(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Biodiversity Heritage Library | Children's Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Wspomnienia z nad Wilji i Niemna; studya, podróe"

WSPOMNIENIA 



z NAIJ 



WILJI I NIEMNA 



STODYA - PODRÓŻE 



K D WA 1( D A P AAV L ( ) W I C Z A 



LWÓW 

N A K Ł A D P: M AUTORA 
1883 



V 






PG 



ŚWIĘTEJ PAMIĘCI 

PRZYJACIOŁOM I TOWARZYSZOM MŁODOŚCI, 

ZMARŁYM NA ILŁACTWIE I W NIEWOLI 

roświęcA 

^UTOR. 



CZEŚĆ I. 



liył czas, kiedy wśród ])racy s])()h*cziiej na Litwie, 
można byh» jęłośno i ])ul)lirznie myśl swą wypowiedzieć. 
W owym to ezasie. na jeden z moieli artyknłów nmie- 
szczonycli w Kurjprzp Wilc/tskim t<aki list otrzymałem: 

Szanowny Panie Edwardzie!*) 

Śliezny list i)ański nmieszczony w ostatnich nnme- 
rach Kiajpra . skłania mnie do wynnrzenia serdecznej 
jiodzicki. za doznaną wysoką nmysłową rozkosz. I myśli 
i Język i i)oiiląd na wychowanie nadobnej ])ołowy na- 
rodn. są tak prawdziwe, tak głębokie, tak pożądane, 
iż niejednokrotnie rozwijać by je należało i natarczywem 
powtarzaniem dojść nakoniec do tego, aby w rączkach 
córek litewskich, ołówek stał się tłumaczem i widomeg(» 
świata i zawsze czystych a wzniosłych marzeń ich mło- 
dych gł('>wek. Prowadź do tego, zachęcaj, przynaglaj, 
a przestiogi i)ańskie. wyj)owiedziane pięknym i serde- 
cznym językiem, jakim tak szczęśliwie władasz, nie zo- 
staną bez skutku. Może i)owoli, opornie, iść to będzie, 
ale jak każda prawda , byle jej na opowiadaczach nie 
zabrakło, zwycięztwo odnieść musi. Niezachęcałbym pana 
tak gorąco, do poi)ierania tej si)rawy. gdyby jej ważność 



*) Ory^nał listu Mikołaja Malinowskiogo . ynajdujo się u <l/ial<' 
autoj^rafów Zakładu nar. im. OssolińskiHi. 

Wspomnienia 7. nad Wilii i Niemna. 1 



z całą pot^gti nie zdobyła mojego przekonania. Niezda- 
rzyło mi się jeszcze, w dziełach mówiący cli o estetyce, 
znaleść równie trafnych spostrzeżeń , ])od względem wpływu 
malarstwa na rozwój ducha, — jak w tych kilku sło- 
wach, które pan wyrzekłeś. — Nie dawaj upaść tej 
myśli. — W bogatych zasobach swej wiedzy, i serca 
bijącego ku wszelkim wzniosłym uczociom, — znalazł- 
byś pewno obfite źródło do napisania całej książki, ale 
nie krępuj się pan żadnym systematycznym układem , — 
pisz pod chwilą natchnienia, na oderwanych listkach, 
a myśli ogrzane uczuciem, ułożą się same, w najpię- 
kniejszą całość itd. itd. (Następuje propozycya wycieczki 
archeologicznej do Iszkołdzi w okolicach Nieświeża). 

Zadyktowałem się może ( był już podówczas ocie- 
mniałym) do znużenia pana. Jest to wada wieku; — 
ale niech znajdzie wymówkę w tern Wysokiem poważaniu 
i szczerej życzliwości z jaką zawsze byłem i pozostać 
pragnę, szanownego pana Edwarda dobrodzieja, 

oddanym sługą 
Mikołaj Malmowski. 
Dnia 6 sierpnia 1860 r. Wilno. 

Oto powód, który mnie skłania wydać te oderwane 
kartki wspomnień moich. Przeplatają je prace i artykuł} 
pisane pod wpływem rozlicznych okoliczności. — Że nie 
używam powyżej przytoczonego listu, jakkolwiek mi jest 
wielce pochlebnym (bo pochodzi od jednego z najzna- 
komitszych mężów Litwy) dla czczej reklamy — niech 
mi jako dowód posłuży — że nie spieszyłem z jego 
ogłoszeniem , gdyż drukuj ę go p o lat a eh d w u d z i e s t u . 



I. 



Wilno w 1836 r. — Akademia Medyko-Chirurgiczna. — 
Akademia Duchowna. — Charakterystyka tej epoki. — 
Rodzina Lachowiczów i wspomnienia z lat dziecinnych. — 
Rok 1839. Więzienia i śledcza komisja. — Życie mło- 
dzież)' akademickiej. — Dr. Wasilewski Michał. — Gro- 
bowiec Euzebiusza Słowackiego na Rosie. — Wycieczka 
artystyczna do Trok. — Wyjazd na wakacje. — Podróże 
studenckie. — Towarzyszka podróży. — Nocny napad. 



Litwo, ojfzyzno iiiojal — ty jesteś jak zdrowie. 
Ile eię cenie tr/eba — ten tylko się dowie 
Kto cie stracił... Mickiewicz. 



Wsi)oniiiiL'iiiii iiiłodok'i ! — Ileż te dwu słowa zawierają 
w sobie miłych i izewuycli uczuć ! Wsi)onuiienia młodości . — 
to jal<l)y eclio dalelde czaiownej piosnl^i . — to jald)y li.-^cie 
jesienne, na grobach uliocłianycli ! 

O, bo młodość, to synonim serdecznycli węzłów, — 
szczęśliwych ułud; — to łioryzont widzenia szerolii — to ma- 
rzenia strojne Icwiatami nadziei. — A diociaż obecność nie 
próżna łez i cierni — ściąga je nieraz nielitościwie na padół 
rzeczywistości twardej . to wszakże potęga jej wiary — jaliże 
to umie osłodzić niejedne czary goryczy, łctórłj, spełnić musi — 
jaltże śmiało umie i)atrzeć w przyszłość!... 

Te uczucia i myśli łmdzi we nmie dziś Wilno , bo w iiiem 
to właśnie przeszły mi najlepsze lata mojego życia , wśród tak 
niezwykłych czasów i ludzi, śród najpiękniejszego kwiecia wi- 
leńskiej młodzieży. 

I»o i kwiecistaż to jeszcze ł)yła podówczas ta nasza 
grzęda litewska ! 

Epoka, w której tam przybyłem dla moich studjów, i)yła 
jeszcze wiernym odblaskiem niedawnej jego świetności. I*o- 
minio zamknięcia uniwersytetu, stolica Litwy nie przestała 
być ogniskiem, zkąd się rozlewaht światło na jej najdalsze 
prowincje. Uczeni, profesorowie b. uniwersytetu — ludzie 
wjtlywowi wyższej sfery, ludzie zasługi, żyli tam jeszcze i byli 



— 6 — 

czynni. Poszanowanie pracy naukowej i zapał dla niej wzma- 
gać się zdawały, w miarę, trudności stawianych na jej drodze. 
Pokrzywdzona młódź, pozl)awieniem jej najwyższej instytucyi 
naukowej , nie będąc w stanie iść po wyższą naukę do uni- 
wersytetów cesarstwa , cisnęła się do obu akademij : dudiownej 
i medycznej , gdzie najznalcomitsze siły byłego uniwersytetu . 
obiecywały jej plon obfity. Kpokę tę scharakteryzował wybornie 
W. Korotyński, w życiorysie dra Ludwika Lachowicza, do- 
ktora medycyny i chirurgii. Jego więc słowa pozwolę sobie 
tutaj przytoczyć (833 Kłosy). 

„Jak wszystkie prawie zakłady wyższe, które powstawały 
i znikały u nas w kolei czasu, tak i krótkotrwała akademia 
medyko -chirurgiczna w Wilnie, miała pewną odrębną tizjo- 
gnoniię moralną, której odblask wycisnął się na wszystkich 
jej wychowańcach. .Utworzona w sierpniu 1832 , z resztek 
zwiniętego uniwersytetu, zamknięta z końcem 1841 roku, po 
niespełna dziesięcioletniem istnieniu, miała ona za zadanie 
kształcić młodzież w sztuce lekarskiej , farmacji i weterynarji , 
ale rzeczywiście , kształcono w niej do wszystkiego , przy po- 
mocy istniejącej obok i jednocześnie potem zamkniętej aka- 
demii duchownej. Ta ostatnia utworzona z seminarjum głó- 
wnego, założonego przy uniwersytecie w 1803 roku, miała 
w prograniacie , oprócz teologii, filozofii, historji i prawo ko- 
ścielne (kanoniczne), literaturę łacińską i polską, liistorję na- 
turalną , powszechną , botanikę , fizykę , rolnictwo teoretyczne 
i higienę. Ztąd tak się działo, że młodzież sposobiąca się 
do stanu duchownego, posiłkowała się wykładami profesorów 
akademii medycznej , w której jaśnieli J. Śniadecki . Abieht , 
Bielkiewicz i inni ; młodzież kształcąca się na lekarzy, chodziła 
na wykłady do akademii duchownej , gdzie Leon Borowski 
ucząc Homiletyki , roztaczał zarazem całkowity kurs literatury 
polskiej i jej historję; Hryniewicz łacinę; Ks. Lenartowicz fi- 
lozofię; Deneve język i literaturę francuską; — wielu zaś 
było takich , którzy nie myśląc ani o medycynie , ani o stanie 
duchownym, szukali w obu tych zakładach jedynie wykształ- 
cenia ogólnego. Wzajemne oddziaływanie obu tych akademij, 



m lic/no ziist^uiy młodzieży, utrzyinywiiło spójnię niorahuŁ 
między dwoma tak lóżnemi od siebie odnogami wiadomości 
liulzkicli i dobroczynne skutki wydawato na cah}, przyszłość, 
.lak niegdyś z uniwersytetu wileńskiego , tak później z powsta- 
łycb na jego zwalisku akademij , wychodzili nietylko specja- 
liści, ale zarazem ludzie harmonijnych pojęć, a nadewszystko 
obywatele kraju, w najpiekniejszem znaczeniu słowa, z ser- 
cem otwartem d^a wszystkiego co piękne i szlachetne. Zna- 
liśmy ich między lekarzami, między duchownymi i piszącymi, 
wiemy o wielu. któr\cli uniosły fale życia — i sumiennie 
możemy im oddać to świadectwo. Jak w organizmie ludzkim 
po przewiązaniu jednej arterji, wyrabia się krążenie krwi, przez 
rozszerzenie naczyń ponmiejszych . tak i tutaj krew duchowna 
uniwersytetu była wyrobiła sobie nowe uboczne drogi i odży- 
wiała organizm społeczny". 

Dodać tu wszakże należy, czego tlziś piszący w Warsza- 
wie powiedzieć nie mógł, — że w owym to czasie dla mło- 
dzieży akademickiej , co się w Wilnie kształciła zanim w świat 
weszła , otwarte były domy wyższego towarzystwa , — a wśród 
nich dom ś. p. z Sulistrowskich Śniadeckiej — był tym przy- 
bytkiem, zkąd wynosiła ostatnie namaszczenie na drogę życia, 
jakby u wstępu na arenę, która ją czekała. 

Ten ustęp z życiorysu L. Lachowicza przywodzę i dla- 
tego jeszcze, gdyż malując wiernie epokę, w której jako 
uczeń akademii mieszkałem w Wilnie, ma inne obok tego 
dla mnie znaczenie, i w dalszą przenosi mię przeszłość. Bo 
oto rodzinę tę łączył z moją matką przyjazny stosunek, 
i z ich to donui, w czasie chwilowego w Wilnie pobytu, wy- 
niosłem wspomnienie piei^wszego zbudzenia się mej duszy. 
Pamiętam dobrze, było to na wiosnę, w ogrodzie ich donm. 
ostatnim na lewo. przy ulicy Trockiej, wiodącej pod górę na 
Pohulankę. kwitły drzewa, i zapach czeremchy nai)ełniał po- 
wietrze. W dali 1)0(1 lasem, daleko, — drogą wiodącą z An- 
tokola, który to widok zasłania dziś dom Czagina, ciągnęło 
wojsko , błyszczały bagnety. Słońce pogodnego poranku złociło 
wieże kościołów, które mi sio ze srebra i złota ulane być 



zdały. ■ Ten obniz Wilna i wojska dłignij,cego ku cytadeli , 
w której miałem kiedyś być więźniem . wyrył mi sie w pa- 
mięci, i pozostał w niej wśród wszelkich życia i losu kolei. 
Odtłjid zapach czeremchy przypomina mi z każdi}- wiosnćj, Wilno . 
a z nieni pierwsze spojrzenie na świat w zaraniu mojej^o 
życia. Ale przejdźmy do epoki późniejszej o wiele. 



Rok 1831) pamiętnym był dla Litwy. Więzienia wileńskie 
zai)ełniała szlachta i młodzież. W komisji śledczej prezydował 
ks. Trubecki, wściekły wróg Polaków; świeża była jeszcze 
Konarskiego mogiła! Nie będę opowiadał szczegółów tego dra- 
matu , który u rządu nosi nazwę raison d^etat — a dla nas 
jest męczeństwem narodu! w którym heroizm i oki-ucieństwo 
szły na wyścigi. Któż go nie zna. Było to powtórzenie czasów 
Nowosielcowa , w poprawnej edycji co do rygoru. — a o tyle 
różne od edycji pierwszej, o ile się różniły rządy Mikołaja I. 
od rządów Aleksandra I. Drogę na Sybir i K^aukaz zaludniały 
znów dzieci Polski. 

Od 1838 roku. po skończeniu ginmazjum w Slucku. 
słuchałem wykładów w obu akademiach wileńskich jako wolny 
słuchacz. Rektorem akademii duchownej był uczony ks. Alojzy 
Osiński , infułat ołycki , znany autor słownika polskiego , który 
jakkolwiek nie wyszedł z druku dla swego ogromu i śmierci 
autora, zjednał mu niepospolitą sławę. 13ył to mąż głębokiej 
nauki i rozległej wiedzy. Ułonmy, bo ślęczeniem nad księgami 
zgarbiony, trzymał się pochylony. Miał przysłowie: „rozumie 
panV" Lubił muzykę i grał na skrzypcach, więc nie rzadko 
gdy kto z uczniów przyszedł w interesie (a rad był udzielać 
swych książek), nnisiał wysłuchać wprzód jakiejś sonaty, za- 
nim ks. rektor załatwił sprawę. 

— A lubisz pan nmzykę — spytał mię raz , gdym oddawszy 
nm książkę, rzucił okiem na nuty, rozłożone na pulpicie. 

— O bardzo, — i sam sio jej oddaje — odrzekłem. 



— 5) — 

— To dobrze, loziunic pan. — iiłuz\ka to najlepszy \vv- 
poezynek dla ducha — razumie pan. to jmtęga ! Od dźwięku 
tiąl) Lewitów padły przecież mury Jerychonu. a harfa Da- 
wida koiła uniew królewski ! A którąhyś wolał — zagadnął 
z uśmiechem. 

— Tę, co najnniiej robi hałasu — magniiicencjo. 

— A no , de (justibus non cst dispidaiiduni — błogosławieni 
pokój miłujący, mówi pismo św. W każdym razie — czytaj . 
ucz sie , myśl i giy waj — rozumie pan . a nie zaniedbuj 
wszakże Hejdena i Bethoveua. A teraz. vale et me aina! 

Jak wielu uczonycli, w życiu domowem był nieprakty- 
cznym. () nim to krążyła przez czas jakiś zabawna dykteryjka 
pod tytułem: Śmietanka księdza rektora. 

lizecz była taka. Zajęty pracą naukową, a pisał podów- 
czas do swego słownika znami „ł;,zę i nadziej e"", — nie miał 
czasu ani chęci zazierać w sprawy domowe. Zdał je więc na 
swego lokaja. A że to był urwisz pierwszej ręki . więc też 
korzystając z nieporadności pana. eksploatował go na wszelkie 
sposoby. Otóż, gdy ks. rektor pewnego poranku, szczególniej 
narzekał na złą, śmietankę, podsuwa nui fagas propozycję 
kupienia krowy. 

— Mamy — powiada — siano , mamy stajnię dla koni . 
jest w niej kącik wygodny., postawmy tam krówkę, moja 
zajmie się nabiałem, i będzie śmietanka. — Jak Ivolumb 
ustawieniem jaja , tak zręczny fagas zaimi)onował pomysłem 
naszemu uczonenm. Ucieszył się ti^ myślą, zgodził się na nią. 
wyliczył i)ieniądze , i z pew-nym respektem patrzał już odtąd 
na swego lokaja, oceniwszy w nim zdolność do praktycznych 
pomysłów. I oto krowa kupiona , śmietanka wyborna , i w wy- 
ł)ornem też usposobieniu ks. infułat zasiada i)0 kawie do pracy. 
Nawet mniemam, że nie mogło się to powodzenie nie odbić 
i w szeiszym zakresie rektorskiej działalności wśród samejże 
akademii. Tnvało to tak dość długo. l)0 tyle. że aż się to 
już stało zwyczajem, weszło w naturę. Ale na świecie nic 
trwalegj). Więc też po pewnym czasie znowu nie smakuje 
kawa ks. rektorowi, śmietanka wodnista, humor kwaśnv. 



— 10 — 

— Cóżby to było , co to ma znaczyć , rozumie pan ! — 
pyta służącego. 

— A to Jaśnie Wielmożny panie, krowa zacliorowała. 

— No — to sprowadzić weterynarza, rozumie pan, niech 
ją obejrzy, niech leczy. Mamy przecież akademię. 

A więc zaczyna się kuracja ; wizyty lekarza , apteka . 
ciągną za sobą koszta. Ks. rektor płaci, pocieszając się na- 
dzieją, że się z czasem odegra na smacznej kawie, do której 
już był przywykł. Pewnego dnia oświadcza nawet chęć zejścia 
na dół, do stajni, dla widzenia krówki. 

— Bo , rozumie pan , oko pańskie konia tuczy. 

I gdy się już do wyjścia zabiera, wpada famulus, 
i z miną tragiczną zawoła: 

— Panie, nieszczęście! 

— Cóż takiego , rozumie pan ! co się stało V 

— Kurowa zdecłiła! 

Nie było już iść poco. Trzeba było jednak ją wywieźć 
i za wywiezienie zapłacić. A fagas w lament, jak zwykle po 
nieboszczyku. 

— To te doktory uczone, jaśnie panie, oni to nam ją za- 
leczyli ! A dobrze mi m oj a mówiła : „Idź po Antośka na Lu- 
kiszki, on znachor, on jej da radę; na co te doktory". Ale 
co to już teraz gadać, kiedy jej nie ma. Ot coby należało 
jeszcze zrobić: to kazać wyprawić przynajmniej skórę, przy- 
dałaby się to na fartuch do kocza , co się już przetarł. 

Wysłuchał tego lamentu nasz uczony, i zgodziwszy się 
nietylko na nową propozycję , ale i na konkluzję fagasa i jego 
połowicy, jeszcze raz sięgnął do sakiewki, i wyliczył pieniądze 
za wywiezienie, zdjęcie skóry i zadatek na jej wyprawę, 
i wrócił do dawnej kawy, która, co prawda, nniiej mu sma- 
kowała, ale była tańszą o wiele. 

Po pewnym czasie, gdy wsiadając do powozu, by swą 
zwykłą odbyć przejażdżkę na Antokol . zapytał . zapinając stary 
fartuch u kocza. 

— A cóż się stało, rozumie pan, z wyprawą sk()ry y 



\ 



— 11 — 

— Lknulli ja ze strychu — jaśnie panie! udpowieilzial 
fagas. I oto, jak sie zakończyła domowa pomyślność ks. rektora 
i liistorja dojnej krowy, której nota hene nigdy nie było. 

/ profesorów akademii. nąjwi^'cej ściiigał publiczności 
na swe wykłady Leon Borowski, były profesor uniwersytetu. 
Wykładał on literaturę polską i jej liistorje — oraz łioniile- 
tykę. Nikt może . w owym czasie . nieznał lepiej nad niego . 
naszych pisarzy złotego wieku; — to też najwięcej czasu 
w swym kursie, tej epoce poświęcał. Kochanowscy Jan i Piotr, 
byli to jego najulubieńsi poeci. — I niezawodnie, nie jeden 
z uczniów jego, co z czasem talentem pisarskim zasłynął, 
jenni przeważnie swe powodzenie zawdzięcza. — Nieznosił 
afektacji, przesady i nadętości stylu — jak niemniej zarozu- 
miałości i pretensji u młodycłi pisarzy, — i dła takicłi był 
krytykiem nielitościwym ; — natomiast, cenił i ośmielał skro- 
mną pracowitość, — a upatrzywszy zdolność prawdziwą, po- 
magał , radził i kierował najchętniej. W wykładach homiletyki 
lubił rozbierać najwięcej i czytać ś. Augustyna — i ś. Jana 
Chryzostoma. Jemu to przeważnie Litwa zawdzięcza swych 
znakomitych kaznodziei — jak Trynkowski — Ważyński — 
biskup Karasiński i wielu innych. Na krótko przed śmiercią, 
gdy po przeniesieniu akademii do Petersburga, zamieszkał na 
wsi — zdarzył się pożar, w którym sj^łonęła cała jego biblio- 
teka, a z nią wszystkie jego rękopisy przygotowane do druku, 
jednem słowem. i)oszla z dymem praca całego życia. To 
go dobiło. 

Po nim brał miejsce ks. Lenartowicz , pijar, profesor lo- 
giki i filozofii. Był to umysł niepospolity, o szeroldch poglą- 
dach . obdarzony też darem słowa niepospolitym , co ściągało 
mu wielu słuchaczy. 

Dalej szedł profesor łaciny i greki . Hryniewicz , copula 
przezwany od uczniów dla wyrazu, którego używał i wyma- 
wiał z emfazą w wykładach. Był to postrach aspirantów do 
medycyny, gdzie większość i)rzedmi(»tów wykładano po łacinie. 

Dalej, Capelli. i)rofesor prawa uniwersytetu. Wykładał 
prawo kanoniczne; kreatura Pelikana — nielubił Polaków 



— 12 — 

i nawzajem był iiielubiany. Kurs wszakże jego de niutrimonio. 
w którym poiwany przedmiotem, przez niego ulubionym. i)0- 
sługiwał sie obok łacińskiego, językiem francuskim i włoskim, 
ściągał niemało słuchaczy. 

Z Moskali l)yło dwóch. Paweł Kukolnik , znany później 
cenzor prasy polskiej , wykładał nie bez talentu historjc ; — 
Łobojko język i literaturę moskiewską. Aby dać o ostatnim 
wyobrażenie, zacytuję następny fakt. Lekcja jego przypadała 
zwykle od 4 — do 5 popołudniu. liazu jednego . a było to 
w późnej jesieni, gdy wśród deklamacji sławnej ody Dzierża- 
wina „Do Boga", chodząc wzdłuż sali, zauważył że jeden 
z uczniów, a był nim znany i)óźniej i powszechnie lubion> 
Jan Pilecki, korzystając z wieczornego zmroku i ciepłego 
kątka, zdrzenmął koło pieca, strudzony snąć spóźnioną za- 
bawą, którą lubił, — zatrzynuije się śród swej deklamacji, 
staje przed nim i patetycznym tonem woła: „Jakto. tu gdzie 
radcy stanu wykładają lekcje, pan spisz, pan śmiesz si)ać!... 
Uto uźasno!" Był to zresztą dobry człowiek, rozkochany 
w swej żonie, a więcej może w jej nmzyce; i)rzebaczył też 
wkrótce Pileckiemu, gdy ten wiedząc otem, zmyśliwszy jakiś 
interes, w czasie gdy pani Łobojkowa zwykła grywać, przy- 
szedł do niego i dał się zdybać w przedpokoju, niby zasłu- 
chany w grze pani profesorowej, llozumie sie. że interes został 
załatwiony — i pokój zawarty. 

Z innych cudzoziemców, de Neve, wykładał język i li- 
teraturę francuską — wielbiciel Rasyna. Kornelia — piękną 
miał wymowę, — więc deklamacją i wykładem ściągał wielu 
słuchaczy, — z miasta i obu akademii. 

Przedmioty teologiczne i kościelne wykładali . znakomity 
Skideł — 1'ialkowski biskup, i wielu innycłi — ludzi nauki 
i talentu. 

Higienę — Józef Mianowski — i)óźmejszy rektor szkoły 
głównej w Warszawie. 

W akademii medyczno-chirurgicznej . której i)rezydentem 
l)ył doktor Kuczkowski (figura rządowa), górował po nad 
wszystkimi. Jędrzej Śniadecki, po nim, Bielkiewicz profesor 



— 13 — 

aiKitoinii . iNtityaiiko i»n)t«'s»)r clniiiriiii. Ał)icht profesor 
patolopii. — .lózef Kor/eiiiowski. — llynikiewicz profesor te- 
rapii . - Fonl.ei^ ])rofesor clKMiiii. - JiiiulzH profesor bota- 
niki . — Mianowski. 

Prócz wykładów akadeniiiznycli luzyłeui sie malar- 
stwa. Nauczycielem moim był Kanuty Rusiecki, przybyły 
niedawuo z Włoch, malarz i)rzeważnie leli^ijny. 

Mieszkaliśmy zwykle po kilku razem. Tradycja koleżeń- 
skieiio życia i biaterstwa , zaszczepiona przez filaretów, trwała 
w całej mocy. I nie trzeba było uciekać się do publicznycli 
balów i festynów ogrodowych, dla wyjechiania pomocy uboż- 
szym kolegom, bo każdy, bogaty czy ubogi, skoro został 
akr.demikiem, był do tego obowiązany w jakikolwiek sposób — 
i wypełniał oltowiązek święcie. Niejeden co przyszedł ]>ieszo 
z głębi Ukrainy lub Polesia, dostawszy się raz do Wilna, już 
był si)okojny o swój byt. Rozsunęły się ściany i nowy przy- 
chodzień był jak we własnym donni. To też niepamiętam . aby 
kto mieszkał sam jeden. To\Yarzyszeni moim. był Mikołaj Ikił- 
liak. z Mozyrskiego: pomimo wyznania prawosławnego (i>rzed- 
tem Unita), Polak całą duszą. Mieszkaliśmy obok gmachu 
gal)inetu anatomicznego, dziś Błahowieczeńskiej cerkwi, w domu 
narożnym (obecnie nieistniejącym). Mieszkał też z nami 
medyk Józef Święcicki. IM to w calem znaczeniu słowa, 
jioczciwy koleżka. Temperament wesoły, zdolność do mu- 
zyki , śpiewu , tańców i figlów, robiły go miłym i pożądanym 
wszędzie; a chociaż nic prawie z domu nieotrzymywał, żył 
jakoś z roku na rok. z lekcji prywatnycli. nie skarżąc się 
n;i losy. 

Rnłhak jako majętny possesjonat, z głębi Mozyi^skiego 
Polesia, miał służącego, którego przywiózł ze wsi swojej. Był 
to oryginalny famulns. na imię I^lip, a że w życiu studen- 
ckiem grał pewną rolę. i»owiem o nim słów parę. Ciekawa 
to była kreatura. I*rzysadzisty, kręi)y, o bystrem chociaż nie- 
pewnem spojrzeniu . o ruchach niezręcznych , a jednak iznt- 
kich. — rozważny, a jednak w ostateczności gwałtowny, za- 
cięty i uparty, przywiązany do swego i)ana. a tęskniący za 



— u — 

rodzina, za lasem, za swobodą wsi poleskiej. Jednem słowem, 
był to istny typ poleszuka. Miał on funkcję, prócz utrzymy- 
wania porządku w naszem mieszkaniu, przynoszenia olyadu 
z traktjerni, przyrządzania i roznoszenia herbaty -- podawanie 
i zapalanie fajek gościom. Nasłuchawszy się studenckich roz- 
praw, w różnych materjach i językach, jakkolwiek nic z nich 
nie rozumiał, popadł w zarozumiałość, zwykłą nieukom, co 
to świat obiegłszy, bez przygotowania, nieucząc się niczego, 
sądzą że umieją wszystko, i sami nic nie robiąc, decydują 
o wszystkiem , w czambuł potępiając wszystko. Otóż Filip nasz 
chorował na uczoność , a przedewszystkiem , na lingwistykę , 
chociaż jako żywo, inaczej jak po białorusku nie umiał. Po- 
mimo to wszakże, wierzył najmocniej, że języki: łaciński, 
francuski, niemiecki, a nawet włoski, które nm się ciągle 
obijały o uszy, nie obce mu były. Przyparty raz przez jednego 
z jowialnych kolegów,, gdy mu ten z różnych języków, popu- 
larne cytował słowa, w jednym tylko razie, gdy ten go zapy- 
tał: co znaczy fajer? 

— Gi fajer? — eto uże znaczyt' ohoń — odpowiedział 
z emfazą, jak tonący chwytający się słomki. I odtąd to. otrzy- 
mał przydomek: Gi- fajer. 

Ciężyło mu to widocznie; i znać było, że na poczuciu 
godności swej stracił. Podawał fajkę jak zawsze , lecz gdy mu 
ją przychodziło zapalać — fatalna niemiecka nazwa żywiołu 
który podawał, stawiała mu w pamięci wspomnienie niefor- 
tunnego egzaminu, i upokarzała go widocznie. Gdy wszakże 
wrócił z swym panem z wakacji , dostrzegliśmy w nim zmianę. 
Jakoś się wyprostował i śmielej w oczy patrzał. Cóż się po- 
kazało! — Oto przegrawszy sprawę w lingwistyce , postanowił 
odegrać się na innem polu. Zjawił się śród nas, z talentem 
świeżo nabytym, jakiego w nim nikt niepodejrzywał, a który 
mu wrócić miał zachwianą powagę. Nauczył się szyć buty. 
Któż nie wie, czem jest obuwie dla akademika, któż nie przy- 
pomina sobie, wielu to nieraz kłopotów i zmartwień i)rzy- 
czyną były buty nie w należytym porządku! To też łatwo 
wyobrazić sobie, jak poważną przybrał postawę Filip, wobec 



— in — 

nas, / któiycli tylu i tak c/^^sto potrzebowało jego protekcji. 
Taktyka była znakomita: — i i)ierwszyni jej olyaweni było. 
że zamiast wstrętnego mu przezwiska: (Ji-fajer. mówiono 
mu : — panie I-ibpie. 1 trzel)a też było widzieć pana Filipa . 
gdy zasiadłszy na swym szewskim trójnogu . przy l)lasku skon- 
centrowanym światła szklanej kuli, otiarowanej mu w dniu 
imienin, trzeba było powiadam widzieć, z jaką miną wytra- 
wnego znawcy - lekarza . egzaminował polecone jego łaska- 
wym względom i kuracji obuwie! Nie dziw więc, że i dawna 
wróciła mu zarozumiałość. Właściwa to rzecz nie jednemu 
z lekarzy, co przywykłszy l)yć wyrocznią w domu pacjenta, 
radby nią być wszędzie i zawsze. Zresztą, poczciwy to był 
cbłopak; nienawidził Moskwy, a w czasie prześladowań mło- 
dzieży i rewizji nocnych i t. p. , do heroizmu nieraz posuwał 
swoje dla nas poświęcenie. 

Przez ścianę, mieszkał, ponad bramą, znakomity potem 
lekarz i ])rofesor Tytus Cliałubiński . uczeń i)odówczas dru- 
giego kursu medycyny. Z tego więc powodu jak i dla sąsiedztwa 
z gat)inetem anatomicznym, mieszkanie nasze było punktem 
centralnym zebrania studentów. Tamto poznałem Sawicza . 
Zaliorskiego . Woronicza . Stachowskiego . Ejzenblettera — 
(ołni zmarłych wwiezieniu, pierwszy przez samobójstwo , drugi 
w obłąkaniu) — Bron. Lubiczankowskiego . Bron. Zaleskiego, 
Ottona Rodziewicza, Eleut. Prawosudowicza. Jarł^owskiego , 
Józefa Majewskiego, i wielu innych dzielnych młodzieńców. 
z których z małym w\-jątkiem. jedni poszli na Sybir i Kau- 
kaz . drudzy pozmierali w ciężkiej walce życia. To też , uiożna 
powiedzieć, że kwatera nasza zaliczała się do najmilszych 
w studenckiem kole; nazywano ją, siedliskiem muz. My bowiem 
obaj . Bułhak i ja . oprócz studjów akademickicłi . uczyliśmy się 
malarstwa, muzyki i śpiewu. Święcicki śpiewał i grał na gi- 
tarze. Chałubiński za ścianą miał fortepian; pociągało to więc 
ku nam , oprócz innycli powodów, wielu kolegów, ułatwiało 
tworzenie nuizykalnych partyj . duetów, chórów i t. p., a z wio- 
sną gromadziło pod okna wracające z przechadzki tłumy pu- 
bliczności. Nie było też ciekawszej książki, która by się u nas 



— Ki- 
nie zjawiła. A ileż to portretów ołówkowyeli, /aiiiiu sie je- 
szcze pojawiła fotografia , wynieśli z sobij z naszej kwatery, 
odjeżdżający koledzy, w nagrodę za cierpliwe i)ozowanie w na- 
szych studjach artystycznych. 

Z pomiędzy wieln. najbardziej mi przyi)adl do mego 
usposobienia. Michał Wasilewskf. Kiedym sie z nim zapoznał, 
ukończył już był akademię i jako lekarz mieszkał w donm 
rodziców, l^rodzony w Wilnie, kochał to miasto miłością pra- 
wdziwie synowską. Znał wszystkie jego osol)liwości , zakątki 
i przywiązane do nich tradycje. Posiadał dziwną zdolność do 
rzeźbiarstwa; — ograniczał się jednak na wyrabianiu przed- 
miotów architektonicznych, które wykonywał zwykle z he- 
banu , jedynem narzędziem : nadłamanym scyzorykiem. Ale to 
co z rąk jego wyszło , tak misternie wykonanem ł)yło . i z taką 
precyzją, że obudzało powszechny podziw. Arcydziełem jego 
talentu, był gotycki kościółek ś. Anny, nie więcej nad kilka 
cali wysoki, a wyrzeźbiony tak znakomicie, z taką dokładno- 
ścią proporcji, że nui żaden ze znanycli jjodówczas rysunków, 
dorównać nie mógł. 

Dzieło to, z czasem ł)yło najcelniejszą ozdobą budoaru 
księżnej Witgenstein w Werkach. 

Była to dusza cicha, smętna i głęboka. Zanim otrzymał 
posadę lekarza w Werkach . zbliżył się był ze mną , i odtąd . 
przez ciąg pobytu jego w Wilnie, byhśmy nierozłączni. Je- 
dyny to i najmilszy był towarzysz naszych wycieczek artysty- 
cznych; mówię naszych, gdyż brał w nich udział, Bulliak. 
jako towarzysz moich studjów malarskich. Cel ich, jak to i»o- 
wiedziałem, był artystyczno- archeologiczny. A więc kościoły, 
cmentarze, ciasne stare zaułki, z ich dawną architektuią 
domów, podwórzy ; okolice Wilna , jak Zakręt , Werki . 
Popławy, były zwykle celem naszych wycieczek. Opatrzeni 
w ołówek i album, zbieraliśmy wszystko, co się nadawało 
dla rysunku. 

Zimą, od czasu do czasu, zajmował nas wyborny teatr 
1)0(1 dyrekcją Każyńskiego . z Izabelą ( iórską . Dawisoneni . 
Nowakowskim. Surewiczem. Zamecką . imźnic) Deryngem. 



— \1 — 

A byhi toż i opera niemiecka z Rygi . pod dyrekcji} 8zmid- 
koi>fa . z moczą Ewelinką, jego córką . której wdzięk bardziej 
jeszcze niż śpiew, publiczność i młodzież czarował. 

Pewnego razu , przed samą wakacją . gdyśmy dla jakichś 
studjów byli na Rosie, który to cmentarz należał podówczas 
do księży Misjonarzy, zauważaliśmy, że napis na gi'obie Euze- 
biusza Słowackiego, co tak malowniczo był z głazów granito- 
wych ułożony w cieniu drzew wiekowych, przez wpływ czasu 
stał się prawie nieczytelnym. 

— Wiesz co, powiada mi Wasilewski, ty i)rzecież malujesz 
olejno, masz więc farby i pędzle, zabierzmy to jutro, przyjdźmy 
tu i odnówmy ten napis. Toż tu przecież spoczywa profesor 
literatury polskiej uniwei*sytetu naszego i ojciec Juliusza!... 
Nie godzi się. aby jego imię czas zacierał... 

— Dobrze, odrzekłem. Jutro odświeżymy napis. Przygo- 
tuję dziś jeszcze farbę , a jutro nad wieczorem , gdy upał 
minie . j)rzyjdziemy tutaj ; bo i ja i)rzecież w gimnazjum slri- 
ckieni uczyłem się wymowy polskiej . z książki ułożonej przez 
niego — a był też ojcem autora „Kordjana". którego właśnie 
teraz przepisuję. 

Nazajutrz więc wybraliśmy się popołudniu na cmentarz. 
Dzień był znojny. Gdym już był w połowie roboty, a Micliał 
coś mi czytał, usiadłszy na ławce sąsiedniej mogiły, słońce się 
skryło za chmury i — daleki, głuchy łuik grzmotu przerwał 
ciszę cmentarną. 

— Oho! zawołał, mamy więc i prymikę. No. spiesz bracie, 
bo będzie źle z nami. 

Ale już pospiecir ł)ył darenniy. lio naraz zenvał się 
wiclier, jak duch przeleciał z jękiem wśród krzyżów i gro- 
ł)ów — zakręcił gałęźmi krzewów i drzew mogilnych — 
nasunęły się czarne chnuiry — zagrzmiało ł)liżej i silniej — 
i krople deszczu ciepłe i wielkie, spadły na ziemię. — Roz- 
szalała się burza. — Nie było rady. trzeba było zmykać, od- 
kładając skończenie roł)Oty na później. — Więc farby i pędzle 
wsunąwszy do szpary, między kamienie giol)Owca . pospieszy- 

Wgponinicnin z nmt Wilii i Niemna. 2 



— 18 — 

liśmy skryć sig pod dach jakiejś kapliczki, obiecujiic. źe 
7, pierwszą, pogodą przyjdziemy znowu dokończyć roboty. 

Niedokończyliśiny jej wszakże ; — a stało się to nie dla 
braku chęci, lecz dla okoliczności wcale od nas niezależnych. 

Wypadki tak sic złożyły, że trzeba było, aby młodzież 
korzystając z nadchodzących feryj . jak najspieszniej opuściła 
Wilno i rozsypała się po kraju. 

Nazajutrz więc ja i kilku kolegów byliśmy już w dro- 
dze w kierunku Lidy, Nowogródka, Słucka i Pińska. Każdy 
z nas obładowany był odpisami dzieł zakazanych, które wy- 
niesione przez kolegów manowcami po za rogatki, wręczone 
nam zostały o kilka wiorst za miastem. Ja miałem z sobą 
„Pana Tadeusza", zaledwo jeszcze znanego na Litwie z tytułu. 
„Dziadów" część III, „Kordyana" i t. p. 



Któż z nas, gdy to już bezpowrotnie minęło, nie wspo- 
mina sobie z miłem uczuciem owych podróży studenckich, 
gdy młody i tylko młodością bogaty, odbywał je w gronie 
wesołych towarzyszy, w najętej żydowskiej budzie , która się 
zwała frachto^vą; ałbo brodzką, według tego, czy była, cał- 
kiem czy do połowy kryta. Tym razem pokryta całkiem, za- 
przężona czterema końmi, wyładowana jak korab Noego, 
wszelkiego rodzaju pakunkami, opuściwszy bruk miejski, ta 
przedhistoryczna kwadryga nasza cicho zdaje się płynąć i)o 
morzu piasków. Droga u wyjazdu z Wilna idzie pod górę, 
więc jedziemy zwolna; i gdy tak żółwim krokiem suniemy 
się coraz wyżej i wyżej , żegnając na prawo i na lewo tę 
naszą litewską Szwajcaryę, te piętrzące się malowniczo góry 
i wzgórza: Rybiszek, Jeruzalem, Betleenm i t. p. . a fajka, 
podsycając gawędkę, z rąk do rąk przechodzi, mówię Świę- 
cickiemu, który wyciągnięty jak długi, właśnie w tej chwili 
płatał tigie któiomuś z kolegów. 



— 19 — 

— Już to — przyznaj kochany Józefie — że dziś nam !osy 
o wiele łaskawsze, niż w owej sławnej podróży z Trok do 
Wilna, pamiętasz, co? 

— Czy pamiętam , a to dobre : o . nie zapomnę pewno ni- 
gdy tej sławnej rejterady, co nam przyponniiała odwrót L^ran- 
cuzów z Moskwy. Już to snąć są,dzono tej drodze, aby nie 
zaginęła w niej tradycja ich klęski. Śliczna to była podróż, 
nie ma co mówić. 

— r Jakże to było, powiedz nam, powiedz — zawołali wszyscy. 

— A no . słuchajcie. Mieszkając w Wilnie . wyrzucałem 
sobie nieraz . że nie byłem Trokach ; bo podług mnie być 
w Wilnie, a nie znać Trok, to tak, jak być w Rzymie a pa- 
pieża nie widzieć. Dowiedziawszy się zatem, że moi koledzy 
wybierają się tam na jakąś artystyczną wycieczkę pieszo . za- 
prosiłem się do nich. I^ewnego więc popołudnia , zaprowidowani 
należycie . obuci w lekkie chodaki . kupione . ze zgorszeniem 
Filipa, na Szklanej ulicy, puszczamy się w drogę z nieod- 
stępnym . jak zawsze . naszym famulusem , któremu przy roz- 
dziale i)odr(')żnych bagażów dostał się, rozumie się samowar, 
jako przedmiot nieznany jeszcze w litewskich zajazdach, a upra- 
wiany przez niego jk) mistrzowsku. Idziemy raźnie, krokiem 
miarowym, wiedząc, że chi rn piano, ra sano, i że cztery 
mile mamy przed sobą. Za jniastem świeża aura, zapach fa- 
lujących łanów zboża i łąk skoszonych, usposabia nas wybor- 
nie; nawet I^Mlip robi obserwacje nad Horą. porównywając ją 
z tą . jaką zna po nad Prypecią , rozumie się ze szkodą li- 
tewskiej. A więc lekko, wesoło, mijamy Dolną. Ponary. dalej 
las cieńmy przed Waką. Wszystko idzie wyśmienicie. Gdyśmy 
7. lasu wychodzili, już zciemniało nam na dobre. Filip gdzieś 
])rzyzostał. Wiedzieliśmy co to znaczy, bo oto za chwilę roz- 
legł się znany sjiiew: 

Oj wołyż moi, da-i połowye, 

Da-i czemuż wy mnie da-i nie orete ; 

Oj letaż moi da-i mołodye, 

Pa-i czemuż, wy marnie idote-c-o! 

2* 



- 20 — 

llzewna, przeciągła nuta tej piefiii ukraińskiej, dziwny 
miała urok o tej porze, płynąc z piersi tego prawdziwego 
syna ludu. Głos też miał dźwięczny, jakby uczuciem bólu i tę- 
sknoty przesiąkły. Nieraz on nam, na naszycb studenckich 
wieczorkach , śpiewał swoje dumki , których umiał bez liku. 
To też wiedział i teraz , że go z przyjemnością słuchamy. Był 
to też objaw jego dobrego usposobienia. Czuł się na wsi — 
był w lesie. Gdy skończył i zrównał się z nami — wyrazi- 
liśmy mu nasze zadowolnienie i podziękę. 

— Wże ja zabyu nnioho u Wilni, bo tutki nie znajut" oni 
szczo se pieśnią znaczyt, odrzekł z przekąsem. 

Nareszcie nastała noc , ciemno , — księżyc gdzieś mię- 
dzy drzewami zamarudził. Nie widząc prawie drogi przed 
sobą — z przyjemnością ujrzeliśmy w dali światełko. Była to 
karczma. A więc gdy nam już i głód i znużenie dały się po- 
czuć , postanowiliśmy w iliej noc przepędzić. Jak tam przeszła 
nam ta krótka noc czerwcowa, na rozesłanych na ziemi ku- 
lach słomy, w żydowskiej izbie, to mniejsza. Znużenie ukoły- 
sało nas prędko - i gdyśmy się złnidzili, wschodziło już 
słońce. Zanim ogarnęliśmy się, Filip przyrządził herbatę na 
dworze pod drzewem, zkąd się nam przedstawił czarów ny wi- 
dok na Troki. Jedyny to może punkt, zkąd ta stara stolica 
Litwy wydaje się najlepiej. Na pierwszym planie, na górze, 
kościół i klasztor ks. Bernardynów (zburzony obecnie); dalej, 
starożytna fara, potem miasto oblane wodami jeziora; a da- 
lej — w pośród modrej Iśkniącej się przestrzeni, na jednej 
z wysp, zamek, o wyszczerbionych czerwonych basztach, 
w malowniczej ruinie , mgłą poranną na wpół przysłonion\ , 
wszystko zaś oblane jaskrawem światłem jc^chodzącego słońca. 
Nie zapomnę tego widoku. 

— Ależ bo to piękne, woła ktoś ze słuchaczy; — toż ten 
jeden widok wart pielgrzymki do stolicy Kiejstuta! 

— .0 tak, piękne to było, ale w tem też właśnie była 
i przyczyna naszej późniejszej awantury. Ale o tem, potem: 
teraz ciągnę dalej. W Trokach stanęliśmy gospoda w oberży. 



21 



ziijaws/y \KiYi^ pokoików lui kwaterę. Gospodarzem był , jak 
zwykle w Trokach, poczciwy Karaita*). 

- Atande — przerywam w tern miejscu Święcickiemu — 
pozwól mi tu dalej mówić; bo gdy ty wkroczyłeś opowiadaniem 
w dziedzinę piękna, dając nam krajobrazy, ja ci się wywza- 
jeuniię , na polu relacji . w zakiesie medycyny — gdzie twoja 
skromność nipozwoliłaby ci może być szczerym. Otóż moi pa- 
nowie , gdyśmy się rozkwaterowali , ucieszył się nasz gospo- 
darz niewymownie, gdy się dowiedział, że między nami jest 
medyk i to sławny. (Ileklama. której autorem, rozumie się, 
proprio mołu, był Filip). Wypadek bowiem zrządził, że miej- 
scowy lekarz, od kilku dni na śledztwo wyjechał, a tymcza- 
sem wypadła potrzeba, właśnie w tej chwili, rychłej pomocy 
jego własnej żonie, tuż obok w sąsiednim domu. A więc, 
gdy nie tracąc czasu, my dwiij, Mikołaj i ja, udaliśmy się 
z ołówkami na zamek, towarzysz nasz pozostał w mieście na 
usługach cierpiącej ludzkości. Ale to już znać , że prawdopodo- 
bnie należy on do szczęśliwej liczby tych szeregowców, co to 
już w tornistrze noszą marszałkowską buławę , bo gdyśmy wró- 
cili na oł)iad. wielka radość panowała w sąsiedztwie — a na- 
wet w oberży i mieście : pani konsyliarzowa powiła syna. 

Wnet też stugębna fama rozniosła imię znakomitego clii- 
rui"ga, który z małą wersją mógł powiedzieć: veni, vidi et — 
liberaui! To też nie dziw, że ledwieśmy obiad skończyli, już 
cała sień zmieniła się w ambulatorjum pełne pacjentów. 

— No. niechże on tu sobie kontynuuje swą sztukę na chwałę 
Porcyanków i Woelków**) — mówimy do siebie, wracając na 
wyspę ■ nie ujrzym go tu już z nami pewno. Obyż nui ciężką 
była przynajnmiej kieszeń, wypełniona Karaitów wdzięczno- 
.ścią — powiada Bułhak. — Ale zdaje mi się, że nui to jej 



*) Kaniici wyzusmia mojżeszowego, uiu przyjęli talmudii. Przemyśl 
ich w Trokach, stanowiło dawniej pielęgnowanie jarzyn , a szcze- 
gólniej ogórków, którenii zaoi)iitrywali Wilno. 
**) Poreyanko, znakomity profesor rhiriirgii w akademii wileńskiej. 
Woelk, profesor akuszerji. 



— 22 — 

nie obciiiży zanadto wśród tych ubogich anti-talniudzistów, 
chybaby nm iiy ogórkami wypełnili. 

Po obejrzeniu ze wszystkich stron ruin zanikowych 
i zwiedzeniu kilku wysp, wybraliśmy kilka punktów, co się 
najlepiej nadawały do zdjc.cia widoku, i wzięliśmy się do ro- 
boty. Zaniepokojone i spłoszone krogulce i kobuzy, których 
tam było siedlisko, przeraźliwym krzykiem wołają na trwogę, 
jakby znać dajjjc, że wróg wdziera się na nmry. Rybitwy le- 
niwym lotem unoszą, się po nad głowami , jakby chcąc zajrzeć 
nam w oczy, by odgadnąć nasze intencje. Jedyni to już mie- 
szkańcy tych rozwalonych gmachów przeszłości! Tam — gdzie 
była niegdyś stolica Kiejstuta groźna dla wrogów, — smutno . 
posępnie, pusto. 

„I oui kiedyś tu w grzechach chodzili 
Po lalach czasu przemknęli — 
Wrzały ich głowy chwilę — i po chwili, 
Pusto i głucho — ni śladu, ni słychu (W. Pol) 

czytam napis u jednej z framug okien komnaty, na której 
sklepieniu buja ku niebu brzoza płacząca. Ot i wszystko, co 
pozostało z dawnej wielkości! 

Rysowanie, potem żegluga po jeziorze, zajęły nam cały 
czas do wieczora. Gdyśmy wracali , spotkała nas flotylla , z kil- 
kunastu łodzi i wesołego towarzystwa złożona. Na pierwszym 
planie, wśród grona strojnych pań, figurował Święcicki. Oka- 
zało się bowiem, że gdyśmy zajęci byli zdejmowaniem wido- 
ków, koleżka nasz miał czas porobić znajomości, co mu uła- 
twiła świeżo roztrąbiona sława ; szepnął tam coś i o nas , i oto 
panie z młodzieżą zrobiły projekt udania się na zamek z pod- 
wieczorkiem ; a więc , co postanowiono . to i wykonano. 

Złączywszy się z towarzystwem, zaprezentowani jak na- 
leży, wróciliśmy na wyspę. Kto kiedy czuł poezję nocy le- 
tniej , ten sobie wyobrazi łatwo , jak spędziliśmy tam wie- 
czór wśród tej uroczej miejscowości i nienmiej uroczych 
Troczanek. Śpiewy, deklamacje przy towarzyszeniu gitary, 



— 23. — 

nawet tańce na murawie, gry ro/niaite, wszystko tu tiim miało 
miejsce. Rozumie się, że znany i znakomity talent naszego 
koleżki , we wszystkich tych działach sztuki nadol)nej — miał 
tu ol)szerne pole popisu i zapewnił mu sukces zupełny. Już 
zapiał kur w mieście i to nie pierwsz}', gdyśmy ugrupowani 
należycie.... przy hlasku księżyca, upojeni i rozmarzeni uro- 
kiem letniej nocy, po cichycli wodacli jeziora, przez tumany 
mgły wrócili do miasta. 

Nazajutrz zeszedł dzień mnie i liułliakowi na dalszym 
ciłjgn studjów malarskich. Gdzie hył . co robił nasz pan Józef . 
odpowiem z poetą „ja nie wiem". Czy on tam zbierał „kwia- 
tki do wianka" — czy czerpał „z kosza maliny", — to już 
jego tajenmica. To tylko pewna, że i w tym dniu nie brakło 
nm praktyki. Bo gdy już pora była opuścić Troki, ledwieśmy 
go odszukać mogli. Znaleziono go przy łożu chorej (podobno 
z przeziębienia), a była to jedna z wczorajszych pań. 

— Ależ , mój kochany — przerwał Święcicki — mówisz tak . 
jak gdybyś mi niedow ierzał , lub nie brał na serjo obowiązków 
i stanowiska lekarza, którego zadaniem wszędzie i zawsze słu- 
żyć ludzkości — szczególniej... 

— O , tak , szczególniej gdy jej przedstawicielka „ma nie- 
bieskie oczy!... nóżkę malutką i wdzięk uroczy!..." dodałem. 

— No , ale mniejsza o to ; nie będę się nateraz z tobą 
si)ierał — rzecze Święcicki — ciągnę dalej naszą Odysseę. 
której niestety wkrótce ujrzycie odwrotną stronę. 

Pożegnawszy Troki , ruszyliśmy ; a było to jakoś nad wie- 
czorem. I^owietrze parne, po brzegach lioryzontu ukazały się 
chnmrki. (Jdy doszliśmy do karczmy, w której przepędziliśmy 
noc, widzę, moi artyści biorą się do rysowania owego widoku, 
o któiym wam pierwej wspomniałem. 

— Ależ na IJoga. mówię, toż już noc nadchodzi i coś tam 
błyska nawet nad lasem; dajcie pokój rysunkoni, a idźmy póki 
światło, aby przynajmniej przed nocą dojść do Ponar. — Ale 
gdzie tanł . ani chcą słyszeć , co mówię. I*opiera mię i Filip , 
ale napróżno. Tak ubiegło z pół godziny. Nareszcie, gdzieś 
daleko ozwał się grzmot. O, źle; argument ten przemówił 



— 24: — 

pizocie, wigc zrywamy aii^ — nogi za pas ~ i dalej. Ale im 
bliżej do Waki , tern bliżej nasuwajij; si^ chmury, tem częstsze 
błyskawice, tem silniejszy huk grzmotu. Przychodzimy do Waki. 
Mówię : czekajmy — zatrzymajmy się , aż to minie. Ale Bułkak 
ze zwykłą, sobie opozycgą nuż dowodzić: że chmury bokiem 
nas miną,, a obecny tu pan Edward nuż rozwijać całą poezję 
letniej l)urzy, deklamować jej opisy i t. d. Ustąpiłem przed 
większością głosów. Idziemy tedy — idziemy ; niebo grzmi co- 
raz silniej, drogę już tylko widać przy świetle błyskawicy; wy- 
gląda to wprawdzie wspaniale , pięknie . malowniczo , — ale 
dokoła pole, a nigdzie strzechy! Wtem, kiedy nie palnie pio- 
run tuż koło nas, za nim drugi, — na lewo, na prawo; za 
nim cała kanonada jak z ustawionej baterji ; a wnet za tem . 
kiedy nie lunie deszcz, ale to deszcz jak z wiadra, co to w je- 
dnej chwili suchej nitki nie zostawia. — Całe niebo jakby jednym 
płomieniem zapłonęło , przerzynane raz po raz , jak krzyżową 
sztuką, ognistym mieczem błyskawicy! IStraszny to był widok. 
Stanęliśmy, czekamy, — a nogi toną po kolana w wodzie , bo 
strumienie całą rzeką pędzą z góry. No, myślę sobie, „bywa 
gorzej, ale rzadko" — wolałbym jednak o takiej burzy czytać 
w wygodnym fotelu, lub widzieć ją w obrazie wymalowaną, niż 
ją podziwiać w naturze, jak tego chciał mój kolega. Trwało 
to niedługo; bo po kwadransie rozsunęły się chmury, uka- 
zał się błękit, i księżyc wyszedł jakby z ukrycia, zobaczyć 
co się po tej kanonadzie na ziemi dzieje V Dostateczne to je- 
dnak było, aby nas zmaltretować. Niezbyt też i pokaźnie mu- 
sieliśmy się mu wydać — przemokli, zbiedzeni... Co zaś naj- 
gorsza , to , że gdy przyszło ruszyć dalej , okazało się , iż naj- 
ważniejszych do tego rekwizytów nam braknie. Obuwie nasze, 
tak nam dogodne dotąd na suchej drodze, zmoczone raptownie, 
rozpłynęło się literalnie i stanowczo odmówiło posługi. Zdzi- 
wienie, oburzenie, kontuzja nielada; ale to już na nic się nie 
zdało. Jeden tylko Filip pozostał przy butach, które też przy- 
znać trzeba, wspaniałomyślnie — en riant dans sa barhe, ka- 
żdenm z nas proponował. Nie było jednak rady, i nolens co- 
lens, trzeba było pogodzić się z losem, i — jak to mówią: 



— 25 — 

fairc honnc minc au nuiuraia jcu. Co też i uczyniliśmy, win- 
szując s()l)ic w duchu . że przynajmniej cienie nocy ukryły ten 
brak niezb^Mlnej garderoby. A wi^c boso . zabłoceni i znękani — 
jak 1'rancuzi w rejteradzie, weszliśmy do Wilna. Na szczęście 
spal jeszcze stary gnkl (iedymina, bo inaczej wzietoby nasza 
ogon maroderów wielkiej armii co się spóźnili o lat — trzy- 
dzieści, (idym stanął na progu naszej kwatery, zrobiłem ślub: 
nie bratać si^ w pewnych okolicznościach z dziećmi Apollina — 
przynajmniej . dopóki nie będę zapewniony o lepszych stosun- 
kach ich patrona z gromowładnym Zeuxem. Dixi. 

— A no, ruszaj że się Jankielu, bo ci konie zasną — tak idąc. 

— Nu, oni zasłuchali się co panicz mówił. Wjo ! wjo! 
Konie parekają od kurzu lotnego piasku, słońce do- 
grzewa. Sternik tego wehikułu czy korabia -- tradycyjny żyd- 
furman, Jankiel, woził już niejedne pokolenie paniczów; zna 
ich gusta i narowy — i umie wziąść się do rzeczy gdy mu 
tego potrzeba. Więc słysząc śmiechy wesołej rzeszy we wnę- 
trzu budy — i on się dostraja do tonu i coś tam nuci po 
swojenui, popędzając konie. Nareszcie miesza się do rozmowy 
i po kilku preludjacli. wciska nieznacznie propozycję: czyliby 
nie pozwolili nm panicze, podwieźć o mil kilka biednego 
żydka, — co oto tam. na górze czeka. Opozycja powszechna 
Iirzyjmuje ten wniosek. 

— Czyś oszalał Jankielu; gdzież byś go tu posadził, gdy 
tu już tak pełno, żet)yś i szpilki nie wetknął — przemówił 
z nas któryś — clicąc tą uwagą zmiękczyć stanowczość rekuzy. 

Niepotrzei)ne to jednak, gdyż debaty toczyły się w for- 
mie i>arlamentarnej . łjez zoł)opólnei urazy; na zasadzie, że 
proi)ozycja nie impozycja. 

— Nu. jak i)anicze nie chcą. to co mam robić; niech on 
sobie idzie i)iechotą. 

— Iz ochotą — zawołaliśmy. 

— Nu, (ichwoła horsz niewoli^' ) ])owiadają. odrzekł senten- 
cjonalnie. Ale za to panicze pozwolą może . ot kolo tej kar- 



*) Przysłowie białoruskie. 



— 26 — 

c/iiiy pizysiijjść siy kobiecie, ona chce podjechać do Lidy. Ona 
taka delikatna, nie wiele miejsca zajmie. 

— Co, kobieta? — jaka? młoda? ładna? — posypały się 
pytania, 

— Nu, ona młoda — i taka delikatna, taka fajne; dodał 
cmokając stary Jankiel, zmiarkowawszy, że tym razem, pro- 
pozycja jego pomyślniejsze znajdzie przyjęcie. 

— Ale ładna, co? powiedz-że — ktoś się jeszcze dopytuje. 

— Czemu ona nie ma być ładna — panicze obaczą. 

— A no, zobaczym Jankielku — zawołał nasz marszałek 
dworu, poparty potakiwaniem kolegów — ruszajże prędzej, wjo! 

Dojechawszy do karczmy, ujrzeliśmy rzeczywiście młoda 
i przystojną dość osobę czekającą z niałem zawiniątkiem 
w pewneni zakłopotaniu, na widok budy pełnej młodych ludzi. 
Furman frant i znawca ludzi, pewien że opozycji już nie znaj- 
dzie, śmiało i rezolutnie, jakby na to miał pozwolenie — 
zaprosił ją do budy, dopomógł wsiąść, przyczem znalazła się 
i czyjaś usłużna ręka co jej to ułatwiła. I oto tam gdzie przed 
chwilą nie było miejsca aby wetknąć szpilkę — znalazło się 
miejsce dla młodej kobiety ! Ainsi va le monde. 

Nie potrzebuję zapewniać, że podróż była wesoła, że się 
urządzały popasy tam gdzieśmy chcieli i jak długo chcieli. 
Jankiel raczony herbatą, którą lubił, rad był pofolgować ko- 
niom, które obyczajem nieświezkich furmanów utrzymywał 
dobrze. A że między nami byli koledzy, co ukończywszy kursą . 
wracali zupełnie do donm, więc nie brakło i pewnych sprzętów 
ze studenckiej gospodarki. Był więc i samowar i strzelba . na- 
wet Het i gitara. A więc wybr-awszy miejsce popasu nadające 
się myśliwstwu — jedni poszli na polowanie, dla zaprowian- 
towania obozu, drudzy zostali dla rozniecenia ognia pod la- 
sem na brzegu strumienia, inni, jak artyści i poeci, szukają 
inspiracji po nad malowniczym brzegiem krętej i bystrej rze- 
czułki, co ginęła w cieniach lasu; a inni jeszcze wzięli się do 
urządzenia kuchni, której dyrekcję objęła nasza imprmvizowana 
gosposia. Nawoływania, śpiewy rozlegały się \)o lesie — n śród 
tych śpiewów ulubiona podówczas piosnka młodzieży : 



— 27 — 

Przyjacielu, sadźmy róże. 
Długo jeszcze, długo światu. 
Szumieć będą groźne burze 
^ Szczęśliwszemu sadźmy latu i t, d. 

Można sobie wyobrazić jak iiaui smakowała tu nasza 
iKzta. fidyśniy do niej zasiedli na dane hasło naszego mar- 
szałka, luztu . zaprawiona wyi)ornym liumorem i apetytem. 
wśród deklamacji, śpiewów i toastów, na temat Ody do mło- 
dości wnoszonych. 

Zdarzył si^' jednak wypadek, który w dniu nast^'pnym 
zmijcił nam z wielkim naszym żalem tę improwizowami sie- 
lankę. Rzecz się tak miała. 

Gdyśmy dojeżdżali do Żyrmun, pamiętnych utarczkłi 
powstańców z Moskalami w 1831 roku, spotkaliśmy pędzi^cij; 
od strony Lidy pocztową brykę. Skoro ją zdała ujrzała nasza 
towarzyszka, ostrzeżona dzwonkiem pocztowym, cofnęła się 
w głąb budy. prosząc, byśmy ją zasłonili. Zapytana o przy- 
czynę, odpowiedziała wymijająco, że przejechał ktoś ze zna- 
jomycłi. od którego nie chciała być widzianą. Dlaczego? — 
nie chcieliśmy badać , tembardziej , że -dostrzegliśmy zakłopo- 
tanie, którego już się nie i)0zbyła aż do przyjazdu na nocleg 
do Żynnun. 

Po wieczerzy, którą tym razem gospodyni zajazdu nam 
zastawiła, z jajecznicy i grzanego piwa ze śmietaną, udaliśmy 
się na spoczynek , zająwszy dwie izł)y. Towarzyszka nasza zna- 
lazła miejsce w izbie obok gospodarstwa. 

Gdy więc tak na wonnem sianku w najlepsze zasypiamy, 
naraz budzi nas kołatanie do drzwi, i wyraz: „atwary!" gło- 
śno i rozkazująco powtarzany. Zl)udzeni ze snu . zorjentowa- 
liśmy się wnet, pamiętni wileńskicli rewizji; i gdy wsłuchawszy 
się, zauważyliśmy, że gromada ludzi, na \)6\ senna, snuje się 
przed karczmą, zabierając się ją otoczyć, nie czekając na to. 
jnzez okno od ogrodu wyrzuciliśmy wszystkie pisma, jakie ze 
sobą mieliśmy, — i spokojni już o siebie, otwieramy drzwi. 
pytając kto i czego od nas żąda. i śmie l)U(lzić. 



— 28 ~ 

— Jestem assesor, i w imię prawa żij,(lam wydania kobiet}^, 
którsj; panowie uwozicie! 

Nastąpiło wyjaśnienie, z którego okazało się, że towa- 
rzyszka nasza była zbiegłą poddanką tego właśnie pana, co 
się z nami rozminął i że ją poznawszy, zawezwał policję, aby 
j^ ujęła. 

Żal nam było niebogi, która odszukana, zachodziła się 
od płaczu; ale zaradzić w tym fatalnym dla niej wypadku nie 
mogliśmy na żaden sposób; były to bowiem jeszcze owe snm- 
tne, haniebnej pamięci czasy niewoli i niedoli ludu naszego. 
Wobec jej krzywdy i naszej niemocy, wstyd palił nam lica . 
nam, którzy właśnie szliśmy w świat z zadaniem wyzwolenia 
ludu. Ijyło to zaprawdę brutalne zdeptanie ideałów naszych 
na pierwszym zaraz kroku! 

Od Lidy i Nowogi'ódka rozpierzchliśmy się w lóżne strony. 



II. 



Rzut ona na społeczność tej epoki. — Podróż zimowa 
na święta. — Pies Budrys i je^o zmyślność. — W spo- 
mnienie u Ostrej-bramy. — Ruina kaplicy w Korzyści. — 
Puszcze litewskie Konwaliszki i stary pleban ex-źoł- 
nierz. — Zamieć śnieżna. — Niemen. — Nocleg w Zbój- 
sku. — Stary Jakób. — Świtezianki. — Nowogródek. — 
Wilia Nowego roku w Miratyczach. — Świteź. — Ksiądz 
Dłuski i jego śmierć. — Zaosie St)pułkowskich. — 
Wspomnienie o Józefie Hauke (Jenerał Bosak). 



święć się. świer się wieku miody. 
Śnie 11.1 kwiiitach , śnie mój /loty. 
Ideale wiary, cnoty 
I miłości — i swobody. 

B. Zai.kski. 



1 owie kto może, że wobec ducha czasu, który siłą pary 
l)C(lzi po drodze utylitaryzinu , sentymentalizmem trąci to 
rozpamiętywanie, to spisywanie zapleśniałych rzeczy, które 
czas złożył ad acta, — że co minęło, to istnieć przestało, 
to już niepotrzebne, a więc i mówić o tern nie warto. Odpo- 
wiem na to: prawda, że w odwiecznym porządku natury, dzień 
każdy zaciera dnia ślady; — lata na ruinach lat wznoszą nowe 
dzieła i nowy materjał ruinom gi-omadzą, że ze śmierci rodzi 
się życie, Ale właśnie dlatego, że wszystko się zmienia — 
jak się zmienia oblicze ukochanej istoty, do trumny złożonej, 
czyliż niesłuszna niekiedy. — dopóki jeszcze tych miłych nam 
rysów. czas. a jeszcze l)ardziej zła wola nie zmieni, uchwycić 
je. odtworzyć, i zanim się wieko grobowe nad niemi zamknie — 
choćby cień ich ku stałej pamięci . a nierzadko ku przestrodze 
lub nauce zachować. 

Gdy więc nam dziś szczególniej, tak trudno walczyć 
z przemocą i losem — gdy już niepodobna prawie, utrzymać 
przy życiu, co na śmierć skazane, — niechże przynajmniej 
wierna pamięć zostanie tego co było. Ceńmy wszystko, co nam 
dobrego obecność przynosi, ale nieodwracajmy się z pogardą 
od przeszłości — patrzmy na nią trzeźwo — bo zła czy do- 
bra — obecność jest jt^j dziccircioni. Dość ninniv wronów, co 



32 



tę iitiszą przeszłość obizucajij- błotem — do nas więc, jako 
do jej dziatwy, należy i)aniiętać i spełnić i)rzyknzanie : 

„Szanuj ojca i matkę — aby twoje życie było dłuoie 
i szczęśliwe". 



Po ferjach horyzont życia akademickiego nieco się roz- 
jaśnił. Po wywiezieniu skazanych na Sybir i Kaukaz, chociaż 
nie ustawały aresztowania i komisja wciąż l)yła czynną , uwol- 
niono niektórych, odwołano też i ks. Trubeckiego. Nadeszła 
zima, z nią skupienie ducha. Pan Tadeusz był w rękach wszy- 
stkich. Po świeżo widzianych i przel)ytych katuszach więzien- 
nych, Trzecia część „Dziadów", „Droga na Sybir", „Do matki 
Polki", z rąk do rąk porywane były, bo każdy w nich odczu- 
wał jęk własnego holu. w mistrzowski wypowiedziany sposób. 
Poziom moralny i duchowy podniósł się znacznie. Wprawdzie 
nie znano wówczas tych pięknych powieści, które wkrótce 
spłyną,ć miały jak z rogu obtitości, z pod pióra takich pisarzy, 
jak Kraszewski, Korzeniowski, Chodźko, Rzewuski, — tych 
obrazów kraju, jakie nam dał nasz autor „Pieśni o ziemi na- 
szej", tych scen ludowych, tak nowych, tak prawdziwych i tak 
rzewnych — jakiemi nas zachwycił wkrótce autor „Demboroga", 
ale czuć już było podniosły i poważny nastrój śród społeczno- 
ści, — czuć było w je^() łonie jakieś drżenie, co zapowiadało 
przyjście na świat dziecięcia, co miało być jego chlubą i roz- 
koszą: pojawienie się „literatury powieściowej rodzimej". Jej 
to danem było usunąć na bok śmiecia zagraniczne, podać 
zdrowy i posilny pokarm, odświeżyć organizm, rozszerzyć 
i podnieść horyzont widzenia, i rozpowszechnić idee postępu 
śród najszerszych warstw społeczności. Księgarnie wileńskie 
znalazły się przepełnione wydawnictwami polskich autorów, 
których dzieła były odtąd jakby drogoskazami dla pragnień 
i celów... a wypowiedziane tam myśli między wierszami, daleko 



^ 33 — 

większe, trzeba przyznać, robiły wrażenie, niż szablonowym 
stylem deklamowane dzisiaj frazesy. 

W towarzystwach wileńskich, przez lat kilka ost<atnich 
wśród śledztw i znęcań politycznych do dna serc przeoranych 
bólem, rozpoczął sig zwrot do głębokich uczuć religijnych. 
Górowały w nich dwa ogniska. Jedno w ciszy klasztornej za- 
konu Wizytek (obecnie cerkiew i monastyr prawosławny), gdzie 
Marja Czapska pociągała ku sobie urokiem słowa i chrześcijań- 
skiego udoskonalenia serca niewieście, jakby powołana do roz- 
budzenia życia wewnętrznego w wyższych sferach towarzy- 
stwa; — dmgiem był. jak to pierwej wspomnieliśmy, dom ś. p. 
Antoniny z Sulistrowskicli Śniadeckiej. „Któż jej nie znał, — 
mówi Bronisław Zaleski (z Życia Litwinki). Ubóstwo znało jej 
hojność i miłosierdzie; kościoły, gorącą pobożność; — patijoci, 
najgłębsze narodowe uczucia. Sama jej postać zawsze kirem 
okryta i jakby do ziemi już nienależąca, w chwilach zwłaszcza, 
gdy ją myśl lub żywsze uczucie patrjotyczne przejęło, zdawała 
się należeć do tych nadpowietrznych chórów, jakie poeta w wi- 
dzeniach Przedświtu po niebie swem przeprowadzał. Potrzebom 
cieii)iących w najdelikatniejszy sposób zaradzić, każdą boleść 
sercem podzielić, upadającym męztwa dodać, chwiejących się 
podtrzymać, wszelkiej odwadze przyklasnąć i ducłia poświęceń 
podnieść; — wobec nieprzyjaciela najwyższą godność zachować, 
i żadnych, jak mówi poeta, z obłudą nie mieć sojuszów, umiała 
ciągle, wszędzie i zawsze wśród prób najcięższych ta wyją- 
tkowa niewiasta, — sama do najwyższego heroizmu zdolna, 
a w kornej modlitwie nieustająca". 

Uwięziona zaraz po krwawem rozwiązaniu sprawy Ko- 
narskiego, jako jedna z osób najwybitniejszych i ton społe- 
czności polskiej nadających, uwięziona na podstawie ukartowa- 
nego fałszu, w którym obrączkę na pamiątkę Konarskiego, 
chciano przedstawić jako godło nowego spisku. — przebywszy 
za kratą więzienną długie miesiące indagacji, uwolniona na- 
reszcie i wrócona społeczności, mieszkała w mieście, otoczona 
poważaniem ogólnem. Wi>lyw zatem tych dwóch istnie polskich 
niewiast, na ogólny nastrój towarzystwa, był stanowczy i po- 

Wspomnienia z nad Wilii i Niemna. 8 



34 



iiiyślny. Kapituła wileńska i sfery naukowe posiadały też je- 
szcze mężów, co powagij, charakteru, nauki i zasługi, nadawali 
kierunek opinii publicznej , — strzegąc karności we wszystkich 
sferach i poszanowania domowego Znicza. 

I życie też młodzieży wileńskiej , i)0 świeżych wrażeniach 
widocznie spoważniało. Mgliste marzy cielstwo ustąpiło miejsca 
pracy o bardziej zdeterminowanym i wytkniętym celu. Każdy 
czuł, że ubytek tylu dzielnych ludzi, wkładał obowiązek na 
pozostałych, zapełnienia tej próżni, — więc z podwójną energią 
zabrano się do pracy. Żelazna dłoń cara Mikołaja, gniotąc 
wszystko co wyrosło po nad poziom zwykły, spowodowała to. 
co zwykle z prześladowania dobrej sprawy wynika: spotęgo- 
wanie wiary w jej świętość, i tryumf oraz hart charakteru, — 
a zarazem, zdwojoną baczność i oględność, niezbędne dla jej 
powodzenia. 

Prace więc szły po dawnemu, tylko ich cel był jeszcze 
bardziej podniosły. Prelekcye zajmowały nam dnie, czytanie 
i odpisywanie zabronionych pism , — ranki i wieczory. Nieza- 
niedby wałem też i malarstwa; owszem, oba z Bułhakiem od- 
dawaliśmy się w tym czasie pilnie akwareli, — a ja który 
miałem łatwość robienia podobnycli wizerunków, robiłem ich 
mnóstwo dla kolegów -przyjaciół. W tym też to czasie udało 
mi się zrobić portret Szymona Konarskiego, z pamięci. To 
też gdy nastały dnie krótsze i chmurne w późnej jesieni, 
rozbolały mi się oczy. Zapalenie było tak niebezpieczne — że 
dla kuracyi i niezbędnej w tym razie czujności , zmuszony by- 
łem udać się do kliniki akademickiej. 

O jakże mi pamiętnym pozostał mój tam pobyt! Kilka 
tygodni przebyłem w ciemnym pokoju. Profesorowie: Por- 
cyanko, Korzeniowski, Józef Mianowski i Suchecki mieli mię 
w opiece. Było to jakieś zapalenie niezwykle uparte (ophtal- 
mia erisipelacea) dziś pamiętani ten napis nad mojem łóż- 
kiem. — Jakkolwiek zawdzięczam nie mało kolegom, co mię 
nieodstępowali, rozrywając rozmową lub lekturą — osłonięci 
parawanem — nie mogę nie wspomnieć z największą wdzię- 
cznością i uwielbieniem o zacnych siostrach miłosierdzia, 



— 35 — 

któiycli opiece oddani hyli chorzy tej kliniki. — Niezapomnę 
tej ich anielskiej słodyczy, z jaką wypełniały ciężkie nieraz 
obowiązki — w posłujiach przy łożu chorych. Tam to pozna- 
łem . czem jest opieka kobiety oddanej Bogu i hidzkofści. Jakże 
to one umiały serdeczną pociechą, perswazyą, a nieraz 
łagodnem upomieniem — nareszcie modlitwą wnieść spokój, 
i rezygnację w rozdrażnione, zrospaczone serca. — O, nie- 
zawodnie, ich słowa miłością tchnące — były balsamem nie 
dla jednej duszy chorej. — To też dziś po wielu latach — 
gdy już prawdopodobnie żadnej z nich nie ma na świecie — 
gdy Bóg im ciche icli zasługi policzył, — powiedzieć muszę, 
że wyszedłem z kliniki wileńskiej , dzięki im , uzdrowiony nie 
tylko na ciele. Wzrok mojego ducha niemniej jak i ciała 
umocnił się tam i przejrzał dalej i głębiej. 



Zimą, przed świętami Bożego Narodzenia, przychodziły 
konie z domu. Stary Stefan , niegdyś ułan korpusu litewskiego , 
a ol)ecnie furman zasłużony, przyjeżdżał zwykle po mnie. Lu- 
bił mię za moją pasję do koni, które w czasie mej bytności 
podwójną rację owsa otrzymywały, a bardziej jeszcze może 
dlatego . że mię konnej jazdy uczył podług metody wojskowej. 
Po koniach, które pieścił, i po mnie. trzecim przedmiotem 
jego afektu łwł pies , przezemnie nazwany Budrysem. Poczciwe 
to zwierzę, w rodzaju wyżłów kurlandzkicli . płaciło mu też 
wzajemnością, nieodstępując go, z wyjątkiem czasu moich 
fei'}j , w których towarzyszył mi na polowaniu i w moich kon- 
nych wycieczkach. Było to wszakże tylko rodzajem bardziej 
jego uprzejmości, kui-toazji. niż przywiązcinia do mnie, o czem 
miałem się wkrótce przekonać. 

Polubiwszy go bowiem za jego zmyślność, i przywykłszy 
mieć go przy sobie, w ciijgu kilku tygodni zaproponowałem 
Stefanowi, czyby mi go nie dał do Wilna, przynajmniej do 
zimy. Nie l)ez żalu zapewne zgodził się na to stary wiarus. 

3* 



_ 36 — 

Gdy więc po wakacjach wyjeżdżałem, zabrałem Budrysa. Po 
dwóch dniach drogi i dwóch noclegach , na których nie opusz- 
czał wozu , o parę mil przed Wilnem w sadziliśmy go w worku 
do bryczki. Przybywszy do miasta, przejechaliśmy całą jego 
długość od rogatki Ostrobramskiej aż na Zarzecz, gdzie mie- 
szkałem. Całą tę drogę pies najspokojniej leżał pod fartuchem. 
Gdyśmy przybyli na kwaterę i wypuścili go, nie posiadał się 
z radości, i zdawało się, że się cieszył z nowego pomieszka- 
nia. Nazajutrz wszakże, gdy Stefan odjechał, posmutniał, ale 
mię nie odstępował. Dla zjednania go sobie wyszedłem z nim 
za miasto ze strzelbą. Pies po swojemu stawał do przepiórek , 
i zdawał się być w swoim żywiole. Wróciwszy wszakże, nie- 
dowierzając mu, jakkolwiek dostał na wieczerzę tradycyjną 
myśliwską zachętę : jajecznicę z patelni, zamknąłem go na 
noc w pokoju. Trwało to tak do trzech dni, po których zda- 
wało mi się , że mój Budrys na dobre przyzwyczaił się do no- 
wego bytu, i że już mogę być o niego spokojnym. Omyliłem 
się jednak, bo czwartego dnia zniknął. Szukać, wołać, było 
daremnie; przepadł. No, myślę sobie, szkoda psa, zabłąkał 
się gdzieś w mieście — i zginął; ale też żal mi i Stefana; 
ciężko się zasmuci stary, gdy się dowie, że nie ma już jego 
faworyta. Piszę więc do domu o mojej stracie; i któżby się 
tego spodziewał, odbieram odpowiedź, że Budrys w domu. 
Ubiegł 24 mil we dwa dni niespełna , przebywszy całą długość 
miasta , którego nie znał — i przepłynąwszy Niemen . którego nie 
widział. Odtąd więc po tak świetnie złożonym egzaminie zmyśl- 
ności i przywiązania do Stefana , nie odstępował go już nigdy. 

W takiem to towarzystwie jeździłem najczęściej do 
domu; — a dodać muszę, że w zaprzęgu był koń, mój fa- 
woryt, stepowieć -sokół, kupiony źrebięciem od huzarów z kla- 
czą, której ujeździć nie mogli — wyhodowany i wytresowany 
dla mnie przez Stefana. Był to koń dziwnych zalet — istne 
dziecię stepu — rączy, wytrwały i zmyślny. 

Nie ma jak sanna na Litwie — szczególniej gdy konie 
dzielne, droga dobra i ciepła szuba. I słusznie powiedział 
poeta: 



— 37 — 

Kiedy jeździć — to już sanną 
Kiedy szaleć — to za panną... 

W}jeż(lżaliśmy zwykle do duia, tak, aby nazajutrz wie- 
czorein stanąć w domu , ubiegłszy 24 mil. — O piątej więc 
rano. konie gotowe, zaprzężone szydłem, t. j. jeden w lioło- 
Itlach. drugi w lejc. — Budrys uwija się niecierpliwie przed 
sankami, Stefan pali z bata, nawołując do wsiadania; — 
a więc wsiadamy; — jęknął dzwonek — i w imię Boże pu- 
szczamy się w drogę. 

Towarzyszył mi często o mil (i, do Wielkich Solecznik, 
szkolny mój kolega P.. zkąd miał parę wiorst do domu. Otu- 
leni ciepłą wilczurą, przelatujemy ciemne i puste jeszcze 
ulice; zwalniamy tylko biegu u Ostrej bramy, zkąd płonąca 
lampka, jakby gwiazdka u góry, żegna nas na drogę. Ta 
lampka i ten nuok zalegający ulicę — jakże nam bolesne bu- 
dzą wsi)omnienia ! — Tu, przed rokiem, na mrozie i śniegu, 
tłum ludu zalegał ulicę, po całych nocach, śród płaczu i mo- 
dłów, bo tędy wywożono w kibitkach na Sybir, najlepszych 
synów Litwy! — Tu po raz ostatni słyszało Wilno ukocha- 
nego kaznodzieję swego, Tiyukowskiego, któiy śród krzyku 
żandarmów, w pędzie jazdy szalonej , żegnał młodzież litewską 
słowami: wytnvałości! wytrwałości! wytnvałości ! . . . O, kto to 
raz widział i słyszał, ten Wilnu miłość i wiai"ę nazawsze 
dochowa ! 

Nakoniec, mijamy przedmieście, rogatki, — i już je- 
steśmy za miastem. Mróz nie wielki, droga doskonała, bo 
sanna od niedawna stanęła, więc śniegi nie głębokie i wybo- 
jów nie ma. Minąwszy o 10 wiorst „Tatarkę", zatrzymujemy 
się w „Korzyści" o mil dwie od Wilna, aby dać wytchnąć 
koniom, a tymczasem już się rozwidniać zaczyna i wschód się 
zarumienia. Usposobienie wyborne, lekko i łdogo pierś oddycha 
świeżą atmosferą leśnej aury, — bo tu już na dobre zaczy- 
nają się bory rozległej puszczy. — Jeszcze tu podziwiano pod- 
ówczas wyniosłe sosny, gładkie jak maszty, i tylko u góry za- 
kończone zieloną koroną. Prababki puszcz litewskich. st<ały 



— 38 — 

one jeszcze duumie, w pośr(kl leśnej rzeszy, zanim padły pod 
kupiecką siekierą. 

Śliczny tu zawsze obserwuję krajobraz. Gościniec po- 
cztowy, minąwszy na górze oberżę murowaną, spuszcza się 
w dolinę, którą przerzyna w fantastycznych zarysach rzeka; 
na niej most, nad mostem na wzgórzu dąbrowa, a na jej 
brzegu przysłonięta gałęźmi brzóz, dębów i jarzębiny, niina 
kapliczki, z pochylonym na dachu krzyżem. Gdyśmy się spu- 
szczali z góry, słońce weszło i tysiącem brylantowych iskier 
obsypało drzewa pokryte szronem. Pochylone brzozy, jakby 
płaczki na tem pustkowiu, w swych białych osłonach, zdawały 
się otulać splotami swych warkoczy pozostałe resztki świątyni 
pańskiej. — Okna opuszczonego od ludzi wnętrza, odbijając 
słońca promienie, świecą blaskiem tak dziwnym, tak uroczym, 
że mijając nasłuchuje się mimowoli. azali się nie ozwie chór 
duchów . . . 

— A to dziś jasno w tej kaplicy, jakby na roratach — 
zauważył Stefan, uchylając czapki i żegnając się. 

Minęliśmy Jedlinę śród boru, pierwszą stację pocztową 
od Wilna; — dalej, mijamy Jaszuny, z mogiłą Jana Śniade- 
ckiego na górze, ponad źródłem krynicy; — pamiętne odwie- 
dzinami Juliusza Słowackiego, serdecznym jego stosunkiem 
i rezydencją Balińskich. Dalej mijamy Małe Soleczniki, z ko- 
ściółkiem drewnianym i ogromną austerją w lesie. Nareszcie 
przyjeżdżamy do Wielkich Solecznik. Tu zwykle, jako o sześć 
mil od Wilna, bywa popas. Tu się rozstaję z moim towarzy- 
szem i ztąd, rzuciwszy trakt pocztowy, skręcani na lewo i mimo 
cmentarza i grobowca Wagnerównej, zmarłej w kwiecie wieku, 
zapuszczam się znowu w las, w kierunku Kouwaliszek. 

Kto nie przebywał lasów naszych — lub stepów w po- 
rze zimowej, nie ma wyobrażenia o majestacie i uroku i)ółno- 
cnej zimy. Bo i jakiż pędzel lub słowo, oddać zdoła tę ciszę 
głębi lasów — te drzewa obwieszone festonami śniegu lub 
szronu, co jak białe widma w cieniach nocy, zdają się uciekać 
w głąb lasu — te brzozy tak malowniczo pochylone pod cię- 
żarem swych srebrzystych osłon! — Lub jakiż obraz przed- 



— 39 — 

stawić może ten ogrom bez końca białej pizestizeiii stepu, 
którego oko granic nie widzi, a śród której sanie zdają się 
być łodzi;}, co płynie śród odmętów jakiegoś tajemniczego 
przestworza... Myśl zbudzona i wyobraźnia rozwija tu szerokie 
skrzydła — i nie zna granic. — Tu trzeba być poetą! 

W Konwaliszkadi żył jeszcze do niedawna pleban stary, 
żołnierz niegdyś Napoleoński. Lubił młodzież, polowanie, ko- 
nie. — To też jadąc mimo. czułem się w obowiązku zabiedź 
niekiedy do niego na chwilę , aby odwiedzić staruszka. — Rad 
był opowiadać przy herbacie z kociołka (bo samowaru, jako 
produktu moskiewskiego nie lubił), o przejściu Berezyny. 
Drogę tę obierałem dlatego, że o parę mil bliższą była niż 
pocztowa, przedewszystkiem zaś latem była więcej zajmującą 
dla miejscowości, jakie przebiegała. 

