(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Z podróży po Bośni i Hercegowinie"

Google 



This is a digital copy of a book that was prcscrvod for gcncrations on library shclvcs bcforc it was carcfully scannod by Google as part of a projcct 

to make the world's books discoverablc onlinc. 

It has survived long enough for the copyright to cxpirc and thc book to cntcr thc public domain. A public domain book is one that was never subjcct 

to copyright or whose legał copyright term has expircd. Whcthcr a book is in thc public domain may vary country to country. Public domain books 

are our gateways to the past, representing a wealth of history, cultuie and knowledge that's often difficult to discovcr. 

Marks, notations and other maiginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journcy from thc 

publishcr to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial partics, including placing technical rcstrictions on automatcd querying. 
We also ask that you: 

+ Make non-commercial use ofthefiles We designcd Google Book Search for use by individuals, and we request that you use these files for 
person al, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automatcd queries of any sort to Google's system: If you are conducting rcsearch on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a laigc amount of text is hclpful, pleasc contact us. We cncourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attributłonTht Goog^s "watermark" you see on each file is essential for in forming peopleabout this project andhelping them lind 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał WhatCYcr your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assumc that just 
becausc we believc a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whcthcr a book is still in copyright varies from country to country, and we can'l offcr guidancc on whcthcr any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
anywhere in the world. Copyright infringement liabili^ can be quite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps rcaders 
discoYcr the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli icxi of this book on the web 

at |http : //books . google . com/| 



Google 



Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznydi pólkach, zanim została troskliwie zeska^ 

nowana przez Google w ramach projektu światowej bibhoteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 

dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 

dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 

dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 

długą podróż tej książki od wydawcy do bibhoteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady uźytkowEinia 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prEice takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostEu^czać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 
Prosimy również o; 

• Wykorzystywanie tych phków jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w nickomcrcyjnycti 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysylanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tlumaczeniEimi maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości telfstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny"Googłe w łsażdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowyeti 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 



Hganie prawa 

W ItEiżdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana łisiążka została uznana za część powszecłmego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób tralrtowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych lirajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej użj'wać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 
tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem [http : //books . google . comT] 



z podróży po Bośni i Hercegowinie 



,N 



X. MARCIN CZERMIŃSKI T. J. 



-i. 



imiiie 



410 



KRAKÓW 



z 3''] 



NAKŁADEM REDAKCYI «MISSYJ KATOLICKICH » 

W KRAKOWIE, W DRUKARNI »CZASU« FR. KLUCZYCKIEGO 1 SPÓŁKI 

pod zarządem Józefa Łakocińskiego 



fo5^a'-3loo%i 




PRZEDMOWA. 



Śdy przed kilku laty pisałem o Albami, 
• a następnie o Dalniacyl i Czarnogórze, 
otrzymywałem z rozmaitych stron listy 
zachęcające, abym szersze warstwy czytelników 
zapoznał z krajami, tamtym sąsiednimi, a nam 
pobratymczymi: Bośnią i Hercegowiną. Wcale 
mnie nie dziwiły pragnienia wielu. Tysiące ro- 
dzin polskich i ruskich ma w krajach „okupa- 
cyjnych" swych krewnych, zajmujących nieraz 
wysokie stanowiska w urzędach lub wojsku. 
Niejeden chciał bliżej poznać stosunki, ludzi 
i kraj, w jakim przebywają drodzy jego sercu. 



-—VI — 

Ponieważ nikt z Polaków dotychczas nie podjął 
się obszerniejszej pracy w tym kierunku, przeto 
wybrałem się do Bośni i Hercegowiny w podróż, 
w latach 1895 i 1898, a co zebrałem materyału, 
ogłosiłem w XVII Roczniku „Missyi katolickich,'' 
obecnie zaś z niektóremi uzupełnieniami w ni- 
niejszej książce podaję do wiadomości czytel- 
ników. 

W ciągu opowiadania kładę pewien nacisk 
na tamtejsze stosunki religijne, nietylko dlatego, 
że jestem kapłanem, i że uważam religię jako 
najważniejszy czynnik cywilizacyjny. Sprawa 
wyznaniowa na półwyspie bałkańskim wogóle, 
a przedewszystkiem w krajach „okupacyjnych" 
była od najdawniejszych czasów osią, około 
której obracała się ich polityka zarówno we- 
wnętrzna jak zagraniczna. 

Przy własnych spostrzeżeniach i badaniach 
starałem się uwzględniać prace innych autorów, 
pozostające dotychczas w rękopisach lub już 
ogłoszone drukiem. Uważam jednak za zby- 
teczne przytaczać na tem miejscu długi szereg 
źródeł, jakiemi się posługiwałem, gdyż czytel- 
nik ważniejsze z nich łatwo znajdzie w ciągu 
tekstu lub dopiskach. 



■4 ^=■ "■" ' . ~ — -^ , 



zi :*jt r«: tr.r^j. . '\ — ^i-' . v v l::-: 



>_ ^. . . « 



I Z-'^- V >^ 






^ . 



V ■> _ • 



i - ^ ^ . "~ l» T* _'T- T*i_ . 



• ■« 



- T" . ' -i. _ — " 



- S_ -. - i . _ 



^a. . fc 



_ ■^ % _ 



-V. Marczn Cs^r-m:^^ 



.-i 




t^^T) i-tn. •rsi ••?><• i^F* ^T^ »^ •js. "T^ ^C •'T^ •■^ •tn. •tn. i/jn* •Tsi •]%. •ps. tf'^^^^® 



ROZDZIAŁ I. 



Przeszłość Bośni i Hercegowiny. 



' I 



.1 



Przez Lublanc — Kraljewicę — Zagrzeb do Bośni i Hercegowiny. 
Ogólny pogląd na te kraje. Cztery epoki przeszłości dziejowej: 
rzymska — wędrówek ludów — banów i królów bośniackich — 
panowania muzułmanów do okupacyi przez Austro- Węgry w r. 1878. 

Obecna organizacya Bośni. 

W połowie maja 1895 r., korzystając z bytności 
w Wiedniu, dokąd dla interesów musiałem wyjecliać, 
już nie utartemi szlakami przez Węgry, lecz przez kraje 
południowo- słowiańskie, wybrałem się w podróż do Bośni 
i Hercegowiny. Zaledwie parę godzin zatrzymałem się 
w Lublanie, gdzie właśnie najstraszniejsze katastrofy 
jedna za drugą następowały, wskutek długiego i gwał- 
townego trzęsienia ziemi, i dalej ruszyłem w drogę nad 
wybrzeża Adryatyku, tam, gdzie cudowna znajduje śię 
słowiańska ririera ze swoją Abbazyą, Yoloską, Lowraną, 
stara rzymska kolonia: dziś Fiume-Rjeka i ów sławny 
zamek istryjskich królików: margrabiów Frangipani 

Bośnia i Hercegowina. I 



2 BOŚNIA. 

U samego wstępu do dawnego portu miasteczka Kral- 
jewicy (Portorć). Za czasów cesarza Leopolda I, w tym 
zamku, w sali zwanej sub rosa, w roku 1667 magnaci 
węgierscy Rakoczy i Zrynyi razem z Krzysztofem Fran- 
gipani^m konspirowali przeciw cesarstwu, skutkiem czego 
na śmierć zostali skazani, a dobra możnego rodu Fran- 
gipanich, którego ostatni przedstawiciel w spisku brał 
udział, przeszły na rzecz skarbu. W ostatnich czasach 
ten monument przeszłości groził ruiną, jak wiele innych 
w okolicy; rząd go sprzedał za bezcen Siostrom Miło- 
sierdzia. Od nich odkupili go 00. Jezuici, a odrestau- 
rowawszy, założyli w nim kolegium dla swojej uczącej 
się młodzieży zakonnej. Miałem tam wielu znajomych, 
niektórzy z nich pracowali jako missyonarze w Bośni, 
więc wstąpiłem do zamku, aby zasięgnąć informacyj, 
których nigdy zanadto, jeśli korzystnie chce się podró- 
żować. Nie łatwo mogłem wyrwać się z grona zakon- 
nych mych Braci. Prawie znaglony zatrzymałem się 
dni parę, aby zwiedzić cudną okolicę i przypatrzyć się 
zbliska życiu naszych Słowian. Prawie samo pióro 
rwie się i prosi, aby choć słowem opisać co się wi- 
działo i czuło wśród tej okolicy. Lecz że ona nie na- 
leży do przedmiotu naszego opowiadania, spieszmy do 
Bośni na Zagrzeb, zkąd najsilniejszy prąd odrodzenia 
płynie na bratni naród bośniacki. 

Wstąpiłem do stolicy kroackiej głównie, aby za- 
poznać się z ks. opatem Hoeppergerem, general- 
nym przełożonym Sióstr Miłosierdzia kongregacyi Za- 
grzebskiej, pod którego zarządem pozostają liczne szkoły 
i zakłady wychowawcze w Bośni i Hercegowinie, Sta- 
rzec 74-letni, rześki jak młodzieniec, zatrzymał mnie 
u siebie, a informując o stosunkach bośniackich, opro- 
wadzał po licznych zakładach wychowawczych i miło- 
siernych w Zagrzebiu, których sam był twórcą. To 



A BOŚNIA. 

drugi Don Bosco na Słowiańskiej ziemi. Chociaż 
Tyrolczyk z pochodzenia, przez 40 lat pobytu w Za- 
grzebiu, tak się zrósł z tern miastem i ziemią Słowiań- 
ską, że niezawodnie Kroacya nie wielu ma takich, jak 
on, synów. Internat dla 350 panien seminaryum nau- 
czycielskiego, szkoła 8-klasowa dla 1000 dzieci, szpital 
najlepiej urządzony w Kroacyi na 400 łóżek, zakład 
dla sierót, gdzie chłopcy uczą się najrozmaitszych rze- 
miosł — wszystko pod kierunkiem Sióstr Miłosierdzia — 
to jego dzieło ^). Ks. opat nie ograniczył działalności 
swojej na Kroacyc. Wysłał on Siostry Miłosierdzia do 
Bośni i Hercegowiny, pobudował im klasztory i szkoły, 
zasilał w fundusze, aby dzieło Boże wśród Słowian 
wzrastało. On też udzielił piszącemu cennych wska- 
zówek do niniejszej pracy. Toż bezpiecznie możemy 
teraz puścić się w drogę do » Słowiańskiej Szwajcaryi«, 
jak Bośnię i Hercegowinę nazywają francuzcy i angiel- 
scy turyści. 

Lecz zanim czytelnika oprowadzę po nieznanych 
tych krajach, przypatrzmy się ich położeniu geogra- 
ficznemu i rzućmy okiem w przeszłość dziejową, bez 
czego wiele rzeczy widzianych nie łatwo przyszłoby 
nam zrozumieć. 

Otwierając kartę geograficzną Austro- Węgier, spo- 
strzegamy, że Bośnię odgranicza z północy sławna rzeka 
Sawa od Węgier ; od strony wschodniej przytyka ona 
do Serbii, od zachodniej do Kroacyi i Dalmacyi, na 
południu łącząc się z Hercegowiną przytyka do No- 
wego Bazaru i Czarnogóry, a nawet i do morza Adrya- 
tyckiego. Przestrzeń jaką zajmuje (51.028 km. D), nie 
wiele jest mniejszą od król. czeskiego (51.697 km. D)> 



*) W pół roku po wyjeździe moim z Zagrzebia, otrzymałem 
ztamtfd wiadomość o śmierci ś. p. ks. Hoeppergera. 



PRZESZŁOŚĆ BOŚNI I HERCEGOWINY. c 

lecz ludność nie jest wielka, gdyż wynosi zaledwie 
1,568.092. Prócz wielu mniejszych, cztery wspaniałe 
rzeki: Una, Vrbas, Bosna i Drina przecinają prawie 
całą Bośnię, i zasilają wody Sawy, łączącej się z Du- 
najem. Na południu znowu Neretwa czyli Narenta, 
hercegowińska rzeka, nader szerokiem korytem wpada 
do Adryatyku. Zarówno Bośnia jak Hercegowina są 
krajem górzystym i lesistym, około kilkaset metrów 
nad poziom morza wzniesionym; w Hercegowinie 
lasów mniej, najczęściej skały wapienne, porosłe krza- 
kami. Wśród skał i lasów rozpościerają się dość 
często płaskowzgórza bogate, a na nich rozrzucone 
wsie i miasteczka. Ludność co do wyznania jest bar- 
dzo mieszaną. Podług statystyki z roku 1895, za- 
mieszkuje Bośnię i Hercegowinę: 333.306 katolików, 
673.861 wschodniego wyznania, 548.818 mahometan, 
8.208 żydów i około 4.000 osób innych wyznań. 
W Bośni wyznanie miesza ludność z narodowością: 
więc katolik nazywa się Bośniakiem lub Hrwatem, 
wschodniego wyznania Serbem, Muzułmanin zaś na- 
zywa się czasem Bośniakiem, nigdy Serbem, lecz naj- 
częściej Muzułmaninem, jak żydzi tamtejsi Spaniolami — 
ponieważ rzeczywiście z Hiszpanii pochodzą i między 
sobą mówią hiszpańskim żargonem. Zresztą wszyscy 
tak Chrześcianie jak Muzułmanie używają wyłącznie 
kroacko-serbskiego języka, nie różniącego się prawie 
w niczem od mowy Dalmatyńców, Czarnogórców, lub 
Serbów, 

Przeszłość dziejowa Bośni i Hercegowiny jest na- 
^er interesującą. Widzimy w niej bowiem ciągłe walki 
świata cywilizowanego z barbarzyństwem od zamierz- 
chłych czasów aż po dnie dzisiejsze. Cztery główne 
epoki dadzą się w niej zaznaczyć, z których kaźdb^.wy- 



BOŚNIA. 



bitne piętno na tym narodzie pozostawiła. Do pier- 
wszej należą czasy przedhistoryczne i rzymskie, aż 
do napadu Gotów i Awarów; do drugiej: przybycie 
i osiedlenie się Słowian, aż do założenia bośniackiego 
królestwa; do trzeciej: panowanie królów bośniackich, 
aż do upadku państwa i zajęcia go przez Turków; 
wreszcie czwartą epokę stanowi panowanie Muzułma- 
nów aż do kongresu Berlińskiego r. 1878, w którym 
Bośnię i Hercegowinę oddano w zarząd Austro-Wę- 
grom. 

Podług najstarszej tradycyi, już w IV wieku przed 
Chr. zamieszkiwał Bośnię lud )>illyryjski,(( i został 
wyparty przez Celtów przybyłych ze Wschodu. Nie 
długo jednak mieli Celtowie zostać panami kraju. 
W Il-gim wieku przed Chr., zwycięzkie orły Rzymian 
dotarły do Narenty (Neretwy). Zwyciężeni połączyli 
się z ludami osiadłymi pomiędzy rzekami Narentą 
a Kerką (położoną w północnej Albanii), które od sto- 
licy swej Delminium, otrzymały nazwę Delmatów, i za- 
warli z nimi przymierze przeciw Rzymowi. Pierwsze 
powstanie zostało poskromione przez Korneliusza Sci- 
piona Nasikę, poczem Delminium zamieniono w gruzy. 
Po kilkakrotnych walkach Cajus Cosconius zadał 
zbuntowanym ludom w r. 70 przed Chr. stanowczą 
klęskę, a kraj ich wcielił do rzymskiej prowincyi zwa- 
nej Illiryą. I teraz wszakże podbite plemiona usiło- 
wały zrzucić jarzmo Rzymian. Potrzeba było dopiero 
tak wielkich wodzów jak Tyberiusz i Germanik, którzy 
w 6-tym roku po Chr. zdołali wreszcie stłumić całko- 
wicie najniebezpieczniejsze powstania, lecz zarazem cały 
kraj zamienili w pustynię. 

Teraz dopiero Rzymianie wcielili do prowincyi 
Panonii całą część Bośni, leżącą dziś na północ od 
linii kolei żelaznej łączącej Nowi, Banialukę, Doboj, 



Srebrenik i Zwornik, resztę zaś kraju przyłączyli do 
prowincyi znanej pod nazwą Dalmacyi. 

Jak wszędzie tak i tutaj umieli Rzymianie nadać 
tubylczej ludnoici piętno swej oświaty i cywilizacyi. 



Typy muzułmanów. 

Świadczą o tem znajdywane w tym kraju szczątki dróg, 
kopalń, grobowców, budynków, rzeźb, mozaik, również 
napisy i monety. Ze szczególną gorliwością zwycięscy 
zajęli się górnictwem, a Pliniusz powiada, źe jeszcze 



8 BOŚNIA. 

za czasów Nerona znajdowało się tam złoto na po- 
wierzchni ziemi. 

. Cały okres czasu aż do zajęcia Bośni przez Gotów 
pod dowództwem Teodoryka, niknie znowu w mroku, 
gdyż nader szczupłe dotychczas mamy wiarogodne hi- 
storyczne materyały z długiej tej epoki. 

Z końcem VI wieku Awarowie pustoszą Bośnię, 
i dopiero zostają wyparci przez Słowiańskie narody 
Chorwatów (Kroató w) i Serbów, wezwanych przez ce- 
sarza Herakliusza. Jakie są dzieje tego narodu aż do 
X wieku, dotychczas bardzo niewiele da się powiedzieć, 
ponieważ nie mamy prawie żadnych pomników współ- 
czesnych. Cokolwiek o Słowianach osiadłych w Bośni 
dowiadujemy się od bizantyńskiego pisarza Konstantyna 
Porphyrogenita. Podług tego źródła historycznego 
Kroaci i Serbowie tworzyli tak zwane żupy, czyli 
okręgi, które miały samorząd pod przewodnictwem 
banów. Dopiero od czasu przybycia apostołów sło- 
wiańskich ŚŚ. Cyryla i Methodego z końcem IX wieku, 
mamy więcej pomników rzucających jaśniejsze światło 
na przeszłość Bośni. Z nich dowiadujemy się, że ten 
kraj znajdował się raz pod panowaniem królów kroackich 
Tomisławem i Kreszimirem, to znowu pod narodowymi 
banami, lub cesarzami bizantyńskimi Bazylim II i Ema- 
nuelem Komnenem. 

Już począwszy od X wieku, stosunki religijne 
w Bośni były bardzo zawikłane. Byli tam Słowianie 
obrządku łacińskiego, zostający w jedności z Rzymem, 
i obrządku wschodniego, zależni od patryarchy konstan- 
tynopolitańskiego przez swego biskupa mieszkającego 
w RaSa, w Serbii. Bośnia była tym punktem środ- 
kowym, gdzie ścierały się ze sobą wpływy religijne 
Wschodu z Zachodefti ; lecz nietylko wpływy religijne. 
Ci Słowianie różnili się między sobą także plemiennie : 



PRZESZŁOŚĆ BDŚKl I HERCEGOWINY. g 

wschodniego obrządku — Serbowie zwracali się zawsze 
ku Serbii i Bizancyum, — łacińskiego obrządku, ku 
Kroacyi, Dalmacyi i Rzeczypospolitej Raguzkiej. Na 
całą Boinic istniało wówczas tylko jedno biskupstwo 
i jednym kościołem katedralnym Św. Piotra w żupie 
Yrhbosna. B i- 
skupstwo bo- 
śniackie (Bose- 
niensis ecclesia) 
wskutek rozpo- 
rządzenia Pa- 
pie2a Aleksan- 
dra II, pozosta- 
wało od r. 1067 
pod zwierzch- 
nictwem Arcy- 
biskupa ze Spa- 
lato, metropo- 
lity z Dyoklei- 
Antiwari, nastę- 
pnie obejmuje 
nad nim zwierz- 
chnictwo Arcy- 
biskup Raguzy, 
a w roku 1191 
Klemens III 

znowu wciela je Bośniacki Turek, 

jako suffraganię 

Arcyb. ze Spalato. Spór Spalata z Raguzą tem się 
kończy, że dyecezya Bośniacka w r. 1247 zostaje suf- 
fraganią Arcybiskupstwa w Kaloczy na Węgrzech, 
chociaż tytularnie należała do Spalato. 

Wzajemny antagonizm narodowościowo - religijny 
w Bośni, brak duchowieństwa i ustalonych stosunków 



^ 



I o • BOŚNIA. 

hierarchicznych,' a wskutek tego chwiejność wiary, 
słabo ugruntowanej w narodzie, przyczyniły się do 
rozkrzewienia sekty ^Bogamiłów: czyli Paterenów, która 
doniosły wpływ wywarła na losy tego kraju, a nawet 
przygotowała jego upadek ^). Brak jedności religijnej 
w Bośni uważamy za główny powód, dlaczego nawet 

^) Nie zrodziła się ta sekta na słowiańskim gruncie. Po- 
czątek jej był następujący: Juź w połowie VIII wieku władzcy 
bizantyńscy dla zabezpieczenia swego państwa od strony północnej, 
sprowadzili do Europy odważnych armeńskich żołnierzy, którzy 
byli zarażeni sektą syryjskich Manichejczyków z III-go stulecia. 
Na Wschodzie ta sekta nazywała się Paulicyanami, na Zachodzie 
Kataro-Paterenami, na półwyspie Bałkańskim Bogomiłami. Jak 
zwykle heretycy, tak i oni w swych dogmatach i zasadach mo- 
ralnych różnili się ze sobą — w jednem się zgadzali: w odszcze- 
pieństwie od Kościoła tak Katolickiego jak Wschodniego i w walce 
przeciw ustrojowi państwowemu. Stowarzyszenie to, mające cha- 
rakter religijny, wprowadził do Bośni Jeremiasz, zwany przez lud 
Bogo-mil, głosząc najwyraźniej dualistyczną herezyę Manichejczyków. 

Prócz licznych błędów odnoszących się do Osób Trójcy Prze- 
najświętszej i upadku aniołów, Bogomiłowie uważali cały świat wi- 
dzialny za dzieło Satanaela, początku wszelkiego złego; odrzucali 
wszelką władzę świecką i duchowną, kapłańską, Sakramentów albo 
wcale nie uznawali, albo jakieś dziwaczne, pełne zabobonów cere- 
monie na ich miejsce ustanawiali, potępiali małżeństwo, nie uży- 
wali mięsnych pokarmów, zakazywali wojny, często się modlili, 
gardzili bogactwami, lecz zarazem gardzili ludźmi nie należącymi 
do ich sekty, zwłaszcza oddającymi się naukom. Bogomiłowie na- 
zywali siebie „dohri BosniaM^ (dobrymi Bośniakami) albo „swrzt- 
teli^^ (wybranymi). Do tych •wybranych* nie każdy chciał i mógł 
należeć. Ludzie żonaci, chociaż wszystkie dogmata sekty przyjmo- 
wali, nie mogli być przyjęci do najwyższej klasy, dopokąd przy- 
najmniej przed śmiercią nie pozbyli się związków małżeńskich. 
Pozorna asceza przewodników sekty, otaczała ich aureolą świętości 
wobec niewykształconego religijnie ludu; to też w połowie XII-go 
stulecia liczyła tysiące swoich zwolenników, a między nimi nawet 
możnowładzców i niektórych duchownych wschodniego wyznania. 
Wobec znanych zresztą zasad tych słowiańskich sekciarzy, co naj- 
mniej, zadziwić może zdanie angielskiego podróżnika Mr. Evans*a, 



PRZESZŁOŚĆ BOŚNI I HERCEGOWINY. I i 

i W późniejszych wiekach to państwo nie zajęło sta- 
nowiska, jakie mogłoby zająć na półwyspie Bałkań- 
skim. Z jednej strony Bogomiłowie, jako heretycy da- 
wali powód królom węgierskim, jako opiekunom kato- 
licyzmu, do mieszania się w sprawy wewnętrzne bo- 
śniackie, z drugiej strony korzystali banowie miejscowi, 
aby za pośrednictwem Węgrów lub Bogomiłów zapa- 
nować nad całym krajem. 

Po zgonie bizantyńskiego cesarza Emanuela Ko- 
mnena r. 1180, Bośnia znowu odzyskała niepodległość. 
Na czele jej stanął ban K u 1 i n , blisko skoligacony 
ze Stefanem Nemanią Wielkim Żupanem Serbii, przez 
swą siostrę, która wyszła za jego brata Mirosława, 
oddanego sekcie Bogomiłów. Po śmierci męża, wdowa 
przybyła na dwór swego brata Kulina, wniosła w dom 
jego swoje dziedzictwo : ziemię Zahum, i utwierdziła go 
w przekonaniu, że dla odrębnego państwa Bośniackiego, 
najlepszaby była odrębna religia Bogomiłów. Kulin 
chcąc się uchronić od wpływów króla węgierskiego, 
skłonił się do rad siostry i przystał do sekty wraz 
z 10.000 swego ludu. Król Emeryk poczuwając się 
do obowiązku czuwania nad interesami katolicyzmu 
w Bośni, zamierzał wtargnąć do niej na czele wojska 
i rozpocząć krucyatę przeciw Bogomiłom. Upoważnił go 
do tego kroku Papież Innocenty III. Lecz ban Kulin 
dowiedziawszy się o zamiarach króla, uprzedził wtar- 
gnięcie do Bośni wojsk węgierskich i prosił Papieża 
o przysłanie legata, któryby zbadał jego wiarę i upo- 
rządkował sprawy kościelne w Bośni. W tym celu 
przybył tam r. 1203 Jan de Casamaris w imieniu Arcy- 



który w nich upatruje protoplastów reformacyi i chce uważać juz 
wówczas Bośnię za państwo protestanckie! (Evans. »Trough Bo- 
śnia and the Herzegovina on Foot during the insurrection.« Lon- 
don. 1877. 



V 



1 2 BOŚNIA. 

biskupa Spalateńskiego, papieskiego legata, i nie tylko 
bana, ale i wielu wodzów Bogomilskich nawrócił do 
jedności z katolickim Kościołem ^). Od tego czasu spokój 
zawitał do miotanego wojnami kraju i wzrósł dobrobyt 
wśród ludu. Pisarz raguzki, Orbini, opowiada, że za 
jego czasu t. j. jeszcze w XVII wieku, Bośniacy mieli 
zwyczaj mówić, gdy im się powodziło: » Powracają 
czasy bana Kulina.« 

Niestety, Kulin przed śmiercią znowu przeszedł 
do herezyi Paterenów i sekta poczęła bardzo szerzyć 
się w Bośni. Dopiero po jego śmierci około r. 1204, 
gdy król Węgier Andrzej jako opiekun interesów kato- 
lickich w Bośni, oddał rządy nad nią banowi Zibisła- 
wowi, dzielnemu katolickiemu księciu, walka z Bogo- 
miłami na dobre się rozpoczęła. Aby go wesprzeć 
w krucyacie, Papież Honoryusz III wezwał swego le- 
gata na Węgrzech, aby zachęcił króla do walki z he- 
retykami nqui in partihus Bosnae.., velut lamie nu- 
datis mammis catulos suos lactent dogmatizando pałam 
suae pravitatis errores..,^^ ^). 

Wśród zepsucia, jakie wówczas ogarnęło prawie 
całą Bośnię, zwłaszcza gdy Biskup Daniel stał się apo- 
statą i pociągnął za sobą wielu katolików do odstęp- 
stwa, pięknie się wyszczególnia silna wiara bana bo- 
śniackiego Zibisława, który niczego nie pominął, aby 
lud swej pieczy poruczony poddać Bogu i Jego Ko- 

') Acta Bosnae potissimum ecclesiastica cum insertis edito- 
rum documentorum regestis ab anno 926 usque ad annum 1752. 
Collegit et digessit P. Eusebius Fermendźin Ord. S. Fr. Aca- 
demiae Scientiarum Socius. Edidit Academia Scientiarum et artium 
Slavorum meridionalium. Zagrabię 1892. 

Wissenschaftliche Mittheilungen aus Bosnien und der Her- 
zegowina herausgegeben voro Bosnisch-Herz. Landesmuseum in 
Sarajewo. Bd. V. Wien. 1897, str. 3 20 i nast. 

^) Theiner. Monum. Hung. tom. I. p. 3i. 



II 

!l 

I 
fi 
3 



H 



BOŚNIA. 



ściołowi. To też spotkał go zaszczyt wielki: sam Pa- 
pież Grzegorz IX w liście doń pisanym, przyznaje mu 
zasługi położone około kraju i bierze go wraz z pod- 
danymi w opiekę Stolicy św. ^). 

Lecz Bogomiłowie nie dali się nastraszyć groźbą 
Andrzeja II króla Węgier, i owszem wybrali swym ba- 
nem Macieja Ninosława, zupełnie oddanego sekcie. Spo- 
wodowało to wkroczenie wojsk węgierskich Andrzeja II 
i kroackich pod wodzą jego syna Kolomana, następnie 
i Beli IV do Bośni, która straciłaby zupełnie przytem 
swą niepodległość, gdyby najazdy Mongołów w r. 1241 
na wschodnio -południowe prowincye, nie zadały sa- 
mym Węgrom strasznej klęski. Jednakowoż przybycie 
wojsk węgierskich pod Kolomanem do Bośni, wielkiem 
było dobrodziejstwem dla kraju, ponieważ dopiero 
przy takiej pomocy mógł Zibisław ukrócić potęgę he- 
rezyarchów, rozszerzyć wiarę katolicką, a następnie za- 
łożyć stolicę Biskupią w pobliżu miejscowości, gdzie 
w latach późniejszych (141 5) Izaak, wódz wojsk suł- 
tana Muhameda I założył stolicę Bośni : Sarajewo. Po 
śmierci Zibisława (r. 1238), objął rządy nad Bośnią 
ban Ninosław ze sekty Bogomiłów, co spowodowało 
wkroczenie wojsk Beli IV do tego kraju, i zajęcie pół- 
nocnej jego części. W r. 1250 nie znajdujemy już 



') Między innemi znajdujemy i te słowa w liście z r. i236 
Grzegorza IX: »Te sicut laetantes accepimus, inter principes Bo- 
snensis dioecesis infectos macula haereticae pravitatis ex istis quasi 
lilium inter spinas, prosequendo soilidte bene coepta, per quem 
valeat augmentum Christiani nominis auctore Domino provenire, 
sincere cłiaritatis brachiis amplexantes, personam tuam et terram 
tuam, cum bonis omnibus, quae in praesentia rationabiliter possides, 
sub B. Petri protectionem recipimus etc.« Dat. Reatae VI. Id. Aug. 

Podobnież napisat Ojciec św. do matki Zibisława, niewiasty 
silnej wiary i niepospolitej cnoty. Cf. lllirici Sacri T. IV. auctore 
Daniele Farlati S. J. pag. 4S. Yenetiis 17^)9. 



Kmieć z pod Banialuki z ion^. 



1 6 BOŚNIA. 

wzmianki o Ninosławie. Bośnią rządzili odtąd miej- 
scowi banowie, z których najznakomitszym był Stefan 
Kotromancić (1338 — 1353). Nawróciwszy się do 
wiary katolickiej razem z wielu magnatami, stał Isię 
założycielem sławnej dynastyi Kotromancić^ów, która 
przez długi czas dawała Bośni banów lub królów. 
Nas Polaków może więcej interesować ten ban bo- 
śniacki, gdyż poślubił Elżbietę córkę księcia kujaw- 
skiego Kazimierza, z któregoto małżeństwa jedyna 
córka, również imieniem Elżbieta, została w r. 1353 
małżonką Ludwika króla Węgier i Polski, a matką 
królowej Jadwigi. 

Dzielny ban szczęśliwie walczył idąc z pomocą 
królowi węgierskiemu, i umiał się oprzeć napaści na- 
wet tej miary mocarzowi, jakim był Stefan Duśan car 
Serbii, Grecyi i Bulgaryi. Ponieważ nie pozostawił 
męskiego potomka, rządy po nim objął jego synowiec 
Twrtko I (1353 — 1390* ^y^ ^o pierwszy władzca bo- 
śniacki, który kazał się koronować królewską koroną. 
Rozszerzył on tak dalece granice swego państwa, że 
przy koronacyi w Mileśewie r. 1376, mógł się ogłosić 
królem nietylko Bośni, lecz i Serbii, a w rok przed 
śmiercią (r. 1390) przybrał jeszcze tytuł króla Kroacyi 
i Dalmacyi. Za jego rządów podniósł się handel i prze- ^ttt 
mysł w kraju, lud doszedł do niebywałego dawniej 
dobrobytu. Było jego marzeniem zdobyć Raguzę 
i Kotar (Cattaro), aby mieć dowstęp do morza Adrya- 
tyckiego. Gdy mu Raguza opór stawiła, przynajmniej 
założył w Novi (Castelnuovo) port na Adryatyku, a po 
długich układach wymógł na Maryi królowej węgier- 
skiej całą zatokę Kotarską. Byłby może już teraz Spa- 
lato » przy łączy ł« do swego królestwa, gdyby nie gro- 
ziło mu niebezpieczeństwo od Wschodu. Oto Turcy 
w zwycięskim pochodzie wkroczyli do Serbii (1387). 



łł-i 



PRZESZŁOŚĆ BOŚNI I HERCEGOWINY. \n 

Twrtko I wyruszył w pomoc księciu serbskiemu Łaza- 
rzowi i pobił nieprzyjaciela. Lecz w dwa lata później, 
w d. 1 5 czerwca Turcy zadali na polu Kossowem straszną 
klęskę sprzymierzonym serbsko -bośniackim wojskom, 
której następstwem był upadek królestwa serbskiego *). 
Na razie dla Bośni niebezpieczeństwo było za- 
żegnanem. To też Twrtko I zwrócił się znowu ku 
Dalmacyi i zajął miasta: Spalato, Trau i Sebeniko. 
Śmierć prawie nagła w roku 1392, nie dozwoliła mu 
utrwalić zjednoczenia zdobytych miast i prowincyi, 
nawet nie zdołał zabezpieczyć następstwa tronu swemu 
synowi Twrtkowi II. Królem Bośni został brat Twrtka I, 
Stefan Dabiśa. Od czasu Twrtka I poczyna się wpra- 
wdzie szereg królów bośniackich ^), ale zarazem wsku- 
tek rozmaitych pretendentów do tronu, na który moż- 
nowładzcy bośniaccy chcieli wynieść swoich stronników, 
powstają wojny domowe, z których korzystają Węgrzy 
i Turcy. Król Zygmunt chciał uczynić z Bośni lenne 
królestwo, więc wspierał tych kandydatów do tronu, 
którzyby się zgodzili na lennictwo. Z drugiej strony nie 
jeden z królów bośniackich zbliżał się ku Węgrom wi- 
dząc w zjednoczeniu obydwu katolickich królestw większe 
bezpieczeństwo przeciw groźnemu pochodowi Osmanów. 



*) Zob. Wissenschafiliche Mittheilungen aus Bosnien und 
der Herzegowina, herausgegeben vom Bosn.-Herz. Landesmuseum 
in Serajewo. II Band. Wien, 1894. str. 173 — 178. i IV Band. 
Wien, 1896. str. 824 — 3^2. 

'^) Królowie bośniaccy: Twrtko 1 i353 — 1392; — Stefan Da- 
biśa 1392 — 1396; — Helena Gruba, wdowa po Dabiśy 1396 — 1398; — 
Stefan Ostoja Christicz 1398 — 1404; — Stefan Twrtko 11 Twrtkowić 
1404 — 1408; — Stefan Ostoja (po raz drugi) 1408 — 141 8; — Stefan 
Ostoj ić 1418 — 1421; — Twrtko II Twrtkowić (po raz drugi) 1421 — 
1443; — Stefan Tomasz Ostojić 1444 — H^^ > — Stefan Tomaszewić 
146 1 — 1463. 

Bośnia i Hercegowina. 2 



1 8 BOŚNIA. 

Gdy Turcy zajęli Serbię po bitwie na polu Kos- 
sowem, a zwłaszcza od czasu gdy stali się panami 
Konstantynopola r. 1453 i znikło z widowni bizantyń- 
skie cesarstwo, nic już nie miało skutecznie powstrzy- 
mać Osmanów od zajęcia Bośni. 

Królowie bośniaccy z rozmaitem powodzeniem 
walczyli przeciw Turkom, lecz już nie mogli wyprzeć 
ich z kraju. Ostatni z nich Stefan Tomaszewicz (1460 — 
1463) widząc niebezpieczeństwa grożące Bośni z pół- 
nocnej strony od króla węgierskiego Macieja Korwina, 
ze Wschodu od Turków, z Zachodu od bana Kroacyi, 
prosił Papieża o radę i pomoc. Pius II rozkazał swemu 
legatowi ogłosić krucyatę na korzyść Bośni, i zbierać 
fundusze i wojskową dla niej pomoc, a zarazem ze- 
zwolił na koronacyę Tomaszewicza na króla Bośni. 
Odbyła się ona nie w Sutjisce lub w Bobowacu, gdzie 
zwykle przebywali królowie, lecz w Jajcach r. 146 1. 
Nieprzyjaciele coraz bardziej ścieśniali granice jego kró- 
lestwa, a tu znikąd pomoc nie nadchodziła. Moha- 
med II w r. 1463 wyruszył do Bośni z krociową armią. 
Tomaszewicz prosiło 15-letnie zawieszenie broni. Suł- 
tan pozornie zgodził się na to. Lecz niebawem wyru- 
szył dalej w pole i zajmował prawie bez oporu wsie 
i miasteczka. W ciągu dni ośmiu 70 miast i zamków 
wpadło w ręce tureckie, a między nimi stolica królewska 
Bobowacz. Król Tomaszewicz zgromadził trochę wojska 
do Jajec i zamknął się w zamku. Lecz gdy już prawie 
cały kraj był w rękach tureckich, nie pozostawało nic 
innego jak ucieczka z ojczyzny. Niestety, zdradzono go, 
wydano w ręce tureckie, a pomimo że miał firman suł- 
tański nadający mu wolność, został skazany na śmierć 
przez ścięcie. 



j Dżiamia Ferhadija. (Zob. str. 44). 



20 BOŚNIA. 

Ze śmiercią króla upadło królestwo bośniackie. 
Sto tysięcy mieszkańców dostało się w niewolę, 30 000 
młodzieży wciągnięto w szeregi janczarów. Wielu chrze- 
ścian wyemigrowało, sekta Bogomiłów i znaczna część 
właścicieli ziemskich przyjęła islam, wielu znalazło 
śmierć męczeńską w obronie wiary i cnoty. 

Na wieść o upadku Bośni pospieszył w paździer- 
niku tegoż roku 1463 Maciej Korwin, aby kraj Tur- 
kom odebrać. Rzeczywiście udało mu się północne 
prowincye Bośni (Dolnji Kraj i Usorę) zdobyć, a w gru- 
dniu następnego roku twierdzę Jajce. Utworzył z nich 
dwa banaty: Jajce i Srebrenik, które przez lat 64 po- 
zostały przy koronie węgierskiej. Lecz gdy sułtan Soli- 
man na nowo rozpoczął zaborczą politykę, wojska tu- 
reckie wkroczyły do tych banatów i zdobyły je w la- 
tach 1520 i 1528. Odtąd cała Bośnia pozostała w ich 
ręku. Własność ziemską podzielono na 3 części : dla 
^łtana, dla meczetów (vakuf) i dla spahów. Jako za- 
stępca sułtana przebywał w Bośni wezyr; temu byli 
podlegli sandżak - begowie^ a tym znowu kapetani. 
Sandżak - begowie byli wodzami szlachty obowiązanej 
do służby wojennej, kapetanowie sprawowali sądo- 
wnictwo z władzą życia i śmierci nad rajami, t. j. 
poddanymi. Kapetanowie i spahisi byli dziedziczną 
szlachtą obowiązaną do służby wojskowej (do jazdy 
tureckiej) i nie płacili podatku. Najczęściej utrzymy- 
wali się oni z dziesięcin, podczas gdy begowie 
i a g o w i e , posiadali dobra ziemskie. Oprócz tej 
szlachty wielką rolę odgrywali także bośniaccy jancza- 
rowie ^), t. j. piesza gwardya sułtańska. 

*) Janczary (jeniczeri = nowi żołnierze) była to millcya tu- 
recka ustanowiona i334 r. przez sułtana Orktiana, z młodycti 
jeńców chrześciańskich, zmuszonycli do przyjęcia islamu. Lepiej 



PRZESZŁOŚĆ BOŚNI I HERCEGOWINY. 2 I 

Od chwili zdobycia Bośni, Turcy swoim zwycza- 
jem zapuszczali się po za granice sąsiednich krain, ni- 
szcząc je ogniem i mieczem, uprowadzając w niewolę 
niewiasty i dzieci, aby je zaprządz później do pługa 
razem z bydłem, lub wydać na pastwę hańby, o czem 
na innem miejscu mieliśmy sposobność obszerniej mó- 
wić *). Gdy jednak Turcy zostali odparci r. 1683 z pod 



uorganizowaną zostata w r. i36o przez Amurata I, który nadał jej 
różne przywileje i podniósł: do 12.000 ludzi. Sułtan ten nakazał, 
ażeby każdy 5-ty jeniec chrześciański, odznaczający się odpowiednią 
powierzchownością, wpisany był w poczet tej gwardyi. Z czasem 
liczba janczarów znacznie wzrosła, zaciągano bowiem do janczarów 
każde 10- te dziecko chrześciańskie z Turcyi europejskiej. Liczne 
przywileje nadane tej gwardyi skłaniały i młodych Turków do za- 
ciągnięcia się w jej szeregi, dla tego z końcem XV wieku zarzu- 
cono pobór z dziesięciny chrześciańskiej. Wytworzyły się następnie 
dwa rodzaje janczarów : rzeczywista gwardya sułtańska, pozostająca 
w czynnej służbie w Konstantynopolu i znaczniejszych miastach, 
i niejako tytularna, zwana też dżamak rozproszona po całym pań- 
stwie w liczbie 3 do 400.000. Ci dzielili sję na o r d y (hordy) 
każda miała swe koszary, a było ich w całej Turcyi 196, i zbierali 
się tylko wtedy, gdy znak dano na wojnę. 

Gdy w r. 1826 janczarowie zbuntowali się przeciw sułtanowi 
Mahmudowi, ten wielu z nich kazał wymordować, a ocalałą garstkę 
rozwiązał, rzucając przekleństwa na imię janczara. 

(Porównaj Encyklop. pow. Tom XIII, str. 21 i nast. War- 
szawa, 1 863). 

Aga albo aglia tytuł turecki nadawany wyższym dowódz- 
com wojskowym i dostojnikom seraju sułtańskiego. 

B e g = bej = (pan po turecku) tytuł udzielany w Turcyi 
wyższym wojskowym kapitanom okrętu i znakomitszym cudzo- 
ziemcom; oznacza też gubernatora mniejszego okręgu. 

S p a h i czyli sipahi tak nazywano niegdyś jeźdźców w armii 
tureckiej. Byli to posiadacze lenności wojskowych. Pierwszą orga- 
nizacyę nadał im sułtan Orkhan r. i334. 

') Porównaj ,^W Dalmacyi i Czarnogórze ^^^ Kraków i8g6. 
str. i3o i następne. 



22 BOŚNIA. 

Wiednia przez Jana III Sobieskiego, następnie utracili 
Buda-Peszt i opuścić musieli Węgry, Kroacyę i Sła- 
wonię, wówczas wojska chrześciańskie zaczęły do Bośni 
się przedzierać, zdobywać pograniczne wsie i miasteczka. 
Korzystała z tych wypraw uciśniona ludność chrześciań- 
ska i pod osłoną żołnierzy cesarskich emigrowała z Bośni 
do sąsiednich słowiańskich ludów. Prawdziwie boha- 
terską i najśmielszą ze wszystkich była wyprawa księcia 
Eugeniusza Sabaudzkiego. Po bitwie pod Zentą, dzielny 
wódz odprawił swe wojsko na zimowe leże, sam zaś 
na czele 4000 jazdy i 2000 piechoty przebył pod Bro- 
dem rzekę Sawę, poczem zdobywszy kolejno Doboj, Ma- 
glaj, Żepce i Yranaduk — miasta położone dziś wzdłuż 
linii kolejowej — stanął w późnej jesieni 1697 roku 
pod murami Serajewa. Ponieważ cała wyprawa miała 
na celu tylko podniesienie sławy wojska cesarskiego, 
wreszcie rozsianie postrachu między Turkami, cel więc 
ten całkowicie został osiągnięty, i malutki oddział 
austryacki szczęśliwie powrócił do kraju, zabrawszy ze 
sobą kilka zdobytych dział i przeszło 40.000 chrześcian 
wyzwolonych z niewoli tureckiej, których osiedlono 
w wojskowym okręgu około Brodu. 

W dziejach Bośni ważnym jest traktat Karlowicki 
zawarty r, 1699 między Turcyą a Austryą, gdyż nie 
tylko w nim uregulowano granice (rzekami Uną i Sawą) 
między obu państwami, ale nadto Turcya musiała przy- 
znać protektorat cesarza austryackiego nad chrześcia- 
nami w państwie ottomańskiem. Była chwila, kiedy 
zdawało się, że cała Bośnia na zawsze [pozostanie w rę- 
kach Austryi. Książę Eugeniusz Sabaudzki w r. 17 18 
zdobył cały ten kraj i zmusił Turcyę traktatem Pas- 
sarowickim do oddania go katolickiemu casarstwu. 
Niestety, w 21 lat później Austrya utraciła kraj zdo- 



PRZESZŁOŚĆ BOŚHI 1 HEBCeCOWlNY. 23 

byty; traktatem zawartym w Belgradzie r, 1739, po- 
nownie Bośnia przeszła w ręce tureckie, W później- 
szych czasach zamknięcie granicy przez kordon woj- 
skowy, wypędzenie muzułmanów z okolic zajętych przez 
Austryę, obu- 
rzyło beg6w i 
s p a h i s 6 w bo- 
śniackich, przy 
wykłych do wy- 
praw zaborczych 
na własną rękę. 
Wskutek tego 
okazywali w 
dwójnasób swo- 
je zuchwalstwo 
wobec własnych 
poddanych czyli 
raji, a gdy woj- 
ska padyszacha 
traciły swe zna- 
:ali 



się nawet prze- 
ciw własnemu 
wezyrowi. Raz 

nawet przyszło 

/ -^ , X. Maryan Markowicz, Biskup Banialuki, 

do groźnego po- -^ 

wstania, a to z tego powodu, ie sułtan Mahmud II 
po wojnie rossyjsko-iureckiej (rSaS — 1829) wydał roz- 
porządzenia, mające złamać potęgę bośniackiej szlachty. 
Ona wypędziła wezyra, a na czele zbuntowanych stanął 
Hussein-Berberli-aga, młody, piękny, bogaty 
i dzielny — jednem słowem szczodrze uposażony przez 
naturę yzmaj bosanski« (smok bośniacki), jak go żarto- 



24 



BOŚNIA. 



bliwie nazwano. Hussein wywiesił chorągiew proroka, 
i wypowiedział wojnę sułtanowi. Po wypędzeniu wszyst- 
kich ottomańskich urzędników, wszedł on tryumfalnie 
do Serajewa, ztamtąd zaś na czele 40.000 Bośniaków 
podążył na Kossowe pole, gdzie połączył się 
z albańskiemi wojskami Mustafa- baszy i bułgarskiemi 
Karafejżii-baszy z Zofii. W krótkim przeciągu czasu, 
północna Albania, część Serbii i cała Bułgarya do- 
stała się w ich ręce. Lecz w^zajemna zawiść rozdzie- 
liła sprzymierzone armie. Wielki wezyr Reszyd-basza 
nawiązał z Mustafą-baszą negocyacye, wskutek czego 
zerwał się sojusz zawarty z Bośnią. Po daremnych 
układach Reszy da- baszy z Husseinem, który w Bośni 
rządził samowładnie, nowomianowany przez sułtana 
wezyr bośniacki Kara-Mahmud wkroczył do kraju 
i zwyciężył pow^stańców. Hussein schronił się do Essegg, 
otrzymał amnestyę i umarł w drodze na wygnanie do 
Trebizondy. 

Prześladowanie chrześcian w Bośni i napady begów 
na pogranicza austryackie wywołały między r. 1831 
a 1836 kilkakrotne wkroczenie wojsk cesarskich dla 
ukarania winnych. Wskutek tego w r. 1839, sułtan 
Abdul-Medżyd był zmuszony przyznać chrześcianom 
niektóre należące się im prawa i przywileje. Wywołało 
to wielkie oburzenie wśród muzułmańskiej ludności, 
a następnie do rewolucyi, której uśmierzenie powie- 
rzono roku 1850 renegatowi i zbiegłemu oficerowi 
austryackieniu nazwiskiem Latas. Ten pod przybra- 
nem nazwiskiem Omer-baszy wszedł do Bośni, wielu 
agów i begów wytępił, innym odebrał dotychczasowe 
przywileje i utrwalił władzę sułtana. 

Pomimo że edykt sułtański Hatt-i-Humajum z d. 9 
stycznia 1836 r. zabezpieczył prawa rajów, położenie 



Mieszczanki z Banialuki. 



26 BOŚNIA. 

chrześcian bardzo było godnem politowania. Przycho- 
dziło nieraz do buntów i krwawych starć między mu- 
zułmanami a chrześcianamiy wreszcie w czerwcu r. 1873, 
wielu z bośniackich wiernych poczęło uciekać do Au- 
stryiy skoro ich skargi Konstantynopol ze wzgardą od- 
rzucał. W r. 1875 wybuchło w Hercegowinie otwarte 
powstanie i żadne środki nie mogły go powstrzymać. 
Gdy podczas wojny rossyjsko - tureckiej w roku 1877 
Turcy wezwali do wojska chrześciańską ludność Bośni, 
wówczas emigracya do Austro- Węgier jeszcze szersze 
niż dawniej przybrała rozmiary. 

WiadomO; że na kongresie berlińskim d. 13 lipca 
1878 r. powierzono Austryi okupacyę i zarząd Bośni 
i Hercegowiny. Wypadki zbyt są świeże, abyśmy mogli 
na tem miejscu o wszystkich okolicznościach towarzy- 
szących tej okupacyi swobodnie pisać. To pewna, że 
wskutek sztucznie i silnie rozwiniętej agitacyi w Bośni 
przeciw Austryi, potrzeba było dwóch armij pod wodzą 
generałów Filipowicza i Jowanowicza dla operacyi wo- 
jennych w Bośni i Hercegowinie. Gdy rozruchy przy- 
brały szersze rozmiary, dopiero 200.000 armia austrya- 
cka zdołała spokój zabezpieczyć w październiku 1878 r. 

Po przywróceniu porządku zabrano się do we- 
wnętrznej organizacyi kraju. Z początku musiano zło- 
żyć w jedne ręce całą władzę cywilną i wojskową, 
tak, że nawet sądownictwem i administracyą trudnili 
się pierwotnie oficerowie armii austro-węgierskiej. Or- 
gana wojskowe ściągały podatki, dostarczając zarazem 
miastom i wioskom policyantów, szkołom zaś sił nau- 
kowych. Budowano także drogi, zakładano poczty 
i telegrafy, organizowano administracyę. Niebawem 
zbiegowie powrócili do kraju, i cała ludność żwawo 
zabrała się do pracy. 



PRZESZŁOŚĆ BOŚNI I 



27 



W miarę uregulowania miejscowych stosunków, 
władze wojskowe ustępowały miejsca cywilnym, i ad- 
ministracya cywilna została wprowadzoną do kraju. 
Gdy w r. 1881 zaczęto zastosowywać w południowej 
Dalmacyi, mianowicie w Kriwoszy, prawo obrony kra- 
jowej, mieszkańcy tam- 
tejsi energiczny stawili 
temu opór, a pokrewna 
im ludność Hercego- 
winy pospieszyła z po- 
mocą, tworząc całe 
bandy, zajmujące się 
rabunkiem i utarczka- 
mi z przedstawicielami 
rządu. Dowódzca bun- 
towników, Stojan Ko- 
vaćević, skupił dokoła 
siebie liczne grono mło- 
dzieży, czyli tak zwaną 
cela. Wkrótce ruch 
powstańczy, popierany 

z zewnątrz, przybrał Dziecko bośniackie «■ narodowym 

_ znaczne rozmiary, obej- stroju. 

mując kolejno połu- 
dniowo-wschodnią Bośnię, następnie i dalsze północne 
jej części. Atoli po kilku potyczkach powstańców z re- 
gularnemi wojskami, znowu wrócił spokój i porządek, 
który dotychczas niczem nie został zakłócony. 

Obecnie wszystkie interesa i sprawy odnoszące się 
do zajętych krajów, pozostają pod zarządem ministra 
wspólnych finansów Austro- Węgier, którym jest od 
czasów okupacyi br. Kallay z rezydencyą w Wiedniu. 
Namiestnikiem zaś Bośni i Hercegowiny jest główno- 



28 BOŚNIA. 

dowodzący komendant korpusu przebywającego w tych 
krajach generał kawaleryi br. Appel i mieszka stale 
w Sarajewie. Pod nim stoją starostowie okręgowi, 
a pod każdym z nich paru starostów powiatowych. 
Starosta w powiecie nietylko czuwa nad sprawami poli- 
tycznemi, ale także nad sądownictwem, skarbem i wła- 
dzą techniczną. 

Poznawszy przeszłość historyczną w głównych za- 
rysachy przypatrzmy się teraz zbliska Bośni i jej roz- 
maitym mieszkańcom. 



ROZDZIAŁ II. 



Banialuka i jej okolica. 

Pierwsze wraiJenie na ziemi bośniackiej. Wizyty u proboszcza ba- 
nialuckiego i X. Biskupa Markowicza. Zebranie polskiej kolonii 
u PP. nadprokuratorstwa Wajdowiczów. Zakfady wychowawcze 
w Banialuce. Przechadzka po mieście. Wycieczka do OO. Tra- 
pistów w Mariastern — do zakonnic w Nazarecie i OO. Minorytów 

w Petricevacu. 

Wśród pięknej wiosennej pogody wyjechałem 
z Zagrzebia południową węgierską koleją ku Kostaj- 
nicy. Małe tureckie domki i z pośród zieleni ogrodów 
wystające minarety, zwiastują blizkość granicy bośnia- 
ckiej. Jedziemy tuż nad brzegiem rzeki Uny, dawnej 
granicy między dwoma mocarstwami, którą tylekrotnie 
przekraczały tureckie bandy, aby łupić i uprowadzać 
w niewolę ludność chrześciańską. Z okien wagonu wi- 
dzę malownicze stroje Bośniaków w czerwonych, brą- 
zowych, lub złocisto - białych turbanach na głowie. 
Na jakiejś małej stacyi spostrzegam woźnicę w szkar- 
łatnym płaszczu z wysokim kapturem na głowie, a na 



30 



BOŚNIA. 



lekkim wózku siedzącego brodatego muzułmanina w bo- 
gatym stroju tureckim, bardzo podobnym do dawnych 
polskich, dziś już najczęściej znanych tylko z obra- 
zów. Przebywamy okolice lesiste, dłuższy czas jedzie- 
my borem dębowym, który zapewne pamięta jeszcze 
czasy bośniackiego królestwa. W okolicach stacyi 
Priedor rozpościera się równina, obfitująca w najlepsze 
ogrody owocowe, których wywóz za granicę nie mały 
dochód przynosi właścicielom ziemskim. W samym Prie- 
dorze obecny rząd założył na przestrzeni kilku morgów 
hodowlę drobiu : kur, gęsi, kaczek, indyków etc, które 
się gnieżdżą w 34 obszernych kurnikach. Zakład ten do- 
starcza wieśniakom poprawnych ras drobiu, a zarazem 
uczy jak mają wyzyskać w tym kierunku gospodarstwo 
domowe. Opowiadano mi, że export tego przemysłu 
z Priedoru za granicę odbywa się na znaczną skalę. 

