalczały ją już rychlej, ale nie zbyt wytrwale ani ogól- 
nie, wprowadziły n. p. frei zamiast franko, einschreiben 
zamiast rekommandiren, Bahnsłeig zamiast Perron, Rb- 
teil zamiast Coupś; teraz jednak wzięto się do rzeczy 
głębiej, korzystając z podniecenia narodowego. Policya 
wydała w porozumieniu ze związkiem, oddającym się za- 
wodowo „oczyszczaniu" języka ze śmieci, spis wyrazów 
z życia przemysłowego i kupieckiego, wytłumaczonych 
na niemieckie; groziła niepoprawnym grzywnami; zasta- 
nawiała się nawet jakiś czas n. p. nad zniemczeniem 
„fryzjera" i polecała przynajmniej pisownię niemiecką ob- 
cej nazwy, frisór, nie friseur. Sejm rześki zarzucił sta- 
nowczo budżet, rozprawia tylko o Haushalłung ; dzien- 
niki nie znają redakcyi ani honorarjum, mają natomiast 
Schriftleitung i Ehrensold (oba słowa wcale niezręczne); 
w teatrze niema już Regie, jest tylko Spielleitung ; zamiast 



15 



adresów podają Briefaufschrift; wojskowość usunęła wy- 
razy militarisch , pisze Heeressache, a w doniesieniach 
z pola walki używa Reiłerei zamiast Kauallerie, funken 
zamiast telegraphiren i t. d. 

Nie zawadzi wtoczyć kilku słów o powodzi cudzo- 
ziemskiej w języku niemieckim, skoroż on z polskim 
w równej mierze sam się jej wydał. Już w wiekach śred- 
nich (najwcześniejszych nawet) wyższość kultury romań- 
skiej nieztarte na niemczyźnie wycisnęła piętno i setki 
najważniejszych wyrazów do dziś o tern świadczą; 
najpospolitsze, bez których języka dziś ani pomyślimy, 
są całkiem obce, n. p. takie Brief, Kórper, Słrasse, Mauer, 
Pferd, Keller, nazwy wszelkich roślin uprawnych, owo- 
ców, części ubrania i uzbrojenia, towarów wszelkich, 
szczególnie przywoźnych — jednem słowem wszystko, co 
do kultury należy. Wiek siedmnasty, z upadkiem dobro- 
bytu i znaczenia Niemiec, szczególniej za wojny trzydzie- 
stoletniej i wnet po niej, z wysunięciem się Francyi na 
same czoło europejskie, podbił Niemce kulturze francu- 
skiej, przejmujące stale wszystko co francuskie od pojęć 
o państwie aż do słownictwa, zagęszczanego zwrotami 
i wyrazami francuskimi aż do przesady nieznośnej, wręcz 
niemożliwej. Gdy się tego znowu powoli wyzbywano, narzucił 
język umiejętny, filozoficzny, szkolny — jednem słowem, 
moc nowej obczyzny ; czytając Francuzów i Anglików^ 
a ucząc się łaciny i greki, przyswoił sobie Niemiec wszelkie 
słowa „uczone", na poły łacińskie, n. p. Kontakt, Rttrac- 
tion, absolut, Principien, Nation i tak w nieskończo- 
ność. W rozmowie potocznej uderza to samo, jakby użycie 
słowa francuskiego, czy innego obcego, świadczyło o oświa- 
cie ; używa się go też umyślnie dla oddania jakiegoś niby 
odcienia osobliwszego ; uczony Niemiec powie ci nawet: 
ich will mich nicht decouvriren (!) i te straszne szpeeiągi 



16 



na -iren, zawaliły mu język, chociaż nie istnieją w żad- 
nym innym i są całkiem zbyteczne (Anglik mówi przecież 
to command, Niemiec kommandiren, my telegrafować 
czy ślabizować, Niemiec telegraphiren czy syllabisiren 
i tak ciągle, bo zachował francuską końcówkę -er, dodając 
do niej własną -en, zamiast, żeby własną zastąpił obcą). 

Mści się wygoda, nie dbająca ani sadząca się na 
nic swojskiego, godząca się z tern zrzekaniem się na ko- 
rzyść obczyzny, chętnie wyręczająca się obcem — „obce 
ręce gładkie, ale nie korzystne", twierdzi słusznie przysło- 
wie rosyjskie; mści się i chętka popisywania się, jakby się 
chciało dowieść, że się czegoś uczyło; mści się prosta 
nawyczka, że i inni tak mówią. Ocknęło się wkońcu su- 
mienie narodowe; poczuło się do obelgi i poniżenia sa- 
mowolnego i otrząsa się powoli z nałogu wiekowego; 
ośmiesza teraz, czem się dawniej niemal szczyciło. Mó- 
wimy to wszystko o Niemcach, cóż dopiero o nas samych 
powiemy! 

Przecież język nasz w jeszcze gorszych znalazł się 
opałach. Niemcy walczą tylko z latynizmami i romaniz- 
mami, dawnymi czy świeżymi ; myśmy natomiast wrota 
językowe na zachód i wschód gościnnie otworzyli i przy- 
błędów zewsząd, Niemców, Romanów, Czechów, Rusi- 
nów, Tatarów, z najdotkliwszym własnym uszczerbkiem 
gościnnie przyjęli; dla nich wydziedziczyliśmy i wyrzu- 
ciliśmy, co było nasze, nieraz o wiele piękniejsze i le- 
psze; bez żalu i wstydu o niem zapomnieliśmy doszczę- 
tnie, zastąpiwszy je bez myśli i potrzeby włazami postron- 
nymi, tylko dlatego, że był na nie jakby popyt jakiś. 

Jak daleko i to już nieodwrotnie po tej pochyłej dro- 
dze zabrnęliśmy, pokaże byle jak sklecone, niemądre zda- 
nie, w którem zato ani jednego polskiego słówka nie 
umieścimy. N. p. „rada zafrasowana poszukuje na gwałt, 



17 



nie na żarł, bo z musu, malarza i budowniczego, (nie 
w celach dla sztuki ważnych), aby powetować szkody 
w rynku, ratuszu i szkole, na jakie para burmistrzująca, 
niedokształcony murarz i gburowaty blacharz, od dachu, 
cegieł, komina, rynny i strychu, aż do kuchni i bruku 
trybem niestosownym gminę wykierowała". Przecież w ca- 
lem tern zdaniu, pominąwszy niczego nie dowodzącej 
spójki, Niemiec na Niemcu siedzi i Niemcem pogania, 
chociaż tego wcale już nie odczuwamy ; trzebaż sobie 
uprzytomnić należycie, co to znaczy, że obszerne zdanie, 
o najzwyklejszej treści, składa się z samych obcych, 
niemieckich słów, których własnemi już nie zastąpimy 
nigdy. R kto sobie zada nieco trudu („fatygi" po polsku) 
i na „ambicyę" (jak to po polsku ?) weźmie, może i z słów 
łacińskich, co w Europie (nieromańskiej) z obiegu już 
wyszły zupełnie, podobne uklecić zdanie. Prawda, pozby- 
liśmy się szczęśliwie niejednego wlaza ; pozapominaliśmy 
znowu wielu Niemców (gasa, celbrat i t. p.), zostawiliśmy 
Rosyanom turmę (wieżę), puszki (działa), spinę (krzyże), 
łunę (księżyc) i i., ale cóż znaczy tych kilka wyrzuco- 
nych przybłędów niemieckich i łacińskich wobec tłumów 
nieprzejrzanych, jakimiśmy zagęścili od wieków język 
i znamiona jego słowiańskie szczęśliwie zatarli], nieraz aż 
do niepoznania, tak, że aż sąsiedzi tern się gorszą, ale 
„u nas — jak kto chce!" a chce najczęściej niestety źle, 
albo nierozumnie. 

Powie kto, że nie nas tylko wstyd w oczy kole, że 
Niemcy w siedmnastym, a Czesi w ośmnastym wieku 
obcemi słowami, owi francuskiemi , a ci niemieckiemi 
głównie, tak własny język zarzucili i przytłoczyli, że aż 
śmiech pusty zbiera , gdy się owoczesne listy i t. p. czyta. 
Otóż w tern właśnie sęk , że się Niemcy i Czesi spostrze- 
gli, z nałogu otrzęśli, z mętów cudzoziemskich na czystą 

Aleksander Brnckner, Walka o język. 2 



18 



wypłynęli wodę, my zaś w kałuży obcej pozostali i do 
dziś sprośnemu nałogowi się oddajemy. Tak n. p. pojawił 
się ni stąd ni zowąd masarz czeski ; czyż mięsarz polski 
brzmiałby po prostacku? I przypominają się nam ci dwo- 
rzanie Zygmuntowscy, co stawy z czeska , zamiast słany, 
mówili, z których się Górnicki natrząsa, albo owa pani 
z „Powrotu Posła", co francuskie słówka w polszczyznę 
wtykała. Więc innym narodom język rodzimy na pieczy, 
tylkoż my tego nie potrzebujemy? my, co od ministrów 
aż do andrusów na obce słowa się sadzimy : mam feblik 
do tego i tego, powie ci jeden, a drugi frajdę sobie robi; 
i mała chyba pociecha, że jeden francuszczyzną, drugi 
niemczyzną narabia. 

Przeważne, najwybitniejsze znamię wieku XIX. i XX., 
narodowość i jej służba, wszędzie i w języku się odzywa; 
wyświecają zeń naleciałości obce, niepotrzebne, gromią 
niepoprawnych, bezmyślnych, domagają się wysłowienia 
rodzimego. 

Jeżeli więc nawet ministeryum wiedeńskie okólni- 
kiem do szkół i władz niemieckich dbałość o czystość 
językową poleca, zapytajmyź, jak to u nas z tern bywa — 
czy nie należałoby z chwil mimowolnego skupienia i wy- 
tężenia sił moralnych, podniecenia uwagi ogólnej skorzy- 
stać, aby obliczyć się ponownie ze sprawą drażliwą , pie- 
kącą, choć zaniedbaną sromotnie, patrząc z żalem, jak 
zalewają wyrazy obce mowę, pytając, czy nie można jej 
obronić przeciw nieprzyjaciołom, co ją zewsząd obstąpili, 
czy nie należałoby się wyrzec raz na zawsze owego wy- 
godnictwa, owej gnuśności myślowej, co nam język ro- 
dowity na poniewierkę u obcych wydały; czy nie należy 
przestrzegać, nietylko w piśmie, ale i w rozmowie i w ca- 
łem życiu potocznem, jakiejkolwiek czystości języko- 
wej, aby wkońcu błąd, szerzący się w mowie, nie 



19 



ogarnął, albo choć nie dotknął i pisma samego, jak to 
u nas stale bywało dawniej, z największą dla języka 
stratą. 

Kiedyż właściwie zaczęła się ta jego poniewierka? 
Łączą ją mimowolnie, choć mylnie, ze wszechwładzą ła- 
cińską, jakobyśmy dopiero od humanistów i ich szkoły 
nawykli zachwaszczać język honorami, sentymentami 
i afektami bez końca. Niestety, łacina napotkała już ję- 
zyk nieodporny, bo złe znacznie wcześniej się zaczęło. 
Dziwnem, ale u nas zwyczajnem niedopatrzeniem zżymała 
się wprawdzie warstwa rządząca na mieszczaństwo nie- 
mieckie, panoszące się po Poznaniach i Krakowach, wy- 
dała mu jednak sama język własny na łatwe łupy. Już 
bowiem w czternastym i piętnastym wieku zalała niem- 
czyzna język i niepowrotne wyrządziła w nim straty 
i ubytki, których dziś już nie naprawimy więcej. 

Rosyaninowi język polski obczyzną, niesłowiańskimi 
żywiołami aż nadto trąci, owo wyżej sklecone zdanie 
„Rada i t. d." wyraziłby on całe słowami słowiańskiemi; 
nawet Czech, co niemczyzną aż do szpiku kości prze- 
siąkł, dziwi się, jak wieszcz polski słowa dach używa, 
jak mu to z natchnieniem licuje? Zachodni bowiem i po- 
łudniowi Słowianie rozróżniają między językiem piśmien- 
nym a językiem potocznym, więc n. p. szynkę czy szunkę 
z mowy wyższej wyświecają, dopuszczając ją tylko w niż- 
szej ; myśmy na to wszystko mniej czuli, czem się niestety 
chwalić nie możemy. 

Zrąb słownictwa naszego wynieśliśmy już z wieku 
piętnastego i do dziś go tak piastujemy: upstrzony 
w sposób nieludzki. Co innego byłoby, gdybyśmy tylko 
z nowemi, obcemi rzeczami, urządzeniami i t. d. nowe, 
obce ich nazwy przyjmowali. Nie dziwimy się, że n. p. 
nazwy kwiatów, warzywa , owoców, wszelkie nazwy ku- 

2* 



20 



chcnnc, od potraw aż do naczynia, zatrzymaliśmy obce, 
jak je Benedyktyn czy Cysters dawny, lub inny Niemiec 
wprowadził. Więc róża, lilia, ruta, barwinek, mięta, ru- 
mianek (nie rumiany przecież, lecz żółty), sałata, pio- 
truszka, chrzan, rzodkiew, cebula, marchew, łuk, kmin, 
brzoskiew i t. d. ; albo placek, kluski, szpik, smalec, 
szynka (dawniej i szołdrą przezywana); albo konwie, 
węborki, panwie, kubki, kubły, beczki, puszki, skopce, 
kobiałki, skrzynie, króbki i L d., to wszystko przybysze, 
co z przedmiotami samymi u nas nastały, co często i w sa- 
mem ich źródle, w języku niemieckim, również tylko 
przybyszami romańskimi przeważnie bywały (n. p. radix, 
korzeń, stąd niemieckie rettich, a stąd nasza znowu rzod- 
kiew i t. p.). W tych dawnych czasach nikt o to ani py- 
tał, brał żywcem co pod ręką było, głowy sobie nad tern 
nie suszył i nie mielibyśmy nikomu za złe, gdyby się na 
tern złe zakończyło. Ależ tak nie było; miłe złego po- 
czątki — od tych usprawiedliwionych w znacznej mierze 
przybyszów padła istna zaraza na cały język, co teraz 
i bez najmniejszego usprawiedliwia cudzoziemszczyzną 
i tam się obtykał, gdzie przez to błędu grubego i winy 
niepoprawnej się dopuszczał. Bo jakież były skutki ? Oto 
miał n. p. wóz polski (i ma poniekąd nawet na zniem- 
czonym Śląsku po dziś dzień) „oje" ; wyrzuciliśmy to 
prastare, piękne słowo i zastąpili brzydką, ale za to nie- 
miecką dyszla, a później jeszcze piękniejszym dyszlem. 
Po co i na co ? I tak ciągle. Los, traf, obszar, plac, ka- 
wał i t. d., rachować, szanować, warować, cofać i t d.> 
i niezliczeni inni Niemcy rozpanoszyli się na stałe w ję- 
zyku od wieków średnich i tak zżyliśmy się z nimi. 
żeśmy zupełnie o ich pochodzeniu obcem zapomnieli. 
Jaka cena lub zacz stoi, pytał niegdyś prawy Polak, za- 
stąpił to przez co kosztuje już wcześnie ; nawet herbowa. 






21 



szlachta, to jest Erb(ge)schlechł, brzydząca się mie- 
szczuchem Niemcem, najspokojniej szyndowała (zamiast 
rozbijała) po drogach, a gwesiła się (zamiast upew- 
niała) po sądach w wieku czternastym, osadzała, jak 
gburów na swoim gbicie, tak niemczyznę w swoim słow- 
niku. Jak pozapominaliśmy o właściwym wielu słów na- 
szych rodowodzie i jakie o tern wszystkiem panują u nas 
wyobrażenia, pouczy zdanie, wyczytane w piśmie, języ- 
kowi poświęconem wyłącznie, o tej samej rzeczy: „Nie- 
wątpliwie wyrazy takie, jak : bułersznyt, banhof, żurnal, 
ankieta, dżentelmen i t. p., nie powinny się znajdować 
w języku, mającym : bułkę z szynką, dworzec kolejowy, 
dziennik, zebranie, szlachcica i t. p., ale trudno usunąć: 
lampę, kałamarz, papier, bibułę, komodę, szafę, fotel, 
a nawet telegram lub kopertę, bo to są okazy i dowody 
cywilizacyi tak z naszem życiem zrosłe, że ich usunięcie 
lub zastąpienie choćby nawet szczęśliwymi nowotworami 
zburzyłoby nam świat istniejący i stworzyło coś obcego 
i niemiłego". 

Wypisaliśmy zdanie, w którem co słowo, to błąd. 
Przecież bułka z szynką tacy sami Niemcy jak i bułer- 
sznyt, szlachcic tylko ogonek polski Niemcowi przycze- 
pił, ankieta wcale nie zebranie, dworzec kolejowy do- 
słownie Bahnhof tłumaczy, a zamiast wprowadzać do 
języka bibułę, kałamarz i podobne pięknostki, należało 
w chwili, gdy się z nową rzeczą zaznajamiano, dla niej 
i nazwę obmyślić. Dziś, gdyśmy do bibuły, kałama- 
rzów, scyzoryków, pułaresów i podobnych niezliczonych 
potworków nawykli, trudniej z nałogiem zastarzałym wal- 
czyć, chociaż nadziei tracić i w wysiłkach ustawać nie 
należy. 

Dlaczego nie oparł się język w wieku czternastym 
i piętnastym, gdy jeszcze czas był, owemu pierwszemu 



22 

zalewowi niemieckiemu? Nie było wtedy języka piśmien- 
nego, coby stanął na straży i nie dopuścił szerzenia po- 
twornego nałogu. Było to istne błędne koło: nikt po pol- 
sku nie pisał, nawet taki miłośnik ojczyzny gorący, co 
całe życie pisał, jak Długosz, bo nie było języka piśmien- 
nego, bo łaciną załatwiano wszystko. Napróżno przestrzegał 
spółczesnych mądry jakiś Krakowianin w mądrem pi- 
semku przed tą wszechwładzą łacińską, przed tern hanie- 
bnem upośledzaniem własnego języka; nikt go nie usłu- 
chał, nawet duchowieństwo, bojąc się o zarazę innowierczą, 
szerzoną najłatwiej w języku ludowym, tę wszechwładzę 
łaciny ile sił wspierało. Dla braku pisma polskiego nie- 
tylko Niemców tysiącami do polszczyzny wpuszczano, 
ale i zapominano własne słowa, któreby pismo było utrwa- 
liło, a więc podwójnie ujemnie brak pisma oddziałał. 

Kto zarzuci, że Czesi mieli w XIV. i XV. wieku bo- 
gate piśmiennictwo, a mimoto niemczyzny się nie ustrze- 
gli, zapomina, że niemczyzna już w XIII. wieku u nich 
się rozpostarła na dobre, więc przed wszelkiem ich pi- 
śmiennictwem własnem, a powtóre, że przez całe dwa 
wieki (1618—1818) niemczyzna domowy język całkiem 
zatłoczyła, niemal do szczętu wyniszczyła, tak, że nie 
dziwie się nam ich pstrociznie językowej, którą dziś z po- 
wodzeniem tłumią, używając n. p. łajemnika za sekre- 
tarza (i my tajemnik w XV. w. znali, ale biedakowi nie 
powiodło się u nas), ustrzedni za centralny, sustaw za 
system, trzida za klasa, rzeditel za dyrektora i t. d. 
i t. d. Ich mądrze t. j. bez przesady naśladować namby 
na złe nie wyszło. 

Dopiero wiek szesnasty, tworząc piśmiennictwo na- 
rodowe, wybrnął z zaklętego koła, przestał milczeć po 
polsku a mówić po łacinie (w piśmie), lecz niestety, pra- 
wdziwie polskim sposobem wpadliśmy i wtedy z deszczu 



23 



pod rynnę. Bo ceniono wprawdzie język piśmienny, wła- 
dano nim znakomicie (Skarga przepleniał go z wyrazów 
obcych umyślnie), ale w potocznym, w mowie jak w pi- 
śmie, zachwaszczano go najniegodziwiej łaciną, co teraz 
miejsce niemczyzny w zubożaniu języka rodzimego nie- 
podzielnie zajęła; Jan Kochanowski w wierszu i prozie, 
a Jan Kochanowski w liście i rozmowie, kłócą się z sobą 
dotkliwie: ów Polak, a ten łacinnik. Nawet taki Orzechow- 
ski, co nieraz Rzymem i łaciną gardził, Rusią i greką 
potrząsał, nie wahał się ojczyznę pałrią nazywać i ten 
błąd sprośny jeszcze i uzasadniał, zamiast rozróżniania 
ojczyzny a ojcowizny; jemu wtórowali inni, nie wsty- 
dząc się takiej dla języka obelgi, chociaż sami Węgrów 
wyśmiewali, że dla cnoty słowa własnego nie mają; pra- 
wda, że i w innych językach patryocie nie lepiej się po- 
wiodło, chociaż Niemiec zamiast patriotisch, vaterlandisch 
powiedzieć może, a my i tego nie zdołamy wyrazić sło- 
wem własnem, bo ojczysty nie to znaczy, tern mniej 
obywatelski. 

Więc po niemczyźnie czternastego i piętnastego wieku, 
łacina od szesnastego do połowy ośmnastego mowę kaziła, 
z tą różnicą na gorsze, że wkońcu i sam język piśmienny, 
oprócz w wierszu i kazaniu, łacińskiemi wstawkami się 
ośmieszał, upadlał, ubożył. Oprócz lenistwa umysło- 
wego, co gotowym acz obcym zwrotem się zadowalało, 
działała tu i próżność, co łacińskim zwrotem nauki szkol- 
nej dowodziła. Była to wręcz wada narodowa, to popisy- 
wanie się obczyzną, a nie zwalczało niestety piśmiennictwo 
tej ułomności. Zdarzają się wyjątki; natrząsał się Górni- 
cki z polskiej czeszczyzny i t. d., posiadamy nawet pi- 
semko ulotne, urągające zalewowi obcemu (niemieckiemu) 
w mowie wojskowej, ale cóż, takie dorywcze wysiłki chwa- 
stu nie wypleniły i to nieoględne, bezmyślne szafowanie 



24 



obczyną obowiązuje do dziś powszechnie. Dwaj czela- 
dnicy we Lwowie naprawiali (rychtowali po polsku) ła- 
zienkę; stałymi ich bliccangami, kugelcangami i L d. 
zdziwiony, zapytałem: „A wyż po jakiemu mówicie?" „Tak 
się u nas mówi", odpowiedzieli najspokojniej, i słusznie, 
bo otworzyć jaką dawną księgę cechową, równie jak het- 
mańską, n. p. Jana Tarnowskiego z roku 1559, to samo 
usłyszysz. Nasza obojętność pod tym względem przecho- 
dzi wszelkie granice; powtarzamy słowa obce, ani my- 
śląc o tern, że wypadałoby, mówiąc po polsku, słów pol- 
skich używać, jakby to końcówki polskie już o języku 
rozstrzygały, jakby większego nie godzien wysiłku. Oczom 
i uszom nie wierzysz, patrząc w dawne księgi, słysząc 
mowę (raczej gwarę jakąś) dzisiejszą. 

Wyśmiewano Skobla i innych, gdy na miejsce gład- 
kiego, ale niepotrzebnego, a więc szkodliwego słowa ob- 
cego rodzime, nieraz ciężkie wprowadzali i wszelkie de- 
szczochrony, cichostępy i t. p. niełaskę ogólną zaskarbiły. 
Nie bez słuszności, bo wyczuwano pod ich pozorną szatą 
polską ukrytego obcego. Parostatek, listonosz i t. p. są 
przecież znowu tylko Niemcy w polskiej szacie, nie ina- 
czej niż wszelakie wypośrodkowanie, światopoglądy, 
miarodajny i tym podobne nadobności ; w Poznaniu pod- 
padający tłumaczy dosłownie niemieckie auffallend. Tłu- 
maczymy zgłoski, zamiast oddawać znaczenie, nie po- 
mnąc, że te dosłowne przelewania z mowy obcej prowa- 
dzą wkońcu do takich potworów, jak: Koszty będą na 
dół trzaskane (zamiast: umorzy się), wedle die Kosten 
werden niedergeschlagen, a odwrotnie i do Himmelkrebs 
z nieboraka. Te dwie ślicznostki winne odstraszać ka- 
żdego, co się do tłumaczenia słów zamiast znaczeń za- 
biera. 

Nie myślimy kreślić całego, aż nadto smutnego obrazu 



25 



włamywania się do nas słów obcych; przemilczymy, jak 
się po niemczyźnic i łacinie, po węgierszczyźnie i wło- 
szczyźnie, francuszczyzna przysłużyła, od filutów, kaje- 
tów i fuzyi począwszy. Milczymy dalej o roli braci sło- 
wiańskiej, jak to niegdyś od Czechów, później od Rusi 
łataliśmy język najniepotrzebniej w świecie ; ci przybysze 
zazwyczaj nie noszą piętna obczyzny na czole, jak tamci, 
chociaż i między nimi nie brak takich, co się z językiem 
kłócą, n. p. sobory zamiast zborów a sojusze zamiast 
zwięzów, albo wszelkie słowa z ruskiem, niepolskiem 
ere, owe : czereśnie, czeremchy, czeredy, nadwerężenia , 
czerepy, zamiast : trześni , trzemchy, trzody, trzopu i t. d. 
Milczeniem pomijamy i słowa polskie, co pod obcym, 
znowu przeważnie niemieckim wpływem nowego, nie- 
polskiego nabrały znaczenia, n. p. zamek albo pokój, co 
od komnaty albo izby tylko pozornie odbiegły, bo takie 
nowe znaczenie, zamiast jedynie uprawnionego zamknię- 
cia albo spokoju, nadaliśmy im przykładem niemieckim; 
taksamo miasto, sklep, zagajenie (wieca) i t. p. do sło- 
wiańskiego znaczenia: miejsca, sklepienia-piwnicy, gaje- 
nia (drzewami), całkiem inne, niemieckie znaczenie wniosły. 
R możnaby nakoniec wspomnieć i o takiej obczyźnie, co 
dwukrotnie do nas wędrowała, więc pod dwoma kryje się 
wyrazami, n. p. barwa i farba, berło i feruła, dzięki 
i dank, misłra i majster, szaragi i stragan. Co się je- 
dnak od wieków w mowie utarło, nabyło przedawnieniem 
praw obywatelskich i nie myślimy ich tykać ; zwalczajmy 
raczej nowe nadużycia. R każdy dzień ich sporo przy- 
nosi. Czytam n. p. o ostrzeliwaniu werków nieprzyja- 
cielskich albo o szpicy batalionu i pytam, jak owych 
czeladników, po jakiemu to? Ale nie chcę mnożyć tych 
kwiatków ; czytaliśmy całe rozmowy, werkami i t. p. ro- 
zepchane, a kto się n. p. we Lwowie przechodniom przy- 



26 



słuch i wał, wic, że owe żarły niestety od rzeczywistości 
niedaleko odbiegły; niedawno wyczytałem w poważnym, 
„obywatelskim" dzienniku, że „Rusini spuścili nieco z /u- 
pętu" i znowuż pytam : po jakiemuż to? Czy to się godzi ? 

Wmówiliśmy w siebie, że nowotwory szpecą język, 
więc niech go raczej słowa obce szpecą? Ależ język zaw- 
sze stał nowotworami ; każdego słowa ktoś kiedyś po 
raz pierwszy użył. Więc wystrzegamy się chyba nowych 
nowotworów, zakreśliwszy językowi granice, jakby był 
martwy, gdy on z żywymi naprzód kroczyć winien ? Dziś, 
gdyśmy do parasola i parasolki i do tylu innych przy- 
błędów nawykli, ośmieszamy tych, coby nieproszonych 
gości wyprosić chcieli, jak gdyby nie należało się wy- 
rzec raz na zawsze wszelkich podobnych „okazów i do- 
wodów cywilizacyi" (?). Kłócono się niedawno temu na- 
miętnie o werbunki dla legionów; czyż te zastępy nie 
godne zaciągów? Szpicę wprowadzono nie od dziś, istniała 
już w wieku XV., jak i hetman (Hauptmann) i późniejsi 
obersztery (zawsze tak w w. XVII.) i t d. ; dziś szpicę 
odnowiono umyślnie, dlatego, że w pierwotnych legio- 
nach tak mawiano; ale czyż mamy właśnie ich grzechy 
językowe naśladować? 

Lecz wróćmy od wojska do cywilów wedle pol- 
szczyzny galicyjskiej. Najgorszaż ona we Lwowie, lepsza 
w Krakowie i Warszawie, chociaż i tu dziwaczą. Co się 
n. p. we Lwowie tutkami nazywa, zowią gilzami (po nie- 
miecku z rosyjska — nieprawdopodobne, ale prawdziwe) 
w Warszawie, co się jednak nieraz na dobry dowcip wy- 
sadza, n. p. gdy owe butersznity czy bulki z szynką 
kanapkami przezwała: wprawdzie słowo samo obce, ale, 
ile wiem, to zastosowanie jego w „knajpach" czy „ba- 
rach" warszawskich się wylęgło, więc je chętnie rozgrze- 
szamy (jak kanapka poduszkami , tak bułeczka mięsiwem 



27 



obłożona — tak przynajmniej nazwę tłumaczono. Si non 
e vcro i t. d.). 

Każdej nowince, wynalazkowi i t. d. winna towarzy- 
szyć nazwa polska. Gdybyśmy tej słusznej zasady prze- 
strzegali, nie kłopotalibyśmy teraz głowy parasolami, kała- 
marzami , butersznytami. Druga równie słuszna: nie należy 
poświęcać rodaka obcemu. R trzecia: nigdy nie powinien 
nowotwór razić poczucia językowego. Przeciw tym zasa- 
dom, najpierwotniejszym, grzeszymy stale. Nie znosi n. p. 
język złożeń wygodnych, niemieckich, dwu rzeczowni- 
ków, więc parostatek nie jest słowem polskiem, boć to do- 
słownie Dampfschiff, co lud krótko nazywa (jak n. p. na 
Śląsku bana, z Eisenbahn ogólna) szyfą, gdy polska dlań 
nazwa: parowiec, urobiona od przymiotnika parowy. 
Więc deszczochron był nie polski; należał się nam ja- 
kiś deszczowiec lub coś w tym rodzaju, słonkowiec od 
słońca, bo słonecznika używaliśmy już w innem znacze- 
niu, podobnieby słomkowiec kapelusz słomkowy wyrażał. 
Wedle wzorów jak gajowy można zamiast niepolskiego 
listonosza, co tylko brieftragera przekabacił, użyć wy- 
razu listowy, dziś i listowa, podczas gdy obok motoro- 
wego, motorka wystarcza. Że listonosz nie Polak, dowie- 
dzie nam już to, że nie możemy w podobny sposób n. p. 
wodonosza obzywać, co może być tylko wodziarzem lub 
wodnikiem, a bywa i woziwodą wedle ulubionego u nas 
składania słów z czasownikiem, niby z rozkaźnikiem, jak: 
liczykrupa, wędzikaleta, rzezimieszek, gryzipiórko, wali- 
góra i t. p. Oprócz nich górują u nas złożenia przymio- 
tnikowe, n. p. ciemnozielony, rudobrody, dwulicowy, obo- 
jętny, widnokrąg, wielkolud i t. p. , ależ wszelkie inne 
złożenia raczej już do wyjątków należą i nie należy ich 
zbyt pomnażać. Więc zamiast mrówkojada mrówczarz 
zupełnieby wystarczył. Mamy wprawdzie listopad, bo li- 



28 



ścień (wedle wrzesień lub kwiecień) za małoby mówił; 
zamiast wodospadu mieliśmy dawniej jedno słowo, za- 
pomniane zupełnie. Złożeń podobnych język nie lubił, 
używał ich chyba przy oznaczaniu czynności, n. p. 
konojady, kozodrza (lub Odrzykoń, Odrowąż), konował 
i t. p. ; liczba ich nigdy znaczniejsza nie była, inne ję- 
zyki nieskończenie nasz prześcigają. Lecz nie mamy zby- 
łniej przyczyny im tej łatwości zazdrościć, skoroż posia- 
damy inny, bardzo dogodny środek. Co Niemiec bowiem zło- 
żeniem ze dwu, my urobieniem od jednego pnia wyrażamy, 
więc jabłecznik = flpfelwein, kominiarz = Schornsteinfe- 
ger, sztabowiec = Stabsoffizier, Królewiec = Kónigsberg, 
wiatrak — Windmiihle, dróżnik = Wegmeister, poko- 
jowa = Zimmermadchen , sypialnia = Schlafzimmer, 
skarbnik = Schatzmeister i t. d., albo też złożeniem przy- 
imkowem, n. p. naparstek = Fingerhut, wykalacz = 
Zahnstocher, policzek = Backenstreich , podnóżek = 
Fussschemel i t. d. Nie myślimy jednak zabraniać czy 
potępiać wszelkich złożeń w języku, co w nazwach miej- 
scowych posiada nawet Dębogóry i Kamieniobrody , wy- 
magamy tylko, aby ich ile możności unikano. 

Można wprawdzie i inaczej na tę cudzoziemszczy- 
znę się zapatrywać ; kto wady i ułomności we cnoty prze- 
obraża, upatrzy łatwo w przyswajaniu i przetrawianiu 
łylu obcych żywiołów, jakiego nasz język dokonał, oznakę 
jego siły i żywotności; powoła może nawet na przykład 
angielszczyznę, co z podkładu niemieckiego, saskiego, 
zalana francuszczyzną doszczętnie, omal przez nią za- 
głuszona, w język światowy urosła. Wobec takiej prze- 
chwałki nie wadziłoby zaznaczyć, że moc niemczyzny 
w języku, naruszając jego znamiona słowiańskie, bynaj- 
mniej mu znaczenia ogólno-ludzkiego nie przysporzyła; 
że to słabość tylko, której ulega z dziwną łatwością każde 
plemię słowiańskie, podatne na wszystko co obce. 



29 

Śmiało jednak możemy wykazać, z najlepszą na 
przyszłość otuchą, że żadne pożyczki obce czy nalecia- 
łości nie osłabiły samego poczucia językowego, nie nad- 
werężyły w niczem rdzenia mowy naszej. Kaszub, to- 
nący w falach niemczyzny, co go zewsząd ogarnęła, mówi 
ma przedane zamiast przedal wedle hał uerkauft; Czech, 
co po przegranej białogórskiej przez lat dwieście po cze- 
sku mało, chyba między chłopstwem, pisał, czytał i mó- 
wił, powoli, z różnymi niedoborami odzyskał pełnię wy- 
słowienia rodzimego, chociaż zawsze jeszcze się zdarza r 
że po niemiecku pomyślane po czesku wyraża, że należy 
przypomnieć zwrot czy słowo niemieckie, aby czeskie 
zrozumieć. Proza bułgarska, nowela ukraińska trącą tak 
silnie rosyskim zapachem, że mimowoli je czytasz jaka 
dosłowny przekład, że wydają się nie rzeczą samoistną, 
lecz raczej przelewem na gwarę. Naszego języka prze- 
ciwnie z żadnym innym nie pomieszasz; nigdy samo- 
istności jego nic nie zagrażało i wpływy obce tylko po- 
wierzchni dotykały, w głąb nie szły ; na tej to odrębności 
urosło piśmiennictwo dawne i nowe i nic jej nie podważyło. 
Tej siły pewni i świadomi możemy z większym spoko- 
jem owo wdzieranie się i ścieranie cudzoziemszczyzny 
przeglądać. 

Nie myślimy też wcale wojny jej wypowiadać. 
W czasach, gdy opadają przegrody, dzielące dotąd ludy, 
gdy najruchliwsza wymiana myśli, towarów, ludzi cały 
świat ogarnęła, nie miejsce na trwożliwe zaskorupianie 
się w własnem narzeczu i nie boimy się nazywać obcych 
i nowych rzeczy obcą i nową ich nazwą, nie żachamy 
się przed telegrafem czy telefonem, przed torpedą czy 
balonem, przed patentem czy ankietą, nie myślimy ich 
spolszczać na gwałt ; to są wyrazy ogólnie przyjęte, w ka- 
żdym języku od Grenlandyi do Tasmanii. R przychodzi 



30 



to tern łatwiej, że dla oznaczania tych nowych rzeczy, 
nie ubliżając żadnemu językowi żywemu, używa się gię- 
tkiego, choć martwego języka Homera i Pindara. Ale i ła- 
ciny poświęcać nie myślimy, instynktu czy nerwu przed 
każdem spolszczeniem obronimy. 

I tak było zawsze ; z nową, obcą rzeczą rozpowsze- 
chniała się po całej Europie nowa obca nazwa. Więc słu- 
sznie przezywamy wszelkie nowe dla nas rośliny, owoce, 
wyroby, od jedwabiu i papieru do perkalu i kauczuku 
obcemi słowami, najczęściej po całej Europie obiegają- 
cemu Ale najniesłuszniej w świecie przejęliśmy atrament, 
kałamarz, scyzoryk , lusterko, bibułę (czy dla dowcipu, 
u nas możliwego: odsuń się ode mnie, bo ja bibuła, a ty 
żyd ?) i setki innych ; jak ołówek Bleistiit tłumaczy a le- 
niuszek Faulenzer (podkładka liniowana), taksamo nale- 
żało się tłumaczenie i owym łacinnikom ; dlaczego ko- 
perta zamiast obłożki albo fotel ma być „dowodem cywi- 
lizacyi" (chyba niedołęstwa), którego naruszać nie wolno, 
nie rozumiemy. 

Jeszcze bardziej nie rozumiemy niewczesnych po- 
rywów n. p. w tłumaczeniu czy naruszaniu właściwych 
nazw miejscowych. Po co n. p. tykać Munchen, Regens- 
burg, Worms i t. p.; Mnichów jest niemądrym wymysłem 
czeskim (co i Kopenhagę szczęśliwie, jakiemś nieporo- 
zumieniem, na Kadań wyłożyli) a Monachium najzbę- 
dniejszą łaciną; przecież zatrzymaliśmy Bordeaux, Nimes, 
Soissons, nie zastąpiliśmy ich łaciną (Burdigala, Nemau- 
rus, Suessones), a czyż dla Bawaryi odmienne obowiązują 
przepisy, niż dla Francyi? Nie wadzi przypomnieć, że 
bywa u nas wiele wahania w nazwach podobnych. Dziś 
spotykam coraz częściej saksońskiego zamiast saskiego; 
łacińska Saksonia wypchnęła już całkiem dawnych Sa- 
sów i dawną Saś (jak Ruś, wedle pierwowzorów słowian- 



31 



skich utworzoną), a może nam i „Ogród Saksoński* i „Kępę 
Saksońską" z czasem narzucą. Mamy jeszcze przymio- 
tnik duński i Dunina, ale kraj z łacińska Danią przezy- 
wamy. Jest Holandya, ale ser zowiemy z niemiecka „ho- 
lenderski", nie: holandzki. To najzbędniejsze niemieckie 
er wlazło nam i w inne słowa. Mówimy n. p. komendę" 
rować zamiast komandować ; maszerować zamiast mar~ 
szować; spacerować zamiast spacyować (mówimy prze- 
cież studyować, nie słuderować) ; egzycerować zamiast 
ćwiczyć czy musztrować albo, jak w XVIII wieku ma- 
wiano, exercytować; asenterować zamiast asentować; 
polerować, ależ politura nam dowodzi, że dla er 
tu miejsca nie było i i. U nas jeszcze półbiedy z tym 
-er, co tylko kilka słów potwornie rozepchało, ale w ro- 
syjskiem istna ich powódź obrzydliwa, tych wszystkich: 
konstatirowat' , charakterizirowat', eksperimentirowat', ne- 
gliżirowat', diskontirowat' i tak dalej w nieskończoność, 
gdyż tego — irowafu strzegli się tylko w słowach, jakie 
od nas wprost przejęli, n. p. diktowat', nie diktirowat' 
z dyktować i i. Otóż te wszystkie -erować powinniśmy 
raz na zawsze z języka wyrzucić; zostanie odmienne ce- 
rować (nie cyrować) i i. 

Nie zawadzi wspomnieć i o tern, jak się nieraz 
z „rodzajem" słów zapożyczonych dziwnie obchodzimy, 
jak go wedle naszego widzimisię odmieniamy, n. p. turme, 
odwach (z niby polskiem od, jak ob — w obsta- 
lunku albo w obcęgach), bruk i tyle innych; rzeczo- 
wniki na -unek męskie u nas, z niemieckich żeńskich 
i t. d. ; u Rosyan jest podobnie i ratusza i szerenga z na- 
szych męskich, ratusz i szereg; my jedni w Europie 
(a za nami dopiero inni) bankę (la banąue i t. d.) w męż- 
czyznę odmienili, podobnie sznur i dyszel z dawnej 
sznury i dyszli i t. d. 



32 



Rozróżniają zazwyczaj słowa obce, cudze, pstrzące 
język (n. p. fatyga zamiast trud, honor zamiast czci i t. p.) 
a pożyczone z rzeczą samą (telefon i t. p.); mówmy ra- 
zej o pożyczkach potrzebnych , nie gorszących nikogo, 
i o niepotrzebnych, kalających język ; niestety, z czasem 
wiele niepotrzebnych przedzierzgnęło się w potrzebne (n. p. 
dyszla zamiast oje, kielnia zamiast korzkwi, los zamiast 
źrebią, trafić zamiast tuczyć i tyle a tyle innych). Otóż 
zwalczajmy tylko całkiem niepotrzebne, istne przybłędy, 
a przodować w tej walce powinni pisarze zawołani ; za 
ich przykładem nauczymy się przestrzegać czystości ję- 
zykowej w mowie, o co przy naszej niedbałości najtru- 
dniej, i w piśmie, o co przy niejakim wysiłku woli nie 
tak już trudno. Z początku będzie to nużyć, ale z cza- 
sem włożymy się sami w tę czystość. Wdzięczne to pole 
szczególnie dla nauczyciela, co młodzież od tych nalecia- 
łości obcych stale odrażać winien; wdzięczne dla dzien- 
nikarza, co z szerokim ogółem w ciągłej styczności, o ja- 
kiej nawet znakomitemu pisarzowi nie myśleć. Co wpro- 
wadzania i ustalania nowotworów dotyczę, nie należy ślepo 
ufać własnemu uczuciu i uchu ani postępywać zbyt sa- 
mowolnie, nie licząc się z czuciem i uchem innych ; rzecz 
wymaga dalej nietylko cierpliwości i wytrwałości, lecz 
i dokładnej znajomości języka ; przedewszystkiem zaś wy- 
maga miary i zgody, o co u nas najtrudniej, przy wro- 
dzonej i wiekami wypieszczonej skłonności ku liberum 
veto (dla tej najbardziej polskiej nawyczki niema wcale 
miana polskiego). 

Mimo wszelakich zastrzeżeń każdy krok na tern polu, 
co słusznej miary nie przekracza, powitamy radośnie, jako 
oznakę, że zastanawiają się ludzie nad językiem, że nie 
poddają się ślepo nałogowi, bardzo wygodnemu, ale i szpe- 
tnemu zarazem. Nie naruszymy przenigdy słownictwa 



33 



naukowego, zawodowego, w umiejętnościach czy w rze- 
miośle, ale pocóż mówić o gazetach, kiedyż mamy dzien- 
niki , o administracyi, kiedy jest zarząd, o inseratach czy 
anonsach, kiedy są ogłoszenia ? Wypowiadając, bynajmniej 
nie pierwsi ani ostatni, walkę cudzoziemszczyźnie, wiemy 
dobrze, że i najlepszą myśl ośmieszyć można, również 
jak i to , że każdy początek trudny ; ależ nie należy się 
dawać odstraszać jednem czy drugiem ; szczególniej o nic 
łatwiej, niż o kpiny; komu jednak cel dobry przyświeca, 
o nie ani pyta; obyśmy tylko chcieli chcieć. 



II. 

Zamiast dalszych biadań, wyrzutów czy przestróg 
wskażmyż raczej, czego się trzymać należy i jaką zacho- 
wać miarę, bo rzecz widoczna, że się ani bez cudzo- 
ziemszczyzny, ani bez nowotworów nie obejdziemy. 

Co do cudzoziemszczyzny rozróżniamy, jak właśnie 
wspomnieliśmy, dwie jej warstwy zupełnie odmiennej 
ceny. Jedna, nietylko nieszkodliwa, ale wręcz niezbędna, 
bez której się żaden nie obejdzie język, to są słowa, na- 
zwy przeważnie* rozmaitych obcych wyrobów, towarów, 
roślin, zwierząt i t. d. , pożyczone, pożyczki, co wraz 
z rzeczą samą nas doszły. Druga warstwa nietylko 
całkiem zbędna, ale i wręcz szkodliwa, to te obce, 
cudze słowa, jakiemi najniepotrzebniej własne przety- 
kamy. Pożyczki przeciwnie, to wymowne dawnych i no- 
wych dziejów świadectwo i wystarczy n. p. porównać na- 
sze z rosyjskiemi, aby natychmiast różnicę dwu światów, 
naszego, zachodniego, i wschodniego, rosyjskiego, uwido- 
cznić; u nas panuje: poczta, lak, papier, libra, pończo- 
cha, strych, rycerz, warta, cegła, grosz, Chiny i t. d., 
a z wyrazów własnych: koń, żelazo, gospodarz, ołówek, 

Aleksander Bruckner, Walka o język. 3 



34 



skarb i t. d. ; u Rosyan zamiast tych słów zachodnich 
albo i słowiańskich znajdziesz tatarszczyznę samą: jam, 
surgucz, bumaga, dest', czułok, czerdak, bojarin, karauł, 
kirpicz, dieńga, Kitaj, łoszad', czugun, chozjain, karan- 
dasz, kazna i t d. Z pożyczek wyczytasz więc sam prze- 
bieg dziejów narodowych, jakie to kolejno oddziaływały 
na naród wpływy obce i w jakiej mierze ; tatarszczyzny 
rosyjskiej dowiodą same pożyczki językowe. 

Bez pożyczek nie obejdzie się język, one mu też by- 
najmniej nie uwłaczają, jako nieodłączne od rzeczy. Ko- 
muż by się przyśniło wyszukiwać nazw swojskich dla 
obcych zwierząt, roślin, napojów, n. p. dla kawy, czeko- 
lady, „teu" (nasza herbata najniepotrzebniej zatrzymała 
łacińskie herba-thea zamiast samego thea, co u Rosyan 
brzmi czaj, z tej samej chińszczyzny, ale z innego na- 
rzecza) ; te i liczne setki podobnych nazw, to są nazwy 
charakterystyczne, obiegają cały świat i o żadnem ich 
odpolszczaniu ani mowy być nie może; tylko naiwne 
średniowiecze, co bez namysłu liktorów rzymskich jak 
siepaczy własnych przystrajało, odpolszczało i takie na- 
zwy, tygrysa ząbrzem (żubrem), dromedara orzem (ko- 
niem), onagra (osła dzikiego) łosiem przezywając; takimto 
sposobem niemiecka nazwa słonia, elefant — olbente, na 
wielbąda — wielbłąda przeszła. Nie pójdziemy za tym 
przykładem; mimo to zamiast kartofli ziemniaków uży- 
wać się godzi. 

U nas, niestety, nie skończyło się na tern wcale nie- 
nagannem używaniu cudzoziemszczyzny; nasze pożyczki, 
niemieckie szczególniej ale i niejedna łacińska, zabrnęły 
o wiele głębiej i dalej i z języka ich już nie wyświecimy, 
nie chcąc go zubożyć, i nadal niemi będziemy się posłu- 
giwać. Ułacnia nam to i wygląd tych pożyczek a często 
i znaczenie ich, co odbiegło już daleko od pierwotnych, 



35 



szczególnie niemieckich. Taka n. p. budowla z budowni- 
czym, jakżesz odstąpiły już od Baut i Baumeister; wdzię~ 
czny i wdzięki (tłumaczące nie niemczyznę, zupełnie nie 
znającą podobnych wdzięków, lecz włoskie grazia), jak 
mało przypominają Dank pierwotny; szlachetny a ge- 
schlechtlich nic z sobą nie mają w znaczeniu wspólnego, 
chociaż z jednego wyszły źródła; miarkować jest mer- 
ken, ale nabrało rysów polskich, a te rysy same już się 
odchyliły od niemczyzny stanowczo, znaczą i Ziige, nie 
tylko Risze, taksamo jak wykształcony jest gebildet, nie 
gestaltet. Chociaż wiemy, że hufce (z polskim ogonkiem), 
hołdy, cele, kresy i t. d. żywcem z niemieckiego prze- 
szły, że rachunki, stosunki, kierunki (co znaczą Rich- 
tung, nie Kehrung) nietylko pierwiastek, ale i przyrostek 
niemiecki — ung zatrzymały, nie wypowiemy im służby. 
Cóżbyśmy poczęli, gdybyśmy się n. p. chcieli wagi 
wyrzec, dlatego że Niemka? cobyśmy wymyślali, aby 
zastąpić miejsce odwagi, powagi, uwagi, rozwagi — 
nie byłoby końca wahaniom, co również od niej wy- 
szły. H wart (gdy warta zupełnie zbyteczna), żart 
(z nierozwikłanemi dziejami pożyczki, ciemnemi jak 
i wdzięki z Dank) i tyle innych, n. p. ów obszar, który 
mimo woli z obszernym spajamy, chociaż obszerny do 
szerokiego (niegdyś szyrokiego) należy, a obszar od 
Niemca „obirschar" się wywodzi. Wszystko, co o tych 
Niemcach prawimy, odnosi się poniekąd i do łaciny prze- 
różnej. I tak zwyciężył u nas niemal honor starą cześć 
i z słowem honoru częściej się spotykamy, niż z słowem 
czci, mimoto stwierdźmy, że honorarium niepotrzebne 
nam zgoła, bo polskie czesne (opłata czesnego znana do- 
brze ze wszechnicy lwowskiej) o wiele lepiej je tłumaczy, 
niż „Ehrensold" niemiecki ; ba, i bez honoru obeszlibyśmy 
się szczęśliwie, boć nie dopełnia on pierwszego warunku, 

3» 



36 



jaki pożyczce stawiamy, chcąc ją uznać: nie wniósł nic 
nowego do języka. 

Gdy pożyczki język stale zbogacają, ubożą go słowa 
obce, cudze, jak właśnie honor. Poznać je po tern, że są 
zbędne i późne; że nieraz znowu giną; że nie odmieniły 
obcego wyglądu ani znaczenia; że powołało je naślado- 
wnictwo, t. j. chętka obczyzny, odmiany czegoś niby do- 
sadniejszego, bo nowego, niezużytego. Ma n. p. język są- 
dowy „jednanie" i „jednaczy" ; otóż zamiast powiedzieć, 
że Zygmunt Stary był jednaczem królów i książąt, powie- 
dziano ni stąd ni zowąd za jego czasów, że był ich „ober- 
manem". — Na szczęście o tym Niemcu zapomnieliśmy, 
lecz stokroć częściej zamiast niemieckich pozapominaliśmy 
słowa własne. Przykłady przytaczaliśmy wyżej, lecz na- 
suwają się coraz inne. Po cóż nam n. p. mordów, mor- 
darzy, morderców, jakby nas na zabójców nie stało? Prze- 
cież nawet do wyzwisk pozapraszaliśmy wszelkie obce 
języki, aż do łaciny i węgierszczyzny ! Odpowie kto, że 
wagabunda (albo makabunda) i baciarz wykluczeni z pi- 
sma, ale pocóż się choćby po bruku wałęsają ? Łotr prze- 
cież z bruku przeszedł zupełnie do pisma. Po co nam 
przymiotników, jak kompletny {komplet odgrywał do nie- 
dawna w szkołach warszawskich, nierządowych , ważną 
rolę), kapitalny (mówią całkiem z rosyjska o kapitalnem 
dziele, książce), skrupulatny, uniwersalny, majestaty- 
czny i t. d.? Taką lekkomyślnością nadęci, spustoszy- 
liśmy niejedną dziedzinę zupełnie, n. p. w rzeczach pię- 
kna. W piętnastym wieku nazywaliśmy jeszcze poetę 
składaczem, potem niemiecki rymarz wszedł, a teraz wal- 
czą tu wyłącznie łacina z niemczyzną, artysta z malar- 
stwem, kunsztem i sztuką, a polszczyzna całkiem na ko- 
szu osiadła. Pół godziny zachowaliśmy, ale dla ćwierci 
kwadrans i kwandrans nam potrzebny. R jak się przy- 



37 



tern z tą łaciną nieraz dziwacznie obchodzimy ! To odrzu- 
camy jej końcówki (mianowicie -us, -e, -urn, por. se- 
nat, chór, Piłat, uniwersał, akt, testament, inkaust, przy- 
wilej), to znowu chowamy je starannie, n. p. animusz 
(raczej żartobliwie), witrykus (o tym klesze zapomnie- 
liśmy), arkusz (zamiast ark; arch u Czechów), pulares 
(pugillares, zamiast pularza) ; kozubales (szkoła śmiechem 
urobiła) ; legumina (ależ legumy = warzywa, starczyłyby 
całkiem, gdyby ich potrzeba było), rudera, frazes zamiast 
fraza, kweres i skweres z quae res, co za rzecz, urosły. 
W tern małpowaniu łaciny doszliśmy szczęśliwie do 
takiej niedorzeczności, że własnym słowom narzucamy 
„końcówkę" łacińską, że mówimy okręta (słowo nasze, 
nie niemieckie, jak mylnie twierdzą), urzęda, przyrząda, 
żywiola i t. d. wedle łacińskiego wzoru: testamenta, in- 
strumenta, regestra, pakta konwenta, examina, volumina, 
elementa, fundamenta, momenta, fakta, akta (przyczem 
dowcipnisie zdobyli się na wyróżnianie akt, t. j. papierów 
urzędowych i aktów na scenie lub w życiu ; owe są akta, 
te akty ; podobnie rozróżniamy talenty greckie, pieniądze, 
nasze talenta domowe i t. d.). Piękny ten wzór naśladują : 
numera, koszta, kursą, gusta, procesa, bileta, grunta. 
Wszystko to są bezeceństwa, które z języka raz na za- 
wsze wyrzucie należy. Bronić nie można ich tem , że za- 
chodzą przecież u wzorowych pisarzy polskich od XVI. 
wieku począwszy, bo taki Rej, Wujek, Bielski i i., mieli 
właśnie formę łacińską na myśli, mówiąc sakramenta, 
argumenta, recepta, dekreta i t. d.; przecież w ten sam 
sposób mówili : Traces, pugilares, Carthaginienses, iść spa- 
ciatum = „spacerować*, margines, cretales i t. d., t. j. 
gotową łaciną. Dziś te błazeńskie formy (błazeńskie szaty 
szachowane były, jak i te formy) widocznie już z języka 
ustępują, należy je tylko wypchnąć ostatecznie. 



38 



Wracamy jednak do pularesu, nastręczającego pole 
do nowych uwag. Takie jego dzieje, jak okularów, atra- 
mentu, zegaru i t. d.; byliśmy za leniwi, za wygodni, 
obmyśleć dla nich swego czasu nazwy własne, choćby 
oczki, na co się Rosyanin zdobył, nie leniąc się tak, 
jak my , albo oczniki czy wzroczniki ; dla atramentu 
czarnik (krótszy, niż czernidło, por. bielidło, sinidło albo 
sinka, rumienidło — dziś ruż); dla zegaru nie klepsydra 
dawna, lecz: czasownik, bo w wieku XVI. o całkiem no- 
wem gramatycznem znaczeniu „czasownika" nie było mowy 
(lecz i dziś można zapytać, czy nie wystarczy zań „ słowo") 
lub godzinnik; Rosyanin sobie „czasami" dobrze pomógł, 
Czech za nim „hodiny" urobił (zegarmistrz u Rosyanina 
czasowszczyk, bo czasowy przeszedł do służby wojskowej, 
u Czecha hodinkarz) i tak dalej w nieskończoność. Za- 
starzałe błędy leniwstwa i niedbalstwa naszego dziś już 
trudno odrabiać, mimo to nigdy nie uznamy prawa jakie- 
goś czy nakazu, żeby dla każdej nowej rzeczy i nowa 
t. j. obca nazwa konieczna była. Możeż być i domowa, 
chociaż znowu nie należy się sadzić na wymysły oso- 
bliwsze. Są n. p. chemia, astronomia i t. d. powszechne 
na świecie, więc ani pomyślimy o jakiejś łączbie, jak 
Czesi się o to pokusili (ależ chemia jest i dzielbą, nie- 
tylko łączbą); zachowamy nawet wbrew językowi wła- 
snemu wymowę obcą, powiemy więc filozof, filolog i t. d., 
co Rosyaninowi fiłosofem, fiłołogiem brzmią, jak u nas 
Piłat, stuła i t. d.; dawniej kołacya, nie kolacya; buła, 
nie bulą. 

Na usprawiedliwienie naszej obczyzny możemy je- 
dnak przytoczyć niekłamane trudności w tworzeniu no- 
wych słów. Dla Niemca niemaż żadnego tu usprawiedli- 
wienia ; bajeczna łatwość składania dwu i więcej pni 
wyklucza wszelkie obce nazwy. U nas inaczej ; zamiast 



39 



złożeń dwu- lub więcejpniowych urabiamy tylko od je- 
dnego pnia nowe słowo, co przez to traci na wyrazistości 
i dokładności. Niemiec n. p. powie Federmesser, Feder- 
halter, Federkasten i t. d., rozróżnia więc w złożeniu 
rzeczy jak najściślej; nie tak nasz piórnik, co może być 
tern wszystkiem, chociaż ograniczyliśmy go do Feder- 
kasten ; był jednak i osadką pióra niegdyś. Niemiec powie 
Messerschmidt, Messerschleifer, Messerheld i t. d., myśmy 
do nożownika niedawno dopiero nożowca dorobili. Nasze 
więc jednopniowe słowa są nadzwyczaj w urabianiu do- 
godne, lecz wieloznaczne, i przez to znowu mniej dogo- 
dne. Niemiec n. p. zrozumie łatwo, że Funkenspruch to 
telegram (właściwie chyba Funkenschrift !), ale nasz iskro- 
wiec ? Kolej konna Rosyaninowi konka a żelazna (u ludu) 
czugunka (niby żelaźnica u nas; zostaniemy przy kolei, 
choć tłumaczonej z niemieckiego). Tak urabiał Słowianin 
zawsze nowe słowa, n. p. piaskowiec = Sandstein, ja- 
błoń = flpfelbaum, albo połączył rzeczownik z przymio- 
tnikiem, Piaskowa Skała. Przenigdy nie myślimy naśla- 
dować Czechów, co niemieckie złożenia ślepo naśladując, 
najspokojniej : knihtiskarna, knihkupectwi i t. d. wedle : 
Buchdruckerei, Buchhandlung i t. d. tworzyli, grzesząc 
podobnymi dziwolągami przeciw duchowi języków sło- 
wiańskich, nie znoszących żadnej takiej składanki*). Da- 



*) Z tymi potworami czeskimi, knihvazacz = introligator, knih- 
przekupectwi = antykwarnia i pod., nic należy kłaść na równi n. p. 
naszego zegarmistrza (już w XVI. wieku tak), bo nie myśmy utworzyli 
to słowo, jak Czesi swoje, lecz gotowe, całe wzięliśmy z niemieckiego, 
taksamo jak burmistrza, wachmistrza, rotmistrza i t. d. Raczej przypo- 
minają one nasze dziękczynny, nie dziękoczynny; albo Bogdana, ależ 
tego skrócono przed wiekami jeszcze. Język unikał wręcz złożeń, pra- 
wił n. p. Wielka noc, wielkiejnocy, Wiele pole, z wielego pola, swawola, 
z swej woli, biała głowa, białej głowy i t. d. i dopuszczał się ich do- 



40 

wnicj zapełniali jeszcze w inny sposób niedostatek języ- 
kowy, przywłaszczając sobie żywcem słowa rosyjskie 
przeważnie, wyjątkowo i polskie; my w podobny sposób 
nie myślimy języka zbogacać. Lecz wróćmy od brzyd- 
kiego wzoru czeskiego, dziś już, jak słusznie, nie po- 
płacającego więcej, do naszego języka i jego zabiegów 
o pełność. 

Najbardziej odpowiedni, to omówione właśnie jedno- 
pniowniki, z czego dotąd stanowczo za mało korzysta- 
liśmy. Scyzoryk byłby najtrafniej piórnikiem, gdyż nim 
pióra zacinano; dziś musielibyśmy się chyba nożycz- 
kiem zadowolić (nożyki mamy i do owoców), ależ i to 
mało odpowiada składanemu kieszonkowcu, używanemu 
dla przystrugiwania (po polsku „temperowania") ołówków 
i t. p. Kałamarz był niegdyś piórnikiem; gdybyśmy, jak 
się godziło, zwali atrament czarnikiem, bo czernidła do 
obuwia używamy, byłby czarnicą. Z bibułą trudniej się 
nam rozstać, bo słowo znaczniej się rozrosło ; już papiery 
i dzienniki niem przezywamy, acz dotąd raczej żartobli- 
wie czy pogardliwie, ależ od wsiąkania płynu należało 
swego czasu przezwać ją czy wsiąkaczem, czy wsiączką. 
Albo fotel, dlaczegóż nie było go nazwać n. p. poręczni- 
kiem {Rrm~ czy Lehnstuhl), skoroż od krzesła odróżnia 
go oparcie dla rąk? Dziś naraża się na pusty śmiech, 



picro w dalszym ciągu: wiclkonocny, Wielopolski, swowolny, białogłow- 
skie i t. d. Wielkopolska, Małopolska, białogłowa zastąpiły tylko dawniej- 
szą Wielką (albo wielgą) Polskę, Małą Polskę i L d.; Czarnolas był 
Czarny las, a Starogród Stary gród, zanim się wedle czarnoleskiego 
i starogrodzkiego poodmieniały. Potwornemi można nazwać niektóre zło- 
żenia czy skupienia, jakie Kopczyńskiemu zawdzięczamy, n. p. imiesłów, 
co tylko na urągowisko językowe zakrawa (należałoż participium prze- 
tłumaczyć, jak u Rosyan priczastije) i dawnym noclegiem usprawiedli- 
wiać się nie da bynajmniej, i i. 



41 



kto podobne wprowadza rzeczy, jakby i Jacka Przybyl- 
skiego nie wyśmiewano z jego wszechnicą = uniwersy- 
tetem albo książnicą = biblioteką; dziś Niemcy zmądrzeli 
i w Lipsku Biicherei, nie Bibliothek sobie wystawili. Więc 
podobnym nowotworom wadzi tylko, że nie zawsze od 
razu zrozumiałe; szczególniej zaś nie udawałyby się, 
gdzie ich miejsce już zajęte przez inne znaczenie. N. p. 
parasolki tylko dlatego słonecznikiem nie nazwiemy, po- 
nieważ to już nazwa roślinna (Niemcowi wygodniej z Son- 
nenschirm , Sonnenblume i t. d., nam źle), a język unika 
z zasady wszelkiej dwuznaczności, rozbija nawet jedno 
słowo na dwa, aby ją wyminąć, rozróżni n. p. działo 
i dzieło, chociaż to jedno (składacz polski w XV. wieku 
wzywał, nie Muzę, lecz Boga, by mu pomógł „to działo 
złożyć"), biedę i biada, na czele i na czole, rządem i rzę- 
dem, a najczęściej zapomni całkiem o drugiem znaczeniu, 
n. p. czyn wyrażał mu niegdyś i zbroję i narzędzia (stąd 
jeszcze nasze „naczynie") i wiele innych rzeczy, o czem 
wszystkiem doszczętnie zapomnieliśmy, ograniczając go 
do „uczynku". Możnaby ją ochrzcić słonecznicą, por. 
okiennica, ależ na malutką parasolkę nazwa to przyciężka, 
więc raczejby słońcówka się godziła ? Dziś przywykliśmy 
do dentysty, okulisty; parsknęlibyśmy śmiechem na 
ocznika czy zębnika (albo zębiarza, boć nowe wstawia), 
chociaż to wcale nie śmieszne. Rosyanin, co od złożeń 
swoich, urobionych wedle greckiego wzoru (n. p. żywo- 
piś = malarstwo, bogosłow = teolog i t. d.) bardziej do 
nich nawykł, zawahał się przed zubowraczem, chociaż po- 
siada zuboczystkę (szczoteczkę) i zuboczysta nawet, jak 
i truboczysta (kominiarza), ma tylko zubnoj wracz; na 
zębolekarza nawet Czech się nie zdobył, zadowalając się 
lekarzem zębnym, jak i ocznym; zębolek zaś byłby le- 
kiem (na zęby), nie lekarzem. Nawet kiedy złożenie cał- 



42 



kicm prawidłowe, bo przymiotnikowe, mimowoli odczu- 
wamy jakąś jego niedogodność; nie swojsko nam jakoś 
z dalowidzem (dalekowidz całkiem zły, bo niepotrzebnie 
rozciąga słowo, przecież w złożeniu wystarczy samo dal- y 
por. dalszy) i ludowa widza o wiele raźniejszą się okazała. 

Pomijamy z umysłu słownictwo zawodowe, n. p. 
chemiczne, gdzie bez sztucznych słów ani na krok nie 
stąpisz, gdzie z góry z nich rozgrzeszamy, owe węglano- 
wodany (Kohlenhydrate) i t. d. znosimy ; tu właśnie miej- 
sce i dla zatrzymywania słów obcych. Prawnicy n. p. 
niemieccy wręcz biją na „purystów" nieoględnych ; twier- 
dzą, że im się ani obejść bez wyrazów łacińskich z owymi 
odcieniami, trudnymi do ujęcia dla niewyćwiczonego mó- 
zgu, (por. uwagi lipskiego prawnika, profesora Sibera 
w Deutsche Juristenzeitung 1916, nr. 1 i 2, str. 110 i nn.). 
My tylko język potoczny wzięliśmy na pytki, ale sami przy- 
znajemy, że granice dozwolonej cudzoziemszczyzny nie- 
raz trudno ująć. Co n. p. począć z cygarem? Niemiec 
żartem wyłożył, jak n. p. smoking przez Rauchjacke, tak 
cygaro przez „Glimmstenger, ale Czech doutnika (od 
dęcia) na dobre używa, my jednak bez dętek się obej- 
dziemy, zważając, że „cygaro" świat obiegło. I ten 
wzgląd rozstrzygnie chyba zawsze, więc dlatego i termo- 
i barometrom przepuścimy, choć ciepłomiar (ciepłomierz) 
wcale dobre słowo. 

Nigdy nie należy zwracać uwagi na zarzut, że to 
„tłumaczone"; bez tłumaczeń nie ruszymy się przecież 
na krok z miejsca, rozchodzi się tylko o to, czy dobrze 
tłumaczono. Tak zabierali się w pocie czoła dawni, śre- 
dniowieczni jeszcze pisarze do podobnych tłumaczeń , 
substantia wypadła im na podstatę a firmament na utwier- 
dzenie — czyż podmiot (subiectum) a przedmiot (obiec- 
tum) lepsze? Całeż słownictwo nasze, n. p. gramatyczne 



4* 



(gramatyka byłaby mównicą, gdyby to miejsce było je- 
szcze wolne), albo filozoficzne, tylko w ten sposób po- 
wstało i uważać je za wykończone, gdzie nic dodawać, 
nic odmieniać nie wypada, byłoby błędem — język, skoro 
tylko nie martwy, nieruchomym nie jest. Powtarzamy 
więc: tłumaczmy śmiało a dobrze, naśladujmy Czechów, 
co w ten sposób język zbogacili. Ponieważ n. p. francu- 
skie ordre, niemieckie Orden oznacza i zakon i order, to 
oni własnemu rząd (rząd, porządek) oba nadali znaczenia 
(czyż zostaniemy w przyszłem Królewstwie przy obcych 
orderach ?). 

Należy tylko pytać, czy dobrze tłumaczono i dlatego 
ziemniaki nienaganne ; taksamo pociąg (co Czechowi wło- 
kiem, a Rosyaninowi pojazdem), albo dworzec kolejowy 
(kolejowy zresztą stale odpada i słusznie), albo dziennik, 
tygodnik, miesięcznik, gdy czasopismo a nawet rękopi- 
smo (już „rękopis" lepszy nieco) obcym przesiąkły duchem, 
niepolskim. 

Obok urobień jednopniowych i tłumaczeń gładkich 
możnaby wyjątkowo wznowić i jakie słowo zupełnie za- 
pomniane, przestarzałe, a więc wolne. Części ubrania 
męskiego obywają się niemal bez polszczyzny, owe sur- 
duty (Rosyanin w swoim siurtuku francuszczyznę dokła- 
dniej zatrzymał), tużurki, bluzy, fraki (dla nich szkoda 
polskiego słowa), kamizelki, rajtuzy, krawaty, mankiety, 
bundy (węgierskie), saki i t. d., ale n. p. w miejsce 
„Oberziehera" (wedle lwowskiej polszczyzny) stary nasu- 
wień aż się naprasza; „Oberż i eh era" ani płaszczem, 
ani okryciem, ani zarzutką, skoroż one bez rękawów by- 
wają, nie zbędziesz, chyba równie obcem palto zastą- 
pisz. Oddawna znamy już tylko obce barwy (farby) i ko- 
lory, ależ jeszcze w połowie szesnastego wieku o maści, 
nie koni, lecz sukna mówiono; dziś ograniczyliśmy zna- 



44 



czenic wyrazu i na to już nic poradzimy. Lecz napróżno 
panna, w towarzystwie (łacińskiej z pochodzenia) koszuli 
się sromając, giezłko wskrzeszała ; za to udało się wiecu 
odżycie, chociaż skrzywdziliśmy je; ni stąd ni zowąd ro- 
dzaj tu męski zamiast nijakiego (dawna polszczyzna ma 
tylko: to wiece). Termin należałoby rokiem oddawać, 
por. odroczyć, jak dawniej bywało zawsze, ale rokowi 
odmieniliśmy znaczenie, lato odnosząc wyłącznie do pory 
letniej i zastępując je rokiem, tylko nie w liczbie mnogiej 
(ale rocznik i roczniak obok dwulatka i L p.). Właśnie 
język prawniczy odwojował niejedno, co utracił. 

Tu wdzięczne pole popisowe dla poety i istotnie 
Młoda Polska niejedno nam odwojowała, żertwę t. j. ofiarę 
i t. p.; wymagamy tylko od niej, aby nas nie zarzucała 
błędnemi, niepolskiemi „archaizmami", n. p. chram, co 
cerkiewne, nie polskie (po polsku byłby chrom, ależ isto- 
tny polski trzem o wiele lepiej służy) ; gontyny zmyślił 
ktoś, co chyba o gontach myślał, ależ to były kąciny — 
kucze na Pomorzu słowiańskiem ; witczowie, choć Skarga 
o nich prawi, to „junacy" serbscy, nie polscy (ci zwali 
się wiciędzami, por. robociądz) ; znicz, co po litewsku 
znachora oznaczał, odwróciliśmy całkiem błędnie na prze- 
nośnię dla ognia i t d. Nakoniec można i do narzeczy 
sięgać i z nich słowa wydobywać raczej, niż z słownika 
Lindego; jeno n. p., którego Chmielowski stale używał, 
jest narzeczową, acz odwieczną formą, inne powprowa- 
dzali Żeromski i inni młodopolscy pisarze, n. p. zuchełek 
(mazowiecki, zamiast zuchełek) i i. Lecz to drobne wy- 
jątki i daleko im do dostatniego zbogacenia języka, szcze- 
gólniej dla oznaczania rzeczy czy pojęć nowych. 

Krakowskim więc targiem, pół na pół, pogodzimy no- 
wotwory z tłumaczeniami i słowami obcemi, wymagając 
tylko uwagi przy wprowadzaniu nowych wyrazów. Z naj- 



45 



większem zdziwieniem usłyszeliśmy n. p. o loteryi kla- 
sycznej w Królewstwie, zamiast jedynie możliwej klaso- 
wej ; klasycznemi bywają gimnazya, gdzie klasyków czy- 
tają. Lecz to drobiazgi. Nasz język nie może tak, jak 
romańskie lub angielski, przywłaszczać sobie wszelkich 
słów łacińskich; nie może tak, jak niemiecki, w sążniste 
bawić się złożenia. Ależ i my czujemy się spadkobier- 
cami kultury łacińskiej, i nam więc wolno z jej zasobów 
językowych korzystać (jak ubogim jest język rosyjski 
w porównaniu z naszym w latynizmy !), a greckie całemu 
służą światu. Ależ i my możemy posługiwać się złoże- 
niami i właśnieśmy umyślnie spadkobiercę nadmienili ; on 
jak i świętokradca a nawet i dziękczynny śmiało ostać 
się może. Nam uprzykrzyli złożenia dawni poeci, a raczej 
wierszokleci, co po Kochanowskim na Parnasie polskim 
rej wiedli (od Klonowica począwszy, szczególniej Ry- 
biński, Petrycy i inni; prawdziwi poeci, Morsztynowie, 
W. Potocki i inni od tego się uchylali, zato Jacek Przy- 
bylski znowu wszystkich prześcignął) i w niezdarnych 
złożeniach krasę stylu poetyckiego upatrywali. I z nad- 
miaru latynizmów w dawnym języku dziś się natrzą 
samy, mimo to udało się tej łacinie skrzywić stos pacie- 
rzowy naszego języka, narzucając mu szyk słów całkiem 
nienaturalny, innym językom słowiańskim zupełnie obcy 
(a nie tylko słowiańskim). W dawnej szkole właściwe na- 
stępstwo słów przy czytaniu Owidego lub innego poety ozna- 
czano liczbami; przy czytaniu Samuela Twardowskiego 
czy Wacława Potockiego mimowoli narzuca się nieraz 
takasama chętka. Ależ i dzisiejsza proza nasza, szcze- 
gólniej w uroczystym nastroju, rzuca tok polski, słowiań- 
ski , a chwyta się łacińskiego, nader wolnego, wsuwa całe 
części zdania między rzeczownik a przymiotnik, kładzie 
przymiotnik po rzeczowniku zamiast przed nim i t. d. 



46 



R ileż nam bróździ niemieckie słów następstwo, miano- 
wicie owo odsuwanie czasowników na sam koniec zdania 
i t. p.; nie oskarżajmyż samej łaciny o takie niepożądane 
wcale wpływy. 

Należałoż i to podnieść, szczególniej wobec utartego 
u nas mniemania, jakoby kładzienie przymiotnika po 
rzeczowniku było pierwotnem jego następstwem. Nic 
mylniej. Nie znają takiego następstwa inni Słowianie ; Ro- 
syanin lub Czech mówią o polskich dziejach, o słowiań- 
skiej wzajemności i t. d., gdy my się sadzimy na dzieje 
polskie i wzajemność słowiańską. Taką rzecz pospolitą 
przecież żywcem z łacińskiej res publica wyłożono, pacta 
conventa nawet nie tłumaczono, senatus romanus senatem 
rzymskim zostawał i za tym przykładem wkradł się ów 
wcale niechwalebny zwyczaj do mowy szkolnej, a potem 
i ogólnej. 

Następstwo słów łacińskie a złożenia niemieckie po- 
bróździły w języku niemało. Gotów jednak ktoś stanąć 
w obronie słów złożonych, gotów wskazać, że przecież 
język obfituje w tyle dawnych i własnych złożeń, że 
wszelkie napastywania listonoszów, wodociągów (dawny 
język to rurmusem nazywał), korkociągów (grajcarki strzel- 
bom zostawmy), deszczochronów, cichostępów i t. d. są 
raczej bezpodstawne. Mamy przecież sianokosy, sianożęci, 
kołodziejów (i tyle innych -dziejów), bałwochwalców, mu- 
chomorów, konowałów (a w nazwach miejscowych Kono- 
topy, Konopady i t. d.), Igołomię (t. j. gdzie się iga, 
jarzma, łomią), kołowrotki, kraso- i brzuchomowców, lu- 
dojadów i i d., i Ł d., że na ich podstawie i za ich wzo- 
rem możemy śmiało coraz nowe tworzyć i nie pozbawiać 
się samochcąc tak wygodnego środka dla zbogacania 
języka. 

Ależ nazwy miejscowe idą torem własnym i co 



47 



w nich uchodzi, nie uchodzi gdzieindziej ; znają one n. p. Dę- 
bołękę, Dębogóry i t. p., czego poza niemi niepodobna 
naśladować. Powtóre, należy z słów przytoczonych powyżej 
znaczna liczba do późnej warstwy językowej i sama 
raczej usprawiedliwienia wymaga. Potrzecie, takiego „listo- 
nosza" mylnie urobiono, powinienby raczej brzmieć listo- 
nosem ; chciał widocznie twórca złożenia uniknąć wszel- 
kiej spółki z nosem (krzywonos i t. p.) i dlatego nieuspra- 
wiedliwione niczem sz wybrał. Poczwarte, byłby listonosz 
albo nawet poprawniej szy listonos zupełnie zbyteczny, 
bo listowy (lub listowiec) wystarcza całkiem. Nie bez 
przyczyny więc uciekamy się do złożeń, od których 
Niemiec wszystko zaczyna, tylko w ostateczności. 
„Glashiitte" będzie hutą szklaną albo o wiele le- 
piej szklarnią; w innych nazwach możemy sobie radzić 
urobieniem od drugiego pnia , n. p. żelazko m Glatteisen; 
Niemiec mówi: Yaterhaus, Yaterland, Yatererbe, Vater- 
morder, my: dom ojczysty, ojczyzna, ojcowizna, ojco- 
bójca — tylko ojcodom czy ojcokraj niemożliwy u nas 
i dlatego potępiamy wszelkie złożenia, na coś podobnego 
zakrawające, więc nie pochwalimy kręgosłupa (kręgowiec 
poprawny); kościotrup jest nam taksamo obcy, jak i szkie- 
let — po polsku kościec. 



III. 

