(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Z epoki Mickiewicza; studja i szkice"

?ry 



z EPOKI MICKIEWICZA. 



POPRZEDNIO WYDANE: 

O „Księgach narodu i pielgrzymałwa polskiego" A. Mickie- 
wicza. - Kraków 1911, str. XII, 192. 

Cela Konrada. — Wilno 1921, str. 20. 

Do podstaw ipychowania narodowego. — Ze słowem wstęp- 
nem Ign. Chrzanowskiego. — Wydanie pierwsze. Kra- 
ków 1917. str. VIII, 174. 

— Wydanie drugie, Lwów, Zakład Naród. im. Ossolińskich. 
1920, str. VIII, 248. 

Słowo wstępne Ign. Chrzanowskiego. — Przed- 
mowa. — O kulturę wsi polskiej. — St. Witkiewic^ 
jako wychowawca narodu. — Nauczanie historji lite-*^ 
ratury pol. w wychowaniu narodowem. — Jeszc?'^ 
o nauczaniu historji literatury pol XIX w. — F: 
maci wileńscy. , — Wartości wychowawcze _Pa;... 
Tadeusza". — Zołnierstwo Mickiewicza — Skauting 
polski wobec zadań wychowania narodowego. — 
Wstrzemięźliwość a wychowanie narodowe — O śp 
wie i radości w wychowaniu. — Wychowawcze n 
menty wojny. 

A. Mickiewicz: Księgi narodu i pielgrzymstwa polskie 
wydanie ludowe ze wstępem i objaśnieniami. Kraki 
1911, str. 42 i 96. 

— Toż, w nowem opracowaniu, Kraków 1920, „Bibljote 
Naród." serja I, nr. 17; str. 136. 

— O życiu duchowem, z pism, listów i przemówień zebrał. 
Poznań 1922. 

A. Towiański: Wybór pism i nauk. Kraków 1920. _Bib. 
Narod.*^ ser. I., nr. 8; str. 168. 



SPIS TREŚCI: 



I Dioie notatki o Fr. Karpińskim: 

1. Echa „Trenów" w „Judycie" Karpin- 

sklGSO « • • ' ' • 

2. Ostatnia miłość Fr. Karpińskiego 
Dodatek: List Fr. Karpińskiego 
Przypiski .... 

II Oddźwięki procesu filaretów iv twórczości J. U 

Niemcewicza ....•• 
Przypiski 

III Sprawa o matkę A. Mickietdcza 

Przypiski 

IV Hisforjozofja młodego Mickiewicza ■ 

Przypiski 

V Ideje St. Martina w „Księgach narodu i piel 
f/rzi/m^łwa polskiego" .... 
Przypiski ...*.• 

VI Przypuszczalny ślad Swedenborga w III c 
„Dziadów'^ 
Przypiski 
VII Zręby Sprawy Bożej . 

1. Poczęcie Sprawy . 

2. Gleba idei 
S.Chrystus polityczny 



str- 

1 
15 
28 
29 

31 
48 
50 

m 

65 
89 

95 
133 

141 
161 
163 
165 
170 
176 



- VIII - 

4. Wielki rok 182 

5. Towiański i Grabianka . . 190 

6. Swedenb org i St. Martin wtowia- 

nizmie 203 

Dodatek 1 : Świadectwa szkolne A Towiań- 

skiego 214 

Dodatek 2: Wyjątki z listów F. Gutta do W. 

Pietkiewicza .... 216 

Przypiski . . . . . . . 231 

VIII „Biesiada" A. Totoiańakiego i jej komentarz w IV 

kursie „Prelekcyj paryskich^ A. Mickiewicza 2^\ 

Przypiski ' 298 

IX Trtid Słowackiego, szkic syntezy . . 310 

Przypiski 357 

X J. Słowackiego Misłerjum o narodzeniu Sprawy 

Bożej '. . . . . . . .361 

Przypiski 380 

XI Symbol Fani Słonecznej w „Królu-Duchu" 381 

Przypiski 409 

XII Ks. E. Duński, Sługa Sprawy Bożej . . 413 

Przypiski 440 

XIII Wewnętrzna konstrukcja „Legjonu" . 44r2 

Przypiski 489 

XIV O „Weselu" St. Wyspiańskiego . . . 491 
XV ]S^a pograniczu epok ...... 504- 

Uzupełnienia 511 

Notatka bib 1 j ogr a ficzna . . . 513 

Wykaznazwisk 514 



STANISŁAW PIGOŃ. 



z EPOKI MICKIEWICZA 



STUDJA I SZKICE. 




LWÓW 

WYDAWNICTWO ZAKŁADU NARODOWEGO IMIENIA OSSOlIliSKICH 
1922. 






APR25 1968 



z drukarni Zakładu Naród. im. Ossolińskich ,E. Winiarza^ we Lwowie 



Drogiemu Profesorowi 

Ignacemu Chrzanowskiemu. 



...daruj, jeśli będziem chwalić się po światu. 
Że od Ciebie wzięliśmy na len wieniec kwiatu, 
JJo J. Leleicela, w. 223—4. 



DWIE NOTATKI O FR. KARPIŃSKIM. 



I. Echa >Trenów« w >Juciycie« Karpińskiego. 

Po pamiętnej rozprawie Faleńskiego' nie 
00 wracano już do kwestji palingenezy literac- 
iiej Trenów w literaturze polskiej. Wogóle, 
ived}ug słusznego zauważenia prof. Dobrzyc- 
iiego', wzmożonej uwadze krytycznej na zwią- 
zek poezji polskiej z prądami umysłowemi za- 
granicy towarzyszy u nas przymykanie oczu 
la polskie jej rodowody. Targa się w ten 
jposób istniejąca tradycja i ciągłość literatury. 
k. w szczególności — utyskiwa dalej krytyk 
aa brak studjum o wpływie Kochanowskiego 
aa wiek XVII. „Pokazałoby się dobitnie, że 
Kochanowski jest twórcą poezji polskiej, bo 
aauczył poetów patrzeć w sposób poetycki 
aa świat i nauczył ich języka, którym wra- 
żenia swoje mogliby reprodukować". 

Pigoń. Studja. 1 



- 2 - 

O takiem synowstwie literatury stanisła 
wowskiej wobec Kochanowskiego oczywiści 
mówić nie można. Inne czasy, inni mistrze 
Nic więc dziwnego, że zestawienia naśladow 
nictw Trenów w w. XVIII i wnioski stąd wy 
prowadzone przez Faleńskiego — wystarczały 
Nie oczekujemy w tej sprawie żadnych waż 
niej szych rewelacj-j, nie spodziewamy się stąc 
nowych laurów ani dla Kochanowskiego, au 
dla w. XVnL 

Ale Faleński dokonał tylko połowy pracy 
Skonfrontował z Trenami jedynie te utwory 
które w całości należą do rodzaju pokrewnegc 
arcydziełu Kochanowskiego, przeróżne „Tre 
nodje", „pogrzebowe plankty", „płaczliwe Nae 
nie" etc. A przecież określony przez Faleńskie 
go jako „istna choroba wieku" entuzjazm dh 
Trenów wśród poetów polskich nie mógł chy 
ba pozostać bez wpływu i na dzieła większe 
zamierzeniem i zakresem różne od „pieśń 
żałosnych". "W tym względzie echa arcytwori 
Kochanowskiego nie są jeszcze zebrane, n 
ocenione. Będzie ich oczj^wiście więcej w w 
XVII niż w XVIII, ale i w okresie stanisła 
wowskim zasługuje na uwagę osobliwy renę 
sans poety z Czarnolasu. Bliższe oznaczeni( 
jego zakresu i głębi rzucić może w niejednyn 
kierunku ciekawe światło na charakter twór 
czości owoczesnej. 



- 3 - 

Zwracają tu uwagę przede wszy stkiem dwa 
fakty. Po pierwsze, że echa rodzimej muzy 
Kochanowskiego odzywają się najsilniej u po- 
etów, których uważa się z wielu względów za 
nowatorów, jakby za heroldów przyszłych 
prądów, za mniej klasycznych, a więcej naro- 
dowych twórców : u Kniażnina i Karpińskiego. 
Po wtóre zaś, że w echach tych brzmi domi- 
nujący ton utworu, który w w. XVI wycho- 
dził ponad poziom czasu, przez smak humani- 
styczny był uważany za „lekkie rymy", — 
ton najszczerszego i najsilniejszego wyrazu 
uczuć zranionych, ton Trenów. Treny 
właśnie stanowią wysoką przełęcz, poprzez 
którą schodzą się, ponad wiekami XVII i XVIII, 
dwie złote epoki rozkwitu literatury. Wiado- 
mo, że ten, który prostował ścieżki przed ro- 
mantyzmem, Brodziński, pierwszy też w dzie- 
jach polskiej krytyki literackiej oddał spra- 
wiedliwość arcydziełu Kochanowskiego. 



Zajęcie się Karpińskiego Kochanowskim 
da się stwierdzić dowodnie od r. 1780 i wiąże 
się z jego pobytem na dworze Czartoryskiego, 
jenerała ziem podolskich, w Warszawie. Zje- 
chał tam poeta, jak to wiadomo z mono- 
grafji K. M. Górskiego,' w lecie, w lipcu tego 
roku. Nowym obowiązkom poety nadwornego 

1* 



— i — 

uczynił zadość po raz pierwszy wierszem : 
Rocznica imienin zmarłej księżniczki Teresy 
Czartoryskiej... dnia 15 października 1780 
w Powązkach obchodzona,* — poświęconym 
pamięci nieszczęśliwie zmarłej, nieznanej zresz- 
tą Karpińskiemu, księżniczki. 

Nie obchodzi nas tu wartość estetyczna 
(mierna) tego utworu, podkreślić zato należy, 
że w nim to po raz pierwszy odzywają się 
wyraźnie echa Kochanowskiego — i to echa 
Trenów właśnie. W części końcowej zjawia 
się ponad opłakującymi duch samej nieboszczki, 
pociesza zebranych i matkę. Pomysł przypo- 
mina żywo Tren XIX, a szczegóły wskazują, 
że zbieżność to nie przypadkowa, ale świa- 
domal 

Dalszych dowodów, i to już bezpośrednich, 
działania uroku Kochanowskiego dostarczają 
dzieje przyjaźni z Kniaźninem. Ten przeb}'- 
wał na dworze jenerałostwa już od r. 1775*, 
a wiemy, że przywiązał się doń silniej niż 
Karpiński. Po powitaniu towarzysza w zawo- 
dzie poetyckim i w pozycji społecznej, zajął 
się zapewne serdecznie przybyłym z głuchej 
prowincji do stolicy „śpiewakiem Justyny" 
i odrazu zapewne gruntować się w nich za- 
częła przyjaźń trwała i szczera. 

Wspomina o niej Karpiński w Pamiętni- 
kach'. „W tym czasie bawienia u Czartory- 



- 5 — 

skiego poznałem się lepiej z Kniaźninem, któ- 
ry dawniej hyl sekretarzem u księcia, a wten- 
czas tylko w domu jego bawił. Pisywał on 
wiersze, ale czy to szkolnej przysady pełne, 
nie wszystkim podobać się mogły; poprzyj aź- 
niwszy się z tym poczciwym człowiekiem, ra- 
dziłem mu, ażeby więcej prostej a tkliwej 
natury w wyrazach swoich szukał, a pisma 
jego powszechnie i zawsze podobać się będą ; 
bo co tylko dawniej przed Rzymianami Grecy, 
albo za czasów starych Rzymian tkliwy Wir- 
gili, albo Horacjusz napisał, dotychczas za 
piękne pospolicie uznajemy. Usłuchał rady 
mojej Kniaźnin i tym sposobem napisał Żale 
Orfeusza nad Eurydyką^ które wiersze mię- 
dzy dziełami jego z druku wyszłemi zapewne 
na czele położy ćby można"'. 

Być może, że przyjdzie zakwestjonować 
szczegół ostatni, domniemany wpływ Karpiń- 
skiego na Żale Orfeusza, które powstały około 
połowy 1780 r.^ i są nietyle echem „tkliwego 
Wirgila", ile parafrazą XIV trenu Kochanow- 
skiego^ Jedna rzecz natomiast pozostanie pew- 
na: oto współżycie i oddziaływanie wzajem- 
ne poetów rozciągało się i na ich twórczość 
poetycką i na pojęcia literackie programowe. 
Stwierdzić zaś chcemy tutaj fakt drugi, że 
podłożem był tu kult Kochanowskiego, w pierw- 
szym bodaj rzędzie — kult Trenów. Ale wbrew 



- 6 - 

samochwalbom Karpińskiego stronę czynną, 
inicjatywę w tern współżj^ciu literackiem przy- 
znać trzeba będzie raczej Kniaźninowi. Mo- 
żliwe, że jest już coś z tej inicjatywy Kniaź- 
nina i w wierszu Na imieniny ks. Teresy. 

Sa w tej sprawie świadectwa wyraźniej- 
sze. W r. 1781 wyszła w Warszawie pięknie 
wydana książeczka : Francisci Dionysii Kniań- 
nin Carmina ; ona to nadała autorowi tytuł 
„ostatniego z poetów polsko-łacińskich". Poza 
utworami łacińskiemi oryginalnemi zawierają 
Carmina dwa przekłady, oba z Kochanowskie- 
go; strony 141 — 169 obejmują „Threni I. Co- 
chanoyii, poetarum polonorum principis". 

Wartość przekładu i jego stosunek do o- 
ryginału przedstawił Chmielowski*", nam wy- 
starczy podkreślić ten osobliwy przejaw uzna- 
nia dla poety czarnolaskiego w XVin stuleciu. 
Na czele przekładu t^idnieje łaciński wiersz 
dedykacyjny: Ad Franciscum Karpiński.; je- 
inu to bowiem poświęcił pracę swą Kniaźnin. 
Jest zaś ta dedykacja wyraźnem świadectwem 
rozmiłowania się obu poetów w Trenach. 

Ecce tibi, Francisce, tuumąue, meumąue poetam, 
Delaciasąue tuas, deliciasgue meas. 
Dignus quem celebres ac solum rite seąuaris, 
Dignus quem toto depareas animo. 

Otóż widzimy, że wzory przed oczy sta- 
wia nie Karpiński Kniaźninowi, jak to wyglą- 



- 7 — 

idało w grubo późniejszym Pamiętniku, ale 
inaodwrót. Kniaźnin to właśnie wzywa przy- 
jaciela do dorównania Kochanowskiemu. Oba- 
czymy, że wezwanie było powiedziane w do- 
brą godzinę, ze „śpiewak Justyny" spróbuje 
'istotnie „rite sequi", pójść w ślady księcia 
poetów. 

Owo wspólne rozmiłowanie się w Kocha- 
nowskim wyda inny jeszcze owoc, wszelako 
dla smaku i poczucia taktu estetycznego 
w XVIII w. równie znamienny, jak i powyż- 
szy przekład arcydzieła mowy polskiej — na 
łacinę. Oto obaj poeci przerobią na spółkę 
i... zbanalizują przekład Psałterza Kochano- 
skiego*^. 



W r. 1790 wydał był Karpiński swą jedyną 
„traiedyę" Bolesława 111. "W dwa lata póź- 
niej, bawiąc znowu w Warszawie, dorobił do 
resztki nierozkupionych egzemplarzy scenę, 
ostatnią i zmieniwszy kartę tytułową, prze- 
chrzcił utwór na Judytę, królowę polską^^. Ani 
u współczesnych ani u potomnych „traiedya" 
ta nie znalazła uznania i nie sądzimy, żeby 
co zdołało obalić opinję wyrażoną przez Mic- 
kiewicza, że służyć ona może za dowód, „jak 
nawet wielki talent upaść musi, kiedy uda się 
na niewłaściwą swemu lotowi sferę"*'. 



- 8 - 

Treść utworu osnuta jest na znanym epi- 
zodzie z młodości Bolesława Krzywoustego, 
na pierwszej jego wyprawie wojennej. Już 
w akcie I wyprawia ojciec, Władysław Her- 
man, syna do walki, gdy tymczasem przewrotna 
Judyta-Fedra knuje śmierć dla pasierba, co 
wzgardził jej miłością. Z jej knowań i z liry- 
zmu ojca, który uwiadomiony o niebezpieczeń- 
stwie wpada w rozpacz i zapełnia lamentami 
scenę, — usiłował Karpiński zbudować trage- 
dję. Wynik świadczj^ jedynie o grubej, naiw- 
nej nieudolności dramatycznej autora. 

Dla nas atoli ważną jest w nieudanym 
tym utworze rzeczą, że odtwarzając tam bo- 
leść ojca po domniemanej stracie dziecka, się- 
gnął Karpiński do pierwowzoru, w którym so- 
bie przed laty upodobał, do Trenów Kochanow- 
skiego. Wynikła z tego osobliwa próba udrama- 
tyzowania wynurzeń lirycznych tamtego poety. 

Że pisząc utwór, miał Karpiński w sobie 
rytm i melodję Trenów, o tem świadczą remi- 
niscencje niektóre, czasami bardzo wyraźne. 
Kiedy w opowiadaniu Wszebora otruta Eu- 
doksja żali się przed posągiem Matki Boskiej : 

Juź ci świecy mą ręką nie będę zlepiała, 

Żeby po całej nocy przed Tobą gorzała; 

Juź skroń twych nie uwieńczę kwiaty codziennemi I 

Znajdziesz za mnie zdatniejsze służące na ziemi! 

[(str. 605)»«, 



- 9 - 

to nasuwa się nam nieodparcie rzewna skar- 
ga Orszuli z VI trenu: » Już ja tobie, moja matko, 
służyć nie będę«. 

Ale to za dalekie byłyby jeszcze echa 
i zbyt doraźne ; świadozyćby najwyżej mogł}'^ 
wogóle o kulturze poety, ukształconego nie- 
wątpliwie na Kochanowskim^^ 

Są wszelako echa bliższe i bardziej orga- 
niczne w utworze. Na Trenach mianowicie 
jest wzorowany cały przebieg ewolucji boleści 
ojcowej "Władysława Hermana. Z pierwiast- 
ków Kochanowskiego, jak z cegieł, usiłował 
Karpiński wystawić gmach własny. Ale że bu- 
downiczym był nieszczególnym, więc i wspa- 
niałości wzoru nie osiągnął i cegły pomieszał. 
To, podane ostatecznie w tragedji, niezwiąza- 
nie uczucia bólu w zwartą, krzepką całość, roz- 
wodnienie go w gadatliwej, nieudolnej lamen- 
tacji człowieka słabego w czynie i w cierpie- 
niu — razi i razić musi w zestawieniu z wy- 
buchem boleści prawdziwej, rozwijającej się 
z własną, twardą logiką, schodzącej coraz 
bardziej w głąb, targającej gdzieś u samych 
podstaw człowieczeństwa. 

Elementy Trenów rozrzucone są bezładnie 
na przestrzeni trzech ostatnich aktów tragedji, 
niemniej jednak są wyraźne. 

Jak ongiś u Kochanowskiego (tren III, 
w, 11 — 12), tak i tutaj dla króla pierwszym 



- 10 - 

odruchem zbolałej myśli jest pragnienie 
śmierci : 

Na tę gJowę zabójców miałeś przysłać, Boie ! 
Mnie miej za winowajcę, nie mojego syna (str. 60 

Nawróci raz jeszcze to pragnienie i zam- 
knie się w słowach jeszcze bliższych Treno))> . 

Synu, ta mnie przynajnmiej nadzieja nie zdradzi ; 
Smutek mój mnie za Tobą wkrótce poprowadzi. 

Tak i Kochanowskiemu przyszło : 

Nielza, nielza, jedno się z tobą gotować 
A stopeczkami swemi ciebie naśladować 

(lU. 11—12;. 

Obu ojców rani przykro, bolesna jest dla 
nich normalna kolej życia i radość świata. 

Lubo wstając gore jaśnie, 
Lubo padnąc słońce gaśnie : 
Mnie jednako serce boli 
I nigdy się nie utoli (XML 5—8), 

u Karpińskiego zaś : 

Jui dnieje... i ja słońce dzisiejsze obaczęl 
Duszy mi z ciała wygnać nie mogły rozpacze! 

(str. 609). 

Boli ich własna dufność siebie wczorajsza 
i dawne szczęście. 

Mnie chluba z tego bytu aź do pychy wiodła I 
Dziś zowcie mnie nędzarzem, starcem niedołężnym... 
Synem — byłem bogatym, synem — byłem męż- 
nym - (629) 



— 11 — 

narzeka król u Karpińskiego. A Kocha- 
nowski : 

Wielkie przed Tobą są występy moje... (XVIII. 26) 
...Terazem nagle z stopniów ostatnich zrzucony. 
I między insze, jeden z wielu, policzony (IX. 19 — 20). 

U obydwu zraniona miłość ojcowska kar- 
ini się i rozdrażnia wspomnieniami o szczęśli- 
vej młodości dzieci. Kochanowski wyśpiewał 
,0 w trenach VI, VIT, i XII, a Karpiński 
w ustępie: 

Dzień rodzin syna mego, dzień to był kłamliwy... 

(str. 601). 

Powtarza on nawet tenże sam za Kocha- 
nowskim motyw : wspomnienie na usłużność 
jdziecięcia : 

Każdej roboty pomóc : do każdej posługi 
Uprzedzić było wszytki rodziców swych sługi 

(Xn. 17-18). 
A w Judycie : 

.Tuż on czekał przed memi o tym czasie (o świcie) 

[drzwiami. 
Nikt go nie mógł uprzedzić swemi posługami 

(str. 609), 

przyczem motyw u obu spotęgowany wspom- 
nieniem na młody wiek dziecka (tren Xn, 
w. 19—20; Karp. str. 613, w. 13). 

Najwyraźniej jednak uwidocznia się wpływ 
Kochanowskiego w konstruowaniu punktu 



12 



szczytowego boleści, w}' buchającej bunten 
przeciw Opatrzności, zwątpieniem i bluźnier 
stwem. Tylko że do tego szczytu, do krzyki 
rozpaczy gdzieś z dna istoty wydartego, docho- 
dzi głęboka dusza Kochanowskiego poprzez 
cały obrachunek z mądrością wieku humani- 
stycznego, świadoma kolejnego usuwania się 
z pod nóg niewzruszonych dotąd podstaw ży 
cia wewnętrznego. I już prawie na dnie zwąt- 
pienia chwyta się ostatniej ostoi: wiary 
w Boga; zanosi się hymnem przebłagani 
i ukojenie znajduje — odbite w trenie ostat- 
nim. Boleść jego opisuje olbrzymi łuk rosną- 
cego napięcia i przezwyciężenia. 

W Karpińskim tego stopniowania boleści, 
tej głębi — ani śladu; nie stać było na nie 
króla z w. XI, ani też autora, jego piewcy 
z w. XYIII. Stąd to próźnobyś szukał w Ju- 
dycie niezrównanej zwartości trenu XI, szczj* 
towego. Niemniej jednak treść jego — podykto- 
wana ongiś Kochanowskiemu żywiołową ko- 
niecznością ps3'chiczną, — powtarza się w utwo- 
rze Karpińskiego jako motyw literacki 
Więc Władysław Herman, w ślad „księcia pO' 
etów", przechodzi przez tę przełęcz boleści: przez 
wzniesienie się do wyŻ3'n bluźnierstwa i natych- 
miastowe ochłonięcie, nagłe opatrzenie się jakby 
ze zgrozy nad słowem wyrzeczonem. 



- 13 — 

Fraszka cnota... 

Fraszka, kto się przypatrzy, fraszka z każdej strony. 

Kogo kiedy pobożność jego ratowała ? 

Kogo dobroć przypadku złego uchowała? 

Nieznajomy wróg jakiś miesza ludzkie rzeczy... 

...Sny lekkie, sny płoctie nas bawią, 

Które się nam podobno nigdy nie wyjawią. — 

— Żałości! co mi czynisz? owo już oboje 

Mam stracić: pociechę i baczenie swoje? (XI). 

U Karpińskiego wybucha król : 

Ja bluźnię tego Boga zuchwałym językiem. 
Który olbrzyma jednym z nóg zwalił kamykiem ! 

i zaraz potem ochłonięcie i opamiętanie : 

Odbiera mi przytomność żal mój przeraźliwy ; 
Miałbym być pokorniej szym, kiedym nieszczęśliwy 

(str. 627). 

Także i ostateczne ukorzenie się przed 
'anem powtarza się za Kochanowskim. Tam 
jWydało ono arcydzieło — hymn XVIII : 

My nieposłuszne, Panie, dzieci twoje... 

In Karpińskiego zwarło się w dwuwierszu : 

Całuję świętą rękę, która mnie zacina, 

Życia nie odbierając, a biorąc mi syna (str. 609). 

Tak wyglądają paralele między Trenami 
\i Judyta. Hóżnica między niemi, poza potęgą 
wyrazu, w tem przedewszystkiem, że ból oj- 
cowski w Trenach posiada budowę zwartą, 
irchitektonikę wprost ciosową, jest wepchnie- 



— 14 - 



ty w formę, „jak nabój w burzące działo' 
Lamenty zaś Władysława są rozwlekłe, nieski 
ordynowane, nie posiadają wewnętrznej logii 
rozwoju, stąd więc są bezsilne, starcze, niedi 
łęźne. Tonów przejętj^h od arcymistrza n 
umiał Karpiński ująć w porządny zespć 
klejnoty zapożyczone walają się w gęstwi 
słów. 

Wątpliwości jednak nie ulega, że to zi 
pożyczenie właśnie, że zbieżność między Tr 
nami a ustępami Judyty nie jest przypadki 
wa, mimowolna. Mówią za tem przesłani 
z atmosfery literackiej dworu Czartoryskie 
mówi rozległość zestawień. Wykazanie jej ni 
uratuje jednakże od zapomnienia dzieła Ka 
pińskiego, nieudolnie skrzywionego w same] 
poczęciu. Wszelako może rzucić nieco światł 
na kulturę estetyczną pewnych sfer literackie 
w. XVIII, kulturę, która pozwalając poeto 
nawracać do ożywczych źródeł wielkiej twór 
czości lat ubiegłych, pozwalała im równocz 
śnie na niepobożne przeróbki, wygładzani 
osobliwe przekłady arcydzieł na obcy, martw; 
język i wreszcie na więcej niż wątpliwej wa 
tości zużytkowywanie ich motywów w nienatu 
ralnych skojarzeniach. 



— 15 - 
. Ostatnia miłość Franciszka Karpińskiego. 

Przyczynek do biografji poety. 

Trudnoby o wymowniejszy przykład dla 
W5'kazania przeogromnej różnicy, jaka zaszła 
w charakterze dwu pokoleń: stanisławowskiego 
i romantycznego, — nad samo zestawienie dzie- 
jów miłości „śpiewaka Justyny" i Gustawa. Taki 
jeden szczegół, lepiej niż długie wywody, 
uprzytomnić może ów olbrzymi przewrót w psy- 
chice zbiorowej, dokonany w zaraniu w. XIX-go. 

Wśród pokolenia swego miał Karpiński 
uczuciowość żywszą, gorącą ponad normę; wie- 
dzieli o tem współcześni, odróżniając go przy- 
domkiem „poety serca". Miał z domu wynie- 
sionej tyle prawości charakteru, że nie zszar- 
gał miłości cynizmem i rozpustą, jak wielu 
rówieśników. Więc bez obawy pokrzywdzenia 
epoki może być wzięty za jej w tym względzie 
przodownika. 

A zaś kochał się trzy razy. Przeszedł całą 
gamę miłości. Pierwszem, młodzieńczem uczu- 
ciem obdarzył młodą sierotę ubogą, „najpięk- 
niejszą i najcnotliwszą pannę", zarzucił dla 
niej myśl o zakonie, przez nią obudził w sobie 
talent poetycki, a po tem wszystkiem, „kiedy 
jej zyskowne trafiło się zamężcie... ze łzami 
oświadczyłem jej, żeby za mego rywala po- 
szła" — opowiada sam Karpiński z rozbraja- 
jącą prostotą w Pamiętnikach. 



- 16 - 

Kochał się potem w p. Ponińskiej, zrazu 
mężatce, potem wdowie; przez 10 lat lokował 
swój afekt, aż wreszcie odstraszony wzmaga- 
jącą się elokwencją starzejącej się zwolna pa- 
ni — ukontentował się imieninowym darem 
5000 złp. ... i zapomniał. 

Zakochała się wreszcie w trzydziestokil- 
koletnim poecie młoda panna, Franciszka Ko- 
ziebrodzka, radziła mu, żeby ją wykradł ro- 
dzicom, ale nieodporny zresztą uczuciowo 
„kochanek Justyny" — cofnął się przed sta- 
nowczym krokiem i... zostawił pannę prawo- 
witemu narzeczonemu. „Kiedy ojciec mnie ko- 
chał jak syna, kiedy mi wioskę po przyjacielsku 
wypuścił, kied}' mi z córką bawić się z zaufa- 
niem dniami i nocami nie bronił, jakże mógł- 
bym go w zaufaniu jego zawodzić, całem ży- 
ciem wstydzić się przed ludźmi o czarny po- 
stępek mój" — opowiada potem z naiwną, 
tąsamą zawsze, dobrodusznością w Pamiętni- 
kach. Świadczy to jednak swoją drogą lepiej 
o charakterze, niż o temperamencie i uczucio- 
wości poety. 

Bo przy tern wszyśtkiem ani razu nie zo- 
baczymy w nim jakiegoś złamania serca, nie 
dopatrzymy się buntu żywej krwi, nie usły- 
szymy wydartego z głębi bolejącej duszy 
krzyku cierpiącego człowieka. Jakgdy by to po- 



17 



kolenie rozbiorowe w Polsce cierpieć nie umiało! 
Ten krzyk wydobędzie z siebie dopiero praw- 
dziwy „poeta serca": Gustaw -Mickiewicz. Nie 
zaprzeczymy jednak, że wchodzi tu w grę nie- 
;ylko różnica ludzi, temperamentów, ale i cza- 
sów, zwyczaju. Jakkolwiek bowiem z uśmie- 
hem słuchamy chełpliwości romantyzmu, że 
Dn to dopiero nauczył młodych kochać się, to 
jednak przyznać trzeba, że on właśnie miłość 
wyzwolił, z cieni małżeńskich komnat wypro- 
wadził na świat, z objawu wstydliwego uczy- 
aił ją wartością, niei-zadko sensem i pierwia- 
stkiem istnienia. 

Wiek XVIII jeszcze miłości wyraźnie się 
wstydził ; nielada triumfem było literatury mło- 
dej, że się to zmieniło. „Az do średniego mego 
wieku — opowiada pamiętnikarz tamtych cza- 
sów — do epoki zmieniających się obyczajów 
dawniejszych, nikt nie mówił otwarcie o mi- 
łości przedślubnej i był nawet wmawiany wstręt 
do miłostek poprzednich... Tak najczęściej ko- 
jarzyły się małżeństwa bez żadnych poprze- 
dnich tępów (?) miłosnych i zakochania się; bo 
dopiero te formy weszły w zwyczaj za napły- 
wem do kraju romansów zagranicznych: iżby 
wszystkie w nich opisane sceny wygrać umieć 
w kształtach przez romansistów wymyślomych... 
ślepo między młodzieżą za prawidło i przy- 

Pigoń. Studja. 2 



— 18 - 

kłady przyjętych"'. Oto referat naoczneg( 
świadka o niezaprzeczalnem zwycięstwie poezj 
nad życiem tamtejszej epoki. 

"Wracając jednak do Karpińskiego, z prze 
kąsem i żalem musimy zaznaczyć, że nawe 
tyle się nie odwdzięczył poeta Justynom swoim 
żeby ich uczucia, ich psychikę — odsłoniwszy 
ją w czującem widzeniu -^ przekazać wiekoi 
potomnym. Nie potrafił wyjść w Pamięłnikac, 
poza cechy zewnętrzne, w poezjach — poza wła 
sny swój stylizm. Mało więc wiemy, jak wygh 
dały owe „Justyny" duchowo, jakie było ic 
serce i uczuciowy stosunek do poety. 

Dziwnym trafem oddaje przyszłość -korek 
torka chociaż jednej z nich sprawiedliwość! 
Ostatniej mianowicie. 

Wśród materjałów, zebranych przez dra K 
M. Górskiego do końcowej — nienapisanej 
części monografji o Karpińskim, znajduje si 
kilka listów właśnie owej rezolutnej, na rap 
gotowej, p. Franciszki z Koziebrodzkich Pi 
zyniny do dawnego kochanka. Z szareg 
tłumu kobiet niewybitnych w. XYIII-go p( 
zwalają one nam wydobyć jednostkę zwyczajni 
niby przeciętną, a przecież godną uwagi prze 
swą szczerą, kobiecą uczuciowość, zarazem prze 
tę rezolutną zaradczość, która jej, widać, w ca 
łem, dość trudnem życiu nie opuszczała. 



- 19 - 

Nie da się ściśle oznaczyć, kiedy się za- 
czął „ten romans klecić". Grórski' przechyla, 
się do r. 1777, czasu dzierżawy poety w Żabo- 
krukach Koziebrodzkiego, choć nie wyklucza 
ostatecznie i roku 1784, czasu Powrotu z War- 
szawy na wieś, do Gralicji. Za pierwszą z tych 
dat zdaje się jednak bardziej stanowczo świad- 
czyć Pamiętnik^, a popierają go wnioski z za- 
chowanej w autografach korespondencji. 

Do listu z r. 1796 dopisuje się córka p. Pu- 
zyniny, Katarzyna : „la, kiedyś przezwana przez 
Pana pieczenia cielęcą, wtedy leszcze niedo- 
pieczona, teraz iuź na lepszą pieczenia wyglą- 
dam y za pozwoleniem moiey Mamy przesy- 
łam tu Panu nayniźsze ukłony". Tekst ten 
zdaje się świadczyć, że ślub Franciszki odbył 
się przed r. 1780, a Karpiński w r. 1784, za 
powtórnym pobytem w Galicji, mógł do kil- 
koletniej jej córki stosować owe gastronomiczne 
porównania. Ostatecznie nie. jest to zagadnie- 
nie najdonioślejsze. 

Przebieg miłości wiadomy. Nie zdołała re- 
zolutna p. Franciszka skłonić połowicznego 
zawsze Karpińskiego do stanowczego kroku 
i pogodziła się z losem. „Poszła ona potem za 
tego panicza i była nieszczęśliwą" — zapisał 
później poeta w Pamiętnikach*. Rozeszły się 
drogi ich dwojga. 

2* 



- 20 — 

On poszedł w sławę, bywał na wielk;;;. 
świecie, na dworach — królewskim i wielko- 
pańskich, zapisywał się między pierwszymi 
twórcami epoki. Ona — w małżeństwo niezbyt 
szczęśliwe-; przy mężu, dzieciach, codziennych 
gospodarskich kłopotach zacierała się w szare, 
ziemiańskie życie. I to poczucie d^^stans i 
w wartości wobec dawniej umiłowanego 
z jednej strony, z drugiej fakt, że on bądź 
co bądź wyszedł z wzajemnego ich stosunku 
poprawniej, nie zawiódł przyjaźni i ufności 
jej ojca, zapanował nad sobą, pokierował się 
wj^źszemi pobudkami — wszystko to sprawiło, 
że uczucie dla poety nie wj^gasło u pani Pu- 
zyniny, ale w kolei czasu przetworzyło się 
w głęboką, wdzięczną, jakby onieśmieloną tro- 
chę przyjaźń. 

Karpiński garnął się do tej przyjaźni 
i przyjaciółki, spowiadał się przed nią z trosk 
swoich i zawodów, posyłał jej dzieła swoje, 
tej kobiecie nie obdarowanej ani jedną — zdaje 
się — dla niej napisaną sielanką. 

Listowną tę długoletnią rozmowę zaczął 
Karpiński gdzieś około roku 1792. Nie znamy 
dziś tej korespondecji^ Nastąpiła w niej za- 
pewne jakaś przerwa do r. 1796. Poczem znowu 
inicjatywę dał poeta. Z odpowiedzi widoczna, 
jakiem ją tam przyjęto sercem. 



- 21 - 

D. 20 Febr. 1796, z Gwozdca. 
Monsieur 

Z odebranego listu od WWM. Pana Do- 
brodz. iaka się radość rozpłynęła w domu mo- 
im — wyrazić nie potrafię, y opisywać ią temu 
który naydoskonaley umie być przyiacielem 
y czuć wszystkie podobne zdarzenia — byłoby 
niepotrzebnym; równie y o smutku z wiado- 
mości straty tak miłego, nieoszacowanego przy- 
iaciela. Śpiewaliśmy tu : Potok płynie doliną^ 
y Siady się zmazały etc. Zdroy łez naszych 
chciał-by był odnowić ten miły potok y ślady, 
y może bydź, że pomogły do utrzymania tych, 
gdy chwała Bogu przy tylu nieszczęściach ży- 
iesz y zdrów iesteś. 

W czasie niespokoyności chcieliśmy posłać 
umyślnego dla powzięcia wiadomości o sza- 
nownym lego zdrowiu, ale się nikt ztąd nie 
dał wypendzió (s) na Twoie puszcze. 

Mnie od dzieci, od zatrudnienia, kture (s) 
dla nich ma iakiś los stanowić — nie możesz 
się Panie spodziewać w Twoim ulubionym 
domku; ale ia sobie podchlebiam, że kiedyś 
może prz^ddzie szczęśliwy moment, w którym 
zapragniesz widzieć swoię Oyczyznę y swoich 
przyiaciół. 

Od mego męża, Sendziny (s) Gurecki (s), 
która mię nie odstępuie, y od dzieci, które 



— 22 — 

z czytania książek bardzo dobrze znają, naj- 
szczersze ukłony łączę, zalecam mię stałej sza- 
cowney przyiaźni. 

na zawsze dobra sługa 

F. Puzynina. 

Z dużemi lukami trwa korespondencja na- 
dal. Z r. 1801 zachował się list „starej Puzy- 
niny", zapewne matki, o Franciszce i jej dzie- 
ciach, a z r. 1802 od niej samej. Serdeczny 
jest ten list, podbija przez jakąś dziwną jakby 
woń żywej duszy, wydobywającą się z pod słów 
zmęczonej trudnem życiem kobiety. Z jej roz- 
goryczenia do ludzi odtworzyć sobie możemy 
łatwo i tę litanję męczących przejść, jakie 
sprowadziło liche zachowanie się męża i różne 
z tego powodu chyłkiem szeptane plotki wśród 
sąsiedztwa. Wylewa się ten żal przed dawnym 
kochankiem, teraz czującym przyjacielem. 

19. Febr. 1802. Gwoździec. 
Wielmożny Mci Dobrodzieiu! 
Coż to ia doświadczam w tym momencie 
odbierając list Wiel. WM. Pana Dobrodz. z od- 
nowieniem y zapewnieniem ozystey iego a sza- 
nowney dla mnie przyiaźni. Możeż to być, aby 
odległość y czas tak długi oddalenia się nie 
zatarł w pamięci choć miłe, ale bezinteresowne 
zachowanie, a stąd powziętą przyiaiń. Ia co 



ii 



- 23 - 

mimo wszelkiego usiłowania ziednania sobie 
przyiaciół, samey złośliwości, zdrady y nie- 
wdzięczności ludzi doświadczam, ledwie iuź po- 
ią,(r mogę, aby się znalazł człowiek, któryby 
smakował w słodkich y delikatnych czuciach 
sentymentów duszy, dziś w przyiazney odezwie 
znayduję słodycz upragnioną, która orzeźwia 
moy umysł udręczony niewypowiedzianą dzi- 
kością ludzi. Chciey WWM. Pan Dóbr. zacho- 
wać dla mnie swą przyiaźń, którą prawdziwie 
poważam y chciey się zapewnić o moiey wza- 
iemności. 

Ja mieszkam zawsze w Gwozdzu, kupiw- 
szy go y spłaciwszy częścią moim posagiem, 
a resztę w ciągu lat kilku pracą i trudem ze- 
braną intratą z tych dóbr. Mam dzieci, dwie 
córki y dwóch synów, y te memu staraniu zo- 
stawione. Pierwsze wychowuię podług moiey 
sposobności y stosownie do ich kondycyi maią 
z Opatrzności Boskiey fundusz z czystego mego 
maiątku posagów., iaki ia od oyca miałam, sy- 
nom zaś, nim przyydą do potrzeby maiątku 
daię edukacye przyzwoite. 

Moy mąż nie rad na to wszystko patrzy; 
przymusił mie niedyskretnym obchodzeniem 
się do separacyi i do płacenia mu z mego ma- 
iątku pensyi roczney zł, pol. 2B00 y z tą pen- 
syią mieszka nayczęściey u młodey wdowy 
w naszym sąsiedztwie. 



- 24 - 

Gurska sendzina («) mieszka przy mnie, 
zawsze podsciwa (s) y tey winna iestem moie 
utrzymanie się w przeciwnościach. Łączy ona 
tu nay czulsze ukłony... 

Zostaię z nay wyższym upowaźaniem WWM. 
Pana Dóbr. nayniźszą sługą 

Fr. z Koziebrodz. Puzynina. 

W liście następnym, więcej niż w innych, 
uderza zaś dziwne uznanie czcigodności, jakieś 
trwożliwe przez piszącą uszanowanie człowie- 
ka, który wysoko wyszedł, podczas gd}' ją 
życie nisko do ziemi przybijało. 

Szacunek ten, wymieniony na grzeczność 
codziennego pożycia, możeby się zatarł, zma- 
lał ; przestrzeń daleka, świadomość niezobacze- 
nia się już w życiu, podnosi go, że się staje 
dominującym, uczuciowym tonem w stosunku 
do dawnego kochanka. 

20 X-bris 1803, z Gwozdzca. 
"Wielmożny Mci Dobrodzieiu ! 
Odbieraiąc list Wiel. WWM. Pana Dobro- 
dzieia z przyłączoną książką Rozmowy Platona, 
dziełem pracy lego iako dowód szanowney pa- 
mięci y przyiaźni dla mnie, przeięta czuciem 
radości y wdzięczności za te, iakich-że użyię 
wyrazów do spełnienia winnego podziękowania? 
Uszanowanie moie y mych czworga dzieci (z któ- 
remi przeczytałam w tym momencie Rozmowę 



' - 25 - 

i (' Bogu) przyimiy WWM Pan Dobrodziey za 
: liołd, a do wyrażenia mego szacunku y radości 
i iiżyie słów Platona : Bóg cię zachował na nie- 
i znaiomą tobie potrzebę, a uczyniwszy cię istotą 
• własności swoiey, daie przez Ciebie cnotliwym 
' (w nayodlegleyszych ustroniach ziemi) pociechę. 
List moy ostatni w czerwcu pisany, spo- 
] dziewam się, że doszedł rąk WWM Pana 
Dobrodz. E-zadkośó korespondencyi nie bierz Pa- 
nie za zapomnienie moie, bo byś mnie myślą po- 
dobną krzywdził, lecz bardziey y rzetelnie za 
nieśmiałość, którą wzbudza poważanie drogich 
momentów źy^a lego, poświęconych na dobro 
społeczeństwa. Przerywać ie, zostawiam sobie 
tylko wolność szukania w przyiacielskiey radzie 
wsparcia mego rozumu w pomyślnych y przy- 
krych zdarzeniach. leśli iednak oprócz tych 
wypadków zgłaszanie się moie nie będzie na- 
natrętne, z ukontentowaniem użyię pozwolenia. 
Posłaniec nagli na moy respons, kończę 
tedy zapewnieniem moyey stałej przyiaźni, 
uszanowania, z którym mam honor być WWM 
Pana Dobrodzieia nayniższą sługą. 

Fr. Puzynina. 

List ostatni, pozwalający głębiej wejrzeć 
w czasy zawiązywania się ich miłości, zużyt- 
kował już w części K. M. Górski. Umieszczamy 
go tu w całości. 



- 26 - 

D. 4. Maja 1804. Gwozdziec. 
Wielmożny Mci Dobrodzieju. 

List moy z podziękowaniem za przysłana 
mi książkę swych (pod imieniem Platona) roz- 
mów z uczniami spodziewam się, że doszedł 
rąk WWM Pana Dóbr. 

A żeś mi Panie napisał, iż Ci bawienie; 
na tey ziemi osładza, gdy iest ktoś co Go lubi 
y przyiacielską odezwę robi, w nadziei tego 
skutku śmiało korespondencie moią czynię, 
przesyłając wyznanie, a bardziey powtórzenie 
zapewnienia dawney szczerey przyiaźni y nay- 
wyźszego szacunku dla WWM Pana Dóbr. 

Zapomnieć o szanowney przyiaźni iest dla 
mnie rzeczą niepodobną, owszem z wdzięcz- 
nością przypominam ią sobie nieustannie, są- 
siedztwo y zachowanie WieL WM Pana Dóbr. 
z Oycem moim było szczęśliwym zdarzeniem 
dla mnie. W tym to posiedzeniu nabyłam filo- 
zofii, która mie wzmocniła do znoszenia spo- 
koynie przeciwności, trudów y przykrości ży- 
cia. Ta wzbudziła czułość y chęć do obowiąz- 
ków Ludzkości. Ta wpoiła prawdy Religii y 
miłość Boga, która po doświadczeniu zdrady 
i złośliwości ludzkiej ieszcze mi słodzi życie 
y wznieca iakieś nadzieie pomyślności. Wszyst- 
ko to winnam przyiaznym radom Oyca mego 
y WWM Pana Dobrodz, a wdzięczność za tak 



I' 



- 27 — 



szacowne dary przyiaźni zostawię w sukcessyi 
dzieciom moim. 

Lecz gdyby Karpin był w położeniu 
ICzechowy mielibyśmy pożądaną sposobność 
oświadczania y dawania osobiście dowodów, 
cośmy winni, a czasem byłaby i kłótnia, dla 
czego podług powziętycłi rad naylepsze postę- 
powania przeciwny skutek odbieraią ; a tak na 
słabym podkreśleniu pióra przestać potrzeba, 
wyznając winne uszanowanie, z którym nie- 
przestanę być Wiel. WWM. Pana Dobrodz. 
nayniźszą sługą. 

F. Puzynina. 

Moie Córki, Gurska Sendzina (s), JEy syn, 
to z mego Domu, Brat moy Jozef z Żoną z Cho- 
cłmirza, Mrozowiccy Jefostwo {s) z Piadyk, 
Przy by sławska Siostra moia z familijo {s) 
Wszyscy nayprzyiaznieysze oświadczenie y 
Ukłony zasyłaią; Cienska stara bawi u Dzieci 
w Czernelicy ktorey połowę w Roku przeszłym 
kupili, powiedzieli mi że iest mocno słaba. — 
Puzynina Sttcina w Kowalowce zdrowa. Córka 
JEy Barbara poszła za Mąż za Skrzyńskiego, 
który się rozwiódł z Czechowiczowną y pow- 
tórnie z Czosnowską, Siostrą Skarbkowy. — 
W tych dniach rozpoczęli Dział Sukcessyi po 
Woiewodzicowy Ponińskiey, Wielki to dla nich 
ambaras y kłopot, że muszą brać gotowy ma- 
iątek, iuż to Lat 7 iak się tym biedzą. 



- 28 - 

Tym akordem wspomniena kończy się znaiii 
dziś korespondencja. OdsłoŁiła nam parę szcz*;- 
rych drgnień duszy z tego wieku, w który::: 
dusza ludzka zdaje się przysypana nawałą słó\\ . 
Pokazała postać kobiecą, mającą wśród powsze- 
dniości życia dziwny jakiś, głęboki urok, jaki 
wywiera zawsze proste, silne uczucie. A że 
uczucie to rozbudził Karpiński, poeta nie naj- 
wyższy, ale zawszeć z pomiędzy pierwsz3'ch 
owej epoki, — przeto zdaje mi się, że warto 
było je wydobyć z pożółkł}' eh kart. 

Prokocim, w styczniu 1914. 



DODATEK. 

List Franciszka Karpimkiego. 

Już po ukończeniu druku przygotowanego prze- 
żeranie tomu Pism literackich K. M. Górskiego na 
trafiłem wśród rękopisów w bibljotece Akad. Umiej. 
(Cod. rkp. nr. 127) na jeden krótki i ostatecznie mało 
ważny list Karpińskiego. Nie można go już było ogło- 
sić w dodanym do tamtego tomu zbiorze wszystkich 
znanych dotąd listów poety (str. 661 — 681 i w tekś- 
cie). Ogłaszam go więc tutaj choćby dla dopełnienia 
kompletu ogłoszonej już korespondencji. — List do- 
chował się bez koperty, stąd adresat niewiadomy. — 
Nie objęty > korespondencją* u Górskiego jeden list 
Karpińskiego do Poczobutta z r. 1787 ogłosił J. Ki- 
liński w Rocz. T. P. N. w Wilnie 1909, str. 117—120. 



- 29 - 

13 7-br. 1802 z Białegostoku. 
Jaśnie Wielmożny Mości Dobrodzieiu ! 
Z niecierpliwością czekałem do dzisieyszego dnia 
odpisu JWWMG Pana Dobrodzieia na list moy z dwoma 
Exemplarzami Platona mego, przed tygodniem do 
JWWMG Pana Dobrodzieia adressowany. Smutny, iutro 
ztąd wyieżdzać muszę do Domu; myśląc, że albo też 
iXiążki może niedoszły; albo w domu JWWMG Pana 
iDobrodzieia niezastawszy, ukontentowanie moie prze- 
wlec się musiało odbierając łaskawy List Jego, co 
zawsze dla mnie naywiekszą będzie słodyczą. 

Jeżeli łaska nastąpi przyspieszenia mi tey szczę- 
śliwości, iak teraz tak y potym, ieżelibym co JWWMG 
Panu Dóbr. z robot moicb przesyłał, Respons Jego 
doydzie mię przez Białystok, Grodno, Prużanę, w Kar- 
pinie. 

Do Szacunku y względów które JWWMG Pan 
Dobrodz. masz u Ludzi naywiększe, upraszam przy- 
lać y moie nayszczersze oświadczenia szacunku nie- 
skończonego y naygłębszego uszanowania, z którym, 
mam honor zostawać 

JWWMG Pana Dobrodzieia 
nayniższym sługą 

Fr. Karpiński. 



PRZYPISKI. 

1. 1 Bibl. Warsz. 1866, I. str 50-79, 329— 3B8. 

2 p„^. LHer. 1906, str. 312-323 : „Kochanowski 
•w Roksolankach". 

3 K. M. Górski : Pisma literackie, Warszawa 1913, 
str . 452. 

* Ptswawwyd. Turowskiego (Kraków 1862), str. 305. 

» Identyczny z motywami Trenów jest w wierszu 

Karpińskiego ubiór i wygląd zjawionej dziewczyny (w. 75= 



— 30 



Tren XIX w. 9 n.), ten sam tok myśli w pof^ieszaniu : prz€ 
ciwstawienie trwałego szczęścia zaziemskiego — kłopotoi 
codziennym i troskom ziemskim (Karp. zwr. 23, 24 - 
Koch.w. 41n., 67 n.); wreszcie apostrofa: » Lepiej na czei 
waźniejszem zasadź swe staranie" (tren XIX, w. 80j oc 
żywa się u Karpińskiego iw 81 n.). Nasuwają się tez 
miniscencje słowne z trenu XIX i z w^iersza: O śmiert 
Jana Tarnowskiego. 

* St. Paluchowski: Kniażnin i Zabłocki w stosunki 
do siebie i do dworu Czartoryskich. Sprawozd. V gimn 
we Lwowie 1907, str. 11. 

' Wyd. Turowskiego, str. 1192-3. 

8 St. Paluchowski 1. c. 18. 

9 Faleński w Bibl. Warsz. 1866. 
i» Eos 1903, str. 112-130: „Ostatni z poetów polsko 

łacińskich". 

" Kwestię stosunku przeróbek Psałterza przez Kai 
pińskiego i Kniaźnina do pierwowzoru omawia K. M. Gól 
ski 1. c 649 — 562, oraz X. P. Kwoczyński : Fsałterz Kat 
pińskiego i jego stosunek do Psałterza Kochanowskiege 
Lubhn 1907. 

»•'' K. M. Górski 1. c. 599. 

*' Dzieła wszystkie (wyd. Piniego) Lwów 1912, IV 211 

1* Wyd. Turowskiego. 

*'■* S\)Olykainy vf Judycie wyrażenia także z Odprawy po 
słów : „Co nam do domu łodzie przyniosły pływaczki" i^stł 
623) 

2. * Pamiętniki domotce, wydał M. Grabowski, Warszawi 

1845, str. 34, 37. 

- K. M. Górski: Pisma literackie, Warszawa 191? 
str. 423, 538. 

3 Pamiętniki Fr. Karpińskiego, z przedmową P. Chmie 

lowskiego. — ,Bibl. dzieł wybór.", Warszawa, 1898, str. 68 

■» Tamże, str. 69. 

5 Ob. K. M. Górski, 1. c. str. 639. 

8 Pieśń Karpińskii^go p. t. Przypomnienie daicne 

miłości. Zaczyna się : „Potok płynie doUną..." Ostatnia zaj 

zwrotka brzmi: 

I ślady się zmazały. 
Las zarasta krzewiną I 
Potok, drzewa zostały, 
Ciebie niemasz, Just>Tio I 



n. 

ODDŹWIĘKI PROCESU FILARETÓW 

W TWÓRCZOŚCI J. U. NIEMCEWICZA. 



Nie trudnoby nam przyszło określić, jak 
się odnosili uczuciowo filomaci i filareci, jak 
się odnosiła wogóle młodzież uniwersytecka 
wileńska do J. U. Niemcewicza, Nie brak do 
tego świadectw postronnych i bezpośrednich. 

Kiedy napotykamy w. pamiętnikach owo- 
czesnj-ch nazwisko Niemcewicza, uderza nas 
zawsze ta wysoka atmosfera czcigodności, jaką 
bywa ono tam otaczane. Jest to dla nas dzi- 
siaj trochę niespodziane i niezrozumiałe. Niem- 
cewicza uważamy i poważamy przeważnie ja- 
ko pisarza, stawiamy go wysoko, jako autora 
Powrotu posła, powieści historyczno objuczaj o- 
wych, rozumiemy nawet zasługi narodowo- 
wychowawcze autora Śpiewów historycznych. 
Przyczem jednak to nasze szacowanie wycho- 
dzi zawsze od strony literackiej i w niej się 



- 32 - 

przeważnie obraca. Jest więc nie tak zno v i 
niebywale wysokie. Nie uwzględniamy, zaj - 
mnieliśmy dzisiaj, wskutek j3rzestrzeni czas(V., 
o stronie drugiej, stronie tej właśnie, z któi-j 
go przedewszystkiem widziała współczesno- '. 
z której go tak wywyższała; nie szacujemy 
już Niemcewicza-obywatela. A jednak bodajże 
nie my, ale współcześni brali tę rzecz trafu: , 
bodajże tutaj to właśnie, po tej stronie, leży 
macierzysty rdzeń wzrostu i wielkości tej j; >- 
staci. Niemcewicz był zawsze obywatelen:. 
„politykiem" ; — pisarzem zaś tylko przygod- 
nie. W tej polityce nie był wprawdzie nigdi 
wodzem, nie był sztandarem nowych łias^ 
nowego życia, ale był zawsze reprezentantem 
dusza jego była skonstruowana koncentrycznie 
z duszą narodu. Tę reprezentatywność, kon 
centryczność Niemcewicza bardzo trafnie doj 
rżał i uchwycił A. Czartoryski: „Nie był oi 
na czele, ale był we wnętrzach, w sercu, w czu« 
ciach narodu : był typem serdecznego szlach< 
cica polskiego, wzorem prawym patrjotyzmi 
dla masy narodowej".^ 

Jakoż tak było istotnie, Niemcewicz byl 
dla tamtych ludzi wcieleniem ideału Polaka, 
uosobioną syntezą polskości, jakby wyobrazi- 
cielem samej iścizny ducha narodowego, odro* 
dzonego w atmosferze sejmu czteroletnie gOj 
a niezłomnego w godności i woli wyswobodzeni! 



33 



po rozbiorach. Był, krótko mówiąc, niemal tem, 
czem dla pokolenia następnego stał się Mickie- 
wicz, tem całkowicie, czem dla nas jest wielki 
duch Sienkiewicza. 

Dopiero gorycze emigracyjnych zamętów 
nadwerężyć miały chwilowo tę czcigodność 
Niemcewicza; do r. 1831 była ona tak jasna 
tak niezachwiewalna, jak słońce. Kiedy na 
sejmie 1831 r. poseł Świdziński postawił wnio- 
sek, by 74-letniemu starcowi nadać godność 
benatora Rzpltej, obie izby przyjęły wniosek 
z entuzjazmem, przez aklamację i powstanie. 
Historyk tych czasów pisze: „Szacunek dla 
Niemcewicza był wielki, imię jego od dziecka 
do starca całej Polsce było znane, Polska 
go uwielbiała i szanowała ; pod względem pa- 
trjotyzmu był wyrocznią narodową'' ^ 

Kiedy tak było w Koronie, nie inne uczu- 
cia żywiła dlań Litwa, ta Litwa, za której oby- 
watela Niemcewicz, urodzony pod Brześciem, 
stale się uważał. I tam więc „uważano go za 
wzór doświadczonego patrjoty w rozmaitych 
kolejach narodu" ^ Zaś z uniwersytetem wi- 
leńskim łączyły go osobliwsze więzy uczuciowe. 
Wiadomo, że w r. 1803 uniwersytet ten zapro- 
sił go na katedrę historji literatury polskiej*; 
zaproszenia Niemcewicz wprawdzie nie przy- 
jął, ale tytuł „członka Akademji Wileńskiej" 
nosił zawsze z chlubą. Kiedy w lecie 1819 r. 

Pigoń. Studja. 3 



— 34 - 

odwiedził był "Wilno, pobyt ten zmienił się m 
jedną olbrzymią manifestację narodową, pełni 
powagi i rzewności. Na podniosłość nastroji 
złożyła się niewątpliwie lwia część entuzjazmi 
młodzieży uniwersyteckiej. Gorące jej sercs 
podzielać musiały uczucia pokolenia star8zeg( 
w wzmożonem parokrotnie napięciu. 

Posiadamy jednakże świadectwa bezpc 
średnie, mówiące, czem był Niemcewicz dli 
kwiatu owoczesnej młodzieży, dla filaretów 
Pytany przed komisją śledczą, przyznał póź- 
niej Zan wyraźnie, że w Towarzystwie ujaw- 
niały się istotnie* uczucia miłości narodu takie; 
które „rodzą się w każdym Polaku z czytanii 
polskiej łiistorji, rozmaitych utworów o Polsce 
i Polakach, a mianowicie z pieśni czyli balla( 
Niemcewicza o czynach sławnych Polaków''' 

Widzimy stąd wjraźnie, że Śpiewy liistO' 
ryczne Niemcewicza odgrywałj'- wśród filare- 
tów rolę przewodnika patrjotycznego, — jakii 
był później Konrad Wallenrod dla belw( 
derczyków. Tę rolę dzieła Niemcewicza mam; 
poświadczoną i z innej strony. Kiedy filomac 
pragnęli z wiosną 1820 r. wśród młodzież; 
gimnazjalnej w Kownie obudzić ducha patrjo 
tycznego, posłali jej m. in. właśnie Śpiewi 
historyczne^. Dzieło Niemcewicza przemawis^i 
widać do głębi ich dusz, poeta sam uważau; 
był za budziciela i wyrocznię patrjotj^cznf 



- 36 - 

W czci jego osobistości skupiały się serca ca- 
,łej tamtej młodzieży. 

Ale teraz naodwrót. Czy ta młodzież, czy 
jej ruch odrodzeńczy odegrał jaką rolę, czy za- 
znaczył się gdzie w twórczości Niemcewicza? 
Nic nam o tem dotąd nie było wiadomo; nie 
zwrócono poprostu uwagi na zagadnienie. 
A zagadnienie to ostatecznie nie najmniejsze, bo 
może rzucić pewne światło na psychikę Niemce- 
wicza, na jego skłonność i zdolność współżycia 
i współczucia z wyrastaj ącem pokoleniem, wy- 
każe ono na drobnym przykładzie, czy zbieracz 
Pamiętników o dawnej Polszczę miał baczną czu- 
łość na rodzące się w łonie narodu nowe siły, czy 
miał zdolność „z żywymi naprzód iść, po życie 
sięgać nowe". 

Można zgóry powiedzieć, że odpowiedź na 
zagadnienie tu postawione wypadnie przytwier- 
dzające; a zaś odpowiedź zilustrować możemy 
utworem, zapewne — nie najwybitniejszym 
i może w całokształcie twórczości Niemcewicza 
najmniej znanym, komedją polityczną p. t. : Po- 
deyrzliwy\ 

Utworowi temu nie poświęcono dotąd zbj^t 
wiele uwagi krytycznej ; krótko tylko omówił 
go Kielski w monografji o wpływie Moliera 
na komedję polską; mimochodem w przypisku 
wspomniał o nim Chrzanowski w książce O ko- 
medjach Fredry^. Osobną notatkę napisał dopie- 

3* 



- 36 - 

ro Br, Kąsinowski i ogłosił ją w Pamiętniku Li- 
terackim zr. 1916. Mimo tak szczupłej literatur . 
zdołał wszelako już powstać spór co do szac - 
wania artystycznej jakości utworu. Obecnieje ;- 
nakźe nie chodzi o rozstrzygnięci© sporu, a .: 
o wzięcie w nim udziału; ograniczyć się przyj- 
dzie tylko uwagą na odgłosy chwili i aluzje po- 
lityczne pojawiające się w utworze. 

Zaznaczyłem powyżej, a ustaliła to dotych- 
czasowa krytyka, że Podejrzliwy jestkomedji 
polityczną, całkowicie w stylu Powrotu posła. 
Tu i tam chodziło o odzwierciedlenie pewnegu 
momentu w dziejach wewnętrznych narodu, eh' - 
dziło o ostre wyszydzenie pewnych publicznycu 
zdrożności. Tylko gdy w Powrocie posła były : o 
zdrożności własnego społeczeństwa, jego odłamu 
zachowawczego, — w Podejrzliwym, sięga poeta 
biczem satyry zdrożności cudzych : znieprawie- 
nia, jakie wniósł wżycie społeczeństwa polskie- 
go rosyjski system szpiegostwa i policji tajnej. 
Komedja wystawia podłość duszy i nędzę mo- 
ralną takiego szpiega, Płaskiego, który zdołał 
omotać umysł zacnego, lecz słabego hr. Oronta. 

Pomysł ten utworu, śmiały i oryginalny, 
zepsuł wszelako istotnie sam autor, który, pra- 
gnąc podejść demaskowaną właśnie policję i umo- 
żliwić wystawienie komedji współcześnie na 
scenie, nie podołał podwójnemu zadaniu: poJ 
licji ni cenzury nie zwiódł, a utwór w założę- 



- 37 - 

niu skrzywił. Płaskiego wprowadził nie do 
stolicy, ale do dworu wiejskiego, gdzie nie wy- 
chodzi wyraźnie, otoczył go nie figurami z życia 
realnego, jak to b3'ło w Fowrocie posła, ale 
manekinami z rekwizytorni Moliera. 

"Wbrew tytułowi, nie podejrzliwy Oront, 
ale właśnie Płaski jest w utworze postacią 
centralną, co więcej — jedyną postacią żywą. 
Toteż postać sama mogłaby i powinnaby obro- 
nić utwór przed niepamięcią. Przynosi ona bo- 
wiem z sobą, jak przynosił np. Starosta 
i w Powrocie posia, kawał epoki w dziejach na- 
rodu, przedstawia typ silnie zapisany w pamięci 
martyrologji polskiej. 

Ten to właśnie utwór — znowu jak Po- 
wrót posła, który aż roił się od aluzyj całkiem 
szczegółowych, wprost słownych' — nadziany 
I jest także mnóstwem złośliwych, nieraz świę- 
tem oburzeniem patrjotycznem dyktowanych 
I aluzyj i docinków. Największa ich część zaś do- 
; tyczy właśnie procesu filareckiego. 

O filaretach dowiedział się Niemcewicz, 
podobnie zresztą jak całe społeczeństwo pol- 
skie, dopiero w chwili procesu i przez proces. 
Mimo, że Nowosilcow nałożył na dzienniki wi- 
leńskie cenzurę i poprostu nie pozwolił wspo- 
minać o wypadkach choćby słówkiem, wiado- 
mość jednakże rozchodziła się po całej Polsce 
— i to stosunkowo szybko — i wszędzie budziła 



- 38 - 

żywy oddźwięk. Niemcewicz zbierał chciwie te 
wieści z za Niemna i reagował na nie oburze- 
niem. „Rozlegają się ulice Wilna płaczem nie- 
tylko zamkniętych dzieci, ale matek i sióstr 
ich« — pisał w liście 30 XII 1823 r. — „Szpie- 
dzy i inkwizytorowie nagrodzeni pieniądzmi 
i gwiazdami". A w innym, późniejszym liście: 
„Przyjechał z Wilna Zaleski; serce się kraje 
słyszeć, co się tam dzieje. Nieszczęsne dzieci, 
nieszczęśliwsze rodzice! Zyzowaty (Nowosil- 
cow) w najokropniejszem świetle W3'stawił 
wszystko"...'" 

Widzimy, że Niemcewicz odrazu i bez za- 
strzeżeń — inaczej być nie mogło — stanął 
sercem po stronie prześladowanej młodzieży, 
losem jej przejął się do głębi To właśnie wzru- 
szenie i wyrosła z niego zjadliwa pasja na cie- 
mięzców znalazły wyraz artystyczny w Po- 
dejrzliwym. 

Niektóre ustępy utworu zdają się najwy- 
raźniej odnosić do wypadków wileńskich, do 
szczegółów procesu i metody śledztw przy nim. 
Tak np. w akcie III sc. 7 hr. Oront, pod- 
burzony przez szpiega, mówi do żony o wła- 
snej córce : 

Najprzód wszelkiego pisma zabronić młodzieży. 
Rozkażę wraz przetrząsnąć Cecylji schowania, 
Przejrzeć wszystkie seksterna, listy, cyfrowania. 
I wprzódy, niźii śledztwo nastąpi w tern dalsze, 



- 39 — 

Nim wiadomości nasze staną się dojrzalsze, 
— Opieczętuję wszystko!... 

Te to napozór fraszki — dla oczu wprawionych 
Stają się nieraz kluczem do buntów tajonych. 

Zdaje się, że słuchaczom czy czytelnikom 
współczesnym jedno tylko przy tych słowach 
przychodziło na myśl : — wileński proces mło- 
dzieży filareckiej, w którym właśnie uzyskane 
w nagłych rewizjach „seksterna, listy, cyfro- 
wania", te błahe napozór „fraszki", stały się 
„dla oczu wprawionych" Nowosilcowa „klu- 
czem do buntów tajonych". 

Gotowiśmy i dzisiaj dopatrywać się tutaj 
tej właśnie aluzji, a ^to tem bardziej, ponieważ 
z przypisku umieszczonego na karcie tytuło- 
wej druku, wynikałoby, że utwór powstał w r. 
1823, w roku procesu wileńskiego, przez co 
dopatrywanie się takich aluzyj zyskuje podsta- 
wę historyczną. Przypisek ten na wydaniu z r. 
1831 brzmi tak : „Komedja ta pisaną była przed 
8-u laty, wtenczasj gdy się organizował sztab 
jeneralny szpiegostwa i rozsyłano po prowin- 
cjach różne szpiegów komendy; zakazała ją 
cenzura, jako pełną zgorszenia". — „Przed 
ośmiu laty" — a więc właśnie w r. 1823. Tak 
sprawa wyglądała dotąd. 

Aliści obecnie trochę się ona komplikuje. 
Komedjitej rękopis, obejmujący nie brulj on, 
zapewne, ale wczesną, staranną kopję, zacho- 



40 



wał się w zbiorach Bibl. Raczyńskich w Po- 
znaniu. Co więcej — zachowany zeszyt ręko- 
pisu jest to ten sam egzemplarz, któr}- był 
posłany cenzurze warszawskiej Szaniawskiego, 
jakoteż ten sam, którego użyto później w te- 
atrze za podstawę do kopjowauia ról. Na kar- 
cie tytułowej rękopisu mieszczą się dopiski, 
czynione, z wyjątkiem pierwszego, najprawdo- 
podobniej własnoręcznie przez Niemcewicza; 
można z nich wywnioskować parę ważn5'ch 
szczegółów do genezy dzieła. 

U samej góry str. 1 rękopisu znajduje się 
notatka piórem innem niż wreszcie dopisków; 
„Podano do Cenzurj^ rządowe}^ dnia 2 Lut. 
1821. — Osiński". — Pod tytułem utworu na 
str. 1 zanotowano : „Miesca (s.) zakreślone 
ołówkiem przez Policj^ę uznane jako niemo- 
ralne i gorszące. Ciekawy dowód moralności 
policyi i Cenzoruw (s.) naszych". 

Wreszcie na str. 2 rękopisu znajdujemy 
obok spisu osób podopisywane nazwiska arty^ 
stów, którym przydzielono odnośne role : tak 
np.: „WPan Kudlicz — Hrabia Oront; JPan 
Żółkowski — Płaski: WPani Ledóchowska — Del- 
fina; WP. Kurpińska — Cecjdja..." it. d., a u dołu 
stronicy: „N. b. W przepisywaniu Ról trzeba 
uważać, że Delfina i Hrabina iest toż samo, — 
tudzież Oront i Hrabia tożsamo, — a Płaski często 
się pokaźnie, chociaż nie iest w scenie napisany". 



— 41 - 

Cóż teraz wynika z tych dopisków ? Prze- 
i dewszystkiem to, źe utwór zaraz po napisaniu 
', był złożony dyrekcji Teatru Narodowego do 
grania, że dyrektor Osiński Ludwik złożył go 
w cenzurze, a ta go pokiereszowała setnie. 
Istotnie, tekst zachowany w tym zeszycie pełen 
jest zakreśleń ołówkiem czarnym i czerwonym, 
a pozakreślane są stale aluzje do szpiegostwa 
i posługującego się niem rządu. Ogółem zakre- 
śliła cenzura w utworze aż 96 wierszy. 

Wszakże mimo tak złośliwej cenzury utwór 
miał kiedyś wyjść na scenę; role poprzydziela- 
no, rozpisano i to z tegoż właśnie egzemplarza. 
Kiedy mianowicie? Niewątpliwie dopiero, kiedy 
cenzura razem z w. ks. Konstantym i szefem 
policji tajnej, generałem Rożnieckim, umknęła 
z Warszawy ku niewypowiedzianej uldze i ra- 
dości mieszkańców, t. zn. w r. 1831. Bardzo 
nawet być może, źe utwór, dany ongiś do cen- 
zury, został tam przyaresztowany i dopiero 
po wybuchu powstania zdołano go stamtąd 
wydobyć ; wiemy, że taki los spotkał inne sztuki 
teatralne". 

W każdym razie Podejrzliwy wystawienia 
na scenie się doczekał. Kurjer Warszawski 
Nr. IBl z 6 czerwca 1831 ogłasza: „Teatr 
Narodowy: Jutro pierwszy raz nowa ko- 
medja Podejrzliwy i balet Zabawa hiszpańska. 
Między aktem p. Potje, artysta Teatru Frań- 



— 42 - 

cuskiego, śpiewać będzie piosnkę swoją Zołnurz 
polaki'^. Niedługo jednakże utrzymała się k 
medja; po raz drugi wystawiono ją 11 czerwca, 
poczem zeszła zdaje się z repertuaru. Nato- 
miast już dn. 21 VI ogłosił Kurjer Warszawski 
wyjście z druku „nowej komedji oryginalnej, 
wierszem przez J. U. N. napisanej" (Nr. IG'*). 

Ale teraz rzecz najgłówniejsza. Na ręko- 
pisie wypisał Osiński wyraźnie datę : 2 II 182 1 
r. Z zapiski tej wynikałoby, że utwór musiał 
być ukończony i przepisany jeszcze w roku po- 
przednim. A jeśli tak, to nie mógł zawierać 
aluzyj do wypadków z r. 1823, więc też, co da- 
lej z tego wynika, przytoczony wyżej ustęp za- 
wiera aluzje niefilareckie. Poszukującemu od- 
dźwięków filareckich w twórczości Niemcewi- 
cza — usuwa się oto grunt pod nogami. 

Czy całkowicie, — to rzecz inna. Przed --- 
wszystkiepi nie można zataić, że data Osiń- 
skiego budzi poważne wątpliwości. Nie znaj- 
duje mianowicie poparcia w reszcie źródeł od- 
nośnych. W pierwszym rzędzie -sprzeciwia jej się 
drukowana notatka samego autora na wydaniu 
z r. 1831. Mowa tam wyraźnie o latach 8. a nie 
10 czy 11, jakby to wynikało z zapiski Osiń- 
skiego. Po wtóre, ani w listach, ani w Pamięt- 
nikach Niemcewicza nie mamy pod rokiem 1820 
wzmianki o Podejrzliwym. Zapewne, listów 
znamy mało, a Pamiętnik urywa się na 4 maja 



I 



- 43 



820 : ale natomiast w listach pod rokiem 1823 
;najdujemy wzmianki, które niemal na pewno 
dnieść można do naszej komedji. W tejże sa- 
jnej korespondencji z końca r. 1823, gdzieśmy 
tnaleźli reakcję na wypadki wileńskie, napo- 
ykamy dwukrotnie wzmiankę o niecenzural- 
'lym utworze scenicznym: „Szaniawski nie 
Dozwala dramma mego drukować" (4 IX 1823). 
i,Nic drukować nie mogę, choć mam wiele ba- 
2graniny... dwa romanse i kilka sztuk teatral- 
lych: wszystko to śpi pod obrzydliwego Sza- 
niawskiego obuchem" (30 XII 1823)^^ Wszystko 
to świadczyćby mogło za tem, że Podejrzliwi/ 
Dowstał istotnie w r. 1823, a zapiska Osińskiego 
posiada błąd w dacie. 

Jakkolwiek bądź jednak, czy przesuniemy 
jdatę powstania utworu na r. 1820, czy też nie, 
— to dla naszego zagadnienia zostanie prze- 
cież sprawą ostatecznie drugorzędną. W każ- 
dym bowiem razie mamy podstawę inną, od 
tego niezależną, skłaniającą do szukania od- 
dźwięków niechybnie filareckich w tym wła- 
śnie utworze. Podstawa ta wyrasta z zestawie- 
nia tekstów rękopisu i pierwodruku. Zestawie- 
nie takie wykazuje naogół niewiele i do tego 
drobnych zmian redakcyjnych; najznaczniejsza 
np. jest w SC. 5 aktu I drukowanej redakcji, 
gdzie pierwotnie w machinacje podrabiania listu 
był wciągnięty także Łukasz, służący Oronta. 



- 44 — 

Ważniejszy natomiast jest szczegół innj 
Oto w autografie brak trzech scen I aktu, mif 
no wicie sceny 2, 3 i 4. Ponieważ scen tj^c 
niema ani wpisanych, ani nawet wspomnianyc 
w tekście służącym do kopjowania ról w r, 1831 
więc zostały one widocznie dopisane i włączon 
tam w ostatnim momencie, w tym -właśnie roki 
przed oddaniem egzemplarza do druku. Otó 
jakkolwiek bądź jest z całością, aluzje, mi« 
szczące się w tych trzech scenach, włączonycl 
w całość później, wolno już śmiało odnieść d 
wypadków z r. 1823. A właśnie te sceny, na; 
jaskrawiej zohydzające metody szpiegowskie 
więc i pośrednio świadczące, że pisane be 
wątpienia w atmosferze entuzjazmu wolności 
po zniknięciu zmory rosyjskiej, kiedy to wła 
śnie mieszkańcy stolic}' osobliwie silnie uczu 
wali ulgę po sczeznięciu zgrai szpiegowskiej** 
— sceny te wykazują takich obchodzących nj 
tutaj aluzyj do buntowniczej młodzieży szkol 
nej — najwięcej. 

W scenie 2 mówi Płaski w monologu: 

„.Pana mego... karmię i napa-wam. 
Zamiast kawy, herbaty, niosę na śniadanie 
Jakieś przyszłego buntu pokątne zebranie, 
Jakieś niewiane brednie, co biedne pachole 
Nieuważnie przed drugiem powiedziało w szkole. 

Następnie włączjł Niemcewicz całą scen< 
badania dzieci szkolnych, wyłudzania odpowie 



— 45 — 

Izi od chłopca nieletniego przy pomocy cukier- 
:ów, pieniędzy i gróźb, — mimo, że wszystko 
o nie ma najmniejszego związku ani z resztą 
ikcji, ani z charakterem postaci. Racją istnie- 
lia tutaj tych szczegółów jest wyłącznie tylko 
eh aktualność polityczna, sposobność zjadli- 
«rego docinku. 

Naprzykład jeden taki ustęp śledztwa z alu- 
5ją zbyt wyraźną : 

Płaski: .... Powiedz, mój lubciu... 
G r z e ś k o : Oto przy kościelnym murze 
Maleńki Jaśko węglem coś pisał po murze. 

Zbyt wyraźne to słowa, żeby nie odnieść 
eh do grających tak dużą rolę w procesie fila- 
:eckim napisów na murze klasztoru domini- 
kańskiego z 9 maja 1823, lub też do podob- 
aychźe napisów, umieszczanych przez młodzież 
izkolną gimnazjum kiejdańskiego w styczniu 
1824 r'*. 

Sądzę więc, że w ustępach tych i im po- 
dobnych wyraził Niemcewicz właśnie swą sym- 
patję do prześladowanego na Litwie ruchu fila- 
reckiego, że chciał przypomnieć wolnej pu- 
bliczności warszawskiej, co czynił równocze- 
śnie Lelewel w osobnem dziełku : Nowosilcom 
w Wilnie, — zasługi i męki pierwszych mę- 
czenników patrjotyzmu antyrosyjskiego na Li- 
twie porozbiorowej. 



- 46 - 

"W każdym razie można przyjąć na pewno 
że gdy Płaski wygłaszał w dopisanej właśnii 
w r. 1831 części utworu słowa : 

...Ach, takim to duchem 

Tchnie młodzież nasza I Dzisiaj żelaznym łańcuchei 
Wszystkich okować każę; winne czy niewinne I 
Najgorsze z wszystkich buntów są bunty dziecinne 
Niegodziwa ta młodzież! Dobrze Herod zrobił, 
Że w całej Palestynie wszystkie dzieci pobił I'', — 

to publiczność warszawska niedwuznacznie wię 
działa, jaką to młodzież i jakie to „bunty dzie 
cinne" autor miał na myśli. 

Sądzę też, że teraz, już po tern wszystkien 
i my będziemy mogli niedwuznacznie określić 
kogo wyobrażać miała cała postać Płaskiego, 
— Oto jedynie i tylko Nowosilcowa, kata mło 
dzieży wileńskiej i duszę całego systemu szpie> 
gostwa politycznego w Królestwie. Br. Kasi 
nowski, a za nim prof. Chrzanowski domj^ślal 
się tutaj wizerunku Szaniawskiego'^, filozofi 
i cenzora, jednakże bezpodstawnie. Równie tru 
dno przyjąć, żeby Oront bj^ł w. ks. Konstan 
tym, lub carem Aleksandrem. Orontwkomedj 
oddany jest mimo wszystko kolorami łagodnemi 
stosunek uczuciowy autora do niego jest do 
brotliwy, zabarwiony złośliwym trochę, al< 
zawszeć humorem ; inny był niewątpliwie ó^ 
stosunek poety do tamtych osobistości histo- 
rycznych. Podobieństwo jest w tem jedynie 



i """ . . 

Jże się otaczają i ulegają takim, jak Płaski, 

fcrea turom. To trochę za mało. Jak już raz 

zaznaczyłem: żywą postacią, z życia wziętą, 

jest w utworze jeden tylko Płaski-Nowosilcow, 

reszta wywodzi ród swój z literatury. 

Przy tej interpretacji utwór Niemcewicza 
yskuje wiele; nie pod względem artystycz- 
nym, zapewne, — ale pod względem historyczno- 
literackim. Przynosi on mianowicie pierwszą 
próbę zużytkowania wypadków wi- 
leńskich 1823 r. w dziele sceniczne m. 
Niedługo potem pomysł ten doczeka się unie- 
śmiertelnienia już nie jako epizod, mimocho- 
dem rzucony, ale jako zrąb najszczj^tniejszego 
z dzieł poezji polskiej, III cz. Dziadów. 

Na zakończenie podaję tutaj z autografu 
wiersz Niemcewicza, drukiem jeszcze dotąd 
zdaje się nieogłoszonj'. Ilustrując dosadnie 
afekt Niemcewicza do Nowosilcowa, rzuca on za- 
razem pewne światło na uczucia, jakim da- 
wał poeta wyraz, kreśląc postać Płaskiego 
w komedji omówionej. Wiersz pochodzi ze zbio- 
ru rękopisów bibljoteki ks. ks. Czartoryskich 
w Gołuchówie. Na karcie znajduje się pod nim 
taki dopisek: „Wiersz ten dany przez J. U. 
Niemcewicza- Adolfowi Cichowskiemu na dwa 
dni przed skonem, t. j. 19 maja 1841 roku 
w Paryżu wraz z czterema medalami". Po- 
wstał utwór ten niewątpliwie po śmierci No- 



- 48 - 

wosilcowa, to znaczy po kwietniu 1838 roku'' 
Oto jego tekst: 

Nowosilcow nad Styxem. 
Gdy z zezowałem oldem, wzór wszystkich opilców, 
Stanął na brzegach Styxu brzydki Nowosilców, 
Przeląkł się stary Charon z brodą mchem obrosłą, 
Stanął jak wryty w łodzi i upuścił wiosło. 
Przebóg! — zawołał — jakaż to brzydka szkaradat 
Ledwie skończył,"^ złe Duchy, co naprzeciw stały, . 
Na Charona okropnym głosem zawołały : | 

Nie puszczaj go tu do nas, zamknij piekieł bramę, " 
Zhańbiłoby to Monstrum potępieńca same ! * 



PRZYPISKI. 

1 żywot J. V. Niemeetcicza, Berlin - Poznań 18GQŁ 
str. 4. ) 

^ Barzykowski: Historja powstania rV 355. 

^ Pamiętniki polskie wyd. Ksaw. Bronikowski, Par* 
ryż 1844, I 82. _ I 

*J. U. Niemcewicz: Pamiętniki czasów Tnoiehi 
Paryż 1848, str. 352. ' ^ 

*A. Krechowiecki: Prawdy i bajki. Warszawie 
1911. Do hisłorji flaretótc, str. 230. 

« Kor. Fil. U 35. 

' Wydana w Warszawie, w drukami J. Węckiego- 
1831 r. . ^ ^ * 

8 Kraków 1917, str. 109. Sąd o utworze zmodyfikowanjj 
w porównaniu z pierwotnym w Pam. Liter. XIV 208. 1 

» Ob. np. w wyd. Dr. Stan. Kota („Bibl. Nar." nr. 4)1 
str. 91. I 

10 A. Czartoryski: Żywot J. U. Niemcewicza^. 
str. 336—345 passim. Por. też: Pam. czasów moich., 
str. 402. 

»' Ob. Kurjer Polski nr. 372, z dnia 26 XII 1830, 
w odezwie dyrektorów Teatru Narodowego. 

12 Ad Czartoryski, 1. c. str. 336, 337. 



- 49 - 



13 Por. np. Kurjer Polski z r. 1831, nr. 384, 391, 
398, 401, 402 i nast. 

"Mościcki H. : Wilno i Warszawa w Dziadach 
Mickiewicza — Warszawa 1908, str. 109. 

»5 Szczegół to drobny, wspomnieć jednakowoż warto, że 
to porównanie procesu filareckiego do rzezi niewiniątek 
przez Heroda znajdujemy także w Dziadach cz. III, w wi- 
dzeniu ks. Piotra : 
I ...Cała Polska młoda 

Wydana w ręce Heroda. 

Wyraźnie takie asocjacje biblijne były wtenczas aktualne 
"W odczuwaniu patrjotycznem. 

'6 Przypuszczenie to przyjął także M. Szyjkowski 
w wydanych niedawno Dziejach komedii polskiej w zarysie, 
Kraków 1921, str. 32. 

" Por. Pam. Liter. 1908, str. 355, poz. 26. 



Pigoń. Studja. 



III. 
SPRAWA O MATKĘ A. MICKIEWICZA. 



Sprawa o rodowód matki poetj^ ma pozor|_ 
nie tylko charakter heraldyczny. Jak żadnj 
z rzeczy ludzkich nie jest odosobniona, lec^ 
związana mnóstwem mniej lub więcej jawnyci 
korzeni z olbrzymim splotem dziejących sij 
spraw, wpleciona w całokształt bytu, — tal 
i ta kwestja poza urokiem zagadnienia hisi 
rycznego ma posmak poniekąd i społeczny, or« 
pewną wagę w egzegezie jednego z najtrudniej 
szych ustępów w Dziadów części III. 

I tak naprzykład w trakcie ożywionej di 
skusji „żydowskiej", jaka przed wojną zajm( 
wała umysły polskie w byłej Galicji, moźi 
było razu pewnego czytać (o ile mnie pami^ 
nie myli, w krakowskiej Krytyce Feldmana] 
jak jakiś syjonista, wyłuszczając szeregi pre- 
tensyj do narodu polskiego, i za genjusz Mickie- 
wicza wystawił nam rachunek płatny wdzięcz* 



— 51 — 

nością dla plemienia hebrajskiego, bo w żyłach 
poety polskiego — twierdził — płynęła i ;,ich'' 
krew, wniesiona tam przez matkę-źydówkę. Od- 
krycia tego i uroszczeń wysłuchano, zdaje się, 
w osłupieniu i nie zareagowano na nie ; nikt 
nie zainterpelował owego szermierza przynaj- 
mniej o źródło sensacji, ni o tego źródła wie- 
rzytelność. Bo też istotnie cała ta sprawa już- 
to nie jest wyjaśniona należycie, jużto uległa 
zapomnieniu. 

Mówimy o zapomnieniu, bo faktycznie by- 
wała już poruszana w literaturze krytycznej 
i to na kilka zawodów. Ponieważ zaś czasy 
ostatnie przyniosły parę nowych, lub rzekomo 
nowych szczegółów, więc sądziłem, że będzie 
może nie od rzeczy zreferować przebieg spo- 
rów i wskazać dzisiejszy stan wiedzy w tej 
materji. Podejmując się tego zadania, zastrzec 
się pragnę zgóry, że nowych rewelacyj, ni nie- 
widzianych oświetleń nie przynoszę, chcę je- 
dynie przypomnieć przebieg dotychczasowych 
badań i zestawić dokumenty. 

'Pierwszy raz głośne stało się nasze za- 
gadnienie koło r, 1860. Mianowicie paryski ko- 
respondent Czasu, kryjący się pod kryptogra- 
mem L***, bliski przyjaciel Mickiewicza, współ- 
towiańczyk, Eustachy Januszkiewicz, 
ogłosił w nr. 117, 118, 120 z r. 1859 swe No- 
tatki wspomnień z życia A. Mickiewicza, oparte 

4* 



- 52 - 

na opowiadaniach, jakie autor słyszał i zanc 
tował, jadąc samowtór z Mickiewiczem dyli- 
żansem z Paryża do Zurychu od 4 do 8 lu- 
tego 1846 r. Gawędami o najdroższych latać ii 
i ludziach młodości urozmaicano sobie prze- 
wlekły czas podróży, a zaś Januszkiewicz był 
z tych emigrantów, przed którymi Mickiewicz 
mógł się w zwierzeniu roztworzyć. 

Wtenczas to miał poeta powiedzieć: „ojciec 
mój, Mikołaj, ożeniony b3^ł z Barbarą Majew- 
ską, z domu Orzeszkówną, której star- 
sza siostra, pani wielce toniasta, była naprzód 
za panem Pióro, a w powtórnem małżeństwie 
za Bielskim". 

Ze względu na autora i okoliczności wy- 
daćby się mogła dość wiarogodną ta zapiska, 
zwłaszcza gdy ponadto zważymy, że zanoto- 
wał ją Januszkiewicz rychło po rozmowie, jak 
to wyraźnie widać z ogłoszonego niedawno 
bruljonu tych wspomnień, wydanego z auto- 
grafu* przez J. Kallenbacha w warszawskiej 
jednodniówce Towarzystwa Dziennikarzy i Li- 
teratów Na szkołę polską (maj 1916, str. 2—4). 
Niewątpliwą jednak błędność tej relacji wyka- 
zał już W. Korotyński {Kilka szczegółów 
o rodzinie... Mickiewicza, Wilno 1861), za nim 
następnie X. J. Siemieński {Kwestje spor- 
ne w życiorysie Ad. Mickiewicza, Lwów 1889, 
odbitka z Ogniska Domowego). 



- 63 - 

Dla nas dziś jest ta kwestja i bez wy- 
wodów polemistów przesądzona; rozcinają ją 
dokumenty. Mianowicie w ogłoszonych na str. 
40—41 czwartego tomu Korespondencji Mickie- 
wicza (Paryż 1885) wypisach z metryk synów 
Mikołaja i Barbary Mickiewiczów figuruje mat- 
ka czterokrotnie (23 sierpnia 1796; 11 sierp- 
nia 1801; 7 marca 1804; 7 maja 1805); „de Do- 
rno Majewska". 

O jakichś stosunkach zażyłości Mickiewi- 
czów z Orzeszkami musiał poeta niewątpliwie 
wspominać (może matka Barbary była z Orze- 
szków ?), bo według tychże metryk Orzeszkowe 
były matkami chrzestnemi Franciszka i Jerzego 
Mickiewiczów, braci Adama. ^ W ten zapewne 
sposób wyrosła pseudorewelacja Januszkie- 
wicza. 

Była więc Barbara nie primo voło, ale de 
domo Majewska; to fakt. Ale o jej bliższej 
rodzinie znów mało wiemy. O ojcu, że był 
uczciwym ekonomem Uzłowskich w Cząbrowie, 
podał z rodzinnych opowiadań Chryz. Ładzic, 
mąż wnuczki owej Anieli Uzłowskiej, chrzest^ 
nej matki poety (Pam. Tow. Lit. im. Ad. Mic- 
kiewicza, t. III, str. 263—266). O Majewskim, 
rodzonym bracie Barbary, wspomniano trzy- 
krotnie w wydanej niedawno Korespondencji 
Filomatów w listach Aleksandra i Adama Mic- 
kiewiczów (II 146, 192; IV 215). Dowiadu- 



- 54 — 

jemy się stamtąd, źe mieszkał on w "Widzach, 
miasteczku powiatu dziś nowoaleksandrowskie- 
go, gdzie był niewątpliwie jakimś posesorem 
i źe obaj siostrzeńcy go tam w czasie wakacyj 
odwiedzali. Nawiasem mówiąc, posiadam}' w tem 
dowód, źe fałszywą informację Januszkiewicza 
przypisać mamy nie błędnemu mniemaniu po- 
ety o rodowodzie matki, ale akustycznemu złu- 
dzeniu autora. Zaś ów wuj Majewski był nie- 
wątpliwie tym samym, o którym — podając 
juź i imię Onufry — pisał w r. 1861 Aleksan- 
der Mickiewicz do Brochookiego : „matki Ada- 
ma rodzony brat, Onufry Majewski, zo- 
stawił liczne potomstwo, które znałem w dzie- 
ciństwie" (ob. Edw. Chłopickiego : Notatki z róż- 
noczasowych podróży po kraju, Warszawa 
1863, str. 61). 

Oto i wszystkie dotychczasowe wiadomości 
o rodzinie Barbary Majewskiej, pewne, po- 
świadczone dokumentami. 

Aliści oto przyplątywa się tutaj druga 
legenda^ która znowu koło r. 1880 uczyniła 
aktualną sprawę genealogji Majewskich. Spór 
teraz powstał żywszy, bo juź nie o nazwisko 
chodziło, ale bezmała o narodowość. Wówczas 
to mianowicie pojawiła się owa rewelacja o ży- 
Sowskiem pochodzeniu matki poety. Głos za- 
bierali znów W. Korotyński {Gazeta War-' 
szawska, nr. 254 z r. 1879: Rodowód A. Mic- i 



I 



— 65 — 

kiewicza), później X. J. Siemieński w bro- 
szurze wspomnianej, wreszcie sam Ign, Do- 
mejko. Ale ostatecznie żaden z nich kontrdo- 
wodu nie przyniósł; Domejko zadowolił się go- 
łosłownem twierdzeniem, że rewelacji „pod 
żadnym względem nie należy przyjąć za praw- 
dę" (Korespond. A. Mickiewicza IV 8), dwaj 
pierwsi ostatecznie nawet przyjmują w bliż- 
szem lub dalszem pokoleniu (Korotyński po 
mieczu, X. Siemieński po kądzieli) neofityzm 
w rodzie Majewskich. Nie zbili, owszem bez- 
mała poparli relację inkryminowaną. 

A teraz — któż to i gdzie ją przyniósł? 

Ogłosił ją Fr. Ksawery Branicki. Dziwny 
ten magnat, pod koniec życia Mickiewicza 
istotnie do niego zbliżony (łożył naprzykład 
na wydawnictwo trzech pierwszych tomów 
Prelekcyj, na legjon włoski, na Trybunę ludów), 
uległ na stare lata ambicjom literackim. Fol 
gując swoim filosemickim przekorom, przetłu- 
maczył traktat rabina Sołowejczyka o Talmu- 
dzie i Biblji, tudzież hebrajską elegję histo- 
ryczną z czasów Chmielnickiego : Brama po- 
kuty, napisaną „przez znakomitego rabina Ga- 
brjela, syna Jozuego, Herschel Schlossburg" 
Paryż, druk. A. Eeiffa, 1879). 

W długiej, dość cudacznej przedmowie do 
ego właśnie przekładu dedykuje dzieło „sy- 
nowcowi" swemu, Stan. Tarnowskiemu. Otóż 



- 56 - 

w trakcie tej niezbyt skoordynowanej gawądy 
de omnibus et ąuibusdam aliis pomieścił Bra- 
nicki wśród innych kaducznych rewelacyj — 
i ową o matce Mickiewicza. W jednej z roz- 
mów o żydach miał mu mianowicie poeta po- 
wiedzieć: „Mój ojciec z Mazurów, matka moja 
Majewska z wychrztów, jestem więc nawpół 
Lechitą, nawpół Izraelitą i tem się szczycę". 
Tak' brzmi jedno jedyne świadectwo o źydow- 
skiem pochodzeniu Barbary Majewskiej. 

Opowiadam o niem tak szczegółowo, bo 
choć treść rewelacji zasłyszał ten i ów, o źró- 
dle zapomniano całkowicie; do tego stopnia, 
że świeży — zresztą i jedyny również — mo- 
nografista kwestji rodowodu Majewskich, prof. 
Teodor Wierzbowski, nie umiał już wskazać, 
gdzie to mianowicie znajduje się owo zdanie 
Branickiego. 

Ale otóż właśnie prof. Wierzbowski' wziął 
kwestję o rodowód Barbary za temat osobnej 
rozprawki i do zagadnienia przyniósł nowy 
szczegół, nową zarazem hipotezę. 

Zasadniczo uznał Wierzbowski wiarogod- 
ność świadectwa Branickiego, przyjął bez wa- 
hania, że Mickiewicz miał przez matkę jakieś 
ąuantuni krwi żydowskiej. Tylko jakie, w któ- 
rem pokoleniu byli Majewscy neofitami? Od- 
powiedzi szukał autor w archiwach. Jakoż zna- 
lazł: mianowicie w jest w Archiwum Głownem 



- 57 - 

w "Warszawie dyplon nobilitacyjny Józefa Je- 
rzego Majewskiego z r. 1783. Ze stylizacji doku- 
mentu wywnioskował W., że świeżo uszlachco- 
ny, raczej zatwierdzony w szlachectwie, Ma- 
jewski był neofitą i że wychrzcił się przed 
r. 1764. Powoływa się mianowicie dyplom, jako 
na zasadę nobilitacyjną, na konstytucję z r. 1768, 
a ta właśnie rozciągała przywilej nobilitacji na 
wszystkich neofitów W. Ks. Litewskiego, któ- 
rzy przyjęli chrzest przed r. 1764. Jednym 
z takich być musiał Józef Jerzy. 

Zaś powód wychrzczenia tego Majewskiego, 
. łego dzierżawcy cła w Połocku, podaje Wierz- 
jwski zgoła uchwytny. Mianowicie właśnie 
w r. 1764 (w maju) uchwalono na sejmie konwo- 
kacyjnym ostre prawa przeciw żydom, w szcze- 
gólności odsunięto ich pod grozą infamji od 
Y.szelkich funkcyj na cłach, mytach, komorach 
c. dóbr królewskich. To też nasz Majewski, 
óremu milsze widać były dochody z cła po- 
.' kiego niż wiara ojców, zasłonił się przed 
igością prawa przejściem na chrześcijaństwo, 
r. 1773, kiedy Połock zajęła Rosja, prze- 
szedł w granice Rzeczypospolitej i chcąc uzy- 
skać stanowisko społeczne, postarał .się o no- 
bilitację. 

] Takie jest rozumowanie Wierzbowskiego. 
i*rzypuśćmy, że możnaby je przyjąć i przy- 
mknąć oczy na trudność, iż według niego wy- 



— 58 - 

chrzcił się chyba Majewski w ciągu r. 1764, 
a nie przed nim, jak tego wymagała konsty- 
tucja z r. 1768. Moźnaby nawet dla rehabili- 
tacji pobudek duchowych konwertyty wspom- 
nieć (oczywiście tylko w formie hipotezy bez 
dowodów), że właśnie od roku mniej więcej 1760 
zaczęli się masowo chrzcić, liczni także na Li- 
twie*, frankiści polscy, za których podobno 
przyczynieniem zjawił się ów neofitom przy- 
chylny prąd w ustawodawstwie litewskiem, że 
więc być może i Majewskiego co z nimi łą- 
czyło ^ 

Ale teraz, jakiż da się ustalić związek mię^ 
dzy tym Majewskim a Barbarą, matką poety! 

Otóż właśnie, że dokumentami poprzeć si( 
nie da żaden — i to jest ten gliniany funda^ 
ment wywodów Wierzbowskiego, to sprawia 
że budowa jego jest zamkiem na lodzie, tylk< 
przypuszczeniem. Prof. Wierzbowski konklu 
duje: „wydaje się bliskiem prawdy, że Bar 
bara bj-^ła z potomstwa owego neofity, że byłf 
mianowicie jego wnuczką" (str. 21 i 111). Gdy 
by się przypuszczenie miało sprawdzić, wted^ 
i ojciec Barbary (urodzony przecież niewątpli 
wie grubo przed 1764 r. !) byłby jeszcze ży^ 
dem, wy chrzczonym w młodości wraz z ojcei 
i rodzeństwem, a Barbara byłaby nie „wnuczką' 
neofity, alo chrześcijanką z pierwszego p( 
kolenia. 



59 



Osłabia je na razie fakt, że obecnie nie 
można wykazać nawet wspólności herbowej 
(choć i to jeszcze kruchyniby było argumen- 
tem) Józefa Jerzego, neofity, z Barbarą. Po 
wtóre wątpliwość, czyby syn nobilitowanego, 
więc. chyba zamożnego, ojca istotnie zesunął 
się w hierarchji społecznej aź na szczebel... 
ekonoma. A wreszcie przeciw owym mocno nie- 
pewnym racjom pro wj^suwa się jedno uparte 
contra^ że mianowicie w charakterze, w psy- 
chice poety nie uwidoczniła się na krztę przy- 
mieszka semickiego elementu*^. By to prze- 
świadczenie zwalić, trzeba dowodnych, wątpli- 
wości nie dopuszczających dokumentów. Dopóki 
ich niema, wolno — sparzywszy się już raz 
na „autentycznem" wyznaniu „samego" po- 
ety — sceptycznie patrzeć na rewelację Bra- 
nickiego i na próby poparcia jej samowolnemi 
kombinacjami. 

Jakkolwiek bądź, obracamy się w lesie przy- 
puszczeń. Pewne jest w całej tej sprawie to, 
że „legenda żydowska" koło Mickiewicza nie 
jest ostatecznie zwalona, ale i uzasadniona do- 
kumentami też nie jest, że do jej rozwiązania 
trzeba szukać nowych materjałów. Sądzę, 
że przedewszystkiem w księgach paraf jalny eh 
w Cząbrowie, a potem dopiero w tym za- 
gajniku aktów, które wskazuje Wierz- 
bowski. 



- 60 - 

Jak dotąd, sprawa stoi otworem, nie w tern 
jednakże znaczeniu, jakoby do rozstrzygnięcia 
były dwie równorodne, równo uprawnione alter- 
natywy: Majewska z żydów, czy nie z żydów 
Jest raczej tak, że przeciw powszechnemu ro 
zumieniu, wzniesionemu na mocnym grlinci* 
przeświadczenia, — stoi plotka na chwiejnej 
kurzej stopce. Oczywiście trzeba ją zbić doku- 
mentem, ale wiadomo, ie zawsze łatwiej plotk^ 
postawić, niż ją zbić. Zanim się ją zaś zbije — 
zawsze coś tam przylgnie. Jednakże przynaj- 
mniej dopóki niema rozstrzygnięcia, nie można — 
jak to czyni Wierzbowski na innem miejscu — 
podstawiać niewiadomej za drugą niewiadoma 
i twierdzić, że zwrojb w „Widzeniu ks. Piotra" 
„z matki obcej" — odnosi się do Barbar^' z Ma- 
jewskich, córki neofity. 

Kapfenberg w Styrji, jesień 1916. 



PRZY PISK I. 

' Autograf ten wyzyskał juź był .do biografji Mickit 
•wicza syn poety "w I loniie swego Żywotu. Porównani* 
go z tekstem, drukowanym w Czasie, wskazuje, źe niektói 
szczegóły korespondent pominął w druku, np. o stosun' 
Wereszczakowej, matki Maryli, z Wołodkowiczem i inne 

* Zaznaczyć też wypada, źe Orzeszkowie, zamiasl 
dzisiejszych Horeszków, byli pierwotnie współbohateram 
Pana Tadeusza. 

' Teodor Wierzbowski: Z badań nad Miekie 
wiczem i uttoorami jego. — Warszawa 1916, str. W , 166 
,0 rodzinie Majewskich (matki poety)", str. 11 — 23. 



- 61 - 



* Może w jakim związku z nimi stoi zwrot Pance 
Tadeusza (IV 317 — 8): „Waść ma krzyż w herbie", — wo- 
ał Podhajski — „to skryta aluzyja, że w rodzie bywa^ 
leofita". 

* Oczywiście, to tylko ślepe przypuszczanie ; litew- 
ikiej linji Majewskich nie znajdujemy w wykazach fran- 
dstów-neofitów. Jest Antoni Majoski pod r. 1764, nadto 
yiichael Majewski — lwowianin. Ob. Al. Kraushar: Frank 
I frankiści polscy. Kraków 1895, I, 257 n.. 327. — Wiemy 
lednak, że na Litwie i w województwach ruskich aż do 
iońca bytu Rzptej „co roku kilku, a najwięcej kilkunastu 
^ydów ochrzczonych przystępowało do stanu szlachec- 

iego". Wszelako tenże sam autor zapisuje: „Niema przy- 
kładu, żeby dziewica, córka frankisty, przyjęła rękę chrze- 
ścijanina innego pochodzenia, choćby wszystko, a nawet 
jej skłonnrść za nim przemawiały'. H. Rzewuski Pamięt- 
niki B. Michałowskiego, oddz. 11, Warszawa 18B7, I. 71, 85. 

8 Prof T. Wierzbowski, który do kwestji rodowodu 
Barbary Majewskiej wrócił przygodnie w recenzji, druko- 
wanej w Gazecie Warsz. (nr. 329, z d. 2 XII 1919), ten 
właśnie argument nazwał ^ papierowym" i przeciwstawił 
mu od siebie .fakty oczywiste"; dwa mianowicie: uwagi 
J. Strojka fRok polski, 1916, z. 10, str. 92—3.) oraz hst 
Ludwiki Śniadeckiej do Sadyka-paszy fPrzew. Nauk. Liter. 
1898, str. 949, oraz Rok Mickiewiczowski, Lwów 1898, str. 
223) i komentarz Fr. R. Gawrońskiego do tego listu. Pisze 
tedy : . Jeśli ktoś zamyka oczy na oczywiste fakty i nie 
chce ich widzieć, to go przekonać nie można". 

Przyjrzyjmy się tym „faktom" bliżej. J. Strojek przy- 
toczył z Albumu Pszonki artykuł Zienkowicza, na dowód, 
„że już za życia Mickiewicza istniały na emigracji po- 
głoski o niepolskiem pochodzeniu matki Mickiewicza". 
Nb. w Pszonce powiedziano „niepolskie", b> najmniej nie : 
żydowskie; to dopiero kombinacja autora. Przyjmijmy, że 
kombinacja trafna, to i wtedy ,fakt" przedstawi się nie- 
szczególnie. Kogo tego rodzaju fakty przekonywają, może 
ich znaleźć więcej i z lepszego nawet źródła, niż pisma 
satyryczne. Na emigracji mówiono metylko o „niepol- 
skiem", ale wyraźnie o żydowskie m pochodzeniu poety. 
Można posłużyć prof. W. taką cytatą: „Mickiewicz zaś, tO' 
doskonały Żyd! Czy wiesz, że matka jego była Żydówką, 
która się przechrzciła przed pójściem za ojca jego. Nieza- 



- 62 - 



wodne I „ (Z. Krasiński Listy do A. Cieszkowskiego, Ko 
ków 1912, II 37; list z lipca 1848 r.j. 

Mimo tego: „niezawodne!", można jednak zliagat 
lizować ten „fakt", przyjmując za pewne, że źródło je( 
toż samo, co i w Bramie pokuły, mianowicie : Branic! 
i zainicjowana przez niego plotka; a zaś rezulutno.ść sąd 
wywodzi się w prostej linji z pasji krewkiego korespoi 
denta. Zienkowłcz też nie był lepiej poinformowany 
Krasińskiego i nie z innego zapewne źródła. 

Jeśli zaś autorytet Bramckiego imponuje prof. W 
to zapytać wolno, czy również za fakt historyczny przyja 
jest gotów, że Matejko, skończywszy Rejtana,— za. 60.000 zł. 
podejmował się namalować dla Branickiego śmierć cai 
Pawła? Lub może ową „autentyczną" wiadomość o spaU 
niu rękopisów Krasińskiego przez kardynała Włodz. Cza< 
kiego? Bo i takie rewelacje czytamy w jego przedm( 
wach. Czy też możeby jednak był polecony pewien kr 
tycyzm wobec tego rodzaju „faktów"? 

Nadto podnieść trzeba w świadectwie Branickieg 
jeszcze jedno. Odkąd zuamy autentyczny tekst jego tra 
dycji, nie można ograniczać uwagi do jednego tylko j( 
szczegółu, a ignorować drugi. Miał przecież według nii 
mówić Mickiewicz nie tylko o rodowodzie swym po kj 
dzieli, ale i po mieczu. „Ojciec mój z Mazurów..." — Ejź< 
czy naprawdę ? Mickiewiczowie, herbu Poraj, przydomk 
Rynwid, z Mazurów? Nic nam dotąd o tem nie było wij 
domo. Wszak w tej samej książce prof. W. o parę stro 
wcześniej czytaliśmy o nich, że w 17 w. mieszkali w zieiij 
lidzkiej, potem nowogródzkiej. — Nie było zapewne wia 
domo i poecie,- przynajmniej imiennik jego w Panu Ta 
deuszu doszukiwał się za Stryjkowskim w rodzie swyn 
mitr książęcych, chyba przecież nie mazurskich 1 Czy 
więc można z lekkiem sercem przypuścić, żeby poet 
w r. 1833 sądził tak, a po latach dziesięciu z gruntu ina 
czej o tych samych szczegółach swego rodowodu? C2 
nie prościej przyjąć, że relacja Branickiego jest podejrzana 

Co się zaś tyczy „faktu" drugiego, listu Śniadeckie 
to najlepiej go również pokazać naocznie. Ustęp <>^ 
brzmi: „Może i Mickiewicza origine była taka (t. żn. źj 
dowska), czy jego familji, czy familji żony, bo skąd tak 
jego miłość do Izraela? Nigdybym jednak tej myśli ni 
miała, póki czytając mu twój list. nie wpadłam ua >pai 
szywego źyda< ; jak zadrżał, jak się uniósł: nie wiei 
czy można obce tak kochać". 



63 



Przekonywający ten ^fakt" zatem, — to przypu- 
szczenia Śniadeckiej, nie jedno, ale dwa („jego familji, czy 
familji ^ony"), zanaknięte na dobitkę trzeciem : „a może on 
^ak kochał swój pomysł, życzenie i myśli swoje?" To trze- 
cie brzmi trochę mniej „faktycznie". 

Najweselsze atoli jest powołanie się na komentarz 
Fr. R. Gawrońskiego. Tu ])amięć spłatała szanownemu auto- 
rowi figla. Gawroński, który pisze zresztą w przedniowie 
■wyraźnie, ie „nie zastanawiał się bliżej" nad materjałem 
ogłoszonym, zostawia na uboczu oba przypuszczenia pierw^- 
sze, a dopiero do ostatnich słów, t. zn. do trzeciego 
przypuszczenia Śniadeckiej daje dopisek: „W tern, jako 
też w uczuciach głęboko ludzkich, tkwiła przyczyna sym- 
patji A. Mickiewicza do żydów". Gdzież tu mowa o mat- 
ce-żydówce ? 

A zaś o samym fakcie żachnięcia się poety co my- 
śleć? Otóż choćbyśmy na boku zostawili drugą z hipotez 
Śniadeckiej, — toć wiemy, jak się odnosił do Izraela To- 
wiański i jaki stąd płynął uczuciowy stosunek do żydów 
u Mickiewicza, który w Paryżu przemawiał do nich w bóż- 
nicy. Czyżby to nie tłumaczyło dostatecznie uniesienia się 
poety ? 

Wogóle stosunek prof. W. do zagadnienia źydostwa 
Barbary Majewskiej jest osobliwy, przypomina określenie 
ludowe: „i chciałaby i się wstydzi". W rozprawie i w re- 
cenzji zastrzega się mianowicie przed imputowaniem mu, 
źe kwestję nierozstrzygniętą podaje za pewnik. Równo- 
cześnie jednakże w książce (str. 21) jedynie na 
podstawie zwrotu w Dziadach: „z matki obcej" wydaje 
mu się „bardzo bliskiem prawdy, źe Barbara Majewska 
była z potomstwa Józefa Jerzego", t. j. rzekomo żyda 
nobilitowanego. Jeżeli zaś w recenzji ma za złe innym, 
że „zamykają oczy na oczywiste fakty i nie chcą ich wi- 
dzieć" to najwyraźniej jego te „fakty' (oba przytoczone 
wyżej) przecież ...przekonywają. 

Jakżeż więc ostatecznie sprawa stoi? Oto tak, że 
do plotek emigracyjnych, pochodzących ze źródła bardzo 
podejrzanego, prof.T. Wierzbowski usiłował dorobić nau- 
kową hipotezę uzasadniającą. Powadze Branickicgo et cons. 
zaszczyt niemały! Więc wyszukał Józefa Jerzego Majew- 
skiego, lekkiem sercem przyjął za „bardzo bliskie prawdy", 
źe to antenat Barbary i udowodni(; chciał, że to neo- 
fita. Tymczasem ta „bliskość prawdy" wzięta jest z po- 



64 



■wietrzą, a dowód żydowstwa się nie udał, skoro przy 
uwaźoiejszem zbadaniu dyplomu okazało się, źe on nie 
dotyczy wogóie ani żyda, ani neofity, ale szlachcica -ura- 
dzonego", pieczętującego się herbem, „którego przodka ■,;,• 
jego i on sam uźywar (ob. St. Kotowicz w Fam. Lit..,-. 
A vi 132 n.K Jednem słowem: na lotnym piasku domek 
z kart i to z kart ...fałszywych. 



IV. 

HISTORJOZOFJA MŁOD£QO MICKIEWICZA 

NA TLE LITERATURY WIEKU OŚWIECENIA- 



Zagadnienie stosunku Mickiewicza do 
oświecenia właściwie dopiero odkrycie archi- 
wum Filomatów postawiło na ostrzu miecza. 
Wydobyte stamtąd najwcześniejsze utwory jego 
okazałj' się tłumaczeniami i przeróbkami z naj- 
bardziej osławionego szermierza oświecenia : 
Woltera, a zaś przez treść swą i dobór wzo- 
rów wprawiły krytykę nieco w zakłopotanie. 
Zbyt może skwapliwie orzeczono, że pisma te, 
to tylko ćwiczenia stylistyczne^, nie podnosząc 
zgoła, że jako wyraz postawy psychicznej wo- 
bec świata stały one także — w pewnym przy- 
najmniej względzie — na linji wyobrażeń i upo- 
dobań samego młodego poety. W każdym razie 
bliższe rozpatrzenie stosunku umysłowości 
Mickiewicza do ideologji wieku oświecenia na- 
rzucało się już teraz nieodparcie. 

Pigoń. Studja. O 



- 66 — 

Przewodem, po którym zagadnienie t' 
weszło w głąb i rozszerzyło się, stała się Oda 
do młodości. Przez długi czas uchodziła ona 
za najwyższy, najbardziej skondensowany wy- 
raz romantyzmu; uważano, że „skrzydła, któ- 
rych poeta żąda od młodości, aby mógł wzle- 
cieć nad martwym światem w rajską dziedzinę 
ułudy, to są skrzydła romantycznej poezji. 
Prąd filarecki i prąd romantyczny zlały s:^ 
w jeden akord, a poczynająca się walka este- 
tyczna między starszem a młodszem pokole- 
niem, między przedstawicielami rozumu w pc 
ezji a uczucia, była jednym z bodźców d 
przeciwstawienia starym młodych"'; — uwa- 
żano, że jest utworem całkowicie i bezwzględ- 
nie przynależnym do nowej epoki. Burzliwa 
piana, jaką rwący nurt Ody wyrzucił na 
wierzch, nie pozwoliła zrazu badaczom wj-son- 
dować, jaki to gatunek fal toczy się w głębi 
pod nią. 