A więc w Konwaliszkadi zatrzynuijemy się przed ple- 
banią. Trafiłem na herbatę; więc powitanie, więc rozpytywa- 
nia o nowiny ze stolicy, i)olityka i t. p. Stefan tymczasem 
WTciera konie, nakrywa derami i gawędzi z organistą; a Bu- 
drys wyciągnięty na saniach używa wczasu wygodnie. Gdyśmy 
się już dość nagadali — rzecze mi , ciszej nieco : 

— No i cóż wy tam młodzi zamyślacie teraz — po tej 
ciężkiej katastrofie — w której tylu zginęło? — zagadnął mnie 
staruszek, ze snmtkiem i)otrząsając głową. Tylu zginęło! i to 
jeszcze takich... 

— O, nie mówcie ojcze, że zginęli — nie giną przecież 
ci, co idą na ofiarę wielkiej myśli; jak nie ginie przecież ża- 
dna święta i czysta ofiara. Oni padli, ale padli jak ziarno 
na glebę, które stokrotny plon kiedyś wyda. 

— Długo na to czekać , moje dziecię , a czy wy macie 
o czem czekać? to pytanie, — dodał smutnie. A zresztą, na 
czem oprzeć nadzieje? Gdzież siła. gdzie wojsko? Czy znowu 
mamy wyglądać obcej pomocy — i za krew naszą czyjejś tam 
wdzięczności... Widzieliśmy przecie największego wodza, naj- 
potężniejszego mocarza . jak się nam odpłacił , i jak padł , 
w tych przeklętych śniegach Moskwy!... I któż się na nią 
dziś porwie! 



40 



— Ależ ojcze! my też już na nikogo nie liczymy. My li- 
czymy na siebie tylko. 

— Jakto, na siebie? wi^c znowu powstanie? Gdzież ar- 
mia!... gdzie?... 

— Armią będzie cały naród. Gdy kilkunastomilionowa lu- 
dność otrzyma należne jej prawa; gdy dzisiejszy chłop -nie- 
wolnik, uczuje się być synem swej ojczyzny i bratem tego, 
co nm dotąd był panem, gdy światło otworzy nm oczy, gdy 
pozna kto jego wróg; jakaż siła może się zmierzyć z taką 
siłą, mój ojcze! Szlachta, duchowieństwo i lud, gdy podadzą 
sobie ręce , w imię prawdy, w imię miłości wspólnej matki — 
jakież przymierze może dotrzymać takiemu przymierzu!,,. 
Zresztą, oie o powstanie teraz idzie, ale o przygotowanie gruntu, 
aby kiedyś — gdy pora będzie po temu — powstanie to 
było skuteczne, I tu przed nim rozwinąłem cały program 
naszej działalności. Słuchał staruszek z uwagą, a gdym skoń- 
czył, po licu jego starością i trudem zoranem, stoczyła się 
łza. Uczułem ją, gdy mię uścisnął — i gdy mię żegnał sło- 
wami: „Daj Boże, byście to ujrzeli, czego ja już nie zobaczę. 
Długa to droga mój synu. 

— Tak, długa, to prawda, ale zato pewna, odrzekłem. 

Choć nie ujrzym drzew tych kwiatu, 
Szczęśliwszemu sadźmy latu... 

Na tych słowach rozstaliśmy się — i jużeśmy się wię- 
cej w tem życiu nie spotkali... Wsiadając do sanek, pytam: 
A cóż Stefanie, czyście się ogrzali? 

— O i jak jeszcze, z dobrą miną odpowiada mi, kręcąc 
wąsa. Poczciwe panisko, ten stary ksiądz, już to zaraz w nim 
widać dawnego żołnierza. Toć to on sam mi wyniósł szklankę 
herbaty, a jeszczo mi i araku kroplę dolał. 

— Wypijcie to, powiada, bo na mróz się zabiera ; dawnemu 
żołnierzowi to będzie na zdrowie. 

— A oto i ki'omka chleba, dla waszego przyjaciela. roczci\\T 
księżyna, niech nui Pan Bóg to zapłaci, że po ludzku z ludźmi 



- 41 — 

żyje. To go też i lublij w miasteczku i na parafii. Bo on nie- 
tylko chrzci i grzebie, ale jak rai to opowiadał organista, 
leczy, pomaga we wszystkiem biednym ludziskom i wspiera 
wszystkich, choć sam ubogi. O, bodaj to więcej nam takich! 

Tak sobie gawędząc o tem i owem. minęliśmy Lipniszki 
i nareszcie, po dwóch ztamtąd milach drogi, stanęliśmy na 
nocleg w Gieranonach. Miasteczko to sławne dziś tylko re- 
sztkami ruin zamku, niegdyś było siedzibą Gasztołda, męża 
l)arbary Radziwiłłówny. Tarniną i jałowcem porosłe wały zam- 
kowe, dają widok rozległy na okolicę. Wraz za wałami ko- 
ściół, przy nim kilka odwiecznych lip i cichych giusz, dawnego 
zamkowego ogrodu, co jakby starce na cmentarzu, szmerem 
na wpół już zeschłych konarów, o dawnej szepcą przeszłości. 
Opodal dwór Umiastowskich. 

Nad ranem, zmieniła się atmosfera; zapowiadało to już 

nam w nocy stukanie okienic i świst wiatru po za węgłami. 

— Wstawajcie paniczu, woła Stefan; trzeba jechać, bo coś 

na dworze zaczyna być nieładnie. Konie już gotowe, i piwo 

gizane na stole! 

A więc żwawo na nogi, i za chwilę, posiliwszy się oba 
gorącym napojem, ruszamy. Budrys jak zawsze, na przodzie. 
Na polu, zadymka. No. myślę sobie, do Iwja niedaleko, bo 
tylko mil parę, w dzień nie zbłądzimy. Idzie tylko o to, aby 
za dnia Niemen przebyć; a tam już do Nowogródka lasy. Je- 
dziemy raźnie, chociaż sanie nie biegną już tak lekko jak 
wczora. Śnieg nawiany i)rzez noc, jakby falami pokarbował 
drogę. Wiatr mroźny dmie i niesie kłęby śniegu w oczy. Po 
godzinie jazdy, gdy droga idąca przez pola, zaczyna być kopka 
i ciężka, zwalniamy biegu. 

— * „Szkoda koni, na taki czas, powiada Stefan. Jak wjedziem 
w las, za Nienmem, to sobie nagi'odzimy". Dojeżdżamy na- 
reszcie do Iwja. 

Miasteczko to, niegdyś zamożne, miało dwa kościoły, pa- 
rafialny drewniany, i nmrowany wspaniały 00. Bernardynów; 
miało aptekę i lekarza. Był nim i)odówczas Biernacki. Tu więc 
l)Opas. i ztąd już tylko milo <lo Zbójska i Niemna. Wjeżdżamy 



— 42 — 

do karczmy, a tyuiczaseui 141 dworze zamieć na dobre hulać 
zaczyna. Dym z kominów spada na dół, ścieląc się po ziemi, 
kawki i wrony, unosząc się ponad dachami, gwarnem kraka- 
niem napełniają powietrze. Zła to wróżba, myślę sobie. Go- 
spodarz karczmy ostrzega, że brzegi Niemna niebezpieczne, 
dla oparzelisk, że zbłądzić łatwo, i że należałoby przeczekać , 
aż się uspokoi. — Słysząc to, mówię: 

— A czyby nie wziąść nam konnego przewodnika Stefanie V 
co myślisz? bo jakoś mi się niebardzo zdaje, że my w taki 
czas, trafimy sami do Zbójska. 

-— Da naco*) nam przewodnik, odpowie ten. czy my to 
swego nie mamy, czy co. To przecie nasz stepowieć na przo- 
dzie, on nie zejdzie nigdy z drogi, to koń panoczku, któremu 
ceny nie ma, a przytem droga krzakami idzie. A Budrys nasz 
od czego V mówi, uśmiechając się i gładząc psa, który słysząc, 
że o nim mowa, daje znać ogonem, że wie o tem. Toż to on 
niegdyś biegł tędy bez przewodnika. 

— Tak to prawda, ale to było latem. 

— A nuż tak potrwa dni parę, robi uwagę Stefan, a tu 
jutro wilia! Nie bójcie się paniczu zajedziem. 

— A no, niech i tak będzie, odrzekłem. 

Po popasie tedy, wyjeżdżamy. Na wstępie u wrót zaja- 
zdu, góra śniegu przed nami; ale że śnieg lekki i suchy (pu- 
szysty), więc sanki raźnie go przelatują — i oto, jesteśmy 
na polu. Zamieć jak okiem rzucić. 

— A nu sokoły moje, pokażcie co umiecie! ozwał się Ste- 
fan — przeżegnał — i palnął z bata. Jedziemy. Wiatr ze 
śniegiem bije w oczy. Wyjechawszy z opłotków, które śnieg 
do wysokości ogrodzenia zasypał - droga się nieco popra- 
wia — a przynajmniej kiedy niekiedy czuć ją pod płozami ; 
widnokrąg cały jednak ołowiana pokrywa barwa. — Ponad 
lasami tylko, w chwilach, gdy wiatr opada, widzimy przed 
sobą ciemno-sine smugi , rosnące widocznie w miarę zbliżenia , 
snąć w wyższych sferach gnane wiatrem. To chmury idą na 



') Sposób mówienia pospólstwa na Litwie. 



— 43 — 

nasze spotkanie! pomyślałem. — Nie dłii^o też na nie było 
czekać. I'oprzedził je wiclier. podnosząc kłęby śniegu , mio- 
tając nim w oczy. i jrzeciągłym wyciem intonując burzę. — 
To też za cliwilę zniknął z przed oczu cały świat Boży a na- 
tomiast obraz diaosu w całej grozie stanął przed nami. 

— A to sądny dzień! - mruczy Stefan, bijąc dla rozgrza- 
nia się, rękami po swych bokach. Ale już nam niedaleko do 
Zbójska — bo ot i wylewy Niemnowe — i zatoki, het na 
lewo, gdzieś tu być muszą. 

Konie tymczasem idą stępo, bo miejscami śnieg wyżej 
brzucha głęboki. Naraz zatrzymuje się lejcowy — i zwraca 
się łbem do sanek. 

— A to coV — wołam — co tam jestV — a tu nic a nic 
nie widać, — bo w tej chwili straszliwy huragan zmieszał 
śnieg i chnmry — które aż ku zieułi się zniżyły. — Jęki, 
świst , wycie rozhukanych żywiołów, — zlały się w jeden huk 
straszliwy i literalnie niebo i ziemia zwarły się z sobą. — 
Budrys cały zaśnieżony, cofnął się ze swej szpicy, którą dotąd 
utrzymywał. Zawołałem go do sanek, a sam wysiadam i pa- 
trzę; — aż tu przed nami góra śniegu — przez całą szero- 
kość drogi. 

— To pewno już jesteśmy tam . gdzie droga zbliża się do 
Nienma i wchodzi między krzaki — zauważył Stefan — to już 
i niedaleko będzie koniec tej biedy. 

Rzeczywiście tak było; tylko nie był to koniec na- 
szej biedy. 

— A no . nie ma rady, trzeba to objechać . powiadam 
wsiadając. 

Zjeżdżamy więc z drogi. Dzwonek z pod duby, zalepiony 
śniegienł, kiedy niekiedy głucho się odezwie — jakby kona- 
jący żałośnie jęknie, a dokoła huk, świst i szalone wycia, 
jakł)y z całego piekła! — Co tu począć? — Zatrzymujemy się, 
aby nie zbłądzić. Czekamy. - Konie smagane śniegiem i wi- 
chrem, rwą się niecierpliwie; lejcowy uparcie skręca napo- 
wrót. Stoimy jednak. Tu mi dopiero pizedstawił się w pamięci 
obraz strasznej zawiei w zapusty minionego roku. w której 



44 



zginęło tylu ludzi na Litwie. Całe partje włościan , wracają- 
cych z pańszczyzny, znaleziono nazajutrz zmarzłe. — Pewne 
małżeństwo, w powrocie z sąsiedniej aabawy, tuż o parę staj 
od donui , znaleziono bez życia przed wrotami własnej siedziby. 
Ocalało tylko dziecię, otulone odzieżą ojca i matki. Straszny 
to był ten dzień św. Ułasa! Myślę więc o tem i polecam się 
Bogu; a Stefan klnie i żegna się na przemiany. 

Czasem zdaje' się nam, że widzimy opodal ciiignące sze- 
regi furmanek — wstępuje w nas otucha i radośnie wzrok 
w tę stronę wytężamy. Ale nie, to fale śniegu pędzone wia- 
trem po przed krzaki — sprawiają takie złudzenie. A tymcza- 
sem noc zapada. Wtem Budrys warknął, nastawił uszy — 
i zwraca się ku drodze, którą rzuciliśmy. Patrzymy i my 
w tę stronę , i widzimy jak z głębi kurzawy śniegu i zawiei , 
wysuwa się ciemny pijnkt. Cóż znowu — czy nie wilcyV tego 
by tylko brakjo, myślę. Wpatrujemy się oba niespokojnie, — 
i — o radości, spostrzegamy postać ludzką. 

— Pachwalony Jezus Chrystus! 

— Na wieki wieków — odpowiadamy — i oto za chwilę 
widzimy przed sobą starą kobietę, okrytą rańtuchem, i białą 
od śniegu jak widmo. 

— A ty ad kul — pytamy. 

— Ja tutejsza panoczku za Zhojska, idu z Iwja da domu^). 

— A wiedajesz darohu! 

— Da jak nie wiedać; — ja ot niedaloko tut żywu za 
Niomnem. 

— No to siadaj , my ciebie podwiezieni do donui. 
Wsiadła do sanek kobiecina, widocznie uradowana pro- 
pozycją. Widzę jednak, że Stefan z tego nierad. patrzy na 
nią z ukosa i żegna się. 

— Jakże tut wyjechać adsitd na darohu? — pytamy. 

— Da ot zwiernicie u prawo — a tam zaraz wyjedziem. 
Zwi'óciliśmy jak mówiła i dalej szukać drogi. Jedziemy 

i jedziemy po krzakach , wertepach , a drogi jak nie ma tak 



*) Mowa białoruska. 



— 45 — 

nie ma, A Nieiiicii tuż , i strarli żeby nie trafić na oi)aize- 
liska — i nie pójść pod lód; — bo już noc prawie i drogi 
ani ńladu. 

— Hdzież twaja darnha? — pytamy baby, po godzinie tego 
wałęsania się po zaspach i moczarach; — ale ta poczuwszy 
ciepło wilczury — spi sobie w najlepsze. Zbudził ją Stefan, 
ale cóż? rozespana kobieta, i jak się pokazało, napiła, ani 
wiedzieć chce co do niej mówią. Czasem tylko jakby przez 
sen majacząc , ozwie się : 

— Ho, ho, Niomen szyrohi, Niomen htubohil ostrożnie! 
panoczku. 

A tu noc, zawierucha — koni prawie nie widać. 

— Panie , mówi Stefan , to może jaka czarownica ; na ło- 
pacie by jej a nie w sankach z nami jechać. Rzućmy ją 
do licha! 

No, myślę sobie, dobrze tak mówić temu, kto w czaro- 
wnice wierzy. Ale co tu począć'? — Wiesz co, mówię mu — 
jtuszczaj lejce wolno , może nas konie wyprowadzą. A w tej 
rliwili i Budrys jakby dla ulżenia im ciężaru wyskakuje z sa- 
nek i naprzód ! — Targnęły i skręciły konie na bok — i wraz 
za tem poczuliśmy wiatr z innej strony; — płyniemy jak łódź 
bez steru i wiosła; i cóż — oto niespełna w przeciągu kwa- 
dransa — zadudniał pod kopytami lód przy spuszczeniu się 
na Niemen ! — poleciliśmy się Bogu , patrzym przed siebie , 
aż oto na drugim brzegu zabłysło światełko z okien karczmy. 

— Chwałaż Bogu ! — zawołaliśmy razem — i pędem prze- 
mknęliśmy po lodzie. Przebyliśmy Niemen! Wjeżdżamy do 
oberży, konie zhasane, więc ani myśleć o dalszej podróży. 
Zatem, nocleg w Zbójsku. Pogłaskałem mojego Sokoła, co nas 
szczęśliwie wyprowadził; wyciągnął ku mnie szyję, jakby czuł, 
że mu się to należy. Budrys też wspiął mi się na piersi, do- 
magając się karesów za służbę; a oto i stary Jakób, gospodarz 
wita nas z zapaloną latarką. 

— A toż to. panoczku, zdarzyła się wam gorzka dola! 
No, chwała liogu, żeście już pod dachem. Proszę do izby, — 
tam jak raz dla was, w piecu się pali. — A ty co tu robisz 



— 40 — 

Marto , i zkjul się tu wzięłaś babo r — pyta kol)ieciiiy, ktui a 
wyspana i wygrzana pod wilczurą należycie, wydobywa się 
ze sanek. 

— To my ją tu wam na gościniec przywieźli — odpowia- 
dam , śmiejąc się. 

— Ej , mamy ją tu co dnia , panoczku. No , ale proszę 
do izby. 

Wchodzę, i jakiż miły widok mam przed sobą — oto 
naraz oblała mię jasność płomienia palących się suchych kłód 
sosnowych w ogronniym piecu; miłe i ożywcze ciepło napełnia 
izbę, przed piecem czeladka domowa zajęta robotą, gwarnie? 
wesoło, ujrzawszy mię wchodzącego wita, odpowiadając na 
zwykłe staropolskie moje pozdrowienie, l^ojmie zapewne każdy, 
jak miłym był mi widok tego obrazu po przebytych dziejach 
kilku strasznych godzin. 

A więc, zaraz ochoczo zakrzątała się gospodyni, by 
obmyślić wieczerzę i nocleg wygodny. Chłopcy rzucili się na- 
stawiać samowar; niebawem też nadszedł i Stefan, postawi- 
wszy konie. 

— Gdzież nasza czarownica? — pytam go, śmiejąc się. 

— Poszła do swojej budy, — bodajby my jej w oczy nigdy 
nie widzieli — odpowiada, zdejnmjąc gunię przemokłą od 
śniegu. I tu się zaczęło opowiadanie naszej odyssei, zakoń- 
czone opowieścią o podobnym wypadku, co nm się zdarzył 
nad Dnieprem , gdzie za sprawą podobnej czarownicy bez mała 
z koniem nie zginął. 

A tymczasem na dworze szaleje burza, skrzypią wrze- 
ciądze, kołaczą okienice, dym z płomieniem od czasu do 
czasu buchnie z pieca na izbę, i jak to mówią: „djabli się 
żenią" ; ale w izbie jasno , wesoło i ciepło , bo usiadłszy przy 
nas, podsyca ognisko sam stary Jakób. On to kiedyś byl tym 
przewodnikiem, co szczęśliwie przeprowadził w bród przez 
Niemen korpus Dembińskiego, czem go uratował przed i)0- 
gonią moskiewską w 1831 roku. Odtąd więc jest ulubieńem 
wszystkich, co znają te dzieje. Czuje to stary, to też rad 
przy zdarzeniu wspominać te czasy. 



— 4r — 

Gdy wiijc l;;k siodząc ])rzy ojiiiiu . jiwaizyniy wesoło, 
i gdy już samowar kipić zaczyna, ozwaiy się głosy z podwó- 
rza, i kołatanie we wrota. A no, to jeszcze ktoś umknął 
szczęśliwie, myślę; a tymczasem diłopaki rzucili się z izby 
otwierać bramę. 

— To jacyś państwo z całym dworem, zauważył Jakób. bo 
na przodzie buda, a za nią jeszcze drugie sanie, i przewo- 
dnik konny. No, dzieci, do roboty a żwawo! To rzekłszy za- 
palił latankę, i i)0szedł na spotkanie. 

Rzeczywiście, przjjechały jakieś panie, szumnie i dwor- 
nie. Wprowadzono je do jedynej stancji gościnnej , przezna- 
czonej uprzednio dla nniie, gdzie już i w piecu się paliło 
i stył przygotowany był do herbaty i wieczerzy. Więc słyszę 
radosne wołania , śmiechy kilku młodych głosów. Pokazało się , 
że to były panienki , jadące z wileńskiej i)ensji z ciotką , na 
święta do domu. Można sobie wyobrazić krzątaninę, zamęt, 
wołania służby, pań i cały rozgardjasz ludzi i koni , jaki 
wki-ótce napełnił całą oberżę. Wypadek zrządził, że to były 
Nowogiodzianki ; a choć z innej okolicy, niż ta w której za- 
mieszkiwałem, znajome mi jednak zdaleka. Słysząc więc wo- 
łania o samowar, i odpowiedź Jakóbowej, że zaczekać muszą, 
aż ja wypiję moją herbatę, odstępuję im pierwszeństwa. Par- 
lamentacja kończy się tem, co było do przewidzenia, że za- 
proszono mię na herbatę. A więc po chwili, ogarnąwszy się 
nieco , zaanonsowany jak należy, wchodzę . przedstawiam się , 
wymieniają się wzajemne podziękowania , wśród zwykłych form 
gi-zeczności ; trzy panienki, istne trzy gi*acje przyjmują mię 
z ciocią na czele , ceremonialnym dygiem ; i oto , jak zwykle 
w takim razie bywa w powieściach i rzeczywistości — roz- 
pina się tło, na której czas i okoliczności — miały kreślić 
jedne i te same, choć zawsze świeże dzieje ludzkiego serca. 
Przy herbacie, jako z pensjonarkami, rozmowa toczy się 
o Wilnie, o kościołach, profesorach, o przechadzkach, okoli- 
cach i t. p., o czytanych po za lekcjami książkach, o muzyce 
i t. p. Znalazł się i tomik poezji PłOhdana. więc i lektura, 
w której już ja występuję jako lektor. Czytając „Rusałki" nie 



-^ 48 -- 

mogę nie rzucić okiem ua moje panienki, zasłuchane i lo- 
zmarzone, i nie pomyśleć wymawiając słowa: 

Jakie oczy, jakie lice! 
Czyste, czyste czarownice, 

że czy nie o nich to właśnie mówi poeta, i nie poczuć — 
jak pod wpływem magnetycznego spojrzenia, obraz piekła 
przed godziną widziany, ustępuje miejsca niebiosom!.*. 

I tak nam minął ów wieczór, miły i pamiętny, po owej 
strasznej i pamiętnej burzy. Nieprzeczuwaliśmy, że była ona 
zapowiedzią daleko sroższej , co nam kiedyś — w duszach 
zawrzeć miała ! a która mi dla jednej z nich , na krótko pi^od 
jej śmiercią, natchnęła wiersz, co tak się kończył: 

Posłanko niebios, promieńmi jasnemi, 

Błyszcząca gwiazdko, naszego łez świata, 

Kobieto -aniele — cześć tobie, na ziemi ! 

A w niebie, z łez twoich w któreś tak bogata, 

Z któremiś tu tak biedna — Pan Bóg dłońmi swemi 

Męczeński, nieśmiertelny, wieniec dla cię splata. 

Gdyśmy się żegnali na „dobranoc", już byliśmy sobie 
dobrze znajomi, i jeżeli nie usta, to nasze oczy powiedziały 
sobie „do widzenia!" 

Za pół godziny wszystko już w oberży spało; słychać 
tylko było kiedy niekiedy ze stodoły parskanie koni przy żło- 
bach, a w izbie wielkiej, gdzie mi na ławie pościel z siana 
przygotowano, od czasu do czasu przerywały ciszę pryskające 
iskry dopalającej się głowni ; które jak marzenia młodej głowy, 
to błysły to gasły, w pośród ciemnej nocy. 

Nazajutrz ustała zamieć i nim się zbudził}^ sąsiadki 
moje, wsiadałem już do sanek i prawdopodobnie dzwonek mój 
zadzwonił im na pobudkę. 



40 



O południu stanąłem w Nowogródku. Jadącemu od strony 
Wilna, dziwnie wspaniale sie przedstawia ten stary gród Men- 
doga. Zaprzeczyć sie bowiem nie da, że położeniem swojem. 
Nowogródek do najjjiekniejszych w kraju miejscowości należy. 
Zdała już, gdy sie z lasu widok odsłoni, uderza twe oko 
niespotykana dotąd wyniosłość terenu, którą wysoka góra, 
najeżona basztami odwiecznemi wieńczy. Po za tem. widzisz 
gmacliy kościołów, klasztorów; całe pasmo wspomnień... staje 
tu przed tobą. Oto z mglistego tła wieków występują postacie 
k<;iążąt. królów, rycei-stwa. Tatarzy, Rusini, Litwini, Krzy- 
żacy. — z nimi pożogi, mordy, rał)unki. — Oto Erdzwił 
książę litewski — po spustoszeniu tej krainy przez Mongołów 
1241 roku, podnosi z gi-uzów miasto. — Po nim występuje 
dramatyczna postać Mendoga; zakłada on tutaj stolicę, przyj- 
muje chrzest Św., koronuje się na króla. — Dalej idą syn jego 
Wojsiełk książę i mnich, za nim Trojnat morderca Mendoga 
wkrótce sam zamordowany; dalej znów wojny z Rusią, Krzy- 
żactwem. A oto występuje Jagiełło. — poślubia tu cudnej 
urody Sońkę księżniczkę Holszańską. Dalej, stary Witołd 
rozdaje upominki rycerstwu, po powrocie z wyprawy zwy cię- 
żkiej do Pskowa. — Nareszcie tutaj to ma miejsce sobór bi- 
skupów wschodniego obrządku — w celu obrania patryarchy 
niezależnego od Moskwy. — Nareszcie cisza. — Ale oto nowy 
napad Tatarów! — dzielna obrona wojewody Gasztołda na 
zaniku; — ł)ytność królów; ich przywileje. — Dysputy reli- 
gijne. — Sejmiki — trybunały. — Nareszcie rok 181 2ty. 
Wejście Francuzów. — Książe Józef Poniatowski — jego po- 
witanie na trakcie giodzieńskim — i t. d., jednem słowem 
masz tu cały szereg dziejów wypisany na tycli kamiennych 
kartacli ; — dziejów — wobec rzeczywistości dziś już tylko do 
legend podobnych ! 



Gdy staniesz na górze zamkowej. oł)ok ł)aszty, co jakl)y 
wrosła w ziemię, opierając się przemocy czjusu, \)i\U"/.\ ku 

WspuiniiiniiiM z nad Wilii i NiuiniiH ^ 



^ 50 --- 

północy, — inne cig spotyka wrażenie — oko twe ginie w da- 
lekiej spokojnej przestrzeni horyzontu, unosząc się po nad 
lasy, co gdzieś tam w sinej dali, ciągną się po za Niemen. 
Gdy się zwrócisz na prawo, ku baszcie narożnej, w stronę 
Korelicz i Mira, wzrok twój również tonie śród niezmierzonych 
obszarów pofalowanych pól, śród malowniczych rozdołów, kur- 
hanów, siół i gajów, które przerzyna wijący się po wzgórzach 
i dolinach, wysadzony brzozami gościniec. U stóp góry tuż pod 
tobą, fara Witoldowa, ocieniona drzewy; dalej góraMendoga. 
pomnik, jak chce miejscowa tradycja, jego chrztu i korona- 
cji — dopełniają obrazu. Patrząc na to wszystko z wysokości 
góry, oko oderwać się nie może od tego widoku, w którym 
przeszłość i obecność tak dobitnym ję/ykiem do ciebie prze- 
mawia. Dumasz, — i oto zbudzona myśl o autorze Grażyny, 
którego tu była kolebka, nasuwa ci przypuszczenie, azali nie 
tutaj to, śród tych zachwycających widoków, okraszonych au- 
reolą dziejów i legend, wyobraźnia jego uderzona ich pię- 
knością niezwykłą i majestatyczną, po raz pierwszy próbowała 
lotu młodocianych swych skrzydeł, — azali nie tutaj to wła- 
śnie, pod wrażeniem tych pysznych obrazów natury, błysła 
w jego duszy dziecięcej po raz pierwszy, ta iskra niebieskiego 
ognia, która z czasem zapłonąć miała wspaniałem światłem, 
na chwałę całego narodu! 

Pisząc to dziś, po latach wielu — dlaczegóż nie miał- 
l)ym dodać, że Nowogródek miał mieć dla mnie, w kolei 
czasu — i ze względów osobistych, niemałe znaczenie. Była 
to bowiem jedna z najważniejszych stacji mojego życia. Prze- 
byłem tahi lat kilka pamiętnych w dziejach Litwy, bo do 
1863 roku, a więc w czasie podjętej kwestji włościańskiej, — 
demonstracji i powstania. Zostawiłem tam niemało potu mej 
pracy, — a jeżeli dziś o tem wspominam , to dlatego tylko , że 
tam też w końcu spotkała mię rzadka i więcej niż zasłużona 
może w życiu pociecha: uznanie wśród swoich! — Nare- 
szcie 7 Marca 1863 roku wywieziono mię ztamtąd w asy- 
stencji kozaków w daleką podróż, której kresem miał być 
długi pobyt na dalekiej północy, a rezultatem — najcięższy 



^si- 
dła limie wyrok: wygnania z rodzinnej Litwy — wyrok, 
któremu nazwa (jakby na szyderstwo) Amnestja Wierz- 
bo! o wska! 

Ale wróćmy do podióży. 

Wyjechawszy z Nowogi'ódka ulicą Walowską , mamy 
przed sobą drogę, co jakby główna arterja wśród najżyźniej- 
szych miejscowości, cały powiat wzdłuż przebiega; a rozcho- 
dząc się o mil cztery w Horodyszczu, idzie na prawo przez 
Stwołowicze, Darewszczyznę , Lachowicze (gdzie grób T. Rej- 
tana) do Pińska ; — na lewo zaś przez Zaosie . mimo Stajek, 
Ilołubowszczyzny i Snowia do Nieświeża. Znam tę drogę do- 
brze, bom wiele lat po niej przejeździł. Przebiegnę ją tutaj 
z czytelnikiem, dlatego, że mu nieobojętne zapewne będą 
okolice, które w zaraniu życia i w pierwszych swych poza- 
miejskich wycieczkach młody Adam przebywał w podróży 
z Nowogródka, do Zaosia i Tuhanowicz. Będzie to, sądzę, nie 
bez wartości dzisiaj przyczynek do życiorysu naszego wielkiego 
wieszcza ; bo któż nie wie , jak każda podróż , wiodąc za sobą 
zmianę miejsc i widoków, oddziaływa na wyobraźnię , budzi ją 
i podnieca, — a cóż dopiero na wyobraźnię takiego jak Adam 
młodzieńca! 

Otóż o pół mili za miastem przed Hlinicą, wjeżdża się 
do lasu. z którym się wraz łączą lasy Marulińskie. Były tam 
dęby. za mojej pamięci, z których pewno nie jeden rówienni- 
kiem mógł być Mendoga. Padło to wszystko marnie z czasem, 
pod siekierą nieporadności i złej gospodarki. Wyjechawszy 
z lasu. mamy na lewo znaną z „Pana Tadeusza" karczmę 
Zubkowo. W niej to ksiądz l{obak tabaką częstochowską czę- 
stował szlachtę. 

Reverendissirae , zawołał Skoluba, 

To mi to tabaka co idzie aż do czuba- 

Jak nos dźwigani — takiej nie zażywałem. 

Na prawo, rozsypana po wzgórzach i dolinach tegoż 
nazwiska, rozsiadła się okolica szlachecka. Ubiegłszy wiorst 

4* 



— 52 — 

parę, wjeżdża się w piękną dolinę przerżniętą kretyni stni- 
mykiem; nad nim leśniczówka i las, w którego głębi widnieją 
kurhany mogił przedhistorycznych, czy pobojowiska. To Przy- 
łuki. Ztąd na lewo , parowem leśnym . poszła droga do Wo- 
roneży i Tuhanowicz, przez najpiękniejsze okolice powiatu, 
zwane Szwajearją nowogrodzką. Tędy to jeździł Adam do swej 
Maryli. Dążąc dalej traktem horodyskim , o pół mili ztąd . 
z wysokiego płaskowzgórza . odsłania się z lasu na lewo widok 
piękny, na rozległą dolinę , a śród niej na Kotłów, wieś i dwór 
Wereszczaków. Przy drodze tej, kurhany przedhistoryczne, po- 
rosłe jałowcem i tarniną . zwracają uwagę ogromem , panując 
całej okolicy. Odjechawszy nieco , znowu się z góry odsłaniji 
widok, na Cząbrówek i Cząbrów Karpowiczów i Pawłowi- 
czów ; dalej na Wałówkę , własność niegdyś Stefana Niezaby- 
towskiego — na skarb zabraną, z cerkwią niegdyś unicką na 
dole i z kościołem niegdyś 00. Dominikanów, na górze ocie- 
nionej lipami, zabranym na cerkiew. 

W W^alówce, przed karczmą, stoi kilkanaście furmanek, 
wracających chłopów z targu. Zatrzymujemy się i my, aby dać 
wytchnąć koniom po dwóch milach drogi. Wchodzę do izby. 
Od dymu i pary, ledwo co można w niej rozeznać. Jedni 
gwarzą, niesłysząc siebie wzajem; drudzy częstują się wódką, 
której czarka z rąk do rąk przechodzi. Ci się kłócą, ci po- 
rywają się do bójki, odciągani w strony przeciwne przez 
żony podpiłe, tamci znów zasiadłszy przy stole i butelce, 
o biedach swych, o swej ciężkiej doli rozpowiadają jedni 
drugim, z pochyloną smutnie głową, jakby czując, że na 
tę ich dolę, nie ma ratunku na ziemi. A więc piją, i za- 
wodzą pieśń , — jak ów Maciek obłąkany Lenartowicza , co 
go tak znakomicie nuizyką wiillustrował nasz nieodżałowany 
Moniuszko. 

Jednem słowem, zgiełk, tłok, zapacli wódki, tytoniu, 
śledzi, cebuli, z całym aparatem żydowskich brudów, niewy- 
powiedzianie przykre robiąc wrażenie , stanowią atmosferę tego 
przybytku pijaństwa i szacherki, którego zawiadowcą i mi- 
strzem, jak zawsze, arendarz, żyd. Widok ten sromoty, yo- 



— 53 — 

•liążunego w kałuży nałogu i (.ieumoty ludu — ludu. którego 
losy tak długo były w iiaszem reku. o jakże gorzkie, jak 
upokarzające budzi uczucie ! . . . 

Zaniedbany przez wieki, wreszcie sprzedany jak ów Jó- 
zef biblijny, przekupniom, — ten nasz brat młodszy w Chry- 
stusie . — mógłże być innym ! I jeśli ta niwa nie wybujała 
dotąd , jak indziej , w dzikie chwasty i tmjące zioła , a rodzi 
jeszcze skromne bławatki patrzące w niebo, nie nasza w tem 
pewno zasługa, ani naszych wpływów, bo te jeżeli i były. 
to przyznajmy i uderzmy sie w piersi, nie zawsze były 
budujące... 

Nie zapomnę nigdy sceny, jakiej byłem świadkiem w pe- 
wnym donui w nowogrodzkiem. Było to o wiele później, bo 
w czasie wjtrowadzanej tam wstrzemięźliwości w 1860 roku. 
W czasie herbaty, na ganku ogiodowym , oznajmiono przyjście 
kilku włościan. 

— Dobrze, niech wejdii. rzeki gospodarz. 

I oto wchodzą, najporządniejsi gospodarze wsi. krokiem 
nieśmiałym, w postawie pokornej, z czapką w ręku. 

— Czegóż chcecie, mój Andrzeju? zwraca się pan donui 
do najstarszego wiekiem, siwego już o rozumnem spojrzeniu 
starca, który na czele innych, zbliżył się. i pokłoniwszy się 
nisko, przemówił tak: 

— Da my heło przijszU da Boha i da Pana*). Ratuj nas 
panoczku ! 

— Cóż takiego, co się stało, przecież wiecie, że wam nic 
nie odmawiam, i robię dla was wszystko co mogę. 

— Da my to wie»iy, panie — i bą,dź pan pewny, że my 
i dzieci nasze nie zapomną wam tego, Ale tu idzie o kogo 
innego — o sąsiada naszego idzie. Otóż przyszliśmy prosić, 
abyś pan wielmożny wyjednał u niego skasowanie szynku 
w Zalesiu, U nas już, chwała liogu i dzięki panu, tego licha 
nie ma; ale dopóki żyd ł)ędzie tam, to dla nas nie spodzie- 
wać się dobra. Jaki taki czmychnie przez las. ot jest i wódka. 



Sposób mówienia włościuu ua Kusi litewskiej. 



— 54 — 

A tam żyd panie chytry, to i wódkę czeiuś zaprawił, i zniżył 
cenę tak, że ludzie chyłkiem jak na lep ciągną. Otóż zmiłuj 
się panie nad nami, zrób to. wymoż na sąsiedzie, żeby ten 
przeklęty szynk skasował. Bo widzi pan wielmożny, my biedni, 
głupi, tak to jak dzieci — choć wiemy, że to grzech, nie 
mamy siły oprzeć się pokusie. Ratuj nas panie , ulitujcie się 
nad nami, a Bóg was nagrodzi. 

Rozumie się, że zacny Pusz..., którego żona księżniczka 
z domu i siostra, były nauczycielkami w założonej przez sie- 
bie szkółce wiejskiej , obiecał wstawić się gdzie należy i do- 
łożyć starań, aby się zadość stało tej prośbie. Okazało się 
jednak, że sąsiad na tę sprawę inaczej się zapatrywał, 
bo nazwawszy marzycielstwem zabiegi umoralnienia ludu, 
nie przyjął propozycji skasowania szynku, motywując tem, 
że właśnie w czasach, gdy inni szynki kasują, jego logika 
uważa za rzecz słuszną i pożyteczną podwoić ich liczbę. Co 
też i zrobił. 

Drugi, niemniej też cliarakterystyczny przykład w tym 
rodzaju, spotkałem raz, jadąc z Kowna do Wilna. Siedziało 
nas kilku w wagonie. Więc gawędka zawiązała się o sprawach 
bieżących. A że natenczas sprawa wstrzemięźliwości była na 
stole, jeden tedy z jadących koroniarzy pan Bor...cz, mówiąc 
o niej, tak się odezwał: 

— Ci księża, to naprawdę u nas powarjowali — kiedy tak 
dalej potrwa — toż to ruiną grozi. Ale ja przecież memu 
usłużyłem kapitalnie. W przeszłym tygodniu był fest w pa- 
rafii, a więc jadę do kościoła, słucham kazania, i po mszy, 
choć nie lubię klechy, idę do plebanii. Tam siedzę — gawę- 
dzę o tem to owem z dobrą godzinę ; nareszcie pożegnawszy pro- 
boszcza wychodzę; ale wyszedłszy za bramę, przy której stało 
dużo ludzi jako w dniu targowym, idąc — udaję, że się 
chwieję — i zataczam. Znajomi i nieznajomi spojrzeli na mnie , 
ze zdziwieniem, więc zbliżam się i powiadam. A cóż tak pa- 
trzycie, hę? — a no, podpiłem sobie u proboszcza. 

— A słyszeliście kazanie dzisiejsze o wstrzemięźliwości — 
coV No toż widzicie, my sobie tak po kazaniu we dwóch po- 



— 55 — 

(•i;i}liu;li / ksiod/.eiu. — A lo".-' \U) \o wszystko głupstwo, co 
tam po gazetach piszsi — słowo wiatr — a na frasunek do- 
bry trunek, to grunt — reszta furda. 

— 1 co państwo i)0wiecie — podciąłem księdza w opinii 
a z nim i jego wstrzemięźliwość. 

Takie to fazy przechodzić uuisi u nas każda społeczna 
robota! A mówił to bez zarumienienia się człowiek dobrego 
towarzystwa — wysoce skoligacony. — Prywata, egoizm, cy- 
nizm , to bodaj największe w rogi nasze. Ale wróćmy na drogę. 

Wyjechawszy z Wałówki i minąwszy cmentarz, widać 
na lewo i na inawo , rozrzucone liczne dwory i dworki. Na 
prawo Jaroszyce niegdyś Siemiradzkich potem Szulakowskich ; 
dalej Kosicze. gdzie żył jeszcze szanowany powszechnie osta- 
tni podkomorzy nowogrodzki Olendzki. Dalej , dojeżdżając do 
lasu , na prawo Wierzbnów, niegdyś Pileckich ; na lewo Mira- 
tycze dziś Wojnów przedtem Niezabytowskich ; potem Miraty- 
cze Haciskich. Te ostatnie przywodzą mi wspomnienie miłe, 
spędzonej wilii Nowego roku w szerokiem kole przyjaciół. Da- 
ruje mi więc czytelnik, że nieco zboczę z drogi. 

Było to 1843 roku. Wszczepiony świeżo literaturą ro- 
mantyzm, wspierany wpływem wileńskiej młodzieży, budząc 
z odrętwienia ducłia narodu — rozegzaltowywał z dniem ka- 
żdym coraz więcej młode pokolenie. Potężnym głosem mistrzów 
słowa zbudzona społeczność, zapragnęła powetować czas stra- 
cony — i zrywała na wszystkie strony więzy chronicznej dotąd 
od upadku jjowstania 1831 roku apatii. I nic dziwnego, — 
skazana na zagładę, zbudziwszy się raz, rwała się do życia. 
Otóż, śród pasma zabaw, które jako wyraz łączności, były 
pierwszym tego życia objawem, młódź całego powiatu umó- 
wiła się zjechać na pewną godzinę do Dworca Michała We- 
reszczaki, aby weteranowi I^ilaretów i przyjacielowi Mickie- 
wicza, złożyć należny hołd uszanowania i życzenia nowo- 
roczne * ) . 



*) Umarł w \h'Ai roku, w początkach wiosny. Wróci! w (lohrein 
zdrowiu od bratu ze Sinolczyc wieczorem ; — nazajutrz znale- 



56 



Jak postanowiono, tak i zrobiono. Wprzód jednak zjc- 
cliano się do Tracewicż Przygodzkich , aby ztanitąd m gremio , 
udać sig do Dworca. Gospodarzem Tracewicż był podówczas 
najstarszy z braci, Jan Przygodzki (zwany Jean de Paris). 
dlatego , że po zniesieniu uniwersytetu wileńskiego , w uniwer- 
sytecie paryskim kończył nauki. Był to człowiek światły ; jako 
uczeń i wielbiciel Guizota, śledził pilnie za ruchem umysło- 
wym w kraju i za granicą , — zajmował się literaturą, i poli- 
tyką, jak przystało na wykształconego ziemianina; — prze- 
dewszystkiem zaś, był to zacny człowiek, dobry sąsiad 
i uprzejmy gospodarz. Po krótkim więc wypoczynku i węgi'zy- 
nie, w który obfitowała zawsze jego piwnica, ruszyliśmy dalej. 

Rozumie się, że szereg zaprzęgów był nie mały, konie 
dzielne, jazda wesoła. Ponieważ przy tejże samej dolinie rzeki 
Serweczy, nad którą położone Tracewicze, w kierunku ku 
stronie Cyryna, było kilka innych dworów, — więc też wraz 
niewiele co ujechawszy, mijamy Tuhanowicze. 

Któż dziś z Polaków, — a cóż dopiero kto z Litwinów, 
mógłby obojętnie minąć tę kolebkę Maryli — tę pierwszą 
stację zachwytów i marzeń Adama! — otoczoną aureolą poe- 
zji, pamiątek, — z jej altaną lipową, — z jej kurhankami. 
co cichym szmerem dębów odwiecznych zdają się szeptać i łą- 
czyć z sobą imiona tych, których los rozłączył! 

Urocza ta, wśród cienistych kląbów położona rezydencja, 
cicha teraz i posępna, — warstwą śniegu i szronu, jakby 
całunem śmierci pokryta. Pustkami też stoi i owa historyczna 
oficyna (murowanka), kwatera niegdyś Adama i jego młodych 
przyjaciół*). 



ziono go bez życia. Pochowany w Woroneży, w grobach ro- 
dzinnych pod kościołem. 
*) Nic się w niej nie zmieniło od czasów Mickiewicza, chociaż Tu- 
hanowicze przeszły z czasem w posiadanie Tuhanowskich , przez 
zamianę z Wereszczakami na Smolczyce. Kwaterowałem tam 
nieraz będą,c gościem zacnego ś. p. Konstantego Tuhanowskiego. 
Podług mego planu stnnpła oranżerja i studnia. E. P. 



57 



A i wf (l\v()rz(> też ticho : ho tam doiiiunwa samotny 
prawie pan domu , stary prezydent , Jan Tuhanowski. Z we- 
solejio otoczenia, które za życia jego żony zaludniało mło- 
dzieżą salony Tulianowicz, — pozostała mu tylko wierna 
służba i Zenowicz, jeden z rozbitków dawnej nowogrodzkiej 
l)alestry. a obecnie rezydent, przyjaciel i partner do marjasza. 
Zbiera on stare księgi, gazety, wszelkie druki, — czem już 
zapełnił skrzynie, i spisuje do księgi silva rerum wszystko na 
co patrzy i o czem gdzie zasłyszy. — Gdzie się to podziało — 
nie wiadomo. 

Jest pewien smętny urok w krajobrazach zimowycli , 
szczególniej gdy się je ogląda tam , gdzie pamięć przeszłości , 
zachowała ich obraz w duszy, z innych czasów; gdzie natura 
jakby z rogu obtitości, rozsypując swe skarby, uwzięła się 
zdaje , aby wybrany przez nią zakątek ziemi . ubrać na po- 
ciechę ludzkiej doli, — a teraz, przemocą niezwalczonej siły, 
okuta lodowemi więzy, czeka wyzwolenia... cóż dopiero, gdzie 
z tym urokiem natury, łączy się pamięć tych co tam byli, 
z którymi się dzieliło chleb i serce, a których już nie ma, 
lub tych, co jak świetne meteory przemknęli — i znikli! 
Takie to uczucia budzi ten miły zakątek ziemi nowogrodzkiej ; 
i jeżeli mnie przeczucie nie myli , stanie się on , niezadługo 
może, celem i)ielgrzymek narodowych i przedmiotem godnym 
pędzla ai1ysty-poety. 

Z Tulianowicz do Dworca droga prowadzi przez miejsco- 
wości usiane zaściankami i osadami okolicznej szlachty, jak 
Soplicę , Horbatowicze i t. d. . co śród gajów, wzgórz i dolin . 
rozsiadły się w malowniczych grupach jakby dla obrazu. Tę to 
właśnie nńejscowość jako najlepiej sobie znaną, obrał Mic- 
kiewicz za tło do „Pana Tadeusza". Część ta bowiem powiatu . 
za czasów jeszcze wojewodzińskich , kiedy Woroneża byłą re- 
zydencją ostatniego wojewody Niesiołowskiego, najgęściej za- 
siedloną była przez zaściankową szlachtę. — Ilzecz prosta, 
że to nie zdało się być dogodnem dla zarządu dóbr wojewody, 
mieć szachownicę w obrębie dwoi^skiego terytorjum, złożoną 
z żywiołów butnych i niesfornych, szczególniej od czasu, gdy 



58 



szlaclitti i)izostahi stanowić podr^nziuj, sił^ zbrojiuj, wojewody. 
Aby się więc jej pozbyć legalnie, chwycono się, podług wia- 
rogodnego mi opowiadania, następnego środka. Oto, gdy 
ponawiane propozycje odprzedania posiadanej przez ni% ziemi 
pozostawały zawsze bez skutku, a zatargi i niedogodności po- 
wtarzały się coraz częściej , korzystając więc ze wzmagającego 
się coraz bardziej zubożenia, pozbawiono nieopatrzną szlachtę 
ojcowizny w sposób podstępny : otworzono dla niej 
w skarbie worończańskim kredyt, w zbożu, wódce 
i pieniądzach. Szlachta brała, i co zatem idzie, rujno- 
wała się ze szczętem. O oddaniu w gotówce lub odrobotku 
i mowy być nie mogło. Nikt też o to i nienalegał. Tak trwało , 
aż póki rubryka długów dostatecznie wypełnioną nie została; 
i gdy to nastąpiło, gdy oddanie było już stanowczo niemo- 
żliwem, wytoczono proces i zabrano ziemię. I oto, szlachta 
poszła z torbami, a wojewodzińskie dobra się zaokrągliły. 
Tym zaś , którym ciężko było rozstać się z rodzinną stroną . 
którzy tego chcieli , — rozdano pustki w sąsiedniph wioskach , 
i osadzono na czynszu. Skończyło się zaś to wszystko, po 
zaborze kraju, na przypisaniu do ziemi, a następnie, na wcią- 
gnieniu herbowej szlachty w poddaństwo. I nikt się za nią 
nie ujął! — bo to był czas, gdy razem ze ścianami narodo- 
wego gmachu, padał i duch przerażonego narodu! 

To też do dziś dnia, po wielu wsiach, różnych dóbr 
w powiecie , spotykają się nierzadko nazwiska szlacheckie śród 
kmiotków, spotykają się pargaminy rodowe, nadania królów 
i t. p., zczerniałe od dymu kurnej chałupy. To są rozbitki wo- 
rończańskiego terytorjum — to ślad ostatni czasów wojewo- 
dzińskich, ostatnich chwil XVIII stulecia!... 

Śród jednej więc tych pięknych dolin . u podnóża góry. 
pod gajem, położony Dworzec — dwór i wieś. Oryginalna to 
l)yla rezydencja, tego naszego filantropa, którego w pewnych 
sferach nazywano: Jean Jaques Rousseau. Ponieważ nie był 
żonatym, więc dom urządzony był na stopę kawalerską; a że 
lubił ogrodnictwo, więc w ogrodzie, na dziedzińcu i w calem 
otoczeniu spotykałeś najrzadsze krzewy i drzewa; w domu 



— 59 — 

/aś. talo prawic niioszkanie prócz gabinetu, gdzie hyla sy- 
pialnia i biblioteka, urządzone jakby wielka weranda lub oran- 
żerja. przedstawiało ogiód rozkoszny, szczególnie w porze 
zimowej. Dodać należy, że pan Micbał, obdarzony wytwornym 
smakiem. — a więc hołdujący wszystkiemu co piękne i dobre, 
nie wyłączał z tego wybornej kuchni i piwnicy, które miał 
zawsze zaopatrzone należycie. Wiadomo zaś powszechnie, że 
dla sług i kmiotków był ojcem. 

(jdyśmy stanęli w Dworcu , na progu spotkał nas zawód. 
Nie zastaliśmy pana Michała. — (idy bowiem nasz najazd 
miał być niespodzianką — więc nieuwiadomiony wprzód go- 
spodarz, wyjechał. Skończyło się na złożeniu pisemnego po- 
winszowania — obejrzeniu kwiatów, przejrzeniu gazet . których 
abonował kilka w kraju i za gianicą. Poczem . gdy wieczór 
i nocleg był już wprzód umówiony w Hac... o mil parę. — 
więc ochoczo jako do kawalerskiego domu, ruszyliśmy wszy- 
scy do Miratycz. Po drodze rzuciliśmy okiem na Woroneża, 
pyszną, istotnie w oj ewodzińską rezydencję, położoną w ślicznej 
dolinie, u stóp cienistego lasu i góry. którą okazały kościół 
o wysmukłych wieżach zdobi. 

Był to kulig nielada. Brakło mu wprawdzie największego 
powabu. — bo towarzystwa pań, — ale t)ył to czas. — szcze- 
gólniej w kraju świtezianek. — gdzie każdy młodzian nosił 
w sercu swoją Marylę. A więc były i towarzyszyły nam bo- 
gdanki nasze — chociaż niewidzialne. I te to właśnie uspo- 
sposobienie. wspólne całej ówczesnej młodzieży. — co po 
ukończeniu urzędowem nauk szła w świat, z dewizą czci dla 
wszystkiego, co piękne i szlachetne. — było głównym łączni- 
kiem, który zbliżał wszystkich do siebie. 

To też gdyśmy stanęli przed gankiem Miratycz i i)rzy 
odgłosie czeskiej muzyki (bez której podówczas żadna zabawa 
obejść się nie mogła) wchodzili w progi gościnnego domu, 
uczuliśmy się wszyscy naraz objęci powiewem serdecznego 
ciepła, którego ogniskiem l)ył sam gospodarz. 

Zacny ten, podówczas młodzieniec, syn szanowanego 
powszechnie ojca . objąwszy po nim majątek — chociaż jeszcze 



— 60 — 

zbyt iiiludy gospodarz . — uinial już godnie podtizyniać tra- 
dycję rodziiiiiJi i narodową. — jako ziemianin -obywatel; — 
a że w tym czasie niedopisy wał mu jakoś figlarny Kupido , — 
więc rad był. zagłuszyć na chwilę bole zranionego serca — 
szumną zabawą. Okoliczności nas zbliżyły; — a że się to stało 
właśnie tam, gdzie było podówczas główne ognisko — a raczej 
źródło maizeń i zapałów młodzieży — więc ta wspólność du- 
chowego nastroju była powodem . żeśmy się radzi byli spotykać 
z sobą. Nadto, ogniwem, co nas jeszcze silniej łączyło, był 
wspólny nasz przyjaciel i kolega doktor Jan Pilecki. 

Był to młodzieniec . któremu los nie poskąpił darów 
swoich. Pięknego wzrostu , ujmującej powierzchowności , o cie- 
mnem pełnem oku, kruczych bujnycli włosach, co nm 
spadały jakby lwia grzywa , w artystycznym nieładzie , o uło- 
żeniu szlachetnem obytego w świecie młodzieńca, — miłe 
przy pierwszem spotkaniu robił wrażenie. Cóż dopiero, gdy 
się go bliżej poznało, — gdy się w nim spotkało niepospolite 
wykształcenie, — umysł jasny, wzbogacony obszerną wiedzą, — 
rzut oka trafny, — gdy się w nim poznało prawość duszy, 
gorącą miłość wszystkiego co nam święte i drogie; — gdy się 
w nim spotkało gotowość połączoną z zapałem, ile razy szło 
o piękny czyn, — czy to w si)rawach i)ublicznych czy prywa- 
tnych, — ile razy szło o radę, o pomoc, o wsparcie, — 
a do czego jako lekarz otwarte szeroko miał pole ; — coś 
dziwnego, że z temi zasobami umysłu i serca młodzian, mi- 
łym był i pożądanym wszędzie. — że nm za to wszystko — 
co robił dla wszystkich , odpłacano miłością powszechną. Dru- 
skieniki , w których został wkrótce potem głównym lekarzem — 
jemu zawdzięczają swój rozwój, pomyślność i sławę. Był to 
bowiem lekarz, obdarzony rzadkim darem trafnego rzutu oka 
w diagnozie. — a przytem niemniej rzadkim darem zajęcia 
i ujęcia wszystkich; — lekarz, który leczył, bawił, zajmował 
publiczność chorą i zdrową, od wszystkich ukochany. — dla 
wszystkich oddany. Bogaci, ubodzy — wszyscy znajdywali 
u niego drzwi otwarte — otwarte serce; — a w potrzebie 
otwartą i kieszeń. To też nie dziw, że dla wielkiej części 



— 61 — 

l)acjentów. lokarz taki był najsilniejszym magnesem , który do 
wód Diuskienifkich pociągał. Druskieniki i Pilecki, to był sy- 
nonim, którego pamięć na długo pozostanie, i wątpię, aby 
go przez długie lata potratił ktokolwiek zastąpić*). 

Otóż nieszczęście chciało, aby ci dwaj zacni młodzieńcy 
Pilecki i H... pomimo całej- pizyjaźni l)yli rywalami sobie. 
Los icli wszakże z czasem pogodził. 1)0 cel ich zabiegów dla 
obu niepochwytny — niedościgłym pozostał w krainie idea- 
łów. To też i rzeczywistość życia na inne i wTgcz przeciwne 
ideałom młodości popchnęła icli drogi i inne niż się należało 
sjmdziewać. zgotowała im losy. 

Po zwykłych preliminarjacli dano do stołu. 

Można sobie łatwo przedstawić, jak śród podobnego na- 
stroju i pewnej swobody, którą dawała nieobecność koł)iet. 
poi^wała ta zabawa młodych ludzi, co się zjechali, aby dobrze 
zakończyć rok stary — i niemniej wesoło zacząć rok nowy. 
Nic więc dziwnego, że uczta wrzała tam i kipiała literalnie 
jak szumiący w kielichu szampan, którego sobie nie żałowano. 
Sprawy sąsiedzkie , put)liczne . polityka . gospodarstwo . wszy- 
stko to było tam na stole , jak to mówią sur le lapis. Świeże 
zniesienie unii kościelnej . męczeństwo unickich księży, których 
torturował renegat Siemiaszko, wsparty najwyższym man- 
datem cara Mikołaja; los opłakany ich rodzin skazanych do 
najpodlejszej roboty, w usługacli prawosławnych popów; były to 
sprawy, które obchodziły ogół całej liusi litewskiej. Bierne to 
wszakże trzeba wyznać i platoniczne było, z rzadkim wyją- 
tkiem, współczucie; bo gdy nui prasa przyjść w pomoc nie 
mogła, ograniczyć się musiało na luźnych tylko zabiegach 
przyniesienia jakiej takiej ulgi prześladowanym. Mówiło się 



* ) Jak dalece niekiedy próżność póJpanków przechodzi granice 
i staje sie śmiesznoś(dą goilnij pogardy, spotykamy dowód na 
grobie Pileckiego w Druskienikach , gdzie rodzina , dla której 
miłe były praca jego zdobyte dochody, a niemiły tytuł leka- 
rza, odmówiła mu tego tytułu w nagrobku — tytułu, który 
dał mu imię i miłość luJzką, — a rodzinie w spuściznie piękna 
fortum-. Umarł w 1875) roku. 



— 62 — 

wiele, ale się prawie nic nie zrobiło , aby okazać clioćby już 
moralne przynajmniej ogółu poparcie dla tych nieszczęsnych 
męczenników mużyckoj w i ery, jak ją, niestety, niekiedy 
nazywano. 

Błąd ten od wieków i)raktykowany z dziwnem zaślepie- 
niem , znalazł też i swój epilog na Rusi litew skiej : Unia 
padła, — prawie bez oporu ze strony ludu, z wyjątkiem Po- 
rozowa w Wołkowyskiem i kilku parafij w mohilewskiej gu- 
bernii, gdzie przez lat kilkanaście broniła się ludność pod 
rózgami, od tak zwanego urzędownie, powrotu do pra- 
wosławia i gdzie dotąd przechowała się za unią tęsknota*). 

Po wieczerzy, gdy w oczekiwaniu północy, wszyscy się 
stosownie do usposobienia ugrupowali, a orkiestra przygrywa 
rozmaite melodje ze znanych oper. Pil... i Hać... usunąwszy 
się od gwaru, ulokowani wygodnie na miękkich otomanach, 
w jednym z dalszych pokojów, pogrążeni w marzeniu, którego 
przedmiot prawdopodobnie był jednaki, znaleźli się razem, 
zasłuchani w dalekich dźwiękach nuizyki, co jakby falami od 
czasu do czasu ich dolatywała. Nastąpiła pauza, a po niej 
zagrano „ Hugenotów " . 

Któż nie zna tego muzycznego dramatu, którego zgło- 
skami — dźwięki; tego najpatetyczniejszego wyrazu na jaki 
melodja zdobyć się mogła! 

Gdy przyszedł akt czwarty, a w nim ta scena i ten duet 
któremu nie ma równego; — gdzie zdaje się mistrz wypo- 
wiedział całą gamę uczuć: szczęścia, zachwytu, rozpaczy serc 
zakochanych; gdzie liaul w chwili, gdy mu Walentyna wyznaje 
miłość tajoną, ów Raul rozkochany, namiętny, wyrywa się 
^ J6J objęć, aby biedź ku mordowanym na ulicy braciom , i — 



) Jeszcze w 1795 roku Katarzyna II w celu powrócenia ludności 
ruskiej narodowości do obrządku wschodniego , wydala ukaz na 
imię generał - gubernatora litewskich gubernii Tutołmina , zno- 
szący biskupstwa unickie w tej prowincyi — i zarazem objawiła 
wołg swą, bez ogródki, wykorzenienia Unii. (Ruskaja Sta- 
rina 1870 roku). 



^ 63 — 

Zfiiuać z nimi; — jakby zbudzony, jeden z nich zawoła: 
„O jakże to świetne, jak szczytne!'' A po chwili rzecze: 

— Nieprawdaż Władku, że ta muzyka Hugenotów, którą 
się od dłuższego czasu poimy z tobą aż do upicia , w tej wa- 
szej krainie Ś\ntezianek, to istna kanwa naszego życia, na 
której sie znaczą dhi nas obu. w tej chwili, ściegi losów na- 
szych. Tyle w niej rzewności , boleści , tyle gi'0zy ; tyle ana- 
logii z teni. co nosimy w sercu, a co jest nam rozkoszą 
i męczarnią! Nie znam tiuzyki, gdzieby uczuciowa struna 
była tak naciągnięta do wysokiej nuty, gdzieby krzyk bólu 
tak był oddany, jak w tym czwartym akcie Hugenotów. Po- 
wiadają . że gdzieś tam pod wrażeniem giy i śpiewu , niezró- 
wnanych Mario i Grisi, ludzie szaleją z zachwytu. Ja to ])0j- 
nmje teraz. 

Ivtoby w tej chwili patrzał w oblicze tego, do kogo 
była zwróconą ta mowa . — czytałby w niej jak w księdze , całe 
pasmo uczuć, co miotały jego duszą. Gorycz, żal i walka, 
jaką hydra zazdrości , skryta na dnie serca , staczała z świę- 
tem i szlachetnem uczuciem przyjaźni, jakby przerywane chmuiy, 
przeciągały po tem młodem czole, po tern czei^stwem, otwar- 
tem obliczu, co kłamać nie umiało. / pochyloną głową, jakby 
pod brzemieniem rezygnacji, słuchał on tych poetycznych i)0- 
glądów na dzieło sztuki, on, co w swem wiejskiem zaciszu, 
jako zapalony myśliwiec , umiał o wiele lepiej zrozumieć szum 
boru, świst wiatru i grozę burzy, lub w porze wieczornej, 
smutny śpiew źniei na zagonie, niż uczone melodje nmzyki 
Mejerbera. To też westchnąwszy, po chwili odrzekł. 

— O, dobrześ to nazwał kanwą naszego życia w chwili 
obecnej. Tylko ja dodam, że moja nić co się tam znaczy, za- 
nadto może ciemna i posępna, i jako cień żałobny snuje się 
obok waszych świetnych ściegów! Cóż czynić, snąć trzeba 
było cienia, dla ogólnej harmonii, i ja nim być muszę. Szczę- 
śliwy Ilaul , dodał po chwili , zginął śmiercią chwalebną , wten- 
czas, gdy miał już dotknąć ustami czary marzonego szczęścia. 
To mi dopiero świetny ścieg na kanwie życia, ścieg hołdu 
złożonego na ołtarzu obowiązku, i jtoświiMonia sprawie świrtej... 



— 64 — 

Potem, pomyśliwszy nieco, dodał: 

— Ależ jaka fatalnoi^ć, gdy kto ani żyć, ani umrzeć nie 
ma sposobu!... 

— A więc żyć dla innych, odrzekł, podając mu rękę towa- 
rzysz , żyć dla tych maluczkich i biednych, dla tych, co tam 
drwa rąbią, na mrozie , gdy my się tu przy dźwiękach melodji 
poimy szampanem! To nasz cel — tam zasługa! 

Na tem się zakończyła ta smutna pogadanka, dwóch 
przyjaciół-rywali , śród wesołej ucjty; bo z uderzeniem pół- 
nocy, wniesiono wazę zapalonej cfżonki, pogaszono światła, 
i przy fantastycznym blasku sinego płomienia. zasi)iewan() 
chórem piosnkę I'ilaretów : 

Precz, precz smutek wszelki! 
Zapal fajki, staw butelki i t. d. 

A gdy już znane strofy skończono śpiewać, ])odniesiona 
wena biesiadników improwizowała ciąg dalszy zwiotok. N'ie- 
które z nich zostały mi w pamięci. 

Pilecki Jan tak śpiewał: 

Rozrzuceni w krańcach świata 
Gdy nam przejdą młode lata, 
Wspomnim nasze błogie dni, — 
Niech ich pamięć w duszy tkwi, 
I niech każdy z was druhowie 
Choć raz na rok spełni zdrowie — 
Za przyjaciół, za kochanki, 
Dalej bracia — w górę szklanki! 

Po nim improwizował gospodarz. 

Choć me serce przebolałe, 
Chociaż w sercu noszę jad, 
Duszą całą, sercem całem 
Piszę dla was — bom wasz luat! 



— fif) — 

Oto proszę , tego życzę , 
Odwiedzajcie Miratycze! 

Ostatnią, zwrotkę zaimprowizował Jan Przygodzki. 

Do was się miłość uśmiecha, 
Wam służy młodość i zdrowie, 
Dla mnie w przyjaźni pociectia, 
Więc wiwat prz}'jaźń, panowie! 

Na tem zakończyła się wilja noworoczna w Miratyczach. 

A teraz, WTÓćmy na nasz nowogiodzko-łiorodyski go- 
ściniec. 

Gleba tu piaszczysta, teren się podnosi; wjeżdżamy znowu 
do lasu. Zaczyna go bór sosnowy, dalej ukazują się dęby, 
giaby, brzozy, a wszystko to podszyte gęstą leszczyną, która 
u góry tworzy naturalne sklepienie. Po przez ciemne, zbite 
masy świerków i zarośli, coś błyska i miga się w dali — 
to Świteź. Las tu tak gęsty i drzewa tak bujnie się rozro- 
sły, że po nad drogą w pobliżu jeziora, utworzyła się była 
długa aleja sklepiona, dająca miły cień latem, co zwykle za- 
chęcało podróżnych, przebywać ją, pieszo i zbaczać do jeziora. 
Bo mówi poeta: 

Ktokolwiek będziesz w nowogrodzkiej stronie 
Do Płużyn ciemnego boru 
Wjechawszy, pomnij zatrzymać swe konie. 
Byś się przypatrzył jezioru i t. d. 

Po nad jeziorem „czarną dokoła puszczą otoczonem" — 
z północnej strony, tam, gdzie się las rozstąpił, widnieją 
zgliszcza i ruiny — wśród kilku drzew ogiodowych i wło- 
skich topoli. To Pieszczanka, dwór niegdyś Stefana Niezaby- 
towskiego, zabrany na skarb po 1831 roku, za udział jego 
w powstaniu. Jak zwykle i wszędzie pod rządem rosyjskim, 
zostały po nim tylko rumowiska. 

\Vii|ininuiciiia / natl Wilii i Niemna. O 



^ 6Ś ■-•. 

Obecnie brzeg ten jeziora, i cień drzew opuszczonego 
ogrodu , służą zwykle za miejsca dla majówek , które tu urzą- 
dzają sąsiednie Świtezi dwory. 

Pewnego razu, śród jednej z takich zabaw, która ścią- 
gnęła wszystko co okolica miała wybitnego, pod względem 
wykształcenia , wdzięków i pozycji towarzyskiej , gdy już pó- 
źnym wieczorem nadeszła pora, o której poeta mówi: 

Jeżeli nocną przybliżysz się tam dobą, 

I zwrócisz ku wodom lice , 

Gwiazdy nad tobą — i gwiazdy pod tobą 

I dwa obaczysz księżyce. 

Niepewny, czyli z pod twej stopy 

Pod niebo idzie równina, 

Czyli też 4iiebo swoje szklanne stropy 

Pod twe kolana ugina i t. d. 

Otóż gdy już noc nadeszła, a była to noc miesięczna, 
jako znany sternik i wioślarz, zaprosiłem do łodzi kilka pań, 
co się ofiarowały były przed chwilą do roli Świtezianek, dla 
odbycia przejażdżki na jeziorze, po księżycu. Propozycja przy- 
jęta, i oto pod wpływem poetycznego nastroju odbijamy od 
brzegu. Tak się złożyło, że te co usiadły ze mną, były to 
rzeczywiście najzupełniej ukwalifikowane do roli jaką przyjęły. 
To też łódź moja bezwątpienienia , była w całem znaczeniu 
słowa, antitezą sławnej łodzi E. Delacroix, podziwianej au 
Musee du Luxeniburg; bo gdy tamta śród szamotania się lu- 
dzi i żywiołów, do piekła Dantejskiego; moja przeciwnie, ci- 
cho , otulona lekką mgłą wieczoru , w jakieś wymarzone rajskie 
sfery zmierzała. Płyniemy więc, po Iśkniącym cichych wód 
krysztale. Cisza jeziora i puszczy dokoła, drżący promień 
księżyca, co długą strugą świetlaną znaczy nam drogę po 
gładkiej jak zwierciadło powierzchni , śpiew słowików, co jakby 
nawołując się z brzegów przeciwnych , walczą o lepsze w ru- 
ladach i trelach wieczornego koncertu , a przytem , może i myśl 
o głębiach jeziora, od których wątła tylko przedziela deska. 



— 6? — 

pogrążyły moje ptlnie w zadumę. 2apauowało milczenie , z któ- 
rego tylko od czasu do czasu, plusk mego wiosła budzi. Aby 
je przerwać, zaintonowałem Świteziankę Moniuszki. 

— Acłi dobrze, powiedz pan nam tę balladę. Gdzież ją le- 
piej zrozumieć, jeżeli nie tutaj śród tycli akcesorjów co nas 
otaczają. 

— I wobec Świtezianek , w nowej edycji , dodałem 
z uśmiechem. 

— O, żebyż to być taką Świtezianką, i umieć tak czaro- 
wać, jedna z pan zawołała. 

— I tak w przepaść pociągnąć, dodałem. 

— Tak — ale razem z sobą! odrzekła. 

A więc składam wiosło na kolanacłi — puszczam łódź 
na wolę losu — i strofa po strofie opowiadam dzieje dwojga 
kochanków, co obok siebie 

Brzegami sinej Świtezi wody 
Idą przy blasku księżyca. — 

Gdym domawiał ostatnich słów ballady, co się kończy 
burzą jeziora — w którego nurtach ginie niewierny kocha- 
nek, zdarzyło się, że przypadkowy prąd wiatru poruszył 
fale , — i łódź się nieco pochyliła. Porywam wiosło — na- 
daję kienmek — ale pomimo że niebezpieczeństwa nie było, 
trwoga opanowała moje panie; lica ich jak lilje wodne pobladły. 

— Do brzegu ! Do brzegu ! — wołają. 

— A więc do brzegu. — Ale gdy już łódź bieg swój równy 
odzyskała — mówię: 

— A cóżbyście panie na to, gdyby tu tak teraz, wśród tej 
uroczej dekoracji, jaka nas otacza, — jednym razem — prosto 
i najbliższą drogą — pójść do nieśmiertelności — i dać temat 
i treść do nowej ballady?... Jeden ruch wiosła — i już nas 
nie ma ! — Co panie na to V 

Spojrzały na mnie z pewiiem zaniepokojeniem — wido- 
cznie przerażone — bo wymawiając te słowa , nadałem im 
charakter dramatyczny. 

fi* 



68 



— I cóż panie na to? — powtórzyłem z naleganiem. Wie- 
leż to się posypie ballad, sonetów, na cześć waszej pamięci — 
na oddanie katastrofy, co tyle młodości, wdzięków, uroku, 
marzeń, nadziei, w głębiacłi jeziora pogrążyła. — Gdy tym- 
czasem, życie, jak ów wicher jesienny, dzień po dniu, jak 
listek po listku, postrąca z uroczego waszego kwiecia wszy- 
stko z czasem — co było jego ozdobą. 

— O, nie, nie, nie mów pan tego. Maniyż odejść od stołu 
uczty, do której zaledwieśmy usiadły? Czekajmy jeszcze. Po- 
cóż się zresztą smucić tem co będzie kiedyś, gdy dziś, patrz 
pan, tak wszystko urocze, ponętne. 

Spojrzałem na nią, — rzeczywiście uroczą była ta moja 
preopinantka , owinięta od niechcenia w fantastyczne gazowe 
białe okrycie — jakby mgłą leciuchną owiana — istna Świ- 
tezianka ! Uroczy też' był to i wieczór. — Księżyc w pełni — 
słowiki — i ta woń rozkoszna wiosny i młodości, upajały 
zmysły i naprawdę zachęcały do życia. 

— A więc płyńmy do brzegu; gdy taka wola, zawołałem. 
Ale cóż będzie z życzeniem pani, coś tak chciała być Świ- 
tezianką ? 

— Zaczekam , aż się drugi Mickiewicz zjawi — odrzekła 
mi figlarnie. 



Tak tu bywało latem. Teraz zima, więc mijamy szybko 
zamarzłe jezioro, co błyszczy zdała po przez zarośla, jakby 
biała karta, po której wichry i śnieżne zawieje piszą chyba 
teraz swe zimowe dzieje. Cicho i głucho szumi bór dokoła; 
lecz kto umie wsłuchać się w ten głuchy szept rodzinnej 
ziemi, kto umie czuć jej tętno, ten się dowie, że do legend 
starych , co je tu gwarzą odwieczne po nad drogą dęby, a które 
dały poecie temat do ballady, przybyła nowa karta, od nieda- 
wna. Tak, tutaj to bowiem w 1831 roku, wśród ciemnych 
ostępów puszczy, był główny punkt zebrania powstania nowo- 



— (51) — 

•irod/kioj^o. Pi/owodiiiczyl imi Jó/of Kaszyc , ówczesny mar- 
szałek powiatu, właściciel nieopodal położonych dóbr Jatry. 
Dowództwo wojskowe objął na razie Mierzejewski, były oficer 
armii Napoleona. Ztąd to powstańcy wyruszyli do Nowogródka, 
Pierwszem zaś hasłem powstania, było zabranie w tym lesie 
do niewoli sprawnika nowogrodzkiego Tomaszewicza. Wracał 
on obładowany sutą, prowizją, z Horodyszcza, majętności pod- 
ówczas jeszcze jenerała Ludwika hr. Paca, wietrząc zapewne 
l)Owstaiiców; gdy oto niespodzianie ujrzał się tu przez nich oto- 
czonym. Dwa piękne ogiery z zaprzęgu, dostały się wnet pod 
siodło; a sam bez mała że nie pozostał na gałęzi w lesie; bo 
l)yło z nim już tak krucho, że miał tylko do wyboru: kulę 
lub gałęź. Uratował go podkomorzy Pilecki. 

W Nowogródku wyszedł na spotkanie powstańców ksiądz 
pleban miejscowy, ex -żołnierz napoleoński, i jako taki po- 
łączył się z powstaniem, dzieląc jego losy aż do upadku. Po- 
czem wraz z innymi udał się do Francji, a ztamtąd do Ame- 
ryki, gdzie przebył aż do 1800 roku. — Gdy mu nareszcie 
z innymi pozwolono \vi"ócić, przybył do Europy i wrócił do 
ojczyzny. Poznałem go w Nowogródku. Nadłamany ciałem, 
lecz nie duchem , cichy, skromny i niezwykłej pamięci staru- 
szek, wiele nam uprzyjemnił wieczorów opowiadaniem o dzi- 
wnych kolejach swojego życia. lizecz prosta, że śród okoli- 
czności miejscowych nie l)yło już miejsca dla niego w cha- 
rakterze urzędowym tam, zkąd z krzyżem w ręku, na czele 
hufców zbrojnych wyszedł, aby walczyć za ojczyznę; ale wnet 
się znalazło ciepłe i serdeczne kółko co go pociągnęło ku so- 
bie, staropolską uprzejmością i cnotą. Zamieszkał w Weres- 
kowie, znanym przytułku rozbitków, u pp. marszałkowstwa 
Wład. Brochockidi. Tam to, śród zacnych pań z rodziny Dy- 
bowskich i Markiewiczów, otoczony czcią i miłością , jaka mu 
się należała po długiej na obczyźnie niedoli, doznał słodyczy 
rodzinnego ciepła, uczuł się śród swoich. Tam też i umarł. 
A była to śmierć sprawiedliwego, jaką Bóg nagi*adza tylko 
żywot piękny i chwalebny. Zasnął w Panu w najzupełniejszem 
tego słowa znaczeniu ; bu z wieczora , w dobrem zdrowiu , 



— 70 — 

O swej porze jak zwykle , pożegnał doinowycli , udał się na 
spoczynek do swego mieszkania, a nazajutrz znaleziono go 
klęczącego przy łożu, na modlitwie bez życia. Kapłan i żoł- 
nierz polski, śród modlitwy zasnął snem wiecznym! 

Ze Świtezi już tylko półtory mili do Horodyszcza. 
a ztamtąd mila do Zaosia, zkąd już blisko do domu. Konie 
to czują, więc wyciągniętym kłusem pędzą ochoczo. Dzień się 
ma ku schyłkowi. 

Za lasem mamy przed sobą Kamienny-bród , karczmę, 
kilka rozrzuconych pod lasem osad włościańskich, oraz dwór 
Bielczyce, przedtem Bobra, obecnie Bochwica (syna autora 
dzieła: „Obraz myśli mojej"). O małe pół mili, za lasem, 
leży okolica szlachecka Mikulicze, gniazdo Mikulskich, zkąd 
znów po małej przerwie ciągną się lasy aż do karczmy Zielo- 
nej, odkąd zaczynają się pola, gdzieniegdzie tylko przerywane 
gajami. Na lewo, po za granicą leśną, widać dwór i wieś Po- 
ruczyn, dawniej jenerała Kobylińskiego, z wieżą drewnianej 
cerkiewki. Był tu ostatnim parochem unickim zacny stamszek 
ś. p. Horbacewicz, stryj kilku niemniej zacnych parochów, 
Cyryna, Horodyszcza i Czernichowa, którzy przez apostatę Sie- 
maszkę wyzuci ze wszystkiego, prześladowani długie lata, 
w wierze ojców dotrwali. 

Na prawo Nasiejki Benedykta Czeczota. Przypomina mi 
to miejsce ostatniego starego polonusa parafii horodyskiej 
Kmitę, który aż do śmierci nosił się po polsku — i w dnie 
uroczyste w kontuszu granatowym i karmazynowym żupanie 
regularnie zjawiał się w kościele. Dmgim był Chmielewski 
z Michnowszczyzny. A oto i Koniuszewszczyzna, wieś nad 
rzeką Serwczą. Tuż za mostem na wzgórku, na lewo, stał 
od dwóch z górą wieków odnawiany drewniany krzyż wysoki, 
na pamiątkę, że w tern miejscu był kościół parafialny, zanim 
został wymurowany o wiorst parę w Horodyszczu, przez Ka- 
mieńskich około roku 1640. 

Na prawo ztąd widać o bór oparty dwór Mostytycze. Miej- 
scowość ta, gdy to dziś piszę, przypomina mi następne zda- 
rzenie. W czasie wojny laymskiej 1855 roku. gdy ze szwa- 



71 



<lioiUMii piilku jj;waitlyjski(li liuzaiuw Im. Jewo Wieliczostwa 
stał na kwaterze w Ilorodyszczu hr. Józef Hauke (Bossak), 
n)l)ileiii z nim częste wycieczki do są^siedztwa, w antraktach 
zajęć naszych artystycznych i' literackich. (Pierwszą powieść 
polską: „Tadeusz bezimienny", czytał ze mną — i pierwszy 
ol)raz olejny przy mnie malował). Otóż, pewnego dnia, a było 
to w porze zimowej, wypadło nam jakoś koniecznie być 
w ISworotwie li pp. Niezab.... Dzień był mroźny z zadymką. 
Otuleni w niedźwiedzie futra, w krytych saniach, zaprzężo- 
nych trójką stepowych rumaków, pędzimy na wieczór przez 
zaspy i zamiecie. Wtem, gdy minęliśmy Mostytycze, petersbur- 
ski wańka i)uścił bat po swojemu, — wichrem mknęła się 
trójka pod górę — wjładamy do Imrby śniegu i — trzask! — 
łamie się coś w zaprzęgu. 

— Ach hud^ty proklat! — zawołał Wańka — łopnuła ohło- 
bla (Przekleństwo! złamała się hołobla!). 

— Tak cztoże budżet? — pyta Hauke. 

— Niczewo, wasze siatelstwo. — Nada zjezdit w dierewniu 
(Trzeba do wsi pojechać). 

To rzekłszy, żwawo wyprzągł konie, podał nam cugle 
i siadłszy na jednego z nich, popędził w kierunku jaki mu 
wskazałem — i zniknął nam z oczu. A zamieć mroźna tym- 
czasem się wzmaga i światu Bożego nie widać. 

— Wiesz co, powiadam — ta zimowa jazda rosyjska, — 
ta szalona trójka w dartego orła, to istny obraz Rosji. Bo 
tylko zważ : Ten rysak w hołoblach , co wyciągniętym kłusem , 
pod batem woźnicy ostatnich sił dobywa i z głową zadartą, 
jakby zawieszoną u duhy, pędzi nie wiedząc i nie widząc 
prawie dokąd — to lud rosyjski. Te dwa na orczykach ko- 
nie z głowami w dół — z grzywą na wiatr rozwianą zwró- 
cone jakby w poprzek drogi — jak mówią Moskale „gałowki 
k chwostam", pędzące w szalonym galopie nie wiedząc do- 
kąd — to młodzież. A ten brodaty Wańka na przodzie ry- 
dwanu (którego najwygodniejsze miejsce zajmuje „pamieszczyk 
i czynownik"). ten kacap w tył wychylony, w jednej silnej 
dłoni dzierżący napięte lejce, w drugiej bat, którym bez końca 



— 72 — 

i miary okłada winnych i niewinnych , nie jest że to uosobienie 
„saniodzierżawija!" — Pędzi ta szalona trójka z dzikim świ- 
stem i krzykiem przy monotonnym dźwięku wałdajskiego 
dzwonka, — wśród zasp i śnieżnych huraganów — biezka- 
miecznoj matuszki Rassiei", druzgocąc wszystko co stanie na 
drodze; pędzi, rzucając śmiech dziki, urąganie i postrach 
dokoła , i pędzić będzie aż nie runie to wszystko w przepaść , 
aż czas nie zawoła: Stój! — łopnuła ohłohla! 

— Prawda — odrzekł Hauke — obyśmy tylko w t}cli sa- 
niach nie siedzieli. 

— No , to się rozumie ; to już nasza rzecz , przecież i mo- 
skiewskie przysłowie ostrzega: „W czużyje sani nie sadiś" 
(nie zaglądaj do cudzego wozu). 

Tak gawędząc, czekamy. Konie się niecierpliwią. Upływa 
pół godziny, ' upływa godzina , zmierzch zapada , a Wańki nie 
widać. Nie znając miejscowości, zabłądził wśród zawiei. Szczę- 
ście nam jednak sprzyjało; bo błądząc po polach spotkał pod 
lasem chłopów z furami drzewa, i ci mu dopiero pomogli 
i nas odszukać i narządzić sanie. 

— Je;', ^e/, sławny zdieś naród — żal tolko szto biedny! 
Taką to uwagą zamknął tę katastrofę chłop wielkoro- 

syjski o chłopie litewskim. 

— Nieprawdaż — zauważył Hauke — że to powiedzenie 
moskiewskiego chłopa daje do myślenia. Przyjdzie czas 
może, że ci dwaj niewolnicy porozumieją się z sobą i oby 
tylko nie na naszą szkodę. 

— Tak, tylko w tem pytanie, czy my, jako my, wtenczas 
jeszcze będziemy. C" est la ąuestion. 

Wśród takiej to gawędki ujechaliśmy szczęśliwie nastę- 
pną milę i łatwo sobie wyobrazić, z jaką przyjemnością sta- 
nęliśmy przed gankiem Sworotwy, i jak nam mile przemknął 
wieczór i dzień następny w rozkosznych salonach tego miłego 
domu, gdzie urok niewieściego wdzięku i gościnność staro- 
polska szły z sobą o lepsze. A do tego , jeszcze trzeba dodać , 
byliśmy młodzi i rozmarzeni. Nie przeczuwaliśmy, że jeden 



— 73 — 

z nas zfjinio frd/ioś na obcej ziemi od kuli pruskiej dru- 
niefio czekało wygnanie!*). 

Ale jedźmy dalej. 

Nareszcie, z ostatniej góry, widzimy przed sobji najwa- 
żniejszą miejscowość , na przestrzeni tych kilku mil . mia- 
steczko Horodyszcz. 

Majętność ta, do roku 1831 była własnością jenerała 
hr. Ludwika Paca, ostatniego tej rodziny mezkiego potomka. 
Położona w pięknej i żyznej okolicy, nad rzeką Serweczą, 
miała kościół parafialny (od roku 1874 zabrany na prawosła- 
wie) i cerkiew, niegdyś unicką, z miasteczkiem na górze; na 
dole zaś za rzeką, dwór z pięknym ogrodem i pyszną aleją wja- 
zdową (zniszczoną przez dzierżawcę), stawy, kanały, młyny, — 
młocamię wodną i znakomitą gospodarkę. Zmarniało to wszy- 
stko później. — Za kościołem, na pochyłości góry. stara mo- 
drzewiowa plebania, ocieniona wiekowemi brzozami, — za nią, 
po nad wodą, w malowTiiczem położeniu, na górze, śród zie- 
lonej dąbrowy, cmentarz. — Wszystko to, jakby ustęp z pię- 
knej powieści, — zachwycało kiedyś swym urokiem oko po- 
dróżnika, — zanim się nie zmieniło w ruinę od 1863 roku. 



') W parę lat potem, tuki list od hr. Hauke otrzymałem. — 
„Dziwi cię niezawodnie list mój z Kaukazu. — Otóż nim mię 
osądzisz, posłuchaj. — Znasz mię i wiesz, żem się oddał zawo- 
dowi wojskowemu z zamiłowaniem. — Znasz też i Petersburg 
i wiesz co tam robi, i jak się sprawuje młodzież gwardyjska. — 
Otóż powiedziałem sobie tak: — jestem żołnierzem i polakiem, — 
mamże jak inni zgnić tu przedwcześnie w nieczynności i roz- 
puście ? — Nie ; tak nie będzie. — Gdy jednak dokoła w całej 
Europie pokój, a tylko na Kaukazie ciągnie się partyzantka, — 
ruszaj więc bratku tam gdzie się biją, a nauczysz się tego co 
tobie i komuś przydać się może z czasem. Oto masz powód dla 
czegom na Kaukazie". 