Upaństwowienie Królewstwa Polskiego podnieciło wi- 
docznie wyobraźnię naszych „purystów", zabiegających 
o czystość językową. I słusznie. Należy przecież oczyścić 
n.p. Warszawę z śladów jarzma rosyjskiego i chwalimy Ra- 
dzie miejskiej, że wyznaczyła nagrodę za spolszczenie popra- 
wne „gościnnego dworu", Ł j. dworca kupieckiego, jeśli rosyj- 
skie wyrazy oddamy polskimi. Rada przychyliła się ku „kra- 



48 



mnicom", co nam od Niemców przyszły; swoją drogą, 
Niemcy swój „kram* Słowianom, ich chramom — choro- 
mom zawdzięczają (?) ; dawny język nazywał ło szmatru- 
zem całkiem po niemiecku. Niestety, nie pomoże nam 
wiele ów język dawny, co właśnie sam obczyznę stale 
przyjmował; jego ceklarz n. p. nie zastąpi nam polieyanta, 
skoro obaj równie obcy (ceklarz niby z cyrkularza, wła- 
ściwie z niemieckiego Zirkeler poszedł). Zasada więc, z jakiej 
urząd warszawski wyszedł, najsłuszniejsza; gościnny dwór 
należy do muzeum niewoli rosyjskiej, ale nie na ulicę 
polską, bez względu, czy właśnie „kramnice" dobre. 

Podobnie wyznaczono przed laty nagrodę za najle- 
psze spolszczenie „korespondentki". Zły przykład galicyj- 
ski niczego bowiem nie stanowi ; tu tłumaczą bez na- 
mysłu, jak najdokładniej, nazwę niemiecką — najniepotrze- 
bniej,bo „Korespondenzkarte" niemiecka „korespondentką" 
(w gwarze potocznej wyłącznie używaną) po polsku brzmieć 
winna, nawet z narażeniem się na pewną dwuznaczność 
(„korespondentką" może być i pani z nami „korespondu- 
jąca"); u Rosyan otkrytoje pismo, odkrytka (i tak ją Li- 
twini przejęli). Ponieważ słowa list — listy wyłącznie do 
oznaczenia wymiany pisemnej ograniczyliśmy (dawniej 
list był liściem), więc słusznie Włodzimierz Plater „ko- 
respondować" przez „listować" zastąpił i „listówka" by- 
łaby najodpowiedniejszą korespondentki nazwą, lepszą niż 
n. p. pocztówka (t. j. Postkarte). Nie zapominajmyż tylko 
o tej najogólniejszej naszego słownictwa zasadzie, że co 
Niemiec złożeniem dwu pni, my urobieniem od jednego 
(zazwyczaj pierwszego) wyrażamy, więc pocztowy lub 
pocztowiec byłby Postmeister, leśniczy lub leśnik (z tego 
słowa miała wyjść nazwa Lessing, co powszechnie twier- 
dzą, a czemu przeczę) albo gajowy = Waldheger i t d. ; 
taksamo więc i Korespondenzkarte niepotrzebnie dwoma 



49 



słowami wytłumaczono. Natomiast Ansichtskarte bywa 
widoczkiem ; widokówka (skoro sama widówka niezwy- 
kła), byłaby przyciężka. 

O cóż chodzi? Nowe państwo polskie, z urzędami 
i t. d. własnymi , prostem tłumaczeniem wyrazów obcych 
nie zadowoli się tak, jak to w Galicyi po r. 1867 popła- 
cało. Nic więc dziwnego, że pojawiają się coraz nowe 
pomysły, dążące n. p. do wprowadzenia polskiej nazwy 
i do mennictwa przyszłego ; przedłożono, nie na żarty, 
wedle francuskich Luisdorów i Napoleondorów albo nie- 
mieckich Joachimstaler (skąd dawna ruska nazwa jefim- 
ków) jakiegoś Piasta (przypominającego, jak słusznie 
zauważono, raczej piastry tureckie, niż rodzinę, niegdyś 
panującą). Trudno jednak nie zastrzec się przed podo- 
bnymi zakusami. Przecież istniało przez dziewięć wieków 
państwo polskie i do niego chyba wypadałoby się odwo- 
ływać w pytaniach podobnych, a wtedy nie pozostanie 
nam nic innego, niż pożegnać się z Piastem, bo men- 
nica czy myńca polska prócz „złotych" (co wcześnie już 
raczej „srebrnymi" bywały) nazw rodzimych nie znała; 
był portugal, taler (co później talarem został), grosz 
(„gruby" niegdyś, i dlatego z łacińskiego grossus, t. j. 
gruby, przezwany), były wiardunki (niby czworaki), 
skojce, orty, halerze i t. d., nazwy obce (pomnożyliśmy 
je w Galicyi o reński — ryński, grejcary, szóstaki czy 
szóstki, z Sechser przetłumaczone); rodzimych używano 
dla my ńcy podrobionej, owepiorunki, klepacze a choćby 
boratynki i tymfy; albo dla nazw żartobliwych, n. p. 
dudek (zamiast orła białego; powędrowała od nas ta 
nazwa do Niemiec, Duttchen), babka i t. p. ; niezrozu- 
miały jest czaty dla dukata. Otóż zostanie chyba nowa 
stopa pieniężna polska przy „złotym", chociaż srebr- 
nym będzie, odpowiadającym „marce" niemieckiej 

Aleksander Briickner, Walka o język. 4 



50 



lub „koronie" austryackicj i podzielonym (nie na trzy- 
dzieści, lecz) na dziesięć groszy = dziesiątaki i półgro- 
sze = piątaki, po dziesięć czy halerzy czy szelągów czy 
groszyków, czy jak tam pieniądz najniższy nazwą: zaś 
piątki , dziesiątki i t. d. będą liczyły złotych pięć, dziesięć 
i t. d. obok czerwieńców i półczerwieńców dla monety 
złotej. Jedyna przecież nazwa słowiańska monety, to grzy- 
wna (naszyjnik niegdyś, później dopiero waga kruszcowa), 
ale u nas dla kary pieniężnej już wyłącznie używana, 
przeto nie myślimy jej w odmiennem zupełnie znaczeniu 
wznawiać. Należy więc dzieje dawne, państwowe czy ję- 
zykowe, badać, zanim się przystąpi do nowotworów i do 
rozstania z niejedną nawyczką. Byłoż nam tak wygodnie, 
nie siląc się ani kusząc o nic własnego, obcemi słowami 
zatykać i łatać mowę własną. Umyślnie wymieniliśmy 
wyżej n. p. antykwarnię, introligatora i nie pytaliśmy, 
czyżby nie można tych przybyszów zastąpić rodakami? 
Jeszczeż antykwarnia po całym obiega świecie, czego 
przy równie naszym „bukiniście" już nie powtórzymy; 
ależ introligatora nieznanego na całym świecie, istnieją- 
cego tylko u nas, nie sposób zatrzymać, skoroż zawsze 
o oprawianiu czy oprawie książek, nigdy o ich „introli- 
gowaniu" nie mówimy, więc i oprawiacz (skoro oprawca 
nabrał innego znaczenia) i jego oprawnia nam się należą. 
Zamiast antykwarza i antykwami prawić o starzyźniaku 
i starzyźnie wyda się dziś każdemu dziwactwem, chociaż 
i antykwarz nic innego niż starożytnika nie oznacza; 
ależ nie ruszamy obcych z ich miejsca zasiedzianego 
i nie odbieramy praw obywatelskich włóczęgom łacińskim, 
arkuszom (zamiast listom), atramentom (czarnikom ; czer- 
wony i t. d. czarnik nie gorszy niż czerwony atrament, 
bo u obu kłóci się przymiotnik z rzeczownikiem), suleja- 
tom (bo tak dawni buty przezywali), okularom, marginesom 



51 



i wszelkim innym ruderom. Wolnoż mimochodem zagadnąć, 
czyż nie nadto tej uprzykrzonej cudoziemszczyzny ? czyż 
nie wymieść trochę tej stajni ftugiaszowej ? Bo czyż nie 
grzeszył jawnie przeciw tej zasadzie, „że Polacy nie gęsi, 
że język swój mają" (jak ją Rej wygłosił), kto bezmyśl- 
nie do języka okulary (zamiast oczników, skoro okuliści — 
oczniacy o wiele później nastali, lub wzroczników) i t. d. 
wstawiał. Obowiązkiem było, nie wstawiać ślepo obczy- 
zny, lecz ją bacznie tłumaczyć. 

Żachają się najniesłuszniej przeciw tłumaczeniom, 
od których tylko wymagamy, żeby były dobre, t. j. zro- 
zumiałe i nie kłóciły się z duchem językowym. Więc nie 
pochwalimy dawnego tłumaczenia morgi czy morgu przez 
jutrzynę, bo nam jutro, nie ranek przypominała, ale zam- 
kom (grodom), pokojom (komnatom), sklepom (kramom) 
i t. p. nic nie zarzucimy. Wojują u nas nieraz zarzutem: 
to niepolskie, to tłumaczone; podobnie zarzucają nieje- 
dnemu prapolskiemu słowu, że obce, niemieckie (n. p. 
okrętowi zmyślono jakiś niemożliwy początek niemiecki, 
albo gapie t. j. wronie albo tłumaczowi albo gmyraniu 
albo chąźbie i wielu, wielu innym). /\leż jeżeli i Polak 
i Niemiec używają tego samego zwrotu, to stąd nie wy- 
nika jeszcze wcale, że go Polak od Niemca dostał, boć 
mogli doń obaj dojść samoistnie, niezawiśle od siebie, n. p. 
„to stoi w biblii" nie jest niemieckim „das steht in der 
Bibel", lecz odwiecznie polskim zwrotem. Podobnie : zejść 
na psy, śmiać się w kułak, wisieć na włosku, być na 
nogach, spuścić nos, jak pięść do nosa, obiecywać złote 
góry i t. d. 

Gdybyż to nawet były tłumaczenia, toć nas o to 
głowa nie zaboli , bo każdy z nas to zrozumie. Co innego, 
gdyby kto przetłumaczył dosłownie francuskie „ii n'est pas 
dansson assiette" = „on nie w swoim talerzu" u Rosyan! 



52 



(istotnie : on nie w swajej tarielkie) ; Polakby tego nie 
zrozumiał, mówimy chyba: on nie w swoim sosie. Rlbo 
jeżeli w Prusiech modrzew słowikiem nazywają, nie- 
mieckie Larche (modrzew) z Lerche (słowik) mieszając — 
takie i podobne tłumaczenia usuwamy z góry jako nie- 
możliwe. Natomiast nie wahamy się: śledzić za kim, nie 
tylko: kogo, bo i tropić i szukać możemy tak łączyć, 
i niemczyzny („nach jemandem forschen") w tern nie 
uznamy. 

Nowo powstałemu państwu polskiemu życzymy, aby 
tej nadmiernej pstrocizny językowej nie cierpiało, nie 
hodowało dalej, aby dbało i w życiu codziennem, nie- 
tylko w piśmie (którego wysłowienie o wiele schludniej- 
sze bywa), o jaką taką czystość i poprawność, aby szkole 
własnej tę pieczę gorliwie zlecało, co z szkoły i w życie 
wejdzie, czy prędzej czy później. Na tern bowiem polu 
zgrzeszyliśmy już tyle, że więcej grzeszyć nie sposób. 
R kiedyż naprawdę czas ku poprawie lepszy, niż przy 
rzucaniu podwalin pod nowy ustrój ? 



lUady naszgj pisorani. 



Jak nie zdajemy sobie wcale sprawy z zanieczy- 
szczania mowy różnymi przybłędami i włazami niepotrze- 
bnymi, taksamo obojętniśmy na zanieczyszczanie piso- 
wniowe. Na słowa cenimy język, nie możemy się go 
do syta nach walić, walczymy o jego prawa, biadamy nad 
wszelkiem ich krzywdzeniem — w istocie krzywdzimy go 
sami na każdym kroku, bo czyż stałe nasze niechlujstwo 
pisowniowe nie jest krzywdą językową ? 

Biorę pierwszą lepszą w r. 1916. wydaną książkę, 
nie wymieniając umyślnie bliższych o niej szczegółów. 
Na kilku jej stronicach znachodzę: stróże (t. j. struga), 
oddecham, wdechać i t. d. (t. j. oddychać, wdychać), w po- 
datnych dla się medyach, w bok się (t. j. siebie), w dal 
okołosiebu (t. j. otoczenia) ; opozycya z jednem p, ale 
suggestya, terror z podwójną spółgłoską; dzielenie zgłosek 
niestałe, raz takie, drugi raz owakie i t. d. I mimo- 
woli pytam, czy Francuz lub Anglik, Niemiec lub Ro- 
syanin mogliby się podobnej samowoli czy niedbałości 
pisowniowej dopuścić, a gdyby tak, jakby tam o to skar- 
cono i pisarza i drukarza. U nas o to nikogo i głowa nie 
zaboli. 



54 



Pisownią nazywamy, rozszerzając umyślnie znacze- 
nie bieżące, wszelki sposób oddawania brzmień i słów, 
począwszy od znaków abecadłowych i dzielenia wyrazów 
a skończywszy na przeróżnych postaciach mowy i sło- 
wach ; wadami jej nazywamy wszelką nieodpowiedniość 
jej znaków, chwiejność w używaniu znaków i słów 
i niejednostajność w urabianiu postaci — jednem słowem, 
wszelką dowolność, nielicującą z wymaganiami , jakie sta- 
wiać winniśmy wobec języka wielkiego, bo z górą dwu- 
dziestomilionowego narodu, o bogatem a dawnem piśmien- 
nictwie. 

Wymagania odnoszą się przedewszystkiem do pisma , 
co winno przestrzegać stałych prawideł czy przepisów, 
którego nie należy zdawać na dowolny wybór czy domysł 
czyjkolwiek; natomiast mowie żywej większą swobodę 
przyznajemy i tu jej na myśli wcale nie mamy. Wyma- 
gamy więc jednolitości i zgody powszechnej tylko w pi- 
sowni ; czy to za sobą z czasem pociągnie większą je- 
dnolitość i zgodę u mówiących samych, czyli nie, na 
tem nam nic nie zależy, gdyż dbamy tylko o ustalenie 
pisowni, jako rzeczy dla szkoły i prasy wagi pierwszo- 
rzędnej, nie zaś o wyplenienie rozmaitych dowolności 
mowy ustnej. Zasada nasza brzmi: piszcie wszyscy na 
jeden i ten sam ład, nie znoście żadnych odmian wedle 
ziemie (n. p. inaczej w Królewstwie, a inaczej w Galicyi), 
albo wedle widzimisię jakiegoś, pokrywającego nieraz pod 
pozorami naukowymi i pod najnowszem słownictwem 
umiejętnem tylko nieznajomość tego, co w języku istniało, 
zastępującego tę wiedzę próżnymi domysłami. Mowie 
ustnej ujdzie natomiast zupełnie niejedna, nawet znaczna 
odmiana; Litwina n. p. poznajemy po wymowie tylko, nie 
dopuszczając w piśmie różnicy najmniejszej — wymawiaż je- 
den Niemiec standy inny schtand, ale obaj piszą taksamo. 



55 



Usuwamy więc z pisma wszelkie właściwości narzeczowe, 
nie dopuszczamy n. p. żadnego w niem mazurzenia*) ; 
nie napiszemy nigdy jezdem , chociaż większość Polaków 
od XVI. wieku tak to wymawia (a dawniej i pisała je na- 
wet w drukach dawnych) ; mówimy : imię, ciele, książę, by- 
dle, piętnaście, dziewiętnaście i t. d., tylkoż pisać tak nie 
wolno przenigdy. 

Do tego wstydu bowiem, że nasz język niby owa wrona 
z cudzem, lecz wcale nie cudnem upierzeniem, po cóż 
dodawać dalszy : że pisownia nasza taka niestała i chwiejna 
(zawyrokowałby złośliwy dowcipniś), jak my sami. Wstyd 
bierze przecież, jeżeli porównamy naszą pisownię n. p. 
z czeską albo choćby z rosyjską, mającą o wiele zna- 
czniejsze trudności do zwalczania. Co za jednolitość pi- 
sowni czeskiej wobec naszej ! ftleż tam przeprowadzono 
jedną zasadę, do niej się wszystko nagina i żaden Czech 
nie wyłamie się z pod jej prawideł, wcale uciążliwych, ale 
przynajmniej stałych, gdy nasze prawidła przypominają 
nieraz koła, jakie pijany zatacza, n. p. każą nam pisać 
przyimki razem: popod most czy ponad brzegiem, ale 
rozrywają je: z pod mostu, z nad brzegu! Niżej przyto- 



*) Wobec tego, że przeważna część Polaków od dawien dawna 
mazurzy, zastanawia niemal stała odporność pisowni przeciw wszelkiemu 
mazurzeniu. Ledwie, że w kilkunastu odosobnionych nazwach i słowach 
„mazurzymy" i w pisowni, jakoto: cacko zamiast czaczko (od czadzu 
lub czaczu, nagrody wyścigowej), cwał (zamiast czwał), cyranka, cebr, 
dzban (właściwie czber, czban), zarzewie (z żarem przecież pokrewne, 
a dziwnie w dawnym już języku poplątane słowo, pierwotne żerawie, 
jest nawet „w rzeżarku" u Clementinusa r. 1630) ; racuszki i recuszki 
z mąki hreczanej; kucnąć obok w kuczki i kuczeć; cupnąć obok czu- 
pnąć ; roślinę domową cząbr pomieszano w wymowie z cąbrem pieczeni 
(z niemieckiego Ziemer) i z babami czombrowemi krakowskiemi (z nie- 
mieckiego Schamper) ; może i cuchnąć obok dawnego czuchu , od czu- 
cia, „mazurskie", nie „polskie" (t. j. wielkopolskie). 



56 



czymy więcej podobnych „urozmaicefi", szpecących na- 
sza pisownię ; wszelkie nasze wywody godzą w pierw- 
szym rzędzie w to widzimisię, panujące w niej wszech- 
władnie, w tę pstrociznę, w której może kto inny właśnie 
jakiś przymiot osobliwszy, jakąś szczególną malowniczość 
odkryje; dopiero w dalszym stopniu myślimy o odwojo- 
waniu niejednego, co utracono, boć jeżeli wolno jednym 
psuć pisownię, toć sprawiedliwość wymaga, żeby innym 
wolno było ją naprawiać. 



I. 

Zaczynamy od czcionek, nie z myślą o jakiejkolwiek 
odmianie, lecz aby u samego wstępu pisowni jej nieje- 
dnolitość jako rzecz najbardziej dla niej znamienną wy- 
kazać. Zdawałoby się bowiem, że nic łatwiej, niż wyma- 
gać, aby brzmienia tego samego rodzaju tym samym 
wyrażać sposobem, lecz o tern pisowni naszej ani się 
nie śniło. Jedno i to samo brzmienie ń piszemy tak i ina- 
czej, koń i konia, nie kona; brzmienia cz sz rz wyra- 
żamy całkiem umownym sposobem przez złożenie z z (ależ 
n. p. Niemcowi albo Węgrowi sz całkiem inne wyraża 
brzmienie; Niemiec dla naszego sz równie umownego 
znaku sch używa, acz ten ma dawne dzieje za sobą), 
więc i takie same brzmienie ż należałoby dla jednolitości 
złożeniem, tu więc zdwojeniem przez zz wyrazić; albo 
odwrotnie: jeżeli i kreskujemy, toć należałoby koniecznie 
równem kreskowaniem i ć ż ś wyrażać, ależ my takie 
same brzmienia raz kreskowaniem , raz złożeniem z z ozna- 
czamy. Nie dziw więc, że sąsiedzi nasi, Litwini, a raczej 
Litwomani, dawną pisownię polską dziś zarzucili, że pi- 
szą jednolicie c ż i t. d., a nawet i białoruski Homan 
(wydawany w Wilnie, Swar czy Gwar po naszemu ?) kusi 



57 



się, acz nieśmiało, o wprowadzenie przynajmniej dla sz 
znaku czeskiego, jednolitego ś, bo Biała Ruś od swych 
modlitewników do polskich czcionek przywykła. Podobnie 
ma się rzecz i z ś w zaś, a z sianem, zamiast sanem, 
calem, dźałem; dalej piszemy brzmienie c t. j. t-\-s, 
jednym znakiem, ręce, ale spółrzędne mu d -f- z dwoma 
oddajemy, nodze — więc nierównomierność zupełna. Jak- 
żeż powstała i co ją wytłumaczy? 

Gdy zaczęto pisać po polsku , nie troszczono się by- 
najmniej o to, jakie język polski „posiada głoski (dźwięki)" 
(to czytaliśmy w niedawnej rozprawie uczonej) ; troszczono 
się tylko o to, jak kilkunastu znakami łacińskimi oddawać 
kilkadziesiąt brzmień polskich. Z trudności wybrnięto naj- 
łatwiej: jeden znak łaciński, n. p. d, służył trzem (lub 
więcej) polskim brzmieniom, d, di i dz, n. p. idziesz 
pisano przez ides. Cierpiała na tern nadzwyczaj zrozu- 
miałość pisma, lecz czytelników było nieskończenie mało 
i tyleż wymagali, tylko zrozumiałości, bo sama czynność 
czytania zaprzątała ich zupełnie, czego dowodem najle- 
pszym straszna rękopisów niepoprawność. Gdy się wzmo- 
gła liczba piszących i czytających, rosły ich wymagania 
co do jasności pisma i radzono sobie tak, że składano 
kilka łacińskich znaków dla jednego brzmienia polskiego; 
s, c i t. d. pisano i sz, cz, albo zdwajano je, ss, pisano 
je i ssz albo sch, zz i t. d., dodawano i lub y; teraz pi- 
sano idziesz przez idzyesch lub podobnie. Najdawniejsze 
rękopisy czeskie udoskonaliły te złożenia nadzwyczaj ; 
nasze, jak zawsze i wszędzie, mniej o jakąś prawidłowość 
dbały. Zamiast tych złożeń wprowadził w Czechach 
Hus, wielki języka narodowego miłośnik, dbały o jego 
czystość i szatę, ponownie znaki pojedyncze, ale je pun- 
ktami rozróżniał, n było ń, ć było cz, ż było i i t. d. 
Gdy nasi pierwsi drukarze wyprowadzali z zamieszania 



58 



rękopiśmiennego prawopis, nie przejęli całej zasady Hu- 
sowej, lecz pomagali sobie i sposobem tamtym, do któ- 
rego przez półtora wieku nawykano, i tym nowym ; tak 
powstała dwoistość naszej pisowni , posługującej się i zna- 
kami złożonymi (cz sz rz dz ni dzi i t. d.) i kropkowa- 
nymi (żak, łan przez odmianę kropki lub kreskowa- 
nymi (dziś, dzień). Tak ustalili drukarze krakowscy pi- 
sownię i mieli słuszność, że nie trzymali się jednej zasady 
tylko, bo wyłączne użycie kresek i kropek nadzwyczaj 
pstrzyło druk, czyniło go wręcz nieprzyjemnym dla oka 
(razi nas to już w czeskim, choć on mniej spółgłosek kre- 
skuje, niż nasz język); wyłączne zaś używanie znaków 
złożonych (n. p. // dla / i t. p.) zbyt rozwlekało pismo; 
niepotrzebnie tylko podwójne w (co właściwie vu zna- 
czyło, wj = wuj) dla brzmienia pojedynczego zatrzymali 
(Litwini dzisiejsi je też odrzucili), ponieważ i i przez znak 
podwójny (y t. j. ij właściwie) oddawali; joty nie mieli, 
pisali ją przez i na początku zgłoski, ia, przez y na 
końcu, moy, Zamoyski; później rozróżniali i nasze brzmie- 
nia /, y w sposób dzisiejszy. Oni też wprowadzili nasze 
zamieszanie w oznaczaniu nosówek ; dawniej obie nosówki 
jednym znakiem, ą, wyrażano, pisano ręka i raka = rak; 
oni zatrzymali dawny znak ą dla brzmienia, które przez 
o właściwie pisać by należało (francuskie on), a dodali 
nowy znak ę, ręka — rąk. Byli więc bardzo ostrożni, 
usuwali tylko rażące braki, nie zrywali, ile mogli, z usta- 
lonym paru wiekami zwyczajem. I tę to pisownię piastu- 
jemy do dziś, niemal niezmienioną. W siedmnastym wieku 
odrzucono kilka jej szczegółów, n. p. zaprzestano pisowni śi 
ći, w siano, ciało, jako niepotrzebnej i słusznie : natomiast 
zamiast dawnego scz sći i t. p. (sczył, sćiek, gdzie brzmie- 
nie następne określa przyrodę poprzedzającego s) wpro- 
wadzono szcz i ści. I jedno i drugie nie bardzo szczę- 



59 



śliwę, szczególniej zaś pierwsze ; ta zbitka czteru spółgłosek 
pismo raczej szpeci, a obejść się bez niej można było 
znakomicie. Pomijam, że i wymowa bez niej się czasami 
obchodzi (słyszymy i wymawiamy: cudzoziemsczyzna, 
polsczyzna, Sczakowa, płasczyzna), ależ zasada każdego 
prawopisu brzmi : nie łożyć więcej znaków na to, co 
i mniej znakami wyrazić zdołamy; Rosyanin ma na to 
jeden znak, więc jemu dobrze; nam źle, ale już przy tem 
pozostać wypadnie. 

Na przełomie dziewiętnastego wieku zapełniono na- 
koniec dotkliwą naszego abecadła szczerbę. Dla brzmienia, 
najczęściej w języku zachodzącego, dla joty, nie posia- 
dano wcale osobnego znaku. Teraz j pomnożyło zasób 
naszych czcionek — nie bez walki. Nowinka ta wywołała 
w dalszym ciągu gorące spory (czem rzecz błahsza, tem 
spór gorętszy), bo nie wszędzie jotę stawiano, mianowicie 
nie w słowa obce, gdzie pisownię obcą przez ia (teologia 
i t. p.) albo polską przez ya (gdyż niektóre brzmienia 
polskie, n. p. r, t, d, c, z i się nie zgadzają), zatrzymano. 
I wybuchł spór, czy pisać Marja czy Marya? Spór ten 
nie ma najmniejszej podstawy ani znaczenia ani jakiegoś 
z umiejętnością związku ; pisownia Marja odbiega od pier- 
wowzoru, mniej potrzebnie, skoroż to słowo (i wszelkie 
inne podobne), nie polskie; pisownia Marya i z pierwo- 
wzorem i z znaczeniem polskiego y kłóci się zawzięcie; 
najlepiej byłoby zachować pisownię pierwowzorową, Ma- 
ria, Szwecia, fisia i t. d., przecież to słowa obce i nikt 
ich Szweća, Aśa i t. d. czytać nie będzie, taksamo jak 
Dania lub linia nie czytamy Dana, lina, lecz Danja, //- 
nja. Ponieważ jednak pisowni najodpowiedniejszej i za- 
razem najdawniejszej: Asia, patriota, Triest i t. d. chyba 
nie osiągniemy, więc dla miłej zgody trzymajmy się już 
pisowni równie dawnej, przez ia i ya, Dania i Marya > 



60 



pomni, że na zgodzie, nie na pisowni zależy. Piszmy 
więc raz na zawsze Marya, Hsya, ale akademia, Dania, 
linia — chyba wedle ogólnopolskiej zasady : wolnoć Tomku 
w swoim domku, boć wszelkie zakusy, inaczej, niby w ja- 
kiś umiejętny sposób, pisownię Marya i L d. uzasadniać, 
są tylko zawracaniem głowy. 

Na oburzenie jotowców, t. j. broniących uparcie pi- 
sowni : Marja , Asja i t d., odpowiemy snadnie, żeć sami 
już krzywdzą jotę, pisząc nadziei, moi i t. d., choć wy- 
mawiamy wyraźnie nadzieji, moji, więc joty nigdy przed 
i nie piszą, choć ją wymawiają. Dalej, że sami z sobą 
się kłócą. Austrya, tryumf, patryota brzmią jednako, ale 
jotowcy piszą je trojako : Hustrja, tryumf, patryjota ; piszą 
dalej najniepotrzebniej hijenę, klijenta, fijołek, Syjon (por. 
pisownię moi) i muszą najrozmaitsze smażyć przepisy, 
aby wybrnąć z zamieszania, wpadając w coraz gorsze ; 
każą przecież pisać : Austrja, ale: austryjacki! ! Niechżeż 
się nie dziwią, że na takie zamieszanie my znowu nie 
myślimy się pisać. Piszemy więc ftustrya, tryumf, pa- 
tryota, Tryest, klient, hiena, fiołek, fiolety, biografia, dy eta, 
Syon, gimnasyum, Mesyasz, Dyana, dyabeł (chociać to 
słowo zupełnie zpolszczało, mówią nawet dziabeł; mo- 
żnaby je niemal i diabeł, diasek już pisać), dyalogiLd., 
więc i historya, poezya, komedya i t. d. Ponieważ zaś 
piszę klient, hiena, fiołek, nie myślę równie obcego chrze- 
ścianina odmiennie pisać (pisownia chrześcijanin zbyte- 
czna), natomiast rodowitego pijanego (wedle pijaka) przez 
ij pisać należy, chociaż go często dwugłoskowo wyma- 
wiamy — ależ, jak wiadomo, pierwsza naszego prawopisu 
zasada: nie pisz tak, jak wymawiasz. 

Zwykle twierdzą przeciwnie: pisz, jak wymawiasz, 
ale to do bajek należy. Wymawiamy w Krakowie i Lwo- 
wie jezdem, tylko pisać tak się nie godzi ; wymawiamy : 



61 



bliski, niski, wąski, Francuska, łucki, tylko pisać tak nic 
wolno; wymawiamy; leść, gryść, wieść (wiozę) i t. d., 
ateż tak nie piszemy. Więc nie wolno też przeciw jedy- 
nie poprawnej pisowni: Maria, Austria, triumf (bo i całe 
wieki nasze tak pisały, zawsze konstytucia i t. p. ; i po- 
chodzenie obcego słowa tej pisowni wymaga) podnosić 
zarzutu, że tak nie wymawiamy, jakbyto nasza pisownia 
kiedykolwiek o wymowę dbała ! Jedyny zarzut, jaki prze- 
ciw pisowni Maria i t. d. wystawić można, to ten, żeśmy 
od pisowni poprawnej i dawnej odwykli a do mylnej przy- 
wykli, a nawyczka góruje w prawopisie (łacinnicy mówią: 
usus tyrannus). Zarzut inny, że wiersze wymagają nieraz 
tej pisowni (Marya), równie błędny, bo dla nich należa- 
łoby Maryja i t. d. pisać, chcąc niejeden rym naocznie 
uwydatnić, a my im przecież i innych wolności rymo- 
wych dozwalamy, n. p. rymować ę z e, ą z o i t. d. Więc 
radzilibyśmy pisać Maria, Austria, triumf, bez najmniej- 
szego na to względu, jak to kto wymawiać myśli, czy 
Austryja czy Austrja i t. d., boć wymawiajcie, jak się 
wam żywnie podoba (granic pewnych i tak nie przekro- 
czycie), lecz piszcie jednym ładem. Ponieważ się jednak 
nie łudzimy, żeby najstosowniejszą pisownię z ia przy- 
jęto (nie po woły warny też przykładu czeskiego, boć tam 
stosunki głosowe odmienne), więc ze dwu tych pisowni, 
przez ja czy przez ia — ya, wybieramy mniej złą dla- 
tego, że po n, m, k, g, f, p, b, w, l, eh, z ową najsto- 
sowniejszą się zgadza. Uwaga, że pisownia: Marya, ła- 
twiej tłumaczy urobienia dalsze, jak Maryjny, niezrozu- 
miałe przy pisowni Maria czy Mar ja, zaważyłaby tylko 
przy pisowni Maryja. Wracamy do przerwanego wyżej 
toku, do wykazania, w czem dziś odstąpiliśmy od da- 
wnego druku, dodając, że po rękopisach pismo przedsta- 
wiało się jak najdłuższy czas inaczej, o wiele gorzej, niż 



62 



w druku; dopiero nauka szkolna języka polskiego ten 
rozdźwięk między drukiem a pismem usunęła. 

Jeszcze bowiem jedna odmiana zaszła w ciągu wie- 
ków; z końcem ośmnastego zaczęliśmy kreskować ó (i 6, 
ale tego nieproszonego gościa szczęśliwieśmy się po r. 
1890. znowu pozbyli). Kreskowane 6 jest równie zbyte- 
czne, jak kreskowane 6, skoro nasz prawopis nie samego 
brzmienia, lecz jego właściwego pochodzenia się dzierży, 
więc nie znosi pisowni bur, boć boru i L d. dowodzi, że 
bor pisać należy. Wszystkie też dawne wieki obchodziły 
się najspokojniej bez kreskowanego 6 i nikomu to nigdy 
nie wadziło; wie przecież Polak i bez tego, gdzie o jak 
u wymawia, a obcych prawopis własny nigdy nie uwzglę- 
dnia (i Rosyanin pisze dawne ie, gdzie io wymawia, pi- 
sze idesz, wymawia idiosz). Drobiazgowość uczonego, 
przewodzącego nad językiem, obdarzyła nas tern kresko- 
waniem (dalszych jego zakusów w tym samym kierunku 
ogół nie przyjął, i słusznie — dał mu się jednak w tym 
jednym zbałamucić) i dziś nie dadzą już sobie ludzie 
wmówić, że mogliby się w wieku XIX. i XX. bez tego 
obejść, bez czego się od XIII. do XVIII, obchodzili szczę- 
śliwie. Więc kreskujmy i nadal 6; wymagajmyż tylko 
jednego: rozróżniajmy ó i u jak się należy, nie wedle 
pierwszego lepszego widzimisię, a przedewszystkiem nie 
ustalajmy przepisów mylnych. 

Wątpliwości być nie może; nasz prawopis uwzglę- 
dnia pochodzenie brzmienia, więc nie uchodzi pisać z war- 
szawska protokuł ani też doktór, bo cóż z tego, że tak 
wymawiają? Pisz więc: protokół, doktor, boć to ani nasz 
kół ani wór, lecz przybysz łaciński, więc tylko o w nim 
uprawnione. Piszą nawet odór i fetor, ale z kreskowanem 
o czy bez kreskowania należy obu wyświecić, jako niepotrze- 
bne włazy łacińskie. Przejdźmyż do słów własnych. Jasz- 



63 



czur i jaszczurka mają i w innych językach słowiań- 
skich — ur, więc i my je tak piszmy; to samo dotyczy 
dłóta, które przez dłuto (niby dłubać?) pisać jest grze- 
chem przeciw słowiaństwu (ruskie dołoto; to oło, oro, 
odpowiada naszemu ło, le, ro, nigdy naszemu łu ru); ta- 
kim samym grzechem z tej samej przyczyny jest pisać 
płukać zamiast poprawnego płókać (ruskie połoskat') 
albo kłuć, pruć (ruskie kołot', porot'); przecież o posia- 
damy sami w kolę (kół, kołek) i porze (rozpór, rozporek), 
a że dziś kłóję, próję odmieniamy, zamiast właściwego 
kolę (wykalam), porze (rozparam), rzeczy nic a nic nie 
zmienia. Tulić, pisano dawniej i tolić, ale wedle innych 
Słowian u mu przyznamy, zato przy zasuwce rzecz wąt- 
pliwa, boć i od zasowy pochodzić może, ale dla miłej 
zgody piszmy ją przez u wedle zasuwać. 

Nie należy pisać: tłómaczyć (albo tłomaczyć, boć 
i to znajdziesz), ani tłómok, ani ogórek, ani półk, półko- 
wnik, ani obówie, ani strona, bo z tern samem prawem 
(wilczem) moglibyśmy i dłógi i tłósły i tłóm pisywać (to 
samo brzmienie), ogurek zaś, to obce słowo z pierwotnem 
u (por. Gurke niemieckie); ani dwóch, boć wyszło od 
dwu, którego przecież przez dwó nie piszemy nawet 
w złożeniach, dwudniowy i tylu innych. Błąd jest dawny, 
ale pomimo to pozostaje błędem. Odmieniało się nie- 
gdyś dwa, dwie, dwu, dwiema — później dwiema ograni- 
czono do rodzaju żeńskiego, a do męskiego wprowadzono 
dwoma; unikając liczby podwójnej, wychodzącej z uży- 
wania, przystawiono do dwu dla celownika i t. d. wedle 
końcówek liczby mnogiej moich, dwum, dwuch ; ani dla 
o, ani dla 6 nie byłoż tu miejsca; „wymowa pochylona" — 
wobec stałej otwartej w tej końcówce (panom i t. d.), dowo- 
dzi, że tu było u, nie o. Gorzej obeszli się z pułkiem, który 
już Kopczyński kazał pisać przez 6, niby od pół koła (pi- 



64 



sownia taksamo trafna, jak wywód pochodzenia) i autor 
Dziejów Wojen zeszpecił jeszcze 1912. r. piękne dzieło pisa- 
niną półkownik i t. d. Żadne tu nie pomogą wymysły, ża- 
dne odwoływanie się do dawności podobnej pisowni , ogu- 
rek już w 16. wieku pisano ogólnie przez o (L j. 6), a obu w, 
dzisiejsze obuwie, już od czternastego wieku tak piszą, 
niby wedle czasownika obuć, obuwać, i niebyśmy takiemu 
wywodowi zarzucić nie mogli (t. j. nic, coby niezawo- 
dowiec zrozumiał, bo zawodowiec wie, co o tern sądzić), 
gdyby nie wszystkie inne języki słowiańskie, których 
zgoda polską pisownię jako mylną usuwa. Natomiast bar- 
dzo późnym błędem jest pisownia ogól, gdyż jeszcze za 
czasów sejmu wielkiego poprawna oguł popłacała. Od- 
wrotnie nie należy pisać: pruchno (od prochu przecież 
nazwane), bruździć (od brózdy — ruskiej borozdy) i L d. 
W dawnych zapiskach podobnych błędów więcej, piszą 
Gury (i imię stąd Gurski) i t. p. 

Osobno jednak stawa cały szereg słów obcych, pi- 
sanych przez u mniej lub więcej stale w rdzennej zgłosce 
(nie jak doktór i t. d. w końcowej), chociaż im się ze 
względu na ich pochodzenie 6 należy, więc: buty (botta 
łacińskie), jakbyśmy o obutym myśleli, kluski (Klosz nie- 
mieckie), ślusarz (Schlosser), marmur, nuta nucić (nota), 
ludwisarz (Rotgiesser), rura (Róhre), łut (Loth), luźny 
(loos), stuła (stola); Jakubowi przywróciliśmy na piśmie 
ó, ale imię własne do dziś Jakubowskim piszemy i tak- 
samo Kubę; furta (Pforte), złożenia z -ulec (niemieckie 
Holz, jak budulec, strychulec i t. p.) i i. ; przy niektórych 
zatrzymaliśmy kreskowane 6, róża, śrót, Józef (ale Juza), 
próba ; przy innych, pisownia waha się, jest i nota, i śló- 
sarz, bywa i śrót; jeszcze inne napoły pozapominaliśmy, 
kot (u nogi końskiej), kluba; przy innych dawny język 
dziwnie postępy wał, pisał n. p. stale poł (t j. pół), ale 



65 



puł w złożeniach, n. p. w pułmilu, w pułbeczce i t. p. — 
przyczyny podać nie umiem. O innych kreskowaniach, 
niedawnego ó i dawniejszego o wiele ś, dziś na szczę- 
ście słów tracić nie trzeba. 

Takich to zmian, w istocie drobnych, dopuściła się 
pisownia nowsza w porównaniu z dawną krakowską (na 
inne nie zważano, n. p. na Seklucyanową w Królewcu, 
choć nie źle radziła), w wieku XVI. ustaloną, a następnie 
aż do gramatyki Kopczyńskiego (z jej kreskowaniem) 
i do Felińskiego (z jotą) powtarzaną. Przechodzimy od 
znaków pisarskich do zagadnień dalszych pisowni, cho- 
ciaż już sama różnica między óau właściwie do tych 
dalszych zagadnień należy. 



II. 

Jakaż główna naszego prawopisu zasada? Oto: pi- 
sać nie wedle „ucha", lecz wedle „oka", patrząc na inne 
tego samego słowa postaci, na pochodzenie jego właściwe, 
tak jak się to dzieje we wszystkich językach świata, boć 
słowo czy zgłoska, zmieniając najbliższe otoczeni e f od- 
mienia i brzmienie. Wymawiamy więc: kłatka, kłótka, 
wóska, gryść, leść, wieść i t. d., ale bacząc na: kładę, 
kłodę, wózek, gryzę, lezę, wiozę i t. d., piszemy: kładka, 
wózka, gryźć, leźć, wieźć; wymawiamy: proźba, koźba, 
ale piszemy: prośba wedle prosić a kośba wedle kosić; 
piszemy: Francuzkę wedle Francuza; wazki, nizki, blizki, 
rzeźki , wedle zwęzić, z niżu , blizu , rzeźwy ; ścieżka, nie 
ścieszka, łezka, nie łeska, kózka, nie koska; róg, wedle 
rogu, nie rok; dług, wedle długu, nie dłuk i t. d. Tylko 
wyjątkowo poddajemy pisownię uchu; piszemy dziarski 
zamiast dziarzki, por. rosyjskie derskij; dech, ale tchu; 
dychać, ale tchnąć, tchórz; deszcz (i dorabiamy doń de- 

flleksander Bruckner, Walka o język. 5 



66 



szczu), zamiast deżdż, dżdżu, dżdżysty. Albo ułacniamy 
wymowę i do tak ułacnionej stosujemy pisownię, n. p. 
pierwotne Królewstwo skróciliśmy najpierw w wymowie, 
a od 16. wieku i w pisowni na wygodniejsze Królestwo, 
również lenistwo od leniwy piszemy bez w. 

W tej naszej pisowni dla „oka", wzrokowej , pozwo- 
dziły nas różne mylne „widoki". Piszemy n. p. wedle 
ucha: boski, bóstwo, męski, męstwo, nie oglądając się 
na: boży, mąż, coby (całkiem pozornie) raczej: bożki, 
męzki, wymagały; natomiast piszemy: ludzki, zamiast 
łucki, oglądając się (mylnie) na lud, chcąc jego d ocalić 
czy wyrazić w urobieniu z przyrostkiem -ski, że w: świe- 
cki, to / i -ski (świet-ski) dla oka równie giną, nic nam 
nie wadzi. Otóż: ludzki, jest niemożliwe; chcąc uwyda- 
tnić pochodzenie słowa na piśmie, należałoby pisać, jak 
Czesi piszą, ludski, podobnie bożski, mężstwo; jeżeli zaś 
przy pisowni: boski, męski, zacieramy powinowactwo 
z bóg, boży i mąż, toć i łucki taksamo pisać wypada, 
nie ludzki , co ani wymowie, ani pochodzeniu (gdzież s od 
-ski?) nie odpowiada. Piszemy dalej męski wedle 
ucha, ależ od tego samego męski urabiamy przyrostkiem 
•izna, zamiast męszczyzny albo mężczyzny, mężczyznę; 
i tu nagle pojawia się ni ztąd ni zowąd owo ż, któregośmy 
się w męski właśnie pozbyli — bardziej wszystkiego poplą- 
tać chyba już nie można. Piszemy napoły wedle ucha, 
zwycięzca (zamiast s wstawiamy jednak z ze względu na 
zwyciężyć), ale polecają pisać łupieżca, drapieżca, poco? 
Czyż nie lepiej pisać wedle: zwycięzca, i: łupieżca? poco 
tworzyć coraz nowe wyjątki ? — Przypominają się przy 
tych na -sca mimowoli owe na -rca od -erz, n. p. 
szyderca od szyderza (nie szyderzca), morderca od mor- 
derza, bluźnierca i t. d. ; swoją drogą należałoby konie- 
cznie wedle zwycięski zwycięstwo pisać i zwycięsca, po- 



67 



dobnie krzywoprzysięsca, ciemięsca i t. d., ależ to u nas 
zawsze jeden sasa, drugi do łasa. Od radzić urabiamy 
dziś: radca (niegdyś radźca, a z tego rajca, raić, rajfur), 
ależ od takiego samego: wychodzić, nie: wychodca, lecz 
ni stąd, ni zowąd: wychodźca; od dowodzić: dowódzca, 
ale od jeździć, jeźdźca. 

Zobaczmyż na innym przykładzie, co znaczy nie- 
jednostajność pisowni, jej sprzeczność i bezład i jak temu 
zapobiegać można — przynajmniej na piśmie, nie znoszą- 
cem bezrządu. Rzeczowniki na stwo i przymiotniki na 
-ski urabiamy w ten sam sposób, piszemy zaś w prze- 
ciwny, bo piszemy królestwo, synostwo, ojcostwo, ale 
królewski, synowski, ojcowski! Wymowa, i słusznie, ró- 
żnicy nie zna, wymawiamy króleski jak królestwo, żydo- 
ski jak żydostwo, ojcoski jak ojcostwo, i to od dawna. 
Malczewski podpisywał się Malczeski, „Kochanowski" 
rymował już w XVI. wieku z „boski" ; odwrotnie wsta- 
wiano na piśmie w nawet tam, gdzie go nigdy nie było, 
n. p. Zaporowski (od Zaporoża, zamiast zaporoski), ostrow- 
ski zamiast ostroski (od Ostroga). Zmyślono nawet ja- 
kiś przepis, żeby zakryć listkiem figowym tę widoczną 
sprzeczność, i orzeczono: spółgłoskę w pni dzierżaw- 
czych (ojców-, królew-) opuszcza się przed przyrostkiem 
'Stwo, królestwo, żydostwo i t. d., lecz zachowuje się spół- 
głoskę w w osnowach nie dzierżawczych, n. p. plugaw- 
stwo, rybołówstwo, marnotrawstwo i t. d. Ten przepis 
między bajki należy, bo oto w leniwy, myśliwy w nie 
jest dzierżawcze, mimoto urabiamy od nich lenistwo, my- 
ślistwo (świeżo wydała Akademia Krakowska książkę 
obszerną o „Myślistwie", r. 1914., nie o „Myśliwstwie"), 
i plugastwo wyraźnie słyszeć i tylko u takich jak: szew- 
ski (szewska pasya), szewstwo, rybołówstwo, marnotraw- 
stwo, prawodawstwo, warszawski (ale lwoski, krakoski) 



68 



można na pewne ws liczyć. Wymowie nie zakreślamy 
żadnych granic: wsłw, cztery spółgłoski, dopraszają się 
ułacnienia bardziej, niż wsk, trzy spółgłoski. Więc wyma- 
wiajcie : królestwo, króleski ; żydostwo, żydoski, ależ pisz- 
cie: leniwstwo, myśliwstwo, królewstwo, żydowstwo, pra- 
wodawstwo i t. d., taksamo jak królewski, żydowski. Pisać 
królewski, ale królestwo, jest bezrządem w pisowni, co 
się szczyci zasadą pisania wedle pochodzenia słowa. 
Powie kto, że gwałcimy język, że narzucamy mu jedno- 
stajność koszarową, że tłumimy malowniczy w nim nie- 
porządek, wprzęgając go w jakieś karby i przepisy. Otóż 
wymowy ani tykamy, wymagamy tylko od pisma zacho- 
wania jednomierności w pewnych granicach przynajmniej. 
R ponieważ nie wypada po prostu pisać lwoski, krakoski, 
więc rozszerzamy poprawną pisownię -wski na wszyst- 
kie podobne utwory, królewski, wujowski i t d., a ponie- 
waż od tego nie można oddzielić królewstwa, wujowstwa, 
sobkowstwa i t. d., więc i te wszystkie przez wstw wy- 
pisujemy, prawodawstwo, myśliwstwo i t. d. 

Dziwnie więc kręte bywają ścieżki naszego prawo- 
albo raczej krzywopisu. Gdy prawopis słuchowy zawsze 
istotę oddaje, wzrokowy t. j. zerkający w stronę pocho- 
dzenia czy pokrewieństwa słowa, stale na manowce zba- 
cza. Potwornego wręcz figla spłatał nam przy pisowni: 
módz, biedź, strzydz, strzedz, poledz, zaprządz , dosiądź, 
a jeszcze na początku XIX. wieku było tych figlów wię- 
cej: bydź, iźdź, kłaźdź. Możliwa jest tylko pisownia: być, 
iść, ale zerknąwszy w stronę : będę, idę, domniemano się, 
że nie należy tego d lekceważyć i wstawiono je tam, 
gdzie go nigdy a nigdy nie było, w bydź, iźdź, podczas 
gdy to takie formy tylko, jak szyć (porównaj bywać — 
wyszywać) lub bić. Ten figiel rychło wyświecono, ale ów 
pierwszy, strzedz i t. d., sięgał już XIV. wieku i uparcie 



69 



się trzymał, aż zupełnie zwyciężył. Zerknąwszy bowiem 
w stronę: strzegę, mogę, domniemano się mylnie, że to 
g należy przy poprawnej pisowni uwzględnić i wedle 
wzoru noga — nodze „poprawiono" jedynie możliwą pi- 
sownię: mogę — móc na: mogę — módz, jakby tu g co- 
kolwiek miało do czynienia, chociaż już rzeczowniki, jak 
moc, pomoc, urobione taksamo, jak owe bezokoliczniki 
móc, pomóc (toć to odmienne postaci tego samego słowa), 
przestrzegały przed podobnymi zakusami ; wkradł się zaś 
ów figiel najpierw przy czasowniku słrzedz, który piso- 
wnią przez dz chciano odróżnić od czasownika (rozpo)- 
strzeć w tych jeszcze czasach, kiedy ć i c nie roz- 
różniano wcale na piśmie, a słrzecz było jednem i dru- 
giem. 

Jakież z tych uwag wywody dla pisowni samej, cze- 
góż się trzymać? Pisownię: módz, biedź, strzedz i t. d. 
jako całkiem dowolną i najmylniejszą należy raz na zaw- 
sze wyrzucić. Podobnie należy odrzucić mężczyznę czy 
Chorążczyznę, bo do : męski (choręskiego niemamy), mę- 
stwo, należy jedynie jak do: polski — polszczyzna, tak 
męszczyzna, chorąszczyzna (z szcz lub scz). Tak i z mylną 
pisownią ludzki; wzrokowa winna być: lud-ski, słu- 
chowa: łucki (jak świecki, co wedle wzrokowej świet- 
skimby wypadł); ludzki nie jest żadną, lecz prostą do- 
wolnością, którą potępiają męski (męż-ski), boski (boż-ski 
wedle „wzrokowej") i t. p. Powtarzamy: jedynie rozumną 
pisownią jest łucki, ale ponieważ w pisowni nie rozum, 
lecz nawyczka, choć zła, góruje, więc, kiedyśmy raz ludz- 
kiego pościelili, toć się tak i wyspać wypadnie. Natomiast 
ujednostajniamy pisownię: zwycięsca (wedle zwycięski, 
zwycięstwo), łupiesca, krzywoprzysięsca (krzywoprzysię- 
stwo przecież!); dalej radca, wychodca, najezdca, bez 
względu na pisownię dalszych przypadków jak bodźca od 



70 



bodziec, jeźdźca od jeździec. Natomiast nazwiemy popra- 
wną pisownię schadzka, zasadzka i t. p. od schadzać, zasa- 
dzać, której nie wolno kłaść na równi z ludzka i Ł p.. 
boć mylne ludzka jest lud-f-ska, poprawne schadzka zaś 
schadz+ka. 

Inne wątpliwości prawopisowe nie mają znaczenia za- 
sadniczego, odnoszą się do szczegółów wątpliwych. Jak 6 
i u ucho nie odróżniało już wcześnie, podobnie rz i ź spa- 
dły się w jednem brzmieniu od dawna. Więc piszemy upię- 
kszyć, gdy jeszcze wiek siedmnasty o upiękrzyć pamiętał; 
piszemy mrzonka odwrotnie, gdzie tylko mżonka (od mżyć) 
poprawna; przywykamy do gorzkiego, zamiast poprawnego 
gorzkiego, a odwykamy od skarżyć (błędne oskarżony nie- 
raz już napotykamy); pasorzyt walczy z mylnym paso- 
żytem. To znowu mylimy i z sz, piszemy : niemasz (go 
w domu), jakby tu druga osoba miała co do mówienia, za- 
miast niemaż (przecież tu tylko skrócone, jak zawsze, że) — 
błąd ten należy usunąć. Nawykliśmy do próżnego i różnego, 
ale nie zawadzi zaznaczyć, że próżny (por. praźnik ruski, 
nie prażnik, jakby od prażenia!) w wymowie słusznie 
się ostał jak i różni, co zresztą zupełnie przed różnicą 
i t. d. ustąpili. Przeciwnie ustąpiła dziś pisownia jedynie 
poprawna i trafna źródło całkiem dowolnej (wobec wszel- 
kich naszej pisowni zasad!): źródło; piszą powszechnie 
i źrebię zamiast źrebię — jak te słowa pisać należy, 
można się choćby z ruskiego żereło i t. d. przekonać. Nigdy 
i nigdzie nie było tu innej spółgłoski , prócz ż, nie znają też 
żadnej innej dawne nasze druki , a z tego, że dziś wyra- 
źnie źródło, źrebię wymawiamy, nic a nic wobec naj- 
główniejszej zasady pisowni nie wynika dla pisma, które 
źródło, źrebię, żreć i t. d. wymaga koniecznie. Przecież 
wymawiamy najwyraźniej ziobra, a każą je nam pisać 
żebra, chociaż i ta pisownia już pomylona, boć pierwot- 



71 



na była rzebra (por. ruskie rebro, niemieckie Rippe)! 
Więc stokroć rychlej źródło, nie źródło pisaćby należało, 
gdyby nie pobróździła ulubiona nasze zasada, t. j. brak 
wszelkiej zasady. Natomiast przy drażnić i drażnić wa- 
hają się wszystkie języki słowiańskie oddawna i obie pi- 
sowni są słuszne; zostańmy przy „łatwiejszej" drażnić. 
Że żmija od ziemi nazwana, zatarliśmy mylną jej piso- 
wnią przez żmiję; wymyśliliśmy jakiegoś niesłychanego 
żmudnego, gdy istniał zawsze tylko z-mudny z-mudzić, 
(mudzić t. j. zwlekać, czasownik z mądrym i z myślą pokre- 
wny). Domyśliliśmy się i jakiegoś żubra, nigdy niewidzia- 
nego, boć istniał zawsze tylko żubr albo ząbr ; stąd nazwy 
miejscowości Żubrza albo Ząbrów. 

Pisownia nosówek (ę, ą) nie nastręcza trudności czy 
wątpliwości. Należy jednak pamiętać, że słowa obce jej 
nie podlegają (oprócz prastarych pożyczek, jak kolęda, Ję- 
drzej — Andrzej, wędrować, dzięki, ląd i t. p.); więc maść 
będzie zawsze ponsową, przenigdy pąsową, bronz nie bę- 
dzie nigdy brązem a klomb kląbem ; więc i trenzle i fren- 
zle tak napiszemy (pisownia z dz, trędzla, frędzla, ulu- 
bionem zamiast z — por. nowsze: dzwon, dźwięk, śle- 
dziona i t. d. zamiast dawnego: zwon, źwięk, śleziona 
i t. d., jest całkiem mylna), chociaż frezie już w XVI. w. 
napotykamy; a więc i penzel, nie pęzel ani pędzel. Pozby- 
liśmy się szczęśliwie całego szeregu błędnych ę, nie pi- 
szemy już więcej : mieszać, mieszkać i i., ale zatrzyma- 
liśmy błędne ę w : szczęka, pielęgnować, stębnować (czę- 
ściej i stębnować), Trębowla albo Trembowla (ależ ona od 
trzebienia nazwana!), nadwerężyć i i.; o częstowaniu i ucze- 
stniku rozprawiamy niżej. W: śmie, umie, rozumie, wkra- 
dło się ę całkiem niepoprawnie, za przykładem wszelkich 
innych postaci na ę, zamiast poprawnych : śmiem, umiem, 
rozumiem, które swoją drogą, wedle: wiem, wiesz, wie 



72 



(umiem, umiesz, umie) inne dawniejsze zastąpiły (umieją, 
rozumieją, śmieją zachowały dawne prawidło, ale dziś 
można już śmią a nawet umią i rozumią słyszeć; postaci 
tych do pisma nie dopuszczamy). 



III. 

W dziedzinie zgłosek panuje u nas najdziwniejsza 
pstrocizna, dowolność i sprzeczność, z którą raz jużby 
pokończyć wypadało. Dzielono niegdyś jak bądź, n. p. 
świat dzielono na ś i wiat, jeźli wiersz tego wymagał; 
mędrkując, najniepotrzebniej zabrnęHśmy tak dalece, że 
nawet całymi przyimkami, w lub z, nie wolno nam koń- 
czyć wiersza i przenosimy je do następnego, na co jedyna 
odpowiedź: masz w wierszu jeszcze miejsce na z \ w, 
pisz je i na samym końcu wiersza tak, jak każdy inny 
przyimek piszesz. Ponieważ nie lubiliśmy nigdy zgłosek 
zamkniętych, t. j. kończących się spółgłoską, i dobijaliśmy 
się nawet różnymi manowcami, wyrzutnią, przestawką 
i t. d. zgłosek , zakończonych samogłoską czyli otwartych, 
kończymy i przy dzieleniu wyrazów wiersz zawsze zgło- 
ską otwartą, dzielimy więc: brzy-twa, po-spólstwo, przy- 
kry, pa-trzyć, wą-tpić, prze-szłość, je-dna, księ-stwo, bó- 
stwo, da-wszy (w XVIII, wieku zaprzeczano wyraźnie ta- 
kiemu dzieleniu jako nieprzyzwoitemu ; również nie przy- 
zwalano wstydliwie na dzielenie : de-szczy i L p.), czy-sty, 
su-knia, piso-wnia, wyobra-źnia, pra-lnia, popę-dliwy, mo- 
żliwy, da-wny, głó-wny, ja-sny, ró-wny, pro-śba, gro-źba, 
gro-źny, zgry-źliwy, bra-ctwo, dziedzi-ctwo i t. d. Tak 
osiągamy zupełną jednolitość i unikamy nieskończonych 
sprzeczności, w jakich się wszyscy gubią, co dotąd o tem 
pisali i stanowili. Twierdzili n. p., że należy przy dzie- 
leniu uwzględniać „budowę" wyrazu, dzielić więc pień 



73 



od przyrostka, n. p. Francuz-ka; pytam, po co? Skoro 
w Francu-zek lub Francu-zica z pniowe od pnia odry- 
wamy i do przyrostka łączymy, więc to samo możemy 
i dla Francu-zki uczynić. 

Wyjątek od tego prawidła, wymagającego bezwzglę- 
dnie dzielenia na samogłoski, stanowią wyrazy ze spół- 
głoską podwójną, n. p. : senny, wyssać, wyższy, niższy, 
i t. p. ; dzielimy je: sen-ny, wys-sać i t. d. Wymagamy 
bowiem mimowoli, żeby zgłoska, co przez dzielenie po- 
wstała, nie raziła zbyt oka i tylko dlatego nie podzie- 
limy se-nny, de-nko, spo-jrzeć, przy-jmę, wo-jna, pó-jdę 
i t. d., boć nie zna język zgłosek podobnych nigdy i ni- 
gdzie w żywej mowie, więc i na piśmie ich nie znie- 
sie ; dla tej przyczyny dzielimy : cór-ka, wiel-ki (ale wielgi, 
wilga możemy dzielić wie-lgi, wi-lga, por. lgota, u-lga), 
tyl-ko, mar-twy, dzierz-gać (ale dzie-rżawa, dzie-rżyć, bo 
rżeć), koń-ski, cier-pliwy, cheł-pliwy. 

Zaznaczamy jednak wyraźnie, że dzielenie zgłosek 
w piśmie, jako rzecz zewnętrzna i przypadkowa, nic z ję- 
zykiem, t. j. z postaciami i znaczeniem słów, niema spól- 
nego, że byłoby więc zupełnie obojętnem, czy dzielimy: 
mat-ka, pew-ny, pral-nia, czy: ma-tka, pe-wny, pra-lnia, 
i-zba, czy iz-ba, ale strzel-ba, hań-ba, mar-ny i t. p. 
oku lepiej dogadzają. Dzielimy więc wedle ogólnej za- 
sady: o-bumarły taksamo jak o-buwie, o-bejść, o-dejść, 
na-dejść, chociaż -bumarły jak -bejść czy -dejść dziwa- 
cznie wyglądają ; kto je chce ominąć, niech o- przeniesie 
i zgłosek nie dzieli. Jeżeliśmy więc podali prawidło dla 
dzielenia zgłosek, uczyniliśmy to tylko dlatego, aby, jak 
wszędzie, tak i tu niepewności i dowolności kres zało- 
żyć; druk unika i tak dzielenia zgłosek, i słusznie; nie 
unika go osobnik piszący, którego podane powyżej pra- 
widło (kończ zgłoskę samogłoską, bez względu na budowę 



74 



słowa, uwzględniając tylko możliwość wymowy rozdzie- 
lonych zgłosek) z każdej wywiedzie wątpliwości. 

Nam idzie wyłącznie o ustalenie pisowni dla szkoły 
i druku. Ponieważ przy dzieleniu zgłoski otwarte znacznie 
przeważają (rzut oka na byle stronicę przekona o tern) — 
słowa jednozgłoskowe nie wchodzą wcale w liczbę — więc 
mniejszość winna większości ustąpić. Dlategoto podaliśmy 
takie prawidło z owem jedynem ustępstwem dla oka (pan-na, 
nie pa-nna i t. d.), ale możnaby jeszcze jeden wyjątek 
dopuścić, mianowicie : nie rozrywać przyimków — przed- 
rostków, dzielić więc bez-ład, niebe-zład, mimo zły i tp. 
Wyjątek ten można usprawiedliwić; odrazu składaż się 
z dwu słów, więc wypada je wedle nich i dzielić: od- 
razu, nie: o-drazu. Potrzebnem to nie jest jednak bynaj- 
mniej; widzimy to najlepiej przy złożeniach z roz-: ro- 
zum, rosół (t. j. rozsolony) dzielimy ro-zum, ro-sół; ro- 
strzygać, rostajne drogi, dzielimy w mowie: ro-strzygać, 
ro-stajne i tylko dlatego, że w piśmie zachowaliśmy przed- 
rostek roz-, dzielimy je: roz-strzygnąć, roz-stajne. 

Prawidło jakieś należało zaś ustanowić, aby pokoń- 
czyć z samowolą osobniczą, o której rzut oka na byle 
druk przekonać może; w jednym łamie kłócą się coraz 
te dzielenia, i wyławiać można najosobliwsze kwiatki, 
n. p. dzielenie: posz-czególny i t. p. Jeżeli dzielimy sta- 
nowi-sko, toć słuszna dzielić tak i zgło-ski, bo z tego, 
że to sk w obu razach odmiennego początku, nic a nic 
dla dzielenia nie wypływa. Więc i dziećmi wypada dzie- 
lić dzie-ćmi (por. ćmi), nie dzieć-mi , ko-śćmi , nie kość-mi 
ani koś-ćmi, ale cer-kwi, boć samoistnego brzmienia 
rkw- niema; wedle koń-ski pań-ski, i t. p. dzielimy 
i rzym-ski, pol-ski i t. d. 

O wiele ważniejsze i ciekawsze zagadnienie, niż to 
całkiem mechaniczne dzielenie zgłosek, stanowi dzie- 



75 



lenie całych wyrazów; czy pisać je razem czy nie? 
Właściwością mowy polskiej jest łączenie przeczenia 
z czasownikiem, z orzeczeniem, przyimka z rzeczo- 
wnikiem lub przymiotnikiem i t. d. U nas zrastają się 
słowa łatwo, mówimy dobranoc; jedenaście (już nie je- 
dennaście), z jeden na dziesięcie, byłem z był jeśm, da- 
wno już podobnem urosły łączeniem pod jednym głównym 
przyciskiem. Więc nic dziwnego, że piszą razem: napró- 
żno, naprzeciw, naczczo, naraz, nakoniec, nazbyt, nazaw- 
sze, nawspak, nawznak, nanowo, napotem, napewno, na- 
nic, naprędce, narazie i t. d., skoroż niema wątpliwości, 
że wymawiamy te złożenia pod jednym przyciskiem, je- 
dnym tchem. Co bardziej dziwne, że prawidła , jakie o po- 
dobnej pisowni obiegają, między sobą się coraz kłócą: 
pozwalają pisać: codzień, zabraniają: conoc lub corok; 
albo pozwalają pisać: tyżeśto, ale zabraniają: jestto (sko- 
roż w obu razach to samo to do takich samych postaci 
czasownikowych dodano !). Dawna pisownia nie krępowała 
się przenigdy uwagą na samoistność słowną; ulegając 
słuchowi, pisała zawsze przyimek z\ rzeczownikiem i t. d. 
razem, przeczenie z czasownikiem i jeszcze druki XVI. 
wieku nieraz to zachowywały; wszyscy nasi wyda- 
wcy dawnych rękopisów i druków mylili poprostu czy- 
telnika, rozrywając (bez ostrzeżenia zazwyczaj) ich razem, 
i słusznie, pisane słowa; zachowując rzeczy bez znacze- 
nia, pomijali tę o wiele ważniejszą. Dawniej więc zawsze 
pisano: zemną, welwowie, niebył, pocichu, cotchu, co- 
prędzej ; dziś tylko ślady pozostały tej dawnej pisowni , 
wzorującej się na wymawianiu, n. p. pomału, pociemku, 
wkrótce, nienawidzić (od dawna uświęcony błąd zamiast: 
nienawidzieć, nienawidział, dziś nienawidził), niedomagać 
i t. d. Jedni piszą: zblizka i zdaleka, zdawna i zrana, na- 
czczo i nazawsze, odrazu i oddawna; inni dzielą nawet 



76 



tc wyrazy, pomimo, że wymawiamy je pod jednym przy- 
ciskiem, razem. Jeżeliż piszemy: poza dom, toć i zpoza 
domu koniecznie należałoby pisać, zzewnątrz, zpośród 
tłumu i t. p. 

Chodzi więc o to, czy pisać oddzielnie czy łącznie: 
z rana czy zrana, z blizka, z daleka, czy zblizka, zda- 
leka ? zgóry, czy : z góry (zgóry ci powiem , idę z góry), 
zawiele, czy : za wiele ? Przeczenie dzielą dziś stale : nie 
byłem w domu, jedyne niemaż (na j mylniej niemasz pi- 
sane, ale cóż tu porabia druga osoba ? niemaż go w domu , 
toć takie same, jak : byłoż tu to i to) z dawnego sposobu 
pisania ocalało. Jeżeli jednak że, ż piszemy razem z sło- 
wem, do którego je doczepiamy, n. p. ponieważ, pocóżże, 
zróbże, daj że, tamże, tenże i t. d., toć taksamo należy 
i to i by łączyć z poprzedniem słowem, więc pisać: by- 
łoto dawno, jestto prawda, ileżto minęło, jakto? pocóżto? 
ktoby widział, nacoby patrzał i t. d. O pisowni nademną 
czy nade mną 1 , patrz niżej. 

Skoroż nasza pisownia nie słuchowa, lecz wzrokowa, 
więc należy poza owymi nielicznymi wyjątkami, pisać 
wszelkie słowa, nie razem wedle ucha, lecz oddzielnie, 
wedle ich właściwego znaczenia; a więc i: on nie ma 
grosza (lecz niema go w domu); że lub by jako spójki 
odrębne i t. d. 



IV. 

W pisowni słów obcego pochodzenia zabrnęliśmy 
dla naszego niedbalstwa i leniwstwa na manowce i bez- 
droża, z których niema wyjścia. Przedewszystkiem oba- 
liliśmy ni stąd, ni zowąd najgłówniejszą zasadę naszej 
pisowni. Piszemy przecież słowa nasze wedle ich pocho- 
dzenia, więc to samo należałoby się i obcym ; na całym 



77 



świecie piszą też tak słowa obce. Niemiec n. p. pisze: 
Chaussee, Toilette, Bourgeoisie, Chevauxlegers. Nam 
sprzykrzyła się widocznie ich pisownią właściwa, etymo- 
logiczna, i zabawiliśmy się w fonetyczną , bo piszemy je, 
jak je wymawiamy, nie tak, jak je wedle ich pierwowzo- 
rów pisać należy, więc piszemy n. p. szwoleżer. Że to 
pisownia barbarzyńska, nic nam nie wadzi; nie pomoże 
nam odwoływanie się n. p. do przykładu rosyjskiego. Kto 
nie chce pisać chevauxlegerów z francuska, niech ich 
lekkokonnymi napisze, ale francuskiej nazwie należy się 
i francuska pisownia. Czyż my chłopi nieokrzesani, któ- 
rym wsuwają na kartce wymowę polską, boćby się 
w chevauxlegerach nie połapali nigdy ? Czyż to nie barba- 
rzyństwo, co wręcz na obrazę zakrawa ? Więc nie pisz szwo- 
leżerów, lecz albo chevauxlegerów, albo lekkokonnych , 
bo to jest słowo obce, którego żadną pisownią na Polaka 
nie przekabacisz. 

Co innego szosa, choć i to nie mądre, ależ to ra- 
czej pożyczka, niż słowo obce, a w pożyczkach, odmie- 
niając im i wygląd nieraz i znaczenie, rozrządzamy się 
jak w własnym majątku. Więc może nam ujść, że w po- 
życzkach, n. p. łacińskich, zastępujemy ich i naszem y; 
mówimy i piszemy krytyka — dawniej, gdyśmy miękko- 
ści nie poświęcali, odmieniliśmy na pacierz łacińskie pa- 
ter, na Dziwisza Dionis, na Marzę Maria, na kościół ca- 
stellum i t. d., ależ to było tak jeszcze w XI — XIII. wieku. 
Jak z krytyką, postępujemy z rytmem, Sylwestrem, 
Sylwanem i z niezliczonemi innemi słowami i nazwami; 
wedle języka własnego, nie znoszącego żadnych ti, di, 
ri, si i t. p. poprawiamy łacinę. Ale na tern nie koniec. 
Bo oto pisze łacinnik (a za nim Niemiec i t. d.) s, ale 
wymawia je między samogłoskami przez z, otóż my go 
„poprawiamy" i wstawiamy z wymowy do pisowni. Więc 



78 



piszemy muzyka, nie musika, z poprawką podwójną; 
decyzya i wszystkie inne na -yzya, -ozya (animozya, 
wirtuoz), niezliczone czasowniki , jak organizować, ekono- 
mizować (i ze początkowem miasto oe) i L d. ; niezli- 
czone 'izmy i -azmy od „rumatyzmów" (z prawdziwie 
polskim u, nie z pogańskiem eu) i spazmów i Erazmów 
począwszy aż do humanizmu i marazmu, i nic nam nie 
wadzi, że to samo s piszemy raz s w humaniście, ale 
z w humanizmie („rdzenni Polacy" piszą jeszcze : w hu- 
manizmie, jakby w takiej maskaradzie humanism istotnie 
polszczał !) ; i stąd powstały te wszystkie nasze pisownie, 
kłócące się z europejskiemi, jak Kzya (prawdziwie azya- 
tycka, zamiast jedynie europejskiej Asia), Izrael, Izabela, 
Izak, Euzebiusz, Dyonizy, dywizya, improwizacya, mobili- 
zacya (zamiast uruchomienia !) i t. d. Dla zaokrąglenia tych 
„poprawek" pisowni europejskiej wymyśliliśmy i pisanie 
wszelkich podwójnych spółgłosek jedną, więc: masa, kasa, 
klasa, klasyk, arasy, sufit (z włoskiego sofitto), Madona, fon- 
tanaj, akwarela, hala, rekolekcye, kolega, bulą, Helada, ilu- 
minacya, ilustracya, balada, nowela, apelacya, opozycya, 
Apeniny, Filip, korekta, komisya z komisarzem, grama- 
tyka, afekt i efekt, idyla, Achil, pesymista i L d. Nie 
śniło się dawnym o takich wybrykach przeciw dobremu 
smakowi, pisali stale konstitucye, grammatika i L d., je- 
szcze w XVII, wieku. Że się przy tern ciągłe błędy po- 
pełnia, nic dziwnego, więc: los, losu, zamiast lozu z nie- 
mieckiego Loos (por. lozunek, zluzować, z błędnem u) i Ł d., 
a nawet wygluzować z łacińskiego glossare (z takimż u) 
i t. d. Nawet w rozprawach filozoficznych piszą łacińską 
suasorię przez swazorję, co już na niedorzeczność jawną 
zakrawa. 

I wprawiwszy się w takie pisownie, zadziwiamy po- 
tem świat „naszymi" wynalazkami w rodzaju: portfelów, 



79 



kwefów (coiffc) , toalet (a może tualet; jednoż takie ładne, 
jak drugie), biur (a piszą je i ze rdzennem polskiem 
6, bióro ! niby pióro ?), burżoazyi (ale nasz burżuj z bur- 
żuazyi urósł), kinkietów, woksalów, nyż (niche, nisza), 
kurtuazyi, jakby dworność albo wydworność dosłownie 
jej nie tłumaczyły i t. d. 

Oceniwszy taką pisownię wedle jej zasług istotnych, 
nie myślimy nawracać czy nawoływać do poprawy, do 
przeistoczenia jej wedle ogólnej zasady — niech tak już 
zostanie na pamiątkę naszego zbytniego i zbędnego po- 
ufalenia się z obczyzną. Ale czego możemy i dziś jeszcze 
zawsze wymagać, to jednostajności pewnej i stałości; 
a powtóre, nie przyzwalajmy na coraz większe szerzenie 
się błędu, na coraz nowe jego zwycięstwa. Bo oto n. p. 
spierają się, czy nie pisać przez polskie gie, kie obcego 
pierwotnego ge~, ke- ? Km na chwilę nie możnaż wątpić, 
co obrać: geniusz czy gieniusz, geografię czy gieografię, 
legendę (legiendy nikt nie pisze), Genewę, Genuę, Ganges, 
Gertrudę czy Giertrudę (ale spolszczoną Gierkę nieraz na- 
trafić można i tosamo dotyczy innych słów zupełnie spol- 
szczonych : magiel , giełda i t. d.) ; więc pisz tylko : kel- 
ner, dżokej, kefir (ale w zupełnie spolszczonych znowu 
kie, kieł, kielnia, kielich — liker do nich nie należy); 
o imionach obcych , Keppler, Keller, Gellert i t. d. niemasz 
co i mówić. Możnaż jak najdokładniej Franciszek czy 
geńjusz wymawiać, tylko pisać tak nie wolno ; wymawiają 
przecież nieraz gięba, gięś, gięsty (wcale często), ależ 
w piśmie precz z niemi ! Więc i gesty i ewangelia, geneza 
i wegetacya i t. d. zostaną przy pierwotnem ge, mimo 
polskiej pisowni ge przez gie, n. p. Bogiem, ubogie. Obok 
niemożliwej na piśmie jeografii, jeometryi, jeodezyi i t. d., 
coby chyba dla Eskimosów czy Botokudów się godziły, 
nie dla narodu oświeconego, mamy w piśmie oddawna 



80 



rejestr (a nawet jednozgłoskowe rejstr już w wieku pięt- 
nastym) obok regestru, jenerał (sejmik jenerał) obok 
generała, rejenta (adwokata) obok regenta, regencyi, ajenta 
obok agenta. Wyświecamy je z pisma, nie z wymowy, 
taksamo jak do pisma niedopuszczamy harmaty, harbaty, 
hanyżu, Jawama, Jawy (Ewy), jaratyka (heretyka), jan- 
cykrysta (antychrysta) i tyle innych postaci, istniejących 
w języku od wieków, spolszczonych zupełnie, bo wzgląd na 
pierwowzór usuwa wszelkie podobne „poufałości" z pisma, 
chyba, że ich umyślnie dla określenia środowiska użyć 
zechcemy, n. p. kozaka „łejstrowym" nazwiemy (bo tak 
się sami zwali). 

Najniepotrzebniej narzucamy pisownię z gie-, kie-, 
nazwom Litewskim; Gedymin, Olgerd, Keistut, Jageło, 
Swidrygeło, Skirgeło, Gedrojć, Geraniony i t. d. są jedy- 
nie poprawne, ale niestety, u nas właśnie nazwy litewskie 
najpotworniejszym uległy skazom, zatłoczyliśmy ich dwu- 
głoski (Żmojć, dziś Żmudź zamiast Źmódź; Jagaił, Skir- 
gaił, Switrygaił), pozmienialiśmy ich ou, au w jikieś 
niemożliwe o/, zrobiliśmy Witolda jakiegoś z Witowta 
(chociaż w Towciwile tosamo towt-, co lud po litewsku 
znaczy, zachowaliśmy, taksamo w Gintowcie i i.); rosyj- 
scy dziejopisarze piszą te nazwy o wiele poprawniej ; przy- 
najmniej ge ich właściwe zachować winniśmy. 