Kruszenie pewnika o wyłącznym roman- 
tyzmie Ody zaczęło się od strony formalnej. 
Jeszcze w r. 1898 wskazał K. Wojciechowski 
podobieństwo jednego motywu Ody Mickiewi- 
cza z Odą na pokój w r. 1809 K. Koźmiana\ 
a w r. 1903 St. Dobrzycki dowiódł, że pod 
względem formalnym j est Oda do mło- 
dości poematem naj czyściej, najzupełniej kla- 
sycznym, t. zn., że jako rodzaj odpowiada w zu- 



— 67 - 

pełności „prawidłom" Dmochowskiego i Osiń- 
skiego, a jako wykonanie da się powiązać po- 
dobieństwem z takiemiź utworami epoki Księ- 
stwa Warszawskiego*. W ten sposób ustalono 
sprawę z formą Ody do młodości. Zczasem 
przyszła kolej i na treść. 

Pierwszy prof. Tretiak'^, redukując wpływ 
Schillera, usiłował powiązać genetycznie ideo- 
logję Ody^ mianowicie jej apoteozę szału, na- 
miętnych uczuć w przeciwstawieniu do zimnej 
rozwagi i rozsądku, z poglądami francuskiego 
filozofa oświecenia, Helvetiusa, wyraźonemi 
w znanem Mickiewiczowi dziele De I' Esprit. 
Równocześnie T. Zieliński podniósł, że tak do- 
niosła w Odzie idea dobra powszechnego była 
pojęciem centralnem głośnego prawnika i filo- 
zofa-utylitarysty angielskiego, J. Benthama''. 
Chociaż szczegóły tych związków (o ile tyczą 
bezpośredniej zależności) nie wydają się do- 
statecznie uzasadnione, to jednak fakt nieza- 
leżnego od siebie ich dostrzegania przez tak 
bystre oczy krytyczne uznać można z całą 
pewnością za dowód istnienia jakichś stosun- 
ków bliższych, faktycznie zachodzących mię- 
dzy konstrukcją umysłową, która wydała 
Odę, a tamtą wieku zeszłego, której Helvetius 
iBentham byli poszczególnemi objawami, mię- 
dzy młodym Mickiewiczem, a wiekiem oświe- 
cenia. 

5* 



68 



Dzisiaj już i te stosunki są — zdaje się — 
dostatecznie w głównych zarysach wyjaśnione. 
Rozwijając rzuconą już dawniej przez siebiaa 
mimochodem myśl', wykazał prof. Chrzanowi 
ski w pracy Chleb macierzysty Ody do mło- 
dości^, że niemal cała, bo obejmująca najważ- 
niejsze hasła, ideologja Ody nie ma nic wspól- 
nego z romantyzmem, całkowicie da się osa- 
dzić w ramach poglądu na świat wieku oświe- 
cenia. Teraz dopiero dowiedziano się, że z oświe-* 
cenią wywodzi się przepajająca Odę wiara w so-i 
lidarność i nieograniczony postęp rodzaju ludz- * 
kiego, postęp zarówno moralny, jak umysłowy,! j 
dokonywany o własnych wyłącznie siłach czło^ 
wieka. Stamtąd przejęto tu wiarę we wszech-] 
moc rozumu, wiarę w potęgę w^^howania, zdol-|] 
nego przetworzyć nawet naturę ludzką ; stam-;»| 
tąd pochodzi żarliwe umiłowanie wolności i tal 
zarówno wewnętrznej: od przesądów, jak ze- 
wnętrznej : od despotyzmu. Do źródeł oświe- 
cenia da się też odnieść i rewolucjonizm Ody 
i jej heroizm poświęoenia się jednostki za przy- 
szłe „szczęście wszystkiego". Stronice, poświę- 
cone wykazaniu równoległości ideowej Ody 
z hasłami wieku oświecenia, są w rozprawie 
Chrzanowskiego najmocniejsze. Jeżeli wolno 
nadal powątpiewać w echa wolnomularskie 
w tym utworze Mickiewicza, wykazywane tam 
przez autora, jeżeli na pewno trzeba będzie zła- 



- 69 — 

godzić jego odsądzenie Schillera od „ojcowstwa 
chrzestnego" Ody, to przyjąć można spokojnie, 
źe historja literatury włączy w poczet ustaleń 
ostatecznych taki sąd Chrzanowskiego : Gdyby 
Mickiewicz nie oddychał w Wilnie ideologją 
oświecenia, „gdyby ona nie była jego „macie- 
rzystym chlebem", nie byłoby Ody do mło- 
dości. To wolno twierdzić już na pewno, bo na 
wytworzenie się takiej ideologji potrzeba 
było wiekowej pracy ducha ludzkiego... Nie 
byłoby Ody do młodości bez oświecenia; naj- 
piękniejsze ideje tego wielkiego prądu skupiłj^ 
się, jak w soczewce promienie słoneczne, w gło- 
wie i sercu Mickiewicza" (str, 60). A tę ideo- 
logję dopiero rozpłomienił żar serca roman- 
tycznego, źe buchnęła ogniem, jak „krzak go- 
rejący". 

Takie jest ostatnie słowo krytyki o jednym, 
ale centralnym utworze Mickiewicza ; odsłania 
mianowicie całe bogactwo związków ideowych, 
łączących organicznie i genetycznie — nietylko 
utwór, ale i umysłowość poety z wiekiem oświe- 
cenia. 

Czy słowo to jest zarazem ostatnie o sto- 
sunku wogóle młodego Mickiewicza z tym wie- 
kiem? Bynajmniej. Być niem nawet nie może, 
jeden tylko utwór mając wyłącznie na wzglę- 
dzie. A choć to utwór centralny, nabrzmiały 
wrącym nurtem idej życiowych naczelnych, 



— 70 - 

zawszeć jednak utwór tylko jeden. Dla uzu- 
pełnienia wyników jego analizy trzeba się ro- 
zejrzeć w reszcie twórczości owoczesnej Mic- 
kiewicza. 



Pewne światło nowe, bo zwrócone na nowe 
dziedziny, da nam rozpatrzenie porównawcze 
ustroju ideologicznego innego utworu, później- 
szego od Ody o rok zaledwie, mianowicie wier- 
sza Do Joachima Lelewela. Rozpatrywano gc 
dotąd krytycznie właściwie raz tjdko i to doś^ 
dawno, bo przed 34 laty. Prof. Piłat w rozpra- 
wie pomieszczonej w I t. P. T. M. zestawi 
poglądy Mickiewicza, wj^raźone w obu częściach 
środkowych utworu, — z poglądami Leleweh 
i stwierdził, że wszystkie one, nieraz nawel 
dosłownie, są przejęte z wydanych przed r 
1822 pism jego, traktujących o metodzie badaj 
historycznych, oraz z wykładów z lat 1815 — 18 
obejmujących dzieje powszechne po w. X^^] 
włącznie. Ponadto w formie wiersza wykazy wai 
Piłat manierę pseudoklasyczną, nawet poprosti 
wzorowanie się na wierszu Trembeckiego Di 
Naruszewicza^. 

Na całej tej rozprawie Piłata wiersz wy 
szedł nieszczególnie ; formalnie naśladownictwi 
Trembeckiego, treściowo reprodukcja sądó> 
profesora, nie przedstawia zatem żadnego żyw 



- 71 - 

szego interesu Być może, że temu, nie wyra- 
żonemu wprawdzie, ale wyraźnemu wnioskowi 
krytyka trzeba zawdzięczać, że wiersz Do J. 
Lelewela nie zwrócił potem już właściwie ni- 
czyjej baczniejszej uwagi. Przyznanie się sa- 
mego poety do źródła w apostrofie do profesora : 

I daruj, jeśli będziem chwalić się po światu, 
Że od Ciebie wzięliśmy na ten wieniec kwiatu, 

przesądziło sprawę wartości utworu. Nie zauwa- 
żono więc, że kwiat był wprawdzie wzięty w prze- 
ważnej mierze istotnie od Lelewela, ale wieniec 
wił sam poeta, a zaś po nić do powiązania kwia- 
tów sięgnął gdzieindziej ; że poglądy na fakty 
historyczne przejął oczywiście od profesora, 
ale mniej oczywiście stamtąd da się wywieść za- 
barwiająca ten utwór silnie historjozofia. W uwa- 
gach dalszych, poświęconych tej właśnie dziedzi- 
nie zagadnienia, zajmiemy się jedną tylko częścią 
wiersza, tą mianowicie, która podaje rzut oka 
na dzieje ludzkości (w. 99 — 206). 

Otóż zauważamy naj pierw, że nawet „kwia- 
ty", t. j. poglądy historyczne, zgoła nie wszyst- 
kie wzięte są od Lelewela, przynajmniej do- 
wodnie się stamtąd wywieść nie dadzą. Zaraz 
dla pierwszych wierszy tej części napróźno 
szukamy odnośnika u Lelewela. 

Oto pierwszy towarzyskiego widzim obraz stanu: 
...Na równiach niedzi clonych żadnemi prze- 
grody 



- 72 - 

Tam naprzód w wielkie ciało zrosły się narody. 
Zaraz na karku onych ciemięzcy usiedli, 
Miasta wałem, a ludy łańcuchem obwiedli. 

W słowach tu podkreślonych odrazu do- 
słuchujemy się ech z J. J. Roussa, jego poglą- 
dów na pierwotne stosunki społeczne człowieka 
w stanie natury, wyrażonych w Rozprawie 
o nierówności i na pierwszych stronicach Umo- 
wy społecznej. Echo to nawet w poezji polskiej 
nie nowe ; podobały się już Karpińskiemu te 
czasy pierwotne, kiedy 

Nikt sobie ziemi nie ogi-adzał płotem, 
Nikt się potęgi nie dokupił złotem, 
Ani znał żaden człowiek tych słów dwoje : 
Moje i twoje"*. 

Zato właśnie w wykładach Lelewela na- 
próżno byśmy tych poglądów szukali, nie dla- 
tego zapewne, źebj^ ich nie podzielał, lecz, że 
wj^^kład chciał utrzymać na poziomie ściśle kry- 
tycznym, podawać nie teorje, ale fakty i wnio- 
ski z nich wyciągnięte^\ 

Po tem zauważeniu możemy już spokojnie 
przyznać jakąś samodzielność utworowi*^; Mic- 
kiewicz, jak już tu widzimy, wychodzi w nim 
przecież poza poglądy Lelewela. A gdyby na- 
wet nie, to i tak utwór nie byłby jeszcze po-' 
grążony. Bo interesować nas musi, dlaczego to 
Mickiewicz, przejąwszj' szczegóły i sądy histo- 
ryczne, ujął je w całość tej właśnie konstruk- 



- 73 - 

cji, dlaczego doszedł do przypuszczenia, że 
skrót, niejako syntezę dziejów ludzkości, można 
ująć w poemat, dzieło literackie? I dlaczego 
owe szczegóły historyczne spoił taką właśnie, 
jak spoił, ideą, w taką a nie inną związał hi- 
śtorjozoficzną całość? 

Żeby na te pytania odpowiedzieć, podkreśl- 
my wprzód jeszcze niektóre szczegóły w obcho- 
dzącej nas części poematu. Część ta, najdłuż- 
sza (obejmuje 107 w. na 224 w. całości, czyli 
niemal połowę) i najważniejsza, nie jest mia- 
nowicie prostym skrótem dziejów, przeglądem 
wypadków przeszłych z lotu ptaka. Dzieje ludz- 
kości w przedstawieniu poety stanowią tutaj 
jedną organiczną, zogniskowaną koło rdzenia 
centralnego całość. Całość ta pojęta jest ewo- 
lucyjnie, ma swe dzieciństwo, młodość i wiek 
męski; dzieje jej toczą się koleją stopniowego, 
lecz organicznego rozwoju. Sensem rozwoju 
zaś jest rewindykacja wolności obywatelskiej. 

Ludzkość pierwotna żyła w stanie dosko- 
nałym, nie znała prawa własności, nie znała 
niewoli ni ucisku, dobrowolnie i solidarnie ko- 
jarzyła się w rządne społeczeństwa. 

Dalsze dzieje są właściwie jedną widownią 
walki o wolność między ludem, a despotyzmem, 
który szybko stłumił pierwotną sielankę. Walka 
to długo niefortunna. Ciemięzcy „usiedli na kar- 
ku" narodów, a choć walczą i między sobą, 



- 74 - 

jednak uciśnione coraz więcej ludy przechodzi 
tylko z jednej tyranji pod drugą, zwycięską. Wol 
nych Greków ujarzmił Azjata Kserkses, Azji 
tów Aleksander Macedoński, Macedończykói 
i państwo Aleksandra podbij Rzym, „wilczo 
E-omula plemię" ; wtenczas niewola dosięgła 
dna. Ze zdobyciem Rzymu przez „ogniste z pod 
lodów skandynawskie dzieci" następuje prze 
silenie niewoli, pierwszy przewrót w dziejach 
ucisku. Po nim zaś nagła, zdecydowana poprawa 
stosunków, odrodzenie swobody, choć na czas 
niedługi. Rycerstwo średniowieczne, oddane po- 
bożności, honorowi i kochance, jest podporą 
praw, staje do obrony uciśnionych. Zapał ich 
rycerski wyzyskuje jednak wnet duchowieństwo 
— streszczam tok wywodu Mickiewicza — i kie- 
dy tamci krwią okupowali sławę w wyprawach 
krzyżowych, — „tymczasem na ich zamkach 
zasiadł}' opaty," rozkrzewiły się zakony, „Rzym 
powtórnemi ziemię opasał ramiony". Ale dawni 
ciemięzcy, „królowie" zgnietli i teokrację i resztki 
wolności ludu. Jedynie w Anglji i w Polsce, 
„kęd}'^ rozum był lepiej przetarty", wolność 
budowała gmach społeczny na posadzie prawa. 
Wszędzie indziej obłudna „sztuka stanu", dy- 
plomacja „rozciągnęła szeroko polipu ramiona". 
Więc gdy niewola znowu doszła do szczj^tu, 
nastąpił za sprawą rewolucji francuskiej drugi 
przełom, wyzwolenie ludu z pod jarzma tyra- 



- 76 - 

nów. A choć rewolucja zgnieciona, choć odre- 
staurowano dawny układ sił, przecie sprawa 
ludów nie przegrana. 

A choć teraz skruszone olbrzymy zachodnie, 
Jeszcze na ziemię krew ich może działać płodnie. 

Są to ostatnie słowa obchodzącego nas 
ustępu; wiarą w rewolucję kończy się wize- 
runek dziejów w przedstawieniu Mickiewicza. 
Dzieje te, jak widzimy, pojęte są jako wiekowa 
ciągłość oporu ludów, pierwotnie wolnych, ujarz- 
miającym je ciemięzcom . i tyranom: królom 
i duchowieństwu. Przemoc despotów zbudowana 
jest na ciernnocie, a utrzymuje się judzeniem 
ludów na siebie i wynikającemi stąd wojnami. 
Orężem ludu jest oświata i rewolucja. W na- 
tężeniu ucisku nastąpił raz, z początkiem wie- 
ków średnich, przełom; dzieje rozpadają się 
więc na dwie rozdzielone przewrotem epoki. 
Drugą epokę kończy wielka rewolucja, od niej 
zacznie się epoka trzecia. W ostateczny wynik 
zmagań się poeta nie wątpi, ludzkość postępuje 
w górę, swoboda zwycięży. 

Oddana tutaj w streszczeniu koncepcja 
dziejów powszechnych, wyrażona w wierszu 
Do J. Lelewela, przetrwa u Mickiewicza dłu- 
go; nietrudno dostrzec, jak wiele pozostanie 
z niej, w ujęciu ogólnem i w szczegółach^ 
w Księgach narodu, choć one duchem ogól- 
nym „wierszowi" tak staną się dalekie. Sprawy 



- 76 - 

te jednak zostawiamy na uboczu, obchodzi nas 
bowiem co innego; mianowicie stosunek utworu 
JMickiewicza do ideologji oświecenia. 



Otóż trzeba powiedzieć odrazu i zgóry 
że tego rodzaju utwory, a zwłaszcza tego ro 
dzaju koncepcja dziejowa, jaką mamy w wier 
szu Mickiewicza, była zjawiskiem pospolitem 
w w. XVin, że — co więcej — należała ona do 
kanonu owoczesnego poglądu na świat. Pomię 
dzy najwyższe zasługi liczyć sobie może oświe 
cenie to, co uczyniło dla historjografji; jest 
jedna z najchlubniej szych pozycyj w jego dorób 
kach kulturalnych. Odrodzenie zaś to zawdzic 
cza historjografja oświecenia przedewszys 
stkiem wj'^zyskaniu dorobków filologji XVII 
do krytyki źródeł; — następnie wyswobodz< 
niu się z pod autorytetu Kościoła, skutkiei 
czego krytyka owa, na rozumie tylko opart 
mogła się nie cofać przed żadną świętością mi 
nioną, wykluczać z dziejów wszelkie czynnik 
nadprzyrodzone: — wreszcie utrwaleniu si 
w umysłach idei przyczynowości. Ponadto, 
nas tu więcej obchodzi, oświecenie to właśni 
przyniosło nowe zupełnie pojęcie dziejów. Lud 
kość pojęto w owym wieku jako organiczni 
jedną, zwartą i solidarną całość; do dziejów j 
zastosowano zasadę ewolucji. Według najgłęb 



- 77 - 

szego przekonania tamtych umysłów ludzkość 
się doskonali powoli i stopniowo, przez rozlicz- 
ne błędy, zawody i iluzje podnosi sięwgórę^'. 
To jest wiara powszechna oświecenia. Rozwi- 
jał ją i szermował o nią Wolter, Montesąuieu, 
Turgot, a zwłaszcza uczeń jego i przyjaciel, 
Condorcet. Jednak co do celu postępu panuje 
między historjozofami owymi różnica. O ile 
właściwy twórca filozof j i historji, Giambattista 
Vico starał się tylko określić empirycznie pra- 
wa i oznaczyć stopnie rozwoju ludzkości, o tyle 
historjozofowie niemieccy i francuscy doszu- 
kiwali się uparcie zgóry sensu tego rozwoju. 
Herder za taki sens rozwoju upatrywał wzma- 
ganie się humanitarności, Lessing potęgowa- 
nie czynników rozumowych ; zaś historjozofo- 
wie francuscy przedewszystkiem wzrost wol- 
ności i ogólnej kultury. 

Otóż to właśnie nowe pojęcie ewolucji 
dziejowej, jak z jednej strony wywołało re- 
nesans historjografji, reprezentowanej w tym 
wieku przez "Woltera, Huma, Robertsona, Gib- 
bona, tak z drugiej strony stało się ideą ma- 
cierzystą rozlicznych owego czasu utworów hi- 
storjozoficzny eh literackich. Mickiewicza wiersz 
Bo J. Lelewela jest w Polsce objawem tego ga- 
tunku literatury zachodnio-europejskiej. Przed 
nim był takimźe objawem częściowo, wspom- 
niany już, wiersz Karpińskiego Do Wolnością 



- 78 - 

oraz Niemcewicza Olimp i ziemia**, a na wielką 
skalę Staszica Ród ludzki^'''. Tak więc stwier- 
dzić możemy, że ideologj a wiersza Mickiewicza 
nie jest przypadkowa ni oderwana, ale wiąże. 
się ściśle z pokrewną ideologj ą historjozoficzną 
oświecenia. 

Żeby rzecz bliżej oświetlić i uzasadnić, 
wciągniemy tu dla porównania w zakres uwagi 
jeden z zagranicznych utworów takiego typu, 
mianowicie sławne Ruiny Yolney'a'^. Wybór 
to nie przypadkowy. Dziełko to, którego tak 
znaczną rolę w twórczości Woronicza i St£ 
szica odsłonił niedawno Wł. Ćwik, któregc 
ech dosłuchał się nawet w twórczości Krasiń- 
skiego'^, należało w Polsce końca Xyin i po- 
czątku XIX w. do najpopularniejszych. W trzy 
lata po ukazaniu się oryginału wyszło w War- 
szawie 1794 r. w wydaniu polskiem ,dla dobi 
ludu polskiego na ojczysty język wyłożone* 
(część pierwsza)'^, a w r. 1804 nowe wydanie, już 
kompletne w Warszawie w dwu tomach. 

Iga. Chodźko świadczy, że Ruiny czyty> 
wano chciwie i szeroko na Litwie za czasói 
jego, a więc i Mickiewicza, młodości'®, a bez- 
imienny autor powiastki Pan Sędzic, czyli opc 
wiadanie o Litwie i Żmudzi*** odkrj^wa nam, 
jaką to drogą wzrastała ta poczytność. Wy- 
stępujący tam młodzieniec, uczeń uniwersytet! 
wileńskiego, przepisuje — około r. 1827 — Ruin^ 



- 79 - 

j 'olne3''a i Spowiedź Roussa, ponieważ z powodu 

I akazu rządowego był to jedyny sposób zdobycia 

i la siebie ich tekstów (str. 24). Jakoż istotnie 

dpisów tego dzieła musiało być sporo w Polsce, 

koro jedna Bibljoteka Jagiellońska posiada 

; )h z końca XVIII i początku XIX w. trzy*^ 

'"•)owodem długiej poczytności Ruin może i to 

yć nadto, że znany polemista katolicki, ks. 

1 1. Surowiecki, uznał za potrzebne wystąpić 

' rzeciw nim jeszcze w r. 1820 z olbrzymiem 

:• zielem refutacyjnem^^. 

Ruiny, wydane w Genewie 1791 r.^', są apo- 
.'Bozą w. rewolucji, uzasadnieniem jej koniecz- 
i' ości i błogosławionej roli w dziejach ludz- 
j ości, zarazem narzędziem propagandy jej za- 
' ad i celów, promieniują też z siebie cały czar 
( entuzjazm chwili, są triumfalnym hymnem 
' wycięstwa swobody. Obchodzi nas tu część 
' tierwsza dzieła; druga, podająca długą dysputę 
( irzedstawicieli wszystkich religij, nie miała 
u akiego znaczenia, jak tamta. 

Manierą epoki, już rozkochującej się w ak- 

f esorjach romantycznych, — treść główna utwo- 

ji u ujęta jest w ramy zmyślenia poetyckiego. 

Autor, zwiedzając w r. 1784 Syrję, zabłąkał 

ię w pewną chmurną noc księżycową wśród 

jruzów starożytnego miasta Palmiry, a ude- 

zony wzniosłością widoku, popadł w zadumę. 



- 80 — 

„Widok wielkiego miasta spustoszałego, pa 
mięć czasów przeszłych, porównanie z s 
nem teraźniejszym, wszystko to serce m^ 
do wysokich myśli pobudzało". Wobec rozwa 
lin dawnej świetności ogarnął go pesymizB 
i rozpacz. Tyle wysiłków całych pokoleń ni 
marne! Któż zapewni, że za parę wieków 
ojczysta Francja, dzisiaj kwitnąca, nie będzi 
takiem polem ruin, w których zabłąka się prze 
chodzień ! Czy bowiem nie zawisło nad ziemii 
i ludzkiem plemieniem jakieś przekleństwi 
Boże, co pcha je w przepaść zginienia? 

W tym nastroju spostrzega autor nagi 
koło siebie wyniosłą marę Genjusza tych roz 
walin, który, życzliwy dla ludzkości, w dlu 
giej przemowie zwalcza myśli fatalistyczm 
wędrowca. Człowiek sam jest sprawcą sweg( 
losu, on sam. a nie tajemne obce przyczyni 
sprawiają klęski dziejowe. Światem rządzi ni( 
przeznaczenie, lecz prawa naturalne, porządn< 
w swym biegu, niezwruszone w swej istności 
Trzeba je tylko poznać w otoczeniu i w dzie 
jach, a jasne się staną przyczyny spraw ziem 
skich i będzie można zapobiec nieszczęściom 
By wędrowiec mógł ogarnąć kraje i ludy świata 
wynosi go Genjusz wysoko ponad ziemię 
a wzmocniwszy jego zmysły^*, ukazuje mu kraj' 
i streszcza dotychczasowe dzieje ludzkości 



- 81 - 

i 

!* Dczem 6 rozdziałów Buin (VI— XI) poś wie- 
rnych jest takiemu syntetycznemu poglądowi 
Al przeszłość. 

f Zaczyna Yolney od najpierwotniejszych 
iejów człowieka w stanie natury. „W pier- 
^astkach swoich człowiek, stworzenie nagie 
f, ciele, ciemne na umyśle, losowi przypadko- 
emu zostawione, widział się być porzuconym 
tę dziką i pustą ziemię'' (str. 34). Jednakże 
jiłość samego siebie, wstręt do bólu i chęć 
(ibrego bytu wyprowadziły go rychło z bar- 
irzyńskiego stanu, żył w swobodzie i zado- 
pleniu. Taż sama jednak miłość własna, za- 
apiona i nierządna, stała się wnet źródłem 
Tapień i nędzy ; przetworzona w chciwość, 
oprowadziła do grabieżnictwa, ucisku i de- 
fOtyzmu. Uzbroił się „człowiek przeciw czło- 
iekowi, familja przeciw familji, lud prze- 
wko ludowi, a ziemia stała się widowiskiem 
i'wawem niezgody i łupiestwa" (str. 43). 

Odtąd dzieje ludzkie są widownią zmaga- 
a się despotyzmu z wolą ludu, a raczej wi- 
i)wnią coraz bezwzględniejszego ujarzmiania 
idu przez władców. Niema potrzeby streszczać 
tlej szczegółowo tok Volney'owej syntezy 
dejów; już z punktu wyjścia i ujęcia całości 
iidać, że jest on niemal identyczny, choć 
■ ogólniejszych trzymany rysach, źe to po- 

Pigoń. Studja. 6 



— 82 - 

prostu ten sam typ koncepcji historyczi 
jaką spotkaliśmy w wierszu Mickiewicza. 

Mając jednakże wiersz tamten na uwadz< 
podnieść musimy w utworze Volney'a niektói 
szczegóły, których zbieżność u obu auto: 
szczególniej uderza. Yolney mianowicie przj, 
muje w triumfalnym pochodzie despotyzm 
jedną przerwę, moment chwilowego powrót 
swobody pierwotnej. I Mickiewicz ją przyjm( 
wał; przypadała ona mianowicie u niego n 
początek średniowiecza. Yolney nie umiej set 
wił jej tak konkretnie w czasie, chociaż u ob 
granica przypada na tę samą mniej v,'ięc€ 
epokę. Granicą tą była dla niego chwila, kied; 
ludy, umęczone klęskami, postanowiły ustane 
wić sobie prawa. „Zostały więc zawarte w grc 
nie towarzystw, wnet wyraźne, wnet domnit 
malne umowy, które stały się prawidłem czyr 
ności osób szczególnj^ch, wagą ich praw i ust? 
wą wzajemnych ich związków" (str. 46). Okre 
praworządnej sprawiedliwości skończj^ł się wszt 
lako znów — triumfem despotów. W każdyi 
razie w ogólnym przebiegu dziejów ucisku wj 
stępują w ten sposób w koncepcji Yolney'! 
jak i u Mickiewicza, dwie epoki, przedzielon 
krótkim okresem swobody, przywróconej pie; 
wotnej szczęśliwości. Tę zbieżność VolneV 
z Mickiewiczem należy podkreślić, bo w innyc 



- 83 - 

dziełach tego typu ona nie występuje. Con- 
dorcet np., który wogóle odkreśla w swej syn- 
tezie linję nie swobody politycznej, lecz po- 
stępu nauk i kultury ogólnej, okres tak reha- 
bilitowany przez naszych autorów, początek 
średniowiecza chrześcijańskiego, uważa za okres 
upadku, złamania się linji postępu, okres władz- 
twa ciemnoty, zabobonu i fanatyzmu religij- 
nego (por. Esąuisse, str. 136). 

Powtóre Yolney — a jest w tem zgodny już 
nietylko z Condorcetem, ale z powszechnem 
wyobrażeniem ludzi oświecenia — wyszczegól- 
nia dwa rodzaje despotów, uciskających ludz- 
kość, tłumiących postęp i oba piętnuje z równie 
gniewną zaciekłością. Jeden — to „królowie", 
władcy świeccy. Ci, chcąc się utrzymać przy 
władzy, różnili lud sam w sobie, kłócili jia rody 
między sobą, podsycali ducha nienawiści i ho- 
dowali ciemnotę. „A tak despoty, uważając swe 
państwa jak swe włości, a ludy jak swą wła- 
sność, dozwalali sobie zdzierstw i nieporząd- 
nego użycia arbitralnej swej władzy" (str. 65). 
Drudzy zaś, — to duchowieństwo, „poufalcy 
Boga", jak ich nazywa Yolney, „chytre świę- 
toszki". „Potwarcy świątobliwi, dążąc do tego 
samego celu, używali na złe łatwowierności 
ludzi niewiadomych (nieuświadomionych)... Pod 
imieniem bogowładności (teokracji) i religji, na- 

6* 



- S4 - 

rody przemocą namiętności księży dręczone 
były« (str. 61). 

Oba odłamy despotów napiętnowane są 
i u Mickiewicza; nawet metoda królów wy- 
tknięta jest ta sama: divide et impera — („po- 
kłócą w dzień mieszkańców, w nocy ogień 
kładną, przybiegają ratować, a ratując, kra- 
dną") i ten sam zarzut przywłaszczenia: 

Wszystkie ziemie i ludy za swe mając spadki, 
Rozdzielają na sprzedaż, wiano, albo datki. 

Ale znamienniejszy jest stosunek poety 
do drugiego rodzaju despotów. Zachodzi bo- 
wiem rzecz szczególna. O ile w ostrym sądzie 
o królach mógł iść Mickiewicz za Lelewelem, 
który w swych wykładach ostro piętnował de- 
spotyzm, o tyle w sądzie o duchowieństwie 
jest ou wobec Lelewela samodzielny. Lelewel 
na despotyzm kleru nie kładł takiej wagi, nie 
urównorzędniał go z tamtym. Natomiast uczeń 
czyni to zdecydowanie. Nic znamienniejszego, 
niż zestawienie jednego szczegółowego wy- 
padku. Charakteryzując wpływ krucjat na 
zmianę stosunków społecznych w Europie, mó- 
wi Lelewel: „Opuszczane (przez rycerstwo) 
własności i zbywane — przenosiły się w prze- 
myślniej sze ręce, lub bogaciły duchownych" *^ 
Otóż Mickiewicz, mówiąc o tem samem zja- 
wisku, z dwu przypadków podanych przez Le- 



- 86 - 

lewela, o pierwszym zamilczał, wybrał drugi; 
uderzył na duchowieństwo i sąd zabarwił uczu- 
ciowo wyraźnie: Rycerstwo szło na wyprawy, 

...krwią kupując palmę męczeńską w Judei. 
Tymczasem na ich zamkach zasiedh opaty... 
Rzym powtórnemi ziemię opasał ramiony : 

przyczem „powtórnemi" znaczy: takiemi sa- 
memi, jakiemi uciskał niegdyś ludy imperator 
pogańskiej Romy. Sąd w ustach przyszłego 
autora Ksiąg pielgrzymstwa zdecydowanie 
śmiały. Sąd jednakże nieodosobniony ; mło- 
dzież, w której imieniu przemawiał poeta, po- 
dzielała go w dużej mierze. W Korespondencji 
i^Y^oma^ow znajdujemy niejeden sąd ostry o du- 
chowieństwie, o „mnichach", a za sądem tym 
stało całe oświecenie. Otóż, że Mickiewicz tak 
wytrwale tłumaczył i przerabiał Woltera, przy- 
czyną był nietylko urok stylu, ale w dużej 
mierze to, iż Wolter właśnie najzjadliwiej i naj- 
dowcipniej wyszydzał bigoterję ludzką i ciem- 
notę duchowieństwa. Niechęć do kleru dzielił 
młody Mickiewicz z oświeceniem, w wierszu 
Do J, Lelewela dał jej niedwuznaczny wyraz. 
A i w tem jest zgodny w tym wierszu z sądem 
oświecenia, a przynajmniej z sądem Volney'a, 
że rozpoczęcia drugiej epoki w dziejach walki 
o swobodę — nie przypisuje chrześcijaństwu, 
tylko rycerstwu germańskiemu. Jakże inaczej 
zgoła będzie w Księgach narodu! 



- 86 - 

A wreszcie trzeci szczegół. Dziejów rewo- 
lucji francuskiej nie włączył Lelewel w zakres 
swych wykładów wileńskich, kurs dociągnął 
tylko do końca XVIII w., mianowicie do r. 1786. 
Mickiewicz natomiast w swym poemacie po- 
święca ~w. rewolucji szczodrze miejsca, niemal 
piątą część całego ustępu historjozoficznego. 
I nietylko to; ale w opisie swym nie ukrywa 
sympatji dla niej, a zamyka go wiarą w niezni- 
szczalność jej wpływu, uważa ją wyraźnie za ko- 
niec drugiej epoki despotyzmu i za otwarcie na- 
wrotnej, trzeciej ery swobody. Jest to znowu 
w najściślejszej zgodzie z Volney'em, który całą 
drugą połowę Ruin poświęca na idealizujące 
odmalowanie przebiegu w. rewolucji i jej epo- 
kowej doniosłości dla wyswobodzenia wszystkich 
ludów świata. 

Tak tedy widzimy, że Mickiewicz, tworząc 
wiersz Do J. Lelewela, oddawał słowa i po- 
glądy nietylko swego nauczyciela, ale i swoje 
własne, wyhodowane w świetle ideologji hi- 
storjozoficznej i społecznej oświecenia. Ca- 
łość zaś artystyczną skonstruował nakształt 
utworów zagranicą podówczas popularnych, 
a nawet bardzo być może, że czynił to pod 
bezpośrednim urokiem jednego z nich, Ruin 
Volney'a". 



— 87 - 

Zkolei można rozświetlić jeszcze jeden 
izczegół mickiewiczowski, stojący w bliskim 
iwiązku z historjozofją oświecenia. 

Mówi Mickiewicz w wierszu Do J. Lele- 
vela: 

Na świętym dziejopisa jaśniejąc urzędzie, 
Wskazujesz nam, co było, co jest i co będzie. 

Ten pogląd, ze historyk poznaje nietylko 
trzeszłe wieki, ale ze z nauki swej wyciągać 
aoże wskazówki na przyszłość dziejową, od- 
lowiada wprawdzie nieco słowom Lelewela^^, 
le odpowiada także w zupełności powszeohne- 
au przeświadczeniu oświecenia. Wynika to 
ftsno z poglądu wieku na rozwój ludzkości. 
■ eźeli bowiem rozwój ten dokonywa się istot- 
ie według pewnych praw wrodzonych, jak 
lowiada Volney: „wcielonych do natury je- 
testw ziemskich" przez Istnośó najwyższą 
nigdy niezmiennych, to historyk, który trzeź- 
;^ym, przenikliwym rozumem zbadał, jak te 
irawa działały dotąd, bez trudu określi, jak 
ziałać będą nadal, może odrysowaó linję roz- 
wojową przyszłości. Więc też przez to pozna- 
ie prawidłowego związku przyczynowego staje 
ię historja nauczycielką wszystkich pracuj ą- 
ych nad udoskonaleniem plemienia ludzkiego^^. 
I^igdy też dotąd hasło cyceronjańskie o historji- 
listrzyni życia nie rozbrzmiewało głośniej, 
iż w epoce oświecenia^^ 



— 88 ~ 

Otóż hasło to przyjął za swoje także Mic-I 
kiewicz i dał mu wyraz w przytoczonj-ch po-^ 
wyżej wierszach. Co więcej, działało ono w nimi 
nawet wtenczas, gdj- z oświeceniem stał na* 
stepie wojennej^**. Dziwnie to brzmi, ale taki 
jest: ten to właśnie pogląd oświecenia stanie? 
się współczynnikiem przy formowaniu się ide-l 
ologji mesjanizmu. Jednem mianowicie z fun- 
damentalnych założeń mesjanizmu jest wian 
w rj-chłą wielką przemianę: w nagły, zdecy<^ 
dowany przewrót, w wybuch Królestwa Bo- 
żego na ziemi, spowodowany czynem wielkiej 
jednostki : — wj^branego człowieka, czy naroduJ 
Otóż Mickiewicz, który wierze tej dał najwy-^ 
mowniejszy wyraz w Księgach i artykułacl 
Pielgrzyma, nie skądinąd ją czerpał, tylk( 
z żarliwej tęsknoty swej i... z ideologji oświe^ 
cenią. Z konstrukcji bowiem historjozoficznej 
Ksiąg, tak zbliżonej do wiersza Do J. Leh 
wela, wynikało mu niezbicie, że ludzkość współ* 
czesna znajduje się na dnie niewoli i bałwo^ 
chwalstwa, a więc, że teraz właśnie wyrwansi 
zostanie stamtąd nagle, wybuchem rewolucji| 
pojętej jako fakt mistycznj^, a to według tyc' 
sam3"ch praw odwiecznego porządku — nadu 
nych światu przez Istność najwyższą, — jakie 
działały przy przewrocie, spowodowanym przez 
przyjście Chrystusa. Autor Ksiąg nie oddala! 
się od młodzieńczego swego pojęcia historj 



- 89 — 

kiedy z niej nibyto „empirycznie" — wniosko- 
wał o tern, „co będzie". 



PRZY PISK I. 

• J. Tretiak: A. Mickiewicz u- świetle nowych źródeł, 
Kraków 1917, str. 39. 

- J. Tretiak ; Mlodęść Mickiewicza I 253. 
' Pamiętnik Toto. Lit. im. Mickieuicza (P. T. M.), R. 
VI, 329-331. 

* Pam. Liter. II 610—617. 

5 J. Tretiak: Adam Mickiewicz, str. 231 i n. 

« Myśl Narodoioa, Petersburg 1916,'z. 1, str. 30. 

' Mianowicie w Hist. liter, niepodl. Polski, ' 1908, 
str. 548. 

8 Warszawa, 1920, str. 56. 

» P. T. M.R. 1, Lwów 1887, str. 78-94, oraz w rec. 
rozprawy Tretiaka, ibid. str. 231—2. 

»" Wiersz Do Wolności, w. 15-18. Poglądom R- na 
tworzenie się społeczeństw dał takie wyraz Karpiński 
w rozprawie O wymowie. 

'' Ob. J. Lelewel Wykład dziejóic powszechnych, 
Wrocław 1850, I 33 i n. O stosunku L. do teorji R. świad- 
czyćby mogło zdanie: „Człowiek w tem plemieniu jest 
w upadku, pokutujący, zaginionego pierwotnego wzoru 
swego poszukuje" (ibid.) — Poglądy Lelewela na historję 
nie zostały niestety dotąd krytycznie zbadane; w kaidym 
razie okażą się one w bardzo bliskim związku z oświe- 
ceniem. Jego to terminami zabarwiał profesor nawet swe 
ogłoszenia wykładów : ... „historją powszechną .. wykładać 
będzie, zastanawiając się nad sprężynami spraw 
publicznych narodów, tudzież nad postępem kultu- 
ry". Ob. T. Ziemba, Młodość Mickiewicza, Kraków 1887, 
str. 103. 

** Ślad przejęcia się poglądem Roussa mamy już 
w Odzie do młodości, mianowicie w apostrofie do ziemi : 
^Zielone przypomnisz lata". Zielone lata, to lata mło- 
dości, pierwotnej doskonałości stosunków, jeszcze nieska- 
żonych kulturą, według ulubionej myśli Roussa. 



- 90 - 

»» W. Dilthey w Deutsche Rundschau, CVIII OW; 
por. też Z. Łempicki : Geschichłe der deutschen Liieratur- 
wissenschaft t. I, Gottingen 1920, str. 217 n. 

" Por. W. Bruchnalski Mickiewicz-Ntemcewicz, Lwów 
1907, str. 38—42. 

»5 Ign. Chrzanowski : Ród ludzki Staszica jako wy- 
twór filozof ji toieku oświeconego yv „Axch. Kom. do Badania 
Hist. Filoż. w Polsce", t I, Kraków 1917, str. 169 n. 

*' Drugi tego typu utwór, Condorceta Esąuisse d'un 
tableau historiąue des progres de l'Esprit humain, z r. 1795, 
jest syntezą dziejów zakrojoną na szerszą skalę, do kon- 
cepcji Mickiewicza zbliżony jest tylko w ogólnem pojęciu, 
a do literatury pięknej nie należy. 

1' Ob. Pam. Liter. 1913 i 1914 ; Ruch kulturalny, Po- 
znań 1914. 

J8 Warszawa 1794, w druk. Piotra Dufour, Kons. 
Nadw. J. K. Mości i Dyrektora Drukarni Korpusu Kade- 
tów; str. 14 nlb. i 176, dwa kopersztyćhy. Na str. ostat- 
niej wydrukowano „Koniec" ; w rzeczywistości jednak jest 
to tylko cz. 1, obejmująca 19 rozdziałów ; cz. 2 widać nie 
została je -zcze przetłumaczona. O kołach, z jakich wyszedł 
przekład, może nam nieco powiedzieć drukarnia, oraz dwa 
przypiski tłumacza wywołane wypadkami w Polsce. Do 
słów autora : „niechaj się tylko pokaże naczelnik cnotliwy" 
(r. 13) dopisał tłumacz: ,, Polska już tego dała dowody, 
skoro bowiem tylko cnotliwy i wielki Kościuszko stanął 
na czele, aż natychmiast Naród, zbierając się pod chorą- 
gwie wolności stawa pod bronią i zrzuca haniebne jarzmo 
możnowładztwem i nienasyconą chciwością sąsiadów na- 
rzucone"* (str. 110). A na str. 118 do słów : „Naczelnicy 
na swój zysk nleoglądający się i cnotliwi', dopisek : „Ta- 
kim jest Tadeusz Kościuszko". — Notatka Estreichera, ja- 
koby istniało wydanie polskie z r. 1792, polega zapewne 
na omyłce Bibl. pol. XIX stulecia, V 14S). 

Tom I wydania polskiego z r. 1804 jest niewolni- 
czym przedruldem wydania z r. 1794; przejęto stamtąd 
także błędy, które w wydaniu poprzedniem zostały wy- 
kazane na ostatniej stronicy, a w przedruku nawet nie 
skorygowane. Opuszczono tylko oba aktualne w r. 1794 
przypiski. Nawet cytat na karcie nlb. 2 v. podsygnowany 
jest za wydaniem 1794 r. literalnie, choć poprawnie od- 
syłacz tutaj winien być : karta 27, nie 21. 



— 91 



*» Ignacy Chodźko: Obrazy litewskie, ser. IV, t. I, 
ilno 1845, str. 17: „Znowu i do nas (autor mówi o Litwie 
zed 1825 r.) promień tej zorzy zwiastującej odrodzenie 
w Bogu i cnotach zawitał. W rękach czytelników za- 
last Woltera, HelTetiusa i innych, a szczególniej 
o 1 n e j a, którego Rozwaliny za naj większe u nas miano 
dęło, — Chatobriant". — Por. tei Wiad. Bruk. 1820, str. 41. 

20 Poitiers, 1839, str. 104. 

21 Ob. W. Rubczyński w , Spraw, z czyn. i pos. Akad. 
miej. 1912 grudzień, str. 11. 

22 Komentarz, czyli wykład nowey Xięgi objawień, 
saney niegdy w języku Francuzkim przez P. Volney, 
ikobińsko-Filozofskiego Proroka, a przed lat kilkadzie- 
^t na Polski przetłómaczoney pod tytułem Bozwaliny, 
ozony. Dla załatwienia Czytelnikom poięciu nazbyt głę- 
)kich taiemnic, i częścią wygórowanych, częścią za wikła 
fch sensów pochwalonego Proroka. W Warszawie 1820 
>ku. B. aut. i druk. Str. 2 nlb., 506 i 10 nlb. — A. Z., autor 
ymierzonej przeciwko Goszczyńskiemu broszury Początek 
'vag nad duchem dziennika Noiva Polska (b. m. 1831, str. 
i) ze zgrozą pisze jeszcze o współczesnej młodzieży, o po- 
Dleniu belwederczyków, źe się rzuca „na wielbione dzieła 
f^oltera, Wolneya i t. d., pożera je z nieznanym sobie do- 
id urokiem" (str. 29). Urok ten widać przetrwał w Polsce 
higo. 

Nawiasem można zaznaczyć, że z tej to popularności 
uin w Polsce wzięła się zapewne owa Królowa Pal- 
lira, z którą w tak bliskich stosunkach zostawał zacny 
enkiewiczowski Stary sługa. 

23 Yolney, Comte Constantin Francois Chasseboeuf 
Les ruines ou meditations sur les revolutions des 

mpires, Geneve 1791, 8", z 3 planszami. W roku nastę- 
nym wyszło dzieło w Paryżu p. t Les ruines... par M. 
olney. Depute a 1' assemblee Nationale de 1789, b. ra., 
792, str. 235, 3 nlb. — Z tego to zapewne wydania do- 
onano y)rzekładu polskiego, jak wnosić można z słów 
V jego tytvile : „w r. 1792 w Paryżu wydane". Tłumacz 
ódać o wydaniu genewskiem nie wiedział. 

2* Ten to motyw wzlotu ponad ziemię, obraz czło- 
»ieka oglądającego z górnych przestworzy wypadki ziem- 
kie, z Ruin Volney'a właśnie, — co się wydaje wysoce 
)rawdopodobne, — padł na szczególnie urodzajny grunt 
yyobraźni ]VIickiewicza młodego, zapuścił tam głęboka 



92 



korzenie i pr^ez czas dłuższy uwydatniał się vr wybi' 
sposób w twórczości oryginalnej. Stał się poprostu staJ 
wyrazem artystycznym pewnego specyficznego rodź 
dyspozycyj psychicznych poety. 

Zakiełkował zasiew motywu tego, jak to zaraz 
niżej zobaczymy, w jednym z młodzieńczych utworów^ 
mackich. Dużą rolę odegrał w ustawieniu sytuacyji 
treści Ody, wyśpiewanej przez poetę, co ,nad martwj 
wzleciał „światem" i z górnych przestworzy nań spogŁ 
Wreszcie z t^go samego to korzenia wyrośnie motyw W2 
ponad ziemię jeszc/e u Konrada w t. zw. małej impr 
zacji III cz. Dziadów (por. też J. Kallenbach A. Mit 
wicz ■' I 74). 

" J. Lelewel, ł. c. U 143. 

-8 Przypuszczę Di e o bezpośrednim związku wyol 
źeń historjozoficznych młodego Mickiewicza z Yolney' 
znajduje poparcie w dających się wyróżnić echacli 
wśród filomatów. Z paru ubocznych świadectw wi 
możemy niemal na pewno, że w gronie uniwersv-tecl 
kolegów Mickiewicza Euimj należały do dzieł znanj 
i pilnie czytywanych. Zachowały się bowiem wyra 
ślady ich uroku literackiego i ideowego na młodzie- 
poezję filomacką. 

Podobał się widać sam pomysł i inscenizacja utwora 
dumania autora samotnie błądzącego przy świetle k-'- 
źyca wśród gruzów dawnej świetności: melodję tym 
maniom poddaje melancholja zniszczenia. Na tym to : 
ty wie osnuł poemat swój O. Pietraszkiewicz : Dmnau > 
walin zamku Giedymina (St Pietraszłdewiczówna Dzi 
Jilomatów tv zarysie^ Kraków 1912, str. 12) ; było coś z i 
i w Dumie nad mogiłami Francuzów J. Czeczota. jO któl 
mówił Mickiewicz: 

Jak wnętrznej ulgę chcąc przynieść żałobie, 
Błąkał się wśród pustyni i wsparty na grobie. 
Skoro noc ziemię w zawój otuliła głuchy. 
Pieniem z mogił w^ywołał bohaterów duchy. 

{Pi^sDia, wyd. Kallenbacha I 

Przedewszystkiem jednak sam Mickiewicz-filomata 
■oddźwięka echem Volney'a. Kiedy np. w „jambac!^" 
wypowiedzianych na imieninach Czeczota, używa obra 
wzlatania wysoko ponad ziemię i oglądania z góry co:..- 
malejącego krajobrazu : 



- 93 - 

I 

Patrzaj, patrzaj, w gawronią wybrałem się drogę, 
Drobnych was ledwie z góry wzrokiem schwycić 

[mogę... 

Świecą się rzeki, wioski i lasów urywki (ibid. I. 84)t 
edy się boi, żeby nie spadł „nazad na poziome gru- 
, -^ to przypomnieć nam się musi motyw wzlotu z nad 

w zenity, zasadniczy motyw konstrukcyjny Ruin 
dz. IV, wyd. z r. 1794, str. 23 n.), pochwycony widać 
z wyobraźnię młodzieńczą i utrzymany w niej — jak 
zieliśmy — długo. Przecież „gruzów" na murawie, gdzie 
""odbywał obchód, nie było jako żywo. Dostały się tu 
•ost z literatury. 

Jeszcze jeden dowód przejęcia się Volney'em spoty- 
ly w młodzieńczej poezji Mickiewicza, najbardziej wy- 
ly, mianowicie w Kartofli, w ustępie, który jest "zaro- 
\ rozwiniętych w trzy lata później poglądów historjo- 
cznych młodego poety. W czasie narady niebieskiej, 
ącej zdecydować odkrycie Ameryki, zabiera głos arch. 
ael i w tok poematu heroikomicznego .wplata niespo- 
rnie przepowiednię przyszłych losów Europy. 

Otóż treść przepowiedni tej pojęta jest całkowicie 
luchu Volney'a i historjozofji oświecenia: 

...nad światem nowym swobód gwiazda błyśnie, 

Cnota się i nauka pod jej promyk ciśnie, 

Alnisze więzy despotów złamią się postrachy... 

A Lud-Król... 

Do stóp swoich tyrany staroświeckie pognie. 

Pam. Liter. 1908, str. 89) 

A co jeszcze ciekawsze : wspominając w przepo- 
idni tej ogrom przyszłego zniszczenia, posługuje się 
ael obrazkiem przypominającym bezpsśrednio Volney'a : 
Patrzcie ! zdała wędrowiec na tej przybił stronie ; 
Ze łzami przez nasute gruzem stąpa błonie. 
Z pewnością mu rozwaga nie odgadnie pilna, 
Kędy stały Paryże, Londyny i Wilna, fibd , str. 89y. 

Trzeba to zostawić z następującym ustępem Ruin: 
ważywszy, jak ożywione były niegdyś te miejsca nad 
iremi rozmyślałem : kto wie, rzekłem do siebie, czy 
takie naszych okolic kiedykolwiek zastąpi opustosze- 
? Kto wie, jeżeli nad brzegami Sekwany, Tamizy, 
icersee i t. d., tam, gdzie teraz w odmęcie swobód 
ozkoszy serce i oczy mnóstwu uczuciów wystarczyć nie 



podofl 
waliifl 
pamiątt 



- 94 - 



potrafią, — któż wie, jeżeli podróżny jaki, innie 
nie usiądzie kiedy na niemj'ch i głuchych rozwalił 
a samotny nie zapłacze nad popiołem Ludów i pamią? 
ich wielkości", fi. c. str. 11 n.) 

" Ob. Piłat, 1. e. str. 89. 

•'8 Dilthey, / c. str. 360. 

*' K. Chodynicki : Poglądy na zadania historji w «/>(x 
St. Augusta, Warszawa 1915, str 3. 

30 Wśród Zdań i Uwag Mickiewicza (1836) zna;'' 
jemy i taki dwuwiersz: 

Czas przeszły równie od nas, jak przyszły, daleki. 
Ten lylko pojmie przeszłe, kto zgadł przyszłe wiek. 

Jest to już wyraz późniejszego stadjum zagadnieni 
które w mesjanicznem ujęciu zostało tu odwrócone. 



Y. 

IDEJE 8T. MARTINA W „KSIĘGACH NARODU 
I PIELGRZYM8TWA POLSKIEGO". 



Dla badacza filjacyj postronnych w utwo- 
rach literackich Księgi narodu i pielgrzyni- 
stwa polskiego stanowią wyjątkowo szczęśliwy 
objekt; a to z tego mianowicie powodu, źe 
autor ich sam z zastanawiającą otwartością 
aż dwukrotnie zaznaczył w tekście rzekomą 
nieoryginalność dzieła. Zaraz u wstępu Ksiąg 
pielgrzymsłwa oświadcza, „ze te nauki i przy- 
powieści... zebrał chrześcijanin pielgrzym z ust 
i pism chrześcijan Polaków, męczenników i piel- 
grzymów" (w. 446 n.) Toż samo powtarza się 
na końcu, w rozdz. XXIY (w. 1833 n.) z tą 
różnicą, że obok „pism, opowiadań i nauk Po- 
laków, ludzi pobożnych" — wymieniono jako 
źródło: „dzieje Polski". Nadto w pierwszej re- 
dakcji ten właśnie ustęp ma dopełnienie jeszcze 
szczegółowsze: „A szczególniej z ust polaka, 



- 96 - 

który się nazywał Oleszkiewicz i umarł nie- 
dawno, i z nauk Xiędza Stanisława, który żyje 
dotąd, i z nauk innych ludzi polaków i z ksiąg 
xiędza, który się nazywa Lamenais i z ust 
człowieka, który się nazywa Heinrech"^. 

Nic dziwnego, że idąc za temi wskazów- 
kami starali się badacze określić rozmiar i głę- 
bię wpływów postronnych, rodzaj współudziału 
wymienionych osób w dziele Mickiewicza. Nadto 
ponieważ ideologja tamtych ludzi nie wyrosła 
także samorzutnie, starano się również określić 
rolę twórców i idei pierworodnych, które stoją 
poza nimi. W ten sposób zbadano, naj grunto- 
wniej i najbardziej wyczerpująco, stosunek 
Mickiewicza do X. Lamennais, dalej rolę X. 
Stanisława Chołoniewskiego i tego, który poza 
nim (a może nawet i poza X. Lamennais) stoi : 
autora książki De imiłałione J. Chrisłi. Po- 
nadto zbadano wpływ, niezaznaczony, lecz naj- 
oczywistszy, Biblji na styl, konstrukcję i treść 
dziełka, wreszcie rolę Lelewela, z którego pism 
przedewszystkiem poeta poznawał owe zazna- 
czone „dzieje Polski". Wobec braku źród( 
bezpośrednich nie wiele i jedynie na podsta- 
wie tradycji przekazanej przez trzecie ustal 
można było mówić o stosunku duchowym Mic- 
kiewicza do Oleszkiewicza, a jaż całkowicie 
tajemnicza została dotąd postać owego Hein- 



- 97 - 

recha, czy Heinricha, jakiegoś zapewne znajo- 
mego poecie Niemca z Drezna. 
I Do tego pocztu duchów współdziałających 
przybywa obecnie jeszcze jeden, którego ideo- 
logja, aczkolwiek nie naj wybitniej, oddźwiękła 
jednakże bardzo wyraźnie w ustroju myślowym, 
a nawet stylistycznym Ksiąg, to Louis-Claude 
de St. Martin. Przez ustalenie rozmiaru i cha- 
rakteru jego wpływu określić będziemy mogli 
pośrednio bliżej nieco i znaczenie Oleszkiewi- 
cza; bo jak Tomasz a Kempis dla X. Choło- 
niewskiego, tak dla Oleszkiewicza St. Martin 
jest bodaj właśnie tym duchowym protoplastą, 
mistrzem, według którego kształtuje się własne 
życie i którego zasady usiłuje się zasiewać 
w dusze. 

Saint Martin, albo — jak się podpisywał 
na dziełach swych — Le Philosophe inconnu, 
to osobistość w w. XVIII jedna z wybitniej- 
szych. Odegrał on znaczną rolę w życiu filo- 
zoficznem, moralnem i religijnem pokolenia 
w dużej części Europy. "Wychowany i wzrosły 
podczas rozkwitu racjonalizmu i deizmu, ró- 
wieśnik Woltera i encyklopedystów, — ponad 
sensualizm i materjalizm czasów swoich, czę- 
stokroć wbrew im, wyniósł zasadę autonomji 
ducha jako pierwiastka bytu, byłKartezjuszem 
duchowości, jak go nazywa krytyk', czy E,o- 

Pigoń, Studja. < 



- 98 - 

binsonem spirytualizmu — jak sią nazywa satn 
wierzył w wielkość, w boskość ducha, w mo? 
ność jego postępu i doskonalenia się wewnętr/, 
nego aż do poziomu synostwa Bożego. Etykę 
swą podpierał teozoficznym systematem, ustfi- 
lającym kolej rozwoju świata, odsłaniający! 
dzieje ducha — od emanacji, przez jakiś k' 
smiczny upadek, do reintegracji. Wierzył w osc- 
bistą, ustawiczną ingerencję Boga w sprawac; 
ludzkości, jako też w bezpośredni, osobist 
związek mistyczny duszy z Bogiem, z światei; 
nadprzyrodzonym i w możność komunikowani 
się z nim przez jednostkowe objawienia. M 
styka jego posiada wśród wielu innych syste- 
mów swoistą odrębność, własny urok wznio- 
słości, un parfum de candeur et damour . 
który jej zapewnia trwałość oddziałj-wania. 
Na umysłowość i piśmiennictwo polsk: 
oddziałał St. Martin więcej, niż dotąd powszech- 
nie przypuszczano. Pomijając już Mickiewi- 
cza, który przedewszystkiem czeka na tak 
zestawienie, da się ustalić bardzo bliski zwią- 
zek między martynizmem a towianizmem, nie- 
wątpliwie bliższy jeszcze między nim a Sło- 
wackim. Stosunki te czekają dotąd powoła- 
nego badacza; zbyt mało poświęcił im uwagi 
nawet J. G. Pawlikowski w swej epokowej 
Mistyce Słowackiego*. 



- 99 — 

Nie umiemy powiedzieć dowodnie, kiedy 
i na jakich drogach zetknął się pierwszy raz 
Mickiewicz z pismami St. Martina. Przy- 
puszczać tylko można, że stało się to dużo 
przed czasem, z którego mamy pierwsze pi- 
sane tego spotkania ślady. Pierwszy taki ślad 
lektury St. Martina przekazuje Koresponden- 
cja Mickiewicza dopiero z kwietnia 1833; od- 
tąd o dziełach jego będzie poeta pisał z entu- 
zjazmem, zachęcał przyjaciół do czytania, cy- 
tował zdania i tłumaczył". Ta pierwsza fala 
entuzjazmu trwa aż po rok 1886. Zaś za lat 
parę przyjdzie w towianizmie fala powrotna. 
W każdym razie z pismami St. Martina obco- 
wał Mickiewicz długo, szczegółowo i z zami- 
łowaniem. Istnieją w Paryżu świadectwa tego 
obcowania: egzemplarze dzieł jego, pokryte 
gęsto glosami, uwagami, przypisami, poczy- 
nionemi ręką Mickiewicza. 

Nie możemy również nieodbicie ustalić, 
iedy i jaką drogą dotarła do Mickiewicza 
najomość osobistości St. Martina. Prof. Kallen- 
bach przypuszcza, że stało się to najwcześniej 
w r. 1832 i to za pośrednictwem bibljoteki 
drezdeńskiej". Wydaje się wszelako więcej praw- 
dopodobne, że znajomość St. Martina przy- 
szła do Polski, w szczególności także do Mic- 
kiewicza, nie z zachodu, ale inną drogą, mia- 

7* 



- 100 - 

nowicie z północy, przez Petersburg i Moskv.'.^. 
Przypuszczenie- to wyraził już J. G. Pawli- 
kowski* i da się ono bliżej uzasadnić. W ta- 
kim zaś razie przyszła ta znajomość wcześniej, 
niż to przypuszczał Kallenbach ; bardzo nawet 
być może, że rozpowszechniona była na Litwie 
już w początkach stulecia*'. 

Do Rosji doszedł wpływ St. Martina ba 
dzo wcześnie, bo już w ósmym dziesiątku wiel. 
XVIII i to dwiema drogami : bezpośrednią 
i pośrednią. Bezpośrednią umożliwiła osobista 
znajomość St. Martina z wybitnymi dygnita- 
rzami arystokracji rosyjskiej, zawiązana w Lon- 
dynie w r, 1787® za pośrednictwem ambasa- 
dora rosyjskiego, Woroncowa. Zwłaszcza z księ- 
ciem Golicynem łączyła go dłuższa i zażyła 
przyjaźń, oczywiście nietylko osobista, ale 
i ideowa. Przyjaciele rosyjscy zapraszali go 
kilkakrotnie do Rosji, od podróży jednakże 
wstrzymywała go nieprzychylność Katarzyny 
dla jego ideologji*". 

Drogą pośrednią rozpowszechniania tej ide- 
ologji były loże masońskie. St. Martin był 
w bliskich związkach z masonerją francuską; 
w związki tajne wszedł już jako uczeń Marti- 
neza Pasąualisa, który założył był „zakon", 
stojący w bliższym stosunku do różnych roz- 
gałęzień masonerji, jak róźo-krzyżowcy, loże 
Słricłae Obseruanłiae i awignoński związek 



- 101 - 

„Nowego Izraela". Od r, 1785 był członkiem 
[oźy masońskiei i usiłował przeprowadzić w niej 
reformy w rytuale i układzie hierarchij stopni ; 
równocześnie zjednywał sobie przez wpływ 
osobisty grono ściślej szj'ch zwolenników". 
Dzieła jego, a zwłaszcza pierwsze, najgłówniej- 
sze, Bes Erreurs et de la Verite (1776), roz- 
chodziły się niewątpliwie szeroko w kołach 
_B. B. .-."'^ 

Otóż i masonerja i „zakony" siostrzane 
były w drugiej połowie w. XVIII bardzo roz- 
powszechnione w Hosji; około 1774 cała Kur- 
landja była w rękach „Ścisłej Obserwancji", 
także „Nowy Izrael" miał tam zwolenników^ ^ 
Tą więc drogą mógł się rozgłos i wpływ St. 
Martina rozchodzić silnie i swobodnie. Że się 
rozchodził istotnie, że martynizm rozpowszech- 
nił się szeroko po Rosji Katarzyny II, mamy 
na to świadectwa skądinąd. Owszem, dowiadu- 
jemy się, że martyniści ujęli nawet w ręce 
cały ruch masoński i nadali mu własne, bardzo 
szczytne piętno: „Była to sławna epoka w rocz- 
nikach masonerji; nie wykaże ona, zapewne, 
już nigdy tak szlachetnego rozpędu, jak pod- 
czas swego, tak krótkiego niestety, istnienia 
w Rosji pod kierownictwem martynistów"^*. 
Dla szerzenia idei założyli zwolennicy St. Mar- 
, tina olbrzymią drukarnię nakładową i bibljo- 
; tekę w Moskwie, mieli własne szkoły, wysyłali 



— 102 - 

utalentowanych chłopców zagranicę. Niektórzy 
martyniści, np, Łopuchin, poświęcali olbrzymie, 
książęce fortuny na cele humanitarne. Pisma 
St. Martina były oczywiście szeroko znane: 
tłumaczono je na język rosyjski^^, o książce 
Des Erreurs et de la Yeriłe kazała sobie Kata- 
rzyna przedkładać osobny referat'^, po lożach 
rozpowszechniali je zwłaszcza Grabianka i ad- 
mirał Pleszczejew'^ Wprawdzie Katarzyna 
zgniotła ten ruch, przerażona rolą masonerji 
w rewolucji francuskiej, naczelników pozamy- 
kała w Schliisselburgu lub wygnała z Rosji, 
jednak idei jego oczywiście nie zgniotła, zwła- 
szcza, że po jej śmierci i Paweł i Aleksander 
byli ruchowi przychylni. W pierwszej ćwierci 
w. XTX był więc martynizm w Rosji wcale 
silny*®. 

Wobec tego wydaje się więcej niż prawdo- 
podobne, że Mickiewicz, tak dobrze obznajo- 
miony, częściowo nawet uczestnik ż^^cia umy- 
słowego i politycznego owoczesnej Rosji, mło- 
dej zwłaszcza, natknął się na ruch ten w czasie 
swego tam pobytu. Pośredników mógł mieć 
przytem dwóch. Jeden, to Oleszkiewicz. Nie da 
się stwierdzić dokumentami^^, ale niemniej jest 
oczywiste, że Oleszkiewicz pisma St. Martina 
znał, że był przejęty jego ideologją. Ten ma- 
son, „wielki mówca" loży Orła Białego, „ba- 
dający kabałę"*", wizjoner, reagować musiał 



~ 103 - 

[la prądy, przetwarzające tak wydatnie maso- 
[lerję rosyjską. Jego zainteresowania umysłowe 
typ psychiki, jego głęboka, oddziały wająca 
la życie, mistyczna religijność, łiumanitaryzm, 
paiłość ludzi i zwierząt świadczą dostatecznie, 
ze był bliski St. Martinowi, stał pod jego uro- 
kiem. Wywierając tak wybitny wpływ na Mic- 
dewicza, jest wysoce prawdopodobne, ze zwró- 
3ił jego uwagę na postać i pisma mistyka fran- 
puskiego^'. 

Było to tem łatwiej, że Moskale - marty- 
biści, jak świadczy Wal. Krasiński, wyróżniali 
Się wielkodusznością, a do młodych wygnań- 
bów polskich, filomatów, odnosili się z zasadni- 
czą sympatją i uczynnością. Nie podzielali oni 
rusyfikacyjnych zamierzeń rządu i starali się 
goić krwawe rany, zadawane innym narodo- 
wościom przez carat rosyjski. Mickiewicz wła- 
śnie miał doznać wybitnej opieki jednego z moż- 
nych martynistów. Byli nim mianowicie książę 
Golicyn, jenerał-gubernator Moskwy. 

Wiadomo z biografji poety, że wydalony 
z Odessy, znalazł Mickiewicz razem z Malew- 
skim służbę w kancelarji moskiewskiego jene- 
rał- gubernatora. Golicyn okazywał obu filoma- 
tom wiele przychylności, nie wciągał do zajęć 
służbowych, w lecie 1826 r. wstawiał się za 
nimi do w. ks. Konstantego i Nowosilcowa, 
by ich wpuszczono za urlopem na Litwę, za- 



- 104 - 

praszał do siebie na obiady i ułatwił wyjazd 
do Petersburga w grudniu 1827 r.'* Wyjeżdża- 
jąc, pisał o nim Fr, Malewski: „Ach, jaki 
zacny naczelnik; nie opuściłbym go nigd] 
gdyby okoliczności nie zmuszały"^'. 

Nie umiem powiedzieć, jaki stosunek łącz] 
tego księcia z owym Golicynem. przyjacielem St!!l 
Martina ; w każdym razie zachodzi między nini 
wspólnota ideologji. Bo i opiekun Mickiewicza 
był martynistą ; stąd też zapewne płynęła jego 
sympatja dla wygnańców polskich. Potwierdza 
to wyraźnie Wal. Krasiński, który nie ma doś 
słów wdzięczności i uznania dla niego i jeg ■ 
współideowców za ową. sympatję i troskliwość 
iście ojcowską dla zesłanych'*. Sądzę więc, ź 
i Mickiewiczowi nie bj^ły tajne przekonania 
Golicyna i że one właśnie mogły go spowo- 
dować do zainteresowania się St. Martinem. 
Toby więc był ów pośrednik drugi. 

To też można po tem wszystkiem stwier- 
dzić z wszelkiem prawdopodobieństwem, ż 
z ideologją St. Martina spotkał się Mickiewicz 
już w Rosji, że już tam zwrócono mu uwagę 
na jego dzieła. Kied}' przejścia rzymskie przy- 
sposobiły duszę poety do intensywnego życia 
religijnego w kierunku wyraźnie mistycznym, 
kiedy zarazem po śmierci Oleszkiewicza oso- 
bistość ta, jej życie i słowa, zaczęła promie- 
niować tą szczególną -poświatą czcigodności'', 



— 105 - 

aka uderza w poświęconym mu ustępie III cz. 
Oziadów, wtedy sięgnął Mickiewicz do owych 
enionych i zalecanych może w Rosji pism St. 
lartina. Stało się to niemal napewno co naj- 
fóźniej w Dreźnie w epoce Dziadów cz. III 
Ksiąg pielgrzymsłwa. 

* * 

Kiedy teraz, ustaliwszy zasadniczo moźli- 
srość wewnętrznego stosunku, zwrócimy zko- 
ei uwagę na pisma St. Martina, to spostrze- 
;emy łatwo pewne, dosyć znamienne zbieź- 
iGŚci między niemi a Księgami i zrozumiemy, 
;e ideje mistyka francuskiego odegrać mogły 
)ewną rolę w wewnętrznej konstrukcji dziełka 
Mickiewicza. 

Sam naczelny charakter Ksiąg, pisma hi- 
itoryczno czy historjozoficzno-politycznego i mo- 
alnego, wskazuje nam, w jakiej dziedzinie 
)rzedewszystkiem szukać możemy interesują- 
jych nas zbieżności. I decyduje zarazem już 
jsgóry o ich zasadniczym typie. Szukać ich 
mianowicie będziemy nie w: tern, co stanowi 
aaj właściwszą istotę systemu St. Martina, 
w jego teozofji czy eschatologji, nie w nauce 
D początku dusz, ich przedwiekowym upadku 
wysiłkach reintegracyjnych, — ale w poglą- 
dach ubocznych, w zapatrywaaiach na współ- 
czesny bieg dziejów, na wypadki polityczne. 



- 106 - 

Znając wszelako organiczność konstrukcji psy- 
chicznej tego człowieka, możemy liczyć zgór 
że bez oświetleń historjozoficznych i tutaj s': 
nie obędzie. 

Na zbieżność w tamtym, istotnym zakr- 
sie miał przyjść czas później. AVpływ bowiei.. 
St. Martina — powiedzieć można już teraz — 
działał na Mickiewicza rozwojowo, od zewnąti 
w głąb, od poglądów na sprawy doraźne świata 
— do spraw wieczystych duszy, do moralnej 
postawy wobec życia*^, a wreszcie do koi 
cepcyj teozoficznych, na które czas przyszeai 
całkowicie dopiero w towianizmie. 

Zanim jednakowoż wejdziemy w rozbiór 
i zestawienie konkretnych poglądów na pewn 
szczegółowe zjawiska społeczno-polityczne obv^ 
pisarzy, podkreślić musimy pewną wspólność 
ogólniejszego typu, mianowicie zbieżność ich 
w zakresie postawy wobec jednej z funkcyj 
życia wewnętrznego, wobec nauki. 

Zastanawiać musi każdego, że Mickiewicz 
w Księgach z taką zawziętością uderza stal- 
na „naukę świata tego", a zwłaszcza na „fih 
zofów" i „mędrków", — jest ich wrogiem równ: 
chyba zasadniczym, jak królów i książąt. Jed- 
nym i drugim grozi jednakim gniewem lud- 
i s^dem podczas ostatecznej rewolucji; orzek 
ryczałtem: „bo teraz urzędy w Europie hańb 
są, a nauka Europy głupstwem jest" (w. 613j-' 



- 107 - 

laczego? Skąd ta zawziętość sądu? Słowa 
jtatnie są, wiadomo, echem Pisma Św., ale to 
lUsi mieć jakieś uzasadnienie, że je właśnie 
3eta stamtąd wydobył. Wyrażały widocznie 
aj lepiej pogląd jego — głębiej uzasadniony. 

Cóż zarzuca Mickiewicz „filozofom" ? Prze- 
wszystkiem służalczość wobec panujących, 
^habilitowanie ich postępków i faktów doko- 
mych. Po największym występku czy głup- 
wie imperatorów „znaleźli się filozofowie, 
iórzy pochwalili wszystko, co wymyślili kro- 
wie" (w. 224) ; tak uzasadniali ubóstwienie 
ę cesarzy rzymskich, potępienie wojen krzy- 
)wych, cześć bałwanów : Interes, Równo"\jvaga 
Zaokrąglenie. 

Zarzuca im, po wtóre, zasadniczą błędność 
przewrotność nauki, uderza w treść ich sy- 
emów i to mianowicie od jednej strony : — 
iligijnej. „A ludzie uczeni rozdawali zamiast 
iileba truciznę i głos ich stał się jak szum 
łynów pustych, w których nie było już zboża 
'iary" (w, 555 n.). 

Zasadniczo biorąc — ta nieufność w Księ- 
%ch wobec nauki, wobec dorobków rozumu 
ie jest w Mickiewiczu czemś nowem. Wiemy, 
ł rozwój jego poglądu na świat szedł od cza- 
)W rzymskich, a i dawniej jeszcze, wyraźnie 
kierunku antyintelektualistycznym, że po- 
a degradował rozum — w teorji romanty- 



- 108 - 

cznej na rzecz uczucia, w życiu zaś na rzecz 
kryterjów moralnych^^ Ten tj-^p widzenia \\' 
tłumaczyćby nam mógł ów refren pogardliwoi 
nagany „filozofów", o ile on wyraża z a s a fl 
n i c z ą niechęć do dorobków wyłącznie rozu- 
mowych. 

Ale Mickiewicz mówi pozatem jeszcze 
i o „truciźnie" systemów filozoficznych. Jaka 
to trucizna? Którzy to lilozofowie rozdawali 
ją zamiast chleba wiary? Bliżej nam to odsło- 
nić może przykład St. Martina. Taż sama bo- 
wiem pogarda i pasja na ^filozofów" przewija 
się i przez jego pisma. T^-lko on mówi wy- 
raźnie, o jakich filozofów chodzi, mianowicie 
o filozofów oświecenia: materjalistów, sensu- 
alistów, eudemonistów. Ich naukom przeciw- 
stawiał się całą swą działalnością St. Martin, 
spirytualista i etyk. Zarzucał im, że przez ne- 
gację ducha zniżają naturę ludzką do poziomu 
zwierząt, bo niszczą religijność, porywy tęsk- 
noty ponad człowieka. Mówi o tern wielo- 
kroć w swym pamiętniku: „Pierwsza njoja 
książka Des Erreurs et de la Yćriie miała za 
cel jedynie zwalczać filozofów materji"'^ -By- 
łem nieprzyjacielem wiedzy, ponieważ kocha- 
łem ludzi i widziałem, że ona ich zwodzi na 
każdym kroku" ^^ „Doktorowie i wszyscy, któ- 
rzy posiedli klucze wiedzy, nie zachowują pra- 
wa ni nakazów Pisma : a ponieważ nie wierzą 



- 109 - 

f te nakazy, — nie pojmują już ich, tracą. 

oczu ducha i znaczenie prawdy. Wreszcie 
), czego nie rozumieją, zmieniają dowolnie 

wkońcu odrzucają całkowicie, albo wykła- 
ają w sensie czczym i materjalnym"^\ n-^J* 
}m w wojnie z filozofami, którzy chcą zniżyć 
aturę ludzką i sprowadzić do poziomu zwie- 

ąt"^^. Albo wreszcie: „Czytałem, widziałem, 
:uchałem filozofów materjalistycznych i dok- 
3rów, którzy pustoszą świat swemi naukami, 
nawet kropla trucizny ich nie wsiąknęła 
re mnie, nie dosięgnął mnie ani jeden z t3'^ch 
ręźów, którego jad byłby dla mnie złowrogi" ^^ 
Otóż ten rys wrogości wobec filozofów 
icjonalistycznych, zasadnicze potępienie jadu, 
trucizny" ich nauki, jest wspólny obu pisa- 
zom. Wspólna jest także pewna wobec nich 
aciętość, nieubłagana bezwzględność sądu. 
lickiewicz przepowiedział w ostatnich rozdzia- 
ich Ksiąg mędrkom francuskim i angielskim 
krutną karę w dzień wolności; St. Martin 
ywi do nich podobne uczucie. „Nie należy 
abierać się — pisze w swym Portrait histo- 
ique et philosophiąue — do nawracania filo- 
ofów ; byłaby to napewno strata czasu. Trzeba 
Ott tylko odebrać możność szkodzenia duszom 
obrym. Podobnie jak państwa nie usiłują 
przez swe prawa i policję naprawiać złodziei 

rozbójników, chcą tylko — łapiąc ich i kła- 



- 110 - 

dąc im kajdany na ręce i nogi — zapewi 
społeczeństwu spokój"^*. 

Oto zbieżność poglądów w sprawie d< 
zasadniczej. Jak ją tłumaczyć? Czy uznać 
raz za wynik zetknięcia się Mickiewi( 
z dziełami St. Martina? Przesądzić trudnj 
Wiemy, że Mickiewicz wszedł bj'ł na droJ 
rozwojową, która go doprowadziła do te| 
typu postawy wobec życia, napewno dużo wcze- 
śniej i samodzielnie. Jeśli jednakże nie była 
wynikiem, — być mogła przyczyną. Mickie- 
wicz, natknąwszy się — jak to bywa bodaj 
w większości t. zw. „wpływów" literackich — 
na pisma człowieka o tak pokrewnej konstru- 
kcji psychicznej i o takiej zgodności poglą- 
dów, dał się pociągnąć i w promieniach uro 
tamtych pism krystalizował i pogłębiał w so- 
bie szybciej — zrodzone dawniej i samodziel- 
nie sądy i pojęcia. Łączności genetycznej wol- 
no więc dopatrywać się co najwyżej, gdzie 
chodzi o wyraz, kształt zewnętrznj^ owych 
sądów ; wolno przypuścić, że ten osobliwy sens. 
jaki ma w^ Księgach słowo „filozof", „doktór-, 
„mędrek", że wartość uczuciowa tych słów 
stoi w pewnej łączności z twórczością St. 
Martina. 

Ściślej natomiast pod względem genetj^cz- 
nym uda się bodaj powiązać ze sobą zbież- 



- 111 - 

ości dalsze. Najpierw te, co tyczą poglądów 
a przeszłość. 

Kośćcem Ksiąg jest, jak wiadomo, pewien 
kreślony system historjozoficzny. Opiera się 
n o starą, ugruntowaną jeszcze w wieku 
świecenia, wiarę w organiczny postęp rodzaju 

dzkiego ; założeniem jest ewolucyjne pojęcie 
ziej ów. Było ono w wieku oświecenia ulubio- 
ym tematem nietylko studjów naukowych, 
.6 także i utworów literackich^^ 

Historjozofja Mickiewicza różni się jednak- 

tutaj od większości koncepcyj wieku oświe- 
mia zasadniczo swym ustrojem; tern miano- 
icie, że linję rozwoju ludzkości wykreśla nie 

kierunku prostego wznoszenia się, lecz kom- 
ikuje ją przez włączenie, jako istotnej części 
:ładowej, procesu descendencji, czynnika tak 
isadniczo, zdawałoby się, sprzecznego z po- 
iciem ewolucji. 

W poglądzie Mickiewicza ludzkość rozwija 
ę, nie rosnąc ze stanu dzikości organicznie, 
Dwoli i stopniowo, w górę, ale przez to, że 
yszedłszy ze stanu pierwotnej doskonałości, 
aci kolejno swą wartość, opada jakościowo 

dół, psuje się. Dopiero doszedłszy do naj- 
źszego stopnia upadku, — przechodzi nagły 
'zewrót. Mianowicie w momencie takim na- 
ępaje bezpośrednie wkroczenie Bożej mocy ; 



— 112 — 

za sprawą nadprzyrodzoną ludzkość dzięki i a 
kiemuś niebywałemu, wstrząsającemu jej : 
dwaliny, wypadkowi, znagła się odradza, prj 
budo wy wa się na nowy ład, doznaje po w 
nego wzniesienia się na poziom doskonał 
pierwotnej. Potem przychodzi druga epoka 
scendencji i znów nagły przewrót i skok wzwy^ 
w ten sposób rozwój dziejów postępuje da^ 
poziomy bowiem kolejnych wzniesień są co 
wyższe i one to wykreślają diagram postęp 
Jest to właściwie nie ewolucja, ale reintegracla 
wędrówka do poziomu szczytnej jakości, ; 
siadanej niegdyś przez ducha ludzkiego, L 
utraconej przez jakiś kosmiczny katakli 
upadku. Wędrówka ta dokonywa się, wedł 
Ksiąg, przy decydującym współudziale Opa 
ności, czynnika zasadniczo i bezwzględnie 
kluczonego z koncepcyj historjozoficzn 
oświecenia. 

W dziejach dot3'chczasowych odróźi 
Mickiewicz dwie takie fazy rozwoju przez 
scendencję. Pierwsza: — od ^początkowej" 
skonałości do najniższego upadku za Augu 
poczem nastąpiło nagłe poderwanie ludzk 
na wyżyny, dokonane przez przyjście Chry 
stusa — i druga : nawrotny znów upadek społe 
czeństw chrześcijańskich aż do najniższe; 
poziomu zepsucia: do czasu rozbiorów Pol- 
i zdeptania jej w powstaniu listopadowem 



- 113 - 

W tej kolei wypadków wiekowych, odtwo- 
sonej przez Mickiewicza, poakreślić należy 
wa momenty. Sam zrąb zasadniczy tej hi- 
jcrjozofji, przyjęcie, że dzieje ludzkości są 
idownią coraz bardziej wzmagającej się nie- 
oli i ucisku politycznego, jest nam już 
aany. Spotkaliśmy go^^ w literaturze historjo- 
Dficznej wieku oświecenia i w utworze, który 
>st u nas tej literatury odbiciem, w wierszu 
'o J. Lelewela. Tutaj jednak występuje rys 
owy, tamtym koncepcjom obcy, nawet istot- 
l_6, gatunkowo innorodny, przeciwny. Descen- 
encja w Księgach ujęta jest jako zjawisko 
ie polityczne, ale moralnfi -religijne. Więc stan 
ierwotnej, a następnie i wtórnej, odzyskanej 
aj,wyższej doskonałości pojmuje Mickiewicz 
kko stan zgody, zjednoczenia z Bogiem, jako 
Dokę bezwzględnego teokratyzmu. Był taki 
an „na początku", kiedy „nie było praw, 
^•Iko wola Boga", był również po przyjściu 
hrystusa, kiedy „królowie pomazani w imię 
oga — uznali nad sobą prawo Boże". Jed- 
akże ten nowy widok dziejów, tak różny 
i niedawnych wyobrażeń autora wiersza Do 
Lelewela, nie został w Księgach wytrzy- 
jiany konsekwentnie. Wprawdzie upadek ludz- 
jości, zagięcie w dół linji jej rozwoju, doko- 
iały się w pierwszej epoce wskutek zepsucia 
Lę natury ludzkiej, dokonały się niejako od- 

Pigoń. Studja. o 



- 114 — 

środkowo. Ale już w tej epoce poczęści, w di 
giej zaś całkowicie, czynnikiem descendeni 
niemal jedynym, działającym na ludzkość 
zewnątrz, dośrodkowo, jest nie obsuwanie 
moralno religijne, ale reakcja polityczna 
spotyzmu, czyli to samo, co było według sti 
rych wyobrażeń. Upadek dziejowy ludzkoa 
był dziełem znów przedewszystkiem władco' 
ziemskich, „królów", którzy ^zepsuli wszystkc 
którzy odrywają ludzkość od Boga, wysi 
wiając na jego miejsce wprost swą wolę, li 
różne „bałwany", mające tylko lepiej zai 
skować, zasłonić ogólnem hasłem tęż ich ; 
mowolę. 

R}'S drugi tej koncepcji reintegracyji 
wynika z poprzedniego. Jeżeli władcy świal 
imperatorowie i królowie, byli jedynymi sprai 
cami upadku ludzkości, to owe nagłe, gw( 
towne jej poderwania z nizin zła na pozie 
doskonałości dokonają się — wbrew władcom 
i przeciw nim. Słowem — będą to rewoluc 
antymonarchiczne. 

Jakoż istotnie Mickiewicz tak tę rzecz 
stawia; czyni to nawet tam, gdzie trzeba było 
dzieje trochę przykroić do teorji. Widzieliśmy, że 
w planie wieków, odrysowanj^m przez ewolu- 
cjonistyozną historjozofję oświecenia, że u sa- 
mego Mickiewicza w wierszu Do J. Lelewela. 
przyjście Chrystusa nie było pojęte jako fak' 



- 115 - 

iziejotwórczy, jako wypadek epokow}-. Boża 
-ngerencja wyłączona była zasadniczo z dzie- 
jów. Jeżeli przyjmowało się, że epoka krótkiego 
triumfu swobody przełamała dzieje upadku 
na dwa szczeble (a nie było to przyjęcie po- 
wszechne w tamtych systemach, nie uznawał 
go, jak wiadomo, Condorcet), to dokonało się to 
bj'ło albo samorzutnie, kiedy ludy więcej oświe- 
cone stanowiły pierwsze swe konstytucje, albo 
jeśli już przez czynnik zewnętrzny, to były nim 
według określenia Mickiewicza — „ogniste 
z pod lodów skandynawskich dzieci", proto- 
plaści rycerstwa średniowiecznego, wyidealizo- 
wanego, jak na rychłego romantyka przystało, 
w wysokiej mierze. 

Obecnie Opatrzność jest pojęta jako naj- 
wyższy współczynnik dziejów ; Chrystus otwiera 
epokę. Jednakowoż niedawno przezwyciężone 
wyobrażenia nie przeszł}' jeszcze bez śladu. 
Pierwszemu przewrotowi w dziejach ludzkości, 
wystąpieniu Chrystusa, nadaje Mickiewicz pię- 
tno wybitnie polityczne, przeciwcesarskie. 
Śmierć jego pojmuje, przemilczając rolę żydów, 
jako dzieło systemu imperatorskiego wyłącznie. 
„A. gdy tak nauczał Chr3'stus, przelękli się 
sędziowie, którzy sądzili w imię imperatora 
I rzymskiego i rzekli: wypędziliśmy z ziemi 
I sprawiedliwość, a oto powraca; zabijmy ją 
I i zagrzebajmy w ziemię" (w. 64 n.). Szczegół 

8* 



- 116 - 

ten podkreślić należy tern bardziej, że w ; - 
śmie, tak blisko opartem o Ewangelję, jak s^ 
Księgi, on właśnie stoi prawie w niezgodzie 
z źródłem, oprzeć się może jedynie na ubocznej 
wzmiance u św. Jana 19, 12. Takie oświetle- 
nie szczegółu z dziejów biblijnych nie jest 
na pewno przypadkowe, ale tłumaczy się ja- 
kimś uprzednim u autora systemem pojęć^^. 

Więc rewolucja, obalenie do gruntu ca- 
łego dawnego porządku społecznego, była wy- 
razem, także czynnikiem, wprowadzenia epoki 
regeneracji w dzieje ludzkości. Tak było już raz 
w przeszłości, tak będzie w czasie najbliższym 
powtórnie. Taka była najgłębsza wiara Mic- 
kiewicza młodego i taką przj-niósł na emigrację. 

Otóż podobne poglądy historjozoficzne, po- 
dobne zmieszanie demokrat3-cznego ewolucjo- 
nizmu wieku oświecenia z elementami religij- 
nego poglądu na świat i dzieje, napotykamj' 
i u St. Martina. Były one u niego cząstką i kon- 
sekwencją wielkiego systemu kosmogouicznego^ 
mówiącego o upadku i reintegracji ludzkości. 
Pod kątem widzenia społeczno-polit^^cznym roz- 
winął je głównie w dziełku, wydanem w Paryżu 
r. 1797, tuż po wielkiej rewolucji francuskiej : 
L'I!clair sur Vassociałion humaine^^. Treść pis- 
ma, jak tytuł wskazuje, obraca się w dziedzi- 
nie socjologiczno- hi storjozoficznej, tyczy za- 
gadnienia o powstaniu i rozwoju społeczeństw 



- 117 - 

ludzkich. Jest to, jak wiadomo, zagadnienie 
J. J. Roussa, rozwinięte w Umowie społecznej 
(1762). Do tego to pisma Roussa nawiązuje St 
Martin wyraźnie, co więcej — nadaje mu ten sam 
kład myślowy, analogicznie rozmieszcza roz- 
ziały, wszelako w punkcie wyjścia i w konklu- 
ijach zasadniczo je zwalcza. UEclair jest pis- 
mem polemicznem przeciw Conłrat social. Róż- 
nica obu pisarzów w tem, że Rousseau za 
podstawę twórczą społeczeństwa uznaje wolę 
ludu i z togo źródła wszystko inne wywodzi, 
St. Martin zaś — wolę Bożą, wieczystą dążność 
boskiego pierwiastka w człowieku do wznie- 
sienia się z upadku pierwotnego i złączenia 
jostatecznego z Bóstwem, źródłem istnienia. 
Wykładnikiem teorji St. Martina jest uzasa- 
dniony w L'Eclair: Contrat reUgieux^^. 

Otóż w dziełku tem, poza wywodami spo- 
łeczno-filozoficznemi, podał St. Martin także 
rodzaj historjozoficznego skrótu dziejów. Różni 
się on od mickiewiczowskiego bardzo wyraźnie, 
w tem przedewszystkiem, że ujęty jest nie na 
tle historji, lecz w formie jakbj' schematu 
rozwoju ustrojów społeczno - państwowych. 
W każdym jednak razie zasadnicza linja prze- 
tworzeń jest taż sama: — descendencja, i punkt 
wyjścia również ten sam: pierwotny stan do- 
skonałości, wyrażający się w absolutnym teo- 
kratyzmie. „Stan pierwotny, czysty i boski. 



— 118 - 

jaki czujemy, że powinienby być i do któreg 
dążą wszystkie ludy : Bóg ośrodkiem i obwc 
dem wszystkich zrzeszeń człowieka-ducha. 
Rzeczpospolite, gdzie wszystkie członki maj 
tego samego ducha"*°. 

Coprawda, podobny pierwotny stan do 
skonałości i teokratyzmu, jako naj pierwotniej 
szej formy ustroju, napotykamy wcześnie, 
u J. J. Roussa, właściwego odnowiciela wia 
w aurea aetas; Rousseau jednakże nie przyj 
mował w tamtej epoce powszechności mon 
teizmu, a tylko henoteizm. „Z umieszczani 
Boga na czele każdego społeczeństwa poli 
tycznego wynikło, że było tylu bogów, ii 
ludów. Dwa ludj% obce sobie i prawie zawsz 
wrogie, nie mogły długo uznawać tego samegi 
pana"*'. Inaczej u obu naszych autorów. 

Pierwotny stan doskonałości zanikał, ps 
się coraz bardziej w miarę, jak ludzkość od 
dalała się od Boga, „ośrodka i obwodu zrzeszeń" 
oraz w miarę — i tu mamy uchwytny kon 
takt z ogólnie obowiązuj ącemi pojęciami wie 
ku — jak się psuli królowie*-. Wprawdzie 
według St. Martina, który w tem pojęcii 
jest znowu synem wieku, od. królów wiece 
jest winien (czego w Księgach nie mamy 
a co w tak wybitny sposób było podkreśion 
w wierszu Do J. Lelewela) — Kościół, którj 
dał początek i podnietę zepsucia, jeduakź 



- 119 — 

zawszeć to i u niego przedeWszystkiem przez 
królów psuły się ludy*'. Zepsucie to rozsze- 
rzali zaś królowie — w widzeniu St, Martina 
zarówno, jak i Mickiewicza, — podstawia- 
jąc ludom zamiast Boga — „bałwany", pewne 
hasła, którym ludy „oddają codziennie ofiary 
i kult, którym poświęcają nietylko wszystkie 
swe poruszenia, lecz którym nawet poświę- 
cają swe istnienie". Hasła takie nazywa St. 
Martin noms i poświęca ich omówieniu osobny 
rozdział. Wymienia ich cały szereg: wolność, 
sława, honor, sprawiedliwość, interes narodowy, 
religja, zemsta, poparcie sprzymierzonych i t. d. 
„Pod temi to hasłami czynią rzeczy wręcz prze- 
ciwne tym, które one oznaczają". Otóż te ha- 
sła mianuje St. Martin wprost „bałwanami", les 
. ic^oies, i dodaje: -Tym to nazwom, czy też idei 
fałszywej, którą zawierają, poświęcają narody 
ludzi, częściej niż bałwanom materjalnym, któ- 
reby nie mogły żądać ofiar"**. 

Tok myśli, widzimy, ten sam, co u Mic- 
kiewicza, nawet terminy i niektóre z „bałwa- 
nów" identyczne. „Królowie tedy, wyrzekłszy 
się Chrystusa, porobili nowe bogi, bałwany 
i postawili je przed obliczem narodów i kazali 
im kłaniać si^ i bić się za nie" (w. 133 n.). 
Wystawili zaś takie hasła-bałwany, jak: Ho- 
nor, Preponderencja, Brodsinn, Równowaga, 
Zaokrąglenie i Interes*^ Bałwanom tym rów- 



- 120 - 

nież „kłaniały się wszystkie narody", składały 
im ofiary, prowadziły w ich imię wojny i po- 
pełniały okrucieństwa. Kult tych bałwanów 
— to zewnętrzny wyraz krańcowego upadku 
ludzkości. 

Z tego dna zepsucia wskutek całkowitego 
odpadnięcia od Boga wyjście, jak wiadomo, 
może przynieść jedynie wielki przewrót do- 
tychczasowego porządku rzeczy, rewolucja, po- 
jęta jako fakt mistyczny, jako bezpośrednie 
dzieło Opatrzności. I ten pogląd łączył obu 
pisarzy. 

Mickiewicz w epoce Ksiąg wierzył głęboko, 
ze Europa znajduje się tuż w przededniu za- 
sadniczych przewrotów, których rezultatem bę- 
dzie obalenie dotychczasowych rządów i sa- 
mego systemu rządzenia, a zaprowadzenie po- 
wszechnej wolności i międzynarodowego bra- 
terstwa, słowem: stan doskonałości, jakwpier- 
wotnem chrześcijaństwie. Wiara ta zaznaczyła 
się w Księgach, czyto bezpośrednio, czy też 
w łączności z mesjanicznem przekonaniem 
o przodownictwie Polski w sprowadzeniu tej 
nowej epoki. „A z wielkiej budowy polit3-cz- 
nej europejskiej nie zostanie kamień na ka- 
mieniu" (w. 1787). „Naród (polski) zmartwych- 
wstanie i uwolni wszystkie ludy Europy z nie- 
woli" (w. 417). 



121 



Daleko częściej i wyraźniej dochodziła do 
głosu wiara ta w mało co później pisanych 
artykułach politycznych Pielgrzyma '^ jest ona 
tam bezpośrednią podbu(^ową wiary w Polskę. 
„Niepodobna odgadnąć, jak długo jeszcze trwać 
będzie teraźniejszy ustrój społeczny, ale nie- 
chybny jest jego upadek; upadek może jeszcze 
całkowitszy, niź ruina państwa rzymskiego... 
Duch wieku, jak owad, rozdziera teraz powło- 
kę swoją i na nowo się przeobraża" *^ „Kiedy 
nastąpi burza, za rok czy za lat sto, dla mnie 
obojętne pytanie; czuję, że nastąpić musi"*'. 

St. Martin jest podobnież entuzjastą rewo- 
lucji. Rzecz szczególna ; — człowiek ten prze- 
żył wielką rewolucję w samem jej ognisku, 
patrzał na wszystkie jej okrucieństwa i zbrod- 
nie, co więcej — sam omal nie padł jej ofiarą 
i nie stanął na szafocie*^, — a przecież wy- 
znawcą dziejowej jej misji został niezłomnie. 
On właśnie nadał pewien sens mistyczny re- 
I wolucji 1793 r., uznał ją za narzędzie Boga, 
' mające do spełnienia pewne określone zadania 
moralne. 

Przedewszystkiem wierzył w jej nieunik- 
nioność wśród teraźniejszego biegu świata. 
Ludzkość idzie w kierunku odwrotnym do na- 
znaczonego jej, dojdzie więc do tego punktu, 
gdzie przeciwieństwa się zetkną i „gdzie to już 



- 122 - 

nie sam człowiek robi rewolucję"*®. Wybuch- 
nąwszy, jest przedewszystkiem rewolucja cz3'n- 
nikiem wychowawczo-etycznym, motorem po- 
stępu. „Celem plagi, jaką rewolucja spuściła 
na szlachtę, jest oczyścić tych, których jeszcze 
można, z nalotu pychy, której im udzielał ty- 
tuł; wypiększyć ich i wyokazalić, kiedy się 
zjawią w obszarach prawdy"^". 

Porządek społeczny, który zasłużył na wy- 
wrócenie przez rewolucję, już nie powróci, co 
więcej, — rozwiąże się nawet tam, gdzie się 
jego resztki przechowały ''^ Bo St. Martin wie- 
rzy, że rewolucja była wypadkiem uietylko 
Francji, ale ludzkości całej, oraz, że ona — 
nie skończona jeszcze. Sporadyczne jej wybu- 
chy porównał St. Martin do pocztyljonów, któ- 
rzy odbywają swą wyznaczoną drogę od stacji 
do stacji; ale są tylko poczty Ijonami prowincji. 
Trzeba innych, którzyby nas przywieźli do celu 
podróży, umożliwili wejście do stolicy praw- 
dy, dans la capitale de la uerite^^. Dopiero wte- 
dy, gdy przypomocy coraz wznawianych rewo- 
lucyj przewrót się ukończy, gdy wejdziemy „do 
stolicy prawdy", — zacznie się nowa epoka, 
polityka złączy się z religją, człowiek odzyska 
pierwotny stan doskonałości, uzna nad sobą 
jedną tylko moc — Bożą. 

Pojęcie rewolucji jako czynnika odrodzeń- 
czego ludzkości, wypadku nadnaturalnego. 



- 123 - 

ako dowodu łaski Bożej, przejawu Opatrzności 
OT dziejach, jako momentu narodzin nowej 
3poki, wspólne jest — jak widzimy, obu pisa- 
rzom. "Wspólność ta wszelako trzymała się do- 
tąd w granicach dość ogólnikowych. Dopiero 
teraz natrafiamy na szczegół, który zaznaczo- 
nemu tu podobieństwu myślowemu nadaje wy- 
razistość uderzającą. 

St. Martin, mówiąc o rewolucji, posługuje 
się obrazowaniem jakby eschatologicznem ; to 
nadaje słowom jego pewną grozę fascynującą. 
^.Tednem z wielkich zadań rewolucji francuskiej 
było pokazać ludziom, coby się z nimi stało, 
gdyby ich Bóg oddał całkowicie a la fureur 
de sa justice, c'est d dire, d la fureur de les 
ienebres. Chciał im ukazać sam korzeń zara- 
żony, o który opiera się królestwo mocy ludz- 
kiej ; chciał ich naocznie przekonać, że On sam 
jest źródłem mocy więcej godnej ukochania 
i zbawienniej szej dla nich"^*. Obrazowanie 
i uczuciowa barwa tego ustępu przypomina 
nastrój sądu ostatecznego. 

Jakoż istotnie, w osobnem piśmie, poświę- 
conem tej sprawie, w owym Liście o rewolucji 
franc, St. Martin nazywa rewolucję poprostu 
odbiciem, minjaturą sądu ostatecznego. Tekst 
tej broszury — jak zaznaczyłem — był mi 
niedostępny, jednakże szczegół nas tu obcho- 
dzący spotykamy i na innem miejscu; pisze 



— 124 - 

o nim mianowicie St. Martin 30 prairiala II 
roku do przyjaciela swego, barona Liebistorfa . 
„Nie wierz Pan, źe nasza rewolucja francuska 
była sprawą obojętną na ziemi; ja ją pojmuj 
jako rewolucję rodzaju ludzkiego, jak to Pan 
zobaczy w mej broszurze". To jest minja- 
tura sądu ostatecznego, która powinna 
oddać wszystkie jego rysy, wyjąwszy, źe spraw- 
mogą się toczyć tylko następczo, podczas gd; 
na końcu wszystko się dokona nagle. Francj 
pierwsza ją zobaczyła, a obraz był bardzo su- 
rowy, bo też sama była bardzo winna. Krajów, 
które tyleż są warte co ona, nie ominie sącl. 
gdy czas ich nawiedzenia nadejdzie. Wierzę, 
więcej niż kiedykolwiek, że Babel będzie prze- 
śladowany i przewróci się stopniowo na całym 
globie, co mu zresztą nie przeszkodzi wy- 
puszczać nowych pędów, które wykorzenione 
zostaną dopiero na sądzie ostatecznym"^'. 

Otóż to obrazowanie powtarza się w Księ- 
gach pielgrzymstwa. I tam rewolucja przyszła,! 
„dzień wolności", opisana jest parafrazą ustępu 
Ewangelji o sądzie ostateczn3'm. „Albowiem 
gdy Wolność zasiądzie na stolicy świata, bę- 
dzie sądzić narody. I rzeknie do jednego na- 
rodu:" i t. d... (w. 1761 n.). Co więcej, mamy tu 
zapowiedź, że wyrok potępiający, szczególni 
surowy, spadnie na „rządców" i „mędrków^ 
którzy legną między ludem a despotj-zmem 



— 125 - 

jako szyna żelaza zimnego między młotem 
kowadłem. I bici będziecie, a żużle z was 
iskry z was lecieć będą ua kraj świata i rzek- 
lą narody: zaiste, kucie tam jest wielkie jako 
7 kuźni piekielnej" (ih. w. 1800 n.). Otóż i we- 
ług St. Martina właśnie możni tego świata, 
TÓlowie (rozupiie się: także i dygnitarze Ko- 
cioła), zostawszy w posiadaniu owoców swych 
izurpacyj i swych praw kłamliwych aż do 
hwili sądu, bici będą bez litości mściwą ręką 
ykonawców rewolucji^^ 

A wreszcie zbieżność ostatnia, może naj- 
ivyraźniejsza. Obaj historjozofowie, uznając 
ewolucję za czynnik nieunikniony dotychcza- 
sowego kształtu dziejów i rozumiejąc jej misję 
liiemal kosmiczną, zachowali jednakże pewien 
krytycyzm wobec tych, którzy rewolucję po- 
prowadzą, wobec mas ludowych. St. Martin 
mówi: „Bóg chciał, żebym widział wszystko 
na ziemi ; widziałem przez czas długi naduży- 
cie władzy przez wielkich, trzeba było, bym 
obaczył w końcu nadużycie jej przez ma- 
ych"^^. Toż samo mówi o rewolucji francuskiej 
w L'Eclair: „Chociaż obstaję przy tem, że 
ukazała się w niej zasadniczo ręka Opatrzności, 
niemniej obstaję przy tem, że ukazała się tam 
ręka także ludzka, mianowicie w formie i w sza- 
łach okrutnych i wywrotowych, które zbezcześ- 
ciły ten wielki wypadek"'*^. 



- 126 - 

Co więcej, tuż po rewolucji, za świe/ 
pamięci triumfującego wszechwładztwa luau 
wystąpił St. Martin z osobnem pismem, wła- 
śnie L'Eclair sur Vassociaiion humaine, w któ- 
rem poddał trzeźwej i surowej krytyce ideo- 
logję rewolucji i jej duchowego ojca, Rousseau a 
Otóż tam nietylko postawił przeciwną roussa 
wskiej tezę o powstawaniu i rozwoju społ& 
czeństw, o czem mówiliśmy wyżej, ale po- 
ważną część wywodów poświęcił podwaźenit 
i wywróceniu korony ideologji wielkiej rewo 
łucji : teorji o wszechwładztwie ludu. Ta wła 
śnie część wywodów należy bodaj do najwyrno 
wniej szych w całem dziełku. 

St. Martin odrzuca teorję wszech władztwl 
ludu całkowicie i zasadniczo, ze względól 
fizycznych i metafizycznych. Przedewszystkiem 
zauważa z niepospolitą bystrością i trzeżwoś 
spostrzegawczą, że lud nigdy i nigdzie nie b\i 
wszechmocny, nie ma wspólnej woli powszech- 
nej, działającej zgodnie w jednym kierunku. 
Przeciwnie, rozpada się on na mnóstwo skupier 
woli cząstkowych, zwalczających się i gryzą- 
cych nawzajem. Po wtóre nie ma świadomości 
i samodzielności dążenia. Mówi o tem St. Mar- 
tin z ostrą ironją, niemal ze wzgardą: „B}*- 
łoby to więcej niż dzieciństwem uważać za 
powszechną — wolę tak zwanego ludu, tej 
części narodów ciemnej i niewykształconej, 



— 127 - 

órą porusza tylko przynęta chciwości lub 
rucieństwo dzikich zwierząt. Któż nie wie, 
&,'co nazywamy ludem, jest narzędziem najpo- 
jatniejszem dla wszystkich, co się chcą nim 
losłuźyć do jakiegobądź celu? B-ównie łatwo 
o nakłonić do dobra, jak do zła; można go 
orównać z biczyskiem w ręku pastucha, który 
o używa dowolnie, kieruje niem swą trzodą, 
[dzie mu się podoba i który temże narzędziem 
opędza wołu dowolnie — na pastwisko, do 
oboty, czy do rzeźni "^^ Dodać tu jeszcze można, 
e pastuchem tym niezawsze jest, — zdaniem 
Jt. Martina — monarcha, reprezentujący za- 
y^szeó jeszcze pewną moc i wolę zbiorową, na- 
y^et nie autokrata, reprezentujący wolę własną, 
le często egzokrata, narzędzie sił obcych, lub 
nomokrata — sił zbrodniczych^". 

Źródłem tych poglądów jest nie arysto- 
ratyzm autora, ale raczej tęokratyzm : w}'- 
oływają one z niskiego szacowania nie ludu, 
le ludzkości. To ludzkość cała dzisiejsza jest 
:aa zła, zanadto nisko upadła, oddaliła się od 
Boga, żeby się mogła rządzić swoją zepsutą 
wolą, co więcej : wolę tę czynić najwyższą in- 
stancją porządku świata. Jest zanadto zła, żeb}' 
wogóle mogła pojmować prawdziwe szczęście, 
istotne cele ostateczne skupień ludzkich. Cele 
są bowiem nie w niej, lecz ponad nią, odwiecz- 
ne, kosmiczne: la resłauration de rhomme 



- 128 - 

dans ses mesures dwines. Żeby je tak właśnie 
spełna pojąć, żeby mieć wogóle dla nich org?'^ 
postrzegania, trzeba być nie w masie, stać ~ 
samemu człowiekiem-duchem (fhotnme-espt < 
członkiem wyższego porządku świata. 

Faktycznie rządzić ma jedno tylko wszech- 
władztwo: — boskie, i jedna wola: — odwiecz- 
na wola Opatrzności. I jeśliby „wbrew ciemno- 
ściom i nieroztropnościom ludzi, nie przesiąk- 
nął^na ziemię jakiś promyk tej uniwersalnej, 
wyższej woli, wykluczone byłoby samo istnie- 
nie skupień politycznych; zaiste, największym 
cudem, jaki człowiek pojąć moż6, byłoby, 
gdyby wszystko to nie uległo całkowitemu 
przewrotowi, jeśliby wieczysta wola powszech- 
na przestała przysyłać nam przez gęste, ota- 
czające nas chmury część odblasków niezmien- 
nej swej jasności" ^^ 

, A jeśli tak, jeśli źródłem władzy jest nie 
lud, nie jego umowy społeczne, — to „wszech- 
władztwo ludu jest jego niemocą"®*, dlatego 
mianowicie, bo odcina lud od istotnego źródła 
kierownictwa, oślepia go, znieczula, oducza 
oczekiwać ingerencji, skąd ona jedynie mogłaby 
przyjść : z góry, ze źródeł nadprzyrodzonych. 
Jest to więc teorja, która zamiast ożywiać — za- 
bija, zamiast powodować wzrost ludzkości — 
wciska ją w błoto ziemi. Zrozumiałe tedy obu- 
rzenie St. Martina na nią. Do ataków na te- 



129 



Drję suwerenności ludu nawraca więc w piśmie 
9wem wielokrotnie i z różnych stron ; prowa- 
dził je zresztą i w dawniejszej broszurze o re- 
wolucji "^^ 

Otóż sądzę, że całkiem wyraźne i nieza- 
przeczalne echo tego stanowiska St. Martina 
Wobec teorj i wszech władztwa ludu napotykamy 
w Księgach. I Mickiewicz, przy całym swym 
antymonarchizmie i wierze w ludy, przytwier- 
idzając moralnie fakt rewolucji, jako predesty- 
nowanego czynnika postępu dziejów®*, przy- 
twierdzając nawet jej okrucieństwa, ma rów- 
nież surowe słowa dla wykonawców rewolucji. 
Nazywa ich ludźmi Starego Zakonu, a hasła 
ich wyraźnie osądza ujemnie. „Nie obruszajcie 
się tak bardzo na bałwochwalców^^ bijcie ich 
słowem, a inni ich pobiją mieczem. A ci, co 
ich pobiją, są Żydzi, czyli ludzie Starego za- 
konu, którzy czczą Wszechmocnośó ludu i Rów- 
ność i Wolność. Oni nienawidzą bałwochwal- 
ców, a nie mają miłości ku bliźnim i zesłani są'''' 
na wytępienie bałwochwalców Chananejczyków. 

'^ I pokruszą bałwany ich, a bałwochwalców będą 

izić prawem Mojżesza i Jozuego®^ i Robes- 

piera i Saint- Justa, wytępiając od starego — 

I do ssącego dziecka, od bydlęcia — do szczenięcia. 

\ Bo Bóg ich, który się nazywa Wszechmocnośó 

;' ludu jest sprawiedliwy, ale gniewny i trawiący 
jak ogień" (w. 1503 x\.f\ 

Figoń. Studja. 9 



— 130 - 

Że występujące w słowach tych tak w 
raźne potępienie moralne wszechwładztwa lu' 
wynikło u Mickiewicza nie z podniety bezpo- 
średniej, ale właśnie z wpływów lektury, że 
przyszło nie od strony życia, ale od świata -poy 
świata tworzącego się w obcowaniu duchów, w 
daje się więcej niż prawdopodobne. Na popart 
sądu mamy dwa świadectwa. Jedno to, że ustęp 
wyżej przytoczony znajduje się w autografie 
Ksiąg już na str. 15, t, zn. że należy do nai- 
pierwotniejszego tekstu; a więc według p 
wszechnego w tej sprawie zdania — powstał 
nie w Paryżu, środowisku rewolucji i jej te- 
orji, gdzieby mógł być odbiciem faktycznego 
ścierania się pojęć politycznych, — ale jeszcze 
w Dreźnie, gdzie d3'skusje na podobne tematy 
były dla emigrantów przedwczesne, gdzie wiec 
tego rodzaju pojęcia, problemy, nasunąć m - 
siało poecie życie nie zewnętrzne, ale um 
słowe. 

Po wtóre zaś, nie jest szczegółem ob - 
jętnym dla nas, że Mickiewicz użył w tem 
miejscu w tekście pierwotnym wprost terminu 
francuskiego: „Bo bóg ich, który się nazywa 
la souverainte du peuple, to jest wszechmoc- 
ność ludu, jest bóg zawistny i trawiący jak 
ogień" ^^ Świadczy to chyba dość wyraźnie, że 
i na treść tego terminu, na samo zagadnienie, 
naprowadziło autora obce, francuskie, dzieło 



- 131 - 

;0 analogicznym na te sprawy poglądzie, więc 
i chyba dzieło St. Martina. 

I jeszcze jedno moźnaby przytoczyć na 
poparcie postawionego wyżej wniosku o źródle. 
Oto wśród Zdań i uwag, wydanych po śmierci 
Mickiewicza, — opartych, równie jak wydane za 
życia, także o myśli St. Martina, znajdują się 
również dwuwiersze Wszechwładztwo ludu, 
Wybory''^, poruszające ten sam właśnie temat 
i w tonie tym samym — satyryczno-potępiają- 
cym. Można je oprzeć bardzo zbliska o poglądy, 
wyrażone przez St. Martina w L'Eclair sur 
lassociation huniaine. Wynika stąd wyraźnie, 
że pismo to Mickiewicz znał, tendencje jego 
podzielał; zaś kwestję czasu zaznajomienia 
się z niem — rożstrzj^gną może powyżej zazna- 
czone zbieżności ideowe w Księgach'^. Po tem 
wszystkiem, co tu wyżej powiedziano, można 
chyba bezspornie czas ten przesunąć przynaj 
mniej na r. 1832, miesiące wiosenne. 

Skutki, jakie wydał tak wyraźnie w Księ- 
gach zapisany urok poglądów „Filozofa niezna- 
nego" na naszego poetę, sięgały głęboko, dzia- 
łały długo, a ujawniły się nadspodziewanie 
rychło. Doraźny ich przejaw był nawet dla 
Mickiewicza silnie bolesny. 

Przyjąć możemy z całą niemal ścisłością, 
że właśnie antyroussoizm martynizmu, z niego 
zaczerpnięty przez Mickiewicza pogląd na zasadę 

9* 



- 132 - 

wszechmocności ludu, — że one to stały się naj- 
wybitniejszym współczynnikiem odrzucenia 
Ksiąg przez najbliższą im skądinąd ideowo le- 
wicę emigracyjną. Zdumiewać musi istotnie, że 
dziełko to, tak płonące żądzą wolności, stawia- 
jące tak niesłychaną metafizykę rewolucji, poję- 
tej jako widomy znak Bożej w dziejach ingeren- 
cji, podzielające tak bezwzględnie lelewelow, 
ideę ryczałtowej negacji rządów, wyrazicieli 
współczesnego, na sczeznięcie skazanego, ustro- 
ju politycznego Europy, — że dziełko Mickie- 
wicza, tak ściśle powiązane z ideologją demo- 
kratyczną emigracji, stamtąd właśnie docze 
kało się najwcześniejszego, uaj gwałtowniej- 
szego i naj bezwzględniej szego potępienia i od- 
rzucenia. Wiemy, że Księgi hyly tematem 
osobnych obrad na Taranie, że głos referenta, 
potępiający je, przyjęto tam z „żywem zaję- 
ciem", o czem poeta donosi przyjacielowi, w}-- 
rażając się, że go „fatalnie obracano" ^*. Wszystko 
to zdumiewać musi i zastanawiać. 