Tyle zupełnie nowych i ciekawych obrazów prze- 
sunęło się przed oczyma, iż wcale nie czułem znuże- 
nia, gdy po całodziennej podróży wieczorem stanąłem 
w Banialuce w rządowym hotelu. Zauważyłem wy- 
godne urządzenie w Bośni. Zaraz po okupacyi zajęto 
się przedewszystkiem budową kolei, dróg i hoteli. Do- 
tychczawe hany tureckie, rodzaje oberży, może wy- 
starczające były dla włóczących się cyganów, lecz nie 
mogły zaspokoić potrzeb ludzi nie koczujących. To też 
rząd pobudował w każdem większem miasteczku ho- 
tele własnym kosztem; tam się najczęściej znajdują wo- 
zy pocztowe i czytelnia z europejskiemi dziennikami. 
Wszystkie podobne budynki stoją pod zarządem inspek- 
tora, obowiązanego czuwać nietylko nad dobrym ich 
stanem, ale też doglądać, czy dzierżawcy hotelowi trzy- 
mają się taryfy wyznaczonej za noclegi i czy w po- 
rządku znajduje się kuchnia. 



32 



BOŚNIA. 



Nazajutrz rano pierwsze kroki skierowałem do 
kościoła katedralnego, gdyż Banialuka jest rezydencyą 
biskupa. Niestety, już o godzinie 7 była zamknięta. 
Ktoś na drodze mówi mi, że jest jeszcze drugi kościół 
parafialny. Niebawem odszukałem go i ku wielkiej 
mojej uciesze, znalazłem drzwi otwarte. Lecz znowu 
z kolei przychodzi rozczarowanie, gdyż prócz jednej 
Bośniaczki, nikogo nie widzę w kościele. Chodzę po 
kątach, po zakrystyi, zaułkach — żywej duszy nie ma, 
a to przecież dziś święto Wniebowstąpienia Pańskiego. 
Idę na dziedziniec plebanii. Jakaś kobiecina wskazuje mi 
mieszkanie proboszcza. Wchodzę do obszernej sieni, 
w niej zastaję dwie Bośniaczki, szczelnie zatykające so- 
bie uszy. Spieszę do drugiej izby, gdzie przy drzwiach 
otwartych siedział X. proboszcz : wąsaty O. Franciszka- 
nin, typ Bośniaka, a przed nim klęczała kobieta i na 
głos wypowiadała swe grzechy. Zrozumiałem, dlaczego 
Bośniaczki, czekające swej kolei, tak silnie zatykały uszy. 

Niebawem otrzymałem audyencyę u X. probo- 
szcza. Przyjął mnie nie wstając z krzesła, widocznie 
miejscowa etykieta tak nakazywała. Zaczął mię inda- 
gować dość subtelnie, a że dokumenta od mej władzy 
zakonnej, krakowskiego Księcia-Biskupa i wiedeńskiego 
Nuncyusza były w języku łacińskim pisane, więc łatwo 
zrozumiał kim jestem i pozwolił na odprawienie Mszy 
Św. Co do służącego, powiedział, że mogę sam sobie 
wyszukać. Lecz gdzie? Naturalnie na ulicy. Na szczę- 
ście szły dzieciaki. Łapię pierwszego lepszego chłopca 
i pytam, czy umie służyć do Mszy św. Odpowiedź 
brzmiała twierdząco. Wziął sobie jeszcze innego ró- 
wieśnika do pomocy, i wkrótce mogłem odprawić Naj- 
świętszą Ofiarę, pierwszą na ziemi bośniackiej. Po zwy- 
kłych modlitwach, pragnąłem bliżej zapoznać się z cha- 



BANIALUKA I JEJ OKOLICA. 



33 



rakterystycznym proboszczem i przekonałem się po 
dłuższej rozmowie, że w tej grubej skorupie poczciwe 
znajduje się serce. 00. Franciszkanie już od XIII wieku 
założyli swe klasztory w Bośni i Hercegowinie, a po 
upadku królestwa i zajęcia go przez Turków, prawie 
wyłącznie tylko oni zajmowali się parafiami, podtrzy- 
mując prześladowanych chrześcian na duchu, i niejedno- 
krotnie zlewając rodzinną swą ziemię krwią męczeńską 
za wiarę. Zasługi, jakie położyli około dobra tej sło- 
wiańskiej ziemi, dobrze są znane Stolicy Św., to też 
nadawała im rozmaite przywileje. Również rząd ce- 
sarski ocenił zasługi 00. Franciszkanów i po okupacyi 
hojnie wspiera ich kościoły i konwenty, w czem dom 
Habsburski nowy dał dowód jak umie wiekowe tra- 
dycye przywiązania do tego zakonu zachowywać i w cza- 
sach dzisiejszych. Z wyjątkiem kilku parafij obsługiwa- 
nych przez świeckich księży, wychowanych w Sarajew- 
skiem seminaryum, wszystkie parafie pozostają pod za- 
rządem 00. Minorytów ^). 

Za powrotem do mego mieszkania napisałem kilka 
listów, i wybrałem się z wizytą do miejscowego X. 
Biskupa. Po drodze chciałem listy oddać na pocztę, 
lecz, że była dosyć daleko — i jak wszystkie w kraju 
okupowanym — pozostają pod zarządem wojskowym, 
więc oddałem całą mą korespondencyę pierwszemu 



') Ponieważ Stolica św. w dniu 4 października 1897 roku 
połączyła rozmaite gałęzie reguły św. Franciszka w jeden zakon, 
przeto nie będziemy ich nazywali jak dotychczas bywało OO. Ber- 
nardynami, Reformatami, Alkantarynami, RekoUektami, lecz Mino- 
rytami Mpratres Minoresw jak ich Stolica św. nazywa. W Bośni 
pracowali ci OO. Franciszkanie, którzy u nas powszechnie nazy- 
wali się Bernardynami. 

Bośnia i Hercegowina. 3 



34 



BOŚNIA. 



żołnierzowi jakiego spotkałem. Gdy go zagadnąłem 
po niemiecku, nic nie rozumiał, odzywam się po bo- 
śniacku, lecz i tego nie znał języka i z pewnym wsty- 
dem począł mówić, że jest Polakiem, nie dawno przy- 
byłym do Bośni. Jakżeż ucieszył się, gdy doń prze- 
mówiłem po polsku i dałem w tymże języku modli- 
tewki z obrazkiem. Ze surowego syna Marsa stał się 
potulnym, poczciwym Maćkiem z Galicyi. Było to pier- 
wsze spotkanie z Polakiem w Bośni — i nie ostatnie. 

X. Biskup banialucki Markowicz, również z po- 
tężnym wąsem, przyjął mnie bardzo uprzejmie, dał mi 
wiele cennych informacyj i udzielił jurysdykcyę w całej 
pełni swej władzy na swą dyecezyę. Dowiedziałem się 
od niego, że w Banialuce wiele jest rodzin polskich, 
urzędników lubianych i szanowanych przez władzę 
i ludność tubylczą, a także w okolicy, w Ćelinovac'u, 
Bakinci i Milovackiej Kozarze, przebywa paręset emi- 
grantów z Galicyi obydwu obrządków. Na Rusinów 
skarżył się X. Biskup, że nie mając żadnej duchownej 
nad sobą opieki, prawie wszyscy przeszli do kościoła 
serbskiego. 

Z Banialuki do tych miejscowości 6 mil drogi, więc 
za daleko wówczas było mi na odwiedziny polskich ko- 
lonistów; natomiast postanowiłem poznać zamieszkałych 
w mieście, a mianowicie rodzinę W., którą X. Biskup 
bardzo mi zalecał. Państwo W. nietylko łaskawie przyjęli 
niespodziewanego i nieznanego gościa, lecz, chcąc uła- 
twić poznanie polskiej urzędniczej kolonii, zaprosili na 
herbatę w dniu następnym, na którą przybyło około 1 5 
osób obojej płci. Przy lukullusowej wieczerzy, w której 
elegancya dań rywalizowała z uprzedzającą gościnnością 
i uprzejmością państwa prokuratorstwa W., bardzo inte- 
resująca wywiązała się rozmowa o tutejszych stounkach. 



Wloicianin bośniacki z górskich okolic. 



^6 BOŚNIA. 

Opowiadano, że sam rząd, widząc gorączkę emi- 
gracyjną naszego ludu do Ameryki, zachęcił do osiedla- 
nia się w Bośni. Jednym bezpłatnie wydzielił grunta, 
ci zaś którzy przyszli z jakimś kapitałem, mogli sobie 
wybierać role żyźniejsze, płacąc po 12 złr. od morgi. 
Pan mecenas J. chciał bezpłatnie zająć się niektóremi 
interesami przy sprzedaży lub kupnie gruntów, lecz 
skarżył się, że nasz lud jeszcze zawsze nie ufa »sur- 
dutowitt i wpada w pułapkę ajentów, umiejących go 
bardzo wyzyskać. Tak np. są pewne grunta obdłużone 
hipoteką lub innemi serwitutami miejscowemi, bardzo 
skomplikowanemi, które rząd nie był jeszcze w stanie 
dla braku czasu uregulować. Niektórzy nasi wieśniacy 
niepomni na przestrogi, zakupili takie posiadłości i nie 
mogą sobie teraz dać rady, jak pozbyć się długów. 
Inni nieprzyzwyczajeni do tutejszego klimatu 1 ziemi, 
nie umieją jeszcze tak jej wyzyskać, jak potrzeba, lub 
można i tracą włożony kapitał. Najgorzej — wszyscy 
przyznawali — jest pod względem religijnym. 

Brak odpowiedniego duchowieństwa bardzo do- 
tkliwie daje się uczuwać: jedni emigranci dziczeją — 
inni tracą wiarę. Może i w te strony dotrą missyo- 
narze Salezyańscy, których setki polskiej narodowości 
kształci się obecnie we Włoszech, skoro bardzo wzięli 
sobie do serca potrzeby duchowe naszych emigrantów, 
rozprószonych w różnych częściach świata '). Oprócz 
polskich rolników i rzemieślników, znajduje się po- 
tężna cyfra naszej inteligencyi na najrozmaitszych urzę- 
dach bośniackich. Gdy po okupacyi usunięto wojsko od 
sądownictwa i aUministracyi państwowej, okazała się po- 

*) Zob. Wiadomości Salezyańskie z marca r. 1897 w do- 
pisku do referatu przedrukowanego z książki pamiątkowej I-go 
wiecu katolickiego w Krakowie, jaki miałem w r. 1893. 



.// 



BANIALUKA I JEJ OKOLICA. 



37 



trzeba wielu urzędników do zajęcia posad. Dla słowiań- 
skiej tubylczej ludności sprowadzać samych Niemców, 
byłoby rzeczą w dzisiejszych stosunkach anormalną. 
Zwrócono oczy na Kroatów i Polaków, a przede- 
wszystkiem na naszych urzędników, nie obawiając się, 
że będzie »polnische Wirtschaft.a Na propozycyę rządu 
bardzo wielu urzędników zwłaszcza młodych a ener- 
gicznych, nieco ryzykując, czy stosunki w Bośni ustalą 
się lub nie, udało się na obczyznę i otrzymało pasady, 
na które w kraju musieliby czekać bardzo długo. Naj- 
więcej zgłosiło się Polaków do sądownictwa, tak, że 
w Tuzli i Banialuce przez dłuższy czas narady lub 
konferencye trybunałów odbywały się w języku pol- 
skim, ponieważ nie było między urzędnikami ani je- 
dnego innej narodowości. Jeszcze obecnie liczą w Bośni 
na loo urzędników sądowych, co najmniej 70 Polaków. 
A nietylko w sądownictwie jest ich wielu. Do jakiego- 
kolwiek miasta lub miasteczka przyjechałem (zwiedzi- 
łem w czasie mej podróży co najmniej 56 większych 
miejscowości), wszędzie znajdywałem Polaków, nieraz 
na bardzo wybitnych stanowiskach. Jeżeli więc zwa- 
żymy stronę materyalną inteligencyi polskiej, można 
powiedzieć, że stosunkowo znacznie lepiej się jej po- 
wodzi, niż w kraju rodzinnym. 

Lecz jest także i strona odwrotna medalu : brak 
odpowiedniego towarzystwa i duchowej opieki. Ci, 
którzy zawczasu założyli ognisko rodzinne, lub z ro- 
dziną przybyli, jeszcze wyszli najlepiej. Lecz niestety, 
bardzo jest wielu młodych ludzi, którym dziś nie łatwo 
przychodzi nawiązać znajomości odpowiednie w Bośni 
dla braku inteligencyi — w kraju zaś, dla odległości, 
i żyją bez rodzin jako malkontenci, albo bardzo dziko. 
Co do opieki duchowej, — to jakkolwiek dziś prawie 



38 



BOŚNIA. 



W każdem miasteczku znajduje się proboszcz Minoryta, 
to jednak ponieważ najczęściej tylko bośniacki język 
rozumie, dla wielu urzędników i ich żon lub służby 
polskiej, sprawia trudność w otwieraniu duszy przy 
Sakramencie spowiedzi. Dla znającego swoje obowiązki 
chrześcianina, przy dobrej woli, trudność powyższa ła- 
two może być przezwyciężoną, lecz właśnie zachodzi 
kwestya, czy zawsze znajduje się dobra wola. Czasami 
spotykałem się ze zdaniem, że 00. Minoryci mają 
wykształcenie wystarczające dla ludu, lecz do inteli- 
gencyi nie umieją przemawiać, gdyż pozostali na tym 
poziomie nauk, jaki był odpowiedni czasom średnich 
wieków i tureckiego prześladowania. Niejednokrotnie 
musiałem w ciągu dalszej podróży kopije kruszyć 
w obronie bośniackich Minorytów i tłómaczyć, że do 
rozpoznania co grzech, a co nie jest grzechem, w co 
należy wierzyć, a co jest zabobonem, posiadają odpo- 
wiednie wiadomości, skoro są kapłanami, i że zasady 
wiary i moralności dla ludu i inteligencyi są jedne i te 
same. i równą mają moc obowiązującą. 

Na zapytanie, jakie jest w Bośni życie towarzy- 
skie, otrzymałem odpowiedź, że po większej części 
klasy urzędnicze przybyłe z Austryi, o ile mogą, żyją 
wyłącznie tylko ze sobą, gdyż pojęcia towarzyskie tu- 
bylców są nieco odrębne, chociaż wszyscy są bardzo 
gościnni. Inteligencyi katolickiej bośniackiej jest bardzo 
niewiele. Są wprawdzie rody dawne szlacheckie i ma- 
gnackie, lecz te tak zubożały za czasów prześladowań 
tureckich, że dziś prawie w niczem nie różnią się od 
zwykłych kmieciów (kmet). Sam poznałem w Saraje- 
wie osobę ubogą, chociaż nie beż wrodzonej inteligen- 
cyi, o której mi mówiono, że ród swój wywodziła od 
bośniackiej rodziny królewskiej. Z Serbami życie ma 



42 



BOŚNIA. 



Cyfry wyżej przytoczone najwymowniej świadczą, 
jaka szkoła : wyznaniowa Sióstr Miłosierdzia — czy 
bezwyznaniowa rządowa więcej budzi zaufania wśród 
ludności bośniackiej. Siostry Miłosierdzia mają także 
szkółkę dla najdrobniejszej dziatwy, gdzie około 50 
maleńkich istot uczy się z pamięci rozmaitych zabaw. 
Są jeszcze tutaj inne zakonnice z kongregacyi wNaj- 
świętszej krwici (Pretiosissimi Sanguinis), założonej 
w Rzymie w bieżącem stuleciu. Klasztorek ich i szkoła 
po europejsku są urządzone i bardzo malowniczo wśród 
ogrodu wygląda — a ma i tę wygodę, że bardzo blisko 
do katedralnego kościoła. Utrzymują wyższą szkołę 
dla 40 dziewcząt rodzin urzędniczych i wojskowych. 
Wszystkie wykłady odbywają się podług programów 
rządowych w języku niemieckim, a uczęszczają na nie 
katoliczki, żydówki i dwie protestantki. Nawet znaj- 
dują się tu dwa pianina do nauki muzyki. Prócz za- 
kładów wyżej przytoczonych, istnieje tu jeszcze rzą- 
dowa szkoła handlowa, która w praktyce okazała się 
bardzo potrzebną dla tutejszych mieszkańców. 

Obydwa kościółki : katedralny i parafialny — naj- 
nowszych są czasów i nowoczesnej konstrukcyi.* Trudno 
więc szukać w nich pięknej architektury i bogactw 
sztuki, w jakie obfitują nasze świątynie Pańskie. Jednak 
na chlubę polskiej kolonii mogę powiedzieć, że aparata 
kościelne, dzięki staraniom i wspaniałomyślności pań, 
odpowiadają koniecznym potrzebom. 

W tej części miasta znajduje się pięknie urzą- 
dzony szpital, dzieło obecnego rządu, jakiem jest także 
wielkich rozmiarów i w zdrowem miejscu położona 
fabryka tytoniu, gdzie 300 dziewcząt bośniackich, chrze- 
ścianek, znajduje dobry zarobek. Spotkałem praco- 
wnice, gdy wracały z fabryki. Zachowanie się ich po- 



Wicśniaczba bośniacka. 



44 



BOŚNIA. 



ważne, strój staranny i malowniczy, dobre robią wra- 
żenie. Większość z nich, zamiast zwykłej spódnicy, 
miała bardzo szeroki.e fałdziste z jedwabnej pstrej ma- 
teryi szarawary spięte powyżej stopy, szły w sanda- 
łach drewnianych^ których podeszwy wspierały się na 
dwu kilka cali wysokich drewnianych kostkach, co ro- 
biło wrażenie obówia niewiast chińskich; przykryciem 
głowy najczęściej był fez czerwony, lub brunatny, 
ozdobiony złocistemi i srebrnemi blaszkami, f^^--^ L^ 

Tak jak część nowsza przypominała większe pro- 
wincyonalne nasze miasta, a więc Europę, tak znowu 
dzielnica stara, to obraz miast azyatyckich. Na pogra- 
niczu dwu dzielnic wznosi się stary zamek, którego 
mury i wały spadają wprost do rwącej rzeki Vrbaś'a. 
Nowym mostem przedostajemy się w dzielnicę zamie- 
szkałą przez muzułmanów, wśród której wznosi się 
aż 32 meczetów. Najpiękniejszym i największym z nich 
jest Ferhadija (zob. rycinę na str. 19) i tworzy jakby 
centrum miasta. Smutne z nim łączą się dla Austryi 
wspomnienia. W r. 1579 (r. 993 muzułmańskiej ra- 
chuby), wielkorządca Bośni Ferhad-Basza pobił wojska 
niemieckie stojące na granicy Kroacyi pod wodzą hr. 
Eberharda Auersperga. Generał padł w bitwie, a jego 
syn Engelbert dostał się jako niewolnik w ręce Paszy, 
który zażądał od rodziny młodego Auersperga takiego 
okupu, ile wynosiła budowa wspaniałego meczetu. 
Odtąd nazwano go Ferhadija. 

Jak w każdem większem mieście bośniacko - ture- 
ckiem, tak i w Banialuce znajduje się Ćarśija, t. j. 
dzielnica kupiecka, z bardzo charakterystycznemi sze- 
roko otwartemi na zewnątrz sklepami, a jeszcze cie- 
kawszynii zadumanymi kupcami. Będziemy mieli spo- 
sobność bliżej się im przypatrzyć w innem miejscu. 



BANIALUKA I JEJ OKOLICA. 



45 



Chciałbym zwrócić uwagę czytelnika na jeden tylko 
szczegół, nie wiem czy lokalny, w każdym razie do- 
strzegłem go w Banialuce, a tym są publiczne piece 
piekarskie. Od rana do wieczora piekarz- kupiec pod- 
nieca drzewem ogień pod kilku blaszanemi rurami 
wmurowanemi w sklep, pod którym się pali. Rury na 
zewnątrz mają żelazne drzwiczki. Rozmaite niewiasty, 
a najczęście Turczynki, przynoszą mięso, zarobione 
ciasto, jarzyny i inne wiktuały do upieczenia w owych 
rurach, chwilę czekają i wynoszą już gotowe potrawy 
do swoich mieszkań. Rzecz to wygodna dla gospodyń 
domu, może jest w tem pewna ekonomia, lecz nie 
wiem, czy dobrze świadczy o doświadczeniu i wprawie 
Turczynek w kulinarnej sztuce. 

Kilka godzin odbywałem wędrówkę po ulicach 
i zaułkach tureckich ; odurzony rozmaitego rodzaju 
wyziewami, najmuję powozik i jadę za miasto. Dziel- 
nica chrześciańska teraz jeszcze piękniejszą się wydała, 
zwłaszcza jedna z ulic prosto jak strzała idąca na prze- 
strzeni dwu kilometrów. Kończą się ogrody i wille 
mieszczan, rozpościera się przed nami w prawo i lewo 
szeroka równina pełna świeżości, pola uprawne i łąki. 
Na widnokręgu trzy punkta bieleją, tworząc olbrzymi 
trójkąt na północno-zachodniej stronie Banialuki. To 
trzy klasztory: Trapistów w Mariastern, Zakonnic "Naj- 
świętszej krwią w Nazarecie, i Minorytów w Petrice- 
vać'u. Po półgodzinnej jeździe stajemy nad brzegiem 
Vrbać'a. Na przeciwległej stronie rzeki, oparty o skały 
wznosi się klasztor z kościołem i gospodarskiemi za- 
budowaniami OO. Trapistów. Wszystko wysokim mu- 
rem otoczone, bramy zamknięte; nie widać żadnej ży- 
jącej istoty. Woźnica muzułmanin silnym głosem raz 



ąS BOŚNIA. 

i drugi raz zawołał, zanim się otwarły szerokie bramy 
i wysunęła się postać rosłego Bośniaka, który jak mi- 
tologiczny Cerber przez Styx do Hadesu, tak on zbli- 
żył się do nas na promie i przewiózł przez rwące 
nurty Yrbaśu. Za murami klasztoru dostaję się do 
furty, gdzie Brat chórowy uprzejmie wita i zapytuje, 
czy zaraz chcę widzieć Opata, który razem z innymi 
zakonnikami znajdował się w kościele. Wolałem za- 
czekać, aż się zakończy nabożeństwo wieczorne, a tym- 
czasem miałem sposobność oglądać w domu Bożym 
wszystkich Trapistów zebranych na modlitwie. W czte- 
rech rzędach długich ławek amfiteatralnie ustawionych 
po obydwu stronach kościoła, stało około 200 mni- 
chów. Jedni mieli brunatne habity rzemiennym pasem 
spięte: to są wBraciau, tych najwięcej; inni w białych 
habitach z czarnemi szkaplerzami, podobni do Cyster- 
sów: to są wReligiositt, którzy w chórze odmawiają 
kapłańskie pacierze. Między tymi ostatnimi tylko część 
otrzymuje święcenia kapłańskie. Nieszpory kończyły się; 
wyszedł Opat ubrany pontyfikalnie w białej infule, po- 
tem dał trzykrotne błogosławieństwo jak Biskup, i po- 
wrócił do zakrystyi z całym orszakiem asysty. Po chwili 
zaprosił gościa do siebie. Strój jego w tern tylko różnił 
się od innych zakonników, że miał pierścień na ręku 
i drewniany krzyż na piersiach zawieszony na zielonym 
sznurku. Jak wszyscy zakonnicy nosi długą brodę, co 
przy poważnem obliczu jeszcze dodaje pewnego męstwa 
wyrazowi twarzy. Wiele mówiliśmy o O. Dąbrowskim, 
znanym w Galicyi missyonarzu, który wystąpiwszy z za- 
konu apostolskiego, w tym właśnie klasztorze na stare 
lata przywdział habit Trapisty. Wesołego usposobienia, 
był przytem zbyt rozmownym; na starość trudno mu 
było tę ułomność ludzką przezwyciężyć. Lecz cóż cnota 



48 



BOŚNIA. 



Z energią nie zrobi ! Wesoły rozmownik stał się wiecz- 
nie milczącym zakonnikiem, a chociaż nie obeszło się 
bez wielkiej walki, ostatecznie odniósł nad sobą zwy- 
cięstwo, spokojnie i wesoło umierał, otrzymawszy przed 
śmiercią professyę zakonną, którą nie wszyscy otrzymują. 
Opat, który był kierownikiem jego duszy i świadkiem 
ostatnich chwil życia O. Dąbrowskiego, gdyż na jego 
ręku skonał, opowiadał mi, iż tak piękną miał śmierć, 
że sam podobnej życzyłby sobie. 

Nie będę powtarzał tego o 00. Trapistach, co 
o nich na innem miejscu mówiłem, opisując ich za- 
kłady missyjne w Natalu — w południowej Afryce ^). 
Ten sam duch pokutniczy, umartwienia i modlitwy 
ożywiają wszystkie klasztory OO. Trapistów: we Fran- 
cyi, czy pod Rzymem w »Tre fontanea , w Afryce, 
Australii lub Azyi. Jest to bezprzecznie najsurowszy 
zakon co do zewnętrznego umartwienia: wieczne mil- 
czenie tylko na rozkaz Opata może być przerwane, 
wieczne wstrzymanie się od mięsa. 

Dzięki uprzejmości Opata oglądamy klasztor i jego 
zabudowania gospodarcze. Sypialnia jest wspólną dla 
wszystkich. W jednej ogromnej izbie stoi kilka rzędów 
małych klatek, oddzielonych od siebie murem grubości 
Y4 cegły, a wysokości trochę więcej nad zwykły wzrost 
dorosłego, mężczyzny. Klatki są tak ciasne, że prócz 
łóżka tylko Y2 metra pozostaje miejsca wolnego do 
przejścia. Łóżka są drewniane, na nich tapczan, twardo 
słomą nabity, przykryty kocem własnego wyrobu, jedno 
krzesło i nic więcej tam niema. Celka Opata w niczem 



') Zob. »Missye katol.« r. 1889, str. 235 — 348 i Szkice cy- 
wilizacyi w Afryce południowej. Kraków, 1890. str. 67 — 158 OO. 
Trapiści w Natalu. 



BANIALUKA I JEJ OKOLICA. 



49 



się nie różni od innych Braci — tylko u wejścia na 
tabliczce z imieniem zakonnem zamiast P. N. N. jak 
jest u innych, na celi Opata wypisano R. P. Abbas 
(Wielebny Ojciec Opat). Tutaj śpią zakonnicy od go- 
dziny 8 do 2 po północy, w dnie świąteczne tylko 
do I, poczem idą do kościoła, aby w chórze odma- 
wiać pacierze, wysłuchać lub odprawić Mszę Św., a ze 
świtem rozpocząć takie prace, najczęściej ręczne, jakie 
posłuszeństwo zakonne każdemu wskazuje. Ubóstwa 
większego nie widziałem w żadnych innych zakonach, 
ani nawet u Kartuzów w Rzymie i Trisulti, ani u Ka- 
medułów na Bielanach lub Mondragone. Wchodzimy 
do refektarza, czyli sali jadalnej ; rzędem stoją stoły, 
a na nich zastawiona wieczerza. Dla każdego z osobna 
przygotowano w małym kubku piwo, wodę, kromkę 
chleba, sałatę, Y4 surowej cebuli i kawałeczek sera. Ser 
dostają tylko w lecie, gdy w polu są cięższe roboty. 
W innej porze roku sera nie dostają nigdy. Na obiad 
podają mleczną potrawę, bardzo rzadką i drugą gęstszą 
z jarzyn lub mąki, zresztą prócz chleba nic więcej. 
To jest całodzienne pożywienie Trapisty. 

W kuchni, zwanej Culina Religiosorum, widząc 
cztery nagie ściany, pytam gdzie naczynia kuchenne? 
»Tych nie potrzeba^ brzmiała odpowiedź — oto są 
trzy kotły w piec wmurowane, w nich się wszystko 
przyrządza. Jeden kocioł służy do gotowania mlecznej 
zupy, drugi do przyrządzania jarzyny lub mącznej po- 
trawy, w trzecim grzeje się woda do umywania na- 
czyń stołowych. Obok urządzono w osobnej izbie 
małą kuchenkę, zwaną » kuchnią chorych" (Culina in- 
firmorum), tam trochę naczyń, aby w miarę koniecznej 
potrzeby coś lepszego dla chorego przyrządzić, lecz 
nawet ci mięsnych potraw nigdy nie używają. 

Bośnia i Hercegowina. 4 



50 



BOŚNIA. 



Z kolei oglądaliśmy oborę, a w niej loo krów 
rasy szwajcarskiej. Ta krowiarnia może rywalizować 
z najsławniejszemi hodowlami bydła. Bracia sami doją 
krowy i sery wyrabiają, poczem o ile im go zbywa, 
wywożą na sprzedaż, a ma ustaloną sławę w całej 
okolicy i bardzo jest poszukiwanym. Obok obory znaj- 
duje się browar dla potrzeb domowych, zakłady sto- 
larskie, bednarskie, kowalskie, ślusarskie, szewskie, 
przędzalnie, szwalnie, wszystko obsługiwane przez 
Braci zakonnych. 

Chociaż zwyczajnie 00. Trapiści nie oddają się 
nauczaniu, to jednak dla braku sił nauczycielskich 
w kraju, a także dla świadczenia miłosiernego uczynku, 
mają u siebie ochronę dla 1 50 chłopców, sierot, w wie- 
ku od 3 lat do 18. Sieroty te podzielone na 3 klasy, 
uczą się elementarnych przedmiotów, poczem jedni 
kształcą się przy zakładach rzemieślniczych pod kie- 
runkiem Braci, a najzdolniejsi wysełani są do Trawni- 
ka, gdzie 00. Jezuici założyli pierwsze gimnazyum 
bośniackie. Niektórzy z ich wychowanków po ukoń- 
czeniu gimnazyum, odbyli nauki teologiczne w Sara- 
jewie również pod kierunkiem OO. Jezuitów, a wy- 
święceni na kapłanów są zajęci w duszpasterstwie, 
a jeden jest dziś proboszczem. X. Opat opowiadał, 
że tych chłopców poszukują z rozmaitych stron go- 
spodarze i rozbierają do siebie, zanim zdołają ukoń- 
czyć nauki i wykształcić na dobrego rzemieślnika. 
Wzrastający przemysł w kraju poszukuje ludzi facho- 
wych, a krótki czas okupacyi nie dozwolił jeszcze na 
ich wyrobienie. 

00. Trapiści w znacznej liczbie są Niemcami, 
wypędzonymi z nad Renu. Gdy żaden rząd nie chciał 
ich przyjąć w granice swego państwa, pozwolił sułtan. 



Zakupili więc grunta około wioski Delirasinoseh nie- 
daleko Banialuki, a w r. 1870 założyli swój klasztor, 
dając mu nazwę Mariastern. 



Beg bośniacki. 

Uprzejmy Opat, Niemiec rodem, odprowadził mnie 
at do furty klasztornej, poczem ten sam Cerber bo- 
śniacki łodzią przewiózł na drugą stronę rzeki, gdzie 
Turek czekał z powozem. ICa2ę się wieźć do Na- 
zaretu. Konie jak wiatr w pustyni gnały polnemi dro- 



^2 BOŚNIA. 

gami, tumany kurzu pozostawiając za sobą. Wkrótce 
stanęliśmy pod klasztorem Sióstr »Pretiosissimi San- 
guinis.w Położeniem swojem bardzo mi przypominał 
stary Staniątecki klasztor Panien Benedyktynek, tylko 
mniej około niego wiejskich zagród i nie jest jak tam- 
ten otoczony murem, a nadto kościółek jest w stylu 
gotyckim. Jest to bardzo urocze i spokojne miejsce. 
Powstało zaledwie przed kilkoma laty, a zakonnice 
obrały je sobie za dom nowicyatu i zakład wycho- 
wawczy dla dziewcząt. Wszystkich Sióstr jest tu 30, 
z tych 12 nowicyuszek, a są między niemi także Bo- 
śniaczki i Szlązaczki. Około 60 dziewcząt sierot otrzy- 
muje w tyin zakładzie bezpłatne utrzymanie i naukę. 
Tylko 6 wychowanek jest płatnych. Szkoła jest trzy- 
klasowa, zakonnice przyjmują do swej ochrony sierotki 
nawet pięcioletnie; wszystkie uczą się po bośniacku 
z zachowaniem rządowego systemu szkolnego. 

Już słońce miało się ku zachodowi, gdy opuszcza- 
łem Nazaret, więc odłożyłem do następnego dnia zwie- 
dzenie Petricewaću, rezydencyi OO, Minorytów (Ber- 
nardynów). Udałem się do niej pieszo, gdyż zaledwie 
parę kilometrów jest oddaloną od Banialuki. Klasztor 
z kościołem jest położony na wzgórzu dominującem 
nad całą okolicą. Zakonnicy zbudowali go jeszcze 
w r. 1873, a więc za czasów tureckich, lecz wtedy, 
kiedy Turcya czuła, że kończy się jej panowanie 
w Bośni. W owym czasie nie było ani jednego jeszcze 
kościoła w Banialuce, więc tutaj założono dla miasta 
parafię, tu kształcono młodzież zakonną. Klasztor jest 
wielki, o murach silnych, może pomieścić kilkadziesiąt 
osób. Dziś pozostało tylko czterech zakonników, kle- 
rycy uczą się w innych klasztorach bośniackich. Ojca 
gwardyana zastałem siedzącego w altance, fez turecki 



54 



BOŚNIA. 



miał na głowie, zresztą był ubrany w habit zakonny. 
Przed rokiem 1878, żaden z zakonników nie mógł się 
pokazać po za obrębem kościoła w sukni duchownej ; 
wszyscy przebierali się w strój narodowy bośniacki 
i nosili broń palną za pasem. Znajomość z przełożo- 
nym łatwo się nawiązała; wprowadził gościa do ho- 
norowej sali, urządzonej na sposób turecki : owalny stół 
pośrodku izby, dokoła ścian obiegały niskie kanapy, 
dywanem zwane, obite czerwoną materyą. Na ścianach 
wisiały, jak w każdym pokoju gościnnym, rozmo- 
wnicy lub szkole, portrety Ich Cesarskich Mości domu 
Habsburskiego. 

»Gdy Austryacy weszli do Bośni — opowiadał 
O. gwardyan — Turcy zajęli nasz klasztor i zrobili 
zeń fortecę. Musieliśmy uciekać zawczasu, gdyż mieli 
zamiar nas wymordować. Schroniliśmy się do klasztoru 
00. Trapistów, gdzie za wysokiemi murami, odcięci od 
świata rzeką bystrą, byliśmy spokojni. Austryacy usta- 
wili swe działa naprzeciw naszego klasztoru i tak zni- 
szczyli nam dach armatniemi kulami, że trzeba było 
nowy stawiać, lecz Turków wyparli i odtąd spokój ni# 
w tym klasztorze mieszkamy. « 

Była to w tym roku ostatnia moja wycieczka 
w okolicach Banialuki, nazajutrz w dalszą puściłem się 
drogę ku stolicy królewskiej ostatniego z królów bo- 
śniackich. 



•>*<»• 



>f 
:4- 



M 
M 
M 
M 



4<i rzruTzrrr 




V(<:^:v^:^:v^:y::v^:f:^:v::^.V^^^^^¥^^^^«V^^^^^^^/^^^^^¥^¥¥^ 



ROZDZIAŁ III. 



Nad brzegami Vrbasu. 

V 

Kąpiele w Gornji-Seher. Widoki wśród wąwozu. Rozmowa z be- 
giem. Muzułmańska liturgia. Ruiny zamku. Trzy siostry bośniackie 
Filipowiczówne umęczone za wiarę i cnotę. Kościółek w Podmila- 
czu. Dzień Św. Jana. Sceny z opętanymi i exorcyzmy kościelne. 
Rozmowa z lekarzem. Przyjazd do Jajec. Polacy urzędnicy. 

W sobotę 25 maja po Mszy Św., na którą przy- 
było parę osób z polskiej kolonii, wyjechałem z Ba- 
nialuki w towarzystwie tureckiego bega, muzułmanina. 
Powóz był otwarty, nowy, ozdobiony herbem bośnia- 
ckim: w złotem polu stalowe ramię rycerza trzymają- 
cego miecz, a nad tarczą hełm stalowy ze złotą kró- 
lewską koroną z trzech lilij bourbońskich. Dwa złoto- 
gniade rumaki, wysokiej miary, szlachetnej krwi, wiozły 
nas ku Jajcom, powiatowemu miastu, gdzie się koro- 
nował ostatni z królów bośniackich. Po raz ostatni 
przejechaliśmy przez muzułmańską dzielnicę Banialuki 

■V 

i tuż za nią położony Gornji-Seher. Znajduje się 
tu źródło gorącej wody (-f 30° C.) ujęte w basen, po- 
chodzący jeszcze z czasów rzymskich. Jak ongi Rzy- 



56 



BOŚNIA. 



mianie, tak dziś Turcy rozkoszują się w tych natural- 
nych termach, i bardzo często nawiedzają swe rodzime 
miejsce kąpielowe. (Zob. str. 47). 

Już sam Gornji-Seher ma bardzo piękne położenie: 
nad rzeką u podnóża gór. Powoli dwa pasma górskie 
coraz bardziej zbliżają się do siebie i tworzą wąwóz, 
przez który przepływa rwisty Vrbaś. Przed kilku laty 
nie było tu nawet koziej ścieżki, dziś jedziemy gościń- 
cem tak równym, że na przestrzeni 72 kilometrów, 
w drodze niema wzniesienia większego nad 2 metry 
i to tylko w niektórych miejscach. Zato po obydwu 
stronach wąwozu wznoszą się niebotyczne góry, po- 
rosłe lasem. Gdzieniegdzie ukazują się jak dwa mury 
prostopadłe skały, czasem wiszą nad drogą, która je 
podcina, a nie mogąc znaleźć dla siebie wyjścia, prze- 
bija tunelem, wije się wśród góry i lekkim mostkiem 
przechodzi na drugi brzeg rzeki. Co krok mamy nowe 
widoki, nowe cuda natury, gdyż Vrbaś wężowato wśród 
wąwozów płynie. Raz skały zaciemnią widnokrąg 
i tak ścieśniają, że ledwie płat nieba mamy nad sobą, 
to znowu otwierają się boczne wąwozy pełne świeżej 
zieleni, a z nich spadają w kaskadach górskie strumyki 
i zasilają wody Yrbaśu. Chociaż słońce rzuca snopy 
promieni w ten tajemniczy labirynt i olśniewa złotym 
blaskiem szczyty i wąwozy, powietrze jest chłodne, 
lecz chłodem wiosennym, który nie przejmuje, lecz 
orzeźwia organizm. 

Długi czas jechałem w milczeniu. Dusza pełna 
zachwytu nie była zdolną do innej rozmowy, do przy- 
jęcia innego głosu, jak tego, którym przemawiała cu- 
downa natura, głosząc piękność, wszechmoc i dobroć 
swojego Stwórcy. Gdy minęły pierwsze wrażenia, zwró- 
ciłem uwagę na mego towarzysza podróży, z którym 



Droga wśidd gór wąwozem VrbaSu. 



c8 BOŚNIA. 

koniecznie wybadało . choć słów parę zamienić. Był to 
typ Turka. Stary, barczysty olbrzym o rudej brodzie, 
na fez czerwony zawdział biały, czarno -nakrapiany 
turban. Ubrany był w materyc niebieską, ferman (ser- 
dak) futrem podbity, szerokie szarawary, od kolan za- 
miast pończoch miał cienką czerwoną skórę na no- 
gach, a dopiero na nią przywdział czerwone, safianowe, 
głębokie pantofle. Cała postawa owego Turka, bardzo 
niesympatyczna, wzrok mglisty i podejrzliwy, raz po- 
raź na mnie się zatrzymywał. W sercu może on tę- 
sknił za owemi czasy, kiedy muzułmaninowi chrze- 
ścianin musiał ustępować z drogi, jak się to prakty- 
kuje dziś jeszcze w Albanii i mogłem tam doświad- 
czyć przed kilku laty na własnej osobie. W Banialuce 
pokazywano mi ganek tureckiego mieszkania, z któ- 
rego jakiś beg bezpośrednio przed okupacyą Bośni 
strzelał do przechodzących ulicą chrześcian — dla za- 
bawki — i kładł ich trupem, za co najmniejsza nic 
spotkała go kara. Mówić więc o przeszłości, było rze- 
czą drażliwą, o teraźniejszości — dla muzułmanina nie 
miłą. Wielką miałem ochotę wziąść za temat rozmowy 
religię i pytać Turczyna o Mahomeda, o jego ucieczkę 
(i 6 lipca 622 r. po Chr.) z Mekki do Medyny, od której 
muzułmanie liczą swą erę, Hedźra nazwaną, o Koranie 
i jego 1 14 Surach (rozdziałach). Czytelnik przyzna, 
że to najodpowiedniejsza byłaby rozmowa kapłana 
z niewiernym, budząca nadzieję przekonania przeci- 
wnika o jednej prawdziwej objawionej prawdzie, o błę- 
dzie islamu. Nie łudźmy się. Z Turkiem mówić o re- 
ligii, to najwyższa obraza, za którą gotów pchnąć no- 
żem. Zapytałem więc mego towarzysza, czy stale w Ba- 
nialuce mieszka, czy tylko za interesami w te strony 
zawitał. Uprzejmie oświadczył, że w mieście odwiedzał 



Asu. 59 

swych synów uczęszczających do szkoły handlowej, sam 
zaś na wsi przebywa. Korzystając z dobrego usposo- 
bienia, pytam dalej czy liczną ma rodzinę. Lecz na 
moje słowa krótką dał odpowiedź, oczy mu gniewem 
zabłysły; widocznie poruszyłem strunę delikatną. 



Bośniacka rodzina cygańska. 

Opowiadał mi później O. Panci6 T. J., Rektor 
trawnickiego konwiktu, te o stosunkach rodzinnych 
może z Turkiem mówić tylko najbliższy członek ro- 
dziny, lub przyjaciel domu. A nawet i tacy przy 



6o BOŚNIA. 

Spotkaniu się, mają zwyczaj pierwsze zadawać pytanie 
y*kako jes^^ (jak się masz) i otrzymują odpowiedź »do- 
brze« , drugie zaś ^>kako jośa odnosi się do całej ro- 
dziny, t. j. zarówno mężczyzn jak niewiast: żony i có- 
rek. Innych pytań w tym względzie nikt nie zadaje. 
• Pytać o żonę muzułmanina jest dlań zniewagą zarówno 
wielką, jak chcieć rozprawiać o religii. Otóż O. Pancić 
nie znając tureckich zwyczajów^ w jakimś domu, gdzie 
także byli muzułmanie, zapytał jednego z nich, jak się 
miewa jego żona. Turek tak się tem rozgniewał, iż 
dobył noża i chciał nim przebić kapłana. Dopiero 
obecni rozbroili obrażonego, tłumacząc, że pytanie nie 
pochodziło ze złej woli, tylko z nieznajomości miej- 
scowych zwyczajów. 

Mój towarzysz nie był tak srogim; niebawem 
nawiązała się znowu rozmowa, gdy zgraja Cyganów 
opadła nasz powóz i prosiła o jałmużnę. Półnagie lub 
zupełnie bez ubrania dzieciaki biegły za nami dotrzy- 
mując kroku szybkonogim rumakom, i dopiero centy 
rzucone w daninie, powstrzymały wyścigi, na które 
aż przykro było spoglądać. 

Tymczasem droga staje się jeszcze piękniejszą, 
bardziej imponującą murami skał dochodzących wyso- 
kości 1300 metrów. Nie są to martwe, nagie skały 
wapienne Karsu lub Dynar od strony Dalmacyi, lecz 
pełne świeżości i życia, gdyż las gęsty nieruszony ręką 
ludzką, nie dozwolił na spłukanie cienkiej warstwy 
ziemi. Tylko gdzieniegdzie wygląda siny kamień z po- 
śród bujnej zieleni i kwiatów. Szmer wodospadów! 
i kaskad, łączy się ze szczebiotem licznego ptactwa 
i miarowym szumem bystrego Vrb^u, dodając życia 
bezludnej okolicy. Gdzieniegdzie na szczytach pozo- 
stałe zwaliska dawttych zamków świadczą, że dawniej 



62 BOŚNIA. 

możnowładcy bośniaccy czuwali nad tern ciasnem 
przejściem. Jeden z nich Krupa w prześlicznem leży 
położeniu, gdzie szerszy widnokrąg można objąć okiem. 
Tam pierwszy był nasz przystanek; zmieniono konie, 
był czas nieco się wyprostować i orzeźwić u źródła 
bijącego ze skały. Ujęto je w piękną fontannę i dano 
nazwę Wielo-Wilma — jak świadczy napis wyryty na 
tablicy r. 1894. Tu po raz pierwszy byłem świadkiem 
religijnych ćwiczeń pobożnego bega. Polegało ono na 
tern, że bez żadnej żenady porozpinał się i począł 
obmywać wodą głowę, ręce, ramiona, nogi... W liturgii 
muzułmańskiej nazywa się ten rodzaj praktyki religij- 
nej Gassel i Vuzu. Jest jeszcze trzeci, na który begowi 
czasu już nie stało : Gussel — który polega na kąpieli 
całego ciała. Po takich operacyach Turek począł ma- 
chinalnie odmawiać jakieś modlitwy. Wkrótce je skoń- 
czył, konie były już zaprzężone, więc znowu ruszyślimy 
w drogę. Ruin)» zamku Krupa dały nam nowy temat 
do rozmowy. Turek opowiadał, że w Bośni istnieją 
jeszcze zamki tureckie, a jeden niedaleko za górami, 
znajduje się w Sitnicy, własność rodziny Filipowiczów 
(Filipović). W tej właśnie okolicy w czasach zajęcia 
Bośni przez Turków, rozegrał się straszny dramat 
w tej rodzinie, jeden z wielu, jakie wówczas zaszły. 

Na zamku sitnickim było trzech braci tego rodu : 
jeden z nich został wzięty w niewolę, drugi uciekł do 
Węgier i stał się założycielem dalmatyńsko - kroackiej 
I gałęzi rodu Filipowiczów, trzeci stał się renegatem, 
przyjął islam, za co został mężem zaufania wezyra 
bośniackiego z Trawnika i był założycielem zbisur- 
manionego rodu Filipowiczów, dzisiejszych panów na 
Sitnicy. 



NAD BRZEGAMI YRBASU. 



63 



Kronikarz współczesny opowiada *), że to odstęp- 
stwo od wiary nader boleśnie dotknęło całą rodzinę, 
sławną z bogactwa i cnót chrześciańskich. Więcej nad 
innych opłakiwały hańbę swego rodu trzy siostry Fili- 
powiczówne: Ludwika, Anna i Łucya, bratanice apo- 
staty, i głośno potępiały postępowanie tyranów bośnia- 
ckich. Gdy wieść o tych dziewczętach, rzadkiej piękno- 
ści, rozeszła się w okolicy, porwano je z domu i za- 
prowadzono do Liwna w darze dowódzcy wojsk tam- 
tejszych Mustafowi Afiz. Ucieszył się Turek z nie- 
wolnic, i hojnie obdarzył siepaczy. Przy pierwszem 
spotkaniu z Filipowiczównemi, powitał je z wyszukaną 
uprzejmością i począł wychwalać wzniosłość zasad re- 
ligii Mohameda, rozkosze w tem życiu i szczęście po 
śmierci, sławę w rozkrzewianiu, wielkość i bogactwa, 
jakie przygotowuje swoim wyznawcom. Złudnemi obiet- 
nicami chciał wkraść się do ich serca i otrzymać ze- 
zwolenie na tureckie śluby. Skromne dziewczęta spu- 
ściły oczy i nic nie odpowiedziały na dalsze pytania. 
Milczenie stanowcze wymowniejszem było nad słowa. 

Rozgniewany Afiz kazał je uwiązać do ogona 
zdziczałego konia. Lecz ten sam Bóg, który czuwał 
nad Danielem, gdy go wrzucono do jaskini lwów, miał 
w swej opiece świątobliwe dziewice. Koń, pomimo że 
go straszono i bito, stał się łagodnem stworzeniem, 
niczem niewzruszony, ani kroku naprzód nie postąpił. 
Wówczas użyto innego rodzaju katuszy. Odwiązano 
dziewczęta od konia i wrzucono je do głębokiego. 



*) Zob. Storia dei frati minori... in Dalmazia e Bossina... 
scritta dal P. Donato Fabianich M. O. P. I. Vol. I. Zara, i8G3, 
str. 21 1 — 216. 

P. Piętro Bakula. I Martiri dell'Erzegovina, który cytuje ten 
fakt za Santowskim. 



56 BOŚNIA. 

Na ten widok głos zdumienia i podziwu wyrwał się 
z piersi obecnych. Dziewczęta nic nie straciły na świe- 
żości oblicza- i owszem, jaśniały jeszcze idealniejszą, 
niebiańską pięknością. Skromność i powaga ruchów 
pełna godności, wywołały uszanowanie i cześć jakby 
dla istot nadziemskich. Każda z Fihpowiczówien trzy- 
mała w ręku różaniec z medalikiem przedstawiającym 
Matkę Bożą; oczy spuszczone ku ziemi zwracały się 
ku wizerunkowi Najświętszej Panny. Żołnierze tureccy 
przybyli ze stron dalekich, patrząc na ten widok, my- 
śleli, że różańce są czarodziejskim talizmanem, a dziew- 
częta to cienie lub larwy. Dopiero renegaci obecni dali 
im odpowiednie objaśnienia. 

Może w pół godziny po tem zdarzeniu, gdy 
wszyscy już nieco ochłonęli z pierwszego wrażenia, 
Mustafa Afiz dał rozkaz żołnierzom prowadzić męczen- 
nice do cytadeli, gdzie raz jeszcze chciał przedstawić 
swoje żądania, a gdyby nie chciały pozostać w jego 
haremie, miały zginąć wśród strasznych katuszy. Ska- 
zanym towarzyszył stryj panien. Wśród rozmowy do- 
wiedział się od bratanic swoich, że nie i6 ale 21 dni 
są bez żadnego pokarmu, a w dniu porwania były na 
Mszy Św. i przyjęły z rąk O. Grzegorza Minoryty ko- 
munię Św. razem z Bratem Łukaszem, którego muzuł- 
manie w parę godzin później w kawałki posiekali. Po- 
mimo tego, niegodziwy beg Filipowicz namawiał dziew- 
częta, aby zgodziły się na oddanie ręki Mustafowi 
i przedstawiał życie pełne rozkoszy w domu możnego 
pana. Filipowiczówne ze wzgardą odrzucały wszelkie 
namowy i oświadczyły, że dla obrony swej niewin- 
ności i na stwierdzenie stałości we wierze, gotowe są 
cierpieć chociażby największe katusze. 



NAD BRZEGAMI YRBASU. 



67 



Cały orszak znajdował się już w cytadeli. Afiz 
po raz ostatni dał do wyboru dziewicom : mieszkanie 
w haremie, lub śmierć przez spalenie na stosie. Wszyst- 
kie wybrały radośnie męczeństwo. Rozgniewany Afiz 
rozkazał wprowadzić je do Mlinicine, miejscowości 
odległej o godzinę pieszej droPi od Liwna, i tam żyw- 
cem spalić! Dla większej okazałości i rzucenia po- 
strachu na okoliczną ludność chrześciańską, polecił ty- 
ran spalić razem z dziewicami wdowę Zarkicz, po- 
przednio skazaną na śmierć głodową w turmie, oraz 
jakiegoś starca, chrześcianina, o którego imieniu i na- 
zwisku kronikarz współczesny nie mógł się wywiedzieć. 
Ów starzec złamany wiekiem i cierpieniem, opadł na 
siłach w pół drogi i tak się odezwał do towarzyszek 
śmierci, zalewając się łzami: »Szczęśliwszemi odemnie 
jesteście; wyście młode, możecie wpierw zdążyć do 
ognia, a z ognia do nieba — do naszego Jezusa i Jego 
Najświętszej Matki, aby spocząć wśród grona Świętych. « 
Na te wzruszające słowa, Anna i Ludwika Filipowi- 
czówne podniosły starca i podtrzymując rękoma, pół 
wlokły, pół niosły ze sobą, aż doszły na miejsce stra- 
cenia. 

Stos drzewa był już przygotowany. Zaraz wrzu- 
cono nań skrępowanych męczenników; wdowa Zar- 
kicz związana razem z dzieckiem, skonała zanim pod 
drzewo podłożono ogień. Tłumy ludu muzułmanów, 
odstępców i chrześcian były świadkiem tej zbrodni, 
a zarazem całopalnej ofiary chrześciańskich dziewic. 
Prześliczna towarzyszyła pogoda w chwili, gdy słowiań- 
scy męczennicy zdobywali palmę zwycięstwa. Lecz ledwie 
ogień ogarnął Filipowiczówne i trudno je było roz- 
poznać od palących się głowni, tak silny zerwał się 
wicher i trwał przez całych trzy dni i trzy noce, że 

5* 



68 BOŚNIA. 

ze skał spadały na pola kamienie i wiele domów mie- ^^'i^^cĄ 
szkalnych zniszczyły. Lud uważał to za znak gniewu 
Bożego, ponieważ burza szalała tylko w Liwnie i jego 
okolicy. 

Przytoczyłem fakt powyższy prawie dosłownie 
z kroniki Santowskiego, który, jak tradycya podaje, 
zaczerpnął powyższą wiadomość z rękopisu samego 
bega Filipowicza. Podobno ów renegat przed śmiercią 
się nawrócił, chociaż jego potomkowie podziśdzień wy- 
znają islam. 

Czy nie jest to nemezis dziejowa, iż właśnie 
z tego samego rodu, z linii dalmatyńsko-kroackiej, Jó- 
zef Filipowicz generał głównodowodzący armią austro- 
węgierską podczas okupacyi r. 1878 ostateczny cios 
zadał panowaniu Turków w Bośni i Hercegowinie? 

Lecz wróćmy do mego towarzysza podróży. Gdy 
przejeżdżaliśmy około wioski, zwanej Podmilacze, beg 
zwrócił moją uwagę na kościółek św. Jana u samego 
podnóża góry, tuż nad Yrbaśem. Mówił mi, że w dniu 
tego Świętego, 24 czerwca dzieją się cuda, i dlatego 
nawet muzułmanie na to święto przychodzą. Cuda te, 
zdaniem muzułmanina, polegają na tem, że katoliccy 
kapłani wypędzają złe duchy z opętanych. Bardzo za- 
dziwiła mnie i zainteresowała uwaga poganina, dlatego 
postanowiłem zasięgnąć bliższych w tym względzie 
informacyj. Otóż zarówno księża jak i świeccy ludzie, 
urzędnicy i wojskowi, opowiadali, że rzeczywiście w dniu 
Św. Jana ż dalekich okolic Bośni i Hercegowiny, z Dal- 
macyi, Kroacyi, a nawet z Turcyi przywożą na to 
miejsce opętanych przez złego ducha, a Franciszkanie 
bez różnicy kto nim jest, katolik, Serb, lub muzułma- 
nin, odbywają exorcyzroy, nieraz z wielkim skutkiem. 



70 



BOŚNIA. 



Jeden z muzułmanów opowiadał mi, że są trzy 
rodzaje szatanów: « jeden rodzaj takich, których może 
^ wypędzić hodżia lub mufti (duchowni muzułmańscy), 
innym ci nie mogą dać rady, lecz wypędzi go ducho- 
wny serbski ; najczęściej jednak nikt inny nie jest w sta- 
nie wypędzić go z człowieka, tylko waszej religii kapłan. « 

Spotkałem się także z ujemnem zdaniem naocz- 
nych świadków exorcyzmów, o których mowa. Mó- 
wiono, że 00. Minoryci w barbarzyński sposób odby- 
wają ten akt, obrażając delikatniejsze uczucia widzów. 
Ponieważ nikt nie przeczył rzeczom nadzwyczajnym 
jakie się tam dzieją — raz do roku w dniu św. Jana 
Chrzciciela, tylko krytykowano sposób postępowania 
i rozmaicie tłómaczono sobie owe zjawiska, postano- 
wiłem na ten dzień zjechać do Podmilacza. To co 
widziałem i słyszałem, podaję z ówczesnych notatek, 
jakie zaraz na miejscu spisałem. 

