Skip to main content

Full text of "Wybór poezyj Ludwika Kondratowicza (Władysława Syrokomli)"

See other formats


Google 



This is adigiial copy ofa bix>k thal was preservcd for generał ions on library s1il'Ivl-s before ii was carcfully scanncd by Google as parł of a projecl 

to make the world's books discovcrable onlinc. 

Ii has survived long enough for ihc copyrighl lo expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one ihal was never subjecl 

Ui copyright or whose legał copyrighl lerm has e.\pired. Whelhcr a book is in ihc publik domain may vary couniry loeouniry. Public domain books 

are our galeways lo the pasł. represenling a weallh of bisiory, cullure and knowledge thafs oflen diflicull to discover. 

Marks, notalions and olher marginalia presenl in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 

publisher lo a library and linally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner willi libraries lo digili/e public domain malerials and make theni widcly acccssiblc. Public domain books bclong to the 
public and we are merę lv their cuslodians. Ncvcrlhclcss. this work is c.\pcnsivc. so in order lo kecp providing lliis resourcc. we havc laken steps lo 
prcvcnt abusc by commcrcial parlics. iiicliidmg placmg Icchnical rcslriclions on aulomaled uuerying. 
We alsoask that you: 

+ Make non-commercial u.se ofthc files We designed Google Book Search for usc by individuals. and we reuuesl that you usc thesc files for 
pcrsonal, non-commercial purposes. 

+ Refrain from mttoinatcd t/uerying Do not send aulomaled uueries of any sorl to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation. optical character rccognilion or olher areas where access lo a large amounl of lc.\t is hclpful. plcase conlact us. We cneourage the 
use of public domain malerials for thesc purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you sec on cach lilc is csscntial for informing pcoplc aboul this projecl and hclping them lind 
additional malerials llirough Google Book Search. Plcase do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you arc responsible for ensuring that whal you arc doing is legał. Do not assume that just 
bccausc we belicvc a book is in the public domain for users in ihc United Siatcs. ihat ihc work is also in the public domain for users in other 

counlries. Wliclhcr a book is slill in copyrighl varics from country lo country, and we can'l offer guidancc on wliclhcr any specilic usc of 
any specilic book is allowcd. Plcase do not assume that a book's appearance in Google Book Search mcans it can be used in any manner 
anywhere in ihc worki. Copyrighl infringcmcnl I i ubili ty can be quite severe. 

About Google Book Search 

Google 's mission is lo organize the world's information and to make it univcrsally acccssiblc and uscful. Google Book Search helps readers 
discovcr ihc workfs books whilc liclpmg aulliors and publishcrs rcach new audiences. You can search ihrough I lic luli lc\l of this book on I lic web 
at |http : //books . google . com/| 



Google 



Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznych pólkach, zanim została troskliwie zeska- 

nowana przez Google w ramach projektu światowej biblioteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą sic częścią powszedniego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 

dziedzictwa to książka nigdy nie objęta, prawami autorskimi lub do której prawa, te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 

dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota, do przeszłości. Stanowią nieoceniony 

dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują sic również w tym pliku - przypominając 

długą podróż tej książki od wydawcy do biblioteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady użytkowania 

Google szczyci sic współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniaińa. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a mv po prosili staramy sieje zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prace takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostarczać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 
Prosimy również o: 

• Wykorzystywanie tych plików jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Seareh to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w niekomercyjnych 

celach prywatnych. 

• Nie automatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysyla.nie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tłumaczeniami maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków lub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dosl.ęp do dużych ilości tekstu, prosimy o koniaki z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów-. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny"Google w każdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania, dodatkowych 
materiałów za pośrednictwem Google Book Seareh. Prosimy go nie usuwać. 



łganie prawa 

W każdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana książka została uznana za część powszedniego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób traktowano w innych krajach. Ochrona praw- autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych krajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jc-t dozwolony. Prosimy nit 1 przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Seareh ozna.cza. że można jej używać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Seareh 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Seareh ułatwia czytelnikom znajdowanie książek / całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 
tej książki można przeszukiwać w biternccic jod. ado -'■u Ti ttp ://books. google. comTl 



WYBÓR POEZYJ KONDRATOWICZA. 



/^W/Wo^ ^/^ 



>"»• ' / 



1*Ł* 



■iAf. 



WYBÓR POEZYJ 



u 



DUKA KONDRATOWICZA 



(WŁADYSŁAWA SYROKOMLI). 



WYDANIE NOWE 



NA RZECZ WDOWY I SIEROT AUTORA, 



T O 3*£ II. 



-^\^v/* 




WARSZAWA. 

SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI GEBETHNERA I WOLFFA. 

1890. 



J 



V 



Ao8BOieHO IteH8ypoio. 
BapmaBa, lt> Jjojle 1889 ro^a. 



Warszawa. —Druk St Niemiery, Płac Warecki Nr 4. 



DZIEŁA ORYGINALNE. 



DZIAŁ I. 



UTWORY EPICKIE. 



Kondratowicz. Wybór T. II. 



KĘS CHLEBA. 

GAWĘDA Z PÓŁ NADNIEMEŃSKICH. 



I. 

jDziwno mi nieraz, gdy w myślach rozważę, 
Jako skrybowie i pańscy pieśniarze, 
Z silnemi pierśmi i z sercem ochoczóm, 
Skarżą się nieraz na brak żywśj treści: 
Że w pięknej Litwie śpiewać nie ma o czóm, 
Że im nie staje wątku do powieści. 

bracia moi! rówiennicy mili! 

Ża cóż swśj matce bluźnicie zuchwali? 
Czyście już całą przyrodę zgłębili? 
Czyście już całą głąb duszy zbadali? 
O! jeśli waszą unużyło lutnię 
Łowić brzęk wiatru, co w zaroślach gwarzy, 
Śpiewać niebiosa zachmurzone smutnie, 
Lub z Symonidem wtórzyć pieśń żniwiarzy, 
Albo powtarzać szczebiotanie ptaszę, 

1 jęki nasze, i radości nasze, — 
Jeśli już dla was nienowa nauka 
Słuchać, jak serce waszych braci puka, — 



To weźcie wszystko przeglądać na nowo 
Przez drobne szkiełko, co mikroskop zową. 
Połóżcie pod niem, co łaska i wola, 
Główkę motyla lub serce człowiecze, 
Łezkę, co z oczu spłakanych wyciecze, 
Lub kwiat urwany z litewskiego pola — 
A rozpowiedzcie sumiennie a święcie 
Blask każdój barwy, każde serca drgnięcie; 
Każde ruszenie drobnego atomu, 
A pieśń już sama utworzy się snadnie — 
A dobrzy ludzie zbiorą się gromadnie 
Posłuchać pieśni, westchnąć po kryjomu; 
A gdy się słuchacz rozczuli, rozmarzy, 
O! wtenczas dobre żniwo dla pieśniarzy. 

II. 

Bez szkieł, lecz z duszą, co kocha i wierzy. 
Patrzę na kawał chleba z mej wieczerzy: 
W tym drobnym zlepku wszak może się chowa 
Cała treść pieśni żywotna i czuła. 
Drobna okruchol o gdyby ci mowa, 
Jakżeby ś rzewne dzieje nam wysnuła: 
O twojej doli, o rodzinnej roli, 
O twojej siejbie, kwitnieniu i wzroście, 
Jako się rolnik na żniwie mozoli? 
Jakie tam ptactwo* przylatało w goście? 
Jak na twój kiełek czerwonawo-blady 
Działało słońce i rosa, i cienie? 
Czy ciężkie grady, czy chciwe owady 
Spadały z niebios na twe spustoszenie? 
Czy sute były dożynki po żniwie? 
Czy pan był wesół, żęć zebrał szczęśliwie? 



Za ile ziarnek ile dostał groszy, 

Ody przybył kupiec w wioskowe zaeisze? 

Czy grosz wydano dla serca rozkoszy? 

Ożyli na ołtarz zbytkowi i pysze? 

I jak wyrobnik zakupione ziarna 

Kruszy w kamieniach, na chleby wypieka?... 

zlepku żytni! okruszyno marna! 
Jakże twe dzieje ciekawe dla człeka! 
Z twojemi losy jak ściśle się splata 

1 jasny pałac, i chróściana chata! 

III. 

Chleb — święte słowo w niebie i na ziemi, 
W nim Bóg sam siebie między ludzi dzieli, 
Przed Chlebem Życia truchleją anieli, 
Człek, go przyjmuje usty pobożnemi, 
W chlebie Sakrament odkupienia bierze, 
W chlebie jest Boga z ludzkością przymierze, 
A gdzie Bóg zsyła swojego anioła 
I dzikich ludzi ku światłu powoła, 
Tam zaraz zbożem zasiewa się niwa, 
Srogi syn lasu zaraz chleb pożyw r a. 
A skoro spożył, wnet się uszlachetni, 
Wnet się w ogniwa społeczne kojarzy; 
Chleb jego przyszłość dziejową uświetni 
I piętno boże wyciśnie na twarzy. 
W marnej okrusze barbarzyńcy prości 
Przyjęli święty sakrament Ludzkości. 

IV. 

O wyobraźnio, święty niebios darze! 
Jako chleb ciało, ty nakarmiasz dusz^, 



Dzięki twym cudom, kiedy się rozmarzę, 
W ziemskiego chleba malutkiśj okrusze 
Całą jej przeszłość wysnowywam snadnie, 
Dusza przeczuje, a serce ją zgadnie. 



V. 



Chlebie! po twoim smaku i zapachu 
Czuję 2 nad Niemna polankę borową, 
Widzę kaplicę o słomianym dachu, 
Słyszę jej dzwonek, jak brzęczy nad głową. 
To brzęk znajomy: bywało po lesie 
Z sosny na sosnę jak wiewiórka pnie się, 
Z góry na górę błyskawicą biega, 
Lub się po łące jak powódź rozlega. 
Och! pomnę, pomnę jego brzęk poranny, 
Kiedy bywało przy końcu już. żniwa, 
W dzień Przemienienia lub Najświętszej Panny y 
Z poblizkich wiosek lud boży zwoływa. 
Śpieszy w kaplicę ciżba pracowita 
Święcić owoce, albo kłosy żyta. 
Tam gdy swe snopki na ołtarzu złożą, 
A ksiądz modlitwę poświęcalną pocznie, 
Poklękły naród widzi rękę bożą, 
Jak błogosławi ich plonom widocznie, 
Już wie, że polna nie przepadnie praca. 

Święcone snopki na siejbę wymłaca, 
Święcone ziarno po zoranój roli 
Sypnie garściami na każdej rpzorze, 
I mówi w duchu: „Kiedy Bóg pozwoli. 



„Jak gaj wyrośnie, zaszumi jak morze; 
„Daj Bóg doczekać do przyszłego lata, 
„Toż to się wianki kłosiane posplata!" 

Święcone ziarno mieszając z umłotem, 
Na dwornym morgu siał kmiotek sędziwy, 
Przywykł za własne uważać te niwy, 
Bo z dawna własnym użyźniał je potem; 
Więc szczeróm sercem odmawiał pacierze: 
„Niech urunieje, niech bujny wzrost bierze!" 
Na skrzydłach wiatru jesiennego ranka 
Poszła modlitwa wysoko... wysoko... 
Bóg rzucił k'niwom miłosierne oko, 
I zaruniała usiana polanka 
Krzewistą runią, a całe pól łono 
Jakby ktoś szatą przyodział zieloną. 

VI. 

— „Boże, przyjm dzięki pokornego ducha 
„Za dobrą wróżbę plonów mojej pracy! 
„Niech traw zbożowych nie niszczą robacy, 
„Ni grad, ni powódź, ni skwarna posucha!" 

Szlachcic Łagoda, dzierżawca tśj włości, 
Klęcząc na morgu, tak modłę wdzięczności 
Wylewał Bogu, obchodząc swe łany, 
Wznosił ku niebu i ręce, i oczy. 
Powstał z modlitwy — i ujął ochoczy 
Grubą czeczotkę, kapelusz ze słomy, 
I poszedł dalej ścianką wedle gaju, 
Wciąż błogosławiąc Dawcę urodzaju. 
I w kole dziatwy, przy skromnym obiedzie 
Stary wesoło wypił miodu czar^, 



8 



Wtórzy do śmiechu, pogadanki wiedzie 
I opowiada przypowieści stare; 
I cały wieczór był rozpromieniony, 
Tak go cieszyły przyszłoroczne plony. 



VII. 

Och! między chwilą zasiewu i zbioru 
Jeszcze rok cały nadziei a troski. 
Biedny dzierżawco ubogiego dworu! 
Przeminął dla was ów wiek pradziadowski, 
Że gdy na polu nie dopisze praca, 
Inszym się kształtem rachunek opłaca: 
Łub służąc z kordem do pańskich zamiarów, 
Lub pijąc wino z bezdennych puharów. 
Za nadto żwawie, wesoła drużyno, 
Rąbałaś kordem i spijałaś wino: 
"W pańskich puharach dziś zostały męty, 
Gorzka żółć z octem dla ubogiej braci; 
A biada temu, kto czynszów nie płaci, 
Suszą, powodzią, lub gradem dotknięty! 
A owych czynszów rachunek bez końca: 
Za niwy, łąki, za wodę w kałuży, 
Za dach nad głową, za promienie słońca, 
I za powietrze, co na oddech służy, 
Za polny kwiatek pokropiony rosą, 
Z którego pszczółki plastr miodu przyniosą, 
Za przelew prawa do kmiecśj spółbraci 
Tyle a tyle srebrników się płaci 
Do rąk dziedzica. 



9 



Dziś drogie talary: 
Pracuj i módl się, wyrobniku stary! 
Niech cię od nędzy sromotnój wyzwoli 
Garść drobnych ziarnek wrzucona do roli. 

vni. 

Bóg ją przeżegnał, a czarnych pól łono 
Jak gdyby szatą przyodział zieloną; 
I przyszła zima, i latorośl żyta, 
"Wciąż rozwijając swój badylek krzepki, 
Mrozem spowita, a śniegiem przykryta, 
Legła jak dziecię—spocząć snem kolebki; 
A w trawce drzemie, nim je Pan Bóg zbudzi, 
Życie i pokarm dla tysiąca ludzi. 



IX. 



Bo Pan Bóg radzi o swojój czeladzi; 
Pastwiska jego my jesteśmy trzodą. 
Umocnić serce wcale nie zawadzi 
Na wszelką dolę, mospanie Łagodol 
Zasiałeś niwę, modląc się pobożnie, 
Bóg raczy wiedzieć, kto twą pracę pożnie. 
Bogaty sąsiad, pan poblizkiój włości, 
Może już dawno chleba ci zazdrości; 
"Widząc ruń piękną w około twych chatek, 
I w chleb zamożny twój naród wioskowy, 
Może już z panem poczynił umowy 
I na twą wioskę wyliczył zadatek; 
Trafił pochlebstwem do pychy magnata, 
A sutym groszem do służalczej zgrai, 



10 



Jeszcze się chytrze przymili, przyczai, 
Jeszcze się z tobą jak z równym pobrata; 
Lecz gdy ci rękę do uścisku poda, 
Wtenczas twą zgubę dopełnił już właśnie! 
Ani się stary spostrzeże Łagoda, 
Gdy kocim szponem krwawo go zadraśnie. 
Tern właśnie dzielna próbuje się głowa, 
Kto zręczniej szpony mordercze przychowa. 
Biada prostakom! 



X. 



Tymczasem na niwie 
Wicher ze śniegiem swawoli burzliwie, 
A chleborodnem obdarzona życiem 
Śpi trawka żytnia pod białem przykryciem.. 
Mróz, co ją z warzył i żako wał w bryłę, 
Żywotnej treści wyssać z niój nie może: 
Z zimnem słowiańskiem obeznane zboże, 
Nabiera hartu i krzepnie na sile. 
A słońce wyżej, wyżój się pomyka, 
Wyttyska ciepłem z każdego promyka. 
Choć mróz i wicher srożą się okropnie, 
Codzień po trosze śniegowisko topnie; 
Aż ocieplone wiatry marcowemi 
Puściły śniegi na polach, na łące. 
Zwija się wężem strumyków tysiące, 
Potok z potokiem kojarzy się, zlewa; 
Lecą ze szmerem wyzwoleńcy młodzi, 
I szumią gwarem wiosennój powodzi 
Nadbrzeżne błonia, zarośla i drzewa. 
Słońce promieńmi, jak olbrzymim grotem r 



11 



Kozbija lody, łamie i rozpryska; 
Fala wyzuta z cieśni grobowiska, 
Pląsa po nurtach wirowym obrotem. 
Kybacy czółnem już po Niemnie płyną, 
I śmiały sternik puszcza się z wiciną, 
A z po nad czarnój pooranój roli 
Ostatnia wilgoć kłębami wybucha. 
Wiosenny wietrzyk po niwach swawoli, — 
A rolnik, pełen wesołego ducha, 
Wychodzi czekać i słuchać co rana 
Pieśni skowronka, klekotu bociana, 
I z sercem pełnem wiosennśj radości 
Wita przybycie pożądanych gości, 
A ze skowronkiem myśl jego skrzydlata 
Z rzewną modlitwą ku Niebu ulata. 



XI. 



Stary Łagoda, co przez całe życie 
Mógł się napatrzyć, nadziwować wiośnie, 
Każdą pozdrawia i wita radośnie, 
Z każdą się pieści w dziecinnym zachwycie; 
Patrząc z uśmiechem ku domowój strzesie, 
Najpierwszą dziatwie przylaszczkę przyniesie, 
Wszystkim zwiastuje najwierniój, najwcześniej r 
Powrót bociana i skowronka pieśni. 
I nikt od niego lepiój nie pamięta 
Wszystkie wesołe a doroczne święta: 
Kiedy się święci chleb, ogień, czy woda, 
Nikt lepiój nie znał, jak stary Łagoda. 
Gdy stary zegar, piastun jego dłoni, 



12 



Co w nizkićj izbie kołace u progu, 

"W noc Zmartwychwstania dwunastą wydzwoni, 

Starzec powstaje i modli się Bogu; 

A po nad rankiem, gdy cisza dokoła, 

Kiedy snem twardym spoczywają młodzi, 

Drżącemi pierśmi, ile głos podoła, 

On Alleluja radośnie wywodzi. 

I wtedy starzec najszczęśliwszy z ludzi, 

Gdy pieśnią dziatwę i czeladkę zbudzi, 

Kiedy obaczy, że wszyscy weseli, 

Święconym chlebem gdy wkoło się dzieli, 

Kiedy mu życzą domownicy prości: 

„Daj Boże za rok doczekać w radości!" 

Tak rok po roku jakoś się wyprosił, 
Jakoś wymodlił dla starego pana, 
I radość była, bo ją w sercu nosił, 
Złym sercom obca, zepsutym nieznana, — 
Badość niewinna, spokojna i cicha, 
Co się do trawki, do kwiatka uśmićcha, 
Co na twarz starą wraca uśmiech młody, 
Co rzeźwi duszę widokiem przyrody. 
Taki skarb w sercu nie każdemu nosić, 
Kto nie pracował usilnie i długo; 
Tego modlitwą niemożna uprosić, 
Lecz tylko nabyć cnotliwą zasługą; 
Jak długie lata żywota się liczą 
Przechować serca niewinność dziewiczą. 
Bo czyje oko choć raz się zaprószy, 
Kto raz sumienie w poniewierkę poda, 
Już nie osiągnie tego szczęścia w duszy, 
Jakie miał biedny, zgrzybiały Łagoda. 



13 



xn. 



Jest zwyczaj w Litwie u szlachty i kmieci 
Gromadką w pole iść na święty Jerzy: 
Gospodarz w gronie czeladzi i dzieci 
Klęka na morgu, mówi pięć pacierzy, 
Ogląda pola, czy- urodzaj wróżą, 
Potom sąsiedzi do kółka się zbiorą, 
Zabrzękną w czarki i lulki zakurzą, 
Potom znów klękną modląc się z pokorą, 
A w dobrśj myśli, ze spokojną twarzą 
Idą do domu, śpiewają i gwarzą. 

— „Patrzaj, Macieju! ot idą ze dworu. 
„Stary pan wyszedł z dziatkami i żoną, 
„Klękli się modlić — właśnie od ugoru 
„Były zasiewki garsteczką święconą. 
„Ja sam rzuciłem — tam wyborna skiba, 
„Niedawna trzebież, to widać z daleka: 
„A jużby Pan Bóg niełaskaw był chyba, 
„Gdyby tam żyto nie wyrosło w człeka! — 
Tak stary Szymom mówił do sąsiada 

I nalał czarkę na trzecią już kolej: — 

„Bądź zdrów, Macieju! niech marnie przepada, 

„Kto nam źle życzy— niech sam zginie wolej!" 

— „Bądź mi zdrów, kumie!" — Maciej mu odpowie 
Przyjmując czarkę, którą Szymon poda: — 

„Za zdrowie pańskie! daj Boże mu zdrowie! 
„Niedarmo stary zowie się Łagoda; 
„Łagodna dusza naszego paniska, 
„Człek nie ma krzywdy u niego we dworze, 
„Nie tak jak inszy, co drze i uciska, 
„Że aż posłuchać nie dopuszczaj Boże! 



-J) 



14 



U nas... grzech mówić... Tak, tak, panie kumie, 
„Pan nas uważa za ludzi, za braci, 
„Skargę wysłucha, krzywdę wyrozumie, 
„Niech mu Bóg za to stokrotnie zapłaci! 
„Niech ze swój dziatwy cieszy się radośnie, 
„Niech zboże jego na las patrząc rośnie!** 

— „Ej, szkoda tylko, że rośnie przy drodze: 
„Mogą urzeknąć nieżyczliwe oczy. 

„Pan sąsiad słyszę i bardzo ochoczy, 
„Tutejszą wioskę zagustował srodze. 
„Zjedna dziedzica i nas zadzierżawi;! 
„To sztuczka kręta, o sobie pamięta, 
„A w pańskim zamku na niego łaskawi 
„Od leśniczego do plenipotenta. 
„Daje pieniądze — alboż oni głupi? 
„Dla czego nie brać, kiedy ktoś przekupi? 
-„A dla dziedzica... to niewielka szkoda, 
„Że nas obedrą bez litości bożej; 
„Czy pan Zabora, albo pan Łagoda, 
„Wszystko mu jedno; kto zapłaci drożój, 
„Ten będzie siedział na dwornym zagonie. u 

— „A w Imię Ojca i Syna i Ducha!— 
Zakrzyknął Maciej: — Szymonie! Szymonie! 
„Nie gadaj głośno — bo szatan podsłucha; 
„A Bóg łaskawy strzegł nas do tój pory 
„Od głodu, ognia i pana Zabory! 

^ Alboż nie słyszysz, jak jego poddani, 
„Każdój niedzieli gdy się w karczmie zbierzem, 
„Z głodu wybladli, szmatami odziani, 
„Sypią przeklęctwem, jak żebrak pacierzem? 
„Gdy nas Zaborze dola w ręce poda, 
^ Zgubi na zdrowiu, zgubi w gospodarce. 



15 



^Posłuchaj kumie, wypijem po czarce, 
-Niech z nami stary wiekuje Łagóda!" 

Tak dwaj kmiotkowie, przy kielichu szczerzy, 
Owarzyli z sobą na sam święty Jerzy. 



XIII. 

A żyto rośnie, jak nikt nie pamięta. 
Złoty urodzaj —święconych ziarn dzieło! 
Pod koniec maja, na Zielone Święta 
Zielone kłosie krasować poczęło; 
Mży się jak falk polanka bogata, 
Pył chleborodny jak dym nad nią lata, 
W sercu rolnika pokrzepia nadzieję, 
Bo łaską bożą po nad kłosiem wieje. 
Kwiecień był ciepły, a maj służy deszczem, 
Będzie gaj żytni— to przypowieść znana. 
Stary Łagodo! zkąd taka odmiana, 
Że zesmutniałeś w przeczuciu złowieszczym? 
Poglądasz w koło tęsknemi oczyma, 
Na uściech twoich uśmiech się nie trzyma? 
Czemu najczęściej zasklepiasz się doma? 
A gdy cię kroki na pole powiodą, 
Bywało z kwiatem, z grzybem lub z jagodą, 
Teraz powracasz z pustemi rękoma? 
Czemu w twem oku uśmiech coraz rzadszy, 
Kiedy na żonę i na dziatwę patrzy? 
Ani cię polny urodzaj pocieszy, 
Ani twa dziatwa, co pięknie dorasta, 
Ani śpiewanie pracowitej rzeszy, 
Ani gwar ludzki, gdy ruszysz do miasta. 



16 



Coś ci niemiło, niedobrze na świecie, 
Twą siwą głowę jakiś ciężar gniecie. 
O! bo kto serca w sobie nie zagłuszy, 
Kto przeżył życie z Bogiem a przyrodą, 
Bystry u niego, o! bystry wzrok duszy, 
Jego przeczucia nigdy nie zawiodą. 
Stary Łagoda, lubo już nie w porę, 
Oczyma duszy przeniknął Zaborę. 
Choć serce pełne prostoty gołębiśj 
Myśl podejrzliwą jakby grzech odpycha, 
Lecz robak w serce wgryza mu się głębiój 
I jak mól w drzewie wciąż kołata z cicha: 

— „Ej, pękną twoje najdroższe nadziejef 
„Ej, praca życia marnie ci zmarnieje!... 
„Dzisiaj zamożny i spichrz, i stodoła, 
„Jest coś i w trzosie— to krwawy pot czoła; 
„Ale któż zgadnie, co zdarzyć się może? 
„Gdzie przyjdzie spocząć na zgrzybiałe lata? 
„Coś z oczu patrzy źle panu Zaborze, 
„Z paóskiemi sługi coś bardzo się brata." 

Och! jeśli z dworku cudzego wypędzą, 
Przyjdzie się spotkać z cierpieniem i nędzą. 
Dokąd się stary obróci Łagoda? 
Chciwość nie miota jego duszą wzniosłą, 
Nie szkoda zbiorów i dworku nie szkoda, 
Chociaż nałogiem serce tam przyrosło, 
Nie szkoda bujnych urodzajów pola, — 
Smutniejsze myśli ciężą mu widocznie. 
Podrosła dziatwa— a kędyż jój dola? 
Zgrzybiała głowa— a kędyż odpocznie? 
Choćby pracować i ciężko, i szczerze, 
Ręce nie zwykły k'sosze i siekierze. 



17 



Nad kim już cięży grobowe przykrycie, 
Późno mu nowe rozpoczynać życie. 



XIV. 

W dni moje młode, w dni moje szczęśliwe, 
I jam uprawiał nadniemeńską niwę. 
Wiem, jak tam żyją w gospodzie i chacie, 
Jak się zbierają na żniwa gromadne, 
Tameczne łąki znam po aromacie, 
Wodę tameczną po smaku odgadnę. 
Inszego ptactwa śpiew mię nie omami, 
.Znam jak skowronek, jak tam słowik śpiewa, 
Poznam po szumie nadniemeóskie drzewa, 
I wiatr tameczny rozpoznam płucami. 
Bo tamte strony ukochałem szczerze: 
A taka miłość, jak miłość dziewicy, 
Słodka urokiem lubćj tajemnicy,— 
Obcym jej uszom nigdy nie powierzę. 
Bo śmieszno kwilić ku borowój sośnie, 
Ku lichćj trawce, co na piaskach rośnie, 
Albo k'pustyni, kędy dworek stary 
Pomiędzy wydmy i mokre wiszary. 
Ale ta miłość, to sielskie zacisze 
Tak mię zbratały z przyrodą, jak z matką, 
Że nic tam dla mnie nie było zagadką, — 
Zda się bywało wzrost trawy posłyszę. 
I dzisiaj, kiedy wzrok ziemski przysłonię^ 
A okiem duszy w te strony powiodę, 
Widzę, jak żywo, starego Łagodę, 
Jako się krząta po polnym zagonie; 

Kondratowicz. Wybór. T. II. ^ 



18 



I słuchem duszy, jak gdyby na jawie, 
Słyszę na błoni nadrzecznej obszarze, 
Jak brzęczą w kosy ochoczy kosarze, 
I polny konik jak strzekocze w trawie; 
Jak szumi zboże, gdzie wyrosło gęścićj, 
I jak pod sierpem żniwiarek zachrzęści; 
Jako wioskowe żony i dziewoje 
Gwarzą na morgu, chychocą i pieją 
Pieśni żałosne, stare pieśni swoje, 
Co wiekowały setnych lat koleją, 
I z matki, z babki, z prababki podeszłej 
Do ust nadobnśj krasawicy przeszły: 
Pieśń o Dunaju, o krasnej kalinie, 
I o kozaku, co na wojnie ginie; 
A kiedy słodsze zapuka uczucie 
Do prostej piersi szczęśliwą nadzieją, 
Śpiewa o lubym, o zielonej rucie,' 
A towarzyszki z jej marzeń się śmieją; 
Pieśniarka nie wie, gdy ją dumka pali, 
Śmiać się? czy gniewać? czyli marzyć dalej? 
Widzę, jak słonko kryje się za* lasy, 
A rzeźwy chłodek powiewa od rzeki, 
Skrzypią ze zbożem ładowne kolasy, 
Ryk trzody z błoni dochodzi dalekiej. 
A tu na polu krzątają się dziewki, 
By dworskich morgów dziś dożąć obszary, 
W tćm samom miejscu, kędy Maciśj stary 
Święcone ziarno rzucał na obsiewki. 
Niedarmoś, księże, przeżegnał te ziarna! 
Niedarmo, siewco, modliłeś się Bogu! 
Wasza modlitwa i praca nie marna: 
Plenny urodzaj ściele się do brogu. 



19 



Dożnijcie zagon wesołą, gromadką, 

Przy szumnym gwarze, przy pieśni odgłosie, 

Zwińcie do wianka najpiękniejsze kłosie 

Z krasną kaliną i modrą bławatka; 

Zanieście panu podarek ze żniwa, 

Jak zdrów doczekał, niech wesół spożywa. 



XV. 

Niezdrów, niewesół coś stary Łagoda — 
Jak gdyby nierad z dożynkowych gości. 
Dawniój przyjmował z uśmiechem radości, 
Młoda żniwiarka gdy mu wianek poda; 
Dzisiaj wioskowa dziwi się gromada, 
Czemu zesmutniał, a twarz jego blada? 
Sami u siebie pytają i gwarzą: 
Kto tę zgryzotę do serca mu kładzie? 
Bo przyjął wianek z obojętną, twarzą, 
Martwym uśmiechem dziękował gromadzie, 
A gdy śpiewano dożynkowe pieśnie, 
Starzec zapłakał... zapłakał boleśnie! 
Łzy jego twarzy wioskowi ludziska 
Dawniśj widzieli— lecz zgadli, choć prości, 
Że insza smutku, insza łza radości, 
Kiedy to z serca pełnego wytryska, 
Co, kiedy błyśnie na twarzy człowieka, 
Jakby promieniem bozkim przyobleka. 
Takiemi łzami w dożynkowe święta 
Trafia się czasem zapłakać Łagodzie; 
Ale łza smutku dzisiaj niepojęta... 
Jakby tu zgadnąć, co mu serce \>o&L\€t 



20 



Żona i dziatwa, widząc twarz złowrogą 
I dumań starca częstym będąc świadkiem, 
Spytać nie śmieją, a zgadnąć nie mogą, 
I sami smutni leją łzy ukradkiem. 
Lud, patrząc w oczy, aż zabłysną słodziej, 
Nieśmiało k'stołu pańskiemu podchodzi. 
Lecz pan przypomniał, że dzisiaj ma gości, 
Wesołem okiem spojrzał na żniwiarzy; 
Święte na Litwie prawo gościnności 
Spędziło smutek z zadum anćj twarzy. 
Na stole, białą zasłanym oponą, 
Stawią chleb cienki. i słodkie owoce, 
Smolone szczepy na dziedzińcu płoną, 
A wiejski skrzypak skoczny taniec grzmocę, 
Piskliwe tony wyciąga od ucha, 
Nastraja skrzypce i dźwięku ich słucha 
I znowu grzmocę. Miód, sprawca wesela, 
Krąży po rękach— gwar coraz to wzrasta; 
Skromny parobczak i cicha niewiasta, 
I młode dziewczę coraz się ośmiela. 
Podchodzą k'panu i młodzi i starzy, 
Pan się uśmiecha i ochoczo gwarzy. 
Dla niego kmiecie to synowie mili, 
A starcy ze wsi, to bracia rówieśni; 
Zaprasza gości, by jedli i pili, — 
Zahulał taniec, zaszumiał gwar pieśni; 
W sennem powietrzu szumi święto żniwa, 
W mgłach letniej nocy z echem się rozpływa. 
Pomimo pieśni, mimo tańca gwary, 
Kmiecy rozhowor rozlega się głośno: 

— „Daj Boże zdrowie! oto pan nasz stary! 
„Niechaj mu dziatki na pociechę rosną, 



21 



„Niech syny jego na tej samśj ziemi 
„Będą panami nad syny naszemi!" 



XVI. 

— „Oj, źle Szymonie! źle, sąsiedzi moi! 
„Tylko u Boga miłosierdzia proście: 
„Wczora pan karmi, wczora żeńców poi, 
„Dziś szumią inni na folwarku goście. 
„Słyszę, nasz dziedzic, gdy jechał za morze, 
„Taki dał rozkaz do swych komissarzy: 
„Wygnać Łagodę, bo źle gospodarzy, 

„A wioskę jego dać panu Zaborze." 
Tak, kurząc lulki a idąc do pracy, 
Pomiędzy sobą gwarzyli wieśniacy. 

— „Wygnać z dzierżawy? co się tobie marzy! — 
Rzekł na to drugi:— ależ jak? i za co?" 

— „Od czegóż głowa i rozum pisarzy? 
„Znajdą przyczepkę— -bo za to im płacą. 
„Daj się im w ręce!-— jak opiszą człeka, 
„To aż zapomnisz o swym własnym rodzie. 
„Ot słyszę za to, że gdzieś dach zacieka, 
„Aż tysiąc złotych liczą na Łagodzie. 
„Stary... wiadomo... do wszystkich się garnie, 
„Każdemu ufał, zawierzył na skoro, 

„Ot i podeszli... oczernili marnie... 
„Teraz chudobę ostatnią zabiorą... 
„Ze złym człowiekiem, i nam sprawa krucha: 
„Pana Zabory niebezpieczne oko, 
„Dziedzic daleko; a Pan Bóg wysoko, 
„Zabora skargi niebardzo wysłucha. 



22 



„Dobrze nam było ze starym Łagodą, 
„Bóg raczy wiedzieć, czy tak będzie dłużćj, 
„Czy się tak samo nabytki powiodą? 
„Na dwoje wróżka, ej, na dwoje wróży! 
„Bywało grosza zarobi gromada, 
„Gdy na flisówkę parobcy popłyną; 
„Dziś pan Zabora, gospodarz nielada, 
„Każe im dworną puścić się wiciną. 
„Tak... tak... sąsiedzi!..." Tu starzy włościanie 
Kiwnęli głową jakby w jedno hasło, 
I stary Szymon rozprawiać przestanie — 
Tak się zadumał, że w lulce zagasło. 
Wykrzesał ogień, rozpalił i pyknął, 
I dalej mówił:— „Zły życia ostatek! 
„Człek do Łagody już dawno przywyknął. 
„Toż on, mospanie, ze mną jednolatek, 
„Jeśli dożyjem tegorocznej zimy, 
„Na święty Szymon sześćdziesiąt skończymy. 
„Lat ze trzydzieści, czy więcój już pono, 
„Jak my za niego Pana Boga prosim; 
„Toż kiedy cerkiew dzisiejszą święcono, 
„Kończy się latek trzydzieści i osiom. 
„Dobre panisko— ej szkoda go, szkoda!" 
To mówiąc, starcy rozeszli się skoro, 
A w każdych uściech był stary Łagoda, 
A w każdem sercu był strach przed Zaborą. 



XVII. 

I słusznie Marcin powiadał sąsiadom, 
Że tam i gwarno, i szumno we dworze: 



23 

Przybył pan rządca, a każdy już świadom. 

Że pańscy słudzy przychylni Zaborze. 

Pan rządca, z razu przystępny, łaskawy, 

Z uśmiechem w uściech, jakby anioł z nieba, 

Eozpoczął ściśle rachunki z dzierżawy. 

Jagoda prostak, nie wie co potrzeba, 

Nie zna przysłowia: „Nie weźmiesz, gdy nie dasz, 1 

Ani pojmuje sumienia na przedaż. 

Dobrze mu za to!— pan rządca w pokorze 

.Zgraję pismaków do dworku napuszcza: 

Na polu, w spichrzu, w komorze, w oborze, 

Wszędzie plondruje wygłodniała tłuszcza, 

A każdy chmurnćm spojrzeniem aż bodzie. 

Tylko pan rządca ma uśmiech na twarzy, 

W imieniu pańskióm staremu Łagodzie 

Czyni uwagę, że źle gospodarzy: 

Że spichrze starym pobudował gustem, 

Że na stodole mech kwitnie na strzesie, 

Że się rozwala stary młyn z upustem, 

Zkąd dziedzic straty niezmierne poniesie, 

Że wodospustów na łące niewiele, 

Które się kopią jak najlżejszą pracą, 

Że na ugorze rośnie chwast i ziele, 

Zkąd jasny wniosek, że rolnik ladaco. 

Pióro jak wicher po papierze lata, 

Kreśląc Łagody gospodarcze winy; 

Rosną jedności, dziesiątki, seciny, 

Każda na pieniądz oblicza się strata; 

Rosną tysiące w straszliwój postaci, 

Które Łagoda gotówką opłaci. 

A jeszcze czynsze— to już swoją drogą, 

Jeszcze we włości skrzywdzeni być mogą, 



Ił 

11 
91 



24 



Co jedno z drugióm obliczywszy szczerze; 

Z dziesięć tysięcy srebrników się zbierze. 
— „Tak — mówił rządca — źle, panie Łagodot 

„Ulepszyć dworek miałeś dosyć pory. 

„Patrzaj, jak drudzy gospodarstwo wiodą! 

„Czemu nie brałeś przykładu z Zabory? 

;,Ulepszył grunta, wyprowadził rowy, 
Osadził drogi topolą i brzozą: 
Zda się o miedzę, wszak grunt jednakowy, 
U niego zboża do stodół nie zwiozą, 

„Taki urodzaj!— a co u waszmości? 

„Kąkol i chwasty, kamienie i trawy. 

„Musisz zapłacić, co się słusznie rości, 

„Potom łaskawie wyruszyć z dzierżawy. 

„Swojego dobra nasz dziedzic już dłużój 

„W podobne ręce powierzać nie może; 

„Wiedząc, że sąsiad lepiśj mu usłuży, 

„Tutejszy dworek dał panu Zaborze. 

„Co się mnie tycze, ubolewam srodze, 

„Że z niedobremi wieściami przychodzę... 

„Za to' wszelkiego dołożę starania, 

„Ażeby ulżyć waszmościnej doli; 

„Memu bliźniemu, wedle przykazania, 

„Uczynię wszystko... co możność pozwoli. 

„Dziesięć tysięcy, toć niemała kwota, 

„Wedle rachunku winieneś ją kassie; 

„Niech to waszmości głowy nie kłopota, 

„Może nie jesteś teraz przy zapasie, 

„To poradzimy i na to, jak możem. 

„Na wszystko sposób najkrótszy przywiodę: 

„Coś gotowizną, coś weźmiemy zbożem; 

„Słyszę, masz niezłe koniki i trzodę, 



25 

„Wszystko w rachunku przyjmiemy, strącimy, 

„I dopomożem, i będziemy radzi, 

„Możesz we dworku przemieszkać do zimy, 

„Bo pan Zabora wójta tu osadzi. 

„A zimą wszędzie przytułek znajdziecie, 

„Nie umrze z głodu twojej dziatwy rzesza: 

„Są miłosierne zakłady na świecie, 

„A na niebiosach jest Ten, co pociesza." 

To mówiąc rządca łagodnie i z cicha, 
Słodkiem obliczem k' niemu się uśmiecha. 



XVIII. . 

Stary Łagoda zrozumiał nieszczęście, 
Zadrżał z ohydy i zacisnął pięście; 
Ogniem zabłysły przyciemniałe oczy, 
A krew gorąca serce mu oblała, 
Ze starej twarzy ledwie nie wyskoczy, — 
A gniew na czole trzęsie się i pała. 
Ale rozważył i obliczył pilno 
Swoje ubóztwo i starość bezsilną; 
Obliczył, czego nie czuł do tój pory, 
Potęgę możnych i chytrość Zabory. 
Nierówna walka!— -zamarzył jak we śnie, 
Zwisła ku piersiom skłopotana głowa, 
Na jego oczach błysła łza chwilowa: 

— „O dzieci moje!"— wyjęknął boleśnie. 
Lecz krótko tryumf trwał nieprzyjacieli, 
Łzę w jego oczach raz tylko widzieli; 
Spojrzał ku niebu i ducha pocieszył, 
Spojrzał na wrogów i wzgardą ida. ^ttosh^ 



26 



Czy odrętwieniem bolesnóm dotkniony, 
Czy biorąc święte pocieszenie w wierze, 
Pomimo płaczu i dziatwy i zony, 
On zimnem okiem patrzał na łupieże. 
Dał sobie wydrzeć całą własność świętą, 
Krwawo dla dziatek zebrane grosiwo; 
Patrzał z uśmiechem, kiedy ręką chciwą 
Pańską pieczęcią stodoły zamknięto. 
Ciężój mu było przenosić daleko 
Głód własnój dziatwy, gdy się widzieć zdarza, 
Jak z jego trzody udojone mleko 
Dawano chartom pana komissarza, 
Kiedy wpr^ęgano do cudzego pługa 
Dwa siwe woły, co bywało pieści, 
Nawet raz jeden Zaborzyński sługa 
Zelżywśm słowem kiedy go bezcześci. 
Ale urazę odrzucił na stronę, 
Ani się dąsa, ani gniewem miota; 
Choć ręce słabe, barki pochylone, 
Dostojnie dźwiga krzyż swego żywota. 
' Pogodne czoło, obojętne oko 
Nie zdradza żalu, ni brzydkiśj rozpaczy, 
A jeśli cierpi, to gdzieś tak głęboko, 
Że nikt z żyjących tego nie zobaczy. 
Gdy mu służalcza uprzykrza się rzesza, 
Dziatwę utula i żonę pociesza. 
Wmawiał, że zawód rozpoczyna świeży, 
Udawał młodość i siły ochocze, 
I gdzieś daleko od Niemna wybrzeży 
Wziął starą chatę i gruntu półwłocze. 
Odarty z grosza, z obory i stada, 
Lecz nikt nie powie, że mu duch upada. 



27 

Świetny pan rządca, gdy się w mieście zdarzy, 
I pięknym cugiem przejeżdżać się raczy; 
Ale Łagodzie coś bardziój do twarzy 
Pogodne czoło i kostur żebraczy. 
Choć dziwno zda się przyrównać do miary: 
To pan wielmożny, a to nędzarz stary. 



XIX. 

Łagoda nie chciał kłaniać się Zaborze, 
Nie czekał zimy w swoim dawnym dworze; 
Z żoną i z dziatwą i z kilku talary 
Poszedł w świat obcy, na nowe kłopoty. 
Do starych panów wyszedł Marcin stary, 
Żegnał ich z płaczem za wiejskiemi wroty; 
Zeszli się insi dawniejsi poddani, 
Niewiasty, dzieci, gospodarze z wioski. 
Przypominali ich pobyt ojcowski, 
Całując ręce i pana, i pani, 
Dziękując prostą od serca wymową 
Za chleb, sól pańską i za dobre słowo. 
I za dawniejszą pańską zapomogę 
Niosą podarki jak ofiarę świętą: 
Ten garść orzechów dla dziatwy na drogę, 
Drugi plastr miodu, co wczora podcięto, 
Inszy w ofierze niesie chleba kawał, 
Życząc, by nigdy nędzy nie doznawał. 
A choć wszystkiego wypowiedzieć trudno 
Prostemi słowy i mową prostaczą, 
Znaczno na sercach żałość nieobłudną, 
Można tym oczom zawierzyć, gdy płaczą* 



28 



Stary Łagoda doświadczył naocznie, 
Jak go żałują, kmiotkowie ubodzy; 
Z dobrymi ludźmi gdy się żegnać pocznie, 
Już łez serdecznych nie trzymał na wodzy. 
I ciężki kamień z serca mu opada, 
Gdy go wieśniacy pobłogosławili. 
Panie Zaboro! masz głowę nielada, 
Lecz w życiu takiśj nie doczekasz chwili! 
Bo nie każdemu i nie w każdym czasie 
Tak piękną, chlubą napełnia się dusza, 
Jaką czuł starzec, gdy z wioski wyrusza 
"W starśj sukmanie, w skrzypiącej kolasie. 
Ujrzał nad grobem uwieńczone dzieło, 
Ujrzał świadectwo swoich bliźnich grona, 
Że jego życie nie marnie zginęło, 
Że jego zasług niepróżna skarbona; 
Wyższym go ludzie uczynili prości 
W obliczu Boga, w obliczu ludzkości. 

Spojrzenie wzniosłej i cnotliwój pychy 
Rzucił raz jeszcze ku wiejskiej zagrodzie, 
Skrył się za górą jego wózek lichy, 
I nie słyszano więcej o Łagodzie. 



* 



XX. 

Nie sądźcie, moi czytelnicy mili, 
Że na bezdroża zuchwale was wiodę, 
Żeśmy z bitego gościńca zboczyli, 
Kreśląc Zaborę i starca Łagodę, 



ł 29 



O kęsie chleba rzecz mając w zamiarze, 
Żem się zagwarzył i Bóg wie co gwarzę. 
Oto daleka naduiemeńska wioska 
Po to się kreśli, byśmy, prawdzie wierni, 
Łacniój śledzili pierwszy zaród kłoska 
Do chwili żniwa, do snopa na ścierni. 
Eaczcie przebaczyć, że nieczyste pole, 

• 

Ze obok kłosów— porosły kąkole. 
Więc jako czynią na polu żniwiarze, 
Jedno i drugie na snopki rozdzielę, 
Jedno i drugie w oczy wam pokażę, 
Byście poznali, co chleb, a co ziele, 
Byście, nie mogąc rozeznać z oddali, 
W chwastach zbożowój trawki nie zdeptali. 
Chleb— wielkie słowo w niebie i na ziemi, 
W nim Bóg sam siebie między ludzi dzieli, 
Przed Chlebem Życia truchleją anieli, 
Człek go pożywa usty pobożnemi. 
A w ziemskim chlebie jest pokarm i siła, 
W chlebie Bóg życie doczesne przysyła, 
Z chleba bierzemy i żywi i zdrowi, 
Zbawienie ciału, zbawienie duchowi. 



XXI. 

Lecz biada temu, kto szydzi z pokuty, 
Kto Chleb zbawienia świętokradzko spożył! 
Pokarmem życia na duszy otruty 
Pod swemi stopy sam przepaść otworzył. 
O ziemskim chlebie też same są wnioski: 
Jeśli nie wierzysz, przychodniu z daleka^ 



30 



To zajdź na Litwie do najpierwszój wioski 
I spytaj o to najpierwszego człeka. 
Tam ci naocznie pokaże lud boży 
Chleb, co się sporzy i co się niesporzy: 
Jeden posila, a dragi cię zdradnie 
O głód przyprawi i obdarzy bólem: 
Jeden być musi zatruty kąkolem, 
A drugi czysty,— któż zresztą odgadnie? 
Zdaje się zboże czysto i wyniosło 
W blizkich zagonach wedle siebie rosło, 
Eazem doznało i deszczu, i suszy, 
Razem pożęte, zwiezione przed burzą, 
Tak samo w żarnach na mąkę się kruszy, 
A przecież zdrowiu niejednako służą: 
W jednćm być muszą kąkolu owoce, 
Lub krzywda ludzka, albo łzy sieroce. 
Takiego chleba, jeżeliś go świadom, 
Nie kupuj w mieście ani radź sąsiadom, 
Nie jedz go w ucztę ani w dni powszednie: 
To chleb przeklęty, czuć od niego piekłem. 
Spytaj Zabory— jeżeli nie zblednie, 
To się pokaże, że kłamstwo wyrzekłem. 



XXII. 

Późną jesienią wracałem z podróży, 
A był to wieczór i deszcz chłosnął duży; 
Przez całą odzież, po twarzy, po ręku 
Gdy zdrojem chłodna opłynęła woda, 
Iskierka ognia błysnęła w okienku, 
Dach się nasunął— to była gospoda. 



et 



31 



Gospody nasze, jak wszystkim wiadomo, 

Klecone z bierwion, potrząśnięte słomą, 

Nędzne postacią i dymem, i wrzaskiem, 

Każą się we dnie omijać z daleka; 

Ale w noc ciemną swych ogniów odblaskiem 

Jakoś w podróży orzeźwiają człeka. 

Jakoś ci głowa weselój zamarzy, 

Jakbyś sam siebie odzyskał po stracie; 

Bo zatęskniony do człowieczśj twarzy 

Chciałbyś rzec komuś: „Dobry wieczór, bracie! 

Cóż gdy na dworze ciemno, zawierucha, 

A tutaj dobrom słówkiem się odezwą, 

A lud zebrany rozprawia na trzeźwo, 

A komin ciepłóm ogniskiem wybucha? 

Ni ztąd ni zowąd chętka się nawinie 

Przepędzić nocleg w ubogiśj mieścinie. 

W takiej gospodzie, choć do domu blizko, 

Stanąłem tedy na noclegowisfco. 

Nie chcąc się nudzić w izdebce dla gości, 

Wszedłem do izby kipiącój w rozgwarze; 

Tam pili miodek jacyś ludzie prości, 

Z dalekićj strony wiejscy gospodarze; 

Siadłszy przy ogniu, co wesołość budzi, 

Taki słyszałem rozhowor tych ludzi: 



XXIII. 

—„Bądź zdrów, Szymonie!— Pij wesół Marcinie!" 
„Tak... tak... starego paniska nam szkoda! 
„Gdzie się to stary obraca Łagoda? 
„Bóg raczy wiedzieć — ot marnie gdzieś &cta&. 



Ił' 



32 



„Widzisz!... odarli człeka do ostatka 
„I w świat puścili — aż strach, panie kumie! 
„Co jemu zagon i czynszowa chatka? 
„Wszakże on sochy udźwignąć nie umie; 
„A gdyby umiał, to tylko zastęka, 
„Nie jego siła, nie jego w tera ręka. 
„Co to? wiek cały przebył po szlachecku, 
„Jak tu przywyknąć w ubogiej chudobie? 
„A w lat sześćdziesiąt— to siły jak w dziecku, 
„Czuję to, kumie... czuję sam po sobie." 
—„Co to Szymonie! Bóg dobry i basta! 
Przed nim nie uda kłamliwy potwarca. 
Już dzięki Bogu i dziatwa podrasta, 
„Coraz pocieszy i wyręczy starca. 
„Niech tylko ręką powodzi się praca! 
„Niech będzie szczęśliw, kędy się obraca." 
— „Dziś, gdyby do nas zawitał na chwilę," — 
— Rzekł drugi wieśniak przyparty do ściany: 
„Swojego dworku, gdzie przeżył lat tyle, 
„Aniby poznał— takie tam odmiany!... 
„Prawda, że z nami bywa czasem kręto, 
„Za to Zabora wszędzie zysk wyciśnie, 
„Bo gospodarzy pięknie i korzystnie. 
„Ot nowe spichrze budować zaczęto, 
„Nowemi gonty pokryto dom cały, 
„Morgują pola i kopią kanały. 
„Na przyszłą wiosnę zawiną się dzielnie: 
„Poczną pod wioską stawiać wietrzne młyny, 
„Budować z muru piętrowe gorzelnie, 
„Sprowadzą wielkie woły z Ukrainy, 
„Co orać będą i pracować latem, 
„W zimie sprzedane — grosz spłacą dukatem." 



33 

— „Byltem— rzekł inszy— niedawno we dworze 
„Poprosić pana, by zwolnił od stróży. 
„Sam pan Zadora był w dobrym humorze, 
„Jął się przechwalać, źe mu szczęście służy: 
— „A co? powiadał, gospodarka tęga? 
„Niech sobie jęczy i krzyczy hołota, 
„Nie tak jak dawniej — stary niedołęga 
„Nie znał, że dworek to jabłko ze złota. 
„Bywało włościan żałuje i pieści, 
„I cóż mn w końcu dopomogli chłopi? 
„Cóż tu zarobił przez latek trzydzieści? 
„Czeczotkę z lasu i torbę z konopi. 
„Ot i w tym roku u pana Łagody 
„Sto nędznych kopek zebrało się w gumnie; 
„Patrz, na rok przyszły ile będzie u mnie, 
„I bez modlitew, bez święconój wody! 
„On, starożytnym zwyczajem narodu; 
„Poświęcał kłosy, a orał niedbale, 
„Latem przy żniwie więdniał na upale, 
„Sprzedawał za nic i umierał z głodu. 
„Ja się nie wdając w miłosierdzie boże, 
„Pójdę o własnój gospodarskiej sile, 
„Pięć razy pole pod żyto poorzę, 
„A będzie chleba dziesięć razy tyle!" — 

—„Oj, chleb Zabory! oj chleb, panie bracie! 
„Niech Pan Bóg broni takiej gospodarki! 
„Mnie dano żyta ze dworu dwie miarki, 
„Ot i choroba zjawiła się w chacie, 
„Że już i końca nie widziałem lichu!— 
Tak mówił Szymon, szeptając po cichu — 
„Naprzód zasłabła dziecina z kolebki, 
„Potom parobczak; a gdy ten się dźwignia 

Kondratowicz. Wybór T. II. ^ 



55 
1? 



34 

„Zaniemógł syn mój jak dębina krzepki, 
„Ot drugi tydzień jak leży w malignie. 
„Ja do doktorów — co tam doktorowie! 
„Jakiemiś proszki napróżno męczyli; 
„Ja do znachora — daj Boże mu zdrowie! 
„Całą chorobę odgadnął po chwili. 
„ — Może to z wiatru? pytam u znachora, 

Może złe oczy? — A broń Jezu Chryste! 

Pewnie was chlebem nakarmił Zabora; 
„W tym chlebie duchy gnieżdżą się nieczyste. 
„Dajcie tu kęsek — ja zło wyprowadzę. — 
„A gdy go żegnać i szeptać coś pocznie, 
„To cóż powiecie? \shleb zczerniał na sadzę, 
„Po nim robactwo pełzało widocznie. 
„'—Ho! znam się! znam się! przepadnij moc czarta! 
„Słuchaj, Szymonie, — tak mi znachor rzecze: — 
„To czyjaś własność niesłusznie wydarta, 
„A to robactwo, to są łzy człowiecze. 
„Nie bój się! zdrowie choremu powróci! 
„Lecz chleb ten spalcie do jednej okruchy, 
„Inaczej wszyscy będziecie zatruci, 
„Lub was nieczyste opanują duchy. — 
„Więc ja do miasta następnej niedzieli, 
„Kupuję żyto i wiozę do młyna; 
„Przy nowym chlebie wszyscy pozdrowieli, 
„I syn mój biedny zwlekać się poczyna." 

Tak Szymon gwarząc zdarzenie ciekawe, 
Pokiwał głową i zapił tę sprawę. 

XXIV. 

— „Słyszałem o tóm— rzekł inszy z wieśniaków:- 
„Mówiłem żonie, że zaklęte zboże; 



11 



11 
11 



35 



Lecz ona prawi: — Wszędzie chleb jednaków, 
„A gdzie ja wezmę, jeśli nie we dworze? 
„Na dwornćm polu pracuje gromada 
„Od poniedziałku do samćj soboty, 

Człek nie ma czasu do swojej roboty, 

Cóż więc dziwnego, że w polu przepada? 
„Jeśli jest jakie sumienie na świecie, 
„Niechże Zabora przekarmi nas przecie! — 
„Tak nierozważna mówiła kobieta, ^ 
„Poszła do dworu i przyniosła zboże, 
„I wnet się do nas nieszczęście przypyta, 
„Jakaś niezgoda, dopuszczenie boże. 
„Kobiety, dzieci, a nawet ja z bratem, 
„Pan Bóg wie za co, nuż kłótnie i swary; 
„Szatan się cieszył — a co idzie za tern, 
„Znikła zamożność i porządek stary. 
„Mówię do brata: — Posłuchaj mię, Janku, 
„Niechaj się twoja nienawiść ostudzi, 
„Co to za korzyść kłótnia bez ustanku? 
„Obraza Boga i pośmiech u ludzi. 
„Więc się rozdzielmy. — Rozdzielmy się, powie, 
„Wszakżeśmy bracia, nie jacyś wrogowie. — 
„Poszedł do dworu, wziął półwłocz pustoszy, 

I nuż się dzielić — bo szatan rozpędza. 

Był jakiś zapas dobytku i groszy, 
„Poszło na dwoje — u obudwóch nędza! 

A. przy podziale, gdyśmy oba ślepi, 

Wedle zwyczaju chleb na pół złamali, 
„Mówiąc do siebie: — Jak się chleb nie zlepi, 

Tak my pospołu nie będziem żyć dalej... 

To w kęsie chleba — czy dacie mi wiarę? — 
„Jakieś robactwo znalazło się szarel 






11 
11 



11 
11 



36 



„Wtedy uczułem, że czegoś się boję, 
„Niedobrej wróżby — i wyszło na moje. 
„Przy, wspólnej pracy, za dawniejszej pory, 
„Człowiek się łatwiej nakarmił, przyodział; 
„Dziś my nędzarze! — a to chleb Zabory 
„Przywiódł do domu niezgodę i podział." 



XXV. 

—„Ej, prawda! prawda! rzekł parobczak mło- 
„W chlebie Zabory nieszczęście się chowa, [dy: — 
„Ot zapomniałeś niedawnej przygody: 
„Pamiętasz Hannę? i piękna, i zdrowa, 
„W szesnastym roku — o Boże uchowaj! 
„Miała iść za mąż, cieszyła się, śmiała; 
„Pan miarkę żyta dał jej na korowaj, 
„Otóż nieboga w dzień ślubu skonała. 
„A tamten żebrak o drewnianej nodze? 
„Zdrów jakby ryba, chotS staw do naboru, 
„Pamiętasz? z wioski powlókł się do dworu, 
„Dostał kęs chleba — i umarł na drodze." 



XXVI. 

—„Znają dokoła Zaborzyóskie zboże; — 
Znów mówił Szymon, nad czarką schylony* 
„Zabora w cudze posyła je strony, 
„Bo doma nigdzie wyprzedać nie może. 
„Tam nasze żyto okrzyczano wszędzie, 
„Tu w wielkióm mieście i znaku nie będzie. 



37 

„Tu między ludźmi niezgod co niemiara, 
„Tu pełno śmierci, choroba się szerzy, 
„Tu ludzie mędrsi, a słabsza ich wiara, 
„W zaklęte ziarno tu nikt nie uwierzy. 
„Nie tak jak w naszem miasteczku targowśm! 
„Onegdaj kupiec spotkał mię znajomy, 
„Dawaj gawędzić to o tem, to o owćm, 
„O urodzajach i ziarna, i słomy. 
„ — No! — mówił do mnie — niech ja marnie 
„Dziwnego pana wy jesteście chłopi: [zginę! 
„Garść jego zboża sypnij na wicinę, 
„Pewno się cała wicina zatopi. 
„Zdaje się rządny, gospodarz wyborny, 
„Lecz z nim handlować nikomu nie radzę: 
„Ciężki na rękę, grosz jego niesporny, 
„Musi mieć serce powalane w sadzę! — 
„O! panie bracie, mają rozum żydzi, 
„Zdaje się prostak, a jak rzeczy widzi! 



XXVII. 

Taką gawędę słyszałem w gospodzie, 
I takem sobie rozmyślał w podróży: 
Czemu kęs chleba, wydarty Łagodzie, 
Zdrowiu ludzkiemu i szczęściu nie służy? 
Czemu, gdy w jakim ukaże się domu, 
Kłótnię, chorobę lub śmierć niesie komu? 
Za -co niewinnym trzeba karę znosić, 
Jeżeli żyją u Boga w zasłudze? 
Czy własnych grzechów na duszy nie dosyć, 
Aby opłacać przewinienia cudze? 



38 



Czemu Zabora wesoły, bogaty? 
Czemu tak bujnie wyrasta mu niwa? 
A biedny rolnik z wyrobniczej chaty, 
Jedząc chleb jego, nieszczęście spożywa? 
Ja w mojśj głowie tego nie wyjaśnię... 
Karczemne baśnie — nic więcej, jak baśnie! 



XXVIII. 

Widziałem w mieście, jak kupcy ciekawi 
Zboże Zabory chciwie obstąpili; 
I myślę w duchu: Czyliż od tej chwili 
Więcej tu cierpień i niezgod się zjawi? 
Ale zrządzeniem tajemniczej Beki 
Sąsiedni piekarz jedną furę bierze, 
Wypiekł na chleby — wziąłem dwa bochenki, 
I chleb zaklęty jadłem na wieczerzę. 
A Pan Bóg, karząc swej woli bluźniercę, 
Łoże niemocy zgotować mi każe, 
A ten, dla kogo niosłem bratnie serce, 
Bolesne na mnie jął ciskać potwarze, 
I chleb, nieczystą pokalany siłą, 
Krwawemi łzami oblać przychodziło. 



XXIX. 

Dziwne są drogi Opatrzności Bożej, 
Gdy grzechy chłoszcze, a zasługę płacit 
A my zuchwali bluźnimy najsrożćj. 
Cierpim za naszych ojców i współbraci: 



39 



Może w ten sposób miłosierna rada 
I nasze winy na ludzkość rozkłada, 
By grzechów świata zgładzić szereg długi 
Wspólnem cierpieniem, wspólnemi zasługi? 
Czy może, pełniąc za bliźnich ofiarę, 
Własnej zasługi dopełniamy miarę? 
Bóg raczy wiedzieć — ale zawsze biada: 
Bo obcy ciężar wziął na swoje ramię, 
Kto z krzywdzicielem do stołu zasiada, 
Kto z jego ręki kęs chleba rozłamie, 
Bo tutaj każda płaci się okrucha 
Boleścią ciała lub spokojem ducha. 

Czy pan Zabora, gdy oko zamruża, 
Ma sen spokojny? czy go co przepłasza? 
Spytaj się o to u anioła stróża, 
Jemu wiadomo — a to rzecz nie nasza. 
Lecz strzeż się chleba wydartego zdradnie, 
Nie bierz," gdy pieniądz Zabora ci poda: 
Boć najniewinniej na głowę upadnie 
Ciężka łez kropla, co wylał Łagoda. 

Listopad 1854. Wilno. 



PRAGMENTA 

O FILIPIE Z KONOPI. 

Z NOTATY NA OKŁADCE STAREGO KALENDARZA 
SPISANE RYTMEM. 



FRAGMENT I. 

JN iechaj grecki Homerus albo rzymski Maro 
Kleci o Trojańszczyźnie epopeję starą; 
Niech Tasso głosi dzieje Kryżowców pałasza, 
Milton raj odzyskiwa, Baka śmierć ogłasza, 
Niech jeden gra na lutni, drugi na multance, — 
Wszak krainy rymowśj bezbrzeżne są krańce. 
Niech każdy nowe rzeczy jakby z rogu sypie, — 
Ja zaśpiewam o sławnym z Konopi Filipie. 
Muzo! (czy jak inaczśj dziś twoje nazwisko) 
Gdy się nadto rozpędzę, bądź koło mnie blizko, 
Gdy się głowa zamarzy, gdy serce zapała, 
I kiedy bredzić pocznę, — niech twa rączka biała 
Wodą z kastalskich źródeł głowę mi pokropi, 
Ażebym się nie wyrwał jak Filip z Konopi! 

Przed trzemaset latami, gdzie podolskie łany, 
Był cichy dwór szlachecki, Konopie nazwany, 



41 

Czy od panów Konopków, co go założyli, 
Ozy od gęstych konopi, co może z pół mili 
-Ciągnęły się przy dworku — a że grunt niepodły, 
Wyrastały wysoko niby leśne jodły, 
Miały liście szerokie, miały kity duże. 
Tyle o dawnym dworku i nomenklaturze; 
Dość, że jego panowie, iłem zebrał śladów, 
Pisali się z Konopi z dziadów i pradziadów. 

Tam, w dniu pierwszego maja, na posłaniu grubśm, 
W dzień świętych Apostołów Filipa z Jakóbem, 
Roku, co się od dawna w mgle przeszłości topi, 
Wyrwał się z łona matki Pan Filip z Konopi. 
Popatrzał na świat boży i zacisnął pięście, 
I skrzywił się, jak gdyby zobaczył nieszczęście, 
I wrzasnął w niebogłosy na notę sierocą, 
Jakby pytał z boleścią: „A jaż tutaj po co? u 
I długo hałasował nakształt wojewody, 
•Co, przybywszy w podróży do nędznśj gospody, 
.Złorzeczy gospodarzom, aż trzęsą się ściany: 
Dla czego tutaj pałac nie wybudowany? 
Musiał wreszcie pomyśleć: Cóż po tym zapędzie? 
■Gdy niemożna inaczej, niechaj i tak będzie! 
Wydał jakieś jęczenie albo uśmiech głuchy, 
I usnął zawinięty w matczyne pieluchy. 

W tydzień zebrano gości, jak się zwykle zdarza, 
Młodzian ochrzczon Filipem wedle kalendarza, 
I łaskawi sąsiedzi popili się zdrowi, 
Życząc dobrych sukcesów panu Filipowi... 



42 



FRAGMENT II. 

Bogdajby to na świecie być takim jak drudzy! 
Stateczni obyczaju i zwyczaju słudzy, 
Których myśli nie idą jakąś dziwną drogą, 
Lecz na ubitych ścieżkach utrzymać się mogą, — 
Tacy nie będą nigdy samotnymi w tłumie, 
Oni świat zrozumieją, a świat ich zrozumie. 
Zdarza się inszy człowiek, istny pieszczoch boży, 
Któremu gdy myśl nową Pan do serca włoży, 
Naprzód w czasie i miejscu trafnie go ośmieli, 
I ludzi usposobi, by go zrozumieli; 
A wtedy słowa jego umysły ogarną, • 

I pięknego zasiewu posypie się ziarno. 
Lecz znowu się zdarzają pomiędzy tysiącem 
Ludzie z szaloną głową a sercem gorącem, 
Co, nie bacząc, gdzie mówią lub mówią do kogo, 
Przekonań swego serca powstrzymać nie mogą. 
Niedość silny, by zwalić starą postać rzeczy, 
Taki człek wszystko zbija, wszystkiemu zaprzeczy; 
W namiętności społeczne, burzą rozpędzone, 
Dmucha jak przeciw wiatru, by w inszą wiał stronę; 
Napróżno z całśj siły zbiera w sobie ducha, 
Biedne piersi mu pękną, a nic nie wydmucha! 
A śmiechuż będzie, śmiechu z biednego szaleńca! 
Gawiedź palcem wskazuje, przechodzień się znęca: 

— „Słyszycie, co on roi? patrzcie, kędy tropi! 
„Filip z Konopi!..." 



43 



FRAGMENT III. 

U ojców Jezuitów, w miasteczku Ostrogu, 
Uczył się młody Filip służyć Panu Bogu, 
Mówić mądrą łaciną, czytać rzymskie prawa, 
Słowem — tego wszystkiego, co szlachcie przystawa. 
Tam poczęli mistrzowie poznawać go ściślej: 
Myśli bywało... myśli... i nic nie wymyśli; 
Do nauk brał się nieźle, lecz widzą ojcowie, 
Że gdy o co zapyta lub myśl jaką powie, 
Tak mu się coś nie wiedzie w pośród szkolnśj rzeszy, 
Że lub zgorszy bluźnierstwem, lub głupstwem roz- 
śmieszy! 
A że był drobny wzrostem i wielce ruchawy, 
To bywało aż skoczy ze studenckiej ławy, 
Wybieży w środek szkoły i gada, i gada, 
I rękoma wywija, aż trąca sąsiada, 
A oczy aż się iskrzą — taki w mowie zapał; 
Koniec końców — rozśmieszył albo plagi złapał. 
Na przykład: Ksiądz Retoryk raz uczył swe ucznie, 
Jak trzeba pięknym stylem wysłowiać się sztucznie, — 
A wtedy rej łacina wiodła w polskiśj mowie, 
I wielce byli w modzie Olimpu bogowie, — 
Więc mówił ksiądz Retoryk: — „Trzeba zażyć pracy, 
„A nie gadać po polsku, jak mówią prostacy, 
„Ale umieć łacinę i przypiąć co chwila 
„Sententionem z Flakka lub wierszyk z Wirgila, 
„Peryody układać okrągłej budowy: 
„To jest właściwe signum eleganckiej mowy. 

„Powtóre... uważajcie... że mówię: powtóre! 
„Canticuere omnes! podnieść uszy w góral 



44 

„Otóż tedy, powłóre: niechaj w twojśj mowie 
„Najczęściej olimpijscy panują bogowie. 
„Zamiast mówić: ktoś mądry, dobry do porady, 
„Nazwij go oblubieńcem bogini Pallady; . 
„Nie powiadaj: człek mężny, bo tak mówią prości, 
„Lecz powiedz, że jest pełen marsowej dzielności; 
„O kwiatach trzeba mówić, że to dzieci Flory, 
„Zboże zaś w pięknćj mowie to Cer ery zbiory; 
„Na jabłko, nie mów: jabłko, lecz owoc Pomony. 
„A tak wszyscy poznają, żeś człek wyuczony!" 
Filip na szkolnej ławie dosiedzieć nie może: 

— „Nie! — krzyknął — nie masz zgody, księże 

[professorze! 
„Jeden Bóg stworzył kłosy, i jabłka, i kwiaty, 
„Na co tu Ceres, Flora, boztwa starój daty? 
„Wszak Pan Bóg zakazuje wzywać bogi cudze! 
„A że słynie ktoś mężnym w krajowój posłudze, 
„I jeżeli konieczna retoryka taka, 
„To już lepiśj Tarnowskim nazywać wojaka, 
„Najlepiej bohaterem nazwać bohatera!" 

Ksiądz Retoryk brwi zmarszczył, jak Jowisz Homera 
A mszcząc się uchybienia mistrzowskiej powagi, 
Skinął na starszych uczniów — i Filip wziął plagi. 
A srogich bóztw Olimpu niewinna ofiara, 
Gdy po ciężkiój przestrodze pocieszyć się stara, 
Każdy nóż najgrawania do serca mu topi: 

— „Nie wyrywaj się więcej, Filipie z Konopi!" 
Drugi raz w Wielki Piątek jezuickie żaki, 

Aby dać pobożności gorliwej oznaki, 
Więc za to, że Żydowie umęczyli Boga, 
Chciały wygrzmotać kij mi rabina z Ostroga. 
Hurmem tedy pobiegły ku jego gospodzie 



45 

(Takowe nabożeństwa były wtedy w modzie). 

Dalój tłoczyć się, krzycząc w około siedziby, 

Zaświstały kamienie, zabrzęknęły szyby, 

Wysypał się rój Żydów w hałaśliwój tłuszczy, 

Ktoś jeden, potom drugi do bitwy poduszczy, — 

I dwa groźne obozy skupiły się z blizka, 

Każdy złorzeczeniami i kamieńmi ciska; 

Pogruchotano kije — zwarto bój na pięści, 

A żakom jezuickim snadź Bellona szczęści: 

Bo tamtych większa liczba, tych męztwo ośmiela, 

Pokonały wrzaskliwe hufce Izraela; 

Krew nawet popłynęła — już starsi przypadli, 

Pienią się zapaśnicy, biją się zajadli. 

Wtóm, gdzie bitwa najsroższa, gdzie najgęstsze ciosy, 

Wpadł Filip, z cycerońska krzycząc w niebogłosy: 

—„Stójcie, bracia! co widzę? cóż to w waszój głowie? 
„Wszak Chrystusa męczyli ich dawni przodkowie! 
-Cóż oni temu winni? Swawole! swawole! 
„Na bezbronnych!... na słabych!... O! ja nie pozwolę!" 

I wpadł w środek motłochu — a tam kupy wrzące 
Nuż tedy grzmotać pięśćmi swojego obrońcę: 
Bo tego, co on gadał, żaden nie dosłyszy, 
Mniemali, że zachęcał swoich towarzyszy. 
Zwijał się biedny Filip, padł na ziemię twarzą, 
I gdyby nie starosta z ratuszową strażą, 
Co przyszedł spędzić motłoch, pewnie dałby gardła, 
Tak się zawziętość judzka na niego wywarła. 
Został jeden na placu — pierzchli towarzysze; 
A ksiądz Eektor, nadszedłszy, co widzi, to pisze: 
Więc jako naczelnika ulicznej swawole, 
Znów skazał na przykładne ukaranie w szkole. 



46 



A co tam było żartów! a śmiechów bez końca, 

Że to wódz Izraela, że Żydów obrońca! 

Biedny Filip z Konopi! za dobre zamiary, 

Że się wyrwał nie w r porę, aż trzy odniósł kary!... 



FRAGMENT IV. 

Czyż wam dalsze przygody Filipa powtórzę? 
Nie spisaćby ich wszystkich na wołowśj skórze. 
Wyszedłszy na młodziana, pracuje jak może, 
Bo służył i rycersko, i na pańskim dworze. 
Zawsze mu się nieszczęście jak z rękawa sypie: 

— „Nie wyrywaj się naprzód! dobrze ci Filipie! 
„Czyń, jako czynią drudzy, wierz, jak każdy wierzy! u - 
Tak mu często radzili towarzysze szczerzy; 
Ale niełatwa rada, kto nieszczęścia dziecię, 
Kto Filipem z Konopi zrodzon na tym świecie. 
Kiedy trąba bojowa na wojnie zazgrzyta, 
On wyrywa się naprzód i pali z kopyta, 
Nie bacząc, gdzie jest odsiecz— czy koledzy biega, 
Wrąbie się w środek hufca nieprzyjacielskiego; 
Nim nadbieży szczęśliwa pomoc od współbraci, 
Zawsze gęstemi rany swą płochość przypłaci, 
A jeszcze mu nałaje obozowa władza, 
Że im szyki pomieszał, że w planach przeszkadza. 

Gdy insi brali łupy lub wojny honory, 
On nigdy się nie stawił, bo zawżdy był chory; 
Wtenczas, gdy pole bitwy hojnie krwią pokropi, 
Wyrywał się z chorobą, jak Filip z Konopi. 



47 

Raz z hufcy tatarskiemi jak lew szedł w zawody, 
Pan chorąży przedstawić miał go do nagrody; 
Lecz Filip, jak mu często pomylić się zdarza, 
Zaskarżył chorążego do regimentarza. 
Skarga była prawdziwa, jak to wiedzieć możem, 
Lecz chorąży przez zemstę mianował go tchórzem, 
Zaświadczył, że go znalazł za wojskiem na ziemi, 
(A pan Filip w tśj chwili czuwał nad rannemi). 
Wyrwał się biedny Filip jak raz w samą porę, 
Zaskarżać naczelnika, opatrywać chore! 

Służył, rzuciwszy wojsko, u dworskich podwoi. 
Pan mówi: — „Bracia szlachta, przyjaciele moi! 
„Na sejmiku zakrzyczeć, nie pozwolić całkiem, 
„Aby skarbnik piltyński był u nas marszałkiem. 
„Ja dzisiaj waszych wotów domagam się prosto 
„Za moim przyjacielem, rzeczyckim starostą!" 

Tedy krzyczą dworzany, szlachta zaściankowa: 

— „Niechaj żyje starosta! niech skarbnik się scho- 
„Kto nas dziś przekreskuje, jesteśmy ciekawi! [wa! 
„A kto inaczej trzyma, z nami się rozprawi!" 

— ^„Jak to! czy my nie szlachta? czy poddani chło- 
. Zawołał wielkim głosem pan Filip z Konopi:— [pi?— 
„Prawda, żem na twym chlebie, mości wojewodo! 
„Ale mnie na sejmiku wyższe względy wiodą. 
„Syn Rzeczypospolitej, znam krajowe prawa, 
„I za tym podam kreskę, kto lepszym się zdawa. 
„Pan skarbnik ma i serce, i głowę nielada, 
„Toć jemu marszałkować sejmikiem wypada. 
„Choć mi szyję zetnijcie, póki serce żywe, 
„Ja dla pana starosty rzucę negatywę: 
„Tak mi każe sumienie!" — Więc po takićj sprawce, 
Pan go wygnał ze dworu, a dworscy sznbva^<^ 



48 

Urągali się nad nim, że ma zmysły chore, 

Że się wyrwał z sumieniem jak raz w samą porę, 

Istny Filip z Konopi! 

Więc głodno i pieszo 
Śpieszył Filip na sejmik, kędy wszyscy śpieszą; 
Przekrzyczał, przekreskował i do tyla sprostał, 
Że marszałkiem pan skarbnik piltyński pozostał. 
Ale skarbnik piltyński, nic tego nie świadom, 
Kiedy ucztę dziękczynną wydawał sąsiadom, 
Kiedy szlachtę po uczcie hojnie winem kropi, 
Nie zaprosił na obiad Filipa z Konopi. 
Filip tedy w gospodzie ochoty zażywa, 
Zajada kawał chleba, pije szklankę piwa; 
A choć w duchu był wesół, lecz drudzy się śmieli, 
Że porzucił sztandary dworskiej klienteli. 
I dla czegóż porzucił? że jak Filip czysto 
Wyrwał się w samą porę ze sprawą ojczystą! 
Ze śmiechu poszła bitwa— dzięki szerpentynie, 
Dostał kreskę przez wąsy, krew z czoła mu płynie; 
Więc złorzecząc sejmikom, w nędznej alternacie 
Osiadł Filip z Konopi w rodzicielskiej chacie... 



FRAGMENT V. 

Do chaty, jak wiadomo, trzeba gospodyni; 
Więc objeżdża sąsiady i konkury czyni. 
Choć srodze poraniony, chociaż niebogaty, 
Dobrą mu niespodziankę naraiły swaty. 
Była panna posażna z domu Doliwitów, 
Skojarzenie i piękne a pełne zaszczytów. 



49 

Ą dziewczę takie hoże, takie raźne, słyszę, 
Że mu szczerze radzili dobrzy towarzysze: 
Bo dwór pana Filipa podupadał znacznie, 
Bo on sprawę domową zaniedbał niebacznie, 
A z owej konjunktury w małżeńskie ogniwa 
Na szlachecką chudobę grosz i zaszczyt spływa. 
Więc starym obyczajem poczęto konkury; 
Można było sukcesa przewidywać z góry: 
Pan ojciec krew żołnierska spodobał w Filipie, 
Pani matka za skromność pochwały mu sypie. 
Tylko bieda z dziewczyną — widział jak na dłoni, 
Że się widocznie lęka, że widocznie stroni, 
Że siedzi zadumana, pokryj omu wzdycha, 
Smutnie główką pokiwa i łzę otrze z cicha. 
Przykro patrzał pan Filip na ten znak niemiły, 
Bo jej oczy nie żartem do serca się wpiły. 
Może kocha innego— pan Filip się biedzi. 

— „Nie uważajcie na to! — cieszą go sąsiedzi — 
„Alboż to młode dziewczę jest panią swój woli? 
aAlboż może folgować swemu sercu gwoli? 
„Wypłacze się, przetęskni i z wesołą twarzą 
„Z tym pójdzie do ołtarza, z kim rodzice każą. 
„Zresztą, gdyby ten środek zdał się za surowy, 
„To można spowiednika użyć x do namowy. 
„ Wszak na tern Polska stoi!" 

— „Wstydź się, panie bracie! 
„Czyż sercu człowieczemu już woli nie dacie? 
„Czyż mam młodą małżonkę zakowywać sidły? 
„Gwałtem porywać brankę, jak Tatar obrzydły? 
„Razem rękę i serce! inaczśj nie biorę!" 

Ot i z sercem wyskoczył jak raz w samą porę! 

Kondratowicz. Wybór T. II. V 



50 

Ale trudno poradzić, gdy się głowa stropi. 

— „Upamiętaj się waszmość, Filipie z Konopi! — 
Tak go sąsiad ofuknie: — „Czas w głowie mieć olej! 
„Wybrałbyś piękny posag, niż te brednie, wolej. 
„Majątek ubożeje, idą stare latka: 
„Bierz, co daje fortuna, i ojciec, i matka! * 

Radzono, by się zaraz oświadczył z amory; 
Ale Filip z Konopi, w tych rzeczach nieskory, 
Chciał zjednać serce dziewki: nieznacznie... niezna- 
cznie, 
Już się do niej przybliża, już z nią szeptać zacznie; 
A szepcą tajemniczo... coś w głowach się marzy; 
Ona poweselała, on zesmutniał w twarzy. 
To jedynie przyjaciół pocieszało trocha, 
Że para młodych ludzi widocznie się kocha. 
Całe dni z sobą razem i wieczory razem, 
Pan Filip z tajemniczym coś szepce wyrazem, 
Przytłumione westchnienia znać po nim co chwila, 
A ona wdzięcznem okiem k'niemu się przymila. 
Czasem łzą oblanemi pożegna oczyma, 
I wyjeżdża z jej domu — dni kilka go niema; 
Ale dokąd i po co wymyka się zdradnie? 
Tego nawet najbliższy przyjaciel nie zgadnie. 

Raz powrócił k' bogdance z niebytności długiśj, 
Z nim przybył nieznajomy jakiś młodzian drugi; 
I pan Filip na stronę ojca, matkę bierze, 
Snadź już o rękę córki oświadcza się szczerze. 
Tak szepcą przyjaciele, radzi w głębi ducha, 
Że nakoniec natchnienia rozumu posłucha. 

Coś długo z rodzicami ciągnie się narada, 
A dziewczę to kraśnieje, to jak chusta blada. 



51 

Wyszli wreszcie— a Filip z obliczem radości 
Zbliżył się do młodziana, co przybył z nim w gości, 
Zbliżył się do dziewicy — i rękę im poda: 

— „Teraz do nóg rodzicom! do nóg, paro młoda! 
^Rodzice zezwolili!!"— Więc owi przelękli, 
Do nóg ojca i matki nieśmiało uklękli. 
A gdy ci błogosławią: „Połączcie się zdrowi!" 
Oni upadli do nóg panu Filipowi 

— „Tyś anioł dwojga ludzi!!... dobroczyńca miły!" 
Aż się usta sąsiadów z dziwu otworzyły, 
1 rzecz stała się jasna, jak żaden nie marzy: 
Że Filip, widząc smutek na dziewiczej twarzy, 
Zbliżył się do niśj szczerze, poznał niespodzianie, 
Że się kocha w ubogim, lecz zacnym młodzianie, 
Że ojciec na ten związek zezwolić nie raczy, 
Że ona Filipowi da rękę... z rozpaczy... 
Lecz to będzie ofiara—bolesna, straszliwa!.:. 
Więc się Filip z dziwacznym konceptem wyrywa: 
Choć bolało go serce, choć kochał nad życie, 
Poprzysiągł uszanować to uczuć odkrycie, 
I za dwojgiem kochanków, tejże samćj chwili, 
Wstawiał się do rodziców, którzy go lubili. 
Nim upór pana ojca przełamał ognisty, 
On przewoził kochankom ukłony i listy, 
I poty prosi, błaga, intrygę kojarzy, 
Aż na związek serc czułych zezwolili starzy. 
I jakże wyszedł na tśm? — Żal się Panie Boże! 
Stracił bogaty posag, stracił dziewczę hoże! 
Hie żal go, że cichaczem twarz łzami pokropi: 
Bo się wyrwał w swatowstwo, jak Filip z Konopi. 



52 



FRAGMENT VI. 

Tedy Filip, zraniony na ciele i duszy, 
Już w domu zamieszkawszy, rzadko gdzie wyruszy^ 
Przywiązał się do pola, do łąki, do wioski, 
I w pracy swe bolesne zagrzebywał troski, 
Ugaszczał dobrych ludzi, uszczęśliwiał kmiotka, 
Odżyła nowem życiem domowa zagródka. 
Sąsiedzi go lubili i estymowali. 

— „Lubo dziwak — mówiono — choć mu mózg się- 
„Ale serce poczciwe w pracy się nie~nuży, — [pali, 
„Trzeba o tera pomyśleć, niech rodakom służy!" 

Tak mówili życzliwi współobywatele, 
A właśnie, że ku temu i zręczność się ściele: 
Bo przyszła wić królewska do wszystkich powiatów,. 
Aby na sejm grodzieński wysłać deputatów. 
Więc zgromadził się sejmik W po wiato wśm mieście,. 
Zjechało się i panów, i szlachty ze dwieście. 
Tego, owego wybrać... ktoś krzyknął w zapędzie: 
„Niech pan Filip z Konopi naszym posłem będzie!" 
Z ust do ust gdy się braciom jego imię poda, 
Przyjęto na rozwagę— i stanęła zgoda. 
Tak tedy, choć się w żadne urzędy nie ciśnie, 
Został wybrany posłem prawie jednomyślnie. 

Wdzięczen za miłość bratnią, za tyle okrzyków,. 
Wydał braterską ucztę dla swych powietników, 
Gdzie potężnym kielichem pijąc bratnie zdrowie, 
Zawołał uroczyście: — „Hej, mości panowie! 
„Niech żyje bracia szlachta! bohaterskie plemię, 
„Filar złotśj swobody tśj sarmackiśj ziemie!" 



53 

— „Wiwat szlachta! — ktoś krzyknął powtóre, po- 
drzecie: — 
.„Nie masz stanu, jak szlachta, nie masz w całym świecie, 
„Ona jedynie godna zaszczytów, swobody! 

— „Mylisz się! —krzyknął Filip— na to niema zgody! 
^,Bo jest w Polsce stan inszy — chociaż nie herbowni, 
„Muszą stanąć ze szlachtą i staną na równi!" 

— „Co waść gadasz, mospanie Filipie z Konopi? 
„Któż to równy ze szlachtą?..." 