Dodać winienem , że ta wyprawa na Kaukaz , była dowo- 
dem faworów dworu — z którym przez siostrę był spokre- 
wniony, — i który mu na drodze karjery wojskowo-politycznej 
świetną przeznaczył perspektywę , — czego było dowodem wkró- 
tce wysłanie go przez Cara w sprawie poufnej do Napoleona III. 



— 74 — 

Dioga to miejscowość i dla moich osobistych wsi)omuieii. Tutaj 
to bowiem mieszkał jako pleban przez lat trzydzieści ksiądz 
kanonik Bonifacy Chełstow' ski , mój krewny, któremu najmilsze 
chwile dzieciństwa zawdzięczam. 

Z drugiej strony miasteczka, ku zachodowi, o pół wiorsty 
przy zakręcie rzeki, znajduje się miejscowość zwana „Horo- 
dok" — wielce ciekawa dla archeologów-. Jest to góra, wśród 
nadrzecznej niziny, jakby usypana — przyparta do rzeki, 
o wierzchołku płaskim, jakby ściętym. Było to prawdopodobnie 
przedhistoryczne starosłowiańskie liorodyszcze ^ które z czasem 
dało nazwę położonemu opodal miasteczku. Być może że w cza- 
sie wojen późniejszych służyło za baterję, — gdyż znajdowano 
tu kule i odłamy kartaczów. — O parę staj, ku stronie po- 
łudniowej, widać kurhan porosły tarniną. — Nikt tu dotąd, 
o ile wiem, nie robił poszukiwań. O wiorst kilka ztąd, jest 
druga też miejscowość niemniej ciekawa, zwana „Okopy". Jest 
to dwór, otoczony wałem ziemnym i fosami. Nikt wszakże do- 
tąd nie wie, do jakiej się to epoki — i do jakiego wypadku 
w dziejach odnosi. Jak zwykle przypisują to Szwedom. 

W Horodyszczu, jak powiedzieliśmy w-yżej, droga roz- 
chodzi się na dwie strony: w jedną na Polesie do Pińska, 
w drugą do Nieświeża. Ta więc ostatnia, wyszedłszy z Horo- 
dyszcza, mija na prawo gaj brzozowy, na lewo folwark Grzy- 
bowszczyznę, dalej, rozsypane pod lasem domostwa okolicy 
szlacheckiej Przewłoki, dalej karczmę Wygodę na rozdrożu 
między Kołdyczewem, Skrobowem, Michnowszczyzną — i wi- 
jąc się przez wzgórza mimo gajów, spuszcza się na dół, pod 
śliczny borek sosnowy, u stóp którego na lewo kuźnia i kar- 
czma, na prawo zaś na wzgórku dworek Zaosie, (Chmielewskich. 
Rzuciwszy tu trakt nieświeski, co się pod górę do boru wspina, 
skręcamy w prawo, mijamy drugi borek, z cmentarzem na 
brzegu, i przejechawszy niewielkie pole, widzimy przed sobą 
u stóp Góry żarnowej, w nizinie, będącej ostatnim terenem 
moczarów kołdyczewskiego jeziora, niewielką z kilku domowstw 
osadę, a na jej brzegu, śród zabudowań gospodarskich, dwo- 
rek ocieniony gajem, z piętrowym lamusem na dziedzińcu. 



— 75 — 

To Znosie Stypułkowskich; — to miejsce, gdzie się 
urodził Adam Mickiewicz, i gdzie jako dziecię i młodzie- 
niec, nie jedno lato z braćmi przepędził, — a które zawsze 
potem, najcłiętniej lubił wspominać. O Zaosiu to ł)ezwłj.tpienia , 
myśląc, pisał po latacli wielu te słowa: 

Polały się łzy moje czyste, rzęsiste, 
Na me dzieciństwo, sielskie, anielskie, 
Na moj«a młodość — górną i chmurną — 
Na mój wiek męski — wiek klęski... 
Polały się łzy moje, czyste, rzęsiste! 

Wpadam na cliwil^' do Zaosia, odwiedzić przyjaciółkę 
mojej matki i moją, a siostrę cioteczną Adama Mickiewicza, 
dzi\Miie do niego podobną, zacną, miłą serdeczną i niepospo- 
licie wykształconą, pannę Józefę Stypułkowską. Więc chwilka 
rozmowy, życzenia i — do widzenia jutro — w kościele*). 

— Spiesz, spiesz pan, nie zatrzymuję cię tym razem, bo 
wiem ile wczorajsza zamieć nabawiła ti-wogi twoją matkę. 
Uspokój ją i uściskaj odemnie. A nie zapominajcie też. żem 
już na wylocie... dodała ze smutnym uśmiechem. 

Niestety, złowrogie te słowa wkrótce się sprawdziły. 
Umarła z suchot następnego lata. Chorol)ę i śmierć spowodo- 
wał zgon ukochanego brata w kwiecie wieku, lekarza, zmar- 
łego w Sławucie na Wołyniu u ks. Sanguszków. 

Gdym jej słów parę przy pożegnaniu powiedział o no- 
clegu i spotkaniu w Zbojsku, pogroziła mi niby paluszkiem, 
powtarzając słowa Świtezianki: 

— „Pamiętaj chłopcze, to moja rada..." 

— Jakaż rada? — pytam z uśmiechem i jakby z obawą. 

— Strzedz się 'Świtezianek... 

Z Zaosia już nam niedaleko; więc konie niecierpliwie 
rwą parskając; Budrys w podskokach przed sankami, z rado- 



♦) Kościół parafialny w Stwołowiczach , z kaplicą Loretańską. Od 
18G4 roku zabrany na cerkiew. 



— 76 — 

ści na wiatr ujada. Tyuiezaseiii, \neczór cichy spuszcza sic na 
ziemię, jakby nad kolebką piastunka, aby otulone białeni 
okryciem, ukołysać ukochane dziecię. I oto zabłysła gwiazdka 
na niebie, zapowiadając pokój na ziemi ludziom dobrej woli. 

Z gwiazdką przybywam do domu, i na tem też kończę. 
Bo gdzież słowa, coby mogły oddać powitanie matki, uścisk 
dłoni przyjaciół, domowników — i miły, cichy sen pod strze- 
chą domową. 

Takie to bywały dawniej podróże po naszym kraju — 
ustąpiły one miejsca innemu porządkowi rzeczy, — wraz z ro- 
mantyzmem i poezją — których miegsce zajął dziś tak uwiel- 
biany i tyle mający sprowadzić dobra na ziemię realizm. Czy 
ludzkość na tem wygra, czas to pokaże. To pewne tylko, że 
przy wszelkich korzyściach, jakie daje kolej żelazna, wspo- 
mnienia z podróży kolejowej, niedorównają wspomnieniom 
z owych czasów, gdy podróżny był panem swej woli — i nie 
był zamykany i pakowany, na hasło świstu lub dzwonka. Ta- 
niej , porządniej i wygodniej dziś się jedzie , to pewna , — 
ale że niesmak podróży dzisiaj o wiele więcej czuć się daje — 
że przejechana lotem błyskawicy przestrzeń kraju, nic, prócz 
chaotycznego obrazu i znużenia nie zostawia w pamięci — to 
także jest prawdą, której nikt nie zaprzeczy. — Ale wróćmy 
do Wilna. 



III. 



Pohulanka. — Śmierć Szymona Konarskiego. — Anna 
Holznerówna. — Ponarskie góry. — Opowiadanie o bi- 
twie ponarskiej w 1831 roku. — Wincenty Matusewicz. 

— Jenerał Chłapowski. — Spalenie przez Moskwę 
Owsianiszek. — Przeprawa Dembińskiego przez Niemen. 

— Nocleg polskiego wojska we Wsielubiu. — Gawęda 
kmiotków o powstaniu 1831 roku, wiersz Dra Sawicza. 

— Uczta w lesie. — Toasty- — Powrót do Wilna. — 
Imieniny Zana. — Druskieniki. — Przemówienie na 
cmentarzu w Montmorency. — Nabożeństwa ; Wstrzemię- 
źliwość na Litwie; Odezwa do duchowieństwa. -^ Pogrzeb 

Wasilewskiego. — Zakończenie. 



Długo by mówić, przechodzić okropnie 
AYszystkie od chwały do niewołi stopuie ; 
Dosyć jest wiedzieć, źe niltt nie zagrzebie. 
Ducha swobody, — chyba on sam siebie! 
Bo własne tylko upodlenie ducha 
Ugina wolnych szyję do łańcucha. 

MiCKIKWICZ 

Uiiaur Byrona). 



Jlo powrocie ze świąt, reszta zimowych miesięcy, minęła śród 
spokoju i pracy. Przyszła nareszcie wiosna, a z nią, wycieczki 
i studja artystyczne pozamiejskie. Pewnego razu wybraliśmy 
się na majówkę w Ponary, a że to o milę tylko od Wilna, 
i że wielu nas było, wybraliśmy się pieszo. 

Było to jakoś w ostatnich dniach maja, bo pamiętam, 
że kwitły jeszcze bzy. O wscliodzie słońca zeszliśmy się na 
umówionym punkcie, za Trocką bramą. Ranek był pogodny, 
cichy, owiany atmosferą przesiąkła zapachem kwitnących krze- 
wów i drzew. Przyroda wykąpana rosą poranku budziła się 
wypoczęta i świeża, dziei-zgając promieńmi słoika, jakby złotą 
nicią, leciuchne mgły, rozesłane po dolinach, co jakby gazowe 
okrycia rozsuwały się zwolna, by się z nich rozpowiła zbu- 
dzona ziemia. Po nad tem wszystkiem skowronki dzwoniły chó- 
rem swoją piosenkę, do której od czasu do czasu słowik 
z ogiodów Pohulanki, jakby solista w tym rannm koncercie, 
dorzucał swoje rapsodje i trele. 

Dziwny ma urok dla każdego poranek wiosenny ; cóż do- 
l)iero dla tych , co wzrośli na wsi i zżyli się bliżej z naturą. 
Lecz jakże być musi uroczym wtenczas , gdy się go wita śród 



_ 80 — 

dobranego koła serdecznych, młodych towarzyszy, śród miejsc 
tak pięknych i pamiętnych. 

Po za rogatką Trocką, na bramie której były jeszcze 
podówczas pogonie litewskie (dziś orły dwugłowe), na lewo 
wznoszą się wzgórza. Tam to w 1839 roku rozstrzelany został 
Szymon Konarski. Długi czas, na nieporosłej trawą mogile, 
znajdowała policja ustawiane nocą kwiaty, więc aby zatrzeć 
ślad dołu, gdzie po egzekucji wrzucony został, całe to pia- 
sczyste wzgórze zaorano, nawiózłszy naprzód śmiecia i mierzwy. 
Było to za wielkorządztwa jenerała Mirkowicza. 

W milczeniu posępnem mijamy to wzgórze , bo każdy 
z nas miał przed oczyma duszy ten obraz, na który patrzał 
niedawno. 

O, straszna to była chwila, pamiętam ją — jak gdyby 
to było wczoraj. Z trzech stron stało wojsko, z czwartej wy- 
kopany dół — nad nim słup, a u słupa uwiązany w białej 
długiej koszuli z zawiązanemi oczyma Konarski. Z pod błę- 
kitnej czapeczki, uwitej ręką narzeczonej, spadały mu długie 
jasne włosy, — białe lica krasił żywy rumieniec — i — jakby 
dla kontrastu z tem co się działo na ziemi — po nad tem 
wszystkiem, niebo pogodne, jasne. — Tłumy ludu niezliczone, 
otaczają wojsko, zalegają pola. Chwila oczekiwania, niepokoju — 
i jakiejś nadziei; bo rozpuszczono pogłoskę , o przygotowanem 
ułaskawieniu. — Ale oto, występuje kilkunastu jegrów, umil- 
kły bębny — cisza. Ukryci między szeregami żołnierzy, — 
patrzymy na to w osłupieniu, — a złowrogie przeczucie ko- 
łata sercem i oddech tamuje. — Wtem — cichym gestem 
zakomenderowano — rozległ się chrzęst kilkunastu kurków — 
chwila — padł strzał, — i oto z pod dymu ukazał się prze- 
szyty kulami więzień. — Trysnęła krew, — osunął się na 
prawą stronę, — głowa pochyliła się na lewo — i zawisł na 
więzach. — Ujrzał to tłum, i jeden długi, straszny jęk, wy- 
dobył się z kilkunastotysięcznej piersi... Ozwał się gdzieś płacz 
serdeczny kobiet. — Ale wnet zagrzmiały bębny, zagrała nui- 
zyka i wojsko ruszyło ceremonialnym marszem dokoła dołu. — 
Rzuciliśmy się razem z tłumem przez te szeregi ku mogile, 



— Sl- 
aby ujrzeć raz jeszcze wrzucona w kajdanach do dołu ofiarę! — 
Tratowano nas, bito kolbami, — ale unieśliśmy garstkę skrwa- 
wionej ziemi — symbol miłości i poświęcenia dla niej. 

— Już to, co prawda, zawołał Otton Rodziewicz — me- 
dyk, zwracając mowę do swego kolegi, co szedł trzymając 
grubą palkę na ramieniu, — to należałby się tobie, Grodni- 
cki, order „yiituti militari", gdybyśmy go mieli do ofiarowa- 
nia, za twój atak waleczny, wykonany na owego rycerza, co 
konny i zbrojny tratował kopytami koiiskiemi dziatwę i ko- 
biety. — Takeś go ciął tą twoją maczugą sękatą, którą ła- 
skawie pelikanówką nazywasz, że mu na długo, jeżeli to 
przeżyje, nie przyjdzie chętka zbierać podobnych laurów. 

— No, juścić prawda, — posłużyła mi nieźle, ta moja la- 
seczka, — odrzekł Grodnicki, podnosząc w górę potężny swój 
kij dcł)0wy. Mam też odtąd dla niej nie mało respektu; żałuję 
tylko, żem w pospiechu, płatnął najniewinniej w łeb konia, 
zamiast raz dnigi pomacać jego pana. Wprawdzie to rozstrzy- 
gnęło zwycięztwo — bo koń ugodzony wspiął się — i tar- 
gnięty cuglami odurzonego jeźdźca, runął — i przywalił sobą 
lycerza, o którym nie można powiedzieć że był: sans peur 
et sans reproche. Co było dalej — to już nie wiem wcale — 
bo jak wściekły biegłem do dołu. 

— Ba, a któż tam mógł wiedzieć — ciągnął któryś z ko- 
legów — gdy śród tego zamętu, krzyku, bicia bębnów, mu- 
zyki i płaczu nikt nie mógł nic ani widzieć, ani słyszeć. 
Widziano tylko na miejscu, gdzie padł adjutant z koniem, 
kupę skrwawionego śniegu , a potem na saniach wiezionego na 
wpół umarłego człowieka. Miał to być podobno ów oficer wa- 
leczny. W każdym jednak razie był to fakt, który... 

— Co który ? — który nie uchodzi w dobrem towarzystwie , 
nieprawdaż? — przerwał z przekąsem Grodnicki. — Wy to 
panowie literaci chcielibyście zaraz zużytkować wasz talent 
wymowy, i zapewne przedstawilibyście panu adjutantowi nie- 
właściwość i niemoralność jego zachowania się. Ale zapomi- 
nacie, że na wymowę nie było czasu, a działa się kizywda 
bezkarnie. 

Wspoinnirnin r. nail Wilii i Niciiinn 6 



>__ 82 — 

Zresztą, my medycy, gdy widzimy gwałtowną potrzebę, 
dajemy cięcie, i rzecz skończona. O! nie deptałaby nas Mo- 
skwa od wieku, gdybyśmy się trzymali tej metody, i mniej 
bawili się w słowa! 

Tak gawędząc, minęliśmy bór Zakrętu; dalej folwark 
biskupi Ponary, który trzymała w dzierżawie zacna panna Anna 
Holsnerówna, znana całej akademickiej młodzieży przyjaciółka, 
a której restauracja naprzeciw dzwonnicy Świętojańskiej była 
nie dla jednego zbawczym portem śród rozmaitych przemian 
losu. — Sobarri w swoich obrazkach litewskich tak o niej mówi : 

„Niech was nie przeraża nazwisko niemieckie. Wilno po- 
siada szczególną zdolność przetwarzania nietylko Niemców, 
Włochów, ale nawet samych Moskali w dobrych Polaków. Li- 
sta męczenników ostatniego powstania najdobitniej o tem prze- 
konać mogłaby. Ów Abicht, Nikolai, Molinary, Czerniajew, 
którzy się poświęcili dla sprawy polskiej, nie noszą przecież 
polskich nazwisk. A przypomnijmy sobie owych Platerów, Ty- 
zenhauzów, Giinterów, Deraesów, Szoazelów, Moriconich, Ro- 
merów, Borchów, Mohlów, Szulców, Korfów, Krauzów, Szmidtów, 
Popowych, Zmajłów i tylu innych. Wszyscy dziś są najle- 
pszymi Polakami. 

„Otóż i panna Anna Holsner, choć kiedyś tam przodkowie 
jej przyszli z Niemiec, ale ona nie umiała nawet ani słowa 
po niemiecku, była dobrą katoliczką i najlepszą Polką. Mie- 
szkanie przez nią zajmowane, składało się z jednego dość 
dużego salonu, i kilku mniejszych pokojów. Tu przedewszy- 
stkiem zbierała się młodzież akademicka, palestra, urzędnicy, 
a nieraz i sam pan profesor zajrzał na kapustkę duszoną 
z kiełbasami, albo na przewyborne kołduny litewskie. U panny 
Anny podawano potrawy proste, ale przedewszystkiem litewskie, 
silne i zdrowe. Za złotówkę (25 centów) mogłeś się najeść 
do syta, a do tego za 3 grosze wypić spory kielich dobrej 
gorzałki , za dnigie 3 grosze dostać szklankę piwa , a za 5 gi-o- 
szy to i filiżankę wybornej kawy. Lubili też wszyscy pannę 
Annę, a znało ją całe miasto, ba, cała niemal Litwa; a ma 
się rozumieć, i ona wszystkich znała. ]\Iiala wówczas około 



— 83 — 

lat 40. wzrostu słusznego, tuszy okazałej, głosu męzltiego, 
troclic wrzasliliwego. Mówiła do wszystkicłi ty, nazywała wielu 
po imieniu; nieraz porządnie wygderała; ale wszystko to jej 
było wolno. Bo też panna Anna miała wielkie cnoty. Dwu- 
dziestu, czasami i więcej biednych akademików, jadali u niej 
darmo, niektórzy po lat kilka, a tak to zdawało się rzeczą, 
prostą i naturalną, że nikt się temu nie dziwił bardzo, nie- 
którzy zaś z młodzieży nawet wymyślać pozwalali sobie, kiedy 
im było co nie do smaku, lub nierychło podane. 

Aresztowano ją i uwięziono w sprawie Konarskiego. Wy- 
kryto bowiem jego nocne z więzienia wycieczki do jej traktjerni 
w celu spotkania się i porozumienia ze znajomymi. Był on 
dla niej bożyszczem. W więzieniu, kłóciła się o niego stra- 
szliwie, nawet z Trubeckim. Ćwiczył też ją bez miłosierdzia, 
a zawsze sam był obecny i pastwił się nad poczciwą kobietą. 
Później jednak wjpuszczono ją, wróciła do swej traktjerni, 
szanowana przez wszystkich". Taka to była panna Anna Hol- 
snerówna!" 

Do innych uczęszczanych a przystępnych dla kieszeni 
studenckiej traktjerni i kawiarni, zaliczyć trzeba, Łukaszewi- 
czowej z kulawym Mikołajem, Jastrzębskiej, Soplicy i Jodki, 
sławną kołdunami; kawiarnię Julki, naprzeciw Remizy, Zuzi 
przy dzwonnicy Święto-Jańskiej i t. p. , a nie należy też zapo- 
mnieć o kawiarence pod ratuszem, gdzie za bajecznie niską 
cenę, dawano kawę, a na oknie której czytałeś dowcipny na- 
pis: Chodź — my tu! 

Nareszcie, doszliśmy do karczmy „Dolnej", gdzie był 
naznaczony wypoczynek i śniadanie. 

Zwykle w owych czasach, w podobnych zajazdach przy 
traktach pocztowych we wszystkich od Wilna promieniach, 
były traktjernie utrzymywane przez gospodynie, które sprzy- 
krzywszy sobie dworską służ])ę , a znając się na gospodai-stwie 
i kuchni, osiadały na trakcie z uciułanym fundusikiem i pró- 
bowały tam prowadzić niezależną egzystencję. Miały też zwykle 
dla posługi i przynęty i coś młodszego przy sobie, w roli 
szwaczek, kawiarek i t. p. 

6* 



— 84 — 

A więc zarządzono śniadanie, a tymczasem cała rzesza 
rozpierzchła się po gajacli, polacli, jedni dla łierbor}'zacji na 
łąkacłi, inni z książką rozłożyli się na miedzach śród łanu 
zboża, po nad którera unoszący się gdzieniegdzie dymek, 
zdradzał obecność fajkarzy. 

Znalazł się i chłopek z bliskiego zaścianku ; otoczyła go 
młodzież, i dalej z nim w gawędkę. Ci go raczą podróżnym 
zapasem, tamci tytoniem, i już się zawiązała dobra komitywa. 
A chłopek roztropny, bywały. Jako mieszkaniec podnóża gór 
ponarskich, pamięta bitwę 18 maja 1831 roku, bo był nawet 
powoływany potem do gi-zebania ciał poległych. Więc też za- 
raz pokazał jedne z najbliższych tego miejsca mogił, śród 
łanu żyta. Byłto zaledwie znaczny wzgórek, na lewo idąc ku 
Ponarom. Poleciliśmy mu postawić nad tą' mogiłą krzyż , co 
też sumiennie dopełnił, bo długie lata jeszcze jeżdżąc tamtędy 
w trockie okolice, krzyż ten widywałem. 

Po śniadaniu, na które wysadziła się umiejętność dwor- 
skiej gospodyni, ruszyliśmy dalej. Stary trakt kowieński, wraz 
od podnóża góry, wspina się kręto coraz wyżej , śród głębo- 
kich parowów i lasu podszytego krzakami gęstych zarośli. 
Droga piasczysta i stroma. 

Kto wjeżdża obecnie koleją do Wilna od strony Ponar, 
minąwszy tunel, ani się domyśla, zapatrzony w urocze ich 
położenie, ile to podań i legend przywiązanych było do nich 
i czem były te góry dla okolicy, przed kilkudziesięciu laty. 
Ile ztąd modłów gorących wzniosło się ku niebu, ile się tu 
wylało łez i krwi, nie śród bitwy otwartej, lecz odnóża zbój- 
ców zaczajonych, których tu była przez długie lata kryjówka, 
to tylko sam Bóg policzy. Komuż zresztą nieznany dramat 
czy melodi*ama „Rozbójnicy w Ponarach", nie na fikcji lecz 
na smutnej rzeczywistości osnuty. Nieład powszechny, spowo- 
dowany brakiem poszanowania prawa i sprężystej władzy, 
w ostatnich latach upadku kraju, wyrodził, jak to bywa zawsze, 
te bezkarne swawole , rozkiełzanych namiętności. Kto nie miał 
czem opłacić eskorty, polecał duszę Bogu, wjeżdżając w te 
dzikie parowy; a gdyś już raz śród nie wjechał, trudno było 



S5 



zawnkir , bo droga wazka . a góiy zarosłe rionistym lasem , 
po obu stroiiacli ineprzerwanym pasmem piętrzą, się coraz wy- 
żej i wyżej, aż do najwyższego płaskowzgórza , na którego 
krawędzi czyjaś pobożność postawiła kapliczkę. To też liczne 
wota zawieszone na ołtarzu, wiele zapewne mogłyby powie- 
dzieć o dziejach tej przez długie lata strasznej miejscowości. 

Gdyśmy stanęli przed kapliczką, była już godzina 10, 
więc na propozycję Józefa Majewskiego, co już wówczas aspi- 
rował do stanu duchownego*) odśpiewaliśmy na głosy (a było 
u nas we zwyczaju chóralne śpiewanie), ów piękny i tak nam 
właściwy hymn: „Bóg nasz ucieczką i mocą!" zwykle śpie- 
wany na Litwie w kościelnych suplikacjach ; poczem, rozsy- 
paliśmy się w różne strony, dla wyszukania miejsca do zało- 
żenia obozu. Znalazłszy je , w punkcie , zkąd się otwierał widok 
na Wilią, Zakręt i Wilno, roznieciliśmy obyczajem litewskim 
ogień, sprowadziliśmy z bliskiej oberży potrzebne rekwizyta 
kuchenne, i oddawszy berło gospodarskie Mikułowskiemu, 
który z nas wszystkich , kw'alitikował się najwięcej do roli Am- 
tttriona, udaliśmy się, prowadzeni przez naszego chłopka, dla 
zrobienia rekonensansu okolicy i obejrzenia pola bitwy. 

Nie trudno było je znaleźć, bo wszedłszy do boru, co 
otaczał obszerną polanę, ujrzeliśmy zaraz sosny pozrywane 
kartaczami do połowy. Nadszedł też niebawem i gajowy, 
ostrzeżony dymem, co się wznosił pod obłoki z naszego ogni- 
ska. Był to podżyły już szlachcic — gaduła , — a jak się po- 
kazało wkrótce, wiarus, niegdyś z partyzantki Matusewicza. 
Wąs zawiesisty i gęste brwi nawisłe siwe, dawały jego czer- 
stwej twarzy w>raz energii i prawości, a zarazem i dobro- 
duszności. Zapewniwszy się co do bezpieczeństwa od ognia, 
zbliżył się do nas, a wprawnem okiem poznawszy kto jesteśmy, 
pozdrowił obyczajem wojskowym, a potem wsparłszy się na 
strzelbie, tak się do nas odezwał: 



♦) Ksiądz Majewski Józef, były pleban i dziekan grodzieński, wy- 
gnaniec do Tobolska - Kurhanu w roku 18G2 , obecnie kapelan 
u wód mineralnych w Druskienikach. 



— 86 — 

— Ej, ej, moi panowie, co ta polana widziała przed dzie- 
sięciu laty! Patrzcie na te sosny, — toż to kule tak je po- 
cięły. Toż tu drżał ten bór od huku amiat mosanie, — a pod 
kawalerją, to aż ziemia jękła. 

— Toście tu byli? — ktoś mu przerwał. 

— Czy ja byłem, mosanie, — ho ho! — ot tam naprawo, 
szarżowałem z naszym pułkownikiem na czele, na kozaków! 
Poznała nas ta hołota i w nogi. — O, bo daliśmy im krwawą 
nauczkę. — Czy ja byłem! — tom ja przecież szlachcic z pod 
Źosiel, — nazywam się Pogorzelski, a ojciec mój, co tam — 
w Rykontach spoczywa — bił się z Moskalami pod Jasińskim 
w Wilnie, mosanie! — A któż to doniósł pułkownikowi o za- 
mordowaniu przez kozaków młodego Hoppena i dwóch jego 
przyjaciół w kąpieli ,pod Młynkiem? Kto na ich ślad napro- 
wadził? Kto potem, gdy się te łotry zaparli w karczmie i strze- 
lali do nas jak z baterji, podpalił ją, na rozkaz naczelnika?*) 
Oj, wyła ta psiarnia zanim ją upiekliśmy. — Ti^wało to nie- 
długo. — Otoczyliśmy karczmę i komu w niej było za go- 
rąco i chciał zmykać, paliliśmy w łeb. Jenerał tam wprawdzie 
nie bardzo nas za to pochwalił — ale te bestje bały nas się 
odtąd jak ognia. Otóż, mosanie, od tego czasu, przyjął mię 
nasz dzielny wódz do swego boku — i w dni kilka, byłem 
tu przy nim w tej bitwie. Hej, hej! — byłaż to bitwa! — 
świetna, ale nieszczęśliwa! — bitwa mordercza. Trwała od 
4ej zrana do południa**), kosztowała ona obie strony do 
pięciu tysięcy zabitych lub ranionych. Legło też wiele naszej 
młodzieży, co po raz pierwszy była w boju. — Walczyli nasi 
jak lwy. Ale napróżno! Oj, żebyśmy mieli takich jenerałów, 
jakich mieliśmy oficerów i żołnierzy, inaczej już byłoby na 
świecie... Tu zamilkł stary, po chwili westchął, i snąć że mu 
łzą oko zaszło, której nie chciał pokazać, bo się odwrócił, 
i zaczął krzesać ogień do swojej fajeczki. Poczęstowaliśmy go 
tytoniem, i zaprosiwszy na naszą obozową ucztę, wróciliśmy 



*) Przez długie lata stały rumowiska tej spalonej karczmy. 
**) Z pami0ników Stanisława Jundziła prof. uniwer. wileńskiego. 



— 87 — 

do ogniska. Tam, lo/lożywszy się na miękkim wrzosie, ciii- 
giicliśiiiy dalej gawędę o Matusewiczu. 

— To był uiosanie dziwny człowiek, w domu, dla swoich, 
łagodny jak baranek, każdemu dogodził, pamiętał o wszystkich. 
Jego dwór w Owsianiszkach , to był istny raj dla służby. Ale 
niech mu kto w di'0gę wejdzie, lub niech się dowie o krzy- 
wdzie wyrządzonej któremu ze swoich, biada mu. Żydów nie- 
nawidził. Ostatniej zimy, przed wojną, na trakcie między Je- 
wjem i Malowanką, kazał wyliczyć pięćdziesiąt batów bogatemu 
kupcowi, za skrz}'wdzenie chłopa i arogancję względem siebie, 
a że się ten zasłaniał i chciał imponować medalem który 
miał od cesarza, kazał nm ten medal noszony na piersi zdjąć 
podczas tej operacji. 

— W boju, to był istny szatan. Pamiętam, gdy w dni kilka 
po owej historji pod Młynkiem, gdzie mnie przyjął do swego 
oddziału, wstąpił na chwilę, do swych Owsianiszek; spodzie- 
wając się moskiewskiej zemsty, kazał z nich wywieźć wszystko, 
do ojcowskiego Gabryelowa, co miało jakąkolwiek cenę*). 
Przechodząc puste pokoje, spostrzegł, że zapomniano zabrać 
z szafy, konfitury i powidła. W tej chwili przyszło mu na 
myśl, że gdzieś tam ma schowany arszenik na lisy, a więc 
rzekłszy: „trzeba im to pocukrować, aby lepiej smakowało", 
zaprawił trucizną słoiki i zamknął napowi-ót do szafy, nie- 
wątpiąc, że się MosksYa do nich dorwie. Potem, pożegnawszy 
wszystkie kąty, milczący i smutny, wsiadł na koń, i zakomen- 
derowawszy, marsz naprzód! puścił się z nami wyciągniętym 
kłusem ku Kownu. O milę, niedaleko Gabryelowa, spotkał 
rekonensans, w któiym był sam jenerał Chłapowski. Oddawszy 
należyte honory, i zdawszy sprawę jako dowódzcy, usunął się 
na ubocz, i tam w kółku towarzyszy, które go otoczyło opo- 
wiedział o tarapacie , w jaką był popadł niedawno w okolicach 
Wysokiego dwom, dokąd udał się był z dwoma tylko luza- 
kami, dla pożegnania swojej bogdanki. 



*) Opowiadał mi to sam Matusewicz w Paryżu 1858 rolrii. 



— 88 — 

— Ot, jak to było. Wiedząc, że wszedłszy pod rozkazy je- 
nerała, mam opuścić te strony, postanowiłem raz jeszcze ich 
odwiedzić, i pożegnać. Parę mil, cóż to znaczy dla mojego 
szpaka! Ej żal mi go! — A więc nad wieczorem, puszczani 
się w drogę, wiarusy za mną. Manowcami, lasami, przyby- 
wamy szczęśliwie. A tymczasem słońce zachodzi. Dobrze, my- 
ślę sobie; w nocy wszystkie koty szare. Powrót bezpieczny. 
Ale, na nieszczęście, ponieważ tylko chwilę miałem zabawić, 
niekazałem odprowadzić koni do stajni. 

Uwiązano je u płotu, przy którym wiarusy rozciągnęli 
się na murawie. Wtem, gdy w najlepsze gi*ucham sobie, w fra- 
mudze okna, z moją niebogą, w chwili gdy podają herbatę, 
rozlega się tętent na dziedzińcu, i krzyk: „kozacy"! Spojrzę 
w okno, rzeczywiście Moskale. Spostrzegłszy wojskowe czapraki, 
rzucili się naprzód do koni, inni, widzę, pędzą już do dworu. 
Ha, nie było czasu do stracenia; więc przez drzwi ogrodowe, 
do sadu. Znając miejscowość, i pamiętając że ogród styka się 
z lasem, dalej w tę stronę. Dopadam lasu, patrzę, — moczary; 
drzewa rzadkie, skryć się trudno. Źle. Wtem widzę dół, 
w którym wypalano kiedyś węgle, a więc do dołu. A tu sły- 
szę już za sobą: „ławi! ławi! nie ujdiosz!" No, myślę, tru- 
dna tu będzie sprawa. Więc poleciwszy się Bogu, położyłem 
się na wznak, odwiódłszy kurki moich kuchenrejterów i cze- 
kam; — a już noc tymczasem zapadła, ciemno. Tentent zbliża 
się, wołania, strzały, tuż niedaleko. Wstrzymuję oddech, by 
nie zdradzić się. I słyszę jak mimo przebiegł jeden i drugi, 
i jak za nim cała ciżba popędziła w las, wołając: „Matus! 
Matus! ławi, dzierży jewo!" No, myślę sobie, kiedyście już 
nmie minęli, djabła zjecie teraz, zanim mnie dostaniecie. 
Wytrzymawszy więc jeszcze chwilę, gdy mnie już tylko daleki 
głos ich dolatywał, wydobyłem się, i znajomemi kniejami, 
gdziem tyle się nieraz napolował, dostałem się do znajomego 
zaścianku, zkąd już na wózku, wróciłem tejże nocy szczęśli- 
wie do oddziału. Ot co jest. Szaleństwo, nie prawdaż!? Tak, 
ale to już młodość temu winna. 



— 89 — 

— 1 biłjność. dodał jenerał, zbliżywszy siy do nas; który 
suać słucliał zdała, bo lubił Matusewicxa za jego brawurę. 

— Ale powiedz mi, proszę, zapytał go, podnosząc lunetę 
do oczu, jaka to być może miejscowość, gdzie ten oto dym 
widzę; ot tam na lewo, gdzie kończą, się te lasy? 

— To moje Owsianiszki palą się panie jenerale. Poskutko- 
wały snąć tam moje konfitury. 

Tu opowiedział Chłapowskiemu co zrobił. Skrzywił się 
jenerał na tę relację, i dał rozkaz oddziałowi kawałerji, ał)y 
się udał w tamtą stronę. Wprosił się do tej wycieczki i Ma- 
tusewicz i mnie wziął z sobą. Toż to była pociecha. Dwór 
się palił jak świeca. Pozabijane woły. barany, piekły się na 
ilziedzińcu. Moskwa piła i śpiewała w tryumfie na zgliszczach 
dwom swego najstraszniejszego wroga, a myśmy tymczasem 
podpełzli znanym parowem i sprzątnęli placówkę (widetę) i gdy 
tak spite żołdactwo hula , zadrżała pod kopytami ziemia — 
wpadają nasi — wsiadają na kark jegrom, sieką, kolą. Co 
ocalało chroni się do szopy. „Nieprzeszkadzać! zawołał Matu- 
sewicz , i gdy się w szopie zaparli sam ogień podłożył — mó- 
wiąc: „A no, spalili mi dwór to już sam podpalę tę starą 
niderę. Buchnął płomień — bo i wiatr już się był znalazł — 
i oto dnigą upiekliśmy pieczeń. 

Posiadał też dziwną zdolność orjentowania się w kry- 
tycznej chwili. Razu pewnego, gdyśmy później z oddziałem 
Dembińskiego, wykonywali ów sławny odwrót z Litwy, — 
zdarzył się taki wypadek. Mieliśmy przejść Niemen w Zbojsku 
o milę od miasteczka Iwje w Oszmiańskim powiecie. Gdyśmy 
się już zbliżali do Niemna, naraz widzimy za sobą od strony 
Iwja chmury Moskali. Dopadamy Niemna z moim półkowni- 
kiem , co zw7kle był na szpicy, aby urządzić przeprawę i prom 
przygotować; patrzymy, — nigdzie promu niema! Zerwała go 
przed kilku dniami powódź. Fatalność!! a tu już Moskwa tuż, 
ledwie o lekkie pół mili okrążać nas zaczyna. Co tu począć! 
Nadciągnął nasz cały oddział, nadjechał jenerał, powstaje za- 
mieszanie. Trwoga zajrzała niejednemu w oczy, bo z jednej 
strony Niemen, z drugiej przeważająca siła nieprzyjaciela, 



— 90 — 

którego zagrały już działa; rozgląjdain się, a mój pułkownik 
gdzieś zniknął. Gdzie Matusewicz? — pyta jenerał — aż oto 
właśnie w tej cłiwili, wpada zadyszany na spienionym koniu, 
i składa raport, że znalazł chłopa, który mu bród bezpieczny 
do przejścia pokazał — i podejmuje się przeprowadzić. I oto 
w przeciągu kwadransa, byliśmy już na drugim brzegu — 
a niespełna w pół godziny bezpieczni, dawaliśmy ognia do ko- 
zaków, co jak psy gończe straciwszy ślad zwierza, biegali 
w lewo i w prawo szukając przeprawy. 

Piękny to był człowiek, postawy istnie szlachecko -ry- 
cerskiej. Twarz podługowata nieco, pełna, wąs zawiesisty, 
oczy ciemne — spojrzenie bystre — ruchy zręczne*). 

Nazajutrz, po tej przeprawie, stanęliśmy na noc we Wsie- 
lubiu. Mieścina ta położona o dwie mile od Nowogi^ódka, była 
własnością jenerała rosyjskiego hr. 0'rurga, którego też rezy- 
dencja była tuż po za rzeką. Irlandczyk z rodu, był to zacny 
człowiek w całem znaczeniu słowa, a jako współobywatel uży- 
wał powszechnego szacunku. Że zaś liczył się w służbie, jako 
pełny i zasłużony jenerał, a nie chciał brać udziału w tej 
wojnie, tak się urządził, że z danym sobie niewielkim oddzia- 
łem huzarów, manewrował po powiecie w taki sposób, aby 
nikomu nie zawadzać, z powstańcami się nie spotkać, a w ra- 
zie danym, zaprotegować współobywateli w potrzebie. We 
dworze pozostała tylko pani jenerałowa ze swoim fraucymerem 



'■ ) Matusewicz Wincenty, syn Tadeusza i Franciszki Rewieńskiej , 
urodził się 5 kwietnia 1801 roku w Owsianiszkach , wsi dzie- 
dzicznej w powiecie Trockim. Pierwsze nauki pobierał w Kownie, 
zk^d się udał następnie do uniwersytetu w Wilnie. Zawód oby- 
watelski rozj)OCzął od urzędowania, jako sędzia od wyborów, 
sądu do spraw kryminalnych. Na tem stanowisku zastało go po- 
wstanie 1830 roku , w którem jako organizator ruchu na Litwie 
i przywódzca partyzantki , wielkie sprawie narodowej oddał 
przysługi. Po 28 latach tułactwa, wskutek amnestji Aleksan- 
dra II wrócił na Litwę 1859 roku gdzie w lat kilka umarł, 
w rodzinnej swej majętności. — (Les pólonais et les polonaises 
de la Revolution du 29 Novembre 1830 par Joseph Straszemcz. 
Paris 1832). 



91 



Zacna ta, pani i najlepsza Polka, skoro się dowiedziała, żeśmy 
przyszli do miasteczka, aby tam noc przepędzić, zaprosiła 
starszyznę do dworu. O tern przyjęciu i noclegu, tak mi opo- 
wiadał pułkownik * ) . 

„Zaproszeni do dworu nad wieczorem, zastaliśmy tam 
nmóstwo dam. Zapewne nie mało się ich zjechało z sąsiedztwa 
na wieść o przybyciu polskiego wojska. Przy wieczerzy, której 
honoiT robiła sama pani jenerałowa, śród rozmowy o losacli 
wojny — zapytała mię na wpół z uśmiechem na wpół serjo: 
„czy to prawda panie pułkowniku, co mówią, że przez zemstę 
za Oszmianę, kazałeś pan drzeć pasy Czerkiesom?" 

— Wcale nie, pani hrabino, nikt z moich żołnierzy nie 
splamił się dotknięciem tych nikczenuiydi zbójców. — Upie- 
kliśmy ich, prawda, nie mało, ale to tylko wtenczas, gdy 
zrobić to musieliśmy w obronie własnej, gdy schowani zdra- 
dziecko za węgieł, strzelali do nas, zamiast się poddać. — 
Bo proszę wierzyć, że o ile ci rabusie, mojem zdaniem, nie 
robią zaszczytu armii rosj-jskiej, o tyle i my nie upatrujemy 
zaszcz}i;u w zwycięstwie z taką hołotą. Gdy to powiedziałem 
podała mi rękę, którą całując, posłyszałem cicho wymówione 
słowo: „dziękuję". 

Odtąd szła rozmowa gwaniie, swobodnie, wesoło. 

Po wieczerzy, przeszliśmy do salonów oświeconych rzę- 
siście, a ztamtąd wraz do wielkiej sali, ubranej w wieńce 
i kwiaty. Odezwała się muzyka, i wspaniały polonez z Dem- 
l)ińskim na czele, otworzył bal. Zabawa przeciągnęła się do 
późna; — a można sobie wyobrazić jaki był nastrój towarzy- 
stwa — w tej przelotnej, a tak pięknej chwili, wśród nadziei 
i obawy, niepewnych losów i rezultatów wojny. 

Po rozejściu się, znalazłem się w pokoju przygotowanym 
mi na nocleg, z drzwiami od ogiodu. Znużony marszami 
i tańcem, usnąłem zaraz. Że zaś przez ciąg kampanji przy- 
wykłem sypiać, jak to mówią, na jedno oko, sur le qui vive! 
słyszę naraz lekki szelest — i czuję obecność czyjąś w po- 



*) Powtórzył mi to sam Matusewicz w Paryżu. (Przyp. aut.) 



— 92 — 

koju; otwieram oczy i widz^, jak z niiokii nocy postać nie- 
wieścia się wysuwa — zbliżą się do wezgłowia mego posłania , 
leciuchno jak duch nadziemski — schyla się, składa poca- 
łunek na mem czole i — znika. Usiadłem, aby się przeko- 
nać że nie śpię — i rzeczywiście, miarowy rucli zegara — 
i jakiś miły zapach, co się rozpłynął w pokoju, upewniły mię, 
że to widzenie nie było snem"*). 

Nazajutrz rano, zatrąbiono na pobudkę — wsiedliśmy 
na koń — i gdy wchodziliśmy w długą lipową aleję, powie- 
wały za nami chusteczki białe z okien pałacu — niewątpliwie 
z błogosławieństwem i życzeniem: do widzenia! 

Niestety! Pierwsze się tylko spełnić miało! bo rzeczywi- 
ście, szczęśliwie, pomimo tylu niebezpieczeństw, dostaliśmy 
się do Warszawy". 



Gdy skończył gajowy, zasiedliśmy do obiadu. Rozłożysty 
i wiekami zgarbiony dąb, jakby namiot olbrzymi, okrył nas 
przed słońca promieniami, — Dym ulatując z ogniska, w fan- 
tastycznych kłębach wzbijał się po nad wierzchołki sosen, 
rumieniąc się od czasu do czasu iskrami rzuconej do ognia 
gałęzi jałowca lub liściastej brzozy, które sycząc w rozpalonem 
ognisku, rzucały w górę blask chwilowy. Przed nami rowijał 
się obraz czarowny. Na najdalszych jego planach, na tle gór 
sinych, dolinę zalegało Wilno. Lewą stronę przysłaniał na 
bliższym planie ciemny bór Zakrętu; jeszcze bliżej, z prawej 
strony, jakby dla artystycznego stafazu — z gór porzniętych 
parowami, zstępował ku Wihi stary las dębowy, — a pośrodku, 
u stóp Ponar, jakby wstęga błękitna, rozwiana wiatrem, „Wi- 
lia naszych strumieni rodzica". 

Pod wrażeniem widzianych i słyszanych rzeczy, usposo- 
bienie i nastrój całego towarzystwa był podniosły. Ten krzepki 



* ) Opowiadał mi to sam Matusewicż;. 



— V)3 — 

i dzielny stary wiarus, co na tych polach za ojczyznę walczył, 
ten kmiotek co poległych grzebał, którzy jak w obrazie Grott- 
gera, raz pierwszy z sobą pokój zawarli, ta młódź, co się 
otarłszy o śledcze komisje i Trubeckiego, w tej chwili obu 
ich ze czcią otaczała, to było uosobienie tej tradycji, co 
z ojców przechodzi na nieodrodne dzieci. 

Aby zaś te relację o tej pamiętnej bitwie poprzeć po- 
wagą niewątpliwego autorytetu, przywiodę ustęp z pamiętni- 
ków tego, co jako oficer sztabu, walcząc w niej z szablą 
w dłoni, znał i wiedział z natury rzeczy wszystkie jej szcze- 
góły. Hr. Kazimierz Krasicki miedzy innemi tak mówi: 

„W walkach tych szczególniej odznaczyli się majorowie: 
Hempel, Krajewski i Karbowski. Mojor Hempel gAvałtownym 
natarciem z Iszym szwadronem przypuściwszy konnicę mo- 
skiewską prawie na 400 kroków, i zakomenderowawszy do- 
piero wtenczas: „Do ataku broń, marsz, marsz!" pierwszy 
zachwiał szeregi nieprzyjacielskie; poczem rzucił się na nie 
Krajewski z 2gim szwadronem i w zupełny wprawił nieład. 
Skorzystał z tego Ivarbowski , wykonawszy z 3cim szwadronem 
świetną szarże, rozbił i rozprószył jazdę moskiewską i doleciał 
aż do wysypanej baterji moskiewskiej , na najwyższym punkcie 
gościńca, idącego z Wilna do Kowna w l^onarach. Wrażenie 
tych świetnych ataków było tak potężne, iż kiedy niebawem, 
po szybkiem sformowaniu się szwadronów naszych, rozpoczęliśmy 
odwrót, Moskale wcale nas nie ścienli. aż dopiero zbliżyli się 
ku nam pod Kownem". 

„Straszna to broń. ta lanca ułańska, gdy nią włada dzielne 
ramię. Nie zaponmę nigdy widoku, jaki miałem przed oczyma 
w tej bitwie, powiadał mi autor powyższego pamiętnika. Był 
to przerażający jej epizod. Kiedy bowiem w szalonem natarciu 
naszych ułanów na jazdę moskiewską, zwarły się z sobą obie 
strony, jeden z ich rębaczy zapędził się zanadto śród naszych. 
Zawrzała rozpaczliwa walka. Nie upłynęło jednak chwil kilka, 
a oto widzę, ów rębacz, na wpół martwy, bo przeszyty na- 
wskióś, pędzi napowrót niesiony już tylko instynktem konia, 
do swoich; lanca zaś, którą został przebity, w nim utkwiona 



— 94 — 

z tyłu, rzuca się w szalonym pędzie na wszystkie strony, 
a krew szerokim strumieniem bucha, znacząc za nim krwawą 
drogę. ~ Okropność!" 

Na zakończenie naszej uczty — śród toastów, które nie 
szampanem ale miodem kowieńskim spełniliśmy, wygłosiłem 
wiersz jednego z kolegów i przyjaciół moich, Franciszka Sa- 
wicza ucznia medycyny, a od niedawna żołnierza na Kaukazie, 
jednego z grona najdzielniejszej młodzieży, w kry wieko -biało- 
ruskiem narzeczu ułożony, o powstaniu 1831 roku na Litwie 
i Rusi następne*): 

Tam blizko Pińska, na szyrokom polu 
Hde miź łubami pływie Strumień bystry, 
Tam — sidia Litwin rozkazy wau swu dołu. 
Z boku Wołyniec sidieu zatoczysty, 
Z pieredu Pinczulc wiesłom sia spiraje, 
I na hutorku pilno uważaje. 

„Hdież sia podiły ety dawny lita 
Szczo my za własny broszy sol kuplały, 
Szczo bez raszportu idi chot' w kraj świta, 
Szczo my Moskala i w oczy ne znały ! 
Hdie klniesz radośt' muzyki ihrajut' 
Mied, piwo Ijetsia, diewczata hułajut. 
A tut szynkarka czastuje pryboża; 
Tabdy to Polszczą światiła sia Boża! 
Mały padatki — broszy jak miakiny, 
U chlewie karowy, byczki, świni, 
U kamore pouno , cbot' śpi na swojacb , 
W cbatie czystieńko, jak w pańskich pokojacb 



■ ) Franciszek Sawicz , syn księdza unickiego , z Polesia , uczeń 
czwartego kursu medycyny, skazany w sołdaty na Kaukaz — po- 
potrafił z czasem umknąć z wojska, potem jako lekarz osiadł 
na pograniczu Podola i Wołynia , gdzie od wszystkich szanowany 
a ubóstwiany od włościan, kilka lat przepędził pod nazwiskiem 
doktora Heli i tam umarł. 



— 95 — 

Tak to bywało u nas imiż wami! 

A tiepier, hdież tyje szczastje sia podiło? 

Hdie hlaniesz — ludie braszczat łańcuchami, 

Hdie kiniesz — slozy, aż żyty nie miło 

Bo z czełowika wysysajut siły — 

A wsio to cary Moskali zrobiły. 
„Nasz Matusewicz prynamsie skrepiusia , 
I na Moskalach dożo otomstiusia. 
Bo biu jak sobak — rezau jak tielata 
Aż mi dryżały so strachu czertiata. 

(Śpiew). A jak tiahnuu na dubinu 
To stoją na łanu, 
Pytau : — a szczo wraży synu 
Czy widisz Oszmianu?!! 

Ot tepier to niewira pobaczyt' 
Popomiataje, szczo to Litwa znaczyt'". 
Wołynie^^Chwiedor siebież otozwausia 
„A nasz Różycki małaja osoba. 
Pered nim Moskal i w chlewie chowausia, 
Da-j tam niezdobreu, bo wytiah z pod żłoba. 
I w łob sobace — a idi psia wiara 
Tam k czortu w Moskwu, do swojeho Cara". 

Kachnuu Mikita, wiesłom w ziemlu stuknuu; 
„Czyż tolko ludi u was sia nahodiat? 
Jeszcze i miż nami , wilny duch ne stuchnuu. 
Kołyś to Pinczuk, jak stary ponosiat, 
Po nowoj świtie pierepiarazausia , 
Sjezdiu d» Pińska — da-j broszy nabrausia, 
Na żonce nowo da-j bałchwisto płatje. 
Na diewce, kramna chustka powiwaje. 

A tepier, lidie hlanesz, samo tolko łatje 
W doma w kieszeni — niczoho nie maje, 



— 96 -- 

Bo z czełowieka wysysajut siły, 
A wsio to cary, moskały zrobiły. 

A nasz Pusłouski mału sztuku sprawiu 
Na Piereclirestie jak u Neulu bawiu! 
Oj sypalisie Moskali jak muchy, 
A było miasa jaky potaruchy. 
Albo Swieżyński pan z Lubaszewa, 
Albo muzyki z Telechan z Halewa, 
Da-j Olesiewicz, pohaniec proklaty*) 
Kab jon swoim krestikom udawiwsia! 
Stau nas Moskalmi oproważati. 
A uże Moskal dobro sterepiusia. 
Chot' wsio prepało — ale win za zminu, 
Konieczno kołyś pojdy na hołynu! 

Litwin, Woły nieć, podaj też mi ruki , 
Tak, — prysiahajera na Hospoda Boba, 
Caram na zhubu — panam , ^a nauki , 
Szczo na toj zemli , niepowstanie noha , 
Ani eta pohańska, — ani eta tyrańska — 
Chot' sia wkorenit jak siła szatańska 
I Ty na niebie wsłemohuszczy Boże , 
Ty Pan nad nami, Ty Pan sprawiedliwy 
Niechaj nas biednych Twa łaska wspomoże. 
A kto nie szczyry, — kto niesprawiedliwy 
Niechaj propadie z rodom i z nasienjem , 
Niechaj czort sreże z czadom, z pokolenjem. 

Skazaw, wsie try pocełowałyś i po czarce wypiły harełki 

1 po kałaczu wziały z tarełki. 

I douho sobie miłowałyś. 

A sołnce świtit i witer ne hude * 

Bo sia zdiwyły — szczo to wilny ludę! 



*) Olesiewicz zdrad/ił chłopów, za co kr/y/ dostał. 



— 97 — 

Gdym skończył ten pełen ni^'zlviej siły i prostoty wiersz , 
jedneni uizucieni przejęci, wznieśłiśmy toast, na cześć Sa- 
wicza. Powstałem wtedy, i powiódłszy wzroł^iem dołioła, wznio- 
słem na odpowiedź toast: „liocłiajmy sie!" A l)ył to toast 
pełen znaczenia w tej cłiwili, ł)0 w nim spotliały sie dłonie 
wszystłcicłi stanów. IJył tam ł^mioteli, ł)ył stary wiarus, szla- 
cłicic. i ł)yła młódź alvademicł\a . co jakliy żywe ogniwo ol)u 
tycłi stanów. l)rałn w swe ręce pracę dła i)rzyszłości. 



Wiek już prawie mija, jak sprawa ludowa, zajmuje 
w Polsce głel)sze umysły. Konstytucja 8 maja, powstanie Ivo- 
i^ciuszkowskie, prośłia szlaclity litewskiej do tronu o uwolnie- 
nie włościan z poddaństwa (odrzucona); ucłiwały prac sejmo- 
wycli w 1831 roku, a później, propaganda Towarzystwa de- 
mokratycznego , ucłiwała szlacłity galicyjskiej . oto główne 
stiidja tej sprawy. Tacy zaś mężowie, jak St. Małachowski, 
Staszyc. Konarski, Wybicki, Kołataj — w Królestwie; ks. l\a- 
weł lirzostowski, Joachim Chreptowicz, Moniuszko, na Litwie, 
oto główni tej sprawy przywódzcy. 

Polityka i sprawiedliwość, nagliły coraz więcej, al)y z tej 
ogromnej masy narodu wydobyć siły leżące odłogiem . siły 
niezużytkowane dotąd, na korzyść istotną kraju; aby z nie- 
wolnika, illoty. uczynić wolnego syna wspólnej ojczyzny. 

Upadek i rozdarcie kraju, w chwili zaczętej na tern polu 
roboty, i ją też })rzerwać nnisiały. Rząd rossyjski, w przewi- 
dzeniu, że mu to w danym razie może ł)yć na rękę, wraz 
po zajęciu Litwy i Rusi, wydał ustawę przywiązującą kmiotka 
do ziemi i jej właściciela, i poddał go zupełnej zależności 
i poddaństwu*). 

Że większa część szlachty nie nadużyła tego przywileju . 
który ją rol)ił prawie panem życia i śmierci włościanina . to 

*) Ukaz Katarzyny 1783 roku. 

WsponinieniH b nail Wilii i NiemiiH. < 



— 98 — 

rzecz pewna; bo poczucie sprawiedliwości i tradycja patryar- 
clialnego stosunku chaty do dworu, jak niemniej i opinja pu- 
bliczna, stały tu na straży. Że ale jednak działy się liczne 
i bezkarne nadużycia , to niemniej rzecz pewna ; że wspomnimy 
już tylko ohydne imiona Wołka z ł^jUgomowicz , Steckiej^ 
i smolarnie poleskie, owe istne katorgi litewskie! 

Otóż, gdy już w tym względzie na rząd, co surowo 
karał samą myśl wyzwolenia ludu, liczyć nie było można, 
gdy przytem nieudałe powstanie 1831 roku stanowczo prze- 
konało, że bez udziału ludu wszelki luch powstailczy byl na 
przyszłość niemożliwy, a gorzej , bo w następstwach zgubny, 
postanowiono działać na obywatelstwo, na szlachtę, na inteli- 
gencję, by sprowadzić porozumienie z ludem. Rzecz była ja- 
sna i prosta ; więc niewiele trzeba było czasu i usiłowania . 
aby się ta myśl przyjęła, i aby znalazła poparcie śród ludzi 
światłych, miłujących kraj i pojmujących nietylko przywileje 
lecz i obowiązki obywatelskie. 

Oczywista zatem rzecz, że młódź wileńska, odziedzi- 
czywszy w spadku, z czasów uniwersyteckich, tradycję szła-* 
chętnych popędów, a będąca jakby drugą serją prac dla 
dobra kraju podjętych, chwyciła się z zapałem tej roboty i we- 
szła do spisku. Nie miał on wcałe na cełu wywołania nowego 
powstania, lecz tylko dążył do podniesienia moralnego i ma- 
terjalnego ludu wiejskiego, do pracy nad nim i dla niego, 
do pojednania go ze szlachtą, a zarazem, i do podniesienia 
moralnego tejże, a do czego pierwszym krokiem miało być 
oczynszowanie i uwolnienie z poddaństwa. Nie było tu 
więc nic wspólnego z ideą późniejszych chłopomanów, co nie- 
ponmi że jedynie szlachta była u nas wyrazem inteligencji 
i polskości — mniemając że pracują dla ojczyzny, lud przeciw 
niej jątrzyli, na korzyść trzeciego.... 

Przeciwnie, chciano pojednania na gruncie wymierzonej 
ludowi sprawiedliwości, i wspólnego interesu. Nie mogło 
to być urzędowe, głośne, lecz musiało być prywatne, ale 
powszechne. I tu to właśnie, wobec tego progi-amu, poczuł 
się rząd naj niebezpieczniej zagiożonym, i ztąd to, z całą su- 



— 99 — 

rowością, zwróci! przeciw temu swą działalność, czujność 
i prześladowanie. 

Wielkorządcą Litwy był podówczas ks. Mikołaj Dołho- 
niki. Dumny ten sybaryta i satrapa moskiewski, oburzony, że 
pod jego okiem, tam, gdzie on tak rad był się oddawać mi- 
łostkom i zabawie, śmiano spiskować i mącić mu jego roman- 
sowe wczasy, dał pełną władzę ks. Trubeckiemu , mianując go 
prezesem komisji. Składali ją Juferow, Anisimow. Pokrowski, 
Arendareuko; seki-etarzem zaś tej strasznej komisji był Sie- 
mienieńko . brat znanego dziś księdza Zmartwychwstańca 
w lizymie. 

„Najgłówniejszymi współdziałaczami lvonarskiego byli ; 
Napoleon Nowicki obywatel gubernii Mińskiej , Grzegorz Brynk 
i Ignacy Rodziewicz z gubernii Grodzieńskiej. Wileńskie tajne 
towarzystwo, jako główni ajenci Konarskiego, składali: kanonik 
Trynkowski , Stanisław Szumski , marszałek wileński ; Edward 
Homer, syn marszałka wileńskiego Michała — skazanego przed- 
tem na wygnanie; Justyn Hrebnicki marszałek Nowo-Aleksandr. , 
Medard Kończą, Franciszek Dobkiewicz literat i Seweryn 
Romer, syn Michała. Duszą wszakże wileńskiego związku, 
a zarazem sekretarzem Towarzystwa i głównym działaczem był 
Stanisław Kozakiewicz adwokat wileński. Do ważniejszych też 
osób, którzy dopomagali Ivonarskiemu na Litwie, należeli: 
Antoni Orzeszko, Jan Bylewski, Tomasz Bułhak, Ludwik Orda, 
iManciszek Terlecki, Napoleon Jeleński i wielu innych. Na 
czele młodzieży akademickiej wileńskiej stali : Franciszek Sa- 
wicz, Jan Zahorski. Kazimierz Żabczyński, Woronicz. 

„Wszyscy oni skazani zostali na Sybir lub na Ivaukaz 
w sołdaty. 



„Konai-ski wszedł do Polski, jako robotnik podróżujący: 
naprawiając zegarki dniem, — szukając ludzi z poświęceniem 
nocą. W sukmanie chłopskiej obiegał clialupy nauczając, że 



^ 100 — 

niewola nie będzie wieczną — że przyszła walka powoła ich 
do broni, jako wolnych obywateli kraju. Chłopi słuchali go 
ze łzami w oczach, praechowywali go i wsi)ierali. Tak prze- 
biegł Wołyń, Podole, Ukrainę i Litwo całą". (Obrazki li- 
tewskie Sobarri). 



Nad wieczorem pożegnawszy serdecznie obu naszych go- 
ści, słowem do widzenia za rok! opuściliśmy Ponary. Zanim 
doszliśmy do Zakrętu, z poza boru wyszedł księżyc i po nad 
Wilią, unosiły się już mgły białe. A więc zanucił ktoś „Wszech- 
mocny Boże ojców naszych Panie", i oto całym chórem od- 
śpiewany, ten poważny i wspaniały rozległ się śpiew. Przywo- 
dzili tam Mikołaj Bułhak, Mikułowski, Jan Pilecki, Otton 
Itodziewicz, Bernatowicz, Michał Kalicki, Wasilewski, Zahor- 
ski i wielu innych. 

Gdy dziś to piszę — samotny i daleki, — po latach 
wielu i wypadkach wielu , — jakże mi boleśnie pomyśleć , że 
z małym wyjątkiem — wszystko to już poszło, zkąd się nie^ 
wraca — nigdy! że umilkły na zawsze te głosy, i że dłonie 
i te serca tak gorące i szlachetne w proch się rozsypal>. 
I gdzież jeszcze?! po Sybiracli, tułactwacli, więzieniach prze- 
ważnie, A jednak 

To moja wiara, że nic nie przepada 

Co jak ofiara — na ołtarz się składa. (W. Pol). 

Mrok już zapadał, gdyśmy się zbliżali do Wilna. Dla 
uniknienia więc podejrzeń, podzieliliśmy się na dwie polowy. 
Jedni przez Zakręt brzegami Wilii — drudzy mimo Pohu- 
lanki — wrócili do donui. 

Nazajutrz wszakże obiegała wieść , że młodzież obcho- 
dziła w Ponarach rocznicę bitwy — i że odprawiała tam na- 
bożeństwo ])izcd ołtarzom wzniesionym na kościacli iMilculycli. 



101 



Dylo w tiMii iiifco pijiwdy. bo w istocie płonęła tam ku niflm 
otiaia t/ystu i .świ^^ta — otiaia kilku(lziesi^;ciii soic młodych — 
co ślubowały wiarc i miłość ojczyźnie. Umocnił siy 
tam też i węzeł — co miał być zadatkiem lepszej doli. 



rplynclo lat kilka. Zabliźniła się nie jedna rana na Li- 
twie. Zacni lvawelin i Nazimow. kierowani uczuciem si)rawie- 
<lliwości — jako przewodniczący śledczej komisji — wnieśli 
si»okój i otuchę śród przerażonych i znękanych rodzin. Mło- 
dzież rozpierzchła się po kraju, goniąc za celem jaki jej sta- 
stanowisko społeczne przeznaczyło. Litwa odetclmęła. 

NV tym to czasie, o jeden więcej węzeł, przywiązany 
zostałem do Wilna. Mieszkając na Zarzeczu w donm Słuckiego, 
poznałem rodzinę , z którą połączył mię bliski i serdeczny 
stosuneli. Zbliżyła mię do niej nmzylia — oczarował urok 
dwóch sióstr, dziwnie do siebie podobnych. Tam to po raz 
pierwszy i jedyny uczułem się szczęśliwym! Zawdzięczam im 

też wiele złotych snów ! Dobrze ktoś powiedział , że 

..wpływ ukoclianej kobiety, jest jak deszcz wiosenny; — cicliy, 
rzęsisty, przenika głębolco, rozgizewa ziemię — wywołuje 
życie... "" 

Miałem też tu i przyjaciela, do któregom się przywiązał 
od i)ierwszych dni przybycia do Wilna. IJył nim Michał Iva- 
licki. Mieszkając oba na Zarzeczu, jakkolwiek różnym oddani 
zajęciom, byliśmy z sobą najczęściej. — Góry w okolicach 
I*opowszczyzny, jako najłjliższe. były nam najbardziej ulu- 
l)ionem miejscem przechadzek. — Tak zwany kurhan, czyli 
giób Gedymina, zkąd jako z najwyższej góry nad Wilnem, 
otwiera się wspaniały widok na całe miasto i okolice, nastrę- 
czył nam ukryty w cieniu brzóz zakątek, gdzieśmy urządzili 
czytelnię , w której naprzemian , czytaliśmy wszystko co nas 
podówczas zajmowało. Ileż to myśli i pomysłów zbudzonych 
widokiem leżącego u stóp miasta — i pysznych dokoła obra- 



— 102 — 

zów natury — nie były świadkiem te miejsca... A była to 
dziwnie pigkna i poetyczna dusza! — bogata niewyczerpany ju 
zasobem szlachetnych popędów i marzeń wzniosłycli. W Uit 
parę potem ożenił się, ale nie był w tym związku szczęśli- 
wym. Trzymałem mu do chrztu syna , któremu dano moje imię 
i to było ostatnie nasze widzenie się. Doszedłszy do zaszczy- 
tnego w urzędzie stanowiska, umarł wkrótce, z powszechnym 
żalem, ceniony od wszystkich i kochany. 



W tym to czasie mniej więcej , przypada powrót z Sybe- 
ryi Jana Czeczota i Tomasza Zana, o dwudziestoletniem blisko 
wygnaniu. Obaj wróciwszy w Nowogrodzkie zamieszkali prawie 
o miedzę od siebie. Czeczot znalazł przytułek u pp. Wierz- 
bowskich w Dołmatowszczyźnie , — Zan zatrzymał się czas 
jakiś u brata swego Ignacego, poważanego w Nowogrodzkiem 
lekarza, tuż obok pod Dołmatowszczyzną. 

Łatwo sobie wyobrazić , jak powitała Litwa powrót swoich 
wygnańców, — i czeni byli dla niej ci dwaj mianowicie. 
Nowogrodzka ziemia, co krajowi dała tylu mężów wszelkiej 
zasługi , pyszniła się i teraz posiadaniem tych dwóch rozbitków 
z licznego niegdyś zastępu wileńskich pracowników — tych 
pierwszych śród młodzieży przywódców i pionierów na niwie 
wzniosłych idei. A czas był wielki, pokrzepić i podnieść du- 
cha, który od 1831 roku twarde berło cara Mikołaja przy- 
gniotło. Jeszcze żyło wielu towarzyszy z owych pamiętnych 
czasów promienistych, Filomatów, Filaretów... Żył jeszcze 
w swoim Dworcu, pielęgnując włościan — i egzotyczne 
drzewa, Michał Wereszczaka, brat Maryi, a przyjaciel i ko- 
lega Mickiewicza; — żyło wielu jeszcze innych bliżej lub da- 
lej... a nie rzadko nawet zbyt daleko po świecie rozproszo- 
nych, jak się to stało z Domejką i innymi. 

Zan wrócił czerstwy, pełen sił i energii, towarzyski, 
serdeczny. Praca na polu nauk przyrodniczych w Syberyi ko- 



— 103 — 

izystnio ^Yl)lynl;l;l na zacliowiiiiie równowagi sit jego tizycznyfh 
i (lucliowycli. Czeczot wątłej kompleksyi — wiócił schorzały, 
pos^^pny. Nie cieszyło go co zastał na Litwie. Otrzymawszy 
posadę ł)ibliotekarza u łir. Chreptowicza w Szczorsacli, zna- 
nycli uczonemu światu ze swego arcliiwum i bibliotelii, wziął 
się gorąco do pracy w uporządliowaniu lvsiegozbioni , . — prze- 
platając ją zbieraniem podań ludowych i pieśni z nad Niemna 
i Dźwiny, które też wkrótce i)otem wydał. Niedługo wszakże 
to trwało, — bo podupadłszy na zdrowiu w tern osamotnie- 
niu, jakiego tam doznał, nie mogąc dalej podołać obowiązkom, 
ujrzał się zmuszonym opuścić Szczorsy, i przyjąć zapropono- 
waną sobie siedzibę w Dołmatowszczyźnie , ujęty serdeczną 
ui)rzejmością pani domu a siostry kolegi uniwersyteckiego 
p. Rafała Slizienia, tego samego co znakomitym talentem jako 
rzeźbiarz zasłynął i)otem. 

To też i nie dziw, że w dniu św. Tomasza, ze wszystkich 
stron dawnego województwa — zbiegło się wszystko, co ży- 
wiej czuło, do Dołmatowszczyzny. Tamto bowiem obchodzono 
imieniny Zana. 

Okolicę Połoneczki, jako najbliżej przyległą przedstawiał 
książę Konstanty Radziwiłł, były marszałek nowogrodzki i ku- 
rator honorowy szkół , — zacny i poważany. Otaczał go liczny 
dwór przyjaciół, rezydentów, nauczycieli i guwernantek licznej 
jego rodziny, oraz pań i panów z nim spokrewnionych. Kro- 
szyńską parafie przedstawiał dom Jurachów; którego pani 
domu, Radziwiłłó>vna, patryarchalnych cnót matrona, nadawała 
sąsiedztwu ton poważną prostotą swego ubioru i urządzenia 
domu. Córka ich wychowana później w Dreźnie, idealnej po- 
staci jedynaczka, oddała się namiętnie malarstwu, — co 
wszakże nie przeszkodziło jej potem, oddać rękę Eug... Zaw... 
z Galicji. Okolice Mira przedstawiał jenerał Miler, znakomity 
niegdyś oficer w 1812 — 1830 roku — a obecnie zawołany 
gospodarz i dzierżawca wielkich dóbr poradziwiłłowskich. Za- 
dwiejskie strony miały tu kapitana Macieja Mierzejewskiego 
z synami. Dobrze się jeszcze trzymał ten rycerskiej postawy, 
istnie Napoleoński żołnierz , na którego piei-si błyszczał order 



— 104 — 

za SamosieiTę, — co mu nadawał majorat z peiisyą, aż do 
expiiacyi imienia i rodu. Dalej , okolicę Stwołowicz przedsta- 
wiał szanowany powszechnie Michał Korybut podkomorzy no- 
wogrodzki z Domaszewicz i Jezierski Alfons z Saczywek, 
dzielny zabytek ułanów szkoły ks. Konstantego, — ożeniony 
z siostrą Domejków z Niedźwiadki, — wyborny towarzysz 
i tancerz, trochę poeta i jako taki wszędzie pożądany. Dalej, 
okolicę Woroneży przedstawiał Konstanty Tuhanowski, kolega 
uniwersytecki Mickiewicza, zacny i szlachetny entuzyasta, 
dziedzic Tuhanowicz, tyle pamiętnych z dziejów serdecznych 
Adama i Maryli. Szczupłość miejsca nie pozwala mi wyliczyć 
szczegółowo wielu innych, których charakter i stanowisko da- 
wały wstęp do tego domu; — wspomnę tylko dla pamięci nie- 
które nazwiska z tych^ co tam się więcej uwydatnili — jak 
Abłamowiczowie , Bułhakowie, liorzdobohaty, Przygodzcy, Sli- 
zieniowie, Domejkowie, Pilecki Jan, Puszkin Tomasz, Wolscy, 
Rudzińscy, Adolf Kobyliński, Szpihalscy, Haciscy, Naruszewi- 
czowie, Protasewicz, Wojna, Siemiradzki i wielu, wielu innych, 
z których już większa połowa snem wiecznym spoczęła. Śród 
tych tak poważnych wiekiem i zasługą postaci, tych star- 
ców — co szacunek wzbudzali, tej młodzieży, co jeszcze 
deklamować nie umiała, prezydował Jan Slizień z Bartnik, 
chorąży nowogrodzki, ojciec pani domu, patryarcha licznie 
rozrodzonej rodziny, starzec dziwnie pięknej postaci. 

Uosobiona tu więc była w teni zgromadzeniu jakby cała 
tradycya porozbiorowych losów narodu; — a i)rz odstawiali ją: 
kapitan armii Napoleona z pod Samosierry ; — podkomorzy 
i chorąży powiatu; — oficerowie z wojny 1831 roku; — da- 
lej książę marszałek i kurator szkół, i nareszcie młódź, z po- 
śród której jakby w dalszym ciągu „Dziadów" przeszło już 
nie mało przez katuszo śledczej ko misy i, którą kierował 
książę Trubecki i patrzało na śmierć Szymona Konarskiego 
w Wilnie, Wołowicza w Grodnie. 

Tacy to tam byli starsi ; łatwo pojąć , jaką była młódź , 
co była ich dziatwą. Z jednej strony wsłuchana w opowiadania 
rycerskich rapsodów, żyjących jeszcze i dzielnych duchem 



— 105 — 

ojców, z (Inifiiej. wykołysana pieśniami wieszczów, poezji},, którą 
jakby podówczas przesiąkła była Litwa cała; pozbawiona i)U- 
blicznejio życia, a z nieni sposobności zużytkowania swej 
enerjzii i wiedzy, odepcbnicta od czynu . żyła jakby w jakiejś 
zaklętej krainie marzeń. Każdy młodzian pragnął być Konra- 
dem, lub co najmniej Gustawem; — każdy ubóstwiać musiał 
swoją Marylę, nie troszcząc się. czy ją mógł pojąć za żonę. 
To też był to czas, w którym najmniej kojarzyło się małżeństw. 
Nazwy utylitarności jeszcze nie znano. Ceniono wprawdzie mitry 
i brabiowskie korony, ale nieznano jeszcze wartości pieniędzy, 
i miłość bez jutra, miłość Gustawa i Maryi była w modzie*). 
Takie to więc było towarzystwo, co zapełniało salony 
obszernego dworu w Dolmatowszczyźnie , i które nareszcie po 
zwykłycb preliminaryacli wymaganej etykiety zasiadło do stołu. 
(,)biad był na paręset osób. Prócz stołowej sali, gdzie powa- 
żniejsi zasiedli, w przyległych pokojach usadowiła się młódź 
gnipami dobranemi. przy małych stolikach. Nastrój był po- 
ilniosly. — Miano uczcić tego, co kiedyś w danej chwili po- 
święcił się za wszystkich, i uratował pół Litwy, przyjnmjąc 
winy wszystkich na siebie. Gdy więc nadeszła chwila toastów, 
wznosząc zdrowie solenizanta , przypomniano znaną a tak miłą 
na zawsze dla młodzieży piosnkę: 

Gdy poczciwość światu zuaiia 
Któż poczciwszy jest uad Zaua; 
Więc panowie, jego zdrowie, 
Wiwat Tomasz Zan! 

Łatwo sobie wyobrazić zapał, z jakim tę strofę wygło- 
szono, z jakim ją przyjęto, i tę, wymowniejszą wezbranem 
uczuciem niż słowy, odpowiedź, jaką solenizant podziękował. 
Naturalnie, że gdy wnet nalano kielichy i drugą zwrotkę wy- 
głoszono na cześć drugiego filareta: 



*) List Ignacego Doraejki — (Mickiewicz w okresie Dziadów 
przez J. Tretiaka). 



— 106 — 

Gdy uwielbień godna cuota, 
Któż poczciwszy nad Czeczota; 
Więc panowie, jego zdrowie, 
Wiwat Czeczot Jan! 

blady, średniego wzrostu, i mocno już schorzały Czeczot dzię- 
kował uprzejmie, ale znać było ze wszystkiego, że go już 
hołdy tego świata, szczególniej burzliwe, nie wiele ol)cliodzą. 
i nużij, wzrok jego wpatrzony już „w tę uchrong spokojntj,, 
gdzie wieczność przebywa" (Euz. Słowacki). Natomiast 
Zan, silnie zbudowany, o czarnych pełnych blasku oczach, 
o kruczych w faliste kędziory rozwianych włosach, smagłą 
i czerstwą twarzą był obrazem zdrowia i hartu, jakie mu 
przebyte cierpienia nadały. 

Po obiedzie było przedstawienie amatorskie, dawano 
„Okrężne". Tam to śród widzów i aktorów ujrzałeś wszystko, 
co nowogrodzka ziemia miała najbardziej uroczego śród kwiatu 
swego towarzystwa, a narodowe stroje, tańce i śpiewki do- 
pełniły upojenia widzów, których sercem wezbranem, to uczu- 
cie radości, to rozrzewnienia miotało. Kto znał te okolice 
w owych czasach, nie zapomniał pewno tych tak zwanych 
naówczas Świtezianek, cudnych i uroczych, których spotkanie, 
jak w owej znanej balladzie , było nieraz śród rozkosznych 
czarów i ułud fatalnem dla spokoju nie jednego serca! 

Po okrężnem i po wiązance melodyi z motywów polskich, 
wykonanej przez wyborną orkiestrę Czechów, gdy podniesiono 
kurtynę — ujrzała publiczność na scenie stosownie udekoro- 
wanej, chór młodzieży otaczającej fortepian, — przy którym 
nniie właśnie przypadł zaszczyt odśpiewania kantaty, na cześć 
solenizanta, napisanej dla niego przez Gabryelę z hr. Giinterów 
ks. Puzyninę , a że ją dziś jeszcze pamiętam , chętnie ją dla 
młodej generacyi podaję. 

Kto wiek dziecinny miłej pustoty, 
Umiał uczynić drugich przykładem? 



— 107 — 

Kto niloiłc sercłi wiliażał ilo onoty? 
1 (U) iiicj swoim prowadził śladem? 
("liór: Zacny uasz mistrzu, niesiem Ci cześć! 

Kto za to czyste zapały serca, 
W miejsce nagrody, niezrozumiany, 
Odjeżdżać musiał jak przeniewierca — 
W dalekie strony — szczerze płakany?... 
Chór: Biedny wygnańcze, niesiem Ci sześć! 

Kto, gdy przed sędzią znikła już wina. 
Wraca nam jakby z drugiego świata, 
Litwa w nim swego poznaje syna, 
A świat uczony wita w nim brata! 
Chór: Szlachetny mężu, niesiem Ci cześć! 

Naturalnie, że burza oklasków, jaką ten s[)iew wywołał, 
mogłaby rai wystarczyć na całe życie, gdyl)ym nie uważał za 
słuszne przyjąć ją jako liołd należny słowom autorki. 

Po teatrze i herbacie , bal się rozpoczął i trwał do bia- 
łego dnia, przerywany od czasu do czasu umzyką i śpiewem 
amatorów, śród których solenizant sympatycznym swym bary- 
tonem odśpiewał kilka piosnek filaretów. Nie potrzebuję upe- 
wniać, że w takim nastroju bawiono się ochoczo, a gdy już 
dzień zaświtał na doł)re, lotne sanki uniosły rozmarzonych 
na krótki spoczynek do najbliższycli dworów, gdyż nad wie- 
czorem , znowu się całe towarzystwo napowrót zjechało, 
i ocłiota trwała znów do dnia. 

Bawiono się też w owe czasy na prawdę, l^omłmo sro- 
giego ucisku Mikołajowskich rządów, życie szlacheckie na Li- 
twie, jakł)y za dewizę przyjęło tę piosnkę akademicką: „Precz, 
precz smutek wszelki!" — Po 1840 roku jakaś otuclia wstąpiła 
w serca. Wracające po Nienmie wiciny z Królewca, razem 
z talarami i winem, przywoziły zwykle najsrożej zakazany to- 
war: pisma i książki zagraniczne. Była obfitość wszy- 
stkiego; chłop odrabiał pańszczyznę; wyjazd za granicę był 



108 



wzbroniony; nieznano jeszcze owych kwestyi socyiilnydi, które 
tyhi goryczy miały zatruć stosunki dzisiejszej społeczności; 
nieznano też jeszcze między ludem i owycli fałszywydi inoro- 
kuw, którzy nie w imię miłości , lecz w imię nienawiści , mieli 
doń przemówić; nieprzeczuwano nawet tej nieszczęsnej burzy, 
którą miał widzieć rok 46ty. Wiedziano, że się coś warzy na 
zachodzie, coś się gotuje; to też i w zwykłej nadziei, że się 
coś z tego i dla Polski wywarzy, bawiono się w blogiem ocze- 
kiwaniu, w całem znaczeniu słowa. Młodzieży było mnóstwo, 
więc tancerzy nie brak ; tancerki hoże i urocze , rozmiłowane 
w pismach Hofmanowej. nie znały jeszcze potrzeby, szukać 
sobie pozycyi i chleba po szerokim świecie z Lassalem w ręku ; 
a więc zabawa była ochocza i świetna. Polek nie tańczono 
jeszcze , ale za to poloneza wiódł chorąży Slizien , a w mazu- 
rze przywodził Jezierski, Mazurem przezwany. I była to jaki )y 
wyjęta kartka z Pana Tadeusza, którego już wówczas 
przepisywano w setnych egzemplarzach ; tylko że tam głównenii 
osobami byli jenerałowie Napoleońscy, co z tylu bitew szczę- 
śliwie wyszedłszy, przyszli do ojczyzny, by ją znowu dla złu- 
dnych rzucić nadziei ; tu , dwaj wygnańcy, co po dwudziesto- 
letniej niewoli z Sybiru wrócili, — przyszli, by nawiązać 
wątek przerwanej roboty, by pracować dla ludu i wśród ludu . 
w którego podniesieniu jedyne zbawienie ojczyzny 
widzieli, — i aby nareszcie, położyć kości na tej ziemi, 
za którą tyle wytęsknili. 

To też niezadługo, bo w lat parę, jeden z nich Jan 
Czeczot, wyczerpawszy wszelkie środki, jakie pomoc lekarska 
i troskliwość gospodarzy dać mogły, na wiosnę 1847 roku udał 
się do druskienickich wód, gdzie po dniach niewielu Bogu 
ducha oddał. Pochowany w Rotnicy, na cmentarzu obok ko- 
ścioła parahalnego. gdyż wówczas Druskieniki ani kościoła, 
ani cmentarza nie miały, spoczywa tam śród kmiotków, dla 
których za życia był bratem. Szumią nm tam dokoła sosny 
puszczy głębokiej i szmerze Ilotniczanka. jakby pieśń gro- 
bową, niosąc swe wartkie wody do bliskiego Niemna. Nie 
mam potrzeby mówić , że pogrzeb był godny Czeczota i Litwy ; 



— 109 — 

>.e hyh' piękne i jak na owe czasy, s^miało wypowiedziane 
mowy ; że wszystko , co żyło w Druskienikach , odbyło w dniu 
tym pieszą pielgizymkę do Rotnicy, za trumną, którą my 
młodzi zanieśliśmy aż do gi'obu. Po latacli zaś kiłku. nad tą 
mogiłą stanął nap:i*o])ek. wzniesiony przez Leopolda \Valickiep:o 
z Jezior (tego, co przed parą laty zmarł na wygnaniu w Ir- 
kucku), na którym wyrjto wiersz następny, niepospolicie pię- 
kny i treściwy. Antoniego E. Odyńca: 

Młodość przepędził w pracy dla nauk i cnoty, 

Wiek męzki przetrwał mężnie w próbacłi i cierpienia , 

Miłość Boga i ludzi — treść jego istoty, 

Cały ciąg jego życia — droga ku zbawieniu... 

Imię jego w ojczyźnie jest wiecznie związanem 

Z Adamem Mickiewiczem i Tomaszem Zanem 

Kto wiesz czem oni byli — schyl skroń przed tym głazem ; 

Pomyśl — westchnij — i módl się za wszystkich trzech razem. 

W lat kilka później, po szczęśliwem pożyciu z żoną, 
którą był pojął z rodziny Świętorzeckicli, w Wilejskiem. umarł 
i Tomasz Zan. Los mu oszczędził boleści patrzenia na ruinę 
wszystkiego, dla czego żył i cierpiał. Iinarł w czasie pełni 
ułud. którycli nie podzielał, a które za lat kilka miały być 
tak ł>rutalnie i dziko zdeptane stopą Murawiewa! Ostatnie 
lata jego życia były jakł)y streszczeniem jego uczuć pośłubio- 
nycli za młodu i wspólnych nui z Czeczotem : miłości Boga 
i ludzi. Dom jego stał otworem dla wszystkich, w najobszer- 
niejszem słowa znaczeniu, lecz już się rzadko zeń wychylał, 
oddany rodzinie i ol)Owiązkom służby rządowej. Opieka nad 
ludem, praca nad rolą i modlitwa, to były najmilsze zajęcia, 
co nui do gi-obu towarzyszyły. Umarł 185;') roku w Kocliaczy- 
nie na białej Ilusi, na łonie rodziny i przyjaciół, opłakiwany 
od kmiotków, którym był ojcem. I*ocbowany w Smolanach. 
gdzie mu Władysław ksiiiże Luł)omii-ski położył nagioł)ek 
z napisom: 



— 110 — 

„Miły Bogu i ludziom, Tomasz Zan, którego pa- 
miątka jest w błogosławieństwie". 

Śmierć jego dotknęła boleśnie wszystkich, którzy wie- 
dzieli, czem był dla kraju; chociaż nie brakło i takich, z któ- 
rych jedni zwali ho dziwakiem, drudzy marnotrawcą. 

Przyjaciel jego najlepszy i towarzysz z lat szkolnycli . 
Leonard Chodźko, tak o nim w życiorysie jego mówi: 

„Przyjęcie i poparcie, jakie powstanie w 1830 roku zna- 
lazło w Litwie całej, winne było po części Zanowi. On to 
zasiał tam pierwsze jego ziarno ; wprawdzie znalazł on w bo- 
haterskiem i gotowem do czynu usposobieniu młodzieży li- 
tewskiej silną pomoc w przeprowadzeniu swych zamiarów 
przeobrażenia moralnego , zawsze jednak potrzeba tu jeszcze 
było mocy przykładów i siły woli, ażeby tym umysłom go- 
rącym nadać kierunek użyteczny i poważny, a tą siłą woli. 
i tym uosobnionym wzorem, był Tomasz Zan". 

Kiedyż go zrozumieją — i czy go też kiedy zrozu- 
mieją — wszyscy?! 



Gdy mi po raz pierwszy wypadło być w Druskienikach , 
było to w drugim ich świetnym perjodzie; gdyż przedtem była 
to tylko licha wioska, w której zaledwie kilkanaście osób 
prawdziwie chorych pomieścić się mogło, z narażeniem na 
wszelkie niewygody życia i kuracji. O zabawach i przyjemno- 
ściach pobytu , rzecz naturalna , że i mowy wtenczas nie było. 
Drugi za to perjod, przedstawia je nam w całej już świetności , 
a do której rozkoszne położenie przyczyniło się znakomicie. 