Dzisiaj jednakowoż przyczyny owego 
„obracania" już rozumiem^'. W pewnej tylko 
mierze dostarczyła ich (o Lelewela przecież się 
opierająca) apoteoza przeszłości dziejowej i cha- 
rakteru narodowego polskiego, oraz tchnący 
z pod słów Ksiąg własny już poety żar religij- 
ności. W stopniu wyższym wywołać musiało 
taką właśnie reakcję stanowisko, zajęte przez 



- 133 - 

poet^ śladem St. Martina wobec zasady iiie- 
caruszalnego naonczas dogmatu demokratycz- 
nego — wszechwładztwa ludu. 

W ten sposób tedy martynizm poety przy- 
czynił się wybitnie do utworzenia i umocnie- 
nia tego uczuciowego stosunku osamotnienia 
wobec emigracji, który to, fundując się na 
przyjęciu Ksiąg, wj^tworzył atmosferę naro- 
dzin Fana Tadeusza. 

Wszelako na tern się rola uroku St. Mar- 
tina nie wyczerpała. Zadzierzgnięty w latach 
naj bujniejszego rozkwitu duchowego węzeł 
umiłowania przetrwał nadal; owszem, zacie- 
śniać się będzie w miarę trwania i on to wła- 
śnie stanie się tym silnie ugruntowanym po- 
mostem, po którym przyjdzie i duszą poety 
na zawsze już zawładnie urok Sprawy Bożej 
Towiańskiego. 

Poznań, wiosna 1920. 



PRZY PISK I. 

* Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego. 
Tekst pierwotny. Z autografu wydał Józef Kallenbach. Pa- 
ryż 1905, wyd. Muz. A. Mickiewicza — str. tó. 

2 Ad. Franek : La philosophie mystiąue en France a la 
Jin du XVni siecle. St. Martin et son maitre Martinez Pas- 

ąualis. Paris 1866, str. 202. 

3 Franek, ib. 202. 

* Pawlikowski znał pisma St. Martina bodaj że*jedynie 
z drugiej ręki, opiera się głównie na monografji Francka. 



- 134 



'" Por. wzmianki o St. M. w listach z kwietnia i n 
1833, 7 lutego 1834. lipca i września 1835 i grudnia 1~ 
Koresp. wyd. Reitera, II, str. 102, 108, 133, 144, 149. 

« J. Kallenbach: Ad. MickieuHcz,* Poznań 1918, II' 

^ J. G. Pawlikowski: Mistyka Słowacktego, Lwów 
Warszawa 1909, str. 542. 

8 Kwartalnik Litewski, 1910 III, 126-8. 

» M. Matter ; St. Martin, le Philosophe Inconnu ; s;i 
et ses ecrits. Paris 1864, str. 134. — Longinów, ros\ 
monografista tych spraw, podaje czas inicjacji ks. Groli< 
wiele wcześniejszy : przed 1780 r. w Szwajcarji. Ob. ?:■ 
Louis Claude de St. Martin, Paris 1902, str. 233. 

" M. Matter, J.c, str. 138. — Matter podaje imię 
Golicyna — Aleksy (str. 1:35); był to może raczej Dy: 
Aleksiejewicz, ur. 1735, za Katarzyny II poseł rbs. w. 
dze i Paryżu, przyjaciel Voltaire'a i encyklopedystów. Z 
jego, katoliczka, znana była z zelotyzmu. 

•« Papus, 1. c. str. 247. 248, 251 i n. Także Lenn: 
Allg. Handbuch der Freimaurerei. Leipzig 1865. II, 2.S. 

1* Książkę tę polecali „mądrzy niewidzialni ojcowie 
rycerzy i braci wtajemniczonych" wolnomularzom Francji 
i Niemiec jako „prawdziwą kopalnię czystej wiedzy wolno- 
mularskiej". Uzyskała ona też istotnie wiele rozgłosu w ma- 
sonerji. Ob. Lenning: Allg. Handbuch der Freimaurerei. 
It 282. Do jej rozgłosu w lożach Strictae Observantiae naj- 
więcej się przyczynił Willermoz. polecając gorąco dyrekto- 
rom „prowincyj" jej rozpowszechnianie. Ob. przedmowę do 
Franz v. Baader Les enseignemcnts secrcłs de Martims de 
Pasąualltj. Paris, Bibl. Chacornac, 19O0, p. CLXXXIV. 

13 Dr. E. Friedrichs : Die Freimaurerei in Russland 
a. Polen, Berlin (1907), str. 9 i 18. — Inicjatorem, a póź- 
niej naczelnikiem awignońskiego „Nowego Izraela" był hr, 
Tad. Grabianka, magnat podolski. 

i* V. Krasiński: Uistoire religieuse des peuples slates, 
Paris 1853, str. 279. 

** Oeuvres posłhumes de M-r de St. Martin, Tours 1807, 
t. I, str. XXVIII. 

i« Matter 1. c. str. 138. 

»' V. Krasiński, /. c. sti-. 276. 

'8 Cały ten rozwój martynizmu w Rosji odmalował 
wcale szczegółowo Mickiewicz z katedry Coli. de France, 
w prelekcji 31 maja 1842 r. 



135 



'9 Pismo jedno Oleszkiewicza znano jest dziś tylko 
z tytułu, jednakże dość już charakterystycznego; Uautomne 
da monde de Vhumanite. Zapisał go Przecławski (j. niżej, 
str. 83). 

-" Ob. Ustęp III oz. Dziadów: „Oleszkiewicz" w. 61, 
62. W dzieląca St. Martina dadzą się odnaleźć \v7raźne 
i liczne echa kabały, przejęte od mistrza, Martineza Pasąua- 
lisa, żyda portugalskiego, który to wogóle wprowadził ka- 
bałę w obręb zainteresowań mnożących się systematów 
mistycznych XVIII w.; por. Franek 1. c str. 11. — Także 
cechujący Oleszkiewicza kult hiblji łączy go z martynizmem ; 
za Aleksandra zakładał np. martynista, książę Golicyn, liczne 
towarzystwa biblijne; wnet je wszelako rząd rozwiązał. Ob. 
V. Krasiński, 1. c. str. 281. 

21 W formie kategorycznej podaje sąd taki Wł. Mic- 
kiewicz : Żifwot I 189. — Józef Przecławski w swych wspo- 
mnieniach o Oleszkiewiczu mówi w tej sprawie: „Jego 
doktryna przypominała w . pewnych punktach naukę St. 
Martina, ale była jego własną. Zasaedł on daleko głębiej 
od francuskiego iluminata w niektófych rozgałęzieniach, 
jako w teorjach „o powołaniu Człowieka-Ducha" fd^i mini- 
stere de I' Homme-EspritJ, o mistycznem znaczeniu cierpień 
i^des pdtimentsj i innych" f Prace Komisji do Badan nad Hist. 
Lit. i Ośw. t. I, wyd. T. N. W. Warszawa 1914, str. 82). 
Z dwu przytoczonych wyrażeń francuskich pierwsze jest ty- 
tułem dzieła St. Martina (Paris 1802), drugie tyczy ważnej 
teorji w jego systemie etycznym. Wynika stąd, że słowa 
powyższe : „była jego własną" — nie oznaczają ideowej 
niezależności Oleszkiewicza, ale tylko samodzielność trakto- 
wania idej zaczerpniętych od St. Martina. 

'2 Wl. Mickiewicz : Żywot A. Mickiewicza. Poznań 1890. 
t. I, str. 294 i passim. — Por. T. Wierzbowski: Z badań 
nad Mickiewiczem. Warszawa 1916, str. 90 i pas. 

-^ Korespondencja Ad. Mickiewicza. Paryż 1884, t. III, 
str. 22. — Jest nawet prawdopodobieństwo pewne, że do 
tego to ks. Dymitra Golicyna odnosi się czterowiersz poety : 
„Jeżeli wolność czuć i kochać umiesz..." (Por. Dzieła wyd. 
lwów. Tow. Liter. im. Mickiewicza, IV 171 i 530). 

" V. Krasiński I c. str. 278, 281. 

" Por. Odyniec: Lisłf/ z podróży I 52. 

-" Por. Koresp. (wyd Rełleraj II 149, 159, przede- 
wszystkiem jednakże list do Kajsiewicza i Rettla z 16. XII 



— 136 — 



J833, w którym jest ton wybitnie marlynistyczny, a nie- 
które zwroty, np. przeciwstawienie znamion słowa prawdy 
i słowa fałszu dadzą się wyraźnie oprzeć o tekst St. Martina. 

2' Wiersze przytaczam według wiasnego nowego wy- 
dania Ksiaff (Kraków 1920, „Bibl. Naród," nr. 17, sir. 136. 

'* Por. M. Kridl: Mickteuicz i Lamennais, Warszawa 
1909, str. 27 i passim. 

29 Oeuwes posthumes de M r de St. Martin. Tours 1807, 
t. I. str. 40. — Zaznaczyć przytem warto, że St. Martin 
przez termin „filozof", zgodnie zresztą z utartą nomenkla- 
turą epoki, rozumie zawsze jedynie filozofów materjalistycz- 
nych. To samo zidentyfikowaiiie mamv w K.neqach. 

30 Tamże I 29. 

31 Tamże I 54. 

32 Tamże I 45. 
3» Tamże I 79. 

34 Tamże I 328. 

35 Por. Ign. Chrzanowski w „Arch. Komisji do Bada- 
nia Historji Filozofji w Polsce": Kraków. Akad. Umiej. 1917, 
t. I, str. 170. 

38 Ob. wyżej, str. 73 n. 

3' Podobny nieco pogląd na dziejową rolę Chrystusa 
znajdujemy u Roussa, w Umowie społecznej IV 8; w prze- 
kładzie Peretiatkowicza str. 90, 91. 

38 Pierwsze wyd. Par Tauteur dulivre „Des Erreurs et 
de la Yeritś. Paris (1797), an V, in 8-o. Chez Marais, cour 
des Fontaines, au Palais-Royal. — Cytuję według wyd. 2, 
ogłoszonego przez L. Schauera razem z wydanem pośmiert- 
nie po raz pierwszy dziełem Des Nomhres (Paris, 1861). 
E. Dentu, Libra ire-Editeur. 

39 L'Eclair str. 26. 

*•* UEclair str. 23. — Obraz stanu pierwotnego od- 
malował St. M. także we wcześniejszem piśmie I^ttre sur la 
refolution francaise i to podobnoś obszerniej nawet (por. 
Edair str. 13) ; nie zdoławszy jednakże dostać tego tak tu- 
taj ważnego dziełka, uwzględnić mogłem tylko wzmianki 
samego autora o niem w dziełach innych, oraz jego stre- 
szczenia w opracowaniach krytycznych. 

41 Umoua społeczna IV S: ii s'ensuivit qu"il y eut tant 
de dieux que peuples; przekł. A. Peretiatkowicza (Kraków 
1918) str. 88. 

42 Oto co mówi o tej stronie poglądów St. Martina 
współczesny przeciwnik jego. X. Barruel w dziele rychło 



- 137 — 



przeloźonem na jęz. pol.: „Do niego ściąga się i ona do- 
wcipna alegorja o wieiitiem Cudzołóstwie człowieka, które... 
jest prawdziwym grzecłiem pierworodnym i całą przyczyną 
wszystkich nieszczęśliwościów świata. Takie cudzołóstwo 
popełnił człowiek, gdy rozwiódłszy się z prawami natury, 
poddał się pod prawa cesarzów, królów, Rzptych" (por. 
[X. Surowiecki] : Historja jakobinizmu, wyjęta z dzieł X. 
Barruel : Memoires pour seryir k l'Histoire du Jakobinisme. 
Berdyczów 1818, II 297). 

" Franek, 1. c. sir. 118. 

■•* Mais independamment des noms propres et consti- 
lutifs des nations, elles sont toutes attactiees et devouees a 
des noms usuels, moraux et metapliysiąues qu'elles ont 
continuellement a la Boucłie, auxquelles elles rendent jour- 
nellement un łiommage et un culte, et auxquels elles consa- 
crent non-seulement tous leurs mouvements, mais auxquelles 
meme elles sacrifient leur existence. Ces noms ostensibles 
qu'elles regardent comme les enseignes de la verite, et sous 
lesąuels ił y a tani d' autres noms caches qu'elles negligent 
de scruter scrupuleusement, sont : la liberte, la gloire, 
ł'honneur. la justice, Tinteret national, la religion, la venge- 
ance, la protection de ses allies, etc. Cest sous ces noms- 
!a qu'elles font absolument le contraire de ce qu' ils ren- 
ferment. 

Nous b'amons beaucoup les nations sauvages qui im- 
molent des yictimes humaines a leurs idoles ; nous bla- 
mons les Juifs qui en ont fait autant aux leurs, d'apres les 
faux exemples qu' ils avaient pris chez leurs voisins. Or, 
chez tous lespeuples indopendamment du nom de leurs idoles 
malerielles, ii y avait aussi des noms de devotiun, de pa- 
triotisme, de besoins expiatoires mai entendus de venge- 
ance, etc ; et c'est a ces noms-la ou a V idee fausse 
qu'ils renfermaient que ces nations sacrifiaient des hommes, 
bien plutót qu'a leurs idoles matśrielles, qui ne pouvaient 
leur demander de yictimes. UEclair, str. 41. 

*'" Tę samą myśl rozwijał Mickiewicz także w odczy- 
cie O duchu narodowi/m z' Pisma wyd. Kallenbacha t. IV, 
str. 322), gdzie wśród . bożków" wymieniał jeszcze takie 
jak: „ludzkość", „przyzwoitość". 

■"^ O duchu narodowijm, odczyt z listop. 1832 r. Ob. 
tamże, str. 320. 

*'' Tamże, str. 326. 

^8 Franek, 1. c. str. 62. 



*'■' UŁcluir, str. 24. — .,Les choses arrivent a un point 
Oli ce nest plus rhommo seul qui fait les reyolutions". 

*° Ocutres posthumes I, 112. 

^' Franek, /. c str. 56. 

^' Oeucres posthumes I, 121. 

■'' Tamże I, str. 74. 

^* T. j. Lettre aun ami, ou (Jonsiderations philosophi- 
qve8 et religieuses sur la revolution francaise. Paris, chez 
Louvet, Palais-Egalitó, 1796, str. 83. 

*^ La correspondance inedite de L. C. de St. Mar- 
tin... et Kirchberger, baron de Liebistorf. Ouvrage recueilli 
et poblie par L. Schauer et Alp. Chuąuet... Paris, E. Dentu, 
1862, str. 199. 

^* Por. Franek /. c. str. 117. — Zaznaczyć warto, że 
St. Martin niezawsze byJ tak rewolucyjnym antymonar- 
chistą. W rozdz. V, poświęconym polityce, w pierwszem 
swem dziele Des Erreurs et de la Yerite mówi wiele de la 
dignite des rois, owszem skonstruować się stara coś jakby 
metafizykę lojalizmu. Pisze przytem wyraźnie: Je condamne 
absolument la rebellion, dans le cas meme ou Tinjustice 
du Chef et du Gouvernement seroit a son comble'* (wyd. 
1782, str. 297). — Ustępy odnośne dlatego jeszcze są szcze- 
gólnie dla nas ciekawe, że oddźwięk ich znajdziemy później 
w towianizmift, w tej mianowicie postawie psychicznej,: 
która wydała głośne pismo do cara Mikołaja : Poicody. dla 
których amnesłja przyjęta być nie może. 

*' Oeiizres posłhutues. I, 113. 

58 LEclair.. str. 28. 

59 Tamże, str. 28. 
«» Tamże, str. 30. 
«' Tamże,, str. 31. 
''■ Tamże str. 20. 
^^ Por. tamże str. 20. 

"*♦ Pogląd ten spotkamy później także u Towiańskiego ;■ 
i w jego mniemaniu rewolucja franc, ,.jakkolwiek krwawa j' 
i okropna", przyniosła dobroczynne skutki ..nietylko dla 
narodu francuskiego, ale i dla świata całego"* Pisma Ul 17G 

^5 T. zn. zwolenników starego systemu. 

*® Rewolucja jako fakt predestynowany. 

*' Oko za oko, ząb za ząb. 

•** Z końcowemi słowami tego ustępu wiąże M. Kridl 
[1. c. str. 141) wyrażenie Mickiewicza o Laraennais'em, że 



- 139 - 



.,bije pokłon Molochowi", tłumacząc, że Moloch to właśnie 
.,bóg gniewny i trawiący jak ogień", czyli wszechwładztwo 
ludu, którego Lamennais był gorącym wyznawcą. Dla nas 
jest sąd Mickiewicza świadectwem, jak Lamennais'go, daw- 
nego przyjaciela i nawet przewodnika, zasłaniaj w nim 
coraz bardziej St. Martin. 

Jeszcze bardziej uwagi godna jest różnica poglądów 
na zasadę wszechmocności ludu — zachodząca między Mic- 
kiewiczem a Lelewelem. Wiadomo, że Lelewelowi zawdzię- 
czają Księgi i artykuły w Pielgrzymie bardzo wiele ; i to 
nietylko odnośnie do faktów, czy oświetleń historycznych, 
czerpanych przez M. z dzieł dawnego nauczyciela. Łączyły 
poetę z prezesem „Komitetu Narodowego" także przekona- 
nia polityczne, przedewszystkiem naczelne i zasadnicze r 
oporna bezkompromisowość wobec istniejącego ustroju spo- 
łeczno-politycznego w całej Europie (także wobec rządu gościn- 
nej Francji), zarazem całkowite zawierzenie rychłej rewo- 
lucji ludów. Także np. koncepcja podziału Europy na dwie 
partje: polską i rosyjską, zachodzi u jednego i drugiego. 
Niemal wyraźnie powiedzieć można, że Mickiewicz owego 
okresu był lelewelczykiem w poglądach społeczno-politycz- 
nych (por. L. Gadon: Emigracja polska II F, 240). 

Tymczasem odnośnie do wszechwładztwa ludu zacho- 
dzi między nimi stanowcza różnica. Lelewel je uznaje w całej 
pełni narówni z innemi hasłami w. rewolucji, takiemi 
jak : równość pohtyczna, zasada władzy reprezentacyjnej 
i t. d. Co więcej, istnienia tych zasad dopatruje się w życiu 
państwowem dawnej Polski: „dawna Rzpta Pol. była w po- 
siadaniu tych wszystkich widoków" (t j. poglądów, takich 
jak „wszechwładztwo ludu" etc.) — ob. Trzy konstytucje^ 
wyd. poznańskie z r. 1861. str. 23. Mickiewicz natomiast, 
jak widzieUśmy, dla zasady tej nie ma zgoła entuzjazmu. 
W autorytecie Lelewela widoczna już u niego w ten spo- 
sób szczerba. W jej powstaniu wolno dopatrywać się również 
współudziału St. Martina. 

^9 Tekst pierwotny, wyd. Kallenbacha, str. 20. 

^0 Pisma w wyd. Kallenbacha VI, 95. 

" Zachodzą ponadto niekiedy w Księgach uderzające 
zbieżności słowne z IJEclair: „Nie rozprawiajcie wiele 
o formie przyszłego rządu w Polsce" (w. 1601), — „Vous 
vous disputez pour savoir quelle est la meilłeure formę de 
gouvernement ; eh bien !... (str. 22); to jednakże można 



— 140 



\ 



ostatecznie uważać za szczegół drugorzędny. Ważniejsza 
rzecz, że samo zagadnienie rozwiązuje St. Martin w sposób 
podobny: formę rządu uzależnia od moralnej jakości ludzi, 
urządzających państwo. 

"" Por. St. Pigoń : O Księgach narodu i pielgrzymstua 
A. Mickiewicza, Kraków 1911, str. 115—118, oraz wstęp do 
nowego wydania Ksiąg, str. 39 n. 



VI. 

PRZYPUSZCZALNY ŚLAD 8WEMNB0RGA 
W IIL CZĘŚCI „DZIADÓW". 



że pisma i teorje mistyka i wizjonera 
skandynawskiego, Emanuela Swedenborga 
(t 1772) znane były z początkiem XIX w. na 
Litwie, że owszem posiadały tam — zwłaszcza 
wśród młodzieży — urok, więc wpływały w pe- 
wnej mierze na ukształtowanie ideologji i umy- 
słowości pierwszego w Polsce pokolenia roman- 
tycznego, wiemy oddawna, choćby z ust do- 
brego świadka, J. Słowackiego. W Godzinie 
myśli mówi on o sobie i swym młodym przy- 
jacielu, że 

z dziecinnego piasku 
Na księgach Swedenborga budowali gmachy, 
Pełne głosów anielskich, szaleństwa i blasku. 

W dziele, które ks. Surowiecki przełożył 
z francuskiego (Historja Jakobinizmu, wyjęta 
z dzieł ks. Barruela) i już w 1812 wytłoczyć 
kazał w Berdyczowie, atakuje się silnie swe- 



m 



- U2 — 

denborgjanizm, jako naukę fałszywą w sobie, 
jako przejętą i rozszerzaną na wyższych sto- 
pniach masonerji i u różo-krzj-żowców (11,319). 
Widocznie, że nauka ta znana była chyba i roz- 
powszechniana także w Polsce, kiedy jej ruch- 
liwy polemista postanowił przeciwdziałać. 

Jeżeli zaś tak, to rzeczą jest niewątpliwą, 
że pisma Swedenborga, jego teorje i koncepcje, 
zapisały się w jakiś sposób w duszach wów- 
czas młodych, chłonących ideje całą pełnią 
wdechu, że zapadły w nie, jak ziarno siewne 
w rozoraną rolę z wiosną, że więc i wzrosły 
tam później, że w skutek tego w tej wielkiej 
przj^szłej harmonji tworzenia, która stała się 
wyrazem dusz naczeln3'ch wśród poetyckiego 
pokolenia, — potrącenie wniesione przez Swe- 
denborga wydało jakiś osobny, wjTażny ton. 
Zrozumiałe jest więc usiłowanie badaczów wgłę- 
biających się w psychikę tamtych czasów, by 
rozeznać i ustalić charakter i siłę owego po- 
trącenia, wyróżnić ów ton oddźwięku. Usiło- 
wanie tembardziej uzasadnione, że Sweden- 
borg nie w jednej Polsce owoczesnej znalazł 
resonans, że owszem zawdzięczają mu wiele 
umysły najwybitniejsze jak Coleridge w Anglji. 
Kant i Goethe w Niemczech i Balzac we Fran- 
cji i że właśnie tamte związki wewnętrzne są 
już w dużej mierze w literaturze krj-tycznej 
zbadane*. 



143 



Zadanie to- jednakże należy do trudniej- 
ych w zakresie badań tego typu. Przede- 
jzystkiem dlatego, że świadectw na owo 
działywanie posiadamy mało, te zaś, co są, 
ogólnikowe. Słowacki nie podaje, jakie to 
tsięgi" Swedenborga kursowały naówczas po 
twie i jaką drogą dostawały się do młodzieży; 
:ądinąd zaś tego dowiedzieć się nie możemy, 
bcąc więc ustalić obszar i głębokość oddzia- 
rwania nauki Swedenborga na polską umy- 
jowość romantyczną, nie możemy postępować 
bdukcyjnie, wychodzić od określonych dzieł 
ich oddźwięków doszukiwać się w polskiem 
iśmiennictwie, jakbyśmy to mogli zrobić np. 
ilnośnie do Urnowa społecznej B,ousseau'a. 
•zieł tych żadne ze znanych dotąd źródeł nie 
yszczególniło, zaś brać je wszystkie, całą 
wórczość pisarską Swedenborga na uwagę, — 
rud stosunkowo istotnie za wielki. Działalność 
isarska Swedenborga trwała z okładem 60 
it i była olbrzymio płodna. Zachowało się 
koło 150 dzieł jego, z tych niektóre po kilka 
omów i po parę tysięcy stron ; pisane prze- 
ważnie żmudną łaciną. Choćbyśmy odjęli od 
•wej liczby pewną część dzieł pozostałych w rę- 
:oj)isie, oraz odnoszących się do różnych dzie- 
Izin nauk ścisłych, to i tak pozostałby olbrzymi 
>grom pracy, którą by trzeba podjąć, by się 
irzpbić przez ten las nietrzebiony teoryj kos- 



2 

1 



— 14-i - 

mogonicznych, teozoficznych pomysłów. ; 
logij i inwektyw i odszukać w nich tych kilk 
idej, które mogły podziałać zapładniająco n 
umysłowość polską lat owych. Przy tern wsz 
kiem został na uboczu szkopuł jeden: zup 
niemal już dzisiaj niedostępność tamtych d 

Wobec tej odstraszającej perspektywy 
staje do wyboru droga druga — indukcyj^ 
Wychodząc od dzieł polskich twórców, do>. 
kiwać się odpowiedników pewnych ich . 
w gigantycznym dorobku pisarskim skand] 
nawskiego jasnowidza. Postępując w 
sposób, ustalono np,, że zachodzące w tt^., 
Godzinie myśli i w Kordjanie^ pomysły h 
czenia kochanków w życiu pozagrobowem ' . 
jednego anioła dwóch dusz ludzkich trzeba 
wywodzą się właśnie z nauki Swedenborg 
o małżeństwach aniołów w niebie. 

Swoją drogą, gdj-by Słowacki nie m<' 
tak wyraźnie o „księgach", miałoby się szcz 
ochotę nie wierzyć mu, że on istotnie z bes 
pośredniej lektury dzieł poznawał ideje Swe 
denborga. Przynajmniej streszczenie ich prze 
niego mało budzi zaufania. Pojęcie metempsj 
chozy obce było Swedenborgowi, a o „wo] 
magicznej" więcej niż od wizjonera szwedz 
kiego dowiedzieć się było można naówcza 
w Wilnie od Lachnickiego, redaktora Pamięi 
nika magnetycznego. 



- 145 - 

Pozostawałaby myśl o jednym aniele z dusz 
wojga kochanków; ale o tej można powie- 
zieć, że było nią przesycone powietrze roman- 
yzmu europejskiego. Wysokie pojęcie miłości, 
o przetrwa życie doczesne i spełnienie znajdzie 
/ zagrobowem, pomysł płciowości aniołów, 

h małżeństw, owiniętych subtelną, świetlną 
;azą uduchowienia, odmładzania się kochan- 
'ów w niebie, — wszystko to tak doskonale na- 

awało się do psychiki romantycznej, że wy- 
brażenia te przyjmowali i entuzjastycznie 
jłosili ludzie, którzy zresztą nie przeczytali 
lapewne ani stronicy Swedenborga. 

Pomysł złączenia się w niebie nieszczęśli- 
wych na ziemi kochanków już się był wów- 

zas przewijał przez powieść uczuciową i mógł 
przeniknąć na Litwę z Wertera^ a choćby na- 
,vet z Malwiny, gdzie w strunę tej wiary trąca 
jię dość silnie. Wiemy nadto, do jak ulubio- 
lego repertuaru myśli należał pomysł ten 
Krasińskiego, czy u Novalisa. 

Jakkolwiek tam było z tą bezpośrednio- 
ścią lektury Swedenborga przez romantyków, 
aasuwa się myśl, czy nie możnaby również po- 
wiązać w ten sposób ze Swedenborgiem pew- 
nych wyobrażeń tyczących świata duchów 
w Dziadach, cz. III. Bo że i Mickiewicz mógł 
się już na Litwie zetknąć z dziełami Sweden- 
borga bezpośrednio, że w każdym razie słyszał 

Pigoń. Studja. 10 



— 146 - 

o jego poglądach i teorjach, to wydaje się wię 
cej niż prawdopodobne. Zaznajomić się mógł -j 
chociażby przez ową książkę Surowieckiegcj 
Barruela, którą, zdaje się, znano wśród filo- 
matów. Kiedy w lecie 1830 r. Krasiński pi- 
swój Ułomek z dawnego rękopismu, w któr^ .„ 
dawał wyraz przeświadczeniu o łączności nie- 
rozerwalnej poza grobem dusz kochający 
się, — przychodziło do rozmów na ten tem^ 
z towarzyszami owoczesnymi w Szwaj caq| 
Mickiewiczem i Odyńcem. I wiemy od Odyńcs^ 
że „Adam w głównych punktach przekonai 
jego (Krasińskiego) podzielał i. także je ; 
swojemu, t. j. podług praw ducha tłumaczył* 
(Lisły z podróży, IV 288, 296). Otóż w prze- 
konaniach tych jest wiele swedenborgjanizc^' 
i kto wie, czy wogóle sam impuls do nich w 
szedł nie W3^łącznie od głośnych wówczas i prze« 
romantyzm entuzjastycznie przyjętych rewe- 
lacyj Swedenborga. Nieobce widać były one 
i Mickiewiczowi. O wiele później, w Prelekcjach 
paryskich, cj^tujeon z dzieł jego jeden ustęp, 
właśnie o świecie duchów, a samego Sweden- 
borga włącza' z J. Boehmem i St. Martinem 
w poczet proroków współczesnych. 

Przytoczyć można wreszcie jeszcze jedno. 
bardzo wymowne świadectwo. Już w towia- 
nizmie mówił Mickiewicz (w listop. 1844) c 
Goszczyńskiego: „Co wam powiadam, nie ga- 



- 147 - 

iam tego z głowy, nie daję wam doktryny. Wi- 
ziałem tamten świat, byłem w nim kilka razy, 
otknąłem się go duszą nagą. Tamten świat 
ie jest w niczem różny od tego ; wierzcie mi, 
) tam zupełnie jak tutaj"...* Wszystko to: 
koncepcja zaświata i sama metoda poznania 
o przez bezpośrednie oglądanie, ex visis et 
mditis, jest tak uderzająco swedenborgjańskie, 
e w tym przynajmniej wypadku genetyczne 
owiązanie obu zjawisk i poglądów narzuca 
ię nieodparcie. 

Fizyczna więc możliwość przejęcia od Swe- 
enborga pewnych wyobrażeń i nadania im 
i^yrazu w twórczości poetyckiej Mickiewicza 
stnieje niewątpliwie. Czy zachodzi także fak- 
yczna? Na to trudno odpowiedzieć równie 
tanowczo ; wolno tylko kombinować i przy- 
uszczać. Wywody poniższe nie wychodzą zgoła 
oza obręb takich właśnie przypuszczeń. Po- 
ieważ jednak przypuszczenia takie nasuwają 
ię podczas lektur}^ Dziadów dość natrętnie, 
oniewaź mogą w pewnej mierze objaśnić struk- 
urę pewnych scen poematu, więc sądzę, że 
'lożna je wyrazić publicznie. 

Człowiek — uczy Swedenborg — nie jest 

igdy w życiu swem ziemskiem zostawiony 

am sobie, otaczają go stale i współdziałają 

nim duchy niewidzialne. Ci nieodłączni du- 

howi towarzysze przychodzą do nas z zaświata. 

10* 



- 148 - 

w szczególności z t. zw. „świata duchów", cz 
miejsca, lub też stanu pośredniego międi 
niebem i piekłem ; przez stadjum to prze 
zaś muszą wszystkie duchy po opuszczei 
ciała. Stamtąd też przychodzą owe duchy 
warzyszące człowiekowi. Przychodzą zawsi 
równomiernie z obu stron," z dobrej i zł< 
z niebieskiej i piekielnej; anioły i djabły równ 
miernie też oddziaływają na człowieka. 

„Przy każdym człowieku są duchy doh 
i złe; przez duchy dobre łączy się człowij 
z niebem, przez złe zaś z piekłem... Kie( 
duchy te przyjdą do człowieka, wstępują ci 
kowicie w jego pamięć, a stąd w całe je| 
myślenie ; duchy złe w te części pamięci i m 
ślenia, które są złe, duchy dobre w te częl 
pamięci i myślenia, które są dobre... Że ta 
związek duchów z człowiekiem zachodzi istot- 
nie, poznałem przez wieloletnie, ustawiczne 
doświadczenie tak dobrze, że nic nie może mi 
być oczywistsze"^ Oddziaływania tych du- 
chów na człowieka, z sobą wzajemnie zasadni- 
czo sprzeczne, równoważą się. „Gdy złe duchy 
wsączają zło i fałsz, wtedy aniołowie wsączają 
dobro i prawdę, przez które, chociażby ich nie 
przyjęto, tamten wpływ zostaje osłabiony. Pie- 
kielne duchy stale atakują, aniołowie osłaniają; 
taki jest porządek... Przez to jest człowiek 
w środku i nie czuje ani zła. ani dobra : a ponie- 



— 149 — 

/&ż jestjw środku, jest więc i w wolności, może 
ię zw]-óció do jednego i do drugiego"". 

Otóż z teorjami temi możemy już związać 
iektóre moment}^ z Dziadów. Przedewszyst- 
;iem owa kraina pośrednia między niebem 
piekłem, „świat ducha", znana, ^^st Dziadom. 
)uchy złe, zawładnąwszy w śnie Senatorem 
obywają zeń duszę, „jak z okucia" : 

Drugą połowę wleczmy aż na świata kraniec, 
Gdzie się doczesność kończy, a wieczność zaczyna, 
Gdzie z sumieniem graniczy piekielna kraina. 

„Pogranicze" to odpowiada terytorjalnie 
ość blisko owemu zaświatowi pośredniemu 
vedług relacji Swedenborga. To jest właśnie 
ziedzina właściwa tych duchów. 

A zarazem podbudowę metafizyczną tego 
ooematu stanowi również wiara we współdzia- 

anie duchów z człowiekiem i to wiara wyra- 

ona w sposób zbyt równorzędny z nauką Swe- 
lenborga, żeby to mogło nie zastanowić. Idea 

ączności świata zmysłowego z nadzmysłowym, 
pbcowanie duchów^ stanowi — według przy- 

nania samego autora — ideę macierzystą 
Dziadów: wszystko więc, co z ideą tą miało 
kontakt treściowy, wyobrażenia pokrewne. 
a zwłaszcza tak konsekwentny, olbrzymi i szcze- 
gółowy system wiedzy spirytualnej, jaki po- 
dał Swedenborg jako rezultat obcowania z za- 



m 



160 



światem, wszystko to musiało interesować poetę 
żywo i głęboko. 

Współdziałanie świata duchowego z czł' 
wiekiem widzimy w dwóch przedewszystkie 
scenach, z których obie oddają momenty w ż 
ciu duchowem bohatera przełomowe: w Pr 
logu i w Improwizacji. Otóż w akcji scen ol 
występują duchy opiekuńcze — zgodnie z n 
uką Swedenborga — obustronnie, staczają mi 
dzy sobą bitwę, a równoważąc oba napory 
zewnętrzne, zostawiają człowiekowi w ten spo- 
sób swobodę wyboru drogi, istotną wolność 
woli. Konrad pośród tych znoszącj-ch się 
sprzecznych sił duchowych — sam decyduje 
się na nachylenie ku dobru czy ku złu i przez 
to obranie drogi ukształca jakość przyszłego 
związku z duchami ; duchy stronj- obranej 
przybliżają się, działają silniej, duchy strony 
przeciwnej oddalają się, — chociaż nie odcho- 
dzą zupełnie. Równowaga naporu się skoń- 
czyła, linja wypadkowa załamuje się zdecy- 
dowanie w jedną stronę. Do wyniku takiego 
nie doszło jeszcze w "Prologu, dojdzie do niego 
zato w Improwizacji. Podobnie z ustępu „Ole- 
szkiewicz" dowiadujemy się, że prz}' carze 
Aleksandrze ku złu właśnie odchyliła się wy- 
padkowa oddziaływań duchów na niego : 

Anioły pańskie uszły, a on z wiekiem 
Coraz to głębiej wpadał w moc szatana. 



— 151 - 

Anioł-Stróż w Prologu czuwający nad więź- 
liem w klasztorze Bazyljanów, to właśnie 
Juch z prawej strony ; spejnia on swe zada- 
lie w sposób szczególny: 

Nieraz dusza ranie twa zbrzydła, 

Alem w złych myśli nacisku 

Szukał dobrej, jak w mrowisku 

Szukają ziarnek kadzidła. 

Ledwie dobra myśl zaświeci. 

Brałem duszę twą za rękę, 

Wiodłem w kraj, gdzie wieczność świeci. 

Jest to także metoda aniołów Swedenborga : 
Głównie wywołują aniołowie dobro i prawdę, 
które są w człowieku i przeciwstawiają złu 
i fałszowi, wywołanemu przez duchy złe"^ 

"Wyraźna bitwa duchów współzawodni- 
czących rozgrywa się więc nad Konradem do- 
piero podczas Improwizacji. Kiedy wieszcz 
wznosi się aź pod tron Boga w hymnie swo- 
body i buntu genjuszu ludzkiego, duchy z pra- 
wej (dobre) i z lewej (złe) toczą o niego bój. 
I porządek walki jest taki, jak go wskazał 
Swedenborg : duchy złe atakują, dobre bronią; 
głosy z lewej podniecają Konrada w jego 
skłonności, w rozpędzie buntu, głosy z prawej 
powstrzymują, osłaniają: 

Glos z lewej strony: Glos z prawej: 

Wsiąść muszę Na duszę Co za szał! 

Jak na koń. Brońmy go, brońmy, 

Goń ! goń ! W cwał I w cwał I Skrzydłem osłońmy Skroń 



— 162 — 

Podobnież byJo i w Prologu: 
Podwójmy napaść! — My podwójmy straże! 

Rezultatem tych zmagań się sil napiera 
jących na człojvieka jest — wiemj' to z Pro- 
logu — jego pełna swoboda obioru. 

Czy zła myśl wygra, czy dobra pokona : 
Jutro się w mowach i dzieZach pokaże; 
I jedna chwila tej bitwy wyrzeka 
Na cafe życie o losach człowieka. 

A dalej nieco: 

Gdybyś wiedział, że ledwie jedną myśl rozniecisz, 
Już czekają w milczeniu, jak gromu żywioły, 
Tak czekają twej myśli szatan i anioły : 
Czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz. 

Być dalej może, że dałoby się przy po- 
mocy Swedenborga objaśnić lepiej jedno miejsce 
ze sceny X Piotra z Konradem. Konrad mia- 
nowicie wybrał, jak wiadomo, zło, uderzy i 
w piekło, duch z lewej strony opanowuje go 
całkowicie. Pod mocą złego budzi się po impro- 
wizacji z ciężkiego omdlenia, ale pozostaje 
nadal jeszcze w świecie wizyj. Treść dostrze- 
żenia, jakie się znagła teraz przed nim roz- 
twarło, wypowiada ze szlochem: 

Przepaść . . . tysiąc lal . . . pusto . . . 

... tu modlitwa nie przyda się nanic. 
I byłaż taka przepaść bez dna i bez granic? 
Nie wiedziałem ... a bvla. 



— 153 — 

Cóż to za przepaść straszliwa, w której 
^modlitwa nie przyda się nanic", a która uka- 
jała się Konradowi nagle, gdy upadł na progu 
)luźnierstwa? W pismach Swedenborga moż- 
laby się doszukać pewnej, wskazówki. Pisze 
nianowicie Swedenborg o Aniołach-Stróźach : 
„Dalej baczą aniołowie, czy się nie otwierają 
siekła, które przedtem były zamknięte, a z któ- 
rych przesiąkają wpływy do człowieka : dzieje 
się to, jeśli się człowiek daje porwać do no- 
wego zła. Piekła te zamykają aniołowie, o ile 
tylko człowiek na to zezwoli"^. 

Otóż czy to nie taka właśnie przepaść 
piekielna roztworzyła się przed wewnętrznem 
widzeniem Konrada, gdy upadł i przez to od- 
rzucił od siebie pomoc aniołów zamykają- 
cych ją? 

Jest w scenie Improwizacji jeszcze jeden 
szczegół, godny uwagi w niniejszem zestawie- 
niu. Cz3' przy Konradzie był tylko jeden anioł 
opiekuńczy, czy więcej, — nie możemy sta- 
nowczo powiedzieć. W tekście poematu zazna- 
czony jest jeden tylko, nadpisy brzmią: „głos 
z prawej", lub „duch z prawej strony"; ale 
z wyrażenia djabła: „patrz, odpędzają nas" 
wnosićby można, że aniołów było więcej, dwóch 
przynajmniej. 

Natomiast wiemy na pewno, że djabłów 
było dwóch i że — co dziwniejsza — jeden tylko 



— 154 - 

mógł był skłonić Konrada do bluźnierstwa 
drugi go karci za to, że tego nie zrobił : 

Ty bestyjo głupia ! 

Nie pomogłeś mu sJowo osta(nie wyrzygnąć . . . 

Najgłupszy z djaWów, tyś go wypuścił w pół drogi . 

Otóż szczegół ten w nauce Swedenborg 
uzyskuje także niejakie wyjaśnienie. Według 
niej znajdują się przy człowieku faktyczni*- 
przynajmniej po dwa duchy na obu stronach 
„Że są dwa, to ma powód w tern, że są dwa 
rodzaje duchów w piekle i dwa rodzaje anio- 
łów w niebie; odpowiadają im w człowieku 
dwie władze, mianowicie: władza woli i ro- 
zumu. Pierwszy rodzaj duchów nazywa si 
poprostu Duchami, działają one na sferę rc 
zumu ; duchy drugiego rodzaju nazywają si' 
Genjuszami i działają na sferę woli. Duchy t^ 
są między sobą bardzo różne. Te, które zwiem\ 
poprostu Duchami, wsączają fałsz .... Genju- 
sze zaś wsączają zło .... Genjusze nie mają 
nic wspólnego z Duchami, nie troszczą się o to, 
co człowiek myśli, lecz o to tylko, co kocha. 
Duchy natomiast nie troszczą się o to, co czło- 
wiek kocha, lecz tjdko o to, co myśli. Tamte 
zasadzają swą rozkosz w milczeniu, te w mó- 
wieniu"". 

Otóż możnaby mniemać, że każdy z dwu 
duchów lewych podczas Improwizacji należał 
do innej z tj^cb kategoryj : jeden byłGenjusz. 



- 165 - 

Irugi Duch, jeden odpowiadał woli, drugi ro- 
:umowi, jeden milczał, drugi mówił, — miano- 
i^icie „wsączał fałsz" ; „tyś wpełznął w jego 
^sta, na zgubęś tu wpełznął" — mówi do niego 
X. Piotr, „usta . . . słowy szkaradnemi skaził -^ 
jłowa głupstwa — najsroźsza dla ust mądrych 
męka". Że zadania nie dokończył, karci go to- 
warzysz drugiej kategorji, który dzieła tego 
gam dokonać nie mógł, gdyż to leżało poza 
zakresem jego natury; on bowiem, choć był 
współobecny, nie mógł oddziałać na myśl Kon- 
rada, jedynie tylko na sferę woli i serca. 

A wreszcie punkt ostatni zbieżności. W Pro- 
logu poematu mamy rozwiniętą znamienną, 
mistyczną teorję snu. Nie o nią tutaj chodzi, 
ale o zaznaczoną przy tej sposobności rolę du- 
chów w śnie człowieka. Nad śpiącym więźniem 
staczają zawody także duchy z prawej i z le- 
wej strony, podobnie jak w scenie Improwiza- 
cji i znów zgodnie z wyobrażeniami Swedenbor- 
ga. I tutaj wewnętrzna wolność więźnia polega 
na zrównoważeniu oddziaływań obustronnych. 
Jednakże dowiadujemy się, że w nocy napór 
duchów złych jest większy, że w nocj' mogą 
gwałtowniej niż we dnie napadać na człowieka. 

Uderzało to, już w swoim czasie Kaw- 
czyńskiego, choć nie umiał podać wyjaśnienia. 
„Skąd takie pojmowanie rzeczy ? Wszakże wróg 
nasz we dnie i w nocy krąży naokół, jako lew 



156 



^ 



ryczący, aby nas pożarł. Czy stąd, że Dziad} 
odbywają się w nocy? Ależ w tych obrzędach 
nie panuje duch złego! Więc chyba skądinąd"'^ 
Duchy złe wyznają mianowicie wjTaźnie : 

W dzień Bóg nam dokucza, lecz w nocy wesel- 

W noc późną próżniaki się tuczą 

I w nocy swobodniej śpiewają minstrele, 

Szatany piosenek ich uczą ... 

Śpiewajmy nad sennym, my, nocy synowie, 

Usłużmy, aż będzie nam sługą; 

Wpadnijmy mu w serce, biegajmy po głowie. 

Nasz będzie . . . ach, gdyby spał długo I 

Nawiasem mówiąc, mamy i tutaj wyra- 
żoną dwoistość, podział ról w ataku ; duchy 
złe napastują serce i głowę ofiary. Do każ- 
dej z tych „sfer" dodziera się zapewne, w myśl 
powyższych orzeczeń Swedenborga, osobny ro- 
dzaj duchów: Genjusze i Duchy. 

Zarazem co się tyczy samej osnowy ustępu, 
podobnież czytamy i u Swedenborga : „Złe du- 
chy pragną bardzo, płoną wprost od żądzy na- 
padnięcia i niepokojenia człowieka, gdy śpi: 
wtenczas jednak właśnie strzeże go Pan oso- 
bliwiej, bo miłość nie śpi**'^. Mówi Swedeu- 
borg dalej, że jako nocne duchy, atak^ujące 
człowieka, występują najczęściej Syreny, t. j. 
duchy kobiet wiarołomnych za życia i chytrych. 
„Są one głównie rodzaju żeńskiego, takie mia- 
nowicie, które za życia w ciele usiłowały znę- 
cić ku sobie towarzyszy przez wewnętrzną 



— 157 - 

hytrość, upiększając swój wygląd, zjednywały 
obie na wszelki sposób umysły, wchodząc 
V popędy i podniety każdego"^^. Takich du- 
ihów nie spotykamy w Prologu- bezpośrednio, 
ednakże pośrednio duch z lewej strony pod- 
suwa wyobraźni śpiącego obraz tego typu: 

Tara nocą komety się włóczą, 

Komety z oczkami i jasnym warkoczem. 

Zato w scenie końcowej widzimy naocznie 
szatana-Syrenę, jak kusi i mami trupa Baj- 
kowa. 

Czart przybrał postać dziewicy 

I na trupa rączką kiwa. 

Okiem mruga, śmiechem wzywa. 

Przeciwko owym szczególnie rozzuchwa- 
lonym nocnj^^m napastnikom, duchom złym, 
występuje — według nauki Swedenborga — 
także wzmocniona ochrona duchów dobrych, 
które odpędzają atakujących, a nawet całkiem 
zwyczajnie ich karzą — biciem*'. Duchy złe, 
aby uniknąć kary „próbują przeróżnych sztu- 
czek, ale bezskutecznie. Juźto chciały się prze- 
kształcić w wewnętrzną naturę, jużto wma- 
wiały, że to były inne, juźto chciały skiero- 
wane karę na inne przez przeniesienia wyobra- 
żeń, jużto udawały małe dzieci, które się drę- 
czy, już też przetwarzały się w duchy dobre, 
anioły i więcej tym podobnych ; wszystko jed- 
nakże napróżno"**. 



- 158 - 

Pewną analogję w Dziadach znajdujeni 
i co do tego punktu. Duch zły, dociśnięt 
egzorcyzmami X. Piotra, próbuje również t; 
kiej proteuszowej obrony: mówi różnemi jęz\ 
kami, nazywa się: „Lukrecy, Lewjatan, Vc! 
taire, alter Fritz, Legio sum**. Również i scei; 
karania ducha mamy u Mickiewicza; karz 
wprawdzie nie duch dobry złego, jak u Sw' 
denborga, ale jeden zły — drugiego. W każdy i 
razie zagrożony karą — podobnie jak to Swe- 
denborg wspomina — udaje dziecko dręczone 

Ciociu! mamo! ja dziecko, będę płakać! (pJacze). 

W związku z tą transformacją duchóv 
wspomnieć należy o jednym jeszcze wypadk 
— dziwnym zaiste. Mówi o sobie Anioł-Stró. 
w Prologu, że gdy więzień, zlecony jego opiece, 
nieczuły był na oddziaływanie dobre, 

Ja, syn chwały nieśmiertelnej. 

Przybierałem wtenczas postać 

Obrzydłej larwy piekielnej 

By cię straszyć, by cię chłostać (w. 35 n ). 

Co to ma znaczyć? Więc Anioł-Stróż moż. 
przybierać postać „obrzydłej larwy piekielnej'', 
postać szatana? Według jakich to wyobrażeń ': 

Ustęp ten nie został wyjaśniony, nawei 
nie zauważony, przez dotychczasowych komen- 
tatorów ; nie wspomina o nim autor dużej roz- 
prawy Teologja w Dziadach Mickiewicza, mimo. 



- 169 - 

i cały rozdział poświęca „angelologji w Dzta- 

Ustęp istotnie trudny i wątpliwe, żeby się 
•ił wyjaśnić i oprzeć o naukę Kościoła. Nie 
się przecież ustalić żaden związek między 
im, a IIKor. 12, 7: „angelus satanae, qui me 
)laphizet*', boć tam nie o aniele mowa. U Swe- 
anborga podobnego wypadku też znaleźć się 
ie udało. Mówi się tam zato parokrotnie — 
) jest zresztą także nauką Kościoła (ob. II 
!or. 11, 14) — o tem, że duch zły posiada 
Loc i umiejętność zmieniania postaci i przy- 
ierania nawet pozorów ducha dobrego. „Arti- 
cia in mundo ignota.. sunt, quod loąui possint 
icut alibi, ut vox audiatur sicut a spiritibus 
onis.... innocenciam simulare diversis modis..." 
Arcana Coelesłia I. 329). Czyżby to mogło 
degrać jaką rolę w utworzeniu się pomysłu, 
e i duch dobry może dla skuteczniejszego od- 
ziały wania dokonywać transformacji w kształt 
obie przeciwny? 



Zbieżności wyobrażeń polskiego poet}- 

szwedzkiego wizjonera nie wszystkie może 

zaznaczonych są jednako bliskie i widoczne, 

liektóre może zgoła przypadkowe. Obejmują 

ednak zakres bądź co bądź duży i — co waż- 

liejsza — skoncentrowany koło jednego za- 



- 160 — 

gadnienia: współbytu i współpracy świata du- 
chów z człowiekiem. Ta zwartość ugrupowania 
koło pojęcia naczelnego mogłaby być również 
dowodem bliższego, może nawet genetycznego 
związku obu zjawisk. 

Bardzo być może, że Mickiewicz, w któ- 
rym było żywe zaciekawienie dla tajemnic 
świata duchowego, który w rok. po wydaniu 
Dziadów w kole przyjaciół „ż lubością roz- 
prawiał o tajemnicach zaziemskiego życia, 
o świecie duchów i hierarchji ich według św. 
Dionizego Areopagity, jednem słowem, do sub- 
telności mistycznych miał już od owego czasu 
niepowściągnioną skłonność"", — już w czasie 
tworzenia poematu Dziady, cz. III. znał pisma 
Swedenborga i przejęty b3'ł niektóremi jego 
poglądami, czy rewelacjami. 

Czy je poznał jeszcze na Litwie, jak Sło- 
wacki, czy dopiero w Dreźnie, gdzie, jak wiem}', 
na utrapienie bibljotekarza rozczytywał sią 
w literaturze mistycznej, — tego z dotychcza- 
sowych źródeł dowodnie stwierdzić nie można. 
Sam fakt istnienia takiego związku wewnętrz- 
nego w pewnych pasmach osnowy Dziadów 
wydaje się jednakże bardzo prawdopodobny. 
Gdyby był rzeczywisty, dowodziłby, że w po- 
emacie — pod szczytem uczucia narodowego 
słychać nietylko szum owych dwojga skrzy- 



- 161 - 



leł, uderzających o przeszłość i przyszłość 
Polski, ale że przelata przezeń także tchnienia 
[uropejskich prądów życia duchowego. 



! PRZYPISKI. 

I ' Por np. O. Walzel: Votn Geistesleben des 18. und 
V J.; Leipzig 1911, str. 155; oraz Dr. P. Bernheim: Bal- 
loc u Swedenborg, Jiomanische Studien, H. XVI., Berlin 
914: tamże ciekawe uwagi o roli, jaką w nawiązaniu 
aznaczonego stosunku odegrała Polka, pani Hańska. 

2 Pór. tez Listi/ (wyd. Meyeta) II. 95. 

' WL Mickiewicz Żi/woł, IV, 326. 

* Kallenbach : A. Mickiewicz ^ II 389. 

'" De Coelo et eius Mirahilibus et de Inferno, ex au- 
litis et visis ; cytuję po większej części według dwutomo* 
yej chrestomatji : Emanuel Swedenborg Leben und Lehre; 
ine Sammlung atithentischer Urkunden iiber Swedenborgs 
*ersonlichkeit und ein Inbegriff śeiner Theologie in wórtli- 
hen Ausziigen aus seinen Schriften. Herausgegeben und im 
lerlag von J. G. Mittnacht, Frankfurt a. M. 1880; ob. II, str. 574. 

" Arcana Coelestia, Mittnacht II. 579 

' Arcana Coelestia, Mittnacht Ił. 579. 

8 Arcana Coelestia, Mittnacht II. 579. 

^ Arcana Coelestia, Mittnacht II. 576—7. 

'" M. Kawczyński : Przyczynek do wyjaśnienia Impro- 
oizacji i III.cz. Dziadów. Rozpr. Ak. Umiej., Wydz. Filolog. 
1894, str. 4. 

" Arcana Coelestia, Mittnacht II. 580. 

I'- L. c. II. 581. 

'* Hae Praestigiatrices, seu Sirenes, puniuntur gra- 
/iter, — ąuaedam in Gehenna, ..ąuaedam per distractiones 
jt varias coUisiones cum maximo dolore et cruciatu. Ar- 
',<ma Coelestia I. 329. 

" Mittnacht, II. 581. 

'^ X. Dr. Andrzej Macko w Przeglądzie Teologicznym 
Lwów 1920, str. 133 n. Autor zestawia poglądy teologiczne, 
w szczególności także „angelologję", z Summa św. To- 

Piguń. Stmija. 11 



1 



— 162 — 

maszą i wykazuje ich prawowierność. Czy jednakże wobfl^ 
zaznaczonego wyżej przeoczenia ostoi się takie jego zdanie 
„jeśli jakieś zarzuty czynić może teolog tomista Mickiew; 
czowi, to już prawie żadnych w nauce o aniołach" (str '-'- 
— to jest rzecz inna. Podobne temu „ułatwienia" spoly 
zresztą w rozprawie częściej. Chcąc np. wykazać, że M 
wicz przyjmował także Aniołów Stróżów, którzy się 
narodami opiekują, przytoczył autor z Ustępu ,,Peter-L_. 
w. 185 n. ' ' 

W twarzy miał wyraz niebiańskiej rozpaczy. 

Patrzył jak anioł, gdy z niebios posługą 

Między ozyścowe dusze zstąpić raczy, 

I widzi całe w męczarniach narody... 
Żeby dowodową siłę tych wierszy podnieść. umieś« 
autor po „raczy" dwukropek, t. zn., że jego zdaniem 
anioł widzi owe , w męczarniach narody'* i htuje się nad 
niemi. Wniosek : istnieją wiec Aniołowie Stróżowie narodów 
co jest zgodne ze „zdaniem wielu ojców Kościoła i teologów 
W rewelacyjnym tym wywodzie jest atoli jeden szko 
pul. Owego dwukropka w tekście Dziadów niema zgoła 
autor skrzywił myśl poety; narody widzi nie anioł. \<-ci 
Oleszkiewicz, zaczem o Aniołach Stróżach narodów i.i.iua 
tutaj wogóle mowy. 

Jeżeli przecinek w wyd. krytycznem ^t. IV, wyd. To^ 
Lit. im. Mickiewicza) mógłby zostawić miejsce na wątpj 
wość, to nie zostawia go bynajmniej autograf {P. T. M. 
str. 411); tam po „raczy" figuruje wyraźnie kropki 
t. zn.. że porównanie się skończyło, a wiersze dalsze stres^ 
czają nam tok dumań Oleszkiewicza. Dowodzi też tego w. 
stojący po dwukropku, a mający taką pierwot 
formę : „(Tak) dumał (samotny i) oparty, na fontany brzeg 
" J. B. Zaleski : A. Mickiewicz podczas pijania i dr 
kowania Pana Tadeusza, Paryż 1875, str. 13. 



VII. 

ZRĘBY „SPRAWY BOŻEJ". 

ŹRODLA I POKREWIEŃSTWA KILKU IDEI 
PODSTAWOWYCH TOWIANIZMU. 



W niezbj^t dawno wydanem poważne m 
dziele wyczytać można zdanie, że Polakowi 
o Towiańskim trudno mówić bez wstydu. Sąd 
ten bezwzględny, tern dziwniejszy, że wyszedł 
z ust badacza, który świat zjawisk życia du- 
chowego, pokrewnego naszemu towianizmowi. 
poznał naj szczegółowiej i ocenił sprawiedliwie, 
— jest jednak spóźnionem tylko echem cza- 
sów, kiedy umysłowość Towiańskiego i wogóle 
ruch przez niego wszczęty uważało się za objaw 
rodzimego obskurantyzmu i szkodliwego 
wstecznictwa, jeśli nie poprostu za produkt 
nienormalnych stosunków narodowych. Dzisiaj 
wsz}'Stko zdaje się świadczyć za tern, że sąd 
powyższy w przyszłości się nie ostoi. 

Faktycznie bowiem niema powodu wsty- 
dzić się tego bądź co bądź samoistnego ruchu 

11* 



- 164 — 

religijnego, jaki ten człowiek wywołał nauką, 
a jeszcze więcej osobistością swą, wśród znacz- 
nego, niepospolitego duchem i charakterem, od- 
łamu emigracji polskiej i włoskiej, — ani wsty- 
dzić się zawartości nauki, ideologji jego; jak 
nie wstydzą się inne narody, że w^-dały J. 
Boehmego, E. Swedenborga i St. Martina, oso- 
bistości tak pokrewne gatunkowo naszemu 
reformatorowi moralnemu. Dążność czasu wy- 
dźwiga też u nas coraz więcej tę postać z po- 
gardliwego lekceważenia, oddaje jej sprawie- 
dliwość w szeregu samorzutnie pojawiających 
się prac krytycznych polskich i obcych, utrzy- 
manych w tonie poważnej, rzeczowej oceny. 

Można przyjąć z dużem prawdopodobień- 
stwem, że czasy niedalekie, uzyskawszy może 
nowe źródła, a w każdym razie opierając się 
o psychognostyczny punkt widzenia, oraz o sze- . 
roki materjał porównawczy, dojdą do należy- 
tego oświetlenia zjawiska, dziś jeszcze niepo- 
kojącego niejedną tajemnicą, kryjącego się 
w pomroczu niejasności, uprzedzeń i lekce- 
ważenia. 

Wysiłek badawczy krytyki skierować się 
musi w tym celu bodaj w pierwszym rzędzie 
na powiązanie postaci Towiańskiego z podło- 
żem psychiki współczesnego mu w Polsce po- 
kolenia, oraz na zestawienie go z owoczesnem 
życiem duchowem i umysłowem Europy, na- 



- 165 - 

dewszystko zaś z indywidualnościami jemu 
współgatunkowemi. Trzeba w pierwszym rzę- 
dzie dojrzeć, ze towianizm nie był, ani w Pol- 
sce ani w Europie, fenomenem niesłychanym, 
bez precedensu i powiązań ideowych, ze zja- 
wił się nie jak błędny meteor, ale że wyrósł 
z gleby owoczesnej, gleby uczuć i gleby idei, 
że wyrósłszy, brał szczodrze, j)niem i gałęziami, 
pokarm z owoczesnej atmosfery duchowej. 
Wtedy zaś, tą drogą okólną, łatwiej dojdziemy, 
czem b3'ł sam w sobie, w miąższu swego rdze- 
nia, w czem istota jego swoistości. 

Zadanie w tern stadjum przygotowawczem 
jest — jak widzieliśmy — podwójne ; otóż 
w jednej i drugiej dziedzinie pragnąłbym przy- 
nieść parę nieuwzględnianych i niepodnoszo- 
nych dotąd szczegółów. 

1. Poczęcie Sprawy. 

Oczywiście, że dla tego typu badania naj- 
ciekawsze będą okresy początkowe ruchu, te 
mianowicie, w których z zarodka się rozwijała 
i formowała ideologja, ustalał typ działania, 
urabiał się stosunek do świata: samopoczucie 
powołania i pojęcie roli społecznej; słowem 
epoka młodzieńcza, wyprzedzająca wystąpienie 
publiczne. 

Jednakowoż wobec Towiańskiego tutaj 
właśnie zachodzi cał}' szkopuł. Człowiek ten 



— 166 - 

zostawił uderzająco mało wypowiedzi o sobie 
wogóle, a o swych latacłi młodych prawie że 
nic. jyiilkliwość ta uderza tem bardziej, że — 
jak wiadomo — ludzie jego typu, mistycy, 
naogół chętnie i szczegółowo przekazują po- 
tomności swe doznania duchowe, odrysowują 
swe drogi dochodzenia do prawdziwego pozna- 
nia, widząc w nich oczywiste dowody szcze- 
gólniejszego działania Łaski, której chować pod 
korzec przed bliźnimi nie mają powodu, co 
więcej — nie mają prawa. Dla ilustracji wy- 
starczy mieć w pamięci choćby wyznania św. 
Augustyna i autobiografję św. Teresy*. 

Tego zaniedbania Towiańskiego nie napra-j 
wili współcześni pamiętnikarze, nie zwrócili i 
poprostu na niego uwagi; a jeśli co i zapisali,' 
to wyłącznie niemal wiadomostki anegdotyczne,] 
jowjalne kawały sąsiedzkie, lub — co gorsza — j 
złośliwe plotki. 

W tem położeniu nie umiano dotąd usta- 
lić ostatecznie nawet momentu kiełkowania. 
Uświadomienie sobie misji, przejrzenie ducho- 
we, — to przecież musiała być w życiu To- 
wiańskiego chwila przełomowa, wytrącająca 
z dotychczas ustalonego trybu żj-cia, a roztwie- 
rająca znagła nowe, olśniewające horyzonty 
działalności. Kiedyż więc i w jakich okolicz- 
nościach zaszła ona w życiu Towiańskiego? 



— 167 — 

Biograf jego, Tancredi Canonico, mówi tu 
o 12 roku życia, czyli o r. 1811. V/tedy to, 
mozoląc się nad nauką, poczuł chłopiec w mo- 
dlitwie, „że jest sposób dochodzenia do pozna- 
nia rzeczy daleko wyższy od sposobów ziem- 
skich: spółka ze światem wyższym na drodze 
wskazanej nam przez Chrystusa Pana". „Chwi- 
la ta — dodaje biograf — rozstrzygnęła sta- 
nowczo o całym kierunku życia jego"*. 

Niewątpliwie. Nam tu chodzi jednakże 
o rzecz inną. Życie duchowe tego typu, tego 
„kierunku", mogło przecież pozostać w ukry- 
ciu ; tymczasem Towiański rozpoczął Sprawę, 
występując z działalnością publiczną i jako 
bezpośrednią przyczynę wystąpienia podał wy- 
raźnie nakaz „z wyżej". Kiedyż otrzymał ten 
nakaz, kiedy olśniło go nagłe jasnowidzenie 
Sprawy? Na to w C3'towanej monografji nie 
odpowiedziano wyraźnie. Autor jej zdaje się 
umieszczać tę chwilę gdzieś w pobliżu r. 1840. 
„Poczuwszy następnie, że głos Boży stanowczo 
go powołuje na obszerniejsze pole działania, 
powierzył przed wyjazdem z kraju zaufanemu 
człowiekowi moralny kierunek chłopów" i t. d.^ 
Sąd jednak ten wywiedziony jest a posteriori, 
z faktu wystąpienia, może więc budzić wąt- 
pliwość. 

Rzecz bowiem jasna, że między przejrze- 
niem a realizacją upłynąć musiał czas spory, 



168 



kilka lat. Jedyną relację niby autentyczną co 
do momentu tego przejrzenia mieliśmy dotąd 
w bezimiennej broszurze [J. Komierowskiego] 
Moje stosunki z Towiamkim i łowiańczykami. 
Streszczając rozmowę swą z Towiańskim, mówi 
autor: „Roz])Oczął od poczucia misji swojej, 
jak w 28 r. życia myśl posłannictwa wj^ższego 
porządku rzeczy objawiła mu się"*. Byłby to 
więc r. 1827. Ten rok też przyjmuje w pracy 
swej Z. Gąsiorowska (str. 32). 

Przybywa teraz do tej sprawy świadectwo 
drugie. W zachowanej w archiwum rapper- 
swylskiem notatce Dominika Iwanowskiego p. t. 
„Ważniejsze chwile początków misji A. T." 
czytamy: „Dnia 11 maja 1828 r. w "Wilnie, 
w kościele bernardynów. A. T. zobaczył po raz 
pierwszy w duchu całą Sprawę, do zrobienia 
której na ziemię jest zesłany. Dnia 11 maja 
1839 roku w Antoszwińciu, swojej wsi, poczuł 
zmy słowie Sprawę Bożą"^ 

Między podaniem Komierowskiego a Iwa- 
nowskiego jest różnica jednego roku. W każ- 
dym razie rzeczą jest już dowiedzioną, że na 
parę lat przed "powstaniem listopadowem, a na 
dwanaście przed wystąpieniem publicznem, To- 
wiański miał już w duchu całokształt Spraw}'. 
Uświadomił mu się on w nagłem przejrzeniu 
duchowem w kościele w czasie modlitw}'. Toż 
samo, czego dozna w podobnj^ch warunkach 



- 169 - 

kilka lat później młody Cieszkowski, kiedy 
w czasie modlitwj^ w kościele grębkowskim 
znagła przejrzy tajemnicę „głębi, siły i wagi 
tego, co zawiera Modlitwa Pańska, ów testa- 
ment Chrystusów}^ mający kierować losami 
ludzkości po wszystkie wieki" ^ To duchowe 
przejrzenie powtórzyło się i umocniło w 11 lat 
później, „zmysłowie", t. zn. w wizji, która 
otwarła w życiu Towiańskiego okres paroletni, 
bogaty w tego rodzaju doznania, doprowadza- 
jące w rezultacie do wyjazdu z Litwy. Tę 
samą dwustopniowość poczęcia Sprawy po- 
świadczoną mamy autentj^cznie, we własnej 
wypowiedzi Towiańskiego. Pisząc w r. 1849 do 
ks. Duńskiego, tak mu przedstawia genezę 
misji swej : 

„Od pierwszej młodości nosiłem w sobie 
czucie myśli Bożej, która spoczęła na mnie, 
ale widząc niegodność moją, długo nie śmia- 
łem wydawać nazewnątrz tego, co duch mój 
czuł, co nosił w sobie. Wejrzał Bóg w miło- 
sierdziu swojem na sługę swojego i wola Boża 
objawiona duchowi — objawioną człowiekowi 
została. Duch Św., który mówił do ducha, prze- 
mówił i do człowieka dla wsparcia wiary, ośmie- 
lenia bojaźliwości, dla zasilenia nieśmiałości 
jego. Odtąd oparty na prawdzie, którą nietylko 
duch mój, ale i człowiek zobaczył, spełniać 
począłem wolę Bożą"". 



- 170 - 

Obecnie wiemy już, kiedy to Duch św. mó 
wil do ducha, a kiedy przemówił do człowieka 
„zmysłowie", i zdecydował o życiu jego. 

2. Gleba idei. 

Usiłując choć w części zdać sobie sprawę 
z dróg, jakiemi doszło do tak zdumiewającego 
fenomenu objawień wewnętrznych, trzebabj' 
się zorjentować, na jakiej to glebie rosła, ja- 
kiemi żywiła się sokami i w jakiej atmosferze 
ukształcała aprioryczna niewątpliwie i samo- 
rodna, żarliwa religijność młodego Towiań- 
skiego, wskutek jakich to czynników ułożyła 
się w ten właśnie, a nie inny typ; należałoby 
wreszcie powiedzieć, kiedy to i wśród jakich 
podniet obudziła się w nim świadomość ko- 
nieczności apostolstwa, poczucie misji. 

Przy dzisiejszym stanie źródeł odpowie- 
dzieć na te pytania niepodobna. Ograniczymy 
się więc do kwestyj szczuplejszych, postaramy 
się wydobyć najaw, w jakiej to formie uświa- 
domiło się pierwotnie Towiańskiemu jego po- 
słannictwo, a następnie drogą pośrednią, de- 
dukcją ze stanu faktycznego przeświadczeń 
i wyobrażeń jego, spróbujemy wykreślić równo- 
ległość ich lub rodowód z ideologji owoczesnej. 

Za punkt wyjścia weźmiemy materjały 
nowe, nieznane dotąd listy najbliższego towa- 



- 171 — 

rzysza, pierwszego i naj bezwzględniej szego- 
zwolennika Towiańskiego, powinowatego mu 
nawet, Ferdynanda Gutta, pisane w latach 
1833—36 z Niemiec do kolegi i przyjaciela lat 
młodych, wówczas emigranta, Walerego Piet- 
kiewicza\ Z listów tych wynika, że Gutt prze- 
był lato 1833 r. w Niemczech w celach kuracyj- 
nych, że w lecie 1835 w tymże celu bawił 
w Ems, towarzysząc jakiejś tajemniczo zamil- 
czanej osobie, niewątpliwie Towiańskiemu*, że 
na wiosnę 1836 był w Manheim (W. Ks. Ba- 
deńskie), a w jesieni t. r. w Dreźnie. Przez 
cały ten czas pisywał serdeczne list}^ do Piet- 
kiewicza, wspierał go zasiłkami pieniężnemi, 
książkami, słowami pociechy i wzruszonej czci 
dla męczeństwa emigranckiego, wreszcie — co 
najważniejsze — rozwijał wobec niego apo- 
stolski wyżyw do przygotowania się na nad- 
chodzącą wielką przemianę. Te zwłaszcza 
ustępy, pisane przez wyznawcę Towiańskiego 
i towarzysza podróży, mają dziś dla nas wielką 
doniosłość, bo oddają niewątpliwie poglądy 
i przekonania samego „mistrza", są może nie- 
raz wprost echem rozmów z nim. Jak dotąd, 
jedyne to wierzytelne źródło do poznania ideo- 
logji Towiańskiego na kilka lat przed publicz- 
nem wystąpieniem, przed jej ujęciem w Bie- 
siadę i ogłoszeniem na emigracji. 



- 172 - 

Mówiąc o czynnikach odgrywających pew- 
ną rolę w kształtowaniu się typu psychicz- 
nego Towiańskiego, oraz w urabianiu się pod- 
łoża urodzajnego dla jego ruchu jako zjawiska 
zbiorowego — jak one się odbiły w niniejszej 
korespondencji, — na pierwszem miejscu uwzglę- 
dnić należy położenie kraju polityczne i mo- 
ralne. 

Mią^^yczny charakter Dziadów cz. III, tłu- 
macz3'ł Mickiewicz szczególnem wrażeniem, 
jakie wywarły wypadki wileńskie 1823 r. „na 
umyśle tj^ch, którzy byli świadkami lub uczest- 
nikami zdarzeń". Otóż właśnie w ten to spo- 
sób: napięciem struny mist3'cznej, reagowali 
na Litwie na prześladowania rosyjskie niet}'lko 
ci, „którzj'^ pisali o tytih wypadkach ~, ale 
i wielu z tych, co na nie z cichą zgrozą pa- 
trzeli .tylko. Wielki ucisk, prześladowanie, sro- 
żącj' się gwałt władzy zwierzchniej, odbija się 
w umysłach wrażliwych na moralny porządek 
świata jako rozpasanie zła, orgja szatana, na- 
wała nocy najdłuższej i najciemniejszej, w któ- 
rej zło jedno tylko już może: przesilić się, 
złamać się na najwj^ższej granicy napięcia. 
Wiara w nagłe runięcie zła, w bezpośrednie 
wmieszanie się Bożej sprawiedliwości w tok 
spraw ludzkich,' poprostu wiara w cud, jest 
bezpośrednim plonem takiego posiewu w du- 
szach wraźliwszj'ch. Wyraz tej wiary, wywo- 



- 173 - 

łanej procesem filareckim, mamy w broszurze 
Lelewela, w Dziadów cz. III ; powstanie listo- 
padowe zabarwiło nią całą niemal literaturę 
emigracyjną. Jakże silnie zabarwiać musiało 
psychikę świadków bezpośrednich! 

Słuchający w bolesnem przejęciu ech 
„głosu z Litwy" Mickiewicz na bruku pary- 
skim czasami „nie miał duszy" pomyśleć 

... o krwi tej, co się świeżo lała, 
O łzach, któremi płynie Polska cała ... 
Bo naród bywa na takiej katuszy, 
Ze kiedy zwróci wzrok ku jego męce, 
Nawet Odwaga załamuje ręce. 



Tymczasern Towiański pozostał w kraju; 
na katusze, represje, na owoce klęski najsroż- 
sze, na orgję zła, przywalającego Litwę po 
r. 1823 i 1831, patrzał bezpośrednio i długo. 
Cóż dziwnego, że zareagował na nie po swo- 
jemu, w sposób wyżej zaznaczony: wzmożoną 
egzaltacją wiary religijnej. 

Otóż Gutt właśnie, wyrwawszy się trafem 
z pod ucisku i mogąc się bezpośrednio skomu- 
nikować z wyidealizowaną w uwielbieniu emi- 
gracją, dorywczo i jakby ukradkiem, pełen 
zawsze obawy przed szpiegami, podsłuchaniem 
etc, w typowej psychice więziennej, parokrot- 
nym przecież nawrotem opowiada przyjacielowi 
tragiczne dzieje stolicy pod obuchem. Więc 
np. w liście z lutego 1836 r,, po krótkich wia- 



- 174 - 

■domościach o losie niektórych filomatów i fila- 
retów w Rosji, opisuje stosunki na Litwie. 
„Byłem świadkiem knutowania Szabłońskiego 
(za Szymańskiego niegodnej pamięci). Córka 
jego jedna, wówczas razem z matką i dru- 
giemi dziećmi na gniła gorączkę chora, oślepła 
w mgnieniu oka. On sam w drodze, na Syberję 
wieziony, umarł. Widziałem też ze 30 żołnie- 
rzy naszych, których przepędzano na granicę 
turecką, tych, co po amnestji z Prus wrócili. 
Oczy trupie, twarze żółte lub zielone, stępion( 
pojęcie i język złamany. W moich oczach przy-i 
byłych z Prus po amnestji Litwinów popędzone 
na Syberję. Ach, gdybyście mogli wystawie 
<3ałą mądrość szatańską, w udręczeniach i ko- 
rupcji moralnej rozpościeraną! A gwałty na- 
wracania ludu naszego na wiarę grecką!.. 
Młodzież, szpiegostwem nękana, gra w karty; 
rozpuszcza się, tytoń z gęby nie wychodzi,^ 
A jednak są pomiędzy niemi po większej czę-! 
ści poczciwe chłopcy. Wielka część na Syberji 
i w pułkach kaukaskich". 

Nawet teatralny „afisz drukują po rusku : 
wszystkie też ogłoszenia i Kurjer nawet 
w dwóch językach: rosyjskim i żydowsko- 
polskim... Żydzi teraz pierwszą rolę u nas 
grają, a szczególniej sławny Szadkowski. Du- 
chowieństwo wyższe nędzne, a szczególniej 
biskup, ale nie tak jak francuskie; niższe 



- 17B ^ 

oćzciwe. Lud wódką się krzepi, ale widać, 
e cierpi, boleje, znosi i zawsze modli się. Ni- 
dy kościoły tak pełne nie były, jak teraz 
ywają. Samobójstwa rzadkie, morderstwa, 
iestety, nietyle". 

„...Le senłiment de malaise morale, das 
Tnbehagen — ogólne. Kobiety trzymają się 
r ogólności, gdzie macica nie wpływa, jak 

awsze. Między wj^źszą klasą i szlachtą k 

naczelnikami rosyjskimi nierzadkie. Kto się 
lie okazał być zapisanym w skazki, tego mnó- 
two, kobiet i mężczyzn, wysłano na Sybir. 
5a Szymańskiego, niecnej pamięci, wiele też 
joległo obywateli..."^. „W Litwie na wiosnę 
:nowu rekrut nakazany i ogromny podatek, 
30 dwa ruble ass. z duszy na zapłacenie for- 
byfikacyj, nad miastem wznoszących się. Oto 
mądrość polityki szatańskiej". , ...Dziwnie u nas 
ginie oświata ogółu, ale uczucie oczyszcza się; 
pewna dążność moralno-religijna daje się po- 
[strzegać, — co traci ogół. Indywidua dziel- 
Iniejsze tworzą się, hartują; głębokość i wy- 
itrwałość ich cechą. Wielka część i rozpaczy 
ulega. Arystokracja to zawsze znajdzie coś do 
pocieszenia siebie i coraz podlejsza, nikczem- 
niejsza. Gry, rozwiązłość, fałszywość, pochleb- 
stwo do tej klasy więcej od innych zlewać się 
zdaje... Są jednak i między nimi niektórzy, 
00 jak muchy potrute tylko latają, jakby wpół 



- 176 - 



5 



Żyją, nie wiedzą, co z sobą począć; bo jui 
w starym zakonie nie smakują, a do nowog( 
wejść nie mogą; tacy zczasem czyściej si« 
chwycą..." 

Jednem słowem zło moralne i polityc zn« 
rozlało się po Litwie i triumfuje, ale w duszact, 
pod jego naporem budzą się tu i ówdzie ognik: 
oczekiwania, tęsknoty za nowym , zakonem* 
za przetworzeniem. Ze takie pojęcie i odczucia 
współczesności było bliskie, było może prosteit 
echem pojęć i odczuwań Towiańskiego, już tu 
taj widoczne, choćby z stanowiska wobec arys- 
tokracji, identycznego z tem, jakie wobec tej, 
klasy zajmował ąj^ale Towiański*. 

3. Chrystus polityczny. 

Jakiż tedy wniosek z tych wszystkich 
ponurych doznań, jakie wyjście z połoźeniaJ 
kraju i społeczeństwa? Czy rezygnacja, rozpacz,, 
przekreślenie nadziei w kraju? Związanie co 
najwyżej całej wiary z gwiazdą emigracji ? — 
Nie, rozpaczy nie znajdujemy w wj-lewach 
duszy Gutta. Emigrację wprawdzie idealizuje 
istotnie i wysoko szacuje, oglądając ją — na- 
wiasem powiedziawszy — przez pryzmat Ksiąg 
pielgrzymsłwa, których zwrotami nawet się 
posługiwa, — ale za kolebkę wybawienia jej 
nie uważa. Już bowiem wiedział wówczas, 



- 177 - 

izie wybawienie i wybawiciel. Już widać wów- 
sas Towiański sam nie miał wątpliwości co do 
vej roli i powołania, już ich przed towarzy- 
sem i uczniem nie taił, już się odkrył przed 
im w swym nowym charakterze. 

Oto co pisze Gutt: „Rewolucja nasza była 
ziełem ducha, sprawą duchowną; cierpieniem, 
iarą duch oczyścić się musiał. Nie dał więc 
óg światła swego czystego żadnemu śmier- 
^Inikowi u nas. Nikt czysto i jasno nie wi- 
iał, bo z brudnego ducha nic się zrobić nie 
iogło. Poszedł naród na pokutę, do szkoły 
ierpienia, do oczyszczenia się- tego ducha — 
irzed tą wolą Boską ukorzyć się należy. Jest to 
-■ezwanie do wyrobienia ducha czystego, świę- 
3go, który dokona nareszcie swojego dzieła". 

„Wierz mnie, jak do każdej, tak i do tej 
3ra wy duchownej gotuje Pan swego Chry- 
tusa, swoich apos t o ł ó w, t. j, ludzi czy- 
tych, prostych, niezarażonych — że tak rzekę — 
lądrością światową owych doktorów i fary- 
euszów, — których tym darem Ducha ś-go 
świeci, poprowadzi i utrzyma. Czas ten jest 
iedaleki. Dziś faryzeusze i mordercę sprawują 
woja czynność, bo to epoka pokuty naszej, 
ierpienia. Próżne ich rachuby; niewiedzą, że 
rzą tylko, porą ziemię, by skruszona była 
stanie przyjąć nasienie nowe, t. j. nasie- 
lie eh r z eś ci j a niz m u w formie po- 

Pigoń. Studja. 12 



- 178 - 

litycznej, a zatem równość, wolność wi 
wnętrzną. Bo dziś prawdziwie pogańska jei 
polityka i moralność, albo raczej szatańs 
Z tej więc, acz pogańskiej polityki — wyjść m 
ciało, czyli materja przyszłego polityczne| 
ciała narodu naszego, Kiedy nie może być o< 
razu olbrzymem, niech będzie choć niemowl 
ciem, ale z ogromną siłą żywotną, z zarode: 
ducha, aby on tylko rozwijać się mógł i ro 
rosnąć. Niech faryzeusze i poganie kończą swo 
dzieło, niech się spełnia miarka : a duch ogóln 
narodów, który się teraz rzuca na zboczeni 
jak to widzisz wszędzie i w naszej emigracj 
niezaspokojony, dręczony, ze skruchą prawdzi^w 
uchwyci nowe, czyste światło polskie". 

„Nikt go jeszcze nie zna teraz, bo go jesi 
cze poczuć nie zdoła i dziś go jeszcze Pan ni 
zsyła. Ale bliskim jest czas, — wierz mi, 
bliskim, — że ujrzą wyszłego z rodu n 
szego owego Chrystusa polityczneg 
Nie poznają go może i mało będzie wybranych 
ale nasienia, przezeń rzuconego, nie stłumił 
Niech rośnie kąkol z pszenicą. Większa czę 
ludów i ludzi przez słabość ulega złym inspi 
racjom tj^ch szatanów, ale i królestwo jego 
będzie zwyciężone". 

A żeby nie było zgoła wątpliwości, kto 
ma być w Polsce tym Chrystusem politycznym, 
pisze Gutt dalej wyraźnie: „A że Bóg gotują 






1 



— 179 — 

Lowego człowieka i to z rodu naszego, to czuję 
<d lat blisko 7-u, jeszcze przed wybuchnieniem 
istopadowem. Czuję go, widzę oczyma duszy, 
: może i więcej... I Adam w widzeniu ks. 
^iotra później to zobaczył..." 

W zacytowanych ustępach korespondencji 
iiamy ujęty w sposób skoncentrowany, wyraź- 
y, jak nigdy może później, systemat jednost- 
. owego mesjanizmu politycznego. Jest to me- 
janizm przedewszystkiem jednostkowy, t. zn. 
L^dnostce, człowiekowi, przyznaje rolę rozstrzy- 
_,ającą w przetworzeniu świata. Podkreślić to 
należy silnie, bo sprawy te mącą się później . 
nieco w towianizmie, za czynnik mesjaniczny 
brana tam będzie to emigracja, to naród wy- 
brany polski, to narodów tych kilka. W r. 1836 
i sprawa stoi wyraźnie: Chrystusem politycznym 
będzie jednostka, Towiański. „Rzeczy z natury 
j niepodobne staną się podobnemi przez łaskę, aby 

I jeden Noe pozostał" — pisze Gutt w innem miej- 
scu. — Nawet o jednym z późniejszych „wybra- 
nych" narodów, o Francji, mówi się w kores- 
pondencji tej jeszcze z wyraźnem osądzeniem 
ujemnem. 

Jest to ujęcie zupełnie zrozumiałe dla 
tego, kto w rozważaniu zjawiska uwzględni psy- 
chikę owoczesnego pokolenia romantycznego, 
z jego bezwzględną, nie dopuszczającą zastrze- 
żeń, wiarą w genjusz ludzki, z jego indywidu- 

12* 



— 180 — 

alizmem czystej wody. Nienapróżno Gutt po- 
wołał się w tym punkcie na świadectwo Mic- 
kiewicza, na poezję. Romantyzm to ujął w ka- 
non wiarę w twórczą wszechmoc człowieka, sko- 
dyfikował to, co Napoleon wpisywał swą oso- 
bistością w przeświadczenia ludzkie, co przed- 
tem jeszcze wpisywało oświecenie z kultem 
rozumu, więc i genjalnego rozumu, jako jedy- 
nego motoru ewolucji ludzkości. W pierwszej 
połowie XIX w. indywidualizm bezv.zględny 
właśnie z pewnem zacięciem mesjanicznem po- 
dejmował się zadania przetworzenia świata. 
Jakże charakterystyczny dla pokolenia całego 
jest tutaj przykład młodego Krasińskiego. Jako 
kilkonastoletni chłopiec, zwiedzając Podole, ma 
— podobnie jak Gutt — oczy otwarte na nę- 
dzę istnienia i podobna w istocie swej budzi 
się w nim wiara w jeden znamienny sposób 
naprawy. „Chłop ruski... uciśniony przez panów» 
będących często w zmowie z żydami, nie śmie 
podnieść głowy. Każdy pan jest królikiem u sie- 
bie despotycznym. Pan, otoczony kozakami, pa- 
trzy bez litości na męki, zadawane z jego roz- 
kazu włościanom". A teraz właśnie ów wniosek 
z tego wszystkiego: „Ludzkość spodlona wy- 
gląda zbawiciela. Takim zbawicielem mógł- 
by być mąż cnotliwy, któregoby wymowa 
miękczyła skamieniałe serca panów" ^ 



- 181 - 

Otóż tęsknota ta za zbawicielem nie za- 
ginie, owszem rozbrzmi szeroką nutą, w du- 
szach całego pokolenia romantycznego. Równo- 
legle zaś z nią brzmi nuta druga: przeświad- 
czenia o roli wybranej, o powołaniu szczegól- 
nem samych zwiastunów. Wiadomo, jakie po- 
jęcie o sobie, o istocie i doniosłości swej misji, 
mieli Wroński, Słowacki, sam Krasiński, Cie- 
szkowski. Pawlikowski zaś dość przytoczył 
dowodów, że objaw to nie zaściankowy polski, 
ale raczej wyraz nastroju duchowego umysło- 
wości owoczesnej ogólnej. Ludzie wybitni chęt- 
nie i licznie poczytywali się wówczas za wy- 
słanników, namiestników Bożych na ziemi. Na- 
strój zaś taki był nietylko na szczytach, u naj- 
wyższych, budził się on i w duszach średniego 
lotu, a przez nie schodził w powszechność na- 
rodu. Oto co pisał Brodziński w tymże samym 
mniej więcej, co Gutt, czasie w swem Posła- 
niu do emigracji: „Któż wie, które się ziarno 
w wielki modrzew rozrodzi, które szczep swój 
zawstydzi, albo rozsławi?... A któż wie, czy 
Moskal sam nie wychowa męża, co nas wywie- 
dzie z domu niewoli?... Wszelka duszo polska, 
pragnij i czuwaj, bo nie wiesz miejsca ani czasu, 
w którym powołaną być możesz" '^. 

Gdy tak było powszechne oczekiwanie 
jednostki zbawczej i wiara w jej tuż-tuż rychłe 



- 182 - 

nadejście, nic dziwnego, że jedna z nich po- 
czuła się powołana do wybawienia narodu, do 
objęcia roli „Chrystusa politycznego". Że punk- 
tem wyjścia miała być misja w dziedzinie po- 
lityki państwowej i międzypaństwowej, że 
o tern właśnie uchrześcijanieniu polityki ma- 
rzyć mógł Polak z Litwy po 1831 r., to nie 
wymaga uzasadnienia. A jednak tegośmy do- 
tąd o Towiańskim nie wiedzieli, że on z tego 
punktu zaczynał konstruować swe posłannictwo. 
Owszem, pierwsze wystą'pienie oraz Biesiada 
zdają się unikać nuty polityczno-pafrjotycznej, 
wypełnione wyłącznie religijno-moralną. Jeśli 
jednak wierzyć Guttowi, że wierzy teinie od- 
dawał przeświadczenia i samopoczucia towa- 
rzysza-mistrza, że ich nie przeinaczał, to prze- 
cież było inaczej. 

4. Wielki rok. 

Wróćmy jednak do listów Gutta. Jeżeli 
mianowicie tak żywe było w Towiańskim już 
w 1836 r. poczucie zgrozy istnienia owoczesnego, 
a zarazem tak wyraźne przeświadczenie o jed- 
nostkowej swej misji, o roli „Chrystusa po- 
litycznego", — to dlaczegóż zwłóczył tak długo 
z wystąpieniem, dlaczego dopiero w l&il r. się- 
gnął po rząd dusz? Otóż i na to pytanie znaj- 
dujemy częściową odpowiedź w listach Gutta. 



183 



Towiański mianowicie zamierzał pierwotnie wy- 
stąpić wcześniej ; raczej nie zamierzał, ale ocze- 
kiwał, że mu z przeznaczenia wypadnie wcze- 
śniej wystąpić. — Wierzył on, jak wiadomo, 
. że rozwój ludzkości dokonywa się nie ciągło- 
ścią postępu, ale przewrotami. I że czasy tych 
przewrotów zależą nie od przypadku, lecz od 
jakiegoś Bożego przedustanowienia. Wiadomo 
z Biesiady, że takie okresy przyjmował To- 
wiański później dwutysiącletnie' i że posługi wa- 
jąc się chronologją lat księżycowych, na r. 1844 
oczekiwał wielkiego wybuchu królestwa Bo- 
żego na ziemi. 

Otóż w listach Gutta mamy świadectwo, 
że przedtem, przed r. 1840, posiadał Towiański 
jakiś inny klucz obrachunkowy i inne lata 
uważał za przełomowe. Pisze o tem Gutt dwu- 
krotnie. Raz 20 sierpnia 183B: „Nikt może wię- 
cej nade mnie nie wierzy, bo nikt więcej może 
nie czuje, że się zbliża czas zesłania Ducha 
świętego, przez którego się wszystko odrodzi, 
co się umarłem być zdaje; a wtedy to tem 
cudownem działaniem podobnem się stanie to, 
co ze zwyczajnych kolei rzeczy ludzkich nie- 
podobnem się zdaje. Oddawna, od lat kilku już, 
czuje dusza moja, że około [18]37 roku przyj- 
dzie ta chwila, gdy oczyszczeni na duchu, go- 
dni staniem się do przyjęcia tej łaski". Powraca 
raz jeszcze Gutt do tej wiary swojej, tak ściśle 



- 184 — 

chronologicznie zdeterminowanej. W liście z 24 
stycznia 1836 r. pisze; „Teraz pracuję w sobie, 
w duchu, prowadzony otrzymanem podczas byt- 
ności mojej na cholerze światłem, które mi bez- 
skuteczność trzydziestego pierw- 
szego, a mocniejszy kierunek na 
[18]37— 38 zapowiedziało. Oby tylko godnie 
z olejem dziewic, czekających z lampami oblu- 
bieńca na gody weselne, doczekać, z duszą świa- 
tła i siły pełną". — Zaznaczyć warto nawiasem, 
że ta ostatnia przypowieść ewangeliczna na- 
leżała do ulubionj^ch obrazów Towiańskiego: 
wspomniał ją w pierwszem swem wystąpieniu 
w Notre Damę, a także później parękroć w roz- 
mowach i pismach. — "Widzimy więc, że pier- 
wotnie nie rok 1844 przeznaczony był na czas 
wielkiej przemiany, ale lata 1837 lub 1838. 
Termin ten przewrotu, wychodzący teraz do - 
piero w towianizmie na jaw, uderza nas szcze- 
gólniej i zastanawia dlatego, bo spotykamy go 
współcześnie, niezależnie niewątpliwie, także 
gdzie indziej. Zapowiedź nar. 1837 jakiegoś ka- 
taklizmu powszechnego, kosmicznego, a zarazem 
nagłego i moralnego odrodzenia nie była wów- 
czas odosobniona. Wyraźnie wiarę tę podzielano 
szerzej w społeczeństwie, skoro np. Roman Za- 
łuski przepowiednię taką komunikuje Z. Kra- 
sińskiemu, a ten ją bierze prawie na serjo. Prze- 
wrót ów, jakaś kosmiczna katastrofa, dokonać się 



I 

- 186 - 



miał w pierwszy dzień wiosny, 21 marca 1837 r. ^. 
Taki szczególny zbieg wyobrażeń i kombinacyj 
chronologicznych nie jest zapewne przypadkiem 
i uprawnia nas do oglądnięcia się za źródłem. 

Otóż daty te przypominają nam pewne 
!analogje z przeszłości. Nie sam jeden Towiań- 
ski i nie on pierwszy przepowiadał był prze- 
wrót świata na czas właśnie około 1836 r. 

Wiara w nadejść mające momenty nagłe- 
go przetworzenia świata — to zjawisko stare, 
o wiele starsze od chrześcijaństwa. Chrześci- 
jaństwo ją jednakże ożywiło, wypełniło nową 
treścią. Uzyskawszy zaś przez Apokalipsę nową 
żywotność, przeciąga wiara ta swój wpływ za 
pośrednictwem tego pisma w długie stulecia. 
Apokalipsie też zawdzięcza ona nową nazwę chil- 
jazmu, od oczekiwanego tysiąclecia królestwa 
Bożego, które zapanuje na ziemi po zgnębieniu 
szatana. "W wiekach średnich potężnem i sze- 
rokiem echem rozbrzmiała ta wiara około roku 
lOOO-go, w okresie egzaltacji religijnej krucjat, 
ale nawet kiedy rok tysiączny przeszedł i prze- 
łomu nie przyniósł, wiara sama krzewiła się 
dalej. Najwyraźniej i w formie dość bliskiej 
już wyobrażeniom Towiańskiego postawił ją 
świątobliwy zakonnik XI w., Joachim de Floris. 

Dzielił on czas na trzy okresy : pierwszy : 
od początku do przyjścia Chrystusa, drugi do 
r, 1260 ', trzeci do końca świata ; trzy epoki 



— 186 - 

Ojca, Syna i Ducha sw. W pierwszej przev. 
dnikiem był Stary testament, w drugiej No 
pojfjty literalnie, w trzeciej zapanuje „ewangf- 
wieczna", pojęta jako duchowa i nieprzemij..- 
jąca zawartość ewangelji Chrystusa. W3'^niknie 
ona z N. testamentu, jak sens i pojęcie wynika ze 
słowa; zaś N. testament w literalnem poję^-': 
zaniknie powoli, przestanie znaczyć. Spiritua t ^ 
inłellecłus pochłonie litery ewangelji jak ogień, 
on to sprowadzi kres doskonalenia, finis per- 
fecłionis nosłrae. 

Spiriłualis inłellecłus wytworzy także 
nowy kościół, spiriłualem ecclesiam, do któ- 
rego przyjdą schizmatycy, żydzi i poganie. 
Spiriłualis ecclesia stanie nie na gruzach ko- 
ścioła Chrystusa, ale na jego budowli, będzie 
przetworzeniem, podniesioną wyżej jego formą 
wieczystą, jako kościół Ducha św. Zupełnie 
analogicznie mówiono w towianizmie o „no- 
wem piętrze" kościoła. Sprowadzi, zainicjuje 
tę trzecią epokę zakon św. Franciszka: Fra- 
tres Minores, którzy otrzymają światło od Du- 
cha Św., oraz posiądą dar widzenia duchowego 
treści i istoty ewangelji. Stanem normalnym 
ludzkości w trzeciej epoce będzie kontemplacja, 
bezpośrednia, osobista łączność z Duchem św. \ 

Nauka Joachima uzyskała rozgłos duży, 
w w. XIII znalazła komentatorów i konty- 
nuatorów, tak, że kościół musiał się nią zająć 



187 



i wyraźnie ją potępić. To jednak odrodzonego 
chiljazmu nie zgnębiło. Odzywa się on silnie 
w okresie reformacji, odżywa wśród wzmożo- 
nego pietystyozuego ruchu w protestantyzmie 
niemieckim połowy XVIII w. 

Jedna z naj znaczniejszych postaci tego właś- 
nie ruchu, znakomity kaznodzieja i egzegeta, ko- 
mentator i wydawca Pisma Św., J. A. Bengel 
nadaje chiljazmowi nową aktualność, miano- 
wicie zapowiadając nowy, jakoby w Piśmie 
Św. najdokładniej oznaczony i niedaleki już 
termin przełomu i przyjścia królestwa Bożego. 
W r. 1740 wystąpił on po raz pierwszy z po- 
wtarzaną potem wielekroć egzegezą liczb pro- 
roczych zawartych w Apokalipsie św. Jana ^ 
Przyjmuje on, że w Apokalipsie mieści się prze- 
powiednia przyszłych losów świata, w szczegól- 
ności kościoła i sądzi, że do przepowie dni te 
znalazł klucz. Bengel-protestant uważa mia- 
nowicie smoka z 12 rozdz. Apokalipsy i bestję 
rozdz. 13 za wyobrażenie papiestwa, a z liczb-, 
t3'-czących tam tych potworów, chce odczytać 
dzieje przyszłe. Smok prześladował niewiastę, 
„przez czas i czasy i połowicę czasu", poczem 
stoczył bitwę z rycerzem na koniu białym 
i z wojskami jego, wreszcie został zgromiony 
i związany na lat tysiąc. Zaś liczba bestji była 
666. Otóż Bengel przyjmując jako terminy po- 
czątkowe lata 1058, to znowu 1143, t. zn. lata, 



- 188 - 

kiedy władza świecka papiestwa czyto przez 
Hildebranda, czy przez Inocentego II szcze- 
gólniej silnie wzrosła, usiłuje przez dodanie 
do tych dat liczb proroczych dojść, kiedy na- 
stąpi klęska smoka i bestji, kiedy zejdzie ty- 
siącletnie królestwo Boże na ziemię. Wi^^c 
twierdzi, że w Apokalipsie termin „czas" ozna- 
cza ściśle oznaczony okres, lat 222*/9 , a termin 
„czasy" znaczy dwa czasy. Zatem „czas i czasy 
i połowica czasu" — znaczy 778 lat ; te dodane 
do 1058 wskażą rok 1836. W podobny sposób 
operuje Bengel, liczbą 666, że w wyniku uzys- 
kuje również 1836 jako datę przełomu w ko- 
ściele, rok zejścia królestwa Bożego ^ 

Jest to data bardzo zbliżona do podawa- 
nej Pietkiewiczowi przez Gutta 1837, 1838, 
daty spodziewanego zejścia Ducha św. Trudno 
powiedzieć, czy wolno na tej podstawie kon- 
struować jakąś łączność między Towiańskim, 
a wyobrażeniami niemieckich pietystów. Dzieła 
Bengela : Die erkldzłe Offenbariing oraz Sechzig 
erbauliche Beden iiber die Offenbarung wy- 
chodziły w nowych wydaniach w Stuttgarcie 
w latach 1834, 1835 '', a ze względu na bliskość 
przepowiadanego terminu wielkiej prze- 
miany wywołać musiały żywą uwagę. Ze 
Towiański w czasie pobytu w Niemczech mógł 
się natknąć na te wyobrażenia i przepowiednie, 
to jest zupełnie możliwe. Tego typu zjawiska 



189 



aycia umysłowego interesowały go przecież 
żywo. 

Moźnaby jeszcze w inny sposób poprzeć 
łączność teoryj Bengela z wyobrażeniami To- 
wiańskiego. Między dziełami Bengela spoty- 
kamy mianowicie jedno, niestety obecnie w Pol- 
sce niedostępne, pod znamiennym wszelako już 
samym tytułem: Cyclus, sive de anno magno 
Solis, Lunae, Stellarum consideratio (1745), 
przyczem do dzieła tego dołączone były wy- 
wody o prawdziwym i fałszywym chiljazmie^. 
Otóż z tytułu można wnosić, że Bengel przy- 
pominał starożytną naukę o „wielkim roku" 
i że prawdopodobnie zestawiał ją w jakiś sposób 
z chiljazmem apokaliptycznym. Wywodzi się ta 
odwieczna nauka z astronomji, z obserwacj i planet 
i twierdzi, że kiedy gwiazdy w obrocie powrócą 
na swe pierwotne miejsca, nastąpi wielki ko- 
smiczny przewrót, kataklizm, poczem rozwój 
wszechświata rozpocznie się na nowo od po- 
czątku, nastąpi powszechne odmłodnienie. Okres 
od przewrotu do przewrotu, czyli t. zw. wielki 
rok, wielki perjod, cyclus, liczono rozmaicie; 
w Egipcie przyjmowano 3000 lat ^, w Rzymie 
(np. w Somnium Scipionis Cycerona, VII 
15, 16) aż do 12.000 lat. 

Również i ta nauka, skojarzywszy się 
z Apokalipsą, przetrwała długo w dziejach 
myśli ; istniały nawet próby powiązania jej, 



i 



- 190 — 

z systemem kopemikańskim. Bengel ją w każ- 
dym razie znał i wykładał. Wiadomo zaś, ż 
i Towiański również jest autorem nieogłr.szf 
nego jeszcze dotąd pisma Wielki per jod, 
wprawdzie o astronomji i chronologji nie mów^ 
ale tytułem nawiązuje wyraźnie do tamty 
wyobrażeń. Musiał i on je znać, przyjmow 
i w jakiś sposób kojarzyć z Apokalipsą, o któ: 
opierał mocno swe pojęcia chiljastyczne *°. 

Zbieżność w szczególe tak osobliwym, jak 
data oczekiwanej wielkiej przemiany około 
r. 1836, jak skojarzenie jej z starożytnemi kon- 
cepcjami o wielkim perj odzie, narzucać musi 
przypuszczenie, że między obydwoma światami 
pojęć zachodzi jakaś bliższa genetyczna łącz- 
ność. ' Kombinacje prorocze Bengela dotarły 
widać do naszego Litwina ^^ 



5. Towiański i Grabianka 

Czy łączność była bezpośrednia i czy ;ja- 
wiązana została w czasie podróży niemieck.ch 
Towiańskiego w ten prosty sposób, że wted}- 
poznał pisma, czy jakichś zwolenników Ben- 
gela, — to sprawa zgoła inna. Nie da się roz- 
wiązać przez apodyktyczne twierdzenie. 

Takiemu rozstrzygnięciu sprzeciwiłyb}- się 
wcale wyraźne dowody. Ponadto upieranie się 
przy bezpośredniości związku jest nam popro- 



- 191 - 

niepotrzebne. Kwestja da się rozwiązać 
czej. 

^'B Sprzeciwia się przedewszystkiem świadec- 

w^ Gutta. Mówi on przecież wyraźnie, że 

ddawna, od lat kilku już", znany mu był 

termin ustanowiony przewrotu, rok 1837, 

zn., że słyszeć mógł o tem od Towiańskiego 

szcze na Litwie przed r. 1830, może na wio- 

ę 1828 r., kiedy to — jak sam wyznaje — 

30 raz pierwszy dał mu Bóg czucie i prze- 

Dnanie o misji" Towiańskiego \ a więc na 

lugo przed wojażowaniem po Niemczech. 

Po wtóre wiemy, że tworzące zasadniczą 
odstawę adwontyzmu, starożytne pomysły 
wielkim ^erjodzie znane były na Litwie ok. 
1820 także skądinąd ^, w pierwszym rzędzie 
aj prawdopodobniej dzięki wykładom Gród- 
ecka, którego uczniem był także Towiański. 
I tak opracowując w r. 1822 wydanie 
^ofjówki Trembeckiego, młody Mickiewicz po- 
więcił „wielkiemu perjodowi" obszerny przy- 
Disek' i przytoczył wyjaśniający sprawę ustęp 
5 komentarza Lagrange'a do francuskiego prze- 
kładu De rerum natura Lukrecjusza. 

Co ciekawsze, mamy w twórczości mło- 
tiego Mickiewicza dowód, że on nietylko wie- 
dział o tych poglądach, ale owszem, że je 
podzielał. Jak wiadomo wplecione jest w Kar- 
tofle pewne proroctwo. Zabierając głos w ra- 



- 192 - 

dzie niebieskiej, archanioł Rafael przepowii 
przyszłe losy Europy : 

Niedość zważać, co było, zwaimy, co się stanie: 
Pięćset kręgów za słońcem nie obieźy ziemia, 
Patrzcie, jalca noc gruba Europę zaciemia. . 
Wtenczas nad światem nowym swobód gwiazda bf yśnif- 

Pięćset kręgów ziemi za słońcem, pięćsel' 
lat od odkrycia Ameryki, to znaczy — z koń- 
cem wieku XX, z końcem drugiego milenjum 
po Chrystusie. Wtedy to nastąpi wielki j^rze- 
wrót, zacznie się nowy świat — wolności. 

Mnisze więzy, despotów złamią się postrachy. 

Złoty Kapitol wolne utkwi w niebie dachy, 

Przed nim naród zdumionych ziemian na twarz padnie. 

A Lud-król berłem równem uległych zawładnie; 

Do stóp swoich tyrany staroświeckie pognie 

I z wolnej skry w Europie nowe wznieci ognie. 

Po raz pierwszy u Micidewicza, bodaj 
czy nie po raz pierwszy w Polsce, wyrażona 
tu została wiara w przyszłą wielką przemianę, 
mającą się zjawić nagle, jako przewrót, jako 
całkowite odmłodzenie ziemi. 

Niema w wierze tej jeszcze rysów mo- 
ralno-religijnych, podkreślony jest tylko cha- 
rakter społeczny odnowienia, w myśl ideologji 
wieku ubiegłego ^ ale nagłość przemiany wy- 
stępuje wyraźnie; zarazem występuje owa zdu- 
miewająca tutaj jej perjodyczność, jej zwią- 
zanie z okresem 2000 lat. Też same wyobrażę- 



- 193 — 

ia spotykaliśmy przecież już powyżej u To- 
nańskiego; najwyraźniej krążyły one w Wil- 
ie około 1820 r. 

Ale i poza Wilnem znane musiały to być 
prawy ; świadczyćby mógł za tem choćby za- 
znaczony wyżej przykład Załuskiego i Kra- 
Iińskiego, Wyobrażenia o nagłej wielkiej prze- 
aianie krążyły wśród umysłowości owoczesnej. 
'rzekazane jej zresztą zostały przez wiek 
ubiegły. 

Nawet w Polsce odszukaćby się dały pewne 
Drzejawy tych wyobrażeń w wieku ośmnastj^-m, 
jhociażby nawet w grubej formie przesądów, 
izecz szczególna, występują one tam rów- 
lieź w formie skojarzenia starożytnej ^£xnvQa)Gig 
Apokalipsą. 

W broszurach, czasopismach i kalenda- 
rzach polskich ok. r. 1780 głośna była ^ sprawa 
superintendenta protestanckiego Ziehena, który 
Apokalipsy rzekomo przepowiedział na r. 
1783 — 86 wielką kosmiczną katastrofę ; połowa 
Europy miała się zapaść wśród burz i trzęsie- 
nia ziemi. Przepowiednia wzbudziła powszech- 
ne przerażenie zwłaszcza wśród szerokiego 
pospólstwa; oświeceni autorowie zwalczali ją 
gwałtownie i ośmieszali. 

Żył jednak w Polsce drugiej połowy 
W. XVIII człowiek oświecony, światowy, który 
sprawy podobne brał na serjo, wierzył w nie, 

Pigoń. Studja. 13 



194 



co więcej, wierze swej dobudowywał głęboJ 
fundamenty. Osobistość tą, wychodzącą dalej 
poza pospolitość współczesną, możnaby zarazei 
wcale ściśle powiązać z Towiańskim, a to z 
równo przez analogje kolei życia i powołani 
jak i przez wspólnotę typu psychicznego i p 
glądów, także omawianych tu poglądów adwei 
tystycznych. Przepowiednię bowiem przewrót 
kosmicznego i moralnego — i to właśnie na ten^: 
sam niemal czas co u Towiańskiego, mianowic: 
na r. 1835, spotykamy także u niego. Dzięk 
temu zaś, że pogląd ten jest jednym tylk 
szczegółem w obrębie większej ilości, oraz ca; 
kiem już zasadniczych, zahaczeń i równoległe 
ści wyobrażeń, chciałoby się tutaj właśnie do- 
patrywać sięjuż większej bezpośredniości związ- 
ków genetycznych, niż ta, w jakiej obracaliśmy 
się dotąd. 

Tym mianowicie jakby pro^toplatą ideo- 
wym Towiańskiego jest Tadeusz Leszczj-c Gra- 
bianka. Szczególna ta postać, sławna w swoim' 
czasie na Europę, niestety zaginie bodaj dla- 
historji kultury; brak bowiem do jej poznania 
źródeł. Archiwum osobiste Grabianki, jego ręr 
kopisy i rozległa korespondencja z głośnj-mi 
mistykami, astrologami etc. (między inuemi' 
korespondencja z Cagliostrem) uległy zniszcze- 
niu, kto wie, czy nie umyślnemu. Ruch, prze- 



- 19B - 

■'.CU wzbudzony, rozwijał się zagranicą, a gdy 
vvsiąkł w piasek wydarzeń, — świadectwa, ślady 
nim się rozproszyły. Zapomniano tam, po- 
u.bnie jak i u nas, o postaci samej, niepospo- 
icie charakterystycznej, oraz o samej nauce. 
Między losami Grabianki a Towiańskiego 
stnieje rzeczywiście osobliwszy jakby parale- 
izm. Kresowiec, jak i Towiański, wtajemni- 
czony w magję zachodu, uświadomił sobie po- 
czucie misji, rzucił urząd, starostwo liwskie, 
majętność, żonę i troje dzieci i wyjechał do 
Francji, by spełnić posłannictwo reformatora 
moralno-religijnego. Propaganda wydała zrazu 
wielkie owoce ; osiadłszy w Awinjonie w r. 1786, 
/.r.łoźył tam rodzaj sekty, „Nowy Izrael"; urok 
;o i wpływ, wiara w jego przepowiednie, 
/.szerzyły się szybko. Do „Nowego Izraela" 
zystępowali emigranci rosyjscy, Pleszczejew, 
[ ><-rawin, ale także bogaci Awinjończycy, nawet 
książę Ferdynand Wirtemberski. Niektórzy 
;5zwedzi i Anglicy przechodzili na katolicyzm, 
aby -takim sposobem zyskać prawo wpisania się 
w poczet członków, innym bowiem wyznaniom 
był tam wstęp zamknięty. Grabianka nosił 
[Oficjalny tytuł: Król Narodu Bożego, Zbudował 
okazałą świątynię, w której spełniał obrządki 
jako namiestnik Chrystusa. W czasie rewolucji 
francuskiej odegrał znaczną rolę przez odważne 

13* 



— 196 - 






występowanie przeciwko teroryzmowi i przez 
wydatną działalność humanitarną w roku stra- 
sznego głodu okolicy nadrodańskiej. 

Wskutek niesnasek wewnętrznych i prze- 
śladowania ruchu przez Bonapartego sekta ule- 
gła rozerwaniu i rozpłoszeniu. Dla Grabianki 
zaczęły się lata tułaczki i nędzy. Ostatecznie 
wrócił do Polski, potem osiadł w Petersburgu, 
gdzie znów urokiem swym osobistym, czysto- 
ścią charakteru, religijnością mistyczną, dziwn% 
pogodą ducha, zjednywał sobie zwolenników 
głównie w kołach masonów i martynistów. Dar 
wizji, widzenia prorocze, wypadki cudownego . 
uleczenia przyczyniały się do tego niemało. ' 
Wszelako propagandy na szerszą skalę już nie 
podejmował. Prześladowany przez rząd rosyj- 
ski, zmarł nagle w więzieniu, w r. 1807 ^ 

Między teorjami, głoszonemi przez niego, 
a między poglądami Towiańskiego — dadzą się 
istotnie ustalić pewne punkty styczne. Prze- 
dewszystkiem i Grabianka hyl adwentystą, wie- 
rzył, źe jest przysłany przez Boga pour ełablir 
et organiser le nouveau Royaume de Jerusa- 
lem, ^, wierzył, że to królestwo Nowego Jeruza- 
lem zejdzie wnet na ziemię, mianowicie w 
1835; termin ten zaś poddany mu był niewąpl 
wie w Niemczech przez ruch umysłów, wywo-! 
dzący się od Bengela^ Nawet takie pomniejsz^ 



— 197 — 

szczegóły, jak system liczenia czasu na lata 
księżycowe, wiążą Towiańskiego z Grabianką ^°. 

Na tern się jednakże równoległość poglą- 
dów i wyobrażeń nie kończy, wskazać można 
dalsze i głębsze jej przejawy: w samej kon- 
strukcji nauki. Autentycznych wypowiedzi 
Grabianki zachowało się niewiele, właściwie 
jedna tylko, pochodząca z ostatnich lat życia, 
t. z w. Proklamacja, ujmująca w 12 punktów 
zasady i formy organizacji „Ludu Bożego — 
Nowego Izraela" ^^ Otóż z pisma tego można 
powziąć dość wyraźne pojęcie o charakterze 
i podstawach nauki Grabianki. Oto początkowe 
ustępy tej proklamacji: 

„I. Towarzystwo nosi nazwę Narodu Bo- 
żego, czyli Nowego Izraela ; założone naprzód 
w Berlinie (1778 r.), potem ostatecznie ukon- 
stytuowało się w Awinjonie. 

II. Celem towarzystwa jest — z rozkazu 
Boskiego ogłosić bliskie już, powtórne przyj- 
ęcie Jezusa Chrystusa i sławne Jego królestwo 
na ziemi. 

III. Towarzystwo utworzył Bóg, nie lu- 
dzie, stąd jego nazwa. Pan raczył odkryć lu- 
dziom wolę i zamiary Swoje, odkrył zaś je 
w czasach, kiedy najmniej oczekiwano Jego do- 
brodziejstw i darów; a że przepisy z nieba 
pochodzą, więc członkowie wyznawcy nowej 



- 198 - 

doktryny jako Naród Boży, jako królestwa 
odrodzonego Izraela uważani być mają i samo 
niebo takimi ich być mieni. 

IV. Wyraz „niebo" oznacza całe królestwo 
niebieskie, wszystkie pośredniczące między Bo- 
giem a człowiekiem jestestwa, jak aniołów, 
archaniołów, świętych Pańskich (prócz pier- 
wiastkowych i gwiaździstych dachów), znaj- 
dujących się w stosunkach z ziemią i uwiada- 
miających jej mieszkańców o rozkazach, po- 
chodzących z nieba. 