W dniu 22 czerwca 1895 roku, z dalekich stron 
Hercegowiny przybyłem do Jajec, zkąd 5 kilometrów 
drogi do sławnego odpustowego miejsca. Hotelista, 
wcześnie zawiadomiony o mem przybyciu, zachował 
dla mnie pokój gościnny. Dobrze się stało, że wcze- 
śnie go zawiadomiłem, gdyż napływ ludzi był ogromny. 
Nietylko wszystkie pokoje, ale wszelkie zakątki, nawet 
korytarze hotelowe, prywatne pomieszkania były po- 
zajmowane pielgrzymami spieszącymi do Podmilacza. 
W mieście ruch nadzwyczajny ; wozy i wózki bośniackie 
pełne podróżnych wiozą wszelkie przybory do spania 
i gotowania jadła, formalne tabory snują się ku cudo- ^ ^ ^ / 
wnemu miejscu. Wieczorem miałem sposobność roz- /^ ^ ' ' ^ 
mawiać o tem co się dzieje z wyższymi wojskowymi 
i lekarzem rasy semickiej. Ten mówił, że Jest bezwy- 
znaniowym, i drwił sobie z opowiadań o wypędzaniu 



NAD BRZEGAMI YRBASU. 



71 



złych duchów. Namówiłem go, aby przybył na miejsce, 
na co się zgodził z kilku oficerami. Przewidując ścisk 
wielki i możliwe przygody, skorzystałem z listu pole- 
cającego J. E. Ministra Br. Kallaya ^) i zażądałem od 
komendy żandarmskiej w Jajcach jednego żołnierza 
dla własnego bezpieczeństwa, któryby czekał na mnie 
w Podmilaczu. 

W uroczystość Sw. Jana Chrzciciela rano, zaje- 
chał Turczyn, wsiadłem do bryczki i ruszyłem w drogę. 
Spotykamy wozy i woziki pełne pobożnych chrześcian 
i muzułmanów. Dostrzegam niewiasty zupełnie odrę- 
bnego typu o długich kruczych lśniących warkoczach, 
siedzące na koniach po męsku z ostrogą u nogi, którą 
konia naglą do biegu. Błoto ogromne, lecz na nie 
nikt nie zważa. Brną po niem ludzie rozmaitego wieku 
i płci w przepysznych strojach złocistych : katolicy, 
Serbowie, muzułmanie, hiszpańscy żydzi i cyganie. 
Najwięcej jedzie konno mężczyzn w turbanach czerwo- 
nych; Turczynki również konno w szkarłatnych po- 



') List, który mi nie jedną oddal przysługę, był następują- 
cej osnowy: 

648 1 /B. H. An alle bosniscli-lierzegowinische Bełiórden und 
pienstesorgane einscliliesslicli der Gendarmerie. 
Offene Ordre. 

Alle bosnisch-herzegowinische Behórden und Dienstesorgane 
einschliesslich der Gendarmerie werden angewiesen, dem Hernn 
Pater Martin Czermiński, welcher eine Studienreise nach Bosnien 
und der Herzegowina unternimmt, erforderlichen Falls jede thun- 
liche UnterstCitzung zu gewahren. Wien am 8 Junii 1893. Vom 
gemeinsamen Ministerium fur den gemeinsamen Finanz-Minister 

Jansekowitsch. 
L. S. 

Gemeinsames Ministerium 
in Angelegenheiten Bosniens und der Herzegowina. 



72 



BOŚNIA. 



włoczystych bundach z kapturem na głowie, z pod 
którego bardzo oryginalnie i malowniczo wygląda twarz 
zakwefiona białą zasłoną. Przy drodze leżą chorzy 
i kalecy, wyciągając ręce po jałmużnę. Straszną twarz 
spostrzegłem: ciało odpadło od kości, prawie trupia 
głowa bez ciała, bez warg, same zęby ze szczęki wy- 
stają — i ta istota się rusza, idzie drogą, istna śmierć, 
brak tylko kosy! Robi się coraz większy ścisk. Część 
pątników spieszy w nurty Yrbaśu i nogi z błota omywa, 
aby czysto wejść do kościółka, a chociażby tylko na 
plac przed nim, zapełniony tysiącem powózek, koni, 
namiotów i kramów, lub pod barakami kawanny ^). 
Żandarmi i służba wojskowa uwija się i utrzymuje po- 
rządek, a trzeba przyznać, że się dzielnie wywiązuje 
ze swego zadania. Żandarm oddany mi do usługi za- 
raz się zjawił, i bardzo się ucieszył, bo mógł mówić 
po polsku; pochodził z pod Limanowy w Galicyi. 

Idziemy do kościoła. Ścisk taki, że wejść trudno, 
lecz na widok żandarma rozstępują się ludzie i łatwo 
mogę za nim dostać się do wnętrza. Po lewej stronie 
kościółka widzę grupę muzułmanów i muzułmanek, 
wśród nich niewiasty opętane od złego ducha, nie- 
które skrępowane powrozami i łańcuchami. Po prawej 
stronie Serbowie i Serbki leżą jak snopy na ziemi, 
lub siedzą w smętnej zadumie. Ledwie wszedłem do 
kościoła, muzułmanie i muzułmanki, Serbowie i Serbki, 
a było ich około 30 przywiezionych jako opętanych, 
zaczęli szczekać i wyć. Miałem wrażenie, jakbym się 
znalazł wśród sfory psów rozmaitych ras, tak odrębne 
były te zwierzęce — nie ludzkie głosy. Jedna przede- 
wszystkiem wyje przeraźliwie, to wpada jakby w letarg. 



*) Rodzaj kawiarni. 



Kaloliccy matźonkowie z okolicy Jajec 



74 



BOŚNIA. 



to znowu w konwulsyjne podrygi. Była to Serbka 
Floryana Surić, dziewka około 20 lat. Począłem nad 
nią się modlić, lecz gdy widziałem, jak strasznie się 
rzuca i wyje, tak mię serce zabolało i taki dreszcz 
przerażenia przejął całego, iż czułem, że nie wytrzy- 
mam i zemdleję. Wyszedłem na pole, czekając roz- 
poczęcia exorcyzmów. 

Niebawem nadszedł proboszcz z okolicy, do któ- 
rego należy także podmilacki kościółek. Przybył rów- 
nież młody Minoryta, wikaryusz z miasta Jajec. Oby- 
dwaj dowiedzieli się o moich zamiarach, więc bez dłu- 
gich witań, mówi stary proboszcz : 

)>Dobrze ksiądz robi, że naocznie chce się prze- 
konać o tem, co wiele ludzi nierozumiejąc wyśmiewa. 
Zaraz exorcyzmy rozpoczniemy, spodziewam się, że 
ksiądz zechce brać w nich udział. Modlitwy i exor- 
cyzmy będzie odmawiał wedle rytuału rzymskiego ten 
oto Ojciec świeżo na kapłana wyświęcony : jest młody, 
silny, to wytrzyma chociażby kilka godzin ; ja już je- 
stem za stary, dawniej sam exorcyzmowałem, lecz te- 
raz już brak mi sił fizycznych do tej pracy. « 

Na widok trzech kapłanów rozstąpiły się rzesze, 
swobodnie weszliśmy do kościoła przed wielki ołtarz. 
Szczekania i wycia powtórzyły się chórem, a tak stra- 
szliwie przeraźliwe, iż zdawało się jakoby piekło zstą- 
piło na ziemię. Dziwnie tęskno odbijała od tajemni- 
czego głosu opętanych gorąca modlitwa wszystkich 
innych obecnych, przeplatana płaczem i łkaniem. 

Na ołtarzu zapalono kilka świec woskowych. 
Exorcysta ubrał się w komżę i stułę fioletową, pro- 
boszcz ze mną klęknął obok celebransa i rozpoczęliśmy 
litanię do Wszystkich Świętych, a po jej odmówieniu, 
przy meuzie ołtarza stanęliśmy twarzą do ludu. Pier- 



\ 

NAD BRZEGAMI YRBASU. jC 

wszą do exorcyzmu wzięto ową Floryannę Surić. Ojciec 
i brat przynieśli ją jak martwą kłodę i położyli na 
stopniach ołtarza. 

U moich stóp usiadła jakaś stara kobieta Serbka, 
i ze łzami w oczach poczęła mnie prosić całując po 
nogach; aby mogła być drugą z kolei pod exorcyzmy. 
Żaliła się, że od lat kilku na to miejsce przybywa, 
i nie może się doczekać wypędzenia ze siebie złego 
ducha, gdyż ją inni uprzedzą. Co chwila: to szcze- 
knie jak pies, to zacznie się modlić, żegnać lub wzy- 
wać »Bohorodycy« Maryi. Przyznam się szczerze, że 
aczkolwiek żal mi, było nieszczęśliwej Serbki, bardzo 
robiło mi się nie swojsko, gdy co chwila szczekała, lub 
warczała jak pies na łańcuchu. 

Tłumy muzułmanów i żydówek cisną się także 
do stopni ołtarza. Dwie Żydóweczki hiszpańskie zale- 
wają się łzami, lecz ciekawość przemaga i patrzą na 
rzeczy przechodzące ich pojęcie. Wśród ludu dostrze- 
gam owego lekarza semitę, który się stawił na we- 
zwanie z oficerami. Skinąłem na nich, aby się zbli- 
żyli i lepiej mogli zobaczyć to, z czego przedtem drwili. 
Stanęli zaraz przy mnie. Twarze ich pobladły, spo- 
ważnieli, i nie śmieli słowa powiedzieć. 

Tymczasem kapłan odmawia modlitwy po łaci- 
nie podług rytuału rzymskiego, i w tymże języku za- 
daje pytania. Dziewka nie umiejąca nawet czytać, na 
każde łacińskie pytanie odpowiada po bośniacku do rze- 
czy, zupełnie jasno, głosem jakimś grobowym, dzikim, 
śpiewając melancholijnie. Chociaż ma oczy zamknięte 
jakby we śnie, gniewa się, że są kapłani — ona nie 
chce kapłanów. Exorcysta pyta ją po łacinie, ile ma 
w sobie szatanów; odpowiada »pięć,« »a ile lat w to- 
bie siedzące — odpowiada wsześć.a Poczem krzyknęła: 



nS BOŚNIA. 

»nie wypędzaj mnie, to moja kucziaa (to mój dom) 
i kilka razy to samo w śpiewie powtarza. Gdy kapłan 
zaklina i rozkazuje w imię Chrystusa, aby zły duch ciało 
dziewczyny opuścił, odpowiada: »gdzież ja pójdę ?« 

Kapłan: »do piekła.^ 

Duch: » nie pójdę, tutaj zostanę, to mój dom.« 

Piękne kościelne modlitwy i pełne siły zaklęcia, 
aby szatan opuścił tego, którego Duch Św. za mieszka- 
nie sobie obrał, i to w imię Chrystusa »Niepokalanego 
Baranka, przed którym drżą piekła, a moce niebieskie 
są Mu posłuszne, « nie podobały się złemu duchowi, 
gdyż począł rzucać opętaną Floryaną, bić głową o zie- 
mię. Lecz jedno pokropienie wodą święconą^ zaraz 
uspokojało słabą i wpadała jakby w letarg. 

Gdy się wszystkie modlitwy skończyły, a szatan 
pomimo szamotań wyjść nie chciał, poczęto szukać 
na dziewce amuletów. Tutaj zaszły sceny dziwne: 
najpierw zaczęła krzyczeć : że żadnych amuletów nie 
ma. Nie dano jej wiary, lecz ojciec jej i brat poczęli 
poszukiwania. Wkońcu znaleziono gdzieś pod koszulą 
schowane zabobonne przedmioty: woreczek pełen nie- 
wiem czego, bo był zaszyty, muszelki najzwyczajniej- 
sze, kosteczki, kilka patyczków i blaszek. Jako trofea 
położono to wszystko na ołtarzu. Floryaną poczęła 
wyć przeraźliwie i krzywić twarz. Lecz znowu pokro- 
piono ją wodą święconą i zaraz się uspokoiła. Na 
rozkaz exorcysty, aby zły duch opuścił dziewczynę, 
zawołał kilkakrotnie » wyjdę. « Począł ją nadymać tak, 
że w pasie objętość jej równała się beczce; to znowu 
silne tchnienia wydawała ze siebie i język tak z niej 
wychodził, iż się zdawało, że wnętrzności wyjdą jej 
gardłem. Powtórzono rozkaz — znowu duch odpo- 
wiadał, że wyjdzie, lecz nie usłuchał: rzucał nią kon- 



NAD BRZEGAMI YRBASU. 



77 



wulsyjnie i wył. Wówczas rozkazano (po łacinie) po- 
całować krzyż ze św. Relikwiami. Floryana zaraz czy- 
niła to, lecz ze wstrętem, wpierw dmuchając zanim 
pocałowała. Kapłan kilkakrotnie rozkazał krucyfix ca- 
łować — ' była posłuszną dziewczyna. Wreszcie po kon- 
wulsyjnych drganiach, gdy kapłan ponownie silnym 
głosem zawołał: »wyjdź! — wyjdź zaraz !« wpadła 
nieszczęśliwa jakby w konanie, następnie w letarg — 
stała się jakby martwą — silnie odetchnęła, otworzyła 
oczy i odrazu powstała z twarzą wesołą, poczciwą, 
niedopoznania zmienioną. Przedtem miała wyraz twa- 
rzy szkaradny, dziki, jakby zwierzęcy; teraz wyglądała 
jak najskromniejsza — najwstydliwsza wiejska dziew- 
czyna. Równocześnie odezwały się znowu silne szcze- 
kania i wycia opętanych, lecz silniej wydobył się głos 
z tysiąca piersi: »chwała Bogu« i łzy radości zabłysły 
w oczach obecnych. 

Myśleliśmy, że to jeszcze nie koniec, że szatan 
się ukrył, aby go nie dręczyć. Kazaliśmy Floryanie 
odmówić cały pacierz, co uczyniła z wielkiem nabo- 
żeństwem, ucałowała nas w ręce i do nóg się rzuciła, 
dziękując za łaskę. Rodzina jej niebawem przyniosła 
wielkie świece woskowe dla kościoła, gdyż ofiarowa- 
nych pieniędzy, naturalnie kapłani przyjąć nie chcieli. 
Cała ceremonia trwała i '/g godziny, z tego 72 godziny 
upłynęło od chwili zdjęcia amuletów z opętanej. 

Po chwili przyniesiono drugą wiejską dziewczynę, 
imieniem Maryę, mogącą mieć najwięcej lat 18. Przy- 
nieśli ją bracia na rękach jak kawałek kłody i położyli 
u stóp ołtarza. Powtórzyły się sceny już opisane, lecz 
z nią sprawa była trudniejsza. Z wielkim wstrętem 
krzyż całowała, lecz gdy ostatecznie musiała to zrobić, 
wpierw nań pluła, a po pocałowaniu rzucało nią o zie- 



78 



BOŚNIA. 



mię tak silnie, że o mało nie rozbiło jej głowy. Cza- 
sami kapłan zmieniał ton mowy i zwracał się do Ma- 
ryi a nie do szatana. Wówczas podnosiła oczy jakby 
z letargu i głosem delikatnym, pełnym słodyczy i bo- 
leści, odpowiadała najskromniej w świecie. Gdy pyta- 
nia były zwrócone do złego ducha, wydawała głos 
szorstki, gruby, zuchwały. Najwidoczniej dwie osoby 
przez jej usta przemawiały : ludzka i podziemska istota. 
Exorcyzm trwał przeszło dwie godziny. Pomimo po- 
szukiwań amuletów, nie można było znaleźć; biedny 
exorcysta zalewał się potem, ponawiał modlitwy i za- 
klęcia z rytuału, lecz nic nie pomogły, szatan bez- 
ustannie powtarzał: »to mój dom, ja zeń nie wyjdę.a 
Dziewczę wpadło w letarg, nie dawało znaku życia, 
zdrętwiało na całem ciele, wynieśli ją na rękach smutni 
bracia jak skostniałego trupa. 

Czytelnik zapyta : dlaczego w pierwszym wypadku 
udał się exorcyzm, a w drugim nie? Na to znajdzie 
odpowiedź w Ewangelii św. Mateusza (w rozdz. XVII, 
w. 14 — 20). Nawet uczniom Chrystusa Pana nie zawsze 
udawały się exorcyzmy. Zresztą są niezbadane wyroki 
Boże. 

Doczekała się wreszcie swej kolei wieśniaczka serb- 
ska, która czekała u moich stóp. Poczęto i nad nią 
exorcyzmy odmawiać. Zbyt byłem zmęczony i wzru- 
szony, abym mógł dłużej przypatrywać się dziwnym 
zjawiskom. Usunąłem się i opuściłem Podmilacze. 

Po pierwszym udałym exorcyzmie zapytałem le- 
karza, o którym wyżej wspomniałem, co on sądzi 
o tem wszystkiem. Odpowiedział mi na to z pewnem 
zakłopotaniem : 

»Ksiądz hypnotyzuje! « 

w A cóż pan sądzi o tych chorych? a 



c^ 



V 



"Należałoby ich wpierw zbadać, czy nie są umy- 
słowo słabi na obłęd religijny- — odpowiedział lekarz. 



"Toź zbadaj pan czemprędzej któregokolwiek z po- 
danycłi za opętanycti, zanim si% rozpoczną exorcyzmy.« 



8o BOŚNIA. 

Na tę radę wybladły lekarz semicki skrzywił się 
i wyszedł czemprędzej z kościoła, nie chcąc, abym go 
naglił do badań rzeczy, o których sam był przeko- 
nany, że przechodzą jego lekarską wiedzę. Później 
spotkałem go raz jeszcze w Jajcach. Pragnął ze mną 
mówić o religii katolickiej ; wyznaczyłem dogodną dlań 
godzinę na poufną rozmowę, lecz pomimo obietnicy 
że się stawi, słowa nie dotrzymał. 

Wobec przytoczonego faktu, jaki własnemi oczy- 
ma widziałem, a każdy może podobne zdarzenia spra- 
wdzić, jeśli zechce na dzień 24 czerwca do Podmilacza 
zajechać, godnem zastanowienia jest wiara muzułmanów 
w potęgę nadziemską Kościoła katolickiego. Muszą być 
w ich oczach te fakta bardzo nadzwyczajne, skoro od- 
ważają się nietylko wejść do katolickiego kościoła, któ- 
rym w zasadzie gardzą, ale nawet przyprowadzają doń 
swe żony lub córki, które nigdy, nawet między samymi 
muzułmanami, nie biorą udziału we wspólnych zebra- 
niach, a tem mniej wolno im wejść w jakąkolwiek 
styczność z chrześcianami. 

Napis na tablicy umieszczonej w kościele, podaje 
czas jego budowy na rok u 58. Lecz tradycya miej- 
scowa mówi, że przedtem znajdował się na drugim 
brzegu Yrbaśu, przy wiosce; co zresztą bardzo zdaje 
się uzasadnionem, gdyż trudno przypuścić, aby w tak 
niewygodnem miejscu kościół stawiano pod górą i to 
za rzeką, gdzie niema ludzkich mieszkań. Zkądże wziął 
się kościół w miejscu gdzie dziś stoi? Na to ta sama 
tradycya podaje następującą legendę: Gdy muzułmanie 
przybyli w te okolice, kościół zbezcześcili i zapędzili 
doń bydło, lecz ono wszystko wyzdychało. Ponieważ 
grunta przytykające do kościoła przeszły na rzecz tu- 
reckiego skarbu, i było niebezpieczeństwo, że kościół 



NAD BRZEGAMI YRBASU. ^i 

znowu ulegnie profanacyi, jakaś pobożna muzułmanka 
ofiarowała chrześcianom pod kościół swój grunt, poło- 
żony za rzeką. Gdy chrześcianie zbierali się, aby wy- 
prosić pozwolenie na przeniesienie kościoła, nazajutrz 
zobaczyli, iż jakaś niewidzialna ręka go przeniosła na 
miejsce, gdzie dziś się znajduje. Od tej chwili datuje 
się ten kościółek Św. Jana Chrz. jako miejsce cudowne. 
Opowiadano mi, że X. Arcybiskup Stadler ze Sarajewa, 
do którego metropolii należy dyecezya Banialucka, 
a w niej Podmilacze, chce na tem miejscu zbudować 
wielki nowy kościół. Kosztorys jego obliczony na 
24.000 złr., materyał w znacznej części na miejscu, 
gdyż dokoła są skały i lasy, a rąk roboczych dostar- 
czy w znacznej części bezpłatnie pobożny lud. Do- 
tychczas zebrano parę tysięcy, a znoszą ofiary nietylko 
katolicy, lecz i Serbowie, a nawet muzułmanie. 

Wśród drogi z Banialuki do Jajec, przysiadł się 
do naszego powozu inżynier obwodowy, rządowy, 
p. Fr. V. Mihanowich. Zaraz się zaprezentował i uwol- 
nił mnie od towarzystwa bega, zapraszając na przednią 
część bryki pocztowej, zkąd widok był piękniejszy i swo- 
bodniejsza gawędka. Opowiadał, że cała cudowna droga, 
którą przebyliśmy, zadecydowaną została przed trzema 
laty; zaraz wzięto się do roboty i pomimo trudności, 
jakie jeszcze do niedawna zdawałyby się nie do prze- 
zwyciężenia, w krótkim przeciągu czasu ukończono 
i oddano do publicznego użytku. Co prawda, droga ta 
kosztowała okrągły milion złr. Podobnie pięknej i wy- 
godnej, z uwzględnieniem trudności w jej budowie, ni- 
gdzie dotychczas nie miałem sposobności oglądać. Jest 
ona bezprzecznie wielkiem dobrodziejstwem dla ludności 
okolicznych wiosek — i dwu wielkich miast : Banialuki 

Bośnia i Hercegowina. O 



§2 BOŚNIA. 

i Jajec, a również i pod względem strategicznym jest 
ważną, gdyż jest najkrótszą i najwygodniejszą drogą 
z pogranicza Kroacyi do wnętrza Bośni i dwu jej po- 
sterunków wojskowych. 

Słońce zachodziło, gdy ujrzałem Jajce, bezprzecz- 
nie jedno z najpiękniejszych miast Bośni. Zamek do- 
minuje na górze, a na jej stokach rozsiadły się domo- 
stwa. Vrba§ z dopływem okala całość z trzech stron. 

Stajemy w rządowym hotelu, a że tu »Europej- 
czycyu żyją bardzo familiarnie, towarzysz drogi p. Mi- 
hanowich, zaraz prezentuje mnie miejscowemu staroście 
p. Jakubowskiemu, ten znowu swej żonie, gdyż urzęd- 
nicy poschodzili się swoim zwyczajem do hotelowej 
restauracyi, służącej im za resursę. Poznanie było ła- 
twe, a niezawodnie przyczyniła się do tego uprzedza- 
jąca uprzejmość p. Jakubowskiego, który zaraz ułożył 
dla mnie plan zapoznania się z miastem i zaprosił do 
siebie nazajutrz. 



•>36<- 




ROZDZIAŁ IV. 



W Jajcach, dawnej stolicy królów bośniackich. 

Kościół OO. Minorytów. Typy miejscowe. Sarkofag króla Toma- 
szewicza. Podanie o jego śmierci. Katakumby. Zamek. Jego obrona 
przez niewiasty bośniackie. Ruiny kościoła św. Łukasza. Kontro- 
wersya dotycząca Jego św. relikwii. Wodospad Pliwy. Prywatne 
zabytki bośniackie w mieszkaniu starosty Jakubowskiego. Haremy 
i życie w nich niewiast muzułmańskich. Wycieczka do Jezero. Mo- 
dlitwa muzułmanów. Ordery. Polna kuchenka. Urzędnicy w Bośni. 

Noc już zapadła, gdy pożegnałem polskie towa- 
rzystwo w Jajcach. Usunąłem się do wyznaczonego mi 
hotelowego pokoju i w samotności zabawiałem się to 
nieodstępnym towarzyszem podróży: brewiarzem, to 
piórem, kreśląc świeże wrażenia z dnia ubiegłego. 
Ciszy wiosennej nocy nic nie przerywało. Miarowy 
szum wodospadu Pliwy, wpadającej do Yrbaśu, tuż 
obok hotelu, nie przeszkadzał do snu, lecz raczej po- 
magał. Gdy się przebudziłem, szczyty gór naprzeciw 
mych okien Iśniały już blaskiem słonecznym. 

6* 



8^ BOŚNIA. 

Pierwsze kroki naturalnie kieruję do kościoła OO. 
Minorytów. Po ulicach ludu bardzo nie wiele; jeszcze 
zbyt rano, więc i w kościele zaledwie parę osób zna- 
lazłem, chociaż to była niedziela. 00. Minoryci pra- 
cują w Jajcach już około 500 lat. Dawniej mieli swó) 
klasztor wśród miasta przy kościele św. Łukasza. Gdy 
Turcy przyszli do Bośni i opanowali Jajce, klasztor ich 
został zniszczony, sami musieli się schronić na sam 
kraniec miasta, gdzie dopiero w bieżącem stuleciu mogli 
wystawić swój dzisiejszy konwent i kościół. Budowali 
go przeszło lat 60, dla rozmaitych trudności, jakie na- 
potkali ze strony rządu tureckiego. Na dzwonnicę, jak 
wszędzie, i tu nie dozwolono; ta która jest obecnie, 
zbudowaną została w najnowszych czasach po oku- 
pacyi, lecz dzwonów dotychczas niema. 

Po Mszy Św. pozostałem jeszcze w kościele, aby 
przypatrzyć się ludowi spieszącemu na Sumę. Po asper- 
zyi ksiądz ubrany w szaty kościelne zwrócił się od 
ołtarza twarzą do ludu, złożył ręce do modlitwy 
i głośno począł wymieniać intencye, na jakie mają się 
modlić. Po kaźdem ogłoszeniu intencyi następowało 
parę razy Ojcze nasz i Zdrowaś, które wierni z wiel- 
kiem nabożeństwem odmawiali. Mężczyźni prawie wszy- 
scy mieli głowy ogolone, tylko kosmyk długich wło- 
sów spleciony w warkocz spadał im na plecy. Ko- 
biety rozpostarły na podłodze dywaniki ręcznej roboty, 
niektóre bardzo pięknie haftowane, na nich usiadły 
z turecka, a zdjąwszy sandałki ustawiły je przed sobą. 
Modłą się z rozwartemi ramionami, podobnie jak przed- 
stawiają pobożnych prastare malowidła w rzymskich 
katakumbach. Niektóre niewiasty mają całą pierś za- 
słoniętą szeregami wielkich srebrnych i złotych monet. 



86 BOŚNIA. 

Piękną i cenną ozdobą są również żakieciki delikatnem 
futerkiem podbite lub niem lamowane, a prócz tego 
zdobne w hafty złote, nieraz bardzo szerokie. Barwa 
włosów przeważnie ruda; podobno sami tutejsi miesz- 
kańcy je farbują kosmetykami domowego wyrobu. Typy 
tutejsze w ogólności piękne i inteligentne zarówno męż- 
czyzn jak niewiast. 

Po lewej stronie od ołtarza, w bocznej nawie ko- 
ścioła, znajduje się szkielet ostatniego z królów bośnia- 
ckich Stefana Tomaszewicza (r. 1461 — 1463). Spoczywa 
on z oznakami królewskiemi w wielkiej szklanej trumnie 
na podwyższeniu, tak że każdy może ją łatwo oglądać. 
Zwykle trumna przykryta bywa czarnem suknem, i tylko 
na większe święta ją odkrywają. Tradycya miejscowa 
podaje, że król Tomaszewicz widząc niepodobieństwo 
dalszej obrony twierdzy Jajce, wysłał parlamentarzy do 
tureckiego obozu z oświadczeniem gotowości złożenia 
broni, jeśli jego i załogę zachowają przy życiu. Turcy 
przystali na podane warunki, lecz gdy twierdza była 
już w ich ręku, a król jako niewolnik w obozie we- 
zyra, ten zmienił zdanie. Pyta więc hodżi, czy go 
obowiązuje słowo dane królowi. wSkoroś dał, trzeba 
dotrzymaćtt — brzmiała odpowiedź. Wezyr zapytał 
o zdanie drugiego duchownego tureckiego, i otrzymał 
odpowiedź jakiej pragnął: »Słowo dane chrześciani- 
nowi nie obowiązuje ciebie wielki wodzu, zwłaszcza, 
że ten chrześcianin dziś jest w twej niewoIi.« 

Wówczas wezyr miał wezwać przed siebie króla 
Tomaszewicza i tak się odezwał: 

^Wyjdziesz za miasto na wzgórze, zkąd będziesz 
mógł swą stolicę oglądać, lecz ona więcej ciebie nie 
zobaczy. « 



w JAJCACH, DAWNEJ STOLICY KRÓLÓW BOŚNIACKICH. 87 

Wyprowadzono króla na przeciwległe wzgórze, 
i tam ścięto mu głowę, trupa wrzucono do przygoto- 
wanego grobu, a głowę na jego piersiach położono. 

Tradycya powyższa utrzymała się dotychczas i dała 
wskazówkę, gdzie leży grób ostatniego z królów bo- 
śniackich. Przed kilkoma laty poczęto w tym wzglę- 
dzie poszukiwania, i znaleziono kościotrup, a na jego 
piersiach czaszkę dotychczas bardzo dobrze zachowaną. 

•i 

Gdy wracałem z kościoła do domu, spotkałem 
starostę, p. Jakubowskiego, który mnie zaprosił do 
»konaku« t. j. budynku rządowego, gdzie się znajduje 
starostwo. Tam poznałem p. Jasicę, adjunkta, który 
podjął się łaskawie być moim cicerone. Udaliśmy się 
najpierw do tutejszych katakumb. Poniżej góry zam- 
kowej, znajdujemy drzwi zamknięte do sklepów pod- 
ziemnych. Sługa starostwa otwiera zamki, zapala po- 
chodnie i prowadzi po kamiennych schodach wykutych 
w skale do przedsionka, następnie do kaplicy, objętości 
kilkunastu metrów kwadratowych. Naprzeciw wejścia 
znajduje się ołtarz z kamienia wykuty, opierający się 
o ścianę, w której wyżłobiono krzyż, a po jego oby- 
dwu stronach słońce i półksiężyc. Za ołtarzem znaj- 
duje się absyda, a po obu stronach w ścianach nisze 
i półkoliste zagłębienia, kształtem i wielkością zupełnie 
przypominające groby męczenników w rzymskich ka- 
takumbach. Wszystko to wykute w twardej skale, bez 
żadnego śladu podmurowania. Pod tą kaplicą znajduje 
się druga podobna, lecz mniejsza, a pod nią może je- 
szcze trzecia, gdyż dudni, gdy się nogą o ziemię ude- 
rzy. Obydwie kaplice są bardzo starannie wyciosane, 
sklepienie wykute w stylu romańskim, lecz niektóre 
linie łuków przypominają gotykę. (Zob. str. 85). 



88 BOŚNIA. 

Kto jest twórcą tych katakumb? w jakim celu 
były zbudowane? dotychczas bardzo podzielone są 
zdania. Przed kilkoma laty, radzca Windakiewicz zna- 
lazł w jednej z kaplic niedokończony herb Hrvoji, 
księcia Spalatu, który za najświetniejszych swych cza- 
sów w XIV wieku panował od Adryatyku i Narenty 
aż po rzeki Unę i Vrbaś. Odkrycie tego herbu na- 
sunęło archeologom domysł, że Hrvoja kazał wykuć 
w tem miejscu grobowce dla siebie i swej rodziny ^). 
Prawdopodobniej herb ten później powstał, a miano- 
wicie gdy Hrvoja zamierzał już gotowe katakumby za- 
mienić na swoje grobowce. Trudno bowiem przypuścić, 
aby książę obeznany ze sztuką włoską w jej pełni roz- 
woju, w skalistych podziemiach szukał miejsca dla swo- 
jego grobu, skoro mógł go okazalszym uczynić na ze- 
wnątrz. Na mnie katakumby powyższe zrobiły wra- 
żenie pierwszych czasów chrześciaństwa. Czemuż nie 
miałyby być wykute przez chrześcian, uciekających ze 
Salony w czasach prześladowań Dyoklecyana ? Wszystko 
przypominało mi swem podobieństwem kaplic, ołtarze 
i groby z rzymskich katakumb. Lud opowiada, że za 
czasów tureckich tutaj więziono chrześcian. Gdy rząd 
okupacyjny zajmował Jajce, jakiś Turek urządził sobie 
z katakumb skład na beczki z piwem! Dziś w wiel- 
kiem poszanowaniu i opiece rządu miejscowego znaj- 
duje się ten ciekawy pomnik przeszłości. Gdyśmy wy- 
chodzili, podano nam książkę pamiątkową do wpisania 
swych nazwisk; na pierwszej stronie znajduję podpis 
b. Następcy Tronu Arcyksięcia Rudolfa, a na następnej 
Br. Appela naczelnika Bośni i Hercegowiny. 



^) Cf. Wissenschaftliche Mittbeilungen aus Bosnien und der 
Herzegowina. Bd. II, str. 94 — 107. Wien, 1894. 



Ruiny kościob św. Łukasza w Jajcach. (Zob. a 



90 



BOŚNIA. 



Z katakumb w paru minutach dostaliśmy się na 
szczyt góry, uwłeńczonej wspaniałemi murami fortecy. 
Władza wojskowa bez trudności dała nam klucze od 
bram. Dziś w zamku niema żołnierzy, jest tylko grób 
dwóch poległych z ręki tureckiej, którzy pierwsi do- 
stali się na mury forteczne podczas okupacyi w r. 1878. 
Całe zabudowanie przedstawia się w kształcie trapeza, 
którego bok od strony zachodniej długim jest na 200 
metrów, z innych stron mury są krótsze. Stajemy na 
szczycie szerokich bastionów, rozpadających się zwolna 
w ruinę. Widok prześliczny. Całe miasto mamy u stóp 
swoich, wszystkie ulice i domostwa możemy objąć okiem. 
Z trzech stron otaczają nas wody: Pliwy, a raczej jej 
jezior szerokich łączących się ze sobą, aby następnie 
wpaść szerokim wodospadem w nurty Vrbaśu, który 
z drugiej strony opływa Jajce. Strategicy zachwycają 
się położeniem tego fortu, choć dziś bez znaczenia, 
bo przecież od Dalmacyi nie grozi Bośni żadne nie- 
bezpieczeństwo, a w razie buntu, wojsko ze Sarajewa 
łatwo koleją można sprowadzić. Lecz dawniej bywało 
inaczej. Sułtan uważał Jajce za równie ważny punkt 
strategiczny jak Belgrad; ten miał być dlań kluczem 
do Węgier, Polski i Czech, przez Jajce spodziewał się 
zapanować nad Dalmacyą, Istryą, Włochami i cesar- 
stwem Niemieckiem ! *) Ostatnia była też to twierdza 
królów bośniackich, która się Turkom poddała, lecz 
zarazem pierwsza, w której Węgrzy wskrzesili na lat 65 
królestwo bośniackie. Oto na wieść o klęsce pod Jaj- 
cami, jeszcze w tymże samym roku 1463, król Maciej 
Korwin pospiesza do Bośni. Łączą się z nim liczni 



') Porównaj : Acta Bosnae 1. c. str. 205. List Macieja Kor- 
wina z r. 1465 do swego posła w Wenecyi. 



w JAJCACH, DAWNEJ STOLICY KRÓLÓW BOŚNIACKICH. Qi 

możnowładcy tego kraju. Najpiękniejsza i najbogatsza 
część Bośni z 75 zamkami wyrwaną została z rąk tu- 
reckich z tym samym pośpiechem, jak przed paru mie- 
siącami przez nich została zdobytą. Od tej chwili Jajce 
stają się drugim Ilionem między Turcyą a Węgrami, 
a zarazem twierdzą Chrystyaniztnu w Bośni. Już na 
wiosnę następnego roku przybywa tu Muhamed II na 
czele 30.000 armii, lecz komendant twierdzy Emeryk 
Zapolya odpiera nieprzyjaciela i zmusza do ucieczki. 
Tureckie napady ponawiają się co parę lat, lecz zawsze 
są odparte przez dzielne wojska » książąt Bośni. « W je- 
dnym z ostatnich bezskutecznych napadów, zaszły in- 
teresujące i charakterystyczne szczegóły. 

Było to w r. 1525. Uzref- Pasza na czele znacz- 
nych wojsk oblegał Jajce. Po kilkudniowych zapasach, 
gdy nie mógł przemocą zdobyć twierdzy, postanowił 
użyć podstępu. Wydał rozkaz do odwrotu, odstąpił 
od miasta, lecz w poblizkich górach nad Yrbaśem za- 
trzymał pochód, ukrył żołnierzy w lasach, i przygoto- 
wywał pokryjomu nowe, silniejsze oblężnicze narzę- 
dzia. Komendant twierdzy Piotr Keglewich, wywie- 
dziawszy się o podstępie nieprzyjaciela, wzmacniał nad- 
werężone mury, a część wojska wysłał pokryjomu po 
za obozy tureckie, z rozkazem, aby na nie wpadły, 
gdy strzał armatni da znak do ataku. 

Użył nadto jeszcze innego podstępu. Ponieważ 
była to wigilia jakiejś uroczystości, zebrał dziewczęta 
i kobiety z Jajec i zachęcił je, aby wyszły po za mury 
miasta i na łączce zwanej dziś jeszcze Kraljeva polje, 
poczęły śpiewać i tańczyć, jak to mają w zwyczaju 
w czasach zupełnego spokoju. 

W nocy Turcy ruszyli ze swych kryjówek, nio- 
sąc narzędzia oblężnicze. Gdy się zbliżali do miasta. 



02 BOŚNIA. 

usłyszeli wesołe śpiewy przy dźwiękach guzli i ujrzeli 
przy świetłe księżyca rozweselone w tańcu odważne 
niewiasty. Nie widząc dla siebie żadnego niebezpie- 
czeństwa, odłożyli zbroje i zamiast na fortecę, rzucili 
się swoim zwyczajem na zastępy chrześcianek, przy- 
szłych swoich niewolnic. W tejże samej chwili z twier- 
dzy zagrzmiało działo. Piotr Keglewicz wypada na 
czele załogi, z drugiej strony nadbiegają z lasów woj- 
ska bośniackie, dziewczęta i kobiety chwytają za broń. 
Turcy w trzy ognie wzięci, zostali zmuszeni do hanie- 
bnej ucieczki, pozostawiając na polu walki kilka tysięcy 
żołnierza. 

Tak rzecz przedstawia miejscowe podanie. Faktem 
jest historycznym, że Turcy wówczas klęskę ponieśli, 
a Uzref-Pasza był zmuszony nową 20.000 armię pod 
Jajce sprowadzić, lecz i tym razem został odparty, 
gdy w dniu 11 czerwca 1525 r. Krzysztof Frangipani 
pospieszył chrześcianom na pomoc. 

Niestety, było to już ostatnie zwycięstwo wojsk 
chrześciańskich nad potęgą Osmanów. W trzy lata 
później, ten sam Uzref-Pasza zdobył Jajce, i pozostało 
ono w rękach tureckich aż do r. 1878. 

Z zamku do wnętrza miasta przechodzimy około 
ruin dawnego kościoła św. Łukasza. Z przybytku Pań- 
skiego tylko kawałek murów pozostał i bardzo piękna 
wieża w najlepszym stylu włoskim. Lud opowiada, 
że tutaj spędził św. Łukasz Ewangelista ostatnie lata 
życia swojego, tu umarł i został pochowany, ztąd i ko- 
ściół zbudowano pod jego wezwaniem. Lecz jest to 
tylko tutejsza legenda, gdyż wiadomo, że św. Łukasz 
umarł w Achaji, a jego ciało zostało przeniesione do 
Konstantynopola z rozkazu cesarza Konstantyna ^). 

*) Cf, S. Hieronima De Scriptoribus Ecclesiasłicis, 



Wodospad Pliwy, (Zob. i 



98 



BOŚNIA. 



i odesłał takowe w najdokładniejszych wymiarach do 
ministeryum w Wiedniu — względnie do muzeum, 
aby służyły jako nowe, nieznane a bardzo oryginalne 
wzory. 

Miło było mi poznać polskiego »kulturtragera« 
(w dobrem znaczeniu) na słowiańskiej ziemi, który chce 
i umie zapoznawać szersze koła z dodatniemi stronami 
kraju, w którym zajmuje wybitne stanowisko. Liczni 
turyści najrozmaitszych narodów (w tym roku w maju 
byłem z rzędu już 471-ym), przyjemnie i z pożytkiem 
czas spędzą w Jajcach, dzięki uczynnej uprzejmości 
p. Jakubowskiego i zapewne z wdzięcznością wspomi- 
nać sobie będą polskiego starostę. Pani starościna stara 
się godnie dotrzymywać towarzystwa mężowi, i o ile 
jej czasu starczy przy wychowaniu dzieci, które sama 
uczy, zbiera materyały do tutejszych stosunków, po- 
mników, piórem i pęzlem, gdyż wcale dobrą^ jest akwa- 
relistką. Skorzystałem z tej znajomości, aby wywie- 
dzieć się nieco o rzeczach dla mnie zupełnie niedo- 
stępnych, mianowicie o domowem życiu muzułmanek 
i ich mieszkaniach zwanych haremem. P. Jakubowska 
bawiąc od lat kilkunastu w Bośni, nie w jednym domu 
muzułmańskim bywała i następujące z tych wizyt od- 
niosła wrażenia : 

wWysoki parkan, walące się stajnie, a wokoło nich 
podwórze w nieładzie, widocznym na każdym kroku, 
nie zrobiły na mnie bynajmniej miłego wrażenia. Zdu- 
mioną jednak byłam, gdy minąwszy dziedziniec, zbliży- 
łam się do mieszkalnego domu, stojącego w głębi tego 
ogrodzenia, a utrzymanego schludnie, nawet z najsta- 
ranniejszą czystością. Dom mieszkalny, jak wszystkie 
tureckie, jest piętrowy, zbudowany z niepalonej cegły, 
drzewa i gliny, pobielany, o niebiesko malowanych 



w JAJCACH, DAWNEJ STOLICY KRÓLÓW BOŚNIACKICH. qq 

ramach u okien małych, gęsto zakratowanych. Parter 
zwykle jest węższy, a piętro szersze i po nad ściany 
wystające, wskutek czego pokoje na piętrze są obszer- 
niejsze niż izby dolne. U wejścia w dolnym przed- 
sionku wzdłuż obudwu ścian, paradowały całe szeregi 
najrozmaitszych gatunków obuwia. Jedne wysokie z cho- 
lewami bez obcasów, zakrzywione u palców ku górze, 
to znów płytkie pantofle, ledwo na koniec palców za- 
chodzące, sukienne i skórzane, wielkie i małe; naj- 
więcej jednak znajdowało się drewniaczków (nanule), 
owych deszczułek w kształcie podeszewki z rzemykiem 
skórzanym na palce a podbitej dwoma obcasami dre- 
wnianemi, wysokości 2 lub 3 cali. Obuwie zostawia się 
przed progiem, aby czystą nogą wchodzić do domu; 
ubożsi boso, zamożniejsi w pończochach w piękne wy- 
rabianych wzory, lub w safianowych ciżemkach, sznu- 
rowanych z boku, a często bogato wyszywanych zło- 
tem. Mijając dół domu przeznaczony na mieszkanie 
mężczyzn, weszłam na górę po śnieżno białych scho- 
dach do przedsionka piętra. Tu zatrzymałam się, oglą- 
dając jego część wystającą na podobieństwo oszklonego 
ganku, i skierowałam swe kroki w stronę, z której 
mnie żałosny szmer dochodził. Na małym rozesłanym 
kobiercu, na środku izdebki, klęczała postać starej ko- 
biety, zwrócona twarzą ku wschodowi, i odmawiała 
półgłosem modlitwy. 

»Zatopiona w modlitwie, nie dostrzegła mnie wcale, 
więc nie przerywając jej nabożeństwa, udałam się ku 
innym z wielu niziutkich drzwiom, rzeźbionym gu- 
stownie i zaokrąglonym łukowato. Pokoje bowiem tu- 
reckie (soby) nie są ze sobą połączone, lecz każdy ma 
osobne wejście z korytarza. Drzwi, do których się 
zbliżyłam, stały otworem; zaraz też spostrzegły mnie 

7* 



1 00 BOŚNIA. 

kobiety, siedzące na sposób turecki na niskiej sofie 
(minder), zrobionej z płaskich poduszek, a okalającej 
cały pokój. Powstały szybko i zręcznie, nie podpie- 
rając się wcale rękami i z nieudaną radością zapraszały 
mnie, abym usiadła w ich gronie. Po zwyczajem przy- 
jętych i tu pytaniach o zdrowie gościa i jego rodziny, 
zajęły się kobiety przedewszystkiem oglądaniem z wiel- 
ką ciekawością przyborów mego stroju, wypytując 
o szczegóły bez najmniejszej żenady i dyskrecyi. Gdy 
starsza pani domu była zajętą ze mną rozmową, młod- 
sze, zapewne krewne lub towarzyszki, pobiegły przy- 
nieść mi czarnej kawy w maleńkiej porcelanowej czarze, 
tudzież mosiężną misę pełną przepysznych owoców. 
W pokojach białe podłogi zarzucone były matami ple- 
cionemi z sitowia, a na nich rozesłano dywany i dy- 
waniki różnej wielkości. Wokoło trzech ścian biegnie 
niska kanapa, zasłana poduszkami rozmaitej wielkości 
i kształtu, o jaskrawych barwach bez smaku i har- 
monii. Przy czwartej ścianie, zwykle naprzeciw drzwi, 
umieszczona jest szafa z pułkami, rzeźbiona, na słup- 
kach, sięgająca aż do sufitu, obok niej zaś stoi nie- 
wielki piec ze zielonych kafii, mających kształt mise- 
czek, zagłębieniem zwróconych do pokoju. Obok pieca, 
w którym jest wmurowany kociołek na wodę, znajduje 
się mała drewniana łazienka z umywalnią, a płyta ka- 
mienna z otworem, wmurowana w podłogę, służy do 
odprowadzenia użytej wody. Na ścianach tej łazienki 
wiszą do użytku bardzo gustowne, ręcznym haftem 
ozdobione ręczniki, które zazwyczaj gościom podają 
zamiast serwet. Łóżek niema w umeblowanym pokoju, 
bo tak mężczyźni jak kobiety sypiają na owych kana- 
pach, nakrywając je na noc cienką bielizną, którą na 
dzień zdejmują i chowają w skrzynie na składzie. Przy 



Wieża nlediwiedzia w Jajcach, {Zob. sir. 106). 



102 BOSJSIA. 

samej powale wokoło trzech ścian, obiega wąska pułka, 
zastawiona najrozmaitszem naczyniem. Stoją tam szkla- 
ne dzbany i porcelanowe czarki do kawy, mosiężne 
imbryki o kształtach starożytnych lub formach wscho- 
dnich, misy płaskie, blaszane, wytłaczane w deseń, lub 
dzbanuszki z żółtej gliny, ciemną farbą malowane w ro- 
dzime wzory. 

»Pokój średniej wielkości ma sześć do ośmiu okien, 
zaopatrzonych gęstą kratą drewnianą i nie rzadko zasło- 
niętych nadto firaneczkami. W lecie najczęściej wszyst- 
kie okna stoją otworem, więc przez nie wciskają się 
do wnętrza gałązki drzew owocowych, lub pnących się 
roślin, nadając temu schronieniu pozór rozkosznej alta- 
ny. Inne pokoje podobnie są urządzone, choć różne 
bywa ich przeznaczenie. Schodzą się tam służebne ko- 
biety i dziewczęta do szycia, przędzenia i tkania. Po- 
kazano mi alkierz, gdzie w ciężkich skrzyniach złożone 
są szaty, płaszcze, bielizna, bogate stroje i cienkie ga- 
zowe okrycia i chusty, nierzadko grubo złotem hafto- 
wane; tam też przechowują się kosztowności, przeważ- 
nie naszyjniki z dukatów, sznury pereł, fezy perłami 
sadzone, ozdoby z kosztownych kamieni, kolczyki złote 
i srebrne z drucików jak nici cienkich, wyrabiane mi- 
sternie i wzorzysto jak koronki, ciężkie bransolety 
srebrne lub drewniane ozdobione złotem i koralami. 

winnym razem — opowiada pani Jakubowska — 
odwiedzałam żonę bega majętnego. Mimo oczywistego 
wpływu europejskiej cywilizacyi w urządzeniu domu 
i zachowaniu się tajemniczej władczyni, widzieć tam 
mogłam wyraźnie walkę starego obyczaju z nowemi 
prądami życia. Serdecznie przyjęła mnie gospodyni 
domu, kobieta wysoka, blada, bez uśmiechu na ustach, 
i po chwilowem ożywieniu, przez cały czas mej wi- 



w JAJCACH, DAWNEJ STOLICY KRÓLÓW BOŚNIACKICH. 103 

zyty prawie półśpiąca. Ubraną była w jedwabne spo- 
dnie i kaftan jedwabny w żółte i zielone paski. Na 
głowie miała fez. Od rąk jej białych wydłużonych 
i prawie przezroczystych, odbijały starannie utrzymane, 
na czerwono pomalowane paznogcie; po miękkim dy- 
wanie stąpała bosą nogą z pomalowanemi podobnie 
jak u rąk paznogciami. Około niej krzątały się dziew- 
częta służebne, którym wprawdzie łagodnie, ale da- 
wała odczuć swe grymasy. 

»Kiedy na srebrnych tacach w czareczkach por- 
celanowych wniesiono nieodzowne w przyjęciu : kawę 
i konfitury, usiadłyśmy na miękkich poduszkach do po- 
gawędki, a dziewczęta jak pazie ustawiły się we drzwiach, 
czekając na dalsze rozkazy swej pani. 

»Dama ta opowiadała mi o swojej rodzinie, a za- 
chowanie się i ruchy, choć nie miały dystynkcyi na- 
szych pań, były jednak pełne powabu i wdzięku. Z roz- 
mowy przekonałam się, że umysł jej bystry i zastana- 
wiający się zapewne przez styczność z krewnymi kształ- 
cącymi się za granicą, nie był bez inteligencyi. Ro- 
zumie ona, czem jest dla człowieka nauka i praca ; 
czuje to dobrze, że bez tej przyprawy życie ludzkie 
staje się uciążliwem istnieniem. Musi jednak prze- 
strzegać zwyczajów tradycyjnych, siedzieć zamknięta 
i ograniczona tylko do stosunków ze służbą i podobnie 
odosobnionemi kobietami, odcięta od świata i nieświa- 
doma przebiegu jego spraw, przez całe życie umiera- 
jąca na brak umysłowego interesu, wśród istnej anemii 
duszy i serca. Nawet ręcznej pracy chwycić się jej nie 
wolno, bo to ubliżałoby społecznemu stanowisku jej 
pana. Haftowanie, tkanie cienkich płócien, wyszywa- 
nie jedwabiem i złotem, kwiatów na materyach, do 
stroju i domowego użytku służących, wszystko to jest 



] 04 BossiA. 

udziałem kobiet tureckich biednych lub średniego stanu. 
Bogatym takie zajęcia nie przystoją; one mogą tylko 
dozorować pracę dziewcząt i towarzyszek, wybierać 
wzory, dodawać 
gustu, zresztą 
skazane na śmier- 
telne nudy niczem 
nieprzerywanego 
próżniactwa i bez- 
czynności, chyba 
paleniem tytoniu, 
czarną kawą i sło- 
dyczami." 

To też z każ- 
dym gracikiem 
zachodniego wy- 
robu, z każdym 
sprzętem i wia- 
domością o świe- 
cie innym i in- 
nych życiowych 
stosunkach, wci- 
ska się w rodzinę 
turecką niezado- 
wolenie z trady- 
cyjnego stanu 
rzeczy, tęsknota 
Muzulmanka na ulicy. j pragnienie od- 

miany. Wszystko 
to nurtując zwolna w tureckiem społeczeństwie, pod- 
mywa budowę starego porządku^ grożąc mu ruiną, 
niestety bez świadomego planu, jakby się miały ure- 
gulować stosunki. 



w JAJCACH, DAWNBJ STOUCY KRÓLÓW BOŚniACKlCH. lÓ^ 

Zdawałoby się, £e muzułmanki przynajmniej od- 
dadzą się gorliwie wychowaniu swych dzieci, przynaj- 
mniej aby zadość uczynić naturalnej miłości matki ku 
dzieciom. Lecz gdzież- 
tam! Zarówno od p. Jaku- 
bowskiej jak od innych pań 
słyszałem, a w części naocz- 
nie mogłem się przekonać, 
ie. muzułmańskie niewiasty 
zupełnie nie dbają o swe 
dzieci. Mnóstwo dziatwy 
nawet majętniejszych rodzin, 
wałęsa się całemi dniami po 
uhcy, walając w błocie, mo- 
knąc na deszczu, lub pra- 
żąc niedbale na pół okryte 
członki w promieniach słoń- 
ca. Głód tylko zapędza je 
do domu, aby po jego uśmie- 
rzeniu znowu iść na ulicę, 
błąkać się i swawolić bez 
żadnej nad sobą opieki. 
Więcej nieco uwagi poświę- 
cają matki córkom, gdy 
z lat dziecięcych wychodzą 
i poczynają nosić zasłonę 

na twarzy. Ogranicza się jednak ona tylko do form 
zewnętrznych, bo o stronie moralnej, duchowej, lepiej 
nam przemilczeć. 

Popołudniu p. starosta urządził wycieczkę do Je- 
zero i mnie na nią zaprosił. W dwu pocztowych dyli- 
żansach zebrało się dość liczne towarzystwo kosmopo- 



I06 BOŚNIA. 

lityczne. Sześć osób było polskiej narodowości, po 
jednej z Węgier, Morawii, Czech, Szląska, Niemiec 
i Anglii. Gościńcem bardzo dobrym przejechaliśmy 
przez całe miasto, kończące się »niedźwiedzią wieżą« , 
o której przeznaczeniu archeologowie napróżno dotych- 
czas łamią sobie głowę. Prawdopodobnie należała do 
dalszego ciągu fortyfikacyi potężnej twierdzy, dziś jest 
tylko pięknym zabytkiem przeszłości i jedną więcej 
ozdobą i tak już pięknej okolicy. Droga prowadzi nad 
brzegiem rzeki Pliwy, a raczej kilku jezior połączonych 
ze sobą. Szmaragdowe ich wody opierają się o prze- 
śliczne lesiste wzgórza, wśród których tu i owdzie bie- 
leją dworki begów tureckich. Na jeziorach rozrzucone 
kępy i wysepki pełne zieleni i kwiatów, stają się sie- 
dliskiem błotnego ptactwa czychającego na żer wodny 
nader bogaty. Sławne znajdują się tu raki, żółwie 
wodne, lecz przedewszystkiem wśród innych ryb pstrągi 
znakomite. Po drugiej stronie gościńca wznoszą się 
skały, piętrzące się bryłami kamieni po nad sdmą drogą 
z obydwu stron. Dla malarza niewyczerpany materyał 
do pięknych pejzaży. 

W ciągu niespełna godziny stajemy u celu naszej 
wycieczki, we wiosce czysto tureckiej. Przypomniała 
mi nasze polskie wioski, zagrody tureckie — mieszkania 
naszych wieśniaków. Tylko kilka drewnianych dżiamji 
z takiemiż minaretami i dworki begów, którzy po oku- 
pacyi wynieśli się z miasta, aby spokojnie dawny wieść 
żywot na wiejskiem ustroniu, wycisnęło piętno w tej 
miejscowości kultu Mahometa. Chociaż dla muzułma- 
nina był dzień roboczy, gromady mężczyzn siedziały 
gnuśnie przed domami, lub wśród cienia drzew, zaba- 
wiając się paleniem tytoniu i piciem czarnej kawy. Na 
znak dany z minaretu, wszyscy powstali do modlitwy, 



w JAJCACH, DAWNEJ STOLICY KROLOW BOŚNIACKICH. 