Zamknięte granice kraju za panowania Mikołaja, wzbro- 
nione wszelkie objawy publicznego życia, zmuszały polską 
społeczność szukać sposobności porozumienia i zbliżenia się 
wzajemnego — do czego czuje się w prawie każde ukształ- 
cone towarzystwo. Diiiskieniki więc samą siłą rzeczy podając 
ku temu sposol)ność, jako położone na granicy Litwy i Kró- 



— 111 — 

lestwa, stać sio musiały w swoim czasie pożijdanym punktom 
zetknięcia. Zjeżdżano się tam tłumnie ze wszystkidi prowincji, 
po zdrowie, stosunki, rozrywkę — a nie rzadko nawet — po 
karjerę. A że nie znano jeszcze kołei, ani posiadano na Li- 
twie dróg ł)itycli i pulilicznycli powozów, więc z Ukrainy, Wo- 
łynia, Ivrółestwa, Intiant. białej Rusi i Żmudzi ciągnęły karety, 
landary. kocze, a za niemi oł)ładowane łn-yki i furgony z łi- 
cznu służł:)ą i kucłniią: — prowadzono konie cugowe, wierz- 
cłiowe. jednem słowem cale dwory ze zwykłym zbytkiem 
właściwym polskiej szlacłicie — ciągnęły przez piaski i puszcze, 
gwarnie i dwornie. Zwykłe jednej cliorej osobie towarzyszyło 
liczne otoczenie młodzieży płci obojej z rodziny, gdy ta była 
zamożną — a często i z sąsiedztwa. Jednem słowem Druskie- 
niki Btały się istnem rendez-vous wszystkim, którym pozycja to- 
warzyska lub fortuna na to pozwalała. A więc i)rzepycli . ety- 
kieta , bale , koncerty, teatra , pikniki i wycieczki zapełniały 
życie tak dalece , że z wyjątkiem przykutych chorobą do 
łoża, — brakło nieraz czasu na istotną kuracje. Była to też 
w swoim rodzaju także kuracja, — bo odrywając umysł w spo- 
.sób najwdzięczniejszy od troski i myśli o cierpieniu , ułatwiała 
l)Owrót do zdrowia. Gdy zaś do tego dodamy, że pierwszym 
i głównym u tycli wód lekarzem był człowiek młody, wy- 
kształcony, przystojny — obdarzony rzadkim darem ujęcia 
i zajęcia wszystkicli — że był mm .łan Pilecki, zrozumiemy 
łatwo powody, które w tak krótkim czasie okryły sławą ten 
zakład leczniczy. 

Położone nad Nienmem , na gi-anicy Królestwa i Litwy, 
stały się jakby pierścieniem, co oł)a l)rzegi połączył. Rozumie 
się , że podobne zetknięcie się , zl)łiżenie ludzi rozmaitych sfer 
i wyobrażeń, nie mogło nieodcbciałać korzystnie na tęż spo- 
łeczność , strzeżoną czujnie jakby pod kluczem jednego wiel- 
kiego więzienia, mikołajowskich rządów. Było to więc jakl)y 
okno tego więzienia, z którego można l)yło rozpatrzyć się 
nieco po kraju i spojrzeć na świat Boży. A stało się to wła- 
śnie w czasie, gdy wątek pracy społecznej ze skasowaniein 
obu akademii i>r/.»'rw;ił sic w Wilnie, 



— 112 — 

To też przeszli tędy wszyscy prawie ingżowie znani z za- 
służonej sławy: uczeni, artyści i znakomici obywatele kraju. 
Śr()d bawiących się tłumów, krzątali się tam ludzie poważnej 
pracy, ścierały się opinie , sądy, tworzyły się plany, udzielano 
sobie nawzajem wiadomości, które świat obiegały, rodziły sie 
chęci, zamiary. Z głębokich i zapadłych stron kraju przybyli, 
odcięci od ruchu umysłowego i społecznej pracy, wracali do 
domu odświeżeni, przynosząc nowe pojęcia, poglądy, pomysły. 
Po każdym też sezonie Druskienickim , zjawiały się nowe pi- 
sma wydawane w kraju , albo przemycane z zagranicy. Wyda- 
wano tu nawet przez lat kilka pismo perjodyczne Ondynę. 
którego redaktorem był niepospolitych zdolności człowiek, le- 
karz Wolfgang. 

Gdy zaś nie było jeszcze kościoła, który aż dopiero po 
latach kilku stanął , więc w dnie świąteczne , niezliczone po- 
wozy unosiły świetną publiczność do Rotnicy, o pół mili 
oddalonej. A była to prawdziwa wystawa koni, zaprzęgów 
przepychu i dziarskiej konnej młodzieży, istne Lonychamps 
litewskie. 

Miały też Druskieniki i swój Palais-Royal. Nosiło tę na- 
zwę ustronie malownicze nad Rotniczanką, przy jej ujściu do 
Niemna położone, własność p. Hłaski. Piękna ta kolonia zło- 
żona z kształtnego pałacyku, pawilonów i ohcyn, ocienionych 
kląbami angielskiego grodu, co śród kwiecistych parterów, 
zstępował w kondygnacjach aż ku rzece — mieściła w sobie 
zwykle kwintesencyę eleganckiego świata. 

Dawała podówczas ton Druskienikom hr. jenerałowa 
Niesiołowska, primo voto Potocka, siostra jenerała hr. Lu- 
dwika Paca. Wiekowa, a jednak dziwnie czerstwego umysłu 
ta pani , była ciekawym , typowym , i może już ostatnim za- 
bytkiem towarzystwa „z pod blachy". Postać to była pra- 
wdziwie arystokratyczna. Oko cienme, nos o nieco orłem 
zagięciu , usta o sarkastycznym zakroju , kibić wyniosła , czyniły 
ją podobną do portretów, co się nam z owej epoki dochowały. 
Mimo podeszłego wieku, dobrze się jeszcze trzymała, stąpając 
poważnie a dumnie, a zarazem ujmując grzeczności:! iii<Mi(laną 



113 



jak na córę hetmanów przystało. Obdarzona bystrym umysłem 
i dowcipem subtelnym . oraz darem opowiadania , była żywą 
kroniką owych czasów, kiedy to zabawa w wyższych sferach , 
śród zbudzonej rycerskości narodu , ujętu w wykwintne formy, 
była doprowadzoną do pewnego rodzaju perfekcji, przypomi- 
nającej świetne czasy Francji. To też nic dziwnego, że jej 
salony, bale , zaprzęgi , były celem naśladownictwa tych wszy- 
stkich , co się ubiegali o zaszczyt nieposzlakowanej elegancji , 
tak zwanego dobrego tonu. 

Było to w 1S44 roku gdym do Druskienik przybył. 
Zamieszkałem w kolonji Hłaski , na piętrze , w owym właśnie 
pałacyku, którego główny apartament zajmowała wspomniana 
wyżej hr. Niesiołowska. Naprzeciw drzwi moich mieszkał do- 
ktor IMlecki. Dawne, l)0 jeszcze akademickie łączyły nas sto- 
sunki. Że zaś jeden z pawilonów zajmowali jego krewni mar- 
szałkowstwo W...., dnigi , brat samej pani. Tytus Czeczot, 
amator muzyki, z którym też od niedawna zbliżył mię przy- 
jazny stosunek, obok niego zaś mieszkał dobiy mój znajomy 
i towarzysz łowów. Piotr Radowicki, który w roku 1863 tak 
po bohatersku zginął , — więc od razu znalazłem się w kółku 
znajomem i ciepłem. Obiadowaliśmy zwykle u pp. W...., któ- 
rych uprzejmość prawdziwie litewska, podniesiona niezrówna- 
nym wdziękiem pani domu , młodej , pięknej , a nadewszystko 
w całem znaczeniu słowa, ślicznej kobiety, znana była całej 
okolicy. 1 można sobie wyobrazić, jak były miłe te obiady 
śród takiego gi-ona, na które się uprzejmość, wykształcenie, 
wdzięk , talenta i dowcip składały. Ile tam było życia promien- 
nego młodością, poezją, marzeniem, łatwo pojąć, gdy się 
wspomni , że była to epoka romantyczna w całej pełni , epoka 
ideałów!... 

Dziś to wszystko spoczywa w giobie! Z sześciu osób^ 
co przy tym stole zasiadały, co były do siebie sercem i du- 
chem zbliżone, zostałem ja jeden. Na miejscu zaś owego 
Palais-łloyal, jego parków kwiecistych, jego wyszukanych 
krzewów, labiryntów, które tyle lękliwych osłaniały uniesień 
i tyle wysłuchały marzeń, — sterczą gruzy kominów, i buja 

W:j|i<)iiii)ieiiiii 7. nail Wilii i Niciiinu. 



— 114 — 

piołun i pokrzywa. Pożar przeszedł tamtędy, a czego ogień 
nie zniszczył, zniszczyła burza 1863 roku. 

Tylko u wrót wyłamanych tej świetnej kolonii, dziwnym 
losu zrządzeniem, jakby na straży pamiątek, w skromnym 
domku , zamieszkał towarzysz i przyjaciel wielu , rozbitek 
z lepszych czasów, dziś już tylko kapelan Druskienik , wrócony 
z Tobolska i Kurlianu, a niegdyś dziekan i pleban grodzień- 
ski , ksiądz Józef Maj 

Tylko za Niemnem , na pustym niegdyś piasczystym 
brzegu , jakby oaza , jakby koszyk kwiatów, z pod cienia akacji , 
wychyliła się rozkoszna willa*) co swym cieniem osłania stru- 
dzone poczciwą pracą czoła ludzi , którzy po długich i ciężkich 
kolejach wygnania, straciwszy prawo zamieszkania na rodzin- 
nej Litwie, spoglądają na nią zdała, czekając zmiłowania 
i sprawiedliwości Bożej. Tam też tylko spotkać można dawną 
uprzejmość i dawne cnoty : i ztamtąd też tylko jako z właści- 
wego punktu oddalenia , spojrzeć można na przeciwny brzeg 
Niemna, na Druskieniki dzisiejsze, spojrzeć — i wspomnieć, 
co już bezpowrotnie minęło. Oto jedno z tych wspomnień. 

Było to w 1861 roku. Obchodziliśmy rocznicę unii lu- 
belskiej. Zjazd był liczny, bo prócz zwykłych gości, zjechała 
się szlachta okoliczna z obu brzegów Niemna. Działając w du- 
chu czasu, po wielu debatach uchwalono na mój wniosek, 
ogłoszony na piśmie, pamiątkę tego aktu utrwalić zebraniem 
funduszu, na danie stosownej edukacji dwom chłopcom wiej- 
skim z obu brzegów Niemna t. j. z Litwy i Korony; co też 
i wykonano. Uroczystość dnia tego rozpoczęła się od nabo- 
żeństwa , w czasie którego wygłosił piękne kazanie ś. p. ksiądz 
Hundius z Wilna, pleban świętojański. Że zaś chciano uczcić 
dzień ten najsolenniej , robiono starania, aby obecny podów- 
czas u wód druskienickich ks. metropolita arcybiskup Żyliński 
wystąpił na celebrę w kościele. Starania te wszakże nie po- 
wiodły się, bo jakkolwiek w tym czasie rząd wiele rzeczy to- 
lerował, charakter urzędowy metropolity nie mógł iść w parze 



*) Willa liomerów. 



- 115 — 

z demonstracją patrjotyczną, bez narażenia jego osoby i sta- 
nowiska. Skończyło się więc na udaniu się po nabożeństwie 
wprost z kościoła do mieszkania arcybiskupa*) całej ludności 
i przyjęcia tam jego błogosławieństwa. Rozumie się , że w dniu 
tyra zdjęta była żałoba podówczas powszechna, i panie uka- 
zały się w bieli; wieczorem zaś miał miejsce koncert, a po 
koncercie bal. W antraktach balu dał się słyszeć znakomity 
wiolonczelista Kossowski w polonezie Ogińskiego , Słowiańskim 
wieńcu i hymnie: ^Boże coś Polskę'*. 

Zabawa szła raźnie, jakkolwiek nastrój towarzystwa był 
podniósł}' i poważny. Noc też była cudna. — Znużeni tańcem , 
znaleźli miły wypoczynek na balkonach i śród kwiecistych par- 
terów rozkosznego ogrodu i parku, dokąd zdała zaledwie 
dochodził z tajemniczej głębi parowu głuchy szmer swawol- 
nej Rotniczanki, co ukryta pod sklepieniem wierzb i akacyj, 
pędzi tam bełkocąc i łkając, jakby śród całusów pożegnania 
z uroczemi brzegi , — pędzi przez zawały, kamienie i porohy, 
aby paść w objęcia bliskiego Niemna. Czy te akcesorja balu 
tak poetyczne, czy te głosy natury tak wymowne, znalazły 
echo w duszy i usposobieniu tych co tam byli? — I ile tu 
dopowiedziano sobie słów przerwanych wichrem szalonego walca 
lub polki, kronika o tem milczy, — to tylko pewne, że długo 
przyjdzie czekać, aż się podobne towarzystwo w podobnej 
chwili zbierze , aż się zgromadzi na raz tyle dzielnej młodzieży, 
i tyle cudnego kwiecia śród pań Litwy i Królestwa. 

Nazajutrz daną była uczta pożegnalna dla Koroniarzy, — 
a nad wieczorem, odprowadziny na promie za Niemen. — 
Zanim stanął prom u brzegu, pękały korki szampana, krążyły 
toasty, gizmiała orkiestra, i poważna nuta hymnów popłynęła 
gdzieś daleko z wodami Niemna. Serca i dłonie zbliżały się na 
zawsze. — Na brzegu Królestwa wystąpił węgrzyn , — a z nim 
znów toasty, znów uściski na cześć wzmocnionej unii , — bra- 
terstwa, — nareszcie pożegnanie. — I*o kilku przemówieniacli , 
gdyśmy już odbijali od brzegu, wznieśliśmy jeszcze jeden 



♦) Dom Kiersnowskich — w ogrodzie. 

8* 



— 116 — 

toast — do widzenia! Ja. kończąc moje przemówienie, wnio- 
słem go w tych słowach: — Do widzenia bracia! na przy- 
szłej arenie!... 

Niestety! słowa te bez namysłu powiedziane, były prze- 
powiednią, która się dla nas wkrótce spełnić miała! 

— Zkąd panu przyszło, trącić w tak minorową nutę — 
wśród wesołego nastroju wszystkich, — rzekł mi St. Sołt.... 
schodząc z promu na brzeg litewski. 

— Nie wiem sam — odrzekłem ; może to było wyrazem 
tego, co niejeden z nas czuje na dnie duszy, że całe to we- 
sele obecne, smutnie skończyć się musi... 

Padliśmy śród uczt i toastów ; nie tędy więc droga , aby 
powstać z upadku. Za wiele słów i wina ! — za wiele 
rozgłosu ! 



Takie to były dawniej czasy — i takie były Druskieniki. 

Druskieniki dzisiejsze — to obraz dzisiejszej Litwy; — 
panują w niej przeważnie: Moskwa, nieład i żydzi. To też 
patrząc na nie, z za Niemna, pomimowoli przychodzą ci na 
])amięć te znane słowa Danta: Nessun maggior dolore che' 
ricordarsideł tempo felice, nella miseria! 



W tym to też czasie zdarzało mi się bywać nieraz 
w Wilnie, ale nigdy mi jakoś nie przyszło zwiedzić „Rosy" 
i spojrzeć na grób Słowackiego. Wasilewski też już nie mie- 
szkał u rodziców. Objął on, jak powiedziałem, posadę lekarza 
w Workach, gdzie oddał się z zapałem praktyce, założył dla 
ludu wiejskiego szpital, leczył i wspierał kmiotków. Nieza- 
niedi)ywał wszakże rzeźby, którą każdego z przyjciół obdarzał. 
Cieszyło go bardzo, żem się na scrjo oddał malarstwu i żem 



— 117 — 

\Ys/etll do akadiMiłii i)eteisl)U}xrskit>j. IMsywal do umie i zagrzewał 
w pracy. Ostatni list jego wydał mi sig dziwnie julioś misty- 
cznym i smutnym. Kończąc go słowem „do widzenia" — do- 
dał, jalcby po namy.śle: „czy my się też jeszcze zol)aczymyV — 
i czy liiedy sl^ończymy naszą rol)Ote cmentarną?..." 

Pewnego razu , gdy mi wypadła potrzeba w czasie wa- 
liacji być w Wilnie . zaledwiem stanął w zajeździe za Ostrą 
bramą u Kosobudzkiego (dziś hotel Warszawski) — wysze- 
dłem do miasta, aby się rozpatrzyć po ulicach i kościołach, 
podług mego zwyczaju , odłożywszy wycieczkę do Werek i Wa- 
silewskiego na wieczór. Znużony ui)ałem dnia letniego, wsze- 
dłem do kościoła św. Jana. Ogromna i wspaniała ta świątynia 
w której niegdyś kazał Skarga, budzi we mnie zawsze nie 
mało wspomnień. Tam to w czasach akademickich słuchałem 
kazań ks. kanonika Borowskiego, który był znakomitością co 
do wymowy kaznodziejskiej , w duchu klasyków francuskich 
Massilona, Bossuetta, Bourdalouei innych. Tam byłem na ża- 
łobnem nabożeństwie, po strasznej katastrofie w Poryndze 
1841 roku, gdzie kilkaset osób spłonęło w pożarze kościoła, 
na którem ś. p. ks. Aleksander Ważyński powiedział mowę, 
co dała początek jego kaznodziejskiej sławie. Tam, jako w aka- 
demickim kościele, odbył się wspaniały pogi'zeb Jędrzeja Śnia- 
deckiego , na którym najznakomitszy podówczas kaznodzieja 
na Litwie, ks. Ludwik Tryukowski miał mowę ostatnią w ży- 
ciu, przed swem uwięzieniem, wygnaniem i śmiercią na Sy- 
berji; mowę, co się zalicza dotąd do arcydzieł wymowy ka- 
znodziejskiej. Tam też , gdy ustawiono organ niegdyś Jezuitów 
połockich — jeden z największych w kraju, i gdy St. Moniuszko, 
po powrocie ze studyj berlińskich . objął przy nim posadę 
organisty, tam w porannych godzinach (a było to w późnej 
jesieni), w porannym jeszcze mroku — słuclialiśmy zachwyca- 
jących tonów tego olbrzymiego organu, tego króla orkiestry. 
l)od ręką mistrza melodji — przyszłego autora „Halki". 

Muzyka tego organu ^ słyszana pod- sklepieniami olbizy- 
miej nawy kościoła, jakże mi przypominała nieraz ten piękny 
wieisz cytowany przez Euzebiusza Słowackiego, w jego „Na- 



118 



uce wymowy", jako wzór poezji naśladowniczej , — a którego 
jeszcze ze szkół Słuckicli pamiętam urywek: 



Gdy długiem brzmieniem czcząc Pana nad Pany, 

Zagrzmią, poważne i święte organy, 

Słuchajcie, jak miękkie głosy 

Ucho nasze łechcą mile, 

Jak rosną, rosną w swej sile, 

I w same biją niebiosy. 

O , jak grzmią pełne tony w tryumfalnej pysze , 

Jak się gwar przerywany ze drżeniem kołysze; 

Lecz oto głos oddalony 

Słabiej po powietrzu płynie, 

I roniąc ostatnie tony 

Mdleje, upada i ginie. 

(Z Popa przełożył Kruszyński). 

O, ta muzyka Moniuszki, w tym ogromnym gmachu, 
i w tych godzinach porannego mroku, to był koncert nad 
koncerty ! 

Otóż, gdy tak przechodząc z kaplicy do kaplicy, zatrzy- 
małem się przed tą, gdzie zwyczajem miejscowym, na tym- 
czasowym katafalku , stawią trumny zmarłych, zanim poczynią 
przygotowania do pogizebu, w wielkiej nawie kościoła, — 
widzę trumnę, obyczajem wileńskim otwartą. Tknięty jakiemś 
przeczuciem, zbliżam się do żebraczki u progu i pytam, 
kogo to chować mają, kto jest tym zmarłym, czy nie wie? 

— A jakże nie mam wiedzieć, pan kochany!*) toż Wasi- 
lewski, doktor z Werek. 

Jak piorun spadły na mnie te słowa. Wstępuję na sto- 
pnie, zbliżam się do trumny, i patrzę, o tak, przedemną 
mój Michał!... 



■) Sposób mówienia pospólstwa w Wilnie. 



— 119 — 

Skiiinioiiiciłeni. Myśl i uczucie, zmąciły się naraz, wobec 
tak niesi)0(lziewaiiego nieszczęścia ! 

^'azajutl•z, na Rosie, gdy na jego trumnę spadły z glu- 
cłiym stukiem rzucone garstki ziemi, gdy się rozległ żałobny 
śpiew ludu: „Wieczne odpocznienie racz mu dać Panie!" pa- 
trzij^c w głąb dołu na niknącii trumnę — jakby zbudzony 
uczułem naraz cały ogi'om bólu i straty — pierwszej w mem 
życiu. Polały mi się łzy; płakałem jak się płacze brata, co 
mi był więcej niż bratem ze krwi, — bo z ducha*). 

Wracając, spojrzałem na gi'ób Słowackiego... t)ły szczał 
na nim nasz napis niedokończony.... 

I wszystko tam było jak dawiej — tylko gałązka ja- 
śminu, co miała już czas osłonić kamień mogilny, poruszana 
lekkim wiatru powiewem, kołysała się nad nim rzucając cień, 
rucłiomy, jakby czyjejś postaci... a oto i kapliczka, gdzieśmy 
się kryli przed burzą... 



I znowu przeszły łata... 

Studja artystyczne w Petersburgu , takież później w Pa- 
lyżu i Rzymie i t. d. , porwały mnie na długo. Gdym wrócił 
do kraju, znalazłem go śród okoliczności zupełnie nowych; 
kwestja włościańska łeżała na stole i l)yła w całem znaczeniu 
słowa: a ł'ordre du jour. 

Miłość sztuki wszakże, nie stłumia we mnie uczucia 
miłości kraju, i zarazem poczucia jego położenia; owszem, 
tęsknota za nim zdała, i zwrot od tego com widział u obcych, 
do rzeczy ojczystych, swoich, spotęgowały ją i roznieciły 
pragnienia i clujci, wobec których wszystko co dotąd było 
celem mych prac i zabiegów artystycznych, odejść musiało 



*) Padł ofiarij poświecenia śród epidemii, przy łożu chorej wlo- 
ścianki. 



120 



na dalsze plany; — czułem si^- przedewszystkieni synem mej 
ojczyzny, dla której się nowa otwierała era; czułem się je- 
dnym z tych, co z mogiły Konarskiego unieśli skrwawionij 
garstkę ziemi! Maluj{j,c, że tak powiem, jedną ręką w paryzkim 
Musće du Luxemhurg kopię z Appel des Condamnes Millera 
przeznaczoną dla Litwy*) z powodu analogii możebnej poło- 
żenia szlachty, jako przestrogę dla niej, — drugą pisałem 
„Kilka słów Litwina"**), z powodu zagajonej sprawy wło- 
ściańskiej , niepomyślnie podług doszłych mię wiadomości w pe- 
wnych kołach traktowanej. 

W tym to też czasie dnia 22 maja 1858 roku miałem 
sposobność przemówienia na cmentarzu w Montmorency, przy 
grobie Mickiewicza do szlachty przybyłej z kraju do Paryża. 
Oto co powiedziałem : 

„Uchylmy głowy! bo oto przed nami gToby ś. p. Kniazie- 
wicza, Niemcewicza, Mickiewicza i tylu innych wygnańców, 
tułaczy! oto groby, przed którymi chylą się wrogi nasze! 
Przybyli z różnych prowincji rozdartego kraju, zgromadziliśmy 
się dziś, w tej wspólnej pielgrzymce, aby choć raz w życiu, 
przynieść im tu wspólny wieniec z serc naszych. 

Czem byli — jakie ich dzieła — byłoby krzywdą wam 
przypominać. Czyjeż serce nie pamięta jeszcze pieśni nuconych 
mu nad kolebką, owych pieśni, co mu wykołysały duszę, co 
jego myśl ku szlachetnym skierowały celom. Czyjaż pamięć 
nie zachowała tych dziejów, gdzie zapisane poświęcenia mę- 



* ) Obraz ten znajduje si§ w Warszawie , w domu pp. Niezabi- 
towskich przy ul. Mazowieckiej. 
**) Broszura ta drukowana była w „Przeglądzie" Elżanowskiego 
w Paryżu 1858 roku, a następnie w Moskwie 18 Gl roku, stara- 
niem młodzieży uniwersyteckiej. — Na podstawie myśli w niej 
zawartych , niecłi mi wolno będzie tutaj powiedzieć , że trzeźwy 
pogląd , że nawoływania do pracy dodatniej , z czego w obecnej 
chwili pewne stronnictwo przywłaszcza sobie zasługę i mono- 
pol — jeszcze przed 25ciu laty głoszone były jako artykuł wiary 
na Litwie. I nie tam się też przygotowała burza co zniszczyła 
tę pracę.... 



— 121 — 

żów, któr/y idąc przez świat . nie.śli swe życie na boje, w na- 
dziei, że jJidziekolwick walcząc, wywalczą ojczyzna*. Złamani 
ale nie ugi^'ci, spoczęli: — spoczęli daleko od swojej ziemi. 
Los z którym szli w ciągłych zapasach , zniszczywszy im wszy- 
stkie nadzieje, odmówił im nawet grobu w ojczyźnie. Widzie- 
liście z bliska gorzki ów chleb tułaczy. Poznaliście choć 
w części czem jest tęsknota, chociaż wasz powrót zawsze od 
was zależy. Dla nich wszystkie drogi były otwarte, prócz je- 
dnej ; — ])0 niej — leciały tylko ich myśli przejęte boleścią ! 

Uchylmy czoła i przed tą garstką co tu widzimy! Nie 
lata podeszłe jedynie te barki zgięły, siwizną przyprószyły te 
głowy szlachetne i dumne. Pomimo nieszczęść i zawodów, po- 
mimo niedoli, ubóstwa i wszelkich zniewag losu, idą oni od- 
ważnie i równo, patrzą spokojnie w przyszłość i na grób co 
ich tu czeka. Uchylmyż czoła, przed tem życiem pełneni po- 
święcenia i wytrwania, i)rzed tymi gi"obami pełnymi dla nas 
nauki. Weźmy z nich po garstce ziemi; będzie to dar dla na- 
szych przyjaciół i krewnych, droższy nad wszelkie upominki 
l)rzywiezione z zagi-anicy. Czeka nas wielka praca — praca 
nad sobą i dla dnigich, od której żaden stan ani położenie 
wyłączyć się nie może; czekają tam przedwszystkiem próby 
i ofiaiy dla pojednania się z ludem. Gdy więc czasem nasza 
wola się zachwieje i siły osłabną, gdy nam może żal będzie 
odrobiny mienia, dla poprawienia losu — i kilku chwil na 
dzień, dla podniesienia duszy naszego ludu, — niech ta gar- 
stka ziemi, przypomni ofiary tułaczy, których wszystkie sto- 
pnie nędzy nie zachwiały — którzy przeszli wszystkie gamy 
bólów, nim ich w grób złożono ! 

Wróciwszy więc pod nasze dachy, gdy nam serce uderzy 
na widok pól i gajów ojczystych, w uścisku rodziny i przyja- 
ciół, śród łez radości powitania, wspomnijmy o tych, którzy 
często nawet przy skonaniu — nie mieli przyjaznej ręki, coby 
im powieki zamknęła. 

Wielka się epoka przed nami otwiera; — świat na nas 
patrzy, głosy z pod tych mogił wołają! — Wracając więc 
z tego cmentarza, wracając do kraju, wynieśmy ztąd silną 



— 122 — 

wolę, aby ofiary krwi, łez i geniuszu tych co tu spoczywają, 
nie były daremne, i nie zawołały o pomstę do Boga. 

Wy zaś cienie drogie wieszczów, wojowników, męczen- 
ników, wy męże czynu, błogosławcie naszej drodze, — upro- 
ście nam pojęcie naszycli obowii^zków i wykonanie icli w wier- 
ności Bogu i ojczyźnie. 



W parę dni potem w Paryżu, w Cafe de la Sourdiere, 
gdzie się zbierali starzy emigranci z 1831 roku, i dokąd cho- 
dziłem na gazety, nieznany od nich, jako świeżo przybyły 
(a trzeba wiedzieć, że krzywo patrzali na przybyłych z kraju 
wojażerów, co dotąd najczęściej przyjeżdżali do Paryża dla 
zabawy), miała miejsce taka scena. 

Jeden z tych starców, co miał w ręku świeży numer 
Wiadomości polskich ," w którym była opisana pielgrzymka do 
Montmorency, naraz, śród ciszy ogólnej lektury, zawoła: 

— A niechże mu Bóg nagrodzi! Przecież znalazł się je- 
den, co.... 

— Co tam? — przerywając um, zawołali wszyscy. 

— Słuchajcie! 

Tu zaczął czytać moje przemówienie. Otoczyli go starce — 
koledzy; — ale w miarę jak czytał dalej — łzy mu zakry- 
wały wzrok, głos drzeć zaczął — nareszcie uwiązł w krtani. 
Zapłakał. 

Widok tego kółka zacnych, wiekiem pochylonych sta- 
ruszków — i tych łez co się im stoczyły po zoranych nędzą, 
i tęsknotą brózdach ich starych twarzy, — nie wyjdzie mi 
nigdy z pamięci! 

Nie wiem co tam dalej było — bo się wymknąłem w tej 
chwili — niechcąc się wydać mojem wzruszeniem. 

Było to honorarjum najwietniejsze w mem życiu! 



— 123 — 

Nareszcie, ^dym wrócił do i^raju, i poczuł si\) w kole 
lud/i szlaclietnycli, którzy z całym zapałem kierowanym po- 
czuciem sprawiedliwości, serca i rozumu, sprawie ludowej się 
oddali, gdy nadszedł czas i potrzeba wprowadzenia wstrze- 
mięźliwości wśród ludu , który już wkrótce miał być wolnym , 
wydrukowałem w Słowie petersburgskiem Ohryzki, Nr. 14, 
odezwę do ducliowieństwa , którą tu przytoczę. 

Może to nie będzie niestosowuem , przypomnieć ją dzi- 
siaj w Galicji. 



Kilka słów 

w sprawie wstrzemięźli^vośei na Litwie 
roku 18B9. 

Wielką bez wątpienia, wielkiego historycznego znaczenia 
jest chwila obecna. Z rozkazu Najj. Pana. szlachta została 
wezwaną do przedstawienia projektów, ku ulepszeniu bytu 
włościan. Na podźwignienie tej klasy ludu, czekały wieki. 

Lecz do wielkiego dzieła, wielu robotników trzeba. 
Czeniże będą pojedyncze usiłowania, prace i chęci, jeśli ich 
jeden cel w jedno ognisko nie ujmie. Podnieść lud z nie- 
doli, — jestże to tylko poprawić jego byt materjalny? — 
.Takaż rękojmia trwałego jego dostatku, bez podstawy, którą 
tylko może dać religia, moralność i oświata; — i czy sam 
ten dostatek nie oparty na nich, nie stanie się przyczyną jego 
zaguby; czy lud ten prosty i nieświadomy i)rawie złego, przy 
większej swobodzie , jak dziecię na swobodę puszczone , nie 
użyje jej na złe, nie zaniedba pracy, i nie zetrze z swego 
czoła, tego piętna godności człowieka, którem go dziś na- 
maścić zamierzamy? 

Do was to, pasterze duchowni, do was duchowieństwo 
całego kraju, odpowiedzieć należy; do was, przyjść w pomoc 



— 124 — 

W tern wielkiem i tmdnom dziele polepszenia bytu tejio ludu, 
wśród którego stoicie. Wy jedni najlepiej widzicie w jego du- 
szy, znacie jego rany i bole — znacie jego skłonności, macie 
jego ufność. 

Wiele już lat ubiegło, jak wódka stała się potrzebą,, 
w końcu warunkiem życia naszego kmiotka, jak stała się naj- 
ważniejszym produktem spekulacji. Przez nią to żydzi owła- 
dli, — rzec można krajem; jak pasożyt wyssali soki drzewa, 
co im dało podporę — i siecią kredytu i lichwy, splątali 
wszystkie ruchy gospodarstwa i przemysłu. Oni to z kieliszkiem 
w ręku, wcisnęli się we wszystkie przygody kmiotka, i zdra- 
dną radą podaną mu razem z trucizną, zawładnęli jego mie- 
niem i duszą. Żyd stał się powiernikiem, przyjacielem, do- 
radcą, — a znękany, obdarty kmiotek ruszyć się z domu 
nie może, by nie czatowały nań rozstawione na wszystkich 
drogach szynki i pod rozmaitymi pozorami czyhający żydzi. 
I oto wiek już upływa jak nędza , a z nią choroby i śmiertel- 
ność, wyludniają najżyźniejszą krainę. 

Wiosna każda gdzieindziej witana radośnie , której przyj- 
ście w naturze najnędzniejszemu stworzeniu , trawce najlichszej 
życie wraca, u nas ze strachem spotykana, wyprowadza na 
cmentarz zmarłych z głodu rolników, wyprowadza na pole, 
do pracy ciężkiej, lud do upiora podobny! Gzem jest po- 
wietrze, mór, cholera, tem od lat wielu, stało się u nas słowo: 
przednówek. A oweż dzieci włościańskie, poczęte w pijań- 
stwie, — zrodzone i chodowane w nędzy, wątłe i niedołężne: 
wieleż to z nich umierać musi, dla braku piei'wszych warun- 
ków życia! 

Lecz oto, ledwie po ciężkim głodzie wiosny, po ciężkiej 
krwawej pracy lata, doczeka się kmiotek jesieni, ledwie swój 
plon oblany potem do stodółki zwiezie, i nie pospieszy je- 
szcze przełknąć pierwszego kęsa nowego chleba, już się żyd 
do niego ciśnie, już jedną ręką podaje wódkę czeladce, drugą 
po jej dobytek sięga; i gdy jedni, na dnie kieliszka szukają 
zapomnienia niedoU, drugi liczy każde jego ziarno, staje się 
zawiadowcą i panem jego mienia. 



— 125 — 

Oto panowie, przyczyna nędzy ludu. Nie od dzisiaj wi- 
dzimy, jak się ta ofiara niewinna rzuca w konwulsjach męki, 
i niemą boleścią zda się wołać o ratunek nieba, nie widząc 
y;o już na ziemi. Rzadkie to wprawdzie już chwile tego jasno- 
widzenia; bo chciwość czuwa, by je trunkiem zalać, by upoić, 
uśpić człowieka. O, bodajby tylko uśpiony człowiek, nie 
zbudził się zwierzęciem! 

Nędza, pijaństwo i swoboda, kiedy się spotkają razem, 
złym -są doradcą!... 

Niejednokrotnie już się starano o powstrzymanie pijań- 
stwa. I zaprawdę, aby mocno stanął gmach reformy, trzeba 
mu głęboki przygotować fundament; bo tylko lud trzeźwy, 
może zrozumieć swe dobro . może się podnieść w swym stanie 
moralnym i materjalnym. W tym celu, podwyższano ceny, 
znoszono karczmy, nałożono opłaty na gorzelnie. Lat kilka 
ubiegło, skutek okazał, że lud do reszty zubożał, a z jego 
potu i krwi, żydzi, spekulanci i przedsiębiorcy, złożyli mi- 
liony — rozdarli i podzielili się szatą ofiary. Chybiono celu, 
1)0 środek był mylny, bo bogactwo kraju stanowi nie speku- 
lacja i)0jedynczych indywiduów, oparta na eksploatowaniu sa- 
molubnem słabszych , lecz na chrześcijańskim stosunku jednych 
do dnigich i pomyślności mas. * 

Ażeby człowiek uniknął przepaści, trzeba aby ją sam 
widział, lub trzeba mu ją ukazać, otworzyć mu oczy. Gdy 
więc jedni już się krzątają, by mu podać światło, wy go uczcie 
bojaźni Bożej. 

Do was więc kapłani głos zwracamy ; mówi przez nas 
cała ludzkość, woła potomność, która nas osądzi, woła duch 
czasu, który chwili do stracenia nie daje. Oto przed wami 
dzieło, dzieło wielkie, nawrócenia po raz drugi Litwy. Spoj- 
rzawszy na wzory, które nam przeszłość podaje, wzmocniwszy 
pierś waszą wspomnieniem zasłużonych wierze i krajowi mę- 
żów, wezwijcie Ducha św. by was umocnił w tej pracy, która 
was czeka, by wam dał miłość, co ją wam lekką uczyni. Tamci 
krwią i życiem, przypieczętowali swą naukę, wam pozostaje 
poświęcić trochę czasu i dobrej woli. Nie trzeba tu talentu, 



— 126 --- 

wysokiego stanowiska, uczoności; trzeba tylko myśli, — żeście 
synami tej ziemi. 

„Idźcie i nauczajcie!" 

Lud wiejski prosty, on słów uczonych nie rozumie; nie 
rozumie retorycznie utoczonych frazesów, wyuczonych kazań, 
on tylko mowę czynów rozumie. Niechże wasze życie bę- 
dzie księgą otwartą, z którejby czerpał przykład 
i naukę! 

Wysokie jest stanowisko kapłana; nieobliczone korzyści 
sprowadzić może w dzisiejszych czasach spełnienie jego obo- 
wiązków. Przyjść w pomoc krajowi, monarsze, usunąć zawady 
leżące na drodze tej wielkiej reformy, pojednać dwa stany, 
dać ludzkości godnych jej obywateli, podnieść z brudu nało- 
gów i występków ciało, i duszę czystą Bogu oddać — zaiste 
to czyn, na który czekają wieki!... 

Żmudź i część Litwy już zawdzięcza swemu biskupowi 
to pierwsze hasło, którem mocen najwyższem zezwoleniem 
i błogosławieństwem Ojca św. powołał duchowieństwo swej 
dyecezji, aby się wzięło do szerzenia wstrzemięźliwości. Czci- 
godny pasterz zrozumiał stanowisko swoje wobec kraju i lu- 
dności, przemówił, — i oto pijaństwo ustało*). Nie organi- 
zując towarzystw, bez form, po*prostu silne wiarą duchowień- 
stwo, od stóp ołtarza rozpoczęło nawrócenie, i cicho, spokojnie, 
z krzyżem w ręku , modlitwą , przykładem i upomnieniem , po- 
nawianem przy chrztach, ślubach i pogrzebach , dopełniło naj- 
większej rewolucji moralnej. Lud wytrzeźwiał, przejrzał, 
i pierwszy raz wzdrygnął się na widok karczem i gorzelni. 
Doświadczenie się więc udało, przykład gotowy, niedaleki. 

Pojmujemy, że na Rusi braknie warunków, jakie sprzy- 
jały duchowieństwu Żmudzi i Litwy. Wszakże różność wyznań 
nie może być stanowczą przeszkodą, gdy jest cel czysty 
i szlachetny. Wykonajmy tylko nasze obowiązki, a Bogu 
zostawmy, uwieńczenie ich skutkiem. In magnis voluisse sat 
est. Przyjdą po nas inni, i dzieło przez nas zaczęte dokończą. 



') 8. p. ksiądz biskup Wołnnozewski. 



— 127 — 

Ale waszą pamięć uwieńczy wdzięczność kraju. Histoija za- 
pisze, że duchowieństwo nasze, wieiiie tradycjom, co w chrze- 
ścijaństwie nasz naród postawiły tak wysoko, — dotąd dla 
innych wzorem hyć nie przestaje, i powołane do czynu w imię 
wiary i ])ratei-stwa , wzniosło sie do wysokości swego powoła- 
nia i odpowiedziało godnie wezwaniu. 

Przejdą czasy, umilkną namiętności, i mimo wykrętów 
egoizmu i fałszu, społeczność się uporządkuje, i dzieło roz- 
poczęte dokonać się musi. Chwała więc tym, chwała! co 
w tem wielkiem dziele, wolni prywaty, dla miłości Chrystusa 
i kraju, szczerze przyłożą ręki. 

Pisano w Stajkach, w Nowogiodzkiem roku is.")!*. 

Odezwa ta nie pozostała hez skutku, i śmiem mniemać, 
że na całej społeczności ziem biało- i czarno -ruskicli dobre 
zrobiła wrażenie. Cytowano nie rzadko całe jej ustępy z ambony. 



W pierwszych dniacli listopada 1851) roku wypadło mi 
l)yć w Wilnie. Trafiłem właśnie, w tym czasie, kiedy we 
wszystkicli kościołach z kolei odbywały się nabożeństwa solenne 
z powodu wprowadzanej wstrzemięźliwości. Trzeba było widzieć , 
jak lud nasz tłumnie zalegał kościoły! Trzeba to było widzieć, 
w mieście i na wsi , aby pojąć całą głębię jego wiary i całą 
głębię jego niedoli. Pamiętne mi wrażenia wspaniałej pompy 
kościelnej u św. Piotra w Rzymie, ale nie wiem, czy mi bę- 
dzie pamiętniejsza chwila nad tę, kiedy ujrzałem i posłysza- 
łem, jak ten lud ubogi, w głębokiej skinisze, po wysłuchaniu 
nauki, wymawiał słowa przyrzeczenia, a potem padłszy na 
kolana, głosem tłumiącym głos organu, wołał: Święty Boże. 
święty mocny, święty nieśmiertelny! zmiłuj się nad 
nami! Zatrząsł się kościół przepełniony ściśniętą ciżbą; — 
we wszystkicli oczacli, ku niebu wzniesionych, zabłysły łzy 
rozrzewnienia i ufności. Zdawało się, że widzę tesame tłumy, 



— 128 — 

CO za Jagiełły spieszyły do clirztu Św., przyjmujące teraz nową 
szatę białą, na nową epokę życia.... 

Ostatnim w Wilnie kościołem , gdzie się to nabożeństwo 
odprawiło, była katedra. Po suplikacjach , intonowanych do- 
branemi głosy wikarjuszów (czego się dotąd piękny zwyczaj 
w Wilnie przecłiowuje) gdy otworzono drzwi zakrystji, — 
i gdy literalnie runęli tam wszyscy zapisywać się do księgi , — 
patrząc, z jakiem jasnem okiem wracali ztamtąd, musiała ci 
pogodna i spokojna otucha wstąpić do duszy, musiałeś pomy- 
śleć : wielka przyszłość czeka ten lud , w którym tak ogromna 
leży siła moralna! 

I rzeczywiście — zdawało się, że nadchodzi czas odda- 
wna upragniony, że zabłyśnie nam zorza pomyślności , co 
uwieńczyć, co nagrodzić miała tyle ofiar i prac, tyle ki'wi 
i łez. Lud wytrzeźwiał; dziatwa się jego uczyła; szlachta zbu- 
dzona z odrętwienia zmianą stosunków włościańskich, jęła się 
pracy; sprawa włościańska, a z nią i szlachecka, zajęła wszy- 
stkie poważne i szlachetne umysły i serca. Stosunek chaty 
do dworu stał się miarą zasługi obywatelskiej, — po- 
czucie obowiązku hasłem. Gdy oto jednym razem padł gi-om — 
i wszystko runęło! Gromadzone dziwną fatalnością losu od 
dawna na horyzoncie politycznym chmury, spowodowały burzę , 
której nieuniknionem następstwem była katastrofa ISliB roku. 



Kórzmy się! — Za winy ojców potrzebna snąć była 
ekspiacja dzieci! 

Pracować, czuwać, z wiarą w tryumf prawdy, w spra- 
wiedliwość przedwieczną, i — czekać — to dziś zadanie na- 
sze. „Niech każdy w pokorze ducha, stara się być 
lepszym i uczynić lepszem wszystko co go otacza. 
W tem tylko — i w tern tylko jedynie leży kamień 
węgielny przyszłego naszego odrodzenia" — i)Owic- 
dział liOrenzo Bussoni, przed odrodzeniom Wioch.... 



— 129 — 

— „Zaciężyła ręka Boża — rzekł Pius IX — nad prześla- 
dowcami, i spadł kamień ze sklepienia świątyni, który zdiii- 
zjiotał nogi kolosu"... 

Straszne dokoła dzieją się rzeczy — chmurny widno- 
krąg — i palec lioży widoczny!... 

Czekajmyż. 



Jako epilog do tych wspomnień moich , niech posłuży 
wiadomość, otrzymana z Wilna, która mi dała powód do prze- 
siania dziennikom następnego artykułu (Dziennik Polski 
nr. 274 z roku 1880). 

Ktokolwiek zna Wilno i jego okolice , nie może nie znać 
jego pięknych cmentarzy, z których „Rosa" bezwątpienia do 
najpiękniejszych w kraju należy. — Położony śród uroczej 
miejscowości, ocieniony wiekowemi sosny i zieloną dąbrową 
brzóz i dębów, — urozmaicony falistością wzgórz i dolin — 
o tajemniczej głębi cieniów, o ginących w sinej dali wido- 
kach , — jakby pozujących dla malarza , zdawałby się być ra- 
czej parkiem jakiejś królewskiej rezydencji, niż miejscem 
snuitku, niż rezydencją śmierci. - gdyby nie cisza uroczysta 
i rzewna, co tam śród mogił ocienionych krzyżem zaległa. 

Na tyui to cmentarzu, śród wielu znakomitości litew- 
skich, spoczywa od 1814 roku Euzebiusz Słowacki, profesor 
literatury polskiej na uniwersytecie wileńskim, ojciec Juliusza. 

Czas, ostatnich lat wypadki — a najprawdopodobniej zła 
wola , co tam i bezbronnym nawet grobom nie przepuszcza — 
sprawiły, że z pomnika wzniesionego nm niegdyś, zaledwo 
szczątki pozostały. Nim wszakże zatarł się ślad jego ostatni, 
gorliwość ludzka, a z nią cześć i miłość, t<asama zapewne, co 
przed wieki zbierała krople krwi i szczątki męczenników śród 
cyi-ków rzymskich , - dziś , idąc za śladem szubienic i zni- 
szczenia dokonanego mściwą ręką przemocy w pełni XIX stu- 
lecia, post<irała się i ów gi-ób odszukać i odnowić. 

Wspoiniiieiiia /. nati Wilii i Niciiiiiu. t' 



— 130 — 

Oto co nam donosi list z Wilna otrzymany. 

„Kamień na giobie Euzebiusza stanął, czyli raczej, jest 
już w objęciu starego, i wygląda dla mnie, jakby jn-zeszłość 
zasługi splotła się z obecnością i)amięci i umacnia ją. 

„Przez dni kilkanaście, dwa razy dziennie, liywałem na 
miejscu, dyrygowałem robotą i mogę cię pocieszyć, że rzecz 
wyszła bardzo zajmująco, bo i pięknie i poważnie i t. d." 1», II. 

Winniśmy dodać , że w odnowionym nagrobku , zaclio- 
wano kształt szerokiej piramidy ściętej, z głazów gianitu uło- 
żonej, której stronę główną przysłonięto nową bryłą, z napi- 
sem stosownym, pod którym umieszczono wiersz następny, 
jaki E. Słowacki na krótko przed śmierci;) napisał, w prze- 
czuciu rycbłego zgonu. 

Wędrowiec , w drodze życia , mdłą stargawszy siłę 

Wkrótce rzucę co miłe i co mi niemile! 

Bez trwogi, nie be^ żalu, widzę kres zl)liżony, 

Który znagla w nieznane przeniesie mię strony. 

W tę uchronę spokojną — gdzie wieczność przeł)ywa... 

I którą chmura, pełna tajemnic pokrywa... 



Tak więc, to cośmy przed laty we dwócb tylko za- 
częli — z czasem przez ogół dokonanem zostało... 

Czyń każdy, coć każe duch Róży, 
A całość, sama się złoży! 



CZEŚĆ II. 



RZUT OKA 

NA STANOWISKO MALARSTWA POLSKIEGO 

WOBKC SZTUKI U OBCYCH 



RZECZ CZmSA S\ riBUrZNEM roSIEUZEML w ZAKŁ IDZIE NAP.. IM. "SSOLISNKICII 
12 PAŹDZIERNIKA 1881. 



Jedua z wybituiejszyrii cecli bieżącej u nas pracy, na i»olu 
studjów historycznych, jest bez wątpienia, badanie, — szu- 
kanie prawdy, — i co za tern idzie, — obliczanie sił do- 
datnich i ujemnych narodu. 

Jestto symptom pomyślny, bo dając jasny pogląd na 
pi"zeszłość, prowadzi do trzeźwego ocenienia zasobów chwili 
obecnej, — i dróg, których przyszłość jest celem. 

Czynność to jest zresztą właściwa skołatanej burzami na- 
wie, — która przebywszy je, — oblicza swą czeladź, — napra- 
wia poniesione szkody, — rozpina żagle, — aby płynąć dalej. 

Do zasobów jakie kraj obecnie posiada, — niepodobna 
nie zaliczyć malarstwa. O niem to więc mam mówić, a mia- 
nowicie, o jego stanowisku wobec sztuki u obcych. 

Zabierając głos w tej sali, której ściany zdobi najznako- 
mitsze dzieło krakowskiego mistrza"), sadze, że użycie wyraże- 
nia: malarstwo polskie, nie będzie mi poczy tanem za przesadę. 

Ho i na prawdę, któż tego nie widzi, że w tych oto 
czasach. - czasach cięższej niż kiedy niedoli w obu innych 
dzielnicach Polski, — przychodzi nam w i)omoc. od niedawna 
zbudzona , a już do imponujących rozmiarów urosła , — nie- 
znana dotąd, a już p(»tężna siła duchowa — malarstwo. Po 
wielkich mistrzach słowa, występuje ona na widownię, — 
niosąc właściwe sobie światło, — a unosząc je wysoko, — 



•) Unia lubelska, J. Matejki. 



— 136 — 

przyczynia się dzielnie, do wyświecenia prawdy, i fałszu jto- 
dawanego za prawdę. 

Siła to potężna; — bo zataczając krąg szeroki, od pod- 
dasza do pałacu, — nęcąc urokiem treści i wdzięku, — 
a więc działając na ducha i zmysły, przemawia językiem zro- 
zumiałym pod wszystkiemi szerokościami świata, językiem. 
zrozumiałym dla wszystJcich! 

Powitawszy ją więc na tem miejscu, przypatrzmy się 
cliociaż pobieżnie drogom, jakiemi do nas i)rzychodzi. 



Dzieje naszego malarstwa, nie przedstawiają w odległej 
przeszłości , — tak w^spaniałego obrazu , — jakim się szczycą 
inne szczęśliwiej położone Europy kraje. Oparta na mieczu, 
przez długie wieki, 'Polska — nie miała sposobności, — 
ani czasu, — rozwijać sztuki u siebie. — Miecz i lemiesz, 
to były narzędzia zwykłe, jeżeFi nie jedyne, — któremi pod- 
trzymywała swą egzystencję — albo jej broniła. — A jednak, 
położona w pośrodku dwóch cywilzacyi: wschodu i zachodu, 
nie mogła nie być odbiciem i jednej i drugiej. 

Kiedyś może, gdy umiejętne badanie przeszłości pod 
względem zabytków sztuki , stanie się niezbędną potrzebą dla 
tak pożądanego obrazu kultury naszej , — i dokonanem zo- 
stanie we wszystkich dzielnicach naszego kraju, — odnaleść 
się da, oprócz znanych nam dotąd, nie jedno znamię rodzin- 
nego talentu, śród kościołów i cerkwi, w głębi Karpat 
i puszcz litewskich. Zanim to jednak nastąpi, musimy zająć 
się tem co mamy i znamy. 

Jak dla innych, tak i dla nas, kolebką wspólną malar- 
stwa, po upadku sztuki starożytnej, była niezawodnie szkoła 
bizantyjska. Surowa i zimna, — w ciasnych granicach ka- 
nonu zamknięta, — jakkolwiek przetrwała wieki, i panuje 
dotąd we wschodnim obrządku, — jako negacya piękna 
i wdzięku, przestała już w Xin wieku wywierać wpływ swój 



— 137 — 

na zarhodzlr , a nastypiiio i w Tolscc. Ws/.akżo , pr/ynic- 
sioiia <lo nas wraz z thrześtijaństwein, rzecz niezawodna, iż 
w pierwszych jego czasach, i»anować nmsiahi przeważnie. Że 
nioghi być w swoim rodzaju świetną, — że jej cześć deko- 
racyjna, jej ornamentyka, tak whiściwa pojęciom wschodniej^o 
przepychu. — jej ścienne malowania, nie ustępowały kunsz- 
towi złotniczemu i rzeźbie . — których śhidy docliowały się 
nam w kielichach Trzemeszna i sławnych drzwiacli gnieznień- 
skicli. — pozwala przypuszczać wzgląd, — że to były czasy 
liorącej wiary, a więc otiarności narodu, — który przerażony 
zł)rodnią królewską na osobie biskupa, — w pobożnej expiacyi 
wznosił i przyozdabiał świątynie pańskie. 

Na nieszczęście, otynkowane ściany najstarszych kościo- 
łów w kraju, — nie zostawiły nam żadnych śladów z owych 
czasów. — Najdawniejszy jaki dotąd znamy, spotykamy nie 
wcześniej, jak w XIII wieku, — w epoce romańskiej. — 
a jest nim malowanie ścienne, w dawnym klasztorze, w Le- 
dze, — Znakomity ł)adacz dziejów sztuki, pan Władysław 
łjuszczkiewicz , tak o nim mówi: „Są to malowania klejowe, 
jakoby wielkie miniatury, nieco przytarte, okonturowane bru- 
natno , lekko ocieniowane kreskami. Rozkład scen na ścia- 
nach . nie trzyma się obyczaju bizantyńskiego, gdyż treścią 
sceny nie związane, ani tworzą pewnego cyklu. — jak chce 
kanon z góry Athos. — Jest tam Boże narodzenie. — Po- 
kłon trzech króli , — Sąd ostateczny . — Historja pięciu pa- 
nien mądrych , i obraz erekcyjny. Wszystko to mieści się na 
ścianach ostrołukiem zamkniętych u sklepienia , a rozdzielo- 
nych na i)asy. - Całej tej kompozycyi , której najwdzięczniej- 
szą częścią jest ściana z obrazem dziewic (Wzory sztuki śre- 
dniowiecznej), towarzyszy pewien idealizm, sprowadzający tyi)y 
do wspólnego uczucia pobożnego. Za tigurami znaczą się: 
świat . to jest krajołmiz , w którym drzewka i gmachy, niby 
akcessorya rzecz objaśniające, jak w Orcagni współczesnych 
obrazach; -— szerokie wstęgi rzucone na obraz objaśniają na- 
pisami postacie; — więc też i tarcze herbowe, oświecają 
o rodzinie fundatorów. — Zaiste, sztuka tu reprezentowana 



-- 138 ~- 

nie jest odeiwaiui od społecziiośti , która jji otacza. — jest 
zgodnji z uczuciami mas, umie przemawiać do nich, jest po- 
jetćj, 1)0 dziecinnemu, ale nie mniej jest rzetelna szatij, piękna. 
Mistrz co tego dokonał, nie mógł dysponować szeroką skahi 
uczuć w przedstawieniu, — ale tratił już na jedno uczucie, 
podstawa późniejszej sztuki będące: — uczucie pobożności 
i wdzięku". 

To też znać, że malarz XIV wieku, jest już człowie- 
kiem świeckim, którego nie krępują kanony; — przeciwnie, 
jest on tłumaczem po swojemu, legend i opowieści o świętych 
domowych, a patrząc zdała na naturę go otaczającą, — uszla- 
chetnia nią dawne bizantyjskie pojęcie formy, 

iJwiema bowiem niezależnemi od siebie drogami , z mar- 
twego bizantynizmu . przeradza się malarstwo, aby iść drogą 
postępu, — aż do doskonałości, w jakiej się zjawia w wie- 
ku X\'I. — Jedną drogę rozpoczyna Massaccio i (iiotto we 
Włoszech, na tle uczuć głębokich i poetycznych, szukając 
wzorów w otaczającej naturze, — a więc zrywając stanowczo 
z rutyną bizantyjską; — drugą drogę obrało malarstwo pół- 
nocy, ożywiając stopniowo stare bizantyjskie formy, elemen- 
tami natury, zdaleka widzianej , a uczuciem pojmowanej 
idealnem. „liraknąć tu jeszcze będzie długo na obu tych dro- 
gach, poczucia wyższego piękna, doskonałości formy; — ale 
prawdy wewnętrznej , szczerości z jaką oddaje głębokie prze- 
konanie mas, — i idealizmu chrześcijańskiego, odmówić mu 
niepodobna. 

Wiek XI\' dorzuca nowy element: malarstwo ruskie. — 
Na dworze królewskim, zjawiają się Pictores Rutenici. Jagiel- 
lonowie bowiem, przyzwyczajeni do kraśnych malowań, pod 
wpływem bizantyjskim zrodzonego malarstwa ruskiego — „długo 
nie będą pojmowali tutaj innego piękna, — jeżeli to po- 
wtarzanie martwych tyi)ów, pięknem nazwać można"*). Tej 

*) Wszystkie w cmlzysłowach zauiknicte /dania , wzięte s^ z roz- 
]>rawy Wł. Łuszczkiewicza : „Sztuka religijna w Polsce" — ( En- 
ryklopedya kościelna). 



— 139 — 

miłośii (lin s/.tuki luskioj dworu .higicUońskie^Mi w XV wieku, 
jrst iijijwY/s/.ą luniiiiitkii, malowanie sklepienia w kaplii \ 
Św. Krzyża nu Wawelu. Po skarbcach też ksiij-żat ruskich 
w Haliczu, — litewskich w Nowogródku. Trokach i Wilnie, 
spotkać si^^ można było z owemi Madonnami w formie l)izan- 
tyjskiej, o czarnem obliczu i złoconem tle, bogato przystro- 
joneni drogiemi kamieniami. — Obrazy tego rodzaju , będące 
uosobieniem archaizmu, jako dary przeważnie książąt dla 
kościołów, jak to widzimy w Częstochowie, Lwowie i t. d., po- 
chodziły częścią z Konstantynopola, częścią z Florencyi, gdzie 
produkował je w XII wieku niejaki Luca, co dawało nieje- 
dnokrotnie powód , że je Św. ł^ukaszowi przypisywano. — Co- 
kolwiekbądź o tem powiedzieć można , — pewnem to tylko , 
że ktokolwiek był ich autorem . złożył dowód niezaprzeczony 
nieuctwa w ich wykonaniu. 

To też historja malarstwa na Kusi halickiej obszerne 
dla badacza nastręcza pole. — Ikonostasy, obrazy, mają tam 
swój charakter odrębny, swoją symbolikę. — Jakkolwiek je- 
dnak złagodniał tam nieco surowy typ bizantyjski, pod tchnie- 
niem subtelniejszych uczuć , — sztywność jednak w rudiach . 
ponure i bez wyrazu twarze , — koloryt konwencyjny i na- 
pisy słowiańskie „ł)ędą stanowić zaporę przeciw rzetelnenui 
postępowi nauki, która do natury obróciła się plecami". 

Taki stan rzeczy, taka chwiejność między tradycją bi- 
zantyjską Wschodu, a pociiigiem, prawie bezwiednym, ku 
przedświtowi sztuki zachodniej, cecłmjąca malarzy tej epoki, — 
przetrwała prawie do drugiej połowy XV wieku. 

Nadchodzi wreszcie czas, — w któnni sztuka nasza 
dosięgnąć ma najwyższego rozwoju , jako indyw idualnie pojęta 
i wykonana; — przedstawi go nam szkoła cechowa w końcu 
XV wieku. 

Jak sztukę romańską wypielęgnowały klasztory, — tak 
znowu gotycyzm wydał malarzy świeckich. Oni to właśnie, 
w końcu XV wieku, są twórcami cechu malarskiego, i dają 
początek sztuce, która odziedzicza wszystko, co ta dotąd 
zdobyła , — bądź w epoce bizantyjskiej , bądź romańskiej 



— uo — 

i gotycki(\j (Htaro-iiieinieckioj) a właściwie kolońskiej 
i pragskiej. 

Pomiędzy mistrzami cechowymi ostatniej, występuje sła- 
wny Teodoiyk z Pragi, reprezentant szkoły czeskiej za ]va- 
rola IV. Odznacza tę szkołę wysoka piękność kolorytu i pe- 
wna idealność głów. Zbliża się do niej pod względem kolorytu , 
szkoła cechowa Wrocławska, która tem większe ma dla nas 
znaczenie, że pomimo zniemczenia Szląska, wyróżnia się pe- 
wnym cliarakterem polskim , — maluje przedmioty polskie , — 
,,i dostarcza prac swoich w granice polskie'. Nic więc dzi- 
wnego, że przy takich sąsiedztwach , wyiobiła się w Krakowie 
osobna szkoła malarstwa religijnego, szkoła cechowa, — której 
liczne zabytki , w szerokim promieniu od miasta , po kościo- 
łach wsi i ndast, dość licznie się dochowały, — „a które na- 
stępne pokolenia zaliczyły najniesprawiedliwiej w poczet utwo- 
rów shiro-niemieckiej szkoły". 

Do tej to epoki zaliczyć należy owe obrazy szafiaste, 
tak zwane Tryptyki, dochowane dotą-d w wielu kościołach. 

Dla dopełnienia o])razu rozwoju sztuki malarskiej 
w XV wieku, dodać jeszcze należy prace klasztornych ma- 
larzy i illuniinatorów zakonnych, jakich nam dostarczył prze- 
dewszystkiem zakon Dernardynów, wprowadzony w połowie 
XV wieku, Dominikanów, Kanoników regularnych. Cystersów. 

Czynność więc na polu malarstwa religijnego (bo innego 
u nas nie znano), była w tym wielm niemała; — a chociaż, 
niespotykamy tu malarzy wyższego polotu , coby wyrósłszy 
po nad innych, potęgą talentu wskazali nowe drogi sztuce, — 
drogi po których włoska, fiamandzka i niemiecka szkoła do- 
szły już w tym czasie do świetnych rezultatów, — wszelako 
ogólny poziom postępu podniósł się znakomicie. 

Cóż było więc przyczyną tego postępu i udoskonale- 
nia?, — gdy ani wzorów, ani mistrzów kraj nie posiadał? — 
Oto drzeworyty i wędrówki czeladzi malarskiej posłużyły ku 
temu, — Gdy Włochy były zadaleko, więc sława Van Ejcków, 
Wohlgemuthów, rozpowszechniona reprodukcyą drzeworytnicza . 
ściągała do siebie wędrowną czeladź polską. — Po dwuletniej 



- III — 

wędrówce, wracał czeladnik do Krakowa, przynosząc zastarzałe 
wprawdzie pi zepisy sztuki , — ale zarazem , przyniósł *rłebię 
uczuć reliŁtijnycli. dramatyczne poczucie kompozycyi, technikę 
i umiejętność studyowani;) natury. „Wit Stwosz, jakkolwiek 
rzeźbiarz, jest właśnie wyrazem najwyższym tej naszej cecho- 
wt\j sztuki: — uczył się w Krakowie, — doskonalił w No- 
rymberdze". Na nim to właśnie i koiuzy sic opoka ostro- 
hikowa , w dziejach religijnej sztuki. 

Nastaje wiek X^'Ity. wiek który po za Alpami sprowa- 
dza epokę geniuszów sztuki włoskiej , — a po tej stronie 
Alp daje sztuce Alberta Diirera i Holbeina. — Dla nas 
wszakże czas ten, który w literaturze naszej tak słusznie 
nosi miano złotego wieku . — pod względem sztuki najmniej 
był pomyślnym. — 1'rzychodzą bowi<'m walki liiateryalizmu 
i ducha, — walki, które reformacyą zowiemy, a które 
oddziaływać muszii ujemnie na źródła natchnień religijnych 
u artystów północy. — Wprawdzie młódź zamożna kształci 
się w akadeniiacli włoskich — celuje tam nierzadko w nauce. — 
ociera się o Medyceuszów, — ale wróciwszy do ojczyzny, nie 
idzie, z rzadkim wyjątkiem, w ich ślady, — nie przynosi wyż- 
szego znawstwa i zamiłowania w sztuce, — a chociaż buduje 
z czasem wspaniałe kościoły i pałace, — oddana sprawom 
rycei-skim . politycznym . a nierzadko koteryjnym , nie ma czasu 
ani clięci do jej pielęgnowania. Może też i klejnot szlachecki, 
podług ówczesnych wyobrażeń . nie dozw.dal opuścić Marsa 
dla Apollina. 

Uprawiają więc ją cechowi malarze; ale już się nie 
troszczą, co tam za Alpami wielcy mistrze robią. Sztuka fla- 
mandzka i niemiecka również kona , — i jeżeli się zbudzi , — 
to już ł)ez charakteru miejscoweg(t. uł)rana w szatę włoską. 
„Odtąd ho rozpoczt/na się partoicanic uloskirgo po śniecie 
malarstica'^, tylko nie będzie już ono dzieckiem wzniosłych 
natchnień i głęł>okiej wifiry, strojne we wszystkie zasoł)y ar- 
tystycznych środków, — „lecz sługą liierarcliii , szukającą 
.szematycznego przepisu na piękno". 



142 



Ta zmiana zapatrywań u wielkicli ognisk sztuki, — od- 
bić się musiała też i u nas. Bo oto, jak już powiedzieliśmy, 
lefoimacya za Zygmunta Augusta, umniejsza czynności ma- 
larzom. — U dworu i śród możnych, nie znajduje już pro- 
tekcyi sztuka cechowa, bo nie wystarcza tym, co się za- 
poznali i oswoili z arcydziełami mistrzów włoskich epoki 
odrodzenia. Jest ona dziś tylko shigą duchowieństwa, — „któ- 
lemu też w owych czasach walk religijnych wiernie i umieję- 
tnie służy". Na dworze zaś, gdzie od czasów Bony Sforcyi, — 
panuje moda włoska, jak niemniej w domach możnych, zja- 
wiają się dzieła mistrzów obcych, — dla których sprawy 
świeckie, wypadki historyczne, są ulubionym przedmiotem 
l)omysłów. I odtąd to historya, a z nią i portret wchodzi do 
pracowni, i w niej panowanie obejnmje, — Winniśmy wszakże 
dodać, że w tym zwrocie sztuki, — mistrzami u nas nie 
są krajowcy. 

Wiek XVII w s\yej gorliwości religijnej, podniesionej 
wprowadzeniem Jezuitów, — wznosi, ozdabia, i na nieszczę- 
ście, śród częstych restauracyi przerabia kościoły, — nadając 
architekturze cechę , która z małym wyjątkiem staje się pa- 
nującą w Polsce, Litwie i Rusi. 

Sztuka ma tu więc znów obszerne pole, tak co do 
obrazów jak i innego malowania; — wszakże, stanowisko ce- 
chu w jej dziejach, zaciera się zupełnie za Zygmunta III. 
Wiemy wprawdzie, o utworzeniu się w tym czasie cechu 
czyli Bractwa Malarskiego we Lwowie , na wzór Krakowa , 
Wrocławia , Torunia ; — a było też prawdopodobnie takież 
w Warszawie i Wilnie, — lecz już ówcześni malarze, jakkol- 
wiek związani w korporacye, — zerwawszy nić trądy ci, — 
malują na swoją rękę, — ulegając umiej lub więcej, wpły- 
wom Dolabelli, który przybywszy z Wenecyi, rzuca się na 
wszystkie kierunki, maluje obrazy ołtarzowe, historyczne, 
portrety, — „i zdumiewa świat nasz świetnością pomysłów 
i kolorytu". 

W tej to epoce, miejsce tryptyków (ołtarzów szafia- 
stych) zajmują ołtarze, w kształcie biam tryumfalnych, które 



— 143 — 

po dziś dzień widzimy. Do niej też zaliczyr n.ależy, owe wiel- 
kie płótna, na ścianacli kościelnycli . lub w krużgankach 
klasztoinyili zawieszone, — w których najczęściej brak ta- 
lentu, zastępuje gorliwość w jaskraweni przedstawieniu scen 
z martyrologii i tryumfu kościoła. Przybywa też do charakte- 
rystyki tej epoki, dział obrazów: (Joznanych cudów, i cudo- 
łuórcóu\ umieszczanych zwykle przy grol)acli l)łogosławionych 
i świętych , — a przedstawiających sceny domowe , wize- 
runki i t. p. obrazy tieści dydaktyczno-moraluej . jak : Typ 
pohożnc(jo kazania; Młodzieniec rozwyślający, jalą wybrać 
drogę: Obraz sumienia ludzkiego; Taniec śmietci it. p., z na- 
pisami rozlicznemi. i całym zapasem konceptów lacińskidi. — 
_Ivtóż zresztą nie sj)Otkał po klasztorach, tych obrazów cie- 
kawycli. przed którymi zatrzymują sie tłumy, patrząc na te 
potworne smoki połykające ludzi. — kotwice spuszczone 
z nieł)ios i)rzez Ś$. patronów, celem wydol)ycia dusz z paszczy 
szatanów. — i tym i)od<)l)ne dziwolągi. — Nie wsi>omnieli- 
l»yśmy, powiada i)r(>f. ł.uszczkiewicz, o tycli malowaniach, 
gdył)y nie to. że one stanowią cliarakterystyke erudycyi 
XVII wieku, i że nie zawsze są lichego pędzla. 

Xa tern kończymy przegląd XVII wieku, w którym ma- 
laistwo posługując się przeważnie rytownictwem. doprowadzo- 
nem do możliwej doskonałości . dało nam I)ankers'ów, Lexy- 
ckich, lilechowskicli i innycli. 

W takim to stanie, zastaje u nas sztukę wiek XVIII. 
wiek, w którym zużyty i nadużyty renesans, zacłiwiany już 
w XVII wieku, ustępuje ostatecznie miejsca „l»arokowi". 

Jak na zachodzie, tak i u nas w znacznej części, zu- 
żyta i zniewieściała si»ołeczność wyższa tej epoki, — prze- 
stawszy zapatrywać się na zadania życia, na seryo, — idąc 
za modą przyniesioną z Francyi, łon już icótcczas dającej, — 
pojmowała też i sztukę nie inaczej, jak zabawkę, traktowaną 
lekko. Mitologiczne sceny, ł)aclianalie nimf i faunów, pasterek 
i pasterzy, śród krajoł)razu, którego pierwowzoru próżno l)y 
szukać w naturze, — to l>yły ulułtione temata ol)cej nam 
sztuki, która wziąwszy za zadanie, l>awić tę wypieszczoną 



— 144 — 

i upudrowaną społeczność, — nie dotykała stron o bolesnych 
dźwiękach. — Bawiono się też w najlepsze, na wzór uhibio- 
iiych sobie bóstw Olimpu, — odwracając wzrok od bliskiej 
l)rzepaści. — To też obejmują tu panowanie, pod hasłem 
wdzięku: Fr. Boucher i Yatteau. 

({łownym wszakże przedstawicielem sztuki w znaczeniu 
jej poważnem, dla nas i dla innych, jest bezzaprzeczenia 
Carlo-Maratta, i wraz po nim, liafael Mengs. Cokolwiek bo- 
wiem możnaby powiedzieć o stronie ujemnej talentu pierw- 
szego, niepodobna nieprzyznać, że był to w owych czasach 
powszechnego upadku sztuki , jedyny istotny i niepospolitej 
miary talent , — na którym kończy się świetny szereg mi- 
strzów dawnej szkoły włoskiej. Szkoła jaką stworzył, nie 
czerpie już wprawdzie natchnień w głębokiej wierze, — nie 
daje postaci w swych dziełach, które imponują majestatem 
bożym , — nie troszczy się o to , aby obraz był wyrazem 
uczuć, „ale jej uczniowie posiadają zasób artystycznej wiedzy 
w tak wysokim stopniu, że ten upadek wobec dzisiejszego 
w ogólności elektyzmu , nazwać możemy pewnego rodzaju do- 
skonałością, — i artysta dzisiejszy, Jcościelny, mógłby się 
od nich wiele nauczyć". 

W tym to też czasie , mniej więcej , w Polsce zasiada 
na tronie król , w którym sztuka po raz pierwszy spotyka 
mecenasa. Czechowicz i Smugi ewicz kształcą się w Rzymie, — 
pierwszy, pod kierunkiem Carla-Maratta, — w obrazach reli- 
gijnych, pójdzie w ślady mistrza, a może mu nawet niekiedy 
dorówna , — jak to widzimy w kościele Św. Katarzyny w Wil- 
nie ; — drugi , uczeń surowej rzymskiej szkoły Mengs-a , — 
śród poważnych studjów antyku, wyniesie z Włoch poczucie 
linii klasycznych, — wprowadzi je do swych obrazów. — 
i utoruje pierwsze drogi powtórnego odrodzenia sztuk w Pol- 
sce. — Peszka, Norblin, Stachowicz, pójdą w ich siady. 

Tymczasem, zjawia się Bacciarelli, Lampi, Canaletto. — 
Ich dzieła, jakkolwiek w pomysłach nic wspólnego z krajem 
nie mają, prócz rzadkich wyjątków, — jak Wjazd OssoUń- 
fikie()o do Bzymu, Widoki W\arszawy Canalettn, i kilka histo- 



— 145 — 

rycznycli k(nni»()zyiyi Baccmrellejio, — luicetliowuno wszakże 
wyższym polotem artyzmu, nie mogij nieoddziaływać pomyślnie 
na malarstwo krajowe. — Sztuka jednak, w istotnem fejro 
słowa znaczeniu, — służy wyłiicznie prawie tylko możnym, — 
i nie będjic wyrazem uczuć ogóhi. nie jest jeszcze potrzebą 
szerokich mas narodu, — który skazany na zagładę, w kon- 
wulsyach politycznej agonii — szuka napróżno ratunku, Ale 
chwila niedaleka, gdy pokolenie id^jCe w ślad za świetną 
plejadą mistrzów słowa, — i)rzyniesie mu śród potopu nie- 
szczęść. — gałązkę oliwną w postaci nauk i sztuki. — Te 
chwilę, w której malarstwo przybierze znaczenie poważnego 
objawu życia w społeczeństwie, — zbliży nam wi)ływ szkoły 
francuskiej z i)ierwszej połowy XIX stulecia. 

Czem były niegdyś dla świata Włochy, — tern staje się 
dlań l''rancya, z początkiem bieżącego wieku. — Cokolwiek 
by można powiedzieć o charakterze Francuzów, — to jednak 
l)ewna. że jestto naród, który nosi w swem łonie zdolność 
pojmowania w wysokim stopniu, wszystkiego co szlachetne — 
a więc i poczucie piękna, w najobszerniejszem tego słowa 
znaczeniu. To też i malarstwo zbudzone tam i pchnięte na 
właściwe tory, przez Dawida, Gerard^a i innycli, stanęło 
wkrótce na wyżynach niezwykłych, — tak co do treści jak 
i wykonania, — Technika nie zabiła tam , jak gdzieindziej . 
myśli; myśl zaś znalazła swój wyraz, w twórczej zdolności 
>M"ażliwego charakteru narodu. — Paryż zatem w sztuce, 
pod względem pracy artystycznej, zajął miejsce Rzymu, — 
do którego artyści t)iegli wprawdzie po wzory, ale już nie 
utworzyli w nim szkoły, pomimo Korneliusa i Overbeka. — 
Natomiast , mistrze podobnej miary, jak Gerome , Ingi-es , 
Coignet . ( Jerard . Paul Delaroche , Ary Hcliaeifer. E. Dela- 
croix. Yernet, Isabej , Guidin i tylu innych, co odrodzonej, 
a potem rycei-skiej Francyi, tyle blasku dodali, — ściągali 
do siebie tłumy młodzieży. — która mijając Wiednie, Berliny, 
Diisseldorfy, biegła ku nim ze wszystkich stron. 

W tym to czasie, gdy ich sława obiegała świat, — nad 
Polską, jak długa i szeroka — zaciężyła żelazna ręka losu. — 

Wspomnienia % nad Wilii i Niemna. 10 



— 146 ~ 

W tym to" też czasie, naród zdumiony usłyszał po raz pier- 
wszy, dźwięl^i lutni nieśmiertelnych swych wieszczów^ — którzy, 
jalio prorocy, na minach ojczyzny zanucili pieśń boleści, — 
ale też z nią i pieśń nadziei... Jej to nutą żałobną wykoły- 
sane, wzrastało całe pokolenie. I oto, gdy i pieśń ustała, — 
gdy pod ogi'omem klęsk i zawodów, zwątpienie ogarnęło sze- 
rokie massy społeczności, — gdy myśl nawet, spotkała za- 
tamowane sobie drogi w skrępowanem słowie... i cienie nocy 
zstępowały już na t§ ziemię żałoby, — zjawia się nowy za- 
stęp pracowników, — - co ma snuć dalej im polu nauk i sztuki, 
przerwaną przędzę uczuć i myśli! -- Ten zastęp, to dzieci 
osieroconych matek, — wzrosłe na zgliszczach ojcowskiego 
domu ! To nasi uczeni , — nasi artyści , muzycy, malarze , 
rzeźbiarze ! 

„Miłość i tęsknota, jako dwie prządki naszego żywota"; 
jak to tak trafnie powiedział wieszcz Ukraiński*), to dewiza 
ich natchnień i pracy, — co jako nić złota, snuje się dotąd, 
we wszystkich ich dziełach. 

To też nic dziwnego, że nasi młodzi malarze w pogoni 
za swemi ideały, hołdując przeważnie uczuciu, — liczniej 
niż inni, biegli do tej Francyi, — gdzie to uczucie, razem 
z miłością wszystkiego co szlachetne i piękne, pielęgnowanem 
było. — Nie należy też pomijać, że i pamięć rycerskiej prze- 
szłości, — której najznakomitszym malarzem był Dayid, Ge- 
rome, H. Yernet, nie mogła niepociągać ku stolicy Francyi 
pokolenia, — którego ojcowie zdobywali Samo-sierra, i osła- 
niali odwrót Napoleona z Moskwy. Inni, wzięli tam wydosko- 
naloną technikę, — blask zewnętrzny, — urok dekoracyjny, 
które potem zużytkowali, gwoli kaprysom mody; — myśmy 
wynieśli synowską miłość dla rzeczy ojczystych, — zdolność 
wypowiedzenia uczuć i poszanowanie dla sztuki. / oto jest 
charakterystyczna cecha naszego malarstwa. 

Na takim to gruncie^ — którego słaby zarys, zaledwie 
mieliśmy czas naszkicować, stanęła u nas sztuka dzisiejsza; — 

*) B. Zaleski. 



14' 



i iHużna Ityr powiiym, że jeśli na nim pozostanie, — jeżeli 
\nz\}dz[e jej w pomoc rozumna i wytrawna krytyka, — je- 
żeli nie da się uwieść zwodniczym podszeptom chwili, — 
można być pewnym, powtarzamy. — że nie minie ja świetna 
przyszłość. — Zakwitła nam bowiem nie jako wątła w cie- 
l)larni wypielęgnowana roślina, lecz jako kwiat bujny, na 
gruncie rodzimym wyrosły. 

Jest wszakże pewien brak, wspólny zresztą tegoczesnej 
sztuce w ogólności. — a który dotyka malarstwo nasze: — 
jest nim niedostateczne uwzględnienie studjów klasycznych 
i antyku. — Artyści nasi, z rzadkim wyjątkiem, hołdując pa- 
nującemu dziś realizmowi, — którego przewódcą głównym 
był Kaulbach. — zapominają, że jeśli on oparł się stanowczo 
prądowi, który zapoznawał naturę — i tonął w konmnałacli 
klasycyzmu, — nie zapoznawał i nie zaparł się tego, co wziął 
z czystych jego źródeł, — pomnąc, że sztuka gi'ecka, — nie 
gdzieinidziej tylko w naturze czerpała. — Zapewne, klassy- 
cyzm pod względem piękna niewypowiedział ostatniego słowa, — 
ale to niemniej pewne, że będąc owocem wysoce wykształ- 
conej społeczności, — będzie zawsze etapem ważnym, w dzie- 
jacli rozwoju sztuki. — etapem, którego bez szkody ignoro- 
wać nie wolno. 

Realizm nie jest rzeczą nową. Zwrot sztuki ku studyom 
z natury powtarzał się zawsze, ile razy ta schodziła na ł)łędne 
drogi, — Idzie tylko o to, aby korzystać z doświadczeń po- 
przednich — aby umieć na naturę patrzeć, — a na tej wła- 
śnie drodze, najpewniejszym drogoskazem będą, i być nim 
nie przestaną studya antyku. — I jeżeli poparcia tego co 
twierdzimy, wolno szukać na innem polu, — to powiemy, że 
nie mielibyśmy Pana Tadeusza^ jakim go znamy, — gdyby 
obcą była Mickiewiczowi literatura starożytna. 

Jak już nadmieniliśmy wyżej , okres romantycznej lite- 
ratury podniósł w wysokim u nas stopniu uczuciową stronę 
narodu. — Duch czasu też, wywołując moralne jego siły, 
nie mógł ominąć dziedziny sztuki, — która uszlachetniając 
i podnosząc umysły, — jako uosobienie hartnonii, lądu ipi§- 

10* 



— 148 — 

/ma, tak dzielnie się przyczynia do jejio pomyślności. 
I stała się rzecz dziwna; — bo oto te same przyczyn), 
pod wpływem odmiennych wyobrażeń i okoliczności, wręcz 
przeciwne wywołały skutki, — Natura szlachecka, niesforna 
a serdeczna, — poetyczna a harda, — pobożna a rycerska, — 
rzewna a hulaszcza i namiętna, — ze wszystkimi porywami 
swej nieukróconej fantazyi, — nadała się właśnie do pracy, 
która lekceważona przed wieki, — stała się na teraz dogo- 
dnem ujściem dla zgnębionego jej ducha... Nasze dzisiejsze 
malarstwo, — to jakby dalszy cią-g rycerskiej fantazyi na- 
rodu... której godłem: miłość ojczyzny i piękna; to dalszy 
ciąg opozycyi bez słów.... 

A więc w pierwszej już połowie bieżącego stulecia, Kra- 
ków, Warszawa, Wilno, maja swoje szkoły rysunku i malar- 
stwa. — Szkole Krakowskiej przewodniczy J. Brodowski, 
Peszka, — następnie Sztatler; — Warszawskiej: Blanc, An- 
toni Brodowski, Piwarski, Kokular, Kaniewski, — po nich 
Hadziewicz, Ziniler, Gerson i inni; — Wilno, ma przy SNYoim 
Uniwersytecie katedrę, którjj, zajmuje Fr. Smuglewicz, a po 
nim Rustem; za nimi uprawiają malarstwo na Litwie; K. Ptu- 
siecki. Karczewski, Wańkowicz, Daniel, M. Kulesza, Dmo- 
chowski ,• Moraczyński. — Kwitły też tam w owych czasach . 
litografie Przybylskiego, Oziębłowskiego, Klukowsldego ; — 
Żukowski, Karol Iiypiński,Kukiewicz, Bachmatowicz , Smo- 
kowski, mieli sławę rysowników na kamieniu. 

Gdy wszakże kraj ubogi, ogołocony z dzieł sztuki, nie 
posiada publicznych galeryi dawnych mistrzów, — i gdy wy- 
jazd za granicę pod panowaniem Rosyi utrudniony, a podróże 
zbyt jeszcze kosztowne, — malarstwo nasze pozbawione 
wzorów, — nie robi świetnych postępów, — i zredukowane 
do portretu, nieinteresuje prawie pgółu społeczności. Lecz 
oto, zmienia się postać rzeczy; Rossya otwiera gi^anice, ko- 
leje żelazne zbliżają ogniska cywilizacji. Młódź spragniona 
nauki, przebiega Europę, czerpiąc w niej wszystko z mło- 
dości zapałem, — co właściwem swemu charakterowi znaj- 
duje. Kzym, Paryż, Wiedeń, Berlin, to etapy jej prac 



— 149 — 

Gdy wszakże sztuka francuska, po zajściu jej wielkich świa- 
teł, traci swych sterników, — gdy ludzie wyszukali tam już 
sobie nowy przedmiot kultu, i dział historyczny nie ma tam 
swych przedstawicieli, — a natomiast, gdy z mglistego ho- 
ryzontu Germanii wyłania się Mnichów (Monachium) z Kaul- 
hachem, Pilotim, i królem protektorem sztuk, na czele, — 
przenosi się punkt ciężkości studjów artystycznych do stolicy 
Bawaryi, — skąd toż wkrótce wychodzi cały legion polskich 
nwJarzy. 

Im to było danem, sprowadzić zwrot pomyślny w na- 
szych krajowych instytucyach, — wzbudzić współczucie i za- 
miłowanie dla -sztuki narodowej. — Z ich to giona wyszli 
mistrze, których imiona zapiszą dzieje sztuki, jako wytyczne 
l>unkta jej drogi. — Że wspomnę tylko szkołę krakowską — 
która pod kierunkiem , naprzód Sztatlera, potem prof. Wła- 
dysława Łuszczkiewicza i jej dyrektora Jana Matejki, — dała 
krajowi cały poczet malarzy. 

Po szkole krakowskiej, Warszawa i Wilno, położyły też 
swoje na teiii polu zasługi. Gdy wszakże jedna i drugie, po- 
zbawione zostały nieodbitych szkole wyższej zasobów, — 
młódź korony i Litwy kształci się w akademii petersburskiej, 
('zasy Briilowa i Bruniego wydają w niej znakomitych ryso- 
wników. — Tadeusz Górecki, Gerson, Leonard Straszyński — 
później Siemiradzki, są jej uczniami. Ztamtądto wykształcona 
i przygotowana śród bogatych zbiorów iMmitaża, młódź roz- 
biega się po świecie, szukając udoskonalenia według swycli 
indywidualnych usposobień. — Przedstawić działalność i zapał 
tych apostołów piękna, — byłoby to nad wszelki wyraz za- 
danie wdzięczne, — bo byłoby to przedstawić obraz poświę- 
cenia, zaparcia i wszelkiej możliwej prywacyi śród obczyzny, 
złożonych na ołtarzu miłości' sztuki i kraju, — obraz pracy, 
przed którą godzi się uchylić czoła. 

Że te młodtł talenta nie utonęły w kosmopolityzmie 
sztuki zachodniej — i w pogoni za zewnętrzną formą — 
będącą tam celem, — że . nie zapomniały, że jak prawdy 
w życiu, tak i prawdy w sztuce nie zdobywa sio efektem; — 



— 150 — 

że ta młódź, uboga przeważnie, pracując w Rzymach, Mni- 
chowacli, Paryżach, — czuła się przedewszystkiem dzieckiem 
swej ojczyzny — niech świadczą, Grottger, Andrioli, Brandt, 
Kossak, i tyki innych, których ołówek i pędzel, w złej i do- 
brej doli służyć jej nie przestaje. 