V. Stosunki te nazywamy „koresponden- 
cją" z niebem; zamyka ona się w słowie lub 
głosie jawnym, pojętnym wewnętrznym i ze- 
wnętrznym, w widzeniach i objawieniach pro- 
roczych. Nietylko jednak aniołowie, święci 
i zeszłe z tego świata błogosławione dusze, 
lecz i Wszechmocny Sam niekiedy się objawia 
i mówi z nami. Autor tej proklamacji wiarą, 
sumieniem i honorem ręczy, że łaski tej nie- 
jednokrotnie już dostępował". 

Jak widać, mówi ta proklamacja dośój 
wiele i istotnie przypomina towianizm bardzał 
silnie. W obu systemach tenże adwentyzm,] 
wiara w nadchodzącą rychło nową epokę;] 
u Grabianki pojęte to jako powtórne przyj- 
ście Chrystusa, u Towiańskiego jako nowyl 
wybuch światła, sprowadzony przez PosłannikaJ 
U obu fakt nadejścia nowej epoki pojęty jesłl 



- 199 - 

jako owoc łaski, niezasłużony i nieoczekiwany 
przez powszecliność ludzką. W psychice obu po- 
jawia się toż samo poczucie misji, poddanie się 
pod bezpośrednie rozkazy Boga. Towiański wy- 
jechał z Litwy, otrzymawszy wyraźny, szczegó- 
łowy rozkaz „z wyźej",Grabiankapodobniemówi 
o tern w jednym z dalszych punktów tejże 
proklamacji: „Członkowie tego stowarzyszenia 
rozesłani zostali w różne strony świata z roz- 
kazu nieba, by dać początek istnieniu ludu 
Bożego wszędzie, gdzie się znajdują dusze, 
rozbudzone łaską Chrystusową. Ogłaszający 
proklamację niniejszą odebrał rozkaz udania 
się do Rosji, mianowicie do Petersburga" **. 

Co jednak z tych wspólnot najważniejsze, 
to pojęcie stosunku człowieka do zaświata, do 
świata duchów. Tutaj nauki ich obu są całko- 
wicie niemal jednogatunkowe. „Niebo" i „ko- 
respondencja" z niem u Grabianki, to prawie 
to samo, co Towiańskiego „kolumny" i ich funk- 
cja pośrednictwa między człowiekiem a Bo- 
giem z jednej, a człowiekiem i księciem ciem- 
ności z drugiej strony. Według przekonania 
obu — duchy, a to zarówno aniołowie, jak i du- 
chy zmarłych, stoją w ścisłym związku z czło- 
wiekiem i przekazują mu rozkazy z nieba. 

Grabianka wyklucza przytem z „kore- 
spondencji" duchy „pierwiastkowe" i „gwia- 
ździste". I dla tych wyobrażeń da się wynaleźć 



- 200 - 

w towianiźmie odpowiednik i rozwinięcie. Du- 
chy „pierwiastkowe" są to niewątpliwie duchy 
elementarne, zamknięte w materji żywiołów, 
te, które w pochodzie palingenetycznj^m nie 
dopracowały się jeszcze godności wcielenia 
w człowieka, są od niego niższe. Otóż Towiań- 
ski przyjmował takie duchy elementarne, za- 
mknięte w kamieniach i roślinach ; mamy na to 
świadectwo wyraźne w Wielkim perjodzie 
i gdzie indziej. Genezyjską epopeję tych du- 
chów wyśpiewał Słowacki w Genesis z ducha, 
wspomina o nich Mickiewicz w Le livre des 
concordances. Stoją one poniżej człowieka, 
rozumiemy więc, że nie mogą być pośredni- 
kami korespondencji jego z niebem. 

Zaś duchy „gwiaździste", to zapewne albo 
duchy gwiazd-planet, albo też duchy mieszkań- 
ców planet. O jednj'ch i drugich sł3'szeć moż- 
na w towianiźmie. Wobec niedostępności WieU 
kiego perjodu nie możemy stwierdzić bezpo- 
średnim dowodem, czy Towiański przyjmował,! 
że każda planeta, „glob" każdy, ma swego osob- 
nego ducha; w Biesiadzie zaś mówi on tylko 
o „duchu duchów ziemi" ", o „duchu ziemi, 
księciu świata tego" ". Ale Mickiewicz, który 
był w tych sprawach niewątpliwie dobrze po- 
informowany, przynosi nam ten dowód nie- 
dwuznacznie wyraźny. „Duchy (złe) — mówiJj 
on na zebraniu w Kole — dziś panują na ziemiJ 



- 201 - 

trzymają glob, znają wszystkie ruchy jego, 
a największy z pomiędzy nich, bo musi być 
największy, duch duchów ziemi (jak 
Mistrz wyraża się w Biesiadzie) swobodnie 
przechadza się po swoich obszarach. — I każ- 
dy glob (słowa Mistrza w innem piśmie [t. j. 
właśnie w Wielkim perjodzie]) ma takie du- 
chy, stare swe pany, ofierze Pańskiej sprzecz- 
ne" ^^ Tutaj więc sprawa wyglądałaby jasno. 
Ponadto i Słowacki, który ezoteryzm towianizmu 
ujawnił w niejednym wypadku, także wiele 
mówi o aniołach: globowym, księżycowym, sło- 
necznym. 

. Mówi nadto wyraźnie Towiański o du- 
chach ludzkich, wcielających się później na 
innych, wyższych globach, na gwiazdach. We- 
dług Biesiady „ziemia między innemi Globami 
niższa, to jest przeznaczona do urabiania niż- 
szych duchów"; zaś kiedy się już urobią, „po 
dopełnionej Sprawie, otworzy się ten najwspa- 
nialszy Chód w obliczu Boga, Wielkich Świę- 
tych, opuszczających Glob Ziemski" ". Zapewne 
dla wcielenia się na globach wyższych. 

Otóż i te duchy, — i to zarówno jednego 
i drugiego gatunku, — pierwsze, że „ofierze 
Pańskiej sprzeczne", drugie zanim nie prze- 
będą swej kolei doskonalenia, dopóki same wcie- 
lają się w żywoty, —nie wchodzą w skład ko- 
lumn jasnych i nie mogą działać na człowieka 



202 



w kierunku niebieskim. Dopiero „wyższe 
duchy, Duchy Święte, które przebywszy już 
pielgrzymkę ziemską podług praw Miłości, nie 
mogą już dla swej W3'sokości w źadnem skle- 
pieniu ziemskiem przebywać i od tego gatunku 
operacji są wolne, — przeciągają tylko dalszą 
operację w stanie Wolności i życia" ^', — do- 
piero te stanowią prawdziwy łącznik między 
człowiekiem a niebem. Zgodność więc z wy- 
obrażeniami Grabianki dałaby się i tutaj usta- 
lić wyraźnie. 

W ten sposób można naj oczywiści ej stwier- 
dzić, że między Grabianką a Towiańskim istnieje 
wspólność typu psychicznego, wspólność po- 
czucia misji, wspólność wierzeń i nauk zarów- 
no w zasadniczym rdzeniu: w adwentyzmie 
i związku z światem duchów, jak i w innych, 
pomniejszych szczegółach. W rezultacie więc 
chciałoby się przyjąć, że owa łączność miała 
bliższe, bezpośrednie źródła, to znaczy, że To- 
wiański o Grabiance, jego nauce, działalności 
i sukcesach słyszał na Litwie, że zaznajomił 
się z całą tą sprawą bliżej, a potem nawet 
w działalności swej publicznej usiłował W3'raź- 
nie nawiązać do tradycji Grabianki. Więc, że 
w tym to właśnie celu, w jego ślady jeździł 
do Petersburga po powstaniu listopadowem '*, 
później do Anglji, że w tym celu zabawiał tak 
długo w Awinjonie w r. 1849. 



203 



6. Swedenborg i St. Martin w towianizmie- 

Dowodów jednakże namacalnycli, pisa- 
nych, na przypuszczenia te niema. Więc na 
upartego moźnaby, nawet przyjąwszy wspól- 
ność wyobrażeń, kwestjonować związek ich 
przyczynowy, bezpośredni, nie uznać, że To- 
wiański był tutaj uczniem czy spadkobiercą 
ideowym Grabianki w dosłownem znaczeniu. 
Jakkolwiek bądź, zaznaczone wyżej zbieżności 
dowodzić muszą nieodparcie jednego przj^naj- 
mniej, mianowicie wspólności źródła. 

Źródłem Grabianki w nauce o związku, 
„korespondencji" człowieka z zaświatem był 
niewątpliwie przedewszystkiem Swedenborg. 
Jeszcze przed działalnością awinjońską spotkał 
się był Grabianka w Londynie z niejakim Be- 
stem ^, fanatycznym zwolennikiem Sweden- 
borga i dostąpił inicjacji w główne zasady 
magji i w sposoby komunikowania się ziemi 
2 niewidzialnym światem duchów. 

Stopień związku człowieka z duchami nie 
wychodzi w pismach Swedenborga całkowicie 
jasno. Właściwie według niego każdy człowiek 
ma stosunek bezpośredni przeważnie z czte- 
rema duchami, dwoma aniołami i dwoma dja- 
błami, którzy rywalizują pomiędzy sobą o wpływ 
na niego ^; przyczem zaznaczyć warto, że wszy- 
scy czworo to są duchy zmarłych ludzi, włą- 
czone według stopnia wartości w niebo lub 



- 204 - 

w piekło. Jednakże duchy te nie mają wiedzy 
o swem współdziałaniu z człowiekiem, nie wi- 
dzą go, jak nie widzą wogóle przedmiotów 
oświetlonycłi ziemskiem światłem, a już by- 
najmniej nie dobijają się o to współdziałanie, 
by mieć możność własnej zasługi, tą niby tylko 
drogą dla nich możliwej '. Wszystko to jest 
bardzo dalekie teorjom Towiańskiego. Istnieją 
jednakże — bo poglądy Swedenborga nieza- 
wsze są jednolite — wyjawienia inne, mówiące 
wyraźnie o tłumach duchów, związanj^h 
z człowiekiem: „żadna myśl, żadno uczucie nie 
jest bez ech poza światem, łączą się z niemi 
kolumny duchów im pokrewnych, które 
jakoby fale powietrzne przez dźwięk wydany 
są poruszane" *. Tutaj możnaby się dopatry- 
wać oryginału pojęć Towiańskiego o kolum- 
nach. 

Ale mniejsza o te niekonsekwencje. Wpłj^w 
Swedenborga rozchodził się zapewne więcej 
przez życie, przez praktyki w zorganizowa- 
nych gronach zwolenników, niż przez grube, 
suche i trudne książki. O samym nim wiemy, 
że komunikował się bezpośrednio z duchami 
bez ograniczeń, z duchami zmarłych, z ducha- 
mi opiekuńczemi dobremi i złemi, z świętymi, 
z aniołami i archaniołami. Sekret inicjacji 
w gronach jego wyznawców polegał niewąt^/ 
pliwie na tem, że starsi, wybrani, uczyli si^J 



- 205 - 

iść w ślad mistrza, zdobywali tajemnicę bezpo- 
średniego komunikowania się z zaświatem przez 
wizje i objawienia wewnętrzne. Grabianka, 
który opowiada o sobie, że rozmawiał z anio- 
łami, że mu „Wszechmocny Sam niekiedy się 
objawiał", tę właśnie tajemnicę obiecuje zwo- 
lennikom swym. 

Otóż zapewne tą drogą, drogą praktyki, 
nie nauki, dojść mogły podobne wyobrażenia 
do Towiańskiego i odegrać rolę w ukształto- 
waniu jego nauki o kolumnach ^. O osobistych 
wizjach Towiańskiego, o jego rozmowach z wy- 
sokiemi duchami wiemy niewiele i przeważnie 
z ust mu wrogich. Od niego samego pochodzi 
wiadomość o rozmowach z duchem cara Ale- 
ksandra **, obecnie dowiedzieliśmy się o wizji 
Matki Boskiej. Pozatem miał podobnoś komu- 
nikować się z duchem Napoleona, w objawieniu 
widzieć św. Jana Ewangelistę, a podobno na- 
wet samego Chrystusa ''. 

Kiedy już jest mowa o Swedenborgu, 
zwrócić można uwagę na zbieżność, a nawet 
możliwość rodowego związku jego nauki z to- 
wianizmem w zakresie wyobrażeń kosmologicz- 
nych. Mówi Towiański w Biesiadzie, że mię- 
dzy planetami, „globami" w jego terminologji,, 
istnieje teleologiczny związek i układ hierar- 
chiczny. Ziemia jest w tym układzie — jak już 
wspominaliśmy wyżej — gatunkowo najniższa, 



- 206 



I 



zamieszkała przez duchy najmniej udoskona- 
lone. Dopiero wzniósłszy się jakościowo, prze- 
noszą się one w następnych wcieleniach n;. 
planety coraz wyższe, aż wreszcie dochodzą 
do stanu, kiedy już wcieleń nie potrzebuje 
działają tylko w kolumnach światłych ^ Wy- 
nika z tego, że planety są — według Towiań- 
skiego — zamieszkane i to zamieszkane prze- 
ważnie przez chrześcijan; Chrystus jest „pniem 
na wielu globach, ojcostwo Jego jest wielkie, 
obszerne" ^ 

Otóż analogję pewną tych przeświadczeń 
spotykamy u Swedenborga. W pisemku, wyda- 
nem 1758 r. w Londynie: De Tellurihus in 
Mundo nosłro Solari, quae tocanłur Planełae, 
et de Tellurihus in Coelo Astrifero deąue illor 
rum Incolis, tum de Spiriłibus eł Angelis ibi^. 
ex auditis et visis *", opowiada Swedenborg na- 
przód ex auditis, z wywiadów, jakie miał z dur 
chami tamtych planet, potem ex visis, z wra- 
żeń osobistych, kiedy mu było dano zwiedzić: 
duchem tamte światy, — otóż opowiada o stori 
sunkach tam panujących, o mieszkańcach, jacj: 
są, jak chodzą, jak się ubierają, jak jedzą: 
i mieszkają, jakie mają zwierzęta domowe eto;i 
Jest w tem wszystkiem jedna rzecz znamienni 
w przedstawieniu Swedenborga istoty, zami^ 
szkujące planetj'^, stoją duchowo od ludzi ziei 
skich o wiele wyżej, są szlachetniejsze, czys^ 



- 207 - 

ze, porozumiewają się między sobą sposobem 
odobnym do mowy anielskiej, mianowicie za- 
lomocą wyrazu twarzy (II. 685), wchodzą z du- 
bami w bliski związek i czerpią od nich wie- 
żę życia pozagrobowego (II. 678). Religijnie 
ą wszyscy wyznawcami Chrystusa, uznają 
iro za jedynego Pana i Boga, od niego mają 
srszystko dobre, on ich prowadzi, a nawet ob- 
awia się im w cielesnej postaci (Mars, 11.682; 
■^eniis, II. 680). Uważał więc Swedenborg, że 
wszechświat cały stworzony jest na mieszka- 
ie dla człowieka, będącego w nim najwyż- 
rzym celem (II. 681). 

I Zapewne, nauka o hierarchji globów wy- 
ihodzi u Towiańskiego wyraźniej, kolejna wyż- 
[zośó wznoszących się w górę szczebli kosmicz- 
!:ych, poziomów udoskonalania się ducha, jest 
ndoczniejsza, a to dlatego mianowicie, że pod- 
łożona j est wiarą w kolejne wznoszenie się ducha 
ri^ coraz doskonalszych wcieleniach, więc i na 
s;lobach coraz wyższych, ułożonych w skali 
Jakościowej, więc związanych niejako organi- 
I znie, podczas gdy u Swedenborga są to światy 
iVobec siebie luźne. Słowem kosmologja To- 
wiańskiego zbudowana jest na zasadzie metem- 
isychozy. Tymczasem u Swedenborga pojęcia 
aetempsychozy niema ani śladu, on wie najpew- 
liej i stale głosi, że duch każdy raz tylko jest 
melony, poczem według zasługi idzie, przez 



— 208 — 

jakąś pośrednią stacja zborną duchów, w r^ 
gjony niebieskie lub piekielne. Przyjąć więc 
musimy, że w ustaleniu wyobrażeń Towiań- 
skiego w tym właśnie względzie współpraco- 
wał jakiś inny, nowy czynnik. 

Jaką drogą doszła do Towiańskiego metem- 
psychoza, wiara ciągnąca się przez ludzkość 
niemal od samego jej zarania, trudno ustalić 
wobec braku jedynego autentycznego w tym 
wypadku świadectwa: własnego przyznania. 
Wszelka kombinacja będzie wobec tego oparta 
na piasku, na piasku tem lotniejszym, im wła- 
śnie idea sama była powszechniejsza. W każ- 
dym jednakże razie zaznaczyć trzeba, że wiek 
oświecenia przez swą bezwzględną wiaK 
w ewolucję rodzaju ludzkiego spowodowife 
wielki renesans wierzeń w metempsychozę 
Sprawy te wiążą się bowiem organicznie. Je 
żeli ludzkość się istotnie doskonali przez wieki 
to doskonali się i dusza ludzka, a niema naj 
mniejszego powodu, żeby zakres jej doskona 
lenia się ograniczać ramami jednego żywota 
W każdym razie idea wędrówki dusz odżywi 
z końcem XVIII i początkiem XIX w. na wiel 
kim obszarze myśli ludzkiej. 

"Wierzył w nią Leibnitz, Lessing, nie hyti 
całkowicie obca także Kantowi ^\ a w w. 
stała się niemal powszechną podwaliną pogiąć 
na świat. Wyznawcami jej i szermierzami 



- 209 — 

Fourier, Leroux, Reynaud, Pelletan i wielu 
innych '^ Trafić musiała też wiara ta wcześ- 
nie i na Litwę. Ślad jej mamy juz w IV cz. 
Dziadów, w słowach Gustawa, gdy odgaduje 
przeszłe żywoty motyli (w. 1232 i n.). Jaką 
drogą doszły tu te wyobrażenia, niewiadomo. 

Jeżeli jednak chodzi o Towiańskiego, to 
rodowodu jego wiary w wędrówkę dusz nie 
'trzeba szukać u żadnego z wymienionych au- 
torów, nie znał ich na pewno. Zato z pewną 
dozą prawdopodobieństwa wymienić tu można 
.pisarza, u którego wiara ta wiąże się organicz- 
nie z resztą poglądu na świat, a zaś pogląd 
ten, a nawet sam typ organizacji psychicznej 
były bardzo bliskie, współgatunkowe niemal 
'towianizmowi. W nim to wolno się doszukiwać 
oddziaływania na wyobrażenia eschatologiczne, 
nawet wogóle na sam kształt umysłowości 
i duchowości Towiańskiego. Pisarzem tym jest 
Ludwik Klaudjusz de Saint Martin. 

Nie posiadamy wprawdzie naocznych, udo- 
kumentowanych dowodów na to, że Towiań- 
iski teorje St. Martina znał, tem mniej możemy 
powiedzieć, kiedy by ewentualnie znajomość ta 
mogła się była zawiązać, przecież łączność 
jniędzy temi dwoma umysłowościami od czasu 
rozprawy Siemieńskiego, t. zn. od lat BO, przy- 
jęta jest niemal za pewnik. Najszerzej ją wy- 
kazał i uzasadnił prof. Kallenbach w drugim 

Pigoń. Studja. 14 



- 210 - 

tomie swej monografji. I słusznie. Zbyt wiele 
bowiem i zbyt oczywistych znajdujemy idei 
łączących, pomysłów wspólnych, nieraz wcale 
szczegółowych, żeby je kłaść na karb zbiegu 
przypadkowego. A co do terminu zaznajo- 
mienia się, nie brak zdań, ustalających go 
jeszcze na czasy wileńskie '^ Również co do 
pośrednika znajomości można się łatwo zgo- 
dzić, że była nim masonerja owoczesna. 

Otóż pisarz ten, którego wpływ na ideo- 
logję Towiańskiego był bardzo wydatny i musi 
być osobno zbadany, mógł oddziałać na wpro- 
wadzenie metempsychozy w kanon wierzeń 
Towiańskiego z tego przedewszystkiem względu, 
że u nich obu wiąże się ona organicznie z temi 
samemi wyobrażeniami genezyjskiemi i escha- 
tologicznemi. Więc przedewszystkiem z poję- 
ciem o pochodzeniu i celu duszy. 

Wobec znanej milkliwości Towiańskiego 
w tych sprawach nie umielibyśmy apodyktycznie 
stwierdzić, czy, jak Słowacki, uważał on na 
równi z St. Martinem powstanie duszy za akt 
emanacji, czy też stworzenia, a więc — co za 
tem idzie — czy ją uważał za współesencjo- 
nalną z Bóstwem, czy nie ". Zato wiemy na. 
pewno, jak sobie wyobrażał cel i kres ostatecz- 
ny duszy. Czytamy w Biesiadzie: „.Jak 
wszystkie w czasie swoim gałęzie [Boskiego 
Drzewa na Ziemi] zazielenieją, wtenczas.. 



— 211 - 

".Obłok z Siedmiu Duchów... zleje się do 
łona Ojca powszechnego, i to drzewo szcze- 
gólne przyłączy się do drzewa ogólnego Miło- 
ści" (w. 186—191). Czyli innemi słowy, celem 
ludzkości jest dojście, za 7-go posłańca, do tego 
stopnia oczyszczenia, doskonałości, przebóstwie- 
nia, żeby duszom (może tylko duszom siedmiu 
posłańców ?) możliwe było zlanie się z Bożą 
Istotą, juz teraz współesencjonalną wyraźnie. 
To znaczy, żeby się posłużyć terminem uży- 
wanym przez St. Martina — celem świata 
jest reintegracj a^^ 

Że duch ludzki reintegracji, wtórnej wspól- 
noty z Bogiem, pragnie, tęskni za nią, dla 
niej się w górę wyrywa, to jest w oczach St. 
Martina dowodem, że ma organ jej odczucia, 
źe ją już posiadał i że... utracił. Utracił mia- 
nowicie przez wielki upadek, przez grzech pier- 
worodny. St. Martin wyznacza doniosłe miejsce 
w swej metafizyce upadkowi rajskiemu, uważa 
go za katastrofę powszechną w świecie ducha, 
za kataklizm kosmiczny, jak u nas później 
Słowacki ^^ Małomówny w tych sprawach To- 
wiański o grzechu pierworodnym, o upadku 
rajskim ducha ludzkiego wspomina raz tylko, 
w Wielkim perjodzie, ale w temże znaczeniu. 

Otóż z tego to upadku dusza wznosi się 
drogą kolejnych wcieleń ku celowi ostatecznej 
reintegracji. Ale nietylko ludzka dusza. St. 

14* 



- 212 - 

Martin włącza w ten postęp ku Bogu, uducho- 
wią wszechświat, całą ziemię, świat zarówno 
organiczny jak nieorganiczny. Dla St. Martina 
przyroda jest istnością duchową, a tylko wy- 
razem, jej formą zewnętrzną, jest materja; nie 
pozna przyrody, kto nie zna ducha, jak nie 
pozna podobieństwa portretu, kto nie zna pier- 
wowzoru^^. Więc i u St. Martina, jak u To- 
wiańskiego, dosłownie wszystko przez ducha 
i dla ducha istnieje. 

Wobec powszechności dążenia do reinte- 
gracji żadna z dusz wyłamać się z pędu wie- 
czystego strumienia nie może; może opóźnić, 
ale nie uniemożliwić, fakt zlania się do łona 
Boga. Czyli, że niema wiecznego potępienia 
i piekło jest doczesne; jest tylko narzędziem 
woli Bożej, środkiem oczyszczenia i etapem 
postępu. Judasz będzie wybawiony, szatan 
także ^^. Takie jest ostatnie słowo eschatologji 
St, Martina, a powtarza je całkowicie Towiański. 
I on przewiduje dla Judasza nawet moment 
łaski i możliwość zbawienia'^ — i on wierzy 
w doczesność piekła. 

Otóż wplecenie metempsychozy jako or- 
ganicznego motywu w taką kosmogonję, uczy- 
nienie jej środkowym filarem historjozofj i i escha- 
tologji u obu mistyków, przyjęcie jej za pod- 
walinę poglądu na świat i to poglądu tak 
współgatunkowego, świadczyć może dość do- 



- 213 — 

wodnie o genetycznej łączności świata wyo- 
brażeń i wiar Towiańskiego z mistyką St. 
Martina. 

W ten sposób na przykładzie kilku tylko, 
Inaczelnycłi motywów ideologji Towiańskiego 
można było bliżej uzasadnić to, co po książce 
Pawlikowskiego jest już właściwie ustalone: 
że towianizm nie jest czemś narzutowem, nie- 
słychanem w umysłowości owoczesnej ; że jest 
owszem — nie jedynem nawet, bo poprzedzo- 
nem przez ideologję Grabianki — ale zawszeć 
najsilniejszem w Polsce ogniwem, łączącem po- 
kolenie owoczesne, pewne jego typy psychiczne, 
z prądami umysłowemi, z ideami, które nie 
były zapewne panuj ącemi w epoce pogranicza 
dwu stuleci, ale przenikając z odległej prze- 
szłości, nurtowały Europę owych czasów sze- 
roko i głęboko zahaczały ojej życie duchowe. 
Z korespondencji Gutta zaś zobaczyliśmy, że 
te postronne posiewy znajdowały żyzny grunt 
na Litwie około 1830 r,, uprawny okrucieństwem 
ucisku zwycięskiego najeźdźcy, bezczelnym tri- 
umfem gwałtu, że kiełkowały tu i ówdzie jako 
forma duchowego odporu na przemoc zła moral- 
nego i politycznego. 

Poznań, w lutym 1921. 



- 214 - 
DODATEK 1. 

Świadectwa szkolne A. Towiańskiego. 

W Archiwum Państwowem w Wilnie (Arch." 
Okręgu Naukowego, nr. 139) znajduje się „Księga 
zdań nauezycielów o uczniach i postępku w naukach 
w Gimnazjum Wileriskiem od r. 1809 do r. 1813". 

Otóż w księdze tej zanotowane są cenzury An- 
drzeja Towiańskiego z czterech pierwszych klas gimna- 
zjum od r. szk. 1809/10 do r. szk. 1812/13; potun 
Księga się kończy, a dalszy tom nie dochował si<^. 
stopni więc z klasy 5 i 6 nie znamy. 

Cenzurowano podówczas cztery razy do roku, 
najpierw za cztery pierwsze miesiące (wrzesień-gru- 
dzień, a potem co dwa miesiące, z końcem lutego, 
kwietnia i czerwca. Otóż A. Towiański wykazał postępr 
w klasie pierwszej, r. 1809/10: 

W gramatyce polsko - łacińskiej i wypisach: I, 
wielki; II, dobry; III, dobry; IV, dobry. 

W charakterze (t. j. ćwiczeniach w pisaniu): 1, 
wielki; I[, dobry; III, dobry; IV, dobry. 

W arytmetyce : I, dobry ; II, db. : III, db. : IV. db. 

W geografji: I, db. ; II, db. ; III, db. ; IV. db. 

W nauce moraln. : I, db. ; II, db. ; III, db.; IV. db. 

W klasie drugiej, r. 1810/11: 

W gramatyce pol.-łac. i w wypisach: I, bardzo 
wielki ; II, b. wiel. ; III, wielki ; IV, wielki. 

W charakterze : I, wiel. ; II, b. wielki ; 111, 
wiel. ; IV, wielki. 

W arytmetyce: I, w.; II, w.; III, w.; IV, w. 

W geografji: I, w.; II, w.; III, w.; IV, w. 

W nauce moralnej : I, w. ; II, w. ; III, w. ; IV, w. 



— 216 — 

^ W klasie trzeciej, r. 1811/12: 

W gram. pol.-lac. i w wypisach: I, b. dobry; 
II, b. dob.; III, b. dob, ; IV, b. dob. 

W geometrji: I, nadmierny; II, b. dob.: III, 
wielki; IV. wielki. 

W historji naturalnej i ogrodnictwie : I, b. dob. ; 
II, b. dob.; III, b. dob.; IV, b. dob. 

W historji dziejów ludzkości: I, b. dóbr.; II, 
b. dob.; III, b. dob.; IV. b. dob. 

W nauce moralnej : I, b. d. ; II, b. d. ; III, b. d.; 
IV, b. d. 

W klasie czwartej, r. 1812/13: 

W wymowie i tłumaczeniu autorów : I, mierny ; 

II, mierny ; III, mierny; IV, dobry. 

W geometrji, logarytmach i trygonom. prakt. : 
I, wielki; II, b. dob.; III, b. dob.; IV, wielki. 

W fizyce ogólnej i geografji astronomicznej : 

I, b. dob. ; II, b. dob. ; III, b. dob. ; IV, b. dob. 

W prawie przyrodz. : I, b. dob. ; II, b. dob. ; 

III, b. dob.; IV, b. dob. 

W historji, geografji i mitologji: I, b. dóbr.; 

II, b. dob.; III, b. dob.; IV, b. dob. 

W klasie drugiej nazwisko Towiańskiego opa- 
trzone jest, jak i paru innych uczniów, krzyżykiem, 
do czego u dołu czytamy takie objaśnienie: „Krzy- 
żyki obok nazwisk uczniów... oznaczają, że niemi ozna- 
czeni uczniowie celowali innych w nauce i do publicz- 
nej wiadomości przez gazety byli podanymi ; nr. 52, 
1 Jul. r. b. O czem dla wiecznej pamięci świadczę — 
Józef Skoczkowski, prefekt gimn. wileń." 

Do tegoż samego gimnazjum uczęszcza współ- 
cześnie Franc. Malewski o jedną klasę wyżej od To- 
wiańskiego, oraz Ferd. Gutt, który zaczął wprawdzie 



- 216 - 

o rok wcześniej, ale klasę II powtarzał i odtąd stal< 
kolegował z A. Towiańskim (uczył się naokół ni»- 
świetnie). 

DODATEK 2. 

Wyjątki z listów Ferdynanda Gutta 
do Walerjana Pietkiewicza. 

1. [Drezno?] 6. 9. [18j33. 

Walerjanowi P. powodzenia i zdrowia. 

Z radością chwytam zręczność doniesienia 
o sobie. Przebyłem tu lato, poprawiłem zdrowie, czas u 
napróżno nie straciłem. Siły mnie przybyło i to mnie 
cieszy, bo ona nie do mnie należy. Cóżbym nie dul. 
abym z tobą godzinę się widział. Powtarzam, com ri 
mówił. Błogosławieństwo tobie moje, a mnie od w;:-. 
Zdaje się, że za kilka tygodni już tu nie będę. Gdzi - 
kolwiek będę, zawsze jedeneś ten sam. — Pamiętaj i 
pozór nie patrzeć. Osoba, której list czytałeś, wszelkie^;" 
szacunku godna; dziwne postępy robi. To jednak tylko 
tobie wiadomem być powinno. Duchem cała jest ze 
mną, a zatem i ze wszystkiemi czystemi. 

Nie tyle, ile chciałbym, ale ile mogę, przyjmij 
ode mnie. Dukatów 16 załączam. Użyj ich dla siebie, 
wszak ty sługa jednego, co i ja, Pana ; przyjmij je 
więc, bo ci należą jako słudze publicznemu. Postępki 
idą tylko według czucia i wyobrażeń. W tych wyraź- 
nie ogół postępuje. Niedojrzałego owocu i wiater 
silny nie obije; dojrzały od takiego wstrząśnienia 
spada. Źródło więc w duchu będące rozszerzać, a wła- 
ściwą porę upatrzywszy, albo raczej poczuwszy, lont 
przyłożyć, a wysadzi. Ogółu swego i celu z oka nie 
tracić, ile można i jak można, aby zawsze działać. 



- 217 - 

Ichnąć i nieustawać. P. G... najgłębsze uszanowanie. 
Iześć męczennikom. A każdy z nas dobrowolnie być 
im powinien. Wszakże im więcej który ukryty, tem 
roższy i pożyteczniejszy. 

Yale et fave. Nich cię Bóg wspiera. 

[Notatka Pietkiewicza: 11 paździer. 1833 
'[erdynand] z Dr.[ezna?] 

Ems, 20 lipca 1835. 

Kochany mój Walerku ! Ja znowu niespodzianie 
iliżej ciebie jestem. Miałem postanowienie nie pisać 
lo nikogo, aby mnie listami nie zarzucano, bo nie- 
zczęśliwym sposobem macie szpiegów, którzy o każ- 
ym waszym prywatnym kroku nawet donoszą ; a za 
lowrotem trzeba cierpieć bezużytecznie... Chociaż na 
lół roku tylko mam pasport, dziwnem zrządzeniem 
'ańskiem, ale wszelkich dołożę starań, abym dłużej 
abawił. Nie wiem, gdzie się obrócę, ale wiedzieć 
awsze potrzebuję, gdzie ty obracać się będziesz, abym 
/ potrzebie do ciebie jednego mógł się udać. Bawię 
u jeszcze dni 15 — 18 i w ciągu tego czasu potrze- 
mję, abyś mi oznajmił, pod jakim adresem mogę do 
dębie pisać. Nie chciałbym pod twojem nazwiskiem 
ego czynić, bo zaraz listy będą czytane. Donieś mi 
t sobie, o środkach twego utrzymania się, a choć 
:oło mnie nietłusto, bom schudł przez te wszystkie 
)statnie choroby, ale z radością wedle przemożenia 
nego chcę się z tobą dzielić. Spodziewam się, żeś 
się nie odmienił, chyba coraz na lepsze. Mnie zawsze 
akim znajdziesz, jak byłem, bo tem tylko być się 
itaram, czem powinienem być zawsze i jakim, ufam 
3ogu, być nie przestanę... 

...U nas smutek, boleść, okropności, demoraliza- 
3ja, — ale jak światełka zdaleka śród nocy błyszczące, 



— 218 - 

formują się indywidua poczciwych i mocnych, 
zdrów i rychło odpisz po polsku pod adresem : a 
damę Johanna Becker in Ems, duche de Nassau, 
hotel d' Angleterre, Listu nie frankuję, aby pewn^ 
ciebie doszedł. 

•3. 20. 8. [18]35. 

Mój kochany! Przed kilka dniami olrzymałe 
twoje słowa ; czytałem je z radością i patrząc na 
odpisuję znowu... Miłe mi są bardzo szczegółowe o 
bie wiadomości. Wytrwrałości, oczyszczenia pojęc' 
intellig ence spirituelle naimące] tobie życzę; sl 
kiedyś u portu, u celu dążeń. Ofiarowania się, 
poświęcenia nie trzeba ci więcej, jak masz, ale ,^ 
szczone pojęcie wskazuje nam zawsze drogę, którą doj 
celu najłatwiej z błogosławieństwem Pańskiem trafimy ' 
Na utrzymanie sił twoich, ogółowi poświęconych, n. 
skąp sobie; wszak kto konia żołnierskiego nak 1: 1. 
już pomaga sprawie publicznej. ' 

Kiedym z domu wrócił, szwagier mój, dz. :it| 
i pełnie zacny i czysty, poświęcający się człoY.;uk, 
wręczył mi 40 [dukatów V] od Julka dla posłania tobie«. 
Mylisz się bardzo, jeśli sądzisz Julka niegodnym, abyś 
przyjął jego ofiarę To jest moje przekonanie i głę- 
boka konwikcja, bo nie jest to okruszyna pod si6i 
rzucona, ale ofiara z czystej duszy idąca. Ileż to razy 
człowiek czysty nie jest pojęty i oceniony, częściej 
nawet potępiony? Ale za przyjściem światła, kiedy się 
na nie zasłuży, otwiera się pojęcie. Ja nigdy nie szu- 
kam i nie staram się, abym był pojęty, ale owoce 
czystego działania w porze właściwej przyjść muszą. 

Nikt może więcej nade mnie nie wierzy, bo nikł 
więcej może nie czuje, że się zbliża czas zesłania Du- 
cha świętego, przez którego się wszystko odrodzi, 00 
umarłem być [się] zdaje ; a wtedy to tem cudowneiB 



- 219 - 

Iziałaniein podobnem sie sianie to, co ze zwyczajnych ■ 
;olei rzeczy ludzkich niepodobnem się zdaje. Oddaw- 
aj od lat kilku już, czuje dusza moja, że około 
18]37 roku przyjdzie ta chwila, gdy oczyszczeni na 
luchu, godni staniem się do przyjęcia tej łaski. A cier- 
jienia teraźniejsze są jak ów olejek gryzący, jak owe 
'.onetium, które do dna trawi rakowatą brodawkę. 
N drogach ducha najwspanialsze jest piętno i zarę- 
iz&nie przyszłości. Tej chwili czekam. Oby ona mnie 
Ijodnie usposobionego znalazła, wtedy, bogaty w łaskę, 
\ff owoce jej bogatym będę. 

Spokój ności, osamotnienia, pracy nad sobą po- 
rzebuję i dlatego właśnie nie. na krótko rzuciłem zbo- 
ałą matkę [Polskę]. Idę szukać balsamu gojącego jej rany 
i wierzę mocno, że go znajdę. Nie mam roli i wła- 
>nośći. Rzuciłem wszystko, obcy uczuciom ludzkim, 
liczem nie wikłający się, abym naprzód własną wol- 
ność wewnętrzną okupił, bez którego warunku trudno 
ihcieć być lekarzem. Jeśli teraz mnie niezupełnie 
czujesz, poczujesz później, a pewny jestem, że nie 
potępisz wcale. Z d[omu t. j. z Litwy?] wysłany na dobro 
logółu. Swoi i sybirczycy przedmiotem zawsze byli na- 
szych usiłowań ulgi. Ach, porównajcie siebie do nich! 
Ileż wasze położenie szczęśliwsze ! 

Boże ! co za okropność u nas ! .. Dziwnie u nas 
ginie oświata ogółu, ale uczucie oczyszcza się; pewna 
dążność moralno-religijna daje się postrzegać, — co 
traci ogół. Indywidua dzielniejsze tworzą się, hartują ; 
! głębokość i wytrwałość ich cechą. A uciski nikomu 
spocząć nie dają, choć każdy ledwo dyszy, ale oczy 
wznosi ku niebu, prosi i ufa. Wielka część i rozpaczy 
ulega. Arystokracja to zawsze znajdzie coś do pocie- 
szenia siebie i coraz podlejsza, nikczemniejsza. Gry, 
rozwiązłość, fałszywość, pochlebstwo do tej klasy więcej 
od innych zlewać się zdaje ; na kloakę gnojów naro- 



— 220 — 

•dowych przeznaczona ta klasa. Są jednak i między 
nimi z młodych niektórzy, co jak muchy potrute 
tylko latają, jakby wpół żyją, nie wiedzą, co z pobą 
począć, bo już w starym zakonie nie smakują, a do' 
nowego wejść nie mogą ; tacy zczasem czyściej się 
chwycą. 

W podniesieniu moralnego uczucia ludu, ludów, 
najbliższy i najpewniejszy środek. Aby machina mogła ' 
się obracać, trzeba, aby para miała dostateczną siłę. 
Tę siłę daje czystość i skupienie, a skupieniu usłu- 
guje szczelne zamknięcie, aby ulatywać nie mogła, bo' 
traci wtedy sprężystości siłę. Czuję ja mocno, jak tą' 
siła jest słaba, jak głębokość mała we Francji; trzeba* 
czasu, aby dojrzała. Aćh, wszędzie teraz degeneracji 
pełno. 

List ten spal koniecznie, nikomu o mnie nie ga- 
daj ; nie powinienem mieć i nie chcę żadnej korespon-' 
dencji. Jeszcze nie wiem, gdzie zimę przebędę, ale to' 
pewna, że nie w domu. Tobie dam wiedzieć o sobie... 

4. Manheim, W. X. Baden, 24 stycznia 1836. 

Długo ode mnie, mój drogi, nie miałeś wiado" 
mości. Oto donoszę ci, że po spełznieniu na niczem 
projektów jechania do Włoch, siadłem w Niemczech 
i to bliżej was, niż dawniej. Jeszcze z parę miesięcy 
tu bawić spodziewam się i dlatego piszę do ciebie, 
abyś, wiedząc o mnie, dał o sobie i Henryku wiado- 
mość. Podobnym sposobem, jak Henryk, utraciłem ojca. 
Zamordowanego znaleziono 1 novembra [18]35 r. 
w domu. Pieniędzy nie wzięto, bo ich nie miał, tylko' 
rzeczy i kilka rubli. Dziś cztery lata, jak pogrzebłem 
matkę. Pamięć ich tyle mnie droga, ile przykładem' 
i wzorem byli z dzieciństwa i wyssać dali z piersi swej' 
uczucie, którem jedynie żyję i dla którego wszystkie, 
siły od dawna poświęcone. 



- 221 - 

Wiara moja jest nieograniczona. Rzuciłem wszystko,. 
bym w ustroniu usposobił się i przygotował lepiej. 
Izuciłem, bo zręczność wyjazdu, — tylu innym nie- 
)odobnego — mnie cudownym sposobem nastręczoną, 
a wolę kierującej Opatrzności uważać winienem. W do- 
nu, dla boleści, dla ciążących obowiązków stanu mego 
czujnego oka argusów, niewłaściwie zajęte czułem 
■ ', Niedostatków, czutych w sobie, zaspokoić nie 
ulem. Teraz pracuję w sobie, w duchu, prowadzony 
jtrzymanem — podczas bytności mojej na cholerze — 
fwiatłem, które mi bezskuteczność trzydziestego pierw- 
szego, a mocniejszy kierunek ;'na [18]37/38 zapowie- 
Iziało, Oby tylko godnie z olejem dziewic, czekających 
'. lampami oblubieńca na gody weselne — doczekać,. 
'. duszą światła i siły pełną. 

Może to obcy dla ciebie język, ale to właśnie 
[może: wołanie?] duszy mojej. Rozum mnie rychłej 
nie wystawia przyszłości pomyślnej matki naszej ; ale 
ten rozum tak słaby, nędzny, milczeć musi przed czu- 
cioui i jego źródłem, którego dawniej dosyć pojmować 
nie umiałem. — Co też o sobie mnie doniesiesz i o ogól- 
nym stanie waszej emigracji, która Kern być powinna^ 
przyszłej budowy... 

...Nie wiem jeszcze, jak się obrócę, ale to tylko 
zdaje się pewnem, że nie wrócę do domu rychło. 
Zdaje się, że tam nie mogę być użytecznym. Zresztą, 
któż przyszłość przewidzi ? Dziś drogę naszą widzę 
w udoskonaleniu się moralnem, w oczyszczeniu i pod- 
niesieniu ducha, aby na łaskę ś-tą zasłużył — a wy- 
padki zewnętrzne przypadną razem z chwilą dojrzenia 
wybranych przez Pana do kierunku ; bo na tych zby- 
wało. Och, wszyscyśmy za mali byli do tak wielkich 
rzeczy, do jakich byli wezwani. Światło ludzkie, brud- 
ne, namiętne, nie wystarczało, a siły przeto zmarno- 
trawione. — Jakkolwiek to moje wylanie się przyjmiesz,. 



- 222 - 

ale czułem się do niego obowiązanym. Czas cię (»rze- 
kona, żem czysto widział.. 

...W domu obróciłem na siebie oczy ludu moim 
sposobem życia, na usługę biednemu ludowi poświę- 
conego, niezależnego, różnego od innych. A że w ż;idną 
służbę i towarzystwa, w które szatan wszelkim sjjo-o- 
bem zgorszenie i zabicie ducha przez truciznę wrzuca, 
nie mieszałem się, — za bigota, bom i kościół odwie- 
dzał, osądzony byłem; od jednych za dobrodusznego, 
od drugich za niebezpiecznego, bo tak zawzięte jesl 
teraz prześladowanie rządu wszelkiego uczucia, które 
przez ukaz nie jest dozwolonem, że każdy różniąca 
się od tego — już zwraca oko na siebie. Stąd pod 
pozorem potrzeby i dobrych uczynków, pomocy, byłem, 
niewłaściwie zażywany, targany. Nie śmiałem zmieniać 
mego położenia, aż się bez wiedzy i wpływu mego 
na wyjazd zachyliło z osobą, którą z głośnej i ciężkiej 
choroby wydźwignąć udało się. 

Raz jeszcze uściskam cię serdecznie... 

5. Manheim 14 lutego [18J36. 

Mój poczciwy Walery! Z rzadką radością i smut- 
kiem odebrałem list twój. Ze smutkiem, boleścią serca 
o lem, co mi o emigracji i Henryku donosisz; z ra- 
dością wewnętrzną, radością duszy — o tobie. Smutno 
mi było, dopóki na ogóle czutym nie umieściłem stanu 
emigracji. Tak Bóg chciał, bo tak z Jego dróg duchow- 
nych być musiało. Ale do ciebie teraz z pełną już 
swobodą i otwartością pisać mogę, bo ty język mej 
duszy rozumiesz. 

Bóg-duch-prawda, objawiający się nam w prawdzie, 
cnocie, a dusza ludzka w miłości łącząca się z duchem, 
prawdą, cnotą; szczytem i kluczem miłości: czystość 
i poświęcenie, ofiara, sacrificium. Oto cała objawienia 
tajemnica, cały klucz tajemny Królestwa Bożego, Kró- 



- 22-3 - 

'siwa Ducha. Przyjdź Królestwo Twoje, przyjdź 
inowanie Ducha Twego nad duszą, którą materjalizm, 
duch, namiętności wiążą, do siebie ciągną. Uwal- 
ać ducha od panowania tego złego ducha, to jest 
Iność wewnętrzną od niego okupywać ofiarą, aby 
Ip niewolnikiem Ducha, Boga, prawdy. W czystem 
ciu, prostocie serca odkrywa się prawda, przez 
'ość egzekwuje się w postępkach. Uduchowienie więc 
Uszy przez miłość, prawdę i ofiarę — oto ceł czło- 
ieka w szczególności, rodzaju ludzkiego w ogólności, 
owem, czynem i cudem objawiony. 

Czystość z ofiarą, a zatem cierpieniem, daje 
o k o r ę , ten stan duszy, stan uczucia, który mu 
-wiera drogę do bezpośredniego stosunku z Bogiem, 
Duchem ś-tym, który jeden robi cuda, t. j. drogą 
adnaturalną działa. To moja religja. Miłość, ofiara, 
lara, czyste, szczytne uczucie, dają nadzieję, pewność 
prawiedliwości Bożej, pewność Królestwa Bożego, jego 
zasem panowania i na ziemi (stosownie do przezna- 
zenia ziemi, wedle jej w szeregu tworów universum 
mieszczenia). To moja religja nie z ksiąg i doktorów, 
le z duszy własnej, cierpień i kontemplacji dzieł Boskich 
wynikła, światłem Chrystusa przewodniczona. (Przy- 
omnisz sobie, żem kiedyś — i dziś nawet — za bi- 
ota miany, ale w sobie zamknięty, nie pojmowany). 
Sprawa ludu naszego jest sprawą duchowności 
odu ludzkiego, jest sprawą Boga; ona jest kamieniem 
vęgielnym teraźniejszej epoki świata, w której żyjemy, 
iliłość więc tej sprawy, ofiarowanie się dla niej, jest 
uż naturalnym wypadkiem uduchowienia się, świę- 
ości. Poezja, filozofja, polityka, moralność cała jest 
ylko formą ziemską ducha działającego, Boga, dzia- 
ającego wszędzie i zawsze objav;iającego ; wykazuje 
■Y^ko phasin ducha, duchem czasu zwanego. Są 
.0 sprężyny, poruszające duszą, a zatem uczuciem, 



ift 



- 224 - 

myślą tych nawet, którzy, nie znając jej, sobie wszystk 
przypisują. 

Rewolucja nasza była dzieiem ducha, spraw 
duchowną; cierpieniem, ofiarą duch oczyścić się mu- 
siał. Nie dal więc Bóg światła swego czystego żadnenn 
śmiertelnikowi u nas. Nikt czysto i jasno nie widział, 
bo z brudnego ducha nic się zrobić nie mogło. Poszedł 
naród na pokutę, do szkoły cierpienia, do oczyszczenia 
się tego ducha, — przed tą wolą Boską ukorzyć się 
należy. Jest to wezwanie do wyrobienia ducha czy- 
stego, świętego, który dokona nareszcie swojego dzieła.— 
Wierz mnie! Jak do każdej, tak i do tej sprawy du- 
chownej gotuje Pan swego Chrystusa, swoich apostołów, 
t. j. ludzi czystych, prostych i niezarażonych — że 
tak rzekę — mądrością światową owych doktorów 
i faryzeuszów, których tym darem Ducha św. oświeci, 
poprowadzi i utrzyma. Czas ten jest niedaleki. 

Dziś faryzeusze i mordercę sprawują swoją czyn- 
ność, bo to epoka pokuły naszej, cierpienia. Próżne 
ich rachuby ; nie wiedzą, że orzą tylko, porą ziemię, 
by skruszona — była w stanie przyjąć nasienie nowe, 
t. j. nasienie chrześcijanizmu w formie politycznej, 
a zatem równość, wolność wewnętrzną. Bo dziś praw- 
dziwie pogańska jest polityka i moralność, albo ra- 
czej szatańska. Z tej więc, acz szatańskiej, polityki 
wyjść musi ciało, czyli materja do przyszłego poli- 
tycznego ciała narodu naszego ; kiedy nie może być 
odrazu olbrzymem, niech będzie choć niemowlęciem, 
ale z ogromną siłą żywotną, z zarodem ducha, aby 
on tylko rozwijać się mógł i rosnąć. Niech faryzeusze 
i poganie kończą swoje dzieło, niech się spełnia miarka, 
a duch ogólny narodów, który się teraz rzuca na zbo- 
czenia, — jak to widzisz wszędzie, i w naszej emigra- 
cji — niezaspokojony, dręczony, ze skruchą prawdziwą 
uchwyci nowe, czyste światło polskie. 



- 226 - 

Nikt go nie zna teraz, bo go jeszcze poczuć nie 

doła i dziś go jeszcze Pan nie zsyła. Ale bliskim 

est czas, — wierz mnie, że bliskim, — że ujrzą wy- 

iłego z rodu naszego owego Chrystusa politycznego. 

ie poznają go może i mało będzie wybranych, ale 

asienia przezeń rzuconego nie stłumią. Niech rośnie 

kąkol z pszenicą. Większa część ludów i ludzi przez 

Isłabość ulega złym inspiracjom tych szatanów, ale 

i królestwo jego będzie zwyciężone. 

A przed pięciu laty nie było żadnego czystego 
|i światłego męża. P. Joacb[im Lelewel] najwięcej czuł 
działań Ducha, ale i on jakże słabym i małym był do 
dokonania tego, bo działał nie duchem, ale doktryną 
i duchowną i z namiętności nieoczyszczoną zupełnie. 
Spełnił swe przeznaczenie chwalebnie, ale przeznacze- 
nie cieśli, co rąbie i ociosy wa drzewo, z którego mistrz 
zrobi jeszcze statek, na którym wydźwignie tonącą 
Ojczyznę. — Drugim duchownym był Sk[rzynecki]. 
Ach — i tu doktryna stłumiła inspiracje ducha, a wierz 
mnie, inspiracje piękne, wielkie ; ale miłość była za 
słaba, stąd i duch nie mógł być czysty. 

A że Bóg gotuje nowego człowieka, i to z rodu 
naszego, to czuję od lat blisko 7-u, jeszcze przed wy- 
buchnieniem listopadowem. Czuję go, widzę oczyma 
duszy, a może i więcej... I Adam w Widzeniu X. Piotra 
później to zobaczył. 

Cóż tedy z tego wszystkiego dla ludzi czystych 
i wypada? Oto w wierze nad udoskonaleniem moralnem 
swojem i czystych bliźnich pracować, siłę moralną 
i fizyczną zaskarbiać, aby gotowych znalazło wezwanie 
Pańskie, t. j. wypadki koniecznie przyjść mające z ogól- 
nego rzeczy toku. 

Rozpisałem się, ile list i teraźniejsze me uspo- 
sobienie pozwala. Nie obwiniaj mnie o iluminizm, 
lub mistycyzm ; nie czytam żadnych podobnych ksią- 

Pigoń. Stadja. 15 



- 226 - 

żek. Jest to gJos duszy cierpiącej za naród cały, 
chającej jego i dobro moralne całego rodu ludzkiego 
i gotowej w siebie jedną skupić wszystkie promienie 
męczeństwa narodowego. Bo wiara moja jest pełna, 
że drogą nadnaturalną, drogą cudowną, drogą Ducha 
św, przyjdzie odkupienie nasze. Do ciebie się odzy- 
wam, abyś, uwierzywszy temu, więcej czuwał nad 
stanem sił twoich fizycznych ; cierpliwością, pokorą, 
siłę swą utrzymywał, w pracy się nie zapędzał. A ja, 
słuchając głosu obowiązku duchownego, winien jestem 
wedle możności mojej dopomóc ci w twojem pięknem 
i zawsze czystem dążeniu... 

...W działaniu twojem moralnem na braci nie 
rzucaj się na szczegóły ich zboczeń, nie niszcz sił 
swoich na przekonywanie, łamanie opinji. Źe tak rzekę, 
puszczaj gałązki tego drzewa, procenta tego kapitaJu, 
a tak skupisz łatwiej swoją siłę i większą ideję i moc- 
niejsze jej wydanie znajdziesz i silnem rażeniem na 
przygotowanych więcej zrobisz pożytku, w pień ude- 
rzysz, kapitał zyszczesz. Dziś przez pokorę mniej 
zapędzać się winieneś w naj piękniej szem dążeniu two- 
jem. Pokora powinna ci dać spokojności więcej i nad 
siły brać nie dozwalać. 

Bolesne jest żyć teraz każdemu z wybranego, 
męczeńskiego ludu, im czystszemu, tem boleśniejsza. 
To powinno nas cieszyć, że religijna dążność w mło- 
dzieży wszędzie poruszona, t. j. że przychodzi uczucie 
czczośei z karmienia się nicościami, że dusza pra- 
gnie pokarmu duchowego. Niech czuje potrzebę odro- 
dzenia się na duchu, a z ducha przychodzi ciało. 
Jestem lekarz, materjalista, a jednak nietylko wierzę, 
ale pojmuję, że duch zapładnia, a ciało tylko usłu- 
guje, podnosi całą organizację, jako instrument, do tego 
dzieła duchownego potrzebny. Ta prawda objawia się 
w całym szeregu dzieł Boskich, że wszystko, co jest 



- 227 - 

stworzone, z Boga, z ducha wzięło początek i do niego 
powróci. Przyjdzie więc i czas inkarnacji, byle w du- 
chu była siła ożywcza. 

Ja nie mam najmniejszego do Francuzów po- 
ciągu. Kocham ich tylko, jak cały ród ludzki, t. j. 
ze życzę im dobra duchownego, moralnego i nie mam 
ich za gorszych od drugich. Przeciwności ich tempe- 
ramentu są większe, niż u innych narodów, ale właśnie 
ich temperament, t. j. wpływ ciała, materjalizmu, nad 
duszą, jest jednym z ważniejszych działaczów w tej 
ogólnej machinie. Małpiarstwo Francuzów jest najszko- 
dliwszem dla nas, bo ludu naszego przeznaczenie poli- 
tyczne jest, jak ludu izraelskiego, religijne przodkowanie 
w duchowności, — w duchowności, której ostatnią, naj- 
wyższą formą jest republika. A czujesz, mój Walery, 
jakże do tego jeszcze daleko! Trzeba wprzód, aby się 
w narodzie wyrobił duch moralności, cnoty krajowej, 
obywatelskiej i to w całym narodzie, w naszym biednym 
kmiotku ; a chyba potem oprzeć się może na nim 
forma polityczno-republikańska. Dziś za wiele jadów 
mordercę zaszczepili w ducha. Dziś nam silnego i świa- 
tłego lekarza duchownego potrzeba będzie, który trzy- 
mać kąkole na wodzy będzie miał władzę, a pszenicę 
rosą, dżdżem ciepłym oblewać pod wschodzącem słoń- 
cem swobody. 

Litwa — jak dobrze powiadasz — najmniej 
zgorszeniu uległa, jak mucha w bursztynie. To prawda, 
bo najdłużej w szkole niewoli. I nasza młodzież nie 
liszeje zupełnie. Tylko pany, arystokraty, to wszę- 
dzie trudniejszą mają drogę moralną. Dobrze, kiedy 
który na honorowość zdobędzie się, a o prawości ani 
mowy niema... Och, ci pankowie ! są to djabły w komży; 
formę udają patrjotyzmu, a szukają siebie, służą na- 
miętnościom, dumie własnej. Toć jest najsmutniejsza... 

15* 



- 228 — 

Teraz donoszę ci, co wiem... Zana listy czytałem ; 
święty to człowiek. Dano mu rangę za wynalezienie miny 
złotej, ale powrotu do kraju odmówiono. Suzin umie- 
rający na Syberji ; Czeczot, szczęśliwym trafem rzuciwszy 
służbę, dostał się do Lepla na Białą Ruś, a możność sły- 
szenia kazania w języku ojczystym i organu grającego jest 
największą dlań ulgą. Donieś Mic[kiewiczowi], że Wit- 
kiewicz, niegdyś student 14-letni w kajdanach wysłany, 
jest oficerem i przyjeżdżał do matki. Dzielny młodzie- 
niec wrócił nazad... Byłem świadkiem knutowania Sza- 
błońskiego (za Szymań[skiego] niegodnej pamięci). Córka 
jego jedna, wówczas razem z matką i drugiemi dzieć- 
mi na gniła gorączkę chora, oślepła w mgnieniu oka. 
On sam w drodze, na Syberję wieziony, umarł. Wi- 
działem też ze 30 żołnierzy naszych, których przepę- 
dzano za granicę turecką, — tych, co po amnestji z Prus 
wrócili. — Oczy trupie, twarze żółte lub zielone, stę- 
pione pojęcie i język złamany. W moich oczach przy- 
byłych z Prus po amnestji Litwinów popędzono na 
Syberję. Ach, gdybyście mogli wystawić sobie całą mą- 
drość szatańską, w udręczeniach i korupcji moralnej 
rozpościeraną! A gwałty nawracania ludu naszego na 
wiarę grecką ! Mniszka z klasztoru benedyktynek zbie- 
gła, chcąc się s ; wiarę odmieniła i głośne historje 

robiła. Młodzież, szpiegostwem nękana, gra w karty, roz- 
puszcza się, tytoń z gęby nie wychodzi. A jednak są 
między nimi po większej części poczciwe chłopcy. Wiel- 
ka część na Syberji i pułkach kaukaskich. 

Kiedy aktorowie ru[scy] przyjechali do Wil[na}, 
zaczęto uczęszczać więcej na nasz teatr f)olski, żeby 
choć ten utrzymać. Ale afisz drukują po rusku. W^szyst- 
kie też ogłoszenia i Kurjer nawet w dwóch językach: 
ros[yjskim] i żydowsko-polskim. Bo już często i ja ich 
nie rozumiem i muszę lepiej po rosyjsku odczytać. Zo- 
staw przy sobie te wiadomości. Nie powinno być śladu. 



— 229 — 

że ode mnie, lub z Wilna wyszły. — Żydzi teraz pierw- 
szą rolę u nas grają, a szczególniej sławny Szadkow- 
ski. Duchowieństwo wyższe — nędzne, a szczególniej 
biskup, — ale nie tak, jak francuskie ; niższe — poczci- 
we. Lud wódką się krzepi, ale widać, że cierpi, boleje, 
znosi i zawsze modli się. Nigdy kościoły tak pełne nie 
były, jak teraz bywają. Samobójstwa rzadkie, morder- 
stwa niestety nietyle. Są indywidua, nieznacznie na 
moralność wpływające bliźnich, między młodzieżą, kobie- 
tami ; ale U sentiment de malaise morale, das Un- 
behagen — ogólne. Kobiety trzymają się w ogólności, 
gdzie macica nie wpływa, jak zawsze. Między wyższą 
klasą i szlachtą k..... z naczelnikami ros. nierzadkie. 
Kto się okazał być zapisanym w skazki, tego mnóstwo, 
kobiet i mężczyzn, wysłano na Sybir. Za Szymańskiego, 
niecnej pamięci, wiele też poległo obywateli. W aka- 
demji niektórzy z młodych profesorów dobrze się trzy- 
mają, do intryg wciągać się nie dają, młodzież dobrze 
traktują. Wiele młodzieży w Dorpacie uczy się i tam 
z książek niemieckich korzysta. W kraju nędza i ubóstwo 
powiększa się. O swoich zapominają wygnańcach — 
nędzni ! — bo im ukazy z ambon czytają, że nie wolno 
pisać i pieniądze posyłać 

... Osoba, której listy pokazywałem ci w Dr[eźnie?], 
J. S[krzynecki?], dziwnie się podniosła we względzie 
moralnym ; pełna ducha czystego, na twarzy i w po- 
staci się zmieniła; ani poznacie zczasem. Niema poświę- 
cenia, na które w czystości, w zupełnem zaparciu się 
siebie nie pójdzie. Wyobrażenia relig[ijne] oczyściły [się], 
podniosły, z wielu form wywikłały. Będzie z niej jeszcze 
sługa prawdy; choć napozór cicho siedzi, ale się kształci, 
podnosi.. . Yale et fave. 
6. Mannheim, 23 marca 1836. 

W Litwie na wiosnę znowu rekrut nakazany 

i ogromny podatek, po 2 ruble as. z duszy, na zapła- 



— 230 - 

cenie fortyfikacyj, nad miastem wznoszących się. Oto 
mądrość polityki szatańskiej... 

...Szkoda zacnego Brodzińskiego. Widziałem ;o 
w Dreźnie idącego i już jemu zgon zapowiadano. Piękiif. 
czyste i prawdziwie jest jego czucie. Ach, tylko cierpi' 
i hartować, Bogu ufać i być gotowym na skiniti; 
Pańskie. Czyste dusze zrozumieją to skinienie, ten wz 
wający je głos Boski. Pójdą wtedy, ale pójdą z hlo; 
sławieństwem Boskiem. Rzeczy z natury niepodoi 
staną się podobnemi przez łaskę, aby jeden Noe zostai ; 
a nam wszystkim tylko świętością rozbroić godzi -ie 
nieprzyjaciela. Bądź zdrów, kochany, poczciwy Wu 
rjanie! Niech ciebie i was wszystkich Bóg łaską sw> 
zasila. 

Mnie nie o to idzie, abym co robił, działui 
i gdzie był, ale żebym bogaty — ze wszystkich sił zdał 
Panu rachunek ; a jeśli światła nie da czystego, niech 
i w tem będzie wola Jego święta. Raz jeszcze uściskam 
ciebie i was wszystkich zacnych. Mnie w kraju nietyle 
nędza materjalna, jak obficie zasiewane ziarno zgorszenia 
szatańskiego boli. Trzeba się było na czas usunąć, aby 
zdrowie i siły pokrzepić i nad sobą popracować. F. 

7. Drezno, 1 listopada 1836. 

... .Go mi piszesz o stanie ziomków u was, nie 
smuci mnie. Z natury człowieka wypada, że po prze- 
bieżeniu licznych zboczeń kolei, wchodzi na prostszą 
drogę. Ze dziś na zboczeniach w kierunku duchownym 
znajdują się, jest to prawda ; ale to dobrze, że siła życia 
skupiać się już wewnątrz zaczyna, że życie wewnętrzne 
wyrabia się. Bo tylko to życie wewnętrzne rodzi ducha, 
tę jedyną siłę działania w przeznaczeniu narodu naszego. 
A skoro ta siła dojrzeje, wyrobi się dostatecznie, mądra j 
Opatrzność pokaże drogi i sposoby jej zastosowania. ! 



- 231 - 

A dziś, jak każde jabłko niedojrzale lub nad- 
gnite jest kwaśnem i gorzkiem, a jednak zdrowe jego 
części noszą w sobie zaród całej doskonałości i do- 
broci owocu, w porze właściwej okazać mogących się. 
Wolę ich boczących (?) w klasztorze, jak wyznających 
bóstwo cielca, honoru, dumy narodowej i t. p. 

Nie wszystko dane jest pojąć słabemu człowie- 
kowi, nie wszystkie drogi Pańskie. Ale tylko patrzcie 
wszyscy, aby skinienie Pańskie znalazło was gotowych, 
z lampami pełnemi oleju miłości i ducha poświęcenia 
się. Ja, dzięki niebu, czuję i widzę te drogi wyrabia- 
nia się ducha, w nich czytam ukrytą myśl Boską. Jego 
mądrości kierunek zostawuję, a życzę każdemu, aby 
wedle sił i przekonania uzacniać się starał. Zgotuje 
Pan Mężów, których duchem Swoim oświecić i zasilić 
raczy, a błogosławieństwem nagrodzi... 

...Uściskam ciebie z całym wyrazem uczucia 
mego dla ciebie, dla was poczciwych, cierpiących. 
Obyście większymi byli w nieszczęściu, niż w porayśl- 
nościach. Z tego hartu wyjdziecie jak złoto z ognia. 
Bogu was i łasce Jego polecam. F. 



PRZYPIS KI. 

1. ł Św. Teresa jednakowoż opisała swój żywot dopiero 
na zadanie spowiednika. Zob. Żywot św. Teresy, Kraków 
1863, str. 28. 

^ T. Canonico: Andrzej Towiański, Turyn 1897, str. 5. 
' Ibd., str. 7. 

* Paryż, w druk L. Martinet, 1856, str. 30. 
' Z odpisu, dokonanego przez św. p. Józefa Komendę. 
•* A. Cieszkowski Prolegomena do historjozofji, Poznań 
1897, sir. I. 

' l'mna III, 307. 

2. ' Walory Pietkiewicz, zapewne brat Dominika, członka 
Związku Przyjaciół w Wilnie {Kor. fil. II, 193). Będąc 



232 



w stosunkach z domem Malewskich, po zesłaniu filomatów 
zajmował się w Wilnie sprawami wygnanych, np. rozsprz' - 
daźą poezyj Mickiewicza w wyd. petersburskiem. Wr. !&;;; 
brał udział w powstaniu, wyszedł na emigrację, w któn 
jako członek Komitetu lelewelowskiego, dużo znaczvl. 

On to pierwszy doniósł Mickiewiczowi o losach bratu 
jego Franciszka {Koresp., Paryż 18^0, I. 84), był potem w oto- 
czeniu poety czasu pisania Pana 'ladeusza. Z wiosną 1833 r. 
wydalony został współcześnie z Lelewelem przez rząd fran- 
cuski z Paryża (Wł. Mickiewicz: Żywot II, 245) i osia .i 
w Tours, dokąd są adresowane nasze listy. 

W okresie tej korespondencji bral Pietkiewicz czynu 
udział w konspiracyjnej pracy związku rewolucyjnego „Ml' 
da Polska", którego emisarjuszem na Litwę właśnie w ; 
1835 był Szymon Konarski. 

' Według świadectwa Odyńca Towiański bawił w Dreź- 
nie „przez dwie zimy, w latach 18:^5, 1836" ; wiosnę za> 
i lato spędził zapewne w kąpielach. — Ob. L. Siemieński 
Religijność i mistyka iv życiu i poezjach A. Mickieirie:". 
Kraków 1871, str. 150. 

* Oryginały listów znajdują się w archiwum Muzeuiu 
w Rapperswylu. Z odpisu św. p. Józefa Komendy ogla>z:i 
się je tutaj w dodatku do rozprawy z drobnemi i nielicz 
nemi opuszczeniami. 

Wspomniany tutaj dwukrotnie Szymański — to 
emisarjusz z r. 1833. Wtedy to, współcześnie z wyprawą 
J. Zaliwskiego i Artura Zawiszy, poszła z Francji także i na 
Litwę partja emisarjuszy z zamiarem wywołania rucliu 
powstańczego. W okolice Białegostoku i Grodna przybyli 
między innymi: major J. Hordyriski, M. Wołlowicz. Piszcza- 
towski i Szymański. Połapano ich jednak i dla osądzenia 
ich sprawy ustanowiono w Grodnie specjalną komisję śled- 
czą pod przewodnictwem ówczesnego gubernatora grodzień- 
skiego, Murawiewa (Wieszatiela), który już jako prezes ko- 
misji śledczej w Glębokiem (1831 r.) osławił się okrucień- 
stwem w prześladowaniu powstańców. Również i śledztwo 
w Grodnie prowadził przy pomocy potwornego znęcania się 
i katuszy ; bił, lżył, głodził, poddawał aresztowanych coraz 
wymyślniejszym torturom. 

W tak prowadzonem śledztwie jeden z emisarjuszy. 
właśnie Szymański, ugiął się i wydał cały spisek, wplątał 
weń wielkie mnóstwo obywateli, pań, księży i chłopów. 
Ogromna fala aresztowań zalała znowu Litwę i rzuciła nowy 



- 233 - 



popłoch na tamtejszych Polaków. Proces skończył się sze- 
regiem wyroków śmierci, chłost i zesłań. — Ob. Agaton 
GiUer Z zesłania, Lwów 1870; II, 53; tamże wiele szcze- 
biotów o potwornem okrucieństwie śledztwa z 1833 r. : I, 
27, 108—110. 

Przygodnie warto przytoczyć z tegoż dzieła (I, 83) 
sąd autora o rodowodzie towianizmu z gleby stosunków 
politycznych, analogiczny do tego, jaki się tu podało w 2 
rozdziale rozprawy. Twierdzi on mianowicie, że z tak po- 
tworną zaciętością prowadzone na Litwie po r. 1831 wy- 
iiarodowianie „życiu dozwala rozwijać się tylko w pod- 
ziemiach tajemnicy, srogą zaś niewolą cisnąc wszelkie jego 
zewnętrzne objawy, a nawet myśl samą, sprawia, że ludzie 
na tych kresach polskich, wśród ponurej natury i krwa- 
wych wspomnień wyrośh, skupiać sie muszą w duszy, 
zwracając umysł w mistyczne sfery przyszłości i dopante- 
istycznych przeczuć. To nam tłumaczy zjawisko A. Towiań- 
skiego na Litwie... i pochopność szczególną tak Litwinów, 
jak i Białorusinów do przyjmowania jego iiauki". 

* Por. Pisma I. 656 n. 

18. ' J. Kallenbach: Z. Krasiński 1, 44. 

'^ Posłanie do braci icygnańcón\ Paryż 1850, str. 29. 
Umarł Brodziński w Dreźnie 1836, kiedy tam był i Towiań- 
ski, a Gutt z wielkiem rozrzewnieniem donosi o jego śmierci 
(ob. wyżej, str. 230, list z 23 marca 1836). 

4. 1 Por. obj. do w. 210 Biesiady w Wyborze pism i nauk 
Skrzyneckiemu tłumaczył Towiański, „że jak Chrystus przy- 
szedł po Mojżeszu w 2000 lat, tak — według jego rachunku — 
on w 2000 lat po Chrystusie przyszedł, aby odżywić świat 
i że jeszcze takich Chrystusów pięciu będzie" [J. Komierow- 
ski]: 1. c. str. 43. 

a Przegląd Polski, t. 183 (luty 1912) str. 157. Uderza, 
"że Krasiński ten przewrót pojmuje w sensie starożytnym, 
t. zn. nie jako zatracenie, alo jako przejście między dwoma 
cyklami czasów (o czem niżej w tekście), jako etap w wie- 
czystym powrocie wszechrzeczy. Katakhzm przyniesie więc 
zarazem „śmierć naszą i zmartwychwstanie, przemianę 
i odrodzenie". 

' Jest to mianowicie Hczba dni, podana w Apokalipsie 
(12, 6) jako czas zamieszkania na pustyni niewiasty odzianej 
w słońce, chroniącej się [)rzcd smokiem. „A niewiasta ucie- 



— 234 - 

kła na pustynię, gdzie miała miejsce przygotowane od ho^-d, 
aby ją tam żywiono tysiąc dwieście sześćdziesiąt dni". 

♦ H. Denifle, O. P. : Das Ktangelium aeternum und die 
Commision zu Anayni. Arch. f. Litt. u Kirchengeschichte 
des Mittelalters. Bd. I. Herlin 1B85, str. 49-99. 

* Erklarie Offenbarung Johannis, vielmehr Jesu Chri 
sti, aus dem Grundtcxt ubersetzt, durch die prophetischf^n 
Zahlen aufgeschlossen... etc 

6 Ob. J. A. Bengel: Gnomon in deutscher Bearbeilung 
von eyangelischen Geistlichen. Bibliothek theologiscber Klas- 
siker, Gotha 1890—94, I Teil, str. 13 i 14 (R. Kiibel w piz. <]- 
mowio, będącej krótka monografja Bengeia), VII Teil wvk!;iiJ 
Apokalipsy)" str. 224—264. — Por. też Dr. Oscar Wacbtr: 
J. A. Bengel, Lebensabriss, Charakter, Briefe und Aus^i r ;- 
che. Stuttgart 1865, str. 59—80. 

' Wachter. 1. c. 

8 Ibd. str. 62. 

^ W tej właśnie formie motyw powrotu wszechrzoc/.y 
zastosował Słowacki w Samuelu Zborowskim i opowii'-:ci 
o dziejach Atessy i Eoljona. 

^° Zaznaczyć wszelako trzeba, że terminy Towiański' -'O 
wielki perjod, jubileusz zachodzą również w spekulacji 
chronologicznej sekt adwentystycznych, opierających .swe 
kombinacje na Biblji. Kapitalny przykład takich proroctw 
i dociekań chronologicznych czytać można w rozpowszech- 
nianych także po Polsce amerykańskich wydawnictwach 
„Międzynarodowego Towarzystwa Badaczy Pisma Sw.~ p. 1. 
Wykłady pisma .śir. w sześciu tomach : por. ser II, Nad- 
szedł czas, Box 582, Detroit, Mich. 1919, rozdz. VI : Wielki 
jubileusz świata. Według tych proroctw Ćhr^-stus przyszedł 
powtórnie na ziemię w październiku 1874 r.. żyje wśród 
nas, a po wielkim dniu Jehowy, t. j. po 40 latach, 
więc w r. 1914, obali świecką władzę szatana na ziemi, 
skończą się czasy pogan, a zacznie się tysiąclecie króle- 
stwa Chrystusowego. Wszystko to od r. 1915. A wszystko 
poparte rachunkiem, liczbami, tabhcami!... Ob. też t6e?. ser. 
III. Przyjdź królestwo Twoje, str. 135. i passim. 

11 Nasunąć się tutaj musi pytanie, dlaczego Towiański 
ostatecznie nie wystąpi! jako Chrystus polityczny ani w r. 
1837, ani w następnym, lecz dopiero później. Odpowiedzieć 
możemy tylko przypuszczeniem. Towiańskiemu, człowiekowi 
o intensywnem życiu wewnętrznem, nie wystarczała teorja 
zewnętrzna, zapowiedź z kombinacji cyfr proroczych etc; 



235 - 



musiał mieć znak wewnętrzny, uzyskany na drodze, prakty- 
kowanej od wczesnej młodości: przez „spółkę ze światem v 
w vższym". Poprostu czekał na objawienie. Kombinacje póź- 
iii."isze z tysiącoleciami będą już tylko zjawiskiem wtórnem. 
Że znaku tego. objawienia jednostkowego, pożądał, 
że się nie zadowolił nawet wizją 11. V. 1839 r., mamy 
.świadectwo w dalszym ciągu notatek D. Iwanowskiego. 
I Widzimy z nich najpierw, że za znaki takie Towiański uwa- 
' żal później także wypadki zewnętrzne, daty ich zacho- 
wał szczegółowo w pamięci „Dnia 21 lipca 1840 w Anto- 
sz, wińciu pobłogosławiony przez proboszcza" (ob. mój Wijbór,. 
sil. 40, w. 55). „Dnia 2'A lipca 1840 pobłogosławiony przez 
lu I polski w osobie chłopa polskiego, mówiącego doń z wyż- 
To natchnienia" (por ibd. str. 39, w. 15; tudzież Cano- 
> 1. c, str. 7i. 

Zdecydował jednak znak nadprzyrodzony, wizja. „Te- 
goż dnia [2B lipca 1840] ukazał się w Antoszwińciu na nie- 
bie krzyż biały w mocnem świetle i trwał od godziny 
5. . aź do chwili, nim znak był położony" (? Iwanowski 
dodaje w nawiasie: r,2<iaje się, nim był postawiony krzyż 
biały, który jest w ogrodzie tej wsi", co jednak nie zgadza 
się z chronologją). „Tegoż dnia Matka Najświętsza 
ukazała się z r ęką, wy ciągnie tą ku Francji''. 
Oto co rozstrzygnęło o podróży apostolskiej, co zde- 
cydowało czas wystąpienia i rozpoczęcia nowej epoki; jak 
sprawę poczuł „zmysłowie"* w naglem objawieniu, tak też 
znakiem „wypełnienia czasów" stała się dopiero wizja. 
Liczby prorocze przygotowały do tego co najwyżej grunt. 
Sam fakt wizji Krzyża u Towiańskiego nie jest bez- 
względnie odosobniony. Świadczy Ign. Chodźko, że rów- 
nież w r. 1825 w czasie jubileuszu ukazał się na niebie 
cudownie krzyż w czasie nabożeństwa (Obrazy litewskiey 
ser. IV, t. I, Wilno 1847, str. 18). Wiara taka utrzymywała 
się widać wśród ludu na Litwie. 

Później, kiedy zawiodły nadzieje pokładane w r. 1844, 
Towiański przesuwał — zdaje się — termin „wielkiego ro- 
ku" na czas późniejszy, wszelako unikając już bodajże prób 
uzasadnienia go kombinacjami arytmetycznemi, czy kalen- 
darzowemi. Tak np. zapowiadał m. i. r. 1850 jako epokowy 
w Sprawie. Świadczy o tern zapiska noworoczna w dzien- 
niku Goszczyńskiego : „Otóźem i w r. 1850, w roku zapo- 
wiedzianym przez Męża Bożego jako stanowczy w objawieniu 
się Sprawy Bożej na ziemi" (rkps. w Archiwum rappers- 
wylskiem). 



1 



- 236 - 



5 • Kilka aktóic i dokumentów, odiioszącycli się doi 
działalności A. Towiańskiego, cz. II, Rzym 1899. str. 62. — J 
Jednakże w jednym z cytowanych powyżej listów piszej 
Gutt, że „światło" o r. 1837 otrzymał dopiero „podczaAl 
bytności na cholerze", t. j. chyba w r. 1831, kiedy to przyr 
wleczona przez wojska rosyjskie zaraza grasowała po Pol- 
sce i Litwie. 

* Pomysł przyszłej katastrofy kosmicznej, spalenU 
świata, ludzi i bogów, by na pogorzelisku wzróść mć 
-świat nowy, lepszy, — zachodzi również w skandynawski! 
Eddzie. I stamtąd mógł on dotrzeć na Litwę, choćby prze 
Lelewela, który w r. 1807 wydał w Wilnie opracowanie Eddy^ 

^ Dzieła uszystkie, wvd. Pini, IV. 157. 
^ Pam. Liter., 1908, str. 89. 

* Ob. wyżej: ..Historjozofjamłodego Mickiewicza" str. 

* Wł Smoleński: Pisma historyczne, Kraków 1- 
t. 11, str. 91 

^ Szczegóły te na podstawie książki Dr. Anton! 
J. fRoUcgo): Tadeusz Leszczyc Grabianka .starosta li\ 
i Teresa z Stadnickich, jego małżonka. Lwów 1875, str. 1 :^ 
Toż przedruk, w Opowiadaniach historycznych, Lwów. 
brynowicź, 1886. — Na podstawie tej to książki żarz 
E. Helenjusz (Iwanowski) w liście do Fałkowskiego, s' 
tarza Towiańskiego. że ich teorje są powtórzeniem t' ■ 
Grabianki; ob. Wspomnienia lat minionych, Kraków 1- 
II, 181. 

8 Dr. Antoni J. 1. c. str. 113. 

8 Ibd. str. 110. — Zaznaczyć warto, że zapowiad 
przewrotu na jakiś konkretnie wyznaczony rok należał 
stałego repertuaru występujących z działalnością publiczną 
proroków-reformatorów. Zwolennicy Naundorfa, rzekomego 
.Ludwika XVII, z których liczby był znany z stosunków 
z towianizmem Vintras, przepowiadali taki przełom n:i r. 
1840. Zob. Eliphas Levi: Histoire de la magie, Paris l','<Jł, 
str. 481 n. — Również na r. 1844; istniały przepowiednie 
wtórego przyjścia Chrystusa; wyczekiwali go na ten czas 
adwentyści amerykańscy, t. zw. „millerzyści" od założyciela 
sekty, Wilhelma Millera. Ob. Wykłady pisma św. ser. III, 
Box 582, Detroit, Mich. 1919, str. 84 (wydawnictwo „Intern. 
Bibie Students Association"). 

•o Dr. Antoni J. 1. c. str. 35. 

*' Ihd. str. 115—117. Znany z tytułu, napisany w Awi- 
iijonie, traktat Grabianki O aniołach (stojący zapewne pod 



237 - 



Iwpływem Swedenborga), ulegZ prawdopodobnie zniszczeniu;: 
por. ibd. sir. 32. 

u W wydanej w r. 1771: Vera Christiana Religio 
wyjawiał Swedenborg zaraz na początku (str. 4), że przed 
ikilku właśnie miesiącami zwołał Pan dwunastu apostołów, 
co są teraz aniołami i rozesłał ich na świat duchowy, 
laby głosili na nowo ewangelję bo założony przez Pana 
jkościół tak upadł, źe tylko resztki z niej zachował. — Ta- 
kie, z wizji zaczerpnięte, oznajmienie oczywiście mogło mieć' 
pewien wpływ na samowiedzę misji u takich jak Grabianka 
propagatorów. 

" Biesiada, w. 206, 241. {Wyhór pism i nauk, „Bibl. 
Narodowa" nr. 8). 

'* Pisana, 1, 59. 

'* Współudział 1,218; przemówienie z dnia 19 marca 
1845 r. 

" Biesiada, w. 182, 266. — Naukę o duszach planet 
i metempsychozie międzyplanetarnej spotykamy później 
u Fouriera. Według niego „les astres sont aussi des etres 
animes. Lorsqu' une ame planśtaire se separe de son globe, 
elle passe dans une jeune comete, et de la, par des migra- 
tions successives, elle parcourra Ips divers degres de la hie- 
rarchie des mondes". G. van Heeswyck : De la metem- 
psycose au XIX siecle et de son histoire dans le passe. 
„Choix des memoires soc. lit. de 1' univ. cath de Louvain",, 
t. Vl[, Bruxelles 1857, p. 217. 

" Biesiada, w. 24 n. 

'^ Tajemniczy ten pobyt Towiańskiego w Petersburgu 
nasuwa jeszcze jedno przypuszczenie: jakiegoś związku na- 
uki jego z wierzeniami chłystów, starej i szeroko rozpo- 
wszechnionej sekty rosyjskiej. — Sekta ta przyjmuje węd- 
rówkę dusz, jako formę powszechnego doskonalenia się, 
mianowicie zarówno* postępową, jak i wsteczną, w ciała 
zwierząt. Chłyści wierzą także w metempsychozę Chrystusa 
i uczą, że przyjdzie On na ziemię jeszcze 6 razy; ogólna 
więc liczba jego wcieleń będzie 7. — Przypomnieć się musi 
nauka Towiańskiego o 7 epokach i o ich inicjatorach r 
zwłaszcza po tem, co się wyżej mówiło o „Chrystusie po- 
litycznym" w tekście, i o przyszłych Chrystusach w przy- 
pisku IV, 1. 

Istniał ponadto wśród chłystów odłam, zwany „napo- 
leonowszczyzna" ; sekta ta zjawiła się około r. 1820 w Bia- 
łymstoku i Pskowie, silna była w Moskwie wśród chłystów 



— 238 — 



i w „bczpopowszczyźnie" w r. 1844. Członkowie jej czcili 
Napoleona jak boga, i to — rzecz szczególna — Napoliona 
upadłego, jego ducha. Zapewniali, że w czasie upadku X. 
w Rosji ukazała się na niebie gwiazda, która świeciła IjyJa 
poprzednio tylko przy narodzeniu Chrystusa. Rozpowszech- 
niali ponadto wizerunki Napoleona wstępującego do 
nieba (czy nie podobne do obrazu pędzla Wańkowicza, 
rozdawanego słuchaczom Coli. de France na lekcji Mickie- 
wicza 1844 r. ?j ; wizerunki te robiono na ich zamówienie 
za granicą i przemycano do Rosji. 

I jeszcze jedno trzeba tutaj zanotować. Rosyjski hi- 
storyk sekty chlystów, J. Dobrotworski, wykazując ich 
łączność z mistykami zachodu, wspomina teź o nauce „No- 
wego Izraela" Grabianki i konkluduje: Sie ist der Sektę 
der Gottesleute (t. j. chłystów) so ahnlich, dass rcan sie 
ohne jedes Schwanken mit ihr identifizieren muss, nur 
ist sie hier in die Sphare hoherer Gesellschaft iibertragen. 
Po tem, cośmy powiedzieli o łączności Towiańskiego z Gra- 
bianką, sąd ten nie jest i dla nas bez znaczenia. — Cytat 
i wszystkie szczegóły o chłystach czerpię z dzieła : Karl 
Konrad Grass: Die russischen Sekten, B. I. „Die Gottesleute 
oder Chlusten", Leipzig 1908, str. 253 n., 357 n., 562 n., 
591. 



6. * Dr. Antoni J. 1. c. str. 23. 

* Homo nescit prorsus, quod regatur a Domino p 
Angelos et Spiritus, et quod apud unumquemvis hominem 
sint ad minimum bini Spiritus et bini Angeli. Arcana Coe- 
lestia, Tubingae 1833, t. I, str. 25, 264. 

' De Coelo et eius Mirabilibus et de Inferno... (1757), 
zob. w chrestomatji Mittnachta 1. e. II, 574. 

* Cytat za J G Pawlikowskiego : Mistyka Słowackiego, 
Lwów 1909, str. 283. 

* Poglądy Swedenborga na świat duchów i jego sto- 
sunek do człowieka nie są jedynym przejawem pojęć ana- 
logicznych w przeszłości. Dość zbliżone wyobrażenia spoty- 
kamy u Filona. W piśmie De somniis mówi on (cytuję za 
Gregoire van lleeswyck: 1. c. p. 200): La region etheree 
n'est pas seule dans 1' univers, un desert immense, elle est 
plutot une ville popuJeuse remplie des citoyens d' une ame 
immortelle, incorruptible, et aussi nombreux que les astres 
du siei. Quelques-unes de ces Smes plus voisines de la 
terre, et plus attachśes k ses plaisirs, y descendent pour 

-s'unir aux corps mortels qu'elles cherissent. — Chodzi tu raczej 



J 



239 



u ywód metempsychozy, ale wyobrażenie świata ducKów, 
aczających ziemię uwarstwowieniem hierarchicznem, przy- 
iniiiia pomysły Towiańskiego. 
« Współudział II. 211. 

' Ob. St. Witwicki: Toiciańszczyzna wystaiciona i ane- 
iami objaśniona. Paryż 1844. str. 29; oraz Wl. GoJembiow- 
a: Mickiewicz odsłonionij i toiriahszczyzna. Paryż 1844, 
r. (iO i 67. Tam także czytamy, że Towiański w Paryżu 
•owadzil uczniów do Malmaison, gdzie sobie upodobał 
lieszkanie duch Napoleona, — zaręczając, że go zobaczą. 
akich peregrynacyj miało być cztery czy pięć. 
** Biesiada, w. 171 n. 
^ Biesiada, w. 185. 

*" Cytuję według wypisów, wydanych u Mittnachta 
Frankfurcie n. M. 1880 r.: Emanuel Swedenhorgs Lebcn 
nd Lehre, 2 części. 

1 • F. Laudowicz : De doctrinis ad animarum praeexi- 
entiam atąue metempsychosin spectantibus... ęuaesłiones. 
ipsk 1898, str. 47 n. 

^^ G. van Heeswyck, 1. c. str. 214 n. 
" Ob. W. C: Autograf Towiańskiego, „Kwartalnik 
, ski" 1910. III, 126 - 8. 

'^ Na wzmiance niechętnego Golembiowskiego (1. c. 
|tr. 60) nie można w sprawie tej, zbyt ważnej, polegać. 

•^ Termin przejęty od Martineza Pasqualisa, nauczy- 
iela St. Martina. Jedyne jego pismo nosi tytuł: Traite de 
% Reintegration des Etres. Dziś wydane w „Bibliotheąue 
lOsicrucienne" prem. serie, Nr, 5, Paris. Bibl. Chacornac. 
W poglądach tych nie był Towiański także i w Polsce 
dosobniony, nie był ich prekursorem, ale tylko przejawem, 
'odobnież i Krasińskiego wspomniana wyżej przepowiednia 
ońca świata na r. 1837 spowodowała do rozwinięcia ta- 
ichźe poglądów reintegracyjnych w liście do R. Załuskiego 
! w osobnym, pięknym wierszu Do zebranijch przyjaciół. 
I on tam mówi o konieczności wznoszenia się ducha przez 
ocielenia, „przez ciąg przemian coraz doskonalszych", póki 
lie przeistoczy materji, nie wyhoduje jej aż do równości 
; sobą. Wtedy „stanie się drugi raz Słowo, to jest, jako 
liegdyś Syn Boski wstąpił' w ciało, tak wtedy ciało przej- 
Izie w Boga, i my wszyscy razem w Bogu będziemy... Ina- 
;zejby celu nie było, inaczej słowo Zbawienie nie mia- 
bby znaczenia". Przegl. Pol. j. w., str. 157 n. 



240 - 



'" Między Słowackim a St. Martinem zachodzi n 
rzadko ścisła analogja szczejcółów. Tak np. stan człowif-. 
rajskiego przed upadkiem odmalowany jest u obu auloróa 
podobnemi rysami. Byl człowiek rajski najdoskonalszem 
odbiciem Boskiej piękności i miał moc twórczości sam 
z siebie, bez współudziału płci, a tylko przez wewnętrzo* 
zjednanie się z Stwórcą, był „tiermafrodytą spirytualnym* 
IJwupłciowość i zmysłowość są dopiero owocem upadki 
rajskiego. Vom Geist und Wesen der Dinge... Aus denr 
Franzósischen des H. von St. Martin iibersetzt von Dr. G. G 
Schubert. Leipzig 1811. B. I, 57 n.; por. też ibd. I, 132 n 

«* Por. St. Martin ibd. I, 82 n. Także Ad Franek: Li 
philosophie mystiąuc en France a la Jin du X VJII su-ck 
Paris 1866, p. 145. 

15 Ad Franek, 1. c. str 195. 

1* Fismal, 119. — Odrzucenie wieczystości potępienia 
doczesność piekła, jest stałym motywem w konsekwentnycl 
systematach metempsychozy ; ob. G. van Heeswyck 1. 
str. 237. U nas ob. choćby Krasińskiego Pisma, VII G8. on: 
Przedświt, ibd IV B62— 363. Także troska o zbawienie Ju 
dasza przejawiała się w dziejach spekulacyj mistycznych 
Nazywano go „Atlasem piekła", „Prometeuszem skazania" 
uważano, że stanie się wybawcą wszystkich parjasów poza 
grobowych, a to przez ogrom złorzeczeń przygniatającyd 
jego pamięć. Ob. Eliphas Levi 1. c. str. 473—6. 



VIII. 

„BIESIADA" A. T0WIAŃ8KIEG0 

I JEJ KOMENTARZ W IV KURSIE „PRELEKCYJ 
PARYSKICH" ADAMA MICKIEWICZA. 



; 1. 

t Osobliwy jest stosunek polskiej myśli kry- 

i tycznej do osoby i dzieła A. Towiańskiego. 
[Przyszły badacz tych spraw stanie tu przed 
f zjawiskiem i trudnościami, z jakiemi parali się 
I przed laty dwudziestu odkrywcy kulturalnych 
walorów reformacji w Polsce. I tam zjawisko 
miało swoich badaczów, sowitą literaturę, mo- 
nografje i opracowania całokształtu ruchu. 
A przecież musiano przystępować do pracy 
zupełnie na nowo i uzyskano też wyniki nowe, 
niespodziane. Fałszywy był bowiem aż po owe 
ozasy stosunek świadomości krytycznej do zja- 
wiska reformacji. Oceniano je nie z bezstron- 
nego, wolnego od osobistych przychylności, 

Pigoń. Studja. 16 



I 



I 



- 242 - 

badania, ale z przesłanek wyznaniowych. Trzi 
ba si^ było dopiero wyzbyć sympatyj i anty-^ 
patyj, zwrócić uwagę na wartości kulturalne 
obyczajowe, na dorobek umysłowy, żeby u^- . 
nowić przewrót, epokę w dziejach krytyki owyci 
czasów. 

Toż samo jest i w wypadku Towiańsk 
I tu przyrasta wiele materjałów i opracowa^ 
niezaprzeczenie wyniosła postać „mistrza" ści 
ga na siebie oczy historyków, psychologów i 
lekarzy. Miłość garstki źarliwj^ch po dziś dzier 
wyznawców zbiera kamienie świadectw poa 
przyszły gmach czcigodności. A przy tem 
wsz3'stkiem — jakże daleko jesteśmy od osta 
tecznego oszacowania człowieka i jego dorob- 
ków ! Przyczyna jest identyczna. Dotychcza- 
sowa literatura o Towiańskim stoi w znaku 
wyznaniowości. 

Od pierwszych artykułów po czasopismach 
emigracyjnych aż po czasy dzisiejsze, aż po 
rozprawy ks. Gabryla, ks. Smolikowskiego * 
atakuje się mniej lub więcej sprawnie dogma- 
tyczne stanowisko Towiańskiego, jego niepra- 
wowierność wobec kościoła. Zwolennicy nato- 
miast szeregiem „aktów i dokumentów", szere- 
giem świadectw postronnych bronią szańców — 
od strony ataku właśnie. A nie brakło też usi- 
łowań stanięcia przy pomocy myśli Towiań- 
skiego na bojowem stanowisku wobec „ko-. 



I _ 243 - . 

'ścioła urzędowego". Nawet ostatnia, z dotych- 
czasowych najlepsza, rzecz A. Baumfelda o To- 

iwiańskim*, nie jest wolna od tych elementów 
postronnych. 

Do skrzywienia wizerunku roli Towiań- 
skiego przyczynia się jeszcze fakt osobliwy, 

I mianowicie źal o Mickiewicza. Towianizm Mic- 
kiewicza i jego zamilknięcie w poezji polskiej 
po r. 1840 tak się z sobą przyczynowo powią- 
zały w świadomości powszechnej, że stopień 
niechęci do rzekomego sprawcy tej straty usta- 
nawiał się według stopnia straconych wartości. 
Przesłanka ta ukazuje się bardzo wcześnie. 
Już St. Witwicki pisał: „Grdyby pojawienie 
się Towiańskiego żadnego gorszego skutku nie 
miało, tylko że nam olśniło i w oczach naszych 
niweczy Mickiewicza, już by powinno być od 
całej Polski przeklęte. Strata takiego męża, 
jak Mickiewicz, byłaby w każdym czasie jego 
życia i w każdem położeniu stratą publiczną, 
staje się zaś stokroć większą, gdy przypadła 
właśnie w punkcie samej władz jego dojrza- 
łości i w położeniu, w jakiem mógł znacznie 
sprawie ojczystej służyć" *. 

Dopiero czasy dzisiejsze zdołały w części 
rozwiać przesąd o zmarnowanym przez „obłęd" 
genjuszu Mickiewicza i o rzekomem narzuca- 
niu mu obcych, zniekształcających jego duszę 
pojęć i wartości. 

16* 



- 244 — 

Bardzo jeszcze nieliczne i odosobnioni 
fakty świadczą jednak, że wchodzimy w now( 
stadjum badań nad towianizmem, jego źró-| 
dłami, istotą i rozgałęzieniami. Dążnością no-j 
wego stanowiska będzie sumienne zbadanii 
i przyswojenie kulturze polskiej dorobków prą- 
du, który tak głęboko poruszył dusze nawet 
najwznioślejszych indywidualności, w owocach 
uzyskał niezaprzeczalnie wysoki stopień spraw- 
ności moralnej w wielu jednostkach, był jedną 
ze znamienniej szych prób zorganizowania naj- 
wyższych duchowych dążeń w Polsce w. XIX, 
dążeń do zbiorowej świętości. 

Zaprzeczyć się jednak nie da, że naukowe 
zbadanie towianizmu przedstawia ogromne trud- 
ności. Jako odrośl ogólno-ludzkiej i wiekowej 
dążności duszy ludzkiej do bezpośredniego 
oglądania prawdy, jako polski objaw prądu 
mistycznego, wymaga on od badacza ogromnej 
erudycji, jakiej próbę dał np. niedawno J. 
G. Pawlikowski. Jako ruch, wyrosły z tęsknoty 
za świętością, otwiera swe bolesne zagadnienia, 
swe fundamenty i zarysy kresów, człowiekowi 
przygotowanemu do ich pojęcia i ocenienia 
trudną i rzetelną uprawą moralną. 

A wreszcie szkopuł bardzo już pospolity. 
"Wydanie Pism Towiańskiego * pozostawia co 
do kompletności i metody bardzo wiele do ży-, 
czenia. Wydane trzy tomy zawierają szereg 



246 



sprawozdań 25 rozmów różnych osobistości z To- 
wiańskim. „Noty" te, nieokreślone chronolo- 
gicznie, pochodzą, jak się zdaje, przeważnie 
I z ostatniego okresu życia ^mistrza", kiedy 
po uciążliwych przejściach na emigracji — 
w Szwaj carji ostatecznie skrystalizował i... zre- 
dukował swoją naukę ^ Na podstawie Pism 
nie można więc odrysowaó tej drogi rozwojo- 
wej, jaką Towiański stanowczo i oczywiście 
odbył w ciągu swojej działalności apostolskiej. 

Tern dotkliwiej daje się odczuć w wydaniu 
brak pism jego z lat 1841 — 44, pism, o któ- 
rych mamy skądinąd niedwuznaczne wska- 
zówki. I tak np. wiemy, że w pierwszem swem 
przemówieniu 27 września 1841 r. w Notre 
Damę de Paris zapowiedział był „pismo" ® i że 
było ono rzeczywiście wykończone. Ogłoszeniu 
stanęły na przeszkodzie dość osobliwe okolicz- 
'ności ^ Wiemy następnie od Wł. Mickiewicza ^ 
że w marcu 1844 r. wykończył Towiański 
pismo Wielki Perjod, streszczające jego na- 
ukę. Z przytoczonych tam zdań wstępnych 
widać, że i ta rzecz za treść miała metafizykę 
i historjozofję, znaną nam częściowo z Biesiady 
z J. Skrzyneckim z r. 1841, a później konse- 
kwentnie przemilczaną przez Towiańskiego- 
etyka. 

Ponad te trudności i pokusy wyjść jed- 
nak musi krytyka naukowa, żeby zdać sobie 



I 



- 246 — 

sprawę z jednego z dziwniejszych fenomenów 
życia duchowego, jakim jest w dziejach kul- 
tury polskiej Towiański. Na tam zbadania j 
zyska także wyrazistość duchowego wizerunku 
„najwyższego kapłana, Piotra nowej epoki 
słowa", t.j. Mickiewicza. Wtenczas dopiero za- 
kreślić będzie można dowodnie i ostatecznie roz- 
miary współudziału jego w „Sprawie Boże,", 
wykazać, ile on własnej swojej treści wniij-i 
w towianizm. Dziś na ten gmach wiedzy zii 
sić można dopiero drobne cegiełki. 

2. 

Od pierwszych głosów, sprawozdań i ij - 
paści w dziennikach emigracyjnych, wiadoi 
w literaturze krytycznej, że Mickiewicz obr ; 
Biesiadę Towiańskiego za podstawę czwartego 
kursu Literatur słowiańskich. On sam to wy- 
raźnie zapowiedział w lekcji z dnia 26 grudnia 
1843 r.^ i raz po raz w ciągu kursu do te_ 
pisemka otwarcie nawiązywał. Ustalono tez, 
że ten właśnie fakt komentowania Biesiady 
był jednym z motywów zawieszenia wykła- 
dów'. 

Narzuca się tu nieobojętne zagadnienie, 
jak Mickiewicz pojął i wykonał rolę komenta- 
tora ; on, który z trudem przerąby wał pierwsze 
drogi do wiedzy o Słowiańszczyżnie, który — 
sobie samemu zostawiony — »jak śmiały że- 



glarz na wątłej łodzi, bez pomocy, bez żagli 
puścił się na bezmierny ocean... wskazał pierw- 
szy drogę po niezbadanych i niezmierzonych 
obszarach"^ — o ile teraz stał się echem cu- 
dzych poglądów? Jednem słowem, powstaje 
pytanie, ile jest w IV kursie Prelekcyj z Bie- 
siady^ a ile z Mickiewicza. 

Zagadnienie to zupełnie przeoczone, albo 
zaledwie dotknięte przez dotychczasową kry- 
tykę. Autor jedynej do dziś osobnej roz- 
prawy o Prelekcjach, prof. Nehring, podjął się 
zadania raczej filologicznego, zbadał historję 
powstania dzisiejszych tekstów Preie&c^/J i usta- 
lił ich wiarygodność. Z przygodnie rzuconej 
uwagi widać, że uważał on kurs IV za orygi- 
nalny, własny wstęp profesora do zapowiada- 
nego, ale nie przeprowadzonego rozbioru Bie- 
siady^. Tak samo konkluduje prof. Tarnowski, 
że w kursie IV jest rozdźwięk między zapo- 
wiedzią a wykonaniem. „Z Biesiadą nie po- 
znajemy się w kursach wcale i tylko dwa ostat- 
nie toasty są z niej wzięte" ^. Z dostrzeżonego 
tego rozdźwięku wyciąga on dalej zarzut nie- 
zupełności Kursów. Prof. Kallenbach, poświę- 
ciwszy wiele pracy i miejsca rozbiorowi Wy- 
kładów Mickiewicza, nauki Towiańskiego i omó- 
wieniu samej Biesiady, — nie dotknął w pierw- 
szem wydaniu swej monografji postawionej 
tu kwestji zupełnie®. Chmielowski napomknął 



— 248 — 

o niej, ale w sposób, otwierający pole do falszji 
wych wniosków. „Za literacki podkJad, pisze oi 
posłużyły do lekcyj jego: Przedświt, Legendc 
Sen Cezary Krasińskiego, oraz Biesiada Tc 
wiańskiego" ''. Wygląda to tak, jakby Micku 
wicz w trakcie budowania nauki mesjanicznej 
^Prelekcjach użył Biesiady jako ilustracji d< 
swoich wywodów, narówni z Przedświtem, Lei 
gendą, Snem Cezary Krasińskiego. Wniosei 
taki byłby oczywiście zgruntu mylny. Rów- 
nież i Tretiak sądzi, że zapowiedzi Mickiewicz 
nie wykonał, nie wziął Biesiady za osnowę 
kursu, a tylko „z ukrytych w niej idej wyb 
rał niektóre i rozwijał je we wspaniałych i: 
prowizacjach w sposób zupełnie oryginalny" 

Przystępując do rozwiązania tego zag; 
nienia, będącego cząstką szerszej sprawy o " 
wianizmie w Prelekcjach, odpowiedzieć musiin v 
najpierw na pytanie historyczne: kiedy Mic- 
kiewicz poznał Biesiadę, odkąd to mógł ją 
wciągnąć w treść swoich wykładów. Cofnąć ^ 
więc trzeba nieco wstecz. 

„Na kilka lat przedtem, nim A. Towiański 
służyć zaczął emigracji polskiej, słuźj-ł on 
z woli Bożej ziomkowi naszemu, generałowi 
Skrzyneckiemu. Celem usługi tej było okazać 
i W3'jawić mu spoczywającą na nim myśl Bożą, 
aby stał się dla Polski wodzem chrześcijańskim 
na drodze, którą Polska powołana jest przyjąć 



- 249 - 

w epoce tej. Po dokonaniu tej usługi w r. 1841 
[Sługa Boży zakończył ją ucztą, w spółce brat- 
iniej odbytą, chcąc tym aktem przedstawić 
iw ziemi, zewnętrznie, to, co w duchu przed 
Bogiem dopełnione zostało — i stąd to tytuł 
Biesiada. Na krótko przed ucztą Sługa Boży 
iskreślił pośpiesznie, ku pomocy dla siebie w akcie 
tym, notę zawierającą rys najogólniejszy tego, 
co przez lata wyjaśniał obszernie. Nie miał on 
zamiaru oddawać generałowi tej noty, której 
dla zbliżenia się godziny, naznaczonej na ucztę, 
nawet odczytać nie mógł; wszakże na usilne 
i żądanie jego powierzył mu ją na czas krótki, 
daleki będąc od pomyślenia nawet, aby ona 
komukolwiek komunikowana być miała" ^. 

Powstała więc Biesiada, pierwsze, jak się 
■zdaje, większe pismo Towiańskiego, w okolicz- 
nościach następujących: Pod koniec pobytu 
w Brukseli odbył Towiański ze Skrzyneckim 
na polach bliskiego Waterloo rodzaj rekolekcyj 
17-dniowych, od 24 grudnia 1840 r. do 10 stycz- 
nia 1841 ^°, poczem skreślił Biesiadę „pod na- 
tchnieniem, w folwarku Gros Cailloux, w tej 
ostatniej głównej kwaterze Napoleona, gdzie 
przepędził on noc ostatnią, która była też 
.ostatnią nocą szczęścia Polski" ". Wyjeżdża- 
jąc 7 marca 1841 r., pozostawił generałowi 
rękt)pis, a nadto pismo: Do hrała Jana, 
„jakby opisanie nadal stosunków, jakie po 



- 260 - 

tern zerwaniu zachodzić mają" '*, oraz parę 
modlitw. 

Od pierwszej chwili wystąpienia Towiuń- 
skiego w Paryżu, zajął się nim wcale bacziiin 
obóz prawowiernych; Jan Koźmian, C. Pla 
St. Witwicki, zwłaszcza zaś ks. Al. Jełow 
słali obszerne referaty do ks. Kajsiewi.za 
i Semenenki do Rzymu i zaczęli pierwsze kruki 
przeciwdziałania. Ks. Semenenko początkowo 
uspokajał ich listem z Rzymu jeszcze w paź- 
dzierniku 1841 '*. Rychło jednak stosunki się 
zaostrzyły. Koło zwolenników Towiańskiego 
powiększało się ciągle^*, moralny autorytet 
Mickiewicza robił swoje '^, wzmagać się też 
poczynała akcja XX. Zmartwychwstańców. 
W czerwcu r. 1842 przybył z Rzymu pierwszy 
ks. Duński, rychło po nim ks. H. Kajsiewicz, 
który miał już we wrześniu rozpocząć słynne 
swoje przeciw towianizmowi kazania u św. 
Rocha. 

Walka z towianizmem zaczęła się na 
dobre, prowadzona z ogromną gorliwością, cza- 
sami nawet z pewnem zajadłem, dziś bolesnem, 
okrucieństwem. Pisał np. W. Wielogłowski do 
XX. Zmartwychwstańców: ^Powiadam wam, 
najmilsi bracia, iż Towiańskiego posłannictwo 
jest szatańskie, ale wielkie — i ci, co zakreślają 
mu małą sferę działania, mylą się. Jest on 
jednym z najpotężniejszych wrogów kościoła. 



— 261 — 

3st najniebezpieczniejszy szermierz, jest wresz- 
ie powtórn}' i wcielony Judasz, który P. Je- 
usa dlatego pocałował, aby był później ukrzy- 
owany ; i Towiański dlatego czepił się katoli- 
yzmu, aby go wywrócił"'^. „Stefan zaś (Wit- 
iricki) uważa Towiańskiego w części za obłą- 
kanego, a może i ze złym w posłuchach sto- 
ącego. Był zdania, aby ostrzec władzę ko- 
cielną, aby nie łudzili katolików i maską się 
lie przykrywali" ". 

Prawie od samego początku walki wy- 
)ł3'nęła sprawa o Biesiadę. W zwalczaniu „pro- 
•octwa" trzeba się było oprzeć na jakichś ob- 
ektywnych danych, a tj-ch Towiański nie na- 
itręczał. Zapowiedzianego pisma, ani innych 
3ublikacyj, nie wydawał. „Ta niepewność, te 
jiągłe posłuchy o teorjach antychrześcijańskich, 
3zego sprawdzić niepodobna, wszystkim nam 
aa piersiach ciążą" ^^ 

Zawiedzeni w oczekiwaniach, zaczęli prze- 
ciwnicy szukać na własną rękę materjałów do 
uzbrojenia ataku. Zwłaszcza ks. A. Jełowicki, 
jtóry wniósł w tę walkę porywczy swój tem- 
perament i radykalizm, nabyty w wirze go- 
rączkowego życia politycznego w emigracji, 
rozwinął szeroką korespondencję z Towiańskim, 
Mickiewiczem, ks. arcb, Duninem, ks. bisk. 
Skórkowskim, zabiegając wszędzie o wiado- 
!iności co do iianki nowfj i nauczyciela. Że 



252 



-•energiczna i bezceremonjalna była ta akcja 
niezbyt dawnego wydawcy Pana Tadeusza, 
świadczy serdeczna niechęć, jaką mu odpJ; 
towiańczycy. Mickiewicz, „na ks. Jełowickieg'^ 
do najwyższego rozżalony stopnia, nazwał c:^ 
naczelnikiem faryzeuszów" '*. 

W poszukiwaniach swych natrafił on tei 
na Skrzyneckiego i na Biesiadę. Generał, chwiej- 
ny, jak zawsze, zwłaszcza gdy było silniej na 
niego natrzeć -", ustąpił. Podobnoś nawet, 
przynajmniej rozpowiadał X. Jełowicki, p^/^j-i 
zwalał później na rozpowszechnienie odbitki*'. 
W początkach czerwca 1842 r. było już pismo 
Towiańskiego w Paryżu, w rękach ks. Jeło- 
wickiego*^; dnia 18 czerwca streszcza je ks. 
Duński w liście do Kajsiewicza, dodając nadto, 
że Skrzynecki nadesłał był też i owe „inne 
pisma" *'. "W odpisach rozeszła się Biesiada 
rj-^chło między XX. Zmartwychwstańcami i ich 
najbliższymi przyjaciółmi, a ks. Semenenko 
zestawił zaraz „tablicę porównawczą doktryny 
katolickiej z fantazjami Towiańskiego" ". 

Przyznać trzeba, że słabość dogmatyczna 
Biesiady, a miejscami niepokojąca jej dwu- 
znaczność — dawały broń doskonałą do walki 
z ruchem. Posłużono się też nią sprawnie. 
Porywczy i skrupułom niedostępny ks, Jeło- 
wicki powziął mianowicie zamiar ogłoszenia . 
pisemka drukiem. Ks. Duński powstrzymywał 



— 263 - 

)OCzątkowo ze względów zasadniczych i tak- 
ycznych. Ale i on nie miał wyraźnego zdania.- 
,Nie mamy w tej rzeczy sumienia i pozwole- 
lia, ale nie powstrzymujemy. I wolelibyśmy 
niiknąó współki ; niechby ks. Aleksander sam 
',a pieczętował swoje stosunki z nimi. Nie mamy 
30 brać na siebie nienawiści, jaką mają wszyscy 
ai niemu. Z nami wielu z nich mówi jeszcze" *^. 
Obawiał się też wystąpienia Mickiewicza; „Z?ee- 
iiada napisana nędznie i śmiesznie, ale pod 
piórem Adama inną przybierze postać" ". Ks. 
Semenenko znowu studził zbyt gorące porywy. 
Ale i on nie opowiedział się kategorycznie 
przeciw temu krokowi ^''. 

Widać też, ze niezbyt silne w argumen- 
tacji i niezbyt konsekwentne były sprzeciwy ; 
już 25 sierpnia 1842 r. pisał ks. Duński : „Nie 
sprzeciwiamy się więcej, zwłaszcza, że ze wszyst- 
kich stron dopytują się o to pisemko" *^ Za- 
! miesiąc zaś niespełna znów do dawnego po- 
wracał w liście do Semenenki: „Zachwialiśmy 
go naszą opozycją przeciw głoszeniu drukiem,, 
bo mamy czucie, że czas jeszcze nie przyszedł" **: 
Wobec tak chwiejnego oporu ks. Jęło wieki 
już w sierpniu 1842 r. „kazał odbić facsi- 
m i 1 e Biesiady, ale posłuchał naszej rady i po- 
wstrzymał jej obieg" '". Stronę techniczną wy- 
dania wykonał Hipolit Klimaszewski w Wer- 
salu''. Żywiono jednak nawet wśród najgo- 



— 254 - 

rętszych pewne skrupuły co do poprawności 
tego postąpienia. „Nie było w tem wprawdzie 
woli ani autora, ani osoby, która miała ręko- 
pis (t. J.Skrzyneckiego); czyjejkolwiek to jednak 
przypisać gorliwości, przyczjmiło się to ogło- 
szenie najwięcej do wyjaśnienia człowieka i jego 
mniemanej nauki** ". 

Postanowiono też wyzyskać zdobycie liie' 
siady i w drugim kierunku, przy jej miano- 
wicie pomocy odwieść Mickiewicza od towia- 
nizmu. Liczono na to, źe gdy „czarno na bia- 
łem" wykażą mu herezję, nieprawomyślność 
pisma i „mistrza", wtedy może on, żarliwie 
religijny, przywiązany do kościoła katolik, jeden 
z niewielu, których nie zachwiał nawet list 
Grzegorza XVI do biskupów polskich z r. 1832, 
— może odstąpi od nowatora. 

To też rychło po otrzymaniu rękopisu 
Biesiady „pojechaliśmy z nią do Adama dni 
temu kilka, pisze ks. H. Kajsiewicz 28 YII 
1842 r., chcieliśmy tylko czarno na białem po 
kazać i żądać tłumaczenia" ^^. 