107 



kilkudziesięciu stanęło potrójnym rzędem w ogrodzie 
przylegającym do gościnnego domu turystów. Jak na 
komendę, to podniosą w górę swe ręce, to ku ziemi 
przysiada, to biją ku ziemi czołem pokłony. Jeden 
z nich starszy wiekiem, o poważnem obliczu w białym 
turbanie, wychodzi przed towarzyszy i twarzą do nich 
zwrócony intonuje jakąś pieśń, na którą inni odpowia- 
dają. Po chwili skończyła się modlitwa, wszyscy spie- 
szą do wody, aby dopełnić rytualne omywania różnych 
części ciała. 

Z kilku mężczyznami wyszliśmy za wioskę. Po 
drodze pod dziurawym dachem siedział po turecku na- 
czelnik wioski z orderami : Franciszka Józefa, żelaznej 
korony i jakimś jeszcze krzyżem. Nasz towarzysz Wę- 
gier, porucznik dragonów, bardzo się gorszył, że rząd 
tak hojnie rozdziela wysokie odznaki byle jakiemu Tur- 
kowi. W ciągu dalszej podróży po Bośni i Hercego- 
winie często dostrzegłem, że bardzo z pozoru pospo- 
lite osobistości miały swe piersi ozdobione orderami. 
Widocznie łatwiej niż gdzieindziej w kraju okupacyj- 
nym zdobyć zasługi i laury. Tymczasem nasze towa- 
rzystwo, nie biorące udziału w spacerze, jedno puściło 
się łódkami na wody jezior, drugie mniej idealne za- 
brało się do spożywania świeżo złowionych pstrągów, 
które miejscowi Turcy na patykach upiekli. Urządzono 
sobie w tem miejscu bardzo wygodną kuchenkę: słup 
czworograniasty i m. wysokości kończył się jakby la- 
tarką, z której szyby wyjęto. W niej rozniecono ogień, 
na długi patyk nawleczono pstrągi i upieczono jak na 
rożnie. Ten sposób pieczenia na patyku czy to ryb, czy 
baranów, lub drobiu wśród wycieczek lub uroczystości, 
należy do ulubionych narodowych zabaw, coś podobnego 
jak u nas podczas jesieni pieczenie kartofli w polu. 



I I o BOŚNIA. 

wdzony z wyrokiem skreślonym na papierze, powraca 
do swego wójta i daje wezwanie dla winowajcy. Od 
wyroku wydanego w starostwie, każdy może apelować 
do okręgu, a nawet do najwyższego sądu w Sarajewie. 
Ludowi nie robią w tym względzie trudności, może się 
wygadać gdzie chce, przed jakąkolwiek władzą, dla jego 
uspokojenia niejednokrotnie następuje rewizya sprawy 
lub procesu, aby każdy mógł się przekonać, że rząd 
szuka sprawiedliwości. Ponieważ sprawy małżeństw 
tureckich są bardzo skomplikowane, i zupełnie na in- 
nych podstawach oparte jak u chrześcian, przeto mu- 
zułmanie mają w tym względzie osobnych urzędników 
'. tureckich, zwanych kadi. 

Własność ziemska bardzo jest skomplikowaną i za- 
wiłą, lecz nie widzę potrzeby długo o niej na tem miej- 
scu rozprawiać. To tylko powiem, że cały kraj, ziemia, 
podług dawnej zasady jest własnością państwa. Nawet 
begowie nie są zupełnymi panami swej ziemi. To też 
* gdy syn dziedziczy po ojcu, musi z tego tytułu coś płacić 
rządowi ; w miarę dalszego pokrewieństwa taksa jest 
większą, a gdy do pewnego stopnia niema krewnych, 
państwo dziedziczy, a raczej zabiera jako swą własność. 
Ztąd rząd ma dużo gruntów do dyspozycyi. 

Ksiąg gruntowych nie było tu nigdy, dopiero 
teraz bywają zwolna wprowadzane. Granice danej po- 
siadłości w następujący sposób określano: na północy 
grunt Jana, od południa Pawła, od wschodu rzeka, od 
zachodu las. Otóż ten las może być karczowanym, 
rzeka może z czasem zmieniać kierunek biegu, a więc 
i grunt znacznie się powiększy. Z drugiej strony może 
powstać zatarg: gdzie kończą się grunta właściciela, 
a rozpoczynają jego sąsiadów Jana lub Pawła. Wsku- 
tek tego wiele powstaje procesów, prawie niemożliwych 



w JAJCACH, DAWNEJ STOLICY KRÓLÓW BOŚNIACKICH. j i i J 

do rozwiązania. Jest więc w Bośni bogate pole do pracy 
adwokackiej, rokujące nie mniejsze żniwo zarobku, 
gdyby kto chciał ludność tutejszą wyzyskiwać. Na 
szczęście, o takich adwokatach tutaj jeszcze nie słychać. 
Może przyczynia się do tego większa władza starostów, 
obowiązanych czuwać nietylko nad władzą polityczną, 
lecz także, jak to wyżej powiedzieliśmy, nad wszyst- 
kimi urzędnikami. W danym wypadku starosta ma 
prawo suspendować wszystkich urzędników, a w prak- 
tyce zastosowuje się jako karę nietylko upomnienie, 
ale także natychmiastowe przeniesienie urzędnika, a na- 
wet degradacya. Wobec surowej dyscypliny, upewniał 
pan Jakubowski, wielka jest dokładność, służbistość 
i energia w urzędowaniu. 

Miałem ochotę dłużej zabawić w tej stolicy kró- 
lewskiej, gdzie stosunkowo jeszcze najwięcej pamiątek 
zachowało się z epoki przed -tureckiej. Lecz należało 
rozdzielić czas w pewnej proporcyi i na inne miejsco- 
wości, które koniecznie należało zwiedzić, aby mieć nie- 
jaki obraz całości tego dawnego słowiańskiego królestwa. 
Acz z żalem, opuszczałem Jajce udając się w dalszą drogę 
do Trawnika, nie przewidując podówczas, że w 3 lata 
później znowu będę miał sposobność odświeżyć miłe 
wspomnienia w starym bośniackim grodzie. 



•vX<. 







ROZDZIAŁ V. 



Trawnik, dawna stolica wezyrów. 

Okolica górzysta — zębate szyny. Glos dzwonu. Przeszłość po- 
lityczna Trawnika. Czemu stolicf wezyrów? Konwikt i gimnazyum 
OO. Jezuitów. Nowe kościoły. Starosta Chrzanowski i kadi. Sulej- 
manowa dźiamija. Groby wezyrów. Zamek. Czary muzułmańskie. 
Medreza. Co muzułmanin sfdzi o naukach? 

Kilkumilową przestrzeń między dawną stolicą kró- 
lów bośniackich a rezydencyą wezyrów tureckich, t. j. 
między Jajcami a Trawnikiem, dziś wygodnie przebywa 
się koleją żelazną wąskotorową. Jak wszędzie tak i na 
tej drodze nie brak pięknych widoków, gdyż jedziemy 
wąwozem wyniosłych gór pokrytych bogatą roślinno- 
ścią, tuż nad brzegiem Yrbaśu, wijącego się wśród prze- 
paści. Raz po raz strumienie tryskają wprost ze skały, 
obok której jedziemy, i z całą siłą rzucają się pod 
mostki, aby po drugiej stronie drogi wylecieć pięknym 
wodospadem i zasilić rwiste wody YrbaSu. Czasem nasz 
pociąg wpada jakby w zamknięty kocioł wysokich gór. 



114 



BOŚNIA. 



Lecz i tutaj daje sobie radę, bo tunelami prze- 
bito skały kolosalne. Jeden z nich 1362 metrów dłu- 
gości wyprowadza nas na wysoką górę, z której zjazd, 
a względnie wyjazd odbywa się po zębatych szynach. 
Kto ma silne nerwy lub przyzwyczajony jest do po- 
dobnej jazdy, może zarówno zachwycać się pięknością 
okolicy, jak podziwiać artyzm w budowie drogi, gdyż 
jeśli gdzie, to tutaj natura ze sztuką w harmonii po- 
dały sobie ręce. Cała przestrzeń 64 kilometrowa, to 
panorama najpyszniejszych widoków, zawsze nowych, 
zawsze świeżych, gdyż prócz drogi żelaznej, dzieła rąk 
ludzkich — wszystko inne pozostało w okazałej szacie 
natury jak wyszła z rąk Bożych. 

Wjeżdżamy na rozległą równinę dokoła otoczoną 
górami, zdała bieleją minarety, mnożą się domostwa, 
coraz więcej spotykamy ludzi, wreszcie stajemy w Tra- 
wniku. Po raz pierwszy na ziemi bośniackiej usłysza- 
łem dzwony z wieży kościoła wzywające ludność ka- 
tolicką do odmówienia » Anioł Pański. « Za czasów tu- 
reckich dzwonić nie było wolno chrześcianom, nawet na 
nabożeństwa. Tem milszym był dla mnie dźwięk dzwo- 
nów, bo się rozlegał w tureckiem mieście i to stolicy 
dawnych Paszów Bośni i Hercegowiny, Większym od 
prowincyi, jaką zarządzali, był ich tytuł »Wali«, a je- 
szcze częściej » Wezyra. « Należy bowiem wiedzieć, że 
Paszowie rezydujący w Trawniku zwali się urzędowo 
w Konstantynopolu nie Wezyrami Bośni, lecz Wezy- 
rami albo Wali Węgier, Turcy dobrze pamiętali, że 
kiedyś prócz Bośni i Hercegowiny posiadali w swym 
ręku prawie całe Węgry. Południowe prowincye wę- 
gierskie najpierw uległy przemocy tureckiej i były 
ostatniemi, jakie po dłuższym czasie napowrót zostały 
odebrane Osmanom i zwrócone węgierskiemu królestwu. 



TRAWNIK, DAWNA STOLICA WEZYRÓW. f j 5 

Jednakowoż Turcy nigdy nie zrzekli się nadziei odzy- 
skania kiedyś zdobytych prowincyj. Ztąd wezyrowie, 
mieszkający w Trawniku, po wszystkie czasy zacho- 
wali tytuł » wezyrów Węgier. « W tej też myśli obrali 
sobie Trawnik jako rezydencyę. Wprawdzie z początku 
główny turecki zarząd zdobytego kraju znajdował się 
w Sarajewie, a nawet właściwie założyli go Turcy 
u stóp dawnego zamku Wrhbosna, jednakowoż po 
zdobyciu banatu Jajce i dalszych prowincyj z obydwu 
stron Sawy, wezyrowie posuwali swą rezydencyę w głąb 
zdobytych krain i nawet czas jakiś osiedli w Banialuce. 

Po odsieczy wiedeńskiej, gdy ziemia z pod nóg 
poczęła się im w Europie usuwać, w Banialuce Turkom 
nie było bezpiecznie, Sarajewo znowu było za daleko, 
otóż w Trawniku stworzyli sobie centrum działalności 
na zachodnie prowincye, chcąc tem samem okazać, że 
nie myślą się cofać, lecz wyczekują dalszej sposobności 
zaborów na północnym Zachodzie. W ten sposób Tra- 
wnik stał się punktem środkowym całej akcyi tureckiej 
na zachodnich kresach. Pomimo tego Sarajewo po- 
zostało zawsze stolicą Bośni dla znacznie większej 
ludności, ożywionego handlu i możnych rodów bo- 
śniackich, które nie poślednią rolę polityczną umiały 
odgrywać pomimo tureckiego poddaństwa. 

W XVIII wieku niejednokrotnie starano się re- 
zydencyę wezyrów przenieść z Trawnika do Sarajewa, 
lecz oligarchia bośniacka na to nie dozwoliła. Two- 
rzyli ją wówczas potężni begowie, którzy aczkolwiek 
przyjęli islam, zachowali jednak stare tradycye naro- 
dowe, budzące się coraz bardziej do życia, w miarę jak 
potęga turecka słabła w Europie. Nie mogli oni scier- 
pieć, aby wezyr z płatną czeredą urzędników i wojsko- 
wych siedział im na karku w ich najpiękniejszem mie- 

8* 



I 1 6 BOŚNIA. 

ście Sarajewie. Dopiero w r. 1850, gdy Omer-Pasza 
silną ręką stłumił ostatnie powstanie begów bośnia- 
ckich, udało się stambulskiemu rządowi osadzić we- 
zyra w stolicy Bośni. Dotychczas musiał on z Tra- 
wnika wchodzić w układy z begami, którzy od czasów 
bośniackiego królestwa umieli zachować tradycyjny sejm 
i nań zbierali się na wezwanie wezyra, aby z kadimi, 
muftimi i innymi »uczonymi« obradować nad obroną 
ojczyzny '). 

Taka jest przeszłość polityczna Trawnika. Dziś 
zmieniły się stosunki; gniazdo muzułmanów stało się 
siedzibą pierwszego bośniackiego gimnazyum i to pod 
kierunkiem 00. Jezuitów. Rząd sam zapronował obję- 
cie nad nim kierunku naukowego i duchowego zaraz 
po okupacyi. Toż już w lutym r. 1882 OO. Brandis 
i Messeg T. J. przybyli do Trawnika, otworzyli szkołę 
przygotowawczą, a w jesieni tegoż roku pierwszą gi- 
mnazyalną klasę. Funduszu na zabudowania dostar- 
czyli : rząd, lyońskie stowarzyszenie dla rozkrzewiania 
wiary świętej i prywatne osoby; w rok później stanął 
wielkich rozmiarów dwupiętrowy czworobok jako gi- 
mnazyum i internat dla bośniackiej młodzieży. W la- 
tach późniejszych, wskutek wzrostu liczby młodzieży, 
rozszerzono zabudowania, wreszcie r. 1890 pięknym 
kościołem uwieńczono wspaniały zakład. 

Gdy przybyłem wprost z kolei do tego konwiktu, 
była pora obiadowa, więc wprowadzono mnie do obszer- 
nego refektarza, gdzie przy stole w półkole ustawionym 
zasiadło przeszło 30 OO. Jezuitów. Zapoznanie było 
łatwem, zwłaszcza, że Rektor O. Panćić był przez kilka 

•) Wspomina o tem turecko-bośiilacki historyk Omer-effcndi 
w dziele 77te War in Bośnia^ 7. tureckiego oryginału przetłumaczo- 
nem i wydanem przez »OrienialTranslation P^und- w Londynie r. i83o. 



,f_ Napis stam-slmoiańskiego nagrobku: 

SIE I.EŻy lUIH I OJO ORAHOWCZ ] ICZ PRAWE W | tUE HIH8KE 

koi POCZTENo I honzikazfi i | Bogu sb uo | lianzK i dobro 

^'niou ZNA I sx6 daj mu bo | ;fe duazY ii | a budę spasEs. 

Grób katolicki w Breikavi£i koto Trawnika z napisem staro-bośniackiir 

(Zob. sir. :33j. 



I I 8 BOŚNIA. 

miesięcy w Starej-Wsi w Galicyi, a O. Brandis w Do- 
bromilu przez czas jakiś przełożeństwo nad Bazylianami 
sprawował i obydwaj wielu mieli znajomych Polaków, 
Korzystając z uprzejmości Ojców, zaraz rozpocząłem 
zwiedzenie zakładu. Prócz nader bogatego gabinetu 
przyrodniczego, zwłaszcza działu botanicznego, zresztą 
rozkład zupełnie jest podobny innym tego rodzaju za- 
kładom europejskim. W Bośni drugiego równego mu 
nie ma pod każdym względem. Obecnie kształci się 
tutaj około 230 chłopców bośniackich i synów urzęd- 
ników w znacznej części utrzymywanych przez rząd. 
Również i Ojcowie profesorowie pobierają rządową 
pensyę. W ośmiu klasach gimnazyalnych wykłady od- 
bywają się wedle obowiązujących przepisów w innych 
podobnych naukowych zakładach, a egzamin matu- 
ryczny tutaj złożony, daje wstęp do uniwersytetu. 

Kościół zakładowy, romańskiego stylu, wpuszczo- 
ny w czworobok gimnazyum i kolegium, wewnątrz jest 
ozdobiony bardzo pięknemi freskami i bogatemi złoce- 
niami zarówno na ścianach jak na sklepieniu. Między 
obrazami Świętych z zakonu Towarzystwa Jezusowego, 
dostrzegam również wizerunek św. Stanisława Kostki 
i jego piękną statuę w jednym z ołtarzy. Prócz jezui- 
ckiego kościoła mogącego pomieścić z górą 2000 wier- 
nych, znajduje się w Trawniku także drugi również 
bardzo piękny kościółek parafialny, pod wezwaniem Św. 
Jana Chrzciciela. Proboszcz miejscowy należy do kleru 
świeckiego, co dziś jest jeszcze rzadkością w Bośni, 
gdyż przed okupacyą nie było w niej ani jednego świe- 
ckiego kapłana, któryby zajmował probostwo. Tak jak 
obydwa kościoły wybudowano dopiero w ostatnich kilku 
latach, również i szkoła Sióstr Miłosierdzia, pięciokla- 
sowa, i ich kapliczka bardzo gustownie malowana, do 



TRAWNIK, DAWNA STOLICA WEZYRÓW. f ig 

najnowszych należy zdobyczy katolickiej działalności 
w tem mieście. Jeżeli zważymy, że Trawnik jeszcze 
dotychczas słynie z najzaciętszych muzułmańskich fa- 
natyków, i że na 6000 ludności, cyfra katolików dziś 
dochodzi do półtora tysiąca, podczas gdy przed oku- 
pacyą nie było ich wcale, albo bardzo nie wielu, wy- 
znać należy, że w rezydencyi wezyrów Krzyż świetne 
odniósł zwycięstwo. Lecz katolicy tutejsi wcale nie są 
nawróconymi Turkami. O tem dziś nawet nie może 
być mowy, gdyż nietylko rząd sprzeciwia się temu, 
ale nawet gdyby zaszedł tutaj fakt podobny, turecka 
ludność podniosłaby bunt. 

Przed pięciu czy sześciu laty, gdy na publicznym 
popisie uczniów, któryś z nich deklamował wiersz hi- 
storyczny i niekorzystnie wyraził się o muzułmanach, 
w mgnieniu oka wieść o tem rozeszła się po mieście 
i poważna zachodziła obawa rzezi chrześcian. 

Ludność katolicką tutejszą tworzy przedewszyst- 
kiem konwikt i gimnazyum 00. Jezuitów, rzemieślnicy 
i kupcy przybysze, a również liczny personal urzędniczy 
i wojskowy, gdyż Trawnik jest miastem okręgowem, 
mającem prócz powiatowego, także okręgowego starostę. 
Powiatowym starostą był tu w r. 1895 p. Chrzanowski. 
Nazajutrz po przybyciu do Trawnika, złożyłem mu 
wizytę, doznając z jego strony tej samej uprzejmości 
i uczynności, z jaką już nieraz spotkałem się u pol- 
skich urzędników w Bośni. Dzięki p. Chrzanowskiemu 
miałem sposobność oglądać »świętość« turecką: Sulej- 
tnanową dżiamije. Wprawdzie dla fanatyzmu muzuł- 
manów tutejszych, sam nie mógł mi udzielić pozwole- 
nia na jej zwiedzenie, lecz dopomógł mi do tego list 
rekomendacyjny z ministeryum, o którym wyżej wspo- 
minałem. »Papier« z Wiednia to wielkiej wagi doku- 



j 20 BOŚNIA. 

menty przed którym każdy muzułmanin czoło swe skła- 
nia jak ongi przed firmanem sułtańskim. Otóż p. Chrza- 
nowski przez woźnego wezwał do siebie kadiego, urzę- 
dującego niedaleko konaku w osobnym budynku. Nie- 
bawem ukazał się przed nami rosły mężczyzna w biało- 
złocistym turbanie, długim niebieskim kaftanie podbi- 
tym futerkiem, pas jedwabny czerwony opasywał mu 
biodra, resztę ubrania z pstrego jedwabiu, żółte buty 
na nogach. Starosta powtórzył mu treść ministeryal- 
nego pisma i polecił, aby mnie zaprowadził do Sulej- 
manowej dżiamiji. Skłonił się Turek i wyszliśmy ra- 
zem na miasto. 

W kilka minut stanęliśmy przed mieszkaniem 
hodżi czy muftiego — obydwaj siedzieli z turecka na 
ganku obok owej sławnej muzułmańskiej bożnicy. 
Kadi powtórzył im polecenie władzy i prosił, aby mi 
otworzono bramy do meczetu. Duchowni muzułmańscy 
surowo spojrzeli, kilka słów ze sobą zamienili, poczem 
hodżia oddalił się, lecz niebawem przyszedł z ręczni- 
kiem i miednicą pełną wody. Następnie schylił się do 
moich nóg, otarł zwilżonym ręcznikiem moje obuwie 
i poprosił, abym wszedł w progi ich domu modlitwy. 
Nierozumiałem, co miało znaczyć owe umywanie bu- 
cików. Zapytany o to mój towarzysz, kładąc rękę na 
piersiach powiedział, że ta dżiamija jest taką święto- 
ścią, iż żaden pył ziemi nie powinien jej brudzić; wy- 
znawcy proroka zdejmują swe obuwie, udając się do 
niej boso lub w sandałach, otóż nie mając odwagi pro- 
ponować mi tej ceremonii, przynajmniej z pyłu otarli 
mi buty. 

Wchodzimy do wnętrza. Oczom przedstawia się 
pusty, bez ławek i krzeseł kwadrat, przykryty rogóżką 
i staremi wytartemi dywanami. W miejscu gdzie u nas 



H 



I 2 2 BOŚNIA. 

W kościołach znajduje się wielki ołtarz, tutaj, od strony 
południowo-wschodniej a więc od Mekki, jest mała 
nysza : mirliab zwana, gdzie przewodnik modlitwy, ho- 
dżia lub mufti przyklęka, lub staje twarzą zwrócony 
do obecnych w meczecie. W kilku lichtarzach usta- 
wiono na ziemi bardzo grube woskowe świece, zapa- 
lane w dnie świąteczne podczas wspólnej modlitwy. Na 
podwyższeniu, zwanem mimbar, podobnemu do naszej 
kazalnicy, w piątek, dzień świąteczny u muzułmanów, 
wchodzi po schodach mufti i odmawia modlitwy za 
sułtana ; nikomu zresztą tam wejść nie wolno, a nawet 
sam mufti, gdy czyta lub tłumaczy ustęp z koranu, 
nie czyni tego z mimbaru, lecz ze schodów prowadzą- 
cych do niego. Od strony wejścia znajduje się jeszcze 
inne obszerniejsze podwyższenie zakratowane — rodzaj 
naszego chóru, gdzie również zbierają się muzułmanie 
na modlitwy. Oto wszystko, co w meczecie znalazłem. 
Ściany puste bez malowideł, tylko gdzieniegdzie ustęp 
z koranu wypisany na ścianie. W tutejszej dżiamji 
przechowują jeszcze wielką »świętość« turecką: trzy 
włosy z brody Mahometa. Z wielkiem uszanowaniem 
prowadzą mnie duchowni muzułmańscy przed wąską 
szafeczkę drewnianą, pomalowaną brudno zieloną farbą 
i tłumaczą jaki skarb ukrywa. Niestety, tej osobliwości 
nie mogłem zobaczyć. Muzułmanie kładąc rękę na 
piersiach, poczęli mnie prosić, abym nie nalegał na 
oglądanie świętości, ukrywanej przed okiem nawet wy- 
znawców wproroka.a Tylko raz do roku mufti szafę otwiera 
i może napawać wzrok swój widokiem tych włosów, 
o których złe języki mówią, iż wyrosły nie na brodzie 
Mahometa, lecz na końskim ogonie. Zato pomimo od- 
radzań muzułmanów, stanowczo oświadczyłem, że chcę 
wejść na szczyt minaretu. 



TRAWNIK, DAWNA STOLICA WEZYRÓW. 123 

Schodki kamienne wijące się wśród wąziutkiej wie- 
życzki już się wytarły, kilka z nich było zupełnie wy- 
łamanych. Wskutek ciągłego obracania się i zaduchu 
w tym niby ciemnym fabrycznym kominie, dostałem 
zawrotu głowy, nogi drżały jak liść osiki, i musiałem 
wytężyć moje siły, zanim stanąłem u samego szczytu 
na galeryjce otaczającej minaret. Z tego miejsca pięć 
razy dziennie hodżia lub mufti woła głosem melanho- 
lijnym, beznadziejnym: »La ilahe iWallah ve Muliam- ' 
med resul u*llach!ii^) — i ja tu zmówiłem Zdrowaś 
Mary o na intencyę nawrócenia Turków, a była to 
może pierwsza chrześciańska modlitwa na tem miejscu 
i na podobną intencyę. 

Widok z minaretu bardzo piękny. Całe miasto 
miałem jakby na dłoni, oko obejmowało rozległą rów- 
ninę. Charakter miasta bezładny, jak wszystkie zało- 
żone przez Turków. Pomimo tego miłe robi wrażenie, 
pełno w nim ogrodów i sadów, przez które rzeka La- 
śwa przepływa, tylko gdzieniegdzie ulice zupełnie za- 
budowane, chociaż i na nich domy są otoczone drze- 
wami i kląbami kwiatów. Prawdopodobnie Trawnik 
powstał dopiero z początkiem XVI wieku, gdy wojska 
tureckie w drodze do Jajec rozbijały w tem miejscu 
obozowe namioty. Przynajmniej historyczne pomniki 
bośniackie o Trawniku nie wspominają jako o miejscu 
znaczącem. Pytałem hodżi, jaką pensyę pobiera za 
pięciorazowe codzienne wspinanie się na szczyt smukłej \ 
wieżycy. Odpowiedział, że 40 złr. rocznie, to jest, że 
otrzymuje 2 centy za każdorazowe wyjście i wołanie 
z minaretu w cztery strony świata. 



') Niema innego Boga prócz Boga a Mahomet jest jego 
prorok. 



124 



BOŚNIA. 



Było już południe, gdy wróciłem do jezuickiego 
kolegium. Po obiedzie, Ojciec Hoffer, prefekt nauk 
w konwikcie, zawołany archeolog, znany z prac swoich, 
zwłaszcza o rzymskich zabytkach w Bośni, jakie ogła- 
sza w bośniackich Wissenschaftliche Mittheiliingen i in- 
nych pismach fachowych, ofiarował się łaskawie na 
przewodnika w Trawniku. Skorzystałem z jego dobroci 
i zaraz popołudniu urządziliśmy archeologiczną prze- 
chadzkę. Przedewszystkiem zwiedzaliśmy wspaniałe gro- 
bowce wezyrów. Pod kopułą wspierającą się na sześciu 
lub ośmiu kolumnach stoi sarkofag kamienny, za nim 
tablica również kamienna na zielono malowana o zło- 
tych tureckich napisach. Podobne sarkofagi są rozrzu- 
cone po całem mieście, przy ulicach, placach, wśród 
ogrodów, tak jak i groby innych muzułmanów męż- 
czyzn lub niewiast, begów, janczarów lub zwykłych 
śmiertelników. Jedne kolumny są zakończone turbanem, 
inne rodzajem fezu, ścięte z ukosa. Grunta raz prze- » 
znaczone na grób lub cmentarz, nigdy nie służą Tur- 
kom do innego użytku, i nigdy dwa razy na tem sa- 
mem miejscu nie chowają. Wskutek tego nigdzie nie 
widzi się tyle' grobów i cmentarzy, co na ziemi ture- 
ckiej; z czasem mogłaby cała okolica zmienić się w je- 
den cmentarz. Łatwo pojąć, ile powstaje trudności je- 
szcze dziś, po okupacyi, przy budowie gościńców i dróg 
żelaznych, gdy mają przechodzić przez okopiska tu- 
reckie. 

Z pomników bośniackich nic się nie zachowało 
w Trawniku, gdyż początek swój zawdzięcza muzuł- 
manom. Jeden jedyny zamek opasany wysokim mu- 
rem z bastionami, ma być dziełem króla Twrtka II, 
lecz i to nie zupełnie pewną jest rzeczą. Wprawdzie 
stare dokumenta wspominają o bośniackim zamku w Tra- 



1 26 BOŚNIA. 

wniku ^)f lecz nie wiadomo, czy ten, jaki dziś dominuje 
nad miastem, należy do epoki słowiańskich królów. 
Bramy zamku- fortecy stały pół-otwarte, więc weszliśmy 
śmiało do wnętrza. Wtem krzyk się zrobił ogromny, 
zaraz cofnęliśmy się, O. Hoffer zrozumiał co się stało. 
Na zamku, dziś opuszczonym, mieszka kilka muzuł- 
mańskich rodzin. Otóż niewiasty na widok obcego 
mężczyzny poczęły wrzeszczeć. Zaczekaliśmy, aby im 
dać czas na schronienie w haremie. Niebawem zbliżył 
się muzułmański mieszkaniec ruin zamkowych i opro- 
wadził po wszystkich zaułkach, opowiadając zwyczajem 
ludowym o upiorach, strachach, skarbach, które mają 
się ukrywać wśród rozpadłych murów. Żadnych nie 
znalazłem tu zabytków sztuki, żadnych pomników lub 
napisów na ścianach. Meczet wznoszący się wśród mu- 
rów, a za niemi, poniżej skały, groby wezyra i żyjąca 
z nim w zgodzie piękna kawiarnia w stylu maurytań- 
skim, nadają wszystkiemu razem piętno czysto muzuł- 
mańskie. 

Przechodzimy ulicą wyłącznie zamieszkałą przez 
Turków. Spotykamy starego muzułmanina, który się 
wita z O. Hofferem i z żalem wspomina o chorobie 
swojego brata, muftiego. O. Hoffer daje mu rady le- 
karskie, Turek uprzejmie przyjmuje, prosi aby mu raz 
jeszcze i drugi powtórzyć, wkońcu dodaje, że jeszcze 
innego chce użyć środka i w tym celu idzie do sklepu 
na kupno ołowiu, aby stravu levati » chorobę odczynić. « 

Gusła, zabobony, czary, są tak powszechne wśród 
serbskiej a zwłaszcza muzułmańskiej ludności, iż z nie- 
mi wcale się nie kryją, zwłaszcza, że hodżia lub mufti 

') Cf. Acta Bosnae 1. c. str. 118 — 119. Układ króla Bośni 
Stefana Twrdka z dożą weneckim Tomaszem Mozenigo, spisany 
w Sutisce 6 lutego 1428 r. 



WNA STOLIC* WEZYRÓW. 127 

sam udziela im w tym względzie pomocy lub rady. 
Osobnych guseł używa złodziej, aby łatwiej kradzież 
popełnić, inaczej ten, co go chce odszukać; czarów uży- 
wają małżonkowie, gdy miłość wzajemna zacznie sty- 
gnąć, innych w tym względzie używa mąż a innych 
żona, innych dziewczę szukające szczęścia w związkach 
małżeńskich. Zawieszają hodźiowie zaczarowane blaszki 



>Kawan'na'< (kawiarnia) na ulicy. 

krowom, aby obfitszc mleko dawały, inne na szyję, aby 
uchronić przed urokiem nieprzyjaciela. Są też i czary, 
aby drugiemu zaszkodzić czy to na zdrowiu sprowa- 
dzając choroby na ludzi i zwierzęta, czy to na zbożu, 
aby wyschło lub kłosu nie dało, a drzewa kwiatu i obfi- 
tego owocu — i odwrotne czary, aby nieprzyjaciel nie 
mógł zaszkodzić; nieprzyjaciel znany powszechnie pod 
nazwą mora, jeśli jest niewiastą, stuhać jeśli mężczyzną. 



1 28 BOŚNIA. 

V V 

Wiara w czarownice i czarowników Cinilica \ Caratica, 
wje^a i viśća jest powszechną u muzułmanów, na każ- 
dym kroku je widzą, ich się boją, ztąd tyle guseł i za- 
bobonów, ztąd wyraz melancholijny, trwożliwy na twa- 
rzach muzułmańskich, ludzi czujących, że ich religia 
nie zabezpiecza od jakiejś niewidzialnej szkodliwej po- 
tęgi, i żadnej rady ni pociechy w nieszczęściu lub przy- 
godach nie daje ^). 

Sądzę, że objawy nadzwyczajne obłędu i opęta- 
nia jakie widzieliśmy w Podmilaczu (zob. str. 70 i nast.), 
głównie z zabobonów, czarów i t. p. rzeczy pochodzą, 
a przynajmniej były główną przyczyną wmieszania się 
złych duchów i ich działania na ludzi. 

W ciągu dalszej naszej wędrówki po mieście, za- 
glądamy do kilku meczetów zupełnie podobnych do 
siebie pustkami pod względem wewnętrznej dekoracyi. 
Jeden z nich dostępny tylko dla derwiszów — niby 
ascetów muzułmańskich — zakonników, nieco piękniej- 
szy, do mimbaru prowadzą marmurowe schody, obszer- 
niejsza galerya połączona z gankiem dla wykładacza 
zasad koranu. Obok tej dżiamiji znajduje się grób 
ostatniego z wezyrów bośniackich, który po okupacyi 
struł się, aby »giaurskiemu sułtanowi « — t. j. chrze- 
ściańskiemu monarsze nie być podległym. 

Z nowszych budowli piękną jest medreza, czyli 
wyższa szkoła muzułmańska. Tem różni się od zwy- 
kłej szkoły ludowej, że w niej softowie czyli studenci, 
po ukończeniu szkół elementarnych uczą się arabskiego 



') Czytelnik znajdzie obszerne w tym względzie wiadomości 
w pracy p. t. : » Volksglauhe und Volksthumlicher Cultus in Bosnien 
uud Herzegowina von Emilian Lilek prof. im Obergymn. in Sa- 
rajewo", drukowanej w Wissenschaftliche Mitiheilungen 1. c. IV Bd. 
p. 401 — 492. Wien, 1896. 



I WEZYRÓW, 



129 



języka, aby mogli czytać koran i jako hodżiowie prze- 
wodaiczyć w modlitwach i uczyć dzieci muzułmańskie 
w najniższych szkołach swego wyznania. Ponieważ 
przez dawne miejsce medrezy dziś przechodzi kolej, 
więc rząd nową Turkom 
wystawił. Jest to czworo- 
boczny piętrowy budynek 
w stylu maurytańskim 
nkrasnou malowany; prze- 
waża kolor pomarańczowy 
i jasno - niebieski, drzwi 
iramyokien zielone. Obok 
znajduje się d2iamija 
o dwu minaretach. We- 
wnątrz dokoła budynku 
obiega krużganek również 
piętrowy, pośrodku dzie- 
dzińca tryska fontanna 
wśród kamiennego basenu. 
Z krużganka wchodzi się 
do pokoików przeznaczo- 
nych dla softów, w innych 
większych salach odby- 
wają się wykłady. Opro- 
wadzał nas mufti, prze- 
łożony całego zakładu. s^^tka w Boini. 
Studentów 18—25 letnich 

zastaliśmy częścią myjących się rytualnie w Laświe, 
która tuż przed medrezą przepływa, częścią w cieniu 
drzew z koranem w ręku lub arabską gramatyką, 
Ich miny wydały mi się bardzo zastraszone i hardo- 
głupie. U Turka do dobrego tonu należy dumnie spo- j 
glądać na chrześcianina i rzucać nań okiem pogardy, j 



130 



BOŚNIA. 



Nauka wcale mu nie imponuje; wszystko co nie jest 
koranem i nie należy do najkonieczniejszych wiado- 
mości etycznych o obowiązkach człowieka^ w jego 
oczach jest głupstwem. Gdy raz archeolog angielski 
listownie zapytywał uczonego kadiego o jakąś infor- 
macyc, otrzymał następującą odpowiedź: 

wZnakomity przyjacielu ! Radości żyjących ! To, 
o co mnie zapytujesz, jest rzeczą szkodliwą i bezużyteczną. 
Chociaż całe me życie w tym kraju spędziłem, nigdy 
mi nie przyszło na myśl liczyć domy i ich mieszkań- 
ców. Co się tyczy przeszłości tego miasta, Bóg wie 
lepiej, w ilu znajdowali się błędach jego mieszkańcy, 
zanim zajaśniało nad nimi światło islamu. Poznawać 
takowe byłoby rzeczą niebezpieczną. O, mój baranku! 
nie szukaj rzeczy, które ciebie nie dotyczą. Patrz na 
ową gwiazdę, która około innej krąży i na tę, co długi 
ogon wlecze za sobą i latami tam zdąża i po latach 
znowu powróci. Pozostaw je synu temu, co je stwo- 
rzył, on też niemi będzie kierował. Może powiesz: 
»Idź precz, bom ja uczeńszy od ciebie i widziałem 
rzeczy, jakich ty nie widziałeś. u Szczęśliwy ś, jeśli mnie- 
masz, że przez to stałeś się lepszym. Co do mnie, 
gardzę tem, co ty widziałeś. Czy twoja umiejętność 
dała ci nowy żołądek, albo może twe oko wszystko 
badające, ogląda niebo ? O, mój baranku ! Chceszli być 
szczęśliwym, to powiedz: » niema innego Boga jakBóg«, 
porzuć co jest złem, abyś się nie bał ani ludzi, ani 
śmierci. Bo i na ciebie przyjdzie ostatnia godzina. a 

List powyższy może nam rozwiązać pytanie : » 
czemu, gdzie muzułmanin postawił swą stopę, zaraz 
następował zastój w naukach i sztukach, a nawet co 
zastał, niszczył niemiłosiernie, mniejsza o to, czy były 
biblioteki bogate, czy monumentalne budowle. 

~.>96<. 



ROZDZIAŁ VL 



W okolicy Trawnika. 

Wycieczka archeologiczna do Turbe. Ruiny bazyliki chrześciańskiej. 
Grób derwisza Izmaila Dedo. W tureckim hanie. Dąb »sułtański« 
w Rankowići. Wśród wiejskiej katolickiej rodziny. Tatuowane zna- 
mię Krzyża św. chroni od apostazyi. Porady » lekarskie.* Wizyta 

u proboszcza. 

Gdy po raz drugi znajdowałem się w Trawniku, 
O. Hoffer, o którym wyżej mówiłem, zaproponował mi 
wycieczkę do ruin dawnej bazyliki katolickiej, sięgają- 
cej pierwszych czasów chrześciaństwa. Wyjechaliśmy 
koleją, doliną Laśwy, poniżej pasma gór Vla§ić, docho- 
dzących do 6000 stóp. Po kilkunastu minutach stajemy 
w Turbe (Turbet), celu naszej wycieczki. Ze stacyi 
pieszo idziemy ku ruinom bazyliki. Są to w całem 
tego słowa znaczeniu ruiny w ziemi ukryte, nieco od- 
kopane, lecz nie przedstawiające dla zwykłego śmiertel- 
nika prawie żadnego interesu. Archeolog wysoko je ceni: 
zbiera drobne ułamki marmurowych tablic, odszukuje 




w OKOLICY TRAWNIKA. 



133 



na nich liter, aby powiązawszy takowe żmudną pracą 
i umiejętną fantazyą, całość odtworzyć, a zarazem po- 
dać historykowi nowe źródło do naukowych zdobyczy. 
To też O. Hoffera, jako archeologa, więcej jak mnie 
zajmowały kawałki mozajki, świeżo odkopane funda- 
menta absydy i t. p. rzeczy. Dla mnie najważniejszem 
było naoczne przekonanie się, że w samym środku 
Bośni obok dawnego gościńca rzymskiego, istniała ba- 
zylika chrześciańska, a więc były tu także już wówczas 
ogniska wiernych, którzy światło Boskiej nauki z Rzy- 
mu otrzymali. Znaleźliśmy parę starosłowiańskich gro- 
bowców z napisami świadczącemi, że w sobie zamykają 
zwłoki katolików; także bryły kamienne, niby groby 
Bogomiłów, lecz nie tak piękne, jak te, które widzia- 
łem w Hercegowinie. 

Okolica tutejsza słynna jest jeszcze z innego 
względu. W dawniejszych czasach, gdy pobliskie ko- 
palnie złota były eksploatowane, mieszkańcy tutejsi zaj- 
mowali się oczyszczaniem szlachetnego kruszcu i prze- 
tapianiem go w sztaby. Sama zaś wioska Turbe jest 
po dziśdzień ulubionem miejscem wycieczek muzułmań- 
skich mieszkańców Trawnika, mianowicie łączka przy- 
tykająca do sławnej dżiamiji derwisza Ismaila Dedo 
(Baba), gdzie pod cieniem prastarej topoli (nadwiślań- 
skiej) młodzież wesoło się bawi. 

Bez pozwolenia hodżi, stróża tej »świętości« tu- 
reckiej, wejść nam nie wolno. Wołamy: »hodżia, przyjdź 
do nas!« Przyszedł jego synek, dwunastoletni chłopa- 
paczek i pytał czego chcemy. Daliśmy bakczysz, aby 
ojca sprowadził. Parę centów rozjaśniło oblicze tak 
synka jak ojca, który zaraz się zjawił i bez trudności 
do dżiamiji wprowadził. Jest to lepianka najnędzniejsza 
w świecie. Przez maleńkie okna słabe światło dochodzi 



134 



BOŚNIA. 



do wnętrza. Pośrodku stoi trumna na katafalku, przy- 
kryta zielonym całunem, zdobnym w żółte hafty i na- 
pisy. Zwłoki »świętego tureckiegoa Ismaila Dedo znaj- 
dują się nie w trumnie, lecz w ziemi pod katafalkiem, 
przykryte kamieniem. U stóp wznosi się tablica ka- 
mienna z napisem tureckim, u głowy włócznia derwi- 
sza 2Y4 metra długości, z chorągiewką biało - popielatą 
i wysoki z popielatego filcu fez, owity białą materyą. 
Obok katafalku leżą książki ręką pisane. Jedna z nich 
większa pergaminowa, inne mniejsze papierowe zawie- 
rają koran. Na brudnych ścianach wiszą drewniane ta- 
blice z tureckiemi napisami i jeden kolorowany obrazek 
na pergaminie, oprawny w ramki, przedstawiał czaprak, 
włócznię i kindźały; lecz co to miało znaczyć, nie mo- 
głem się wywiedzieć nawet od hodżi. Ten opowiadał, 
że wświęty derwisza czasem cuda działa. Pytałem, 
jakie ? »Gzasami huczy pod ziemią, gdy przychodzą do 
dżiamiji nie-muzułmanie« — brzmiała odpowiedź. 

Podobno raz samemu hodżi przez dwa miesiące 
nie dozwolił wstępu do wnętrza, gniewał się na niego. 
Również ma huczeć, gdy przychodzą muzułmanie bru- 
dni, nie omyci. 

Prawdziwości tych »cudów« opowiadanych przez 
hodżię stwierdzić nie mogłem, gdyż nic nie huczało, 
czułem tylko zaduch w dżiamiji, stęchliznę obrzydliwą, 
zupełnie licującą z brudami murów meczetu, z religią 
i świętością derwisza. 

Opodal przy drodze bije źródło ze skały z do- 
skonałą wodą. Gdyśmy tam pragnienie gasili, hodżia 
następującą opowiadał historyę: 

Ismail Deda przybył ze Wschodu, z Horostanu, 
razem z Muhamedem II, zdobywcą Bośni. Gdy sułtan 
zatrzymał się około Sutiski lub Trawnika, derwisz go 




I 26 BOŚNIA. 

wyprzedzał, aby zbadać teren. Nie dostrzegł, że w oko- 
licy znajdują się trzy obronne zamki pełne chrześciań- 
skiego żołnierza. Właśnie przy tem źródle począł zwy- 
czajem muzułmańskim modlić się i omywać swe członki. 
Spostrzegli go żołnierze bośniaccy, pytali co tu robi, 
a gdy żadnej nie dał odpowiedzi, ucięli mu głowę. 
Wówczas Ismail Deda wziął w ręce swą głowę i. szedł 
z nią na miejsce, gdzie leży pochowany ; Turcy wysta- 
wili nad grobem dżiamiję — Turbe zwaną jak wszyst- 
kie podobne, gdzie spoczywają zwłoki »świętych tu- 
reckich. « 

Tak opowiadał muzułmanin. Że derwisz został 
zabitym, to jest fakt pewny, lecz żeby niósł głowę po 
śmierci, to jest legenda zapożyczona z Żywota św. 
Dyonizego Areopagity. 

Do domu wracaliśmy pieszo; po drodze wstąpiliśmy 
do kawanny (kawiarni) tureckiej, aby nieco wypocząć. 
Stary Turek siedział przy ognisku z imbryczkami mo- 
siężnemi, gotując kawę. Zaraz świeżą sprażył, wrzucił 
do moździerzyka, skruszył kawałkiem żelaza, wsypał 
do wrzącej wody i razem z fusami i z cukrem wlał 
w maleńkie czareczki. Jest to czysto turecki sposób 
robienia kawy, a smak jej zupełnie odrębny, smaczny, 
lecz więcej denerwujący. Niebawem zjawili się inni 
muzułmanie, również i hodżia miejscowy, wszyscy 
usiedli z turecka przy ognisku na rozpostartych tapcza- 
nach; wywiązała się rozmowa bardzo uprzejma, nie 
czułem, że całe towarzystwo składało się z wrogów 
imienia chrześciańskiego. Lecz biada nam, gdybyśmy 
mówili o jedynej prawdziwej wierze. Ledwie opuści- 
liśmy kawannę, zebrały się chmury nad nami, deszcz 
coraz silniej zaczął padać, następnie grad wielkości la- 



137 

skowych orzechów. Zmokliśmy do nitki i tak zakon' 
czyli wycieczkę do starej bazyliki i grobu Izmaila Deda. 
Równie interesującą była druga wyprawa do wio 
ski Rankovićt pod "dąb sułtański" dziś "Cesarskim" na 
zwany, o którym powiadają, że sięga czasów przed 
chrześciańskich. W towarzystwie młodego Jezuity wy^ 
jechałem konno 
z Trawnika przez 
Dolać, wioskę 
czysto katolicką, 
posiadającą pię- 
kny kościółek. 
Droga prowadzi- 
ła wśród wyboji, 
urwisk, strumy- 
ków — dziką oko- 
licą. Po dwugo- 
dzinnej jeździe, 
pierwszy popas 
wypadł przed lia- 
nem tureckim. 
Pomimo, że było 

samo południe, Turek spał, a gdy nie bez trudności 
udało się go obudzić, oświadczył, że ogień zgasł, więc 
kawy zrobić nie może i obroku dla koni niema. Na 
szczęście, dowiedzieliśmy się o drugim hante, utrzymy- 
wanym przez katolika. W maleńkiej chałupie, zupeł- 
nie podobnej do podolskich chat wieśniaczych, zastali- 
śmy rodzinę spożywającą południowy posiłek. Zauwa- 
żyłem, źe mięsa było pod dostatkiem, i niewiem czy 
u nas nawet zamożniejszy mieszczanin mało - miastecz- 
kowy znalazłby w dniu powszednim na swoim stole 
tak dobre i pożywne potrawy. Przeglądałem statystykę, 



j 28 BOŚNIA. 

Z której się okazało, że w ogólności lud bośniacki 
więcej używa mięsa niż niemiecki rolnik. Chów bydła 
i trzody, wysoko rozwinięty w tych okolicach, ułatwia 
nabycie mięsa nawet mniej zamożnym wieśniakom. 

Gdy na nasze powitanie cała rodzina powstała 
i dla uszanowania chciała przerwać swój obiad, pro- 
siliśmy, aby dalej kończyli, a tymczasem zwinna go- 
sposia czemprędzej stłukła kawy, sprażyła ukropem 
i nam ją podała. Urządzenie wewnętrzne domu po- 
dobne do wiejskich w naszych stronach. Ten sam sze- 
roki piec i zapiecek, najulubieńsze miejsce dla chorych 
i dzieci, stół drewniany, ławki; na ścianach wiszą Świę- 
tych obrazy i parę guzli rozmaitej wielkości, miejsco- 
wego wyrobu. Po skończonym obiedzie, gospodarz 
domu głośno począł odmawiać pacierze, inni wtórowali. 
Pierwsze Ojcze nasz. Zdrowaś i Chwała Ojcu,., było 
na dziękczynienie za dary Boże, drugie tyleż za dusze 
zmarłych, trzecie za zdrowie ciała i utrzymanie wiary 
świętej. Modlitwę odmawiano bardzo pobożnie, natu- 
ralnie, było rzeczą widoczną, że są do niej przyzwy- 
czajeni i nie krępują się obecnością gości. 

Gdy nam gosposia podawała kawę obnażonemi 
po łokcie rękami, dostrzegłem, że były w piękne de- 
senie tatuowane. Obecni zauważywszy, że mnie to 
interesuje, obnażali swe ręce i pokazywali podobne 
desenie bardzo misternie na rękach, ramionach i pier- 
siach wykonane. Po większej części były to krzyże, 
zdobne w drobniejsze krzyżyki, niekiedy obok krzyża 
szeroka ornamentacya ząbków i kółek powiązanych 
ze sobą harmonijnemi liniami; mężczyźni mieli nadto 
wyrysowane miecze, kindżały i serca. 

Proboszcz ze Stolacza, Msgr. Łazarz Lazarewicz 
w Hercegowinie opowiadał mi, że tatuowanie nie jedną 




C Tatuowana Bośniaczka. (Zob. : 



140 



BOŚNIA. 



katolicką dziewczynę ochroniło od odstępstwa przez 
związek małżeński z muzułmaninem. Sam znał dziewkę, 
która zbałamucona przez Turka, oddała mu swą rękę. 
Niebawem dostrzegł on na jej ramionach i piersiach krzyże 
i krzyżyki tatuowane na skórze. Jak zwykle Turcy, 
tak i on zabobonny — chociaż islam dozwalał mu na 
małżeństwo z chrześcianką, znieść nie mógł, aby mał- 
żonka miała krzyże na swem ciele. Otóż rozkazał jej, 
aby takowe zatarła. Niegodziwa niewiasta przekładała 
miłość Turka nad. wiarę Św., więc i znamię Krzyża 
Św. postanowiła ostrem żelazem zniszczyć na swych 
piersiach. Zaczęła operacyę, lecz takiego bólu doznała, 
tak się jej przytem ręka trzęsła od strachu, że rozpo- 
czętego dzieła nie mogła dokończyć. Turek również 
w żaden sposób nie chciał się podjąć smutnej operacyi 
z obawy, aby go co złego nie spotkało, nadto oświad- 
czył, że raczej woli porzucić małżonkę, niż żyć z nią, 
dopóki tak niebezpieczne znaki na ciele swem nosi. 
Skończyło się na tem, że kadi dał rozwód Turkowi, 
a chrześcianką powróciła szczęśliwie w objęcia stroska- 
nej katolickiej rodziny. Tak krzyż wyryty na piersiach, 
wybawił zbłąkaną od apostazyi i ocalił jej duszę od 
wiecznej zguby. Dziś jeszcze żyje ona jako mężatka 
i matka licznego potomstwa. 

W ciągu dalszej podróży parę razy zdarzyło mi 
się spotkać Bośniaków lub Hercegowińców, którzy na 
zapytanie czy są katolikami, jako dowód pokazywali 
tatuowane krzyże na piersiach lub rękach. Rzecz dzi- 
wna, że podobne tatuowania dostrzegłem tylko u ka- 
tolików; a gdy raz zapytałem wieśniaczkę w Hercego- 
winie czy jest wschodniego wyznania, ona wskazała 
znak krzyża wyryty na ciele jako na dowód, że jest 
katoliczką. 



w OKOLICY TRAWNIKA. 



141 



1^ 



W ogólności tatuowanie u niewiast jest obfitsze 
niż u mężczyzn. Odbywa się zaś w następujący spo- 
sób. W uroczystość Św. Józefa, Zwiastowania Matki 
Boskiej, Niedzielę palmową albo w jednym z dni Wiel- 
kiego Tygodnia, zbiera się o rannej porze młodzież 
w kółku rodzinnem. Po większej części są to chłopcy 
i dziewczęta w wieku 13 do 16 lat. Jeżeli sami nie 
mają odwagi ostrem narzędziem wycinać sobie znaków 
na skórze, wykonuje to jedna z poważniejszych nie- 
wiast, wprawna w tem zajęciu, albo wzajemnie sobie 
młodzi przyjaciele i przyjaciółki. Złamaną igłą wpierw 
kreśli się deseń czarną umyślnie na to przyrządzoną 
farbą, następnie ostrą igłą kłuje się naznaczone miejsce, 
dopokąd ręka nie zaleje się krwią i ból dozwala. Miejsce 
zranione zalepia się cygaretową bibułką lub innym pa- 
pierem, bandażuje, a na drugi dzień ciepłą wodą zmywa 
najczęściej już zagojoną ranę. 

Gdy nasze konie dostatecznie wypoczęły, ruszy- 
liśmy dalej i w godzinę stanęli wśród wioski Ranko- 
vići, sławnej starym dębem cesarskim. Dawniej zwano 
go dębem sułtańskim, lub wezyrów, ponieważ był 
miejscem ich wycieczek i zabaw (teferić). Dąb ma 
40 kroków obwodu; choć pień wewnątrz spróchniał, 
gałęzie jeszcze pełne życia. Aby mieć jaki taki obraz 
jego rozmiarów, wystarczy powiedzieć, że czas jakiś, 
wieśniak sąsiadujący z tym królem drzew, urządził 
w jego wnętrzu stajnię dla bydła. Raz cała kompania 
wojska złożona z 63 osób w rynsztunku wojennym, 
zmieściła się w jego wnętrzu, podobnie jak konwiktorzy 
z Trawnika, których przedstawia rycina na str. 143. 
Znawcy są zdania, że to drzewo przeżyło już lat 2000. 

Niebawem po naszem przybyciu otoczyli nas wie- 
śniacy i wieśniaczki, starcy, młodzi i dzieci, zamiesz- 



tĄl 



BOŚNIA. 



kali w pobliskich wiejskich zagrodach. Wszyscy, nawet 
starsi, swą naiwnością, prostotą i zaufaniem do sukni 
duchownej, wydali nam się jak dzieci. Po zapytaniach 
zwyczajem przyjętych u ludu, zkąd i po co przyby- 
wamy, jak się mamy, jak nasi najbliżsi, czy żyją ro- 
dzice, siostry lub bracia, czy zdrowi i t. d. kolejno 
zasięgali u nas rady lekarskiej. Kobieciny poprzyno- 
siły swe dziatki nawet niemowlęta, mąż o żonie, 
żona o mężu chorym opowiadała, szukając pomocy 
u "duchownego ojca.a Mój towarzysz obznajomiony 
z tutejszymi stosunkami, uprzedził mnie, abym nie 
odmawiał porady, gdyż wezmą to za złe, i nie uwierzą 
gdybym się wymawiał, sądząc, że radzić nie chcę, bo 
nimi gardzę. » Szwaba « — tak się nazywa u ludu każdy, 
co nie jest Bośniakiem — musi wszystko wiedzieć, zwła- 
szcza jeśli jest duchowną osobą. Czyniąc zadość ich 
pragnieniom, przepisywałem rozmaite domowe lekar- 
stwa, które zaszkodzić nie mogły. Tak n. p. : wątłym 
i mizernym dzieciom zaleciłem picie mleka i chodzenie 
po słońcu, brudnym mycie wodą, a owrzodzonym: 
czyste utrzymanie ran i t. p. ; na szczęście konsultacya 
zakończyła się wszystkich zadowoleniem. 

Z pod dębu wyjechaliśmy wertepami i wąwozami 
leśnemi na pola, łąki, góry, wreszcie po długich błą- 
kaniach przybyliśmy do wioski Bucić, gdzie proboszcz 
miejscowy O. Stiepan Maśić, Minoryta, wiedzie pra- 
wdziwie sielankowy żywot. Zastaliśmy go na wzgó- 
rzu siedzącego w cieniu drzewa na tapczanie z fajką 
na długim tureckim cybuchu, w fezie na głowie. Ka- 
zał i dla nas przynieść tapczany i raczył czem ^chata 
bogatatt chlebem, serem i winem. Widok mieliśmy 
ztamtąd wspaniały na Ylaśić śniegiem bielejący złoto- 
dajne (acz dziś nie eksploatowane) góry Yilenica i roz- 



D;b cesartki (luoo letni) znijdujfcy si% w okotky Trawnika; pod nim chłopcy 
z konwiktu Trawnickiego. (Zob, atr. I4i). 