A czyjaż się pierś szlachetną dumą" nie podniosła, na 
widok Skargi , Rejtana , Unii lubelskiej , Batorego , Griin- 
waldu — Matejki; — albo któż się niezadumał, wobec Po- 
lonii, Lituanii Grottgera, wobec świeczników Nerona, w któ- 
rych Siemiradzki całą głębię analogii losów naszych 
z taką siłą i w tak świetny sposób przedstawił!? — O, nie 
mała to zasługa, być tłumaczem uczuć ogółu, — umieć opo- 
wiedzieć jego boleści, — wskazać ideały! Komuż uczucie 
błogiego spokoju , nie napełnia duszy, na widok tych niezmie- 
rzonych stepowych przestrzeni, — śród których genialny i)ę- 
dzel Brandta naszego, odtwarza sceny i typy ludowe lub 
przedstawia nam pamiętne bitwy i pochody, które w tak 
mistrzowski sposób traktuje. A też krajobrazy Brochockiego , 
Kowalskiego, Małeckiego i wielu innych, owiane serdecznem 
tchnieniem rodzinnej ziemi, — jakimże czarem poetycznej 
prawdy i prostoty pociągają tłumy ku sobie: — tłumy obe- 
cnej generacyi, której duch zbolały, śród namiętnych za- 
pasóic i zawodzonych nadziei, czerpie tak chętnie balsam 
w skarbach natury ! — Bo słusznie Karol Blanc powiedział : 
Sztuka nie jest naśladownictwem, ale tłumaczeniem natury. 
Jej najwyższą missyą, jest objawiać piękno, którego natura 
posiada zarodki; — rozjaśniać pomieszane, upraszczając to, 
co w niej zawiłe. — Ideał zaś w nas, — to wspomnienie 
widzianej poprzednio doskonałości i nadzieja zobaczenia 
jej jeszcze.... 

Nigdy może praca umysłowa nie wydała w tak krótkim 
czasie równie świetnych rezultatów, — jak nasze malarstwo 
w ciągu lat ostatnich. — Ktokolwiek się nad tem zastanowi, 
nie posąd«i nas o przesadę. Bo oto mamy dziś prawie wszy- 
stko, co stanowi pełną gammę tegoczesnego malarstwa, — 
wszystko, aż do religijnej sztuki, której zorzę tak pożądaną 



— 151 — 

witamy w Kiudowskiin, Kotarbińskim. Jabłońskim. — I tak: 
Dział liistoiyczny z epoki przejścia od sztuki dawnej do 
nowożytnego klasycyzmu, — przedstawia Czecłiowicz, jako 
malarz religijny; po nim następuje Smuglewicz, jako przed- 
stawiciel klasycyzmu; dalej, pod wpływem kierunku naro- 
dowego: Stachowicz, Głowacki, Brodowski, Norblin; dalej Ha- 
dziewicz, Kaniewski, January Suchodolski. — Na przejściu, aż 
do najnowszych czasów: Simler, Alex. Lesser; — dalej Ger- 
son, Pilati, Lefler, ł.uszczkiewicz ; następnie zaś, J. Matejko, 
Chlebowski, Straszyński, Siemiradzki. — Z działu scen ro- 
dzajowych: Brandt, Max. Gerymski, Aydukiewicz, Chełmoński, 
Kotsis, Łoś, Kozakiewicz, Szermentowski, Kurella, Schuppe, 
Strejt, Gryglewski, Witold Pruszkowski. — Z działu portre- 
tów: liodakowski, Horowitz, Grabowski. — Z krajobrazów: Bro- 
cliocki. Kowalski, Sidorowicz, Małecki. — Z akwarelli: Kossak, 
Tępa, Fałat. — Z pastelów: Maleszewski, Dukszyńska. — Z działu 
illustratorów i rytowników: Grottger, Andrioli, Kostrzewski, 
Grabowski Wojciech, Alfred Romer, Tegazo, Redlich i wielu 
iimych, których wymienić braknie nam miejsca i czasu. 

Nie posiadamy galery i, któraby to wszystko, dla korzy- 
ści sztuki, i ku zadowoleniu dumy narodowej zgiomadzić 
mogła; — ale w jej braku, mamy tę pociechę, że arcydzieła 
tych mistrzów, obwożone po świecie i ukazywane obcym, — 
opowiadają nasze dzieje^ — uczą ich jeżykiem zrozumiałym 
dla wszystkich, — i że przypominając nas światu w sposób 
zaszczytny, sprawę naszą spydianą ze stołu gabinetów, wy- 
taczają przed trybunai narodów. I w tern to leży zasługa 
i siła naszego malarstwa. 

Zaprawdę, dziwne są drogi ludzkiego ducha! — Bo oto 
ta nasza sztuka , do niedawna jeszcze zaprzeczana , nieuzna- 
wana w kraju i po za krajem, a nierzadko zapoznawana 
przez tych nawet, coby ją zagi*zewać byli powinni, — ta 
sztuka, odpychana obojętnością możnych, brakiem smaku 
i znawstwa ogółu, — nieuctwem mas ciemnych, — krępo- 
wana trudnościami okoliczności zewnętrznych, — brakiem od- 
powiednich instytucyi, — matoryalnych środków. — poparcia, 



— 152 — 

w sferach kierujących krajową, oświatą,, ta sztuka przebojem^ 
że tak powiem, zjawia się już nietylko śród nas samydi, — 
ale śród świata; — staje tam, jako czynnik potężny cywili- 
zacyi, — i czarując nieznanym urokiem prostoty, rzewności 
i wdzięku, — głośno powiada zdziwionemu światu: „Oto, 
jestem!" 

Ludzkość, powiada Chateaubriand , jest jak okręt na 
morzu, — który wiatrami wstecznymi i)ędzony. cofać się nie- 
raz musi i zmieniać kierunek swej drogi; — ale, opierając 
się wytrwale burzom, zwraca się przy pierwszej sposobno- 
ści , — nagradza czas stracony i staje u portu który mu 
Opatrzność wskazała. 



ŚWIECZNIKI NERONA 

OBRA.Z 

HENRYKA SIEMIRADZKIEGO. 

(RECENZYA) 



Jestto właściwością znakomitycli utworów ludzkiego ducha, 
że nigdy o nich zanadto mówić, ani ich zanadto oglądać nie 
można. Pochodnie Nerona w podróży swojej po Europie wy- 
wołały cały szereg recenzyi i artykułów, któreby już spora 
księgę stanowić mogły. Najznakomitsze pióra różnych narodo- 
wości , znawców i dyletantów, pociągnięte ponętną treścią i wy- 
konaniem, spieszyły wziąć udział w tym pochwalnym hymnie 
na cześć ich autora. Zbiegały się tłumy, aby się przypatrzyć 
l>łótnu. na którem mistrz odtworzył dwa światy — a wśród 
nich walkę odwieczną ducha i materyi, fałszu i prawdy... 
liyła to w całem znaczeniu słowa „duchowa uczta" wszędzie, 
gdzie u ognisk cywilizacyi zjawiło się to dzieło. I nic dzi- 
wnego, przedmiot to bowiem na dzisiaj niepospolity, i pod 
względem nastroju ducha, niezwykłej miary, aby „w tej po- 
sępnej ludzkich dziejów dobie" — nie miał pociągnąć 
i zaciekawić społeczności czującej już może pewne znużenie 
w niefortunnym biegu po drodze, na której w miejscu stra- 
conych lub zapoznawanych ideałów, znalazła niesmak i rozcza- 
rowanie, — społeczności, śród której sztuka nawet, schodząc 
z piedestału kapłanki, staje się z rzadkim wyjątkiem, prze- 
dajną służebnicą chwilowych namiętności i kaprysów. Cześć 
zatem przedewszystkiem mistrzowi za pomysł i za odwag«; 
w wykonaniu dzieła, w którem dla jednych otuchę, dla dru- 
gich przestrogę wypowiedział tak świetnie. Nowe to ogniwo 



— 156 — 

w tradycyi coraz rzadziej dziś uprawianego z powodzeniem 
wyższego malarstwa, tak zwanej grandę pelnture. 

Tyle już wygłoszono mniej więcej trafnych zdań i sądów 
o tym obrazie; poetyczna werwa, biorąc go sobie za kanwę, 
dla kwiatów własnej wymowy i własnej fantazyi, tyle już na- 
liaftowała na nim przeróżnych komentarzy i pomysłów, nie 
troszcząc się nieraz czy i o ile mógłby się zgodzić na nie 
sam autor, — że pisząc obecnie o tem dziele, uczynimy może 
stosowniej, gdy poprzestając na tem, co już powiedziano o sa- 
mym temacie płótna i jego znaczeniu historycznem, przej- 
dziemy do najmniej dotkniętego przedmiotu, do strony jego 
technicznej. Czyniąc to. mamy nadzieję zrobić przysługę tym 
mianowicie, co niewtajemniczeni dosyć w subtelności wyższycli 
utworów, pragnęliby wskazówki przy oglądaniu tak niepospo- 
litego dzieła. 

Przedewszystkiem pospieszamy wyrazić uwielbienie nasze 
dla całego założenia , rozkładu czyli tak zwanej artystycznej 
dyspozycyi. Myśl, przejęta głębokiem uczuciem, wsparta znajo- 
mością starożytnego świata, i wysoki artyzm, idą tu w za- 
wody. Użycie pysznych portyków pałacu Cezarów za tło ca- 
łego obrazu, za scenę, na której się ma odegrać akt straszliwy, 
z jednej strony pogańskiej, z drugiej chrześcijańskiej ofiary; 
usunięcie w głąb cieniów i ukazanie z ukosa tylko przeraża- 
jącej sceny męczeństwa, nie ujmując nic z siły i grozy, do- 
wodzą wykształconego smaku i taktu , co nie szukając jaskra- 
wych eflfektów, nie spieszy z wypowiedzeniem ostatniego słowa, 
zostawując je duszy i myśli widza... 

Oddanie wymowne społeczności rzymskiej owego czasu, 
tej tłuszczy bezwstydnej , pijanej , już nie winem ze Schio 
i Falerno, lecz szałem dzikim i bydlęcym, tłuszczy służalczej, 
nikczemnej, postępującej za złocistą lektyką Cezara, aby stę- 
pione swe nerwy podrażnić igrzyskami cyrków i rozpustą, 
podniecić nowym pomysłem męczarni ludzkich , to jakby uoso- 
bienie zstępującej z dawnej wysokości Romy, która już nieba- 
wem, z całym swym przepychem i potęgą padnie u stóp mor- 



— 157 — 

(lowanyih przez sio. ubogich i nialuczkitli . nowej wiary 
wyznawców. 

Oto właśnie Kzyni stancji u jednej z tyeii tajeniniczycli 
epok, w której spełnia się rzeczy niesłychane, w której czuć 
te drżenia tajemnicze i dziwne, co towarzyszą rodzeniu siy 
nowycli światów i nowycli potęg, — waleniu się w giuzy sta- 
rych wielkości... Czuł on nad swą głową pusty Olimp — a pod 
stopami przepełnione katakumby... 

Czytaliśmy w jednej z polskich krytyk zarzut zrobiony 
8iemiradzkienm co do kompozyci . a mianowicie . że gdy w po- 
stawionych obok dwóch światacli . świat pogański zapełnił tłu- 
mnie, uiewidać nikogo z chrześcijan, po stronie męczenni- 
ków, — i że ci giną samotni i jakby opuszczeni od swoich. 
Dziwnym się nam wydaje każdy sąd, który zarzuca autorowi, 
dlaczego tak a nie inaczej pojął swój przedmiot. Sądzimy, 
że autor uczynił zawsze, jak uczynić mógł, jak mu to jego 
twórczy duch dyktował, a pozwalała mu na to jego indywi- 
dualność. Niesłusznie więc mieć mu za złe, że nie zrobił 
tego, czego nie mógł. Do krytyki należy osądzić, czyli i jak 
autor wywiązał się z takiego zadania , jakie sam sobie po- 
stawił. Zarzut ten zresztą zdaniem naszem, po głebszem roz- 
patrzeniu się upada. Owszem, widzimy w tem nie l)łąd, lecz 
zaletę kompozycyi, widzimy tu mistrza z słusznem poczuciem 
sił własnych. Zwyczajny talent niezaniechałby zapewne przed- 
stawić na różnych planach osób, zdradzających wspólność prze- 
konań z ginącemi ofiarami i byłoby to nawet obfite pole dla 
kontrastu, to ukazanie obok bezmyślnej tłuszczy, czystych po- 
staci współwyznawców; lecz kompozycya, zyskując przez to 
kilka komunałów, straciłaby na sile, którą jej daje właśnie 
ta majestatyczna prostota pomysłu. 

Siemiradzki nie potrzebował wyszukiwać środków dla 
wzmszenia widzów, malując przedmiot tak przejmujący duszę. 
Kilka postaci owiniętych słomą, kilka głów zwróconych z mi- 
łością ku sobie, spoglądających z wysokości podpalonych słu- 
pów, jakby z politowaniem na tę brutalną potęgę, — czyż 
nie wystarcza, al)y zatrząść sercem, aby pogł*ążyć w zadumę?... 



— 158 — 

Nie umierają suniotni ci wszyscy, co dla wielkiej idei 
śmierć ponoszą! Ten oto płomień, który się w górę unosi, 
aby za chwilę obwinąć ciała męczenników, niejedną, zapali iskrę 
drzemiącą może na dnie serc tych tłumów; nie jedno oko. 
patrzące dotąd bezmyślnie, przejrzy — i błyśnie uczuciem 
dotąd nieznanem, co już nie zgaśnie aż w grobie... Nie umie- 
rają też opuszczeni, bo w tej oto uroczystej chwili, ich mo- 
dlitwie, co z ostatniem tclmieniem ku niebu uleci, wtórują 
w głębi katakumb psalmy żałobne ich braci w Chrystusie 
i wszystkich tych, co złączeni z nimi w duchu i byli im dro- 
dzy na ziemi... Nie widać tego wprawdzie w obrazie, ale to 
czuć musi każdy, kto patrzeć umie oczami duszy. I w tem to 
właśnie zawiera się najpoetyczniejsza strona pomysłu Siemi- 
radzkiego, że sięgając do głębin ducha, poiiisza cały świat 
uczuć i myśli. 

Przechodząc do innego zarzutu, a mianowicie przecią- 
żenia ozdobami akcessoryów, dość i)rzypomnieć, że obraz 
przedstawia czasy Nerona, który to tylko uważał za piękne, 
co było kosztowne, — a co było ogromnem, miało być tem 
samem wzniosłem i wielkiem; tego Nerona, który zamówił so- 
bie posąg na sto dziesięć stóp wysoki, a statuę Alexandra. 
dłuta Lisypa, kazał pozłocić... Nie należy zaponmieć. że pu- 
bliczność rzymska bierze tu udział w akcie religijnym, ztąd 
ta obfitość złotych naczyń, kwiatów i kadzideł. Jeżeli zaś razi 
natłok akcessoryów, to nie w ich zbytniej obfitości leży przy- 
czyna, lecz w nieuwzględnieniu dostatecznem warunków per- 
spektywy powietrznej, w traktowaniu zbyt szczegółowem dal- 
szych planów. Jedno tylko może mielibyśmy do zarzucenia, 
niefortunne podług nas użycie słupów czy palów dla za- 
wieszenia męczenników. Jakkolwiek artysta starał się przy- 
słonić to drabinami i figurami podpalających oprawców, — 
niepraktyczność pomysłu bije w oczy i przykre budzi uczucie. 
Sądzimy wszakże, że i w tem stosował się zapewne do wzo- 
rów, jakie nam starożytne freski katakumb przechowały. Lecz 
za to jaka łatwość i artyzm w ugrupowaniu, jaka twórczość 
fantazyi, jaka wykwintność formy i co za wdzięk linii! 



— 159 — 

Wszystko tu lilii r:u}\^ bytu — nic nadto, wszędzie zacho- 
wana miara. 

Już sama pora wieczorna, którą artysta musiał wprowa- 
dzić do swego obrazu, postawiła go wobec trudności, któnj; 
zwyciężyć nie łatwo. Urok, jaki daje światło — cień i banv 
świetność, musiały tu być z góry wykluczone. Dla t^k bogatej 
palety, jak Siemiradzkiego, była to nie mała piywacya, że 
nie powiem ołiara. Któż nie wie, jak wielka grajłi role sze- 
rokie masy świateł i cieni, w uwydatnieniu giup i partyj na- 
tłoczonych tłumów, — jak podnoszą gię kolorów blaski sło- 
neczne obok głębokich cieniów? Tego wszystkiego pozbawiony 
był tu artysta. Pomrok wieczoniy, jedną szarą zasłoną, jak- 
kolwiek przeźroczystą, na co pozwala włoskie niebo, pokrył 
wszystko — a nie jest to jeszcze noc. gdzie głębokie cienie 
obok sztucznych świateł, mogłyby być dla mistrza źródłem 
wielkich efektów. Stało się tutaj tak, jak gdy cała orkiestra, 
na skinienie laseczki kapelmistrza, wykony wać musi stłumionemi 
dźwięki en sourdine utwór muzyczny. Pomimo to jednak 
każdy przyzna, że co do świetności kolorytu, artysta z tak 
trudnego położenia wyszedł zwycięzko. Krajobraz na prawo, 
nic do życzenia nie pozostawia i nie wyparłby się go nieza- 
wodnie piei-wszej siły pejsażysta. Kto raz widział niebo wło- 
skie, ten patrząc na te usuwające się w głąb cieniów cyprysy 
i pinie, owiane tchnieniem cichego wieczora, na to niebo głę- 
bokie acz posępne, jakby do harmonii dostrojone ze sceną 
co się na ziemi odbywa, — na te portyki śmiałym rzutem 
zawieszone w sinej dali — odnajdzie niejedno uczucie, jakiego 
tam doznał. Jednem słowem, prawa strona obrazu pełna uczu- 
cia, siły i piękna... 

Lewa strona przedstawia wspaniałe gmachy pałacu. Ta- 
lent tylko niepospolity mógł się zdobyć na odwagę przedsta- 
wienia tych ogi*omnych mas, w ten sposób aby icłi ogrom nie 
przygniatał obrazu. Szerokie, o klasycznym wdzięku linje, 
złamane misternie zbiegającemi się wscliodami. nadały się 
wyboniie do uginipowania tigur. Jest tu wszakże pewna nie- 
dokładność, nie dająca dobrze rozpoznać i zrozumieć wscho- 



— 160 — 

(lów uiiiieszczoiiych naprzeciw widza, a zst^^pujacych na po- 
ziom. Gdy bowiem linia lioiyzontalna , a następnie punkt 
widzenia w obrazie, obrane zostały na wysokości głowy sfinksa . 
wschody nie dając przez to samo dostrzedz górnych płaszczyzn 
swych stopni, podobieństwem do rustyki wprowadzają w błąd 
oko, które szuka ściany tara, gdzie jej nie ma. i tworzą 
dwuznacznik szkodliwy. Zresztą ogół architektury tak świetnie 
wykonany, że bez przesady powiedzieć można, daje nam poję- 
cie owego przepychu rzymskich gmachów, których ocalałe szczątki 
dotąd nie przestają budzić podziwu. Z tych to właśnie szczą- 
tków odbudował Siemiradzki całość, czem dowiódł, że i tę 
gałęź sztuki pilnie i z powodzeniem studyował. Wszystko to 
więc razem wzięte, stanowi tło, na którem zjawia się nam 
publiczność rzymska. Śród niej widzimy Nerona. 

Potwór ten rodzaju ludzkiego, o kształtnych rysach obli- 
cza — wystudyowany z antyku i historyi rzymskiej, ten im- 
l)erator i pan świata, tyle już krwi ludzkiej gwoli swej fantazyi 
wylał, tyle igrzysk wyprawił, tyle wypił rozkoszy i wina 
w sweni życiu, że ociężały, znużony i znudzony przesytem, 
przybył tu zapewne nie żeby się bawić, lecz aby swą obecno- 
ścią dodać blasku zabawie, którą ma być tym razem nowy 
rodzaj śmierci chrześcijan. ~ Obok niego ])iękna Sabina I'oi>- 
pea, godna tego okrutnika małżonka, składa ręce jakby do 
oklasku czy hasła; z drugiej strony na łańcuchu tygiTS ulu- 
bieniec, z okiem utkwionem w ofiary, zdaje się wietrzyć już 
niedopalone ich szczątki. — Wszystko to wybornie pojęte, 
obmyślane i wykonane. — Trudno zaprawdę było coś stoso- 
wniejszego obmyśleć. nad tę lektykę przeciążoną złotem i rze- 
źbą, niesioną przez nmrzynów o bezmyślnym wzroku, która 
zda się zapowiadać, że ten, kogo dźwiga, wzniesie dla siebie 
niezadługo pałac złocony, że zada ostatni cios Grecyi. odzie- 
rając ją z dzieł sztuki, by go niemi ozdobić po swojemu. — 
Zaprawdę, lepiej pojętego Nerona nie znamy, niech to nam 
wybaczą wszyscy jego dzisiejsi obrońcy. 

Czytaliśmy pewną recenzyę, której autor powiada : „Gdyby 
pan Siemiradzki b}ł raczej poszedł za świadectwem Tacyta 



— 161 — 

i nanmlował uani Nerona w lekkim kostiumie rzymskiego 
sportsmana, na wozie ciągnionym przez ogniste ogiery, wśród 
oklasków ubóstwiającej tłuszczy, czyż nie prawda, że obraz 
zyskałby nieskończenie i na prawdzie i na ożywieniu i na war- 
tości artystycznej". — Nam się zdaje że nie; a przynajmniej 
rozminąłby się z założeniem i treścią — bo niebyłyby to już 
świeczniki lecz Tryumf Nerona. 

/a lektyką Cezara, z wysokości górnych galer}J, postę- 
puje dwór jego, a więc Irwiat społeczności rzymskiej: senato- 
rowie, dostojnicy, patrycyusze, cały- zastęp i zgraja dworzan 
i pasożytów, jaka się wylęga zwykle u podnóża tronu despo- 
tów. — Nareszcie liktorowie i straż. Jedni zaciekawieni, dni- 
dzy ciekawość udający, a każdy się tłoczy za lektyką Nerona, 
nie żeby widzieć, lecz żeby być widzianym przez tego mi- 
strza igrzysk i okmcieustw — a przedewszystkiem szafarza 
łask i zaszczytów. 

Charakterystyka głów, draperyj, wystudyowana snąć 
z antyku, przedstawia nam tycli ludzi i czasy, od którycli 
dziewiętnaście wieków nas dzieli. — Nie widać tu już typów 
owych Brutusów, Horacyuszów, Scypionów, owych wielkich jak 
świat postaci, — bo to inne czasy, bo to jest parodja owego 
Rzymu, co rósł w potęgę. To Rzym, co pada, co już dobiega 
do zakreślonej mu dziejami mety — lecz któż nie widzi w tych 
głowach rysów, co o innych czasach i innych mówią dziejach? 

Tu wi-eszcie miejsce, aby oddawszy należny liołd kom- 
pozycyi , wypowiedzieć nasze osobiste zdanie o wykonaniu tego 
planu mianowicie. 

Część ta obrazu, czyli właściwie mówiąc, dnigi plan 
jego, o którym mowa, ma pewną swą słabą pjodług nas 
stronę, a jest nią niedostateczne uwzględnienie warunków 
powietrznej perspektywy. Wszystko się na nim rysuje zbyt 
ostro ; — ztąd figury i akcessoiya stanowią zamęt przykry dla 
oka. Szczegóły na dalszych planach, traktowane zbyt drobia- 
zgowo, niepozwalając wyraźnie oddzielić się i uwydatnić pla- 
nom, powodują chaotyczny zamęt ludzi, sfinksów, waz, poręczy 
dymów i t. p. Być może, iż się to w naturze tak przedstawia 

Wgpomniouia i nad Wilii i Niemna. 11 



162 



i że z punktu realistycznego zapatrywania ma to racyę — 
lecz sztuka nie hołduje jedynie realizmowi, ma prawo i obo- 
wiązek uporządkowania wszystkiego w taki sposób, aby to 
mogło ułatwić widzowi pojęcie przedmiotu. Takie szczegółowe 
wykończenie rzeźb, marmurów, bronzów, konch i t. d., o ile 
pożądane i niezbędne na pierwszym planie — o tyle niewła- 
ściwe — i nie powinno mieć miejsca na dalszych planach, 
pod karą sprowadzenia sztuki z wysokości historycznego stylu 
do potocznej kompozycyi, do genre^ do fortelów szkoły ho- 
lenderskiej , która nie umiejąc wznieść się wyżej , — na tych 
zaletach poprzestać musiała. Wprawdzie tak opracowane mar- 
mury i konchy, ściągają uwagę i wywołują podziw i oklask 
tłumów, ale w oczach surowej krytyki znawców, nie przestanie 
to być błędem wykonania i nadużyciem, którego wyższy styl 
malarstwa unikać powinien. Mówimy o tem śmiało i otwarcie, 
gdyż naprzód wiemy, iż nie ma ludzkiego dzieła, któreby 
wolne było od zarzutu, a powtóre, że zarzut ten ma źródło 
nie w braku, lecz w nadużyciu zasobów palety mistrza. 

Inaczej się rzecz ma na pierwszym planie , u stóp wscho- 
dów. Tu panuje ład i spokój , najściślejsza zgoda kompozycyi 
z wykonaniem, i tu obraz ma charakter historyczny w całem 
znaczeniu słowa. Ta płaskorzeźba na lewo, to istne arcydzieło 
rysunku, odtwarzające takież arcydzieło greckiej rzeźby. Po- 
znajemy w tem ucznia akademii Petersburskiej , gdzie pod 
kierunkiem Briiłowa i Bruniego , autorów Pompei i Mojżesza , 
rysunek z antyku i natury doprowadzony był do tej doskona- 
łości, do jakiej nie dosięgały inne akademie owego czasu*). 
To też to wystudyowanie i zrozumienie antyku, ułatwiło Sie- 
miradzkiemu zrozumienie rzymskiego świata i oddanie go 
w swoim obrazie. Albo ta rzeźba na prawo, poniżej sfinksa, 
albo ten sfinks, marmury i fontanna, toż to istne klejnoty 
w dziedzinie malarstwa! 

Jest pewne niewysło wionę uczucie, co dziwnie pokrzepia 
ducha, to właśnie uczucie w^zbudzone, na widok dzieła tchną- 



* ) Z wyjątkiem francuskiej. 



— 163 — 

ce^H) prawda, dzielą bez deklaiiiacvi. koimniaiów i wszelkich 
liczinaiiów, ktureini się posługuje mierno.ść, pozująca na wiel- 
kość. Tego uczucia doświadcza się przy wpatrywaniu się bliż- 
szeni w pierwsze plany obrazu Siemiradzkiego. I rzeczywiście ; 
jakże to miło napotkać sumienną pracę, w której szczerość 
i świeżość uczuć, wolna od eifektów i przesady, w której ar- 
tyzm owiany tchnieniem poezyi , wprowadza nas w zaczarowaną 
krainę piękna i pozwala skąpać się w jej blaskach. 

Ta część obrazu przynosi największy zaszczyt artyście, 
i gdyby już nawet nic więcej nie odmalował, zapewnia mu 
miejsce śród najznakomitszych mistrzów. 

Publiczność, którą przedstawił, możnaby podzielić na 
dwie części. Część górna, to jakby świat urzędowy; część 
dolna, to publiczność właściwa. Składają różne ją stany, od 
senatorów i patrycyuszów zacząwszy, aż do gladyatorów, opraw- 
ców i bachantek. 

Naprzeciw portyków pałacu , u zejścia do ogrodów, usta- 
wiono trzynaście palów, na nich zawieszono tyluż chrześcijan. 
Mrok już zapada, lektyka cesarza już się zbliża, usłużni 
oprawcy spieszą rozniecić ogień i wspinają się na drabiny... 
Dano hasło, i oto już migocą płomyki, wzdłuż szeregu slu- 
pów, chwila — a zapłoną pochodnie. 

Tymczasem publiczność w oczekiwaniu widowiska, bawi 
się jak umie. Urok wieczoru i miejsca nie pozostał snąć bez 
wpływu na tę naturę południową, wrażliwą, na te zmysły 
rozkołysane namiętnością. A przecież z po za tego szału, 
podniesionego rozkoszą i winem, wyziera coś, co nie jest we- 
selem, co zdradza tajemne, nieznane, niezaspokojone pra- 
gnienia. Błąka się to uczucie śród ich uścisków, śród toastów, 
nawet śród zaciekawienia chwilowego tycli wszystkich grup 
i pojedynczych postaci. Już im nie wystarcza to, co ich ota- 
cza, czują próżnię w sobie i dokoła siebie, a nierozumieją 
jeszcze tego, co widzą przed sobą. A więc się bawią jak 
mogą. Bawią się jedni widokiem nowych ludzkich meczami ; 
drudzy sie bawią mimo tych męczarni. I oto właśnie to pra- 
gnienie czegoś nieokreślonego dla ducha . wobec materyalnego 

U* 



1G4 



zbytku i rozkoszy, to męczeństwo jako zabawa, i zahaica ivobcc 
męczeństwa, to charakterystyka ówczesnego Rzymu, to punkt 
najgłówniejszy pomysłu Siemiradzkiego. 

Przyznać potrzeba , że aby uniknąć w takiej konipozycyi 
trywialności, zachować wszędzie miarę i prawdę , śród natłoku 
tylu postaci i tylu namiętności, utrzymać wysoki nastrój 
i wszystko tak ująć w jednym tonie, na to trzeba było wiel- 
kiej odwagi i wielkiego talentu. 

Spójrzmy na lewo, na to źródło u stóp płaskorzeźby. 
Umieszczenie jego oprócz malowniczości , uzupełnia jeszcze 
charakterystykę miejsca. Artysta niczego nie pominął, niczego 
nie zaniedbał. Fontanny to zwykłe i nieodstępne akcessorya 
Włoch, a przedewszystkiem Rzymu. Spadająca woda wazką 
przeźroczystą strugą, porusza snąć powierzchnię wody basenu, 
bo się w niej migocą połamane odblaski odbitych przedmiotów. 
Nad powierzchnią wody, na brzegach basenu, obiega dokoła 
pleśń zielonawa i mokra. Cichy szmer strumienia tej kry- 
ształowej wody, zdaje się być jedynym głosem w tej uroczy- 
stej chwili. 

Przejście z ciemnozielonawych tonów źródła, do jasnych 
akcessoryów ubioru gladiatora z jednej strony, a z drugiej 
do ciemno brunatnej draperyi grupy umieszczonej na pierwszym 
planie, głębia i soczystość tych tonów niezrównana. Postać 
lutnistki i siedzącej obok dzieweczki, z których pierwsza już 
wzrok współczucia ku ofiarom zwróciła, a druga za chwilę 
zrozumie, co się przed nią dzieje, to istne kartki z poematu! 
Ich ruch i poza pełne naturalności i prostoty, układ draperyi , 
blask i bogactwo barw i akcessoryów, czystość i jasność, 
a przedewszystkiem prawdziwość, nareszcie ysyraz ich lica, 
wszystko to tak pomyślane i wykonane, że nad to nie znamy 
nic świetniej szego w malarstwie. To dziewczę z tamburynem 
obok młodzieńca , strojne w wieniec z cudnych kwiatów, o tor- 
sie istnie akademickiego rysunku, rozkosznie udrapowane, 
a raczej rozpowite ze swoich białych jedwabnych i przejrzystych 
osłon, i jakby z mgły, lub z morskiej wypływające piany, — 
tak poetycznie oddane, że aż żałować przychodzi, że się je 



— 165 — 

w tak łataliieni otoczeniu spotyka. A jakaż to świeżość l)arNv 
i wdzięk linii w tej giupie, co przyparto do sfinksa szepcze coś 
so])io do uclia. Albo ta obok odwracajjica oczy od widoku, który 
ją tak przeraża; lub tamta znowu nad źródłem, budząca się 
jakby z rozkosznego omdlenia. Ile w teni wszystkiem prawdy, 
wtb.ięku i umiejętności zestawienia kolorów ! Te białe rzymskie 
tofii. których tu tyle, to największy szkopuł do przebycia dla 
malarza , gdy się szczególniej zważy, że im za tło służą białe 
mury. I to się artyście powiodło. Jego biały kolor nietylko 
nie ma suchości, lecz wszędzie soczysty i miękki. Jedno tylko 
mielibyśmy do zarzucenia co do figur, i to w dalszych planach . 
oto pewien brak przezroczystości w cieniach głów, mianowicie 
męzkicli. Tosamo powiedzielibyśmy o torsie oprawcy, roznie- 
cającego ogień na pierwszym planie . na prawo ; jest w nim 
pewna oschłość w rysunku, w czem artysta rozminął sic sam 
z sobą, jak to się i Tycyanowi i najznakomitszym zdarzało. 

Wspomnieliśmy tu obce imię , nie dla porównania wcale. 
Stojące przed nami znakomite dzieło, poniewolnie przypomniało 
nam inne podobnej miary. Uważamy bowiem za niestosowne, 
wszelłtie porównanie talentów, mianowicie gdy każdy z nich 
innymi zaopatrzony zasobami, inną musi iść drogą. Siemirndzki 
jest i pozostanie samym sobą. Być może że jak w Murillu 
odbija się w nim , wzniosły duch szkoły włoskiej w pomysłacli 
i polocie , a holenderskiej , w realnej plastyce wykonania ; 
zawsze jednak jest i pozostanie samym sobą, i niepotrzebnie 
mu chcą robić zaszczyt, porównywując go to z Kaulbachem, 
to z Makartem i t. d. A jeżeli już, mówiąc o Siemiradzkim , 
niepodobna niepomyślić o Matejce, o tym najwyższym dotąd 
mistrzu polskiej sztuki, to podług nas, w pierwszym podzi- 
wiamy poetyczność pomysłów, wykwintną formę, opartą na wy- 
soce wykształconem poczuciu estetycznem, a nadto świetność 
i prawdę kolorytu; w drugim potęgę expressyi , podniesioną 
niezwyczajną siłą tonu, oraz nieskazitelny rysunek, tę najpe- 
wniejszą podstawę malarstwa. Ten zatem, w szeregu pomysłów 
liistorycznych dostępny tylko wylnanym , tylko wtajenmiczo- 
nym w krytyerye sztuki, tamten szerokością i głełuą poniy- 



— IGG — 

słów, świetnością kolorytu i wdziękiem, czarować będzie 
wszystkich. 

Ars lofiga, vita brevis, powiada przysłowie. To prawda; 
ale stosując to do Siemiradzkiego, możemy się pocieszyć my- 
ślą, że wybranym wolno tę drogę skracać. Kto bowiem, jak 
on, w tak krótkim czasie tak olbrzymie postawił kroki, ten 
należy już do wybranych. A kto raz się zdobył na tak wznio- 
sły polot ducha, jaki pomysłami jego kieruje, ten już musi 
wiernym mu pozostać i żywimy nadzieję, że danem mu bę- 
dzie uszczknąć śród tych wyżyn niejeden jeszcze i z tych cu- 
dnych kwiatów, których woń rodzinna byłaby tak pożądanym 
nabytkiem dla skarbnicy ojczystych naszych klejnotów. 



WYCIECZKA NA MONTE-CAVO. 



llLto zwiedziwszy Rzym, nie poznał jego okolic. — nie prze- 
biegł iih pieszo lub konno, zacząwszy od „Via apia" — po- 
zbawił siebie jednej z największych przyjemności, jaką dać 
może podróż po Włoszech. — Rzym i Kampania z jej dzikim . 
pustym stepem z jednej strony, — z jej Apeninami i morzem 
z dnigiej, — to jakby starożytna kamea, ujęta w starożytnej 
oprawie, — Jedno i drugie dopełniając się wzajem, nieroz- 
ilzielną a misterną stanowią całość. 

Bo też Kampania Rzymska, to może jedyne i najstoso- 
wniejsze miejsce do skupienia ducha, do zreasumowania wra- 
żeń zebranych śród wiecznego miasta. — Dla duszy wrażliwej . 
dla umysłu znużonego tem wszystkiem, co Rzym, w tylu 
l)omnikach potęgi i geniuszu przedstawia, pomnikach dzieł 
ludzkich, — jakże tu dobrze odpocząć, odetchnąć swobodnie 
l>iersią, — wobec tych niezmierzonych obszarów stepu, gór 
i morza , — tych największych . najwspanialszych dzieł Bo- 
żych. — Nic tu nie już zakłóca, nie rani umysłu i serca. — 
Cisza i ogi'om przestrzeni i wieków dokoła! 

Szerokie linie Kampanii , zaledwie gdzieś złamane prze- 
rywanem pasmem starożytnych wodociągów, usuwając się 
w siną dal. — rozpływają się i toną na ostatnich planach 
modrej powierzchni morza. — Cisza stepu tak głęboka, że 
słychać nawet niekiedy głuchy szelest trzciny i szuwarów na 
moczarach wzruszonych lekkim powiewem wiosennego wie- 
czora. Czasem, coś załopoce śród burzanów: — to ptastwo 



170 



spłoszone widokiem ukrytego w sitowiacli bawołu, zerwało 
się i z szumem przeleciało po nad głowy. — Jeden tylko sko- 
wronek, niedostrzeżony w głębiach błękitu, dzwoni swą piosnkę 
odwieczną, jakby na Angelus po nad tym olbrzymim cmen- 
tarzem, gdzie tyle wieków na wieczny spoczynek legło. — 
Jakaś woń, dziwna, nieznana, zapełnia atmosferę; czasem na 
jej falach dolatuje zapach fiołków, laków, co się rozsiadły śród 
ruin grobów drogi apijskiej. — Tam, na prawo, w dali coś 
bieleje, jakby pole śniegiem przyprószone, — to cała łąka 
pokryta kwieciem narcyzów białych; ich zapach tak silny, że 
uzbieraną wiązkę tych kwiatów, porzucić musiałem w po- 
wrocie do Rzymu. — A tam dalej, dalej — po nad morzem, 
szarzeją jakieś baszty stare; — to niegdyś strażnice starego 
Rzymu, — a dziś już tylko schronienie rybaków, legend 
i baśni. 

Cicho i pusto. 

To też Rzym i jego Kampania, to jedyne może w świe- 
cie miejsce lecznicze na te choroby, którym dotąd medycyna 
zaradzić nie umie — choroby duszy. — Komu serce zra- 
niono, — czyje upokorzono dumę, — kogo nadzieje zawio- 
dły, — lub przeciwnie, czyją pychę rozkołysała pomyślność, 
a wielkość mniemana lub rzeczywista, nie znała godnego sie- 
bie piedestału, — niech tu przyjdzie i poduma, i jeżeli czy- 
tać umie w tej księdze dziejów co tu leży przed nim roz- 
warta, — znajdzie w niej najwymowniejszy traktat o marności 
rzeczy ludzkich i — balsam na bole swej duszy. — To też 
rzecz niezawodna , że Rzym bez Kampanii , jaką do dziś 
znamy, — Rzym, otoczony uprawnemi łany falujących się 
zbóż, lub kominami fabryk, nie byłby już Rzymem tym, co 
dotąd nęci ku sobie, z całego świata przychodniów, — Byłby 
to obraz — bez tła. 

Dnia 1 Lutego, korzystając ze świątecznej przerwy 
w pracy, — gdyż galerye Rzymskie w dniach świątecznych 
bywają zamknięte — wybrałem się z moim towarzyszem 
Rud na dwudniowa wycieczkę w okolice uórskio. w za- 



171 



miaize wejścia na Monte - Ca vo. najwyższy szczyt z pośród 
odrośli Apeninów. — Oddawna już bowiem, wabiły niie ku 
sobie te góry sine, tajemniczością swycli błyszczących śniegiem 
szczytów, — a bardziej jeszcze, szafirową głębią swych dolin 
i złomów. 

Była to niedziela. — Około południa, gdyśmy wsiadali 
do wagonu, jedynej podówczas kolei Państwa kościelnego, — 
słońce tak dogrzewało, że już naprawdę czuć było wiosnę. — 
Tłumy ludu malownicze ^ pieszo i konno, na osiołkach i mu- 
lach, z różnych stron spieszyły do miasta. — Mieszkańcy gór 
dalekich, nieoswojeni snąć jeszcze z widokiem pociągu, pę- 
dzącego siłą pary, witali go gwarnie, śród wybuchów wesołości 
lub przerażenia, śmiejąc się lub żegnając na widok buchają- 
cego dymem i iskrami potworu, podejrzy wając niezawodnie, 
w tem piekielną sprawę. 

O południu stanęliśmy we Frascatti. — Dzień był piękny, 
a więc z dworca kolei udaliśmy się pieszo do miasta pod 
górę. — Droga wije się malowniczo śród wzgórz i gajów. — 
Szafirowy kolor gór, widziany z Rzymu, ustąpił tu barwie 
ciemno -zielonej, jakąj im dęby kamienne i pinie nadają. — 
Na lewo i na prawo, przed wejściem do miasta, rozsiadły sie 
na krawędziach góry rozkoszne wille śród cienistych ogiodów 
i winnic. Po nad tem wszystkiem panuje miasto. — Na rynku . 
przed katedrą, roi się mnóstwo ludu, jako w dniu nabożeń- 
stwa i targu. — Kościół przepełniony. — Gdyśmy doń wcho- 
dzili, już się właśnie kończyła msza święta, którą pontytikalnie 
celebrował biskup miejscowy. — Odłożywszy więc na czas 
inny obejrzenie go, udaliśmy się do hotelu naprzeciw kate- 
dry, około którego stało już do wynajęcia kilkanaście osiołków 
i uwijało się tyluż chłopaków. — Podniecony świeżą aurą 
apetyt, zwykły o 1 godzinie dopominać się o swe prawa, przy- 
spieszył nasze kroki; — przypomniawszy więc słowa Syro- 
komli, z Żywota szlacheckiego: „o pierwszej godzinie, — obia- 
dek nie minie" i t. d., — wszedłszy do sali, żwawo zasiedliśmy 
do stołu. — Nim obiad podano , zamówiliśmy konie pod wierzch , 
gdyż jeszcze wtenczas miałem uprzedzenie do konnej jazdy 



172 



na osłach, nie znając idi nieocenionej (noty roztropności 
i rozwagi śród przepaścistydi górskich przepraw, — lio jeżeli 
to poczciwe zwierzę nieznośnem być umie przy spotkaniacli 
i wjazdacli, gdzie uważa za obowiązek rykiem swym powitać 
towarzyszy hib gospodę, — jakże się wypłaca sowicie za to, 
ile razy nni trzeba przenieść jeźdźca w nie])ezpiecznem miej- 
scu, lub i)rzeskoczyć szeroką i zdradliwą przerwę na ścieżce, 
gdzie się zawrócić niepodobna, w takich miejscach zwłaszcza, 
o których wieszcz powiada: „smów pacierz, — opuść wodze, 
odivró6 na hoh lice!'' i t. d. 

W pokoju, gdzie nam obiad podano, obiadowało przy 
innych stołach towarzystwo angielskie, z kilku pań i panów 
złożone. — Dla nich to właśnie, zamówione czekały przed 
hotelem osiołki. — Wybierano się do jakiejś willi. — Myśmy 
się udawali w przeciwną stronę ku Albano, gdzie mieliśmy 
noc przepędzić. 

Któż z miłośników Włoch, nie zna miasteczek, co się 
w kilkumilowym obrębie od Tivoli do Albano, śród gór, po 
nad jeziorami i na równinach Kampanii rozsiadły. — Marino, 
Grota ferraha, S. Gandolfo, Genzano, Aricia, Nemi, Roca di 
Papa etc. — Każde z tych miast, pomimo bliskiego sąsie- 
dztwa, ma swoją odbrębną fizyognomię na zewnątrz i wewnątrz, 
odrębne zwyczaje, ubiory. — Te położone na stromym brzegu 
jeziora, tamte zanurzone w bujnej zieleni wiekowych dębów; 
inne jakby gniazdo orle, zaczepione na szczycie skały etc, 
a każde sławne jakąś katedrą, jakiemś dziełem sztuki, jakąś 
historyczną pamiątką, ruiną, i t. p., ma swoje historyę, trą- 
dy cyę, — a każde takiem jest dziś, co do swej budowy i za- 
łożenia — jakiem było przed wieki, — w owych czasach, gdy 
niejedno z nich musiało być warownią, — gdyż tu czas i kli- 
mat, jeżeli mu ręka ludzka nie przeszkadza, — nie niszczy 
jak gdzieindziej murów; przeciwnie, umacnia je, stapiając 
w jedną kamienną masę. — Posępnie to i szaro wygląda na 
zewnątrz, co prawda; — ale za to masz tu przed sobą cał- 
kowity i wierny obraz średniowiecznego budownictwa, w ory- 
ginnle pokrytym patyną wieków. 



— i7;{ — 

Po obiedzie, pospieszyliśmy wyjść z jadalni, gdzie 
jeszcze pozostali Anglicy, przy kieliszkach i deserze , — zape- 
wne, aby na klasycznej ziemi Lukulla, oddać należyty hołd 
starożytnym bogom. Już to przyznać należy, że jeżeli niekiedy 
się zdarzają miłe znajomości i stosunki artystyczne, śród pań 
tego narodu, które zamiłowane w sztuce, szczególniej w lizy- 
mie, oddają się nieraz z całą namiętnością jej studyowaniu 
i znawstwem, jakie im nadaje wysokie wykształcenie i stano- 
wisko społeczne, — to znowu, istną plagą uczonych i arty- 
stów są panowie Anglicy, co to, przyjąwszy sobie za regułę, 
spleen swój chroniczny obwozić po świecie, piastują przeko- 
nanie, że ich sakwy wypchane funtami szterlingów, wyzwalają 
z pod prawideł powszechnych przyzwoitości towarzyskiej. — 
(idzie nie stąpisz , gdzie nie spojrzysz , już ich tam masz 
wszędzie, od rana do nocy. I gdybyż to jeszcze rzeczywiste 
amatoi stwo tam ich ciągnęło ; gdzie tam. — Im idzie o to , 
w przeważnej części, aby tam być, gdzie jest coś do wi- 
dzenia, aby zanotować w swym gnidzie, że takiego to dnia 
i o tej godzinie, tam byli. — I dla zapisania takiej notatki, 
Anglik się rozbija, przepłaca, pędzi lądem i morzem, prze- 
ciska się przez tłumy, depce po piętach , i kłóci z całym świa- 
tem. — Czy zaś obejrzał to dobrze za czem gonił, to inna 
rzecz; — a raczej to rzecz innych. Niech ją sobie tam inni 
rozpatrują, studyują, on na to nie ma czasu. — Nieazpomnę 
nigdy sceny, jaką pewien syn Albionu, wyprawił przy mnie 
w Alliambrze Granady, gdzie stanąwszy na środku sali „de 
dos hermanos" (dwóch sióstr) z guidem w ręku, czytał w głos 
spis przedmiotów tani się znajdujących, — a otrzymawszy od- 
powiedź , że wszystko na swojem miejscu , zaspokojony, niera- 
cząc się niczemu przypatrzyć, w tej jedynej w swoim rodzaju 
sali na świecie, poszedł najobojętniej dalej, — jak gdyby był 
urzędnikiem lustracyi. — I takich to z j)OŚród tych posępnych 
l)Osiadaczy spleenu, spotyka się najwięcej. 

Opuściwszy hotel, dosiedliśmy koni. Chłopak któiy miał 
nam towarzyszyć do Albano, aby ztamtąd odprowadzić konie, 
przedstawiał prześliczny typ dziecięcia ludu. Smagły, nuisku- 



174 



luiiiy, o spojrzeniu bystrem i roztropnem , miał coś z górala 
i bandyty, połączonego z figlarną dobrodusznością ulicznika. 
Na imię mu było Piętro. 

— Gdzież twój koń, przyjacielu? rzekłem do Pietra, — gdy 
clilopak podawszy nam cugle, stanął przed nami, oparty na 
mojej lasce podróżnej , którą mu powierzyłem. 

— Dla mnie konia nie trzeba, odrzekł; — ja panów wy- 
przedzę, i nim staniecie w Albano, ja tam już będę. — Droga 
bita, którą pojedziecie, wije się kręto śród wzgórz i dolin, 
a moja ścieżka kozia poprowadzi mię prosto. 

— Hanno paure di cavallo , dodał inny, zauważywszy, żeśmy 
się przeżegnali, puszczając się po raz pierwszy w głąb ziemi 
Włoskiej (boją się koni), 

— O no, odparł Piętro, stessi sono polachi — dunque boni 
cristiani e cayalieri (to są polacy, zatem dobrzy chrześcijanie 
i jeźdźcy). 

— A więc marsz naprzód ! zakomenderował mój towarzysz. 

— Yia ! zawołał Piętro , i w podskokach puścił się przed 
nami, a za chwilę zginął nam z oczu śród parowów 
i ogrodów. 

Puściliśmy się kłusem. 

Konie były dobre. — Mój kasztanek młody i żartki. 
twardy był trochę w pysku i zrywał się zrazu do galopu , 
ale nogi miał pewne, chociaż zato trząsł niemiłosiernie. Koń 
towarzysza mego , był trochę leniwy, ale również nóg pewnych , 
o co nam głównie chodziło, przy amatorstwie naszem do kon- 
nej jazdy. 

Po godzinie drogi, ujrzeliśmy przed sobą miasteczko 
Marino. Mocno się omylił nasz Piętro, mówiąc, że pojedziemy 
bitą drogą; bo nieraz przyszło nam z niej zbaczać, mianowi- 
cie, ile razy jakaś większa wyniosłość nastręczyła nam sposo- 
bność oglądania rozleglejszego widoku. Mnie wabiły tam po- 
budki artystyczne , Rud zaś względy przyrodnicze i gospo- 
darskie, jako młodego i postępowego rolnika-litwina. 

I w tern to właśnie, zawiera się powód, dlaczego w wy- 
cieczkach podobnych, konna jazda nastręcza daleko więcej 



17Ó 



dogodności i swobody, — niż każdy inny rodzaj podróżowania. 
Dosiadłszy konia, czujesz się panem swej woli, a jeśli rumak 
dzielny i umiesz go zażyć, to już cię nieodstąpi dobra fan- 
tazya, a z niii podniesiona energia i pewne zadowolnienie , 
i niezawodnie z korzyścią przebieżysz kraj ci nieznany. A pię- 
knaż to bo w całem znaczeniu słowa i pamiętna nam była 
ta podróż! 

Że była niedziela, więc różnobarwne tłumy wieśniaków, 
mężczyzn, niewiast i wesołej dziatwy, wracające do domu, 
ożywiały ten nowy dla nas krajobraz; w-yróżniały się z pośród 
nich Albanki, sł}'nne urodą i ubiorem malowniczym, co je 
czyni tak pożądanemi w Rzymie, jako modelki dla artystów, 
i mamki dla zamożnych rodzin. Zaczepieni przez nas, odpo- 
wiadali swobodnie, wesoło; a poznawszy w nas forestierów 
(cudzoziemców), dawali objaśnienia i rady co do zwiedzenia 
ciekawszych miejsc w okolicy. 

— Ecolo ii Yostro Piętro , che camina qui , che salto come 
una capra sulle queste monte, guardate qui! — (Oto wasz 
Piotr, który tam zdąża — i jak koza skacze po tej górze, 
patrzcie tam!) zawołał jeden z chłopaków, wskazując na 
górę, — którą rzeczywiście w tej chwili przebiegał nasz 
poganiacz. 

— Czy go znacie? 

— O , znamy go. — Toć to jeden z najdzielniejszych chło- 
paków Frascatti. — W roku przeszłym na Zwiastowanie N. P. 
I)obil sam jeden kilku dragonów, na jarmarku w Grota fer- 
rata, a potem zemknął tak dobrze, że go nikt długo nie 
mógł odszukać. 

— I o cóż to poszło? 

— VA\, sentite, signore, una donna, unbacio... Dicono che 
un caporale voleva aboccare la sua sorella, o amorosa chi 
lo sa — (Ha, rozumie pan, poszło o kobietę — o całusa; — 
powiadają, że kapral chciał uściskać jego siostrę czy ko- 
chankę...) 

— I przyszło do bójki , rzekłem. 

— Si Signore, to u nas rzecz zwykła. 



— 170 — 

Już to przyznać należy, że lud rzymski , wpośród całych 
Włoch, najlepsze robi wrażenie. Cechuje go jakaś patryarchalna 
dobroduszność i prawość. Nie spotykasz tu tej płaskiej, ni- 
kczemnej czołobitności dla pieniędzy, jaką się Neapolitańczyk 
Oiiznacza; — ani tej hipokryzyi, właściwej mieszkańcowi Lom- 
bardy!. Zostało tu coś jeszcze z rzymskiej cnoty, i powiem 
nawet: powagi, co to wobec wyższych, umie pokazać przy 
całej uprzejmości, że czuje swą godność. Nie zepsuły go jak 
tamtych, wpływy tylu konkurentów, którzy, przez długie wieki, 
w ubieganiu się o panowanie nad nim, wyrywali go wzajem 
sobie, — szczepiąc w niem zepsucie. Zachował on, co pra- 
wda, prostotę dziecięcą, graniczącą nie rzadko z całem pa- 
smem obskurantyzmu, — ale ta prostota właśnie, ocaliła jego 
cnoty domowe. — Zepsucie miast, nie przeniknęło tu jeszcze 
w te nawpół dzikie górskie krainy ; pozostały one dotąd czyste 
i zdrowe, jak to czyste i zdrowe powietrze co je otacza. 

Pewnego razu, — ale to już w innej zdarzyło się nam 
ekskursyi, — zbliżając się ku jakiemuś górskiemu miastu, 
ujrzeliśmy przy fontannie, która zwykle u wjazdu do miasta, 
służy jako wielka publiczna pralnia dla bielizny. — cudnej 
urody dziewczę. — Zatrzymaliśmy się, podziwiając ruch i gra- 
cyę prawdziwie antyczne, tej nadobnej córy rzymskiego ludu. — 
llud , który wzrok miał krótki a wielką ciekawość, podje- 
chał bliżej, ze szkiełkiem w oku, aby się jej przypatrzyć, 
a że lubił gawędzić, więc coś tam przemówił. Trzeba było 
słyszeć, jaki hałas podjęły wszystkie, — a było ich nie mało, — 
na tę jego śmiałość: — jak się nasrożyły i co nam nawymy- 
ślały, — to już chyba trudno byłoby wypowiedzieć. Wprawdzie 
harmideru takiego narobiły stare megery przeważnie, których 
furyi być może nie podzielały młode, — ale z tego, cośmy 
widzieli, okazało się, że nie tak łatwa byłaby rola wilka, 
coby chciał zajrzeć do tej owczanii. 

Nareszcie, wjeżdżamy do Marino. — Mieścina to nie- 
wielka, nad jakąś rzeką górską wysoko położona. Kościoły 
i domy w ciemno szarawym tonie , posępny i poważny staro- 
ścią jak zwykle, przedstawiają widok. Miasto zwrócone jedną 



— 177 — 

strona ku pochyłości płasko wzgórza, druga stoi nad urwiskiem 
skały, — która jakby ściana pionowa, od spodu, gdzie jij, 
l»odniywa rzeka, wzniósłszy się na paręset stóp do góry, dźwiga 
cały szereg domów, zwróconycłi oknami ku rzecze. 

Ponieważ cliłód dał się czuć nieco , przy wjeździe do 
miasta — zatrzymaliśmy się przed oberżą na rynku, aby dać 
wytclniąć koniom, i ogrzać się. — Podano nam folietę (bu- 
telkę zatkaną słomą) wina, jakie było najlepsze. Kwaśne to 
jjyło to „vino di paese^, ale gdy nie było innego, wychyli- 
liśmy duszkiem całą butelkę, niezsiadając z koni; — poczem 
rozpytawszy się gospodarza o ciekawości miasta i zmiar- 
kowawszy, że ze wszystkiego, co tam było godnem widzenia, 
najciekawszem było właśnie to wybrzeże miasta, zwrócone ku 
rzece, — skierowaliśmy konie w tę stronę. — Zanim jednak 
mszyliśmy z miejsca, zebrała się już w około nas spora kupa 
ludzi , którzy właśnie w tej chwili , po skończonycłi nieszpo- 
rach, wyszli byli z kościoła, a spostrzegłszy forestierów kon- 
nych, otoczyli nas. — Starsi dopytywali się zkąd jedziemy, 
kto jesteśmy, gdzie nasza ojczyzna, i co się w niej dzieje, — 
młodzież ofiarowała się nam za przewodników. — Kozmówi- 
wszy się i poczęstowawszy jednych i drugich, kilku folietami, 
ruszyliśmy. — Cała ludność za nami. — Pojąć zrazu nie mo- 
gliśmy, co ich tam ciągnie. — Starce, kobiety, dzieci, — 
wszystko to łiurmem, gestykulując, sprzeczając się, zabiegając 
sobie drogę , i spiesząc jakby na miejsce jakiegoś widowiska , — 
posunęło za nami. Zrozumieliśmy to wkrótce. 

Na zakręcie ulicy, która na to wybrzeże wiodła , ujrze- 
liśmy cały szereg domów, na krawędzi wysokiej skały. — 
Odstęp dzielący ściany tych domów od brzegu, żadną nieod- 
grodzonego baryerą, nie był zrazu szerszym nad dwa metry. — 
Dostateczna to ł)yła zatem szerokość dla konnej jazdy, i śmiało 
na nią wjeclialiśmy ; tem więcej — że już wjeżdżając na to 
urwisko, nazwane wybrzeżem, poczuliśmy oba, że wino jak- 
kolwiek kwaśne, ł)yło jednak mocne... Jedziemy więc raźnie, — 
konie strzygą uszami i parskają. Ciżba za nami postępujt^ 
w milczeniu. l*onieważ ołtok jechać nie możemy, — ja, jako 

Wspuniiiiciiiii z iiitd Wilii i Niuiiiiui. ^'-^ 



17S 



na lepszym koniu , jadę naprzód. Pyszny uidok ! — I jeżeli te 
domy nie mają runąć kiedyś w przepaść, przy jakiemś trzc- 
^eniu ziemi, zazdrościć można mieszkańcom, których okna 
zwrócone w tę stronę , dają widok na mil wiele ku morzu. — 
Wtem, gdy sobie tak winem rozmarzony myślę, — zatrzynuije 
się mój koń; ■ — ho oto ścieżka, po której szedł, zwężając się 
coraz hardziej, doszła do miejsca, -— ujdzie czas i ulewy spłu- 
kawszy ją i pochyliwszy w kierunku ukośnym ku przepaści, — 
zrohiły w niej przerwę na parę łokci, czy metrów, którą tylko 
piesi przehywać mogli. — Jeździec konny nie miał tu już 
miejsca, hy się zawrócić, i hyl zmuszony, alho zsiąść z ko- 
nia, i odepchnąć go w piętkę, napowrót, albo przesadzić tę 
fatalną szczerbę. — Pierwszy manewr, nie przypadł mi do 
smaku — ani do usposobienia, — pozostał więc drugi. Zwró- 
ciłem się do Rud , który tuż za mną jadąc, przystanął. 

('izba tymczasem stoi opodal i czeka snąć, co z tego będzie. 

— A cóż panie Wincenty, — „Być albo nie być!" — Co 
ty na to? rzekłem, na wpół seryo, na wpół z uśmiechem. 

— A no rozumie się „avanti sempre dritto ! (zawsze na- 
przód) odpowiedział z animuszem mój towarzysz, — nie wie- 
dząc dobrze o co idzie. 

— Więc naprzód! ścisnąłem konia, mgnienie, — i znalazłem 
się na drugim brzegu. — Spojrzałem za siebie, gładząc szyję 

mego kasztanka, aż oto i R y Hegmatyk, w tejże chwili 

jak jeleń przesadził. — A tu Włochy jak nie hukną nam: 
bravi, bravi Polachi! K^laskanina, hałas, wrzawa, końca nie 
miały. — T^kłoniwszy się Włochom jak przystało na bohate- 
rów dnia, — który bez wątpienia na długo, dał temat mie- 
szkańcom Marina do opowiadań, i jnzeszedł może z czasem, 
w krainę legend, — opuściliśmy Marino, spiesząc do noclegu, 
gdyż i słońce chyliło się już ku zachodowi. Dojeżdżając do 
lasu, który przebyć mieliśmy, jeszcze raz z mostu rzuciliśmy 
wzrok na pamiętną nam mieścinę, na ów brzeg wysoki stro- 
mej skały, a który teraz przy zachodzie słońca błyszcza! 
oknami domów, jakby na uczczenie naszego sukcesu. — Wy- 
trzeźwieni należycie, niemogliśmy jednak sobie ochłonąwszy 



— 179 — 

iiio przyznać, — >:e.śiny bądź co bądź — kapitahie popełnili 
lilupstwo. — Usprawiedliwiało nas tylko jedno, — a tern było, 
vino di paese. 

Przebywszy las, który nam swymi rozłożystymi konary 
lip i dębów miłe zrobił przypomnienie, ujrzeliśmy na wzgórzu 
Albano. — Zmierzch już zapadał, chłód zaczynał dojmować, 
wiec wyciągniętym kłusem, puściliśmy nasze konie, i w kwa- 
drans stanęliśmy w mieście przed umówionym hotelem. — 
IMetro już nas tam oczekiwał. — Przyjąwszy cugle , — obej- 
rzał konie, nieco spocone, wytarł je należycie, z lubością 
amatora, i odprowadził do stajni. — Myśmy się udali do tra- 
ktyerni hotelowej, zapowiedzianej napisem; Alhergo e cucinu 
(oberża i kuchnia). 

Głód i chłód zaczynał dokuczać. — Rozmówiwszy się 
z gospodarzem (padrone di casa), okazało się, że oprócz 
czarnej kawy, nic nie było, coby na razie ogi'zać nas i posilić 
mogło. A więc, za chwilę wystąpiło na plac to cafe nero. 
Lura jakaś ciemna bez smaku i zapachu kawy, zaledwie tro- 
chę ciei>ła, nie najlepszą nam dała próbkę kuliuarnej sztuki, 
tej najdawniejszej osady starożytnego Rzymu. — Trzeba to 
było jednak połknąć, w nadziei, że się odegramy na wiecze- 
rzy, którą zamówiliśmy tym razem u samej gospodyni. — 
A była to strojna odświętnie, przystojna brunetka. Od szpilek 
błyszczących we włosach , aż do trzewików, — wszystko co 
ją ubierało, jak fazoletti, nawpół przejrzyste na piersiacli, — 
spódnica kolorowa, złotym bramowana galonem, i haftowany 
nuiślinowy fartuszek, w rodzaju zapaski naszych ukrainek -^ 
wszystko to było świeże, rozkoszne, ponętne. — Wzrok też 
jej obiecujący zapowiadał, że nie pójdziemy spać głodni. — 
Wróciła przed chwilą z Rzymu, i ztądto miała ten ubiór 
galowy. 

Wtem, gdy się tak przypatrujemy krzątającej się go- 
sposi, — powstał ruch na ulicy, — zal>łysły światła — ode- 
zwały się śpiewy kościelne. — Ciekawi wszystkiego, co się 
we Włoszech dzieje, wyszliśmy spiesznie razem z innymi na 
ulicę. Tłum ludu z księdzem na czele, postępował zwolna, — 

12* 



— ISO — 

śpiewając jakąś pieśń nabożną. — Idziemy i my. - ale nikt 
z nas nie wie, dokąd i poro. — Skory jak zwykle do ga- 
wędki mój towarzysz, widzę, jak się zbliża do jednej z nie- 
wiast, i nacbylony, rozpytuje się snąć, co ma znaczyć to no- 
cne nabożeństwo. Że zaś należy do tych co mają zwyczaj 
trzymać interlokutora za guzik, aby sobie jego uwagę zape- 
wnić, — i zabiegać nui śród rozmowy drogę, aby giestem 
i wzrokiem dopowiedzieć, czego nie zawsze potrafią usty, je- 
dnem słowem, gdy mój pan Wincenty, tak się zatokował z tą 
białogłową, w badaniach zwyczajów i obyczajów Albano, — 
zatrzymuje się cały orszak, — zwraca się ku nam ksiądz 
i z całą surowością i oburzeniem, jaką go w jego stanowisku 
natchnęły pozory, — adresuje do nas następną apostrofę : 
,.A nie dość że to wam. panowie forestiery, wy dzieci sza- 
tana, szerzyć zepsucie w llzymie! — plugawić tam, ziemię 
krwią ŚŚ. męczenników przesiąkła^ — trzeba wam było tu 
jeszcze przychodzić i nieczystem tchnieniem zarażać te proste, 
te poczciwe dusze wieśniacze i t. d. , i t. d. Na takie dictum . 
nie było czasu ani miejsca odpowiadać, — spadło to na nas. 
jak gTom bez chmury. — Stare kumoszki, potakując księdzu, 
już nas pożerały iskrzącemi oczyma; — ciżba zaczęła się bu- 
rzyć, — i ciekawsi lub zawziętsi , wysunęli się już naprzód. 
ał)y widzieć co się święci, i być w pogotowiu. — Kobieta za- 
gadnięta, coś tam wprawdzie rozprawia, jnotestuje, energi- 
cznie rozrzucając rekami, — ale mało kto na nią zważa, — 
zakipiało wszystko. — Wtem, widzimy Piętro zjawia się obok 
księdza, — coś mu tam szepcze, potem jak fryga, mknie 
w lewo i w prawo, wśród wzburzonych tłumów, i słowo ,.pace! 
pace!" — po nad wszystkie głosy rozlega się w i)owietrzu; — 
i oto wstrzymana procesya, jakby nic nie było, pociągnęła 
dalej do krzyża, co stał na rynku — śpiewając dalszy ciąg 
pizerwanej pieśni. 

Dyplomatyczna taktyka radziła i nam pójść za procesya. 
Więc po odprawionej litanii — wysłuchaliśmy jeszcze nauki, 
w której ksiądz stanąwszy na zaimi)rowizowanem podniesie- 
niu , — jakkolwiek powód alannu był fałszywy, — nie chcąc 



1«1 



snąc iiiczużytkowiić ohudzitiiej werwy, wypowitMlział w słowach 
tlosadiiyili . przy pomocy zwykłydi wiochom gest(jw, — wszy- 
stko, co z ijotlobuej teiny wypowiedzieć można. Było tum więc 
nierzadko powtarzane słowo „ago" (igła), hyło tam więc sporo 
i o uszku od nit\j, — i o słoniu i o wielu innych rzeczach, — 
a więc i o wszelkiem zgorszeniu i gorszycielach, co ł)ezkaniie 
l)rojłj; po szerokim świecie. 

Tak wiec uratowawszy leputacye — dzięki interwencyi 
Pietra, wróciliśmy do gospody. Czekała tam na nas wieczerza 
suta i smaczna, więc zaprosiwszy do niej Pietra, zaponniieliśmy 
wkrótce o chłodzie i głodzie i o emocyacli dnia tego. — Za- 
pytiiny, jakim sposobem śród procesyi znalazł się dla nas tak 
w porę, — odpowiedział, że szedł niedaleko za księdzem, 
którego znał i czcił jak ojca od lat dziecinnycli , — gdyż- 
przez niego był cluzczonym . gdy ten jeszcze jako zakonnik 
mieszkał we łYascatti ; że, mu opowiedział kto jesteśmy, jak 
również i innym, którzy nas za tedesków^ (niemców) czy też 
Inglesów wzięli. 

1*0 wieczerzy i tom wszystkiem. czegośmy w dniu tym 
zaznali, pora była odpoczi^ć. Zamówiwszy więc winna polewkę 
na rano, udaliśmy się do sypialnej izby. gdzie już nas czekało 
ogromne familijne łoże. piętrzące się pucliówkami, którycli 
nam nie pożałowała uprzejma gosposia. Cliłodne to było jak 
lodownia, ten pokój i łoże, ale je wkrótce młodość ogizała: 
i za chwilę miły i posilny sen zamknął nam powieki. 

Zbudziliśmy się , gdy już słońce zajrzało nam w okna. 
IJanek był prześliczny, dzień świąteczny, N. P. (jromnicznej. 
Nie tracąc wiec czasu, gdyż nam szło u wejście na szczyt 
M()nte-Cavo o południu, ogrzani gorącą polewką, ruszyliśmy 
w drogę pieszo, rozglądając się pobieżnie po mieście i oko- 
licy. Jak wiele miast włoskich . ślicznie też jest położona ta 
niegdyś ,.Alł)a longa", a dziś włoskie Albano. O mil parę od 
Uzynui. zkąd właśnie tędy, ów sławny i najdawniejszy szlak 
rzymski „via apia" do Neapolu prowadzi; otoczone willami 
i)ogatych patrycyuszów. dunme szczątkami starożytnego amłi- 
teatru i kilką kościołami. — rozgląda się jaki)y w zwierciadle. 



— 182 -^ 

z wysokości stioiiiycli brzegów, w krysztciłowych woducli tejże 
nazwy jeziora. Głębia jego do 1000 stóp sięgająca, i obwód 
przeszło milowy, były niegdyś kraterem wygasłego wulkanu. 
Spadziste brzegi jego pokrywa teraz las ciemny z odwiecznych 
kasztanów i dębów — od strony północnej. Na wybrzeżu su- 
szą się rozpięte rybackie sieci, — i drzemią uwiązane łodzie, 
bo to dzień świąteczny; — to też ani jeden żagiel nie ożywia 
dziś szafirowej i gładkiej powierzchni wód. Święto i spokój 
dla wszystkich! 

Po drodze do !S. Gandolfo, mnóstwo już ludzi dążyło na 
odpust, — do Genzano. Bo Włochy niemniej jak Polacy, 
szczególniejszą czcią otaczają święta N. Panny. Więc gawędząc 
i_ rozglądając się śród malowniczej drogi, wiodącej po nad 
jeziorem, — aniśniy się spostrzegli, jak doszliśmy do tej zna- 
nej chrześcijańskiemu światu letniej rezydencyi papieskiej. 
Wszakże, chociaż tu 'było tyle do widzenia, nie mogliśmy się 
w niej zatrzymać, brakło nam czasu. Odłożywszy to więc na 
inny raz , podążyliśmy dalej , zatrzymawszy się jedynie małą 
chwilkę w przydrożnej alei, po nad jeziorem, przed kamienną 
ławką, — ulubionem miejscem spoczynku Piusa IX w jego 
wieczornych przechadzkach. Doszedłszy do Genzano, wstąpi- 
liśmy do kościoła. Pełno tam już było wiejskiego ludu, który 
czołgając się na kolanach około stacyi Pańskich, — śród 
śpiewów i jęków, pobożnością swą przypomniał mi naszą Żmudź 
świętą. Było tu wszystko prawie tak jak u nas, — tylko 
wszystko do wyższej jeszcze podniesione potęgi, — bardziej 
dobitne, jaskrawe, — gorące, jak słońce które przyświeca 
tej ziemi. 

Ale czas naglił, — więc w drogę. Gościniec neapolitań- 
ski, obyczajem rzymskim wybrukowany, wymijając wynioślejsze 
miejsca i doliny, w zagięciach swych coraz to nowe przed- 
stawia widoki, prowadzi nas przez las, potem długi wysoki 
most kamienny, na śmiałym łuku oparty. Za lasem ujrzeliśmy 
Aricio. Tam rozpytawszy się o drogę, — gdyż tu już mieliśmy 
porzucić murowany gościniec, zwróciliśmy się w lewo, na 
mniejszą drogę do miasteczka Nemi. Droga ta opuściwszy 



— 183 — 

l»]askow/góiZii . i zhicj^njac w glał) lośiiycli parowów, w ró- 
żnych zagięciach, wyi)rowaclziła nas niespełna w pól godziny 
na miejsce, jedno z najpiękniejszych tej okolicy. Był to wi- 
dok na jezioro Nenii. Na prawym jego brzegu rozcii^ga sic 
miasto, o istnie średniowiecznej hzyognomii; z bramami. l)a- 
sztami i murem obronnym, szaro -żółtawej barwy, jak karta 
pergaminowa średniowiecznych dziejów. Naprzeciw^, przed nami 
po za jeziorem , wznoszą sie w amtiteatr wzgórza pokryte 
cienmym lasem, a nad niemi wysoko, najwyżej — w śniegach 
błyszczy na tle błękitu Monte-CaYO. Na brzegu lew} ni . roz- 
sypane wille i gi'upy drzew wyniosłych — jak bukiety kwia- 
tów na zastawionym do uczty stole, czarowny w stylu Claude- 
Loraina, przedstawiały nam obraz. Niei)odobna tu było nie 
zatrzymać się, by go odfołoyrafoicać te (luazy. 

(^, bo też pierwsze dnie wiosn\. i do tego w takiej 
okolicy, to jakby odldaslc utraconego raju na ziemi. łJrak ci 
tylko tutaj ukochanych twoich ! myśl tęskna leci ku nim , po 
nad strzechy — po nad groby, a pamięć szepcze ci słowa 
AYieszcza: „Zna.sz li ten kraj!" Byliśmy tu zupełnie sami, 
żaden natręt nie mącił nam spokoju i skupienia duclia, w ja- 
kim podziwialiśmy to dzieło lioga! lio od strony południa, 
l)rzy drodze, zakwitły już kwiaty wiosenne. Ijiljowe liyacynty, 
i jakieś nieznane białe, Idękitne i żółte kwiatki, w pełnym 
rozkwicie zwracają swe kielichy ku słońcu. Wsłucliawszy się 
w ten cichy szept natury, czułeś jakby drżenie radosne ziemi, 
witającej wiosnę. Uczucie nieopisanej słodyczy zapełnia ci du- 
szę — cieszysz się życiem , l)łogo ci ! 

Ale czas leci — już dziesiąta ; a więc naprzód , — bo 
zaledwie parę godzin tylko zostało (h) wejścia na górę. Więc 
niezjitrzymując się w Nenii, którego bramy i baszty, co naj- 
mniej o XIV wieku świadczą — pociągnęliśmy wskazaną 
drogą, przez wzgórza, doliny i lasy, skracając ją często na 
przełaj. Tak spiesząc bez wypoczynku prawie, dotarliśmy do 
miejsca zkąd drogi się rozchodzą: jedna na lewo do Koca di 
Tapa, diiiga na prawo do Monte-Cavo — do klasztoru I*assyo- 
nistów. Że zaś ta wspinając się kręto, zabrać nam mogła 



— 184 — 

AYieli! czasu, rzuciliśmy ji},, liczijjC na instynkt lite\Yski oiyen- 
towania się wśród kniei. Z początku szło nie źle, las u spodu 
góry nie był gęsty, ani dość podszyty, lecz w miarę wstępo- 
wania na wyżyny, zmieniła się postać rzeczy. Trzeba było 
przedzierać się przez gęstwinę i zawały, zanim doszliśmy do 
wysokości, gdzie już drzewa były rzadkie i leżały śniegi. 

Powitaliśmy z przyjenuiością starą znajomość. Brnąc 
w śniegu po kolana, niepodobna było nie pomyśleć o naszej 
zimie, i ciepłem ognisku naszych ogrzanych domów, ognisku, 
którego taki brak czuć się daje we Włoszech, że nawet 
cesarz rossyjski Paweł miał kiedyś powiedzieć, że widział 
zimę w Petersburgu, a czuł ją w Rzymie. A gdy się już 
raz trąciło w tę strunę wsponniieu, zbudziło się wnet tylu 
innych, tym dźwiękom pokrewnych, miłych i serdecznych 
schowanych gdzieś w głębi duszy, że wobec tego obrazu zimy, 
strojnej całym aparatem śniegów, lodowych stalaktytów lśnią- 
cych od słońca na gałęziach, nareszcie śladów zajęczych i wil- 
czych; aż do zapachu przesiąkłego żywicą sosen i modrzewi, 
nie wiele brakło, aby się zdać mogło, żeśmy się nagle zna- 
leźli śród ostępu litewskiej puszczy. Nie przeczuwaliśmy, że 
nam obu przyjdzie niezadługo podziwiać całą grozę tych po- 
wabów zimy, na dalekiej gdzieś północy!... 

Dziwna rzecz, tak naprężone były nasze nerwy, że po- 
mimo wysilenia, bośmy od (itej godziny byli na nogach, nie 
czuliśmy znużenia. Tylko głód nam przypominał, żeśmy od 
rana nie jedli. Nareszcie natrafiliśmy na drogę, którą rzuci- 
liśmy byli na dole. Tu już pewni siebie, mogliśmy zwolnić 
kroku, gdy oto po małej chwili, uszedłszy nieco, stanęliśmy 
przed murami obwodowemi klasztoru, a przeszedłszy bramę 
na wpół otwartą, ujrzeliśmy kościół. Tak więc, spełnione zo- 
stały nasze życzenia, sami bez przewodników i natrętnych ci- 
ceronów, stanęliśmy na szczycie Monte-Cavo. 

Powitała nas tu dziwna cisza. Spojrzeliśmy na zegarek, 
d\vunasta. Przychodzimy do drzwi kościoła, zamknięte. — 
Cóżby to miało znaczyć? — Przecież to dziś święto uroczy- 
ste! Niepojęta rzecz. No, idźmy do furty. Po drodze, widzimy 



185 



ślady słój) ludzkiili świeżo w śniegu wydei)tane. A więc sa tu 
ludzie; ale gdzie oiiiV Nareszcie dzwonimy, raz, drugi, dzwo- 
nimy raz trzeci, ani duszy. No, to już chyba wymarli. Dzwo- 
nimy raz jeszcze; napróżuo. Aż w tem, gdy już siy do odej- 
ścia zabieramy, otwiera się po nad iurtłj okienko, wysuwa się 
głowa zakonnika, i woła półgłosem: „zitto, zitto!" (cicho, 
cicho!) 

— Per che zitto? (dla czego cicho), pytamy trochę znie- 
cierpliwieni. 

— I fratri dormano, odpowiada (spia biacia). 

— Cóż u licha, mówimy, czemuż oni śpią, gdy o tej porze 
wszystko na świecie modli się w kościołach. Otwórz nam ojcze 
kościół, bośmy przyszli z bardzo daleka, bo aż z I^olski, aby 
się tu pomodlić. 

— Dobrze, dobrze, czekajcie, zaraz wam otworzę. 

Jakoż za chwilę, drzwi kościoła się otwarły. Tuśmy się 
zaraz na wstępie dowiedzieli , że reguła surowa Passyonistów 
śród innych utrapień ciała , zaleca im czuwanie w nocy, i no- 
cne nabożeństwo ; ztąd to i porządek życia , inny u nich , niż 
na całym świecie. 

Weszliśmy do kościoła. Myśl, że na tem miejscu, gdzie 
przed wieki była świątynia Jowisza, krzyż CluTstusowy wy- 
ciąga dziś ramiona ku całemu światu, ugięła nam kolana. Po 
modlitwie, w której duch tonął w koniem podziwianiu niedo- 
ścignionych wyroków liożycli . i nadziei Jego miłosierdzia 
IV naszej doli, udaliśmy się za naszym przewodnikiem do za- 
krystyi, gdzieśmy nm wyznali, że po duchowym posiłku, ladzi 
bylibyśmy i ciało posilić. 

— Zaczekajcież tu chwilkę , ja pójdę do refektarza poszu- 
kać, azali czego dla was ńie znajdę — odrzekł nam uprzej- 
mie, i spiesznie wyszedł, zostawiwszy mm samych wobec 
dawnych portretów papieży, biskupów i przełożonycli zakonu, 
zawieszonych na ścianach. Naprzeciw miejsca gdzie usiadłem, 
stał klecznik stary, wygnieciony kolanami ; nad nim wisiał 
oł)raz Zbawiciela na krzyżu, w stylu lYa Angelico da Fiesole. 
pełen niewysłowionego uczucia, jakie w owych czasach kiero- 



186 



wało zwykle i)Oiiiyshiiiii malarzy. Patrząc nań, trzeba było 
wierzyć, że mistrz co go malował, nie z palety lecz z duszy 
brał farby, a raczej, nie było tu farb, tylko czułeś w iiiiii 
jakieś tchnienie nieziemskie, co go w chwili pobożnej ekstazy 
utworzyło. Wszystko co tu nas otaczało, było poważne i su- 
rowe, jak surowy był żywot tych co tu mieszkali. 

Ale oto i nasz padre Antonio, bo takie w zakonie nosił 
imię nasz amtitryon, powraca, otwiera drzwi, i o radości, 
dźwiga tacę, czy coś podobnego, a na tem bułki, ser, owoce 
i butelkę wina! 

— Ecco signori tutto che si trova u (juesta ora, favoriscoI 
Oto panowie wszystko, co o tej porze mogłem dla was zna- 
leźć. — Pożywajcie więc, proszę. 

Nie ł)Otrzeba nam było powtarzać wezwania, bo w je- 
dnej chwili raźnie wzięliśmy się do dzieła , i nie pamiętam , 
czy mi kiedy co lepiej smakowało, jak ta skromna o kozim 
serze, suszonych owocach i rozcieńczonem winku, w zakrystyi 
klasztornej uczta. 

Podczas, gdyśmy się posilali, padre Antonio, opowiadał 
nam dzieje swego zakonu. Passyoniści, czyli zgi-omadzenie 
kleryków bosych, od Śgo Krzyża i Passyi, czyli męki Pana 
naszego, założone przed stu z górą laty, w celu zachęcenia 
do pokuty, tak słowem, jak przykładem własnym. Założył je 
l*aweł Franciszek (później Paweł od krzyża) Ovada, urodzony 
w dyecezyi Acqui w Piemoncie roku 1094 — zmarły roku 1775. 
Iloku 1725 Benedykt XII zatwierdził zgromadzenie l^assyo- 
nistów, a Benedykt XIV w 1741. Za Klemensa wprowadzeni 
do Rzymu, przy kościele ŚŚ. męczenników Jana i Pawła. 
W siedm lat po śmierci założyciela, powierzono temu zgio- 
madzeniu missyę do Bułgaryi i na Wołoszczyznę, gdzie ma 
ono dzisiaj pod swym kierunkiem, z górą 10.000 wiernych. 
ZgTomadzenie to osiadło w Belgii i w 1842 roku w Anglii, 
gdzie ma 36 kollegiów. Przed dwudziestu laty Passyoniści 
posiadali we Włoszech 16 domów, z tych 11 w państwie pa- 
pieskiem. Jednym z tych jest kościół i klasztor na Monte-Cavo, 
wzniesiony na miejscu zburzonej świątyni Jowisza. 



— 187 — 

(Idy skoiu/vł u]>u\vi:i(laiiit' , iikhikl przed ki/v/ciii 
i odiii»'»wiws/y kiótkii modlitwę , powstawszy, poważnym 
i jakby uroczystym rzekł do nas głosem: a teraz, chodźcie 
za mną ! 

Przeszedłszy krużganki , wstąpiliśmy na wschody wiodące 
na piętro, które długi i obszerny obiegał korytarz. Szliśmy 
stąpając po cichu, gdyż drzwi od wielu cel były na wpół 
otwarte. Cisza tu panowała głęboka, bo wszystko co żyło spało, 
l^rzed jedną celą zatrzymaliśmy się. Na łożu, a raczej na 
tapczanie podobnym do tnuuuy spoczywał starzec. Biała broda, 
l)ielsza od habitu, pokrywała mu piersi. Dziwnej piękności 
głowa snem pochylona, spoczywała na jednem ręku, jak to 
bywa w pomnikach kamiennych grobowców, druga ręka owi- 
nięta różańcem leżała na piersiach. Wyraz tego ołjlicza, tego 
spokoju, który daje tylko rachunek skończony ze światem, 
którego żadna już troska osobista nie kłóci, dziś jeszcze wi- 
dzę. Takimi być musieli ci, z których oblicza l)rał wzory Fra 
Bartolomeo do tylu znakomitych dzieł swoich. 

— E un santo tiuesto veccliio! — rzekł z cicha padie An- 
tonio, uchyliwszy czoła, to nasz patryarcha, nasz ojciec i nasz 
dobroczyńca! Tłumy ludu schodzą się tu w dniach pewnych 
roku, aby go ujrzeć, by jego idogosławieństwo zanieść do- 
mom i rodzinom. Za młodu, był to żołnierz; a jako patry- 
cyusz i pan wielki (bo był to un inincipe). książę, dowodził 
gwardyą (guardia nobile) za IMusa VI. Ale gdy Francuzi 
Iizym zajęli i Fiusa jako więźnia wywieziono, a żona mu 
z dziecięciem umarła, odpasał szablę, co nie mogła Rzymu 
obronić, sprzedał dobra, i oddawszy kapitały na cele dobro- 
czynne, osiadł w tym klasztorze. — Fo niedługim zaś czasie, 
przywdział suknię zakonną, odbył próby i przyjął święcenie 
kapłańskie; i odtąd Iizym go już nie widział. l*rzez długie 
lata, jeżeli próg klasztorny przestąpił, to cliyba na to. aby 
nieść pomoc nieszczęśliwym , chorym i umierającym. I*rzed kilku 
laty odbył prymicyę, po i)ięćdziesięciu latach kai>łaństwa, bo 
już do «U z górą lat liczy, a nikt go nie prześcignie w gor- 



— 188 — 

liwości i i)racy. i'zy to w kościele . czy przy łożu cliorycli . 
gdzie zawsze w porę się zjawia, bądź jako kajdan . bądź jako 
lekarz, a zawsze i wszędzie jako dobroczyńca. E uii Santo! — 
Odwiedza go tu niekiedy Sua Santita. gdy mieszka w S. Gan- 
dolfo, i zwykle usiadłszy, na tym oto balkonie, długie z nim 
prowadzi rozmowy. Chodźcie tam, signori. pokażę wam widok, 
któremu równego nie mają Włochy. 

Weszliśmy i — osłupieli. 

O, tak, bywają wrażenia, a do takich niezawodnie to na- 
leżało, na wypowiedzenie których, słów nie ma. Nigdy mię nie 
zadowolniły arcydzieła sztuki w takim stopniu, jakiegom ocze- 
kiwał, i trzeba było dłuższego czasu, i rozpatrzenia się. aby 
przyznać im tę wartość jaką miały, — natomiast dzieła Boże. 
dzieła natury, daleko większe, daleko wspanialsze zawszeni 
znalazł, niżelim się tego spodziewał. Tym razem, mieliśmy 
przed sobą tyle na raz wszystkiego co było wielkiem. i w tem 
co Bóg stworzył i co zdziałał człowiek, że naprawdę, trudno 
było podołać, aby to okiem i duchem objąć, co leżało przed 
nami, awczem, rzecz dziwna, wielkość i marność stykały się 
z sobą... Tu już nietylko podziwia, zachwyca, tu klęka du- 
chem, i modli się człowiek! 