— „Któż to równy? — chłopi! — 
Zawołał groźnym głosem, iskrząc się oczyma: — 
-Których Rzeczpospolita w poniżeniu trzyma. 
-Kiedy my bronim granic, mościwy kolego, 
„Oni nam chleb gotują, naszój dziatwy strzegą. 
.„Tam, gdzie ziemię rolniczą stworzyły niebiosa, 
„Wart najlepszego herbu ich topór i kosa. 
„Waść niby człek rycerski — a pożal się Boże! 
„Szabla ci zardzewiała od pradziada może. 
„A patrzaj na ich pługi — czyż nie więcśj warte? 
.„Jak się błyszczą, codziennóm użyciem wytarte! 
„Oni w swojój dostojnej a skromnśj postawie 
^Lepiój się zasłużyli, niż my, w naszój sprawie: 
„Warci równości z nami!... Dziś, gdym ziemskim po- 
iłem, 
„Patrzajcie, jaki projekt do sejmu przyniosłem: 
„Oto moja najpierwsza kmiotków zapomoga! 
„Równość w obliczu prawa, jak w obliczu Boga, 
jj Jeden Statut dla wszystkich, zobopólna rada, 
„Miejsce w Izbie poselskiej, gdzie szlachta zasiada. 
„Patrzcie, mości panowie! czysty zysk w tym względzie! 
„Ileż głów zdrowój rady krajowi przybędzie! 



54 

„Ile serc nieskalanych! a na ich oświatę 
„Wszak mamy Jezuitów kollegia bogate. 
„Toż w Rzeczypospolitej niedziwna nowina, 
„Daj mu miejsce, szlachcicu, obok twego syna! 
„Płać podatek do skarbu, jak i kmiotek płaci! 
„Szlachtę nazywasz bracią,, miej że tych za braci! 
„Ja piję zdrowie kmiotków! hej! kto ze mną, pije?" 

Krzyczał Filip z Konopi, wyciągnąwszy szyję, 
I w serdecznym zapale ducha gorącości, 
Pełny kielich tokaju wyciągał do gości. 

Ale szlachta zgorszona zrywa się od stołu, 
I sto głosów gniewliwych zawrzało pospołu: 

— „Co! mój herb Paparona przyrównać do cepa!" 

— „Co to! szlachta mniej warta niźli ga wiedź ślepa!* 

— „Co to! chłop z moim synem ma siadywać w szkole!" 

— „Co to! ja na podatek od szlachty pozwolę?" 

— „Piękny poseł! na sejmie stan szlachecki zgłuszy! 
„Hejże, mości panowie! a obciąć mu uszy!!" 

I sto spojrzeń Filipa przebodło surowo, 
I sto szabel zabłysło nad niebaczną głową, 
I każda, jedna ostrzem, druga płazem, kropi. 
Zatoczył się skrwawiony pan Filip z Konopi, 
Chciał dobyć karabeli— lecz padłszy jak długi, 
Wywrócił stół z puhary. — Krew i wina strugi 
Pociekły po podłodze, szkła w powietrze lecą... 
A gdy się zapęd szlachty uspokoił nieco, 
Wywleczono z pod stołu, jak gdyby złoczyńcę, 
Zrąbanego do kości, zbitego na sińce. 

Ten widok jakoś szlachtę do żalu poruszy; 
Ocucono Filipa, dopytano duszy, 



55 



Dali nieco pomocy i nieco pociechy, 
I zawieźli Łazarza pod domowe strzechy. 
Dobrze mu! jak nie wiedzieć, że los taki spotka, 
Kiedy szlachtę porówna do podłego kmiotka?... 



FRAGMENT VII. 

Łoże jego choroby— to łoże żebracze: 
Myślicie, że ktoś czuwa, że ktoś nad nim płacze? 
Ani żywego duchal Pan Filip w swój dumie 
Wyrwał się przed lekarzem, że leczyć nie umie, 
Że trzeba inszym kształtem opatrywać rany; 
Zagniewał się na niego lekarz zawołany 
I opuścił nędzarza na łożu niemocy. 
Potśm Filip z Konopi wyrwał się jak z procy 
Dowodzić przed plebanem, kutym teologiem, 
Że wszyscy chrześcianie równi są przed Bogiem, 
Że grzech brać dziesięcinę od ubogiój włości, 
Że nie każdy zbawiony, kto Suchedni pości. 
Księdzu aż uszy więdły na takie gadanie, 
Powiedział, że tu noga jego nie postanie, 
I dopełnił, co przyrzekł. A tu przyszła nędza: 
Grosz mozolnie zebrany grosza nie dopędza, 
I dworek opustoszał, i grunta w bezładzie, 
A musi trzos mieć pełny, kto się w łóżko kładzie, 
Nie stało i na plastry w szlacheckiej chudobie. 
Tak przejęczał rok cały, złorzecząc sam sobie. 
W rany weszła gangrena— a głód wnętrze wierci, 
Aż po długiem konaniu doczekał się śmierci. 



56 



A kiedy dziad kościelny gromnicę mu poda, 
Wyrwał się z narzekaniem, że mu życia szkoda. 
Boże, Boże! tak marnie sterawszy swe lata, 
Tylko Filip z Konopi mógł żałować świata!... 



ZAKOŃCZENIE. 

I nikt z żyjących ludzi po panu Filipie 
Nie płakał na pogrzebie, nie wypił na stypie; 
Nikt mu pochwalnych liter nie wyrył na grobie, 
A kurhanek piaszczysty— rozsypał się sobie. 
Śpi Filip, nim się na sąd straszliwy obudzi, 
A pamięć jego życia w pośmiewisku ludzi: 
Kto się wyrwie nie k'rzęczy, kto się w mowie stropi, 
Dotąd go nazywają Filipem z Konopi. 

Ktoś świadom życia jego, albo nawet świadek, 
Czystych na kalendarzu dopadłszy okładek, 
Wzorem owego czasu, z polska po łacinie, 
Zapisał te- przygody, co podaję ninie. 
Jam dopadł tój rzadkości— i legendę całą 
Ubrał w sukienkę rytmu, jak mi się udało; 
Niekłamanym affektem służę ci, jak mogę, 
Czerpaj ztąd, czytelniku, zbawienną przestrogę. 

Choć się uczucie w piersi, myśl do głowy cieśni, 
Choćbyś jaśnićj przeglądał, niż twoi współcześni, 
Nie śpiesz się — moja rada — mówić do słuchaczy, 
Co twe serce przeczuwa, co twe oko baczy. 



57 

Nie idź za gorącemi twój duszy popędy; 
Co ci korzyść przynosi, dopatruj się wszędy, 
A serce miej zamknięte, chociaż twarz otwartą; 
Nim się na coś poświęcisz, rozważaj: czy warto? 
Chowaj zimną ostrożność i w czynie, i w słowie, 
Bo Filipem z Konopi każdy cię nazowie. 
Ognistych bohaterów minęły już lata: 
Krew, łzy i pośmiewisko— taka ich zapłata. 



1854. Wilno (dom Mullera). 



ŻEBRAK Z RZEMIOSŁA 



GAWĘDA. 



I. 

X anie Jakóbie! ot jeszcze do pary 
Powiem waszmości jeden koncept stary, 
Zkąd się przysłowie rozeszło powoli, 
Że człowiek sprawca sam swojej niedoli. 
Ot u nas, widzisz, jest ludzi gromada, 
Co to, jak mówią, na dwóch stołkach siada, 
Co przez zbyteczną, usłużność gotowi 
Dać świeczkę Bogu, a dwie szatanowi. 
Szatan, łakomy na światło jarzęce, 
Najpierwśj takich pochwy tuje w ręce, 
I za dwubarwne a niepewne zdanie 
Tęgiego figla płata niespodzianie. 
Posłuchaj waszmość. 

Pod krzyżem przy drodze 
Siadywał żebrak o drewnianój nodze; 
Miewał przy sobie, jak zwykle żebracy, 
Różaniec, stołek, krucyfiks na tacy, 



59 



Stare kantyczki, dwie torby, dwa kije, 
I drżącym głosem śpiewał litanie. 

A tam gościniec trawą nie zarasta: 
Jedni do miasta, drudzy idą z miasta; 
A żebrak, rodem z tej samśj krainy, 
Znał tu każdego z postaci i z miuy, 
Starych i młodych, niewiasty i dzieci, 
Panów i żydów, i mieszczan, i kmieci, ■ 
Wiedział kto dobry, a kto jest ladaco; 
Ale przed każdym pobrząkiwał tacą, 
Każdemu śpiewał piosnkę jednśj miary: 
„Niechaj Bóg twoje poszczęści zamiary ! u 



II. 



A nasza próżność to już rzecz wiadoma: 
Nazwie marszałkiem pana ekonoma, 
Albo szlachcica panem wojewodą, 
Albo dziewczynę kwiatkiem czy jagodą, 
Wójtem wieśniaka, kapralem żołnierza, — 
A trzygroszówki lecą do talerza, 
I w jego sakwach gromadzi się żywo 
I chleb miastowy, i wiejskie mięsiwo. 

Jeszcze tu żebrak nie nagrzeszył dużo, 
Gdy nazwał dziewczę jagodą lub różą; 
Gorzej mu nieraz pobłądzić się zdarza, 
Gdy zacnym panem nazywał zbrodniarza, 
Tchórza rycerzem, dzwonnifea plebanem, 
A samoluba miłosiernym panem. 



60 



Wiedział to żebrak, bo znał swe sąsiady; 
Lecz myślał sobie: Nie ma inszśj rady, 
Trzeba się modlić i po tacy dzwonić, 
Kto wart, czy nie wart, nisko się pokłonić, 
I wzniósłszy oczy powtarzać bez miary: 
„Niechaj Bóg twoje poszczęści zamiary!* 



III. 



Raz ksiądz Bernardyn, idący po kweście, 
Rzekł do żebraka: — „Niesłuszni jesteście; 
„Bo nie każdemu i nie w każdej porze 
„Godzi się mówić: Niech ci Bóg pomoże! 
„Wszak tutaj różny snuje się przechodzień, 
„Może zły człowiek, może jaki zbrodzień, 
„Co złe zamysły w swojśm sercu chowa — 
„Czyż za każdego modła jednakowa? 
„Wszak jeśli Pan Bóg spełni twoje modły, 
„To niewinnego pokrzywdzi człek podły, 
„Oszust prostaka otumani zdradnie, 
„Zbójca rozbije, a złodziej okradnie. 
„Nie możesz wiedzieć, co każdy z nich myśli, 
„Więc z twemi słowy rachując się ściślój, 
„Nie mów każdemu, przyjacielu stary: 
„Niechaj Bóg twoje poszczęści zamiary! 
„Radzę ci mówić sumienniej i prawiśj: 
„Dobrym zamysłom niech Bóg błogosławił" 

IV. 

— „A! mości księżel co mi tam do tego, 
„Z jakim zamysłem i gdzie ludzie biega 



61 

„Ozy sprawa dobra? czy niesprawiedliwa? 
„Ja jestem żebrak, mnie trzeba grosiwa. 
„Niech złodziej kradnie, rozbójnik zabija, 
„Ja mojój sakwy, ja pilnuję kija. 
„Ja z modlitwami każdemu usłużny, 
„Eto mi da chleba, albo grosz jałmużny. 
„Na to ubogi, że Majestat błaga: 
„Niechaj każdemu Pan Beg dopomaga! 
„Przebacz, co powiem: to skrupuły głupie! 
„Grosz na tabakę daj, księże biskupie! 
„A jak tam sobie będziesz żył w klasztorze, 
„Mniejsza mi o to — niech ci Bóg pomoże!" 



V. 



Ksiądz kwestarz westchnął na taką ślepotę, 
Rzucił starcowi na tacę dwa złote, 
A żebrak dalej w rzemiosło nędzarza, 
Ludziom pochlebia, a Boga obraża! 
Były to czasy sudermańskiej wojny, 
Wszędy po kraju snuł się żołnierz zbrojny, 
Ci za Zygmuntem, ci przeciw Zygmunta, 
Ci palą wioski t ci pustoszą grunta, 
Ci bronią kraju, a o drugich pisze, 
Że w pierś ojczyzny wbijają bardysze; 
A żebrak widzi, jak tam wioski górą, 
Jednak żołnierstwu kłania się z pokorą. 
— „Trzeba napełniać moją sakwę biedną, 
„Czy Szwed, czy Zygmunt, to mi wszystko je- 
„Moja ojczyzna krzyżyk i rozdroże, [dno, 

„Niechaj im wszystkim Pan Bóg dopomoże ! u 



62 



VI. 



Gdy Szwedzi idą, palić nasze sioła, 
Żebrak się kłania, o jałmużnę woła, 
A gdy jałmużnę na tacę położą, 
On pomoc dla nich przy woły wa bożą. 
A kiedy Szwedów pokonywać śpieszy 
Pułk petyhorski, pancerny lub pieszy, 
Znów żebrak bije pokłony usłużne: 
— „Dajcie, rycerze, biednemu jałmużnę! 
„Niech w waszych piersiach krzepi się odwaga, 
„Niech waszym włóczniom Pan Bóg dopomaga!" 

A tak, czy Szwedzi, czy idą Sarmaci, 
Każdy za modłę żebrakowi płaci; 
A żebrak w służbie Chrystusa i czarta 
Miedziane grosze do swych sakiew zgarta; 
Choćby nogajscy naszli Tatarowie, 
Gotów się modlić za szczęście i zdrowie. 

I tak za szwedzkie i polskie proporce 
Modląc się, zebrał — miedziaków dwa korce: 
Więc włókę ziemi zakupił za korzec, 
Za drugi sobie pobudował dworzec, 
I z włoki gruntu miał dobre intraty; 
A że gościniec był blizko od chaty, 
Przeto, jak dawniśj, pokorny, usłużny, 
Siedział przy drodze i żebrał jałmużny. 

VII. 

Gdy żebrakowi tak dobrze się dzieje, 
Pewnego ranku idą dwaj złodzieje, 



63 



I jeden mówi: — „Otóż losy sczęsne, 
„Jeżeli sakwy starego wytrzęsnę! . 
„Toż, mówią ludzie, groszowity sztuka 
„I ztąd i z owad swoich zysków szuka!" 

Drugi odpowie: — „Oho! znam ja dziada! 
„Ma tam i w chacie zapasy nielada; 
„Nieraz tam zajrzeć brała mię ochota, 
„Ale brytana uwiązał we wrota. 
„Jakżebym pragnął obrać go do naga! 
„Moim zamysłom niech Bóg dopomaga!* 

Przeto złoczyńca, chcąc skusić biedotę, 
Idzie do starca, rzuca mu dwa złote, 
I wpół ze śmiechem dobrotliwie rzecze: 
„Pomódl się za mnie, poczciwy człowiecze! u 
A stary żebrak, choć znał, że to złodziśj, 
Lecz myśli sobie: Co mię to obchodzi? 
Złożył kantyczkę, wsparł ręce u kija, 
Mówi Ojcze nasz i Zdrowaś Marya, 
I kończy pacierz swoją zwykłą drogą: 
„Twoim zamiarom niech Nieba pomogą!" 

VIII. 

I w mgnieniu oka jego prośby słowo 
Na skrzydłach wiatru stało przed Jehową. 
I rzekł Przedwieczny do aniołów grona: 
— „Jego modlitwa niech będzie spełniona!" 
Stało się tedy — a złodziej nieznacznie 
O różnych rzeczach zagadywać zacznie: 
Pyta żebraka, jako mu się wiedzie? 
Ile lat liczy? kto idzie? kto jedzie? 



64 



A żebrak, wdzięczen za uprzejmość taką, 
Gwarzył z przechodniem, częstował tabaką, 
Życzył mu szczęścia— a złodziej w gawędzie 
Zręcznie mu z sakiew grosze wydobędzie, 
Chleb, i owoce, i zapasy różne, 
Co może w tydzień zebrał przez jałmużnę. 
Żebrak nie postrzegł, tak zawzięcie gadał, 
Kiedy go złodziej do szczętu okradał: 
Bo Pan Bóg jego wysłuchał pacierze 
I złodziejowi szczęściło się szczerze. 



IX. 

Tymczasem drugi skrada się do chaty, 
A brytan groźny, ogromny, kudłaty, 
Zamiast zaszczekać i nasrożyć paszczę, 
Jeszcze się do nóg złodziejowi głaszcze. 
Aten, szczęśliwy, że się brytan garnie, 
Splondrował skrzynie, zasieki, spiżarnie. 
Tu mu się dobrze pożywić wypadło: 
Znalazł pieniądze, napitek i jadło, 
I sutą odzież, kożuchy i świty, 
Wszystkiego, panie, zapas znakomity, 
Że jednśm słowem, można mówić śmiało, 
Tylko ptaszego mleka nie stawało. 
Złodziej niegłupi— a jak się zawinie, 
Wszystkie zapasy uprzątnął w godzinie; 
A tak sumiennie był pracy oddany, 
Że nawet ćwieki wyciągnął ze ściany. 
Więc pośpiewując po sowitóm żniwie, 
Pogłaskał psisko i poszedł szczęśliwie. 



65 



X. 



Wieczorem żebrak aż krzyknął z rozpaczy, 
Kiedy swą szkodę podwójną zobaczy, 
Aż targa brodę, aż płacze, aż mdleje, 
Przeklina siebie, i psa, i złodzieje; 
A bardziój jeszcze po sercu mu bodło, 
Że mówił pacierz, by im się powiodło. 
Wytaczać skargę na niewiele zda się, 
Księdza kwestarza wspomniał po niewczasie, 
I już naprawdę jak nędzarz ubogi 
Płaczliwym głosem żebrował u drogi. 
Lecz po nauce, po ciężkiój goryczy, 
Już nie każdemu powodzenia życzy, 
Lecz kończąc pacierz dodaje w pokorze: 
„Dobrym zamysłom dopomagaj, Boże!" 
Modlił się, kiedy wdzięczność go uniosła, 
Ale już nie był żebrakiem z rzemiosła. 

Śmiano się z niego, i długo, i szczerze: 
—„Ja cię okradnę — mów dziadku pacierze!" 
A ztąd przysłowie powstało powoli: 
Że człowiek sprawca sam sioojćj niedoli. 



1854. Borejkowszczyzna. 



Kondratowicz. Wybór T. II. 



MATYSEK 



GAWĘDA. 



Jjył Matysek chłop przed laty, 
Jak drugiego nie znajdziecie, 
I przystojny, i bogaty, 
I szczęśliwy na tym świecie; 
Był kochany, nie znał biedy, 
Zazdrościli mu ludziska: 
Nikt nie wierzył, aby kiedy 
Przyszła krśska na Matyska. 

Krasawica, cud-dziewoja, 
Zakochała w nim się skrycie: 

— „Mój Matysku! jestem twoja, 
„Będę twoja całe życie!" 

Lecz ktoś inny sypnął grosza, 
I wzajemność dziewki zyska, 
I Matysek wziął odkosza. 
Przyszła krćska na Matyska. 

— „Mój Matysku, nie dbaj o to, 
„A miłosne rzuć zachody! 
„Lepiśj z nami użyj złoto: 
„Pójdziem hulać do gospody!" 



67 



Tak go sąsiad cieszył w biedzie, 
I całuje, i uściska. 

— „Dobrze mówisz, mój sąsiedzie!" 
Przyszła kreska na Matyska. 

Pił z rozpaczy dobę całą, 
Na pociechę pół tygodnia, 
Poił wszystkich co się wlało, 
I sąsiada, i przychodnia; 
A gdy przyszło do zapłaty, 
Toć ostatni grosz wyciska, — 
Jak niepyszny szedł do chaty. 
Przyszła kreska na Matyska. 

I od tańca, i od trunku 
Zachorował tójże doby; 
Lekarz przybył dla ratunku, 
I napędził trzy choroby. 
A za recept i za leki 
Wziął ze stajni dwa koniska 
I odjechał w świat daleki. 
Przyszła kreska na Matyska. 

Więc przed śmiercią myśli sobie: 

— „Niechże wspomną towarzysze! 
„Ja testament dla nich zrobię 

„I każdemu coś zapiszę." 

Ale w chacie nic nie było, 
Prócz starego w progu psiska, — 
Westchnął biedak całą siłą: 
Przyszła kreska na Matyska. 



68 



Umarł tedy, jak ów święty, 
Co tureckim ludzie zową, 
A odzieży lichój szczęty 
Położyli mu pod głową. 
A na pogrzeb nikt z sąsiadów 
Nie popatrzał nawet z blizka, 
Trumnę niosło czterech dziadów: 
Przyszła kreska na Matyska. 

Pod darniną, pod zieloną, 
Zajął miejsce nieprzestronne; 
Na pogrzebie nie dzwoniono, 
Bo nie stało na podzwonne. 
Przy kapliczce tuż pod ścianą 
Jedlinowy krzyżyk błyska, 
A na krzyżu napisano: 
Przyszła kreska na Matyska. 

1855. Borejkowszczyzna. 



KAPRAL TEREFERA 

I 

KAPITAN SZERPENTYNA. 

GAWĘDA ŻOŁNIERSKA. 



I. 

liij, żołnierka chleb to twardy! 
A jak wspomnisz mimo chęci, 
Jakbyś łyżkę zjadł musztardy, 
Tak na oczach łza się kręci. 
Boć to młodość— taka może, 
Jak dziś widzisz pan dobrodziej?! 
Nie dopuszczaj, Panie Boże! ^ 
Gdzie się podział hart u młodzi! 
Bladzi, wątli, ani siły, 
Ani w sercu, ani w ręku... 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 

II. 

Dziś u starca w sercu, w oku, 
Jak widzicie, ognia dosyć; 
A cóż we Dwunastym Roku, 
Gdy szabelkę przyszło nosić? 



70 



Patrz ten krzyżyk— toż go przecie 
"Wysłużyłem ciężką pracą: 
A jeżeli słuchać chcecie, 
To opowiem, jak i za co? 
Ej! to panie, czasy były! 
Głodu, chłodu, jęku, brzęku! 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



III. 

Z pod Smoleńska nasza wiara 
Żwawym marszem w odwrót kroczy; 
Rzadko który miał suchara, 
A gorzałki —ani w oczy! 
Pod jakowymś tam folwarkiem, 
Dano spocząć nam nareszcie, 
A kozacy tuż nad karkiem, 
A mróz stopni ze trzydzieście!— 
Zapalono krzyż z mogiły, 
Nuż się tłoczyć przy ogieńku! 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



IV. 

Ostąpiły z każdśj strony 
Tłumy ludu, jakby fale: 
I Żmudziny, i Gaskony, 
I Krakusy, i Westfale. 



71 



Ot i spłonął stosek drzewa; 
Więc chróśniaki zbiera tłuszcza, 
I przeklina, piosnki śpiewa, . 
I z fajeczki dym wypuszcza. 
Kto chciał zasnąć, legł bez siły 
Na tornistrze albo łęku. 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



V. 



Legł i nie wstał— chyba wstanie 
Na dolinę Jozafatal 
Na kamrackie pożegnanie 
Zmówim pacierz za kamrata, 
Śnieg rozkopiem choć pałaszem 
I zasypiem oczy śmiałka! 
Boć to, widzisz, w półku naszym 
Pacierz krzepił — jak gorzałka. 
Insze półki nie wierzyły, 
Że jest przyszłość w bożych ręku. 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleókul. 



VI. 

Myśmy mieli kapitana, 
Co nas jeszcze trzymał w wierze, 
I bywało codzień z rana 
Każe mówić trzy pacierze; 



72 



Co do postów: gdy golizna, 
Nólens, yólens, człowiek pości... 
Kapitana czci starszyzna, 
A kochają strzelcy prości. 
Był to sobie dziad pochyły, 
Mówił z cicha, pomaleńku... 
Jezu Chryste, .Panie miły, 
Terefere tatiileńku! 



VII. 

Choć potulna zda się mina, 
Licho groźne i uparte; 
Miał przezwisko Szerpentyna, 
Bo się, panie, rąbał arie! 
Dla żołnierza pierś otworzy, 
Grosz ostatni wydobędzie, 
Po za frontem— człowiek boży, 
Ale szatan na komendzie! 
Głos mu bucha jak z baryły, 
Wali płazem mimo jęku. 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



VIII. 

Z pod Smoleńska, uważałem, 
Że coś stary idzie chromo: 
Czy raniony może strzałem, 
Czy się znużył, niewiadomo. 



73 



Bo to szatan w nim się mieści! 
Tak był twardy w swojćj roli: 
Choćby skonał od boleści, 
Nie dopytasz, co go boli! 
Przeskakuje śnieżne bryły, 
Brnie przez śniegi z bronią w ręku... 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



IX. 

Gdy ruszano z stanowiska, 
Stary krzyknął:— „Broń na ramię!" 
Patrzę, tylko brwi naciska, 
Chce grać zucha, — ale kłamie. 
Sprawił wiarę do szeregu, 
I sam naprzód w marsz ochoczy; 
Ale widzę ślad na śniegu, 
Że jegomość krwią się broczy; 
Coś się chwieje, jak napiły, 
Coś się kurczy, jakby w sęku... 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



X. 



Dobył chustki, siadł na drodze 
I obwiązał chorą nogę; 
Ja to widzę, więc podchodzę, 
Myśląc, że coś dopomogę. 



74 



Lecz jak krzyknie stary gdera: 

— „Co się troszczyć cudzą raną! 
„Do szeregu, Terefera!" 
(Tak mię w pułku nazywano). 
Aż się oczy zaiskrzyły, 
Aż mu pałasz skrzypnął w ręku... 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleóku! 



XI. 

A w Imię Ojca i Syna, 
Jakie licho złe i dumnel 
Powstał z ziemi Szerpentyna 
I nuż kulać przed kolumnę. 
Choć cierpienia nie okaże, 
Lecz to widzą wszyscy z dala: 
Krwią oblały się bandaże, 
A znużenie z nóg obala; 
Starzec goni resztką siły, 
Lecz nie wyda z piersi jęku. 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńkul 



XII. 

Ot nie wytrwał— jęknął szczerze, 
Zachwiał się i padł jak długil 
Przyskoczyli doń żołnierze, 
Z dziesięć ramion na usługi. 



75 



Sam widocznie iść nie może, 
Chce go unieść oddział cały, 
Bo furgony, żal się Boże, 
Gdzieś w Smoleńsku pozostały. 
Nosze z płaszczów się zrobiły 
I uplotły z chróstów pęku. 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XIII. 

Lecz się stary jak wyzwierzy, 
Rzekłbyś tygrys z jego miny: 

— „Cóż to? cały półk żołnierzy 
„Ma się późnić z mój przyczyny? 
„Precz ode mnie! marsz do szykul 
„Rozkazuję to pod gardłem. 
„Słuchaj, mości poruczniku! 
„Podaj rapport, że umarłem. ' 
„Nie kopajcie mnie mogiły, 
„Nie potrzeba trąby brzęku!" 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XIV. 

Pan porucznik westchnął smutnie 
I szeregi powiódł w pole. 
Myślę sobie: Choć łeb utnie, 
Ja mu zginąć nie pozwolę! 



76 



Więc zostałem — i nie tchórzę, 
I powiadam: — „Kapitanie! 
„To się za nic stać nie może, 
„Pan w tśm polu nie zostanie." 

— „Cóż gdy kroczyć nie mam siłyl" 

— „Ja poniosę pomaleńku." 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XV. 

— „Precz mi z radą i pomocą! 
„A nie przywódź mię do złości. 
,Mną się trudzić nie ma po co, 
„Ty masz swoje powinności. 
„Uważałem, Terefere, 
„W twym plutonie są rekruci, 
„Dzierżą bagnet jak siekierę, 
„Maszerują jakby skuci; 
„Trzeba, aby się rozwiły 
„Władze w nogach, zręczność w ręku.' 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XVI. 

„Jestem ranny — po krwi stracie 
„Tak mi słabo!... skończę życie... 
„Słuchaj, dobry mój kamracie: 
„Jak do domu powrócicie, 



77 



„Wiesz zaścianek, tam... przy Niemnie, 
„Kędy matka moja żyje? 
„Schodź, pożegnaj ją odemnie, 
„Oddaj krzyżyk z mojej szyje; 
„Opatrz domek mój pochyły 
„I dwa ule przy okienku..." 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XVII. 

„W ładownicy cała nędza: 
„Jest tu mały groszów worek, 
„To mi zanieś gdzie do księdza, 
„Poproś dla mnie o paciorek! 
„Matce powiedz, niech nie płacze, 
„Bom nie zginął jako podli; 
„A do frontu zbierz rębacze, 
„Niech si§ każdy z nich pomodli! 
„Śpiesz, bo wojska już się skryły, 
„Już nie słychać broni szczęku. a 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleókul 



XVIII. 

— „Dobrze! dobrze!— ja doń mówię 
„Nie gadajmy o tóm wolój; 
„Jak da Pan Bóg czas i zdrowie, 
„Wszystko pójdzie w swoją kolój. 



78 



„Teraz lepićj, mojem zdaniem, 
„Kapitana wziąć na plecy, 
„Do szpitala się dostaniem, 
„Kędy leczą się kalecy. 
„Tuby śniegi was zakryły, 
„Tubyś skonał na tym pieńku." 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XIX. 

Jak ofuknie się z hałasem, 
Jak zaiskrzy się, zapłonie: 
— „Patrz: kolumna już pod lasem! 
„Twoje miejsce przy plutonie. 
„Śpiesz dopędzić towarzysze: 
„Za zbiegowstwo areszt, kula!" 

Ja, udając, że nie słyszę, 
Sadzę na mój kark dziadula. 
On się zwija z całśj siły, 
Grozi, krzyczy na mych ręku. 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XX. 

Myślę sobie: Mniejsza o to, 
Niech się złcści, będę znosić! 
Lecz z ciężarem brnąć piechotą, 
W śniegowiskach trudno dosyć! 



79 



Człowiek spocznie sobie chwilę 
I marsz naprzód, aż łeb, potnie; 
Do wieczoru ze trzy mile 
Przetrzepaliśmy samotnie. 
Stary wparł się w grzbiet pochyły, 
Ani słówka... ani steku... 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XXI. 

Po za wojskiem w całej drodze 
Tu i owdzie ogień błyska; 
Albo trupa gdzie znachodzę, 
Albo ślad obozowiska. 
Miałem w torbie dwa suchary, 
To podróżny zapas cały. 
Na popasie zjadł mój stary 
I wychylił haust gorzały. 
Gdy się płuca pokrzepiły, 
Zyskał humor pomaleńku. 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XXII. 

Już pod wieczór widzę z dali, 
Jakieś wojsko ciągnie chmurą, 
A konnica naprzód wali. 
Szerpentyna rzekł ponuro: 



80 



— „Widzisz, trutniu, co to czeka, 
„Kto rozkazy poniewiera! 
„To kozactwo... nas rozsieka... 
„Marnie zginiesz, Terefera! 
„Patrz, swawole co zrobiłyl 
„Byłbyś z braćmi, z bronią w ręku!" 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XXIII. 

„Żal mi ciebie... dziatwy twojej... 
„Pan Bóg skarał cię wyraźnie!... 
„Lecz poczekaj... wszak to swoi... 
„Ja ci zaraz sprawię łaźnię!" 

Patrzę tedy... aż tu jedzie 
Hu! porządnie szykowany, 
Z dala działa, a na przedzie 
Mameluki i hułany. 
Aż od śniegu lecą pyły, 
Aż powietrze drga od brzęku! 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XXIV. 

Ot na białój, dzielnśj szkapce, 
Jakiś jeździec ku nam kroczy, 
W szarśj kurtce, w nizkiśj czapce, 
Co mu spada aż na oczy. 



81 



Patrzę pilno... i struchlałem... 

— „Broń prezentuj, jak na wartę! 
Krzyknął kapitan z zapałem — 
„To sam cesarz Bonaparte!" 
Szerpentyna jak odżyły 
Na śnieg skoczył z moich ręku. 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XXV. 

To był cesarz... nie inaczój; 
Wstrzymał konia, spojrzał groźno 
I zapytał: — „Co to znaczy? 
„Gdzie wasz oddział? co tak późno?" 

Myślę sobie: czym półgłówek, 
Żeby zaraz tracić serce? 
{A franćuzkich kilka słówek 
Nauczyłem się w żołnierce). 
Więc zdobywam się na siły 
I powiadam bez zajęku: 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XXVI. 

Od początku, z tęgą miną 
Całą sprawę mu wywodzę: 
Co się stało z Szerpentyna. , 
Jak raniony padł na drodze, 

Kondratowicz. Wybór T. II. 



82 



Jakom kwapił się z posługę, 
By go unieść do szpitalu. 
Cesarz słuchał, słuchał długo, 
I rzekł: — „Brawo, mój kapralul 
Aż mu oczy zaiskrzyły 
Jakimś ogniem pełnym wdzięku. 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



cc 



XXVII. 

Potem spytał Szerpentyny, 
Jak się zowę, jak prowadzę? 
I mój kapitan jedyny 
Dał świadectwo mój odwadze. 
Już się znaczno, że nie dąsa, 
W rozrzewnieniu pozbył złości, 
Jednak mruknął coś z pod wąsa 
O wojskowój niekarności; 
Lecz się usta nie ruszyły, 
Nie wydały głośno dźwięku. 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XXVIII. 

Do swych piersi cesarz sięga 
Dał mi krzyżyk... o rozkosze! 
Patrzcie dzieci, to jest wstęga, 
A na ciele sam krzyż noszę! 



83 



A jak umrze Ter ef er a, 
Weń ustrójcie go na mary, 
Niechaj moją pierś ubiera, 
Niech ozdabia mundur stary; 
Poszanujcie u mogiły, 
Bo był trzyman w dobrych ręku! 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XXIX. 

Więc potrząsłem hardo czołem, 
Aż mi w oczach promieniściój: 

— „ Wiwat cesarz! tt —wykrzyknąłem, 
Zawtórzyli mi gwardziści. 
Nas zabrano na furgony, 
Do szpitalów przyszli z rana. 
Bóg niech będzie pochwalony, 
Wyleczyli kapitana! 
Teraz, słyszę, człek zażyły, 
Gospodarzy przy Niemenku... 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XXX. 

Cóż myślicie o tym gderze? 
Gdy do zdrowia przyszedł wreszcie, 
Za niekarność Tereferze 
Trzy dni kazał być w areszcie. 



84 



— „ Cesarz— mówił — wynagradza, 
„Bo poczciwym szedłeś torem; 
„Ale, bratku, moja władza 
„Naruszona twym uporem. 
„Choć wyrwałeś mię z mogiły, 
„Nie popuszczę władzy z ręku!" 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 



XXXI. 

Słusznie mówił — bo mospanie, 
Czy wodzowie, czy to prości, 
Kiedy rozkaz człek dostanie, 
Pilnuj ściśle powinnościl 

* 
Tak powiadał Terefera, 
Siedząc w progu nizkiej chaty; 
I rękawem łzy ociera, 
I wywija kij sękaty, 
I łeb siwy, łeb pochyły, 
Zadumany wsparł na ręku— 
Jezu Chryste, Panie miły, 
Terefere tatuleńku! 

1855. Borejkowszczyzna. 



CÓRA PIASTÓW. 

POWIEŚĆ Z DZIEJÓW LITEWSKICH — 1282 ROKU. 



I. 

X znowu chodźcie posłuchać ciekawie, 
I znowu bitwę przed oczy wam stawię, 
I znowu kreślę litewskie postacie, 
Brodate, dzikie, ubrane w niedźwiednie, 
Miękkie jak dzieci, gdy w domowój chacie, 
Straszne, gdy idą w krainy sąsiednie, 
Kiedy dzikości popuściwszy wodze, 
Kąpią się we krwi, rabują w pożodze. 
Nawet niepomny obowiązków syna, 
W niedobrój chwili kreślę ich oblicze, 
Gdy ich bojaków skrwawiona drużyna 
Wiedzie z sąsiady wojny napastnicze, 
I w cztery strony czterma wiatry bieży 
Dla brzydkiej zemsty lub brzydszój łupieży. 



II. 



Wstyd nie płomieni synowskiego czoła, 
Że mych praojców łupieżcami zową: 
Czyż ich sąsiady żyjące dokoła, 
Co wyznawały wiarę Chrystusową, 



86 



Lepsze poganom podawały wzory 

Bratnińj miłości i świętój pokory? 

Kiedy zachodni rycerze, jak fala, 

Zabijać Litwę dla odpustu płyną, 

Zowiąc jej synów dziećmi Beliala, 

Dzikim potworem i leśną gadziną: 

Czegóż się dziwić, że gromada dziczy 

Głowę podniesie i żądłem zasyczy, 

Gdy krew bojową Kawas mu poruszy, 

Kiedy go Perkun do zemsty poduszczy? 

Bardziój się dziwić, gdy dziki syn puszczy 

Słodkim uczuciom da przystęp do duszy, 

Gdy bałwochwalcy marsowa jagoda 

Łzami czułości zaleje się hojnie, 

Kiedy starcowi dłoń synowską poda, 

Gdy uszanuje słabszego na wojnie, 

Kiedy oszczędzi dla rycerskićj części 

Głowę dziecięcą albo wstyd niewieści. 

Spytajcie wtedy: zkąd on cnotę bierze? 

Gdzie on to widział? kto w nim ludzkość budzi? 

Czy własne serce, albo leśne zwierzę? 

Zkąd się nauczył?— pewno nie od ludzi! 

Gdy doń Krzyżacy pukają we wrota, 

Wie, co go czeka od wyznawców Chrysta: 

Starcom zaguba, niewiastom sromota, : 

Mężom kajdany i hańba wieczysta, 

A chacie płomień, a bogom zniewaga — 

Nikt nie wymodli, nikt się nie wybłaga. 

I Litwin srogi: gdy twierdzę zdobędzie, 

Pluska się we krwi, nie oszczędza jęku, 

A miecz i ogień, zniszczenia narzędzie, 

Nie dopuść Boże widzieć w jego ręku! 



87 



Jednak wśród ognia, wśród jęków skonania 

Uszy zatyka i oczy zasłania: 

Bo mu potrzeba być sroższym od zwierza, 

A on własnemu serca niedowierza. 

żelaznym hełmem uzbrojona głowa 

Lęka się dumek, co rozczulić mogą, 

A dzielna ręka w godzinę złowrogą 

Od bicia serca zadrżeć mu gotowa... 

Och! bo to serce bogowie odlali 

Z miękkiego wosku i ze twardej stali. 



III. 



Stare-Ć to czasy, które wam wygwarzę. 
Dawno już w próchno rozpadły się ręce 
Owego ludu, co w szumnym rozgwarze 
Dał Trojdenowi oznaki książęce, 
Co mu zwierzając przyszłość swojój doli, 
Przybrał młodzieńca w uroczyste szaty, 
W szkarłatną szubę i kołpak soboli, 
Dał mu miecz kuty i pancerz bogaty. 
Ten miecz, i pancerz, i szubę z hatłasu 
Dawno już wilgoć przejadła z mogiły; 
Trzy łokcie ziemi i sześć wieków czasu 
Tamtejszych ludzi dawno już przykryły. 
W stolicy kniaziów, w odwiecznym Kiernowie, 
Kurhany władców zaorane miedzą; 
Śpi stara Litwa — a jej potomkowie 
Nawet podania swych ojców nie wiedzą. 
Zimnym toporem* dąb ścinają wzniosły, 
Z piersi pradziada na grobie wyrosły; 



88 



A z niego drewka szczepiąc do komina, 
W święto do ognia zaprosiwszy gości, 
Naród coś marzy, niby przypomina, 
Majaczy powieść o starój przeszłości. 
Wtedy coś burzy jego krew zaskrzepłą, 
Iskra zapału odzywa w nim jawna: 
Czy to z powieści, czy z kominka ciepło? 
Może ten ogień tlał w duszy od dawna? 
Bóg raczy wiedzieć! 



IV. 



Litewską stolicę 
Po Narymuncie objął Trojden młody. 
Już go poznały sąsiednie narody, 
Gdy jeszcze sprawiał podlaską dzielnicę, 
Wiedzieli o nim i cudzy i swoi, 
Że mądry w radzie, a chrobry we zbroi. 
Ze swej stolicy, jak ze skały sokół, 
Śledził, zkąd grożą najbliższe zamachy: 
I Ruś, i Niemców, Mazowsze i Lachy 
Bystrem spojrzeniem obrzucił naokół. 
Wszędy wrogowie na Litwę zażarci, 
Gotowi działać czy jawnie, czy zdradnie. 
TTrojden rozmyślał: kogo najprzód skarci? 
Czyje najazdy uprzedzić wypadnie? 
Najniespokojniój jego oko pada 
Na mazowiecką dzielnicę Konrada. 



89 



V. 



Syn Ziemowitów — od Białego Leszka 
Dzierżył te kraje na prawach wassali. 
Znajoma Litwie na Mazowsze ścieżka, 
Znajome pola, gdzie krew przelewali, 
I twarde mury mazowieckich grodów, 
I twarde piersi tamecznych narodów. 
Dziś dobra pora odznaczyć się świetnie — 
Trojden wypadków mazowieckich świadom: 
Konrad, pacholę siedemnastoletnie, 
Sił jeszcze nie ma oprzeć się napadom; 
Matka, po życia smutnego kolejach, 
Mężowskiój śmierci płacząc, dogorywa; 
A lud Mazowszan pracuje we żniwa, 
A baronowie polują po kniejach, 
A starostowie ucztują w komnatach, 
A straż zamkowa usypia na czatach. 
Niechże ucztują, niech bawią się sami, 
Niech śpią ich straże z bardyszem we dłoni, 
Aż róg litewski pobudkę zadzwoni 
Pod ceglanemi ich grodów basztami! 



VI. 



Trojden dał hasło o rannój jutrzence. 
Pokorne echo z gór, lasów i rzeki 
Poniosło pilnie rozkazy książęce — 
Przez dzień obiegło po Litwie dalekiój, 
Że każda strona, każdy Litwy przedział 
Już się wieczorem o haśle dowiedział. 



90 



I z gór i z lasów wychyliły głowę 

Srogie postaci wojowniczój dziatwy; 

Śpieszą pod Kiernów wojska Trojdenowe, 

Że ich rachunek zaprawdę niełatwy; 

A wszystko krzepka, gdyby dęby, młodzież, 

Chrobre jćj twarze, a straszliwa odzież. 

W niedźwiedzich szubach, kudłami do góry, 

Przy bokach trąba i siekiera wisi, 

W rękach oszczepy, korbacze, kostury, 

Ą zamiast czapki łeb wilczy lub rysi; 

A jeszcze inszy uczepił na czole 

Długie kły dzika, lub rogi bawole. 

A konie Litwy, oszyte w rogoże, 

Parskają, spięte trędzlą wojownika. 

Zdumione oko rozeznać nie może:- 

Jaki to potwór z lasu się wymyka? 

Bo ludzkich kształtów dojrzeć tu niesnadnie, 

Chyba je serce lękliwe odgadnie. 



VII. 

Na przedzie Litwy książę Trój den hasa: 
Ma strój ozdobny junacko a suto, 
Uderza w trąbę, co wisi u pasa, 
W trąbę bawolą, we srebro okutą. 
Kibić ma smukłą — znać zaraz młodziana, 
A hełm wysoki, roboty nielada, 
A kita strusia, wiatrami rozwiana, 
W pysznych zakrętach na szyję mu spada, 
Twarz ogorzała, lecz krasna a świeża, 
Brew lekkim marsem pysznie się najeża; 



91 



A z pod brwi gęstój gdy spojrzeniem strzela, 
To mu i sokół zda się nie dostoi — 
Wzrokiem przeszywa pierś nieprzyjaciela 
I czułe serce niewinnej dziewoi. 
Włos kędzierzawy i kita pierzasta 
Igrają z wiatrem, gdy leciuchno wionie; 
Zdobi wąs czarny Trojdenowe skronie, 
A czarna broda bujno mu zarasta. 
Ręce niezbrojne, krom lnianój odzieży, 
By tóm swobodniój wymierzać zamachy; 
Pancerz u piersi kolcami się jeży, 
A na ramionach ma skrzydełka z blachy. 
Przez jedno ramię na rzemiennym pasie 
Wisi róg żubra, którym hasło dawa; 
Przez drugie ramię szeroka, jaskrawa, 
Zwisa siekiera, co krwi pragnąć zda się. 
U boku wodza, na poprędze złotój, 
Miecz długi, ciężki, niekształtnej roboty. 
Eumak, obleczon czaprakiem z niedźwiedni, 
I rży, i parska, snadź zwycięztwo wróży... 
Truchlejcie ludy krainy sąsiedniej, 
Już wam podobno nie ostać się dłużćj! 
•Nie dla popłochu, nie na popis marny 
Ten hufiec z puszczy wynurzył się czarnój! 
Aż rzeźwo słuchać, gdy ziemia zatętni 
Pod kopytami niezliczonych koni; 
Aż echo rade, gdy wojacy chętni 
Gwarliwie jadą po leśnój ustroni, 
Lub z męzkiej piersi, co się nic nie lęka, 
Zagrzmi w sto głosów pochodu piosenka. 



92 



VIII. 

PIEŚŃ POCHODU LITWINÓW. 

Niech wesoło szumi las: 
Kniaź do boja wezwał nas; 
Umocnijmy dzisiaj ducha, 
Jutro falą krew zaplucha — 
Idziem w dobry czas! 

Śmiało, koniu, idź na bój! 

Towarzyszu dobry mój! 
Kiedy pan twój wrogów drażni, 
Ty nie pierzchaj dla bojaźni, 
Ale mężnie stój! 

W mocnych murach mieszka Lach, 
Ale w piersiach jego strach; 

A my Lacha w jednej chwili 

Zwyciężyli, wyszydzili, 

Wzięli twierdzy gmach! 

Ziemię Niemców dobrze znam, 
Bo dziewczęta krasne tam; 

Lecz my Niemca krwią się zleli, 

Krasawice uścisnęli, 
Nie uciekły nam! 

Gdyśmy dalój poszli w tan, * 
Drżały mury gdańskich ścian — 
My wypadliśmy z zasadzki, 
Aż pobledniał wódz krzyżacki, 
Gdańskich murów pan! 



93 



IX. 



Babiński zamek choć ludny i zbrojny, 
Lecz mur i rycerz niegotów do wojny. 
Zwodzona brama na oścież otwarta, 
Wały zarosły, ostrokół wyjęty, 
Wodzowie drzemią, a żołdacka warta 
W sąsiednich puszczach walczy ze zwierzęty, 
Bo książę Konrad, syn Ziemowitowy, 
Polubił tylko biesiady i łowy. 
Niedoświadczony, zwyczajnie jak młodzian, 
Ognia nad domem nie baczy i nie wie, 
Że najstraszniejsze przygasłe zarzewie, 
Że wróg najbliższy, kiedy najmniój spodzian. 
Jeleń wysmukły przebieżał mu drogę, 
Więc postanowił spolować rogacza, 
I wszystkich wodzów, i całą załogę 
Wezwał na łowy. 

Drużyna junacza, 
Barony państwa, jakby motłoch ślepy, 
Marnie w ostępach łamią swe oszczepy. 
Już drugi tydzień, jak goście sproszeni: 
Z rana za zwierzem goni się gromada; 
W południe sypia wpośród leśnych cieni; 
Wieczorem gwarno do uczty zasiada. 
A książę wesół — a zdrojami płyną 
Miód mazowiecki i pannońskie wino. 



94 



X. 



Właśnie przy zwłokach leśnego rogala 

Huczna drużyna piła pogrzebowe, 

Gdy łoskot trąby odezwał się z dala, 

Głuchy, niepewny, stłumion przez połowę; 

Baz... drugi... trzeci... ozwały się wreszcie 

Okrzyki mężów i płacie niewieście. 

Konrad spojrzenie zwrócił ku drużynie. 
—„Słyszycie — mówi — zkąd ten okrzyk płynie?" 
— „Nie, mości książę, wszak słuch mi się nie ćmi, — 

Odpowie Pełko starszy wojewoda: — 

„To jakaś w wiosce kłótnia między kmiećmi... 

„Kończmy kielichy, bo przerywać szkoda!" 

— „Czyście słyszeli te trąby rozgwary?" — 
Zapytał książę Zbigniewa kanclerza. 

— „To jakiś starzec zwoływa ogary. 
„Śpieszmy do lasu, bo upuścim zwierza." 

— „Widzicie łunę pożarną na niebie?" — 
Rzekł ku Lassocie, staroście warowni. 
Lassota spojrzał naokoło siebie: 

— „To nic — odpowie — to jacyś wędrowni, 
„Jacyś pielgrzymi, wracając z odpustu, 
„Przy drodze sobie naniecili chróstu. 
„Spocznijmy raczój, miłościwe książę, 
„Bo jutro rano pracowite łowy. 
„Niech wasza miłość swój pancerz odwiąże." 

Taką dał radę starosta grodowy. 
Trafiło słowo do ucha Konrada: 
Odwiązał pancerz i swój oszczep składa, 
I na niedźwiedni, jak w miękkiój pościeli, 
Układł się książę, plemię Ziemowita. 



95 



Wzorem książęcia dworzanie posnęli. 
A po za lasem znowu trąba zgrzyta, 
I słychać jęki zmieszane z hałasem, 
I chmura dymu zawisła nad lasem. 



XL 



A Trojden w zamku — już wdarł się na wały, 
Powiązał straże łyczanemi sznury; 
Trąby litewskie w warowni zagrały; 
Wstąpił w swe prawa zwycięzca ponury. 
Litwin z okrzykiem do skarbca się wdziera 
I srebra Piastów garściami rozdziela. 
Drzwi od kaplicy rozdarła siekiera, 
Gdzie był złocisty obraz Zbawiciela; 
Zabrano srebrne wzorzyste ornaty, 
Złote kielichy i relikwiarze. 
Do nóg Trojdena padał ksiądz brodaty, 
Pewien, że świętość uszanować każe. 
Trojden popatrzał na oblicze Chrysta: — 

— „To Bóg wasz?— spyta— za cóż go męczycie?" 
Stanął, podumał — i łza uroczysta 
Z oczu pogańskich polała się skrycie. 
I rzekł do księdza: — „Ten krzyż to mi znany, 
„Bo go Krzyżacy na swych płaszczach noszą; 

Pewno to przez nich Bóg ukrzyżowany, 

Bo oni męczyć gotowi z rozkoszą. 
„Czemuście, pytam, stary wajdeloto, 
„Nie dali wiedzieć do Litwy w tśj chwili? 
„Tam insze bogi — ale mniejsza o to — 
„Waszego Boga mybyśmy bronili. 






96 

„Och! jak on cierpi! jak zraniony srodze! 
„Za cóż go męczą ciernistą koroną?" — 

Tak mówił Trojden — i krzyknął na wodze, 
By nic z kaplicy więcój nie ruszono. 
Litwa, czcząc rozkaz, książęcej potęgi, 
Wyszła z kaplicy, i dalśj się wali 
W ciemne komnaty, gdzie chowano księgi 
Pergaminowe z klamrami ze stali. 
Jedne z nich świętsze a oprawne suto, 
Stalnym łańcuchem do półki przykuto; 
Insze obite cedrowemi deski, 
Pobożna ręka zebrała dokoła: 
To są Doktory, Ojcowie kościoła, 
Z nich dusza ludzka ma pokarm niebieski; 
A insze pracy niesłychanej potem 
I piękne kunsztem wybornój skryptury, 
Malował barwą, naprowadził złotem 
Mnich Benedyktyn Świętokrzyzkiej góry: 
To chrześciańskiój nauki filary: 
Ewangelia lub Testament Stary; 
A insze zasię pergaminu skręty, 
Żywe świadectwo pięknśj świata chwili — 
To Marek Tullus, Horacy, Wirgili, 
Starego Rzymu relikwiarz święty. 
Rzym, chrzestna matka Lechowój krainy, 
Tuląc ją k ł sobie niedawnemi laty, 
Podarowała ten spadek jedyny, 
Jak święte krzyżmo wiary i oświaty. 
Piśmienne skarby Piastowie od wieka 
Zbierali skrzętnie, kupowali drogo. 
Ale się Litwin w książki nie zacieka: 
Lęka się czarów, które w nich być mogą. 



97 



Zamknięty w klamrach może tam duch jaki 

Wywoła wróżbę Litwinom złowieszczą; 

Kto wie, te czarne i krasne zygzaki 

W swych ostrych żądłach czy jadu nie mieszczą? 

Tak się lękając nieznanej potęgi, 

Trojden spoglądał na łacińskie księgi; 

Wdział rękawicę — i wolumen stary 

Ujął, popatrzał raz, drugi i trzeci, 

I rzekł do Litwy: — „Wynieście te czary, 

„Puścić je z dymem — niechaj zło uleci." 

Więc dzika tłuszcza na księgi się miota, 
Odziera klamry ze srebra i złota, 
I w środku zamku suty ogień kładnie, 
I skarby wiedzy rzuca nań bezładnie. 
A kiedy ogień z między kart wybucha, 
Gdy się pergamin kurczy i popieli, 
Litwini z boku naocznie widzieli 
Latającego po nad stosem ducha: 
Jak biały ptaszek zwinął się w przestrzeni, 
Otoczon blaskiem ze siedmiu promieni. 
To był zaprawdę Duch mądrości bożój, 
Z którego Światło, Roztropność, Odwaga; 
Ten Duch skrzydlaty nie mści się, nie sroży; 
Kiedyś go Litwa na klęczkach przebłaga; 
On na jój głowę rzuci swe odblaski 
Ze siedmiorakich promieni swój Laski. 



XII. 

Aż dotąd w zamku był rabunek cichy: 
Związana warty żołnierska drużyna, 

Kondratowicz Wybór T. II. 1 



98 



A tłum niewieści i dwa stare mnichy 
Żadnym oporem nie drażnią Litwina: 
Eto niedołężny, pogląda z daleka, 
Kto może uciec, trwożliwie ucieka. 
Ale gdy Litwin lochów się dopyta, 
Gdzie stały miody kołodzieja Piasta, 
Gdy pije stare wina Ziemowita, 
W zagrzanych głowach szaleństwo urasta. 
Już się zwycięzca na niewiasty miota, 
Na karkach starców próbuje brzeszczota, 
Podkłada ogień pod dębowe ściany, 
Puszcza do okien kamienie i strzały. 
Już dzikie pieśni, już trąby zagrały, 
Zawył wrzask dziki z płaczem pomieszany; 
A kędy stąpią zwycięzcy gwałtowni, 
Krew bryzga ziemię i ściany warowni. 

Wtćm most zatętnił — i co siła zmoże, 
Pędzą z ostępu strzelcowie Konrada, 
Zbrojni w oszczepy i w myśliwskie noże. 
Pełko piorunem na Litwiny wpada, 
Tratuje końmi wpół-pijane głowy, 
W szerokie piersi wpędza sztych stalowy. 
Prędko się Litwa z upojenia trzeźwi 
Sygnałem trąby i krwawemi dzteły, 
I bój gwałtowny zakipiał tem rzeź wiej, 

• 

Ze chrobre piersi dawno go pragnęły. 

W lekkich kolczugach wymuskane Lachy 

Zwinnićj harcują i mieczami sieką; 

Litewskich ramion silniejsze zamachy 

Zadają cięcia straszliwsze daleko. 

Grzmią silne piersi, człek z człekiem się splata, 

Zgrzytają miecze po pancernój blasze, 



99 



Prosta niedźwiednia i zbroja bogata 
Łatają w szmaty, łamią się pałasze, 
Żelazne hełmy druzgoce siekiera, 
Śmierć ulatuje i swe łupy zbiera. 



XIII. 

Dowódca zamku, Pełko siwobrody, 
Z młodym Trojdenem puszcza się w zawody. 
Wiek ich nierówuy, ale dzielność równa, 
Spotkać się z sobą pragną najgoręcśj. 
Dusza Trojdena ognista, gwałtowna, 
Lecz Pełko w boju doświadczony więcój. 
Zwarli się na pół żelaznemi , ciały — 
Jeden drugiego nie zachwiał, nie zdążył; 
Grzmotnęli w miecze, aż skry posypały — 
Lecz żaden miecza w piersiach nie pogrążył. 
Ciosy Trojdena piorunem ognistym 
Z góry z gwałtownym uderzają świstem. 
Pełko, jak granit mchem siwym porosły, 
Tępi pioruny na swśra twardem łonie. 
W oczach Trojdena całe piekło płonie; 
U Pełki uśmiech bohaterski, wzniosły, 
Miecz zda się przyrósł do prawicy dziada, 
Na każde cięcie — cięciem odpowiada, 
Po każdym ciosie znać, że wprawna ręka; 
Lach litewskiego nie szczędzi mocarza, 
Gniewem nie płonie, śmierci się nie lęka. 
Życia niebacznie na sztych nie naraża. 
Był to bój -piękny — i Litwa, i Lachy 
Stanęli patrzeć, co się zeń wywiąże. 



100 



Łach miał kolczugę, a litewskie książę 
Pancerz ze szwedzkiej wykowany blachy. 
Miecz u Litwina był gruby, miedziany, 
Kuty po prostu w niemieckiem kowadle, 
Zwijał się w rękach szybko i zajadle, 
Rąbał kolczugę, lecz nie zadał rany. 
A miecz u Pełki stalowy, wenecki, 
Dobrze hartowny i cienki jak wstęga, 
Takt jego pewny, zamach niezdradziecki, 
Przekrawa pancerz, aż do ciała sięga, 
A gdzie dosięże, to jak ogniem pali, 
Krasny krwi sznurek wytryska z pod stali* 
Lecz takie cięcia, to jak żądła pszczole 
Burzą do zemsty Litwina nad Lachem: 
Trojden zakipiał — i silnym zamachem 
Strzaskał mu stalną przyłbicę na czole. 
Pełko się zachwiał i na odlew płatnie, 
Pancerz Trojdena ugiął się podatnie, 
Aż prysnął rzemień, co mu pancerz spinał y 
Ciężki napierśnik oderwał się z szyje; 
Już w rękach Lacha wenecki puginał 
Miał się dopytać, kędy serce bije, 
Gdy mężny Trojden swe miedziane ostrze 
Wrąbał mu w czoło — padł lacki wojwoda. 
Jak dąb spróchniały, gdy się gromom poda, 
<2 trzaskiem po ziemi konary rozpostrze. 
Pierś Lacha takty ostatnie dobija, 
A usta szepczą: „Jezus i Mary a..." 
Skonał... 



101 



XIV. 

Litwini wszędy górę biorą, 
Lach pod ich stopy rzuca miecz z pokorą. 
Jeszcze krwią płynie podwórzec zamkowy, 
Jeszcze gdzieniegdzie walka kipi żwawo. 
Leżą na ziemi okryte kurzawą 
Szczątki zbroicy i ludzkie tułowy, 
Dobija rannych litewska siekiera, 
Jęk konających aż duszę rozdziera. 
Już Trojden z Lachów bolesnego jęku 
Może odgadnąć zupełną wygrane, — 
Zamek bezbronny ujrzawszy w swych ręku, 
Chce z niego zabrać łupy niezabrane, 
Więc broń obejrzał, porozstawiał czaty 
I poszedł w dalsze zamkowe komnaty. 

XV. 

Po starych komnat kamiennśj podłodze 
Idzie, stukając miedzianym brzeszczotem; 
Wiedzie za sobą swoje chrobre wodze, 
A twarz zwycięzcy zlana krwią i potem. 
Kibić ma smukłą, znać zaraz młodziana, 
A hełm wysoki roboty nielada, 
A kita strusia wiatrami rozwiana 
W pysznych zakrętach na szyję mu spada. 
Twarz ogorzała, lecz krasna a świeża, 
Brew lekkim marsem pysznie się najeża. 
A z pod brwi gęstej gdy spojrzeniem strzela, 
To mu i sokół zda się nie dostoi: 



102 



Wzrokiem przeszyje pierś nieprzyjaciela 
I czułe serce niewinnej dziewoi. 
Choć jest zwycięzcą wśród warowni Piasta, 
Szałem wściekłości oko mu nie płonie; 
Zdobi włos czarny Trojdenowe skronie, 
A czarna broda bujno mu porasta; 
Kęce niezbrojne. krom lnianej odzieży, 
By tśm swobodniej wymierzać zamachy; 
Pancerz u piersi kolcami się jeży, 
A na ramionach ma skrzydełka z blachy. 
Dwie mu popręgi idą przez ramiona: 
Na jednśj trąba, którą hasło dawa, 
Na drugiej ostra, szeroka, jaskrawa, 
Zwisa siekiera, już krwią napojona; 
Krew na jój ostrzu jeszcze się rumieni, 
Spada kroplami na tafle kamieni. 



XVI. 

Z głuchym łoskotem przeszli dwie komnaty, 
Tylko im echo na odpowiedź tętni. 
Tu stare Piasty dawniejszemi laty, 
Tu ucztowali wodzowie pamiętni; 
Tu zwykł i Konrad, zmordowany łowy, 
Ucztować z pany, ze swymi starosty. 
Na łosich rogach wsparty stół dębowy, 
Dalej ławice, gdzie siada lud prosty; 
A dalśj sfory przykute do ściany, 
Gdzie śpią ogary i łowcze brytany; 
A dalśj komin, co w słotną pogodę 
Sowitym ogniem wybuchał po sali, 



103 



Kędy siadają starcy siwobrode, 
A u ich kolan pachołkowie mali, 
Gdzie z piersi mężów wesołość wybucha, 
Gdzie miód i wino leje się w puhary. 
Dziś ta komnata i pusta, i głucha, 
Ledwie rozmierzyć okiem jej obszary; 
Tylko tu goszczą, od końca do końca 
Echo rozwlekłe i pasemka słońca 
U krat okiennych. . 

Komin się nie węgli, 
Gwar pogadanki nie kipi wesoło. 
Litwini przeszli, spojrzeli w około, 
Wreszcie do trzecich podwojów dosięgli. 

XVII. 

Trojden pchnął we drzwi— ciężkie rygle pękły, 
Skrzypnęły rdzawe zawiasy na osi. 
Litwin się cofnął, jak gdyby przelękły, 
Rękę do boku... i już miecz podnosi. 
Mniemał, że jakaś ukryta zasadzka, 
Miał już syn puszczy zaryknąć z nałogu; 
Lecz się opatrzył — to dziewica lacka 
Przeciw zwycięzcom stanęła na progu. 
Była to Hanna, córka Ziemowita, 
Ryceiska siostra gnuśnego Konrada. 
Jak biała róża, gdy jeno rozkwita, 
Tak twarz dziewczęcia nadobna i blada; 
Lecz jój spojrzenie ogniście się żarzy, 
A wyraz strachu nie postał na twarzy.- 
Po ojcu wnuczka i prawnuczka Piasta, 
Kędy się rodzą i Chrobrzy, i Śmiali, 



104 



Wśród szczęku broni rodzi się, wyrasta, 
Dzieckiem igrała z bardyszein ze stali. 
Stara piastunka nad księżniczki głową 
Nóciła starą piosenkę bojową; 
Gwarzyła różne ciekawe powieści 

Litwie srogiej i łagodnej razem; 
Cóż więc dziwnego, że umysł niewieści 
Zbratał się z wojen straszliwym obrazem? 
W czarnej odzieży i w białem nagłowiu, 
Stanęła we drzwiach, jak rycerz na straży, 
Myśliwski oszczep dzierżąc w pogotowiu, 
Groziła przebić, kto wnijść się odważy. 
Litwin oszczepu nie lęka się pchnięcia, 
Złamałby oręż, co dziewica pieści; 

Lecz piękny wyraz godności niewieściej 
Straszliwszym ostrzem przebił pierś książęcia. 
Jakiś wstyd przebiegł po zwycięzców tłumie; 
Znowu spojrzała — cofnęli się srodzy, 

1 mową ruską, co Litwa rozumie, 
Tak się ozwała do litewskich wodzy: 

— „Słabość dla mężnych jedyna zapora. 
„Nie wnijdziesz dalój, bo tam matka chora. 
„Książę rycerskie! bądź wiernym twój części, 
„Nasza niedola niech nas zabezpiecza. 
„Szanuj dom Piastów w dniu jego boleści, 
„Nie nadużywaj praw twojego miecza. 
„Prawa zwycięzcy, zdobyte gwałtownie, 
„Kończą się tutaj, gdzie jęczy choroba. 
„Masz skarby nasze, piwnice, zbrojownie, 
„Zabieraj wszystko, co ci się podoba, 
„A cześć uszanuj w godzinę złowrogą, 
^Bo twoje losy przeważyć się mogą. 



105 

„Nie patrz szyderczo, że, słaba i młoda, 
„ Grożę oszczepem chrobremu wodzowi: 
„Gdy o cześć idzie, Bóg losy stanowi, 
„Bóg mię uzbraja, a rozpacz sił doda. 
„Potrafię umrzeć; lecz pokąd nie zginę, 
„Nie wstąpisz, wodzu, w komnaty matczyne!" 

Rzekła — i k'piersiom litewskiego, księcia 
Podnosi oszczep, na życie niepomna; 
Płonie w jej twarzy wstydliwość dziecięcia, 
A w oczach zapał i wola niezłomna. 



XVIII. 

Trój den pokraśniał, spuścił wzrok ku ziemi, 
I zakłopotan do dziewicy rzecze: 

— „Kniahini Lachów! my chrobrzy z chrobremi; 
„Lecz u nas w piersiach jest serce człowiecze. 
„Żaden zły zamiar w mój myśli nie postał, 
,1 żal, i wstyd mi, żem zwycięzcą został; 
„Lecz na to wojna... ta czasem zaślepi, 
„Czasem się rycerz w bitwie zapomina. 
„Wziąłem więc zamek — to nie moja wina: 
„Dla czegóż wasi nie strzegli go lepiśj? 
„Nie wskrzesić z martwych tych, co w boju padli, 
„Lecz każę przestać wojennśj srogości; 
„Nie mówcie, proszę, żeśmy zbyt zajadli, 
„Przyjmijcie, Lachy, Litwinów za gości; 
„Dziś w waszym zamku zajmiemy załogę, 
„A jutro w dalszą puścimy się drogę! a 

Rzekł i na stronę wodzów odprowadza, 
Wydał rozkazy do drużyny dzikiój, 



106 



I w jednśj chwili Trojdenowa władza 
Ucisza w zamku bojowe okrzyki. 
Staje jak wryta zawścieklona tłuszcza, 
Wpół taktu w bójce żelazo upuszcza; 
Tylko z dziedzińca posłyszysz z daleka 
Jęknie raniony lub trwożny ucieka. 



XIX. 

Hanna, oparta na drzewcu od włócznie, 
Zdumionóm okiem na Trojdena patrzy; 
Bo czyn szlachetny, piękniejszy im rzadszy, 
Serce dziewicze zhołduje widocznie. 
Jeśli chcesz, mężu, mieć łaski Eupida, 
Trefić twe włosy na mało się przyda: 
Niechaj niewiasta raczej na twóin czole 
Pięknego czynu widzi aureolę! 
Ty, strojny blaskiem twojego ramienia, 
Zostaw r zaloty pieszczonój młodzieży: 
Niech z oczu twoich, zamiast przymilenia, 
Jak błyskawica wielka myśl uderzy; 
A ta, co myśli, co czyny wywoła, 
Potędze twojej oprzeć się nie zdoła. 
Dusza jśj stanie w nadziemskim zakresie, 
Dumna twym czynem przestanie być płocha, 
Ołtarz dla ciebie w swojem sercu wzniesie, 
Wprzódy uwielbi, potom cię pokocha. 
A taką miłość, uwielbienie, chlubę, 
Niełacno z serca, niełacno utraci! 
Choćbyś, jak Trojden, w jćj dom niósł zagubę, 
Choćbyś się skrwawił posoką jćj braci, 



107 



Ona, niepomna swych łez i rozpaczy, 
Duszę pogrąży w twego czynu pięknie, 
"Wszystko zapomni, wszystko ci przebaczy, 
I mimo woli przed tobą uklęknie. 
Bo serca niewiast, lękliwe a drżące, 
Każde wrażenie do głębi poruszy; 
Czułe na piękno, jak kwiatek na słońce, 
Lubią się zdumieć bohaterskiśj duszy. 



XX. 

Trojden powrócił — a na jego czele 
Już się promieni cnotliwe wesele, 
I pięknym blaskiem wzrok mu się rozżarzy, 
I mężne ręce jak do prośby składa; 
Tak w tój postaci było mu do twarzy, 
Że się spłoniła krasawica blada. 

— „Kniahini Lachów! wnet się bój uśmierzy; 
„Wrócę wam łupy, wynagrodzę straty, 
„Wpuśćcie mnie teraz do dalszśj komnaty, 
„Niechaj się waszej pokłonię macierzy, 
„Niech trudy wojny złożywszy z mej szyje, 
„Z Piastowym rodem chleb i sól spożyję." 

— „Szlachetny kniaziu!— odpowie mu Hanna — 
„Możesz rozkazać, a prosisz z pokorą. 
„Ale twój pancerz i zbroja blaszana 
„Może przestraszyć moją matkę chorą; 
„Na twym toporze i na pochwie miecza, 
„Patrz: jeszcze płynie świeża krew człowiecza. 
„Zdejm z głowy kirys, odpasaj oręża, 
„A chleba z nami spożyjesz pospołu. 



108 



„U moich przodków szerokiego stołu 
„Jest gdzie pomieścić rycerskiego męża. 
„Rycerstwo nasze jest przy moim bracie, 
„Wkrótce powróci z obławy na zwierza, 
„I wypijecie puhary przymierza, 
„I ręce sobie chętliwie podacie. 
„U Ziemowitów — u stołu Konrada, 
„Nie bój się, żadna nie grozi ci zdrada!" 



XXI. 

Wyszła uprzedzić matkę o gościnie, 
Trój den zdejmuje hełm pierzasty z głowy, 
Otarł krew lacką, co po zbroi płynie, 
Odpasał z ramion swój topór stalowy 
I miecz swój gruby, wykowany z miedzi, 
I tęskno z komnat czekał odpowiedzi. 



XXII. 

r 

— „Wnijdź, książę Litwy! gość w domu, Bóg 
Mówiła Hanna, rumieńcem oblana; [w domu!" — 
Wzięła za rękę pięknego młodziana, 
A już jój ręka drżała pokryjomu. 
Szli przez komnatę sklepioną, wysoką; 
Nic nie przerywa uroczystej ciszy. 
Trojden k'niśj zwrócił płomieniste oko, 
Coś mu się zdało, że westchnienie słyszy; 
Zwiesiła główkę — a Pan Bógże zgadnie, 
Co się tam w myśli dziewicze zakradnie? 



109 



Wtem się sąsiednia otwarła alkowa: 
Tam matka Hanny, poważna matrona, 
Księżniczka z Rusi, Ziemowita wdowa, 
Jęczała, długą niemocą dotkniona, 
I obyczajem swej rodzinnój strony 
Chciała uklęknąć— lecz chwieje się, słania. 

— „Kniahini Lachów!— rzekł Trój den wzruszo- 
„Dajcie mi rękę na znak przejednania." [ny — 

— „Nie gub nas, nie gub i z duszą i z ciałem! 
„My wiemy, wiemy, czóm są wojny prawa!" — 
Mówiła matka z wejrzeniem nieśmiałem, 
A łza boleści na jej oczach stawa. 

— „Pokój wam, księżno!— Trojden jćj odpowie, 
Zgrzybiałą rękę całując z pokorą — 
„Nie bój się Litwy: już my nie wrogowie; 
„Złóż na posłanie twoją głowę chorą. 
„W twym grodzie Litwin tryumfował górą, 
„Lecz się ukorzył przed krasną twą córą." 

— „Hanno!— spytała mazowiecka księżna: — 
„Czemu Konrada nie mam przed oczyma? 
„Pewnie, gdy naszła drużyna orężna, 
„Wybiegł do walki — może go już niema! 
„O, głowa biedna! głowa moja siwa! 
„Jakiegoż dzisiaj sieroctwa dożywa!" — 
I załamała rozpaczliwie ręce: — 
„Na co mi życie? na co mi zaszczyty? 
„Na co mi państwa i grody książęce? 
„Mówcie: gdzie Konrad? czy syn mój zabity?,.. 
„Wodzu Litwinów! tóm samem żelazem 
„I mnie zabijcie... zabijcie z nim razem!" 

—„Konrad z panami na łowach się cieszy, — 
Odpowie Hanna:— on nic jeszcze nie wie. 



110 



„Obaczył pewnie nad zamkiem zarzewie, 
„Nie bój się, matko, zaraz tu pośpieszy." 

XXIII. 

— „Jam tutaj, matko!— zabrzmiał okrzyk w sa- 
„Potrafię chodzić po ojcowskiój ścieżce.* [li — 
„Niedługo będą cieszyć się zuchwali, 

„Z grodu mych przodków wycisnę łupieżcę!" 
Drzwi się rozwarły, i Piast młody wpada; 
Zajadłość w oku, miecz w ręku Konrada. 

— „A tuś, mi kniaziu!... tu na moje szczęście!" — 
Ezekł, k'Trojdenowi podbiegając srodze.... 
Trojden bezbronny ścisnął silne pięście, 
Grzmotnął mu w piersi, złożył na podłodze. 
Krew kipi w piersiach Piastowego syna, 
Pdwstał z podłogi... słania się i chysta — 
Miecz w jego rękach jak piorun zaśwista, 
I straszna walka znów się rozpoczyna. 
Litwin, hartownej podobien opoce, 
Znowu mu w piersi całą siłą grzmocę. 
Lecz w tejże chwili, jak jutrznia poranna 
Pomiędzy dwiema grzmotowemi chmury, 
Między walczących przedziera się Hanna 
Rozbroić zapęd i gniew ich ponury. 

— „Nie sróż się, bracie! posłuchaj mię wolśj; 
„Od twojój zemsty nie wskrzesną umarli. 
„Wiadoma losu wojennego kolój: 

„Litwini wpadli — nasz zamek odarli. 
„Była tu walka mordercza i wściekła; 
„Część naszych padła, a reszta uciekła. 



111 



„Nasi zwycięzcy już byli gotowi 
„Rozpocząć pożar i rabunek w grodzie; 
„Jam tylko sama wyszła ku wodzowi — 
„Męzka szlachetność już mu duszę bodzie. 
„Wstrzymała walkę jego woli władza, 
„Łupy nam wraca, szkody wynagradza. 
„Wyzuł się z hełmu, odpasał miecz kuty, 
„A. teraz gościem przychodzi w te progi. 
„Nie czas na żale, nie czas na wyrzuty; 
„Złóżcie, rycerze, wasz zapęd złowrogi. 
„Ten, co szlachetnie ugłuchał niewiasty, 
„Co miecz zwycięzki sam na stronę kładnie, 
„Czyż ma żałować, że wszedł między Piasty? 
„Zginąć w ich zamku, zamordowan zdradnie?" 

Tak mówi Hanna, a jasne jej oko 
Zagrało blaskiem i łzami zachodzi. 
Bystróm spojrzeniem zmierzyli się młodzi, 
W głąb swego serca zajrzeli głęboko, 
I w bratni uścisk serdecznie się wiąże 
Z książęciem Litwy mazowieckie książę. 



XXIV. 

W dziedzińcach zamku, u jednego stołu, 
Litwa i Lachy ucztują pospołu, 
Synowie Piastów gościnni, bogaci, 
Hojnie rycerstwu rozdają miód stary; 
A Litwa spełnia naj pierwsze puhary, 
Jako wspominek po umarłśj braci, 
Drugie w cseść bogów i ojczystśj ziemi, 
Trzecie na zgodę z dziećmi Lachowemi. 



112 



Ucztują wespół zgodni i weseli. 

Jak gdyby nigdy wzajem krwi nie leli. 



XXV. 

A druga uczta na zamku Konrada. 
Jeszcze weselej i jeszcze tam słodziej: 
Wróg przeciw wroga do stołu zasiada, 
Obadwaj chrobrzy i obadwaj młodzi; 
Toczą rozhowor o łowach i psiarnie, 
O bystrych koniach i rodzajach broni. 
A Hanna włosy z nad czoła odgarnie, 
Patrzy w Trojdena, słów jego nie roni. 
Tak zasłuchana i zaciekawiona, 
Sama nie zgadnie, co się w głowie marzy; 
Jeno skraśnieje, jak wiśnia czerwona, 
Gdy wzrok Litwina spocznie na jej twarzy; 
A sama nie wie, że swemi oczyma 
Lwa straszliwego na uwięzi trzyma. 
Ale król puszczy nie zwykł do łańcucha, 
Nie zdoła w ciszy zachować się dłużej; 
Niezwykła taić, gdy się serce burzy, 
Mężna pierś jego westchnieniem wybucha. 
Nalał swój puhar, wypił go w połowie: 

— „Kniahini Lachów! to za wasze zdrowie, 
„W cześć waszój córy! ja k'niój sercem płonę.., 
„Dajcie mi Hannę, dajcie mi za żonę! 
„My, stara Litwa, żołnierscy a prości, 
„U nas długiemi słowy się nie mami. 
„Szerokie moje ziemice i włości; 
„Wiecznśm przymierzem opiszę się z wami; 



113 



„ Książęce skarby złożę pod jśj nogi; 
„ Zrównam jej głowę z wielkimi mocarze; 
„ Czcić będzie swoje, a ja swoje bogi, 
„Modlić się będzie, jak jej wiara każe; 
„ Zostanie bóztwem na litewskiej ziemi, 
„Królować będzie nad ludźmi dobremi!" 

— „Mocarzu Litwy! jam tylko niewiasta, — 
Odpowie matka: — jam przyzwolić rada. 
„Konrad jest głową u rodziny Piasta: 
„Mocarzu Litwy! zapytaj Konrada." 

— „Hanno!— -brat spyta— wola, czy niewola?" 
Hanna oblicze w drobnych rączkach chowa: 

— „Trojden zwycięzca — jam branka bojowa, 
„Niechaj od niego zależy ma dola; 

„Niech waszym chęciom uczyni się zadość, 
„Będę nagrodą szlachetnego dzieła!" 

Klękła przed matką i płakać poczęła, 
A przez jój oczki prześwieca się radość. 



EPILOG. 



Lecz może rai powiecie, żem skończył zbyt skoro? 
U nas się kochankowie tak prędko nie biorą. 
Darujcie, jam podania nie wysnuł z mój głowy, 
Wziąłem je całkowicie z kroniki dziejowśj. 
Jeden wiek pisze swoje, drugi swoje prawa, 
Każdemu cudzy zwyczaj dziwnym się wydawa. 

Kondratowicz. Wybór T. II. *> 



114 

Historya podania nie kłamie, jak tuszę. 
Ej, dziwne Laszek oczy, a Litwinów dusze! 
Litwa do pięknych czynów zapala się snadno, 
Ej, to cud pięknych oczu, Co sercem zawładną! 
Nie wstyd być dla mężnego pod urokiem wdzięku, 
I złożyć krwawy brzeszczot, co już dzierżył w ręku, — 
Ej, nie wstyd bajarzowi, nie wstyd dla pieśniarza, 
Sławę takiego czynu gdy ludziom powtarza! 
Każda cnota, natchniona świętym Duchem Bożym, 
Łacniój się upamiętni, gdy ją w pieśń ułożym. 
A gdy lubim powieści z upłynionśj chwili, 
Dajcie ucho mój pieśni, czytelnicy mili, 
A obrokiem duchownym niech was Bóg posili! 

22 maja 1855. Borejkowszczyzna. 



ZGON ACERNA. 

CHWILA Z XVII WIEKU. 
(1608 roku). 



I. 

C/zego ten stary brytan, opuściwszy szyję, 
Do forty jezuickiój drapie się i wyje? 
A wyje tak żałośnie, aż przechodzi mrowie! 
O! takie skowytanie pewno zgon przepowie! 
Znają w całym Lublinie jego sierść, nazwisko: 
To jakiegoś żebraka wysłużone psisko, 
Chce się z panem obaczyć, polizać mu ręce. 
Próżno uliczne żaki i szkolne młodzieńce 
Ciskają nań kamieńmi; kruchciani dziadowie 
Napróżno swemi szczudły biją go po głowie: 
Pies kurczy się, zaskomli w postawie pokornej, 
Ale go nie odpędzisz od forty klasztornój; 
Chciałby wcisnąć się milczkiem i omylić straże, 
Ale Ojciec odźwierny wpuszczać go nie każe. 

Wtem stateczny przechodzień we dzwonek zadzwoni— 
Brytan przypadł mu do nóg, rzucił się do dłoni, 
Jakby prosił o łaskę błagalnym wyrazem, 
Iżby w bramę klasztorną wcisnąć się z nim razem* 



116 

Przychodzień go pogłaskał: — „To ty, psino wierna! 
„Jedyny przyjacielu biednego Acerna! 
„Pójdziem nad jego łoże, oczy mu zasłonim: 
„My w Polsce tylko jedni zapłaczemy po nim! 
„Przy skonaniu pieszczocha sarmackiój cytary 
„Pożałuje pies stary i przyjaciel stary... 
„A reszta Polski zimna — nie wie, ani zważa, 
„Że w tój chwili utracą wiernego gęślarza, 
„Co jćj chlubę poczciwie głosił w świat daleki!" 

Tak powiadał przychodzień — łzę otarł z powieki, 
I zadzwonił powtóre, potrzecie, poczwarte; 
Skrzypnęły rygle forty powoli otwarte, 
I z za forty, co z ciężkim zgrzytem się rozpada, 
Twarz Ojca odźwiernego wychyla się blada: 

— „Czego tu waszmość chcecie? tak silnie dzwonicie! 
„Po dziewiątej godzinie, choćby szło o życie, 
„Niewolno bywać obcym za klasztorną kratą, 
„Chyba da Ojciec rektor zezwolenie na to. a 

— „To idźcież do rektora i wracajcie żwawo." 

•—„Ach! czy to wasza miłość? Sam wpuścić mam 

[prawo: 
„Lekarz Albertus Oczko, miły gość w klasztorze, 
„Za fortę Societatis zawsze wchodzić może." 

Tak mówił Jezuita z uśmiechem słodyczy; 
A brytan wpadł do forty, smutnie zaskowyczy 
I pobiegł w korytarze. 

— „Cóż Klonowicz przecie? 
„Czy zdrowszy dziś, czy słabszy? nic o nim nie wiecie?" 
Zapytał Wojciech Oczko.— -„Źle— odrzekł odźwierny:— 
„Daliśmy mu w klasztorze kątek miłosierny 
„Za to, że nas osławił po sarmackiój ziemi, 
„Za to, że szczypał zakon pismy dotkliwemi, 



117 

„Że nas przezwał gangreną straszliwych bezprawi, 
„Co kraj cały zarazi i o śmierć przyprawi. 
„My mścić się nie umiemy na sprawcach potwarzy, 
„Bo Chrystusa znieważa ten, kto nas znieważy. 
„Bóg zwrócił na bluźniercę zagniewane oko — 
„I ów Acernus głośny, sławiony szeroko, 
„Przyszedł na stare lata do torby i kija, 
„Nędza go i zgryzota przed czasem dobija, 
„A kraj, co w jego pismach tak wielce spodoba, 
„Nie dźwignął swego wieszcza z barłogu Hioba. 
„Lecz przyszedł Jezuita, wziął z błota oszczercę, 
„Okazał niegodnemu miłościwe serce; 
„Gdy się nędzarz w T kałuży zasłużonej wala, 
„Dał mu gościnny kącik swojego szpitala: 
„Niech świat patrzy i uzna Jezuitów czyny, 
„Jak chlebem odpłacamy za żądło gadziny. u 

Bzekł odźwierny i westchnął w prostocie gołębiej; 
Westchnął i Wojciech Oczko boleśniój i głębićj: 
Na starego lekarza osiwiałej rzęsie, 
Jak gwiazda promienista, łza gorzka się trzęsie. 



II. 



— „Do celi, gdzie Acernus, wejść teraz nie możem: 
„Bektor go pojednywa z miłosierdziem bożem. 
„Dzisiaj prosił o spowiedź z pokorą i skruchą, 
„Bektor jego spowiedzi sam raczył dać ucho, 
„Sam wprowadzi grzesznika w wiekuiste wrota, 
„I Olejem namaści, i da Chleb żywota; 
„Sam wydrze jego duszę piekłu i rozpaczy. 
„My wrogom przebaczamy—niech im Bó£ przebaczy!"- 



118 

Tak, wiodąc sklepieniami ciemnych korytarzy, 
Odźwierny Jezuita sam do siebie gwarzy, 
Bo lekarz, w tęsknśj myśli pogrążywszy ducha, 
Słów jego nie uważa, przechwałek nie słucha. 

III. 

Przed nizkiemi drzwiczkami zakonniczej celi, 
Nie śmiejąc do niej pukać, przybyli stanęli. 
Ztamtąd płacz dolatywał i rozmowa cicha: 
To schorzały głos starca, to mocniejszy mnicha; 
Aż w końcu pełnym dźwiękiem do ucha uderzy 
Uroczysta harmonia łacińskich pacierzy. 
Snadź już rektor ukończył spowiedniczą pracę, 
Rzekł: „Ego te absofoo, jam vade in pace!" 
I słychać głuchy łoskot jak o trumnę młota: 
To skruszony pokutnik tak się w piersi grzmota. 

Odźwierny kląkł się modlić, jak ustawy każą, 
Wojciech padł na kolana z uroczystą twarzą 
I modlił się ze łzami: „Ach! odpuść mu, Chryste! 
„Ścieżki jego żywota tak były cierniste, 
„Dni jego na tak ciężkiój upływały próbie! 
„Przygarnij męczennika, przygarnij ku sobie! 
„Niechaj pieśniarz lechicki, w cierniowej koronie, 
„Godzien będzie Hozanna śpiewać przy twym tronie!" 

IV. 

W celi zabrzęknął dzwonek. Na ten sygnał cichy 
Wychodzą ze swych komnat na korytarz mnichy, 
Wszystka czeladź klasztorna sypie się jak mrowie, 
I dziady z jJod kościoła, i szkolni żakowie. 



119 

I otwarły się drzwiczki od ubogiój celi: 
A tam na wiązce słomy, na grubej pościeli, 
Klęczał schorzały starzec, i ręce kościste 
Podnosząc ku niebiosom, wołał: — „Jezu Chryste! 
„Dozwól, bym godnie przyjął ostateczne chryzma, 
„Udziel mi zlitowania, co doznał łotr Dyzma, 
„Umierając na krzyżu!"... Chciał dalój wieść modły, 
Ale piersi schorzałe już starca zawiodły: 
Tylko ustami rusza, ręce splótł na łono. 
Wtóm znowu uroczyście w dzwonek uderzono; 
Rektor Hostyę podniósł, chory głos natęża; 
Upadli na kolana laicy i księża. 
„Oto Baranek Boży!... a 

Chory patrzał k' ziemi, 
I sercem upragnionóm, usty złaknionemi 
Przyjął Chleb odkupienia... odżył w nowe siły; 
Oczy jego tak dziwnym blaskiem zaświeciły, 
Coś tak dziwnym urokiem twarz mu promienieje, 
Że zda się nowe życie i nowe nadzieje 
Poczęły igrać w tętnach młodzieńczego łona, 
Wstąpiły w marny szkielet, co za chwilę skona. 
Choć jeszcze nitka życia w piersiach mu nie pękła, 
Lecz już dusza głęboko w niebiosa ząsiękła; 
Oczy tak mu się wpiły w krucyfiks na stole, 
Że ostatni dar ziemski — cierpienia i bole — 
Gotów przenieść jak kamień... Ale z wolna... z wolna, 
Słabnie lepianka ciała, słabnie nieudolna, 
I boleść chorowita znów dotyka zmysły; 
Oczy wieszcza przygasły, ręce mu powisły, 
Osunął się na pościel, czując kres złowrogi. 
Rektor prędko namaszcza czoło, ręce. nogi 
Ostatnióm pomazaniem — chory, zda się, kona... 