: I 
1 

ii 



it 



I 
I 



144 



BOŚNIA. 



ległą równinę poprzerzynaną w rozmaitym kierunku 
licznemi strumieniami. Gdzieniegdzie wystają większe 
lub mniejsze pagórki pełne zieleni o rozmaitych od- 
cieniach^ lub lśniące srebrzystym połyskiem zboża doj- 
rzewającego pod zbiory. 

Tuż przy plebanii znajduje się mały kościółek 
pod wezwaniem Św. Marcina, ubogi lecz schludny, 
obok dzwonnica, z czterech pali zrobiona, z dwoma 
dzwonami. 

Do Trawnika wracaliśmy równiną, widzianą ze 
wzgórza wioski Bućić; okolica jeszcze piękniejszą nam 
się wydała. Wypadło nam przebywać w bród, lub 
przeskakiwać co najmniej 50 rzeczułek lub strumieni, 
co na krótkich konikach mniej było przyjemne. Już 
się ściemniało, gdyśmy przybyli do Trawnickiego kon- 
wiktu — nazajutrz rano wyjechałem do Sarajewa. 



•^>3e<' 



WK O^C^ «Jx« Ni/* "Jy nU' 'sU' 'sl/' "sL^ 'J/* C J "N^^ "si/* »sl/' nL/* 'sj/' 'sL/' "yl/* »^X* 




G^^j^^a~T7T\I •TSi •JS. •T\i i-Ts. •TS. •Tn. •'T^~CP ''T^ ^T^ "^ •Ts. i^p. 4^^ ^-^ •^■« ^so^^ft 



ROZDZIAŁ VII. 



Sarajewo. I. 

Rozmowa z begami. Pierwsze wrażenie w Sarajewie. X. Arcy- 
biskup Stadler. Stan Kościoła w Bośni. Duchowne seminaryum 
katolickie. Szkoły Sióstr Miłosierdzia i »Córek Bożej Miłoś.ci.« 
Katechumenat. OO. Minoryci. Archirej i Archimandryta serbscy. 
Ich cerkiew. Seminaryum serbskiego duchowieństwa w Hreliewie. 
Wykształcenie serbskich popów. Żydzi hiszpańscy. 

Na drodze do Sarajewa przysiedli się do mnie 
dwaj wybitni muzułmanie Ali beg Sulejman Pasić, oby- 
watel z okolic Bugojno i Serif beg Hafiz-zadić, najma- 
jętniejszy muzułmanin dawnej stolicy wezyrów. Ze- 
wnętrzne formy towarzyskie i sposób obejścia się, bar- 
dzo dodatnie zrobiły na mnie wrażenie. Niebawem 
zapoznaliśmy się ze sobą. Gawędka szła bardzo gładko 
o bieżących wypadkach na Wschodzie i o stosunkach 
w Bośni od czasów okupacyi. Podziwiałem z jaką 
bystrością umysłu wydawali sąd swój o naszym parla- 
mencie, o osobach doń powoływanych, o rządzie okupa- 

Bośnia i Hercegowina. I O 



146 fiOŚNiA. 

cyjnym... Parę godzin drogi koleją w takiem towarzy- 
stwie minęło niepostrzeżenie, a dla mnie nie bez pożytku. 

Z wąwozów górskich wjechaliśmy na rozległą ró- 
wninę, zwaną »Sarajewsko polje^ na której końcu sze- 
roko rozsiadła się stolica Bośni. Z północy, wschodu 
i południa wznoszą się nad nią wysokie góry, lśniące 
gdzieniegdzie śniegiem, od jedynej strony zachodniej 
dostęp jest łatwy; tu zbudowano kolejowy dworzec. 

Pierwsze wrażenie Sarajewo robi miasta europej- 
skiego. Szerokie wspaniałe zabudowania »zeleznicy« , 
kolosalne gmachy wojskowe i inne rządowe, mnóstwo 
prywatnych wielkich kamienic wiedeńskiego stylu, tram- 
waj elektryczny, kursujący na szerokiej drzewami wy- 
sadzonej alei, bogate, modne wystawy sklepowe, wszyst- 
ko sprawia pewne rozczarowanie, bo co innego spo- 
dziewałem się widzieć w tutejszej stolicy. Lecz nie- 
bawem rozczarowanie znikło. Wjeżdżamy w dzielnicę 
gęsto zaludnioną przez muzułmanów: — poznać ją po 
zakratowanych oknach haremów, po sterczących mina- 
retach, których przeszło setkę dziś jeszcze Sarajewo 
posiada. Tureckie zawoje mężczyzn, chodzące mumie 
t. j. Turczynki we feredżiach, otwarte sklepy a w nich 
zadumani z fajką przy kawie muzułmanie, to wszystko 
znowu przypomina, że jesteśmy na Wschodzie. Lecz 
czuć w powietrzu, że ten Wschód z całą swą oryginal- 
nością znika przed Zachodem. Gdy porównam Sarajewo 
jakiem go widziałem po raz pierwszy w r. 1895 z dzi- 
siejszem, gdy doń znowu na wiosnę b. r. zawitałem, 
ogromną zmianę znajduję. Lecz zarazem uwidocznia 
się coraz więcej, że w stolicy Bośni nietylko Turcy, 
ale i chrześcianie istnieją: katolicy i Serbowie, bo obok 
meczetów dostrzegam kościoły i cerkwie, obydwu też 
wyznań wychowawcze zakłady. 



148 BOŚNIA. 

Zamieszkałem w świeżo wybudowanem semi- 
naryum duchownem, w którem się kształci młodzież 
na świeckich kapłanów. Po przywitaniach z O. Fr. Xa- 
werym Hammerl T, J., Dyrektorem, zakładu i innymi 
Ojcami profesorami teologii, wyszedłem z wizytą do 
X. Arcybiskupa Stadlera. Równie sympatycznego dy- 
gnitarza kościelnego nie często się spotyka. Jest on 
prawdziwym apostołem Bośni, opatrznościowym czło- 
wiekiem dla bośniackiego Kościoła, jedną z postaci, 
jakie Bóg zsyła ludom dla ich zbawienia. A jakżeż 
zaniedbaną otrzymał cząstkę w winnicy Pańskiej! Jak- 
kolwiek dawna Illirya a więc i Bośnia tak była szczę- 
śliwą, że jako pierwszych opowiadaczy Ewangelii miała 
ŚŚ. Piotra i Pawła Apostołów, a następnie Św. Łu- 
kasza Ewangelistę, Św. Klemensa i Św. Tytusa ^), to 
przecież aż do wieku XII-go historya wspomina tylko 
dwa razy o biskupie bośniackim w VI wieku. 

O. Farlati opowiada ^) o czterech następnych bi- 
skupach w XII w., później dostrzegamy przerwę aż do 
roku 1233, odkąd już są wprawdzie biskupi bośniaccy 
aż do bieżącego stulecia, lecz bez stałej rezydencyi, 
w ciągłych walkach to z heretykami bogomiłami, to 
z gwałtami muzułmanów. Do roku 1463 przynajmniej 
rezydowali biskupi w Bośni, i jako tako mogli osobiście 
doglądać powierzonej owczarni. Lecz gdy Turcy zajęli 
ten kraj, biskupi musieli się schronić do Diakowaru 
w Sławonii, a więc za Sawę, na terytoryum należące 
do korony węgierskiej, zkąd prawie nigdy nie mogli 
wizytować swej dyecezyi. Garstka Ojców Minorytów 
pozostała w Bośni i Hercegowinie, zaledwie mogła 

*) Cf. Leonis XIII Litterae Apostolicae ąuibus hierarchia 
Episcopalis in Bośnia et Herzegoyina instituitur, a. 1881. 
^) 1. c. Illirici Sacri Tomus IV, p. 37—90. 



SARAJEWO. 



149 



Utrzymać uciśniony Kościół w wegetacyi, lecz bez 
żadnej zewnętrznej pomocy, bez czujnej opieki sobie 
pozostawiona, żadną miarą nie zdołała nadać mu wzro- 
stu silniejszego i uchronić wiernych od wielu apostazyi. 

Czuli potrzebę większej opieki nad sobą Ojcowie 
Minoryci i wyjednali u Stolicy świętej w roku 1735 
wikaryusza apostolskiego, który odtąd stale w Bośni 
przebywał. Stosownie do tego, z którego konwentu 
Minorytów pochodził, rezydencyę swą zakładał w je- 
dnym z trzech pozostałych klasztorów: Kreszewie, Foj- 
nicy lub Sutisce, gdyż zawsze pochodził z zakonu 
Sw. Franciszka. W roku 1846 Stolica św. utworzyła 
drugi nowy Wikaryat Apostolski wyłącznie dla Herce- 
gowiny. Sprawa katolicyzmu o jeden krok naprzód po- 
stąpiła po wieluwiekowym zastoju. Lecz stosunki miej- 
scowe prawie się nie zmieniły. Tylko w Fojnicy, Su- 
tisce i Kreszewie istniały małe kościółki, bez krzyża, 
bez dzwonów, zresztą Msza św. mogła być odprawianą 
w ukryciu, lub na cmentarzach. Z małymi wyjątkami 
trwał jeszcze w swej sile ukaz drugiego kalifa Omara: 
»Chrześcianom nie wolno budować nowych klasztorów 
i kościołów, nie wolno także istniejących restaurować, 
nie wolno im nigdzie jawnie ukazywać krzyża, chyba 
we własnem mieszkaniu lub we wnętrzu kościoła. 
Dzwonienie, modlitwa, śpiew ich, ma być tego rodzaju, 
aby od innych nie były słyszane. Muszą się także 
różnić ubiorem, aby ich łatwo można rozeznać od 
wyznawców islamu... « 

Wszelkie usiłowania Stolicy św. tak za czasów 
królów bośniackich, jak później za czasów tureckiego 
panowania, aby w Bośni i Hercegowinie pomnożyć 
rezydencyę biskupie i ustanowić hierarchię kościelną, 
pozostały bez skutku. Raz tylko w dziejach Kościoła 



130 



BOŚNIA. 



tutejszego przed r. 1463 była chwila, kiedy dwóch bi^- 
skupów objęło pieczę nad rozległą owczarnią, a jeden 
z nich był wschodniego obrządku. 

Dopiero gdy rząd austro-węgierski zajął te kraje, 
pragnienia Stolicy Św., dzięki poparciu Najdostojniej- 
szego Monarchy Franciszka Józefa I, dały się urzeczy- 
wistnić. Leon Xni bullą »£V hac augusta a ustanawia 
d. 5 lipca r. 1881 hierarchię kościelną w Bośni i Her- 
cegowinie, a zarazem tworzy nowe arcybiskupstwo 
Wrhbosneńskie z siedzibą w Sarajewie. W dziesięć lat 
później, dekretem z d. 24 marca 1891 r. Ojciec św. 
bliżej określił granice arcybiskupstwa Wrhbosneńskiego 
jako metropolii i dyecezyi jego sufraganów: w Bania- 
luce, Mostarze i Trebinii. Tymczasowo dyecezyą Tre- 
bińską zarządza jako administrator biskup Raguski, 
lecz w sprawach Trebińskiej dyecezyi zależy an od 
metropolity rezydującego w Sarajewie. Około 35 pa- 
rafij dawniej obsadzanych przez Ojców Minorytów, 
na mocy układu z ich Generałem, przeszły pod wy- 
łączny zarząd X. Arcybiskupa, a obecnie toczą się 
układy o nowych 30 parafij. Zresztą wszystkie inne 
parafie obsadzają Ojcowie Minoryci swoim klerem za- 
konnym. 

X. Arcybiskup Józef Stadler (dodajmy nawiasem, 
Słowianin całą duszą, urodzony w okolicy bośniackiego 
Brodu nad Sawą), wyniesiony do tak wysokiej godności 
nie zastał w swej rezydencyi ani katedry, ani semina- 
ryum, ani kapłanów świeckich, ani nawet biskupiego 
mieszkania. Wszystko należało od fundamentów bu- 
dować, a tu Stolica św. nie mogła mu przyjść z po- 
mocą, gdyż dobra Propagandy rząd włoski skonfiskował. 
Lecz pełen energii i poświęcenia Arcypasterz nie stracił 
ufności w pomoc Bożą. Siebie i całą archidyecezyę oddał 



J. E. X. JOZEF" STADLER, 
Arcybiskup Wrbbosnetiski, Metropolita Bośni i 
z retydencyą w Sarajewie. 



152 BOŚNIA. 

W opiekę Najśw. Sercu Pana Jezusa, biorąc nawet Jego 
symbol za swój herb arcypasterski. W rok później 
w porozumieniu z rządem, wynalazł fundusze na roz- 
poczęcie budowy kolosalnych rozmiarów konwiktu 
w Trawniku, jako małego seminaryum do zdobycia 
powołań do stanu kapłańskiego. Nadzieje nie zawiodły. 
Konwiktorzy po ukończeniu 8 klas gimnazyalnycb^ 
spory procent dali z pośród siebie kandydatów do se- 
minaryum, tak, że w r. 1890 otworzono pierwszy rok 
teologii w Trawniku, a w dwa lata później, można 
było otworzyć w Sarajewie świeżo wybudowane semi- 
naryum duchowne z 4-letnim kursem nauk teologicz- 
nych, na wzór podobnych zakładów w całej Austryi. 
W roku 1896 dobudowano do niego piękny kościółek 
w stylu Odrodzenia, którego kopuła jest jedną z naj- 
piękniejszych ozdób dzisiejszego Sarajewa. 

Jeszcze przedtem zajął się X. Arcybiskup budową 
katedry w stylu gotyckim. Fasada katedry pozostawia 
do życzenia pod względem zewnętrznej ornamentacyi, 
za to wnętrze jest prześliczne w najdrobniejszych szcze- 
gółach, tyle tam bogactwa w rzeźbie i malowidłach. 
Święci Apostołowie Cyryl i Metody, rzeźba wykonana 
z marmuru, mogłaby zdobić najpiękniejsze kościoły 
Zachodu. 

Wskutek braku świeckiego duchowieństwa, X. Ar- 
cybiskup powołał do swego boku jako kanoników 4 zna- 
nych mu osobiście kapłanów z Kroacyi, doktorów teo- 
logii, a gdy jeden z nich w ostatnich czasach został 
powołany na objęcie dyecezyi w Lublanie, mógł zna- 
leść w bieżącym roku kapłana, wychowanego w swem 
seminaryum, któryby godnie zajął opróżnione krzesło. 

W seminaryum archidyecezyalnem kształcą się 
klerycy ze wszystkich dyecezyj Bośni i Hercegowiny, 



SARAJEWO. 



153 



również młodzież Franciszkańska przeznaczona na obję- 
cie obowiązków parafialnych. Tak pod względem ze- 
wnętrznego jak wewnętrznego urządzenia, seminaryum 
mc me pozostawia do życzenia. Profesorów mają zna- 
komitych z zakonu T. J., którzyby z chlubą mogli 
wykładać nauki teologiczne na jakimkolwiek zagranicz- 
nym uniwersytecie. Chociaż wszyscy profesorowie są 
austryaccy Niemcy, wyuczyli się dobrze bośniackiego 
języka, tak, że nietylko mogą słuchać w tym języku 
spowiedzi, ale nawet niektórzy po bośniacku miewają 
kazania. Zresztą jak we wszystkich katolickich semi- 
naryach na całym świecie, wykłady teologii i tutaj od- 
bywają się w języku kościelnym — łacińskim. 

X. Arcybiskup jakkolwiek sam mieszka w domu 
wynajętym, postarał się nietylko o bardzo piękne se- 
minaryum dla swoich kleryków, o dom mieszkalny dla 
proboszcza kościoła katedralnego a zarazem parafial- 
nego, ale nadto zbudował wspaniały gmach dla kano- 
ników, w którym wszyscy mieszkają. Gdy raz ich od- 
wiedziłem razem z X. Arcybiskupem, zastałem wszyst- 
kich na wspólnym obiedzie. Mieli bowiem zwyczaj 
razem schodzić się do stołu jak w domu zakonnym 
do refektarza. 

♦ Dobór duchowieństwa, jakiem otoczył się X. Arcy- 
biskup Stadler, bardzo silny wpływ wywarło zarówno 
na tubylczą ludność rozmaitej wiary, jak i na tych 
przybyszów, którzy bądź dla urzędu, bądź dla speku- 
lacyj handlowych i przemysłowych w licznych zastę- 
pach w Sarajewie osiedli. Przedewszystkiem kościółek 
seminaryjny jest punktem attrakcyjnym katolickiej lud- 
ności, gdyż o każdej porze znajdzie ona do porady 
duchownej lub spowiedzi kapłana, który będzie władał 
prócz bośniackiego, niemieckim, węgierskim, włoskim, 



\ 



154 



BOŚNIA. 



francuskim lub angielskim językiem, jeden nawet tro- 
chę umie po polsku. Ojcowie, o ile im czas przy teo- 
logicznych wykładach pozwala, bardzo gorliwie pracują 
po za murami seminaryum, zwłaszcza kierowaniem 
kongregacyj maryańskich męskich, których 4 dotych- 
czas założyli dla rozmaitego stanu i wieku sodalisów. 
Gorliwy arcypasterz nie mógł pozostawić odło- 
giem pola pracy nad wychowaniem dziewcząt. W tym 
celu powstała najpierw szkoła elementarna a przy niej 
klasztorek z kościółkiem Sióstr Miłosierdzia Kongre- 
gacyi Zagrzebskiej. Od razu szkoła była przepełnioną, 
tyle dziatwy garnęło się do niej. Obecnie kształci się 
w niej około 400 dziewcząt. Niebawem okazała się 
potrzeba innych podobnych zakładów. Sprowadzono 
»Córki Bożej Miłości« — zakonnice niedawno założo- 
nej kongregacyi, zajmującej się wychowaniem panienek. 
Tuż obok kateralnego kościoła, mają one swój klasztor 
pod wezwaniem Świętego Augustyna, a w nim szkołę 
ośmioklasową. Gmach wybudowany w stylu gotyckim, 
w najpiękniejszej części miasta, jest dla mieszkańców 
Sarajewa wielkiem dobrodziejstwem. Przeszło 400 córek 
prawie wszystkich urzędników bez względu na naro- 
dowość, schodzi się tam do publicznej szkoły. Gdy 
w bieżącym roku dawałem w domowej kaplicy zakon- 
nic rekoUekcye paniom polskim i wskutek tego często 
musiałem przebywać w murach zakładu, zadziwiała 
mnie cisza i spokój dziewczątek, gdy przychodziły lub 
wychodziły z lekcyi do swych domów. Szkoła »Córek 
Bożej Miłościtt tak dobrą opinią cieszy się w Sarajewie, 
że nawet innowiercy, nie wyłączając żydów, chętnie 
posyłają swe córki na naukę. Odbywa się ona w tym 
zakładzie w języku niemieckim. Te same zakonnice mają 
jeszcze drugi podobny zakład Św. Józefa połączony 



ic6 BOŚNIA. 

Z internatem na 60 dziewcząt, po większej części sierót, 
gdzie w 8-klasowej szkole kształci się paręset dzieci, 
a nadto starsze panienki, kandydatki na nauczycielki 
ludowe, mają osobne wykłady z programem podobnym 
naszym seminaryom nauczycielskim. Zakład Św. Jó- 
zefa jest położony w górnej części Sarajewa, posiada 
piękny ogród i całe gospodarstwo dla potrzeb domo- 
wych. Gdy go zwiedzałem, zastałem wśród ogrodu 
prześlicznie urządzonego, w altankach zakonnice uczące 
panienki gry na skrzypcach, inne w muzeach brały 
lekcye fortepianu. Wykłady w tym zakładzie odby- 
wają się w języku bośniackim. Pokazywano mi ręczne 
roboty uczennic prześliczne hafty i tkaniny wzorowane 
jedwabiem i złotem, przeznaczone na wystawę w Pesz- 
cie i Wiedniu. Dziatwa bardzo dobre robi wrażenie. 

Rząd tutejszy pragnął, aby z dobrodziejswa tych 
zakładów, a także innych, pozostających pod kierun- 
kiem świeckich nauczycielek, korzystały dziewczęta mu- 
zułmańskie. Lecz wszelki przymus był bezskuteczny. 
Muzułmanie oparli się temu stanowczo. Niezawodnie 
wyszło to tylko na dobre dziatwie chrześciańskiej, która 
została ocaloną od stykania się z muzułmankami, od naj- 
młodszych lat oddychającemi zgniłą atmosferą zepsucia 
i prowadzącymi najswobodniejszą rozmowę o wszyst- 
kiem zarówno z matką i innemi mężatkami, jak z ho- 
dżią, swym nauczycielem do 12 roku życia. Jednako- 
woż i o nich myśli X. Arcybiskup Stadler. W tym 
celu założył kongregacyę, do której mają wstępować 
same Bośniaczki i utrzymywać katechumenat dla na- 
wracających się muzułmanek, żydówek, lub z innych 
wyznań. Są to dotychczas pierwociny; dom dla tego 
zakładu dopiero się buduje; a w obecnej chwili, gdy 
Bośnia i Hercegowina jeszcze nie zostały przyłączone 



SARAJEWO. 



^57 



do monarchii Austro- Węgierskiej, wobec istniejących 
ustaw mowy być nie może o nawracaniu muzułmanek. 
Dotychczas tylko tę swobodę religijną rząd przyznał 
chrześcianom, iż każdy z nich może zostać muzułma- 
ninem, lecz muzułmanina, chociażby chciał, nie wolno 
przyjąć na łono św. Kościoła! 

Podobnie jak w Sarajewie, we wszystkich znacz- 
niejszych miasteczkach metropolii Wrhbosneńskiej bu- 
dują się lub już są wybudowane kościoły i kapliczki, 
a w kilku miejscach jak w Tuzli, Breśke, Bugojno, Brćka, 
Liwno, Dolać, znajdują się żeńskie klasztory a przy nich 
szkoły pozostające pod kierunkiem zakonnic. Jeżeli 
zważymy, że od czasu okupacyi upływa dopiero lat 20, 
a 16 od czasu objęcia metropolii przez X. Arcybiskupa 
Stadlera, każdy musi przyznać ogromny wzrost insty- 
tucyj kościelnych w tym czasie. Czytelnik może sądzi, 
że rząd okupacyjny w tym względzie bardzo dopomógł 
X. Arcybiskupowi. Bynajmniej. W porównaniu do Mu- 
zułmanów i Serbów, katolicy po macoszemu dotych- 
czas są traktowani, i ledwie cząstkę tego otrzymują, 
coby powinni otrzymać, gdyby im taką pomoc dawano, 
jaką znajdują inne wyznania, nie wyłączając protestan- 
tów 1 żydów. Fundusz potrzebny na utrzymanie tylu 
instytucyj katolickich, budowę przeszło 100 kościołów 
i kaplic w ciągu krótkich stosunkowo rządów X. Arcy- 
biskupa Stadlera, został zdobyty głównie jego zapobie- 
gliwością od osób prywatnych i prywatnych instytucyj 
z zagranicy. 

Prócz wymienionych zakładów, jest w Sarajewie 
także klasztor i kościółek OO. Minorytów, gdzie mie- 
szkają klerycy uczęszczający na teologię do seminaryum 
archidyecezyalnego. Kościół Franciszkański, który w pier- 
wszych latach po okupacyi Bośni był zarazem i katedrą 



tc§ BOŚNIA. 

Arcybiskupa, starego niepokaźnego mieiscowego stylu, 
a raczej bez stylu, leży na uboczu miasta na wzgórzu. 
Przy nim klasztor został świeżo wybudowany, a urzą- 
dzenie jego wewnętrzne bardzo wytworne. Ojcowie 
zakonu Św. Franciszka jeszcze podziśdzień wyjątkowo 
cieszą się szczególniejszymi względami u rządu dla za- 
sług położonych około Bośni ; to też na budowę swego 
klasztoru otrzymali 40.000 złr. 

O tych zakonnikach będziemy mieli sposobność 
nieco obszerniej na innem miejscu mówić, przejdźmy 
kolejno w naszej wędrówce po mieście do mieszkania 
metropolity serbskiego Sawy Kosanowića. Wybrałem 
się z tą wizytą razem z Rektorem seminaryum kato- 
lickiego. Niestety, nie zastaliśmy go w domu, wyje- 
chał na objazd swej archidyecezyi. Opowiadano mi 
o nim, że sympatyczny staruszek, jak najlepiej był 
usposobiony do jedności i zgody, i nieraz płakał ca- 
łemi nocami, że nie może dla względów politycznych 
przejść ze swoją owczarnią na łono Kościoła katoli- 
ckiego. Pomimo, iż już wówczas liczył lat z górą 90, 
jeszcze jeździł konno podczas wizyty dyecezyalnej. Za- 
staliśmy natomiast jego pomocnika archimandrytę Ma- 
garaśewića, dawnego przełożonego monasteru w Sła- 
wonii. Przyjął nas uprzejmie i był bardzo rad z tego, 
żeśmy go odwiedzili. Jak wszyscy serbscy duchowni, 
tak i archimandryta nosi brodę i długie włosy już po- 
siwiałe od starości. W ciągu rozmowy dopytywał się 
o J. Em. X. Kardynała Ledóchowskiego i oświadczył, 
że gotów jest każdej chwili przyjąć Unię z Rzymem, 
tylko się obawia trudności ze strony rządu. 

Po śmierci metropolity Kosanowića, która w rok 
po tej wizycie nastąpiła, archimandryta Magaraśewić 
poszedł na pensyę, metropolitą Sarajewskim został na- 



' Diakowarze, dawnej rezydeacyi b[sl(up<! 
(Zob. str. 148). 



1 62 BOŚNIA. 

Wice-rektor zawiadomiony o naszem przybyciu, 
wyszedł naprzeciw i zaprosił na zwiedzenie zakładu. 
Alumni młodzi chłopcy chodzą w sukniach świeckich. 
W sutanny ubierają się tylko na uroczystości i gdy 
jadą do Sarajewa. Mieszkają we wspólnych salach, 
wspólne też mają muzea do nauki. W sypialniach 
łóżka przykryte czarno-żółtemi kocami, deseń na nich 
przedstawia wielkich rozmiarów orła austryackiego. 
Cała biblioteka zakładu, którą bardzo się chlubił wice- 
rektor jako rzeczą nader cenną, znajduje się w szafie 
zajmującej jedną stronę małego pokoju. Książek w niej 
treści ściśle teologicznej nie znalazłem, lecz być może, 
że się jaka znajduje. Klerycy po ukończeniu cztero- 
letniego kursu nauk więcej świeckich jak duchownych, 
ponieważ często są za młodzi do święceń kapłańskich, 
bywają wysyłani na ludowych nauczycieli, a gdy pod- 
rosną, zaraz się żenią, otrzymują święcenia i idą zaj- 
mować się pracą parafialną. 

O wyrobieniu ducha kapłańskiego wśród tej mło- 
dzieży, nawet mowy być nie może, zwłaszcza, że je- 
dyny pop, ich wice-rektor jako żonaty, mieszka po za 
zakładem i tylko dorywczo nimi się zajmuje, o ile po- 
zwalają mu stosunki rodzinne; świeccy zaś profesoro- 
wie trudno aby to dali, czego sami ani czują, ani ro- 
zumieją. Zresztą bardzo niemiłe na mnie zrobili wra- 
żenie, podobnie jak i cała młodzież gotująca się do 
wysokiego posłannictwa w serbskiej Cerkwi. Nic więc 
dziwnego, że wskutek braku wykształcenia duchowego 
i teologicznego, wyradza się szowinistyczna nienawiść 

* 

wszystkiego co katolickie, którą się pokrywa nieznajo- 
mość wiary. Opowiadał mi następujący fakt naoczny 
świadek Chrztu dziecka serbskiego. Pop po pytaniu: 
»czy wyrzekasz się szatana i wszystkich spraw jego« — 



1 64 BOŚNIA. 

dodał następnie z własnej inicyatywy, chociaż tego nie 
ma w ich rytuale: » wyrzekasz się i przeklinasz rzym- 
skiego Papieża ?« i splunął na znak wzgardy — czego 
nie uczynił wymawiając szatana. 

Duchowieństwo serbskie po parafiach na prowin- 
cyi do roku ledwie 3 do 4 razy Mszę św, odprawia 
w największe uroczystości, zresztą nawet w niedzielę, 
trochę zaśpiewa w cerkwi, a potem pije i bawi się 
z parafianami na cmentarzu okalającym dom Boży. 
Naoczni świadkowie z dwu odległych miejscowości, 
opowiadali mi jak pop w i Yj godziny wysłuchał i roz- 
grzeszył 200 ludzi, inny w dwóch godzinach tej samej 
sztuki dokazał. Polak kolonista zapytał Serba w oko- 
licy Bośniackiej Gradiski, czy się spowiada. Na to od- 
powiedział Serb: »Ja już nie mogę iść do spowiedzi, 
bom bardzo nagrzeszył. Gdym raz wyznał jeden mój 
grzech, pop mi powiedział: »ja takich grzechów nie 
słucham, to za wielkie grzechy« — już dla mnie teraz 
nie ma rady.« Gdy mu Polak powiedział, że u nas 
ksiądz może od każdego grzechu rozgrzeszyć, byleby 
grzesznik żałował i miał chęć poprawy, Serb bardzo 
temu się dziwił, i mówił: »wy macie dobrych popów, 
kiedy taką moc mają, my takich nie mamy i żyjemy 
jak bydle. « 

Jednym z monumentalnych serbskich zakładów 
w Sarajewie będzie internat ze szkołą wyznaniową, któ- 
rego budowę rozpoczęto w bież. roku, a rząd ofiarował 
na nią kilkadziesiąt tysięcy złr. Podobne subwencye 
rządowe na budowę licznych serbskich cerkwi i oso- 
biste zapomogi dla popów, są bardzo częste w Bośni 
i Hercegowinie, i łatwiej im udzielane niż katolikom. 

Dla garstki Żydów Sarajewskich, rząd wybudował 
synagogę. Przez niskie okna całe wnętrze można okiem 



BABMEWO. 165 

objąć. Ponieważ nie było w niej żadnej żywej duszy, 
więc bez obawy, że przeszkodzimy komu w modlitwie, 
weszliśmy do wnętrza. Po środku znajduje się okrągłe 
wzniesienie, w półkolu siedzenia, a przed niemi pulpit 
z księgami talmudu. Pod ścianami dokoła synagogi 



Rabin Żydów hiszpańskich. 

znajdują się również siedzenia, jakby stale, a nad niemi 
balkon drewniany otaczający od wnętrza całą bożnicę. 
W miejscu, gdzie u nas W, ołtarz, zawieszono dywan, 
a nad nim dwie tablice przykazań nakreślonych zło- 
temi hebrajskiemi literami. 



I 66 BOŚNIA. 

Żydzi tutejsi są potomkami tych, którzy w XV 
i XVI wieku uciekli z Hiszpanii, ztąd podziśdzien nazy- 
wają się powszeclinie Spafiiol'ami. Typowo róZnią się 
od naszych Żydów, cerę mają ciemniejszą a wyraz twa- 
rzy więcej szlachetny. Dotychczas trudnią się przewa2nic 



Typ Żydówki hiszpańskiej (Spaniola). 

handlem i operacyami giełdowemi; do niedawna brali 
ioo7o od wypożyczonych pieniędzy, bank wyłącznie 
był w ich ręku, to też urośli w potęgę finansową. 
Jeden ze Spaniolów posiada w Sarajewie gi kamienic 
i domów. Na pochwałę tutejszych Żydów można po- 



SARAJEWO. 167 

wiedzieć, że z wyjątkiem lichwy, nigdy nie trudnili się 
brudnemi sprawami, a życie rodzinne bardzo jest u nich 
rozwinięte i piękne. Ubiorem różnią się od innych, 
zwłaszcza Żydówki poznać łatwo po nakryciu głowy, 
składającem się z denka wysokości kilku centymetrów, 
otoczonego rulonem złotych monet lub blaszek. Twarzy 
nie welonują na sposób turecki, zresztą ich życie i urzą- 
dzenie wewnętrzne mieszkań podobne jest do muzuł- 
mańskich. W Sarajewie mają swego głównego rabina, 
którego nazywają Chucham - basa. Za miastem mają 
swój odrębny cmentarz, gdzie charakterystyczne groby 
zupełnie odrębnego typu, są jedną z osobliwości tutej- 
szych. (Zob. rycinę na str. 163). 

Wśród rozmaitych wyznań, stosunkowo najwięcej 
w Sarajewie jest muzułmanów o tak charakterystycz- 
nych i ciekawych cechach, że im musimy obszerniejszą 
wzmiankę w następującym rozdziale poświęcić. 



•>3f<< 



^ yOci^j nL* «\L^ «sX^ 'sI/* »\X^ 'sJ/» *vX* 'J^' ^c '^L* *sL^ "sL^ »si/» ^J/^* *Jx« »sX>* •sL* ^^y* . 




•Tn* •'T^ ł/r^ t/T-* i/ł^ ' •f^w ' t/js* łżłs* '^^ i/Tsi •'T^ ł/Ts* •T^ •'^s* •/Ts* ł/p** •T^ 




ROZDZIAŁ VIII. 



^ 



/ 



J 



/ . 



Sarajewo. II. 

Jak muzułmanie święcą korban hajram i ramazan. Nocne nabo- 
żeństwo derwiszów. Muzułmańscy duchowni. Reis-Cil-Ulema. Kadi. 
Łatwość rozwodów. Szeriat. CarSia sarajewska. Begowa d&iamia. 
Najstarszy cmentarz muzułmański. Wizyta u prezydenta miasta 
Sarajewa; wnętrze jego muzułmańskiego pałacu. Bośniaccy begowie. 
Krajowe muzeum. Peryodyczne pisma sarajewskie. Zakład kąpie- 
lowy w IHdie. Szkółka rolnicza. Źródła Bosny. Wycieczka w góry. 

Podczas mego pobytu w Sarajewie, obchodzili mu- 
zułmanie wielkie swoje święto korban bajram. Strzał 
armatni dany z zamku, zwiastował jego rozpoczęcie. 
Wieczorem zabłysły lampki dokoła minaretów, zewsząd 
dolatywał wesoły a dziki głos Turków i cygańska mu- 
zyka uliczna. Po zachodzie słońca przechadzać się 
uliczkami zamieszkałemi przez wyznawców proroka, 
nie bardzo bezpiecznie, bo napastują chrześcian. Wśród 
miasta spotykałem muzułmanów niosących żywe ba- 
rany na plecach w sposób rytualny do dżiamiji, co ma 
przypominać Abrahama ofiarę. 



,69 

Muzułmanie po ofiarowaniu tych baranów Alla- 
howi, zabijają je dla siebie na ucztę. Bardzo wyglą- 
dało komicznie, jak one kręciły głowami na plecach 



(^ Muzułmanin niosący barana w rytualny sposób 
podczas korban bairamu. 



otiarników i żałośnie beczały, przeczuwając ostatnią 
swoją godzinę. Korban bairam trwa przez cztery dni. 



170 



BOŚNIA. 



W tym czasie muzułmanie ubierają się bogato, ucztują, 
bawią się, składają sobie wzajemnie życzenia, a nawet 
przyjmują u siebie chrześcian. W Sarajewie jest zwy- 
czaj nawet u osób najwyżej postawionych, że muzuł- 
manie idą z życzeniami do rodzin chrześciańskich w cza- 
sie Wielkanocnym lub na Boże Narodzenie, i wzajem- 
nie chrześcianie odwiedzają muzułmanów podczas baj- 
ramu. Wówczas gospodarz częstuje przybyłych kawą, 
słodyczami, nawet likierem, a wkońcu sługa roznosi 
lemoniadę, kłaniając się nizko z ręką na sercu poło- 
żoną, przy podaniu kubka każdej osobie. Wreszcie 
podają fajki lub papierosy i złotem haftowane ręczniki 
do otarcia ust i rąk, poczem gospodarz odprowadza 
swych gości aż do bramy wchodowej. Kobiety przyj- 
mują także, oczywiście tylko płeć żeńską. 

Chociaż korban bajram jest uroczystością stałą 
w kalendarzu muzułmańskim, pomimo tego może przy- 
paść w ciągu 32 lat w każdym miesiącu. Wiedzieć bo- 
wiem należy, że muzułmanie za podstawę swojej ra- 
chuby wzięli rok księżycowy z 35472 dniami, i dzielą go 
na 6 miesięcy o 29 dniach, a drugie tyleż o dniach 30. 
Co roku więc o 1 1 dni wcześniej bajram wypada, i do- 
piero po latach 33 w ten sam dzień przypada. Wsku- 
tek tego muzułmanin, który wedle swej rachuby ma 
lat 33, wedle naszego systemu ma dopiero lat 32. 

Korban bajram przypada w 70 dni po ramazanie 
(ramadan) najbardziej świątecznym czasie muzułmań- 
skim. Jest to rzadkie połączenie postu z karnawałem. 
Początek i koniec ramazanu zwiastują gwiazdy, które 
śledzi hodżia, i daje znak strzałem armatnim lub moż- 
dzieża. Za dnia nie wolno wówczas żadnego przyj- 
mować pokarmu ani napoju, nawet wstrzymują się od 
picia wody i palenia tytoniu. Gdy ramazan • przypada 



k 



iy2 BOŚNIA. 

W czasie skwarów letnich, post od wody dotkliwie daje 
się odczuwać muzułmanom, toż kto tylko może, kryje 
się w chłodne nory i śpi dzień cały, gra w karty, 
szachy, domino, lub używa kąpieli, aby jako tako dzień 
spędzić. Zato ledwie zgaśnie słońce i zejdzie pierwsza 
gwiazda na niebie, rozpoczyna się uczta i zabawa trwa- 
jąca do pierwszej godziny po północy, do znaku, iż 
znowu rozpoczął się post dzienny, po którym używa- 
nie jadła i napoju, i tak w kółko przez cały miesiąc 
księżycowy. Post ramazanu przestrzegają z nadzwy- 
czajną skrupulatnością zarówno dzieci jak zgrzybiali 
starcy. Dla skrócenia nudów, chłopcy wymyślają sobie 
rozmaite gry, między innemi dostrzegłem następującą, 
iście muzułmańską zabawę: gromadka malców siada 
wkoło, a każdy wyjąwszy centa, podaje go sąsiadowi 
do obejrzenia. Ten przygląda mu się dokładnie, liże 
językiem, a tak przekonawszy się, że czysty, t. j. nie 
powleczony jaką słodką przynętą, podaje go dalej po- 
takując głową w milczeniu. Po tej kontroli centów, 
każdy kładzie swój pieniądz przed siebie, wszyscy zaś 
pilnie śledzą, na czyim pierwsza mucha usiądzie, bo 
ten szczęśliwiec wygrywa i zgarnia pieniążki. Wszystko 
to się dzieje w milczeniu nieraz całemi godzinami. 

Dopiero po posiłku udają się muzułmanie do me- 
czetów na modlitwę, a płaczliwe śpiewy rozlegają się 
aż w późną noc. W czasie ramazanowym wolno każ- 
demu »wiernemu« modlić się śpiewem nawet ze szczy- 
tów minaretu. To też noce są bardzo ożywione, przy- 
pominają raczej karnawał niż post, wszystkie sklepy 
i kramy pootwierane, w kawiarniach pełno gości, od- 
głos tamborinów i guzli rozlega się co kilka kroków, 
ruch jest i gwar zwłaszcza w cygańskiej dzielnicy, gdzie 
przy świetle księżyca odbywają się najhałaśliwsze tańce 




SARAJEWO. ly^ 

wśród akompaniamentu rozmaitego rodzaju instrumen- 
tów muzycznych. Po tym niby poście rozpoczyna się 
bajram ramazanowy, t. ). hulatyka przez 3 dni, a za- 
razem najuroczystsze święto muzułmanów. Dopiero 
w 70 dni po niem. 
drugi jest korban 
bajram, o którym 
wyżej wspomnia- 
łem, 

W czasie rama- 
zanu odprawiają 
się zwykle piel- 
grzymki do Mek- 
ki, do czego każ- 
dy muzułmanin 
jest obowiązany 
przynajmniej raz 
wżyciu. Częściej 
jednak przyby- 
wają tu derwisze 
wędrowni i inni 
"duchowni", a 
' wyłudzając od 
wiernych poboż- 
ne datki, obowią- 
zują się odbyć za 
nich tę religijną 
pielgrzymkę i po- 
modlić się w ich imieniu u grobu "proroka." Ci, którzy 
odbyli ową pielgrzymkę, mają prawo nosić biały turban 
i używać tytułu hadżi. 

Prócz derwiszów wędrownych, są inni stale za- 
mieszkali przy derwiszowskich dżiamijach, tworząc jak- 



Cyganie grający podczas bajra 
na ulicy Sarajewa. 



'74 



BOŚNIA. 



by rodzaj muzułmańskiego zakonu. Mieszkają wpraw- 
dzie w swych domach z rodzinami tak jak inni mu- 
zułmanie, lecz prowadzą życie niby ascetyczne, a wła- 
ściwie bardziej fanatyczne. W roku 1898 miałem spo- 
sobność zwiedzić ich klasztor w Sarajewie i przypa- 
trzyć się ich nabożeństwu. Każdy może się tam dostać 
co czwartku, kto kupi bilet za jedną koronę w miej- 
scowym magistracie. Wieczorem, dwie godziny po za- 
chodzie słońca, stanąłem z mym towarzyszem O. Hiin- 
nigerem w dziedzińcu klasztornym. Chwilę czekaliśmy, 
dopokąd po raz ostatni muzein nawoływał do modli- 
twy. Wśród ciszy nocnej, w zaułkach tureckich smutny 
głos dochodzący ze 100 minaretów, dziwne robił wra- 
żenie i jakąś trwogą przejmował. Po chwili zaczęli się 
schodzić derwisze do dżiamii, i myśmy weszli bocznemi 
drzwiami na galeryjkę przeznaczoną dla widzów. Jej 
część oddzielona, z osobnem wejściem, była zasłonięta 
bardzo gęstą kratą, tam miejsce dla muzułmanek. Zwy- 
czajnie nie pokazują się one w meczecie, i nie biorą 
udziału w żadnem nabożeństwie, jako istoty — w mnie- 
maniu muzułmanów — bez duszy, nie przeznaczone 
do nieba. Lecz w dżiamijach derwiszów wyjątkowo 
mogą swą ciekawość zaspokoić, i tym razem było ich 
kilka. Wnętrze meczetu podobne do innych. Wśród 
słabego światła czterech świec woskowych, dostrzegam 
nad mirhabetn zawieszoną podobiznę meczetu znajdu- 
jącego się w Mecce. Na podłodze rozścielone skóry 
baranie. Wchodzi około 20 derwiszów młodych i sta- 
rych z obliczem o poważnym nastroju, każdy staje na 
swej skórze baraniej i poczyna bić pokłony ku stronie 
Mekki, względnie mirhabu, gdzie przysiadł klęcząc 
szeik, przewodnik modlitwy. Po pokłonach, szeik ci- 
chym głosem śpiewał, inni mu odpowiadają, następnie 




176 



BOŚNIA. 



wszyscy rzucają się twarzą na ziemię i modlą się kilka 
minut. Na dany znak, derwisze stają w dwa rzędy, 
szeik wyciąga sznurek paciorków złożony z 99 ziarn, coś 
odmawia, inni powtarzają amin i patrzą w swe dłonie. 
Następnie rozstępują się w półkole — znowu patrzą 
w swe dłonie, a przetarłszy oczy, kręcąc głową, mo- 
notonnie śpiewają głosem ponurym, wolnym, później 
tępem prędszem jedne i te same słowa, o ile dosłysza- 
łem la illaha Allah-hu (Bóg tu). Po kilku minutach 
wnosi derwisz kadzidło i stawia przed szeikiem. W miarę 
jak odurzająca i smrodliwa woń dymu coraz więcej prze- 
syca powietrze, derwisze namiętniej wołają i prędzej 
słowa la illaha wymawiają, każdym razem obracając 
swą głowę. Zdawało mi się, że derwisze ze znużenia 
upadną na ziemię i krwią się zaleją. Wtem na znak 
szeika wszyscy przestali wołania, po pauzie powstali, 
utworzyli koło i stojąc poczęli tak samo coraz namięt- 
niej i coraz szybciej wołać Allah (Bóg), przyczem wy- 
ginali się w boki za każdem słowem. Ta sama scena 
powtórzyła się przy wymawianiu 99 razy słowa hei-hu 
(tutaj), lecz z ruchem ciała poprzód siebie aż po pas, 
a tak namiętnie, tak strasznie dziko, że mrowie prze- 
chodziło mię całego na widok takiego nabożeństwa. 
Nie ludzkie głosy, zwierzęce podrygi połączone ze znu- 
żeniem fizycznem ciała aż do szału, wśród półcienia, 
a wszystko razem owiane niby poważnym nastrojem, 
robiło wrażenie jakiegoś tajemniczego szatańskiego kultu. 
Rzecz godna uwagi, że derwisze w miarę większej cyfry 
widzów, większe urządzają nabożeństwo: dodając ta- 
niec z dzikimi skokami, który dawniej kończył się 
często omdleniem. Dziś ich taniec jest nieco spokoj- 
niejszy, a kończą nim nabożeństwo gdy więcej jest 
widzów. Wtedy gdy ja się znajdowałem na galeryi 




SARAJEWO. I j-j 

Z małą (garstką ciekawych cudzoziemców, derwisze po 
opisanem nabożeństwie usiedli w koto — szeik ipiewał, 
inni w dłonie patrzeli powtarzając >amińi<, wybili parę 
pokłonów i rozeszli się w milczeniu. Przebieg całego 
nabożeństwa trwał 
I '/j godz.; wszystko 
dla dokładności no- 
towałem na miejscu, 
a zarazem aby mieć 
jego autentyczny do- 
kument. 

Podobnie jak u 
żydów szabas, tak 
u muzułmanów pią- 
tek jest dniem świą- 
tecznym. Głównie 
polega na tem. Ze 
imam odczytuje 
w meczecie ustęp 
z koranu i przewo- 
dniczy modlitwie; 
zresztą piątek jest u 
nich tak samo dniem 
roboczym jak każdy 
inny. Daremnie też 
szukaćby było w me- 
czecie natłoku ludzi Derwisi wędrowny na ulicach 
i uroczystych nabo- Sarajewa. (Sir, i^S). 
żeństw. Schodzą się 

i wychodzą mężczyźni wedle upodobania do wnętrza 
bożnicy lub tylko do jej przedsionka, umywszy się 
wprzód w zbiorniku wody, jaki prawie zawsze można 
znaleźć przed każdą dżiamiją. Między uroczystościami 



178 



BOŚNIA. 



religijnemi, stosunkowo najokazalej odbywa się obrze- 
zanie chłopców w 6, 7 lub 8-ym roku ich życia, lecz 
jest ona raczej familijną niż kościelną uroczystością. 
Wówczas gospodarz domu sprasza nieraz sto i więcej 
gości bez różnicy wyznania na wspaniałą ucztę. 

Wiadomo, że na czele całej czeredy muzułmań- 
skich duchownych, prócz sułtana, jest szeik - iii - Islam, 
któremu nawet sam padyszach ulega. Rząd okupacyjny 
chcąc zlokalizować wpływy konstantynopolitańskie, za- 
mianował w porozumieniu z sułtanem najwyższego do- 
stojnika duchownego wyłącznie dla Bośni, z tytułem 
Reis-lil-Ulema, z płacą równającą się pensyi X. Arcy- 
biskupa Sarajewskiego (8000 złr.). Reis - til - Ulema dla 
zachowania tradycyj muzułmańskich, żyje w wielożeń- 
stwie, miałem nawet sposobność poznać jego syna, 
urzędnika w starostwie sarajewskięm. Niżsi duchowni 
jak imami, muezini, kaimi (słudzy meczetu), nie mając 
wiele zajęcia na swym urzędzie, oddają się jakiemu- 
kolwiek innemu zawodowi w handlu lub przemyśle. 
Wykształcenia do funkcyj duchownych muzułmańskich, 
nie potrzeba prawie żadnego, ponieważ ograniczają się 
do kilku zewnętrznych form i na czytaniu koranu, 
niezrozumiałego dla samych imamów. Nieco więcej 
wykształcenia domaga się urząd kadi*tgOj t. j. sędziego 
w muzułmańskich sprawach małżeńskich i spadkowych. 
Przy kaźdem starostwie jest co najmniej jeden kadi, 
a ma dosyć do roboty, gdyż rozwody u muzułmanów 
są bardzo częste. 

Polacy zamieszkali w Sarajewie, opowiadali mi 
o swoich znajomych, z których jeden 20-letni młodzie- 
niec już ma czwartą żonę, drugi 35-letni ożenił się 
z 8-letnią dziewczynką, lecz ta mu umarła po 2 mie- 
siącach, inny starszy muzułmanin 62 razy żenił się 




1 8o BOSKI A. 

i. rozwodził. Byle jaki błahy powód dla mężczyzny 
jest dostatecznym do rozwodu ; wystarcza, że wobec 
dwu świadków oświadczy przed kadim, że ta lub owa 
niewiasta już nie jest jego żoną. Również i niewiasty 
muzułmańskie często dają powód do rozwodu, lecz musi 
być bardziej uzasadniony. Żyje jeszcze w Sarajewie 
muzułmanka, która już ma 14- tego męża. Wszystkiemi 
temi sprawami, jak wspomniałem, zajmują się kadi^owie. 
Dla ich wykształcenia w prawie muzułmańskiem, rząd 
okupacyjny założył specyalną szkołę, szeriat'em zwaną, 
rodzaj uniwersytetu, gdzie kandydaci na kadich wspól- 
nie mieszkają. Jego budowa jest w najczystszym stylu 
maurytańskim, podobnie jak i kilka innych rządowych 
lub miejskich budynków. Dla dokładnego obeznania 
się z tą piękną architekturą, kilku artystów kosztem 
rządu bośniackiego w Afryce badało styl arabski. Mia- 
łem sposobność zwiedzić szeriat. Po pięknych kamien- 
nych schodach wchodzimy przed bramę, gdzie sługa 
w bogatym tureckim stroju wziął nas w swą opiekę 
i sprowadził przełożonego zakładu. Wchodzimy na 
czworoboczny dziedziniec, otoczony marmurową kolum- 
nadą i krużgankiem. Kopułki sklepienia malowane 
w desenie o prostych liniach w najmilszych i weso- 
łych barwach. Pośrodku dziedzińca bije wśród basenu 
fontanna, rzecz nieodzowna dla muzułmanów, skoro 
koran przepisuje kilkakrotne dziennie umywania. Turek 
prowadzi nas najpierw do małego meczetu zakładowego, 
dokąd softowie (uczniowie) z brzaskiem dnia muszą się 
udać na modlitwę, w przeciwnym razie niedostają śnia- 
dania. Celki uczniów zgrabne, pięknie urządzone, lecz 
bardzo małe. Na biurku zamiast obrazu, u każdego softy 
widziałem lusterko. Młodzież trochę była zastraszona 
mojemi odwiedzinami, zdaje się raczej obecnością prze- 



łożonego szcrialu, wzrok miała mdły, troctię barani. 
Mieli na sobie białe turbany, suknie długie ciemno- 
niebieskie, pas opasujący biodra pstro -pomarańczowy, 
bufiaste szarawary, zresztą jak inni wyznawcy »pro- 
roka.« Kolejno przeszliśmy biblioteczka, salę jadalną, 
wykładową i konferencyjną z meblami europejskiemt 



Softowie bośniaccy sikoly handlowej 

a także tureckiemi, dla tych co nie umieją jeszcze po 
europejsku siedzieć. Softowie po ukończeniu szeriatu 
otrzymują tytuł effendi, czyli "uczonego", lecz wpierw 
muszą złożyć egzamin przed rządową komisyą. 

Z szeriatu poszedłem w bardzo charakterystyczną 
dzielnicę czysto muzułmańską, zwaną Carśia, gdzie 



1 82 BOŚNIA. 

wśród przeszło 50 ulic i uliczek, znajdują się same 
sklepy a zarazem warsztaty tureckie. Sklep obok sklepu 
z wyrobami glinianymi, fajansu lub porcelany, w innej 
uliczce widzę samych szewców i kuśnierzy, to znowu 
bednarzy, kowali lub snycerzy. Prawie każde rzemiosło 
raa swoją ulicę. Turek obok Turka poważnie siedzi 
na dywanie, pali fajkę i popija kawę wśród otwartego 
na oścież sklepu, tak, że wszystkie towary można objąć 
okiem, obok niego synowie lub czeladnicy zajęci robotą, 
nic sobie nie robią z przechodniów gdy staną i obser- 
wują uliczny przemysł. Warto przypatrzyć się nie- 
którym krajowym wyrobom ceramicznym, snycerskim, 
zwłaszcza cyzelowaniom, kilimkom, haftom o najroz- 
maitszych rodzimych wzorach. Gdy w dwa lata po 
okupacyi Bośni hrabia Stanisław Mieroszowski, zajęty 
wówczas w tym kraju, proponował księciu Wirtem- 
berskiemu, ówczesnemu generał -gubernatorowi Bośni, 
urządzenie wystawy z oryginalnych przedmiotów po- 
łudniowo -słowiańskich, spotkał się z uśmiechem poli- 
towania. A jednak w kilka lat później to, co widzimy 
w Ćarśii Sarajewskiej, ściągało wielu widzów na wy- 
stawach w Brukselli, w Wiedniu i w Peszcie. Zresztą 
samo zewnętrzne urządzenie sklepów, ustawienie w nim 
gratów na sprzedaż, odrębne urządzenie warsztatów, 
a wreszcie i Turek zadumany z założonemi pod siebie 
nogami, sprawiają widok zupełnie nieznany w naszych 
stronach, i złudzenie pobytu nie w Europie, lecz w Azyi. 
Prawie w samym środku Ćarśii znajduje się naj- 
piękniejsza i największa dżiamija na półwyspie bałkań- 
skim po sławnym meczecie Sofia w Konstantynopolu 
(dawny kościół Św. Zofii) i Selima w Adryanopolu. 
Wybudował ją Usref-beg najznakomitszy Pasza Bośni 
(1501 — 1525, następnie od r. 1528— 1529). Kolumny 



N 



184 



BOŚNIA. 



przed meczetem mają podiodzić z dawnego katolickiego 
kościoła, wnętrze bardzo gustownie malowane, kryje 
w swych rnurach wielką świętość turecką: dywan, któ- 
rym był przykryty grób Mahometa. W r. 1877, dla 
zachęcenia muzułmanów do walki z giaurami, przy- 
słano tę nświętośću z Konstantynopola do Sarajewa* 
Lecz Mahomet cudu nie zrobił — muzułmanie musieli 
uledz. Przed meczetem znajduje się tradycyjna studnia 
z basenem w cieniu prastarej rozłożystej lipy, obok 
wkopany w ziemię kamienny słup; rzecz ważna dla 
tutejszej ludności. Oto doszło do wiadomości któregoś 
Paszy, że kupcy używają fałszywej miary w sprzedaży 
towarów. Aby zapobiedz zdzierstwu, kazał Pasza wy- 
stawić słup wysokości jednego arszyna (dawna miara 
turecka) i odtąd każdy z kupujących mógł się przeko- 
nać, czy nie został oszukanym. 

Najstarszym pomnikiem tureckim w Sarajewie, 
jest bezsprzecznie szehidler — cmentarz »męczenników« 
t. j. muzułmanów, którzy w walce z chrześcianami po- 
legli. Wśród dzikich skalistych rozpadlin poniżej fortu 
nad prawym brzegiem Miliacki, przechowały się do- 
tychczas groby z napisami, lecz wszystkie w takiem 
samem zaniedbaniu jak w innych stronach na tureckiej 
ziemi. (Zob. rycinę na str. 179). ^ 

Wśród wędrówki po mieście, złożyłem między 
innemi wizytę prezydentowi miasta, muzułmaninowi, 
którego nazwisko rodzinne brzmi: Mehmed beg Kape- 
tanowić-Ljubuśak. Jest to nabab bośniacki, na tysiące 
liczy kmerów, od których Y3 część dochodu rolnego 
in natura odbiera. Jeden ze znajomych wyższych urzęd- 
ników, ofiarował się zapoznać mnie z prezydentem. 
Rendez-vous ułożono w jego pałacu. Na schodach 
oczekiwał nas syn gospodarza Riza beg i zaprosił do 




SARAJEWO. 