Jakże mi się tu w porę przy[)omniył ten arcypiękny 
wiersz Mickiewicza „Araj-Mistru!". 

Jest Mistrz co wszystkie wzli^l duchy do chóru, 
I wszystkie serca nastroił do wtóru, 
Wszystkie żywioły naciągnął jak strony, 
A po nich wodząc wichry i pioruny, 
Jedną pieśń śpiewa i gra od początku, 
A świat dotychczas nie pojął jej wątku. - 

Mistrz, co malował na niebios błękicie, 

1 malowidła odbił na tle fali, 

Wzory kolorów rzucał na gór szczycie , 

I w głębi ziemi, odlał je z metali. 

A świat przez tyle wieków, z dzieł tak wiela 

Nie pojął jednej myśli Stworzyciela! — 



— 1R9 — 

Jest Mistrz wymowy, ćo Bożą potęgę 

W niewielu słowach objawił przed ludem. 

I swoich myśli słów i dzieł księgę, 

Sam wytłumaczył: słowem, czynem, cudem. 

Dotąd Mistrz zawsze był wielkim dla świata 

Dziś świat nim gardzi — mając go za brata. 

Sztukmistrzu ziemski, czem są twe obrazy 
C/.em twoje rzeźby i twoje wyrazy ! 
A ty się .skarżysz że ktoś w braci tłumie 
Twych dzieł, twych myśli — i słów nie rozumie. 
Spojrzyj na mistrza, i cierp Boży synu 
Nieznany, albo wzgardzony od gminu! 

Klasztor P.assyonistów na Monte -Cavo. to jedyny może 
punkt widzenia najwłaściwszy, z którego należałoby zajjatry- 
wać sie na Rzym, — patrząc nań z daleka. — (idy spojrzysz 
po nad te lasy i góry, po nad tę Kampanię zakończoną mo- 
rzem. — ta niegdyś stolica świata, ta starożytna Roma. drze- 
miąca dziś na tylu warstwach swej minionej sławy, rozłożona 
na siedmiu wzgórzach , wygląda ztąd jak wielkie mrowisko . 
do którego wazki jak nić jedwa])iu . prowadzi szlak z wyżyn 
.Mbano. — Z pośród tego mrowiska wystają trzy gmadiy. 
jakby trzy momenta z jego dziejów; Coloseum. zamek ś. Anioła 
i ś. IMotr. — A więc Igi-zyska — grób potęgi Cezarów — 
i Piotrowa Opoka. — Gdy w nicłi myślą utoniesz, przesuwają 
się ci pized oczyma, epoki, postacie, — wielkie, dziwne, 
pamiętne. Imiona Cyncynatów. Scevolów, Bmtusów, tych go- 
deł obywatelskiej cnoty, cnoty rzymskiej. — kładą pod- 
stawę wielkości , tej jnzyszłej i)ani i stolicy świata. 1*0 tej 
drodze, tej nici, która tam daleko we mgle oddalenia jno- 
wadzi do Rzymu, po tej sławnej Wa Apia. przechodzili Scy- 
piony. fabiusze. Mariusze. Cezary ciągnąc za sobą zwyciężone 
ludy z ich królami, w swym tryumfalnym pochodzie. Gdzież 
oni, pytasz, ci mocarze świata — co nim trzęśli tak 
długo. — gdzie ich groby przynajmniej? Patrz, na te wy- 
żłobione ślady ich rydwanów, po tej kamiennej drodze, oto 



— 190 — 

tyle tylko, co po nich zostało. — (Tdzież ich wielkość, pytasz, 
ich potęga, ich sztuka, — ich bogi — i ich bogów świąty- 
nie!? Ustąpiło to wszystko, utykając śród uczt, ślizgając się 
śród krwi i wina bachanalii; ustąpiło, śród ogólnego spodle- 
nia, zniewieściałości młodzieży, rozpusty kobiet, i śród tej 
dziwnej trwogi, co przykuwała Tyberyusza do Kaprery, wy- 
gnała Nerona z Bauli , co budziła ze snu tych despotów, któ- 
rzy na spodleniu ludów oparli swą potęgę. Przerażeni blaskiem 
światła, co gdzieś tam daleko w Nazarecie zabłysło, nie mieli 
już ani w co wierzyć, ani się czego spodziewać... Czuli nad 
sobą pusty Olimp a pod nogami przepełnione katakuniby. 
Czysty i młodzieńczy duch Ewangelii, nie był wcale pojęty 
przez ten świat zużyty i zgniły. I oto wyrosły olbrzym łu- 
pieztwem i krzywdą , zatruty zgnilizną którą w swem wnętrzu 
wypielęgnował, runął. Attyla, Alaryk, Genzeryk, podzielili sie 
światem. I jak lawa Wezuwiusza pokryła Herkulanum, Stabię 
i Tompeę, tak barbarzyństwo pokryło narody. 

„A potem, gdy przeszli ci ludzie, — co w dzikim swym 
instynkcie, uprzedzając sąd Boży, nazwali siebie „młotem 
świata i biczem Bożym", gdy wiatr rozniósł pył podniesiony 
pochodem tych dzikich tłumów; gdy wyziewy krwawe z pola 
tylu bitew, spadły na ziemię w ożywczej rosie, odrodzony 
świat ujrzał śród siebie starców, co w jednem ręku trzymali 
krzyż — w drugiem Ewangelię, — to byli ojcowie Kościoła". 
I tu właśnie podnosi się z gruzów Rzym, ale to już bę- 
dzie Rzym chrześcijański. Korona ustąpiła miejsca tyarze. 
Ubogi z początku i zależny, wzmaga się i rośnie, i już 
w XI wieku, olbrzymia postać Grzegorza YII, daje mu miano 
stolicy chrześcijańskiego świata. Przychodzą potem Juliusz II, 
Leon X, a z nimi Rafael, Michał Anioł, Leonardo da Vinci, 
za nimi cała plejada mistrzów sztuki i jej mecenasów; i Rzy- 
mowi przybywa jeszcze jeden tytuł : stolicy sztuki , którą do 
ostatnich czasów, jeżeli już nie w tworzeniu dzieł nowych 
(szczególniej w dziedzinie malarstwa i architektury), to w prze- 
chowaniu dawnych i to z epoki najświetniejszej , stale pie- 
lęgnuje. 



— 101 — 

Takieini myślami zajęci, opuszczaliśmy z żalem te })()- 
ważne mury klasztoru, dziękując uprzejmie zacnemu zakonni- 
kowi, który nam śród tak niezwykłych akcessoryów, uroczej 
natury i nastroju ducha, dał sposohność spojrzeć, od twardejio 
łoża świętobliwego starca, na całe pasmo wielkości i znikomo- 
ści tego świata. A gdyśmy już schodzili, przyponmiały mi się 
pełno znaczenie słowa Goszczyńskiego, któremi kończy swoją 
podróż w górach: „schodźmy na dół, trzymając statecznie 
cośmy wzięli na górze". 

Szeroka droga wijąc się po spadzistościach góry, wkrótce 
nas sprowadziła na wyniosłość, zkąd gdy się rozstąpiły drzewn, 
kierując się ku Roca di Papa, ujrzeliśmy to dziwne miasto. 
Powiadam dziwne, bo niech sobie czytelnik wyobrazi górę, 
w kształcie głowy cukru, u wierzchołka której, dokoła jej 
konicznego zakończenia uczepiono, czy też zawieszono miasto. 
Domy które widać zdała, wyglądają jakby gniazda jaskółcze. 
Z natury miejsca zbudowane w kondygnacyach , ma wązkie , 
kręte uliczki; posiada jednak kilka kościołów, obronne l)ramy 
i baszty, dochowane w całości niezawodnie od czasu kiedy 
założone zostały. Gdyśmy przechodzili ciasne jego uliczki, 
tylko dla pieszych służące, bo co chwila przerywane scho- 
dami, progami i t. d. lud dążył na nieszpory, na które dzwony 
ze wszystkich kościołów wzywały. Drżało powietrze od tego 
gwarnego rozdźwięku, i góra chwiać się zdawała. Nie mając 
czasu przypatrzyć się lepiej miastu i jego mieszkańcom , po- 
<lążyliśmy ku Frascatti. 

Gościniec łnł tu już szeroki i gdy się spuścił na dół. 
znaleźliśmy się śród pól uprawnych, mając przed sobą punkt 
niedaleki, do któregośmy zdążali. Zmierzch już zapadał. l'ur- 
purowy zachód, przysłaniały po nad horyzontem podłużne 
clunurki liliowe, z po za których, wyzierało słońce jaskrawe 
jakby roztopione żelazo. Zbliżając się do Frascatti, spostrze- 
gliśmy kondukt pogrzebowy, idący na bliski tego miasta cmen- 
tarz. Plask kilkunastu świec płonących, migotał smutnie śród 
ciżby ludzi, którzy z kapłanem na czele, niosąc rozwinięte 
chorągwie, śpiewali z cicha jakąś pieśń nieznanej nam nuty. 



— 192 — 

Ubogie to było. Chowano młodą dzieweczkę , Ictórą według 
zwyczaju, niesiono w otwartej- prostej trumience. Za trumiuj 
szła snąć matka , bo zacliodziła się od płaczu. Lekki wietrzyk 
poruszał i chwilami unosił w górę jasne włosy zmarłej , co 
jakby aureola otaczały głowę dziewczęcia. Przy matce dwoje 
małych dzieci niosło pęki zieleni i kwiatów, bawiąc się niemi . 
i nie wiedząc może, że za chwilę do ziemi schowają i zakopią 
ich bladą siostrzyczkę. Za niemi szedł zbiedzony pies kudłaty, 
zaglądając z widocznym niepokojem w oczy swym panom ; 
1)0 tu snąć wszystko było, w tej małej gromadce, co zmarłą 
kochało, i co dla niej było drogiem. Dziwne tu zrobiliśmy 
spostrzeżenie ; oto umarła m.iała w ustach kwiat róży. Czy dla 
przypomnienia koloru ust, które śmierć zwykle tak nielitości- 
wie i tak prędko zmienia, nawet śród uroczego kwiecia ro- 
dzaju ludzkiego; czy dla innych przyczyn, nie mieliśmy czasu 
dowiedzieć się, bośmy spieszyli,, aby się nie spóźnić na po- 
ciąg ostatni odchodzący do Kzymu. 

Pędzimy więc co tchu. 

Nareszcie jesteśmy na dworcu. Dają nam bilety, syczy 
przeraźliwie para, otacza nas zamęt, ruch, zgiełk, — staje 
naraz przed nami cały obraz tak niepodobny do tego cośmy 
niedawno widzieli i czuli. Trącani, popychani, zamykani, - 
czujemy się znów w całej pełni członkami XIX stulecia, który 
jak olbrzymi polip porywa nas swemi tysiącznemi ramiony 
i ciągnie ku sobie. Gorycz życia przez chwilę zapomniana, 
wszystkiemi porami wraca napowrót, by opuszczone na chwile 
zająć w duszy legowisko. Dzwonią raz trzeci, — ostatnie za- 
trzaśnięto drzwiczki, rozlega się słowo: „pronti" (gotowo) 
i via! — pomknęliśmy naprzód. 

Zaledwie ruszyliśmy, umysł i ciało strudzone nie mogły 
oprzeć się drzemce, sen nas ogarnął, usnęliśmy. Trwało to 
aż do chwili, gdy nas zbudziło magiczne słowo: „Roma!" 

W mieszkaniu na Piazza Poli i pałacu tejże nazwy, cze- 
kał mię już przy płonącym kominku, mój towarzysz i współ- 
lokator, nasz serdeczny autor „Lirenki"; jak niemniej i pocz- 
ciwa Marianina, córka. p. Flaiani gospodyni donni a nasz 



— 193 — 

Anioł-stróż (łomowy. Po iniłein powitaniu, gdym pod wpływem 
chińskiego nektaru, opowiadał im moją dwudniową Odysseę. 
z przyległego mieszkania dolatywały nas dźwięki muzyki 
i śpiewu z duetu modnej podówczas Traviaty. Wykonywali ją 
zwykle wieczorami , Agatina , siostra Marianiny, ailystka koń- 
cząca akademię Delie Belle Arti i jej narzeczony młody pra- 
wnik z liolonii. 1*0 herbacie i gawędce. gdy już literalnie 
upadałem ze znużenia , udałem się do mego pokoju , przyle- 
głego do salonu gospodarstwa, ał)y nareszcie po tylu tiiidach 
i tylu wrażeniach odpocząć. 

Dzień ten wszakże . miał l)yć dla mnie pomyślnym do 
końca; l)o mi na dobranoc dorzucił jeszcze to, co Włochy naj- 
lepszego mają dotąd : nuizyke i śpiew zakochanej pary ! 

Italia ! Wlocliy I ileż te słowa mają uroku . ile budzą 
wsponniień i nadziei w duszy każdego . co tam był lub być 
pragnie ! 

(> Marca 1881 roku. Lwów. 



WspomiiieniA z nad AVilii i Niemna. 13 



t;kLDEFONS ANCYPA 

WSPOMNIENIE 

(ZE STUDJÓW PARYSKICH). 



13* 



(Jdybyś wziął martwy kainieii z kióryin igra ilziei'i(.' 
I jjdybyś z fyiii kaiiiienioin obclioilził po świecie, 
A potem, do ojczyzny wróciwszy z daleka 
rensain kamień, <lla tegoż samego człowieka. 
Co nim bcdąc dzieckiem igrał przy piastunie . 
ł)ziś dla starca zmarłego dał pod głowę w trumnie, 
1 gdyby z tego kamienia gorzka łza nie ciekła 
Książe , bez grzechu , kamień rzuć prosto — do piekła. 

MiCKIKWICZ. 



l>yło to W połowie Czerwca 1858 roku. Po skwarnym dniu, 
cichy, rozkoszny wieczór zgromadził publiczność pod cienie 
luksemburskiego ogiodu. Urok wiosny, — szmer fontan, — 
barwność kwiecistych parterów, — tajemniczość cieni wieko- 
wych alei, ożywionych miłym szczebiotem zabierającego się 
do snu ptactwa, wszystko to razem, niewymownym czarem 
natury i sztuki, napełniało piersi błogiem uczuciem, i wypo- 
gadzało chmurne nawet lica, śród zgromadzonego tłumu. Od 
czasu do czasu przygrywała wojskowa muzyka. 

Przy dźwiękach trombonów i bębnów stuku, pod skle- 
pieniem ciemnem kasztanów — nikt nie spostrzegł jak nad- 
ciągnęły chmury, — i aż dopiero gdy silny grom zawtórował 
orkiestrze. — i lunął deszcz, rzucono się do odwrotu i sal- 
wowania, gdzie i jak kto mógł: — jedni do bram i fiakrów, — 
drudzy pod ochronę drzew. Należałem do ostatnich; a byłoto 
nie tyle dla deszczu — bo miałem parasol, i mieszkanie moje, 
tuż przy ogrodzie, na ulicy Madame, o paręset zaledwie było 



— 198 — 

kroków, - jak z ciekawości, — dla widoku tej nagłej rejte- 
rady i popłochu parysldej publiki — mało uii dotąd znanej, 
a niezrównanej w podobnym wypadku. 

Stoję tedy oparty plecami o pień starego platanu i naj- 
niedyskretniej przypatruję się pociesznym ewolucyom rozmai- 
tych osób, płci i wieków, a deszcz strumieniami łeje jak 
z wiadra. Zamęt nie do opisania; — bo naraz chmura czania 
jakby pokrywa od kotła, całą tę kipiącą scenę nakryła. Więc 
ciemno, zgiełk, — nawoływania, zmieszane z szumem wiatru 
i liści — z trzaskiem łamiących się gałęzi, — istna scena 
Hogartowska, — od czasu do czasu tylko jakby dla efektu 
oświecana blaskiem błyskawicy. 

Gdy się tak kosztem bliźnich bawię , — słyszę jak kilka 
osób przypada do mojego drzewa z drugiej strony. Słucham — 
mówią po polsku. 

— A toż to mi dopiero muzyka! — A chciało ci się ko- 
niecznie dosłuchać finału — zamiast wracać do domu; — ot 
i masz finał. Tylko to bodaj uwertura jeszcze a nie finał, — 
bo zdaje mi się że nie zaraz ta sztuka skończy się.... A toż 
leje! brrr — u, — mruczał gderliwie głos męzki. 

— „I szumit i hude — ciopły dożdżyk ide", — ozwał się 
głos drugi, intonując żartobliwie znaną ruską piosnkę — 
z litewska. 

— Dobrze panu śpiewać, mając obówie skórzane i okiy- 
cie, a ja cała już jestem w wodzie i drżę od zimna, odpo- 
wiada głos kobiecy drżący i pieszczotliwy; — wolałabym 
w tej chwili parasol niż najpiękniejszą piosnkę. 

A no, myślę sobie, tu już nie godzi się być dalej obo- 
jętnym widzem cudzej biedy, — to nasi; incognito dłuższe 
tu już nie uchodzi. A więc nie czekając dłużej, zwracam się 
i — jak Deus ex machina odzywam: 

— Jeżeli pani o parasol idzie, mogę jej służyć z ochotą. — 
Mieszkam niedaleko, i za chwilę będę w domu; proszę więc 
bez skrupułu przyjąć. 

Niespodzianka ta w korzystnem świetle przedstawiłaby 
zapewne moją figurę — gdyby właśnie nie brakło nam tego 



— 199 — 

światła w toj iliwili: — ale jak to już i/ukkiiu, l»vlo tak 
cieiuno, żeśmy siebie tylko słyszeć — nie zaś widzieć mogli. 
lUakło też i czasu na i)izyi)atiywanie się. — Więc po zwykłych 
cerejiielacli, — nareszcie przyjęciu, podziękach, zabraniu mo- 
jego adresu. — rozstaliśmy sie. Oni pomknęli w jedna. — 
ja w druga stronę — do domu. Przy rozstaniu pyt<am. 

— Jeżeli się nie niylę, jest tu Litwin między panami? 
nieprawdaż ? 

— Tak panie, ja nim jestem, odrzekł jeden z nich podając 
Uii rękę. 

— A więc cieszy mię podwójnie nasze spotkanie, mówię nm. 
bo w osobie pana znajduję ziomka. 

Na tem rozeszliśmy się. 

Taki był początek stosunku mojego z człowiekiem, który 
się zaczijł wesołą piosnką, śród wiosennej burzy — a skończyć 
się miał kat^istrofą, śród burzy — o wiele straszniejszej, bo 
politycznej i na własnej ziemi... 



Nazajutrz przed południem, gdym przed stalugą u otwar- 
tego okna, śród najpiękniejszej pogody, zapomniał o wczoraj- 
szej ulewie, — słyszę pukanie do drzwi. 

— Entrez, wołani. 

I oto wchodzi człowiek, wieku około lat 40tu, wzrostu 
średniego , cery śniadej , powierzchowności przyzwoitej. Ruchy 
zręczne, nad wiek żywe, zdradzają pewną oryginalność i za- 
razem otwartość — która nm też z oczu patrzy. 

— Jestem Ancypa; odnoszę panu parasol, który nam wczo- 
raj tak łaskawie i tak heroicznie raczyłeś pożyczyć. — Przyj- 
mij z nim pan razem i i)odziekę , szczególniej pani S., która 
najwięcej zeń skorzystała. 

(idy to mówił, glos jego. postać, jego ruchy szczególniej, 
potrąciły mą pamięć w stronę minionej dawnej przeszłości. 
I jego oczy też zabłysły w miarę jak się wpatrywał we mnie. 



— 200 



>V^ 



— Pan Ancypa! — więc Ildefons zapewne? — zbliżając się 
doń, powiadam — i nieczekając , cllwvtan^ j^o w objęcia. — 
Mój koleżka szkolny! — nasz figlarz kochany! — Witajżc-nii. 
wołam w radośnem wzruszeniu. 

— Ten sam , — ten sam ; ten niegdyś pierwszy od końca 
w nauce , ale zato pierwszy od początku w swawoli : — od- 
rzecze z uśmiechem, oddając mi uścisk serdeczny. Ten któ- 
rego nie mijały plagi żadnej soboty, — co mówię, żadnego 
dnia. — No proszę, — ot dziwne spotkanie! — Czyliżem 
wczoraj mógł się spodziewać , chroniąc się pod drzewem , że 
tam spotkam kolegę , i to jeszcze z jakich czasów ! Toż to 
panie dwadzieścia ośm lat mija, jakem kraj porzucił! — 
Pamiętam pana; byłeś wątłym chłopaczkiem; — a teraz na- 
wet przypominani awanturę, w której ratując siebie i całą 
klasę — przed strasznym profesorem matematyki — odpoku- 
towałeś sam jeden. — No, ale powiedzże mi koleżko, skąd? — 
jak? — po co? i kiedy i na jak długo tu przybyłeś? — Po 
co? — to już wiem, widząc tę sztalugę, — ale kiedy? 
zkąd? — i jak dawno z kraju — z Litwy?... 

Wszystko to wypowiedział jednym tchem, — prędko, — 
ruchem i giestem dopomagając słowom. 

I oto zaczęła się pogadanka — w której , rzecz natu- 
ralna, ja jako przybyły z kraju musiałem mówić pierwszy^ — 
Potem on opowiadał swoje długie i dziwne, a jednak tak zwy- 
czajne w życiu emigranta dzieje. Dzieje — najprzód walki 
za ojczyznę, — potem zawodów; — potem dzieje tułactwa — 
pracy — nędzy — upokorzeń przeplatanych nadzieją, za- 
wodem — i znowu nadzieją — i znowu zawodem — a zawsze 
i wszędzie podrażnianych szamotaniem się rozjątrzonych stron- 
nictw. — Jednem słowem — dał mi obraz życia i ofiary tej 
garstki ludzi — co wierni poślubionej sprawie, choć różnend 
drogami — biegli do jednego celu. 

I, rzecz szczególna — mówił to bez goryczy — mówił 
jak o rzeczy zwykłej, najprostszej w świecie — którą spełnić 
było trzeba — którą spełnił — i spełnić gotów, ile razy tego 
wypadnie potrzeba. 



— 201 — 

Wyra/ ten ostatni, ply to piszę nasuwa mi w tej chwili 
myśl, że dla nas Polaków ma on szczególniej głębokie i piękne 
znaczenie. I zaitiawde żaden naród, o ile wiem. podobnym 
I)Oszczycić się nie może. Od czasów bowiem niepamiętnych, 
wyraz ,,i)otrzeba" — był u nas synonimem życia oddanego 
na usługi ojczyźnie, — synonimem wojskowej służby, wy- 
prawy wojennej, synonimem ofiary z życia i mienia. Każda 
wojenna potrzeba odrywała męża, ojca, gospodarza, od żony, 
dzieci . domu . dla obrony kraju. I nie chęć łupów i zysków 
ich tam wiodła, — bo nie dla rabunków, nie dla zaborów, 
lecz dla własnej obrony, ł)yły te potrzeby! O, gdyby szlachta 
nasza umiała i chciała tak wytnvale pracować dla ojczyzny, -^ 
jak umiała i umie zginąć dla niej, — inne byłyby jej losy!... 

Ale wracam do Ancypy. 

Otóż rzecz prosta, że wszystko to, co przy pierwszem 
spotkaniu wypowiedzianem było, zaledwie stanowić mogło 
treść tego, co z czasem opowiedzieliśmy sobie wzajem, w czę- 
stych spotkaniadi i wolnych chwilach w ciągu całego roku. 

Zwykle od rana do 5tej, każdy z nas pracował, w za- 
kresie swych fachowych zajęć; — ja w galeryi Luksembur- 
skiej, — on w swojem biórze, w dziale inżynieryi miastowej. 
Po obiedzie schodziliśmy się w umówionem miejscu, — a gdy 
ja miałem w domu robotę — on przychodził do mnie i usa- 
dowiwszy się na tarasie, wychodzącym pod cienie luksembur- 
skiego ogi'odu — co było najważniejszą ozdobą mojego mie- 
szkania, czytywał mi dzienniki — lub gawędził, gdym ja 
malował. 

Była to dusza dziwnie czysta i piękna; charakter prawy, 
temperament ognisty. — I*omimo twardego losu, przeszedłszy, 
jakto mówią, przez ogień i wodę, — zachował tę młodość 
ducha, która tylko zacnym ludziom najdłużej towarzyszy. Ko- 
chając ojczyznę nad wszystko, i będąc surowym dla siebie 
— przestawszy na stanowisku szeregowca w pracy dla niej, 
niecieii)iał fałszywych jej proroków, krzywych dróg — i wszy- 
stkiego co tchnęło sobkowstwem, pozowaniem, obłudą, — co 
ze świętej sprawy robiło sobie zyskowne rzemiosło, piedestał 



— 202 — 

dla ilogodzeińti aiiibicyi i saiiiolubiiyin celom. — Mierosław- 
skiego, nieodiiiawiając mu profesorskich zalet, nazywał gene- 
rałem „in partibus infidelium", — a znał go dobrze, bo bił siij 
pod nim w Poznańskiem. — Z partyą Czartoryskich nie 
prędzej się pojednał, aż gdy książę Adam na posiedzeniu 
w dniu 3 Maja 1858 roku, wyznał publicznie z właściwą, szla- 
chetnej duszy otwartością — że każda inna polityka korzy- 
stniejszą być mogłaby od tej, jakiej się trzymał w 18o() 
i 1831 roku, licząc na wspaniałomyślność i sprawiedliwość cara 
i na pomoc Europy. 

Z nim to miałem sposobność zajrzeć do wnętrza enii- 
granckiego życia — jadać obiady po 20 sous — przypatrzyć 
zbliska temu — co mi się wprzódy niepodobnem do uwierze- 
nia zdawało; — przy nim nauczyłem się i oduczyłem wiele. — 
Jednem słowem był to jeden z najlepszych synów ojczyzny — 
dla mnie zaś, podczas pobytu w Paryżu najmilszy towarzysz. 

Niebyło ciekawszej okolicy — z którąby nmie nie za- 
znajomił. — W dnie świąteczne wybieraliśmy zwykle miej- 
scowości obfitujące w lasy, bo te nam przypominały strony 
rodzinne. 

Oprócz specyalności swojej (był zawiadowcą wielkiej czę- 
ści podziemiów Paryskich t. z. katakumb, położonych pod 
dzielnicą przedmieścia S. Germain) która była więcej empiry- 
cznej niż naukowej natury, — nieposiadał on obszernej i grun- 
townej wiedzy, bo niczego systematycznie się nie uczył; — 
ale miał za to ten zdrowy rozum, co w lot pojmował istotę 
rzeczy i umiał ją ująć z najwłaściwszej strony. — Pozbawiony 
długie lata ciepłego kółka rodziny i towarzystwa kobiet, nie 
miał dość ogłady, i raził niekiedy, szczególniej gdy się za- 
palał, szorstkością; ale że posiadał spory zasób poczucia 
godności własnej i innych — a przedewszystkiem znany był 
z wypróbowanej prawości — był wszędzie i zawsze w stosun- 
kach z ludźmi cenionym i poważanym. 

— Mój kochany, rzekł mi na wstępie, — nie potrzebuję ci 
dowodzić, jak mi pożądane twoje przybycie, — powinieneś 
to czuć. Od tak dawna samotny — „dans ce deserł du monde". 



— 203 — 

przez lat tyle iiie widziałem nikt);i,o z licznej mojej rodziny, — 
nawet nikogo z tamtych stron; — u ty pojmujesz co to jest 
tęsknota ta nasza nostalgia litewska! — Tylu już ona 
w grół) wpędziła!... — Szła też i za mna krok w krok. przez 
wszystkie koleje życia, — i jeżelim jej nie uległ, pracy to 
tylko zawdzięczam. — O, bo ciężko pracować nmsiałem; — 
i wierzę dzisiaj — że jeżeli Bóg skazał ród ludzki na pracę — 
to nie dla udręczenia, ale dla pociechy... Tojnmjesz więc, 
czem jesteś dla mnie ty, coś ze mną kiedyś, w szczęśliwem 
zaraniu życia, na jednej ławie siedział — i to jeszcze gdzie? — 
w owym miłym zakątku ziemi naszej , gdzie było moje gnia- 
zdo rodzinne. Powiedzże mi, proszę, — jak tam dziś nasz 
Słonim wygląda — czy jest tam kto z naszych znajomych — 
z kolegów — z nauczycieli? — jaki los spotkał tych, co 
jeszcze żyją? — łio nic o tern prawie nie wiem dotąd. — 
Listy nie docliodzą — gazety o Litwie nie mówią — a ci co 
tu niekiedy z kraju zaglądają — nie szukają nas", — owszem 
unikają nieraz — wstydząc się może owydi bakchanalji, jakie 
w tym Eldorado ludzi możnych, zwykli wyprawiać. — A naj- 
przód, powiedz jak dawno wyjechałeś z Litwy. 

— Słuchaj więc — chociaż to co powiem, nie pocieszy cię 
wcale. — Wyjechałem inzeszłej jesieni 1S56 roku. Przywożę 
ci zatem najnowsze wiadomości , bo nawet tak się zdarzyło , 
że pierwszy mój nocleg po wyjeździe z domu. po pożegnaniu 
matki i przyjaciół — przypadł właśnie po wielu latach nie- 
bytności w Słonimie; i co więcej, — jakl)y dla wzmocnienia 
mojego z nim stosunku, zaszła tam okoliczność, co mię no- 
wem z nim związała ogniwem. Oto bowiem w tę wielką po- 
dróż, przeprowadzał mię do Słonima ten sam, co mię tam 
kiedyś, gdym był dzieckiem, do szkół odwoził. — Gdyśmy 
z nim układali kierunek mojej drogi do Warszawy, rzekł mi: 

— Jedź na Słonim i Żyrowice, ja cię tam odwiozę — jak 
niegdyś — i tam się rozstaniemy. Przypomnimy dawne czasy — 
obejdziemy znane ścieżki: — a na odjezdnem pomodlisz się 
znów w Żyrowicach (gdzie teraz Syzma), jnzy tym samym 
kamieniu, pamiętasz, — gdzieś się modlił dzieckiem, do Matki 



— 204 — 

Najświętszej i doznał ad niej tak cudownej pociechy...*). Wszak 
jedziesz znowu do szkoły, — tylko tym razem, będzie nia 
świat szeroki... A pamiętaj: kto z Bogiem — i Bóg 
z tym... 

— O tak, pomyśliłem, dobrze mi radzi mój stary przyja- 
ciel; — zanim się rzucę w ten świat szeroki, -— zanim ujrzę 
te sławne cuda sztuld i natury — ten świat ideałów... — 
słuszna abym na początku drogi przyjął wijatyk duchowy... 
na rodzinnej ziemi. 

Więc na tern i stanęło. Wyjechaliśmy rano z Horody- 
szcza — i przez Połonkę i Dziady jadąc gościńcem poczto- 
wym , nad wieczór stanęliśmy w Słonimie. Nie byłem tam od 
lat kilkunastu, — bo od wyjścia z 3ciej klasy szkół tame- 
cznych. Dalszy bowiem kurs nauk szkolnych odbyłem w gim- 
nazyum Słuckiem; potem na kursą akademickie udałem się 



* ) Było to w moich latach dziecinnych. Zaczynałem szkoły w Ży- 
rowicach u XX. Bazylianów, w ostatnim roku przed ich kassatą. 
Było to jedyne miejsce dla uczącej się młodzieży, — ciche, pię- 
kne, ustronne, — sławne cudownym obrazem N. Panny, jakby 
przeznaczone dla modlitwy i nauki. — Muszę zaś dodać, że oil 
najpierwszych lat życia, miałem szczególni| dewocyę do Matki 
Najświętszej. Otóż zdarzyło się, że przed wakacyami przybył 
do Żyrowic kramarz z obrazkami, medalionami N. Panny Ostro- 
bramskiej , Częstochowskiej i t. p. , a że to były rzeczy ponętne 
i dostępne kieszeni studenckiej , — więc się dziatwa skwapliwie 
zaopatrzyła w to wszystko. Co do mnie , zdarzyło się tak , że 
jakkolwiek medalik gorąco upragniony kosztował nie więcej jak 
groszy dziesięć , — nie miałem ich wcale , i smutno mi z tem 
było. Otóż pewnego wieczora , gdy gimnaziści podług zwyczaju , 
na placu przed cerkwią bawią się w piłkę, ja, niebiorąc w za- 
bawie udziału, usunąłem się na bok, i usiadłszy •/. książką na 
kamieniu , przy drzwiach cerkwi , zabrałem się do uczenia się 
jutrzejszej lekcyi, — a potem, podług zwyczaju — do modlitwy. 
Gdy już zciemniało i dano znak do powrotu, — zabieram i ja 
książkę , którą położyłem obok na kamieniu , i — o dziwo ! — 
•> radości! znajduję przy niej dziesięć groszy. — Kozumie się. 
że pobiedz do kramarza — kupić medalik — było dziełem je- 
dnej chwili. 



— 205 — 

do Wilna: i)otem do Petersburga, — gdzie jako uczeń aka- 
<leiTiii sztuk pięknych przebyłem aż do jej ukończenia. Przez 
tak zatem czas długi, zaszło tam nie mało zmian. (Jłównsj 
zaś tego przyczyną, był pożar kilkakrotny. Najcelniejsza część 
miasta poszła z dyniem ; bo jak się zajjił ogień , gdzieś nie- 
daleko szkoły naszej, tak pizelatując z miejsca na miejsce, 
minąwszy nasz kościół szkolny (XX. Kanoników Lateran.), od 
narożnego przy nim zajazdu zacząwszy, zniszczył całą górną 
połać rynku aż ku Dominikanom, części llożańskiej i Żyro- 
wickiej ulicy i IkMiiardynom — którym spalił wieże z zega- 
rem. Poszły więc z dymem: od wach, apteka Wolewicza, kramy, 
i tuż przy nich na rogu ulicy, przy ogrodzie doktora Pucz- 
kowskiego, ów pawilon oryginalny, zaltytek wspaniałego niegdyś 
otoczenia dworu hetmana Ogińskiego, gdzie za naszych cza- 
sów była restauracya. — Dziwnym tylko losem ocalał kościół 
z klasztorem \)]). Bernardynek. Jedncm słowem . cała śi odkowa 
i najgłówniejsza część miasta spłonęła. Spłonęły też i szkoły 
nasze. Ocalał tylko kościół, ale go wkrótce gorezy los 
spotkał — zabrano go na cerkiew i przerobiono do niepo- 
znania. I dziś tam, gdzie.śmy się modlili, uczyli, — gdzie 
tyle naszych wspomnień ma źródło — sobór prawosławny! 
]>o i szkoły skasowano. 

Pamiętasz jaki to był wspaniały kościół, o szerokiem, 
śmiałem sklepieniu, z herbem fundatora w pośrodku. Wysze- 
dłem zeń po raz ostatni, po egzaminie publicznym w dniu 
Św. 1'iotra. A był to dla mnie dzień uroczysty, — ł)o wśród 
celujących uczniów, czytano tam i moje imię. 

Piękna tradycya przywiązana jest do tego gmachu. Nie- 
wiem czyś o niej słyszał. Fundował go biskup Horbacki. 
Architektem był niejakiś Włoch, którego nazwiska nie pa- 
miętam. Rzecz się tak miała. Gdy już ukończono całą budowę 
i ostatnia cegła założona została w sklepieniu, opinia po- 
wszechna utrzymywała, że to sklepienie tak śmiało zawieszone, 
niepodtrzymane tilarami, mnąc musi przy odjęciu podpór — 
że zarozumiałość architekta sprowadzi niezawodnie fatalne 
następstwa, — że giozi katastrofą i t. p. zarzuty i wróżby. 



— 206 — 

Gdy to wszystko doszło do uszu artysty, wzruszony i skru- 
szony do głębi, odbył spowiedź — przyjął ŚŚ. Sakramenta — 
i w czasie gdy odejmowano podpory i rusztowania, — ukląkł 
w środku nawy kościoła i przez cały czas roboty pozostał 
na modlitwie , — dając życie swe na ofiarę Bogu jeśli w tern 
dziele zgTzeszyć mógł pychą. > I oto podpory odjęto - skle- 
pienie niewzruszone zostało — i aż dotąd jest celem podziwu. 

Ale wracani do rzeczy. Smutne więc było jak widzisz 
moje spotkanie ze Słonimem. — Smutniejsze było jeszcze 
rozstanie: bo pożegnałem tam, śród nieznanego mi dotąd 
wzruszenia, tego co zastępował mi ojca, — co był opiekunem 
mojego dzieciństwa, przyjacielem młodości mojej. 

Gdyśmy wstali rano, w dniu rozstania, rzekł, dając mi 
swój ulubiony zegarek: 

— Weź jeszcze tę pamiątkę ode-mnie. Ona mię tobie co- 
dziennie przypomni, — . a mówił to głosem przerywanym, 
drżącym. Spojrzałem nań, był dziwnie wzruszony. — Za go- 
dzinę będą konie gotowe, — dodał po cłiwili; — rozsta- 
niemy się w kościele. — Chodźmy tam — pomodlić się na 
twoją intencyę. 

Gdy to mówił, łzy miał w oczach, — chciał je wstrzy- 
mać — i — nie mógł.... 

Ujrzawszy to, uczułem niewypowiedziany ból w sercu. 
Myśl, że za chwilę miałem rzucić tego starca, co już stał 
nad gi'obem — a któregom tak kochał, — rzucić z małą na- 
dzieją ujrzenia go w tem życiu — wyrwała mi słowa: 

— A więc pozwól mi zostać — zrzekam się tej podróży, 
gdy ma ona nam obu tyle boleści być przyczyną! 

— O nie, zawołał - jedź! — musisz jechać — to dla twej 
przyszłości potrzebne , — to twój obowiązek. Jedź , — i wra- 
caj szczęśliwie — abyś nam kiedyś był pociechą... 

Wszedłszy do kościoła XX. Bernardynów, ukląkłem przy 
kratkach i modliłem się gorąco, — chociaż to była bez słów 
modlitwa! Wkrótce i on nadszedł, ubrany w komżę i stułę, 
blady, zmieniony, jakim go nigdy nie widziałem — ale już 
z wyrazem jakiegoś nieziemskiego spokoju. Odczytał nademna. 



— 207 — 

modlitwę „za podróżnych" — i skończywszy, dał mi krzyż do 
ucałowania - ucałowałem też i je^o rękę, — i)łacząc jak 
dziecię . . . 

— A teraz , z Bogiem , — rzekł ; i odszedł do zakrystyi. 
Takie t)yło nasze pożegnanie. 

Odjecliałem smutny, przybity. 

W drodze . przyi)omniał mi sie wiersz Aleks, Grozy, gdzie 
mówi o łzacłi pożegnania, i o trzech clnistkach, co je zebrały. 

Oto trzy cłiustki — te trzy chustki białe, 
W nich wszystkie skarby moje na tym świecie. 
Gdy mię do trumny składać będziecie 
Połóżcie przy mnie te trzy chustki białe. 

Dosyć pieszczot przy rodzinie... 

Dosyć bujać w Ukrainiie; 

Młody zdolny wiek ucieka , 

Dalej chłopcze między ludzi... 



I oto widzisz — co mię do Słonima przywiązało jeszcze 
silniej. W Żyrowicacli zatrzymałem się przed cerkwią i — 
uklęknąwszy przy pamiętnym kamieniu, poleciłem Bogu wła- 
sne losy i tych wszystkich, których ukochałem. To mię uspo- 
koiło nieco... 

Z kolegów dawnych, znalazłem w Słonimie tylko Ale- 
ksandra Wolewicza. Był to jeden z moich ulułiionych towa- 
rzyszy herboryzacyi wiosennych. Siedzieliśmy w klasie obok. 
Jest on obecnie aptekarzem, jak niegdyś jego ojciec, i wła- 
ścicielem apteki nowo wybudowanej w dawnem miejscu. Odwach 
zaś któiy był obok, przeniesiono na inne miejsce. Dawny 
pamiętam dobrze — bo tam zwykle wieczorami giywała woj- 
skowa muzyka. Tam też był uwięziony przez kilka tygodni 
emisaryusz Michał Wołłowicz, po ujęciu w lasach Słonimskich, 
zanim odwieziono go do Grodna, gdzie został stracony. Pa- 
ndętam twarz jego widywaną z po za kraty, — ł)0 zwykle 
szedłem tamtędy do szkoły z sąsiedniej z odwacheni kwatery. 



— 208 — 

Z Wolewiczem tedy, obszedłem wszystkie znane zakątki 
i ścieżki, — zacząwszy od Studenckiej ulicy, gdzie w domku 
Iwanowskiej była pierwsza moja kwatera. — liyliśmy nawet 
w Panasówkach, owych naszych Karpatach Słonimskich, dokąd 
zwykle chodziliśmy po kwiaty, lub na rekreacye. mijając słup 
Św. Dominika, na drodze do Dereczyna, gdzie była zwykle 
nasza ślizgawka. Byliśmy i na Talkowszczyźnie za Szczarą , 
i w Pai)ierni, nazwanej teraz Albertynem, zamienionej na 
piękną rezydencyę Pusłowskich . dokąd zwykle przez błonia , 
chodziliśmy na majówki. 

l^amiętasz, co to t)yła za radość nasza, kiedy z wieczora 
rozbiegła się wieść po kwateracli, że jutro rano, o godzi- 
nie 4tej mamy być gotowi — i na i»ierwszy dzwonek, zebrać 
się do klas. — na drugi, — wyruszyć na Zamość — na 
mszę Św. do fary. ,Toż to była krzątanina! dla nas: — aby 
porozumieć się z kolegami, co? z kim? jak i gdzie? — dla 
gospodyń: - aby przygotować zapas żywności na cały dzień, 
A każda chmurka , oł)łoczek każdy na zachodzie , jakiej że to 
nie nabawiał nas trwogi , niepokoju , o pogodę na jutro. 
A tymcsasem, noc zapada, — wołają do pacierza, — pora 
spać. I oto słodka nadzieja do snu kołysze , — zasypiamy ; — 
krótka noc przechodzi — i o radości! słońce z za obłoku 
całą wiązką promieni nmska po licach śpiochów... „Wstawaj- 
cie!" woła dozorca; — a oto i dzwonek ozwał się szkolny. 
Więc wszystko co żyje, na nogi, — i za chwilę, cała rzesza 
studencka z pakunkami, węzełkami, w ordynku, mając profe- 
sorów na czele, rusza na Zamość do fary. O, jakże miłe to 
wspomnienia niepowrotnych czasów! 

Po mszy Św. i po wyjściu za rogatki, cała nasza dotąd 
regularna armia , rozsypuje się w partyzantkę , po polach , ga- 
jach, łąkach, napełniając okolicę wesołemi śmiechy i śpiewy. 
Gry wszelkiego rodzaju, zabawy, porywają wszystkich, bo tu 
już panuje zupełna swoboda! rygoru ani śladu! Niewolno na- 
wet grając w „kaszkę" oszczędzać łapy profesorskiej. Bo tu 
wszyscy razem się bawią — swawolą z dziećmi jak dzieci. 

Wolność, równość! 



— 209 — 

Bo też stosunek ówczesny uczniów do nauczycieli, po- 
mimo surowej (lyscyi)liny, był inny; — serdeczny i patryar- 
chalny. Ciągła styczność, w domu, szkole, na rekreacyach, — 
uczniów i przełożonych, ciągła czujność szkolna więcej ojcow- 
ska niż urzędowa, była tego przyczyną. Nauczyciel, aby wzbu- 
dzić uszanowanie, nie potrzebował pozować na urzędnika, lub 
uczonego, chociaż był nim nierzadko, — ale po prostu czuł 
się wobec dzieci, zastępcą rodziców — a dziatwa to czuła. 
Przypominam ci te drobiazgi, dlatego, żeś od tak dawna na 
obczyźnie żyjąc, — zatracił może ich pamięć.... 

— O nie; przerwał mi Ancypa, — pamiętam ja to wszy- 
stko dobrze. Tyle lat myśląc o tern i tęskniąc, wyryłem to 
sobie głęboko w pamięci. Mów, — słucham cię z przyjenmo- 
ścią. I dalej dodał. 

— Dziwna rzecz — jak ta nić co nas z ziemią rodzinną łą- 
czy, — im bardziej się rozciąga, wytęża, im bardziej boli nas 
w duszy, — teni większej nabiera mocy. Któż z nas, — gdy 
mu przyszło opuścić na długo ustroń domową — nie doznał, 
ujrzawszy się na obczyźnie , — jak to nieraz , mimo chaosu 
wrażeń, natłoku nowych widoków, — na tle mętnem obcych 
żywiołów, występują zarysy wywołane pamięcią serca, zarysy 
rodzinne, swoje. Któż nie wie, jak to często, pod wrażeniem 
pysznych dzieł natury lub sztuki — zlatuje nam tak niespo- 
dzianie do duszy, tak bez związku z tem co otacza, — myśl 

domowej strzesze.... myśl przesiąkła świeżym zapachem oj- 
czystych pól.... jak wysuwają się z ciemnej dali, — drobne 
okoliczności, gdzieś głęboko zarzucone w zakątkach pamięci. — 

1 tak naprzykład: oto gdzieś przed tobą roztacza się widok 
wspaniały, gór niebotycznych — lub morza , tych największych 
ogromów widzialnych na ziemi. Majestatyczny ten obraz ude- 
rza cię, wstrząsa, zachwyca. A tu naraz, — staje przed 
oczami twej duszy, — jakiś drobny, skromny, a tak miły, tak 
ci niegdyś znany i sercu drogi, zakątek twej rodzinnej oko- 
licy. Widzisz tam wszystkie akcessorya wiejskiego życia: — 
i żniwiarzy na zagonie, i powrót trzody o wieczornej porze, — 

ipsa ulubieńca twego, — zachód słońca za bór sąsiechii. Albo 

WH|ioniiuenia '• "«'! Wilii i Nieiunu. ^^ 



— 210 — 

znowu w jakiejś pysznej stolicy, — wśród grzmiących potoków 
orkiestry jakiegoś arcydzieła — jakiegoś olbrzymiego festiwalu . 
gdzie mistrz nowoczesnej muzyki, wszystkie dźwięki całego 
świata, — od huku gromów — ryku burzy, aż do pastuszej 
fujarki, zebrał — i rzucił zdziwionym tłumom ; — naraz ude- 
rza twe ucho , znany dobrze sercu , pieszczotliwy głosek twej 
małej ukochanej siostrzyczki, — którą gdzieś tam daleko, da- 
wno, unosisz zalęknioną i drżącą przez strumień wezbrany ; — 
czujesz jej rączęta dokoła swej szyi — tulisz ją do swych piersi, — 
bo jej „tak straszno!" I oto, gdy cała ta pyszna sala rozlega 
się od frenetycznych oklasków — oko twoje łzą zaszło, na w^spo- 
mnienie tej dalekiej i cichej twojego życia oazy!... O, dzi- 
wna to własność pamięci serca — w niej rozkosz i męczar- 
nia nasza! 

— Aby ci dać dowód jak dobrze pamiętam czasy szkolne, 
wyliczę ci cały skład koła nauczycieli szkół Słonimskich. 
A więc najprzód zaczynam od góry. Prefektem był, po ustą- 
pieniu ks. Stałkowicza, mianowany przez władzę okręgową, 
Przecławski, rotmistrz byłych wojsk polskich. Trzymał szkołę 
w rygorze wojskowym. Pamiętam go dobrze z niejednej egze- 
kucyi, — bo drzwi jego kancelaryi były właśnie naprzeciw 
drzwi konwiktu, którego byłem alumnem. Co do profesorów: 
Nauczycielem religii (katechetą) był ks. Koźmian; języka pol- 
skiego i łaciny ks. Zobern; języka francuskiego i rosyjskiego 
ks. Antoni Jankowski; historyi i geografii ks. l^aniewicz; nauk 
przyrodniczych i fizyki ks. Bujniewicz; matematyki ks. Więc- 
kiewicz; niemieckiego języka i rysunków Ocieszko. Nad kon- 
wiktem dozorcą był ks. Jankowski , a potem Zajkowski student 
uniwersytetu wileńskiego. Przełożonym, czyli jak zwykle zwano 
„prałatem" zgromadzenia XX. Kanoników Latterańskich , byl 
zacny i miły staruszek ks. Taus. Zwykle gdy mu kto z nas 
do Mszy Św. służył — brał go z sobą na śniadanie, gdzie 
otrzymywał sporą porcyę łakoci. 

— A jakże to były piękne, te nasze z profesorami poże- 
gnania, w ostatnim tygodniu przed dniem św. Piotra i odja- 
zdom na wakacye. Jakże mi to wszystko tkwi w pamięci! 



— 211 — 

Nil każdi}; ostatiihj; lekcyc ubieraliśmy zwykle klasę w ko- 
bierce i kwiaty; — na środku przed katedrą, na posadzce, 
usypany by I dywan wzorzysty z piasku, z cyfrą profesora. 
Na katedrze bukiet z kwiatów olbrzymi. I oto, po drugiem 
dzwonieniu, wchodzi profesor. Cisza uroczysta, — klękamy 
jak zwykle do modlitwy. Pamiętam ją. „Boże wszechmogący! 
zeszlij nam dar Ducha Twego Świętego, — dla oświecenia 
rozumu naszego, i wzmocnienia sił duszy naszej, — abyśmy 
korzystając z wykładanych nam nauk, wzrastali Tobie Twórco 
na cześć, — rodzicom i całemu krajowi na pożytek. Amen". 

Tu występuje jeden z kolegów z przemówieniem. Wszyscy 
])owstajemy. Następuje odpowiedź, — w niej życzenia, poże- 
gnania, podzięki; scena rzewna, bo wszystko to wypowiedziano 
serdecznie i ciepło. — Bo żale, urazy, jeśli i były jakie 
w ciągu roku . znikły zapomniane — i przebaczone z obu stron , 
w uścisku serdecznym ostatniej chwili. Lekcyę zastąpiła po- 
gadanka — nareszcie modlitwa dziękczynna — i do widzenia ! 
do widzenia ! wracajcie nam zdrowi ! 

— Tak to u nas było... Ha, rzuciłem to wszystko — ale 
snąć tak to już być musiało. 

— Opowiedzże mi proszę, początek twojej Odyssei, — od 
chwili gdyś dom porzucił, zagadnąłem go raz, śród naszej 
pogadanki. 

— Przypominasz ten czas, gdy po wybuchu powstania 
1S3() roku, wszystkie pułki koi*pusu litewskiego (którego pułk 
konno-litewski miał swój sztab w Słonimie, — Wołyński w No- 
wogródku, Tatarski w Nieświeżu; a konno -polski w Słucku) 
przechodziły przez Słonim, ciągnąc ku Warszawie. Wybiega- 
liśmy zwykle po za parkan kościelny, przypatrywać się ułanom 
na dzielnych koniach z muzyką wchodzącym do miasta. Że zaś 
Słonim podówczas był na głównej drodze z Rosyi do Polski , — 
więc w ślad za korpusem litewskim, szłj' prawie jednym cią- 
giem nieprzeliczone masy wojska różnej broni, spiesząc do 
Królestwa. To też wnet tysiączne wieści o bitwach zwycięzkich 
armii polskiej — o waleczności I^olaków, — przebiegały lotem 
błyskawicy studenckie kwatery. Pamiętasz dzień . kiedy po laz 

11^ 



— 212 — 

pierwszy, ujrzeliśmy więźniów naszydi pgdzonych na Sybir. 
Stoi mi w oczach dotąd, postać majora rannego, w mundu- 
rze, o ż(3łtych rabatacli. — Był cały pokłóty, skrwawiony, 
blady, a raczej żółty jak wosk. Wieziono go śród mrozu, po 
ostrej grudzie, — na trząskim chłopskim wozie — zaledwie 
podesłanym okruszynami słomy. Znosiliśmy im, co kto miał — 
i mógł, aby zaopatrzyć na drogę. Szczególniej podobała mi 
się młodzież legii wolnych strzelców. Mieli dniować w Słonimie : 
ulokowano ich kilkunastu w jednej kwaterze na Mostowej ulicy. 
Biegaliśmy do nich co chwila kryjomo, znosząc tytoń i różne przy- 
smaki, — a wzajem, słuchając opowiadań o bitwach z moskalami, 
o wojsku polskiem, o życiu obozowem , — wypowiedzianych z za- 
pałem młodzi rycerskiej , i wiary w przyszłość. Byłem już 
podówczas chłopakiem około lat Kitu, i nie będąc jak wiesz 
tęgim do książki — p;'zepadałem za fuzyjką. — Pisanina też. 
do której mię brat mój starszy adwokat zaprzęgał, sprzykrzyła 
mi się. Nasłuchawszy się zatem o Grochowie, Olszynce, Sto- 
czku i t. p, i upatrzywszy chwilę gdy Dembiński zbliżył się 
pod Dereczyn , o mil trzy od Słonima , skorzystałem z trwogi 
moskiewskiej, — w której, na fałszywą wieść o ukazaniu się 
od strony Dereczyna wojsk i)olskich — artylerya, stojąca na 
wyżynach około cmentarza, dała ognia do własnych ułanów 
wracających z rekonesansu, — co było hasłem niesłychanej 
paniki i ucieczki dygnitarzy rosyjskich z rodzinami o mil kil- 
kanaście, bo aż do Nieświeża; — korzystając więc z tego 
popłochu, drapnąłem z domu do polskiego obozu. Niechciano 
mię zrazu przyjąć odsyłając do książki, — i tylko instancyi 
kaprala zawdzięczam, że mię nie odesłano do domu. Gdy 
wszakże przy pierwszej okazyi złożyłem dowód że celnie 
strzelam , — dano mi lekką strzelbę myśliwską — z którą 
uwijałem się w każdej potyczce — polując na kozaków — 
jako ochotnik, — Aż wreszcie po jakiejś gorącej przeprawie, 
spotkał mię zaszczyt — że mię do szeregów przyjęto. — 
Świetny to był dzień dla nmie, zaprawdę — gdy mię po- 
cziwy mój kapral podając uniform, nazwał kolegą! 



— 213 — 

Co było dcilej — wiesz o tern, bu to już do historyi 
należy. Znakomity odwrót Dembińskiego z Litwy, — nasze 
tryumfalne wejście z legią Nowogrodzką do Warszawy, i)rzy- 
jęcie w niej entuzyastyczne walecznej garstki Litwinów. — 
wszystko to wkrótce zasępionem zostało wypadkami, których 
rezultatem był szturm i zdobycie Warszawy. 

Przeszliśmy granica. 1 oto zaczęła się długa i smutna 
historya tułactwa. Rozgoiyczone umysły i serca, — nie mo- 
gły znaleść uspokojenia na obcej ziemi. Wobec fatalnych 
skutków, wyszukiwano ich przyczyn — przy świetle namię- 
tnych rozdrażnień. Ztąd swary, rozbicie na stronnictwa, wza- 
jemne oskarżenia, wyrzuty. Zresztą po co to już wspominać, — 
o czem wiesz. Ot więc, w taki sposób, — od nadziei do na- 
dziei, — biegnąc za każdym jej cieniem, — rzucając się po 
różnych polach pracy, aby żyć — i dożyć lepszych czasów, — 
przeżyłem lat 28. Reszta wiadoma ci. 

Śród takich to pogadanek, w antraktach zajęć zwykłych 
lub spraw ważniejszych co nas zaprzątały — schodziły nam 
nieraz całe wieczory. Lubił namiętnie muzykę — ale nad 
wszystko cenił w niej melodyę; — a cóż dopiero, gdy ta była 
wysnutą z motywów polskich. Nieraz mię prosił o szarej go- 
dzinie, bym mu zaśpiewał znaną piosnkę: „Tam na górce 
jawor stoi". — I najczęściej tak było, że nim pierwszą zwro- 
tkę skończyłem, w czem mi chciał dopomagać, — już on 
umilkł — bo mu łzy głos stłumiły. 

Razu pewnego, wpada do mnie raniej niż zwykle — 
a było to w dniu jakiegoś święta. 

— Wiesz co, powiada — przyszedłem wcześniej umyślnie 
aby cię zastać przed śniadaniem. -- Pyszny mamy dziś ra- 
nek , — więc zróbmy sobie majówkę. Puśćmy się do St. Cloud 
per pedes apostolorum, — tam zjemy obiad — tam ci po- 
każę miejsce, co nam lasy i góry i)0 nad Talkowszczyzną })rzy- 
pomni. Ale wprzód, idąc ulicą Yaugirard, wstąi)isz po drodze 
do mnie. — na kawę. 



214 



— Brawo ! w to mi graj ! — odpowiadam — ale skij-dżeś 
sig to zdobył na taką gospodarkę u siebie, pytam go z uśmie- 
chem, — czy ci jaka flota przypłynęła, — czy może jaki wu- 
jaszek przyjecłiał z Ameryki, co? 

— No, zobaczysz to potem , — a teraz ubieraj się i cliodź ! 
A więc zwijam się żwawo, — i oto za cliwilę jesteśmy 

w kwaterze emigranckiej. Izdebka mała, pełna różnych ru- 
pieci, — przyrządów inżynierskich — dzienników, książek, 
a na wszystkiem znać , że ich właściciel , że gospodarz tego 
mieszkania — nie czuje się w niem u siebie — i jest tu tylko 
gościem. Nic tu nie widać z tego, c© uprzyjemnia pobyt, — 
osładza życie; na wszystkiem czuć tymczasowość — wszędzie 
jakbyś czytał napis, który Karpiński położył na bramie cmen- 
tarnej w Lyskowie — gdzie pochowany został: 

Trzeba było spocząć utrudzonym w biegu... 
I my tu nie na zawsze — tylko dla noclegu. 

Pomimo to jednak — kawa była wyśmienita, z gęstym 
świeżym kożuszkiem — prawdziwie litewska. 

— I zkądże to masz takie specyały, pytam go zaciekawiony, 
smarując świeżem masłem pulchną bułeczkę. — Od wyjazdu 
z domu, nic podobnego jeszcze nie spotkałem. 

— A co , nie mówiłem. I powiem ci więcej , — że to moja 
francuzica, moja gospodyni, — umie takie przysmaki przy- 
rządzać. Ja ją wprawdzie tego nauczyłem. Nie zawsze to ona 
w ten sposób mię fetuje — co prawda, ale gdy się to zda- 
rzy — to umie wystąpić , co się zowie. — Nie ma wprawdzie 
karesu bez interesu — i teraz właśnie w tych oto kluczach — 
co tam na kołku widzisz, leży cały interes i sekret tej sma- 
cznej kawy. Są to klucze od podziemiów, czyli jak tam chcą 
Paryżanie od katakumb paryzkich... Znasz Francuzów, a więc 
znasz ich dziecinną prawie we wszystkiem ciekawość. Biegną 
czwałem gdzie jest tylko cokolwiek do widzenia, — a że wi- 
dzieli już prawie wszystko , co jest i co było do widzenia na 
powierzchni ziemi w Paryżu , — pragną więc teraz coute que 



— 215 — 

(•outu zobaczyć co jest pod zieiiiiii. Co tydzień wi^c mnóstwo 
prośl) ol)le,ij;a nasze biuro. — A że ja w tym wydziale jestem 
jedna z głównych figur — więc moja osoba i protekcya jest 
tu wielce pożądaną. — I oto, w czem leży cały sekret. Kre- 
wni jacyś mojej gospodyni, mają przybyć za dni parę ze wsi. 
Chciałaby więc kobiecina uraczyć ich tem, co podług niej iiaj- 
ciekawszem ma być w Paryżu: widokiem stosów kości lu- 
dzkich — z czasów prawdopodobnie jakiejś epidemii. — i nie- 
zliczonej sieci labiryntów i krużganków utworzonych w czasach 
może jeszcze rzymskich, przez dobywanie kamienia do budowy 
domów', a co wszystko razem wzięte, ma być w nmiemaniu 
powszechnem czemś jeszcze ważniejszem niż same nawet ka- 
takumby rzymskie. Bądź co bądź — to moje podziemne pań- 
stwo , — jakakolwiek jego przeszłość — bywa mi nieraz bardzo 
na rękę; — cicho tam jest przynamniej, — i od czasu do 
czasu odpocząć tam można po wrzawie, huku i stuku stolicy 
świata. — Lokatorowie moi , ktokolwiek oni byli , Gallowie , 
llzymianie czy Francuzi — spokojnie się zachowują i spokoju 
mi nie kłócą. — A że mi wprawdzie brak tam Prozerpiny — 
więc — i z tego względu — spokój zapewniony. 

— Już to snąć my obaj mamy podobne co do tego uspo- 
sobienia; powiadam nui, gdy skończył. I ja od dzieciństwa 
miałem szczególniejszy pociąg do zaglądania wszędzie — 
gdzie tylko były jakie nory, podziemia, gi'oby lub sklepy ko- 
ścielne. — Niezaponmę nigdy awantury naszej , w lochach 
Słonimskich — już po twem wydaleniu. Było to tak. — Pa- 
miętasz tę miejscowość, przed pałacem hetmańskim, naprze- 
ciw placu głównego i kram, — na której za naszych czasów, 
jeszcze było po nad brzegiem wyschłego stawu, kilka lip sta- 
rych i kasztanów, pałacowego niegdyś ogrodu, — a wśród 
nicli , resztki ruin oranżeryi , cieplarni , teatru , i tej pięknej 
w stylu rustyki XVIII wieku altany, która dotąd pozostała. 
Otóż, nieopodal od altany był otwór wiodący do podziemi, 
zasypany w większej części gruzem, tak, że wejście doń było 
niełatwe, a rzucony kamień toczył się gdzieś głucho i da- 
leko. Tentowało to nas zawsze zajrzeć kiedy, co się tam we 



— 216 — 

wnętrzu dzieje? — Pewnej wigc zimy, — a jak raz pa- 
miętam, było to w dzień trzech Króli, — umknąwszy z nie- 
szporów, — opatrzeni w latarkę — ruszyliśmy cichaczem 
w kilku na tę wyprawę. Mróz był siarczysty. Otwór lochu 
jak to powiedziałem był ciasny tak, że zaledwo tylko po je- 
dnemu można było się przecisnąć, odgarnąwszy śnieg i gruzy. 
Kto był z nas pierwszym? nie pamiętam — to wiem jednak 
że nie ja. Gdyśmy się już znaleźli w podziemiu — uczuliśmy 
ciepło, jak gdyby to było w ogrzanej izbie. Zapaliliśmy la- 
tarkę i oto widzimy długi w dół idący korytarz nisko skle- 
piony. Na lewo i na prawo framugi — drzwi, przejścia, jakby 
zaułki, — dalej boczne korytarze; — jednem słowem przy 
słabem świetle, bo w miarę schodzenia w głąb podziemia, 
zgęszczone powietrze, co raz trudniej przepuszczało promienie 
latarek — spostrzegliśmy całą sieć w różnych kierunkach pro- 
wadzonych lochów. Do czego one służyły kiedyś — nie mo- 
gliśmy tego pojąć podówczas*). Idziemy tedy — idziemy — 



*) Były to przejścia i kanały podziemue właściwe owym czasom, 
kiedy na wzór francuskich rezydencyi , zakładano i u nas ogrody 
w pańskich dworach — pełne tajemniczych labiryntów, siupryz , 
na ziemi i pod ziemią, — wodociągów, stawów, ką-pieli , wodo- 
trysków, i wszelkiego rodzaju czarów z tysiąca i jednej nocy, — 
w które się bawił wiek XVIIIty. Nie należy się zapominać, że 
autorem tego był hetman Ogiński — człowiek wykształconego 
umysłu i smaku — i magnat w całem znaczeniu słowa — który 
swym sumptem przekopał noszący jego imię dotąd , kanał i po- 
łączył z Dnieprem Niemen. — Przy tej sposobności nie od rze- 
czy będzie przypomnieć czytelnikom przeszłość Słonima. 

Położony na lewym brzegu Szczary, sięga swym począ- 
tkiem odległych czasów. Według ruskich i litewskich kronika- 
rzy, a za nimi Długosza, miasto to występuje w dziejach już 
w roku 1040, kiedy Jarosław Wielki książę ruski, syn Włodzi- 
mierza Wielkiego , spotkał się na polach Słonimskich z Litwi- 
nami i pokonał ich tak przeważnie , że potem najechawszy 
właściwą; Litwę do Niemna, i)rzymusił ją do hołdownictwa na 
czas niejaki. To pewna wszakże, że w XIII wieku, był Słonim 
grodem czyli zamkiem drewnianym , który Kajdan brat i wódz 
Batego, najechawszy z Tatarami w 1241 roku z ziemiią zrównał. 



217 



liowoli — ostrożnie — z \vrastajćj,tii; comz bardziej obawą — 
niosąc przed sobą latarkę — trzymając się prostego kierunku , 
.śród i)oplątanych sieci tych lochów, — a tymczasem im głę- 
biej , dalej , — tem duszniej , a serce bije tem mocniej. — 
Idziemy, więc coraz wolniej wstrzymując oddech. — Wtem naraz 
krzyk jakiś czy jęk straszny, nieludzki, dziwny, rozległ się 



Musiał go niewątpliwie tak jak Grodnu i Nowogródek odbudo- 
wać w tymże samym roku Erdzwił syn Kyngotta ijanujtjcy wów- 
czas w Litwie i po ustąpieniu Mongołów zajmujący tę stronę 
Słowiańszczyzny. Podczas zaburzeń Litwy pod Mendogiem , Lew 
syn Daniela księcia Halickiego, zdobył w 1252 roku Słonim, 
wszakże to miasto wskutek przymierza między księciem Danielem 
a królem Men logiem 1258 roku zawartego , ostatecznie za 
własność litewska przyznane zostało. 

Z czasem, Słonim tak dalece wzrósł, że około 1290 r. 
Montwid najstarszy syn Gedymina , otrzymawszy od ojca dziel- 
nicę na Koraczewie i Słonimie, w nim założył stolicę swojego 
księstwa. Opieka panujących w dynastyi Jagiellońskiej , oraz dłu- 
gie lata pokoju, podniosły jeszcze więcej to miasto, i zjednały 
mu od Zygmunta 1, 1522 roku, nadanie praw magdeburskich. 
Następnie przy zapadłej Unii Litwy z Koroną,, Słonim stał się 
miastem sadowem gdzie gród i ziemslwo ustanowione były. 
Zygmunt August zaprowadził w nim też jarmarki. Zygmunt III, 
urządził magistrat, i nadał Słonimowi herb lwa złotego z krzy- 
żem podwójnym. Po zniszczeniu Słonima podczas wojen za Jana 
Kazimierza, i zatraceniu oryginalnych przywilejów, król Michał 
w 16G9 roku wszystkie prawa i nadania poprzeduików zatwier- 
dził. Znowu tedy Słonim był jednam z ważniejszych miast dru- 
giego rzędu na Litwie , tak przez swą ludność jako i przez 
handel, gdy Michał Ogiński lietman wielki litewski, dostawszy 
starostwo słonimskie i osiadlszy tu na początku panowania Sta- 
nisława Augusta, długim pobytem bogatego dworu swego, 
i przedsięwzięciami pożytecznemi , podniósł jeszcze bardziej 
i uświetnił to miasto. W samym prawie środku wymurował 
obszerny pałac, i skupiwszy kilka prywatnych rlaców, zapełnił 
je różnemi wielkiemi budowlami, między któremi celowały, dom 
opery, ujeżdżalnia, gmachy rzemieślnicze, wszystkie zaś oto- 
czone były rozległemi i pięknemi ogrodami. Ale nie na tem 
poprzestał hetman. W 1777 roku założył we dworze swoim dru- 
karnię, w której drukował różne swoje i innych dzieła, a co 



— 218 



z głębi podziemia! — Byliśmy dziećmi, — wi^c w nogi! — 
na łeb na szyję! — dopadamy otworu, — kto był pierwszy, 
kto ostatni , i jak mu z tem było , w tym popłochu — nie 
pomnę — dość , że wydostaliśmy się wszyscy na wierzch. Ale 
cóż — ochłonąwszy, spostrzegliśmy, że nasze czapki, płaszcze, 
latarki — wszystko zostało pogubione w podziemiu. — Co tu 
robić? — Strach pomyśleć, czem to grozi, gdy o tej eskapa- 
dzie dowie się prefekt! 

Więc rada w radę, — co począć. 

— Posłuchajcie mnie, mówi jeden, — chodźmy do Ilahozy — 
to zuch i starszy od nas wszystkich, — a widziałem że ma 
złamany pałasz, — on nam pomoże wydobyć to wszystko 
i niepowie nikomu. 

A więc tak i zrobiliśmy. — Połechtana ambicya Kahozy 
dopomogła nam go łatwo namówić do wyprawy — gdzie jego 
męstwo miało nas uratować od plag niechybnych. 

— To wam się tak zdało ze strachu — powiada idąc na 
czele naszego hufca, nasz zuch zawołany, — to był puhacz 
lub sowa — co wam tak huknął; — coby tam miało być in- 



wicksza, wykopawszy własnym kosztem kanał z Jasioldy do 
Szczary, płynącej przez Słonim , i połączywszy w ten sposób 
Niemen z Dnieprem , ożywił miasto handlem i przemysłem. 
Słowem , Słonim za czasów Ogińskiego , był głośnem na cały 
kraj siedliskiem gustu , przemysłu i wytwornych rozrywek. 
Wszystko to upadło po ostatnim podziale dawnej Polski , a gma- 
chy poszły w ruinę. 

Słonim zdawna posiadał liczne kościoły i zakłady reli- 
gijne. Dotrwały z nich do j)oło\vy XIX wieku następne : Fara , 
zbudowana naprzód z drzewa w 1495 roku ; — kościół i klasztor 
Bernardynów 1630 roku; — Bernardynek 1745 roku; — Bene- 
dyktynek 1C48 roku; — Kanoników Later. 1653 roku; — Ma- 
ryanitek 1660 roku; — Dominikanów 1689 roku; — Jezuitów 
1717 roku. Był tu nawet Meczet tatarski i synagoga żydowska 
jeszcze 1642 roku wymurowana. Z czasem kościoły te i klasztory 
skasowane zostały lub przerobione na świątynie prawosławne. 
Do niedawna posiadał Słonim szkoły powiatowe , utrzymywane 
przez ks. Kanoników, oraz sławne fabryki sukna. (F. M. S. En- 
cyklopedya powszechna). 



219 



nego? - tellurze jesteście i basta. — Dtirmo zaklinaliśmy się 
że coś tam na prawdę straszy — jęczy — że ktoś tam jest. 
Nie ł)yl() Si)OSobu z nim się spierać, nie wierzył. Przychodzimy 
tedy na miejsce; — żwawo za wodzem naszym włazimy znów 
do lochu , — zapalamy kilka latarek — i z wołaniem i krzy- 
kiem — który w niejednym z nas pokrywał strach własny, - - 
idziemy w głąb. — Spłoszone nietoperze thiką się skrzydłami 
o sklepienia, — w locie swym śród pisku zawadzając o la- 
tarki. — Zabieramy po drodze porzucane nasze rekwizyta — 
manatki. — Mijamy wreszcie miejsce zkąd się ów krzyk roz- 
legł — stajemy — natężając słuch ; — cicho jak w grobie. — 
A co , nie mówiłem że nic tu nie ma , odzywa się Rahoza. — 
Aż oto z nn-oku, z głębi, ukazuje się rozkrzyżowana postać — 
straszna, blada. — Czyja, — jaka? — niedostrzegliśmy na 
razie; — gdyż pchnięci instynktem zachowawczym, cofnęliśmy 
się razem z naszym wodzem, — i strach już niejednemu 
z nas przypinał skrzydła do pięt — ale wódz mężny, wstrzy- 
mał siebie i nas jeszcze w porę — i podnosząc swój pałasz 
nadłamany — zawołał: kto tam? — kto jesteś? — Chodź 
tu — słyszysz! 

I cóż ty na to? — oto występuje młody cłiłopak, wy- 
nędzniały, blady, — i pada przed nami na kolana, płacząc 
i wołając: 

— Nie gubcie mnie panicze! 

— Któż ty jesteś? zkąd? co tu robisz? 

— Jestem N. z Zamościa*) — uciekłem od rekruta! — 
nie gubcie mnie, Ja panoczki ne chaczu iści u Moskali!" ja 
nie chcę służyć u Moskala. Lepsz zhinuć tut... 

Okazało się, że ten biedak przesiedział w podziemiach 
kilka tygodni — karmiony przez matkę, która nm nocami 
jeść przynosiła. — Ijrzawszy zaś nas — próbował odstraszyć. 
Ot co jest. 

Rozumie się, żeśmy święcie dochowali tajemnicy. 



*) Zamość, przedmieście Słonima za rzeką Szc/.arą. 



— 220 — 

Po Śniadaniu ruszyliśmy do St. Cloud. Ranek pogodny, 
świeża aura — łąki pokryte kwieciem, rozkoszne gaje, falu- 
jjice zbożem pola — łódki rybackie szybujące po wodach Se- 
kwany — wszystko to nastrajało miłem usposobieniem — 
wznosiło pierś błogiem uczuciem. — Znaleźliśmy też wkrótce 
i znane •miejsce w lesie. — Ciche to było i samotne ustronie. 
— A co, nie mówiłem ci , — zawołał zadowolniony mój ko- 
lega , że w tym zakątku poczujesz się jak w domu. Patrz , 
na te brzozy, graby, lipy, — a oto masz i sosnę i naszą 
poczciwą olszę po nad krynicą — zupełnie tak jak w owym 
lesie za Szczarą albo w Panasówkach, pamiętasz — dokąd by- 
wało opatrzeni kartką pozwolenia profesora botaniki X. Bujnie- 
wicza — chodziliśmy na herboryzacyę po kwiaty. Tożto buja- 
liśmy sobie swobodnie po gajach, łąkach, polach, — zbierając 
pęki roślin, szczęśliwi, jeżeli między niemi udało się, coś 
niewidzianego znalfeść tej wiosny. Mój Boże, czy też ja tam 
kiedy będę? — czy ja to wszystko ujrzę jeszcze kiedy... 

„Bożeż mój Boże, łzami błagam ciebie 

„Jak umrę — daj mi Ukrainę (moją, Litwę) w Diebic! 

(B. Zaleski). 

Cieszyłem go jak umiałem i mogłem — możliwością 
amnestyi, jaka się zapowiadać zdała w zapatrywaniacli rządu, 
od wstąpienia na tron Aleksandra II.. Mała to była jednak 
pociecha — słaba nadzieja. — Tyle on już ich widział — 
i przeżył... 



Gdym malował w Galery i luksemburskiej kopię ze zna- 
nego obrazu Miillera: x\.ppel des Condamnes, co trwało kilka 
miesięcy, gdyż w nim samych figur i)ortretowanych było kil- 
kanaście — przychodził zwykle do mnie po obiedzie i bawił 
do wieczora. Bo winienem tu powiedzieć, że w ostatnich cza- 



— 221 

sach tej roboty, malowałem w tej galoiyi od laiia do wieczora , 
zaledwie na i)ółffodzinną przerwę wybiegając do bliskiej ka- 
wiarni na obiad. Wyjątkowe to pozwolenie pracowania, po za 
godzinami zwyklemi, t. j. urzędowemi, otrzymałem w nastę- 
pnej okoliczności. Pewnego razu główny Dyrektor Paryzkich 
Muzeów, hr. Newkerke, znakomity artysta — dygnitarz i ulu- 
bieniec dworu, przechodząc przez główną salę — gdziem pra- 
cował — zatrzymał się przed tym obrazem, z którego właśnie 
wykonywało się większych lub mniejszych . kilkanaście kopii ; 
zbliżywszy się do mojej sztalugi powiada: 

— Monsieur, je vous fais mes comj)liments. Vous avez rćussi 
tres bien dans Yotre travail; la resemblance est parfaite antaut 
l»our rexpression, que pour la couleur. Yraimi.nt, vous avan- 
cez avec une vitesse et une facilitć admirable. 

— Monsieur le comte, je suis enchantć de Thonneur (pu 
me fait Yotre attention , odpowiadam, Mais ąuant a la vitesse , 
dont Yous daignez me faire Teloge je n'en suis pas satifnit 
autant comme je Taurais dósirć. 

— Et pourąoi , s'il vous plaitV — przerywa mi. 

— Parce (jue dans un mois je dois (piitter Paris et dans 
ce dćlai de temps, ii ny a jms moyoii, d*achevcr tout co qu'il 
y a encore a faire. 

— Eh bien... 

— VA Yotre P2xellence nMgnore pas, que selon les rcgles 
rccues au Musee — -on nous me i(-i — a 4 heurs — Mes- 
sieurs et Mrdames, on feiine! — Yoila! 

— Ah, si ce n'est que cela — Comme ii ny a pas des re- 
gles sans exception — ('criy.ez doiic moi oficielment un petit 
mot — et je Yous enveiTai rautorisation — pour roster 
jusqu'{iu soir''). 

Odtąd więc, po całych dniach pracowałem w Galery i. 
JJyła to robota ciężka i żnuidna — bo w szczegół}- oryginału 



*) Winienom tu nadmienić że w galeryarh paryskich, przyznawano 
powszechnie zn moich czasów, wyższość artystom akad(>mii Po- 
tersburskiej w gruntowiiej znajomości rysunku. 



— 222 — 

musiałem wpatrywać się przez lornetkę — a malować przez 
okulary; zmiana więc ta ciągła szkieł fatygowała oczy, i stała 
się początkiem osłabienia wzroku. ■ — Lecz , że tej pracy, która 
była przeznaczona dla Litwy, towarzyszyła une arriere pen- 
sće — więc ją od początku do końca wykonałem eon amore. 

Bo też to dziwnie piękny obraz, — i niezawodnie jeden 
z najpiękniejszych jakie w rodzaju historycznym szkoła fran- 
cuzka posiada. Nie znam drugiego co by tak wymownie z taką 
prawdą, siłą — a zarazem z takim wdziękiem oddał tak dra- 
matyczny epizod historyi Francyi. 

Jestto scena z Terroryzmu, — z czasów, gdy rozszalała 
tłuszcza ludności paryzkiej , wespół z ówczesnym rządem Ma- 
ratów, pastwiła się nad szlachtą, inteligencyą i wszystkiem 
co z nią zbliżonem było; — z czasów kiedy Francya straciła 
tylu z najlepszych swych synów, — i to jeszcze z pośród tych co 
inicyatorami wielkiej , szczytnej i pięknej po wszystkie wieki 
byli rewolucyi 1789 roku*). Znalazła ona i u nas oddźwięk, na 
przygotowanem już polu: była nim konstytucya 3 Maja; 
lecz tu i tam — zła wiara i przemoc śród zgubnej reakcyi , nie 



*) Oto co o niej powiedział Tliiers w mowie swej : O wolności jłoli- 
tycznej mianej 28 Marca 1865 roku. „W rewolucyi francuskiej , 
mówi on , jest jeden dzień , czyli raczej pamiętna noc , — noc 
4 Sierpnia 1789 roku. Wiecie dobrze, co się w tej nieśmiertel- 
nej nocy stało. 

Oto monarchizm pospieszył zrobić wtedy ofiarę ze wszy- 
stkich swych prerogatyw. Ale były to czasy, gdzie nie sam król 
miał przywileje; mieli je wszyscy: szlachta, duchowieństwo, 
mieszczaństwo , prowincye , miasta. To też nic dziwnego , że 
wobec tak licznych przeciwników, naród mimowolnie czuł pe- 
wien rodzaj niepokoju , jak niedoświadczone wojsko , gdy zwia- 
stując waln^ bitwę , po raz pierwszy zaryczy armatni wystrzał. 

Wtem, szlachta francuzka, podobnie jak w bitwie pod 
Fontenay, pierwsza rzuciła się na groźne Angielskie szyki, — 
by nie zostawić chwałę samej piechocie ; tak w tem zdarzeniu . 
pierwsza rzuca się do trybuny i składa w ofierze swe przywi- 
leje, a wszyscy jej członkowie bez wyjątku biorą w tem udział. 
Za jej przykładem idzie duchowieństwo i publicznie wyrzeka sie 
przywilejów, dziesięciny, beneficyów. Z kolei, naśladuje ja 



— 223 — 

(lały rozwinąć sie i wejść w krew i życie temu co l)ylo dzie- 
łem najszczytniejszego uniesienia — i rozunni. 

Oto układ ol)razu. 

W posępnej sali więzienia Concićrgerie , oczekuje osta- 
tniej cłiwili zgromadzone liczne gi-ono więźniów, skazanych na 
śmierć... Lica icli wynędzniałe, ubiór zmięty — ale czoła ja- 
sne. — Czuć, że to kwiat społeczności francuzkiej. — Na przy- 
ćmioną przestrzeń więzienia , i)romioń światła pada z ukosa 
i giupuje tę natłoczoną masę ludzi, uwydatniając kilkanaście 
dziwnie i)ięknycli ])0staci. — W środku obrazu, na pierwszym 
planie, siedzi zadumany z ołówkiem w ręku, Andre Chenier, 
serdeczny, sympatyczny poeta — kreśląc swój wierszyk przed 
śmiertny : 

Comme un dernier soupir 

Comme un dernier zepłiir 

Ranime la fin d'un beau jour... 

Au pled de Tecbataud j'essaie encore ma lyre 

Qui va se taire pour toujours 



Pent — etre, est ce bientot mon tour.... 

A tymczasem dalej , po za nim i w około niego odbywa 
sio scena tragiczna — scena ostatniego pożegnania. l>o oto 
za chwilę, wszystkie te piękne, te szlachetne głowy — padną 
pod toporem gilotyny, aby zaspokoić dziką tłuszczę — tych 
szakalów nie ludzi , co tam pod drzwiami wiezienia wyją — 
dojmminając się krwi. 

Nadeszła chwila ostatnia. — Urzędnik najwyższego try- 
bunału, czyta listę osób, — które mają być wnet wiezione 
na plac egzekucyi; — fatalny wóz już czeka przed progiem 
więzienia, — a tymczasem jeden ze zbirów, wspiąwszy się po 



z równymżo zapałem stan trzeci; a gdy już wszystko było ofia- 
rowano, to jeszcze szukano w pamięci, czy nie zapomniano 
jakiegoś przywileju , który])y w tym dniu można 1)y}o złożyć na 
ołtarzu ojczyzny. 



— 224 — 

nad innych — jak widmo piekielne, z cieniów nocy, z uśmie- 
chem szyderskim, wyciągniętą ręką wskazuje każdą ofiarę 
inzeczytaną. Straszna scena. Bo oto patrz , tam nieopodal matki 
karmiącej niemowlę — zrywa się z miejsca, jakaś młoda, 
piękna kobieta — w tej chwili wywołana, — bujne zwoje wło- 
sów spadają w nieładzie na jej ramiona — zachwiała się — 
ale się oparła o poręcz krzesła. — „A więc już!..." — zdaje 
się słyszeć z ust jej wyrwane słowa ; — inna wleczona przez 
oprawcę wyciąga ręce do jakiegoś Dantona czy Marata; — 
inną znów błogosławi na śmierć sam również skazany bisku]). — 
Tam znów policyant ciągnie brutalnie jakiegoś mężczyznę; — 
tam żona i matka tulą się do piersi ukochanego syna , męża — 
co je ostatnim uściskiem żegna; — a oto postępują dwaj jacyś 
przyjaciele, ująwszy się w objęcia; — idą rzucając wzrok litośnej 
wzgardy na tych krwiożerczych zbirów, tych wszędzie i zawsze 
podłych i głupich kijów nadużytej władzy; — tu znowu \)0- 
grążona w zadumie — młoda, piękna i dumna arystokratka 
w wykwintnej toalecie, z którą tak było do twarzy kobietom 
owej epoki, — czeka spokojnie swojej kolei; — a tam —naj- 
dalej, w głębi, — we drzwiach, po za któremi stoi ów fa- 
talny wóz, — widać chwiejącą się postać powiewną księżnej 
Chimće — którą, o zgrozo! rozbestwiony motłoch szarpie. 

Okropna chwila! — umiał ją wybrać i wyzyskać mistrz 
znakomicie, — tem szczególniej, że w niej pozostawił wi- 
dzowi do dopowiedzenia — ostatnie słowo. 

Jakichże to rozmów i sądów nie nasłuchałem się , jakich 
scen nie napatrzyłem , przez ciąg kilkumiesięcznej pracy 
przed tym obrazem — wśród tłumów co tam przeciągały! 
— Dziwny to naród ci Francuzi, — powiada mi raz An- 
cypa, wpatrując się w ten obraz. Nie znam drugiego, coby 
posiadał tyle i w tak wysokim stopniu sprzecznych usi)Osobieii 
i popędów. — Zdaje się, że cała gannua uczuć ludzkich, na- 
strojona do najwyższej potęgi, dostała mu się w udziale. To 
też nic dziwnego , że w nim ilekroć są podrażnione jego na- 
miętności, — les extremitees se touchent. Lubię ich jednak, 
bo bądź co bądź, jeśli są zdolni do czynów, które w dam^j 



_ 225 — 

chwili obiuzujij, ludzkość — wszystko co szczytno i piykuu oni 
wnet to pojnuj pierwsi ; a jakkolwiek różne rządy, różne prądy. 
JKunują nieraz koła ich rydwanu — i cofają go wstecz — 
przecież wszędzie i zawsze upjircie, na wszystkich polach 
l)racy, składają dowody że żyją — że w nich żyje idea którą 
kiedyś podjęli — i gotowi za nią w danej chwili dać mienie 
i życie. 

Wygadują na nich ci zwykle, co albo im dorównać nie 
mogą — albo co zaledwie znają ich po wierzchu — pływając 
w szumowinach paryskiej społeczności. Ale kto miał sposo- 
Imość przypatrzyć się im bliżej — i zajrzeć głębiej, — kto 
się tu jął jakiejś pracy — i zetknął się z pracownikami, na 
jakiemkolwiek polu. jakież tu napotkał skarby, jaką gotowość 
pomocy, jakie ułatwienia i jakie poszanowanie pracy! 

A też dzieła dobroczynne, dzieła miłosierdzia! — pu- 
bliczne, prywatne; — a też instytucye, też ogniska światła, 
dostępne wszystkim , wygodne , otwarte od rana do nocy ; a owe 
biblioteki, nmzea, bezpłatne kursą, wykłady najznakomitszych 
uczonych : — w Sorbonie , College de France , Conservatoire 
des arts et metiers i t. p. , gdzie w zimowych wieczorach — 
w ogizanych salach wysłuchać można pełnego kursu rozmaitych 
nauk , sztuk , rzemiosł i t. p. A dodać do tego grzeczność , 
uprzejmość, względem cudzoziemców. — Gdzie znaleźć coś 
podobnego? 