120 

Nie! — tylko dusza jego, w niebo uniesiona, 

Zda się z padołem płaczu zerwała widocznie. 

Lekarz przerwał modlitwy: — „ Niechaj trochę spocznie, 

„Niechaj zbolałą głowę przytuli na łoże, 

„A jeszcze siła życia zagrać w piersiach może." 

Więc skończono obrządek — a ci, co klęczeli, 
Szepcąc pacierz, odeszli od nędzarskiej celi; 
Tylko został z gromnicą jeden Jezuita, 
I stary dziad kościelny, który Psałterz czyta, 
I stary Wojciech . Oczko z kroplami tyzanny, 
I stary wielki brytan, co jęk nieustanny 
Ronił po korytarzach. Acernus śpi błogo; 
Już mu łza nie pomoże, leki nie pomogą; 
Jeszcze ocknie się trochę, by pożegnać ludzi, 
A potom, znów gdy zaśnie, aż na Sąd się zbudzi. 



V. 

Ściemniało... noc zapada. U głowy Łazarza 
Lampa długim płomieniem krwawo się rozżarza, 
Knot napojony tłuszczem i skwar czy i czadzi, 
Ogień pała nierówno — jaskra wiój, to bladziśj; 
A po wilgotnśj celi, po zczerniałój ścianie, 
Mżą się ruchome cienie, jak duchów latanie. 
Piękna była w tóm świetle blada twarz Acerna: 
Wąs przyprószon siwizną, a broda pomierna, 
W uściech nieco uśmiechu, z jakim sypia dziecię, 
Na czole zmarszczki cierpień— ślad życia na świecie, 
Jedna ręka na piersiach, jakby boleść dławił, 
Druga w górę wzniesiona, jakby błogosławił. 
Bo może dusza wieszcza błogi kraj oblata, 



121 

Żegna swoją ziemicę, odchodząc ze świata. 
Może gromadę ziomków przeprasza najczulój, 
Co kielich jego życia goryczą zatruli, 
A on, gdy cierpliwości braterskiej nie stało, 
Ciskał nieraz w ich czoła satyryczną strzałą. 
Już mu Pan Bóg odpuścił — przeznał dobre chęci; 
Odpuśćcie jego winę i ludzie zawzięci! 
Bo jego cała wina, że czuł nadto żwawo, 
Że jęcząc opatrywał swoją ranę krwawą!! 

Acernus śpi, jak gdyby w zachwyceniu bożóm; 
A stara jego harfa, wisząca nad łożem, 
Nietknięta od nikogo, zda się, pieśnią dycha, 
Niedosłyszanym drganiem pobrząkiwa z cicha. 
O! wierna towarzyszka marnego rzemiosła, 
Tak się z duszą pieśniarza zbratała i zrosła, 
Że stęskniona po panu zagrała boleśnie, 
Że przeczuła pieśń duszy, którą śpiewa we śnie, 
I poczęła mu wtórzyć — znane jój zadanie 
Drganiem strun odbić serca śpiewaczego drganie. 
Och! po tylu westchnieniach, tylu pieśniach burzy, 
Czyż nakoniec cherubów muzyce ząwtórzy 
Na wieczny odpoczynek nad znużoną głową?... 



VI. 



A w celi tak coś straszno i tak coś grobowo > 
Że czuć obecność śmierci, nim jeszcze zapuka: 
Wojciech smutny, że leków nie pomoże sztuka, 
Głowę oparł na ręku, wzrok wlepił w Acerna, 
A łza starój przyjaźni, rzewna, miłosierna, 



122 

Zastygła w jego oczach. Lampa ledwie błyska, 
Migają płachty cieniów, jak czarne zjawiska, 
Wiatr uderza do okien, wzdycha Jezuita, 
A dziad chrapliwym głosem Miserere czyta. 

VII. 

■» 

Wieszcz ocknął się ze drzemki i słodko uśmiecha; 
Przyjacielsko powitał starego Wojciecha, 
I rzekł doń:— „Miły Oczko! wierzyć nie możecie, 
„Gdziem to ja latał we śnie— och! po całym świecie! 
„Śniłem, że jestem Flisem... w ładownój komiędze, 
„Zda się, szybko nurtami wiślanemi pędzę; 
„Od źródeł płowój Wisły do Gdańskiego grodu, 
„Obiegłem całą przestrzeń, jak niegdyś za młodu. 
„A cała ta kraina, na żyznym zagonie 
„Usiadła, jak pieszczocha, u Boga na łonie; 
„Jakie tam żyzne pola, jakie piękne lato, 
„Jak tam w wioskach wesoło, jak w miastach bogato! 
„Jakie echa dla pieśni w tej miłćj zaciszy, 
„Hukniesz kędyś nad Wisłą — trzy powia- 
ty słyszy!... 
„Wzniosłem się na powietrze — wytężyłem oko, 
„I widziałem Ruś piękną, całą Ruś szeroką. 
„Do odwiecznego Lwowa zawitałem gościem, 
„Krążyłem nad Kamieńcem, nad krzepkim Zamościem, 
„Zlatałem Busk, i Sokal, i Horodeł stary, 
„Przesnułem się świętemi w Kijowie pieczary. 
„Zakrążyłem raz jeszcze — i spadłem jak ptaszę 
„Na puszcze roksolańskie, stare puszcze nasze: 
„Wszędy mię było pełno... Zajrzałem do kwiatka, 
„Byłem pszczółką, gdzie żwawa krząta się gromadka, 



123 

„ Przyniosłem kroplę miodu dla pszczółek i dla się, 
„Skosztowałem go nieco: upoił mię zda się, 
„Upoił aromatem macierzystej niwy... 
„I od wioski do wioski latałem szczęśliwy, 
„Widziałem prace ludu pasterskie i rolne, 
„Dzieliłem jego trudy i życie mozolne, 
„Zabiegłem w jego serce, przeznać duch człowieczy, 
„I widziałem tam pięknych, siła pięknych rzeczy!... 
„Kochałem go i dawniej: małeć to zasługi... 
„Och! gdybym drogę życia przechodził raz drugi, 
„Tylkobym z ludem wiejskim zbratał się najściślśj, 
„I jemu wszystkie pieśni, wszystkie oddał myśli: 
„Tam się serce odmładza, tam dusza korzysta; 
„Pieśń byłaby dźwięczniejsza, a myśl bardziój czysta. 
„Możni mi ją zbrudzili, uczeni, bogaci, 
„Zarazili mi serce niechęcią, do braci... 
„Gdyby mnie otaczali wyrobnicy prości, 
„W dniachbym mego cierpienia nie bluźnił ludzkości, 
„Nie bluźnił Panu Bogu!!... Gromiąc błędy cudze, 
„Ani mi się. marzyło o własnej zasłudze. 
„A pole do zasługi szerokie mi dano: 
„Całą drogę cierniową, krzyżami usłaną, 
„Gdzie przez ostre kamienie, pokrzywy i osty, 
„Przez Golgotę do Nieba prowadzi szlak prosty. 
„Chrystus szedł tym gościńcem, ale szedł inaczśj; 
„Mnie dano krzyż— jam dźwigał, klnąc moich siepaczy! 
„Kląłem głośno — jak niegdyś modlił się psalmista, 
„Przy dźwięku świętśj harfy, co była tak czysta... 
„Gdy święcone jej struny skalał śmiech mój zimny, 
„Już przestała wydzwaniać modlitwy i hymny; 
„I duch mój obumierał, nie czując swój straty, 
„Stał się gorzki jak piołun, jak oset kolczaty... 



124 



„Przyszła ciężka choroba i nędza złowroga, 
„I przykrzejsze od nędzy miłosierdzie wroga. 
„Chleb mój jadłem z popiołem, zwiądłem jako trawa, 
.Lecz modlić się z Dawidem nie miałem już prawa, 
„Bo w dniach mojśj boleści bluźniłem Jehowie../ 



VIII. 

— „Ej, panie Fabianie! — Wojciech mu odpowie— 
„Zbyt się brzydką rozpaczą unosisz w tym względzie. 
„Pan Bóg za twoje pieśni karać cię nie będzie, 
„Zgorszeniem się potomnych serca nie napoją: 
„Poczciwa chęć natchnęła każdą pieśnię twoją. 
„Wszak w Worku Judaszowym i Zwycięstwie bogów 
„Pragnąłeś zedrzeć larwę szkodliwych nałogów; 
„A swojemu krajowi usłużyłeś godnie: 
„Jak Herkules potwory, tyś zwyciężał zbrodnie. 
„Acernie! twoją chwałę wiek przyszły zobaczy, 
„Tylko w ostatniśj chwili nie daj się rozpaczy!" 

Tak starca Wojciech Oczko przekonywać zacznie, 
I rękę uściskając, bada puls nieznacznie. 
A w pulsach krew zastygła kipi gorączkowo, 
Podsycona marzeniem i żwawą rozmową. 
Po mętnych jego oczach blask przebieżał wilczy; 
Drżą mu spalone usta... ale jeszcze milczy; 
Chmurnieje mu na czole troska frasobliwa; 
Zbiera ostatek myśli, co już się rozrywa; 
To cały pokraśnieje, to jak mur poblednie; 
Z ust mu się wymykają gorączkowe brednie. 
Oczko chce dać lekarstwa, przemawia doń z cicha, 
Lecz on już głosu nie zna, a rękę odpycha; 



125 

Wzrok jego bezprzytomny, jak winem pijany, 
Wlepił się nierucliomie w jeden kątek ściany, 
I w wilgotnej komnaty ponurom przezroczu 
Widzi kształty, dla innych niedojrzane oczu. 

IX. 

I szepce: — „Ha! to śmiesznie: ktoś mi mówił wczora, 
„Że ja zwalczyłem zbrodnie, jak Herkul upiora, 
„Że mi Polska zostanie wdzięczna i pamiętna, 
„Żem zmazał z jej oblicza kalające piętna. 
„Tak!... żółć z mojego pióra... wygryzła ich wady!.. 
„A cóż znaczy na ścianie ot ten lichwiarz blady, 
„Co z brodą szafranową i z postawą lisa? 
„Jako smok afrykański, krew słonia wysysa, 
„Tak on wysysa biednych, krew ludzką 

[wypija... 
„A cóż znaczy ta druga pełzająca żmija, 
„Co się wszędy doczołgnie, co się wszędy wetrze, 
„Przedaje wyrok sędziów, przedaje powietrze, 
„Co na haczyk swśj wędki uczepiwszy złoto, 
„Wyciąga dusze ludzkie i znaczy sromotą?... 
„Po co tu ów świętoszek najszkodliwszy z ludzi, 
„Co z rzemiosła cześć bliźnich rozdziera i brudzi? 
„Słuchajcie, jak on wzdycha! patrzcie, jak się modli!... 
„Wszak w Polsce od mych pisem zginęli już podli, 
„Jak muchy od cykuty!!... A toż co za dziwa? 
„Woźny do trybunału sprawę przywoływa; 
„Przychodzą dwaj pieniacze ku sędziowskiej rudzie: 
„Jeden swoje dowody — drugi halerz kładzie, 
„Chce przekupić statutów przysięgłego stróża; 
„Patrzcie, jak się dłoń sędziów przedłuża... przedłuża, 



126 

„I kościstemi palcy złoto k'sobie zgartaL. 
„Czego chce ta niewiasta ze wstydu odarta, 
„Co przedaje wstyd innych?... Patrzaj na tych graczy: 
„Jeden z twarzą wybladłą, z wyrazem rozpaczy, 
„Majątek i poczciwość na rzut kości ciskał... 
„Czy widzicie ohydne uczuć targowiska? 
„Czy słyszycie jęk smutny, co aż serce targa? 
„To ubogiój sieroty żałościwa skarga, 
„Na którśj całe mienie już chciwością pała 
„Złoczyńca we lwiej skórze — ludzkości zakała! 
„Patrzcie... wysuwa szpony... Ktoś puka we wrota: 
„Tłoczy się do drzwi możnych podłość i głupota; 
„Przymila się pochlebca do Plutusa dzieci, 
„Jakjaskółka za latem, on za szczęściem le- 
„Patrzajcie, jak obżarstwo zapalczywie zmiata [ci... 
„Zagraniczne przysmaki ze stołu magnata! 
„Patrzaj cie, jak lenistwo, po sutćj biesiadzie, 
„W aksamitnych wezgłowiach spoczywać się kładzie, 
„A panu za gościnność wdzięcznie a uprzejmie 
„Przedaje swą szablicę i swój głos na sejmie!... 
Wszak już takich występków nie ma Polska nasza, 
Od czasu, gdym je skarcił w mym Worku Judasza? 
Robactwo się nie pastwi nad społecznem ciałem?? 
„Więc nienapróżno żyłem — niedarmo śpiewałem — 
„I Pan Bóg mię nagrodził w miłosierdziu świętśm, 
„Że hydrę nieprawości znękałem ze szczętem!... 

„Lecz patrzaj cie: tam szatan poruszył się w ciemnie... 
„Czego on tak chychoce? urąga się ze mnie! 
„Urąga się z mych pieśni, co miałem w pokorze 
„Zanieść jako zasługę przed Oblicze boże!..." 



n 
11 
n 



127 



X. 

Ir 

Na wspomnienie szatana struchlał Jezuita, 
Dziad kościelny pobledniał, kropielnicę chwyta 
I podał egzorcyście. Ksiądz pokropił ściany: 
— „Vade, vade, sathanasl—wyjęknąl zmieszany 
I gęsto krzyżem żegna chorego i celę: — 
„Odejdź, odejdź do piekieł, ciemności aniele!" 

— „Nie! szatan nie odchodzi, nie lęka się krzyża... 
„Lecz patrzcie... gość promienny do mnie się przybliża, 
„Uśmiechem uspokaja, gdy się serce trwoży... 
„Bądź mi pozdrowion, gościu, posłańcze ty bożyl 
„Ja czytam w jego oczach wyrok przebłagania, 
•„Wiankiem cierni jak tarczą głowę mi osłania, 
„Aby potwór zabójczy nie zbliżył się do mnie... 
„Patrzajcie... ja nie marzę... ja mówię przytomnie. 
„Ja widzę ich — obadwaj latają w przestrzeni, 
„I obadwaj promiennym blaskiem otoczeni; 
„Lecz z jednego blask krwawy płomieńmi wybucha, 
„A w środku czarna postać straszliwego ducha. 
„Jakże dzikie szyderstwo czytam w jego twarzy! 
„Jaka zabójcza groźba na oczach się żarzy! 
„Straszno mi... módl się, księże... krop święconą wodą, 
„Bo mię jego źrenice przepalą, przebodą... 
„O!... teraz już mi lepiej... przyleciał duch biały, 
„Jego tęczowe blaski całkiem mię obwiały, 
„A promyk z jego oczu aż mi serce głaska... 
„O, Hozanna! Hozanna! Zbawienie i Łaska!... 
„Czyż dla mnie takie szczęście? dla mnie taka chwilka? 
„Za kilka łez gorących, za mych cierni kilka, 



128 

„Za miłość pól rodzinnych, com kochał z zapałem, 
„Za piosnki... których jeszcze— ach! nie dośpie wałem... 
„Co znaczy taka miłość? co znaczą te pieśnie? — 
„Teraz czuję, co mogłem... ale już nie wcześnie... 
„O! gdyby jeszcze wskrzesnąć, gdyby pożyć więcćj! 
„Dziśbym kochał goręcej i śpiewał goręcój, 
„Nie doznawałbym wstydu, co mię dzisiaj miota, 
„Żem zmarnował niebacznie cel mego żywota... 
„Wiele mi było dano — wiele się dopomną... 
„Biada mil..." 

I odwrócił głowę nieprzytomną, 
I kościstemi dłońmi zasłaniając oczy, 
Wołał, że duch ciemności już mu piersi tłoczy, 
Źe mu nad samom uchem straszliwy wróg świata 
Nicestwo jego życia na oczy wymiata. 

— „Uspokój się — rzekł Oczko — to gorączkę zna- 

[czy." 

— „Módl się — powtarzał kapłan — broń się od 

[rozpaczy, 
„Bo to szatan, jak zwykle, straszy przed skonaniem. 
„Padajmy ńa kolana — pomódlmy się za nim!" 
Poklękli... ale chory snadź jeszcze nie kona, 
Silnie kipi mu w piersiach modlitwa stłumiona, 
Choć słów nie wydobędzie z zachrypłego gardła, 
Znaczno z promiennych oczu, że myśl nie umarła. 
Jeszcze usta bełkocą to słowa nadziei, 
To psalm pokutujących — Miserere mei; 
A w starój jego harfie, co wisi na ścianie, 
Znów po strunach przebiegło harmonijne drganie. 



129 



XI. 

Zaskrzypiały drzwi w celi— i ksiądz rektor wchodzi, 
A za nim ciżba mieszczan, i starzy, i młodzi: 
Zeszła się na skonanie garstka prawowierna,— 
To sławetni sąsiedzi, to krewni Acerna. 
I spojrzeli po sobie i szepcą do ucha: 

— „Jeszcze stary nie oddał Panu Bogu ducha. 
„Przecież był rajcą miejskim... jak duszno w tśj celi! 
„Jakie twarde wezgłowie!... słoma na pościeli! 
„Wstyd... umiera, jak nędzarz... a mógł zebrać grosza." 
Tak powiadał pan Andrys do pana Bartosza. 

— „Zachciałeś!— mówił Bartosz— ot harfa na ścia- 
,Jeszcze mu teraz w głowie piosenka i granie, [nie! 
,Oj, piosenki... piosenki... chciałbym słyszeć z dala: 
,Dziwnie muszą odbijać od murów szpitala. 
,Patrzaj, jak zmizerniało, jak mu się wychudło; 
,Tak to puszy poetów hypokreńskie źródło! 
,Jeździł dawniśj do Gdańska ze szkutem i tratwą, 
,A w Gdańsku to nie żarty... tam o pieniądz łatwo: 
,Szyper przywozi pańską pszenicę lub żyto, 

,To go Niemcy nakarmią, napoją sowito, 
,A jeszcze, jak to u nich stary zwyczaj każe, 
,Od łasztu sprzedanego dają po talarze. 
,Mając z kopę talarków — o mocny mój Boże! 
,Wcale niezły handelek zaprowadzić może. 
,Człek nakupił hatłasu, tabintu, jedwabi, 
,A u nas taki towar zawsze kupca zwabi, 
,Potóm handelek szerszy, potom jeszcze szerszy... 
,A on w Gdańsku cóż robił?— rzucił się do wierszy, 

Kondratowicz. Wybór T. II. 9 



130 

„I opisywał flisów rozliczne przygody, 
„Nadwiślańskie wybrzeża, wioseczki i grody, 
„I powrócił do domu z całym poematem, 
„I chciał się swemi rytmy popisać przed światem 
„Bywało kopę groszy zaledwie gdzieś złowi, 
„To zaraz do Krakowa i szle drukarzowi. 
„Sława rośnie po świecie — a tu długi rosną; 
„Więc rusza do lichwiarza z postawą żałosną: 
„Daj grosza na zastawę, ulituj się, bracie! 
„A nasz Fiksel lubelski, waszmoście go znacie, 
„Nim da halerz, to przezna cały człeka zasób, 
„Bierze lichwę w dwójnasób, albo we trójnasób: 
„Cóż za dziw, kiedy potom dług ze długu rośnie?" 

— „Tak, tak, panie Bartoszu! — odpowie żałośnie 
Pan Stach, co był w kościele starszym sodalisem: — 
„Niechby sobie nakoniec zabawiał się Flisem; 
„Lecz go duma szatańska jeszcze dalej niesie: 

„Na księży Jezuitów bryknął w swym Ekwesie. 
„Wyniosła go pod niebo Aryanów tłuszcza; 
„Lecz Pan Bóg takich rzeczy płazem nie przepuszcza, 
„I patrzcie, jakie zebrał niedowiarstwa plony!" 

— „Tak, tak — rzecze pan Krzysztof, Aulicus rze- 

czony, 
Bo służył w pańskich dworach: — mniejsza z Je- 
zuity; 
„Ale jeśli plebujesz, sukmaną okryty, 
„Pocznie pańskim splendorom złorzeczyć niegodnie, 
„Wojewodów zadraśnie, hetmany ubodnie; 
„Gdy swawolnemu pióru popuściwszy wolę, 
„W jasny naród szlachecki satyrą ukole: 
„To musi z głodu umrzeć za karę bezprawi — 
„Niech się robak nie dziwi, że go lew zadławi. 



•51 






?5 
■J1 



131 

Z panami najbezpieczniej, kiedy człek n aj sło dziej: 
„Dzisiaj Worek Judaszów bokiem mu wychodzi.." 

— „Albo to, czy przystało mieszczańskiemu bratu — 
Zarzucił pan Mikułasz, rajca skabinatu: — 

Gdy się sędzia żydowski puszy we swej chwale, 

Jakby zasiadł w koronnym wielkim trybunale! 

Potrzeba być obrotnym, wzbudzać postrach w Żydzie: 
„Ztąd zyski i przezyski, ztąd gotówka idzie, 

A na szali Temidy ważąc adwersarzy, 

Gdzie położą funt pieprzu, ni6ch słuszność przeważy. 
„A u niego bywało sprawiedliwość kuta, 
„I dla niewiernych Żydów wertuje statuta. 
„Cóż za dziw, że zubożał sądowniczą władzą? 
„I głowę mu przekrzyczą, i grosza nie dadzą!" 

Tak rozprawiali z sobą sławetni mieszczanie; — 
A harfa po raz trzeci zabrzękła na ścianie, 
I chory siłę w piersiach odzyskał nieznacznie, 
I jakby w takt jej brzęku odzywać się zacznie: 



XII. 

— „Obywatele miasta, sąsiedzi i krewni! 
-„Dziękuję wam za pamięć, dziękuję najrzewniój. 
„Już sądziłem, że umrę (to cios najdotkliwszy), 
„Was ani pożegnawszy, ani przeprosiwszy... 
„Zbliżcie się, dajcie ręce... w ostatniśj godzinie 
„Niech przed wami testament śmiertelny uczynię!.. ." 

Tu obecni spojrzeli, zdumieni po trosze, 
Jakby zdając się pytać: Zkąd nędzarz ma grosze? 
I komu je zapisze? — „Dobrze-Ć, panie bracie!— 
Odpowie pan Mikułasz, rajca w skabinacie.— 



132 



„A wy zasię, sławetni i zacni mężowie, 
„Zważajcie pilnem uchem, co Acernus powie, 
„Aby, gdy ciało jego już opuści dusza, 
„Uroczyste zeznanie zanieść do ratusza, 
„A tam przed urzędniki i ad legis menłem 
„Ugruntować je pismem, stwierdzić juramentem. 
„Słuchajcie, bo to wielce uroczysta chwila!!" 

A chory blade czoło na rękę pochyla, 
Odgarnął długie włosy, co mu twarz cieniły, 
I z piersi ostatecznśj dobywając siły, 
Tak jął mówić: 



XIII. 

— „Oświadczam w mym przytomnym 

[stanie: 
„Żem wierzył w kościół święty, naukę, podanie, 
„Że żyłem wedle jego praw i obyczaju, 
„Bo to wiara mych ojców i mojego kraju. 
„A jeżeli przed laty targnąłem się śmiało 
„Na to, co moim oczom zdrożnem się wydało, 
„Niech, pobożni Ojcowie, wasza niechęć znika, 
„Jak to mi Bóg odpuścił usty spowiednika." — 
Tu uderzył się w piersi, a westchnąwszy skrycie, 
Uczynił nizki pokłon ojcu Jezuicie. — 
„Tę miłość, która pierśmi władała mojemi, 
„Przekazuję mój matce — rodowitój ziemi. 
„Nie przestanę z za grobu, gdzie mię Pan Bóg zowie, 
„Modlić się o jój szczęście, o społeczne zdrowie, 
„O zgodę panów radnych, o pomyślność kmieci; 
„A jeśli moja prośba do Pana zaleci, 



133 



„To mam dobrą otuchę, że skrócę jśj nędzę, 
„Od niej głód, mór, pożogę, szarańczę odpędzę. 



n 
n 



„Jakiż dam upominek dla miłego miasta, 
„Gdzie mi dano naukę, gdzie młodość podrasta, 

Gdziem piastował urzędy na sędziowskiej ławie? 

Cóż mu prócz kości moich w pamięci zostawię? 
„Ja kocham piękny gród nasz — ale tego mało. 
„O! jeżeli potomność otoczy mię chwałą, 
„Jeśli się opromieni moja chęć i praca, 
„Niech wszystek marny promień to miasto ozłaca. 
„Ja z krain wiekuistych tu wytężę oczy, 
„Moja rzewna modlitwa te dachy otoczy, 
„Wieże waszych kościołów i urzędów ławy, 
„Abyście sąd ludowi wymierzali prawy. 
„Tymczasem, bracia moi, cni obywatele, 
„Nie gardźcie temi rady, których wam udzielę, 
„W których całą życzliwość, co się w sercu mieści, 

Testamentem oddaję z łoża mój boleści. 

Miasto moje rodzone! tyś jest grodów kwiatem, 

Pan Bóg dał ci być pięknem, ludnóm i bogatóm, 
„Król nowe przywileje coraz ci stanowi: 
„Bądźże wdzięczne a wierne Bogu i królowi! 

Czemu pod twemi dachy tyle wiar się mnoży? 

Czemu u was w pogardzie jeden kościół boży? 
„Dla czego w rzeczach wiary tyle zdań was dzieli? 
„Czemu twoi duchowni Chrysta zapomnieli? 
„Czemu serce światową rozkoszą oddycha? 
„Dla czego harde głowy podnosi im pycha? — 
„Zaklnijcie stan szlachecki, na Boga was proszę: 
„Niech rzuci buntownicze zjazdy a rokosze; 



n 
n 
n 



ii 



►■ <•■ 



134 

„Niech raczój jednomyślnie, jak czynili starzy, 
„Wspólnemu dobru gwoli z królem się kojarzy. 

„Zaklnijcie deputatów, co do nas w tśj chwili 
„Na trybunał koronny zjechać się raczyli: 
„Niechaj czynią sąd ludziom sumienny a ścisły, 
„By bicze pomsty bożej nad nami nie zwisły, 
„Aby tych pięknych murów, gwoli złej przemocy, 
„Nie rozbiła łza wdowy, albo jęk sierocy... 

„Wy zasię, cni mieszczanie, do sądów się zbierzcie, 
„I napiszcie uchwałę, i mieczem uderzcie 
„Przedajność i bezbożność, co ku złemu uczy, 
„Lichwiarstwo, co krwią ludzką pasie się i tuczy, 
„I wybiegi pieniactwa, co do zguby pędzą. 
„I zbytki, które kiedyś opłacimy nędzą. 
„Niech kocha gród rodzinny każde małe chłopię, 
„Niechaj grzech fundamentów jego nie podkopie, 
„Niech cnota jego mury ugruntuje święcie... 
„To testament Acerna — to jego zaklęcie. 
„Na dowód, że się wszystko wedle prośby stanie, 
„Dajcie rękę, przesławni lubelscy mieszczanie! 
„Rękę waszemu bratu!... Cofacie się od niej? 
„Och! dajcie wasze słowo, a skonam swobodniej!...' 1 

Wyciągnął drżące dłonie. Zmieszany widocznie, 
Cofnął się tłum zebrany, nie wiedząc, co pocznie? 
Wzajem patrzy na siebie i do drzwi się skupia; 
Jakby mu się wydało, że ta ręka trupia, 
Że te słowa zapału — to z gorączki brednie. 
Chory westchnie głęboko, twarz jego poblednie, 
A wzrok, co jeszcze ogniem błyskawicy pała, 
Wlepił na czarną ścianę, gdzie harfa wisiała. 



135 



XIV. 



„Harfo moja poczciwa, narzędzie ty boże! 
„Komuż ja cię zapiszę? w czyje ręce złożę? 
„Lublin złowrogie miasto dla pieśni Sarmaty... 
„Pamiętam, kiedy tutaj przed dwudziestu laty 
„Umarł Jan z Czarnolasu, a ja, płacząc smutnie, 
„Pytałem: komu dzisiaj zostawisz twą lutnię? 
„A któryś z dobrych ludzi rzekł pochlebne słowa: 
„To twój spadek, Acernie — cythara Janowa... 
„Och! jeżeli to prawda, żem godzien tśj łaski, 
„Patronie pieśni polskiej! Janie czarnolaski! 
„Jeżelim twoją lutnię odziedziczył w darze, 
„Słabo grałem — lecz grałem, jak mi serce każe. 
„Może popsuł jej struny niewdzięczny harfista, 
„Ale z rąk mych wychodzi nieskalana, czysta, 
„Jak była w twoich rękach — świętości nie traci: 
„Grałem przy niej dla Boga i dla miłój braci... 
„Mistrzu mój! ty w niebiesiech zarzutu mi nie dasz, 
„Że choć jeden brzęk struny puściłem na sprzedaż; 
„Świadkiem moim niech będzie Bóg, serca świadomy, 
„Świadkiem ziemia lechicka i ten barłóg słomy, 
„Na którym dogorywam... Są tam łzy goryczy... 
„A ktokolwiek ten spadek po mnie odziedziczy, 
„Ktokolwiek będzie na niej ciągnął hymn ten samy, 
„Niechaj struny oczyści od tej rdzawój plamy. 
„Niech nie gardzi starego pieśniarza przestrogą: 
„Bo dźwięki chrapowate urodzić się mogą, 
„Staną się niepodatne jego słowa wieszcze, 
„Zamiast serca łagodzić, porozjątrza jeszcze, 
„Zamiast dusze oczyścić, jeszcze je poplami, 
„I stanie przed sąd boży z próżnemi rąk&\ai^ 



136 

„Jak niewierny najemnik... Za pieśnię goryczy 
„Zapłatę jego żniwa czyż mu Bóg policzy? 
„Czyż, widząc jego chwasty, gorzko nie zapyta: 
„Dla czegoś nie pracował, jak dobry najmita?... 
„O! kto nie chce mieć zgryzot i łez na ostatku, 
„Ktokolwiek pieśnię moją odziedziczy w spadku, 
„Niech ją samą miłością rozkołycha szczerze, 
„Niech z mojego przykładu swych wzorów nie bierze! 
„A choćby kiedy ludzie zimni a nieczuli 
„Octem mu czarę życia i żółcią zatruli, 
„Choćby mu zgryzła serce jadowita żmija, 
/ „Niech nektar niesie braciom, a żółć sam wypija... 
„Bogdajby słowa pieśni nikogo nie bodły!... 
„A szkódliwszy od żółci panegiryk podły 
„Niech od ciebie, śpiewaku, będzie zawsze z dala, 
„Niech mojej staroświeckiej harfy nie pokala. 
„A jeśli mój następca płocho a niebacznie 
„Niegodnemu pieśń chwalczą pobrząkiwać zacznie, 
„Ty, pomnąc, żeś służyła piosenkom Acerna, 
„Pęknij pod jego ręką, moja harfo wierna!..." 

Tu głos wieszcza potężniał... potężniał pomału, 
A' twarz jego nabiegła rumieńcem zapału, 
I drgają jego palce, jakby dźwięki chwyta. 
Czegoś się zakłopotał ojciec Jezuita, 
Lica jego pobladły — i rzekł do lekarza: 
— „Uśmierzcie tę gorączkę, co mu krew rozżarza..." 

XV. 

— „Acernie! Pan Bóg z tobą — rzecze Oczko 

[z cicha — 
„Hamuj zapęd twój piersi, gdy się rozkołycha; 



11 
11 



137 

„Nie daj się dobrowolnie rozwijać malignie, 
„Wypij nieco tyzanny, to ci krew ostygnie." 
—„Nie trwóżcie się — rzekł chory — o bracia naj- 
szczersi! 
„Krew już i bez tyzanny zastyga w mej piersi. 
„Ja czuję, że przeżywam mój ostatek ducha; 
,Lecz nim zgaśnie kaganiec, niech żywiój wybucha! 
Przy ostatecznym blasku nim zgore oliwa, 
„Może się jaka prawda z cieniów wydobywa; 
„Dajcie niech się wynurzy, póki myśl migota... 
„Wiesz, jakem szukał prawdy przez mój ciąg żywota... 
„Boże mój! czemuż właśnie prawda się odsłania 
„W ostatecznój godzinie... w godzinie skonania?... 
„Jak myśl kipi! a słowa powoli się wleką, 
„A jeszcze mój testament do końca daleko; 
„A tutaj jedno z drugiem kojarzy się tłumnie, 
„A tutaj biedna głowa marzy bezrozumnie, 
„A tutaj serce rwie się, rozpada na części... 
„Czyż chwilom ostatecznym Pan Bóg nie poszczęści? 
A muszę, nim pożegnam oblicze tśj ziemi, 
Wygadać mój testament przed ludźmi dobremi, 
Wygwarzyć wszystkie bole, wszystkie me rozkosze... 
,Na czem to ja stanąłem?... pomóżcie mi, proszę! 



ii 
ii 
ii 
ii 



XVI. 

„I ja byłem szczęśliwy — ja... dziś nędzarz stary! 
„I mnie niegdyś kochano — kochano bez miary; 
„Nie dorównałem inszym gładkością urody, 
„Lecz miałem nieco sławy— byłem jeszcze młody — 
„A młodość, głośne imię i dostatku nieco, 
„Zdoła zawsze podziałać na duszę kobiecą. 



138 

„Jam ją kochał... och! kochał... o przepuść mi Boże! 
„Więcśj niż własną duszę — niźli Ciebie może! 
„Przy niej cała mej duszy skupiła się siła, 
„Myśl ukradziona pieśniom u jej stop gościła; 
„Jćj obraz wciąż przede mną, uczucia me drażni; 
„Widziałem ją na jawie okiem wyobraźni, 
„A w snach moich, w snach pięknych, ona wciąż 

[się marzy... 
„Przebaczcie, aniołowie! ale waszej twarzy 
„Niepodobna tak piękną i tak bozką zostać, 
„Jak ja oczyma duszy widziałem jej postać!... 
„Spełniły się wyroki... przeszło dni niewiele, 
„I kapłan nasze ręce połączył w kościele; 
„Nastała chwila szczęścia — przelotna a skora, 
„Przyszła snem — i uciekła, jako senna zmora... 
„Piękne były jśj słowa, gdy rzewna jak dziecię, 
„Schyloną moją szyję rączkami oplecie, 
„I zda się całą przyszłość w moje ręce składa. 
„A ja myślałem w duszy: O biada mi, biada! 
„Jeżeli na tern czole spłoszę kiedy radość, 
„Jeżeli temu sercu nie uczynię zadość!... 
„I czyniłem modlitwy Przenajświętszój Pannie, 
„By tak wspólnem uczuciem goreć nieustannie... 

„Musiałem źle się modlić przed Dziewicą świętą: 
„Bo próśb nie wysłuchano, modłów nie przyjęto... 
„Nie spełniłem jej szczęścia, jak to mi się marzy: 
„I zapał uroczysty uleciał z jśj twarzy, 
„Powszednia jakaś próżność i zimna rachuba 
„Już owionęła duszę pięknego cheruba, 
„Egoizm w taką szatę jój postać przyodział, 
„Że trudny stał się myśli i uczuć z nią podział... 



139 

„Wreszcie jednego serca było jśj za mało, 
„Jśj myśl biegła gdzieindziej, jej serce kłamało; 
„I pierzchły mego szczęścia urocze widziadła, 
„I gadzina zazdrości do piersi się wjadła. 
„Zabójcze żądło w piersiach czułem tak boleśnie, 
„Ból przerywał sny moje, modlitwy i pieśnie, 
„Obrzydził mi naturę, od pracy odpędza... 
„I przyszły w dom niezgoda, zgryzota i nędza, 
„Zdrowie mię opuściło, a w długiej chorobie 
„Byłem nieznośny ludziom, nieznośny sam sobie... 
„Cóż za dziw, że tak długo cierpiąc nadaremnie, 
„Towarzyszka żywota odeszła ode mnie? 
„Rzuciła mię w chorobie?... Sąsiedzi i krewni! 
„Ulitujcie się nad nią! któż jśj los zapewni? 
„Niech jej Bóg po mym zgonie lepszą dolę zdarzy: 
„Och! dosyć za swą płochość poniosła potwarzy!... 
„Powiedzcie jej sąsiedzi, żem w ostatniśj chwili 
„Niedole mego życia przebaczył najmilśj. 
„Niechaj ma duszę moją na życzliwym względzie, 
„Niech sama mi przebaczy, niech szczęśliwa będzie. 
„Ja tam z wysokich niebios, jeśli Bóg pozwoli, 
„Dopomogę modlitwą do jej lepszej doli. 
„Oddajcie jśj ten pierścień z życzliwemi słowy, 
„Bo grób doczesnych ślubów zdejmuje okowy." 
Tu ręką cisnął czoło, jakby zbierał zmysły, 
A łzy długo tajone ze źrenic wytrysły; 
Stęknął... i głosem cichym, urwanym co chwila, 
Dokończyć pożegnania jeszcze się wysila. 

XVII. 

— „Bracia moi, ziomkowie, dobrzy towarzysze! 
„Żebraczym testamentem cóż ja ^a\sv t^S&t^^ 



140 

„Dobry Wojciechu Oczko, cóż zostanie tobie? 
„Ty w życiu, we złej doli, w ostatniój chorobie, 
„Za wżdy byłeś mi bratem — więc nie wzgardź ofiarą: 
„Mam pieśni Horacego i Biblię starą, 
„Tam znajdziesz pokarm duszy, tam sercu osłodę... 
„Lubiłem zbierać księgi w moje lata młode, 
„I zebrałem przez życie mnogie foliały; 
„Ale na starość książki na chleb się przedały, 
„Bom często łaknął chleba... biada niedołędze! 
„Tak odzież po odzieży, a księga po księdze 
„Rozbiegły mi się z domu... Mam jeszcze opończę: 
„Zabierzcie ją, Bartoszu, gdy ja żywot skończę, 
„Bo mnie włożyć do trumny dość starój sukmany... 
„Mam pałasz damasceński srebrem dźwirowany, 
„Przyda się wam, Krzysztofie, do wojennśj sprawy; 

Lecz go sami musicie wykupić z zastawy... 

Wy, panie Mikołaju, ot ten krzyżyk weźcie, 
„Oddajcie waszój żonie, poczciwej niewieście, 
„Co w ostatniej chorobie z dobrocią kobiecą 
„Przysyłała mi jarzyn lub owoców nieco... 
„Przeżegnaj twoją dziatwę— niech przyjmie gromada 
„Ostatnie pozdrowienie szpitalnego dziada... 
„Powiedz dziatwie, że kiedy w T trumnie się położę, 
„Przyślę z nieba gościniec — przeżegnanie boże... 
„Wam zaś, panie Jędrzeju, cóż oddam w ofierze? 
„Przyjmijcie psa mojego, niech wam domu strzeże; 
„Niedługo się naprzykrzy, strzegąc wasze wrota: 
„Zabije go poczciwa po panu tęsknota... 

„Oto, bracia, już wszystko, co miałem na świecie... 
„Jeszcze mam do was prośbę... czy spełnić zechcecie? 
„Wszak byłem waszym ziomkiem, każdy tego świa- 
„Sercem, głową i pismem służyłem sąsiadom; [dom: 



™ 

« 



141 

„Wszakże pospołu z wami całe życie prawie 
„Czyniłem sprawiedliwość na sędziowskiśj ławie; 
„Wszak niegdyś mśm imieniem było miasto dumne... 
„Złóżcie więc kilka groszy na żebraczą, trumnę, 
„Poślijcie na podzwonne, pomyślcie o stypie 
„Dla żebractwa... co piaskiem oczy me zasypie... 
„A teraz... Bóg was żegnaj! odchodzę w świat nowy... 
„Ciężą mi... och! jak ciężą cielesne okowy!... 
„A w kościanym szkielecie dusza niecierpliwa, 
„Jako z klatki ptaszyna... targa się... wyrywa... 
„Chce lecieć na swobodę... do słońca... do ciepła... 
„Chryste... rozwiąż jej więzy..." 

Tu mowa zakrzepła, 
Chory usnął... i cisza nastąpiła w celi. 
Obecni bicie serca i oddech przycięli. 
Zegar wybił godzinę — a gdy echo kona, 
Ozwała się na ścianie harfa nieruszona 
Raz i drugi— a potśm wszystkie struny pękły. 
Oczko w około siebie rzucił wzrok przelękły, 
Zbliżył się do chorego — wziął za puls — i płacze: 
— „Już przed Bogiem stanąłeś, lechicki śpiewacze! 
„Módlcie się!..." 

I obecni poklęknęli bladzi; 
I stał się cichy rozruch w klasztornśj czeladzi; 
Jezuita krzyż skreślił nad umarłą głową, 
I Requiem aeternam wyciągnął grobowo; 
Zahuczał dzwon kościelny, ile jęku stanie, 
Głosząc po całój Polsce. Acerna skonanie... 



142 



DOŚPIEWEK. 



Nazajutrz stał się w mieście rozruch i żałoba: 
Trup, co leżał w szpitalu, na łożu Hioba, 
Złożono w pyszną trumnę na spoczynek w ziemi, 
Obitą aksamitem, frendzlami srebrnemi; 
Na trumnie leży harfa z porwanemi struny; 
Cały kościół obito w grobowe całuny; 
Zebrani na trybunach szlachta i panowie 
Tak płacą hołd za późny zasłużonej, głowie. 
Kraj, który patrzał zimno, gdy zabija nędza, 
Dziś na pogrzeb śpiewaczy złota nie oszczędza. 
I sowity był pogrzeb— -i naród się cieśni, 
I w sto głosów śpiewano rekwialne pieśni, 
I Ojciec Jezuita z wysokiej ambony 
Wyliczał jego zasług szereg niezliczony; 
I polskiego Acerna pochwała wymowna 
Aż z łacińskim Horacym i Nazonem równa. 
A gdy trumnę sierocą złożono na mary, 
Stanęły cechy miejskie ze swemi sztandary, 
Muzyka trybunalska smutne grała marsze, 
I rajce skabinatu — ławniki najstarsze, 
Nieśli trumnę do grobu — a potom na stypie 
Szlachta wino rozlewa, grosz ubogim sypie, 
I hojnie łza wytryska oczmi pijanemi — 
Krzyczy: Vivat Ącernus! chluba naszój ziemi! — 

Ale łezką serdeczną nad grobem ofiary 
Zapłakał stary Oczko — i z nim brytan stary, 



143 



Co błądząc po cmentarzu zwieszał smutną szyję. 
Zgadł Acernus, że straty pana nie przeżyje: 
Przez trzy dni wył nad grobem — na czwarty dzień rano 
Zwlekł kędyś stare kości, —już go nie widziano. 



* 



Od śmierci Acernowej trzeci wiek upływa, 
A jeszcze pieśnią jego tchnie lechicka niwa, 
Jeszcze jego nagrobek marmurowy, stary, 
Pokazują przychodniom u lubelskiśj fary. 
Czcili go ludzie dawni — uczcijcie współcześni, 
Męczennicy żywota, męczennicy pieśni! 

Ojcze! jeżeli pragniesz przekonać twe dziecko, 
Jak są wiersze i piosnki zabawką zdradziecką, 
To przyprowadź je tutaj, a opowiedz wiernie 
O żebraczym szpitalu i biednym Acernie; 
A jeśli łzę postrzeżesz na oczach młodzieńca, 
Jeśli ten wzór do piosnki jeszcze nie zniechęca, 
Odżałuj twego syna — Nieba go wybrały 
Do cierniowej korony i do palmy chwały! 

Lipiec 1855. Borejkowszczyzna. 



TRĘZLOWE. 

GAWĘDA KU SZLACHECKIEMU ZBUDOWANIU. 



I. 

JjLej, młokosy! żal mi was! 
Niby stary znacie czas, 
Niby wiecie o narodzie: 
Jak żył szlachcic na zagrodzie, 
Jak na zamku władał pan, 
Jak się w celi modlił mnich; 
Znacie w Polsce kilka zmian, 
I sądzicie naród z nich. 
Ej, do czarta taki sąd! 
Tysiąc błędów idzie ztąd, 
Tysiąc bredni ciśnie druk, 
A tych druków owoc masz! 
Będzie bredził późny wnuk, 
Jak za matką Ojcze nasz, 
Przenaturzy, przeklnie, złaje 
Staroświeckie obyczaje, 
Zaruinieni twarz. 



145 



II. 



Otl mówicie w jeden glos: 
Że brat szlachcic służby niósł, 
Że w magnackim karmion dworze, 
Swego zdania mieć nie może, 
Że za lichy gruntu mórg, 
Że za kufel, miedzi trzos 
Swe sumienie dawał w borg, 
Swój sejmowy przedał głos. 
Jużci... jużci... jakoś tam 
Były grzechy — ja to znam: 
Służebnością ginął świat, 
Zaściankowy podlał brat... 
Ale nieraz mierny stan 
Z panem zęby gryzł do dziąsł, 
I niełatwo jasny pan 
Zaściankową bracią trząsł: 
Mimo hardej swój postaci, 
Musiał w braci — uznać braci. 



III. 

Gdy nie wierzysz, zobacz sam: 
Ja ci mały przykład dam. 

Żył przed laty w gronie braciój 
Stary żołnierz, Bardysz Maciśj. 
Świat splondrował wprost i wstecz, 
Z mnogich wojen wrócił zdrów, 
A na starość chrobry miecz 
Już zawiesił u swych głów. 

Kondratowicz. Wybór T. II. 10 



146 

Włókę gruntu czynszem wziął, 
Zaprowadził ule pszczół, 
Zaprowadził stado klacz, 
Wyhodował chartów smycz, 
Na jarmarkach był to gracz, 
Na zwierzynę był to bicz. 
Płacił czynsz na święty Jerzy, 
Panu czołem nie uderzy; 
Lecz kto z braci mu zawierzy, 
Jak na brata liczi 

IV. 

Konie jego — znaczny ślad 
Jeszcze dawnych polskich stad: 
Maść gniadawa albo kara, 
Pół Araba, pół Tatara, 
Co to z wiatrem idzie w lot, 
Go się z człekiem umie zróść, 
Co przeczuwa cugli zwrot, 
Co kierować myślą dość, 
Co to czuje, że jest żyw 
Z owsa, siana polskich niw, 
Co wśród boju, wśród pałaszy, 
Wie, że broni swojśj paszy, 
I już leci z całych sił, 
Gdzie bojowy ujrzy pył, 
Gdzie usłyszy trąby zgrzyt; 
A zapałem samym syt, 
Nie pomyśli przez trzy doby, 
Gdzie spoczynek, gdzie są żłoby, — 
Czuje męzki wstyd. 



147 



V. 



Sześć rumaków, jakby strzał, 
Stary Bardysz w stajni miał. 
A źe nie chciał gnuśnieć marnie, 
Toć i charty z jego psiarnie, 
Czy przez gęsty sadząc płot, 
Czy to w poprzek polnych miedz, 
Mogły z wiatrem w zawód biedź, 
Mogły ptaszka dognać w lot. 
Lisa zwrotów już nie ucz, 
Bo to stary majster zdrad, 
Zając umie w błędny klucz 
Gmatwać skoków swoich ślad; 
Lecz odprzęgnij sfory stal, 
Każ za zdrajcą lecieć w dal, 
Ruszą zwierza wierne psiska 
Z najskrytszego legowiska — 
Jeno w łeb mu pal! 



VI. 

Stary Bardysz lubił ruch, 
Był do konia jeszcze zuch, 
Lubił z charty latać w pole, 
Przypominać swe swawole 
I sąsiadom dawać wzór 
Hartowności czasów swych, 
I w ostępie stać jak mur, 
I odyńca brać na sztych, 



148 



Lub z rusznicy — kuli treść 
W niedźwiedziowe kudły wpleść. 
To też starca wielbił lud; 
Powiadano ze wszech stron: 
Bardyszowe konie — cud, 
Dzielne charty trzyma on! 
I rusznicę ma nielada, 
Koniem, chartem, strzelbą włada; 
Lecz nad charty, strzelby, konie, 
Duch dzielniejszy w sercu płonie 
U starego dziada. 



VII. 

Dorna sławy mając dość, 
Dalej... dalej począł rość: 
Między pany, kasztelany, 
Maciśj Bardysz już był znany. 
Pan miejscowy zwrócił twarz, 
Myśliwemu wielce rad, 
Od którego szlachcic nasz 
Trzymał czynszem gruntu szmat. 
Był to wielce możny człek, 
A książęciem z wieka w wiek, 
A tak hardy, że to wciąż 
Kasztelaństwem wszystkim dmie. 
Więc oświadcza wielki mąż, 
Że Macieja poznać chce. 
Lecz Macieja myśli insze: 

— „Co mi z tego? płacę czynsze; 
„Łask nie trzeba mnie!" 



149 



VIII. 

Rad ze swoich hardych słów, 
Łaskę szlachty skarbi znów. 
Lecz z panami trudne żarty: 
Fan kasztelan wciąż uparty, 
Znów przysyła dworzan dwóch, 
By do zamku starca zwać; 
A choć może dworski słuch 
Harde słowa dał mu znać, — 
Był z Bardysza wielce rad, 
Przyjął w zamku za-pan-brat, 
Puhar miodu przepił doń; 
A że był to łowów czas, 
Wyciągając pańską dłoń, 
Prosił jutro z sobą w las. 
Tak uprzejma pańska łaska 
Bardyszowe serce głaska, — 
To już nałóg w nas. 



IX. 

A nazajutrz, hejże! hójl 
Życie wrzało w głębi kniój: 
Spolowano dwa obchody, 
Legł pod strzałem warchlak młody; 
A dzik stary w susach złych 
Bardyszowi zgubę niósł, 
Lecz się potknął na sam sztych, 
Jak nieżywy padł na wrzos, 



150 

Bardysz zręcznie skoczył w tył 
I strzał celny w łeb mn wbił. 
Hucznym krzykiem cały dwór 
Salutował celny strzał, 
Dźwiękiem trąbek szumiał bór, 
Że ktoś w sercu jakby grał; 
I za dzika starą głowę 
Pito huczne pogrzebowe, 
Miód się zdrojem lał. 



X. 



Rzekł kasztelan: — „Teraz dość! 
„Dajmy dzikom w lasach rość; 
„Ot w zaroślach piękna łączka, 
„Puścim charty na zajączka, 
„Puścim gończe między chróst, 
„Dojeżdżaczy puścić w tan!" 
Rozkaz pobiegł z ust do ust. 
— „Panie Bardysz! — rzecze pan: 
Okazały waścin chart, 
Zobaczymy, co on wart. 
„Chcę pohasać konno sam, 
„Jeśli łaska daj mi smycz, 
„A na wzgórku staniesz tam 
„I obroty nasze licz. 
„Przed tak dzielnym, jak. wy, starcem 
„Popisowym ruszę harcem, 
Jak na Hordy dzicz!" 



n 



jr 



151 



XI. 

Smycz z chartami ujął w dłoń, 
Wskoczył na koń — parsknął koń; 
Wtóm głos gończych jęknął głuchy, 
Wybiegł szarak długosłuchy, 
Stanął słupem, patrzy w bok, 
Wypatruje kędy biedź, 
Stulił uszy, sprężył skok 
I wzdłuż żółtych polnych miedz 
Ewie do lasu ^z całych sił, 
Aż się za nim kłębi pył. 
Więc kasztelan ruszył w czwał, 
Charty przed nim lecą w sznur, 
Jakby jeden wicher gnał 
Długie, wązkie pasmo chmur: 
Zwierza, strzelca, chartów, psiarnię 
Lekką taśmą pył ogarnie 
Z żółtych pól i gór. 



XII. 

Długosłuchy pojął rzecz, 
Skluczył na bok... charty w przecz, 
Dziarski rumak, czoło stada, 
Już dopada, już dopada, — 
W kasztelanie kipi krew. 
Palnąć z konia miał już wczas, 
Kiedy, pędząc mimo drzew, 
Zając skluczył drugi raz, 



152 



Chyłkiem... chyłkiem z góry w dół 
Poplątane ścieżki snął. 
Niedaremnym strachem gnan, 
Coraz w dalszy sadzi kres; 
Już go z oczu stracił pan, 
Jeno węchem tropi pies. 
"Wedle ścianki po manowcu 
Od mogiłek w chróst jałowcu 
Już dobiegał, już miał wpaść — 
Gdy kasztelan zajął tył: 

— „Nie ucieczesz w chrósty waść! 
„Hedżha, psiska! z całych sił!" 
Zając skluczył po raz trzeci, 
Nieprzytomny w pole leci, 
Aż się kurzy pył. 



XIII. 

Na rumaka wyszedł pot, 
Całą niwę tropem zgniótł. 
W lewo, w prawo zając myli, 
Już odleciał na pół mili, 
Już go w knieję pędzi czart, 
Kroków może trzy czy dwa; 
Lecz Bardyszów zręczny chart 
Już dogania, już go ma. 
Pisnął zając w smutny głos, 
I do góry oczka wzniósł, 
I zduszony trupem padł, 
Kiedy pan z kopyta grzmi, 
Dobiegł, z konia skoczył rad, 



153 



I pogłaskał dzielne psy, 
I ze skoków dał odprawę, 
I otrąbił swoją sławę, 
Jak za dobrych dni. 



XIV. 

Bardysz śledził każdy zwrot: 
— „Jak z partesów! jakby z nót! 
„Dzielny rumak, dzielne psiskal 
„Dzielne serce u paniska! 
„Jak on z koniem umie graćl 
„Jak szykowny każdy ruch! 
„Jak myśliwca zaraz znać! 
„I na wojnie pewno zuch! 
„Co mi po tóm, pan czy czart? 
„On przyjaźni mojój wart! 
„Po wojacku rękę dam, 
„Po bratersku rzeknę doń: 
„Że kasztelan, co mi tam! 
„Ja myśliwca ściskam dłoń!" 
I uczynił, jak powiedział, 
Bo nie dzieli bogactw przedział, 
Kogo łączy broń. 



XV. 

Pan utroczył zdobycz swą, 
Sadzi kłusem — trąby grzmią. 
Dwór winszuje — stu lat życzy, 
A on, charty dzierżąc w smyczy: 



154 



— „Mości Bardysz! — krzyczy w głos- 
„Skarb posiadasz a nie psa! 
„Za tę zdobycz, co mi wniósł, 
„Sto dukatów każdy da; 
„Bo to rozkosz, mówię wam, 
„Z taką psiarnią kiedy szczwam! 
„Jaka zmyślność! jaka maść! 
„Jak przeskoczył dzielnie rów! 
„Sto dukatów! bierzesz waść? 
„Żądasz więcśj?... śmiało mów! 
„Tam u waści głodno, chłodno, 
„Ja mu psiarnię dam wygodną, 
„Będzie żyw i zdrów!" 



XVI. 



Bardysz wiedział, co to cześć, 
Hardej mowy nie mógł znieść, 
Lecz w łowieckim dziś zapale 
Nie uważał na nią wcale; 
Bo nie pański złota trzos, 
Lecz myśliwski cenił duch. 
Więc z daleka krzyknie w głos: 

— „Kasztelanie! jesteś zuchl 
„Na mą przyjaźń teraz licz, 
„Niech ci służy moja smycz; 
„Na pamiątkę charta bierz, 
„Który z tobą dzielił znój, 
„Niech uszczwany każdy zwierz 



155 



„Przypomina affekt mój. 
„Weź pamiątkę w mój chudobie, 
„A pieniądze schowaj sobie 
„Na twych dworzan rój!" 

XVII. 

Magnat skraśniał gdyby mak, 
Targnął wąsy— gniewu znak; 
Lecz że szlachtę skarbił wkoło, 
Wypogodził dumne czoło, 
I braterski przyjął dar, 
Mimo świetny pański ród. 
Wtem myśliwski zagrzmiał gwar, 
Pito wino, pito miód. 
A gdy orszak ruszył z kniój, 
Pan rozmyślał w duszy swój: 

— „Hardy szlachcic! mądry snadź! 
„Obyczaje pańskie wie: 
„Stu dukatów nie chciał brać, 
„Podarunek daje mnie! 
„On rozumie, że w łask drodze 
Ja go hojniej wynagrodzę: 



?? 



„Pana odrzeć chce!" 



XVIII. 

Tak panowie w każdy czas 
O rachubę winią nas! 
Daj mu serce jak na dłoni, 
A on za to trzosem dzwoni, 



156 



I rozumie, że za grosz 
Można kupić cały świat, 
Wioskę, ziemię, łany zbóż, 
Dusze ludzkie z liczbą chat, 
Kupić sobie roje sług, 
Serca niewiast, koni cugi 
Zkąd się wzięły, dziwna rzecz, 
Takie myśli do ich głów! 
Trzeba w dzieje zajrzeć wstecz... 
A to przedmiot inszy znów! 
Więc zostawmy refleksye: 
Kto z faworów pańskich żyje, 
Niechaj żyje zdrów! 



XIX. 

Przeminęło kilka dni; 
Stary Bardysz ani śni, 
Gdy doń w gości przybył z rana 
Pan koniuszy kasztelana. 
Był to starzec, jak i on, 
Zaściankowy sobie człek, 
Lecz przybyły z dalszych stron, 
Służył panom cały wiek. 
Tak w ukłonach zginał grzbiet, 
Że służalca poznasz wnet. 
Tylko męztwa dawał ślad, 
Kiedy konia puścił w czwał; 
Bo, mosanie, z młodych lat 



157 



On godniej szą przeszłość miał: 
Służył w wojsku wraz z Bardyszem, 
Był w chorągwi towarzyszem, 
Szturmem zamki brał. 



XX. 

Jak z Bardyszem oni dwaj, 
Tak był wtedy cały kraj: 
Jeden dworak, człek bez woli, 
Drugi rolnik, pan swśj roli. 
Dworak życia nie miał nic, 
Blady, słaby, wątłych sił; 
Rolnik czerstwy, zdrów jak rydz, 
Chociaż czarnym chlebem żył. 
Dworak młodszy kilka lat, 
Choć z panami za-pan-brat, 
Lecz posiwiał, snadź od trosk, 
Aż na niego spojrzeć żali 
Pan koniuszy był jak wosk, 
A pan Bardysz jako stal, — 
Że kto spojrzy, każdy powie: 
Komu takie dano zdrowie, 
Pana Boga chwal! 

XXI. 

— „Kopę latekl" — „Kopę ziml" 

— „Jakże zdrowie? — „Krucho z niśml" 
I tak dalój — gadu... gadu... 
Przyszedł wreszcie czas obiadu: — 



158 

Zadymiła wdzięczna woń, 
Wnieśli flaszę na ich dwóch, 
Poszła czarka z dłoni w dłoń, 
Misa barszczu znikła w puch 1 , 
Fotem suty z kaszą zraz 
I gorzałka drugi raz! 
Bardysz kazał miodek wnieść, — 
Wychylono — powstał gwar, 
Ezekł koniuszy: — „Dobra wieści 
„Pan kasztelan szle ci darł 
„Ej, rotmistrzu! dar nielada: 
Dzielny rumak z jego stada, 
„Dzielny ze wszech miar!" 



™ 



XXII. 

Stary Bardysz zmarszczył brew, 
Zakipiała harda krew 
I pomyślał: — „Co u kata? 
„To za charta snadź zapłata!! u 
Poczerwieniał, zjeźył wąs; 
Lecz rozwaga przyszła w czas, — 
Więc bez żadnych rzecze dąs: 

— „Łaska pańska żywi nas! 
„Pan Kasztelan zna swój stan, 
„Chce żyć z ludźmi jako pan. 
„Mój podarek licha wart, 
„Lecz hojniejsza jego dłoń: 
„Co inszego dzielny chart, 
„Co inszego dzielny koń. 



159 



„Za pamiątkę tak zaszczytną 
„Moją wdzięczność czołobitną 
„Baczysz odnieść doń." 



XXIII. 

Puhar w puhar — razy z sześć 
Kazał rotmistrz miodu wnieść. 
Potem wyszli na krużganek: 
Tam pod stajnią koń, kasztanek, 
Skakał, wił się gdyby wąż, 
Targał tręzlę z całych sił, 
Jeżył karczek, parskał wciąż, 
Kopytami żwirek bił. 
Rzekł koniuszy: — „Widzisz waść, 
„Co za kształty! co za maść! 
„Dobrze wróżyć można z nićj! 
„A w tern oku jaki blask! 
„Wdzięcznym sercem przyjąć chciśj 
„Kasztelańskich fawor łask! u 

Bardysz tylko kiwnął głową, 
Z pod nawisłśj brwi surowo 
Spojrzał jako żmij. 



XXIV. 

Lecz złagodził wkrótce twarz, 
Wdzięczny uśmiech znowu masz; 
Koniuszemu rzekł z powagą: 
— »Qr alias ago! gratias ago! 



160 

„Pan wspaniały — rzeczcie mu, 
„Żem z rumaka wielce rad. 
„Co zaś do was — w Polsce tu 
„Jest obyczaj z dawnych lat: 
„Biorąc konia albo cug, 
„Dla stajennych cudzych sług 
„Trza podarek jakiś dać; 
„Tręzlowego to się zwie. 
„Tedy wdzięcznie przyjmij wa<5, 
„Na co jeno stało mnie: 
„Składam waści na ofiarę 
„Pistoletów dzielnych parę — 
„Spodobacie snadź." 



XXV. 

Wyniósł tedy piękną broń, 
Koniuszemu wcisnął w dłoń, 
— „Patrzcie!— rzecze: — to broń przednia, 
„To po Turkach jeszcze z Wiednia. 
„Gdy mój ojciec w gradzie kul 
„Wezyrowski namiot brał, 
„Jan Sobieski, dzielny król, 
„Pistolety jemu dał. 
„Tu arabskie słowa są. 
„A jak biją! kroków sto! 
„Gdy nie wierzysz, to sam strzel, 
„Lub ja, pozwól, próbę dam!" 

Rzekł — i śmiało wziął na cel 
Łeb rumaka — i w łeb sam 



161 



Palnął kulką o trzy kroki; 
Rumak wydał stek głęboki, 
Trysły mózgu, krwi potoki 
Do stajennych bram. 



XXVI. 

I bez ducha trupem padł 
Kasztelańskich czoło stad. 

— „Teraz Kwita!— Bardysz powie: 
„Nie zawstydzą nas panowie. 
„Ma kasztelan żart za żart. 
„To, coś widział, odnieś doń: 
„Co inszego rączy chart, 
„Co inszego dzielny, koń. 
„Ja, mospanie, stary szpak, 
„Ja się nie chcę mieniąc tak. 
„Jam w pamiątce charta dał, 
„Wynagradzać ni się ważl 
„Oto teraz celny strzał 
„Porachunek zrównał nasz!" 

Tak powiadał dziad wyniosły, 
Aż mu wąsy w górę rosły, 
Aż kipiała twarz. 



XXVII. 

„Od bogatszych większy dar 
„Mnieby wstydził ze wszech miar. 
„Jam żołnierskićj człek natury, 
„Lubię pościel z końskiej skóry: 

Kondratowicz. Wybór. T. II. 11 



162 

„Upominek mi się zda, 
„Ale zysków Boże broni 
„Warta charta skóra ta, 
„A za drogi byłby koń. 
„Baczcie dzięki moje nieść 
„Za pamiątkę i za cześć. 
„Jakem z reszty spłacił dług, 
„Nie zapomnij moich słów. 
„A gdy zręczność poda Bóg, 
„Dam pamiątkę panu znów. 
„Waść, koniuszy, masz tręzlowe, 
„Pistolety zabierz owe, 
„I bywaj mi zdrów." 

1855, Borejkowszczyzna. 



\ 



WIELKI CZWARTEK. 

OBRAZ WIOSKOWY. 



I. 

Jjył Wielki Czwartek— poranek marcowy— 
Na czarnych polach topniał lód zakrzepły, 
Śpiewał skowronek, wiatr chystał się ciepły 
I ciepłe myśli napędzał do głow^. 
Człowiek skwapliwszy do Boga i świata, 
Bo coś mu serce wiosenniój kołata. 
Po sinóm niebie kilka chmurek płynie, 
Nad czarną ziemią, mgła ranna się ściele; 
Nad cichą wioską, po czarnśj równinie 
Huczy dzwon stary— bo dziś msza w kościele. 

I przed drewnianą, zamszoną dzwonnicą, 
I pod kościoła pochyloną ścianą, 
Dzisiaj lud boży zgromadził się rano, 
Bo każdy przyszedł z wielką tajemnicą: 
Swe całoroczne i błędy, i bole 
Wyznać u kratek do ucha plebana, 
A w łzach, gdy ciężka zasklepi się rana, 
Spożyć Chleb Życia przy Chrystusa stole. 
Nim organista kościółek otworzy, 



164 



Wedle dzwonnicy kupi się drużyna; 
Jeden się modli, grzechy przypomina, 
A drudzy gwarzą, by czas zeszedł sporzśj. 
Jest o czćm gwarzyć, jak zwyczajnie wiosną: 
Czas ruszyć z sochą— a tu nie ma chleba; 
Woły do pracy pokarmić potrzeba, 
A trawy jeszcze nieprędko wyrosną! 
Sianka niewiele w ubogićj odrynie, 
Ostatnia wiązka skarmi się co chwila; 
A ruń z pod śniegu źle się coś wychyla, 
Bóg raczy wiedzieć, czy nas głód ominie? . 
A choć u wszystkich w jednakiój chudobie 
Jednaka dola i myśl w jednój stronie, 
Miło z sąsiadem pogawędzić sobie, 
Wedle dzwonnicy siadłszy na bierwionie, 
Pokiwać głową po szczerój gawędzie: 

— „Tak, tak, sąsiedzie! Bóg wie, co to będzie!' 



II. 



Lecz brzękły klucze w ręku organisty, — 
Przeszedł przez cmentarz, mrucząc święte psalmy. 
A starcy mówią;— „Dziś dzień uroczysty! 
„Choć na czas myśli znikome oddalmy, 
„Zdajmy swą dolę na wyroki boże, 
„A jakoś biedę przekołacem może.* 

I w rdzawym zamku zaskrzypiał klucz stary, 
Dzwon stęknął, mruczy, chwieje się, kołycha; 
Za organistą do wioskowój fary 
Tłoczy się ciżba gromadnie a z cicha; 
A choć stąpają najciszój jak mogą, 
Odbija łoskot echo pod podłogą. 



165 



III. 



Kościół ubogi,— w ołtarzu po prostu 
W ciemnych lichtarzach cztery żółte świeczki, 
I stary obraz wiejskiego pokostu, 
Na którym Chrystus pasie swe owieczki. 
We dwóch ołtarzach, na prawo i lewo, 
Jest Matka Bożka i święty Antoni; 
Anioł uklęka przed Najświętszą Dziewą, 
A patron święty ma lilię w dłoni. 
Twarz jego jasna, ale wzrok poddaftczy, 
Na szorstkich rękach małe dziecię niańczy. 
Tuż przy ambonie dwa konfessyonały, 
Przy nich się mary śmiertelne stanowi, 
I w czarnych ramach obraz wypłowiały, 
Na którym Zbawca wręcza klucz Piotrowi. 
Cztery chorągwie, a każda podarta, 
U skromnych ławek utkwione na boku: 
Tam Święty Michał pokonywa czarta, 
Tam święty Jerzy pastwi się na smoku, 
Wojciech odbiera palmę z rąk anioła, 
I Śmierć do tańca wszystkie stany woła. 



IV. 



Skrzypły drzwi boczne, — wioskowa gromada 
Serdecznym wzrokiem patrzy za balaski: 
Wszedł stary pleban i' na klęczki pada, 
Prosić u Niebios przed spowiedzią łaski; 
Przypadł do świętych ołtarza podnóży^ 



166 



Aż głuche echo odhuknęło w sklepie. 

Wtedy pacholę, co mu do mszy służy, 

Dziecięcym głosem Miseratur trzepie, 

I Confileor z ust dziecinnych płynie 

Z uśmiechem w oczach, z błędami w łacinie. 



V. 



Powstał ksiądz pleban i poszedł pomału 
W nawę kościoła do konfessyonału. 
Błysła promieniem jego twarz, jak święta, 
Skreślił znak krzyża— cofnęły się świadki, 
I najpierwszego z rzędu penitenta 
Przyzwał skinieniem przed pokutne kratki; 
Złocistą stułę skrzyżował na łono, 
Ukrył się w chustkę kraciastą, czerwoną, 
I począł badać aż do głębi ducha... 
Co tam gadali, Bóg chyba podsłucha. 



VI. 



Tak jeden, drugi, i trzeci, i czwarty, 
Zalani łzami, odeszli od kratek. 
W bocznych ołtarzach snadź z piersi rozdartśj 
Jeszcze spowiedzi leje się ostatek. 
Już ksiądz nie słyszy, ale Pan Bóg słyszy, 
Jak z serca ciężka odpada im żmija, 
Pacierz pokutny kiedy szepcą w ciszy, 
Siedem Ojcze nasz i Zdrowaś Marya. 
A gdy serdecznie, jak Chrystus w Ogrojcu, 



167 



Wyspowiadana modli się gromada, 
Kiedy ostatnie mówi Chwała Ojcu, 
Z kościelnych okien słońce na nich pada. 



VII. 

Bije godzina dziewiąta, dziesiąta, 
A pleban ciągle za kratkami siedzi, 
Lud to się przyszłą spowiedzią zaprząta, 
Albo rozgrzeszon idzie od spowiedzi, 
I klęka jeden, potom drugi po nim 
Przed Matką Bozką i świętym Antonim. 
Bo jakież grzechy na wiosce być mogą? 
Jeden do pana odezwał się śmielój, 
Drugi swe żyto może przedał drogo, 
Trzeci w gospodzie hulał co niedzieli, 
Albo na bratnią gospodarkę siada, 
Albo przekosił granicę sąsiada, — 
Lub kiedy latem dokuczały deszcze, 
On zbyt troskliwy o kopy w stodole, 
Po sześciodniowym a krwawym mozole 
Złamał niedzielę— i pracował jeszcze, — 
Lub się ze skargą na Opatrzność miota: 
Oto są grzechy kmiecego żywota. 



VIII. 

Pleban, co z ludem przepędził swe życie, 
Być jego ojcem wziął za powołanie, 
Błędów ich serca świadom należycie, 



168 



Najskuteczniejsze lekarstwo ma na nie. 
Słówko porady, a słówko pociechy, 
Szczere zaklęcie na Chrystusa rany,— 
A już wytryska łza żalu za grzechy, 
Już grzesznik został z Bogiem pojednany; 
Lekki na duchu od brzemion sumienia, 
Odszedł rozgrzeszon — godzien rozgrzeszenia' 



IX. 



Tak po kolei, z pokutników grona 
Wiejska dziewczyna wedle kratek stanie: 
Młoda snadź dusza, pokorą wiedziona, 
Święte kościoła spełnia przykazanie. 
W łagodnym wzroku, w uśmiechu dzieciny 
Jeszcze nie świta żadna myśl namiętna; 
Na jćj obliczu nie dopatrzysz winy, 
Bo grzech od razu wyciska swe piętna. 
Ozy może życia gorycze i bole 
Tutaj przywiodły jćj duch udręczony? 
I tego nie znać: bo na jasnem czole 
Nie ma zadraśnięć z cierniowśj korony, 
Co to do głowy wpija się i wjadą 
I boli w mózgu, jak rana głęboka, 
Na czole z karbów jak z liter układa 
Historyę życia, czytelną dla oka. 
Tu jeszcze czoło jakby karta biała, 
Złoci się na nióm niewinna swoboda; 
I piękną była pokutnica młoda, 
Gdy się, jak wstydząc, do kratek zbliżała: 
Tak się rumienić grzesznik nie jest w stanie, 
To nie wstyd hańby, lecz zakłopotanie. 



169 



X. 



Ksiądz nad nią znamię nakreślił krzyżowe; 
Ona się żegna i klęka u kratki, 
Białą oponę zarzuca na głowę 
I ręce składa — cofnijcie się, świadki! 
Niechaj nikt na nią nie pogląda z dala, 
Nikt nie natęża ciekawego ucha: 
Bo jeden wyraz jeśli kto podsłucha, 
Już całą spowiedź dziewiczą pokala. 
Dajcie, niech z Bogiem rozgada się szczerze, 
Na drogę życia weźmie umocnienie; 
Ona niedługo miejsce wam zabierze, 
Bo taka spowiedź — krótka, jak westchnienie. 



XL 



Ale już kwadrans trwa spowiedź dziewczyny, 
A ludzie patrzą ciekawie, nieśmiało; 
Zegar kościelny wybił pół godziny, 
I trzy kwadranse, i godzinę całą — 
A ona, płachtą płócienną okryta, 
Jeszcze na miejscu klęczy pokutniczśm; 
A stary pleban z ojcowskiem obliczem 
Jeszcze coś szepce i o coś ją pyta. 
Kończy się wreszcie spowiedź uroczysta, 
A pokutnica, drżąca i wybladła, 
Do stop świętego trybunału padła, 
A na jój oczach błyszczy łza kroplista. 
Kapłan się modlił dłużej, niż zwyczajnie; 



170 



Wyraz pochmurny pokrył jego lice: 

Musiał usłyszeć wielkich grzechów tajnie — 

I nie rozgrzeszył młodą pokutnicę. 

Och! jeśli wina najcięższa ją brudzi, 

Jeżeli godna czyscowćj katuszy, 

To już w tćj chwili miała czyściec w duszy, 

Gdy po raz pierwszy spojrzała na ludzi! 

Gdy ludzkich źrenic ciekawych tak wiele 

Tysiącem żądeł w jśj serce się wpiły, 

Chciała płacz wstrzymać — lecz nie stało siły, 

Bolesne łkanie jękło po kościele. 

Wreszcie się zrywa i oczy zasłania, 

Między filary najciemniejsze kroczy, 

Kędy na ścianie wisiał na uboczy 

Obraz Maryi, Matki przebłagania. 



xn. 

Tymczasem spowiedź szła dalszą koleją: 
Przychodzi jeden, i drugi, i trzeci, 
Wyznając winy, łzy pokutne leją 
Mężowie, starcy, niewiasty i dzieci; 
Kolejno skruchą oczyszcza się rzesza, 
Ręka kapłańska każdego rozgrzesza. 
Coraz mniej ludzi u konfessyonału, 
A dziad kościelny na wotywę dzwoni, 
Gdy stary wieśniak z siwizną na skroni 
Do świętych kratek zbliżył się pomału. 
Ukląkł pokornie, przeżegnał się z wolna, 
Westchnął głęboko, czapką twarz zasłania, 
A dusza prosta, do kłamstwa niezdolna, 



171 



Poczęła swoje grzechowe zeznania. 

Niewielkie muszą być grzechy w człowieku, 

Co w cichej wiosce i z ludźmi prostemi * 

Przebył wiek czynu— już we wspomnień wieku 

Spokoju bliźnich nie zmąci na ziemi: 

Bo krew, co krąży powolnićj a czyścićj, 

Dojrzałe myśli do spokoju zowie, 

I szał miłości albo nienawiści 

Nie zagra w sercu, nie zakipi w głowie. 

Próżno się z chóru organista zżyma, 

Że pora służby odprawować boże: 

Starzec niedługo plebana zatrzyma, 

Bo taka spowiedź długą być nie może; 

Msza święta wyjdzie za kwadrans najdalśj — 

Śmiało niech świeczki zakrystyan pali! 



XIII. 

Tymczasem starzec wciąż gada swe winy, 
A ludzie patrzą ciekawie, nieśmiało; 
Wybija kwadrans, bije pół godziny, 
I trzy kwadranse, i godzinę całą. 
Już zakrystyan, sztuka niecierpliwa, 
I sam się krząta, i chłopców napędza; 
Już organista Introit przegrywa, 
Aby wywołać od spowiedzi księdza; 
Już świeczki górą u Pańskich ołtarzy, 
Pokutne psalmy zmówiła gromada, — 
A pleban jeszcze starego spowiada, 
Widać wzruszenie na obudwóch twarzy. 
A gdy nakoniec po spowiedzi długiej 



172 



Starzec padł na twarz, ksiądz mówił pacierze, 

To na ich oczach znaczno było szczerze, 

'Że się spłakali i jeden i drugi. 

A jednak znaczno, że łzami cierpienia 

Jeszcze grzechowy nieomyty zakał: 

Bo ksiądz starcowi nie dał rozgrzeszenia, 

A starzec głośno, jak dziecię, zapłakał. 

I długo leżał przed konfessyonałem, 

Chociaż nań ludzie patrzą, jak na dziwo, 

I długo płakał jęczeniem zbolałśm, 

W kościste dłonie tuląc twarz sędziwą. 

A pleban powstał — i po krótkiśj chwili 

Już się w ubiorze przed ołtarz ukaże; 

Zaśpiewał Gloria! — w dzwony uderzyli, 

Jak w Wielki Czwartek rzymski Kościół każe. 

A ciżba ludu oblega balaski 

I serdecznemi modli się wyrazy, 

By prędzśj przyjąć utwierdzenie Łaski, 

I Ciało, i Krew Baranka bez zmazy; 

Łączy modlitwę z ofiarą ołtarza 

I mękę Pańską boleśnie rozważa. 



XIV. 

Ksiądz ujął palmę i czyta we mszale, 
Co o tśj męce święty Łukasz pisze; 
A organista, fałszując klawisze, , 
Chrapliwym głosem śpiewa Gorzkie Żale. 
Naród się modli — komu głosu stało, 
Ten śpiewa pieśni, wspiera organistę; 
Żaki kościelne dobitnie a śmiało 



173 



Odpowiadają: Laus Tibi, Christe! 

Stare klekotki w ich swawolnój dłoni 

Grzmotnęły razem, skrzypiąc na swśj osi, 

Gdy dziewięć razy na Sanebus się dzwoni, 

Gdy się hostya lub kielich podnosi. 

Ale najgłośniej grzmotnęła klekotka, 

Że aż się zatrząsł drewniany dom boży, 

Gdy kapłan puszkę złocista otworzy, 

Gdy się odwróci do narodu środka, 

Dzierżąc Chleb Ducha nad usty głodnemi, 

Spowiedź powszechną odprawuje z niemi. 

Słudzy kościelni tejże samej chwili 

Białą oponą balaski przykryli. 

Lud rzędem klęka ze skruchą na twarzy, 

Ręce na piersiach jak do trumny składa; 

Mężowie, dzieci, niewiasty i starzy, 

Eażdy się w duchu raz jeszcze spowiada. 

Ksiądz, przeżegnawszy ten orszak tak liczny, 

Z ołtarznych stopni idzie ku gromadzie, 

I powtarzając tekst ewangeliczny, 

Hostyę świętą w każde usta kładzie. 

Eażdy pożywa, płonąc od radości, 

Że dziś sam Chrystus w jego piersiach gości. 

A odchodzący od kratek balaski, 

Weseli wszyscy, i młodzi, i starzy, 

Znać w każdych oczach namaszczenie Łaski, 

A spokój Pański zamieszkał na twarzy. 

Czy to na długo?... Mój Boże! mój Boże! 

Czemu tak. słaba ta dusza człowieka? 

Na progu chaty, na cmentarzu może, 

Stargać ten pokój jakaś hydra czeka! 

A póki dzionek zaświta jutrzejszy, 



174 



Ileż chmur ciężkich zawiśnie nad głową! 
Nasz skarb spowiedzi co chwila się zmniejszy — 
My nieszczęśliwi i grzeszni na nowo! 
Lecz byle dobrój nie zabrakło chęci, 
Łza i Chleb Życia są zawżdy dla rzeszy; 
Gorzój tym, których kapłan nie rozgrzeszy, 
Co od bożego stołu odepchnięci, 
Którzy się tulą z płaczem za filary, 
Jak ta dziewczyna i ten wieśniak stary. 



XV. 

W stronie kościoła — wiejski topór cieśli 
Już wybudował tarciczną ciemnicę, 
Już ją ubrali w kobierce i świece, 
Już tam Najświętszy Sakramet zanieśli: 
Kytuał rzymski jak zalecił wszędy, 
Wielko-czwartkowe spełniono obrzędy. 
Naród hojnemi zalewa się łzami, 
Modli się szczerze i w piersi kołata, 
Że przed lat niegdyś dwoma tysiącami 
Chrystus w ciemnicy był więźniem Piłata. 
Ksiądz, co się trudził od świtania słońca, 
Zrzuciwszy ornat, chce wytchnąć po pracy; 
Już organista śpieszy się do końca, 
Już mu nie wtórzą wioskowi śpiewacy; 
Już naród boży, co gwarzył w przedsieni, 
Znaczno po głosach, że odszedł daleko; 
Nawet żebracy, pieśniami strudzeni, 
Już się na szczudłach do szpitala wleką. 
A jeszcze klęczą przed Najświętszą Panną 



175 



Nierozgrzeszeni i cierpiący srodze, 
Starzec i dziewczę, ze łzą nieustanną 
Gorące czoła tuląc ku podłodze, 
Jakby wyciągał chłód ziemi surowśj 
Winę z ich serca lub boleść z ich głowy. 
Starzec wstał pierwszy, i co starczy siła, 
Wsparty na kiju szedł, modląc się Bogu; 
Dziewczyna jeszcze dłużej się modliła, 
Powstała, wyszła, przyklękła na progu, 
I tam się krzyżem jeszcze przeżegnawszy, 
Ku wiejskim polom kieruje bieg żwawszy. 



XVI. 

Za stodołami są wiejskie mogiły, 
Drewniane krzyże zbiegły się gromadą; 
Za mogiłami stoi dąb pochyły, 
Dalej drożyna, co do lasu jadą, 
A przy drożynie, wedle leśnój ściany, 
Sterczy grobowiec z piasku usypany. 
Znać z przeszłorocznych zczerniałych badyli, 
Że tu rósł oset i pokrzywa dzika; 
U nóg zmarłego drzewko się nie chyli, 
Nie zbudowano nad głową krzyżyka. 
Wiatr, co z sosnami przyległemi gwarzy, 
Nie lubi kwilić na tutejszym grobie; 
Przeleci czasem — mogiłę znieważy, 
Rozsypie piasek i odlata sobie. 
Nie pytaj w wiosce, czy prawdy, czy baśni: 
Co to za dzika zacisza grobowa? 
Bo ci niechętnie odmrukną pół słowa, 



176 



Ale pytania żaden nie objaśni. 

Tu nawet z wioski nie zabiega trzoda, 

Ranny skowronek nie wywodzi treli. 

Biedną mogiłę zdaje się przeklęli 

I Bóg, i ludzie, i sama przyroda. 

Za lat pięćdziesiąt, jak zwykle na świecie, 

Jakowyś urok mogiłę osłoni, 

Podanie jakieś do niój się przypięcie, 

I będą dziwy opowiadać o niśj. 

Dzisiaj ten kopiec jeszcze nazbyt świeży, 

By o nim składać piosenki lub pieśni; 

A biedny człowiek, co w tym piasku leży, 

Był taki samy, jak i wszyscy grzeszni. 

Nie Szwed, nie Tatar — starój skazki wzorem 

Ani był rycerz doświadczony w sile, 

Nawet po śmierci nie chodził upiorem, 

To i cóż gadać o jego mogile? 

Toć chyba jaki żebrak z pod kościoła, 

Wziąwszy jałmużnę, modląc się za zdrowie, 

Jeśli wie dzieje tutejszego sioła, 

O tój mogile kilka słów ci powie. 



XVII. 

Był to syn biednój wdowy na zagrodzie, 
Która już także w Bogu odpoczywa; 
Składał piosenki bywało we żniwa, 
Zimą na skrzypcach wygrywał w gospodzie; 
Na wszystkich ludzi poglądał surowie, 
Chociaż rad bywał w każdym wiejskim tłumie; 
O dziwnych dumkach, co snuł w swojój głowie, 



177 

Gada bywało — a nikt nie rozumie. 

Na rok przed śmiercią zamilknął, jak ściana, 

Jak nawiedzony, dotknięty niemową; 

Potśm do ludzi zbliżył się na nowo, 

I pijał z ludźmi od nocy do rana; 

A gdy w gospodzie nie było nikogo, 

Pijał sam jeden, bez końca, bez miary; 

Snuł się po polach niedeptaną drogą, 

Szedł w dzikie lasy, w niedostępne mszary, 

I śpiewał pieśni, usiadłszy przy sośnie, 

Rad, że mu echo odhuka donośnie. 

Tak przez półrocze, czy coś więcój pono, 

Pijąc i piejąc o swojśj niedoli, 

Głowę przez trunek i pieśń odurzoną 

Cisnął rękoma — wołał, że go boli, 

Że serce drze się, że puls coraz prędszy, 

Że z piersi oddech wybucha gorętszy. 

Chciano go leczyć — uciekł od lekarzy, 

Mówiąc, że żaden ulgi nie przyniesie, 

Że mu najlepiej, gdy błąka się w lesie, 

Kiedy się w dumkach i pieśniach rozmarzy 

lepszym świecie, gdzie kmiotkowie sami, 
Gdzie ani dworu, ni gospody nióma, 
Gdzie młode dziewczę nie igra z sercami, 
Przysięgnie miłość — i pewnie dotrzyma. 

— „Tam mi pozwólcie, abym pędził życie! 
„Puśćcie mię! — wołał w szalonym obłędzie — 
„Tam złożę piosnkę — otóż obaczycie, 
„Że jeszcze taki&j nie było... nie będziel* 

I znowu, bredząc, widział dzikie mary, 

1 znowu światu złorzeczył boleśnie; 
Przeklinał trunek, pijąc go bez miary, 

Kondratowicz. Wybór T. II. 12 



178 



Przeklinał pieśnie, układając pieśnie. 

W końcu w obłędach i sam tak się mami, 

Że i przeklinał, i gadał pieśniami. 