Wkradł się u nas nawet haniebny wręcz zwyczaj, 
nietylko słowa, lecz niektóre imiona obce pisać wedle 
„słuchu", nie wedle „oka", chociaż pisownia nasza temu 
stanowczo się sprzeciwia; piszą n. p. Wolter, Szekspir 
i i., dlaczego nie Jum (Hurae) i i.? Że Rosyanin tak po- 
stępuje, toć wina w tern jego abecadła, nie mającego 
wielu znaków n. p. dla h, ii, ó i t. d.; on też w nawiasach 
dodaje pisownię pierwotną, bo z jego własnej nieraz nie 
dowiesz się, o kim mowa. Czytałem n. p. w dziennikach 



81 



rosyjskich „Juz", ale dopiero ze związku, po wymienie- 
niu Wilsona, dowiedziałem się, że dziennik Hughes miał 
na myśli. Ten straszny „Juz" usuwa wszelkie przekręcania 
nazw obcych na ład polski i na żadnego Gete, Szekspira 
i t. d. zgody niema. W tym związku powstaje inne pyta- 
nie, a cóż ze czcionką jc? czy zatrzymać ją czy odrzucić 
jako całkiem zbędną i zastąpić ją przez ks ? Piszą dziś 
powszechnie imiona i słowa greckie i i. przez ks, Ksenofon , 
Kserkses, Aleksander, Bruksela, Ksawery, egzamin, 
egzemplarz, heksametr, tekst i t. d., coż o tern sądzić? 
Otóż niewątpliwie jest x dla ks znakiem zupełnie zbę- 
dnym, skoroż nie uznajemy żadnych innych węzłów po- 
dobnych (n. p. dla ps) ; ależ obce języki, którym on ró- 
wnież zbędny, mimoto zatrzymały go ze względów na 
dziedziczność pisowniową , nie zrywającą z pierwowzorem 
grecko-łacińskim. Nic łatwiej, niż pisać Aleksander i t. p. 
ale zakrawa bardzo na jakąś zaściankowość (na para- 
fiańszczyznę czy partykularyzm, mówiąc po polsku), ta- 
kie wyłamywanie się z pod prawidła europejskiego. Znaku 
x nie wyrzucimy i tak, bo jakżeż napiszemy n. p. 7\u- 
xerres? (Okser?), więc i przy Oxfordzie możnaby wy- 
trwać jako przy ogólnoświatowej pisowni , z którą zrywać 
w imię zasady, najzupełniej sprzecznej z zasadą naszej 
pisowni, nieco na widzimisię zakrawa. Bo jakżeż można 
podwójną miarą mierzyć? Nasze piszemy wedle pochodze- 
nia, obce natomiast wedle wymowy! Nad takiem przecze- 
niem samemu sobie nie możnaż przechodzić do porządku 
dziennego. Natomiast wykluczamy z tej pisowni każde 
własne słowo, a więc nigdy nam x ani księdza ani książę- 
cia oznaczać nie będzie. Zatrzymując w nazwach i sło- 
wach obcych ich obce x, usuwamy i inną sprzeczność; 
dlaczegóż rozróżniamy egzamin albo egzemplarz od heksa- 
metru , dlaczego piszemy to samo obce x raz gz, drugi raz 

Aleksander Bruckner, Walka o jaayk. • 



82 



ks (kto się tej sprzeczności sroma, pisze też hegzametr, 
ale naśladowców nie znachodzi); egzystencya, egzekucya, 
egzaltacya, egzekwie (ale są i eksekwie), egzorta (eksorta) 
pokazywałyby, że słowa bardziej utarte (heksametr niem 
nie jest) gz wybrały, czemu się jednak znowu aksamit 
(imię własne 7\xamitowski), Aleksander, Aleksy i L d. 
jawnie sprzeciwiają. Używanie pierwotnego znaku x usu- 
nęłoby te sprzeczności zupełnie, a przytem niejednegoby 
od używania tych słów (exystencya, exaltacya — dawniej 
tylko tak pisano) wstrzymało, coby tylko pochwalić mo- 
żna, bo szczególnie bez exystencyi wcale dobrze egzystować 
możemy. Zarzuci kto, że egzystować już dlatego z pol- 
ska pisać się godzi, ponieważ z polska y zamiast pier- 
wotnego i wymawiamy i piszemy, ależ to y wymawiamy 
istotnie, papieża Sixtusa Syxtusem wyraźnie wymawiamy, 
podobnie jak Chrystus, Benedykt i t. d., natomiast piso- 
wnia x z wymową się nie kłóci i tylko dziejowej świad- 
czy łączności z dalszą Europą ; że i Rosyanie jc wyrzu- 
cili, chociaż znak ten posiadają w abecadle, toć nam nie 
przepis. 

Wracamy na chwilkę do Shakespeara i Byrona. Bo, 
oto wymyślili nasi krzywopisarze następną pułapkę. Pi- 
szą Shakespeare wprawdzie i Byron, ale „wyrazy, od nich 
utworzone, piszemy z polska: bajronizm, szyllerowski , 
szekspirowski i i.". Jak zawsze u nas: pierwsza zasada 
naszej pisowni: brak wszelkiej zasady. Piszę albo: Szeks- 
pir, Bajrn, Szyler — szekspirowski, bajrnowski, szylerow- 
ski, albo piszę: Shakespeare, Byron, Schiller — Shakes- 
pearowski, Byronizm, Byronista (Kaczkowski „Bajro- 
nistę" wypisywał), byronowski, schillerowski i nie 
zgadzam się ani pojmuję takiej dowolności , pisać inaczej 
rzeczownik a inaczej urobiony od niego przymiotnik ! Tym 
wynalazkiem, jedynym chyba w Europie, szczycić się nie- 



83 



mamy przyczyny. Precz z tym wymysłem ! I taksamo 
przymiotnik od Rousseau czy Hume będzie rousseauwy 
czy rousseauwski ; humowy, nie jumowy; od W. Hugo, 
hugowy, nie hugonowy, boć Hugon po francusku Hue, 
Huon, Hugues, nie Hugo. 

Z powodu słów obcych dodajemy rozmaite uzupeł- 
nienia. Najpierw co do pisowni z, s; kłóci się u nas wy- 
mowa-pisownia z pochodzeniem, t. j. z pierwowzorem. Wy- 
mawiają senzacya, piszą wedle łaciny sensacya (dawna 
pisownia znała tylko sensata i sęsata) piszą uniwersytet 
i uniwersalny poprawnie, również jak balsam, konsola- 
cya, konsola, konsul, konsylium, Persowie, insurekeya 
(insurgent), intensywny i t. d., ależ ni stąd ni zowąd piszą 
nie: censor, censura, recensent, recensya, chociaż tu ta- 
kie same ns jak w : konsul, lecz : cenzor, cenzura, recen- 
zent i t. d. Jeżeliż piszemy subsysteneya, subsydia i t. d., 
dlaczegóż taksamo nie pisać egsystencyi? ale raz gz, to 
znowu bs, to nie pisownia, lecz rozgardyasz. Więc czyż 
nie lepiej byłoby, wedle ogólnej naszej pisowni zasady, 
zostawić łacińskie s, nawet w asylu, nie azylu, a prze- 
dewszystkiem w imionach osobowych, jak Aspasia, Jason, 
Kresus, Desydery, Cesar i t. d.? 

Podwójne spółgłoski (obce naszemu językowi, prócz 
kilku okazów, jak ssać, mełł, pełł; są częstsze przy nn: 
inny zamiast dawnego iny, panna i t. d. i przy złoże- 
niach jak oddać i t. p.) zachowaliśmy w wyrazach umie- 
jętnych, n. p. annały, annaty, w imionach, jak Anna 
(ale Anusia, Hanusia); Otto, dawna polszczyzna znała 
tylko Otę (Ota); Mekka, ale Bruksela, Asyrya, Ilirya, 
Hunowie (Hunnowie częściej), Szkot (ale Scott). Jak u nas 
zawsze i wszędzie, tak i tu niema śladu zasady, jednoli- 
tości; piszą apelacya, opozycya, atak, masaż i t. d., ale 
suggestya, terroryzm, terrakota, terrytorium i t. d., Tesalia 



84 



ale Hellespont i t. d. Kładziemy nacisk na tę właściwość 
pisowni naszej , aby tern bardziej przestrzegać przed nie- 
uzasadnionem niczem wstawianiem podwójnych głosek 
w słowach naszych i obcych. Wymawiają przecież szklanny 
i inne na -anny; piszą stale męczenników i uczennice, 
chociaż tamci od męczonych, nie od męczonnych jakichś 
pochodzą, a uczennice tylko rodzaj uczenika (od uczony) 
odmieniły (przyrostek brzmi przecież -ik, jak w grzesz- 
nik od grzeszny, nie -nik) ; oczekiwania nasze są płonne, 
choć winne być płonę {płonnego zmyśliliśmy chyba we- 
dle plennego, ależ ten od plonu pochodzi, a z płonym 
porównaj połoniny 1). W imionach własnych piszemy na- 
wet Kossów, Ossolineum i i., co jest jawna niedorzecz- 
ność. Gorzej obeszliśmi się z imionami litewskiemi, 
narzucając im niemożliwe //: Radziwiłł, Jundziłł, Skir- 
giełło i t. d., a już najbardziej skrzywdziliśmy ród, któ- 
remu Polska właśnie czasy największej świetności za- 
wdzięcza, Jagiełłów, bo nietylko narzuciliśmy mu ułudne 
gie i //, ale co nierównie gorsza, tym prawym Litwino- 
Polakom sprawiliśmy szaty łacińskie, jakby polskich dla 
nich nie było ; mówimy o przenigdy niesłychanych jakichś 
Jagiellonach (nie Jagiełłonach !), Jagielonkach albo Jagiel- 
lonkach, czasach jagielońskich ! Należy mówić dobrze po 
polsku, nie kiepsko z polska po łacinie (przecież nie przy- 
byli Litwini z Latium, choć sami stale to twierdzili!), jak: 
Piastowie, piastowski, Piastówny, Piastowicy (nie Piasto- 
wicze, co jest po rusku, nie po polsku), taksamo: Jagie- 
łowie, Jagiełówny, jagiełowskie czasy, Jagiełowicy, ależ 
głównie odrzućmy niemożliwe w Polsce -on — nie kaźmy 
szlachetnego rodu szatą błazeńską, bo szachowaną. 

Tak wstawiamy podwójne nn do włoskiej sutanny 
1 do swojskiej dziewanny (zamiast dziwany pierwotnej), 
i zachowanie tego nn w wannie (niby jak w pannie) wy- 



85 



wołało odmianę: tych wanien, wanienka, o czem się jej 
w jej ojczyźnie ani śniło ; mów raczej : wana, wan, wanka. 

Ale konsul a cenzor przypominają jeszcze inne 
znakomite dziwactwo. Czytamy w prawidłach akademi- 
ckich, że imiona własne słowiańskie „piszemy według 
prawideł (!) pisowni polskiej : Sołowiew, Milutynowicz , Je- 
laczyc,^Brankowicz". Ależ Jelaczyc i tamci obaj, toć sy- 
nowie jednego szczepu, chorwatoserbskiego, więc jakim 
cudem vmożna jedną i tęsamą chorwatoserbską postać -ić 
pisać raz -yc, drugi raz -icz i dlaczegóż akademia członka 
swego tej samej narodowości Jagića nie pisze według 
swego prawidła (jak: Jagicz? czy Jagic?), lecz jak słu- 
sznie Jagić; taksamo pisz, nie zważając na to prawidło: 
Brankowić, Milutinowić, Jelaczić (jeśli niema czcionki dla 
Jelacić albo nie chcesz nią druku polskiego pstrzyć). Prze- 
cież Miklosicha piszemy jak się pisał, nie jak się wyma- 
wiał! Taksamo pisz: Murawiew, Potemkin, Sołowiew i t. d., 
chociaż wymawiasz ich: Murawiow, Patiomkin, Soło- 
wiow i t. d. 

I jeszcze uwaga. Jeżeli już nie możemy się obcho- 
dzić bez słów obcych, toć piszmy je przynajmniej po 
ludzku, t. j. tak jak się należy, a nie wedle naszego wi- 
dzimisię. A więc reparować, bo tak na całym świecie, 
nie: reperować, reperacya (czy może wedle: temperować 
zmyślone?); inłendant i intendantura, nie: intendent (tak 
w Warszawie piszą, chyba wedle włoskiego intendente); 
weranda, nie : werenda (tak znowu Warszawa pisze); na- 
tomiast ogólnie włożono się w fałszywą komendę zamiast 
komanda, komandować, komandant (jakby: dowódcy, do- 
wództwa, dowodzić nie istniały), przecież komenda, komen- 
datariusz, rekomendacya całkiem co innego znaczą; 
więc pisz: komando, nie komenda; kompliment, nie: kom- 
plement (skąd to środkowe e? czy wedle: suplement, ele- 



86 



mcnt i t. d.? albo może to nasza domowa francuszczyzna 
w rodzaju: kury palić i t. d.?); czokolada, nic cze- 
kolada; korytarz, nie kurytarz (starofrancuszczyzna nie 
wchodzi tu w grę, na całym świecie jest corridor i t p.); 
marmelada, nie marmolada (czy nie wedle czokolady po- 
mylona?); kurtyna, nie korty na; jest tylko kwarc z nie- 
mieckiego (a to miało z twardcu uróść, jak powiadają), 
niema: kwarzec. Te i podobne wątpliwości pisowniowe 
usuwamy łatwo, uwzględniając pierwowzory. Porówny- 
wanie więc obczyzny bywa dla poprawienia naszej pi- 
sowni czasami niezbędne; lecz warto o tern i obszerniej 
nieco pomówić. 



V. 

Nawet jawny wróg panslawizmu politycznego, nie 
stroni od panslawizmu językowego, t. j. od uwzględniania 
czy porównywania języków słowiańskich z polskim dla 
usuwania wszelakich wątpliwości pisowniowych. Powoły- 
waliśmy wyżej nieraz te języki; że n. p. okonia mylnie 
piszemy zamiast dawnego okunia, i one nas o tern po- 
uczą; taksamo co do pisowni: obuw (nie obówie), oguł 
(nie ogół). Albo słomka, co mimowoli do słomy (niby 
wydłużony dziób słomkę przypomina!) odnosimy, cho- 
ciaż i z dawnej pisowni i z ogólnej zgody słowiańskiej 
wiemy, że to słąka. Albo czytam ze zdziwieniem w sło- 
wniku prawopisowym : „miżdżyć się — pisownia prawi- 
dłowa, ale nie używana, (zamiast niej :) mizdrzyć się" — 
słownikarz porównał widocznie miażdżyć od miazgi 
i połączył „miżdżenie" z umizgami; gdyby się rozejrzał 
w językach słowiańskich, nigdyby tego błędu nie popeł- 
nił; obok umizgu była mizdra, mizdrzyć, jak obok miaz- 
gi, miazdra. Piszemy dziś kapłon, ale jeszcze u Krasi- 



87 



ckiego kapłuna znajdziesz, bo kapuna z Kapaun, wszystkie 
języki słowiańskie poświadczają (nawet Ruś od nas tylko 
kapłuna wzięła'; my to od wieków wstawili ł pod wpływem 
kapłana), a włoski cappone tu w grę nie wchodzi. Taksamo 
uczą nas języki słowiańskie, że pisownia : gomułka (n. p. 
u Krasickiego) mylna, że tylko gomółka słuszna. 

Właśnie odwoływanie się do języków słowiańskich 
i obcych usuwa wątpliwości co do pisowni ó i u. Zwie- 
dzionym przez niemieckie równobrzmiące Saite (struna) 
i Seite (strona), zdaje się, że i naszą strunę poprawnie 
stroną pisaćby należało ; otóż struna innych języków sło- 
wiańskich dowodzi, że między struną a stroną (storona 
ruska) żadnego niemaż związku. I z biórkiem można się 
nieraz spotkać (tylko w biurokracyi o dotąd nie widy- 
dano), ależ Francuz, bureau, ó usuwa. 

Od innych Słowian, od Rusi najczęściej, przejęliśmy 
h i nie umiemy z nim nic począć dla braku wzorów ; 
jedyny polski błahy (w stopniu wyższym błaższy, błah- 
szy), w liczbie mnogiej nie zmieniany (błahy ludzie), ich 
nie nastręczał. Więc ruskiego Sapiehy nie umiemy od- 
mieniać; każą pisać Sapieże, w Sapieże, i przy tych błę- 
dach, wywołanych przez sapieżyński, już zostaniemy* 
chociaż po polsku brzmiałoby poprawnie: Sapiedze, po 
rusku Sapizie (i tak się dawniej pisało istotnie). Co do 
h zachodzi inna, znaczniejsza trudność. 

Liczni bardzo Polacy nie rozróżniają wcale nie albo 
słabo h i eh i prawopis o ich używaniu rozstrzyga. Wo- 
bec tego wyłonił się nawet raz pomysł, abyśmy rozróż- 
nianie to porzucili i wszystkie te słowa przez samo 
h pisali, a więc i: harakter, hor, mnih i t. d., pomysł 
(wobec zasady naszego prawopisu, rozróżniającego ściśle 
między 6 i u, rz i t i t. d.) tak dziki, że nań więcej 
słów nie tracimy. 



88 



Nie przeczymy, że już dawniej pisownia niepopra- 
wna (bo nie oparta o jakikolwiek przymus szkolny) nieraz 
się chwiała, że pisali n. p. : chardy, ale Herubim, ależ 
z tego nie wynika nic innego, niż żądanie należytego 
przestrzegania granic jednej i drugiej pisowni. Nie pozwo- 
limy więc na pisownię hory zamiast chory (na niej to 
polegał ów dla Lwowianina mniej zrozumiały dowcip 
warszawski, z Momusa Żółtowskiego, o Kuriaciuszach, 
pobijających dziś, inaczej niż w Rzymie, Horaciuszów), 
ale zostaniemy już przy harmiderze (zamiast dawnego 
charmideru, bo tak się zwał dół zbójecki przy drodze 
posłów polskich do Stambułu). Otóż właśnie i z języków 
słowiańskich dochodzimy (gdyby nam świadectwo włas- 
nego podejrzane było), że należy pisać ohyda, ohydny; 
hoży, ale chyży ; hodowla, niechodowla; błahy; bohater; 
czyhać; hasło; hołota; huczeć; wahadło; hołd; hojny; 
Podhale ; hańba ; hardy ; harować (od haru ! haru !) i t. d. 
Są od tego spisy wyrazów po naszych słownikach pra- 
wopisowych i gramatykach, ale zawieruszyło się tam nie- 
jedno całkiem mylne. Więc piszemy mylnie haracz za- 
miast characzu (tureckie słowo, wszędzie tylko z eh, nie 
z h) ; Hazarowie (! !) zamiast Chozarów ; druh zamiast 
druch, por. druchna — przecież to słowo polskie i nie 
śniło się Polakowi zapożyczać go od Rusi ; hałastra za- 
miast dawnej chałastry (a jesł i hałastra), czeska chatra 
to samo; puhar zamiast puchar (z niemieckiego Becher); 
puhacz zamiast puchacz ; hurgot zamiast churkot. W daw- 
nej polszczyźnie było tych wahań więcej, pisywano chaja 
i haja (zawierucha); chabina i habina (pręt); krew lali 
chustem (zamiast hustem — gestem); my mówidy hujdać, 
huśtać, zamiast chujdać, chuśtać. Najzabawniejsza po- 
myłka, której już nie poprawimy, zaszła z huzarem, bo 
tak go wszędzie piszą. Należy mu się jednak raz s, jak 



89 



dawni polscy husarze dowodnie świadczą ; dalej c/z, gdyż 
chusar = zbój od chusy = rozboju t. j. naszej chąśby 
(= rozboju) urobiono; to słowo słowiańskie, nie madiar- 
skie (niby od huz dwadzieścia, jakoby do huzarów dwu- 
dziestego chłopa ze wsi wybierano, ależ to bajka wie- 
rutna), dziś w obcej postaci po świecie się tuła. 

Językom słowiańskim brzmienie h było niegdyś 
obce, wymieniały też w pożyczkach najdawniejszych nie- 
mieckie h na eh, z czasem jednak do h nawykły ; my je 
często w nagłosie przysuwamy: herb, harmata, hałun, 
Hanusia , Halszka (Elżusia), jak w innych jotę, n. p. Ję- 
drzej, Jewka i t. d. Wedle głosowni słowiańskiej ani eh 
ani h z następnem i nie mogłyby się przenigdy zgodzić; 
wynika więc z tego, że po c/z, h należy pisać y, nie i: 
chyba, chybić, chytry, chyłkiem, pochyły i t. d. ; głuchy, 
muchy, zuchy i t. d. Ależ taksamo k, g, nigdy się z na- 
stępnem i zgodzić nie mogą, nasz kij powstał przecież 
z pierwotnego kyj, wielki z wielky i Czesi stosujący 
o wiele dokładniej i poprawniej niż my zasady prawopisu 
historycznego, nigdy inaczej nie piszą, chociaż wyma- 
wiają taksamo jak my, niż: kyj, velky (stąd nazwy na- 
sze na -ski, -cki u nich zawsze, a za nimi i u Niemców, 
przez -sky, -cky się piszą). Przeciw tej zasadzie ogólnej 
dla k i g, nieznoszącej po nich żadnego y, nawet w sło- 
wach obcych, por. gimnazium, ginekologia, po obu 
drugich gardłowych, po eh i h, nie znosimy z, zostajemy 
przy dawnem y, jak to właśnie wskazaliśmy, tak, że na- 
sza pisownia pierwotnego brzmienia y po gardłowych 
zupełnie się rozszczepiła ; ki, gi, ale chy> hy, wielki, 
nagi, ale cichy, błahy. Gdy jednak przy ki, gi żadnych 
nie znamy wyjątków, są takie przy chy, hy : piszemy 
ogólnie chichotać zamiast chychotać wedle chi! chi! (nie 
mówiąc o nazwach obcych, Chiny, chimera i t. p.) ; dalej 



90 



czasowniki częstotliwe, wymachiwać, wydmuchiwać i i., 
tak, jak wykrzykiwać, wyskakiwać i i., przeciw innym 
na -ywać, pokazywać, odpisywać; tu więc pisownia ustą- 
piła wymowie, podobnie i hi — zamiast hy — w słowach 
obcych piszemy, stosując się do obcej tego y wymowy; 
więc wszelkie złożenia z hidro- i higro- (bidropatia i t. d.), 
hipnoza, histeria, hiena, złożenia z hipo- (hipoteka, hi- 
poteza, hipochondria, hiperbola), nie mówiąc o tych, gdzie 
hi- już w pierwowzorze istnieje, hipodrom, historya, hie- 
rarchia, hieroglif i t. d. 

Takito w naszej pisowni rozgardyasz, boć przecież 
hymnu nie dozwalają pisać przez i, chociaż jego y takie 
same jak i w hipoteka : jeden sasa, drugi do łasa ; 
Rosyanin wyświecił znak y z własnej pisowni i pisze 
wszelkie te słowa przez gi- ; Czech stosuje pisownię ety- 
mologiczną (hymn i t. d., gymnasium i t. d.), tylko u nas 
rozgardyasz całkowity. 

I tego rozgardyaszu u nas pełno i należy się odwo- 
ływać do języków obcych, aby nasz poprawiać. Więc 
ubrdał sobie niejeden pisownię : drzymać, drzymka ; z ję- 
zyków słowiańskich wiemy, że tylko nam : drzemać wolno. 
Inny zdobył się na: kaszleć, ależ one dowodzą, że tylko 
kaszlać się godzi. Mówimy o chuciach nieokiełzanych, 
ale chuci (nie chucie!) bywają kiełzkie, t. j. śliskie (nie 
ślizgie, por. odwieczne wielgi, obok jedynie poprawnego 
wielki), bo kiełzać = śliz(g)ać się, i dlatego należy je 
chełzać albo chełztać. Mamy: knować, knuję (jak psować, 
psuję, od psa) — otóż nie, zachciało nam się knucia 
(ależ knucie było niegdyś liczbą mnogą od knuta !) za- 
miast knowania. Piszemy: chrzest, chrztu, chrzcić (wy- 
mawiamy: krzest i t. d.) poprawnie, boć to od greckiego 
chrio, namaszczenia, (Chrystus, u ludu Kryst, por. Kry- 
styna), ależ takie same chrzyżmo piszemy nagle : krzyż- 



91 



mo ! Gdybyśmy mieli Towarzystwa Przyjaciół Języka 
Polskiego, jak je mieli Francuzi i Włosi u siebie, nie 
szpecilibyśmy tak języka, nie mówilibyśmy rżeć zamiast 
rżać ; nie pisalibyśmy kawioru zamiast kawiaru ; kala- 
fonii zamiast kolofonii ; karafiołów zamiast kalafiorów ; 
tretuaru zamiast trotuaru ; tytoniu zamiast tytuniu, a ra- 
czej tiutiunu i t. d. 



VI. 

Czem starszy język piśmienny, tern bardziej odbiega 
od wymowy dzisiejszej, skoro wszczął się o liczne wieki 
wcześniej ; odpowiada więc dawniejszemu stanowi rzeczy, 
który przez pismo utwierdził i jego się dzierży niezmien- 
nie, gdy przeciwnie wymowa posunęła i rozwinęła się 
dalej. Stąd ten rozdźwięk między pisownią a wymową 
francuską albo angielską. U nas, wobec nadzwyczajnej 
zachowawczości językcwej, znamiennej dla wszystkich 
Słowian, nietylko dla nas, niema większego rozdźwięku 
między pismem a mową, mimoto odzwierciedla i nasza 
pisownia dawniejszy stan językowy, a co za tern idzie, 
i „poprawniejszy", t. j. pierwotniejszy. 

Mowa dzisiejsza pozbywa nosówki, szczególniej 
w wygłosie słowa, ich dźwięku nosowego, podstawia im 
czyste, wymawiamy wszyscy książę, piętnaście, dzie- 
więtnaście, bydle, imię, ciele i t. d., piszemy zawsze po- 
prawne ę. I nasuwa się mimowoli pytanie, czy nie na- 
leży pisowni dzisiejszej błędnej poprawiać wedle dawniej- 
szej prawidłowej, najniesłuszniej zapomnianej? czy nie 
należy odśmiecać języka piśmiennego od naleciałości do- 
wolnych a niemądrych ? Inne narody poprawiają pisownię 
odwieczną, n. p. Niemiec potop pisze dziś nie Siindilut, 
lecz Sintflut (do słowa tego wkradł się grzech = Sunde 



92 



taksamo niesłusznie, jak do naszego rozgrzeszyć, co 
z grzechem nic a nic niema do czynienia, boć to jest: 
rozrzeszyć = rozwiązać i rozdrzeszyć; w języku sądo- 
wym dawnym było i wrzeszyć = wwiązać i i.); -selig 
w triibselig i pod. pisze triibsalig. Piszemy n. p. uczest- 
nik, uczestniczyć, popełniając najspokojniej grzech prze- 
ciw językowi, wymagającemu koniecznie uczestnika 
i uczestniczenia, jak dawniej dobrze pisano; dlaczegóż 
więc nie wrócić do pisowni jedynie słusznej i nie wy- 
świecić dziwoląga z pisma? od części przecież uczestnik 
nazwany, nie od części. Naodwrót prawimy o często- 
waniu i (z przyrostkiem niemieckim, u nas już zadomo- 
wiałym) o sutym poczęstunku, ależ uczta nas uczy, że 
tylko o częstowaniu mowa być może — może nawet Czę- 
stochowa wilczem prawem ę zdobyła (nazwana pierwot- 
nie od Czestocha, nie od Częstocha). Jej nosówki nie my- 
ślimy naruszać, skoro od XV. wieku istnieje, ale wy- 
magamy koniecznie, aby uczestniczyć wróciło do daw- 
nego stanu posiadania, zaś częstowanie częstowaniu znowu 
ustąpiło. 

Inny dziwoląg naszej pisowni: tętent (albo i tentent), 
co końcówką atrament i testament chyba przypomina, 
chociaż to prawy Słowianin, wedle wzoru: bęben (por. 
bębnić od bęben, taksamo tętnić od tęten; por. tętno, tęt- 
nica), i od tego narostu — wilka -/ koniecznie go okrzesać 
wypada; dawny język innej prócz tęten pisowni wcale 
nie znał. 

Powyrzucaliśmy, przynajmniej w piśmie, liczne no- 
sówki — przybłędy w : mieszkać, mieszać i L d., ależ mo- 
glibyśmy powyrzucać przybłędę z wstrzemięźliwego, któ- 
rego sromieźliwy, bojaźliwy i i. o nieprawość oskarżają, 
wstrzemięźliwy jest poprawny jeszcze u Krasickiego tak; 
dalej z pielęgnować, co z pielęgnować (a to z pflegen, 



93 



por. szaragi z Schragen) urosło. Nie tykamy natomiast 
innych przybłędów, n. p. ę w pieczęć (Niemiec Petschaft 
od nasze] pieczaci, ruskiej peczat', przejął) dla dawności 
i ogólności; albo ę w nadwyrężyć (mylnie zamiast nad- 
werężyć; wstawiliśmy tu z prostego niedorozumienia przy- 
imek wy, jak i w zwyciężyć, zamiast zwiciężyć; wiciądz 
był bohaterem przecież) dlatego tylko, że niema słowa 
o co oprzeć w rodzimym języku (przybłęda to z Rusi, 
poweredyty i t. p.) ; albo w między (obok miedzy popraw- 
nej), co się już od XVI. wieku wkradło ; albo w warząchwi 
zamiast warzechy lub warzochy i t. d., ponieważ popra- 
wiamy z zasady tylko to, co poprawić można i należy; 
nie narzucamy natomiast pismu dzisiejszemu form i słów 
przestarzałych. 

Nie zamierzamy przenigdy sztucznie „archaizować" 
języka, więc zostawiamy mu , co przywrzało ; nie myślimy 
więc poprawiać krewkiego na krechkiego, skoro odmie- 
niwszy spółgłoskę i znaczenie zupełnie odmienił, od krech- 
kiego t. j. kruchego przeszedł na — krwistego. Ależ wolno 
zapytać, czy nie należałoby wznowić łączności między 
wiotchym (pisanym dziś stale a mylnie wiotkim) a wiot- 
szeniem, wietszeniem, zwietszałym, pisanym przez rz, 
jakby od wiatru pochodziły, chociaż od wiatru mamy 
tylko wietrzyć: pies zwietrzył zwierzynę; suknia zwiot- 
szała od starości czy wilgoci. Zostaniemy natomiast przy 
jeńcu albo przy przekleństwie, nie odnowimy jęćca ani 
przeklęctwa; zostaniemy przy natręctwie, co w XVII. 
wieku przez natrństwo zastąpić chciano ; zostaniemy przy 
źrenicy od źrzenia niby nazwanej, chociaż to tylko zienica ; 
nawet przy: wyżej, i równie mylnem: wyższy, podwyż- 
szyć, chociaż wysoki , Wyszogród bardzo się z taką mylną 
pisownią kłócą. Nie wyrzucimy już niezbędnego, chociaż 
go tylko myłka drukarska do życia powołała i zamiast 



niczbytcgo czy niezbytniego nam narzuciła (dawny nie- 
zbędny oznaczał zupełnie coś innego, brzydkiego i t. p.). 
Zostaniemy przy poczcie (a są i śliczne forpoczty ! 1), 
chociaż jeszcze w XVIII, wieku prawidłowsza poszta 
z europejską tegoż słowa postacią lepiej się zgadzała (od 
nas Rosyanie to cz zamiast sz przejęli); poczta przecież 
to tylko dar poczesny, por. uczta i t. p., ale przenigdy 
posta. ftni myślimy wielbłąda poprawić, chociaż jego / to 
tylko wielki błąd mówiących; on się przecież wielbądem 
(z „elefantu") nazywał. Nie odmienimy już sędziwego, co 
nam sędzię najniesłuszniej , bo całkiem przypadkowo tylko, 
przypomina, w pierwotnego szedziwego, L j. szadego, si- 
wego i t. d. 

Wyrzekając się więc z zasady wszelkiego sztucznego 
i gwałtownego „odświeżania* języka, nie myślimy mimoto 
przypatrywać się z założonemi rękami jego psowaniu; 
wystąpimy więc przeciw pisowni jeźli jako błędnej (prze- 
cież z jest-li powstało słowo, więc jeśli pisać należy); 
przeciw poszlę (pisz poślę, skoro piszesz myślę, nie 
myszlę); przyśli (!). Moglibyśmy śmiało obrać Czechów 
za wzór, co jednolitą pisownię narzucili ogółowi z wcale 
uciążliwemi prawidłami, n. p. z rozróżnianiem : y i i (cho- 
ciaż wymowa żadnej różnicy między niemi nie uznaje), 
przyimka s i z (co również w jednem brzmieniu spły- 
wają) i i. ; ich metodyczność i systematyczność (cnót 
tych Słowianin własnemi słowami nigdy nie wyrazi), 
przez które cały naród od jawnej zagłady ocalał, i języ- 
kowo t. j. w pisowni jawnie się okazały. 

Występujemy więc dla zasady przeciw wszelkim za- 
kusom wprowadzania na miejsce pisowni „etymologicz- 
nej", niby wzrokowej, owej drugiej pisowni „fonetycznej", 
słuchowej; uważamy ją za zbyteczną nawet tam, gdzie 
nauka ją najwyżej ceni, w zapiskach gwarowych. Wy- 



95 



dają dziś całe tomy bajek i t. d. fonetycznie zapisywa- 
nych , marnując znaczne na to nakłady ; parę próbek zu- 
pełnieby zamiast tego starczyło. Mniejszym znacznie 
wydatkiem możnaby wiele więcej osiągnąć: na płytach 
fonograficznych wymowę wszelkich okolic, od Podhala 
aż do wymierających Pomorzan-Kaszubów (Słowieńców) 
utrwalić i w muzeum fonograficznem, choćby tylko w zbio- 
rach Akademii Krakowskiej, te płyty umieścić. Nieskoń- 
czenie to od druku ważniejsze i cenniejsze, pomimo, że 
ograniczenie do jednego miejsca zbiornego korzystanie 
dla badaczy bardzo utrudnia (druk nie liczy się z takim 
warunkiem) ; dziś powstają jednak podobne muzea fono- 
graficzne (n. p. w rozmiarach wręcz olbrzymich przy aka- 
demii berlińskiej, niemal dla wszystkich języków świata, na 
podstawie dostarczanej przez jeńców wojennych) i namby 
czas był najwyższy o czemś podobnem pomyśleć. Prze- 
cież coraz bardziej ginie wymowa odrębna ; wymiana cią- 
gła ludzi, a jeszcze więcej wpływ szkoły, niweczącej, 
jak słusznie, wszelkie oznaki gwarowe; wpływ pisma do- 
cierającego do ludu usuwają stanowczo byłą pstrociznę 
gwarową; pokolenie młodsze mówi coraz bardziej „z szla- 
checka" czy „z waszecia" i samo się z mowy ojców na- 
trząsa. Rozwój to całkiem prawidłowy i nic go nie 
wstrzyma; życzymy przyspieszenia jego wszelkimi środ- 
kami — mimo ceny przesadnej, jaką nauka osobliwo- 
ściom gwarowym przypisała. Tylkoż z pisowni starannie 
wszelką „fonetykę* usuwajmy; najmniejszej niema w tern 
szkody, jeśli się „wymowa" a „pismo" różnią, choćby 
znaczniej niż u nas bywa; od tego jest szkoła, aby pi- 
sownię poprawną wpajała. Do większej karności w spra- 
wach pisowni pora nam nawykać, tern bardziej, że nadto 
wielkiej trudności nie nastręczają, że ta nawet u Słowian 
(nie mówiąc o innych narodach) bywa znaczniejsza. 



% 



Dla przeprowadzenia tej większej jednolitości w pi- 
sowni stoją, niby wiechy wytyczne, zasady, z których 
jako pierwszą i najgłówniejszą wysunęliśmy: wzgląd na po- 
chodzenie słowa. Ten też najpierw rozstrzyga wszelkie wąt- 
pliwości ; a więc pisz: pergamin, nie pargamin, boć od 
Pergamu nazwany ; pisz : paznogieć, paznogcia (a dawniej 
był i sam nogieć, t. j. urwisz, bo tak to słowo pisać na- 
leży, nie urwis, jak mili Mazurowie mówią i piszą, boć 
mamy słowa podobne na -sz lub na -ś, przybysz, stroj- 
niś, nie mamy na -s), nie pisz natomiast wedle słuchu: 
paznokcia, a wedle tego potem i: paznokieć (przecież on 
od nogi nazwany); pisz łebski, od łba (ale żartobliwie 
mówią łepeta, łepak — podobnie waha się łapa i łaba). 
Pisz swora, przenigdy sfora, niesforny, skoroż / prze- 
ważnie w obcych słowach się zjawia (czasem obok chw 
istnieje, krotofila i krotochwila, zaufały i zuchwały, skąd 
potem nowy zuch urósł, nieznany zupełnie dawnemu ję- 
zykowi) i z małymi wyjątkami niepolskie jest brzmienie, 
co lud prosty nieraz w p odmienia, mówiąc n. p. lucyper 
zamiast lucyfer; Litwini zawsze tak robią. 

Do pisowni poprawnej nawykaj w szkole, nawykaj 
z szkoły i w dalszem życiu ; nie wymawiaj się, że trudna. 
Obok tej pierwszej zasady uwzględniaj inną. Nie pisz 
więcej znakami, co mniejszą ich liczbą odbędziesz. Wspo- 
mnieliśmy wyżej, że dawna pisownia, co nie odróżniała 
samogłosek pochylonych od otwartych, 6, 6 od o, e, co 
pisała scz nie szcz, sci nie ści, była dogodniejszą. Nie 
byłoby dziś żadnego wahania, jak pisać n. p. szkolny czy 
szkolny ; stos czy stos ; kościółek czy kościółek ; mówca 
czy mówca, mównica czy mównica; sójka czy sojka; 
mórg czy mórg ; przednówek czy przednówek ; kolczyk 
czy kolczyk; ból, bólu czy bólu; mól, mola czy mola; 
swór czy swor; wskroś czy wskroś i t. d. ; pisalibyśmy 



97 



je wszyscy przez o, a wymawiałby je każdy, jak mu się 
podoba. Nic dochodzilibyśmy też do takich sprzeczności , że 
n. p. każą pisać : pójść, pójdę i t. d., ale zabraniają pisa- 
nia : dojść, dojdę i t. d., chociaż jedno takie samo jak 
drugie. Że krótsza pisownia : polsczyzna , zaleca się sama 
wobec dłuższej polszczyzna, angielsczyzna wobec an- 
gielszczyzny i t. d., o tern wątpić nie można. W imię tej 
samej zasady unikaj zbytecznego pisania znaków mięk- 
czenia : śpiew i t. d., śpisz i t. d., ze wszelkiemi podob- 
nymi, więc pisz: spichlerz (niemądra to postać zamiast 
dawnego spichrza = Speicher), przenigdy spichlerz (cóż 
z tego, że tak wymawiamy ? przecież taki dowód dla na- 
szej pisowni najmniejszej niema wagi); spiża albo dziś 
spiż, nie spiż, nie spiżowy ; pospiech , nie pośpiech i tak- 
samo spieszyć się i t. d., nie śpieszyć — co innego pi- 
sownia: świat, śmiały, ślepy, śledź i t. d., gdzie „miękkie" 
w, m, l \ t. d. poprzedzającą syczącą zawsze i stale 
„miękczy". Tu można zaznaczyć, że wymowa nasza 
ś nieraz przez sz zastąpiła, mówią nawet wyraźnie szlub, 
szlaz, ale piszą poprawnie ślub, ślaz; mówią szron i pi- 
szą tak nawet, chociaż wedle środy, śron pisać należy; 
bywa więcej wahań przy pożyczkach niemieckich , śluz 
albo szluza, śruba albo szruba, śrót (śrut) albo szrut, 
ślochać, albo szlochać, śmigus albo szmigus (z Schmeck- 
ostern przekręcony na nasz ład), śpic albo szpic (wilczem 
prawem spiczastego zamiast poprawnego spicastego uro- 
biliśmy, przecież to c [niemieckie, nie polskie c niby jak 
w końcu i t. d.) W innych pożyczkach sz zupełnie się za- 
miast ś ustaliło, n. p. szpieg, szpik, szpetny, szpilka (wy- 
jątkowo raczej śpilka, przyśpilić); Śląsk, Ślązak dziś od- 
wojowaliśmy przeciw Szlązakowi ; najniepotrzebniej zaś 
piszą Sztokholm zamiast Stokholm, Sztutgart zamiast 
Stuttgart, sztempel, (sztemplować) zamiast stempel, sztrajk, 

.'Ueksander BrUckner, Walka o jazyk. 7 



szport, szprycha (sprycha z bałamutnem r, niemieckie Spei- 
che) ; w innych pożyczkach, szczególnie przy st, zachowa- 
liśmy s, stos, ster i t. d., ależ nieraz i w własnem słowie zastą- 
piliśmy sp- przez szp-, szpona albo szpon , to tylko daw- 
niejsze spona, por. i błędną szpinkę (i szpona i szpinka 
od spinania przezwane). 

Nie przeczymy bynajmniej, że tu pełno tej sprzecz- 
ności, tak znamiennej dla naszej wymowy i pisowni; 
nawet do łaciny i romańszczyzny z nią dotarliśmy, mó- 
wiąc : szkopuł, zamiast : skopułu (a słychać nawet i szkru- 
pułl), szkaplerz zamiast skaplerza, muszkuł(!) zamiast 
muskuł, szkrofuły, szkielet, paszkwil , fraszka, maszkara, 
biszkot (biszkopt z biskoktu) i L d. W słowach niemie- 
ckich zamieszanie najpełniejsze : smary, smarować, 
z schmieren; smak, smakować; smaragd, nie szmaragd, 
ale szmelc i szmelcowany (piszą jednak i smalc, 
smalec), szmuklerz; snycerz, ale sznur; stal, stos, 
struś, stelmach, ale sztuka, warsztat, sztaba, sztych, 
sztywny i t. d. W całym tym rozgardyaszu (prze- 
cież nikt u nas nad językiem nie czuwał, w szkole uczono 
tylko łaciny, przenigdy — aż do czasów Konarskiego — 
polszczyzny) trudno się i połapać, więc mówią jedni 
szkarpetki, sztaluga i t. d., drudzy skarpetki, staluga i t. d. 
i\ni mowy niema o tem, aby te sprzeczności pousuwać, 
zostaniemy przy tem, co usus-tirannus, jedyny w spra- 
wach językowych bez odwołania stanowiący sędzia, 
uchwalił. 

Lecz wracamy od tych wahań między st a szt i t. d. 
do żądania, abyśmy skąpili ile możności znaków pisar- 
skich miękczenia i t. p., więc w imię tej zasady piszemy 
bez względu na stan dawniejszy zawsze tylko: bolesny, 
radosny, miłosny, wczesny, sprośny, krasny, mięsny, cie- 
lesny, zazdrosny, żałosny i t. d.; ś piszemy dopiero w licz- 



99 



bie mnogiej i przed urobieniami z -ik, a więc : miłośnik, 
miłośni, żałośni, cieleśni i t. d. ; taksamo przyjazny, żyzny 
i i., ale żyzni, przyjaźni; piszemy: ojczyźnie, ale prze- 
nigdy : w romantyzmie (chociaż niejeden tak to wymawia), 
reumatyzmie i t. d. 

Jak znakami pisarskimi, taksamo nie szafujmy i przy- 
rostkami bez potrzeby, więc piszmy króciej i lepiej : pro- 
wincyalny, prowincyalizm , nie : prowincyonalny, prowin- 
cyonalizm (przecież to nie żaden racyonalizm od ratio-, 
lecz od prowincya) ; podobnie gimnazista, nie gimnazya- 
sta, a tern mniej gimnazyalista (niby jakiś gracyalista !). 
Dalej, jak germanizm, anglizm, italianizm, podobnie wy- 
starcza najzupełniej : rusyzm (nie rusycyzm !) i galizm 
(galicyzm będzie nawyczką galicyjską, nie galską, t. j. 
francuską!); bohemizm w tym związku nie jest wcale po- 
prawniej szy niż czechizm, bo wolno słowa własne urabiać 
obcymi przyrostkami (por. opatrunek, poczęstunek i t. p.). 
Krótkości uczy nas własny wzór, n. p. mówimy: bałwo- 
chwalca, nie bałwanochwalca i i. 

W imię pożądanej krótkości odrzucamy ulubiony dla 
słów obcych przyrostek -iczny. Uprawniony on u słów 
jak muzyka, krytyka, logika, krynica i t. d. — mu- 
zyczny, krytyczny, logiczny, kryniczny i t. d., ale 
od nich nawykliśmy do -icznego i wstawiamy go, 
gdzie go nie posiano. Więc telegraficzny, czyż nie lepiej 
telegrafowy ? skąd wziął się do skandalu („szkandał" postać 
chyba chłopska; ale i paszkwil i pod. nie wiele lepsze, 
pisz paskwil), skandaliczny ? są balneologowie i jest bal- 
neologia, ale pocóż balneologiczny? zamiast: satanicz- 
nego, diabolicznego, faunicznego i t. d. wystarczy: sa- 
tański, diabolski, faunowy. Skąd: satyryczny, reuma- 
tyczny, mikroskopiczny i t. d. ? czy nie lepiej mikrosko- 
powy, satyrowy (jak od róża — różowy), reumatowy? 



100 



Rosyanie używają w takich razach równic pięknej 
postaci: -iczeskij, ale nasz „metalowy" znacznie lepszy 
niż ich „metaliczeskij" — czy metaliczny byłby piękniej- 
szy? Kruszcowy chyba ocalił metalowego, ależ jasny to 
dowód, że się bez -icznego obejść można znakomicie, 
czyż koniecznie każde niemieckie -isch a francuskie -ique 
-icznym parodyować? Więc: liturgijny, nie liturgiczny; 
histeryjny, nie histeryczny, jak koteryjny, nie koteryczny, 
loteryjny, poezyjny i t. d. 

Wymagamy więc, aby wrócić do pisowni, od niej: 
poprawności , t. j. uwzględniania pochodzenia słowa ; da- 
lej możliwej krótkości; nakoniec stałości, jednostajności ; 
pisać, co równo brzmi, równymi znakami. 

Miłośnicy n. p. pierogów piszą je nieraz pirogami, 
ależ piróg, to czółno indyańskie (pozostajemy przy roz- 
różnianiu indyańskiego, t. j. amerykańskiego — krótsze 
amerycki wyszło z użycia, w przeciwieństwie do indyj- 
skiego); natomiast tylko pieróg może być wyrobem na- 
szej kuchni, boć z najrzadszymi wyjątkami (n. p. wir; 
mir zdaje się świeżo z Rusi wrócił, inaczej byłby mierem, 
por. Mierosławskiego albo Kazimierza i t p.), dawne 
ir u nas zawsze w ier przechodzi, ale żeby i piróg był 
Rusinem , na to niema dowodu. Więc wedle sierota i t p. 
piszemy pieróg. Taksamo piszemy : gderać, gmerać, nie 
gmyrać, bo y ustąpiło naszemu e (niegdyś ć) przed r 
wszędzie, więc: pasterz, terać się, zterany, cztery i t. d., 
nawet w słowach-obcych : ster, sterować, bohater i t. d., gdzie 
wszędzie pisownia z -y- starsza, ale od XV. a najdalej od 
XVI. wieku nowszej z 6 (e) ustąpiła ; dlatego piszę i : cze- 
rak, nie: czyrak (jak wymawiam). 

Oto główne zasady pisowniowe i prawopisowe; ich 
się dzierżąc rozstrzygniemy łatwo wszelakie wątpliwości. 
Drobne szczególiki (n. p. o pisowni wielkich znaków — 



101 



łych jak najmniej; o znakach pisarskich, przecinkach 
i t. d. — tych jak najwięcej) pomijamy. 



VII. 

Przechodzimy od pisowni rozmaitych brzmień i zgło- 
sek, do samych postaci językowych; o niejednej już wy- 
żej wspominaliśmy; zaczynamy odmianą słów rzeczo- 
wych. 

Język posiada dwojaką odmianę, inną u przymiot- 
ników (biały, białego i t. d., biała, białej i t. d.), inną 
u rzeczowników (stół, stołu; ryba, ryby). Odmiana rze- 
czownikowa nie różni się w liczbie mnogiej, stoły odmie- 
niamy tak, jak ryby (oprócz przypadku drugiego, stołów, 
ryb; dawniej i tę różnicę wyrównywano, trosków czy- 
tamy jeszcze w „Maryi" Malczewskiego, wsiów i t. p. były 
niegdyś ogólne); różni się natomiast w liczbie pojedyn- 
czej stół, stołu, a ryba, ryby, i rozróżniamy odmianę 
męską (wraz z nijaką) a żeńską. Niegdyś było tych od- 
mian o wiele więcej i mimo ich spłynięcia pozostały ślady 
dawnej jej wielorakości w tem, że nieraz dla jednego przy- 
padka mamy kilka postaci, n. p. wołu i woła, pisarzów 
i pisarzy, nieraz nawet z pewnym odcieniem znaczenia, 
chłopi i chłopy, najczęściej bez niego, Bogu i krółowi; 
o tej różnolitości pomówimy nieco niżej. 

Rozróżnia więc język stale obie liczby, a w liczbie 
pojedynczej przynajmniej oba rodzaje, lecz zdarzają się 
wyjątki. Oto n. p. przyjęły zdrobniałe imiona żeńskie 
postać męskiego wołacza na -u: babuniu, ciotuniu, jak 
wuju i t. d. i zachodzi pytanie, czy nie można, jeżeli się 
społem znajdą Józio i Józia, Stasio i Stasia, odróżniać 
ich wołaczy; Józiu, Stasiu należy do Józi, Stasi, ale Jó- 
zio, Stasio zostaje (słyszeć to nieraz) niezmieniony w wo- 



102 



łączu, podobnie jak Jerzy, Wincenty i i. Lecz to drob- 
nostka; ciekawsze są inne odstępstwa od rodzaju grama- 
tycznego; mylną jest postać, dziś tylko w uroczystej prozie 
czy poezyi używana: w mem, twem ręku — zamiast je- 
dynie poprawnej: w mych, twych ręku, skoro ręku, jak 
i ręce, to nie liczba pojedyncza (w mym domu), lecz po- 
dwójna. Pytają nieraz, skąd się tą rażą wzięło, skoro 
raz tylko istnieje, nie raza? Raz jako nic nie znaczący, 
niesamoistny dodatek doczepiano do innych wyrazistszych, 
bez względu na rodzaj; mówiono stale (w wieku XVI) 
drugieraz (niby raz nijakie), ale taksamo i do jedną, wtóra, 
trzecią (bo tak bez razu brzmiały) doczepiano tożsamo 
raz: jedną raz, drugą raz, a w końcu to -ą doczepiano 
i do raz: jedną rażą; teraz jednak nie powstało z teraz, 
jak sądzono, lecz tenraz skrócono w wymowie potocznej 
na teraz i to do pisma weszło, podobnie jak pono skró- 
cono z ponno, podno, podobno, albo snadź (tak je pisać 
należy, nie snąć ani znać, skoroż od snadny poszło) na 
sna skracano (dziś tego nie używamy więcej). 

O wiele dalej, niż w nierozróżnianiu rodzajów, za- 
brnął język w nierozróżnianiu liczb. Nie razi nas dziś 
bynajmniej, że nie rozróżniamy tej mszy, wsi i tych 
mszy, wsi (dawniej mszów, wsiów powszechnie pisano); 
podobnie studni (prawidłowe studzien rzadziej zachodzi), 
rękojmi, warowni, komisyi; rozróżnianie komisyi w licz- 
bie pojedynczej a komisyj w liczbie mnogiej słusznie 
zarzucono, bo nikt tak nie mówi. Również nie wadzi ni- 
komu, że świeży, duży i t. d., lub gorący, świecący, 
obcy lub roboczy, ochoczy i t. d., nie wyróżniają liczb, 
godzą się w równej mierze dla obu ; boży człowiek i boży 
ludzie, chociaż pojawiały się zakusy (już w XVII. wieku), 
-i liczby mnogiej ze stratą dla spółgłoski przenieść i duzi, 
świezi, obci wprowadzić. Co się dla ż, c, cz nie powiodło, 



103 



powiodło się jednak dla sz i zamiast jedynie poprawnych 
i jedynie możliwych starszy panowie, naszy ojcowie, 
gorętszy ludzie (jak gorący ludzie), bliższy krewni i t. d., 
skoczył język do nieprawdopodobnych i niesłychanych 
starsi panowie, nasi ojcowie, gorętsi (!!) ludzie, bliżsi 
czy insi krewni i t. d. Im należy się jedno — wyrzucenie. 
Ta chętka przeprowadzenia owego, nieco arystokratycz- 
nego -z liczby mnogiej, wywołała postaci jak mnisi, Włosi, 
cisi, głusi, susi (//) zamiast dawniejszych mniszy, Wło- 
szy, ciszy, głuszy, suszy (porównaj musze, pysze*) 
i t. d., co się taksamo nie zgadzają z ręce, nodze, jak się 
nie zgadzały mniszy z Polacy, wrodzy), chociaż nikomu 
się nie śni przeprowadzać owo miękkie i w jakiemś Po- 
łaci, wrodzi, i tu to -y prawidłowe nikomu nie wadzi. 
Sadzenie się na to -z wywołało i poza odmianą równe 
dziwolągi, bo gdy Boży, wilczy nikomu nie wadzi, za- 
chciało się nam wedle kozi, sarni, i t. d., ptasi (ptasiego 
mleka) zamiast jedynie poprawnego ptaszy (od ptach, 
por. ptaszek, ptastwo, obok ptak, ptaczek) i mysi (mysi 
królik) zamiast poprawnego myszy (por. myszą wieża) 
i tak pieszcząc się najniepotrzebniej utworzyliśmy nawet 
kapelusik zamiast kapeluszyka wedle kozik, guzik i t. p., 
chociaż nożyk, scyzoryk, kolczyk, koszyk bez i się obcho- 
dzą bardzo dobrze**). 

*) Również połrosze od trocha, trochę, ale obok żeńskiego rze- 
czownika był niegdyś i męski, troch, a od niego to pochodzą owe formy 
potrochu, trochu i trocha, których zawsze jeszcze używamy. Od Polska 
(a niegdyś i od wojska, obok wojsko, co żeńską postać wyparło z uży- 
wania) brzmiały te przypadki : Polszczę, w Polszczę (tak jeszcze w XVIII. 
wieku) r i|nie sromają się dziś tej rdzennie polskiej postaci przypisywać ja- 
kieś niesłychane pochodzenie ruskie, niesłychane, skoro w ruskiem ta- 
kiej postaci wcale niema. Postać dziś używaną w Polsce późno uro- 
biono wedle w ręce i t. p. 

**) Coś podobnego zachodzi w urabianiu wyższych stopni od przy- 
słówków; mówimy n. p. króciej, goręciej, chcąc niby to -ie- od: le- 



104 



Zaniechaliśmy miękczenia spółgłosek wargowych 
(p, b, w, m,) w wygłosie, wymawiamy: karp, krew, go- 
łąb, łam, bez niego, lecz z niem wewnątrz słowa: karpia, 
gołębia, krwią, łamie; tak w nazwach miejscowych: Ra- 
dom, ale Radomia i t. d. ; otóż taksamo należy pisać Oświę- 
cimia, Zakroczymia, Okocimia, Chocimia (nie Chocima ! !) 
i t. d. ; pisownia bez i jest błędna, należy jej zaniechać. 
Natomiast odmieniamy imię Gołąb w dalszych przypad- 
kach Gołąba i t. d., przeciw prawidłu warując nietykal- 
ność „osobistości". 

Inne odstępstwo od odmiany prawidłowej nijakiej 
zaszło w odmianie Tarło — Tarły (w XVI. wieku „u Tarła", 
wedle znanego dowcipu Rejowego i tak jeszcze w XVIII.) 
i taksamo u wszystkich innych na -o, szczególnie w ru- 
skich nazwach na ~ko (Kościuszko, Hurko, Sanguszko, 
Szewczenko — nie Szewczeńko i Ł d.) i w litewskich na 
-/o: te przejęliśmy w postaci ruskiej, Jagajło i wszelkie 
podobne inne, jak Michajło, bo Litwinowi rodowitemu nie 
znającemu wcale rodzaju nijakiego, podobny pomysł był 
obcy. Odmieniano (Jagajło, Jagejło, a w końcu bez joty) 
Jageło — Jageła, Jagełu i t. d. ; potem i tu wszędzie wpro- 
wadzono odmianę żeńską. Odmianę żeńską wywołała 
liczba mnoga, co była stale : Tarłowie, Sanguszkowie i t. d. 
(dowód najlepszy, że imiona nie stosują się do zwykłych 



piej, mniej, barziej (dziś bardziej) i t. d. uwidoczniać. Istotne postaci 
język i pozapominał nieraz, i tak do: miękko (wymawianego miętko, 
jak letko zamiast lekko; tak nam z podwójnemi spółgłoskami niesporo) 
urabiają „mięcej, miękciej, miękcej, wszystkie formy w użyciu" (czy- 
tamy w Słowniku); wszystkie trzy postaci są błędne, miękczej należy 
mówić i pisać, por. miękczyć; natomiast do lekko mówimy lżej, bez 
-ko, jak głębiej do głęboko, dalej, szerzej, wyszej (dziś wyżej), niżej 
i t. d. ; lekce w lekceważyć piszemy jako jedno słowo, chociaż to dwa 
(lekce tak jak wielce). Krócej, goręcej, jak więcej, prędzej. 



105 



prawideł, por. cośmy wyże] o Gołąb — Gołąba i t. d. wspo- 
mnieli), ale obok nich byli Kmitowie, starostowie, woje- 
wodowie i t. d., i jak tym się w liczbie pojedynczej od- 
miana żeńska należy, podobnie postąpiono i z Tarłem, 
Sanguszkiem. Jak my, odmieniają te imiona Rosyanie 
i Biała Ruś (nie Białoruś, dopiero w dalszem urobieniu: 
białoruski, jak carogrodzki, białogłowski lub małopolski, 
o czem wyżej mówiliśmy), gdy Mała Ruś przy odmianie 
nijakiej pozostała. 

W odmianie liczby mnogiej e ruchome wywołało 
różnice; jedni piszą bitw, drudzy bitew. Postać z e błędna; 
językowi przysłużą tylko bitw, modlitw (cóż z tego. 
że już Skarga pisał modlitew?); on nie znosi pisowni 
n. p.: prawideł zamiast jedynie poprawnej: prawidł (i tak 
u wszystkich na -twa, -stwo, -dło) i nie cofa się nawet 
przed silnemi zbitkami, n. p. przeciwieństw, zwycięstw, 
sióstr, królewstw, prawodawstw i t. d.; usuwa nawet ru- 
chome e, gdzie uprawnione, n. p. piszemy walk zamiast 
wałek (por. lalek i t. d., jak i ławek, matek i t. d.). Nie 
piszemy: bitew, prawideł, brzytew (brzytewka zob. niż.), 
prześcieradeł, radeł, wiater, teater, ponieważ między 
ta w y dał, tar przenigdy ani najlżejszego brzmienia 
nie było, coby ruchomem e odbić się mogło natomiast: 
wicher, matek, ławek, córek i t. d. piszemy (i wyma- 
wiamy) z e, ponieważ niegdyś między eh a r, t a k i t. d. 
było brzmienie samogłoskowe, zastąpione dziś (i od wie- 
ków tak) przez e ruchome, t. j. pojawiające się lub zni- 
kające wedle potrzeby wymowy (łeb łba, deszcz dżdżu 
dżdżysty — zamiast czego dziś deszczu popłaca, len lnu 
i t. d.). Niema jednak czego taić, że w licznych słowach 
obcych j-ęzyk, zwiedziony wzorem powyższym słów włas- 
nych , takie zbędne e ruchome powstawiał. Więc wszelkie 
nasze słowa na -unek, -ułec, niegdyś samem -unk, -ule 



106 



kończono, ratunek — Rettung, rachunek — Rechnung 
i t d. ; jeszcze Rej dzieło swoje przezwał: Wizerunk, 
z czego dopiero od wieku XVII. wizerunek udziałano; po- 
dobnie -ulec z niemieckiego -holz poszedł, a ganek, tru- 
nek z Gang, Trunk, taniec z Tanz, stąd tańcować (które 
dziś zastępujemy jakiemś: tańczyć, gdy dawny jeżyk 
tylko tańcować znał, por. jeszcze piosenkę: tańcowała 
ryba z rakiem i t. d.) i taniecznica, którą w tanecznicę 
nie wiedzieć poco i dlaczego odmieniliśmy. Dzisiaj całkiem 
nieprawidłowem e ruchomem nadto szafują; ponieważ 
kresek od kreska z naszem sk, gdzie niegdyś między 
sak było brzmienie samogłoskowe, jest słuszne, ubrdali 
sobie postępować tak i z obcem sk, gdzie o takiem brzmie- 
niu i mowy niema i urabiają dziś humoresek, arabesek, 
co jest nieznośne; prawda, mogą się przytem na dawny 
błąd powołać, bo do fraszka z włoskiem sk fraszek wcze- 
śnie urabiano, mimo to należy się do maska (niegdyś ma- 
szka, por. maszkarę) tylko mask, nie masek. Natomiast 
maseczkę, jak brzytewkę, całkiem na ład polski urobiono 
i słusznie, taksamo modlitewkę i modlitewnik i t. d. Po- 
prawnie winniśmy mówić: modlitwnik, jak świecidlnik 
i t. p., modlitwka, brzytwka i t. d., jak sióstrka, bez wiatrku 
i t. d., ale poszliśmy za innymi wzorami ; jak od łza ura- 
biamy łezka, do konwi konewka, do pwy pewny, do krwi 
krewny i t. d., od siodło siodełko, od miotła miotełka 
i t. d., taksamo urabiamy pieścidełko, bawidełko, modli- 
tewnik, brzytewka i t. d., zacierając zupełnie pierwotną 
różnicę. W siodło = Sattel (niemieckie słowo wywodzą 
niektórzy jako pożyczkę z słowiańskiego) było, jak Sattel 
dowodzi (a są i inne bardziej przekonujące dowody), 
brzmienie niegdyś samogłoskowe między dał, pojawia- 
jące się też w siodełku (ruskie siedło), natomiast w sio- 
dło (dziś przez ruskie sioło zastąpionem , ale Długosiodło 



107 



na Mazowszu, Siedlce i t. d. dawnego polskiego dł do- 
wodzą) nie było żadnego brzmienia między dał, dla- 
tego: przysiodłki nasze a stąd przysiółki z ułatwie- 
niem wymowy, do czego przysiółek nowo dorobiono; 
a na Rusi tylko: seło. Więc prawidło brzmi: od rzeczo- 
wników na -twa, -stwo, ~dło (z wyjątkiem siodła), od 
obcych na -ska, pisz drugie przypadki: gardł, żródł, 
bitw, bóstw, arabesk, humoresk i t. d., nie gardeł, źró- 
deł, bitew i t. d., a wymawiaj jak chcesz ; taksamo pisz 
tylko: pasm, pism, po wrósł, rózg, drzazg, mózg (we 
Lwowie mózeg nieraz słyszałem), wymawiaj jak chcesz; 
od odaliska odalisk, ale huryska hurysek, boć to polska 
końcówka, taka sama, jak n. p. w Francuzka (tych Fran- 
cuzek). Umyślnie przytaczamy jeszcze więcej przykła- 
dów: grzanka grzanek; wiarka, miarka, wiarek, miarek, 
ale obce marka, dwadzieścia mark (nie marek, rk pier- 
wotne!); czółno — czółn, nie czółen, widła widł, nie wi- 
deł, taksamo sidł; widelec nie dowodzi przeciw temu ni- 
czego, bo sam późno powstał z wyrównania odmiany 
pierwotnej, co brzmiała: widlec (widlca) widelca, jak 
piesek z pierwotnej odmiany psek pieska wyrównano, 
albo bochenek z odmiany bochnek — bochenka i t. p. ; 
wiosło, wiosł, nie wioseł (wiosełko, jak masełko i t. p. 
późne, zamiast wiosłko, masłko); mydło, mydł, nie my- 
deł; szydło, szydł; hasło, hasł, nie haseł; od godła nato- 
miast będzie godeł, od wydmy powinno być wydem, ale 
za przykładem owych pasm, pism (nawet piżm) mówią 
wydm ; podobnie i od (może ruskiej) wiedźmy, wiedźm 
zamiast wiedziem; pochwa — pochew, nie pochw. 

To zastępcze brzmienie sprowadza mówiących nie- 
raz na przykre manowce, n. p. miasteczko w Prusiech 
Wschodnich zwało się Łek (por. Łekno), Łka, w przy- 
padku siódmym: we Łku; do tego „wełku" tak przywy- 



108 



knięto, że je w końcu mylnie podzielono: „w Ełku" i zmy- 
ślono pierwszy przypadek: Ełk i tak to dziś odmieniamy, 
ależ niemieckie Lyck (wymawiaj z niemiecka Lyk, nie 
Lyc-k), zachowało lepiej pierwotne brzmienie. 

Lecz wracamy od Łku do brzmienia zastępczego 
w drugim przypadku liczby mnogiej. Konieczne jest e, 
gdzie -ka n. p. jest przyczepką, a więc córka, matka, 
ławka — córek, matek, ławek; łupka, łupek, ale łuska, 
łusk, trzaska, trzask, rózga, rózg {sk, zg pierwotne!); 
denko, okienko, sukienka i t. d. dają dziś denek, okienek, 
sukienek zamiast dawnych : dnek, oknek, suknek i t d. 
Cyfra, cyfr, mimo niemieckiego Ziffer; cytra, cytr. 
Przyczepka -wa (co innego -twa lub -łwó) waha się: 
łyżw i łyżew, żuchw, tratw (z pierwotnego traft, bo to nie- 
mieckie trift przestawione, więc tu właściwie wcale nie 
należy), dratw, ależ obie ostatnie, to słowa obce ; co do 
rodzimych por. kuropatw, rybitw, makolągw, pardw i L p. 

Zastępcze czy ruchome ie nie podlega nigdy prze- 
głosowi w io, więc nie mówimy lon (jak plon , kamionka), 
lecz len (Rosyanin ma: lon), pies (u niego: pios) i t d., 
z tego wynika, że tylko pisownia ruchomego ie w takich, 
jak: osieł, kozieł, kocieł, wedle osła i t. d. jest poprawna, 
przenigdy: osioł, kozioł, kocioł, por. n. p. orzeł, nie orzoł 
(choć to jest w narzeczach) ; a więc należy pisać i : osie- 
łek, kociełek, koziełek, chociaż postaci na -iolek już prze- 
ważają ; wioska od wsi i dzionek od dnia nie przeczą 
owej zasadzie, jako w istocie „błędne" nowotwory. 

Prawidło ogólne co do drugich przypadków liczby 
mnogiej brzmi więc: niemaż miejsca dla wsuwnego czy 
ruchomego e (ie), gdzie zbitka spółgłoskowa pierwotna, 
więc do perła (niegdyś pierła) piszemy: perł, nie pereł 
(zbitka -rl- pierwotna, por. Perle i t. d.), więc : litr, libr 
(już w Biblii Zofii r. 1456. obok tej poprawnej pisowni 



109 



zachodzi równie często i mylna: liber), kwart, modł, biodr, 
usterk (nie usterek, przecież sterk-, dawniej styrk-, jest 
„pierwiastkiem") i t. d. Dano się jednak rychło uwieść 
temu przykładowi i zaczęto mówić: służb, wróżb, próśb, 
gróźb, chociaż między b a ż, ś, ź było niegdyś brzmie- 
nie samogłoskowe, por. służebny; poprawnie mówimy: 
wróżek, służek, klatek, pałek, kłódek i t. d., ale nawy- 
kliśmy już do: klęsk, walk i t. d., chociaż w obu razach 
takie same brzmienia i istotnie rozstrzyga tu wygoda wy- 
mawiania, tak zwana „eufonia", na której karby tak wy- 
godnie nam odliczać wszelakie usterki językowe. Więc 
taksamo krzywd, prawd, klechd, wróżd i t. d. i o pra- 
wiednym (istniejącym na Rusi) już u nas i śladu niema, 
oprócz jednego : sprawiedliwego ; izba : izb zamiast izdeb 
(por. izdebka); wysp zamiast wysep, (od sypania) i t. d. 
Jak od: dno, den, tak podają gramatycy i dla: tło teł 
(por. miotła, mioteł), słusznie, wedle zasady ogólnej. Ależ 
nie każde e(ie) takie słuszne, bo wstawia się je nieraz dla owej 
„eufonii", dla unikania twardej jednozgłoskowości wedle 
podobieństwa pozornego innych wyrazów ; więc jak : dzień, 
dnia, mówimy: ogień, ognia, zamiast jednozgłoskowego 
ogń; wedle: dno, den, mówimy: okno, okien zamiast je- 
dnozgłoskowego okn. Zachowaliśmy odmianę dawną u je- 
dnych: łza — łez, gra — gier, pchła — pcheł, ale u innych 
jednozgłoskowych pozapominaliśmy postaci pierwotnych, 
więc msza, nie: mesz (por. meszny), lecz : mszy, dawniej 
i mszów; ćma, nie ciem, raczej ćmów (wGalicyi można 
się i pchłów i t. p. nasłuchać dowoli). Podobnie wedle: go- 
dzien, winien, mówimy: pełen zamiast pełń, dostojen 
zamiast dostoin, wojen zamiast woin, wojn, por. wojsk, 
file najniesłuszniej w świecie wstawiamy na piśmie (co 
innego w wymowie) jakieś ruchome e w siedem i osiem; 
tych nie należy inaczej pisać, niż: siedm, siedmnaście, 



110 



siedmdziesiąt, siedmset; ośm, ośmnaście, ośmset, ośm- 
dziesiąt, bo tu między d-m, s-m nigdy żadnego brzmie- 
nia nie było ; wymawiajcie wyraźnie osiem i t d., piszcie 
ośm, taksamo jak wymawiacie: piędziesiąt i sześdziesiąt, 
a piszecie : pięćdziesiąt, sześćdziesiąt. Również należy pi- 
sać piosnka, chociaż wymawiać można piosenka {sn pier- 
wotne), piosnek. 

Mniejszej wagi jest, że wciągnęliśmy wilczem pra- 
wem do odmiany nazw geograficzno-ludowych (n. p. Sło- 
wianie, Słowian w liczbie mnogiej, ale w pojedynczej 
Słowianin, Polanie, Polan — Polanin; tak się Polacy jesz- 
cze w XV. wieku nazywali i stąd pochodzą nazwy ich 
obce Polan, Pologne, Polen), nazwy ani z geografią, ani 
z ludami w żadnym nie pozostające związku, n. p. za- 
miast pogani, poganów — ten pogan, chrześciani, chrze- 
ścianów — ten chrześcian, odmieniamy dziś: poganie, 
pogan — ten poganin ; chrześcianie, chrześcian — ten 
chrześcianin ; dziś już i nazwy zakonne i i. tak najmyl- 
niej odmieniamy; zamiast jedynie poprawnych: Domini- 
kani, Franciszkani , kapelani — Dominikanów, Francisz- 
kanów, kapelanów (ta tylko forma stale popłaca), Domi- 
nikan, Franciszkan (porównaj n. p. Bernardyni — Ber- 
nardynów — Bernardyn), wymyśliliśmy, zwiedzieni owem 
-an-, Franciszkanina i w liczbie mnogiej Franciszkanie. 
Pisownia poprawna takich postaci nie znosi w żaden spo- 
sób ; precz z niemi ; są mylne : Hiszpanie, zamiast Hisz- 
pani lub -owie. 

Trudniejsza sprawa z innemi, bardzo niepoprawnemi. 
Rzeczowniki żeńskie spółgłoską zakończone : kość, po- 
stać, wieś, rozkosz i t. d., przybierają w liczbie mnogiej 
zawsze -I, kości, postaci, wsi, rozkoszy i t. d.; nigdy 
nie było to inaczej; nigdy nie istniały: wsie, rozkosze, 
postacie, a jeżeli wymieniają przeciwnie jakieś łodzie 



Ul 



n. p., to zapominają, że łodzie prawidłowo od dawnej 
łodzią poszły (Łódź jest bowiem świeżym wynalazkiem, 
jak i pieczeń, kieszeń, woń, pościel, toń, kolej i t. d., za- 
miast dawnych wyłącznych : pieczenia, kieszenią, wonią, 
pościelą, tonią, koleją i t. d.). Otóż, gdy powszechnie 
(oprócz na Litwie) mówimy : powieści , wiadomości (i tak 
wszystkie na -ść), myszy, kości, wszy, rzeczy i t. d., 
wahamy się co do : wsi i wsie, a nie wahamy się wcale 
przy : rozkosze, postacie i t. d., wedle wzoru : dusze od 
dusza. Prawidłowości niema tu najmniejszej, sama dowol- 
ność panuje wszechwładnie i wobec tej dowolności wol- 
noż pokusić się o powrót do ładu w piśmie. Pisownia 
prawidłowa wymaga bez wyjątku jakiegokolwiek -z", wy- 
klucza -ze, -e; rzeczowniki na -ś -sz i t. d. tworzą bo- 
wiem dział odrębny, nie mieszają się w liczbie pojedyn- 
czej z owymi na -a, rozkosz a dusza najzupełniej się 
różnią w liczbie pojedynczej, więc i w* mnogiej we dwu 
przypadkach (por. tych rozkoszy — dusz) zupełnie się 
rozdzieliły i niema najmniejszej przyczyny pismo podda- 
wać dowolności mówiących, jednolitość końcówki -z rozbijać 
dla ich widzimisię. 

Ci, co błędów prawopisowych nie karcą, im raczej 
pobłażają, wyliczają rzeczowniki z końcówką ze, e zamiast 
i (y): noce. moce, słodycze, twarze, gałęzie i t. d., o pi- 
sowni zupełnie mylnej (wobec prawidłowej : rzeczy, brwi , 
nici, ości, sieni, sieci, chęci, części, pieśni, myśli, piersi, 
złości, słabości, zapowiedzi i t. d.), ale jak najmylniej 
wliczają w zastęp tych myłek prawidłową pisownie, jak 
klacze (od klaczą, język nie znał przecież innego rze- 
czownika !), skronie, kieszenie, łodzie, koleje i t. d. i po- 
woływają przykłady wieku XVIII., z pism Krasickiego 
i spółczesnych ; przytaczają, że i w dopełniaczu stosowała 
się pisownia wsi, brwi, myszy, pieśni, rozkoszy i t. d. 



112 



do pisowni dusz i t. p., że znachodzimy więc pisownię 
mysz, rozpacz, rozkosz i t. d. obok myszów, pieśniów, 
wsiów i t. d., co wszystko ma służyć jako dowód , że pi- 
sownię: noce, twarze i t. d. należy przypisać prawidło- 
wemu rozwojowi językowemu, dążącemu do uchylenia 
osobnej odmiany tych rzeczowników w liczbie mnogiej 
przynajmniej. Zapominają, że wszelkie te formy Krasi- 
ckiego i spółczesnych pisarzy, w rodzaju : mysze, mysz 
lub myszów, pieśniów, rozkosz i t. d.. są tylko błędami, 
których unikać należy. 

Zapominają bowiem, że nierząd saski rozchwiał zu- 
pełnie poprawną niegdyś pisownię, że jałowości i gnu- 
śności myśli odpowiadała niepoprawność, błędność pi- 
sowni i najgorsze zaniedbanie druków i że z tych grze- 
chów przeciw poprawnej pisowni nie mogli się otrząść 
nawet pisarze tej miary, co Krasicki n. p. ; jego pisownia 
jest wzorem, jak pisać nie należy. Oto kilka przykładów 
choćby z Satyr: „więc podściwych (tak zawsze pisywał 
poczciwych ks. biskup) aż nadto; Paweł trzech mszów 
słuchał" ; zrucił; w koncie (t. j. kącie), skączył (t. j. skoń- 
czył); zaczęło (zaczęło), aręda (t. j. arenda), ścieszki, drzwi, 
nicht, oczewisty i t. d. — a nie są to przypadkowe myłki 
pióra, lecz tak wyglądała stała pisownia w Heilsbergu; 
poprawiał ją Dmochowski (co nawet trafne poczęstował, 
częstował zamiast częstował Krasickiego wstawiał), więc 
poznikały: Franciszek, winszować, podchlebiać, przysiąki 
(t. j. przysionki), najprzód, letki, ochyda, maszki (maski) 
i t. d. ; on też usunął pisownię, co dla uwydatnienia rymu 
dla oka psuła poprawność, n. p. mieści: płci niewieści 
(zamiast niewieściej), kichnie: uśmichnie, chodzi: złodzi 
(zamiast: złodziej) i t d., nawyczka, której dawne wier- 
sze stale służyły (więc pisano: gury — chmury, figory: 
który i t. d. już od czasów Kochanowskiego). 



113 



Prawidło brzmi więc: pisz zawsze: wsi, twarzy, 
rozkoszy, mocy, nocy, myszy, powieści (na Litwie po- 
wieście!) i t. d., nigdy: noce, wsie i t. d. 