Wielu z naszych rodaków w kraju, szczególniej półpan- 
ków. choi-uje na francuzczyznę , zapominając że weszła u nas 
w modę, w najsmutniejszym peryodzie naszych dziejów, — 
ale szkoda, że biorąc parlotcanie francuzkie za cechę dobrego 
tonu — nie chcą naśladować francuzów w zamiłowaniu tego 
porządku, tego ładu i poszanowania obowiązków — jakiemi 
Francuzi górują po nad wszystkimi. 

— A ich duchowieństwo? — dodałem. Jakież to w niem 
wykształcenie, gorliwość — jakie poszanowanie swej sukni. 
( )statniej niedzieli , byłem na konferencyi ojca A. Gratry. Mó- 
wił do proletaryatu „O ubóstwie" i co powiesz — po wy- 
słuchaniu tej prostej, a tak potężnej prawdą, jego mowy, — 

Wspomnienia z mul Wilii i Niemna. \^> 



— 226 — 

pierwszy raz w życiu dziękowałem Bogu żem się nie urodził 
bogaczem. 

Pewnego dnia, wcliodzi do mnie o niezwykłej porze — 
cały przybity, zmieniony do niepoznania. — Co ci jest — i)y- 
tam — czyś chory?... 

— Czy wiesz , powiada mi z goryczą — wszak to tam u nas 
lianiebne dzieją się rzeczy. — Czy uwierzysz, że znaleźli się 
tacy, co stanęli okuniem do sprawy, co nas, — co świat 
cały dziś tak zajmuje — do sprawy włościańskiej ! Mój Boże , 
ktoby się tego spodziewał ! I oto już Anglicy piszą, — sam 
to czytałem, że szlachta nasza targuje się o funt chłopskiego 
mięsa. — Co za hańba! A oto masz dowód, że powiedzieli 
prawdę. 

Tu mi pokazał wiersz Syrokomli , w którym poeta wobec 
tego co widział — śród pewnych kół szlacheckich — ciska 
o ziemię swą tarcza herbową. 

— No, i cóż ty na to? 

— Ha, — trzeba i to połknąć — choćby się przyszło otruć... 
K^eczywiście , znaleźli się ludzie, a było ich sporo, do 

których interes osobisty przemówił głośniej niż wszelkie głosy, 
którymi przeszłość , obecność i przyszłość wołały. Zagrożeni 
zmianą stosunków włościańskich, w dotychczasowym dobroby- 
cie , wyszukiwali wszelkich sposobów, aby zapobiedz , by ta 
zmiana jak najmniej dotknęła ich mienia. Była to wprawdzie 
mniejszość, ale mniejszość groźna, bo szumiąca po wierzchu. 
Stanęła jej w opozycyi ta część społeczności, która złożona prze- 
ważnie z ułamków dawnych rodzin, wierna tradycyi, nie czując 
potrzeby świecenia fałszywym blaskiem , — żyła w spokojnej 
rezygnacyi, w cichem pełnieniu obowiązków, w zewnętrznej 
i wewnętrznej harmonii z życiem otaczającego ją ludu- — a więc 
w zgodzie z przeszłością i przyszłością. Takie rodziny zostały 
już teraz, jak owe stare krzyże, na zarosłych chwastami dro- 
gach, — mimo których, nowo rzniętemi kolejami, dymiąc 
i świszcząc pędzą tłumy, zaprzątnięte na pozór różnymi, 
a w gruncie jednako egoistycznymi celami. Reszta zaś szlachty, 
co jeszcze dosiedziała na zagonie ojcowskim, co poczciwie 



— 227 — 

oranty skil)v nie skiopiła łzami cudzej krzywdy, zgłuszona 
hałasom. — zgnelnomi potrącaniem, — patrzała w snmtnem 
osłuiiioiiiu na ten korowód dorobkowiczów . exekonomów. 
spanoszonych plenipotentów, wszelkiego rodzaju spekulantów. 
l)ółpanków — niewylijczając prostycli szachrajów, — a na- 
reszcie tyciu wszystkich, którym zabójcza dla nas atmosfera 
rządowa iJOsłużWa przedziwnie do wykłócia się i wzrostu. 

Dopóki był czas deklamacyi, panowie ci udrapowawszy 
się w patryotyczne frazesy, przybierali postać ofiary skrępo- 
wanej w wielkodusznych porywach, — ofiary odepchniętej od 
czynu — od spraw publicznych — znmszonej do rezygnacyi 
rozsądnej. To ostatnie wyrażenie, dające się wyłożyć i określić 
każdemu . według słownika własnego jego sumienia , było już 
bardzo wygodne; — znaleźli jeszcze wygodniejsze, powiadając 
że co robią dla siebie, to robią wszystko dla dobra kraju. 
Ten więc płaszczył się i podlił ażeby otrzymać tytuł i stopień 
dla służenia krajowi . -- ów rujnował się na przepych i pozór 
pańskości , żeby znaczenie dozwalało mu opiekować się krajem , 
inny frymarczył, zdzierał, ciemiężył, powtarzając ciągle, że 
wzrost majątków prywatnych jest wzrostem bogactw krajo- 
wych. Aż oto niespodzianie przyszła na nich próba; zostali 
powołani do czynu, na dnie którego ł)yła konieczność ofiary. 
Jak ją pojęli wiadomo.... 

Gdy wieść o tem rozbiegła się śród polskich kół w l'a- 
ryżu, po naradzie ze starszyzną wypadło odezwać się do kraju. 
Miało to być w formie najzupełniej prywatnej. — Wszystkie 
kot ery e na to przystały — biorąc na siebie każda drogę 
i fornuj właściwą w celu wykonania tego zamiaru. 

I oto jakkolwiek nie należałem do żadnej z tych koteryi — 
na propozycyę jednej z nich, napisałem: „Kilka słów Li- 
twina", zwracając je do szlaclity i duchowieństwa, które za- 
kończyłem temi słowy: 

A więc w Imię Boże — do dzieła! 
....przyszłość chmurna, rola posiewu czeka — mająż siać na 
niej wrogi nasze?... Azaliż nie pora podnieść z barłogu brata 

15* 



— 228 — 

Łazarza! Mamyż stać jak ów słup żony Lota i wzrok tęskny 
zwracać w grzeszną przeszłość, — i w gnuśnej nieczynności 
lub w niezaszczytnem szamotaniu się, nie czuć i nie wiedzieć, 
że od tego dzieła zależy rozwiązanie najważniejszego dla nas 
pytania: być albo nie być? 

Ducłi czasu nagli, domaga się sprawiedliwości, woła do 
porządku! — wywraca bałwany fałszywych bogów, — rozpę- 
dza przekupniów z domu modliwy; — nie przestaje na for- 
mie — żąda treści. Chce duchowieństwa, któreby nie jako 
zbir przynosiło kajdany... lecz było owym posłańcem nieba, 
który budzi Piotra i uprowadza z więzienia ; — chce , aby 
słowo: „braterstwo szlachty" nie było czczeni słowem 
dla ludu; aby wszystko na swem miejscu stało. 

Przyjdą ofiary, prace, cierpienia, wszędzie i zawsze nie- 
odstępne tworzeniu dzieł wielkich — lecz niech te cierpienia 
będą cierpieniem matki , która płód poczęty w miłości wydaje 
w boleściach, — ale się ku przyszłości uśmiecha... 

Wymówki nie ma. Wszystkośmy mieli i wszystko mamy, 
co na tę drogę usposabia, co hartuje ducha i daje popęd spo- 
łeczności; — i bodaj czyśmy nie mieli więcej, niż inni. Nie- 
szczęścia tylu nazwisk, biły piorunami w naszą krainę, — 
życie nasze zbudziło się przy głuchym jęku cmentarnego 
dzwonu; — kolebka nasza oblana łzami matek; — młodość 
wykołysana przy śpiewie największych wieszczów, — dojrzała 
pod wrażeniem wielkich dzieł na świecie. Wszystko nam dane 
co powinno wskazać drogę. — I oto wieszcze umilkli — nastą- 
piła cisza — oczy się wszystkich ku nam zwracają, bo do- 
powiedziane ostatnie słowo, bo już nadszedł dla nas wiek 
męzki — bo nadszedł dzień czynu! 

„Zgińcie me pieśni — wstańcie czyny moje!" 

(Z. Krasiński). 

Gdym to przeczytał w kole kilku osób, rzucił mi się 
na szyję pierwszy Ancypa — dziękując serdecznie. 

Wkrótce potem nadszedł czas mojego wyjazdu. Łatwo 
sobie wyobrazić, jakie było nasze pożegnanie! Przeprowadził 



— 229 — 

luic o kilka stacyi. — I oto, znak dany — ostatnie nściśnie- 
nie — i — do widzenia — daj Boże — w kraju! 
Nie ujrzałem go już!... 

W 1861 roku otrzymałem list jego z radosną zapowie- 
dzią powrotu , wskutek carskiej amnestyi. Po roku , pisał mi 
z kraju, że zamieszkał przy swej młodszej siotrze, w ocze- 
kiwaniu, aż będzie iiióał staną (' o własnych siłach, ahy słu- 
żyć krajowi. 

Nareszcie nastał rok 1863. 

Gdy mię z rozkazu Murawjewa po raz drugi uwięziono — 
w drodze do Ołońca, między Mińskiem a Wilnem, na stacyi 
pocztowej , w chwili gdy mój żandarm na stronę się uchylił — 
jeden z podróżnych — podał mi numer Kuryera Wileńskiego — 
chcąc zapewne dodać otuchy umieszczoną tam wiadomością, 
o notach mocarstw europejskich w sprawie polskiej. Jakaż 
hyła moja boleść, gdy w załączonym biuletynie wyczytałem 
mniej więcej te słowa: „Dnia 15 Czerwca w Mohilewie 
(nad Dnieprem) stracony został przez powieszenie^ 
były wychodźca z 1831 r., schwytany jako naczelnik 
party i. Ildefons Ancypa". 

Śmierć przyszła w porę, — bo nie dała mu dożyć 
czasu, — kiedy się rozwiały nadzieje położone w Europie, 
kiedy Litwa zmieniła się w jedną wielką mogiłę — a całą 
l*olskę pokryła żałoba... 



SZTUKA I WYCHOWANIE. 



w czasie, gdy słowo „Eefoima" stało się hasłem usiłowań 
i prac ludzi dobrej woli, niech mi wolno będzie rzucić tu słów 
kilka, aby zwi'ócić uwagę na ważny brak, który spotykam 
w naszej publicznej i prywatnej edukacyi. a który wypełnić, 
byłoby — zdaniem mojem — jednem z najpilniejszych i naj- 
ważniejszych zadań obecnej chwili. — Pod brakiem tym ro- 
zumiem niedostateczny wzgląd na żywioł estetyczny, na sztukę , 
jako jeden z wielkich czynników szlachetnie pojętego wy- 
chowania. 

He sztuka wywiera wi>ływu na ukształcenie hubikości. 
ile jej dobra przynosi, dawno to już uznanem i dowiedzionem 
zostało. — „Sztuka jest to nieskończoność w skończonem — 
wyrzekł Kant." — Jestto pochodnia która objaśnia i tłumaczy 
dzieła Boże, — „rysunek zaś jest najpowszechniejszym języ- 
kiem. Mówi on silniej niż słowo , a wszystko co jest pod słoń- 
cem, może być dlań zadaniem" — powiedział Poussin. 

W obecnem dążeniu do upowszechnienia narodowego wy- 
kształcenia, dźwignienia rękodzieł i przemysłu, dla któiych 
wynalazki i komunikacye otwierają szerokie pole , ważne bez- 
wątpienia miejsce zajmuje rysunek. — Dowodzi tego potrzeba 
nadzwyczajna architektów, inżynierów, mechaników, wszelkiego 
rodzaju techników i specyalistów, których rząd i przedsiębior- 
stwo, szukać muszą za gianicą, a dla których jedną z głó- 
wniejszych umiejętności, jest umiejętność rysunku. 



— 234 — 

Jest to niezaprzeczonem , że w krajach stojących wy- 
soko w cywihzacyi, sztuka jako hezpośredni jej rezultat! dziehiy 
środek , stawszy się potrzebą, powszechną , znalazła się na 
wysokim stopniu. To też na wstępie w granice Francyi , Bel- 
gii, przychodzień spotyka na każdym kroku piętno artysty- 
cznego uczucia i ładu, jaki jest tylko skutkiem rozwiniętego 
w massach ukształcenia. Drogi , gmachy, miasta , nawet wioski 
i proste chałupy, obok warunków gospodarskich, mają w so- 
bie pewien wdzięk, co nęci oko; — wszędzie wybija się szla- 
chetność smaku i myśli, wszędzie widać lud, który przyszedł 
do poczucia godności swojej. I to właśnie nam objaśnia ów 
znany tam popęd ku wszystkiemu co piękne i wzniosłe, — 
popęd narodu który z zaparciem się własnem , niesie na ołtarz 
wielkiej myśli, mienie i życie. — Tam bowiem, rozwój wyso- 
kich przymiotów serca,, idąc Iia równi z rozwojem umysłu, 
w niczem nie osłabiając, nie denerwując organizmu, działa po- 
tężnie na rozwinięcie charakteru obywatela. — A to właśnie 
być powinno zadaniem narodowego ukształcenia. 

Sztuka na Zachodzie zapełnia kościoły, pałace i domy 
możnych obrazami , — posągami ogrody i place. — Lud prosty 
we Francyi, zamiast karczemnych bachanalii, przechadzając 
się w niedzielę i święta, w otwartych dla siebie muzeach, 
galeryach i pałacach rządowych, słucha i uczy się historyi 
swojego kraju, w sposób najprostszy, i że tak powiem pla- 
styczny, widząc ją przedstawioną w niezliczonych dziełach 
sztuki. — Każdy czyn wielki, każdy historyczny wypadek, 
dłuto lub pędzel przekazały nieśmiertelności. — I dziwnaż 
potem, że prosty kmiotek, dumny sławą swych bohaterów, 
pyszni się imieniem swojem — iw danym razie, rozumie 
głos obowiązku. — Ale tam sztuka wchodzi pod najskro- 
mniejsze poddasze, wchodzi z podwójną dewizą: pożytku 
i piękna, i stawszy się z początku potrzebą, staje się potem 
koniecznością. — Oko przywykłe do wszystkiego co wdzięczne , 
nie znosi więcej tego, co niekształtne, niepiękne. — Uczeń 
przywykły zawczasu w szkole, dobrze widzieć i porównywać, 
wnosi w koło swej rodziny otrzymane wrażenia, i nieznacznie 



— 235 — 

a stale udziela w nieiii wyższych pojcj o poczuciu pigkna. — 
Dlatego to dotą-d na wystawach powszechnych, płody Francy i, 
przed wszystkiemi zwracają uwagę. — Inne celują nie rzadko 
gruntownością , mają za sobą dokładność ; francuskie wyroby 
przy tychże warunkach, górują smakiem i dystynkcyą. — Taką 
to drogą przychodzi do ukształcenia siebie naród, co się dziś 
stał sędzią smaku nietylko w l^uropie, lecz na całym świecie. 

Zatem, gdy się nam dostała w spadku wielka dogodność, 
korzystania z przykładów innych, wypróbowanych doświad- 
czeniem i pracą wielu lat, — i pod pewnym względem mo- 
żność przyswojenia. sobie tego, co nam właściwe i potrzebne, 
słusznie byłoby i na czasie zająć się tą myślą. — Imiona 
artystów, co się stali chlubą naszego kraju, dowodzą przecie, 
że ta myśl nie jest przedwczesną — i że słońce północy, nie- 
nmiej jak i słońce Włoch, odbija się w duszy artysty-poety. 

Dotąd nauka rysunku i malarstwa u nas, nie odpowia- 
dała wymaganiom czasu. Specyalnych szkół rysunku i malar- 
stwa nie mamy*) — a wykład rysunków w ginmazyach 
i na pensyach, zredukowany do najszczuplejszych rozmiarów, 
nie mógł się wcale przyczynić do upowszechnienia wyższego 
smaku i estetycznego ukształcenia ogółu. — Dlatego pożą- 
danem byłoby, wprowadzenie rysunku, rozszerzywszy dotych- 
czasowy jego progiam, do wszystkich zakładów naukowych, 
nie jako prze<lmiotu dotąd li tylko dowolnego, zbytku i fan- 
tazyi — lecz jak się to stało* we Francyi, Anglii i Belgii: 
przedmiotu obowiązującego i jednego z istotnych warunków 
wychowania. 

Nie idzie tu bynajmniej o bezwarunkowe rozpowszechnie- 
nie artyzmu, ale o podniesienie poziomu smaku w szerokich 
kołach społeczności, — o ułatwienie drogi młodym ludziom, 
którym nie * rzadko początkowe lekcye ukazują powołanie 
i cel, a wychowanie ginniazyalne ułatwia ku temu pomocnicze 
środki; — idzie tu o skrócenie drogi, którą potem specyaliści 
technicy przebywać nieraz z wielkim trudem nmszą. — Oszczę- 



') Mowa tu (j Litwie. 



— 236 — 

dziłoby to krajowi kosztów, który dotąd nie rzadko szukać 
musi u obcych, zdolnych ludzi, i tracić ogromne sumy na ich 
opłacenie. 

A ileżby to było ztąd korzyści dla zamożnej klasy spo- 
łeczeństwa, w jej wycieczkach zagranicznych i w domowem 
zaciszu ! Ileż by to ocaliło wrażeń rzeczy prawdziwie pięknych 
i godnych przechowania, Ileżby to notat pożytecznych, uzbie- 
ranych śród cywilizowanych ludów, na polu sztuki, przemysłu 
i rękodzieł, wzbogaciło kraj ubogi, a nawet, o ileżby to uła- 
twiło pojęcia wysokich utworów wielkich mistrzów, którymi 
się tak często dotąd zachwycano, (powiedzmy prawdę) tylko 
na wiarę autorytetu guidów. — A czas już wielki, aby kraj 
odniósł korzyść z tylu i tak kosztownych wycieczek zagra- 
nicznych ! 

Zwróćmy uwagę jeszcze na płeć piękną, i przypomnijmy 
co ona robi i jak się bawi, — a raczej jak się w domu nu- 
dzi; — czyli dzisiejsze wnętrze domowe, sfery szczególnie 
wyższej, gdzie ona jest kapłanką, odpowiada rozwojowi dzie- 
jowemu tradycyi, — i zapytajmy, czyli rzeczywiste poczucie 
piękna, rozbudzone na prawdę, i miła praca na tem polu, 
nie przyszły by znudzonemu życiu na pomoc , życiu wielu pań , 
które dziś szukać muszą napróżno celu za granicą, 
zgubiwszy go w kraju, — które się nudzą i męczą w domu, 
nie wiedząc co z sobą począć — i nie wierzą, nie wiedzą, że 
po za obrębem płytkiej exystencyi i niewolnictwa mody, mo- 
żna znaleść świat inny, szczęśliwszy — bo dający swobodę, 
zadowolenie i spokój, — jak się to stało indziej. — Smutno, 
że i w tak ważnych rzeczach , szukać musimy wzorów u obcych 
i nie śmiemy już wywoływać szanownych i surowych postaci 
prababek ! 

W Anglii rodzinne życie do ideału doprowadzone. — 
Największe panie czuwają nad wychowaniem swych dzieci, 
wzorem są pracy, uprawiają talenta. — Bo też wszystkie wa- 
runki ich wykształcenia składają się na to, aby im drogę ży- 
cia uczynić pewną, spokojną i bezpieczną; — żeby w nich, 
jako w matkach obywateli, kraj znalazł pomoc. — 



— 237 — 

W wyksztułcuniii teiii uii' ma taiu nic na effekt, lui pozór. — 
Uczij; się wszystkiego gruntownie, co wiedzieć i umieć powi- 
nien człowiek ukształcony. — Zarówno jak czytania i pisania, 
uczij, się rysunku, — nie żeby błyszczeć, ale l)y w życiu do- 
mowem znaleść o jeden więcej środek do jego umilenia i wy- 
starczyć sobie. — Żaden też kraj nie wydał tyle artystek 
w malarstwie. Obrawszy sobie rodzaj właściwy, akwarelle , 
celują dziś w tern przed wszystkimi. — Nie ma muzeów, ga- 
leryj, gdzie nie spotkałbyś Angielek, a śród nich wielkich 
l)ań , pracujących przed ol)razami mistrzów. — Raz wprowa- 
dzone w czarodziejskie koło tej pracy, pozostały jej wierne. — 
O, bo ta praca rozszerza i podnosi horyzont widzenia, — 
wprowadza na wysokość, zkąd giną niedojrzane, lub zaledwie 
widzialne, wszelkie marności tego świata; podnosi serce, robi 
ustroń domową miłą i daje życiu największe dobro — spokój. 
To też godność , prostota i spokój , są cechy, po których po- 
znać można kobiety angielskie. 

Któż nie uważa, że u nas, oddanie się muzyce kobiet, 
z małym wyjątkiem , przeszło prawie w manję V Taniec i mu- 
zyka , okraszone francuzczyzną , to dwa punkta kulminacyjne , 
wokoło których krążą bliżej lub dalej inne warunki wycho- 
wania. I gdyby kto na to spojrzał z ludzi przedwiekowych, 
powiedziałby, że to czasy padającej Romy, czasy bachantek, 
nie zaś czasy odrodzenia cluześcijańskiej społeczności. 

Niepowstajemy przeciw muzyce — owszem, żywimy dla 
niej największą miłość, uwielbienie, jak dla wszystkiego co 
duszę podnosi — co odrywa od ziemi. — Mieliżbyśmy potę- 
piać muzykę, co tak świetnie wtóruje natchnionym słowom 
wieszczów naszych, co nam jak siostra towarzyszy na drodze 
krzyżowej losów naszych ! O nie. Cześć mistrzom co z rodzin- 
nych pól, siół i cmentarzy rozpierzchłe pozbierali tony, co 
wsłuchali się w szum naszych lasów — i tętno ziemi naszej , 
i z tych wicłn-ów, jęków i łzawycli uśmiechów ku lepszej doli . 
tak cudne stworzyli nam pieśni! Cześć muzyce narodowej! 
Ale czenmż w wychowaniu naszych kobiet , w stosunku do nui- 
zyki. lysunek i malarstwo tak szczupłe ma dotąd miejsce? — 



— 238 — 

A jednak, zwróciwszy uwagę na naturę kobiety, szczególniej 
kobiety polskiej , na jej charakter, — niożebyśmy nawet , o ile 
nam się zdaje , znaleźli właściwszem dla niej oddanie się ma- 
larstwu i rysunkom. — Muzyka chociaż może się obejść bez 
słuchaczów, musi być słyszaną, jest zawsze rodzajem popisu. 
Skromna i cicha postać kobiety (oprócz prawdziwych arty- 
stek) nie zbyt się korzystnie wydaje na popisach publicznych. — 
Uczucia serdeczne, poruszenia duszy, które zaledwie w skro- 
mnej pracowni lękliwie się objawiają, mogąż się wylać śmiało 
, i profanow^ać wobec obcych słuchaczy i tłumów ? -- Jest to 
czuła roślina (noli me tangere) — której niepoświęcany tłum 
dotykać nie powinien; a jeżeli się tak stanie, będzie to już de- 
klamacyą, pozowaniem, od czego krok jeden do kokieteryi. — 
A wieleż to widzieliśmy fortepianów, służących za kulisy me- 
lodramom! — Malarstwo przeciwnie, skupia myśl, przywią- 
zuje do miejsca , zmusza pokochać swój dom , otacza go uro- 
kiem nieznanych przedtem piękności, uczy na nio spoglądać, 
broni od roztargnień, wdraża do porządku, pragnie ciszy, — 
(Gospodyni donm, jakże tu piękne i obszerne ma pole dla 
swej działalności, jeżeli w niej nauka rysunku rozwinęła wro- 
dzone Polkom poczucie piękna! To pewna, że wszystko tam 
nosić będzie cechę myśli, wyższego smaku, i tak nam po- 
żądanego ładu, którym żaden zimny i bezmyślny przepych 
nie dorówna. — Tam się oduczy zbytku — bo ją sztuka 
przekona, że to co ma być prawdziwie pięknem 
i wzniosłem, przedewszystkiem prostem być musi. 
Gdziekolwiek ją los rzuci , pierzchną tam nudy, tęsknoty i nie- 
nasycone pragnienia, — bo tam gdzie ją otoczą dzieła jej 
rąk i myśli, — gdzie z duchem swoim i z Bogiem sam na 
sam , nauczy się czytać w dziełach - tego arcy-mistrza i roz- 
glądać się w źródle wszelkiego piękna i prawdy, — tam nie 
będzie samotną i nieszczęśliwą, — bo choćby jej wszystko 
wydarto, — zostanie jej jeszcze wiele — zostanie praca i — 
spokój... 

Rozbitki strasznej burzy, co zgruchotała tyle egzysten- 
cyj — co strąciła i strąca wciąż tylu ze szczytu pomyślności 



— 239 — 

w otchłań iiietluli , — jakaż iiiaiiiy w tym wz^IimIzIu prze- 
strogę! Ileż to widzieliśmy i widzimy rodzin dla których śród 
miny niespodzianej, znajomość jakiegoś talentu lub rzemiosła 
ł)Ozostała jedyną deską ocalenia! A przecież chmurne dokoła 
niebo... Czyliż zatem nie słuszna wziąć się do pracy, i czy 
to przy rażącym błysku gi'omów, — czy przy chwilowych 
słońca promieniach , znosić nie tracąc chwili , wszystko co po- 
trzebne, do dźwignienia zburzonej ojcowizny!... A nad tą 
robotą podnieść światło tak wysoko, by oświeciło fałsz 
i prawdę, by ukazało przed nami i za nami drogę, 
którą nam przeznaczyły dzieje. 

Tymczasem, są jeszcze sfery, gdzie spotykamy przesyt 
i nudy, — gdzie w domowem ognisku z dniem każdym stygną 
popioły opuszczonego Znicza. — Znudzone i wystygłe tłumy 
spieszą na Zachód, ł)y się ogi'zać przy błędnych ognikach... 
skąpać się w morzu uciech — tara, — gdzie cynizm zaszczy- 
cony wyniesieniem na scenę, wywołuje oklaski. 

Muzea Florencyi, Rzymu, Paryża, ileż to widziały nie- 
dyskretnych ziewań ślicznycli ustek , wobec arcydzieł swoich ! — 
Iluż to biednych męczenników mody, po godzinach całych cze- 
kało przed Madonnami Rafaela, Murilla, cłiwili jasnowidzenia, 
kt()raby im dala przeczytać i zrozumieć te dla nich hiero- 
glify. — Ale nie przyszła ta chwila, — bo zkądże przyjść 
miała? Nie przygotowała jej erudycya wyssana z dzienników 
mód, ni studya odbyte „aux grands magasins du Louvre, ou 
au pis aller, cłiez Mnie Włodkowska", ni przeczytane stosy 
Dumas'ów, ojców i synów; a potęga własnej myśli, nie mając 
nigdy czasu ni wprawy do samodzielnego lotu, nie mogła 
dźwignąć skrzydeł obciążonych ołowiem czcionek Brukselskich 
i Paryzkich edycyj. 

A więc podać środki ł)y uratować od najstraszniejszej 
choroł)y — apatyi; by postawić poczucie piękna na straży 
u progu naszego domu, by go trywialność życia nie prze- 
stąpiła, to są zadania, których ważność każdy głębiej my- 
ślący oceni. — Że sztuka zdolna tu jest w większej części dać 
pomoc skuteczną — staraliśmy się dowieść. O ile zaś potrzebny 



— 240 — 

rysunek , i o ile winien być iipiawitUiyni powszeclinie , śród 
coraz wi^.kszych wymagań czasu, to rzecz tak jasna, że 
jej dowodzić niepotrzeba. 

Co się tyczy obawy, aby upowszechnienie sztuk nie wy- 
warło u nas zgubnego wpływu na cliarakter narodowy, nie- 
osłabiło jego energii i nie sprowadziło miękkości, która po- 
przedziła upadek Rzymu, — to zamiast przewidywać czem 
być mogłaby u nas sztuka przy fałszywym kierunku, wolimy 
widzieć, czem być może, gdy się jej położy za podstawę: 
moralnjj; , rozunnuj, i narodową, dążność. — Dzieła mistrzów 
naszych dały już nam tego niezaprzeczone dowody i rękojmię. 

Nowogródek 1860 roku. 



z SANDOMIERZA DO OPATOWA. 



Wspomnienia r. nitd Wilii i Niemna. 16 



rSi\ rynku Sandomierza, u stóp Kazimirzowego gmachu, 
przed i)Oczt{i, uwija sie służba, znosząc tłómoki do dyliżansu . 
mającego odejść do Iladomia i Warszawy, Thini pachołków, 
faktorów snuje się dokoła, — śród nieodstępnej w podobnych 
okolicznościach gawiedzi, — która otoczywszy powóz, zagląda 
w oczy, a przy sposobności i do kieszeni pasażerom. — Na- 
woływania, śmiechy, wymyślania, krzyżują się w powietrzu. 
Usiadłszy pod ścianą pocztowej ekspedycyi , w oczekiwaniu 
hasła odjazdu, obserwuję tę ruchomą mozaikę ludzi — krzą- 
tających się tu i ówdzie i myślę: — (idzież ci wszyscy, co się . 
tu kiedyś u stóp tego gmachu — przez tyle pokoleń i wieków, 
również tłoczyli, krzątali, kochali, zabijali. — Gdzie owe 
dzikie hordy, co krwią i pożogą znaczyły tędy swą drogę , — 
gdzie świetne rycerstwo, piękne panie, wielkie króle, dwo- 
rzanie, liczne duchowieństwo, tylu klasztorów, — gdzie to 
wszystko!? — gdzie nareszcie owe zwycięzkie hufce, co tu 
rzuciły l)lask ostatni — jakby gromniczny, na madejowe łoże 
konającej ojczyzny, — gdzie oni?*). — Czyliż pamięć, ta, je- 
dyna dziś bezpieczna świątynia pamiątek , ostoi się przed na- 
ciskiem prądów apatyi , cynizmu , utylitarności kupieckiej , co 
jakby taranem biją w to wszystko — co dotąd było nam dr(>- 
gie i święte. — Tak dumam, — zapatrzony w pyszną i pię- 
kną budowę Kazimirzowego ratusza, gdy oto zajeżdża powóz 
zaprzężony w lejc czwórką gniadych koni, — wysiadają zeń 

*) Zilobycie Zamościa 1809 r. pod wodzą Józefa Ponta»tf)W8k|.itf* 

IG* 



— 244 — 

pospiesznie dwie panie, a za niemi piastunka z małem dzie- 
ckiem. Obie młode i jak się na pierwszy rzut oka zdało , 
przystojne, ('zyżby to miały być towarzyszki mojej podróży, — 
pomyślałem , — zadowolniony prawdopodobieństwem przy- 
puszczenia. Ułożenie bowiem, i toaleta staranna, zapowiadały 
mi na drogę sąsiedztwo zajmujące. — (Idy wszakże jedna 
z nich tylko miała być moją towarzyszką . — więc na dane 
liaslo trąbki pocztyliona — uścisnęły się — pożegnały, i ta 
właśnie która była z dzieckiem , wsiadła do dyliżansu. 

Już to przyznać potrzeba, że wszędzie i zawsze, gdybyś 
niewiedzieć tam jakich był zasad, — zjawienie się młodej, 
l)ięknej, a do tego dystyngwowanej kobiety, robi miłe wraże- 
nie, — cóż dopiero , gdy ta ma być towarzyszką podróży, 
i przez czas pewien ma poniekąd dzielić twe losy. Pomimo- 
woli budzi się w tobie pasmo obrazów, w których łaskawa 
wyobraźnia, nie szczędzi ci sposobności pozowania, jeżeli już 
nie na bohatera, to przynajnmiej na i)rotektora (rozumie się 
szczęśliwego) wobec pięknej nieznajomej; — a jeśliś jeszcze 
czytał kiedy Fr. Soulie-go „Memoires du diable" — i należysz 
do rozbitków romantycznej szkoły, — to już prawie niepo- 
dobna, pomimo całej surowości twoich zasad, — aby ci nie 
przemknął przed oczyma, ponętny rój pokus, — czy tam one 
będą platonicznej , czy innej natury. 

W tym razie jednak, towarzyszka moja była dobrze 
strzeżoną ; — miała bowiem w sobie i przy sobie , najsilniejszą 
tarczę, jaką mieć może kobieta — była matką; i miała anioła 
stróża — dziecię. — l*rzy wsiadaniu , zrobiłem jej jakąś małą 
przysługę , za co mi wdzięcznym podziękowała ukłonem. 

Zmiarkowawszy wszakże , że jazda z dzieckiem w zam- 
kniętej karecie , które się nie mogło jakoś w płaczu uspokoić . 
nie zbyt byłaby przyjemną, i zepsułaby miłe wrażenie, — 
a przytem, chcąc się rozpatrzyć w okolicy, którą pierwszy 
raz przebywać miałem, zaproponowałem jednemu z pasażerów, 
a był nim młodzieniec dwudziestokilkoletni , czyby nie zamienił 
ze mną miejsca , które zająć miał w kabryolecie obok kondu- 
ktora. Zgodził się chętnie; — nie wiem czy dla nadciągającej 



— 245 — 

chmury, która deszcz zapowiadała, czy dla pięknych oczu nie- 
znajomej. — dość, że oba zadowolnieni zajęliśmy miejsca — 
on w karecie, ja obok konduktora: — i za chwilę dyli- 
żans ruszył. 

Ani zajmujcica ani pospieszna była to jmdróż. Żle utrzy- 
mana, jak prawie wszędzie w Królestwie droga, przypominała 
raz po raz lichą gospodarkę kraju, i poniewoli budziła nie- 
wesołe myśli. — Deszcz od czasu do czasu z chłodnym wia- 
trem, zmuszał zawijać się w pledy i burki. Jeden tylko po- 
czty lion. nie tracąc fantazyi, trąbił w najlepsze jak umiał 
i co umiał , jakby dla ubawienia swoich pasażerów, szarpiąc 
niemiłosiernie uszy, — a któremu z karety dziecko wtórowało 
płaczem. Duet to był wcale nieponętny. Tak, z małemi i)rze- 
stankami deszczu, i)łaczu, świstu wiatrów i dźwięków ochry- 
płej trąbki . dojechaliśmy do Oi)atowa ; a gdyśmy go ze wzgó- 
rza ujrzeli, słońce zachodzące wychyliwszy się z za. chmury, 
ozłociło wieżę kollegiaty sławnej grobami ŚzydłowJwich — 
i piękny letni wieczór zstąpił na ziemię. 

Dyliżans zatrzymał się przed pocztą. Znużeni i)odróżni 
pospieszyli wysiąść — jedni, aby zostać w Opatowie, — dru- 
dzy, by wyprostować członki, kilkomilową podróżą skrępowane. 
Ja udałem się na i)Ocztę, dla zamówienia koni o mil parę 
do Grom.... gdzie miałem odwiedzić dawnego towarzysza mi- 
łych wycieczek włoskich. 

Tymczasem, już się zmierzchało. Załatwiwszy się co do 
koni, wyszedłem przed pocztę na rynek, ahy rzucić okiem, 
na te małą, pamiętną z I860 roku mieścinę. Spostrzegłszy 
naszą nieznajomą, zbliżyłem się do niej, — bo zdało mi się, 
że wspólnie przebyta droga i kilka słów zamienionych przy 
wsiadaniu, uprawniało mię do zawiązania z nią rozmowy. Za- 
cząłem więc od komunału : 

— Jakże pani tę drogę przebyłaś? — czy się jej nie 
uprzykrzyła V 

Zanim mi odpowiedziała, odrzuciła woalkę, i siadając 
na przyzbie pocztowego donui. do czego mię gestem zachę- 
ciła, tak mi odpowiedziała: 



— 246 — 

— Przykra byłaby ta droga niezawodnie dla mnie , bo i iitm- 
dzająjca i nudna i maleństwo moje utulić się w płaczu nie 
chciało, gdyby nie pocieszała mię myśl, że ją przebywam 
z kimś razem, czyje imię tak jest drogiem dla serca ka- 
żdego Polaka! 

Gdy to mówiła, oczy jej zabłysły takim ogniem za- 
pału, — tak była zajmującą; i piękną tern szczerem uniesie- 
niem, żem doznał niewymownej rozkoszy, patrząc w to czyste 
oblicze tej prawdziwie polskiej niewiasty. 

— A któż to proszę taki jechał z nami, odrzekłem zdzi- 
wiony, licząc w myśli wszystkich, którzy byli w dyliżansie, 
co pani tak uprzyjemnił tę podróż? — jeśli wolno zapytać, 

— A któż mógł być inny, odpowiedziała w tym samym to- 
nie, — jeśli nie nasz mistrz ukochany, — któremu Polska 
tyle swej sławy zawdzięcza, którego dzieła, opowiadają światu 
czem byliśmy. 

Zdziwienie moje rosło. Na takie powiedzenie, jak to 
mówią: obstupui; bo ani mój towarzysz, który obok mnie 
siedział, — jakkolwiek człowiek wykształcony, ani ów mło- 
dzian, co się zamienił ze mną na miejsce, nie zdali mi się 
być podobni do tego, o kim z takiem uniesieniem mówiła mi 
ta pani. — Zostałem więc tylko ja. — Zaintrygowany w tak 
uroczysty sposób, widząc że to już nie mistyfikacya, ale rzecz 
na seryo, powtórzyłem tym razem, z naciskiem pytanie: 

— O kimże to pani mówi , — któż tu z nami przybył wię- 
cej , prócz tych com przy wsiadaniu widział , i co wyszli przed 
chwilą z dyliżansu? 

— Ależ o kim mogę mówić, jeśli właśnie nie o panu — 
jeśli nie o naszym kochanym panu Janie Matejce! 

Wyobrazi tu sobie czytelnik łaskawy łatwiej, — niż to 
opisać zdołam, położenie moje wobec tej pani. Próżne były 
usiłowania wyprowadzenia jej z błędu ; — bo ani karta po- 
dróżna, wydana na moje imię; — ani nawet paszport mój 
lwowski, ani najsolenniejsze zapewnienia, że nie jestem tym 
za kogo mię wzięła — i że się myli, nie zdołały jej prze- 



— 247 — 

koiuu'. Owszem , im bardziej usiłowałem przedstawić jej całą 
piawdo, tem łjardziej trwała przy swojem. 

— Szanuję powody, które zumszajii pana do zachowania 
incognito, po za granicą Galicyi, — lecz o tyle przecież 
czuję się t)yć dobrą Polką, że nie mogę nie znać rysów tizyo- 
gnomii i postaci Pańskiej; — mam przecież jego portret u sie- 
bie. — O, bo my koroniarze, nie mniej jak i inne dzielnice 
naszego kraju, umiemy cenić zaszczyt jaki nam pan czynisz 
swemi utworami, i proszę wierzyć, że podróż ta pamiętną 
mi będzie na całe życie! — Dziś jeszcze w Sandomierskiej 
katedrze, spostrzegłam i poznałam pana. gdyś towarzyszą- 
cenui sobie księdzu objaśniał znaczenie jakiegoś starożytnego 
obrazu. — I możesz sobie wyobrazić, jak się ucieszyłam, 
gdym się znalazła w jednym z nim powozie, przez ciąg tych 
kilku godzin podróży. 

Nie było więc rady. Scena ta jednak tak oryginalna, 
i dla mnie tak niespodziana, pomimo zabawnej swej strony, 
poważna prawdą i podniosłością swej natury, — dała mi 
zrozumieć, czem są hołdy zasłużone — i do jakiej potęgi 
podnosić je mogą pewne w danym razie okoliczności. — - 
Niechże więc ten, komu się one należą, — a którego na 
chwilę byłem tak niespodzianie i niechcący, przedstawicielem 
i sobowtórem, dołoży i ten jeden jeszcze listek wawrzynu do 
zasłużonego wieńca, jaki mu naród złożył, — listek podany 
rączką prawdziwie pięknej duszą i ciałem kobiety. 

Gdy domawiała słów ostatnich, pocztylion dał znak od- 
jazdu. Odprowadziłem ją do karety, opowiadając o ostatniem 
dziele uwielbianego Matejki, — o jego i)racowni, którą mi 
łaskawie zawsze otwiera, i wielu rzeczach tyczących się prac 
jego. Słuchała w skupieniu ducha i gdym ją żegnał, dzięko- 
wała mi serdecznie, — powtarzając, że nikt ją o tem wszy- 
stkiem tak dobrze poinformować nie mógł — jak sam mistrz 
i autor — któreuju właśnie w tej chwili ten zaszczyt zawdzię- 
cza, W tem dano znak — zatrzaśnięto drzwiczki, ruszyły 
konie — rozstaliśmy się; — i oto jedna istota na ziemi od- 
jechała szczęśliwa, — i dziwnem losu zrządzeniem, mnie to 



— 248 — 

W sposób najbardziej niewinny daneni było być sprawcij; jej 
szczęścia. 

Ale nic trwałego na tym świecie; — a prawda przede- 
wszystkiem wszystko na swojem miejscu postawić winna. Więc 
jeżeli kiedy dojdzie ją przypadkiem ta moja ramota, niechże 
budząc ją z ułud, — nie pozbawia całkowicie jednego 
z miłych wspomnień jej życia. — Bo jeśli zaszła pomyłka co 
do osoby, — pozostała prawda co do idei, — której podstawą 
miłość wszystkiego co piękne i wzniosłe, — a dewizą cześć 
dla tych co tym hasłom służą. — Wiary tej i miłości złożyła 
dowód — a więc cześć jej, — a w jej osobie cześć naszym 
niewiastom, co umieją czuć i szanować wszędzie i zawsze — 
wszystko co poszanowania i miłości godne! 

Gdym wszedł do restauracyi , gdziem sobie zamówił her- 
batę, znalazłem salę zapełnioną publicznością, która już miała 
czas dowiedzieć się , jakiego gościa ma w swoich nmrach. Przy 
wejściu uroczyste przyjęło mię milczenie; czułem wzrok wszy- 
stkich na sobie utkwiony. - - Gospodyni wystrojona na prędce. 
sama mi przyniosła herbatę, i sama koło mnie troskliwie się 
krzątała, jakby czując się dumną, że miała prawo być najbliżej 
wielkiego ołtarza. Doprawdy, gdyby nie wzgląd na pobudki, 
zabawnie to wszystko wyglądałoby, — i trzeba było całej 
usilności, aby zachować przybraną obojętność wobec tej de- 
monstracyjnej sceny, w której poczciwi mieszkańcy Opatowa, 
chwycili w lot nadarzoną sposobność oglądania wielkiego czło- 
wieka śród małego miasteczka. 

Nie koniec wszakże na tern. 

Nazajutrz, gdym przy śniadaniu w Grom.... śród koła 
przyjaciół, opowiadał o mojej przygodzie, i gdy się gubiono 
w domysłach, kto była owa nieznajoma, — dano znać, że 
przybył z Opatowa jakiś młodzieniec, z listem do pani domu. 
List ten zawierał co następuje: 

Pani! 
Ponieważ wiadomo nam, że cieszycie się Państwo po- 
siadaniem w swym domu znakomitego gościa pana Matejki, 



— 249 — 

ośmielani s'i^ przeto zanieść do Pani prośbę, abyś raczyła, 
A wlaściwji sobie gotowością niesienia pomocy biednym , — 
zaszczycić swą protekcyą oddawcę tego listu, polecając go 
swemu gościowi, jako młodzieńca niepospolitycli zdolności 
i zamiłowania do rysunku. Jako dyrektor szkoły sztuk pię- 
knych . jeśliby chciał tylko , mógłby nm los zapewnić. Przyczyń 
się I*ani za biednym cłiłopcem, — a może Ci kiedyś kraj 
wdzięcznym za to będzie. 

Proszę przyjąć wyrazy i)0W{iżania i t. d. 

Zaproszony do salonu artysta w pączku, przedstawił 
nieproszony swoje rysunki , przyjmując z widocznem niedowie- 
rzaniem zapewnienia, że pana Matejki nie ma w (irora.... 
wcale. Widocznie posądził, że go mistyfikują; — pilnie mu 
jednak ł)yło usłyszeć sąd , a przedewszystkiem pochwałę i za- 
chętę z ust mistrza. Niestety, po obejrzeniu tych rysunków, 
jeśli nie szczędziłem pierwszej — drugiej mu dać nie mo- 
głem; — udzieliłem mu wszakże nieco wskazówek i rad, co 
i jak ma na przyszłość robić, aby z czasem mógł być i)rzyjętym 
do szkoły sztuk pięknych. Niezadowolniło to wszakże mło- 
dzieńca, który syt już zapewne pochwał miejscowych znawców, 
spodziewał się czegoś więcej. Odjechał więc niezadowolniony, 
unosząc żal , jak to sam oświadczył później , że p. Matejko nie 
dość łaskawie go przyjął. 

I rzecz dziwna , — taka to już jest siła pierwszego wra- 
żenia, — że nawet list p. li.... który, w odpowiedzi rzecz 
całą kim byłem, kategorycznie opowiedział — nie przekonał 
nikogo i nie zacliwiał wiary, że w 187... roku. Matejko był 
incognito w Opatowie. 

Takie to bywają niekiedy źródła tradycyi*). 



* ) Aby się ta przygoda nio wydała komu utworem wyobraźni , za- 
łączam dowód jej prawdziwości w ustępie listu , który minionej 
jesieni otrzymałem z Radomia. — Jakie zaś zrobił wrażenie na 
mnie , — łaskawy czytelnik osadzi , gdy mu powiem , że pochodzi 
od osoby ssnanej z pięknego pióra — pod imieniem Bożysława — 
i Łeokadyi Wierusz. — Oto co mi pisze ta pani : 



— 250 — 

„Przeczytawszy jak zwykle ws/ystkio ogólne wiaJouiości 
w Nr. 199 Gazety Warszawskiej , w odcinku zainteresował innie 
tytuł : „Z Sandomierza do Opatowa — zdarzenie prawdziwe" 
a że to 8% moje rodzinne strony, rzecz prosta, że wszelka 
wzmianka o nich , jest mi nader mił^. Ale jakież było moje 
zdziwienie, gdy spostrzegłam, że bohaterką tego zdarzenia jest 
moja własna osoba , ubrana w bardzo ponętne szaty piórem 
łaskawego autora , którego przez pomyłkę wzięłam za Matejkę. 
Główną jej przyczyną, było , wprzód , podobieństwo szanownego 
Pana do krakowskiego mistrza , — powtóre , siedzący ze mną 
w karecie pocztowej młody hr. M.... powiedział mi , że jedzie 
w kabryolecie polski Rafael , pod pseudonimem Pawłowicza , 
o którego bytności w Sandomierskiem wyczytał przed kilkoma 
dniami w jednem z pism codziennych. Sądzę, że tego było do- 
syć, by uwierzyć. — To też zaraz przypomniałam, że na kilka 
godzin przed wyjazdem z Sandomierza , w kościele katedralnym 
nie wiedząc nic jeszcze o bytności Matejki , zauważyłam pewnego 
mężczyznę o inteligentnej i myślącej twarzy szkicującego jeden 
z najciekawszych obrazów tej świątyni. Po raz drugi na poczcie 
znów ta postać wpadła mi w oczy. Jakże zostałam zado- 
woloną odkrywszy, że tym przezemnie widzianym mężczyzną , 
był jadący z nami Matejko. Całą naszą podróż do stacyi z hra- 
bią M. zajęła niewyczerpana konwersacya o arcydziełach naszego 
mistrza , — któremi tak szczytnie zasłużył się naszemu s^jołe- 
czeństwu. Następnie stanęło na tern , że bądź co bądź musimy 
poznać osobiście autora podziwianych przez nas prac jego — 
uścisnąć dłoń , która ująwszy pędzel , odtwarza w żywych barwach 
niepowrotną przeszłość naszą. Ale otóż i stacyą Opatów — tak 
gorąco wyczekiwana — kareta stanęła przed gankiem — serce 
uderzyło silniej na myśl że nadeszła chwila... 

Minęła też niepostrzeżenie ta chwila, śród miłej rozmowy. — 
Odezwała się trąbka pocztowa. — Żegnaj ojcze polskiej sztuki ! 
pomyślałam sobie , unosząc to przekonanie , że nasz Jan nietylko 
włada dobrze pędzlem ale i dar wymowy posiada — a grzeczno- 
ścią wykwintną, wskazuje nie ciągłą bytność przy sztaludze i t. d. 

Opowiedziawszy znajomym o spotkaniu z mistrzem — po- 
stanowiłam tem wrażeniem podzielić się z kołem czytających — 
jednak ile razy zamiar mój spełnić chciałam — to pomimo mego 
bawienia się w rymy i prozę — w tym razie jakieś fatum złe 
nie pozwoliło mi tego uskutecznić; teraz je mogę błogosławić, 
lecz nie ze względu na moją pomyłkę , ale — że autor „Wycie- 
czki na Monte-Cavo" wywiązał się z tego znakomicie i t. d." 



z WALENCYl DO GRANADY 

(Z NOTATEK MOJEGO PRZYJACIELA). 



Dziwny ma urok pogodna noc na morzu. Taką właśnie była 
ta, — kiedym płynął z Walencyi do Malawi. al)y ztamtąd, przez 
jlóry dostać się do Granady. 

Cudn.aż l)o to ł)vła nor! — ciclia , jasna, strojna wszy- 
stkimi czarami południowego nieł)a, — jakl)y z tysiąca i je- 
dnej arabskicli powieści wyjęta, 

I)zi.ś jeszcze, mam jej obraz przed oczyma. 

W dali — po za najni , we mgle wieczornego mroku , 
nikną zarysy Walencyi, — owej rozkosznej stolicy, kraju pal- 
mowych gajów, morw i pomarańcz; — gaśnie w cieniach nocy, 
o?;tatnio światełko portowej latarni na Grao. Jeszcze chwila — 
wchodzimy na pełne morze. Ogronniy hiszpański parowiec „Al- 
mogawar", sunie się lekko po gładkiej powierzchni, znacząc 
zaledwo swe przejście na niebie, rozwianą wstęgą dymu. Mo- 
rze spokojne układło się jakby do snu; — tylko dwie jasne 
l)rózdy i)0 za śnibą parowca, iskrząc się i migocąc fosfory- 
cznemi blaski, — jakby dwa pęknięcia zwierciadlanej tatii, — 
wskazują drogę, kędy przemknął parowiec. U góry, — na tle 
niebios ciemnem, miryady gwiazd: na <lole tyleż. — 

w zwierciadle sinych wód. 

To też niepodobna tu było nie powiedzieć z poetą: 

..(iwiazdy nad tobą — i gwiazdy pod tobą... 



— 254 — 

Niepewny, czyli z pod twej stopy 

Pod niebo idzie równina 

Czyli też niebo swoje szklane stropy 

Pod twe kolana ugina (Mickiewicz). 

I rzeczywiście, nie trzeba tu było zbyt wybujałej fan- 
tazyi, — aby ci się zdało, że płyniesz: „w pośród niel)0- 
kręgu — w jakiejś otchłani błękitu". 

Księżyc jeszcze nie wszedł, — ale go już zapowiada od 
wschodu, u ostatnich granic horyzontu, jasna smuga na niebie, 
co się rozszerza , rozjaśnia. Jakoż naraz , z modrej głębi wynu- 
rza się jasny rąbek , jakby blask dalekiego pożaru , — rośnie , 
wzmaga się, płonie, — aż w końcu rzucając snop promieni 
na ciemną masę wód, — wyrasta w pełną tarczę księżyca. 

Lekki, południowy wietrzyk, jakby westclinienie ziemi, 
witającej swego kochanka, wionął zkądś tam, aż od Afryki 
Iłrzegów, — przynosząc nieznany zapach dalekich lądów, czy 
głębin morza... 

Jakaś tajemniczość urocza zapełnia atmosferę... drży 
ona w powietrzu, — przyspiesza bicie serca... 

Myśl, że wkrótce ujrzę Granadę, Gibraltar, Sevillę, — 
te cudne perły Andahizyi , te istne kartki Maurytańskich poe- 
matów, — odpędza mi sen z powiek... 

A jednak, już dawno minęła północ. Niew^rsłowione bo 
uczucie napełnia duszę, wśród tego sam na sam z maje- 
statem natury. 

To też nic dziwnego, że duch mój, wobec tydi dwóch 
Ijczdennych głębin — niebios i morza — w kornej modlitwie 
utonął — w pośród tej gwiaździstej świątyni , — jak sam Bóg 
niezmierzonej i niepojętej... 



Towarzystwo całe, pierwszej i drugiej klasy, złożone 
2 hiszpauów, francuzów, anglików, — rozeszło się już dawno 



— 255 — 

do swycli kajut; nawet mój towarzysz litwin — Seweryn 
liohd.... zeszedł już na dół, — tylko z szarego końca paro- 
statku, śród przytłuniiono.tro łoskotu lokomotywy, dochodził 
jeszcze od czasu do czasu, monotonny śpiew kilku arabów, 
z towarzyszeniem jakiegoś instrumentu. — Białe ich burnusy, — 
ogorzałe twarze, oświecone blaskiem księżyca, — malowniczo 
występują z pośród cieniów nocy. 

— Jaki cel jest ich podróży? — zai)ytiłem kai)itana, w za- 
wiązanej z nim pogadance, gdy zszedł z swego obserwatoryum 
na pokład. 

— Handel, mój panie. Wiozą do Marsylii swoje wyborne 
owoce, które im juelegnuje ich słońce. — a w zamian, zao- 
patrują się tam w płody l^uropy, w których coraz więcej 
smakują. Są to mieszkańcy okolic Tangeru. Słyszysz pan ten 
instrument? — To Marsylia i)rodukuje dla nich tego rodzjiju 
l)rzynęty: — to są ich pieśni narodowe ułożone na nmzykę. 
Melancholijne to i monotonne, co prawda; ale przyznasz pan. 
że w tej muzyce , nie ma nic wspólnego z Europą ; w każdym 
jej dźwięku czuć Afrykę... 

— A pana co sprowadza w te kraje? jeśli wolno spy- 
tać, dodał. 

— Sztuka , przeważnie , — i z nią związane zamiłowanie 
starożytności i przyrody. Jestem malarzem , — a więc wielbiąc 
Murilla i Yelasąueza, zapragnąłem ujrzeć ich arcydzieła, ja- 
kie jeszcze posiada Cadyx , Sevilla , Madryt i t. d. , a zarazem 
poznać ich ojczyznę, i dlatego nie od Pireneów, lecz od Wa- 
lencyi i Andaluzyt zaczynam moją podróż po Hiszpanii. 

— I dobrześ pan zrobił . odrzekł kapitan. Jakkolwiek użyty 
przez pana wyraz jeszcze nie biorę za złą dla nas wi"óżbc. 
Tyleśmy już nieoględnie utracili skarbów, z dziedziny sztuki, 
że niepodobna prawie rzecz, abyśmy nie umieli nadal cenić 
i zachować reszty co nam pozostała. Kadyx, Sevilla. Madryt, 
l-^skurial, nie mówiąc już o zbiorach prywatnych naszych 
grandów, przekonają pana, że jeszcze posiadamy nie mało. 
czegol)y nam pozazdrościć mogli nie jedni. Ale już spóźniona 
pora, - dodał spojrzawszy na zegarek, życzyłbym udać się 



256 



na spoczynek, — bo rano zatrzymamy się w Alicante, — 
a warto abyś pan, jako wędrowiec z daleka, widział to mia- 
sto, cboćby tylko dla skosztowania wina. którem się niegdyś 
raczyli Rzymianie, dodał z uśmiechem. 

Usłuchałem tej rady, — i za chwilę, w wygodnej kaju- 
cie, kołysany lekkiem wahaniem się statku — usnąłem. 

lirzęk i łoskot łańcuchów zarzucanej kotwicy, zbudził 
mię rano. Wyjrzałem przez okienko, — pomarszczona po- 
wierzchnia morza, migotała odblaskiem wschodzącego słońca. 
A więc żwawo na nogi, — i oto po chwili, — z albumem 
i ołówkiem w ręku jestem na pokładzie, 

U podnóża góry, której szczyt i pochyłość ku morzu, 
najeżone ruinami rzymskiej warowni , — zaległo całą przestrzeń 
wybrzeża miasto Alicante. Na lewo i na prawo usuwają się 
w głąb kraju, — w odstępach różnych planów, pasma gór. 
Gdzieniegdzie widnieją na ich wierzchołkach zwaliska baszt — 
zamków. Na pierwszym planie port. Zapełnia go las masztów, 
stojących na kotwicy okrętów, parowców i t. d., śród których 
jak rybitwy lub jaskółki wobec orłów, — szybują łodzie 
rybackie. 

Zanim podano śniadanie, zabrałem się do naszkicowania 
tego widoku. 

Podróż morska, jakkolwiek ma swoje niedogodności, 
i naraża nie rzadko na niespodzianki niemiłe, — tę wszakże 
śród innych nastręcza korzyść, chciwemu wiażeń turyście, — 
że bez przygotowania i wstępu, które z natury rzeczy daje 
jazda lądowa, wprowadza go odrazu, w nowy, nieznany mu 
świat; przedstawia widoki miejsc, ludzi, zwyczajów, w ich 
istotnej postaci, — które zwykle na pobrzeżach gi'aniczących 
z sobą krajów, ulegając wzajemnemu oddziaływaniu stron obu, 
ścierają się i assymulują. 

Po śniadaniu, wyruszyliśmy w kilka osób do mijasta. 
Zwiedziwszy kościoły, z których żaden nie odznaczał się sta- 
rożytnością — a wszystkie grzeszyły, jak to l)ywa zwykle 
w Hiszpanii, nadmiarem złoconych ozdób — i brakiem naj- 
skromniejszych wymagań dobrego smaku architektury i orna- 



— 257 — 

mentyki*) — udaliśmy się za miasto dla rozpatrzenia się w oko- 
licy. Jak okiem rzucić — wzgórza i doliny, osłonione od pół- 
nocy pasmem gór ; — pola pokryte winnicami , zbożem , jarzy- 
nami wszelkich rodzajów; — sztuczne łąki, pomarańczowe, 
morwowe, palmowe .gaje, — a śród tego, rozsiane po nad 
strumieniami domostwa, ocienione grupami laurów — kaktu- 
sów — oleandrów — dziwnie ponętny przedstawiają widok 
tej szczęśliwej huerły. Produkuje ona, jak nas zapewniał ja- 
dący z nami negocyant z Cadyxu, rocznie około 220.888 ceu- 
t<iros wina. Palmy, których liczba w okolicy Alicante do- 
chodzi do 35.000, wydają każda po 100 funtów daktylów; 
dodać do tego mnóstwo jedwabiu, migdałów, oliwy, zboża, fig 
i rozmaitych owoców. — To też, dodał- z pewną właściwą 
hiszpanom dumą: 

— Pan Bóg powinien był osadzić pierwszego naszego pra- 
ojca z jego połowicą, w tym rozkosznym ogrodzie raczej, niż 
w Edenie — gdzie był obszar za wielki na siły jednego 
człowieka. 

W tej rozmowie dowiedziałem się, że pomarańcze i cy- 
tryny przyszły nam z Medyi — Granaty z Afryki i Cypru. 

Niedaleko ztąd na drodze do Saint Philippo, ma się 
znajdować tak zwany „Most wdowi"**) — o którym tak mówi 
podanie: Pewien młody człowiek spiesząc do tego miasta, 
gdzie go czekała miłość i małżeństwo, — spotkawszy na dro- 
dze wezbrany ulewą górski potok — rzucił się weń w pospie- 
chu, gnany zbytkiem zapału — i zginął. Matka jego zrozi)a- 
czona — której wszakże boleść nie wyłączała czułości — 
kazała w tem miejscu wznieść most, aby odtąd chronił innych 
od podobnego nieszczęścia. 

To też, miłość pod niebem Hiszpanii, ze wszystkich 
uczuć ludzkich — bodaj czy nie najpierwsze zajmuje miej- 
sce; — miłość namiętna i jak jej niebo gorąca!... 



*) Z wyjątkiem katedr golyckich w Sewilli, Burgos, Toledo it. d, 
*♦) Wiersz A. E. Odyńca. 



Wspomnienia z nad WlUi i Niemna. 17 



— 258 — 

Po drodze bitej, śród posuchy i upału, — kurzawą po- 
kryte karawany objuczonych mułów i osłów, ciągną ku miastu 
pobrzękując dzwonkami, kierowane przez jeźdźców konnych, 
zbrojnych w strzelby i piki. I my też wkrótce podążyliśmy 
za nimi, wstąpiwszy po drodze do jakiejś. gospody dla pokrze- 
pienia się owem sławnem z historyi winem. Podano je z nie- 
odstępną w Hiszpanii czekoladą suchą. — Jedno i drugie było 
wyborne, i smakowało nam po ekskursyi i znużeniu. Nareszcie, 
sygnał parowca wezwał do powrotu. 

Gdy stanęliśmy na brzegu — ja i mój towarzysz, już 
całe towarzystwo w pospiechu wsiadało do łódek , aby się do- 
stać do parowca. Ujrzawszy pierwszą lepszą nieopodal łódź, 
wsiedliśmy do niej. . Odbijamy od brzegu, — płyniemy zapa- 
trzeni w usuwające się wdał miasto; naraz, zachwiała się 
łódź — ozwały się głosy: guarda! guarda! Zaledwie rzuciliśmy 
okiem dokoła — a oto znów trącamy o jakiś pal portowy, 
raz i drugi; zwinęła się łódź jakby w piruecie; — wołanie 
rozlega się z brzegu i statków... Cóż się okazuje? — Oto 
przewoźnik nasz napiły, ani wie ani widzi co robi. O, źle, 
myślę sobie, z tem nie żarty; — że zaś znam się na wiosło- 
waniu i sterze — więc nie czekając dłużej, wyrywam hiszpa- 
nowi wiosło, ten się broni, szamocze, — ale towarzysz mój 
chwyta go z tyłu za ręce — ciska na dół do łodzi — i oto, 
śród krzyku, śmiechu i wołania okrętowej czeladzi, dobijamy 
szczęśliwie do statku. — Klął nas tam wprawdzie i wymyślał 
w niebogłosy, nasz chybiony Charon, bo w tym rodzaju wy- 
mowy, hiszpanie chyba moskalom ustąpić mogliby — ale to 
mu już na nic się nie przydało — byliśmy na pokładzie — 
w usposobieniu torreadora^ który śród areny powalił rozju- 
szonego byka. 

— No, udało się panom wyjść cało z tarapaty, zawołał wi- 
tając nas kapitan, wolałbym utracić mój maszt najlepszy, niż 
być w ich położeniu. Ten pijak spławił tu już nie jednego. 

— I spławi jeszcze nieraz, zapewne, jeśli mu to i nadal 
wolno będzie — dodałem. 



— 259 — 

Puszczono parę. Zaledwie wypłynęliśmy na pełne morze, 
dano do stołu. 

Przy obiedzie, do którego zasiadło do dwudziestu osób, 
prezydował jak zwykle kapitan parostatku. Towarzystwo zaś 
składała rodzina angielska, złożona z poważnej pary rodziców, 
dorosłego ich syna, i dwóch córek, z których starsza Miss 
Mary, o modrych oczach melancholijna szatynka, była pra- 
wdziwym typem córek Albionu, — młodsza o jasnem błękitnych 
oczu spojrzeniu, i włosach jak len światłych — stanowiła 
z siostrą kontrast zupełny; — z dwóch francuzów, komiwoja- 
żerów, i kilku hiszpanów i hiszpanek , z których jedna — nie- 
pospolitej piękności, właściwej andaluzkom — pewną dystynkcyą 
i ubiorem , zdradzała pochodzenie z wyższych sfer towarzystwa ; 
nareszcie z zwykłego personalu parostatku: jak zastępcy ka- 
pitana, miczmana i t. d., i nas dwóch Polaków. Rozmowa, 
o ile była ogólną, toczyła się po francuzku. 

Przy deserze, byliśmy już wszyscy na tej stopie znajo- 
mości, która w wyjątkowem położeniu podróżnych, daje pe- 
wne towarzyskie prawa, do szukania resursu we wzajemnym 
stosunku, dla zabicia czasu. — Gdy więc podano kawę, jedni 
przeszli do salonu — gdzie był fortepian i szachy — drudzy 
z cygarami udali się na pokład. 

Przeszedłem do salonu, aby wykończyć zaczęty rano ry- 
sunek. Znalazłem już tam obie angielki, — jedną nad ksią- 
żką, — drugą nad albumem, z rozłożonym rysunkowym apa- 
ratem. Ponieważ przy obiedzie, pierwsze lody w konwersacyi 
były już złamane, więc zbliżywszy się do rysowniczki, a była 
nią Miss Mary, zapytałem: nad czem obecnie pracuje. Pokazała 
mi zaczęty widok, ten sam właśnie, co ja robiłem, tylko z in- 
nego punktu wzięty. Rzecz prosta, iż nawzajem musiałem też 
mój szkic pokazać. 

— Ależ to ślicznie! — rzekła mi. Jakże się to grupuje, — 
jak stopniuje doskonale. Port, miasto, warownia. Spójrz tylko 
Elizo, rzekła do zbliżającej się siostry. Jakżebym to chciała 
przerysować, jeślibyś pan na to pozwolił — dodała z niewy- 
słowionym wdziękiem. 

17* 



— 2i80 — 

— Będzie to zaszczyt dla mnie. odpowiedziałem, kładąc 
na jej stoliku mój album. 

Podziękowała mi spojrzeniem, w którem poczułem cały 
urok jej modrych i głębokich jak morze źrenic. — Po chwili 
dodała : 

— Ponieważ jesteś pan Polakiem — siostra moja dług mój 
panu wypłaci o szarej godzinie. Nieprawdaż Elizo , rzekła 
z pieszczotą, tuląc jej główkę do swojej piersi. — To powie- 
dziawszy, zabrała się do roboty. Ja zaś udałem się na pokład. 

Morze było łaskawe. Drobne fale nie budziły niepokoju, 
statek szedł równo. Gawęda, cygara, przypatrywanie się 
pociesznym ewolucyom delfinów, które zwykle w poobiedniej 
porze, na wyścigi z rybitwami, pędzą wokoło parowca, by 
uchwycić resztki obiadu, zajęły nam czas do wieczora. Kiedy 
niekiedy, na krańcach horyzontu, ukazywały się jakieś dale- 
kie lądy — unosiły się po nad statkiem mewy, orły. — 
A tymczasem, w głąb morza pospiesznie, jakby spragnione 
spoczynku, zapadało słońce. Błysło raz jeszcze, na poże- 
gnanie ziemi ostatnim promieniem i — zagasło. Nastała szara 
godzina.... 

— I jakaż to będzie nagroda? — Zaledwie miałem czas 
to pomyśleć, — gdy ozwał się fortepian, i po krótkiej, lekkiej 
jak arfy eolskiej preludyi — dał się słyszeć ulubiony mi 
Marclie-funebre , Szopena. — Można sobie wyobrazić wrażenie , 
z jakiem słuchałem go do końca. Poszły za tem polonezy, 
mazurki i t. d., cały repertuar Szopenowskich klejnotów. 

Wykonanie było świetne. — Artystka czuła każdą notę 
utworu mistrza — jak gdyby się Polką urodziła. Jakie zaś 
akcessorya towarzyszyły tej muzyce i co ją podnosiło — dość 
wspomnieć, że to był wieczór — muzykalny, na szafirowych 
wodach Śródziemnego morza! 

Wypadało podziękować ; lecz gdy do tego przyszło , słów 
mi zabrakło. To też wyręczyły mię słowa poety: 

„Błogosławione szare godziny wieczora!" 

(Mickiewicz — sonet) 



- ^61. ~ 

z uniesieniem wyrzekłem po polsku, dodając przekład i ko- 
mentarz francuzki. Zrozumiały niezawodnie moje usposobienie 
artystki, — one, co w tak subtelny sposób, potrafiły trącić 
w najczulszą strunę mojego serca. Odtąd byliśmy już sobie 
znajomi. 

To też wypada tu zaznaczyć, że sztuka oprócz właści- 
wych sobie i bezpośrednich przywilejów, — ma tę jeszcze nad 
innymi utworami ducha wyższość, że działając w sposób naj- 
wdzięczniejszy na zmysły, — nastręcza o wiele większą spo- 
sobność do wspólnego nastroju tego ducha ; gdyż będąc języ- 
kiem zrozumiał}!!) dla wszystkich — zbliżając ludzi, pod 
wpływem tego co jest najszlachetniejszem w ich naturze — 
pod wpływem uczucia — rzuca pomost po nad najgłębsze 
nieraz przepaście dzielące społeczność. — A gdy tam jeszcze 
w grę wejdzie urok młodości, wdzięku — co tak potężnie 
niweluje różnice plemienne, koteryjne..., to się wcale dziwić 
nie można stosunkom, zawiązanym nieraz na tle sztuki — 
tam, — gdzie te na innem polu, byłyby niedostępne i nie- 
podobne. 

— Podzieliłyście się panie, jak widzę, tern co mowa duszy 
ma najpoetyczniejszego w swoich objawach. Muzyka i malar- 
stwo to jakby dwie siostry, to jakby illustracye do arcydzieł 
słowa, powfedziałem do Miss Mary — w naszej wieczornej 
na pokładzie przechadzce. 

— O, jesteś pan zbyt łaskaw, odrzekła; to niezawodnie 
Szopen uczynił pana tak pobłażliwym. 

— Powiedz pani , raczej wdzięcznym , zawołałem. — Je- 
stem Litwinem a to jest charakterystyczną cechą mojego 
plemienia. 



Po wielu latach — gdy myślę o szczegółach tej podróży , 
której akcessorya i raise — en scenę, były tak niezwykłe, 
stają mi przed oczy te dwie istoty tak żywo, jakby to było 
wczoraj. . Nietylko piękne i utalentowane , ale i niepospolicie 



— 262 — 

by]y to wykształcone panny. Wychowane starannie, jak to 
zwykle bywa w wysokich sferach Anglii, w zasadach wspartych 
na gruncie rzeczywistym i zdrowym, — były w swem postę- 
powaniu swobodne. Posiadając w najwyższym stopniu poczucie 
piękna — a więc i poczucie przyzwoitości — wolne od wszel- 
kiej pruderyi, myśl swą, której źródło było czyste, wypo- 
wiadały śmiało i otwarcie, gdy tego była potrzeba. I to je 
trzymało na tej wysokości, której żadna lekkomyślność w zbli- 
żeniu się do nich przestąpić nie śmiała. Kzecz więc prosta, 
że chorobliwej sentymentalności niemek — ni też zalotności 
paryżanek, nie było w nich ani śladu. Czułość, nie czułostko- 
wość, rządziła ich sercem. Ubiór ich zawsze był skromny — 
ale też był pełen smaku i dystynkcyi, właściwej wyższemu 
pojęciu piękna — które zwykle toalecie artystycznie wykształ- 
conych pań towarzyszy. Starsza, wysmukła jak lilia — śliczna 
jak zorza wiosenna, z czołem ocienionem puklami w mister- 
nym nieładzie ułożonych włosów — mogła mieć około lat 20 — 
posiadała ten nieoceniony, właściwy Angielkom wyraz spokoju 
i zadumania — co to zapowiada, że wiele widziała — wiele 
czytała — a jeszcze więcej przemyślała. Znała języki wszystkich 
prawie cywilizowanych ludów — i ich dzieje — a że przez 
matkę była spokrewnioną z rodziną Sztuarta — przyjaciela po- 
laków, — znała więc i nasze dzieje. — Młodsza zaś, około 
lat 18, żywa, wrażliwa, — łączyła w sobie dziecięcą naiwność 
z porywami uniesień radości lub smutku naprzemian, co jakby 
chmurki na niebie, przelatywały po jej pogodnem czole. Były 
to dwa wręcz przeciwne typy i charaktery, co się tu nawzajem 
dopełniały. To też może przez to prawo kontrastu, kochały 
się bardzo. Rodziców obie ubóstwiały. 

Nazajutrz rano, stanęliśmy w porcie Malagi, sławnej sto- 
licy prowincyi, która świat cały zaopatruje w nieporównaną 
winną jagodę , i niemniej doskonałe wino. Że zaś to było w Pa- 
ździerniku, więc trafiliśmy właśnie w samą porę winobrania*). 



*) W samym kantonie Malagi zbiera się rok rocznie około dwółh 
milionów funtów wina. Najwyższy jego gatunek po Lagrima, s^ : 



— 263 — 

Po rozpatrzeniu się pobieżneni w mieście , które ze wzglę- 
dów handlowych i sanitarnych, jako miejscowość w porze zi- 
mowej najcieplejsza w Europie, zajumje stanowisko ważne 
w Andaluzyi, gdy odtąd podróżować mieliśmy lądem, — za- 
jęliśmy się wyszu"kaniem sposobu, dostania się do Granady, 
bez narażenia siebie na wielkie koszta i niebezpieczeństwa. 
Cztery rodzaje podróżowania praktykowano podówczas w Hi- 
szpanii (1857). Dyliżansem rządowym, — extra-pocztą, — 
pocztą listową (Correo), która miała dwa miejsca dla pasaże- 
rów — i karawaną — na mułach lub osłach. Krajowcy zaś, 
podróżują tam zwykle konno, — mężczyźni na koniach, — ko- 
biety na mulach. Kolej żelazna była podówczas tylko z Madrytu 
do Aranjuez. 

Otóż, gdy miejsca w dyliżansie były już zajęte, — 
.1 extra-poczta była dla nas za drogą, a co gorzej, niebez- 
pieczną, bo na nią to właśnie szczególniej, polowali bandyci, 
— zamówiliśmy, idąc za poradą mieszkańców Malagi, miejsca 
w Correo, które właśnie o północy, dla uniknienia upałów, 
odejść miało. 

Przed północą tedy, pożegnawszy przy wieczerzy nasze 
angielskie towarzystwo, które dopiero po dwóch dniach udać 
się miało do Granady, wsiedliśmy do przysłanej po nas hi- 
szpańskiej pocztówki (taitany). Akcya jednak wsiadania nie 
była tak łatwą, jak się to na pozór zdało; bo proszę sobie wy- 
obrazić dwukolną krytą biedę , zaprzężoną we trzy muły, z któ- 
rych dwa w dyszlu, jeden na przodzie, prawie niedostępną, 
bo gdy do wsiadania z boku otworu nie ma, więc aby się do- 
stać do środka, trzeba wprzód było stanąć na dyszlu, potem 
wgramolić się na grzbiet muła — a ztamtąd dać nura — 



Tierno , Miiskatel , a przedewszystkiem Pedro Ximenes. Prócz 
tego klassyfikuj% się wina , stosownie do czasa ich zbierania. 
Pierwszy zbiór odbywa się w Czerwcu, i daje wino które po- 
siada trwałość miodu. Drugi we Wrześniu — co daje jagodę 
snch% i jest o wiele przyjemniejsze , — zbierają się nareszcie 
winogrona późne, które wydają właśnie prawdziwą Ma- 
lagę. ( M. De Lantier). 



— 264 — 

do środka. Dwa pierwsze miejsca od frontu, zajmowali kon- 
duktor i pocztylion, — dwa drugie po za nimi, przeznaczone 
były dla podróżnych. Nareszcie wsiedliśmy. — i oto na dany 
znak wyjeżdżamy. Noc pogodna, — ciepło, jak śród łata. Przed 
bramą miasta zatrzymujemy się. Pytam, dlaczego? 

— Tu jest dobre wino, odpowiada konduktor. Pojedziemy 
przez góry, nie zawadzi zawczasu ogrzać się. To powiedziawszy 
wszedł do gospody — wyniósł po chwili butelkę — i oba 
z pocztylionem , wychylili ją do dna. 

— -A cóż, powiadam do towarzysza, — możeby i nam pójść 
za ich przykładem, co? 

Gdy ten wszakże na to się nie zgodził, kazałem podać 
starej Malagi — i wychyliwszy sporą lampkę , oddałem resztę 
hiszpanom. Ucieszyło ich to widocznie — bo wino było zna- 
komite — a że niezbyt było słodkie, musiało być rzeczywiście 
wytrawne i stare. 

Nieomyliłem się, tak sądząc; bo zaledwie wyjechaliśmy 
za miasto i zaczęli wspinać się pod górę — która tuż nad 
Malagą wznosząc się, zasłania ją od północy — poczułem 
ciepło w całym organizmie, ale zarazem dostrzegłem z niepo- 
kojem, że symptomata podochocenia , na hiszpanach daleko 
gorzej się objawiały. Zaczęły się wrzaski, śpiewy, sprośne 
wymyślania, a co najgorzej, gnanie bez litości i nieludzkie 
okładanie batem mułów, które ostatnich sił dobywały. — 
Nie pomogły upomnienia, prośby i groźby. Pędzimy, jak mó- 
wią: na złamanie szyi. A dokoła: gdzie spojrzysz, przepaście, 
od których droga nieodgrodzona ni murem, ni bary erą, a noc 
ciemna, — bo nawet księżyc jeszcze się z za gór nie wydo- 
był. Tymczasem, im wyżej, tem chłodniej. Przez otwór budy 
z tyłu, kędy pakunki wkładają, — dmie wiatr na przestrzał 
mroźny, przenikliwy. Dokoła skały i skały. Naraz coś błysło. 
Patrzę, — wypadają z ukrycia jacyś ludzie. Oho, myślę — 
ot i masz bandytów w naturze, których znałeś tylko z po- 
wieści... Zbliżamy się, — i cóż? — To karabiniery ki'ólewscy. 
rozstawieni w pewnych odstępach dla bezpieczeństwa po- 
dróżnych. 



- 265 — 

s 

— Vaya vsted eon Dios ! (Jedź z Bogiem) rzucili nam kar- 
dynalne słowa i znikli w cieniach jaskini. — No, pomyślałem, 
cóżkolwiek bądź — eramocyi tu nie brak; — tern więcej, że 
straż podobna, nie jest tam wcale bez zarzutu co do bli- 
skich koligacyi z bandytami. — Jedziemy dalej — a zawsze 
pod górę — a zawsze w szalonym pędzie, bez względu na 
raptowne ski-ęty drogi, i tuż pod nogami przepaście. Zimno 
zaczyna być już tak dotkliwe , i wiatr dmie tak przejmujący, — 
że nie mając na to rady, wyglądamy tylko stacyi . aby wysiąść 
i ogrzać się — i aby rozstać się przecież raz z tą pijaną kom- 
panią,. — Nareszcie po godzinie tej piekielnej męki i szalonej 
jazdy — stajemy. 

— Co to jest? pytam. 

— Stacya — odpowiada pocztylion. 

— Gdzież ona? rzeknę rozglądając się z tartany — i nic 
nie widząc prócz skał dokoła. — I oto patrzę, wyprowadzają 
z jaskini świeże trzy muły. na zmianę zaprzęgu. 

— A więc to taka stacya!... pomyśliłem, i dalejże wysko- 
czywszy z budy rozgrzewać się po chłopsku, bijąc sobie po 
bokach i drepcąc dokoła budy. A wiatr sybirski dmie tym- 
czasem, świszcząc na wszystkie strony i aż do kości przenika. 
No, myślę sobie, uniknęliśmy upału, — ale czy unikniemy 
przeziębienia — to pytanie. 

Wtem słyszę jęki z budy. Podchodzę — patrzę, aż oto 
mój kolega bezwładny, literalnie skostniały od zimna. 

— Chodź , porusz się ! wołam , biorąc go za rękę ; w}'jdź 
z tej przeklętej budy.... 

— Nie mogę , odpowiada ; — ręce i nogi mi skrzepły, 
a może i zmarzły. Chciałem odpiąć tłumok, aby dostać co 
ciepłego, i — nie mogłem. Prosiłem o to konduktora — nie 
chciał. Dziki to jakiś naród! — hardy, nieuczynny.... 

Nie było czasu na dyskussyę; — więc pomyślałem 
tylko, tak: to prawda że hardy i dziki, — ale nie wyciąga przy- 
najmniej ręki przy każdem zdarzeniu, jak się to dzieje gdzie 
indziej. A przytem towarzysz mój, mówił po francuzku, — 
więc nie był rozumianym, — lub wzięty za francuza, któro 



— 266 — 

to imię od wojen Napoleońskich jest tu celem powszechnej 
nienawiści, 

A więc dobyłem tłumok, odpiąłem sprzączki, pomogłem 
mu otulić się czemś ciepłem, i dalej, naprzód, na gościniec 
aby się rozgrzać. Nie minęło chwil kilka, napędziła mię 
poczta, — i oto jedziemy dalej; — ale tym razem pocztylion 
był trzeźwy — a konduktor syt chwały i wina, chrapał w naj- 
lepsze ; — a i księżyc też wzniósłszy się wysoko oświecił nam 
drogę. Przerażający ukazał się obraz, — Granitowe złomy — 
urwiska — przepaście — odkryły się w całej grozie ! W nie- 
spełna godzinę , gdy minęliśmy następną stacyę , zaczęło dnieć 
a wkrótce zatem i słońce weszło. Byliśmy na najwyższym 
szczycie odrośli gór Sierra -Neva da. 

Opisywać wrażenie tego widoku, byłoby daremnera. Kto 
zna góry, ten go sobie w przybliżeniu wyobrazi lepiej daleko, 
niż zdołają słowa; — kto ich nie zna, — próżnem byłoby 
silić się na opisy — które w każdym razie wypaść muszą 
blado. Dość powiedzieć, że za nami, po za linią olbrzymich 
szczytów gór — rozciągało się w nieskończoną dal — szafi- 
rowe Śródziemne morze ; — przed nami , — również w sinem 
oddaleniu , na krańcach rozkosznej doliny — na tle błękitnem 
gór Alpuhary i Elwiry, roztoczył się obraz uroczej Granady, — 
obraz, ujęty jakby dla kontrastu, w ciemno - brunatne ramy 
dzikich złomów i skał Nevady. 

Tak tedy, — spełniły się moje od dawna pielęgnowane 
marzenia , — ujrzałem Granadę , i unoszącą się po nad nią 
Alhambrę.,.. 

— No i cóż, mój koleżko, — „rozjaśnij oko — wypogodź 
czoło", — mówię mu z uśmiechem. - Bo bądź co bądź — 
przyznaj jednak, że warto być tu choć raz w życiu. Nie- 
prawdaż ? 

— Ha , jużcić tak — odpowiedział dość kwaśno — z wa- 
runkiem wszakże , aby się obeszło bez libacyi , a natomiast , 
aby było futro w zapasie, 

— A czemużeś się nie dał namówić do strzemiennego 
przy wyjeździe; zumsiłeś mię oddać hiszpanom to, co ich do 



— 267 — 

reszty spoiło, — a coby niezawodnie ogrzało cię na drogę. 
No, ale to już minęło, — zresztą, a la guerre — comme 
a la guerre. 

Gdyśmy się spuszczać zaczęli, słońce już tak dogrze- 
wało, że trzeba było odłożyć na bok wszelkie okrycia w ja- 
kie się zaopatrzyliśmy przed godziną. Na przedostatniej stacyi 
w mieście Locha, ubrano nasze muły w ozdobne szory, kity, 
dzwonki i-t. p., bo tak się wjeżdża zwykle do stolicy. 

Jak okiem zajrzeć, rozesłała się przed nami na mil 
kilka, czy kilkanaście wzdłuż i wszerz, żyzna, zielona, upra- 
wna równina. 

Wieleż to wieków — wieleż to bitew — stoczonych na 
tych równinach — krwią zasiliło — kopytami zorało tę zie- 
mię! pomyślałem. Zwyciężono, wygnano Maurów, to prawda, — 
ale ślad ich pracy, ich geniuszu, ich cywilizacyi dotąd pozo- 
stał, — i jedynym do dziś dnia jest i nie przestaje być źró- 
dłem dobrobytu dla ich zwycięzców. — Nic tu oni nie doro- 
bili.... Takto błąd przed wieki popełniony — mści się na hi- 
szpanach dotąd.... 

Po drodze spotykamy częste, liczne karawany, — wszystko 
tu podróżuje konno, — kobiety, księża, starce. — Niespotkasz 
nigdzie wozu ni powozu — oprócz poczt rządowych. — Wy- 
gląda to militarnie , bo zwykle jeźdźcy na dzielnych andaluzkich 
koniach, uzbrojeni też są w karabiny i lance. Dzika energia 
patrzy im z oczu. — Znać że to lud wykształcony w rewolu- 
cyach i wojnach domowych. — Kobiety, przy całej swej raso- 
wej andaluzkiej piękności — mają też w sobie coś dzikiego , — 
coś w rysach obcego naszym pojęciom piękna i wdzięku. 
Wielkie czarne o głębokich źrenicach oczy, których blask za- 
ledwie nieco łagodzą długie rzęsy, brwi gęste, szerokie, ku 
sobie zbliżone, — rumieniec matowy śniadej twarzy, — dają 
im wyraz jakiś ostiy, energiczny, wręcz przeciwny idealnym 
wdziękom kobiet północy. I jeżeli nie można zaprzeczyć, mó- 
wiąc o nich , aby były piękne — to też niepodobna utrzymy- 
wać, aby były śliczne. 



268 



- Ce sont les femelles plutót — que Ics femmes — dobrze 
mi powiedział jeden francuz ; — a mówiąc to, myślał zapewne 
o kobietach z ludu. 

Ale oto i Granada. Całe przedmieścia zajmują cieniste 
ogrody. Granaty, figi, morwy, pomarańcze, błyszczą z pośród 
ciemnej zieleni. — Tam i ówdzie Iśknią się baseny wód, 
szemrzą strumyki. 

Wjeżdżamy do miasta, — domy szare, okna opatrzone 
balkonami , — zasłonione żaluzyą. — Ciżba ludzi ruchliwa — 
gwarna, — jaskrawym kolojem stroju i Iśkniących ozdób, 
migoce w blaskach słonecznych ; — place zawalone stosami 
owoców. — Ciemne, ogorzałą twarze, ciemne, błyszczące 
oczy — zdradzają nieeuropejski pierwiastek. Mantyle czarne, 
obok jaskrawych kolorów ubioru kobiet, błyszczące ubranie 
mężczyzn, ich charakterystyczne sombrera (kapelusze), aksa- 
mitne kaftany, — gunie zamaszyście przewieszone przez plecy, 
— dziarskie , harde postacie , ich nareszcie gwar mowy dźwię- 
czny, harmonijny, — wszystko to razem , nowy zupełnie i ma- 
lowniczy przedstawia widok. 