Niektóre z piesień chwyciły dziewczęta 

I dzisiaj pieją w sianokos lub żniwo; 

Insze, tak mądre, że czart nie spamięta, 

Głosiły dolę w przyszłości szczęśliwą: 

O złotych pługach, pod któremi trawa 

Zaraz w wysokie przeradza się zboże; 

O wielkich sercach, z których kropla krwawa 

Całe stulecia uszczęśliwiać może; 

wielkich pieśniach — i znów mu się kręci 
Taniec w gospodzie i uśmiech dziewczęci. 
A czasem w lesie rękoma wpół chwyta 
Brzózkę, jedlinę, albo głogu ciernie, 

1 nawpół z płaczem, wpół z uśmiechem pyta: 
—„Czy będziesz kochać— ale kochać wiernie?* 

Nareszcie żadnych przełożeń nie słucha, 
Nic nie pił, nie jadł— i pobledniał srodze, 
I tu na piasku przy ustronnej drodze, 
Oddał nieszczęsny Panu Bogu ducha. 
Nieprędko biednych poszukali szczętów. 
A gdy znaleźli, gdzie leży syn wdowi, 
Tutaj mogiłę wyryli trupowi, 
Bo bez Najświętszych umarł Sakramentów. 
I myślą sobie: — „Ziemia swojój niwy 
„Choć z umarłego niech wyciągnie troski. u 
Ale szaleniec, w życiu nieszczęśliwy, 
Jeszcze nieszczęście sprowadził do wioski. 

Nie więcój, w tydzień, trzy trójki pocztowe 
Z urzędnikami do wsi naszśj lecą; 



179 



A kiedy każdy zatrwożony nieco 
Zdejmował czapkę, uchylając głowy, — 
Kazali przysiądz każdemu z współbraci, 
Że ów nieszczęsny zapaleniec młody 
Umarł z puchliny, z nadużycia wody; 
Kto nie przysięgnie, sowito zapłaci. 
Jedni płacili z duszy po talarze, 
Drudzy przysięgli — Bóg za to ich karze 
Czy na dobytku, na dziatwie, na sobie, 
Tnszemu ogniem poszła roczna praca. 
Nie dziw, że dzisiaj, wspomniawszy o grobie, 
Każdy z wieśniaków rozmowę odwraca; 
W każdym ku niemu wstręt znajdziesz jednaki, 
Bo jego pamięć dała się we znaki. 



XVIII. 

Dziewczę pobiegło, kędy oczy wiodą, 
Aż do rozwiauśj wiatrami mogiły. 
Tam już u kopca był starzec pochyły, 
Jakby za wspólną zeszli się ugodą. 
Znać, że się zeszli dla wspólnej przyczyny 
Nierozgrzeszeni dzisiejszego rana, 
Że dobry Pan Bóg przez usta kapłana 
Nie raczył ciężkiój odpuścić im winy. 
Lecz czyliż wina, co cięży ich głowy, 
Z polną mogiłą ma związek jakowy? 
Coś straszliwego wykroczyli pono 
Względem szaleńca, co tu pogrzebiono; 
Lecz jaka wina wspólnie ich kojarzy? 
Kiedy ją zmazą? jakiemi zasługi? 



180 



O to nie pytaj u wiejskich plotkarzy: 
Bóg tylko jeden, a pleban wie drugi. 



XIX. 

Podarty całun białego śnieżyska 
Gdzie niegdzie ciągnął po dolinach smugi, 
Gdzie niegdzie strumyk z lodów się wyciska, 
Plączą się k'niemu i jeden, i drugi, 
A opłókawszy poorane niwy, 
Snują ku rzece swój pęd hałaśliwy. 
A wzgórki suche, — na kopcu mogilnym 
Żółty żwir piasków świeci się z daleka. 
Na tle błękitu bije rysem silnym 
Kształt klęczącego przy grobie człowieka. 
W modlitwie starca gwałtowności niśma: 
Klęczy schylony i wsparty na dłoni — 
A mówiąc psalmy, na książkę, co trzyma, 
Kiedy niekiedy gorzką łzę uroni; 
A kiedy ręką łzy ocierał z powiek, 
Gdy siwe włosy odgarnął z nad czoła, 
Dziewczę ujrzało, że to znany człowiek, 
Wesoły grajek z sąsiedniego sioła. 
Trudno przypuścić, by zmarłemu szkodził, 
Albo ku niemu knował złe zamiary: 
On go grać uczył, do gospody wodził, 
Jako brat w pieśni, jak przyjaciel stary; 
Znany jak człowiek dobrego sumienia, 
Z dobrymi ludźmi spędził mnogie lata. 
A czemuż dzisiaj nie wziął rozgrzeszenia 
I przyszedł płakać nad grobem kamrata? 



181 

Na widok starca zmieszana dziewczyna 
Chciała się cofnąć do leśnej uboczy: 
Lecz starzec spojrzał, i coś przypomina, 
I wlepił chmurną źrenicę w j6j oczy... 
Zaśmiał się dziko: — „Ha! to jakieś czary! 
ul ty przychodzisz płakać na tym grobie! 
„Dwoje morderców u grobu ofiary! 
„Ha!... znam ja ciebie — słyszałem o tobie! 
t, Czego tu szuka kłamana obłnda? 
„Po co tu przyszłaś, zalotnico płocha? 
„Zakłócić spokój — to ci się nie uda! 
^Przebłagać cienia — to za późno trocha! 
„Dziś biedny Szymon śpi martwo w swśj trumnie, 
„A dusza poszła w czyscowe ogniska, 
„Zkąd na nas chyba przeklęctwami ciska, 
„Groźnie spogląda ku tobie i ku mnie. 
„Nas dwoje tylko ukochał na ziemi, — 
„A my co za to? w zamniemaniu podłem 
^.Tad mu podali rękoma własnerai! 
„Ty rozpacz— ja śmierć na niego przywiodłem. 
„Dwoje zabójców... nad jednemi szczęty, 
„Zbyt obciążamy jego kości w grobie! 
„Daj że tym piersiom choć raz pokój święty, 
„Płocha dziewczyno! a idźże ztąd sobie!" 

Tak groźnie mruknął—i znów książkę bierze, 
Na dłoń się wsparła jego głowa siwa, 
I zaczynając przerwane pacierze, 
Pokutne psalmy znowu odczytywa. 
Ale na głowę dziewczęcą bez siły 
Za nadto ciosów dnia jednego spadło: 
W jśj oczach ćmi się, jój lice pobladło, 
Chwieje się, klęka na piasek mogiły. 



182 



Co czyni — sama nie pamięta zgoła, 
Chwyta garść żwiru i ciśnie do czoła, 
I tłumiąc jęki, których pierś nie zmieści, 
Ledwie na ciche łkanie się zdobędzie. 
Poruszył starca ten widok boleści: 

—„Wypłacz się, dziecię, to ci lepiej będzie!* 
I sam, podawszy tę radę w niedoli, 
Zapłakał cicho, lecz rzewnemi łzami. 
Łza zaraz ulży, kiedy serce boli, 
Zwłaszcza gdy inny podzieli ją z nami. 
Czasem łzę jedną okupiłbyś drogo, 
W ściśnionćin sercu gdy krwi bije fala; 
Ale nie zawsze oczy płakać mogą, 
Nie zawsze kamień z serca się odwala. 
W dniach udręczenia szczęśliwsi, im szczersi, 
Wsi i natury wychowańcy prości; 
Nieraz bohater, mąż hartownśj piersi, 
Słabój niewieście jśj łez pozazdrości. 

XX. 

Dziewczę płakało — a gdyby jćj łezki 
Przesiąkły żwirem aż w grobowe łoże, 
Spadły na piersi z pod grobowej deski, 
Biedny umarły wnet wskrzesnąłby może: 
Tyle w tych kroplach, co z pod serca biega, 
Siły żywotnój i żalu szczerego. 
Gdy płacz szeroki, jak posłannik nieba, 
Ulżył boleści pocieszeniem nowśm, 
Dziewczę uczuło, że sercu potrzeba, . 
Aby z kimkolwiek podzielić się słowem; 



183 



I już nie bacząc, czy starzec się chmurzy, 
Tak przed nim boleść serdeczną wynurzy: 



XXI. 

— „I wy!... mój Boże!... smuci mię i dziwi — 
Wy jeszcze na mnie rzucacie zakały, 
Ojcze Tarasie! wy niesprawiedliwi! 
Jak Bóg na niebie, jak dzień mamy biały, 
Klnę się na męki, co mi serce gniotą, 
Jeślim zgrzeszyła — to chyba pustotą... 
Musiał ci mówić: jak, gdzie, w jakiój chwili, 
Gdyśmy raz pierwszy siebie obaczyli? 
On był przychodzień, w naszćj wiosce obcy, 
Ze starą matką gdy tu chatę wzięli. 
Często wioskowi gniewali się chłopcy, 
Że Szymon z nimi zabawy nie dzieli, 
Tryumfowali, że nie taki hoży, 
Śmieli się z niego, że odludek boży. 
Lecz ja x lubiłam jego rzewną postać, 
Jego głos tęskny, jego twarz sierocą. 
Dziwną go Pan Bóg udarował mocą, 
Że mógł spojrzeniem aż głąb serca dostać. 
Eiedy się zbiorą sąsiadki, sąsiady, 
Jakąś pustotę albo żart uczynim, — 
On tylko spojrzał, a kafcdy z gromady 
Płochego żartu zawstydził się przy nim. 
Choć żadnśm słówkiem, choć żadną przestrogą 
Nie upokarzał rówienników grona — 
Bóg raczy wiedzieć, co te oczy mogą... 
Ja sama nieraz byłam zawstydzona, 



184 



Kiedy bywało nie strzegę się ściśle, 
Kiedy coś powiem, czego nie pomyślę. 
Nim go poznałam, i ja byłam płocha, 
Lubiłam żarty wioskowej młodzieży; 
Ale na niego popatrzawszy trocha, 
Poczułam jakoś, co mi się należy. 
I gdy bywało on samotny w tłumie, 
Ja w jego oczy poglądałam rada, 
I zawsze jakoś serce wyrozumie, 

czem on myśli lub o czem zagada. 
A i on nieraz, aż uczułam trwogę, 
Umiał odgadnąć, co ja myśleć muszę... 
Jak się to działo? powiedzieć nie mogę; 
Tak jakoś Pan Bóg stworzył nasze dusze... 
Czyśmy się prędko poznali, kochali? 
Ojcze Tarasie! tego coś nie pomnę... 

Lecz było ze mną tóm gorzćj, im dalćj: 
Gdy go nie widzę— już dni nieprzytomne, 
Już sny bezładne— nawet żyć niemiło... 
A tam nad rzeczką, pod wierzbą pochyłą, 
Jest stary kamień— tam, gdy wieczór złoty, 
On lubił siadać, wracając z roboty, 
Lubił spoglądać na łąki zielone, 
Na ciemne lasy, na błękitne nieba. 
Jakoś pod wieczór zawsze w tamtą stronę 

1 mnie bywało wychodzić potrzeba: 

To naszych owiec zbłąka się gromadka, 
To do sąsiadów posyła mię matka, 
Albo mój dziadek wśród pustój gawędki 
Przypomni sobie, siedząc u wieczerzy, 
Że nie opatrzył w zatoce więcierzy, 
Jilbo na trawie zapomniał swój wędki. 



185 

Ojcze Tarasie! wszak pamiętasz dziada: 
Był bardzo srogi!— rada czy nierada 
Muszę tam śpieszyć— a kiedy się zjawię, 
To siedzi Szymon na kamiennój ławie, 
Da dobry wieczór i o czómś zagada, 
To muszę słuchać, rada czy nierada... 
Czy go kochałam? nie wiem ani trochy; 
Bo to kochanie świat różnie uważa: 
Parobczak chciałby wyjść na gospodarza, 
Dziewczynie przykre łajanie macochy, 
Więc mówią sobie:— „Już tego za wiele! 
„Kochać się będziem, weźraiem ślub w kościele, 
„I półwłócz gruntu weźmiemy we dworze; 
„Na weselisku poskaczem, wypijem, 
Przecież na starość nie pójdziemy z kijem, 
Bog nas na ludzi wyprowadzi może." 
Dla mnie z Szymonem nie takim obrazem 
Stawała przyszłość we szczęście bogata: 
Byle ogródek, rozwalona chata, 
Lecz będziem razem— zawsze z sobą razem. 
Szymon powiadał: — „Marto moja, Marto! 
„O inszśm życiu i mówić niewarto. 
^Będziem ubodzy— ja ci piosnkę sklecę 
„O Panu Bogu, o wiośnie, o rzece, 
„O czóm ty zechcesz— mam piosnek nawałem, 
„Ja w pieśni nową utoruję drogę; 
„Od pewnśj chwili... gdy ciebie poznałem, 
„O wszystkióm piosnki wyśpiewywać mogę. 
„Lecz, Marto moja! marzenia na stronie — 
„Nim się nam życia wypełnią rozkosze, 
„Nim się ja ojcu twojemu pokłonię, 
^,Nim u twój matki o rękę poproszę, 



n 
u 



186 



„Nim przed ołtarze poprowadzę ciebie, — 
„Powiedz mi szczerze, jak Pan Bóg na niebie 
„Czy ty mię lubisz?— bo ja szczęście ziemi, 
„Chwilki nie myśląc, w twoje ręce złożę; 
„Ale ty, Marto, broń Boże! broń Boże! 
„Twe płoche myśli puścisz za drugiemi! 
„To wtenczas biada całój naszej doli: 
„Ostatnia nitka mego szczęścia pękła!" 
Szymon zapłakał, jam przed nim uklękła: 

— „Niech Bóg— mówiłam -niech Bóg nie pozwoli," 
„By serca nasze w jakiójkólwiek dobie 
„Miały się zmienić, ostygnąć ku sobie!" 

Szymon szczęśliwy chciał coś odrzec na to: 
Lecz było późno— zerwałam się z ławy... 
Czy to ze szczęścia, czy może z obawy, 
Serce mi drżało, gdy wbiegłam do chaty. 
Aż wpół oślepłe źrenice u dziada 
Postrzegły bladość— zaprzestał gawędki: 

— „Co tobie, Marto? czegoś taka blada? 
„Napij się wody! Bieg musiał być prędki!" 



• • 



XXII. 

„Na przyszłą wiosnę miał być ślub z Szymonem* 
Marzyłam o nim, liczyłam tygodnie, 
Po tysiąc razy w sercu rozmarzonym 
Pytałam siebie, czy miłość nie chłodnie? | 

Lecz serce zawsze mówiło radośnie, 
Że silniój bije, że uczuciem rośnie. 
A on czy kochał?— dobrzem to wiedziała, 
Inaczój wierząc grzeszyłabym srodze; 



187 



Wciąż jedną myślą jego głowa pała. 

Wciąż w jego duszy nowy skarb znachodzę. 

Ale my biedni — wśród mozolnój pracy 

Nie sposób zawsze bywać przy kochanku, 

Nie sposób być tam, gdzie się myśl obraca, 

Nie sposób serce pieścić bez ustanku. 

Potrzeba było grosza na wesele, 

Na zapowiedzi i na zaręczyny; 

Więc biedny Szymon, nie czekając wiele, 

Przystał na flisa do dwornśj wiciny. 

Insi szli, pieśni śpiewając ochocze, 

A on był smutny, jak jodła na grobie... 

I ja nieszczęsna nie wierzyłam sobie, 

Jak też potrafię przeżyć to półrocze... 

Straszny był wieczór, gdyśmy się rozstali! 

Jego wspomnienie aż dotąd mię męczy— 

Gdyśmy słuchając szumu rzecznej fali, 

Wsparli się, milcząc, na mostu poręczy, 

I jakby jedną myślą ożywieni, 

Błądzili wzrokiem po niebios przestrzeni... 

Ojcze Tarasie! choć żyłeś lat wiele, 

Takiego nieba nie widziałeś może: 

Ciemne chmurzyska nad lasami ściele, 

Tłoczy wierzchołki czarnych jodeł w borze, 

Pokrywa mgłami i rzeczkę i błoto, 

I serce jakąś naciska tęsknotą; 

Z każdój mgły mara wysuwa się blada, 

Złowrogi przestrach jakby z deszczem pada. 

A tutaj boleść znęca się nad duszą, 

Że się potrzeba rozłączyć na dłużój; 

A takie niebo niedobrze coś wróży, y 

A tam na Niemnie głębiny być muszą, 






188 

I pełno wiosek, pełno miast przy Niemnie, 

A tam dziewczęta piękniejsze ode mnie... 

Mówiłam pacierz do aniołów stróży, 

Wzywałam rzewnie ich opieki świętej, 

Aby go strzegli od fali, od burzy, 

A jego serce od jakiój ponęty... 

Szymon mi mówił: — - „Bądź zdrowa! bądź zdrowa! 

„Wrócę zdrów, wesół, przyśpieszę wesele. 

„Przeklęty będzie, kto przysiąg nie chowa! 

„Półrocze czasu—och, jakże to wiele! 
Sercu kobiety wielu się spodoba... 
Och! to półrocze, jakaż długa próba!" 

Uklękłam przed nim i złożyłam ręce: 

— „Niechaj sam Pan Bóg pokarze mnie biedną, 
,Gdy przez półrocze chociażby myśl jedną 
,Komu innemu, niż tobie, poświęcę! 
,Związek wieczysty, święty i niewinny, 
,Za nadto silnie serca nam skojarzył, 
,Aby ktoś inny jeszcze nam się marzył, 
,Aby nas zdołał zajmować ktoś inny. 
,T u nawet żadnśj nie będzie zasługi, 
,Bo mi do duszy nie przypadł nikt drugi, 
,Nikt nie przypadnie — mogę ręczyć śmiało, 
,60 gdy raz serce ciebie pokochało, 
,To już nie znajdzie w całym świata tłumie, 
,Choćby się chciało przeniewierzyć zdradnie, 
,Nikogo w świecie, co mię tak odgadnie, 
,Co wszystkie moje dumki wyrozumie. 
.Tyś mi za nadto po małój iskierce 
, Rozpalił głowę i rozpieścił serce." 
Takem mówiła... Uwierzył — uścisnął... 

Zapłakał tylko— i przyszło rozstanie... 



189 



Księżyc coś dziko przyglądał się na nie 
I krwawem światłem nad nami zabłysnął; 
Raził mi oazy jego blask iskrzą ty, 
Kiedy spłakana wracałam do chaty. 



XXIII. 

„Po takich chwilach jeszcze marzym w nocy, 
Miłą. przeszłością słodzim stan sierocy. 
Ale poranek... to skończenie światal 
Piekło na ziemi, gdy przymkniesz oczyma, 
A myśl najpierwsza w głowie zakołata: 

Już jego nióma! 
Co począć z sobą?... z tym dniem—co natrętny 
Już bije w oczy promieńmi, jak nożem? 
Z jutrem?... z niedzielą?... a toż dzień pamiętny, 
Tośmy się w domu spotykali bożym, 
To na cmentarzu, to w chacie sąsiada... 
Albo wieczorem— och! gdy wieczór pada, 
Czy iść nad rzekę? siąść na kamień znany 
I tam skamienieć? — Nie pójdę w tę stronę! 
Bo jeszcze przyjdzie szał niespodziewany, 
Zeskoczę z mostu i w rzece utonę... 
Czy iść na pole?... O! nie! tam przy gruszy 
Wiliśmy niegdyś wianki z polnych ziółek!... 
Może do ludzkiej przytulić się duszy? 
Straszno! nie lubię moich przyjaciółek! * 
Bo przyjaciółka wie, czem mnie zatrzyma, 
O czóm ja mówię, o czóm marzyć rada; 
Naj pierwsze słowo, co do mnie zagada: 

Już jego niemali... 



190 



Dowodzą ludzie, że jest takie ziele, 
Co można łyżkę lub wiadro nawarzyć, 
Wypić i przespać dni, tygodni wiele — 
Och! jak to błogo! byle spać i marzyć, 
A w tśm marzeniu miewać sny proroczel 
O! takbym spała przez całe półrocze! 
Lecz takie ziółko rośnie za morzami — 
Nam trzeba czuwać, żyć i śmiać się marnie... 
Ojcze Tarasie! jakież to męczarnie, 
Pierwszy poranek gdy zostaniem sami! 
Serce ci pęka, z bólu nie wytrzyma, 
Jeszcze się nieraz zapomnisz w tój chwili, 
I myślisz sobie: on troski umili... 
Lecz się ocykasz, że jego już niema! 

XXIV. 

„Tak dzień upłynął na strasznój torturze— 
Przyszła noc znowu — i znowu świtanie... 
Któż te męczarnie wypowiedzieć w stanie? 
Za nadto boli— ja ich nie powtórzę... 
Przed jedną matką, w której pełna wiara, 
Serce cierpiące całkiem się odsłania; 
Lecz moja matka— ona nazbyt stara, 
Gdzież jój zrozumieć boleści kochania? 
Przeszło dni kilka, nawykłam z niedolą... 
Chciało się płakać, lecz chciało się współki: 
Wezwałam k'sobie wierne przyjaciółki, 
tfe naśmieszyły, że aż boki bolą. 
Nazajutrz ciężka zajęła mię praca, 
Smutek złagodniał—i już nie powraca. 
Lecz do snu dawne wspomnienie się ciśnie, 
Bom jedną myślą zawsze uniesiona; 



191 



Czuję, że kocham, więc Szymona przyśnię, 
Ale już mglisto śniłam twarz Szymona; 
Potem w snach moich i twarz, i postawa 
Już jakby obłok niewyraźnie stawa. 
A jednak ogniem jednych uczuć pałam, 
A jednak szczerze Szymona kochałam. 
Tak, nim w połowie ubiegło półrocze, 
Rozrywać smutek czułam się w potrzebie; 
Już przyjaciółek zabawy ochocze 
Coraz mię częściój nęciły do siebie. 
Gorzkióm przeczuciem, jak gdyby chorobą, 
Ciągle dręczona, czułam, jak to boli, 
Pragnęłam smutek złagodzić powoli, 
Uciec od myśli, nie być sama z sobą. 
Kiedy łzy z oczu lały się goręcej, 
Ja biegłam śmiać się do rówiennic rzeszy; 
Ten memu sercu spodobał się więcój, 
Kto najweselszy, najprędzój rozśmieszy... 
Ojcze Tarasie! tak jak mnie widzicie, 
Ja w duszy mojój tak niegdyś bogata, 
Co dotąd rzewnie patrzałam na życie, 
Poczęłam śmiać się z życia i ze świata; 
Śmiałam się nawet, płocho uniesiona, 
Z naszej miłości, z siebie i Szymona. 

„Tak przeszły znowu dwa czy trzy tygodnie — 
On zawsze w myślach, choć nie tak go cenię. 
Czasem mi z cicha powiada sumienie, 
Takiemi śmiechy że śmiać się niegodnie; 
Źe Szymon, we mnie taką widząc zmianę, 
Gorzko zaboleć w głębi duszy może; 
Dziwne wyrzuty aż dotąd nieznane 
Gryzły mię z rana, gdy oczy otworzę, 



192 



Gdy jakaś władza w głębi piersi skryta 
O całodzienny rachunek zapyta... 
Och! niepodobna być z sobą sam na sam! 
Mówiłam, ręce łamiąc rozpaczliwie: 
Idę do ludzi — pracuję we żniwie, 
Albo na łące śmieję się i hasam. 
Zwano mię pastą — a nikt i przez chwilę 
Nie chciał odgadnąć, co ten śmiech porusza! 
Miałam przyjaciół, przyjaciółek tyle, 
Przecież nie zgadła ani żywa dusza: 
Ani mój dziadek, co stawiać więcierze, 
Często się chwalił, że zna świat nielada; 
Ni moja matka, co modląc się szczerze, 
Zawsze bywało o sumieniu gada; 
Ni rówiennice — przecież są młodemi, 
Młodego serca tajniki znać muszą... 
O! gdzie tam! gdzie tam! dobrze śmiać się z niemi, 
Lecz trudno duszy rozmówić się z duszą... 
Jedenby Szymon zgadł w najprędszym czasie, 
Ale go nie masz na nieszczęście moje. 
A mówiąc szczerze — och, ojcze Tarasie! 
Już jego przyjścia czułam że się boję, 
Że będzie cierpiał nad moją odmianą, — 
Chciałam go widzieć, nie będąc widzianą. 
„Zagłuszyć wyrzut, co dręczył kryjomu, 
Nigdzie nie lepiej jak w rówiennic kole; 
Więc byle chwilka, wymykam się z domu, 
Z towarzyszkami śmieję się, swawolę. 
A kiedy czasem, wracając z roboty, 
Któryś parobczak zjawi się do grona, 
To jeszcze więcej śmiechu i pustoty, 
To jeszcze bardziej byłam ożywiona. 



193 

Z taką się myślą oswajałam co dnia: 
By durzyć chłopców... tak sobie... bez celu... 
Czy to, broń Boże, taka wielka zbrodnia 
Kochać jednego a bawić się z wielu? 
Wszak to miłości przeszkadzać nie może, 
A mego serca żaden nie przebodzie; 
Odzie tam ich kochać? at, stworzenia boże! 
Dobrze się pośmiać, potańczyć w gospodzie. 
Wszak kiedy Szymon powróci na końcu, 
Już wieczny .rozbrat ze światem uczynim; 
Biedne chłopczyska — oni zgasną przy nim, 
Jak małe gwiazdki przy pogodnem słońcu. 
A czyż to lepiój, gdy się głowa pali, 
Od smutnych dumek kiedy serce więdnie?... 
Tak sobie myśląc, wciąż dalój a dalśj 
Życie pustoty wiodłam nieoględnie. 

XXV. 

„Młody parobezak, syn strzelca z pod gaju, 
Chłopiec wesoły, piśmienny, bogaty, 
Często a gęsto miewał we zwyczaju 
Do mego dziadka zachodzić do chaty. 
Czasem się zdarzy, kiedy niema dziada, 
Muszę go przyjąć, rada czy nierada. 
O niczśm mówić nie lubił poważnie, 
Ale z nim śmiać się tak było wesoło, 
Że myślę sobie: ot tego podraźnię, 
Na t6m coś wygra całe nasze siołol 
Bogaty, wesół — on w każdą niedzielę 
Zamówi skrzypce i miodu zakupi. 
Spogląda na mnie — trochę go ośmielę, 
Niechże się kocha, kiedy taki głupi! 

Kondratowicz. Wybór. T. II. V^ 



194 

Jam siebie pewna: Die pokocham przecie 
Oprócz Szymona nikogo na świecie. 
Itak się stało... Bywało co święta 
Aż drży gospoda od tańca i skrzypiec; 
Wdzięczne mi były wioskowe dziewczęta, 
Lało się zdrojem i piwo, i lipiec; . 
A ja, spokojna na mój drodze cnoty, 
Śmiejąc się w duchu, przyjmuję zaloty. 



XXVI. 

„Jednej niedzieli szło gwarnićj niż zawsze. 
Poczęło zmierzchać i nastało ciemno: 
Skrzypce głośniejsze, tańce były żwawsze, 
A młody strzelec wciąż tańcował ze mną; 
I w jego ręku trzymając me ręce, 
Wiodłam ochotę i tańce złowieszcze; 
W tańcu swawolę, wymykam się, kręcę, 
A tak chychocę, że jak nigdy jeszcze... 
Wtóra, jak mi późnićj ludzie powiadali, 
Wszedł do gospody podróżny z tłomokiem, 
Dokoła powiódł jakiemś dziwnóm okiem, 
I w ciemnym kątku siadł sobie w oddali. 
Tak patrzał na nas godzinę, czy więcój; 
Już go poznali niektórzy sąsiedzi, 
A ja, swawoląc coraz to goręcój, 
Anim zważała, kto tam w kątku siedzi. 
Wtem dał się słyszeć łoskot na podłodze, 
Jakiś jęk głuchy przerwał skrzypiec tony; 
Przypadli ludzie przerażeni srodze... 
Podano ognia — to Szymon zemdlony! 



195 



Czyż trzeba mówić, żem zbladła, krzyknęła? 
Że w serce moje uderzył grom boży?... 
Całą szkaradę mój płochości dzieła 
W jednym momencie uczułam najsrożój... 
Ludzie podbiegli, po imieniu zową, 
Twarz mu skropili i podali wody. 
Szymon się ocknął, popatrzał grobowo, 
Jeszcze się zachwiał i wyszedł z gospody. 
Wybiegłam za nim. — „Szymonie! Szymonie! 
„Zlituj się! przebacz! powitaj mię z drogi! u 
Ale on spojrzał jakby duch złowrogi, 
I poszedł dalćj — tu, ku lasu stronie. 
Ja go dopędzam, uklękłam na drodze; 
Lecz mię odepchnął rękoma drżącemi: 

— „Zabiłaś, Marto! zabiłaś mię srodze! 
„Zabiłaś wiarę we wszystko na ziemi! 
„Przeklęte trzykroć to plemię człowiecze! 
„Ten świat nie dla mnie... Bywajcie już zdrowi!" 

Znów zastąpiłam drogę Szymonowi, 
Lecz znów odepchnął i słowa nie rzecze. 
Poszedł do lasu— mnie zamrok uderzył, 
Padłam i w ziemię uderzyłam głową; 
A gdy chłód nocny nieco mię odświeżył, 
Przyszłam do chaty, bredząc gorączkowo. 



XXVII. 

„Przez dwa tygodnie leżałam w malignie, 
Ze strasznćj śmierci pasując się siłą... 
A gdy mię Pan Bóg z choroby podźwignie, 
Już w naszój wiosce Szymona nie było. 



196 



Mówili ludzie, że ledwie oddycha, 
Że się zabłąkał w najciemniejsze knieje, 
Że jakieś piosnki wyśpiewywa z cicha 
I dzikim śmiechem szydersko się śmieje; 
Że nigdy słowa nie mówi do człeka, 
Że tak się błąka całe dni i noce, 
Że dreszcz ogarnia, słuchając z daleka, 
Kiedy z nim leśne echo zachychoce... 
A tutaj w wiosce, w zagrodniczej chacie, 
Dogorywała jego matka w nędzy. 
Chciałam ją cieszyć po syna utracie, 
Lecz mię przelękła— uciekłam co prędzej... 
Przyszłam nazajutrz— i znowu przeklina... 
Tylko już w samej ostatnićj chorobie 
Nie przeszkadzała czuwać mi przy sobie 
I nie nazwała zabójczynią syna. 
Spędzałam przy niśj długie chwile czasu, 
Czuwałam nad jśj ostatnią godziną... 
On się raz przywlókł pod chatę matczyną... 
Ujrzał mię w oknie — i wrócił do lasu. 
Matka umarła — a jego nie było; 
A gdy ją gmina pogrzebła wioskowa, 
Przyszedł, zapłakał nad matki mogiłą, 
Lecz do nikogo nie powiedział słowa... 
Potom się zjawił — ale w jakim stanie! 
Blady, odarty, upadły do tyla, 
Że gdzie przed świtem, nim jutrznia powstanie, 
Już on w gospodzie kielichy wychyla, 
Dziwne piosenki bełkoce bezładnie, 
I znowu pije, póki z nóg nie spadnie. 
Zadrzemie chwilkę, wstanie i znów woła: 
— „Dajcie mi czarkę! precz z życiem przeklętśm!" 



197 



Chciałam doń mówić — nie poznał mię zgoła.., 

A może poznał, bo spojrzał ze wstrętem, 

Zgrzytnął zębami, odwrócił się żwawie, 

Wychylił czarkę i zasnął na ławie... 

Tafc stargał życie — i po krótkim czasie 

Nieszczęśliwego nie było na świecie!... 

Ojcze rodzony! ach, ojcze Tarasie! 

Jak na spowiedzi teraz wszystko wiecie... 

Dzisiaj w kościele — ot tak, słowo w słowo, 

Odkryłam rany mojego sumienia. 

Lecz że zabójstwo cięży nad mą głową, 

Pleban mi dzisiaj nie dał rozgrzeszenia, 

I kazał tutaj modlić się w pokorze, 

Aż się przebłaga miłosierdzie boże!" 

I tak dziewczyna, pasując się w męce, 
Długo płakała, twarz ukrywszy w dłonie; 
A stary Taras, załamawszy ręce, 
Jęknął serdecznie i tak mówił do niśj: 

XXVIII. 

— „Późny żal przyszedł do twojego serca, 
Za późno wracasz na poprawy drogę... 
Ja ci okropną pociechę dać mogę, 
Że jeszcze drugi jest jego morderca! 
Tyś rozpoczęła nierozważnym szałem, 
A ja zabójstwa jego dokonałem. 
Jaż przecie starzec— gdzież moja rozwaga? 
Ja, com doświadczył tyle w życiu mojóm, — 
Ogień piekielny, co się w sercu wzmaga* 
Jam mu podniecił gorącym napojem. 
Słuchaj! 



198 



„On długo błąkając się w lesie, 
Wpół nieprzytomny, prawie wpół umarły, 
Jakoś ku moj6j przywędrował strzesie, 
Do drzwi zapukał— drzwi mu się otwarły. 
Poznał mię prędko— zapłakał boleśnie, 
I całą. siłą rzucił się na szyję: 
— „Ojcze!— zawołał — znasz, jak serce bije, 
„Bo tyś mię uczył, jak się składa pieśnie! 
„Kłamstwo, mój ojcze, że jest cnota w, świecie, 
„Że za ród ludzki żyć i umrzeć warto... 
„Ty znałeś Martę— och! to święte dziecię! 
„Ojcze, weź książkę! pomódl się nad Martą! 
„Już Marty niema — już śmierć w jej źrenicy — 
„Ona zginęła! stracone nadzieje! 
„Choć jeszcze żyje, choć jeszcze się śmieje, 
„To ziemny robak z śmiechem zalotnicy!" 
Tak wpiwszy we mnie swe źrenice krwawe, 
By zebrać oddech, całe piersi sili, 
I wszystko w jednej wypowiedział chwili, 
Zaśmiał się gorzko i upadł na ławę. 
Łzy mi stanęły, żal ścisnął się w łonie... 
Chciałem go cieszyć najprędzej, najprościśj, 
Rzekłem wesoło:— „Źle czynisz, Szymonie, 
„Że z jednej sądzisz o eałej ludzkości! 
„Ona zdradziła— ty cierpisz! ja wierzę; 
„Lecz śmiej się z tego— jedyny ratunek: 
„Potrzeba w inszej pokochać się szczerze, 
„Ale tymczasem— trunek na frasunek! 
„Mam tu miód stary— wypij, to pokrzepi!" 

—„O nie, mój ojcze!— tak Szymon odpowie — 
„Jam niegdyś pijał, nadwerężył zdrowie, 
„Piłem w cierpieniu— nie było mi lepiej. 



199 

„Niechaj ten pije, który rąbie drzewa, 
„Pracuje z pługiem, albo trzody pasie; 
.„Lecz my próżniacy— ach, ojcze Tarasie! 
„Nas dostatecznie piosenka rozgrzewa, 
„Boleść rozpala, a myśl ogniem piecze, 
„Już i tak serce rozpęknąć się może!" 
A jam nalegał: — „Człowiecze, człowiecze! 
„Zrozumiej życie, szanuj dary boże. 
„Że dziś czy jutro ma cierpieć z nas który, 
„O tern już dawno przewidziano z góry. 
„Trunek, co duszę wpół martwą ożywi, 
„Co w stare kości wlewa siły młode, 
„Nie dla tych dany, którzy są szczęśliwi, 
„Lecz dla cierpiących— po łzach na osłodę!" 
Tak nalegałem, bom kochał Szymona, 
Sądząc, że w smutnym uleczę obłędzie, 
Że gdy wstręt pierwszy -do czarki pokona, 
To już weselszy i szczęśliwszy będzie. 
Więc go zakląłem: jeśli jest kolegą, 
Kocha mnie, ludzkość i Boga samego, 
Niech pokosztuje. 

„Skosztował z kielicha, 
Wypił aż do dna— nalał drugi, trzeci. 
Chciałem go wstrzymać— już rękę odpycha, 
Jnż dzikim ogniem jego oko świeci: 
— „Pić mi podajcie! — tak zakrzyknął wściekle — 
„Ogień piekielny niech pali się w piekle! 
„Nalój mi miodu, gorzałki czy smoły!... 
„Zdrowie zdrajczyni!... pij ze mną Tarasie! 4 * 
Pił i nalewał już martwy na poły, 
I krzyknął: — „Pijmy! teraz już po czasie! 



200 



„Spełniona dola... Przeklęty, przeklęty, 

„Kto pierwszą kroplę w moje usta wsączył!..* 

„Krew już do piersi nawala się wzdętej... 

„Nalałem czarę— do dna będę kończył: 

„Dopytam może, gdzie jest szczęścia meta... 

„Niech żyje ludzkość! niech żyje kobieta!" 

Tak pierwszy puhar spełniwszy złowrogi, 

Pobrnął do wioski lasami i jarem, 

I tam do reszty zgubił się puharem, 

I tu nieszczęsny spoczął wedle drogi... 

To my, dziewczyno— myśmy go zabili, 

I brama piekieł wspólnie nam otwarta... 

Przyjaciel Taras i kochanka Marta 

Do ostatecznej przywiedli go chwili, 

Bo podbudzając niebacznie, z daleka, 

Rozpłomienili namiętności człeka... 

Ty z jego serca wypleniłaś wiarę 

W godność ludzkości, którą wyssał z mlekiem; 

A ja ognistą podałem mu czarę, 

Aby do reszty przestał być człowiekiem. 

Kto z nas winniejszy— Bóg kiedyś rozważy: 

Tyś go na duszy, jam zabił na ciele... 

Nam się zdawało, że takich zbrodniarzy 

Kapłan od razu rozgrzeszy w kościele. 

Lecz nas odepchnął, wskazał za pokutę 

Własne sumienie i modlitwę łzawą; 

Aż w dzień Zaduszny mieć będziemy prawo 

Znów nasze myśli gorzkie i zatrute 

Otworzyć przed nim... Tu, u grobowiska, 

Krzepmy modlitwą serce, co usycha. 

Dosyć rozpaczy! niechaj modła cicha 

Ulecza boleść, co serce naciska. 



201 



Męczennik serca, co leży w tym grobie, 
Może już przebył czyscowe otchłanie, 
I nam odpuścił winy przeciw sobie, 
I nas przed Bogiem uniewinnia za nie. 
Módlmy się tylko!" 

Wsparł głowę na ręku 
I czytał psalmy pokutne ze łkaniem; 
Dziewczyna głosem bolesnego jęku 
Słowo za słowem powtarzała za nim. 

Wieczorne słońce z za góry, z za chmury, 
Rozlało uśmiech po ziemskim obszarze, 
Rzucając promień złota wój purpury 
Na las, na wioskę, na pokutne twarze; 
A w mgłach wilgotnych od wybrzeża rzeki 
Na Anioł Bański jęknął dzwon daleki... 



EPILOG. 



Och! gdyby życie było poematem, 
Jakżebym pięknie skończył moją powieść! 
Że Szymon wskrzesnął, aby szczerze dowieść, 
Że się pojednał z ludzkością i światem; 
A przebaczywszy, że cierpiał tak wiele, 
Już swojój Marcie dałby rękę czułą; 
Pleban te ręce powiązałby stułą, 
Taras ze skrzypka przyszedł ba wesele... 
Lub coś rzewnego obmyśliwszy raczój, 
Skreśliłbym obraz w całej pendzla sile, 



202 



Że Marta, długo płacząc na mogile, 
Jednego ranka umarła z rozpaczy... 

Ale ja prawdzie muszę być posłuszny, 
Muszę być wierny i w miejscu, i w czasie. 
Więc za półrocze przyszedł dzień Zaduszny, 
Ksiądz widział skruchę w Marcie i Tarasie, 
Dał rozgrzeszenie ze szczerego łona; 
Więc otrzymawszy miłosierdzie Nieba, 
Czuli, że życiu wypłacić coś trzeba, 
I zaniechali mogiły Szymona. 

Wiatr rozwiał piaski— i zielsko porosło; 
Po zgniłych kościach oplata się żmija... 
Taras odnowił pieśniarza rzemiosło, 
Siedzi w gospodzie i miodek popija; 
A co sam lubi, to i drugim radzi, 
Źe na frasunek trunek nie zawadzi. 

Po dniach pokuty i ciężkiój spowiedzi, 
Marta znów w tańcu wodziła orszaki. 
Zjawił się chłopak— już nie wiem kto taki, 
Prosił o rękę, dał na zapowiedzi, 
Więc poszła za mąż — i co idzie za tóra, 
Pan Bóg dał dzieci, gospodarkę, zboże, 
Wszystko jak trzeba... O Boże mój, Boże! 
Czemu to życie nie jest poematem?! 

23 marca 1856. Borejkowszczyzna. 



/ / 



GARSC PSZENNA. 

GAWĘDA LUDOWA. 



I. 

tary Szczepan, wójt od wieka, 
Był jedynym wójtem w świecie, 
A takiego jak on człeka 

1 ze świecą nie znajdziecie. 
Głowa tęga, dusza prawa, 
Tak za swoją stał gromadę, 

Że najkrętsza przyjdzie sprawa, 

On najlepszą dawał radę; 

I co w świecie rzecz nieznana 

Lub należy do rzadkości, 

Że lubiony był od pana 

I lubiony w całśj włości. 

Tak wszystkiemu czyniąc zadość, 

Był jak ojcem swojój wioski; 

Ale starość to nie radość, 

Przyszedł w końcu wiek dziadowski. 

Już o kiju suwa kroki, 

Oko blaskiem już nie pała, 



204 



W plecach urósł garb szeroki, 
Mądra broda pobielała. 
Więc przed swymi tak się biedzi: 
— „Czas odpocząć mi nareszcie! 
„Rada w radę — i sąsiedzi, 
„Już innego wójta weźcie! 
„Moja głowa trzech nie zliczy, 
„Bo zwyczajnie stara, siwa." 
A gromada .jak zakrzyczy: 
— „Dolaż nasza nieszczęśliwa! 
„Cóż to waści, panie bracie! 
„Przykro oj czy ć w swej chudobie? 
„Czy nam zguby pożądacie? 
„Z taką mową idźcie sobie! 
„A dopóki ręka bożka 
„Trzyma waści w równój mierze, 
„Foty cała nasza wioska 
„Wójta sobie nie wybierze." 

W prośby, w groźby on i oni; 
Ezeczy wzięły rzewną postać, — 
I dowiedli jak na dłoni, 
Że on wójtem musi zostać. 
Lecz starości gdy dogonim, 
Życie ludzkie jak na włosku: 
Więc im radził po ojcowsku, 
By następcę wybrać po nim, — 
Bo się potom swar obudzi, 
Walka pocznie się złowroga, 
I zgorszenie dobrych ludzi, 
I obraza Fana Boga. 
— „Na to zgoda!— zawołali,— 



205 



„Szczepan mówi święte słowa! 
„ Ale na co szukać dalej? 
„Jest tu dziatwa Szczepanowa. 
„Ma trzech synów— dzielne chłopcy, 
„Każdy wart być na urzędzie, 
„Im wioskowy ład nieobcy, 
„Niech z nich jeden wójtem będzie. 
„Ale który??"— Ot i spory, 
Już się teraz powaśnili. 
Jedep mówi, że Hrehory, 
Drugi mówi, że Wasili, 
Insi znowu z włości grona 
Piszę karby na Szymona. 
Ojciec widzi, że mozoła, 
Że do gwarnśj przyjdzie zwady; 
Siwe włosy zgarnął z czoła 
I tak mówi do gromady: 

— „Jest tu lepszych gospodarzy, 
„I w wyborze ciężka bióda, — 
„Lecz jeżeli wam się marzy, 
„Że się który syn mój przyda, 
„Wasza łaska w tern widocznie. 
„Lecz do wójta droga długa! 
„Nim gromadzie służyć pocznie, 
„Niech pokaże, co za sługa 
„Ot widzicie! właśnie pora 
„Poznać, jakie w którym czyny: 
„Pan na wiosnę śle Hrehora 
„Do Królewca na wiciny; 
„Wasil rusza w pańskiej sprawie 
„Aż w Krakowskie, panie bracie! 



206 



„Szymon został przy mnie w chacie, 
„W Ukrainę ślę Szymona, 
„Niechaj soli nam przystawi, 
„Bo w miasteczku nazbyt droga; 
„Wiem, że każdy z nich- się sprawi, 
„W toni już łaska Pana Boga. 
„Ale który z cudzśj strony 
„Większą korzyść nam przyniesie, 
„Będzie wójtem postawiony, 
„Będzie ojczył w naszój strzesie. 
„Za rok może o tój porze 
„Bóg mi życia nie odbierze, 
„Wszystkich trzech zbadamy szczerze, 
„Nie omylim się w wyborze!" 

I gromada w serce bierze 
Pana wójta złote słowa. 
Nie wiesz, dziatwo Szymonowa, 
Że-Ć gromadzkie oko strzeże! 



II. 

Jak raz za rok tejże pory 
Już z Królewca statki płyną, 
I najstarszy syn Hrehory 
Już powrócił z swą wiciną. 
I zebrała się gromada, 
Dano miodu, dano piwa; 
I Hrehory opowiada 
Troje cudów, troje dziwa: 
Jaki byt u Niemców miły, 
Jaki przepych niesłychany, 



207 



A najbardziśj mu się wbiły 
Kapelusze i kaftany. 

— „Co tu mówić o siermiędze? 
„Krój dziwaczny, niesłychany, 
„Zaraz po niśj znaczno nędzę; 
„Skrojmyż świty na kaftany! 
„A słomiane kapelusze, 
„Pańszczyźniauy ubiór chłopa! 
„Już u Niemców — przyznać muszę, 
„Zaraz znaczna — Europa! u 

Stary ojciec słucha skromnie, 
Na kominku popiół grzebie, 
I z westchnieniem rzekł do siebie: 
— „Ten nie będzie wójtem po mnie!" 



III. 

Wraca Wasil z pod Krakowa, 
Opowiada tonem zucha, 
A gromada wszystkie słowa 
Najuważniśj z dala słucha. 

— „ Co to! — mówi — mowa jaka! 
„Proszę yana, jakie pieśnie! 
„Każdy nóci krakowiaka, 
„Gdy my piejem tak boleśnie. 
„Gdzież tu piosnka brzmi swobodniój? 
„Każde słowo, każda nota 
„Tak goryczy łzą zatruta, 
„Że aż echo wzdycha od niśj! 
„Wiecie, bracia, co poradzę? 
„Rzućmy nasze piosnki stare. 



208 



„W krakowiaka tańczmy miarę, 
„A ja rej wam poprowadzę." 

Stary ojciec słucha skromnie, 
Na kominku popiół grzebie, 
I z westchnieniem rzekł do siebie: 
— „Ten nie będzie wójtem po mnie!" 



IV. 

Wraca Szymon z Ukrainy 
Opowiada dziwne dziwy; 
Lecz ze swymi tak szczęśliwy! 
Ukraińca nie znać z miny. 

— „ Dóbr tfe— mówi — w tamtej stronie 
„Milę dojrzy choćby ślepy, 
„Ciągłe stepy, ciągłe stepy, 
„Niedojrzane okiem błonie! 
„A jak spojrzy w kraj daleki, 
„Aż zatęskni się wędrowiec 
„Do swych sosen, do swój rzeki, 
„Do swych wzgórków, gdzie jałowiec, 
„Że chociażby w Ukrainie 
„Nasypano góry złota, 
„Popędziłaby tęsknota 
„Do swśj wioski — ku rodzinie. 
„Jedna tylko rzecz nielada, 
„Czego sobie ztamtąd życzę, 
„To pszenica! — z niebem gada! 
„A kłosiska gdyby bicze! 
„Więc tamecznych plonów cuda 
Uzbierałem mieszek spory; 



209 



„Ej, spróbujmy! nuż się uda 
„Ukraińskie mieć nam zbiory! 
„A każdemu z was, sąsiedzi, 
„Dam po garści na początku..." 

Ojciec słuchał w swym zakątku, 
Westchnął zamiast odpowiedzi; 
W tśm westchnieniu zamiast słowa 
Wrzała chlubna myśl wójtowa, 
Myśl ojcowska — znać ją z twarzy: 
Syn mej wiosce korzyść zdarzy. 



V. 



I zawołał z uniesieniem: 
— „Z głupich ust głupia nowina! 
„Kto niemieckiem chce odzieniem 
„Pokryć ciało Słowianina; 
„Kto ku obcym skłonił duszę, 
„O pilścianśj czapce marzy, 
„Kto słomiane kapelusze 
„Znalazł sobie nie do twarzy, — 
„W obce stroje niech się stroi, 
„Niechaj zdrów zakrywa oczy: 
„Latem czoło skwar uznoi, 
„A w jesieni deszcz przemoczy! 
„Głupi! jeszcze więcój głupi, 
„Kto rozumie, że szczęśliwy, 
„Że swojskiego ducha skupi 
„W jakiejś piosnce z cudzej niwy, 
„Kto pogardza grunt ojcowski, 
„Kto ku cudzym rzeczom skory! 

Kondratowicz. Wybór T. II. IV 



210 



„Nie przyniosą nic dla wioski 
„Ni Wasili, ni Hrehory! 
„Lecz kto w obcój będąc ziemi, 
„Miał ku swoim chęć nie marną; 
„Kto pszeniczne zebrał ziarno, 
„By je krzewić między swemi; 
„Kto o świecie mówi skromnie, 
„Kto zatęsknił po swśj stronie, — 
„Ten zostanie wójtem po mnie: 
„Będziesz wójtem ty, Szymonie! u 

A gromada ze słów rada, 
Daje okrzyk, bije w dłonie, 
Plon z pszenicy przepowiada: 
Będziesz wójtem ty, Szymoniel 

1856, Warszawa, 



CIEŚLA. 

GAWĘDA LUDOWA. 



JM a cmentarzu przy drodze 
Budowano kaplicę. 
Zmówić pacierz zachodzę, 
Przejrzeć grobów tablice. 
O południu skwar piecze; 
Wytchnij nieco, człowiecze! 
Robotnikom i cieśli 
Z wioski strawę przynieśli; 
Więc ucichły siekiery, 
Czeladź na trawce siadła, 
A spędzając znój szczery, 
Szturm przypuszcza do jadła. 

* 

Stary cieśla co żywo 
Zrównał postać pochyłą, 
Dobył lulkę, krzesiwo, 
Pyknął dymkiem, aż miło! 
Zadumał się — uśmiścha, 
Poweselał na twarzy 



212 

I wyraŹDie, choć z cicha, 
Sam do siebie tak gwarzy: 

— „Kowal puka w kuzience, 
Pali odzież i ręce, 
Sierp naostrzy lub radło, 
Zrobi topór, lemiesze, 
Stuknie, puknie w kowadło 
I zarobek wykrzesze; 
A w gospodzie go czeka 
Pogadanka, napitek, 
Bo z takiego człowieka 
Dobry wiosce pożytek. 
Cieśla z niczóm powraca 
Od siekiery i pługa, 
Choć ciężka jego praca, 
Choć i większa zasługa. 



* 



„Młynarz puścił zastawki, 
W kosze zsypuje zboże,— 
I już dosyć zabawki, 
Odpoczywać już możel 
A jego trzódka syta, 
Żona żyje w rozkoszy, 
Dadzą mu miarkę żyta, 
Dadzą mu kilka groszy; 
Od dobrego człowieka 
I podchmielę go czeka! 
Cieśla z niczern powraca 
Od siekiery i struga, 



213 



Choć jego cięższa praca, 
Choć i większa zasługa! 



* 



, Skrzypek piśnie na kwincie, 
Zagra taniec lub drugi,— 
Juz on pełen zasługi, 
Już podarki mu czyńcie! 
Ma pieszczoty dziewczęce, 
Uścisk od chłopca zucha, 
I grosz sypie się w ręce, 
I szklanica niesucha; 
I co milsze rozkosze, 
Niż szklanica i grosze, 
To, że serca człowiecze 
Jakby dłonią zagarta! 
Prawda... prawda, nie przeczę, 
I skrzypica coś warta; 
Lecz cieśli licha płaca, 
Nikt nie ściska," nie mruga, 
Choć jego ciężka praca, 
Choć i większa zasługa. 



* 



„Ot i dzieci, i młodzi, 
I starcowie pochyli, 
Wszystko i w każdćj chwili 
Przez me ręce przechodzi. 
Czy się rodzą dzieciska, 
Ot i kłopot dla głowy! 
Pracuj, cieślo wioskowy, 
Bo potrzebna kołyska; 



214 

Ja nie proszę zapłaty, 
Ja pracuję z rozkoszą, — 
Ksiądz przyjeżdża do chaty, 
Mnie na chrzciny nie proszą; 
Dla chłopaka ladaca 
Cieśla zabawkę struga... 
Oj, cichaż moja praca, 
Ale dobra zasługa! 

* 

„ Chłopak rośnie w młodziana, 
Już mu chce się zalotów... 
„Oj danaż moja, dana!" 
Ruszyć w swadźbę już gotów. 
Czyż nie cieśla wyciosa 
Nowy wózek chłopcowi? 
Jak okują kolosa, 
To bywajcie już zdrowil 
Już go dziewczę nie minie: 
Na tym wózku zuch wielki! 
Czy on miły dziewczynie? 
Czy wóz mojej ciesielki? 
Toż pytanie nielada! 
A gdy celu dolata, 
Cieśli, starego dziada, 
Nie zaprosi na swata; 
Pieniędzmi się wypłaca, 
Więc już zniewaga druga... 
Oj, cichaż moja praca, 
Ale dobra zasługa! 

* 



215 

„Kiedy lato przeminie, 
Dni dożynek nadbiega, 
Stołu trzeba drużynie 
Dębowego, równego. 
Hejże, z heblem i piłą 

r 

Spiesz się, cieślo, do dzieła! 
Ja stół ciosam aż miło, 
Wdzięcznie bracia przyjęła; 
Lecz gdy jadło przynieśli, 
Kiedy napitek płynie, 
Jakoś w bratniej drużynie 
Zapomnieli o cieśli... 
A on ich mozół skraca, 
Wprawia sosznik do pługa... 
Oj, lichaż moja praca, 
Ale dobra zasługa! 

„Młodzian przeżył wiek długi, 
Zstarzał i umarł wreszcie. 
Śpieszcie do cieśli, śpieszcie, 
Nie odmówi posługi. 
On kolebkę mu zrobił 
Wielce sztucznej roboty, 
On mu cacka sposobił, 
On go stroił w zaloty; 
Dziś — nagrodzą Niebiosa! — 
Niech mu trumnę wyciosa. 
Kobię trumnę — jak caca, 
Szeroka, kształtna, długa... 
Oj, cichaż moja praca, 
Ale dobra zasługa! 

* 



216 

„Te mnogie ułów kłody, 
Co stoją, wedle płota, 
1 te wioskowe wrota, 
Co strzegą pól od szkody, 
Krzyże na mogił rzędzie, — 
Wszystko mój trud bez mała; 
A teraz, Bogu chwała, 
Ot i kapliczka będzie! 
Niechaj wioska wychwala, 
Niech nagradza kowala, 
Niech młynarza opłaca; 
Do mnie anioł stróż mruga, 
Że cicha moja praca, 
Ale dobra zasługa! 

* *. 

* 

„Jeszcze jedna myśl dumna 
Dodaje mi ochoty: 
Że będzie moja trumna 
Nie partackiej roboty! 
Bom wyuczył nielada 
Kilku z wioskowej młodzi, 
Jak się z sznurem obchodzi, 
Jak się toporem włada. 
Więc starca w każdym doma 
Będzie zastąpić komu! 
Gdy mi życie Bóg skraca, 
Żałość będzie niedługa; 
Poczciwa była praca, 
Dobra będzie zasługa!" 

1856, Warszawa. 



RYCERZ NA CZATACH 

CZYLI PIEŚŃ RYCERSKA O HERBIE ŁZAWA. 



Z PODANIA HERALDYCZNEGO. 



I. 



.fiLiedy panował w Polsce Biały Leszek, 
W czasach niezgody i krwawych zamieszek, 
Żył, jako stara kronika wspomina, 
Rycerz Belina. 

A herb miał dawny, jak świat zapamięta: 
Na hełmie ręka rycerska ucięta, 
Na tarczy zasię z krzyżem miecz stalowy 
I trzy podkowy. 

Zrodzon szlachcicem, choć miał miękkie serce, 
Musiał rad nierad oddać się żołnierce, 
Kędy się zuczył, zręczniśj niż my piszem, 
Machać bardyszem. 

Dodawszy kutemu żelazną kolczugę, 
Pancerz kowany i kopię długą, 
I hełm z wizyrem do okrycia powiek, — 
Straszny był człowiek! 



218 



Swego rumaka, co wolałby paszę, 

Strojno, rycersko zakowywał w blasze; 

Czaprak, nagłównik, napierśnik i siodła 

Blacha obwiodła. 

« 
Bo rycerz bywa w rozmaitej doli, 

Lepiój się okryć bezpieczności gwoli: 

Bo ani strzała, ni miecza zamachy 

Nie ugną blachy. 

Nieszczęście jeno, że gdy dusza trwożna, 
To serca blachą zakować niemożna; 
A choćbyś zakuł, to i w takićj zbroi 
Jeszcze się boi. 

Rycerska służba krwawego Gradywa, 
Dobrze zważywszy, niewielce straszliwa: 
Gdy insi niosą na szwank swoje zdrowie, 
Ukryj się w rowie; 

A gdy wygrana, gdy twierdza zdobyta, 
Kiedy żołnierstwo do łupów się chwyta, 
Wymknij się na przód, a łupu dopadłszy, 
Bierz co bogatszy. 

A takim kształtem kierując swe życie, 
Mieszek i chwała urosną sowicie, 
Zwłaszcza gdy rycerz, wróciwszy z oddali, 
Huczno się chwali. 

Tak doświadczeniem własnóm nauczony, 
Sprawiał Belina rzemiosło Bellony, 
Z chrobremi męże wielkich czynów chwała 
I nań spływała. 



219 



A choć na wojnie krył się za rycerzy, 
Chociaż się strachał, gdy trąba uderzy, 
Lecz, krzepiąc serce, a mówiąc pacierze, 
Wawrzyny bierze. 



II. 



Pewnego razu, gdy z hufcy polskiemi 
Bojował Roman, kniaź Halickiój ziemi, 
Kędyś nad Sanem w granicach sąsiada 
Nocleg przypada. 

Zwolniono konie, puszczono na paszę, 
Odjęto hełmy, odpięto pałasze, 
I wedle ognisk drużyna szczęśliwa 
Wczasu zażywa. 

A jak rycerski obyczaj mieć każe, 
Dokoła gęste postawione straże, 
A dalej czaty w krąg obozowiska 
Stanęły z blizka. 

Więc na pagórku, gdy się noc poczyna, 
Przodową czatę sprawował Belina; 
Takie hetmańskie było rozkazanie 
(Odpuść mu, Panie!). 

Samemu... w polu... w pośród nocnćj głuszy... 
Toć i najśmielszy upadnie na duszy: 
Wróg w każdej chwili, nie dopuszczaj Boże, 
Uderzyć może. 



220 



A tutaj księżyc, jak na złość, na zdradę, 
Ciska z za chmury swoje światło blade; 
Przy JGgo blasku kamień, krzak lub trawa 
Człekiem się zdawa. 

A tu las blizki gałęzie rozpostrze, 
Tu sterczą jodły, jakby włóczeń ostrze, 
Wiatr je kołycha, chwieją się konary 
Jak dzikie mary. 

• 

A szelest wiatru, co swe tony zmienia, 
Wielce podobien do jazdy tętnienia; 
Zgadnij kto mądry: czy to ruskie syny, 
Czy krzak leszczyny? 

Tak sobie w myślach rozważa Belina, 
Niesprawiedliwość hetmańską przeklina, 
Modli się, słucha, patrzy nadaremno, 
Bo wszędy ciemno! 

Jak ów syn puszczy, co zającem zową, 
Uważnym słuchem, z podniesioną głową, 
W jesienny wieczór rozważa i bada, 
Jak liść opada; 

Słupi się, staje i strzela oczyma, 
Wprawdzie nie blednie (bo rumieńca niema), 
Lecz byle szelest posłyszał z daleka, 
W pole ucieka: 

Tak mąż Belina wśród nocnych straszydeł 
Zazdrości orłom ich potężnych skrzydeł, 
Chciałby od wiatru, księżyca i lasu 
Uciec zawczasu. 



221 



I jak polityk każdą rzecz oblicza: 

— „Na co ta wojna z książęty Halicza? 
„Jakowa korzyść i w jakowym względzie 
Polsce przybędzie? 

„A zresztą... nie wiem... i korzyść być może; 
„Lecz taki hetman, to pożal się Boże! 
„Po co na czaty, kędy pewno zginę, 
„Wysłał Belinę? 

„Zważywszy zresztą Opatrzności plany, 
„Zmrok ciemnój nocy na to został dany, 
„By szlachcic, sławny parantelą znaczną, 
„Wyspał się smaczno. 

„Jam przecie szlachcic i spałbym ochoczo... 
„A jak, broń Boże, Rusiny oskoczą? 
„Zabiją... zginie dostojność jedyna, 
„Mój herb Belina!" 

Więc patrzy, słucha, myśli po kolei; 
Posłannik niebios— sen oczy mu klei, 
I chrobry rycerz na swej chrobrej szkapie 
Snem twardym chrapie. 

We śnie rozważa najmądrzśj, najprościśj, 
Że sen jest tylko przedsionkiem wieczności, 
I że Rusini wnet na śmierć złowrogą 
Posłać go mogą. 

Śpi ciało męża, ale czuwa dusza, 
I oto marzy: że las się porusza, 
Że nieprzyjaciół tysiąców tysiące 
Skaczą po łące; 



222 



Że sam kniaź Koman już pali z kopyta 
I chrobrą ręką za gardło go chwyta... 
— „Ratuj kto poczciw z sarmackich rycerzy! 
„Kto w Boga wierzy!" 

Tak ze snu krzyknął i w nogi od łasa, 
Porywa trąbkę wiszącą u pasa, 
I z całych piersi swój sygnał złowrogi 
Zagrał do trwogi. 

Wśród ciemnój nocy góry i doliny 
Odpowiedziały na sygnał Beliny; 
W obozie popłoch wywołało hasło, 
Sto trąb zawrzasło. 

—„Na koń, rycerstwo! 4 '— chrobry hetman woła, 
Trwożliwy bezład zakipiał do koła, 
Ów szuka zbroje, ów konia na dworze 
Znaleźć nie może. 

Gdyby zaprawdę wrogowie w tój chwili 
Na potrwożone wojsko uderzyli, 
Rycerstwo snadno w takowym bezładzie 
Trupem się kładzie. 

Belina trąby obozowe słyszy, 
Poznaje gwary swoich towarzyszy; 
Gdzież nieprzyjaciel, co zda się szedł drogą? 
Nie masz nikogo! 

Żegna się krzyżem, przetarł oczy senne, 
Patrzy w ciemności otchłanie bezdenne: 
Zda się coś huczy, zda się coś porusza— 
To polna grusza! 



223 



Tymczasem wojsko do szyku stanęło, 
Już się gotuje na bojowe dzieło; 
Gdzie i z kim zasię? niełatwe problema, 
Gdy wrogów niema. 

Harcują w polu i czaty i straże, 
Ale do koła nic się nie ukaże; 
Belina wespół z drugimi harcerze 
Zwija się szczerze. 

Radośnie krzyczy, że nie masz nikogo, 
Że towarzysze spać bezpiecznie mogą, 
Że to nie Rusin, ale go napadło 
Senne widziadło. 

Lecz po obawie znów przyszła obawa! 
Bo król był srogi, gdzie idzie. o prawa: 
Za marny popłoch nieuważne straże 
Śmiercią się karze. 

Więc przeczytano wojenne statuty, 
Płacze Belina w kajdany okuty, 
Już kosa śmierci zawisła surowo 
Nad chrobrą głową. 

Król winowajcę osądzić poleca. 
Zeszła się tedy sądownicza wieca, 
Na której hetman i przyboczna rada 
Belinę bada. 

Może go czasem wrogi przekupili, 
By dawszy sygnał w niestosownój chwili, 
Sprowadził wojsko na swoją obronę 
W przeciwną stronę? 



224 



Rycerz Belina, mąż prawego ducha, 
Kiedy bolesnych zarzutów wysłucha, 
Przejęty strachem pobledniał widocznie 
I płakać pocznie. 

I padłszy do nóg Białemu Leszkowi, 
Wszystko, jak było, całą prawdę mówi: 
Jak liche krzaczki wyobrażał z trwogi 
Za hufiec mnogi; 

Jak rozmarzony, stojący na zimnie, 
Snem niewinności małą chwilkę zdrzśmnie; 
Jako przyśniwszy, że Rusin weń mierzył, 
W trąbę uderzył. 

Król Leszek Biały w dostojnśj postaci 
Słuchał go, słuchał — i powagę traci, 
A usłyszawszy, jako śnił Belina, 
Śmiać się poczyna. 

Wojewodowie, hetmani, kanclerze, 
Każdy serdecznie za boki się bierze, 
Szczerego śmiechu nie powstrzymać mocą, 
Wszyscy chycbocą. 

Po krotochwilnym śmiechu tylu osób, 
Wyroku śmierci podpisać nie sposób; 
Więc rada w radę, wydał król surowy 
Wyrok takowy: 

Aby mu z herbu podkowę odjęto, 
A z hełmu rękę zbrojną i uciętą, 
By się śmiesznemi nie wstydziło czyny 
Gniazdo Beliny. 



225 



I już rycerskie odmieniając miano, 
Łzawym Belinie zwać się rozkazano; 
To znaczy: kłamcą— że swemi sygnały 
Zwiódł obóz cały. 

I herb ów nowy dziś Łzawym się zowie, 
Zostali z herbem starym Belinowie, 
I ztąd się wiodą w kolei wiadomej 
Dwa różne domy. 

A śpiący rycerz rozpowiadał długo, 
Że herb swój nabył wojenną zasługą; 
Lecz nie oszukał kłamliwemi słowy 
Karty dziejowej. 

Stała się znaną niedobra przygoda, 
I wiek wiekowi ze śmiechem ją poda, 
By poszła powieść z dziadów aż na wnuki 
Dla ich nauki. 



III. 



My, potomkowie protoplastów owych, 
Zeszliśmy z dawnych warunków dziejowych: 
Zamiast, jak starzy, wywijać bardyszera, 
My książki piszem. 

Dziś mądra ludzkość, kiedy śpi po trudzie, 
Rozstawia czaty, a piśmienni ludzie 
Winni dać hasło: gdzie? u jakiśj drogi 
Postępu wrogi? 

Kondratowicz. Wybór. T. U. 15 



226 



Biadaż ci, biada, piśmienny skryptorze! 
Jeśli ze strachu kędyś w nocnój porze 
Dasz mylne hasło, wzbudzisz mylne czyny, 
Wzorem Beliny! 

I zamiast tego, co widzisz na straży, 
Będziesz nam bajał, co ci sen wymarzy, 
Gdy marną trwogą twój sygnał poruszy 
Nasz spokój duszy! 

Bo mszcząc się ludzkość za obłędu winę, 
Nazwiecie Łzawym, jak męża Belinę, 
Z twojego kłamstwa przez wieków koleje 
Świat się naśmieje. 



1856. Borejkowszczyzna. 



STARE WROTA. 



„Dowieść, na mię nie mogą, abym co komu 
„uprosił: bo się za tak u Króla Jegomości Pa- 
„rta mego wdzięcznego i udatnego nie mam, anim 
Jest, ani być chcę. Jeden jednak na się grzech 
„powiem: woźnicy Króla Jmści, który mię kil- 
„kanaście lat wozi i ze mną u dwora zstarzał, 
„a nigdy mię nie przewrócił, uprosiłem wielką 
„wakancyę w żupach, groszy 20 na tydzień, 
„aby w starości głodem nie umarł. Jeślim te*m 
„zgrzeszył, proszę odpuszczenia." 

Ks. Piotr Skarga. Na artykuł o Jezuitach 
odpowiedź, rozdział I, 



pz^ść Pierwsza. 



I. 

W roku zbawienia tysiącznym pięćsetnym 
Dziewięćdziesiątym i dziewiątym pono, 
Zygmunt, którego Trzecim narzeczono, 
Panował w Polsce. Czy był królem świetnym? 
O czśm zamyślał? co czyni? jak żyje? 
Czyim dał ucho poszeptom zdradzieckim? 



228 



tóm szeroko piszą historye; 

Jeśli chcesz wiedzieć, przeczytaj w Piaseckim. 
My się nie wdajem w historyczne sprawy, 
Bo strach rozbudzić krytyków z Warszawy. 
W skromniejszej mierze trzymając się płota, 
Tylko Zygmunta wspomniawszy nawiasem, 
Chcę wara opisać staroświeckie wrota, 
Przy starym dworku pod litewskim lasem. 
Och! dawno chaty zwaliły się ściany, 

1 las wycięto, zorano na grunta, 

I jeszcze większe nastały odmiany 

Od owych czasów Trzeciego Zygmunta. 



II. 



Onego czasu zakon Jezusowy 
Był panem serca i królewskiej głowy. 
Próżno Zamojski zżyma się na sejmie, 
Pada convenła że monarcha targa,— 
Król Jezuitom serca nie odejmie, 
Bo jego serca pilnował Piotr Skarga. 
Święty Piotr Skarga! wśród synów Loyoli 
Wyrósł, zestarzał, — i wierzył w ich cnotę; 
Grzmiał z kazalnicy w słowa szczerozłote, 
Żył i pracował zakonowi gwoli. 
W ręce obłudy dał się nieobłudnie, 
I w piersiach uczuć niezgłębioną studnię, 
I męzką wolę, i rozumu siły 
Złożył Piotr Skarga na starszyzny ręce. 
Już posiwiały, już k' ziemi pochyły, 
Przechował w duszy wierzenie dziecięce. 



229 



Z wesołą twarzą, w pokornśj postaci 
Kwapił się spełnić swych starszych rozkazy. 
W świętych źrenicach sam nie mając skazy, 
Nie mógł jej dojrzeć na sercu swych braci. 

Czy w Sandomierzu, gdy szlachta zebrana 
Na Jezuitów wykrzykuje veto, 
Czy trzeba wstydzić błędy Aryana, 
Albo się ścierać z uczonym Hel weta, 
Czy to rycerstwo na koń się sadowi, 
Czy idzie z wojny z bogatym obłowem, 
Czy rokoszanin zagraża królowi, — 
Staje Piotr Skarga z piórem i ze słowem. 
On broni świętych tajemnic ołtarzy. 
Zasłania kościół od błędnej szarańczy, 
W bitnych pancerzach odwagę rozżarzy, 
W togach senatu szczepi duch poddańczy. 
Dwoi się Skarga, i kędyż go niema, 
Gdzie woła kościół lub ziemia rodzima? 

Mąż wielki sercem, potężny w wyrazy, 
Nie dziw, że został filarem kościoła, 
Że pańskie serce u Zygmunta Wazy 
Takiemu człeku odjąć się nie zdoła. 
Gdy go królewskie zawiodą nadzieje, 
Kiedy mu serce przepełniają żale, 
Czegóż się dziwić, że duszę wyleje 
Przed Piotrem Skargą przy konfessyonale? 
Ze gdy, jak ojciec od swawolnych dziatek, 
Doznał zniewagi szlachty czy magnata, 
Już Zygmunt tęskni do spowiednich kratek 
Skarżyć się Skardze na ból, co przygniata? 



230 

Że kiedy dworskie pochlebstwo owionie, 
Gdy mu dworują koronni panowie, 
Tęskliwóm okiem patrzy ku ambonie, 
Bo tam z ust Skargi o prawdzie się dowie? 

A Skarga kochał Zygmunta Trzeciego, 
Bo w jego sercu postrzegał grunt żyzny, 
Bo w łzach pokutnych, co mu z oczu biega. 
Widział deszcz hojny dla plonów ojczyzny. 
Może ze strachem, z boleścią ukrytą 
Popierał głowę króla słabowitą; 
Może zwodniczym blaskiem nieomamion, 
Znał, jak mu cięży pomazańców toga; 
I może nieraz modlił się do Boga 

większą siłę dla Zygmunta ramion, — 

A znając dobrze, zkąd się krzepkość bierze, 
Na drogach Pańskich umacniał go w wierze. 

1 grunt był żyzny, i siewca nielada, 
A czemuż ziarna nie wyrosły boże? 
Ten chyba na to odpowiedzieć może, 
Co losy plemion i wieków układa. 



III. 



Ledwie bywało dziewiąta godzina 
Wydzwoni ranek na zamkowśj wieży, 
Król z brewiarza jutrznię rozpoczyna, 
(Bo się pilnował kapłańskich pacierzy), 
A na pokojach u tronowej sali 
Już się panowie i dworscy zebrali, 
I szepcąc cicho prze królewskie zdrowie, 
Czekali, rychło dzwonek się odzowie. 



231 



Potom dworzanin, który pełnił straże, 
Otwiera pańskie komnaty i woła: 

— „Królestwo Ichmość zaraz się ukaże, 

* 

„Tędy przechodzić będzie do kościoła/ 

I wchodził Zygmunt i obok królowa, — 
Chylą się czoła w cześć Królewskiej Mości; 
Lecz król milczenie uroczyste chowa, 
Jeno skinieniem pełnóm uprzejmości 
Powita dworzan i przez salę kroczy, 
K'ziemi spuściwszy swe promienne oczy. 
Wtedy i słowa wyszepnąć niemożna; 
Bo król rachunek przed spowiedzią, czyni. 
Wyszedł w krużganek — a ciżba pobożna 
Już do zamkowój tłoczy się świątyni. 
Wszyscy w milczeniu, a wszyscy po parze, 
Senat za królem, a dworscy po przedzie, 
Idą w krużganku kryte korytarze, 
Co z zamku prosto do kościoła wiedzie. 
Pod baldachimem z bogatej purpury 
Uklęknął Zygmunt lub krzyżem się ściele; 
A tam kapelan, albo biskup który, 
Czyta mszę świętą, — a w całym kościele 
Szmer taki cichy, jak liści osiny, 
Kiedy się trzęsą przy świetle księżyca; 
Posłyszysz nawet, kiedy parsknie świeca, 
Lub czyje serce z cierpienia lub winy 
Jęknie westchnieniem. 

Kiedy msza się czyta, 
Czarny cień jakiś przesnuł się pomału: 
Siwy jak gołąb stary Jezuita, 
Piotr Skarga, zasiadł do konfessyonału. 



232 



A kiedy kapłan kreśli znamię krzyża 
I Ewangelii odczyta ostatek, 
Król lub królowa powoli się zbliża, 
A Skarga ucho nachyla do kratek. 
Króla z kapłanem spowiedź w cztery oczy 
Długa i rzewna — widać, jak łzy leje!... 
OchI tę rozmowę, którą z Bogiem toczy, 
Gdyby raz jeden podsłuchały dzieje, 
Może ich karty brzmiałyby inaczej; 
Lecz insze ludzkie, — insze sądy boże! 
Kapłan dla skruchy grzesznemu przebaczy, 
Ale historya przebaczyć nie może. 

Znowu msza święta. Wyspo wiadan szczerze, 
Zygmunt Sakrament Przenajświętszy bierze 
Z rąk księdza Skargi — a tak pokrzepiony 
Na całodzienne dźwiganie korony, 
Do panów radnych przybliża się śmielej, 
Na swe dworzany pogląda weselej. 
Opuszcza kościół, i święconą wodą 
Krzyż na swśm czole i na piersiach kładzie; 
I znów krużgankiem panowie go wiodą, 
Gdzie ma przodkować państwa wielkoradzie, 
Przyjmować posły ościennych mocarzy, 
Lub słuchać sejmu, który szumnie gwarzy. 

Tak było codzień — a w każdą niedzielę 
Król we świątyni bawił za południe. 
Tam się lud mnogi na kolana ściele, — 
A ojciec Skarga odzywa się cudnie: 
O świętej wierze, o bratniój miłości, 
Słowami prawdy i kamień przebodzie, 
Panów prowadzi ku braterskiój zgodzie, 



233 



Sędziów ku pracy i sprawiedliwości, 
W żołnierstwie ducha pobożnego szczepi, 
I nie przestaje powtarzać słów Pana, 
Aż pojmą głusi, aż obaczą ślepi, 
Aż rzewny naród padnie na kolana. 
Wtedy apostoł z promienistą twarzą, 
Wesół na sercu, schodzi z kazalnicy. 
Panowie tłumnie k'niemu się kojarzą, 
Biją mu czołem dworscy urzędnicy; 
Rycerstwo, jakby na widok hetmana, 
Stawa do szyku, aby uczcić księdza; 
Lud go pozdrawia — a bieda i nędza 
Ciśnie się przy nim, ściska za kolana. 
A siwy starzec, zawstydzon jak panna, 
Na wszystkie strony skromny pokłon dzieli; 
Śpieszy do swojśj za klauzurą celi, 
Kędy go czeka praca nieustanna, 
Kędy go czeka swobodne zacisze, 
Kędy się modli i swe księgi pisze. 



IV. 



Przez lat trzynaście pełniąc służby boże, 
Skarga pracował piórem, sercem, głową; 
Ranek miał w zamku, cały dzień w klasztorze, 
Chyba że znowu do zamku pozową. 
Król, który pragnął, aby starość święta 
Na długie lata chowała się krzepko, 
Codzień bywało najwierniój pamięta, 
Aby go dworską odsyłać kolebką. 



234 



Ale apostoł, pełen ducha mocy, 
Brzydził się blaskiem wytwornćj karocy, 
I tak powiadał: — „Do czego te dziwy? 
„Królu i Panie Wielce Miłościwy! 
„Ścieżka do zamku z klasztoru mi znana, 
„Ani daleką, ni błędną mam drogę; 
„Staremu rzeźwiój przechodzić się z rana, 
„Więc chodzić pieszo i pragnę, i mogę. 
„Zbawiciel świata, większy pan niż Skarga, 
„A przecież wierną otoczony rzeszą, 
„Po piaskach judzkich święte stopy szarga, 
„Z miasta do miasta przechodząc się pieszo." 

Ale król na to: — „O mój księże miły! 
„W trzydziestu leciech Chrystus nie był stary; 
„Ale w te lata, z waścinemi siły, 
„Nie porywaj się z Chrystusem do miary!* 

Chciał Skarga mówić coś o świętym Piętrze, 
Swoim patronie — ale król nie słucha. 
A że nastało zimniejsze powietrze, 
Nastała w mieście śnieżna zawierucha, 
Więc wyszukano na królewskiój stajnie 
Skarbniczek mały, wygodny, niekryty, 
Co o godzinie szóstój jednostajnie 
Szedł pod mieszkanie księdza Jezuity, 
Wiózł go co ranek pod świątynię dworną, 
A o południu pod fortę klasztorną. 



V. 



Od lat trzynastu już odtąd co rano 
Ów niepoczesny skarbniczek widziano, 



235 



Zielonśj barwy, z koły wysokiemi, 
Trząsł się po bruku czy po równój ziemi. 
A stary konik, bułany, niewielki, 
Cichej natury, jak właśnie dla księdza, 
Szedł sobie stępo zaprzężon w dyszelki, — 
Stary woźnica lejcem go popędza. 

Woźnica strojny ze złotem błękitno, 
Miał pas wzorzysty i kołpaczek rysi; 
Policzki jego jeszcze zdrowiem kwitną, 
A wąs srebrzysty aż do pasa wisi. 
Kodem był Litwin, nazwiskiem Szeliga, 
Sługiwał dawniej na wojskowym żołdzie, 
A gdy piątego krzyżyka dościga, 
Był dojeżdżaczem przy panu Gasztołdzie. 
Potom go bieda— na świecie zwyczajnie— 
Wypchnęła z Litwy rodzinnego sioła; 
Został woźnicą przy królewskiej stajnie 
I księdza Skargę woził do kościoła. fc 
Ksiądz Skarga, wózek, i postać woźnicy, 
I zasłużony koń bułanej maści, 
Zwykli do siebie przez latek trzynaści, 
I ludzie do nich zwykli na ulicy. 
Gdy rankiem przemkną bywało przez miasto, 
Stragarze wiedzą, że szósta godzina; 
Kiedy wracają, to znaczy dwunastą; 
Stary skarbniczek wskazówka jedyna. 
Wtedy się cisną i wielcy i mali 
Popatrzeć w oczy świętego człowieka: 
Ów czołem bije, ów Chrystusa chwali, 
A owa dziatwę prowadzi z daleka, 
Bo ma otuchę, że apostoł boży 
Błogosławieństwo na jej głowę włoży. 



236 



VI. 

Stary Szeliga był chlubny nielada, 
Takiego człeka że mu wieźć wypada, — 
I zazdroszczono jemu tych zaszczytów; 
Ale on, z dworskich żartując poswarek, 
Jeździł codziennie, wiernie jak zegarek, 
Do Jezuitów i od Jezuitów. 
Tak do swój służby ułożył się zdatnie, 
Że woził Skargę jak żaden z czeladzi: 
Na jednóm miejscu bułanego zatnie, 
Na jednóm miejscu o kamień zawadzi; 
Gdy wraca próżen w południowój chwili, 
Z jednego miejsca przygląda się miastu, 
W jednej gospodzie szklanicę wychyli, — 
To był obyczaj już od lat trzynastu. 
A gdy wychodzi i ociera wargi 
Z szumiącój piany piwnej albo miodnej, 
Znaczy, że w zamku niema księdza Skargi, 
I że Szeliga cały dzień swobodny. 

VII. 

A iż czas ludzi najlepiej odsłania, 
I łacno poznać gdzie poczciwe lice, 
Tedy wzajemny węzeł miłowania 
Kojarzył Skargę i jego woźnicę. 
Szeliga biedak — tym kluczem najprościej 
Serce się Skargi otwarło Szelidze; 
Sterał swe lata "w wojennej fatydze — 
Toć drugie prawo do jego miłości. 



237 



Jak na woźnicę miał talent nielada: 

Konia nie chłoszcze, z przeklęctwem nie fuknie, 

Trzy razy tylko o kamień gdzieś stuknie, 

W porę zamilczy, w porę coś zagada. 

Dla świętych dumań mając cześć i względy, 

Nigdy się pierwszy ozwać nie odważył; 

Lecz zmiarkowawszy, że ksiądzby pogwarzył, 

Ochoczóm sercem stanie do gawędy. 

Wiedział co mówić i do jakich osób, 

Więc Skarga ucho dawał mu ochocze. 

O czóm gadali i w jaki to sposób? 

Oto wam próbkę rozmowy przytoczę. 



VIII. 

— „Mróz, miły bracie! czy waści nie chłodno?" 

— „Ręce pokrzepły, miłościwy księże! 
„Choć mam opończę ciepłą i wygodną, 
„Chłód i przez szubę do kości dosięże. 
„Krew już nie grzeje, to i cóż za dziwy? 
„Starość nie radość, księże miłościwy! 
„Śmierć w oczy patrzy!* 4 

— „Niepotrzebna trwoga: 
„Bliżej do grobu, to bliżej do Boga!" — 
Odpowie Skarga: — zresztą miły bracie, 
„Tam w niebie cieplej." 

— „Cieplćj, księże miły, 
„Niżby naprzykład ot w tćj starój chacie, 
„Co nad jej okny wiszą lodu bryły, 
„Szybki pobite od wczorajszej burzy, 
„A, jak uważam, z pieca się nie kurzy. tt 



238 

Pokiwał głową i na chatę blizką 
Skierował swoje woźnicze biczysko. 

— „A któż tu mieszka?" — spytał Skarga 

[rzewnie. 

— „Wdowa płatnerza... Pomnę ich przed laty: 
„Tu miał domowstwo, tu stały warsztaty, 
„Dogadzał żonie, jak gdyby królewnie, 
„Bo było z czego: w Batorowskie czasy 
„Pancerze, hełmy były bardzo w modzie; 
„Miał ich w sklepiku ogromne zapasy 
„Ku prześwietnego rycerstwa wygodzie. 
„A był to z dziadów, z pradziadów zbrojownik, 
„TJ nich rzemiosło szło z ojca na syna; 
„Bywało pancerz, czy koński nagłownik, 
„Z żelaznój blachy jak z wosku wygina! 
„Późniśj postarzał, oślepnął i ginie: 
„Robota rzadsza, a tu człowiek chory, 
„Król miłościwy, panujący ninie, 
„Już do pancerza nie to, co Batory! 
„Zresztą dziś szlachta bogaciej się stroi: 
„Wzdycha do lekkich weneckich pancerzy. 
„Już jój domowej nie pokazuj zbroi, 
„Radaby błyszczeć, jakby święty Jerzy! 
„A tu... jak Niemcy do miasta nalazą, 
„Jak poczną stawiać nowomodne kramy, 
„Sprowadzać szwedzkie z za morza żelazo,— 
„Gdzież my prostacy z nimi się zrównamy? 
„Holał nieborak od doby do doby, 
„I jego mieszek chorzał na suchoty, 
„A tu z kramkami wędrujące Szkoty 
„Dawaj go leczyć od ocznój choroby! 
„I wyleczyli... po trosze... po trosze, 
„Zabrali oczy, i życie, i grosze... 



239 



„Została żona — poczciwa starucha, 
„I troje dziatwy — pacholęta jeszcze... 
„Patrz Wasza Miłość: ot i w ręce chucha! 
„Nędza nie puści kogo porwie w kleszcze! 
„A tego roku drogi chleb i mięso, 
„I wiązki drzewa za szeląg nie dostać: 
„Nie dziw, że wdowy skurczyła się postać, 
„Nie dziw, że dzieci od głodu się trzęsą. 
„Ojciec kuł ludziom pancerze za młodu, 
„Chronił ich piersi od bojowćj kuli, 
„A dzisiaj dziatwy ginącćj od chłodu 
„Nikt nie ochroni— nikt nie da koszuli!" 

Tak stary bajał jednego poranka... 
Och! bo i jego był los taki samy! 
Machnął biczyskiem i zaciął bułanka, 
Stuknął o kamień i wjechał do bramy. 
A ojciec Skarga, co zawsze przy sobie 
Miał rzymski stylus i tabliczki z wosku, 
Co nieszczęśliwym w utrapienia dobie 
Z rychłą pomocą śpieszył po ojcowsku, — 
Zapisał imię nieszczęśliwej wdowy, 
Pożegnał starca i ruszył swą drogą: 
I juz nazajutrz pacholik zamkowy 
Zaniósł jćj wsparcie — Bógże wie od kogo! 
A kiedy pełniąc stare obyczaje, 
Krzepił Szeliga w gospodzie swe zdrowie, 
Bóg wie dla czego coś mu się wydaje, 
Że i miód słodszy, i weselój w głowie. 

IX. 