185 



salonów. Wejście i przedpokój dość pospolite, lecz 
salony piękne. Pierwszy pokoik wysłany starożytnemi 
kilimkami, parę w nim fotelików i krzeseł europejskich, 
zresztą »dywan,« t. j. kanapka niska, obiegająca dokoła 
3 ściany. Na nich pozawieszane stare ryciny koloro- 
wane, francuskiej roboty, przedstawiające dygnitarzy 
tureckich w narodowych strojach. Mehmed beg, t. j. 
gospodarz domu, który niebawem się zjawił, pokazy- 
wał nieco później owe ryciny jako osobliwość. Osobli- 
wością w każdym razie żadną nie były, to tylko było 
czemś wyjątkowem, że muzułmanin miał u siebie jakie 
takie obrazy, których wogóle zupełny brak w ich miesz- 
kaniach. Drugi pokój urządzony zupełnie po turecku; 
prócz »dywanu« wybitego czerwonym adamaszkiem, 
żadnych niema mebli, ściany tapetowane puste, tylko 
jedna na nich tablica czerwona ze złotym napisem tu- 
reckim: » Jeden jest Bóg i Muhamed jego prorok « rę- 
czna robota Riza bega. Najpiękniejszą ozdobą to sufit 
drewniany, rzeźbiony i malowany w rozmaite arabeski, 
kwiaty, wazy z gustownym doborem kolorów, tu i ow- 
dzie rozrzucone wypukłe rozety, a pośrodku nowa zło- 
cista żyrandola z elektrycznem światłem. Inne salony 
podobne do opisanych, prócz jednego mniejszego, gdzie 
beg się modli. Ku Mecce zwrócona nysza, przed nią 
rozpostarty dywan i poduszka jako instrumenta do mu- 
zułmańskiej modlitwy. Okna szerokie jak w werandzie, 
we wszystkich salonach. Dla mnie i mego towarzysza 
przyniesiono krzesła, beg Mehmed usiadł na dywanie. 
Chciał siedzieć po europejsku, lecz w ciągu rozmowy, 
raz jedna, raz druga noga mimowolnie chowała się 
pod niego, widocznie jeszcze nie był przyzwyczajony 
do europejskiego siedzenia. Zarówno ojciec jak syn, 
są trochę literatami, a młody Riza uraczył mnie swo- 



1 86 BOŚNIA. 

jemi Pjesme wydanemi w Sarajewie. Po gawędce i wy- 
piciu nieodzownej kawy i lemoniady, przeszliśmy do 
ogrodu starannie w stylu włoskim utrzymanego. Po- 
środku tryska fontanna, w klatce sokół zadumany, wy- 
czekuje czasu polowania; siadamy w altance, napawając 
wzrok pięknym widokiem, lecz jakimś smętnym. Po- 
mimo wielkiej uprzejmości bega, i widocznego zado- 
wolenia, że go odwiedziłem, cała wizyta wydała mi się 
zimną, jakąś bez życia, czuć, że się nie było w domu 
chrześciańskim. Dwu innych begów bośniackich Opowia- 
dało mi, że ród bega Kapetanowicza pochodzi z Imoski 
w Dalmacyi, gdzie nazywali się Puzdrowiczami. Jeden 
z nich pojąwszy za żonę majętną muzułmankę, przyjął 
islam, i jest protoplastą dzisiejszego prezydenta miasta 
Sarajewa. Zresztą wszyscy bośniaccy begowie (jeśli 
wyjmiemy zaledwie kilka rodzin) są potomkami da- 
wnych rodzin słowiańskich od wieków tu zamieszka- 
łych. Turcy wkroczywszy do Bośni, zastali ich po 
większej części nie katolikami lecz paterenami, którym 
było rzeczą obojętną zostać przy swych dawnych wie- 
rzeniach, czy przyjąć islam, byleby tylko utrzymać się 
przy rodowym majątku. Aczkolwiek także między ka- 
tolikami bywały wypadki apostazyi, lecz po większej 
części wytrwali w wierze świętej, i albo zostali wcią- 
gnięci w szeregi poddanych, albo emigrowali do są- 
siedniej Dalmacyi lub Kroacyi. Majątki ich rząd tu- 
recki brał na rzecz skarbu sułtana. 

Z innych ciekawych pomników tureckich, chyba 
dawny pałac paszów z koszarami i twierdza dominu- 
jąca nad miastem, godną jest oglądania nie tyle dla 
swoich murów, podobnych do innych tylu twierdz, jak 
raczej dla swego położenia na skale wysokiej, zkąd 
widok na miasto prześliczny. Dopiero ztamtąd patrząc 



Rodzina katolicka z okolic Sarajewt 



1 88 BOŚNIA. 

na Sarajewo, poznaje się, jak słusznie Turcy nazwali je 
bośniackim serajem. Nowsze budowle rządowe wykoń- 
czone dopiero w ostatnich latach, jak pałac »rządu na- 
rodowe^^OM, sądu, ratusz, imponują swoją wielkością 
i pięknem urządzeniem. Kolumnady granitowe, mar- 
murowe schody, freski, złocenia, sztukaterye z mar- 
muru lub gipsu, pochłonęły miliony. Podobne budo- 
wle w Wiedniu lub innej jakiej stolicy byłyby odpo- 
wiednie, lecz na stolicę kraju, który ma zostać tylko 
prowincyą, zdają się za zbytkowne, zwłaszcza, wobec 
początkującego przemysłu, nierozwiniętego rolnictwa 
i handlu. To też spotkałem się z wielu zarzutami 
Turków i nie Turków, że grosz publiczny w Sarajewie 
zbyt się szafuje, ze szkodą prowincyi. Być może, że 
rząd okupacyjny miał na oku nie dzisiejsze potrzeby 
i wymagania, lecz wieku przyszłego, w którym to, co 
dziś nazywa się zbytkiem, ze wzrostem potrzeb ludz- 
kich okaże się koniecznością. 

Wielkiej zasługi i doniosłości dla całej Bośni 
i Hercegowiny jest założenie przez rząd dzisiejszy na- 
rodowego muzeum. Za czasów tureckich nikt nie zaj- 
mował się starożytnościami i wogóle jakimikolwiek za- 
bytkami odnoszącymi się do historyi kultury lub histo- 
rycznego znaczenia, w które jednak kraj bardzo jest 
bogatym. W pierwszych latach po okupacyi, rozmaici 
urzędnicy, oficerowie, inżynierowie, archeologowie na 
własną rękę robili zbiory, a co znaleźli ciekawszego, albo 
dla siebie zatrzymywali, albo wywozili z kraju. Bardzo 
wiele cennych bośniackich zabytków otrzymało dwor- 
skie muzeum historyi naturalnej w Wiedniu, tamże 
zbiory towarzystwa antropologicznego, i narodowe mu- 
zeum w Zagrzebiu. Dopiero w r. 1885, z inicyatywy 
ministra wspólnych finansów Kallaya, powstało stówa- 



SARAJEWO. 189 

rzyszenie muzealne, mające na celu założenie krajo- 
wego muzeum na cenniejsze zbiory z dziedziny archeo- 
logii, historyi, etnografii, sztuki i przemysłu krajowego. 
W dwa lata po zawiązaniu się towarzystwa, tyle na- 
gromadzpnp okazów, że dwie wynajęte sale nie mogły 
wszystkiego pomieścić, i potrzeba było myśleć o wy- 
budowaniu osobnego gmachu. A ponieważ w Bośni 
po inicyatywie zaraz następuje wykonanie, już w stycz- 
niu 1888 roku uroczyście otworzono ^ybośniacko-herce- 
gowińskie krajowe muzeum w Sarajewie, i^ Rząd objął 
nad niem opiekę, zamianował urzędników, i stale wspiera 
materyalnie pożyteczny ten instytut. Mówię, że instytut, 
gdyż nie ograniczono się tylko do zbiorów, lecz zało- 
żono ilustrowane pismo peryodyczne p, t. : y^Glasnik 
zemaljskog muzeja<i naukowy kwartalnik, w którym 
najlepsze pióra zarówno krajowców jak i cudzoziem- 
ców zamieszkałych w Bośni, składają się na omawia- 
nie wszystkiego co ma styczność z miejscową archeo- 
logią, etnografią, historyą, sztuką i t. d. Dla szerszych 
kół naukowych po za granicami Bośni i Hercegowiny, 
wszystkie powyższe prace zamieszczane w ^yGlasnik^ua 
są tłomaczone na język niemiecki i wydawane w Wie- 
dniu od r. 1893 w rocznikach przez to samo muzeum 
Sarajewskie p. t.: Wissenschaftliche Mittheilungen aus 
Bosnien und der Herzegowina. Dziś Sarajewskie mu- 
zeum mieści się w 46 salach i pokojach, a gmach ob- 
szerny już teraz po lo-letniem założeniu, wcale nie 
wystarcza na pomieszczenie nagromadzonych zbiorów, 
kryjących się tymczasowo w pakach. 

Aby mieć jaki taki obraz bogactw znajdujących się 
w muzeum, wystarczy powiedzieć, że z czasów przedhi- 
storycznej epoki posiada około 20.000 okazów. Wśród 
nich bardzo ciekawe są zabytki znalezione w r. 1893 



1 90 



BOŚMA. 



wśród budowli patowych z okolic Bibaća, dające niejako 
cały obraz ówczesnego życia mieszkańców. Miłośnicy 
zabytków rzymskich, mogą tu znaleźć w 240 numerach 
działu lapidarium mnóstwo napisów, mozajek, rzeźb, 
odnoszących się do stosunków wojskowych i komuni- 
kacyjnych ówczesnych czasów. Bogate zbiory monet 
rzucają światło na ciemną historyę illiryjską, bośniacką, 
serbską i bułgarską. Około 1200 denarów słowiańskich 
z XIII i XIV stulecia, greckie, rzymskie, bizantyńskie 
i raguskie, weneckie i hiszpańskie escudos, a nawet 
afrykańskie monety wielkiej rzadkości, wszystkie zna- 
lezione w tych krajach, obfity dają materyał histo- 
ryczny. Nie mniej interesujące są okazy (300 sztuk) 
pieczęci mających związek z historyą Bośni. 

Zbiory etnograficzne są najbardziej ciekawemi rze- 
czami w muzeum. Nie potrzeba jeździć po Bośni, aby 
się zapoznać z życiem ludu, tak w najdrobniejszych 
szczegółach wszystko jest tu zebrane i przedstawione. 
Obecnie posiada muzeum kilkadziesiąt figur woskowych 
w kostiumach z Bośni i Hercegowiny, Albanii, Buł- 
garyi. Wszedłszy do sali przeniesionej z mieszkań tu- 
bylców, doznałem wrażenia jakobym się znajdował 
wśród towarzystwa osób żywych. W bogatych gabi- 
netach historyi naturalnej łatwo się obeznać z całą 
fauną, florą i geologią kraju, i przekonać się, że 
w Bośni nietylko śliwki i tytoń rosną. 

Miło było widzieć, jak w niektóre dnie wolne 
od opłaty, całe zastępy Bośniaków obojga płci i róż- 
nego wieku, spieszyły podziwiać bogactwa i piękności 
swego kraju. Nie ulega wątpliwości, że założenie mu- 
zeum, wielce się przyczyniło do podniesienia ducha 
między tubylcami, a także do większego poszanowania 
kraju słowiańskiego daleko za granicami austro-węgier- 



192 



BOŚNIA. 



skiej monarchii. Że ruch umysłowy z zadziwiającą szyb- 
kością wzrasta tutaj, okazują nietylko liczne szkoły 
przepełnione młodzieżą, ale i obfitość pism rozmaitych . 
odcieni, mogących się jednak utrzymać. ^Sarajeipski 
listii, y>Bośnjakii, nNacUm, y*Glasmk zemaljskogmuzejain, 
M^Glasnik jugoslavenskich Franjevaca<y, nVrhbosnaii wy- 
dawane po bośniacku łacińskimi głoskami; yyNadaa, 
y*Bosanska Yilaa, »Dabro bosanski Istoćnika druko- 
wane cyrylicą; wreszcie turecki y»Vatarn^, ^Bosnische 
Postu i n Wissenschaftliche Mittheilungena, dają dowód 
ożywienia literackiego. »Nadact wychodząca cyrylicą 
i łacińskiemi głoskami co 2 tygodnie in folio, bardzo 
bogato ilustrowane pismo, mogłoby rywalizować tak 
co do wyboru artykułów, jak i do piękności rycin 
z najlepszemi pismami belletrystycznemi, wychodzą- 
cemi w języku polskim. Zresztą między językiem lite- 
rackim kroackim a bośniackim niema różnicy i mnó- 
stwo dzieł z Zagrzebia do Sarajewa i odwrotnie przy- 
chodzi, gdyż i Sarajewo w sześciu swoich drukar- 
niach nie dozwala maszynom spoczywać. 

Nie dałbym prawdziwego obrazu stolicy, gdy- 
bym pominął milczeniem Ilidże, która to nazwa usty 
Bośniaka bez różnicy wyznania z radością i pewną dumą 
jest powtarzaną. Kto znużony pracą w biurze lub war- 
sztacie, pragnie wypocząć wśród wiejskiego powietrza, 
kto rozweselić się czuje potrzebę, gdy go melanholia 
napadnie, lub znaleźć ulgę w dotkliwych cierpieniach, 
spieszy do Ilidże. Półtoragodzinny spacer pieszy można 
skrócić fiakrem lub koleją i w paru minutach stanąć 
w ulubionem miejscu Sarajewian. 

Ciepłe źródło mineralne w Ilidże znanem było 
jeszcze Rzymianom, jak się okazuje ze świeżo tamże 
odkrytych resztek rzymskich budowli, mozajek, monet. 



SARAJEWO. 



'93 



Za czasów rządów tureckich, wysoko je ceniono, lecz 
aż do okupacyi urządzenia były bardzo prymitywne, 
mogące zaledwie wystarczyć mało wymagającym tu- 
bylcom. Dopiero od kilku lat, minister Kallay podniósł 
wielkim nakładem Ilidże, czyniąc je podobnem do wiel- 
kich miejsc kąpielowych w Europie. Mówią, że całe 
urządzenie miało kosztować miliony; zato Sarajewianie 
mogą się rozkoszować prześlicznym parkiem powsta- 
łym na pustych łąkach, zwierzyńcem, doskonałemi 
mieszkaniami w hotelach o pałacowym stylu, bawić 
w salonach bogato urządzonych, czytelniach i t. p., 
lecz przedewszystkiem używać najrozmaitszych łaźni, 
mogących zaspokoić najwybredniejsze gusta. W środku 
basenu tryska słup wody, wydający na dobę 13.800 
hektolitrów. Temperatura wody dochodzi 58° C, a ba- 
dania chemiczne wykazały między jej składnikami sól 
glauberską, rozmaite chlorki, a mianowicie: chlorek- 
wapna i kwas węglowy. Naukowe powagi wiedeńskie 
bardzo zachwalają kąpiele w Ilidże; to też nietylko 
z rozmaitych stron Bośni i Hercegowiny, ale i z zagra- 
nicy spieszą kuracyusze po zdrowie na Sarajewsko-polje, 
Cała okolica między Sarajewem a Ilidże, przypomina 
mi nieco swem położeniem Błonia pod Krakowem, sam 
zakład z parkiem Wolę Justowską. Nie brak do po- 
dobieństwa i toru wyścigowego, na którym co roku 
biegają konie także zagraniczne. Obok parku rząd za- 
łożył szkołę rolniczą, w której wychowuje 24 synów 
włościańskich i kształci w poprawnem gospodarstwie. 
Miło mi było usłyszeć, że baron Romaszkan z Horo- 
denki w Galicyi, przysłał dla tego zakładu 5 rasowych 
koni, również owce mołdawskie. 

Wracając z Ilidże do Sarajewa, wstąpiłem do źró- 
deł rzeki Bosny, która z pod skały 60 — 70 korytami 

Bośnia i Hercegowina. I ^ 



194 



BOŚNIA. 



wypływa i od razu tworzy wspaniałą rzekę, wzrasta- 
jącą bezustannie wśród swego biegu przez całą Bośnię, 
aż wpadnie do Sawy, łączącej swemi wodami większość 
południowych Słowian. 

Ostatni dzień mego pobytu w Sarajewie poświę- 
ciłem na wycieczkę, jaką odbywało całe seminaryum 
katolickie z gremium swoich profesorów. Wybraliśmy 
się w góry, kilka godzin drogi odległe od stolicy Bo- 
śni, na szczyt wysokości 1600 metrów nad poziomem 
morza. Niektóre rośliny storczykowate i inne, jakie 
u nas chowają się w wazonikach i pielęgnują w cie- 
plarniach, znalazłem tutaj dziko rosnące, tylko o wiele 
piękniejsze. Bogactwo tutejszej flory zadziwia botani- 
ków europejskich, i wielu zgłasza się po okazy rzadsze 
do O. Brandisa T. J., znakomitego znawcy przyrody, 
który w swych zielnikach tysiące gatunków i odmian 
przechowuje w Trawnickiem kollegium. Nie małą za- 
sługę około poznania flory bośniackiej położył p. Dr. 
Karliński, który obok swego zawodu lekarskiego także 
zajmuje się botaniką i swe cenne spostrzeżenia ogłasza 
w Wissen. Mittheilungen aus Bosnien und der Herze- 
gowina. Zauważyłem, że szczyty gór w tutejszej okolicy 
zwykle mają głębokie zagłębienia lejkowate, kończące się 
nieraz przepaścią niezgłębioną. Prawdopodobnie są to 
wygasłe kratery wulkaniczne. Opowiadano mi, że po- 
dobne lejkowate zagłębienia znajdują się także w innych 
stronach Bośni. 

W czasie wycieczki miałem sposobność lepiej po- 
znać młodzież duchowną, pierwsze latorośle świec- 
kiego duchowieństwa bośniackiego. Mogę śmiało wy- 
znać, że duch i sposób obejścia się, wcale nie ustępuje 
naszemu klerowi. U niektórych znalazłem głębsze 
i szersze umysły jakieby w naszym kraju mogły się 



196 



BOŚNIA. 



odznaczać. Jeżeli gdzie, to w Bośni takich wielu po- 
trzeba. Wobec ogólnego indyfferentyzmu wśród warstw 
dziś dominujących, mających na oku przedewszyslkiem 
materyalne podniesienie kraju okupacyjnego, i wobec 
zepsucia idącego w parze ze słabą wiarą, do tego pod- 
kopywaną przez stosunki z ludźmi najrozmaitszych 
wierzeń: praca nad odrodzeniem duchowem Bośni jest 
wielką i trudną. Na szczęście, do warstw niższych 
nie dotarł jeszcze ferment rozkładowy, psujący pod- 
stawy porządku społecznego w Europie. Pobożny i spo- 
kojny lud po wsiach i miastach, dalekim jest od no- 
winek Zachodu, szczerze jest przywiązanym do Ko- 
ścioła Św. i swych pasterzy Ojców Minorytów, którzy 
przez cztery wieki niewoli tureckiej umieli w nim utrzy- 
mać wiarę świętą pomimo srogiego prześladowania. 
Utrzymanie katolicyzmu w Bośni, jest ich wyłączną 
zasługą, a zarazem jedną z najpiękniejszych kart w dzie- 
jach serafickiego zakonu. 

Chciejmy nieco bliżej poznać tych opiekunów bo- 
śniackiego ludu i zróbmy wycieczkę do ich najstarszych 
klasztorów. 



->*<• 



^j^'^^j^w^jp^x'^^^Tm:^x>'}p^}p<j<r^}m*j^^»*n^'x f <ź r < 9 * ^^j f^ 




af 







ROZDZIAŁ IX. 



F o j n i c a. 

Przejazd przez Wisoko. Wspomnienia historyczne. Popas w Kisel- 
jaku. Woda mineralna. Narodowy pieśniarz. Tyb iebraka. O. Ba- 
tinić. Bogactwa okolicy. Kościół i Klasztor fojnicki. Legenda o wi- 
zerunku Matki Boskiej. Srebrne wyroby fojnickie. Skarbiec i archi- 
wum 00. Minorytów. Adh-Namć suhana Mehmeda II. Firman 
Skender-Paszy. Herbarz bośniacki. Rękopisy kreślone bosanóicę. 
Jej geneza. Z przeszłości klasztornej. Wychowanie zakonnej mło- 
dzieży. 

Podczas pobytu w Sarajewie, 00. Minoryci bar- 
dzo prosili, abym wśród wędrówki po Bośni, nie po- 
minął zwiedzenia ich klasztoru w Fojnicy, Kreszewie 
i Sutisce. Tem łatwiej na to się zdecydowałem, po- 
nieważ dawno pragnąłem zblizka przypatrzyć się bo- 
śniackim synom Sw. Franciszka, którzy w te strony 
zawitali ze słowem Bożem w samych początkach istnie- 
nia swego zakonu, i doniosły wpływ wywierali na ka- 
tolicyzm w Bośni. A gdzież lepiej można poznać tych 
prawdziwych apostołów południowej Słowiańszczyzny, 



I q8 BOŚNIA. 

jak nie w centrach starodawnych, gdzie niby w kolebce 
prawie od lat dziecinnych kształci się młodzież zakonna? 
W Fojnicy nowicyat, w Kreszewie studyum filozoficzne, 
w Sutisce nauki teologiczne — więc wszystko należy 
zwiedzić. 

Rozpocząłem od Fojnicy. Koleją żelazną brze- 
giem rzeki Bosny w godzinę drogi stanąłem w mia- 
steczku Wisoko, liczącem około 5000 ludności, prze- 
ważnie muzułmańskiej. Trzynaście meczetów świadczy 
najwymowniej, że wyznawcy »proroka« rej tutaj wodzą, 
lecz i cerkiew dominująca nad miastem nam mówi 
o istnieniu także ludności chrześcijańskiej. Kiedyś Wi- 
soko odgrywało niepoślednią rolę w historyi bośniackiej. 
Tutaj Stefan Twrtko I, pierwszy ban, który włożył na 
swą głowę królewską koronę, nadał w r. 1355 Rzeczy- 
pospolitej raguzkiej wolność handlu w Bośni, a jego 
następca król Stefan Ostoja potwierdza w r. 1402 przy- 
wileje Żary i Sebenika. Tu również w r. 1404 na sej- 
mie magnatów złożono z tronu Ostoję, oddając koronę 
królewską Stefanowi Twrtkowi II. 

Dziś o swej przeszłości Wisoko mało co wie. 
Tylko jedna pozostała sława, odziedziczona przez przod- 
ków: z wyrobu najrozmaitszych tureckich sandałów. 
Kuśnierze wisoccy nie mniejszą cieszą się wiekową 
chwałą, jak cała armia szewców. Wzdłuż głównej ulicy, 
którą przejeżdżałem, z obydwu stron wisiały skóry, 
najczęściej safiany, przeplatane otwartymi sklepami 
obuwia, gdzie obok gotowego towaru, tutejszym zwy- 
czajem, znajdują się warsztaty kunsztu szewskiego. 
Gdyby kto ciemną nocą jechał przez Wisoko, a nawet 
obok przejeżdżał, łatwoby poznał z samej woni, jakim 
zajęciom oddają się dzisiejsi obywatele miasta. 



FOJNICA. lOC 

OO. Minoryci z Fojnicy, zawiadomieni o oiojem 
przybyciu, wysłali na stacyc kolejową Wisoko bryczkę, 
więc wygodnie odbywała się podróż nową drogą wśród 
okolicy, jak wszystkie w tych stronach, górzystej, pięknej, 



Wieśniak hercegowiński. 

wydającej się jeszcze bardziej uroczą przy wiosennym 
pogodnym poranku. Pierwszy popas wypadł w Kisel- 
jaku. Mała mieścina położona nad rzeką Fojnicą, już 
dziś jest głośną dla swych wód mineralnych, a stać się 
może jeszcze sławniejszą później, gdy tutaj zbudują 



200 BOŚNIA. 

większych rozmiarów zakład kąpielowy, i świat lepiej 
pozna skuteczność »Kisielaku.« Podobno między wszyst- 
kiemi wodami w Austro-Węgrzech, Kisielak co do war- 
tości trzecie z rzędu miejsce zajmuje i ma być o wiele 
skuteczniejszym od Vichy i Giesshiiblera. 

Han, miejsce popasu, niebawem po moim przy- 
jeździe zapełnił się mężczyznami, którzy kołem oto- 
czyli cygana siedzącego na tapczanie, aby przysłuchać 
się jego pieśniom epicznym o bohaterach bośniackich, 
jakie nucił melancholijnym tonem — niby ukraińskie 
dumki przy dźwiękach »guzli.« Nie był to stary dziad, 
jak u nas lirnicy, lecz w sile wieku zdrowy mężczyzna, 
ludowy poeta, dobrze widziany na każdem zebraniu. 
U Bośniaków, jak wogóle u południowych Słowian, 
muzyka zwykle służy tylko jako akompaniament do 
epicznych utworów śpiewnie recytowanych, lub do na- 
rodowego tańca zwłaszcza »kolo«, ulubionej zabawy 
nawet w czasie największych uroczystości. Poważne 
tony, acz dość monotonne, może nie zadowolą ucha 
przybysza z Zachodu, lecz nie są pozbawione wdzięku 
rodzimego, może mającego pokrewieństwo ze staro- 
żytną muzyką grecką. Zresztą, cel muzyki bośniackiej 
jest zupełnie inny jak u nas. Ona tylko towarzyszy 
słowom, aby silniejszym tonem podniecić fantazyę, 
a zarazem zwrócić uwagę słuchacza na ważniejsze epi- 
zody w opowiadaniu gęślarza. Podczas podróżnego 
obiadu, zbliżył się do mnie żebrak miejscowy. Typ 
zupełnie odrębny od naszych dziadów. Podobieństwo 
jedyne w łachmanach, których strzępy ledwie część 
ciała zdołały mu okryć. Wyraz twarzy tak miał po- 
ważnie łagodny, tak nie natrętny, lecz ze spokojem 
wyczekujący mojej decyzyi, że od razu schwycił mnie 
za serce, i uważałem się za szczęśliwego, mogąc po- 




202 BOŚNIA. 

dzielić się z nim obiadem. Żebrak zanim jeść zaczął, 
w kąciku usiadł i nie zwracając na nikogo uwagi, po- 
czął długo się modlić. Gdy spożył dary Boże, znowu 
się modlił, a tak szczerze, tak pięknie, że wartoby było 
go odmalować. 

Spostrzeżenia nad otoczeniem przerwało przybycie 
gwardyana fojnickiego klasztoru Ojca Batinić. Bawił 
w Kiseljaku na kuracyi, pijąc wodę tutejszą. Po chwili 
zaprzęgnięto konie i pojechaliśmy do jego prowizo- 
rycznego mieszkania. Dotychczasowy dom Boży urzą- 
dzono po r. 1878 ze szopy na zboże, w której skła- 
dano dziesięciny in natura rządowi tureckiemu jako 
podatek. Rząd okupacyjny takiego podatku nie przyj- 
muje, więc i szopę jako niepotrzebną, oddano na ko- 
ściół. Była to zwykła drewniana buda, rodzaj stodoły, 
i tam dla potrzeb ludności przechowywano Najświętszy 
Sakrament. Lud był zadowolony, że choć taki ma 
kościółek, lecz OO. Minoryci na to w obecnych sto- 
sunkach pozwolić nie mogli, zebrali fundusz i wysta- 
wili nowy na wzgórzu, w dominującem na całą okolicę 
położeniu, piękny z kamienia i cegły. Gdy w r. 1898 
znowu byłem w tych stronach, mogłem odprawić Mszę 
Św. już w nowym kościele. O. Batinić jest miłym ty- 
pem syna Św. Franciszka. Uprzejmy, pokorny, sku- 
piony zakonnik, najmilsze na mnie zrobił wrażenie, 
zwłaszcza, gdy później dowiedziałem się, że jest autorem 
cennego historycznego dzieła o pracach 00. Minorytów 
w Bośni i Hercegowinie ^). 

Uprzejmy właściciel hanu, do którego zajechałem, 
do bryczki włożył mi gąsior wody kisielaku, mogliśmy 

O Djelovanje Franjevaca u Bośni i Hercegovini za privih 
śest viekova njihova boravka. Nacrtao Fra Mijo Vjenceslav Batinić 
bosanski Franjevac. U Zagrebu. Svezak I, 1881. II, i883. III, iSSj* 



FOJKICA. 203 

się więc uraczyć z Ojcem Gwardyanem doskonałym 
napojem skoro on przystępując do spółki, dał doń wina 
dobrego. Po cliwili ruszyliśmy w dalszą drogę do Foj- 
nicy. Czternastokilometrowy gościniec wije się wśród 
gór nad brzegiem Fojnicy obfitującej w raki i pstrągi. 



Serbowie ze Sarajewa. 

Piękne wzgórza Cvetnicy i Krusowskiej-Kosy, 
dochodzące niemal 800 metrów wysokości i jeszcze 
wyższe szczyty Stogić Planiny, oddawna znane są z bo- 
gactwa kruszców: żelaza, miedzi, srebra i rtęci. Dwa 
miasta w tej okolicy Fojnica i Kreszewo, przez całe 



2o6 BOŚNIA. 

Stawiono Wniebowstąpienie Pańskie. Całość przedsta- 
wia się okazale i gustownie. W jednym z bocznych 
ołtarzy znajduje się cudowna statua Matki Boskiej. 

O niej opowiadali Ojcowie następującą historyę: 
Gdy Turcy wpadli do Bośni i zajęli Fojnicę, konno 
wtargnęli do wnętrza kościoła. Jeden z Turków na 
widok statuy, pyta: »Co to jest?« Gdy mu wyjaśniono, 
Turek zbluźnił i ciął pałaszem w lewą rękę, na której 
znajdowało się Dzieciątko Jezus. Tradycya mówi, że 
wówczas krew trysnęła z ręki. Matka Boża przełożyła 
Dzieciątko na rękę prawą, co widząc Turek, padł u Jej 
stóp nieżywy. 

W kościele wisi parę lamp srebrnych; wszystkie 
prześlicznej ażurowej roboty, zostały wykonane z miej- 
scowego kruszcu i przez fojnickich artystów. Jedna 
z nich gorejąca przed Najświętszym Sakramentem, bar- 
dzo wielkich rozmiarów, odznacza się gustowną robotą. 
W skarbcu znajduję wiele innych kościelnych przybo- 
rów, jako to: kadzielnice, kielichy, monstrancye, reli- 
kwiarze, krzyże, wszystko ze srebra fojnickiego, dzieła 
rąk miejscowych złotników. Bogate ex-vota, stare or- 
naty, antypedya kapiące od złota, świadczą o dobrym 
guście i zamożności ofiarodawców, w których rzędzie 
była kiedyś i królowa Katarzyna, żona Tomaszewicza, 
ostatniego z dynastów bośniackich, która po inwazyi 
tureckiej schronienie znalazła w Rzymie, tamże umarła 
i pochowaną została w kościele zwany m Ara - coeli. 
Cenniejsze od złota i srebra skarby przechowuje bi- 
blioteka, a zwłaszcza archiwum 00. Minorytów. Mię- 
dzy osobliwościami przechowują Ojcowie Adh-Name 
z roku 1463, czyli » orędzie cesarskie<* sułtana Abdul- 
Mehmeda II zdobywcy Bośni, nadające 00. Minorytom 
bośniackim wolność opowiadania Ewangelii. Dokument 



> 



FOJNICA. 207 

po turecku spisany, wygląda jak bulla papieska, i jest 
przechowywany w srebrnej szkatułce oszklonej. Tra- 
dycya zakonna podaje, że po zdobyciu twierdzy Jajce 
i ścięciu króla Stefana Tomaszewicza, gdy sułtan Meh- 
med powracał do Sarajewa, w miejscu zwanem Milo- 
drażewo polje pod Fojnicą, rozbił swe namioty. Jego 
żołnierze schwytawszy O. Anioła Zwiezdowića, gwar- 
dyana fojnickiego klasztoru, przyprowadzili do obozu 
przed Mehmeda. O. Anioł z taką odwagą wystąpił 
przed sułtanem, że mu zaimponował i uzyskał Adh- 
Name, którem katolikom udzielono wolność wyznania. 
Wzamian za to zobowiązał się O. Zwiezdowić wpłynąć 
na chrześcian uciekających z Bośni, aby powrócili do 
swoich wiosek. Był to wielkiej doniosłości dokument, 
a jakkolwiek bardzo był gwałcony przez paszów bo- 
śniackich, zawsze był tarczą w ręku 00. Minorytów, 
którą się zasłaniali przed silniejszemi pociskami nie- 
przyjaciół wiary. Zdawałoby się rzeczą dziwną, dla- 
czego sułtan upojony zwycięstwy, nie zgniótł od razu 
wszystkiego co chrześciańskie w Bośni. Byłby może 
na to się zdecydował, gdyby chrześcianie swoją emi- 
gracyą nie grozili wyludnieniem zdobytego kraju, a tem 
samem pozbawiliby nowego pana źródeł dochodu z ha- 
raczów i danin. Tem się tłómaczy łatwość w udzie- 
leniu Adh-Name O. Zwiezdowiczowi, co nie uwłacza 
jego zasłudze w zdobyciu firmanu, gdyż on właśnie 
miał odwagę wypowiedzieć w oczy sułtanowi, co czeka 
Bośnię, gdy zacznie prześladować chrześcian *). 

Widocznie wezyrowie pomimo firmanu Mehmeda 
prześladowali chrześcian i 00. Minorytów, skoro tenże 
sam O. Zwiezdowicz w dwa lata przed śmiercią uprosił 



') Cf. Fr. Mijo Batinić 1. c. Svezak I, str. i3i i nast. 



208 BOŚNIA. 

sobie za czasów sułtana Bajasita II, nowy podobny 
firman od ówczesnego wezyra Bośni Skender-Paszy, 
spisany w^ roku 1486 pismem i językiem bośniackim. 
Dokument, którego podobiznę fotograficzną załączamy 
na str. 209, należy do najcenniejszych w fojnickiem 
archiwum. Godnem jest uwagi, że najwyższy dostoj- 
nik turecki w Bośni, używa w urzędowem orędziu ję- 
zyka bośniackiego, a jak mówią znawcy, wcale popra- 
wnie. Niezbity mamy w tem dowód, że nawet Turek 
szanował język kraju podbitego i to przeszło 400 lat 
przed erą naszej cywilizacyi. 

Nie mniej cennym historycznym dokumentem, acz 
dla innych względów, jest księga herbów dawniejszej 
szlachty bośniackiej. Podaje nam ona herby tych fa- 
milii, które wskutek inwazyi tureckiej wyemigrowały 
w cudze kraje, zachowując swe imię rodowe i herb, 
również rodzin, które przechodząc na islam wprawdzie 
zmieniły swe nazwy, jednak zachowały tradycye swego 
szlachectwa, i w końcu rodów, o których pamięć z bie- 
giem czasu zaginęła. Wielu przecenia herbarz foj- 
nicki, twierdząc, że jest oryginałem z r. 1340, spisa- 
nym i malowanym przez popa Rupcića; inni odma- 
wiają mu heraldycznej wartości. Bądź cobądź jest on 
bardzo cennym zabytkiem i heraldycy z powołania 
bliżej określą stopień jego wartości historycznej. Naj- 
prawdopodobniej jest on kopią herbarza sporządzonego 
przez rodzinę Ohmucević w XV wieku, z końcem kró- 
lestwa bośniackiego lub w pierwszych początkach pa- 
nowania Turków ^). Herbarz jest malowany na gru- 



*) Cf. Wissenschaftliche Mittheilungen 1. c. II Bd. p. 3 87 — 
341 der Maler des Wappenbuches von Fojnica von Dr. Ciro Tru- 
chelka. (Wien, 1894). 



ler-Paszy nadaj|cy przywileie OO. Minoryton 
w Fojnicy, (Zob, str. io8). 



210 BOŚNIA. 

bym papierze w formacie wielkiej 4-ki i zawiera 141 
kart. Na pierwszej stronie jest wizerunek Matki Bożej 
otoczonej chmurkami, pod nią wielki półksiężyc, a je- 
szcze niżej oznaki herbowe. Z drugiej strony tejże 
karty przedstawiono monogram Chrystusa także wśród 
chmur, poniżej ŚŚ. Kosmę i Damiana. Na pierwszej 
stronie następnej kartki znajduje się tytuł dzieła, a na 
drugiej Św. Hieronim klęczący pod krzyżem. Na dal- 
szych 1 1 kartkach wymalowano herby państw bałkań- 
skich, po nich następują herby szlachty bośniackiej, 
również niektóre serbskiej i albańskiej jak Dukaginów 
i Kastriotów. 

Wertując stare regestra klasztorne, znalazłem cie- 
kawe szczegóły odnoszące się do wartości pieniędzy 
przed stu laty, z których się okazuje, że wzrosła od 
tego czasu prawie 10 razy ^). 

Między rękopismami znajduję najwięcej kazań sta- 
rannie pisanych, odrębnem pismem słowiańskiem, zwa- 
nem hosanćica. Wiadomo, że odróżniamy dwa główne 
słowiańskie sposoby pisania: głagolicę i cyrylicę. Gła- 
golica powstała u Słowian południowych razem z wpro- 
wadzeniem Chrześciaństwa. Jest ona oryginalnem sło- 
wiańskiem pismem, zupełnie wystarczającem na odda- 
nie wszystkich słów i tonów. Pojedyncze litery tego 
pisma składają się z rozmaitych dekoracyjnych cząstek, 
które wymagają w pisaniu szczególniejszej uwagi, a swą 



*) W roku 1 798, dzienna pJaca robotnika wynosiła i grosz. 
W tymie roku za 509 oka soli płacono 35 groszy i za i oka oliwy 
I grosz (dziś płacą za i oka 70 centów); 7a konia 90 groszy; 
4 podkowy I grosz; 5o talerzy 5 groszy; 90 oka cebuli 3 grosze; 
90 oka mięsa i5 groszy; 67 oka ryby 14 groszy. 

I oka bośniacka = 1*28 kilograma; i grosz bośn. = 16 dzi- 
siejszym helerom czyli 8 centom w. a. 



FOJNICA. 2 I I 

malowniczością i epigraficznym charakterem, nadają się 
do napisów i dzieł liturgicznych '). Gdy jednak za- 
częto używać głagolicy do codziennego użytku, przy 
zwykłem prędszem pisaniu okazały się niedogodności. 
Wskutek tego niejednokrotnie zaczęto posługiwać się 
alfabetem cyrylickim, z którego utworzył się następnie 
bośniacki, nazwany bosanćica, 

Ani cyrylica ani bosanćica nie są oryginalnem 
pismem, lecz przeróbką pisma greckiego, co okazuje 
się przedewszystkiem na starych słowiańskich napisach 
»lapidarnych,« Pomimo tego, bośniackie pismo w ciągu 
biegu czasów rozwinęło się samoistnie, co najwięcej 
okazuje się w potocznem pisaniu, i to tak dalece, że 
ledwie można w niem dostrzedz ślady źródła, na któ- 
rem się rozwinęło. Podczas gdy cyrylica rozwijała się 
odstępując od greckiego alfabetu i przyjmując łaciński, 
i ustaliła alfabet z wzrostem drukowanej literatury sło- 
wiańskiej, bosanćica pozostała pismem ludowem, bez 
literatury, służąc tylko codziennym potrzebom ludu. 
W braku stale oznaczonych form pisania, stosowała się 
do indywidualizmu jednostek. Wskutek tego nawet ci 
co używali bosanćicy, nie zawsze umieli wzajemnie 
czytać swe pisma. Sami Bośniacy dwa rodzaje roz- 
różniają bosanćicy: klasztorną i begowską. Pierwsza 
rozwinęła się wśród ludzi stojących znacznie bliżej kul- 
tury europejskiej, niż na dworach i zamkach begowie. 
Ćwiczenie się w niej było znacznie większe i dokła- 
dniejsze, a wśród takich okoliczności forma pisowni 
ustalała się i przybierała pewną piękność w liniach. 
Przeciwnie działo się z pismem u szlachty muzułmań- 



•) O używaniu głagolicy w liturgii, nieco mówiłem w dziele 
p. t. W Dalmacyi i Czarnogórze. Kraków, 1896. Str. 60 i 3 12. 

14 



•-I 



212 BOŚNIA. 

skiej. W begowej bosanćicy litery są tylko znakami 
pojedynczych głosów, powiązanymi bez żadnej reguły. 
Beg muzułmański nie pyta ani o ortografię, ani o gra- 
matykę, nie oddziela słowa od słowa; pisze jak wy< 
mawia jednym ciągiem. Delikatniejsze fonetyczne od- 
cienia uchodzą jego ucha, zmieniając nietylko kształty 
jego liter, lecz i same litery. 

Większe lub mniejsze stosunki z Wschodem lub 
Zachodem pojedynczych rodzin, gdzie najczęściej w bra- 
ku szkół nauka pisania przechodziła przez całe gene- 
racye z ojca na syna, stopień wykształcenia jednostek, 
wreszcie wprowadzenie tureckich słów, a więc i no 
wych tonów do języka bośniackiego: wszystko razem 
łatwo nam wyjaśni, dlaczego alfabet w rozmaitych rę- 
kopisach bosanćicą tak bardzo się zmieniał. Dziś już 
nie wielu ludzi posługuje się tem słowiańskiem pi- 
smem, a za lat kilkadziesiąt, będzie ona zagadką do 
rozwiązania jedynie przez paleografów. 

W klasztornem archiwum obok zbioru rękopisów, 
znajduje się nie mniej cenna kolekcya monet po wię- 
kszej części rzymskich, lecz prawie wyłącznie tylko 
srebrnych i złotych. 

Gdyśmy kończyli oglądanie klasztoru, dano znać 
do stołu. W refektarzu zebrała się młodzież zakonna, 
nowicyusze obok starych Ojców wąsatych. Wskazano 
mi miejsce honorowe, obok usiadł staruszek 8 1 -letni, 
lecz pełen siły bośniacki Minoryta o zawiesistym wąsie 
spadającym aż na piersi. Jeszcze dzisiaj wszyscy tutejsi 
Minoryci noszą wąsy. Za tureckiego panowania Ojcowie 
nie wychodzili po za mury klasztorne w sukniach du- 
chownych, więc do świeckich sukni dostrajali wygląd 
twarzy. 



Urządzenie kolei zębatej przed przekryciem pod g<Sr^ lwi 
(Zob. sir. 141 i nast.). 



214 



BOŚNIA. 



Po zwykłych modlitwach odmawianych przed je- 
dzeniem, jeden z nowicyuszów donośnym pięknym gło- 
sem śpiewał parę wierszy z Pisma Św., poczem Ojciec 
Gwardyan dał znak na przerwanie zakonnego milcze- 
nia i rozpoczęła się swobodna gawędka. Nowicyusze 
na osobnem miejscu siedzieli z kapturami na głowach, 
oni też usługiwali przy stole. Rozmowa toczyła się 
w języku bośniackim i łacińskim; w całym klasztorze 
jeden tylko Ojciec mówił także po niemiecku, a drugi 
po włosku. 

O przeszłości fojnickiego klasztoru nie umieli mi 
dać Ojcowie dokładnych informacyj. Prawdopodobnie 
został założonym w samym początku przybycia Ojców 
Minorytów do Bośni w XIII wieku. W r. 1463 zni- 
szczony do szczętu przez Turków, na nowo został od- 
budowany. Lecz w r. 1521 znowu muzułmanie zró- 
wnali go z ziemią pod pretekstem, że zanadto silne 
z kamienia miał mury, a natomiast dozwolono wysta- 
wić inny z niepalonej, lecz tylko suszonej na słońcu 
cegły i miękkiego drzewa. Większe nieszczęście gro 
ziło Ojcom fojnickiego klasztoru, gdy w r. 1635 Pasza 
bośniacki począł srożej prześladować katolików. Po- 
nieważ firman sułtana Mehmeda II trwał w swej mocy 
i zabraniał prześladowania, potrzeba było je uzasadnić 
jakiemś przestępstwem. Otóż rzucono potwarz na 00. 
Minorytów, że poświęcili studnię służącą do rytualnych 
muzułmańskich omywań. Wskutek domniemanej "zbro- 
dnia uwięziono wszystkich Ojców fojnickich, a Pasza 
wydał wyrok spalenia ich żywcem na stosie. Daremne 
były zabiegi, aby wykazać oszczerstwo; wkońcu tyle 
tylko Ojcowie mogli uzyskać, że karę śmierci zamie- 
niono na haracz 7000 skudów '), z których Pasza 4000 

') I skud == ? naszym koronom. 




otrzymał, resztę zai inni urzędnicy tureccy '). W na- 
stępnych wiekach jeszcze parę razy burzono i stawiano 
klasztor fojnicki; ten który jest obecnie, najnowszej 
sięga epoki bieżącego stulecia, a sam kościół dopiero 
przed paru laty ukończono. 

Podziwiać należy pobożną hojność katolików foj- 
nickich, na tylokrotne nieodzowne wydatki przy budo- 
wie klasztoru. Jest ona również 
dowodem zamożności tamtejszego 
ludu i dobrego wpływu Ojców 
na swoich paratian. 

NowLcyusze dodatnie na mnie 
zrobili wrażenie; widać było u 
nich pewną swobodę w obejściu 
i naturalność w praktykach życia 
zakonnego. Bo też prawie od ko- 
lebki oddychają atmosferą zakonu 
Św. Franciszka. Oni ich chrzcili, 
uczyli katechizmu w latach dzie- 
cinnych, przygotowali do pier- 
wszych Sakramentów, Gdy chłop- 
cy podrośli, szli do kościoła s 
żyć swym Ojcom duchownym do 
Mszy Św. i innych funkcyj kościel- 
nych. Wreszcie awansując na s 
dentów mieszkali w klasztora 
w rodzaju bursy, gdzie czas w 
ny od nauki obracali na posługę 
klasztorną. Wreszcie szli do n 
lego gimnazyum w Gueia-Goi 

zostającem pod kierunkiem 00. Minorytów, a ztamtąd 
do nowicyatu. Mniej więcej wszyscy taką karyerę prze- 






' okolicy Trawnika, 



') Cf. P. Fei 



endln 



:. 4.3 i 



2 1 6 BOŚNIA. 

chodzą, zanim dostaną się do nowicyatu i przywdzieją 
k habit zakonny. W nowicyacie uzupełniają klerycy 

j swoje wiadomości w językach klasycznych i historyi 

I ulubionym przedmiocie Bośniaków. Następnie, jeśli 

j nie idą za granicę do Węgier lub do Włoch, czasem 

i do Innsbrucka na wyższe studya filozoficzne i teolo- 

giczne, kształcą się w tychże naukach u siebie, albo- 
wiem w konwencie Kreszewskim (Kreśevo) odbywają 
się wykłady filozofii scholastycznej, w Sutisce teologii. 
Zaglądnijmy i do tych prastarych klasztorów. 



I 1 



ROZDZIAŁ X. 



Kreszewo. 

Droga do Kreszewa. PoJoienie i wygląd miasta, Klaszlor OO. Mi- 
noryiów. Poboinoić mieszczan; ich przemyst domowy, mieszkania 
i obiory. Rezydensya biskupów. Zamek bogoinilskich pseodo-papieiy. 
Wspomnienia z czasów prześladowania. List papieża Grzegorza XII[ 
do Ojców Kreszewskiego konwenlu. O. Manii poeia. 
W drugiej połowie marca roku 1898, po for- 
sownej missyi wśród kolonistów polskich w dyecezyi 
banialucktej, wstąpiłem na wypoczynek do Kreseva, 
do konwentu 00. Minorytów, gdzie, jak wyżej wspo- 
mniałem, znajduje się studium filozofii dla bośniackiego 
kleru zakonnego. Wypadało mi jechać na Jajce, Tra- 
wnik, Wisoko, do Kisielaku. Tym razem przybyłem 
do tego miejsca nocą, a choć nie zastałem dawnych 
mych znajomych, gościnny proboszcz Minoryta znalazł 
wygodny pokoik w ciasnem swem prowizorycznem mie- 
szkaniu, ogrzał i nakarmił, a w dodatku, dnia następ- 
nego w nowo wybudowanym kościele, gdy zabrakło 
służącego, do Mszy Św. sam mi służył. 



2 I 8 BOŚiNMA. 

Z Kisielaku do Kreszewa droga była dla mnie 
nową. Turczyn wiózł prostym wozem trzęsącym po 
okropnych wertepach, dzikimi lesistymi górami. Gdy 
przebyliśmy kilka kilometrów, okolica coraz bardziej 
stawała się piękną i ludną. Oko mogl^o swobodnie 
coraz szerszy obejmować widnokrąg. Na popas wstę- 
pujemy do hanu katolickiego. Lud, który się tam zgro- 
madził wskutek ulewnego deszczu, był pełen swobody 
i delikatnej uprzejmości, robiąc wrażenie, iż nosi na 
sobie piętno cywilizacyi, jakie nawet u najprostszych 
ludzi wyciska prawdziwy chrystyanizm. W miarę jak 
się zbliżamy do Kreszewa, dwa pasma gór stożkowa- 
tych zaczynają się ścieśniać. W ich ostrym kącie już 
zdała widać jak się miasto rozsiadło. Przez cały czas 
drogi jechaliśmy brzegiem rzeki, z którą się łączyły 
rozliczne dopływy strumyków spadających jak wstęgi 
z górskich wąwozów. Lud okoliczny chwyta je w mniej- 
sze lub większe koryta, ustawia młynki, których kilka- 
dziesiąt po drodze widziałem. Ciekawością zdjęty za- 
glądnąłem, jak taki młynek wygląda: oto maleńka buda 
drewniana zamyka w sobie nasze zwykłe żarna, z tą 
tylko różnicą, że są one obracane, nie jak w naszych 
stronach przez gosposię domu, lecz siłą wody spada- 
jącej na drewniany kołowrotek. Prawie każda rodzina 
do własnego użytku ma swój osobny młynek, zamy- 
kany kłódką. 

Po czterech godzinach drogi wjeżdżamy w miasto 
długą ulicą brukowaną, lecz na sposób turecki, t. j., że 
nie ociosane bryły kamienne rzucone na ulicę, silne 
koła wozów bośniackich szlifują, nadając im formę ły- 
sych głów. Po obydwu stronach kreszewskiego corsa, 
szeregiem stoją piętrowe schludne domki w stylu zu- 
pełnie tureckim; a więc na dole sklepy na oścież otwarte, 



220 BOŚNIA. 

tak jakby bez przedniej ściany, piętro z licznemi oknami 
szersze od parteru. Pomimo deszczu, wszystko malo- 
wniczo i czysto wygląda. Miasto kończy się klinem, 
gdzie dwa pasma gór ze sobą się łączą. Konie zatrzy- 
mują się, dalej idziemy szeroką brukowaną ścieżką, lecz 
dosyć stromą, ku klasztorowi, zbudowanemu na jednem 
ze wzgórz dominujących nad Kreszewem. Położenie 
prześliczne i sam klasztor imponuje swymi rozmiarami. 
Wchodzimy na pierwszy dziedziniec przed skrzydłem 
zabudowań, z lewej strony przepaść, z prawej skały. 
Pomiędzy skałą a budynkiem utworzono tunel, którym 
dostajemy się na drugi dziedziniec obszerniejszy i przed 
główny front konwentu dwupiętrowego. Zaraz zjawił 
się Ojciec wikary klasztoru Bosiljko Bekavać i po sze- 
rokich wspaniałych schodach, po bardzo schludnych ko- 
rytarzach wprowadził do gościnnego pokoju. Niespo- 
dziewałem się na bośniackiej ziemi znaleść tak pięknie 
urządzony dom zakonny. Przytem wszędzie taką czy- 
stość znalazłem, jakiej dotychczas nigdzie nie dostrze- 
głem w podobnych konwentach, nawet za granicą. 
O. Gwardyan Stiepan Momćinović, sympatyczny Mi- 
noryta, Kreszewianin, lecz jako dawny missyonarz 
z Konstantynopola, z pewnym pokostem szerszej cy- 
wilizacyi, swoją uprzejmością tak mnie nastroił, że 
odrazu czułem się jak w domu. 

Bardzo miłego doznałem wrażenia, gdy pod wie- 
czór chłopaczek, kandydat franciszkański, począł dźwię- 
cznym a silnym głosem śpiewać na korytarzach piękną 
nutą: Aqua benedicta deleantur nostra delicta. Tak śpiewa 
codziennie wieczorem na każdym korytarzu, następnie 
wchodzi do celi, wnosi naczynie z wodą święconą, klęka 
i prosi o błogosławieństwo. Kapłan skrapla wodą celę, 
błogosławi chłopca, na co ten odpowiada dobry wieczór 



*v 



KRRSZEWO. 221 

i odchodzi. Podobny zwyczaj zachował się w 3 naj- 
starszych konwentach 00. Minorytów bośniackich. Lud 
tutejszy bardzo jest pobożny. Pomimo, że W Kreszewie 
nie ma więcej katolików jak 2000, przecież obecnie 
jest w rozmaitych stronach 20 kapłanów Kreszewian, 
a niedawno było ich równocześnie aż 35. 

Podczas Mszy św. Kreszewianie modląc się, ręce 
trzymają podniesione, jak «orante« na katakumbowych 
rzymskich freskach; w czasie podniesienia, gdy kapłan 
przyklęka oddając cześć Najświętszej Hostyi, lud ręce 
spuszcza, schyla głowę i ziemię całuje raz i drugi na 
znak czci Najśw. Sakramentu. W niedziele i święta po- 
cząwszy od Sanctus dii do Komunii kapłana, lud śpiewa 
całe życie Chrystusa Pana, a najdłużej sceny z męki 
Zbawiciela. Nowatorzy chcieli znieść ten zwyczaj uświę- 
cony wiekową tradycyą, jako przeciwny rubrykom, lecz 
X. Arcybiskup Stadler polecił go zachować. 

Nazajutrz po przybyciu zwiedzam miasto. Osobli- 
wości w szerszem znaczeniu niema tu żadnych, prócz 
źródła z wiecznie letnią wodą, które bije ze skały wśród 
groty zawsze pełnej zieleni. Nawet podczas mrozów tem- 
peratura wody nie zmienia się (około -|- 16° R.) i może 
służyć do kąpieli. Dla obcego nie bez interesu są same 
mieszkania mieszczan. Prawie wszyscy zajmują się ko- 
walstwem i wyrabiają gwoździe i podkowy. Miejscowa 
ruda żelazna posiada 70^/0 czystego kruszcu i należy 
do najbogatszych w całej Bośni. Dawniejszymi czasy, 
kiedy w tych stronach żadnej fabryki nie było, mie 
szczanie żyli w dostatku, bo przemysł domowy dosta- 
tecznie się opłacał. Od lat kilku, zwłaszcza gdy zało- 
żono fabryki w okolicy Yisoka, w Yareśu, gdzie się 
jeszcze obfitsze znajdują kopalnie rudy żelaznej, domo- 



222 BOSKIA. 

rodni fabrykanci podków i gwoździ nie mogą utrzymać, 
fabrycznej konkurencyi. W ciągu kilku ostatnich lat, 
35 rodzin Kreszewskich wyemigrowało, nie mając ża- 
dnego zarobku w swcm mieście. Pomimo tego, zna- 
lazłem tutaj zamożność, jakiej w naszych stronach 
wśród tej samej warstwy społeczeństwa daremnieby się 
szukało. Zwiedziłem co najmniej lo mieszkań w roz- 
maitych punktach miasta. Domy prawie wszystkie są 
piętrowe: na dole warsztaty, sklepy i składy, na piętrze 
soby, t. j. pokoje mieszkalne. Co najmniej każdy ma 
dwie soby na piętrze, często 3 lub 4 pokoje. Nigdzie 
ze sobą nie są bezpośrednio połączone, lecz z osobnem 
wejściem ze sieni, na sposób turecki. Schludność wszę- 
dzie zastałem nadzwyczajną. Ściany, podłogi i powały, 
wszystko lakierowane olejną farbą, lub co najmniej czy- 
ściutko wymyte, na tem leżą lub są porozwieszane dy- 
wany ręcznej roboty, lub maty. Mieszkańcy zostawiają 
nannule na dole, lub w piętrowym przedsionku, a wcho- 
dzą boso lub w pończochach do soby. Jedna z mieszczek 
nie należąca wcale do najzamożniejszych, prezentowała 
mi całą swą garderobę: znalazłem pstre suknie jedwa- 
bne, kilka kolorowych aksamitnych staników bogato ha- 
ftowanych złotem, z których jeden maleńki kosztował ją 
75 złr., pantofelki skórzane haftowane jedwabiem i zło- 
tem, wyszywane koralami i t. d., co wszystko przed- 
stawiało wartość kilkuset złr. austryackiej waluty. Każdy 
pokoik zawieszony obrazami Świętych, ma 4 — 5 okien 
okratowanych, aby dzieci nie wypadały na ulicę. 