Zatrzymaliśmy się w hotelu przy obszernym placu. — 
Wyjrzałem przez okno, — naprzeciw wznosi się góra ocie- 
niona odwiecznemi drzewy; — z pośród drzew wyzierają 
jakieś starożytne czerwonawe baszty, patyną wieków pokryte. 
Pytam, co to jest? 
— To Alhambra! 



Znużenie i upał południowy zmusiły nas zatrzymać sie 
parę godzin w mieszkaniu. Trzeba też było zebrać i upo- 
rządkować wrażenia, po tern wszystkiem co -przebyliśmy, 
i wobec tego co nas jeszcze czekało. A właśnie, wznosiła się 
tu przed nami ta góra tajemnicza, kryjąca w głębiach swej 
bujnej zieleni to, co najciekawszem było w Granadzie.... 



— 269 — 

W/.rok zamirzywszy w tych cieniiiyth masach — pize- 
biegłem myślą dzieje tego ludu, który od tak dawna i tak 
dhigo górował swą cywilizacyą po nad innymi — aż padł, 
i znikł z oblicza P^uropy! 

Po obiedzie, na którym wystąpiła ulubiona hiszpanów 
zupa Olla-podryda, z baraniny, kiełbas, słoniny, kurczęcia 
i jarzyn , na którym powiedziano mi o bytności zamieszkałego 
od lat kilku w Granadzie rzeźbiarza, a mojego kolegi peters- 
burskiej akademii pana G., udaliśmy się do niego, wstąi)iwszy 
na chwilę do katedry, dla obejrzenia grobowców Ferdynanda 
i Izabeli. — Przechodząc ulice wąskie* — z których niektóre , 
jak w Wenecyi tylko dla pieszych dostępne, — doszliśmy do 
placli na którym ujrzeliśmy kramy. Patrzymy — i o dziwo! 
przed nami w najczystszym stylu — budowa maurytańska, — 
tak dochowana, — jak gdyby wczoraj wyszli z niej Maurowie. 
Idziemy dalej jakąś szeroką ulicą — pytając się o drogę do 
Alhambry. Wskazują nam ją chętnie; — i oto uszedłszy nieco, 
stajemy przed wspaniałą bramą w stylii renessansu. — Napis 
na niej łaciński mówi, że ją Karol V cesarz postawił. Prze- 
szedłszy bramę, znaleźliśmy się w ogiodzie — założonym 
również przez tego cesarza. 

Był to najwspanialszy prolog poematu, który mieliśmy 
wkrótce poznać. 

I rzeczywiście, ogi*ód ten założony przez ukoronowanego 
ekscentryka, jest jakby illust4"0waną wstępną winietą tytuło- 
wej karty tego znakomitego dzieła Maurów. — Dość powie- 
dzieć , że położony na pochyłości góry Alhambry, posiada aleje 
z dębó>Y i kasztanów zasadzonych przed trzema wiekami. — 
Sklepienia tak ciemne, że promień słońca przebić ich nie 
zdoła. Puszczone z góry strumyki — w biegu swym po ka- 
mykach, szenuząc po cichu i zaledwo tylko migotnym bla- 
skiem, zdradzając swą obecność — orzeźwiają atmosferę. 
Szmer cichy i metaliczny, zlewa się ze śpiewem- ptastwa — 
które tu jakby drugą wiosnę obchodzi; - jakaś orzeźwiająca 
świeżość, przejęta zapachem krzewów i kwiatów — czarują 
zmysły. — Idziemy główną aleją pod górę; — na prawo i na 



— 270 — 

lewo , partery kwiatów — bluszczów, kapryfolii , na trawnikach 
rozesłane — rozwieszone na gałęziach, w festonach, wieńcach, 
girlandach, porywają, ku sobie oczy. Gdyśmy stanęli w punk- 
cie najwyższym, przy skręcie drogi, po za fontanną, — uj- 
rzeliśmy przed sobą potężnych rozmiarów wysoką, obronną 
maurytańską basztę, a w niej bramę, zwaną: „puerta de la 
justicia". Tu było właśnie mieszkanie pana G. 

Jako wysłany przez rząd rosyjski, dla zrobienia kopii 
Alhambry (w zmniejszeniu), otrzymał on za pośrednictwem 
ambasady, mieszkanie w tej poetycznej baszcie, gdzie już od lat 
pięciu mieszkał. Rzecz prosta , że spotkanie na drugim krańcu 
Europy było dla nas obu miłe. Dla mnie szczególniej , jakby 
z niebios spadł znajomy i wykształcony cicerone — artysta. 
Po rozmówieniu się naprędce, o tem co nas obu najbardziej 
obchodziło — o kraju i sztuce, ułożyliśmy program na cały 
tydzień. I odtąd , miałem już sposobność poznania wszystkiego , 
co Granada i jej okolice miały, najbardziej godnego widzenia. 

Wracając do hotelu, w późnej dość godzinie, znaleźli- 
śmy się w miejscu spacerowem, zwanem Alameda, — gdzie 
się publiczność wieczorami przy muzyce bawi. Zabawa ta pod 
gołem niebem śród alei ocienionej drzewami, zależy na prze- 
chadzce z końca w koniec, — śród pogadanki i umizgów za- 
lotnej młodzieży, — a której zwykłym manewrem jest zapalanie 
wzajemne gasnących ciągle cygaretek, co się odbywa z wła- 
ściwą hiszpanom i hiszpankom kurtoazyą i kokieteryą. 

Tak więc, śród zwiedzania kościołów, klasztorów, stu- 
dyowania miasta i jego w codziennem życiu obyczajów, — 
przeszedł nam dzień następny. Alhambrę odłożyłem do przy- 
jazdu Miss Mary. — Wartość bowiem oglądanych cudów przy- 
rody czy sztuki, zdwaja się, gdy je oglądamy z tymi co je 
na równi z nami pojmują i czują. Nic smutniejszego jak w ta- 
kim razie czuć się samotnym. — Jakoż trzeciego dnia, wró- 
ciwszy z jakiejś exkursyi, znajduję na stole dwie karty wizy- 
towe: „Sir Jacob Astl....", baronet i „Edward Astl....". 
— A więc przyjechali! 



271 



I)1j« ludzi zmuszonych żyć śród wymagań despotycznych 
światowych form, etykiety i konwenansów, wielką dogodność 
stanowią niekiedy podróże zagraniczne, dając im możność wy- 
tchnienia. — To też możni tego świata, jeżeli n. b. nimi są 
ludzie rozsądni, — wyzwalają się zwykle chętnie na progu 
swej ojczyzny ze wszelkich naleciałości, jakie ich krępować 
mogłyby w swobodnem używaniu wszystkiego, co wykształco- 
nemu umysłowi świat godnego przedstawia. — Nic więc dzi- 
wnego, że i moje spotkanie z tą rodziną było serdeczne — 
tak, jak gdybyśmy się od dawna znali. — Sztuka też nieza- 
wodnie przyszła tu w pomoc. 

— Jakże się pani powiodła podróż lądowa , przez góry ? — 
zapytałem ledy Astl.... witając ją. 

— Zajmująca bardzo; ale też i nie bez emocyi ją odby- 
łam — odpowiedziała. Jako mieszkanka wyspy, wolałabym 
wszakże płynąć dalej z Malagi morzem, aby się dostać wygo- 
dniej przez Guadalquivir do Sevilli. Ale czegóż to się nie 
robi dla dzieci, dodała, szczególniej dla córek, — dla któ- 
rych jedyna to jest pora korzystania ze swobody i niezale- 
żności — dorzuciła ciszej. 

Zaledwiem się przywitał z pannami, — Miss Mary cała 
wzruszona i rozpromieniona zawołała: 

— Co za droga ! — co za widoki ! — nie mogę się jeszcze 
uspokoić, po tylu wrażeniach. Naszkicowałam jeden widok ze 
szczytu Sien a-Nevady ; — musisz pan przejrzeć to i poprawić, 
bo wątpię, abym się tam nie rozminęła z perspektywą. 

— A śpiewy, a gitaiy! — dorzuciła Eliza; przecież wypra- 
wili nam hiszpanie serenadę na noclegu w Locha. 

— A fandango? — dodał młody Astl.... 

Wyobraź pan sobie , rzecze mi , gdyśmy się tylko we 
dwóch znaleźli na balkonie, spotkałem niespodzianie sensacyę, 
która mi dała przedsmak, czem jest Hiszpania. Gdyśmy przy- 
jechali do Locha, trafiliśmy właśnie w porę, kiedy cała 
ludność wyszedłszy z nieszporów, jako w dniu świąte- 
cznym — udała się wraz na zabawę, po za miasto. A więc 
pociągnąłem i ja za nimi. Pi-zed gospodą ocienioną drzewami , 



— 272 — 

pod treliarzem z figowych gałęzi, — gdy się już wszystko 
ulokowało gdzie i jak kto mógł , wystąpiło kilka par do tańca. 
Ozwała się muzyka, zaczął je poważny menuet. Komendero- 
wał t, z. bastonero, zwykły mistrz tańców i obrzędów. Począ- 
tek więc zabawy był bardzo poważny. Kobiety tańczyły, spu- 
ściwszy skromnie oczy, jakby wiejskie dewotki , i wyznam , że 
ruchy powolne i monotonne tego tańca , zaczęły mię już trochę 
nudzić, — gdy oto brzękła gitara, ozwały się skrzypce, — 
i dało się słyszeć wesołe fandango. Ta nota narodowa, jak iskra 
elektryczna poruszyła i wstrzęsła wszystkich; mężatki, dzie- 
wczęta, młodzieńce, starce, wszystko na raz ożyło, na odgłos 
tak ponętny i miły dla duszy hiszpana. Tancerze, tancerki, 
jedni z kastanietami , drudzy klaskaniem w palce naśladując 
kastaniety, wpadają na środek koła. Zawrzało wszystko! Ko- 
biety w lekkich, giętkich, zręcznych ruchach, — w ponętnych 
strojach — lubieżnych pozach, wybijając z dziwną dokładnością 
o posadzkę takt swemi korkami, szczególniej się tu odznaczają. 
Bo i cóż to za- taniec! — Wyobraź sobie, dwoje tancerzy wza- 
jem się wabi — .ucieka — goni z kolei; najczęściej kobieta 
postawą mdlejącą, lubieżną, z wzrokiem ognistym i namię- 
tnym, — zdaje się już, już — zapowiadać poddanie się — 
kochankowie już są gotowi paść sobie w objęcia, — gdy je- 
dnym razem, muzyka ustaje, — a sztuka tancerza zależy na 
tem, aby w tej chwili pozostać nieruchomym; gdy zaś nmzyka 
się znów ozwie, — fandango wraca do życia. Aż nakoniec te 
skrzypce, gitara, kastaniety, hołubce, — te giętkie, lubieżne 
ruchy tancerzy, tancerek, wrzawa, oklaski widzów, przejmują 
całe zgromadzenie takim szalonym wybuchem wesela — takiem 
upojeniem rozkoszy i szału, ^— że mnie nawet synowi chło- 
dnej Szkocyi, krew zawrzała. — I zaprawdę zwycięzca Goliata 
w swym tańcu przed arką świętą, wydałby się zimnym wobec 
tego rozkosznego ale i wściekłego fandango. 

Taniec ten ma pochodzić od Maurów, — niektórzy zaś 
utrzymują, że przyniesiono go z Hawanny. Lekarze hiszpańscy 
zalecają go podobno dla podtrzymania zdrowia. 



— 273 — 

— Może jako klapę bezpieczeństwa, zrobiłem uwagę ; — tak 
jak znów pewni lekarze zalecają, taniec ukąszonym od ta- 
rantuły.... 

— Po fandango, ciągnął dalej Sir Astl.... nastąpiło Segui- 
dillas, coś w rodzaju contre-dansa. Ale zaledwie zaczęto, wnet 
przerwano, a całe towarzystwo zwróciwszy się ku drzwiom, 
uklękło. 

— Co to ma znaczyć? — pytam stojącego obok mężczyznę. 

— Jakto , czy pan nie słyszałeś dzwonka z ulicy ? — Prze- 
najświętszy sakrament (venerabile) przenoszono w tej chwili 
przed tym domem. 



Wielka była radość podróżnego towarzystwa, gdy powie- 
działem, jakiego mieć będziemy cicerona, szczególniej gdy 
się dowiedziano, że nim będzie artysta-rzeźbiarz zamieszkały 
w Alhambrze. 

— Ależ to cały Parnas! zawołał baronet Astl.... 

— A więc niech żyją muzy ! dodał Henryk. Ale cóż ja będę 
robił, gdy państwo zasiądziecie na tym Parnasie? 

— Ty weźmiesz rolę Merkurego , — rzekła śmiejąc się 
Eliza; zamiast skrzydeł, przypniesz sobie do pięt ostrogi, 
i na dzielnym andaluzkim rumaku — będziesz nam dostarczał 
dobrej weny ; — a jako intendent wyprawy, czuwać będziesz , 
aby w spiżarni naszej nie zabrakło ambrozyi; jednem słowem, 
będziesz dostawcą smacznych rzeczy. 

Przyjął chętnie tę rolę młody Astl...., śród powsze- 
chnego zadowolnienia z tej humorystycznej propozycyi ; poczem 
zajęliśmy się ułożeniem programu wycieczek. 

— Wyznam pani, rzekłem później do Miss Mary, że co się 
dotyczę zapowiedzianego cicerona, to jakkolwiek rad jestem, 
iż tem zrobię państwu przysługę, — żałuję jednak, że mi się 
wymyka miła funkcya, którą miałem nadzieję spełnić sam, 
poznawszy już nieco Granadę. 

Wspomnienia z nad Wilii i Niemna Iś 



— 274 — 

— O , będziesz pan miał jeszcze dużo do roboty, — jeżeli 
zechcesz mi nadal udzielać swoich rad w rysunku. 

Czy i jak tę propozycyę ijrzyjąłem, nie potrzebuję o tem 
wiele mówić; dość przypomnieć, że byłem młody, — wrażliwy 
i — w duchu poeta! Ta zaś, co mi to mówiła, była w ca- 
łym rozkwicie młodości i wdzięków, — i była więcej niż 
piękną — bo w całem znaczeniu słowa — śliczną; a co naj- 
ważniejsza, posiadała ten urok — co zapowiadał jeszcze pię- 
kniejszą w niej duszę. Nad nami zaś było niebo Andaluzyi — 
byliśmy w Granadzie.... Czegóż więcej było potrzeba.... 

Nazajutrz o umówionej godzinie, zeszliśmy się w ogio- 
dzie przed główną bramą „Puerta de la justlcia^ gdzie wła- 
śnie w komnatach dawnego trybunału Maurów, była pracownia 
pana G 

— Dobrzeście państwo trafili, powiedział nam, — po za- 
prezentowaniu go należytem ; za dni kilka przypada dzień uro- 
dzin królowej; będą zatem fety, igrzyska, — a więc i walki 
byków. Wiem, że już są z gór sprowadzone — i że mają być 
złe i dzikie; — będzie zatem rzeź kapitalna. 

— My tam nie pójdziemy. Mary, Eliza, — nieprawdaż? — 
rzekła zwracając się ku córkom ledy Astl.... Mamy swoich 
kogutów w Anglii, — poprzestańmy na tem. 

Przeszedłszy bramę*), przez wejście złamane umyślnie, 
dla utrudnienia wrogowi wtargnięcia się przy szturmie, — 
a po nad którem napis arabski pozdrawia przychodnia , sło- 
wami : „Niech cię Bóg strzeże ; — Tylko Bóg i Mahomet jego 
Prorok!" — stanęliśmy przed drugą bramą „Puerta del vino", 
dziwnie pięknej arabskiej architektury, którą znów przeszedł- 
szy, znaleźliśmy się na wielkim placu. Lewą jego stronę zaj- 
muje olbrzymi gmach łazień królewskich, — prawą kaplica, 
w środku zaś wznosi się wielka budowa jakiegoś opuszczo- 
nego pałacu. 



*) „Postawił ją w 1348 r. Sułtan Abul-Hajjaj Jusuf , Najjaśniejszy 
król Granady". Tak oiiiewa napis na bramie arabski. ( Pedraza , 
Antiguedad de .Granada). 



— 276 — 

— To Karol V cesarz, wzniósł ten gmach, zburzywszy częś^ 
Alhambry, ale go niedokończył. Miała tu być jego rezydeneya. 
Niedokoiiczył może dlatego, dodał p. G...., że styl tej bu- 
dowy ciężki, jak widzicie państwo, odbijał niezbyt korzystnie 
od maurytańskich arcydzieł, jakie wraz ujrzycie. Te łaźnie 
na lewo , były najwspanialsze , jakie świat widział od upadku 
Rzymu. Dość powiedzieć, że sto kolumn alabastrowych pod- 
pierało sklepienia rozkosznych sal; — wodociągi dostarczały 
najczystszej wody z gór, — a główny jej rezerwoar zaopatry- 
wał całe miasto. 

— Ale gdzież pałac królewski? pytam go, rozglądając się 
i nie widząc nic więcej w głębi podwórza, prócz niepokaźnej 
kamienicy, — przy której, brama skromnych rozmiarów, daje 
dokądś wejście. 

Nic na to nie odpowiada nasz cicerone, — tylko pro- 
wadzi do tej bramy — dzwoni — oddaje kartkę wejścia od- 
dźwiernemu. Wchodzimy. 

— Aa! — jeden cichy głos podziwu, zerwał się z ust 
wszystkich. 

— Ależ to cudne! — rzekła z cicha Miss Mary — jakby 
lękając się przerwać uroczystego nastroju, jaki owładnął 
wszystkimi. 

Rzeczywiście, widok jaki się nam przedstawił na pierw- 
szym zaraz wstępie był czarujący. W środku podwórza ,Pateo 
del Agua", w marmurowym basenie błyszczy staw — i od- 
zwierciadla w kryształowych swoich wodach, otaczające kru- 
żganki i gmachy. Obiega go wokoło mirtowy płotek. Złote 
rybki połyskują w szafirowej wodzie. Przed nami i za nami 
kolumnada arabska, najsubtelniejszego rysunku, — piętrzy się 
w dwa rzędy, podpierając fryzy masywnych ścian i portyków. 
Posadzka szklista z białego marmum rozściela się na całej 
przestrzeni; — po obu końcach stawu szumią wodotryski. Ta- 
jemniczość jakaś — jakby zaczarowanego gmachu — wita nas 
zewsząd. — Idziemy w milczeniu — stąpając po cichu — 
jakby w obawie by niezbudzić zaklętych duchów tego rozko- 
sznego pustkowia. 

18* 



— 276 — 

Wchodzimy w drugie podwórze: „Cuarto de los Icona" 
podwórze lwów (od fontanny wspartej na 12tu lwach). Przed 
nami las kolumn, wysmukłych, lekkich, — obiega dokoła, 
podtrzymując krużganki, arkady, kopuły. W głębi — szumi 
fontanna lwów; — jedyny to objaw ruchu i życia tej pysznej 
niegdyś królewskiej siedziby ! W środku logietta na kilkunastu 
wysmukłych kolumnach wsparta, a tak lekkich i wątłych, że 
się zdaje — iż przy pierwszym wiatru powiewie — wszystko 
to jak senne widzenie — uleci i zniknie. Gdzie nie spoj- 
rzysz — istne czary! Myśl, że się ma przed sobą takie dzieło 
geniuszu człowieka, — jakąż dumą nie napełnia serce; — 
ale zarazem, jakąż boleścią nie przejmuje — że to wszystko 
jest dzisiaj — tylko ruiną, — tylko archeologicznym za- 
bytkiem. 

Wchodzimy do sali „De dos Hermanas"^ dwóch sióstr. 
Miss Mary, która się opierała na mojem ramieniu — gdyśmy 
weszli, — poczułem że zadrżała. — Jakto, więc to wszystko 
z kamienia! ależ to cała sieć z koronek! — a tam — u góry, — 
patrz pan, jakby miękkie fale muślinu. 

— Trzeba tu odetchnąć chwilę — rzecze mi, zatrzymawszy 
się u progu. Zamknęła oczy. — Zawiele na raz — szepnęła 
z cicha, jakby mówiąc do siebie. 

Nareszcie, wchodzimy. Cała sala z białego marmuru od 
posadzki io sklepienia zapełniona mozaiką. Inkrustowane zło- 
tem, purpurą i szfirem misterne arabeski tych ścian, nadają 
im lekkość i przejrzystość prawie ażurową. Sklepienie w kształcie 
stalaktyków, wsparte, a raczej zawieszone na takichże łukach 
i wspornikach, chwiać się zdaje — lekkie jak pajęcza sieć. 
Balkony dla orkiestry — zagłębienia nad niemi i pod niemi 
— również w kształcie stalaktytów, z niezrównaną elegan- 
cyą i precyzyą wykonane, — każą wątpić, że to jest rzeczy- 
wistość. Harmonia całego rozkładu budowy i ornamentyki 
tak wykończona, dostrojona, i misterna, — że tu się już tylko 
widz zachwyca — nie dziwi — jak gdyby w koncercie słuchał 
jakiejś pysznej muzyki. W środku sali szemrze fontanna; 
z balkonu zawieszonego nad urwiskiem skały — widok na 



277 



ogiudy i — Alpuhaię. O, tcak — łaskawy czytelniku — 
wszystko coś dotąd widział, śnił kiedyś w twoicłi najśmiel- 
szych marzeniach — masz tu na jawie przed sobą. 

Przechodzimy naprzeciw, do sali Abenseragów, „de los 
Abencerages". 

Sala ta nosi tę -nazwę na pamiątkę zamordowania w niej 
znakomitej rodziny — posądzonej niesłusznie o zdradę stanu 
i stosunek miłosny jednego z "niej z siostią królwską; co było 
powodem licznych turniejów rycerstwa i książąt chrześcijań- 
skich, na cześć wdzięków i w obronie niewinności tejże ki-ó- 
lewny. Pokazują tu zwykle ciceroni ciemną plamę na wazie 
fontanny, mieniąc ją być piętnem wylanej krwi pomordowa- 
nych. — Sala ta niemniej pyszna od pierwszej, doskonałością 
proporcyi — symetryi — świetną inkrustacyą ornamentyki, — 
o sklepieniu, jakby udrapowanem w przejrzyste muślinu fe- 
stony — w stalaktytowe grupy o tajemniczych zagłębieniach — 
niszach — galeryach — zawieszonych balkonach, przejrzy- 
stych, powiewnych — może ją jeszcze przewyższa. Co tylko 
mogła wytworzyć najzuchwalsza wschodnia fantazya, co tylko 
urzeczywistnić zdołało w architekturze rozpoetyzowane marze- 
nie, wszystko tu widz ma przed sobą. 

Nareszcie, jesteśmy w sali złotej czyli poselskiej „Sala 
de los Ambaxadores". 

Profuzya ornamentyki taka, że literalnie blask jej ośle- 
pia. Posadzka, ściany, sklepienie tej ogronmej sali, pokryte 
inkmstacyą tak misterną, tak cudną go do układu, wdzięku, 
harmonii i rysunku — taka przezroczystość tych mozaikowych 
ścian — jakby pozawieszanych wzorzystymi kobiercami , o prze- 
tykanem złotem i purpurą tle, — że patrząc na to wszy- 
stko — ogarnąwszy okiem tę niewyczei^paną w motywach, 
pomysłach , jakby natchnioną pracę — pierwszy raz dopiero 
pojmuje się znaczenie słowa: „Arabesk", a z niem sztukę 
i cywilizacyą arabską. 

— Doprawdy, czy ja marzę — czy to kartka z tysiąca 
i jednej nocy — woła z uniesieniem Miss Mary. Jacyż to byli 
ludzie, co umieli stworzyć taki raj na ziemi!? 



■ — 278 — 

— I CO to piękno czuli, dodałem. Ciężko im być musiało, 
to wszystko rzucać. — Piszą współcześni, że po ośmio-mie- 
sięcznej obronie, — gdy już nie było ratunku — i trzeba 
było opuścić Granadę, Boabdil wylewał potoki łez, żegnając 
ze szczytów gór po raz ostatni tę swoją stolicę*). 

Wyszliśmy zachwyceni. 

Wstąpiliśmy jeszcze do apartamentu sułtanki. — Co 
tylko najżywsze, najdelikatniejsze uczucie rozkochanego władcy 
mogło obmyślić, — wszystko tu było, — aż do goto walni za- 
wieszonej jak gniazdko ptasie po nad urwiskiem skały i sze- 
mrzącym strumieniem ,,Darro". — Do sypialni przylega roz- 
koszna łazienka, w której sklepieniu wycięte w kamieniu 
gwiazdki, wpuszczają światło różnych kształtów i kolorów 
w tę tajemniczą ustroń piękności. 

— Gdzież te królo,we, księżniczki, rycerze — ich wzru- 
szenia, zachwyty, ich ideały! — gdzie one; — rzekła smu- 
tnie; miałożby to wszystko skończyć się z nimi razem — 
i w proch się rozsypać.... i dodała po chwili — prawdaż to, 
że cośmy wzięli z niebios — w niebiosa uleci.... 

Szliśmy zadumani.... * 

— I cóż pani myślisz o tem, zagadnąłem moją towarzy- 
szkę — gdyśmy wyszli. Nieprawdaż, że bywają dzieła sztuki, 
które przewyższają to wszystko , czego się spodziewało po nich. 



♦) Granada, stolica kraju tej nazwy, posiada arcybiskupią, katedrę 
i uniwersytet założony przez Ferdynanda V, przezwanego kato- 
lickim — który ją, zdobył na Maurach w 1492 roku , a którzy 
tu osiedli w dziesiątym wieku. Położona przy zbiegu rzeki Xe- 
nil i Darro,- odległa od Malagi o mil 14, od Sevilli o 28 , od 
Madrytu o 50. Długość 18 — 19, szerokość 30 — 37 mil; liczyła 
za panowania Maurów 400.000 mieszkańców, 70.000 domów, 
50 szkół publicznych. Otaczał ją mur przecięty siedmioma bra- 
mami i uwieńczony tysiącem wież dla obrony miasta. Pałac 
królów Maurytańskich mógł sam pomieścić 40.000 ludzi , żyzna 
prowincya Granady produkuje wino , oliwę , daktyle , granaty, 
pomarańcze , jarzyny, len , konopie , zboże. Upadła ostatecznie 
w 1G09 roku — wskutek wygnania Maurów za Filipa 111. 



— 279 — 

Dla mnie Alhambra ma tę jeszcze wartość, że pozostanie 
w mojej pamięci jako tło urocze, na którem też na zawsze 
pozostaną ci, co tu dzielili ze mną zachwyty. 

— O , yes , yes , zapomniawszy się , zawołała po angielsku , 
i — zamilkła. 

Gdy ją odprowadzałem do powozu, czułem, że się na- 
prawdę opierała na mem ramieniu, chwiejąca się i zadumana. 
Po tylu wrażeniach i emocyach — duch jej i ciało były wi- 
docznie znękane. 



Dnie następne zeszły nam na zwiedzaniu kościołów, kla- 
sztorów, na wycieczkach w okolice, w których najczęściej 
panny jechały z rodzicami powozem, — my zaś dwaj, sir Hen- 
ryk i ja, konno. Wieczory spędzaliśmy na balkonie, słuchając 
dalekiego szmeru gitar z ulicy, — lub muzyki Elizy z salonu; 
— co zwykle sprowadzało pod okna hotelu tłumy słucha- 
czów, a kończyło się — serenadą dla pięknych Angielek. 
Zachwycało to nasze panny; Elliza szczególniej nie posiadała 
się z radości i czuła się dumną, że w krainie Maurów, 
w ojczyźnie gitary, spotkał ją taki zaszczyt. 



Codziennie poranki do obiadu poświęcane były studyom 
artystycznym. Konm znana psychiczna strona serca — ten 
pojmie , jak słodki , ale zarazem jak niebezpieczny był czar — 
co mię z dniem każdym więcej upajał. Czułem to, — a je- 
dnak jakaś nieprzeparta siła pchnęła mię na brzeg przepaści — 
by w nią zajrzeć coute que coute. Upatrzone wprzód w pie- 
szych lub konnych wycieczkach widoki, zbieraliśmy skrzętnie 
do albumów. Towarzyszyła nam zwykle z książką Eliza, a nie- 
rzadko i Henryk, który z nią lubił płatać figle, i szczególniej 



— 280 — 

ją kochał. W tych posiedzeniach, będąc najczęściej sami, — 
gdyż Eliza prawie zawsze, rzuciwszy książkę — bujała gdzieś 
jak motyl śród kwiatów, po łąkach, — o czemże to nie naga- 
daliśmy się z sobą. — Ona mi opowiadała o swej poetycznej 
Szkocyi — tak nam pamiętnej z romansów Walter Scota : o ar- 
cydziełach Szekspira, Byrona; — o obrazach Lawrence'a, Rey- 
nolds'a, owych luminarzach sztuki angielskiej, — o znanych 
jej galery ach rezydencyi kilku lordów, z którymi ją łączyło 
pokrewieństwo; — ja, o losach mej ojczyzny, — o litewskich 
puszczach, o naszych wieszczach, o Włoszech, które świeżo 
opuściłem. 

Jedno co nam zawadzało, — to, że musieliśmy oboje 
używać obcej mowy. Wprawdzie, przychodziła nierzadko w po- 
moc, ta najwymowniejsza, wspólna wszystkim i pod wszy- 
stkiemi szerokościami świata , mowa — bez słów. ... To też 
na niej przeważnie poprzestać musiałem.... 

Chodząc najczęściej z nią w naszych wycieczkach pod 
rękę, — gdyż rodzice szli z sobą, a brat z Elizą, — wieleż 
to razy, śród jakiegoś wzruszenia co ją owładło , czułem bicie 
jej serca.... a jednak nigdy, chociaż mi drżały słowa na 
ustach — nie pozwoliłem sobie przekroczyć granicy, którą 
zakreśliło poczucie honoru i pamięć na stanowisko nasze 
wobec obcych. Zresztą , niewysłowiony urok czystej , dziewiczej 
atmosfery, co ją otaczał.... trzymał silnie na wodzy wszelkie 
porywy mojej wrażliwej natury. Raz tylko , w jakiejś konnej 
wycieczce, która dziwnie ją ożywiła, pozostawszy nieco za 
innymi, — ucałowałem gorąco jej rączkę i zatrzymałem w mej 
dłoni chwilę, — gdy mi podała zerwaną gałązkę bluszczu. 
Lekki rumieniec wystąpił na jej lica; — puściła konia — 
i w milczeniu pędziliśmy czas jakiś. — Przy zsiadaniu, gdym 
ofiarując moje usługi, — jako improwizowany giermek ujął 
w mej dłoni jej małą nóżkę, — milcząco podziękowała mi 
uściśnieniem ręki, i nie wyszła już aż do obiadu. 

Gdyby się komu zdała dziwną, taka swoboda w po- 
stępowaniu panien, winienem tu przypomnieć, że pod tym 
względem Anglia trzyma się dotąd, wręcz przeciwnych konty- 



— 281 — 

nentowi zwyczajów. Tam kobieta, dopóki jest niezamężni^, 
w wyższych szczególniej sferach, używa w całej pełni swobody; 
rozumie się, w zakresie poczucia swej godności, jakie jej 
daje staranne wychowanie, i dopiero, gdy zostaje mężatką,, 
staje się niewolnicą obowiązków, które też — trzeba przy- 
znać — wypełnia święcie. 



Nadszedł nareszcie i oczekiwany dzień uroczystości kró- 
lowej. Całe miasto przybrało postać świąteczną; rozwie- 
szono kobierce na balkonach ; — dzwony wszystkich kościo- 
łów, bez ustanku gwarem zmieszanym napełniają atmosferę. 
Cała ludność począwszy od południa, tłoczy się na ulicach 
i placach ; trupa pikadorów na koniach w fantastycznych ubio- 
rach , z muzyką przeciąga ulice, zapowiadając walki byków 
(Torros). (Viva la broma!) Niech żyje wesele! Viva! viva! 
rozlega się wszędzie. 

A więc punkt ó godzinie 5tej wszyscy w pięciu t. j. dwaj 
panowie Astl...., mój towarzysz Seweryn B...., mój akademi- 
cki kolega G.... i ja jesteśmy w cyrku. Dokoła od góiy aż 
do najniższej u dołu ławki, którą dla ochrony walczących 
obiega wazka uliczka, od areny oddzielona wysoką przegiodą — 
zajęła miejsca publiczność wesoła, jaskrawa, gwarna. Naprze- 
ciw loży alkada, umieszczona muzyka wojskowa gi-a zapa- 
miętale jakiś hymn narodowy. Czarne mantyle kobiet, — 
czarne sombrera (kapelusze) mężczyzn, — podnoszą jaskra- 
wość barw obojej płci. Wachlarze, ten nieodstępny przedmiot 
każdej hiszpanki — jako zwykła mowa mimiczna śród wido- 
wisk , balkonów i ulicy — pomszane ciągle, — migocą iskrami 
kamieni. — „Agua fresca! — agua fresca!" — rozlega się ze 
wszystkich stron. 

I oto występują rycercze , a raczej aktorowie tragedyi. 
Po uroczystcm przy odgłosie trąb powitaniu alkada i całej 
starszyzny, zajmującej pierwsze miejsca królewskiej loży, dano 



— 282 — 

znak rozpoczęcia. Zagrzmiały znów kotły i trąby, rozwarto 
podwoje zamkniętej dotąd ciemnej stajni — wypada byk. — 
Skaro-gniady, lekki, zwinny jak jeleń — wbiegł na środek, 
powitany wrzaskiem publiczności — i stanął. Blask światła — 
kolorów' — oklaski tysiąca dłoni i trąb dźwięki, zmieszały 
go widocznie; — ale wnet, powiódłszy dokoła okiem — rzuca 
się na pierwszego co był najbliżej człowieka (bandelieros). 
Ten umyka, cisnąwszy mu w kark strzałę z kolorową wstęgą; 
byk za nim ; podbiegają inni — atakują — ranią strza- 
łami, których haczyki zaczepiają się mu w karku; — • zwierz 
pędzi wziąwszy na oko jednego z nich; — ten ucieka prze- 
skakuje baryerę — chroni się- w uliczkę, a tymczasem pod- 
biegają inni — rzucając mu kolorowe szmaty przed oczy — 
drażnią — ranią — zmykają. — Trwa to dość długo; — aż 
wreszcie śród tego z,amętu, rozdrażniony i udekorowany ró- 
żnokolorowemi wstęgami, z zakrwawionem od gniewu okiem — 
wpada w otwarte umyślnie wrota stajni, za wpędzonym na 
ten cel oswojonym bykiem. To akt pierwszy. 

Ledwo minęła chwila, wjeżdżają na scenę pikadory. — 
Ci już są opatrzeni w pancerze i bawole kaftany. Każdy z nich 
ma za broń — tylko lancę, o krótkiem ostrzu — gdyż zada- 
niem jego — nie jest zabić — ale ranić zwierza. Koń pod nim 
ma oczy zawiązane. Biedne zwierzę idzie drżące — jakby czuło 
co go czeka! — Jakoż zaledwo jeździec dojechał do środka 
areny, -- wypada rozjuszony byk — i postrzegłszy nowego 
wroga pędzi ku niemu; — ten go atakuje — rani — lanca 
pryska — zwierz ryknął — ale w tejże chwili , nachyliwszy 
łeb rzuca się na konia — jednym zamachem rozdziera mu 
piersi — drugim rozrywa brzuch. Buchnęła krew — wypadły 
wnętrzności — koń i jeździec tarzają się w piasku — a z ga- 
leryi, balkonów, lóż rozlegają się frenetyczne oklaski. By ra- 
tować jeźdźca, podbiegają bandelieros — drażnią płatami 
i strzałami zwierza, — który tymczasem bodzie rogami i ra- 
cicami gniecie, powalonego konia i człowieka; nareszcie podra- 
żniony na nowo — rzuca swą ofiarę , — zwraca się i dalej 
w ])ogoń za tamtymi; ale że to są akrobaci doświadczeni 



— 283 — 

i zręczni, — więc rozsypują się — ciskając mu w oczy 
szijiaty; — przeskakują baryery — zmykają. Zdarza się nie- 
kiedy, jak tego byłem raz w Sevilli świadkiem , że rozjuszony 
byk , przeskoczył baryerę , — wymiótł wszystkich z uliczki — 
i gdy się jeden z atakujących salwował na estradę, — wpadł 
między publikę, — aż go tam, śród strasznego popłochu, 
zabił torreador. 

Gdy wiec tak ku wielkiej uciesze publiki, dziki byk na- 
morduje kilka koni i połamie kości kilku jeźdźcom, — nastę- 
puje akt trzeci — ostatni. Wchodzi na arenę torreador, a był 
nim podówczas sprowadzony na tę uroczystość sławny Cal- 
deron, ślepy na jedno oko, które w turnieju utracił. — 
Ubrany z cala precyzyą kastylskiej elegancyi, z czerwoną pła-- 
elitą, zwieszoną na ramieniu, — pod którą trzyma na wpół 
ukrytą długą szpadę, — wchodzi zwolna; — krok jego pewny, 
śmiały — ruchy zręczne; — czuć, że to mistrz w swojej 
sztuce. — Cisza dokoła; — każdy wstrzymał oddech, bo 
nadeszła chwila stanowcza, bo tu już idzie o życie jednego 
z- dwóch. — Zapieniony od wściekłości zwierz , — skrwawiony 
od strzał i końskiej posoki, — z łbem na dół pochylonym, — 
kopie racicami, lyczy — i ciska piasek pod obłoki. Ujrzawszy 
torreadora, rzuca się ku niemu; — ale ten spokojnie uchyla 
się — byk przelatuje mimo (ił donnę dans le vide). Znowu 
wraca, — i znowu się tasama gi'a zaczyna; — znowu się 
rzuca i znowu mija; — nareszcie spados (torreador) pod- 
biega, — wionie mu przed oczy czerwoną płachtą, — zwierz 
rjknął — rzucił się nań w szalonym pędzie — a w tejże 
chwili jak mgnienie błyskawicy, ten mu topi szpadę w karku. 
I oto byk runął Jakby od piorunu. 

— Bravo! bravo!... rozlegają się ze wszystkich stron wołania, 
krzyki, — grzmią kotły muzyki, c)Tk cały się trzęsie — 
starce, kobiety, dzieci, cała publika powiewa chustkami. — 
Wszystko szaleje w uniesieniu radości. — Torreador — zwy- 
cięzca, dunmym ukłonem dziękuje publiczności. 

Władze też okazują mu swoje zadowolenie, ukłony się 
wymieniają. — ' Pauza. 



— 284 — 

I oto występują dwie pary mułów — zaczepiają; postron- 
kami za rogi — i przy odgłosie pogrzebowego marszu wycią- 
gają zwyciężonego mieszljańca gór. — Gdy się to odbyło — 
zamiatają arenę — i znów da capo, al fine, następuje dalszy 
ciąg turnieju, który nierzadko do ośmiu lub dziesięciu by- 
ków — i do kilkunastu ' koni pomordowanych dochodzi. — 
Po tern wszystkiem — następują owacye, uczty wyprawiane 
na cześć torreadora; — opiewają go poeci, — dzienniki głoszą 
jego sławę — nie pomijają nawet i Impresaria, który tak 
godnie podtrzymał honor i tradycyę Hiszpanii. 

Inaczej się dzieje, gdy Impresario dostarczy na tę za- 
bawę aktorów podejrzanej reputacyi, t. j, takich, które nietylko 
nie mordują ludzi i koni — lecz same ze strachu uciekają. 

Capra! capra! (koza)! — rozlega się wtedy wołanie. 
Afuera ! a basso ! — ala calle ! — es horoso — precz z nim , 
obrzydliwe, szkaradne, wołają kobiety i mężczyźni — i wraz 
z tem rozlega się pieśń z dwóch słów: „Impresario ladrone!" 
a przy tej pieśni zaczyna się robota , — w której zawiedziona 
i rozgniewana publiczność, ciska wszystkie ławki i sprzęty jakie 
ma pod ręką, na arenę. I nikt jej w tem nie przeszkadza. 
Policya znika w takich razach; — bo gdy ludek hiszpański, 
opatrzony zwykle w katalońskie noże, gniewając się w ten 
sposób się bawi, niebezpiecznie wtenczas z protestem w oczy 
mu zaglądać. 

Myliłby się wszakże, ktoby mniemał, że zabawa na tem 
się kończy; bo oto, jeżeli się wszystko powiodło dobrze, do- 
dają tu jeszcze epilog zaba\sTiy. Jest nim ćwiczenie praktyczne 
dla młodzieży. Wypuszczają dziką krowę z gałkami na rogach. 
Toż to dopiero uciecha ! — , Chmura dzieci wpada na arenę. — 
Trzeba widzieć natenczas ruch, zajęcie, gwar całej publi- 
czności; — bo tu matki, siostry, ojcowie, krewni — wszystko 
tu jest zainteresowane. Rozdrażniona krowa, rzuca się na 
wszystkie strony, bodzie, depce, przewraca całe tłumy; — 
wziąwszy któregoś na oko, dopada, porywa na rogi i ciska 
pod obłoki. — I oto zawrzało, zawieruszyło się wszystko — 
zbladły lica matek — ale chłopak ledwo spadł na ziemię — 



285 



już na nogach — już podrzuca krowie znowu jakiś łachman -- 
atakuje, zmyka, — a woknie, oklaski — sypią si§ ze wszy- 
stkich stron, — bo w tej latorośli czują wszyscy przyszłego 
bohatera cyrków. 

Takie to są zabawy hiszpańskiego ludu, — Dzikie to, 
nieludzkie, barbarzyńskie — to prawda; — ale niemniej jest 
prawdą, że to w nich utrzymuje hart ducha i ciała — i tę 
męskość, co nie pojmuje miękkości i w}Tafinowanego zepsucia, 
w jakiem gniją inne narody. — I gdyby go z góry nie burzyły 
i nie demoralizowały fatalne wpływy, — i gdyby mu fana- 
tyzm narzucony nie stanął był na drodze, którą mu wska- 
zali jego wielcy mężowie — inne niezawodnie byłyby jego 
losy.... 



Razu pewnego, gdyśmy oboje z Maryą, w ostatniej już 
naszej wycieczce, usiadłszy pod cieniem rozłożystej morwy 
królewskiej willi Generalifu, robili widok ogólny pałaców Al- 
hambry, która z tej strony widziana przedstawia malowniczą 
massę różnego kształtu i różnych czasów zabudowań, zawie- 
szonych na urwisku po nad strumieniem Dan'0, — a Eliza 
gdzieś ze śpiewem l)łądziła po alejach, zawiązała się między 
nami rozmowa o charakterach. 

— Ciekawam też wiedzieć , co pan myślisz o naszych cha- 
rakterach — moim i Elizy? — zapytała mię na wpół żartem 
— na wpół seryo. 

— Ponieważ jesteście panie Szkotki — odrzekłem — a więc 
pożyczę porównania z gór. Otóż p. Elizę, przedstawia mi po- 
tok górski, — któr}' swobodny, swawolny, szybki, poiywa lub 
przeskakuje w swym biegu wszystko co mu staje na drodze ; — 
a że zmienia miejsce , widoki , — więc odbija w swych wodach 
w przelocie wszystko co napotka i — pędzi dalej. 

Panią, porównałbym do górskiego jeziora, w które wszyr 
słko rzuro]>4v - ro ma wap:ę — id/io na dno — i tiim po- 



— 286 — 

zostaje.... którego spokojne czystych wód oblicze, zwrócone 
ku niebu — niebo odbija. Ale gdy to niebo się schmurzy, 
dodałem ciszej, — gdy te wody burza poruszy i podniesie, — 
biada łódce co się znajdzie na jego falach. 

Gdy to powiedziałem, spojrzała na mnie tern długiem, 
magnetycznem spojrzeniem — co to na wskroś duszę przenika. 
Chmurka przelotna przemknęła po jej czole, zadumała się 
chwilę, przerwawszy swą robotę, — i po chwili rzekła: 

— Dziękuję panu za pochlebne zdanie, w pierwszej poło- 
wie ; w drugiej — nie znam siebie. Ale co do siostry, toś ją 
pan niezupełnie pojął. Strumyk to żywy' — i jeśli chcesz swa- 
wolny, — ale wody jego kryształowe , — czyste jak łza , — 
dobiegłszy jeziora lub morza, ustalą się w jego nurtach. Sły- 
szałeś pan jej muzykę — możeszże wątpić o głębi uczuć tej, 
co tak umie pojmować arcydzieła. 

Przy tych słowach wpadła, a raczej wleciała Eliza, ru- 
miana , świeża , leciuchna , jak owa jutrzenka Guida pałacu 
Barberynich, niosąc pęki kwiatów i zieleni. 

— Zabrałaś pani , powiadam jej , resztki kwiatów, — jak 
po wspaniałej uczcie zbierają resztki — aby je oddać ubogim. 

— Tak, odrzekła, z przybraną emfazą — tylko w teiji ró- 
żnica, że ja składam te resztki, a w nich — to co w tej do- 
bie ma najwdzięczniejszego przyroda, — nie jako jałmużnę 
ubogim, lecz jako daninę mocarzom tego świata — artystom. 
To rzekłszy poważnie się ukłoniła i usiadła przy nas — za- 
bierając się do układania wieńców, równianek, a po chwili — 
zerwała się i dalejże śród swawoli i chichotek stroić niemi, 
siostrzyczkę. 

— Nieprawdaż , jak jej z tem ładnie ? — zawołała śród 
extazy, — spoglądając to na nią — to na mnie. 

— Pani zapominasz , że mówisz do malarza. 

— Ależ ja mówię do człowieka; — z naciskiem jakby na- 
dąsana, odrzekła. 

— Niestety! — człowiek tu ustąpić musi miejsca mala- 
rzowi — odrzekłem nie bez goryczy; czyżbym tu inaczej był 
z paniami?... 



— 287 — 

— Któż wie; Chi lo sa.... odpowiedziała figlarnie, po włosku. 
A mówiąc to, rozswawolona jak dziecię, obrzucała nas 

jakby la.winą lub deszczem kwiatów i liści , co nam aż do stóp 
spadały. 

— Jaka szkoda, że tu w tej chwili nie ma jego.... Marie, 
nieprawdaż, rzekła ciszej po angielsku, wplatając kwiatki 
w jej bujne warkocze — nieciłby ci^ teraz widział.... 

— A czy wiesz pani, że był zwyczaj u Słowian staroży- 
tnych — których mam zaszczyt być potomkiem, rzekłeuł 
z uśmiechem, że gdy prowadzono na ofiarę bogom ludzką 
istotę, ubierano ją w kwiaty, zanim zamordowano*). Nie sto- 
suję tego rozumie się do pań — bo przecież dla płci pięknej , 
kwiat jest zawsze i wszędzie zwykłem ubraniem. Ale, czy 
wolno być niedyskietnym i zapytać, o kim to w tej chwili 
p. Eliza wspomniała? 

Tu z właściwym sobie szczebiotem, opowiedziała mi, 
że Marya od lat dziecinnych była zaręczoną komuś, wskutek 
układów familijnych; — że jej narzeczony, jako attache am- 
basady w Madrycie , zaraz po fetach kiólowej przybędzie na 
ich spotkanie do Sevilli i t. d. 

To powiedziawszy frunęła jak ptaszek do gaju, zosta- 
wiwszy nas samych. 

Śród tej opowieści, spojrzałem na Maryę, — była blada 
jak marmur; pochylona nad albliiftem, rysowała. Milczeli- 
śmy oboje. 

Tak przeszło chwil kilka. Nareszcie rzekła cicłiym , prze- 
rywanym głosem: 

— Jutro się rozstaniemy — i — prawdopodobnie na zawsze. 
Napisz mi pan proszę w tym albumie słów kilka na pamią- 



* ) Był zwyczaj u starożytnych i^Iowian , ie grzebiąc 8\i'ych wodzów, 
razem z nimi rzucaao na stos nieiylko ulubiona im brou i zwie- 
rzęta — ale i żony. Ubierano je w kwiaty, pojono miodem , śpie- 
wano pieśni — aż wśród tego upojenia i wesela, jedna ze star- 
szych rzuciła się na ofiarę, topiąc njż w jej łonie. (Notatka 
z kursu Alex. Chodźki , O literaturze Słowian , w College de 
France). 



— 288 — 

tkę, — mówiła to patrząc mi w oczy tym swoim wzrokiem, 
co mię zawsze tak upajał — a w którym w tej cliwili cała 
jej dusza była. 

W milczeniu wziąłem jej album, i napisałem dwie stroiy 
ze znanego wiersza, który Gaszyński w imionniku jakiejś An- 
gielki napisał — a które już znała z mego śpiewu przy for- 
tepianie : 

Gdy na wybrzeżach twojej ojczyzny 
Zobaczysz okręt burzą miotany 
Co przez sterników nie przez bałwany 
Wpędzony został w zgubne mielizny, 
Poświęć mu, poświęć — łezkę choć jedną 
On tobie Polskę przypomni biedną. 



Lub jeśli błądząc myślą po świecie 
Zobaczysz naród wolny, szczęśliwy, 
Gdzie twardem berłem tyran nie gniecie 
Gdzie bujnyin plonem złocą się niwy 
Ach wznieś do nieba gorące modły, 
By takie szczęście Polsce przywiodły. 

— Ale i pani napisz mi cośkolwiek — rzekłem oddając jej 
album — będzie to jakby ostatnia garstka ziemi na grób 
rzucona. — Wtem przyszła mi myśl. — Więc dodałem: na- 
pisz mi pani po polsku. 

— Ależ ja nie umiem. 

— Więc pozwól.... ująłem jej rękę wraz z ołówkiem, i na- 
pisałem te słowa z Dziadów: 

„Idźmy każdy w swoją drogę.... 
„Ja cię zawsze będę wspominać.... 
.Ale . " 

— I cóż dalej — pyta — podniósłszy oczy — i jakby re- 
sztę czytając w moich oczach.... 



— oso 

Przetłumaczyłem jej dosłownie — z dodaniem dalszego 
ciągli — którego wła.^nie w jej napisie brakło. Potem, niewy- 
])u.szczajac jej reki, ucałowałem różowe paluszki, — czego 
mi już nic broniła, cała wzniszona i drżąca.... 

» * 

I to była jedyna i ostatnia pieszczota. Czas też był 
wielki rozstać sie.... 

— Niebo się nam cbmurzy. — rzekłem po chwili, — cóż 
sję stanie z łódką? 

— Pozostanie ona na zawsze w głęl)iach jeziora, spowita 
bluszczem pamięci — odrzekła, rękę położywszy na piei"si. 

Takie było nasze pożegnanie! 



Nazajutrz rano, gdy przyszedłem na umówione w kate- 
drze miejsce — gdzie miała wykończyć rysunek gi'obowca 
Ferdynanda i Izabelli — znalazłem tylko jej ali)um na krześle. 
Po rozpatrzeniu się w mroku tej wspaniałej świątyni, przy- 
ćmionej z powodu upałów, ujrzałem ją w głębi ustronnej ka- 
plicy klęczącą przed ołtarzem. Modliła się i płakała. 

— Artystka ustąpiła miejsca narzeczonej — pomyślałem — 
i usunąłem się w głąb nawy, aby mię niepostrzegła. Bo i mnie 
też, gdy mijałem pyszny grób Gonzaha, przyponmiały sie 
słowa poety: 

Tyś szczęśliwa — twe miejsce w biesiadników kole 

Moje — gdzie są przeszłości cmentarze i truniHy. 
Młody bluszcza zielone obwijaj topole.... 
Zostaw cierniom otaczać grobowe kolumny! 



Po obiedzie, danym w cienistej werandzie, na który mię 
z panem G.... państwo Astl.... zaprosili, gdzie nieżałowano 

WgpnnmiPiiia z nad Wilii i Niemna. 19 



— 290 — 

toastów na szczęśliwą, podróż, pożegnaliśmy się wszyscy — 
as reals gentlemens — i jednocześnie udaliśmy sie w prze- 
ciwne strony; — ja napowrót przez Malagę, morzem do Gi- 
braltaru i Kadyxu a stamtąd przez Guadalquivir do Sevilli, 
— oni wprost przez Sevillę do Madrytu. 



ZAWSZE ONI 



OBRAZY HISTORYCZNE I OBYCZAJOWE Z KOŃCA ZESZŁEGO WIEKU. — DZIEJE 
POŚMIERTNE ŁUETANA SCFFCZYŃSKIEGO (bOD/.ANTOWICZA) Z ILLUSTRACYAMI 

jrursza kossaka 1 epigrafam w. pola , z portretem siffczyńskiego 
i pola. — poznań, nakładem j. k. żipanskiego 187.i, folio. 

(przegląd illlstuacyj). 



10* 



Aie iiiógl trafniejszego zrobić wyboru wydawca tej niepospo- 
licie pięknej publikacyi, jak poruczajac jej illustrowanie Kos- 
sakowi. — Śród znakomitego już dzisiaj zastępu polskich ar- 
tystów, to jedno imię dotąd najwłaściwiej stanąć może obok 
imion Pola i Suffczyńskiego. — I zaprawdę, chluba to nie- 
pospolita dla kraju, którego literatura i sztuka wspierając się 
wzajem, może w danym razie postawić obok, na czele swoich 
utworów, trzy takie współczesne imiona. — Nie darmo też 
Kossaka nazwano Polem w malarstwie. — We wszystkiem bo- 
wiem, co w niedawnej przeszłości tchnie rycerskoiścią, co zna- 
mionuje dzielność i hart charakteru, co nosi odblask cnoty 
rycerskiej — w tem wszystkiem celuje i niezrównanym jest 
dotąd ołówek Kossaka. Z jego rysunków, jak z opowiadań 
Pola i Suffczyńskiego, wieje jakieś ożywcze ciepło, jakieś 
tchnienie rzeźwiące. — Uznanie też należy się wydawcy, któ- 
rym snąć kierował w nakładzie tak kosztownym , wysoki nastrój 
poety — artysty i przedmiotu. — Zewnętrzna szata publikacyi 
tej doborowa: papier i staranność wydania, niby kosztowna 
rzeźbiona rama do genialnego obrazu. 

Ponieważ wzięliśmy sobie za zadanie zrobić przegląd 
illustracyj tego dzieła, zamkniemy więc nasze uwagi w tym 
tylko zakiesie. 

Na początku spotykamy przedwstępną winietę tytułową 
(frontispice). Jej treścią jest ustęp z ciągu obrazów: odjazd 
niłodziana do wojska. Ta piękna scena, o której ktoś z młodych 



— 294 — 

nie marzył , a ze starycli kto nie wspominał do grobu — oddana 
znakomicie. — Osoby, akcessorya i wszystko czego sie dotku{},ł 
ołówek artysty, nosi piętno czasu, o jakim opowiada Sutf czy li- 
ski. Ludzie ci żyją i czują rzeczywiście. Scena to zwykła, 
a dziwnie przejmująca. W tej kornej postawie zbrojnego mło- 
dziana, który w ostatniej cliwili rozstania ugiął kolano, by 
ucałować rękę co go wychowała, a teraz błogosławi na bój, — 
czuć, że to serce co tak oclioczo pragnie spełnić ofiarę, gdy 
mu przyszło rzucić dom, rodzinę — zadrżało i wezbrało 
łzami; że na tem uroczystem rozdrożu życia, upaść musiała 
ostatnia łza dziecka, zanim mąż powstał. — Wianis trzyma- 
jący konia , wyborny stanowi kontrast , bo znać w nim bywalca 
który wiele bojów i wiele łez widział. — W głębi, domownicy 
jako jedna rodzina, ze łzami, modlitwą, łączą się w jednem 
życzeniu , któremu . słów nie trzeba , które serce młodziana 
czuje, a niebo słyszy. 

Na następnej , a właściwie głównej karcie tytułowej , 
mała winietka przedstawia starego wojaka (bo któż nim na- 
tenczas nie był), jednego zapewne z dawnych sodalisów. — 
Na schodach do ogrodu, którego pielęgnowanie, być może. 
miał sobie powierzonem , usiadłszy, pali lulkę i duma. — Po- 
stać to typowa owych starców, dziś już zbyt rzadkich, co to 
po życiu poświęceń i znoju, pro puhlico hono, zachowali czer- 
stwość ciała i ducha i tę miłą dobroduszność ozłoconą nie- 
kłamanym uśmiechem, zanim cicho, z pogodnem obliczem 
i wiarą w grobach się pokładli. 

Za tem, idą wizerunki Pola i Suffczyńskiego. — Artysta 
ujął je w formę rodzajowego obrazu, i śliczną z tego zrobił 
rycinę. — Oprócz podobieństwa tych obu znakomitych gawę- 
dziarzy, oddane tu wybornie ich charaktery, uwydatnione bar- 
dziej jeszcze w scenie, która objawia stosunek ich obu do tej 
powieści. — Sędziwy wieszcz , już podówczas ociemniały, ale 
czerstwy jeszcze na umyśle i duchu, słucha z zajęciem po- 
wieści, którą mu Suffczyński czyta. ^- Skromna, a zarazem 
pełna godności postać czytającego, co pod sąd tak wytrawnego 
znawcy oddaje to dzieło, natężenie uwagi w słuchającym. 



— 295 — 

i>l)ot^'<;(»\\aiK' iiiysią . /.«.■ mu już tylku wzrok lUulia p(i/,(»^.lał, 
wszystko to świadczy chlubnie o studyacli artysty, o gruntownej 
znajomości strony psychologicznej, gdy tak doskonale skreślił 
ich podobieństwo duchowe. — >^adcn wizerunek Pola, z osta- 
tnich czasów, nie jny.edstawia tak dobrze tej pi^'knej, niy- 
śliicej i rozumnej głowy. — Na tem poważnem obliczu, ma- 
luje sig tu widoczne zadowolnienie, jakby potakiwaniem obja- 
wiane śród czytania: a zarazem pewna duma i pociecha, 
właściwa zacnej duszy, iż oto jeszcze jeden znakomity praco- 
wnik przybywa wesprzeć potężnie , przerzedzone szeregi wete- 
ranów pióra. — Szkoda, że skromność artysty niedozwolila 
dołączyć mu swego wizerunku, bo taka serdeczna przyjaźń, 
taka jedność uczuć łączyła te trzy dusze, że kto ich znał, 
a widywał razem zgi-omadzonych u Pola, ten na rycinie szuka 
Kossaka, a nie znalazłszy go, doznaje tęsknego zawodu. — 
Co do sztychu (p. Ant. Szretlera z Paryża) ten wykonany 
dość sucho, choeiaż starannie. 

Po tej rycinie, artysta daje nam widok dworu Starosty, 
a właściwie Scenę z chartem. Daruje nam artysta, że się 
z nim tutaj zgodzić nie możemy, co do zaptrywania się na 
nasze dawne rezydencye. — Widok przedstawionego dworu , 
jakkolwiek służy tylko za tło^ompozycyi , wcale nie odpowiada 
skali rezydencyi takiego pana jakim był starosta. Ten za- 
przęg jaki widzimy przed gankiem . aby był w harmonii z ca- 
łością, wcale innego każe domyślać się dwom i otoczenia; 
gdyż nie należy zapominać , że ludzie owej mianowicie epoki . 
hołdując niezmiernie tego rodzaju zbytkom, kochali się w oka- 
załych dworach i obszernych komnatach , i że im ciasno i du- 
szno byłoby, z ich liczną służbą i gośćmi, w dzisiejszych pa- 
łacykach, willach i kołedżach modnych, a cóż dopiero w ta- 
kim lichym dworku. Dwór przedstawiony, sądząc podług 
tych, jakie gdzieniegdzie nam jeszcze zostały nad Wilją lub 
Sanem, zaledwie ujść mógłby w owych czasach jako dom 
rządcy lub skromne probostwo. Pojmujemy, że w tym widoku 
za mało miejsca, aby rozwinąć ówczesny przepych rezyden- 
cyi pańskiej, i że ta tiguruje tutaj tylko jako akcessorja, 



— 29() — 

wszelako jedua mała joj część wprowadzona do obrazu, w cha- 
rakterze właściwym, mogłaby dać wyobrażenie o całości. — 
Nastgpuje potem śliczny obrazek rodzajowy: Pan Starosta, 
a u nóg jego chart faworyt. Wnętrze domu, akcessorya. 
wszystko dokładnie i malowniczo oddane podług tekstu. — 
Obraz z tego na większą skalę, byłby zajmujący. — Idzie 
dalej przeprawa przez Wisłę Rzerzyńskiego ; flisacy wracający 
do domu; — powrót z Warszawy z furą obładowaną zbożem 
i pieniędzmi; dalej, wielkotygodniowe wypadki w Warszawie, 
— wszystko to skomponowane z poczuciem prawdy, i arty- 
zmem właściwym Kossakowi. W dalszym ciągu powieści spoty- 
kamy piękną rycinę, której za treść posłużyła legenda fami- 
lijna z wojen tureckich, odnosząca się do zegaru, co miał 
wybijać fatalne dla jej potomków godziny. Rysunek piękny, 
wykonany z werwą. — Dalej, następuje wioska, pochód od- 
działu, obóz w Okszei: Ulubieniec Mohorta defiluje na czele 
swej chorągwi przed wodzem naczelnym — bitwa — Macie- 
jowice. — Nareszcie Sosnowice, na których się kończy szósty 
i dotąd ostatni znany nam poszyt. W^ tym ostatnim rysunku, 
gdzie artysta przedstawił bohatera u nóg bogdanki, widać iż 
słabą stroną rysunków Kossaka jest część romantyczna; zato 
. w ogóle , po przejrzeniu tego -dzieła , niepodobna " nieoddać 
należnego hołdu artyście i nie żałować zarazem, że przy tak 
obfitej treści, takich żywych, a rozbudzających natchnienie 
obrazach, jakie nastręcza pióro nieodżałowanej pamięci Sutł- 
czyńskiego, artysta tak skąpo udzielił nam rysunków. 

Tyle na teraz co do rysunków Iiossaka. Co zaś do 
rytownictwa, to musimy przyznać, iż Warszawa uczyniła nas 
tak dalece wymagającymi, iż oprócz rzadkich wyjątków, wcale 
niezadowalniają nas roboty p. Bellanger. Brak stopniowania 
cieniów w oddaleniach i planach krajobrazu, każą wątpić 
o artystycznem poczuciu rytownika, lub przypuszczać nie- 
uwzględnienie warunków artystycznych przy druku. — Rzecz 
cała wszakże, piękna i znakomita. 



STATUETKA N. PANNY JACKOWEJ WE LWOWIE 

(STUUYUM POBIEŻNE). 



orud niewielu zalntków staro/} tiiej sztuki , jakie Lwów po- 
siada, ciekawa jest bezwątpienia , dla miłośników rzeźby reli- 
gijnej, st«atuetka tak zwanej Najświętszej Panny Jackowej 
w kościele XX. Dominikanów. 

Zanim kiedyś będziemy mogli podać bardziej wyczerpu- 
jącą rzecz o niej, poprzestajemy dziś na kilku słowach, które 
nam świeże wrażenie podaje. 

Tradycya kościelna mówi, że przyniósł ją Św. Jacek 
z Kijowa do Halicza, skąd po przeniesieniu stolicy Rusi do 
Lwowa i ją też przeniesiono. Że tak być mogło, nie mamy 
powodu wątpić, lecz czy statuetka którą obecnie widzimy, 
jest tą a nie inną, przy całej jej niezaprzeczonej starożytno- 
ści, wątpić się godzi, i wątpliwość tę na następnych opie- 
ramy uwagach. 

A najprzód, tradycya twierdzi, że darowana była kościo- 
łowi XX. Dominikanów w Kijowie przez ks. Włodzimierza, 
czy też jego rodzinę , podczas pobytu w tem mieście św. Jacka 
Odrowąża. Zatem działo się to na początku XIII wieku, pYzed 
najściem Tatarów. Że zaś dar ten pochodził od książęcej ro- 
dziny, która nadto, podług tegoż podania, miała być już na 
wpół katolicką, — aby więc był godnym książęcego daru, 
musiał już mieć jakąś swą sławę, swą tradycyę; gdyż to tylko 
l)rzeważnie w owych czasacłi wiary, wartość po(iobnym prze- 
dmiotom dawało. Zatem musiał ł)yć wcześniejszym niż począ- 
tek XIII wieku. Idąc więc w górę, aż do czasu obrazoł)urców, 
mamy wiek XII, XI, X. 



300 



Przyputiziiiyż się tej epoce, 

Pizecz dowiedziona , że nie tyle szkody przyniosło sztuce 
obiazoburstwo , ile jego skutki. — Herezya ta bowiem wsclio- 
dnicli Cezarów, pociągnęła za sobą, zepsucie smaku, w samem 
już rozegzaltowaniu umysłów narodu. Grek pałający fanatyczną 
miłością ku swoim obrazom, które mu wydzierano, — odrzucił 
światło surowej krytyki , jaką się kierowali jego przodkowie . 
i ukląkł ze czcią przed monstrualnymi wizerunkami, nie zwa- 
żając zgoła na ich wykonanie. — Odtąd to całe clirześcijań- 
stwo oddało się barbarzyńskim malaturom, które miały pocho- 
dzić z niebios, i w tym to czasie wzięły początek te wszy- 
stkie obrazy i wizerunki zwane Achiropoletes, które aż dotąd 
świadczą o nieuctwie malarzy co je wykonali. 

Nie lepszy los spotkał i rzeźbę; — upadek bowiem sztuki 
był powszechny. — Ani usiłowania cesarza Bazylego Macedoń- 
czyka, Leona filozofa, Konstantyna Porfirogenita , na wscho- 
dzie; ani gorliwość biskupów na zachodzie — gdzie panujący 
z wyjątkiem Alfreda króla Anglii , wiedli żywot niegodny na- 
stępcy Karola Wielkiego (Charle Magne) — nic nie mogło już 
podźwignąć jej z upadku. — W kościołach i pałacach, złoto 
i drogie kamienie, pokrywały ubóstwo smaku i myśli, prze- 
pych zastąpił sztukę. — I tak to trwało przez długie lata. — 
Powstają wprawdzie bazyliki, pałace, wznosi się w X wieku 
kościół Św. Marka w Wenecyi, budują się wspaniałe świątynio 
w Grecyi — ale sztuka spełnia już w nich tylko zadanie de- 
koracyjne, zredukowane do mozaiki, witrażów, zaledwo ją 
tylko przypomina niekiedy illuminatorstwo rękopisów. 

Sztuka wielkiego stylu upadła. — Nikt z aitystów od 
IX wieku zacząwszy, nie ważył się malować ni rzeźbić z na- 
tury, gdyż posługiwanie się kształtami nagości uważanem było 
za rzecz niemoralną i bezbożną. — Nareszcie drugie Conci- 
lium Nicejskie, ostatni sztuce cios zadaje, oddając jej kierunek 
duchowieństwu. Odtąd księża jedynie mają przywilej do po- 
mysłów i natchnień! — artyzm przechodzi w rzemiosło. — 
„Poczucie piękna pozostało wprawdzie w duszy, — ale teo- 
rya jego zaginęła" — powiada znakomity V. G. Yisconti. 



301 



Pizypatizmyż się teraz naszej statuetce. — Zastrzegamy 
się lui wstępie, że ja uważamy za dzieło nie wschodu, lecz 
zachodu; upoważnia nas do tego, krótki rozmiar ogółu po- 
staci, i przesadna wielkość głowy, cechy dziel sztuki owego pe- 
ryodu w którym była wykonaną. — O innych wspomnimy niżej. 

Od pierwszego rzutu oka, uderza nas przedewszystkiem 
pełna wdzięku oryginalność pomysłu. W jednej i tejsamej 
giupie, widzimy N. Pannę z dzieciątkiem w ręku, a obok 
Niej z wierzchołka symbolicznego drzewa, wykwita krucyfiks — 
gdy tymczasem wąż biblijny, obwijając kręgami swymi pień 
tegoż drzewa, zsuwa się na dół, by złożyć głowę pod stopy 
Maryi. — Dzieciątko Jezus prz};jmuje do rąk jabłko adamowe, 
godło gizechu , — aby potem , jako Chrystus - Odkupiciel , 
zmazać go śmiercią krzyżową. — Kompozycya zaprawdę pię- 
kna i bogata , a głęboka symbolika przypomina piei-wsze wieki 
chrześcijaństwa — wieki chrześcijańskiej alegorji. 

Spójrzmy na wykonanie. 

Bogata faldzista draperya, a pod nią tunika i powło- 
czystar szata*), osłaniają postać Madonny. — Ich rysunek, 
wydatność . układ , — ich i)artye w szlachetnym ułożone stylu , 
zdradzają dłuto oswojone z naturą i antykiem. — Nie widać 
tu sztywności epoki, która odbiegłszy od natury i wzorów 
st-arożytnych , odznacza się bmkiem życia i prawdy. Przeci- 
wnie, widzimy artystyczne ustawienie Madonny, ożywione na- 
turalnym mchem , której kształty nawet świadczą o usiłowaniu 
artysty pod względem anatomii. — Co do dzieciątka, o tern 
trudno sądzić, gdyż wątpić się godzi, aby dorobiona jego 
główka, wykonaną była podług myśli pierwszego jej autora, 
w czem utwierdza jej sztywność, jak niemniej inne dorobione 
części tejże figurki. 

Pomysł, symbolicznego węża*) i takiegoż drzewa, prze- 
niósłby nas w świetne czasy sztuki, poprzedzające Iconocla- 
słóic, gdyby nie ta romantyczność w ich kompozycyi, a która 



*) Keminissencya grecka, Palas de Yeletri. 

•) Reminissencya grecka, Apolonzw-yciezcaPythona. ApolonLycien, 



— 302 — 

tak żywo przypomina rozkwit sztuki, zapowiadającej peryod 
Diirerowski, gdyby, nie mówiąc już o ubraniu Madonny wi- 
dzianej z boku, nie ten Chrystus na krzyżu, nietylko nieo- 
słoniony szatą, jak to w owych czasach praktykowało się, ale 
w sposób nowożytny, zawieszony na trzech gwoździach. 
Wiadomo bowiem, że nie pierwej aż w VIII wieku, za pa- 
piestwa Jana VII Greka, po raz pierwszy wprowadzono do 
kościołów wyobrażenie Chrystusa zawieszonego na krzyżu, 
i przez długi czas odziewano go szatą, — bo aż w XIV do- 
piero wieku, widzimy go po raz pierwszy takim, jakim go 
widzimy do dziś dnia. 

Reasumując zatem rzecz całą, sądzilibyśmy, że gdy wy- 
konanie tej rzeźby niepodobna odnieść ani do czasów poprze- 
dzających wiek dziesiąty, — ani do czasów, które po nim do 
restauracyi nastą[)iły, oczywista więc, że musi być dziełem 
późniejszem, dziełem renesansu, i to renesansu znacznie 
już wykształconego , który na końcu XIV i początku XV wieku 
przypada , — a którego ślady, podług zdania prof, Łuszczkie- 
wicza, w krakowskich rzeźbach kościoła Maryackiego widzieć 
się dają. 

Co do płaskorzeźby wykonanej u spodu, prawdopodobnie 
podług starodawnej pieczęci ruskiej, to podług naszego zda- 
nia, ta, jako karta dedykacyjna dzieła, dopełnia miary inten- 
cyi autora, zdradzając rolę przeznaczoną w swoim czasie 
dla tej zajmującej statuetki. 

Reszty dopowiedzieć mogą akta procesu , z powodu sporu 
dwóch klasztorów, o autentyczność dwóch statuetek, roszczą- 
cych sobie prawo do nazwy: Statuetki N. Panny Jackowej. 

Przegląd Archeologiczno-hihliograflemy 1881 r. Warszawa. 



*) Renę Menard. Ilistoire de Beaux-arts. 



p 



z WYCIECZKI DO OLESKA. 



Zbliżająca sie dwóchsetna rocznica pamiętnego tryumfu broni 
polskiej pod murami Wiednia, — rocznica, w której cały 
świat chrześcijański ze czcią przypomni imię Jana III, za- 
prząta umysły i serca polskie; kwestya: — jak ją uczcić, 
al)y to było stosowne i godne wielkiego bohatera, i narodu, 
którego był synem. 

(Jalicya, której pomyślniejsze, niż innych dzielnic Polski, 
losy, — po wielu ciężkich kolejach, dają dziś możność wypo- 
wiadania swych uczuć i myśli pod względem dziejowej prze- 
szłości, — ma jeszcze w tym razie i tę wyższość przed in- 
nemi, że w obrębie ziem swoich, usypanych zwaliskami 
malowniczych zamczysk i starych grodów, - posiada miejsca 
pamiętne śladami działalności rodziny Sobieskich , jużto 
w jej dawnych rezydencyach , w jej pobożnych fundacyach — 
jużto w }(.)] dziełach wojennych, w jej giobach, — przede- 
wszystkiem zaś, posiada kole])kę jej sławy: zamek Oleski. 

To też rzecz naturalna, że w chwili obecnej zwraca sie 
myśl rodaków ku tej drogiej pamiątce, i że chcianoby ją 
przedstawić braciom z innych dzielnic l'olski, — jako najsto- 
sowniejszą w położeniu obecnem, — dla oddania czci boha- 
terskiemu królowi, przez nabycie jej na własność na- 
rodową. — Myśl ta. podług nas trafna, ma jeszcze te zaletę . 
że zjawia się na czasie, — bo czyniąc zadość uczuciom pa- 
tryotycznym narodu, uchroni jego sumienie od niewczesnych 
wyrzutów, któreby bliska i ostateczna ruina tego zamku, spo- 

Wspomnicnin z nad Wilii i Niemnn. 20 



— 306 — 

wodować niezawodnie musiała. — Wolelibyśmy wprawdzie , aby 
się zjawiła była wcześniej , — ale to już w tern leży nasz 
fatalizm dziejowy, — że najczęściej zapóźno, — lub za- 
wcześnie, bierzemy się do dzieła! 

Cokolwiek bądź, ponieważ to jest sprawa, w której nie- 
tylko uczucie lecz i honor narodowy zainteresowane być mu- 
szą — ponieważ czas nagli i działać należy, zanim zamiar 
ten wielostronnie rozpatrzony, uznany i przyjęty przez ogól 
zostanie ; — zawiązane Koło , którenm przewodniczą osobisto- 
ści, spotykane zwykle gdy o dobro kra^u idzie, zajęło się 
rozpatrzeniem tej sprawy pod względem prawnym i techni- 
cznym; — ten zaś wzgląd ostatni spowodował wyprawę rze- 
czoznawców do Oleska, w celu zbadania na miejscu stanu 
i okoliczności, w jakich się zamek znajduje, a następnie 
orzeczenia co zeń należałoby i co można zrobić. 

Wziąwszy udział w tej wyprawie, w charakterze badacza 
starożytności i sztuki , pozwolę sobie z mego stanowiska , zdać 
sprawę z tego co widziałem i powiedzieć, co do powiedzenia 
za słuszne uważam. 

Przedewszystkłem , każdemu kto się na tę myśl godzi, 
nasuwają się pytania: 

1. Czyli i jakie zamek Oleski zachował ślady i cechy 
z czasów, gdy był siedzibą rodziny Sobieskich? 

2. W jakim stanie obecnie się znajduje? 

3. W jaki sposób podtrzymanym, i na jaki cel użytym 
być może? 

Co do pierwszego, — to jakkohyiek obecny stan zamku 
przedstawia smutny obraz ruiny, nie mało jeszcze wśród niej 
zostało, co ma dla nas wysoką wartość pamiątkowo -history- 
czną — a nawet w pewnej części i artystyczną; że wymie- 
nimy już tylko kaplicę z pięknemi malowidłami alla tempera, 
na ścianach i sklepieniu, szkoły Carla -Marata; — komnaty 
Sobieskich; apartament królowej Marysieńki, ze szczątkami 
kominków, sutitów, sztukateryj, oddrzwi, mozaikowanych po- 
sadzek i t. d.; komnaty wpiawdzie dziś odarte i zburzone, ale 
tesame niezawodnie, śród którvcli urodził sic Jan III. Że 



— 307 — 

nie ulfiily vhv /iiiiiiiimu i przerobieniu \v i/ii>ie, j;ily przeszły 
w inne r^'ce, - zdaje sie nie bez podstawy r\iczyć ta myśl, — 
że po wyjściu z rąk Sobieskieli , naprzód dostały się rodzinie 
IfzeAYUskich , — która aż do ostatnich prawie czasów pano- 
wania St. Augusta, mając je w posiadaniu, umiała zapewne 
uszanować tę narodową pamiątkę. — Następnie w drodze pu- 
blicznej licytacyi, nabył Olesko podkomorzy Zieliński. Ten 
jeżeli w restauracyi opuszczonego gmachu, nie uwzględnił 
jego charakteni, — nie zmienił zapewne nic w komnatach, 
o które nam idzie. Owszem, zostawiwszy je w stanie, 
w jakim zastał, całą restauracyę zwrócił do przeciwległego 
pawilonu, gdzie były wielkie recepcyjne salony, obróciwszy 
je na własne mieszkanie, które też w części, podług ówcze- 
snego smaku odnowił. — I tej to właśnie okoliczności za- 
wdzięczamy ocalenie charakteru komnat, tak zwanego aparta- 
mentu królowej Maryi Kazimiry. Twierdzimy to stanowczo , 
tern bardziej że w Muzeum Zakładu narodowego imienia Osso- 
lińskich posiadamy drzwi z tego apartamentu, a których 
ornamentyka przypomina najzupełniej ornamentykę konuiat 
Jana III w Willanowie. Zresztą, gdyby się i znalazło coś 
zmienionem, łatwo to dojrzy i usunie doświadczone oko bie- 
głego architekta, któremu nie obce style i studya staroży- 
tnych gmachów. 

Wspomniawszy zaś o stylu, jedno zastrzegamy, to, że 
w założeniu zamku, a raczej zameczku Oleskiego, szukać go 
niepodobna. — Jak w wielu polskich zamkach, które nie py- 
clia. lecz potrzeba obrony wzniosła, składały się nań wieki. 
Od XIII wieku zacząwszy, każda wojenna potrzeba, śród tylu 
tatarskich, iiiskich, litewskich i tureckicli napadów, dodawała 
lub usuwała mu kamienie i ściany. Dopiero w XVI wieku, 
gdy małżonek córki Danilewiczów, a ojciec Jana III Jakób 
Sobieski, nabył go na własność, — mąż ten światły i zna- 
komity, obrawszy go sobie na stałą rezydencyę, nadał mu 
zapewne charakter swojego czasu. I z tego to właśnie punktu , 
nmiemany, należałoby się zapatrywać na te mury, które utra- 
ciwszy wszystko co im dały wieki średnie, prócz paru kolumn 



108 



i odilrzwi romańskich, przedstiiwićijij, cechy wspóhie spotyka- 
nym w Polsce zamkom XVI i XVII stulecia. 

Co do drugiego pytania, — to z żalem powiedzieć nm- 
f^my, że zastaliśmy zamek w najopłakańszym stanie. — Ilęka 
czasu, obojętność, a bardziej może chciwość ludzka, a z nićj 
nowożytny wandalizm modnego amatorstwa, szły tu widocznie 
w zawody. Zapadły sufity, sklepienia i posadzki; znikły w wię- 
kszej części kominki, marmury i boazerye do niedawna jeszcze 
widziane; jednem słowem, znikło wszystko, co tylko mieć 
mogło jakąś wartość w oczach antykwarza; zostało to tylko, 
czego przenieść w całości nie podobna było — zostały odarte 
ściany. — Zdobią je wprawdzie, tu i ówdzie resztki sztuka- 
teryj i stiuków, obramowania wydartych zwierciadeł i obra- 
zów na ścianach i stropach — i resztki malowideł ściennych, — 
ale na tem wszystkiem oko rozżalonego przechodnia czytać 
musi z boleścią wypisane słowo: — ruina! 

Przeciwległa zato strona zamku, zajęta i urządzona, 
jak powiedzieliśmy wyżej, na mieszkanie właścicieli, i dotąd 
przez nich zamieszkana, dochowała się daleko lepiej niż się 
na pozór zdaje. Ozdobny portyk wskazuje główne wejście na 
wschody; te zaś (późniejszej konstrukcyi) prowadzą do obszer- 
nych komnat, których szereg kończy wspaniała sypialnia a la 
Louis XV, z plafonem treści mitologicznej — przedstawiają- 
cym porwanie Europy. Ornamentyka, obramowanie alkowy, 
plafonu, oddrzwi, kominków, jakkolwiek wykonane w stylu 
haroco, właściwym tej epoce, posiadają niemało wdzięku i wspa- 
niałości. — Inne komnaty odnowione przed stu laty mniej 
więcej, zachowały się dobrze, tak, że tę połowę gmachu, 
jako mieszkalną uważać należy. 

Co do ostatniego pytania, — w jaki sposób podtrzyma- 
nym , i na jaki cel użytym być mógłby ten zamek ? nie po- 
zostaje nam jak streścić wypowiedziane na zebraniu Koła 
opinie i wnioski , te szczególniej , które gruntownością sądu 
przeważające były, a mianowicie: 

1. Aby na razie, zaniechawszy myśli odbudowania i re- 
stauracyi zrujnowanej części, która wielkie pociągnąwszy 



— 309 — 

kus/ta nie iiiuglaby być zadowalniająni, już tein samem, że 
tlałaby rzecz nowa — poprzestać na podtrzymaniu i zacho- 
waniu jej jako ruiny, w sposób, jaki sztuka i miłość rzeczy 
ojczystych za najstosowniejszy uzna. 

2. Aby z części mieszkahiej, wyrestaurowawszy jji nale- 
życie, przeznaczyć parę pokoj6w, na przytułek kilku wetera- 
nom, których wiek spędzony na usługach ojczyzny, daje 
prawo przy schyłku życia, do jej opieki, aktorzy zara- 
zem mieliby dozór nad gmachem i obszarem ogrodowym , 
użytym dla swej wybornej gleby i położenia na cele naukowe , 
rolnicze, jako zakład pomologiczny, pasieka i t. p. 

Niepodzielamy bowiem obawy, aby, jak się ktoś wyraził, 
podobny przytułek miał być uważanym jako „miejsce skaza- 
ny cli na wygnanie z tęsknoty za światem pustelników". — 
liaz, żeśmy przekonani, iż dla ludzi wiekowych i ubogich, 
złamanych walką życia, — ze wszystkich jego warunków, ja- 
kie pożądanymi w ich wieku byłyby, najpożądańszym jest 
spokój, bez troski o jutro; a taki właśnie zapewniłoby to 
miejsce; — drugi, że Olesko, siedziba niegdyś Żółkiewskich, 
Daniłowiczów, Sobieskich, nie jest przecież odludną wyspą, 
ani więzieniem . którego opuścić nie wolno ; — że posiada za- 
soby, właściwe wjjrawdzie małemu miasteczku , zawsze jednak 
takie, które wystarczyć mogłyby człowiekowi przywykłemu 
szukać po za domem towarzystwa; posiada bowiem urzędy, 
kilka kościołów, szkoły ludowe, i o pół mili stacyę kolei. 

Bruk miejski i jego ponęty pożądane być mogą, do- 
póki siły starczą ał)y pracować i iść i'azem z innymi ; ale gdy 
te oi)Uszczą, — przypominają tylko nędzę widzianą lub do- 
znaną — a której obraz o sviele ł)ardziej przerażającym 
i wstrętnym bywa w mieście niż na wsi. — Gdzie zaś tak 
uroczą miejscowość, jak w (Męsku, tak piękna otacza wspo- 
nmień aureola, gdzie w połjliżu kościół, a na każdym kroku 
myśl o minionej chwale podnosząc ducha, tak dzielnie wpływa 
na uspokojenie serc zranionych, lub zawiedzionych nadziei.... 
to zaprawdę, rozpatrując sie po kraju, nie widzimy nigdzie 



-- 310 — 



bardziej stosownego miejsca dla urzeczywistnienia tej pię- 
knej myśli. 



Siemiradzki , Matejko — ludzie pracy, — złożyli dary 
królewskie krajowi, — Czyliżby Galicya, bogata w tyle imion 
historycznych — tylu wielkich panów — lub chciicych za ta- 
kich uchodzić — nie zdobyła sie na wyrwanie z poniewierki , 
w chwili tak ważnej — kolebki króla -bohatera?... 



Dziennik Polski Nr. 144 1880 roku. 
Gazeta Narodowa z 1881 „ 

Reforma Nr. 232 1882 „ 



Dnia 25 Października 1882 roku, zamek Oleski nabyty 
został na własność narodową,. 



SPIS RZECZY. 



I, Wspomnienia z nad Wilii i Niemna 

II. Rzut oka na stanowisko malarstwa 

sztuki u obcych 

III. Świeczniki Nerona (recenz3'a) 

IV. Wycieczka na Monte -Cavo . 
V, Ildefons Ancypa (wspomnienie) 
VI. Sztuka i wychowanie . 

VII. Z Sandomierza do Opatowa . 
VIII. Z Walencyi do Granady 
IX. Zawsze Oni (recenzya) 
X. Statuetka N. P. Jackowej (studyum) 
XI. Z wycieczki do Oleska 



polskiego wobec 



133 
153 
1(>7 
195 
231 
241 
251 
291 
297 
303 



SPROSTOWANIA. 



Str. 




wiersz 


zamiast 


ma być 


20 




20 


zacliodzącogn 


wscliodząrego 


31 




31 


to istnieć i)rzostiil() 


co istnieć i t. d. 


GO 




14 


po wyrazie ksiądz - 


— należy dodać Dhiski 


117 




17 


Bourdalou 


Bourdaloue 


120(wi)rzĄ 


rp.) 4 


1871 roku 


1861 roku 


144 




1!) 


elektyziim 


eklektyzmu 


208 




2 


Stndniokiej 


Studenckiej 


221 




12 


antaiit 


autant 


221 




12 


Yiaiinant 


vraiment 


221 




1!» 


l)onrquois 


pourquoi 


221 




21 


delas 


delai 


221 




27 


dis 


des 


243 (w 


przyp.) 1 


l*oiulelo\vskyi 


ks. Józefa Poniatowskiego 


255 




17 


Szydłowskich 


Szydłowieckicli. 



Mylnie ])odano na stronie 205 Tlorbarkiego jako fundatora kościoła. 
Arcybisku]) unicki Tlorbacki fundował tylko jirzy szkole j)owiatowej kon- 
wikt na 10 uczniów, m- początkach XVIII wieku. 



PG 

7158 

P286W8 



Pawłowicz, Edward 

Wspomnienia z nad Wili i i 
Niemna 



PLEASE DO NOT REMOYE 
CARDS OR SLIPS FROM THIS POCKET 



UNIYERSITY OF TORONTO LIBRARY