Tak często gęsto, niby nieumyślnie, 
Jakieś słóweczko do rozmowy wciŚDie; 



240 



Wiedział z kim gada i wiedział jak gadać. 
Skarga, co ludzi przywyknął spowiadać, 
Bywało zręcznie za słówka go chwyta, 
Daje woźnicy wygadać się dłużej, 
A z jego bajan zawsze się wynurzy 
Jakaś niedola, gdzieś nędza ukryta. 
Skarga dochodził po nitce pajęczej, 
Gdzie jaki dłużnik, co go lichwiarz dręczy, 
Kogo nękają bezbożni pieniacze, 
Lub jakie bole komu serce ranią; 
Gdzie biedne dziewczę rozpaczliwie płacze, 
Stojąc nad grzechu straszliwą otchłanią; 
Gdzie brat ku bratu oddycha niezgodą, 
Gdzie z sąsiadami poswarki zawiodą. 
A żadna powieść nie była napróżna: 
Bo owdzie grosza, tam serca jałmużna 
Rzucona zręczną dłonią apostoła, 
Rozjaśnia serca, rozpogadza czoła. 
Szeliga wszystko wygwarzył otwarcie; 
Lecz była hardość w sercu tego dziada: 
Kiedy dla innych kołatał o wsparcie, 
Nigdy o własnej nędzy nie zagada! 
Bystra źrenica księdza kaznodzieje 
Rychło się wpiła w skrytą pierś Litwina, — 
Niby nieznacznie pytać go poczyna, 
O dom rodzinny, o dawne koleje: 
Jak to z Gasztołdem biło się niedźwiedzie? 
Co go ze służby pancernej wywiodło? 
Czemu szlacheckie zaniechawszy godło, 
Został stajennym? i jak mu się wiedzie? 
Czy na swą Litwę wrócić kiedy życzy? 
Czy jakich krewnych i przyjaciół niema? 



241 

Z czego żyć będzie, kiedy lejc woźniczy 
Już się w zgrzybiałych ręku nie utrzyma? 
Gdyby go pytał głosem jałmużnika, 
W politowania smutnego sposobie, 
Pewnieby Litwin zaciął się sam w sobie, 
Bo on dla żalów piersi nie odmyka, 
Cierpi gdy nędzę wyspowiadać musi, 
Chlebem jałmużny pewnie się zakrztusi; 
Ale badany z nienacka a zdatnie, 
Niby gawędząc o deszczu i suszy, 
Stary Szeliga wpadł w księdzowskie matnie, 
Wysączył przed nim każdą kroplę duszy. 
I kapłan przeznał Litwina odludka 
Od pacholęcia, od pieluch bez mała; 
Powieść to była i prosta i krótka, 
A jednak Skardze łezkę wywołała. 

X. 

Ojciec Szeligi był szlachcic ubogi, 
Mieszkał pod Wilnem na Litwie głębokiej; 
Miał włókę gruntu i lasu trzy włoki, 
Orał, polował i rąbał się z wrogi. 
A jak wiadomo, w Jagiellońskie lata 
Mniej było szlachty na żołdzie magnata; 
Czy sejm, czy sejmik, czy rycerskie koło, 
Szlachta chowała zbożne obyczaje, 
I częściej panom stawi harde czoło, 
Niźli im swoje sumienie przedaje. 
Bywało wtedy u szlachty i braciej 
Ubożśj w domach, lecz w sercach bogaci ej. 
Swoboda była nie słowem lecz faktem, 
Bo jój umiano strzedz nie po pijanu. 

Kondratowicz. Wybór. T. II. \* 



242 



Jeśli kto ziemię trzymał za kontraktem, 

To jeno groszem opłacał się panu; 

Wypłacał czynsze po niedrogiej cenie 

Na święty Marcin lub na święty Jerzy; 

Lecz miał swobodne ramię i sumienie, 

Bo to oboje do kraju należy. 

Rzadko kto służył w nadwornej chorągwi 

U kasztelana albo wojewody; 

Dorna sycono i piwa, i miody, 

Nie zaglądając do magnackiój stągwi. 

Ojciec Szeligi ręką pracowitą 

Karczował lasy i zasiewał żyto; 

Miał swoje stada i po lasach barcie, 

Miał pobożności i cnót w sercu wiele; 

Pościł w sobotę, chmielił się w niedzielę 

I świętą prawdę ciął ludziom otwarcie. 

Łacińskich nauk nie zaszczepiał w synie, 

Bo tylko Credo umiał po łacinie; 

Lecz za to grzmotnąć niedźwiedzia z półhaka, 

Lub kosić trawę na zielonej błoni, 

Karczować pole lub dosiadać koni 

Dzielnie wyuczył swego jedynaka. 

A kiedy wojna nadeszła z Wołoszą, 

To % na nią syna wyprawił sowito, 

Kazał stać murem za Rzeczpospolitą, 

Miecz mu do boku przypasał z rozkoszą, — 

I dusza ojca była wielce rada, 

Że stary pancerz k'piersiom mu przypada. 

Złożon do boju nasz młody Szeliga 

Z radością oręż rodzicielski dźwiga. 

Z pod Obertyna, gdzie zwijał się żwawo, 
Powrócił zdrowy i okryty sławą; 



243 



Ale krom sławy nic więcej nie dopnie, 
Bo łupów nie brał, na zyski nie patrzy; 
Hetman rozdawał zaszczyty i stopnie, 
Ale tam rękę przeciągał bogatszy, 
A za bogatszym, jak obyczaj każe, 
Byli rotmistrze i regimentarze. 

tamtych czynach dobrą pamięć chowa 

1 król, i hetman, i karta dziejowa. 
A jego pracom któż uczynił zadość? 
Własne sumienie i ojcowska radość. 
Dosyć mu było: zwycięzca Wołoszy 
Znów orze ziemię i niedźwiedzie płoszy; 
A gdy pan Gasztołd wyprawił obławę, 
Tak zręcznie dzika na oszczep przebodzie, 
Że przypadł k'sercu panu wojewodzie 

I już porzucił gospodarską sprawę. 
Sądząc, że czegoś dosłuży się może, 
Został myśliwym w gieranońskim dworze. 
Ojciec był nierad tej jego dworszczyźnie: 
— „Lepiejbyś poszedł Wołochom w niewolę! 
„Na jasnych dworach chcesz dopędzać dolę, 
„A tu się dola wioskowa wyśliźnie. 
„Czy ci niemiła domowa zagroda? 
„Czy mało chleba? czy może zła woda? 
„Czy tu złe knieje? czy tu złe nadzieje? 
„Nad twoją strzechą słomianą i starą 
„Patrz, jak się niebo dobrotliwie śmieje? 
„Mierzyć ci hojną obiecuje miarą! 
„A tam na dworach, dokąd chętka wzywa, 
„Zyski niepewne^ strata niewątpliwa: 
„Bo strata czasu na służebnym chlebie, 
„Dla Boga, kraju, dla samego siebie. 



244 

„Tam twoja wola nietwoją się stanie; 
„Tam zaprzedałeś twój sen i czuwanie; 
„Tam każde słowo musisz mieć na wodzy. 
„Wiesz, jak bogatym hołdują ubodzy? 
„Służąc w ich barwie, nie dopuszczaj Boże, 
„Nawet myśl twoja zaprzedać się może! 
„Boś ty najemnik, i Bóg wie za kogo 
„Nieść twoją głowę rozkazać ci mogą! 
„Nie jedź, mój synu! lub jeśli ci mile, 
„Idź w dworską służbę — ja nie błogosławię, 
„Bo wiem, że do nas powrócisz za chwilę, 
„Może powołań ku godniejszój sprawie! 44 

Nie błogosławił — a młody Szeliga __ 

Jechał do dworu i już barwę dźwiga, 
Hasa po kniejach, jak dojeżdżacz lichy... 
Poszedł swą drogą, bo w Niebiesiech pono 
Nad głową szlachty, za grzechy jej pychy, 
Już służebnictwa klątwę wyrzeczono! 

Ojciec umierał i przyzywał syna; 
Syn nie mógł przybyć po błogosławieństwo, 
Bo była zręczność popisu jedyna, 
Obława sławna! Całe Wielkie Księztwo, 
Wszystko co żyje, na wyścigi bieży 
Polować z królem do puszcz Białowieży. 
Sądził Szeliga w zamniemaniu płonnóm, 
Że król, gdy zręczność łowiecką obaczy, 
Weźmie go k'sobie i mianować raczy 
Łowczym nadwornym, a potem koronnym; 
A wtedy żywot rozpocznie szczęśliwszy 
I pana ojca przekona, co umie... 



i 



245 

Lecz król młodzieńca ani widział w tłumie, 
A ojciec umarł, nie błogosławiwszy. 

Odtąd dworszczyzny burzliwym odmętem 
Płynął Szeliga, przykuty do łodzi. 
Już ani pytaj, jak mu się powodzi, 
Bo krzyż ojcowski swym promieniem świętym 
Już się nad głową jego nie migota, 
Dróg nie oświeca błędnego żywota... 
Przez nieuwagę popsował raz sieci, 
Że wilk ścigany z ostępu wyskoczy: 
Pan się rozgniewał, i groźno zaleci 
Aby mu więcój nie stawał na oczy. 

Wypchnięty z dworu, nie postał już doma, 
Bo się płochości sam przed sobą sroma. 
Obliczył grosze — kwota ich zbyt mała; 
Ubiegłe lata obrzucił oczyma — 
Większa połowa marnie się sterała; 
Obliczył zdrowie — to jeszcze się trzyma. 
Więc dalej na świat poszedł zbierać plony 
Po inszych dworach Litwy i Korony. 

W dworach Kierzgajłów, Kiszków, Chlebowiczy, 
Terał swe zdrowie, wodząc pańskie psiarnie. 
Chciał doznać w życiu rodzinnych słodyczy, 
Pojął małżonkę — wnet nędza ogarnie. 
A kiedy insi zbierali wawrzyny 
Z królem Batorym na inflanckiej wojnie, 
On na niedźwiedzia ostrzj 7 ł rohatyny, 
Lub w pańskich waśniach walczył niedostojnie. 
Gniotła go nędza, więc byle zapłacą, 
Nadstawiał ramię, Bóg wie gdzie i za co! 



246 



Wziął ranę w czoło — nie gdzieś przy fortecy, 

Lecz służąc świadkiem u sądowych kratek; 

Niedźwiedź na łowach szarpnął go przez plecy 

I wyrwał zdrowia krzepkiego ostatek. 

A więc w Krakowie we szpitalu leży, 

Żona bez chleba — on sam bez odzieży; 

A syn, którego Niebo mu przysłało, 

Kosnął bez nauk, jak istota podła, 

Nie mógł ojcowską pocieszyć się chwałą, 

Coby go kiedyś między ludzi wwiodła. 

Cierpiał Szeliga — lecz się nie użala, 

Bo nad swą strzechę wolał zamki cudze, — 

Po tyloletniej po dworach usłudze 

Czuł, że sam winien, idąc do szpitala. 

Szczęściem, Bobola, wielki podkomorzy, 
Człek miłosierny, polubieniec króla, 
Zwiedzając domy, gdzie jęczeli chorzy, 
Nad jego losem rzewnie się rozczula. 
Niepiśmiennemu, jak strzelec zwyczajnie. 
Co nie miał zdrowia, co już był niemłody, 
Jakież się mogły nastręczać zaw r ody? 
Wzięto Szeligę do królewskiej stajnie. 
Zapłakał z razu, mając barwę nosić; 
Lecz gwoli żony i dziecka potrzebie 
Zaparł się herbu i samego siebie, — 
I tak niedoli doświadczył już dosyć. 
Nowy chleb jego — zwyczajnie woźniczy, 
Choć to u króla, lecz zawsze sromota, 
Wśród upokorzeń, wśród ciągłych goryczy, 
Boleść na sercu, chociaż barwa złota. 
Ale ta świetność i hańba rzemiosła 



247 



Przez lat trzynaście do serca już wrosła. 
Tylko gdy Skarga k'wyznaniu zachęca 
I trącił serca bolejącą strunę, 
Szeliga ryknął płaczem potępieńca: 

— „Czyż ja tu kości do grobu osunę? 
„ Jaż, niegdyś szlachcic!., czyż mi Bóg przeznacza 
„Włożyć do trumny mój bicz poganiacza? 
„Och! gdyby nieco grosza ku potrzebie, 
„Znówby woźnica wskrzesnął na szlachcica, 
„Szedłbym na Litwę o żebranym chlebie, 
„Tambym przebłagał mogiłę rodzica, 
„Wykupił dworek, com stracił z mej winy, 
„I zakopany w ustroniu dalekiem, 
„Kształciłbym syna pomiędzy Litwiny, 
„I tambym umarł niezależnym człekiem. 
„Dajcie mi, księże, lekarstwo na ranę! 
„Zedrzyjcie ze ranie złocistą sukmanę!. 
„Gdy znosić nędzę— niech tam znoszę nędzę! 
„Niechaj odżyję przed zawarciem powiek! 
„Z pługiem rolniczym i w szarej siermiędze, 
„Karczując grunta, przypomnę, żem człowiek!" 



XI. 

Takiemi słowy dzieje swojej zguby 
Gwarzy Szeliga, jadąc z Częstochowy, 
Kędy składano uroczyste śluby 
Za powrót króla szczęśliwy i zdrowy. 
Bo powróciwszy ze szwedzkiej stolicy, 
Przetrwawszy morskie i wojenne burze,. 
Zygmunt uczynił ślub Bogarodzicy 



248 



Uczcić jej święty tron na Jasnej Górze. 
Skarga, towarzysz nierozdzielny króla, 
Jeździł go przywieść przed Pańskie ołtarze, 
I rzewną mową słuchaczów rozczula, 
Oddając wota, jak ślub święty każe. 

Wzruszon woźnicy powieścią rzewliwą, 
W głębi swej duszy rozmyślał człek boży: 
Trzeba z pomocą pokwapić się żywo; 
Ale podarek starca upokorzy. 
Tu niestosownie jałmużna się poda, 
Kędy za pracę należy nagroda. 
W Polsce są grosze na takie potrzeby, 
Dla sił steranych jest opieka prawa; 
A po starostwach zasłużone chleby 
Król szczodrobliwie swej szlachcie rozdawa* 
Wprawdzie, na przekór zasłużeńszój braci, 
Biorą starostwa młodzieńcy— magnaci, 
Ale z nich słusznie należy coś starszym: 
Szeliga walczył w swoje młode lata, 
Potem wiek terał przy dworze monarszym, 
Niechże spokojnie życia dokołata. 
Przecież starostwa niemożna dlań prosić... 
Lecz niechaj z głodu nie giną biedacy, 
A kilka groszy dożywotniej płacy 
Będzie mu dosyć— i aż nadto dosyć. 
Zapomożony, a wdzięczen królowi, 
Niech rzuci służbę, gdzie uędza uciska, 
Niechaj na Litwie dom przodków odnowi, 
Niech utraconą dostojność odzyska. 
Tu sprawiedliwość z miłosierdziem w parze— 
Trzeba dopomódz, bo sumienie każe. 



?49 



Tak pomyślawszy, w upatrzonśj chwili 
Skarga odważnie stawił się przed tronem, 
I serce króla tak rzewnie rozkwili, 
Że pożądanym ucieszył się plonem. 
Król zdzierżał słowo, bo nazajutrz rano 
Już mieli maudat bocheńscy żupnicy, 
Aby Szelidze, dworskiemu woźnicy, 
Dwadzieścia groszy w tydzień wypłacano. 
Ów dar Szeliga przyjął najszczęśliwszy, 
I nic dziwnego, bo kwota nielada, 
Bo na dzisiejszą wartość policzywszy, 
Toć trzysta złotych do roku wypada! 

A choć się Skarga nie przyznał otwarcie, 
Że on wyprosił pożądane wsparcie, 
Jednak Szeliga wpadł na domysł skory, 
Komu był winien swe dworskie fawory. 
Nie szedł dziękować, bo do swego czynu, 
Wiedział, że Skarga nie przyzna się za nic; 
Ale swą wdzięczność bez końca, bez granic 
Przekazał żonie i zaszczepił w synu. 
I wszyscy troje następnój niedzieli, 
Wiedząc, zkąd przyszła niebieska opieka, 
Szli do spowiedzi i krzyżem leżeli, 
Modląc się z płaczem za dobrego człeka. 
A gdy Szelidze łzy pobożne biega, 
Jednym był tylko skrupułem dotknięty, 
Że to grzech może modlić się za niego, 
Bo ojciec Skarga już za życia święty. 

XII. 

A z barwy dworskićj gdy się raz wyłuszczy, 
Ody ze służalca przekształcił się w człeka, 



250 



Poszedł Szeliga, gdzie Litwa daleka, 
Gdzie dworek ojców pustoszał na puszczy. 
Niełatwe tutaj czekały nań sprawy, 
Lecz go wzmacniały szlachetne pochopy; 
Grunta rodzinne wykupił z zastawy, 
Sam zwalił w lesie bierwion cztery kopy, 
Zwiózł je do domu, a coraz to żwawszy, 
Sam ociosywał kłody ku budowie, 
A dobrych ludzi na pomoc przyzwawszy* 
Począł odnawiać ojczyste pustkowie. 
Jak kiedy bocian z wędrówki powraca, 
Ledwie powitał olszynę rodzimą, 
Zaraz go czeka i nielekka praca, 
Naprawić gniazdo uszkodzone zimą: 
Tak i Szeliga, dworów wychowanek, 
Razem z bocianem krzątać się nie leni; 
A nim ztąd bocian odleciał w jesieni, 
Dworek Szeligi już stanął, jak wianek. 
Pod ciemnym lasem, z wysokiego wzgórka 
Domek podnosił swe łamane szczyty, 
Ciosany z jodły a słomą poszyty, 
Otoczon gęstym parkanem podwórka. 
Z polnych kamieni, naprzeciw mieszkania^ 
Zmurował lamus z dwóch piąter, jak wieżę; 
Chorągiew z herbem jego dachu strzeże, 
A kilka brzózek cudnie go osłania. 
Zdobiły chatę: ogródek wzorzysty, 
Przyzba, i ganek, i kominy z cegły, 
A stara jabłoń i klon gałęzisty 
Sowitym cieniem pół dworku zaległy. 
Wjazd stanowiły staroświeckie wrota, 
O dwojgu słupach z fórtką i przełazem, 



251 



Z dachem ze słomy, okute żelazem, — 
Zajechać do nich aż brała ochota. 
Bo dziwna sztuka u litewskich cieśli, 
Że nasza brama zawżdy gościa złowi; 
Kogo bogowie pod wrota przynieśli, 
Już jak magnesem ciągną ku dworkowi. 
Wiejskiego cieśli zaklęta siekiera 
Takim je wdzięcznym uśmiechem ubiera, 
Myśl gospodarza tak wyżłabia zdradnie, 
Że brama, krzepko na rygle zabita, 
Ledwie podjeżdżasz — sama się rozpadnie, 
Radosnym skrzypem przybyłego wita. 
Zkąd takie cuda? czy to z duszy szczerćj, 
Co rada gościom przychylić niebiosa? 
Lub czarodziejstwo ciesielskiej siekiery 
Jakieś nad bramą zaklęcie wyciosa? 
Trudno odgadnąć— to tylko wiadomo, 
Że w jednej Litwie stawią takie wrota, 
Z czubiastym daszkiem, uplecionym słomą, 
Na którym świeci uśmiech i szczerota, 
Co w dzień i w nocy, wśród lata i zimy, 
Zdają się mówić: „Serdecznie prosimy!" 



XIII. 

Szeliga, wrócon do swojego świata, 
Uprzejmóm sercem z sąsiady się brata; 
Jako myśliwy i rolnik z rzemiosła, 
Oszczepu z sochą pilnował naprzemian, 
Spraszał do siebie miłościwych ziemian, 
A gęsta trawa nigdy nie w r yrosła 



252 



Pod jego wroty. Jak ziemianin prawy, 

Miłe z sąsiady prowadził zabawy. 

W wonnym ogródku, pod ciemnemi klony 

Zasiadał z gośćmi na dębowej kłodzie, 

I miód pienisty, w sklepie ochłodzony, 

Lał w sporą czarę; szły żarty przy miodzie, 

A czasem rzewne i poważne słowa, 

Albo piosenka jakaś obozowa, 

Śmieszna, choć czasem niezbyt świątobliwa, 

Jak stary nałóg z ust mu się wyrywa. 

Takich piosenek nauczył się sporo 

Przez swe żołnierskie i dworskie tułactwa; 

Lecz myśli święte zawżdy górę biorą: 

Był sodalisem Jezuitów bractwa, 

Zwykle w niedzielę lub w dniu jakim świętym 

Nosił baldachim po nad Sakramentem, 

Sługiwał do mszy, wiódł księdza pod rękę, 

Niósł na Asperges kropielntcę z wodą, 

A Matce Bożśj śpiewając piosenkę, 

Ora pro nobis! grzmiał piersią tak młodą, 

Że trudno zgadnąć, czy to* człek ten samy, 

Co w barwie dworskiej z chmurnemi oczyma, 

Powożąc Skargę, u zamkowój bramy 

Ledwie bywało lejc w ręku utrzyma. 

Bo to powietrze rodowitej kniei 

Wzmocniło piersi, jak zbawczą oliwą, 

A myśl otuchy i lepszój nadziei 

Otarła z czoła zmarszczkę kłopotliwą. 

Wąs długi, siwy, co na piersi spada, 

Wzniósł się do góry junacko a młodo; 

Błękitne oczy iskrzą się pogodą, 

Czerstwe policzki kraśnieją u dziada. 



253 



Każdego roku jeździł do Warszawy 
Odebrać grosze, co miał z łaski króla; 
A błogosławiąc kęs chleba łaskawy, 
Ubogich wspiera, sieroty przytula. 
Swojego rodu zapewniając dolę, 
Wykształcał syna w jezuickićj szkole; 
A resztę chleba, co urodzi niwa, 
Z dobrymi ludźmi wesoło spożywa. 
A kiedy czasem zawieja, czy słota, 
I nikt nie przyjdzie osłodzić mu życie, 
On tęsknśm okiem spoglądał na wrota, 
Jakby ich błagał o gości przybycie. 

XIV. 

Tak żyjąc z ludźmi, albo czyniąc modły, 
Starzec lat kilka doma gospodarzył, 
Kiedy mu gościa Niebiosa przywiodły, 

którym nawet i we śnie nie marzył. 
Był to ksiądz Skarga, dla zakonnej sprawy 
Jadący tędy do Wilna z Warszawy. 
Przypomniał sobie woźnicę Litwina, 
Rozpytał o nim u ludzi w podróży, 

1 — co dobremu sercu nie nowina, — 
Przyszedł obaczyć, jak mu szczęście płuży. 
Wesołem hasłem w szlacheckićj chudobie 
Skrzypnęły wrota, kiedy je otworzy. 
Szeliga szczęśliw, nie wierzył sam sobie, 
Że jego chatę nawiedza mąż boży. 

XV. 

Wyrocznia króla a Polski ozdoba, 
Filar potężnój Jezuitów rzeszy, . 



254 



Skarga serdecznie z Szeliga się 'cieszy, 

W szlacheckim dworku snadź wielce podoba. 

Święty ż był wieczór i pełen radości, 

Z dawnym woźnicą co przepędził społeml 

A gdy wieczerzać siadł za jego stołem, 

Niech mu kasztelan krakowski zazdrościł 

Bo się senator żaden nie poszczyci, 

Że kiedy Skargę przyjmował w gościnie, 

By święte usta umoczył w węgrzynie, 

Choć go prosili męże znakomici. 

A tu bez prośby, bez żadnój odmowy, 

Przy plastrze miodu i przy misie mleka, 

Nie upokorzył biednego człowieka, 

Wypił z nim miodu puharek cynowy. 

A po wieczerzy, kiedy się krzątano 

Zasłać mu łoże jak najmiękcój zda się, 

Pod siwą głowę on sam posłał dla się 

Ostre i twarde z błot litewskich siano. 

Wszystkich domowych pobłogosławiwszy, 

Klęknął gdzie zimna ceglana podłoga, 

W gorących modłach błogosławił Boga, 

Że dzisiaj zesłał dzień mu najszczęśliwszy. 

Za ciernie życia, co musim przenosić, 

Za ból codzienny, co nam serce targa, 

Jednej nagrody byłoby już dosyć: 

Przyśnić sen taki, jak miał ojciec Skarga. 

Bo okiem duszy musiał widzieć żywo 

Bóztwo promienne, a ludzkość szczęśliwą, 

A najszczęśliwszy— to stary Szeliga; 

A on sam klęczy pod Niebiosów progiem, 

Prawicą w piersi bije się przed Bogiem, 

Lewicą ludzi z padołu podźwiga... 



255 



Takie sny święte, wolne od zakały> 
Nad głową Skargi ulatać musiały. 



XVI. 

Nazajutrz, ledwie do świtu się bierze, 
Już ojciec Skarga z brewiarzem w dłoni 
Klęczy pod cieniem klonu i jabłoni 
I cichym głosem odmawia pacierze. 
Gcdzi się wierzyć, że niebo poruszy 
Ten jego pacierz pokorny a święty, 
Bo człowiek boży, mąż potężnej duszy, 
Nietylko własnem zbawieniem zajęty. 
Tam burza miota Chrystusa kościołem, 
Tam jego zakon szkalują potwarce, 
Król z senatorskiem i rycerskióm kołem 
W ciągłej niezgodzie, w ustawnćj poswarce.- 
Jest nad czem płakać, jest modlić się o co! 
Skarga pojmuje, czego Polsce trzeba: 
Modli się rzewnie, aby Pan Bóg z nieba 
Ku kościołowi pośpieszył z pomocą, 
Ażeby króla uzbroił wytrwaniem, 
Stan senatorski dobrej rady tchnieniem, 
Rycerską szlachtę zgodnem przywiązaniem, 
Pobożnem sercem i bitnem ramieniem; 
I Panu Bogu w opiekę oddaje 
Ubogich kmieci, którym tu najgorzej; 
Wszystkie koronne i litewskie kraje 
Serdecznie stawi przed Majestat boży. 
Płyną godziny, a Skarga nie baczy, 
W modłach zapomniał swej ziemskiej istoty. 



256 



Już się przez klonu gałęziste sploty 
Słoneczna siatka na trawie majaczy; 
Już do obory, chroniąc się gorąca, 
Z rosistój paszy powracają trzody; 
Już i Szeliga, strzelec siwobrody, 
W leśnym przesmyku ubiwszy zająca, 
Wsparty na strzelbę u płotu z daleka, 
Na koniec modłów niecierpliwie czeka. 



xvir. 

Skończone modły. Ksiądz Skarga wychodzi, 
Pozdrowił starca przed chatniemi drzwiami. 
Szeliga, widząc, że jego dobrodziej 
Już niezajęty modłą ni myślami, 
Przystąpił k'nieinu, ścisnął za kolana, 
Sędziwą głowę nachylił ku ziemi, 
I namaszczoną prawicę kapłana 
Ze czcią całował usty życzliwemi. 
Cały pokraśniał, jakby się zdawało,' 
Że jakiej prośby hamuje porywy; 
Nareszcie oczy podniósłszy nieśmiało, 
Rzecze do niego: 

— „Ojcze miłościwy! 
„Wiem, komum winien dziękować po Bogu 
„Za dobry byt mój, za dzisiejsze życie: 
„Wyście biedaka dźwignęli z barłogu, 
„Dzisiaj mię w dobrym dostatku baczycie. 
„Król miłościwy z waszej snadź namowy, 
„Dośmiertnej płacy przysłał mi nadanie: 



1? 



"59 
11 



257 

Więc odkupiłem dworek pradziadowy, 
„Mam chleb i zdrowie, las i polowanie; 
„Mam przywrócone szlacheckie nazwisko, 
„Dobrych sąsiadów i kościół tak blizkol 
„Czegóż chcieć więcój? Tu od pierwszej chwili 
„Odżyły domu mego fundamenta; 
„Wyście mnie pewno pobłogosławili, 

A wasza ręka— już ja wiem, że święta! 

Przez was my tutaj szczęśliwi a zdrowi, 
„Więc nie odmówcie jeszcze jednej części: 
„Pobłogosławcież mojemu rodowi! 
„Mój syn niedawno skończył lat dwadzieści, 
„Już odbył szkołę księży Jezuitów, 
„Zkąd mu się nieco łaciny przyniosło; 
„Dorna nie dojdzie wysokich zaszczytów, 
„Niech idzie sprawiać rycerskie rzemiosło. 
„Już dziś szablicą ręki nie skaleczy, 
„A strzela celno, a oszczepem władnie; 
„Niechaj tych darów używa przykładnie, 
„By kiedyś służyć Pospolitćj -Rzeczy. 
„Tutaj na Litwie oświecone książę, 
„Krzysztof Radziwiłł, wileński woj woda, 
„Zbiera chorągiew,— bieży szlachta młoda, 
„Niech i mój chłopak z drugimi się wiąże. 
„Już mu kupiłem karacenę nową, 
„Kopię lekką a składną do ręki, 
„Rumak szlachecki z domowej stajenki, 
„Lecz pewnśj cnoty— wszystko już gotowo. 
„Jutro młodzieniec miał wyjechać w drogę, 
„Gdy szczęsne losy was przyprowadziły; 
„Więc przeżegnajcie, dajcie mu przestrogę, 

„Przyjmijcie spowiedź, dobroczyńco miły! 

Kondratowicz. Wybór. T. II. W 



258 



„A jeśli żądań nie będzie za wiele, 
„To jeszcze prośba... dzisiejszego rana 
„Pobłogosławcie miecz jego w kościele, 
„Połóżcie ręce na czoło młodziana; 
„A. już ja wierzę w głębi mego ducha, 
„Że ztąd mu przyjdzie fortunna otucha." 



XVIII. 

Skarga wysłuchał, podumał i rzecze: 
— „Człowiek uradza, Bóg wyrok stanowił 
„Zkądże wam przyszło, pobożny człowiecze, 
„Oddawać syna księciu Krzysztofowi? 
„Wszak to dyssydent! na birżańskim dworze 
„Z wiary praojców stroją sobie żarty: 
„Młodzian wszystkiego nasłuchać się może, 
„I będzie z łona kościoła wydarty. 
„Nie wódź tam syna!" 

—„Już o tćm myślałem, — 
Ezecze Szeliga: —lecz młodzieńcze łono, 
„Choć silnie kipi rycerskim zapałem, 
„Ale i wiarę dobrze mu wpojono. 
„Przysiągł na Boga, na Najświętszą Matkę, 
„Na swych rodziców, na zbawienie duszy, 
„Że się w nowotną nie uwikła siatkę, 
„Że wiary ojców nigdy nie naruszy. 
„Znam jego serce— i śmiało wam ręczę, 
„Że on, co przyrzekł, to dotrzyma szczerze!" 
Skarga pomyślał:— „Już wierzę wam, wierzę, 
„Nietyle w głowę, co w serce młodzieńcze. 
„Lecz mój Szeligo! wszak wiedzieć musicie, • 



259 



„Że wojewoda wileński, Radziwiłł, 
„Dawno do króla jakąś niechęć żywił, 
„Może i teraz zamyśla co skrycie. 
„A. pewno, starcze, widziałbyś to nierad, 
„By twój potomek (uchowaj go Chryste!) 
„Wystąpił zbrojno, jako konfederat, 
„Zabijać braci, drzeć prawa ojczyste, 
»A gdy się ciżba swawolna rozhula, 
„Za grosz magnacki targnąć się na króla!" 

Aż drgnął Szeliga; podumał, zapłakał, 
I z cicha jęknął:— „To cóż, że my prości? 
„Za cóż, mój ojcze, rzucasz taki zakał 
„Na dom doznanśj krajowi wierności? 
„Jeżeli chłopca podły grosz spokusi, 
„Jeśli sumienie odstąpi wyrodka, 
„To o tern przecie zapamiętać musi, 
„Że go ojcowskie przeklęctwo tu spotka, 
„Że chleb, na którym rozwinął swe siły, 
„Trochę nauki, co ma ku ozdobie, 
„I zdrowie ojca, co stał u mogiły, 
„To wszystko winien królowi i tobie— 
„Tobie, mój ojcze!.. Ach! czyżem ja po to 
„Uczył go imię błogosławić Skargi, 
„By mój potomek, okryty sromotą, 
„W imię magnata miał z królem zatargi! 
„Ty kochasz króla— a my, szlachta stara, 
„My się przewrotną nie skazim przemianą. 
„Ojcze mój, ojcze! twój król, twoja wiara 
„Na wieki wieków naszemi zostaną!" 

Skarga rozrzewnion prawicę mu poda 
I z dobrotliwym uśmiechem zawoła: 



260 

— „Kuąisz mię, starczel O, zgoda już, zgoda! 
„Poczciwi ludzie, jedźmy do kościoła!" 

XIX. 

Jak słowo mówić, gotowa kolaska; 
Cug się.cisawych rumaków wyściga; 
Krakowskie czasy przypomniał Szeliga, 
Siedzi na koźle i z biczyska trzaska. 
Starego Skargę, ze czcią jak należy, 
Młody Szeliga wsadza do kolaski: 
Raz pierwszy błyska w rycerskiej odzieży, 
Ma zbroję, pancerz, przyłbicę, przepaski; 
Tylko rycerzem zwać się nie ma prawa, 
Bo mu przy boku miecza nie dostawa. 
Wsiadł na rumaka, co parskał na stronie, 
Ze strzałką na łbie, z jedną, białą nogą; 
Starzec zacmoknął, zaświsnął na konie, 
I wóz wyruszył wywijaną drogą; 
A za kolaską, gdzie siedzieli starce, 
Leciał młodzieniec, wyprawiając harce. 
Stary woźnica, jak za dawnój chwili, 
Coś sobie dumał, popuściwszy wodze, 
Stuknął trzy razy o kamień na drodze, 
I pod kościelną dzwonnicę przybyli. 

* 

Pleban już wiedział, jacy goście lecą, 

I kazał kościół oświetlić wspaniale. 
Skarga wszedł, klęknął, pomodlił się nieco, 
A potśm zasiadł w konfessyonale. 
Młody Szeliga zabrzęknął wesoło 
Strojem żelaznym, z którym tak mu pięknie, 



261 



Przyłbiczny wizyr uchylił na czoło 
I przed kratkami pokuty uklęknie, 
I drobne grzechy młodzieńczego ducha 
Spowiednikowi wyszeptał do ucha. 

XX. 

Grzechów niewiele w młodocianej duszy, 
A spowiedź święta trwa nie jedną chwilę; 
Bo tyle przestróg, bo rad było tyle, 
Nim w drogę życia szczęśliwie wyruszy! 
Starzec i kapłan, dobrze dróg tych świadom, 
W młodym wędrowcu dobre chęci budzi, 
Aby się pilno przypatrywał śladom 
Chrobrych, i mądrych, i cnotliwych ludzi. 
A znając Skargę, możem ręczyć śmiele, 
Że w tśj spowiedzi była treść obfita: 
O wierze ojców, o Pańskim kościele, 
Król był na placu i Rzeczpospolita. 
Czy pięknie mówił? tego nikt nie zgadnie, 
Bo rzecz spowiedzi— tajemnica boża... 
Spłakany młodzian płoni się, to bladnie, 
Gdy od pokuty odchodził podnóża. 

XXI. 

Kościelny dzwonnik cztery świeczki pali, 
Skarga wziął ornat— i wyszła msza święta; 
A Szeligowie, jak gdyby chłopięta, 
Starzec i młodzian w komże się ubrali, 
W ofierze Pańskiśj świadomi posługi, 
Jeden do mszału, a do dzwonka drugi. 



262 



Stary Szeliga, wnet po Agnus Dei, 

Uderzył w dzwonek i świeczkę rozżarza, 

Zmówił psalm wiary, miłości, nadziei, 

Młody Szeliga klęknął u ołtarza; 

A ojciec Skarga, jak Opatrzność święta, 

Czule przeżegnał głowę penitenta, 

A gdy lud wszystek uklęknął przykładnie, 

W usta młodziana Chleb Żywota kładnie. 



XXII. 

Wkrótce ofiara skończyła się krwawa, 
A kapłan, święte zrzuciwszy ornaty, 
W komży i stule przed ołtarzem stawa, 
Skinieniem woła młodzieńca przed kraty. 
Młody Szeliga u balasek klęka; 
Skarga poświęcił jego miecz stalowy, 
A gdy podawał, zadrżała mu ręka, 
I tak rzewnemi przemówił doń słowy: 

— „Synu! w żołnierstwie najpierwsza otucha, 
„Pancerzem wiary gdy umocnisz ducha! 
„Siła złych rzeczy jest w sercu człowieczśm, 
„Z temi walcz naprzód— niech zawżdy ci będzie 
„Tarczą modlitwa, sprawiedliwość mieczem, 
„To chrześciańskie bojowe narzędzie. 
„Na ten rynsztunek silnych bark potrzeba 
„I silnśj ręki, i woli nielada; 
„Lecz do tój zbroje znijdzie łaska Nieba: 
„Najwyższy Hetman— Chrystus ci ją wkłada. 
„Wtenczas ci tylko będzie siła dana, 
„Co nieprzyjaciół zgromi i popłoszy, 



IV 



iv 

IV 



263 

Jeżeli w sobie zwyciężysz szatana, 
„Ducha złej pomsty, łakomstwa, rozkoszy! 
„Nie zbierze łupów, kopie pokruszy 
„Ten, kogo szatan obedrze na duszy! 
Nie stań się jako uliczni żołnierze, 
Go jeno straszą bezbronnych żelazem; 
Lecz pod chorągwią i króla rozkazem, 
Idź wojny pańskie odprawować szczerze. 
Zostaw w pokoju, rycerski człowiecze, 
„Cichego ziomka, co siedzi w swśj chacie; 
„Bóg będzie z wami, gdy gniewy i miecze , 
„Na nieprzyjaciół koronnych schowacie. 
„Sprawuj się doma, jako owca cicha, 
„W bitwie jak lwica, co męztwem oddycha! 
„Trudny twój zawód! Nim z wrogiem się zetrze, 
% „Już cię tysiące niewygód otoczy: 
„W głodzie, wśród deszczu i na zimnym wietrze, 
„We krwi i ranach, ty miej duch ochoczy. 
„A nie śmiśj w r duszy ostudzać zapału, 
„Nie śmićj folgować nic twojemu ciału; 
„Bo ciało twoje — to jeno mur żywy, 
„Którym się grodzą macierzyste niwy. 
„Pomnąc, że w tobie twych ojców otucha, 
„I miast, i wiosek, i świątyń Jehowy, 
„Idź w Imię Ojca, i Syna, i Ducha, 
„Spraw się rycersko i powracaj zdrowy!" 



XXIII. 

Rzewnie spłakani do domu wrócili, 
Kędy już skromna czekała biesiada. 



264 

Skarga, dziś z postem, parę rybek zjada, 
Szklanicę wody źródlanej wychyli, 
I już nasycon składa Bogu dzięki. 
Powstał, a wszyscy k'niemu przyskoczyli, 
Wszyscy się cisną do kapłaóskiśj ręki. 
Kapłan każdemu dał uścisk życzliwy, 
I błogosławi wszystkich gość dostojny. 
Stary Szeliga znowu niespokojny, 
Chce o coś prosić. 

— „Ojcze miłościwy! 
„Nim wasze konie miarkę owsa zjedzą, 
„Raczcie poświęcić mój domek ubogi, 
„Moją obórkę, moje sienne stogi, 
„Moją pdsiekę, co leży pod miedzą!" 

— „Niech wam Bóg szczęści! — ksiądz Skarga odpo« 
Zwracając k'niemu swe spojrzenie czułe: — [wie, 
„Powiedzcie jeno memu pachołkowi, 
„Niech tu przyniesie i komżę, i stułę. 
„Jeśli mię Pan Bóg wybrał za narzędzie, 
„Gdy grzesznych modłów wysłucha choć w części, 
„Wierzaj mi, starcze, że ci dobrze będzie, 
„Że ci się tutaj we wszystkićm poszczęści. 
„Za to, żeś dźwignął ojcowskie zwaliska, 
„Kapłan cię żegna, przyjaciel uściska." 

XXIV. 

Podano komżę, stułę i kropidło, 
Skarga się ubrał i modlitwę czyta, 
Pokropił domu zamieszkane skrzydło: 

— „Niech spokój Pański nad wami zaświta, 
„Niech wasze głowy anioł stróż osłania, 



265 



„Niech błogosławi i sny, i czuwania!" 

Wszedł do komory, gdzie się chowa jadło, 
Pokropił wodą i dodał co prędzej: 

— „Bogdaj wam nigdy łaknąć nie wypadło; 
„Bogdaj tu było przytulisko nędzy! 

„Ty znasz co nędza, Szeligo mój drogi. 
„Dzisiaj dostatek widzę, dzięki Bogu; 
„Dajże mi słowo, że żaden ubogi 
„Nie wyjdzie głodny od twojego progu!" 

Szeliga rękę przycisnął do piersi, 
Świętą przysięgą jego oko gore. 
Wszyscy rzewniej si i ku bliźnim szczersi 
Wyszli ze Skargą poświęcić oborę. 
Skarga się żegna i modlitwę czyta, 
Pokropił ściany i znowu zawoła: 

— „Niech wam Bóg sporzy nabiału do syta; 
„Niech tu zaraza nie zawita zgoła. 

„Żyjcie szczęśliwi pod bozką opieką, 
„A bądźcie czyści i biali, jak mleko." 

Więc poszli dalój, by poświęcić ule. 
Kapłan się żegna i modlitwę czyta; 
Potom, spojrzawszy na Szeligę czule, 
Rzecze: — „Niech korzyść mnoży się obfita, 
„Niech się wam zbożne zamiary powiodą, 
„Niech sporną pracą uwieńczą się ręce. 
„Żyjcie, jak pszczoły, miłością a zgodą, 
„Zapłońcie światłem, jak świece jarzęce. 
„Niech w duszy waszśj tak cnota się chowa, 
„Jak w plastrze miodu patoką miodowa!" 

Tak poświęciwszy pola, łąki, płoty, 
Wraca do dworku stary Jezuita, 
I tu stanąwszy przed noweini wroty, 



266 



Skropił je wodą i modlitwę czyta; 
A jego oko promieniem się żarzy, 
Iskra zapału migoce na twarzy: 

„Wrota!— zawołał— ku szlacheckiój chacie 
„Wy, co radośnie wrota odmykacie, 
„Niechaj stróż anioł pilnuje was codzień 
„Od złego gościa lub złego sąsiada! 
„Niechaj się tędy nie przemyka zdrada; 
„Niech waszych skrzydeł nie odemknie zbrodzień. 
„Jeśli ktokolwiek z jaką myślą zdradną 
„Zechce tu wkroczyć, łaską czy przemocą, 
„Niechaj te wrota na głowę mu spadną, 
„ Niechaj mu głowę i piersi zgruchocą. u 

XXV. 

To były tylko słowa życzliwości, 
Które mąż zacny wypowiedział święcie; 
Ale słuchacze wioskowi a prości 
Jakieś w nich dziwne widzieli zaklęcie. 
Skarga odjechał znów w koronne strony, 
Błogosławiący i błogosławiony. 
Stary Szeliga rozmyśla w ukryciu 
Lub gwarzy o nim z chlubą co niedzieli. 
Jego sąsiedzi, co pierwszy raz w życiu 
Głośnego Skargę naocznie widzieli, 
Długo i szczerze zjawiskiem zajęci, 
Rozpowiadali — szlachcic szlachcicowi — 
Jego życzliwe dla Szeligi chęci, 
Jak on wygląda, co czyni, co mówi, 
Jako mu syna błogosławił w drogę, 
Święcił domowstwo, dobytek bogaty, 



267 



Jakiemi słowy udzielał przestrogę 
I jako zaklął wrota jego chaty. 
Wszyscy pobożni nieśmiało, z oddali, 
Na tajemnicze wrota spoglądali; 
Każda litewska bogobojna dusza, 
Jeśli do jakich czuje się bezprawi, 
Jeśli sumienie jakiś grzech zaprószą, 
Jnż się do dworku Szeligi nie zjawi. 



XXVI. 

We starym dworku mniśj już było gwarno; 
Za to, kto przyszedł — przyjaciel i prawy, 
Nikt nabożeństwa, spoczynku, zabawy 
Nie zatruł w chacie jakąś zdradą czarną. 
Mleka do sytu, a pszczółki się roją, 
Łąki do pasa, i krzewi się zboże, — 
O! dzięki Skardze, że bytnością swoją 
Błogosławieństwo sprowadził tu boże! 
Któż jasną radość na Szeligi czole, 
Któż jego szczęście wypowiedzieć w stanie, 
Gdy często gęsto birżańskie pacholę 
Wdzięczne od syna wiezie mu pisanie? 
A w każdym liście kipi dusza młoda 
Żądzą do bojów, do czynów, do sławy; 
W każdym donosi, że książę woj woda 
Zawsze ku niemu dobry i łaskawy; 
Że chociaż dumny, oblicza nie cofa, 
Lecz swoim drużbą poufale zowie, 
(Bo jak z przed wieka jego pradziadowie, 
Młody Szeliga miał imię Krzysztofa). 



268 



Aniele stróżu! niechże twoje oczy 
Na długo starca pilnują i strzegą, 
Niech twoich skrzydeł święty cień otoczy 
I serce jego, i domowstwo jego! 
I łaska Niebios nie była odmienna: 
Jednako wszystkie płynęły mu chwile. 
Aż przyszła jutrznia zachodu promienna, 
Zgrzybiałość, drzemka —i krzyż na mogile; 
I jest otucha, że dla jego duszy 
Poczciwój pracy złote gwiazdy świecą... 
A jego dworek pochylił się nieco, 
Uschły gałęzie na cienistój gruszy, 
Klon począł żółknąć, bo wszystkiemu pora, 
Czas wiekuisty na wszystko się targa; 
A tylko wrota, które zaklął Skarga, 
Stoją tak krzepko, jak ciosane wczora. 
Słomiany daszek choć kwitnie zielono, 
Choć fórtka nieco ku ziemi osiada, 
Lecz wrota krzepkie, sto lat jeszcze pono 
Wprowadzać będą dobrego sąsiada. 
Niech sobie starcy wśród długiój gawędy 
Ubolewają, że ludzkość zepsuta: 
Przecież poczciwe nie walą się wrota, 
Nikt ze złą myślą nie przechodził tędy, 
Nikt nie szwankował, ani swój, ni cudzy... 
Czyż w cnotę ludzką trzeba wierzyć święcie? 
Albo nie wierzyć w księdzowskie zaklęcie, 
Że ojciec Skarga tak bajał, jak drudzy? 
Co o tern trzymać — czy to, albo owo? 
Przyszłość pokaże— dziś daremna praca. 
Patrzmy na dalszą stronicę dziejową, 
I gdzie się młody Szeliga obraca. 



269 



STARE WROTA. 

PZ^ŚĆ DRUGA. 



I. 

Jtrzeszłości święta! pokój ci niech będzie 

W twym wiekuistym, w twoim sennym grobie! 

Coś nagrzeszyła w niebacznym obłędzie, 

Niech Bóg udzieli przebaczenia tobie, 

A twoim cnotom swą łaską przyczyni 

Plennego wzrostu, co ma ziarno w roli, 

W naszych im sercach krzewić się dozwoli!... 

Przeszłości święta! tyś nasza mistrzyni: 

Nie dla zgorszenia, ale dla poprawy, 

Pozwól w twój obraz przypatrzyć się mgła wy, 

I nie poczytuj nas za świętokradcę, 

Nie miój za winnych synowskiej obrazy, 

Jeśli się z dala przypatrując matce, 

Na jśj obliczu odkryjemy skazy. 

My dobrze serce naszej matki znamy: 

Ona tam w niebie jedną żądzę żywi, 

By jśj synowie byli od niśj samój 

Bardziój cnotliwi i bardziój szczęśliwi. 

Nam dla przestrogi ona sama powie, 

Co nabroiła, kiedy była młoda. 

Niewiele grzechów liczy na swój głowie, — 

Grzech jój najcięższy miał imię — Swoboda. 



270 



Nie ta swoboda, którą ma od Boga 
I myśl człowiecza, i niebieski ptaszek, 
Co nie dla marnych stworzona igraszek, 
Co wie, zkąd idzie i dokąd jój droga, 
Pilnując kręgu, jak sionce na niebie, 
Ciepło i światło sieje w koło siebie, 
I zna to dobrze, że gdyby w zakresie 
Śmiała przekroczyć choć na jeden atom, 
To zamiast szczęścia, które daje światom, 
Straszliwe światu skończenie przyniesie. 
Córką zniszczenia jest inna swoboda, 
Czynem i słowem w karby nieujęta, 
Do którój hasło naj pierwszy ten poda, 
Kto chce narzucić niewolnicze pęta, 
Co aby snadniej zhołdować lud boży, 
Sam się poniży, sam się upokorzy. 
Na nim się wesprzesz, jakby na opoce, 
A on się śmieje w głębi swego ducha, 
On weźmie pierwsze swawoli owoce, 
A karę błędu — ten, kto go usłucha. 
Tak niegdyś w Polsce miłościwe pany 
Mówiły szlachcie: — „Co te nasze prawa? 
„Ten król, choć przez nas swobodnie obrany, 
„Na naszą wolność nieżyczliw się zdawa. 
„Nasze statuta, choć własne pisanie, 
„Niedobrze płużą braterskiój swobodzie: 
„Wszakeśmy szlachta— a szlachcic, mospanie, 
„Choć na zagrodzie, rówien wojewodzie. 
„Hej I kogo losy krajowe obchodzą, 
„Do mnie niech śpieszy, co żywiej a sporzej! 
„Stanę na czele, a pod moją wodzą, 
„Król się poniży, prawo upokorzy! 



271 



„Nic nie zważajcie, żem ja wojewoda, 
„A baczcie we mnie szlachcica i brata: 
„Mam chleb i wino, co to ust nie szkoda, 
„Przyjmę was chętnie, czem chata bogata! u 
A ślepa szlachta, krzycząc w niebogłosy 
Na ucisk tronu i niesłuszność prawa, 
Pod sztandarami wojewody stawa 
I z jego gwiazdą połączą swe losy, 
Z jego zachceniem łączy swoje modły, 
Z jego orężem swe szable ochocze, — 
Już się za kruszec zaprzedaje podły, 
Za stągiew miodu, za gruntu półwłocze. 
A do pańskiego rydwanu przykuta, 
Już zapomniawszy co wolność prawdziwa, 
Śni jeszcze szlachta, że swobód używa, 
Obiera króla i pisze statuta. 
Senne rojenia! niedorzeczne chęci! 
Pomiędzy kilku władza się rozdziela; 
Potężnych domów mnodzy są klienci, 
Lecz trudno w kraju o obywatela. 



II. 



Krzysztof Szeliga na birżańskim dworze 
Urastał w łaskach książęcia Krzysztofa. 
Postać miał dziarską, a spojrzenie hoże, 
Dłoń, co się nigdy przed szablą nie cofa, 
Umysł przytomny, a poczciwe serce, — 
Czemuż tych darów na lepsze nie użył? 
Gdyby krajowi poświęcił w żołnierce, 
Jakby się pięknie wsławił i zasłużył! 



272 



Jeszcze za życia Zygmunta Trzeciego, 

Zamek birżański gdy obiegli Szwedzi, 

Młody Szeliga wraz z drugim kolegą, 

Zebrawszy ciżbę zamkowój gawiedzi, 

Sprawił wycieczkę i śmiałym obrotem 

Niemałą- klęskę napastnikom zadał; 

A kiedy Birże poddały się potśm, 

On w różnych miejscach na Szwedów napadał. 

Obok książęcia na bitwach niósł zdrowie, 

I z chrobrem sercem do rozprawy staje; 

Nadstawiał piersi, aby się wrogowie 

W głębsze litewskie nie przedarli kraje. 

Był to niedłngi zawód wojowniczy, 

Co w lat dwadzieścia znowu się ożywił: 

Bo gdy po przodkach Birże odziedziczy 

Książę koniuszy, Bogusław Radziwiłł, 

Szeliga, zawsze Radziwiłłom wierny, 

Podzielał księcia wyprawy bojowe, 

Pod Beresteczkiem wiódł hufiec pancerny 

I Kozaczyznę poraził na głowę. 

Już czoło jego siwizną się prószy 

Ozdobne w laury ojczystój zasługi; 

Lecz z owych laurów żartował w swój duszy, 

Bo on krajowi nie służył, jak drugi, 

Jeno zdobywał łaskę u magnata, 

Co chciał krajowi dowodzić przemocą; 

Poszedłby, zda się, i na koniec świata, 

Biłby się zawżdy, nie pytając o co; 

I przy tureckim stanąłby sztandarze, 

Jeżeli książę koniuszy rozkaże. 



273 



Na świetnym dworze księcia Bogusława 
Nie było mowy o Rzeczpospolitej: 
Szlachta— narzędzie pańskiój myśli skrytej, 
Gdzie jeno skinie, wszędy hurmem stawa, 
Ani pytając tego, co na przedzie, 
Czy dobrze wiedzie i dokąd zawiedzie? 
Na zjazdach szlachty, Szeliga niebacznie, 
Kierowan ręką, z którój pragnął złota, 
Rokosze w wojsku poszeptywać zacznie, 
I na powagę królewską się miota, 
I z owym mieczem, co poświęcił Skarga, 
Na pomazańca Fańskiego się targa. 
Skarga, już nie żył, i ojciec już nie żył, 
Otworem stały do swawoli drogi, 
Nikt go nie ujął słowami przestrogi, 
Nikt pogardliwym okiem go nie zmierzył. 
A łaska pańska ku niemu się wdzięczy, 
A przepych dworski tak nęci z daleka, 
Że, opiątany jak w siatce pajęczój, 
Z rozkoszą własnej woli się wyrzeka. 
I nie pojmował, jak szlachta wśród wioski 
Może brać sochę lub siekierę w ręce, 
Mieć inną barwę krom Radziwiłłowskiśj, 
Mieć inne myśli, niż myśli książęce. * 



III. 



Tak go zajęły te względy łaskawe, 
Ża ani spojrzał na rodzinne ściany; 
Ojcowski dworek wypuścił w dzierżawę, 
A czynsze z niego — przegrywał z dworzany. 

Kondratowicz. Wybór. T. I. 18 



274 



Domek, co niegdyś ojcowska siekiera 
Wyciosywała ze skrzętnym mozołem, 
Dziś drewnianemi szczudły się podpiera, 

* Jak stary żebrak, jak dziad pod kościołem. 

. Słomiana strzecha pokryła się cała 
Mchy zielonemi i plamy czarnemi; 
W oknach gdzie niegdzie szyba pozostała, 
Ganek i przyzba osiadły ku ziemi. 
Gruszę cienistą wycięto z przed chaty, 
W ogródku chwasty wyrosły kr ze wiście, 
A klon uwiędły, zeschły, rosochaty, 
Ledwie niemnogie i żółte miał liście. 
Pszczółki rzuciły opróchniałe barcie, 
Gęste pokrzywy wyrosły u płota. 
Stare, poczciwe i zaklęte wrota 
Zdają się prosić o lepsze podparcie. 
A między ludźmi jeszcze jest podanie, 
Jak ojciec Skarga poświęcał je nowo, 
I swe zaklęcie jak położył na nie, 
Aby runęły nad zdradziecką, głową. 
Lecz dzięki Bogu wrota nie runęły, 
Choć niepodparty słup ledwie się trzyma: 
Na Starej Litwie, w dziedzinie Jagiełły, 
Są grzeszni luftzie, ale zdrajców niema. 



IV. 



Wieczność nad światem krąży nieprzerwanie, 
Zmienia się oracz, chociaż jedna niwa; 
A na cmentarzach, na kościelnej ścianie, 
Coraz to nowy nagrobek przybywa, — 






275 



I jeśli zważysz— w tśjże sam£j chwili 
W nowój kolebce nowy gość zakwili. 
Przyszłość z przeszłości wyradza się starój 
Tak pomalutku, tak niepostrzeżenie, 
Jak drobnój brzozy lub dębu nasienie 
Wyrasta listkiem, wystrzela w konary, 
I jak najstarsi ludzie nie przypomną, 
Latorośl marna, uboga, maleńka, 
Już dzisiaj wiechą wieńczy się ogromną, 
Jój pień starzeje, olbrzymieje, pęka, 
Sieje dokoła krzewiste nasiona, 
A żółte próchno wysypuje z łona. 

W każdym niebieskiśj jutrzenki rozświcie 
Kończy się życie i poczyna życie: 
Kwiat stugodzinny, i człowiek stuletni, 
I historyczna tysiąców lat era, 
Czy słońce świeci posępniój, czy świetniój, 
Za każdą chwilą rodzi się— umiera. 
Nie dojrzy żaden dar jasnowidzenia, 
Jako świat boży oblicze przemienia, 
Jak rozwinięty w swych prawach swobodnie, 
W jednój godzinie starzeje i młodnie. 



V. 



Niepostrzeżonym, nieznacznym obrotem 
Przeszło nad Polską pół wieku z okładem. 
Zmarł Zygmunt Trzeci, a w dziesięć lat potom 
Władysław poszedł za ojcowskim śladem; 
Korona Polska, jak wieńce cierniowe, 
Przygniotła Jana Kazimierza głowę. 



276 



Jak w losach człeka, tak w losach narodu, 
Pan Bóg dopuszcza chwile ciężkiej doli, 
Czy to za grzechy brojone za młodu, 
Czy w dowód łaski, czy nauce gwolL 
Ojciec niebieski w gniewie, czy w rozwadze, 
Różdżkę swój chłosty podnosi na dzieci, 
Całe narody da klęskom pod władzę, 
A chmura nieszczęść jak z wiatrem naleci. 
Uderza w gromach piorun po piorunie, 
Wszystko druzgoce, obala i pali; 
Gdy jeden obłok zdaje się przesunie, 
Patrzcie! horyzont już czernieje dalój, 
A w nowych kłębach czarnego chmurzyska 
Nowy grom huczy, nowy piorun błyska, 
I nowy wicher zadyma z pod chmury — 
Łamać, obalać, co zostało jeszcze... 
Ojcze ludzkości! Strażniku natury! 
Kiedyż te znaki ustaną złowieszcze? 
Kiedyż się skończy burza, klęsk niesyta? 
Kiedyż się skończy to serc naszych drżenie? 
Kiedyż poranek radosny zaświta, 
I błysną jutrzni różowój promienie? 
Och! czas już światu poweseleć od niój! 
Czas sercom ludzkim uderzyć swobodniej! 



VI. 



W doli narodów, nim burza Jehowy 
O ściany kraju uderzy w zapędzie, 
Bóg najprzód miesza stary ład domowy, 
Żywioły bytu porozprzęga wszędzie, 



277 



Ześle bezsilną niemoc na sternika, 
Oczy czeladzi ślepotą zaciemni; 
Ginie porządek, święta zgoda znika, 
Stają się wszyscy wrogowie wzajemni. 
A gdy się waśnią, gdy wstecz idzie praca, 
Gdy fundamenta podkopali sami, 
Uderza piorun i ściany wywraca, 
I już społeczność jęczy pod gruzami. 
I swe bolesne opatrując rany, 
Każdy na drugich gdy swe winy zwala, 
Grom, który został na pomstę przysłany, 
Z niebacznej ciżby śmieje się z oddala; 
Wicher, co bije w nieszczęśliwe zgliszcze, 
Z urągowiskiem po ruderach świszczę. 



VII. 

Tak w owe czasy, nim w Polskę strzeliły 
Cztery pioruny ze czterech stron świata, 
Pan porozdwajał, pogmatwał jśj siły, 
Z gościńca przodków odbieżał Sarmata. 
Bezrząd na wszystkióm swoją pieczęć kładzie, 
Nosi jój cechę już Rzeczpospolita, 
A niegdyś baczny na wszystko Łechita 
Stał się porządnym— jedynie w bezładzie. 
Panowie radni oblegają króla 
I za starostwa sprzedają swe wota; 
Szlachta na sejmie po gospodach hula, 
Pijanem słowem na wszystko się miota, 
Rzuca na króla i na senat zakał, 
Każdą myśl jego zabija w jutrzence. 



278 



Och! często, często boleśnie zapłakał, 
Często załamał Jan Kazimierz ręce, 
I tęskne myśli posyłał za morze, 
Gdzie tron ojcowski posiadł mu kto inny, 
Gdzie lud monarchom posłuszny, powinny, 
Gdzie król poddanych uszczęśliwiać może. 
A tutaj... tutaj gdzież jest tronu władza? 
Naród do szczęścia sam sobie przeszkadza. 
Tu groźna północ od Szwedów i Rusi 
Dwiema chmurami z daleka się sroży; 
Tutaj Chmielnicki, prawdziwy bicz boży, 
Kraj naddnieprowy oderwać się kusi, 
Krwią lacką spluskał ukraińskie stepy, 
A nie ma środków postawić mu czoła. 
Sejm tylko jeden uczynić to zdoła, 
Ale sejm polski, gwarliwy a ślepy, 
Gdzie dola kraju, gdzie obrona dziatek, 
On się targuje z królem o podatek. 
Jęcz.ą na nędzę i szlachta, i pany, 
Jednak tym jękom trudno dawać wiary, 
Bo dzisiaj w ziemi, ko pajac kurhany, 
Mnogie znajdujem grosze i talary, 
Na których stemplem ówczesnych myncarzy 
Odbite rysy Kazimierza twarzy. 
Snadź w owe czasy chciwość, czy obawa, 
Kryły przed sejmem, że grosza jest dosyć, 
I trudno było o szeląg uprosić 
W imieniu kraju lub w. imieniu prawa. 
Senator chowa swe grosze do skrzyni, 
Mnich się bogaci, panoszy bez granic, 
Szlachcic o zbytki dwór królewski wini, 
A na pobory nie zgadza się za nic. 



279 



Każdy od nędzy rzekomo się garbi, 
W liczbie podatku niedoboru kreski; 
Zakłopotany koronny podskarbi, 
Zakłopotany podskarbi litewski. 
Wojsko bez żołdu sztandary opuszcza, 
Poborca grosze roztrwania bezładnie, — 
A na sejmikach wykrzykiwa tłuszcza: 
Że król niebaczny, że podskarbi kradnie, 
Że wszystek zasób wyciągnięto z chatek, 
Że przyjdzie z głodu umrzeć na ostatek. 
A patrz po kraju, kędy grosz się trwoni 
Za jedną szczyptę zamorskiego ziela! 
Co sług! co potraw! co psów, a co koni! 
Jak tryska wino! jak huczy kapela! 
Patrz, ile kanak z dyamentu warty 
W stroju mężczyzny, białogłowy, dziecka! 
Jakie sobole, tygrysy, lamparty! 
Rzeczpospolita zbytkuje szlachecka. 
Za dwie wieczerze nadwornój szarańczy 
Można uzbroić chorągiew hussarzy; 
Lecz szlachta szumi, o swobodach gwarzy, 
Na grobie kraju śmieje się i tańczy; 
Ani chce wiedzieć, że tu wnet naskoczy 
Groźny Chmielnicki, Szwed albo Rakoczy. 
Gdy się na głowę zwala Siedmiogrodzie, 
Kozak i Rusin gdy do walki zowie, 
Na wałach fortec jaśni starostowie 
Sieją warzywa, jak gdyby w ogrodzie, 
Mur z bastyonem rozbijając stary, 
Budują z niego spichrze i browary. 
Rzadko gdzie w domu szlachcica-rycerza 
Był koń, zbroica lub miecz w pogotowiu; 



280 . 

Żołnierz koronny, zbyt folgując zdrowiu, 
Wlókł z sobą łóżka i pościele z pierza. 
Na wież obronnych niedawne zwaliska 
Wspina się koza i ogryza chwasty; 
Na straży żołnierz dziesiąty, dwunasty, 
Bo reszta hula, albo lud uciska. 

Czegóż nie działał ów motłoch, łakomy 
Na cudze grosze, majętność i domy! 
Na niewinnego pot warze wymiata, 
Mówiąc: Ten zdrajca, ten z wrogiem się brata, 
Ten ranił sługę, co był pod mą władzą, 
Ten ukradł konia, co do mnie należy! 
Więc do hetmana niewinnych prowadzą, 
A ich domowstwa oddają łupieży; 
Mordują, ranią, gdy rabować nie dasz, 
Biorą co wola i niosą na przedaż. 
Zamiast starszyznę mieć w zacnój powadze, 
Szemrał na króla, rotmistrze, hetmany, 
Składał swe zjazdy żołdak zbuntowany 
I groźny oręż podnosił na władzę. 
Rzadko kto mawiał: „Dopomóż mi, Boże! 
„Sławo! ja głowę dla ciebie położę!" 
Częściój słyszałeś z ust rycerskiśj braci: 
„Służę i czartu, jeśli mi zapłaci!" 

VIII. 

Boleść rwie serce, gdy musimy w pieśni 
Wspomnieć te czasy, kreślić te obrazy. 
Patrząc na Polskę płakali współcześni: 
„Piękna ziemico! zgubionaś sto razy! 



281 

„Świetna wśród bitew, nieszczęśliwa doma, 
„Nie drżysz przed Szwedem ani Zaporożem, 
„Lecz sama własnym zabijasz się nożem, 
„Grób sobie kopiesz własnemi rękoma! 
„Nie winuj obcych, że z chciwym zapałem 
„Biegną ku tobie, czując twe niezdrowie: 
„Tylko narzędziem Paóskiśm są krukowie, 
„Co lecą martwśm nasycić się ciałem. 
„Nie oni zgonu twojego przyczyną: 
„Kraje przez siebie, nie przez obcych giną." 

IX. 

Poczęły trwożne szerzyć się pogłoski 

nieprzyjaznym dla Polski sąsiedzie; 
Że podkanclerzy, zdradny Eadziejowski, 
Na zgubę braci szwedzkie hufce wiedzie. 
Tuż za pogłoską szedł i skutek spieszno: 
Runęły w Polskę zastępy Wandali, 

A gród poznański, i Kalisz, i Leszno 
W ręce zwycięzców wodzowie oddali. 
Wojewodowie i kasztelanowie, 
Co w wolnym kraju i wyznać sromota, 
W pokornóm piśmie i w pokornój mowie 
Królowi Szwedów składali swe wota. 
Janusz Radziwiłł wnet przeszedł do Szweda, 
Wiodąc za sobą szlachtę z Litwy całój, 

1 poszła dalój zwycięzka czereda, 
Wkrótce ją mury warszawskie ujrzały. 
Uszedł król polski ze swojój stolicy, 
Coraz po kraju tułając się dalej; 
Pierzchli koronni niegdyś pochlebnicy, 



282 



Co jeno łaski u tronu szukali. 

Opuszczał króla silny i bogaty, 

Szedł i Szwedowi swą przychylność kłamał. 

Biedny mieszkaniec zaściankowej chaty 

Spojrzał do koła— i ręce załamał; 

A obcy pychy poszeptom zdradzieckim, 

Przysiągł nie zdradzić króla i swej ziemi, 

Naostrzył brzeszczot rękami chrobremi 

I szedł do swoich łączyć się z Czarnieckim. 

Stefan Czarniecki, mąż kuty z żelaza, 
Z niewielką garstką nie zdradził swój wiary: 
W nim kraj rodzony, w nim Kazimierz Waza 
Widzieli męża, co jak granit stary, 
Zaległszy morza wściekłego wybrzeże, 
Sam jeden lądu od powodzi strzeże. 
A w tym niezłomnym wiekowym granicie, 
Przy którym fala ściele się bezwładnie, 
Jakież skry ognia! zaraz w nich ujrzycie, 
Za lada starciem jak piorun wypadnie. 

Ruś gości w Wilnie, Chmielnicki we Lwowie, 
Szwed zajął Poznań, Warszawę i Kraków; * 
Już wszystkie grody stołeczne Polaków 
W rękach zdobywców, jak nędzne pustkowie. 
Trzy wielkie wichry w całśj swojej sile 
Kiedy na jedną budowę gruchnęły, 
Zda się dziedzina Piasta i Jagiełły 
Będzie na troje rozdarta za chwilę. 
Nie masz wyboru dla prawego męża, 
Jeno polegnąć pod domowem zgliszczem; 
Lecz mądrzy mówią: — „Może coś uzyszczem, 
„Pójdźmy się kłaniać temu, co zwycięża." 



283 

X. 

Książę Radziwiłł, litewski koniuszy, 
Dawno szwedzkiemu kłania się królowi; 
Jego klienci, na. wszystko gotowi, 
Na stronę szwedzką przeszli z całśj duszy. 
Tylko gdzie niegdzie trzyma się na wodzy 
Kupa mieszczanów lub szlachta ubodzy. 
Pomimo pochlebstw, pomimo popłochu, 
Gdzieś garstka z garstką jeszcze się sprzymierza, 
Ostatni szeląg, ostatnią garść prochu 
Niesie za sprawę Jana Kazimierza, 
Ostatnie takty bolejącśj piersi 
Składa w modlitwę za Rzeczpospolitą. 
Lecz tacy ludzie, biedniejsi im szczersi, 
Jakże się muszą opłacać sowito! 
I szwedzki żołdak, i służba książęca 
Ściga stronników sarmackiego króla, 
Pod ich strzechami najbezkarnićj hula, 
Nad ich rodziną pastwi się i znęca; 
A byle cienie, byle powód marny, 
Niesie miecz rzezi i ogień pożarny. 

XI. 

Ale po burzy znowu się rozwidni, — 
Poczęła świtać jutrznia lepszśj doli. 
Szlachta od Szwedów cofa się powoli, 
Przejrzeli ślepi — a zdrajcy ohydni, 
Gdy nowe knować poczęli zasadzki, 
Stanął w Tyszowcach akt konfederacki. 
A w Częstochowie jedno serce mnicha, 
Które wspierała Przenajświętsza Panna, 



Tysiące szwedzkich zastępów odpycha, 

Daje się słyszeć wesołe: Hozannal 

Z echem i z wiatrem rozwiał się dźwięk pieśni 

Po całym kraju, jak dobra otucha; 

Powiat z powiatem kojarzy się cieśniój, 

Szwedzkich rozkazów już mało kto słucha. 

Sandomierz, Lublin już w ręku Polaków, 

Już głoszą powrót Jana Kazimierza, 

Nazad zdobyte Warszawa i Kraków, 

Czarniecki wszędy jak piorun uderza. 

A ludzie dobrzy, łatwowierni, prości, 

Co szli do Szweda w prostocie swój duszy, 

Już się zrzekają ohydnych sojuszy, 

Naród powraca do swej powinności. 

Już tylko tacy przy wrogu zostali, 

Co chcieli nękać swą ziemicę biedną: 

Kilku magnatów i klienci mali, 

Co z magnatami chcieli być za jedno. 



XII. 

Krzysztof Szeliga za nadto swą dolę 
Skojarzył z losem księcia Bogusława; 
Wspólne ich bojów, ich przewinień pole, 
Dzielić im tylko wspólny los zostawa. 
Już dziś nie poznać owego młodziana, 
Któremu Skarga święcił miecz na boje; 
Twarz jego dzisiaj zmarszczkami zorana, 
Znać, że sumienia cierpi niepokoje. 
Głos powinności ku matce swój ziemi, 
Którego wszystka szlachta usłuchała, 



285 



Czyż w jego piersiach nieprawość oniemi? 
Czyż w jego myślach nigdy nie zapała? 
O! znaczno walkę we szlachetnej duszy! 
Ciężka tam w głębi odbywa się próba. 
On nieraz myśli: — „Niech książę koniuszy 
„Trzyma ze Szwedem, czy z kim się podoba; 
„Moja powinność tam, gdzie mojój braci, 
„W szeregach króla, w obronie tej niwy, 
„Gdzie złożył głowę mój ojciec sędziwy, 
„Gdzie mię z narodem krew powinowaci." 

Przeciw tym myślom myśl zdradna a płocha 
Stawiła czoło potężnie i srodze: 

— „Czyż rzucić księcia, który tak mię kocha, 
„Kiedy tu silną, chorągwią dowodzę? 
„Ja tutaj mnogie skarby mam pod strażą, 
„Z łupów wojennych uzbierałem krocie; 
„Wrócić do swoich—to oddać je każą, 
„Oddać kmiotkowi, wdowie lub sierocie. 
„Rzucić dostojność, którą tutaj pieszczę, 
„Pozbyć się grosza— toć cała ruina; 
„Zostać żołdakiem, potem słuchać jeszcze, 
„Gdy człek skrzywdzony łupieżcę przeklina... 
„Nie, już za późno... już pozostać wolę: 
„Po mojej drodze zaszedłem daleko; 
„Wypieszczonemu na książęcym stole, 
„Wracać do wioski— pić wodę i mleko... 
„Przy łasce księcia* przy wojennym łupie, 
„Nie taką wioskę ja wkrótce zakupię." 

Tak, by zagłuszyć sumienia zgryzoty, 
Szeliga w swego namiotu ustroni 
Przeglądał pilno swój strój szczerozłoty, 
Srebrzysty oręż, suty rząd na konie; 



286 



A obliczając swe przyszłe rozkosze, 
Przyszłe znaczenie — dodawał kryjomu: 

— „Zmienią się czasy, i króla przeproszę, 
„I jak bohater powrócę do domu." 

Bluźniercze myśli! bezrozumne cele! 
Bo się w dziejową świątynię nie wdziera: 
Nie dosyć męztwa albo ran na ciele, 
Bo świętość sprawy czyni bohatera; 
Imię mężnego na nic się nie przyda, 
Gdy czyje czoło piętnuje ohyda. 



XIII. 

Pod wioską Prostki, na pruskiśj granicy, 
Szwed, już z dziedziny sarmackiój wygnany, 
Leżał obozem — a dwa polskie pany, 
Dwaj macierzystśj ziemi najezdnicy: 
Książę koniuszy, Bogusław Radziwiłł, 
I podkanclerzy polski, Radziejowski, 
Nowe Szwedowi podawali wnioski, 
By wrócił w Polskę i kraj uszczęśliwił, 
Że tamta ziemia ku niemu stęskniona 
Znowu poddańcze wyciągnie ramiona. 
Elektor pruski, obecny naradzie, 
Co swoje hufce ze Szwedem połączył, 
Co rad by z Polską na zawsze już skończył, 
Przyrzeka pomoc i warunki kładzie. 
Radzono długo... noc była już ciemna, 
Były tam plany, i spory, i swary; 
Wreszcie nastała ugoda wzajemna, 
Przybito dłonie, podano puhary, — 



287 



I cichy toast okrążył trzy razy: 
„Niech żyje zguba Kazimierza Wazy!" 

Szeliga z wartą księcia Bogusława 
Stał przy namiocie tuż za samem płótnem, 
Słyszał jak gwarna toczyła się wrzawa, 
Słyszał toasty z ich proroctwem smutnśm; 
Ale mu serce nie zadrgało zgrozą, 
Zaśmiał się— szepnął: — „Giń, Rzeczpospolita! 
„Gdy starą Polskę na marach powiozą, 
„Toć nowy w świecie porządek zaświta. 
„Szwedzkim stronnikom już zręczność się poda 
„Wypłynąć na wierzch, bo ich teraz pora... 
„Już nie starosta, jak marzyłem wczora, 
„Lecz będę hetman, kanclerz, wojewoda; 
„Wezmę urzędy, których nie dościga 
„Nawet Radziwiłł, nietylko Szeliga. 
„A dusza ojca, stary duch woźniczy, 
„Co patrzy na mnie ze zgrozą rozpaczy, 
„Kiedy me wszystkie honory policzy, 
„Jakże mi chętnie odstępstwo przebaczy! 
„I w drugim świecie nagany mi nie da, 
„Że szlachcic polski był stronnikiem Szweda." 

Ledwie to wyrzekł, aż oto z łoskotem 
Trąbka zagrała przed samym namiotem, 
I spieszny goniec zapytał u straży: 
Czy tu król szwedzki? czy ucha udziela? 
I czy z listami tu się wejść odważy? 
A listy pilne od wojska Forgela. 
(Ów zasię Forgel był szwedzki generał, 
Który szedł kilku tysiącom na czele, 



288 



Był dwakroć jeńcem, ale teraz śmiele 
Znów się do Polski za Wisłę przebierał). 
Wpuszczono gońca, a na wielkiej radzie 
Siła zapytań razem go osypie. 
Niedobre wieści: bo przy wiosce Lipie 
Czarniecki dopadł Wandalów w nieładzie; 
Erwawemi strugi zalało się pole, 
Trupem poległo Szwedów dwa tysiące; 
Nim się poranne ukazało słońce, 
Generał w polską dostał się niewolę. 
Król szwedzki zgrzytnął i zatupał nogą, 
Elektor pruski coś zamruknął z cicha, 
Pan Radziejowski pogląda złowrogo, 
Książę koniuszy blednieje i wzdycha. 
Goniec złśj wieści wymknął się z namiotu 
I kędyś zniknął w obózowem kole. 
Szeliga otarł wielką strugę potu, 
Co mu gorąco płynęła po czole, 
I dziecko Litwy niespokojne szczerze, 
Że jego naród swe tryumfy bierze. 



XIV. 

Cicho w namiocie — i król, i książęta 
Zwiesili głowy pod myśli nawałem. 
Wtem cisza nocy znowu potrząśnięta, 
Ale złowrogim na trwogę sygnałem. 
Król wybiegł... słucha... to nota nieswojska! 
— „Na koń, żołnierze! do zbroi! do broni!" 
Lecz w tejże chwili nad uchem zadzwoni 
Bogarodzica — hymn polskiego wojska. 



289 



Zaledwie szwedzka rusza się gromada, 
Troisty hufiec na karki jńj wpada. 
Książę koniuszy wyskoczył z namiotu, 
Dopadł rumaka— lecz go hufiec ściga, 
Jeno zakrzyknął; — „Hej, mości Szeliga! 
„Ze swą chorągwią zastaw się u płotu; 
„A jeśli napad podstąpi zdradziecki, 
„Pilnuj się waszmość na miejsca wyborze, 
„By miłościwy król jegomość szwedzki 
„W ręce się polskie nie dostał broń Boże!' 
Król szwedzki uszedł; lecz jego zamiary 
Przeniknął hufiec pancerny litewski, 
I wielki hetman, Wincenty Gosiewski, 
Przyskoczył, mając najemne Tatary, — 
I w tśjże chwili zręcznie oskrzydlili 
Pancerne hufce księcia koniuszego. 
Napróżno półki brandeburskie biega, 
Napróżno szwedzkie rycerstwo się sili, — 
Już dzielne polskie i tatarskie zuchy 
Kozbiły hufiec birżańskiego księcia. 
Książę z Szeliga, bojąc się ujęcia, 
Na rączych koniach szukają otuchy. 
Hufiec Tatarów rączo ich dościga: 
Pojmany książę, pojmany Szeliga. 



XV. 



Chwała zwycięztwa, jak kronika pisze, 
Na Gosiewskiego zaświtała głowie; 
A korzyść walki dobrzy towarzysze 
I perekopscy wzięli Tatarowie. 

Kondratowicz. Wybór. T. II. "\& 



290 

Sześć pułków szwedzkich, dwa pruskie sztandary, 

Dwa hufce polskie i armat bez miary, 

Bez miary jeńców okowywa pety 

Hetman litewski Gosiewski Wincenty,— 

I dobrze pewien, że wiadomość miła, 

Radosne gońce do króla posyła. 



XVI. 

Przy boku króla był Radziwiłł drugi, 
A krewny księcia koniuszego blizki, 
Mąż znakomity przez zacne zasługi, 
Michał Kazimierz, ordynat nieświózki. 
Jego staraniem, choć z bronią pojmany, 
Książę koniuszy zgubie się wyśliźnie; 
A jego wojsko i wszystkie dworzany 
Kazano wygnać, jak śmieci w ojczyźnie, 
Ażeby żadne nie zostały ślady, 
Że szlachcic polski był zdolen do zdrady. 
Książę koniuszy, choć swojśj krainie, 
Swemu królowi zawinił się srogo, 
W Słucku, Nieświeżu, Mirze, Tykocinie, 
Fortece szwedzką- osadzał załogą, 
Dobywał Brześcia, — dziś zbity na głowę, 
Jak buntownika Gosiewski go bierze; 
Lecz potom z królem pojednał się szczerze 
I sprawiał różne urzędy krajowe. 
(Czy urzędując nagrodził te straty, 
Które krajowi poczynił tak świeżo? 
To są wypadki już późniejszój daty, 
Co do powieści naszój nie należą). 



291 



XVII. 

Szeliga tedy, występny bannita, 
Wygnan od ziomków za rodzinne płoty; 
Lecz za to bogacz, a myśl jego skryta 
Mało się troszczy tern piętnem sromoty. 
A hetman, nieco łagodząc mu winę, 
Nim się dopełni wygnanie złowieszcze, 
Kiika dni czasu zostawił mu jeszcze, 
Aby mógł przedać ojcowską wioszczynę. 
Szczupły-Ć to dworek — mało go obchodzi; 
Jednak Szeliga skorzystał z pozoru, 
Aby na Litwie, wśród tamecznój młodzi, 
Jednać stronniki dla szwedzkiego dworu. 
Pojechał tedy w rodowitą stronę, 
Gdzie od młodości nie postał i nogą; 
Cztery rumaki, w karocę wprzężone, 
Pędzą ku Litwie pośpiesznie, jak mogą. 
I któżby poznał po tak długim czasie 
Syna woźnicy w tśj pańskiój kolasie? 
Na pacholęciu przed dawnemi laty, 
Gdy wyjeżdżało z ojcowskiego domu, 
Nie świecił w oczy strój taki bogaty, 
Twarz była młoda, a czoło bez sromu. 
Za nim leciały, jako towarzysze, 
Błogosławieństwa ojca i kapłana; 
Dziś jego głowa z kraju wywołana, 
Przeklęctwo ziomków nad nią się kołysze. 
I kraj się zmienił, że poznać niemożna: 
Tak było pięknie, tak było zielono! 
A teraz dymem wsi i miasta płoną; 



292 

Świątynie ręka odarła bezbożna; 
Nie słychać w polu śpiewania żniwiarzy; 
Kryje się w lasach trwożliwa drużyna; 
A gdy człowieka napotkać się zdarzy, 
Ten gorzko płacze i Szweda przeklina; 
Zboża spalone, nagie świątyń mury, 
Wszędy zniszczenie, gdzie oko dościga... 
I gorzko, gorzko zaśmiał się Szeliga, 
Dworek swych ojców gdy zobaczył z góry. 
Runęły spichrze, gołębnik, stodoła, 
Dom pochylony do upadku gotów, 
Klonów i gruszy nie było już zgoła, 
Rosły badyle w ogródku bez płotów. 
Znaczno, że wszędy przeszedł czas pożerczy, 
"Wszystko bolesne przypomnienia budzi; 
Tylko przed wjazdem stara brama sterczy, 
Zaklęciem Skargi pamiętna u ludzi. 
Westchnął Szeliga— a z dumnego oka 
Trysnęła łezka, gość niespodziewany; 
Lecz się opomniał i spojrzał z wysoka, 
I począł nowe osnowywać plany. 



XVIII. 

— „Ten, kto ma złoto, ma wszystko na świecie. 
„Co. mi tam szkodzi wygnańca nazwisko? 
„Bannita polski— niezginiony przecie; 
„Na ziemi szwedzkiśj znajdę przytulisko, 
„Tam kupię dębra —grosz popłaca wszędzie; 
„Ale nie żegnam mój rodzinnej włości: 
„Gdy się król szwedzki na siłę zdobędzie, 



293 



„My znowu tutaj zawitamy w gości. 
„Odbiorę własność może w rok najdalśj 
„I wygnam z kraju tych, co mnie wygnali. 
„Tu będzie pałac, na nim herb kamienny, 
„Gniazdo Szeligów odnowić potrzeba. 
„Stary mój ojciec, królewski stajenny, 
„Aż się uśmiechnie z wysokiego nieba. 
„Bo cóż za złoto okupić się nie da? 
„I cześć powróci, którą wyrok plami, 
„Bylebym tylko między Litwinami 
„Zjednał Co więcej stronników dla Szweda...' 



XIX. 

Kiedy tak dumał, rumaki jak z procy 
Leciały pędem na dworku zwaliska. 
Oś czterokonnej wspaniałej karocy 
Pod Stare wrota z mozołem się wciska. 
(A wrota wązkie, bo tędy od wieka 
Szedł prosty wózek, lub wjeżdżał gość konny, 
Bo wiedział starzec, że się nie doczeka, 
Iż go odwiedzi urzędnik koronny, 
I nie dla karet szerokiój postaci 
Budował wrota, lecz dla szlachty braci). 
Za ciasno było synowskiśj kolebce, 
Uwięzły konie, woźnica je plaży. 
Szeliga zadrżał, pobledniał na twarzy, 
Coś niedobrego przeczucie mu szepce. 
Konie zarwały, oś o słupy grzmocę, 
Spróchniałe słupy pękły od zamachu,— 
I cały ciężar dębowego dachu 



294 



Z głuchym łoskotem pada na karocę. 
Przegniła słoma i krokwi gromada 
Całkiem przykryły woźnicę i pana, — 
Trzaska się w szczęty karoca złamana 
I cug rumaków na kolana pada; 
Nakoniec targnął i odrzucił w stronę 
Dwa trupy ludzkie, na miazgę stłuczone... 



XX. 

Więc Stare wrota nad zdradziecką głową 
Już dopełniły swojśj powinności! 
Tak sobie ludzie powiadali prości, 
Przypominając księdza Skargi słowa: 
„Kto tędy przejdzie z jaką myślą zdradną f 
„Niechaj te tarota na niego upadną!" 
Czy prawdę mówią? niepodobna dociec: 
Czy mało baśni nagada prostota? 
Tutaj, jak zwykle, winien stary ojciec, 
Że nazbyt wązkie wybudował wrota; 
Winien woźnica, że źle konie lecą, 
Że zakierował i rady im nie da; 
A może zresztą i syn winien nieco, 
Że rzucił króla, a przeszedł do Szweda. 

IŁ lipca 1856. Borejkowszczyzna. 



JANKO CMENTARNIE. 

* GAWĘDA LUDOWA. 



PRZYGRYWKA. 

W naszćj wiosce za mych latek 

Inszy bywał ruch: 
I wesele, i dostatek, 
Każde dziewczę gdyby kwiatek, 

Każdy chłopiec zuch! 

Dziś na rozum ludzie biorą, 
Ale idzie coś niesporo — 

Insze czasy maszl 
Szarem kwieciem łąka kwitnie, 
Pokarlały kłosy żytnie, 

Zbladła ludziom twarzl 

Ozy w jesieni, czy to w wiośnie, 

Były piękne dni; 
Czy pracuj em — serce rośnie, 
Czy się bawim — to rozgłośnie, 

Aż gospoda drży! 



296 

Dzisiaj ludzie już nie tacy 
I do czarki, i do pracy — 

Wiem ich siłę, wiem! 
A ojcowie dzielni, starzy, 
Spoczywają u cmentarzy 

Wiekuistym snem!... 