Gorsze nieporozumienia czy dowolności wynikły 
w odmianie nazw obcych, prześcigając takie dowolności 
w samej ich pisowni; lecz i tu należy zamiast widzimi- 
się zachowywać prawidła ogólne, aby się nie mylić. Za- 
cznijmy od osobowych ruskich, takich jak Gorkij, Tru- 
beckoj, Tołstoj i t. p., gdzie polityka pokłóciła się hanie- 
bnie z gramatyką. Wiemyż, że Gorkij gorzki a Tołstoj 
tłusty i niesposób ich inaczej odmieniać, niż Gorkiego 
i Tołstego, Gorkiemu, Tołstemu i t. d. ; Trubeckoj odpo- 
wiada naszym imionom na -cki i tak go odmieniamy, 
Trubeckiego i t. d., również wszelkie na -skij, czy wróg 
Polaków Dostojewskij, czyich przyjaciel książę Wiazem- 
skij: nie można nigdy o nich inaczej mówić niż o Do- 
stojewskim, Wiazemskim, Gorkim i Tołstym; poczucie 
językowe wzdryga się poprostu przed: o Dostojewskiju, 
Wiazemskiju, Trubeckiju, Gorkiju i Tołstoju; Dołgoru- 
kiego nigdyśmy inaczej nie odmieniali, o: Dolgorukija 
nigdy nie słychiwali. W gramatykę wdała się jednak po- 
lityka i orzekła, że należy się nam odcinać od wszystkiego 
co ruskie, i dlatego nakazano nam nawet nazwy ruskie 
od naszych wyodrębniać osobliwszą, niemożliwą odmianą. 
Dziś, kiedyśmy politycznie nakoniec od miłych sąsia- 
dów odcięci, moglibyśmy powrócić do jedynie możliwej 
odmiany: Dostojewskiego, Dołgorukiego, Trubeckiego, 
Wiazemskiego, Gorkiego i Tołstego i zaprzestać miesza- 
niny niesmacznej, gramatyki z polityką. Trudniejsza sprawa 
z imionami zachodniemi. Roztrząsaliśmy już powyżej 
pierwsze pytanie, jak je pisać, wedle wymowy czy wedle 
pisowni pierwowzorowej : Bordeaux czy Bordo, Goethe czy 
Gete (Gięte?), Schiller czy Szyler (boć jeżeli z polska 

Aleksander Bruckner, Walka o język. S 



114 



pisać, toć chyba nie przez / podwójne). Poleciliśmy za- 
chowanie pisowni pierwowzorowej, skoroż nie zamierzamy 
iść w ślady rosyjskie i obok spolszczonej w pisowni nazwie, 
kłaść w nawiasie pierwowzorową, aby się wiedziało, o kim 
to właściwie mowa; piszemy więc Bordeaux, Schiller, 
Goethe, Shakespeare i t. d. Tu o zgodę łatwiej ; trudniej 
o nią w odmianie tych imion. Bordeaux nie odmieniamy 
na szczęście, mówimy wino z Bordeaux i Ł d., ale cóż 
zawinił Rousseau lub Wiktor Hugo, żeby nie można tak- 
samo powiedzieć: myśl wzięta z Rousseau? albo wiersz 
Hugo (Russa, Huga brzmi dziko, a Rousseau'a wygląda 
jeszcze dziczej, więc zostawmyż „Rousseau" i „Hugo", nie 
odmieniajmy wedle naszego widzimisię, piszmy podobnie 
„u Percy" a nawet „u Goethe"; kogo sumienie grama- 
tyczne nadto trapi, niech dodaje -go, -mu i L d. bez 
apostrofa, Goethego, Percygo i t. d., przyczem nieme 
e na ołtarzu polskim poświęcić wypadnie, Yoltaira, Shakes- 
peara a Zola wedle żeńskich na -a, nie wedle sędzia, 
odmieniać wolno. Kleż Rosyanin w każdy sposób mą- 
drzej, bo Goethe wcale nie odmienia, Czech znowu od- 
mienia to inaczej, niż my, Geta, Getowi, Heina, Heinowi, 
Borna i t. d. Nie należy naruszać imienia obcego, jeżeli 
polskiego nawet nie naruszamy i odmieniamy : Gołąb, 
Gołąba, Kocieł, Kocieła, i t. d., nie Gołębia ani Kotła, 
taksamo więc Schiller, Maier i t. d. nie odmieniamy Schil- 
lra, Maira i t. d., podobnież nie odmieniajmy Hegel, 
Hegla, ani Luter, Lutra, lecz zatrzymajmy Hegela, Lu- 
tera, boć to -c- nienasze ruchome ! Co obce jest, niech 
obcem zostaje; zbytnie polszczenie, niby poufałe po ra- 
mieniu klepanie, nie zawszeż na miejscu. Co innego, je- 
żeli całkiem na polskie przełożę imię, n. p. Michał Hnioł, 
ale wiek XVII. mówił: u Dante! Sporą wiązankę nazw 
obcych i tak wcale nie odmieniamy, nietylko Bordeaux 



115 



czy Monako, ale nazwy wschodnie, jak Naum, Kapernaum, 
Jeruzalem (co innego z Jerozolimą); dalej kakadu, ka- 
kao (mówią jednak: porcya kakau) i i.; wszelkie łaciń- 
skie na -um, tylko że, jak to już u nas bywa, sprawę po- 
kpiliśmy. Bo skoroż stale, jak słusznie, odrzucamy koń- 
cówki łacińskie -us, -um, (wyjątek: Chrystus obok Chryst, 
Jezuchryście ; nimbus zamiast nimb, tyfus, zamiast tyf — 
łożnica po polsku); skoro znamy tylko : testament, instru- 
ment i t. d., toć nie było najmniejszej przyczyny właśnie 
w gimnazyum, gremium, museum, seminaryum, akwa- 
ryum, album, liceum, sanatoryum, archiwum i t. d. to 
-um pozostawiać, w dalszych przypadkach liczby poje- 
dynczej jego nie tykać (do gimnazyum i t. d., natomiast 
z prawdziwie polską konsekwencyą : do albumu zamiast: 
do album; albo wedle testamentu i t. d., do alba od alb, 
jak mawiano), i dopiero w liczbie mnogiej sobie przy- 
pomnieć, że mamy jakąś własną odmianę, do gimnazyów 
(do albumów, zamiast: do albów). Nie śniło się Francu- 
zom zachowywać -um, i Rosyanie trafniej postąpili (mają 
gimnazija, seminarija, musej; Czesi to po części naśla- 
dują), tylko myśmy utknęli najszpetniej, bo zamiast radzić 
się własnego języka, poszliśmy ślepo za Niemcami (na- 
śladujemy ich zawsze niemądrze), bo ci Gymnasium, 
Museum i t. d. nie odmieniają w liczbie pojedynczej 
wcale, dopiero w mnogiej (Gymnasien, Museen i t. d.), 
ale skądżeż nam Niemcy przepisywać mają, jak mamy 
łacińskie słowa odmieniać? 

Jakżeż powinna brzmieć polska, nie niemiecka od- 
miana owych łacinników na -ium lub -um? Odrzucamy 
je stale, więc : cmyntarz*) z coemiterium; konsystorz z con- 

*) Z cmyntarza zrobiliśmy cmentarz, bo nieraz obce i (y) w e 
odmieniamy, n. p. subtylny w subtelny, cybuła w cebula; ale cmenta- 
rza dalej tykać nie wolno, więc ani cmętarz ani smętarz (niby od smę- 

8* 



116 



sistorium; lektwarz z clcctuarium; scminarz z semina- 
rium (w uniwersytecie inaczej nie mówią); w nowszych 
słowach nie zdobyliśmy się na tę odwagę (por. audyto- 
rium, kolokwium, akwarium, sanatorium, ambulatorium, 
i t. d.); nie mogliśmy zaś odrzucać -ium w takich, jak 
kolegium, gymnasium, liceum, museum, bo cóżby zo- 
stało? Mielibyśmy do wyboru dwie drogi: albo zmienić 
-urn na -a (jak kontubernia z contubernium , ordynarya 
z ordinarium, kapituła z capitulum) już w pierwszym 
przypadku, gimnasia, kolegia raczej niż męskie, gimna- 
syj, kolegij, musej, licej; w liczbie mnogiej gimnasye, 
musee, licee, gimnasyów, liceów, museów i t. d., lub 
wedle odmiany żeńskiej : gimnazyi, licei, musei, jak idei, 
statui. Druga, prostsza droga była robić jak Czesi, t j. 
zostawić 'Um w pierwszym przypadku, gremium, mu- 
seum, gimnasium, kolegium, ale w dalszych zaraz je 
odmieniać jak męskie (lub nijakie), musea, gremia, gim- 
nasya; gimnasju, gremiu (albo gremiowi); liczba mnoga 
bądź męska: gimnasye gimnasyów, gremie gremiów, 
musee museów (por. musealny, gremialny), kolegie kole- 
giów (kolegialny), licee liceów (licealny albo liceowy); 
bądź nijaka: gimnasya gimnasyi, musea musei, licea 
licei, kolegia kolegii i t. d. Swoją drogą należy niejednego 
z tych przybyszów wygładzić ze szczętem ; czesne lepsze 
niż honorarium, a pracownia niż laboratorium ; o kapitole 
czy kapitule w piśmie już zapomnieliśmy dla rozdziału 
(dawnego „położenia" nie znamy dziś wcale ; starzy Pru- 
sowie je od nas wzięli, palazinsna). Wcale nie należy 
odmieniać skróconych auto (zamiast samochodu), zoo, 
foto i t. p., albo bordo, palto, panama, korso, chociaż cy- 

tności!!). Zupełnie zaś niezrozumiałe, dlaczego nie odmieniamy, jak 
Czesi albo Niemcy ery Francuzi: archiw, archiwu, liczba mnoga ar- 
chiwy, archiwów i t. d. 



117 

garo odmieniamy jak wszelkie nijakie. Żeńskie: idea 
(myśl) i statua (posąg) ich miłośnikom bywają niedo- 
godne; ujdzie im przymiotnik ideowy i statuowy, ale od- 
miana? w liczbie pojedynczej, a taksamo i w mnogiej, 
tej lub tych idei, statui, ideę, statuę i t. d., w liczbie mno- 
giej idee, statuę i t. d. 

Jeszcze słówko o odmianie imion obcych. Odmie- 
niajmy je, gdzie żadnych niema trudności, a więc Schil- 
lera, Yoltaira, Addisona (wymawiamy z, nie s, ale pi- 
szemy poprawnie) i t. d., natomiast u zakończonych na 
samogłoski i niektórych innych unikajmy ile możności 
odmiany, a więc Wiktora Hugo, Augusta Comte, w Au- 
guście Comte (męczą u nas pozytywistę w niesłychany 
sposób; przecież zdobywano się na pisownię: w Augu- 
ście Comte'cie, niby jak w siedmnastym wieku pisali nie- 
którzy : w punkfćie !) ; u Goethe lub w Goethe i t. d. ; 
przyimek uchyla wszelką potrzebę odmiany, u Percy 
i t. d. Monitor Bohomolców nie odmieniał nazw włas- 
nych nawet tam, gdzie to najzupełniej uchodzi. Również 
nie sadźmy się na odmianę nazw miejscowych, więc do 
Miinchen, do Reims, w Marseille, w Lyon i t. p. ; tylko 
zupełnie spolszczonym należy się odmiana (Wiedeń, Pa- 
ryż, Londyn i t. d.), jak i wszelkim słowiańskim, więc 
nie: w Valevo, lecz: w Yalewie, w Białogrodzie (nie 
Belgradzie!!), jak i w Nowogrodzie i Carogrodzie, ale bez 
Piotrogradu najzupełniej się obejdziemy, zostaniemy przy 
dziejowym Petersburgu , co nam się dał dosyć we znaki. 

O odmianie łacińskiej, nie polskiej, koszta, expensa 
i t. d. mówiliśmy wyżej ; o biały, biali zob. niżej. 

VIII. 
Na granicy odmiany rzeczownikowej i przymiotni- 
kowej stoją rozmaite nazwy, n. p. miejscowe i osobowe 



118 



na -in (yń) lub -ów. Co do męskich niemaż żadnej wąt- 
pliwości, odmieniają się rzeczownikowo, Modlin, Brzozów 
i t. d., z Modlina, Brzozowa i t. d. ; są natomiast u żeri- 
skich. Częstochowę, Dąbrowę i pod. odmieniamy jak matka, 
z Częstochowy, w Dąbrowie i t. d., ale inne, acz takie 
same z istoty, odmieniamy przymiotnikowo, Bobowa, z Bo- 
bowej (dawniej tylko z Bobowy) i t. d. Weźmyż rzeczow- 
niki jak królewna, królowa (zamiast królewa, porównaj 
królewic), hrabina, szewcowa; dawniej odmieniały się 
wszystkie rzeczownikowo : królewny, hrabiny ; królewnę, 
hrabinę, królowę, synowę, bratowę, szewcowę ; w woła- 
czu : królewno, hrabino, królowo, bratowo. Ale dziś coraz 
rzadziej usłyszysz bratowy, a już nigdy więcej bratowie 
(jak hrabinie, królewnie, pannie, sędziance i t. d.) ; mówią 
i piszą wyłącznie bratowej, a stąd dochodzą w mowie, 
nie na piśmie jeszcze, i do hrabinej, tak, że dziś, jako 
prawidłowa, uchodzić winna tylko u hrabiny i panny 
i t. p. odmiana rzeczownikowa, gdy u szewcowej i pod. już 
tylko wołacz szewcowo i biernik szewcowę z tej odmiany 
pozostały, inne przypadki (i cała liczba mnoga) do przy- 
miotnikowej przeszły: bratowej, bratowe, bratowych, jak 
dobrej, dobre, dobrych. 

Przymiotnikami były najliczniejsze dostojeństw czy 
urzędów nazwy, woźny, chorąży, podczaszy, podstoli, 
leśniczy, podkomorzy i t. d. i odmieniały się jak przy- 
miotniki, woźnego i t. d., a pociągnęły za sobą i sędziego 
i hrabiego i nazwy obce, jak Goethe albo Linde, co jednak 
e zachowały z Lindem i w Lindem, Goethem (przenigdy 
Lindym, Goethym). W liczbie mnogiej pozostają również 
przy odmianie przymotnikowej : woźni , woźnych ; podstoli 
(bez różnicy od liczby pojedynczej), podstolich ; łowczy, 
łowczych; budowniczy, budowniczych i t. d., lecz do in- 
nych wkradła się postać imion męskich na -owie, pod- 



119 



skarbiowie, podkomorzowic i t. p., a sędziowie i hrabiowie 
całkiem do rzeczowników przeszli, sędziów, hrabiów, mar- 
grabiom (obok dawnego grof, grofowie i t. d.). Tylko nazwy 
„martwe", n. p. złoty, luty, pozostały przy odmianie przy- 
miotnikowej zupełnie: złote, złotych, lute, lutych i t. d. 

Odmiany zaimkowej nie odróżniamy od przymiotni- 
kowej, oprócz biernika żeńskiego liczby pojedynczej, tę, 
onę, owę, tamte, inne, nasze, wasze, swoje, moje, twoje 
(ale ściągnięte swą, twą, mą; dobrą i t. d. jest również 
ściągnięte), wszystkę, jedne; mowa potoczna tylko tę jako 
tako zachowała, ale u wszelkich innych postać przymiot- 
nikową przewiodła, nawet moją, tamtą, oną, jedną i t. d. 
dziś już ogólnie, acz całkiem mylnie piszą. Skoro tę nie 
poświęciliśmy, więc i tamtych (moje i t. d.) bronić wy- 
pada w piśmie, chyba, że miłej zgodzie poświęcimy 
znowu prawidłowość. 

Tej miłej zgodzie poświęcamy nietylko prawidłowość, 
ale wszelką logikę językową i wygodę piszących — boć 
wielką sprawia trudność piszącym rozróżnianie rodzajowe 
we dwu przypadkach liczby pojedynczej, a w jednym 
mnogiej. Przepisała nam bowiem mylna drobiazgowość 
gramatykarzy, abyśmy rozróżniali ściśle między: dobrym 
mężem a dobrem dzieckiem (taksamo: w dobrym mężu, 
ale w dobrem dziecku), a w liczbie mnogiej : dobrymi 
mężami, ale dobremi żonami, dobremi dziećmi. Że to 
przepis całkiem dowolny i mylny, dowodzą tego dalsze 
przypadki, nie znające wcale takiej różnicy, więc do- 
brych, dobrym w liczbie mnogiej dla wszystkich, a do- 
brego, dobremu w pojedynczej dla męskich i nijakich. 
Wymyślili ten arcy niemądry przepis Szylarski i Kop- 
czyński, a szkoła go nam narzuciła i dzięki jej możemy 
się poszczycić, że wyróżnia się tym wymysłem nasza 
pisownia od każdej innej. Od szkoły nawykliśmy do niej 



120 



tak, że i w wymowie jej przestrzegamy, że n. p. potem, 
wtem, natem, przedewszystkiem , czem i t. d. wydają się 
nam jedynie poprawne i możliwe. Że to bajka wierutna; 
że się jeszcze w ośmnastym wieku nikomu o niej ani 
śniło (w pismach Krasickiego dopiero Dmochowski tę pi- 
sownię przewiódł), nie mówiąc o czasach dawniejszych; 
że samo im, nim (im rychlej, nim albo zanim przyj- 
dziesz) dowodzi, że i tym pisać należy (tym lepiej), prze- 
nigdy tern (por. nimi — tymi), a więc i czym i potym 
i t. d. — na te i inne dowody głuchy ten , co włożywszy 
się raz w pisownię mylną, od niej ustąpić nie chce, a po- 
nieważ na upór, jak na błoto i t. d. wedle przypowieści 
staroszlacheckiej niemaż rady, więc i my przeciw lep- 
szemu rozumieniu, nałogowi ulegamy i piszemy, jak każą, 
przeświadczeni, że mylnie każą, dla miłej zgody jedynie. 
Powtarzamy to z takim naciskiem, ponieważ znaleźli się 
jeszcze świeżo językoznawcy, co podają to w wątpliwość. 
Czytamy n.p. w „Szkole polskiej" 1916, nr. 5 („O ogólno- 
polską pisownię") str. 24. : „Dowolność zaś z jego strony 
(ks. Kopczyńskiego) wydaje się tern bardziej nieprawdo- 
podobna, że nawet i dziś dadzą się wskazać pewne mo- 
menty w języku literackim polskim, które dowodzą, że 
mogło zajść rozszczepienie jednolitej dawnej końcówki 
VI. przypadku na dwie, różniące się właśnie rodzajem, 
i j. na ym, ymi przy męskim, zaś em, emi przy nija- 
kim i żeńskim". Jest to tylko bałamucenie ludzi; nigdy 
podobnego rozszczepienia przed Kopczyńskim nie było 
i niema go też nigdzie między ludem, co używa obie 
postaci, lecz nigdy ich wedle rodzajów nie wyróżnia. 

Miano niegdyś dwie odmienne postaci dla dwu przy- 
padków: dobrym mężem, dzieckiem i w dobrem mężu, 
dziecku; od XV. wieku zaczęto obie postaci przymiotni- 
kowe mieszać i przeniesiono w końcu to zamieszanie i na 



121 



liczbę mnogą do przypadków zaczynających się od m, 
a więc mówiono: dobrym i dobrem mężom, dzieciom; 
dobrymi i dobremi mężami, dziećmi. Na te dwie postaci 
natknęli się gramatykarze i zamiast wyboru między niemi , 
rozdzielili je całkiem dowolnie między dwa rodzaje. Oto 
i całe ich dzieje, a dowolność tłumaczy się zapatrywa 
niami ówczesnych gramatykarzy na język, narzucających 
mu rozmaite zamiary i cele, o których się językowi ani 
śniło. W podobny sposób rozwikłał spółcześnie rosyjski 
gramatykarz (Łomonosow) podwójną postać przymiotni- 
kową, dzieląc ją również, wbrew językowi samemu, mię- 
dzy rodzaje. 

Cóż pozostaje wobec tej jawnej dowolności i trudno- 
ści, jaką za sobą powlekło prawidło gramatykarzy? Po- 
winniśmy oczywiście to zrobić, co oni zaniedbali, t. j. 
ujednostajnić pisownię, wybrać dla niej jedną postać, przy- 
kazać pisać albo: dobrym mężem, dzieckiem i w dobrym 
mężu, dziecku; dobrymi mężami, dziećmi, żonami; albo 
też: dobrem mężem, dzieckiem i w dobrem mężu, dziecku, 
dobremi mężami, dziećmi, żonami. To znaczy: wybrać 
w każdy sposób jedną postać dla obu rodzai, taką czy 
owakę. Ktoby chciał obie pisownie jakoś pogodzić, mógłby 
na liczbę mnogą wedle : dobrych , dobrym , i : dobrymi 
wstawiać, a na pojedynczą wedle : dobrego, i : dobrem, albo 
i odwrotnie. Wszystko ujdzie, oprócz rozróżniania rodzai, 
co się nigdy i nigdzie w takich przypadkach nie dzieje; 
na całym świecie aryjskich języków polski jedyny takie 
susy wyprawia ! Ale ponieważ w prawopisie ani rozsądek, 
ani dzieje nie rozstrzygają, tylko przyzwyczajenie; ponie- 
waż dalej wolimy niedorzeczną zgodę, niż mądrą niezgodę, 
dlatego tylko, wbrew wszelkiej słuszności, uznalibyśmy 
ukaz Kopczyńskiego, uświęcony wiekowem podaniem — je- 
dyną jego podstawą prawną, z żalem największym. 



122 



IX. 
I w odmianie czasownikowej nie obeszło się bez 
sporów i wątpliwości. Wyżej już wyświeciliśmy pisownie: 
biedź, módz, strzedz, jako niczem nieusprawiedliwiony 
zamach na dzieje i wymowę zarazem, tern niemożliwszy, 
skoro pozbyliśmy się dawno równie pięknej i równie uza- 
sadnionej pisowni : bydź, kłaźdź, iźdź. Zapisaliśmy dalej 
odstępstwo od prawideł ogólnych w pisowni : wysłuchiwać, 
wymachiwać i pod., zamiast : wysłuchywać i t. d. Pozostaje 
niewiele. Odmieniamy mylnie, z ruska, nie po polsku: 
depczę, depczesz; kłopoczę, druzgoczę i t d. zamiast je- 
dynie poprawnych : depcę, depcesz i t. d. ; innych postaci 
dawny język nigdy nie znał i mylnie przytaczają mnie- 
mane dawne przykłady, gdzie cz poprostu zamiast c myłka 
pisowni, czy druku, co cz i cnie rozróżniały; i dziś jesz- 
cze szczebioce mówią, nie szczebiocze, trzepoce, kle- 
koce, nie klekocze. Jeżeli w słowniku prawopisowym 
o postaciach depczę i t. d. napisano : „są to formy po- 
prawne!", a gramatyk na ich usprawiedliwienie całkiem 
im obce przytacza : chłoszczę, skaczę, pieczesz, tłoczę, co 
z niemi nic a nic nie mają wspólnego, zamiast jak najsil- 
niej się im sprzeciwiać, to uznajemy w tern tylko słabość, 
pobłażanie narowowi czy nałogowi, zamiast jego zwal- 
czania. Pisownia (o wymowę ani dbamy, ani pytamy): 
depczę, depczesz, bełkocze, szamocze, kłopoczę, klekocze, 
szczebiocze i t. d., jest zupełnie mylna i należy się jej 
tylko wyświecenie; toć dobre dla Rusi, nie dla nas, bo 
Rusin t w cz odmienia, my w c, on : kołoczu , my : 
kłócę, on: topczu, my: depcę. R kiedyśmy raz już przy 
cz — c, to nadmieńmyż, że i ruszczenie nazwisk polskich, 
n. p. robienie z Wielkopolanina Klonowica jakiegoś nie- 
słychanego przenigdy Rusina Klonowicza, jest tylko pso- 
waniem pisowni jedynie poprawnej. Jeżeli Staszyca, księ- 



123 



życa, nic przerabiamy na Staszycza, ani księżycza, ani 
starościca, dziedzica, sędzica i t. d. na starościcza, dzie- 
dziczą, sędzicza i t. d., toć i Klonowica, Szymonowica , 
Zimorowica winniśmy przy ich polskiej zostawiać pisowni> 
a nie narzucać im ruskiej ; dość złego, żeśmy sobie ru- 
skich królewiczów i cesarzewiczów narzucić pozwolili, 
ale i im należy się tylko: fora z dwora. Całkiem co in- 
nego nazwy rodzin niegdyś istotnie ruskich , Woroniczów, 
Chodkiewiczów, Zyblikiewiczów, Tyszkiewiczów, Mamo- 
niczów (wileńskich), Kuncewiczów, Mickiewiczów i t. d., 
te winny pozostać przy ruskiem -icz, ale pisownię Klo- 
nowicz, Szymonowicz i Zimorowicz jako ruską, nie pol- 
skę, z podręczników szkolnych raz na zawsze wyrzucić 
należy. Również błędny zjednoczony zamiast zjednoconego 
od jednocić, a to od jednoty ; żadnego jednoka przenigdyż 
nie było. 

Wracamy do czasownika. Postaci, jak cierpiemy, wi- 
dziemy, siedziemy i t. p., są wcale częste w wymowie, nie- 
możliwe za to w piśmie. Bezładowi umysłowemu, zanied- 
baniu strasznemu wszelkiej nauki i myśli za czasów 
saskich zawdzięczamy i te ślicznostki; jeszcze Krasicki, 
tych czasów wychowanek, pisał stale : widziemy, cier- 
piemy i t. d., co mu Dmochowski poprawiał. Pisownia 
nasza, taksamo jak rosyjska, ma pewny sposób na usu- 
wanie wszelkich wątpliwości, każe radzić się postaci in- 
nych, jeżeliś co do jakiej nie pewien ; wedle: cierpi, sie- 
dzi, widzi, spi, leży, dzierży, grozi, straszy i t. d., pisz: 
cierpimy, siedzimy, widzimy, śpimy, leżymy (ale: polę- 
żemy wedle polęże), łazimy (ale : leziemy, wedle łazi 
i lezie) i t. d. Taksamo w odmianie rzeczownikowej ra- 
dzimy się dalszych przypadków, jeżeliśmy co do pierw- 
szego albo innego jakiego niepewni, róg wedle rogu,, 
trwóg, warg (składacz XV. wieku wark napisał i taka 



124 



słuchowa pisownia w całym XV. wieku była wcale czę- 
sta, dopiero drukarze ją usunęli); więc nie wolno pisać: 
kłótka (Krasicki stale tak pisywał), bo kłoda kłódki do- 
wodzi; różdżka z powodu rózgi, nie rószczka. Takieto 
uwzględnianie innych postaci rozstrzyga ostatecznie, i Słow- 
nik prawopisowy byłby się ustrzegł błędów, gdyby wedle 
tej zasady postępował. Czytamy tam n. p. pod śmiać się 
„śmiali się, będziemy się śmiali" (mniej powszechne : 
śmieliśmy się, śmieliście się, śmieli się i t. d.), podob- 
nie pod siać, „sieli obok siali"; pod rozlać „rozlał, rozlali 
(rzadko: rozleli)". Toć to sprośne błędy; nie wolnoż 
pisać : śmieli się, bo śmieli jest liczba mnoga od śmiały 
i taksamo nie wolno pisać czy mówić : rozleli , sieli. Dla- 
czego ? przyczynę wykażą inne postaci : śmieli, śmiele, 
śmielszy, wymagają koniecznie i: oni nie śmieli; nato- 
miast śmiać się, lać, siać, wiać, chwiać, dowodzą swojem 
ia przed ć, że ono i przed / ostać się musi , więc : śmiali 
się, chwiali, lali, siali, wiali; że w rozkaźniku mamy ie, 
lej, chwiej, siej, śmiej się, wiej, toć należy do: leję, chwieję, 
śmieję się, wieję, sieję, t. j. do czasu teraźniejszego; 
z nim zaś imiesłów na / (lał, lali) nic nie ma spólnego, 
natomiast łączy się z bezokolicznikiem (lać). Nie można 
przeciw tej zasadzie wystawić czasownika : podziać się, 
podział się, gdzieście się podzieli, bo obok dziać się 
{w dawnej polszczyźnie dziejąc się) jest i dzieć się, a do 
tego słusznie podzieli się należy. 

Błędnie piszą w bezokoliczniku : dzierżyć, i dzierżył 
nawet, zamiast jedynie poprawnego: dzierżeć, odzierżał; 
dziś ustępuje prastare słowo, por. dzierżawa, nowszemu: 
trzymać; nienawidzić (i nienawidził) zamiast jedynie po- 
prawnego nienawidzieć, nienawidział ; odwrotnie zmyślono 
od nie tak dawna jakieś: musieć, myśleć, lubieć; musiał, 
myślał, lubiał zamiast jedynie poprawnych: musie (od 



125 



musu), myślić (od myśli, jak kupić od kupią i t. d.), lubić 
(od luby, więc lubił, lubiony, nie lubieliśmy, nielubiani) ; 
to poprawne i zachowały złożenia: zmyślić, przymusić, 
polubić. I z tej chropowatości możnaby język ogładzić a nic 
prócz błędnej nawyczki nie stoi temu na przeszkodzie. 

Spierają się dalej, jak pisać: upadłszy, czy upad- 
szy? Spór to właściwie bezcelowy, chociaż obu postaci uży- 
wano dowolnie; postać: upadłszy obok upadszy jest 
wymysłem pisowni, co istniał w języku, chociaż zaw- 
sze piśmie, nie w mowie żywej już od początku XVI. 
wieku przez cały czas aż do XIX., póki gramatyka nie 
odrzuciła dobrej postaci: upadszy, a przepisała mylną: 
upadłszy. Jak dziś pisać należy, o tem nie można 
wątpić wedle zasady ogólnej, że nie należy nigdy więcej 
znaków kłaść, gdzie mniejsza ich ilość starczy, a więc 
upadszy bierze górę, nie dlatego, że prawidłowe i star- 
sze, lecz dlatego, że krótsze. W dzieje tych postaci, ja- 
kiem się nieporozumieniem upadłszy zamiast upadszy, 
do pisma wkradło, nie wchodzimy ; wystarczy napomknąć, 
że jak wymawiano : ukrad , a pisano wedle ukradła i t. d. 
zawsze : ukradł , taksamo mniemano, należy mówić i pisać : 
ukradłszy, chociaż słyszano tylko ukradszy ; wniosek był 
mylny, ponieważ ukradł a ukradszy nic nie mają z sobą 
do czynienia. Należy więc pisać: upadszy. 

Natomiast istotny błąd zaszedł w naszej pisowni, jak 
zgnieceni , zwiedzeni i t. p., gdzie liczba mnoga od poje- 
dynczej odbiegła ; mówimy przecież : zgnieciony, zwie- 
dziony, niesiony, wieziony i t. d., więc niesieni (zniesieni), 
wiezieni, zwiedzieni, zgniecieni — tu jednak zanied- 
bywamy „miękczenia" i wedle całkiem odmiennych wzorów 
(zwodzony, zwodzeni i t. d.) mówimy i co gorsza piszemy 
zgniecenie, zwiedzenie i t. d. Przecież to nie dla nadmiaru 
miękczeń , mówimyż zniesienie, zwiezienie, więzienie i t. d., 



12* 



więc dlaczegóż nic pisać zwiedzienie i zgniccicnic? No- 
szeni nie oddziałało na niesieni, bo sz i ś różnią się 
znaczniej, niż dz i dź w zwodzeni i zwiedzieni. Błąd sze- 
rzy się, dziś można już usłyszeć zgniecony zamiast 
zgnieciony; o wiele dawniej powstał zjedzony zamiast 
zjedziony, albo posiedzenie zamiast posiedzienia. 

Zaprowadzono odróżnianie przymiotnika i czasow- 
nika, chociaż to jedna postać, n. p. osierociali syno- 
wie, ale synowie osierocieli , ci zniewieściali mężowie, 
ale żołnierze zniewieścieli w tym kraju, oni osiwieli, ale 
osiwiali starcy i t. d. Cóż o tern sądzić? Przymiotnikom 
osiwiali i t. p. przyświeca widocznie wzór biali, jak dziś 
zamiast bieli mawiamy. Kilka słów najpierw o tern zjawi- 
sku, co dziś jeszcze liczne ślady w języku pozostawiło, 
chociaż warunki jego zjawienia oddawna wszelkie zna- 
czenie utraciły ; wywód bowiem logiczny, jakoby po usta- 
waniu przyczyny ustawał i skutek (cessante causa cessat 
effectus) nie ma zastosowania w „gramatyce", t. j. w ję- 
zyku, gdzie przeciwnie po ustawaniu przyczyny pozo- 
staje skutek, skoroż rozstrzyga dziedziczność postaci. 
Otóż język odmieniał wedle „twardych" czy „miękkich" 
brzmień otaczających ia, io i ie (przyczem z dawnej 
„miękkości" już i śladu nieraz niemaż), biały, bielić, biel- 
szy, na bielenie*; wiatr, na wietrze, wietrzny; ściana, 
ścienie, ścienny; siostra, siestrze, siestrzeniec ; miotła, 
mietle ; biorę, bierzesz ; lazę, leziesz ; gwiazda , gwieździe, 
gwieździsty; miara, mierze, mierny; wiara, wiarka, wie- 
rze, wierny i t. d. Od dawnej prawidłowości uchyliliśmy 
się znaczniej ; mówimy już na ścianie (zawsze tak), gwiaz- 
dzie (gwiaździsty), w miotle, siostrze, siostrzeniec (zaw- 
sze tak), lezę (zawsze tak) i t. d. To znowu wedle biorę, 
bierzesz, mawiają nawet najmylniej w świecie: wlokę, 
wleczesz, zamiast jedynie poprawnego: wlekę, wleczesz, 



127 



gdyż przed fc, g, eh, odmiana ta niema miejsca, ze 
pozostaje stale, piekę : strzegę, nie piokę, więc i ćwiek, 
nie ćwiok!! Zresztą przestrzega czasownik dosyć stale 
zasady pierwotnej ; wyjątkowo : czesać, wedle : czeszę, 
mawiamy, zamiast : czosać (por. niewyczosany ; czosnek) 
ale u przymiotników i rzeczowników stan ten już się 
bardzo zachwiał. Więc mówimy biali, w nabiale i t. d. ; 
śmiali ludzie; dział, w dziale, w udziale i rozdziale (cho- 
ciaż poprawne : w rozdzielę, zawsze jeszcze piszą), a działo 
i dzieło rozdzieliliśmy, całkiem dowolnie, jedno słowo na 
dwa znaczenia; podobnie: na czole (guz), i: na czele 
wojsk; miara, wiara prawidło zachowały, ale ściana, 
zamiana i t. p. je zarzuciły, jak i siostra , ciota i t. d. 

Na tern więc polega owo dzielenie jednego i tego 
samego wyrazu na dwie postaci : zgrzybiali starcy, ci lu- 
dzie wcześnie zgrzybieli, t. z. wyraz użyty czasownikowo 
zachował postać prawidłową; gdy jest przymiotnikiem, 
utracił ją wedle wzoru przymiotnikowego: biali. Jest to 
dziwactwo językowe, ale skoroż istnieje, możemy się we- 
dle niego stosować, chociaż miejsce mu na śmietniku. 

O pisowni innych postaci czasownikowych nie my- 
ślimy rozprawiać ; bezokolicznika : wziąść (i w złożeniach, 
przedsięwziąść i i.) nie znosimy w piśmie, zawsze tylko: 
wziąć (dosyć mamy na błędnem iść zamiast ić) ; jak na- 
leży poprawiać błędne: cierpiemy i t. p., o tern mówi- 
liśmy wyżej. 



X. 

Ruchome czyli wsuwne e nasuwało piszącym w od- 
mianie rzeczownikowej wątpliwości (bitw czy bitew i t. p., 
patrz wyżej); jeszcze liczniejsze napotykamy u przyim- 
ków, mianowicie z i w, rzadziej (albo raczej wcale już 



128 

nic) u innych, kończących się spółgłoskowe jak bez, 
nad, przed, przez i t. d. Kiedy mamy pisać ze, we, 
i t. d., a kiedy z, w? Że zbieg spółgłosek tu nie roz- 
strzyga, jest widoczne; przecież piszemy: zdrzemię się, 
ale przenigdy: zdrzeć, chociaż spółgłoski te same, lecz 
zawsze tylko: zedrzeć; w dzwonie, w strumieniu, ale: 
wezwać, we zdrowiu. Przyczyna tego pojawiania się 
lub znikania ruchomego e zupełnie inna; ono zawisło 
od tego tylko, czy w następnej zgłosce było podobne ru- 
chome e, n. p. mówimy: we Lwowie, ponieważ między 
Law (por. lew) było niegdyś ruchome e, a ze dwu po 
sobie następujących ruchomych e zawsze pierwsze pozo- 
stawało, drugie zanikało. Piszącym dziś nie sposób już 
narzucać pierwotnej prawidłowości; bo któryż z nich wie 
cośkolwiek o przyczynach zanikania czy zjawiania się 
takiego e; mimo to można dać im nieomylną niemal wska- 
zówkę. W razach wątpliwych przy jednym przyimku wy- 
starcza bowiem uwzględnić drugi; jeden należy drugim 
„poprawiać". N. p. nie napiszemy nigdy: we wodzie, we 
Warszawie, boć tylko z wody, z Warszawy się pisze 
i mówi; nie piszmy: we Włoszech, boć mówimy i pi- 
szemy: z Włoch; nie: wewlekać, bo jest: zwlekać; ze- 
brać, ale z bratem (w bracie); we sto ludzi, ze stem; we 
wtorek, ze wtorku ; w środę, z środy ; w sobotę, z soboty ; 
we dnie, ze dna; w stolicy, z stolicy; we dwu, ze dwu; 
w trzech, z trzech; w który, z którego (powinno brzmieć 
we który, ze którego, ale nawykliśmy od dawna do myl- 
nej postaci) ; we młynie, ze młyna ; we zbiorach, ze zbio- 
rów; zespolić, wespół; w znaku, z znaku. Że wyma- 
wiamy dla wygody: zeszywać, ze znakiem, zeszedł; ze- 
sunął się, wewlec, we dworze, we wodzie i Ł d., zamiast 
prawidłowych: zszywać, z znakiem, zszedł, zsunął, 
wwlec, w dworze (z dworu, nie ze dworu), nie dowodzi 



129 



niczego dla pisma. Na tern to zjawisku polega owa stała 
wymiana, n. p. bezecny, ale bezcześcić kogo; wpychać, 
ale wepchnąć; wezbrać, ale wzbierze, westchnął (zamiast 
wezdchnął), ale wzdychać i t. d. 

Dziś ulega prawidło licznym wyjątkom, wspomnie- 
liśmy właśnie o takich, jak: z którym, w którym, zamiast 
ze-, we- (boć między kat było niegdyś brzmienie sa- 
mozgłoskowe, a na takież kończyły się i w, z samo, ze 
dwu zaś po sobie następujących brzmień głuchych: ze" 
ketórego, pierwsze tężeje ku pełności: ze którego, drugie 
całkiem niknie); z dnia (zamiast ze dnia, por. dzień); 
dziś mówią już z Lwowa, w Lwowie. Po naszych grama- 
tykach i prawopisach łączą to zjawianie się e z „utrud- 
nieniem wymowy, ze zbiegiem kilku spółgłosek", co jest 
wierutną bajką; niemiłe zbiegi ułatwia się w wymowie 
wyrzutnią: nie mówimy przecież: rozestąp się, lecz: 
rostąp się, piszemy tak nawet: rosół (z roz-sół, rozso- 
lony); przyczyna istotna, zupełnie inna, jak właśnie wi- 
dzieliśmy. U innych przyimków, z taką samą końcową 
głuchą, przewiódł język jednolitą ich postać, więc nad 
lub pod lwem; bez skazy, przez wtorek lub czwartek; 
obok: we drzwiach, lub: ze drzwi, mówimy już: przed 
drzwiami, nad drzwiami; zpode Lwowa lub nade Lwo- 
wem, należą już raczej do wyjątków. 

Tu nasuwa się ciekawa uwaga prawidłowa. Owo 
natężenie pierwszej głuchej (ze mną) następuje tylko w obrę- 
bie jednego słowa, nie we dwu oddzielnych; więc stano- 
wią oba słowa całość i należy je pisać razem. Piszemy też: 
przedewszystkiem , nadewszystko, ale ode mnie, nade mną, 
pode mną, chociaż to e wisi zupełnie w powietrzu, prze- 
cież ono takie samo, jak w: odebrać, nadebrać, podebrać; 
kłóci się wręcz pisownia rozdzielna z nierozdzielnością 
zwrotu. Poza z i w już nieznaczne dawnego stanu ślady; 

Aleksander Bruckner, Walka o język. 9 



130 



bezemnie, przezemnie zachowaliśmy jeszcze, ale mówimy 
już tylko: bez wszystkiego, przez wszystko i t. d. 

Aby z chwiejnością w używaniu z, ze i w, we po- 
kończyć, wystarczy prawidło, że uwzględnia się oba przy- 
imki czy przedrostki, zanim się włoży do pisowni po- 
prawnej. Ponieważ mówimy wszywać, winno się pisać 
zszywać, przenigdy zeszywać, a więc i zeszyt zamiast 
zszytu winienby paść ofiarą w pisowni (co innego w wy- 
mowie). Uzupełnić je można drugiem, że używamy ze, 
we, gdziekolwiek czujemy złożenie, a więc we zbiorach, 
nie w zbiorach, bo z-biór złożone (niegdyś z5-biór); 
w znawstwie, w znamieniu, w znaki, bo zn- pierwotne, 
złożenia niema, ale we zniszczeniu, we znęcaniu i Ł d.; 
we zrazie, we zrębie, por. wezwać (zowę) i t. p.; zwlec 
(nie zewlec), z włosienia, z włości; z Włoch; ale ze wło- 
żenia, ze wnętrza, ze wpajania, ze wręczenia i t. d. Lecz 
rozśmiałem się, nie roześmiałem, pisać należy, por. roz- 
śmieszyć kogo; rozezbroić, rozezbrojenie (nie rozbroić, 
rozbrojenie, gdzie całe ze połknięto, przecież od zbrojenia, 
nie od brojenia poszło), rozebrzmieć, nie rozbrzmieć ; we- 
dle: rozetrę, rozeprę, mówimy i rozetrzeć i rozeprzeć, co 
jest mylne, zamiast: roztrzeć, rozprzeć (por.: roztarł, 
rozparł, i: rozpiąć, rozciąć, ale rozepnę, rozetnę). 

Pisownia samego przedrostka i przyimka z nasuwa 
jeszcze jedną uwagę. Dziś służy on nam przy ruchu 
trojakim: przy połączeniu (iść z kim), przy zchodzeniu 
(zszedł, nie zeszedł, z góry), przy wychodzeniu (idąc 
z lasu, z pola); spadły się w nim dwa niegdyś zupełnie 
odrębne przyimki, s i (iz) z, które Czech wierny swojej 
pisowni „historycznej", „etymologicznej", t. j. uwzględnia- 
jącej stan pierwotny, pochodzenie, nie wymowę, stale roz- 
różnia; pisząc: snami, s weczera, se mnou, ale: z lesa, 
z rana, z pamieti i t. d. U nas bez najmniejszej różnicy : 



131 



z nami, z wieczora, ze mną, z lasu, z rana, z pamięci. 
Oddzielnego tego z nigdy też inaczej nie piszemy : z tobą, 
z siostrą i t. d., bez względu na wymowę. Przeciwnie, 
skoroż to z jest przedrostkiem, najniepotrzebniej w świe- 
cie rozróżniamy dwie jego postaci; piszemy jedną przez 
s przed pewnemi spółgłoskami; drugą przez z przed ni- 
nemi; więc: skraść, spaść, stopić, schodzić (ale zejść 1), 
ściągnąć, sczesać, ściąć, scedzić i t. d.; natomiast: zbić, 
zwalić, zdać, zgnieść, zlać, zmiąć, zniszczyć, zhańbić, 
zżółknąć, zziębnąć. Dotąd możnaby różnicę pisowni od 
biedy uzasadnić (przeciw najogólniejszej naszej pisowni 
zasadzie) wymową, ależ: zszyć, wymawiamy jak: zcze- 
sać; zsadzić jak scedzić; zsiąść jak ściąć, mimo to pi- 
szemy je również przez z. Jedyne z tej niejednostajności 
wyjście polega na tern, aby stosując się do ogólnej za- 
sady pisać każde z, przedrostkowe jak przyimkowe, przez 
z, a więc: z tobą, zkąd, ztamtąd, zpaść, zkraść, zpiąć, 
ztarty (wedle zetrzeć, my dziś jedno starty, drugie ze- 
trzeć, piszemy!), zejść i zchodzić (a więc i zchody, nie 
schody) i t. d. To samo dotyczy przedrostka wez lub 
wz, który również wszędzie przez z pisać należy, wzru- 
szyć, wezbrać, wzrost, wzdąć, wzkrzesić, wzehodzić 
(wzejść), wzkazać, wzkazówka; co innego wskoczyć, 
gdzie zs w s przeszło (por. męski i t. p.), wzpomnieć, 
wzpomóc, wztręt, wztrząsnąć (ale wstać z z -{- s; stać 
się pisano jeszcze w XVI. wieku zstać się, ruskie sosto- 
jat', myśmy złączyli zupełnie złożone zstać, sstać, z nie- 
złożonem stać). We wszcząć zamiast wzeząć, wściec się 
zamiast wzeiec się, posunęliśmy pisownię jeszcze dalej. 
Rozróżnianie pisowni z- i s-, wz- i ws~ niema najmniej- 
szej zasady, skoro n. p. bez, roz, zakończone na to samo 
z, zawsze przez z piszemy : bezpieczny (a więc i zpaść), 
a już przed roz uginamy chyba kolana, tak starannie je 

9* 



132 

zachowywamy : rozstrzygać, rozstrój, rozkaz (a więc i zka- 
zać, wzkazać, przecież jedno tak dobre jak drugie). I u in- 
nych przedrostków ani nam się śni o jakiemś różniczko- 
waniu ; piszemy : odtrącić, odpaść, odpisać (jedyna otchłań 
i otwór ocalały pierwotną tego przedrostka postać, da- 
wniej było i otemnie i t. d.) ; taksamo : przedpiekle, przed- 
ślubny, przedtem, chociaż -/ wymawiamy: nadtłuc, nad- 
stawić i t. d. Więc dlaczegóż dla jedynego z z ogólnej 
zasady robić wyjątek? 



XI. 

Jeżeli się znalazł czytelnik, co aż dotąd cierpliwie 
wywody moje śledził, toć teraz przynajmniej — jeśli nie 
o wiele wcześniej — zawoła : cóż to za sposób obchodze- 
nia się z językiem ? jakżeż można narzucać ogółowi, L j. 
temu, kto język wytwarza i przechowywa, wbrew jego 
poczuciu językowemu, czy na wyczce jego (a ta w języku 
o wszystkiem stanowi) jakieś prawidła czy pęta? Jeżeli 
wszyscy mówimy wyraźnie: częstować, szczęka; noce, 
wsie, twarze, rozkosze, straże; jedną czy inną czy tamtą 
osobę; gimnazyum — gimnazyów i t d. ; jeżeli wszyscy 
piszemy i to nieraz od wieków : ogórek, ogół ; upadłszy ; 
módz, biedź i t. d., toć nie przyznamy nikomu prawa 
narzucać nam pisownię odmienną od tej, do której śmy 
nawykli i przyniewalać nas do jakiegoś obcego nam często- 
wania i szczeki, do: nocy, wsi, twarzy, rozkoszy, straży i t. d. 
Język przecież, to nie organizm, którego żadnej cząstki 
naruszać nie wolno; to nie budowla , jaką filolog wystawił 
i w niej się dowolnie rozrządza; to wytwór stopniowy 
różnych miejsc, czasów i wpływów, którego nie obowią- 
zują zasady czy prawidła — te przecież z języka naszego 
wywodzimy, nie na odwrót; wystarcza też zgoda ogólna^ 



133 



prawidłem jest, co ogół uświęcił i dla liberum veto filolo- 
gicznego niemaż tu miejsca. 

Wszystko szczera prawda i chętnie uznajemy pra- 
womocność tego, do czego się ogół mówiących przyznaje ; 
mimo to twierdzimy, że wolno język odmieniać czy „na- 
prawiać", t. j. zniewalać go do porzucania wadliwych po- 
staci czy pisowni, nawet wbrew ogółowi mówiących, 
choćby ich cały lud nawet popierał. Oto n. p. postać se, 
zupełnie prawidłowo z sobie powstała, jak n. p. człek 
z człowiek; „niech se pójdzie" słyszał i mówił już każdy 
z nas ; za czasów saskich używano tego se ogólnie, i w wier- 
szu i w prozie; jest to postać ludowa i mimo to miejsca 
dla niej w piśmie nie ma, nie zniesiemy jej, obstając 
przy prawidło wem: sobie. Czyż to nie poprą wianie języka? 
K te tak wygodne postaci: wsio w, mszów, okno w, my- 
szów, komisyów i t. d. (powszechne u ludu i w całym 
XVIII, wieku), czy nie wyświeciliśmy ich lak z języka, 
że tylko: Jegomościów ocalało (i to dzięki znaczeniu 
swemu). R od czegóż uczymy się prawopisu? czyż i on 
nie gwałci naszego poczucia (czytaj : widzimisię) języko- 
wego? Znałem filologa-modernistę, co wszelki prawopis 
znosił ; wymagał, aby każdemu pozostawiono do woli jak 
pisać chce (nie pytałem, czy to się tylko do listów oso- 
bistych, czy też i do druku odnosi?). 

Jeżeli wolno każdemu pisać, jak mu się zamarzy, 
nie wiem, dlaczegoby i mówić tak nie mógł? Litwin 
mówi: ja przyjechawszy, on odszedł; może się nawet na 
króla Leszczyńskiego powołać, co taksamo zdania łą- 
czył — czyż i to płazem puścimy? i każde inne psowa- 
nie polszczyzny? (nie psucie, zepsucie, boć od psa, por. 
psotę, nazwane i tylko psowaniem, zepsowaniem być 
może; patrz, cośmy wyżej o knuć zamiast knować po- 
wiedzieli). Błędom należało się opierać przy pierwszem 



134 



ich zjawianiu, gdyż zakorzenionym trudniej, albo wcale 
nie podołamy, ależ u nas przez cały wiek XVIII, nikt 
się nie sprzeciwiał najazdom gwałtowników, ruskim i pru- 
skim, cóż dopiero najazdom słownikowym i gramatycz- 
nym! Byliż ludzie dobrej woli, co począwszy od XV. 
wieku bronili języka, sarkali na jego zaśmiecanie cudzo- 
ziemszczyzną, na jego poniżanie wobec niej, na dziwac- 
twa wkradające się do niego — taki n. p. Górnicki, co 
braki większego uzdolnienia troskliwością o język zastę- 
pował, ale ich usiłowania dorywcze (Ostroroga, Fredry 
i i. w XVII. wieku) nie zastąpiły celowej pracy; na brak 
jej i dziś jeszcze utyskiwać musimy. Może Niemcy cza- 
sami śmieszni z zabiegami o tworzenie wszelkich możli- 
wych związków i towarzystw, ale i tu nie zawadziłoby 
nam wcale pójść za ich przykładem, otrząść się z nie- 
dowierzania pracom zbiorowym i założeniem Towarzy- 
stwa Przyjaciół Języka Polskiego, iść w zawody z ich 
„Sprachverein a i jego pożyteczną zabiegliwością. 

Język jest z przyrody swej zachowawczy (bo ina- 
czej nie spełniałby zadania swego, służyć narzędziem 
porozumiewania się); mimo to mówiący lubią odmianę, 
chwytają się różnych dróg, sami porzucają jedne, obie- 
rają inne. Mieliśmy n. p. : szczękę, zachowaliśmy ją 
w: paszczece, ale z szczeki zrobiliśmy w wieku XVII. 
szczokę (mieniając przeciw zasadzie ogólnej e w o, jak 
w wlokę, macocha, pożoga, ożóg i t. d., zamiast jedynie 
prawidłowych: wlekę, macecha, pożega, ożeg), lecz inni 
obrali : szczękę i tą drogą, a raczej manowcem, poszliśmy 
wszyscy. Bywa tak wszędzie, u nas jednak więcej, niż 
gdziekolwiek indziej. Jak o młodszości naszej cywilizacyi, 
co słuszna, tak prawią i o młodszości naszego języka („ję- 
zyk to w swej fazie twórczej, w okresie młodości, za- 
nadto wolnościowy, zbyt bogaty"), co całkiem niesłuszne — 



135 



język n. p. rosyjski, nic starszy od naszego, mimo to 
w znacznej mierze (n. p. w odmianie słów rzeczowych) 
nie podziela wcale naszej „wolnościowości", jest bardziej 
skrępowany w postaciach. Więc jeżeli mówiący sami kro- 
czą różnymi torami, miałożby być zabronione ich wy- 
tykanie, przestrzeganie przed mylnymi, polecanie tych, 
co do celu prowadzą? 

Czytamy n. p. „w podatnych dla się medyach", albo 
„nie bierzemy na się i t. d." ; kto tak pisze, mógłby się 
nawet powołać na: przedsiębiorca, przedsiębiorstwo (por. 
odbiorca, ale spadkobierca uczy, jak słowa te właściwie 
brzmieć winny, przedsiębierca, odbierca!), na przedsięwzię- 
cie, na dawne przysłówki zaś (z zasię) i przecie (z przed 
się) — mimoto przywykliśmy dziś do tego, aby : mię, cię, 
się, nie kłaść po przyimkach, aby mówić: na ciebie, 
nie na cię i t. d., więc skarcimy owo wznawianie da- 
wnego zapomnianego sposobu mówienia. Z się grze- 
szymy i w innych razach, szafując niem aż nazbyt przy 
czasownikach zwrotnych i rzeczownikach od nich uro- 
bionych, n. p. : przy rozporządzaniu się, zamiast samego : 
przy rozporządzaniu. 

Te i podobne, to błędy osobnicze i te karamy. Co 
innego wolności językowe, n. p. wybór albo raczej wol- 
ność wyboru między rozmaitemi „końcówkami", t. j. po- 
staciami słownemi, znamienna dla języka polskiego bar- 
dziej, niż dla jakiegokolwiek innego. Pytamy n. p. jak 
pisać: pisarzów czy pisarzy? uczniów czy uczni? wy- 
mędrkowano nawet jakąś między niemi różnicę znacze- 
nia; pisarzów polskich, ale pisarzy gminnych, uczniów 
w szkole i uczni rzemieślniczych, co wierutna bajka. 
W innych razach zachodzi istotnie różnica znaczenia, 
zbiega -jeńca rozróżniamy od zbiegu- przypadku, druta 
(pończochy) od drutu (telegrafowego — czy to nie krócej 



136 



i lepiej, niż: telegraficznego?). Jakież damy piszącemu 
wskazówki co do wyboru różnych postaci? 

Obfituje w nie język polski nierównie więcej, niż 
n. p. rosyjski; najbardziej w liczbie pojedynczej rodzaju 
męskiego; u żeńskich i nijakich tego niema wcale, bo u nich 
nie było więcej odmian rozmaitych, stapianych w jedną. 
Więc drugiego przypadku postać jest z -a lub -u, druta 
i drutu, bez początku i końca i t. d. ; prawidło znane: 
nazwy martwe obierają -u, żywe (zwierzęce, osobowe) 
-a, zbiegu i zbiega; syna, woła, ale: domu, miodu; lecz 
prawidłu najogólniejszemu bróżdżą rozmaite „wyjątki" ; 
nazwy rzeczowe na -k lub -c przybierają -a, wedle więk- 
szości rzeczowników na -k lub -c, jako nazw żywych, 
więc piórnik piórnika wedle grzesznika, stolca wedle 
szewca, odwrotnie: naród, narodu, wedle: ród, rodu; 
sejmu wedle: rozejmu, najmu i Ł d.; ponieważ zakoń- 
czenie -a czasowo starsze, więc zatrzymały je nazwy 
miesięcy, miar, gier i monet. Zresztą nawet w nazwach 
geograficznych wahamy się między liczniejszemi, dawniej- 
szemi na -a, a rzadszemi i nowszemi na -u, Rzym we- 
dle wszystkich innych na -m (dom, tram, kram, Krym, 
prom, srom, rym, rum, dym) -u otrzymał; Dunaj zaś 
od wszelkich innych na -aj (kraj, rodzaj, zwyczaj, liszaj 
i i.) -u przejął; nie należy jednak zapominać, że Śląsk, 
Gdańsk, Lipsk, Płock i inne na -sk, -ck bywały niegdyś 
nijakiemi, Śląsko, Płocko, Gdańsko i t d., i jako nijakie 
-a obierały (Rypino, nie Rypin, niegdyś i tak bardzo 
liczne). 

I postać trzeciego przypadka dwojaka, na -u i na 
-owi. Owi należało wszystkim nazwom-imionom (Rosya- 
nie -owi dziś wcale nie znają, ale po ich kronikach nazwy 
osobowe zawsze -owi przybierały) ; za osobowemi poszły 
i urzędowe: królowi, hetmanowi i i d., chociaż niejedna 



137 



z nich nazwa ocaliła dawniejsze -u: panu Bogu, księ- 
dzu, bratu, mężu (obok mężowi, co pospolitsze), chłopu 
i chłopcu', ojcu i t. d.; -u widocznie ustępuje przed dłuż- 
szą, więc wyrazistszą postacią; jeżeli natomiast do: Lwów, 
Kraków i t. p. zawsze urabiamy: Lwowu, Krakowu i t. d., 
to przyczyna widoczna: unikamy przykrego (-owowi) 
następstwa; co dziwniejsze, język nie korzysta z -owi 
dla odróżniania 3. od 2. przypadka: snu, stołu, brogu 
i t. d. są oboma. 

Czwarty przypadek u wszystkich Słowian bądź pierw- 
szemu bądź drugiemu równy, pierwszemu u rzeczowych, 
drugiemu u żywych (jedyne u nas wyjątki zastarzałe: 
iść za mąż, na koń siadać, na św. Jan) i to samo prze- 
niesiono do liczby mnogiej (tu Rosyanin nas prześcignął 
wyjątkowo, my kupujemy ryby, on ryb i t. p.). 

I wołacz podwójny; wołacze na -u od „miękkich" 
(kraju, rodzaju, królu, gościu, mężu, wężu, nauczycielu 
i t. d.) są odwieczne; używamy ich również przy gardło- 
wych, aby unikać miękczenia: duchu, grzechu, Wojcie- 
chu, ziomku, wrogu i t. d. (tylko Boże, człowiecze, księże 
i „żywe" na -e, chłopcze, ojcze i t. p. ocalały); zresztą 
-ze, przed którym wymiana dawna io-ie już ustała, Pio- 
trze (Piętrze u ludu i w żartobliwem: nie pieprz Piętrze 
i t. d.), miodzie i t. d. Siódmy przypadek podobne przy- 
biera postaci, utracił już jednak dawne: w Bodze (por. 
w nodze), człowiece (por. w ręce), dusze (por. w musze), 
co jednak u przymiotników, używanych przysłówkowo 
ocalało : wielce, na prędce (por. źle, wcale, omale, nie małe, 
co w omal, niemal skróciliśmy), wysoce, wkrótce. Dziś 
używamy -u wyłącznie po gardłowych i po miękkich, je- 
dynie niemal: w panu (Bogu) przypomina, że niegdyś 
i po innych spółgłoskach to -u się zjawiało. 

Pierwszy przypadek liczby mnogiej męskiej dosiągł 



138 



szczytu, gdyż nic mniej, niż sześć postaci przybierać 
może: osobowe -i: Polacy (chłopi, żydzi, Litwini, Ru- 
sini , Niemcy, Włosi, hetmani, cygani — nie cyganie, 
przecież drugi przypadek cyganów, nie cygan, Hiszpani — 
taksamo, młodziani — taksamo); osobowe -owie: panowie 
(królowie, wszelkie nazwy urzędowe i osobowe nawet od 
żeńskich i nijakich: sędziowie, Kmitowie, Tarłowie i t. d.); 
osobowe -ie z-ije: ludzie, goście, kmiecie, a wedle nich: 
męże, oracze, pisarze, lekarze, stróże, króle, przyjaciele 
i t. d. ; osobowe -ze z pierwotnego -e, Polanie, Rzymianie ; 
tu należy i dnie, z pierwotnego dne albo dnije, tygodnie 
(zamiast tegodnie, a raczej tydnie, co u ludu istnieje), po- 
stać: dni, jest błędna, należała do 2. i 4. przypadku, nie 
do pierwszego. Rzeczowe -y albo po miękkich -ze: stoły, 
psy, wilki, początki, środki, dachy, stogi, brzegi, i Ł d. ; 
konie, niedźwiedzie, ołtarze, pieniądze, miesiące, końce, 
strumienie, cienie (ta cień, w liczbie mnogiej cieni, dziś 
już tylko narzeczowe) ; nakoniec rzeczowe twarde -e w ro- 
manse it. d., sekwense już wr. 1658. — przyczyna tego -e 
niejasna. Postaci rzeczowej używa się i dla osób, czy to 
z odcieniem lekceważenia co bardzo znamienne dla nas sa- 
mych: żydy, chłopy, Polaki, Rusy, kąty, wrogi, Mochy; 
czy od imion ludowych dla oznaczenia ziemie: Węgry 
obok Węgrzy, Włochy obok Włosi, Czechy — Czesi, 
Prusy (obok dawnych : Prusowie, dziś Prusacy), Niemce — 
Niemcy; dziś jak najmylniej „Niemcy" i dla ziemicy wy- 
stępuje zamiast jedynie poprawnego: Niemce. 

Postać drugiego przypadka trojaka: bez wszelkiej 
końcówki , do tych czas (pisane od dawien dawna razem), 
do Węgier, do Czech, do Włoch, do Niemiec, niegdyś 
i do Turek; przyjaciół, Polan, mieszczan (ale poganów, 
Chrześcianów, cyganów, młodzianów, Hiszpanów, boć to nie 
nasze -ianin, -ianie, lecz an łacińskie). Postać ta dla braku 



139 



wyrazistości (zachowana w odmianie żeńskiej i nijakiej : 
tych ryb, pól) dawno ustąpiła miejsca dwom innym, na 
-ów lub -i, pisarzów i pisarzy, ci uczniów i uczni, słu- 
chaczów i słuchaczy, wielbicielów i wielbicieli i t. d. Istot- 
nej między niemi różnicy niema ; jest ta, że -ów pospo- 
litsza, znacznie góruje, nieraz wręcz prostacka wobec 
„delikatniejszej" na -y, o czem łatwo się przekonasz, po- 
równywaj ąc stróżów i stróży, strusiów i strusi, śledziów 
i śledzi, talerzów, nożów, widelców i talerzy, noży, wi- 
delcy, sążniów i sążni, groszów i groszy, uszów i uszy 
(oczów rzadsze znaczniej), strumieniów i strumieni (ka- 
mieniów rzadsze znaczniej) ; pieniędzy, tysięcy, miesięcy, 
zajęcy (ale i zająców), liści, paznokci (ale i paznokciów), 
dni (tygodni, ale Suchedniów) i t. d. Postać -ów za 
czasów saskich groziła zalaniem powszechnem, bo do- 
cierała i do mszów, wszów, wsiów, oknów, ognisków; 
przysłowiów — dziś równie mylnie, ale w przeciwną 
stronę, przysłów — poprawne byłoby przysłowi, czego 
wcale nie używamy, ponieważ wiele nijakich na -ie z -ije 
spadło się z dawnemi na -je; znaczenie, powtarzanie, 
ściągnięcie i t. d., odmieniamy jak: morze, pole; więc: 
znaczeń, powtarzań i t. d., jak pól, mórz i t. d. — tak 
u wszystkich na -nie i -cie, podczas gdy u innych i jesz- 
cze ocalało: narzędzi, narzeczy, przymierzy, podziemia 
bezprawi, przedmieści (ale często i do przedmieść, do 
podziem, tych bezpraw). 

Tu wyjątkowo i w odmianie żeńskiej, odznaczającej 
się zresztą znaczną stałością (oprócz wahania owego co 
do: twarze czy twarzy, wsie czy wsi i t. d., zob. wyż.), 
pole dla dowolności, wolnoż mówić: piekarń (i tak 
u wszystkich podobnych) i piekarni, wieczerz i wiecze- 
rzy, sukien i sukni, studzien i studni, kropel i kapel 
(właściwie kropi i kapl) i kropli, kapli, czapel i czapli > 



140 



grobel i grobli, szabel i szabli, wiszeń i wiszni, łrzeszni 
i trzeszeń (zamiast poprawnych postaci z sz wkradły się 
do pisma i mowy mniej poprawne z ś, trześnie, wiśnie), 
luteń* i lutni, ale tylko: łaźni, kłótni, zbrodni, pochodni, 
wyroczni, rękojmi i t. d. Przeróżne to postaci i nie my- 
ślimy ich wedle właściwego pochodzenia rozdzielać, da- 
wne i prawidłowe od późnych i mylnych (n. p. wiecze- 
rzy, mszy i i.), skoro już język XV. i XVI. wieku wahał 
się w obieraniu jednych i drugich. Nie rozstrzyga bynaj- 
mniej, jak i w innych razach nie, wzgląd na odróżnianie 
od tegoż przypadku liczby pojedynczej; spalni, kopalni, 
spiżarni, stajni (obok stajen), jest jedno i drugie; baczyć 
należy na znane i z innych języków słowiańskich, n. p. 
z rosyjskiego, stwardnienie końcowego ń, studzien, nie 
studzien, sukien, nie sukien i t d. 

Szczytu dowolności dosiągł język w odmianie rze- 
czowników sędzia i hrabia (margrabia, burgrabia). Sku- 
szony odmianą nazw urzędowych przymiotnikową (woźny, 
chorąży i t. d.) porzucił w liczbie pojedynczej dawną żeń- 
ską dla: sędziego, sędziemu, zatrzymał ją w wołaczu 
i w przypadku szóstym (sędzio, z sędzią), a w liczbie 
mnogiej przeszedł zupełnie do rzeczowników męskich, 
sędziowie, sędziów i t. d. Jakżeż siódmy przypadek liczby 
pojedynczej? Gramatyki uczą: w sędzim, hrabim (tak 
było w XVI. i XVII. wieku), albo: w sędzi, hrabi (tak 
było jeszcze dawniej) — ale my tak nie mówimy, mó- 
wimy z męska : w sędziu, hrabiu i to już od XVII. wieku 
napotykamy. Gramatykom naszym nie zawsze dowierzać 
można — jedna z tego nauczka, a druga: dowolności ję- 
zykowej granic nie zakreślisz. 

Inny przykład. U czasowników wzoru: schnąć, 
bladnąć (na jego miejsce wkrada się blednąc do bled- 
nieć; a odwrotnie zamiast: bledziutki, bledszy, biedzi, 



141 



wkrada się: bladziutki, bladszy, bladzi, szczególniej ten 
dziś przeważa; jednak mówimy dotąd bez wyjątku po- 
prawnie: zbladł, zbledli) i t. d., ich -ną- pozostaje albo 
odpada przed / i szy (mniej często odpada przed -szy). 
Wedle dawnego prawidła utrzymywało się zawsze to -na- 
po samogłosce pierwiastkowej, więc tylko: stanął, sta- 
nąwszy, usunął, zwinął, utonął, minął, lunął (zamiast 
linął), płynął, słynął i t. d. ; natomiast odpadało po spół- 
głoskach: ogłuchł, oślepł, uschło, zwiędło, zziąbł, zmarzło, 
ukląkł, zabłysło, zakwitło, umilkł, ochłódł, ochrypł, zmókł, 
znikł, zasłabł, wystygło, schudł, zgasł i t. d. (mylnie 
wstawiają tu gramatycy urobienia na -ł, co wcale nie od 
ną- poszły, n. p. zakwitł od zakwiść, ukradł od ukraść, 
pobiegł od pobiec; przysiągł od przysiąc, poległ od po- 
lec, ugrzązł od ugrząźć i i.) ; w języku pospolitym można 
więcej tego znaleźć: kopła, dmuchła, udźwigła, szarpła, 
prysła, stukła — mniej w rodzaju męskim. Tu waha się 
pismo nieraz między jedną a drugą postacią: zniknąw- 
szy i znikszy, uklęknął i ukląkł i t. d. Dalsze wahanie 
widzimy u tych samych słów w trybie biernym między 
postacią -iony a -ięty: natchniony i natchnięty, ciągnie- 
nie i ciągnięcie, ciśnienie i ciśniecie, dościgniony i do- 
ścignięty, ogarnienie i ogarnięcie, zamknienie i zamknię- 
cie (zamknięto posiedzenie, nie: zamkniono; pociągnięto 
do odpowiedzialności, nie: pociągniono; wyrżnięto, nie: 
wyrzniono i t. d.); pozostaje to w związku z ogólnie pol- 
ską dążnością do rozszerzania postaci -ty w miejsce -ny. 
Szczycimy się językiem, coś jak państwowością naszą, 
t. j. ofiar nie chcemy dla nich ponosić, jakby bez ofiar 
i trudów czegośkolwiek wielkiego i trwałego dosiąc mo- 
żna. Na szczęście nie wymaga od nas poprawność języ- 
kowa ofiar czy trudów zbytnich; nieco uwagi i pilności 
wystarczy, aby odwiać plewy od ziarna i z naleciałości, 



142 



jakiemi przeważnie nieuwaga, niedbałość, leniwstwo, mędr- 
kowanie niepotrzebne pisownię i język upstrzyły, oboje 
odczyścić. Niejednemu czytelnikowi wyda się może mowa 
moja zbyt twardą, wymagania zbyt wygórowanemi , na- 
prawa zbyt uciążliwą, ale jak przyzwyczailiśmy się do pi-, 
sowni mylnej, tak się też od niej odzwyczaić możemy 
Język niewzruszonym nie jest ; właśnie w ustępie ostat- 
nim zebraliśmy przykłady znacznej dowolności, umyślnie, 
aby wykazać, jak swobodnie język sobie poczyna; jak 
wybiera to i owo; jak nas niby upoważnia, abyśmy za 
jego wzorem rozpatrywali się w skarbie odziedziczonym 
i ze wszelką dla niego czcią należytą pytali i badali, czy 
nie na czasie rozstrzygnąć ostatecznie rozmaite wątpli- 
wości, usunąć rozmaite niedokładności, uruchomić roz- 
maite zasoby, odnowić i oczyścić niejedno, u kolebki 
nowego państwa, w przededniu zmian stanowczych, sta- 
wić się choćby z drobną poprawą językową, z ustaloną 
bardziej pisownią. Czy innym sposobem ściślej dowie- 
dziemy, jak wysoko cenimy nasz język? 



FDyrazy obco i ich znaczenie. 

i. 

Pomniki dziejowe ludzkości spoczywają w archiwach 
naziemnych i podziemnych. Pierwsze — to budowle i ich 
zwaliny, drogi i mosty, mury i okopy; dalej zabytki pi- 
śmienne po skalach i kamieniach, na skórze i papierze, 
a w nich podania i dzieje, przepisy wiary i prawa, in- 
wentarze i rachunki ; wszelkie zabytki sztuki wielkiej 
i małej ; wreszcie, najprostsze i najtrwalsze, nazwy gór 
i rzek, ludów i miejscowości, a choćby i słowa pospolite. 
Z takich to archiwów korzystało wyłącznie dawniejsze 
dziejopisarstwo, od Herodota do Rankego. 

W archiwach podziemnych, w jaskiniach i kryjów- 
kach, mogiłach i kopcach, kości ludzkie i zwierzęce, broń 
i narzędzia , ozdoby i monety, resztki koczowiska , miesz- 
kania, miejsca obronnego czy ofiarnego, zamulone, poro- 
słe, zapadłe, czekają wydobycia przypadkowego, przy 
orce, karczowaniu, trasowaniu dróg i nasypów; albo 
umyślnego, gdy starożytnik bada ich zawartość, albo gdy, 
nieraz tysiąc lat przed nim, złodzieje skarbów zakrytych 
szukali I 

Tajniki i tych archiwów były również od dawna 
wszystkim dostępne, lecz czytać w nich nie umiano. I tak 



144 



n. p. wykopywano kości zwierząt „przedpotopowych", 
lecz uważano je przez najdłuższe wieki za ludzkie kości 
naszych praojców, jakichś bohaterów, wielkoludów: 

Podobnie pleban mirski zawiesił w kościele 
Wykopane olbrzymów żebra i piszczele. 

Takie same zawieszano na wrotach u św. Szcze- 
pana w Wiedniu i po innych świątyniach lub domach, 
n. p. w Berlinie przy uliczce Piotra. Również od najdaw- 
niejszych czasów znachodzono krzemienne siekiery, młoty 
i groty, lecz uważano je (aż do XVIII, wieku) za pioru- 
nowe i chowano starannie w celach nie archeologicznych, 
lecz leczniczych i zabobonnych. Wydobywano i gliniane 
naczynia z ziemi, ale zamiast ludzi pomawiano przyrodę, 
że to ona 'jakimś dziwnym popędem , jakąś osobliwą siłą 
plastyczną, sama je wytworzyła. Zapisujący podobną 
bajkę Długosz tylko ogólny przesąd powtórzył, co jesz- 
cze w XVII. wieku panował. 

Rozczytał się w tern archiwum dopiero wiek dzie- 
więtnasty; odróżnił za Cuvierem resztki zwierzęce (od 
ludzkich) i odtworzył z nich zaginione typy, a pozbywszy 
się nakoniec przesądu o późnem zjawieniu się człowieka 
na ziemi, ułożył i uporządkował warstwy, świadczące 
o powolnym postępie człowieka przez okresy bezkrusz- 
cowe (z narzędziami z drzewa, kamieni, rogów i kości), 
do kruszcowych (miedzi, bronzu i żelaza); lecz poza tę 
całkiem zewnętrzną, a do tego wedle miejsc i czasów 
bardzo niepewną i chwiejną klasy Hkacyę, dotąd nie po- 
stąpił. Innemi słowy: archiwa podziemne tajemnicy swej 
nie wydały zupełnie ; mowa ich, tak wyraźna, pozostała 
dla nas dotąd „niemą". 

Przedewszystkiem nie udzielają odpowiedzi na naj- 
pierwsze, najciekawsze zagadnienia: do kogóż należą 
właściwie wszystkie te zabytki , do jakich ludów, żyjących 



145 



czy wymarłych? Dalej, skąd ta wiclorakość typów ludz- 
kich, nic po całej ziemi i przez wszystkie wieki, lecz 
w byle jakiej dzielnicy i w tym samym okresie czasu? 
I tak n. p. dzisiejszą wielorakość fizycznych typów fran- 
cuskich stwierdziła antropologia już we Francyi epoki ka- 
miennej; nie rozwiązawszy więc zagadki, cofnęła ją wstecz 
o lat trzy lub cztery tysiące. Archeologowie znowu nad- 
użyli naszej łatwowierności, łącząc zmiany samych epok, 
samej kultury, bezpośrednio ze zmianami ludności, z ja- 
kiemiś fantastycznemi wędrówkami, najazdami i podbo- 
jami; nawet na tak odrębnej, odosobnionej ziemicy, jaką 
jest Skandynawia, archeologowie, n. p. Hans Hildebrand, 
z czterech jej epok (kamienia, bronzu, żelaza — starszej 
i nowszej), czterokrotną zupełną zmianę ludności wy- 
wodzili, lapońskiej, celtyckiej, południowo - germańskiej 
i wschodnio - germańskiej, czyli szwedzkiej, jakoby z Ro- 
syi w szóstym stuleciu po Chrystusie przybyłej, podczas 
gdy z innych źródeł wiemy, że Szwedzi już od wieków 
w Szwecyi siedzieli! 

Zawodzą i wszelkie inne zasady archeologiczne, n. p. 
przywiązują wielką wagę do rozmaitych sposobów chowa- 
nia zwłok, przypisując je rozmaitym ludom i wiekom, 
lecz wiemy przecież, że nieraz u jednego ludu równocze- 
śnie używano wszelkich możliwych sposobów, n. p. pale- 
nia całkowitego lub częściowego, grzebania samych szkie- 
letów lub całych trupów w ziemi lub w trumnie z drzewa 
albo kamieni i t. d., wedle rozmaitych odłamów czy 
warstw ludowych. Dość wskazać Słowian, Litwinów 
i Rzymian. 

O odtworzenie dziejów i wędrówek przedhistorycz- 
nych na podstawie zwyczajów grzebalnych pokusił się 
generał Pothier w dziele p. t. „Les populations primitives", 
Paryż 1898 r. 

ftleksander Bruckner, Walka o język. 10 



146 



Rozważając typy grzebalne i rozmieszczenie ich na 
karcie, rozróżnił trzy grupy etniczne w dobie przeddzie- 
jowej starego kontynentu: ludy megalityczne, chowające 
w tak zwanych dolmenach kościotrupy, obnażone z mięsa 
i muskułów ; są to ludy koczujące, pasterze i rybacy, od- 
ważni żeglarze, z religią nader pierwotną; zjawiają się 
najpierw w Hzyi, Europie i Afryce, szczególniej na wy- 
brzeżach. Za nimi idzie grupa ludów, palących zwłoki, 
wcześnie osiedli uprawiacze roli, oddani rzemiosłom, 
produkujący w sposób fabryczny; pojęcia ich religijne są 
już uduchowione, gdyż w dymie zgliszcza unosi się du- 
sza w niebiosa. Najpóźniejsza grupa ludów, grzebiących 
trupów w ziemi, to najezdnicy i handlarze, ujarzmiający 
lub rozpływający się w grupach poprzednich. Jest to cały 
romans archeologiczny, w szczegółach bardzo ciekawy. 
O ścieraniu się rozmaitych typów grzebalnych w obrębie 
jednego plemienia pouczają nas mity litewskie o Sowim 
i jego synu najmłodszym (grzebanie w ziemi, w trumnie 
i palenie), mity tybeckie o pierwszym człowieku i jego 
synach (grzebanie, palenie i wystawianie na żerdziach 
dla ptactwa drapieżnego). I Ruś normańska, paląc zwłoki 
umarłych, wyśmiewała obrządek mahometański grzebania. 

Archeologia poucza nas, jak w czasach przedhisto- 
rycznych ludzie żyli, czem się żywili, bronili, zdobili, 
ubierali; jak mieszkali, jak chowali zmarłych; jak leczyli 
żywych (trepanacyą, dziurawieniem czaszek, przeciw epi- 
lepsyi); jak łowili zwierzęta w owych słynnych łapkach 
na bobry, wydry, czy ptactwo wodne, o które dotąd uczeni 
spór toczą, o czas ich i przeznaczenie; jak psa najpierw, 
potem inne zwierzęta oswoili; jakie zbierali zboża; w co 
wierzyli (w życie zagrobowe z powodu czci zmarłych; 
w siłę amuletów i fetyszów); jakie uprawiali sztuki, ry- 
sując n. p. na kościach zwierzęta i ludzi lub sceny ło- 



147 



wieckie, ozdabiając symetrycznemi liniami narzędzia, 
garnki, urny — chociaż w owe rysunki zamieszał się 
nieraz spryt handlarzy, fałszujących nie tylko tiary scy- 
tyjskich królów i wszystkie inne starożytności, lecz 
i skrobaniny „przedpotopowe". Wiemy nawet, jak rozcze- 
sywano włosy na głowie. Domyślamy się dalej, jakiemi 
drogami kroczył ówczesny handel wymienny, pierwotnie 
niemy, odbywający się na migi, używający później tłu- 
maczy, sprowadzający kruszce, muszle, bursztyny do 
krajów, które ich nie miały. Do najważniejszych zagad- 
nień archeologii należy wyszukać ów wschodni zakątek 
ziemi, gdzie wynaleziono technikę błyskotliwego bronzu, 
co w pochodzie zwycięskim krzemień i róg w narzę- 
dziach, broniach i ozdobach zastąpił; dalej owe kraje, 
gdzie najpierw sine żelazo kuto, aby niem później naje- 
chać, podbić i wytępić szczepy bogatsze, starsze lecz 
słabsze, Ale o wszystkich tych rzeczach, stosunkach 
i zmianach, opowiada archeologia zawsze bezimiennie, 
jak jaka stara baśń: był sobie król i królowa, albo dziad 
i baba — kto, kiedy, gdzie? nie pytaj. 