W kilku domach zastałem krosna i tkalnie. Zaj- 
mują się tym domowym przemysłem po większej części 
dziewczęta, a niektóre z nich umyślnie dla wykształce- 
nia się bawiły przez parę miesięcy w Sarajewie, gdzie 
na większą skalę wyrabiają prześliczne »smyrneńskie« 



\ 



M. 



a/v^c 



o. Manić. (Zob, sir. lag). 



224 



BOŚNIA. 



i »perskie« dywany. Wzory i kolorowe wełny otrzy- 
mują pracownice również ze Sarajewa. Widziałem dy- 
wany wykończane przez dwoje dziewcząt, za które spo- 
dziewają się otrzymać 80 do 100 złr. Są to jednak wy- 
jątki; z nich najzgrabniejsze w całem Kreszewie uważają 
się za szczęśliwe, jeśli po 1 1 7^ godzinnej pracy mogą 
dziennie zarobić 80 et., inne i tego zarobku nie mają. 

Kiedyś przed wiekami, Kreszewo było najsławniej- 
szem a może i największem miastem bośniackiem, i sie- 
dzibą biskupów. O. Farlati wspomina ^) o czterech pier- 
wszych biskupach: Władysławie (r. 1141), Mikowanie 
(r. 1 1 50), Radagoście (r. 1171 lub 1197) i Danielu (około 
r. 1200), którzy po długiej przerwie rozpoczynają sze- 
reg katolickich pasterzy w Bośni, chociaż w latach na- 
stępnych biskupi zmieniali z biegiem czasu i okolicz- 
ności miejsce swego pobytu. Niestety, biskup Daniel 
sprzeniewierzył się swemu posłannictwu i został stron- 
nikiem herezyarchów. Były to czasy bana Kulina, chwi- 
lowo świetne pod względem materyalnym dla Bośni, 
lecz zarazem najsmutniejsze pod względem religijnym. 
Prześladowanie Kościoła przez bana i jego wspólników, 
spowodowało papieża Innocentego III do szukania opieki 
nad katolicyzmem we Węgrzech i wysłanie legata Jana 
de Casamaris, który na czas pewien zażegnał niebez- 
pieczeństwo odstępstwa całej Bośni. Jednak nie mógł 
zapobiedz wyborowi bogomilskiego pseudo - papieża, 
który swą władzę nietylko nad Bośnią, lecz także nad 
całą Illiryą, Włochami i dzisiejszą Francyą wykonywał 
przez swego wikaryusza imieniem Bartłomieja, i rezy- 
dencyę swoją w Kreszewie założył. 

Po dziśdzień istnieją ruiny zamku, w którym bo- 
gomilscy pseudo-papieże mieszkali. Skorzystałem ze spo- 

') Illirici Sacri Tomus IV, p. 37 i nast. 



KRESZEWO. 



225 



sobności zwiedzenia tych ruin i w dniu 23 marca bie- 
żącego roku (1898), w towarzystwie jednego Minoryty 
zrobiłem do nich wycieczkę. Droga prowadziła pod 
górę wąwozem nad strumykiem ł>Biskupi« tak nazwa- 
nym, ponieważ dla Kreszewskich biskupów czerpano zeń 
wodę do picia, i obok »źródełka dziewiczegoa o kry- 
stalicznej wodzie, tryskającej wprost z twardej skały 
wąziutkim otworem. Obfity śnieg spadł świeżo w nocy, 
więc brodziliśmy w nim po kolana, spinając się po 
górach. Ledwie zdołałem wydostać się na najwyższy 
szczyt gór, na którym znaleźliśmy ruiny dawnego zamku 
z basztami. Dzisiaj jeszcze grad'em go nazywają (gród). 
Dobrze można określić, gdzie były mieszkania, gdzie 
mury obronne i wieże. Grad dominował nad całą oko- 
licą, i zdawał się nie do zdobycia. Widok z jego szczytu 
mieliśmy prześliczny: dokoła góry koniczne lasem po- 
kryte, tylko od strony miasta przestrzeń otwarta, w niej 
klasztor dominujący nad grupami domów, rozsiadłych 
wzdłuż długiej prostej jak strzała ulicy. Tu było cen- 
trum bogomilskiej herezyi, tu patereni, albigensi, kat- 
tarowie otrzymywali rozkazy od swej najwyższej wła- 
dzy daleko na Zachód. Dziś grad » niezdobyty « w rui- 
nach; o tej herezyi tylko stare księgi wspominają; 
upadła jak wszystkie inne, odłączone od Kościoła Św.; 
który jeden na niewzruszonej opoce Piotrowej spoczywa. 
Pseudo-papieże bogomilscy didami nazwani, i ich 
kapłani (stronnyki), po zburzeniu kościoła i rezydencyi 
katolickich biskupów, dość długo tutaj się utrzymali, 
gdyż akta historyczne z pierwszych lat XV w. jeszcze 
o nich wspominają ^). 



') Cf. Fermę ndzin: Acta Bosnae str. 71; Franjevacki 
Glasnik g. 1896, str. i83 i n.; Farlati: Illirici Sacri T. IV, p. 45. 

Bośma i Hercegowina. 1 5 



220 BOŚNIA. 

Około roku 1446 zdaje się, że tych didów bogo- 
milskich już nie było więcej, skoro w Kreszewie rezy- 
dował biskup Willemirus Wladimirowicz obrządku gr.- 
k^t. jedyny tego rytu^ jakiego znalazłem w znanych 
nam współczesnych źródłach ^). 

W późniejszych czasach^ zanim biskupi bośniaccy 
przenieśli się do Diakowaru, mieli zazwyczaj w Kre- 
szewie swą rezydencyę, a dwu z nich leży pochowa- 
nych w podziemiach Kresze wskiego kościoła Św. Ka^ 
tarzyny aleksandryjskiej męczenniczki. Przed okupacyą 
Bośni był on największym i najpiękniejszym kościołem 
w całym kraju, i jeszcze dziś bardzo pokaźnie wygląda. 
Dwie boczne nawy od środkowej oddzielone są kolum- 
nami, z których kilka pochodzi z dawnej bożnicy bo- 
gomilskiej, jaka kiedyś, stała na gradzie. 

Jak wszystkie inne kościoły i konwenty francisz- 
kańskie, tak i ten Św. Katarzyny ulegał rabunkom 
i zniszczeniu. Przed XV wiekiem Bogomiłowie zamie- 
nili go w gruzy, w późniejszych czasach niejednokrot- 
nie Muzułmanie. Ile przytem szykan i znęcań doznali 
00. Minoryci, ile kar musieli płacić za lada cień winy, 
kroniki zakonne bogatego pod tym względem mogłyby 
dostarczyć materyału^). 

X. Biskup Maryan Maravić, w swem sprawozda- 
niu o stosunkach i potrzebach Kościoła w Bośni, skre- 
ślonem dla św. Kongregacyi de Propaganda Jide, wspo- 
mina, że gdy w r. 1654 na Św. Marcina bierzmował 
w Kreszewskim kościele, kilku Turków było obecnych 
i bardzo zgorszyło się z jego ubioru, a mianowicie 



*) Farlati: 1. c. str. 68. 

') Obszernie o tem wspomina Sarajewski dwutygodnik Fran- 
jevacki Glasnik z lat 1896, 1897 i 1898 p. t. : »Povjestnicke crtice 
o Kre§evu i samostanu sw. Katarine dj. 1 muć.« 



228 BOŚNIA. 

Z infuły, jaką miał na głowie. Turcy uważali ją za 
koronę doży weneckiego. Żadne tłumaczenia nie po- 
mogły. X. Maravić musiał zapłacić jako karę 50 sku- 
dów, i ledwie że uszedł z życiem *). 

Dziś już minęły wszelkie niebezpieczeństwa. 00. 
Minoryci swobodnie oddają się pracy około swych pa- 
rafian, których liczba dochodzi w mieście i okolicznych 
siołach do 6000, podczas gdy Muzułmanów jest tylko 
kilkunastu. 

W klasztornem archiwum, mówili mi Ojcowie, 
nic szczególnego nie znajduje się. Wszystkie cenniejsze 
rękopisy przeniesiono do Fojnicy i Sutiski. Jeden tylko 
dokument zachowali, bardzo cenny i charakterystyczny: 
list papieża Grzegorza XIII do Ojców Kreszewskiego 
konwentu. Oto gdy doszło do wiadomości Ojca św. 
o jakichś nieporządkach w klasztorze, wysłał biskupa 
w charakterze wizytatora, aby w konwencie Kreszew- 
skim ład zaprowadził. Gdy biskup wywiązał się ze 
swego zadania ku ogólnemu zadowoleniu, niebawem 
i generał Minorytów postanowił wysłać zakonnego wi- 
zytatora do Bośni. Ojcowie Kreszewskiego konwentu 
nie byli z tego zadowoleni, i prosili Ojca Św., aby 
wpłynął na zmianę decyzyi generała. Lecz papież po 
ojcowsku im odpowiedział, że nie powinni się mar- 
twić postępowaniem swego przełożonego, ponieważ on 
pełni tylko swój obowiązek, wysyłając wedle przyję- 
tego w zakonie zwyczaju swego zastępcę. Jeśli znaj- 
dzie ład i porządek, cieszyć się będzie, a jeśli coś spo- 
strzeże do naprawienia, nikt przecież nie będzie robił 
mu trudności, skoro wszyscy dobra pragniemy^). 

*) Cf. Fermendzin: Acta Bosnae p. 478, nota 3. 
') Cf. Tamże p. 3i2 — 3i3. 



nV 



KRESZEWO. 



229 



Nie pierwszy to raz 00. Minoryci bośniaccy bez- 
pośrednio pisali do Ojca św. W archiwum sekretnem 
papieskiem w Watykanie i temże Kongregacyi Propa- 
gandy, bardzo wiele znajduje się listów już to przeło- 
żonych całej zakonnej prowincyi Bosnae argentinae, 
już to gwardyanów, a nawet zwykłych proboszczów 
z zakonu 00. Minorytów, pisanych z iście dziecięcą 
prostotą do Ojca Św., informując Go o ważniejszych 
i mniej ważnych szczegółach dotyczących Kościoła. 
Są też tam dowody pieczołowitości Stolicy św. nad Ko- 
ściołem w Bośni, i czułej ojcowskiej opieki nawet nad 
pojedynczymi jego członkami. 

W konwencie Kreszewskim, jak powiedzieliśmy, 
znajduje się studium filozofii. Poznałem profesorów 
i uczniów, i mogę wyznać szczerze, że wcale nie spo- 
dziewałem się znaleźć tutaj tak poważnego traktowania 
nauk przygotowawczych do teologii. Czy i dawniej 
było tak dobrze, nie wiem, lecz dziś Kreszewo może 
być wzorem w swym zakonie. 

Między starszymi Ojcami wiekiem, urzędem i zdol- 
nościami, wszystkich prześcignął O. Grgo Martić, sta- 
rzec 77-letni, najsławniejszy z dzisiaj żyjących poetów 
południowo-słowiańskich. Aż do czasów okupacyi był 
on przez 21 lat członkiem rady przy bośniackim we- 
zyrze w interesach Kościoła katolickiego i wogóle spra- 
wach wyznaniowych. Obok obowiązków proboszcza Sa- 
rajewskiego, oddawał się z zamiłowaniem poezyi, do 
której rzeczywiście ma talent niepospolity. Prawie 
wszystkie jego utwory są epiczne, a jak mi sam opo- 
wiadał, w najdrobniejszych szczegółach trzymał się 
ściśle faktów historycznych. Ostatni wieczór mego po- 
bytu w Kreszewie spędziłem z tym starcem, jeszcze 
bardzo ożywionym i rześkim. Nie mogłem dosyć na- 



230 



BOŚNIA. 



słuchać się jego ciekawym opowiadaniom historycznym, 
spostrzeżeniom nad utworami Mickiewicza i Puszkina, 
genezie jego własnych utworów. Średniego wzrostu, 
szczupły, o orlim nosie, wyschłej wyrazistej twarzy, 
bystrem spojrzeniu, zawsze z fezem na głowie, coś ma 
w sobie rycerskiego w całem obejściu, w dodatku ni- 
gdy inaczej nie pisze jak z turecka, nie na stole, lecz 
na kolanie gęsiem piórem. Zarówno sułtan jak cesarz 
austryacki uznali jego zasługi na polu poezyi, zdobiąc 
piersi jego trzema orderami. Z całą prostotą zapytałem 
Ojca Martića, do jakiego autora najbardziej się zbliża 
w swoich utworach: na co również z prostotą mi od- 
powiedział, że go uważają za słowiańskiego Homera. 
Za mało znam język bośniacki, abym mógł stwierdzić 
słuszność tego porównania, w każdym razie przekona- 
łem się, że wysoko go cenią ludzie poważni, a jubi- 
leuszowe wydanie jego utworów w Sarajewie, mogłoby 
zaszczyt przynieść pierwszorzędnym poetom. Na poże- 
gnanie dał mi swój portret przed laty sporządzony sta- 
raniem hr. Stanisława Mieroszewskiego, i własnoręcznie 
podpisał. (Zob. rycinę na str. 223). 

Tak zakończyłem zwiedzenie Kreszewa. 

Nazajutrz rano odprowadzony przez Ojca Gwar- 
dyana aż do Kisielaku, pospieszyłem w inne strony. 



-S-«' 



ROZDZIAŁ XI. 



Sutiska. 

Curia Bani, Najstarszy klasztor 00. Minorytów. Jego przeszłość 
z czasów tureckich. Prześladowania. Emigracya chrześcian. Grób 
króla bośniackiego Stefana Tomasza Ostoicza - Christicza. Jego 
stosunek do Kościoła katolickiego. Królowa Katarzyna bośniacka. 
Grób biskupów bośniackich. Krzyż zniszczony przez Turków. 

W połowie drogi żelaznej między Trawnikiem 
a Sarajewem, znajduje się maleńka stacya Catici, zkąd 
mila drogi do najstarszego klasztoru 00. Minorytów 
Sutiski (Sutjeska, Suteska). Nikogo nie zawiadomiłem 
o mem przybyciu, więc i żadnego nie zastałem pojazdu. 
Już byłem zdecydowany zostawić me bagaże na stacyi, 
a z przewodnikiem udać się pieszo do klasztoru, gdy 
nadjechał jakiś Bośniak z waszecia ubrany, a dowie- 
dziawszy się o mnie od naczelnika stacyi, zaprezento- 
wał się po łacinie i w tymże języku zaprosił do swej 
bryczki, oświadczając, że i on zdąża do Sutiski. Z nie- 
małem zdziwieniem dowiedziałem się od mego opatrz- 
nościowego dobrodzieja, że wie kim jestem z dzienni- 



232 



BOŚNIA. 



ków bośniackich^ które ogłosiły swym czytelnikom 
o mej podróży po Bośni. 

W niespełna godzinę stanęliśmy przed murami 
klasztoru w maleńkiem miasteczku, położonem wśród 
wąwozu skalistych, dębiną zarosłych gór. Kiedyś była 
tu najdawniejsza rezydencya banów i królów bośnia- 
ckich, a im współcześni kronikarze nazywają Sutiskę 
już w XIV wieku Curia Bani. Trudno podać dokła- 
dną datę założenia klasztoru, rzecz pewna, że jest naj- 
starszym w Bośni, że więcej jak 500 lat synowie Św. 
Franciszka tutaj mieszkają. 

Po zajęciu Bośni przez Mehmeda II, klasztor wraz 
z zamkiem królewskim Bobować w r. 1464, Turcy za- 
mienili w gruzy. Miejscowi 00. Minoryci wyjednali 
jednak firman sułtański, nadający im pozwolenie na 
nową budowę klasztoru. Acz w małych rozmiarach, 
niebawem powstał z gruzów dom zakonny; Ojcowie 
ze spokojem mogli oddawać się pracy apostolskiej w Su- 
tisce i parafiach należących do tegoż konwentu. Zmie- 
niły się stosunki za Sulejmana II, gdy Bogomiłowie 
przeszli na islam (1521 — 1531) i pod przewodnictwem 
Hassana-Bega zrównali z ziemią klasztory i kościoły 
w Fojnicy, Kreśewie, Wisoko, Konjicy i Sutisce. Kro- 
nikarz współczesny dodaje, że kamień nie pozostał na 
kamieniu. Wskutek tej katastrofy, rozproszeni 00. Mi- 
noryci mieszkali w lasach i prywatnych domach kato- 
lików, w ukryciu odprawiali Mszę Św., pouczali wier- 
nych w religii i udzielali im św. Sakramenta. Po trzy- 
dziestu latach katakumbowej pracy, udało się Ojcom 
za cenę 900 dukatów wyjednać u urzędników tureckich 
pozwolenie na nową budowę klasztoru, jednak pod tym 
warunkiem: że nie użyją do niej ani kamienia, ani ce- 
gły palonej, lecz tylko drzewa i gliny, i nie będą ro- 



234 



BOŚNIA. 



bili żadnych trudności, gdy »okaże się potrzeba« po- 
nownego zburzenia klasztoru! 

Najgorsza katastrofa spotkała klasztor, jak i wszyst- 
kich katolików w Bośni, po klęsce Turków pod Wie- 
dniem r. 1683. Rozgoryczeni Muzułmanie poczęli sro- 
żej niż przedtem prześladować chrześcian i pomimo 
wielu klęsk elementarnych, takie nakładać podatki i ha- 
racze, że nie jedna rodzina wszystko musiała sprzedać, 
aby zadowolić Turków i życie ocalić. 

W podobnem położeniu znajdowali się 00. Suti- 
skiego konwentu. Nie tylko przybory kościelne i na- 
czynia musieli zastawić, ale nawet najkonieczniejsze 
sprzęty domowe, co więcej: wszystkie klucze, zamki, 
okucia, musieli powyrywać z okien i drzwi i za bezcen 
sprzedać. Lecz i to wszystko nic nie pomogło. Bez- 
ustanne napady i prześladowania, zmusiły Ojców do 
opuszczenia klasztoru, pozostawienia w nim tylko je- 
dnego stróża, aby czuwał na pustkowiu, i nie dozwolił 
zbrodniczej ręce zniszczyć go ogniem. Odtąd żyli oni 
przez lat 16 (1683 — 1699), t. j. jak długo trwała wojna, 
rosprószeni w jaskiniach, przebrani w świeckie suknie, 
pod nazwą ujaci (wujaszkowie), częścią ukryci w ma- 
łym klasztorku wśród niedostępnych skał powyżej Su- 
tiski, zkąd robili apostolskie wycieczki do okolicznych 
gmin katolickich. Niektórzy proboszczowie, nie mogąc 
dłużej znieść swego i swych parafian prześladowania, 
uciekali na drugi brzeg Sawy, na ziemię kroacką, pro- 
wadząc za sobą tysiące wyznawców. Tak uczynił ze 
swymi parafianami gwardyan Sutiski O. Jakób Tvrt- 
koYĆanin w roku 1686, tak ex-prowłncyał O. Andrzej 
Sipraćić wyprowadzając w miejsce bezpieczne 2700 swych 
parafian z Duboćy, O. Michał z Derwentu 2300 dusz,^ 
O. Grzegorz Zgośćanda z Seoćanicy 5400, O. Turbić 



SUTISKA. 



235 



Z Kuzdomanja 5300, podobnie uczyniło wielu innych 
proboszczów *). 

Około r. 1698, rozprószeni 00. Minoryci za ze- 
zwoleniem bośniackiego Paszy, poczęli znowu się zbierać. 
Część przybyła z jaskiń i lasów do klasztoru, inni wy- 
ruszyli w drogę za jałmużną, za którą wykupili na- 
czynia kościelne, i odrestaurowali kościółek i klasztor. 

Załączona rycina na str. 237 przedstawia go ta- 
kim, jakim go zastałem podczas odwiedzin; niebawem 
miał stanąć trwalszy kościół i klasztor. Dzisiejszy jest 
bez stylu, bardzo opustoszony, lecz zawiera w sobie 
dużo cennych pamiątek. We wielkim ołtarzu znajduje 
się statua Św. Jana Chrzciciela, tytularnego patrona. 
O. Gwardyan miał zamiar ją spalić, bo stara! Na usilne 
moje prośby obiecał ją zachować. Pod ruinami dawnego 
kościoła, znaleziono szkielet przedostatniego bośniackiego 
króla Stefana Tomasza z żelaznem berłem i kilku srebr- 
nemi guzikami. Ojcowie złożyli wszystko razem do ka- 
miennego sarkofagu, po stronie Ewangelii nowego ko- 
ścioła, i nad nim następujący napis umieścili: 

URNA GONTINENS OSSA 

STEPHANI THOMAE REGIS BOSNAE (t 1460) EX ANTIQ.UA 

EGGLIA TRANSLATA A. D. 1859 GURA GUSTODIS 

ANTIQUITATUM PATRIAE. P. M. N. 

Również cennym i rzadkim zabytkiem jest por- 
tret tego króla malowany olejnemi farbami na płótnie 
(zob. rycinę na str. 237) i kopia ołówkiem wykonana 
portretu jego żony Katarzyny, której oryginał znajduje się 
w Diakowarze. Stefan Tomasz Ostojić z rodu Christić- 
Jabłonowiczów, jeszcze nie był ochrzczonym, gdy go 
po śmierci Tvrtka II na tron powołano. Było podej- 

') Z kroniki rękopisemnej O. Fr. Bono Benic zachowanej 
w klasztornem archiwum Sutiski str. 82. 



236 



BOŚNIA. 



rżenie, że należy do sekty bogomilskiej, lecz później 
i słowem i czynem okazał, jak nienawidził tych tiere- 
tyków, A najpierw legata papieskiego Tomasza (Eppum 
Pharensem) uroczyście przyjął i wspierał go we wszyst- 
kich sprawach zmierzających do dobra Kościoła katoli- 
ckiego, za co od papieża Eugeniusza IV tytuł i odznaki 
królewskie otrzymał; na prośby legata dał się ochrzcić 
w rycie łacińskim przez Jana Carvajala znakomitego 
prałata roty rzymskiej; na sejmie w Konjicy r. 1446, 
odbytym pod przewodnictwem tego samego legata To- 
masza, między innemi bardzo budującemi rozporządze- 
niami, zakazał Bogomiłom stawiać nowe bożnice a stare 
restaurować; wkońcu r. 1459, dla zabezpieczenia swego 
królestwa od tej heretyckiej zgnilizny, rozkazał Bogo- 
miłom albo się nawrócić, albo Bośnię opuścić. Wów- 
czas około 2000 heretyków przyjęło katolicyzm, lecz 
większość: podobno 40.000 przeniosło się do Herce- 
gowiny, gdzie Stefan Yukcić z domu Kosaća książę 
Św. Saby, pan na Humie etc. stronnik paterenów, 
przyjął ich do swego księstwa. 

Jak energicznie i nieustraszenie występował król 
Stefan Ostoić przeciw Bogomiłom, całe jego życie okazało 
i bezustanne starania podjęte u Stolicy Św., wreszcie 
fakt, że trzech potężnych książąt, którzy nie chcieli ani 
z Bośni ustąpić, ani się nawrócić, kazał okuć w kaj- 
dany i zawieźć do Rzymu Papieżowi. Był nim wów- 
czas Pius II. Heretyków przyjął on łaskawie, oddał 
w opiekę uczonym i roztropnym mężom, którzy łago- 
dnością zdołali zbłąkanych nawrócić i pozyskać dla 
Kościoła Św. Wszyscy trzej magnaci bośniaccy po- 
wrócili do kraju; dwu z nich wytrwało i dali dowody 
stałości we wierze; trzeci apostatował i schronił się 
do. Hercegowiny. 




Porirel króla bośniackiego Stefana Tomasza Osiojića 
Christie - Jabtonowicza. (Zob. str. 335). 



238 



BOŚNIA. 



Wobec takich dowodów gorliwości o dobro Ko- 
ścioła i swoich poddanych, co najmniej dziwić może 
postępowanie króla Węgier Macieja Korwina wobec 
króla Bośni. Oto, gdy ten zawarł tajny układ z Mu- 
hamedem II i odstąpił mu jedno z miast w Bośni (po- 
łudniowo-wschodniej), aby nieco ułagodzić groźnego 
sąsiada i zabezpieczyć swoje królestwo przed jego na- 
padem, król Węgier kazał go zabić jako zdrajcę Chrze- 
ściaństwa. Wdowa po królu Stefanie, Katarzyna, wy- 
jechała do Rzymu, gdzie żyła kosztem Stolicy świętej 
z wszystkimi honorami królewskiej godności, tamże 
umarła i pochowaną została, jakeśmy wyżej powie- 
dzieli, we Franciszkańskim kościele na Ara Coeli. Na- 
grobek po dziśdzień zachowany zdobi napis: 

CATHARINAE REGINAE BOSNENSI 

STEPHANI DUCIS S. SABBAE 

EX GENERE HELEN AE ET DOMO CAESARIS STEPHANI 

NATAE THOMAE REGIS BOSNIAE UXORI 

QUAE VIXIT ANNOS LIV 

ET OBIIT ROMAE ANNO MCCCCLXXIV 

XXV DIE OCTOBRIS MONUMENTUM 

IPSIUS SUMPTIBUS. POSITUM. 

Umarła bez potomstwa. Jej pasierb Stefan To- 
maszewicz, którego grób widzieliśmy w Jajcach, jak 
mówiliśmy, zginął ścięty przez Turków. 

We wschodniej części kościoła, obok ołtarza ŚŚ. 
Apostołów, spoczywają zwłoki dwu bośniackich bisku- 
pów Hieronima Lućića i Grzegorza Ilijića, z napisem: 

D. O. M. 

SISTE GRADUM YIATOR 

DUO IN UNO CERNE TUMULO 

Oyi PATRIA RELIGIONE MUNERE 

DIGNITATE SEPULCHROQUE CONJUNGTI 

UTINAM ETIAM IN COELO SIMUL 

SEMPER VIVANT! 



^^ 



SUTISKA. 

DEI QUAESO 

SIT PAX ET REdUIES SEMPITERNA 

ILLMIS AC RRMIS DD. DD. FF. ORD. MIN. OBSER. 

HIERONYMO A YARESS DRIYASTENSI 

ET 
GREGORIO A YARESS RUSPENSI 



239 



EISCOPIS ET YIGARIIS APLICIS 
IN BOŚNIA OTHOMANA: OBłlT ILLE DIE XX JANUARII 

MDCXLIII 

HIC YERO DIE I. MARTIl MDCGXIII 

YALE YIATOR ET SIG AGE UT IN AETERNUM ET IPSE 

YIYAS. YIYENTE ET JUBENTE IPSO PONTIFIGE GREGORIO 

HAEC PETRA INCISA EST A. 1799. 

W archiwum zakonnem pokazywali mi Ojcowie 
pocięty szablą krzyż z następującym napisem bośnia- 
ckim, skreślonym cyrylicą: Ovi krit bio je na varhu 
carkve prikovan za śljeme nad t^elikim otarom, pak 
boduć ga Sejmeni sbacili i satarli, iićini se oni dan 
suko straśna bura,,, od vitrova, grada i kiśe, da su se 
u Saraepu oborile od q mecita munare iliti vikaonice.,„ 
(Ten krzyż był na wierzchołku kościoła przykuty na 
szczycie po nad ołtarzem, gdy go przeciwnicy (t. j. 
Turcy) zrzucili i posiekali, powstała w tym dniu zaraz 
tak straszna burza... z wiatrem, gradem i deszczem, 
że w Sarajewie obaliła przy 9 meczetach minarety....). 
Szkoda, że nie napisano ani dnia ani roku tego zda- 
rzenia. 

Z dawnych dokumentów pozostał tylko list Ma- 
cieja Korwina pisany z Zagrzebia do 00. Franciszka- 
nów i kilka firmanów turekich, zresztą tylko kroniki 
zakonne. W razie napadu Turków, Ojcowie chowali 
swe skarby rękopisemne w skrytkę umieszczoną pod 
kadzią z winem. Ponieważ Muzułmanie wina nie piją, 
więc kadź zostawiali nietkniętą, nie domyślając się co 



240 



BOŚNIA. 



zawiera. W przeciwnym razie zniszczyliby, swoim zwy- 
czajem, jak wszystko inne, co nie było koranem, dając 
na pastwę płomieniom. 

W klasztorze nie wielu zastałem zakonników. 
Wskutek rozpoczętych robót około nowego budynku, 
dla braku miejsca, Ojcowie wysłali teologów do Diako- 
waru i Pięciu-Kościołów, nie miałem więc sposobności 
obeznać się z ich sposobem uczenia teologii. 

Gdy wracałem z Sutiski do Gatici, po drodze do- 
strzegłem kilka grobów bogomilskich, tem się różnią- 
cych od im podobnych w okolicy Kreszewa i w in- 
nych stronach, że były ozdobione płaskorzeźbą. Bę- 
dziemy mieli jeszcze sposobność spotkać się z tymi 
grobami w Hercegowinie, dokąd z kolei wypada nam 
wstąpić. 



•♦*<• 



fw RP^P »j«<» »sX^ »sX<* *sj/' %L« ■J/' "^L* *^X* fi J *>!/• »sl/* nL" "sl/* nI/* "sl/* nI/* *sl<* 




^j^c^> •('TN. «/I\. ^ •'p^ •rv« •'TS. •TS. v^ Q p •!>>• ./TN. .('jS. •JN. «/Ts. t/T^ «>TV« •IN. ^^OO^^P^ 



ROZDZIAŁ XII. 



Hercegowina. — Mostar. 

Odrębny charakter okolicy. Konjica. Piękne widoki. Przeszłość 
Hercegowiny. Ali beg Ri2vanbegovicz. Omer Pasza. Prowincya 
OO. Minorytów hcrcegowińskich. Przechadzka po Mostarze. Z prze- 
szłości serbskiej cerkwi. Mnich Sawa. Wizyta u serbskiego me- 
tropolity. Odyssea. Przemysł krajowy Pierwsza drukarnia. »Glas 

Hercegowca.M 

Większa niż przypuszczałem zachodzi różnica mię- 
dzy Bośnią a Hercegowiną. Zaledwie wyjechałem z sa- 
rajewskiej równiny, pasma gór zaczęły się ścieśniać, pię- 
trzyć, przybierając fantastyczne kształty ruin zamkowych, 
kolosów ludzkich, pieczar zaklętych. Bogate bośniackie 
lasy zaczęły znikać, stawały przed nami skały wapienne 
bielejące w dali zimą i latem śniegiem, niekiedy lodem. 
A jednak pomimo tego atmosfera łagodniejsza, powie- 
trze cieplejsze, roślinność bardziej do południowej strefy 
zbliżona. I lud tutejszy bardzo się różni od bośniac- 
kiego, przypominając raczej jak i cała okolica, połu- 
dniową Dalmacyę i Czarnogórę. 



Bośnia i Hercegowina. 



i6 



242 



HEEGEGOWINA. 



Jedziemy wąwozem^ szlakiem dawnych tutejszych 
zdobywców — Rzymian, którzy idąc dalej na wschód 
do Panonii, dzisiejszego Siedmiogrodu i Rumunii, rów- 
nież w Hercegowinie zostawili ślady swego pobytu. 
Od niedawna zbudowana kolej ze Sarajewa do Mostaru, 
i dalej do Metkowić aż na wybrzeża Adryatyku, gdzie 
nurty Neretwy wpadają do morza, ułatwia komunikacyę 
Zachodu z europejskim Wschodem. Ożywia ona rów- 
nież handel, wymianę produktów, torując szersze ko- 
ryto cywilizacyi, która już i przedtem wciskała się przez 
bliskie stosunki z dalmatyńskiemi miastami, zwłaszcza 
z potężną ongi Raguzą. 

Już parę mil za Sarajewem w kierunku Mostaru, 
wskutek wysokiego terenu, kolej się wspina zębatemi 
szynami na górskie szczyty, lub je przebija misternymi 
tunelami, zanim dojdzie na bośniacko -hercegowińską 
granicę Ivan pianina, W miarę, jak się zapuszczamy 
w głąb Hercegowiny, góry się piętrzą nad nami, prze- 
chodząc 6000 stóp nad powierzchnię morza. Co krok, 
to nowy widok otwiera sią przed nami, kolej wije się 
serpentyną wśród wąwozów, przeskakuje z góry na 
górę mostami, arcydziełami inżynierskiej sztuki, lub 
kolosalnych rozmiarów nasypami, to się spuszcza w ko- 
tlinę po zębatych szynach, to znowu podnosi, to jak 
kret w podziemia zanurza i znowu na światło dzienne 
wychodzi. Jedziemy czasem samym brzegiem przepaści 
przy prostopadłej skale, jakby gzymsem jakiej olbrzy- 
miej budowy, mając u stóp odchłań, nad sobą bryły 
kamienne, wołające na nas: memento mori. Na prze- 
mian opanowuje duszę to groza położenia, to uczucie 
radości na widok prześlicznej przyrody: świeżej zieleni 
o najrozmaitszych odcieniach, bogactwa kwiatów, źró- 
deł i strumyków bijących ze skały krystaliczną wodą. 



\ 



244 



HERCEGOWINA. 



Z której promienie słońca wydobywają wszystkie barwy 
tęczy, lub połysk płynącego srebra. 

Stajemy w miasteczku Konjica, położonem na 
obydwu stronach Narenty, czyli jak ją nazywają Sło- 
wianie Neretwy. Rzeka ta wypływa w południowo- 
zachodniej części Hercegowiny u podnóża góry Ćemerno, 
snuje się ku północnemu wschodowi w ciasnem korycie 
aż do Konjicy, zkąd nagle zwraca się ku zachodowi, 
aby później znowu płynąć stroną południową aż do 
Mostaruy następnie w kierunku południowo-zachodnim 
pod miastem Metkowić, i już na dalmatyńskiej granicy 
wpaść do Adryatyku. Jako dziki strumień górski aż 
do Konjicy, zacząwszy od tego miasta jest już Neretwa 
spławną rzeką, a tak niebezpieczną dla wirów, iż na- 
wet najpotężniejsze drzewne pniaki porywa i wciąga 
w skaliste zagłębienia, ukryte poniżej swego łożyska. 
Człowiek lub zwierze porwane takim wirem — jest zgu- 
bione. Piękny murowany most, rzucony na Neretwie, 
łączy dwie dzielnice Konjicy. Mówią, że jest pocho- 
dzenia rzymskiego, inni twierdzą, że zbudowany przez 
królów bośniackich; tradycye muzułmańskie podają jako 
jego twórcę Ahmeda Sokolović'a, znakomitego wielkiego 
wezyra narodowości bośniackiej. (Zob. ryc. na str. 236). 

W każdym razie Konjica jest miejscowością hi- 
storyczną. Tędy prowadziła droga rzymska z Dalmacyi 
do wschodnich prowincyi. W r. 1446, król Stefan To- 
masz Ostoić przewodniczył sławnemu sejmowi, na któ- 
rym urzędownie herezya bogomilska została w Bośni 
zakazaną. Jeszcze pierwej miasto było sławnem z wiel- 
kiego Franciszkańskiego klasztoru, zburzonego przez 
Turków w r. 1543. Dziś jest małą mieściną, liczącą 
niespełna 2000 mieszkańców, przeważnie muzułmanów, 
między którymi ledwie 200 katolików. Dziwnym zbie- 




MOSTAR. 245 

giem okoliczności, właśnie tu, gdzie wydano wyrok ba- 
nicyjny na 40.000 Bogomiłów, zachowały się resztki 
Tej sekty aż po nasze czasy w rodzinie Heieł z wioski 
DobuiSani, która dopiero niedawno przyjęła islam. Rzecz 



dziwniejsza, że podczas gdy w innych stronacti mu- 
zułmanizm odrazu przerabiał wstępujących w jego sze- 
regi Bogomiłów, tu prozelici zachowali swe dawne 
zwyczaje, a ich niewiasty dotychczas nie noszą zasłony 
na twarzy. 



246 



EEBCEGOWINA. 



W pobliżu Konjicy znajdują się kopalnie rudy że- 
laznej i węgla, ba nawet srebro i złoto ma się znajdo- 
wać w sąsiedzkim Zlatane, jak zresztą sama nazwa 
miejscowości nam to wskazuje. Niestety, jeszcze wszystko 
mało eksploatowane, nosi piętno muzułmańskie na sobie, 
jak i cztery kościoły zamienione w meczety. Tylko ma- 
lownicze góry nic nie straciły z dawnego uroku, złość 
ludzka nie starła z nich piękna natury: jak za dawnych 
czasów, tak dzisiaj zdobią swym wieńcem Konjicę. 

W dalszym ciągu drogi, nie mniej piękne i uroz- 
maicone dostrzegam okolice górzyste. Szmaragdowe 
wody Neretwy pięknie odbijają od jej popielatego ko- 
ryta i tejże barwy skał ścieśniających się nieraz tak 
bardzo, że w razie deszczu, w ciągu 24 godzin wody 
jej wzniosą się 15 metrów po nad zwykły stan. 

Rzadkiej piękności jest pasaż koło Jablanicy (zob. 
rycinę na str. 247), gdy droga żelazna zatacza pół- 
kola na małej przestrzeni, tak, że dwa końce pociągu 
biegną w wprost przeciwnym do siebie kierunku, prze- 
skakując mostkami z jednej na drugą stronę Neretwy. 
Nie mniej piękne, chociaż w innym guście, tunel i wia- 
dukty koło Glogosnicy (zob. rycinę na str. 219) i za- 
raz po nich obfite źródło Komadina, spadające z wielką 
siłą wprost ze skały prawie pod koła pociągu. Lecz 
któż jest w stanie dokładnie opisać a choćby odmalo- 
wać naturę w całej jej piękności? Najdelikatniejszy pę- 
dzel nie odda ani szmeru źródeł bijących ze skały, 
ani ruchu ptactwa szybującego w przestworzu, światła 
drgającego za lada powiewem, ani tęczy budzącej się 
do życia, gdy promień słońca padnie w wilgotne pa- 
rowy, lub olśni swym blaskiem w puch rozprószone 
krople spadającego strumyka! Niech więc fantazya czy- 
telnika uzupełni, czego słowa nie umieją powiedzieć. 




248 HERCEGOWINA. 

Nie mniej od samej natury, jest interesującą prze- 
szłość tego kraju. 

Zamierzchłe dzieje Hercegowiny jednoczą się z hi- 
storyą Bośni. Kiedyś w okolicach Neretwy istniało 
sławne miasto Narona, którego mieszkańcy postrach 
rzucali na liczne rzymskie i greckie kolonie rozsiane 
po wyspach Adryatyku. Jak Wikingowie na północy, 
tak Neretwianie na południu Europy trudnili się łu- 
piestwem, to był ich »sport« — środek utrzymania. 
Zresztą, podobnie jak w Bośni tak i w Hercegowinie 
nie istniało jednolite państwo w czasach, gdy Słowia- 
nie w te strony przybyli i utworzyli żupy, jakby nie- 
zależne od siebie okręgi, o własnym samorządzie. 
W X stuleciu, kraj, dziś Hercegowiną zwany, dzielił 
się na 9 takich żup, których naczelnicy ze sobą nie- 
jednokrotnie walki toczyli, dochodząc do hegemonii 
nad sąsiadami. Już wówczas panowie na Humie z głó- 
wną rezydencyą w Błagaj doszli do potęgi, a ich księ- 
stwo zwało się w pomnikach łacińskich: Chulm, Cheł- 
ma, Zachumia, Kelmona; w słowiańskich: ziemią Hum- 
ską, Zachumską. Księstwo powiększało swe granice ze 
wszystkich stron, lecz nie zawsze było niezależnem. 
Z biegiem czasu pozostawało w lennictwie królów kro- 
ackich, serbskich, banów bośniackich, królów węgier- 
skich i bizantyńskich cesarzy. 

Pierwszym władzcą ziemi humskiej był Michał 
Vi§ević, syn pana na starożytnym zamku w Blagaju, 
który swój rodowód wyprowadzał od pogańskich Sło- 
wian z nad Wisły. Ów Michał (r. 912 — 926) prawdo- 
podobnie był lennikiem króla kroackiego Tomisława, 
i utrzymywnł ścisłe stosunki ze Stolicą św. Pod wzglę- 
dem kościelnym, mieszkańcy dzisiejszej Hercegowiny 
zależeli od biskupa ze Stagno w Dalmacyi, które ró- 



wnteż należało do państewka księcia Michała. Książę 
posiadał potężną flotę, którą zdobył niektóre południo- 
we nadbrzeżne włoskie miasteczka, a granice swego 



księstwa rozszerzył aż po bramy Raguzy. Po Michale 
Viśevi6'u kraj humski staje się jabłkiem niezgody, wy- 
dzieranem sobie wzajemnie przez potężniejszych sąsia- 
dów, i raz do jednego, raz do drugiego państwa należy. 



250 



HERCEGOWINA. 



Wśród walk o tron możno^ładców bośniackich 
w wieku KIYy znowu dostali się na widownię herce- 
gowińscy magnaci Sandalji Hranić i Paweł Radinoyić. 
Z pomocą Turków pierwszy z nich stał się niezależnym 
panem humskiej ziemi. A chociaż przy końcu swego 
życia uznał nad sobą zwierzchnictwo królów bośniac- 
kich, jego następca i krewniak Stefan Yukćić (r. 1435) 
znowu stał się niezależnym księciem. Gorliwy stron- 
nik Bogomiłów, szeroko otworzył bramy swego pań- 
stwa tym heretykom wygnanym z Bośni po sejmie 
konjickim (r. 1446). Później nieco został katolikiem 
(r. 1449) i otrzymał od papieża tytuł księcia Św. Sabby 
(Herzog di St. Saya), ztąd kraj jego odtąd począł się 
nazywać Hercegowiną. 

Morderstwo popełnione na własnej żonie Helenie, 
aby się ożenić z Cecylią z Florencyi, stało się przy- 
czyną powstania w jego własnem księstwie. Za śmierć 
matki wystąpili właśni jego synowie Władysław i Vlad- 
ko, łącząc się przeciw ojcu z królem Bośni i Raguzą. 
Wprawdzie i tym razem książę Stefan z pomocą Tur- 
ków utrzymał się na swem księstwie, lecz za to muzuł- 
manie silną zajęli pozycyę w Hercegowinie, ustanowili 
Sandżak bega w Foczy i kadiego (sędziego) w Castel- 
nuovo, mieście założonem na wybrzeżu adryatyckiem 
przez księcia. Szybkim krokiem Turcy posuwali się 
naprzód w Bośni, zajmowali miasta i twierdze, wresz- 
cie ścięli ostatniego z królów. Stefan Yukćić za późno 
poznał niebezpieczeństwo grożące swemu księstwu. 
Chociaż odparł wojska Mohameda II, wkraczające do 
Hercegowiny, lecz nie zdołał zabezpieczyć dzieciom 
książęcego tronu. W 17 lat po śmierci Stefana, jego 
synowie uledz musieli przemocy tureckiej. 



V 



rządzenie kolei zębatef przed przekryciem w pobliiu stacyi 
(Zob. str. 541). 



252 



HERCEGOWINA. 



W r. 1483, Hercegowina otrzymała osobnego za- 
rządcę tureckiego (beglerbega). Największa część wła- 
ścicieli ziemskich, Bogomiłów, przyjęła islam, innych 
dobra przeszły do tureckiego skarbu. 

Turcy starali się podbitą ludność ze sobą jak 
najściślej zjednoczyć. Z możnymi jako Bogomiłami, 
udało się łatwo, także niewiele mozołu doznawali z wy- 
znawcami wschodniego Kościoła. Trudniejsza była rzecz 
z klasą biedniejszą, lecz silniejszej wiary. Tych starano 
się nagrodami, lub gwałtem do islamu przyciągnąć. 
Zdolnym do służby wojskowej zarówno Bośniakom jak 
Hercegowińcom, stały otwarte wysokie stanowiska, by- 
leby tylko islam chcieli przyjąć. To też niezliczone 
zastępy południowych Słowian wstępowały w służbę 
sułtana i dochodziły do takich godności, jakich nigdyby 
nie zdobyły w ojczyźnie. Wielu z nich było wielkimi 
wezyrami, ministrami, generałami w Turcyi: jedna ro- 
dzina Cengić'ów, dziś jeszcze można w Hercegowinie, 
liczy w swem drzewie genealogicznem 50 paszów. Lu- 
dność katolicka, dzięki OO. Franciszkanom i współczu- 
ciu czynnemu Dalmatyńców, Rzeczypospolitej Wenec- 
kiej, opierała się silnie apostazyi, i wyczekiwała chwili 
oswobodzenia z pod jarzma muzułmanów. 

Po wyprawie wiedeńskiej, podobnie jak w Bośni, 
tak i tutaj zniszczono klasztory Franciszkańskie, a lu- 
dność chrześciańska sroższego doznała prześladowania. 
Stosunki tak były naprężone, że jedna iskra zdolna 
była wzniecić powstanie. Gdy w r. 1736 cesarz Ka- 
rol VI wypowiedział wojnę Wysokiej Porcie, ludność 
chrześciańska przez patryarchę z Ipeku Arseniusza Joan- 
nowicza wysłała posły do Wiednia z oświadczeniem, 
iż jest gotową postawić 30.000 żołnierza przeciw Tur- 
kom, byleby rząd cesarski wziął ich w swą opiekę. 



Niestely, wówczas nie umiano skorzystać w Wiedniu 
ze szczęśliwej sposobności zajęcia proszącej się o to 
Hercegowiny. 



Tymczasem potęga Turcyi zaczęta słabnąć. Mah- 
mud 11 (1808 — 1839) starał się nową nadać organi- 
zacyę swemu państwu; zniósł janczarów, złamał po- 
tęgę możnowładców i szlachty w Małej Azyi; dawał 
do zrozumienia, że to samo zrobi w Bośni i Hercego- 



iii 



254 



HERCEGOWINA. 



winie. Wówczas szlachta tych krajów pod przewodni- 
ctwem dzielnego Husein Aga Berbćrli powstała (183 1) 
przeciw Turcyi i zwycięsko stanęła pod Konstantyno- 
polem. Tylko Ali beg Rizvanbegovićy dziedziczny na- 
czelnik Stolacza i Smail aga Ćengić mieli odwagę stanąć 
po stronie Turcyi, a zarazem wystawić na kartę całe 
swe stanowisko, byleby dopomódz do reform sułtanowi. 
Po długich krwawych walkach, stłumiono powstanie. 
W nagrodę za pomoc został Alibeg Rizvanbegović Pa- 
szą Hercegowiny, niezależnym od bośniackiego wezyra. 
Sprytny mąż stanu, mając za sobą plecy w Konstan- 
tynopolu, umiał wyrobić sobie w Hercegowinie prawie 
niezależne stanowisko, wprowadzić w krótkim czasie 
konieczne reformy, i tak kraj podnieść materyalnie, że 
pomimo nieodzowaych przytem wielkich wydatkach, 
ludność lepiej się miała niż za dawnych czasów. 

Ażeby hercegowińskich katolików uczynić zupeł- 
nie niezależnymi, a tem samem pozyskać ich sobie, sta- 
rał się on gorliwie o utworzenie biskupstwa w Mostarze. 
Pierwszego biskupa na tej stolicy O. Rafała Bariśica 
wspierał w każdym kierunku. Od tego czasu wzrost 
Kościoła w tym kraju był bardzo wielki. Lecz zara- 
zem wzrastała potęga i wpływ paszy Rizvanbegovića. 
Pomimo zamieszek w Bośni, umiał w Hercegowinie 
utrzymać na wodzy najburzliwsze charaktery, częścią 
złotem, częścią przemocą i pozostać na swem wszech- 
władnem stanowisku pod nominalną władzą sułtana. 
Tak trwało do roku 1848. Wówczas, wśród ogólnego 
zamieszania w Europie, ferment wyswobodzenia się 
z niewoli tureckiej opanował również umysły w Bośni 
i Hercegowinie. 

Powstanie begów wspierał tajemnie Rizvanbegović, 
może w nadziei, że sam się stanie na wzór Czarnogóry 




MOSTAR. 



255 



udzielnym księciem Hercegowiny. Lecz zdrada wyszła 
na jaw. Z ramienia Wysokiej Porty na uśmierzenie 
powstania przybył do Bośni i Hercegowiny w r. 1850 
dzielny, lecz okrutny renegat Michał Lattas, uciekinier 
z wojsk austryackichy który w służbie tureckiej zasłynął 
pod imieniem Omera Paszy. Ścinanie głów begom 
i agom było u niego na porządku dziennym. W środ- 
kach nie przebierał, byle stłumić powstanie. W sposób 
skrytobójczy zginął też i Ali Pasza Rizvanbegović. Do- 
bra jego rodziny rząd turecki skonfiskował, i dopiero 
rząd okupacyjny zwrócił takowe w r. 1878*). 

Śmierć Ali Paszy zadała cios marzeniom o nie- 
podległości Hercegowiny. Zgasła jedna z gwiazd na 
horyzoncie politycznym, która jasno i śmiało dążyła 
do utrwalenia dawnych rządów księstwa hercegowiń- 
skiego. Pomimo tego nie zgasła idea wyzwolenia się 
z pod jarzma tureckiego. Zarówno muzułmańscy be- 
gowie jak chrześcianie nie mogli znosić dłużej nad 
sobą panowania sułtana. Hercegowiniec Łukasz Wu- 
kalowicz pierwszy w r. 1860 podniósł chorągiew po- 
wstańczą. Czarnogórcy jak dawniej tak i teraz szli 
z pomocą swym sąsiedzkim pobratymcom. 

Omer Pasza zjawia się raz jeszcze w Hercegowinie 
i uśmierza umysły. Lecz ogień tli pod zgliszczami. 
W r. 1875 nowe wybuchło powstanie z pomocą Czar- 
nogóry, które trwało z przestankami aż do czasu, kiedy 
na kongresie berlińskim postanowiono przez austryacką 
okupacyę koniec położyć rozlewowi krwi i bezustan- 
nym rozruchom. 

Ileż w historyi tego państewka zawiera się ma- 
teryału do epicznej poezyi i historycznych powieści! 

') Cf. Mostar und sein Culturkreis. Ein St&dtebild aus der 
HerzegOYina von Carl Peez. Leipzig, 1891, s. 189 — 216. 



258 



HERCEGOWINA. 



kich: dziś jest ich przeszło 6oO| w całej zaś dyecezyi 
w ciągu ostatnich lat 40^ ludność katolicka wzrosła 
z 27.789 dusz do 80.560. Hercegowińscy Ojcowie je- 
szcze wyższe piętno cywilizacyjne noszą na sobie, niż ich 
bracia zakonni w Bośni. Bezustanne stosunki z Dalmacyą 
i Włochami, dawniej z potężną Rzpospolitą Wenecką, nie 
pozostało bez skutku w całym narodzie, a więc i du- 
chowieństwie, które zeń pochodzi. Obok wykształcenia 
jest w nich coś rycerskiego, co połączone z pokorą za- 
konną, nader miłe robi wrażenie. X. Biskup Paschalis 
Bućonjić z zakonu OO. Minorytów, najczęściej prze- 
bywa w małej rezydencyi za Mostarem, położonej o Y^ 
godziny drogi, gdzie jego poprzednik wybudował ko- 
ściółek i szkółkę dla dziatwy katolickiej. Do Mostaru 
tylko dla załatwienia interesów przybywa, chociaż 
w konwencie ma dla siebie przeznaczone pokoje, słu- 
żące zarazem na przyjęcie gości. 

Przy klasztorze znajduje się obszerny ogród wa- 
rzywny, a przezeń płynie rzeka obfitująca w doskonałe 
gatunki ryb. Jest to jakby szpicblerz, z którego na 
zawołanie można wyciągnąć tyle sztuk, ile do stołu 
potrzeba. Ojcowie opowiadali mi, że wśród kilku ga- 
tunków ryb, zupełnie nieznanych w innych stronach, 
są tu tak zwane maślice. Rodzą się gdzieś w pod- 
ziemnych jeziorach i jako małe rybki wypływają otwo- 
rami skalnymi w pewnych peryodach razem z obfitszą 
wodą. Po jakimś czasie, gdy woda się ulotni lub od- 
płynie a rybki urosną i stłuścieją, nie mogą przecisnąć 
się przez szpary z których wypłynęły. Wówczas lud 
je łapie, olej z nich wyciska, gdyż mają w sobie bar- 
dzo dużo tłuszczu, i przechowuje go do omasty jakby 
oliwę. 




MOSTAR. 



259 



Nazajutrz po przybyciu odprawiłem Mszę św. 
w parafialnym a zarazem katedralnym kościele. Cho- 
ciaż dzień był powszedni, dziatwa szkolna uczestni- 
czyła w Najśw. Ofierze, po której O. Minoryta zwró- 
cony twarzą do ludu od ołtarza, wspólnie z dziećmi 
odmawiał poranne modlitwy. Po nabożeństwie z je- 
dnym z kapłanów oglądaliśmy osobliwości miastowe, 
z których najsławniejszy jest most nad Neretwą zwany 
»mostem rzymskim « o bardzo szerokiem łukowem na- 
pięciu z basztami po obydwu stronach. Najprawdo- 
podobniej piękny ten most został zbudowany już za 
czasów tureckich w XVI w., lecz przez dalmatyńskich 
lub włoskich budowniczych. Cały charakter miasta wo- 
jownicze robi wrażenie. Wśród wąwozu wysokich gór 
domy się wznoszą po obydwu stronach Neretwy wy- 
soko pod skały, nad któremi znowu dominują waro- 
wnie, zwłaszcza główna cytadela strzegąca wejścia do 
Hercegowiny przed przybyszami z Zachodu. Dziś już 
nie ma ona wielkiego znaczenia; lecz przed niedawnymi 
czasy, należała do najbardziej obronnych posterunków 
tureckich. Wszystkie budowle w mieście noszą na sobie 
cechę bardziej południową. Są one najczęściej z cio- 
sowego kamienia, niektóre dachy płaskie; obok mieszkań 
ogródki najpiękniejszych gatunków róż, migdałów, gra- 
natów i innych drzew i krzewów południowej strefy. 
Szczególniejsze wrażenie robią wysokie smukłe cyprysy 
obok minaretów, nadając Mostarowi wygląd zupełnie 
odrębny, nienapotykany w Bośni. 

Poniżej cytadeli na wysokiem wzgórzu, pięknie się 
przedstawia serbska metropolitalna cerkiew, zbudowana 
w bieżącem stuleciu w znacznej części funduszami przy- 
byłymi z Rosyi. Jak w innych większych miastach, tak 
i 13.000 ludność Mostaru dzieli się co do wyznania 

17* 



26o HERCEGOWINA. 

prawie w równej części na katolicką^ serbską i muzuł- 
mańską, z małą garstką Żydów hiszpańskich, protestan- 
tów, kalwinów etc. 