Pójdę do nich: na mogile 

Będę płakał rad; 
Do nich miodu dzban wychylę, 
I pogwarzę słodko, mile, 

Z ludźmi dawnych lat. 



JANKO CMENTARNIE. 

I. 

Jak po nad grobem wśród nocnej pory 

Błądzą ogniki i meteory, 

Tak dni ubiegłe, dawne dni nasze, 

Zawsze uroczy promień opasze. 

Choć one były zwykłemi dniami, 

Ludzie ci sami i tacy sami, 

I świat, i człowiek jedną miał dolę, 

Chmury na niebie, troski na czole; 

Niekiedy jutrzni promień szeroki 

Rozjaśnił serce, przebił obłoki, 

I znów się ukrył za gęste mgliska; 

Z niebios deszcz pada, z oczu łza tryska, 

I tak się ciągle miesza na ziemi, 

Chwilka pogody z dniami tęsknemi; 



297 



A jednak promień przeszłości złoty • 
Każe zapomnieć chmur i tęsknoty; 
Gdy w tamtą stronę myśli pobiega, 
Rzewniej na sercu — Bóg wie dla czego! 
Rok dawno zbiegły dziwne ma wdzięki! 
Bo to rówieśnik naszśj jutrzenki; 
A tamci ludzie dla tego mili, 
Że w naszóm życiu świadkami byli 
Pierwszśj pielgrzymki, kiedyśmy śmieli 
Ku niewidomym celom lecieli, 
Za motylami, to za kwiatkami, 
Za wszystkióm pięknóm, co oko mami, 
Za wszystkiem miłóm, co serce pieści; 
Nie tak jak dzisiaj, gdy syn boleści, 
Zaznawszy świata, głowę schyliwszy, 
Co chwila mędrszy i nieszczęśliwszy, 
Obarczon ciężką sakwą podróży, 
Gdy mu dawniejsza siła nie służy, 
•Krwawiąc się cierniem i ostrem zielem, 
Idzie do celu — a grób tym celem. 



II. 



Święta jutrzenko mojego rana! 
Tyś była chmurna i opłakana, 
Ot taka sama i w każdym względzie, 
Jak dzień dzisiejszy, jak jutro będzie. 
A jednak, nie wiem i zkąd, i po co, 
Nad twem wspomnieniem światła migocą? 
A przy tych światłach, gdy się rozmarzę, 
Lubię oglądać dawniejsze twarze, 



298 



Miejsca, gdzie moje zbiegło zaranie, 
Odzie dzisiaj noga już nie postanie. 
I patrzę czasem, i gonię rzewno 
Za ową barwą mglistą, niepewną, 
Za temi dachy, gdzie życie biegło, 
Za tamtych świątyń znajomą cegłą, 
Za tamtym wiatrem, łąki przekosem, 
Za tamtych ludzi wzrokiem i głosem, 
Z którymi niegdyś żyło się ściślój, 
Łamiąc chleb bratni, mieniając myśli... 

Gdy spracowane ramię zaboli, 
Gdy pulsa życia tętnią powoli, 
Człek ciężko westchnie: Boże mój, Boże! 
Tam świeżość dawną zyskałbym może, 
Widok stron tamtych i tamtych twarzy 
Zastygłe serce pewnie rozżarzy... 
Śmieszne rojenia! puste gawędy! 
Wszak czas i życie szły i tamtędy; 
A tamte miłe dachy ze słomy 
Pokrył mech siwy, mnie nieznajomy. 
Drzewka, com niegdyś kochał, jak braci, 
Musiały wzrosnąć w nowćj postaci — 
A cóż mi po nich? myśl ma pochmurna 
Chciała w nich widzieć dawne konturna, 
A one wzrosły, jak wszystkie drzewa, 
A wiatr tam dzisiaj inny powiewa, 
Inaczej huczą kościelne dzwony, 
Jeden rozbity, drugi zmieniony... 
A twarze ludzkie? jak karta biała: 
Tam każda chwila coś zapisała. 
Nowe kolebki ściele niewiasta, 



299 



Co było dzieckiem — w męża urasta, 
Co było mężem — dzisiaj skroń siwa, 
Co było starcem — w grobie spoczywa. 
To jacyś obcy... nie chcę tych ludzi: 
Ich widok tylko boleść mi wzbudzi! 
Coś znajomego, coś mi się roi... 
Lecz to nie tamci, lecz to nie moi! 
Na twarzach zmarszczek głębokie żłoby, 
Ślad wieku, smutków albo choroby; 
Już głos dziewiczy, co ucho pieści, 
Ostro dziś płynie z piersi niewieściśj; 
Głos męża silny, pełny słodyczy, 
Dziś w starczych ustach szepleni, syczy. 
Człek przypomina, wsłucha się, wsłucha: 
To obce dźwięki dla mego ucha!... 
A sercaż ludzkie! jaka tam zmiana! 
Widziałeś piękny zapał młodziana — 
Dzisiaj tę duszę czyż poznać można? 
Tak samolubna, taka ostrożna! 
Widziałeś w niebo wzniesione oko, 
Czytałeś w sercu wiarę głęboką, 
A jakąż miłość kryło to łono, 
Niewyczerpaną, niewyziębioną! 
Lecz czego lodem zakuć nie w stanie 
Grzech, doświadczenie, odczarowanie? 
I już w tych piersiach, i już w tśj głowie 
Chłodna niewiara, straszne pustkowie! 
Posłuchaj tylko: szydzi bluźnierca 
Z dawniejszej wiary, z własnego serca... 
Precz mi z tym człekiem! ja go nie znałem! 
A jam chciał wskrzesnąć jego zapałem! 
A jego postać, ileż to razy, 



300 



Gdym w myślach kreślił przeszłe obrazy, 
Tak promieniście i tak różowo 
Przelatywała nad moją głową!... 
Szatan nie człowiek!... za jakież winy 
Skalał mój obraz, obraz jedyny 
Młodój przeszłości, szczęśliwszej chwili, 
Źródła, com sądził, że mię posili, 
Że zwątpiałemu wróci nadzieje, 
Że mię dawniejszym ogniem zagrzeje?!... 

Och! jak boleśnie, och! jak boleśnie, 
Że dzień wczorajszy nigdy nie wskrześniel 
Wczorajsi ludzie już dziś umarli, 
A wiek się zmienia, przyszłość się karli... 
Chcesz zdłużyć chwilę, która ucieka? 
Rozważaj przeszłość, ale z daleka. 

ni. 

Jeśli ochota, słuchacze mili, 
Dajcie mi ucho choć na pół chwili: 
Starym zwyczajem, w kółku słuchaczy r 
Powiem powiastkę, przygodę raczej, 
Którąm zasłyszał z ludzkiój pogłoski, 
Prostą i rzewną — wiadomo z wioski. 
Czyńcie co wola: śmiejcie się, płaczcie, 
Dobre przyjmijcie, a złe przebaczcie. 

IV. 

Przed pięćdziesięciu czy więcśj laty, 
Żył w jednśj wiosce młodzian bogaty, 



301 



Hoży, wesoły —jeden z tych ludzi, 
Którego serca nic nie wystudzi, 
Co go nie stworzył Bóg na pieszczocha, 
Co kiedy kocha, to szczerze kocha, 
Co to do pracy rwie się ochotnie, 
Co to przy pługu z rozkoszą potnie, 
A kiedy hula, to z całój duszy, 
Którego serce wszystko poruszy, 
Co gotów stawić we dnie i w nocy 
Pierś do uścisku, dłoń do pomocy. 
Więc wszyscy brata widzieli w Janku; 
A on zajęty był bez ustanku, 
Temu, owemu, czy to, czy owo, 
Jakąś gromadzką sprawą wioskową. 
Kochał swą wioskę, chlubił się wioską, 
Kochał rodziców duszą synowską, 
Kochał swe pola i sianoźęci, 
Kochał rzeczułkę, co tam się kręci, 
Kochał swe lasy i dymy chatnie, 
Dla parobczaków miał serce bratnie, 
Kochał na zabój dziewczęta młode, 
Kochał kaplicę, cmentarz, gospodę. 

I z tą miłością rodzonój ziemi 
Dobrze mu było między swojemi: 
Bo jakoś zawżdy na sercu gracko, 
Dolę, niedolę dzieląc gromadzką, 
Żyć ze wszystkimi, czuć bratnią spójnię, 
To jakoś serce bije podwójnie. 
Bywało we wsi śmierć kogoś bierze — 
Janek jak dziecko spłacze się szczerze, 
W obcym człowieku, co zszedł ze świata, 
Jakby utracił ojca czy brata. 



^ 



302 



On dół wykopie, trumnę wyciosa, 
Żałobną pieśnią grzmi pod niebiosa, 
A jeśli krewni niedość bogaci, 
Jeszcze bywało za pogrzeb płaci. 
Za to, gdy we wsi jakaś hulanka, 
Za siódmą górą posłyszysz Janka: 
To hucznie śpiewa, to w taniec ruszy, 
Gromadzka radość tak mu do duszy. 
On na weselach za drużbę stanie, 
On pierwszy oracz na dworskim łanie, 
Przodowy kosarz na sianożęci, 
Nigdy mu nie brak siły i chęci. 
No! a na świecie różnie się plecie: 
Czasem do bitwy przychodzi w lecie, 
Zwłaszcza, że wioska ustronna, mała, 
Na spornych gruntach jakoś leżała, 
Więc cudzopaniec w dogodnej porze 
Łąkę przekosi, grunta przeorze, 
Wpuści dobytek w niwę wioskową; 
Groźba za groźbę, słowo za słowo, 
Krzywda widoczna, a sprawa prędka, 
To się i pobić przychodzi chętka. 
No! różnie bywa: którćjś niedzieli, 
Ten się podchmieli, drugi podchmieli, 
Słówko za słówko, krew silniój bije, 
Jakoś przychodzi grzmotnia na kije. 
A drugi, siedząc, niedługo duma, 
Żal mu sąsiada, żal pana kuma, 
Więc do pomocy! I z drugiej strony 
Znowu się zjawi gość nieproszony, 
I dwie gromadki starym zwyczajem 
Gdzieś przy gospodzie grzmocą się wzajem. 



303 



Na taką, grzmotnie, w lichej godzinie, 
Niech-no się tylko Janek nawinie, 
I rzutem oka niech-no wybada, 
Że tam chcą skrzywdzić jego sąsiada; 
To własne życie już mu nie w cenie, 
Choć na dziesięciu wpada szalenie, 
A słabej stronie dając pomoce, 
Potężną ręką, jak cepem, grzmocę. 
I poty grzmocę dalój a dalśj, 
Aż przeciwników na ziemię zwali, 
Piersi do piersi, a ramię w ramię, 
Aż nim ich kije w trzaski połamie. 
Słowem, czy w zgodzie, czy to we zwadzie, 
Janek był pierwszy w całej gromadzie. 



V. 



Takie pierwszeństwo nie idzie z rodu, 
Ani go zjednać za kufel miodu; 
Lecz trzeba kochać a sercem całem, 
Trzeba być silnym duszą i ciałem, — 
A czy to w wiosce, czy w wielkióm mieście, 
Taką przewagę uznają wreszcie. 
Przewaga serca w imię przyjaźni 
Najdumniejszego dumy nie drażni; 
Wszyscy się chylą przed taką władzą, 
Ochocze serca zawżdy poddadzą; 
A gdy już pierwsza przebyta próba, 
Prowadź gromadkę gdzie się podoba. 



304 



VI. 



I świetna była dola Jankowa, 
Póki się we wsi rodzinnój chowa; 
Lecz inszą dolę dały mu Nieba: 
Panu hajduka było potrzeba, 
Spodobał Janka, zabrał go z chaty 
W obce wojwództwo, aż pod Karpaty. 
Żal rodzinnego było mu płota, 
I wioska po nim będzie sierota; 
Ojciec przeżegnał dobrego syna, 
Gorzko płakała matka jedyna, 
Chłopaki ucztę dali mu w domu, 
Dziewczętom zucha żal pokryjomu; 
Jedna, jak widać, smutniejsza nieco, 
U drugiój łezki na oczach świecą. 
Wszyscy żałują — on głowę traci, 
Dumny tym żalem swoich współbraci. 
Z sercem rozdartem i bolejącem, 
Z tysiącem wspomnień, z marzeń tysiącem, 
Zakończył z braćmi uczty ostatki, 
Rzucił się do nóg ojca i matki, 
Uściskał chłopców i dziewy młode, 
Pożegnał kościół, cmentarz, gospodę, 
Wsiadł na konika dworsko a raźnie, 
Jeszcze się wszystkim skłonił przyjaźnie 
I ruszył, świszcząc piosnkę kozaczą, 
Pewien, że jego łez nie zobaczą, 
I snuć marzenia zaczął powoli 
O nowem życiu, o inszój doli. 



305 



VII. 



Dobrze mu było na dworze pana: 
Barwa złocista i posrebrzana, 
Spięty popręgą, w sutćj bekieszy, 
Z kity u czapki wielce się cieszy, 
Strzelba przez plecy, konik cisawy, — 
O! taka służba jak dla zabawy! 
Prędko się zuczył celnego strzału, 
I przyjaźń ludzka nie szła pomału; 
Pan go od razu polubił wielce, 
Kazał policzyć pomiędzy strzelce; 
Dworscy przyjęli braterską dłonią, 
No, i dziewczęta nie bardzo stronią. 
Wesołe życie! jedyna bieda, 
Że Bóg przeszłości zapomnieć nie da, 
Że w dzień i w nocy tak sercem miota 
Ta do rodzinnej skiby tęsknota! 
Te ciągłe myśli o swojej strzesie, 
Ptaszek pod skrzydłem chyba je niesie! 
Słodkie powietrze ze swego świata 
Chyba zdradziecko z wiatrem przylata, 
Aby do reszty odurzyć głowę, 
Ażeby serce drzeć na połowę... 
Naj pierwsze myśli, kiedy się zbudzi. 
Posyła najprzód do tamtych ludzi: 
Co oni robią? żywi? czy zdrowi? 
Ojciec i matka, nasi domowi? 
Nasze chłopaki, nasze dziewczęta?... 
I kto tam jeszcze o mnie pamięta? 
Czy tam wczorajsza doszła ulewa? 
Czy wiatr któregoś nie złamał drzewa? 

Kondratowicz. Wybór. T. II. ^ 



306 



Tak była wątła, tak pochylona 
Grusza przy chacie starca Szymona... 
Co się tam stało z kościelną wieżą? 
Kto tara rej wiedzie między młodzieżą? 
Czy zawsze psisko u Pawła bramy? 
Czy stary dzwonnik jeszcze ten samy? 
Och! coś mi serce niedobrze tuszy! 
Musiał kto umrzeć, bo tęskno w duszy... 

Gdy się w niedzielę świetnie ustroi, 
Och! — myśli sobie — gdyby tu moi, 
'Gdyby widzieli rodzice starzy, 
Jak mi strzelecka barwa do twarzy! 
Tożby zazdrościł, aż głową kiwa, 
Wioskowy strojniś, Marcin Pokrzywa! 
A dziewkiż nasze! nasze jagódki, 
Tożby to uśmiech stroiły słodki! 
Niby to z cicha, niby to skromnie, 
Zawszeby jednak przylgnęły do mnie...; 
O! gdzie tam, gdzie tam!... lepiej we świcie! 
Proste jśj sukno, proste uszycie... 
Ja w stroju dworskim pomiędzy chłopcy 
W rodzonej wiosce byłbym jak obcy; 
Gdybym zawitał w takim ubiorze, 
Piesby domowy rzucił się może..* 
Nie chcę tej barwy złotćj, zielonej! 
Puśćcie mię, puśćcie w domowe strony!... 



VIII. 

Tak często patrzał w stronę swej ziemi, 
Stojąc z rękami załamanemi; 



307 



A chcąc zagłuszyć tęskność zdradziecką, 
Myśli bywało: — Jakież ja dzieckol 
Młodemu człeku, ot wielka bieda, 
Że pan mi doma zagnuśnieć nie da! 
Cóż robić? tęskno po swej rodzinie, 
Lecz to przeminie... Ej, nie przeminiel 
Biednyś ty, Jankul wioskowej głuszy 
Nie trzeba było wrastać do duszy; 
Kiedy raz wrosła, nic nie pomożem, 
Już tej miłości nie wyciąć nożem! 
Z taką tęsknotą, jak z karą bożą, 
Już i do trumny ciebie położą!... 

Są jedne dusze, które umieją 
Ciągle żyć światem, ciągle nadzieją, 
A których serce wszędzie przyrasta: 
Dzisiaj do wioski, jutro do miasta, 
Dziś leć w powietrze, jutro płyń wodą, 
Gdziekolwiek losy ciebie powiodą, 
Wiosna im w maju, wiosna w oktobrze, 
Wszędy ojczyzna, gdzie jeno dobrze. 

Są insze dusze, niby to święte, 
Co, burzą życia w obczyznę pchnięte, 
Tęsknią do swoich, tęsknią i marzą; 
Potem powoli, z zimniejszą twarzą, 
Z gorzkim uśmiechem, już winią Nieba: 
Cóż mamy począć? tak już potrzeba! 
A zresztą, mówiąc prawdą a Bogiem, 
Konieczność musi stać się nałogiem, 
Nałóg naturą: — radzi nieradzi, 
Los, jak ogrodnik, gdy nas przesadzi 
W Indye Wschodnie, do Neapolu, 
Pomimo cierpień, pomimo bólu, 



308 



Musim się zrosnąć z nowym klimatem. 
Litwa — Neapol... nie idzie za tóm: 
Litwę u piersi jak dziecko niańczę; 
Lecz w Neapolu są pomarańcze, 
Tam cień oliwny osłania głowę, 
A w Litwie tylko szyszki borowe. 
Człowiek, rad nierad, jakoś przywyka 
Do pomarańczy od słonecznika. 
Nałóg — natura: więc co za dziwa, 
Że mi smakuje bardziej oliwa? 

Są insze dusze, głupcy, waryaty, 
Co wolą słomę domowśj chaty, 
Co wśród palm pragną sosnowych lasów, 
Co wśród pomarańcz i ananasów 
Gminne ich zdrowie bardziej przywykło 
Karmić się szczawiem lub swoją ćwikłą. 
Poradź tu z grubą duszą Litwina, 
Co swój dzikości nie zapomina, 
Co swe lepianki, swych borów liście 
Kocha ogniście, kocha wieczyście, 
Który, rwąc z drzewa pomarańcz złoty, 
Za szyszką sosen ginie z tęsknoty, 
Co otoczony natury blaskiem, 
Za dzikim borem, za żółtym piaskiem 
Jak za kochanką goni kochanek! — 

Tak się dziwaczył, tak tęsknił Janek. 
Widząc na murach blaszane szczyty, 
On wolał domek słomą pokryty; 
Nieuleczony, dziwny szaleniec, 
On w kraju pszennym śnił żyta wieniecl 
Szkoda cię, Janku w złoto przybrany, 
Że do wioskowej tęsknisz sukmany, 



309 



Że gdy cię szczyci łaska bogacza, 
Kiedy cię dworski przepych otacza, 
Eu nędzy ojców strzelasz oczyma. 
Zgubiony ś, Janku! rady już nióma! 
Gdy raz gangrena wpadnie do łona, 
To już choroba nieuleczona; 
Znane lekarzom takie zjawisko, \ 
Nawet łacińskie nosi nazwisko. 
Jedyną na to leczebną siłą 
Oddech z powietrza, gdzie się rodziło, 
Szklanica wody z domowój rzeki, — 
Albo ze szczęściem rozbrat na wieki. 



IX. 



Rozbrat ze szczęściem! — taka twa dola: 
Nieprędko wrócisz na swoje pola. 
Mocuj się duchem, póki duch służy, 
Bo długa kolej twojśj podróży. 

W rok coś niespełna, po wszystkich stronach 
Poczęto gadać o legionach, 
Coraz to głośniój, coraz to szerzśj; 
Poczęła szlachta zbierać żołnierzy, 
I kto sam jeden, i kto gromadką, 
Marsz za granicę umykać gładko! 
I pan Jankowy, żywej natury, 
Kazał swym strzelcom uszyć mundury, 
Dał nowe konie, szable i lance, 
I powiódł zastęp w dalekie krańce. 

Janek wesoły poszedł w żołnierze; 
A chociaż chętka zapłakać bierze, 



310 



Lecz myśli sobie: — Niech płaczą dzieci! 
Łza żołnierzowi mundur oszpeci! 
Skoczyłby teraz do swojój wioski 
Wziąć pożegnanie z ręki ojcowskiój, 
Przyjąć od matki medal święcony, 
Pożegnać braci i swoje strony, 
Uścisnąć szczerze dziewczęta z sioła; 
Ale już czasu nie było* zgoła. 
Zagrano w trąbkę — pan już na przedzie, 
I pal z kopyta, gdzie oko wiedzie. 



X. 



Krwawo, rucbawo, jakby w zachwycie, 
Płynęło wtedy żołnierskie życie. 
Dyktator Gallów grzmiącemi słowy 
Zagrał poemat wielki, dziejowy. 
Z mnogich zastępów tworzył wyrazy, 
Z hufców układał ogniste frazy, 
Takt jego piersi bije armata, 
Za kartę użył połowy świata. 
A każda fraza i każda głoska 
Wrzała tak silnie, jak myśl mistrzowska, 
Kipiała ogniem piersi człowieczej, — 
Nie dziw, że wielkie popisał rzeczy. 
Krwawym zygzakiem przekreślił Romę, 
Przekroczył Alpów urwiska strome, 
Trącił o stare Piramid głazy, 
Ziemię germańską przeszedł dwa razy, 
Przerżnął skalisty grzbiet Pirenei! 
A ludzkość, pełna nowych nadziei, 



311 



Patrząc na krwawy zygzak, co pała, 
Charakter boży na nim czytała! 
To była tylko zwyczajna droga, 
Którędy Tytan szedł na półboga. 
Wielki poemat krwi, ognia, czynu, 
Myślą nie wyszedł za obrąb gminu, 
Tylko, że większy dał rozmiar pysze, — 
A pycha bozkich dzieł nie napisze, 
Czy biorąc słowa kolory bledsze, 
Czyli kartaczem ryjąc powietrze, 

XI. 

* 

Ludzkość w półboga swego wierzyła: 
Zbrojnych milionów olbrzymia siła 
Stawała przy nim w jednój godzinie, 
Leciała pędem, gdzie jeno skinie, 
Porywa wirem, gdzie się zaczepi, 
Co chwila wzrasta, coraz się krzepi. 
Pod sklepieniami obcego nieba 
Janek przy panu walczył, jak trzeba: 
Wespół z drugimi wstąpił z zaszczytem 
23 a groźne pasmo skał pod Madrytem; 
Wespół z drugimi zasługą czystą 
Został mianowali starym gwardzistą; 
^dy jsgo męztwo wodzowie chwalą, 
Dostał wojenny krzyż pod Alhalą; 
W ziemi Rakuskiśj, gdzie Wagram pole, 
Wziął chrzest żołnierski — ranę na czole. 
Lecz się wyleczył — w szeregi staje, 
I znowu poszedł w hiszpańskie kraje, 
Gdzie niebo świetnym promieniem pała, 
Odzie pełno złota, gdzie trud i chwała, 



312 



Gdzie do zasługi niwa tak żyzna, 
Gdzie najpiękniejszych dziewic ojczyzna. 
Lecz tęsknych myśli z chrobrego czoła 
Gwar obozowy wygnać nie zdoła. 
W chwilach spoczynku śpią towarzysze, 
A ich marzenia bitwa kołysze, 
Śni się bój, zdobycz albo hulanka; 
Insze marzenia na sercu Janka: 
Choć w takt rycerski puls jego grzmocę, 
On o swój wiosce śni całe noce, 
W brzękocie bębnów, wśród trąb zgrzytania* 
Wiejski się obraz przed nim odsłania. 
Słyszy kościelny dzwonek' cichutki, 
Słyszy skowronka piosnkę pobudki; 
Słyszy,, jak rybka pluska się w wodzie, 
Słyszy strojenie skrzypiec w gospodzie; 
Śpi na biwaku, na cudzśj ziemi, 
A dusza jego hula ze swemi! 
Powiecie może: To rzecz wiadoma, 
Janek zostawił kochankę doma. 
Nie! jeszcze serce biło swobodą, 
Opuścił wioskę za nadto młodo; 
A w cudzych wioskach — pożal się Boże y 
Czyż piękne dziewczę zrodzić się może? 
On lubił na wsi orszak dziewczęcy, 
Ale nie kochał żadnój goręcej. 
Kochanka jego — to wcale inna, 
* Ona się zowie: wioska rodzinna, 
Ze swem powietrzem, ze swoją wodą, 
Z ludźmi, z kaplicą, z lasem, z gospodą, 
Z wieczornicami i z doświtkami, 
Ze swojśm niebem, swemi chmurami. 



313 

XII. 

Przez pięć lat służąc w gwarnój żołnierce, 
Janek zachował dawniejsze serce. 
Zawsze w niśni pieścił obraz swój wioski 
Zawsze śnił stary domek ojcowski: 
Czy go zobaczy? i w jakiój doli? 
Ot może Pan Bóg kiedyś pozwoli, 
Miłe dla serca zaświta rano. 
Wojskom w te strony ruszyć kazano, 
Bo właśnie zapał najwyżej wzrastał, 
Bok osiemsetny dwunasty nastał. 
Cezarów orzeł skrzydła rozpina 
Nad sztandarami Korsykanina; 
Skinął na północ i na wschód słońca — 
Dwadzieścia plemion, jak lawa wrząca, 
Płonąc, i sycząc, i zionąc parę, 
Szło zburzyć Kremlu wieżyce stare. 

— „Pędem piorunu potok się leje! tt — 
Tak o tśj chwili pisały dzieje. 

— „Żółw nas prześcignie w takim pocho- 
Powiadał Janek — ostrogą bodzie [dzie!* — 
I tręzlą swego wierzchowca spina: 

„Ot już i Niemen, ot i rodzina, 
„Ot i powietrze ztamtąd powiało, 
„Ot i zobaczę mą wioskę całą! 
„Toż mię otoczą roje gromadne! 
„Toż ojcu, matce do nóg upadnę! 
„Powiem im, powiem z całym zapałem, 
„A gdzie ja byłem, a co widziałem. 
„Otóż się każdy ze mnie nadziwi! 
„Bógże wie tylko, czy oni żywi? 



314 

„Czy oni zawsze zdrowi, weseli? 
„Czy może o mnie już zapomnieli?!" 

XIII. 

Niemen przebyli, przyszli do Kowna. 
Już miota Jankiem radość gwałtowna, 
Zdaje się serce w piersiach nie mieści: 

— „Już mi do domu mil ze dwadzieści... 
„Dwadzieścia tylko, ocbl jak to mało! 
„Toż mię tysiącem mil przedzielało 
„Od moich miłych... gdybyż być w przodzie!" 
I znowu konia ostrogą bodzie; 
Ale hamuje chętkę swawolną, 
Bo się z szeregu wymknąć niewolno: . 
Wezmą za zbiega, zastrzelą może... 
„Umrzeć w tćj chwili!... Boże mój, Boże, 
„Kiedy już czuję rodzinną ścianę! 
„O nie! w szeregu lepićj zostanę: 
„Tak każe dola, poddam się doli... 
„Tylko że oni idą powoli, 
„Noga za nogą za przednią strażą... 
„Czemu im prędzej ruszyć nie każą?...** 



XIV. 

Nareszcie wojsko weszło do Wilna. 
Nad głową Janka tęskność mogilna. 
Chmurno zawisła — szepce kryjomu: 
— „Tylko mil osiem do mego domu... 



■JJ 



315 



Lecz cóż tam na myśl przyjdzie monarsze? 
„Kędy obróci wojenne marsze? 
„W prawo? czy w lewo?... Ależ broń Boże! 
„Półk naszej wioski minąć nie może: 
„Wioska na lewo — tamtędy droga..." 

Ale myśl władców, to jak myśl Boga, 
Nieodgadniona, nieprzeniknięta, 
Słowo ich prawem, wola ich święta. 
Więc drżący Janek ileż to razy 
Pytał u pana: jakie rozkazy 
Z głównej kwatery? — lecz pan nie zgadnie, 
Którędy półkom ruszyć wypadnie. 
Przyszła nakoniec karta złowroga: 
„Dla konnych półków na prawo droga; 
„Za dwie godziny wojsko wyruszy." 
Co się tam działo w Jankowój duszy, 
Trudno wysłowić... 

Od swojój niwy 
Znów los odpycha nielitościwy! 
Onaż tak blizko być się zdawała! 
I znowu lata lub wieczność cała 
Przedzieli może nieszczęśliwego 
Od miejsc, do których wciąż dumki biega!... 
Chciał już uciekać — lecz honor drogi, 
Wojskowa karność ma swe nałogi; 
Kto tych przekonań raz pójdzie drogą, 
Już go pokusy zachwiać nie mogą: 
Pęknie mu serce, w oczach się ściemni, 
Lecz nie postąpi jako nikczemni. 
Janko, uiezdolny postąpić podle, 
Spuścił jak martwy ręce na siodle. 



316 



Spojrzał na lewo, gdzie jego niwa, — 
Myśl pożegnalna, myśl rozpaczliwa 
Pobiegła z wiatrem aż ku domowi: 

— „Zostańcie żywi! bywajcie zdrowi!" 



XV. 

Niech ci powiedzą dziejowe karty, 
Niech powie starzec na kiju wsparty, 
Te straszne hufce jaką szły drogą, 
Budząc po kraju nadzieję z trwogą? 
Gdzie ich zwycięztwo, gdzie była klęska? 
Spytaj Możajska, spytaj Smoleńska, 
Spytaj u ognia, śniegu i wody, 
Gdzie się podziały owe narody? 
Na bojowiskach spytaj się kości, 
Spytaj u Chwały, co w niebie gości. 

Z tęsknotą w sercu, z raną na czole, 
Janek podzielał z panem niedole; 
Chrobrze, cnotliwie i nieszczęśliwie 
Wiodło się obu na własnój niwie. 
Panu pod Moskwą, gdy bitwa pała, 
Kula armatnia ręce urwała; 
Uniósł go Janek z pobojowiska, 
Czuwał, aż ślady życia odzyska, 
A potśm, niosąc służby ochocze, 
Czuwał w szpitalu całe półrocze. 
Gdy nieco zdrowia dano kalece, 
Janek w troskliwój miał go opiece. 
Na lichym wózku, w chłopskiój odzieży, 
I pan, i sługa, nędzarze szczerzy, 



317 



Jeden i drugi, jak grób ponury, 
Jechali kryć się w Karpackie góry, 
A silna pogoń gnała ich w tyle... 
Od wsi Jankowej tylko dwie mile; 
Ale zmykając co bliższą drogą, 
Ani na chwilę zboczyć nie mogą. 
Tylko gdzieś w karczmie na pół spalonej 
Spotkali człeka ż tamtejszej strony; 
Ten opowiedział wiernie Jankowi: 
Że wszyscy żywi, że wszyscy zdrowi, 
Tylko że ojciec jego już w grobie, 
Tylko że matka jęczy w chorobie, 
Tylko że w wiosce niedawnśj chwili 
Wrogowie kilka domów spalili, 
Tylko się jakaś pobrała para, 
Tylko runęła dzwonnica stara; 
A co do reszty — łaskawe Nieba, 
W Jankowej wiosce wszystko jak trzeba. 

Janko na wojnie miał widok mnogi 
Codziennych śmierci albo pożogi; 
A serce jego, które niemało 
Ciężkich zawodów w życiu doznało, 
Stało się twarde, płakać nie może. 
Tylko zawołał: — „Boże mój, Boże! 
„Bądź wola Twoja zawsze i wszędzie! 
„A ja mówiłem, że już tak będzie! 
„Ojciec nie żyje, a matka kona — 
„Już wioska dla mnie jakby stracona!... 
„Och! gdyby do niej choć na godzinę, 
„Błogosławieństwo przyjąć matczyne, 



95 



łl 



318 



Widzieć grób ojca, znajome lice 
„I rumowisko starój dzwonnice! 

Lecz nie ma czasu!" — Ruszyli dalćj; 
Pan słabnie w drodze; już pogoń wali. 
Bohaterowie z Wagram, z Madrytu, 
Dzisiaj strąceni ze sławy szczytu, 
Zranieni w ciele, zwątpiali duszą, 
Z dworku do dworku tułać się muszą, 
Gdzie tyle ofiar bolesnych ginie, 
Wędrować muszą po żebraninie. 
Przywędrowali w Karpackie góry: 
Świetny dwór pański, dzisiaj ponury, 
Swego dziedzica żałośnie wita: 
Droga zarosła, brama rozbita, 
A na dziedzińcu głuche milczenie, 
W komnatach śmierci wilgotne tchnienie, 
A hufiec pański zbrojny i strojny 
Legł w różnych stronach dalekiój wojny. 
Pan tylko z Jankiem zostali sami, 
Z pogadankami, ze wspomnieniami; 
Tylko w ich duszy zostały bole, 
Rany na ciele, chwała na czole. 



XVI. 

Janek, jak zawsze, do swej ustroni 
Tęskni kryj orno i łezki roni; 
Ale powracać??— pożal się Boże, 
Wbijać do serca kolce i noże! 
Zresztą i tutaj taka odmiana: 
Grzechby odstąpić chorego pana; 



319 



I on do Janka przywyknął szczerze, 
Z niczyj śj ręki jadła nie bierze 
Jeno z Janko wój — szkoda go, szkodal 
Któż go nakarmi? kto napój poda? 
Kto mu obetrze pot z jego twarzy? 
Kto mu o sławnych bitwach pogwarzy? 

Leżąc jak Łazarz w łożu boleści, 
Pan długo konał— bo lat trzydzieści. 
Przez lat trzydzieści, aż do ostatka, 
Jako piastunka, jak własna matka, 
Janek pilnował łoża choroby 
I przemyśliwał ulgi sposoby. 
Karmił jak dziecię, bawił jak dziecię, 
I już pokochał nad wszystko w świecie, 
Nad własne życie, a nawet pono 
Nad swoją wioskę—wioskę rodzoną! 
Bo tam na wiosce nie ma już domu, 
Tam niepotrzebny na nic nikomu; 
A tu, gdzie cierpiał wódz jego stary, 
Przykuł go święty łańcuch ofiary. 
Z razu— z łańcuchem przykro mu było, 
Potem przyrosnął, a z taką siłą, 
Że się ofiara stała nałogiem, 
Stała miłości zachceniem drogióm. 

Tak się zjednoczył duchem najściślój, 
Że umiał zgadnąć, co pan pomyśli; 
Sercem zgadywał, choć bez lekarza, 
Czy się ból zmniejsza albo pomnaża, 
Czy pan zasypia lub się ocyka. 
Och! to niezwykły hołd niewolnika! 
Bo ci niewolnik na twarz upadnie, 
Każdy kapryśny grymas odgadnie, 



320 



Przezna nałogi w latach niewoli, 
Ale nie zgadnie, co ciebie boli, 
Ani przepowie w długiój chorobie, 
Czy będzie lepiśj, czy gorz6j tobie? 
Co ból uśmierzy albo rozdrażni? 
Och! dla miłości i dla przyjaźni 
Nie korca soli, nie beczki chleba, 
Ale cierpienia na próbę trzeba! 
Kto bolał z tobą, albo nad tobą, 
Jużbyś go krzywdził przyjaźni próbą; 
Zawierz mu śmiało życie i zdrowie, 
On twój na wieki— bezwarunkowie! 



XVII. 

Tak Janek przeżył i stał się stary, 
Z jednóm uczuciem— z duchem ofiary; 
Lecz w przeznaczeniach jego żywota 
Samo sieroctwo, sama tęsknota. 
Biedny pan jego spoczął w mogile; 
Janko, co nad nim czuwał lat tyle, 
Co własne życie wlewał mu w łono, 
Z którym go zda się duchem spojono, 
Ciężko zaniemógł. Już się zdawało, 
Że duch opuści znękane ciało; 
Bo już na pana swego pogrzebie 
Janko pochował połowę siebie, 
Połowę myśli i całą wolę, 
Jak niedołężne stał się pacholę. 
Tak zielsko chmielne, wyciekłe, chore, 
Gdy mu odejmą jego podporę, 



321 



Chwieje się, pada, blednieje, ginie, 
Jak zatęskniono po swój tyczyniel 
Tyka wspierała gałązkę chorą, 
Janek dla pana sam był podporą: 
Więdnieje, dręczon boleścią srogą, 
Że nieść ofiary nie ma dla kogo, 
Że już nikogo nie ma na świecie 
Karmić i niańceyć, jak małe dziecię! 
Po osłupiałej Janka postaci 
Możnaby sądzić, że rozum traci. 
Wybladły, nakształt nocnego stracha, 
Sam z sobą gwarzy, rękami macha, 
Udaje bitwę, szykuje roty, 
Śpiewa piosenkę dawnej ochoty, 
Niby wystrzela... i marzy Janek 
O czarnych oczach młodych Hiszpanek, 

pięknóm niebie tamtejszej strony; 

1 znowu inną myślą wiedziony, 
Idzie na attak, prowadzi więźnie, 
Woła o pomoc, że w śniegach grzęźnie, 
Niby to wiezie pana w podróży, 

Niby to panu w chorobie służy, ' 
Albo prowadzi orszak grobowy... 
"Wtedy się skarży na boleść głowy, 
Że tam szum jakiś, coś jęczy, brzęczy.... 
I już nastawa! moment szaleńczy, 
Gdzie nić rozumu w prężonym nerwie 
Już się na zawsze starga i przerwie. 
Ale w tym szumie, jęku i brzęku. 
Inszy nerw życia drgnął pomaleńku: 
Coś jakby szelest daleki drzewa, 
Coś jakby piosnka, co słowik śpiewa. 

Kondratowicz. Wybór. T. II. IX 



322 



Ale ten szelest, cźy piosnki nota, 
To coś dawniejsza, coś niepopsnta, 
Goś taka sama, jak to bywało 
Echo w powietrzu rodzinnśm grało. 

— „Tak... to powietrze rodzinnój niwy r 
„A to skowronek, zwiastun życzliwy, 
„Tam szelest sosny, tam polnój gruszy, 
„A tam od łąki rożek pastuszy, 
„A tam ze zbożem skrzypią woziska, 
„A tam szczekają znajome psiska, • 
„Tam wóz plebana turkoce drogą... 
„Boże, mój Boże! jakże mi błogo! 
„Jakiś Ty dobry, Ojcze i Panie, 
„Za to rodzinnych dźwięków przysłanie!" 

Uklęknął Janek, łzami się zalał, — 
Już jego biedny rozum ocalał: 
Miłość swój wioski i swojćj strony 
"Wróciła wskrzesić duch przygnębiony, 
Zagrała w piersiach na dawną notę, 
Pokutnik skończył swoją pokutę. 
Już pan nie żyje— któż mu zabroni 
"Wrócić na starość do swój ustroni? 
Ludzie się dziwią, zkąd taka zmiana? 
Zkąd ta przytomność niespodziewana? 
Zkąd taki spokój na Janka twarzy? 
Czemu sam z sobą teraz nie gwarzy? 
"W końcu się czując zdrowszy i żwawszy, 
Zniknął, nikogo nie pożegnawszy; 
Myślą, że poszedł po żebraninie, 
I pamięć o nim we dworze ginie. 



323 



XVIII. 

A on z tłomokiem, z wyniosłą głową, 
Wybrał się w podróż ze stumilową. 
Miał zapas grosza; lecz się nie lęka, 
Że go obedrze zbójecka ręka,— 
Bo w Słowiaószczyźnie cześć siwśj brodzie. 
Zajdzie gdzieś na noc, spocznie w gospodzie, 
I gdzie przed świtem, wporannój głuszy, 
Dalój w pośpieszną podróż wyruszy. 



XIX. 

W miesiąc od wyjścia, Janek szczęśliwy 
Już był na wzgórku rodzinnój niwy; 
I jako pielgrzym, kiedy postrzeże 
Jerozolimskie najświętsze wieże, 
Upada na twarz— jakowaś siła 
Janka na ziemię jakby rzuciła. 
Zaśmiał się, krzyknął, łzy słodkie roni: 

— „Otóż i wioska! otóż i oni! 
„Otóż ja przy nich! otom u celu! 
„O dobry Boże! o Zbawicielu!..." 

Podniósł się, spojrzał z twarzą żałosną: 

—„Gdzież nasza chata? tam drzewa rosną! 
„Ojciec już umarł, umarła matka... 
„Ależ brat starszy! ależ gromadka!... 
„A gdzież kaplica? gdzie chatka stróża?... 
„Gospoda nowa... a jaka duża!... 



324 



„Konie się pasą— niedzielna pora, 
„A gdzież jest biały konik Hrehora? 
„Musiał go przedać— źle zrobił... szkoda! 
„Żwawy był konik... a krew nie woda... 
„Zkąd się tu wzięły te nowe grusze? 
„Dawniśj nie było— pamiętać muszę: 
„Tam stała dawniej po nad mogiłą. — 
„Cóż się tam zawsze ptactwa gnieździło!... 
„Biedny ja człowiek!... Boże kochany! 
„Jakież tu zmiany! jakież tu zmiany! 
„Gdzie stary olszniak? pod samym wjazdem 
„Eto zrąbał olchę z bocianiem gniazdem?... 
„A jakie zboża! patrzeć żałośnie; 
„Toż to bywało w człowieka rośnie!... 
„Strumień powężał— błoto na drodze... 
„O nieszczęśliwy! co ja znachodzę! 
„Gdzież moja wioska, drzewka i strugi?..." 

Janek się zachwiał — i po raz drugi 
Upadł na ziemię, płacząc boleśnie: 

— „Och! dusza moja tutaj nie wskrześnie!" 



XX. 

Wszedł do gospody. Tam, jak w niedzielę, 
Już się zebrało narodu wiele. 
— „Dziewczęta, chłopcy... czy mi się marzy? 
„Tu ani jednej znajomśj twarzy!... 
„Dobrzy wy ludzie! —spyta nieśmiało: — 
„Czy wy tutejsi? czy mi się zdało? 



325 



„Czy jestem we śnie? a — 

— „A waść kto taki? a — 
Poczęły pytać wiejskie chłopaki. 

— „Jam Janko Skiba — czyż mię nie znacie? 
„Mieszkałem niegdyś w ko&coWój chacie... 
„Gdzież moja chata?" 

— „Pijanyś chyba: 
„W tśj wiosce żaden nie mieszkał Skiba.* 

— „Jak to nie mieszkał?— drugi odpowie— 
„Słyszę, tu żyli dawniój Skibowie, 

„Ale wymarli,— pewnie ich niwa, 
„Co Skibo wszczyzna dziś się nazywa; 
„Tam pustosz dworska." 

—„Gdzież Szymon Żłoba? tf 

— „Ten dawno umarł; synowie oba 
ŻyJ9 przy studni, tam, w nowśj chacie. 
Otóż i oni, jeżeli znacie." 

— „Nie znam tych twarzy!... A Piotr Siekiera?" 

— „Ten jeszcze żyje, ale umiera: 
„Starość nie radość, a śmierć na dziady!" 

— „On był najmłodszy z naszój gromady, 
„Lubił tańcować!" — 

Tu śmiech bez miary: 

— „Co się wam święci, żołnierzu stary? 
„Toż on, już pewno dziesięć lat minie, 
„Chodzi na szczudłach po żebraninie!" 

Janek umilknął, — z pochmurnśm czołem, 
Kazał dać kwartę, zasiadł za stołem, 
I jak swych braci dobrze pamięta, 
Pytał o chłopców i o dziewczęta. 



n 
n 



326 

Za każdym razem śmiech bez ustanku: 
Bo tamci ludzie, rówieśni Janku, 
Jedni pomarli, drudzy ztąd wyszli, 
Nowej gromadzie już ani w myśli; 
A z tamtych dziewcząt gromady całśj 
Dwie stare babki ledwie zostały. 
Janek już nie śmie pytać o więcej; 
Krew w jego piersiach bije goręcćj, 
Wychyli czarkę i gorzko duma: 
Tu każdy brata, każdy ma kuma, 
A on nikogo znaleźć nie może] 

— »Oj życie, życie! pożal się Boże!" 

Wtśm jeden wieśniak, człek już niemłody, 
Przyszedł ku niemu z końca gospody: 

— „Panie żołnierzu! tutaj przy kwarcie, 
„Muszę pomówić z wami otwarcie. 

„Czy wy doprawdy tę wioskę znacie? 
„Czy, jak to mówią,, drogi pytacie? 
„Lecz, jak uważam, znana wam strona, 
„Znacie nazwiska, znacie imiona. 
„Czy wy ze Skibo w który jesteście? 
„Czy dawno z wioski?" 

— „Już lat czterdzieście." 
Tu młodzież znowu śmiechem wybucha: 
— „A w Imię Ojca, Syna i Ducha! 
„Szalony człowiek! jemu się zdało, 
„Że znajdzie swoją gromadę całą! 
„Piotr żebrak skacze ze starą Martą! 
„A dalipanże, popatrzeć warto! 
„Marta jedyna dzisiaj do pląsa!" 



327 



Tu stary Janek pokręcił wąsa, 
Pogłaskał brodę, stuknął w stół lichy, 
Że aż skoczyły na nim kielichy, 
I krzyknął męzkim z Austerlitz głosem: 

— „Wara mi bluźnić! jam nie młokosem! 
„Na gorzkie jabłko pogrzmotam plecy, 
„Kto szydzi z Piotra— to wy kalecy! 
„On (jeśli wierzyć) na nogę chromie; 

„U was kalectwo znaczno widomie, 
„Kalectwo w głowach!... Kto zbluźni Marcie, 
„To go na rękę wyzwę otwarcie! 
„To było dziewczę cnotliwe, piękne! 
„Kto mi zaprzeczy, nic się nie zlęknę, 
„Zbiję dziesięciu!..." 

Młodzież pobladła. 

— „To jakaś sztuka srodze zajadła!" — 
Pomruknął jeden, a drugi doda: 

— „Uważasz, kumie! to krew nie woda! 
„On tak dowodzi — i prawda może, 
„Że stara Marta to dziewczę hoże... 
„Niech i tak będzie, jeśli wypada." 

Kiedy tak z cicha szepce gromada, 
Janek łzę otarł, co w oczach świeci, 
Wychylił czarkę: 

— „Dzieci wy, dzieci! 
^Nie znam was wcale, bo wy nie moi. 
„Ta wioska dzisiaj inaczej stoi. 
„Z waszymi dziady dobrze się znałem, 
„Z waszymi ojcy piłem, hulałem — 






,Ja do nich pójdę... Hej! kto chce złota? 
„Komo na cmentarz służy ochota. 
„Niech mi pokaże z odwiecznych śladów, 
„Gdzie kości waszych ojców i dziadów! 
„Do nich mi trzeba, do nich i kwita; 
„Stary znajomy niech* ich powita. 
„Niechaj w ich uszach glos mój zadzwoni 
„A Janka Skibę poznają oni! 
„Do nich mi jeszcze przepić potrzeba. 
„Hej, gospodarzu! Daj miodu, chleba... 
„Chleba i soli, tak zwyczaj każe, 
„Że wszyscy nowych chat gospodarze 
„Z chleba i soli podarek bierą... 
„Jam tu do wioski przyszedł dopiero... 
„A jeśli wszyscy życzliwi ku mnie, 
„Nowe mieszkania obrali w trumnie, 
„Pójdę z podarkiem — będą mi radzi... 
„Hej! kto na cmentarz mnie zaprowadzi?* 

I dwa dukaty ze trzosa miota. 
Żaden z gromady nie tknął się złota, 
Lecz jeden z włości rzekł, chyląc czarę: 
— „Ja ci pokażę grobowce stare." 

Janek, kipiący i odmłodniały, 
Wziął kufel miodu, kufel gorzały, 
I z przewodnikiem, w znane rozdroże, 
Na stary cmentarz śpieszy jak może. 



329 



EPILOG. 



Nocował na cmentarzu,— a kiedy się zbudzi, 
Rozpytywał po wiosce o dawniejszych ludzi; 
Znalazł chorych dwóch starców, których zapamięta, 
I dwie stare niewiasty— dawniejsze dziewczęta. 
Przy nich szukał wytchnienia upragnionej chwili, 
Lecz i oni, jak wioska, strasznie się zmienili: 
Życie wionęło chłodem do ich starśj duszy; 
Jeszcze radzi pogwarzyć —lecz ich nic nie wzruszy; 
Czas wyciska swe piętno i zarówno plami 
Ich serce samolubstwem, jak czoło zmarszczkami. 
Janko, co znał ich dusze w dawniejszym rozkwicie, 
Co się cieszył z początku, że tleje w nich życie, 
Gdy widział, jak ich postać zmienia się i karli, 
Pożałował, że jeszcze i ci nie umarli. 
I na zawsze zaniechał wdawać się z żywemi: 
Jego świat, jego wioska, leżą w głębi ziemi! 
Najął chatkę — i codzień, ledwie jutrznia świta, 
On się zrywa z pościeli, o jadło nie pyta, 
Zachodzi do gospody, bierze flaszkę miodu, 
Aby z ludźmi, z którymi żyło się za młodu, 
Przepić na ich grobowcach.— Tak codzień a codzień 
Zawsze go na cmentarzu spotykał przechodzień; 
A płocha kupa dziatwy, co przed starcem znika, 
Nadała mu przezwisko Janka Cmentarnika. 

Znano jego sukmanę i barki pochyłe; 
Codzień Janek Cmentarnik idzie na mogiłę, 
Klęka przed jakim krzyżem i miód z kufla chyli: 
— „W ręce twoje, Hrehory! Pij wesół, Wasilil 



330 

„Czy pamiętasz, Hreliory? tyś był zuch do spółki! 
„Służąc do mszy, jak wino piliśmy z ampułki? 
„O! ja ciebie lubiłem, nazywałem swoim. 
„Nieraz my z tobą, bracie, całą wioskę poim; 
„Tyś ostatkiem z bliźnimi podzielić się gotów, 
„Ale masz jedną wadę: skoryś do zalotów. 
„A kochać, mój Hrehory, powiem rzecz otwartą, 
„Mężczyznę, czy niewiastę — to niebardzo warto. 
„Na dwoje babka wróży — w miłości, mój bracie, 
„Albo zawód dla serca, lub żal po utracie. 
„Ja przynajmniśj nie myślę pokochać na nowo!" 
Tu Janko machnął ręką i pokiwał głową, 
Odszedł i do drugiego grobowca się chyli: 
— „ Wasili! Czy ty słyszysz? Czy ty śpisz, Wasili!? 
„Ty chciałeś być żołnierzem— zapalonyś nieco; 
„Ty chciałeś widzieć wojnę, jak to kule lecą! 
„Wiesz, Wasili? Ja byłem w hiszpańskiej krainie, 
„Byłem w Niemczech, w Smoleńsku, wszędy, gdzie krew 

[płynie! 
n Czy ty wiesz? To niestraszno! Leci półk zuchwalczy, 
„Wierząc w Boga i wierząc w to, za co się walczy, 
„Kule zwyczajnie... lecą... no... może zabiją; 
„Ale tego, kto wrócił z niezłamaną szyją, 
„Jaką witają częścią, jakiemi krzyżami! 
„Szkoda!., szkoda, Wasili, żeś ty nie był z nami! 
„Przyniosłem miód dla ciebie,— w ręce, mój Wasili! 
„Lecz prawda, tyś umarły— Janek sam wychyli. 
„Nowe czasy nastały! Gdzie skryć się przed zgrają? 
„Tutaj mię Cmentamikiem ludzie nazywają! 
„Bo cóż poradzisz sercu? Ja tu z wami gwarzę; 
„Mój dom, kościół, gospoda— to wasze cmentarze. 



331 

„I u mnie w sercu cmentarz, my pokrewne trupy. 
„Cóż za dziw, że wolimy schodzić się do kupy 
„Niźli rękę żywego ściskać w bratniej dłoni? 
„My nie dla nich, Wasili, i nie dla nas onil* 

Tak od grobu do grobu, pijąc, plotąc baśnie, 
Janek spłacze się — spłacze — i nakoniec zaśnie; 
Na noc wraca do chaty — nazajutrz to samo. 
Lecz w rok po śmierci pana, pod cmentarną bramą 
Znaleźli z kuflem w ręku już nieżywe ciało, 
A miodu ani kropli w kuflu nie zostało; 
Nic tedy po szaleńcu młody świat nie wskóra... 
Ej ten Janek Cmentarnik — pocieszna figura! 



1856. Borejkowszczyzna. 



ILLUMINACYA. 

WSPOMNIENIE Z DESZCZU. 

Gawęda lądowa. 



L 

JNastały nieskończone jesienne wieczory, 

Natura drzemie! 
Pochmurniały niebiosa, i deszcz lunął spory 

Na suchą ziemię. 

Po wilgotnśj przestrzeni grzechotka pocztowa 

Jęczała płaczem. 
Mnie z dumkami obiegła tęsknota grobowa, 

Pan Bóg wie za czśm! 

Jak ten wietrzyk jesienny, co szumi na drzewie. 

To w polu krąży, 
Tak i myśl rozrzewniona sama siebie nie wie, 

Zkąd? dokąd dąży? 

minionśj przeszłości marzy się coś — marzy 

Dumka głęboka; 

1 czy to kropla deszczu bryzgnęła po twarzy? 

Czy to łza z oka? 



333 



Zawstydziłem się płaczu, zamknąłem powieki 

Było mi ciemno; 
I obraz zapomniany, miniony, daleki 

Stanął przede mną. 



II. 



Dawno, dawno, przed laty, było jak w tój chwili, 

Noc, jesień, deszcze; 
Tylko wtedy na sercu było jeszcze milśj 

I raźniśj jeszcze. 

U moich towarzyszów zamiar się ułożył 

Jechać na łowy; 
A choć zgoła na strzelca Pan Bóg mnie nie stworzył, 

Szedłem gotowy. 

Ułożyłem do drogi bez długich wymówek 

Wszystko co trzeba: 
Wziąłem książkę i lulkę, papier i ołówek, 

I kawał chleba. 

I wesoło z chychotem puściwszy się w drogę, 

Skracamy chwile. 
A do lasu, gdzie jedziem — przypomnieć nie mogę, 

Dwie czy trzy mile. 

Przemokliśmy do nitki, bo deszcz lał jak z kadzi; 

Broń nasza moknie... 
A jacyż my szczęśliwi, jak byliśmy radzi 

Ze światła w oknie! 



334 



W chatce gościnny strzelec osuszał nam suknie, 

Sprawił wieczerzę; 
A gdy z myśliwskiej flaszy raz i drugi stuknie, 

Gawędził szczerze. 

Matka jego, pomimo starości i bólu, 

Postać nielada, 
O nieświezkira przepychu, o księciu Karolu, 

Cuda nam gada. 

Bo widziała naocznie wszystkie tamte dziwy 

Jeszcze z dziecięcia, 
Kiedy Stanisław August, król pan miłościwy, 

Odwiedzał księcia. 

Na dzisiejsze wypadki prawie jak umarła, 

Tamtemi pała, — 
Jedną swoją powieścią serce mi rozdarła 

I łzę wylała. 

Powiastka skromna, prosta z wątku i osnowy, 

Z łez i goryczy; 
Powtórzę ją przed wami jój własnemi słowy: 

Słuchaj, kto życzy. 



III. 



— „Ot, co to! Książę Karol, można mówić śmiało, 

Morze miał groszy! 
I oko nie widziało, ucho nie słyszało 

Takich rozkoszy. 



335 



Żyje stary Lachowicz, Szybicki Bazyli, 

Bukowski szatny: 
Ci niechaj wam powiedzą, jak w tę porę żyli, 

Jak był człek płatny. 

Co szło ptactwa na kuchnię, co miodu, co wina, 

A co kapeli! 
Jakie bywało książę dziwy rozpoczyna, 

Gdy się podchmieli! 

Ot wiadomo, z rozkoszy szaleją bogacze, 

Szumią magnaci; 
A za to biedny człowiek bolesno zapłacze, 

Gorzko przypłaci. 



IV. 



Było to w drugim roku po mojein zamęźciu 

(Jak dzisiaj pomnę), 
A człowiek zawsze w biedzie i zawsze w nieszczęściu 

Wiódł życie skromne. 

Z niedolą całe życie łamie się i łamie, 

Płacze kryjomu... 
Mój mąż służył za stróża tuż przy Słuckiśj bramie, 

W Arona domu. 

W Nieświeżu, święty Karol to feta nielada, 

Gości najwięcśj; 
Trzeciego czy czwartego jakoś listopada, 

Patron książęcy. 



336 

Mąż pojechał... (nie pomnę), do Słucka, do Naczy... 

Aha!... do Kiecka; 
A Pan Bóg miłosierny udzielić nam raczy 

Pociechy z dziecka. 

Urodził się syn pierwszy... kubek w kubek po nim, 

Jak z nieba spada; 
Ksiądz lektor bernardyński ochrzcił go Antonim, 

Imieniem dziada. 

Złoto — mówię — nie Antoś: te późniejsze dzieci, 

Schowaj się z niemil 
Dziś spróchniał — może nawet szkieletem nie świeci 

W surowśj ziemi. 

A żyłby może dotąd... Dzień imienin księcia 

Wszystko odmieni. 
Przyszła ospa — zwyczajna choroba dziecięcia, 

Jak raz w jesieni. 

No, uważasz jegomość, ospęby nareszcie 

Przebył swobodnie; 
Ale na święty Karol nakazano w mieście 

Palić pochodnie. 

Zamek od świec jarzęcych jak latarnia gore, 

Tam bieży tłuszcza; 
A rektor jezuicki pod wieczorną porę 

Fajerwerk puszcza. 

Na grobli małą szpilkę przy kagańców mnóztwie 

Znalazłbyś pono; 
A w mieście, jak mówiłam, przy każdem domowstwie 

Pochodnie płoną. 



337 

Słupy przy każdym domu wkopano do ziemi, 

Lampa na słupie, 
I wszyscy stróże domów siłami wspóluemi 

Pracują w kupie. 

biednaż moja głowal mój słupek nie gore, 

Spóźniłam trocha; 
Musiałam zakołysać moje dziecko chore, 

Mego pieszczocha. 

A pamiętam, że była z ulicy na dole 

Nasza siedziba. 
Stuka tedy do okna z ratusza pacholę, 

Aż pękła szyba. 

— „Hejże stróżul pal światło, jak raczył zalecić 

„Pan burmistrz miasta!" 

Nie wiem, czy tulić dziecię, albo ogień świecić — 

Biedna niewiasta! 

Tam ogniów i tak dosyć, tu chora dziecina — 

Boli mię duszal 
Wtśm przypada do izby, w plecy mię zacina 

Sługa z ratusza. 

Wybiegam na ulicę, rozpalam pochodnię, 

Wiatr ją zadyma. 
Patrzę w okno — tam dziecię drętwieje i chłodnie 

Tuż przed oczyma. 

1 krzyczy w niebogłosy, czernieje jak sadza, 

Serce się kroi: 
Chcesz pobiedz — ale tutaj ratuszowa władza 

Nad karkiem stoi. 

Kondratowicz. Wybór. T. II. • TSŁ 



338 

Rozdmuchywam pochodnię, a wicher ją gasi, 

Mój słupek w ciemnie! 

Pachołek grzmocę w plecy, a stróżowie nasi 

Śmieją się ze ninie! 

Ich kagańce goreją, a mój ciągle gaśnie!... 

Ze łzą goryczy 
Rozpaliłam kaganiec — a mój chłopak właśnie 

Najmocniój krzyczy. 

Wiatr przez rozbitą szybę zawiał do kołyski 

Mojego zucha — 
Śmierć z wiatrem naleciała, bierze go w uściski, 

A matka słucha!... 

Ale nie może śpieszyć: bo tu ogień gaśnie, 

Pachołek strzeże... 

dwunastej godzinie dały z armat właśnie 

Zamkowe wieże. 

Tam wykrzyka wiwaty i chyli węgrzyna 

Gości gromadka; 
A tu ogień rozpala, opłakując syna, 

Zbolała matka. 

Z zamku przywożą beczki trójniaku starego 

I wina stare, 

1 sławetni mieszczanie aż pod ratusz biega 

Wychylić czarę. 

A kiedy wszyscy krzyczą: Vivat mości książę, 

W sukcesów drodze! 
Ja do mojśj dzieciny, do kolebki dążę... 

Trupa znachodzę! 



339 

A nazajutrz, gdy każdy imieniny księcia 

Wspominał szczerze, 
Ja niosłam na mogilnik trumienkę dziecięcia, 

Mówiąc pacierze. 

I długo, długo jeszcze dusza zapamięta 

Te huki całe: 
Żółtą jak wosk twarzyczkę i żółte rączęta, 

W krzyku skostniałe. 

Umarł... tak już sądzono— nie zaś z czyjej winy, 

Broń Panie Boże! 
Ale huczne przed laty były imieniny 

W nieświezkim dworze. 

1856. Bor ej ko ws zezy zna. 



KRÓLEWSCY LUTNIŚCI. 

OBRAZEK Z PRZESZŁOŚCI. 



Interdum speciosa locis morataąue recte 
Fabuła... valdius oblectat... meliusąue moratar 
Quam yersu3 inopes rerum nugaeąue oanorae* 

Horacyusz. 

Zygmunt August, monarcha wsławiony, 
Mąż Barbary, co Litwa dlań miła, 
Chcąc odetchnąć po trudach korony, 
Jechał w Litwę do księcia Radżwiłła. 
Dumą polskich biskupów i panów, 
Gwarem szlachty znękany zbyt srodze, 
Mił6m okiem powitał Koj dano w, 
Słodko wytchnął po trudach i drodze. 
Tu bez służb, bez poddańczej obłudy, 
Przyjął króla pokrewny — druh stary, 
Starszy brat ubóztwionćj Barbary, 
Kniaź Radziwiłł — co zwany był Rudy % 
Chociaż brodę miał jasną jak złoto, — 
Wzrok spuszczony, ściśnięte miał usta, 
Był dla króla z litewską szczerotą, 
Czcił i kochał Zygmunta Augusta; 



341 



Czuł Radziwiłł, ze dzięki królowi, 
Na swej Litwie, jak zechce, tak zagra; 
A że i głos rodzinny coś mówi, 
Kochał w królu monarchę i szwagra. 
Kornie spotkał na progach i w sali 
Kornie spełniał królewskie wiwaty; 
Lecz gdy dwór się na stronę oddali, 
Kiedy poszli w wewnętrzne komnaty, 
Toż to rzewnie ścisnęły się ręce! 
Zapłakali monarcha i książę; 
Za nic godła królewskie, książęce, 
Jedno rzewne uczucie ich wiąże. 

Przed upływem miesiąca nie dalej 
Ich łączyły braterskie ogniwa; 
Na książęcia z zazdrością patrzali, 
Dusza króla tak była szczęśliwa! 

Zygmunt widział w królewskim zaszczycie, 
I już wolną od wrzasków potwarzy, 
Cud - niewiastę, o którśj wciąż marzy, 
TJbóztwioną, kochaną nad życie. 
Już przed ludźmi pieszczona jej ręka 
Szyję króla oplotła, jak męża; 
Przed Barbarą sejm polski uklęka, 
Święta miłość już wrogów zwycięża. 
W gwarnój szlachcie, w senatu obradzie, 
W cześć Barbary podają się wnioski. 
Wielki prymas koronny, Dzierzgowski, 
Na jój głowę koronę już kładzie. 
Lube szczęście, jak motyl skrzydlaty, 
Przed oczyma Zygmunta migoce... 



342 



I znów, królu, twe życie sieroce! 
Po nad trumną obliczaj twe straty. 
Lubych oczu juz zgasły zapały, 
Już tam goszczą robacy zuchwali; 
Słodkie usta, co k'tobie się śmiały, 
Których jeszcze całunek cię pali, 
Słowa kocliam już więcej nie rzeką; 
Już twe szczęście daleko, dalekol 
Nie przytulisz do piersi tej głowy, 
Co jedynie o tobie marzyła; 
Twoja luba z mogiły surowój 
Pożegnanie ostatnie przysyła. 

Wnet zrozumiał Radziwiłł żal króla, 
Przypomnienie bolesne, jak ostrze, 
Jego serce przeszywa, rozczula, 
I zapłakał Mikołaj po siostrze. 

—„Strata— jęknął król Zygmunt— och, strata! 
„I mnie książę, i ciebie tak boli! 
„Łza małżonka i szczera łza brata 
„Niech przynajmniej się w jedno zespoli!** 

I odeszli obadwaj w głąb sali, 
Zasmuceni w jednakiej żałobie; 
Długo, długo wzdychali, szeptali, 
Król coś mówił o zmarłój, o sobie... 
I nieprędki już byłby przestanek, 
Lecz kniaź znudził królewskie rozpacze: 
Bo inaczśj mąż wierny, kochanek, 
A inaczój po siostrze brat płacze. 

— „Królu— rzecze— miłości w nasz paniel 
„Dajmy folgę boleści, płaczowi; 
„ Wszak umarły z mogiły nie wstanie, 



343 



„Boleść sama się w sercu odnowi. 
„Wszakże, królu, Opatrzność niebieska 
„Po zmartwieniach nam ulgę przysyła. 
„Wiem, że Wasza Dostojność Królewska 
„Dźwięk muzyki dawniej lubiła: 
„Dworskie Włochy, królewskie śpiewaki 
„Wespół z dworem przybyły w te strony; 
„Niechże dadzą swój sztuki oznaki, 
„Niech pocieszą duch króla strapiony." 

— „Dobrze mówisz, mój książę!— król rzecze — 
„Niech muzyka zagrzmi wspaniale; 
„Ona serce ucisza człowiecze, 
„Jak Aryon uciszał wód fale. 
„Niech tu przyjdą nadworni lutniści, 
„Ich głos miły był niegdyś Barbarze... 
„Gędźba może w uroczym rozgwarze, 
„Naszą duszę od zwątpień oczyści! 
„Wiem, że ona tęsknotę odgania, 
„Mam nielada lutnistów na dworze, 
„Kędy jadę za sobą ich wożę; 
„Alem dawno nie słyszał ich grania. 
„Popróbujmy— a może się uda 
„O nieszczęściu zapomnieć minionóm. 
„Przywołajcie Bekwarka z Klabonem! 
„Niech muzyka pokaże swe cuda!* 1 

I na krześle obitem bogato 
Zasiadł Zygmunt dać ucho piosence, 
I na stole zasłanym makatą 
Oparł rękę, a czoło na ręce. 
Weszli tedy dwaj mistrze kapeli, 
Na królewskie skinienie gotowi, 



344 



I oddali pokłony królowi, 
I opodal z lutniami stanęli. 
Taktem mezkim, bojowym a skorym, 
Pierwszy w struny Klabonus uderzy, 
Który później pod chrobrym Batorym 
Wyśpiewywał potyczki rycerzy, 
Co w muzykę ubierał i stroił 
Kochanowskich łacińskie kameny, 
Pieśnią twardą, jak chrzęst karaceny, 
Nieraz chrobrych rozkosznie upoił. 

Energiczne a męzkie wyrazy, 
Jak grad z piersi sypnęły śpiewaczśj, 
Załoskotał po strunach trzy razy, 
Zmieniał takty... inaczój... inaczój, 
I przygrywka do pieśni gotowa, 
I przy lutni zaśpiewał w te słowa: 



* 



j^IEŚŃ JC L A B O N A, 



„Na niebiosach we dwie chmury 
„Zahrukotał grzmot ponury, 
ff A na ziemi huf podwójny 
„Porozwijał godła wojny. 
„I dwie groźne mężów siły 
„Czołem na się uderzyły, 
„Ramię w ramię— broń dobyta, 
»Po pancerzach pałasz zgrzyta; 
„Już się ściele trupem niwa, 
„Bardysz piersi rozkoływa, 



345 



„ Setnym jękiem ryczą usta, 
„Krew jak deszczem ziemię chlusta, 
„Trąba zgrzyta, działo grzmocę, 
„Mars zdobywa swe owoce. 

„Znów się hufce rozdzieliły, 
„Znów się zbiegły z całśj siły, 
„I odżyła walka krwawa, 
„Dym się kłębi i kurzawa, 
„A z kurzawy bojowiska 
„Tysiąc stalnych żądeł błyska, 
„Tysiąc wrzasków kipi gwarnie, 
„Że i ucho nie ogarnie. 

„Lecz gwar ciszej, ciszej gada, 
„I powoli kurz osiada, 
„Dym ku niebu pobiegł śmiało, 
„Bojowisko rozwidniało. 
„Zwyeiężeni trupem leżą 
„Lub w niewolę wzięci świeżo, 
„A zwycięzca, rad ze żniwa, 
„Imię wodza wykrzykiwa. 

„Na rumaku, jak śnieg białym, 
„Z okiem jasnem i wspaniałem, 
„Z głową w wieńcach, w złotój zbroi, 
„Tryumfator szyki stroi, 
„I przemawia do swej rzeszy, 
„I w rodzinne miasto śpieszy, 
„By wawrzyny, co wziął w polu, 
„Nieść na ołtarz Kapitolu. 



346 



Zygmunt skinął, uciszył Klabona: 
— „Dosyć —(rzecze — dziękuję za pieśniet 
„Pieśnią rzymska, bogata, uczona, 
„Lecz mi zawsze na sercu boleśnie. 
„Nie trafiłeś do celu, Klabonie, 
„Choć się bitwę opiewać udało! 
„Bo kto walkę odprawia w swóm łonie, 
„Walk rycerskich dla niego za mało. 
„Wojną trafiać do serca, co boli, 
„Złe, śpiewaku, wybrałeś narzędzie! 
„W państwach naszych, gdy Niebo pozwoli, 
„Jeszcze wojny tak prędko nie będzie! 
„My pragniemy braterskich sojuszy, 
„Dla spokoju tych krajów, dla wzrostu. 
„Ja chcę pieśni rzewniejszej, co z duszy, 
„Go do duszy przemawia po prostu! 
„Ej, Bekwarku, lutnisto nasz miły! 3 
»Ty, jak tuszę, ugodzisz w to snadno, 
„By się dźwięki o serce odbiły, 
„Aż nam chmury z nad czoła opadną!" 

Więc Elabonus zawstydzon umilka, 
Bekwark zasię swe struny kołycha. 
Trącił w struny... wywołał brzmień kilka..., 
Piosnka drżała rozkosznie a z cicha. 
Takt za taktem, a słowo po słowie, 
Czułeś ciepło i życie w tćm tętnie, 
Niby wietrzyk zaszumiał w dąbrowie, 
Albo serce westchnęło namiętnie, — 
I przygrywka do pieśni gotowa, 
I przy lutni zaśpiewał w te słowa: 



347 



jP I E Ś Ń ^EKWARKA, 



„Nad mirtowe wonne gaje 
„Pozłocisty księżyc wstaje 
„I ułudne światła fale 
„Porozrzucał okazale. 
„Rzewny słowik w gęstćj knieje 
„Szczebiotu we tony leje, 
„Śpiewa pieśnię miłowania 
„I tęskliwą myśl odgania. 
„Ciepły wietrzyk piersi wzdyma, — 
„Pierś człowiecza nie wytrzyma, 
„Musi westchnąć z całą siłą, 
„Tam, gdzie sercu jego miło. 
„Gdy zarzuci noc oponę, 
„Jego serce rozmarzone 
„Z wiatrem lecieć chce od ziemi, 
„Puka takty słowiczemi, 
„Rzewną pojąc się tęsknotką, 
„W lubym dreszczu mdleje słodko. 

„Z cieniów mirtu i oliwy 
„Dolatuje odgłos tkliwy: 
„Arkadyjskich dziecko dolin, 
„Młodzian piękny, jak Apollin, 
„Dłoń dziewczęcą dzierżąc w dłoni, 
„Pieszczotliwie szepce do niój. 

„Ona rada i nierada, 
„Słodkim głosem odpowiada, 



348 



„To ze szczęścia westchnie z cicha, 

„To młodzieńczą dłoń odpycha, 

„To trwożliwie, to znów czulej 

„Ku ramieniu głowę tuli. 

„Jćj opona lśni się biała, 

„A źrenica iskrą pała, 

„A jej oddech ciepłem wionie, 

„A jśj serce kipi w łonie. 

„I dwa serca, słychać z dala, 

„Niby jedna zdroju fala, 

„Biją prędko, jednakowo... 

„Kocham!... kocham!.., jedno słowo 

„Z ust obojga wyleciało. 

„A Kupido ze swą strzałą, 

„Ze swym łukiem i kołczany, 

„Z po za mirtów niewidziany, 

„Z lubym śmiechem, w liści gwarze, 

„Przyklaskiwa młodój parze. 

— „Dość!"— zawołał król Zygmunt niechętno 
„Źle wybrałeś twój przedmiot, niebożę: 
„Twojćj pieśni, co życia gra tętno, 
„Anakreon zazdrościłby może; 
„Ale mnie, co na sercu żal noszę, 
„Taka pieśnią — to tylko łzy wzmaga. 
„Piać przede mną miłości rozkosze, 
„To zniewaga, BekwarkuL. zniewaga! 
„Znieważyłeś majestat monarszy, 
„Boś się z jego urągał boleści. 
„Czy myślałeś, że serce rozdarłszy, 
„Balsam pieśni mą duszę rozpieści?... 



349 



„Idźcie sobie! gdy wasza pieśń taka, 
„Nie chcę słuchać miłości i wojny! 
„Czyż na dworze juz nie ma śpiewaka, 
„Który w sposób życzliwy, przystojny, 
„Da mi ulgę w tęsknocie, jak z nieba, 
„Ciężki kamień z mój piersi pokruszy, 
Wyrozumie, co sercu potrzeba 
I zadosyć uczyni mój duszy? tt 



» 



—„Królu!— rzecze z ukłonem Radziwiłł — 
„Próżno żądać rzewności od Włocha! 
„Oni pragną, by słuchacz się dziwił, 
„Serc -litewskich nie znają ni trocha. 
„Na domowe cierpienia i bole 
„Pieśń domowa najlepiej przystoi. 
„Jest tu u mnie na dworze pacholę, 
„W ukraińskiój zrodzone wsi mojój; 
„Gra na starym słowiańskim torbanie; 
„Różne pieśni wywodzi kozacze, 
„Że mi nieraz łza w oczach postanie, 
„A wiesz, królu — ja snadno nie płaczę! 
„Pieśń niżowa, czy dumka litewska 
»W jego uściech odżywa inaczój. 
„Może Wasza Dostojność Królewska 
„Prostakowi swój posłuch dać raczy? tt 
— „Niechaj przyjdzie— rzekł Zygmunt — niech 
Przywołano pacholę do sali; [przyjdzie!" 
Zapłonione, w nieśmiałym zawstydzie, 
Skłoniło się — stanęło w oddali. 
Na skinienie książęcia i króla, 
Torban zabrzmiał początek rozgłośny: — 
Zda się w polu stepowy wiatr hula, 
Szumią jodły litewskie i sosny, 



350 



Wyją w Tatrach pioruny i burze, — 
I przygrywka do pieśni gotowa, 
Młody wieśniak wzniósł oczy ku górze, 
Przy torbanie zaśpiewał w te słowa: 






J 3 I E Ś & JORBANISTT. 



— „Co ty orle jasnopióry 

„Siedzisz na kurhanie? 
„Zasępiłeś wzrok ponury, 

Jak słonko w tumanie? 



n 



„Twoje piersi, twoje silne, 
„Jakbyś skuł niewolą, 

„Jakieś dumki zamogilne 

„W twojej głowie bolą. 

„Hój, młodzieńcze, hej, ochoczy! 

„Czego tęsknisz z cicha? 
„Zasępiłeś jasne oczy, 

„Że łza nie wysycha. 

„Twoje dumki, twe sieroce, 
„Dumasz w każdą chwilę, 

„Na mogile spędzasz noce 
„I dni na mogile!" 

„Orzeł mówi:— „Bym się cieszył, 
„Czyż wy .tego chcecie? 

„Mnie orlicę strzelec przeszył, 
„A ja sam na świecie!* 



351 



•n 



•n 



Młodzian mówi:— -„Co ja roję, 
„Ani'm wyznać w sile; 

Moja luba, dziewczę moje 
„W ciemnój śpi mogile!" 



—„Och, nie dumaj tak głęboko, 

„Orle jasnopióry! 
„Och, młodzieńcze, otrzyj oko, 

„Spędź z nad czoła chmury! 

„Kto wywyższon nad drugiemi, 
„Kto ma orlą postać, 

„Choć mu tęskno na tej ziemi, 
„Musi orłem zostać. 

„Bo któż wzięci tak wysoko 
„Dla powietrznych straży? 

„Któż ze słońcem oko w oko 
„Spotkać się odważy? 

„Kto skrzydłami mgłę rozwieje? 

„Kto się w chmurę wgłębi? 
„Kto obroni ptactwo z knieje 

„Od szponów jastrzębi? 

„Hój, młodzianie! nie płacz dłużej, 
„Choć ci żyć mozolno! 

„Póki młodość święta służy, 
„Marnieć ci nie wolno! 

„60 od kogóż matka stara 
„Weźmie dług synowski? 



352 



„Kto obroni od Tatara 

„Chaty naszój wioski? 

„Kto napasie twoje woły? 

„Kto ci zeżnie zboże? 
„Zwiezie snopki do stodoły? 

„Kto ci grunt zaorze? 

„Twoja luba nie w mogile, 

„Lecz wysoko w niebie: 
„Ona będzie tam co chwilę 

„Modlić się za ciebie. 

„Gdy się znużysz w dzień upalny 
„Lub na mroźnym wietrze, 

„Ona, jak duch niewidzialny, 
„Z czoła pot obetrze. 

„Orle, sprawiaj ptaszę stada! 

„Wiosce służ, młodzianie! 
„Na tęsknotę jedna rada: 

„Trud i bojowanie!" 

„Orzeł z piórek kurz otrzepie, 
„Młodzian pancerz bierze; 

„Orzeł w chmurach, młodzian w stepie 
„Bojowali szczerze. 

„Trud niemały, plon niemały, 

„Odżyli nanowo; 
„Teraz świeci słońce chwały 

„Nad obudwu głową. 14 



353 



—„Dzięki tobie, chłopaku, o dzięki! 
„Dzięki tobie, piosenko rodzona!" — 
Mówił Zygmunt, twarz tuląc do ręki, 
Drugą rękę przycisnął do łona: — 
„Ty mi ulgę przyniosłeś, jak z nieba, 
„Ciężki kamień na sercu się kruszy; 
„Tyś zrozumiał co sercu potrzeba, 
„Tyś uczynił zadosyć mej duszy. 
„Takiśj pieśni, jak świętój modlitwy 
„Dobre słowa, skutkować powinny; 
„Bo zaprawdę! król Polski, kniaź Litwy, 
„Nie ma prawa rozpaczać bezczynny. 
„Jedźmy słodzić tęsknotę mogilną, 
„Ciężkiój pracy dźwigając brzemiona} 
„Jedźmy, książę! tam Kraków, tam Wilno, 
„Wielka ziemia monarchy stęskniona. 
„A gdy trudy i prace bez miary 
„Znużą siły na niwie oj czy stój, 
„Może z niebios dłoń lubśj Barbary 
„Z mego czoła pot otrze kroplisty.' 



* * 

# 



I odgarnął włos jasny na czole, 
Tam już było pogodnie i jasno; 
Zadziwione pogląda pacholę, 
Nad piosenką zdumiewa się własną; 
Nie pojmuje zkąd taka odmiana 
Królewskiego pięknego oblicza? 

Kondratowicz. Wybór. T. II. 23 



u 



354 



A król hojnie nagrodził młodziana, 
Kiesę złota za piosnkę wylicza. 
Kniaź Radziwiłł weselój, ogniścićj, 
Tryumfalnie] poglądał po sali. 
Tylko Bekwark z Klabonem, .lutniści, 
Coś szyderczo do siebie szeptali. 



10 Października 1856. Borejhowszczyzna. 



NOCLEG HETMAŃSKI. 



GAWĘDA NA TLE HISTORYCZNĆM. 



„Wszak oż czasu wojny siła zależy na onej ro- 
„zumnój śmiałości, która z wielkiego serca pochodząc 
„a wykorzeniając z człowieka przyrodzone doległości 
„i myśli stroskane, tak go umocnić może, iż nietylko 
„się nie lękać niebezpieczeństwa, ale go sobie ani 
„kęs ważyć nie będzie." 

Górnicki — Dworzanin. 



pz^ńć PIERWSZA. 

I. 

jjyło to dawno — lat temu ze trzysta, 
Za świetnych czasów Zygmunta Augusta, 
Gdy pięknie kwitła ziemia macierzysta, 
A w niej nauka, cnota i rozpusta, 
I brzydki zbytek, i nędza, jój dziecię, 
Słabość, co sile służy za narzędzie: 
Słowem, to wszystko, co na całym świecie 
Po wszystkie wieki bywało i będzie. 



356 



II. 



Zimowych wichrów niedobra swawola 
Ciężkiem śnieżyskiem osypała pola; 
W lasach ucichła ptaszęca pogłoska, 
Ciążą w ich gniazdach lodowate bryły; 
Zielona jodła, leszczyna i brzózka 
Każdą gałązkę śniegiem ubieliły; 
Opadły z liśćmi rozkoszne ich cienie, 
A srogi wicher urąga się jeszcze, 
W zlodowaciałe gałęzie szeleszczę 
I wywoływa płaczliwe jęczenie. 
Lecz nikt nie słyszy, gdzie się skarga miota, 
Bo w okolicy pustka i głuchota; 
A choć dym z wioski zwija się po lesie, 
Tam wiatr żałosnych jęków nie doniesie. 



III. 

Na pustem polu, gdzie kończy się ścianka, 
Samotna chata stała, jak wygnanka. 
Dach jój podparty, śniegiem przygnieciony, 
Ściany pochyłe, pobite okienka; 
A przy ogródku dwa zamarłe klony 
I stara grusza boleściwie stęka; 
Stara stodoła, obora, dwa spichrze, 
Z dachem ze starój i podartśj słomy; 
A wszystko nędza, jak duch niewidomy, 
Pookrywała w łachmany najlichsze. 
Smutnie coś sterczy przy pochyłej ścianie 
Żóraw od studni i gniazdo bocianie. 



357 



Pochyły krzyżyk z łacińskiemi słowy 
Oszkliła lodem, zaśnieżyła zima. 
W tój staraj chacie żył szlachcic Sulima, 
Nad pańskim lasem odwieczny gajowy. 
I wewnątrz chatki niewielkie dostatki: 
Na czarnśj ścianie gromnica się bieli, 
Kraśnieje obraz Przenajświętszej Matki 
I sucha palma od Kwietniój niedzieli; 
Srebrzy się kilka cynowych talerzy, 
Topór i oszczep połyska się rdzawy, 
Przy ścianie ławy i stół wedle ławy, 
Na stole obrus bieluchny i świeży, 
Na nim, folgując zwyczajowi gwoli, 
Bochenek chleba i naczynie soli. 
Przez wązkie okna chmurny dzień zimowy 
Szarą źrenicą patrzy do chałupy; 
Po kątach cienie, jak grobowe słupy, 
Coraz to śraielój wyciągają głowy, 
Coraz to skrzydła rozpuszczają szerzej, 
Jak czarne błony nocnych nietoperzy. 
W chatce ruchawo: z szerokiój łuczywy 
<Strużą szabelki dwaj chłopacy młodzi; 
Przy oknie starzec, pochyły a siwy, 
Pobożne pieśni z psałterza wywodzi; 
Przy drugióm oknie jego piosnkę dzieli 
Młoda niewiasta, siedząc przy kądzieli. 



IV. 



Zmrok coraz gęstszy po komnacie pada, 
Już się skończyło śpiewanie i praca, 



358 



Młoda niewiasta trwożliwie powiada: 

— „Co to jest, dzieci, że ojciec nie wraca? 
„Wyszedł na chwilę zapolować w borze, 
„A tu już mija niejedna godzina, 
„Zachodzi słońce i ciemnieć poczyna, 
„I brzydka zamieć Wszczyna się na dworze." 
— „Nie bój się, córko!— starzec jej odpowie,- 
„To nie pierwszyna dla takiego człeka; 
„Gdzieś może sarnę obsadził w parowie, 
„Albo na lisa przy zapadni czeka. 
„Hej, hśjl za młodu i ja to umiałem 
„Nocować w lesie nad ostępu smugą, 
„Albo, łowieckim uniesiony szałem, 
„Odsądzić z domu za milę, za drugą. 
„I syn mój nieraz, choć dziecina młoda, 
„Placu dotrzymał wśród najtęższćj zimy; 
„Bo w naszym rodzie płynie krew nie woda, 
„Z pustemi torby wracać nie lubimy. 
„Jak świat pamięta, w odwiecznej kolei, 
„My tu niejedną deptaliśmy ścieżką: 
„Syn mój Żegota, a twój mąż, Agnieszko, 
„To szósty z rodu gajowy w tój kniei. 
„Lat już ze dwieście, chwalić Pana Boga, 
„Domowi Kiszków niesiemy usługi, 
;Szlachtaśmy z wieków, choć nędzna, uboga, 
„Lecz herb Sulima nie gorszy niż drugi. 
„I o tern wiedzieć powinnaś zawczasu, 
„Jaka jest nasza ustawa rodzinna: 
„Że kiedy głodni powracamy z lasu, 
„Misa na stole dymić się powinna, 
„I flasza z winem, miodem i gorzałą, 
„Wedle ochoty, albo na co stało." 



359 



V. 



Tak z uroczystóm pokiwaniem głowy, 
Składając psałterz na sczerniałej balce, 
Stary Sulima mówił do synowej, 
Z czego się śmieli serdecznie dwaj malce. 
Jeden z nich mówił, pocieszając szczerze: 

—„Ej, matko, matko! nie frasuj się, proszę, 
„A ja wam drzewa i wody nanoszę, 
„Rozpalim ogień, zgotuj em wieczerzę; 
„Gdy ojciec wróci i opończę zdejmie, 
„I łuk, i oszczep powiesi na ścianie, 
„Toż będzie wesół i wdzięczen uprzejmie, 
„Kiedy wieczerzę gotową zastanie!" 

Matka chłopczynę pogłaskała rada: 

— „Przynieś mi, chłopcze, wodę i polanka. 
„Nie prawdaż, ojcze, że zuch będzie z Janka? 
„Że będzie z niego gospodarz nielada?" 