Archeologia kreśli więc wedle wykopalisk stan ów- 
czesnej kultury, lecz czyją była ta kultura, o tern roz- 
strzyga język. Nazwisko lub słowo, trafnie wytłumaczone, 
rozświeca nagle mgły i ciemności; groby scytyjskie n. p. 
może archeolog rozkopywać, całą ich zawartość porząd- 
kować, lecz że należały one do szczepów — nie jakichś 
fińskich, tursko- tatarskich, ale do aryjskich, a więc nam 
pokrewnych, tego jedynie na podstawie języka dowie- 
dziono z całą ścisłością. 

Przy badaniu dziejów pierwotnych język nadzwy- 
czajną odgrywa rolę; pierwotne rozsiedlenie n. p. Litwi- 
nów, Niemców i Celtów, tylko lingwista — a nie antropo- 
log ani archeolog — oznaczyć zdoła. Antropolog n. p. opisze 

10* 



148 



najdokładniej znaleziony szkielet; powie jakiej płci, wieku, 
wzrostu, był niegdyś ów osobnik; wymierzy indeks czaszki, 
wykazujący długo-, średnio- lub krótko-głowość; rozezna, 
czy pochowano wszystkie kości , lub tylko niektóre (czaszkę 
i piszczele), czy ich nie obnażono wprzód z mięsnych czę- 
ści i t. d. ; ale czy to czaszka Słowianina czy Niemca, 
Aryjczyka czy Fina, tego już nie rozstrzygnie wiedza 
jego. Taksamo archeolog; z inwentarza kopalnego ozna- 
czy czas jego wcale nawet dokładnie, chociaż, gdy monet 
niema, już z wnioskami bywa krucho, bo nawet warstwa, 
z której zabytki wydobyto, nieraz niczego nie dowodzi: 
w torfowiskach n. p. zapadają przedmioty, leżące pier- 
wotnie wyżej, po wiekach na samo dno, zmieniają więc 
położenie. I archeolog nie rozstrzygnie, do jakiego narodu 
owe zabytki należą; stwierdzi naprzykład, że Słowianie 
urny lub garnki nie ręcznie, lecz na kole lepili i pier- 
ścieniami skroń ozdabiali; ależ nie przyszli na świat 
już z kołem garncarskim i pierścieniem skroniowym — 
przecież istnieli przedtem? 

Za to lingwista odgraniczy najściślej wedle nazw 
miejscowych, dajmy na to, pierwotne siedziby litewskie 
albo wywnioskuje: w kraju nadłabskim są wyraźne ślady 
prastarych nazwisk niemieckich (n. p. nazwy rzek : Łaba , 
Hawola, lub szczepów: Sillingów — Ślęgów, od nich Śląsk 
nazwany), nad Wisłą takich śladów niema ; więc siedzieli 
niegdyś nad Łabą Germanie, nie nad Wisłą. Albo wygi- 
nęli Słowianie nadłabscy i nadodrzańscy, lecz zostały po 
nich do dziś tysiące nazw pól, lasów, bagien i t. d.; wy- 
nika więc z tego, że nikt tych Słowian odrazu do szczętu 
nie tępił, ani tępić nie myślał, że mijały całe wieki, 
wśród których przybysze - koloniści od tubylców nazwy 
te przejmywali i ustalali. Wobec takich i podobnych za- 



149 



gadnicń wiedza antropologa, archeologa i etnografa żad- 
nych wskazówek pewnych nie dostarcza. 

Na podstawie języka, wedle imion własnych, miej- 
scowych i osobowych, nie tylko o przynależności etni- 
cznej ludu jakiegoś wnioskujemy, lecz z zasobu słów jego 
i stan jego kultury odtwarzamy, chociaż tu nigdy dość ostroż- 
nym być nie można. Jeżeli n. p. jakieś ludy mają oso- 
bne nazwisko dla konia, to z tego jeszcze bynajmniej nie 
wynika z pewnością, że go już oswoiły i hodowały: mo- 
gły konia znać i w stanie dzikim, tylko dla mięsa na 
niego polować — wiemy przecież, jak koninę niegdyś 
ceniono, jako największy przysmak dla bogów i ludzi, 
jak dopiero chrześcijaństwo wytępiło ten zwyczaj, jak 
koniojadów karało. Dawniejsze badania bywały pod tym 
względem nie dosyć ścisłe, wnioskowały zbyt pospie- 
sznie, kreśliły istne sielanki przedhistoryczne, schlebiały 
nadto czasom i ludziom; spostrzeżenia archeologiczne 
i paralele etnograficzne wykazywały nieraz niedokładność, 
niezupełność wniosków lingwistycznych. 

W badaniach dziejowych, obok imion miejscowych, 
ludowych, osobowych, obok zasobu własnych słów po- 
spolitych , dowodzących pewnego stopnia rodzimej kultury, 
należy nieraz główną uwagę zwracać na słowa obce, 
zapożyczone powierzchownie, lub zeswojszczone zupełnie, 
przetrawione i przetopione tak, że je od własnych i od- 
różnić trudno. Im starszy i znaczniejszy naród, im róż- 
norodniejszym wpływom ulegał w następstwie wieków 
i we zmianach siedzib, tern więcej w jego słownictwie 
będzie obcych domieszek, jedynych śladów nieraz owych 
zamierzchłych czasów i zanikłych związków. Weźmy n. p. 
Niemców. I oni niegdyś sąsiadowali z Grekami i przyj- 
mowali od nich aryaństwo; — od* 1300 lat i śladu po tern 



150 



nie pozostało — lecz w języku żyją po dziś słowa gre- 
ckie i aryańskie, jak: Kirche, Taufe, Samstag i inne. 

Ubiegło dwa tysiące lat, odkąd po raz pierwszy 
Niemcy z Rzymianami się zetknęli; o wiele dokładniej, 
niż dzieje zapisał sam język na niestartych żadnymi wie- 
kami tablicach, co Niemcy Rzymianom zawdzięczają. Ży- 
wioły romańskie w języku niemieckim nie istnieją bo- 
wiem dopiero od przewagi francuszczyzny w jedenastym 
lub dwunastym i znowu siedmnastym i ośmnastym wieku; 
wszczęły się o tysiąc lat wcześniej. Najzwyklejsze wy- 
razy, bez których żadnego języka dziś wyobrazić sobie 
nie możemy, poszły z rzymskich, n. p. w rzeczach połą- 
czonych z czynnością myślową — takie, jak Brief, Schrei- 
ben, Dichłen; w zakresie budownictwa od budowy dróg 
(Słrasse) do cegieł i murów; w uprawie i przemyśle 
winnym, od wina do octu i lury, od prasy do piwnicy 
(Keller), od kufy do kielicha; wszystko, co do kuchni 
i kucharstwa należy; rośliny ogrodowe wszystkie, wa- 
rzywne (Kohl, Rettig), lecznicze, drzewa owocowe (n. p. 
Pflaume, Kirsche, Birne); nazwy miar, wag i monet 
(n. p. Meile, Scheffel, Seidel); nazwy produktów gospo- 
darczych (Kasę, Butler i t. d.) — nawet dla konia, ciała 
i głowy przestali Niemcy używać własnych słów, Ross, 
Leichnam, Haupt, a zastąpili je łacińskiemi : Pferd, Kor- 
per, Kopf. Cóż mówić o terminach chrześcijańskich, ko- 
ścielnych, przejętych żywcem z łaciny (od krzyża i pa- 
pieża począwszy, a skończywszy na mszy, bierzmowa- 
niu, kaplicy i trumnie, Sarg), lub tłumaczonych (jak Ge- 
vatter i t. d.) ; o nazwach miesięcy, o nazwach dni tygod- 
niowych naśladowanych z łacińskich, n. p. Donnerstag, 
Sonntag z dies Jovis, Solis i in. ; o nazwach zwierząt 
i roślin obcych Esel, Maultier, Lówe, Strauss, Maul- 
beere, Pfeffer i t. d. ; o nazwach ludów Grieche, Mohr i t. d. 



151 



W pobieżnej tej wzmiance nie wyczerpaliśmy nawet 
odnośnych kategoryi, cóż dopiero poszczególnych pozy- 
cyi; dodajmy choć słowa takiej doniosłości, jak Kauf, 
Karren; wszystkie niemal słowa nap/: Pfund, Pfosten, 
Pfahl, Pfalz, Pfanne i t. d. 

Znaczącą i bogatą warstwę rzymską w słownictwie 
niemieckiem poprzedziła jednak inna, o wiele dawniejsza, 
a niemniej znacząca i ciekawa. Za Cezara potęga celtycka, 
niegdyś groźna dla całej środkowej i południowej Europy, 
zupełnie osłabła, ustępowała już wszędzie rzymskiej i ger- 
mańskiej, lecz podania narodowe głosiły o czasach, kiedy 
wojowniczy Celt napadał i zwyciężał tak sąsiada Ger- 
mana, jak i dalekie narody. 

Wspomniał Cezar o tych podaniach , o tern rozmięk- 
czeniu siły Gallów, którzy sami nie ważyli się równać 
z przodkami; lecz moglibyśmy podanie odrzucić, przy- 
pisać chełpliwości narodowej, porównać je n. p. z wymy- 
słami kronikarzy, rozciągających panowanie polskie na 
Danię, Lubekę i Bremę — gdyby nie język niemiecki, 
dowodzący tego, o czem w dziejach głuche panuje mil- 
czenie, że panował niegdyś Celt nad Germanem. I znowu 
szereg najważniejszych wyrazów, nierozłącznych z języ- 
kiem niemieckim, a mimo to zapożyczonych od Celtów, 
dowodzi dawnej przewagi wojskowej, państwowej, spo- 
łecznej, jaką jeszcze w jakiemś szóstem stuleciu przed 
Chrystusem Celtowie piastowali. 

Reich (państwo) i reiks (pan); Burg, Dorf, Town 
(miasto, po angielsku; Zaun, po niemiecku, z celtyckiego 
dunum, jak Lugdunum i t. p.). Dalej słowo takiej wagi, 
jak Rmt (z ambactos — sługa, poseł): stąd później am- 
basciata — zlecenie, a to dzisiejsze ambasada i ambasa- 
dor; Eid i Geisel; Eisen i Lot (ołów, Blei und Loth) — 
wreszcie inne nazwy urządzeń, stanów, broni, wzięli 



152 



Niemcy od Celtów; arystokracyi celtyckiej zawdzięczamy 
wynalazek mydła, nieznanego zupełnie starożytności ; wy- 
pychanie pierzyn i duchen puchem gęsim; polowanie 
z sokołem. Nawet nazwa Germanów jest celtycka, bynaj- 
mniej nie niemiecka ; nawet nazwa bogini Swewów, Ner- 
thus, o której tajemniczym kulcie Tacyt takie dziwy opo- 
wiada, z której fałszywie Herthę zrobiono i Herthasee na 
Rugii zmyślono, jest pospolitem słowem celtyckiem. Z ję- 
zyka niemieckiego możemy nawet wywnioskować, który 
z licznych szczepów celtyckich niegdyś tak nad Germa- 
nami zaciężył. 

Byli to dzielni Wolkowie. Próżno siliłby się archeo- 
log jakieś pomniki epoki halstadzkiej , czy la-Tene, do 
tych Wolków odnosić, których niegdyś tak groźne imię 
(„dziarscy") po dziś dzień jeszcze o uszy nam się odbija, 
gdyż i nasze Wiochy i Wołochy właśnie od owych Wol- 
ków poszły. Niemcy bowiem przezwali wedle nich Wal- 
kami wszystkich innych Celtów, a później i wszystkich 
Rzymian (Welhe, Welschland), a od nich Słowianie tę 
nazwę dla szczepów romańskich przyjęli. 

Oto przykład, jak daleko wstecz świadectwa języ- 
kowe dzieje wyświecają. Lecz może zarzuci kto, że nie 
należy badać tak dokładnie słów obcych, nie należy wy- 
kazywać ich zapożyczenia, gdyż ucierpi na tym duma 
czy godność narodowa; ależ dążenie do wyświecenia 
prawdy podobnych granic i obaw nigdy nie uznaje. Zdej- 
mując zasłonę ze słów obcych , wykazując ich pochodze- 
nie, służymy nauce dziejowej i językowej zarazem. Na- 
wet w czasach rozświeconych kronikami, aktami, pamięt- 
nikami, wykaz słów takich uwydatnia miarę wpływu, 
rodzaj związku czy wymiany, zachodzących między na- 
rodami, objaśnia je dokładnie, a bezstronnie; z ilości 
i jakości tych słów możemy oznaczyć dziedziny, war- 



153 



stwy, koła, jakich te wpływy sięgały, a czego my nie 
zrobimy, zrobię za nas inni, może nieproszeni, nie- 
życzliwi. 

Pod względem językowym słowa te również ciekawe. 

Języki słowiańskie są wcale zachowawcze, o wiele 
więcej, niż n. p. germańskie lub romańskie; zwierzchnia 
ich szata zmienia się nieznaczniej , wolniej, łagodniej: 
mamy liczne słowa, które brzmią jeszcze dziś tak samo, 
jak przed tysiąc pięciuset laty (chyba, że ich akcent się 
odmienił) — słów takich ani Anglik, ani Francuz, ani 
Niemiec nie wykaże ani jednego. Tempo zmian przyspie- 
sza się nieraz przy imionach, szczególniej miejscowych: 
one to znaczeniem występują poza obręb zwykłych słów 
a tern samem jakby i poza obręb zwykłych „praw" głoso- 
wych; w nazwach miejscowych znajdziemy też nieraz 
zmiany, którychbyśmy próżno u słów pospolitych szu- 
kali. W słowach obcych potęgują się te zmiany; obcy 
przybysze nie stawiają oporu miejscowym, że tak rze- 
kniem, nadużyciom, które narzucają im domową szatę; 
na łożu Prokrusta wyciągamy je lub kurczymy do tej 
naszej miary, obcinamy i łatamy, jak nam się podoba. 
K szczególniej znaczenie tych słów rozwija się nieraz 
w szalonych skokach: nie trzymane na wodzy przez 
żadne czucie językowe, zbaczają na rozmaite dziwaczne 
manowce. 

Język polski obfituje w wyrazy obce, dawne i nowe, 
przydatne i niepotrzebne, miejscowe, przywiązane n. p. 
do pewnych rzemiosł, i ogólne, zbogacające język rze- 
czywiście, lub tylko wypływające z lenistwa umysło- 
wego, z mody; z owej ksenomanii, z „cudzobiesia" sło- 
wiańskiego. Lecz gdy inne języki, lub narzecza słowiań- 
skie, n. p. łużyckie i kaszubskie, słowieński a choćby 
czeski, obce wyrazy z jednego źródła (niemieckiego lub 



154 



włoskiego) czerpią, przyjmował język polski wpływy ze- 
wsząd, z zachodu, południa i wschodu. Gdy tamte języki 
samymi obcymi wyrazami jednostronności, a więc i ogra- 
niczoności życia umysłowego, dowodzą, niby z okruchów 
i odpadków jednego stołu się żywiąc, dopuszcza język 
polski, jako świadek i wyraz bogatej i dawnej oświaty, 
przeróżne wpływy, przerabia i przetapia je do niepo- 
znania, obiera między przybyszami, wciela sobie jednych 
na zawsze, drugich pozbywa się rychło; jednych nie tyka, 
drugim narzuca znamiona własne, polską szatę zewnętrzną, 
wewnętrzną odmianę znaczenia. 

Otóż warto się przypatrzyć, jakiemi to warstwami 
słowa obce w ciągu wieków w języku polskim osiadały; 
bogactwa słownictwa całego wyczerpywać nie myślimy, 
wskażemy raczej główne wytyczne, pobieżniej dla czasów 
przedhistorycznych, przedpolskich, dokładniej dla później- 
szych. Zamiast przytaczania wielu przykładów bez braku, 
wybierzemy co ciekawsze, rzadsze, trudniejsze. Chodzi 
głównie o ustalenie czasowe; o kształcie bowiem, jaki 
obce słowo w polszczyźnie przybierze, rozstrzyga czas 
przyjęcia, n. p. niemieckie hełm pojawia się w polskim 
i jako szłom i jako hełm, wschodnie kalpak i jako kło- 
buk i jako kołpak, łacińskie feruła i jako berło i jako 
feruła i t. d. ; różnica zawisła od tego, że n. p. hełm — 
szłom datuje z trzeciego wieku po Chrystusie, hełm — 
hełm zaś z piętnastego. Ustalenie pojedynczych warstw, 
wedle czasu ich następstwa, usuwa z góry wiele mylnych 
przypuszczeń; n. p. twierdzono nieraz, że polskie bez 
(przyimek), dla twardości swego e z małoruskiego się 
wzięło; twierdzenie upada natychmiast, skoro pokażemy, 
że bez istniało u nas już w XII i XIII w., t. j. w czasach , 
kiedy ruskich pożyczek jeszcze nie było. Albo przypu- 
szczano, że polskie czacz (caco, cacko) wzięte z tureckiego; 



155 



lecz słowo to zachodzi u Czechów już w XIV w., kiedy 
o pożyczkach z tureckiego i mowy być nie mogło. O nie- 
jednem polskiem słowie twierdzono, że przeszło do nas 
z litewskiego lub z „ukraińskiego", lecz nigdy nie zapoży- 
cza się słów od szczepu, stojącego niżej co do kultury 
i siły, chyba że w pogranicznym pasie znajdziemy jakąś 
miejscową wymianę pewnych słów; wiek i rozszerzenie 
wrzekomych pożyczek litewskich wykluczają z góry ich 
możność, a pożyczki z „ukraińskiego" są po największej 
części późne i miejscowe, nie stare, ani ogólne. 

Do wyrazów obcych można zaliczać i rodzime, jeśli 
używanie ich w pewnem znaczeniu odpowiedni obcy wy- 
raz spowodował, jeśli go jakby przetłumaczono. N. p. słowo 
gaj jest rodzime, słowiańskie; lecz gaić sąd, albo jak 
dziś mówimy, zagaić posiedzenie, przetłumaczono żyw- 
cem z niemieckiego hegen od Hagen (gaj) ; niegdyś two- 
rzono na miejscu ofiarnem i sądowniczem sztuczny gaj , 
zasadzano drzewem i wiązano sznurem, a biada temu, 
ktoby niepowołany w taki gaj się wdzierał, czekało go 
wywołanie (banieya). Są mieszańce, n. p. bawełna; jej 
wełna rodzima, lecz ba dowodzi, że w niemieckim Baum- 
wolle drugą część złożenia przetłumaczono dobrze, co 
do pierwszej już się nie trudzono, przejęto ją żywcem; 
podobnie zrobili Czesi z Weihnachten swoje vanoce i i. 

Po czemżeż poznajemy słowa, choć obcego pocho- 
dzenia, lecz przyswojone zupełnie językowi? Rozmaite 
względy rozstrzygają. Najpierw rzeczowe: z obcym to- 
warem, urządzeniem, warstwą ludności, wchodzą równo- 
cześnie i ich nazwy i słowa — owoce czy materye wschod- 
nie, urządzenia kościelne; niemieccy mieszczanie i rze- 
mieślnicy zatrzymują w Polsce i w Rumunii , w Czechach 
i na Węgrzech, własne utarte nazwy i słowa. Powtóre 
głosowe : wygląd słowa ujawnia obce żywioły, jego brzmię- 



156 



nia nie polskie, n. p. h lub /, następstwo ich nie polskie, 
artykulacya nie polska, inne nieprawidłowe zjawiska, 
n. p. Władysław, zamiast polskiego Włodzisława, Wło- 
dawa i t. p. Po trzecie, rozszerzenie wyrazu : słowo znane 
tylko na zachodzie słowiańskim, u Czechów i u nas, 
obce zupełnie Rusi i Bałkanowi, z góry wznieca podej- 
rzenie co do swej rodzimości ; wątpliwość zmienia się 
w pewność, skoro słowo to da się wytłumaczyć n. p. 
z niemieckiego, lecz nie z polskiego. Nakoniec zupełne 
odosobnienie słowa, niewiązanie się z czemkolwiek innem , 
rodzimem — a wobec tego bogate rozgałęzienie na obczy- 
źnie, każe się również w takiem słowie przybysza domyślać. 

Mimo tych zasad, nie zawsze łatwo wyśledzić zbiega , 
dać jego rodowód, wskazać jego kolebkę. Któżby n. p. 
zwietrzył w poczciwym „obszarze" Niemca: Oberschar? 
I brzmi tak pięknie po polsku i wiąże się pozornie z „ob- 
szernym" i da się niby z polskiego wytłumaczyć — a mimo 
to, przybłęda, co rozpanoszył się u nas dopiero w XV 
wieku, gdy go jeszcze „zbytkiem" tłumaczono (co po wy- 
miarze powierzchownym roli na oko, później przy mierzeniu 
dokładnem zbywa). 

Inny znowu, widoczny przybłęda, wkradł się do nas 
z łaciny, czy z niemczyzny — lecz jaką drogą? czy 
wprost, czy na Czechy? Jeśli na to zważać nie chcemy, 
jeśli wszystkich podobnych przybyszów wprost do Nie- 
miec czy Rzymu przypiszemy, ubliżymy bardzo Czechom 
i ich niegdyś wcale znacznemu wpływowi na nas. Cóż 
mówić o takich przybłędach, po których w ojczyźnie wła- 
snej ani śladu nie pozostało, których i tam nie znają, 
skąd prawdopodobnie wyszły. Bywają więc różne trudno- 
ści i zawikłania i nie zawsze z nich wybrnąć można; 
szczególniej u nas podobne badania mało dotąd postąpiły, 
chociaż są ciekawe i ważne. 



157 



Uwagi te i spostrzeżenia tłumaczą stanowisko, z ja- 
kiego wychodzimy ; chcemy ze słów obcych wyczytać to, 
co się do dziejów kultury polskiej odnosi. 



II. 

Już kiedy Daryusz perski pochód bajeczny przeciw 
Scytom podejmował, w szóstym wieku przed Chrystusem, 
siedzieli Polanie nad Wisłą i Polanie nad Dnieprem, jak 
i dzisiaj siedzą; był to w kilku odłamach szczep jeden, 
jednego języka, jednej kultury ; sąsiadowali z nim od po- 
łudnia Dakowie-Trakowie (za Karpatami) i Scytowie (na 
stepach), od wschodu Finowie, od północy Litwa i morze, 
od zachodu Niemcy ; wspólnota z Litwą szczepowa i języ- 
kowa nie od tak dawna była zerwana. Stosunków i wpły- 
wów, jakieby od Daków, Scytów i Finów wychodziły, 
nie myślimy badać ; są ciekawe słowa je wskazujące, n. p. 
konopie, chmiel i inne, pomijając nazwy rzek wielkich, 
Dniepru, Dniestru, Donu. Lecz gubią się te poszlaki 
w pomroce dziejowej, gdyż zbyt mało ocalało z języka 
Scytów i Daków; fińskie nazwy miejscowe, liczne na 
Rusi wschodniej i północnej, siedzib polskich wcale nie 
dotykają, mimo wszelkich modnych mrzonek, co polskie 
nazwy i słowa (n. p. kobieta), a nawet mazurzenie naszych 
Maćków i Kubów z iińszczyzny wywodzą! 

Jaśniej i silniej występują wpływy od zachodu ; cho- 
ciaż „niemym" dla Słowianina był zarówno Dak czy 
Scyta, Fin czy Litwin, przecież „Niemcem" on tylko za- 
chodniego sąsiada nazywał; widoczna, jak często i długo 
się z nim ztykał. Najbliższym „niemcem" dla niego był 
Got nadodrzański ; lecz przyszedł czas, gdy Got ten , 
party poczuciem siły, żądzą zdobyczy i przestworu, opu- 
ściwszy własne siedziby, rzucił się na wschód (jak przed 



158 



nim przed wiekami Celtowie) i ujarzmiając ludy nadwi- 
ślańskie i naddnieprzańskie, okrążając Karpaty, na Wołyń 
i Podole ku południowi, nad Dunaj i Czarne morze, podą- 
żył. Jak niegdyś przewaga Wolków nad Germanami, tak 
teraz przewaga Gotów nad Słowianami uwydatniła się 
w szeregu nazw, urządzeń, zbroi, narzędzi, jakie Słowia- 
nin od Gota przejął i tak przetrawił i przetopił, że tylko 
rozbiór lingwistyczny ,te obce żywioły wydzielić zdoła. Że 
gocki Hermanrich (w czwartym wieku po Chrystusie) od 
Słowian daniny wybierał z ludzi i bydła, z kun i miodów, 
to nie tylko przechwałka gockiej tradycyi ; dzieje języ- 
kowe to samo stwierdzają. 

Przede wszystkiem przejął Słowianin od Gota uzbro- 
jenie: zamiast pierwotnego noża i maczugi, procy z ka- 
mieniem, krótkiego oszczepu i strzały zatrutej ciemierem 
(nasza ciemierzyca), używał teraz miecza (męki), a głowę 
szłomem (hilms) zakrywał. Nad słowiańskich starostów, 
gospodnów i wojewodów wzbili się rychło Konungi-knięgi 
(kniazie, księdzy, t. j. Kónig, king, od „kuni", rodu, naz- 
wani, Kunigasy na Litwie) i tamtych o dumę (radę) py- 
tali; Goci i oni wybierali od Słowian, od smardów i czerni, 
daniny. Monet pierwotnych nie znali: płacili, gdy prosta 
zamiana nie szła, płatami cienkiego sukna*) i grzywnami, 
naszyjnikami i obrączkami z żelaza lub miedzi, ze złota 
lub srebra, które w razie potrzeby i łamano, zresztą wa- 
żono ; obrączki te przezywano i bugami (z gockiego). 
Teraz zaś nastały rzymskie pieniądze (nordyjskie pen- 
ningr, Pfenning), cęty, jakie i zawieszano lub naszywano 



*) Płaty owe cienkiego sukna służyły ogólnie za monetę, tak, że 
od nich poszedł czasownik słowiański płacić ; gockie plats płat, również 
z słowiańskiego wzięte; na Rugii jeszcze w XII. wieku „cokolwiek na 
targu kupić zechcesz, płatkiem lnianym zapłacisz" ; toż wiemy o Cze- 
chach w X wieku. 



159 



(cętki, gockie kintus, drobna moneta), usieręgi (kolczyki, 
ausahriggs, Ohrring, czyli siergi później na Rusi, znane 
i w Polsce, n. p. serga nausznica w dziełku Tucholczyka 
z r. 1607); całe mienie ruchome zwano skołem (gockie 
skatts, Schatz). 

Mylnie przypuszczają, że skot pierwotnie wołu ozna- 
czał; skot mienie, dostatek, przeniesiono później na to, 
co najcenniejszego posiadano, na stada i trzody ; podobnie 
przesunęło się i znaczenie naszych wyrazów dobytek lub 
bydło od być, byt, albo wardęga (oznaczające w starych 
psałterzach i bibliach bydło, chociaż pierwotnie oszaco- 
wanie tak nazywano); albo zboże, które wszelkie boga- 
ctwo oznaczało, zanim je do plonów rolnych ograniczono. 

Niebawem nie starczyły dawne domy i dwory z pło- 
tami; od Gotów uczono się stawiać chyz (hus), później 
chyżą zwany, grodzić tyny (niemieckie tun , stąd Tyniec; 
tynina = parkan). W istbach (Stube, później izdbach 
i izdebkach, jeszcze później izbach, por. przyzba) nowych 
chyzów, znalazły się niebawem drogie śćkła (szkła, go- 
ckie stikls, od stechen) najpierw do napojów, zastępujące 
dawne rogi i czasze (z czaszek ubitych wrogów albo włas- 
nych ojców, oprawnych nieraz w złoto, pito najchętniej 
miody i piwa); dalej inne przybory i narzędzia, jak bludo 
(misa, gockie biuts — stół), kotły (katils z łaciny), piły 
(Fila, Feile). 

Od Gotów uczono się i nowych leków (leczenia, le- 
karzy), zastępujących dawne zamawiania ran i uroków 
nowemi. Zjawiali się coraz częściej kupcy z wieloraką 
kupią ; nabywano od nich wina i octu (akeits, z łaciny), 
korzeni i soli, mieczów i szłomów, szołków (jedwabiów) 
i pstrocin, w zamian za niewolniki (towar, którego Sło- 
wianie niebawem w takiej ilości dostarczali , że na targach 
zachodnich i wschodnich Słowianin a niewolnik, sclauus, 



160 



jedno znaczyli), koże i łupieże i za inny skoł. Kupcy ci 
okupywali myłem mir, a wszelkie ubytki ich wynagra- 
dzała lichwa; przywozili może i tkaniny, lecz uprawę 
lnu, dla tłuszczu (oleju), jak i dla przędzy, znał Słowia- 
nin oddawna ; sama nazwa rośliny jest zdaje się rodzimą, 
jeśli nie przyszła od południa, od Tracyi i Grecy i, gdzie 
ją najpierw wspominają. 

Nawet w przyrodzie nie obeszło się bez pożyczek, 
n. p. buk, a od niego bukwy, litery później ; dalej osiel 
(asilus, z łacińskiego asinus) i z ulbandus (a to z ele- 
phantus) wielb ąd, z którego w większy błąd wpadając, 
dawno już wielbłąda i wielbrąda (po narzeczach) zro- 
biono; do leśnych jagód, korzonków i grzybów przybyły 
teraz obce owoce (obaz); co do chleba, (gockie hlaifs, 
Laib), można przypuszczać, że osobliwsze, nieznane 
dotąd, pieczywo tak przezwano, co obok dawnych krowa- 
jów (korowajów), kołaczów i pokręt obrzędowych , bogom 
obiatowanych i spożywanych na ucztach spólnych, naj- 
pospolitszem zostało pieczywem. 

Nie wymieniamy innych słów, szczególniej takich, 
których w polszczyźnie już nie używamy; cośmy przy- 
toczyli, wykazało dostatecznie, ile pojęć i rzeczy a z niemi 
i słów Słowianie wtedy od Gotów przyjęli. Odwzajemniali 
się i oni: od nich to może i niejeden termin bartniczy 
przyjęli Goci — bartnictwo było odwiecznym i nadzwy- 
czaj cenionym przemysłem słowiańskim , a „robotę pszcze- 
lą" zwał jeszcze wiek XVI „świętem brzemieniem i rosą 
niebieską" (Klonowie). I pląsy Słowian uwagę zwróciły — 
Germanin znał chyba igrzyska mieczowe ; pląsy obu płci, 
lub „koło" samych dziewcząt, dopiero u Słowian zoczył 
i ich nazwą własny język zbogacił; nawet i nazwę 
srebra od Słowian przejął, podczas gdy nazwy złota 
i tysiąca obu szczepom są wspólne, nie zapożyczone. 



161 



Lecz, co najważniejsze, od Słowianina wziął Niemiec 
nazwę pługu i grządzieli : Pflug i Grindel niemieckie po- 
chodzą od Słowian*). Wojowniczy Niemiec niechętnie od- 
dawał się uprawie roli, kopali ją dla niego niewolnicy; 
robił na niego i Słowianin z pługiem, miasto dawnej 
uprawy ręcznej. O gockim plats ze słowiańskiego płatu 
już wspominaliśmy; może i średniołacińskie platena z płótna 
wyszło, w daninach od Słowian ciągle o niej mowa ; rów- 
nież i humulus z chmielu poszedł. 

Taki to plon **) wydało pierwsze zetknięcie się Sło- 
wian z Niemcami ; słowa tej warstwy należą wszystkie 
do najstarszych, są prasłowiańskie ; widnieje w nich kul- 
tura jeszcze całkowicie barbarzyńska. 



*) Zwykle twierdzą przeciwnie, że Słowianie od Niemców nazwę 
pługu otrzymali; słowiańskiego pochodzenia pługu dowiódł J. Peisker 
w „Zeitschrift fur Social- und Wirtschaftsgeschichte", Weimar 1896, str. 
1 — 92, który i inne nazwy pługu niemieckie słusznie od Słowian wywo- 
dzi (Ril z orało i t. d.). Nazwa pługu urobiona od płu — (płynąć, pług 
płynie po polu, mówi Rosyanin), jak n. p. sługa od słu- (słuchać), 
struga lub strug od stru- (płynąć, strumień i t. p.). Baśń, jakoby Sło- 
wianie nazwę pługu od Niemców przejęli, tak zdawała się ustaloną 
i pewną, że najznakomitszy badacz dawnych dziejów agrarnych euro- 
pejskich, i\ug. Meitzen („Siedelung und Agrarwesen der Westgermanen" 
i t. d.)) uważałby raczej Finów i Lapończyków (!!) za wynalazców 
Pł u 8a gdyby nazwa ta niemiecką się nie okazała. 

**) Słowom tym poświęcono całą literaturę; mamy o nich zna- 
komitą pracę Miklosicha i inne. Zapyta kto, gdzież oznaka, rozstrzyga- 
jąca o pożyczce słowiańskiej lub na odwrót? Rozstrzygają tu prawidła 
głosowe; najwidoczniejsze z nich owo, wedle którego każde słowiańskie 
eh (lub sz z niego), odpowiadające niemieckiemu h, przez to samo za- 
pożyczenia z niemieckiego dowodzi, n. p. szłom — hełm, ćhyz — hus, 
chleb — hlaifs i t. d.; w słowach bowiem, które Słowianom i Niemcom 
spólne, jako aryjskiego pochodzenia, nigdy sobie słowiańskie eh i nie- 
mieckie h nie odpowiadają, lecz inne brzmienia, porów. n. p. stoma — 
halm (łac. culmus), sto — hundert (łac. centum) i t d. ; słowiańskie eh 
wynika z pierwotnego s (najczęściej), niemieckie h zaś z k, por. n. p. 

flkkiandtr Bracknsr, Walka o jaayk. tl 



162 



III. 



W napływie ludów od wschodu runęła przewaga Niem- 
ców (Gotów, Herulów, Gepidów i t d.) na zawsze; ple- 
miona ich opuściły wschód, kierując się na szlaki, wy- 
deptane oddawna ku obu imperyom, głównie zaś ku za- 
chodniemu; opanowały Italię, Galię, Hiszpanię i Afrykę; 
a gdy burze, wichrzące po całej Europie, nakoniec uci- 
chły, wyłoniła się w szóstym wieku nowa postać wschod- 
niej Europy. Po Celtach i Germanach przyszła kolej na 
Słowian. Jak tamci, z pierwotnych, stosunkowo szczu- 
płych siedzib, niepowstrzymanym pędem szerzyli się na 
wschód i południe, później na zachód, wypierali lub pod- 
bijali ludy i zagarniali ziemice, tak zerwali teraz i Sło- 
wianie dotychczasową spólność szczepową, językową, 
społeczną; wypadali z pól i lasów nadwiślańskich na za- 
chód, okalając Karpaty, wdzierając się do pustej ziemi 
niegdyś (celtyckich) Bojów i (niemieckich) Markomanów, 
t. j. do Czech, szerząc się za Odrę po Łabę i Salę, zaj- 
mując wybrzeża bałtyckie, od Gdańska do Szleswiku, 
sięgając wgłąb do ziemi Turyngów i Franków; z nad 
Dniepru znowu ciągną na południe, stają nad Dunajem, 
którego nazwę od Niemców przejęli, i na własne rzeki 
(Dunajec albo Dunawiec) i wody i ludzi (stąd Dunajów 
nazwany) przenosili; idą w górę rzeki, przeprawiają się 



mech — Moos. Twierdzono, jakoby słowiańskie gaj z niem. hag, hac, 
.zagroda", przejęto ; lecz gdyby słowo gaj z hag pochodziło, musiałoby 
brzmieć chaj a nie gaj — dla tego g wykluczamy gaj więc z pożyczek, 
uważamy za rodzime. I samogłoski odgrywają tu znamienną rolę, 
szczególniej u wyrazów buk, duma i in. Dawniej poczet tych pożyczek 
pierwotnych był o wiele większy; wykazałem sam i wykażę niebawem, 
że cały szereg słów odwiecznie słowiańskich (mleko, chełm L j. wzgórze, 
por. Chełmno i i.) najmylniej za pożyczki germańskie wydawano; po- 
minąłem je tu wszystkie. 



163 



przez nią, napadają ludzi i ludy półwyspu, aż zupełnie 
się przesiedlili i prowineye ilirskie i trackie na zawsze 
posiedli. 

Wobec tego gwałtownego wylewu na zachód i po- 
łudnie, nie zmieniały się znaczniej dawne granice na 
wschodzie i północy; puszcze, trzęsawiska, jeziora dzie- 
liły ich zawsze jeszcze od fińskich i litewskich rybaków 
i strzelców, pasterzy i rolników; i na stepie, nad Duna- 
jem i Czarnem morzem, gościli Słowianie tylko w prze- 
locie, ustępując coraz nowym koczownikom ze wschodu. 
Wspólna, prasłowiańska doba, przetwarza się w pierwszą 
dobę historyczną poszczególnych szczepów, a treść jej 
wypełniają pierwsze zawiązki państwowe, przyjęcie chrze- 
ścijaństwa, walka o niepodległość z cesarstwem rzym- 
skiem i bizantyjskiem. Jakim wpływom ulegała wtedy, 
a głównie w trzech wiekach, od 910 — 1250, kultura 
polska ? 

Ponad wszystkiem góruje wpływ chrześcijaństwa, 
chociaż całe stulecia mijały, nim „niemiecki" Bóg pol- 
skim został, nim wpływ ten wszystkie warstwy narodowe 
ogarnął i przeniknął. W języku odbił się wcześniej 
i pełniej i zawarł w nim wskazówki, nie godzące się 
z tem, co dzieje przekazały. Z kronik i dokumentów 
wiemy niemal wyłącznie o germańskich i romańskich 
początkach polskiej hierarchii, duchowieństwa świeckiego 
i zakonnego — język zaś wskazuje bezpośrednio Czechy, 
jako rozsadnik chrześcijaństwa, te same Czechy, zbyt 
ubogie w ludzi i zasoby, aby własnym potrzebom star- 
czyły. Jak pogodzić obie sprzeczności? 

Średnie wieki odznacza ciągłość pracy umysłowej, 
stałe posługiwanie się jednych dorobkiem cywilizacyjnym 
drugich, zadziwiające wobec braku komunikacyi, szkół, 
wymiany piśmiennej; migocą jakieś światełka, a ręce 

u* 



164 



tajemnicze, niewidzialne, podają je sobie nawzajem; 
przerw nie ma. Najlepszym dowodem posłużą dzieje chrze- 
ścijaństwa u Słowian. Jako apostołowie zjawiają się dwaj 
Grecy soluńscy, ze swą własną południowo-słowiańską 
gwarą i pismem, u Słowian zachodnich, u Morawian, 
aby ich, a za nimi i wszelkich innych Słowian, zdobyć 
dla Wschodu, dla Carogrodu. I cóż się okazało? Zamiast 
burzyć i budować na nowo, nawiązali dwaj bracia do tego, 
co już wyrosło z posiewów, rzucanych od kilkudziesięciu 
lat przez duchowieństwo niemieckie Regensburga i Salz- 
burga; język Cyryla i Metodego obfituje w wyrazy, wy- 
robione i ustalone przez owych nielicznych misyonarzy 
zachodnich. Toż samo powtarza się przy nawracaniu Po- 
lan; nie stać wprawdzie samych Czechów na wywóz sił 
duchownych do Polski — mimo to, nikt nie zaczyna tu- 
taj jakiejś osobnej nowej językowej pracy; jakby za 
umową, przenosi się cały na Morawach i Czechach 
w ciągu półtora wieku powstały dorobek językowy nad 
Wisłę i praca misyonarzy salzburskich i regensburskich 
ósmego i dziewiątego wieku przenika na Ruś i do Pol- 
ski, chociaż oni sami o ziemiach tych ani kiedykolwiek sły- 
szeli. Tak samo dostał się w r. 988 na Ruś język bułgarski. 
Z tego pierwotnego słownictwa chrześcijańskiego — 
czeskiego i cerkiewnego, jeśli najbliższe, niemieckiego, 
łacińskiego i greckiego, jeśli dalsze źródła wymieniamy — 
nie jedno już utraciliśmy. Wyrazy cerkiew (Kirche) i pop 
(Pfaffe), u nas niegdyś wyłącznie używane, a jeszcze 
w XV wieku dobrze znane, zastąpiliśmy, jak Czesi , wy- 
razami kościół (castellum , obwarowane, omurowane miej- 
sce w grodzie, kastelu książęcym) i ksiądz (t. j. pan, ty- 
tuł nadawany pierwotnie dostojnikom, n. p. dominus archi- 
episcopus — ksiądz arcybiskup ; uogólniony na wszystkie 
duchowne osoby, zanika u świeckich zupełnie, chociaż 



165 



jeszcze w XVI wieku stale mawiano: wielki ksiądz li- 
tewski; już Bolesław Chrobry zwał duchownych „księ- 
dzami", jak kronikarz opowiada). Na to słownictwo chrze- 
ścijańskie składają się nazwy osób duchownych, od pa- 
pieża (Pabes), biskupa, ardziakona (tak jeszcze w XVI 
wieku n. p. Rotundus w r. 1564, zwali archidyakona), 
dziekana, proboszcza, kapłana, opata i przeora, a skoń- 
czywszy na mnichu, żaku (dyaku, dyakonie), kleryku 
(klechą też zwanym) i kmotrze (z compater). Dalej na- 
zwy cerekwie, kapły i kaplicy, klasztoru i ich części, 
ołtarza, chóru, kruchty, cmyntarza (cmentarza, smentarza, 
coemełerium) ; nazwy świętości (sakramentów): chrztu, 
bierzmowania (firmen, firmare), mszy i opłatka; chrzcić, 
kristenen, jest to czynić „Chrztem", Christem (porównaj 
chrześcijanin); narzędzie męki Pańskiej krzyżem (od chruzi, 
Kreuz, a to od cruci, crux) zo wiemy*). Dalej nazwy 
modlitw: pacierza, żołtarza i żałmu {saltari, psalłerium; 
salm, psalmus); jałmużny (Almusan, z greckiego); że- 
gnania (segnen, signare, tłumaczyło dawniej i błogosła- 
wienie, n. p., pożegnał temu stworzeniu w biblii z r. 1455) ; 
żegnanie niebawem i czarom służyć miało. Wyrazy dog- 
matyczne, jak angieł, angieli (z tego angioł, angieli, 
anjoł, anioł); djaboł (djabeł, djacheł, djas, djasek); nazwy 
świąt: kolęda czyli Nowy Rok, wilia; nieszpory albo, 
jakby od mszy, mieszpory; post {Fasłeń). Wiele innych 
wyrazów przetłumaczono mniej lub więcej gładko, n. p. 
popielec, czyściec i t. d.; inne wyrazy przybrały nowe 



*) Działały tu jednak i jakieś wpływy romańskie, nietylko ger- 
mańskie, czego romańskie i dowodzi, por. nazwy, jak: żak, żyd, kależ 
(kielich), papież i i., wszystko romańskie (włoskie ? weneckie ?). Na ca- 
łym wschodzie i południu przenieśli Słowianie imię Pana pierwotne 
(Chrystus powtarza ponownie grecko-łacińską postać) na narzędzie męki, 
chrest jest u nich krzyżem tylko, nie Chrystem więcej. 



166 

znaczenie, n. p. grzech (od grzania, t. j. pieczenia, palenia 
w sumieniu), albo pkieł, piekła, pkielny (postaci jeszcze 
XV wieku, później zastąpione przez piekło, piekielny), 
oznacza pierwotnie tylko smołę, co później na smolne 
miejsca potępienia wiecznego odmieniono. 

Wyrazy te wzkazują po największej części język 
Cyryla i Metodego, a więc pierwotny obrządek sło- 
wiański, i w Polsce niegdyś, przynajmniej w Małopolsce, 
nieco żywotny, chociaż nasze źródła dziejowe tylko nie- 
wyraźnie o nim wspominają*). Ten obrządek słowiański 
był jednak więcej rzymskim, niż greckim: najdawniejszy 
pomnik tego języka słowiańskiego, przechowany do dni 
naszych, tak zwane ułomki kijowskie, zawiera przecież 
tłumaczenie łacińskiego „officium". I oto znowu przecho- 
wał język świadectwo nadzwyczajnej wagi, gdzie histo- 
rya milczy zupełnie lub tylko słabo napomyka. 

Pod wpływem nowej wiary zmienił się niebawem 

*) Z tych to wyrazów „cerkiewnych" przytaczamy jeszcze dwa 
dla odrębności ich znaczenia i kształtu; oba złożone, mięsopust i bło- 
gosławić. Pierwszy przesunął się już oddawna z oznaczania postu (mię- 
sopust odpuszcza przecież, pozbywa się mięsa ; rzeczywiście też w naj- 
dawniejszych pomnikach mięsopust post oznacza, jak n. p. dielopust 
niedzielę), na oznaczenie zapustu („mięsopusty, zapusty" zaczyna się 
stara piosenka; podobnie carnevale zapusty znaczy). Lecz języki sło- 
wiańskie nie całkiem tu stałe, gdyż syropust oznacza tydzień, w który 
ser jeść wolno. Co się błogosławienia tyczy, to już ciągłe wahanie się 
źródeł dawnych między niem a bogosławieniem, wzkazuje wędrówkę 
wyrazu; jeszcze wyraźniej odbija się to w drugiej części tego złożenia. 
Winna przecież brzmieć błogosłowić „benedicere" i w cerkiewnej for- 
mie brzmi tak rzeczywiście; „benedicere" próbowano tłumaczyć i przez 
„dobrorzeczyć" (por. złorzeczyć „maledicere", do dziś używane), lecz 
dobrorzeczenie nie wyparło bardziej utartego, starszego błogosłowienia, 
które już w ustach czeskich, mylnie na błogosławienie (od sławy 1 !) przero- 
biono. „Bogiem sławiena" Marya Bogurodzicy (zwrotki pierwszej, naj- 
starszej) zastąpiła tylko „błogosłowioną" Maryę. 



167 



i wygląd kraju i sposób życia. W niesłychane] dotąd 
mierze zaciężył kościół nad jednostką, swobodną w po- 
gaństwie; wymagał zmiany pożywienia w pewne dni 
i pory, a niektórych mięs zabraniał na zawsze; odrywał 
w pewne dnie od naglącej pracy, niedzielą i świętami. 
Najsilniej krępował wolę: mógł przedtem ojciec swe no- 
wonarodzone i do wody wrzucać, lub w lesie zwierzom 
zostawiać, dzieci sprzedawać, brać żon, ile środki pozwa- 
lały, mogła żona męża opuszczać — wszystko to nagle 
ustało, we wszystko wmieszał się nadzór kościelny; on 
zabraniał porzucania niemowląt, przedaży dzieci, nawet 
swadzieb i godów w pewne pory roku, lub w pewnych 
stopniach pokrewieństwa; wymagał „oddawania" w ko- 
ściele i ślubów dozgonnych; żony przetwarzał na mal- 
żony (Mahal, umowa ślubna?). 

K co najboleśniej było, nawet zmarłym nie prze- 
puszczał: zamiast prastarych żalów i zgliszcz nad rzeką, 
w dąbrowie, na polu, około których wieszały się cienie 
dziadów i pradziadów, błagane obiatami na wiosnę i je- 
sień, szczodre i łaskawe, zmuszał do grzebania zwłok 
w drzewie około cerkwie lub kapły, gdzie zmarłym 
i obiat należycie znosić nie było można na miejsca, od 
których nienawistne ramiona krzyżowe duchów miłych 
przodków odstraszały. I mieszał się kościół do wszyst- 
kiego, do obrzędów, pieśni i pląsów nawet, a nadto wy- 
magał dla siebie samego ciągłych i znacznych ofiar, opłat 
i danin. Nie dziw, że praca misyjna utykała bardzo, że 
źle uprawiana gleba owocowała mało. Tymczasem, z ra- 
mienia i pod opieką władców, nie znoszących oporu, 
obok drewnianych, zrzadka podmurowanych izb, trze- 
mów, chyzów, wież (namiotów), wznosiły się po kaszte- 
lach cerkwie i kapły, zrazu również drewniane, później, 
im hojniejszych i bogatszych przybywało dobrodziei, z ka- 



168 



mienia ciosowego i z cegły; krzyże zatykano po wzgó- 
rzach i przy drogach, po uroczyskach i gajach, skąd po- 
gaństwo wydalano i pogan (paganus) ; pielgrzymi w kuk- 
łach i kapeluszach, przetykanych muszlami, o długim 
kiju, przewijali się coraz częściej po pąciech (drogach), 
dążąc do Rzymu i innych świętych miejsc; klasztory 
z mnichami czarnymi, szarymi, białymi, z mniszkami, 
na Tyńcu, na Łyścu, w Trzemesznie i t. d., po i przy 
grodach, nadawane coraz obszerniejszemi włościami i wol- 
nościami, przeobrażały powoli całe okolice, przez karczu- 
nek, troskliwsze gospodarstwo, rozmaite ulepszenia, wpro- 
wadzanie nowych drzew, warzyw, ziół i kwiatów. Przy 
cerkwiach i klasztorach pojawiły się, najpierw w Kra- 
kowie i Gnieźnie, potem i dalej, rozsadniki dla ducho- 
wieństwa, w pierwszych szkołach, wywołanych potrze- 
bami kościoła, wystawnością nabożeństwa, wymaganiem 
świeckich, gdy coraz więcej spraw, niegdyś ustnie zała- 
twianych, piśmiennemi świadectwami stwierdzać należało. 

Ze szkołą przyszli mistrzowie i ich łokaci, później 
bakałarze z przyborami : ferułą, inkaustem i t d., z szkol- 
nemi opłatami, z obiecadłem (abecadłem) i z pierwszemi 
książczynami, z Katonem, Donatem i Aleksandrem, utra- 
pieniem żaków polskich. Chwilowa reakeya pogańska (od 
Mazowsza do Pomorza), splądrowanie zachodniej Polski 
przez czeskiego Brzecława, znacznie późniejsze wschod- 
niej przez Tatarów, zjawienie się moru, stawiały prze- 
szkody szerzeniu się życia chrześcijańskiego i duchowego, 
lecz fali nie zatrzymały; religijne uczucia wybuchały 
w obchodach biczowników, z pierwszą pieśnią nabożną 
polską na ustach — gdyż dotąd lud i woje tylko kierlesz 
(kirie eleison) powtarzali. 

Powoli zaczynał się naród pozbywać, jak innej spu- 
ścizny po przodkach, tak i bogatego imiennictwa słowian- 






169 



skiego. Bolesławy i Kazimierze w panującym rodzie, Sta- 
nisławy, Sędziwoje, Dobrogości i Przemyśli w rodach cho- 
rągiewnych i włodyczych, Mileje, Czarnoty, Radomy, 
Cierpisze między starostami, smardami, łazękami, nie 
zachowywały równej miary: u książąt i panów zwyczaj 
powtarzania imion ojcowskich u synów, zapewnił im 
istnienie jakieśkolwiek ; u niższych przeważyły w końcu 
starania duchowieństwa, obojętnego niegdyś dla imion, 
lecz później nalegającego na wybór imion, zapisanych 
w „księdze żywota", a więc świętych, starozakonnych 
i t. p. ; z obcym Piotrem (patronem rybaków słowiań- 
skich), Pawłem i Janem, z Jakóbem i Michałem, z Pil- 
grzymem, postąpił język całkiem jak z własnym Stani- 
sławem w nawoływaniu rodzinnem, czułem i szorstkiem, 
powstały owe Piechniki, Pasie i Jaśki, Jaksy, Kuby i Mi- 
kory, Grzymki, całkiem jak Stachniki, Staśki i Sławki. 
Inne tłumaczono żywcem,, jak Ignacego na Żegotę a Syl- 
westra na Lasotę ; znowu inne przekształcano, z Egidyu- 
sza Idziego, Dziwisza z Dyonizego, Jarosza z Hieronima 
(Jeronima), Nawojkę z Natalii, Tworzyjana z Floryana 
(dzisiejsza Floryańska brama w Krakowie zwała się je- 
szcze w XVII wieku Tworzyjańską). 

Wybierano imiona najdziwaczniejsze, najrzadsze; 
stąd owe Parysy, Jaktory (Hektor), Jaracze (Horacy), 
Białdamy, Fenenny i t. p. Niewyczerpane niegdyś zasoby 
imiennictwa słowiańskiego zeszczuplały dziś do kilku 
okazów — a i między niemi są fałszywe, n. p. Wanda, 
która to nazwa ani w tej ani w żadnej innej formie nigdy 
w Polsce przeddziejowej nie istniała. 

Lecz obok głównej, chrześcijańskiej treści, nabiera 
kultura tej epoki i innych rysów, czerpiąc i te prawie 
wyłącznie z zachodu, od Czechów, Niemców i Romanów. 
Zapowiadają się znaczne zmiany polityczne i społeczne ; 



170 



obszernym włościom Bolesławów nie starczy już „ksiądz", 
choćby go i „wielkim" dożywano — miano króla, od Ka- 
rola Wielkiego urosłe, jak niegdyś cesarza od Cezara, 
władcy Polan się należało. 

Dziwnym trafem od tego samego Karla (Kerl) uro- 
sła nazwa i dla karłów. Króla z berłem (feruła) w ręku, 
z koroną na głowie, na tronie w pałacu, otaczali kmie- 
ciowie (comites), dostojnicy pałacowi i inni, który tytuł 
każdej starszyźnie, w końcu i wiejskiej przydawano ; rody, 
szlachta (slahta Geschlecht) z dziedzicznym {erb) zna- 
kiem, herbem, garnący się około króli i książąt, w ró- 
żnych stopniach, wedle zamożności i znaczenia, przej- 
mują wyłącznie trudy służby wojennej; rycerze zyskują 
nagrody i przywileje, zapewniające im z czasem wyłączny 
wpływ na państwo i wyłączne używanie wolności. 

Broń była cudzoziemska ; jak dziś Anglicy, tak 
w XI wieku uzbrajali frankońscy handlarze barbarzyń- 
ców brnią (Briinne z celtyckiego) frankońską*) przeciw 
własnym ziomkom — mimo surowych zakazów Karola. 
Lecz handlarze ci, a między nimi coraz liczniejsi żydzi, 
sprowadzali wszystko możliwe: korzenie, pieprz (i pie- 
rzem zwany, stąd pierno, pierzno y piernik), szafran, im- 
bier, cukier. Ważniejszymi artykułami po targach bywały: 
olej (niemieckie olei), piżmo, pierły (dziś perły), jedwab, 
(nie „wabiący jad", lecz czeskie hedvab, z Gotawebbi, 
t. j. przędzy boskiej), bursztyn (t. j. palący się kamień); 
z ryb przedewszystkiem śledzie (północno-niemieckie sild), 
niegdyś obficie w Bałtyku łowione; z broni między in- 
nemi i miecze z jelcami (u rękojeści, zwanemi później 

*) Język polski nie zna już słowa odpowiadającego czeskiemu 
brnye (n. p. w Aleksandreidzie wiersz 1395: a sen tepruw usypa 
brnye — a ten dopiero wdziewa kolczugę), z gockiego brunjo; nasze 
broń, bronić i t. d. zupełnie odmienne, rodzime słowo. 



171 



i jedlcami, czeskie jilce, niemieckie helza); od handla- 
rzy nauczono się rozróżniać barwy (Farbę) u jedwabiu 
i tkanin, bławą (blau, porównaj bławat), bruną (bru- 
natny), błękitną (z łacińskiego blanketus, z niem. blank). 
Towary ważono na wagach; od handlarzy dowiedziano 
się i o lwach (Lówe), strusiach i o innem ptactwie, o pa- 
pugach, pawiach (Pfauo) i bażantach. 

Szczególnie znacznym był przypływ nowych rzeczy 
a więc i nazw z niemi, do kuchni i piwnicy. W kuchni, 
gdzie później kucharze i kuchty gospodarowali (czeskie 
kuchynie, z niemieckiego chuchinna, a to z łacińskiego 
coquina), dodawali szafarze wszystkiego; z naczyń dre- 
wnianych i innych stały tu konwie (Kanne), wębor (Eim- 
bar, Eimer), wiadro o jednem ujęciu), spady, panwie 
(Pfanne), kubki (Kopchin), gbeł (też nazwa miejscowa) 
i kubeł (Kubeł), stągwie (ze stądwie, Standa), łagwie 
(Lagę), bednie (bednarze je wyrabiali, butin, z łaciń- 
skiego butina), stępy (Stampfe), puszki (czeskie, niemie- 
ckie buhsa z greckiego), skopy i skopce (Scaf, Schaff, 
a z tego później znowu szafy i szafliki do nas się do- 
stały), nawet plecionki, jak kobiel, kobiałka (Kobei); 
skrzynia (scrini, Schrein) i pudło. Obok tych nazw nie- 
mieckich, z których niejedna z łaciny wyszła, n. p. Ku- 
beł z cupa, Eimer z amfory, Schrein z scrinium, rozpo- 
wszechnił się szereg grecko-łacińskich, nieraz nawet star- 
szych, niż wymienione niemieckie; przedewszystkiem 
misa {półmisek, z mensa, mesa — nazwy stołu i misy 
stale się spadają, mieliśmy wyżej toż samo u bluda misy, 
z gockiego biuts = stół), dalej deska, albo jak dawniej 
odmieniano, cka, t. j. dska, w liczbie mnogiej desk (z dis- 
cus , niemieckie tisc, Tisch) ; kadź (łacińskie cadus) ; 
krobia, króbka (łacińskie corbis, Korb); beczka (nie 
z Bottich, lecz z łacińskiego i greckiego buttis, jeśli to 



172 



nic myłka). Do nazw naczyń i t. p. należy przyłączyć 
nazwy budowli rozmaitych, począwszy od budy (u nas 
nadzwyczaj rozrosłej, budować, budynek i L d., z niem. 
budę), kotu i koćca (niemieckie Kathe, u nas później ko- 
jec, kojca), a skończywszy na murze i murowaniu, ko- 
minie, komnacie lub kownacie, komorze ; tu należy i sto- 
doła, niemieckie Stadal. 

Ogniskiem, skąd te rzeczy i nazwy szerzyły się po 
ziemiach polskich, były głównie gospodarstwa klasztorne 
benedyktyńskie i cysterskie: Tyniec, Łysieć, Ląd, Mo- 
giła i inne. Z ich sadów i ogrodów warzywnych rozeszły 
się również brzoskwinie (dosłownie: perskie jabłka, Pfer- 
sih); czrześnie, albo jak je dziś piszemy trześnie (Chirsa, 
z cerasus, z czego może już prasłowiańskie czercha, 
urobione potem przyrostkiem -nia) i wisznie (nazwa po 
całej Europie znana, lecz zkąd wyszła?); pigwy (z nie- 
mieckiego Figa, podczas gdy ficus likiem, fikowem drze- 
wem przezywano) i gdule (czeskie gdunie, niemieckie 
chutina z łaciny; gdule i grdule, lub grule, służyły póź- 
niej i innym owocom) ; agrest (agresta). Z kwiatów i ziół 
wprowadzili mnisi, wyłącznie w celach leczniczych, nie 
dla barw ani woni, róże i lilie, rutę, lubszczyk (jakby 
od lubego nazwany, lecz to niemieckie lubestecco, z ła- 
cińskiego leuisticum), miętę, rumianek, który przecież 
nic rumianego nie ma ani z „romanus" poszedł, lecz jest 
rmankiem i rmenem, ostatecznie z kamomili powstałym. 
Z warzyw i t. p. uprawiali pierwsi łodzygę, lub łocykę 
(z łacińskiego lactuca) ; łuk (Lauch), kmin (Chumin , pó- 
źniej Chumil, Kummel, z greckiego), piotruszkę (Peder- 
silli), trzebułę (Kerbel), chrzan (Kren), rzodkiew lub rzot- 
chwę (Rettig z radix syria), cybulę (Zibolle, łacińskie 
caepula), marchew (Morha, Mohre), broskiew i wrzos- 
kiew (brassica), kapustę (kampustę, composita); od po- 



173 



łudnia i wschodu przyszły ogórki i ćwikła (obie z gre- 
ckiego) ; bukszpanem i barwinkiem (penrinca) wysadzali 
grządki, a z lauru, choć go nie szczepiono, zrobili (w Cze- 
chach) wawry, wawrzyny (porównaj Wawrzyniec =Lau- 
rentius). Czy już im przypisywać uprawę włoskiego gro- 
chu, cieciorki (łacińskie cicer, niemieckie Kichererbse)? 

Dziwne, że dla niektórych swojskich drzew zja- 
wiają się obce, łacińskie nazwy, n. p. dla topoli z popu- 
lus; coś podobnego widzieliśmy w dawniejszej warstwie 
dla buka. Również pomijamy same uszlachetnienie do- 
mowych grusz (krusz), jabłoni i śliw, jak i wprowadze- 
nie uprawy (niezbędnego dla ofiary mszy św.) wina, czego 
choćby różne Winiary dowodzą, ponieważ język dokła- 
dniejszych śladów nie zachował. Lecz nie tylko kwiaty 
i zioła, warzywa i owoce rozchodziły się z gospodarstw 
klasztornych po kraju; z nich poszły może i koty (cat- 
tus, a od pazurów kocich i kotwice przezwano ; ale ta po- 
życzka kota bardzo stara) ; z drobiu znane (i hodowane ?) 
od najdawniejszych czasów gęsi, kury i ąty czyli kaczki 
(kachny, czeskie, t. j. Katarzyna; miano osobowe nada- 
wano często zwierzętom, tak Filipem zająca, Marciszkiem 
koczkodana, a księdzem Wojciechem bociana nazywano, 
szczególniej u Niemców; z ich Reinharta n. p. poszedł 
renard i t. p.); wreszcie gołębie,; czy i króliki, których 
niezręcznie z niemieckiego Kunigel (jakby Tod niemiec- 
kiego Kunig — król) przetłumaczono, choć niemiecka naz- 
wa od łacińskiego eunieulus (Kaninchen) pochodzi? Ryby 
nabierały dla postów szczególnego znaczenia; nie dziw, 
że łacińsko-niemieckiemi nazwami odróżniano coraz licz- 
niejsze gatunki, n. p. wyży (huso, Hausen), karasie, 
karpie i inne. 

Z ubiorem duchowieństwa szerzyły się i obce jego 
nazwy ; wspominaliśmy o kukłach na głowie (Kugel , cu- 



174 



cullus); należy dodać kapy {kapice, kaptury), koszule 
(habity z casula), żupy (żupice, tupany, z Joppc, łaciń- 
skie jupa, i powstało na ziemi romańskiej, jak w słowie 
żyd z judeus), gunie (łacińskie gunna — kożuch , an- 
gielskie gown) i t. d. Inne nazwy materyi i części ubioru 
pomijamy, nie mogąc ich ze wszelką pewnością do tych 
wieków odnosić. Niektóre słowa, dziś w polskim nie- 
znane, pomijamy. 

Ważny postęp zaznacza wprowadzenie młynów (wod- 
nych), gdy dotąd na żarnach ręczną robotą zboże kru- 
szono i mielono; młyn (niemieckie mulin, z włoskiego 
mulino) kobietom i niewolnikom sporo pracy ulżył; czy 
wraz z młynem i nazwa krup (Graupe), dalej, czy już 
wtedy rozmaite pieczywa, jak Żemła (Semmel, z simila), 
całta (Zelten, Lebzelten), buła (i bułka, później bułarnia 
piekarnia, od kształtu pieczywa, niemieckie bulla), do Polski 
się przedostały, nie rozstrzygamy. 

Wpływy te nie ograniczają się wyłącznie do podob- 
nych nabytków; i moralne pojęcia i stosunki niejedno- 
krotnie w nich się odbiły. Więc zapoznał się „niemądry" 
Polak — nie z rzeczą, lecz z jej nazwą, ze szkodą (słowo 
to u nas nadzwyczaj się rozrosło: szkodliwy, szkodnik, 
szkodować, przeszkoda i i d., oznaczało pierwotnie nie 
tylko stratę, lecz i niebezpieczeństwo i zgorszenie). 

Gdy nie wypełniał należycie zleconego orędzia, gdy 
źle orędował {arunłi — zlecenie), gdy nie słuchał mą- 
drej rady, chociaż sam innym chętnie radził (rad, Rath; 
stąd wyszły i rajca i raić z rajfurem i zdrada i L d. we- 
dle Yerrat), nie potrzebował czekać długiej chwile (lecz 
słowo to mogłoby i do pierwszej warstwy należeć, gockie 
hweila, niemieckie wile z hwila; później krotochwila = 
Kurzweil), aby szkody dopytał. Kto mu z niej wybrnąć 
pomagał, temu oddawał gorące dzięki (Dank od denken; 



175 



znowu bardzo rozrosłe w późniejszym języku; czyniono 
komu w dzięk — stąd wdzięczny — i przez lub bez dzięki, 
wbrew jego woli; dziękczynienie; później wzięto powtór- 
nie z niemieckiego dank*), w nazwie herbu Abdank, 
w czasowniku abdankować żołnierzy). 

Jak gdyby rodzime czary i czarownice nie wystar- 
czały, słuchał Polanin chciwie przywoźnych opowiadań 
o strzygach (łacińskie striga), że nabiał odbierają i sła- 
bości nasyłają; ze strzyg urosły mu później i strzy gonie. 
Wspominamy jeszcze, że do domowych narzędzi muzycz- 
nych, do rogów, do gęśli, które palcami przebierano i do 
skrzypek (smyczkowych), przybyły najpierw u wojska 
trąby (trumba); lutnia (lute, Laute) zdaje się być później- 
szą. Rolę wymierzano łanami (laneus); chleb krajano 
skibami (sciba, Scheibe, z czego później szyba poszła); 
zbierano coraz częściej i gorliwiej skarby (scerf drobna 
moneta, Scherflein) ; zapożyczono też nazwę lądu. Z chrze- 
ścijaństwem przyszły wreszcie i nazwy dni i miesięcy. 
Polanin rozróżniał pierwotnie tylko pory roku i liczył 



*) Dank dostało się do Polski nie wprost od Niemców (brzmia- 
łoby bowiem w takim razie dęk), jak mylnie twierdzono, lecz na Cze- 
chy, staroczeskie diek i dieka, dzieka, diekczinienie, bezdieky niechęt- 
nie, wdieczny wdzięczny, wdiek i wdicka wdzięk i t. d.; ostatnie na- 
śladuje włoskie grazia, francuskie grace, z gratus — wdzięczny. Gór- 
nicki jeszcze grazia przez „przystałość" tłumaczył. Rozrósł się więc 
niesłychanie obcy ów temat. Po stuleciach przedostał się jeszcze raz 
do języka, ale wyglądu obcego już nie zmienił więcej; dank różni się 
od dzięki, jak szlom od hełmu lub berło od feruły; używało się go 
w zwrotach: dank odnieść lub mieć nad kim, przyznawać dank komu, 
w czem i t. p., t. j. nagrodę odnieść, pierwszeństwo; w tern odcieniu 
znaczenia poszedł język znowu własnym torem. Staroczeskie diek mo- 
gło na gruncie polskim przybrać brzmienie nosowe, zjawiające się nie- 
raz w pożyczkach, n. p. w pielęgnować, kręgle, trębulka, krępować 
i innych wyrazach. 



176 



dnie miesiącami; obok tego oznaczał, od zajęć gospodar- 
skich, od zjawisk przyrody, w świecie roślinnym i zwie- 
rzęcym, krótsze przeciągi czasu. Chrześcijaństwo dopiero 
przyniosło podział dwunastu miesięcy i dni tygodniowych; 
nazwy miesięcy przyjmowali Słowianie bez zmian łaciń- 
skie, a nazwy dni tłumaczyli z łaciny i niemczyzny 
(środa — Mittwoch), zachowując naturalnie sobotę nie- 
zmienioną, urabiając do niej, n. p. w Polsce i sobótki, 
t. j. wilie świąt, obchodzone uroczyściej; przykład czeski 
(częściowo cerkiewny) obowiązywał niedzielą, tygodniem 
i t. d. i Polan. Wcześnie jednak zaczęto łacińskie nazwy 
miesięczne zastępować domowymi terminami, odpowia- 
dającymi mniej więcej czasom, na jakie łacińska nazwa 
przypadała; stałego, określonego nie było w tern nic, 
słownictwo chwiało się całkowicie nawet w obrębie jednego 
plemienia. 

Niemcy (jak i Rosyanie) pozbyli się później po- 
nownie terminów • ludowych, uznając tylko łacińskie; 
Czesi, wystrzegający się bojaźliwie każdej obcej etykiety, 
odrzucili wszystkie łacińskie; w naszej stałej niestałości 
choć dwa łacińskie zatrzymaliśmy. Lecz dopiero w XVI 
wieku ustaliły się te nazwy i następstwo ich, dowolne 
w czasach dawniejszych. Zaczynano bowiem rok lutym; 
drugi miesiąc zwano strąpaczem (strzępiącym, ścinają- 
cym mroźnie pola i łęgi); kwiecień nazywano słusznie 
łżykwiatem (u Czecha kwiecień trafniej na maj przypada); 
zamiast czerwca i lipca, istniały nazwy czerwień i li- 
pień — urobione na modłę dalszych miesięcy; sierpień 
bywał i stojaczką , niby zastanowieniem przyrody ; wrze- 
sień i pajęcznikiem nazywano; październik i listopad 
mieniali następstwo ; krakowscy Niemcy wprowadzali nie- 
jakiś czas i siennik (Heumonat) i winnik (Weinmonat) 
z niemieckiego, lecz daremnie ; pierwszy miesiąc nazwano 



177 



w końcu styczniem, nic dlatego, że się ze starym, nowy 
rok ztyka (boć i w grudniu toż samo się dzieje); zwał on 
się dawniej tyczniem od tyk (które wtedy rąbano?). 
Nazywano też miesiące całkiem z chrześcijańska, od 
głównych świąt, n. p. luty gromnicznikiem i t. d. 

Wobec tego nadmiaru pojęć, rzeczy i nazw, płyną- 
cych od zachodu — umyślnie, aby uwagi zbyt nie roz- 
rywać, nie rozbieraliśmy pytania, które z nich czeskie, 
niemieckie, łacińskie; wspomnijmyż mimochodem, że 
n. p. wszystkie wyżej przytoczone nazwy botaniczne, 
niby niemieckie, poszły z łaciny. Od wschodu nieliczne 
przybywały słowa, kilka greckich wymieniliśmy wyżej, 
do nich i korab (okręt) dodać należy. Żywej i stałej wy- 
miany z Rusią, oddzieloną wyznaniem, nie było, tern 
mniej wprost z dalszym wschodem i południem. Na Rusi 
rozpływał się tymczasem strumień normański w słowiań- 
skiem morzu; niejedno, co po nim w ruskim pozostało, 
przeszło, lecz znacznie później, i do Polski (jaszczyk, 
knut, ciwun i t. p.). Na stepie, od Bzowskiego morza do 
Węgier, zmieniały się po kolei szczepy Obrów (ftwarów, 
srogich ciemiężycieli Słowian, stąd czeskie obr, nasze 
obrzym, później olbrzym, dla wielkoluda), Węgrów, Pie- 
czeniegów, Kumanów czyli Połowców, Mongołów — Ta- 
tarów; nie rozróżniał ich naród polski, tak jak ruski, 
lecz nazywał ich wszystkich Kunami , t. j. terminem wę- 
gierskim, oznaczającym Kumanów; stąd nazwy miejscowe: 
Kunowo i inne. 

W ciągu wieków przeniknęło jedno i drugie słowo 
wschodnie, perskie i t. d., za pośrednictwem tych koczow- 
ników, do ust najdalszych Słowian, przedewszystkiem 
topór, kłobuk na głowie, kord u boku i kilka innych, 
między niemi najważniejsze: żupan, wysoki urzędnik, 
u Czechów i u nas skrócone w żpan (stąd madyarski 

Aleksander Bruckner, Walka o język. 12 



178 



ispan i niemiecki Gespan), a dalej pan = kasztelan, co 
później gospodzina zastąpił. 

Tak zwierciedlą się w języku nabytki kultury tej 
epoki ; wyrazy jej są jeszcze po wielkiej części wspólne 
dla Słowian , chociaż z czasem tylko wędrówką od szczepu 
do szczepu się dostawały ; niektóre sięgają ósmego wieku — 
inne, późniejsze, już tylko do Czechów i Polan należą. 
Względnej ich starożytności dowodzą silne zmiany, jakim, 
zeswojszczone zupełnie, ulegały ; wygląd ich obcego po- 
chodzenia prawie jeszcze nie wykazuje. Stopień osiągnię- 
tej teraz kultury państwowej, społecznej, religijnej, o wiele 
wyższy od poprzedniego ; wprowadzenie rzymskiego chrze- 
ścijaństwa i wzorowanie się wedle starszej w kulturze 
braci rozstrzygnęło; odtąd wpleciona Polska w grono 
społeczeństw zachodnich i kierunek dalszego jej rozwoju 
tern samem jest już ustanowiony na zawsze. 



IV. 

Tymczasem, w ciągu dwunastego wieku, dokonała 
się nowa, walna zmiana, która, począwszy od następ- 
nego stulecia, na dziejach Polski i jej cywilizacyi silnie 
zaważyć miała. W poprzednich wiekach Polanie i Niemcy 
nigdzie bezpośrednio ze sobą nie graniczyli ; jednych dzie- 
lił od drugich prastary, szeroki, potężny wał słowiański; 
on to właśnie wytrzymywał napór rzeszy od czasów Ka- 
rola Wielkiego do Fryderyka Rudobrodego ; za tern przed- 
murzem nagabywana tylko przelotnie, mogła Polska siły 
swe skupiać i rozwijać. Lecz wał ten, podkopany zewnątrz 
i wewnątrz, runął na zawsze w dwunastym wieku , i zie- 
mice, osłaniające dotąd Polskę, nad Łabą i Odrą, prze- 
szły w ręce niemieckich panów, a jeśli się nawet na Po- 
morzu, Rugii i w części Meklenburga, „księdzowie" 



179 



słowiańscy utrzymali, to już tylko same nazwy owych 
Bogusławów, Kazimierzów, Wyszesławów, przypominały 
i późnym pokoleniom ród ich pierwotny. 

Lecz za niemieckim i za zniemczonym panem za- 
lewały fale niemieckiej ludności, Fryzów, Sasów, Holan- 
dów, Flamandów, Franków, nawet Szwabów, opustoszałe 
doszczętnie, lub zaludnione licho, ziemice słowiańskie; 
już z końcem dwunastego wieku docierały fale do granic 
polskich, a w następnym cała niemal zachodnia Polska, 
prócz ważkiego pasu czeskiego, okolona jest nowym ży- 
wiołem. Do trzynastego wieku nie było więc bezpośred- 
niego wpływu niemieckiego, szedł on niemal wyłącznie 
na Czechy, faktycznie albo idealnie ; od trzynastego wieku 
natomiast działał wprost. 

Nie zatrzymały się bowiem fale niemieckie u granic 
polskich; książęta, duchowieństwo, panowie wzywali sami 
i popierali nowe osadnictwo, skierowane więcej ku gro- 
dom, niż na pola i puszcze. Jak w poprzedniej epoce 
główną treścią kultury było prędkie zewnętrzne przyjęcie 
chrześcijaństwa i powolna asymilacya jego z życiem i du- 
szą narodu, tak samo góruje w teraźniejszej epoce, od 
1250 do 1550, wytwarzanie się życia miejskiego. Bo pol- 
skie grody i podgrodzia dopiero od napływu niemieckich 
osadników przekształciły się w miasta, w znaczeniu za- 
chodniem ; dopiero odtąd liczymy się z nowym , osobnym 
stanem miejskim, bogatym materyalnie, zabiegliwym 
i pilnym, garnącym się ku oświacie, posiadającym sa- 
morząd, wyodrębniającym się językiem, obyczajem, skłon- 
nościami, od innej ludności, co się staje powodem nie- 
porozumień, waśni i walki, w której stan ten w końcu, 
chociaż z narodowością zlał się już zupełnie, pokonany, 
osłabiony, ustąpił, z największą szkodą dla całego kraju. 
To jedna główna strona rozwoju. 

12* 



180 



Obok mieszczan-Niemców, nabierają jednak i Czesi 
nowego znaczenia dla Polski. Wcześniej i stałej w za- 
chodni ruch dziejowy i obyczajowy wciągnięci, dobijają 
się już w trzynastym wieku wysokiego stopnia oświaty, 
a w czternastym, za Karola, stają na czele Europy. 

Wprawdzie wysiłek ten kosztuje ich wiele ; sama ich 
narodowość wydaje się zagrożoną ; niemczyzną przesiąka 
szlachta, duchowieństwo i miasta; słychać głosy niemiec- 
kie już za Przemysłów, że przyjdzie czas, gdy na pra- 
skim moście Czecha widać nie będzie. W grożącem nie- 
bezpieczeństwie uświadamia się jednak i ukrzepia naro- 
dowość ; literatura w ojczystej mowie, choć na obcych 
wzorach powstała, wspiera ją silnie; niebawem ogarnia 
obie silny ruch religijny i w imię jego odsłowiańszczyły 
się po raz pierwszy zniemczałe już Czechy. 

W walce o wolność sumienia wyrobiły ich wojska 
nową broń i taktykę, i ci sami, którzy w czternastym 
wieku służyli w Polsce za wzór urządzeń państwowych, 
na których literaturze i szkole polskie się kształciły, 
udzielali teraz nauk nowej wojskowości. Jak Kazimierz 
Wielki na Karola, tak zapatrywał się Kraków na Pragę, 
a Polska na Czechy ; stąd brano wszystko, od monety 
aż do pisowni. 