Krok był dobrze obmyślony i silny. Ogło 
szenie Biesiady było towiańczykom faktycznie 
„strasznie nie na rękę", możuaby więc uwie 
rzyć informacji ks. Kajsiewicza, że krok jego 
wprowadził w koło duże zamieszanie. F. Gutt, 
przysięgający zawsze in verha magistri, a jak 
wiemy z późniejszego wyznania Mickiewicza, 



i 



- 266 - 

siadający faktycznie, jako najbliższy „mi- 
za", wpływ na profesora, miał mu zabro- 
nić czytania. y^Biesiady Adam nie czytał. Dali- 
śmy mu ją, ale nie pozwolili, to jest Gutt nie 
pozwolił, a biedny Adam posłuszny jak dziecko 
— myśli, że [jest posłuszny] Bogu" ^*. 

Choć z drugiej strony list Mickiewicza 
z „decembra 1842" świadczy, że księża mu 
Biesiady nie zostawili '^ Spostrzegli, zdaje 
się, że gwałtowność ataku młodych ich łiar- 
cowników wywołała nieoczekiwany przez nich 
skutek, wzbudziła gwałtowność obrony. Krok 
z Biesiadą był już teraz spóźniony i Gutt oba- 
wiał się niepotrzebnie. Obustronnie zaciekano się 
coraz bardziej. Pisma Mickiewicz nie potępił, 
ale przyjął je, jak wszystko wówczas, co od 
mistrza pochodziło, — z czcią i przejęciem. Rych- 
ło oświadczy w wykładzie publicznym : „zdrada 
ta posługując za nar zbędzie Opatrzności, 
uczyniła Biesiadę nabytkiem publicznym" ^^ 
Taki stosunek do Biesiady zadecydował, 
i jak się zdaje, o niepuszczeniu w obieg pu- 
I bliczny autografowanego wydania ks. Jełowic- 
\ kiego. Tak to przynajmniej uzasadnia sam 
wydawca w odpowiedzi na prośbę towiańczyka 
E. Januszkiewicza 2 marca 1843 o wydanie im 
60 egzemplarzy pisma ^^ 

Kiedy więc zgasła nadzieja ugaszenia 
I całej sprawy i rozgorzała walka dwóch obozów, 



- 266 - 

których basztami widomemi stały się kazalnica 
u Św. Rocha i katedra w Kolegjum Franca^ 
skiem, zmienić się miaiy i losy Biesiady. Z niej 
wziął powód najumiarkowańszy dotąd '^ k». 
Semenenko do owej tak doniosłej rozmowy 
z Towiańskim w Brukseli, w grudniu 1842 r. 

Wtedy to Towiański po raz pierwszy 
zaprotestował przeciw ogłoszeniu pisma, ,nie 
przeznaczonego dla publiczności, tylko dla jed- 
nej osoby**. „Ten, który zdradził moje zaufa- 
nie, złoży surowy rachunek Panu Bogu. Cóż- 
kolwiek bądź, pismo to tylko dla jednej osoby 
było przeznaczone i ta osoba utrzymała po- 
trzebne objaśnienia" ". 

Echa tej rozmowy rychło dostałj' się przed 
forum publiczne emigracji. Kiedy na jednem 
z zebrań, wywołanych odstępstwem Mirskiego, 
Mickiewicz zabrał głos w sprawie wcześniej 
już ogłoszonej protestacji towiańczyków, sko- 
rzystał ze sposobności, żeby publicznie zapro- 
testować przeciw atakom na ich koło. „Z wielką 
goryczą i niespokojnością" mówił o kapłanach 
polskich, którzy „nie przeciw Rosji, ale prze 
ciw nim mieli podburzać umysły". Skończywszy 
przemówienie, wyszedł nagle i nie wysłuchał 
repliki obecnego na sali ks. Semenenki. Ten 
opowiedział szeroko swój pobyt u Towiańskiego, 
a następnie u Mickiewicza, żeby zbić zarzut, 
że „bez wysłuchania potępiają"*". 



I 



— 257 - 



Wspominamy tu o tem zajściu, ponieważ 
miało ono bezpośredni wpływ na ogłoszenie 
Biesiady drukiem. Wydawca Dziennika Naro- 
dowego^ Wł. hr. Plater, który przez czas dłuższy 
ciążył ku towianizmowi, ^'^ a w redakcji swego 
dziennika miał towiańczyków, Wrotnowskiego 
i Januszkiewicza, teraz pisał w sprawozdaniu 
z owego zebrania : „Czekaliśmy tak uroczystego 
objaśnienia, aby — nie narażając sumienia 
naszego — ogłosić błędność Towiańskiego nauki. 
Dziś... obowiązkiem naszym zrobić ofiarę z przy- 
jaźni i osobistych względów" *^ Rychło też gwał- 
townością ataków na Towiańskiego i Mickie- 
wicza wynagradzał swe początkowe ku nim 
sympatje. 

Otóż Plater to właśnie, wydostawszy od 
kogoś*' jeden z dość licznie już widocznie krą- 
żących egzemplarzy litografowanych Biesiady, 
ogłosił drukiem jej tekst w piśmie swem w dwóch 
zeszytach z d. 15 i 29 kwietnia 1843 r., poprze- 
dzając go następującą przedmową: 

„Czyniąc zadość ciekawości publicznej, 
a bardziej jeszcze naszemu obowiązkowi, ogła- 
szamy tekstualnie, z zachowaniem nawet pi- 
sowni, pismo A. Towiańskiego, w którem się 
znajdują wyłożone główne zasady jego religji. 
Czytelnicy sami łatwo postrzegą, iż mniemany 
„mistrz" jest mistrzem fałszu i błąka się w ciem- 
nościach poza chrześcijaństwem. Pismo 



— 258 — 

ułożone zostało dla jednego z bliższych zna- 
jomych Towiańskiego" **. 

Jak się zapatrywał Skrzynecki na ogło- 
szenie Biesiady przez ks. Jełowickiego, niewia- 
domo ; był wszelako o niem zaraz powiado- 
miony. Wiemy natomiast, że umieszczenie jej 
w Dzienniku poruszyło go bardzo. Zaraz ]-o 
ukazaniu się pierwszej części zareagował osob- 
nym listem do ks. Semenenki, którego uważał 
za sprawcę i domagał się wstrzymania druku 
drugiej części, a przynajmniej toastów. Swoją 
drogą, więcej niż o nielojalność wobec autora, 
chodziło mu o własną dobrą sławę, o to, że 
jego nazwisko zostanie wplecione w sprawę tak 
drażliwą. 

Ekskuza ks. Semenenki długa, dwukrotna. 
Zaznacza w niej, że ogłoszenie jest dziełem 
wyłącznie Wł. Platera („który może przez to 
chce naprawić przeszłe grzechy swego Dzien- 
nika"), że nawet egzemplarza na to XX. Zmar- 
twychwstańcy mu odmówili, a wydostał za- 
pewne któryś z wypuszczonych przez Klima- 
szewskiego. Sam ks. Semenenko winien jest 
tyle, że na owem zebraniu publicznem niebacz- 
nie wymienił tytuł pisemka, był on jednakże 
już dość powszechnie wiadomy. „Jakkolwiek, 
najdroższy bracie, — kończył ks. Semenenko 
— powinieneś się tem pocieszać przed Bogiem, 
żeś dopełnił obowiązku, wydając to pismo, że 



I 



259 



bez tego sprawa Towiańskiego byłaby ciemna, 
nie moźnaby było mieć żadnego zdania o niej, 
kiedy dziś wiadomo, czego się trzymać. I choćby 
za to spłynęła jaka nieprzyjemność na Ciebie, 
Bóg Ci to wynagrodzi" *^ 

Byli jednak na emigracji ludzie, co o po- 
stępku Platera mieli sąd inny, ostry: przykła- 
dem choćby Z. Krasiński*®. 

Z tego to tekstu Platera poznała Biesiadę 
emigracja; tą dopiero drogą doszła tez ona do 
Mickiewicza i towiańczyków. Stąd przedruko- 
wywano wydania następne*''. Wszystkie one 
powtarzają też same błędy (chwałę — zamiast: 
chwilę, czynniej sze — zamiast: czyściejsze; 
postu — zam. postępu i t. p.) i tę samą fatalną 
interpukcję. 

Pierwsza ta redakcja Biesiady robi rzeczy- 
wiście wrażenie doraźnego szkicu, notatki, robio- 
nej naprędce, mającej ulec ustnemu rozwi- 
nięciu. Niema w niem przedewszystkiem nie- 
przerwanego, organicznego ciągu wywodów, 
ustępy treści kosmogonicznej i historjozoficznej 
poprzerywane są apostrofami moralnemi i apo- 
logetycznemi, wiele myśli, skrótów zdań, po- 
wtrącanych nawiasowo, mimochodem. Stąd 
układ całości zagmatwany. 

Twierdzenia jednak T. Canonico, a nawet 
gamego Towiańskiego, jakoby to był bruljon, 
którego autor z braku czasu nawet nie przej- 

17* 



- 260 - 

rżał, nie są ścisłe. Zbadany rękopis okazał si 
niewątpliwie kopją, sporządzoną przez sameg 
autora, nawet przez niego przejrzaną. Rewizj 
tekstu w odpisie była jednakże dość pobieżna *^ 

To też kiedy Towiański po latach 20 opra- 
cowywał tę redakcję po raz wtóry, zmienił 
przedewszystkiem układ, starał się zrobić z trak- 
tatu jednolitą całość, rozwinął napomknienia 
wtrącone, nawiasowe. Uwagi godne jest przy- 
tem, że usunął także bardzo znamienną, swo- 
istą terminologję pierwszego opracowania, za- 
tarł indywidualne jego piętno — przeważnie 
ze szkodą dla jakości pisma. Usunął ryzykow- 
niejsze zwroty („Chrystus — pierwszy po 
Bogu"), interpretację „błogosławionej liczby 
44", rozwinął ustęp o Napoleonie, wreszcie wy- 
raźnie, po imieniu, wprowadził w swój me- 
sjanizm moment narodowy, przewijający się 
w pierwszej redakcji mimochodem i pod dość 
niewyraźną obsłoną. Natomiast ogólny zrąb 
treści pozostał całkowicie ten sam. 

Szczegółowe zestawienie obu redakcyj nie 
leży w zakresie niniejszej rozprawy; za dale- 
koby nas odwiodło od założeń wytycznych. 
Należy to do historji przetworzeń towianizmu. 



Ogłoszenie Biesiady wbrew woli autoraj 
jest dla historyka Sprawy faktem ogromniej 



— 261 - 

doniosłym. Nie dlatego, żeby wpłynęło na ocenę 
i na losy towianizmu na emigracji. Teorje, 
podawane w piśmie, były same w sobie trudnej 
za wysokie i nierealne dla wykładników życia 
emigracyjnego : dla prasy. Podane były nadto 
w formie dalekiej od artyzmu poetyckiego. 
Ogół, zatroskany o sprawę utrzymania się 
we Francji bez obawy zmarnienia, nie miał 
czasu, ni ochoty do dociekań metafizycznych. 
Zresztą czasy rychłe dostarczyły wyraźniej- 
szych powodów do pognębienia całego ruchu 
w myśl zamierzeń wydawców Biesiady. Adres 
Al. Chodźki do Mikołaja I z r. 1844, Powody, 
dla których amnestja przyjęta być nie może... 
z r. 1867^ wystarczyły, żeby umocnić rozsie- 
wane od początku wieści o Towiańskim,- „na- 
mówionym impostorze",^ wysłanniku, oczywi- 
ście wysłanniku Rosji, 

Więc nie wywarła Biesiada ani dodat- 
niego ani ujemnego wpływu na emigrację. 
Dogmatyczna jej strona obchodziła jedynie 
duchowieństwo, XX. Zmarttvychwstańców i za 
eh powodem została tez potępiona przez Kon- 
gregację Indeksu *. 

Doniosłość Biesiady polega na tem, źe 
jest to do dziś jedyne autentyczne źródło, 
z którego odtworzyć można choć ogólne zarysy 
teoretycznej niejako podbudowy „Sprawy Bo- 
żej". Wspomniano już wyżej, źe analogicznych 



- 262 - 

pism późniejszych, ani owego z r. 1841, ani 
Wielkiego Perjodu, Towiański nie ogłosił. 
Wiemy bowiem, że świadomie powściągnął się 
i zawrócił z pierwotnego kierunku. Spostrzegł,. 
że strona teoretyczna, nowa kosmogonja i całe 
owo niejako rusztowanie umysłowe jego nauki 
— nietylko nie stoi narazie w ścisłym, orga- 
nicznym związku z właściwem jego powołaniem: 
z inicjowaniem czasu pełnej realizacji światła 
Chrystusowego w życiu jednostkowem i zbio- 
rowem, — ale temu zadaniu może raczej stoi 
na zawadzie, że odciąga ludzi od rozpalania 
uczucia i opanowywania „ziemi" duchem pod- 
niesionym — do zaciekali metafizycznych i arty- 
stycznych konstrukcyj. Umocniwszy się w ty- 
pie bezwzględnego i wyłącznego etj^ka, ten 
praktyczny charakter Sprawy wpajał To- 
wiański wyłącznie uczniom swoim później- 
szym. Biesiadę opracował po raz wtóry jedy- 
nie z konieczności uchronienia Sprawy Bożej 
od „większej jeszcze szkody". Są w niej bowiem 
„i takie prawdy, które przechodzą granice epoki 
tej, bo odchylają zasłonę tajemnic ewangelicz- 
nych więcej, niż to jest naznaczono na tę 
epokę. Takie prawdy podawać i wyjaśniać dla 
wszystkich, nie jest powinnością tego, kto 
powołany jest służyć człowiekowi w tej tylko 
epoce chrześcijańskiej "A 



263 



Tak więc jedynie za pośrednictwem Bie- 
siady stwierdzić można dowodnie, że nauka 
Towiańskiego, zwłaszcza jej strona teoretyczna, 
to nie oderwane, zaściankowe Trćiume eines 
Geistersehers, ale to echo, bodaj że i w pro- 
stej linji odrośl, olbrzymiej dziedziny zagadnień 
i prac, bogatej literatury, światowego prądu 
jednego typu umysłów ludzkich, dąźącj^ch do 
uczynienia z mistyki konsekwentnego i szero- 
kiego poglądu na świat. Od Platona, neopla- 
toników, przez mistykę średniowiecza i epoki 
odrodzenia (Wal. "Weigel, Bohme) przerasta 
ten dziwny świat zagadnień w czasy nowo- 
żytne, a najprawdopodobniej za pośrednictwem 
Ludwika Klaudjusza Saint-Martina ® przeszcze- 
pia się do Polski, gdzie w kosmogonji Towiań- 
skiego, a później Słowackiego, znajduje wy- 
bitny swój wyraz. 

W świat ten, w jego zaułki i szczyty, 
wiele światła wniósł u nas ostatnio J. Gr. Paw- 
likowski w Mistyce Słowackiego, a podobne 
badania nad źródłami i pokrewieństwami Bie- 
siady trzebaby jeszcze osobno przeprowadzić. 

To też w szkicu niniejszym pomijamy 
cały ten obszar zagadnień, zwłaszcza, że dzieło 
Towiańskiego obchodzi nas tu ze względu na 
jego komentarz w Prelekcjach. Mickiewiczowi 
bowiem o wszystko inne chodziło raczej, niż 



- 264 - 

o historyczno-filozoficzne genealogje poszcze- 
gólnych wyobrażeń i napomknień Biesiady. 

4. 

Naj znamienni ej szym pomysłem, który na- 
kłada na całą Biesiadę piętno oryginalności, 
jest nierozłączne powiązanie genezyjskiej na- 
uki o hierarchicznym ustroju wszechświata 
i jego ewolucji ku Bogu z nową interpretacją 
dogmatu o świętych obcowaniu. — Włączył 
Towiański w Biesiadę swą koncepcję przy- 
szłych dziejów ziemi, chcąc, aby zaciekanie w ta- 
jemnice eschatologiczne nie pochłaniało ener- 
gji życia duchowego, aby „tajemnica — serca, 
wznoszącego się w górę, nie więziła" (w. 264), 
aby przejrzenie celów ostatecznych stało się 
„źródłem, z którego siłę w ciężkiej chwili 
czerpać będziemy" (w. 13). 

Właściwą kosmogonję, naukę o powsta- 
waniu i pierwszych, ewolucyjuj^^ch, stopniach 
światów, rozwiniętą przez Słowackiego — po- 
mija Biesiada zupełnem prawie milczeniem. 
Ze wzmianek tylko wiadomo, że kosmos jest 
ułożony hierarchicznie, podług stopni doskona- 
łości i że „ziemia między globami niższa" 
z przeznaczenia Bożego obrana na jedną z po 
śledniejszych sal „fabryki ducha", jest miej 
scem pokuty dla duchów niższych, ciemnych,! 
„ciężkich grzechami". Biesiada zajmuje się 



- 265 - 

określeniem czynników i torów postępu ziemi 
I tylko, zaznaczając ubocznie, że podobną kolej 
■ewolucyjną przechodzą i inne globy. „Każdy 
glob temu prawu („harmonji niebieskiej") ulega" 
(w. 161). 

Koleje ewolucji ziemi uwarunkowane są 
ściśle hierarchiczną konstrukcją świata duchów 
niewidzialnych. Istotą świata jest duch, przez 
niego i dla niego wszystko było, jest i będzie. 
Historja świata widzialnego jest historją do- 
skonalenia się, lub zastoju, całego wszechświata, 
więc i duchów niewidzialnych. Są więc dzieje 
<3ałością organiczną, celową. 

W wielkiej duchowej społeczności ułożyć 
«ię musiała według poziomów uzyskanej do- 
skonałości drabina hierarchiczna. Na czele jej 
stoi „pierwszy po Bogu (-Ojcu? jp. m.) działacz", 
dhrystus ' (w. 371). Szczebel drugi stanowią 
„te wielkie Cherubiny", duchy święte, nie pod- 
legające już wcieleniu na ziemi. Za podnie- 
sienie swe wywzajemniają ^ię one Bogu, dzia- 
łając na czyste serca ludzi, udzielając im sił. 
Na stopniu niższym jest świat nadziemski 
duchów oczekujących z powodu niedoskona- 
łości, „póki wola wyższa nie wprowadzi ich 
na nowo do tego życia ziemskiego" (w. 22). 

Wiekowa teorja wędrówki dusz zjawia 
się tu — jako podstawa moralnych konse- 
kwencyj, a zaś nie literacki pomysł, jak u Kra- 



- 266 - 

sickiego, jak u młodego Mickiewicza — f" 
raz pierwszy w Polsce. Określona nie jest / 
wyraźnie; z jednej wzmianki i ze świadectw ji 
ubocznych* wnosić można, że Towiański przyj-*" 
mował metempsychozę wsteczną i to nietylko 
w obrębie gatunku ludzkiego, że uznawał ewolu- 
cję ducha przez zwierzęta do człowieka i na- 
odwrót '. 

Cechą ducha nieucieleśnionego, „bez po- ii 
krywy", jest żądza działania, „operacji". Na- a 
rzędziem działania staje się człowiek, duch, i; 
wcielony w „ziemię" i przez to pozbawiony ji 
własnych sił duchowych. Duchy bezcielesne 
skupiają się więc nad nim, jak się skupiają 
promienie słoneczne w ognisku soczewki, żeby 
przejść przez nią; tworzą „kolumny *'. Zależnie: 
od stopnia doskonałości duchów składowych, 
kolumny mogą być złe i dobre, cKarne i jasne. 

Jakość życia człowieka zależy więc prze- 
ważnie od współdziałania „kolumn". Wola 
działa tylko w momencie decyzji, wyboru al- 
ternatyw: złej czy dobrej. Z chwilą oddania 
się pod moc złego wolna wola człowieka 
ginie (w. 97) *. 

A że glob nasz, „padół", jest „przezna- 
czony do urabiania niższych duchów** (w. 266), 
więc też i owe najniższe piętra duchów bez- 
cielesnych, oddziaływających, ułożyły się z ko- 
lumn ciemnych; ziemia popadła w panowanie 



267 



Zła. Przeznaczeniem jej jest podnieść się do- 
Światłości . 

Ewolucja odbywa się — według koncepcji 
Fowiańskiego — niejednostajnie, ale niejako ta- 
asami, poderwaniami w górę, po których na- 
itępują znowu pewne obniżenia, choć nie do 
Dierwotnego juz poziomu. Droga postępu świata 
jkłada się w linję zębatą, wznoszącą się coraz 
wyżej. Poderwanie zaś, otwarcie każdej nowej 
3poki, uwarunkowane jest na mocy najświęt- 
;?zego „prawa niebieskiej harmonii" — istnie- 
liem na ziemi duszy rozżarzonej, doskonałej, 
Dunktu, na który nastąpić może „zlew łaski". 

Jedna doskonała jednostka musi niejako 
jrzebić ciemną naokół ziemi skorupę „atmo- 
ifery kolumn" swoją jasną kolumną, aby 
ą drogą, jak po promieniu, spłynąć mogło na 
udzi światło łaski Bożej. Inaczej bowiem, jak 
.ylko po jednej choćby, światłej kolumnie do- 
itaćby się łaska na ziemię nie mogła. 

W przebiegu ewolucji niezbyt wyraźnie 
bkreślone zostały role i granice dwóch czyn- 
lików podźwigających : zasługi i łaski. 
jzlowiek raz poddany pod moc złego, podnieść 
lię wprawdzie może przez „wysilenie wewnę- 
irzne", „ale toć prawie niepodobna" (w. lOlj, 
, Doczeka się on w czasie swoim wskutek mi- 
osierdzia Boskiego znów wolności i pomocy 
!aski" (w. 104), Z tą niewiarą w możność z a- 



I 



- 268 - 

-sługi człowieka, w samorzutne wyzwolenie 
-się z pod przemocy nałogu do grzechu, niezbyt 
•się godzi zasadnicza podwalina etyki Towiań- 
skiego: ogromny nacisk na wewnętrzne, czyn-, 
ne wypracowywanie, rozświetlanie duszy, i owa 
ogromna w dziejach świata rola jednostkowej 
inicjatywy moralnej. 

Niewyraźność ta ukazuje nam bardzo 
znamienny rys psychiki Towiańskiego. MiaJ 
on bardzo żywe odczucie ogromu zła, zalegaj ąn 
cego świat i duszę ludzką, bolesne doznanie, 
przemocy grzechu — obok żarliwej tęsknoty dc 
stanu ifnpeccabiliłas, do świętości. ' 

Odnośnie do ewolucji zbiorowych jedi 
nostek ludzkości, t.j. narodów, primum nioietu 
określone zostało ponad wątpliwość jasno. Jesi 
niem łaska, miłosierdzie Boże, zlewające si« 
obficie, ale na mocy „prawa harmonji" tylk( 
poprzez doskonałą, gorejącą jednostkę. 

I tu podkreślić należy zasadniczą różnic* 
między mesjanizmem Towiańskiego, a dotych 
czasowemi jego przejawieniami w Polsce. Prz© 
dewszystkiem mesjanizm Towiańskiego jes 
jednostkowy, to znaczy przyszłe przetwo 
rżenie świata, sprowadzenie epoki nowej, przypii 
suje wielkiej jednostce, genjuszowi moralnemu 
którego jakość wewnętrzna będzie wyzywer 
łaski Bożej. „Dla jednego sprawiedliwego - 
głosi Biesiada — przez zasługi jego Bó; 



— 269 - 

jcalił kraj, miasto, — bo ten sprawiedliwy 
oprowadził swem czystem wnętrzem kolumnę- 
Mwiętą, — a właśnie bez tego jednego, sto- 
sownie do prawa nieprzestępnej konstytucji, 
kolumna wyższa pośpieszyć ku ratunkowi nie 
mogłaby" (w. 325 n.) ^ 

Mesjanizm Widzenia ks. Piotra, Ksiąg 
narodu Mickiewicza, Mowy o narodowości Bro- 
dzińskiego, jest zbiorowy, rolę ową przyznaje 
jednostce zbiorowej, doskonałemu narodowi, 
„Chrystusowi narodów". Konsekwencją jego 
będzie w jednostkach uświadomionych — wola 
wychowania własnego narodu do wiel- 
kości^. 

Mesjanizm jednostkowy zaś nawiązuje do 
> kultu genj uszów, w naszym wypadku np. do 
kultu Napoleona. Może nawet z tego kultu 
ś właśnie wyrastał. To też już w Biesiadzie po- 
święcono obszerny ustęp powołaniu Napoleona,, 
'a w towianizmie duża część wysiłków ducho- 
wych zużyta była na nawiązanie „spółki" z du- 
chem wielkiego wojownika''. 

Po wtóre Mickiewicz, Brodziński, przyzna- 
jąc narodowi (sc. polskiemu) posłanniczą rolę 
inicjatywy w odrodzeniu ludzkości, szukali dla 
nauki swojej przesłanek w duchu narodowymr 
w dziejach. Pewne fakty czy cechy przeszłości 
utwierdzały ich wiarę w przodowniczą misję 
narodu. Towiańskiego wiara natomiast buduje^ 



— 270 - 

-się na jednostce, nie na narodzie, a nie ma i nie 
szuka podpór, utwierdzeń zewnętrznych, opiera 
się sama na sobie. Jest pewną, szczerą, nie 
szukającą dowodów, więc i chwiejności nie pod- 
ległą, czystą, absolutną wiarą. Dobrze tę stronę 
psychiki Towiańskiego odczuł St. Brzozowski ^ 
Samo nawet szukanie motywacji powołania uwa- 
żał Towiański za zbędne i przeszkadzające czy- 
nowi. „Nie badajmy wyroków, dlaczego nam 
niegodnym Bóg tak^wielką rzecz, bo sprawę 
swej miłości poleca, nie badajmy, a wszystkie 
siły do spełnienia najwyższej woli obróćmy" 
(w. 369 n.). 

Na mocy tedy nieprzebranego miłosier- 
dzia poderwana została ludzkość, nadany jej 
pierwszy kierunek w górę. Zawalonemu 
ciemnościami Zła globowi przyniósł go Chry- 
stus, mając na mocy prawa harmonji umożli- 
wione zejście przez jasny punkt, czystą, gorącą 
• duszę Marji. Życiem, nauką, „a nadewszystko 
tem świętem tchnieniem, które puścił na nie- 
wielu do tego przygotowanych" (w. 34), otwo- 
rzył On drogę do nieba, pokonał piekło, „to jest 
niskie duchy, zalegające ziemię". Jasne kolumny 
doszły do władzy nad ludźmi „na wielu punk- 
tach ziemi". 

W przejrzeniu swojem Chrystus ustano-' 
"wił prawo wzrostu ludzkości do Boga poprzez 
.s i e d m stopni. „Zakreślił koło zbawcze i w niem 



— 271 — 

wytknąwszy drogę zbawienia, podzielił ją na 
części", jak się Towiański na innem miejscu 
wyraził ^ 

Porównaniem uzmysławiał on te stopnie 
ozwoju Sprawy Bożej na ziemi jako 7 kolejno 
ozkwitających gałęzi jednego drzewa miłości 
Joźej ; pniem jego jest sam Chrystus ^^ 

Przez dwa tysiące lat po Chrystusie osła- 
iało się władanie nieba, niknęła moc jasnych 
olumn, ludzkość szła wdół. „Przez sfałszo- 
wanie światła J. Chrystusa, albo zgaszenie 
3go zupełne, przez nieźywienie ognia Bożego 
7 sercach", poprostu przez zracjonalizowanie 
hrześcijaństwa, wysunięcie wartości teoretycz- 
ych ponad mistyczną komunję z Bogiem przez 
arliwość uczucia, „znów kolumny ciemne mocą 
9goź prawa ziemię zaległy" (w. 50). Chrystus 
ie zapanował przez te dwa tysiąclecia nad zie- 
lią, światła kolumna nie miała berła władzy; 
ynowie ciemności roztropniejsi byli od synów 
-wiatłości ; „cele klasztorne lub nędzne lepianki 
yły tylko siedliskiem łaski", „czyste światło 
'hrystusa sposobem żebraczym w pokorze i 
kruszę — egzystowało" (w. 203 n.). 

Więc znowu Bóg „z niegasnącego swego 
liłosierdzia" postanowił poderwać nagle i 
ychło ludzkość w górę, otworzyć nową epokę, 
jwiastunem, czynicielem jej, „narzędziem", jest 
Brąz Mąż, Posłaniec, Towiański. On „trudem 






- 272 - 

trudów Ducha", czystością, żarem swej duszy^ 
więc zasługą jednostkową, umożliwia działania 
prawa harmonii, inicjuje nowy, silniejszy zlew 
łaski, drugie stadjum opanowywania ziemi 
przez chrześcijaństwo. 

Moment przełomowy między dwiema epo- 
kami nazywa Towiański „bitwą". W niej to 
kolumny ciemne znowu ustąpią jasnej, „czy- 
sty entuzjazm dla Boga** zajaśnieje jak nigdy 
dotąd na ziemi. Czas przyjścia „bitwy" — 
rychły ^^ „Połowie 19-go wieku zachowa- 
łeś, o Panie, ten zaszczyt, to uweselenie, to 
zjawienie nieznane globowi" (w. 221). 

Do utwierdzenia się w przeświadczenia' 
o bliskości chwili przełomu, do ustalenia po- 
prostu ścisłej daty zejścia królestwa Bożego 
na ziemię, doszedł Towiański w Biesiadzie 
sposobem osobliwym. Opierając się zasadniczo 
o Apokalipsę, z której wzmianek wywniosko- 
wał, ze w Bożym planie wieków okresy ty- 
siącletnie odgrywają szczególniejszą rolę, wy- 
liczył, że w r. 1843 skończy się właśnie drugio 
tysiąclecie od przyjścia Chrystusa, a więc, że- 
po tym roku nastąpi wielki jubileusz łaskie 
wiekotwórczy moment wielkiej przemiany^'. 
Doszedł zaś do tej daty drogą spekulacji chro- 
nologicznej w ten sposób, że zamiast obowią-j 
żującego kalendarza słonecznego posłużył się 
kalendarzem księżycowym; przy roku księżys 



^J 



i 



- 273 - 



cowym, liczącym 354 dni (291/2 X 12), rok 1843 
byłby właśnie ostatnim drugiego tysiąclecia. 
„Ach! nikt dotąd nie pomyślił, aby Bóg po 
spełnionych dwóch tysiącach księżycowych 
niebieskich roków tak silne zrobił upomnienie 
się o marnotrawiący się dar łaski i miłosier- 
dzia swego" (w. 209 n., por. w. 230, oraz obj. 
do w. 210 w cyt. wyd. Biesiady). 

Trudno ustalić, jaką drogą doszedł To- 
wiański do tego kalendarza ; wiemy tylko, że 
posługiwano się nim w „Odrodzonym Izraelu" 
Grabianki i w lożach masońskich. 

Ale i teraz, w wielkim roku 1844, nie całą 
ziemię ogarnie ten zlew światłości, tylko ;, wy- 
brane, przygotowane narody" (w. 237). Francja 
jest jednym z nich. „I dziś, jeżeli nie punkt 
światły, to choć szary wśród ciemności stanowi" 
(w. 261) — daje Towiański świadectwo po- 
wszechnej w Polsce po r. 1831 wierze we Fran- 
cję, podtrzymującą zarzewie rewolucji. 

Cechą nowej epoki, wykładnikiem jej 
wyższości, będzie wyrobienie zbiorowej 
egzaltacji religijnej, „entuzjazmu mi- 
łości", rozżarzenie dusz do temperatury gwiazd 
(w. 63). Światła kolumna zajaśnieje „na wyż- 
szym szczeblu społeczności" (w. 360), opanuje 
życie polityczne, „berło piekłu na czas pewny 
wydrze". 

I Pigoń. Studja. 18 



" _ 274 — 

Więc nie na zawsze jeszcze. Jak po 
pierwszej, tak i po drugiej bitwie i po drugiem 
zwycięstwie Światłości — nastąpi okres upadku, 
„zasępi się ogień pierwszego czucia w sercach", 
aż nadejdzie nowy „jubileusz łaski" i czas 
nowego wzniesienia. Za siódmego dopiero po- 
słańca „złe na ziemi zniknie", „ziemia nie- 
bem się stanie", zazielenieją wszystkie gałęzie 
drzewa Chrystusowego. 

Obokhistorjozofji i metafizyki elementem 
składowym Biesiady jest pierwiastek etyczny. 
Pewna jej chaotyczność stąd właśnie wynikła, 
źe tok myślowy jest tu co chwila przerywany 
przez apostrofy moralne. Widać, jaką wagę 
przykładał Towiański do tej nuty utworu. 

Warunkiem postępu świata jest moralna 
jakość, uprawa duszy człowieka; moralność, reli- 
gijność ekstatyczna — oto czynniki przetwarza- 
jące świat. Naczelnej tej zasadzie nadaje piętno 
charakterystyczne ów znamienny indywidua- 
lizm. Ostateczną formą etyki Towiańskiego jest 
pewien typ askezy, dążącej poprzez opanowa- 
nie ciała „przez modlitwy, akta pokory, skruchy, 
miłości, przez dociskanie się, prace wewnętrzne" 
(w. 76), do rozpalenia, rozegzaltowania jednost- 
kowego uczucia religijnego, do stanu stałego 
„entuzjazmu miłości", do czynnej, niezłomnej 
świętości. „Siła tylko jest w duchu, tem więk- 
sza, im duch wyższy, czystszy" (w. 64 n.) 



- 275 — 

Stąd to wypłynęła — tak doniosła dla 
Mickiewicza — niechęć Towiańskiego do zra- 
cjonalizowania kościoła „urzędowego", do wy- 
ziębionych z ducha niektórych j ego form, 
praktyk. „Kiedy więc na poruszeniu duszy 
naszej dla Boga wszystko zależy, uważajmy, 
co są formy wszelkie, co spowiedzie, komunje 
bez tego poruszenia... Tu triumf Złego spełniony 
został, — kiedy Złe sposobów przez Boga poda- 
nych używa, kiedy w świątyniach Pana czarne 
dymy dla Szatana wznoszą się" (w. 311 n.). 

Bardzo znamienny jest dla pierwotnej 
Biesiady brak zakłopotania o sprawę naro- 
dową. Sądzącemu z samej Biesiady zdawałoby 
się, że historjozofia Towiańskiego wyrosła nie 
z rozpalenia bólu narodowego, nie z tęsknoty 
za wolną ziemską ojczyzną — jak vr Księgach^ 
nawet nie ze zlania pierwiastku narodowego 
z eschatologicznym — jak później w Przed- 
świcie; że źródłem jej jest jedynie żywa, gwał- 
towna żądza wyższego, gorętszego, ekstatycz- 
nego życia religijnego na ziemi, rozerwania 
grubej jeszcze skorupy chłodnego indyferen- 
tyzmu, zareagowania raz jeszcze i w Polsce 
najsilniej, na oschłość intelektualizmu, wloką- 
cego się po społeczeństwie jeszcze od w. XVin. 

2i Biesiady z r. 1841 (o Tle to z pobieżnej 
notatki wolno) ^' wnosićby można, że powią- 
zanie towianizmu z polityką polską było pracą 

18* 



- 276 — 

wtórną, wyrosłą na bogatem w świadomoió 
i wyrobienie narodowe gruncie emigracyjnym, 
pracą, wniesioną tam może przedewszystkiem 
przez bolesną, kochającą rękę Mickiewicza. 

Jednakże jeśli wolno uważać ogłoszone 
wyżej listy Gutta za wierzy teiny wyraz na- 
stroju, odczuwań i poglądów pierwotnego 
towianizmu, — to sąd taki byłby błędny. Nie 
należałoby zamilczeń Biesiady z pierwszego 
wystąpienia brać za świadectwo zaniku nuty 
narodowej w Towiańskim owego czasu. Zamil- 
czenie to byłoby tu tylko przypadkiem, czego 
również dowodzi późniejsze świadectwo Skrzy- 
neckiego '*. 

Jedno tylko miejsce w Biesiadzie odnieść 
trzeba do zagadnień narodowych — i jakżeż 
znamienne ! Przesłanką, stwierdzającą żywot- 
ność narodu polskiego, jest fakt wyjścia z jego 
właśnie łona inicjatywy w Sprawie Bożej. 
„Dziękujmy Bogu, żeśmy wśród przeciwności 
nas otaczających całą tę najważniejszą tajem- 
nicę naszej siły za łaską Boską przyjąć mogli. 
Jest to zaręczenie przyszłych losów 
naszych" (w. 165). 

Jakkolwiek bądź, już w owym czasie 
musiał to być patrjotyzm swoisty ^"^j tak odręb- 
ny od pospolitego uczucia emigracji i narodu 
i tak odosobniony w dziejach tego uczucia 
w ciągu wieku niewoli. 



— 277 — 

Rychło skrystalizuje się u towiańczyków 
ten stosunek do służby narodowej w uzależnie- 
niu przyszłości Polski od przyjęcia Sprawy ^®. 
Wj^razem jego będą tak zdumiewające, nie- 
spodziewane słowa Mickiewicza, autora przy- 
powieści Ksiąg o synu i lekarzach wobec matki 
chorej, z roku jak się zdaje, 1842: „nie chcemy 
Polski, jeżeli nie ma być Polską na drodze 
woli Bożej" ^^ 



Kiedy powstał zamiar wykładania Bie- 
siady z katedry Kolegjum Francuskiego — do- 
kładnie się nie da stwierdzić. Pomysł komen- 
towania dzieła Towiańskiego w prelekcjach 
zrodził się podobno jeszcze w czasie powsta- 
wania owego „pisma" dla emigracji, jesienią 
r. 1841. „Pismo jego, które się drukuje, będzie 
Mickiewicz wykładał z katedry" — pisał wów- 
czas (20 IX 1841) do Rzymu Jan Koźmian '. 
Ani do wydania, ani do wykładu pisma nie 
doszło. 

Pomysł wzięcia Biesiady za podstawę 
wykładów kursu IV wyszedł prawdopodobnie 
od Mickiewicza. Przypuszczenie to opiera się 
na dwu przesłankach. Naprzód Towiański jesz- 
cze z początkiem r. 1843 wobec uczniów lekko 
sobie ważył Biesiadę. Opowiedni ustęp listu je- 
go do Mickiewicza robi dziwne wrażenie. „Mało 



- 278 - 

co pamiętam, com pisał Skrzyneckiemu ; byJa 
to praca godziny przed ucztą przez niego 
daną z powodu aktu jego łączenia się z duchem 
Napoleona na polach Waterloo" '. I to pisane 
jest w miesiąc po owej rozmowie z ks. Seme- 
nenką, w której Towiański przyznał się do 
autorstwa i bronił treści Biesiady, dającej 
„wyższe zrozumienie Ewangelji"^ Trudno się 
obronić wrażeniu, że Towiański chce tu umyśl- 
nie zlekceważyć pismo, o którem nie wie- 
dział, jak je Mickiewicz przyjmie. Wydanie 
Biesiady przez przeciwników jako krok stra- 
tegiczny zmieszało widocznie autora. Trudno 
stąd wnioskować, żeby Towiański za parę mie- 
sięcy sam poddawał Mickiewiczowi myśl wy- 
kładu. To dowód pierwszy. 

Drugiego dostarcza tekst listu do Mickie- 
wicza, gdzie po raz pierwszy jest wzmianka 
o wykładzie Biesiady z katedry. „W lekcjach 
twoich musisz już dalej posuwać się,... a Bie- 
siada, choć w niej ton sprawy słabo i niepeł- 
nie jest oddany, jedynem dotąd jest pismem 
publicznem, mogącem za przedmiot rozbioru 
z katedry służyć. Niech tylko ta ofiara moja 
dla świętej sprawy zapala Ciebie, Adamie !... 
Bzecz wielką uczynisz" *. 

To nie jest ton i sposób podawania samo- 
rzutnej inicjatywy, raczej to odpowiedź na 
inicjatywę cudzą, na nieznany dziś list Mickie- 



- 279 - 

wicza, proszący o pozwolenie wykładu. Wzmian- 
ka o ofierze świadczy niedwuznacznie o ustęp- 
stwie Towiańskiego. 

To nam tez daje wskazówkę, że śladów 
tekstu (nie idei towianizmu!) Biesiady nie 
mamy co szukać w wykładach poprzednich. 
Komentarz jej, zamierzony jako całość, miał 
się pomieścić w kursie czwartym ^ 

Mając pozwolenie, Mickiewicz odrazu 
przystąpił do dzieła. W lekcji z 22 XII 1843, 
w pierwszej lekcji nowego kursu ogólnie, 
a w lekcji następnej wyraźnie, zapowiedział 
plan tegorocznego wykładu. Ma on przynieść 
odpowiedź na pytanie, co nowego Słowianie 
przynoszą Europie, z czem przybywają na 
widownię świata. Wyrazem tej wartości, „gło- 
sem ludu słowiańskiego", ^est Biesiada właśnie. 
„Pośród tej ciszy jedno tylko pismo nam przy- 
było... Tytuł tego pisma jest Biesiada, Weź- 
miemy je za osnowę naszego kursu tegorocz- 
nego" ^. Pisma Cieszkowskiego, Emersona, po- 
ezje Krasińskiego o tyle znajdą uwzględnienie, 
o ile „pomogą nam dać pojąć publiczności, co 
w wyżej wspomnianem piśmie mogłyby być 
dla niej rzeczą nadzwyczajną" (str. 9). 

Jakżeż teraz Mickiewicz wykonał swoją 
zapowiedź ? 

Jest mniemaniem powszechnem, że do 
rozbioru Biesiady właściwie nie przyszło, że 



- 280 — 

kurs IV jest dopiero wstępem do zamierzonego 
komentarza. Tak też o nim sądziJa prasa emi- 
gracyjna ^ Rozejrzenie się w tekście kursuIY 
wzbudza jednakże podejrzliwość co do tej jedno- 
zgodnej opinji. Mickiewicz bardzo często na- 
wiązuje wyraźnie do Biesiady, przytacza z niej 
cytaty,^ pod koniec kursu parokrotnie zaznacza, 
że „obowiązek jego został dopełniony", a kurs 
zamyka odczytaniem ostatnich właśnie ustępów 
Biesiady. 

Sprostowanie powszechnej opinji o charak- 
terze IV kursu jest celem poniższych wy- 
wodów. 

6. 

Kurs czwarty stanowi w budowli Pre- 
lekcji odrębną całość, choć jest, jak wieża 
świątyni, ich organiczną częścią składową. 
Stosunek jego do całości jest stosunkiem wnio- 
sku do przesłanek; jest on konkluzją, szczytem 
i zamknięciem dzieła. Kończąc go, mógł Mic- 
kiewicz w zupełnej zgodzie z pojęciem wła- 
snego zadania ogłosić, że obowiązek jego, 
„jako profesora rzeczy słowiańskich", został 
dopełniony. Rozbiór charakteru, dziejów, wj-o- 
brażeń religijnych, urządzeń gospodarczych, 
języka, piśmiennictwa Słowian miał na celu 
wykazanie godności i gotowości posłanniczej 
szczepu słowiańskiego, któremu dane będzie 



281 



przewodnictwo w epoce nadchodzącej. Prze- 
gląd filozofji niemieckiej i polskich jej odbły- 
sków doprowadził do wniosku, że słowo, prawdę 
•ostateczną do spełnienia epoce naszej przyniósł 
nie filozof, nie uczony, ale nieznany człowiek 
i; z Litwy, Towiański. Wykładem tej prawdy 
i przygotowaniem do jej przyjęcia ma być 
kurs ostatni. 

Za osnowę jego obrał Mickiewicz Bie- 
siadę. 

Żeby wyrozumieć charakter wykładu 
Biesiady, uprzytomnić sobie trzeba dwa mo- 
menty. Pierwszym jest metoda mickiewiczowych 
wykładów: improwizacyj. Inspiracyjna na- 
tura wieszcza wybiła wyraźne piętno i na po- 
przednich kursach; chromające tu i owdzie 
w szczegółach erudycyjnych, uderzają bezprzy- 
kładną świetnością w momentach syntetycznych, 
w charakterystykach osób i epok. A teraz, w kur- 
sie czwartym, kiedy treścią wykładu stała się 
wyłącznie Sprawa Boża, ta metoda „z ducha 
do ducha" musiała zawładnąć całkowicie. Wy- 
rastała bowiem organicznie z utwierdzonego 
teraz pojęcia „urzędu Słowa". Zarysował je 
Mickiewicz jeszcze dawniej, kiedy na obraz 
i podobieństwo wielkoduszności swej modelo- 
wać pragnął braci pielgrzymów, w Księgach, 
gdzie się już powoływał na pismo Św., zabrania- 
jące apostołom przygotowywania przemówień. 



— 282 - 

Teraz nawiązuje wprost do owego wskazania, 
czynem sam — n aj świetniej w Polsce — doku- 
mentuje jego wykonalność. -Jestem chrześcijar 
ninem; przypomniało mi się, że w Ewangelji 
zakazano temu, kto ma ogłaszać wielkie prawdy, - 
wyraźnie zakazano układać pierwej w głowie, 
co będzie mówił... Co do mnie — wziąłem sobie 
za prawidło : nie przychodzić tu z mowami przj'- 
gotowanemi" (IV, str. 165) 

Stąd i w komentarzu Biesiady spodzie- 
wać się nie należy wytkniętego planu; będzie 
on niesystematyczny, nierównomierny, jak • 
Duch tchnie. Będzie nadewszystko subjektyw- ■ 
ny, podniesie momenty dla profesora — mocą 
całego dotychczasowego dorobku wewnętrznego 
— istotniejsze, pominie szczegóły jemu dal- 
sze, choćby były wyraziste, konieczne nawet 
w konstrukcji pierwotnego towianizmu. 

Drugim czynnikiem, ustanawiającym cha- 
rakter komentarza, będzie wpływ chwili. 
Więc nadewszystko ówczesny stosunek towia- 
nizmu do Francji. Ze Współudziału choćby 
wiemy, że lata 1843 — 4, to czas wzmożonych 
usiłowań w celu przeszczepienia- Sprawy na 
grunt społeczeństwa francuskiego, czas sto- 
sunków ze zwolennikami Pierre Michela, licze- 
nia na Quineta etc. Stąd jasną jest rzeczą, że i 
„minister Słowa Bożego", oparłszy się na jed- 
nem tylko zdaniu. Biesiady o Francji, „sza- 



t 



— 283 — 



rym punkcie wśród globu", sporą ilość zapału:.' 
i energji poświęcił na poruszenie we Francji 
właśnie owego „zarodu ducha", który w prze- 
istoczeniu się, w „nawróceniu", jest wszystkiem. 

Z drugiej strony odbił się na Prelekcjach 
ówczesny stosunek kościoła do towianizmu. 
Z początkiem listopada 1843 r. wypędzono 
Towiańskiego za podnietą XX. Zmartwych- 
wstańców^ z Rzymu, ks. Kajsiewicz atakował 
wykłady i zwolenników z kazalnicy, „nie sy- 
czał, ale warczał" — pisze Mickiewicz. Mocą 
reakcji rosła więc zaciętość. Są to czasy, kiedy 
w samym łonie towianizmu najsilniejsza była 
opozycja przeciw panującemu duchowi w „ko- 
ściele urzędowym". Prelekcje stały się tego 
rozczarowania i rozgoryczenia wobec kościoła 
najsilniejszym wyrazem. 

I ta strona wykładu wyrastała z Biesiady. 
Towiańśki wytykał zrutynizowanie kościoła, 
obezduchowienie praktyk religijnych, „cnoty 
zimne, martwe modlitwy", wspominał o „czar- 
nych dymach szatana" w świątyniach Boga, 
ale rozżalenia te dosięgły nieznanych w Polsce 
szczytów prorockiego oburzenia dopiero w wy- 
kładach Mickiewicza. 

Tak więc i konstrukcja psychiczna pro- 
fesora i reakcja na niektóre objawy chwili 
wpłynęły na pewną nierównomierność komen- 
tarza, na wybujanie pewnych szczegółów po- 



284 



nad miarę, niemniej jednak pomieścił si 
w ciągu kursu komentarz całego prawie dziełk 
wszystkich jego idej. 

Oznaczyć ogólnie rolę Biesiady w IV 
kursie moźnaby przez przyrównanie. Jest ona 
jak szara, niepozorna kanwa pod wspaniałem 
naszyciem kwiatów. Szare są, tu i owdzie tylko 
widoczne jej nici, a przecież wyczuwa się je 
pod całem dziełem, ich układ decyduje o archi- 
tektonice obrazu. 

Kurs IV jest jakby nową redakcją kon- 
cepcji Biesiady. Mickiewicz ten charakter 
swoim wykładom nadawał świadomie i celowo, 
■dowodem być może zakończenie ostatniej pre- 
lekcji, przejęte z Biesiady, a tylko zwrócone 
tu do Francuzów. Kończąc kurs, Mickiewicz 
widział, że ze słuchaczami odbył Biesiadę^ 
analogiczną do owej na polach Waterloo. To 
też, na pozór przypadkowe, zakończenie toastem 
wyrasta tu organicznie z toku całego kursu. 

Pod bogatszą, wspaniałą jego architekturą 
da się również odkryć wiązanie rusztowań zna- 
ne z Biesiady. Mickiewicz przejmuje z niej za- 
sadniczą wytyczną swojego kursu, t. j. adwen- 
ty z m, wiarę z rychłą wielką przemianę, w zbli- 
żanie się nowej epoki. Cały IV kurs jest skry- 
stalizowany naokoło tej wspólnej osi. \ 

Towiański zapowiadał rychłą epokę wprosti 
prawie bez uzasadnień. Zło zaległo świat, świa- 



- 286 — 

tło Chrystusa zostało sfałszowane i w czas tego 
upadku ludzkości „Bóg postanowił ze Swego 
uiegasnącego nigdy miłosierdzia, aby nietylko 
światło Jezusa Cłirystusa oczyszczone i rozża- 
rzone zostało, lecz aby się tak natężyło, iżby 
gwiazda żarząca się ze światła się zapaliła" 
(w. 61 n). 

Mickiewicz wiarę swą szeroko uzasadnia, 
i opiera ją na historjozoficznej tezie o postępie 
wybuchowym ^. Najsilniejsze atoli zapewnienie 
rychłej przemiany daje mu stan ludzkością 
ówczesne wyschnięcie źródeł życia, zamarcie 
twórczości we wszelkich dziedzinach, w nauce 
i sztuce, filozof) i i ekonomji, w polityce i w ko- 
ściele. Z wywodów poprzedniego kursu, gdzie 
wykazywał czczość spekulatywnej filozofji nie- 
mieckiej, wyciąga teraz wnioski. 

Kościół urzędowy stracił żarliwość pierw- 
szych chrześcijan, stracił moc, a nawet wiarę 
w możliwość i potrzebę cudów, stracił tra- 
dycje Słowa żywego, „przestał wprowadzać 
do nieba, sam nawet do niego nie wchodzi" 
(IV, 172), stracił apostolski dar języków, 
wpływ na życie państwowe ; wszedł w kom- 
promisy, dyplomacje. Zakony wpadły w ru- 
tynę ^, sfałszowano sam ideał Chrystusa. 
„Przedstawiacie go nam ciągle jako żebraka... 
Gdzieście to wyczytali, że Syn Boży był że- 
brakiem ?" *. 



- 286 - 

'•■■ 
„Dla nas wszystko, co się teraz dzieje f. 

w duszach ludzkich, omdlałość, zwątpienie, ,, 
niepokój, boleść, tęsknota, jakie się dają spo- 
strzegać ogólnie, są dowodem przeświadcza- 
jąoym nas wewnętrznie, że się zbliżamy do 
powszechnej zmiany" (IV, str. 100). 

Uwagi godzien fakt, że Mickiewicz, zapo- 
wiadając — w myśl Biesiady — przyjście no- 
wej epoki, zamilczał, że nie będzie ona prze- 
cież ostatnia. Widać nie chciał wchodzić w cały 
intelektualistyczny bądź co bądź rynsztunek 
towianizmu, w teorje historjozoficzne o 7-iu 
epokach. 

Dogmat inicjacji nowej epoki przez wyż- 
szą jednostkę, „Męża", „Posłańca", przejęty | 
jest również z Biesiady w całej rozciągłości. 
Indywidualizm leżał u podstawy towianizmu. 
Treścią jego nie była innowacja religijna (choć 
w jego dziejach odbiły się i te rysy), ale re- 
formacj a moralna; nauczyć chciał Towiań- 
ski nie: w co wierzyć, ale — jak żyć, jak się 
odrodzić, jak uzyskać maximuni sprawności 
duchowej i świętości. Ta kultura doskonalenia 
się wewnętrznego, etyka perfekcjonistyczna, 
doprowadzić musiała do uznania jednostki 
przeistoczonej — za istotną wartość; a że „nie 
pod miarę dany jest Duch", więc według stop- 
;nia doskonałości jednostek układać się musi 
ustrój społeczny w duchową hierarchję. Naj- 



— 287 - 

loskonalszy na ziemi duch jednostkowy, syn- 
etyzujący w sobie trudy i wartości niższych 
zczebli, stać się ma ogniwem działania Bożego 
la ludzkość, naczyniem Łaski, inicjatorem 
lowej epoki w chwili przeznaczonej. Określe- 
liu roli „Męża" poświęca Towiański dwa ustę- 
jy. Mickiewicz zasadę samą przyjmuje i tok 
ych ustępów odtwarza parokrotnie. „Ogień 
więty... ześrodkowany w jednym człowieku 
upełnym, staje się dźwignią wszystkich sił, 
igniskiem wszystkich iskier. Zapali on Fran- 
ję i cały glob oświeci" (IV, str. 136). 
,Ten człowiek, przynosząc ludzkości w duchu 
■woim największą pomoc, postawił razem 
7 osobie swojej największą trudność" 
IV, str. 118) ^ 

Po godność „męża epoki" sięga śmiało 
["owiański w Biesiadzie (w. 217); przyzna ją 
eż mistrzowi Mickiewicz. W pamiętnym, deoy- 
lującym o losach katedry, wykładzie z dn. 19 
narca 1844 r. wyznał go i ogłosił bez obsło- 
lek*'. W wykładzie ostatnim (28 maja 1844) 
vziął na świadectwo własne słowa z Dziadów 
iz. III. Komentatorom Widzenia ks. Piotra 
niesza szyki ten autentyczny, mickiewiczowy 
yykład liczby 44. Nie zwrócono uwagi, że odpo- 
jyiedni ustęp jest tylko szerszem rozwinięciem 
:wrotu Biesiady. Towiański sam się powołał na 
)W ustęp Dziadów ^ i swój ten komentarz poddał 






- 288 - 

Mickiewiczowi, Mamy na to także uboczne świa- 
dectwo. Demokrata polski, organ Towarzystwa 
Demokratycznego w Paryżu, z dn. 9 czerwca 
1842 r. w artykule „Towiański i jego sekta" 
ironją zaprawiał dochodzące go wiadomości; 
^Dziś Mickiewicz oświadcza, że mu j% 
(liczbę 44) Towiański inaczej wyłożyła 
ale tej tajemnicy odkryć nie może. Cokol- 
wiekbądź — pod Nr. 44 stanął w Nanterre 
Towiański... i 44 ma być przyjętych uczniów' 

Sam fakt cytowania przez Mickiewicza 
własnego utworu wyjaśni się, gdy zważymy 
że dla słuchaczów posiadających już wierny 
tekst francuski, a nie znających Dziadów, ko» 
nieczne było objaśnienie aluzji. 

Przyjmując przez Towiańskiego głoszony 
typ mesjanizmu jednostkowego, Mickiewica 
nie mógł jednak przekreślić szczytnego dorobku 
swe^o ducha z epoki Ksiąg: mesjanizmu zbio- 
rowego, nauki o posłannictwie narodu polskiego 
Złączył więc organicznie obie formy nieżawo- 
dzącą go nigdy wiarą w swój naród. 

Już nie napomknieniami, jak Biesiada 
ale całą mocą przeświadczenia głosił, że iiii 
cjatorska rola na przełomie dwu epok przy- 
pada Polsce. Już u samego wstępu, w pierw- 
szej lekcji, wniósł on w towianizm pewne 
przekształcenie, przedstawiając go jako wyras 
posłannictwa Słowian wobec upadaj ącegc 



- 289 - 

Zachodu ^ W dalszym toku oparł się na no- 
wej, w teorję polskiego posłannictwa teraz 
dopiero, w towianizmie, wniesionej przesłan- 
ce : na ekspijacyjnej roli cierpienia. Ci, co 
Chrystusa pierwsi uznali, „wyszli z ludu, któ- 
try nie miał już ani swoich królów, ani swoich 
(instytucyj, ani bytu politycznego, który gwał- 
\ tern był oderwany od ziemi, od wszystkiego, 
co człowiekowi tak ciężko porzucać dobrowol- 
nie". Tak wydziedziczona jest dziś Słowiań- 
' szczyzna, a z niej „szczep polski, wiecznie nie- 
pokojący i wiecznie niepokojony, był rozszar- 
pany, wymazany z karty europejskiej, rzucony 
na tułactwo po świecie... To też tułacze polscy 
pierwsi wezwani do przyjęcia prawdy, która 
ma opanować ziemię" (IV, str, 124), W ostat- 
nim zaś wykładzie wyznał poprostu i stanow- 
czo: „Ten to naród (polski) otworzy nową histo- 
rję Europy" (IV, str. 166). 

Etyka, tęsknota za prawością wewnętrz- 
ną, była najważniejszym motorem życia Mic- 
kiewicza od pierwszej młodości, a wyłącznym 
od czasu Petersburga. Etyka, oto wartość, po- 
przez którą towianizm ujął na wskroś niespe- 
kulacyjny umysł Mickiewicza. Stało się to 
dlatego, że Mickiewicz, jako najdoskonalszy 
^ u nas typ natury etycznej, na te właśnie pod- 
' niety reagował najsilniej, skądkolwiek nad- 
i chodziły, — a i dlatego także, że tutaj, w to- 

Pigoń. Studja. 19 






- 290 - 

wianizmie, znalazł rozwiązanie tych tęsknot 
i zagadnień, ku którym dążył przez całe ży- 
cie w utrudzeniu bolesnem. W Towiańskim 
uznał on skończony typ, arcywzór człowieka 
etycznego. „Życie, od czasów Chrystusa roz- 
praszane, on skoncentrował, nie marnotrawił, 
I oto ukazał się jako człowiek doskonały" '•*. 

Więc też i etyka Biesiady wejść musiała 
najorganiczniej, najpełniej w tok kursu. Etyka 
ta wykazuje trzy cechy zasadnicze: a) jest 
nawskroś spirytualistyczna, za istotę 
świata uznaje ducha, działanie jego zajed3'ny 
motor dziejów. Wartością w człowieku jest 
nie jego umysł, zdolność, wola, ale duch, wła- 
ściwie tego ducha punkt centralny — iskra, 
Fiinkelein mistyków niemieckich — zwany u To- 
wiańskiego „zarodem". Od jakości, tempera- 
tury niejako, tego „zarodu" zależą losy czło- 
wieka, a widzieliśmy, że i świata. Oparta na 
żarliwości duchowej, jest też etyka Towiań- 
skiego antyintelektualistyczna, nisko szacuje 
„doktryny" i „formy" ziemskiego rozumu, re- 
fleksji, wnioskowania. 

Etyka Biesiady }est ^ovfiÓTe h) perfek- 
cjonistyczna, za cel postępowania uznaje 
doskonałość, maxiinum sprawności duchowej, 
rozpłomienienie zarodu ducha do jasności 
gwiazdy. ' 



291 



A wreszcie jest c) religijna, ewolucję 
}■ ducha prz^eprowadza przez świat nadzraysłowy 
' do Boga. 

Etyka ta weszła w całej rozciągłości i roz- 
winięcie uzyskała w wykJadzie Mickiewicza. 
Istotna cecha jego natury, pociąg do apostol- 
stwa, wystąpił tu właśnie w całej pełni. Tu 
tei, podnosząc kwestje towianizmu, mówił 
Mickiewicz o doznaniach, wartościach naj istot- 
niej własnych, był najbardziej sobą. 

Z katedry francuskiej ogłosił manifest 
ducha. „Nikt bardziej od nas nie unosi się 
Lnad cudami, jakie przemysł wyrabia, nad tą 
jego niezmierną siłą, która musi opanować 
ziemię; ale idzie o to, kto zgarnie w swoją 
dłoń te wszystkie ogromne środki przemysłowe, 
jaki duch obejmie rządy globu. Arsenały 
nie mają opinji" (IV, str, 12). Dzisiejsze pa- 
nowanie bezdusznej przemocy przejdzie, j^duch 
winien opanować ziemię" (IV, str. 174). 

Zwłaszcza nauce Biesiady o „zarodzie 
ducha'' poświęcił Mickiewicz sporo miejsca. 
Ze sprawą tą bowiem wiązało się najistotniej- 
sze zawsze dla niego zagadnienie natchnie- 
nia, niepokojące go przez całe życie'". Roz- 
wiązanie jego ostateczne, zdobyte jeszcze 
w czasie wgłębienia się w mistykę po r. 1832, 
teraz umocnione, podawało naukę o natchnieniu 

19* 



— 292 — 

z wewnątrz. Objawienie, najwyższa forma 
poznania prawdy, nie płynie z dumnego, pro- 
metejskiego poczucia wrodzonej potęgi twór- 
czej, jak mniemał Konrad, nie spływa też na 
czystego sługę Bożego z wyż, z zewnątrz, jak 
na ks. Piotra. Bóg nie mówi do człowieka 
wprost, ale za pośrednictwem cząstki Swego 
tchnienia, przez duszę, od strony „zarodu du- 
cha". „Każdy z nas ma w sobie iskrę Bożą"^ 
(IV, str. 117). Przez nią to dochodzimy do po- 
znania prawdy. 

Ale sam fakt istnienia źródła prawd, „iskry 
Bożej" w nas, nie rozwiązuje sprawy natchnie- 
nia. Do prawdy trzeba doróść, iskrę Bożą oczy- 
ścić, rozpalić, żeby Bóg mógł mówić przez nią. 

Tu nawiązuje praca perfekcjoni- 
styczna. Polega ona na wzmaganiu potęgi 
uczucia, na rozpłomienianiu się w czystym en- 
tuzjazmie miłości ^\ Najprościej do tego mo- 
mentu przeistoczenia prowadzi cierpienie, 
„ofiara z cząstki życia dawnego", nadewszyst- 
ko zaś działanie '^ 

Ta nauka o zależności poznania od jakości 
moralnej poznającego, przeniesienie środka 
ciężkości kultury etycznej na działanie — to 
jeden z klejnotów etyki Mickiewicza. 

Więc duch żarliwy, zdolny do zapału, 
jest wszystkiem, on jeden jest twórczy w sztuce. 



- 293 - 

nauce, wynalazkach technicznych etc. Rozum 
kataloguje tylko dorobki ducha. Tak nieroz- 
łącznie powiązana z psychiką Mickiewicza nie- 
chęć do „rozumkowań", do intelektualizmu 
wogóle," odezwała się raz jeszcze z potęgą 
wzmożoną. Rzeczą jest znamienną, ze rozbiór 
Biesiady zaczął Mickiewicz kampanją z nało- 
giem intellektualizmu, szukania nieobowiązu- 
jących ciekawostek umysłowych, zaczął walką 
z doktryn ą. „Z kilku idej, będących wKole, — 
mówił gdzieindziej — mogliby iilozofo wie dzieła 
ponapisywać; cóżby stąd wynikło?"'* 

I znowu z jednej wzmianki, rzuconej mi- 
mochodem w Biesiadzie (w. 106), rozwinęły 
się ustępy o prawdach żywych i martwych, 
o prawdzie obowiązującej. 

^, Zaród ducha" rozpłomieniony, czysty — 
jest zasadą postępu. On też jest ogniwem, łą- 
czącem człowieka ze światem nadzmysłowym. 
.Jako narzędzie natchnienia jest więc też fun- 
damentem religijności. Fakt natchnie- 
nia jest dowodem istnienia świata 
nad zmysłowego'^, jest bowiem rezultatem 
związku z nim. Związek ten tłumaczył Towiań- 
ski pośrednictwem „kolumn". Mickiewicz zaś 
unika tego terminu, który miał uzmysłowić, 
uplastycznić sam przebieg „obcowania świę- 
tych", ale mógł też wprowadzić gruby matę- 



- 294 - 

rjalizm w rozważanie świata duchowego. Lecz 
powiązanie i ustrój obu światów jest u niego 
tenże sam, co i w Biesiadzie. 

Natchnienie „jest to podniesienie się ducha 
do krainy wyższej" (IV, str. 171). Liczne 
wzmianki o tej krainie w Wykładach wyka- 
zują ścisły związek z pojęciami Towiańskiego. 
Mickiewicz uważał naukę .mistrza" o zaświecie 
za wyższe rozwinięcie tajemnic Ewangelji. 

Zgodnie z Biesiada głosił więc, że czło- 
wiek jest fragmentem w obszarach świata du- 
chowego, zbudowanego na prawie hierarchji. 
„Kościół jest uajwiększem z wszystkich państw; 
dotyka z jednej strony królestwa niewidomego, 
z drugiej — królestwa niemego jestestw bądź 
żywych, bądź nieorganicznych" (t, IV, str. 39). 
Owo niewidome królestwo układa się również 
według stopnia jakości moralnej, zaświadczo- 
nej stopniem natężenia światła. Są więc zbio- 
rowości duchów — ciemne i jasne. 

Chcąc odrysować słuchaczom konstrukcję 
zaświata, odwołuje się do „uczuć gminnych, 
które nie są niczem innem, tylko prawdą", do 
tradycji słowiańskiej. Według niej „duchy 
niskie, które, wyszedłszy z ciała, zachowały 
skłonności zwierzęce, ukazują się pod formą 
dziwaczną i fantastyczną ; duchy ludzkie, cier- 
piące jeszcze, nie mogące się oderwać zupełnie od 
ziemi,... omroczone swemi cierpieniami wydają 



- 295 — 

się szare albo czarne; duchy bohaterów i bło- 
gosławionych ukazują się przeciwnie w j a- 
s noś ci i bieli" (IV, str. 58). Więc klasyfikacja 
duchów z Biesiady zachowana, nawet określ- 
niki świetlne zostały. Święci, błogosławieni, są, 
wyżsi i niżsi, dalsi i bliżsi ziemi. Modlitwa do 
nich — znowu zupełnie zgodnie z wyobrażeniami 
Biesiady (w. 140n.) — jest wzniesieniem włas- 
nego ducha na ich poziom doskonałości (IV, 49). 

Biesiada wspomina o duchach „tworów", 
zwierząt i wciąga je także w genezyjski łań- 
cuch ewolucji; widzieliśmy, że i Mickiewicz 
zaliczył je do kościoła. Oburzono się silnie na 
w zmi&nki te w Biesiadzie] Mickiewicz, zbrojny 
w erudycję i w zapał, podejmuje się w lekcji 
dziesiątej — wykładu i obrony pojęć o duchach 
niższych od człowieka. 

Również zasada normująca związki mię- 
dzy szczeblami duchowego świata, fundament 
kosmogonji Biesiady: wiara w wędrówkę dusz — 
zaznaczyła się w Prelekcjach. Chwila złożenia 
publicznego świadectwa o mistrzu ^będzie — 
jak się wyraził — radością całego mojego życia, 
wszystkich moich żywotów" (IV, str. 124). 

W zakresie etyki pozostał więc Mickie- 
wicz najwierniej jeszcze w granicach Biesiady, 
podjął wszystkie jej zasadnicze elementy i roz- 
winął je w szczytne zawołanie do świętości, 
bohaterstwa. 



- 296 — 

Jednej wartości własnej Mickiewicza 
zamilczeć tu nie można. Jest nią szczyt całej 
etycznej jego nauki, a może i polskiej pare- 
netyki wogóle : nauka o „człowieku wiecznym", 
o odpowiedzialności i o świętych narodowych. 

Pełnym typem człowieka nowoczesnego 
jest człowiek narodowy, „człowiek bez naro- 
dowości jest człowiekiem niezupełnym, czło- 
wiekiem zdolnym wiedzieć, ale niezdolnym 
działać" (III, str. 276). Wykładnikiem bowiem 
uświadomienia narodowego jest czyn, poczucie 
nieuniknioności czynu. „Łatwiej być kosmo- 
politą — to nie obowiązuje do niczego — niżeli 
patrjotą« (IV, 79). 

Jakaż będzie skala tegoż czynu narodo- 
wego i jakie do niego przygotowanie? Odpo- 
wiada Mickiewicz nauką o „człowieku wiecz- 
nym". 

Prawo biogenetyczne obowiązuje także 
w życiu psychicznem i w narodowem uświa- 
domieniu'. Jak zarodek w ciągu rozwoju wy- 
kazuje kolejno fizyczne znamiona niższych 
form gatunku, tak rozwój poczucia obywatel- 
stwa narodowego w poszczególnych duszach 
musi ogarnąć wszystkie formy i zjawiska życia 
narodu w przeszłości, musi przebyć jako 
swoje własne, żywotne, procesy, które 
wstrząsały organizmem narodowym w dziejach, 
dorobić się wszystkich wartości, przezwyciężyć 



- 297 - 

osobiście wszystkie błędy, bezdroża pokoleń 
minionych : przebyć własny swój humanizm 
i reformację, przezwyciężyć sarmatyzm swój 
i saskie sobkostwo, wmurować w duszę swą 
niezawodne junactwo żołnierskie legjonistów, 
ekstatyczne bohaterstwo powstańców. 

I więcej jeszcze. Musi wyrobić w sobie 
siłę odpowiedzialności nietylko za własną 
swą słabość i niedoskonałość, ale i za grzechy 
przeszłości. Naród jest całością organiczną, 
żywą — jak człowiek. Jak człowiek jest od- 
powiedzialny za przeszłe swe czyny, dobre za 
zasługę sobie liczy, a złe odrabiać musi, tak 
i w narodzie przechodzi prawo odpowiedzial- 
ności z pokoleń na pokolenia. I w życiu wie- 
kowem narodu nic nie ginie i nic się umorzyć 
nie da. Za ogrom zła i egoizmu, warcholstwa 
przeszłości, przyjść musi ogrom zasługi oso- 
bistej żyjącego pokolenia. Nie wystarcza prze- 
ciętna przydatność narodowa; i ona być musi, 
ale ponad nią w żywym i silnym narodzie 
zbudować się muszą szczyty, tworzyć się ma 
wysoki wzór świętego narodowego, wszech 
bohatera'". 

Wychowanie polskie uzyskuje w nauce 
o odpowiedzialności narodowej wyraźne i nie- 
złomne wartości wytyczne. Typ człowieka no- 
woczesnego w narodzie, zbudowanego na ma- 
ximum pracy wewnętrznej i wykazującego 



I 



— 298 - 

maximum sprawności do zadań życia twór- 
czego dla narodu — wskazany został w Pre- 
lekcjach słowem, a podparty przykładem wła- 
snym w życiu najwyższego w Polsce wycho- 
wawcy. 

Tak więc z wyjątkiem nauki o siedmio 
epokach znaleźliśmy w IV kursie Prelekcyj 
wszystkie elementy Biesiady. Niepozorne u źró- 
dła, podbudowane tu zostały bogactwem eru- 
dycji profesora, mocą, przekonania i zapału, 
ubrane w przewspaniałe natchnione słowo, , 
jędrne, silne i plastyczne. Nauka Towiańskiego 
z Biesiady^ o ile w pierwotnej, własnej formie 
zaschła, stała się zabytkiem czasów minionych, 
o tyle w przetworzeniu Mickiewicza nabrała 
krwi, żywotności i uroku nieodpartego. 



P R Z Y P I.S K I. 

1. ' Ks. dr. Fr. Gabryl: Polska Jilozofia religijna XIX w. 
Warszawa 1914, II, 296—326. Ks. P." Smolikowski] C. R.: 
Przesłaniec modernizmu — A. Towiański. Warszawa-Czę- 
stochowa, 1912, str. 40. 

* Andrzej Tounański i toicianizm. Zarys chwili i po- 
staci. Skreślił Andrzej Baumfeld. Kraków, nakl. D. E. Fried- 
leina, str. 73 + VI. 

' Stefan Witwicki: Towiahszczyzna wysławiona i an- 
neksami opatrzona. Paryż, w drukarni Bourgogne i Martinet, 
ul. Jacob 3p, — 1844. Tutaj str. 40. 

* Pisma Andrzeja Towiańskiego, Turyn 1882 ; t. I, 
str. VI -I- 692, t. II, str. 512, t. III, str. 541. 

* K. Jarecki hilka uwag z powodu książki p. Ma- 
zurkieicicza p. ł. „Andrzej Towiaiiski". Rzym 1903, str. 19. 



— 299 



» „Anneksa" w brosz. Witwickiego, str. 51. — Por. let 
„Demokrata Polski"' z dn. 30 września 1841; Witwicki 
w tekście, str. 8 ; ks P. Smolikowski C. R. : Historja Zgro- 
madzenia Zmartwychwstania Pańskiego^ Kraków 1896, 
t. IV, str. 9 i passim. 

' „Dziennik Narodowy" z dn. 3 czerwca 1843 r., nr. 
114 ,pisal, ze Towiański na początku swej działalności wśród 
emigracji napisał dla Mickiewicza, Góreckiego i Sobańskiego 
pismo, „które we czterech przeczytawszy, do druku oddać • 
postanowili. Na nieszczęście Mickiewiczowi przyszło do gło- 
wy poprawić zbyt uderzające błędy tej broszury, co tak 
oburzyło Góreckiego, że w żaden sposób pojąć nie mógł, 
jak rzecz świętą, z natchnienia Bożego kreśloną, człowiek 
poprawiać może i nazwawszy tę sprawę sprawą diabelską, 
oddalił się od proroka". Por. też Witwicki 1. c. str. 8. 

8 Wł. Mickiewicz: Żywot Adama Mickiewicza. Poznań, 
1894 T. IV, str. 235-6. 

2. * Literatura słowiańska wykładana w Kolegjum Fran- 
cuskiem przez A. Mickiewicza. Tłumaczenie F. Wrotnow- 
skiego. Poznań 1866, wyd. 3; t. IV, str. 8. Według tego 
wydania stale cytuję. 

2 Por. „Dziennik Narodowy" Nr. 212, z dn. 26 czerwca 
1845; tudzież Wł. Mickiewicz 1. c, t. IV, str. 321 i nast. ; 
Współudział... t. I, str. 163—4. 

^ J. Kallenbach : Adam Mickiewicz, Poznań 1918, t. II, 
str. 330. 

* Wł. Nehring: O paryskich Prelekcjach Mickiewicza. 
„Pamiętnik Tow. Literackiego im. Ad. Mickiewicza". Lwów 
1891. R. V, str. 68. 

^ St. Tarnowski : Historja literatury polskiej. Kraków, 
1905, t. V, str. 282. 

» J. Kallenbach 1. c, II \ str. 251 n.; por. obecnie 
II =, 326. 

' Piotr Chmielowski : Adam Mickiewicz. Warszawa 
1901. II ', str. 356. Mickiewicz zapowiedział rzeczywiście 
w drugiej lekcji rozbiór tych utworów Krasińskiego (IV, 
str. 9) W toku wykładów przytoczył atoli jedynie z Legendy 
dłuższy wyjątek, do omówienia Przedświtu ani Snji Cezary. 
nie doszło zupełnie. 

8 J. Tretiak : Juljusz Słowacki, Kraków 1904, II. 126. 

» Z listu ks. Ed. Duńskiego, z dn. 15 marca 1856 r. 
Pisma Towiańskiego, t. I, str. 19. 



- 300 - 



'"> Biesiadę cytuję stale według własnego wydania 
-w zbiorze: A. Towiański Wybór pism i nauk, Kraków, 1920. 
„Bibl. Naród." nr. 8; por. w. 399 n. 

'* Literatura Słowiańska etc, t. IV, str. 50. 

" Smoiikowski, 1. c, t. IV, str. 45. 

1' Smoiikowski /. c, t. IV, str. 11—17. 

'* Dn. 3 maja 1842 było ich w Kole czterdziestu czte- 
rech — ^OT . Współudziały 1,27. „Liczba ich pomnożyła sie — 
mówią — do 60" — pisał ks. Ed. Duński 9. YII, 1842. 
Smoiikowski 1. c, t. IV, str. 52. 

>5 Tamże, t. IV, str. 33. 

'8 Tamże, t. IV, str. 36. 

>7 Tamże, t. IV, str. 41. . 

18 J. Koźmian do XX. Zmartwychwstańców w grudni 
1841 r. Tamże, t. IV, str. 19. 

19 Tamże, t. IV, str. 39. 

20 Por. Smoiikowski, t. IV, str. 66. — Zresztą auto 
graf Biesiady wydała ks. Jełowickiemu podobnoś żona ge- 
nerała; por. Wł. Mickiewicz, O zawieszeniu wykładów A. 
Mickiewicza, „Rok mickiewiczowski" Lwów 1899, str. 226. 

21 Por. Pam. Liter., XIV. 122. 
" Smoiikowski, t. IV, str. 41. 
" Tamże, t. IV, str. 45. 

" Tamże, t. IV, str. 35. Ta to — zdaje się — tablica 
weszła następnie do wydania Biesiady wraz z przekładami 
przez ks. P. Semenenkę z r. 1850. 

" Tamże, t. IV, str. 61. 

2« Tamże, t. IV, str. 79. 

" Tamże, t IV, str. 64. 

28 Tamże, t. IV, str. 66. 

" Tamże, t. IV, str. 76. 

»« Tamże, t. IV, str. 78; list z 11. X 1842. 

^' Por. Wł. Mickiewicz w Roku mickiewiczowskim str. 
226. — W swych notatkach do pamiętnika zachował S. Go-, 
szczyński odpis listu ks. Jełowickiego do Klimaszewskiego 
właśnie w sprawie wydania faksymilu. 

„Szanowny Panie Hipolicie! Jeśliś jeszcze nie kazałi 

odbijać Biesiady, racz ją wstrzymać dopóki druk, do niej, 

mający być dołączony, gotowy nie będzie, bo koniecznie 

potrzeba,-, aby nikt jej pierwej ani miał, ani czytał, anij 

widział. Za parę dni zobaczymy się i ustnie podziękuję za, 

t woja łaskawą pomoc w tej ważnej rzeczy. 

Pokorny w Chrystusie sługa 

Środa, St Cloud. Ksiądz .Tełowicki. 

[Pieczęć pocztowa: St. Cloud, 8 Sept. 1842] 



4» 

- 301 



Odpis z rkp. w Muz. Nar. w Rapperswylu przez św. - 
p. Józefa Komendę. — O jakim druku wspomina tu ks. 
Jelowicki, wyjaśnia nam list ks. E. Duńskiego do W. Wie- 
logłowskiego z 25. VIII. 1842 : „Zdaje się, że Jelowicki wy- 
drukuje pisemko Towiańskiego, dołączy uwagi br. Pio- 
tra. Coraz większa potrzeba daje się uczuwać ostrzeżenia 
błąkających się" (rkp. w bibl. Akad. Umiej, nr 1827 II). 
Więc chodzi tu o wspomnianą wyżej „tablicę porównaw- 
czą", którą ks. Semenenko napisał był w Monachjum na pod- 
stawie autografu Biesiady. Jak wiadomo, zamiar dołączenia 
druku do faksymiiu nie doszedł do skutku. 

Z powodu tego przedsięwzięcia wyniknęły później ja- 
kieś nieporozumienia, Klimaszewski w osobnej broszurze- 
ogłaszał Frotestacje. (Ob. Wł. Mickiewicz 1. c). O. H. Klima- 
szewskim por. J. Bieliński Unitversijtet Wileński III, 416; 
oraz J. I. Kraszewski w Przegl. liter. „Kraju^', 1888, nr. 40 i 41. 

32 Witwicki 1. c. str. 14. 

" Smolikowski, t. IV, str. 57. 

3* Tamże, t. IV, str. 97. 

35 Współudział... I, str. 64. „Pismo twoje pod tytułem 
Biesiada Skrzynecki przysłał był dawniej tutejszym księżom,, 
który w niem herezję widzą i to pismo pocichu między 
swymi szerzą. Mamy nadzieję dostać je i przeczytać w Kole 
dla zbudowania sie naszego i nauki". 

36 Wykłady..!, t. IV, str. 8. 

ST „Zdawało mi się, że autografowanie Biesiady, peł- 
nej najdziwniejszych herezyj, przyczyni się do wyswobodze- 
nia was z więzów ułudzeń waszych. Miałem ją nie sprze- 
dawać, ale rozdać, a wam najpierwej bez żadnych zwro- 
tów kosztu, podjętego dla chwały Bożej i pożytku waszych. 
Widząc wasz niepojęty fanatyzm, jak odpychacie wszelkie 
światło, niesione wam w duchu miłości przez kapłanów 
Bożych, postanowiłem wstrzjmać owe egzemplarze Biesia- 
duj do czasu, aż mnie Bóg... oświecić raczy, co mam czynić,, 
czy ją rozdać, czy spalić. Tego światła jeszcze dziś nie mam." 
Smolikowski 1. c , t. IV, str. 136. — Jednakże egzemplarz 
faksymiiu dostał się jakąś drogą do Koła. „To pismo było 
potem czytane w kole zwolenników Towiańskiego, jak mi 
to samemu mówił jeden z nich (Siegfried)" — pisał Skrzy- 
neckiemu ks. Semenenko. {Fam. Liter. XIV, 121). 

88 Wiemy, np., że radził ks. Kajsiewiczowi „pominąć 
w kazaniach towiańszczyznę", bez skutku. Smolikowski. 
1. c, t. IV, str. 55, por. też str. 100 i passim. 



- 302' - 



'» Smolikowski 1. c, t. IV, str. 103. — Protestować 
j później, sam i przez uczniów, przeciw tej zdradzie. Z ża- 
lem wielkim pisai później ks. Duński, już towiańczyk, do 
dawnego towarzysza broni: „Ks. Aleksander wie (iobrz' 
jakim sposobem (BiesiadaJ wyszła najaw. Nadużycie prz' 
x;iw autorowi, którego nie godziło się robić''. Tamże, U 1\ 
str. 231. — Por. też ks. E. Duński Listy, Turyn 1915, po- 

" „Dziennik Narodowy" Nr.. 106, z d. 8 kwietnia 184. 
roku Zebranie odbyło się 1 kwietnia t. r. u W/ Platern 
wydawcy „Dziennika". 

*' „Demokrata Polski" z d. 10 października 1842 

" „Dziennik Narodowy" z d. 8/IV 1843 „O ruchw 
obecnym umysłów". 

*' Smolikowski 1. c, t. IV, str. 147 — w przypisku k.s 
Kajsiewicza. 

** „Dziennik Narodowy" Nr. 107, z d. 15 kwietnia 184b. 

** St. Pigoń: Do dziejów u-y dania „Biesiady^ Towiai'- 
skiego. Dwa listy ks. P. Semenenki. Fam. Liter., XIV, 118 — 
122. 

<8 Pisał on z Rzymu do K. Gaszyńskiego 5 maja ISiS r.; 
„Biesiadę znam, mówiłem ci o niej; pierwsza to próbka, 
zagmatwana, jak wszystkie pierwsze próbki. — Świństwem 
znakomicie stronniczem wydanie tego pisma przez Skrzy- 
neckiego, a wydrukowanie przez Platera; cest piał! Nikt,, 
nie ma prawa cudzego rkpsu bez pozwolenia autora dru- 
kować i w takiem postępowaniu niewiele miłości bliźniego". 
Listy Z. Krasińskiego, Lwów 1882, I, 213. 

•" Oto zupełna bibljografja wydań Biesiady: 

Fac-simiłe Andrzeja Toiriańskiego. B. m. i r., str. 61 
(wyd. ks. Jełowickiego z sierpnia 1842 r.). Wydanie to jest 
literalną podobizną autografu. 

Biesiada, pismo A. Towiańskiego z 17 stycznia 1841 r. 
„Dziennik Narodowy" Nr. 107 i 109, z d. 15 i 29 kwiet- 
nia 1843. 

Toż — Rok (poznański) 1843. T. IV. str. 56 71. 

Toż — w broszurze St. Witwickiego 1. c, str. 59 - 72,| 
jako „anex" F. 

Toż — osobno, Paryż, w drukarni Bourgogne i Mar-, 
tinet, b. r. Tę to broszurę wymienił Estreicher pod rokiemf 
1841, uwiódłszy się datą jej napisania Bibljogr. pol X1X^, 
w. t. X, str. 191). W rzeczywistości jest to odbitka z tekstu' 
Witwickiego, więc z r. 1844. Świadczy za tem nietylko toż-' 
, samość drukarni, ale również format, czcionki, tenże sam/ 



303 - 



ozmiar wierszy i te same Wędy drukarskie (chwli — zara : 
hwili; wród — wśród; i t. p.)- 

Toż — w broszurze ks. P. Semenenki Touńański et 
a doctrine, Paris, Sagnier et Bray, Libraires, 1850, str. 
[I- XLV. 

Tamże przekład francuski i łaciński przez ks. Seme- 
enkę. Przekład łaciński, Agape, drukowany jest równolegle 
tekstem polskim, jeden na lewej, drugi na prawej stronicy, 
tr. II — XLV ; tekst francuski, Banąuet, osobno na str. 
[LVII— LXXI. W oddaniu tekstu polskiego oparł się Se- 
aenenko nie na druku, ale na faksymilu ks. Jelowickiego, 
zy też wprost na autografie. 

Banąuet du 17 Jatwier 1841, Libraire de N. Bechet 
ils, rue de Sorbonne 14, vis-a-vis 1' Academie de Paris (Im- 
trimerie de Maulde et Renon, rue Bailleul. 9 et 11) 8-o, str. 
.6, b. r. — Wł. Mickiewicz 1. c, 228 przypuszcza, że wyszedł 
en przekład drukiem w styczniu r. 1844. Faktycznie jednak 
wyjść musiał on nieco później, bo w jednym z listów Wi- 
.wickiego do Skrzyneckiego, z 12 lutego 184:4, czytamy (co 
lam zarazem odsłania sprawców wydania) taką zapowiedź: 
, Myślimy wydrukować Biesiadę po francusku. Ponieważ 
Mickiewicz gada o niej, jakby o cudzie świata, niechże się do- 
jedzą Francuzi, co to jest" (rkps. w arch. jen. Skrzynec- 
dego.y 

Broszura poprzedzona jest nast. przedmową: 

Aux Auditeurs du cours des langues et litteratures 
slates. 

Nous croyons rendro service aux auditeurs habituels 
du cours de M. Mickiewicz, en leur offrant la traduction 
fdele de Tecrit dont ils entendent souvent parler non sen- 
tćment avec les plus grands eloges, mais m§me avec une 
admiration exaltśe et passionnśe; ils pourront juger par 
euxmemes, ce que c'e£t que cette production. Dans Porigi- 
iial polonais, elle porte pour Wiro^ le Banąuet f Biesiada) ; le 
professeur Pappelle ordinairement la Cenę. L'auteur de cent 
^crit est un certain M. Towiański, homme parfaitement in- 
connu dans la litterature polonaise; nous croyons mgme 
pouYoir affirmer le plus positiyement, qu'il n'a paru jusqu'a 
ce jour rien autre chose de sa plume. — Prix: 30 centimes. 

O tym przekładzie wspomina Kajsiewicz w Pamiętni- 
ku (Smolikowski 1. c t. IV. str. 147). Niewątpliwie o nim 
to pisał Mickiewicz do Towiańskiego 20/111 1844 : ^Biesiadę 
•wrogi wytłumaczyli na francuskie i już jedno wydanie roz- 



- 304 - 



przedali. Oprócz omyłek autografu — tekst wierny. Zrobili 
nam dziwnie wielka przysługę. Piekło służy" ( WsjŻAudzial... 
t. I, str. 141). 

Francuski przekład Biesiady wydrukowało też pismo 
Les annales de philosophie ckretienne, 3 sśrie, v IX nr. 52, 
z kwietnia 1844. Redaktor A. Bonnetty pomieścił tamże 
artykuł : Philosophie rationaliste : M. Mickiewicz, M. To- 
wiański, M. Cuineł. 

Streszczenie francuskie Biesiady w La Gazetłe de 
France nr. z 31 VII 1844. 

W r. 1844 zamierzał J. Scovazzi, zwolennik Towiaó- 
skiego, wydać Biesiadę w Lozannie, co niewiadomo, czy 
doszło do skutku. Ob. Koresp. A. Mickiewicza w wyd. Rei- 
tera XI, 411. 

Biesiada z Janem Skrzyneckim, dnia 17 stycznia 1841' 
r. w Brukseli. — Pisma A. Towiańskiego 1. c, t. I, str. 
1—19. 

Tekst to różny od wydań poprzednich, poprawiony 
i przerobiony przez Towiańskiego w r. 1860. (Por. Pisma 
t. I, str. 21). Przedrukowany stąd został przez A. Baura-i 
felda w Pismach trybranych A. Towiańskiego. Warszawa 

1920. I, 21-46. 

Mickiewicz, mówiąc w wykładzie z 26/XII 1843 o Bie- 
siadzie jako o „piśmie bezimiennem", miał na uwadze za- 
pewne intencje autora raczej, niż rzeczywiście istniejące 
jakieś bezimienne wydanie. 

Autograf Biesiady znajduje się wbibljotece ksks. Czar-, 
toryskich w Gołuchowie. Został on opisany i wzięty za pod- 
stawę do wydania tekstu w Wyborze pism i nauk, j. w. 
str. 45—61. — Stad przedruk, w czasop. Teozo/ja, Xvdek 

1921. z. 2 n. 

^8 Ob. notatkę bibljogr. w Wyborze pism i nauk, str. 45, 

3. * W. Wielogłowski pisał potem we wspomnieniach 
swych o przyjęciu Biesiady: „Wszyscy czytali chciwie, ro-i 
zumieli mało, a nauczyli się z tego jeszcze mniej, gdyż rzec* 
mistyczna, pisana językiem z umysłu do tego utworzonym^' 
potrzebuje klucza". Emigracja polska wobec Boga i narodu^ 
Wrocław. 1848, str. 157. 

* Por. Kilka aktów i dokumentów, odnoszących się d4 
działalności And. Towiańskiego. Rzym 1898. Cz. I, str. 33- 
39 i 86—96. 

s Smolikowski 1. c, t. IV, str. 29. 



- 305 — 

* Mianowicie Decr. St. Off. 21 IV 1851 r. ; ob. ks. Wl. 
'Szczepański: Nowy Indeks, Kraków 1903, str. 83, przyp. 164. 

* Pisma A. Towiańskiego, t. I, str. 21. 
« Por. Kallenbach 1. c, II ^ str. 373 n., oraz w ni- 

iiejszym tomie wyżej, str. 98 n., 210. 

jk^ ' Czy wiadomość W. Wieloglowskiego o nauce To- 
wiańskiego, „źe Chrystus jest drugi po Bogu", pochodzi 
,. Biesiadi/ {wówczas, t. j. 14/IX 1842, juz znanej XX. Zmar- 
'wychwstańcom), czy z osobistego zasłyszenia od zwolenni- 
ców Towiańskiego — trudno ustalid. A byłby to ważny 
»zczegół, rozsądzający, czy wyrażenie w Biesiadzie to zwy- 
czajny w pośpiechu lapsus, czy też wyraz jakiejś stalszej 
eorji. (Por. Smolikowski 1. c, IV, str. 36). Za tern drugiem 
nowi świadectwo Góreckiego w liście Kajsiewicza, tamże, 
om IV, str. 62). Por. też Wybór pism i nauk str. 59, obj. 
lo w. 871. 

2 Por. noty L. Turowskiego z rozmów z Towiańskim 
I? marcu 1843 r. u Smolikowskiego 1. c, t. IV, str 91. 

3 Por. w. 16: „duch każdego tworu.." etc; w. 110, 
^» duchu niedźmiedzia „na szczycie górowania w pewnej 
tolicy świata". 

* To pojęcie wolności woli zjawia się w historji filo- 
:ofji u Plotyna. I on uczyJ, że według istoty swej dusza 
est bezwzględnie wolna. Z chwilą wcielenia traci przeważną 
;zęść tej wolności. Czyn dobry odpowiada istocie naszej 
łuszy będącej emanacją Boga; natomiast w grzechu dusza 
ilega konieczności przyrodniczej i taki postępek nie płynie 
'. wolności woli. Por. Drews : Plotin und der Untergang 
ier antiken Weltanschauung. 1907, str. 236 i n. 

5 Sąd ten nie traJBl! do przekonania autorki Służby 
larodowej tv spratvie A. Towiańskiego, Z. Gąsiorowskiej 
I, c. str. 166, przyp. 26). Jednakże jest on jedynie słuszny, 
)0 jest stwierdzeniem wierzytelnem poglądów Towiańskiego. 
Taki właśnie typ mesjanizmu wynikał dla niego poprostu 
% zasadniczego ujęcia świata. Według niezłomnej wiary To- 
wiańskiego historja tworzy się jedynie przez bezpośredni 
'.wiązek z Bogiem, a naród, jako zbiorowość, nie może wejść 
y taki związek, naród nie ma możności bezpośredniego od- 
jierania natchnień ; ma ją tylko jednostka, człowiek wielki. 
)n więc jest, mocą Bożą, na ziemi primum movens. Narody 
yybrane — to tylko narzędzia wtórne w rękach Boga; na- 
rody wybrane, to te, w których jest najwięcej duchów wy- 

Pigoń. Studja. 20 



- 306 - 



robionych, „starego Izraela". Tylko drogą jednostkowej k 
munji duchów tych z niebem ustala się wielkość narc: 
wybranego. 

Więc naród jest wielki nie wtedy dopiero, gdy po- 
wszechność jego obywateli jest odrodzona, ale gdy odro- 
dzona, jest garstka, „koniecznie potrzebna do przechylenia 
szali przeznaczeń" (111,21), dostateczny zastęp Pański, który 
jakością swą duchową sprowadzi cud : — zalew narodu 
przez łaskę. Dlatego to — czego autorka w pracy swej nie 
podniosła — Towiański ani w r. 1841, ani w 1856, nie 
domagał się, żeby cały naród polski poszedł za nim. wy- 
starczyć miał właśnie zastęp Pański, byle w dostatecznej 
liczbie i bezwzględnie doskonały (ob. Wybór pism i nauk 
str. 17 n.). Dlatego tez mógł sądzić że „dla Polski w ostat- 
niej jej rewolucji [1831 r.] nic się zbawczego nie stało, bo 
dla jej rachunków (t. zn. z powodu jej grzechów) nie dał 
jej Bóg człowieka, organu łaski (II, 188 n.K 

Postać świata zmienią nie narody, zmieni ją Bóg przez 
nadzwyczajne zlewy łaski na dusze przygotowanych jed- 
nostek; chodzi oto tylko, żeby ludzkość, żeby narody były 
przysposobione, żeby nie przeszkadzały. 

Jakżeż wobec tego można mówić o mesjanizmie zbio- 
rowym u Towiańskiego ? 

^ Por. St. Pigoń : O Księgach narodu i pielgrzymstwa 
A. Mickietcicza. Kraków 1911, str. 96—102. 

' Z podobnem ocenieniem woU Napoleona spotkamy 
się — w innym toku myślowym — we wstępie do Przed- 
śicitu. 

8 „Dzięki Ci, Chryste, żeś mi tak zawierzył i żyć roz- 
kazał w spiekocie pustyni. Wiarę mą ludzie deptaU nogami,,., 
nadziei mojej urągały lata głuchej spiekoty, świat cały swym 
biegiem przeczył mojej wierze... Dzięki Ci, Chryste, żeś mi 
tak zawierzył, żeś taką ufność położył w swym słudze., 
O słodki Chryste ! zagaśźe miłość, którą teraz płonie całe 
me serce,... niech serce moje będzie obojętne, niech się 
prochem stanie spalonym i spiekłym, a ja w spiekocie serca 
będę wierzyć... O Chryste, Tyś mi nigdy znaku żadnego nie 
dał! Taką ufność miałeś w sercu nędzarza..." 

Rozdział „Towiański u stóp krzyża w jakiejś przed- 
zgonnej godzinie", w książce Z mroków duszy rosyjskiej: 
T. Dostojewski, Kraków 1906, str. 113-120. 

' SmoUkowski 1. c, t. IV, str. 90. Pomysł ewolug 
świata przez siedm epok przejęty jest z Apokalipsy, poc 



- 307 - 



różnemi figurami jest on tam wyrażony w r. 6 11, 15; 
17, 9. Do r. 6, 3 — 4, nawiązywał Mickiewicz, kiedy mówił 
Witwickiemu „ze teraz jest rozerwanie drugiej z siedmiu 
pieczęci Apokalipsy" (Smolikowski 1. c. IV, str 8, 30). Na- 
wiązanie Towiańskiego do proroctw i obrazów Apokalipsy 
doniosłe jest i przez to, ze z niego weźmie źródło symbol 
stanu ostatecznej doskonałości, „pani ze słońcem we wło- 
sach i księżycem pod stopami", oraz „Jerozolima słoneczna" 
' w eschatologji Słowackiego. 

10 Ideje „drzewa łaski" o 7 gałązkach rozwijał To- 
"wiański pierwszym swym wyznawcom na emigracji już 
■w sierpniu 1841 r. Por. Współudział 1. 1, str. 6; nadto Smo- 
likowski 1. c, t. IV, str. 62. 

1' „Tak jest! wkrótce to wszystko na własne oczy 
•obaczymy ; błoga ta epoka naszej generacji przeznaczona" ; 
por. Witwicki 1. c. str. 50 — w przedrukowanem przemó- 
wieniu 27/IX 184rl w Notre Damę. 

1- Istnieją ślady, że Towiański, kiedy przepowiednia 
na r. 1844 się nie spełniła, za taki „wielki rok" uważał 
później rok „wiosny ludów" 1848. Ludzkość go jednakże 
zmarnowała. „Łaska to Boża uczyniła, że początek re- 
wolucji był czysty, ale dobra strona nie utrzymała łaski 
ofiarą i nie wytrwała w charaterze swoim... Najlepszy 
•ojciec nie karze dzieci karą nieskończoną. Powtórzy się rok 
1848, otworzy się na nowo dla człowieka pole walki i ra- 
tunku" Pisma I, 633. — Por. też wyżej, str. 235. 

1' Również po przemówieniu Towiańskiego w Notre 
Damę jedno z pism emigracyjnych zaznaczyło, że o Polsce 
nie powiedział „ani słowa". 

" K. Baykowski. Z nad grobu, Kraków 1903, str. 38. 

'* Analizie tego patrjotyzmu poświęcone są rdzenne 
rozdziały przytaczanej już pracy Z. Gąsiorowskiej. 

" Schodzi się tu w pewnym względzie z Biesiadą, 
tyle zresztą łączności z nią mająca, Genesis z Ducha, we- 
- dług której również jedynie „genezyjska droga rozwidnień 
: i oświeceń... lud Twój (Boże) wybrany, a drogą bolesną 
teraz idący, do królestwa Bożego zaprowadzi" f Pisma t. X, 
str. 144). — Co do zbieżności obu tych utworów, parę 
ich pokrewieństw myślowych zaznaczono mimochodem po- 
wyżej w tekście. Tu dodać można, że forma zewnętrzna 
Biesiady, forma traktatu, przechodzącego dostojeństwem 
tonu w modlitwę do Boga, silnie przypomina Genesis z Du- 

20* 



- 308 



eha. Powstaje pytanie, czy fakt ogłoszenia Biesiady nie ode- 
grał roli podniety dla Słowackiego, nie spowodował pośred- 
nio powstania Genesis z Ducha. 

«' Współudział... t. I,, str. 69. 

5 » Smolikowski 1. c, t. IV, str. 10. 

» 27 stycznia 1843 r. Współudział t. I, str. 74. 
3 Smolikowski 1. c , i. IV, str. 102. 

* List z Lozanny 24 listopada 1843 r. — Współudział 
i. I, str. 129. 

^ W kursie trzecim od ogłoszenia Biesiady, t. j. od 
kwietnia r. 1843, jest, zdaje mi się, jedna tylko aluzja do tego 
dzieła, ciekawa przez to, że zdaje się zapowiadać charakter 
czwartego kursu, przyszłe ześrodkowanie wykładów na „sy- 
stemie politycznym i religijnym, z ducha słowiańskiego ob- 
jawiającym się" (t. 111, str. 245). Natomiast liczne już są 
elementy towianizmu, nie dające się jednak powiązać ge- 
nfitycznie z tekstem Biesiady. Wspomina o tem i Z. Gąsio- 
rowska 1. c 174. 

6 Wykłady t. IV, str. 8. 

' Por. „Dziennik Narodowy" Nr. 154 z dn. 16 II 
1844 r. 

8 Wykłady t. IV, str. 8—9, 48, 55, 67, 94, 114, 179. 

6. * Smolikowski, 1. c, t. IV, str. 143. 

* „Nie łudźmy się, że ludzkości nie pozostaje nic wię- 
cej, tylko postępować bezpiecznie i spokojnie powolnym 
krokiem. Nie! W krainie ducha wszystko posuwa 
się przez wstrzaśnienia". Wykłady, t. IV, str. 122. 

» Wykłady, t. iV, str. 72 ; por. Biesiada, w. 339, 365. 

* Tamże. t. IV, str. 41; por. Biesiada, w. 204. 
5 Por. Biesiada, w. 359 n., 121 n. 

« Wykład ten znalazł pełne uznanie Towiańskiego. 
„Winszuję tobie, żeś wyzywu łaski 19-go dopełnił, był to 
wielki punkt służby twojej"* (Solura. 3 kwiet. 1844; Współ- 
udział, I, 151). List z 11 kwietnia 1842 przyniósł Mickiewi- 
czowi dyrektywę co do dalszych lekcyj i wykładu Biesiady 
(tamże, I, str. 158). 

' „Przez proroka widziany Mąż trudem trudów Du- 
cha, miłością ludów, w liczbie błogosławionej 44, już ode- 
brał rozkaz najwyższy..." Biesiada, w. 217 n. Jak wiadomo, 
to powołanie się na świadectwo Mickiewicza, na Widzenie 
ks. Piotra, pojawia się już w listach Gutta z r. 1836; ob. 



- 309 - 



wyżej str. 225. W drugiej redakcji Biesiady Towiański ustęp 
ten opuści^ 

8 Myśl tę — obcą Biesiadzie — głosił Towiański od 
samego początku działalności swej w emigracji. Por Współ- 
udział, t. I, str. 2, 11 i nast. 

* Współudział, i. I, str. 66. Por. też może najważniej- 
szy dla zrozumienia pierwotnego stosunku Mickiewicza do 
Towiańskiego ustęp przemówienia w Kole wZaśnie z marca 
1844 r., ogłoszony przez Wł. Mickiewicza {Żywot, t. IV. str. 
278—9). 

" WI. Biegański: Filozof ja Mickietcicza, 'PrzG^didiYWo- 
zoficzny, 1907, str. 205-7. 

»> Wykładtj, t. IV, str. 71, por. Biesiada w. 79, 118. 

*' I znowu ogromnie doniosłe odchylenie od Biesiady, 
której %tyka przy całym nacisku na uprawę wewnętrzną 
wykazuje pierwiastki mnisze, kwietystyczne : niezbyt zresztą 
zharmonizowaną z całością — abnegację z własnej woli, 
dlatego, że własna (zwłaszcza w II red. ; ob. Pisma Towiań- 
skiego, t. I, str. 16), oraz wysokie oszacowanie bierności: 
„jedno czyste westchnienie pastuszka sprowadza 
jemu światłą kolumnę". Biesiada, w. 113. 

1^ Por. dr. M. Kridl: Mickiewicz i Lamennais, War- 
szawa, 1909, str. 27 n. 

1* Współudział, t. I, str. 116. 

'^ „Natchnienie zawsze będzie dla człowieka dobrej 
wiary dowodem bytu świata niewidomego, tajemnego" ; 
Wykłady, t. IV, sir. 171. 

>6 Por. Wykłady, t. IV, str. 147, 63 



IX. 

TRUD SŁOWACKIEGO. 

SZKIC SYNTEZY. 



Trud Słowackiego — to to, co zostało 
z niego jako wartość narodowa. Wartość ludzi 
wielkich, „pierwo-idący eh" — dwojaka jest: re- 
latywna i absolutna. Pierwsza — to historja 
duszy, jej błądzenia, szukania, historja prób, 
porywów i błędów, upadków. Druga bezczaso- 
wa, bezkresna — to źrały owoc życia, niespo- 
żytość pracy-służby, to wyciosany w głębiach 
duszy własnej kruszec szlachetny; ta zostaje 
jako bezwzględna zdobycz narodu i ludzkości, 
Obie wartości musi naród, żyjący w poczuciu 
swej wewnętrznej godności i odpowiedzialności 
przed sobą, wciągnąć w regestr czynników sa- 
mowychowania, obie musi przeżyć. Pierwszą 
przeżywa współcześnie z twórcą, jużto przez 
koncentrycznośó dusz narodu i twórcy, jużto 
w przeżyciach wtórnych, przez moc wezwań, 



— 311 — 

przez reakcję psychiczną. Wartość druga zo- 
staje pokoleniom, jako zadatek przyszłości, re- 
medjum na bóle, smutek, godziny zwątpienia 
i upadków in horror e visionis nocłurnae, ąuando 
soleł sopor occupare homines — zarazem jako 
obowiązek, zadanie do przepracowania w so- 
bie. Oba te składniki rozważone — wyznaczają 
ścieżki życia i pracy i szamotań się w sobie, — 
więc uproszczony, do wytycznych zredukowany 
rzut trudu duszy twórczej. A próba rekon- 
strukcji tego trudu, toć to zarazem rewizja 
czynnego, współczesnego stosunku do 
twórcy — więc w moim wypadku do Słowa- 
ckiego. A rzecz to potrzebna dzisiaj, bo naj- 
pierw są objawy w polskiej świadomości wska- 
zujące, że grawituje ona ku Słowackiemu, po- 
wtóre, bo „czasów nikczemnośó" woła o skory 
ratunek. Ratunek zaś z wewnątrz nas, z za- 
sługi naszej przyjść musi. 

Wielkie więc zadanie to: nakreślić oś głó- 
wną, koło której dokonać się powinna krysta- 
lizacji stosunku świadomości narodowej do 
Słowackiego. Nadto i odpłacić winniśmy du- 
chowi jego za tyle lat poniewierania, nierozu- 
mienia owoców ciężkiej jego pracy, odpłacić 
rzetelnem ujęciem w prawdzie wartości jego. 
Uświadomić sobie musimy konieczność budo- 
wania na jego fundamentach, oparcia całego 
życia: indywidualnego i społecznego na tej 



— 312 — 

prawdzie kardynalnej, która uświęciła resztki 
jego żywota. Uświadomić sobie z caJą mocą, 
z całem poczuciem odpowiedzialności, że poza 
wieszczami niemasz dla nas życia, że droga 
przez nich wskazana jest jedyną w przyszłość, 
ku odrodzeniu, wyzwoleniu. Uświadomić sobie 
wieszczów jako obowiązek. 

Mówiono wiele już o godności Słowackiego 
w narodzie, ale któż miał odwagę powiedzieć, 
że jego „siła fatalna" jest naprawdę obowiąz- 
kiem, fatalizmem naszym. Jest krzykiem, po- 
budką, którą usłyszeć, dać się pociągnąć — 
musimy, jest wieczystem: Mane, Tekel dla na- 
rodu, aż po kres rozwiązania zadania naszego. 
Słowacki to wołanie na trwogę, to wzyw w dro- 
gę, w jutro, a nie podźwięk strun sączący się 
w cudną poświatę księżycową. Słowacki — to 
„burzące działo", a zarazem odzew ze szczy- 
tów: „kto chce tak żyć, niech przy mnie sta- 
nie!" Burzycielstwo jego święte jest, bo jest 
czynieniem przestrzeni wolnych — pod budowę. 

Jeno, że my dziś to .działo burzące* z ba- 
rykad ducha ściągnięte — oniklowaliśmy gu- 
stownie i postawili na biurku — jako przycisk. 
Ale miejcie czucie! — Idzie dzień, idzie świt, 
a barykady znów staną, już się dźwigają! — 
a na szczycie jasna, szumna chorągiew odro- 
dzenia, na szczycie pokrzyk radośnie przez echa 
odbijany: witaj jutrzenko, witaj dniu! 



— 313 - 

Trudem było życie Słowackiego, jak tru- 
dem jest ono dla każdego mającego czucie 
■społeczne pisarza polskiego. Goethowskie: ich 
mnge, wie der Vogel singt — musi u nas być 
przezwyciężone pod groźbą niezasłużenia się 
duchowi narodowemu. Bo u nas pisarz musi 
być twórcą nie pieśni tylko, ale życia, musi 
być przewodnikiem, kapłanem i sługą Sprawy. 
"W tern jest nieszczęście i w tem wielkość lite- 
ratury polskiej. Celem Sztuki polskiej: Piękno 
odradzające. Bo piękno w szczytowem swem 
objawieniu jest cechą nieodłączną, jest skła- 
dową Jaźni najwyższej, cząstką Prawdy. Ludz- 
kość wprowadzić na drogi Prawdy, która jest 
mocą najwyższą i najszczytniejszą Miłością, 
nauczyć ją życia wyższego — oto posłannictwo 
nasze, polskie, to szczytna fatalność, mesjanizm 
polski. Bez tego Polski wieczystej nie będzie. 
I prawdę tę wrzeźbić w duszę swą musi każdy 
pisarz polski, tędy bowiem wiedzie droga do 
Panteonu "Wielkich w narodzie. 

Przeto też zwróciliśmy się do romanty- 
zmu, do wieszczów, iż u nich te kardynalne 
przykazania są podstawą życia i twórczości, 
trudu ich. Romantyzm' jest kwiatem przedzi- 
rnym, wzrosłym na grobie narodu, kwiatem, 
ctóry wykwitał z piersi narodu pod mogiłą -• 
żywego. Ma więc w sobie smętek i urok kwia- 
tów kurhannych, ale ma i gromkie tętno krwi 



- 314 - 

narodu. Jest najdoskonalszem ujęciem dróg 
ducha narodowego po rozbiorach. 

Czem żył naród w strasznych zaraniach 
w. XIX., dokąd leciała tęsknota jego? Odpo- 
wiedzieć mogłaby rzetelna historja Ducha 
Narodu; ale ta nie napisana jeszcze. Odpo- 
wiedź znajdziemy w historji ducha wieszczów, 
bo oni byli palmiłes viłis, byli snem i świado- 
mością narodu. 

Czemźe więc żyli wieszczowie? — Jaki 
jest owoc życia, jaki czyn Mickiewicza? — 
O tern naród dziś — dopiero dowiadywać się 
poczyna. Przed Górskim — usiłował prof. Tre- 
tiak w roku jubileuszowym dać syntezę Mi- 
ckiewicza *. Treścią życia Mickiewicza — po- 
wiada on tam — jest bohaterstwo. Jest to po- 
wiedzenie częściowo tylko trafne. Bohaterstwo 
Grażyny, "Wallenroda, legjonów nawet — to nie 
kres jeszcze. Tragedji tego bohaterstwa, jego 
załamań się w szukającej duszy Mickiewicza, 
wreszcie bohaterstwa z ducha — tego prof. Tre- 
tiak nie dojrzał. Bohaterstwo Mickiewicza wy- 
szło z tychże źródeł, z których wyszło naczelne 
zagadnienie Słowackiego, skąd zresztą wyszła 
treść romantyzmu polskiego. 

Szukaniem czynu była nasza litera- 
tura romantyczna; do dziś zresztą myśmy się 
z tem nie uporali (Wyspiański). Naród pozba- 
wiony wolności nie stanął na pytaniu bezmo- 



— 316 — 

cnych: dlaczego? — ale miał siłę zapytaó- 
siebie: gdzie ratunek, kędy droga w jasną, 
przyszłość? Zycie narodowe od rozbiorów oscy- 
luje między temi zagadnieniami: czy zdobę- 
dziemy się na siłę czynu, gdzie zaródź jego,, 
kres? — Romantyzm polski — to praca nad 
rozwiązaniem tego zagadnienia, ono jest wy- 
tyczną życia Mickiewicza, ono stanowi trud 
Słowackiego. Poprzez ten problem kreśli 
się linja szczytowa jego życia i dzieł. y 

Śledzić w poszczególnych przejawach, ująć 
w jeden obraz pracę ducha Słowackiego — jest 
rzeczą wysoce trudną. Duch jego bowiem, jak 
każdy duch twórczy, bolał, porał się z sobą 
po człowieczemu, ale zostawiając nam obraz 
tego w dziełach — ujmował doznania swe w ka- 
tegorje artystyczne, więc wtórne. Bezpośre- 
dniość zatracić się musiała przez dystans. To 
jedno. A drugie, że dzieła te, spontaniczne 
wyładowania mocy twórczej, ujmują w sobie 
okresy walki, okresy skończone, przezwycię- 
żone w sobie, bo inaczej nie byłoby dzieła 
sztuki. A ścieżka widziana ze szczytu traci 
swoje załamania, wyrwy, bolesne krawędzie, 

j zasnuwa się poświatą odległego widzenia. 

I Więc chcąc dać odtworzenie jej, trzeba ją sa- 
memu przeżyć, przejść ją; a nie zawsze i nie 
każdy może iść w ślady wieszcza. Bierzemy 
od niego pęd, cel, a drogi obieramy wedle 



- 316 - 

-atopnia niedoskonałości naszej. Więc dla od- 
tworzenia jego dróg zarzucać musimy mosty 
intuicji między szczytami dzieł, krzepić ich 
tęgość tętnem ukochania wewnętrznego, mogąc 
je tu i ówdzie tylko wesprzeć o moment jego 
życia. A ja do tego — pisząc to na odludziu — 
nie mam tego cudnego obrazu powszedniego 
życia poety, jakim są Listy; praca tern tru-; 
dniej sza i niedoskonalsza będzie. 