Drugi chłopczyna, który dotąd milczy, 
Rzekł: — „Ja wam ojca przyprowadzić muszę. 
„Tam za rzeczułką, gdzie wioskowe grusze, 
„Wiem jedno miejsce, kędy przesmyk wilczy. 
„Pewnie tam ojciec, za drzewem schowany, 
„Ze swym oszczepem czeka na bestyę. 
„Dajcie mi, dziadku, maczugę ze ściany, 
„Jak spotkam wilka, to mu łeb rozbiję!" 

Dziad się uśmiechnął twarzą i oczyma, 
Małego zucha całuje i głaska: 

— „Hoduj się, chłopcze! jeśli boża łaska, 
„Ty będziesz dzielny Hrehory Sulima! 
„Może zostaniesz, jak twoi przodkowie, 



360 

„Może twój oszczep na prawdę dobodzie 
„Tatara w stepie, a dzika w parowie, 
„A Niemca w jego murowanym grodzie; 
„Gdy my lat tyle gnuśniejemy w lesie, 
„Ty może pójdziesz na kraju usługę. 
„Bóg cię błogosław! gdy ci pilno chce się, 
„Biegaj do lasu, bierz moją maczugę, 
„Wyszukaj ojca w ostępowej głuszy 
„I wilka tutaj przyprowadź za uszy." 
— „Ach!— przerwie matka— a bójcie się Boga! 
„Gdzież to mu latać, po śniegu, po nocy?" 

Ale Hrehory nie słyszał u proga, 
Porwał maczugę i ruszył, jak z procy. 
Tylko przed okny zatętniwszy żywo, 
Zakolędował piosenkę myśliwą. 



VI. 



Tymczasem matka, przy pomocy Janka, 
Przystawia wodę i ognisko nieci; 
Dziad zasiadł stare naprawo waó sieci, 
Bo szedł na rybę jutrzejszego ranka. 
Tylko coś płomień leniwie się bierze, 
Wiatr go zadyma od chwili do chwili, 
Huczy w kominie żałośnie i kwili, 
Jak dusza z czyśca prosząc o pacierze; 
A wieczór ciemnićj i ciemniej koleją 
Zakrywa szyby swoją szarą dłonią, 
A płachty śniegu po szybach się kleją, 
A bryły lodu po okienkach dzwonią. 



361 



VII. 

Wtem słychać z dala— zaskrzypiały wrotka, 
I psów myśliwych zrywa się gromada, 
To szczerym piskiem domowego spotka, 
To gniewnym głosem na obcych ujada; 
I na podwórku słychać tuż przy ścianie 
Tętnienie ^oni i ludzi gadanie. 

VIII. 

Stuknięto w rygle — i drzwi pochylone 
Skrzypnęły z trzaskiem, jakby od wyłomu, 
Chatni mieszkance cofnęli się w stronę: 
Gość niebywały zjawił się do domu. 
Zawiany śniegiem, w bogatój niedźwiedni, 
W sobolój czapce, zjawił się pan stary: 
Złociste klamry u jego czamary, 
Jakich wieśniacy nie widzieli biedni; 
A w jego ręku pozłocista spisa, 
A biała broda na piersi mu zwisa. 



IX. 



Za starym panem dwaj młodzi panowie, 

ile ciemność rozeznać pozwoli, 

W krótszych czamarach z kosztownych soboli 

1 z blaszanemi czapkami na głowie. 
Wszedł i Sulima, tutejszy gajowy, 

Z trąbką przez plecy, z oszczepem we dłoni; 



362 



Zaprasza panów uprzejmemi słowy, 
I uniżenie każdemu się skłoni: 

—„Ot moja chata, miłościwe pany! 
„Choć ciasna, ciemna i ubóztwem świeci, 
„Lecz zawżdy lepsze jakiekolwiek ściany 
„Niż kryta puszcza wśród śnieżnój zamieci." 

Pan zdjął swój kołpak i rękę mu poda, 
I sute klamry swój szuby odpina: 

— „Miła mi — rzecze— takowa przygoda, 
,1 wielce wdzięczna uprzejmość waścina. 
,Co do wygody... ho! jam żołnierz stary, 
,Wiem, co są w polu zamiecie zimowe. 
,Gdy zasnąć pilno, nie trzeba kotary, 
,Burka za pościel, a siodło pod głowę. 
,U mnie w obozie— a broń Panie Boże! — 
,Miększy spoczynek nie ujdzie na sucho: 
,Sarmacki żołnierz tylko zasnąć może 
,Na jedno oko i na jedno ucho. 
,Oczu i uszu nie zakrywać dłonią, 
,Bo trzeba słyszeć, jak w trąbę zadzwonią. 
,Czy prawdę mówię, mnie wielce łaskawy 
,Regimentarzu koronnój buławy?" 

Drugi pan nizko skłonił się i powie: 

— „Za to śpią smaczno i miasta, i wioski; 
Wiedzą, że czuwa, pilnując ich zdrowie, 
„Hetman koronny, waleczny Tarnowski. 
„Czuwaj nam wieki, a nikogo z ludzi 
„Tatar swym wrzaskiem ze snu nie obudzi!" 

X. 

Na głośne imię wielkiego hetmana 
Wstecz się cofnęła domowa gromadka, 



n 



363 



Starzec Sulima przypadł na kolana 
I z siwśj rzęsy łzę otarł z ukradka. 
Młody syn jego, tutejszy gajowy, 
Cofnął się kościanie i stanął z daleka, 
Jako na straży żołnierz szeregowy, 
Gdy hetmańskiego rozkazania czeka. 
W kąt się cofnęła strwożona małżonka, 
A mały Janek uciekł do komory; 
Tylko do pana zbliżył sią Hrehory 
I w jego szablę poufale brząka. 



XI. 

Lecz już panowie zrzucili swe szuby, 
Błyszczą w zbroicach, z bohaterską twarzą. 
Gospodarz, pełen obawy i chluby, 
Pyta się gości, czśm służyć rozkażą? 

—„Krom twego serca a uprzejmój woli, 
,Już nam inakszój służby nie potrzeba; 
,Daj nam bochenek razowego chleba 
,1 szarą szczyptę potłuczonej soli. 
,Żołnierskie dzieci, ja i ci ichmoście, 
,Tośmy na takie specyały mistrze; 
,A flasza wina, co na Węgrzech roście, 
, Jeszcze się znajdzie w żołnierskim tornistrze. 
,Na wiązce siana albo na wiszarze 
,Odprawim sobie wypoczynek krótki. 
,Niechaj trębaczom pan rotmistrz rozkaże 
,0 pierwszych kurach zagrać do pobudki. 
,Niech towarzysze i żołdacy luźni 
,Opatrzą konie, czyli wszystkie zdrowe? 



364 

„A który zgubił lub stępił podkowę, 
„Niech go opatrzą w chorągiewnśj kuźni; 
„Niechaj żołnierstwo od wioskowych ludzi 
„Nic nie wymaga, ni prośbą, ni siłą. 
„Zamknąć gospodę, nim się dzień rozbudzi, 
„By tam hulanki i waśni nie było. a 



XII. 

Takie pan hetman dawszy rozkazania, 
Trzy razy ręką uderzył po stole. 
Wódz chorągiewny pokornie się kłania 
I wyszedł na wieś spełnić jego wolę. 
Tarnowski został wraz z regimentarzem; 
Słudzy przynieśli posiłek i wina. 
Jeszcze niespełna upływa godzina, 
Hetman brat za brat zna się z gospodarzem; 
Każdemu słówko serdeczne powiedział, 
I kubek wina posilnego nalał. 
Zatarł się pana i nędzarza przedział, 
Tarnowski wszystkich z sobą spoufalał, 
Wszystkich ośmielał, tójfce samój pory; 
Kocha go cała gajowego chatka: 
I dziad sędziwy, i ojciec, i matka, 
Trwożliwy Janek i dzielny Hrehory. 



XIII. 

Na skromną pościel dla dostojnych gości 
Wiązkę murogu posłano na ziemi; 



365 



Służba hetmańska wezgłowia namości, 
Zaścieła siano skóry lamparciemi; 
A gospodarstwo — w pobocznój komorze 
Do snu błogiego mieści się, jak może. 
A gdy sen wszystkie ukołysał głowy 
Miłóm znużeniem pracy i podróży, 
Hetman śnił wojnę i rozgwar sejmowy, 
Miłą ojczyznę, którój wiernie służy; 
Fan regimentarz hetmańską buławę, 
Łub może taniec tatarskiego harca; 
A wszyscy chatni, od dziecka do starca, 
Śnili hetmana przyjęcie łaskawe. 



XIV. 

Czy to w pokoju, czy to podczas bitwy, 

pierwszych kurach na pobudkę grano. 
Hetman z pościeli ocykał się rano 

1 rozpoczynał żołnierskie modlitwy. 
Wiedział: zkąd siła bojowania czerstwa? 
Jak mocna wiara zastępy rozbija? 

Znał, że jest wodzem polskiego rycerstwa, 

Którego hasłem Jezus i Marya. 

A że najsilniej sprawiedliwość święta 

Wojsko od gniewu bożego zasłania, 

Więc baczny hetman codziennie pamięta 

Czynić swe sądy, dawać posłuchania. 

Czy to w namiocie, czy w spokojnej chwili, 

Każdego ranka ma tłumny zbiór gości; 

A kto hetmańskie podwoje uchyli, 

Już nie odejdzie bez sprawiedliwości. 



366 



Jak dobry ojciec, nie lęka się pracy, 

Każdego wpuszczać po kolei każe: 

I półkownicy, i regimentarze, 

I Chorążowie, i prości żołdacy, 

Każdy, kto przyszedł, nie będzie poślednim, 

Może swą sprawę wyspowiadać przed nim. 

Ale najpierwćj, najuprzejmiej spotka, 

Kto mu się widzi najbiedniejszym z rzeszy, 

Płaczącą wdowę, skrzywdzonego kmiotka 

Sprawiedliwemi wyroki pocieszy. 



XV. 

Biada, kto skrzywdził, kto zasiał niesnaski! 
Zaraz najsroższe ukaranie bierze: 
Serce hetmana w jednostajnej mierze 
Skłonne wymierzać łaski i niełaski. 

„Kiedy był srogi, to skry sypie z oka, 
„Kark się napręża, krew na twarz wypływa, 
„Gromem wybucha jego pierś szeroka, 
„Włos mu się jeży, jak gdyby lwia grzywa. 
„Lecz gdy przybierze oblicze łaskawe, 
„Tak miłe oczy, tak wdzięczne ma słowa, 
„Że rzekłbyś, patrząc na jego postawę: 
„To anioł z nieba, a nie pan z Tarnowa! 

„Kiedy był wesół, to celował w żarcie 
„Między najpierwsze żartowniki dworu; 
„A kiedy, wedle pańskiego humoru, 
„Używał gestów na swych słów poparcie, 
„Ręką i głosem udawał tak skłaflnie 
„Postać, i ruchy, i mowę swych osób, 



367 



„Że kto usłyszy, od śmiechu się kładnie; a — 
Że podziwieuiu odjąć się nie sposób, 
Jak w jednym człeku Bóg tyle rozdmucha 
Rozumu, serca i swobody ducha? 

XVI. 

Znowu na hasło surmy uderzyły 
Po wszystkich wioskach, gdzie wojskowe leże; 
Snem i modlitwą pokrzepiwszy siły, 
Znów się rycerstwo do pochodu bierze. 
Już świt szarzeje, już widno na drodze, 
I las zamglony czernieje z oddali. 
Wołają: „Na k<m! u chorągiewni wodze, 
Surmacze pieśnię pochodu zagrali. 
Na czele wojska idą przednie straże, 
W każdym szeregu po sześć i po cztery; 
Każda chorągiew, jak powinność każe, 
Wedle hetmańskiej przeciąga kwatery. 

XVII. 

Pod namiestników i chorążych wodzą, 
Stoją hussarze, pancerni, łucznicy, 
Surmacze grają takt Bogarodzicy, 
Rycerze słowa piosenki wywodzą. 
Pieśń płynie w niebo z pobożnemi słowy 
Błogosławieństwo wybłagać dla broni. 
Łoskot oręża i końskiój podkowy 
Po śniegu tętni, i chrzęści, i dzwoni. 
Tam rumak parska, tam skrzypi kolasa, 
Tam wódz z rozkazy wstecz i naprzód hasa, 



368 



A trąba zbiera te wszystkie rozgwary 
Pod jedne takty i do jednój miary. 



XVIII. 

Na czele pierwszśj wyborowej straży, 
Na źrebcach bielszych niż zimowe śniegi, 
Idzie chorągiew hetmańska hussarzy, 
Sam regimentarz wiedzie jśj szeregi; 
A na chorągwiach nad ich głową pływa 
Znamię Tarnowskich, herbowna Leliwa. 
Na długiem drzewcu u każdego człeka 
Mały proporczyk z wiatrami się chysta; 
Świetne pancerze błyszczą się z daleka, 
U ramion skrzydła, lab blacha srebrzysta; 
Na jasnym hełmie, albo złota pręga, 
Łub końska kita, albo strusie pióro, 
Głowa Meduzy patrząca ponuro, 
Albo gadzina skręcona jak wstęga; 
Przez ramię męża bohatersko zwisa 
Skóra lamparta, lwa albo tygrysa. 
Po za chorągwią wielkiego hetmana, 
Pod różnych panów znakomitą wodzą, 
Insze hussarskie chorągwie przechodzą. 
Owdzie w rumakach, tam w hełmach odmiana, 
Albo twarz ludzka odmianę wydaje, 
Tam barwą włosów, tam oczu wyrazem; 
Bo się pod sztandar zgromadziły razem 
Szerokie rzeczy pospolitój kraje. 
Barczysty Eusin z ukraińskiej strony, 
Co w czarnóm oku błyskawicą pała; 



369 

Kudłaty Litwin, na siodle schylony, 
Cichy, jak skała, i twardy, jak skała; 
Dalej koronne, pełne ognia dzieci, 
Wielkopolanin i góral tatrzański; 
On pierwszy sygnał zrozumie hetmański 
I w pierwszy ogień na oślep poleci, 
Lecz kiedy skrzydła w podlocie nadłamie, 
Radby się oprzeć o litewskie ramię. 
Bo gdzie szerokie w dzierżeniu są kraje, 
Tam wedle plemion różne dary boże; 
A czego jednśj ziemicy nie staje, 
To druga ziemia wynagrodzić może: 
I na skinienie wszechmogącej myśli 
Z rozlicznych cząstek powstaje rodzina, 
W jedyną całość zrasta się najściślej, 
I jednem sercem oddychać poczyna, 
I wspólną dolę, niedolę, nałogi, 
Wspólnych przyjaciół i wspólne ma wrogi. 

Gdy hetman z okna szykowne hussarze 
Przejrzał i sprawił wedle swojój chęci, 
Idą poślednie Petyhorców straże, 
Z drzewcami włóczeń, tarczmi osłonięci. 
Dalój pancerni — jak duchy z pod ziemi, 
Ich piersi, głowa i twarz cała w blasze; 
Eękami, w łuski żelazne kutemi, 
Dzierżą stalowe noże i pałasze. 
I na ich koniach zbroica ze stali, 
Że patrząc z dala przy promieniach wschodnich, 
Takie promienie i blask bije od nich, 
Że niby jeździec i rumak się pali. 
Dalój piechota — teutońscy męże, 

Kondratowicz. Wybór. T. II. 24 



370 



Co służą wojska polskiemu za najem, 
Zbrojni w oszczepy, miecze i pawęże, 
Tarczę do tarczy gdy przycisną wzajem, 
Żadnego człeka nie widzisz na oczy, 
Lecz mur żelazny, co za wojskiem kroczy. 



XIX. 

Z okien strzeleckiej zadymiono] chaty, 
Gdzie świec jarzęcych paliły się szczęty, 
Patrzał na wojsko wódz siwy, brodaty, 
Cieszył się orzeł swojemi orlęty: 
Szykowna była piechota i jazda... 
Rumieniec wyszedł na twarz jego bladą, 
Zdawał się mówić: — „Już leć, młode stado, 
„Bronić od sępów matczynego gniazda! 
„Któż cię nauczy bojowych podlotów? 
„Kto zahartuje ostrze twego dziobu? 
„Krew moją z wami przelewaćbym gotów, 
„Alem ja stary — czas kościom do grobu." 

Tak zda się hetman w głębi ducha marzy. 
Jeżeli sądzić po spojrzeniu łzawem. 
Odgarnął łezkę sobolim rękawem, 
Łaskawy uśmiech zagrał mu na twarzy. 



XX. 

Pańskie spojrzenia miłościwie biega 
W około skromnój chaty gajowego; 
Lecz nie czekając, aż je pan ośmieli, 
Tam wszystkie kąty już weselem brzmiały, 



371 

Wszyscy do okien, do drzwi się cisnęli 
Zobaczyć wojska pochód okazały. 
Starzec Sulima, patryarcha rodu, 
Patrzał oparty na okiennćj ramie, 
Przypomniał swoją żołnierkę za młodu 
I wylał łezkę, co uczuć nie kłamie; 
Łezka po zmarszczkach toczy się nieśmiało 
Na siwe wąsy i twarz ogorzałą. 
Gajowy, mając u nóg swoich psiarnię, 
Patrzał z boleścią na te lasy cudze, 
Jakby się wstydził, że dni tera marnie, 
Mogąc ich użyć w oj czy stój posłudze. 
Błagał spojrzeniem hussarskie skrzydłacze: 

— „Weźcie mnie, bracia, pod wasze proporce , 
„A ja się jeszcze poczciwie odznaczę 
„Wpośród pancernych, między petyhorce!" 

Uśmiech na twarzy młodśj gospodyni, 
Nawpół zdziwiony, a nawpół wesoły; 
A młody Janek, nie wiedząc, co czyni, 
Czepiał się trwożnie macierzyńskiój poły. 
Mały Hrehory, stojący na dworze, 
Nic okrom wojska nie widzi, nie słyszy, 
Oczu od hufców oderwać nie może, 
Wyciosał kijek w kształcie ich bardyszy; 
A gdy obaczył, jak u wrót zagrody 
Rumak hetmański kopytami bije, 
Żywo skraśniały dziecinne jagody, 
I klaskał w ręce, ściskał go za szyję, 
To snopkiem owsa, to garsteczką siana 
Pieścił, przynęcał wiernego kasztana. 



372 

XXI. 

Takie się chłopię hetmanom spodoba/ 

— „Umiesz ty jeździć?" — zapytuje zucha. 

— „Czy umiem jeździć? najłatwiejsza próbat 
„Koń Bóg wie jaki zaraz mię posłucha. 
„Czy umiem jeździć? obaczyłbyś wasze, 
„Jak ja na polu zająca dogonię! 

„Któż naszą klaczkę prowadzi na paszę? 
„Któż tu objeżdża ostępy i błonie? 
„Kiedy ja świsnę, to aż iskry lecą! 
„Tylko, że klaczka chromieje nam nieco..." 
Więc hetman wesół skinął na luzaka: 

— „Dajcie mu konia, niechaj nas przekona." 
Hrehory spojrzał, jakby lotem ptaka 

Wskoczył na siodło, poprawił strzemiona, 
I naprzód stępo a z wolna przeznawszy, 
Z jakim rumakiem przychodzi robota, 
Coraz puszczając w pęd żwawszy a żwawszy, 
Mistrzowskim kręgiem zawinął u płota. 
Choć stracił czapkę, porozwiewał suknie, 
Krew polska w sercu zakipiała młodóm; 
Chciał lecieć dalój — lecz hetman ofuknie: 

— „Waszmość mi konia zmęczysz przed po 

[chodem!" 
Wieśniak pokraśniał, zeskoczył ze siodła, 
Chciał się napieścić z olstrami, z czaprakiem; 
Ale go matka przywołała znakiem 
I z pogróżkami na stronę odwiodła. 

XXII. 

—-„Przebaczcie, matko, nie strofujcie dzieckal- 
Powiedział hetman z łagodnym uśmiechem: — 



1» 



373 



^,W młodej dziecinie zapał nie jest grzechem, 
„Znać, że się burzy bujna krew szlachecka! 
„Rycerskich dzieci to zwyczajna kolśj. 
„Co miało gnuśnieć, niech burzy się wolśj. 

Tu w lasach waszych nie szukać mu chleba; 

Niechby się okrył dostojniej szą chwałą: 
„Rzeczpospolitej silnych rąk potrzeba, 
„1 serc gorących potrzeba niemało. 
„Wiecie co, matko? ja lubię to chłopię: 
„Silną ma rękę i serce gorące. 
„Ja go powiodę po piękniejszym tropie, 
„Niżby po kniejach miał tropić zające. 
„Czy chciałbyś, chłopcze, kiedy król rozkaże, 
„Dosiąść rumaka, ot jak ten bułany, 
„Odpierać Turka od koronnój ściany, 
„Tropić Tatara na podolskim jarze? 
„Czy chciałbyś, pytam?" 

Hrehory z ukradka 
Spojrzał na konie, na ojca, na dziada, 
A choć mu z dala pogroziła matka, 
Do nóg hetmańskich z dziękczynieniem pada. 
Dziad rozczulony klękł u drugićj nogi: 

—„Czołem ci, panie, czołem niech uderzę I 
„Żeś, nawiedzając nasz domek ubogi, 
„Raczył nam wskazać, że i my rycerze. 
„My stara szlachta, w łowieckiśj zabawie 
„Nędzą przykuta do leśnej trzebieży, 
„Od dwóch pokoleń zapomniała prawie, 
„Co święcie od nas krajowi należy. 
„Weź mego wnuka, koronny hetmanie, 
.„Dzielić z rycerstwem mrozy i upały! 



374 



„Niech się krajowi pożytecznym stanie 
„I krwią oczyści nasz herb zaśniedziały!" 



XXIII. 

Tarnowski starca uściskał za szyję, 
W pogodne czoło ucałował wuuka. 
Matce choć serce boleściwie puka, 
Ojcu na oczach chociaż łza się wije, 
Daremna rada i krótkie wybory: 
Przywiedli konia z wojskowych bagaży, 
Wskazano miejsce — i młody Hrehory 
Wziął posterunek przy pośledniśj straży. 
Hetman mu przyrzekł rynsztunek i zbroję; 
Tymczasem w prostój i lichej czamarce, 
Śpiesząc wojenne dokazywać harce, 
Mimo łzy matki, ojca niepokoje, 
Całował ojca, i matkę, i brata, 
I brodę dziada bieluchną, jak mleko, — 
I jużby dusza młodzieńca skrzydlata 
Chciała ulecieć daleko, daleko!... 



XXIV. 

Zagrano sygnał: — w pokoju czy w wojnie* 
Hetman na hasło wojenne nie drzemie; 
Chatę Sulimów odarował hojnie, 
I chrobrą nogę stawiając we strzemię, 
Święcie przyrzekał na godność rycerza 
Być Hrehoremu pomocą i radą... 
Ale już trąbka powtórnie uderza, 



375 



Czas się połączyć z wojskową gromadą.. 

Każdy rumaka ostrogami spina, 

I dziarskim -kłusem ruszyli za wrota; 

A nad Hrehorym leci łza matczyna 

Z błogosławieństwem na drogę żywota. 

Niewdzięczne dziecię! nie schyliło głowy 

Przyjąć swój doli niebieski zadatek; 

Tak go zapalił ów zawód wojskowy, 

Że się do wiejskich nie ogląda chatek, 

I rumakowi popuściwszy wodze, 

Wyprawia harce w rozmaite strony, 

A bieżąc w przyszłość po nieznanój drodze, 

Nie dba o przeszłość, jak o sen prześniony. 



PZĄ&Ć p*k U G A. 



I. 

Wkrótce mu dano hełm, pancerz i zbroję, 
Proporczyk, pałasz, rusznicę do strzału. 
Hrehory zrzucił skromne suknie swoje, 
Czamarę wilczą i płaszcz z samodziału. 
Spojrzał ze wstydem na stare odzieże, 
Jakby je chować za brzydki miał zakał, 
Rzucił na drodze — niech kto chce zabierze, 
I ani westchnął, i ani zapłakał. 
Pysznił się, w nowe przystrojony wdzięki, 
Jak wyłuzane z poczwarki motyle; 
Nie uszanował wieśniaczój sukienki, 
W którśj u Ojca przechodził lat tyle. 



376 



Patrzała na to drużyna wojacka, 
Lecz nikt nie ostrzegł w hetmańskim taborze, 
Że taka wzgarda — to rzecz świętokradzka, 
Za którą Pan Bóg rozgniewać się może. 



II. 



Hetman, nim wojsko przyszło do stolicy, 
Już Hrehoremu opieki udziela. 
Stary pancerny, Derszniak z Eokietnicy, 
Był mu dodany za nauczyciela. 
Człek to bywały w bojowóm rzemiośle, 
Towarzysz broni Tarnowskiego Jana, 
I wiedział hetman, że wszędy wygrana, 
Kędy Derszniaka z Rokietnicy pośle. 
On, na hetmańskiśj starzejąc posłudze, 
Nie miał ni domu, ni żony, ni syna; 
Nie 4 chciał spoczynku, kędy domy cudze, 
Obóz — to jego i dom, i rodzina. 
Z nawisłem czołem, z pochyloną głową, 
Z długiemi wąsy aż do pół pancerza, 
Nie lubił z długą rozszerzać się mową; 
A kiedy wzrokiem do kogo wymierza, 
Tobyś powiedział: błyskawica z chmury, 
Albo rozbójnik, albo wilk ponury. 

Nie był on wszakże ni wilkiem, ni zbójem, 
Lecz tylko ostrym żołnierzem z natury. 
Duch jego błogim cieszył się spokojem, 
Choć czoło w groźne nafałdował chmury. 



377 



Wpatrzył się, wsłuchał w Tarnowskiego po- 
Był Biby drugim hetmana obrazem, [stać, 
Nietylko myślał jakby mężnym zostać, 
Był to koronny obywatel razem. 
Nieraz się śmiała żołnierzów gromada, 
Gdy zamiast dzielić ich z czarką zabawy, 
Przy smolnym szczepie wieczorem zasiada, 
Czyta jak prawnik sejmowe ustawy, 
Łub, gdy zabraknie słuchaczów hussarzy, 

rzeczach państwa sam ze sobą gwarzy. 
Koń jego tuczny, czysty, pełen cnoty, 
Bo sam go czyści, i karmi, i poi. 

Jakby w zwierciedle przejrzysz mu się w zbroi, 
Choć stary Derszniak nie jeździł w zaloty. 
Najgłośniój śpiewał modlitwy i marsze, 

1 różnych piosnek posiadał niemało, — 
A wszystkie piosnki raźniej sze i starsze, 
Niż te, co dzisiaj rycerstwo śpiewało. 
Derszniak był pierwszym — gdy się w szable 
I bił się dobrze, i rozumiał o co. [grzmocą, 



III. 

Takiego człeka niezachwianej wierze 
Hetman poruczył Sulimę Hrehora; 
Przyszli na nocleg — i tegoż wieczora 
Wespół z Derszniakiem stanął na kwaterze. 
Gdy wytchły konie unużone drogą, 
Kiedy się służba krząta do wieczerzy, 
Piersi wyzute z żelaznych pancerzy 
Kiedy swobodniśj oddychać już mogą, 



378 



Siedli przy smolnóm ognisku łuczywy 
Młody Salima i pan Derszniak siwy. 
Starzec z początku coś dumał w milczeniu; 
Potom z ukosa spojrzał na pacholę, 
Uderzył z wolna po jego ramieniu 
I szorstką ręką pogłaskał po czole. 

— „Aha młodzieńcze! wczora o tśj porze 
„Ani myślałeś być eh wy eon z nienacka; s 
„Byłeś przy matce w rodzinnój komorze, 
„Strugałeś sobie do zabawki cacka. 
„Przez noc zmężniałeś i urosłeś zda się, 
„I małe dziecko wyszło na hussarza. 
„Chciałbyś powrócić — ale już po czasie, 
„Musisz rad nierad iść, gdzie dola zdarza... 
„A. szkoda matki, ciepłego zapiecka, 
„Szkoda braciszka, szkoda swojśj strony! 
„Tutaj nikt miodem nie nakarmi dziecka, 
„Nikt nie ulula, kiedyś snem zmorzony!" 

IV. 

Tak stary hussarz z uśmiechem przyjaźni 
Gwarzył, w nadziei, że chłopię rozdrażni; 
Bo chciał się pośmiać z łez małego zucha 
I pohamować niewczesne płakanie. 
Ale Hrehory niecierpliwie słucha... 

—„Wstydźcie się bredzić, miłościwy paniet 
„Czego żałować matki albo brata, 
„Żałować nędzy, która nas tak gniecie? 
„Co mi tam chata! u mnie wszędzie chata, 
„Piękniejsze chaty zobaczę na świecie. 
„A nasze strony niewesołe, leśne, 



379 



Wilk tylko zajrzy do naszój ustroni; 
„Ja tutaj w gwarze obozowym wskrzesnę, 
„Zwyknę do konia, zuczę się do broni. 
„Pójdę na wojnę, na rycerskie harce, 
„Zdobędę sławę i pieniędzy dosyć; 
„Głupiecby chyba, mogąc złoto nosić, 
„Tęsknił po swojój siermiężnej czamarce!"... 



™ 



V. 



Przykro ta mowa ubodła Derszniaka, 
Więc brwi namarszczył i wąsy najeża: 

— „Waść, jako widzę, stworzon na żołdaka, 
,Nie na chrobrego polskiego rycerza! 
,Po wiedz mi, proszę, jak się waści zdawa, 
,Na co się przyda wojenna wyprawa?" 

—„Na co się przyda?!... to śmiesznie pytacie! 
,Bronić ojczyzny od obcśj napaści!" 

Derszniak odfuknął: —„Gdzież ojczyzna waści, 
,Jeśli nie tęsknisz ku rodzinnśj chacie? 
,Jeżeli walczysz dla marnych pieniędzy? 
,Jeśli ci wstydno twego ojca nędzy?... 
,Bronić ojczyzny!! —A wieszże, młokosie, 
,Co jest ojczyzna?— Oto ja ci powiem: 
,Starzy ją zwali swśm życiem, swśm zdrowiem, 
,Służąc jej wiernie w złym i w dobrym losie. 
,Co jest ojczyzna?— To twój chaty ściany, 
,To dach twój stary, słomą poszywany, 
,To zagon żyta, co cię karmi w głodzie, 
,Z rzeczki twój woda, co cię rzeźwi w lecie, 
,To piękność dziewcząt, co ci serce bodzie, 



/ 



380 

„To twoje niebo najpiękniejsze w świecie, 
„Smak twego jabłka, cień twojśj jabłoni, 
/ „To dzwon kościelny, co ci na mszę dzwoni, 
„To twoich sejmów trwałość i swoboda, 
„To twego ojca osiwiała broda... 
„Oto ojczyzna— za jednym wyrazem; 
„Wszędzie cząstkami i pospołu razem. 
„Takiśj ojczyzny od Tatarów bronim, 
„Taką kochamy, jesteśmy z niój hardzi; 
„Lecz kto ojcowską zagrodą pogardzi, 
„Już się rycerza nie spodziewaj po nim; 
„Pójdzie na wojnę— nawet krew przeleje, 
„Lecz mu na czole wyryta sromota; 
„Godzina próby łacno go zachwieje 
„Marnym postrachem albo garścią złota. 
„Och! nim złą dolę przyniesie rodzinie, 
„Niechaj go pierwsza kula nie ominie!" 

VI. 

Tu stary Derszniak potarł się po czole, 
Pokraśniał cały, jak makiem zakwitnął, 
Wziął konew miodu stojącą na stole, 
Wypił z pośpiechem i zębami zgrzytnął. 
Rzucił na ławę swój kaftan z kolczugi, 
Na wiązkę słomy rzucił się jak długi, 
I słychać było, że boleśnie płacze. 
Po chwili zasnął, przytulon do kąta. 
A gdy pobudkę zagrali surmacze, 
Najrańszy ptaszek w chorągwi się krząta. 
On pierwszy dojrzy, czy dobrze rozdano 
Dla koni wodę, i owies, i siano. 



381 



VII. 

Na jego słowa czuł biedny Hrehory, 
Że go przebiegły niespokojne dreszcze. 
Lecz insi w śmiechy:— „ At, zważałbyś jeszcze! 
„On zawsze taki, na śledzionę chory. 
„Dajcie mu pokój, niech sobie gawędzi, 
„Niech sobie płacze, niech się we śnie miota: 
„Czy to deszcz pada, czy to Derszniak zrzędzi, 
„Przy takim szmerze spać większa ochota. 
„Więc nie zważajmy na jego pacierze, 
„Bo jego z dawna natura już taka. 
„Was ci pan hetman na opiekę bierze, 
„To więcój znaczy, niż łaska Derszniaka. 
„Chociaś młodziuchny, lecz dobra otucha, 
„Konia dosiędziesz, nie kwilisz po domu. 
„Pan hetman ciebie uściskał bez sromu; 
„Znaczno, żeś pełen rycerskiego ducha; 
„My cię wyuczym, jak się wroga bije!"... 

Tak go cieszyli bracia chorągiewni; 
Młody Hrehory płaczem się rozrzewni, 
Wszystkim hussarzom rzucał się na szyje. 
I miód przynieśli, i kolój wypili, 
Szedł jeden puhar, potom drugi spory; 
Z całą chorągwią już młody Hrehory, 
Jak gdyby z bracią, zżył się w jednćj chwili. 
Niktby nie zgadnął, że ten chłopak żywy 
Był jeszcze wczoraj wioskowym niezdarą, 
Strugał dla siebie szabelkę z łuczywy, 
Nosił opończę siermiężną a starą. 



382 



Dziwna w dniu jednym stała się odmiana: 
Całej przeszłości już i pamięć traci. 
On w nich pokochał kolegów i braci, 
Oni w Hrehorym pieszczoty hetmana. 



VIII. 

Zagrano sygnał, jak porządek każe. 
Gdy kogut północ zaśpiewał nad głową, 
Jedni pobiegli odprawować straże, 
Drudzy opatrzyć czeladź obozową, 
Insi do wioski na płoche zaloty, 
Insi obejrzeć obozowe stajnie, 
Tylko Hrehory coś śni nadzwyczajnie 
O chwale bitew, o przyszłości złot6j! 
A stary Derszniak rzuca się na słomie, 
Coś rozespany niedorzecznie prawi, 
Za jakiómś widmem goni niewidomie, 
Komuś złorzeczy, komuś błogosławi, 
Jakieś układa plany i zamiary, 
Dziwaczy we śnie— zwyczajnie jak stary. 



IX. 



Od pierwszśj chwili, od pierwszój rozmowy 
Już mu Hrehory nie przypadł do duszy, 
I przed hetmanem wydał sąd takowy, 
Że o swym uczniu nieszczególnie tuszy, 
Że z takich ludzi nie będą rycerze, 
Jeno żołdacy, nieróżni od innych. 



383 



Hetman go sfukał, że ze słów dziecinnych 

Już zaraz miarę o człowieku bierze. 

I oddał uczyć młodzieży ochoczej: 

Jak się broń dzierży, jak kopia toczy, 

Jako się rumak utrzymuje syto, 

Jak trzeba umieć nie dospać w potrzebie, 

Jak się obywać o wodzie i chlebie, 

Jak trzeba kochać sprawę pospolitą. 

Hrehory z wszystkiem obeznał się snadnie, 

Co przyzwoite dla mężnego człeka. 

"W kościele bożym modli się przykładnie, 

Bierze naukę, od ksiąg nie ucieka. 

Nieco od braci łaciny zaznawszy, 

Często z bratniego wymykał się grona, 

Czytywał rozdział z Tacyta ciekawszy, 

Lub jaką grzmiącą mowę Cycerona. 

Derszniak go mając na życzliwej pieczy, 

W swobodną chwilę często przed nim gwarzy 

Dzieje domowśj Pospolitój rzeczy, 

Dawa mu czytać swoich kronikarzy, 

"Wzorem dostojnych mężów w Europie 

Eu wielkim celom jego serce budzi. 

Z Dziejów Długosza wy czy tuje chłopię 

O czynach królów i rycerskich ludzi. 

Tam Chrobry wielkim podziwem uderza,. 

Tam Krzywousty doznany w żołnierce, 

Tam dobroczynna ręka Kazimierza, 

Tam Oleśnickich płomieniste serce, 

A resztę Derszniak na ostatek chowa 

Z żywśj pamięci co mu było znanóm. 

Na samym końcu wielki Jan z Tarnowa 

Jak posąg bóztwa stawa przed młodzianem. 



384 



Hańba, kto serca rycerskiego niśma, 
Kto, będąc dziejów macierzystych świadom 
I wielkich ludzi mając przed oczyma, 
Nie dał się zacnym zhołdować przykładom. 



X. 



Lecz nim zbawienne rozrosło się ziarno. 
Umarł sędziwy Derszniak z Rokietnicy. 
Młodsi, weselsi, lepsi rówiennicy 
Do Hrehorego uprzejmie się garną. 
Przy nich zapomniał starca przez półrocze. 
Mawiał: — „Pracujmy dla sławy i chleba! 
„Dwóch tylko rzeczy człowiekowi trzeba: 
„Mieć dobrą szablę i serce ochocze. 
„A przy hetmana życzliwój opiece, 
„Pełniąc na wojnie, co powinność każe, 
„Można już sobie nie dbać tak dalece, 
„Go tam napiszą o nas kronikarze/ 



f pz^ść Jrzbcia. 

I. 

Jjyło przysłowie: „Kiedy Jan Tarnowski, 
„Hetman koronny , kasztelan krakowski , 
. „Da komu słowo, to pewnie dotrzyma" 
Więc się ziściło i tu po kolei. 
Syn gajowego, Hrehory Sulima, 
Nie zawiódł dobrych o sobie nadziei. 
Wsparty wielkiego hetmana pomocą, 
Wzrósł na rycerza we znaczeniu całóm: 



385 



Gdzie zagrzmi trąba, włócznie zamigocą, 

On z młodocianym pośpiesza zapałem; 

W pierwszych szeregach ugania Tatary, 

Pierwszy przy szturmach wdziera się na wieże; 

Z radością hetman uśmiecha się stary 

Za każdym laurem, eo młodzian odbierze. 

Bece hetmańskie, zgrzybiałe już prawie, 

Wielkićj buławy utrzymać nie mogą; 

Częściej zasiada w senatorskiej ławie, 

Niźli rumaka zacina ostrogą. 

Przecież po każdćj dokonanój wojnie, 

Gdy jój obrotom oddawał się cały, 

O Hrehorego pyta niespokojnie: 

Czy zdrów powrócił i czy godzien chwały? 



II. 



I zdrów, i godzien powracał Hrehory, 
Sławy i bogactw już syty za wczasu; 
Cieszył się hetman zgrzybiały i chory, 
Że to pacholę wyprowadził z lasu, 
I nieraz rzewnie, ręce rozpostarłszy, 
Ściskał młodzieńca, jak własnego syna, 
I przed majestat wodził go monarszy, 
Eędy zasługi jego przypomina. 
Eról mu powiadał przy całój obradzie: 

— „Dzielne masz serce, chociaż lata młode! 
„To święty na mnie obowiązek kładzie 
„Dać ci stosowną do zasług nagrodę. 
„Da Bóg po wojnie, jak śmiało tuszymy, 
„Gdy trudne środki ułatwią się snadnie, 

Kondratowicz. Wybór. T. II. 25 



386 



„Piękna zasługa Hrehora Solimy 

„Z myśli i z serca a nas nie wypadnie." 

A hetman szeptał: — „To oznacza prosto: 
„Chce cię mianować grodowym starostą. * 



m. 



Dziesięć lat przeszło, — a chłopczyna maty, 
Z wdziękiem młodości i z promieniem chwały, 
Z ubóztwianego hetmana opieką 
I z dobrą łaską króla jegomości, 
Mógł stać daleko i bardzo daleko, 
Posiadać skarby, i zamki, i włości, 
I chleb zasługi, co z dawnego prawa 
Rzeczpospolita rycerstwu nadawa. 



IV. 



Ale nie skarbów, nie zamków, nie chleba, 
Nie głośnćj sławy, co wszystkich poruszy, — 
Młodemu sercu toć serca potrzeba, 
Trzeba kochania wedle swojej duszy. 
A któraz z dziewic oblicza uchyli, 
Wzgardzi takiego fortuny pieszczocha? 
Szczęśliwy młodzian już znalazł po chwili, 
Którą ukochał i która go kocha. 
Mieszkał w Krakowie starosta Owada, 
Pan mnogich skarbów i włości ogromu; 
Ale nad ziemię i skarby nielada 
Skarb większy— córkę posiadał w swym domu. 



387 



V. 



Bóg czasem, pragnąc uszlachetniać ludzi 
I dać im próbkę nieziemskiego świata, 
Zsyła cheruba, co w ludziach cześć budzi. 
Takim cherubem zdała się Beata. 
Piękną od Boga obdarzona duszą, 
Piękno swój duszy nosiła na twarzy. 
Jasne jój oko złudzeń nie rozmarzy, 
Lecz wszystkie serca hołdować jój muszą. 
Na czóm ta władza? a któż to wypowie, 
Co uspakaja? a co zmysły mroczy? 
Lecz tylko czujesz, że patrząc w te oczy, 
Święciój coś w sercu i spokojniój w głowie. 
Wiotkie jej ciało-^to subtelna tkanka, 
W którą Bóg zasnuł myśl swojego czoła. 
Eażdy uczuwa, że ona niebianka, 
Co ziemskich trudów podźwigać nie zdoła; 
Że tu na ziemi stoi tak leciuchno, 
Iż pierwsze burze jak kwiatek ją zdmuchną; 
Lecz kiedy losu bolesne koleje 
Przyjdą doświadczyć, czy ma silne ramię, 
Pieszczone serce w dyament stwardnieje, 
Którego ludzka siła nie przełamie. 
Te oczy, mdławą przykryte powłoką, 
Co się mniemanem zawstydzeniem płonią, 
Gdy przyjdzie losom zajrzeć oko w oko, 
Nie obemdleją i łzy nie uronią. 
Serce hartowne męztwem, jak kolczugą, 
Nie wie, co znaczy gra uczucia płocha; 
Lecz gdy pokocha, to już raz pokocha, 
Szczerze, głęboko i jak wieczność długo- 



388 
VI. 



Taką to miłość od niedawnej pory 
W sercu dziewiczóm obudził Hrehory. 
Nie mogło marzyć wysokie jój serce 

pospolitym zalotnym młodzianie; 
Lecz dobre imię, nabyte w żołnierce, 
Jego z ubóztwem mężne bojowanie, 
Ten urok czynów i ta piękna chwała, 
Która młodzieńca od gminu odróżnia, 
Zawsze na serce kobiety podziała, 
Jeśli w tern sercu nie panuje próżnia. 
Poczęła lubić kiedy o nim słyszy, 
Gdy jego chwale zazdroszczą zawistni, 

1 marzyć o nim w wieczornej zaciszy, 
I było błogo, gdy go we śnie przyśni. 
Niekiedy jedno słowo lub pół słowa 
Takim ją lubym nabawi kłopotem, 

Że pokraśnieje, jak wstęga różowa, 
I dumać będzie po dni kilka o tóm. 
Taki obyczaj w dawniejszój był chwili, 
Źe nim kochanków zaprzęgną do stadła, 
Młodzi od siebie zdaje się stronili, 
Oczami chyba miłość się zakradła. 
Lecz gdy się wkradła, kiedy bożek ślepy 
W serce ugodził zatrutem żelazem, 
Ńa wieki w sercu utkwiły oszczepy, 
Już ich nie wyrwać, chyba z życiem razem. 

VII. 

A cóż Hrebory? Jemu miłość taka 
Nigdy nie przyszła do serca lub głowy. 



389 



On kochał sławę, kochał plac bojowy, 

Kochał swą włócznię, swojego rnmaka. 

On wszystko kochał — bo serce motyle 

Mogło na wszystkie rozpraszać się strony; 

Nie mógł, jak rycerz, kochać tylko tyle: 

Boga, kochankę i swój kraj rodzony. 

Oóż więc dziwnego, że w takim rozrzucie 

Słabsze w nim było kochania uczucie? 

Kochał Beatę, bo piękne ma oko, 

Bo smukłą kibić przy bogatćm wianie; 

I kochał Polskę, nie myśląc głęboko, 

Na czem zależy synowskie kochanie. 

On po żołniersku widział swoją wiarę, 

On swoją miłość chciałby wieńczyć w kwiaty; 

I jedną tylko rozumiał ofiarę: 

Walczyć za honor kraju lub Beaty. 

Dziewice dawne inaczej kochały 

Bitnych rycerzów Orła i Pogoni: 

Snadź nie dla tego, że chrobry i śmiały, 

Ale że ziemi macierzystej broni. 

Męzkiemu sercu ani się zamarzą 

Takie subtelne różnice kochania: 

On kiedy z wrogiem w twarz spotka się twarzą, 

Kiedy na groty chrobrą pierś odsłania, 

Gdy jak mur stoi, gdy celnie wystrzela, 

Krwią zleje ziemię, jako jśj obrońca, 

Już mu się zdaje, że spełnił do końca 

Powinność syna i obywatela. 

Och! takich czynów za mało, za mało! 

Męztwo za słabe, a miłość za blada: 

Żołdak — potrafi zahartować ciało, 

Bohater tylko — hart duchowi nada. 



390 



VIII. 

Hrehory, śmiały w wojowniczym względzie, 
Nie mógł się chlubić śmiałym hartem duszy. 
Wtedy był piękny, gdy konia dosiędzie, 
Kiedy na harce z Tatarem wyruszy; 
Lecz doma— byle okoliczność błaha, 
Prędko się zlęknie, prędko się zawaha. 
Jako wyjechał przed dziesięciu laty, 
Jak mu na świecie widok się odsłania, 
Nigdy nie zwiedził rodzicielskiej chaty, 
Nigdy do ojca nie posłał pisania. 
Wstydził się nędznie śmiechów i obmowy 
Swojój czeladzi i rówiesnój młodzi, 
Że jego ojciec tylko stróż gajowy, 
Że jego matka w lnianej sukni chodzi. 
Kochał Beatę najświęcićj, najgodniej, 
I dla miłości dać życieby gotów; 
Lecz gdy na chwilę oddali się od niój, 
Nie mógł się płochych powstrzymać zalotów- 
Prawie nieświadom, co wyższa ofiara, 
Nie mógł się ostać przed najlżejszą próbą; 
Umiał bardyszem pokonać Tatara, 
Ale nie umiał walczyć z samym sobą. 



IX. 



Sam wielki hetman pojechał we swaty, 
Prosząc dla niego o rękę Beaty. 
Owada wdzięcznie przyjął pośrednika, 
I rękę córki przyrzekł dla młodziana: 



391 



Któż bo z Polaków swe serce zamyka 

Dla próśb dostojnych Tarnowskiego Jana? 

Nawet wesela już dzień umówili, 

Na wszystko przystał chętliwie Owada; 

Lecz uradzono zaczekać do chwili, 

Gdy Hrehoremu król starostwo nada. 

A nadto wojna do hetmańskich znaków 

Wezwała całą drużynę rycerską: 

Fttrstenberg, głowa inflanckich Krzyżaków, 

Przeszedłszy w Niemczech na wiarę luterską,. 

Swemu żołdactwu, co bezkarnie hula, 

Kazał kościoły burzyć na wyścigi; 

Więc przysłał prosić o opiekę króla 

Dostojny Wilhelm, arcybiskup Rygi. 

Więc król do mistrza poselstwo wyprawia, 

Pan Łęcki jechał z króle wskiemi listy; 

Lecz rozpasana tłuszcza na bezprawia, 

Mimo charakter posła uroczysty, 

Zamordowała jadącego w drodze, 

Jeszcze się pastwiąc nad bezbronną głową: 

Więc należało powetować srodze 

Za krew przelaną i cześć narodową. 



X. 



Polski i Litwy sejmujące stany 
Król na obradę zebrał do Warszawy. 
Wszyscy radzili w jeden głos zebrany 
Nie zaniedbywać inflanckiój wyprawy. 
Zapał, by hańby nie przepuścić darem, 
Dał mnogie siły zgromadzić bez trudu: 



392 



Stanęło tedy pod pańskim sztandarem 
Z Polski i z Litwy sto tysięcy ludu. 
Któż tu nie pójdzie walczyć obok braci? 
Kogo tu sprawa domowa zatrzyma? 
Tedy, choć nierad, że swe gody traci, 
Jechał na wojnę Hrehory Sulima. 

XI. 

— „Piękna dziewico! — mówił do Beaty — 
„Bywaj mi stałą i sercem, i słowem. 
„Wrócę sławniejszy i bardziój bogaty, 
„Król mię obdarzy starostwem grodowóm. 
„A wszystko winien wojowniczej sztuce, 
„Drogę do szczęścia sam sobie uścielę, 
„Sam o twą rękę dopomnę się śmiele. 

„Nie płacz, Beato, powrócę, powrócę! 
„Po dniu godowym gdy zostanę mężem, 
„Dam folgę sercu, niechaj bije rade; 
„Rozbrat na wieki uczynię z orężem, 
„I nigdy, nigdy ciebie nie odjadę. 
„Czy tu zostaniem, czy pójdziemy może 
„W ustronnym zamku pracować na roli, 
„Mój miecz na zawsze u stop twoich złożę. 
.„Nie płacz, Beato, bo mię serce boli!" 

XII. 

— „O mój Hrehory! nie mów tego proszę!- 
B,zekła. Beata w błagalnój postaci: — 

^,Że zniewieściałe przenosisz rozkosze 
j,Nad pole chwały na obronie braci! 



393 



„Czybyś doprawdy, nie zważając na nic, 
„Dla pieszczot serca nie stanął do bitwy, 
„Chociażby kraje Korony i Litwy 
„Wzywały ciebie do obrony granic? 
„Czyż dla starostwa lub dla marnój sławy 
„Stawiłeś piersi na włócznie i noże? 
„Czyż to już wszystkie odbyte wyprawy? 
„Czy nic krajowi zagrażać nie może? 
„W koło Wołosza, Turcy i Tatarzy, 
„A Polska piękna, bogata, szeroka; 
„Czyż nikt już na nią targnąć się nie waży? 
„Czy nikt nie rzuci zawistnego oka? 
„Och! nieraz, nieraz nasze piękne łany 
„I krew zaleje, i ogień przebieży, 
„I nieraz hetman przywoła rycerzy 
„Na śmierć szlachetną lub na ciężkie rany. 
„Nie, mój Hrehory! folgować niewolno 
„Ni zdrowiu swemu, ani sercu swemu: 
„Na każdą wojnę ruszysz po staremu 
„Zdobywać chwałę fatygą mozolną. 
„Ja pozostanę, drżąc o twoje zdrowie, 
„Płacząc z tęsknoty, modląc się do Nieba... 
„Jednak, Hrehory, idź gdzie trąba zowie! 
„Narażaj życie i umrzyj, gdy trzebal" 

Tak rzekło dziewczę, a potom w milczeniu 
Spojrzało oczu błagającym rzutem, 
I wątłą rękę wsparło na ramieniu, 
We twardy pancerz stalowy zakutam: 

„Już jedź, Hrehory... nie... pozostań jeszcze; 
„Niech się napatrzę, niech z tobą pogwarzę... 
„Jakieś mnie mówi przeczucie złowieszcze, 
„Że los nam może rozłączyć się każe..." 



394 



— „Przestań, Beatol przestraszasz mię sro- 
Mówił Hrehory, spojrzawszy nieśmiało:— [dze!— 
„Tyle jest śmierci na żołnierskiój drodze — 
„Czyżby mnie teraz umrzeć należało?" 

— „O! nie, Hrehory! nie! żadna przygoda 
„W mojem przeczuciu nie zagraża tobie! 
„Może, gdy wrócisz, to ja będę w grobie, 
„I już mi ręki Hrehory nie poda! 
„Czuję, że ślub nasz rozchwiewa się w górze, 
„I mózg, i serce pali, jak zarzewiem... 
„Przeczuwam jakieś niebezpieczne burze... 
„Może mój ojciec... czy hetman— ja nie wiem... 
„Może ty wrócisz obojętnym, chłodnym... 
„Albo już — serca mojego niegodnym..." 



XIII. 

A nad podartą gajowego chatą 
Dziesięć lat ciężkie przytłoczyło brzemię. 
Nadgniły domek osunął się w ziemię, 
Mech go nastrzępił powłoką kudłatą. 
Krzyż się osunął, który stał przy wjeździe, 
I uschła grusza, i zrąbano klony; 
Błyszczy się mostek nowo postawiony, 
I nowy bocian klekoce na gnieździe. 
Gdyby w tój chwili przyjechał Hrehory, 
Oorzkąby łezkę sam nad sobą wylał: 
Stary dziad jego od roku był chory, 
Już się do grobu widocznie pochylał; 
Tylko się modli i rozmowy szuka 
O znakomitych powodzeniach wnuka. 



395 



Jemu o wnuka szło może nietyle, 
Ile miał świetność rodową na względzie; 
Modlił się: — „Panie! nie spocznę w mogile, 
„Aż mój potomek kasztelanem będzie. 
„Jemu nietrudno — gdy hetman z nim trzyma. 
„Niechby pracował na to całe życie, 
„Ażeby klejnot herbowny Sulima 
„Na niebywałym postawił zaszczycie!" 

Tak stary marzył, i z miasta, i z wioski 
Bóżne o wnuku zbierając pogłoski. 

Ojciec postarzał, przebiegając knieje, 
Straciwszy zdrowie w pracy bez ustanka; 
Strażniczy oszczep i chatnie nadzieje 
Złożył na ręce gospodarne Janka. 
Na twarzy Janka wyrósł wąs młodzieńczy, 
Janek częściutko zmykał do sąsiada; 
A jak podhula, to matce powiada: 

— „Wkrótce was w pracy synowa wyręczy." 
A matka? Matka, niegdyś krasnolica, 
Dzisiaj zgarbiona, z pomarszczoną twarzą, 
Jęczała długo, jak synogarlica, 
Że jćj z Hrehorym rozłączyć się każą. 
Pójdzie bywało w ustronne zacisze, 
Gorzko się spłacze — to na duszy słodziśj; 
Płakała potem, że syn nic nie pisze, 
Czy zdrów? czy wesół? jak mu się powodzi? 
Bolała ciężko, zwyczajnie kobióta, 
Że syn zapomniał... przywykła nareszcie; 
A teraz tylko o jedno się pyta: 
Czy zdrów Hrehory? czy w boju? czy w mieście? 



396 



A gdy tam czasem w pośród bojowiska 
Buszniczna kula przy Hrehorym padnie, 
To serce matki o sto mil odgadnie, 
Drgnie z całej siły i bólem się ściska. 



XIV. 

Tak było w chacie. Aż jednój niedzieli 
Bóg wie dla czego wszyscy posmutnieli. 
Dziadek zaniemógł, — zapragnął spowiedzi, 
Pobożnie przyjął Ciało i Krew bożą; 
A gdy nad łóżko zeszli się sąsiedzi, 
Spojrzawszy na twarz, wszyscy się zatrwożą. 
Wpadły mu oczy, twarz blada, jak płótno, 
Oddech to słabnie, to znowu się wzdyma. 

— „Źle słychać, bracia!— tak wyszeptał smutno— 
„Dzisiaj się zaćmił dom i herb Sulima. 
„Ktoś mi dziś w nocy opowiadał we śnie, 
„Że herb się zhaĄbił, że więcej nie wskrześnie. 
„Może to bajka... często śni się chorym... 
„Powiedzcie ludzie: zkąd te sny złowieszcze? 
„Czy nie słyszano czego o Hrehorym? 
„Czy on nie został kasztelanem jeszcze? 
„Czemu nie śpiśszy?... trzeba w zaszczyt nowy 
„Przystroić herb nasz i nasze nazwanie... 
„Gdy on nie został, to nikt nie zostanie... 
„Ni ja... ni syn mój... ni mój wnuk gajowy... 
„Powiedzcie ludzie, wy to pewno znacie, 
„Dla czego w sercu pali mię tak srogo? 
„Może Hrehory, zasiadłszy w senacie... 
„Doszedł zaszczytów... nieszlachetną drogą? 



397 

„O Boże! Boże! lepsza tutaj praca... 
„Śpieszcie go ostrzedz; pogódźcie ze stanem... 
.Jeżeli jeszcze nie jest kasztelanem, 
„To mu powiedzcie, niech do domu wraca... 

„Tam na pagórku dwa dęby się świecą, 
„Na jednym dębie dwaj orłowie w parze, 
„Jeden z nich wyżój, drugi niżój nieco, 
„Jak herb Sulimę rysują malarze.... * 
„Dwa orły, mówię... patrzajcie, w tój stronie.,. 
„Jeden na tarczy, drugi na koronie... 
„Niech się Hrehory nie szasta po lesie, 
„Gotów je spłoszyć przebiegając w pędzie: 
„Bo jak polecą, biada naszej strzesie! 
„Herbu Sulima na świecie nie będzie!..." 

Tak starzec szeptał w nieprzytomnej bredni; 
Powłoka w oczach rozciąga się mgława; 
Wnieśli gromnicę z komnaty sąsiedniój; 
Wziął ją, popatrzał... — „Hetmańska buława!" 
I jak strudzone, rozespane dziścię 
Szepce nieskładnie, gdy się oczy kleją, 
Dziadek zasypiał... zasypiał koleją... 
Nakoniec usnął — już go nie zbudzicie. 

XV. 

Minęło lato — a wojsko koronne 
Z inflanckiój wojny do Krakowa wraca. 
Pole do chwały było mu przestronne, 
Chlubnym się skutkiem uwieńczyła praca, 
I krwi potoki niedługo się lały, 
Żaden się przestrach nie ziścił złowrogi: 



398 



Bo mistrz inflancki, Ftirstenberg zuchwały, 
Klęczał przed królem, całował mu nogi. 
Taka pokora, co przebija mury, 
Trafiła w serce królewskie, co z wosku; 
Nie odarł mistrza z książęcej purpury, 
Lecz mu przebaczył winę po ojcowsku; 
Tylko swe prawa umocniwszy szczerze, 
Puścił w pokoju inflanckie rycerze. 

XVI. 

Hrehory wrócił i żywy, i zdrowy, 
Tylko przecierpiał krzyżacką niewolę. 
Kiedy się wojsko zeszło pod Poswole, 
Radziwiłł hufiec prowadził przodowy. 
Sulima zasię, upragniony chwały, 
Zebrawszy dwieście gorętszój młodzieży, 
Pośpieszył naprzód i dwoma oddziały, 
Mniemał, że drogę mistrzowi zabieży; 
Że kiedy cała Inflantczyków rzesza 
Z jednym oddziałem potykać się zacznie, 
On na nich z boku uderzy nieznacznie 
I w jednym pędzie szyki ich pomiesza. 
Nie tak się stało: bo gdy nocną porą 
Sam jeden konno wyruszył na wzwiady, 
Wpadł na sam środek niemieckiej gromady, 
Gdzie go chwytają i w niewolę biorą. 
Tymczasem wpadły niemieckie rajtary 
Na polski oddział, co się zabezpiecza: 
Rzeź była krwawa — i mężne ofiary 
Legły pod ciosem krzyżackiego miecza. 
Dwa doły trupów pogrzebiono rano, 
Dwa kopce ziemi na nich usypano. 



399 

Przyszedł Radziwiłł — zbił inflanckie siły; 
Przyszedł król polski — - i stanęła zgoda. 
Tylko nikt ręki do grobów nie poda, 
Nikt młodzi polskiój nie wskrzesi z mogiły. 
Nie jeden pałac i nie jedna chatka 
Smutną się wtedy pokryły żałobą: 
Ojciec i siostra, kochanka i matka 
Już nie obaczą swych miłych przed sobą. 4 
Taki los wojny — i radość, i jęki; 
Przywykła do nich wojownicza rzesza. 
Do tryumfalnśj zwycięztwa piosenki 
Zawsze się nota rozpaczy przymiesza. 

XVII. 

Wyzwolon prędko z niewoli krzyżaczśj, 
Młody Hrehory wrócił do Krakowa; 
Ale twarz jego, jak mara grobowa, 
Blada, poryta zmarszczkami rozpaczy. 
Targa swe włosy, stroni od człowieka, 
Zwiesza na piersi nieprzytomną głowę, 
A gdy o wojnie posłyszy rozmowę, 
Zasłania oczy i w pole ucieka. 
Wciąż mu się zdało, że ma szyszak krwawy, 
Że chodzi we krwią ubryzganśj szacie; 
A choć już tydzień jak wrócił z wyprawy, 
Nie śmiał się stawić na oczy Beacie. 
Taką odmianę każdy w nim dostrzega, 
Ale nikt nie śmiał badać nieprzystojnie; 
Sam tylko hetman, choć nie był na wojnie, 
Wiedział o wszystkióm od swojego szpiega. 



400 



Wtedy się straszne rozbiegły pogłoski, 
Co wszystkie serca do gruntu przebodły, 
Gdy Hrehoremu rzekł hetman Tarnowski: 
— „Precz z mego domu, boś zdrajca i podły!* 
Chciał swoje służby przypomnieć królowi* 
Wszedł na pokoje z innemi dworzany; 
Król umknął rękę, chociaż nic nie mówi, 
I wzrok pogardy odwrócił do ściany. 
Jeden drugiemu po cichu powtarza: 
Że król jegomość rozkazał był skrycie 
Sądzić na gardło Sulimę zbrodniarza, 
Ale Tarnowski uprosił mu życie. 
Straszny dar życiel gdy dadzą człowieka 
Własnego serca zgryzotom namiętnym, 
Gdy jak robaka odrzucą z daleka, 
Skalawszy wzgardy niepoczciwćm piętnem! 
Trzeba żyć jeszcze — po to, aby nosić 
Ohydne brzemię swśj własnśj istoty... 
Czyliż tam w piekle męczarni nie dosyć, 
Że tu skazują na piekło sromoty? 
O! słusznie, słusznie pokalane imię: 
Bo straszna zbrodnia ciąży na Sulimie. 

XVIII. 

A cóż Beata, obłąkana, chora? 
Ona pogardza, lecz kocha Hrehora. 
Jśj biedne serce kolejno się zmienia, 
Sama nie zgadnie, gdzie bicie gorętsze; 
Uczucia wstrętu albo ubóztwienia 
W dwie różne strony targają jój wnętrze. 
Jćj wątłe ciało w bolesnćj katuszy 
Dłużój na ziemi już wytrwać nie może; 



401 

Czas już do nieba jśj anielskiej duszy, 
Czas ciało złożyć na śmiertelne łoże. 

Raz go ujrzała — wszedł w okropnśj chwili. 

— „O Boże!— rzekła: — Ty ziść moje modły! 
„Luby Hrehory! ciebie oczernili, 
„Żeś braci zdradził — żeś słaby... żeś podły... 
„Powiedz Hrehory, niech z ust twych posłyszę; 
„Ty mi daj światło, bym przejrzała w ciemnie!... 11 

—„Prawda, Beato!... moi towarzysze 
„Polegli w rzezi, wydani przeze mnie. 
„Gdy mnie pojmali Krzyżacy pancerni, 
„Skuli mi ręce zawściekleni kaci, 
„Wisiał nad głową topór wściekłśj czerni, 
„Jeśli nie powiem, gdzie więcój współbraci. 
„Noc była ciemna, a topór nad szyją, 
„Na słabój duszy upadłem bezwładnie, 
„Musiałem wyznać, gdzie hufce się kryją, 
„I w jaki sposób rozproszyć je snadnie. 
„Więc W tśjże chwili w taborze krzyżackim 
„Tysiąc rajtarów wnet na konie wsiadło, 
„Na śpiący oddział napadli omackiem, 
„Wymordowali z wściekłością zajadłą. 
„Jam został jeden okuty w kajdany. 
„Nad samym rankiem wróciły raj tary; 
„Hufieo siepaczów, krwią naszą zbryzgany, 
„Śpiewał piosenki i wznosił puhary. 
„I znów z toporem stojąc nad mćm gardłem, 
„Kazali wypić zgubę naszśj ziemi: 
„Jam spełnił puhar ustami drżącemi... 
„Podły! gdy wtedy z hańby nie umarłem!" 

Kondratowicz. Wybór. T. II. 2& 



402 



—„Krew... krew na tobie!"— krzyknęła Beata; 
Twarz jśj zsiniała, pokraśniała, zbladła; 
Rozpacz jśj serce konwulsyjnie splata, 
I z głuchym jękiem na ziemię upadła. 
Przybiegli słudzy — ale próżna rada: 
Już się Beata aniołom spowiada. 

XIX. 

Hrehory wybiegł i w pole ucieka, 
Nie pomnąc siebie, ni miejsca, ni strony; 
A ludzie za nim wołali z daleka: 
— „Łapajcie zbiega! szalony! szalony!" 
Nikt nie dogonił, bo on szybko zmyka. 
Wybiegł z Krakowa na polne rozłogi, 
Przebrnął przez wodę szybkiego strumyka, 
Pobiegł do lasu bez myśli, bez drogi, 
Z lasu na pole, i dalśj, i dalśj, 
Skrył się w gęstwinę kędyś na uboczti. 
Gdzie niegdzie ludzie na niego wołali, 

Ale nie słuchał i zniknął z ich oczu. 

« 

AA. 

Czy długo błądził? czy miał sen? posiłek? 
Któż wam odpowie? daremno pytaoie. 
W końcu jesieni — około mogiłek, 
Przy rodzicielskiej gajowego chacie, 
Zjawił się człowiek, jak upiór cmentarny, 
Brodą zarosły, wynędzniały, czarny. 
Miał szmaty sukien zdartych po połowie, 
Pancerz na piersiach i kirys na głowie. 



403 



Pod okna chaty jak złodziój się* skrada; 
Tam grały skrzypce — było gwaru wiele> 
Brząkała w czarki wesoła gromada: 
Trafił Hrehory na Janka wesele. 

XXI. 

— „Nie wejdę- w chatę, bo tylko potrwożę, 
„Zlęknie się ojciec i matka nieboga. 
„Dalśj Hrehory! dalej w imię boże! 
„Na Ukrainę to nieblizka droga!" 

Napił się wody z rodzinnśj krynicy, 
Chwycił garść piasku, zawiązał do szmatka, 
A dobywając słabych sił ostatka, 
Zniknął w manowcach znanśj okolicy. 
Nieprędko potom, nieprędko mówiono, 
Że się Hrehory wałęsał tą stroną. 



EPILOG. 



Znowu lat dziesięć przebiegło, jak chwila. 
Otośmy w stepie bujnój Ukrainy: 
Słońce się letnie na zachód nachyla, 
Wiatrek kołysze kwiaty i krzewiny, 
I bujne żyta, i pszeniczne łany, 
Gęsto porosłe, ciągnące się długo; 
We wsi dalekiój dzwon rozkołysany 
Echo posyła za milę, za drugą. 



404 



Pięknaż to ziemia! ma wszystko dowoli, 

co się tylko modli w imię boże: 
Mleka, i miodu, i chleba, i soli, — 
Tylko spokoju wymodlić nie może. 

Od Wołoszczyzny do tureckich granic, 
Od Tatarszczyzny, co nigdy nie syta, 
Wróg codzieó prawie, nieoględny na nic, 
Puszcza pożary w pszenice i żyta. 
A gdzie bogatszy kościółek, cerkiewka, 

1 gdzie kraśniejsza niewiasta, czy dziewka. 
Gdzie skarbiec pański za żelazną kratą 
Strzegą hajduki okute we stali, — 

Oni to wiedzą: co wiosna, co lato, 

Tabor tatarski w Ukrainę wali. 

A że kraj równy, obfity, przestronny, 

Wszędy im droga uwijać się żywo; 

Nie lubią walczyć, lecz gdzie lud bezbronny, 

Najlepszy oręż, to nóż i krzesiwo, — 

Wpadnie, zrabuje, pozakrwawia miecze, 

Zapali wioskę i dalój u ciecze. 

By takich zbójców niszczyć i odpierać, 
Dziwnem się młodzież opisała bractwem: 
Przysięgła razem i żyć, i umierać, 
I Zaporozkiśm zwała się Eozactwem. 
Nie mieli wiosek, lecz tabor wojskowy, 
W którym żołnierskie prowadzili życie; 
Nie sieli zboża, bo ich same łowy 
Stepowym zwierzem karmiły obficie. 
Przemierzyć łąkę, gdzie trawa do pasa, 
Nie przyszło na myśl ni jednemu z ludzi; 



405 



Tam stado źrebców Kozaczyzny hasa, 

Kiedy się harcem z wrogami utrudzi. 

~W polu niewiasta piosnek nie wywodzi, 

Kwilenia dzieci tam nikt nie usłyszy; 

Bo Kozaczyzna nie z plemion się rodzi, 

Jeno z dorosłych dalekich przybyszy. 

Im żadna księga statutów nieznana, 

Całym statutem ich obyczaj stary: 

Słuchać swojego pana atamana 

I gonić w stepie Turki i Tatary. 

Kto do nich przystał na Sicz Zaporoża, 

Ozy Lach, czy Rusin, Węgier, czy Germaniec, 

Czy zły, czy dobry, czy chłop, czy wielmoża, 

Byleby umiał iść w tatarski taniec, 

Byleby spełniał, co starsi radzili, 

Przyjmą go chętnie do swojej drużyny. 

Ale się słońce do zachodu chyli; 
Wiatrek kołysze trawy i krzewiny, 
I bujne żyta, i. pszeniczne łany, 
Gęsto porosłe, ciągnące się długo; 
We wsi dalekiój dzwon rozkołysany 
Echo posyła za milę, za drugą... 
Na płaskióm polu widać pył z daleka, 
I chmura jeźdźców po niem się ugania. 
Tu była bitwa jeszcze od świtania: 
Kozactwo goni, Tatarzyn ucieka; 
Tętent podkowy już głuchnie koleją, 
Krzyki ustają, a jeźdźcy maleją. 
Nareszcie widzisz, jak dwie małe bryłki 
Na końcu świata toczą się w zieleni; 
A tu pod krzyżyk stepowój mogiłki 
Ciągną się starsi, bitwą unufceui. 



406 



Za nimi wozy tatarskich zdobyczy, — 

Któż je przemierzy i któż je policzy? 

Tam pełne skrzynie cerkiewnego, sprzętu, 

Złote szlacheckie pasy i żupany, 

Tam stos odzieży skrwawionej do szczętu, 

W biednej wieśniaka chacie zrabowany; 

A za wozami, na noszach z oręża, 

Niosą Kozaki swych pobitych braci; 

Za nimi idą obozowi księża, 

I pieją psałterz chórzyści brodaci. 

Ataman zasiadł na wzgórku przy krzyżu, 
Rozdzielać łupy drużynie kozaczej; 
Idzie z rydlami dwunastu kopaczy, 
Aby sześć mogił usypać w pobliżu, — 
Po dwóch do każdój. Z brzegu na ustroni, 
Dwóch robotników tak do siebie gwarzy: 

— „Lekka tu ziemia, dobrze kopać po niój, 
„Na pierś mołojca nieciężko zaważy!"— 

— „Ba! — rzecze drugi, nad pracą schylony — 
„Na wszystko bacznie uważać potrzeba: 
„On kędyś z polskiśj przywędrował strony, 
„Ciężka mu będzie ukraińska gleba. 
„Mówcie co chcecie, a umrzeć ochoczój, 
„Gdy swojej ziemi nasypią na oczy." 

— „Nie zawsze, widzisz, — pierwszy muodpo- 
„Rodzona ziemia i przyjmie człowieka. [wie — 
„Ten, co od miecza folgując swój głowie, 
„Z koronnych hufców aż do nas ucieka, 
„Między swoimi nabroił coś pono 
„Przed Panem Bogiem i ziemią rodzoną. 
„Hrehory, słyszę, rój Lachom prowadził, 



407 



„Miał zachowanie w swojóm wojsku całóm; 
„Lecz towarzyszów zaprzedał, czy zdradził, 
„I przystał do nas." 

— „I ja coś słyszałem. 
„Bóg raczy wiedzieć, ale łacno wierzę, . 
„Że mógł coś w życiu popełpić ladaco. 
„Bywało w nocy to sen go nie bierze, 
„Choćby się zmęczył Bóg wie jaką pracą; 
„Jak potępieniec całe noce wzdycha, 
„Wejdzie na kurhan i ku Polsce patrzy, 
„I nieraz płakał, na ziemię upadłszy, 
„I coś do siebie wyszeptywał z cicha. 
„Mało z kim gadał, prócz chyba sam z sobą; 
„Bywał najpierwszy, gdy się bitwa pocznie; 
„A szukał śmierci zdaje się widocznie, 
„Jakąś tajemną dręczony żałobą." 
— „Spokój dla duszy!- -rzecze Kozak drugi— 
„I dobrze zrobił, że do Siczy przystał; 
„Bo i nam oddał niemałe usługi, 
„I kraj rodzony coś z niego skorzystał. 
„Z piersi uczynił więcój jedną cegłą 
„Do muru, który wznosimy u granic: 
„Ze sto Tatarów z jego ręki legło, — 
„Czyż tego Pan Bóg nie poczyta za nic? u 

Chrobra i prosta kozacka drużyna 
Tak Hrehorego życie przypomina. 

No! już gotowo, już braterskie ręce 
W żółtym piaseczku pościel mu posłały. 
Z bronią i w grubćj kozackiśj sukience, 
Z piersią przebitą od tatarskiśj strzały, 
Bez żadnój trumny, legł syn gajowego; 



408 

Piasek stepowy przysypał mu łono, 

I mały kurhan na piersiach wzniesiono, 

I ksiądz go wodą pokropił święconą, 

I zapłakali bracia nad kolegą. 

Każdy odchodzi i znak krzyża czyni, — 

Hrehory jeden pozostał w pustyni. 

Nieszczęsny! marzył o innśj mogile, 
Że wiek wiekowi jego imię poda; 
Ale potomność szepce tylko tyle: 

„Chrobry był żołnierz! a szkoda go, szkoda! 
„Miał serce młode, prawicę wytrwałą, 
„Znał bojowania rozliczne sposoby, 
„Jednego tylko Niebo mu nie dało: — 
„Żelaznśj duszy na godzinę próby!" 

W jego mogile straszne sny być muszą, 
Straszny wąż z jego wylęga się kości, 
I straszny wyrzut chwilowśj słabości 
Pastwi się kędyś nad nieszczęsną duszą. 
Bolesny robak snadź mu serce toczy, 
Gdy przyśni w grobie, co było przed laty, 
Nocleg Hetmański gdy stanie przed oczy, 
Postać Derszniaka i miłość Beaty. 
Z taką potężną nad sobą opieką. 
Z taką miłością i poradą zdrową, 
Wszedłszy bohater na świetność dziejową, 
Wsławiłby imię w potomność daleką. 
Dzisiaj, gdy wieko grobowe odsłonim, 
Przykre się widmo zarazem odsłania; 
A serce mówi: Zapomnijmy o nim! 
To najżyczliwszy znak pożałowania. 

1857. Boręjkowszczyzna. 



STAROSTA KOPANICKI. 

WIĘZIEŃ W SOBHEBBTJRGU. 

TTatęp z pior-^r«xyclx la/t peiaa.OTKreiaa.ia. 

^.•o-ero-ata. XXX. 



WSTĘP. 
I. 

Otara i święta mych ojców ziemico! 

Kwitniesz, jak dawniej, żytem i pszenicą, 

W lasach, na łąkach znaczna łaska Fańska, 

I statki twoje pływają do Gdańska, 

I miasta twoje wspanialej się bielą, 

I wioski twoje nawet się weselą, 

I dwór szlachecki już nie z bierwion drzewa, 

Lecz z pięknój cegły wspaniale piętrzony, 

Już nie na jednym, chorągiew powiewa 

Jak w stare czasy miewały barony, 

I stan twój dzisiaj kwitnący, bogaty, 

Że nawet zazdrość u sąsiadów budzi: 

Nic nie straciłaś od dawniejszój daty, 

Nic nie straciłaś— tylko wielkich ludzi. 



410 



II. 



Na nasze czasy może ich nie trzeba: 
Dziś wiek jest wielkim, nie zaś jeden człowiek. 
A jednak czasem łza płynie do powiek, 
I z głębi piersi modlitwa do Nieba: 

„Przywróć nam, Panie, staroświeckich ładzi, 
„Z krzemienną, piersią i z duszą stalową! 
„Niechaj ich z trumny Twój rozkaz obudzi, 
„Niech w oczy spojrzą, niech przemówią słowo, — 
„Abyśmy mogli choć raz, choć z daleka, 
„Zobaczyć w życiu wielkiego człowieka!" 



III. 



Na każdśj karcie starych dziejów księgi 
Spotkasz olbrzyma duchowśj potęgi; 
Pod każdą strzechą były wielkie głowy, 
Jakiś bohater, jakiś bóg domowy. 

nim w wieczornych gawędach gadano, 
Jego był obraz w kościele, w klasztorze, 
Jego imieniem dzieci nazywano 

W piątśm, dziesiątćm pokoleniu może. 
Bo w każdym czynie było ziarno ducha, 
Dueba Bożego miłości i wiary, 

1 każdy wiedział, że potomność słucha, 
Że dzieje patrzą na jego zamiafy. 



411 



IV. 



Mnich siwobrody w pocie swego czoła 
Słowa świadectwa na pergamin leje; 
W mowie łacińskiśj, w języku kościoła, 
Kreśli poważne rodowite dzieje, 
Aby pod świętych wyrazów osłoną 
Pamięć praojców tśm święciśj uczczono. 
Słowo, na kartę wpisane w ten sposób, 
Nieodwołalnym wyrokiem się stało: 
Był to i posąg uwieńczony chwałą, 
I pręgierz hańby dla czasów i osób. 
Takiśm wspomnieniem gdy dziej opis wspomni, 
Człowiek na zawsze stawał na widoku, — 
I rzadko kiedy od tego wyroku 
Sąd odwołania wyrzekli potomni. 



V. 



Lecz historyczna karta, choć szeroka, 
Nie wszystkie zacne objęła imiona: 
Część ich w domowój ciszy utajona, 
A reszta całkiem ukryta dla oka; 
Lecz dziej opisów urodzajna niwa 
Wciąż nowe imię, nowy czyn odkrywa. 
W wirze wypadków, sejmu albo wojny, 
Z jakich się przędła nić ojców żywota, 
Wypływa na -wierzch jakiś mąż dostojny, 
Wybłyska jakaś bohaterska cnota. 



412 



Pytamy, musząc czołem im uderzyć: 
Przecz wielkich ludzi nie ma w naszej chwili? 
Ach! bo nam trudno w cokolwiek uwierzyć, 
A oni święcie w swą sprawę wierzyli; 
Trudno cokolwiek pokochać nam szczerze, 
Gdy dawne serca wciąż miłość podsyca. 
W czystej miłości i w gorąeój wierze 
Potężnych czynów była tajemnica. 
Ci wielcy ludzie, nie tak, jak my mali, 
W Boga wierzyli i swój kraj kochali; 
Z wiarą, z miłością szli w ogień bojowy, 
Głos podnosili na sejmowej ławie, 
Chętnie schylali do męczeństwa głowy, 
Gdy było trzeba męczenników sprawie. 
Gorąco czając czóm ich kraj obdarza, 
Krew i grosz nieśli, jako wypłat marny; 
Był świętokradcą, kto sięgnął ołtarza, 
Aby pożywać z niego chleb ofiarny... 



VI. 



Nurtów przeszłości rozważając zamęt 
I prochy ojców rozgrzebując w trumnie, 
Miło nam znaleźć kosztowny dyament 
I młodym wiekom pokazać go dumnie: 

„Oto jest wielki zabytek z przed wieka, 
„Znalezion w sercu dawnego człowieka!" 



413 



VII. 

Badacze skorup, starożytnikowie, 
Spojrzą przez szkiełko, i każdy z nich powie: 

— „To hypoteza! to kłamstwo! dla Boga! 
„Wierzcie, wszak jestem badaczem z rzemiosła; 
„U mnie jest męża wielkiego ostroga, 
„Rdzą starożytną najpiękniej obrosła; 
„A ta ostroga— niedarmo człek bada — 
„Do dyamentu wcale nie przypada!" 

— „Tak, macie słuszność!— mineralog rzecze — 
„Chroń się od złudzeń półmędrków, człowiecze! 
„Niby nauka czegokolwiek nie wie? 
„Dobrze to gadać nieświadomej młodzi! 
„Starego wróbla nie złowisz na plewie: 
„Dyament z węgla, nie z serca się rodzi. 
„To jest dyament... tak, w samćj istocie... 
„Chyba ze spinki, co u trupa tleje! a 

A przecież takich dyamentów krocie 
Z serc wielkich ludzi wydobyły dzieje. 
Twardy, że nic go pokonać nie zdoła, 
Czysty, jak czyste sumienie anioła, 
Swemi promieńmi tak oczy przenika, 
Jak aureola z twarzy męczennika; 
Blask ma ze słońca bez światła pomocy, 
On starą przeszłość rozwidni choć w nocy. 
Dyament z wiary, miłości i czynu 
Promienniej świeci niż dyament z węgli. 
Och! gdybyś z ojca brał twe wzory, synu, 
Gdyby wnukowie swych dziadów dosięgli, 



414 

Wtedyby Ojciec, i Syn, i Duch Święty 
I wasze serca skuli w dyamenty. 
Ocbl jeśli łaski błagacie od Nieba, 
Gdy chcecie wstąpić do praojców śladu, 
To wam miłości do serca potrzeba 
I starych ludzi dobrego przykładu. 
"Wiele przykładów przytoczą wam dzieje, 
I stary ojciec w gawędzie przytoczy; 
Jednego człeka choć drobne koleje 
Ja moim braciom postawię przed oczy. 



CZĘŚĆ PIERWSZA. 

FOLE ELEKCYJNE. 

i 

I. 

Już to od dawna mędrcowie ważyli 

I dotąd ważą na rozsądku szali: 

Czy dobrze było za dawniejszój chwili, 

Żeśmy swych królów sami obierali? 

Rozstrzygnąć sprawę rzecz nie mojój głowy, 

Już ją rozstrzygły sądy tajemnicze; 

Ja tylko jeden wypadek dziejowy, 

Jednego męża odsłonię oblicze, 

A świętą prawdą kierując się ściśle, 

Ze starych czasów obrazek nakróślę. 



415 



Piękny był widok, gdy naród pod Wolą 
Obierał króla! — zwłaszcza kiedy zgodnie. 
Choć nieraz obce i domowe zbrodnie 
Święty obrządek hańbiły swawolą; 
Nieraz {Sarmaci i nieraz Litwini 
Zerwali zgodę, co się już przybliża; 
Nieraz gmin ciemny, nie bacząc co czyni, 
Matkę rodzoną przybijał do krzyża: 
Lecz hieraz znowu miłość i ład stary 
Przyszły zamieszkać w starym Piastów domie; 
Duch przenajświętszy ze swojemi dary 
Na sejmujących zstępował widomie, — 
A wtenczas widok elekcyjnój rzeszy 
I oko bawi, i serce pocieszy. 



II. 



Po za Warszawą, na zielonśj błoni, 
Rowem się znaczą szerokie okopy. 
Jak kwiaty w wianku widnieją z ustroni, 
Pańskie namioty i szlacheckie szopy. 
A całe pole rydel i siekiera 
Pooczyszczały od chwastów i zielska. 
Największy namiot—gdzie senat się zbiera, 
Największa szopa— gdzie izba poselska. 
A małe brózdy pod łańcuch mierniczy 
Pole na mnóztwo podzieliły szmatów, 
Na tyle części, ile ziem, powiatów, 
Ile województw piękna Polska liczy. 
Gdy województwa, powiaty i ziemie 
Prymas swojemi poobsyła listy, 



416 



Całe leckickie gdy dowie się plemię, 
Na kiedy wskazań ów dzień uroczysty, — 
Ojce senatu i rycerstwa posły 
Cisną się w mury stołecznego miasta; 
Wisła na wiosnę nie tak szybko wzrasta, 
Jak tutaj tłumy" rycerstwa urosły. 
Siedmiu bramami, ze czterdziestu szlaków 
Spływa się naród, jak w ocean rzeki; 
Aż się zdumiewa przyckodzień daleki, 
Jakie to dzisiaj święto u Polaków? 
Och! wielkie święto, bo wybrać przychodzi 
Ojca ojczyźnie, a prawom ich stróża; 
A tu z daleka niebo się zachmurza,— 
Sternika trzeba dla sierocej łodzi; 
Potrzeba wybrać, pod czyj znak się zbierać? 
Komu nieść służby? za kogo umierać? 



III. 



Pole wyborcze, jak olbrzymie mrowie, 
Kipi ruchomą, niespokojną rzeszą. 
Posłowie ziemscy i senatorowie, 
Eonno, w kolebkach, przed okopy śpieszą. 
Wieją proporce województw, powiatów, 
Z których się składa ta Rzeczpospolita, 
Jak ogród pełny różnobarwnych kwiatów, 
Kiedy w czerwcowój pogodzie rozkwita. 
Tam senatorskie złociste kolebki 
Długim szeregiem pod okopy walą, 
Dzielne rumaki ujęte w lejc krzepki 
W złotym ubiorze jak w ogniu się palą, 



417 



I pył szeroki, po gościńcu wzbity, 
Srebrem kutemi wzniecają kopyty. 

Czoło senatu książę prymas wiedzie, 
Z krzyżem krucyfer harcuje na przedzie. 
Dalej przez drogę bitą a przestronną 
Przeciąga hufiec wspaniałych rycerzy; 
Po dwóch w szeregach, powiatami, konno, 
Czoło ze stanu szlacheckiego bieży. 
Szlachta z nad Wisły, z nad Niemna, z nad Dźwiny, 
Od płaskich stepów, od Karpat, od morza, 
Jako rodzone jednój matki syny, 
Przyszli bratersko zająć te przestworza. 
I oni sami, i dzielne rumaki 
Odmienne mają postaci i twarze,— 
I strój ich suty niezawsze jednaki, 
Lecz jak obyczaj swojój strony każe. 

Tam rysi kołpak, delia szeroka, 
Tam złoty żupan, tam widzisz kiereje, 
Owdzie powaga przebija się z oka, 
Tam rzeźwy uśmiech z czoła promienieje, 
Tam długa broda, tam wąsik ze szwedzka, 
Owdzie jaskrawe, tam ciemne kolory, — 
Któżby cię zliczył, o braci szlachecka? 
Któżby opisał twój kształt różnowzory? 
Dalecy miejscem, lecz bracia najszczersi, 
Różni zwyczajem i odcieniem mowy, 
Choć nie jednako ubraliście piersi, 
Lecz w sercach waszych jest takt jednakowy, 
Który różnemi wypowiada tony: 
„Bóg, nasze prawo i nasz kraj rodzony!" 