Przewaga ta starszej oświaty czeskiej przetrwała 
późno, aż do szesnastego wieku, przynajmniej w dziedzi- 
nie językowej, gdzie „gładkie czeskie słowo" stare polskie 
wyrazy rugowało, gdzie niby za dowód ogłady uchodziło 
w mowie mieszać — jak dziś francuzczyznę — czeskie 
okruchy, gdzie literatura, szczególniej teologiczna, góru- 
jąca produkcyą nad wszystkiemi innemi gałęziami, nie 
wahała się terminów czeskich używać i wprost się do 
tego przyznawać. 

Ogółem uważać należy, że poczucie językowe 



181 



XIV— XVI wieku od naszego zupełnie było odmienne, 
ówczesnym ludziom pstrocizna językowa nigdy nie wa- 
dziła; bezmyślnie niemal przetykali wyrazy rodzime 
obcemi, czeskiemi, łacińskiemi (całymi frazesami), nie- 
mieckimi, za leniwi, żeby własne obmyślać lub tylko 
zastosować ; mowa potoczna ówczesna roi się od tanc- 
mantlików, szturmhaubów, kryksmanów, szancknechtów 
i t. d. ; piszą n. p. „ani na fancz (Feindschaft), ani na 
przyjaźń nic się nie oglądając" i t. p. (list Wojny do Sa- 
piehy z r. 1604). Z dziedziny umiejętności język naro- 
dowy był ogółem wykluczony ; językiem szkolnym i teraz 
pozostała wyłącznie łacina: gdy chciwy wiedzy Dymitr 
(Samozwaniec) na ojców Jezuitów (Czyżowskiego i Ła- 
wickiego) nalegał, by go czegokolwiek uczyli, choć po 
łacinie nie umiał — wystawiali mu obaj usilnie, jak nad- 
zwyczajnego truduby wymagało, gdyby kto reguły jakiej- 
kolwiek nauki po polsku wykładać zamierzał (w Putywlu 
9. maja 1605 r.). 

Wobec takiego zapatrywania na język, cóż za dziw, 
że zalewały go obce fale, domieszki łacińskie, czeskie, 
niemieckie, wprowadzane oddawna, i włoskie, węgierskie, 
ruskie, tureckie, wprowadzane świeżo ; w falach tych za- 
ginęło wiele staropolskich, słowiańskich wyrazów. Lecz 
z tą samą łatwością, z jaką wchodzili, ginęli ci przyby- 
sze ; widoczne to szczególniej na licznych wyrazach nie- 
mieckich, podtrzymywanych przez mieszczaństwo jeszcze 
w XVI wieku i już w tym samym wieku na zawsze 
wychodzących z użycia. 

O tym nadmiarze obcych żywiołów w mowie XIV 
do XVI wieku spisy ich, istniejące dotąd w naszej lite- 
raturze, nie dają pojęcia, gdyż opierają się na słowniku 
Lindego, uwzględniającym język dopiero od r. 1550, t. j. 
gdy główna fala obcych słów już stanowczo ustępowała. 



182 



Lecz i my nie możemy myśleć o wyczerpaniu ich — 
nie dajemy przecież słownika obcych słów — musimy 
nawet zmienić wykład : jeśli dotąd staraliśmy się dokład- 
niej obliczyć, co z obczyzny weszło, zadowalamy się te- 
raz kreśleniem głównych kierunków rozwoju. 

Rozwój ten szerzył się od niemieckiego mieszczań- 
stwa, czeskiego państwa i szkoły łacińskiej. 

Grody i przygrodzia słowiańskie, obronne przekopą 
i zabrodłem, gdzie chyba „kasztel" i „cerkiew" z kamie- 
nia się wznosiły, gdzie życie wrzało tylko podczas targów, 
sądów i wieców, gdzie z otaczającego pola ludzie kolejno 
na „stróżę" wychodzili, a okoliczne zduny, piekary, ko- 
niary i t. p. potrzeby załogi grodowej i książęce opatry- 
wały, przemieniły się dopiero za przybyciem osadników 
w „miasta" (i w czeskim, wedle niemieckiego Ort; miasto 
znaczyło przedtem tylko miejsce, jak to jeszcze w zamiast 
lub natychmiast widzimy), a ich mieszkance w „mieści- 
ców, miejskich synków" lub „mieszczan". Gminą rządzili 
rajcy, a sądzili w niej ławnicy (przysiężnicy) pod burg- 
mistrzami obieralnymi i stałym wójtem (rychtarzem), po 
wsiach pod sołtysami, wydając wilkierze (uchwały), 
uchwalając szosy (Schosz, pobory, szosować), znacho- 
dząc ortyle w sprawach spornych i przestępstwach, we- 
dle prawa miejskiego, majdburskiego ; nad porządkiem 
w mieście czuwali ceklarze (Zirkler), firtelsleute, po do- 
mach usnachci (Hausknecht). Ulice nie moszczone już 
drzewem, jak dawniej, lecz brukowane (bruk, Brucke, 
mówiono i burk, jak durk obok druk, druszlak i dur- 
szlak), z rynsztokami, prowadziły na place i rynek; 
obok ratusza (której nazwy polska wietnica nie wyparła) 
i sukiennic, „wznosiły się smatruzy*), kramy i budy na 

*) Miejsca, gdzie przekupki, iglarki. kaletniczki, paśniczki i t. d. 
siadywały, nie darmo od „paplania" (schmettern, garrulatorium po ła- 



183 



trelach ; na mikszłacie (Miethstatt) czekali miksztatnicy, 
tragarze, szrotarze (Bierschroter, co szrotowali, ładowali 
beczki i t. d.), aby ich najęto — lonarzy (lunary, Lohn- 
herren) dozorowali ; o zamożności i pobożności mieszczan 
świadczyły ich Jary i tumy, w których Polak nieraz tra- 
fiał na „niemieckie kazanie" ; wieże zastępowały turmy. 

I zmienił się zupełnie wygląd grodu — miasta. Po 
bokach ulic wznosiły się wysokie, murowane, wązkie 
domy, pod strychem i dachem z lat i szkudeł, z rurami 
(albo rynnami, dachówkami i szachtami), z gankami 
albo bauerami, z gmachami i gmaszkami, alkierzami (Er- 
ker) i indermachem, z szybami u okien, z furtkami 
u wychodu; mury były tynkowane, filary i gzymse na- 
dawały im piękniejsze pozory ; domy i mury miejskie 
(z wykuszami wystającymi i z blanków aniem) budowano 
z cegieł, które wyrabiali strycharze i żumpiarze u żum- 
piów (żąpiów, rząpiów, z Sumpf) za miastem. 

W tyle i po bokach domów, szczególniej na for- 
warku (folwarku) budowano szopy, lamusy, spiżarnie dla 
rozmaitej spiży (Speise), spichrze (Speicher z łaciny), 
gruby. W izbach nazbierało się dowoli nowych gratów, 
jako almaryi i almaryjek (szaf) lub spidwasków z szuf- 
ladami, trun, zedli lub stołków, stołów w rozmaite fladry, 
lichtarzy, Meluzyn u półapu, antfosów i t. d. Lecz męż- 
czyźni, jeśli ich rzemiosło nie przykuwało do warsztatu, 
nie długo w domach gościli ; wywoływały ich sądy, sprawy 
miejskie i handlowe. 

Cały przewód sądowy, pełen kruczków i sideł , szcze- 
gólniej dla nieopatrznych, odbywał się w niemieckim ję- 
zyku, więc wsiąkło stąd wiele terminów do polszczyzny, 
począwszy od gajenia sądów i od fordrowania przez fol- 

cinie) przezwane, więc czytamy w Kiermaszu na Zawiślu: „na smatru- 
zie (kto świadom) własny sejm niewieści" (około r. 1615). 



184 



drownika (skarżenia, prawienia), — zamiast fordiować 
(fordem) mawiano późnie] fołdrować, omijając następstwo 
dwóch r, jak w słowach molderz (morderca, mordarz, 
Mórder), mularz Maurer, kiemlarz (Kammerer, podskarbi 
miejski), Małgorzata Margareta, Malbork Marienburg 
Kluczbork (Kreuzburg), Kielsztrank (Kirschtrank) i t. d. 

O niektórych z prawnych terminów oddawna za- 
pomniano, n. p. szepszelink (Schóppenschilling, za świa- 
dectwo przysiężnikom płacony), wargielł (zapłata czło- 
wieka), ochłować albo bantować (achten, wywoływać), 
fryszł (odwłoka) i frystowanie, szperunk, szperować 
(taksować, brać w zakład, nasze szperać od tegoż), lotunk, 
lotować (ponere taxam), luprować, luprunk, lupr (wy- 
słowienie, wniesienie skargi, lautbaren) ; gwar, który z na- 
szym gwarem, gwarzeniem, nie ma nic spólnego. Jest 
to bowiem Gewahr, upewnienie skargi, n. p. gwar się 
stał, aby więcej albo wyżej nie żałował — die gewere 
geschah ; jeśli gwaru nie umiesz palcem wydać słusznie, 
pisze stary M. Bielski. Tu nadmieniamy, że ge — słów 
tej warstwy przechodzi zawsze w g, n. p. gbit, Gebiet; 
gweśny (gewisz, pewny; stąd w języku sądowym, n. p. 
w rocie z r. 1395, ugwesić, upewnić, ugweszać ; jeszcze 
w biblii Leopolity czytamy: „gweśne a pewne jest kró- 
lestwo Twoje") ; gwałt Gewalt ; z Gestalt powstaje kształt ; 
glejt, glejtowny z Geleit ; gwicht (waga) z Gewicht i t. d. 

Wyjątkowo pozostaje ge n. p. w gerada, Ł j. wy- 
prawa kobiety, jej ruchomości, z Gerade. Do tych wyra- 
zów prawnych należy i cog (Zug, seąuela, n. p. który 
z takich ortelów miał większy cog i t. d.), którego dziś 
tylko u „woźników" (koni) znamy; lecz jednym z najcie- 
kawszych jest wet, u nas wcale zagęszczony, n. p. wet 
za wet, nawet, wety, odwet, powetować : z Wette, L j. pa- 
miętne (sędziego, pokup lub wina, podczas gdy przeciw- 



185 



nej stronie busze uiszczano) — płaceniem wety (u Cze- 
chów), czy wetu, kończył się przewód sądowy, więc 
i ostatnie dania przy stole tak nazwano. 

Tu należy Thaiding (właściwie Tagedink), spór są- 
dowy, potem każdy spór, n. p. posłowie na sejmie r. 1555 
nie chcieli się koło tego w długie tadynki wdać z księżą, 
to znowu chcieli coś wytatynkować, lub o tymże co łra- 
dynkować, skąd wyszedł i wyraz trarunki, kłótnie. Jed- 
nacza, rozjemcę (arbitra) nazywali Niemcy Obermanem, 
stąd barman, borman (w XV wieku), n. p. tych wszyst- 
kich sędzią i obermanem był król, lub : aż się uczynił 
obermanem a jednaczem niesnasek tych (Turcyka Orze- 
chowskiego z r. 1543) i in. 

Inny, acz nie prawniczy termin dla sporów jest ha- 
dern, stad polskie i czeskie hadrowąć, hadrunk, n. p. pi- 
sze książę Sierotka w r. 1596. „przyjdzie się z nim ha- 
drunkować", inni zrobili z tego hadrynkować się (n. p. 
Wilkowiecki), a w końcu andrykować (Jantaszek z roku 
1664.) ; w przeciwieństwie do tego należy się pogleicho- 
wać, jak pisze warszawski wójt Skupieński r. 1634. Obok 
tych rzadszych, wymierających okazów, wymieńmyż po- 
wszechnie używane strofować, ganić wyrok, nie przyjmo- 
wać go, n. p. ten ortel łajał go albo strofował, chcę to 
strofować prawo i t. d. ; rugi, rugować; basarunek (pa- 
miętne, pokup) i t. d. Sąd skazywał na pręgę (później 
u pręgnerza i pręgierza chłostał „niedobry", t. j. butel lub 
budel, Biittel, szargarz czy hycel), na wyświecenie z mia- 
sta i t. d. 

Majątki szacowano wedle szacunku; płacono z nich 
miejskie czyże (pobory) i czynsze, a ponieważ prawo 
kościelne lichwy surowo zabraniało, brano na domy 
i inne nieruchomości za roczny płat summy na wyder- 
kauf (wyderkow, wyderkaf, wyderki), chociaż o odkupie 



186 



ani myślano. Gospodarstwo pieniężne zmieniło się teraz 
w kraju najzupełniej; zarzucono dawną grzywnę lekką, 
surogaty pieniężne, jak kruszę soli, łupieże (skórki) 
i koce kun, popielic, lisów i t. d., jeszcze dawniejsze 
grzywny (z których tylko nazwa została) i płatki ; zarzu- 
cono dawne opodatkowanie, z licznemi, nieraz w surowcu 
składanemi powinnościami, z owemi staropolskiemi „na- 
rzazem, krową, podworowem" i t. d. Zastąpiono je z ko- 
rzyścią dla panów i poddanych czeskim i niemieckim 
systemem monetarnym i podatkowym. Więc odmienia się 
całe dotychczasowe słownictwo: mińcarze kują nową 
minicę (mennicę, Miinze, w innem znaczeniu dziś uży- 
waną), obliczają wszystko na wiardunki (Yierdung), gro- 
sze, szelągi, szarły, halerze, do których później talery 
i orty przybywają ; na skoty, skoćce (skojce) i kwartniki 
liczono z łaciny, lecz słowo to z dawnym skotem (teraz 
bydłem) w żadnym związku nie stoi. Przy kupnie przy- 
chodziło do litkupu (Litkouf), jakim niegdyś sprawę za- 
pijano ; borgu i borgowania wcześnie się nauczono ; wy- 
ręczali i wekslarze; końmi facyendował rosłuszar (Rosz- 
tauscher), z którego już w XV. wieku rostucharza, 
a później roztrucharza zrobiono ; wszystko załatwiano na 
frymarku, przyczem już nieraz słowem i uczciwością 
frymarczono. 

Obok zwykłych targów odprawiano doroczne jar- 
marki albo jarmaki (jak je dziś jeszcze Słowacy zowią, 
a u nas w XVI wieku je zwano) — już wtedy pocieszał 
odjeżdżający ojciec płaczące dzieci, że im jarmark (go- 
ściniec) przywiezie (w kazaniu z r. 1407) : tu machlowali 
machlarze lub maklerze, bacząc pilnie własnego fortelu, 
a oszwabiając nieopatrznych dubieli, co sił stało; pie- 
niądze zgarniano na celbracie. 

Z wrastającym dobrobytem, z ruchem handlowym, 



187 



wzrastały jednak i przestępstwa przeciw własności i bez- 
pieczeństwu. Minęły czasy, kiedy prócz wypraw łupie- 
skich na morzu i lądzie, dobroduszny Słowianin tylko 
kradł, aby mógł gościa uczęstować, kradł w nocy, aby 
się za dnia z innymi podzielił; teraz rozbijała i szlachta 
na „dobrowolnej" drodze, szyndowała (schinden) furma- 
nów, rozwożących za furlonem towary, idących na węder 
i własną bracią. W rotach, przysięgach sądowych, XIV 
i XV wieku, czytamy o szyndzie, szyndem, nieraz; więc 
przysięga jeden (r. 1404) „jakom Macieja nie szyndował 
z swym pomocnikiem żadnym", inny (r. 1391) „jako Jan 
z Gawłowie nie szyndował Mikołaja Smoka na dobrowol- 
nej drodze" i t. d. ; jeszcze r. 1558 skarżą posłowie na 
sejmie, że „panowie solnicy domy, skrzynie im szyndują, 
szukając soli", a przestrzega M. Bielski : kobiety roz- 
szyndują prostakom kalety. Mnożyło się łotrów i lo- 
trowstwa. 

Po drogach płacono prócz myła i cło (Zoll) ; jeśli 
dziś o przyjeżdżających do Zakopanego gościach mówią 
w tamtejszej gwarze, że przyjeżdżają na clenie, że ktoś 
pojechał do kąpiel na clenie, to niktby się nie domyślił, 
że wyraz ten, oznaczający kuracyę, leczenie, od cła 
poszedł. 

Już Chróściński pisze o ziemi, „żeś sama wżdy 
uclała", (uleczyła się ; Knapiusz podaje „wyclić się — 
wyzdrowieć" ; broszura polityczna J. Karczowskiego, z r* 
1586, nosi tytuł: „Oclenie mieć", nie Uczknienek, jak 
Przezdziecki wyczytał) ; uelicz znaczy pocieszyciel w XV 
wieku; r. 1393 przysięga jeden „jako z tego mię nie wy- 
clił i nie wyręczył", inny r. 1396. „że ma część dziedzic- 
twa wyclić" — oczywiście, dopiero za opłatą cła, za ocle- 
niem lub wycleniem towar i kupiec wolni od nagabywań, 
wyswobadzają się — stąd rozwinęły się owe dalsze zna- 



188 



czcnia. Wypadałoby teraz przechodzić po kolei wszelkie 
rzemiosła i ze słownictwa ich wykazać zależność od ob- 
cych wpływów — lecz tubyśmy i końca nie dopytali. 
Wybierzemy jedno, najszlachetniejsze, rycerskie. 

Najpierw żołd zwabiał żołdnierza (później żołnie- 
rza), potem nadzieja łupów wojennych, bułynku albo bi- 
łunku (Butinge, łupy, zdobycz) ; r. 1393. przysięga jeden: 
„jako Wojciech wziął mnie i mym towarzyszom pięćna- 
ście grzywien butynku", w Biblii z r. 1456. „plon wojed- 
ski rozbitujesz" (podzielisz między wojskiem), „rozbitujecie" 
(złupicie); w Tarnowskiego „O gotowości wojennej" 
z r. 1558. czytamy nieraz, jak na bitunku obierają bitun- 
karze, kto traci bitunk, jak w walnej bitwie, gdy nieprzy- 
jaciela na głowę porażą, albo gdy już „chorągwie ziem- 
skie roztoczą, tam bitunku nie bywa". Hufy albo ufy, 
ufce stawały w ordynku swym (później ordynek, lecz 
u Tarnowskiego r. 1558 zawsze — ordunk, jakim ordun- 
kiem i t. d.) albo szyku, uszykowane (już XV wiek 
tego słowa często używał, n. p. w Biblii z r. 1456. szy- 
kowano na bok wojskę, rozszykować, rozrządzać i t d.); 
jedne wysuwał hejtman (hetman, etman) na czoło, na 
szpicę (w XV wieku częste w Biblii, n. p. szpicę wojeń- 
ską, lub po słowniczkach, n. p. przed szpicą wojski) 
albo spicę, ludzi niestatecznych, „straszliwych" w tyle. 
Na zupełny rystunek lub rusłunek (dziś rynsztunek, jak 
już w „Piechotnem ćwiczeniu" Lipowskiego z r. 1660. 
czytamy, ale u Tarnowskiego r. 1558. zwie się to zawsze 
rynsztunkiem, a rustunkiem u Mączyńskiego i in.) skła- 
dały się: hełm, huckop lub hunskop z gehinkiem, albo 
łapki, a na nich pusze; pancerz, tarcza lub puklerz, 
wapanrok czyli kabał, szynki (Schienen), beigwanły 
(bigwanty i t. d., wspominane wiele razy w rachunkach 
dworskich Jadwigi i Jagiełły); piachy, brusblachy i pół- 



189 



placia, które wyrabiali płatnarze lub płatnerze (z kra- 
kowskim płatnerzem, Klimkiem, posprzeczał się chorąży 
Tęczyński r. 1461, co znaną tragedyę wywołało), szable, 
spisy i t. d. Z tych i innych części składała się harnasz 
albo zbroja (później rodzaju męskiego, w harnaszu i t. p. 
czytamy już w Biblii, tamże mowa o „harnaszowanych", 
t. j. uzbrojonych). 

Nie wspominamy wcale o strzelbie ręcznej, o bu- 
rzących działach, z których n. p. mniejsze szlagami na- 
zywano, o możdżerzach (moździerzach), potrzebnych , gdy 
oblegano zamk (zamek), gdy się podszańcowano, wszystko 
na szańc sadzono przeciw nieprzyjacielowi, broniącemu 
się z blanków lub blanków anią; hawerze kopali sztoły 
i wysadzali prochy, aby w murze rum czyniły, aby były 
dziury do szturmu. Rozkładano się w legierze; wysy- 
łano śpiegierzy albo spieglerzy (szpiegów), aby wyśpie- 
gowali wroga; pod fendlami dzielnych fendrychów wy- 
jeżdżano hersztować, hercownicy zwodzili harce (Herzu!) 
i jakby szyrmierze jacy szyrmowali w szrankach i w kre- 
sie, w kole, niby na turniru czyli turnieju albo bur- 
dynku (chociaż turleje i burdy nie tylko rycerską za- 
bawę, lecz wszelkie hałasy i bitki później oznaczały), 
aż od małych, postronnych szyrmic do walnej bitwy 
przychodziło; przy panach drabowali drabi. 

Dla pośpiechu krepowano koni u kreptuchów (wor- 
ków z owsem); poczem dosiadali rycerze swe hinszty, 
horze albo orze, urze (horse, Rosz) i drabarze (Traber)' 
trzymano je w krygu cuglami, okryte żelazem, ladro- 
wane; nędzną szkapę przezywano marchą lub merchą 
(Mahre), chociaż od tegoż słowa takie zaszczytne nazwy, 
jak marszałka (pierwotnie koniuszego) i (czeskiego) masz- 
talerza z masztalnią (Marstall) wyszły, a słowo samo 
celtycka kawalerya przed wielu wiekami Niemcom na- 



190 



rzuciła. U wozów rozróżniano nic tylko nowe ich okazy 
nazwami jak rejnwajny (Jagiełły, lekkie wozy, później 
rydwany), kary, szrotwajny, wozy szrotarskie, ciężkie 
karwany (później karawany i in.), lecz co do części ich 
zapominano o dawnych nazwach dla nowych, n. p. zastą- 
piono polskie i słowiańskie oje dyszlem; tak i lusznie, 
łanwy i lony, wasęgi i t. d. wcisnęły się, szczególniej 
zaś łancugi (łańcuchy, lencuchy, Lehnzug) wyparły da- 
wne rzeciądze (wrzeciądze). Pomijamy szory, szle (od 
nich i szelki), lejce, wyrazy, jak koń lecowy, szwar- 
clowy, lub szwarcowy. Lecz gdziekolwiek się obrócimy, 
znachodzimy ten sam stosunek. Weźmy co na chybił 
trafił, n. p. inwentarz z r. 1573 po stolarzu (tłumaczone 
z Tischler) Zygmunta Augusta, Jerzym Szwarcu; znaj- 
dujemy tam szynwagę mosiądzową, rasple, heble, am- 
busy, klubzagi, winkelmosy, słreichmodly (modlą wzór), 
listwy, sprengle, tablice sztukferkowe, srobcwingi, srob- 
stoki, kielbraty i pełno innego coigu ślusarskiego, złot- 
niczego i t. d. 

Klonowie pisze najpiękniejszą polszczyzną, lecz gdy 
w „Żalach nagrobowych Kochanowskiemu", do warsztatu 
się udaje, aby postać mistrza wystawić, roją się z pod 
jego pióra rotgisarze (później ludwisarze, rodgisar u Reja), 
mistrze stamieckiego (Steinmetz) rzemięsła po formsznej- 
dersku grabsztyklemf orsznejdują i t. d. ; jako mieszcza- 
nin i ławnik, zna on wszelkie tajemnice Majdeburgii. 
więc prawi o obermanach, o lotunku i t. d. 

I tak bywa w każdem rzemieśle, szynkownem czy 
nie szynkownem, któremu sturarze (Stórer, partacze) 
przeszkadzają; u knapa (tkacza); gultszlara (goldszlara) 
i złotnika, któremu się szmale (email) dobrze opłacał; 
u kuśnirza (później kusznierza) z welpami, ślamą, bła- 
mami i futrami; u garbarza i białoskórnika z ich irzchą, 



191 



leszem i ciemcem i zamszem; u rymarza; u konwisa- 
rza, Stalmacha; u bednarza albo leglarza; u malarza; 
u ślósarza z witrychem i ingrychtem i t. d. ; u drukarzy 
z ich kunsztem niemieckim, z prasami i buksztabami 
i t. d. Cóż mówić o towarach, które z zagranicy sprowa- 
dzają, mianowicie o owych suknach, z najrozmaitszemi 
nazwami, owych bajach, czamletach, cwelichach, kana- 
wacach, kapicelach, breklestach, karazyach, szychtu- 
chach i t. d. ! Nazwy często wskazują miejsce lub kraj 
wyrobu (n. p. aras lub haras, lundysz i lepsze falen- 
dysz, fein lundisch, całun, machelskie, brukselskie 
i t. d., z Arras, Chalons i t. d.), które kupcy sprowa- 
dzali na własny obentaier (ryzyko, awantura ; u Reja, 
Krowickiego, używane i w odmiennem znaczeniu , fałszy- 
wego kamienia). 

Co o cechach i giełdach, o rzemieślnikach i kup- 
cach, toż należy rozumieć o każdym przemyśle. Górnic- 
two, czy w Wielkiej Soli (Wieliczce) i Bochni , czy w Ol- 
kuszu , przyszło z obcemi gwarkami — Słowianie krusz- 
ców nie kopali i na Bałkańskim półwyspie „Sasi" dopiero 
byli górnikami. Więc stąd nazwy metali, cyny, mosiądzu, 
stali albo ocelu i in. ; więc nazwy hut, hamrów, hałd, 
szybów i sztolni, z całym ustrojem bachmistrzów (Berg- 
meister), stygarów, hawerzy i t. d., i z ich przyrządami 
i t. d. Należy n. p. zajrzeć do kilku zapisek górniczych 
z połowy XVI wieku, wydanych w Starożytnościach Am- 
brożego Grabowskiego, aby się przekonać o głębi i sile 
tego wpływu*). 

Podobnie ma się rzecz n. p. z flisowstwem ; i tu 

*) Toż samo znajdujemy u „waryczów" soli w ziemi n. p. prze- 
myskiej i sanockiej wedle lustracyi królewszczyzn z r. 1565 i 1566: 
liny na oprawę kieratów, haki, wanny, achtele, losofy, buksę do rur, 
łańcuchy, sprengzele, szynale, lusznie do wiązania skuł, hałwełów i t. d. 



192 



począwszy od szypra i jego traf ty albo tratwy i jej tra- 
towania, czekających f ryjom i hysu (dobrego wiatru), 
z frochtem i frycami, a skończywszy na rudlu i sterze, 
na maszcie i żaglu, przeważają obce terminy; dawna 
komenda flisowska (z r. 1604) brzmi n. p. ru bakier, ru 
stywbork, wasta bakier, wara stymbork — stąd pochodzi 
jeszcze nasze na bakier. 

i\le nie tylko samo nasze flisowstwo, cała żegluga 
obfituje w wyrazy niemieckie i w późne czasy. R więc 
wszelkie nazwy statków, szkuty, kogi, lichtany, szmagi 
(czytamy n. p. u Paska, str. 38, te małe okręty kupie- 
ckie, szmagi; w pamiętniku Niemojewskiego: statki więt- 
sze szkut naszych, a na kształt szmak budowane) i t d. ; 
nazwy przyborów, manewrowania i t d., n. p. w prze- 
kładzie „Metamorfoz" Otwinowskiego (r. 1638) czytamy: 
kazał bosmanom wsiadać i odeumowawszy (odwiązaw- 
szy liny) od brzegu odkładać ; rufa tylna okrętu ; u Paska 
str. 40 i 41 : wyhysowawszy (rozpiąwszy) żagle... zaraz 
poszli na garugę (ukośnie, gary sznury u żagli), burta 
i t. d. 

Również wszelkie nazwy miar i wag, n. p. mila, 
cal; wierteł, laszt; klofta i tatra (Klafter); mędel, ta- 
chry skórek i tuziny (stąd tachrować, układać tuzinami, 
chociaż niemieckie decker dziesiątkę skórek oznaczało); 
drelinki, fodry i pólfodry (Fuder); fasy, musy i kuchy 
oleju; łuty, firacyntle (srebra, t. j. vier achtzentel, fancz- 
libru, t. j. Feinsilber); kloba i szalki u wagi, reza 
t. j. roweczek w grundwadze, w który wpada blejczyk 
na sznurce, stąd mawiano w przenośni bardzo pospo- 
litej : trzymać w rezie albo klubie, wypadać z rezy albo 
kluby; sztuka, szychta, szych; dalej pale, dyle, forszty 
(belki), tramy, teble, standary, lestry i wasągi u wo- 
zów, wańczosy, ramy i łaty i tyle, tyle innych. 



193 



Też uwagi dotyczą wszelkich innych szczegółów ży- 
cia miejskiego, dążącego z jednej strony do zlania się 
z szlacheckiem, a spadającego z drugiej do trybu kmie- 
cego. Na stroju miejskim, sposobie życia, na zabawach 
nawet, wzorował się znowu po części stan szlachecki. 
Nie myślimy tu gubić się w setnych drobnostkach toale- 
towych, począwszy od mycki i stojerza (Schleier) na gło- 
wie, a skończywszy na obcasach botów (butów), trepek 
(mniszych i kobiecych), trosarzy i dreznarów (toż samo), 
patynek i pantofli — lecz trudno pominąć owe alzbanty, 
bramy, bryże i bryżyki (oblamowania), kołnierze, fałdy, 
bufy, pasamony, pantliki, zankle; dalej owe szuby, kiece, 
kitle i kiderle, mętliki, inderaki, obercuchy, pludry, jun- 
kiery, fartuchy, łoktusze, botuchy (Badtuch), punczochy 
(później pończochy, Bundschuh). Tu należy i kraniec, 
niegdyś przepaska; jeszcze w Biblii Leopolity czytamy: 
jako kraniec około szyje obtoczyli mnie, lecz w drugiem 
jej wydaniu zastąpiono go już obojczykiem i dziś już nie 
o ubiorze go używamy, lecz o krawędzi. Od ubiorów 
możnaby wrócić do alkierzy i tam spotkalibyśmy się 
znowu z dekami, kołdrami, nawet ze strozakami (w XVI 
w.) ; moglibyśmy podpatrzeć niedyskretnie, jak panie far- 
biczkami twarze meglują i wałkują, lecz wolimy udać 
się do izby stołowej. 

Podobnie, jak z ubiorem, bywało i z pożywieniem, 
gnarowaniem (przysłowie: bogaty się dziwuje, czem się 
żebrak gnaruje). Wprawdzie trzymały się rzeźników na 
kutlofie jeszcze dawne wyrazy, lecz w jatkach żądały 
kumoszki flaków (jakie już Jagiełło pożywał, Fleck), albo 
kruszków (Krose), cąbru (Ziemer), nyrki, wąpiu (Wampe), 
szpandru, szpiku (Speck), smaru dla smarowania, szmalcu, 
szołdry (Schulter, szynki), kałdunów, cenadry. U mą- 
czarzy brano krup, gruce, owsianej mąki na żur (Sauer), 

Aleksander Bruckner, Walka o język. 13 



194 



pytlowanej na kioski (kluski, kluchy) i placki; piekarze 
i kichlarze wyrabiali begle, prącie, krepie, pankuchy 
(lecz nie z nich chyba i pączki urosły); u gręplarzy 
w straganach (szragach) kupowano naci na jarmuż, bru- 
kwi, krocmerki albo kucmerki (Kritzelmóre, słodyczka, 
dziś nie pojawiająca się na naszych stołach, które i ruty 
i innych podobnych przysmaków nie znają, tem częstsza 
n. p. na dworze Jadwigi i Jagiełły), hanyżu, wyki, poru 
(albo łuku) i t. d. Śniadano, obiadowano, jużynowano 
obficie i smacznie; zaczynano od żufek (zup), birem- 
brutu (ztaźbieru i chleba), jedzonych z kromkami(?) chleba; 
pieczyste dawano z szalszą w salsierce; „poście" lubo- 
wano się w rybach, minogach (neynogi i t. d. od XV. 
wieku), strekfusach (w rachunkach Jagiełłowych), styn- 
kach, dubielach, flondrach, certach, sandaczach, pis- 
korzach, oklejach, by klingach albo bydlinkach i L d. 
Na wety szły rozynki, datły (daktyle), figi, cukry, mar- 
cypany. Jadano bardzo korzenno i „pierno" (pieprzno), 
więc nie dziw, że i wiele się piło. Nie mówimy o wi- 
nach, rywułach, malmazyach, ipokrasie, winie reńskim 
(fabrykowanem na Morawach), o ich turach, lagrze i ju- 
zach; były różne piwa, podły taśbir, dobry konwent 
(piwo klasztorne), ciężkie „dwuraźne piwa" (doppelbir); 
były moszcze, kielstranki (Kirschtrank) i inne tranki 
albo trunki, przywożone w baryłach, tunach, kufach 
z czopami i t. d. Jak potrawy i napoje, tak i przybory 
kuchenne i stołowe wykazywały nazwami pochodzenie: 
talerze, brotfanny (później brytwanny), rynki, roszty, 
tegle, cybliki, kofle, kielichy, kruże i krugliki, halby, 
puhary, wilkumy. W kuchni szymowano (szumowano), 
co się gotowało, a naczynia, drybusy i in. szorowano 
nie tylko od świąt. 

Pito doma i w gospodzie lub w piwnicy, na szepcu, 



195 



gdzie szynkarka na belce lub tramie kretą zapisywała; 
biesiady kończyły się smutno, mniejsza o to, gdy do apa- 
teki po lektwarze i piłufy słano, lecz częściej przybiegał 
balwierz z plastrami lub zeszywał szramy i rany; gor- 
sze odnoszono w wacku, tobole, kalecie! Lecz od kieli- 
chów puszczano się i w tańce, reje i firleje (obie nazwy 
dostały się i znakomitym rodom w kraju : Firlejom i Re- 
jom), cynary (Zeuner), świeczkowe, gonione i inne ; gam" 
raci (i znana nazwa osobowa, a dalej skrócona w gach) 
i fryjerze zalecali się fryjownie i dwornie (tłumaczone 
z htibsch, t. j. hófisch) ; znachodziły się i fryjerki w cepli- 
kach (warkoczach), strojne i ładne. Kogo zaś rańtuch (t. j. 
podwika albo ruszka, staropolskie, zasłona) nie wabił, ten 
zasiadał do kart albo kostek; z pierwszych były „dziwne 
fluksy, turmy, ruszę" (wedle Reja z r. 1543), krępy i druż- 
barty, i nie zawsze się w rumel trafiato, a równie zdra- 
dliwe bywały es, tuz, dryja albo zez. Urozmaicano bie- 
siady i inaczej ; występowali szpilmany, kuglarze, ryma- 
rze (składacze-poeci, jeszcze Reja tak nazwano w urzę- 
dowej zapisce z r. 1546), albo żacy wyprawiali komedye; 
popisywali się mietelnicy w morspręgach (saltomortale), 
w chodzeniu po linie, rozmaitem spryncowaniem. 

Cóż dopiero w doroczny kiermasz albo w zapusty, 
gdy mumszańc sprawiano, gdy w tłusty czwartek baby 
krakowskie combrzyly (Schampern, schempern, chodzić 
w maskach w ów czas i napastować przechodniów — 
o cząbrowych babach wspominają jeszcze Załuski w „Pró- 
bie pióra" z r. 1753 i Krasicki). Główną zabawą, zarazem 
rycerskiem ćwiczeniem, dla mieszczan i rzemieślników, 
było strzelanie do kurka, do celu i malu, niegdyś wiel- 
kim cymbulcem, później rusznicą ; dalej gra w kegle albo 
kręgle (kręgle); zabawiano się i na frywołtach (frywor- 
tach, biesiadach) cechowych, gdy naprzykład majster- 



1% 



sztyk towarzysz wystawiał. Dziatwa i młodzież znowu 
Wielkiej Nocy z upragnieniem oczekiwała, nie dla walatki, 
gry w jajka, lecz dla dyngusu i śmigusu. Obie, rzeczy 
i nazwy wcale nie polskie, choć je aż do czasów pogań- 
skich, niby jakieś igrzyska czy obchody wiosenne, odno- 
szono; jedna nazwana od dyngowania (dingen, szaco- 
wać), właściwie dingnus, jakim się okupowano od nacho- 
dzenia żaków i młodzi, składając dobrowolnie, gdy za 
dyngusem przychodzili, do kobiałek jaja, maldrzyki i t. d.; 
śmigus zaś przerobiono z Schmeckostern , gdy śmigano 
palmą lub prętem i zlewano wodą, kogo w łóżku zastano; 
więc n. p. w „Uciechach" z r. 1655 czytamy, że kogoś 
oblano: „i jak więc po Śmigorzcie w niwecz umaczano", 
a ks. Woysznarowicz , pisząc kazanie na zejście Cecylii 
Renaty w Wilnie r. 1644, powiada, że Wilno, miasto Śmi- 
gurstu, śmierć królowej za upominek oddało. Dyngus 
i śmigus cofnęły się z miast na wieś, między gburów, 
gdzie i we zwyczajach i w mowie, wiele dawnego ocalało; 
więc przedrzeźniając mowę Mazurów, każą im chodzić 
gasami, strzec wardęgi (bydła), albo między przodkami 
żony Marchołtowej wardęgę wymienią. 

Na wsi też przechowała się najsilniej wiara w skrzata 
lub skrzatka (Schratt, leśny duch), albo skrzabła (wedle 
dyabła), którego z latawcem zmieszano ; jeśli zaś przekli- 
nając, Walantego wzywano, (bodaj cię Walanty, kiś się 
Walanty ma dziać, Walkać mię witano i t. d.), to nie za- 
stąpiono świętym patronem nazwy nieczystej siły, lecz 
przyplątano może i niemieckiego dyabła Yalanta, Volanta, 
do znanej nazwy. 

Wobec tych i tylu innych wyrazów, całkiem specyal- 
nych, nie wychylających się nieraz poza warsztat, nie- 
zrozumiałych poza jego obrębem, nie zawadzi w końcu 
wskazać i wyrazy ogólnej treści i używania, abstrakcyjne, 



197 



etyczne i inne. Tu należą los i losować, co wyrugowały 
słowiański źrzeb (my go tylko o udziale na roli uży- 
wamy) ; kawał, kawalec, skawałkować ; wart, wartość ; 
koszt, kosztowny, kosztować; okrzyk rata, rety, stąd ra- 
tować, ratunk; szukać, co zastąpiło dawne iskać; musić, 
mus, przymus, nieznany Słowianom, u których z nie- 
wolą, przyniewoleniem spadał; hamulec, hamować, jak 
i cofać, od furmanów się rozszerzyło ; rachować, rachunk 
i brak, brakować od kramarzy ; od strzelających do kurka 
mieszczan cel, traf (trafiać, trafny i potrafić) i fal (falo- 
wać, też szwankować). Zamiast starania się (to znaczy 
właściwie zestarzenia się od trosk i kłopotów), zaczęto 
się teraz frasować rozmaitym frasunkiem, szczególniej, 
gdy się w prawne folgi (folgować, ustępować komu) i kie- 
raty (przenośnia od kieratu) wdało, co na reszcie i zdro- 
wiem i mieszkiem przypłacano. Warowano albo wiaro- 
wano się też prawa ile możności, lecz cóż robić przeciw 
anslagom (handszlakom, hanszlakom), sztukom i kun- 
sztom złych ludzi, co się na zgubę dobrego zbuntują 
(bunt znaczył jak w niemieckim tylko związek, więc ma- 
wiano n. p. na sejmie r. 1555, abyśmy się zbuntowali 
z królem rzymskim w ligę, albo na sejmie roku 1563, 
chciano ten bunt unii wcale zachować, dopiero później : 
spisek); przeciw ich konszachtom i fortelom; przeciw 
ich fałszu (stąd fałeszny albo fałeczny, dziś fałszywy, 
fałszować). 

Miarkowano się też wedle tego i stosowano : wszys- 
cyśmy położeni na takim stosie, wytrzymujemy go sto- 
sownie (wedle stosunku) ; winszujemy też sobie (lub win- 
czujemy), gdy udało się zbyć go żartem, kunsztem, jeśli 
nie nam dano sznypkę (sznupkę) albo fiszkę. Szono- 
wano (później szanowano) się; pielegowano (później, 
w XVII wieku n. p. u Simplicyana r. 1601 i u Kuligów- 



198 



skiego r. 1688, pielęgowano i pielęgnowano) znajomości 
i zażyłość, choćby drobnymi darunkami (słowo z niemie- 
ckim ogonkiem) ; takim kształtem i trybem trybowano się 
wzajemnie i forytowano. 

Są i inne ogólnie przyjęte wyrazy; z dygnitarstw 
i t. p. bardzo niewiele, grof, ochmistrz (hofmeister), hoch- 
magister Jagiełły, trukczaszy, bur grabią, herołt, hołd 
(hołdować), leńskie i mańskie prawo, man poddany, pod- 
manić i t p. ; tu i fraucymer zaliczymy. 

Z nazw pokrewieństwa szwagier wyparł dziewie- 
rza i szurzę (surzyna, na Mazowszu jeszcze w XVII. 
wieku), lecz brutka (narzeczona) spadła dawno do wy- 
razów gburskich. W najdosadniejsze przezwiska tak obfi- 
tuje rodzimy słownik, że pozostawia daleko w tyle nie- 
miecki, więc i pożyczek mało; zwać kogo kacerzem y 
kacerzować go, było ciężką winą; z łotrem już spotka- 
liśmy się, szelma właściwie przez Czechów i teologów- 
polemistów wkroczył; za to bękart (bąk, bęś i dla fał- 
szywej monety) i bastard (bastrzę) wyrugowali pokrzy- 
wników i wylegańców; tu można doliczyć wyrazy, jak 
rabować (rabuś), plądrować, mordować; nazwy zwie- 
rząt, ryb, ziół przenoszono na ludzi głupich, niechluj- 
nych, złych, n. p. dubiel, flądra, grundal (grundys, 
grundychwał, Griindel) i inne. 

Oto główne zasoby tego rodzaju obcych słów. Jeśliby 
pytano, po czemżeż poznać, że one właśnie między 1250 
a 1550 r. do języka weszły, nie wcześniej, ani później, 
to współczesne pomniki, akty, zapiski, wiek ich niemal 
zawsze stwierdzają ; dalej przekształcenia zewnętrzne i we- 
wnętrzne, jakim ulegają, zdradzają, że nie książką, lecz 
żywą wymianą, przez usta ludu miejskiego i wiejskiego 
przechodziły, że się z zasobami rodzimych słów zespa- 
lały. Nie znosi więc lud niepolskiej zbitki ge na początku 



199 



słowa i powstają owe gminy, gwarki, gmerki, ksztclc 
(buksztele), gmachy, o których już wspominaliśmy. Lud 
odrzuca też niemieckie h w nagłosie, n. p. aftkarz, 
ochmistrz, uf, ufnal, usnacht, alzbant, antfas, antaba, 
Olandrowie, ołd, olstro (Halfter), orz, obcęgi (pierwotnie 
hebcągi, n. p. u Tarnowskiego r. 1558) i naodwrót dodaje 
je: hałun, hanyż, hanszlak (Anschlag), herb, herszt, 
hachtele, hecować* (atzen, więc mówi n. p. Rej o zbroi, 
że powinna być wyhecowana i t. d.), co i inni Słowianie, 
wymawiając niemieckie słowa, stale czynili tak, że to 
Niemcy dawno, n. p. u Słowian załabskich, zauważyli 
i słusznie się temu dziwili. Dalej zmienia niemieckie 
a na o, n. p. oksza z 7\xt, obcas, obława ( Abelouf) i t. p. ; 
zbija an w ę, węder, mędel, mętlik i t. d. 

Do niektórych obcych końcówek tak nawyka, że 
używa ich dla nowych, rodzimych słów, n. p. — arz 
(z niemieckiego — ari, a to z łacińskiego — arius), przy- 
jęte w lekarz, malarz, murarz, mordarz i t. d., tworzy 
nowe polskie słowa: garncarza (zamiast zduna), piekarza 
(Backer), stolarza (Tischler). Podobnie ma się z przyrost- 
kiem — unk (dziś — unek) ; wzięty wraz ze słowami ra- 
chunk (Rechnung), gatunk (Gattung), ratunk (Rettung), 
bitunk (biutunge), ordunk, rystunk i t. d., tak się rozwiel- 
możył, że i polskim słowom służy, pocałunek, podarunek, 
karczunek, sprawunek, i od niemieckich niesłychane 
w niemczyźnie urabia, n. p. rysunek i t. p. Złożenia 
z hole tak są dawne i utarte, że odpowiedni jemu — ule 
(ulec) za polski przyrostek uchodzić może, n. p. w bu- 
dulec z Bauholz, hamulec, krępulec, strychulec i t. p., 
które bezpośrednio z budować, hamować, krępować, stry- 
chować, łączymy. Podobnie nal z Nagel powstało; już 
w rachunkach Jagiełłowych czytamy o brutnalach (Brett- 
nagel) i szpernalach, podobnie umale i inne. O zmianie 



200 



dwóch po sobie następujących r (murarz z Maurer, fol- 
wark, ruła, lubryka, Małgorzata i L p.) już wspominaliśmy. 
Za to zatrzymuje się już i niepolskie / (funt 1 1 d.) i h 
(huta), których słowa pierwszej i drugiej warstwy wcale 
nie znały; / zastępują i przez w, jak n. p. w wasągu 
i wachlowaniu (ale fasować i t. d.). 

Tym i innym zewnętrznym zmianom odpowiadają 
i wewnętrzne; słowa tej warstwy przyjmują się jeszcze 
tak znakomicie, że, choć przesadzone, bujnie się rozra- 
stają i rodzimym nieraz wcale nie ustępują. Przypo- 
mnijmy n. p. koleje, jakie wyrazy jak waga (uwaga, 
odwaga), brak, dzięk, smak, wet, traf, stos, kres i t. p. 
w polskim języku, niezależnie od niemieckiego przycho- 
dziły. Tu wspomnijmy choć o harapie: dziś, to bat my- 
śliwski, kańczug, lecz właściwie okrzyk to niemieckich 
łowców, odganiających (herab !) psy od napadniętego zwie- 
rza, więc i koniec (polowania i t. d.) oznacza, — już po 
herapie, po wszystkiem, po niewczasie; i harować od 
okrzyku haru, którym się nawoływano (haru, haru a psy 
w krupy!) poszło. 

Zresztą polowanie właśnie najmniej wyrazów tego 
rodzaju przyjęło, chyba że między przyborami myśliw- 
skimi (kulka, gloł i in.) takich przybyszów znajdziemy ; 
strzelby nazywano od miejsca wyrobu, n. p. guldynki, 
cieszynki i t. d. Możnaby tu wspomnieć i o nazwiskach : 
Olbrachcie, Jadwidze, Halżce, Jadze i tylu innych, rzad- 
szych; o rodowych: Szembeków, Morsztynów, Worcelów 
(wurzel) i innych spolszczonych, jak Reje, Firlej e i Fre- 
dry; o nazwach geograficznych, przejętych z niemie- 
ckiego, n. p. Szwajcaryi (szwańcarski dawniej), Iflant 
(później Inflant), Holandyi, Francuzów — nie mówiąc 
o krainach rzeszy samej, Brunświku, Szwabii i t. d. — 



201 

i 

lecz niebyło zamiarem naszym, zasoby bogate zupełnie 
wyczerpać. 

Czegóż dowodzi cały ten nadmiar szczegółów, z któ- 
rych ledwieśmy wybrnęli ? Dowodzi przedewszystkiem , 
jak szybko się przyjęła i szeroko rozwinęła ogłada miej- 
ska. Przynieśli ją do nas wprawdzie Niemcy, lecz nie 
oni ją stworzyli; zawdzięczali ją przecież sami innym, 
municypiom romańskim z ich tradycyami ogłady staro- 
żytnej ; zawdzięczali owej nierozerwalnej łączności kul- 
tury, sięgającej w swych pierwszych początkach dalekiego 
wschodu, a odbywającej teraz nowy, zwycięski pochód 
od zachodu; sam język niemiecki o zależności tej na 
każdym kroku świadczy. 

K wypadałoby dodać i to, że i Niemcy od nas (lub 
od innych Słowian) niejedno przejęli, dziś zapomniane 
albo jeszcze istniejące; n. p. słowa jak Grenze z granica; 
Dolmetsch z tłumacz; Petschaft z pieczęć (pieczać); 
Zeisig z czyż; Stiegliłz ze szczygieł; Temnitz (więzienie) 
z ciemnica ; Dornitz (izba) z dwornica ; Halłunke z ho~ 
tomka; T alken z tłokno i Geiszlitz (co u nas Stańko 
r. 1472 zapisał) z Kisielica i t. d., nie naszem zadaniem 
to wszystko wyliczać. Dalej, że wiele naszych słów 
najniesłuszniej o niemiecki pomawiano początek, nasza 
chąźba n. p. (kradzież, rozbój) nic niema z Hansa do 
czyniena, ani gmerać z mahren, ani szlochać, gderać, 
szłapać, szturchać, rzępolić, mitręga, gabać, gapa i ga- 
pić się (o wronie, też glapa) i kilkadzisiąt innych słów 
(nawet kiep między niemi), Słowian czy Polan rodowi- 
tych, jak najdowolniej i najmylniej o niemieckie oskar- 
żano pochodzenie — co wszystko umyślnie milczeniem 
zbyliśmy. 

Lecz nie zalały fale tej nowej kultury miejskiej niw 
polskich doszczętnie; istniała tu cywilizacya i przed ich 



302 



napływem czerpała a i dalej, jak przedtem, wprost 
ze źródeł łacińskich, chrześcijańskich i pogańskich ; wchła- 
niała wpływy pogranicznych, słowiańskich Czech ; nawią- 
zywała bezpośrednie stosunki z włoskiem południem, z jego 
humanizmem i odrodzeniem ; garnęła się ku ościennym 
Węgrom, których ustrój państwowy i społeczny tak sil- 
nie polski przypominał; wciągała Ruś, najpierw pogra- 
niczną, czerwoną, potem i dalszą, białą, litewską, we wła- 
sny ruch polityczny, socyalny, umysłowy i nastręczała 
się tern samem wpływom wschodnim. Jak się to wszystko 
w języku odbiło, wykażemy po kolei. 
Zaczynamy od Czech. 



V. 

Gwarno w ważkich i ciemnych ulicach starej Pragi ; 
ciasno w szczupłych a ponurych lektoryach ; z półmroku 
kościołów wypływają strojne i barwne tłumy różnojęzy- 
kowe na miejsca otwarte; porywane tu ognistemi sło- 
wami Niemca Waldhausera, albo Czecha Milicza, wzru- 
szone i skruszone, ślubują odmianę i poprawę, zarzucenie 
barw i strojów, przyrzekają miłosierdzie ubogim i upa- 
dłym. Scena taka powtarza się nieraz, jeden z objawów 
wrącego życia w mieście. 

Już od końca XIII wieku przedstawiała Praga śro- 
dowisko umysłowego ruchu, wzbudzanego ścieraniem się 
różnorakich prądów, wzrastaniem dobrobytu materyal- 
nego i znaczenia politycznego; lecz jakżeż potężniał ten 
ruch od bezpośrednich związków z najcelniejszemi ogni- 
skami kultury średniowiecznej z Paryżem i Oksfordem, 
z krajami nadreńskimi i włoskimi, to jest od czasów 
Karola luksemburskiego, ojczyma dla Niemiec, ojca dla 
Czech; od założenia Studyum Generalnego, przeznaczę- 



203 



ncgo wprawdzie dla krajowców, ściągającego jednak, jak 
Studyum Paryskie, klejnot Francy i, krocie młodzieży 
z Czech, Niemiec i Polski, nie uszczuplonego bynajmniej 
świeżem urządzeniem Studyów wiedeńskiego i krakow- 
skiego, chylących się natychmiast po założeniu ku cza- 
sowemu upadkowi. 

Pomijamy artystyczne, humanistyczne i inne objawy 
ruchu tego; górująca w nim średniowieczczyzna, dążyła 
ku zagadnieniom religijnym. Jeszcze nie wyłamywał się 
ten ruch zpod powagi Kościoła, poddawał się szczerze 
jego sądowi, lecz coraz śmielej i silniej napadał już na 
wszelkie nadużycia, szczególniej w życiu duchowieństwa 
i w gromadzeniu jego dostatków; wołał coraz głośniej 
o reformę, o zaspokojenie sumień potrwożonych przera- 
żającą ilością zła, wyrodzonego z życia średniowiecznego, 
gdzie obok przepowiadanej słowami askezy i ciągłego 
memento mori, bezwzględne używanie, ciągłe memento 
uiuere, zdawało się przytłumiać wszelkie porywy myśli 
i uczucia chrześcijańskiego na zawsze. Tak zbierały się 
powoli materyały palne; niebawem wybuch ich miał za- 
lać ziemię czeską morzem krwi i ognia, gdy z przeci- 
wieństwami religijnemi zlały się narodowościowe i spo- 
łeczne. 

Czarodziejskim musiał być wpływ, który taki ruch 
i życie wywierały na Sandomierzaninie lub Mazurze, 
przybyłym do Pragi dla studyów. I snuł się nasz Stani- 
sław, z początku nieco oszołomiony tern wszystkiem , póź- 
niej coraz śmielszy, w tabardzie i długiej hazuce (sukni) 
po lektoryach i kościołach, roznamiętniał się w sporach 
teologicznych: czy należy często przyjmować Sakrament 
Ołtarza, czyli nie; czy w cudach, jakie w Wilsnaku na 
Marchii za zjawieniem krwi Pańskiej się działy, gdzie 
to napływający zewsząd pątnicy grzechy swe na wielkiej 



204 



wadze zbożem, bydłem lub woskiem odważali, nie kryło 
się więcej przesądów i szalbierstwa, niż wiary i skruchy ; 
czy taki jubileusz, świeżo Pradze nadany, z licznymi 
a drogimi indulgencyami, nie zakrawał raczej na wyłu- 
dzanie grosza; a w sporach tych rozstrzygali nieraz ro- 
dacy n. p. Mateusz Stadtschreiber z Krakowa, jeden z naj- 
słynniejszych teologów studyum praskiego i wieku XV, 
popieraniem uniwersytetu krakowskiego i około własnej 
ojczyzny znakomicie zasłużony, Wigandy, Skalmierzycki 
i inni. Stanisław nasz czuł się rychło jakby między 
swymi; przesiąkał czeszczyzną, nazbierał piosneczek ża- 
kowskich, religijnych, politycznych; wracał do domu 
z przepisem „postylli studentów praskich" (Waldhausera), 
z traktatami Rankonis, Mateusza Krakowskiego, Husa, 
a może i samego Wiklefa. Cóż za dziw, że, każąc póź- 
niej polskiej gminie, w duchu czeskiej reformy wzywał, 
aby świeccy przełożeni nadużycia duchownych karali; 
że zaśpiewał na czeski ład polską pieśń o Ciele i Krwi 
Pańskiej, której świeckim niegodnie bronią; że liczne 
czeskie wyrazy, nie tylko teologiczne, ale i pospolite, 
wplatał w polszczyznę. Tak n. p. powie: „oto tłuszcze 
te trzy dni i więcej za Chrystusem chodziły, a nasi bum- 
bacy (praski wyraz, pijacy!) boją się, aby im nie skląsł 
brzuch i omijają kazanie... niech słyszą i straszą się 
tern tałrmani (kuglarze, — czyż gmina polska słowo to 
zrozumiała?); dzisiejsi ludzie, zamiast słuchać słowa 
bożego, przechodzą raczej na frywolty (hulanki) do kar- 
czem, na tańce". Więc na poły z czeska będzie gromił 
świętokradztwo, złoczyństwo (niecnotę) i Łd; będzie 
rozprawiał o podstacie (substancyi), o istocie (ekspery- 
mencie) i t. d. Inni Stanisławowie całkiem w Czechach 
grzęźli, wyrobili nawet w końcu nowy typ czesko-pol- 



205 



skicgo duchownego, fanatyka nieraz i nieuka równocze- 
śnie, którego i czeski katolik z niechęcią wspominał. 

Lecz nowy obraz przedstawia się oczom naszym. 
Gdy hufy Zygmuntowskie zalewały Czechy, paląc i zabi- 
jając, nie szczędząc nawet dziatek w łonie macierzyńskiem, 
porwał się naród do broni , otrząsł się z napastników, od- 
płacił ich najazdy groźnymi wylewami na zewnątrz, do 
Łużyc i Marchii, i włożył się cały nie tylko w teologiczne, 
ale i w nowe rzemiosło wojenne: wyrobił się niebawem 
na doskonałego żołnierza; spustoszona ojczyzna już ry- 
chło nie mogła go wyżywić, więc niedawny „wojownik 
Chrystusów" przemienił się w najmitę, służącego i znie- 
nawidzonemu sobie Niemcowi (chociaż pierwotnie nie 
przeciw Słowianom; Czechów, co się tego dopuścili, pa- 
lili właśni bracia) i spokrewnionemu z sobą Polakowi. 

W zaciągach Żyżki, Iskry lub Czerwonki stawał 
Czech z kapalinem na głowie, ze zbroją jezdecką, kol- 
czą, kopieniczą, z rucznicą (ruśnicą) lub piszczała (pi- 
stoletem), włożony w sztukę otaborowania się, wyćwi- 
czony, karny, pod hejłmanami, posłuszny hasłu(?) wycho- 
dził na harce, kopieniczył, a po walnej bitwie chału- 
pował (rabował) niemiłosiernie, w czem go jeszcze 
prześcigali drabi i luzacy, przepełniający każdy obóz. 
Z czeskiego uzbrojenia przedostały się wraz z rzeczą 
i nazwy do dawnego słownictwa obozowego, więc hu- 
czące działa, hakownice i półhaki; kutry gały (rodele, 
puklerze), szefeliny (spisy) i pięciołokciowe rohatyny 
(włócznie) ; szarszuny (miecze), koncerze, burderze (bun- 
derze), koczpergały (szpady), deki (sztylety), krupierze 
(na koniu, pod masztalerzem) i t. d. ; wszystko niefo- 
remne, zbyt ciężkie, przygniatające jeźdźca i konia, nie- 
ocenione za to w ręcznych zapasach, we zwieraniu się 
nielicznych, lecz bitnych rot. Od rot tych i hufów sze- 



206 



rzyły się i wyzwiska : szelmę n. p. wzięliśmy z czeskiego, 
nie ze niemieckiego, dalej frant, fryjerz, kujon lub kojan 
i Ł p., i przysłowia różne (zmyć bez ługu, warzyć piwo 
ze strzechy i t. p.), tracące rubasznością, ale i otwarto- 
ścią, szczerością obozową, ową słownością, jaką Czech 
w Polsce słynął. 

Nie zapominajmy jednakże, że prócz czeskiej zbroi 
i taktyki, ceniono dalej, jak i dawniej, czeskie książki 
(rękopisy). Posiadał je n. p. król Zygmunt w wileńskiej 
bibliotece (biblię i dzieło św. Jana Złotoustego), jak je 
niegdyś posiadała królowa Jadwiga, której cała biblioteka 
wymieniona przez Długosza, może raczej czeską niż pol- 
ską była; r. 1519 przepisał p. Piotr Pilecki na Rab- 
sztynie (w Krakowskiem) czeską Wojnę Trojańską; nie- 
jeden cenny rękopis czeski przechowały do dziś nasze 
biblioteki, nie tylko biblie, kazania (w Dzikowie), modli- 
tewniki (we Lwowie) i t. d., lecz i epopeje, i poezye cze- 
skie, które bez śladu we własnej ojczyźnie już zaginęły. 
Pierwsi czescy księgarze liczyli stale na zbyt towaru 
i w Polsce; autorowie przypisywali dzieła polskim me- 
cenasom; rzeczywiście, jeszcze dzisiaj zrozumie Polak 
łatwiej religijno-filozoficzny język Tomasza Szczyteń- 
skiego, niż język filozoficzny p. Durdika, łatwiej rymo- 
waną kronikę czeską (z początku XIV wieku), niż hi- 
storyę Palackiego lub Szafarzyka, — cóż dopiero w latach, 
o których mówimy. I okazuje też wszędzie ówczesny 
Polak znaczną poufałość ze słownictwem czeskiem, jego 
grododzierżcy (kasztelani), chlebojedźcy (słudzy do- 
mowi), chorągiewni panowie i t. d., choć brzmią czysto 
po polsku, wywołane są czeskim wzorem. Tak-to starsi 
w kulturze bracia wpływali na młodszych. 

Jakżeż przyszło do tej kultury i do tego wpływu? 
Przecież już w XIII wieku mogło się zdawać, że Czesi 



207 



pod rodzimą dynastyą wynarodowią się doszczętnie, jakby 
jacy Pomorzanie lub Rujanie; królowie i magnaci popie- 
rali w zawody napływ obcego żywiołu ; po dworach, gro- 
dach i wsiach otaczali się niemieckimi singerami; pano- 
wie przezywali swe zamki (a od nich nieraz i swe rody) 
Rozenbergami, Waldsteinami, Hazenburgami i t. d. Lecz 
podobny proces, w innych warunkach, wydał też wręcz 
przeciwne rezultaty: co Pomorzan wynarodowiło, posłu- 
żyło Czechom do wzbudzenia i wzmocnienia własnej na- 
rodowości, do przejęcia się kulturą zachodnią, a tern sa- 
mem do wyniesienia się na czoło słowiańskiej cywilizacyi 
średniowiecznej. Ziemia była przedewszystkiem bogatsza 
i większa, skupiona około jednego rodu i grodu , od wie- 
ków chrześcijańska, a położeniem bardzo obronna; więc 
zawisłość od Niemców nigdy zbytnio ciężyć nie mogła: 
okupywano się uznawaniem zwierzchnictwa i wcieleniem 
do Rzeszy, nie pozbywano się poczucia odrębności; sa- 
mowiedza narodowa obudziła się wcześniej, niż gdziekol- 
wiek indziej. Tak samo było z literaturą: niemiecka słu- 
żyła jej za wzór, naśladowano epopeje, kroniki, legendy, 
liedy, misterya; lecz formy obce przesiąkały nowym du- 
chem narodowym (tak jaskrawym naprzykład w kronice 
rymowanej lub w Ezopie), dążeniem patryotycznem. Obok 
literatury świeckiej zakwitła i religijna, w pieśniach po- 
bożnych, w przekładach, już od XIII wieku, wznosząc 
się w Tomaszu Szczytenskim do głębokich rozmyślań 
nad pięknem i dobrem, nad światem, człowiekiem a Bo- 
giem. Takto pojętni uczniowie Niemców wyprzedzili in- 
nych Słowian na każdem polu: obyczajowem, umysło- 
wem, społecznem. 

Skorzystali z tego najpierw Polacy, blizkością geo- 
graficzną, o wiele większą etnograficzną, związkami 
dynastycznymi, stosunkami politycznymi (choć nieraz 



208 



wrogimi) dawno z Czechami spajani. Stosunek ten uwi- 
docznił się najdokładniej w literaturze; gdy się bowiem 
nakoniec obudziła potrzeba pisma polskiego, ksiąg polskich, 
pieśni polskich, ciągłość pracy umysłowej , jakąśmy w roz- 
woju średniowiecznym nieraz zauważyli, oddała znakomite 
usługi: gotowe wzory czeskie języka i pisowni, wyrażeń 
i form, stylu i treści, naśladowano w pierwocinach pracy 
umysłowej polskiej, ułatwiano sobie tym sposobem za- 
danie znakomicie, zachęcano się do prób coraz większych 
i samoistniejszych. 

Początkowo bowiem zależność od wzoru czeskiego 
bywała bardzo znaczna, niemal gorsząca. Wprawdzie nie 
groziło niebezpieczeństwo, że czeski język literacki przy- 
gniecie polski, że powtórzy się w zachodniej słowiań- 
szczyźnie zjawisko południowej i wschodniej, gdzie język 
literacki (ale zarazem i cerkiewny) narodowe języki przez 
całe wieki z literatury wykluczał. Coś podobnego, choć 
w drobniejszych o wiele rozmiarach, powtarzało się u nas 
w XIV i XV wieku. Posiadamy n. p. pieśni kościelne, 
niby polskie, w istocie jednak czeskie, albo co najmniej 
w języku mieszanym pisane. N. p. czytamy w starej 
pieśni o św. Dorocie: „bohu służyła, ślibując (ślubując) 
bohactwa mnoho, złato, kamienie, draho. . . tot je welmi 
(bardzo) tepechu (bili), aż potoci teczechu" i t. d. Jeden 
z tłumaczy psałterza brał żywcem czeskie formy wzoru; 
tłumacz biblii również gorliwie z czeskiego przekładu 
korzystał. I fakty te nie są odosobnione, ani też urywają 
z XV wiekiem; najdawniejszy druk polski, coś w ro- 
dzaju biblii dla „pauprów" odzywa się takąż polsko- 
czeską mieszaniną; jeszcze w połowie XVI wieku pisa- 
rze teologiczni świadomie używali wyrazów czeskich, 
uzasadniając ich wybór tem, że „Czesi są pirwszy, niżeli 
Polacy w tłumaczeniu biblii" i t. d. (Hieronim Małecki, 



209 



postilla domowa, 1574 r.). Seklucyan, władający znako- 
micie językiem polskim, gdy w przekładzie ewangelii 
mniej zwykłych form używał, ostrzegał o nich czytelnika, 
aby go nie posądzano o czeszczyznę („tam niektórzy 
drugiego Czechem od Czerwieńska — t. j. niedoszłym — 
ochrzczą"). 

I tak powtarza się ciekawe zjawisko (wniesione 
w roczniki nie dziejowe, lecz w językowe), że, jak w dzie- 
siątym wieku polskie chrześcijaństwo przybrało szatę ję- 
zykową czeską, tak od r. 1350 — 1550 język literatury re- 
ligijnej (a główny dział literatury był właśnie religijnym) 
wedle czeskiego się urabiał. Tylko nie szedł w ślad za 
wszystkiem, w pisowni n. p. nie przyjął jednolitości , wpro- 
wadzonej przez Husa, lecz nie został przy dawniejszej 
mieszaninie znaków. 

Nie ograniczały się jednak wpływy czeskie literaturą 
religijną lub umiejętną, której słownictwo Polacy stale 
naśladowali. Przewaga królewstwa Karolowego nad sko- 
łatanem Kazimierzowem , a Pragi nad Krakowem, dąże- 
nia do podniesienia dobrobytu i ładu, późniejsza prze- 
waga wojenna Czechów, o której już mówiliśmy, sprawiały, 
że szerzyły się w Polsce czeskie porządki w państwie, 
mieście i obozie, a z nimi wzrastała coraz przewaga sa- 
mego języka. Czeszczyzna uchodziła jeszcze na dworze 
Zygmunta Starego za gładszą, wykwintniej szą, pieszczo- 
tliwszą; chętnie popisywał się Polak, choć w Czechach 
ani bywał, czeskiem słóweczkiem, doma i u dworu; jesz- 
cze Dworzanin Górnickiego (r. 1566), poświadcza to i ubo- 
lewa nad tem. Przykładów dostarczy nam choćby Rej, ów 
zawołany ojciec piśmiennictwa polskiego. 

Miewał on nieraz pesymistyczne poglądy na język 
rodzimy, n. p. gdy twierdził, żeśmy „język swój, acz też 
nie bardzo foremny, tak byli zatłoczyli a zaniszczyli, 

Aleksander Bruckner, Walka o język. 14 



210 



żeśmy mu (go) czasem sami właśnie nie rozumieli". Czuł 
się więc uprawnionym pomagać sobie zasobami czeskiego 
języka, jedynego obcego, jaki (prócz łaciny) posiadał, wy- 
pełniając anticipando program , który później Dworzanin, 
dla rozumnego wzbogacania „nieforemnej" mowy polskiej, 
stawiał; tylko że Rej nieraz, i to bez najmniejszej przy- 
czyny, ot tak sobie, dla gustu i mody, wszelkie granice 
przekraczał. Rozumiemy n. p., że zażyje czeskich termi- 
nów burda, ludarstwo, pokryciec (obłudnik) i innych ; że 
powie czeski kohucik, zakrada zamiast ogród; ale po co 
pisze n. p. ohromny, hruby, prażeń być czego (zamiast 
próżen; znaczy minąć, zbyć się czego), tesar (por. tesa- 
czek) zamiast cieśla, kulhać (kuleć) — złotohław, hońca 
(gońca), brana (brama), kraszczy (piękniejszy) i tyle in- 
nych. W Postyli jego, słów czeskich, owych pochwiłek, 
pożartków, pokrytstw, pochłubek, owych burzyców, społ- 
ków, upełnych, zamutków, isłoł (zapisów), powyszsze- 
ności i t. d. tyle jest, że mimo woli pytamy, czy nie po- 
sługiwał się w niej Rej czeskiemi źródłami? chociaż po- 
styl czeskich nie było. 

Inni znowu wprowadzą czeskie słowa dla żartu, 
z fantazyi, gdy im rymu zabraknie, n. p. jeżeli Kocha- 
nowski dla komicznego wrażenia pisze : „kiedy w pytlu bro- 
sza neni" ; Klonowie obok czeskiego wyrazu położy choć 
na boku karty polski. Tym sposobem wkradły się do pol- 
szczyzny czechizmy, bez żadnej potrzeby i niczem nie 
uzasadnione. 

Zapyta jednak czytelnik: po czemto poznać cze- 
skiego wlaza (intruza)? Niemieckich rozpoznać i wyłą- 
czyć nie bywa zbyt trudno; język odmienny, więc słowa 
zdradzają się natychmiast obcym dźwiękiem lub przyna- 
leżnością do rodzimych pni niemieckich czy do romań- 
skich; czeski zaś język tak jest zbliżony do polskiego, że 



211 



i badacz nieraz zawaha się, czy tożsamość polskiego 
i czeskiego słowa wyprowadzać ma ze spólnoty polsko- 
czeskiej, czy z równoległego, samoistnego rozwoju w obrę- 
bie każdego z tych języków z osobna, czy wreszcie z pro- 
stego zapożyczenia. 

Są przecież cechy, które czeską narodowość wlaza 
zdradzają. Mimo ścisłego pokrewieństwa, wiążącego oba 
języki, zachodzą między niemi i znamienne odrębności: 
my mamy n. p. brzmienie g, Czesi tylko h ; my nosowe 
ą, ę, oni u lub ie, a; my zmiękczamy /, d na ć, di, 
zmieniamy ie na io lub ia, oni zachowują /, d, e; my 
mamy lo, ro w pewnych razach, oni la, ra i t. d. Parę 
przykładów rzecz objaśni. Polskim był Więcław (więcej 
sławny), czeskim jest Wacław; mówimy nauczyciel, mó- 
wiliśmy więc i obywaciel (od obywać, mieszkać), oby- 
watel zaś zdradza te same koła, w których z czeska 
i stawami ziemskimi, zamiast stanami, i sniemami, 
zamiast sejmami, i bratrami (n. p. Orzechowski, Papro- 
cki), zamiast braćmi , się popisywano. Polskiemi są słowa 
włość, włodarz, Włodzisław (n. p. w nazwach miejsco- 
wych, we Włocławku i Włodzisławiu), dawniej wiosny, 
włodać ; czeskim jest Władysław, to znaczy, że do 
rdzennie polskiego słowa wkradła się od XVI wieku cze- 
ska wokalizacya. Polak nie „pożyczył" bynajmniej nazwy 
Wacław lub Władysław od Czechów, tylko zastąpił w tych 
staropolskich słowach i nazwach wokalizacyę polską przez 
modniejszą czeską ; są to niby mieszańce i należy je ści- 
śle od wszelkich właściwych pożyczek odróżniać. 

Napływ żywiołu niemieckiego, mieszczan, rękodziel- 
ników, kupców, górników i t. d., pozostawił w języku 
grubą warstwę wyrazów dla urządzeń miejskich, dla rze- 
miosł, przemysłu i handlu; wyrazów, używanych nieraz 
wyłącznie w izbie radzieckiej, lub cechowej, w warszta- 



212 



cic, w kramie lub w szybie górniczym, a nieznanych poza 
ich obrębem. Wyjątkowo rwą się i te wyrazy na prze- 
stwór, uogólniają się, nabierają nowego znaczenia, n. p. 
takie sztuki (już nie kunszty) piękne, które z warsztato- 
wego (majster) — sztuku wyszły, chociaż ze znaczeniem 
i rodzaj zmieniły (jak zresztą i inne, turma, sznur, tama, 
sztaba i t. d.). 

Niemieckie słowo wpłynęło nieraz na znaczenie pol- 
skiego: jeżeli n. p. nasz pokój, spokój i izbę zarazem 
oznacza, jak w kalamburze Henryka Rzewuskiego o pa- 
ryskim pokoju r. 1856, który jedni mieli obitym, a dru- 
dzy malowanym, to urosło to z naśladowania niemieckiego 
Gemach (pokój, gmach i spokój, gemachlich); podobnie 
nasz sklep (t j. sklepienie) wedle niemieckiego Gewolbe 
i kram oznacza, nie w innych językach słowiańskich. 
Powtarzamy jednak: są to wyjątki; z zasady przyswo- 
jony wyraz niemiecki bywa tylko technicznym, specyal- 
nym, zaściankowym. 

Odwrotnie ma się rzecz z czeskiemi. Pojęcia oder- 
wane, religijne, etyczne, terminy umiejętne, lekarskie, bo- 
taniczne, przeważają w czechizmach polskich stanowczo, 
skoro głównie drogą literacką do nas się przedostały. 
Przymiotników z niemieckiego prawieśmy nie pożyczali 
(prócz nazw barw i i p.), za to kilka z czeskiego. Ot, 
takie niezbędny, o któremśmy tak dalece zapomnieli , że 
wydawcy starych pism stale je w niezbędny przekręcają 
(tyle, co brzydki, obmierzły); znamy je tylko w tern 
przeczącem złożeniu, dodatniego „zbędny" starych Cze- 
chów nie posiadamy. Albo przymiotniki na -teiny, śmier- 
telny, czytelny, wierzytelny, skazitelny, rzetelny, gdyby 
były polskie, brzmiałyby wierzycielny i t. d, ; w starej 
polszczyźnie nie było śmiertelnego razu lub czasu, był 
tylko raz lub czas śmiertny ; nie było listu wierzytelnego, 



213 



był wierzący ; rzetelny zresztą brzmiał pierwotnie źrze- 
telny, t. j. widomy, jawny, później przerobiono znaczenie 
na „uczciwy". Tak się ma rzecz i z uprzejmym, dawniej 
uprzemym, który otwartego, prawego, honorowego ozna- 
czał, — uprzejmy i wiernie nam miły, w urzędowych ty- 
tulaturach ; potem go z przyjemnym pomieszaliśmy. I mo- 
glibyśmy jeszcze więcej takich czechizmów przytoczyć, ale 
nie zawsze wszystkie pewne ; a powtóre, wystarczy tu streś- 
cić zasadę : im więcej wyraz (oderwany, wspólny czeskiemu 
i polskiemu) złożony, n. p. sprawiedliwy, nabożeństwo i t. p., 
tem większą ma się pewność, że pierwotny tłumacz po- 
lenił się pomyśleć o odpowiednim polskim wyrazie, że 
zadowolił się przeniesieniem gotowego czeskiego do swego 
wykładu; żacy w szkołach słyszeli go od mistrzów, i tak 
wkradały się przybysze na miejsce słów swojskich. K byłj 
między niemi nawet spójniki, n. p. „ponieważ". Lecz 
przy tych pożyczkach wyrazów oderwanych należy znowu 
i walne zastrzeżenie uczynić : język polski czeskiego 
wcale nie okradał, wieleż tych słów jest tego rodzaju, że 
język polski musiał i samodzielnie na nie wpaść, nie 
mógł ich ominąć, n. p. duchowieństwo i t. p. Czeskiemu 
można chyba to tylko przyznać, że je już o jakie stulecie 
wcześniej urobił ; tylko uprzedzony lub nieoględny badacz 
pomiesza takie wyrazy z właściwemi pożyczkami, nie 
uzna ich względnej lub całkowitej polskości. 

Możnaby wyróżnić jeszcze dział osobny: wyrazy bo- 
taniczne. Czescy lekarze (tylko botanika lecznicza istniała 
dla średnich wieków) tłumaczyli dla celów praktycznych 
łacińskie nazwy roślin od końca XIII w.; żacy polscy 
przywozili z Pragi owe łacińsko-czeskie spisy i przykra- 
wali je w Krakowie lub na prowincyi na polski ład; tak 
weszły w nasz język n. p. kosływał, kosaciec, czyściec, 
kurza noga, macierzą duszka i tyle innych. Przytem 



214 



warto nadmienić, że Czesi , gdy się raz do tłumaczeń za- 
brali, z rozpędu tłumaczyli wszystko, nawet tygrysy, 
Merkurych i Wenery — można się i po rękopisach pol- 
skich takiemi tłumaczeniami ubawić. 

Lecz nie same oderwane pojęcia oznaczaliśmy, wy- 
razami bądź to rodzimymi czeskimi, bądź niemiecko- 
czeskimi, których osobno nie chcieliśmy wyróżniać. Od 
Czech szły i nazwy geograficzne, n. p. Cochy (Rkwis- 
gran), Wideń, Rakusy, Uhry (częste w XVI wieku, Wę- 
gry) i inne; szły nazwy monet, urządzeń, n. p. berna 
(podatek za Kazimierza Wielkiego), oprawca i in. Jeden 
z dawnych wyrazów prawniczych stał się dziś prostym 
wykrzyknikiem: stary Polanin, gdy nieszczęście go ćwi- 
czyło, wołał : „biado ! górze mnie ! ach jałacie" ; lecz już 
w wieku XVI Polacy niestotali, t. j. wołali niestocie, 
niesłoły, niestety. Był to stary okrzyk czeski, którym 
zbrodniarza (na gorącym śladzie) tropiono, wołając za 
nim nastojcie, t z. prześladujcie, gońcie, to samo, co 
Niemcy z swoim Z eter. Nastojcie (nastawać na kogo) 
zmieniono u nas po miastach w XV wieku na wręcz 
bezmyślne niestojcie; już w tak zwanych ortelach ma- 
gdeburskich czytamy : „ gdyby nań niestojcie abo ceter 
po trzykroć zawołano". Niestojcie, termin ściśle krymi- 
nalny, spadł w ciągu następnego wieku do ogólnego wy- 
rażania „biady a ; „bieda a niestoicie" czytamy w Kan- 
cyonale polskim ks. Wal. Brzozowskiego z r. 1554: „ach, 
niestojcie na ten świat" w komedyi starego Bielskiego 
z r. 1557 i t. d. 