Słowacki narodził się w epoce wielkich ^ 
czynów, narodził się z dreszczów, jakie szły 
;:poprzez Europę od skrzydeł orłów napoleon* 
skich. Dreszcz wolności przez miecz, czynu 
przez bohaterstwo bitwy. Gwiazdy, co wscho- 
dziły nad jego kolebką, siały glorję „boga 
wojny" w tęskne i radosne dusze polskie — 
oczekujące. To było bowiem wspólne czasom 
owym: — żądli we parcie do walki. Naród, prze- 
mocą miecza rozbity, chciał się przemocą pol-, 
skiej szabli wyrąbać. Wysługiwał się więc bez 
szemrania, kwiatem młodzieży słał pole bitew — 
byle jeno wyżebrać pomoc miecza napoleono- 
wego, byle jeno krwią tę Polskę wysłużyć — 
u obcych. Więc nie dziwny u nas ten osobliwy,^ 
czasem maniacki kult Napoleona; jego wielko- 
::ścią sycił naród swą tęsknotę do Oczekiwanego, 
do Zbawcy- Wodza. 

W to wysokie napięcie wstroiła się dusza 
młodego Słowackiego. Toć on młodość swoją 



- 317 - 

rześnił nad Homerem, Tassem, przeterminowar 
7 szkole bohaterstwa. A potem, kiedy poczucie 
loetyckie uświadomiło się w nim, kiedy do snu; 
yua narodu dołączył się sen artysty, — zróźni- 
zkowała się kultura jego duszy. W wyższe 
ię wzniosła widnokręgi i tam zaczęła pracę 
istanowienia siebie. I oto tu w tym nowym, 
szerszym zakresie, między temi dwoma 
ńegunami: narodem a artyzmem oscylując — 
saczyna się walka. Tu zaczepia nić przewodnia- 
Tudu Słowackiego. 

Tęsknotę narodu — widzieliśmy, jak szła. 
lumna, niezłamana na tyłach niedobitków na- 
poleońskich, oganiając się gromadom kozackim, 
jwiazdy upadłe roznieciły tętno krwi, a to- 
lie ustało po potrzebie moskiewskiej. 

A teraz — kędyź była tęsknota artysty ? 

Nad Europą piszącą ciążył wtedy wid 
wygnanego lorda, śpiewaka bohatera, Byrona. 
3iążył i nad Polską. Szukano już przyczyn 
jego niebywałego wpływu-uroku Byrona. Bo- 
daj najtrafniej pokazał je Norwid. A był ten 
wpływ na Polskę wielki. Któryż z pisarzy na- 
iszych owych czasów nie był — choćby w krótkiej 
'tylko fazie — bajronistą? Naturalnie, działał 
tu fakt, że Byron był rzeczywiście pierwszym 
„Sokratesem poezji" (Norwid), że pieśni użył 
jako pobudki, poszedł za nią w bój i śmiercią 
ją przypieczętował; — fakt tak przedziwnie 



ł 



- 318 - 

rezonujący w naturach polskich, naturach, któr' 
między jednem a drugiem zwołaniem rycer- 
skiem kreśliły ostrzem szabli wiekopomne, spi- 
żowe hymny: nie zginęła! Więc ta har- 
monja między pieśnią a czynem walnie zna- 
czyła. Ale dużej wagi był i drugi moment 
że struny Byrona biły zawsze w tę górną „ni- 
pieśń snu, lecz pieśń mocarza", że głosem sła- 
bości, zwątpienia — nie jękły. Byron jest poetą 
czynu fizycznego, mocnego i tę cechę 
zasadniczą doprowadził — sam i epigonowie 
jego — do przesady, dzikości. Tej przesady ni* 
widzieli współcześni, nie dostrzegł jej i ISło 
wacki, który bez słowa zastrzeżenia, pęden 
duszy złaknionej jutra, oddał się mu w jeństwo. 

"Więc te trzy piastunki : pęd odwetu na- 
rodowego, rapsody napoleońskie i pieśń By- 
rona, tego Napoleona poezji, wykołysały mu 
duszę młodą. Sen o sławie był mu najszczy- 
tniejszym snem młodości. 

Ale oto dochodzi nas stąd wiew tragi- 
cznych momentów życia. Opatrzność, która 
chowała Słowackiego ad maiora, która chciała 
go mieć naczyniem Prawdy, — dała mu ciało : 
nikłe, duszę wrażliwą i czułą, nie światobur- 
czą, przeprowadziła go przez ognie życiowych i 
oczyszczeń. Tak kwiat w ciemności szukający 
słońca — wyrasta w łodygę smukłą, o włóknach 
drobnych, delikatnych. Boć prawdziwie, że 



— 319 - 

irudno mówić duchowi tam, gdzie ciało rząd 
rzyma. Więc wartki prąd uczucia i wyobraźni 
aiósł drobną barkę szybko i szybko... Brakło 
tylko rafy: próby mocy. Aż i ta przyszła. 

Więc w tym okresie Słowacki pisze pod 
dyktandem ducha bajrońskiego, pisze rzeczy 
fcakie niby obce, dalekie, a przecie jest tam 
\w głębi ciche, uparte bicie jego ducha, jego 
tęsknoty. Po odrzuceniu akcesorjów zewnętrz- 
nych, więc przypadkowych— co zostanie z Hugo- 
na, Mnicha, Araba, Mindowego, Marji Stuart ?— 
Oto jedno: bezgraniczne, rozpaczne pragnienie 
mocy do czynu, mocy groźnej w sobie, wezbra- 
nej i huczącej jak orgje wodospadów, targa- 
jącej skorupę życia codziennego, mocy często 
zbrodniczej, ale napiętej zawsze wysoko. Ideał 
młodego, słabego fizycznie poety ugruntował 
się na biegunie przeciwległym jego naturze, 
(psychologja zna taką contradicłio in adiecło) — 
streścił się w krzyku o fizyczny czyn mo- 
cny. Naturalnie, że między ideałem a rzeczy- 
wistością musiała przyjść konfrontacja. Dzień 
powszedni mówił często brutalnie, drwił krwa- 
wo z marzeń; wtedy natura poety stawała się 
zgryźliwą, zaciętą w dręczeniu siebie i otocze- 
nia; „Julek kaprysił". A toż to właśnie były 
cechy zewnętrzne bohaterów Byrona. Tu trzeba 
szukać źródła tego, o podłożu głęboko tragicz- 
1 nem, bajronizmu życiowego. 



- 320 - 

Zresztą władztwo pieśni zawsze mu uleg- 
łej wiodło za sobą pewien daltonizm, zasła- 
niało brutalne fakty codzienności, miało w sobie 
niby predyspozycje na władztwo czynu. Taka 
„mocarność" łatwo nam wszystkim przychodzi. 
Tu jest owo skrzywienie tragiczne życia przea 
kulturę. Więc niech to nas nie zwodzi, co pisz* 
później w Godzinie myśli o sobie: 

Dziecko z czarnemi oczyma 
młodsze wiekiem, natchnieniom dało myśł skrzydlatą, 
i wypadkami myśli zylo w siódmera niebie. 
Młodszy marzenia stroił czarnoksięską szatą, 
a potem silną wolą rzucał je przed siebie, 
i stawały — i widział przed sobą obrazy, 
od których się odłamał zimniejszym rozumem: 
więc poczuł, ze marzeniom da kiedyś wyrazy, 
ze się zapozna myślą zmyślnym ludzi tłumem; 
przed sobą miał krainę duchów do zdobycia. 

A o przyjacielu (Szpicnaglu) mówi, że 

nigdy od krain myśli nie odłamał życia... 
Jako posągom nieraz braknie w rysach duszy, 
posągom jego myśli brakowało ciała. 

Na te otuchą jasne słowa przyszły potem *^ 
burze i zawieruchy, śómiły ich przejrzystość, 
grunt tak mocno postawiony zmierzwiły głę- 
boko. Nie wnet znów spojrzy Słowacki takiem 
jasnem wejrzeniem w życie swoje. 

Bo ten cichy, radosny optymizm kryje- 
pod sobą rwące nurty tragizmu. Taka radość 
fundowana na ignorowaniu, obojętności wobec- 



- 321 - 

pewnych dysonantycznych faktów życia — to 
radość podróżnika, który nad przepaścią śpiewa 
pieśń swawolną. Na uchyleniu się, na niepa- 
mięci budować nie możemy. Trzeba mieć w so- 
bie moc: grozie życia spojrzeć twarzą w twarz, 
trzeba wziąć odpowiedzialność za całość życia, 
za każde najdrobniejsze drgnienie jego, za uczu- 
cie, myśl każdą, za odruch myśli nawet. Droga 
do wolności wobec świata wiedzie przez wal- 

'kę szczerą wobec siebie. Przezwyciężyć 
zdołamy tylko to, cośmy beztrwożnie sobie 

1 uświadomili. Wyzwolić zło! — nakazuje Że- 
romski, wyzwolić w sobie zło, wywieść je na 
światło, a jasność słoneczna zniszczy je. Szcze- 
rem, otwartem wobec siebie ujawnieniem za- 
bijamy słabość naszą. 

Godzina przesilenia, godzina próby nad- 
chodziła. Przyszły szare dni listopada, mie- 
siąca o dziwnym dla Polaków uroku tajemnicy, 
polskiego miesiąca. Nocy 29 listopada! — Któż 
głębie twych piękności wyśpiewa! Kto ujmie 
czar twojej ciszy — jaka przed czynem być 

: zwykła — w słowa proste, tajemnie szeptane 
a mocne — przedziwna jesienna nocy! Kiedy 
Polska o swojej kulturze stanowić będzie, oto- 
czy ona ostatnie dni listopada korną czcigod- 
nością święta narodowego. 

W noc 29 listopada poszli polscy „Sokra- 
tesi poezji" na Belweder, oni tej nocy rzucili 

Pigoń. Studja, 21 



- 322 - 

pierwszy raz krzyk w polskie przestrzenti' 
ziemie: Narodzie, więzy rwij! Później pow; 
Słowacki o nich, że się „szablą i kulą wypi- 
sali z uczuć swych" — poeci czynu żywego. 

Wybuch zastał Słowackiego — nieprzy- 
gotowanym. Miejmy moc otwarcie to sobie 
powiedzieć. Nieprzygotowanym zastał i Mi' 
kiewicza, nieprzygotowany był przedewsz3'si 
kiem — naród. Którzy się wypiastowali w pro- 
mieniach glorji napoleońskiej — czyn swój 
uczynili, ucieleśnili marzenie, tajemną tęsknotę 
dziesiątek lat. Płomieniem narodowej wojny 
rozźagwiła się polska ziemia. Ale polskie sobie 
państwo nie wymarło było jeszcze! Rząd p' 
szedł w starsze, „doświadczeńsze" ręce. A teł.. 
Jakżeż wiele nam współczesnym rozjaśnia psy- 
che współczesną — ówczesna postać Lelewela! 

Słowacki w początkach powstania z kraju 
wyjechał — na zawsze; jak gdyby się sam 
skazał na wygnanie dożywotnie — za niego- 
towość swoją. A choć potem z niebosiężnych 
szczytów ofiarnego ukochania swego oglądał 
słoneczne polskie Jeruzalem, — kości jego, jak 
kości Mojżesza, spoczęły na ziemi wygnania. 
Wyjechał, „przed męką uciekł". Wspomniałem 
już, że zdanie sobie sprawy z tego nie przyszłe 
zaraz. Poprostu ogrom odpowiedzialności czynu 
był tak wielki, że oko cofnąć się musiało 
z odległości dopiero mogło go objąć. Uświa 



_ 323 — 

domienie, nieustraszone spojrzenie w przepaści 
grozy przyszło dopiero w ciągu pisania iTor- 
djana. Co ujrzał, wobec jakiej świadomości 
stanął — „tego ludzką nie wysłowić mową". 

I oto nastąpił trudu jego dzień drugi. 

A jest rzecz napozór dziwna. Po tym 
straszliwym kataklizmie, po tem potrzaskaniu 
podstaw życiowych i twórczych — w poezjach je- 
go o tem jakby cisza... Jest w tem podobieństwo 
pewne do narodu, który dopiero w parę dziesią- 
tek lat po rozbiorach zdobył się na swój głos. 
Ale u Słowackiego to pozór tylko. Czyż nie 
słyszycie odtąd pod cichą, jasną taflą dzieł — 
tego lękliwego drżenia wstydu przed sobą, 
czyż nie widzicie tych przebolesuych ściągnięć 
oblicza jego: „Godności nie mam, przed męką 
uciekłem". I tak zostanie aż do końca życia. 

Z wygnaniem właściwie dopiero zaczęła 
się twarda służba narodowa. Si oblitus fuero 
tui, Jeriisalem, oblivioni detur dexłera mea ! — 
Trzeba było epokę zeszłą zamknąć w sobie, 
zrobić z nią rozrachunek surowy, by po tym 
pomoście przezwyciężenia pójść naprzód. Tak 
zaczął powstawać Kordjan. 

Mówiono u nas wiele o tem, jak to Kor- 
djan jest sobowtórem Konrada z Dziadów. 
Naturalnie. Widzenie podobieństw a niedostrze- 
ganie najkardynalniejszych różnic — jest ozna- 
ką niedołężnego oka, mówi gdzieś Nietzsche. 

21* 



— 324 - 

Tego, źe Kordjan, który mógł zresztą powstać 
z impulsu mickiewiczoweg o, mógł z nie- 
go wziąć formę, — w akcie wyłamywania się 
z tworzywa wyobraźni stawał się sądem Sło- 
wackiego nad sobą, porachunkiem z dotych- 
czasowemi wartościami, źe równocześnie toro- 
wał drogę do nowych założeń, do nowego spoj- 
rzenia na siebie i świat, — tego nie chciano 
dojrzeć. A przecież to widoczne, że linje Dzia- 
dów i Kordjana są wobec siebie najzupełniej 
rozbieżne, jak dWa promienie z jednego ogni- 
ska. Ogniskiem : ból poetów, że na ojczyznę 
patrzyli „jak syn na ojca, wplecionego w koło** 
i — — pomóc, ratować nie mogli. 

Powiedziałem, że Kordjan był porachun- 
kiem sumienia narodowego i artystycznego. 
W trakcie tworzenia odkryła się przepaść. Kor- 
djan stał się sądem nad sobą. Stąd ta dys- 
proporcja między pierwszemi dwoma aktami 
a resztą. Kordjan z III aktu — to Słowacki 
w powstaniu. Obaj umieli jeszcze w przeddzień 
czynu zdobyć się na gromki głos surmy przed- 
bitewnej, ubrać się umieli w gest winkelry- 
dowy i obaj czynu — nie dokonali. Do dźwierzy 
carskiej potencji nie przedarli się — przez ko- 
lumnadę majaków wyobraźni. A drzwi słabe 
były. Przeobrażenie Kordjana bajronisty w Kor- 
djana spiskowca ma rzeczywiście dva,)joyov 
w Gustawie-Konradzie, ale ma odpowiednik 



325 



przedewszystkiem — i to podkreślam — w ż y- 
c i u obu twórców. Zbieżność naturalnie nie 
przypadkowa, bo uwarunkowana w życiu na- 
rodu. — * 
Ale są w Kordjanie rzeczy głębsze, o które 
mnie z założenia tytułu przedewszystkiem cho- 
dzi. Kordjan jest tragedją czynu. Natu- 
ralnie w osobliwem tych słów znaczeniu. Wie- 
my, jak się formował, jakim był u Słowackie- 
go obraz czynu dotychczasowy. Widzieliśmy, 
jak zwaliły go zawieje wypadków. Moc duszy 
negacją, pustką się nie uspokoi, podjąć musi 
pracę tworzenia, jeżeli mocą jest, nie uroje- 
niem. Więc Polska mieczem się nie wyrąbała, 
a przecież było bohaterstwo pół- boskie! Więc 
nie w tej stronie czyn polski? — Na czemże się 
pobuduje on tedy? Na człowieku? A czemże 
jest czyn człowieczy?^ Czyż nie jest on prze- 
tworzeniem, v/rzeźbieniem w zewnętrzność cał- 
kowitej treści swojej, eksternalizacją zupełną? 
Czyn jest tem, czem jest człowiek, jest więc jego 
naj zupełniej szym równoznacznikiem. Uczynię 
w świecie to tylko, czem siebie uczynić zdo- 
łam. Czyn więc mój jedynym być musi i ostat- 
nim zarazem. Oddać w nim muszę całe życie 
moje, inaczej nie będzie czynem, więc czemś 
całkowitem, skończonem, — będzie pół-ozynem, 
niczem. Więc czyn pełny śmiercią się pieczę- 
tuje, przez śmierć tylko możliwy. 



- 326 - 

WięcKordjan-Słowacki winien był zginąć 
tam w komnacie! Że nie zginął, to znak jedy- 
nie że nie był gotowy, źe jak owe biblijne 
głupie niewiasty, przyszedł za późno, spóźnił 
się, został wtyle za narodem i napróżno puka 
w zamknięte już drzwi. To poznanie druzgoce 
go. Samoosądzenie skończyło się wyrokiem 
śmierci. Kordjan chce zginąć, szuka śmierci, 
A na takim sądzie — ułaskawienia niemasz, nie- 
ma instancji wyższej nad j a sądzące, któraby 
ułaskawić mogła j a osądzone. Może zajść 
tylko przypadkowe przeszkodzenie w wy- 
konaniu wyroku; to przyniósł adjutant.* 

Tak więc Kordjan jest strasznym, z głębi 
bólu wyrwanem zapytaniem : wsz3'stko runęło, 
dlaczegóż ja zostałem? — tak traci dotych- 
czasową swoją chłodność niby-odtwórczości, 
a prawdziwie staje się drżącą strzałą, która, 
przebiwszy się przez najgłębsze, najrozpacz- 
niejsze pokłady duszy, dymiąca krwią żywą, 
bolesna upada pod stopy nasze. Ale takie py- 
tanie nosić musi w sobie zaródź życia. 

Więc zaczyna się okres głuchej, rozpacz- 
nie piętrzonej pracy nad odzyskaniem kontaktu 
z duszą narodu, nad zdobyciem godności walki. 
Okres w życiu Słowackiego najstraszniejszy: 
Wmyślcie, wczujcie się (a raczej wespół — 
czujmy, my „motyle i świerszcze w niewoli", 
boć to de nohis fabuła narratur !) w stan duszy 



- 327 - 

człowieka, który żyć nie umiał a umrzeć nie 
mógł, czyż zdolny kto wyobrazić sobie głębszą 
przepaść rozpaczy? Quare misero data est lux, 
et vita his, qui in amaritudine animae sunt — 
qui expectant ftiortem, et non venit, viro, cuius 
abscondiła est via et circumdedit eum Deus 
tenebris? (Job. 3, 20-23). 

Tu łączą się dalsze momenty, przychodzą 
dalsze pytania: Czy czyn poniechany, czy wina 
wobec narodu — odpuszczalna? (wobec sie- 
bie — wiemy, że nie była taką aż po koniec 
życia). 

Śladów stóp w tej drodze na Golgotę 
życia — próżnoby szukać, są one ofiarną tajem- 
nicą przemilczeń zasnute. Taka praca doko- 
nywa się wobec siebie i Boga, w książkach 
i śladu jej nie znajdziesz. Rozeznawać musimy 
ją po tajemnem drżeniu boleści w listach nie- 
których i niedopowiedzeniach dzieł. A kiedy 
dni pokuty się zawrą, wiemy, że owoc ich 
dojrzeć musi ; wejdzie tu w grę pierwiastek 
nowy: wola twórcza. Bo „twórczość jest nie- 
ustannem traceniem siebie i dostrzeganiem ob- 
cości w sobie" (Brzozowski), jest zarazem prze- 
zwyciężaniem tej obcości, wychodzeniem poza 
nią. Dzieła twórcy, to jakby biuletyny z pól 
jego walki, to wieści, że ból — już „sercem 
zabity'^, że radość — okiełznana i w głębszą 
moc zwarta; dzieła — to prawdziwie owe kartki 



- 328 - 

sybillińskie, o których mówi Mickiewicz — wi- 
chrem bożym wyrzucane z poza obrzeży czaso- 
wych doznań. A w ten sposób, rozpatrując 
utwory sztuki jako źrałe owoce ostateczne, jako 
zamknięcia i przezwyciężenia cyklów walki 
wewnętrznej, jako słupy graniczne między 
epokami życia — odzyskujemy owo wspólne 
łożysko, którem się toczy życie i twórczość, 
fundament obu tych przejawów bytu, podstawy 
trudu. 

Cios roku 1831 przeszył aż do dna duszę 
Słowackiego, a on przyjął stygmat boleści nie- 
mal ekstatycznie, z cichą radością pokuty po- 
czął wysługiwać ekspiację. Napozór nie znać 
tego; jeździ po Europie, pisze arcydzieła uczu- 
cia {Ojca zadżumionych i W Szwajcarji) — 
zdaje się : zapomniał. Ale to pozór tylko. Proste, 
kronikarskie słowa wyryte na szczycie pira- 
midy: przekażcie wiekom noc 29 listo- 
pad a — dobywają wartki nurt nawierzch. 
Noc na grobie Chrystusa — to noc przezna- 
czenia. Przesilił się trud. 

Pytaniem centralnem istoty Słowackiego 
był więc osobisty stosunek do narodu. 
Problem rozwiązany artystycznie w klasztorze 
Betcheszban: Anhelli. U źródeł byliśmy; jakiż 
pęd i kres jego ? 

Napozór zdawałoby się, że Anhelli to 
zwiastun, prekursor towianizmu. Przecież ofia- 



- 329 - 

ra — treść życia Anhellego, to centralny mo- 
ment w nowem wyznaniu wiary. Ale pokre- 
wieństwa te i styczności — pozorne. W rze- 
czywistości niema u Słowackiego dzieła, któ- 
reby tak diametralnie daleko stało od towia- 
nizmu, jak Anhelli. I prawdziwie mógł o nim 
Słowacki później surowe mówić słowa, — ale 
to dopiero pod koniec drogi, bo mnogo jeszcze 
znojnego trudu musiał podjąć, zanim przezwy- 
ciężył stan ducha anhelliczny. Narazie jest to 
szczytowy punkt, rozwiązanie udręki życia. 

Kordjan chce wypełnić swój czyn wobec 
narodu, chce zamknąć pokutę swoją i obowią- 
zek. Jaką-źe ma możność potemu? Kordjan 
przeszedł przez dantejskie piekło mąk, pod 
biczami wężowemi Erynij szukał — wyzwole- 
nia. Bezmiary boleści otwarły mu przeraźliwą 
głąb trudu oczyszczenia. Z przeszłości wyniósł 
był naukę, że czyn wobec narodu nie streszcza 
się w zamachu, ani się rozwiązuje ostatecznem 
rozwiązaniem na polu walki. Boć to wszystko 
nie może jeszcze być przesłanką do ważkości 
wewnętrznej, a ta nadaje jedynie czynom war- 
tość. Można iść beztrwożnie na armaty — w re- 
zygnacji życia, można wyjść dumnie na stos 
całopalenia ofiarnego za ojczyznę — bo się dla 
niej pracować nie umiało. Taki czyn jako z a- 
sługa narodowa przyjęty być nie może. 
Biada temu, co dla ojczyzny oddaje pół duszy, 



- 330 - 

a drugie pół dla siebie zachowa, żywota jego 
cele będą marne, gwiazdy przy zgonie zimne^ 
niebo czarne. Czyn polski żąda jednolitości 
pobudek i wykonania, siedlisko jego musi 
być przeniesione nawewnątrz. Nie 
można być Polakiem od święta, a krzywdą 
ludzką żyć w dni powszednie, służba sprawie 
przejąć musi każdy czyn, każdy odruch woli 
i uczucia naszego. Bo cóż innego jest miłość 
ojczyzny, — powiedział kiedyś Lutosławski — 
jak nie ukochanie najwyższe doskonałości du- 
chowej ? Dwom bogom służyć nie można. 
Prawda i światło są ekskluzywne. Więc czyn 
polski nie streszcza się jeszcze na polu bitwy, 
szablą wypowiedzieć się spełna nie może. Kor- 
djan to już wiedział i doszedł był już tam, na 
placu musztry, że kamieniem węgielnym ży- 
wego jego stosunku do narodu jest śmierć. 
„Gdy żywi życiem poczną żyć, z Ż3'wymi ty 
nie możesz być" (Wyspiański). 

Anhelli rzucił tę śmierć na grunt ofiary. 
Był dłużnikiem wobec narodu, więc wjpłacić 
się chciał najwyższą ceną, całą wartością swoją. 
Dać za naród nietylko życie, ale ostatni naj- 
drobniejszy kęs uczucia nawet: ten naturalny 
w każdym człowieku pęd, żądanie, aby czyn 
mój był owocny, ab}' był zasługą. Anhelli zrzeka 
się myśli, że śmierć jego będzie choćbj- kamie- 
niem na szaniec ; poświęca więcej niż wolno,. 



— 331 - 

fakt poświęcenia przenosi nad sprawę,,, 
popełnia gwałt wobec siebie i narodu. Ale od 
Kordjana — do śnieżnych, syberyjskich lodów 
wiedzie droga konsekwentna. Na nieświa- 
domą ofiarę serca skazał się Anhelli. Win- 
kelryd zagarnął w pierś swą ostrza dzid, ale 
nie wie, czy czyn jego zbawczy będzie; na 
ołtarzu ojczyzny cało się spali, ale nie wie, 
czy płomień kości jego zapali naród: „Ja się 
w chwili ofiarnej jak kadzidło spalę, imienia 
nie zostawię po ciele spalonem, tylko echo". — 
To niech rozbrzmi i niech zatraci się w bez- 
kresach. Tak jedynie pojęta może być ofiara za- 
tracenia. Prawdziwie — trzeba nadludzkiej siły : 
tak zrzec się wszelkiej zasługi, zejść z tą prze- 
raźliwą świadomością, że życie moje całe na 
nic, że i atom nie drgnie po śmierci mojej, że 
odjęta będzie ode mnie wszelka wartość, owoc- 
ność życia. Indywidualizm dochodzi tu do samo- 
ofiary, do zaprzeczenia siebie, bo nawet, tę ta- 
jemną, pierzchliwą nadzieję odegnał był od sie- 
bie, że po mogile jego zatętnią kopyta oswo- 
bodzicieli, odszedł z zimną pewnością, że wy- 
zwolenie dokona się poza nim i mimo niego,, 
bo ofiara jego nieświadomą była. Wypłacił się 
narodowi najwyższą ceną. 
iŁ Więc wieje stąd jakiś zawrotny, przej- 
^lujący, niebywały urok. Na takiem stadjum 
nie zatrzymał się żaden Polak, bo pomyślenie 



- 332 - 

•«takie jest przeciwne najwnętrzniejszym drgnie- 
niom duszy polskiej, I to się w słowa ująć 
nie da, władza języka ludzkiego niknie wobec 
tych ogromów rozpaczliwej boleści szukania, 
która aż tu skłonienie ukojne, chociażby na 
chwilę, znalazła. Qui połesł senłire, — sentiat ! 
Przed tern sanktuarjum boleści niech uchyli 
głowę każdy człowiek, a niech nie waży się 
mędrkować zimnym językiem, bólowi niech 
nikt nie urąga! Grób Anhellego niech owinie 
ciche, korne milczenie. — Lecz na grobie tym 
przystanąć nie mogła znużona stopa naprzód 
idącego ^ 

Intensywność pracy wewnętrznej, wzmo- 
żona zawrotną grozą takiego kresu, sprężyła 
się w sobie, spotęgowała. Dni najbliższe, nawet 
-równoczesne — bo Anhelli jest tylko możli- 
wością takiego rozwiązania — rzuciły gra- 
mity nowych, dalszych ustanowień. Obok pro- 
blemu osobistego pojawił się drugi, tyczący 
narodu samego w sobie. Tu równole- 
głość tę przedewszystkiem podkreślić należ}^ bo 
ona daje wyraźne widzenie oblicza trudu an- 
-hellicznego. 

Psychologja narodu popowstaniowa, usj^m- 
bolizowana niemal w emigracji — zanadto do- 
brze znana nam psychologja klęski — wraziła 
się w duszę Słowackiego i siłą konieczności 
stawiła mu pytanie dalsze: Jakiej siły 



- 333 - 

trzeba i czy naród ją w sobie zna- 
leźć zdolen — by powstał. 

I te dwa problemy — osobisty i społeczny,, 
rozwijały się koncentrycznie, wzajemnie się 
uwarunkowując w postępie i rozwiązaniu. Boć 
Anhellego bez tła emigracji — zlokalizowanej 
[ pod zorzami hyperborealnemi — zrozumieć nie- 
można. Jakżeż bowiem inaczej powstaćby mo- 
gła myśl pracy, poświęcenia się za tych, którzy 
pracować nie chcą, niezgodą się trując? Taki 
przedziwnego uroku kwiat, brat lilji nagrobnej,. 
AnhelH, wzróść mógł jedynie na mierzwie nie- 
dołężnego, starczego życia zgryźliwej emigra- 
cji. To podkreślam, choć w tern zwalaniu od- 
powiedzialności czynu na zewnętrzność, na 
„warunki społeczne" czy „moment dziejowy" 
jest sofizmat (dla nas i dla Słowackiego jeszcze 
wtedy on nie istniał) ; ten odsłoni się w dal- 
szym ciągu trudu. 

Okres' Anhellego — toż zarazem okres 
Grobu Agamemnona. Grób Agamemnona jest 
niejako drugi em obliczem Anhellego. Z tej sa- 
mej wyrósł troski. 

Świadomość rozbieżności dróg: swojej 
i emigracyjnej, ta świadomość, że wyzwoleńcza 
myśl polska została tylko u jednostek, a spo- 
łeczność albo ją wymieniła na „trzeźwą" myśl 
o sobie, albo zatraciła w jednodniowych, nie- 
skoordynowanych, niezwartych zapałach, ta 



- 334 — 

świadomość położyła na wargach jego „hymn 
grzmiący, czerwony", śpiew karzącego proroka. 
Prawo i obowiązek proroczy miał ; dał mu je 
ciężki trud wewnętrznego porania się, mozolna 
praca nawiązywania kontaktu z duszą narodu. | 
Zresztą Grób Agamemnona jest przede- \ 
wszystkiem dalszym aktem .spowiedzi przed try- 
bunałem ciężkiej służby narodowej, modlitwą- 
krzykiem kajającej się duszy, przeklęciem 
samego siebie przedewszystkiem. Jest ' 
dalszem uświadomieniem sobie grzechu wobec 
powinności narodowej. Kordjan wobec Leoni- 
dasa! Chwila dumania w grobie Agamemnona 
jest momentem ściśle osobistym, autowiwi- 
sekcją. Zostało to jedno: wstyd, wstyd palącj' 
przed prochami bohatera, wstyd, że w ten le 
gjon, w „smętne pół rycerzy żywych" własna 
jego niegotowość go powiodła. Więc ta „peł- 
ność winy" motywem tu zasadniczym. Jest 
i drugi: wyraźne, nielękliwe uświadomienie 
sobie pokuty : wygnania dobrowolnego : 

Na Termopilach — ja się nie odważę 

osadzić konia w wąwozowym szlaku, 

bo tam być muszą tak patrzące twarze, 

że serce kruszy wstyd . . . 

Nie ! pierwej skonam : niż tara iść — z łańcuchem ! 

Z jakiemźe czołem stanąłby on tam na 
ziemi mogił, w obliczu kości bohaterów — po- 



- 335 - 

ległych ! Jakąż by sprawę zdał ze służb swoich? 
i3n, co utracił indygenafc służby narodowej ! 
lA. trzeci moment: odzew do narodu, toć to prze- 
Icie ta skryta drżąca nadzieja każdego z nas, 
tajemnie szeptana prośba-modlitwa, czasem na- 
wet krzyk, o życie w narodzie szczytne, o do- 
strojenie czucia i myśli społecznej do wysokich 
szlaków naszych powinności, o pracę dla przy- 
szłości. A te gromkie, klnące słowa wobec ru- 
mowisk przeszłości, wobec bezdusznych trupich 
form i nałogów, zawalających padliną drogi 
w jutro, tłumione są tu boleśnie krwawym 
skurczem serca: „Mówię, bom smutny i sam 
pełen winy'^ 

Więc jak Anhelli był próbą przezwycię- 
żenia, podniesienia się po tragedji czynu fizycz- 
nego, był hasłem czynu przez ofiarę — 
tak Grób Agamemnona jest ostatecznem rzu- 
ceniem oka w tę stronę, gdzie explicił tragoedia, 
jest ujęciem przeszłości, rzuceniem pomostu 
między nią, jej winą, nieczynem, a pracą 
o przyszłość, trudem pójścia w górę. Jest ogni- 
wem między nią a epoką rzetelnej, nieustra- 
szonej pracy. Stoi na przełomie. A narazie 
prowadzi do wstępu w nową epokę, do Lilii 
Wenedy. Wszak pierwotnie włożony był w usta 
jednego z harfiarzy derwidowych. 

Przez Grób Agamemnona wnika niejako 
idea Lilii Wenedy w epokę poanhelliczną, 



- 336 - 

wiąże ją integralnie z dalszym ciągiem życia. 
Między temi dwoma stadjami trudu : Anhellim 
a Lilią Wenedą niema stanowczego załomu, 
przechodzą w siebie zwolna, ewolucyjnie. 
Wspomniałem, dlaczego na Anhellim nie mogła 
stanąć praca stanowienia siebie, Anhelli pozo- 
stał możliwością rozwiązania, nie rozwiązaniem 
samem. Anhelizm mógł być stanem pokuty,' 
ale nie przejawem pracy, a pokuta nar o-" 
do w a, aby była przyjęta, nie śmie być sta- 
nem, zaprzeczeniem czynu, musi być twórcza.' 
Stanięcie poza obowiązkiem, wyzbycie się uczu- 
cia odpowiedzialności, toż to kwietyzm, rezy- 
gnacja, grzech zaleniwienia. I tej oczywistości 
nic nie zasłoni. Czyn musi być świadomy, 
musi być odpowiedzialny za siebie. Bierność 
jest w każdym razie abdykacją. 

Więc Słowacki nie stanął na Anhelliłn^ 
ale niechybnie podjął trud dalszego wędrow- 
nictwa. Pasywność cichej ofiary przepra- 
cować musiał na czynny, męski stosunek dc 
narodu. Jest w Anhellim ten sam moment tra-' 
gedji indywidualizmu, który złamał Konrada 
w noc Improwizacji, tylko że głęboko etyczni 
natura Mickiewicza przez wj-ciężyła to załama- 
nie dopiero przez towianizm, podczas gdy Sło- 
wackiego uratowała tu — względnie zresztą — 
władcza moc poezji, poczucie mocy twórczej.' 
To był punkt wyjścia. Na tern poczuciu po^ 



- 337 - 

budował wyższą kolumnę swego trudu: czyn 
przez słowo pieśni. 

My współcześni przeżyliśmy tragedję sło- 
iwa. Widzieliśmy krwawe widmo „wyzwolone- 
go" Konrada z wyłupionemi oczyma, jak 

jUa pustej arenie szuka wrót. A był władcą, 
'słowa, poetą ! — wchodził tu z wiarą w twórczą 
swą moc. Teraz zdusił światło pochodni i błą- 
dzi — Orestes nowoczesny. Była to tragedja 
niejako osobista; o społecznej wartości słowa 
wypadnie mi jeszcze wspomnieć. 

Romantyzm wiarę w słowo miał i tą wiarą 
stał długi czas. Była to wiara dziwnego nabo- 
żeństwa. Człowiek, nieobeznany z dziejami 
aaszemi, nie pojmie tej przedziwnej, głębokiej 
oaistyki słowa, na którą romantycy zawsze 
iaki szczególny kładli nacisk. Odpowiednik 
maleźćby można chyba w greckiej filozof j i lo- 
y08U i w mistyce średniowiecznej, wychodzącej 
s wstępnych słów Ewangelji św. Jana. I nie 
Powiański dopiero przyniósł nam urząd sło- 
WSt, ; wiara w wartość słowa była w istocie ro- 
iJiantyzmu, była przedewszystkiem w duchu 
aarodu. Naród czuł, że mu zostało słowo 
;ylko i że z niego wywieść musi odrodzenie 
[jwoje. Kwestja to ważka, warta zbadania 
'szczegółowego. Zaznaczam ją tu tylko, bo pod- 
i:reślić mi ją trzeba, by na szersze tło rzucić 
I deę przewodnią Lilii Wenedy. 

Pigoń. Studja. 22 



1 

af 



— 338 - 

W tem rozprężeniu, w pomroce duszua 
z jaka się porał od powstania — tu znalai 
mocny grunt, tu oparł utrudzone swoje wiosl 
Lilia Weneda — to poemat słowa działają' 
cego i jego tragedja zarazem. I to jest natu- 
ralne. Widzieliśmy, że od r. 1831 źródło czynu 
przeniosło się na wewnątrz. Najpierw bez- 
względnie — ale wtedy oczywiście straciły się 
podstawy czynu, t. j. działania; był to mo- 
ment stanu anhellicznego. Czyn, oparłszy 
swą stopę o wnętrze — musi się ustanowić na- 
zewnątrz, inaczej nie mógłby się wogóle do- 
konać. A właśnie: dokonanie sweg 
czynu jest ośrodkiem trudu Słowackiego 
Treść wnętrza duszy przejawia się w słowie 
więc słowo musi być organem czynu. Słowc 
pełne i mocne, więc słowo pieśni. Pieśń ma mo( 
przedziwną, żywiącą i wskrzeszającą. I oU. 
mamy założenie Lilii Wenedy, zarazem ujęci* 
dalszej fazj' trudu: czyn przez słów 
pieśni. 

Takie rozwiązanie problemu przyniosło z; 
sobą poczucie wartości, władztwa twórczego 
Jest to okres żwawej twórczości, która idzi 
z beztroskliwej wiedzy drogi. Teraz czuł si 
Słowacki przedewszystkiem poetą, twórcą słc 
wa. Pomnicie tę przecudowną opowieść o hai 
fiarzu z Chios, co falom morskim śpiewał, a on 
korny hołd pieśni jego oddały ? Nie dykt< 



fl 



— 339 - 

wałoź mu jej owo jasne poczucie władcze „syna 
pieśni, syna królewskiego" ? 

Słowem mocnem, pieśnią liarfiarzy, sło- 
wem-zaklęciem Rozy można cuda czynić, można 
w bohaterski bój pchnąć cały n-aród, choćby 
to nawet pół-rycerze byli, choćby mieli w piersi 
miasto serca — zwitek gadzin. Pieśń włada 
przyrodą, złość węża przezwycięży — jest cudo- 
twórcza. Fundament zwycięstwa narodu, arka 
przymierza' między smętnym dniem dzisiejszym 
a świetlaną przyszłością — w harfie derwido- 
wej. Jej pieśń ofiarna mogła zmusić fatum, 
bogów i ludzi, mocą Jozuego słońce zatrzymać 
w biegu i jeszcze więcej mogła. Miała te zja- 
dliwe, syczące zwitki gadzin w piersiach prze- 
mienić w czujące, dzielne serca zwycięzców. 
Odynowa moc Rozy-Walkirji, jej hymn „wrący, 
szalony", jej bezwzględna, zimna nieustępli- 
wość — ma władzę dusz czasową tylko, do kresu 
dowieść ich nie zdoła, ona to czuje sama i — 
czeka na harfę. Harfę ma przynieść Lilia. Ma 
ją dostać przez swą białą niewinność, przez 
swój ślub czystości, więc przez swą cichą 
ofiarę. Harfa ma być zdobyta czynem Anhel- 
łego ; smętny ofiarnik z pod zórz północnych 
zejść ma w naród, czyn swój spełnić. Lilia — toż 
to siostrzyca jego. Dopiero tu czyn jego ma być 
zważony na wadze. — Słowacki miał moc spoj- 
rzeć w przeszłość i obrachować się z jej ideą. 

22* 



— 340 — 

Szukanie jego beztrwożne było i nieuko- 

jone. Szedł naprzód, rzucał przed siebie tę- 
czowe widzenia swe, dawał im ciało, krew ser- 
deczną, dawał im piękno przedziwne, głębokie, 
zawrotnie głębokie piękno duszy własnej, — 
mocą przezwyciężeń porzucał je, zobaczywszy 
ich niepełność, nieostateczność. Stąd życie je- 
go — jak każdego rzetelnego twórcy — jest 
wędrówką poprzez mękę samopokonań, jest 
deptaniem po kawałach serca swego, po uko- 
chaniu, po radości — dla tego jednego : dla życia 
w prawdzie, doskonałości. Więc szedł poprzez 
trud i boleść — niezmordowanie. Szedł w męce, 
załamując utrudzone dłonie nad zmarłem uko- 
chaniem swem. Przeszedł przez smutną mogiłę 
Anhellego i poprzez ciche, białe zwłoki Lilii. 
Bo nie w nich był kres. 

Czemu Lilia nie przyniosła harfy, czemuż 
czyn Anhellego się nie dopełnił? Przypadek? 
Zabicie Lechona? Oh nie, nic przypadkowego 
wżyciu czy dziele Słowackiego! "Więc czemua 
pieśń harfy, co węże pojarzmiła — nie skru- 
szyła jednego niewieściego serca? Ludzie by- 
wają niekiedy potworniej si od łyszczącego, su- 
chego wężowiska gadzin, a pieśń rozbiła się 
o kamienne serce Gwinony. Słowo więc musi 
mieć moc nad ludźmi, moc przetwórczą. Nie 
wystarczy przystroić je w przepychy blasku, 
piękności, nie wystarczy podnieść je w potężny 



341 



głos surmy, Słowo piękne, czy mocne — 
nie bierze jeszcze serc. Pierwsze olśni formą, 
drugie przerazi potęgą szalejącego huraganu — 
do czynu żadne nie zawiedzie. Ze szczytów 
jasnej pewności siebie — jakżeż blisko w prze- 
paść, jakżeż wnet zapada słońce i mrok za- 
chodzi trwożny, niespokojny! 

Pieśń Rozy zwycięstwa narodowi dać nie 
może, pchnęła ludzi w bój, ale serc im nie 
może przemienić. Więc bój bez jutra, bez na- 
dziei. Wszyscy czekają na pieśń Derwida, a on — 
on czeka... czeka na harfę ! Czeka, bo tej pieśni 
zbawczej nie zna, nie ma, winna mu ją przy- 
nieść stara, lipowa harfa. Bo pierś jego tą harfą 
nie jest! Derwid pieśni zwycięstwa zaśpiewać 
nie mógł, nie znał jej nuty. Miał jedynie 
nieprzeparte, tęskne, oczekujące pożądanie jej, 
spromienił się cały — w oczekiwaniu. Tragizm 
tu nie z przypadku, nie z głupiego Ślaza ma 
założenie, ale ma źródło głęboko w nieustra- 
szenie szukającej duszy wieszcza. Zamiast świ- 
tów przyszłości — znalazł trupa anhellicznej 
Lilii, dojrzał swoje progi przeszłe, swoje kresy 
dotychczasowe — martwe. I zaśpiewał łabę- 
dzią pieśń, śpiew przepastnego, rozpaczliwego 
smutku, wygrany na złocistych włosach Lilii — 
kochania swojego. 

To był los poety : na grobowcach 
siadać, senne królestwa mieć, słuchaczów 



- 342 - 

głuchych ! Władzy przywracania słuchu, wła- 
dzy porywania za sobą, już nie efemerycznej, 
ale władzy apostolskiej — nie miał. Tak dzieło 
jego każde dotychczasowe, poczęte w radosnej 
pewności — kończyło się nowem załamaniem, 
stawało się nową, głębszą niż poprzednie, bo 
z wyższych szczytów widzianą — przepaścią. 
Pomnicie, z jaką pewną, rześką radością szedł 
był w świat, jak był umocnił swą wiarę w sie- 
bie, pogodną miłość szczytnego życia — a oto 
dojrzał, że pieśń, aby działać, aby być czj^nem, 
musi mieć poza pięknem jeszcze coś, jakąś moc 
tajemniczą, jakieś wielkie, niewzruszone opar- 
cie. Tych fundamentów począł szukać. Szedł 
do źródeł pieśni-mocy, „która serca prze- 
obraża i niewolnika przedzierzga w czło- 
wieka". 

Dotychczas daremne były trudy, szarpa- 
nia. Skończył klęską ; cykl dramatów przed- 
historycznej Polski urwał się załamaniem, głu- 
chą, łkającą boleścią. Ale w krainie ducha nic 
nie ginie. Poprzez oczyszczający ogień boleści, 
poprzez klęski — idzie się w zwycięstwo. Od 
rozpaczy popowstaniowej — do klęski wiary 
w słowo — jakżeż daleko, jakże wysoko wznio- 
sła się już droga! 

Przeszliśmy byli uciążliwe ścieżki szuka- 
nia, widzieliśmy bolesne stygmaty walk nie- 
rozegranych. Ich wykładnikiem : nieukojność, 



343 



owocem: niepełność, nieprzeparta tęsknota kresu, 
z głębin serca idące uparte pragnienie prawdy. 
Gdzież ona? Kordjan jest uświadomieniem so- 
bie zwaliska wewnętrznego, sądem nad niem, 
Anhelli — na chwilę tylko przypuszczoną możli- 
wością rozwiązania, Lilia Weneda — tragedją. 
Gdzież więc ten pełnj^ ciężki plon usiewów, 
gdzież doskonałe, ostateczne, radosne dzieło? 
Gdzież ten granit nieustępliwy, na którym oprze 
stopę swą człowiek naprzód, w górę idący? Ja- 
kiż jest, na jakich fundamentach opiera się czyn 
polski? Odpowiedź musi się znaleźć! Któż ją 
przyniesie? Z przebogatej kulturą duszy współ- 
czesnej wyjdzie, czy ze stajenki pastuszej? 

Skądkolwiek na mnie uderzy, 
skądkolwiek jego wołanie usłyszę, 
czyto zjawi się w siermiężce pasterzy, 
czy jeszcze w żłóbku matka go kołysze — 
gdziekolwiek ono dziecko światowladne 
poczuję — klęknę i na twarz upadnę. 

Odpowiedź przyniósł gdzieś z dalekiej 
Litwy szary, ubogi człowiek, mąż boży, To- 
wiański. Dziwny moment. Ludzie bibuły przez 
tyle lat wyrzucali go za nawias świadomości 
narodowej, a przecie powrócił on dziś znowu. 
Pokazał żywotność, zmusił do konfrontacji 
opinji z prawdą. „Korektorka wieczna" napra- 
wia niedowidztwo lat zeszłych. 



~ 544 — 

Prawdziwie, ze to trzeba być człowiekiem 
bibuły, żeby też nie widzieć, żeby nie wczuć 
się w stan dusz wieszczów, żeby nie zrozumieć 
całycłi otchłani bólu w tych zwięzłych, suro- 
wych słowach Mickiewicza : „żeby nie pan An- 
drzej, byłbym umarł na suchoty" — a gawo- 
rzyć uczenie a starczo o obłędzie towianizmu, 
o stracie, jaką on literaturze niby przyniósł. 
W istocie, bibuła się mści, fatalnie mści! Na 
szczęście wojować z tem — dziś już nie po- 
trzeba. Czem był Towiański dla Mickiewi- 
cza? — pokazał to Szczepanowski, pokazał 
Górski, a przedewszystkiem sam Mickiewicz 
w życiu, listach i Prelekcjach. Był mu wyba- 
wicielem ; rozjaśnił życie i pokazał prawdę. 

Czem był dla Słowackiego? 

Widzieliśmy, w jakiej chwili przychodził. 
Rozstrzygającym będzie tu ten ton rezonantycz- 
ny, z jakim go powitał Słowacki, świadectwo, ja- 
kie sam złożył prawdzie. Dziw, że tego widzieć 
nie chcą „przezwyciężyciele" towianizmu. — „Co 
do mnie, czuję wielkość poselstwa mistrza na- 
szego przez to wstrząśnienie, które się we mnie 
stało, przez ten głos, który we wnętrzu ducha 
mi się odezwał i powiedział wszystko, 
co potrzebowałem wiedzieć i jeszcze 
dalej o coraz nowych rzeczach powiada" ^ 
Wstrząśnieniem, błyskawicą prawdy wywiódł 



- 345 - 

JO z mrocznych zamętów szukania i rozwiązał 
brud: wskazał mu czyn jego. 

"W wierszu Tak mi Boże dopomóż^ pisa- 
lym bezpośrednio po pierwszej rozmowie z mi- 
jtrzem, dał Słowacki otwarte świadectwo, ja- 
demi to skrzydłami uderzył go duch nowy, co 
lu przyniósł, czem ujarzmił. Co przedewszyst- 
P:iem bije w tej pieśni, co z niej wybucha 
rwącą, strugą wodotrysku — to owa radość głę- 
)oka, uniesiona, radość człowieka strudzonego, 
:tóry poznał kres i prawdę ; ona to wykwita 
Bw przewspaniały bukiet hymnu. Radość to 
upodstawowana, rzetelna. Wędrowiec, poszu- 
kiwacz czynu dojrzał, wyczuł, że 

spokojność już mam i mieć będę, 
i będę wieczny — jak te, które wskrzeszę, 
i będę mocny — jak to, co zdobędę, 
i będę szczęsny — jak to, co pocieszę, 
i będę stworzon — jak rzecz, którą stworzę. 

mój glos będzie głosem Pana, 

mój krzyk — ojczyzny całej będzie krzykiem, 
mój duch — aniołem, co wszystko przemoże. 

A jest tam i dziękczynienie, jest upad- 
niecie z pokorą na kolana, „abym wstał silnym 
Boga robotnikiem". Widzimy więc, z jakiej 
strony wziął Słowacki „nową ideę wiary", źe 
ona mu się objawiła „do czynu gotowa*', 
znalazł w niej remedium doloris, kojącą pew- 

lOŚĆ. 



- 346 - 

Jakiż był czyn towiańczyka? — Otóż prze- 
dewszystkiem to fundamentalne poznanie: że 
czyn jeden jest, a to: ustanowienie sie- 
bie samego, odrodzenie się do doskonałości 
I to jedynie. Reszta: uzewnętrznienie, wrzeź 
bienie go w rzeczywistość wewnętrzną, — t; 
przydana mu będzie. Własną wolą. własn 
pracą utworzj^ó w sobie człowieka nowego, w} 
mieść z wnętrza dotychczasowe śmieci samo- 
lubstwa, zawiści, nieporządności, chełpliwo- 
ści, a wypracować człowieka czystego, 
doskonałego, gospodarnego robotnika Bożego. 
Zacząć nowe życie. A zarazem odwrócić od 
twarzy swej narcyzowe swe oczy, a ujrzeć pozp. 
nią tło szerokie: Bożych współpracowników 
błękity niebios, gwiazdy pracownice i szary 
świat wokół siebie. Dotychczasowy prometeizm 
romantyczny był — może nieświadomem — 
dążeniem do samoubóstwienia, do wydarcia 
Bogu rządu dusz, a postawienia na Jego tronie 
swojej samowładnej woli. Prometeizm ten nie' 
dopuszczał współpracy, cały trud brał na swe 
tytaniczne barki i szedł, by czynić za lud z 
kość, za naród, za ludzi. Tu jest naj- 
ważniejsza zdobycz towianizmu, która roman- 
tyzm polski tak diametralnie różni od niemiec-' 
kiego ^, ta świadomość, że czyn, jednostkę mając' 
jako jedyne narzędzie — na jednostce przecie 
nie stanie, że opiera się na całej kolumnie du- 



- 347 - 

ziemskich i niebieskich, że — społeczn© 
ągając wnioski — narodu zbawić, podnieść 
jego woli, bez pracy jego, nie można, że 
narodu jest jedynie wypadkową mocy 
ych, odrodzonych jednostek. Zadaniem lat 
szłych tedy nieść kaganiec oświaty, iść 
stołować prawdzie, budzić do czynu. I kiedy 
/ naród stanie w jedności idei, w jedności naj- 
oszego, najsilniejszego pragnienia — wtedy 
s czynu nadejdzie, czyn — przydany 
dz i e. 

Tej świadomości, tej prawdy brakowało 
rdjanowi, który za naród szedł zabijać 
y, brakowało Anhellemu, który za naród 
adał cichą ofiarę serca, brakowało Lilii We- 
izie, która za naród ofiarowała życie swe. 
ęc czyny ich bezowocne były. Więcej je- 
że: pełnego poczucia tej prawdy niema na- 
)t w omawianym wierszu. Przyszło ono później, 
i był Słowacki jeszcze nadto -starym czło- 
ekiem, za ideą nową poszedł samą mocą bły- 
ienia pociągnięty, nie przepracował jej ję- 
czę, więc nie dziwota, że prawda: zdoby- 
e siły niezwyciężalnej pracą du- 
10 wą — odsłoniła mu wpierw horyzonty 
vycięstw, blask ich mocny, a nie długie, szare 
udy pracy globowych przemian. Bo te dwie 
'awdy tu się przedziwnie łączą: 1) poczucie 
ocy twórczej („każdy silny o pół kroka, — 



— 348 - 

ku IJogu pchnąć świat dzisiejszy — a ji: 
jeszcze silniejszy"), mocy nie urojonej, ale 
dynie faktycznej, realnie istniejącej w każd 
kto ku celom ostatecznym twarzy obró 
pracę udoskonalającą się rzucił. 2) I ta ar 
prawda: że każdy duch globowy idzie sw 
drogą, jest wolny, więc działać na niego wb: 
jego woli — jest rzeczą niemoralną, że jed 
rodzaj pracy społecznej to: głosić, apostc. 
•wać prawdę, otwierać oczy, rozlewać woń Boj 
po ludziach — iżby ujrzeli, iżby zatęsknili i I 
własną pracą poszli naprzód. Taka republika d 
chów pracujących, oto jest fundament, pal 
djum zwycięstwa. To są drogi prac globowyci 
A cel jej? — Już nie wyniesienie człowieka, 
uświetnienie narodu nawet, ale twarda słu. 
Boża, praca wolnie wybrana przed wiekan 
ccpdfiaoig, droga w słońce, do zjednoczenia s 
z prawdą, z jednością, z Bogiem. „S3'now 
Boży jesteśmy", Boże pracowniki, cząstką Bo^ 
każdy z nas, więc do Niego przedzierać s 
musim, do Niego mamy iść poprzez trud, p 
przez pracę przemieniań, przez ofiarę, prz< 
czyn polski z ducha i ciała. Rozszerzył}' s 
dusze, cele przesunęły w daleką, jasną ni 
skończoność. Człowiek, szukając siebie — zn 
lazł świat cały i Boga. 

Zaznacz3'łem już: Pełnia „dobrej nowinj 
nieodrazu się objawiła Słowackiemu: towi 



- 349 - 

i powiadał mu „o coraz nowych rzę- 
ch". Homo non facił salłus. Założeniem 
I mu musiało to, do czego dotychczasowym 
iem doszedł: słowo. Towiański przyniósł 
[autyzmowi tę prawdę podstawową, że słowo, 
mieć moc twórczą — musi być czyste, 
Imiędzy natchnieniem a czynem, słowem 
rciem, rozdziału być nie może. Słowo czyste 
Izić się może w piersi czystego czło- 
nka. Więc przedewszystkiem człowieka usta- 
lcie w' sobie, wolnego człowieka ! 

I Mickiewicz z tegoż punktu wychodził, 
aiero potem napozór rozeszły się ich drogi, 
kiewicz z całą głębią powagi podjął pracę 

zbudowaniem fundamenta słowa, nad od- 
teeniem życia. Podjął męską, długą walkę 
emską naturą swą. Pisać przestał. Powtarza 
ednej prelekcji słowa Saint-Martina : „Nie 
eźałoby pisać wierszy, aż zrobiwszy pierwej 
I". Otóż on podjął był pracę o zdobycie 
!oy cudotwórczej , prawa cudu. Słowacki jako 
:i cud uczuł — swoje radosne odrodzenie we- 
ętrzne. Więc z obieźy zeszłych dni wyniósł 

że droga do wyzwolenia wiedzie właśnie 
«ez ustawiczne, cząstkowe przezwyciężanie 
stanowienie siebie, że to właśnie czyni on 
orząc, ujmując doznania, pracę swoją we- 
lętrzną w kategorje artystyczne, w dzieła, 
k torował sobie drogę. Mickiewicz zaś wie- 



- 360 — 

dział, że „piszący książki dochodzić m 
prawdy, ale jej nie doszedł; bo gdyby ją 
miał, toby zrealizował w sobie samym i w 
wach, przez siebie postawionych" (FreleL 
Tak wiodły ich obu dwie różne organizfi 
artystyczna i etyczna. 

To „nagłe wstrząśnienie" towianizmu ui 
zało Słowackiemu jasne pola przyszłości, r? 
ciło dziwne blaski w przeszłość i ukazałc 
jednolitą, zwięzłą treść. Dojrzał wyraźnej 
swoich dróg, choć załamywanych, ostrych,™ 
do celu ustawicznie wiodącj^^ch. Wytłumacaj 
mu się życie zeszłe. „Wiesz Panie, iżem zb 
gał świat szeroki, szukając jednej praw 
człowiekowi'', ale teraz... 

gotów jestem do pereJ jasnego połowu 
zakasać szaty i wejść w morze po ramiona, 
byle mi pod nogami prawda dawniej śnie: 
była granitowa. 

Widząc ścieżki przeszłe, pobłażliwie mc 
się uśmiechać na ich nieporadność, niepewno 
Teraz on już wiedział, jak W5'glądać będ 
polski bój o wolność, „kiedy prawdziwie Pola 
powstaną", jak wygląda polska „pieśń str. 
lana", wiedział bowiem, jaką duch polski odl 
robotę 

w przeświętej serca ludzkiego ciemnicy. 
Do czynu polskiego staną ludzie, któr 
flbez zwierzęcego ryku" 



— 351 - 

za dusze walczą tylko duszą 

i ogniem biją niebieskim w pancerze. 

Teraz rozjaśnił mu się problem tragiczny 
ordjana. Człowiek, cząstka Boża, jest nie- 
Iśmiertelny i wszechmocny. Wolnie wybrał cel 
istnienia swego: złączenie się z Bogiem. Czy- 
Inem więc będzie to, co ten cel przybliża. Czyn 
zupełny, doskonały, ostateczny : ofiara zdoby- 
tych mocy Bogu — jest pozornie śmiercią, ale 
pozornie tylko. Bóg, „ukryty za śmierci zasłoną", 
ofiarę przyjmuje, ale zamiast śmierci daje żywot 
wyższy, doskonalszy, na dalszy stopień w górę 
podniesiony. Śmierć jest zarazem narodzinami 
na nowe, wyższe żywoty. Więc i Anhelli nie 
zginie, choć ofiarę jego, jeżeli na pracy we- 
wnętrznej oparta. Bóg przyjmie. Na niej prze- 
cież opiera się prawo wszelkiego postępu glo- 
bowego. 

Również słowo ma uprawnienie, moc swo- 
ją; ale istota jego rozszerza się i pogłębia. To 
już nie to : wymówione czy napisane słowo, — 
ale równoważnik całego stanu duszy, to równo- 
, cześnie objawienie oraz pośrednik — przez na- 
tchnienie — między człowiekiem a zaświatem. 
Ono działa na ludzi sobą, mocą tajemną, prze- 
dziwnym urokiem człowieka odrodzonego, działa, 
[ npociąga, choć samo o tem nie wie". Pieśń sama 
\ nic nre może, ale może cuda, jeżeli padnie na 
grunt rodzaj ny, z chwastów wyplewiony, czy- 



— 352 — 

Sty. Pieśń wymaga wspóJpracy, ma budzić d 
tej współpracy, a wtedy dopiero może staną 
płomieniem na hełmicy pierwo-idących. AYif^^i 
praca przedewszystkiem. 

Nie mów — leniwych duchów nie budź rzeszy, 

bobyś obudził ogień nienawiści; 

Kto grzeszny teraz, niechaj jeszcze grzeszy 

a kto jest czysty, niech się jeszcze czyści 

Czas bliski, który święte z nas pocieszy, 

a złymi pogna, jak wialr chmurą liści. 

I będą się jak zwiędły liść sypali 

w czarne jeziora, które duch zapali. 

Czyn polski oprze się więc na wyciosa- 
nym pracą duchu ludzkim, będzie syntetyczny 
i bezkresny. Kresem mu Bóg — nieskończone 
piękno, dobro i miłość. Oto założenie dzieł, 
które Słowacki napisał po r. 1842. 

A teraz niechże kto powie, że Towiański 
krom trzech tomów suchych morałów ^ nic nie 
przyniósł. 

Przechodzić te dzieła kolejno, pokazywać 
w nich, co już jest jasne i wyraźne — praca 
zbyteczna. Przewodnia jej już się skrystalizo- 
wała, a przedłużenia jej każdemu już będą wi- 
doczne czy to w Samuelu Zborowskim^, czy 
w Królu-Duchu, czy w innych. 

A życie dalsze? O życiu wiemy, że stało 
się cichą, nieustępliwą, mozolną pracą, trudem 
syna człowieczego. Wiemy, że już teraz nie ' 
opadały mu skrzydła, „ilekroć zetknął się z rze- 



353 



czywistością", ale brał z niej radość i wesele 
plonów. Wypracował w sobie ten dziwny, ta- 
jemny urok, działający na ludzi, którzy zbliżali 
się do niego, pociągał ich ku celom, którym 
służbą było życie jego. I miał też „szarą gro- 
madkę" tych, co go duszą kochali, uczniów- 
przyjaciół. Wymiótł z siebie słabość wobec 
siebie, niechęć ku ludziom, pozbył się gestu, 
frazesu, żyć począł w surowości prawdy. Nie 
usuwał się od niczego, narodowi w służbie 
oddał całego siebie. Rwał się do pracy społecz- 
nej, do czynu narodowego. Rozświecał drogi, 
pisał broszury, listy publiczne, a przedewszyst- 
kiem jednoczył ducha narodowego koło tej 
podstawowej, jedynej prawdy, że „wszystko 
przez ducha i dla ducha stworzone jest, a nic 
dla cielesnego celu nie istnieje". A że równo- 
cześnie żarła, trawiła go choroba — życie jego 
z tych czasów nosi stygmat męczeństwa. Styg- 
mat ten ubrał w kolory biedną, znękaną 
głowę jego, gdy spoczęła w trumnie wy- 
gnańczej. 

Taki jest wizerunek trudu Słowackiego. 
Czemże on dla nas, dzisiejszych, jakież są 
walory współczesności pracy ducha j ego ? 
Czas dzisiejszy stoi pod znakiem Słowackiego. 
Osobliwemi drogami szedł do duszy narodowej 
kult jego. Przynieśli go wyznawcy „czystego 
piękna", arcykapłani, czy fakirzy sztuki. I jest 

Figoń. Stuija. 23 



354 



to naturalne. — Są u Słowackiego takie prze- 
dziwne, tęskne smutki, takie 

płakania drzew, które ssłońca wołają daremno 
i mają z liścia złotego ubranie 
(Jesień z liryzmem smutnym przyszli w parze 
po moją duszę, jako dwaj grabarze), 

— że wrażliwa, bezdomna dusza dzisiejsza re- 
sonantycznie odpowiedzieć musiała. Stąd to 
głębokie umiłowanie smutnej struny duszy Sło- 
wackiego — dzisiaj. 

A są w jego poezji takie głębie piękno- 
ści, takie cuda słowa i nastroju, że wobec nich 
stanąć musisz olśniony i wtedy gadaniem ci 
się wyda wszelki przepis o wzniosłości, apostol- 
stwie sztuki. Piękno ma swój byt dla siebie, 
wolny, nieskrępowany aywot w najwyższ^-ch 
sferach słonecznych, jest cudownym tworem 
szczytów ducha ludzkiego. Tylko dojrzeć trzeba 
poza niem Tego, który jest szczytów szczyt. 

Tędy odsłoniła się nam jedna strona duszy 
wieszcza. Ale współczesność Słowackiego głęb- 
sze ma źródła. Główne zagadnienie myśli współ- 
czesnej to: zagadnienie swobody. „Doj- 
rzewanie do swobody — tak ochrzcić możn* 
współczesny nam stan duchowy ludzkości kul- 
turalnej. Z tym centralnym i zasadniczym fak- 
tem wiążą się wszystkie, pozornie tak wielo- 
kształtne, różnorodne i wszelkiej prawidłowo- 
ści pozbawione przejawy i formy współczesnegc 



355 



życia duchowego: próby realizacji, szarpanie 
się, tęsknota i niepokój, nieprzystosowanie lub 
raczej przystosowanie do dawniejszej, prze- 
zwyciężonej już dziś w zasadzie orjentacji, 
stąd nieporozumienie, brać każące pozór swo- 
body za nią samą, a ją samą za jej zaprze- 
czenie". ;,Swiat nie jest, lecz się czyni. Ostat- 
niem słowem rozwiązania zagadki bytu jest 
swoboda. Byt będzie tem, czem się sam uczyni, 
■czem my go uczynimy: jest więc swobodą". 
„Każdy może tylko sam siebie, z siebie i przez 
siebie tylko rozwijać i prowadzić do coraz to 
wyższej, coraz to bogatszej i wielostronniej- 
szej swobody. Każda jednostka jest zadaniem 
rozwiązuj ącem i urzeczywistniaj ącem samo sie- 
bie". (St. Brzozowski: Kultura i życie). 

Tak mówi współczesna myśl filozoficzna 
polska. Punkty zbieżne między nią a między 
konsekwencjami ewolucjonizmu Słowackiego 
widoczne; wskazywać ich nie potrzeba. I tu jest 
spora część faktów, tłumaczących nam współ- 
czesność poety. Ale nie wszystkie jeszcze. Naj- 
walniejsza przyczyna: koncentryczność pracy 
ducha jego z drogami ducha narodu. Te tak 
kreśli Cieszkowski w dziele swem Ojcze nasz : 

„W pierwszej epoce dziejów, w starożytno- 
ści, człowiek był dzieckiem natury, zmy- 
słów, świata zewnętrznego. W drugiej 
epoce, w chrześcijaństwie pierwotnem, odrzucił 

23* 



- 356 - 

człowiek ów świat, jaki był, i zażądał — 
zaświata; w życiu zaś ziemskiem jedyną, 
pociechą jego była rezygnacja. Aliści obja- 
wia mu dziś Opatrzność, że od niego samego 
zależy znieść dotychczasowy rozstrój między 
tem, co jest, a tern, co być powinno, — że re- 
zygnacja nie jest ostatniem słowem ducha, 
lecz że w samym człowieku tkwi dalsza i wyż- 
sza potęga, zbawić go mająca, zdolna skoja- 
rzyć na nowo ów opłakany rozbrat świata i za- 
świata. Tą potęgą, tą władzą nad władzami 
jest wola — szczyt ducha. Ona czucie z myślą 
kojarzy i zaślubia z myślą byt, a z małżeń- 
stwa tego rodzi się czyn — trzeci świata pan... 

„Natchnienie realnego świata z jednej stro- 
ny i natchnienie idealnego nieba z drugiej są to 
dwa głosy jednego Boga, które człowiek ma 
obowiązek pogodzić w swojem życiu. Co zmy- 
słowe czucie znalazło i doznało, co umysłowa, 
wiedza odkr3'ła i uznała, to wszystko ducho- 
wej woli pozostaje do wyznania, do przedsię- 
wzięcia, do urzeczywistnienia, do spełnienia". 

To jest czynu polskiego fundament i droga,, 
to jest ta polska mesjaniczna prawda, „która 
jako absolutna religja wszystkie stosunki rodu 
ludzkiego ogarnie". 

Słowacki jest tej religji wyznawcą, apo- 
stołem. On wiąże życie, piękno i religję w je- 
dno, tworzy polską syntezę, której my w dzi- 



— 357 - 

siejszem rozbiciu tak bardzo, bardzo potrzebu- 

ijemy. Uczy życia. 

Stąd nie tylko dzisiejszośó, ale i przyszłość 

i jego. Myśl, życie Polski, jeżeli nie chce zwięd- 
nąć w czczości lub pójść w niewolę do obcych, — 
na nich musi oprzeć fundamenty swe, na Wie- 
szczach. To naród dziś poczyna sobie uświa- 
damiać, świadomość polska wchodzi na własne 
drogi. Takich, którzy „przezwyciężyli" roman- 
tyzm, ale nie zdołali przezwyciężyć biśmarko- 
wego macchiawelizmu — mało już u nas. Nie 
tędy nasza droga. Więc Duchowi jego, choć po 
stuleciu, otwórzmy wrota. Niech ten jego 

trup pod strażą żórawi 
i krzyżów w stepach gdzieś teraz leżący, 
wstanie i pójdzie żałosny lub drwiący 
po wszystkich błotach z braterstwem się szargać, 
za wszystkie serca niebolące targać, 
próbować, które mi do tonu jękną, 
i stroić wyżej i wyżej... aż pękną, 
jeśli gliniane! 

Fort Dlubnia pod Krakowem, w sierpniu 1909. 



PRZYPI&KI. 

•W artykule z r. 1899 : „Kto jest Mickiewicz" ? prze- 
drukowanym obecnie w zbiorze szkiców Kto jest Miekie- 
u-icz, Kraków, 1921, str. 147—164 

!* 2e Godzina myśli chronologicznie należy do epoki 
popowstaniowej — przecież jej jasna beztroskliwość nie za- 
4)rzecza temu, co mówię daloj o tej epoce. Świadomość Sło- 



- 368 



wackiego objęła ogrom znaczenia powstania dla swego ży- 
cia znacznie później, w trakcie tworzenia Kordjana. W ięc 
data historyczna przesunęła się w życiu wewnętrznem poety 
nieco w przyszłość. 

^ St. Lack, w czasop. krakowskiem Życie. 

* Mógłby mi ktoś rzec, że ta i dalsza moja interpre- 
tacja wisi w powietrzu, opiera się na przesłankach, żeby 
tak rzec, apriorycznych, nie gruntuje się tradycjonalnym 
zwyczajem na cytatach etc. Otóż zaznaczam, że doszedłem 
do niej czysto indukcyjnie, żem stąpał bacznie po usiewnej 
roli dzieł i troskliwie zbierałem ciężkie, pełne, źrałe kłosy 
w jeden bukiet. 

Na cytaty nie powołuję się z umysłu, 1. by nie obcią- 
żać szkicu niepotrzebnym balastem, 2. bo nie chcę nikoga 
zwalczać ni wywijać argumentami, po 3. że ci, dla których 
piszę — wiem, że nie potrzebują wybiórek, chrestomatji 
z dzieł Słowackiego; zbieżność dróg naszych najlepszym 
nam przewodnikiem. Chciałbym tylko, żeby słowa moje pro- 
wadziły do bezpośredniego, czynnego stosunku z duchem 
Słowackiego, oparły go na współżyciu. Więc o jedno proszę 
czytającego: by słowa te ścisłej poddał kontroh, by sam 
poszukał fundamentów, na których je oparłem, by sam szedł 
do źródła wody żywej, która przychodniowi — naród to, 
czy jednostka — daje życie wielkie i owocne. 

5 Wiem, że pomijam tu cały szereg czynników współ- 
działających na przyjęcie Anhellego w narodzie. Wszak Kra- 
siński na grobowym kamieniu Słowackiego chciał mieć wy- 
ryte: Autorowi Anhellego. Ale łączy się z tern i nieporozu- 
mienie, które zresztą konsekwentnie wypływa z fałszywej 
postawy narodu wobec Słowackiego. Najwięksi znawcy 
i „czciciele"' jego nie widzą, nie chcą widzieć, istotnej jego- 
wartości. Widząc artyzm, „nie doszli, w czem była istota 
czynów"; tern większą czynią mu krzywdę. Nie zdobędą 
się wobęc niego na nic, krom na uczucie, które E. Helia 
przedziwnie trafnie nazywa „chłodnym podziwem". 
Chłodny zachwyt! Oto wszystko, podziw przez odległość, 
uczucie człowieka zadowolonego z życia i z siebie. Boć to 
wszystko napisane było, żeby był objekt podziwu 1 Otóż taki 
stosunek do piękna jest bluźnierstwem, świętokradztwem, 
uwalnia od pracy wewnętrznej, od obowiązku przeżycia, 
odkarmienia trudu ich — krwią serdeczną, a daje pozór 
godności społecznej. Pozorną przyczyną tego — 
prawdziwa piękność poezji wieszczej. Właśnie piękność tę 



— 359 - 



zabsolutyzowano, nią zasloniono oblicze wewnętrzne. Et es 
eis quasi carmen ntusicum, quod suam dulciąue sono caniłur: 
et audiunt verba tua et non faciunt ea. (Ezech. 33, 32). 
„W śpiew ust twoich obrócą słowa twe, a serce ich pójdzie 
za chciwością ich". — Otóż z umysłu świadomie pomijam 
tu czynnik estetyczny. Chociaż i ta piękność wymaga rozwa- 
żenia wielekroć głębszego od jubileuszowych „przyczynków". 
Terra incognita to u nas jeszcze, w czem leży czar języka 
Słowackiego, gdzie są oparcia jego tak odrębnego, osobli- 
wego hellenizmu (przesłanki do Wyspiańskiego) etc. etc. 
Czyż powiedziano już u nas, że Anhelli jest poematem 
pól śnieżnych, że szatę zewnętrzną dała mu tęsknota 
tych pól w ojczyźnie? Czy kto spróbował obcować z pięknem 
Anhellego wśród szerokich, cichych, pustych, świetnym 
przepychem migotliwych diamentów krytych, pól polskich? 
I wśród tej uroczystej, dostojnej ciszy nie zobaczył u obrzeży 
widnokręgu anioła z gwiazdą we włosach, ze skrzydłami 
ciężko wlokącemi się po ziemi, miłościwego ducha pustek? 
Inaczej pOcóż rozprawiać o walorach estetycznych Anhel- 
lego ? Ut declamatio fiat '■f 

* Ciekawe jest zestawienie Słowackiego z roman- 
tyzmem niemieckim. Daje przesłanki do poznania ducha dwu 
narodów. Zbieżności wiele było. Notuję najważniejsze: 

1) naczelna zasada romantyzmu, przez Kanta posta- 
wiona, że punkt ciężkości czynu i poznania leży w czło- 
wieku. 'Saclt innen gełit der gehcimnissvolle Weg — powiada 
Novalis. 

2) Stąd wynika wysokie pojęcie o twórczej potędze 
jaźni (n. p. u Fichtego). 

3) Uznanie pełnego uświadomienia sobie swej jaźni, 
doprowadzenia swojego „ja" do doskonałości — za najwa- 
żniejszy cel życia (F. Schlegel, Novalis: Wir miissen den 
Korper wie die Seele in tinsere Gewalt bekommen; Bildung 
und Yermehrung der Seele ist das wichtigste Unternehmen). 

4) Wiara w jedność i rozumność wszecliświata, ślady 
teorji rozwoju od najniższych stopni natury aż do człowieka 
{die Natur kdmpft sich durch — zum Ich, Novalis, Schleier- 
macher). 

5) Metempsychoza u Tiecka i Novalisa. 

Niema w romantyzmie niemieckim: 1) fundamentu 
w przyjęciu ewolucji: prawa ofiary, 2) ognia wewnętrz- 
nego, zapału, z którego powstaje: religja, sztuka, życie. 
Keligja romantyków niemieckich jost mózgowa ; 3) brak 



- aoo - 



mimo wzmianek F. Schlegla pracy nad udoskonale- 
niem siebie. 

Romantycy niemieccy, choć z początku zamyślali 
tworzyć nową religję — powrócili do chrześcijan izm u. Ale 
powody były nie wewnętrzne, nie parcie ku prawdzie, ale 
szukanie źródeł nastrojów, symbolów głębokich, ukazujących 
świat nieskończonego, nieświadomego ^des Unbewussten). 
Powody artystyczne, nie życiowe. 

Ruch romantyzmu niemieckiego miał jeden cel. Wenn 
sie sich in das Unbetous.tte, die Yerganf/enheit, die Sałur, 
die Machł des Menschen verłiefen, geschah es nichł urn sich 
und anderc zii betduben oder zu cericirren, sondern uin 
durch diese Pforte ins Innere der Natur zu dringen und 
sie desło klarer zu erkennen (Ric. Huch). Jemu, jak du- 
chowi niemieckiemu zawsze i wszędzie, świeciła idea po- 
znania, wiedzy, Drang nach Erkentniss. Słowackiemu szło 
o rzeczy daleko wyższe, o założenie fundamentów nowego 
życia. Polakowi idzie o szczytne, szlachetne życie, Niem- 
cowi o szczytny ideał; życie może być brutalne. 

' Moralizator jest to człowiek, nawołujący do 
formuły, od apostoła różni się tem. czem doktryner od 
twórcy. Towiański z formuły wyzwalał właśnie i to nie 
mędrkowaniem, ale życiem swem. „Człowiek siły Chrystu- 
sowej w sobie skłamać nie może", — a Towiański ją miał — 
nieskłamana. 

8 Por. w. 261-382; 412—428: 1759-1766: 1883- 
1891 i inne w wydaniu Iwowskiem z r. 1909. 



X. 

J. SŁOWACKIEGO MISTERJUM 
O NARODZENIU „SPRAWY BOŻEJ' 



Jest między drobnemi poezjami Słowac- 
kiego utwór, wobec którego obejmuje nas 
dziwny urok. "W" rewelacyjnym jego nastroju 
czuć jakby tchnienie tajemnicy, jakby powiew 
któregoś z tych wichrów Bożych, jakie, we- 
dług przyznania poety, przechodziły mu nie- 
kiedy przez włosy. Jest to prawie jakby jedna 
karta z księgi sybillińskiej ; niewiadomy jej 
początek ni koniec, ale mimo to przechowała 
jakiś zapach prorocki, cząstkę tajnego uroku 
wielkich objawień. Raz na niego natrafiwszy, 
myśl raz po raz nawracać będzie, urocznie za- 
i niepokojona, do tych wizyj, usiłuje się wczuć 
w nie, wrozumieć, ogarnąć szczytną niebotycz- 
ność i dalekie horyzonty ich wnętrza. 

Mówię o poemacie bez tytułu, zaczynają- 
cym się od słów: „Góry się ozłociły, szafiry 



L 



— 362 - 

mórz ciemnieją...'' Długi czas znany był tylko 
we fragmentarycznej, ułamkowej postaci, jak 
go z odpisu ogłosił A. Małecki w Pismach 
pośmiertnych, skąd go też przedrukowano w obu 
wydaniach jubileuszowycłi. Aliści w tymże roku 
1909 ogłosił Br. Gubrynowicz w Pamiętniku 
Literackim (str. 237—240) z rękopisu pełną re- 
dakcję utworu, a w niej nieznaną dotąd część 
środkową, coprawda ostatecznie jeszcze przez 
poetę nie wykończoną. 

Jedyny dotychczasowy komentarz poematu 
w monografji prof. Tretiaka opiera się jeszcze 
na dawnej, fragmentarycznej postaci ; nie zdziwi 
więc chyba nikogo ta próba rewizji, skonfron- 
towania go z nowo uzyskanemi w tej dzie- 
dzinie faktami. Według opinji prof. Tretiaka,, 
wyrażonej w przy pisku do str. 391, I tomu 
monografji, wiersz „składa się z dwu części, 
z których pierwsza jest jakby jakiemś orato- 
rjum mistycznem, streszczającem dzieje bi- 
blijne, zakończone zwycięstwem Chrystusa nad 
szatanem, druga — opowiadająca — zawiera 
aluzje do chwili współczesnej i do współcze- 
snych poetów". 

Z tekstu Gubrynowicza wyrozumieć można, 
utwór daleko jaśniej i trafniej, wyraźniej się 
też może odsłoni ów urok pierwszego zetknie? 
cia; wyczucie jakiejś wieczystej bezkresności 
jego treści. 



- 363 - 

Zdać sobie trzeba najpierw sprawę z cha- 
rakteru poematu, dojść, jaką była jego przy- 
c-zyna sprawcza, jakiego kształtu owo potrą- 
cenie wewnętrzne, pod którego mocą wy- 
trysnął zdrój ekstatycznej poezji. Do tych zagad- 
nień, tyczących psychologicznej genezy utworu, 
mamy dużej wagi własne świadectwo poety^ 
Do wiersza dołączył on mianowicie dedykację 
prozą *, w której oddaje utwór A. Towiańskiemu 
w czci i wdzięczności — i to ofiarowuje go jako 
„wywołaną z ducha mego odpowiedź i miarę 
wyrozumienia Sprawy Bożej". Z tekstu i tonu 
dedykacji wywnioskować można niemylnie, że 
związek poematu z towianizmem będzie nie- 
tylko chronologiczny, ale i wewnętrzny, tre- 
ściowy. Ten nas interesuje najpierw. 

Czem jest pierwotny towianizm, kim był 
dla ludzi owoczesnych ten dziwny, po dzii 
dzień niepokojący człowiek? Jeżeli odpowiemy, 
że był inicjatorem reformacji moralnej, 
to zapewne ujmiemy istotę jego dzieła — jak 
,się ono dziś nam przedstawia, ale nie będzie 
to całkiem trafne historycznie. Kim był To- 
wiański dla emigracji w momencie swego wy- 
stąpienia? 

Był prorokiem i oto moment istotny. 
Między rzesze stęsknionych i niewiedzących,. 
wpatrzonych w blaknące dawne swoje wiary, 
on przyszedł mocno, z żołnierska — i oznajmili 



— 364 — 

poprostu, bez wahań: wiem, objawiom 
mi zostało, źe „chwila końca naszych i Oj 
■czyzny cierpień już się zbliża, dzieło odm 
wiania ludzkości już osnowane i ukończoni 
w niebiosach — schodzi na ziemię". Idą wy 
padki wielkie, w dziejach świata nastąpi prze 
wrót nagły i bezwzględny, a po nim — wyższi 
typ życia, nowa epoka. A wszystko to dokom 
się w czasie najbliższym; „tak jest ! wkrótc< 
to wszystko na własne oczy zobaczymy, błoga tj 
epoka naszej generacji przeznaczona". W Bie 
siadzie zaś określił termin przemiany jeszcz< 
dokładniej: „Połowie 19-go wieku zacho 
wałeś, o Panie, ten zaszczyt, ...to zjawienia 
nieznane Grlobowi" (w. 221). 

W tym prorockim charakterze przyjęła 
też Towiańskiego emigracja: ci nieliczni, co 
weszli między uczniów i cała ogromna reszta 
opornych, nieufnych i obojętnych. W czasopi- 
smach owoczesnych nie pisało się inaczej o to- 
wianizmie, jak tylko pod ujętym w sarkastycs 
ny cudzysłów terminem „proroctwo". Z wier- 
nych najbliższy, Mickiewicz, pisał do I. Dc 
meyki do Ameryki: „Wnoszę, źe nim do Europy 
przybędziesz, już się wypadki zaczną i chorą- 
giew nasza będzie powiewać w marszu do 
Polski". 

Kółku wtajemniczonych wywodził To- 
"wiański bliżej nieuniknioność, zakres rychłej 



— 365 - 

przemiany i wskazywał powinności moralne- 
jednostki ; wykładał swą metafizykę i histo- 
rjozofję. 

Świat dzisiejszy — mówił — w złem leży,, 
bały poddany jest pod ucisk szatana. Ludzie 
gą źli, moralnie stępiali, jako do takich zaś 
[zbiegają się — mocą nieprzestępnego kosmicz- 
mego prawa Harmonji — złe, czarne duchy 
nie wcielone, roj no, całemi kolumnami; kolum- 
ny te jednoczą się wzajemnie i opasują cały 
glob ciężkim, czarnym pancerzem zła. Przez 
te napowietrzne pokłady ciemności moralnej^ 
łaska Boża, jak promień słońca przez nawa- 
lone przed burzą obłoki, nie może się przebić 
na ziemię. W ciemnościach grzechu zalega tedy 
świat — i zdaje się — niema dla niego ratunku. 

Ale stan taki był już raz na świecie — 
przed Chrystusem. Otóż wtenczas, właśnie w czas 
najgorszego ucisku, znalazła się jedna dusza- 
ludzka, dusza N. P. Marji, która swą czysto- 
ścią, swą strzelistością wewnętrzną przebiła 
czarną oponę zła, skuwającego ziemię, że po 
niej, jak po promieniu, spłynąć mogło na ludz- 
kość Boże miłosierdzie, łaska. Chrystus założył 
na ziemi państwo światłości, do dusz, przez^ 
jego naukę obudzonych, zbiegły się kolumny 
światłe, opancerzyły ziemię zbroją jasności. 
Ale Chrystus nie dał światu gotowego zba- 
wienia, on ustanowił i zorganizował p o w i n- 



366 



ność zbawienia się przez pracę i zasług- 
W opatrzności swej ustanowił on, że do osta- 
tecznego uświęcenia się pójdzie ludzkość przez 
siedm epok, niejako stopni. Obrazowo przed- 
stawiał to Towiański, że Słowo Boże — jak 
pień drzewa — rozwinąć się musi w siedra 
gałęzi, żeby ostatecznie zakwitnąć pełną ko- 
roną Bożej światłości. Stąd po pierwszem pa- 
nowaniu światła wrócić miało znów państw^ 
czarnych kolumn. 

Przyszło — i w połowie XIX w. dochi^ 
dzi oto do przesilenia. Ciemną oponę zła na 
globie przebije teraz mąż, Towiański, inicju-^ 
jąc tem drugi zlew łaski, drugą epokę Słowa 1 
Bożego; analogiczny w tem nie do Chrj^stusa.' 
lecz raczej do N. P. Marji, owej pierwszej 
Sprawiedliwej wśród ogromu grzechu. Zapo-' 
wiada tedy Towiański, że sam sobą otwiera 
<jzasy jakoby pierwotnego chrześcijaństwa, po- 
wtórne czasy apostolskie, w których znowu 
przeobrazi się zgruntu ustrój świata, społe-' 
•czeństw i psychiki ludzkiej. 

Taka to będzie owa wielka prze- 
miana; cechą jej najogólniejszą: oto że teraz' 
Słowo Boże, nauka Chrystusa, znów zajaśnieje' 
w pełni blasku, owładnie ziemię. Zbawiciel 
4§wiata niejako się na nowo — w tem rozumie- 
niu — narodzi. 



- 367 - 

W odtwarzaniu tego świata wyobrażeń, 
rzekonań i wiar, na którym oparły się ideowe 
indamenty utworu Słowackiego, możemy teraz 
IB dalej, a punktów oparcia szukać już w sa- 
Bym poemacie. Zewnętrznie najoczywistszą jego 
echa jest apokaliptyzm i to nietylko w sa- 
|ym nastroju, owym urocznym zapachu pro- 
l^ckim. Obeznany z Apokalipsą palcem może 
l^cazać w utworze poszczególne zwroty, obrazy, 
iuu krajobraz — z niej przejęte; stwierdzi, — 
m już stwierdzono faktycznie dawno, — że 
Isęść ostatnia jest parafrazą XII rozdziału 
|bjawienia. Dojśćby tylko, jakim kluczem po- 
diugiwał się poeta do wyrozumienia tajemnic 
ńsma. 

Towiański miał Apokalipsę w duźem po- 
ważaniu ; jej treści zawdzięcza niejedno ze 
j3woich pomysłów, wiar i tonu. W" Biesiadzie 
co krok się na nią wprost powoływa, a i bez 
tego można łatwo wskazać, że np. cała nauka 
o siedmiu rozgałęzieniach pnia Chrystusowego 
Stamtąd jest przejęta. O Apokalipsę też opiera 
isię tak charakterystyczna dla towianizmu mi- 
jstyka słownictwa *, używanie zwrotów i wyra- 
zów zwyczajnych w jakiemś niepospolitem zna- 
czeniu, nadawanie im niezwykłego namaszcze- 
nia i podniosłości ; np. terminy tak centralne 
jak „Słowo", „bitwa" — objaśnić sobie można 
dopiero na podstawie Apokalipsy. 



- 368 — 

Ze świadectw pustrounych wiadomo, h 
i w kole wyznawców była Apokalipsa prz^ 
miotem szczególnej uwagi, że ją czytano i zgłę- 
bić usiłowano jej mroczne tajemnice. 

Jak ją tam wykładano, o tem niewieh 
wiemy i nie bezpośrednio. Wiadomo np., ź( 
Mickiewicz — co ma tu dla nas pewne zna 
czenie — do chwili współczesnej ściągał pew^- 
zwroty Apokalipsy, te mianowicie, co zda 
się mówić o momencie przełomowym międzj 
pierwszą a drugą epoką. Do Witwickiego m'' 
się wyrazić, że „teraz jest rozerwanie drug 
z siedmiu pieczęci Apokalipsy", co się odno* 
do Apok. VI. 3. 

Ale ten brak komentarza Towiańskiegii 
do Apokalipsy nie jest szkopułem dla nini 
szego wywodu, stwierdzić da się bowiem 
pewno, że Słowacki przejął go skądinąd, ni 
z towianizmu. Przejął mianowicie od Z. Kjra 
sińskiego ; a że w punkcie zasadniczym koi 
mentarz ów był zgodny z rozumieniem Tc 
wiańskiego, to dzieło osobliwego istotnie - 
przypadku. 

Sprawa to zasadniczo już znana, szcze 
gółowo ją omówił prof. Tretiak, zacytował od 
powiędnie ustępy korespondencji, myślowe icJ 
luki zabudować usiłował własnym, hipotetycz 
nym wywodem. Rzecz się miała tak, że Słć 
wacki, wstąpiwszy w koło „sług sprawy", skie 



- 369 - 

Dwał swe zakusy apostolskie na Krasińskiego, 
a co ów odpowiedział jakimś wykładem Apo- 
alipsy. Ów list atoli się nie dochował, znana 
3st tylko odpowiedź Słowackiego z dnia 17 
bycznia 1843. 

Z odpowiedzi tej wywnioskować można 
ość wiele: I-o, że wykład dotyczył przede- 
rszystkiem znaczenia apokaliptycznej „niewia- 
by" z rozdz. XII. ; 2-o, że zbiegał się z wy- 
ładem Mickiewicza i Towiańskiego, o czem 
łowacki przedtem nie wiedział ; 3-o, ze Sło- 
7-acki meritum wykładu przytwierdzał, a miał 
^obec niego zastrzeżenia tylko społeczno-etycz- 
ej natury, chodziło mu o nacisk na pracę 
loralną w sobie, ó „realizację, o konsekwen- 
ję etyczną". Punkt ciężkości komentarza chciał 
iTzenieść ze sfery umysłowych zaciekawień 
sferę moralnych powinności. 

Ale teraz — jakiż to był wykład Krasiń- 
kiego, cóż on rozumiał przez niewiastę apoka- 
liptyczną? Bezpośrednio tegośmy dotąd nie wie- 
dzieli. Prof. Tretiak odtworzył go hipotetycznie 
)rzy pomocy Przedświtu i przyjął, że przez 
ymbol apokaliptycznej „niewiasty" rozumiał 
Krasiński N. P. Marję, która raz jeszcze ma zstą- 
ić, „bo zapragniona jest znowu na ziemi", 
^rzyczem — jak w średniowiecznych komen- 
larzach do psałterza — podany jest i głębszy, 
magogiczny sens; postać ta była dla poetów 

Pigoń. Slurlja. 24 



- 370 - 

,. wyrazem pewnej idei... Ze jest. to idea m' 
ralna odrodzenia się ludzkości przez ducl: 
ewangelji, to rzecz jasna, sam Przedświt teg 
dowodzi, a także towianizm** (I. 463), 

Otóż hipoteza by Ja dowolna, nie wytrzy- 
mała konfrontacji cum noviter repertis. Listu 
do Słowackiego wprawdzie ciągle jeszcze ni 
znamy, ale znalazło się inne świadectwo, równie 
wierzytelno. Między wydanemi w r. 1912 przez 
prof. Kallenbacha listami Krasińskiego do Cie- 
szkowskiego znajdujemy tenże sam, właśnie z je- 
sieni 1842 r., komentarz, który podany był 
Słowackiemu w zaginionym liście. Odpowiedni© 
ustępy obu listów z 27 września 1842 r. przy- 
toczyć tu trzeba w całości: 

„Drogi mój 1 Słabym i smutnym — smutnyi; 
i słabym — a oto dni tych wziąłem się do obja 
wienia św Jana — dziwnie je od początku do końca 
zrozumiałem. Jako objawienie — prawdą jest, jako 
natchnienie — w najwyższym stopniu arcydziełem 
romantycznej poezji"... „...Odczytałem całe to prze- 
cudnie artystyczne natchnienie, prawdziwe objawie- 
nie. Od R. IV — VIII. exclusive upadek starożytnego 
świata — od VIII — X. średnie wieki i Reforma, — 
od X. nas się tyczy ; ^w XI. Rozdz. 2 sień dana 
poganom przez 42 miesiące, to 42 lat upłynionych 
od 1800. Z dwóch proroków, co świadczą w owe 
czasy, jeden to Napoleon, o drugim zara? 
w R. Xn mowa. Wyszczególnienie, skąd się wziął, 
kto go rodzi — 12 gwiazd — i.o system słoneczny — 
pamiętasz, czyje odkrycie w historji ; pół księżyca — 



- 371 - 

to pohariców znak, — pamiętasz, kto go deptał w hi- 
storji? Idę dalej: dziecię porwane do nieba — wy- 
rośnie w niebie na kawalerzystę XIX. 11, który zwie 
się Słowo Boże i przezeń ufunduje się XX. R., co 
ma trwać 1000 lat, poczem przemienienie w aniels- 
kość ludzkości" (I, str. 48—60). 

W przypisku jest jeszcze wyjaśnienie, co 
oznacza Smok, co Bestja, Babilon i Wszetecz- 
nica, ale dla nas już ustęp przytoczony wy- 
starcza. 

Kto zajrzy teraz do wskazanych rozdzia- 
łów Apokalipsy, wyrozumie jasno myśl Kra- 
sińskiego. Według niego Jan św. przepowie- 
dział dokładnie wypadki połowy XIX w.: po 
upadku i pogrzebie „proroka" Napoleona prze- 
sunie się punkt ciężkości dziejów na Polskę, 
narodowość polską, ową niewiastę w słońcu na 
głowie. Jej zadaniem wyhodować złożoną w niej 
myśl Bożą, Słowo Boże — „dziecię", które wy- 
rośnie i kiedyś przemieni świat, założy tysiąclecie 
królestwa Bożego, opisane w rozdz. XIX i XX 
Apokalipsy. Taki też wykład przesłał Krasiński 
niewątpliwie nowemu wyznawcy Sprawy. 

Ze świadectwa Słowackiego wiemy, że 
ten wykład „niewiasty" - Polski schodził się 
z wykładem Towiańskiego. Schodzić się także 
musiał pogląd na Napoleona, proroka nowych 
dni, bo zbytecznie chyba przypominać, jaką rolę 
odgrywał w towianizmie kult cesarza, który — 

24* 



- 372 - 

w ich pojęciu — prostował ścieżki Pańskie przed 
ogłoszeniem Sprawy Bożej. Natomiast wy- 
kład „dzieciny" -Słowa Bożego sprecyzowany 
był niewątpliwie dokładniej u Towiańskiego ;. 
było mu ono równoznaczne z jego „sprawą" — 
odrodzeniem chrześcijaństwa przez żarliwą, 
uczuciową religję miłości, przez etykę indywi- 
dualnej świętości. 

Oto już mamy oba elementy składowe,, 
które wytłumaczyć nam mogą ideową kon- 
strukcję utworu Słowackiego. Nagłe przedarcie 
tajemnicy Objawienia przy pomocy komentarza 
Krasińskiego i fakt przyjęcia Sprawy Bożej 
Towiańskiego złożyły się na jego treść, a dziwny 
zbieg obu faktów przyniósł owo potrącenie- 
twórcze, w którem się dzieło poczyna. Forma, 
zaś jest wypadkową: żarliwości wyznawczej 
ucznia i poetyckiej inwencji twórcy z Bożego- 
pomazania. 

Słowacki, raz uznawszy, że ustępy roz- 
działów XI i XII Apokalipsy są wizją, 
chwili współczesnej, że teraz oto wy- 
stępuje Polska ze Słowem Bożem przed świa- 
tem, że oto otwiera się nowa, druga po Chry- 
stusie epoka życia chrześcijańskiego, dojrzał 
analogję dwu tych, o znaczeniu kosmicznem, 
momentów, obu narodzeń i poważył się w po- 
wrotną formę kolędy ubrać swój wzniosły hymn,, 
stworzyć misterjum o powtórnem narodzeniu 



373 



Słowa Boźego-„dzieciny" — według symboliki 
apokaliptycznej . 

W poetycznym swym kształcie uważany 
poemat przedstawia się jako tryptyk. Część 
pierwsza, istotnie „mistyczne oratorjum", nie 
jest streszczeniem dziejów biblijnych, ale wy- 
razem jakichś kosmicznych zawichrzeń, roz- 
ruchu wśród sfer niebieskich, wśród chórów 
aniołów i świętych Starego i Nowego testa- 
mentu, przedstawia przejęcie się światów wobec 
momentu powtórnego narodzenia, podobne do 
owego, jakie być musiało nad Betleem. Jest to 
mianowicie inscenizowany, parokrotny refren 
Apokalipsy, poprzedzający opis każ- 
dego przewrotu świata: „i stały się 
błyskawice i głosy i grzmienia i trzęsienia 
ziemi i grad wielki". (Apok. 4, 6; 8, 6; 16, 18). 
Zaś w Apok. XI. 19 widzimy, że refren ów 
(jak ostatecznie i w poemacie) poprzedza bez- 
pośrednio wypadki, opisane w rozdz. XII.' 
t. zn. wizję niewiasty obleczonej w słońce. 

Jest wieczór, jak wonczas wigilijny, ubrany 
w złote blaski zachodzącego słońca; chór na- 
powietrzny, jak i przyroda cała, w napiętem 
oczekiwaniu momentu. Dla duchów tęskniących 
zapala się oto znak nowej epoki, — nie gwiazda 
już betleemska, ale korab na dalekościach 
rozognionych pian, z ogniami w okiennicach. 
Po komentarzu Krasińskiego jasno już, co to 



- 374 - 

za znak. Korab to tenże sam, o którym mowa 
w Poecie i Natchnieniu i w wierszu Na spro- 
wadzenie zwłok Napoleona ; korab — „wieloryb 
świata", w którym płyną prochy cesarza, jak 
Jonasz — proroka nowych czasów, tego, ca 
„prostował drogi" {Poeta i Natchnienie w. 500) 
przed Sprawą Bożą. Moment pogrzebu Na- 
poleona wśród okoliczności, przypominających 
wersety 8—10 XI rozdz. Apokalipsy, był punk- 
tem zwrotnym historji w komentarzu Kra- 
sińskiego, a także i w wyobrażeniu Towiań- 
skiego, który na tę uroczystość zdążał hyf 
z Litwy do Paryża — na miejsce ogłoszenia 
„sprawy". 

W ten sposób i w poezji Słowackiego 
znajdujemy przejaw kultu Napoleona jako pro- 
roka i poprzednika wielkiej przemiany. 

Oratorjum kończ}' się radosnem odetchnię- 
ciem duchów w momencie spełnienia i aniel- 
skiem wigilijnem pozdrowieniem: „Pokój na 
ziemi, wodach i na powietrzu ! Chwała duchom 



na ziemi 



|U 



Część druga utworu jest dziełem czystej 
inwencji poetj^ckiej, nie opartem o Apokalipsę, 
przestylizowanem właśnie na melodję kan- 
tyczkową. Przedstawia scenę, jakby z jasełek, 
kiedy aniołowie zwiastują nowym pastuszkom^ 
emigrantom polskim, że „Zbawiciel świata 
znowu się narodził". 



- 375 — 

Wstańcie pasterze, Ojcowie trzód! 
Słoneczny cud Dla was zaświta... 
W ducha ofierze Wina obmyta... 

Skąd ten pomysł niezwykły ? Sądzę, że 
"wyjaśnić go w części mogą różne napomknienia 
w ówczesnych listacłi poety. 

Przedewszystkiem sam Towiański, pragnąc 
oprzeć odrodzone przyszłe chrześcijaństwo na 
ekstatycznej uczuciowej żarliwości, przeciwsta- 
wiał się świadomie racjonalizmowi w religji, wy- 
magał przedewszystkiem szczerości i prostoty, 
bezmała prostaczko watości duchowej. Pisał 
w Biesiadzie : „Jedno czyste westchnie- 
nie pastuszka sprowadza jemu światłą ko- 
lumnę" (w. 113). Ten rys nauki, tak przeciw- 
stawnie różny od rozintelektualizowanej emi- 
gracji, uderzyć musiał Słowackiego. Poeta ten 
sposób szacowania człowieka przyjął i w liście 
do Krasińskiego wysoko podnosił „nowe pojęcie 
ludzi wielkich, których ideałem jest chłop 
i pastuch wierzący a prawdziwy. A nie dosyć 
nawet, wszedłszy do groty lub stajni, gdzie tań- 
cują pasterze, cieszyć się z przy j ś ci a kró- 
lestwa Bożego, tańcować z nimi i uśmiech 
mieć na twarzy, trzeba koniecznie uczuć w sercu 
radość pasterską i być jak jeden 
z nich" (17. stycznia 1843 r.). Oto i mamy 
obrazowanie oczywiście to samo, co tam, w ro- 
zwinięciu poetyckiem. Drugi zwrot, związany 



I 



- 376 - 

pokrewieństwem z kształtem artystycznym 
utworu, znajdujemy w liście do matki z 18. III. 
1843, gdzie jest mowa, że słowa nauki Towiań- 
skiego są jakby kolęda radosne. Zwroty te, 
a zwłaszcza ta, co je wywołała, postawa du- 
chowa Słowackiego wobec początków towia- 
nizmu — rozjaśniają nieco genezę pomysłu czę- 
ści drugiej, sceny jasełkowej. Pojmujemy też, 
ze i ona mogła być dowodem i „miarą W3'ro- 
zumienia" Sprawy. 

Ale scenę tę poeta ostatecznie przekre- 
ślił, poematu nie wykończył. Czemźe to wytłu- 
maczyć? 

Pamiętając ciągle, że obracamy się wśród ' 
hipotez, jak wszelka psj^chologizacja, chwiej- 
nych, przyj ąćby można takie objaśnienie. Sło- 
wacki, jako towiańczyk, przechodził przez jakiś 
okres wewnętrznych rozterek o poezję. Mistrz 
ją bowiem potępił jako złodziejkę i marno- 
trawczynię ducha, radby ją był wygnać z Ezptej 
odrodzonych ; prozelita usiłował się dostosować 
do rygoru. Bolesny ślad tej rozterki zachował 
się w tylekroć już cytowanym liście z 17. I. 
1843 r., gdzie wyraźnie jest mowa o trudnym 
rozbracie z muzą ^. 

Przypuścićby więc można, że to z tych 
względów odrzucony został ustęp niniejszy, 
zrodzony jak wiadomo z czystej poetyckiej 
wyobraźni. Wykreślono go, bo w nim prawda 



— 377 - 

ubrana była „w złotogłów piękności", w zmy- 
ślenie poetyckie, bo rodem był z „gajów ciem- 
nych, laurowych, gdzie świecił księżyc i wspom- 
nienia były drzew driadami" . Części obie skrajne, 
jako zbliska oparte o księgę świętą, wytrzy- 
mały surowy samosąd i zostały. Dodać jeszcze 
można, że poprawkę wprowadził poeta w trakcie 
tworzenia całości, więc parabazę końcową kon- 
sekwentnie nawiązywał potem bezpośrednio do 
części pierwszej ; „takie słyszano głosy nad 
morzami..." etc. 

Część wreszcie trzecia poematu, „opowia- 
dająca", po aluzjach do pierwszych „pastu- 
szków"-towiańczyków, nawraca znowu do Apo- 
kalipsy, staje się parafrazą rozdz. XII, opi- 
sującego wizję niewiasty obleczonej w słońce*. 
Sens jej już znamy; przedstawia nie kościół^, 
ani N. P. Marję, jak ją wykładać usiłowano, 
ale jedynie Polskę, niezmoźoną narodowość 
polską, zjawiającą się oto przed oczyma świata 
z „dziecięciem"-Słowem Boźem. Tak ją rozu- 
miał Krasiński, tak Towiański, a wierny wy- 
znawca składał tu miarę swego ortodoksyjnego 
wyrozumienia. 

Chronologicznie jest to pierwszy przejaw 
symbolu Pani Słonecznej w poezji Słowackiego ; 
przewinie się potem przez nią jeszcze wielo- 
krotnie, co ważniejsze — przejdzie przez pewną 
ciekawą ewolucję znaczenia. W przeciwieństwie 






- 378 - 

do późniejszych odpowiednich ustępów, zjawia 
się t,u postać zgodnie z Apokalipsą, t. zn. nie 
sama, ale z dziecięciem. Obraz to faktycznie 
z tego względu jedyny wśród poezji Słowac- 
kiego ostatniej doby. 

Obejmuje dwie postaci : Polskę i „sprawę", 
posiada niejako dwa punkty ciężkości, dwa 
samoistne ogniska wartości. Sensem ewolucji 
symbolu będzie przechylanie się równoważno- 
ści na jedną czy drugą stronę, upodrzędnienie 
jednego z punktów ciężkości drugiemu. Sąd 
odegra się w Poecie i Natchnieniu, poeta prze- 
niesie tam Polskę ponad „inną matkę"; tenże 
sam ustrój zachowany w Samuelu Zborowskim, 
Dopiero w Królu-Duchu sprawa przesądzi się 
na nowo i przechyli w pewnem rozumieniu na 
stronę drugiej szali. 

Ale w omówionym utworze wizja wyobraża 
Polskę, piastującą„ Słowo Boże". Takie pojęcie 
ojczyzny jest także zgodne z pierwotnj-m to- 
wianizmem, w którym troska narodowa zjawia 
się per accidenSj pośrednio, poprzez zadanie od- 
rodzenia religijnego ; dopiero w przyjęciu i speł- 
nieniu „Sprawy Bożej" — ich zdaniem — znaj- 
dzie Polska zakład aiezniszczalności narodowej. 

Słowacki mógł więc podać Towiańskiemu 
poemat swój, swoją kolędę „Sprawy Bożej", 
w czci i wdzięczności ; „miara wyrozumienia"^ 
była w każdym względzie słuszna. 



- 379 - 

Jeszcze słowo o czasie napisania utworu^ 
^Vnioskując z treści, nastroju i owych aluzyj 
lo trzech pastuszków-towiańczyków, ustalił go 
)rof. Tretiak na koniec 1842 r. i początek 1843. 
?rof. Gubrynowicz znalazł na kartach auto- 
grafu urywek Króla-Ducha'^, skąd wy wniosko- 
yał, że i sam utwór przesunąć trzeba naprzód, 
joza r. 1844, na czas tworzenia epopei ducha. 

Z argumentów prof. Tretiaka jeden nie 
iest wprawdzie zupeinie przekonywujący, mia- 
lowicie owo powołanie się na Goszczyńskiego, 
jaleskiego i Siemieńskiego ^. Jest bowiem mię- 
Izy urywkami w I tomie Pism (str. 167 — 8) 
ragment późniejszego poematu, bodaj czy nie- 
amego Króla-Ducha, jeszcze w formie Sym- 
losionu, gdzie rozmówcami są Heijon, oraz 
i^łaśnie Zaleski i Goszczyński. Ale reszta argu- 
aentów zachowała pełną wagę do dziś. 

Niniejszy komentarz utworu wplata jega 
reść między -doznania duchowe poety z końca 
842 r. Chronologja więc prof. Tretiaka musi 
lozostać, a fakt owego urywku Króla-Ducha 
rzeba w jakiś inny sposób wytłumaczyć. Sądzę 
awet, ze niewiele się ryzykuje, umieszczając 
atę powstania tego misterjum gdzieś w po- 
liżu wieczoru wigilijnego 1842 r. 

Kraków, 1910-1915. 



'680 



PBZYPISKI. 

* Dedykacja ta, wydrukowana najpierw w inonogr;- 
Małeckiego, nie znalazca pomieszczenia w wydaniu Iwo 
skiem z r. 1909. Z autografu ogłoszono ja powtórnie w Po 
Liter. 1909, 1. c. 

* Słownictwu i stylowi Towiańskiego poświęcony j 
cały osobny rozdział w pracy Z. Gąsiorowskiej, 1. c. s 
70—81. 

3 Por. J. Tretiak 1. c. I, str. 417. 

* W Iwowskiem jubileuszowem wydaniu powtórzo: 
na str. 255 I tomu siedm wierszy tego ustępu, jako fi 
ment osobnego rzekomo utworu. 

5 Taki wykład podał mianowicie H. Biegeleise 
w swem wydaniu Samuela Zborotcskiego, Lwów-Warsza' 
1903, str. 193. * 

6 Ob. Lamus 1911, str. 210.. 
^ Znany jest szczegółowo stosunek Zaleskiego i 

szczyriskiego do początków towianizmu. O Siemieńskim p 
ks. Duński swojej władzy zakonnej w październiku 1842 r.: 
„Przybył im do liczby Siemieński' (Smolikowski t. IV, «•' 
81). Noicorocznik Demokratyczny za r. 1843 podaje na .- 
198, że jednym z trzech przybyłych po 7 sierpnia 1>^J " 
wyznawców był L. Siemieński. — Pismo Terażu 
i Przyszłość (Paryż 1845, zesz. 2) w spisie towiańi ^ 
roku ubiegłego (liczy ich 79) wymienia m. i.: Siemieńsb 
Lucjan, Słowacki Juljusz. 

Według nieogłoszonej dotąd korespondencji dowiedziai 
się Siemieński o towianizmie wcześnie od J. Koźmiana — 
i mimo nieprzychylnego oświetlenia relacji, odrazu zostai 
pociągnięty. 1 września 1841 r. pisał ze Strassburga do B 
Zaleskiego: „U was głoszą cud nowy, osobliwy ; odrazu przy 
stał mi do serca, bo odpowiada najgorętszemu pragnienii 
duszy: powrotowi do ojczyzny". A 4 listopada t. r.: _Wsze 
lako w tem wszystkiem zajmuje mię urok jakiejś uśmiecha 
jącej się nadziei, porywa cudowność i choć rozum na wstrę 
cie stoi, serce marzy o tem, jak to będzie". — Na wiosn< 
r. 1842 zapowiadał przyjazd do Paryża i już wtedy musia' 
się niewątpliwie zbliżyć do urocznego dlań „proroctwa" 
(Rkp. w Ak. Urn.). 



XI. 

SYMBOL PANI SŁONECZNEJ 
W „KRÓLU -DUCHU". 



Jak wiadomo, wydany za życia poety 
ipsod Króla-Bucha przeszedł bez najmniej- 
sego wrażenia. Przyjęcie to nie może nas za- 
ziwiać. Król-Buch jest w twórczości polskiej 
pemś tak bezwzględnie nowem, nie kojarzą- 
)m się z przeszłością, ani w typie poetyckim, 
ai w toku wyobrażeń, czemś, co wywołać 
lOgło doraźnie tylko zdumienie i niezrozu- 
lienie. 

Przyczynić się do tego musiał i ten fakt, 
3 w olbrzymim, dziewiczym lesie idej kosmo- 
onicznych, metafizycznych, historjozoficznych^ 
likie przynosi poemat, — pieśń żeglarza, po- 
jącego „nieznane oceany", — co krok niemal 
apotykać przychodzi to jakieś tajemnicze ma- 
3czniki koncepcyj eschatologicznych, to znów 



~ 382 - 

niezgłębione bezdnie rewelacyj genezyjskic 
to jakieś nagłe jakby roztwarcia sklepień świą- 
tyni, odsłaniające duszy, pełnej zach wyceń, słoń- 
ce wieczyste, jakieś skowronkowe poderwania 
jej w błękit niebios. Ponadto nad całą tą krainą 
unosi się górą daleki, niemniej wyraźny i usta- 
wiczny, poszum wieków ubiegłych. 

Czytelnik, pragnący posiąść pełnię wzr- ■ 
szenia, nie może obok tych zjawisk, szczeg-^- 
łów przechodzić mimo, dążyć musi wślad za 
poetą przez przejścia podziemne, jary i dolii. 
na szczyty i przełęcze ; wtedy dopiero ogarnie 
rozmiar, ład i wzniosłe piękno tej udzielnei 
krainy poezji, jaką roztwierają przed nim d 
chowane fragmenty poematu. Taki niepokojący 
urokiem i głębią tajemnego znaczenia ust^'' 
spotykamy zaraz niemal u wstępu pierwszeg 
rapsodu (p. 1. w. 69—148). Duchowi Hera uka- 
zują się przed wcieleniem wizje, dwie kolejno 
zjawy niewieście, które niecą w nim zachwyt 
i powodują go do powrotu na ziemię, do podję- 
<}ia trudu żywotów kolejnych i wiekowego do- 
pracowywania się wewnętrznej doskonałości, 
anielstwa globowego. 

Zjawa pierwsza przedziwnej pięknością 
wywiodła ducha Hera z podziemia, z nad brze- 
gów Lety, w której mgłach mu się okazała, 
„do lesistych zacisz", w polskie zapewne puszcze^ 
gdzie objawiła mu się postać druga. 



- 383 - 

A w tern piękność przyszła nowa 
[ w tem powietrzu, jako w diamencie 
Ukazał się wid... Piękność... córka Słowa, 
Pani któregoś z ludów na północy, 
Jaką judejscy widzieli prorocy. 

Słońce lecące trzymała nad czołem, 
A miesiąc srebrny pod nogami gniotła; 
Szła nad lasami i leciała dołem 
Nad chaty, jako komeciana miotła ; 
Tęcze ją ciągłem oskrzydlały kołem ; 
W słońcu girlandy niby z kwiatów plotła 
I na powietrze rzucała niedbale 
Perły-jaśminy i maki-korale. 