Kondratowicz. Wybór. T. II. *^ 



418 



IV. 



Gwarem, tętnieniem i szczękiem zbroicy 
Z końca do końca rozlega się niwa. 
Ów tłum ozdobny, ów tłum różnolicy 
Pod elekcyjne okopy przybywa. 
Zsiadają wszyscy, jako prawo każe, 
Panowie z kolas, a rycerstwo z koni; 
Przy województwa każdego sztandarze 
Trąbka sygnały przepisane dzwoni; 
Województwami idzie każde grono, 
Kędy mu prawem miejsce wyznaczono. 



V. 



Pod szkarłatnego namiotu osłoną, 
Na pierwszóm miejscu sam prymas zasiada. 
Przy nim dokoła senatorska rada, 
Której biskupie przewodniczy grono: 
Lwowski, krakowski, kujawski, poznański, 
I dalój rzędem siadają pasterze. 
Polak, w miłości wychowany Pańskiój, 
Książąt kościoła rad szanuje szczerze. 
Pięknyż to orszak, święty i dostojny, 
Obrońców prawa, kościoła i kraju, 
Fioletami i purpurą strojny, 
Strzeże starego przodków obyczaju; 
Za kraj, za kościół, na pociski grotów 
Pierś nawet własną nastawićby gotów. 

Dalej siadają ojczyzny ojcowie, 
Wojewodowie i kasztelanowie. 



419 



Serce krainy, ów Kraków Piastowy, 
I chrobre Wilno, jak żelazne ramię, 
I Lwów, i Kijów o złocistój bramie, 
"Wszystko przesłało najpierwsze swe głowy, 
Aby w najświętszej krajowój obradzie 
Wybrać monarchę po sercn i woli. 
Bo każda ziemia w doli i niedoli 
Do wspólnój urny swoje losy kładzie; 
Bo każda skiba chlebodajnój ziemi, 
Każda krwi kropla i czynszu grosz wdowi, 
Mając się wspólnie poświęcić królowi, 
Chce wybrać króla głosami wspólnemi. 
Przy każdym władza obieralna była, 
Ale swe prawa zawierza brat bratu; 
Więc oprócz świętój obrady senatu, 
Z każdej ziemicy, z każdego powiatu, 
Uboższa bracia dwóch posłów przysyła, 
Aby ich życie i własność ich święta 
Nie szły frymarkiem przez pada conventa. 

VI. 

Senat już zasiadł— i długiemi pary 
Posłowie ziemscy do namiotu wchodzą; 
Pod obranego przewodnika wodzą, 
Witają senat, kreślą swe zamiary; 
Prymas ich wita, odpowiada szczerze, 
I każdy z posłów swoje miejsce bierze. 

VII. 

Oto rodzina cała zgromadzona 
Ma wybrać ojca za wspólnym oklaskiem; 



420 



Piastów, Jagiełłów dostojna korona 
Już czeka skroni, by otoczyć blaskiem. 
Nie braknie obcych książąt, co dostojnie 
Polskę okryją powagą i władzą, 
Którzy w pokoju albo w krwawej wojnie 
Dobry ład przodków u nas poprowadzą; 
Nie brak i między swojemi rodaki 
Męża, co świętość obowiązków pojmie; 
Lecz za kim mówią najlepsze poznaki? 
Kto najgodniejszą przedstawi rękojmię? 
I kogo wybrać? 

VIII. 

Ościenni posłowie 
Wchodzą do izby... cisza tajemnicza... 
Każdy w szerokiśj a ognistój mowie 
Swojego pana przymioty wylicza: 

—„Bierzcie go, bierzcie na króla, Sarmaci! 
„On uszczęśliwi, on was ubogacił" 

Różne są myśli w radzie narodowój, 
Jedni pogodzą, drudzy marszczą czoła; 
A prymas posłów temi żegna słowy, 
Że się do woli narodu odwoła. 
Posłowie kładą wierzy telne listy 
Do Najjaśniejszej Rzeczypospolitej; 
Wreszcie odchodzą— i szmer uroczysty, 
Szmer nienawiści lub miłości skrytej, 
Rozległ się w kole. Marszałek sejmowy 
Uderzył laską, zakrzyczeli woźni, 
Szlachta umilka i uchyla głowy, 
Zmilkły stronnictwa, co szumiały groźniój — 



421 



I znów koronne i litewskie syny 
Sierota matka w bratni węzeł splata, 
Stają się dziećmi tój samój rodziny, 
Znowu im serce w jeden takt kołata, 
I jedna żądza wszystkie serca pali, 
Ażeby ojca ojczyźnie wybrali. 

IX. 

Prymas, i senat, i rycerstwo klęka, 
Oto nastaje uroczysta chwila: 
Jak gdyby jakaś niewidzialna ręka 
Wszystkie te głowy ku ziemi pochyla; 
Jak gdy wiatr zadmie, pochyla się zboże, 
Drżą polne kwiatki, jęczą leśne drzewa, — 
Polska, Ruś, Litwa, Mazowsze, Pomorze, 
„Przyjdź, Duchu Święty ! u jednogłośnie śpiewa. 
Z tysiąca piersi pobożnćj gromady 
Błagalnym hymnem rozlega się niwa; 
Ducha Świętego mądrości i «rady 
Rzeczpospolita na pomoc przyzywa. 



X. 



Skończono pieśnię do pana Syonu, — 
Prymas powstaje z powagą oblicza, 
I kandydaty do polskiego tronu 
Ze swoich ziomków lub z obcych wylicza; 
Zaklina wszystkich, aby była zgoda, 
I nie bogactwo na względzie, lecz cnota: 
„A kogo Pan Bóg do serca wam poda, 
„Na tego rzućcie elekcyjne wota; 



422 



„Niech zstąpi na was łaskawa otucha 
„Ojca, i Syna, i Świętego Ducha!" 

Więc wszyscy kornie uchylają głowy, 
Żebrząc nad krajem opieki niebiesktój; 
Powstaje z miejsca marszałek sejmowy, 
Poczyna zbierać senatorów kreski. 
I zawrzał senat: zdania podzielone, 
Każdy swojego chciałby kandydata, 
Wota padają nie na jedną stronę, 
I brat się nieraz oddziela od brata, 
Tak popęd serca lub moc przekonania 
Na różne strony chwieje się i skłania. 

Konia przed namiot senatorski wiodą, 
Siada nań prymas w dostojnej postaci, 
By każdy powiat świętą natchnąć zgodą 
I zebrać wota od szlacheckiej braci. 
Tu jeszcze gwarniój, bo szlachty umysły 
Na jedno zdanie zgodzić się nie mogą; 
Gdzie niegdzie nawet szablice zabłysły, 
Choć broń dobywać zakazano srogo. 
Ale na widok książęcia senatu 
Płonie rumieńcem gromada swawolna; 
Brat rozjątrzony ustępuje bratu, 
Wszyscy na króla zgadzają się z wolna, 
I szumią tłumy jakby fale wrzące, 
Kipią w powietrzu odgłosów tysiące. 

XI. 

Ale Duch Święty widocznie, widocznie, 
Serce narodu ku jednemu skłania. 
Wśród niesfornego wrzasku i wołania, 
Wciąż jedno imię odzywać się pocznie. 



423 



Prymas niechętnych godzi i rozczula, 
Ucicha stronnictw wołanie ponure, 
Brzmi jedno imię obranego króla 
I tysiąc czapek ulatuje w górę: 

„Vivat elecłus! tron nabył zasługą, 
„Niech nam panuje szczęśliwie i długo!" 

Jeszcze gdzie niegdzie, jak w muzyki chórze, 
Ozwie się nota fałszywa, niezgodna, 
Jako na morzu, gdy przechodzą burze, 
Ostatni piorun chce je wstrząsnąć do dna; 
Lecz próżno ryczy i nadstawia czoła, 
Cichym wietrzykom oprzeć się nie zdoła. 

Bo już Duch Święty na te fale ludu 
Wionął swóm skrzydłem, wionął w jednśj chwili; 
Uczuli w sercach tajemnicę cudu 
I ku jednemu swą myśl nakłonili. 
Tak w święte imię miłości i zgody 
Zbiera ich wota prymas siwobrody. 

Pod senatorskim tak samo namiotem, 
Wśród niezgod, żartów i hardych przechwałek, 
Szumiała burza, lecz ucichła potom, 
I zgodne głosy pozbierał marszałek. 
I biedny szlachcic, i pan wojewoda 
Przed sądem bożym schylają kolana. 
Prymas po trzykroć zapytał: czy zgoda? 
I już mianuje wybranego pana. 
„Niech żyje!" echem brzmi pole najdalej; 
Wietrzyk wieczorny pochwycił to echo, 



424 



I do stolicy niesie wieść z pociechą, 
Że już Polacy monarchę wybrali, 
Wybrali tego, pod czyj znak się zbierać, 
Komu nieść służby, za kogo umierać. 



XII. 

Kipi w stolicy naród poruszony, 
Rzewne uczucie oświeża mu łono, 
I jakby cudem ozwały się dzwony, 
I jakby cudem światła rozpalono, 
Z twierdzy armatnie zahuczały grzmoty, 
Już mamy ojca, już my nie sieroty! 



XIII. 

I gwar urasta, urasta powoli, 
Wciąż go przybywa z przestrzeni gdzieś dalnśj. 
Senat i szlachta powraca z pod Woli, 
Światłem zapłonął kościół katedralny. 
Leci przed kościół kolaska prymasa, 
Lecą kolaski państwa dygnitarzy, 
Szlachta na koniach harcuje i hasa, 
A radość z każdej uśmiecha się twarzy. 
Wszystko co żyje śpieszy do kościoła, 
Kościół zaledwie pomieścić ich może; 
Każdy co żyje z głębi piersi woła: 

— „Ciebie chwalimy, miłosierny Bożet" 

— „Ciebie chwalimy ! u powtarzają dzwony, 
A głos ich płynie nad powietrzną falą, 



425 



I w całym kraju już serc miliony 
Za wybór króla Pana Boga chwalą. 
A Bóg już księgę wyroków odsłania 
I pisze do niój losy panowania. 



CZĘŚĆ DRUGA. 

STAROSTA KOPANICKI. 
I. 

lak, kiedy w Polsce umarł August Drugi, 
Kraj objął swoje elekcyjne prawa; 
A przypomniawszy cnoty i zasługi, 
Znów Leszczyńskiego obrał Stanisława. 
On był wygnańcem na francuzkiej ziemi, 
Gdy go ubiegli sascy zapaśnicy, 
Zadziwiał obcych cnoty sarmackiemi, 
Na lotaryńskiój panując dzielnicy; 
A dobrodziejstwa sypiąc w koło siebie, 
Cierpiącym bliźnim rad zasklepiać rany, 
Sercem na ziemi, myślą goszcząc w niebie, 
Był filozofem dobroczynnym zwany. 
A córka jego, co w ojca szła tropy, 
Sarmatka sercem i mową, i głową, 
Na najświetniejszym tronie Europy 
Zdała się światu królowych królową. 
Ojcu się lepsza uśmiechnęła dola, — 
Był wybran królem jako Piast nad Piasty, 
Choć już utracił szwedzkiego Karola, 
O jego sprawę stał Ludwik Piętnasty. 



426 



II. 

Świetne te związki i świetniej sza cnota 
W myślach Polaków gdy obecnie stawa, 
Gdy przyszło dawać elekcyjne wota, 
Znowu obrali królem Stanisława; 
Z ręką na sercu i wielcy, i mali, 
Jak go kochali, tak go i obrali. 
Co ich obchodzi jakaś tam niełaska, 
Albo intryga rakuska i saska? 
Gdy się zbierają pod okopy "Woli, 
Z sumiennóm trzeba występować zdaniem: 
Któż tu własnemu sercu nie pozwoli, 
By wypowiedzieć, co tam leży na ntóm? 
Sejm elekcyjny gdy o zdanie pyta, 
Senat i szlachta głąb piersi odkryje; 
Więc wykrzyknęła wnet Rzeczpospolita: 
„Vivat electus! niech Stanisław żyje! a 
I wiatr wieczorny pochwycił to echo, 
I do stolicy niesie je z pociechą, 
I już wiadomo, pod czyj znak się zbierać, 
Komu nieść służby, za kogo umierać; 
I dzwony głoszą, i armatnie grzmoty: 
„Już mamy ojca, już my nie sieroty!" 



III. 



Gdy umocniony narodu powagą, 
Prymas ogłosił królem Stanisława,— 
We wsi Kamionnćj, za przedmieściem Pragą, 



427 



Zbiegła się kupa wyborców nieprawa. 
Tam jednym przestrach saskiego pałasza, 
A drugim złoto zawiązało usta: 
Cząstka Polaków za króla ogłasza 
Potomka Sasów, Trzeciego Augusta. 
Wsparty potężną trzech dworów pomocą, 
Koroną Piastów uwieńczył swe skronie. 
Szlachta się waśniąc, choć nie wiedząc o co, 
Gwałtem go chciała utrzymać na tronie. 
Więc się utrzymał -— i do tronu biega 
Po garstkę nagród, jak po cacko dzieci,— 
I mimo wybór narodu wszystkiego, 
Monarchą polskim został August Trzeci. 
Tak było w wiecznój zapisano księdze, 
By na wspak poszła narodowa sprawa. 
Mało kto wiernym pozostał przysiędze, 
Chociaż ją złożył na rzecz Stanisława; 
Nowemu słońcu już każdy się modli, 
Nie dba, niełaska czy łaska w tern Pańska. 
Gdy Stanisława odstąpili podli, 
Z kilku wiernymi schronił sią Gdańska; 
Ztamtąd na lichym kupieckim okręcie 
Spieszy się schronić na Zachodu kraniec, 
Dwakroć na króla mianowany święcie, 
Dziś znowu tułacz i znowu wygnaniec. 
Szlachta, zjednana przez grosz i oręże, 
Przed nowóm słońcem w cześć upada twarzą... 
Lecz w starśj Polsce, och! są jeszcze męże, 
Którzy przysięgi swój lekce nie ważą. 
Gdy każdy uznał w obec nieprzyjaciół, 
Że siłą serca żelazu nie sprosta, — 



428 



Jeden z niewiela Poniński się zaciął, 
Pan kopanicki grodowy starosta. 



IV. 



Eiedy za obcój potęgi podnietą 
Kładli koronę na Augnsta czole, 
Stary Poniński: — „ Veło! — krzyknął — veło! 
„Jam go nie wybrał, ja nań nie pozwolę!" 
I zadrżał August, a z nim dygnitarze, 
Nie w smak im poszła wśród ludu przechwałka; 
A więc posłano marszałkowskie straże, 
Aby zatrzymać i uwięzić śmiałka. 
Śmiałek napaści przed kościołem czekał, 
Czekał, aż przyjdzie kohorta zajadła; 
Straż marszałkowską rozproszył, posiekał, 
I już w stolicy wieść o nim przepadła. 



V. 



Król August Trzeci, za poradą Brtihla, 
Wciąż swoją siłę Sasami zasila. 
I nie masz wioski, i nie masz miasteczka, 
Gdzieby się schronić przed niemiecką wartą, 
Gdzieby z Niemcami nie wynikła sprzeczka, 
Gdzieby narodu serca nie rozdarto. 
Tam zbito kmiotka, że niby pijany, 
Owdzie szlachcica zakuto w kajdany; 
Tam przy gościńcu kapłan z organistą, 
Gdy do chorego z Sakramentem śpieszył, 



429 



Sas mu odebrał patenę złocistą, 
Pokrzywdził starca, albo szablą przeszył. 
Senat i szlachta choć do króla woła, 
Zanosić skargi — daremna mozoła, 
Bo August Trzeci głuchy na bezprawia, — 
Chyba ktoś z braci Saksonów wychłosta; 
Takim mścicielem Poniński się zjawia, 
Pan kopanicki grodowy starosta. 



VI. 



Pięknaż to postać! Stary, siwy, chudy, 
Na całóm ciele choć policzyć kości; 
Oko błękitne, pełne uprzejmości, 
Nie świeci blaskiem zdrady lub obłudy, — 
Ale z miłością kiedy spojrzy na cię, 
To zda się mówić: „Chodź do serca, bracie! u 
A z nienawiścią kiedy spojrzy czarną, 
To: „Niech cię wszystkie szatany ogarną!" 
Miał częstochowski medalik na szyi, 
Stary pas słucki podtrzymywał zbroję, — 
W imię Jezusa i świętój Maryi 
Już stary żołnierz gotów iść na boje. 
A gdy prawicą po czuprynie muśnie, 
Lewicą dotknie rzemiennego pasa, 
To było ślubem, że poty nie uśnie, 
Póki nie zwalczy choć jednego Sasa. 
A Bóg mu szczęścił: bo gdy Sas napada 
Wdowę, sierotę lub starego dziada, — 
Jemu się w wiosce jakaś sprawa zdarza, 
I zajrzy w okno, i podsłucha w sieni; 



430 



A kiedy w domu nie masz gospodarza, 
I do chałupy zajrzeć się nie leni. 
A tam broń Boże jaki żołdak saski 
Pokrzywdzi chatnich, lub wszczyna niesnaski,- 
Och! wtenczas biada, o! biada Sasowi, 
Gdy go Poniński w swoje kleszcze złowi! 



CZĘŚĆ TRZECIA. 

NAPAD NOCNY. 

L 

X rzy dworze Dłuskim, pod miastem Skwierzyną, 
Kędy starosta kopanicki bawi, 
Mniśj od Saksonów kra] cierpiał bezprawi, 
Bo tam starosta był tarczą jedyną. 
Bezpieczniej kmiotek przejeżdżał do miasta, 
Bezpieczniej grunta orano i siano, 
Bezpieczniej dziecię lub słaba niewiasta 
Mogli wypocząć pod strzechą słomianą. 
Eopanickiego starosty nazwisko 
Błogosławiła każda wiejska chata... 
Lecz i nad jego głową cios już blizko, — 
Jakaś złowroga przepowiednia lata... 

Ciemno na dworze, noc się rozpoczyna, 
Bucha w komnacie światło od komina, 
Od blasków ognia, zda się, gore ściana, 
W świetny rynsiztunek i oręż przybrana. 
Stary Poniński smutnemi oczyma 
Patrzy na fale i skręty ogniska, 



431 



Wolumen prawa w jednój ręce trzyma 
A drugą syna do piersi przyciska. 
Dwuletnie dziecię w niewinnśj swawoli 
Oburącz targa za suty wąs dziada; 
Dziad zadumany nie zważa, że boli, 
Bo cięższa boleść serce mu przejada. 



II. 



Młoda niewiasta, siedząca w półcieniu, 
Zda się aniołem stróżem bohatera; 
Drobną mu rączkę zwiesza na ramieniu 
I piękną główkę na piersi opiera; 
I sama smutna — bo jśj dusza tkliwa 
Przyczynę smutku u starca zgadywa. 

—„Żono ty moja, i ty synu mały, 
,Drodzy wy moi*, wy żywi i zdrowi... 
,Jak smutno myśleć, że Nieba nie dały 
, Bezpiecznej doli naszemu krajowi! 
,Jak smutno umrzeć z tą palącą myślą, 
,Źe pod nieprawóm berłem panowania, 
,Już naszych swobód prawa nie okrśślą, 
,1 nic waszego życia nie osłania! 
,Nieprawny obiór i Sasa uciski, 
,Domowe wojny i bratnie niezgody, 
,Pewno mi wróżą, że już koniec blizki 
,Naszych praojców najświętszej swobody. 
,Pod starem prawem ujrzałem świat boży, 
,Żyłem pod królem i pod sejmów władzą, - 
,1 nim się kości do trumny położy, 
,Starego prawa jeszcze nie zagładzą; 



432 



„Lecz po mnie... po nas... ty i nasze dziecię 
„Jakże w tój Polsce bezpieczni będziecie? 
„Elektor saski, co się królem zowie, 
„Puścił po kraju zastęp rabowniczy; 
„Twój chleb, twój pieniądz, nawet twoje zdrowie 
„I wszystko twoje — twojćm się nie liczy. 
„Mała otucha, że naszćj ustroni 
„Jeszcze mój pałasz od ucisku broni. 
„Na mojej głowie już słabe nadzieje: 
„Choćbym was pragnął bronić najgoręcej, 
„Ręka się chwieje, żelazo tępieje, 
„A oni mocni, a coraz ich więcój." 



III. 



—„Rzuć czarne myśli, — odpowie niewiasta— 
„Przestań się dręczyć urojoną trwogą, 
„Bo jeszcze długo nasze wsi i miasta 
„Pod twym orężem bezpiecznie spać mogą; 
„I jeszcze w kraju mężów jest niemało 
„Z odważnem sercem i z odważną dłonią, 
„Którzy za prawa zastawią się śmiało 
„I bezpieczeństwo swych dachów zasłonią." 

Starzec się zaśmiał: — „Och, ci stróże prawa! 
„Ty nie uwierzysz, jacy oni mali: 
„Umieli królem wybrać Stanisława, 
„Ale wyboru poprzeć nie zdołali. 
„Czyż nie wiem codzień przez listy i gońce 
„O moich ziomków słabości zbrodniczśj? 
„I że to saskie fortunnie] sze słońce 
„Coraz to nowych zwolenników liczy? 



433 



.„To za starostwo, to za trochę groszy, 
„Codzień elektor stronniki swe mnoży: 
-„Stanisław w nędzy, a Sas ich panoszy, 
Więc niosą serce, gdzie przedać je drożej. 
„W Polsce, na Litwie, na Rusi i wszędzie, 
„Codzień zdrad nowych odkrywa się zaród. u 



D 



IV. 



—„Przebacz mi, mężu... możeś ty sam w błędzie, 
„Może gdzie większość, tam cały jest naród. 
„Kiedyśmy Sasom oprzeć się niezdolni, 
„Tak widać w losów zapisano księdze. 
„Znam, co winieneś poddańczej przysiędze, 
„Lecz od przysięgi sam Bóg cię uwolni, — 
„Bóg, co Augusta umacnia na tronie, 
„Co mu pomyślnych wypadków udziela... 
„August cię liczy za nieprzyjaciela, 
„August ku tobie nienawiścią płonie; 
„Swoje rajtary i swoje hussarze 
„Przysłał na ciebie, jak chmurę szarańczy. 
„Jedź do Warszawy, złóż mu hołd poddańczy, 
„A on twe wioski poszanować każe; 
„A wtedy, mężu — tak mi serce szepce — 
„Syn twój spokojniej spać będzie w kolebce. tt 



V. 



— „Niech umrze raczśj! — rzekł starzec z zapa- 
„Gdy życie jego mam kupić niesławą. [łem, 

ondratowicz. Wybór. T. U. ^ 



434 



„Stanisławowi przysięgę składałem, 
„Któż od mych przysiąg rozgrzeszyć ma prawo 
„Zgwałcono nasze odwieczne statuta, 
„Złamano wybór najlepszego z króli, 
„Ziemia sarmacka okowami skuta, — 
„Jaż mam się łączyć z tymi, co ją skuli? 
„Jaż mam raz drugi poprzysięgać z dr ad nie? 
„Niech ten dom raczśj na głowę mi spadnie!" 



VI. 



Rzekł i dziecinę ze swych kolan spycha, 
I odszedł w ciemnśj komnaty ustronie. 
Jakaś wątpliwość, czy narada cicha, 
Snadź w jego męzkióm odbywa się łonie. 
Żona nieśmiało przyjęła pacholę, 
Ukołysała, w płaczu utuliła, 
I przeżegnała, i za jego dolę 
Cichą modlitwę do Niebios posyła. 

Starosta spojrzał na zonę, na syna, 
Jak chcąc przebłagać jednym oka rzutem; 
Potem się znowu zbliżył do komina 
I znowu pilnie zasiadł nad statutem, 
I po raz setny źrenicą ciekawą 
Zgłębia narodu kardynalne prawo. 

Jedna i druga chwila tak upłynie; 
Nastała cisza, tylko przerywana 
Szelestem karty, lub wiatrem w kominie, 
Lub silnym pryskiem smolnego polana. 



435 



VII. 

Szanując dumkę tęsknego rycerza, 
Młoda małżonka odeszła z komnaty. 
On przejrzał broń swą, bo jutro zamierza 
Znowu wyruszyć na zwyczajne czaty, 
Przyjść przeciw Sasom na pomoc kmiotkowi, 
Zbawić sierotę, ocalić grosz wdowi. 

Na swoim dworze starosta posiadał 
Mężnych i bitnych Kozaków półsotek, 
A w jego wiosce każdy młody kmiotek 
I strzelał celno, i szabliskiem władał. 
Znali ich Sasi po hardśj postawie, 
Czuli ich przyjście po pyłu kurzawie. 



VIII. 

Ale starosta swój huf niezwalczony 
Wyprawił kędyś w odleglejsze strony. 
Czeka powrotu z obawą widoczną; 
Powrócą w nocy,— a jutro do ranka, 
Ludzie wypoczną i konie wypoczną, 
I znowu będzie Sasom niespodzianka. 
U pruskich granic stojąc na załodze, 
Słychać kaplic^ spalili przy drodze; 
Więc niechaj polskie nauczą pałasze, 
Jak to świętości poszanować nasze. 

Iskra po iskrze ognisko przygasa, 
Godzina jedna i druga wybija, — 
Starosta, marząc o pobiciu Sasa, 



436 



Szepce Ojcze nasz i Zdrowaś Marya. 
Myśl jego lata w przeszłości dalekiój, 
Wśród lepszych czasów i dzielniejszych lud 
Aż sen łagodny zamknął mu powieki, 
Choć czujne ucho każdy szmer przebudzi. 



IX. 



Tak, gdy w milczeniu nocy uroczystóm 
Dusza starosty lepsze światy marzy, 
Kozak, u bramy stojący na straży, 
Hasło baczności dał przeciągłym świstem. 
W sto kopyt końskich zatętniła droga, 
Leci huf jezdny, dwaj starsi po przedzie; 
Musi to swoja powracać załoga. 
Kozak u bramy zapytał: — „Kto jedzie?" 
Gdy w tśjże chwili krzyknięto surowo, 
I strzał ruszniczny palnął mu nad głową. 



X. 



— „Otwieraj wrota!"— ktoś huknął z niemiec 
Aż zlękły Kozak- cofnął się ku bramie, — 
I sto rajtarów, jak kupa zbójecka, 
Hurmem się kupi i wrzeciądze łamie. 
Głucho stęknęła brama już otwarta, 
Rozległ się łoskot aż po całym dworze. 

—„Kto jedzie?"— krzyczy starościńska wa: 
Lecz gwałtu gwałtem odeprzeć nie może; 
Grzmotnęła z rusznic— po małym przestank 
Drugi raz, trzeci— i skryła się w ciemnie. 



437 

Ale już opór stawić nadaremnie, 
Wodzowie sascy już stoją przy ganku; 
A ich rajtary w tójże samej chwili 
Pałac starosty w koło otoczyli; 
Snadź tutaj przyszli z mordem i łupieżą, 
Bo w każde okno ze dwóch rusznic mierzą. 

Starosta, z marzeń zbudzon wystrzałami, 
Skoczył do okna, ujrzał hufiec Sasa, — 
I już się próżną nadzieją nie mami, 
Szablę na prędce przywiązał do pasa, 
Zatlił w kominie żelazny kaganek, 
I przy wybuchu rzęsistych płomieni, 
Wyszedł do gości, co obiegłszy ganek, 
Już drzwi zamczyste łamali do sieni. 



XI. 



— „Kto tam i po co?" 

— „Otwórz w imię prawa!" 
Głos jakiś dziki krzyknął z tamtój strony. 
Drzwi się otwarły— przed starostą stawa 
Starościc Unrug, w pancerz uzbrojony. 
Dawny przyjaciel i syn przyjaciela, 
Dzisiaj go saska zhołdowała władza, 
On o staroście wiadomość udziela, 
On w jego dworzec gości naprowadza. 
A za nim Hesler, znajomy wódz saski, 
Co, za rabunki swojego orszaku, 
I dotąd jeszcze ze starosty łaski 
Zranioną rękę nosił na temblaku. 



438 



XII. 

— „Zdaj się, bo zginiesz! — tak Hesler zawo- 
„Czas porachunku! twe żniwo ustało." [ła — 
Starościc Unrug, spojrzawszy z pod czoła: 

— „Zdaj się, starosto... — wymówił nieśmiało — 
„Widzisz tu we mnie brata, nie siepacza; 
„Chcę cię wyzwolić w tej ciężkiej potrzebie. 
„Król August Trzeci winę ci przebacza, 
„Tylko przysięgi wymaga od ciebie. 
„Zdaj się, starosto! a na znak pokory 
„Oddaj twą szablę, bo jesteś w areszcie." 



XIII. 

—„Zdać się... król August... a któż wy jesteście, 
„Co śmiecie w nocy najeżdżać na dwory? 
„I któż mi prawo obrony odejmie? 
„Oddać wam pałasz? ani mi się ruszcie! 
„Ja byłem posłem w elekcyjnym sejmie, 
„Lecz nie słyszałem o królu Auguście. 
„Elektor saski, gdy ma jakie prawa 
„Do berła Piastów— niesprzecznym w tśj mierze: 
„Jest na to Wola, jest na to Warszawa, 
„Jest na to naród— niechaj go wybierze. 
„Wtedy, panowie, tak mi pomóż Boże, 
„Ja sam najpierwszy przysięgę mu złożę, 
„Ja sam mu będę poddany najszczerszy; 
„Lecz teraz: vivat król Stanisław pierwszy!" 



439 



XIV. 

— „Vivat Stanisław!" — krzyknął z drugiej stro- 
Głos chrapowaty, jak surma bojowa. [ny 
Pan Piotr Olędzki, rębacz doświadczony, 
Co go starosta na swym dworze chowa, 
Co był staroście jakby prawa ręka, 
Co / się ni Sasa, ni czarta nie lęka, — 
Przybieżał k'panu jako wierny sługa, 
Kiedy posłyszał strzały i hałasy, 
I nie zważając, że tuż stoją Sasy, 
Płatnął szabliskiem po głowie Unruga. 
Szabla, puszczona omackiem i w ciemnie 
Zgrzytnęła tylko po hełmie wzdłuż skroni, 
Sypnęły iskry... Unrug się posłoni,— 
Cios spaść miał znowu, ale nadaremnie; 
Bo nim zaświstał znowu nad przyłbicą, 
Dziesięciu Sasów porwało się skoro, 
Już pana Piotra rajtary pochwycą, 
Na smycz rzemienną jego ręce biorą. 
Płatnął pałaszem, poprzecinał węzły, — 
Płatnął raz jeszcze, lecz trudne staranie, 
Bo się zatrzymał jego miecz, zagrzęzły 
W miękkim łosiowym rajtara kaftanie. 
Raniony rajtar chwieje się, uklęka, 
I krzyczy z bólu, i zębami zgrzyta, — 
I wkrótce jedna, potśm druga ręka 
Znowu za barki pana Piotra chwyta. 
Pan Piotr zrozumiał nierówne obroty, 
Trącił żołdaka, co jęczał od bólu, 
Z rąk się wywinął, umknął między płoty, — 



440 

Raj tary za nim —szukaj wiatr a w polu! 

Strzelono w pogoń raz, drugi i trzeci; 

Lecz pan Piotr umknął, dobrze świadom drogi, 

Tylko gdy wystrzał dziedziniec oświeci, 

Starosta widzi, że Sasów huf mnogi, 

Że jego hufiec nie wrócił z podróży, 

Że nocna walka na nic nie posłuży. 



XV. 

Więc cisnął pałasz i wyrzekł z zapałem: 
— „Bierzcie mię w więzy, gdy wam siła dana; 
„Lecz elektora nie uznam za pana, 
„Bo już innego monarchę wybrałem!" 

— „Jak wola wasza, miłościwy panie! 
„Mamy królewski mandat oczywisty, 
„Więc musim wasze obejrzeć mieszkanie, 
„Zabrać oręże i przeczytać listy; 
„A tego u was musi być zbiór duży, — 
„Mnie pan starościc tłómaczem posłuży." 

Wzięto kaganiec, i Sasów gromada 
Hurmem do komnat starościńskich wpada. 
Jeden za drugim żołdak podżegany 
Błyszczące zbroje odziera ze ściany, 
Ze starych szablic gorzko się najgrawa, 
Co były świętom dziedzictwem rodziny, 
Chociaż tam plama zardzewiała, krwawa, 
Jeszcze z pod Wiednia, jeszcze z pod Byczyny r 
Mogła zaświadczyć, że w imieniu bożśm 
I bronić drugich, i bronić się możem. 
I pism szacownych starożytne pliki, 



441 



I pamiętników rodu foliały, 

I świeższe listy, co w półkach leżały, 

Wszystko to żołdak porabował dziki. 

Gdy jaki świstek lub pergamin rzadszy 

Starosta chciałby ocalić z grabieży, 

Hesler powiada, że to sąd rozpatrzy, 

A rozpatrzywszy, zwróci jak należy; 

Tymczasem wszystko w jeden zwitek kręci, 

.Łamie pergamin i kruszy pieczęci. 

Jak lew starosta w swych więzach się targa, 

Lecz walczyć z tłumem daremne nadzieje, 

Daremny protest, wołanie i skarga, 

Że się krajowym swobodom gwałt dzieje. 

XVI. 

Młoda małżonka, strwożona, wy bladła, 
Ocalić męża do komnaty wpadła. 
Daremne jęki słabśj białogłowy, — 
Chciała przed Sasem uklęknąć nieśmiało, 
Ale ją wstrzymał wzrok męża surowy, 
Zamknął w jej piersiach rospacz oniemiałą. 

— „Słuchajcie waszmość! — rzecze doHesle- 
„Waszój przemocy oprzeć się nie mogę. [ra — 
„Macie mnie więzić! gdzież wodza kwatera? 
„Już świt—co prędzój puszczajmy się w drogę. 
„Czemuż mi dotąd kajdan nie kładziecie? 
„Już mię prowadzić rozkażcie swój straży. 
„Oszczędźcie, proszę, zbolałśj kobiecie 
„Widoku waszych rozbójniczych twarzy." 

— „Wszystko, starosto, pójdzie w swoją ko- 

Qeil" 



442 



Odpowie Hesler z szyderstwem na Twarzy.- 
„Ty, piękna pani, namawiaj go wolej, 
„Niech doma siedzi, niechaj gospodarzy, 
„Niechaj królowi hołd poddaństwa składa, 
„Niechaj na jego. wojska nie napada. 
„Tak... po rycersku... niech rękę mi poda, 
„A ja rozkażę rozwiązać mu plecy. 
„Trochę za przeszłość posiedzi w- fortecy, 
„I znów nastąpi pożądana zgoda!" 



XVII. 

Gniew groźny osiadł na starosty czole, 
Wzgarda zmarszczyła jego brwi sokole. 

— „Żołdaku! — rzecze z postawą wyniosłą — 
„Po coś przysłany, czyń twoje rzemiosło. 
„Musisz dopełnić, co ci rozkazali, 

Choć prawo więzić szlachcica zabrania; 
Lecz wara tobie zapuszczać się dalśj, 
„W obywatelskie wchodzić przekonania!" 

— „Jak sig podoba,— jeśliś tak uparty, 
„Muszę cię stawić przed zwierzchności władzą!" — 
Odpowie Hesler — i krzyknął do warty: 
„Niech go wywiodą i na konia wsadzą!" 

Spełnił się rozkaz — .wyszła ciżba cała 
Z hałasem, brzękiem i urągowiskiem. 
Małżonka nawet męża nie żegnała; 
Bo pod przestrachu i żalu naciskiem, 
Taki ból w sercu, tak w głowie się mroczy, 
Że skamieniała, jak posąg rozpaczy; 
Błądzą dokoła nieprzytomne aczy, 



5V 



443 



Lecz nie pojmuje, co to wszystko znaczy. 
Wreszcie do okna podbiega jak we śnie, 
Słucha... już hufiec wyjechał za wrota... 
— „O dziecię moje! — krzyknęła boleśnie — 
„Tyś już sierota!!..." 



XVIII. 

Jesienne słońce z pod deszczowśj chmury 
"Wyjrzało rankiem i w chmurach się chowa. 
Lecz Dłuski dworzec smutny i ponury, 
Jakby tu przeszła zaraza morowa. 
Służba ze strachu gdzieś pierzchła na stronę, 
Przy bramie leżą dwa trupy ze straży, 
Przy nich psy wyją; przez okna stłuczone 
Wpadłszy do komnat, wicher gospodarzy; 
Sprzęty popsute i ściany odarte, 
Gdzie niegdzie pochwa staroświeckiśj broni, 
Wiatr po podłodze rozwiewa gdzieś kartę... • 
A pani, blada, oparta na dłoni, 
Nie wie, co począć:— przestrach tajemniczy, 
Odjął jśj siłę, odrętwił ją samą. 
A małe dziecię z kolebki jej krzyczy: 
— „Daj wody, mamo! weź na ręce, mamo! a 
Ręce zdrętwiały — a tu w całym domu 
I kubka wody nie masz przynieść komu. 
Nieprędko słudzy zeszli się do pani, 
Aby ją złożyć na niemocy łoże; 
Nieprędko przyszli strwożeni poddani 
Zobaczyć, co tam działo się we dworze. 
Aż zapłakali— bo wszędzie ruina, 



444 



Jaka po Sasach bywała zwyczajnie; 
Zginęły z piwnic stare stągwie wina, 
Konie najlepsze zginęły ze stajnie, 
Tylko myśl jedna utwierdza ich w wierze: 
Kozactwo wróci— i pana odbierze. 

XIX. 

Wróciła zresztą i kozacka jazda, 
Straż opiekuńcza okolicy całej, 
Jako sieroce orlęta do gniazda, 
Zkąd już ich wodza sokoły porwały. 
Pan Piotr Olędzki wielce boleściwy 
Z gorzkiemi łzami przemówił do sotni: 

— „Bracia mołojcy! patrzcie, przez Bóg żywy! 
„Co tu zdziałali Saksonowie psotni! 
„Oj! gorzkiśj, gorzkiśj zadali nam soli, 
„Pan Bóg na ciężką przeznaczył nas chłostę! 
„Pani w chorobie, a pan nasz w niewoli. 
„Hśj! może odbić uda się starostę!" 

— „Jedźmy!— krzyknęli— Sakson nie ucieczet 
„W pień wyrąbiemy Heslera załogę!" 
Popaśli konie, wyostrzyli miecze, 
Wzięli kul, prochu i chleba na drogę, 
Krzyżyk na piersi— i po twardśj błoni 
Huf starościński w kopyta już dzwoni. 
Trzy dni, trzy noce, od chwili do chwili, 
Pani się wszystkich niespokojnie pyta: 
Czy już Kozacy z wyprawy wrócili? 
Czy z dala końskie nie tętnią kopyta? 
Lecz słudzy wierni, ale obojętni, 
Zawsze odpowiedź dają jednśj treści: 



445 



Że o Kozakach ni słychu, ni wieści, 
Że nic nie widać, i droga nie tętni. 



XX. 

Powrócił wreszcie oddział podjazdowy, 
I rozdarł smutkiem biednej pani łono: 
Że zdołał dotrzeć do miasta Kargowy, 
Lecz tam w koszarach pana osadzono; 
Więc się i kusić nie było już po co, 
Wykraść fortelem lub odbić przemocą. 
Ztamtąd go w nocy wywieźli do Drezna, 
Otoczonego niezliczoną strażą; 
Tam na Augnsta przysięgać mu każą, 
A on odmówi, on przymusu nie zna. 

— „Och, dobra pani! z tą niemiecką zgrają 
„Jeszcze nas długie cierpienia czekają, 
„Dni pełne trwogi, niespokojne noce. 
„Jedną pociechę i jedną mam radę: 
„Wezmę Kozaków, na drogę wyjadę, 
„I choć jednego Saksona wygrzmocę!" 

Tak pan Olędzki pociesza się w smutku. 
W to graj Kozactwu! ruchawka nie trudzi. 
Co zapowiedział, to dotrzymał w skutku, 
Wybrał pięćdziesiąt najdzielniejszych ludzi, 
I ruszył na świat;— a kędy napotka, 
Że Sakson skrzywdził szlachcica lub kmiotka, 
Że się dopuścił rabunku w kwaterze, 
Albo niesłuszne prowianty bierze, — 
Pan Piotr jak piorun wpada na bezprawia, 
I wedle sądu, jako czego warci, 



446 



Jednych Saksonów do grodu dostawia, 

A drugich płazem albo ostrzem karci. 

To gościł w wioskach, to się skrywał w lasy, 

Jak za warowną bezpieczeństwa ścianę; 

A jego imię często w tamte czasy 

Po wioskach polskich było wspominane. 



CZĘŚĆ CZWARTA. 

WIĘZIENIE W S0H5ENBURGU. 
I. 

X iękne są Elby germańskiśj wybrzeża: 
Na łąkach trawka kołysze się świeża, 
Piękne pagórki uweselą oko, 
Zielony gaik odbija się w wodzie, 
Pod pięknóm niebem, wysoko, wysoko, 
Szczęśliwy ptaszek śpiewa na swobodzie, 
Szczęśliwa rybka pod wodą swawoli, 
Wszystko rozkoszą oddycha w naturze... 
Tylko na pięknśj Sonnenburga górze 
Człowiek zbudował straszny dom niewoli. 

W około groźną, niedostępną ścianą 
I słońcu nawet wchód zamurowano. 
Od baszt i strzelnic wieje zimna trwoga, 
Z okien sklepionych patrzy noc złowroga; 
A głos żołdaka i szczekot pałasza 
Puszczyki nawet od murów odstrasza. 



447 

Żelazne kraty świadczą w każdem piętrze, 
Że uciec nie ma żadnego sposobu; 
A jakież straszne inusi być wewnętrze 
Tego dla żywych ceglanego grobu! 

u. 

Noc... głucha cisza... W izdebce więziennój 
Fali się lampka blaszana ukryta; 
Za drzwiami szyldwach na tafli kamiennśj 
Brzęknie pałaszem aż w sercu zazgrzyta. 
Knot lampy parsknie, ćma nocna zaskwierczy, 
Gdy wpadnie w płomień z niebacznych igraszek, 
I znowu cisza... chyba nocny ptaszek 
Przyśle swą piosnkę, jak na śmiech szyderczy, 
Lub mucha, wpadła do sieci pajęczój, 
W szybce więziennój o ratunek jęczy. 



m. 



Tam na słomianym zwitku materaca 
Śpi ktoś, a serce uderza mu skoro; 
Podeszły więzień targa się, przewraca: 
Znaczno, że z senną pasuje się zmorą; 
Znaczno, że robak morderczy dla ducha 
W najboleśniejszą wpił się serca stronę; 
Znaczno, że szatan szepce mu do ucha: 
Życie stracone, czyny niespełnione! 
Zerwał się więzień z twardego posłania 
I senną ręką uczynił znak krzyża, 
I znowu głowę na materac skłania, — 
Znaczno, że szatan już się nie przybliża, 



448 



Znaczno, że więzień sny lepsze już marzy, 
Bo spokój Pański odbił się na twarzy. 
Młodość i spokój przed więźniem i starcem 
Płoną, migocą barwy tęczowemi: 
Śni, że po swojej rodowitój ziemi 
Pierwszym wojennym występuje harcem. 
Przez niezmierzone stepy Ukrainy, 
Przez Wołoszczyznę i podolskie skały, 
Kędy się snuły jego młode czyny, 
Lata myśl jego i duch rozbujały. 
Na wiernym siwku, z wiernym mieczem w dłoni, 
W trop króla Jana hasa pod Kamieńcem; 
Biją mu pulsa na gorącśj skroni, 
Jakby laurowym opasane wieńcem; 
Śni, że był z królem, że pokonał wrogi, 
I że ich sztandar składa mu pod nogi... 
Szyldwach zabrzęczał— bo więzień w tój porze 
Okrzyk tryumfu wydał jakiś może... 
Ocknął się więzień— ale nie na długo, 
Bo sen tęczowy nowe kształty bierze: 
Grzmocę kapela, wino tryska strugą, 
A on na uczcie prowadzi tancerze; 
A w jego ręku drży niewieścia ręka, 
Biała jak mleko, a droga jak życie; 
Jak taniec każe, on przed nią uklęka, 
I pieści oczy w nadziemskim zachwycie. 
Znów poszli w taniec— wesołość wybucha, 
Na jego ręku wspiera się dziewoja, 
I w wirze tańca szepce mu do ucha: 
„Jam twoja, lubyl jam na wieki twoja!" 
On przez sen nóci i w dłoń klasnął dłonią, 
Kiedy mu serce zakipiało żwawo... 



449 



Szyldwach powtóre zaszczękotał bronią: 
Tu pieśń wesela wzbroniona ustawą! 



IV. 



Zbudził się— usnął — i słyszy organy, — 
Snuje się orszak zebrany na gody; 
A on, w złocistą delię przybrany, 
Idzie przed ołtarz— szczęśliwy pan młody! 
Piękna jak jutrznia, wesoła jak wiosna, 
Daje mu rękę i staje z nim razem... 
Pieśń na organach głośna, bardziej głośna, 
Dobrze znajomym przepływa wyrazem. 
To hymn do Ducha, co swe łaski zlewa, 
Którego darów dla duszy wzywamy... 
I ton ten samy, i wyraz ten samy, 
Prymas na polu elekcyjnym śpiewa. 
W muzyce hymnu, w sennój wyobraźni, 
Sejm elekcyjny zmieszał się z weselem, 
I serce więźnia uderzyło raźniej, 
Że jest małżonkiem i obywatelem. 
Dziwne się w piersiach kołysze uczucie, 
Sny promieniste latają nad głową... 
Lecz cóż to znaczy, że nota po nocie, 
Hymn się przemienia na pieśń pogrzebową? 



HYMN. 

„Dzień, on dzień straszny, zbliża się gniew boży, 
„Świat na proch zetrze i w gruzy położy; 

Kondratowicz. Wybór. T. II. **& 



450 

„A Dawidowi tylko i Sybilli, 
„Dano być świadkiem tój okropnej chwili. 
„Cóż poczną grzeszni? gdzie schronić się mogą, 
„Gdy i cnotliwy zalęknie się trwogą? 

„Królu straszliwy..." 

* * 
* 

Wtóm na zmianę warty 
W trąbkę i bęben uderzyły straże; 
Ocknął się więzień, z marzenia wydarty, 
Gdzie jest przypomniał— pierzchły miłe twarze, 
I znane miejsca, i młodzieńcze dzieła, 
I cała przeszłość w grób się osunęła. 
Lecz co za dziwy, że w nocnój zaciszy, 
Pieśń pogrzebową i na jawie słyszy? 
Słyszy wyraźnie, gdy ucho natęży, 

Słowa łacińskie i śpiewanie księży: 

* * 

„Królu straszliwy, co zbawiasz wybrane, 
„Niech i ja grzeszny w ich liczbie zostanę. 
„Ty jawnogrzesznój, błędnśj Magdalenie, 
„Łotrowi z krzyża dałeś przebaczenie; 
„Tyś sam i na mnie spojrzał po kolei, 
„I spuścił w serce iskierkę nadziei. 
„Usz twych niegodne wołanie nędzarza; 
„Lecz przebacz, Faniel piekło mię przeraża, 
„Gdzie potępieni wołają w rozpaczy... 



V. 

Więzień wstał z łóżka i we drzwi zapuka: 
„Hola, żołnierzu, co ten odgłos znaczy? 



451 

.„Kto tutaj śpiewa?" 

—„To nienowa sztuka, 
„To umarł Polak, czy Litwin do licha, 
„Stronnik Leszczyńskich, podobny do ciebie; 
^Więc pan komendant sprowadził tu mnicha, 

Co go w kaplicy # ze śpiewaniem grzebie. 

Ta sama kolśj i nad twoją głową, 

Bo w Sonnenburgu Polakom niezdrowo. 

Cicho siedź w celi." 



n 
n 
n 
n 



n 
11 
ii 



VI. 

— „Mój Boże! mój Boże! — 
Zawołał więzień, siadając na łoże: — 
- v Źem wybrał króla, jak prawo kazało, 
Żem mu przysięgną!, jak chce zwyczaj stary, 
I żem w swóm sercu postanowił śmiało 
Krzywoprzysięztwem nie złamać mśj wiary, — 
„To już mi za to odetchnąć niewolno 
„Powietrzem kraju, co śnił się tak błogo, 
To mam umierać śmiercią tak powolną, 
Nie zobaczywszy ze swoich nikogol... 
Kraj... żona... dziecię... rodzicielska niwa... 
Do nich, ochl do nich serce się wyrywa, 
„Myśl do nich śpieszy, sen do nich ulata, — 
„A tutaj rygiel i żelazna kratal... 
„Panie Zastępów! umocnij me ramię, 
„Rygle rozbiję i kraty połamię!" 



n 
-ii 
11 
ii 



VII. 

Chwycił za sztabę żelazną okienka, 
Lecz była mocno zasklepiona w ścianę; 



452 



Tylko zuchwała skrwawiła się ręka, 
Uderzył głową w sklepienie ceglane, 
Zachwiał -się, upadł... i po małśj chwili 
Począł modlitwę szeptać już swobodniśj,-^- 
Snadź aniołowie na pomoc przybyli: 
„Boże! to rozpacz— zachowaj mię od niej!" 
I długo, długo modlitwa strzelista 
Leciała z piersi, jak ptaszek do nieba; 
Musiała trafić wprost na serce Chrysta, 
Bo Chrystus przysłał, co duszy potrzeba, 
Co w każdój walce zapewnia zwycięztwo, — 
Wiarę, cierpliwość i żelazne męztwo. 



VIII. 

Nazajutrz przybył komendant zamkowy, 
Wziął go za rękę i z dobrocią mówi: 

—„Panie starosto! żal mi twojój głowy; 
„Zostaniesz wolnym— przysięgnij królowi. 
„Król August Trzeci kTolakom ochoczy, 
„Winę przebaczy, łaską cię otoczy ." 



IX. 



Rzecze starosta:— „Wedle praw narodu, 
„Anim go wybrał, ani mu przysiągłem. 
„Że trzyma Polskę w niepokoju ciągłym, 
„Miastom i wioskom każe umrzeć z głodu, 
„Zalał nam ziemię swoich wojsk nawałem, 
„Nie dziw, że miecza z pochew wydostałem, 



11 
11 



11 
11 
11 



453 



„Jeśli jest królem, jako wam się zdawa, 
To dlań przysięga powinna być święta: 
A łamie statut i pada conventa 9 
I mnie... szlachcica więzi, mimo prawa. 
„Gdy Stanisława obrano pod Wolą, 
„A August siebie podtrzymać był gotów, — 
„To, zamiast Polskę napełnić niedolą, 
„Dla czego prawnych nie użył obrotów? 
„Dla czego żaden ze stronników Sasa 
„Nie rzekł: — Ja zdania przeciwnego jestem! — 
I w obec sejmu, i w obec prymasa 
Nie chciał z publicznym przyjść k'nam manife- 
Czyście zwołali rokoszowe koło, [stem? 

„Jako zwyczaje staropolskie chciały? 
„Czy wasz marszałek stawił komu czoło, 
„Słał do powiatów swe uniwersały? 
Te wszystkie stare statutu koleje 
„Lekceważono na drezdeńskim dworze; 
„Lecz kraj świętemi formami istnieje, 
„Których bezkarnie pogwałcać nie może. 
„Czyż kiedy łamią przysięgę swawolni, 
„To już ich przykład prawo nam stanowi?" 
— „A jeśli papież od przysięgi zwolni, 
Czy przysiężecie wiarę Augustowi?" 
— „Nie, generale,-— rzekł więzień uprzejmie. — 
„Rzym niczyjego sumienia nie zmusza! 
„Będąc na przeszłym elekcyjnym sejmie, 
„Dobrzem wybadał zdanie nuncyusza. 
„Próżno na wasze namowy liczycie, 
„Próżne zabiegi, próżne wasze prace: 
„Straciłem wolność, utracę i życie, 
„Ale sumienia i czci nie utracę. 



ii 



ii 



454 



„Obrałem jedną przekonania drogę, 
„Elektorowi poprzysiądz nie mogę." 



X. 



Odszedł komendant. I znowu staroście 
Długie tygodnie męczeństwa nastały. 
Czyli noc czarna, czy dzień nadszedł biały, 
On zawsze jeden— a tylko dwie goście 
Przyszły do niego, dwie żmije mordercę: 
Jedna mózg kąsa, druga szarpie serce. 

—„Tam za górami, och! tam za rzekami, 
„Twój kraj sinieje, twój domek bieleje, 
„Tam wszyscy twoi pozostali sami, 
„Pierzchły z ich serca najdroższe nadzieje. 
„Ten, który tutaj nad tobą się znęca, 
„Pewno i dom twój bezbronny uciska; 
„I żałość wdowia, i boleść dziecięca 
„Pewnie mu służy do urągowiska... 
„Wczoraj mówiono, że jest list od żony, 
„Lecz go posłali, by złożyć przed władzą; 
„Stary mój sługa od bram odpędzony, 
„Pewno mu do mnie przystępu nie dadzą. 
„Napróżno chciałbym wybadywać straże, 
„Żołdak coś mruknie i milczeć mi każe. 
„Gdyby mi papier, gdyby dano pióro, 
„Ująłbym w karby moją myśl ponurą: 
„Gwarzyłbym z tymi, co mię krata dzieli,. 
„Moje boleści w słowaby się zlały; 
„List długi, długi pisałbym dzień cały, 
„Do żony, dziecka, współobywateli. 



t 



455 



„Lecz mi zabrano papier nienawistnie, 

„A tu dni moje tak okropnie płyną! 

„Sen jest dla więźnia osłodą jedyną, 

„Lecz kiedy zasnę, to znowu ich przyśnię; 

„Wciąż w jedną stronę myśli mi się garną, 

„Zawsze ich widzę krwawo albo czarno. 

„Nie chcę ich widzieć, myślą nie pogonię; 

„Ot czóinś ubocznóm chcę rozerwać siebie. 

„W oknie tak ciemno, z murów wilgoć zionie, 

„Deszczowe chmury muszą być na niebie. 

„Jesień... mój Boże, jak to życie leci! 

„Gdzie się podziała nasza wiosna młoda? 

„W tym kraju słońce posępniój coś świeci, 

„U nas daleko piękniejsza pogoda. 

„Pan Bóg dał wszystko naszemu krajowi, 

„Ale niezawsze fortunną dał dolę: 

„Poczciwe serce, urodzajne pole, 

„Cóż kiedy duchem niezawsześmy zdrowi? 

„Gdy starsi bracia, nęcąc nas swobodą, 

„Niebaczną szlachtę do niewoli wiodą, 

„Niezgodni w kraju najświętszych obradach, 

„Rodzim zatargi i wojny domowe, 

„Chodząc po krwawych doświadczenia śladach, 

„Codzień to klęski spotykamy nowe. 

„A Pan Bóg karze, och! karze nas za to, 

„Wkrótce do końca może obezsili... 

„Ot! dym pożarny widzę nad mą chatą! 

„Pewnie Saksoni ogień podłożyli. 

„I ręce łamie nieszczęśliwa żona, 

„Bo na jój głowę cierpieć już za wiele! 

„Dziecię w kolebce zachodzi się, kona... 

„Musiało skonać— słyszę dzwon w kościele... 



456 



,Zgiń, czarna maro! Zkąd taka myśl płynie? 
,Przecięż nie miałem myśleć o rodzinie!... 
,Chcę zapomnienia rozkoszy niebieskiój... 
,Odwróćmy myśli— przejrzyjmy te ściany. 
,Tu jakiś więzień polski zapisany: 
^JaJwb Sobieski... Konstanty Sobieski... 
, Jak to? więc oni— więc w tej samój celi 
,Króla mojego synowie cierpieli! 
,Tch własne ręce na sczerniałym murze 
, Wyryły swoje męczeńskie nazwiska! 
,Może duch ojca unosi się w górze, 
, Więzienie synów rozpatruje z blizka, 
,A serce jego, boleścią zatrute, 
,Tutaj odbywa za Wiedeń pokutę. 
,Monarchy mego bohaterska duszo! 
,Och! gdybyś w lepsze nie odeszła światy, 
,Ci, którzy Sasów dziś lękać się muszą, 
,Mieliby spokój pod cieniem swśj chaty. 
,Przy twoim boku walczyłem tak śmiele, 
,Tyś mię pochwalał, tyś mi przyszłość wróżył; 
,Teraz patrz, królu, czegom się dosłużył: 
,Jam tu w ciemnicy, a mój dom w popiele. 
,Mój dom... rodzina... poddani... ziomkowie... 
,Tam moja ręka, tam potrzebna rada... 
,Ratujcie, ludzie! kręcf mi się w głowie..." 



XI. 



Więzień na ziemię bezprzytomny pada, 
Znękanem czołem o mury uderza, 
I tak spoczywa w omdleniu czy we śnie,- 



45^ 



Aż kiedy przyjdzie obiad, czy wieczerza, 
I dwóch dozorców pojawi się wcześnie, 
Ocucą więźnia, usadzą przy stole, 
Z oblicza jego uchodzi pomroka... 
Czy go na prawdę opuszczają bole? 
Czy je ukrywa od ludzkiego oka? 



XII. 

A obiad skromny: jedyna potrawa, 
Puharek wina, czarny chleba kawał. 
Dozorca przyszedł, mięso porozkrawał, 
Bo noża więźniom zaprzecza ustawa. 
Próżno starosta swoją czarką wina 
Chciałby się dzielić z swym więziennym stróżem, 
Próżno rozmowę jakąś rozpoczyna: 
— „Ani jeść z wami, ni rozmawiać możem. 

Lecz w jednym razie, w jednym tylko razie,* 

Rozwiążesz nasze i serca, i usta: 
„Jeśli zezwolisz, jak pisze w rozkazie, 
„Złożyć przysięgę na króla Augusta; 
„Wtedy, gdy zechcesz, kazano nam prosto 

Drzwi twojśj celi otworzyć, starosto." 



9} 



11 



XIII. 

— „Więc jabym wolność, ja wolnośćbym zyskał!- 
Uzecze starosta, do głębi wzruszony— 
„Więcbym zobaczył kraj ziemi rodzonej! 
„Jabym małżonkę i dziecię uściskał! 
„Jabym powitał me obywatele! 



458 



„Jabym się modlił w mych ojców kościele! 
„To być nie może!... nie... to być nie może. 
„A cóż Bóg powie? cóż kraj na to powie? 
„Swojej starszyźnie powiedzcie, panowie, 
„Że na Augusta przysięgi nie złożę. 
„Tylko poproście, niechaj mi pozwoli 
„Zażyć okruchę Anielskiego Chleba: 
„Znękane serce . tak mię srodze boli, 
„Z Bogiem koniecznie rozmówić się trzeba, 
„Trzeba Chrystusa, co serca przenika, 
„A uleczony na duszy zostanę. 
„Proście, niech przyślą do mnie spowiednika, 
„Coby mi balsam przyłożył na ranę." 

Dozorca odszedł — powie, czy nie powie, 
A dusza zawsze spragniona pociechy. 
Starosta upadł na twarde wezgłowie, 
"W myślach oblicza swojćj duszy grzechy. 
A myśl zbłąkana... O! niech prędzój śpieszy, 
Kto go w imieniu Chrystusa rozgrzeszy! 

XIV. 

Więzień zaniemógł— to krasny, to blady, 
O dziwnych rzeczach gorączkowie gwarzy; 
Przysłano k' niemu naj pierwszych lekarzy, 
Ale starosta odrzucił ich rady; 
Tylko o Polsce nieprzytomnie bredzi, 
Tylko kapłana prosi do spowiedzi. 

XV. 

W końcu, coś we dwa czy we trzy tygodnie, 
Nadjechał kapłan, przysłany ze Drezna. 



459 



Więzień, co zda się nikogo już nie zna, 

Na jego widok odetchnął swobodnie, 

Przytomniej spojrzał— jego oczy płoną, 

Gdy Przenajświętszy Sakrament wniesiono. 

I długo, długo zakonnik go badał, 

I długo, długo więzień się spowiadał. 

Dziwne uczucia czytał w jego twarzy 

Szyldwach z daleka stojący na straży: 

Była tam święta uległość pokory, 

Było promienne podniesienie ducha, 

Był gniew na twarzy, do wybuchu skory, 

Znów chrześciańska uległość i skrucha; 

Kilkakroć głośniój powtórzył z zapałem: 

— „Ja nie przysięgnę, bo go nie wybrałem!" 

— „Synu! — rzekł kapłan — czyń, jak ci się zda- 

„Ja dopełniłem, co mi polecono. [wa, 

„Losy monarchów i narodów prawa 

„Nie nam tu grzesznym rozwiązywać pono. 

„On niechaj weźmie w przenajświętszą pieczę 

„Twoje uczucia, jak obywatela. 

„Teraz przeze mnie za grzechy człowiecze 

„Kościół ci swoich rozgrzeszeń udziela: 

„Odejdź w pokoju!" 

Starosta u klęka, 
Bije się w piersi, pokutuje w myśli. 
Kapłan się modli,— namaszczona ręka 
Nad siwą głową krzyż łaski nakrćśli, 
I uroczyście klęczącemu w skrusze, 
Chlebem żywota posila mu duszę. 



460 



XVL 

Lżejszy na sercu po wytrwaniu próby, 
Więzień nie wrócił na łoża choroby. 
Twarz pokraśniała— oczy po iskierce 
Nabrały blasku powoli, powoli; 
Pan Bóg wytrwaniem namaścił mu serce, 
Umocnił hartem niezachwianej woli. 
Nad jego głową już trzy gwiazdy świecą: 
Dobrój Nadziei, Miłości i Wiary; — 
Tylko że myśli nieprzytomnie lecą . 
Gdzieś na dalekie ojczyste obszary; 
Tylko z daleka w snach doń się uśmiecha 
Koło sejmowe i napaść zbójecka, 
Wioska rodzinna i domowa strzecha, 
I młoda żona, i pieszczoty dziecka, — 
I tyle, tyle znajomych mu osób, 
Na sejmie, w wiosce, w kościele, we dworze... 
01 takich marzeń odpędzić nie sposób, 
Lub je odpędzać to ciężki grzech może! 
Może tym kształtem ziemia ojców miła 
Swe pozdrowienie więźniowi przysyła. 

Lecz spokojniejszy więzień po spowiedzi, 
Już wewnątrz serca zasklepił swe rany, 
O swoim kraju już przez sen nie bredzi, 
Rycerskiej głowy nie tłucze o ściany; 
Tylko gdy oknem spojrzy na poddasze, 
Słabość ogarnia jego duszę wzniosłą: 

—„Och! gdyby motyl, gdyby małe ptaszę 
„Pod skrzydełkami wieść ztamtąd przyniosło!" 



461 



XVII. 

Może myślicie, że hańba dla męża, 
Kiedy się Czasem zamarzy, rozszlocha? 
Ale nie wiecie, że ducha natęża, 
Kto silnie wierzy i serdecznie kocha; 
Ale nie wiecie, że Niebo zabrania 
Wiary bez marzeń, a bez łez kochania. 



XVIII. 

Gdyby choć papier... O znikoma karto! 
Ty jesteś wszystkiem po szczęścia utracie. 
Kiedy nam serce boleśnie wydarto, 
Miła krwi kropla, co wytryska na cię. 
Gdy biedną głowę, co najświęciój marzy, 
Nadzieja zdradzi, a wiara omami, 
Jakaż pociecha dla biednych nędzarzy 
Myśl we łzach skupić i kartę zlać łzamil 
Tu każda kropla, czy łzawa, czy krwawa, 
Boleść umniejsza, nadziei dodawa. 



XIX. 

W bitwach, na sejmach, puhar wychylany 
Orzeźwiał myśli i krew biła raźniśj; 
Lecz tu w więzieniu, między czterma ściany, 
Straszno rozogniać chorój wyobraźni. 
Raz chciał starosta użyć Bacha darów, 
Smutek utopić w rzeźwiącym nektarze: 



462 



Zażądał wina— i kilka puharów 

Za jednym razem przyniosły mu straże. 

Łapczywie chwycił i pił ciągiem długim, 

Chylił puhary w ślad jeden za drugim, 

I sam nie wiedział, z pragnienia, czy z chęci, 

Aby się na dnie dopić niepamięci. 

Lecz niepamięci próżno żąda człowiek, 

Kiedy wspomnienia mózg i serce palą: — 

Nawet sen słodki nie obciążył powiek, 

Tylko krwi potok rozigrał się falą, 

Łatają w oczach obrazy złowieszcze, 

Lecz krwawsze jeszcze i czarniejsze jeszcze. 

A kiedy chora paliła się głowa, 

Gdy twarz skraśniała, gdy mu drżały usta, — 

Rozkaz mu służba przyniosła zamkowa, 

Aby przysięgał na króla Augusta. 

Odtrącił rozkaz i puhar odtrącił, 

Dłońmi zacisnął głowę, co go boli, 

I jasnój myśli już winem nie mącił — 

Poznał, że wino trucizną w niedoli; 

Tylko się w drzemce niespokojnej miota, 

Tylko mu cięższa do swoich tęsknota. 

— „Wy moi drodzy! wy moi dalecy! 
„Choć wiatr niech o was wiadomość udzieli!../ 1 

W tóm zapukano do więziennfej celi, 
I wszedł ponury dowódca fortecy. 



XX. 

—„Jak się miewacie? czy żywi? czy zdrowi? 
„Jak wam smakują niewolnicze pęta? 



463 



„Nie chcecie wiary przysięgnąć królowi, 
„A król jegomość zawsze was pamięta; 
„O ile pańska pozwala mu władza, 
„Więzy rozwalnia i los wasz osładza. 
„Oto i teraz naszych wojsk kolumny 
„Pojmały ptaszka— och! kolój z nim długa! 
„Jak wy, zuchwały, niespokojny, dumny, 
„Pan Piotr Olędzki, dawniejszy wasz sługa, 
„Rozbijał w Polsce naszych wojsk oddziały, 
„Krył się po lasach, wypadał jak zbójca; 
„Lecz potrafiono pochwycić mołojca 
„I porozpędzać jego hufiec cały. 
„Więc go sądzono do tój samój celi,— 
„Wasz sługa z wami niewolę podzieli." 



XXI. 

Drzwi się otwarły— i w podartój szacie 
Wpadł Piotr Olędzki z bliznami na czole. 
—„Pan Piotr!" 

— „To pan mójl" 

—„Ha! jak się miewacie? 
„Dla czegoś, głupcze, dał się wziąć w niewolę?" 

— „Kozak nas zdradził— to i mówić szkoda. 
„Ale ja pana nie poznałbym z dali... 
„Ta długa broda..." 

—„Ho! ta długa broda — 
„Jużbym ogolił, lecz brzytwy nie dali. 
„Lecz co tam słychać?... Moja biedna żona?..." * 

—„Ol biedna pani! nie wytrwać jój sile: 
„Może skonała— może teraz kona." 



464 



— „A. moje dziecię?" 

— „Dawno śpi w mogile; 
„Umarło biedne... Przyczyna zbyt prosta: 
„Wiadomo— słabe niemo wiatek zdrowie; 
„"Wiatr zawiał w szybę... widzi pan starosta, 
„Szyby potłukli w domu Saksonowie." 

— „A wioska moja?" 

—„Wioska na Stawiszczu 
„Już po pożarze buduje się nieco: 
„Szlachta osiadła na spaleniem zgliszczu, 
„Lecz poddanego nie znajdziesz ze świecą, — 
„Wszyscy uciekli... niechaj Pan Bóg broni, 
„Co tam po wioskach broili Saksonii 
„Dzielniem ich plażył— to aż śmiech porywa, 
„Co im na plecach popisałem znaków! 
„Jak ze stu ludzi gromada pierzchliwa 
„Od kilku naszych zmykała kozaków! 
„Lecz przebacz, Panie! zdradą a nie siłą 
„Dałem się ująć, dałem się i kwita: 
„Sprzedał nas Kozak, Brzozowiec Kiryło; 
„Gdy cała sotnia spała jak zabita, 
„Z jednej i z drugiśj, z trzeciój, z czwartej strony 
„Na śpiący obóz napadły Saksony. 
„Jedna rzecz tylko dręczy mię, niestety, 
„Że zapomniałem postawić pikiety! 
„Gdyby pikieta! tożbym kapitalnie 
„Pogrzmotał groźnych saksońskich wąsali! 
„Dopóki Niemiec z pistoletu palnie, 
„Harap kozacki z siodła go obali. 
„Lecz co się stało, to już nie odstanie. 
„Dam hartu Niemcom— ich niedoczekaniel" 



465 



n 



—„Cóż na sejmiku szlachta i panowie?" 
—„Stanisław w mowie, a August im w głowie. 

Nasza obrada... wiadomo obrada; 

Ten będzie królem, który wojskiem włada." 



XXII. 

— „Boże mój, Boże! czyż to prawda szczera?"— 
Jęknął starosta z głębi swego łona: — 
„Dziecię umarło, a żona umiera, 
„Wioska w popiele, a bracia spodlona!... 
Och! gdyby wrócić! odżyłbym na nowo, 
Żonębym wskrzesił z śmiertelnój pościeli, 
A braci szlachcie takie rzekłbym słowo, 
Że zdradzić króla nigdyby nie śmieli. 
„Przeklęte mury, straszliwa pokuta, 
„Usta zamknięte, a dłoń moja skuta! 
„Puśćcie mię, puśćcie, choć na jedną chwilę, — 
„I sam się wzmogę, i mój kraj zasilę!" 



i? 

15 
1? 
11 



XXIII. 

— „Panie starosto! wyrzecz jedno słowo, 
„A twoje więzy w jednój chwili prysną: 
„Uznaj nad krajem władzę Augustowa, 
„Zrzuć z twego serca zemstę nienawistną. 
„Wskrzesisz twą żonę, która dogorywa, 
„Zbadasz na sejmie twego kraju losy; 
„A twoja niwa, twoja piękna niwa, 
„W żytnie i pszenne odrodzi się kłosy. 

Kondratowicz. Wybór. T.II. ^ 



466 



„A za cierpienia, a za twoje szkody, 
„Bóg cię obdarzy szczęściem niespodzianóm: 
„Król tobie nada godność wojewody; 
„Jak hetman umrze, zostaniesz hetmanem; 
„A w Polsce starostw dużo, bardzo dużo — 
„Co zechcesz wybrać, do wyboru służą." 
Wzdrgnął się starosta— spojrzał po za plecy: 
—„Precz, kusicielel precz mi ztąd, pochlebcę!" 
To sonnenburskiój komendant fortecy 
Słowa nadziei do ucha mu szepce. 
Starosta skraśniał, chciał jąć się pałasza, 
Pas z lewój strony potargał w zapędzie; 
Lecz broń odjęta!... — „Idź precz, miłość waszal 
„Elektor saski mym królem nie będzie. 
„Niech co chcą czynią rodacy swawolni, 
„Od moich przysiąg nikt mię nie uwolni." 



XXIV. 

• 

— „Jak się podoba, jak się wam podoba; 
„Nikt wolnej woli nie przymusza przecie. 
„Będziecie w zamku pokutować oba, 
„Jeśli przysięgi wykonać nie chcecie. 
„Czyńcie już sobie, jako wasza łaska." 

Tak rzekł komendant i drzwiami zatrzaska. 



XXV. 



Znów sią poczuło m\ą&zy czterma ściany 
Okropne iycie— mwcwAfc T&sctis&t^ 



467 



Noce bezsenne, dzień nieprzeczekany, 
Potem noc znowu, potom ranek świta. 
Ochl nim przez okno do więzienia wpadnie, 
Wolałby w morzu utopić się na dnie. 
On dzień zwiastuje— a dzień taki długi! 
Co począć z życiem, gdy działać nie może? 
W południe obiad przyniosą ci sługi, 
Wieczorem szyldwach przetrząśnie twe łoże. 
Zda się szyderstwem, kiedy dźwięk zegaru 
Jakiójś godziny przedstawia odbicie. 
Dla trupa w grobie czas nie ma rozmiaru, 
A życie więźnia— to umarłe życie. 
Gdzie wszystkie czynu zerwane ogniwa, 
Każda godzina wieczność się nazywa. 

Ale towarzysz, w więzieniu towarzysz: 
Z nim swoich ludzi, z nim wspomnisz swe strony. 
Ho! bywa czasem, taksie z nim rozgwarzysz, 
Że dzień upływa ani postrzeżony. 
Lecz myśl, gdy leci w nadpowietrzne kraje, 
Z aniołem stróżem gdy chcesz się rozgadać, — 
On ci o śniegu przeszłor ocznym baje, 
I puste rzeczy będzie rozpowiadać. 
Wtedy ci droższa twa samotna cisza, 
Choć słuchasz brata, szanując w nim człeka; 
Przykręć gadanie twego towarzysza, 
Chciałbyś mieć celkę od niego z daleka, 
Chciałbyś sam dźwigać jarzmo swój niewoli, 
Chciałbyś sam cierpieć, kiedy serce boli... 

Tak myślał więzień; ale trudna rada, 
Wszak władza wieszczów nie każdemu dana: 
Gdy trzeba milczeć— to pan Piotr laflBtta^ 
Gdy trzeba mówić— on mitoza \ńŁ%RftW&»>\ 



i 



468 



Gdy myśl uleci ku domowej strzesie, 
On cię obrazy powszedniemi mami; 
Gdy cię modlitwa do Niebios uniesie, 
On zimno rzecze: „Zmiłuj się nad nami! 11 
Chciałeś go podnieść i bujać z nim w niebie, 
A on myśl twoją zniżył aż do siebie. 

Tysiąc jest w świecie moralnych niewoli, 
Tysiącem bólów nasze serce boli. 
Lecz kiedy cierpim, — miłosierny Boże, 
Daj nam żyć myślą swoją a nie cudzą: 
Przyjaciel, żona, domownik, pies może, 
Złamią nam wiarę i miłość ostudzą; 
Wtedyby, Panie, my ludzie zuchwali 
I w Twoją miłość wierzyć zaprzestali. 
Na co nam w życiu towarzysz powszedni? 
Gdy mamy cierpieć — cierpmy sami jedni! 



XXVI. 



Wreszcie do swojśj niewoli przywyka, 
Bo go towarzysz broni od rozpaczy: 
Dźwięk ojczystego w obczyźnie języka 
I to coś znaczy — ach, to wiele znaczy! 
Gdy w myśli chwila spokoju zaświta, 
Uczucie serca tu nie czuje tamy, 
Można się z ziomkiem nagadać do syta 

tych, co znamy, o tych, co kochamy, 

1 uobecnić znajome postacie, 
Odświeżyć dawne radości i biedy, 

Odżyć wspomnieniem: „Czy pamiętasz, bracie, 
„Jak to bywało ^te&s , *&*> ^tofctff 1 



469 

Ten, kto zbyt ciężką niedotknięty próbą. 
Ten marzy przyszłość— kto ma czyn przed sobą; 
Ale dla więźnia, który nic nie czeka, 
Dobrym jest skarbem i przeszłość człowieka. 

Ze starym sługą w pośród pogadanek 
Nieraz schodziły całe dni i noce, 
Nieraz noc przeszła i zaświtał ranek. 
Szyldwach napróżno pałaszem stukoce, 
Ciszę zaleca — ale gdzież tam cisza! 
Kiedy zabłyśnie choć promyk wesela, 
Więzień szczęśliwy, że ma towarzysza. 
Nawet i śmiechem rozlega się cela, 
Kiedy przypomną dawniejsze swe czasy, 
Bitwy, pamiętne i wioskom i miastu, 
Jak to przed nimi uciekały Sasy, 
Jak jeden Kozak schłostał ich dwunastu, 
Jak to po lasach kryła się piechota, 
Jak to rajtarów wpędzono do błota... 



XXVII. 

Ale niewola toć zawsze niewolą, 
Więzy, choć z kwiatów, ale niemniśj bolą; 
Zawsze bolesne łańcucha ogniwa, 
Który nam ręce do czynu skowywa. 
Kiedy nas w trumnę kładą za żywota, 
A jeszcze w piersiach święty ogień gore, 
Nie dziw, że człowiek boleśnie się miota,. 
Aby odwalić gniotącą zapora. 




470 



Ale gdy nadto sklepiste są ściany. 
Czy wieko trumny, czy wązkie drzwi celi, 
Niepożyteczną walką zmordowany, 
Gorzko złorzeczy tym, co go zamknęli. 
Wiedział starosta, że przez jedno słowo . 
Mógłby potargać swych więzów ogniwa, 
Mieć w każdój chwili swobodę gotową, 
I lecieć w stronę, gdzie duch się wyrywa, 
Wskrzesić małżonkę, co kona w niedoli, 
Podźwignąć dom swój, co w zgliszczach upada, — 
Przez jedno słowo — lecz tśm słowem: zdrada! 
A on na zdradę nigdy nie zezwoli. 
Lepiój, spełniając, co do czci należy, 
Skonać z tęsknoty w sonnenbursktój wieży. 

Mniemał dowódca, że kiedy dobodzie, 
Łacniój starosta ugnie się przed próbą: 
Siedzieli więźnie o chlebie i wodzie, 
Nawet im mówić zakazano z sobą, 
Wodzono na mszę tylko w wielkie święto, 
Nawet im książkę modlitew odjęto; 
Lecz im się bardziej męczarnia wytęża, 
Tóm się duch silniój zahartował w obu. 
Wreszcie król August uszanował męża, 
Kazał rozszerzyć przestrzenie ich grobu: 
Celę przy celi otworzono drugą, 
Przyozdobiono ich pościel ubogą, 
Dano im książki — i już pan ze sługą 
Gwarzyć, czy pisać, czy modlić się mogą. 
Wreszcie raz jeden dowódca zamkowy 
Z temi do niego odezwał się słowy: 



471 



XXVIII. 

—„Powiedz, starosto, dla czegoście gniewni? 
„Czemuście twardzi przy waszym obiorze? 
„Król, co cię skarał, pożałować może, 
„On wam stracone dostatki zapewni. 
„Już się kraj wszystek królowi poddawa, 
„Nowe przymierza król zawarł dokoła; 
„A wasz Stanisław do swojego prawa 
„Nigdy nie wróci i wrócić nie zdoła: 
„Więc mimo wszystkie waszych ustaw księgi, 
„Wolni jesteście od waszój przysięgi." 

—„Któż przekonanie moje zabezpieczy, 
„Że naszym królem jest saksońskie książę? 
„Dałem przysięgę Pospolitśj Rzeczy, 
„Ona mię tylko od przysiąg rozwiąże. 
„Dopóty śluby moje nie ustały 
„W obliczu kraju, króla i kościoła, 
„Aż wreszcie prymas przez uniwersały 
„Szlachtę na pole elekcyjne zwoła, 
„Aż wszystkich społem niezmuszone usta, 
„Łaską i wolą kierując się bożą, 
„Królem ogłoszą Trzeciego Augusta 
„I prawnie z tronu Stanisława złożą. 
„Gdy król przysięgnie na poeta convenła, 
„Wywiedzie z kraju saksońską załogę, — 
„Wtenczas przysięga to powinność święta, 
„Wtenczas się od niój wyłamać nie mogę, 
„I będę wierny Augustowój sprawie, 
„Krew zań wyleję i piersi nadstawię, 



472 



„Niech będzie świadkiem mego domu zgliszcze 
„Grób mego dziecka i ta siwa broda, 
„Źe poty waszych żądań nie uiszczę, 
„Póki mi prawo rękojmi nie poda. tf 

— „Próżno, starosto, króla obrażacie 
„Tą upartością waszą niesłychaną. 
„A gdyby krzesło dostąjne w senacie? 
„Gdyby wam godność wojewody dano? 
„Pan mój łaskawy— kto mu wiernie służy; 
„A jego serce zawziętości nie zna. 
„Dam ci pieniądze na koszta podróży: 
„Jedź go przebłagać, jedź, panie, do Drezna." 

—„Godności nasze— rzekł starosta dumnie — 
„Tylko dla zasług kraj na sejmie dawa; 
„A żadnych zasług jeszcze nie masz u mnie, 
„Ja w zasłuźeńszych nie wdzieram się prawa. 
„Pieniędzy saskich dla mnie nie potrzeba: 
„Dajcie swobodę... swobodę jedynie; 
„Pójdę o kęsku żebranego chleba 
„Płakać na domu mojego ruinie. u 

XXIX. 

— „Ha! trudna rada— rzekł dowódca wreszcie— 
„Godna spraw lepszych takowa odwaga. 
„Słuchaj, starosto:— swobodni jesteście! 
„Król żadnych przysiąg od was nie wymaga. 
„Jednego od was domaga się przecie, 
„Na co mi słowo zaraz dać należy: 
„Że wojska saskie szanować będziecie, 
„Co stoją w Po\sc& Tto TimowSj leży. 
„Bo gdy trwafc ^ ta\r&Y^ >w $^ Sft tmbbms^ 



473 



„To was osądzić jak zabójcę każe. 
„Wolni jesteście— podwoje otwarte; 
„Znów macie prawo przypasać pałasza. 
„Od waszych komnat odprowadzam wartę, 
„I idźcie z Bogiem, dokąd wola wasza. u 

—„Wolny?! swobodny?! więc ja wyjść ztądmo- 
„Do mego kraju wnet puścić się w drogę? [gę? 
„Mogę ocalić małżonkę, co kona? 
„Na moich ziomków rzucić się ramiona?!... — 
Krzyknął starosta z radosnym zapałem. — 
„Nie! być nie może!... ja nie dosłyszałem... 
„Lub wy słów moich nie pojęli może: 
„Bo ja Sasowi przysięgi nie złożę. u 

— „Król miłościwy, pewien swój potęgi— 
Dowódca zamku obrażony powie — 
„Żadnej już od was nie pragnie przysięgi, 
„Wolność powraca wam bezwarunkowie. 
„Jesteście wolni, i wy, i wasz sługa, 
„Jedźcie do wioski, wracajcie do pługa. u 

Obaj więźniowie padli na kolana, 
Jak gdyby jedna popchnęła ich siła. 
Modła dziękczynna, z ich duszy wylana, 
Pierwszy swobodny oddech orzeźwiła. 



EPILOG. 



Pochmurnym dzionkiem, po jesiennej grudzie 
Bije stuk kopyt o drogę przestronną. 
W rysich opończach dwaj ryratfecs \»&ttfc 
Pod wielką wioskę zbliżają są \lw&&* 



474 



—„Panie Olędzki,— starszy z nich zapyta, 
Co miał rumaka dzielniejszego nieco: — 
„Czemu to żadna chata niepokryta, 
„A rzadko w którśj małe szybki świecą? 
„Wszystko tu widzę zniszczonem, obdartóm, 
„Nawet gospoda nie świeci z daleka." 

— „Ej, panie, panie! umocnij się hartem: 
„Co krok to nowa niespodzianka czeka. 
„Ludzie z wsi poszli kędyś w strony insze, 
„Więc i pustkują dawniejsze ich chaty. 
„Tu kilku szlachty osiadło na czynsze, 
„A to— wiadomo— naród niebogaty. 
„Gdzież to po wojnie pilnować wygody? 
„Gdzież to naprawiać takie wielkie szkody? 
„Otóż... po polu bydło się wałęsa, 
„Chwast ogryzając na dwornym poparzę... 
„W stodołach siana nie masz ani kęsa, 
„Wszystko Sasowie wzięli na furaże. 
„Ot dworzec pański... tam same ruiny... 
„Panie starosto, nie patrzaj w tę stronę: 
„Z kupy popiołu sterczą trzy kominy 
„I cztery brzozy ogniem opalone. 
„Konie dom czują— już ochoczój lecą; 
„Dzielnie parskają! oj, będąż nam radzi! 
„Dzielne koniska, poczekacie nieco, 
„Nim was do stajni służba odprowadzi... 
„Strzygą uszami— już marzą o sianie, 
„Ale po Sasach pewno go nie stanie... 
„Oj! za to wszystko warciż oni, warci... 
„Lecz pan dał słowo, że bić ich nie będzie!!... 
„Ot idą ludzie.,, fc fccy odarci! 
„Na taką \i%fa% &% sta^Oci *\a\cta£. ^n*$stia % 



475 

. „I po stodołach, i w domach, i w bydle, 
• „Wszędzie brak cierpią szlachta i poddani... 
„Dzień dobry, człeku! gdzie niesiesz te rydle?" 
— „Idziem na cmentarz grób kopać dla pani, 
„Tydzień jak zmarła, lecz nie było cieśli, 
„Wyciosać trumnę nie było tu komu. 
„Stała w ogrodzie w opuszczonym domu, 
„Dzisiaj ją z rana do kościoła wnieśli!..." 

Krzyknął starosta— zachwiał się i blednie, 
Zesłupił oczy, jak gdyby umarły; 
Lecz żadne żale, ni jęki powszednie 
Już się z rycerskiej piersi nie wydarły. 
Gniew lekką chmurką zwisnął mu u czoła, 
Tłumioną groźbą ścisnęły się pięście. 
Jak wiatr poleciał ku stronie kościoła: 
Tak mu tam pilno sprawdzić swe nieszczęście, 
Tak mu tam pilne na zimnćj podłodze 
Gorące czoło zahartować mocą, 
I swej żałości popuściwszy wodze, 
Bogu powierzyć swą skargę sierocą, 
Świecę pogrzebu ponieść przed innemi, 
Na lube oczy nasypać garść ziemi... 

Już nie powrócił do swych ojców domu, 
Nie zasiadł w gronie współobywateli; 
Zniknął z ojczyzny— a ludzie widzieli, 
Jak w kraje pruskie przeszedł po kryjomu. 
Na ziemi obcój, w ponurój rozpaczy 
Skończył starosta swój żywot tułaczy. 

1857. Borejkowszczyzna. 



SPIS RZECZY W TOMIE II. 



UTWOIMT KPIC££I1£. 

Kęs chleba 

Fragmenta o Filipie z Konopi 4 

Żebrak z Rzemiosła & 

Matysek © 

Kapral Terefera i Kapitan Szerpentyna ....... 61 

Córa Piastów 8 

Zgon Acerna 111 

Tręzlowe 14 

Wielki Czwartek 18 

Garść pszenna 20 

Cieśla 21 

Rycerz na czatach czyli pieśń rycerska o herbie Łzawa . 2! 

Stare wrota 22 

Janko Cmentarnik 28 

llluminacya 33 

Królewscy Lutniści 34 

Nocleg hetmański 35 

Starosta Kopanicki 40 





1 iiiiiliiiiJ 

| 3 1.105 015 031 3k7 


K5/ 

189 

V.? 










DATĘ DUE 




















































































<J 


















STANFORD UNIVERSITY LIBRARIE 
STANFORD, CALIFORNIA 
. 94305