Może jeszcze ciekawsze pochodzenie naszego nader. 
Mówiąc dziś o nader niepomyślnym wyniku, n. p. wy- 
borów, ani przypuszczamy, że to dwa słowa, jak w na- 
wet. Nader pojawia się dopiero w XVI wieku, przedtem 
go nie było; pierwszy niemal użył go Marcin Kwiatków- 



215 



ski w książeczkach o wychowaniu dziatek (r. 1564), na- 
dert rozpustnej swobody ; potem pisarze ruscy, jak Smo- 
trycki i inni ; u Smotryckiego czytamy : „pod nogi w po- 
dert podścielasz". Czeskie drt, któreśmy dert wymawiali 
(jest zresztą i ruskie dert'), znaczy opiłki lub trociny; 
na dert coś zmieć, zetrzeć, skruszyć, znaczy w drobne 
kawałeczki, na mąkę, zupełnie. Nawet i nader (skrócone 
z nadert) są to więc słowa złożone; złożenia już nie od- 
czuwamy, jak i n. p. w słowie psikus; jeszcze w r. 1574 
pisano o ucieczce Walezego : rex Henricus wyrządził Po- 
lakom psi kus (psotę, psią sztukę, czeskie kus, obok 
polskiego kęs kęsy i kus, kusy). 

Z takich to drobiazgów językowych można widzieć, 
jak kultura starsza Czech na Polskę działała. Z początku 
był to wpływ jednostronny; biernie przejmowali się nim 
Polacy ; nadeszły jednak czasy, gdy się młodsza brać 
hojnie odpłacała. Niegdyś przodkowie, w początkach XV 
wieku, gościnnie przyjmowali uchodzących przed husy- 
tyzmem mistrzów i księży praskich ; obsadzali nimi i uni- 
wersytet krakowski ; teraz znajdowały przytułek i opiekę 
stokroć liczniejsze tłumy Braci Czeskich, wygnanych 
za wiarę. Niebawem zaczyna się żywioł czeski sam kur- 
czyć i zwężać, piśmiennictwo maleje, język szczupleje; 
już od połowy XVI w. poczyna się odwrotny wpływ, 
wpływ polszczyzny na czeszczyznę ; polska pieśń , polska 
książka, trafia coraz częściej pod czeską strzechę, tylko 
kreślenie tego nie jest już naszem zadaniem, a zaczęło 
się to od XV wieku i przynajmniej niejedna pieśń polska 
już przed r. 1500 w Czechach obiegała. 

Wobec czeskiego i niemieckiego wpływu, wszelki 
inny obcy w całej tej epoce (1250 — 1550) usuwał się na 
daleki plan. Łaciny nie umiano ; umieli ją tylko księża 
i żacy, notaryusze i pisarze ; do nauki szkolnej zbyt się 



216 



nie garniono, wiemy to od Reja, o nim samym zarówno 
(w młodości), jak o innych, o których pisze: „jeden laik 
nie umiał kęsa po łacinie, jakoż ich dosyć roście prawie 
(całkiem) jako świnie". Wiemy o kasztelanach za Zyg- 
munta Starego, nie umiejących ani czytać ani pisać (jed- 
nemu, Rusockiemu, przyczynił się nawet ten brak do tra- 
gicznej śmierci) ; dopiero od połowy XVI w., gdy dla 
samych powodów wyznaniowych szkół dobrych się na- 
mnożyło, rozlała się łacina po kraju. Toż samo o włosz- 
czyźnie powiemy: Polacy gościli za Alpami już od XIII 
w., ale prawdziwy wylew najzdolniejszej młodzieży, mi- 
jającej stary Kraków dla Padwy i Bononii , rozpoczął się 
dopiero w XVI wieku. 

Stosunki z Rusią zawiązały się już ścisłe; całe zie- 
mice, Przemyską, Halicką i t. d., włączono do Korony, 
a unia osobista z Litwą (i Rusią litewską) zacieśniała się 
coraz bardziej, aż przeszła w parlamentarną. Z przeludnio- 
nych mazowieckich i małopolskich dzielnic wynosiły coraz 
liczniejsze rody polszczyznę na wschód, lecz w zamian 
nic nie przybywało; do r. 1550 znajdujemy w polszczy- 
źnie, n. p. czerwonoruskiej, jeden lub drugi wyraz miej- 
scowy, n. p. dziecki zamiast woźnego, torłop zamiast 
kożucha lub futra, płaconego sędziemu (koc albo torłop 
gronostajowy, czytamy w małopolskiem tłumaczeniu usta- 
wodawstwa Wiślickiego, dwa torłopy kun w zapiskach 
Krakowskich Nr. 4134), czy nie z tego słowa poszedł 
i ruski tułup „kożuch barani" i nasz tułów? 

W rachunkach dworskich Jadwigi i Jagiełły jest póź- 
niejszy roztruchan, tam jeszcze dostuchanem albo i hos- 
truchanem zwany; o kubkach — rostuchanach czytamy 
nieraz w zapiskach Krakowskich; jest to ruskie słowo, 
i w dzisiejszej mowie, choć obcięte, ocalałe (stakan). 

Najdawniejszą pożyczką jest bojarzyn, co na pol- 



217 



skiej ziemi mylnie z bojem, bitwą, połączono i zamiast 
wojownika, bohatera, od XIV w. używano; ale wałach 
{wałaszyć) stajni królewskiej (pastuchy i koniuchy wała- 
scy (wołoscy) trzebieniem stad i bydła oddawna się zaj- 
mowali), przez Niemce przeszedł do Polski; inny, z dal- 
szego wschodu, od Persyi, przywędrował kamcha 
(adamaszek); łacińskie „purpura" przez cały XV wiek 
kamchą tłumaczono. 

Rusko-litewski dwór Jagiełły przyniósł nam i pra- 
skury albo plaskury, niekwaszone ciasto, z greckiego 
prosfora (ofiara) przez ruskie proskura; dalej nascilki, 
w owych rachunkach obok obrusów i ręczników często 
wymieniane; a może i pałiiby, przykrycia wozów kró- 
lewskich, z ruskiego nazwano. Ubiór i zbroja, idąc od 
wschodu przez Ruś, już powoli odmieniały wygląd pol- 
skiego rycerstwa: już kaznodzieje XV wieku obruszali 
się na tę „pogańskość", na ten ubiór, „tracący Turkiem, 
Litwą, Rusią", nie chrześcijański — „ojcom naszym nie 
w takich ubiorach Bóg szczęścił do posiadania szerokich 
ziemie". 

Pojawiają się też wyrazy wschodniego pochodzenia 
dla oznaczania szczegółów ubioru i zbroi, i tak widzimy 
na głowie wysokie, spiczaste, perskie kiwiory, albo zar- 
kuły janczarskie (jak je M. Bielski nazywa), albo okrą- 
głe, małe i ciepłe szłyki, kuczmy, jarmułki (jarmołkami 
pisze je Stryjkowski, jamułki zowią się one u Knapiusza, 
ale w XV w. znajdujemy jalmurki, n. p. w zapiskach 
sądowych krakowskich; kiwior pileus; u Paprockiego 
chodzą w kiwiorach „Karwatowie"), na szarawary uży- 
wają kitajki, t. j. chińskiej materyi, Kitaj = Chiny ; ky- 
thaka zapisek krakowskich. U boku wisi kord, raczej 
krótki nóż, niż miecz ; gdzie n. p. Mazur Świętosław (r. 
1449) „miecza albo noża dobył", tam Małopolanin już 



218 



w kilkanaście lat później „miecza albo kordą dobył". 
Znacznie starszym jest tłumacz, który przez Czechów aż 
do Niemców (Dolmetsch) dotarł i turskim swym począt- 
kiem o odwiecznych stosunkach Słowian ze wschodem 
świadczy. 

I myśliwstwo nie obyło się bez wpływu obcego, 
przynajmniej zapewnia Maciej z Miechowa (w słynnem 
dziełku, Opisaniu dwojej Sarmacyi, r. 1517 napisanem), 
że co Polacy białozorem (od białego pierza na brzuchu), 
Ruś krzeczotem nazywa; on pierwszy opowiadał o ob- 
żartym rosomaku i o chyżym sumaku, o morszach i wor- 
wolu (wielorybie), o łałarskiem zielu, o kulczybie (strych- 
nos, wschodnie słowo !) ; jak Ruś brahę warzy, a Tataro- 
wie z mleka silno odurzającą arakę przyrządzają; przy- 
krywają się japończą przeciw deszczowi (stąd nasza 
opończa). Kobiety polskie noszą koltki w uszach ; póź- 
niej, n. p. w biblii Leopolity z r. 1561, kolstkami zwane 
(od kołtania, kołysania). A może już i ruble, nie jako 
monetę obiegową, lecz jako odważaną ilość srebra, przy- 
jęliśmy ; w rachunkach Jadwigi i Jagiełły spotykamy się 
nieraz z wyrazem rublones ; w biblii Zofii tłumacz polski 
oddaje łacińskie siclus bądź przez czeskie zaważę, lub 
przez ruskie rubl; czytamy u niego nieraz n. p. pięćdzie- 
siąt rublow, obok dwadzieścia zaważy i t. d. Lecz wszyst- 
kie te wyrazy przypadkowe raczej, odosobnione nie pow- 
szechne, nie ważne, żadnych głębszych wpływów ani 
bliższych związków jeszcze nie dowodzą. 



VI. 

Jeśli, dla najwybitniejszego okazu cywilizacyjnego, 
pierwszy okres oświaty polskiej (950—1250) chrześcijań- 
skim, a drugi (1250 — 1550) mieszczańskim lub miejskim 



2\9 



nazwaliśmy, nic zawahamy się, trzeciego (ostatniego 
wchodzącego w nasz zakres), od r. 1550 (a raczej już 
od r. 1500) do 1750, jako szlachecki oznaczyć. Jeden 
stan, jedna warstwa uprzywilejowana, zastąpiła cały na- 
ród: lud nie istnieje; mieszczaństwo ubożeje, niszczeje 
i upada wkońcu zupełnie; cała potęga państwowa i cała 
ogłada umysłowa, wszelkie zasoby społeczne skupiają 
się wyłącznie w szlachcie i szlacheckiem duchowieństwie. 
Nawet najdalsze obszary Rzeczypospolitej, najodmien- 
niejsze od siebie pod względem geograficznym, etnogra- 
ficznym i historycznym, nabierają jednego pokostu szla- 
checkiego; ten sam język i obyczaj, strój i duch, byt 
i przekonanie, wiara i przesąd, panują po wszystkich 
dzielnicach wszechwładnie. 

Wprawdzie w zaraniu okresu tego szalały burze 
i nie zanosiło się wcale na ową późniejszą jednostajność; 
zapowiadał się świetny i wszechstronny rozwój oświaty, 
który powoli tylko słabiał, nie odświeżając się więcej no- 
wymi dopływami ; podejmowano wielkie zadania dziejowe, 
aby, żadnego nie spełniwszy należycie, zakończyć apa- 
tycznym bezwładem, liczącym tylko na Opatrzność i na 
wzajemną zawiść „potencyj" sąsiednich, paraliżującą ich 
kroki. Tak, co zaczynało życiem , ruchem i wrzawą, koń- 
czyło w pełnej zgrzybiałości i martwocie. 

Od r. 1550 reformacya broiła niesłychane dziwy 
w zapalnych głowach szlacheckich, lecz przesiliła się 
niebawem i pożarła sama w sobie : nawet pamięć o niej 
wcześnie drobniała i ginęła; najwyraźniejsze i najtrwal- 
sze jej ślady pozostały w literaturze i języku. Reformacya 
bowiem poruszyła głowy i pióra w niesłychanej dotąd 
mierze: spory dogmatyczne, społeczeństwu do niedawna 
jeszcze zupełnie obce, roznamiętniły je ; teraz żadne „po- 
siedzenie" ani biesiada nie obeszły się bez nich; od do- 



220 



wodów z pisma świętego przechodzono do pięści, a nie- 
raz i do broni. Ożywieniu umysłowemu odpowiadało 
literackie: liczba ksiąg polskich (nie jak dotąd bywało, 
kilkunastukartkowych piśmideł), wzrastała szybko i stale ; 
z Królewca zalewali Seklucyan i Rej tłumaczeniami pi- 
sma św. i dyalogami polemicznymi Polskę. Od r. 1560 
drukarnie: pińczowska, brzeska, krakowska, łoska i in., 
w Polsce i na Litwie, wspierały propagandę; nie oby- 
wało się i bez pomocy Braci Czeskich ; katolicy odpierali 
napady tą samą bronią. Szermierze w tej walce zacią- 
gali się zewsząd, nawet ze stron, gdzie piśmiennym języ- 
kiem nie zupełnie władano: z Prus królewskich i z Ma- 
zurów pruskich, z ziem ruskich* lub z obczyzny, jak śród 
Braci Czeskich; nieraz powstaje wskutek tego znaczne 
zamieszanie. 

Tak n. p. wydaje Czech, „impressor z Litomyśla", 
Aleksander, żądany (proszony) za to od pobożnych Po- 
laków, w Królewcu 1554 r., Kancyonał, pieśni duchowne : 
tytuł zapewnia wprawdzie, że tłumaczenia nowo dokonał 
ks. Walenty Brzozowski, a inni uczeni mężowie z wieliką 
pilnością je przejrzeli; lecz jak można było kogo podo- 
bną czesko- polską mieszaniną częstować? Natrafiamy 
tam ciągle na uczelników (uczni), prośpiech (skutecz- 
ność), dobrorzeczeństwo (błogosławieństwo); na jeszcze 
bardziej czeskie uczasłenstwie (uczestnictwo), na czaso- 
wniki jak obżywiuje, splodzuje, wzbudzuje i t d. ; jest 
i żądający w znaczeniu pożądanego, czeskie żaduci , już 
i w średniowiecznych pieśniach kościelnych utarte; i polsko- 
czeskie zmarhać (strwonić), tenem czas marnie w grze- 
chach zmarhał; zawsze z czeska sumnienie, zamiast 
sąmnienia; po panu Ulżyli, zamiast tążyli i Ł d. Podo- 
bnież ówczesne słowniki, n. p. wielki Mączyńskiego 
z r. 1564, posiłkują się czechizmami, choć już nie w tej 



221 



mierze, co dawniejsze nieco Murmeliusze iMimery; „wo- 
kabularze" znowu , wydawane niegdyś dla Niemców kra- 
kowskich i ich dzieweczek w Krakowie, przeniesione póź- 
niej do Prus i Królewca, uczyły panienki nieraz czes- 
kich i niemieckich zamiast polskich słów i zwrotów, 
n. p. prócz nie? (dla czego nie?), borgować, do Lem- 
berku (Lwowa), bretar (desk), hausknechcie ! i t. d. ; lecz 
i polskie ich zwroty nie zawsze szczęśliwie wypadały, n. p. 
jeśli panienka się skarży, że on pomokrzył mi plotki 
(zamaczał warkocze), albo jeśli piesek marga z ogonem, 
zamiast ogonem. Mimo tych braków, panienki z tej książki 
„rady uczyły się polskie V dowodzą tego liczne jej wydania. 
Wpływy czeskie i niemieckie wysiliły się niebawem 
do szczętu. Czechy istnieją w XVII wieku tylko geogra- 
ficznie ; naród sam traci wszelkie znaczenie, ogładę, mowę 
nawet. I stosunki niemiecko-polskie ulegają zmianie; na- 
pływ z Niemiec do miast polskich, silny jeszcze w XV 
wieku, ustaje teraz zupełnie; młodzież polska omija Wi- 
tenberg i Lipsk, Strasburg i Heidelberg; nawet w poli- 
tycznych stosunkach przeważają węgierskie, tureckie, 
ruskie, szwedzkie. Niemczyzna nie zdobywa nigdzie no- 
wego pola, traci, co niegdyś nabyła po miastach, tar- 
gach i warsztatach, liczne jej wyrazy giną zupełnie, 
albo ocalają w najodleglejszych narzeczach, n. p. taką 
gasę (Gasse), znaną w Poznaniu ogólnie w XV wieku, 
lub wardęgę, t. j. bydło, znaną również powszechnie, spo- 
tykamy w następnym już tylko na Mazowszu, — czytamy 
n. p. w ówczesnej kolędzie mazowieckiej „perolmy się 
sibretkowie tą gasą" (bieżmyż bracia tą ulicą) i t. d.*). 



*) Podobnie ocalały po narzeczach wyrazy, niegdyś ogólnie uży- 
wane, n. p.;u Kurpiów łodynki swary (por. wyżej), fela wada, malłych 
obiad, reptuch i reptuz worek z sieczką dla koni z kreptuch (por. wyż. 
clić i t d.). 



222 



Tylko w wojskowości, szczególniej w służbie pie- 
chotnej i dragońskiej, żywioł niemiecki nie usuwał się; 
komenda bywała niemiecką, holt, wer do, i Ł d.; kwar- 
tier, albo frit frit wołał zwyciężony Hanusz i gorsze od- 
bierał plagi od tego, co to całkiem inaczej zrozumiał; 
szylwachy zaciągano w lagrze, gdzie szancmajsłry, pro- 
wiantmajstry i t. d. rządzili; rajłarką przezwano kurtkę 
(u Reja r. 1543) od rajtara ciężkiego, a lekszego dragona, 
co z lontem zafasowanym z konia zsiadał dla strzelania 
w munderunku, bił się za lenung, stojąc pod Krigs- 
rechtem i t. d. Z języków obcych wysuwa się teraz na 
pierwszy plan łacina, w której się Polska szlachecka tak 
w końcu rozmiłowała, że o potrzebach własnego języka 
zapomniała. Głownem zadaniem coraz liczniejszych szkół 
było wprawiać w łacinę ; każdy inny cel był raczej ubocz- 
nym; ze szkół wychodzili też łacinnicy, władający w po- 
równaniu z wiekiem XV poprawnym językiem, mimo 
nieodzownych naleciałości słownictwa, n. p. sądowniczego ; 
barbaryznry i solecyzmy wyganiano przecież w szkole 
co sobota bez litości, gdy „dawano taką łacinę, że aż 
w pięty szło", jak przysłowiowo mawiano; inny choć 
sobie „łaciną gębę pomazał". W życiu, do którego taka 
szkoła przysposabiała, coraz chętniej posługiwano się 
słówkiem lub zwrotem łacińskim; nałóg ten, świadczący 
i o braku smaku, i o pewnej leniwości umysłowej, chwy- 
tającej raczej za gotową obczyznę, niż wysilającej się na 
pracę własną, poczyna się od XVI wieku i przetrwa 
z górą dwa wieki; nazywają go niesłusznie makaronizo- 
waniem, służącem ściśle ograniczonym celom w poezyi 
humorystycznej. Obok makaronicznych utworów polskich 
poetów, od czasów Zygmunta Starego aż do biskupa Za- 
łuskiego, Minasowicza i innych, staje odrębnie ta polsko- 
łacińska mieszanina słów i zdań całych, przenikająca 



223 



wszędzie: do poufnej pogadanki, do listów prywatnych, 
głównie zaś do mowy politycznej i panegirycznej. Prze- 
waga łaciny, naginanie polszczyzny do jej wymagań, 
sprawiły w końcu, że i dziś jeszcze nie zupełnieśmy się 
z niej otrzęśli, mianowicie nasz szyk słów utracił nie- 
jedne cechę słowiańską, a przybrał łacińską; rytm cyce- 
roński przebija i dziś jeszcze w naszej prozie poważnej. 
Tylko wymowa religijna, n. p. w kazaniach, i poezya nie 
uległy wtedy tej zarazie, temu łatwemu popisywaniu się 
ogładą i oczytaniem ; one to odbijają zawsze od prozy 
rażąco: nie można n. p. równać prozaika Wacława Po- 
tockiego z poetą; jego Wojna Chocimska napisana jest 
najświetniejszym wierszem polskim ; za to prozaiczna 
przedmowa do niej, to barbarzyńska mieszanina polsko- 
łacińska. Cóż za dziw, jeśli po tern wyłącznem panowa- 
niu łaciny i w ówczesną poezyę i w dzisiejszy nasz ję- 
zyk wkradły się włazy łacińskie, pozostałości od gorzkiej 
pamięci fllwarów, które wszyscy rozumiemy, chociaż już 
nie wszyscy ich używamy. 

Są to po największej części wyrazy oderwane, jakie 
niegdyś mowę wielkich „statystów" ozdabiały, wyrazy 
szkolnej dyalektyki , obce każdej nowożytnej mowie ; n. p. 
ks. Hieronim Powodowski „w Korabiu zewnętrznego po- 
topu" 1578 r. mając wyliczać dziesięć „predykamenta", 
„musi je tu kłaść po łacinie, bo ich naszym polskim 
językiem, który się więcej kuchnią, niż dyalektyką 
bawił (na boku nota: Polski język o rzeczach kuchen- 
nych obfity), właśnie wyłożyć nie możemy". Podobne 
świadectwo z r. 1605 o trudności wykładu umiejętnego 
w języku polskim przytoczyliśmy wyżej. Każdy rozezna 
te wyrazy, chociaż nieraz się zawaha, czy nie raczej 
z francuskiego, niźli z łaciny wyszły; niektóre z nich 
wcześnie tłumaczono, n. p. rzeczpospolitą z respubliki; 



224 



między przysłowiami niejedno w obiegu, nawet w ustach 
ludu, co niegdyś po łacinie ukuto, n. p. choćby od Hora- 
cego, co przez szkołę w końcu aż do wiejskich strzech do- 
tarło. Nie myślimy tu wcale o prostych tłumaczeniach 
klasycznych frazesów, n. p. „nie każdemu w drogę do 
Koryntu", jak Rej mówi, lub „ruszyć kamaryny" (biedy 
śpiącej) i t. p., lecz o takich n. p. : czego się nowa sko- 
rupka napije, tem zawsze trąci i t. p. Wpływ łaciny przy- 
pomina więc poniekąd wpływ (językowy) czeski; w szkole, 
umiejętności, literaturze odżyła zamarła mowa, przez nie 
wpływała na żyjących, bardzo silnie w pewnych sferach, 
n. p. w życiu i trybie księży, żaków, lekarzy, prawni- 
ków ; znacznie mniej , albo wcale nie, w innych. 

Ubiór księży, przybory kościelne i i d. obfitują 
w podobne nazwy, starsze i nowsze; należą tu infuła, 
pastorał, ornat, alba, komża, stuła, rewerenda, tonsura 
(korona), albo cyboryum, monstraneya, hostya, patyna, 
mszał, organy, celebrować, suma i t d. ; wyrazy jak sy- 
nod, konsystorz, dyecezya, parafia, witrykusz (kościelny 
dozorca); u protestantów, minister, .superintendent, pastor. 
Na Litwie nazywają od XVII wieku ministra (a nieraz 
i każdego Kalwina) bombiza *), opowiadano nam i o pani 
bombizinie; dowcip to szkolny: katolicy wyszydzali mi- 
nistrów, przywłaszczających sobie katolickie x. (ks., 
ksiądz), rymując wedle znanej reguły łacińskiej „ix pix 
bombix", stąd ich bombixami, bombizami przezwano. 
Przed kościołem siedzą dziady i baby, ze skaplerzami, 
z mantykami (torbami), mendykując (żebrząc) parłeki 
(kawałka) chleba. Z kościołem w nierozerwalnym związ- 
ku stoi szkoła, więc i o niej wspomnimy. Wszelkie przy- 

*) We Wiśle XI. (1897), str. 433, opowiadał p. Jasiński o zna- 
nym legendowym Sicińskim, że „chrzcili go bombizi, którzy kumają 
się z dyabłem... sławne heretyckie szkoły bombiskie w Kiejdanach". 



225 



bory szkolne noszą nazwy łacińskie, atrament (czyrzni- 
dła dawnej polszczyzny), kałamarz, membrana, karta, 
arkusz (jak i niemieckie Bogeri), papier, bibuła, skryptu- 
rał , linia, kreda, pióro otemperowane i t. d. ; wedle opłat 
szkolnych, jak krełales, urobiono i kozubales, danina, 
którą trapieni przez żaczków żydzi dla miłego pokoju 
składali. W szkole wodzili rej obok mistrza, bakałarza 
(bakuły), kantora, lokat (podmistrek), sufleta-kaJef aktor, 
rybałt, bean i pedan (stąd pedant, pedanterya); kantor 
repetował z partesów (nut), stąd przenośnia: mówić 
z partesu. Tu pytamy, czy i staropolskie fasoł, kłopot, 
fasołować się, nie stoi w związku z nazwą skali, którą 
uczniom wbijano, ku wielkiemu ich utrapieniu; Czesi 
używali fasolovati o śpiewie, jak my solmizować. Pod- 
czas lekcyi wciągano noty w pularesy i t. d. ; mijamy 
inne liczne terminy, bo oto „niemądra" kanikuła rozpę- 
dza żaków ; i przed nią, w dzień rekreacyjny, wychodzono 
spaciałum (na spacer ; poza szkołą również nie „przecha- 
dzano się", ale „spacyowano"); grano tam w piłę i t. d. 

Sama powaga stanu wymagała, aby medyk, cyru- 
lik i balwierz łaciną pluskał, szczególniej gdy był au 
bout de son lałin. Z łaciny tej wsiąkło w język nieje- 
dno ; humory i wapory przypominają nam te świetne dla 
szalbierzy czasy, gdy je w ciele niby to w ciągłej równo- 
wadze utrzymywano; flegma, fluks, reuma, katar i t. d. 
utrzymały się również; temperament też tu należy z od- 
miankami ; o spinie my wprawdzie zapomnieliśmy, za to 
na Rusi łacińska nazwa do dziś przetrwała; z piłuł zro- 
biliśmy piguły; nasze likwory dziś smaczniejsze, choć 
się niemi już nie leczymy, a nasza dyeta bywa ściślej- 
sza; i wtedy już aqua vitae (okowita) nieraz salwowała 
pacyenta. 

Jurysta obławiał się przy każdej sposobności : przy 

Aleksander BrUckner, Walka o język. 15 



226 



testamentach z artykułami i kodycylmi; przy komparo- 
misach i komplanacyach , ferując dekret i apelując od 
niego do trybunału; lecz ponieważ cały język aktowy 
był łaciński, więc niema celu wyliczać detentów, rea- 
sumptów i t. d. szczegółowo. I statyście damy pokój, 
gdy one zakusy na absolutum dominium konfederacyą 
przy dawnych przywilejach, prerogatywach, odpiera, 
a wszelkiej prywaty się przytem wyrzeka. Uwzględnimy 
tylko jeden termin, kaptur, L j. juryzdykcya (sądy kaptu- 
rowe) za bezkrólewia — historycy i juryści wywodzą bo- 
wiem słowo to, za Krasickim, od łacińskiego capłura, 
niby libera captura — dozwolone uwięzienie każdego bu- 
rzyciela porządku publicznego, z zawieszeniem prawa 
neminem cactiuabimus nisi iure Dictum. Zdaniem na- 
szem, dawniejsze tłumaczenie, od czarnych kapturów na 
głowie, jakie ci sędziowie na znak żałoby i opróżnionego 
tronu zarzucali, trafniejsze. Zapisujemy jeszcze wota, 
wotowanie, albo dawniej wotunki. 

Prócz tych, że tak powiemy, specyalnych słów, 
mamy liczne ogólniejszego znaczenia, nie tylko dla pojęć 
oderwanych, lecz i dla przedmiotów i rzeczy codziennego 
życia. Pomijamy łacińskie nazwy miesięcy, omówione 
wyżej; inne dotarły do kuchni i kredensu, n. p. kochle, 
serwety, talerze, kraty — tylko najniesłuszniej jeden lin- 
gwista nam nazwę pewnej części ciała z łaciny wywiódł ; 
urosłaż ta między nami samymi, czytamy n. p. w pol- 
skim Krescentynie z r. 1549: „pierze też godzi się na 
poławie ku siedzeniu panie grzesznicy*. Ależ i na polu 
spotkamy się z łaciną; nie tylko łan ją przypomni, lecz 
i gleba i sływa (kozica u pługa, styk); nawet i wózek, 
bieda, od biga, przezwany. 

Najwięcej wyrazów dotyczy usposobienia, nawyknień, 
porywów i t. d. etycznych i fizycznych. Jacyśmy kon- 



227 



tenci, że fatyga nareszcie ustała, że nic nas więcej nie 
turbuje, żeśmy bez tumultu zawinęli do portu, załatwili 
z sukcesem interes (dawniej interesse!) takim procede- 
rem i zdobyli z tego tytułu rzecz może bez realnego 
waloru, lecz naszym gustom zaakkomodowaną. Mówimy 
jeszcze o rygorze rodzicielskim i t. d. inne terminy sta- 
nowczo przestarzały, n. p. taki rumor, rankor, wigor, 
prowent, asumpt, ansa, submitować się, solenny i i. ; 
nawet afekty, które już Górnicki (1587.) pochociami za- 
stępował, i respekty i despekty trącą staroświeczczyzną. 
Inne znowu kwitną sobie w najlepsze, kolor i odór, sens 
i honor, natura i norma, koncept, racya i kwestya, por- 
cya, kwarta, kwota i kwadrans, okulary (dawniej okulaty) 
i sulejaty (boty), fundusz, familia, kolumna i meta, ru- 
dera i ruina i t. d. — nie potrzebujemy przypominać, że to 
słowa najczęściej po całym świecie używane. Co ciekaw- 
sze, że dla impetu, dla porywczego wybuchu, służą ter- 
miny obce, n. p. raptem, albo obces, obcesowy (w da- 
wniejszej polszczyźnie zawsze obses, obsessus, t. >. po- 
mieszany, waryat, furyat, n. p. rzuci się obses na cię, ob- 
ses cię zabije, pewnie obses skoczą) : dziwacznem wyda się 
nam, że „złote pióro" Orzechowskiego nie wzdry gało się 
kłaść zamiast ojczyzny (która ojcowiznę znaczyła), patryę, 
mówić o miłej patryej naszej. Znamienne jest również, 
że, do czego się z wielkim zachodem zabierano, przy- 
czem się na oracyę sadzono, nazywano z łaciny, a więc 
n. p. ąuamąuam (właściwie „chociaż", od którego arenga 
często się rozpędzała): p. starosta witał go (r. 1580) od 
panów z długiem quamquam ; albo W. Potocki opowiada 
o sobie: „nim na ławie siędę, na krótkie quamquam się 
zdobędę", u Kochowskiego mamy wiersz: „Do monar- 
chów chrześcijańskich sąsiedzkie quamquam"; „na weselu 
quamquam bych też potrafił", czytam indziej. 

is* 



228 



Albo kweres, zamiast czego i skweres (jakby od 
skwierku) mawiają, w gruncie rzeczy tyle co kwerenda 
lub raczej quae res? n. p. uczyni takie queres (r. 1575); 
we współczesnym liście zaś : „jakie quae res, jakie inkwi- 
zycye i t. d." Kto się dziś do ładnej twarzyczki amprzty- 
fikuje, czyli sztyfelkuje, używa tylko tej samej amplifi- 
kacyi, mowy przesadnej, jaką dawny panegirysta łaski 
mecenasa zaskarbiał i t. d. Warto wspomnieć i o słowach, 
łacińskich i rodzimych, zakończonych z łacińska na us 
albo usz, wzgardliwych, n. p. wagus, nygus, obdartus, albo : 
słabeusz, chudeusz i t. p. Tu należą i androny, nie- 
dorzeczności, znane i w ruskim (n. p. androny jadą u Go- 
gola) z łacińskiej nazwy pierzei, długiej ulicy, od której 
może i nazwa ciasta, androtów (dziś andrutów) dla dłu- 
giego i ważkiego ich kształtu , wyszła — androty między 
papinkami wymienia już Knapiusz : baba uparta an- 
drony (ambaje) stroi, czytamy w Compendium medicum 
z r. 1703. 

Łacina otwierała niegdyś wszędzie przystęp, skoro 
„disce puer latine, faciam te Mościpanie" mawiał Batory, 
a stosował się do tego naród szlachecki, więc i stan 
miejski w swych szkołach jej nie zaniedbywał. W jezuic- 
kich szkołach robiono prędsze postępy w łacinie, jak 
sam profesor jeneński, Mylius, przyznaje (w rządkiem, 
tłumaczonem z niemieckiego, pisemku, „Przestroga do 
Ewangelików i t. d. a r. 1596), tak że protestanci nie wa- 
hali się dzieci do tych szkół oddawać, co Mylius ostro 
karcił. Jeszcze szkołom Komisyi Edukacyjnej zarzucali 
rodzice, że słabo łaciny uczą. Wszystko, co się z osta- 
tniej nędzy gramoliło, znało ten język, a choćby tylko 
początki jego: wszyscy go używali i nikt się na to nie 
obruszał, chyba p. starosta Szafraniec na sejmie koron- 
nym 1569 r. w przystępie złośliwości, gdy marszałek 



229 



powiedział: „jam tu jest accusatus" , przerywa mu: „mów 
WM. po polsku, wszakżeśmy tu wszystko Polacy", file 
łacina nie tylko w Polsce w szkołach, kościołach, trybu- 
nałach i aptekach panowała; panowała w równej mierze 
i za granicą, więc dzielimy z innymi ów ciężar słów ła- 
cińskich, który u nas chyba nieco większy; te słowa 
łacińskie dawne pozostają wyraźnym dowodem naszego 
związku nierozerwalnego z obyczajowością zachodnią, 
są niby naszą legitymacyą cywilizacyjną. 



VII. 

W inne koła przenosi nas język włoski: z zakry- 
styi i lektoryów, z apatek i od szranków trybunalskich 
przechodzimy z nim na dwory wielkopańskie, między wy- 
kwintne towarzystwo, co w cudownej Italii najpiękniejsze 
lata młodości spędziło. Cecha wyższej ogłady wyciśnięta 
tu wszędzie : naśladują go więc i poeci , choć nieraz Włoch 
ani oglądali, przesypując chętnie język, wolny od szkolar- 
skiej łaciny, włoskimi, wyszukanymi wyrazami, szcze- 
gólniej w XVII wieku Twardowski, Gawiński lub Ko- 
chowski, rzadziej Morsztyn, jeszcze rzadziej stary Polus, 
Potocki. Wystarcza przebiec te włoskie „słówka", aby się 
przekonać, co za wyrafinowany smak, przepych i zbytek 
z nich przemawiają. Zacząćby można choćby od jarzyn 
i ogrodowin wykwintniej szych, od owych wernancyi, n. p. 
od kalafiorów, któreśmy dziś zmieszali z karafiołem, co 
zupełnie inną roślinę oznaczało, od pomidorów, szpara- 
gów, selerów, sałaty, karczochów, kalarepy i t. d., a skoń- 
czyć na szczegółach ubioru alamodnego, budowy pała- 
ców, zakładania dziar dynów, tajemnic baletów, gorgów 
i treli we śpiewie, a instrumentów i tonów w muzyce. Tu 
znajdzie się w końcu miejsce i dla dżelozyi, jakby jej 



230 

małżonek (becco cornuto, rogal, tylokrotnie wyszydzany 
w XVII wieku) i kochanek, inamorat, po polsku nazywać 
nie umieli. Już od poprzedniego wieku napływało z Włoch , 
co tylko tchnęło „gracyą" i smakiem, ogładą i wytwor- 
nością, kunsztem i modą; tylko u Włochów wyuczał się 
dworzanin i żołnierz, jeździec i myśliwy, baletnik i mu- 
zyk sztuki swej aż do doskonałości. Jak wysoko cenił 
znawca, p. marszałek Dorohostajski, włoskich kawalkało- 
rów, zbyt drogich dla miernej szlachty 1 Wprawdzie za- 
wodziły nieraz kosztowne dzianety włoskie na podolskiej 
grudzie, lecz nie wadziło to przyjmowaniu włoskich przy- 
borów do jazdy, wozów, skoków i t. d., n. p. kawecanów, 
kurbetów i karerów (carriera; u Stryjkowskiego 1582 r. 
czytamy nieraz: „karery biegając, karery wywracaj" i L d.), 
karet i karoc. Dawniejsze i słynniejsze od „brytanów" 
są psy gończe medyolańskie, których nazwa po dziś na 
Litwie ocalała (medelańskie w Statucie Lit). Z Włoch 
szły broń i stroje żołnierskie, jak i fortele dobywania for- 
tec, fos, rawelinów, więc n. p. darda (spisa), szpada 
i sztokada (spada, stoccata), paweża lub pawęża (pa- 
vese, tarcza; jest i czeskie); ulubione między młodzieżą 
stradyotki i karwatki przypominały ubiór weneckich żoł- 
nierzy; wiele z tego, co do floty należy, również z wło- 
ska przezwano, n. p. bat, bacik (batto), gali a (galea, ga- 
lera) i in., lecz koga (okręt) wprost z łaciny przyszła , bo 
znajdujemy ją już w pieśniach i legendach z XV wieku; 
do Matki Boskiej wołają: „Bądź Ty nasza koga, bychom 
morze przebyli, do nieba przypłynęli"; kordel (sznur, 
lina statku) również tu należy, cordiglio; K. Twardowski 
błaga niebios o łaskawy bieg fuście (nawie, fusta) nad- 
wątlonej i t d. 

Do dawnych tańców, niemieckich i narodowych, do 
cenara, gonionego, świeczkowego i t. d., przybywają włos- 



231 



kie padwany, saltarele, galardy, kapryole, które wszyst- 
kie galantuomo i kortyzanka umieć winni, jeśli repu- 
tanzę utrzymywać myślą ; w stancyi (stanza) i dentro 
(w obrębie) dziardyna oddają się oni wszelkim śmiesz- 
kom, łazom (lazzo, stąd lazy u pamiętnikarzy XVII 
wieku , nie zrozumiane przez wydawców), spasom (spasso, 
stąd alaspasy, halaspasy, rozrywki, Twardowskiego, Ga- 
wińskiego i Kochowskiego) i bontempom, wedle najnow- 
szej maniery i fozy (wenecka forma słowa, u nas bar- 
dzo pospolita w XVII wieku, też fodza, dla mody, trybu), 
w karnawał naturalnie z maszkarami i dżogi (tany, 
z giuoco). 

Oni już się nie sadzą, tylko sforcują (forca = fo- 
rza), na rozmaite splendece, altece, grandece, korłece 
(grzeczności) i alegrece; sprawia im to największą kon- 
tentecę, chociaż nieraz cała impreza, mimo wielkiej spezy 
(kosztu) i za fraszkę (frasche, brednie) nie stoi , speranzę 
(nadzieję) zawiedzie. Na stół dają im anłypasty (przed- 
smaki) i potazye, choć polski żołądek na nie sarka: nie 
przebłagają go i liczne „włoszczyzny" — „czy ja wół, 
abym trawę jadł", pyta rozżalony. Damy stroją się do 
stołu w fetocye (wstążki); dbają przedewszystkiem, żeby 
cera była świeża, choćby dla niej środeczków i na wen- 
decie (targu) nabywać miały. Na wendetę nęci nieostroż- 
nych inna nowinka: faryniarz urządza farynę (loteryę), 
stawiający wyjmuje karteczkę, ale na niej najczęściej 
cyfra (zero) zamiast wygranej ; zresztą któż wie, czy go 
nie oszukują, boć to sami birbanci i furfanci, którzy za 
bukaię (kęs, boccata) chleba i brata rodzonego zdradzą. 
Obok wendety dostaniesz i rozmaitej wiwendy*) i be- 

*) Wiwenda ich (Duńczyków) ucieszna bardzo i t. d. opowiada 
JMc. P. Pasek (vivanda, potrawa), który terminów włoskich często za- 
żywa, n. p. foryszter obcy (forestiere), paragon (w paragon nie wcho- 



232 



wandy (napitku), a z niej urosną niebawem bewerye (pi- 
jatyki), skąd do brawaryi albo breweryi (braveria) naj- 
prostsza droga. Więc rozumniejsi przestrzegają i grożą, 
wydają Bando (zakaz) przeciw gorzałce i wszystkim jej 
naśladowcom (tytuł wcale ciekawej broszury wierszowa- 
nej z r. 1716, Michała Karasia); lecz to nie skutkuje. 
Wyrazu bando (wywołanie) używano często, n. p. „Bando 
na Aryany" (słynna swego czasu broszura), stąd bandy- 
zować i t. p. ; obok niego możemy przytoczyć fallo (błąd), 
n. p. w Jedności ś. Cerkwie i Ł d. z r. 1632 czytamy 
„wielkie fallo", falluje (błądzi) i t. d., falit i inne. 

Oto najpospolitsze słowa włoskie. O silnym wpływie ję- 
zyka przekona nas fakt, że aż w najdalsze zakątki polszczyzny 
wciskały się najrzadsze, najwyszukańsze terminy włoskie. 
Zdziwieniśmy n. p. niepomału, czytając w tejże prawo- 
sławnej broszurce (Jedność i t. d.), że (czterej biskupowie 
swemu metropolicie) „ten sekret patesowali" (t. j. odkryli, 
włoskie palesare). Sakowicz (w Okularach i t. d. 1645 r.) 
oskarża czerńców, że, zrzuciwszy habit zakonny, chodzą 
jak księża świeccy „w palendrach, rewerendach* ; o uni- 
tach mówi (w Perspektywie z r. 1642), że chodzą „wpa- 
lendrach, czamarach" — obie nazwy włoskie, z pierwszą 
porównajmy n. p. tytuł : Tryumf Miłości (Petrarki) w pol- 
ski kopieniak (płaszcz) ubrany, zewleczony z toskańskiej 
ślicznej palandrany (palandra, płaszcz). Aryan Farno- 
wiusz („O znajomości Boga" r. 1573) i inni każą apo- 
stołom „z jednego miasta do drugiego patentować" (pa- 
lante = wagus, wałęsający się — odróżniać należy od 
tego słowa inne, palanłować, bić, od palantu). I nasze 

dzi z orłem puhacz i t. d„ t. j. w porównanie; z włoskiego pewagone, 
nie z greckiego, jak Linde i inni twierdzą; paragonować, równać, mie- 
rzyć się z kim, bardzo częste w XVII wieku u W. Potockiego i in- 
nych) i t. d. 



233 



buza, buzować kogo (złajać) wywodziliśmy z włoskiego, 
far buzzo, gniewać się (na kogo), buzzo i buzzone opry- 
skliwy, mruk, buzzurro prostak, gruby; więc czytamy 
w Smotryckiego „Obronie Yerificaciey i t. d." z r. 1621: 
„wam lada buzie wolno na majestat następować"... „ten 
zły człowiek nas buzuje"*). 

Szczególniej wiele terminów przyjęła dawna pol- 
szczyzna od „kapeli" włoskiej. Nie myślimy tu wyliczać 
instrumentów, n. p. regałów, sztortów (storta) i in., lecz 
zaznaczymy choćby kilka nazw melodyi i t. p., które cał- 
kiem polski wygląd przybrały, n. p. wyewerki i wy- 
ceuerkować. Knapiusz objaśnia je łamaniem, strzępie- 
niem głosu, trzęsieniem gardła, lecz obok wyewerków 
znajdujemy rycwerki w XVI wieku, jest to włoskie ri- 
cerco, recercare (preludya, fantazya); Jabłonowski utwo- 
rzył stąd nowe słowo, wyewier i wyćwirny, wymyślny. 
Od gorgów (trelów) poszło gorgolić się, nadymać się, po- 
dobnie, jak „mówić z partesów, stąpać z tabulatury, prze- 
kwintować, wykwintować" (stąd wykwintny), mowę, chód 
i tryb nienaturalny, wymuszony, napuszony, oznaczają : 
wszystko, jak i biszkunty, figle, od śpiewu i not prze- 
jęte; wedle których piosnkę „nócono" (biscanto). 

Nie mówimy o tańcach i melodyach, o galardach, 
pasomeziech (u Morsztyna, passomezi), kanzonach, mo- 
tetach, madrygałach i t. d. Warto też wspomnieć o urzą- 
dzeniu ważnem, przezwanem z włoskiego: nasza poczta 
(równobrzmiąca z zupełnie jej obcą, staropolską pocztą, 
upominkiem) z poszły (włoskie posta) powstała ; najdaw- 
niejsza „gazeta" polska, t. j. „Poczta Królewiecka", wy- 

*) Natomiast buza braha (u Miechowczyka r. 1518 wyraźnie jako 
słowo tatarskie wymienione) poszła ze wschodu; buzia po całym świe- 
cie się rozeszła, ani wiemy, skąd właściwie wyszła; buzerować słowo 
włoskie znowu. 



234 



dawana przez drukarza J. Dav. Zankiera albo Cenkiera r. 
1718 — 1720, na tytule naprzemian Poszła albo Poczta 
wypisuje ; lecz wtedy „obrywka z Gazetow Polskich bar- 
dzo licha była", bo niewielu było, „którzyby chcieli Pol- 
skie trzymać Gazety". Poprzedziły je krakowskie, wyda- 
wane przez Włochów, Merkuryusze i „Hwizy" (częste po 
ówczesnych tytułach, n. p. n Świeże flwizy z koła panień- 
skiego" i t. p.). 

Najwięcej nowinek włoskich zagęściło się jednak 
w kulcie ciała i stołu. Minęły te święte czasy, kiedy to 
szlachcic szubkę baranem podszywał, a pani jego star- 
czył kożuch z pozłotką w zimie, haras z barchanem w le- 
cie, pacierze bursztynowe, na szyi prosty czecheł, na 
głowie toczenice, a chomla na czoło ; kiedy to na chlebo- 
wych talerzach bez serwet jadali, piwo a miód pijali, 
w piekarniach siadali... I bogata szlachcianka dawniej do- 
syć miała, gdy wzięła od rodziców parę pektoralików 
a krzyżyk od męża i piszczałkę z rubinem dla dzieci, 
dalej Boże uchowaj napierać się było ; i ona w powszedni 
dzień w letniczku, w koszuleczce białej, a sznóreczka na 
szyi... teraz wszystko inaczej. Wspominaliśmy już o wło- 
szczyźnie, o antypastach i potazyach, marcepanach i tor- 
tach ; na stołach leżały cieniutkie i bieluchne łowalie (tu- 
walnie), serwety; w kredensach stały kosztowne szkła 
(weneckie) malowane, „z Bożą męką" i bukale dla mał- 
mazyi, kanaru, sęku, alakantu, odwilżających gardła, spie- 
kłe od mostardy i innej korzennej przyprawy. 

Mężczyźni, osobliwie młodzież, ubrani wedle ostat- 
niej fozy (proszą bowiem u krawca: , uczyń mi, jako dziś 
noszą". — R czemu nie jako wczora, Zaż to inny rok 
z wieczora? pyta Rej), kapelusz (capeluccio), albo galer 
(galero) na głowie; w kapie włoskiej, palendrze albo 
w sajanie (z sai, adamaszku, szłametu). zdobnych pasa- 



235 



monami, puntałami ; z nożykiem (piórkiem), szatno i łańcu- 
szno;z rapirem u boku, opatrzonym dla ręki w fordyment; 
w bufiastych spodniach i obcisłych pończochach, w kor- 
dybanowem obuciu, zalecają się damom, które o poważ- 
nym stroju staropolskim tak dalece zapomniały, że „ przy- 
dany" (drużba) Zbylitowskiego, zjawiając się na weselu, 
zdziwiony widzi liczne „damy", lecz żadnej Polki. 

Mają perły w uszach, czemu nie i w nosie? pona- 
wieszano na nich feretów, łerepel (trzeperelle, trepele, 
t j. krezy, „których dyabeł trafiać pomaga, a jednej pa- 
niej były w szyję wrosły" sarka Widawski; czy to drap- 
peria?), fortygałów z bramami i bez nich, kornefesów 
albo kornufasów, maneli na ramiona i ręce, w których 
facelety (chusteczki) powiewają, gorgulików i gurgielli, 
t. j. koszulek (gorgiera krezy, „teperelle z gorgulikiem, 
iścieć skarbu nie umnoży, niźli to na szyję włoży", skarży 
Rej r. 1543); sukienki z prostej kanawace (canavaccio, 
materya) ani obaczyć, zniknęły stare „smykawice", ob- 
cisłe, długie ; w ciężkich sukniach panie same niby ocię- 
żałe, młodzież obraca je w tańcach i śmieje się potem: 
azaż to lekki kozub? Zbytek zbytku, koszt kosztu popy- 
cha ; w sypialni : 

Uźrzysz tam niderlandzkie opony na ścianach, 

I kobierce adziamskie (perskie) i włoskie szpalery, 

Przy kącie pyszne łoże, nad nim zawieszony 

Namiotek z rozmaitych utkany jedwabiów, 

Maść od maści śliczniej szych; pościel haftowana, 

Kołdry albo drotowem złotem*) przeszywane, 

Albo z brzegów drogiemi perłami osute... 

Wóz musi być z poklatem włoskim na kształt brożku, 

Popona złotogłowem podszyta, a w koło 

Frandzami bogatemi pięknie lamowana. 

Srebrne gałki muszą być, srebrne u szlej przęcki i t. d. 

*) Por. „Owo srebro drutowe, co je włoszek złoci*, Bielski M. 
w „Rozmowie dwu baranów". 



236 



(Ciekliński, Potrójny, r. 1597). Przy wozach kroczą stale 
ustrojeni pysznie sztafiry (staffiere, lokaj), nie wypierając 
dawnych forysiów i nowszych stangretów; do dziś pozo- 
stał od nich wyraz : sztafirować się, t. j. stroić. „ Jak w zło- 
cie dżioja" pisze Bojanowski, „Naumachia chocimska", 
r. 1622; jest to giaja (drogi kamień, juwel) i t d. 

Oto główna treść napływowej fali włoskiej. Gdy 
miejsce Włoch w ogładzie, zbytku i modzie, w galante- 
ryi, elegancyi, rafineryi smaku, w kulturze umysłowej, 
Francya zajęła, ustąpili włoscy przybysze francuskim. 
Zapomnieliśmy o nich zupełnie; strój zmieniony zatarł 
wszelkie wzmianki o dawnych szczegółach i nazwach 
włoskich ; mało co uszło zagłady ; fraszka, dzięki Kocha- 
nowskiemu, uwieczniła się, podczas gdy lazy, bontempy 
i spasy, nie podtrzymane jego sztuką, zaginęły. Najwię- 
cej „włoszczyzny" zostało w ogrodzie warzywnym; obok 
niego teatr i balet, śpiew i muzyka, już nie tylko u nas, 
lecz i na całym świecie cywilizowanym, dawną szkołę 
i mistrzowstwo włoskie ujawniają. Inne języki romańskie 
na polski nie oddziaływały. Po hiszpańsku umiano w XVI 
wieku, n. p. guzmana (błazna) i karawakę (krzyż) z hi- 
szpańska nazwano; jeszcze sędziwy Chodkiewicz wy- 
buchał pod Chocimem zwrotami „kaballerów" ; lecz 
w XVII wieku, przy gasnącej potędze państwowej, gasł 
i urok języka, którym niegdyś Tęczyńscy i Lubomirscy 
władali. Nawet tłumaczenia z hiszpańskiego języka są bar- 
dzo nieliczne, chociaż hiszpańska literatura polityczno- 
moralna (n. p. u Warszewickiego) i romansowa (n. p. 
u Twardowskiego) wpływ pewny wywierała. 

Francuszczyzny uczono się już od XVII wieku ; 
znamy liczną szlachtę średnią, około 1620 r., umiejącą 
po francusku, tłumaczącą książki francuskie (n. p. Bo- 
lestraszycki z nieszczęsnym i dla siebie i dla książki, 



237 



przez kata palonej, skutkiem); od połowy XVII wieku 
zaczyna francuszczyzna przeważać na dworach królew- 
skich i wielkopańskich, ruguje Włochów zupełnie; lecz 
dopiero od XVIII wieku opanowała wszystko, co do 
ogłady się garnęło, chociaż romanse francuskie czytano 
(Sobieski !), tłumaczono i naśladowano już od 1640 roku; 
równie dawne są nazwy stroju damskiego, od muszta- 
siów na czole począwszy, kwefów, fontazyów, kapot, 
west, mant i mantoletów, kornetów i t. d., od których 
się w opisach satyrycznych (n. p. Łącznowolskiego z r. 
1682) aż roi. 



VIII. 

Stosunki polityczne łączyły oddawna Węgry i Pol- 
skę, jak familijne Arpadów i Piastów ; cechy ich bywały 
nieraz wrogie wskutek wzajemnej rywalizacyi, n. p. 
o Halicz. Życie obu państw płynęło jednak odrębnemi 
korytami, chociaż tu i tam osiągnięto w końcu ten sam 
cel, wszechmoc oligarchiczno-szlachecką ; znano się naw- 
zajem bardzo mało, w średniowiecznej polszczyźnie led- 
wie jeden i drugi termin węgierski odnajdziemy, n. p. jo- 
baggionów w XIII wieku dla oznaczenia kmieci, chłopów 
(iubaiones et colonos, u Miechowczyka r. 1518), albo wy- 
żej wspomnianych Kunów. Zmienia się to zupełnie od 
Jagiełłowiców ; Władysławowie i Ludwik zasiadają na tronie 
węgierskim, a na ich dworze znajdziemy niejednego Po- 
laka; za Zapoliami odzywają się polskie sympatye, wy- 
rażane i czynną pomocą; wreszcie powołał naród szla- 
checki na tron opróżniony Węgra. Od Batorego głównie 
idą wpływy węgierskie w Polsce ; wpływy te ograniczały 
się jednak do kół ściśle zakreślonych. 

Węgrzyn Polakowi w ogładzie ledwie dorównywał ; 



238 



toć z Krakowa czerpał on wiedzę i wtedy jeszcze, gdy 
sami Polacy źródła tego już nie cenili. Lecz Batory przy- 
prowadził z sobą znakomicie wyćwiczoną piechotę wę- 
gierską, posługiwał się najchętniej, ku wielkiemu zgor- 
szeniu panów, Węgrami, i uczynił Węgrów strój, uzbroje- 
nie, służbę, nawet zwroty ich mowy, modnemi. O zmianach 
zaszłych za Batorego poucza współczesny świadek, Andrzej 
Lubieniecki, w Poloneutychii (pisanej znacznie później, 
16 J 5 r.). „Rycerstwo polskie zachowało było w zależeniu 
pola i pokoju długim staroświecką armaturę, godną prze- 
ciw kuszom i łukom, nie przeciw ognistej strzelbie; sio- 
dło na koniu, blachą okowane, tak wysokie, że zakrywało 
pół jeźdźca, a ważyło za trzy siodła teraźniejsze; pancerz 
ciężki, tak, że nie tylko kijem, ale i nahajką można było 
rycerzowi dobić; ciężka tarcza, szyszak wysoki i szeroki 
jak pudło, co wszystko razem i w najmniejszy wiatr ry- 
cerza umordowało a konia osadniło ; i kopia ważyła wię- 
cej, niż teraźniejsze dwie, i były inne rzeczy błazeńskie. 
Piechota też polska była, że bardziej do błaznów 
byli podobni niż do rycerzów, bo je ubierano w szaty 
szachowane z różnych barw sukna ; każda kar watka i sza- 
rawara miała w sobie kilka farb różnych ; a broń ich 
miecz a barta (siekiera), ruśnica bardzo rzadko ; a ci 
ani wiedzieli, jako szańce robić abo kosze. Król tedy roz- 
puścił wojsko polskie, przepisawszy im taki sposób wsia- 
dania na koń, jakiego teraz nasi usarze używają; tak 
i nasza piechota węgierskiej się jęli we wszystkiem ak- 
komodować". (Wydanie z r. 1843, str. 110-111). Podob- 
nie, choć z pewnem zastrzeżeniem, wyraził się i Bielski 
w „Kronice" (w wieku XVI) : „drabikowie nasi chadzali 
z oszczepy, a miecze przy boku mieli, pawęzy też mie- 
wali, które spiąwszy, bywali bezpieczni za nimi jako za 
murem, ani jazda ledajaka nie przełomiła. i\le już dziś 



239 



wszystko inaczej, więc nic wiem, jeśli tak lepiej, lecz to 
baczę, że co pierwej Węgrowie piechocie naszej dank da- 
wali, to my dziś węgierską chwalimy" (u Łebińskiego, 
Militaria, 1889., str. 144). Odbiło się to natychmiast i w ję- 
zyku, który już przed Batorym niejedno ze słownictwa 
szlachecko-państwowego, z kroju i zbroi, przejął. 

Ustalało się to później żołnierką polską na Węgrzech 
przeciw Turkom, jeszcze częstszą węgierską w Polsce, 
a w XVII i XVIII wieku, przyczyniło się tego zalaniem 
kraju winem, które na Węgrzech się rodziło, lecz w Polsce 
umierało, i rzeczywiście do szabli i do szklanki głównie 
ograniczyła się cała poufałość z Węgrami. Wyrazów po- 
litycznych przyjęto dwa: rakosz, później rokosz smutnej 
pamięci, pole elekcyjne i tłumy szlacheckie zalegające 
pole, i spisek przez nie wywołany. Jeszcze na sejmie 
elekcyjnym r. 1587 (Acta XI, 195) twierdzono : „iż WMo- 
ści do czegoś niezwyczajnego mieć się chcecie, do jakie- 
goś rokoszu, które słowo językowi polskiemu nie jest 
znajome" ; tymczasem to myłka, słowo i pojęcie choćby 
od Wojny Kokoszej znakomicie się ustaliło, używali go 
wszyscy, nie tylko Górnicki („na miejscu rokoszu na 
elekcyą"), albo taki Adam Czachrowski, co to w chorwa- 
ckiej ziemi długo służywszy i po węgiersku wiersz zło- 
żyć umiał („aby się schodzili na rokosz w pole" — czy- 
tamy w jego „Threnach" z r. 1596 i t. d.). Drugi, nie- 
winniejszy, orszak (otoczenie, pochód), z węgierskiego 
orsćg, „załoga, straż", ale jest między Słowianami rozpow- 
szechnione i inne słowo węgierskie orszag, państwo i tak 
go Orzechowski w liście do Krowickiego używa: „świat 
albo orsag nasz". Tern liczniejsze są inne nazwy, „jez- 
deckie". 

I tak dosiada pan deresza albo parepy (paripa wierz- 
chowiec, wałach); hajduk (sługa, drabant) jedzie za kot- 



240 



czym (wozem, koczem) na łogoszu, aby go panu w razie 
potrzeby dodał; źrebcowi opinają nogi w forgocze (far- 
gasz, rzemiefi, jak w czeskim). Wygoliwszy czuprynę, 
nasadza pachołek magierkę (czapeczkę węgierską), nieraz 
z forgą (forgo, pióropusz); zarzuci kopieniak (kópenyeg, 
płaszcz), kontusz (kontos, suknia), dolman lub czuhę ; 
już Rej r. 1543 skarży się: „ale tam rzadko bywa pan, 
gdzie rządzi czuha, dołoman" ; po nim często o dołmanie 
mowa, n. p. „co u naszych ojców była kurta, to dziś do- 
łoman" („Co nowego" z r. 1650), do których później 
i bekiesza futrzana przystąpi ; wcześniejsza już węgierska 
delia („drugi więc swą wioskę mija, rozwiodła go z nią 
delia" — Rej r. 1543) i delura. Naciągnął nadragi (spod- 
nie) i obcisłe ciżmy (trzewiki) lub krótkie bociury, a w rękę 
bierze bełtę (siekierę) albo czekan czy nadziag. 

Śmieje się z niego p. Baltyzer z Kaliskiego powiatu 
w swoich „Rozkosznych Biesiadach" : 

Pan brat prawie (całkiem) z magierska sobie szaty sprawił, 
Ale dla nich nieborak siodłaka (chłopka) zastawił. 

Inni zowią te „magierszczyzny", „magierskie ubra- 
nia", ohydnemi, lecz moda modą pozostała. 

Nietylko w ubiorze męskim przebijała węgierszczy- 
zna ; więcej jeszcze znać ją było w obozie i w wojsku, 
gdzie katana (katona, „żołnierz", od niego przezwana „ka- 
tanka", jak rajtarka od rajtarz, brandebura, karwatka, 
stradyotka, radziwiłka u żydów litewskich i t. d.), z brodą 
katańską (wedle Kochowskiego), rej wodził w szeregach 
(sereg, pułk*). 

Z Węgrów zaciągali się tak zwani lewencowie 
i sabaci, o których n. p. Żółkiewski pisze: „abyśmy się 

*) I w polsko-ruskich tekstach, n. p. księdza Drobiszewskiego 
z XVII wieku czytam szeregi, skąd ruskie słowo szerenga poszło. Na 
ubiorach i broni połyskiwał i szych węgierski. 



241 



strzegli Sabatów od Sambora, jako byli wpadli przed 
kilku laty", a p. Gajewski w „Rozmowie Ukrainy z Żoł- 
nierzem" z r. 1619 skarży się, że „zaciągamy do Polski, 
jakbyśmy mieli mało własnego „chłopia", Węgry, Sabaty, 
co nic nie umieją". Są to węgierscy szabados, od wol- 
ności, swobody przezwani ; sławniejsi niż oni, uwijali się 
dzielni husarze na zwinnych sekielach (konie siedmio- 
grodzkie) z twarzą nieraz na krzyż ciętą, kiereszowaną 
(kereszt, krzyż), za nimi giermki (gyermek, dziecko, 
chłopiec), harcowali na koniu ; na przód darli się ochot- 
nicy wybrani, elearowie (elojaro, przodujący) ; żelazne 
szyszaki kryły im głowę, karwasze szły na łokcie, a paiż 
(pais, tarcza) na bok, u którego pałasz wisiał. Dobosze 
i szyposze zajęli miejsce dawniejszych piszczków; i z wieży 
pobudka (stróż, dawniej; dziś grają nam pobudkę, lub po- 
budka na nas działa, moralna, którą dawniej pobiedką 
zwano, czeskie pobidka) wytrąbywał hejnał (hajnal, ju- 
trzenka); laskę marszałkowską i t. d. zastępował palcat 
(palcsa, laska, t dodano jak w; kajet, filut). 

Cóż za dziw, że od tej węgierskiej służby i piechoty 
(która zresztą, jak już Batory mawiał, w Polsce miewała 
tyle zysku, co wyniosła w pysku) i całe węgierskie słowa 
i zwroty się szerzyły. Szczególniej po humorystycznych 
utworach XVII wieku napotykamy często takie uram 
(mój pan bizun (bizoniy, naprawdę; poszła stąd na- 
zwa bizunów, batogów, jakie hajduk — bizoń leżącemu 
na kobiercu odliczał), więc czytamy n. p. w Satyrze na 
twarz dworską: „Uram odstąpcie, han J. M. idzie do 
Pana" ; albo w „Intermedyum chełmińskim" : „Uram 
gazda beszte" i t. d., całe węgierskie wiersze, włożone 
w usta chudego pachołka. Jeden z takich wyrazów za- 
chował się w słowie besztać, urobionym od węgierskiego 
beszte (bestya), którego piechota Batorowa tak często 

Aleksander Briickntr, Walka o je.zyk. 16 



242 



używała, że urosło w przysłowie : „nie mów królowi be- 
szte, bo cię zetną jeszcze". Gorzkie było to życie hajdu- 
ckie: „służały" opowiada o sobie: 

Mierzi mię kij i szabla, zkosztuję obucha; 

Rt ja hajducką służyć. Jak ze dżdżu pod rynę 

Trafiłem... Rzekł mi stary ftndrasz: tej nocy strzedz musisz. 

Zbiereż (strzeż) karetu, jisty niczeho nie skusisz. 

jeśli co ukradziono, to mię siekierkami 

Trzepali, równie jak trzej kowale młotami ; 

Beszte bizom tak mówiąc, źle mię to pytkują itd. 

Ci hajducy byli często Słowakami lub Rusinami 
z gór, mówili po rusku: tak ich też zawsze W. Potocki 
i inni wprowadzają. Od nich szły w Polsce nazwy 7\n- 
draszów, Istwanów, Januszów (Janos, nazwa hajducka, 
czytamy n. p. w „Intermedyum chełmińskim" : „tylkoćto 
tak hajdukom mówią, słyszysz ty Janusz!") — chociaż 
byli i staropolscy Januszowie. Ci „Mat Jasowie" z gór 
przymierali często głodem, zanim na służbę trafiali, stąd 
mawiają i dziś jeszcze po narzeczach, jak i w XVII 
wieku n. p. Kmita i inni : było mi „matjasno", t j. było 
ze mną źle, smutno i t. p. Ale węgierski baciarz zjawił 
się świeżo; zamiast niego istniał w XVII wieku „chudy 
Ferens" (t. j. Franciszek), goły jak „bizun" prawdziwy, 
który, jak właśnie wspomnieliśmy, również z Węgier, nie 
od bizonu — wołu(!) wyszedł; o „bezgrosznych Feren- 
sach" nieraz Jagody ński mawia. Z handlu winami pozo- 
stało n. p. słowo anłał i antałek (antalag, beczka wina); 
maślacz (słodkie wino) to przeróbka wschodniego masłoku, 
odurzającego napoju. 

W tak ścisłych i szczupłych granicach przedstawia 
się wpływ węgierski, uosobiony w języku ; jeszcze słabiej 
oddziaływali dalsi sąsiedzi na południu. Mimo ścisłości 
związków politycznych, jakie nieraz od Jagiełłów do So- 



243 



bieskiego, Rumunów z Polską łączyły, wpływów obycza- 
jowych nie wywarły żadnych, prócz jednego pola, które 
z polityką i dążeniami rumuńskiemi żadnej nie miało 
styczności. Rumun zawdzięczał, w jeszcze większej mie- 
rze niż Węgrzyn, całą oświatę Słowianinowi, Bułgarowi; 
bułgarski język był jego językiem piśmiennym, urzędo- 
wym i kościelnym przez całe wieki (aż do XVIII); Ru- 
mun jeszcze za naszych czasów wszystko pisał i tłoczył 
cyrylicą, dopiero książę Kuza narzucił narodowi alfabet 
łaciński, ale n. p. książę Ghika, prezydent senatu, do 
śmierci swej cyrylicą pisał ; jeszcze dziś chłop rumuński 
sporządzi sobie za życia „epitaf", krzyż nadgrobny, z na- 
pisem bułgarskim ; bułgarska „arynga" przy testamentach 
bywała najdłuższy czas obowiązkową. 

Setki najważniejszych słów rumuńskich (podobnie 
ma się rzecz z węgierszczyzną, również od Słowian za- 
wisłą) świadczą ciągle o dawnej, walnej przewadze sło- 
wiańskiej, i Rumun nie miał co udzielać Polakowi. Od 
hospodarów wołoskich, lenników polskich, od rodzin ta- 
kich jak Mohiłowie, szerzyła się zato znajomość języka 
polskiego; najznakomitszy oświatą i ogładą Rumun XVII 
wieku, Miron Costin, spisał przecież dawne dzieje ojczy- 
ste dla Sobieskiego wcale niezłym wierszem polskim: 
liczne rękopisy (sami znamy trzy) świadczą o wzięciu tej 
epopei między szlachtą. Od Rumuna korzystał Polak 
w jednej, gospodarczej gałęzi. 

Pasterz „wałaski" od wieków, postępując śladami 
przodków, pasterzy zabałkańskich, zapełniał trzodami owiec 
hale, połoniny i działy (góry) Karpackie, rozszerzał swe 
pokojowe zdobycze wolno a stale, aż dotarł do Morawy, 
opisawszy olbrzymie półkole. Pasterz wałaski, z fujarką, 
poprzedzający trzodę i psy, już w XV wieku był tak ty- 
pową figurą w Polsce podgórskiej i krakowskiej, że i kaz- 

16* 



244 



nodzieje o nim wspominać mogli. Otóż z rumuńskiego 
języka przedostało się wiele słów „pasterskich", dotyczą- 
cych hodowli owiec i je] produktów, do języka podgór- 
skiego, polskiego i ruskiego, lecz nie myślimy wymieniać 
wyrazów odnośnych, już dawniej przez innych badaczy 
zebranych *) ; poprzestajemy na tych, które ogólniej się 
przyjęły. 

Więc z narzędzi muzycznych długa prosta fujarka, 
piszczałka (flueru) i multanki, „w które na ustach grają", 
nieraz w kolędach wspomniane; z ubioru bunda, biała 
lub czarna, kosmata ; z wyrobów owczarskich bryndza 
i żętyca; koszary, niegdyś dla owiec tylko przeznaczone, 
dziś i ludziom służące. Lecz Mulłan bywał nie tylko pa- 
sterzem, kowalem lub konowałem, nie tylko wałaszył 
źrebce ; on sprawował i urząd kata z swoim wielkim mul- 
tanem (mieczem, „multan w szyję zmierza", w „Penelo- 
pei" J. R. Kmity z r. 1610, „o multanie Gedeonów" woła 
Kochowski w „Ogrodzie panieńskim") ; wspominają i o „ka- 
łaraszach" (jeźdźcach) wołoskich. 

Przy niektórych wyrazach trudno ustalić, czy je 
wprost od Rumunów właśnie przyjęliśmy, n. p. czaban 
(wół podolski, lecz dawniej pasterz, jeszcze u Reja zaw- 
sze tak, n. p. „dzikie pola, gdzie się czubani osadzają" 
i in.) z rumuńskiego czoban, pasterz (czy raczej nie przez 
ruskie z tureckiego ?) albo buhaj (byk), z rumuńskiego bu- 
haj (czy przez ruskie i in.); nawet bukatę, którąśmy do 
Włoch odnieśli, możnaby od Wołochów (bukata) wyprowa- 
dzać; salasz lub szałasz jednak pasterski, pewnie od nich 
przyszedł; również i hurmem, hurmą, którego objaśnić 



*) Por. prace Miklosicha, Kałuźniackiego i L. Malinowskiego 
(Rozprawy akademickie, wydz. filolog. XVII t.); lecz i one nie objęły 
jeszcze wszystkiego, n. p. cygarki, baranki, u Waci. Potockiego i i. 



245 



nic umieją, od Rumunów na Ukrainę wyszło ; h jest tylko 
przydechem (urma, impet). 



IX. 

Najniebezpieczniejszymi sąsiadami Rzeczypospolitej 
od południa i wschodu byli Tatarzy i Turcy; tamci, dla 
nieustannych napadów i grabieży, wyludniających Ukrainę 
i Podole, sięgających Rusi Czerwonej, grożących Lwowu 
i Lublinowi; ci, dla strasznej potęgi, która, po zawładnię- 
ciu Węgrami, dla samych spraw wołoskich i kozackich 
do nieodzownych zderzeń parła, jak to pod Chocimem, 
czy pod Kamieńcem. W ciągłych zapasach z Tatarami, 
zmuszających do zmiany szyku i wojowania, przejmo- 
wano liczne szczegóły z ich własnego uzbrojenia i wal- 
czenia ; popisywała się młodzież , nie służąca w obozach, 
nadrabiająca miną i strojem; ciągłe stosunki dyploma- 
tyczne z Porta, wielkie poselstwa, począwszy od Tara- 
nowskiego za Zygmunta Augusta, a skończywszy na 
Chomętowskim za Augusta II, które i w literaturze liczne 
i obszerne pamiętniki prozą i wierszem zostawiły (n. p. 
„Przeważną legacyę" Twardowskiego, lub „Dyaryusz Po- 
selstwa" Chomętowskiego z lat 1712 — 1714 przez Goście- 
ckiego), obznajamiały szlachtę z wyrazami tureckimi, w ja- 
kie szczególniej proza i poezya XVII wieku obfitują. 

Nie myślimy wymieniać tych wyrazów, tyczących 
się tureckich stosunków, urządzeń i t. p., o ile tylko temu 
służą (u Twardowskiego, Potockiego, Gościeckiego), aby 
koloryt miejscowy wiernie zachować (z wyjątkiem chyba 
„derbisza" ; o „chudym derbiszu* — nagi, jak święty tu- 
recki, toż samo — nieraz w literaturze humorystycznej 
mowa). Dla nas tylko te słowa ważne i ciekawe, co się 
w ogólnym języku przyjęły, jako osad owych wpływów 



246 



i związków : nic rozróżniamy przy tem tatarskich od tu- 
reckich. 

Orda (horda), albo kosz tatarski, obóz, z ordyń- 
cami i z kozakami*), wypadała szlakami dla jasyru, ko- 
czując z miejsca na miejsce czambułami (zagonami), 
ciągnąc w temrukach, kajdanach (kandałach) i cymbo- 
rzech (więzach), w arkanach, w torkmyszach (rzemie- 
niach), nieszczęśliwe ofiary, siekąc je nahajkami i basa- 
łykami, kauczukami i karbaczami, darując je życiem 
tylko w nadziei okupu, lub spieniężenia na bazarze, 
aurałhbazarze, jak Twardowski mówi („Targ niewie- 
ści"), albo wprost na majdanie, placu. I char acz ro- 
czny, kształtniej upominkiem zwany, nie zapewniał od 
napadów chanaji (tłuszczy) tatarskiej, szukającej ułafy 
(zysku, jeszcze Rej zawsze tak mawiał , później tylko łaję 
żołnierską tak nazywano), nie u chana, ale na Rusi, sto- 
jącej otworem. Dowodzili niemi asawuli, ułani i t d. 
z buzdyganami (buławami), pod buńczukami (ogonami 
końskimi na drzewcu , stąd bundiuczyć się). Niesłychaną 
szybkość ruchów zawdzięczali oni łoszakom (konie ta- 
tarskie, których oni łoszakami zowią , pisze Gwagnin , 
r. 1611, ruskie łoszad'), rumakom, albo jak je pierwotnie 
zwano, ohromakom (jako bystry ochromak. mawiał Rej), 
lub hromakom (u Stryj ko wskiego), bedewijom arabskim , 
badrakom i bachmatom, bułanym, karym i innej maści. 
Siedzieli na jarczakach (lekkich siodłach) i wojłokach 
(wojdłokach u Reja), przykryci burką (której widok sam 



*) Z tureckiego kazak „wolny, swododny, rozbijaka" ; w panegi- 
ryku Firlejów czytamy: kozakami nazwani lubo z tatarskiego nazwiska 
niewolnicy lubo z Holackiego sposobu życia, bo o żadne dostatki nie 
dbają, przy gorzałce tylko w kobzy grają (kozacy niby kobzacy, inni 
od kóz słowo wywodzili); holacki od hulaki; Miechowczyk r. 1518 wie- 
dział, że to tatarskie słowo rajtara oznacza. 



247 



zdradzając Tatarzyna, straszył), albo krymką; do świet- 
nego wystąpienia należały kutasy, czołdary i czapraki 
na koniu (chociaż czaprag i kosztowną zarzutkę kobiety 
oznaczał, n. p. w „Penelopei" J. R. Kmity; i kanak, 
naszyjnik, stąd wzięty). Ulubiona broń, strzała, tkwiła 
w sajdaku lub kołczanie; i części jej {zekir, kibić, maj- 
dan i t. d.) przezywał Polak z tatarska, kibić przenie- 
siono później na kształt i wzrost; dalej dzida; piersi 
strzegł bechtyr (pancerz) i kałkan (tarcza); do ubioru 
służył kaftan; w demeszce lśnił się znakomity bułat 
(stal) — tak wygląda i polski husarz w opisie u Kochow- 
skiego: „wąs nową fozą (modą) bałłabańską (tatar- 
skiego atlety), te/e/ z turecka, z gęstą strefą złotą, andzar 
za pasem... but z turecka wielki, przy nim albańskie 
ostrogi* i t. d. Lecz nie koniec tym nazwom: kułbaka, 
tebinki (rzemienie u siodła*) — co innego niż tabinki, 
podeszwa), temłak dla szabli i t. d., a przedewszystkiem 
rozmaite płaszcze i koce, czekman, z którego później 
i „sukmanę" zrobiono, jakby od „sukna" ją wyprowadza- 
jąc; kiliny {kilimy, kilimki) i derhy („co za ojców na- 
szych była gunia, to teraz kilim, derha", „Co nowego" 
z r. 1650); {kirejka nie z grubego kiru, szarej materyi!; 
jabłonowski w „Pamiętnym uprowadzeniu" r. 1745 pisze: 
„kierejkę Turczyn, Tatar burkę suszy"); czuhy i t. d. 
Materye na to wszystko sprowadzano ze Wschodu i na- 
zywano po wschodniemu, począwszy od drogich altem- 
basów (złotogłowia), tabinu, tafty i sai, a skończywszy 
na prostym kindiaku, dymce, musułbasach. Gościecki 
n. p., bawiąc w bułgarskiej Prewadyi r. 1712, zapewnia, 
że do nas „stąd najwięcej mamusy jak i musułbasy, bo 
co dom, to ich warsztat, idą temi czasy", „za swoje 

*) Por. Jak od starej kulbaki z Tembiniek (!) złe piaty w Kiry- 
sie Hartownym (około r. 1660). 



24* 



(Turczyn) musułbasy, za garść wełny koziej", pisze W. Po- 
tocki. Rż do obuwia, do baczmag i do czobotów, sięgały 
te nowe mody; tu należy i taśma, która jak i niemiecki 
szlak (szlaczek, por. szlak albo ręcznik biały u M. Bła- 
żewskiego), nie tylko obramowaniu, listwom i t d. słu- 
żyła, lecz i w polu ślady znaczyła, n. p. Ulryk Radziwiłł , 
goniąc w r. 1749 hajdamaków (w ciemnych, zielonych 
czekmanach), bierze po nich „taśmę". 