Ustęp ten komentowany już był wielekroć 
w różne sposoby. Chronologicznie ostatni 
wykład J. Kleinera^ zdecydował, że zjawa 
ierwsza oznacza wieczystą kochankę Króla- 
)ucha, wcielającą się kolejno w ducha Wandy, 
)obrawny etc, druga zaś, symbol Pani Sło- 
tiecznej, oznacza Polskę idealną. Zasadni- 
za podstawa tego komentarza: ustalenie — 
srbrew Pawlikowskiemu* — jakościowej 
wyższości drugiej postaci, zostanie trwałym 
liezaprzeczenie dorobkiem egzegezy poematu, 
natomiast sam wykład symbolu „Pani" budzi 
yątpliwości. 

Chociażbyśmy bowiem nie zważali, że nie 
'lumaczy on zgoła apokaliptycznych akceso- 
jów postaci (słońce na włosach, księżyc pod 
itopami, wreszcie zwrot o prorokach judejskich), 
o już z samej jednej notatki w autografie 



at 



- 384 - 

Króla-Ducha (Pism w wyd. lwów. 1. 1 str. 3ljti; 
wynika, że Słowacki w owej epoce nie uwa- 
żał narodu za istność nieśmiertelną, uznawał 
jego początek w czasie i przypuszczał zanik, 
a przynajmniej skostnienie w formie, jeżeli ją 
już matka-idea opuściła. Skądinąd jeszcze wie- 
my, że przyjmował także wędrówkę takich idej 
macierzystych od narodu do narodu (t. X 
str. 467, w. 159 — 162); bodaj że tym to sposobem 
tłumaczy się imigracja duchów greckich: Hera 
i homerydów w polskie ciała. Narodowość jest 
więc dla Słowackiego „agregacją z ducha wy- 
nikłą", formacją wtórną, czasową, tworzoną dla 
zrealizowania oddzielnych szczebli rozwoju du- 
chowego ludzkości do jej kresu ostatecznego: 
„przemienienia w przyszłe anielstwo globowe*^ 
(t. X, str. 269, w. 1316; por. też atr. 471, 
w. 672-81). 

Po wtóre: zainteresowania myślowe Sło- 
wackiego po Samuelu Zborowskim wyszły poza 
wyłączność troski narodowej, — według tezy 
Norwida, że chcąc być narodowym, nato wła- 
śnie że trzeba stać się nadnarodowym. Budo- 
wana przez lata ostatnie jego eschatologja ma 
na względzie całą ludzkość, kosmos cały. Poeta, 
wpatrzony cały w postęp ducha odrodzonego, 
począł „już nie o narodowościach myśleć, ale 
o gromadach ducha jednego'' (t. X, str. 462, 
w. 332), który przez szereg wcieleń, w różnj-ch 



— 385 — 

nawet narodowościach, wypracowywa „aniel- 
stwo globowe". „Pamiętajcie też na to, — przy- 
kazuje — że zasługą waszą dojść macie do tej 
wysokości — gotowi już aniołom prawie prze- 
wodniczyć, ziemię w gwiazdę miłości Bożej 
rozpromienić" (t, X, str. 197, w. 120). Przejęty 
świętą ideą etyczną, „która was przemieni 
i przez was świat nowy uczyni i wieki nowe" 
(t. X, str. 329, w. 6), postawił sobie za zada- 
nie najwyższe określić ów cel ostateczny : „zwy- 
cięstwo ducha nad ciałem i zniszczony grzech 
i śmierć pokonaną i glob przemieniony w roz- 
promienieniach przez ducha, który był alfą 
i będzie omegą, początkiem i końcem" (t. X, 
str. 329, w. 14—17). 

Stawiając więc narodowy polski ideał i obo- 
wiązek narodowy prawie że u szczytu ludzkich 
ideałów i powinności, widział przecież teraz 
poeta wzniosłości ponad ojczyznę wyższe. Usta- 
nawiał więc sobie: „w sakramentalnej sile 
Chrystusa stojący duch święty mojego na- 
rodu — niech mnie utrzyma na drodze Pań- 
skiej, niech mnie wprowadzi w przemienionych 
kiedyś świętych mieszkanie" (t. X, str. 2B5, 
w. 1162 — 5). Pracę polską organizować chciał 
wokół celów : wolności i posłannictwa, ale nie 
taił, że w „globowej" pracy jest to „szczebel 
pierwszy". „Dziś... w tej drodze o ojczyznę 
troskać się nam tylko jako o pierw- 

Pigoń. Studja. 25 



fr 



386 — 



szy szczebel i pierwsze objawieuK 
się mocy wypada. Albowiem wszelki 
moc ducha uwidzialnić musimy" ^ 

W liście do matki (z d. 22. I. 1848 r.) bez] 
obsłonek ustanawiał hierarchję między powin- 
nościami: „Jestem człowiekiem, który ma ut 
idee fixe i w niej żyję i żyję poty, póki w nil 
żyję, a bez niej żyć bym się nie zgodził ni 
wet w raju, nawetw Polsce, gdyby ona 
ideą nie była", w Dzienniku zaś tegoż roi 
notował : rozwiązać narodowoście wysoko* 
ścią, anielstwem ducha polskiego, oto jednaj 
z misyj mesjanizmu (t. X, str. 464, w. 408— 12). 

Sprawę tę zresztą rozstrzyga Mieczysława! 
widzenie dwunastu aniołów; po jedenastym,] 
aniele Polski, przechodzi jeszcze ktoś wyższy, 
nieznany... 

I był objawion mi pod tajemnicą 

Bez znaków; tylko wiem, ze byl dziewicą. 

(R. IV, p. 3, w. 350-3). 

Z zestawień powyższych wynika najpierw, 
że każdorazowa idea narodu nie jest — według 
poglądów Słowackiego — nierozdzielnie powią- 
zana ze swą ziemską projekcją, formą, z na- 
rodem, że więc w postępie świata naród jest 
bardzo istotnym, koniecznym, wartościowo wy- i 
sokim — ale szczeblem tylko. Po wtóre, że za- 
tem cząstkowa idea narodu, wartość jego po- ' 
słannictwa jako jedno tylko ogniwo łańcucha 



- 387 - 

■ewolucji — nie jest wartością wobec celów 
ostatecznych — najwyższą. Wreszcie, że ponad 
ideą-aniołem Polski, jest jeszcze idea wyższa, 
szczebel rozwoju ludzkości — doskonalszy. 

Słowacki zatem, wystawiając w Królu-Du' 
chu tajemnicę początku i końca, alfę i omegę 
^świata, a zatem i ojczyzny** (t. IV, 
str. 56), ukazując Herowi w symbolu Pani Sło- 
necznej przedziwnego uroku i jarzmiącej siły 
piękność najwyższego celu, odsłaniając 
— według określenia w Samuelu Zborowskim : 

Ten ostateczny wschód, ostatni z wschodów — 
Więc to nietylko złoty cel narodów, 
Ale i duchów... cel konieczny 
Jakiś ostatni, wielki i słoneczny, 
Atmosferyczny, mgiom rzucony na tło... 

(t. VIII, str. 316, w. 1947-51), 

nie mógł widzieć w tym symbolu idei-pierwo- 
wzoru Polski, idei, będącej wprawdzie pod szczy- 
tem kosmicznej hierarchji, ale nie szczytowej, 
wartościowo nie najwyższej. Tak więc odrzucić 
wypadnie Kleinerowy wykład symbolu. Trafny 
mógł on być dla Zborowskiego, dla Króla-Du- 
ćha trafnj'' już nie jest. 

Tu bowiem pojawia się Pani Słoneczna 
w wyższej, rozwojowo dalszej już formie. 
W czemżeż tedy jej istota? 

Wiadomo, w czem polegała tajemnica 
grzechu pierworodnego : był on powtórnem 

25* 



388 



sprzeniewierzeniem 8\ą jaźni — światłu, wyrze- 
czeniem się go na rzecz ognia, przeniesieniem 
rozpaleń zmysłowych ponad moc twórczości 
przez jedność z Bogiem. Jasno się też stąd 
wykreśla droga pokuty -odkupienia. Wiedzie 
ona przez zwyciężenie siebie, przez „włożenie 
munsztuku na zwierzęcą naturę", przez ^pod- 
niesienie nowe ducha nad ciało" ; wiedzie 
w Boga „po dar ostatni: słoneczność". Z tego 
to daru wprost juz wypłynie i wszechmocność 
w twórczości i nieśmiertelność ciała, — owe 
moce „człowieka rajskiego". 

Wiadomo też, że wola odkupienia grzechu, 
pierworodnego, odzyskania rajskiego stanu, 
wspólna jest całej ludzkości i że cel ten przez 
całą ludzkość ma być pracą osiągnięty. Kresem 
pracy, ostatecznym poziomem wzrostu, jest 
przesłonecznienie dusz, wszechświatłość globu^ 
„ziemia- słońce", królestwo Boże na ziemi 
w pełni chwały i majestatu. 

Otóż ten „ostateczny ■jy^schód, złoty cel 
duchów... i narodów", ubierany w poprzednich 
poematach w apokaliptyczne wizje „perłowego 
grodu", „Jerozolimy słonecznej", — przybiera 
w Królu- Duchu znamiona niewiasty ze słoń- 
cem na włosach i z księżycem- u stóp. Symbol 
oznacza teraz człowieczeństwo doskonałe, jak 
było w dniu rajskim, odrodzone już ostatecznie 
z upadku; ostatnie stadjum odwiecznych prac 



- 389 — 

jaźni, ostatni szczebel „jakubowej drabiny ży- 
wota", przyszłe powszechne posięśoie słonecz- 
ności. Powtórzmy zaś, ze dochodzi się do niego 
bezpośrednio przez zwyciężenie ognia-zmysło- 
wości, przez osiągnięcie niepokalanej czystości 
ciała i ducha, przez „złamanie mocy węża", 
prześwietlenie ludzkiej natury. 

Tak się przedstawia sprawa oparta o ko- 
smogoniczne wiary poety i jego etykę anielstwa. 
Jeżeliby teraz chodziło o powołanie się w obro- 
nie niniejszego wykładu, a przeciw dotychcza- 
sowym, — na sam tekst utworu, uczynić to 
można bez trudu. 

Jest między fragmentami poematu opis 
sennego widzenia raju przez Mieczysława : 

Było — to pomnę — przed postrzyżynami, 
Które król groźnym głosem zapowiedział, 
Żem spal, a Pan Bóg mnie złotemi snami 
Oświecił... a jam uśpiony nie wiedział, 
Co znaczą róże z aniołów twarzami, 
Co ów wąż, który na jabłoni siedział, 
Co człowiek jasny, .leżący pod drzewem, 
Zwierząt gadaniem uśpiony i śpiewem. 

Spał, a sen z niego wylatywał złoty, 
Z jego otwartych ust, jak myśl znikoma 
Sen wylatywał... a twórcze przymioty: 
Miłość tworząca, treść jego widoma, 
W ciało się i włos zamieniała złoty, 
W słoneczną postać, a ta mi znajoma, 
Żem ją gdzieś widział w tęcz owitą pasy, 
Ulatującą nad słowiańskie lasy. 



_. 390 — 

Słońce, widziałem, że miała nad czołem, 
A księżyc biały pod nogami gniotła, 
Gdym widział, to tęcz owidniona kołem 
W słońcu girlandy jakieś z kwiatów plotła. 
Tu słowo ludzkie, które się aniołem 
Stało... nim forma żądanie wygniotła, — 
W Bogu poczęta, w jedności spełniona, 
Stała — śpiącemu słońce i korona. 

(T. IV, str. 574—5, w. 33-56). 

Sen Mieczy sJawa jest przyniesioną przez 
anamnezę wizją raju w momencie stworzenia 
Ewy przez ,jedność" Adama z Bogiem. 

W Liście do Rembowskiego chwila ta 
skreślona jest prawie identycznie (t. X, str. 236,. 
"W. 409 — 420). Zastanawia tylko niezwyczajna 
postać Ewy, ubranej tu w znamiona Pani Sło- 
necznej z wizji nadletejskiej. Bo przecież jej,. 
Pani Słowa, t. j. zjawie drugiej, odpowiada ta 
postać „słoneczna" snu, a nie Umiłowanej, jak 
to błędnie twierdził T. Dąbrowski *. 

Spotykamy więc wypadek, gdzie Ewa,, 
„człowiek rajski'', występuje w postaci, która 
była dotąd zawsze wykładnikiem przyszłości,. 
symbolem jakichś odległych celów. 

Po tern, co powiedziano wyżej, sprawa 
jest chyba jasna. Zgodnie z kosmogonją poetj^ 
jest Ewa „formą, całemu duchowi ludzkiemu 
do odkupienia przygotowaną", jest wzorem do- 
skonałego człowieczeństwa, mieszkanką raju 
przed grzechem, zbrojna jest więc w czystość 



- 391 - 

słoneczną, wszechmoc tworzenia i nieśmiertel- 
ność ciała. Taką być miała ludzkość cała 
w twórczem zamierzeniu Boga i taką będzie — 
wypracowawszy w sobie straconą przez upadek 
godność. Stąd postać Ewy bezgrzesznej, będąc 
wyrazem czystego, świetlnego człowieczeństwa 
w raju, być może zarazem wizją celu objawia- 
jącego się jaźni jako powinność, jako wezwa- 
nie. Rozumiemy teraz wartościową równoważ- 
ność zjaw Ewy ze snu i Pani znad Lety, ro- 
zumiemy, dlaczego się obie pojawiają uposa- 
żone w też same emblematy. 

Natomiast dalibóg nie wiem, jakby tu moż- 
na nawiązać łączność między Ewą a Polską. 

Określony jest więc ostatecznie ideowy 
odpowiednik symbolicznej Pani Słowa w Królu- 
Buchu. Jest ona wykładnikiem eschatolgji po- 
ety, oznacza, żeby raz jeszcze powtórzyć, wizję 
ostatecznego kresu w postępie człowieka i świata, 
oznacza przyszłe, powtórne „wiecznotrwanie" 
w Bogu, słoneczny stan wszechdoskonałości. — 
Zdobycie słonecznej czystości moralnej uznał 
poeta za najwyższy cel trudu ludzkiego, za cel 
światów, - tęsknotę za nią ubrał też w naj- 
cudowniejsze szaty piękna^. 

* * 

* 

Określić trzeba zkolei stosunek Pani Sło- 
necznej do Umiłowanej i ich rolę w wewnętrz- 
nej konstrukcji poematu. 



- 392 - 

Sprawa pierwsza naprowadza nas raz 
jeszcze na zagadnienie etyki Słowackiego. 
Swej kosmogonicznej i teleologicznej konstruk- 
cji przypisywał on wielką wartość życiową. 
W ogniu narodowych bólów i trosk przetwo- 
rzył swą psychikę — jak i Mickiewicz — z arty- 
stycznej na etyczną; za wartość najwyższą 
i on uznał przebudowę, rozsłonecznienie dusz. 
Powinność tę uważał za „podstawę słowa swego 
i czynu" i żarliwie jej bronił w Genesis z Du- 
cha, fragmentach filozoficznych i w listach. 

Etyka jego wynika organicznie z poglądu 
na dzieje i rozwój świata. Przez grzech leni- 
stwa poddana została jaźń pod moc najstra- 
szniejszego wroga: ognia zmysłowości; walka 
z nim jest centralnem zadaniem życia, powin- 
nością kosmiczną. Osią więc etyki jest zdoby- 
wanie moralnej czystości. „Czystość okazuje 
się nam jedną z sił, na j potężniej pracującą 
nad wykupieniem ducha globowego z niewoli. 
Ofiarą jest prawdziwą za ludzkość, przymno- 
źeniem sił twórczych w narodzie. Błędną więc 
jest wiara, któraby tę cnotę uznała za niepo- 
trzebną. I rozpłodzenie formy postawiła za cel 
wyższy nad wzrost ducha" (t. X, str. 240, 
w, 688—694). „Lecz wyższą i już nadziemską 
twórczością naszą i uczuciem bóstwa jest: po- 
łączenie się ducha naszego z Ojcem przez mi- 
łość Bożą, trwanie w tej twórczości i boskość 



- 393 - 

ducha... rozkosz największa... płodność duchowa 
czysta... przetwarzająca świat; kto do niej do- 
leci, kto uczuje przez siebie strumień Boży 
przepływający ciągle, ten zaprawdę pogardzi 
tamtą rozkoszą, z ciałem dzieloną, która przez 
to uczestnictwo cielesne — ducha naszego upo- 
karza i rodzi uczucie wstydu, niczem nie zma- 
zane i nieodparte... Na drodze więc, do celów 
finalnych wiodącej — najwyższe duchy z na- 
tury swój ej muszą mieć cnotę czystości 
i mimowolny wstręt ku temu, do czego niższe 
istoty są powołane" ®. 

Wyznaczając w ewolucji świata tak ogrom- 
ną rolę etyce niepokalaności, zatrzymać się 
musiał poeta dłużej nieco nad określeniem istoty 
i roli miłości wyłącznej. 

Jako ten wieczysty przejaw życia, który 
veydobywa z głębi dusz wszystkie etycznie do- 
aiosłe siły człowiecze, naj powszechniej i naj- 
aiezawodniej budzi porywy tęsknoty za wyż- 
3zem, pełniej szem życiem, który wyrasta wła- 
śnie na pograniczu czystej, niezmazanej sło- 
aeczności dusz i pożądania cielesnego, — jest 
miłość najpotężniejszym motorem kosmicznego 
procesu wzrastania jaźni ludzkiej ku doskona- 
łości. Przebudzenie się miłości, to jest w życiu 

złowieczem ten wieczyście nawracający mo- 
ment przełomowy, na którego rozwiązanie, jak 

zytamy w Dziadach, 



— 394 — 

W milczeniu, jak gromu żywioły, 

Tak czekają... szatan i anioły : 

Czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz. 

W etyce Słowackiego zadanie i cel pracy 
jasno jest ustanowiony: odzyskać święte do- 
stojeństwo miłości, stosunek płci, jaki był 
w raju przed grzecłiem. Droga do tego pro- 
wadzi przez ascezę złamanie pożądliwości ludz- 
kiej, zmysłowej natury, opanowanie ognia żą- 
dzy cielesnej. Ekstatyczna ta etyka erotyzmu 
prześwietla ostatnie utwory Słowackiego; mo- 
tyw słonecznie czystej, siostrzanej miłości ko- 
chanków przewija się złotą nicią poprzez dia- 
logi prozaiczne, t. zw. Teogonję, Zawiszę Czar- 
nego, Sa/niuela Zborowskiego, znajduje wreszcie 
swój szczyt w stosunku Kjóla-Ducha do Umi- 
łowanej. Stosunek ten nie jest próżnym „flir- 
tem", przed którym się wzdragał Małecki, ta 
jedna z najwyższych tajemnic kosmicznego- 
postępu. 

Zastanawia w poemacie jakiś organiczny,, 
konsekwentnie utrzymany związek między obie 
ma postaciami wizji: Umiłowana zjawia się 
zawsze przed Panią Słoneczną, jakby jej za 
powiedź. Tak było w Poecie i Natchnieniu 
z Atessą i Panią błękitną, taż sama nierozdziel- 
ność zachowana jest stale w Królu -Duchu 
Jest w tern uwagi godna myśl. Umiłowana 
bowiem, symbol szczytnej miłości wyłącznej^ 



- 396 - 

ojęta jest stale w roli służebnicy Słonecznośoi^ 
udzioielki najwyższych, tęsknot, przewodniczki 
a drodze ku niepokalanej doskonałości: ku 
ani Słowa. Na tym bowiem dopiero poziomie 
pełni się miłość, zajaśnieje przepychem prze- 
zystego „światła" ; w ziemskich wcieleniach 
taną jej zawsze przeszkodą zmysły, przez Ewę 
irzyjęty w ciało — ogień niszczyciel. 

Długa odyseja przez żywoty czeka bo- 
latera, zanim osiągnie ów wysoki stopień 
czyszczenia swej natury. To też ostrzegają, 
;o duchy : 

Dobrze ją poznaj, bo wkrótce utracisz: 
Żywot tysiącem żywotów zapłacisz, 
A zawsze jedną tę serdeczną ranę 
Przyciśniesz w piersi rękami obiema, 
Tę jedną smętną ranę, ze jej niema. 

(R. I, p. 1, w. 99—104). 

Złączenie bowiem, posięście się miłosne^ 
tuchów dokonać się jedynie może w bezska- 
aniu ; dopokąd go w sobie nie wypracują, 
ęsknić będą wzajemnie za czystemi swemi 
łaźniami, chociaż się i spotkają, choć nawet 
■oiłośó swą małżeństwem powiążą. 

Tajemnica związku tych dwu zjaw wy- 
aśni się nam wszelako wtedy dopiero należj'-- 
''^®5 gdy sięgniemy do naj pierwszego źródła 
ych właśnie wyobrażeń, do platońskiej meta- 
izyki miłości, jak wyłożona została w Fedrosie.- 



— 396 — 

Tam to Sokrates w drugiej swej mowie 
■o miłości (r. 22 do 38), określając — w przet - 
wieństwie do miłości zmysłowej — tajemnictj 
i istotę prawdziwej, czystej miłości, naucza 
właśnie, że powstaje ona z obudzonego przez 
oglądanie ziemskiej piękności przypomnie- 
nia duszy o swej boskiej, przedwiecznej oj- 
czyźnie i z tęsknoty za powrotem do niej. 

W swym przedcielesnym bycie, mówi on, 
była dusza ludzka uskrzydlona, lotna, włączona 
w jeden z dwunastu orszaków bóstw w niebie. 
Razem z bogami też mogła się wznosić do 
ponadniebieskiej granicy, za którą się mieszczą- 
naczelne ideje: sprawiedliwość, roztropność,! 
umiej ętność, prawdziwy byt, który bogo- 
wie oglądać mogą spełna, doskonale, — inne 
zaś dusze, w miarę podobieństwa z bóstwem, 
tylko z trudem i częściowo. 

W takiem oglądaniu „rzeczywistego bytu" 
najjaśniej duszy błysnęła, najgłębiej z nią za- 
padła idea piękności. Piękność też i na ziemi 
z pośród idej stosunkowo najwierniejszy, do-i 
«tępny przez najjaśniejszy z naszych zmysłowy 
posiada równoważnik w piękności ludzkiej po- 
staci. Otóż w duszy, która — „zapomnieniem 
i nikczemnością napełniona" — straciła pióra,' 
opadła wdół i podległa ziemskiemu wcieleniu 
"W człowieka, właśnie zobaczenie pięknej ludz- 
ijiej postaci budzi przypomnienie owej ogl%^ 



- 397 - 

Emej ongiś, wieczystej piękności bytu, jej pra- 
jczyzny. 

Przez takie oglądanie rozpłomienia się du- 
sa, odrastają jej skrzydła, ze choć uwięziona 

ciężkiem ciele, wzlecieó usiłuje do bogów 
ieszkania i tęsknoty pełna, jak ptak w górę 
|)Ogląda. Wreszcie od tego momentu budzi się 

duszy głód za ściślejszym stosunkiem do 
Sstwa, zaczyna się jej odrodzenie i praca 
iid moralnem doskonaleniem, przebóstwieniem, 
j, — o ile to w ludzkiej mocy. 

Nie ulega wątpliwości, że zrąb tej platoń- 
dej metafizyki erotyzmu dostał się do Króla- 
ucha i właśnie w nadletejskiej wizji Pani 
tonecznej dojrzeć go można najoczywiściej. 
7'izja ta jest bowiem w konstrukcji swej upo- 
byzowanym kształtem procesu pla- 
Dńskiej anamnezy, oglądania zjawy ce- 
w ostatecznych, sprowadzonej przez widok 
ękności Umiłowanej ''. 

Tylko piękność jest u Słowackiego juz nie 
syczna, ale duchowa, wolna od jakiegokolwiek 
erwiastku ziemskiego, oglądana być może 
dem ducha; zatem i cała wizja przeniesiona zq- 
ała przez niego w zaświaty, podczas kiedy So- 
:ates na myśli ma ciągle cielesną piękność ludz- 
ej postaci, w szczególności piękność chłopięcą. 
Zato naprzykład jakość i stopień wraże- 
a, jakie Umiłowana wywiera na ducha Hera. 



— 398 - 

iDliskie są tym objawom obudzonej miłośc 
które podnosii Sokrates. Na jej widok wpadi 
Król-Duch w zachwyt, obawę i cześć, a uj 
rzawszy za jej przyczyną w olśnieniu we 
wnętrznem zjawę Pani Słonecznej, rozpala się 
nowym wybucha płomieniem, dostaje jakobj 
skrzydeł, — na nowe się wzmaga loty, - 
wreszcie, jak i tamta sokratejska dusza, podej 
muje moralny trud upodobnienia się w kole 
żywotów do bóstwa. W tenże sam sposób rea 
guje na wizję piękności — według Platona — du 
sza w świecie idej, w ten sposób rozpala w sobi' 
tęsknotę do prawdziwego bytu. 

Owa zastanawiająca w poemacie łącznoś 
obu postaci jest tedy w samej istocie, niejak 
metafizycznie nierozdzielua : zjawa pierwsz? 
wizja Umiłowanej, jest nietylko — jak to w 
dzieliśmy, rozpatrując zagadnienie od stron 
etycznej — pośredniczką, „wiodącą" wskn 
wieków „sługą", ale jest w momencie dojrz- 
nia — po platońsku pojętą — przyczyną spra\ 
czą drugiej, jest błyskiem, który przez prz 
pomnienie otwiera wgląd w pona 
niebieskie wiecznot rwanie doskon: 
łego bytu. 

* 

Przedziwna ta mistyka erotyzmu, nan 
Słowackiego o słonecznej miłości, nie ma rówr 
«obie w Polsce. Wtyle zostaje nawet Pr» 



- 399 - 

ńt, któremu brak tu rozległych, nieziemskich 
ryzontów. Po równoważnik wśród zagranicz- 
'ch tworów piękna sięgnąć można do jednego 
Iko — Dantego ; a tam zaś znajdzie się nie- 
jlko zbieżność, ale i — w pewnej mierze — 
jodło bezpośrednie. Tą to bowiem drogą nie- 
|tpliwie doszły do poety platońskie koncepcje 
lotyzmu. 

Istotnie aż dziw, że mimo tak uderzaj ą- 
ich podobieństw nie zwrócono dotąd baczniej- 
lej uwagi na dantejskie pierwiastki w Królu- 
uchu. Skupiły się one najliczniej właśnie 
ło poglądu na wartość i rolę miłości. 

Przeddantejska, średniowieczna poezja 
iowansalska i włoska ^, od Platona właśnie 
ychodząc, wytworzyła wzniosłą teorję „mi- 
ści dwornej". Oczyszczono to uczucie z pier- 
iastków ziemskich, zmysłowych, wzniesiono 
do wyżyn prawie religijnych. Przedmiot ta- 
ej miłości, — donna angelicała, przybiera 
ż wprost cechy anielskie, wzięta jest za od- 
oie, ziemski przejaw Bożej piękności. Miłość 
j jest bezzmy słowa, pełna cichej słodyczy, 
■Ojrzenie jej rozgrzesza. — Wyrosła ta teorja 
zywiście ze źródeł platońskich, tylko w mi- 
yce średniowiecza nabrała znamion chrześci- 
ińskich. 

Przejął ją od poprzedników i do niedo- 
ągłych wyżyn podniósł Dante ; wyraził zaś 



- 400 — 

swoją naukę o miłości w pierwszej części B\ 
siady, w Życiu nowem i w całej Boskiej K 
medji. Pojęcie donny angelicaty wzniósł w wy 
sze jeszcze sfery, umieszczając zmarłą kochani 
swoją, Beatrycze Portinari, ponad chórami ani 
łów, w orszaku służebnic N. P. Marji. Tj 
więc nieskalana, siłą swą etyczną do cnoty p 
budzająca „pani szlachetna" dawnych liryko' 
dorasta teraz do godności anioła stróża, ni 
bieskiej przewodniczki, doprowadzającej dus! 
umiłowanego poprzez trudy i upadki źycio-c 
do najwyższego empireum, do radosnego ogl 
dania Istoty Najwyższej twarzą w twarz ; uk 
żuje się jako mistrzyni, na którą — gdy kai 
za słabość człowieczą, — poeta onieśmieloi 
oczu podnieść się nie poważy. 

Genjusz i żarliwa w głodzie czystof 
dusza Dantego sprawiły, że postad dziewczjT 
pani młodzieńczego jego serca, wyrosła w w 
czysty symbol miłości świętej, miłości realiz 
jącej najgłębsze tęsknoty człowieka do dos 
nałości i do Bóstwa. 

U posad budowli Króla-Ducha leży dt 
tejskie pojęcie miłości oczyszczonej, jako cz} 
nika postępu ku doskonałości. I tu, jak w i 
skiej Komedji, jest miłość „pojęta w znać 
niu czysto nadnaturalnem, jest pierwiastki 
ożywiającym, siłą kosmiczną, wielkim prąde 
przepływającym przez całe morze bytu" ^ 



- 401 - 

Pisząc ostatnie, najwyższe swe dzieło, 
"wspomniał Słowacki, jak Dante, na dziewczynę, 
która pierwsza obudziła jego serce na nowe 
życie, roznieciła twórczość poetycką. Tak samo 
więc spłacił również dług pamięci pierwszej ko- 
chanki, „wilenczanki siostry" *", wplótł ją orga- 
nicznie w poemat, rysy jej ziemskie rozwinął 
w wieczysty symbol miłości, w Bożą służebnicę. 

Między Umiłowaną a Beatryczą istnieje 
więcej niż analogja. I ona jest, jak tamta, 
słońca przejasną służebną" (Raj XXX., 7)., 
taż sama rola obu w poemacie. Jak Dante 
w Czyśćcu (XXVII, w. 34—42) dopiero na 
wspomnienie o Beatryczy odważył się przejść 
przez ogień czyszczący, tak Her dopiero na 
widok Umiłowanej zaprzysięga się na nowe 
trudy, wzmaga i ściska w sobie nowe, obu- 
dzone siły. Ta, która budzi wolę postępu, — ta, 
która doprowadza do doskonałości ostatecznej, — 
oto określenia, obejmujące zarówno jedną jak 
drugą postać poetycką. 

Są i bliższe zbieżności. Ale bo też i między 
Królem- Duchem a Boską Komedją istnieje wię- 
cej niż analogja : wprost rodowe pokrewieństwo. 
Najpierw kompozycyjne. W Boskiej Komedji, 
która jest, jak Król-Duch, epopeją wędrówki 
duszy ludzkiej ku doskonałości moralnej i to epo- 
. peją opowiedzianą o sobie przez samego poetę- 
wędrownika, punkt wyjścia, zawiązanie węzła 



- 402 - 

kompozycyjnego są analogiczne. I tu i tam d'' 
ducha, umęczonego życiem, zwątpiałego, przy- 
chodzi poselstwo, zarazem pobudka, z góry, i to 
— poselstwo dwustopniowe. Do Dantego Wer- 
giljusz, który jest wszelako także tylko po- 
przednikiem Beatryczy, „wiodącym sługą", jak 
jest nią Umiłowana wobec Pani Słowa dla 
Króla-Ducha. Powodem przyjścia jego jest 
zjawa druga, duch wyższy, doskonałość udu- 
chowiona, Beatrycze, o której on Dantemu tylko 
opowiada. Her natomiast tę zjawę wyższą, kie- 
rującą, ogląda sam bezpośrednio: 

Rola i oddziałanie wizyj w obu poematach 
identyczne. 

Jak kwiatki nocnym powarzone szronem, 

Stulone gną się, aż gdy je odbieli 

Sionce, wraz czołem się wznoszą i tonera, — 
Podobnie we mnie otucha wystrzeli 
1 serce taka umocni odwaga, 
Że wołam jako człek, co się ośmieli: 

— „O, przelitośna ta, co mnie wspomagał 

I ty litośny, że długiej namowy 

Nie używała do cię jej powaga. 

Ty swojem przyjściem i swojemi słowy 
Takie w mem sercu wzbudziłeś pragnienie, 
Żem znowu silny, żem znowu gotowy". 

{Piekło, przekl. Porębowicza, II, 127—138;. 

A w duchu Hera po wizji : 

...czego woda letejska nie mogła, 
To ona swojem zrobiła zjawieniem, 



- 403 - 

Że moja dusza na nowe się wzmogła 
Loty... i nowym buchnęła płomieniem. 

(R. I, p. I, w. 145-8). 

Widzimy zatem, ze konstrukcja w^zła akcji , 
•ekspozycja odyssei duchowej jest w obu poe- 
matach założona analogicznie. Pozatem jest 
wiele analogij i równoległości także w jej roz- 
wijaniu i prowadzeniu, nieraz w szczegółowych 
jej motywach ^^. W pierwszym rzędzie jednakże 
skupiają się owe analogje w roli i akcesorjach 
obu zjaw niewieścich. Tak naprzykład scena 
ukazania się Umiłowanej Herowi — żywo przy- 
pomina podobną scenę z Beatryczą i Dantem. 
Obie zjawy ukazują się nad brzegami Lety, 
^gdzie stała Pani ma nad brzegiem strużki", 
nawet znamiona ich, towarzyszące motywy mu- 
zyczne i barwne, wreszcie sam sposób zjawie- 
nia podobne : 

Tubym przekroczył możności granice, 
Chcąc skreślić, jak się zjawiłaś dla oczu, 
W kwiatów obłoku, w sferowej muzyce, 
Zrozpowijana w powietrznem przezroczu. 

(Czyściec, przekł. E. Porębowicza, XXXI, w. 142 — 5) ; 

...piękność, którąm ja poznał z oblicza 

We mgłach lelejskiej zapomnienia wody. 

Nad nią dźwięk, — duchów girlanda słowicza; 

Pod nią — jakoby złote zejścia schody 

Na świat daleki i zamglony wiodły, 

Na kwiatki jasne... 

{Król-Duch ib. w. 83—88). 
26» 



404 



Choć na miarę dantejską stworzona, ni' 
jest jednak Umiłowana kopją Beatryczy. 
Różna jest od niej wartościami, w jakie j- 
ubrała przyjęta przez Słowackiego, a obcaDan- 
temu, nauka o preegzystencji i wędrówce dusz, 
różna też tern, że nie opuszcza umiłowanego, 
ale w ziemskich kolejnych żywotach dzieli z nim 
trudy życiowe, przeprowadza go przez szare 
pracowite dni powszednie — ku wspólnemu ce- 
lowi: Pani Słonecznej. 

Najgłębszą, istotną treścią Króla- Ducha 
są więc dzieje duszy ludzkiej, wznoszącej si^ 
przez wieki własną pracą ku doskonałości : 
najwyższej moralnej czystości słonecznej, ku 
godności synostwa Bożego. Mroczny ciąg dzie- 
jowych tych prac rozświeca od czasu do czasu 
jak błyskawica — jasne dojrzenie celów osta- 
tecznych, wizja Pani Słonecznej, wzmaga ener- 
gję, budzi nowe siły na wytrwanie. 



Zkolei wypadnie więc przyjrzeć się tym* 
przejawieniem się Pani Słonecznej w poemacie. 
• W ciele zbrodniczego Popiela nie dano 
było duchowi Hera ujrzeć postaci Słonecznicy; 
dosłużył się tej łaski anhelliczny, o czystośd 
ciała i jasność ducha w sobie się trudzący Mie- 
czysław. Trzy są jego sny — wizje Pani Sło- 
necznej. 



, — 405 - 

Pierwszy opowiedziany w przepięknej, bla- 
skami genezyjskich tajemnic prześwietlonej 
rozmowie z Dobrawną : 

I przyszedł mi sen, jakoby stwierdzenie, 

Żem byJ jak anioł prowadzący twory... 

I w miarę, jakem Pana Boga prosił 

O przybliżenie słońc, o treść słoneczną, 

Duch się mój wyżej i wyżej podnosił;... 

•Cofnięty w głębie człowieczej swej istności, 
oglądał król we śnie swą mesjaniczną pracę, wie- 
kowe podźwiganie globu ku „treści słonecznej". 
Na to Dobrawną, wcielenie Umiłowanej, 
opowiada swoją wizję: 

Właśnie miałam taką drugą, 

Która mnie róży na niebiosach ślicznej 

Także wiodącą uczyniła sługą. 

Ja przyprowadzam górze seraficznej 

Duchy... 

(R. IV. p. 3, w. 145—184). 

J. Kleiner objaśnia to miejsce tak, źe 
duch Dobrawny, Umiłowana, wiedzie ku Polsce, 
„Róży na niebiosach ślicznej", duchy obce, to 
znaczy Hera G-reka. Zupełnie mylnie. Mieczysław 
wypracowuje w świecie „treść słoneczną", „przy- 
bliżenie słońc", przygotowuje ostateczne roz- 
słonecznienie ziemi doskonałością, radosne pań- 
stwo Pani Słonecznej, — a Dobrawną ^także" 
<io tego wiedzie celu. 



- 406 — 

Między fragmentami poematu jest ustęp, 
który ilustruje ten wzajemny stosunek ponad 
wszelką wątpliwość wyraźnie: 

...Wtem moja z chmur umiłowana 
Blys/a i w górę mnie podniósłszy śpiewem. 
Cala słoneczna i cała różana, 
Nad mgłą i ziemskim duchowym wyziewem 
Panując, w miasto mnie Świętego Jana 
Niosła — a niosąc, cudownie śpiewała: 
Dobrawny jestem Duch, z jej wyszłam ciała. 

(t. IV, str.596). 

Więc wyraźnie w miasto św. Jana, a nie- 
ku Polsce. 

Drugi, przytoczony już powyżej, sen Mie- 
czysława o dniu rajskim — wyjaśnia związek 
symbolu celów ostatecznych ze stanem rajskiej 
doskonałości człowieka '*. 

Trzeci sen, „anhelliczne widzenie" aniołów 
dwunastu narodów (r. lY, p. 3, w. 273—360)^ 
ukazuje Panią Słoneczną na czele genezyjskiej 
liierarchji narodów, jako ich cel i kres osta- 
teczny. Ją to bowiem oznacza anioł 

dwunasty, nieznany. 
I był objawion mi pod tajemnicą 
Bez znaków, tylko wiem, źe był dziewicą. 

Dziewicą — nie z Apokalipsy, jak tłuma- 
czy Pawlikowski ^^, bo tam o dziewictwie „nie- 
wiasty" niema wzmianki ; dziewictwo niepoka- 
lane wniósł Słowacki w symbol apokaliptyczny^ 



- 407 - 

"uwydatniając jego rolę w kosmogonji i wartość 
w etyce. 

Postać Pani Słonecznej jest w poemacie 
czynnikiem twórczym, zjawa jej wywiera prze- 
dziwny urok i wpływ na duchy. Widzieliśmy, 
jak poderwała ducha Hera na nowe loty, nowym 
zapaliła płomieniem. Ale nietylko jego. 

Przed swem wcieleniem w Bolesława Śmia- 
łego spotyka Król-Duch w zaświecie duchy to- 
warzyszów dawnych, „homeryjczyków" i im 
też ukazuje zjawioną na jutrzni Panią Słonecz- 
ną, Wtenczas je 

wszystkie miłość zażegła gorąca. 
Pierwszy raz widzą'* nieskalaną ciałem, 
Na drżących zJotach wielkiego miesiąca, 
Piękność tę, która napełnia zapałem 
I w struny wszystkie naszych duchów trąca, 
Że odpoczynku na wiatrach nie mają 
I tak jak wielkie złote harfy grają, 
Pierwszy raz widzą i wnet zmieniają się 
W naturach... każdy jako proch zapalny, 
Każdy zapomniał już w sobie o losie, 
Pod którym wyrok trzymał go fatalny... 
...Wszyscy nową świata sprawę 
Czują, złamania praw cielesnych proszą. 

(R. V, p. 1, w. 50-66). 

Wszyscy ci „przeważni Grekowi e^' do Pol- 
ski też przybyli z Bolesławem na nowy żywot, 
bo właśnie przez Polskę, szczebel przedostatni, 
„idzie ducha droga w górę", ku zjawionej im 
Pani Słonecznej. 



- 408 - 

A naodwrót — sprzeniewierzenie się we- 
zwaniu, niewola u zmysłów : grzech przeciw 
światłu, jako najwyższy występek przeciw po- 
rządkowi postępującego świata, najcięższą jest 
winą i karany strasznie — wypędzeniem z Polski 
duchowej. 

Grzechem Bolesława Śmiałego w poema- 
cie jest właśnie rozpasanie zmysłowe, poddfinie 
sił ducha pod niszczącą przemoc ognia żądz. 
To też straszliwa, najcięższa jego pokuta. Okru- 
tny, „wielki zakrwawca", Popiel, odbywa po- 
kutę w zaświecie, ale już w następnem wciele- 
niu, oczyszczony wypracowaną godnością ofiary, 
ma żywot w Polsc e, dobry, spokojny, anhel- 
liczny. Bolesław zaś ma dokonać pokuty za 
swój grzech w obcym narodzie, ma więc 
cofnąć się w hierarchji duchowej o jeden 
szczebel wdół '^, stracić zdobytą już polskość, 
wcielić się w Michała Twerskiego. Więc strasz- 
niejszy widać był jego grzech od zbrodni 
Popiela '". 

Podobnie karane były dusze pierwszych 
polskich chrześcijan, którzy obłudnie przyjęli 
znamię Chrystusowe. 

I długo potem po szczeblach i schodach 
Drzeć się musiały znów do Polski raju, 
Gdzie święty Jest duch na lakach i wodach 
I peZno kwiatów przy każdym ruczaju. 

(R. IV, p. 2, w. 513—516). 



- 409 - 

"W ideowej więc i artystycznej konstrukcji 

"róla-Ducha odgrywa Pani Słoneczna rolę nie- 

miernie doniosłą. Przez nią nabiera poemat 

ietylko organicznej zwartości, ale i myślo- 

!''ej głębi i wzniosłości etycznej. Nie jest już 

lowaną i dowolnie ubarwianą historją Polski, 

staje się obrazem odwiecznej Y^ędrówki du- 

Izy ludzkiej, tęskniącej poprzez upadki i wznie- 

ienia się, przez „wieczną walkę z szatanów gro- 

ladą" — do najwyższego celu: do moralnej do- 

[konałości, do słonecznego „bezskalania", świę- 

ości. Jako wyraz duchowego dążenia człowie- 

zeństwa do ostatecznych szczytów, staje Król- 

)uch obok naj wyższego arcydzieła świata chrze- 

cijańskiego: Boskiej Komedji. 

Kraków, 1910, 1915. 



PRZYPISKI. 

* Słowo Polskie 1906 nr. 166 — 170. — Z nowszych auto- 
ów ignoruje to rozróżnienie dwu postaci wizji St. Schnei- 
er : Badania nad źródłami twórczości J. Słowackiego, Lwów 
911, por. str. 10-12, 47, 53, 92. Nie odróżniali ich, jak 
riadomo, obaj poprzedni monografiści Słowackiego: Małecki 
Tretiak. 

2 Pam Liter. 1906 str. 471—2. 

" T. X, str. 411, w. 2545—53 ; por. też str. 211, 
V. 664-9; str. 252, w. 1040—44; str. 329, w. 11-13. 

« Pam. Liter. 1909, str. 124. 

5 Księżyc pod stopami, jeśliby co miał oznaczać 
eraz dla Słowackiego ponad szczegół wzięty z Apolikapsy, 
vyobraża chyba pokonaną zmysłowość. Umocnić się mogło 
o znaczenie przez wspomnienie na obrazy Madonny, depcą- 



— 410 - 



cej węża rajskiego i księżyc. „Przeciwko niedoskonałości 
ciał — wzywał poeta — zapalmy się gniewem i pod no- 
gami miejmy wszelki bunt krwi naszej (L X» 
str. 152, w. 191). 

Warto może zwrócić uwagę, że w Biesiadzie Plato 
Arystofanes, racząc współbiesiadników groteskową opowij^ 
ścią o pierwotnych podwójnych ludziach, wyprowadza ist<2 
dwuplciowe (androgyne) od księżyca. Rozcięte mieczeł| 
Zeusa, dążą do powtórnego złączenia się, co się objawii 
jako instynkt miłości zmysłowej. Byłoby to wskazówką do 
jakiegoś mitologicznego związku między księżycem a z'n. 
słowością. — Astarle syryjska bogini miłości, była tak 
boginią księżyca, 2eXevaiirj. 

Słońce na włosach nasuwa reminiscencję świt 
nej aureoli, jaką malarstwo religijne otacza postaci świętycti.^ 
Również według Boehmego — w interpretacji Mickiewicza — ■ 
promienność była atrybutem człowieka pierwotnego. 

Panią któregoś z ludów na północy (Polski) 
nazywa się Słonecznica, bo w Polsce najpierw, przez To-, 
wiańskiego, idea jej się uświadomiła ; w hierarchji zaś na-| 
rodów przoduje ona Polsce już bezpośrednio. 

Judejscy prorocy zaś, to Jan św. autor Apokar 
lipsy. 

« T. X, str. 399, w. 2083-95; por. też ibd. str. 241. 
w. 620— 23; str. 263. w. 1431-4; str. 472, w. 701-4;. 
t. III, str. 355, w. 145—6; wreszcie Listu do matki t. II, 
str. 166, 210, 261. 

' Prof. T. Sinko, który wykazał elementy tedrosa. 
w całej twórczości Słowackiego, od r. 1833 po Króla-Ducha 
{Hellenizm J. Słowackiego, str. 61— 2, 64 — 6, wreszcie roz-^ 
dział: „Platonizm Sł.", oraz Pam. Liter. 1910, str. 254) 
sprawie, tu omawianej, nie poświęcił uwagi. 

8 Por. J. Klaczko: Wieczory florenckie, przekł. St. 
Tarnowskiego. Warszawa, 1908, str. 100— 190 ; — E. Po- 
rębo w icz: Srednioicieczna teorja miłości duornej w Pam. 
Liter. 1904. str. 505-541, gdzie też podano bogata litera- 
turę przedmiotu. 

^ J. Klaczko. 1. c. str. 170. — Jak to platońskie po- 
jęcie miłości jako motoru, co podrywa, rozpłomienia człoi 
wieka do najwyższego poznania, do bóstwa, jak to odżywć 
w romantyzmie i jaką tam odgrywa rolę, można się doi 
wiedzieć z przepięknego studjum O. Walzela Goethe una 
da^ Problem der faustischen Natur w tomie Vom Geistes 



411 - 



k>fii des XVIII und XIX Jh. Leipzig 1911, str. ISS-IG^. 

hytamy tam: 

„Romantik geht zunachst von dem platonisch-neupla- 

i nischen Gedanken aus : geistige Liebe bringt uns Gott 

ji',he.... Aber Romantik bleibt, mystische Lehren weiter ver- 
3rtend, hier nicht stehen. In der Sehnsucht kiindet sich 
m Menschen das Ubersinnliche, Góttlicbe, Unendliche an. 
ese Sehnsucbt kann erstens die Unendlichkeit des Rau- 

t'es betreffen ; und dann erwacht in einer faustischen Na- 
r die Lust, der Sonne nachzufliegen. Diese Sehnsucht. 
jingt zweitens den Denker, das Unendliche zu erfassen ; 

\-i wird metaphysisch. Sie erweckt in dem Glaubigen den 
unsch, Gott sich zu nahen. Drittens aber ist es ein und' 
eselbe Sehnsucht, die den Liebenden die Geliebte umfan- 
■n heisst. 

[ UbersinnUch-sinnIiche Freier, erkennen die Romantiker 
der Liebe eine Kraft, die den Menschen an das Ewige 
branbebt. Und an dieses Ewige klammert sich nicht bloss 
e geistig-religiose Liebe, auch die Liebe zur Geliebten". 
tr. 161). 

Więc i współcześnie ta platońsko-dantejska koncepcja 
liZości, jaka stanowi wewnętrzne wiązanie Króla-Ducha^ 
e była zjawiskiem odosobnionem; owszem ona to właśnie- 
st najgłębszym i najpiękniejszym w Polsce przejawem 
go typu przeświadczeń romantycznego pokolenia. 

10 Por. Słowo Pol. 1906, Nr. 170. - Czyby nie można, 
ko na dowód związku między Umiłowaną a L. Sniadecką, 
)woIać się na szczegół, że genezyjskie „złote zejścia scho- 
f" Umiłowanej wiodą „na świat daleki i zamglony., pod 
emnemi jodły" (R. I, p. 1., w. 83 88. , — pamiętając, 
! dla Słowackiego krainą jodeł i sosen była Litwa. 

1' W zaniechanym rapsodzie o życiu pośmiertnem Po- 
ela: w oczyszczaniu się króla przez kary w świecie duchów, 
całym kolorycie tamtych obrazów, nieraz nawet w szcze- 
iłach udręczeń wyczuwamy urok, jaki poemat wielkiego sa- 
motnika i pielgrzyma włoskiego zarzucił na wyobraźnię pol- 
ciego poety — Z dantejskich szczegółowych pierwiastków 
Królu-Duchii na uwagę zasługiwaćby mogła jeszcze sym- 
olika świetlna. W szczególności pomysł rozmowy duchów 
ipomocą natężeń światła na czole użyty jest w Raju na 
uźą skalę. — Swoją drogą także w wizjach Swedenborga 
niołowie posługują się w rozmowach między sobą stale- 
iemal tym sposobem mimiki świetlnej. ..Angeli tacitissimi 



412 - 



•erant, modo communicantes sua cogitata cum facie. „Areanc 
Coelestia", Tubungae 1833, I, 66. 

*» We wspomnianym fragmencie usunąć trzeba w Iw 
skiem wydaniu przykry, przeoczony także przez J. Kleinera 
Wad. Wąż rajski m<Swi tam do Chrystusa: 
... Ty, stworzyciel chleba. 

Ty wielki psotnik, ty czterdziestodniowy... 

(t. IV, str. 576, w - 

Ma być oczywiście „postnik". 

" Pam. Liter. 1906, str. 472. 

14 ^ wydaniu Iwowskiem wydrukowano tu „widzę" 
niewątpliwie błędnie, bo przecież duch Hera już był Pa 
oglądał, nie widzieli jej dotąd Grecy; toż samo tyczy i 
57, gdzie zresztą sama skZadnia zdania następnego potwieL 
dza poprawkę. i 

" W wizji Mieczysława anioł Rosji, z psem i knut-^ "^ 
jest dziesiątym w hierarchji narodów, anioł Polski — j' 
nastym. 

*« Uderzająca zbieżność zachodzi między tym ubranyi, 
w szatę poezji poglądem etycznym Słowackiego, a nauk 
Towiańskiego... Oto, co ten mówiZ 27 lipca 184:7 r. do Gf 
szczyńskiego : [U ciebie]... „same loty ducha, eter, — a kied 
przychodzi do czynu — milczenie, nie energja. A zamilczą 
nie jest dziś największą zdradą. Lepiej odważyć się na w 
stępki ziemskie, na zabójstwo. Za grzechy ciała - 
kara ciaJo tylko dotknie, a duch może być zbawion 
ale za grzech [ducha], duch będzie cierpiał na wieki. 
Ob. Z. Wasilewski: Od romantyków do KasprotcieZ' 
Lwów 1907, str. 108. 



XII. 

Ks. EDWARD DUŃSKI, 
IŁUCA „SPRAWY BOŻEJ" TOWIAŃSKIEBO. 



z bogatego archiwum, jakie po śmierci 
Cowiańskiego przeniesiono z Zurychu do Tu- 
ynu, wydano w ostatnich kilku latach szereg 
naterjałów do dziejów wpływu Towiańskiego 
jego nauk w szerokich kołach wyznawców. 
Wydania te, nieprzeznaczone do obiegu księ- 
garskiego i trudno dostępne, stąd mało komu 
znane, są przecież tego typu, że człowiekowi 
bacznemu na sprawy kultury narodu i moral- 
nej kultury jednostki nie mogą być obojętne. 
Po tomach, traktujących o rozgałęzieniach 
„sprawy Bożej" wśród obcych narodowości 
(Francja, Żydzi, ks. arcyb. Passavalli, Fra Luigi 
Carmagnola), przystąpił Attiglio Begey, czci- 
godny następca Tancreda Canonico w pieczy 
nad Archiwum Sprawy, do materjałów polskich. 
Jeszcze przed wojną wyszedł pierwszy tom serji 



1 



ł 



— 414 - 

yfAcłion et Souvenirs de ąueląuea Serfiłeura 
lOeuwe de Dieu. Premier cahier : R. Jan 
s z kie wic z" (Turin, V. Bona 1913, str 
i 106), zawierający wypisy z listów (lata 1844 
1865), a w nich wiele ciekawych szczegółów 
•do zrozumienia psychiki wielkiej emigracji. 

Tom drugi wydawnictwa wyszedł z druku 
w r. 1916 i objął zgodnie z zapowiedzią lis 
ks. E. Duńskiego ', W porównaniu z pierwszy 
przedstawia się on pod każdym względem wie' 
lekroć okazalej. W listach otrzymaliśmy już 
nie urywki, ale pełny wizerunek duchowy czło- 
wieka o wyższej inteligencji i głębszej uczu- 
<;iowości, niż je miał R. Januszkiewicz, czło- 
wieka, który był obok Różyckiego i Goszczyń- 
skiego w towianizmie prawowiernym postacią 
naczelną, a dzięki swej wyjątkowej pozycji 
szczególnie w nim poważaną. Do dziejów to- 
wianizmu przybył dokument wagi pierwszo- 
rzędnej : pełny autoportret duchowy wyznawcy, 
w którym psycholog polski i przyszły konty- 
nuator Jamesa znajdzie bogaty materjał do 
studjum nad przejawami polskiej religijności.. 
Hównieź historyk emigracji i jej prądów du- 
chowych — świadectw tu złożonych ominąć^ 
nie może. 

Zanim wglądniemy bliżej w treść publi- 
kacji, warto tu u wstępu zwrócić uwagę na 
odsłoniony przez nią szczegół jeden, dość cie- 



- 415 - 



awy. Już w dotychczas ogłoszonej spuściźnierę- 
opiśmiennej sług „sprawy Bożej" uderzać mu- 
ał dziwny ich wszystkich pietyzm wobec wza- 
imnej korespondencji. Wiemy, że listy „braci" 
rzepisywano, udzielano ich sobie kolejno, tro- 
diwie przechowywano „u źródła" w wspólnem 
rchiwum. Temu to zresztą zawdzięczamy tak 
ełne ich dzisiaj komplety, W tem wszystkiem 
lusiał być jakiś głębszy powód. 

Był mianowicie ten, ze towianizm wy- 
iVorzył własną, jedyną chyba w dziejach epi- 
bulografji (i dlatego o tem mówimy) teorję 
stu. List oznaczało się tam nawet osobnym ter- 
linem „wylew bratni", V epanchemenł, i uznano 
o za formę doskonałego czynu. Wiadomo mia- 
owicie, że najwyższym szczeblem „troistej 
fiary" w nauce Towiańskiego było działa- 
ie ducha obudzonego i „przepartego przez 
iemię". Na wąskim terenie emigracji niewiele 
ostawało pola do takiego działania, pomieścić 
ię tedy musiano w jednej tylko dostępnej for- 
lie : apostolstwa, agitacji słowem za sprawą. 
)tóż taki list apostolski stawał się w ten spo- 
ób najwyższą formą czynu. Listami usiłowano 
i^strząsnąć dusze obce, listami podtrzymywano 
wzajemnie siebie w duchowem czuwaniu i wy- 
iłku. Stąd to „wylew" był między braćmi niemal 
•bowiązkiem i doznawał tak pieczołowitej tro- 
kliwości. 






— 416 — 

W jednym z listów ks. Duński, trawestj 
jąc naukę o troistej ofierze, taką ustanawł 
kolej powinności. „Faire vivre Pesprit dans h 
corps, c'est s'emouvoir, se penetrer de Tid 
c'est la sentir... Et dans cet etat epancher c^. 
sentiments a ses freres, c'est leur communiąue] 
la vie qui uous anime" (str. 24). A w innea 
miejscu: „II faut s'epancher, mon cher frere 
1'epanchement fraternell, c'est la confession 
c'est un sacrement, auquel la Grace s'unit, qu 
nous console, qui nous eclaire, qui nous don 
la force. L"epanchement c'est deja la priere • 
action, c'est Thumilite en action, c'est 1'amou: 
en action, c'est le sacrifice chretien activ, c'e8 
l'amour de Dieu et Tamour du prochain ml 
en pratique'* (str. 190). — Albo jeszcze: „zdo 
byty ton, ruch ducha, przeciągniesz przez ofiar- 
ciała, w wylewie braterskim w czy 
zamienisz" (str. 167). 

A zwłaszcza tam, gdzie — jak w wypadki 
ks. Duńskiego — stan zdrowia nie pozwalał n' 
inne, a stanowisko społeczne, szata duchowna 
wprost powoływało do działania na dusze, przy 
biera korespondencja rozmiary tak imponując 
dla człowieka chorego *, który nierzadko list 
swe mógł jedynie dyktować. Tym sposobei 
utrzymywał on w sobie przeświadczenie dzi« 
łalności zewnętrznej. 



- 417 — 

Jakkolwiek bądź, tej teorji „wylewu bra- 
j-jterskiego" i wynikającej stąd pieczołowitości 
^.archiwalnej zawdzięczamy niniejszy corpus do- 
.ikumentów, dużego znaczenia. 
I , Wartością bezpośrednią zbioru jest, źe 

li jprzez niego odzj^skało się dla kultury polskiej 
ipostać jedną, człowieka niezwyczajnego. Wy- 
łania się z poza listów indywidualność o moc- 
tnym charakterze, bystrej choć niezbyt głębo- 
kiej inteligencji, o gołębiem sercu i niewyczer- 
Ipanej dobroci. Człowiek o ustroju wewnętrz- 
Inym nawskroś religijnym, dla którego Bóg jest 
wyłącznym celem świata, a dążenie ku Niemu 
najwyższym, przepajającym każdą chwilkę ży- 
cia, celem istnienia człowieka. 

Religijność to typu mistycznego, opiera 
się na bezpośrednim, osobistym, ustawicznym 
związku duszy z Bogiem, przyjmuje Jego nie- 
ustającą i czynną ingerencję w sprawach świata 
i człowieka, dziecięco wierzy w nieustający 
1 ciąg cudu. Razem z wszystkimi towiańczykami 
, przykłada ks. Duński dużą wagę do snów i wi- 
: dzeń sennych, notuje je i uważa za organ wska- 
ł zówek nadprzyrodzonych. Na wolę Bożą zdany 
. tak bezwzględnie, że tłumi w sobie inicjatywę, 
>, mogącą z ziemskich wychodzić pobudek i w każ- 
dej, najdrobniejszej sprawie czeka, dosłuchuje 
się znaku, głosu Boga. Od tego znaku wewnętrz- 

IMgoń. Studja. ^i 



- 418 - 

nego uzależnia wyjazd z danej miejscowości, 
wezwanie lekarza, wysianie listu do arcybi- 
skupstwa i t. p. Gorzał bowiem żądzą perma- 
nentnego natchnienia, pożądał go w każdym 
momencie. 

Człowiek, nieuleczalnie chory i ustawicz- 
nie ciężko cierpiący, żarliwością wiary czynnej 
wznosi się ponad cierpienie, przezwycięża je 
duchem, zdobywa się na pascalowski do niego 
stosunek, ustawicznem wytężeniem moralnem 
przemienia je na czynnik duchowego wzrostu. 
Takim go przekazała podobizna: ponad przy- 
wartym do kątów ust skurczem boleści panują 
głębokie, o ekstatycznem zamgleniu, oczy. Przez 
swe listy staje on dzisiaj przed nami jako je- 
den z niewielu, tak dokładnie dostępnych, przy- 
kład człowieka bezwzględnie religijnego, nie 
stereotypowo, przez tradycję czy inercję, ale 
o religijności czynnej, natężonej, tragicznej. 

Z j ego procesów duchowych obchodzi nas 
najźywiej „nawrócenie", moment zerwania 
ze Zmartwychwstańcami i przystąpienia do 
„sprawy Bożej". Wiadomo, że proces nawróce- 
nia się wszystkich towiańczyków dokonywał się 
gwałtownie, przez nagły wstrząs moralny, przez 
wewnętrzne olśnienie prawdą. W częściowo 
tylko podobny sposób dokonał się on w ks. 
Duńskim. Ze tylko częściowo, że podstawy do 
tego przewrotu gruntować się musiały dłużej. 



— 419 



I trudniejszych wymagały przetworzeń wewuętrz- 
uych, łatwo zrozumiemy, pamiętając, że Duń- 
ski, jako ksiądz, jako członek zgromadzenia, 
był pierwszy obarczony misją walki z towia- 
Tiizmem i że misję tę spełniał czas dłuższy 
gorliwie i dość bezwzględnie. Przed zarzutem 
I bezwzględności w zwalczaniu towianizmu broni 
:go wydawca w przedmowie, co więcej, broni 
! -się Duński sam w 1851 r., pisząc do ks. Terlec- 
kiego : „od początku pojawienia się Sługi Chry- 
stusowego między nami to uczucie nieprzesą- 
dzania go ostatecznie — stale chowałem" 
"(str. 160), niemniej jednak poprzeć go można 
dowodami bardzo wymownemi. 

Od pogromcy do wyznawcy droga daleka. 
"Wiemy, że pośrednikiem ks. Duńskiemu był 
na niej urok Mickiewicza. Z niedrukowanych 
materjałów możnaby dodać, że był i drugi po- 
średnik: przyjaciel bliski, W. Wielogłowski. 
Wbrew temu, co powiedziano w przedmowie 
■(str. XXIX), faktem jest, że Wielogłowski 
jeszcze przed 1845 r. ulegał długo i wydatnie 
wpływom towianizmu. Jeszcze w r. 1850 w li- 
ście (niedrukowanym) ks. Kajsiewicza do Wielo- 
głowskiego znajdujemy wypowiedziany surowo 
i bez ogródek zarzut, że on to był wyłącznym 
sprawcą przejścia ks. Duńskiego do „sprawy". 

Przejście to przygotowywało się długo. 
Od września 1845 r, ustalić możemy zbliżenie 

27* 



I 



420 



się ks. Duńskiego do Mickiewicza ; ale tylko 
do Mickiewicza, bo jeszcze w jesieni następnego 
roku z zastrzeżeniem się wyraża o uległości 
poety wobec Towiańskiego. Zato już w lecie^ 
1847 r. musiały być stosunki wprost z towia 
nizmem głębsze i głośniejsze, Ks. Kajsiewicz^ 
pisząc o tern Wielogłowskiemu (list 28 lipca 
1847 r. rkps.), notuje pogłoskę, szerzoną po- 
dobnoś między towiańczykami, że ks. Duński 
nosi się z zamiarem zrzucenia sutanny. 

Zdeklarowanym zwolennikiem stał się 
sympatyk dopiero we wrześniu 1848 r. i to 
właśnie nagle, wskutek jednej krótkiej roz- 
mowy z Towiańskim sam na sam w zakry- 
stji. Wtedy to nastąpić musiał ów nagły 
wstrząs moralny duszy, przygotowanej 
zresztą pod ten zasiew. Wstrząs, jak we wszyst- 
kich chyba wypadkach w towianizmie, spowo- 
dowany był urokiem osobistym postaci mistrza., 
Wnet potem pisze konwertyta: „Nigdy nie 
spotkałem człowieka, mówiącego z taką pogodą, 
jasnością, pewnością, a razem pełen (?) prostoty 
i miłości. Przypomina wiele Ojca św." (str. 3). 
Urok ten nie rozwieje się już nigdy i przez; 
zbliżenie tych dwojga w codziennem życiu 
owszem jeszcze się umocni; to też związek 
nie rozluźni się aż do śmierci. 

A teraz przypatrzmy się wypadkowi od 
wewnątrz. Jaka była owa uprzednia uprawa. 



— 421 — 

"wewnętrzna, j aka postawa psychiczna 
człowieka w momencie tak rozstrzygającym? 
Dzięki szczegółowości i szczerości listów od- 
tworzyć ją możemy dość dokładnie. 

Wykładnikiem jej najznamienniejszym 
i najbardziej uchwytnym jest dreszcz zgrozy 
nad przerażającym ogromem i obrzydliwością 
zła, zalewającego dzisiaj świat. Proces we- 
wnętrznego samopoznania doprowadza czło- 
wieka do tego granicznego momentu, kiedy 
w całej bezpośredniości odsłania mu się nicość, 
czczość dotychczasowych wysiłków moralnych 
własnych i ludzkości, kiedy w całej bezczelnej 
nagości triumfu ukazuje mu się ohyda zale- 
wającego świat zła, butna przemoc szatana, 
a nagły rozbłysk jasnowidzenia wewnętrznego, 
niby błyskawica w ciemnościach, ukazuje tuż 
pod stopami straszliwą przepaść zginienia. Prze- 
rażenie moralne ścina całą istotę : tą drogą 
a.ni kroku dalej ! 

Taka postawa psychiczna, będąca funda- 
mentem wszystkich chyba prób rewolucji mo- 
ralnej, da się, — złączona nadto z podobnem ja- 
snowidzeniem ogromu niedoli ojczyzny, — wy- 
kreślić u podstaw całego zjawiska towianizmu. 
Z tego to zapewne faktu wywodził przed laty 
K.. Jarecki sąd swój, że towianizm sam w sobie 
był zjawiskiem w dziejach ducha polskiego 
złowrogiem, bo zrodziła go rozpacz pokolenia, 



— 422 - 

wyrósł z psychologji klęski. Sąd to błędny, bo 
nie biorący pod uwagę, że ten proces podsta- 
wowy jest we wszelkiem odrodzeniu religijnem^ 
jednostkowem czy zbiorowem, zjawiskiem wła- 
śnie normalnem, koniecznem. Stwierdza to W. 
James w swych Doświadczeniach religijnych 
(w rozdz. VII o nawróceniu), poświadcza także- 
R. Eucken : „Keine wahrhaftige und eingrei- 
fende Wendung zu einer Uberwelt — ohn& 
einen Bruch mit der nachsten Welt, ohne ein 
starkes Empfinden ihres Elends und ihrer Nich- 
tigkeit. Es muss in dieser Welt nicht nur 
dieses oder jenes, sondern sie muss ais Gan- 
zes missfallen" {Wahrheiłsgehalł der ReligioUy 
Lipsk 1912. str. 2). 

W listach ks. Duńskiego poświadczona 
jest ta właśnie postawa duchowa wielokrotnie^ 
ją też stara się on uświadamiać wszystkim, na 
których zarzuca swe sieci apostolskie. Złożyły 
się na nią wyniki samopoznania, zarówno jak 
przejrzenia do głębi istoty współczesności. Bo- 
lesną świadomość klęski własnych dotych- 
czasowych wysiłków moralnych znajdujemy po- 
świadczoną w jednym z listów do J. B. Zale- 
skiego. Przyznaje tam między innemi krótko- 
i poprostu: „Nie mam dotąd pociechy z upły- 
nionego żywota" (list 24 kwietnia 1849, rkps.)^ 
Częściej w podobnie surowy sposób ocenia ban- 
kructwo współczesności. „W duszach chaos. 



— 423 - 

w praktyce pogaństwo, trudności gniotące, 
środki do ich pokonania żadne, to bolesna cecha 
czasów obecnych** (str. 97). „Toż wszyscy czu- 
jemy, że tak społeczność ostać się nie może" 
(str, 110). Niemniej bolesny jest sąd o owoc- 
ności chrześcijaństwa i pracy duchowieństwa: 
„Aujourd'hui, ou sont les chretiens, apres 18 
siecles de combat de 1'esprit du christianisme 
contrę Tesprit du mai, ou est le sacrifice com- 
plet et soutenu dans toutes les voies de la vie 
humaine? La politiąue, le commerce, les arts 
etc..." (str. 94). „Wiesz i to, w jakiej ponie- 
wierce, w jakiej śmierci są traktowane przez 
nas samych, kapłanów, najświętsze rzeczy 
i skarby nasze duchowe; dla naszej to nie- 
wiary wiernych dzisiaj nie mamy" (str. 72). 
„Gdyby lud wiedział, jakimi my duchowni je- 
steśmy w istocie, ukamienowałby nas" (str. 27). 
Jako niezawodną drogę przejścia do „sprawy", 
jako zaródź odrodzenia, podaje wszystkim obu- 
dzenie w sobie i utrzymanie tej właśnie świa- 
domości klęski : „Poczuć należ}', że obecnie 
Imię Boże nie święci się, że wola Boża nie 
spełnia się, że obecne Chrześcijaństwo za- 
mknęło się w formach obrzędu jedynie i w, dok- 
trynie..." (str. 71). 

Ale nie do rozpaczy wiedzie to rozpozna- 
nie. Jest ono punktem odbicia się wzwyż, jest 
wyzywem do potężniejszego skupienia sił i po- 



- 424 - 

rywu moralnego, do podjęcia tej samej odwiecz- 
nej walki ze zJem na nowo i. — ks. Duński wie- 
rzy w to niewzruszenie, — raz wreszcie skutecz- 
nie. Organem porywu jest Towiański, a formą 
jego realizacji — właśnie „sprawa Boża". 

Z bezwzględności punktu W3'jścia wynikła 
bezwzględność w obiorze nowej drogi; z pod 
docisku nagłej zgrozy, z pod udręki przeraże- 
nia moralnego, chroni się dusza całkowicie i bez 
zastrzeżeń pod skrzydła „sprawy" i męża Bo- 
żego. O jedyności obranej przez siebie 
drogi i przewodnika przeświadczony jest ks. 
Duński do głębi i ustawicznie daje temu świa- 
dectwo. „J'avoue, Monseigneur, a Yotre Gran- 
deur que ma vie durant, je n'ai rencontre 
dans aucun homne, je n'ai lu dans aucun livre 
rien qui m'ait presente une idee aussi haute 
et aussi grandę du sacrifice de Jesus -Christ 
que celle que presente Andre Towiański* (str. 
104), pisze w wielkim memorjale do arcybiskupa 
paryskiego. Sprawa Boża Towiańskiego, — wy- 
raża się w tymże liście, — jest sprawą najdo- 
nioślejszą, jaka się po prz3'jściu Chrystusa 
zjawiła w chrześcijaństwie (str. 101). 

Nietrudno też ująć podstawę, na jakiej 
się opierało to przeświadczenie. Towianizm byt 
wyrazem tęsknoty wezbranej za chrześcijań- 
stwem czynnem, za „obleczeniem się w Chrj-- 
stusa", osiągalnem dla człowieka drogą usta- 



- 425 - 

\-icznej w sobie ofiary, a dla zwolenników To- 
\'iański był właśnie jedynym człowiekiem, 
w którym między życiem a ideałem nie było 
ozdziału, który był żywym przykładem, że 
takie „obleczenie się w Chrystusa" można 
osiągnąć i to zaraz, w tym żywocie, w tych 
warunkach życia. W tem właśnie tajemnica 
.nieodpartego uroku jego osoby. Pod takim uro- 
kiem stał właśnie i ks. Duński, czego świa- 
dectwo ikłada w każdym niemal liście. „Trzyma 
on (Towiański) ofiarę Chrystusową, jak nikt 
na ziemi" (str. 55, 64), „je ne connais qu'un 
seul homme qui voit Punite du sacrifice en 
tout... qui vit dans cette unitę" (str. 94 i passim). 
„Mąż to Boży i sługa prawdziwy Chrystusa" 
<str. 45). 

Entuzjazm dla osoby mistrza przechodzi 
wprost w kult; Towiański dla niego to czło- 
wiek o _^ wiedzy niesłychanej" (str. 14), po- 
siada „la supremę et vraie science des choses 
du. Ciel et de la terre" (str. 104), dotąd naukę 
jego mało kto pojął „i nie dziwno: Chrystusa 
Pana za życia Jego apostołowie sami nieco 
zaledwie rozumieli" (str 13); „samo dotknięcie 
się" go „obudzą czucie" (str. 72). Sprawa, przez 
niego głoszona, jest „la plus importante qui 
se trouve actuellement au monde" (str. 91. 
101 i n.), jest jedynem panremedium na nik- 
czemnośc czasu. „Kościół... nią tylko na nowo 



- 426 — 

zapanuje i zatriumfuje nad światem" (str. 42). 
„Mam przekonanie sumienia, że gdyby Ojciec 
Św. przyjął obecnie ton, w jakim Mąż ten 
staje, kilka słów odezwy jego postawi- 
łoby na nowo zbuntowany świat pod jego sto- 
pami ; zapanowałby nie nad Rzymem, ale nad 
światem całym" (str. 14). 

Bijący z tych słów ostatnich egzaltowany, 
wprost „cyniczny" optymizm, wiara w ła- 
twość i rychłość zwycięstwa dobra, zbawienia^ 
ma atoli źródło już nietylko w zelotyzmie 
świeżego wyznawcy, ale wyrasta konsekwent- 
nie z głębin całej jego konstrukcji psychicznej. 

Zastanawia w listach ks. Duńskiego jedno. 
Człowiek, który — jak widzieliśmy — miał tak 
bezpośrednie, żywe odczucie zła w świecie, który 
podjął się najtrudniejszej pracy nad odrodze- 
niem w sobie człowieka starego, nad uchrze- 
ścijanieniem bezwzględnem, więc uświęceniem 
każdego włókna swej duszy, każdego odruchaj 
zmysłów, instynktu, W5'dał walkę ułomności 
ciała, a który z całego tego okresu przekazać 
w listach dokładny diarjusz życia wewnętrz 
nego, ten człowiek nie zostawił ani jednego 
śladu jęku nad słabością własną, nad ułomno 
ścią fatalną nawet po „odrodzeniu". Jakby ni 
wiedział, jak wielka jest niedoskonałość czło 
wieka, jak straszliwa jest nad duszą moc grze 



427 



hu i jak bezmiernie trudno umocnić zupełn%. 
v^obec niego niepodległość. 

Ten brak skargi na grzech i upadek istot-^ 
lie zdumiewa. Gdyby to jeszcze były same 
isty apostolskie, możnaby przypuścić, że ją 
łiimił i zamykał w sobie, bo mu trzeba było 
itrzymać pewien autorytet moralny i wyższość 
lauczyciela. Ale są tu i listy braterskie, np. 
io Różyckiego, są i do samego Towiańskiego,. 
ritórego do końca życia uważał za mistrza, 
spowiednika i wspomożyciela. A nawet przed 
aim ani razu się nie oskarżył o słabość, nia 
użalił na natarczywość zła, na upadek. Jedyne 
niedostatki, z jakich się spowiada, to „mitrę- 
źenie ducha", „rozproszenie", „brak czuwania 
przed Panem'', pozatem ani śladu pokusy, grze- 
chu, który przecież bezustannie czyha w czło- 
wieku, kiedyby mógł podnieść plugawy łeb 
i nib}' lawą cuchnącego błota zalać rozpęka- 
jące kwiecie duszy ku Bogu obróconej. Z paru 
wzmianek w listach odbiera się wrażenie, ja- 
koby mu praca, wysiłek wewnętrzny przycho- 
dziły dziwnie łatwo, owocowały radośnie, jakby 
wyrastały z podłoża jakiejś nieziemskiej bez- 
grzeszności natury ^ Niema powodu podawać 
w wątpliwość tego wrażenia; jęku żalu, skargi 
na upadek nie przekazał w listach, bo go 
widać nie znał, nie doświadczył w „sprawie"^ 



- 428 - 

"Wnosząc z tego, wolno przyjąć, że ki 
X)uński należał do rzadkiego istotnie typu ludzi 
których James określa jako „optymistów sy 
stematycznyoh**. Ludzie to o duszy lazurowe, 
prostocie dziecięcej, którzy nie wiedzą, co t 
cierpienie pod naporem zła, co wewnętrzn 
beznadzieja, nie znają uciążliwości grzechu ri 
męki rozerwania w sercu swojem, Boga od 
czuwają jako dobroć, nie drżą przed surowe 
ścią Jego w godzinie sądu. Temu typowi dus 
pokrewny był, wiele z takiego optymizmu mi 
w sobie ks. Duński. Razem z niemi nie doc 
niał zepsucia natury ludzkiej, zbyt łatwo d 
wał dostęp wierze w rychłe i stanowcze zw 
cięstwo dobra nad złem. Stąd to i owocno 
„sprawy Bożej" zbyt prosto i dobroduszn 
sobie przedstawiał. Dość nato będzie jedn 
odezwy papieża, we właściwym utrzymań 
tonie. Wj^starczy „Słowo to przyjąć, ofiarą 
utrzymać i spełniać, a znajdzie człowiek z 
żywota tego jeszcze Niebo otwierają 
się dla niego" (str. 132). 

Łączą się z tem wszelako i sprawy dalsz 
W optymizmie systematycznym szukać należ 
iiakże korzeni wyznawanej przez ks. Duńskie 
za Towiańskim wiary w ewolucjonizm m 
ralny i w ezoteryzm Ewangelji, rozświec 
jącej się w kolei wieków. Towianizm właśc|nii| 
^wie cały jest dzieckiem rodzonem meljoryzm 



- 429 - 

V i ary w rozwojowe, powszechne doskonalenie 

. .'^ świata. Kośćcem jego przecież jest teza, 

że ludzkość oczyszcza się jakościowo, podźwiga 

górę do świętości, do której dojdzie kiedyś, 

zeszedłszy przez cały „perjod Słowa Bo- 

go", t. j. przez 7 naznaczonych jej rozwo- 

wych epok. 

Właściwie nazwa ewolucjonizm fałszy-^ 

e określa ten pogląd Towiańskiego ; postęp 

/lejów odbywał się, według niego, nie przez 

wolny, ciągły rozwój, ale skokami, pode- 

. aniami ludzkości przez łaskę Bożą na coraz 

yższe szczeble owego „perjodu". 

Tak pojęty ewolucjonizm moralny w bli- 

jm stoi związku z adwentyzmem, wspólną 

■esztą pokoleniu europejskiemu z połowy XIX 

ieku wiarą, że to poderwanie jest bliskie, że 

net nastąpi wielka przemiana, zasadniczy 

■zewrót ku dobremu. „Uczniowie Pańscy — pi- 

il ks. Duński do Zaleskiego — gdzieś jeszcze 

ukryciu, bezsilni, nie wierzą triumfowi Pań- 

kiemu, który się zbliża. Duch Pański 

bjawi się silniej na nowo w Kościele przez 

złowieka. I odnowi postać ziemi" (list 

6 czerwca 1849, rkps.). Wiemy, że Towiański 

powiedział był rychłe nadejście tej przemiany, 

ugiej epoki, według jego obrachunku* — i wi- 

,ć, że zapowiedź podtrzymywał wobec zwo- 

mników, bo tajone „oczekiwanie tęskne i ra- 



~ 430 - 

'dosne" wyrywa się ks. Duńskiemu jeszcze w 11- 
iście z 1856 r. : „kiedy dzień Boży nadejdzie* 
(str. 325). 

Stojąc silnie przy zasadzie meljoryzmu, 
musiał dociągnąć ks. Duński swój optymizm, 
historjozoficzny do ostatniego słowa, przyjąć 
implicite optymistyczną eschatologję, nauk^ 
o kresie postępu, o królestwie Bożem na ziemia 
„Chód rodzaju ludzkiego na części podzielony^ 
A naznaczono mu jest spełnienie w wiekach 
myśli Bożej całej, spełnienie Słowa, przyoblec 
czenie się w Chrystusa, aż do triumfu nad 
śmiercią, aż do zmartwychwstania ciała" (str 
85) ^ Nauczony jednakże doświadczeniem s&i 
mego Towiańskiego, zatrzymywać się nie chcia^ 
nad tym punktem i ostrzegał przed marzenien; 
eschatologicznem, jako przed podstępem sza 
tana (str. 126). I 

Z nauką o epokach powiązał Towiańsk 
organicznie naukę o ezoteryzmie Ewaiij 
gelji, odsłaniającej się w wiekach, i o tajem, 
nicach, przeznaczonych dla otwierającej się drn 
giej epoki. Wzmiankę Apokalipsy o księdzj 
z 7 pieczęciami przeniósł naEwangelję i głosi 
-(nie sam jeden zresztą), że są w niej tajemnic) 
zasłonięte do czasu i że jemu objawiona zost« 
część tych tajemnic, W „sprawie Bożej'' dokoi 
się w ten sposób zdjęcie drugiej pieczęci z Ewai 
^elji. „Odkryta jest część tajemnic ze składj 



431 



wangelji, o ile zdolny jest obecnie człowiek 

Izisiejszy znieść" (str. 85), 

Wiadomo, że ta część tajemnic obejmo- 

ała naukę o preegzystencji i przechodzeniu 

usz, oraz o doczesności kar piekielnych. I to 
są dzieci rodzone optymizmu religijnego. Kon- 
sekwentny meljorysta wierzy, że doskonali się 
cała ludzkość i cała też wejdzie w królestwo 
Boże; zło więc nie jest pierwiastkiem esen- 
•cjonalnym bytu, nie będzie mieć swego pań- 
stwa, nie będzie wieczne, rozproszy się jak 
mrok nocny w blaskach wszechmiłości Bożej. 
Teorja o preegzystencji i wędrówce dusz jest 
już tylko konsekwencją tej podstawy uczucio- 
wej ; „rozum człowieka widzi" w niej „spra- 
wiedliwość i miłosierdzie Boże" (str. 67). 

Towiański tę „część tajemnic" epoki od- 
słaniał pierwotnie dość szeroko, bez ograniczeń, 
za pośrednictwem Biesiady stały się one wła- 
snością publiczną; później dopiero naukę po- 
wściągnął, uczynił z niej treść ezoteryczną , 
^sprawy" i to nie narzucaną dogmatycznie, ale 
zostawianą dobrej woli braci starszych, jako 
pomoc mogąca rozświeoić im niektóre trudności 
wewnętrzne. Aż wreszcie bodaj ją całkowicie 
zamilczał ^ 

Ciężko przychodziło ks. Duńskiemu przy- 
twierdzić w sobie wykład tych „tajemnic". Już 
przecież w lipcu 1842 r. miał był pogląd na 



432 



te kwestje (zapewne od ks. Kajsiewiczaj jasn^, 
„Kwestja ta długi czas w Kościele rozstrząsana 
i błąd na Concilium VI potępiony" (pisał do Wie- 
logłowskiego 6 lipca 1842; rkps). Z początku 
przyjął ją więc warunkowo, do czasu, gdy sam 
papież po dokładnej wiedzy ostatecznie ust; 
nowi (str. 8). Zaleski poświadcza, że jeszcze v. 
wrześniu 1849 r. męczył aię był ks. Duński Ł^ 
kwestją {Kor. II, 27), aż wreszcie i ją przyjął, 
w formie wyżej powtórzonej — bez zastrzeżeń. 
Już w marcu 1850 r. „w sumieniu" swojem nie 
widział „przeciwieństwa żadnego dla dogmatów 
Wiary katolickiej" (str. 67) i to nawet odnośnie 
do naj drażliwszej nauki o wieczności piekła. 
„qui n'est que conseąuence de la premi<'-re* 
(to zn. konsekwencją metempsychozy, str. !)19) 
Żeby zamknąć sprawę o optymizm reli 
gijny, zaznaczyć jednak trzeba, że ks. Duństó 
chociaż nie dostrzegał całej otchłani zła prze 
możnego w duszy ludzkiej, nie przeceniał jed 
nakże jej dobra; owszem, równie jak tamtegc. 
nie brał go prawie w rachubę. Ks. Duński ui^ 
wierzy w człowieka, nie wierzy, żeby on wła 
sną mocą mógł się odrodzić. Nie stąd wię< 
nie z przecenienia człowieka wyrastał je 
optymizm. Podstawą jego była głęboka ni 
zachwiana wiara w nieprzebrane miłosierdzi 
Boże, w łaskę. „Nous sommes faibles, impa: 
faits, pecheurs, nous ne pouyons rien faii 



\i 



— 433 — 

sans la grace" (str. 125). „Miota się człowiek 
i kłopocze o wiele rzeczy, a jedna rau tylko 
"potrzebna, Łaska Pańska" (str. o). 

W mocy człowieka jest jedynie, ciągle 
zgodnie z nauką Towiańskiego, przez wytrzy- 
maną w sobie ofiarę sprowadzić łaskę i ją 
utrzymać. To też „ofiara" jest centralnym fila- 
rem praktyki moralnej towianizmu; ofiara oso- 
bista, nie słabnąca, codzienna jest kamieniem 
węgielnym służby Bożej w „sprawie", jest bramą 
jedyną, nieuniknioną, poza którą niema wejścia 
na drogę Chrystusa. Sama jedynie wiara — 
jest niczem ; ludzie dzielą się nie na wierzą- 
'cych i nie wierzących, ale na religijnie czyn- 
nych i martwych; to jest rozróżnienie jedynie 
istotne. Jedynie w czynnych duszach gości 
taska, prawdziwa rozkosz (str. 7) i najwyższe 
dobro człowieka. 

Stąd też wzorem doskonałości moralnej 
byłby człowiek, w którym stan łaski byłby 
?tanem permanentnym, któryby ustawicznie, 
bezpośrednio obcował w sobie z Bogiem, żył 
w nieprzemijającej egzaltacji religijnej. 

Już tylko konsekwencją stąd było uzna- 

lie prawa każdego człowieka, więc i człowieka 

świeckiego, z poza „urzędu Kościoła", do naj- 

;vyźszego napięcia stanu łaski, do objawie- 

' lia jednostkowego. Wiadomo, że właśnie 

•", Towiański u wstępu swej działalności reforma- 

Pigoń. Studja. ^O 



434 



lorskiej miał objawienie, doznane nietylko du- 
chowo, ale i cieleśnie; „Duch Św., który mówił 
do ducha, przemówił do człowieka'' (str. 362) — 
i że objawienie to zadecydowało o dalszem jego 
życiu. Tego objawienia broni ks. Duński zapa- 
miętale, ustawicznie powtarza: „Bóg może mó- 
wić do człowieka, może mu się objawić" (str. 72), 
„może czynić przez narzędzia, jakie Mu się wy- 
brać podoba" (str. 159). A że wybrał je z poza 
duchowieństwa — i to jasne: „Celui qui doit 
seryir les magistrats, ne peut pas etre magistrat 
lui-meme" (str. 128). 

Co więcej, kiedy Towiański z czasem 
oświadczył, że objawienia swego nie podda „pod 
sąd i rozbiór urzędu Kościoła", ale podda jedj'- 
nie „użytek z tego źródła wyciągnięty", „zasto- 
sowanie", „czyny" swoje (str. 362), a tajemnice 
ducha swojego odkryje przed Ojcem św. jedynie 
w tym celu, „abyśmy, zespoleni w Chrystusie, 
ukorzyli się przed tem, co ze źródła Chrystuso- 
wego wypłynęło", — ks. Duński przyjął to stano- 
wisko, bronił go przed arcybiskupem paryskim 
(str. 33), gotów był bronić przed Rzymem 
(str. 319—321). 

Możnaby tu jeszcze omówić stanowisko 
ks. Duńskiego wobec kościoła i duchowieństwa, 
poglądy na sprawę Polski i emigracji i inne, 
ale uwagi nasze przedłuźj^łyby się zbytnio, nie 
wykazując zresztą żadnych osobliwszych re- 



— 435 — 

"welacyj. Bo i tu, jak w ogólności, był ks. Duński 
«oh.em poglądów samego Towiaiiskiego, powta- 
rzał to, co można znaleźć w Pismach. Przyszły 
historyk całokształtu towianizmu będzie musiał 
zestawić te Listy z Pismami, ale już dziś 
można przewidzieć, że równorzędność idei i sy- 
stematu etycznego będzie bodaj całkowita. 

Ale bo też nie w oryginalności wstawek czy 
odchyleń w wyobrażeniach znaczenie ks. Duń- 
skiego. Waga listów jego w tem, że same w so- 
bie uważane przechowały nam kształt ducho- 
wy indywidualności bezwzględnie religijnej, 
a zaś w odniesieniu do towianizmu, że są wy- 
razem atmosfery i poziomu moralnego, panują- 
cego w „sprawie**, że przynoszą świadectwo czło- 
wieka bezwzględnie prawego o osobie Towiań- 
skiego i wpływie jego wyzywu na dusze ludz- 
kie. Ponadto oczywiście przynoszą trochę kon- 
kretnych szczegółów do dziejów ruchu i osób 
^o niego zbliżonych. 

Tak np., żeby i tę drogę skierować do 
Rzymu, wynotujemy jeden taki, dość zasta- 
nawiający szczegół o Mickiewiczu. Parokrotnie 
powtarzają się w listach tego prawowiernego 
wyznawcy Towiańskiego zarzuty przeciw Mic- 
kiewiczowi i to nietylko z okresu legjonu wło- 
skiego, coby było zrozumiałe, ale wogóle, że nie 
pojął i fałszował ideę „sprawy". To zastanawia, 
bo przecież Mickiewicz działał z początku dłu- 

28* 



- 436 - 

go w ciągłej „spółce" i z aprobatą „źródła*- 
Pisze ks. Duński wyraźnie, że „sprawy" nie- 
moźna poznać z tego, „jak ją różni świad- 
kowie przedstawiali, nie wyjmując od nich sa- 
mego Adama" (str. 29). A jeszcze wyraźniej 
i bezwzględniej pisze do Zaleskiego: „Szczyt 
złego, największy dziś nieprzyjaciel prawdy Bo- 
żej, jest Adam. Stawia Kościół Jowiszowi i so- 
bie; wiedzą, ideami, pychą swoją syci, od po- 
czątku aż dotąd" (list z 9 czerwca 1849, rkps). 
Że „od początku", to właśnie niezrozumiałe. 
A zarzut potwierdzony jest i skądinąd"). 

Słów teraz parę o samem wydaniu. Dano 
mu wyprawę bez porównania staranniejszą, niż 
pierwszemu zeszytowi serji. Opatrzono tom 
w obszerny, piękny wstęp biograficzny, układ 
listów zastosowano konsekwentnie chronolo- 
giczny, do całości dodano przypisy objaśnia- 
jące, dokładny indeks nazwisk, słowem, starano 
się oprzeć typ wydania na najlepszych wzo- 
rach. To i owo zostaje jednak jeszcze do za- 
uważenia. 

Przedewszystkiem co do kompletności. 
Wydawcy wierni wytycznej przedsięwzięcia co 
do litery, położyli za czasową granicę listów 
a qua, październik 1848 r., t. zn. ogłosili tylko 
to, co powstało po widzeniu się ks. Duńskiego 
z Towiańskim, więc bezwzględnie w ramach 
„sprawy Bożej". Tymczasem, jak widzieliśmy.. 



437 



•proces, poprzedzający przełom, trwał w ks. Duń- 
skim dość długo i rzecz oczywista, odzwier- 
ciedlał się także w listach. Te listy się docho- 
wały, są dostępne i żywo interesujące jako 
świadectwo, jak się zmagał w sobie i udręczał 
ten człowiek, zanim przeszedł nie byle jaką drogę 
od zmartwychwstańców do towianizmu. Jeżeli 
nie z pietyzmu archiwalnego, to chociażby przez 
wzgląd na samą osobę i na całość zjawiska 
psychologicznego, należało zirobić w tym wy- 
padku wyłom w zasadzie i objąć tomem ko- 
respondencję wcześniejszą, choćby nawet od 
r. 1842. 

W powyższym wypadku zasłonić się jeszcze 
było można zasadą ; słuszna czy nie, ale zawsze 
zasada. Natomiast zupełnie niewytłumaczalny 
j^ jest wypadek następny. Wspomniał wydawca 
w przedmowie, że w ciągu druku uzyskał do- 
stęp do korespondencji ks. Duńskiego z Zale- 
skim, złożonej w Akademji Umiejętności i w do- 
datku do tomu ogłosił tych listów... cztery. 
We wspomnianym zbiorze atoli jest ich z okresu : 
listopad 1848 — czerwiec 1853 wszystkiego 37 
i to o treści niezawsze błahej, stereotypowej. 
Dwa z nich ogłoszono w tekście tomu z innego 
jakiegoś, cząstkowego odpisu^, ale dlaczego re- 
szta nie doznała przyjęcia w wydawnictwie, 
istotnie trudno dociec. Czyżby i winnych wy- 
padkach stosowano taki ostracyzm w wyborze? 



- 438 - 

Najwifjcej pretensyj mielibyśmy do przy- 
pisów. Czasami są zbyteczne (objaśniono np.^ 
kto była Makryna Mieczysławska), daleko czę- 
ściej natomiast nie wystarczające. Tak np, kilka 
odpowiedzi Towiańskiego znajdujemy w Pe- 
smach (LU, S07 , passim), pod odnośnemi listami 
ks. Duńskiego należało więc wskazać, że odpo- 
wiedzi są i gdzie ich szukać. 

Albo dalej. W kilkunastu, jeżeli nie więcej, 
miejscach Listów wspomina ks. Duński różne 
„noty" Towiańskiego: „o pokucie", „zmar- 
twychwstaniu" i inne. Wobec tego, że Pisma 
Towiańskiego ułożone są nie chronologicznie, 
ale systematycznie i chronologję z zasady igno- 
rują, wzmianki o poszczególnych pismach w ko- 
respondencji współczesnej stanowią bardzo waż- 
ne, jedyne zresztą, źródło do częściowego cho- 
ciażby ich rozmieszczenia w czasie. To też 
należało przy każdej takiej wzmiance podać 
w przypisach, czy nota jest ogłoszona w Pi- 
smach, podać tom i odnośne stronice. Noty te 
i wogóle wszystkie wspomniane w tekście pi- 
sma (Towiańskiego, ks. Semenenki, ks. Bouix 
i in.) należało ująć w osobne, obok indeksu 
osób, zestawienie. Biesiada np. wspomniana 
jest w kilkunastu miejscach; każdy intereso- 
wany tem musi te wzmianki pracowicie wyła- 
S^^iać, a można to bvło zrobić raz na zawsze^ 



- 439 - 

Już z powodu pierwszego tomu serji pisa- 
łem^, że w wydaniach pism „sprawy" potrzebny 
jest koniecznie słownik terminologji towia- 
nizmu. Tubyś go także próżno szukał. A jak 
był potrzebny, świadczą dość liczne wyrażenia, 
z któremi niewiadomo co robić: dopatrywać 
się w nich tajemnego sensu, czy poprostu po- 
liczyć na karb błędów drukarskich: „Słowa 
Pana niepowiązane masą" (str. 13), ton an- 
gielski^** (str. 153), „zapalić ogień na posa- 
dzie... miękkości" (str. 326): czasownika „za- 
starczaó", używanego tu w znaczeniu: zastę- 
pować, a będącego prowincjonalizmem litew- 
skim, nie znają słowniki; w wyrażeniu „ciężkie 
kręgi gotują się dla człowieka" (str. 167, także 
132) krąg oznacza może: kleszcze, ryzę, jak 
to (z błędnemi przykładami) podaje słownik 
warszawski. 

Dla przejrzystości należało listy ponume- 
rować w tekście także, nietylko w spisie treści. 
Litanję „grzechów" zamkniemy na korekcie; 
daleka jeszcze od doskonałości, choć przyznać 
trzeba, że w porównaniu z tomem poprzednim 
uchybienia są drobne, tyczą przeważnie liter 
i interpunkcji. Były zresztą chyba nie do unik- 
nienia, gdy się zważy trudności druku polskiego 
w Turynie. 

Zakończyć trzeba życzeniem, by czcigodny 
wydawca, mimo osobistego ciosu, doznanego 



- 440 — 

w wojnie, znalazł dość spokoju ducha na przy- 
gotowanie następnych tomów, które oby objęły 
korespondencję „brata wodza", Karola Różyc- 
kiego i jednej z najpiękniejszych dusz w to- 
wianizmie, Seweryna Goszczj'ńskiego. 

Capriva, 1918. 

P 11 Z Y P I S K I. 

« Ks. Edward Duński: Listy (1848—1856). Wydali 
i wstępami zaopatrzyli Att. Begey i Józef Komenda. Turyn, 
druk W. Bona. 1915, str. LXIV, 396 i Ł ryciny. 

- Tom niniejszy zawiera 279 listów z 8 ostatnich lat 
życia; z paru miesięcy zachowało się po 6 i 7 listów, do 
Zaleskich pisywał ks. D. niejednokrotnie po 3 razy na mie- 
siąc i to wszystko listy dłuższe, o treści nie kronikarskiej, 
ale duchowej. — Niektóre z wydanych obecnie listów ks. 
Duńskiego ogłoszone były zaraz po śmierci jego w publi- 
kacji Różyckiego, Dumki, prHre żele et żele serciteur de 
rOemre de Dieu. Paris, typogr. de H. Plon, 1857, str. 112. 

* Współcześni uznawali tę niezwyczajność duszy ks. 
Duńskiego. Zaleski {Kor. I, 279) pisze o świętości jego 
myśli i serca, a ks. Kajsiewicz jeszcze w 18-50 r. wyrazi się 
o nim: „jego pobożność i anielskie serce ustrzegą go od 
upadku" (do Wielogłowskiego, 25 IV 1850, rkps.). Świąto- 
bliwość Duńskiego podnosił i A. Górecki w wierszu „W d^eń 
imienin Edwarda w Paryżu" (w zbiorku Bajki i poezje 
nowe, Paryż 1839): 

Wszak to, -Edwardzie, chcesz dostać dwa nieba : 
W jednem jak Duński już jesteś wpisanym, 
Drugie zarabiasz pod Karskiego mianem. 

A. Górecki: Pisma, Lipsk 1886, str. 168. 
Jest to aluzja do tego, że Duński, zapalony demokrata, 
znany był na emigracji także pod pseudonimem, który przy- 
brał, biorąc udział w wyprawie Zaliwskiego. 

* Epoka ta miała się różnić od poprzedzającej niemal 
w tym stopniu, w jakim ta właśnie różniła się od pogan- 



441 



skiej. Taka była przynajmniej wiara Towiańskiego czasu 
pierwszych wystąpień na emigracji. Znamienna jest w tym 
względzie pierwsza jego przemowa w Notre Damę {Dziennik 
Naród. nr. 28 z 9 X 1840 r.), zaczęta słowami, jakiemi 
i Chrystus otworzył swą działalność nauczycielską: „Czasy 
.się wypełniły, królestwo Boże jest blisko" (Mar. I. 15). 

* W pesymistycznym religijnym poglądzie na świat 
niema miejsca na kojącą wiarę. Umie się on po męsku he- 
roicznie zgodzić, że „Kościoła miłości nie będzie... Nie prze- 
tworzą ziemi wszystkie usiłowania nasze i w przededniu 
jej końca ludzie schnąć będą, jak powiedziano, z ucisku 
i strachu. Nie ujrzymy raju [na ziemi] ani my, ani potom- 
kowie nasi". (M. Zdziechowski : Pesymizm, romantyzm 
•« podstawy chrześcijaństwa, I, str. XXVI) 

^ Takby przynajmniej wnosić można z listu Towiań- 
skiego z r. 1860, zamieszczonego w Pismach I, 20 — 21, 
gdzie mówi, że w Biesiadzie są i takie prawdy, które „prze- 
■chodzą granice epoki tej"; podczas kiedy jeszcze w r. 
1856 pisał dobrze poinformowany ks. Duński, że przez nie- 
lojalne wydanie Biesiady „prawdy chrześcijańskie, dla tej 
epoki naznaczone, puszczone zostały na świat bez na- 
leżytego stopniowania i wyjaśnienia" (str. 333). Z dalszego 
•listu Towiańskiego widoczne, że mowa tu o metempsychozie. 

■^ „To pewna, że cele mesjanizmu mistyczne i wszel- 
kie fantasmagorje były z wymysłu Adama. Czytałem pro- 
testacją Towiańskiego przeciw tym wszelkim dodatkom, 
protestacją, napisaną przed kilkoma laty" (list Zale- 
skiego do J. Koźmiana z września 1849, Kor. II, 127). 

8 List ze str. 98 posiada w tekście Akad. dokładną 
■datę: 13 listopada 1850, pozatem jest o połowę dłuższy. 

^ Pam. Liter. XIII, str. 394. — Próbę takiego słow- 
niczka podał A. Baumfeld w swym Wyborze pism Towiań- 
-skiego (Warszawa 1910, II, 229-237). 

"* Znaczy — ton silnv, ziemski, ale brudny, „bedacy 
-w Mocie", ob. P, T. M. II,' str. 93. 



xin. 
WEWNĘTRZNA KONSTRUKCJA „LEGJONU". 



Tedy nie zostawił on dwu- 
znacznego wspomnienia, aby drii- 
gich oszukało, bo był rycerz. 

Ani umart, nie połączywszy 
rąk, któreby mogła waśń roze- 
rwać, iż był synem pokoju. 

C. Norwid. 

Po długiem, zaprzysięźonem milczeniu, lub,^ 
co gorsza, po górnych a jełkich ogólnikach, 
rozwinęła się dokoła krakowskiej zeszłorocznej 
premjery liczbowo sowita po dziennikach i cza- 
sopismach literatura o Legjonie Stanisława 
Wyspiańskiego. Także treściowy jej dorobek nio- 
jest ostatni. Powiedziano nowych i trafnych 
uwag sporo. Szkice W. Szymanowskiej, Mor- 
stina, Feldmana, Stefańskiego i innych maj% 
nietylko efemeryczną wartość. 

Historyczną i artystyczną stronę utworu 
uwydatniono dowodnie. Mniej się zato porozu- 
miano co do ideowych walorów dzieła. Ogar- 



443 



niżcie „tęczowej kopuły myśli" wielkiego twór- 
cy wymaga ilościowo dużego nakładu pracy 
uczuciowej i umysłowej, wnikliwych dociekań 
czasów. Kiedyś da się i w tej dziedzinie do- 
prowadzić świadomość polską do wspólnego 
mniej więcej mianownika. Dziś do niego — do- 
wodem niezwykle bałamutne głosy w chórze — 
rzetelnie daleko. 

Za głębokie i za niebywałe jest dzieło 
Wyspiańskiego, by je w tyraljerze bieżącej pu- 
blicystyki ogarnąć i rozsądzić było można. 
Ochłonąwszy z gorączki jednodniowych zain- 
teresowań, powracać będzie nieraz jeszcze myśl 
polska w głębie Legjonu — scen dwunastu, 
aż dojdzie ich żywotnej prawdy. 

Z takiego nawrotu wyniesiono poniższe, 
nieostateczne oczywiście uwagi. Niechby były 
drobnym akordem w wielkim, ustawicznie się 
dokonywającym trudzie narodu, zmierzające- 
go do „poznania się w istności swojej" (Moch- 
nacki). 



Legjon jest dramatem historycznym. Trze- 
ba to ostatecznie wyraźnie powiedzieć. Nie jest 
cząstką tej lub owej „trylogji", nie jest utwo- 
rem d łhese, jest dramatem historycznym, jak 
Warszawianka, Bolesław Śmiały, Noc listo- 
padowa. 



444 



Jest dramatem o Mickiewiczu, — rzetel- 
nym wizerunkiem duszy wieszcza, wizerun- 
kiem dziesięćkroć głębszym, więc prawdziw- 
szym, niż grube tomy monografij, rozpraw 
historyczno-literackich etc. 

Niema w Legjonie — o ile to oczywiście 
w granicach twórczej leży moźebnosci — aniji 
przeciwstawiania, ani opowiadania się za Mic- 
kiewiczem, ani „mocowania się z tradycją ro 
mantyczną", ani „szamotania się z upiorem ja 
historyzmu", ani żadnej rzeczy, która drew-;t 
nianej tendencji jest. 

Bo jest w nim żywe życie, wizerunek i 
czynu Mickiewicza; Mickiewicza oczywiście, i: 
jak go poprzez historję, przez dusz współ- 
czesnych przejęcie i twórczą swą sympatetyczną 
przenikliwość dojrzał Wyspiański. 

Jest więc Legjon historycznym dramatem Ł 
o Mickiewiczu. 

Ściślej mówiąc, dramatem o czynie Mic- 
kiewicza, ujętym w szczytowem jego przeja 
wieniu się, w r. 1848. Tak Mickiewicz dając 
na połowie dni swoich wizerunek swej prze 
szłości w Dziadów cz. III. zogniskował go 
także koło szczytu swej góry Synaj, koło „Im-| 
prowizacji". Legjon jest z wielu względów ma 
rzonym przez Mickiewicza ciągiem dalszymi 
Dziadów. 



— 445 — 

Ze ujęty, jakby w ognisku soczewki^, 
punkcie, ogarniającym wszystkie moce du- 
ihowe Mickiewicza, w roku 1848, — pokusa stąd 
rzychodzi piszącemu pierwsza, by mówić 
) „legjonie" nie Wyspiańskiego, ale Mickiewi- 
)za, o tern przedziwnej czystości przedsięwzię- 
jiu, jakiemu równego niemasz w porozbioro- 
wej historji bohaterskiego czynu polskiego, 
) najwyźszem przejawieniu polskiej stra- 
:egji. O dopełnieniu tej boskiej chwili, gdy 
3złowiek, w sobie otamowany i pełny, idzie 
zdobywać i przetwarzać świat... 

Czyn to i epoka tak dziwnie mało znane 
w dzisiejszej Polsce, że piszący o Legjonie — 
ulegli pokusie. Szeroko pisano o wyprawia 
włoskiej, sięgano do źródeł, do pamiętników 
Wandy Odrowąź-Kuszlówny i M. Chodźki, do 
materjałów Wł. Mickiewicza z Żywołu t. IV, 
mniej już z Memoriał de la Legion Polonaise 
de 1848 (3 t., Paris 1877—1910). 

Ale z drugiej strony Legjon Wyspiań- 
skiego! Genjalne poczęcie artystyczne poety, 
dzieło w sobie skonsolidowane, zwarte i ważkie, 
w którem ani jedno słowo nie jest zbyteczne, 
arcytwór nowotnego dramatu historycznego, 
jedno z najwyższych arcydzieł Wyspiańskiego I 

Czyż nie pociąga, żeby wejść w głębokie,, 
sekretne jego treści, by dochodzić jego prawdy 
i życia? By pozostać w otoczy jego samoist- 



- 446 - 

nego, w pięknie skończonego świata, opatrzę'' 
się w elementach i przepychu ich zestawienia 
Poznać przede wszystkiem ? 

Zaiste warto zostać w zakrese Leyjonu 
Wyspiańskiego. 

* 

Jako dramat z przeszłości — czy dopełnił 
on zasadniczego dotychczas postulatu praw 
dy? Czy jest historycznie wierny? Prawdziwy 
— nie tą jeszcze, dziełu sztuki właściwą — 
prawdą konsekwencji logicznej, czy psycholo- 
gicznej, ale czy jest wierny w obliczu źródeł? 
Pokazujeź nam naprawdę wierzytelny konter- 
fekt Mickiewicza? 

Co jest z Mickiewicza w Legjonie nie- 
prawdziwe? Jakie są — w ofierze wszelkiemu 
realizowaniu nieskończoności nieuniknienie 
składane — skróty, uproszczenia? 

Jest w Legjonie przedewszystkiem zwę- 
-źenie zakresu widzenia. 

Mickiewicz był szerszy. Bogata, wprost^ 
nieogarniona jego dusza przejawia się życiowo 
w przestrzeni liczniejszych, niż w dramacie, 
zainteresowań. Wprawdzie w r. 1848 zreduko- 
wały się one w jedno łożysko, zogniskowały 
koło jednej tęsknoty, ale Legjon ma być w za- 
mierzeniu wizerunkiem całej duszy Mickie- 
wicza, a ten się w problematach „scen drama- 
tycznych" nie mieści. 



447 



Napotykamy tu jedno z zasadniczych zna- 
lion, differentiam specificam twórczości Wy- 
piańskiego. 

Stylizowane przez niego ornamenty kwia- 
3we noszą wspólny osobliwy charakter. Jak- 
y w drobiazgowem, mikroskopijnem badaniu 
'^ypatrzono w żywej roślinie, listkach koniczy- 
y, gałązce róży czy łodydze ostu, jej istotną, 
óźniącą ją od innych, ale jedną tylko cechę 
- jakieś prążkowanie listka, uwłosienie łodygi 
t. p. — i tę cechę podniesiono do godności 
eprezentatywnej. Przez szczegół, moment je- 
en drobny — ujęto całość. 

Cecha ta cząstkowa, oku pospolitemu nie- 
awsze może nawet dostrzegalna, jakby przez 
likroskop podpatrzona, olbrzymieje w odtwo- 
zeniu, wyrwaną z naturalnego ustosunkowa- 
.ia — potwornieje nawet. 

Ten fakt: ujmowania całości poprzez je- 
.en, w danym momencie dla patrzącego za- 
adniczy szczegół — napotykamy i w malar- 
ki ej i poetyckiej twórczości Wyspiańskiego. 

Analiza portretów, witrażów, nawet kraj- 
brazów jego ręki utwierdza nas w spostrze- 
ieniu. Wszędzie tam dochodzi się do całości 
ndukcyjnie, poprzez to osobliwe, momental- 
lym układem okoliczności czy chwilowym na- 
trojem twórcy wywołane, ol śn ien ie przez 
eden zasadniczy mdtyw. Wszędzie — we 



- 448 - 

wczesnym obrazku „Chochola" i w tragiczni 
smutnym autoportrecie, i w Kazimierz! 
Wielkim, wszędzie jeden, macierzysty tor 
grozy, melancholji etc. panuje nad całościij^ 
kładzie na niej swe piętno, reprezentuje ją^ 

Klasycznym przykładem takiego impre- 
syjnego tworzenia w rzeźbie jest A. Rodiiiy 
u nas W. Szymanowski. 

Toż samo zjawisko spotykamy w twór- 
czości poetyckiej. Trudnoby było rzec, że We- 
sele jest wizerunkiem pełnej istoty rzeczy spo- 
łecznych w dzisiejszej Galicji, a Warszawianka 
wizerunkiem nastroju narodu w r. 1831. Alb 
najgłębszy i istotny ich Leitmotw — ten został 
ujęty wszędzie przeraźliwym darem jasnowi- 
dzenia. 

Tak jest prawie zawsze u Wyspiańskiego, 
tąk i w Legjonie. — Mickiewicz pojęty jest 
w nim monumentalnie. Poprzez jedno zagad- 
nienie : istoty czynu wybawczego — 
ujęty jest, gigantyczny i prawdziwy zarazem, 
jak stylizowana w ornamencie gałąź róży kol- 
czastej, jak któryś z witrażów, ale nie jest 
pełny, nie jest wszech wymiarowo cały. 

Drugą ofiarą na ołtarzu zwartości dzieła 
sztuki — jest nieuchronny skrót chronologiczny. 
Czyn Mickiewicza, ujęty w ramy Legjonu, od- 
był się nie w r. 1848 jedynie. Koleiny jego 
sięgają wstecz poza 1841, a nawet 1831 r. 



449 



W genjalności niedoścignionym sposobem 
uniknął Wyspiański tej redukcji czasów w k oń- 
cowych scenach dramatu. Scena XI i XII 
wychodzą poza obrzeże roku 1848, wydłużają 
!się w wieczność, stają się jakby nie widzeniem 
rzeczywistości, ale wizją czasów, nienadeszłych 
jeszcze. 

Historyczne ujęcie przedmiotu w Legjonie 
przypomina pospolite nasze widzenie rzeczy. 
Przed okiem ludzkiem, wpatrzonem w rozległy 
trapez przestrzeni, stanowi się także granica 
nieistotna między tuż widzianem, a niewidzianą 
resztą wstecz, ścieśnia się pole widzenia w nie- 
uniknioną ograniczoność, tłoczą się w gęstwę 
na przedzie stojące przedmioty i ciźbią roz- 
licznością natrącających się uwadze szczegó- 
łów. Ale w dalszem ogarnięciu okiem jawi się 
przestrzeń rozleglej sza, ukazuje się ład i uło- 
żenie wszechrzeczy, aż wreszcie topi się wszyst- 
ko w dalekiej, horyzontalnej, słonecznym opa- 
lem prześwietlonej perspektywie nieskończo- 
ności. 

Tak ciżbią się i w Legjonie na nieunik- 
nionem rozgraniczeniu scen pierwszych od 
poprzedniego życia Mickiewicza — szczegóły 
wewnętrznych jego doznań; doznania te, ideje 
mickiewiczowskie, występują odrazu w olbrzy- 
miości rzeczy z bardzo bliska oglądanych, żeby 

titępnie dać zahaczenie przepastnemu wej- 
l^igoń. Sturija. 29 



— 460 — 

rżeniu w nieskończoDOŚć duszy wieszcza — 
w scenach ostatnich, 

W ramach powyższych zastrzeżeń stwie 
dzić się nie zawahamy, że jest w Legjonie 
w ogromnej przenikliwości rozsądzającego wa- 
dzenia poznana, rodząca się prawda o Mi 
kiewiczu, jest wizerunek wierzy teiny, vera 
imago duszy Mickiewicza. 



Zasadniczą prawdą o Mickiewiczu je~ 
wzięcie szczytowego momentu w przejawian;_ 
się jego czynu za oś główną utworu. Taka 
była najgłębsza istota, najwyższy wykładnik 
życia tego arcywzoru człowieka w Polsce. Nie 
jest rzeczą przypadkową, że Mickiewicz swo- 
jej książki nie napisał, że się nie wypowie* 
dział cały w żadnem dziele pisanem. Istota 
jego bowiem rozwiązała się nie w literaturze, 
ale w żywem osobistem życiu, w czynie. 

Tego czjmu polskiego on też został pra* 
wodawcą. On wyjawił najgłębszą jego tajem- 
nicę: „czyn polski musi być synte 
tyczny". Znaczy to — musi ogarniać wszyst 
kie pokłady duszy, być odpowiednikiem, uze 
wnętrznieniem całej istoty człowieka. Zaradczj 
W3'zwalający czyn polski nie może wyroi 
z pół-duszy, objąć musi cały jej rozmiar, wy 
pędzić z jej zakamarków wszelkie pomyślani 



— 461 — 

I sobie, wszelkie uczczenie własnej wygody, 
wszelką jednostkową pychę i egoizm, musi 
wyróść z całej, w woli poświęcenia się za na- 
ród zestalonej duszy, musi być jednoczący. 
Objąć wszystkie władze czuciowe i umysłowe, 
stać się jedyną najwyższą naszą tęsknotą i wolą. 