Znajomość rzeczywista języków wschodnich była 
nadzwyczaj rzadka; posiadał ją chyba jaki „poturnak", 
lecz ze służby i obozów, od kardaszów (braci) tatarskich*), 
szerzyły się przy ciągłych najazdach pojedyncze wyrazy 
coraz dalej. Zamiast przewodników, poszukiwano teraz 
kałauzów, choćby i do nieba; kto dobrą nowinę przyno- 
sił, żądał i odbierał jako oduzdne albo napiwek (dawniej 
kołaczem to nazywano) muszłułuk albo munsztułuk; 
u Twardowskiego n. p. wołają Turcy : „dajcie Laszy mun- 
sztułuk, nowina wesoła ", albo: „munsztułuk pośle gotuj, 
nowina wesoła" i t. p. Co dawniej butynkiem było, teraz 
w paju (dział łupów) chodzi; wziął w paju, pisze Ulryk 
Radziwiłł, a p. Dobiński w n Świcie wierszo w na święta 
Maryi" (z r. 1725) żałuje łotra na krzyżu, co „nieszczę- 
śliwy w paju" (gdy łotr Dyzmas dostał raju). Zamiast 
rozkazów, mówią o emirach, rzadziej i o bujurdunach; 
marsze przerywają kunaki (stacye); sławnych rycerzy 
już Grochowski zowie „delijunakami" (deli — odważny, 
szalony), a staropolskich „gardzin" dawno już bohater 
(stąd i węgierskie Batory) zastąpił. Mikstatników, szrota- 



*) Częste u pisarzy XVII wieku: Bączalskiego (pan kardasz 
kraje ruskie łupił r. 1606), Birkowskiego, Białobockiego (u którego wilk- 
Tatar mówił do psa : dobra twoja, koliż tak budesz sobak kardasz moja) ; 
Kartasi nazywa szpiegów tatarskich Czech Dalemil r. 1310; zepsuto 
niezrozumiany wyraz na kurdesz (w znanej piosence). 



249 



rzy, tragarzy, zastąpili hamali; obok hajduków i t. d. zja- 
wiają się pajucy (laufry); co w wojsku tureckicm byli 
akandzi , ochotnicy, spieszący w przedniej czacie na łupy, 
stają się u nas zbrojnym orszakiem, achandyją, i archan- 
dyją, otaczającą pana, lecz Zimorowic nazywa i „psów 
archandyją straszną" ; podłą gawiedź haramzą przezy- 
wają, n. p. mówią o zaporoskich haramżach, albo harań- 
dzi — od tureckiego charami, zbój , którego po dziś dzień 
w „harmiderze" używamy; charmider, dziś wrzawa, ha- 
łasy słowo przed Zbylitowskim i przed „Zwierzyńcem Je- 
dnorożców" (Fredrów) Glinki (z r. 1668) zupełnie, ile 
wiem, nieznane, zwało się miejsce, pełne niebezpiecznej 
wrzawy ; Harmideres, o którym Glinka pisze : 

. . .jest to miejsce niebezpieczne w lesie ; 

Każdy kupiec tamtędy jako na szańc niesie 

Zdrowie swe rozbójnikom, aż go nazywają 

Dół rozbójniczy drudzy, lecz straż w niem miewają. 

Teraz szaraj cesarski piękny zbudowano, 

Zwierzyniec uczyniono, a zbójców wygnano. 

Jak najmylniej wywodzono słowo to i z niemieckiego. 
Milicyę cesarską stanowili i Semeni, których nazwę u nas 
na kozaków nadwornych przenoszono, i Serdeniaia, sza- 
lone pałki; Dejneki zato tłum najpodlejszy (nazwani od 
kija) oznaczali. Od Tatarów i Turków nie tylko przejmo- 
wano stroje i kroje, bronie i konie ; bieda zmuszała nie- 
raz, szczególniej w obozach, żywić się ich sposobem, 
ciorbą (polewką), basłramami (kawałkami suszonego 
mięsa) i abuchiami (ormiański wyraz dla solonego i wę- 
dzonego mięsa, koziny); w saganach gotowano sałama- 
chę i kaszę, do tego miano w buklawie lub bukładzie 
buzę z prosa albo brahę, a w najlepszym razie „hory- 
licę" — oto „bewandy i frukty ukraińskie", a i te jesz- 
cze należało wozić z sobą w sepełach (skrzyniach), na 



250 



samarach i w jukach, jakiemi Turcy wielbłądy, a nasi 
konie i wozy okładali. I ciężko się biedowało dla ciągłej 
napaści od jednego nieprzyjaciela, a w strachu od dru- 
giego sroższego, od dżumy, gdy złowrogi tuman stepy 
zaścielał, w których się i niszcząca wszystko szarańcza 
wylęgała. Dym łabaku i tiułuniu odurzał choć nieprzy- 
wykłe mu głowy; „piją" go kozacy, a od nich i polski 
żołnierz go przejął, mimo protestu, jaki szczególniej lite- 
ratura zanosiła przez całe stulecie (XVII) przeciw ta- 
kiemu „podkurzaniu mózgu, że się rozum zaćmi, fan- 
tazya wzburzy" (słowa Zimorowica). Szlichtyng, Morsztyn 
(Andrzej), Trembecki (Jakób) i inni układali w zawody 
mniej lub więcej udatne wiersze i żarty „na tabakę". Nie 
wstrzymało to jej zwycięskiego pochodu; niełaskawe wi- 
tanie i z kawą się powtórzyło z takim samym skutkiem. 
Pierwszy Andrzej Morsztyn o napoju tym z obrzydze- 
niem wspominał: 

W Malcieśmy, pomnę, kosztowali kały, 
Trunku dla Turków... Ale tak szkarady 
Napój, tak brzydka trucizna i jady, 
Co żadnej śliny nie puszcza za zęby, 
Niech chrześcijańskiej nie plugawią gęby... 

lecz zmieniły się gusta, i właśnie ten „napój" arcychrze- 
ścijańskim został. Wschodnie jego pochodzenie wskazują 
choćby nasze filiżanki farfurowe i imbryki, z których 
go pijemy; takie to kruche, a panowanie tureckie pono 
przetrwa; farfura, porcelana, właściwie „towar chiński", 
a imbryki z ibryków, dzbanków powstały; lecz „sprośne 
imbryaki" Klonowica, to włoskie, „ebbriaco", opiły. Wspo- 
mnijmy i o słowie, dziś do wyższego języka należącem 
choć niegdyś bardzo pospolitem, jak: całun, rydwan 
i t. d., które również z najnędzniejszej prozy do poezyi 
się wzniosły : kotara, dziś droga zasłona, niegdyś prosty, 



251 



pilśniowy namiot (szater) tatarski, dawniej i kotarhą 
zwany, n. p. Batory w drodze pod Psków „na południe 
pokarmuje w chrześcianej (zamiast chróścianej) kotarze", 
pisze Jan Piotrowski ; kotarhy słomą, sianem pokrywają 
u Jana Tarnowskiego i t. d. Zawój turecki, owo „pudło" 
na głowie, zowiemy dziś turbanem, tulbantem i tulipan- 
tem: tulipany w ogrodach po nich do dziś zostały (tu- 
reckie tulbend, węgierskie turban). I gajdy (dudy) z tu- 
recka nazwano. Tatarzy sami , w ciągłych wyprawach na 
Ukrainę i Podole, mawiali łamaną ruszczyzną ; w literaturze 
stale ich tak wprowadzają, n. p. u Białobockiego w „Brat 
Tatar" z r. 1652, mówi „Tatar" do „Chmielą": moja nie 
jesz (ja nie jem), kiszka bolisz, stukasz... Już tebe zjesz 
(zjem), bo moja (ja) teper hłodna i t. d., albo pyta Tata- 
rzyn o chorągiew albo znak z św. Jerzym: hde bajrak 
szczo mołada żołnir żabu kole ? i t. p. I o słowach tatar- 
skich powtórzymy, cośmy powiedzieli o węgierskich i wło- 
skich: nadpłynęły do języka z falą dziejową, lecz zmie- 
niły się kierunki, więc odpłynęły na zawsze — użyje 
ich chyba Sienkiewicz, dla dokładniejszego odwzorowa- 
nia ludzi i czasów, i wprowadzi w ambaras, nie tak czy- 
telnika, jak tłumacza, który n. p. z kunakami, z Lipkami 
i Czeremisami poradzić sobie nie umiał. Inaczej miała 
się rzecz na Rusi, gdzie, z powodu długowiecznych sto- 
sunków z Ordą, wiele najważniejszych wyrazów, naprzy- 
kład w gospodarce państwowej, pieniężnej i domowej, 
do dziś o dawnych związkach i wpływach świadczą. Na- 
leży tu i nazwa „wroniego oka" (strychnos, tłumaczone 
z łaciny), kulczyba, albo jak je Miechowczyk r. 1518 
z tatarskiego zapisał, kuczylabuka albo kylczabuka, 
i airu albo tatarskiego ziela (tataraka), wedle tegoż Mie- 
chowczykd. 



252 



X. 

Gdy tak obyczajowość polska, wchłaniając najrozmait- 
sze obce żywioły, wobec nich niby bierną rolę odgry- 
wała, przyjmowała na zawsze lub chwilowo, przetra- 
wiała lub odrzucała, jako zbytne, niemodne, przestarzałe — 
przypadała równocześnie na jej udział zupełnie odmienna 
rola wobec Wschodu, wobec Rusi i Litwy ; co Polska z za 
granicy nabywała, wszystko obce i wiele własnego, sze- 
rzyła znowu w obrębie państwowym i nawet daleko poza 
jego granice. Całe życie, przede wszystkiem klas wyższych, 
na Rusi i Litwie, polszczało doszczętnie: zostały imiona 
rodowe i miejscowe, lecz zmieniała się treść ich ; wpływ 
polski przenikał wszędzie, a wyrazem jego najzewnętrz- 
niejszym był język Rusi Czerwonej, Czarnej i Białej, 
język litewski i żmudzki, obfitujący w niezliczone polo- 
nizmy. Wystarczy dziś jeszcze wziąć byle jaki słownik 
małoruski, białoruski, litewski: co czwarty lub piąty wy- 
raz wzięto tam z polskiego ; a w dawnym języku pi- 
śmiennym, znanym z akt urzędowych, z literatury pole- 
micznej, z „wirszów a , zjawisko to występowało jeszcze 
jaskrawiej. Ileż to razy tylko pisownia i końcówki są ru- 
skie, a sam tekst właściwie polski; i najlepszy znawca 
ruszczyzny pomyli się, jeśli nie będzie coraz uwzględniał 
toku polskiej myśli i wysłowienia, bo co tu po rusku wy- 
rażano, pomyślano wprzód po polsku. 

Lecz i poza Kijów, Połock i Smoleńsk, aż do samej 
Moskwy, docierała książka polska, szkoła polska, wzory 
obyczajów i urządzeń polskich, bezpośrednio przez „kole- 
gium Mohilańskie" (akademię kijowską, rządzącą się we- 
dle szkół jezuickich), przez stosunki z bojarami, którzy 
nieraz zdradzali się z zamiarami przeszczepienia szlachec- 
kiego państwa do siebie. Najsilniej występowały te wpływy 
za Zofii i Golicyna, podczas małoletności Piotra Wielkiego, 



253 



a główne znaczenie reformy Piotra właśnie na tern pole- 
gało, że z pominięciem Polski, ponad jej głową niby, za- 
wiązał stosunki z zachodem i pchnął państwo na tory 
zachodnie, dyplomatyczne, wojenne, ekonomiczne, nau- 
kowe i obyczajowe. 

Wykazać to wszystko byłoby rzeczą osobnego stu- 
dyum, do którego zebrał cenny materyał, n. p. Szlap- 
kin w dziele o Dymitrze Rostowskim (r. 1891); zazna- 
czamy tu mimochodem, że znowu język przechował po 
dziś dzień ślady owych dawnych stosunków. W XVIII 
wieku było ich więcej, kiedy jeszcze n. p. język urzę- 
dowy używał zwrotów, jak: szlachecki, korona i t. p., 
lecz i dziś znajdziemy je nieraz, począwszy od pożywie- 
nia (bułka, kuchnia i kucharz); ubioru (pończocha, szpilka); 
szkoły (tablica, szkoła); mieszkania (komnaty, pokoje, 
zamek, turma, buda); rzemiosł (malarz, malować, ryso- 
wać, gwazdać, obrazy, sztuka) aż do nazw społecznych 
(mieszczanin, pan, pani i pański, stolica, herb i herbowy, 
bunt, węzeł) ; w wojskowości (pułkownik, porucznik, cho- 
rąży, tabor, szeręga); oderwanych (powód, cel, szkoda, 
przedmiot, pozwolić) i in. Pomijamy takie, jak owczarnia, 
szelma, smarować, różaniec, potomek, gwałt, trafić, kroch- 
mal, jarmarek, niejedną nazwę botaniczną i in. — nie- 
które z nich są wprawdzie niemieckie, lecz przywędro- 
wały przez Polskę i Małoruś. 

Rzeczą innego studyum byłoby znowu wykazywać, 
jak na Rusi polskiej i litewskiej przemiany szły odręb- 
nymi torami: na Podole i Ukrainę przenosiły się rody 
polskie, pańskie, magnackie, polonizacya szła tu z góry, 
popierana miejscami i przez kolonizacyę. Na Litwie prze- 
ciwnie, żadnej „immigracyi" ani „kolonizacyi* nie było, 
rody polskie dostępu tu niemal nie miały, przedewszyst- 
kiem od urzędów wyższych, duchownych czy świeckich, 



254 



były wyłączone. Ile to zachodu i hałasu było, nimby „Po- 
lak" biskupem wileńskim lub wojewodą nowogrodzkim 
(jak Jabłonowski) został ! Na Litwie polszczała tubylcza 
szlachta (i mieszczaństwo) przez szkołę i kościół, przez 
dwór królewski i książkę, przez pobyt za Niemnem, pa- 
cholikiem, „rękodajnym" polskim, przez szwagierstwo. 
Już w XVI wieku władano znakomicie językiem pisem- 
nym; trzeba czytać listy Radziwiłłów, Chodkiewiczów, 
Sapiehów, aby ocenić ich polszczyznę ; znajdzie się tu 
czasem słowo lub przysłowie ruskie, jak i w listach Zyg- 
munta Augusta, ale to wyjątkowo (n. p. staryna — stąd 
starynny, mladeniec i kilka innych). Tylko statut litew- 
ski trzymał się dawnych terminów jeszcze i w siedmnastym 
wieku. Coraz zwiększała się liczba Litwinów, Białorusów 
i Małorusów (rodem), biorących udział w polskim ruchu 
umysłowym, albo ludzi z polskiej krwi, na ruskiej ziemi 
wyrosłych, obznajomionych z językiem otoczenia, nie 
wahających się słowa jego, uważane jakby za własne, 
nie obce, wnosić i do języka piśmiennego, od Stanisława 
Orzechowskiego i Szymona Budnego począwszy, a koń- 
cząc ów pierwszy szereg na Klonowicu i Zimorowicu. 

Orzechowski więc napisze: „na tym kierchmaszu, 
albo na tym prażniku", puhami zamiast pęgami (biczami), 
sorom i in. Budny, acz mu się propaganda religijna mię- 
dzy Rusią nie powiodła, ruskiego pisma św. był najgor- 
liwszym czytelnikiem i własne tłumaczenie biblii rusyz- 
mami bodaj po bokach opatrywał, n. p. pisał dziełaciele 
(robotnicy), zawidować będzie; lnu tłającego się, po ru- 
sku kurzącego i t. p. Klonowie, Wielkopolanin, dopiero 
w dorosłym wieku na Czerwoną Ruś przybył, lecz we 
Lwowie i Lublinie tak się w niej rozkochał, że i najlep- 
sze dzieło swe poetyckie jej opisom poświęcił, i własny 
wiersz polski ruskiemi słowami przetykał: we „ Flisie u 



255 



i w „Worku Judaszowym" czytamy n. p. hołowieńko, 
izmiennik, diedu, borzobohały, mołodziec (mołojce), rysią 
kużą (skórą) przewerniona, chorosze, pohański, zołołe 
żniwo, chwostem (ogonem) i t. d. Zimorowic, Lwowianin, 
używa nietylko nieodzownych wyrazów, aby w sielankach 
miejscowe tło ruskie wydać, lecz i bez tej przyczyny nie 
waha się wplatać słowa te same, co Klonowie, i inne, 
n. p. sobaka, wataha, pohańcom, nie łrunie (piśnie) za 
nami i t. d. Litwin Jagodyński bardzo chętnie się niemi 
posługiwa, pisze n. p. niet druhów bez rublów na świe- 
cie, kup pierożek choroszy, na jawnych ambarach. Te 
przykłady niech wystarczą. Moglibyśmy cały szereg poe- 
tów i poezyi przytoczyć, Twardowskiego, Potockiego, 
Gawińskiego i innych; w XVIII wieku n. p. jowialne, 
w stylu Baki pisane, Refleksye duchowne ks. Mikołaja 
Juniewica. r. 1753, poświęcone wojewodzie Sołłohubowi 
(sam prowodyr, tam się glumią i t. d.) ; we wszystkich 
znaleźlibyśmy podobne przyczynki. 

Gdy tak poeci, dla komicznego wrażenia, dla miej- 
scowego kolorytu lub z prostego nawyknienia rusyzmów 
zażywają, brak ich zupełnie w prozie, jeżeli pominiemy 
liczne dzieła i broszury, wojujące o unię, przez cały ciąg 
XVII wieku. Hutorowie ich Rusini, o ruskie rzeczy im 
idzie, więc nie tylko wyrazy cerkiewne zatrzymali, ale 
i pospolite, choćby i przysłowia, a najwięcej ostre wy- 
zwiska wtrącali od Pocieja i Smotryckiego począwszy, 
aż do Baranowicza, Żochowskiego i innych. Z przytoczo- 
nych właśnie okoliczności wynika, że próżnobyśmy się silili 
ruskie słowa polskiego języka pod jakieś ogólniejsze normy 
czy rubryki wciągać, cośmy dotychczas z wszelkimi in- 
nemi czynili, bo są nieliczne, przypadkowe, dorywcze; 
wrzucił je jeden i drugi pisarz w XVII wieku, jedne się 
przyjęły, drugie znowu zanikły. Więc umyślnie, bez żad- 



236 



ncgo ładu, tak, jak i one do języka się wkradały, wy- 
mienimy tu kilka ciekawych i ważniejszych, które próż- 
noby kto wytłumaczyć się silił, gdyby nie wykazał ich 
pochodzenia ruskiego. Nadwyrężyć (n. p. oczy czytaniem) 
zdaje się dobrem polskiem słowem, ma przecież i wy i ę, 
a wszystko fałszywe, jak wdzięki starej kokietki. Przed 
XVII wiekiem słowa tego nie znano, wprowadzili je pół- 
ruscy pisarze jako nadwerężyć, n. p. : których zazdrość 
ludzka nie nadwerężyła, pisze R. Tyszka w „PLtalancie" 
r. 1617; lód nadwerężony, Żebrowski r. 1637; z nadwe- 
rężeniem zdrowia, Karaś „Bando na gorzałkę" r. 1716; 
kogo choroba dużo nadweredzi, Niewieski „Rythmy" r. 
1698. i t. d. Gdyby to słowo było polskiem, brzmiałoby 
nadwrzedzić (od wrzodu), ere jest niskiem, jak w gali- 
cyjskich czereśniach zamiast trześniach, czerepach za- 
miast trzopach, czerewach (Klonowie, Kochowski) zamiast 
trzewach, czeremchach zamiast trzemchach (por. Trze- 
meszno). Już dominikan Okolski pisze „nadwerędza 
prochów" w Kontynuacyi dyaryusza (kozackich wojen) r. 
1639. Podobnie ma się rzecz z oszołomionym (uderzo- 
nym w głowę, odurzonym), będącym „pod hełmem" (nie- 
trzeźwym, jak dawniej mawiano). Sobór, koncylium, pozostał 
od wspomnianej literatury polemicznej, od Smotryckiego i in- 
nych; po polsku byłby zborem; podobnie sojusz z ruskiego 
poszedł, po polsku byłby związem. Od tychże polemistów do- 
staliśmy i trutnia, zamiast trątu, jak go jeszcze Klonowie 
zowie, n. p. abyśmy trutniom podobnemi się stali („Elenchus 
pism uszczypliwych" r. 1622), i inne przezwiska, szcze- 
gólniej durnia, bardzo częste w owych pismach, miano- 
wicie w „Lithosie" Pimina z r. 1644, gdzie n.p. czytamy: 
„stulże pysk panie mudrohelu (mędrohelem się czynisz, 
choć oni i o mędrelach często piszą), miły bałako (bała- 
kać), bakuło, saperdo" i t. d. Obok durnia mamy durzyć, 



257 



durnicę i durować: u Kochanowskiego w „Szachach". 
Fiedor tak mówi; duraka, ale te słowa, to nie pożyczki. 

Nieco starszym jest duży, pierwotnie silny, później 
i wielki (jak siła ludzi, wiele ludzi oznacza); przyszło ono 
i z przysłowiem „serdyt a ne duż" = lecz nie silny; 
duży chłop znaczył silnego, potem i wielkiego, więc 
w „Polityce pańskiej" Lipsiusza tłumaczonej przez ks. 
Szczerbica (r. 1608) czytamy: „lepiej, że będzie duży, 
niż wielki" (przy wyborze żołnierza). Mimo czteru wie- 
ków, jakie co najmniej temu wyrazowi u nas liczą, język 
piśmienny od niego stroni nieco, chociaż wyraz ten, jak 
i poprzedni uważamy za rodzimy. 

Ruskie hoży panienkom się dostało, pełnym ruchu 
i wdzięku (ale „więcej zgraje niż chłopa hożego", mówi 
Błażewski), gdyż się „godzą", podobają; pominąwszy h, 
które mogłoby być i czeskiem, ż zdradza ruskie pocho- 
dzenie, jak i w przedaż, sprzedaż i odzież — ż ruskie, 
zamiast polskiego dz (odziedza); polskiemi były, znane 
i dziś, przedaj (porównaj przedajny) i odziew (przyodzie- 
wek); u Kochanowskiego jest nawet nadzieżny koń (wo- 
bec nadziei). I to są więc mieszańce, nie pożyczki, w któ- 
rych polskie brzmienie zastąpiono obcem ; zamiast nędzny, 
znędzniały, poeci w XVII w. używają nieraz nużny w po- 
dobny sposób. Ochoczy znowu i roboczy, ze względu na 
swoje cz zamiast c i późne zjawienie się, rusyzmami się 
wydają, chociaż mamy we własnym języku przykłady 
podobnego cz zamiast c i bez wpływu ruskiego (n. p. dep- 



*) Nie wiemy, czy nie zaliczać i narowu, znarowienia i t. d. do 
podobnych pożyczek. Słowo bowiem pojawia się dosyć późno, u pisarzy 
jak Jagodyński (narowiły), M. Błażewski (zwykłym norowem, roznoro- 
wiona swawola i t d., do norowów = ad ingenium), obfitujących w ru~ 
syzmy. I dziedziniec, zamiast dziecińca (część wewnętrzna, podwórze 
zamkowe), od Rusi przybył. 

Alektander BrUckner, Wolka o jfzyk. 17 



258 



czę zamiast depcę i pod.) ; Knapiusz obu tych słów jesz- 
cze nie zna, ma tylko ochotny i robotny. 

Ramotą nazywamy dziś piśmidło, dawniej ramoty 
i hramoty pisma oznaczały, h odpadło, jak^w ruby z hruby 
(gruby), w rabieży z hrabieży (grabieży) ; od rabieży, niby 
od rabowania, należy rubieże (granice, właściwie poręby) 
odróżniać, które w XVII wieku nieraz mieszano ; tu na- 
leży i rubaszny, od rubachą, mieniano się bowiem w nad- 
miarze poufałości na rubachy (koszule). Opryszkowie, 
dawniej opryszczkowie („na Podolu i Pokuciu, między 
opryszczkami żyjący i przewodnią z niemi trzymający", 
Sakowicz „Perspektywa" z 1642 i inni), hultaje i szu- 
kajły rozbijali kolasy (nie twierdzimy ruskiego początku 
słowa, lecz jak od nieba mamy niebiosa, tak oczekiwali- 
byśmy od koła kolosa) ; stąd ta wielka niepewność dróg, 
nietylko na Pokuciu i Podolu, ale i na Pobereżu, tak, że 
przysłowiowo mawiano n. p. Staro wolski „Pobudka na 
zniesienie Tatarów" 1617, „czyż królestwo nasze zawsze 
będzie jak na pobereżu wszystkim łotrom na szarpaninę 
wydane?" — narzeczowe berezye, zberezye, niegodzi- 
wości, z tern w związku pozostają. Słynne były ruskie cza- 
rownice, co na ożogu do Kijowa latały, i Chmielnicki się 
niemi otaczał ; więc wiedma, później wiedźma z ruskiego 
przezwana, jak i upiór, upierzy ca (zamiast upir, z wam- 
piru zruszczone). Nasyłały one i kołtuny (gościec po pol- 
sku) z ich dziwacznemi zachciankami, i leczyły od nich 
zamawianiami, o czem szeroko rozpisuje się dr. Syxt 
(O Cieplicach we Skle, r. 1617), o tej od trzydziestu kilku 
lat, najpierw na Pokuciu i przy Bieszczadach, zjawionej 
chorobie, szerzącej się bardzo szybko ku Wiśle. Kołtun, 
nazwany od kiełtania, kołysania się, jak kołtki, zausz- 
nice, o których wyżej mówiliśmy. 

W rubasznej mowie znajdziemy i inne rusyzmy, 



259 



wykluczone z piśmiennego obiegu, n. p. morda, portki, 
hreczka (gryka), korcić i czupurny, naczupurzyć się, 
tutaj należy, czytamy je n. p. u Juniewicza: „Jegomość 
durny, niegdy czupurny" i t. d.; w poezyi, u Mickiewi- 
cza n. p., trafiamy również na jeden i drugi wyraz, po- 
minąwszy chołodziec litewski lub borowik (grzyb), n. p. 
rozhowory, podczas gdy u Zimorowica Demian z Pana- 
sem rozgwary czynili; wraży synu i t. p. Rusałka acz 
w końcu z łaciny wyszła (rosalia, uroczystość, jak ko- 
lęda) również tu należy. 

Znacznie więcej słów takich było w XVIII wieku; 
czerpali z nich autorowie jak ze skarbca własnego języka 
(jeszcze w XIX wieku zaliczano nieraz małoruskie do 
polszczyzny, a XVII wiek między mazurską a ruską, 
chłopską gwarą, niebardzo rozróżniał); są to słowa cha- 
rakterystyczne, specyalne, n. p. dla Kozaczyzny, są jed- 
nak między niemi i słowa ogólniejszego znaczenia. Z przy- 
słowiami wędrowało niejedno ; wspominaliśmy już: serdył 
a ne duż; łatwo darować kiedy przystępuje; podobnie: 
nie cięży swe boroczno (obrok) koniowi, najdzie swadźba 
soroczkę (wesele — koszulkę), mołczanka nie puszy i in.*). 
Jedno z najciekawszych, jako rażący przykład dowolności 
językowej, jest słowo borys dla grubego chleba; naj- 
bystrzejszy etymolog nie odgadłby nigdy, że pod nazwą 
tą kryje się imię świętego, Borysa, brata Gleba (w ma- 
łoruskiej wymowie Hleba, Chleba), synów Włodzimierzo- 
wych, męczeników. Skoro imię jednego brata z chlebem 
utożsamiono, imię drugiego, innemu podlejszemu chle- 
bowi przywłaszczono, czytamy n. p. w kazaniach kiele- 
ckich, z początku XVII wieku (Wisła VII., str. 74) : „tu 

*) Tu należy i przysłowie: wielka derewnia (wieś, potem postać, 
osoba), n. p. wielkąście wy derewnia w tej koronie naszej, mówi Bą- 
czalski o panach w „Ochronie koronnej" z r. 1606. 

17* 



260 



(na ziemi) chleb czeladny i borys, a tam (w niebie) 
szczera żemła pańska" ; podobnie u Knapiusza : chleb 
gruby jako borys litewski, chleb powszedni i in. ; nazwa 
bułgarska (nie słowiańska) i książęca dla prostego chleba — 
postęp nie lada ! 

Powszechnie używano rochmanny w znaczeniu 
ułaskawionego, łagodnego, urochmanić oswoić, ułagodzić 
i t. d., słowo wschodnie, przez małoruskie (rachmanny) 
przejęte. Również komunik dla jazdy (z ludźmi komon- 
nymi, komoników o jednym koniu, komonnikiem bez wo- 
zów, komonnie się przebrawszy i t. d.) z ruskiego (ko- 
moń = koń) poszło. Nakoniec czołobitna, czołobitnia 
dla oznaczenia kornej prośby, z jaką Rusin przed ksią- 
żęciem czołem bił. 

Specyalnymi wyrazami dla kozaków, semenów (por. 
wyżej), serdeniał i dejneków z zakręconym sełedcem 
(kosmykiem) na głowie ogolonej, z samopałem na ra- 
mieniu, a wekierą (pałką) dereniową za pasem, którym 
po kurzeniach (sadybach) na kobzach i bandorach 
Chmielnickiego dumę (pieśń) przygrywano, a horelicą 
głowy zalewano, nie myślimy czytelnika trudzić; należa- 
łaby tu i ulubiona ich gra w karty (semodynacet), i roz- 
maite przezwiska, bledyniec i t. p." Jeśli n. p. u Twar- 
dowskiego w czwartym „ punkcie" Władysława (z r. 1646) 
Polacy się Szwedom odgrażają: 

Cóż, morskich tych szewluhów śmierdzących śledziami 
Nie mieliby za morze zasiec nahejkami? 

to autor użył ruskiego słowa dla szkapy, jak n. p. Okol- 
ski w dyaryuszu, gdy przyznaje Kozakom, iż u nich na 
starszyznę „nielada szelucha się obiera, albo nielada chi- 
rawca (słabeusza) między sobą obierają". Słów takich 
u Okolskiego i innych dosyć, n. p. komesz trzcina (wprzód 



261 



komeszyną jawnie skarano — Filoneńkę po straconej 
sprawie, stąd zwrot : w komesz, t. j. precz, na bok) ; we- 
reszka (dla strzały, przytępionej czy odłamanej, ogólnie 
znane) i inne. 

Tylko o jednym jeszcze wyrazie wspomnimy, częs- 
tym po pamiętnikach XVII wieku, niezrozumiałym nie- 
raz dla nowszych wydawców — szysz, co nie „strzałę", 
lecz (ze wschodnich języków poszedłszy) wolontaryusza, 
„franctireura" oznacza, n. p. w dyaryuszu wojny r. 1633 
czytamy: „nasi pachołkowie wojskowi giną partim od 
szyszów, partim od czat nieprzyjacielskich" ; Maskiewicz 
pisze : „napadli na nas szyszowie" ; najobszerniej Lubie- 
niecki (str. 181): „szyszowie zaś, zbójcy moskiewscy, 
których się było wiele naczyniło z tych, którym ona 
wojna majętności, żony i dziatki odjęła, ci mieli zimę onę 
{1612) po sobie i tak na nartach, albo jak łam zowią 
na łyżach biegając po kilkuset w kupie z łukami, rusz- 
nicami i berdyszami, naszych w ciągnieniu nabiegali 
i siła im szkodzili na zdrowiu, na koniach i inszych ma- 
jętnościach". Podobnych wyrazów specyalnych, o broni, 
stroju i t. d. ruskim, moglibyśmy jeszcze sporą liczbę 
z owych wieków przytoczyć ; może tu należą właśnie 
wspomniane łyże (łyżwy) i inne. 



XI. 

Ostatniej epoki w dziejach oświaty naszej i naszych 
słów obcych, doby od 1750 r. do 1900, tu już nie włą- 
czamy. 

Gdy po wiekowym zastoju umysłowość i obyczajo- 
wość do zachodu, do jego życia i trybu, światła i wie- 
dzy, myśli i mody na nowo się zwróciła, ani olbrzymia 
niegdyś przewaga łaciny, ani dawny polor włoski w nich 




262 



już nic przewodziły. Ton i etykieta dworu wersalskiego, 
mody paryskie, filozofia encyklopedystów, literatura pseudo- 
klasyczna stały na świeczniku ; ku nim zwracało się 
i w Polsce wszystko, co do nowej ogłady się rwało, co 
z wiekowym sarmatyzmem zrywało. I zapanowała gładka, 
wymuskana francuszczyzna ogólniej, wyłączniej jeszcze, 
aniżeli niegdyś łacina i włoszczyzna: strój i meble fran- 
cuskie i francuskie książki i nuty, ogród, kuchnia i służba, 
zabawa i karty, konwersacya i maniery rugowały wszystko, 
co staropolskie, z zamków i dworów, z salonów i gabi- 
netów, z tualety i reduty. I znowu odbił się w języku 
ten przewrót. Lecz cóż nam po tern, po krawcach i mo- 
dystkach, po fryzyerach i perfumiarzach, po restaura- 
cyach i magazynach, u stolika zielonego i na polu wy- 
ścigowem, którego terminy angielskie na Francyę wędro- 
wały, na giełdzie i po bankach, gdzie dawne włoskie 
wyrazy (lombardy, bankrut i t. d.) francuziały, w nauce 
i literaturze, zbierać wpływy francuskie, wyrażone sło- 
wami? Niema tu już żadnych zagadek ani trudności; są 
co najwyżej jakieś nieporozumienia czasami, n. p. „li- 
liowy" kolor chociaż nie biały, lecz bzowy = lilas; bran- 
soleta, bagnet i in. ; są wyjątkowo jakieś samoistniejsze 
nieco porywy, n. p. spryt, sprytny z esprit, filuterny 
z rzadkim przyrostkiem; zresztą wszystko jasne, wi- 
doczne, powszechnie znane. Z przesadnej galomanii, wy- 
szydzanej już w XVIII stuleciu, otrząśliśmy się nieco 
później. 

Olbrzymi rozwój naukowy i techniczny zalał w tym 
samym okresie, a szczególniej w ostatnich latach, język 
nowotworami, czasem zupełnie sztucznymi, dowolnymi 
(jak n. p. słowo gaz, wymyślone), najczęściej zaś grec- 
kimi (złożonymi), rzadziej łacińskimi (motor i t. p.). 
W stuleciu chemii i mechaniki obejść się bez nich 




263 



niepodobna; zastępować je gwałtem nowoukutymi dzi- 
wolągami wydaje nam się nie zawsze trafne — lecz 
wyliczać je tu, albo zastanawiać się nad niemi, znowu 
niema najmniejszej potrzeby. Każdy je rozezna i zrozu- 
mie, a purysta zaledwie na czas zdąży, aby terminy obce 
coraz nowych odkryć, wynalazków i sportów domorosłymi 
zamieniał, aby za Edisonem i Szczepanikiem, za Pa- 
steurem i Kochem niezbyt w tyle zostawał. 

Przedstawiliśmy, jak obce wpływy w ciągu wieków 
kulturę polską zasilały, o ile w archiwach języka samego 
te wpływy widocznieją; zaniedbaliśmy przytem objawy 
i okazy drobne, n. p. parę słów szwedzkich (nieraz przez 
Ruś do nas wędrujących), hebrajskich (dziwnie nielicz- 
nych, wobec ilości i dawności Żydów w kraju; lecz 
wobec odosobnionych i żyjących przez całe wieki zupeł- 
nie odrębnem życiem, trudno się było czego innego spo- 
dziewać) i innych. Nasuwa nam się jeszcze kilka uwag 
co do rzekomej przewagi obcych żywiołów, wyrazów „po- 
życzonych" w języku polskim. Co o niej sądzić należy? 

Przewaga ta, którą niby profesor paryski (L. Lćger) 
stwierdził, a czem się p. Wł. Mickiewicz tak zgorszył, 
jest tylko pozorna. Należy przedewszystkiem uwzględnić, 
że wobec wiekowej kultury polskiej i różnorakich jej do- 
pływów, fale słów obcych nadpływały i odpływały stale, 
że n. p. wyrazy włoskie, węgierskie lub tureckie miały 
nader ograniczony czas trwania; nie znał ich wiek XV 
zupełnie, a XVIII tak dalece o nich znowu zapomniał, 
że należało wyrazy te objaśniać, jeżeli czytelnicy starych 
pism rozumieć je mieli. Słów tych wszystkich razem rów- 
nocześnie w języku wcale nie było; nawarstwiały się 
raczej stopniowo; nowa doba, nowe życie, uprzątały je, 
tylko w literaturze współczesnej zostawał ich osad. Któryż 
Polak przyznałby się dziś do katany lub sabata ? On ich 



264 



przecież nie rozumie, trzeba mu powiedzieć, że są to 
słowa węgierskie i wytłumaczyć mu, co znaczą i jak się 
do języka polskiego dostały. Czas je przywiał, czas je 
odwiał i dowodzą one, nie ubóstwa języka polskiego, lecz 
bogactwa i dawności literatury, która je zapisała i tern 
tylko od zupełnej niepamięci ochroniła, dalej bogactwa 
wpływów ościennych, jakie potężne państwo bez drobnost- 
kowych obaw o zachowanie samobytności wchłaniało 
i przetrawiało. Otóż bardzo znaczna część obcych słów 
polskich należy do tej właśnie kategoryi, do takich prze- 
lotnych pożyczek; one charakteryzują pewną dobę ję- 
zyka, pewną gałęź życia narodowego w danej chwili , lecz 
nie stanowią samego języka, samego życia. 

Innej części słów „ obcych u , wcale do „obcych", do 
„pożyczek" odnosić nie wolno. Hańba przypomina słowo 
czeskie, a sprzedaż ruskie: mimo to słów tych Polak 
ani od Czecha, ani od Rusina nie pożyczał nigdy. Miał 
swoje własne, prastare słowa gańbę i sprzedaj, ale. 
ocierając się o Czechów i Rusinów, rozmiłowawszy się 
w czeszczyźnie a wsłuchawszy w ruszczyznę, może zastąpił 
własne g czeskim h, a własne / ruskiem ż, przyczem po- 
stępował tak dowolnie, że w sprzedaży pierwszą połowę 
słowa zostawił polską (nie przyjął ruskiego pro) i tylko 
w drugiej ustępstwo uczynił. Ktoby więc podobne słowa 
„obcemi, zapożyczonemi" przezwał, wykazałby tylko nie- 
oględność albo stronniczość swego sądu; są to słowa 
polskie, zabarwione tylko z obca pod wpływem ościen- 
nych, pobratymczych narodów; są to pożyczki mniemane, 
rzekome. 

Wskażmyż jeszcze dwie fazy w rozwoju języka, piś- 
miennego szczególniej, starszą i nowszą, obie tem sa- 
mem dążeniem nacechowane. W przełomie od wieku śred- 
niego do nowego, około r. 1500, zarzucił język szereg 



265 



dawnych słowiańskich wyrazów, albo usunął je do na- 
rzeczy, albo zapomniał o nich zupełnie; tak utraciliśmy 
n. p. nazwy stopni pokrewieństwa: dziewierza i szurzę, 
zołwicę i jątrewkę, nieściorę i czędo ; słowa jak gospo- 
dzin i skomroch (kuglarz), trzem (pałac) i szłom (hełm), 
wrzemię (czas) i górze (bieda), stredź (miód) i wełnę 
(falę), gozd (gaj) i źrzeb (los); przymiotniki, jak golemy 
(wielki) i urępny (piękny); czasowniki, jak lelejać (koły- 
sać), bąkać (hałasować), kiełzać (ślizgać) i t. d. Pod wpły- 
wem piśmiennego języka, te jędrne i barwne wyrazy 
wyszły z obiegu, zastąpiono je mniej wyrazistymi, bled- 
szymi , ogólniejszymi ; język zyskał na przejrzystości , ale 
stracił na dosadności, malowniczości i różnolitości. 

Coś podobnego w jeszcze znaczniejszych rozmia- 
rach powtórzyło się w polszczyźnie czasów Stanisławow- 
skich. Cały szereg „staropolskich" słów, własnych 
i obcych, wychodzi wtedy również z obiegu; wystarczy 
porównać język satyr Naruszewicza lub Piotrowskiego, 
z językiem satyr Krasickiego, aby przekonać się, o jakie 
straty wyłączna dbałość o gładkie, potoczyste, wytworne, 
salonowe wyrażenia język przyprawiła; w tern usuwaniu 
szorstkich może, chropawych nieraz, zato silnych i ma- 
lowniczych zwrotów i słów, późniejsza proza z wielką 
szkodą języka postępowała stale, wygładzała go i polero- 
wała niemiłosiernie, aby powtórzyć wzór francuski, bez- 
barwny, spokojny, chłodny, ale wymuskany, salonowy, 
„comme ii faut". Tory te zarzucił dopiero romantyzm; jemu 
zawdzięczamy, najpierw w poezyi, za którą o wiele póź- 
niej i proza podążyła, odświeżenie słownictwa i stylu. 

W całym przebiegu tego studyum uwzględnialiśmy 
wyłącznie język piśmienny, a pomijaliśmy gwary ludowe, 
co w pasach pogranicznych, wystawione na o wiele sil- 
niejsze wpływy ościenne, obcemi słowami i zwrotami cał- 



266 



kicm inaczej przesiąkły, niżeli gwary środkowe. Tak n. p. 
gwary kaszubskie, pruskie i śląskie rażą germanizmami , 
w śląskich i czechizmy spotykamy, w górskich słowa- 
ckie i węgierskie słowa, w gwarze lubelskiej ruskie, 
w augustowskiej litewskie; słów tych jednak nie używa 
i nie zna ani ogół, ani język piśmienny, mają znaczenie 
dla okolicy, nie mają znaczenia dla języka, chociaż się 
ich nieraz, szczególniej w poufałej lub żartobliwej mo- 
wie na szerokich obszarach używa; wyliczanie ich na- 
leży do słowniczków gwarowych ; spostrzeżeń i wywodów 
ogólnych nie zmieniają. Należy tylko zaznaczyć, dla uwi- 
docznienia stałej dowolności językowej, że niema prawie 
zakątku polskiego, gdzieby nie przetrwał jakiś wyraz ro- 
dzimy zamiast germanizmów innych zakątków — najlep- 
szy dowód, jak zbędne, „nieorganiczne" są te germa- 
nizmy; wszelkie n. p. części wozu chłopskiego, kół itd., 
jedna okolica bez najmniejszej potrzeby niemieckiemi, 
lecz druga zawsze jeszcze polskiemi przezywa słowami! 



Uzupgłnionia. 



W marcu 1917 rozesłała Akademia „Zasady pisowni 
polskiej" „wszystkim powołanym czynnikom i ocze- 
kuje, że otrzyma od nich niebawem odpowiedź, czy Za- 
sady w całości przyjmują czy nie"; ponieważ i mnie te 
Zasady przesłano, więc parę słów o nich na zakończenie 
książki nie zawadzi. 

Dawniejsze uchwały Akademii co do pisowni (z r. 
1891) trzymały się jedynej zasady, podolskiej: naj budę 
jak buwało ; dzisiejsze godzą „tradycyę z postępem", t. zn. 
nie trzymają się żadnej zasady i zamiast ustalania pi- 
sowni, rozszerzają jej dowolność, bo kreślą jedną ręką 
„przepis" a drugą go obalają, nie uważając przeciwnej 
pisowni „za błąd"; dalej wikłają się w ciągłych sprzecz- 
nościach. Różnica między obiema uchwałami jest ta : daw- 
niejsza była zła, ale miała za sobą choć tradycyę; dzi- 
siejsza jest również zła, zato niema tradycyi za sobą. 
Żeby mnie nie posądzono o przesadę, przytoczę kilka 
próbek nowej pisowni. 

Poleca się więc pisać „Austrja", ale urobione od tej 
„Austrji" słowo pisz „Austryjak, austryjacki" ! trudnoż 
nie przyznać, że pisownia r. 1891 „Austrya, Hustryak, 



268 



austryacki" była lepsza, bo przynajmniej jednostajna. 
I tak na każdym kroku: polecają pisać „fijołek", ale „fio- 
lety", więc w r. 1891 stanowczo lepiej sobie poczynano. 
Z różnych sprzeczności w r. 1917 nie zdołano się wy- 
wikłać i machnąwszy ręką na nie, orzeczono: „wahania, 
jak triumf obok tryjumf są nieuniknione i dopuszczalne" — 
ależ właśnie od tego są zasady i uchwały, aby wahań 
unikać i nie dopuszczać, boć chodzi tylko o ustalenie 
prawopisu, nie o rozgrzeszanie krzywopisu. 

Na str. 4 „przyjęto zasadę — pisać z tym moim 
dzieckiem, zaś w liczbie mnogiej temi dobremi panami" ; 
na str. 12. każą pisać: dobrym dzieckiem, dobrymi pa- 
nami". Więc któraż uchwała obowiązuje? 

Na str. 13 każą pisać w wyrazach obcego pocho- 
dzenia ge, ke, agent, kefir, ale na str. 12 każą pisać 
pakiet, pakier, jakby to były wyrazy polskie — gdy na- 
leży je raczej pisać paker, paket, już dla tego, aby ich 
obce pochodzenie nas w oczy ćwikało i od używania ich 
oduczało. Co zaś Litwini „Giedymin" i „Jagiełło" zawi- 
nili, żeby ich nie pisać tak, jak się należy, t. j. Gedymin, 
Jageło, niewiadomo. Każą pisać giemza, tylko nie wiem, 
od kiedyto giemzę jako wyraz swojski odczuwamy, i co 
z nią ma giez do czynienia, więc pisz gemzę, jak kel- 
ner i t. d. 

„W imiesłowach zatrzymać /, pisać zjadłszy"; ta 
zasada grzeszy przeciw pierwszej zasadzie każdego pra- 
wopisu : nie sadzić znaków niepotrzebnych ! U nas w wieku 
szesnastym pisano te nieszczęśliwe imiesłowy i tak : wy- 
lazłszy i wylawszy, odgryzłwszy i odgrywszy — jedyna 
poprawna pisownia jest wylazszy, odgryzszy, zjadszy, 
każda inna polega tylko na naszem narodowem widzi- 
misię i żadna, choćby najdawniejsza tradycya nic w tern 
nie odmieni. 



269 



„ Przymiotniki bliski, męski, niski, pisać przez s u — 
jawny błąd; tylko męski (przyrostek -ski) pisz przez s; 
nizki, blizki (przyrostek -ki) tak nie pisz, lecz wedle ogól- 
nej zasady, podstawowej całego naszego prawopisu, pisz: 
blizki, nizki, ślizki, wazki, grzązki; wąski i t. d. jest 
krzywopisem. 

„Pisz Gallowie, ale iluzja, ilustracja" ! 

„Pisz Konsul, ale cenzor; uniwersytet, intensywny, 
ale ofenzywa, defenzywa u ! 

„Dopuścić postać dwóch obok dwu" — dobrze, ależ 
pisz ją poprawnie: dwuch, nie: dwóch! 

„Dzielenie wyrazów odbywa się wedle poczucia ety- 
mologicznego lub fonetycznego": i to do bajek należy; 
dziel: boski, mę-ski, ma-tka, żebyś się nie wahał, jak 
dzielić n. p.: Francu-zka, boć dzielenie ani z etymologią 
ani z fonetyką nic niema do czynienia; jest rzeczą me- 
chaniczną, liczy się tylko z miejscem i z brakiem tegoż ; 
najmądrzej dzielono też w średniowieczu: ś-wiat, jeżeli 
tak właśnie wypadało dla zapełnienia rządku. 

„Przyimek z (przed czasownikiem należy) pisać 
zawsze wedle wymowy, z lub s u i sprzeciwiać się zatem 
najogólniejszej naszego prawopisu zasadzie; wedle niej 
należy ten przyimek, nietylko przed czasownikiem, ale 
wszędzie pisać przez z: z pola jak zpaść, zkraść, zkąd 
jak z kąta, zkończyć i t. d. 

Te próbki wystarczą na dowód, że jedyną zasadą 
prawopisu Akademii w r. 1917 jest brak wszelkiej za- 
sady ; że rozmija się właśnie z zadaniem każdego prawo- 
pisu, ustala chwiejność i sprzeczność tylko. Wobec zmiany 
jednak, jaka w pisowni Akademii zaszła, cofam i ja własne 
wywody : zgadzałem się przecież powyżej i na świadomie 
złą pisownię tylko dlatego, aby jej jednolitość uzyskać; 
dziś kiedy Akademia sama od własnej pisowni odstąpiła, 



270 



i ja nic mam przyczyny więcej bronić dawnej złej pi- 
sowni, a jeszcze mniej przyczyny, zgadzać się na nową 
złą — z jednym wyjątkiem, t. j. gdyby wszyscy na tę 
złą pisownię się zgodzili, bo nigdy i nigdzie liberum veto 
nie uznaję. 

Korzystam ze sposobności, aby dodać kilka szcze- 
gółów do rozdziałów poprzednich. 

Powiedziano, że Towarzystwo Przyjaciół Języka Pol- 
skiego nie miałoby nic do czynienia; otóż na pierwszem 
jego posiedzieniu przedstawiłbym taką n. p. sprawę. Wy- 
szła świeżo (1917) w Warszawie książka naukowa, dzieło 
obszerne, wydane wprost wspaniale, pod dozorem kilku 
panów z największą starannością, bez błędów. Czytając 
je z prawdziwem namaszczeniem utknąłem jednak rychło 
na rzeczach, co chyba z Towarzystwa Nieprzyjaciół Ję- 
zyka Polskiego wyszły. Piszą n. p. autorowie stale przea- 
czać — godne stanąć obok zaspakajać, zadawalać, uwi- 
daczniać. Znalazłem dalej obci, t. j. pierwszy przypadek 
liczby mnogiej, godny stanąć obok nasi, starsi, insi i t d., 
postaci których lud nie zna, i słusznie, bo to włazy nie 
prawowite (lud mówi inszy panowie albo i jenszy pano- 
wie, ale nie insi i mybyśmy mogli tę postać na śmiet- 
nik językowy odrzucić), a z czasem dojdziemy chyba 
i do wielci panowie, mnodzi? bo tylko te odpowiadałyby 
dokładnie owym nasi i t. d. Znalazłem dalej hartą za- 
miast charta, pasożytów zamiast pasorzytów, probież 
zamiast probierza, o mrzonkach i t. d. ani wspominając. 
Otóż i od tego byłoby Towarzystwo Miłośników Języka 
Polskiego, żeby takie wilki i narośle tępiło, bo nietępione 
rozrastają się stale. Gdyby u nas dawniej o język kto 
dbał, nie mielibyśmy dziś kłopotów prawopisowych. Pisa- 
liż dawni ludzie dobrze n. p. persuasia, dopiero później 
zamazano je kwaczem polskim , jak n. p. i w giemzie i t. p. 



271 



Jak bez podobnego Towarzystwa wyrazy polskie gi- 
nęły, jak je chwast obcy przytłumiał, unaocznia (nie una- 
acznia) słowniczek z końca XV wieku, zapisujący jesz- 
cze stale obok Niemca Polaka, skazanego na śmierć przez 
naszą niedbałość, więc czytamy tam: zawora albo ry- 
giel, ruszt albo siatka, szykować albo rządzić, sadło 
albo szmale, solnica albo salsierka, pączek (słowo ro- 
dzime, nie niemieckie !) albo ornaf albo begel, blaskaty 
albo szyi (zezowaty), panew albo brytfanna, kamień 
albo cętnar albo funt, ferska albo brzeskinia (brzoskwi- 
nia), dyszla albo oje albo ciągadło (oje śląskie, ciągło 
kaszubskie dziś jeszcze), cyb albo zatoczka albo zwój, 
szkudła albo dranica, podszycie albo futro, przymierze 
albo glejt, gzlo albo koszula, kara albo jednokole, jata 
albo buda, kiella albo korzkiew (kielnia dziś), kłódka 
albo zamek, kołdra albo opona, płachta albo łoktusza, 
śpiegierz (dziś szpieg) albo łazeka, stępa albo moździerz 
i t. d. 

Wobec przesądu o „organicznym" rozwoju języka, nie 
znoszącego niby dowolności , przypadku i t. d., nie wadzi 
zwracać uwagi na dowolności wszelakie; n. p. mamy 
taniec, szaniec (dawniej tylko szańc) ; ale glanc (nie gla- 
niec) zawsze takim pozostał. Z privilegium zrobiliśmy 
przywilej, ale innych łacinników na -egium (collegium), 
-ogium (horologium) nie tknęliśmy, Czesi mają choć ko- 
lej, orloj i i.; mamy testament, instrument z instru- 
mentom i t. d., ale wotum zamiast poprawnego wot i t. d. 
Już ten Francuz, co pierwszy w r. 1568 gramatykę pol- 
ską dla cudzoziemców (dla rodaków nie istniała, chociaż 
im właśnie potrzebniejsza była) napisał, dziwił się nie- 
jednemu, dlaczego n. p. nauczycielka, ale przyjaciółka 
zamiast jedynie poprawnego przyjacielka (Francuz nie 
domyślił się, że to u nas poplótł drugi spadek liczby 



272 



mnogiej, przyjaciół, co nawet niesłychaną dawniej od- 
mianę przyjaciółmi, przyjaciołom, zamiast jedynie popra- 
wnej przyjacielom, przyjacielami i t. d. wywołał). I\ skoro 
o tym Francuzie i jego gramatyce polskiej mówię, nie 
zawadzi wspomnieć, że on zawsze każe pisać -ymi, bia- 
łymi końmi, białymi farbami, jasnymi zwierciadły, twar- 
dymi wędzidły, złymi drogami (pisze jednak i z białemi 
głowami i każe samemi pisać); zawsze tylko: potym, 
przedtym; pisze: pomóc, ale strzydz i strzedz; już u niego 
są i urzęda; drugi spadek: radl, siodł. Dobrzy towa- 
rzysze źle go nieraz, czasem umyślnie obuczali, n. p. uczyli 
go odmieniać: jastrząb, jastrząba; chcąc go oczywiście 
w Babinie pasować na polskiego słownikarza, wmówili 
weń, że do dziewica jest i dziewic = chłopiec! i biedny 
Francuz im uwierzył. 



Spis royrazÓTU objaśnionych. 



Str. 

JLdministracya 33 

aickt 19 

agrest 172 

aksamit 82 

akwarela 78 

alamodny 229 

album 115 

alkierz 183 

ambicya 17 

amplifikacya 228 

androny 228 

angieł 165 

ankieta 21, 29 

annały 83 

anonse 33 

anslagi 197 

antał 242 

antykwarnia 50 

araka 218 

ardziakon 165 

arkusz 50 

asenterować 31 

atak 83 

atrament 50, 225 

aras 78 

Azya 59,60,78 

Bachmistrz 191 

baciarz 242 

bąkać 265 

bajronowski 82 

JU. BrUckner, Walka o język. 



Str. 

bakałarz • ... 225 

balet 229 

balon 29 

balsam 83 

bałwochwalca 99 

barta 238 

barwa 25, 171 

basałygi . 246 

bat 230 

bawełna 155 

bazar 246 

beczka 171 

beigwant 188 

bełta 240 

bez 154 

bękart 198 

berło 25 

besztać 241 

biały 126, 127 

bibuła 21, 30 

bieda 226 

biodro • . 109 

biórko 87 

birbant 231 

bitunk 188 

bizun 241 

bladnąc 140, 141 

bludo 159 

błahy 87,88 

bława 171 

błękitny 171 



274 



Str. 

bochenek 107 

bodziec 70 

bojarzyn 216 

bombiza 224 

borowik 259 

botuch 193 

boty 193 

brana 218 

bratowa 118 

breklesty 191 

bronz 71 

bruk 31, 182 

brwi 111,112 

bryndza 244 

brzoskwinia 172 

budowla 35 

budowniczy 35 

budulec 64 

budy 172 

buzdygan 246 

bug 158 

buhaj 246 

buk 160 

buksztaby 191 

buła 174 

bunda 244 

buńczuk 246 

burderze 205 

burdynk 189 

burka 246 

butersznyt 21, 26, 27 

buty • .... 64 

buzować 233 

brewerya 232 

byronowski 82 

Cal 192 

całun 250 

ceklarz 48, 182 

cenzura 83 

cepliki 195 

celbrat 17 

cele 35 

cerkiew 164 

chabina (habina) 88 

chaja (haja) 88 

chałupować 205 



Str. 

chafba 200 

chardy (hardy) 88 

chełzać 90 

chełztać 90 

chory (hory) 88 

chichotać 89 

chleb 160 

chlebojedicy . . • 206 

chmiel 157 

chwila 174 

chram 44, 48 

chrześcian 110 

chrześcianin 110 

chrzest 90 

chrztem 165 

chychotać . . . . , 89 

chyz 159 

chyży 159,88 

chirzyżmo (krzyźmo) ... 90, 91 

cichostęp 13, 24, 46 

ciemierzyca 158 

ciźmy 240 

cmyntarz 115, 165 

cofać 197 

cog 184 

cyfra 108 

cykata 11 

cymbulec 195 

cyna 191 

cynar 195 

cywil 26 

czaban 244 

czambuł 246 

czamlety 191 

czaprak 247 

czasopismo 43 

czekman 247 

czekolada 86 

czerak 100 

czeredy 25 

czeremcha 25 

czerep 25 

czereśnia 25 

czesać 127 

częstowanie (częstowanie) ... 92 

czołobitny 260 

czrześnie (trześnie) 172 

czupurny 259 



275 



Str. 

czyrak 100 

ćma 109 

ćwiek (ćwiok) 127 

Dach 19 

dalekowidz 42 

dank 25 

decyzya 78 

deki 205 

depczę (depcę) 122 

derka 171 

deszczochron .... 13, 24, 27, 46 

diaboliczny 99 

diabolski 99 

djaboł 165 

dnie 138 

dobosz 241 

dobrym (dobrem) 121 

dobytek 159 

dolman 240 

drabarz 189 

drabować 189 

druh (druch) 88 

drut 135, 136 

drzymać (drzemać) 90 

duma 158, 260 

dureń 256 

dusza 111 

duży 257 

dyngus 196 

dyszel 190 

dyszla 20, 31, 32 

dywizya 78 

działy 243 

dziać się 124 

dzianet 230 

dzięki 25,71, 174 

dziecki 216 

dziełaciel 254 

dziennik 43 

dziewanna 84 

dziewierz 198, 265 

dzionek 108 

dżokej 79 

dżuma 250 

Egzaltacya 82 

egzamin 81 



Str. 

egzekucya 82 

egzekwie 82 

egzemplarz 81 

egzystować 82 

egzy cerować 31 

egzysteneya 82 

ewangelia 79 

Fal (fala) 197 

fałsz 197 

farba 25 

fasoł 225 

fatyga 17, 32 

fauniczny 99 

faunowy 99 

feblik 18 

fendle 189 

fendrych 189 

feruła 25 

feruła 154 

filiżanka 250 

fiszka 197 

flota 230 

fołdrować 184 

formsznejder 190 

forteca 230 

forwark 183 

forytować 198 

fotel 21,30 

foza 231,247 

frajda 18 

Franciszkan 110 

Franciszkanin 110 

frasować 197 

fraszka 231 

frenzle "71 

fryc 192 

fryjer 195 

fryjor 192 

fryszt 184 

frywołty 195 

fujarka 243, 244 

Gaj 155 

gajdy . . . . , 251 

ganek 106 

gamraci 195 

garbarz 190 



276 



Sir. 

garncarz 199 

gas 17 

gaz 262 

gbit 21, 184 

gbur 21 

gderać 100 

gdule . , 172 

generał 80 

geneza 79 

geniusz 79 

geografia 79 

gest 79 

giełda 79 

giermek 241 

gilza , . . 26 

gimnazista 99 

gimnazyasta 99 

gimnazyalista 99 

gimnazyum 115,116 

gleba 226 

gmerać 100 

gnarować 193 

godło 107 

golemy 265 

gomółka 87 

gomułka 87 

gontyna 44 

gorętsi 103 

górze 265 

gozd 265 

grododzierżcy 206 

grzech 166 

grzywna 49 

gunia 174 

gwar 184 

gwesić się 21 

gwiazda 126 

Hajduk 239 

hale 243 

hałastra (chałastra) 88 

hamulec 197 

hańba 264 

haracz (characz) 88 

harakter 87 

harami 249 

haramza 249 

harap 200 



Sir. 

harce 189 

harmider (charmider) .... 88 

harnasz 189 

harować 200 

hasło 107 

hawerze 189 

Hazarowie (Chozarowie) ... 88 

hejnał (hajnał) 241 

hejtman 188 

heksametr 81 

hełm 154 

herb 170 

herbowa szlachta . . . . 20, 21 

hercownicy 189 

hetman 26, 188 

hersztować 189 

herubim 88 

hinszty 189 

histeryczny (histeryjny) . . .100 

hodowla (chodowla) 88 

hołdy 35 

honor 19, 32, 36 

hór 87 

horze 189 

hoży 88,257 

hrabina 118 

hreczka 259 

huckop 188 

hufce 35 

hugowy 83 

hujdać (huśtać) 88 

humanizm 78 

humowy , ... 83 

hurgot (churkot) 88 

hurmą 244 

huzar (chuzar) 88, 89 

hymn 90 

hys 192 

Idea 117 

Igołomia 46 

imbryk^ 250 

improwizacya 78 

ingrycht 191 

inserat 33 

intendant 85 

introligator 50 

irzcha 190 



277 



Str. 

istby 159 

izba 109 

Jagiełło 84 

jałmużna 165 

japończa 218 

jarmułka 217 

jasyr 246 

jedwab 170 

jeniec (j§ć) 93 

jeździec 70 

jeźli (jeśli) 94 

jutrzyna 51 

jużynować 194 

Kacerz 198 

kaczka 173 

kadź 171 

kaftan 247 

kajdany 246 

kalafonia (kolofonia) .... 91 

kałamarz 21,27,30 

kamcha 217 

kanapka 26 

kańczug (kańczuk) 246 

kapa 174 

kapelusik , 103 

kapelusz 234 

kapitalny 36 

kapłon (kapłun) 86, 87 

kaptur 226 

karafioł (kalafior) 91 

karery 230 

karnawał 231 

karwany 190 

kary 190 

kasa 78 

kaszleć, (kaszlać) 90 

katana 240 

kawalkator 230 

kawał 197 

kawior (kawiar) 91 

kefir 79 

kegle 195 

kelner 79 

kibić . . • 247 

kieł 79 

kielich 79 



Str. 

kielnia 32,79 

kiełzać 265 

kiemlarz 184 

kierlesz 168 

kieroty 197 

kierunki 35 

kij (kyj) 89 

kilim 247 

kir 247 

kitajka 217 

kiwiory 217 

klasa 78 

klasyk 78 

kleryk 165 

klęska 109 

klofta 192 

klomb 71 

kluski 64 

kłobuk (kołpak) 154 

kmieciowie 170 

kmota 165 

knap . 190 

kniazie (księdzy) 158 

knucia (knowania) 90 

koczować 246 

kolęda 71 

koltki 218 

kołczan 247 

kołtun 258 

komenderować 31 

komesz * . . 260 

kompletny 36 

kompliment 85 

komunik 260 

konew 171 

konopie 157 

konszachty . . /. 197 

kontusz 240 

konwisarz 191 

koperta 21, 30 

korab . 177 

korczpergały 205 

kord 217 

kordel 230 

korekta 78 

korespondentka 48 

korkociąg 13, 46 

korytarz (kurytarz) 86 



278 



Sir. 

kościół 164 

koszary 244 

kosztuje 20 

koszula 174 

kozubales 225 

kot 173 

kotara 250 

koteryjny 100 

kotczy 239 

kotły 159 

kozicł 108 

kraniec 193 

kraszczy 210 

kredens 234 

kręgosłup 46 

krepować 189 

kreptuch 189 

kres 189 

kresy . 35 

krewki (krechki) 93 

krobia 171 

król 170 

królestwo 66 

królewski 67 

królik 173 

krupy 174 

krzywoprzysięsca 69 

krzyż 165 

ksiądz 164 

kształt 198 

kubeł 171 

kubki 171 

kuchnia 171 

kucmerki 194 

kuczmy 217 

kukły 173 

kulbaka 247 

kulczyba 218,251 

kupcy 159 

kurtyna (kortyna) 86 

kuśnirz 190 

kutio! 193 

kutrygały 205 

kwarc 86 

kweres 228 

Lać 124 

ladrować 189 



su. 

ląd 71 

legierz 189 

legenda 79 

lejce 190 

leki 159 

lektwarz 116 

lelejać 265 

lenistwo 67 

leniuszek 30 

lesz 191 

liker 79 

likwor 225 

listonosz 27, 46, 47 

listopad 27 

listówka 48 

litra 108 

liturgijny (liturgiczny) .... 100 

lokat 225 

lon (len) 108- 

lonarz , 183 

lony 190 

los 20, 32, 197 

lubszczyk 172 

lucyper % 

ludwisarz 64 

ludzki 69 

lufy 188 

lusznie 190 

luźny 64 

Łan 175,226 

łancugi (łańcuchy) 190 

łanwy 190 

łapki 188 

łatra 192 

ławka jj . . . 108 

łebski 96 

łuna 17 

łupieżca 66 

łut 64 

łyże 261 

łyżwy 108 

łżykwiat 176- 

Alagiel 79 

magier ka 240 

majestatyczny 36 

majster 25 



279 



Str. 

małżona 167 

maniera 231 

mantyk 224 

marazm 78 

marcha 189 

marnotrawstwo 67 

marmur 64 

marszałek 189 

masa 78 

masarz 18 

masaż 83 

maska 108 

maszerować 31 

maszkary 231 

masztalerz 189 

męczennik (męczenik) .... 84 

mędel 192 

meglować 193 

mełł 83 

mendykować 224 

mężczyzna 66 

miarkować 35 

miasto 25, 182 

miecz 158 

między (miedzy) 93 

mięsarz 18 

miesięcznik 43 

mikroskopowy 99 

miksztat 183 

mila 192 

misa 171 

mistrz 25 

mizdrzyć się (miżdżyć się) . . 86 

młyn 174 

mnih 87 

mobilizacya 78 

moc 69 

móc, módz 69 

modlitewnik (modlitwnik) . . . 106 

moje 119 

molderz 184 

morsprzęgi 195 

moździerz 189 

mrówczarz 27 

mrzonka (mżonka) 70 

msza 109 

mularz 184 

multanka 244 



Str. 

museum 115, 116 

musić, musieć 124, 197 

muszkuł (muskuł) 98 

musztułuk 248 

muzyka 78 

mydło 107 

myślić (myśleć) 124 

myślistwo (myśliwstwo) ... 67 

Nader 214 

nadragi 240 

nadwerężyć (nadwerężyć) . . 93 

nadwyrężyć 256 

nahajka 246 

najezdca 69 

nasiłki 217 

nasi 103 

nastojcie 214 

nasuwień 43 

natręctwo 93 

nawet .... * 215 

nieborak 24 

nienawidzieć 124 

niestety 214 

niezbytny 94 

nucić 64 

nuta 64 

Obces 227 

obszar 156 

obówie (obuw) 86 

obywatel 211 

obywatelski 23 

ocel 191 

ochoczy 257 

odwach 31 

odzież 257 

ogół (oguł) 64, 86 

ohyda 88 

ojcostwo 67 

ojcowizna 23 

ojcowski 67 

ojczyzna 23 

oje 20 

okonia (okunia) 86 

okulary 50,51 

olej 170 

ołówek 30 



280 



Str. 

opozycya 78,85 

orda 246 

ordynk 188 

orędzie 174 

orszak 239 

osieł (osioł) 108 

osiwiali (oświeli) 126 

oszołomiony . 256 

owoc 160 

Pajęcznik 176 

pajucy 249 

pałac 229 

pałuby 217 

pankuchy 194 

papież 165 

parasol 26, 27 

parostatek 24, 27 

partek 224 

partes 225 

pasmo 107 

patent 29 

patria 23 

patryotyczny 23 

paznogieć 96 

pełł 83 

penzel (pęzel, pędzel) .... 71 
pergamin (pargamin) .... 96 

perła 108 

pieczęć 93 

piekarnia 139 

pielęgnować 71,92 

pielegować 197 

pieniądze 158 

pieprz 170 

pierła 170 

pierogi (pirogi) 100 

pies 108 

piguły 225 

pigwy 172 

piły 159 

piosnka 110 

pisarzów (pisarzy) . . . 135, 139 

pkieł 166 

piachy 188 

plenny 84 

plugawstwo 67 

płatnarz 189 



Str. 

płonny (płony) 84 

pochwa 107 

pociąg 43 

poczta (poszta) 94,233 

pocztowiec 48 

podpadający 24 

poganin (pogan) 110 

pogany 168 

pójść 97 

pokój 25,51,212 

pokryciec . 210 

polerować . . * 31 

polszczyzna (polsczyzna) ... 97 

połoniny 243 

pomoc 69 

ponieważ 213 

ponsowy 71 

pop 164 

pospiech (pośpiech) 97 

poszlę (poślę) 94 

pożyczka 33 

praskury 217 

prawiedny 109 

prawodawstwo 67 

prowincyalny 99 

próba 64 

przedsiębiorca 135 

przekleństwo (-ęctwo) .... 93 

przysiółek 107 

przyśli 94 

puchacz (puhacz) 88 

puhar (puchar) 88 

pulares 38 

puńczocha 193 

puszki 17,20,171 

Rachować 197 

rachunek 35, 106 

radca 67, 69 

radzić 174 

rakosz 239 

ramota 258 

rantuch 195 

rata 197 

ratunek 106 

raz 102 

recenzent 83 

regent 80 



281 



Str. 

regestr 80 

rejent 80 

rejnwajny 190 

rękopism(o) 43 

reparować 85 

reszt 197 

reumatyczny (reumatowy) . . 99 

roboczy 257 

rochmanny 260 

rohatyny 205 

rostuszar 186 

rotgisarz 190 

rousseauwy 83 

rozbroić (rozebroić) 130 

rozgrzeszyć (rozrzeszyć) ... 92 

rozkosz 110, 111,112 

rozpostrzeć 69 

roztrzeć (rozetrzeć) 130 

rozumie 71 

róża 64 

rubaszny 258 

rubieże 258 

ruby 258 

rucznica 205 

rufa 192 

rum 189 

rumaki 246 

rumatyczny 78 

rumianek 11,20,172 

rura 64 

rusałka 259 

rybołówstwo 67 

rystunek 188 

rzeciędze 190 

rzeczpospolita . 46 

rzetelny 213 

rzodkiew. : 90 

rżać (rżeć) 91 

Sabaci 240 

sajan 234 

sajdak 247 

saksoński 30 

Sapieha 87 

sataniczny (satanowy) .... 99 

satyrowy 99 

schadzka 70 

schillerowski 82 



Str. 

scyzoryk 21, 30 

sędzi, sędziu(w) 140 

sekretarz 22 

seminarz 1 16 

sentyment 19 

sensacya 83 

sepety 249 

siedm (siedem) ....... 109 

siodło 106 

skaplerz 98,224 

skarb 175 

skiba 175 

sklep 25,51,212 

skomroch 265 

skopy 171 

skot 159 

skrupulatny 36 

skrzat 196 

skrzynia 171 

słojecz 193 

słomka (słąka) 86 

słonkowiec 27 

służba 109 

snąć (snadź) 102 

sobór 25, 256 

sobótki 176 

sojusze 25 

spacerować ........ 31 

spady 171 

spieglerz 189 

spina 17 

spiż (spiż) 97 

spryt 262 

sprzedaż 257, 264 

ssać 83 

stać 131 

staniecki 190 

statua 117 

stawy 18 

stębnować 71 

ster : . . 192 

stodoła 172 

stojaczka 176 

stosunki 35 

strąpacz 176 

strofować 185 

strozak . , 193 

struna (strona) 87 



282 



Słx. 

strychulec 64 

strzedz 69 

strzcdź" 265 

strzyga 175 

studnia 139 

stuła 64 

sturarz 190 

styczeń 177 

sufit 78 

suggestya 83 

sukienka 108 

sulejaty 50 

sutanna 84 

swora (sfora) % 

synostwo 67 

synowski 67 

szabla 140,189 

szałasz 244 

szańc 189 

szaragi 25 

szarańcza 250 

szarawary 217 

szarszuny 205 

szczęka (szczeka) . . ■ .71,134 

szefeliny 205 

szekspirowski 82 

szelma 206 

szepszelink 184 

szereg 240 

szewcowa 118 

szewstwo 67 

szkaplerz 98 

szklanny 84 

szkopuł (skopuł) 98 

szkut 19g 

szlachetny 35 

szlachta 170 

szlak 248 

szle 190 

szlegi 189 

szłom 154,158,265 

szłyki 217 

szmagi 192 

szmale 190 

sznur 31 

sznypka 197 

szołki 159 

szory 190 



Sir- 

szosa 77, 182 

szpada 230 

szpica 25, 26 

szpona (spona) 98 

szranki 189 

szron (śron) 97 

szrotarz 183 

szrotwajny 190 

sztafirować 236 

sztempel (stempel) 97 

sztoły 189 

sztuka 212 

szturm 189 

szurz 198,265 

szwoleżer (chevauxlegers) . . 77 

szyk . 188 

szyllerowski 82 

szyndowała 21 

szynka 19,20,188 

szypr 192 

szyrmierze 189 

szyszak 241 

Ściana 126 

śćkła 159 

śliski (ślizgi) 90 

ślusarz 64 

śluz (szluza) 97 

śmiać się 124 

śmie 71 

śmiertelny 212 

śmigus 1% 

śpic (szpic) 97 

spichlerz (szpichlerz) .... 97 

śpisz 97 

śrót 64 

świecidlnik 106 

Tabak 250 

tachry. 192 

tajemnik 22 

tanecznica 106 

taniec 106 

taśma 248 

tebinki 247 

telefon 29 

telegraf 29 

telegrafowy 99 



283 



Btr. 

terrakota ......... 83 

terroryzm 83 

tcsar 210 

tętent (teten) 92 

tiutiun , . . 250 

tłumacz 218 

topola 173 

torłop 216 

torpeda 29 

trąba 175 

trądy nkować , . 185 

trał, trafić 20, 32 

trafty 192 

trenzle 71 

trepki 193 

tretuar, trotuar 91 

trosarz 193 

trunek 106 

truteń 256 

trzaskać 24 

trzem , . . . 265 

tulipan 251 

tuman 250 

turban 251 

turma 17, 31 

turniej 189 

tutki 26 

tygodnie 138 

tym, tern 120 

tyny 159 

tytoń, tytuń 91 

Uczelnik 220 

uczennica 84 

uczestnik (uczestnik) .... 92 
uczniów (uczni) . . . . 135, 139 

umie 71 

uniwersalny 36, 83 

uniwersytet 83 

upadłszy (upadszy) 125 

upiększyć 70 

upiór 258 

urępny 265 

urwisz % 

usieręgi 159 

usnachci 182 

usterki 109 



Str. 

Wapanrok 188 

wardęga 159 

warsztat 190 

warzecha 93 

wasęgi 190 

wdzięczny, wdzięki 35 

wębor 171 

wędrować 71 

wegetacya 79 

wełna 265 

wendeta 231 

weranda 85 

werbunek 86 

werk 25 

wet 184 

widelec 107 

widoczek 49 

widza (dalowidz) 42 

widziemy 123 

wiedma 258 

wiedźma 107 

wielbąd (wielbłąd) ... 94, 160 

wielki (wielgi) 89, 90 

wieś 110,111 

wilkierz 182 

wiosło 107 

wioska 108 

wiotchy 93 

wisznie (wiśnie) 140 

witrykusz 224 

wiwenda 231 

wizerunek (wizerunk) .... 106 

wlokę (wlekę) 126 

włość 211 

wodociąg 46 

wojłoki 246 

worwol 218 

wpychać (wepchnąć) . . . .129 

wraży 259 

wrzemię . . . , 265 

wstrzemięźliwy 92 

wszcząć (wzeząć) 131 

wściec (wzeiec) 131 

wwlec (we wlec) 128 

wychodca 69 

wyewerki 233 

wydma /07 

wyspa 109* 



284 



Str. 

wyżej . . - 93 

wsiąść (wziąć). ...... 127 

Zacz stoi 20 

zagajenie 25 

zamek 25, 51 

zarkuły 217 

zaś (zasię) 135 

zasadzka 70 

zasłonka 11 

zbieg 135 

zboże 159 

zbuntować 197 

zgniecenie (/gniecienie) .... 125 

ziobra 70 

z którym (ze którym) . . . 128, 129 

zmarhać 220 

zsunąć (zesunąć) 128 

zszywać (zeszywać) .... 128, 130 

zwycięzca 66 

zwyciężyć 93 



Str. 

Żądać 220 

żak 161 

żałm 165 

żebra (rzebraj 70 

żegnanie 165 

Żemła 174 

żętyca 244 

żmija (żmija) 71 

żmudny 71 

żołdnierz 188 

żołtarz 165 

żubr (ząbr, żubr) 71 

żupan 177 

żumpiarz 183 

żupy 174 

żur 193 

Źrebię (źrebię) 70 

źrenica (zienica) 93 

źródło (źródło) 70 

źrzeb 265 



SPIS RZECZY. 

Str. 

Zamiast przedmowy . . . • 1 — 9 

Walka z cudzoziemszczyzną (I — III) 11 — 52 

Wady naszej pisowni (I— XI) 53 — 142 

Wyrazy obce i ich znaczenie (I— XI) 143 — 266 

Uzupełnienia 267 — 272 

Spis wyrazów objaśnionych 273 — 284 



PG Bińickner, Alexander 

6073 Walka o j§zyk 

B7 



PLEASE DO NOT REMOVE 
CARDS OR SLIPS FROM THIS POCKET 

UNIYERSTTY OF TORONTO LIBRARY 



Ąflr 



mm 






' i 



mi *rs 



■y* I 



v * 



■ 



-» 



.-*-