Mickiewicz to, w nieśmiertelnej wartości 
wersecie Ksiąg pielgrzymstwa., postawił pol- 
ską pracę na ostatecznym, niewzruszalnym 
fundamencie: na moralnem odrodzeniu 
jednostki. Od jakości dusz twórczych uzależnił 
jakość spraw istniejących, dał w rękę człowie- 
kowi polskiemu możność rzetelnej pracy na- 
rodowej w bezwzględnie każdych warunkach, 
odkrył niechybną tajemnicę tworzenia owocu. 

Ozyn leżał u dna tęsknoty Mickiewicza, 
kiedy tworzył Konrada Wallenroda i w r. 1832, 
I kiedy pisał bolesne słowa : „Bóg mi nie pozwo- 
lił być uczestnikiem w tak wielki em i płodnem 
na przyszłość dziele — żyję tylko nadzieją, że 
bezczynnie ręki w trumnie nie złożę". A rychło 
potem: „Ja- mam nadzieję w Panu Bogu, a po- 
tem w szabli, aby ją tylko raz jeszcze z pochwy 
dobyto" (Koresp. I, str. 61). 

Takim pozostał nadal, ujmując i towia- 
, nizm ze strony powstańczej. 

„On tedy (t. j. Towiański) — pisał Mickie- 
wicz do Domejki 12 paźdz. 1842 r. — przepo- 
:wiada nam przyszłość wielką, a naprzód wojnę 

29* 



— 452 - 

wielką i mającą rychło nastąpić. Z czasów mnie 
naznaczonych wnoszę, że nim do Europy przy 
będziesz, już się wypadki zaczną i chorągiew 
nasza będzie powiewać w marszu do Polski* 
(Współudział I, str. 44). 

A w przeddzień wyruszenia do Włoch, 
mówił w Kole, ukazując istotne oblicze swej 
misji: „Przyszedłem was zapytać o stanowcza 
rzeczy ; odezwać się do waszego instynktu, pol 
skiego, duchowego, abyście dali odpowiedź : czj 
nie zbliża się czas, abyśmy stanowczo ruszył 
z emigracji — nawet krokami ziemskiemi? Moim 
jest instynktem, żebyśmy szli... Pamiętajcie 
tylko, źe nam nie wolno umrzeć na tej ziemi" 
{Współudział II, str. 9Y— 100). 

Zawsze i wszędzie, po godzinę żołnier- 
skiej w Konstantynopolu śmierci, pomny był 
powołania swego, chciał „duchowi państwo 
na ziemi stworzy ć** {Współudział 11, 100). 

Tą to pchany powinnością szedł Mickie- 
wicz do Włoch, w których „jedynie zanosiło 
się wówczas na czyn" — jak świadczy czło- 
wiek współczesny. Szedł, prowadzony przez 
nieuniknione gwiazdy swoich przeznaczeń. 

Rozumiemy dziś słowa Wielogłowskiego: 
„Co j est pewnem i za co ręczyć mogę, iż p. Adama 
do Rzymu nie projekt żaden, nie ukartowany 
zgóry systemat, ale duch miłości, ot tak jakoś 
wola Boża pędzi. Biedny, bez grosza, ojciec 



453 



pięciorga dzieci, ciężki pracownik na jałowem 
jolskiem polu, jedzie, aby dopełnić obowiązku 
sumienia i potrzebę duszy zaspokoić"'. 

W tern więc jest pierwsza zasadnicza 
prawda Legjonu, że ujmuje Mickiewicza po- 
przez działanie. 

Druga jest w wierzy telnem odtworzeniu 
istoty czynu mickiewiczowskiego. Ale tej 
poznanie zdobędziemy, przeszedłszy czynu owe- 

.go Kalwarję. 

* * 

* 

Wchodząc w dziwnej wzniosłości we- 
wnętrzną architektonikę dramatu, rozpoznając 
ideową jego więźbę, posłużymy się pewnem — 
jak zawsze w jednolitym świecie zjawisk — 
nieistotnem rozróżnieniem. Dla wyrazistszego 
ogarnięcia wymiarów treści, ujmujemy ją w trzy 
czytelnie się wyznaczające epeizodja, w trzy 
w sobie działające się „sprawy". 

Powiedział gdzieś Chrystus o sobie: „Ja 
jestem droga, prawda i żywot, W sło- 
wach tych zamknięta jest tajemnica najwyż- 
szej istoty wszechświata, trzy te słowa wy- 
czerpują także treść wszelkiego czynu. W tych 
łożyskach rozważymy też treściowy miąższ Le- 
gjonu. 

Legjon jest dramatem mickiewiczowskiego 
czynu. Rozważymy tedy drogę tego czynu : 
i ego jakościową przynależność, najwyższą spra- 



— 454 — 

wiającą przyczynę — causam supretnani effi- 
cieniem, rozmiar i ewolucję przejawów. 

Potem — jego prawdę, raczej dochodzenie, 
męskie dobady wanie się j ego rzetelności i prawdy. 

Wreszcie żywot: rozejrzenie się w osta- 
tecznych walorach jego niepożytosci. 

Koło tych trzech, mocno w sobie powią- 
zanych ogniw, grupujemy działającą się sprawę 
Legjonu. Przy pewnej umowie, ile że dla per- 
cepcyjnej wygody rozróżnienie wprowadzamy 
w rzecz doskonale, organicznie j ednolitą — 
zgrupować można Legjon wzorem bliskiego mu 
bard?o pod wieloma względami dramatu kla- 
sycznego: w prolog: — scena I, epeizo- 
dj on pierwsze — sceny II-VII, drugie — VIII-X 
i trzecie — XI-XII. Odpowiadają one trzem po- 
wyższym ogniwom rozwijającej się logicznie 
„sprawy". 

Scena pierwsza rzuca fundament pod dzieło, 
jest jego przedsłowiem, w sobie całkowi- 
tem i zamkniętem. Wprowadza nas w rzeczy 
istotne dramatu, duszę widzącą podźwiga na 
jego wyniosły poziom i w skończoności swego 
mikrokosmu rozwiązuje istotę zagadnienia 
tak, jak ono się rychło w rozmiarze całego 
dramatu rozwiąże. 

Matka Makryna i Mikołaj — to re- 
prezentanci dwóch światów, między któremi 
rozegra się w dramacie walka. 



— 455 — 

Pod czas jednaki do Romy 
dwoje ich przybyło z północy: 
On z potęgą piekielnej przemocy 
i Ona z przekleństw siłą. 

Na pograniczu tych dwu potęg rozegra 
się dramat Mickiewicza. 

Tylko, że dramat, wizerunek wieczystego 
bojowania człowieka o zwycięstwo ducha, nie 
może się skończyć takiem bezspornie zdecy- 
dowanem zamknięciem czynu, zwycięstwem du- 
cha nad fizyczną przemocą „bryły" ziemskiej — 
jak się to dzieje w scenie pierwszej. Ona bo- 
wiem, będąc w głębokiem rozumieniu ekspozy- 
cją dramatu, a dając zarazem w szczególe 
rozwiązanie problematu, jest też zapowiedzią, 
"wybiegnięciem ludzkiej tęsknoty ku czasom, kie- 
dy i w ogóle ludzkich poczynań toż się do- 
kona zwycięstwo nad przekleństwem zła, kiedy 
usłyszy duch „przez długi szereg pokojów jego 
kroki, coraz oddalające się"... 

Mickiewicz ich nie usłyszał. 

* * 

♦ 

Z przedsionka, znamionującego rozmiar 

i styl budowli, wchodzimy w mroczne wnętrza 

„spraw". Wchodzimy przez czcigodne, jak krew 

męczenników, odrzwia katakumb. Stajemy od- 

razu twarzą w twarz przed ostatecznem pol- 

skiem zagadnieniem: 

gdy cały naród w grzechach, 

czyjeż modły ułaskawią? — — 



- 456 - 

gdzież droga wybawienia? I odrazu natracą si< 
uwadze naszej nieścigła doskonałość męczen- 
ników — jako droga do zdobycia odpowiedzi] 
na postawione pytanie. 

Powiążą się te dwa zagadnienia później,] 
później... Spotkamy się zażywa zjawą kata- 
kumbowej, przedśmiertnej żarliwości św. An-| 
drzeja, który ostatecznie wskaże, kędy iść musil 
bohaterski trud odkupienia. 

Teraz wyłania się z mroków pełna orbita 
polskiego zagadnienia o życiu narodu. Wydź wi- 
ga się z pomiędzy korowodu chłopów, zjawio- 
nych w scenie drugiej, w bezcennym klejnocie 
twórczości polskiej, w scenie męki dusz. 

Skąd w Rzymie zjawa chłopstwa pol- 
skiego ? Skąd na świętem tle katakumb ohyda 
1846 r.? Jakaż im z Matką Makryną wspól- 
nota? Ból-źe to jej wspomnienia, czy modlitwa- 
krzyk o odkupienie, naniosły jej ten widok? 

Nie o Makrynę tu chodzi. Ten korowód 
w boleści zbrodni słaniających się postaci za- 
stąpił gdzieś w pustej ulicy Rzymu drogę 
Mickiewiczowi. Jego oni tu szukali. Jemu się 
chcieli pokazać, boć dolą wieszcza było wszyst- 
kim ohydom jak i wzniosłościom w narodzie 
zastąpić drogę i w pierś je swoją wziąć i na 
swoją ponieść Golgotę. 

Pędzonemu do Włoch siłą nieotamowanej 
przez świadomość woli — ukazują Mickiewiczo- 






457 



wi mary chłopskie przepaść męki i przepaść 
czynu zbawczego. Ze zjawą tą będzie się on 
później musiał sam w sobie uporać. 

Ból tego spotkania w Rzymie z marami 
1846 r. opowiada potem Matce Makrynie poeta: 

Oto mi się widziadła jawią, 
których twarze są znajome pamięci, 
które wszystkie z ócz, z ust juchą krwawią, 
wołające: „otośray przeklęci" I 

Potrząsają włosów wężownicą — 

Matka: Odgaduję, odgaduję 

Jesteśmy u wrót dramatu. 

Mickiewicz przyszedł do Rzymu, wiedziony 
głosem wewnętrznym: „Moim jest instynktem, 
żebyśmy szli". Przyszedł, szukając — jak przez 
■całe życie — rozwiązania nieustającej polskiej 
^potrzeby". Przyszedł, wzywany przez żywe 
^cho „sławy", przez tęsknotę bezpośredniego 
czynu. 

Scena w Koloseum narzuca obrysy „ży- 
wemu Echu", określa naturę tego czynu. Na 
rumowisku Romy, „wielkości świata", — polscy 
pielgrzymi... „Cezarów wszechmocną pychą" 
wzniesione były te ruiny, a przecież narzucają 
Mickiewiczowi nieodparte pytanie: kiedyż dla 
nich dzień zmartwychpowstania? Władną ręką 
zbójów-korsarzy wzniesiona Roma jakąż mocą 
powstać może? 

Mocą czynu zbrojnego. 



- 468 - 

Ten się wydaje Mickiewiczowi jako osta- 
teczny, nieuchronny rozsądziciel spraw prze- 
granych. Wieszcz w jego skuteczność wierzy, 
wierzy w szablę, byle j ą j eszcze raz z pochwy 
wydobyto. Jakość sprawy, którą trzeba tą 
szablą wyrąbać — ta go jeszcze nie obchodzi. 
I taki to czyn przez siłę zbrojną, przez 
walkę orężną, jest i w polskiej potrzebie ostat- 
nim rozsądzicielem. Symbolem jego — „przed- 
wieczny sen i kochanie" narodów: „sława" ry- 
cerska. 

O Sławo, o duchu Sławy! 

gdzie ognie twe, gdzie zjawiska! 

gdzie orszak sprawników sprawy, 

kędy wielkie orężne igrzyska, 

kędy legjon twój zwycięzców krwawy! 

Mądrą Krasińskiego grozą pociągnięty 
z ław biał3'ch siedliska, nie zajrzał jej Mickie- 
wicz twarzą w twarz, ale przez rumowiska za- 
słyszał jej „okrutne wołanie": 

do broni, synowie moi ! 
we złotej powstańcie zbroi — — — 
krwi wołam, krew serce poi — — 
do bronił — — 

W krwawy czyn zbrojny zestaliła się 
Mickiewicza wola odkupienia narodu. 

Napotkane na pustej ulicy Rzymu widma 
chłopów galicyj skich i rozmowa z Matką Makryną 
zamąciły zdecydowane ustanowienie i boleśnie 



- 469 - 

ogłębiły problemat. Otwarły się dalekie per- 
pektywy w dolę polską. Te zmazy trzeba prze- 
ież odrobić. 

Mickiewicz spotyka się z zagadnieniem 
dpowiedzialności za naród. 

W życiu jego łiistorycznem stało się to 
V „chwili przeznaczenia", na niebotycznym 
zczycie „Improwizacji", a może i wcześniej 
eszcze, gdzieś w r. 1828—9. Wtedy brał on 
ndygenat narodowego wieszcza, „przeświętej 
.prawnika sprawy". 

W dziejach patrjotyzmu polskiego mo- 
nent to i zasługa najwyższej wartości. 

Pierwszy odruch narodowej woli, konfe- 
deracja barska, musiał wśród powszechnej 
inercji myśleć o wybraniu i zwarciu jedno- 
stek, o skonfederowaniuich rozpacznego czynu. 
Tam jeszcze nawet o zbiorowości całego 
owoczesnego narodu nie było mowy. Każdy 
był wolontarjuszem, za siebie walczył. 

Krzyż mi jest tarczą, a zbawienie łupem, 
W marszu zostaję — choć i padnę trupem, 
Nie zważam, bo w boju dla duszy polcoju 

Szukam w ojczyźnie — 

Śpiewała pieśń konfederacka. 

Szlachetne umysły Staszica i Kołłątaja,, 
twórców konstytucji 3-go maja, zbyt 
wielkie miały trudj' : przeciwstawić się ogrom- 



I 



- 460 - 

nemu, „rubasznemu czerepowi" zatracającegi"- 
się narodu — za wielki ogrom pracy nad rat' 
waniem „dziś", by myśleć o dniach przyszlycl 
Nato, — powiedzmy zresztą — by pojąć po 
skie zadanie odpowiedzialności, oni zanadt 
byli Francuzami. 

Gromkie junactwo legjonów nie zmie- 
niło istoty rzeczy. I oni, płytką stalą szab^ 
i bagnetów olśnieni, i oni w źołnierskiem zł 
dufaniu młodym ramionom swym — zamknęli i 
całą nadzieję swobody. I im się wydawało, że 
na marność i ucisk czasów dzisiejszych dośói 
jest: przejść rojno i zbrojno Wisłę, Wartę, by 
być Polakami; dość owładnąć mocą ziemię ro- 
dzoną, by stać się jej godnym synem. Ale; 
polskiemu czynowi zbawczego przykładu nie 
da żaden Bonaparte! 

Nawet powstanie listopadowe zbyt 
było żołnierskie, by zrozumieć przepastną ta- 
jemnicę odkupienia narodu. Polskim rozrzutnym 
obyczajem przyjęło pokolenie listopadowe odpo- 
wiedzialność za swobodę wolnościowego ruchu 
Francji i Belgji, za „ludy" — nie wzięło jej za 
całość narodu swego. 

To dla patrjotyzmu polskiego niezrówna- 
nej doniosłości poznanie wydobył z głębi swej 
duszy dopiero Mickiewicz. On wypatrzył tajem- 
nicę polskiej odpowiedzialności. Pisał w Piel- 
^rzymie Polskim w maju 1833 r. ; 



461 



„Słyszymy często : Juz dosyć dla Polski krwt 
rzelano. O, gdyby tak było ! Ale zapominamy, 
e dziadowie nasi oddali bez wylania kropli 
rwi Białoruś, bez wylania kropli krwi Galicję 
ałą i tyle "Wielkopolski. Chcieli spokojnie w do- 
aach umrzeć, nie przewidując, ze wnuków ska- 
ują na śmierć, na wygnanie. Przypomnijmy, że 
ilkadziesiąt tysięcy ludzi zbrojnych wyniosło 
irew z kraju przed nieprzyjacielem, że ta krew 
iiJDyła poślubiona ojczyźnie. Czy kto myśli, że 
ą można ukraść? Im dłużej zwlecze się zapłata, 
em z większą lichwą oddać przyjdzie". 

W groźnych tych słowach poraź pierwszy 
przyszła do głosu świadomość odpowiedzialno- 
ści za cały naród, za jego przeszłość i dzi- 
siejszość, za jego winy zbiorowe. 

U dna tej świadomości leży, jako założe- 
nie : pewnik, że naród-ojczyzna nie jest czaso- 
wym, przypadkowym tworem ludzi. Jest istno- 
ścią metafizyczną, w sobie żywą, indywidual- 
nością wyższego rzędu, ma swoją odrębną logikę 
rozwoju. Nie jest abstrakcyjnem wypracowa- 
niem mózgu, ale realnością. 

Jako twór żywy, rozwija się ojczyzna po 
linji praw sobie właściwych, przez swe przy- 
czyny i skutki. Nic w niej nie ginie, nic się 
nie niweczy, ani przepada: zasługa to jest, czy 
przewina. Przeszłość z przyszłością powiązano 
w niej, jak życie ludzkie wczorajsze z jutrzej- 



- 462 — 

szem. Jak za wszystkie swe postępki sam czJ 
wiek odpowiadać musi, sam zdać i wyrówr; 
rachunek, tak i w narodzie każda teraz niej 
szośó odpowiadać musi zaprzeszłoi 
Musi jej winy odkupić. Trud to nad trudy] 
być synem narodu — nie wolnego. Tu już 
wystarczy zwyczajna ludzka pracowitość, ol 
rabiająca za siebie tylko, nie wystarczy cz} 
konfederatów czy legjonistów, nie wystarczj 
nawet za miljony współczesnych „kochać i cier- 
pieć katusze" — trzeba być bohaterem w po- 
tędze. Jeżeli ojcowie zaniedbali, zawinili, to ich 
niedokonana praca na nas cała przechodzi. Cc 
dobre w przeszłości — przejąć, co złe — odkupić. 
Pojąć przeszłość, jako żywy czynnik życia, 

„Trzeba uczuć się członkiem swego ko- 
ścioła, synem swego narodu, potomkiem, odpo- 
wiedzialnym za wszystkich swoich członków 
w rodzinie duchowej i doczesnej... Trzeba, aby 
cokolwiek w historji było świętego, prawdzi- 
wego i wielkiego — znalazło się w nas, jako 
ziarno usiewne, jako żywotność, jako siła"... 

„Człowiek taki będzie powinien mieć żar- 
liwość apostołów, poświęcenie się męczenników, 
prostotę mnichów, śmiałość rewolucjonistów 
z 93 r,, męstwo niezachwiane i piorunującą 
odwagę żołnierzy wielkiej armji francuskiej, 
a genjusz ich wodza. Oto są rysy człowieka 
ideału naszej epoki — oto, czem trzeba być, 



- 463 — 

^eby stworzyć epokę nową". {Prelekcje IV, 
^tr. 147). 

Więc trzeba dać bohaterskie zadość- 
uczynienie za dawną i dzisiejszą Polskę... 
W XVn i XVIII w. byliśmy żywym występkiem 
przeciw postępowi ludzkości, byliśmy zakałą 
Kuropy — dziś nam być bohaterstwem i sławą 
świata. Nie wystarczy przeciętna jednostkowa 
użyteczność, trzeba powszechnego zbiorowego 
bohaterstwa odkupiającego. Trzeba w zapomnie- 
niu o sobie, w „najcięższej z ofiar — ofierze 
ducha" obmyć zszargany sztandar Polski, uczy- 
fnić z niej „wysokość między narodowościami", 
bohaterstwem, jak chlebem powszednim, kar- 
mić się ma Polak, niem żyć. 

„Tak, jak każdy Polak, prawdziwy pa- 
trjota, nie przestaje na tem, że się wprost do 
zguby Polski nie przyłożył, z miejsca swojego 
zdrady nie popełnił, ale zawsze zarzuca sobie 
w części zatratę ojczyzny, tak i my, oprócz 
wykroczeń przeciw prawu ogólnemu, poczu- 
wamy się jeszcze do winy za wszystko, co się 
źle dzieje, bośmy urzędnikami" {Współudziału, 
str. 80; w kwietniu 1847). 

Takie są zakresy i głębie polskiego za- 
gadnienia odpowiedzialności. 

Mickiewicz żywy ogarnął je spełna w to- 
wianizmie, w Legjonie przyniosły mu je w głu- 
chym zaułku Romy napotkane krwawe widma 



- 464 — 

chłopskie. Polska i za nich, i za rok 1846 mi 
być odpowiedzialna, odrobić go musi. Musi ni 
prawiąc kultywowaną przez wieki chłopską n^ 
dz^, ciemnotę, lisią łapczywość na zysk — polsl 
siew rzucić musi w zarosłe ugory. Mickiewici 
członek narodu, czuje wolę za grzech zbiorów; 
w życiu swem indywidualnem odpokutować. 
Wtedy dopiero stanie czyn jego na caliźnie 
rzetelności, kiedy przeryte zostaną i uprawior. 
nawarstwienia zła, które na społecznej glebie 
polskiej narosły. 

Wtedy zamilknie straszliwa w rozpaczy" 
skarga : 

Otom do cię przyszedł, jak do matki: 
weźmi serce do się pomaleńku. 
Serce we mnie boleje, rozpacza, 
nie pomogą znachory świata, 
darmo szukam myślom moim brata; 
czas mój mija, lecą moje lata 
i myśli moje mrą ze mną, 
daremno źebram, daremno! 

Jak do matki przyszedł po zleczenie da 
cichej zakonnicy, łona mu je podała, na jakie 
ją stać było, ją — 

— — prostą niewiastę, rzekłbyś gospodynię, 
Siedzącą sobie na szlacheckim dworze, 
Kędy zarządza dziateczek hałasem, 
W czepcu, rańtuchu, z kluczami za pasem — — 

a przecie z jasnem na twarzy męczeństwem. 



— 465 — 

Prosta jej dusza rozumie tylko, że w męce 
D bohaterstwo odkupienia jednego potrzeba: 
bv on, „wódz działania i cudów", by on sam 
w sobie był czysty, odrodzony, uświęcony. Że 
Lego jednego potrzeba... 

Oto idź, gdzie Jezus ujawion: 
na oJtarzu, w kościele, 
ty, żądzą goryczną przetrawion, 
będziesz skruchą ułaskawień. 

Mickiewicz przyjmuje, wypełnia. Rozumie, 
że tą drogą osobistego uświęcenia się — odrobi 
trud odkupienia, zyska mojżeszową godność wo- 
dzostwa w czynnej, ostatecznej walce. Bota, mi- 
mo wszystko, jego celem ostatecznym pozostała. 

Spowiada się księdzu Jełowickiemu : 

Otom ujrzai upiorzycę ojczystą, 
ścigam ją wszędy i gonię, 
dla niej serce i ducha roztrwonię, 
dla niej drogę wybrałem skalistą 
i najboleśniejsze trudy. 

A zaraz potem najwyższa tęsknota wo- 
dza, Mojżesza: 

Oto pragnę słowem zbawiać ludy. 
I nie zwiodą go z drogi księże zarzuty: 

w krwi się świeżej lubując zapachu, 
Pychy uświęcasz braterstwo — 

bo wola jego i motywy działania czyste, on 
sam w indywidualności swej odrodzony : 

Pigoń. Studja. "O 



- 4r,G _ 

w strój się przyodziałem ;zodny — 

czylim darmo podjął żmud i trudy, 

drogę wybrałem skalistą? — 

Z pokorą mój ślub i braterstwo; 

przychodzę łu w imię Boże 

po słowa Bożego pociechy ; 

chcę tu z siebie zmyd oszczerstwo, 

chcę brudy osławić i grzechy 

Chcę spowiedzi — — — 
by się moja rozjaśniła droga. 

Taki jest drogi czynu mickiewiczow- 
skiego trud i kierunek pierwszy. 

W życiu wieszcza wyznaczał on się poprzez 
schyłek romantyzmu, pierwsze trudy mesjaniz- 
mu, a w promieniu oddziaływań Towiańskiego 
— po r. 1848. Właśnie w Rzymie przyszło nań 
poznanie stopnia wyższego. Tam to powiedziane 
zostały słowa, przez które przechodzimy w tra- 
gedji jego czynu — na szczebel drugi: 

„Każda wielka idea, rzucona w łono ludz- 
kości, musi się wyrabiać i w widome wcielać 
kształty pracą wszystkich przejmuj ących ją 
jednostek, wedle natury indywidual- 
nego ich ducha, inaczej bowiem zostanie 
idealną, niewypróbowaną mrzonką" (A. Górski : 
Nadeszły inne czasy, str. 182). 
* * 

Scena VI — moment szczytowy i zawrotny 
drogi czj^nu Mickiewicza. Scena, w zakroju 



- 467 - 

przeprowadzeniu mało mająca sobie równych 
w twórczości polskiej. 

Pius IX i Mickiewicz, namiestnik Chry- 
stusa i prorok wojujący! Spotkanie duchowych 
olbrzymów, walka o duszę Mickiewicza i duszę 
Polski. 

Grłosy brzmią wysoką gamą wzniosłego 
bohaterstwa, dochodzą najwyższej granicy na- 
pięcia. Ponad nią mogą już tylko pęknąć, razem 
z sercem. Ludzie, których przewody słuchowe 
nie sięgają poza oponę inózgu, powiedzieli, że 
ton Mickiewicza w przemowie owej był „wrzask- 
liwy" '. 

Porywa Mickiewicza u wstępu' widmo „sła- 
wy", tęsknota za rewolucyjną walką zbrojną — 
ostateczne, według dotychczasowego poznania, 
remedium na zło świata tego. „Skargi mową 
mówi piorunową" : 

Oto się podnoszą ludy, jako lwi, 

jak lwy, jak zwierzę, jak twór krwawy; 

jak ława palącej lawy 

zaryją w ciemniach kurzawy 

złe miasta, złe ludowiska 

i pogasną ogniska od krwi — 

Stanie nad popiołem duch Sławy. 

W wyniosły szołom słów wplata się nagle 
olesne nazwanie : Polska. Odpowiadana nie 
zaraz pierwsze słowo papieskiej przestrogi : 

wołaniom sprawiedliwe wyroki 

I Bóg w dziejów przeznaczył księdze. 



— 468 - 

Ale Mickiewicza ponosi rozżarzenie duszy_ 
mówi przez niego ziemia nowoczesnych mę- 
czenników za wiarę i wolność. Ten krzyk da- 
lekiej ziemi zanosi się w coraz wyższych okta- 
wach wj^zwania. 

Papież odpowiada. Twardemi, jak cios 
topora, słowami druzgocze, do ziemi przybija du- 
chowe podniesienie Mickiewicza-wodza. W oczy 
rzuca bolesne słowa, z któremi się tajemnie 
porał Mickiewicz na pustych ulicach Rzymu 
i w cichej celi Trinita dei Monłi. W innem, nie- 
spodzianem świetle ukazuje poecie — przyjęty 
w obliczu wizyj chłopskich — ciężar odpowie- 
dzialności. , 



Żyliście w pysze i dumie. 

w bezprawiu nurzając ręce; — 

zaliście we własnej męce, 

w żałobnej dzisiaj zadumie, 

zapomnieli o dusz tłumie, 

zrodzonych w lichej stajence, 

zrodzonych w lichej zagrodzie, 

któreście w waszym pochodzie 

wozem triumfów miażdżyli 

i daliście im upaść w odmęcie; — 

a oni, ci wasi święci, 

konali na glebie o głodzie ; 

że chociaż wy dziś powstali, 

choć rwiecie się przed tron Boga, — 

zali wy nie jesteście przeklęci 

ziem, któreście zwinowali ! ? 



- 469 — 

Ale tej prawdzie o narodzie Mickiewicz 
.]uż zajrzał w twarz, już się z nią był rozli- 
czył, już lekarstwo na nią — za wskazówką 
Matki Makryny — znalazł : wypracowanie w so- 
bie indywidualnej, wymazującej zło, świętości 
przez skruchę. Zdecydowanie mówi : 

Jużeśmy grzechy wyznali 

i Ciało Pańskie przyjęli, 

krzyżem się świętym żegnali — — 

Wtedy papież nagle roztwiera nowe, przez 
Mickiewicza przeoczone rozłogi odpowiedzial- 
ności : 

A wieki? — — — 

Na marność czasów dzisiejszych, na so- 
■cjalne grzechy współczesności — moźeby i wy- 
starczyła dorada Makryny. Ale przeszłość, 
-długa przeszłość zaniedbań i win — ? 

A wieki, wieki cierpienia, 
a wieki, wieki oWędu — ? 

Odpowiedzieć za wieki, to znaczj' 
odrobić, odkupić je — nie żeby tylko indywi- 
dualnie w „śmierci znaleźć wieczne ukojenie"? 
^le żeby czynem zbiorowym przez naród swój — 
ongiś grzeszny, dziś czy jutro „wyobrażany 
ponad ludy" — na ziemię sprowadzić „cudów 



przejawienie" ! 



I 



Rysuje się, pęka dotychczasowe oparcie 
stóp Mickiewicza. Jak człowiek, tracący znagła 



-- 470 — 

od ciosu równowagę, chwyta się pierwszej lepszej] 
przez myśl roztrzepotaną przyniesionej zasłony] 
zastawia się uchyleniem ogromnie nieistotnej 
i w jego rozsądzeniach nad sobą, oczywiści* 
że przypadkowem : 

Otośmy się pychy wyrzekli, 
Pychy, którą ojce źyJi. — 
własnąsmy dumę zdeptali 
i przeszłość unieważnili! 

Ale kielich trudu wypić trzeba do dna, 
do dna. Przeszłości nie można unieważnić! 
Sprawiedliwie papież sądzi : 

Jesteście synowie Pi/aci ; 

jeśli-źe wam ojce ciężą, 

jeśli ich złość zwiecie węża ; 

gdy wyrzekacie się braci, 

co w ogniach czyśćcowych leżą, — 

toście ojcowiźnie kaci, 

jakoż wasze oręze zwyciężą — ? 

I W tym momencie przewraca się karta 
trudu Mickiewicza. Ogarnąwszy rozmiar i cię- 
żar polskiego czynu nieuniknionego — weźmie 
go na barki. Tęsknotę swą dotychczasową ju- 
naczą, służbę sławie — porzuca. Nowy po- 
dejmie czyn. 

Słowem papieża przeobrażony i jego jed- 
nak duszę w jasyr pojmuje, porywem rycer- 
skich swych żarów ofiarniczych go ogarnia. 
Papież, jak ongi anioł, siłą Jakóba zniewo-- 
lony, błogosławi: 



- 471 - 

Boże, zali głos Twój znaczy, 
by one w niewolej pomarły? 
Twoich-ie nie poznasz oraczy ? 

Wstań raęźem w wierze, wstań w sile, 
wstań na mąk bojowisko, 
cierpieniem przetrawion i zjęty. 

Ale i przestrzega przed widziadłem daw- 
nego czynu: 

Gdy ujrzysz pogorzelisko, 

pomni wtedy, że noc idzie. 

która małe, małoduszne schłonie — — — 

Bądź wielki, jako hetmany, 

lecz pomni — twój huf ma być święty, 

byś nie był, jako Hamany, 

w twem wZasnem sercu przeklęty. 

Pod tęczą papieskiego błogosławieństwa 
ślubuje Mickiewicz odrodzony wierność 
w służbie nowemu czynowi: 

Przysięgam za Polskę, klnę święcie : 
przechować dusz wniebowzięcie, 
niepokalanie żyć w Bogu ; 
mój naród u niebios progu 
ostawić: legjon zwycięski. 



Błogosław czystość sumienia ! 



Papież : Błogosławię, błogosławię ! — — 

Oblicze ostatecznego czynu Mickiewicza, 
kierunek jego drogi jest juz jawny. Odku- 
pienie polskie dokona się nie przez orężny 



- 472 - 

czyn bylejaki, nie przez indywidualną li 
świętość wodza, ale przez powszechne „duszi 
wniebowzięcie" ; nie przez jednostkowy prome-| 
teizm, ale przez mesjanizm zbiorowy, gro- 
madzki, zdobycie przez caJy naród, przez każdą 
jego cząstkę, godności niepokalane^^ 
życia w bezwinie, w poświęceniu, w ciężko 
zdobytem, inspiracyjnem podniesieniu. Wted}^ 
dopiero narośnie w narodzie potencjalna ener- 
gja ostatecznego zwycięstwa, pewność doko- 
nania posłannictwa. 

„Wszyscy jesteście wieszczami" — 
mówił niedawno Mickiewicz emigrantom w Pa- 
ryżu. 

W scenie ze św. Andrzejem uplastycznia 
się istota czynu mickiewiczowskiego przez zrów- 
nanie. Ekstatycznym oczom legjonistów uka- 
zuje się zjawa pierwszego ucznia Chrystusa 
i apostoła Słowiańszczyzny, męczennika za 
prawdę Chrystusową, marłyra -świadka. 

Na krzyżu rozpięty, stanie św. Andrzej 
polskiej gromadce, jak drogowskaz samotny 
nad zarosłą, polną drogą — w ich krainie da- 
lekiej... Dokądźe prowadzi drożyna jego czynu- 
wzoru? Jakiż to kres ukazuje ramię zgruba 
ciosanego krzyża-drogowskazu? Jakież to zwy- 
cięstwo zaświadcza marłyros-świ&dek? 

Cześć odbierają męczennicy w kościele 
wysoką, że życie kładli za prawdę Chrystusa. 



— 473 — 

Vawdą Jego ostateczną było przezwyciężenie 
aaterjalnego, rozpasanego, na fizycznym gwał- 
ie opartego — świata. Przy rozstaniu zostawia 
iczniom wyniosłe stwierdzenie faktu: „Nie bój- 
ie się, Ja zwyciężyłem świat". On je- 
leń zdobył się na takie słowa. 

Przeciwstawił światu nowe życie mi- 
ości i ofiary, złamał jego moc-przemoc, zbu- 
■zył od fundamentu. 

Pierwsi męczennicy zaświadczają temu 
:o właśnie zwycięstwu Ctirystusa. I oni zwy- 
3i<^źają świat. Ale to jest już inne zwycięstwo. 
Pierwsze było z Boskiej mocy, drugie — z czło- 
wieczego zaprzeczenia. 

Zwycięża męczennik przez zaprzeczenie. 
Taka przeprosta tajemnica tego zwycięstwa! 
Co świat uzna za radość życia, to właśnie po- 
jąć jako jego ohydę; jego moc — za słabość; 
smutek i grozę — właśnie że za radość naj- 
wyższą i rozkosz. Znienawidzieć życie świata 
tego, a umiłować przez śmierć i męczeństwo 
osiągalne — życie wieczne. Krzyż — godło 
hańby — wynieść na szczyt czci, śmierć na 
mim — na szczyt pożądania. Zaprotestować prze- 
ciw „porządkowi" świata — sobą. Wyrwać jego 
złu moc — przez spokojne, nieugięte przeciw- 
jstawienie się. 

Do takiego to zwycięstwa wzywają Mic- 
kiewicza naiwne, ześcigaue nawroty słów mę- 



— 474 — 

czennika w zachwycie bólu; tak mu uplastyc 
niają owo zaprzysiężenie się w czyn. pod 
czą papieskich Wogosławieństw. 

Dążył do władzy pojmania świata prz< 
zdobytą Boską siłę, do Chrystusowego z^ 
cięstwa przebojem. „Idzie teraz o to, — 
wił niedawno — żeby posunąć się duchem dalp- 
uczynić krok zdobywczy, zwycięski ; nie dać si^ 
umęczyć za prawdę, ale zdobyć siłę na zwalcze- 
nie, pokonanie fałszu, na podbicie świata ducho- 
wi — przez ducha i siłą ducha" {Frelekcje^ III, 
str. 264). A oto na odkupienie grzechów przeszło- 
ści i współczesności, ^za nasze przewiny", sam 
przyjmuje i powszechności narodu wolą na- 
kłada pokutę: zwyciężyć, jak ś w. Andrzej — 
przez męczeństwo, przez ofiarę. Istotę takiej 
ofiary tylekroć przenikliwem określał słowem 

jeszcze w Wykładach paryskich. 

* * 

* 

Ze sceną VIII wchodzimy w drugie epei- 
zodjon tragedji polskiego czynu, w mękę do- 
chodzenia jego prawdy. Nadpis możnaby 
położyć krótki : Pokuszenia. Mickiewicz 
przebyć musi próbę prawdy, przełamać pokusy 
wielokrotne. 

Pierwsza naszła go, kiedy jeszcze przez 
oczy rozbiegane snuła się wizja św. Andrzeja. 
Naniosły ją poprzez kopułę św. Piotra dalekie 
„głosy z Litwy". Teraz zawołały... 



- 475 — 

W postaciach guślarzów, świtezianek, bo- 
ginek z litewskich uroczysk *, w nagłych przy- 
pomnieniach miodości, zamknęła się pokusa 
straszna dla codziennego człowieka — pokusa 
ż^^cia radosnego. Wszystkie moce, tęsk- 
niące za beztroskliwem, junackiem garnięciem 
w siebie : słońca, wiosny, niewysłowionej ra- 
dości z wieczyście nawracającego rodzenia się- 
siły w przyrodzie, wielkie postaci entuzjazmu 
istnienia, wszystko, co Nietzsche określił mianem 
pierwiastka dion izyj skiego, to wszystko 
napłynęło teraz przed rozmodloną duszę wie- 
szcza — jako pokusa pierwsza. 

Porzuć krzyż, odrzucaj znamię trwogi — 
ty nas znasz, tyś jest nasz, 
przypomnij jasne bogi — — — 
Kłos źraly weź do ręki — — — 

Przelewa się w rozśpiewanych strofach 
wartki nurt tęsknoty za beztroskliwą radością^ 
za Słońcem. 

W odpowiedzi donosi przytłumione dale- 
kością echo z głębi kościoła: 

Pokrusz ciała, pokrusz kości 
w jasnych piorunach! 
powołaj do nieśmiertelności, 
O duchu, daj znak widomy. 

Pokusa przezwyciężona. 



- 476 - 

Z drugiem kuszeniem przyjdzie Demos. 
Pokuszenie, które i Chrystus przezwyciężał na 
pustyni, pokusa „rządu dusz". ■ 

Demos- pochlebca ukazuje bezmiary wła- 
dzy, zawrotne cyple poczucia potęgi — b} 
wreszcie twardo zamknąć: „Wszystko to dan. 
tobie, jeżeli, upadłszy, uczynisz mi pokłon". 

Mickiewicz mocno obstaje przy sztanda- 
rze. Kusiciela nawet postrzegać się nie zdaje. 
Krwi się wyrzekł. Wallenrodem nie będzie, 
zapatrzony w cel ostateczny : 

Rozpoczną się wielkie święta 

Królestwa ducha na ziemi. 

Duch zstąpi z wielkiego przestworza, 

aby obcował z raalemi. 

UmiZowal ubogie i liche, 

aby je poczynił świętemi — — — 

WybraZem duszy spokoje, 

przekląłem królestwa ziemi, 

gardzę służbami Łwojemi. 

Mej duszy moje władztwo : 

Pokora, nicość, żebractwo — — — 

Demos - tłum odszedł, pohańbiwszy, jak 
na niego przystało — przewodnie swe dotych- 
-czasowe sztandary. 

Ból klęski i groza bucha przez skargę 
^wodza : 

Legjonie, legijonie wiary I 

Podeptali chorągwie, godła — — — 

O męko, serdeczna męko — — — 



477 



Skończyło si^ wodzostwo. 
Na spękane w boleści wargi spływa gorzka- 
ropla Chrystusowego ukojenia: żółć i ocet — 
apsod. 

Wierny uczestnik dramatycznych kon- 
trukcyj Wyspiańskiego, ma tutaj swoiste, wy- 
jraźne oblicze. Znaczy Poezj.ę, drużbę wier- 
nego, Pieśń. 

^Przypominam sny minione" — mówi mu 
Mickiewicz. 

Znałem ciebie, wędrownika, 
kładłeś ręce mi na głowę — 
jesteś Mocarz — — — 

Również i Rapsod nie kryje się z dolą 
swoją, wędrownika. 

Byłem na narodów cmentarzu, 

płakałem na narodu mogile — — — 

widziałem narodu mogiły, 

na cmentarzach opleśniałe krzyże. 

jak się błękitno paliły, 

gdy zeszła noc. 

Daleka przypomina się nuta. To w „Pieśni 
wajdeloty" mówi Mickiewicz podobnie o pieśni 
narodowej, która: 

. . . Jak słowik z ogniem zajętego gmachu 
Wyleci, chwilę przysiadzie na dachu, 
Gdy dachy runą, on ucieka -w lasy 
I brzmiącą piersią nad zgliszcza i groby 
Nuci podróżnym piosenkę żałoby. 



478 



Nanosi wspomnienie dolę pieśni i - 
skiej. Gdy runął gmach i naród w mogiłki 
wtłoczono — « * 

Wonczas, kiedy odlot ptaków 

jakoby żórawne klucze 

wiódł Polaków, gnał Polaków i 

coraz dalej polskich szlaków, 

na te burze, na te tucze — 

wyszła i ona z kraju, na tułaczce się schro- 
niła — i tam to, ponad narodów mogiłami, 
ostrzem wiernej szabli wypisała się z uczuć 
swoich, rozbrzmiała najkonieczniejszem i naj- 
wyźszem na w. XIX słowem : „Jeszcze nie 
zginęła!" 

A teraz oto przyszła. Wróciła do ojca 
swego i piastuna. On ją przed czasem już 
dawnym porzucił, wyprzysiągł się, ustanowił 
sobie twardy zakon, że pieśni pisać się 
nie godzi, nie uczyniwszy wprzód 
cudu. Zamilkł. A oto teraz w bolesnem zała- 
maniu rąk nad zdradą tłumu, ponad ułomkami 
krzyżów i chorągwi w pyle, przed trudem drogi 
na swoją Golgotę, teraz myśl się natracą, że 
przecież w tamtej dziedzinie, w pieśni, panem 
był władnym, trud jego owoce rodził błogo- 
sławione. A przecie ją zostawił i na mękę po- 
szedł serdeczną, na klęski. 

Pieśni bez niego jeden już los: — lazzd- 
-rone, smętny przyśpiewek spominków. 



- 479 - 

Więc ja moje żale dzwonię, 

dzwonię, a rzesza mnie sJucha — — — 

Ci, przed chwilą głusi na czyn-ofiarę, wia- 
[łłomni — teraz jej właśnie słuchają!... 

Ale Rapsod przynosi i orzeźwienie pia- 
;unowi swemu. Tajemnym, cichym głosem 
owiada mu proroctwo : 

Powstaną kiedyś, powstaną 

i będą nad nami drżeć 

chorągwie ! 

To będzie, to będzie wczas rano — — 

Przyjdą, przyjdą wielką rzeszą, 

jak chadzali legjonami, 

z chorągwiami, z chorągwiami ; 

gdy posłyszą, ze ja dzwonię, 

źe są chwile dopeJnione, 

godziny dnia przeliczone! 

Trafną konjekturą wiąże p. P. Mączew- 
}ki {Pamiętnik Literacki 1910, str. 610) z tą 
wróżbą akt III Akropolis, kiedy Rapsod Har- 
iarz w noc zmartwychwstania zwiastuje, „że 
są chwile dopełnione"... 

W udręce pokus i walk o prawdę drogi 
proroctwo Rapsoda — to kropla pocieszenia, 
gorzka kropla. 

Gorzka zaiste ; wglądnęliśmy przez nią 
w głębokie pokłady tragizmu Mickiewicza, 
odrzekającego się działania na ludzi przez moc 
pieśni. 



- 48U - 

Cyt, cyt 

nie jutro, — nie, 

nieprzeliczone to dnie — — 

♦ * 

* 

W wewnętrznej konstrukcji dramatu, ja 
ją tu odbudować usiłujemy, jest scena X po 
zornie jak gdyby anachronizmem. 

Po strzaskaniu krzyżów i chorągwi — c 
wspólnego między Mickiewiczem a Chórem- 
Demosem ? Skądże Mickiewicz - Brutus, po- 
słuszny sprawca woli tłumu? Mickiewicz, za- 
bójca Caesara-Napoleona ? On, który aż do 
śmierci głęboki żywił kult dla wielkiego ce- 
sarza, który w Wykładach paryskich tak głę- 
bokie i wzniosłe miał słowa oceny dla „zwia- 
stuna nowej epoki", „człowieka przeznaczenia"* 
wobec Polski! Mickiewicz-mesjanista, uznający 
hierarchj ę ducha i tęskniący zajoj szczytem: 
człowiekiem epoki. A teraz przeciwko- 
ukochaniu swemu on — Brutus — „prowadzi 
mordercę" ? 

Nie odpowiada tej scenie ani prawda dzie- 
jów, ani prawda dramatu. 

Bo też nie tak ją trzeba pojąć'. Odgrywa^ 
się ona nie w przyczynowej kolei działania 
ale tylko w zakresie możliwości. Jest to 
jakby projekcja przez klęskę rozbolałej wy- 
obraźni Mickiewicza, jego wizja, rozsądzenie,, 
coby się było stało, gdyby był poszedł uprzednia 



481 



za wolą Demosa. To jakby ukazanie kusicie- 
lowi: patrz, oto dokąd wiedzie twoja droga, 
raka to miałbyś zapłata za skuszenie mnie. Oto 
rzeczy ostateczne dążenia twojego, służalcze 
'A' olności- tyran a ! 

Scena cała jest zmorą noc 3% widzia- 
dłem pół-j a wy. W- teatrze odegrana być powinna 
za kurtyną z gazy, widziana poprzez granicę 
rzeczywistości ! 

Postać Caesara ma wszystkie akcesorja 
zjawy nierealnej. „Caesara maska o rysach 
Napoleona I, tragiczna-nieubłagana; od głowy 
długi welon — całun śmiertelny, powłoka, w któ- 
rej cała postać jak widmo. Na głowie wieniec 
zczerniałych gałązek lauru i dębu" ^. 

Pokusę trzecią, najstraszniejszą próbę 
prawdy obranego czynu — przynosi Kra- 
siński. Kuszona jest teraz nieustępliwość po- 
stanowienia przez własną, chyłkiem jak gad 
wślizgującą się wątpliwość. Krasiński repre- 
zentuje pewne subtelne odchylenie od wy- 
tycznej Mickiewiczowego mesjanizmu. Ich 
ostateczne jednak oparcia są diametralnie 
różne. 

Łaknącemu — już w scenie YI — dla na- 
rodu swego „ziemskiego zbawienia" 
Mickiewiczowi przeciwstawia Krasiński swoją 
przepastną wiarę, wiarę człowieka, któremu 
poza nią nic już nie pozostało, swoje widzenie: 

Pigoń. Studja. 31 



- 482 - 

Ona to, wywyższona 
nad żywe, przekl«}Łe świata, 
ponad świat, ponad świat 
tysiącem tysiąców lat — 

tę zbyt łatwo kojącą wiarę dekadenckiego m< 
sjanizmu, który, rezygnując z ziemi, w niebu 
fundował Polsce królestwo. 

Mickiewicz to już u wstępu odrzucił : 

Oto pełna trucizn czara, 
Śmierć-przysztość i błędna wiara 
duchowe dopełnienie 
nad odmęty, nad potopu powodzie I 

Ile trzeba było żywotności i siły duchj 
by teraz wytrwać przy nadziei Ojczyzny 
królestwa Bożego na ziemi, wytrwać, kiedy 
zapalone gromnice pogrzebnego korowodu, kiedy 
rezygnacja i beznadzieja większości biły bru- 
talnie pięścią w oczy, a kiedy z drugiej strony 
zbyt łatwe, mało kosztujące, czcze natrącsJo 
się pocieszenie, że 

Jest Polska wieczna, nieśmiertelna, 
ponad świat, ponad świat, 
tysiącem tysiąców lat — — 

Jak potwornie ciężka była pokusa trza- 
cia — zrozumie, komu nieobce dzieje duszy 
polskiej w XIX w. 

Mickiewicz i ją zwyciężył. 



- 483 — 

W „sprawie" ostatniej wychodzimy tery- 
torjalnie i czasowo poza obręb Rzymu w r. 1848, 
a sięgamy ostatecznych krańców wieczystego 
problematu mickiewiczowskiego. Zywotnośó 
jego czynu stwierdzała się wczoraj, dzisiaj, 
i stwierdzać się jeszcze będzie przez czasy. 
Pokoleniami dokonywa się obrachunek między 
^olą wodza a wolą narodu. 

Garstka nieliczna opowiada się za wodzem. 
Reszta pochroniła się z Demosem po domach 
swych, owinęła się w fałdy leniwej swej nie- 
ochoty. Naj goto wsi zostali. Na nich zawsze 
nadzieja Ojczyzny, „na ludziach, których na- 
rwaliście dobrymi Polakami, pełnych uczucia, 
tudzież na poczciwych żołnierzach, tudzież na 
młodzieży^. 

Gromadka, zestalona wolą poświęcenia, 
wypróbowana, jak ostrze bagnetu po bitwach 
wielu. Z nimi oto duchowa biesiada, wie- 
czerza przed najwyższą, ostateczną próbą. Do- 
świadczona ma być bowiem stałość i siła ko- 
chania Sprawy. 

Wódz wie. On przejrzał naród do ostat- 
niego nerwu, do najtajniejszego drgnienia woli. 
Wie, że ostatecznym rozsądzicielem spraw pol- 
skich długo jeszcze będzie jednostkowy opor- 
tunizm. 

Obawa moja nieplonna. 

Miłość jako gorycz mnie karmi, — — 

31* 



- 484 - 

slrój-że wam cięży pielgrzymi? 

Zalibyście nie woleli 

w rzemieśle być i w urzędzie 

miast, 

do których wejdziem wędrowni? 

Wie też, że którzy wytrwanie zaprzy- 
sięgną, że i ci pomrą, jako ptacy wędrowni — 
w ofierze; pomrą, by zadośćuczynić za. 
wieki orgji zbiorowego sobkostwa i sobie- 
państwa. By się dokonał czyn odpowie- 
dzialności: 

Żywot wasz, żywot pokutny. 

Za te wieki, wieki zaniedbań — muszą 
się znaleźć ludzie, którzyby mieli w sobie moc 
przejść przez piekło ofiary, ofiary tak stra- 
szliwej i doszczętnej, że się przed nią wzdraga 
pomyślenie ludzkie. Musi powstać w narodzie 
„legjon wiary", źołnierstwo polskie, ludzie wie- 
dzący, że ich 

. . . ciała padną wysiioae 
i legną u rozstajnych dróg; 

wiedzący, że 

zaprawdę rozpadnie się grób, 
prochy się wasze rozwieją 
na cztery świata strony; 

Że z nadzieją wszelką rozbrat i żegnanie wziąć- 
przyjdzie, że po nich nic, że echo nawet, na- 
wet pamięć zaginie, że przejdą, jak błyska- 
wica — w zatracenie ; — a którzy jednak wskroś 



- 485 — 

tej wiedzy pewności przerżną się twardzi, nie- 
złomni, którzy w samozatracie siebie dla ludzi 
jutrzejszych, w przyjęciu na swe ramiona cię: 
żarów przeszłości i obowiązków przyszłości, 
znajdą wolę swą i radość swą jedyną. 

W takie przepaści ofiary odkupiającej 
pójść musi naród w ogromie swego skupienia, 
pokoleniami... Dopóki się nie wytraci na pol- 
skim ugorze zjadliwy szalej sobkostwa, nie wy- 
kwitnie w przepychu czerwona róża poświęcenia. 
Dopóki się prawem żywem, wszech obowiązu- 
j ącem nie stanie : „wszystko, co nasze 
jest — Ojczyzny naszej jest". 

Taką to wolą obowiązywał Mickiewicz 
naród, .takiem wezwaniem bije w. pokolenia, 
próbując siły żywotności ich, czy oddźwiękną. 
Próbuje współczesnych i dzisiejszych; wola 
jego wieczna. 

Zawiedli współcześni, towarzysze sprawy 
szeptanej i towarzysze doli żołnierskiej, za- 
wodzi dzisiejszość. Starym obyczajem wypła- 
camy się przyszłości co najwyżej pół-pracą, 
pół- ofiarą, tern, co zbywa od ust naszych. To 
też przechodzimy z pokolenia w pokolenie średni, 
chłodni, dobijani beznadzieją, żałośni smętkiem, 
ludzi, którym nie pisano ujrzeć bram Jeru- 
zalemobiecanej.. 

Nie jutro, nie — 
nieprzeliczone to dnie. — — 



- 486 - 

Ale próba mocy, rzucona narodowi przez. 
Mickiewicza jako wyzwanie, dokonać się musi 
do dna. 

Niejednemu z średnią przyjdzie łatwością t 
wyrzec się sJawy, spokoju prochów swych, 
nawet nadziei oglądania bram — na własne, 
tęsknotą przepalone oczy. Bo wielkość ofiary 
zależy od siły odczuwania wartości tych spraw. 
Niejeden nawet zdobędzie się na brawurę bez- 
troskliwego oddania życia ! 

Ale inaczej jest, kiedy przyjdzie ogień 
poświęcenia podtrzymywać ciągle, czcigodnie 
zgarniać głownie w ognisko i nie słabnąć w na- 
pięciu, chociaż wypadnie „brać szlę na ramię do- 
stojne i pociągnąć jak koń, gdy zbraknie ko- 
nia" (M. Zych). Kiedy przyjdzie z twardym 
uśmiechem odchylić od siebie ludzkie, codzienne 
szczęście, wyrzec się miękkiej pospolitości dnia 
powszedniego, wyrzec się wartości „realnych" 
przez swą uchwytliwość, wyrzec się miłości 
żony, dziecka, matki, ojca, brata, przyjaciela, 
odegnać wszystko precz, być jak Regulus z ob- 
ciętemi powiekami, w niespaniu ustawicznem, 
w głębokiem pogrążeniu się dla spraw, „w któ- 
rych potrzeba, abym był". 

W tym to kierunku popróbuje Mickiewicz 
legjonistów swych ostatnich i w tym go za- 
wiodą. W tym kierunku do dziś oni się naj- 
częściej łamią. 



I 



— 487 - 

Wioślarzu, zapomnij brata, 
nie czas płakać nad bratem, 

wiosłujesz światło świata! 

Przyodziej się krwi szkarłatem, 

wstąpiłeś do męki ogrójca, 

wyrzekłeś się ojca dla sprawy... 

Nie zejdziesz, nim świt z a dnieje, 

choć matka śmiertelnie raniona — 

W takim ogniu legjon nie wytrwał. 
Zatracił ostatnią swą wartość — wiarę; że- 
glarze się buntują, umykają bark przed cięża- 
rem: 

O bracie, żelaza mnie wiążą, 
żem duszę zaprzedał sprawie. 

To też gaśnie nad barką symbol wiary 
zbiorowej — pochodnia. Łódź płynie przez noce- 
otchłanie, w bezowocne już teraz zatrace- 
nie. Wola poświęcenia i wiara zbiorowa — za- 
gasły. Wyrzuca im to wódz w bolesnym smutku : 

Niegodni, niegodni istnienia, 
przecz śmierci lękacie się trwogą! 
Zaparliście się tworzenia, 
odprzysięgliście sumienia, 
cóż ręce wasze mogą — V 

Zostaje jedna — śmierć. Polskie pola już 
wiedzą, że z posiewu tego cudne rośnie zboże: 

Umarłe, śmierć was odrodzi, 
ze śmierci ciał się urodzi 
Duch-slowo, słowo-polęga I 



- 488 - 

Teraz już wyróść musiało, jak z miąższu 
ziemi nie zawodzącej, — żywe, konieczne pro- 
roctwo : 

Zmartwychwstaniecie młodzi. 

Wy, którzy większą, niż ci oto, moc z sie- 
bie wykrzeszecie, którzy dochowacie wiary 
i woli poświęcenia do końca, których starcze 
próchno zwątpienia nie obleci, którzy wartką 
miazgę życia dla ofiary za naród przechowa- 
cie — przyszli, bezimienni, niezłomni bohatero- 
wie — zmartwychwstaniecie! 

Kto ma uszy ku słuchaniu i ramiona ku 
pracy, niech słucha. 

Wartość i żywotność narodu prolbuje się 
nie w otuleniu łatw3''ch pociech, ale w sile we- 
zwania i w dokonaniu. 

Taka jest czynu mickiewiczowskiego dro- 
ga, prawda i żywot — taka konstrukcja 
dzieła Wyspiańskiego. 



W grecką zwartość budowli dramatycznej 
ujął on i wystawił narodowi najwyższą war- 
tość, wykrzesaną w trudzie w. XIX. Wystawił 
z przeraźliwą wnikliwością widzenia i sądu — 
najgłębszą tęsknotę Wieszcza. Nią wypełnił 
całą orbitę jego duszy, poprzez nią odtworz3'^ł 
go w potędze, jak Kazimierza Wielkie- 
go w szczytnych laskach witrażu. Wzniosło- 



— 489 - 

ścią i zdecydowaniem linji stykają się te dwa 
dzieła. 

Poprzez szczeble scen dwunastu wznosi 
się nieścigły twór dramatu historycznego. Za- 
■chwyca w nim przeczystość poczęcia. Wszystko 
tu jest działaniem, dccćp, czyn jest istotą rzeczy 
artystycznej. Kolejne, żelazną powiązane logi- 
ką, wykrysztalanie się zakresu i istoty tego 
czynu, próbowanie hartu ustanowienia, i wie- 
kowy, nieskończony proces jego dokonywania 
się w narodzie. 

Historyczny dramat "Wyspiańskiego uj- 
muje tu nie pewne określone odmierzenie czasu, 
dokonywa się nie w przeciągu trzech wskaza- 
nych lat. Odtwarza nie fakt z przeszłości, ale 
proces dokonywania się faktu, nie stan, ale 
bieg rzeczy. Odtwarza dzieje w istocie ich 
dziania się. Perspektywa jego — jak u wstępu 
powiedziano — nie ma kresu, wybiega poza 
horyzont. 

Legjon, i jako narodowe, i jako artystyczne 
poczęcie, jest dziełem niebywale wielkiem. 
Prokocim, w styczniu 1912 r. 

PRZYPISKI. 

1 Ks. Smolikowski : Hisłorja Zgrom. Zmartinjchwsta- 
ma Pańskiego, Kraków, 1896, t. IV, str. 179. 

2 Tamże, IV, str. 187. 

3 Występujący w scenie tej Chór przypomina układem 
.swym chóry greckie w Melear/rze. Jest to jeszcze jedna 



ł 



490 



przesłanka do stwierdzenia klasycziiości w budowi 
Ijcgjonu. W obu tych dramatach rozpada się Chór a 
dwie, nastrojowo sobie różne grupy : w Meleagrze — opty- 
mistów i pesymistów, w Ijeyjonie — zwolenników (legjt 
nistów) Mickiewicza i zastęp papieski (XX. Zmartwycl 
wstańców). 

* T. Sinko wskazał > Antyk Wyspiańskiego, Krakóy 
19 '6, str 110 n.) rodowód wizji tej z Beniowskiego, gdzie 
w końcowych strofach pieśni VIII mówi się o Świtezian- 
kach Piotrowych fontan, o Perkunie wchodzącym w kopułę^ 
kościoła Św. Piotra i prorokującym, ie kiedyś w niej „Ma- 
rzanny... się zagnieżdżą łabędzie". 

* Przed laty usi/owa/em wytłumaczyć tę scenę (p. Na 
ziemi naszej, dod. lit. do „Kurjera lwów.", 1910, str. 99 — 
101). Chodziło tam głównie o historyczn" wyjaśnienie kon- 
cepcji Wolności-tyrana. Wyprowadziłem ją z czasów pole- 
miki Mickiewicza z Mochnackim — naokoło tezy tegoż: 
„trzeba, żeby wolność była carem w swojein państwie". 

« Wizerunek Napoleona jest tu oddany przez Wys- 
piańskiego podług obrazu Wańkowicza, w litografji P. Touil- 
lon; rozdał go był Mickiewicz studentom swym na ostatniej, 
lekcji w College de France 28 maja 1844. Zauważył i zazna- 
czył to pierwszy dopiero J, Kallenbach : Czcis (krak.) nr. 173^ 
z dnia 24 lipca 1920. 



I 



XIV. 

o „WESELU" 8T. WYSPIAŃSKIEGO. 

Przemówienie, wygłoszone w Teatrze Polskim w PoznaniiŁ 
d. 28 listopada igig r., w dwunastą rocznicę śmierci poety. 



I 



Mimo, że 18 lat już upłynęło, bywalcy 
teatralni Krakowa do dziś dnia żywo maj% 
w pamięci to niebywałe wrażenie, jakiego do- 
znali pamiętnej soboty, 16 marca 1901 r., na. 
pierwszem wystawieniu Wesela. Drugiego ta- 
kiego wypadku nie zanotowafa chyba dotąd 
kronika artystyczna Polski. 

Publiczność, tak zwj^kle skwapliwa ku 
wyjściu po skończeniu sztuki, — wonczas oto, 
gdy zapadła kurtyna po trzecim akcie i prze- 
słoniła niesamowity tan weselny, wonczas pu- 
bliczność ta w całej widowni pozostała na miej- 
scach i siedziała przez chwil parę w ciszy zu- 
pełnej jakby pod zaklęciem, jakby zniewolona- 
nrocznie dźwiękami, dogorywającemi na scenie^ 
wsłuchana w tę „jakby z atmosfery błękitnej, 



492 



idącą muzykę weselną, cichą a skoczną, swojf 
a pociągającą serce i duszę... w melodyjna 
dźwięk z polskiej gleby bólem i rozkoszą wy4 
kołysany" i dopiero po ciszy wybuchnął huragan 
oklasków, salę opanowało uniesienie. Wszyscy 
czuli, że oto załopotały nad nimi skrzydła 
genjuszu, że przed chwilą przeszła przez scenę 
wielkość i zniewoliła dusze władnie, a bez oporu. 

Autor sztuki, poeta, mający już wtenczas 
za sobą dzieła wielkie, jak Legenda, Protesi- 
laos^ Lelewel — i arcydzieła, jak Warszawianka, 
Legjon, ale poza szczupłem kołem narodowi pra- 
wie nieznany, w tym jednym dniu stał się gło- 
śny na Kraków, a za dni parę na całą Polskę. 
Odrazu i jednozgodnie poznano i przyznano,— 
entuzjastyczna krytyka i publiczność, — że na- 
ród polski otrzymał w darze dzieło wielkie, 
mogące stanąć godnie obok najwyższych arcy- 
dzieł piśmiennictwa. Wyroku tego i opinji nie 
zmieniła przyszłość i dziś — po latach niemal 
dwudziestu — dziś, gdy przed oczyma mamj* 
całokształt tak tragicznie przerwanej twórczo- 
ści poety, sąd powyższy nie ulega zmianie, 
ani nawet redukcji. Można się spierać, które 
z reszty dzieł dochodzi wielkością Wesela. Le- 
gjon czy Noc listopadowa, ale każdy przyzna, 
że nie przechodzi go żadne. 

Należy teraz zkolei spytać, w czem leż}' j 
przj'czyna tak nie gasnącego wciąż uroku, jaki 



- 493 — 

fen dramat wywiera na widzów, w ozem po- 
nrostu tajemnica wielkości dzieła. 

Zanim odpowiemy na to pytanie i aby 
lepiej odpowiedzieć, niech wolno będzie przy- 
pomnieć tutaj, co najwyższy z naszych arty- 
stów powiedział o polskim dramacie narodo- 
wym, jak określił jego rozmiary i właściwości 
istotne. Mówi Mickiewicz w Prelekcjach pa- 
ryskichj że wszelki, pełnię ducha narodowego 
istotnie wyrażający, polski dramat przyszłości 
musi mieć prostotę ludową, musi wiązać 
świat widzialny z nadnaturalnym, musi 
uczynić realnymi współaktorami sprawy na- 
rodu, zgodnie *z najpierwotniejszą wiarą ple- 
mienia, — duchy ojców i wogóle siły nadprzy- 
rodzone, a uczynić to nie mechanicznie, ale 
związek ów wysnuć z głębi duszy twórcy, 
mocą przyrodzonej, najrdzenniejszej religijno- 
ści. Dalej — musi dramat taki poruszyć na 

.scenie ziemskiej wszystkie zadania wstrzą- 
sające narodem, a wreszcie — zamykać 
się wielkiem proroctwem (t. III, str. 186). 
Otóż jeżeli teraz przebiegniemy z tern kry- 
terjum mickiewiczowem cały obszar drama- 
turgji polskiej, to zobaczymy, że obok Dzia- 

' dów Mickiewicza, obok może Samuela Zborow- 
skiego Slow Sickie go, — po tamtej wielkiej poezji — 
Wesele jedno całkowicie odpowiada tak ustalo- 
nemu poziomowi narodowego dramatu polskiego. 



- 494 - 

"Wspomniałem tutaj Dziady Mickiewica 
i nad zestawieniem tem chciałbym a'ią chwil< 
zatrzymać. Dostrzegamy bowiem między tem; 
utworami jakby plemienne pokrewieństwo typu, 
jakby tajemniczą więźbę wspólnego tworzywa; 
są to jakby odpowiedzi dwu ust, ale na to samo 
pytanie i w mowie tej samej. 

Powiedzmy odrazu, że Wesele to jakby 
Dziady XX w. Łączy te utwory pokrewień- 
stwo zewnętrzne i wewnętrzne. Jeden i drugi 
odbywa się w noc listopadową, tamten u wstępu, 
ten na przełomie XIX i XX w. Oba mają wspólny 
bezpośredni motor twórczy: kształty ich kon- 
strukcyj artystycznych rozwijajafsię, jakzziarna, 
z prostej wiary wieśniaczej, wiary w bezpośredni 
związek świata ziemskiego z nadziemskim, we 
współdziałanie duchów z żywymi. Tam guślarz 
litewski zwoływa przodków na biesiadę zadusz- 
ną, tu naiwna, serdeczna gościnność dziewczyny 
wiejskiej sprasza na ucztę weselną duchy błędne, 
tłumnie krążące w pobliżu, a chciwe tylko do- 
brego słowa wezwania. 

Paralelę możnaby pociągnąć dalej, aż do po- 
szczególnych analogij postaci widmowych w obu 
utworach. Nie o nie tu jednakże chodzi, ale 
o zaznaczenie, że świat nadnaturalny w Weselu, 
zgodnie z postulatem Mickiewicza, nie jest — 
jak nie był i w Dziadach — martwym narzu- 
tem, wyrosłym z pomysłu literackiego, ale wy-' 



- 49B - 

,sta organicznie z religijnego nawskroś odnie- 
ienia się osób działających do wszechświata. 
Tamaty oba dokonywują się istotnie według 
jdary uczestników — na widowni wewnętrznego 
idzenia, in mind's eyes, „przed oczyma 
tuszy", jak z Szekspira wypisał Mickiewicz n^ 
żele Romantyczności. 

A do tej wiary dusz prostych poeci obaj 
.ie odnoszą się sceptycznie, nawet nie z rzew- 
,ym uśmiechem wyrozumiałości, ale jakby od 
ina własnej plemiennej iścizny jednoczą się 
ludem w tej właśnie wierze naiwnej, a tak 
liezach wianie mocnej. Na przestrzeni całej swej 
iwórczości Wyspiański jedynie w WeseZw święci 
•,ak żywiołowe, tak całkowite zjednanie się 
s pospólnością psychiczną narodu, powiedzmy : 
samą miazgą narodowego istnienia; osadza 
3ię tak bez zastrzeżeń w samej glebie rasowej 
religijności. 

Ta właśnie postawa psychiczna, to miłosne 
spojenie się wewnętrzne poety z duchem ple- 
mienia, nadało też dramatowi formę zewnętrzną 
Z prymitywów twórczości ludowej, z jasełek, 
dostała się tutaj melodyjna skoczność dialogów 
i szybka migotliwość scen, nibyto z sobą nie- 
powiązanych, a tak świetnie oddających irra- 
cjonalny, wartki nurt życia. 

Tak więc widzimy, że i płynąca z religijnej, 
ałonecznej cichości duszy prostota spojrzenia 



I 



- 496 - 

na życie, tudzież szczera, lita wiara w -ś w i 
nadzmysłowy iw jego organiczne .spłat 
nie się z biegiem spraw ludzkich — istotni 
powiada w Weselu tamtym rewelatywnym n 
mom, jakie dla dramatu narodowego ustanaw 
Mickiewicz. 

A teraz — zawsze zgodnie z cytowany: 
ustępem Pre?eA:c«/y — o jakież to prawdy ży 
wotne narodu zahacza dramat Wyspiańskiegc 
i jakie niesie w sobie proroctwo? 

Naczelnym problemem ideowym Wesele 
jest zagadnienie sprawności państwotwórczej 
współczesnego pokolenia. Chciał poeta pokaza( 
społeczeństwu ówczesnemu w Polsce tę groźnt 
o niem prawdę, jaką, w ostro widzt wie swe^ 
troski narodowej dojrzał był, konfrontując po 
zory zewnętrzne generacji z istotną jej jako 
ścią. Wyspiański pociągnął współczesność m 
sąd, a jego przebieg i wyrok zamknął w We 
selu. Sędzią był nie byle kto: odzywające sif 
przez poetę sumienie narodowe. i 

Skoncentrował się zaś sąd głównie okołc 
dwu pytań: najpierw jakie są właściwe walory 
patrjotyczne pokolenia i — po wtóre — jak 
jest moralny wizerunek j edn ostek, to poka 
lenie tworzących. Pytaniom tym i wjuiikon: 
przyj rzećby się bliżej. 

Wesele, to przedewszystkiem dramat spo 
łeczny, osnuty na zagadnieniu, które dręcz3'łc 



497 



dusze polskie, co żarli wsze, przez cały wiek XIX 
! do dziś zresztą nie zostało ostatecznie usu- 
nięte. Jest to zagadnienie rozbicia plazmy na- 
.ri)du w Polsce na dwa skupienia, więcej : na 
dwa kształty psj^ohicznie odrębne: na lud — 
i całą resztę. Dwa te światy polskie schodzą 
oto w obrębie jednej wiejskiej izby i przez 
liily czas widzimy, źe się zgoła nie rozumieją, 
widzimy, co za przepaść je dzieli: przepaść 
tradycji, odrębność myślenia, odczuwania, tem- 
iperamentu, poglądu na żj-cie. Jakże daleko do 
imarzenia poety: „że taki wielki naród — z j ed- 
inej bryły!" Polska składa się z dwu nie- 
iprzj^stających i niezgranych z sobą połów, — 
[jakżeż ma dojść do jednolitości państwa, któ- 
irego wszak niema bez jednolitości tworzy wa- 
narodu ! 

A nietylko rozszczepienie narodu samego 
w sobie grozi Polsce. Równocześnie wystawił 
poeta współczesności przed oczy rozdarcie sa- 
mych dusz, brak charakterów, rozszczepienie 
i niemoc woli. Chodziło o rozrachunek, czy 
i o ile Polak nowoczesny dorósł poprostu do 
godności wyzwolin ; trzeba było w bezlitosnej 
introspekcji wejrzeć tamtym ludziom, różnych 
typów i różnych warstw, wprost w dusze i serca, 
doszukać się ośrodka istnienia i ukazać, jaki 
on jest i co wart w obliczu wieczystej sprawy 
narodu. 

Pigoń. Studja. ^2 



498 



Wiadomo, że i ten osąd społeczeństwa, 
indywidualności rej w niem wodzących, wy- 
padł ujemnie, potępiająco. Z twardą odwagą 
i otwartością wykazał poeta pokoleniu sobie 
współczesnemu rozdarcie duchowe, pęknięcie 
serca. Póki dramat rozgrywa się w atmosferze 
codziennej, normalnej rozmowy towarzyskiej, 
ludzie, przewijający się przez niego, ukazują 
się nie: jakimi są, ale jakimi chcą się wy- 
dawać, jakimi sobie wmówili, że są. A wy- 
dawać chcą się górnie wszyscy: czy ten Poeta, 
śniący jakieś bohaterstwa, czyny rycerskie, czy 
przepojony, zdawałoby się, ekspiacyjnym de- 
mokratyzmem Pan Młody, czy Dziennikarz, 
mgłą wyżyn otoczona wyrocznia, czy wreszcie 
ten zadzierżysty szlachcic-Gospodarz, „palone 
buty, zapalny ruch", jakby przeniesiony w czasy 
dzisiejsze towarzysz pancerny dawnych dobrych 
lat. — "Wszyscy oni, wychowani na szczytnych 
hasłach przeszłości, na wielkiej poezji, na tra- 
dycjach sławy, wyglądają na stworzonych — 
rzekłbyś — szermierzy narodowej niepodle- 
głości. 

Aliści to wszystko — to tylko pozory. Inna 
jest najwewnętrzniejsza, niekłamana istota tych 
ludzi. Bo kiedy pod zaklęciem Chochoła wtar- 
gnęły w tę chatę, rozśpiewaną weselem i bez- 
troską, duchy przeszłości i zarazem zwiastu- 
ny, kiedy nadeszła godzina wielkiej próby, 



- 499 - 

kiedy węgłami cichego domostwa chłopskiego 
iurstrząsnął powicher dziejowy, kiedy w3'^padło 
.zerwać szych, „malowany fałsz, obrazki", 
a wobec czynu decydującego stanąć twarzą 
w twarz, odsłonić: — kim się jest, a nie — 
kim się chce wydać, — — cóż się wtedy po- 
kazuje? Co zostało z górnych herosów pierw- 
szego aktu? Oto lękliwa małość, zgrz3'^t pesy- 
mizmu i rozpaczy, wreszcie poprostu leniwa, 
tępa śpiączka. Na wezwanie żaden z nich ni« 
stanął w gotowości. 

Więc i ten sąd o jakości dusz jednostko- 
wych w szeregach przewodnich pokolenia wy- 
padł ujemnie. Nielepiej stoją sprawy z ludem. 
Mimo pewnych, cechujących stale umysłowośó 
Wyspiańskiego zabarwień ludofilstwa, nie wa- 
hał się on powiedzieć przed sumieniem narodu, 
że i druga jego połowa, chłop, nie dorósł do 
poziomu czasu i powinności — i on potrafi tylko 
zmarnować Złoty Róg. 

A więc wyrok potępiający bez zastrze- 
żeń? Więc Wesele jest tylko: — bólem ser- 
decznym i sarkazmem zabarwioną — satyrą? 
Nie zdaje się. 

Sądzę, że poza głosem grozy i oburzenia, 
jakim tętni cały utwór, dosłuchać się można 
wiary pozytywnej, owego „proroctwa", którego 
fiię od dramatu narodowego domagał Mickie- 
wicz. Głosem, heroldem tej wiary, wyrazem pro- 

32* 



- 500 - 

roctwa, wypiastowanego „gdzieś pod czwartą, 
głębną skibą", wykładnikiem umiJowania wiet 
kości narodowej, jest — Chochoł. 

Sąd ten wywoła zapewne zdziwienie, bo 
tak się pospolicie utarło, że Chochoła z We- 
sela uważamy za symbol złowróżbny: fatalnej 
siły niszczenia, ironji i sceptycyzmu. Uważanie 
to nie wydaje się wszelako słuszne. Chochoł 
jest w dramacie symbolem chyba nie śmierci, 
nie ironji, — ale właśnie życia, samej jego 
istoty: pierwiastkowej, niezniszczalnej, w zapa- 
chu ziemi przechowywanej, głuchej siły trwa- 
nia bytu narodowego. To żywe życie, ten krzew 
róży o skoncentrowanej miazdze, treści istnie- 
nia, ten symbol niezniszczalności plemiennej — 
owinięto w chochoł, „pałubę słomianą" na czas 
mrozów. Ale już w Weselu zaświadczj-ł poeta 
wierze swej : 

Jeśli kto ma zapach róż — 
Owiną go w słomę zbóż, 
A na wiosnę go odwiążą 
I sam odkwifnie. 

Dla utwierdzenia takiej interpretacji po- 
staci możnaby się powołać także na inne dzieła 
poety, gdzie przejawia się tenże motyw tajemnej, 
żywotnej siły istnienia, uwięzionej w niezdarnej, 
plugawej pokrywie. Tak więc, a nie inaczej, 
należałoby tutaj rozumieć tę „osobę dramatu ''> 



— 501 - 

Zgubiony przez parobka na rozstajnych 
♦drogach Złoty Róg — Chochoł to właśnie odna- 
lazł i nie wyda go na zmarnowanie. Gdy za- 
wiodły oba odłamy współczesnego pokolenia 
otucha poety zahacza o głębokie złoża wiary 
w plemię polskie, w jego siłę macierzystą, ży- 
wiołową, niepożytość, co jest jak ziarno pod 
skibą, jak krzew młodej róży w powijakach ze 
słomy. Gdy na naród przyszedł okres mało- 
ści, gdy zły mróz ścisnął ziemię, nieporadność 
i rozdarcie unicestwia wszelkie poczynanie ży- 
jącego pokolenia, — owa wiara żywotna osa- 
dza się w głębinach istnienia, pod byle jaką 
pokrywą. Zły czas przejdzie, chochoł mrozy 
przetrwa, a na wiosnę uwolniony — rozwinie 
się i zakwitnie przepychem kwiecia. Wtedy 
i Złoty Róg się odnajdzie. 

Po tej interpretacji zdumiewaćby mogła 
scena końcowa dramatu, kiedy to — zamiast 
spodziewanego zwiastuna wyzwoleń — tłoczy 
się na scenę Chochoł i gości weselnych, stęża- 
łych w oczekiwaniu, wprowadza w upiornj'^, 
przeraźliwy taniec. Zaiste, niezdarny ten gra- 
jek ukazuje się tu nie jako rzecznik błogosła- 
wiącej pokolenia i błogosławionej, żywiołowej, 
biologicznej niezniszczalności narodu, ale jako 
uosobienie krwawego, przygnębiającego sar- 
■ Jkazmu. 



— 502 - 

Istotnie. Zapominać wszelako nie należy, 
że ten szereg taneczny to nie ludzie pełni, 
^odni synowie wielkości narodu, dorośli do za- 
dań czasu, — ale to pokolenie czcze, w sobie- 
załamane, rozdarte, pokolenie schyłkowców, bez 
woli i celu, to owe — po dniach nieszczęścia 
pozostałe — „smutne pół rycerzy -żywych"^ 
Wobec tych — wieczysta, niezłomna żywotność 
narodu zdobędzie się zawsze tylko na ostry^ 
bolesny sarkazm. Chochoł, — wysłannik owej 
mocy plemiennej, niezniszczalnej miazgi istnie- 
nia, — życia nie niweczy, „nie zabija, ale tylko- 
grzebie". 

W tę to postać zaklął poeta pozytywne 
słowo swego dramatu, jego wartość twórczą, 
wieczystą. Tutaj należy szukać głosu owego 
„proroctwa". Proroctwo to toż samo, które usły- 
szymy później z ust Kory w Nocy listopado- 
wej, toż samo, cośmy je słyszeli w Legjoniey. 
ta sama nieartykułowana, niby zwiewna, a prze- 
cie twarda i nierozchwiewalna wiarapewnośći 

Powstaną, kiedyś powstaną 

i będą nad nami drżeć... 

Kiedyś godzinę wołaną 

będziemy, będziemy mieć 

Powstaną nad nami, powstaną. 

w powietrzu będą drżeć 

chorągwie. — To będzie wczas rano: 

nim liście zaczną drżeć ; 

to będzie, to będzie wczas rano 



— 503 - 

zanim ptacy zaświergocą swój świt — 
Cyt, cyt!... 

{Legjon^ sc. IX). 

Dano było duchowi poety doczekać, że się 
już stało według wiary jego... 

Widzimy tedy, że dramat Wesele, choć 
treść jego taka jest napozór doraźna, — utwo- 
rem wszakże doraźnym, dziś już przebrzmia- 
łym, nie jest. Owszem — wykazaliśmy, że jest 
w piśmiennictwie polskiem dziełem wielkiem, 
jest dramatem naszego bytu narodowego, poczę- 
tym na szczytną miarę Mickiewicza. Dowodzi 
tego zresztą żywy wciąż oddźwięk, jaki uroczjie 
jego słowo ze sceny wywołuje stale, z siłą nie 
niknącą, w duszach naszych. Potrąca tam wi- 
dać poeta o coś wieczystego, o którąś z tajemnic 
naszego bytu. 

Choć wydarzenie, na którem został osnuty 
dramat, już silnie zaszło w niepamięć, choć 
przeminął już nawet okres bolesnej aktualności 
ideowej utworu, — dzieło genjuszu poetyckiego 
pozostało i pozostanie, zawsze żywe, niewolące 
dusze czarem słowa, niesłychanem bogactwem 
wyobraźni i krzepiące zawsze żywiołową mocą 
głuchej wiary w niepożytośó i wielkość narodu. 



XV. 

NA POGRANICZU EPOK. 



Mają, wiadomo, książki jak i ludzie swoje 
fata. Wyniesione nieraz na szczyt znania 
i uznania — schodzą szybko w dół zapomnie- 
nia i poniewierki. I nietylko książki ; — także 
i indywidualności literackie, całe wielkie prąd}', 
wzruszające dusze przez całe pokolenia, wznoszą 
się, utrzymują na płaskowyżu potęgi i... zapa- 
dają w niepamięć, aby — jeśli mają w sobie 
wartości wieczyste — powrócić znowu, b}' za 
nawrotem znów, nierzadko silniej i głębiej, niż 
ongiś, jarzmić urocznie dusze. Na dowód wy- 
starczy powołać koleje sławy Dantego lub 
wielokrotną palingenezę klasycyzmu greckiego. 

Tylko, że gdy fata ludzkie, rządzone jakąś 
nieprzeniknioną wolą, nie dadzą się przewidzieć, 
fata książek czy zjawisk literackich można do 
pewnego stopnia zakreślić zgóry. Podlegają 
wszak, równie jak wszelki twór ludzki, prawu 



505 



przyczyny. Przewidywanie to nie jest więc 
czczem wróżbiarstwem. 

Z tego wychodząc, wolno — sądzę — mnie- 
mać, że tak niepomierna przyczyna, jak prze- 
wrót układu sił w ustroju międzypaństwowym, 
•odbije się także na obliczu literatury. "W szcze- 
gólności, że nagły, przekraczający wszelkie 
przewidywania, zaczepiający niemal o krawę- 
dzie odwiecznego sensu bytu, renesans narodu 
i państwa polskiego nie zostanie bez wpływu 
na wewnętrzny ustrój piśmiennictwa narodo- 
wego. 

Skoro padła obmierzła tama niewoli, w któ- 
rą biła energja, poza którą się wyrywała tęsk- 
nota polska, — energja i tęsknota, tylekroć 
ubierane w kształt piękna — to siła twórcza, 
witalna siła ducha ludzkiego w Polsce wyszukać 
sobie musi nowe łożysko pędu, nowe szczyty 
do zdobycia, do wzlotów. Jest to — zdaje się — 
oczywiste. 

Więc bodaj czy istotnie nie stoimy, jak 
określa Norwid, „na rubieży czasów", bodaj 
czy nie jesteśmy widzami, jak oto jedna epoka 
urwała się nagle i odsuwa się już w błękit 
■oddalenia, a powstaje już druga, jeszcze nie- 
znana, tajemnicza. 
m" Otóż tedy, o ile zabawa w odgadywanie 
T przyszłych przetworzeń w literaturze może być 
!< mniej lub więcej interesująca, ale zawsze czcza 



— 506 - 

i płonna, o tyle zwrócenie uwagi na przyszłe, 
bodaj że rychłe, odniesienia się psychiki pol- 
skiej do zjawisk i prądów literackich minio- 
nych — może nie być bez wartości i życio- 
wego znaczenia. Nie będzie to wieszczbiarstwo 
ni owo mentorowanie nadchodzącemu pokole- 
niu, od którego się odźegnywa Żeromski w swej 
Odzie do młodości {Słowo o bandosie), al< 
trzeźwy, roztropny osąd dyktujący pewne kon- 
kretne zadania na chwilę teraźniejszą. 

Nad literaturą polską XIX w. fatum oto 
przewraca kartę. 

Powiedzmy odrazu i po męsku, że uczu- 
ciowe odniesienie się nadchodzącego pokolenia, 
do literatury polskiej XIX w. zmieni się i to- 
zmieni zasadniczo. Świętości, w których kulcie 
myśmy wzrośli i jeszcze tkwimy, nasze słońca 
i gwiazdy przewodnie, zostaną ściągnięte z wy- 
sokości i złożone w lamusie rzeczy minionych. 
Nowe słońca i gwiazdy nowe wznieść zechcą — 
i to rychło — ci nadchodzący „zdobywcy" mło- 
dzi. Ani ich martwić będzie, że te gwiazdy, 
według cierpkiej mądrości Asnyka, „pogasną 
znów". Oczywistości tej dowodzić nawet długo 
nie trzeba. 

Z niewolą Polski skończył się pewien typ 
psychiczny, zerwały się pewne struny, te wła- 
śnie, które tak boleśnie były napinane przez 
półtora wieku żądzy wolności. Zaraz ci pierwsi 



- B07 - 

dzi, co niewolę znać będą ze słyszenia, bo> 
będą „okuci w powiciu", już oni nie będ% 
gli odczuć całą pełnią duszy, całkowicie 
ez reszty wżyć się w owe żarliwości bólu, 
ntu, ofiary i samoukrzyżowań, w których 
zepalały i łamały się dusze ich ojców i dzia- 
{5 w. Nie będą już — jakże szczęśliwi! — tak 

K domówieni, jak my wszyscy, w polskich 
;rojcach i kalwarjach. 

A stąd konsekwencja już wyraźna. Za- 
Iraknie im także organu pełnego odczucia tych 
tworów, których rodowód właśnie z ogrojców;, 
raknie strun, któremiby oddźwięknąć nlogli 
całą czystością i siłą resonansu na ową boleś- 
de szczytną nutę. 

Przepowiedział kiedyś A. Górski, że przyj- 
zie czas, gdy Dziady nie będą czytane — 
mylił się. Czytane będą Dziady zawsze, póki 
Dolskiej mowy na świecie, ale chwila może juź. 
lie zbyt odległa, kiedy one nie będą odczu- 
je ane spełna, a przynajmniej nie tak odczu- 
wane, i nie od tej strony, jak były dotąd. Warto 
o sobie wyraźnie przed oczy postawić: — my 
jesteśmy ostatniem pokoleniem, dla którego to 
odczucie jeszcze możliwe, które wstąpić jeszcze 
inoźe w miejsce święte -świętych, wniknąć 
w najgłębsze jego tajnie. 

Nie o Dziady ^edine przytem chodzi. Owa. 
przeraźliwa przepaść cierpienia narodowego^ 



- 508 - 

czepiającego się krawędzi rozpaczy i ofij 
samozatracenia, jaką np. niedawno ukazJ 
Z. Gąsiorowska we wnikliwem studjum o 
łenrodzie, — czyi. to do pomyślenia, żeby 
w pełni grozy i wzniosłości otworzyła się prz6^ 
człowiekiem innego narodu, a nawet epok- 

Tj^le mówiono już o nieuznawaniu litei 
tury polskiej przez obcych, przyczynę jego wi 
dziano w wyłączności patrjotycznej. Nie utra 
fiono bodaj w sedno. Nie wyłączność stoi ni 
zawadzie, ale poprostu brak u tamtych ludz 
organu wewnętrznego odczucia, brak owe 
struny współdźwięczącej, której wolność ni< 
zdoła nigdy napiąć do ostatecznego natężenia 
na najwyższy, ekstatyczny ton. Nawet wtedy 
gdy napinać przyjdzie na tym samym rodowe 
instrumencie, 

A te właśnie tony są dominantą i w Księ 
gach i w Anhellim i w Przedświcie, a raczę 
gdzież ich niema w poezji XIX w.? To tej 
przybladną jej uroki, przycichnie mowa dc 
polskich dusz, gdy napięcie stroju nareszcit 
zwolniało. Losowi temu ulegną niewątpliwi( 
i te utwory z poza w. XIX, które on był, wsku 
tek współgatunkowości wewnętrznej, odkryi 
i uświetnił. Myślę np. o Skardze i jego kaza 
niach proroczych, dla których nie znajdzit 
osobistego odczucia wiek XX, jak go nie 
miał XVI. 



- 509 — 

Zapewne — jeszcze w najbliższych lat 

i(3siątkach, gdy te utwory o zasuwającej się 

odległość duszy nie będą odległe smakowi, 

liy żywe jeszcze będzie czucie doskonałości. 

h formy artystycznej — nici łączących bę- 

[zie ciągle dosyć. Ale kiedyś przecie i to się 

Ijończy; odmieni się epoka smaku, rozerwie 

ę jednorodność wzruszeń estetycznych; ro- 

'^lantyzm ostatecznie się skończy i zamknie, 

ik się zamknął neoklasycyzm. A wtedy czy 

ziwne będzie, że na niejeden z utworów, dziś 

la nas pJrzenaj droższych, reagować będą po- 

■lolenia przyszłe, jak my np. reagujemy na 

Ę)zieło Boskie Wiednia wybawionego Kochow- 

kiego, a choćby nawet na Satyra i Proporzec 

Kochanowskiego? t. zn. z czcigodnym piety- 

smem, ale chłodno, bez uczuciowego współu- 

iziału. 

Przystać na to trzeba już będzie bez żalu. 
Zapewne żal jest zawsze, kiedy się rozbijają 
formy stare, umiłowane, kiedy przygasają stare 
światła, — ale wiara w niepoźyty genjusz na- 
rodu mówi nam, że na zwaliskach nowe formy 
wstaną i nowym wiekom nowe zabłysną słońca. 
Żal więc utulić można ostatecznie. 

Ale jest sprawa inna. Powiedziano wyżej : 
— my jesteśmy ostatni. To trzeba mieć dobrze 
w pamięci, bo taka świadomość narzuca pewne 
powinności. 



510 



Owe otchłanie uczuć, z których, jak pio- 
mienie z dna krateru, oderwały się wiflkift 
nasze hymny boleści i tęsknoty patrjotyc/ 
nie są jeszcze bynajmniej spełna przemierzo 
nie dostrzeżone nawet częstokroć. Stąd właś 
wyrasta powinność pokolenia, pracującego dz; 
naukowo nad historją literatury w Pols 
Egzegezę wielkiej poezji patrjotycznej bud 
wać musimy w tempie wzmoźonem i z pełni 
przejęcia. Mamy przerzucić pomost wyrozumie 
nia i odczuwań między plonem dziadów a du- 
szami wnuków — my, a nikt inny. Bo wobec 
zaznaczonych perspektyw skądże brać pewność, 
że nas następcy nasi będą mogli godnie kon- 
tynuować? A dzieło do odrobienia jeszcze 
wielkie, pilne zadania! 



UZDPEłNIENIA. 



jtr. 48, po w. 12 od góry dodać: 

Koncept tego wiersza na Nowosilcowa jest stary, 
wywodzi się z Plutarcha. Ten mianowicie podaje, 
że o Katonie starym, który był rudy i zezowaty, 
krążył wśród pospólstwa rzymskiego złośliwy wier- 
szyk: »Tego rudego zyzaka, tego zębaka, który 
gryzł wszystkich, tego Porcjusza, nawet zmarłego, 
Prozerpina nie chce przyjąć do podziemia* (por. 
Plutarch Żywoty sławnych mężów, wyd. »Bibl. 
Naród. «, str. 138). 

3tr. 62, w w. 14 od góry dodać: 

Bałamuctwo z obrazami : Rejtan i ŚmierćPa- 
wła przyplątało się Branickiemu stąd zapewne, że pa- 
mięć po 12 latach pomieszała mu wypadki. W r. 1867 
wystawił Matejko w Paryżu Rejtana, ten straszny 
sąd nad pokoleniem polskiem z epoki rozbiorów, nie- 
wątpliwie ku niejakiej uciesze przewijających się 
przez wystawę Rosjan. Otóż wtenczas młody malarz 
francuski, przyjaciel Polski, Tony RobertrFleury, na 
rosyjskie triumfy z polskich upokorzeń i wstydów 
odpowiedział, malując z okrutnym realizmem właśnie 
Śmierć cara Pawła. {Przegl. PolsJci t. CXX 
(1896) str. B88). Stąd to prawdopodobnie skojarzyły 
się Branickiemu w pamięci te dwa tematy obrazów. 

Str. 62, w w. 16 od dołu dodać: 

Litewski rodowód Mickiewiczów, ich pokrewień- 
stwo z Gedrojciami, podnosi na podstawie Stryj - 
kowskiego K. Skirmunt > Jeszcze słówko o rodowodzie 
A. Mickiewicza*, Tyg. Uustr. 1903, I, 53. 



- 612 — 

Sir. 04, po w. 7 od góry dodać: 

Nie przeszkadza to jednakowoż tym, którym 
z innych względów potrzebne, uważać go za budów' 
kamienną, niewzruszoną. Żydowskie pochodzenie 
matki Mickiewicza za aksjomat przyjmuje publicyst; 
syjonistyczny, Mateusz Mieses (»I3iograrowie pol.sc^ 
a rodowód Mickiewicza*, Nowy Dziennik, Kr 
1919 ; — przytacza A. Nowaczyński Moctti 
anonimoiue, Warszawa 1921, sir. 306). Ow- 
z aksjomatu tego wyciąga wnioski ; przyjąwszy go — 
pisze on tam — > zdołamy zrozumieć dopiero pod 
kład rasowy owej erupcyjnej siły rasowej : — źródł 
owego dziwnego mistycyzmu, rzadkiego u Lechitów*. 
Wyobrażamy sobie, ile tej »erupcyjnej siły rasowej* 
tkwićby dopiero musiało w Towiańskim ! Ostatecznie 
jednak Imć pan Mikołaj Mickiewicz znalazł się przy- 
najmniej w dobrej kompanji; oto tenże sam autor 
stwierdził dowodnie, że z żydówką żonaty był także. .► 
Zeus. 

Sir. 161, w w. 6 od dołu dodać po Arcana Coelestia 
ad fidem editionis principis... denuo castigatius^ 
edidit Dr. J. Fr. Tafel, Tubingae 1833. 

Str. 215, po w. 4 od dołu podać: 

Istotnie w Kurjerze Liteiv. nr. 62, z dnia 
1 lipca 1811 r. A. Towiański, uczeń ki. II, figuruje 
w spisie uczniów, > którzy tak w ciągu szkolnego 
roku obyczajnością, pilnością i znacznym w naukach 
postępem, jakoteż w czasie popisów dokładnością 
w odpowiadaniu na zadane pytania, sprawiedliwą 
dla siebie zyskali zaletę i do publicznej podają się 
wiadomości*. 



NOTATKA B1BLJ0QRAFICZNA. 



Pomieszczone w zbiorze niniejszym studja i szkice dru- 
kowane były po czasopismach ; mianowicie : 

I, 1: w Pamiętniku literackim, Lwów 1913. str. 182 — 189, 
I, 2: w Tygodniku Ilustrowanym, 1914 I, str. 304, 
II: w Kurjerze Poznańskim z dnia 24 XII 1919 r., 
III: w Roku Polskim, Kraków 1916, zesz. 8, str. 11—16, 
IV: ogłoszony tutaj poraź pierwszy, 
V: w Przeglądzie Narodowym, Warszawa 1920, zesz. 6, 

str. 917-940, 
VI: w Zdroju t. XII, zesz. 2; Poznań, lipiec 1920, 
VII: ogłoszony tutaj po raz pierwszy, 

Viii: w Bibljotece Warszawskiej, kwiecień 1914, i w osob- 
nej odbitce, 
IX: w roczniku Eleusis t. V, Kraków 1909, str. 100 - 151, 
X: w Pamiętniku Literackitn 1916, str. 91 — 100, 
XI: tamże, 1916. str. 33— 46 i w osobnej odbitce, Lwów 1916, 
XII: w Roku Polskim 1919, zesz. 7—8, str. 317—332, 
XIII: w miesięczniku Sfinks, Warszawa 1912, zesz 11, str. 

192-228, 
XIV: w Kurjerze Poznańskim nr. 284 i 285, z dnia 10 i 11 

grudnia 1919 r. 
XV: w tygodniku Maski, Kraków 1919, str. 230—231. 

Wszystkie prawie rozprawy uległy pewnym zmianom 
czy uzupełnieniom, z wyjątkiem IX, młodzieńczej pracy syn- 
tetycznej Trud Słowackiego; tę jedną trzeba było — chcąc 
ją tutaj umieścić — albo przetworzyć całą z gruntu, albo 
zostawić w pierwotnym stroju entuzjazmu, niezbyt fra- 
-obliwego o ścisłość i ekonomję słów. Wybrałem to drugie. 

Dodatki do rozpraw I i VII ukazują się w druku 
po raz pierwszy. 



Pigoń, studja, ' ^o 



WYKAZ NAZWISK. 



A. Z.: 91. 

Aleksander Maced. : 74. 

Aleksander I, car: 102, 134, 

150, 205. 
Arystofanes : 410. 
Asnyk: 506. 
Astarte: 410. 
Augustyn św. 166. 

Baader: 134. 

Baj ko w: 157. 

Baizac: 142. 

Barruel: 136, 137, 141, 146. 

Barzykowski : 48 

Baumfeld A.: 243, 298, 304. 

Bavkowski K.: 307. 

Beatrycze: 400—404. 

Becker J.: 218. 

Begey A. : 413, 440. 

Bengel J. A.: 187—190, 196, 

234. 
Bentham J. : 67. 
Bernheim P. : 161. 
Best: 203. 
Biegański Wl. : 309. 
Biegeleisen H.: 380. 
Bieliński J. : 301. 
Bielski: 52. 



Boehme J. : 146, 164. 236 

Bonnety A.: 304. 

Bouix ks.: 438. 

Branicki Fr. Ks. : 55, 56. 59. 

62. G3, 511. 
Brochocki: 54. 
Brodziński K.: 3, 181. 230. 

233, 269. 
Brosselówna: 15. 
Bruchnalski W.: 90 
Brzozowski SŁ. : 270. 306, 327. 

355. 
Byron : 317, 319. 

Cagliostro: 194 

Canonico T.: 167, 231, 235. 

59 413. 
Carmagnola L. : 413. 
Cicero: 87, 189. 
Cichowski A. : 47. 
Cieńska: 27. 
Cieszkowski A. : 169,181,231. 

279, 355, 370. 
CWopicki E. : 54. 
Chmielnicki: 55. 
Chmielowski P. : 6, 30, 247. 

299 
Chodynicki K.: 94. 



B16 



Chodźko Al.: 261. 

— Ign. : 78, 91, 235. 

— M.: 446. 
Chołoniewski St. ks. : 96, 97. 
Chrzanowski Ign.: 35, 46, 68, 

69, 90, 136. 
Coleridge: 142. 
Condorcet: 77, 83, 90, 115. 
Ćwik Wl : 78. 
Czacki Wf. ks. : 62. 
Czartoryska T. : 4, 6. 
Czartoryski A.: 3, 14, 32, 48. 
Czechowiczówna : 27. 
Czeczot J. : 92,^228. 
Czosnowska: 27. 

Dante: 399-404, 411. 504. 
Dąbrowski T.: 390. 
Demfle H.: 234. 
Derawin : 195. 
Dilthey W.: 90, 94. 
Dmochowski: 67. 
Dobrotworski J. : 238. 
Dobrzycki St. : 1, 66. 
Domejko Ign. : 55, 364, 451. 
Drews : 305. 
Dufour: 90. 
Dunin arcb. : 251. 
Duński K ks. : 169, 260, 262, 

253, 299, 300, 301, 302, 380, 

413-441. 

Emerson R W. : 279. 
Estreicher K.: 90, 302. 
Eucken H.: 422. 

Faleński F.: 1, 2, 30. 
Falkowski St.: 236. 
Feldman W.: 50. 442. 
Ferdynand Wirtemb. : 196. 
Fichte: 359. 
Filon: 238. 
Fleury T. R.: 511. 



Fioris J. de: 185. 186. 
Fourier: 209, 237. 
Franciszek św. z Akwinu : 186. 
Franek A.: 133, 135,137,138, 

240. 
Friedrichs: 134. 

Gabryl Fr. ks. : 242, 298. 
Gadon L : 139. 
Gaszyński K.: 302. 
Gawroński Fr. R.: 61, 63. 
Gasiorowska Z. : 168, 305, 307, 

* 308. 380, 508. 
Gedrojć: 511. 
Gibbon: 77. 
Giller A. : 233. 
Goethe: 142, 146, 313. 
Golicyn: 100, 103, 104, 134, 

135. 
Gołembiowski Wl. : 239. 
Górecki A. : 299, 305, 440. 
Goszczyński S. : 91, 146, 235 

300, 379, 380, 412, 414, 

4l0. 
Górski A. : 314, 344, 466, 507. 
— K. M.: 3, 18, 19, 25, 28, 

29 30. 
Grabianka T. : 101. 102, 134, 

194—203, 205, 213, 236, 

237. 273. 
Grabowski M. : 30. 
Grass K. K.: 238. 
Groddeck: 191. 
Gubrynowicz Br.: 362, 379. 
Gurska: 21, 24, 27. 
Gutt F.: 171-184, 188, 191, 

213, 215, 216-231, 233, 

236, 254, 265, 276, 308. 

Hańska: 161. 

Heeswyck G. van : 237, 238, 

239. 
lieinrech: 96. 

33* 



- 516 ~ 



Ilelenjijsz E. (Iwanowski) : 236. 

Hello E : 358. 

Helvetius: 67, 91. 

Herder: 77. 

Hildebrand: 188. 

Homer: 317. 

Horacy : 5. 

Hordviiski: 232. 

Huch R.: 360. 

Hume: 77. 

Innocenty U: 188. 
Iwanowski D.: 168, 235. 

J. Dr. Antoni (RoUe) : 236, 238. 
James W.: 441, 422, 428. 
Jan Św. apostoł: 116 205 

337, 871. 
Januszkiewicz E. : 51 -- 64 255 
— R.: 414. 
Jarecki K.: 298, 421. 
JeJowicki Al. ks.: 250—258 

300. 301, 302, 465. 
Jonasz: 374. 
Jozue: 129. 
Judasz: 212, 240, 251. 

Kajsiewicz H. ks.: 135, 260 
253, 254, 283, 301, 302, 
303, 305. 419, 420, 422 
440 ' 

Kallenbach J. : 62, 92. 99. 100 
133. 134, 137, 139, ' 161 
20f), 233, 247. 299, 306 
;-^70. 490. 

Kant: 142, 208, 359. 

Karpiński Fr. : 1—30, 72, 77. 
89. 

Karski, p. Duński. 

Kartezjusz: 97. 

Katarzyna II : 100, 101, 102 
134. 

Kato starszy: 511. 

Kawczyński : 155, 161. 



Kąsinowski Br.: 35, 46. 

Kempis T. a: 96, 97 

Kielski B.: 35. 

Kiliński J.: 28. 

Klaczko J.: 410 

Kleiner J.: 383, 387, 405. 412. 

Klimaszew.ski H : 253, 300. .301 

Kniaźnin: 3 -7, 30, 

Kochanowski J. : 1 — 14, 509. 

Kochowski: 509. 

Kołłątaj H. 459. 

Komenda J.: 231, 282, 301 

440. 
Komierowski J. : 168, 233. 
Konarski Sz. : 232. 
Konstanty, w. ks. : 41, 103 
Korotyński W.: 52, 54. 55. 
Kościuszko: 90. 
Kot St.: 48. 
Kotowicz St : 4. 
Koziebrodzki: 19. 

— J.: 27. 
Koźmian J. : 250, 300, 380 

441. 

— K.: 66. 
Krasiński W.: 103, 104, 134. 

135. 

— Z.: 62, 78, 145, 146, 180, 
181,193.233,239.240,248. 
259, 279. 299, 302, 358. 
368—373, 375, 377, 458. 481! 

Kraszewski J. 1.; 301. 
Kraushar: 61. 
Krechowiecki A. : 48. 
Kridl M. : 136, 138, 309. 
Kserkses: 74. 
Kudlicz : 40. 
Kurpiński: 40 
Kiibel R. : 234. 
Kwoczyński P. ks. : 30 

Lachnicki: 144. 
Lack St : 358. 



- 517 — 



Lagrange: 191. 
Lamennais: 96, 138, 139. 
Laudowicz F. ks. : 239. 
Ledóchowska: 40. 
Leibniz: 208. 
Lelewel J.: 45, 70-92, 96, 

132, 139, 173, 225, 232, 

236, 322. 
Lenning: 134. 
Leonidas: 334. 
Leroux: 209. 
Lessing: 77, 208. 
Levi E.: 286, 240. 
Liebistorf: 124. 
Longinów : 134. 
Ludwik XVII, p. Naundorf. 
Lukrecjusz: 191. 

Ładzic Ch. : 53. 
Łerapicki Z.: 90. 
Łopuchin: 102. 

Macko A. ks. : 161, 162. 
Majewski J. .1.: 57—59, 63. 

— M.: 61. 

— O.: 53. 

Maj oski A : 61. 

Malewski Fr.: 103, 104,215,232. 

Małecki A. : 362, 380. 409. 

Matejko: 62, 511. 

Matter: 134. 

Mazurkiewicz J : 298. 

Maczewski P. : 479. 

Meyel L. : 161 

Mickiewicz Ad.: 7, 17, 33, 
50—56, 60—63, 64—162, 
172 173. 179, 180, 191, 
192, 200, 225, 232, 243, 
246-309. 314, 315, 322, 
336, 344.' 349, 364, 368, 
369, 392, 419, 420, 435, 
4.36, 444—490, 493—496, 
.503, 511—512. 



Mickiewicz Al.: 53, 54. 

— Fr.: 53, 232. 

— Jerzy: 53. 

— Mik.: 53, 512. 

— WI. : 60, 135, 161, 232, 245, 
299, 300, 301, 303,309, 445. 

Mickiewiczowa Barb.: 50—63. 
MieczYsławska Makryna: 438, 

45G, 458, 468. 
Mieses M. : 512. 
Mikołaj 1 car: 138, 261. 
Miller W. : 236 
Mirski S. : 256. 
Mittnacht; 161, 238, 239. 
Mochnacki M. : 443, 490. 
Mojżesz : 129, 233, 322. 
Moljer: 35. 
Montesąuieu : 77. 
Morstin H. : 442. 
Mościcki H.: 49. 
Mrozowiccy : 27. 
Murawiew: 232. 

Napoleon: 196, 205, 238,239, 
249, 260, 269, 278, 306, 316, 
370,371.374,480,481,490. 

Naundorf: 236. 

Nehring Wł. : 247, 299. 

Niemcewicz: 31—49, 78. 90 

Nietzsche: 323, 475. 

Noe: 179, 230. 

Norwid C: 317, 380, 505. 

Novalis: 145. 359. 

Nowaczyiiski A: 512. 

Nowosilcow: 37—39, 46—48, 
103, 511. 

Odrowąż Kuszlówna W. : 445. 
Odyniec A. E. : 135, 146, 232. 
Oleszkiewicz J.: 96, 97, 102, 

104 135. 162. 
Orzeszko: 52, 53, 60. 
Osiński L. : 40-43, 67. 



- 518 — 



Paluchowski: 30. 

Papus: 134. 

Pasqualis Marlinez: 100, 133, 

135. 239. 
Passavalli P.: 413. 
Paweł I, car: 62, 102. 
Pawlikowski J. Gw.; 98, 100, 

133,134,163,181,213.238, 

2M 263, 383, 40(J. 
Pelletan: 209. 
Peretiatkowicz : 136. 
Pierre Michel, p. Vinlras. 
Pietkiewicz D.: 231. 

— W.: 171, 188, 216-231, 
232. 

Pietraszkiewicz O. : 92. 
Pietraszkiewiczówna St. : 92. 
Pigoń : 140, 302. 306, 490. 
Piłat R. : 70, 94. 
Pini T.: 30, 236. 
Piszczatowski: 232. 
Pius IX: 467. 
Plater C: 260. 

— WI.: 257 258, 259. :i02. 
Plato: 25, 26, 263, 395, 410. 
Pleszczejew: 102, 195. 
Plotyn: 305 

Plutarch: 511. 
Poczobutt: 28. 
Ponińska: 16, 27. 
Porebowicz E. : 402, 403, 410. 
Potje: 41. 
Przeclawski : 135 
Przybysławska : 27. 
Puzynianka B. : 27. 

— K.: 19. 

PuzyninaFr : 16-18, 20. 2.>, 
27. 

Quinet: 282, 304. 

Rafael arcb. : 93, 192. 
Reiter M.: 135 



Retteł L.: 136. 
Reynaud: 209. 
Robertson: 77. 
Robespierre: 129. 
Robinzon: 98 
Rodin: 448. 
Romulus: 74. 
Rousseau J. J, : 72, 79. 

117, 118, 126, 136, 143. 
Rożniecki: 41. 
Różycki K.: 414, 427 "^' 
Rubczyński: 91. 
Rzewuski H.: 01. 

Sadyk-pasza: 61. 
Saint-Juste: 129. 
Saint -Martin: 97 — 14u, i4G. 

164, 209—212. -239, 240, 

263, 349. 
Schauer L. : 136. 
Scbiller: 67, 69. 
Schlegel Fr.: 359, 360. 
Schleiermacher : 359. 
Scblossburg G. : 55. 
Scbneider St: 409. 
Schubert G. G.: 240 
Scovazzi J.: 304. 
Semenenko P. ks. : 250, 252, 

253, 256, 258. 278. 300- 

303, 438. 
Siegfried : .301. 
Sieraieński J ks. : 52, 55. 
. L.: 209, 232, 37ł', 380 
Sienkiewicz H. : 33, 91. 
Sinko T. : 410, 489 
Skarbkowa : 27. 
Skarga: 508. 
Skirmunt: 511. 
Skoczkowski : 215. 
Skórkowski ks. bp. : 251. 

Skrzynecki J. : 225, 233, 

246, '248, 249. 252. 2.54, 

258, 278, 301, 303. 



519 - 



Skrzyński: 27. 

Słowacki J.: 141, 144. 160, 
181, 200, 201, 210, 211, 
234, 2i0, 263, 264, 307. 

308, 310-412, 489, 493. ' 
Smoleński Wł. : 236 
Smolikowski P. ks. : 242, 298 - 

309, 380, 489. 
Sobański: 299. 
Sokrates: 321, 396, 398. 
Solowej czy k : 55. 
Staszic: 78, 90, 459. 
Stefański: 442. 

Strój ek J. : 61. 

-Stryjkowski: 62, 511. 

Surowiecki K. ks. : 79, 137, 
141, 146. 

Suzin: 228. 

Swedenborg: 141—160, 164, 
203 - 207, 237, 238, 411. 

Swidziński: 33. 

Szabloński : 174, 228. 

^^zadkowski : 229 

Szaniawski J. K.: 40, 43 4G, 

Szczepanowski St. : 344 
. Szczepański Wl. ks. : 305. 
I Szekspir: 495. 
' Szpicnagel L. : 320. 

Szyjkowski M : 49. 

Szymanowski: 442. 

Szymanowski W. : 448 

Szymański : 174, 175, 228, 229, 
232. 

[Śniadecka L.: 61,63,401,411 

[Tarnowski St.: 55, 247, 299, 

410. 
:Tasso: 317. 
i Teresa Św.: 166, 231. 
[Terlecki ks. : 419. 
: Tieck : 359. 
Touillon: 490. 



Towiański A. : 63, 133, 138, 
163 309, 3H7, 343, 344, 
349, 352, 360, 363 378, 
412, 420 441, 451, 512 

Trembecki St. : 70, 191. 

Tretiak J. : 67, 89, 248, 299, 
314, 357, 362, ;i68, 369, 
379, 380, 409. 

Turgot : 77. 

Turowski .1. K : 29, 30. 

- L. : 306. 

Uzłowska A. : 53. 

Vico: 77. 
Yintras: 236, 282. 
Yoiney: 78-94. 

W. C. ■ 239. 
Walzel O.: 161, 410. 
Wańkowicz W.: 238, 490. 
Wasilewski Z.: 412 
Wiichter O.: 234. 
Weigel W. : 263. 
Wereszczakowa : 60. 
Wereszczakówna M. : 60. 
Wieloglowski W.: 250, 304, 

305, 419, 420, 432, 452. 
Wierzbowski T. : 56 - G3, 135. 
Willermoz : 134. 
Wirgiljusz : 5, 402. 
Wirtemberska M.: 145. 
Witkiewicz J.: 228 
Witwicki St.: 239, 243, 250, 

261, 298, 299, 301-303, 

307, 368. 
Wojciechowski K. : 66. 
Wolter: 66, 77, 85, 91, 97, 

134, 168. 
Wolodkowicz : 60. 
WoWowicz: 232. 
Woroncow ; 100. 
Woronicz : 78. 



- 520 - 



Wrotnowski F. : 257, 299. 
Wyspiański: 314, 330, 337, 
359, 442—503. 

Zaleski J. B. : Ji8, 1G2, 379, 
380, 422, 429, 4'.2, 436, 
437, 440, 441. 

Zaliwski J : 232, 440. 

Załuski R.; 184, 193, 239. 

Zan T. : 34, 228. 



Zawisza A . : 232. 
Zdziechowski M. : 441. 
Ziehen: 193. 
Zieliński T. : 67. 
Ziemba T.: 89. 
ZienkowiczTL.: 61. 

Żeromski : 321, 486, 506. 
Żółkowski: 40. 



O 



PG Pigoń, Stanisław 

7051 Z epoki Mickiewicza 

PĄS 



PLEASE DO NOT REMOYE 
CARDS OR SLIPS FROM THIS POCKET 

UNIYERSITY OF TORONTO LIBRARY