Dawniejszymi czasy Serbów, t, j. wschodniego 
wyznania było najwięcej w Hercegowinie, lecz później 
cyfra ich zmniejszyła się, gdyż przechodzili gromadnie 
do Bogomiłów, a za czasów tureckich razem z tymi he- 
retykami wielu przyjęło islam, lub emigrowało z kraju/ 

Do największego wzrostu doszła serbska cerkiew 
w XIII wieku, za czasów mnicha Sawy, którego cześć 
we wschodnim Kościele jest wielka, a nawet cała Her- 
cegowina od niego nazwaną została ^Księstwem Św. 
Sawy.tt Opowiadają w jego żywocie, że był synem 
serbskiego króla Nemanji (r. 1170). W dziedzictwie 
po ojcu otrzyipał ziemię humską (dzisiejszą Hercego- 
winę), lecz z niej zrezygnował i wstąpił do zakonu 
serbskich Bazylianów (Kalogerów) na górze Athos. 
Ztamtąd powrócił do Serbii aby » reformować** stosunki 
kościelne. Dotychczas prawie nie było różnicy między 
katolikami a ortodoxami. Sawa dołożył starań, aby 
zupełnie oddzielić Kościół wschodni od katolickiego, 
ustanawiał biskupstwa (n. p. w Mostarze) i klasztory, 
jak: w Mileśevie, gdzie go pochowano, w Plewlje, 
Ko§irevie i wielu innych miejsach. Sinan Pasza kazał 
ciało »Św. Sawyu spalić, ponieważ cześć jego wśród 
ludu zdawała mu się groźną dla muzułmanów. 

Metropolici mostarscy, najczęściej narodowości gre- 
ckiej, ulegają patryarsze konstantynopolitańskiemu, a za- 
rządzają całą Hercegowiną i częścią Paszałyku Nowego 
Bazaru. Wskutek stosunków i zależności głowy Ko- 
ścioła wschodniego od stolicy sułtana, Serbowie mniej 
byli od katolików prześladowani. Na dzisiejszej metro- 
politalnej stolicy w Mostarze, zasiada Serafim Perović, 




262 HERCEGOWINA. 

Hercegowiniec. Bardzo to ciekawa osobistość, a że jest 
przychylny katolikom, skorzystałem ze sposobności, aby 
go poznać. Przy Chrzcie otrzymał imię Sawy, kory- 
feusza serbskiej cerkwi. Pod ihumenem klasztoru Duże, 
swoim wujem, pierwsze nauki pobierał, gdzie też wy- 
święcony na diakona, przybrał imię zakonne Serafim. 
W Belgradzie uczył się »bogosłowia« (t. j. teologii), na- 
stępnie był nauczycielem w Mostarze, a w roku 1858, 
jako 30-letni zakonnik został ihumenem klasztoru Żito- 
mi§ljić, a w 6 lat później tamże archimandrytą. W po- 
dróżach po Rosyi zebrał ofiary dla swego biednego 
monasteru. W r. 1870, dla względów politycznych 
rząd turecki więził go w Sarajewie przez cały rok. 
W r. 1871 został wysłany do Konstantynopola, ztam- 
tąd na wygnanie do Tripolisu w Afryce, wkońcu do 
Murzuk w Fezanie, gdzie bawił do r. 1876. W tym 
czasie za wstawieniem się Minoryty O. Martića, jak mi 
to sam opowiadał w Kreśewie, został Serafim Perović 
odwołany z wygnania. Następnie czas jakiś bawił 
w Czarnogórze, potem został metropolitą mostarskim. 

Czytelnik przyzna, że charakterystyczna to odys- 
sea XIX wieku. 

Metropolita Perović bardzo był ucieszony moją 
wizytą; długo mówiliśmy ze sobą o jednym Kościele 
Chrystusowym. Urządzenie jego mieszkania jest na 
sposób turecki, tenże zwyczaj w przyjęciu: o godz. 11 
przed południem czarna kawa, limoniada i rakia. Bar- 
dzo byłem ucieszony dobrem usposobieniem metro- 
polity; później się dowiedziałem, że jego owieczki bunt 
podniosły, urządzając religijny strejk w niedziele i święta, 
gdy on celebruje w swojej cerkwi. 

Mój przewodnik po Mostarze, kapelan wojskowy, 
oprowadzał po rozmaitych nowszych budowlach, jak: 




MOSTAR. 



263 



kasynie wojskowem, urządzonem z europejskim kom- 
fortem, hotelu »Narenta« w stylu maurytańskim, wre- 
szcie fabryce tytoniu, gdzie przeszło 300 dziewcząt 
cbrześciańskich w narodowych strojach: w fezie na gło- 
wie, szerokich szarawarach siedzi za stolikami przy 
stosach tytoniu. Jak Bośnia ze śliwek, tak Hercego- 
wina z tytoniu i wina jest sławną. Wprawdzie nie- 
wiele znajduje się w tym kraju gruntu pod uprawę, 
wskutek skalistego terenu, są jednak większe oazy nad- 
zwyczaj urodzajne. Tak w okolicy Mostaru, Ljubuśki 
i Trebinji, hektar ziemi daje tytoniu 3000 kg. wartości 
2000 złr., podczas gdy w Bośni zbiór nie będzie wię- 
kszy nad 636 kg. wartości 105 — 200 złr. 

W najlepszych czasach tureckich, cała Hercego- 
wina nie dawała więcej tytoniu nad 225.000 kg., t. j. 
2.250 cetnarów metrycznych. W 10 lat po okupacyi, 
produkcya tytoniu wynosiła 31.000 cetnarów metry- 
cznych; sam powiat mostarski dziś dostarcza 5000 cet. 
metr. tytoniu, t. j. przeszło dwa razy tyle, co za cza- 
sów tureckich cała Hercegowina. 

Piękny dochód ludność hercegowińska posiada 
z uprawy winnej latorośli i od r. 1845 wprowadzonej 
przez paszę Rizvanbegowicza hodowli jedwabników. 
Pomimo braku paszy, mało który z narodów hoduje 
tyle zwierząt domowych co Hercegowina; urzędowa 
statystyka wykazuje, że na 100 mieszkańców przypada: 
12 koni, 0*3 mułów, r8 osłów, 39 wołów, 169 owiec, 
92 kóz, 5 świnek. Ze skór wyrabiają krajowcy rzemie- 
nie, siodła, safiany rozmaitego koloru. 

Dawniejszymi czasy, w Mostarze, Foczy i Tra- 
wniku, wyrabiano na wielką skalę białą broń, a za 
»damascenki<( tutejszego wyrobu, płacono nieraz ba- 
jeczne sumy. 



264 HERCEGOWINA. 

Naturalnie, wskutek budujących się fabryk, kolei 
żelaznych, a więc ułatwionej konkurencyi z zagranicą, 
przemysł domowy krajowców upada. Za to inne źródła 
dochodu powstają, nieznane dawniej, skoro budżet kraju 
wzrósł "niesłychanie od czasu okupacyi. 

W konwencie 00. Minorytów miałem sposobność 

poznać jednego z ich ex-braci zakonnych Don Frana 

Milićevića, który w r. 1883 założył pierwsze pismo 

peryodyczne hercegowińskie pod tytułem »Glas Herce- 

X' gOYca.tt Z początku wychodziło ono co tydzień. Od 

roku i8go, dwa razy w tygodniu, a drukuje się łaciń- 
skiemi czczionkami w katolickiej drukarni, założonej 
przez 00. Minorytów jeszcze w r. 1872. 

Ruch umysłowy w Hercegowinie jest jeszcze dość 
słaby, bo to dopiero początki po długim zastoju. W Mo- 
starze znajduje się szkoła handlowa, elementarna dla 
wszystkich wyznań, gdzie religię dla dzieci katolickich 
wykładają OO. Minoryci, katolicka szkoła dla dziewcząt 
utrzymywana przez Siostry Miłosierdzia kongregacyi za- 
grzebskiej, serbska szkoła dla wyznawców wschodnich 
w części utrzymywana przez rząd rosyjski, wreszcie 
kilkanaście rozmaitych szkół i szkółek muzułmańskich. 

Tak się przedstawia stolica Hercegowiny i ogólny 
wygląd kraju. Zaglądnijmy jeszcze do jego niektórych 
prowincyonalnych miasteczek, aby uzupełnić ten obraz. 



•»*•• 



ROZDZIAŁ XIII. 



Z Mostaru do Stolacza. 

Wyjazd z Mostaru. JE. generał br. Appel. Buna. Stjepangrad, 
Turecka legenda o szeiku Sari Saltik i młynarzu z Blagaju. Gnia- 
zdo rabusiów Pocitelji. Podróż z pocztowymi gołębiami. Post 
kalwina. Domanowić. Groby bogomilskie. Stolacz. Kościół i ple- 
bania. Nietolerancya względem neofitów. Ubiory hercegowińskie. 
Wykopaliska z czasów rzymskich. Msza polna. Rozmowa ze sta- 
rostą. Obiad galowy. 

Na dworcu kolejowym w Mostarze, już przed go- 
dziną piątą rano, było bardzo gwarno. Starszyzna 
urzędnicza stawiła się w komplecie: starostowie mo- 
starscy okręgowy i powiatowy, prezydent sądu z rad- 
cami, straż skarbowa, przełożeni zakładów rządowych. 
Niebawem ukazali się wyżsi wojskowi i sztab generalny 
w komplecie. Powód tak wczesnego i licznego zebrania, 
łatwy do przewidzenia: oto gubernator Bośni i Her- 
cegowiny generał kawaleryi baron Appel, zjechał ze 
Sarajewa do Mostaru i wyruszy w podróż inspekcyjną 
na prowincyę. Niebawem zjawił się ten » wielkorządca « 



266 HERCEGOWINA. 

od r. 1882 okupacyjnych krajów, o marsowem obliczu, 
lecz z wyrazem szlachetności i dobroci. Słynie z że- 
laznej ręki; wiedzą o tern podwładni, że rozporządza 
życiem i śmiercią; pomimo tego, ledwie dwa czy trzy 
razy za jego długich rządów przyszło do egzekucyi 
najsurowszego wyroku. Starsza generacya wojskowa 
chlubi się swym przewodnikiem dla jego sławy rycer- 
skiej, zdobytej na czele ułanów pod Temeszwarem, 
Montebello, Magenta, Jićin, wreszcie Solferino, gdzie 
broniąc księcia heskiego, sam utracił w boju lewe oko. 
Odtąd nosi czarną przepaskę na twarzy, która go pię- 
kniej zdobi, niż wszystkie ordery zawieszone na jego 
piersiach. Wśród grona zebranych osób oczekujących 
odejścia pociągu, z początku ja jeden byłem z ducho- 
wieństwa; później zjawił się również Metropolita serbski 
Perović. Ku memu zdziwieniu, a jeszcze większemu 
wszystkich obecnych, metropolita najpierw do mnie się 
zbliżył, powitał, chwilę rozmawiał, zanim się zwrócił 
do JE. generała br. Appela, spoglądającego na naszą 
rozmowę z wymownym uśmiechem. 

Na dany znak siadamy do wagonów. Kolej wije 
się doliną mostarską nad rzeką Neretwą. Po ody dwu 
jej stronach dostrzegam malownicze groty, do których 
pasterze zapędzają swe trzody i bydło jak ongi w Betle- 
hemie. 

Pierwsza stacya za Mostarem jest Buna. O niej 
wspomina cesarz Konstantyn Porfirogeneta, że już w IX 
wieku odgrywała pokaźną rolę. Tutaj wpada do Ne- 
retwy rzeka także Buna nazwana, której źródła od- 
ległe o milę drogi, znajdują się w nader romantycznem 
położeniu, a łączą się z wielu ludowemi legendami* 
Wśród wielkiej stalaktytowej groty znajduje się jezioro 
Branjevići brdo — z niego Buna wypływa szerokiem 




267 

korytem. Nad niem, na szczytach gór, wznoszą się ruiny 
zamhu Sijepangradu, obok zwaliska klasztoru derwiszów. 
W pobliżu znajduje się stawny przeszłością Błagaj, da- 
wna stolica ksiątąt humskicb, która kiedyś miała liczyć 
24 — 50.000 mieszkańców, a dziś ma ich zaledwie 700. 



Cygaftskie hercegowińskie dzieci. 

Muzułmanie opowiadają, te. w miejscu, zkąd Buna 
wypływa, przebywał smok. Co roku musiano mu skła- 
dać na pożarcie oBarę z dziewczęcia. Pewnego roku los 
padł na Milicę, córkę księcia Stefana Ko!a5a, mieszka- 
jącego na Stjepangradzie. Podziemnym korytarzem spro- 
wadzono Milicę z zamku do groty i ustawiono na ka- 
mieniu, który podziśdzień pokazują przychodniom. Już 
zbliżał się smok do swej ofiary, gdy oto nadszedł der- 
wisz Sari Saltik ze Syryi, zmierzył się ze smokiem 



268 HERCEGOWINA. 

i pokonał w walce. Książę miał dać w nagrodę der- 
wiszowi Milicę za żonę, a wybudowawszy w miejscu 
zwycięstwa klasztor muzułmański, Sari Saltika zrobił 
w nim szeikiem. 

Zdarzenie powyższe, spisane starannie, przecho- 
wują Turcy w swoim klasztorze, obok grobu »cudo- 
wnegott szeika, wraz z narzędziem, którem miał zabić 
smoka. He jest prawdy w całem ich opowiadaniu, ła- 
two każdy osądzi. Legenda bardzo jest podobną do onej 
o Św. Jerzym, którą lud dalmatyński w pieśni przecho- 
wał "), tylko jest przerobioną na sposób turecki: zu- 
pełnie tak samo jak historyę o Św. Dyonizym zastoso- 
wano do derwisza Ismaila Deda^). 

Z derwiszowskiego klasztoru pozostały dziś ró- 
wnież tylko ruiny, gdyż odłam skały swym ciężarem 
zdruzgotał przybytek »świętoścl« tureckiej. 

Lud opowiada, że źródła Buny są dalszym cią- 
giem rzeki Zalomska, która wypływa w okolicy Gacko, 
gdzieś w podziemnych czeluściach znika na krańcach 
Nevesinsko-Polje, i znowu się okazuje w grocie około 
Blagaju. Otóż owczarz z okolic Newesinji robił w tym 
względzie doświadczenia. Rzucił do rzeki Zalomska kij 
pasterski, i przekonał się, że jego ojciec młynarz z Bla- 
gaju znajdował go w Bunie. Ojciec i syn postanowili 
skorzystać z wynalazku. Syn zabijał codziennie wie- 
czorem owcę swego pana, rzucał do Zalomska, a jego 
ojciec znajdował ją w Bunie. 

Aga, właściciel owiec, spostrzegł się po jakimś 
czasie, że mu trzody ubywa, i żądał wytłumaczenia 

V Streściłem ją w dziele p. t. W Dalmacyi i Czarnogórze 
(str. 172— 177). Kraków, 1896 i w Missy ach katolickich z r. 1894, 
str. 276—277. 

*) Zob. wyiej str. 122. 



\ 



270 



HERCEGOWINA. 




od owczarza. Ten winę zwalił na wilki. Wkońcu 
kradzież wyszła na jaw. Zaraz nazajutrz, młynarz 
z Blagaju zamiast owcy, wydobył z Buny ciało swego 
syna z odciętą głową. 

Począwszy od stacyi Buny, coraz bardziej ście- 
śniają się pasma gór nad brzegami Neretwy. Mało 
widać zieloności, tylko popielate skały rozpadłe, ukła- 
dem podobne łańcuchom gór Albanii i Czarnogóry. 
W dalszym ciągu drogi tuż nad Neretwą, w skalistych 
rozpadlinach góry dostrzegam ukryte muzułmańskie mia- 
steczko Poćitelji. Otoczone murami i baszami, kryło 
w swych skrytkach czysto tureckie gniazdo rabusiów 
i korsarzy. Przed niedawnymi czasy, biada podróżnemu, 
który tę okolicę zmuszony był przebywać, jeśli zawczasu 
nie postarał się o wszelkie środki bezpieczeństwa. 

Na następnej stacyi Capljina wysiadłem z wagonu, 
aby dalszą podróż po Hercegowinie odbyć końmi i do- 
trzeć do mniej znanych okolic. Spodziewałem się za- 
stać pocztę, któraby mnie odwiozła do Stolacza. Nie 
wiedziałem, że tylko w niektóre dnie kursuje, i spotkał 
mnie zawód. Na szczęście znalazłem na tem pustkowiu 
wóz wojskowy z pocztowymi gołębiami, przeznaczo- 
nymi do twierdzy w Stolaczu. Wytłumaczyłem ko- 
mendantowi ptasiej załogi, że mi trudniej jak gołębiom 
dostać się do Stolacza i bez jego wozu wypadnie mi 
zostać na łasce zbójów z Poćitelji. Podoficer ulitował 
się nad mem położeniem, i zaprosił do krytej bryki 
wojskowej. Słońce paliło niemiłosiernie, choć kalendarz 
wskazywał dopiero dzień 8 czerwca. 

Stajemy nad Neretwą; zbliża się prom i przewozi 
na drugi brzeg rzeki. Rozpoczyna się skalista pustynia. 
Na przestrzeni kilkunastu kilometrów żadnej osady ludz- 



kiej nie widzę, a£ w Domanowić, gdzie wjeżdżamy do 
forteczki, dominującej nad okolici^. W wiosce dostrze- 
gam zaledwie kilka nędznych domków i szałasów za- 
mieszkałych przeważnie przez muzułmanów i koloni- 
stów katolików. Jeden z mieszkańców ma konie do 
wynajęcia, inny, rodzaj oberży dla ludzi najmniej wy- 
magających. Podoficer 
zajął się zamówieniem 
dla mnie powozu do 
Stolacza, następnie za- 
prowadził do oberży 
i zapytał co mają po- 
dać. Była sobota, i 
czas suchedni, więc 
prosiłem o postne po- 
trawy. Pod 06 cer ra- 
zem ze mną pościł. 
Jakże zdziwiłem się 
później, gdy z rozmo- 
wy poznałem, że jest 
węgierskim kalwinem. 
Droga z Domanović 
do Stolaća jeszcze bar- 
dziej pusta i jałowa. 
Wygląda jak step ska- 
listy, dość równy, choć 
teren leży kilkaset stóp 

nad poziomem morza. Wieśniaczka hercegowińska. 

Przejeżdżamy około 

Świeżych ruin zamkowych. Tu Ali beg Begowicz na 
czele czterystu żołnierzy bronił się do upadłego w cza- 
sie powstania w r. 1881. Wszyscy do jednego woleli 
zginąć od granatów austryackich, niż złożyć broń. 



272 



HERCEGOWINA. 



Parę kilometrów przed Stolaczem, przejeżdżamy 
około starego cmentarzyska z grobami bogomilskimi. 
Czy rzeczywiście są one grobami Bogomiłów, czy tylko 
starymi sławiańskimi, bez różnicy wiary, archeologowie 
jeszcze nie rozstrzygnęli. O. Hoffer T. J., twierdzi, 
że kolosalnych rozmiarów grobowce były zarówno przez 
Bogomiłów jak Chrześcian stawiane, i ten był piękniej- 
szym, który był większym. Inni twierdzą — co i ja 
zauważyłem, że groby tak zwane »bogomilskiea, mają 
pewną cechę wspólną. W okolicach, gdzie herezya 
najbardziej grasowała, więc: w Kreszewie, koło Sutiski, 
Konjicy, a przedewszystkiem w całej Hercegowinie, 
w kilkunastu cmentarzyskach jakie zwiedzałem, do- 
strzegłem formy grobowców jedne i te same: na gru- 
bej (30 do 40 ctm.) płycie kamiennej, o powierzchni 
paru metrów kwadratowych, wyciosanej z jednej bryły, 
spoczywał jednolity kamienny sarkofag, rozmiarów za- 
stosowanych do swej podstawy. Takich grobowców 
pod Stolaczem znalazłem w jednej grupie około 100, 
w drugiej 20. W ułożeniu nie było żadnej symetryi, 
niektóre sarkofagi powywracane, inne w ziemię zapadły. 
Otoczone cierniem i głogiem, robiły wTażenie dziwne 
na tem pustkowiu i jakąś grozą duszę przejmowały. 
Najwięcej grobów nie miało żadnej ozdoby. Zalpdwie 
na kilku znalazłem grubą płaskorzeźbę, przedstawia- 
jącą wesołe sceny z życia: łowy lub wojowników 
z dzidami i strzałami, inne z gwiazdami i półksięży- 
cem, a obok krzyż, niektóre z ornamentacyą lub 
znakami jakby herbowymi. Wśród sarkofagów, gdzie- 
niegdzie zaplątał się nizki krzyż kamienny. Tam gdzie 
ludność była chrześciańska, grobowce nawet najstarsze, 
inną mają formę, chociaż rozmiary również bywają 
wielkie. Tylko na jednym nagrobku tej grupy, do- 




274 



HERCEGOWIMA. 



"N 



strzegłem napisy starosłowiańskie. Godnetn zastano- 
wienia, że na grobowcach uchodzących za »bogomiI- 
skie«, nie znajdują się żadne ślady oznaczające smutek 
lub żal za osobami zmarłemi, żadna prośba zwrócona 
do przechodnia o pamięć w modlitwie za dusze zmar- 
łych. Odpowiadałoby to zupełnie dogmatom herezyi 
bogomilskiejy uważających śmierć jakiejkolwiek osoby 
ze sekty za początek szczęścia w życiu przyszłem, bez 
względu na zasługi położone w życiu doczesnem. 

Było południe, gdy wjeżdżałem do Stolacza. Przed 
miastem znajduje się obóz warowny, t. j. murem oto- 
czone szeregi koszar, przepełnione żołnierzem, zbroją 
i amunicyą. Wjechałem do wnętrza: obóz przedstawia 
się jako nowoczesne miasteczko wojskowe. Sam stary 
Stolacz wcale pokaźne i malownicze robi wrażenie. 
Wygląda jak oaza pełna zieleni na pustyni skalistej. 
Zamek, zabytek z czasów tureckich, jeszcze dzisiaj jest 
w użyciu; posiada bowiem załogę wojskową. Przeje- 
chałem całe miasto, ponieważ proboszcz katolicki mie- 
szka przy małej kapliczce na drugim jego końcu. 
X. pleban. Prałat Łazarz Lazarewicz, dawny alumn 
Propagandy, rodem z Dalmacyi, jeszcze pełen siły, 
choć już skończył lat 60, przyjął mnie uprzejmie. Opo- 
wiadał, że on pierwszy w Hercegowinie odważył się 
przechowywać za czasów tureckich Najświętszy Sakra- 
ment i urządzić procesyę na Boże Ciało. W czasie 
rozruchów w r. 1881 wezwał swych parafian pod broń 
i 200 stawił do boju, idąc w pomoc wojskom austrya- 
ckim. W nagrodę został mianowany kawalerem orderu 
Franciszka Józefa. 

Kapliczka może pomieścić zaledwie 30 —40 osób. 
Lud pragnie wspanialszego kościoła; niestety, za mego 



=75 

pobytu w Stolaczu nie zanosiło się na rozpoczęcie no- 
wego domu Bo 2 ego. 

X. Prałat Lazarewicz wiedzie życie iicie missyo- 
narskie. Do parafii Stolacza naleiy 35 osad, połoźo- 



Ex-pop woiewoda Simicz, dowddzca powstania przeciw Turcyi. 

nych najczęściej w trudno dostępnych górach. Nie 
rzadko się zdarza, że do chorego musi iść pieszo lab 
konno 9 godzin drogi. Widziałem jego parafiankę, 
która 48 godzin szła pieszo, aby się dostać do para- 
fialnego kościoła i przystąpić do Św. Sakramentów. 



276 



HERCEGOWINA. 



Przed paru laty, X. proboszcz wśród pasterskiej wyprawy 
zleciał z konia i tak siępotłukł, że musiał leżeć w łóżku 
4 miesiące. W braku innego kapłana, sam Biskup mo- 
Starski zjechał do Stolacza i zastępował go w czyn- 
nościach parafialnych. W tym czasie X. Biskup ochrzcił 
nawróconą przez X. Lazarewicza muzułmankc-cygankę, 
które chodzą bez zasłony i mogą mieć styczność łatwiej- 
szą z chrześcianami. Cała jej rodzina udała się do Azyi 
i mąż ją zmuszał prośbami, gniewem, wkońcu kijem, 
aby za nim poszła. Wówczas ona uciekła z domu. 
Jakaż za to spotkała ją kara! Pomimo, że była słabą, 
z trzydniow^em dziecięciem wtrącono ją do więzienia, 
chciano zmusić do odstępstwa, lecz wytrwała w wierze 
świętej. X. Biskup całą wrzekomą winę wziął na siebie. 
Wprawdzie uwolniono neofitkę, lecz X. Biskupowi za 
ochrzczenie muzułmanki kazano zapłacić 150 zł. a. w. 
Nb. stało się to wszystko nie za czasów tureckich, lecz 
kilka lat temu, już za rządów okupacyjnych. Z ust 
proboszcza i samej neofitki fakt powyższy słyszałem. 
X. Lazarewicz wziął ją w swoją opiekę wraz z małem 
dziecięciem. 

Innym razem, również muzułmańska dziewczyna 
schroniła się do domu katolickiego, z zamiarem przy- 
jęcia Chrztu Św. Niestety, władza miejscowa (także 
nie turecka, lecz już okupacyjna), wysłała komisyę dla 
zbadania sprawy, gwałtem wyprowadziła dziewczynę 
z katolickiego domu i oddała pomimo jej płaczu w ręce 
tureckie. Muzułmanie postanowili czemprędzej wydać ją 
za mąż za jednego z wyznawców islamu. W tym celu 
sprowadzono jej do wyboru aż 27 młodzieńców, ku- 
piono ze składek jedwabne i złotem haftowane niewieście 
ubiory, byleby chciała pozostać muzułmanką. Długo 
opierała się pokusie; wkońcu uległa, i dziś jest w mu- 
zułmańskim haremie. 



Hercego winka z Moslaru. 



278 



HERCEGOWINA. 






hti 



Stroje tutejszych mieszkańców nader malownicze, 
zwłaszcza niewiast, które zupełnie z turecka się noszą, 
w pstrych jedwabnych szarawarach, jubkach aksamit- 
nych, często wyszywanych kosztownemi futerkami, la- 
mowanych złotem. Na głowie fez zdobny w złociste 
lub srebrne blaszki, lub monety, pierś zasłana łańcu- 
chami ze złota, medalami, monetami i t. p., zausznice 
i bransolety z cennego kruszcu, na nogach safianowe 
kolorowe sandałki również złotem i jedwabiem wy- 
szywane. Ktoby chciał sądzić o bogactwie Hercego- 
winy z ubioru niewiast, bardzoby się mylił. Lud tu- 
tejszy czemkolwiek będzie się żywił, oszczędność jego 
w wydatkach jest nader wielką, lecz gdy idzie o strój 
żony lub córki, to już granic niema hojności. Często 
dziewczę hercegowińskie cały swój posag na sobie nosi, 
wartości kilkuset złr. w samej biżuteryi. 

W parę godzin po moim przyjeździe do Stolacza, 
spadł deszcz obfity, powietrze ochłodziło się, więc sko- 
rzystałem, aby miasto zwiedzić. Właściwie prócz zamku, 
nic niema ciekawego do oglądania. W jednym tylko 
domku złożono wykopaliska z czasów rzymskich, zna- 
lezione w Stolaczu. Pierwszy zwrócił na nie uwagę 
archeologów X. Lazarewicz, proboszcz miejscowy. Ba- 
dania kilkakrotne wykazały, iż Stolacz był znaczną ko- 
lonią rzymską. Niestety, z dawnych mieszkań, świątyń, 
może i pałaców, materyał spożytkowano do budowy 
zamku i mieszkań prywatnych. Pomimo wandalizmu 
wieków przeszłych, jeszcze dużo cennych zabytków 
i napisów znaleziono, między innemi prześliczne mo- 
zaiki, w kilku miejscach jeszcze doskonale zachowane. 
Nietylko mozaikowe desenie misterne, lecz i twarze 
naturalnej wielkości ze świeżym kolorytem mało co 
uszkodzone, wydobyto z prastarej podłogi, zasypanej 






HOSTARU DO STOLACZA. 



rumowiskiem parę metrów wysokiem. Archeologowie 
odnaleźli już mauzoleum, świątynię, termy i kilka mie- 



JE. JAN Br, APPEL 

Generał kawaleryi. Namiestnik Bośni i Hercegowiny. 

(Zob. sir. i65). 

szkań rzymskich, z rozmaitemi naczyniami, narzędziami, 
monetami etc, które są jakby pieczęcią na autentyku, 
świadczącą o pochodzeniu wykopalisk. 



280 HERCEGOWINA. 

Wieczorem wielki ruch w mieście. Zjechał JE. 
generał Br. Appel do Stolacza, na wizytacyę załogi 
wojskowej i urzędów cywilnych. Od trzech lat tu nie 
był, więc jako rzadki gość mile przez ludność, z trwogą 
przez władzę został przywitany. Skorzystano z mej 
obecności w mieście i zaproszono, abym w niedzielę, 
w dniu ŚŚ. Trójcy celebrował Mszę polną. Nazajutrz 
rano, jeszcze przed godziną siódmą, przybyła załoga 
wojskowa i zastęp urzędników cywilnych w pięknych 
mundurach galowych, począwszy od starosty i sędziego, 
a skończywszy na pisarzach i woźnych. Punktualnie 
o godzinie 7 przybył JE. generał br. Appel ze świtą 
i sztab generalny. W otwartem polu ustawiono ołtarz, 
gdzie cichą Mszę św. celebrowałem, następnie proszony 
przez generała, wszystkich obecnych pobłogosławiłem 
Najświętszym Sakramentem. 

Po Mszy Św. Excellencya zaprosił mnie na obiad, 
jaki on — czy dla niego dawano w kasynie wojsko- 
wem. Miałem ochotę wymówić się od tego honoru 
dla braku czasu, lecz gdy generał uprzedził, że obiad 
krótko trwać będzie, i że sam o 2-ej po południu wy- 
jedzie, skorzystałem z jego łaskawości i zaproszenie 
przyjąłem. 

Mając jeszcze trochę czasu, złożyłem wizytę miej- 
scowemu staroście p. Bardaczowi. Mówiliśmy ze sobą 
po niemiecku. Starosta był bardzo uprzejmy, lecz ani 
słowem nie zdradził swego z Galicyi pochodzenia, i że 
mówi doskonale po polsku. Czy może nosił na sobie 
piętno mniej sympatycznej rasy? na pewno nie wiem, 
lecz fizyonomia go zdradzała. W każdym razie bardzo 
sympatycznie wyrażał się o urzędnikach polskich, zaję- 
tych w Bośni i Hercegowinie, twierdząc, że lud bardziej 
z nich zadowolony, niż z Niemców a nawet Kroatów. 



\ 



282 HERCEGOWINA. 

O oznaczonej godzinie zebrało się w ogrodzie woj- 
skowego kasyna z górą 60 osób wojskowych, urzędni- 
ków cywilnych chrześcian i muzułmanów, a także kilku 
begów z okolicy. Z duchowieństwa był tylko Prałat 
Lazarewicz ze mną. Naturalnie nie brakło kadich, mu- 
ftich i innych effendich wyznawców islamu. Służba 
wojskowa usługiwała do stołu przy dźwiękach muzyki 
węgierskiego pułku. Prócz katolików, byli przy stole 
wyznawcy kościoła wschodniego, luteranie, kalwini 
i spory zastęp islamitów. Istna wieża Babel co do 
pojęć religijnych, nie mniejsza co do rozmaitości ję- 
zyków, jakimi przy stole mówiono. Najpoważniej ze 
wszystkich wyglądali muzułmanie. Siedzieli oni przy 
stole z takiem namaszczeniem, jak derwisze w meczecie, 
pełni naiwnej zadumy... 

Po krótkiej poobiedniej pogawędce, przyprowa- 
dzono wierzchowce dla odjeżdżającego generała Appela 
i jego świty, zajechał również mój powozik. Siadłem doń, 
unosząc ze Stolacza miłe wspomnienia. 



•>*<' 





" iiiiiii i uH ummmummmmmmm mimmummmmmmtmmmmmmmmiummm 




ROZDZIAŁ XIV. 



W wojskowym obozie i monasterze mnichów. 

Wśród hercegowińskich wiosek. — Cmentarzyska. — Nocleg w źan- 
darmskiej kuli. — Bileó. — W obozie wojskowym. — Niespodzie- 
wane zaprosiny. — Graniczny posterunek wojskowy w Mosko. — 
Wycieczka do monasteru w Dobricevo. — Przezorny towarzysz 
wojskowy. — Wnętrze cerkwi. — Księgi liturgiczne. — Mnisi czano- 
górscy. — Powrót do obozu. — Gościnność wojskowych. 

Po wyjeździe ze Stolacza, miałem zamiar na noc 
zajechać do Bileću [wojskowe karty geograficzne na- 
zywają go Bilek], ztamtąd pocztą do Trebinji, następ- 
nie do Raguzy. Z rozmysłem wybrałem drogę naj- 
mniej zwiedzaną przez podróżnych. Chciałem bowiem 
zobaczyć okolice o pierwotnej kulturze, mniej cywili- 
zowane przez rząd okupacyjny, a tem samem wier- 
niejszy obraz odtworzyć sobie o całości Hercegowiny. 
Lecz, jak zwykle bywa w podróży, projekta musiały 
uledz niektórym zmianom. Wiózł mię muzułmanin 
Musza Hajrowić doskonałymi końmi, własnego chowu 
i wcale niezłym powozem. 




\ 



284 HERCEGOWINA. 

Parę kilometrów za Stolaczem, rozpoczęła się 
okolica górzysta, jak wszędzie w tej okolicy, skalista. 
Nie bez trudności dostaliśmy się na wysoko położone 
płaskowzgórze, gdzie po zaz pierwszy zobaczyłem her- 
cegowińskie sioła: Medżia, Milawici, Bieljany i wiele 
innych o zupełnie odrębnym sposobie budowania. Po 
większej części są to szałasy z brył kamiennych słomą 
kryte, niekiedy mieszkanie urządzone w grotach skał. 
Dużo domów było zupełnie opuszczonych, niektóre 
zrujnowane, jakby po jakimś napadzie. Podobno czar- 
nogórscy rabusie nawiedzają te okolice i wypłaszają 
ludność muzułmańską w bezpieczniejsze ustronia. Lud 
również typ ma odrębny. Więcej przypomina Czar- 
nogórców swoich najbliższych sąsiadów, a co do ubra- 
nia jest im zupełnie podobny. Znikają turbany i wy- 
sokie fezy, natomiast za przekrycie głowy, służy niska 
okrągła czapeczka, najczęściej czarna o złotem haftowa- 
nem denku. Wszyscy, zwłaszcza mężczyźni, bardzo zgra- 
bnie i zdrowo wyglądają, z wyrazem męstwa na twarzy. 

Co parę kilometrów zatrzymuję woźnicę, aby przy- 
patrzyć się grobom bogomilskim, których bardzo wiele 
po drodze spotykamy. Prześlicznie wygląda stare cmen- 
tarzysko przy siole Hatelji. Na rozległem pastwisku 
znajduje się wzgórek czy też kopiec rękoma usypany, 
gomila, a na nim 13 grobowców o kolosalnych roz- 
miarach, zupełnie podobnych tym, jakie widzieliśmy 
na drodze do Stolacza. Zaraz opodal wśród gaiku 
druga ich grupa, a są jeszcze piękniejsze, gdyż zdobne 
w płaskorzeźby i napisy starosłowiańskie. Stare cmen- 
tarzyska robią dziwne wrażenie, zanim się oko z niemi 
oswoi. Coś tajemniczego ukrywają w sobie i napróżno 
fantazya męczy się, aby prawdę wyświetlić, jakich ludzi 
prochy oczekują pod niemi dnia zmartwychwstania. 



^ 



z nad czarnogórskiej granicy. 



JCi 



286 HERCEGOWINA. 

Oglądanie grobowców nie dozwoliło mi na noc 
zdążyć do Bileku. Znajdowałem się w okolicy dość 
pustej, nader dzikiej, w bliskości granicy czarnogórskiej. 
Musza oświadczył, źe dalej jechać rzecz niebezpieczna, 
trzeba przenocować w Di winie, pobliskiej wiosce mu- 
zułmańskiej. Nocleg w hanie tureckim, zwłaszcza na 
pustkowiu, nie bardzo mi się uśmiechał. Lecz woźnica 
pocieszył, mówiąc, że się znajduje w bliskości poste- 
runek żandarmeryi, gdzie niezawodnie przyjmą podróż- 
nego. Stanęliśmy przed forteczką, zbudowaną na spo- 
sób dawnych hercegowińskich »kula.« Wyglądają one 
jakby szeroka okrągła wieża z otworami do strzału, 
wewnątrz są mieszkania. Diwińska warownia zblizka 
nieco odmiennie wygląda: jest to wysokim murem oto- 
czony domek piętrowy na dwunastu żandarmów. Ci 
za dnia zwyczajnie spoczywają w objęciach Morfeusza. 
Natomiast w nocy uzbrojeni w ostre ładunki, rozcho- 
dzą się po wszystkich ścieżynach okolicy, strzegąc 
mieszkańców od niespodziewanego napadu. Żandarm 
ma prawo w tej okolicy o każdej porze, chociażby 
wśród ciemnej nocy, wejść do jakiegokolwiek miesz- 
kania i zrobić rewizyę, jeśli podejrzywa gospodarza 
o powstańcze knowania, a chociażby tylko o posiada- 
nie — bez pozwolenia — palnej broni. 

Gdy zadzwoniłem u forty, ostry głos zapytał: 
»Kto tam?« Powiedziałem: »Swój« — proszę zawołać 
komendanta. Uchylono nieco drzwi przymknięte łań- 
cuchem i żądano dalszej informacyi. Musza czemprędzej 
tak mnie zarekomendował, że odrazu odpięto łańcuchy 
i otworzono bramę na oścież. Przybiegł komendant 
załogi, zaprosił na górę i wprowadził do gościnnego 
pokoju, urządzonego wedle wymagań europejskich. Po- 
dobno w każdym posterunku żandarmskim znajduje się 



w WOJSKOWYM OBOZIE I MONASTERZE MNICHÓW. 



287 



W tych stronach pokój dla przejezdnych urzędników. 
Gospodarz domu był zakłopotany, co ma dać do je- 
dzenia niespodziewanemu gościowi. Rozjaśniłem jego 
oblicze, dając do dyspozycyi podróżną spiżarnię. Jako 
znawca sztuki kulinarnej, zaraz zabrał się do roboty 
i tak obfitą przyrządził wieczerzę, że wszyscy obecni 
mogli się pożywić. 

Nazajutrz rano Mszy św. odprawić nie mogłem, 
ponieważ w okolicy niema ani kościoła, ani nawet ma- 
leńkiej kaplicy. Ludność katolicka, rozprószona w roz- 
maitych zakątkach wśród wschodnich wyznawców lub 
muzułmanów, jest zmuszoną parę mil iść na Mszę św\ 
lub, co częściej się zdarza, zupełnie zapomina o swo- 
ich obowiązkach. 

Czas naglił, więc już o godzinie 5 rano byłem 
w drodze. Spotkałem znowu liczne groby bogomilskie 
w Orachowicach, pod Pianą i koło Prieworu. Okolica 
bardzo pusta i jałowa, i pól ornych bardzo niewiele, 
najwięcej pastwisk lekko zalesionych skarłowaciałą dę- 
biną 1 grabiną. Na domiar złego, młode drzewka 
obgryzają stada kóz i owiec. Kmiecie tutejsi miewają 
wogóle dużo trzody, niektórzy po 500 do 600 sztuk, 
a przytem po 30 i więcej bydła. 

Droga zwolna spuszcza się na równinę. W dali 
widać na niej miasteczko Bilek (Bileć). Pierwotnie całe 
płaskowzgórze dochodzące 480 m. nad poziom morza, 
położone między pasmem gór Warder a źródłami Tre- 
binićicy, nazywało się Bilec. Około lYa tysiąca dusz, 
w znacznej większości wschodniego wyznania, żyje roz- 
prószona na tej wyjątkowo urodzajnej ziemi. W da- 
wnych czasach znajdował się wśród gór Warderskich 
zamek dynastów Radinović'ów; miasta nie było. Dzi- 
siejszy Bilek zawdzięcza swą egzystencyę przeważnie 



288 HERCEGOWINA. 

gen. Galgoczy, znanemu u nas w Galicyi. W miejscu, 
gdzie Turcy wystawili baraki wojskowe jako posterunek 
graniczny przed Czarnogórą, po okupacyi, generał Gal- 
goczy bez żadnej pomocy pieniężnej, wystawił w ciągu 
paru lat ładne miasteczko, umiejąc wyzyskać doskonały 
miejscowy materyał budowlany i dobrą wolę ludu. 

Zajechałem do hoteliku a zarazem restauracyi, 
własności Czecha. Żalił się biedak, że podczas, gdy 
rząd Turkom wystawił meczet a Serbom cerkiew, ka- 
tolicy nie mogą doczekać się nawet małej kapliczki. 
W szkółce ludowej uczy koranu hodżia, wschodniej 
wiary serbski duchowny, podczas gdy katolicy żadnej 
nie pobierają nauki religii. Kto chce być na Mszy Św., 
musi iść do wojskowego obozu zwanego Nowy-Bilek, 
gdzie się znajduje kapelan i kaplica domowa. 

W Starym Bileku nie było nic do oglądania; 
przez parę południowych godzin z konieczności zatrzy- 
małem się, aby siebie, woźnicę i konie uchronić przed 
prażącemi promieniami słońca. Po drugiej godzinie 
z południa, byłem w drodze do Nowego-Bileku. W woj- 
skowym obozie nie miałem innego interesu, jak oddać 
list polecony do kapelana miejscowego. Nie kazałem 
więc wyprzęgać koni, lecz czekać na siebie przed bramą 
wjazdową. 

Nowy Bilek, to obóz według najnowszej mody: 
murem opasana wielka przestrzeń, na niej labirynt 
budynków rozmaitej wielkości, w nich załoga paru- 
tysięczna. Komendantem waro\ynego obozu był wów- 
czas Polak generał S. Kapelan X. Babusschek bardzo 
był ucieszony mojem przybyciem, nie mniej jak ja po- 
znaniem w nim zupełnie odrębnego typu wojskowego 
kapelana. Trzyma się w rezerwie od towarzyskich za- 
baw i znajomości niepotrzebnych, za to więcej ma czasu 



k 



i 
li 

3 _ 

ii 



290 



HERCEGOWINA. 



do nauki, ^tórą umie spożytkować gdzie i kiedy po- 
trzeba. Wojskowi starsi wysoko go cenią, żołnierze 
widzą w nim ojca. Kapelan umiał swym taktem za- 
mienić obóz wojskowy w bardzo przykładną quasi 
parafię katolicką. Na Msze św. i kazania przychodzą 
w niedziele i święto tak licznie wojskowi, że obszerna 
kaplica nie może wszystkich pomieścić. Dla rozrywki 
znajduje się w obozie również biblioteka, czytelnia, 
w kasynie salony do zabaw etc. Swoją drogą, nie lada 
poświęcenia, męstwa i roztropności potrzeba ze strony 
kapelana, aby się nietylko nie dać wciągnąć w wir 
światowy, ale bez żadnej innej zewnętrznej pomocy 
módz być zawsze drogowskazem chrześciańskiego życia. 

Gdy wychodziłem z bram warowni, przystąpił 
do mnie kapitan narodowości węgierskiej i zaprezento- 
wał się jako Jerzy Sehertl, komendant (19 pułku) gra- 
nicznej załogi w Mosko. Cel znajomości był nastę- 
pujący: Dowiedziawszy się o mnie, że podróżuję po 
Bośni, przyszedł prosić, abym nie pominął jego poste- 
runku, i ztamtąd zrobił wycieczkę do monasteru w Do- 
brićevo. Prawdopodobnie dowiedział się o mnie od 
woźnicy Muszy, który gdzie mógł chwalił się, że wie- 
zie bega z dalekich stron, i opowiadał o mnie nie- 
stworzone rzeczy. Zresztą rzecz obojętna, zkąd się do- 
wiedział, dość, że uprzejmy kapitan zaproponował, 
abym się zatrzymał w Mosko, obiecał zaraz zatelefo- 
nować do swego zastępcy, aby konie wierzchowe były 
przygotowane na drogę do Dobriczewa. Wieczorem 
mieliśmy się zjechać z powrotem w obozie. 

Za tak uprzejme acz niespodziewane zaproszenie, 
mogłem tylko serdecznie podziękować i przyjąłem ta- 
kowe z radością. 



\ 



w WOJSKOWYM OBOZIE I MONASTERZE MNICHÓW. 



291 



Ruszamy w drogę tuż nad granicą czarnogórską. 
Przed jakąś karczmą, czyli hanem, widzę między Czar- 
nogórcami hercegowińskimi tęgiego młodzieńca z brodą 
i puklami włosów spadającymi na ramiona. Od towa- 
rzyszy karczemnej zabawy różnił się tylko schludniej- 
szym i bogatszym ubiorem, * Musza poznaje w nim 
mnicha z monasteru Dobrićewo — Otca Simeona. Wo- 
źnica stanął, skinął na Otca Simeona, ten przybiegł 
do nas i dowiedział się, że niebawem do ich klasztoru 
przybędę, Kaloger krótszemi drogami, na przełaj przez 
krzaki i skały, zaraz poszedł zawiadomić o tem swego 
przełożonego. Po chwili widzimy przed sobą tumany 
kurzu unoszącego się w powietrzu. Nadjeżdża mło- 
dziutki kadet na spienionym rumaku. Salutuje — pre- 
zentuje się i mówi: »Kapitan zapewne o przyjeździe 
księdza nam telefonował — konie posiodłane, eskorta 
w pogotowiu. « 

Przyjąłem raport do wiadomości, poczem rozma- 
wiamy ze sobą, gdyż uprzejmy wojskowy jedzie obok 
powozu. Około 6 po południu stanęliśmy w Mosko, 
granicznym posterunku wojskowym. Zbliża się poru- 
cznik, zastępca komendanta Gustaw von Mitterpacher, 
zapoznajemy się i niezwłocznie siadamy na konie. 

Eskorta złożona z kilku żołnierzy uzbrojonych 
w karabiny i ostre ładunki, rozdzieliła się na dwie 
części: jedna nas wyprzedzała kilkanaście kroków, druga 
szła za nami, Z porucznikiem jechałem razem, lub gę- 
siego, jak się udało, po ważkich ścieżynach wijących się 
wśród skał. Po półgodziny drogi, wśród której parę 
razy trzeba było zsiadać z konia i wspinać się po gła- 
zach rękami i nogami, wyjechaliśmy nad samą granicę 
czarnogórską. Tworzy ją rzeka Trebinjcica, bardzo obfi- 
cie na brzegach zalesiona zielonem drzewem liściastem. 

19* 



292 



HERCEGOWINA. 



Porucznik, oczytany młodzian, zadawał mi ty- 
siące głębszych pytań z dziedziny filozofii i teologii. 
Z naiwnością dziecięcą cieszył się z rozwiązania wielu 
wątpliwości, dręczących go nieraz całemi nocami, któ- 
rych rozwiązania daremnie szukał w swej podręcznej 
biblioteczce. Można sobie wyobrazić, jak i mnie było 
miło w tej dzikiej a pięknej okolicy na pograniczu, 
w dali od świata cywilizowanego, znaleźć łaknącą 
prawdy duszę. 

Dwugodzinna jazda minęła jak jedna chwila. 
Wtem wśród zieleni dostrzegamy stada kóz i owiec; 
słyszymy wesołe śpiewy pastuszków; staje przed nami 
po drugiej stronie rzeki monaster (KoSjerewo) mnichów 
czarnogórskich. Okrążamy górę i kilkaset kroków 
dalej jeszcze po stronie Hercegowiny, lecz przy samej 
czarnogórskiej granicy, widzimy bielejące się mury for- 
teczki. Wygląda jak oaza wśród wąwozu wysokich gór, 
lecz oaza obronna: to Dobrićewo, cel naszej wycieczki. 
Doznaję wrażenia, że się znajduję w średnich wiekach, 
tak przynajmniej przemawiają do fantazyi mury for- 
teczne i mieszkańcy klasztoru. Zbudowano takowe 
w czasach, kiedy napady muzułmanów bywały częste 
i bez żadnej poważnej przyczyny, jedynie w celu ra- 
bunku. Obydwa klasztory tak w Kodjerewie jak w Do- 
brićewie, były pierwotnie w ręku 00. Bazylianów gre- 
ckich, zanim je zreformował sławny mnich Sawa, 
wyżej przez nas wspomniany. 

Zsiedliśmy z koni. Porucznik cichym głosem żoł- 
nierzom rozkazy wydaje, straże rozstawia, widocznie 
obawia się niespodziewanego napadu czarnogórskich gó- 
rali. Zbiegła się. służba klasztorna i okiem zastraszonem, 
z niedowierzaniem na nas spoglądała. Porucznik chciał 
zostać przed bramą, i sam utrzymywać porządek nad 




294 



HERCEGOWINA. 



stiraźą, tłumacząc się, że za wszystko jest odpowiedzial- 
nym przed władzą. Ledwie z trudnością dał się na- 
mówićy abyśmy razem zwiedzali wnętrze klasztoru. 
Lecz i tu sprytny Węgier przewidywał niebezpieczeń- 
stwo, więc kazał iść za sobą żołnierzowi uzbrojonemu 
w karabin i bagnet« 

Zaraz zjawili się mnisi klasztorni z ihumenem 
na czele. Wszyscy mieli na sobie ubiór czarnogór- 
skich górali, niczem innem nie różniąc się od nich, 
jak tylko długimi włosami i brodą. Chociaż Otec Si- 
meon zawiadomił ich o mojem przybyciu, na twarzach 
biedaków dostrzegłem jakieś zakłopotanie, wyraz trwogi. 
Widocznie nie spodziewali się, że z eskortą przybędę. 
To też zaraz wytłumaczyłem, dlaczego w zbrojnem to- 
warzystwie przybywam, ihumen uznał racyę i zaprosił 
do zwiedzenia klasztoru. Wnętrze tak się przedstawia: 
Wysokie mury forteczne otaczają wszystkie zabudowa- 
nia. Pośrodku dziedzińca wznosi się cerkiew muro- 
wana, po bokach pod murami obronnemi mieszkania 
dla mnichów i służby, stajnie dla bydła i trzody. 
W celi ihumena, urządzonej wcale wygodnie i z euro- 
pejska, oddaliśmy pokłon należny gospodarzowi, na- 
stępnie weszliśmy do cerkwi, aby oglądać stare freski 
wyblakłe od wilgoci, lecz jeszcze jako tako zachowane 
na ścianach. Zaczęło się zciemniać, więc zapalono po- 
chodnie. Podczas, gdy mój towarzysz ogląda osobli- 
wości cerkiewne, ja idę za carskie wrota i przypatruję 
się księgom liturgicznym, gdzie wydane, czyim nakła- 
dem etc. Niestety, właśnie te kartki we wszystkich 
mszałach były powycinane... W miejscu, gdzie zwykle 
bywa wielki ołtarz, stał stół wysoki bez tabernaculum. 
Nadszedł jakiś mnich, więc pytam, czy nie przecho- 
wują w cerkwi Najśw. Sakramentu. »I owszem« odpo- 



w WOJSKOWYM OBOZIE I MONASTERZE MNICHÓW. 



295 



wiedzia^, pochwycił kolorową chustkę leżącą na stole 
i chciał mi pokazać, że w niej się znajduje. Prosiłem, 
aby położył na swojem miejscu i czemprędzej wyszedłem. 

Jeden z 00. Minorytów opowiadał mi w Fojnicy, 
że mnisi ortodoksi nie przechowują Najśw. Sakramentu, 
lecz tylko chleb błogosławiony, i tylko taki dają obło- 
żnie chorym. Czy i tutaj był tylko chleb błogosławiony 
a nie hostya konsekrowana, trudno było mi zbadać. 

W cerkwi nie paliła się żadna lampka, tylko na 
nasze przyjęcie poczęto zaświecać piękny pająk wiszący 
pośrodku miejsca przeznaczonego dla ludu. Zresztą ża- 
dnych osobliwości tutaj nie widzieliśmy. Ihumen mówił, 
że co było cenniejszego, Turcy zrabowali. Po oglądaniu 
cerkwi, rzuciliśmy okiem na mieszkania zakonne i po- 
szliśmy raz jeszcze do ihumena, aby wypić strzemien- 
nego. Podano koniak własnego wyrobu i czarną kawę. 
Węgier pić nie chciał (obawiał się jakiejś mikstury), 
lecz gdy ja wypiłem, poszedł za moim przykładem. 

Już słońce zaszło dawno, gdy pożegnaliśmy mni- 
chów z Dobrićewa. Prócz ihumena i Otca Simeona, 
podobno żaden inny nie zna się na sztuce czytania. 
Wobec tego, biblioteka w monasterze jest rzeczą zu- 
pełnie zbyteczną, i niema jej wcale. Zbytecznym jest 
również jakiś dziennik. Wszak Otec Simeon w hanie 
stojącym przy publicznej drodze, najnowsze zaczerpnie 
wiadomości z wszechświatowej polityki, które wystarczą 
dla jego zakonnej braci. Mnisi tutejsi żyją w celibacie. 
Rzecz niezwyczajna w tych stronach. 

Naoczny świadek opowiadał mi, że w tych oko- 
licach, lecz już w Nowym Bazarze, mianowicie w mo- 
nasterze Św. Trójcy, mnisi wynaleźli pośredni sposób 
życia. Zwyczajnie mieszkają po za obrębem klasztoru 
w swych prywatnych domkach razem z żoną i dziećmi. 



296 



HERCEGOWINA. 



a tylko na parę godzin zbierają się w monasterze, lub 
cerkwi, na wspólne modlitwy. Tylko jeden z nich stale 
mieszka w klasztorze, na straży domu Bożego. 

Jeżeli jazda wśród skał i wertepów za dnia przed- 
stawiała pewne trudności, cóż powiedzieć, gdy słońce 
zgasło, a księżyc jeszcze nie zeszedł i nie zdołał rozprószyć 
ciemności nocnych, potęgujących się w wąwozach i le- 
śnych parowach! Co do mnie, tak dzielnego miałem 
wierzchowca, hercegowińskiego pochodzenia, że śmiało 
mogłem zaufać jego silnym nogom przyzwyczajonym 
do podobnych dróg. Mój towarzysz często musiał 
zsiadać lub dać konia prowadzić w miejscach, gdzie 
jeden krok fałszywy mógł spowodować katastrofę. Po- 
mimo tego, a może i dlatego humor nas nie opuszczał, 
wesołej rozmowy nic nie przerywało, cisza zaległa 
całą okolicę, słychać było tylko monotonny szum Tre- 
bnićicy, lekkie stąpanie naszej eskorty i parskanie koni. 
Bez żadnego wypadku wyjechaliśmy z lasu, lecz nie 
mniej szczęśliwie udało się uniknąć wszystkich Scyll 
i Charybd, poszarpanych skał dzielących nas od szczę- 
śliwego portu: obozu w Mosko. Była już 10 godzina, 
gdyśmy tam przybyli. Miałem zamiar zaraz dalej je- 
chać powozem do Trebinii, lecz panowie oficerowie 
w żaden sposób bez kolacyi nie chcieli mię puścić, 
mówiąc, że muszę zjeść z nimi »palaczynkiu na cześć 
gościa przyrządzone. 

Przy sutej kolacyi z gustem i dobrze podanej, 
bawiliśmy się nader wesoło. Temat rozmowy był 
tego rodzaju, że nawet dziecko, gdyby się znajdowało, 
wyniosłoby z niej zbudowanie i korzyść. Nie obeszło 
się bez toastu. Kapitan wzniósł go w moje ręce jako 
przedstawiciela stanu zakonnego, aby spłacić dług 
wdzięczności za gościnność doznaną niejednokrotnie 



298 



HERCEGOWINA. 



W domach zakonnych podczas manewrów lub wojny* 
Odpowiedziałem, wznosząc w ręce kapitana toast armii 
austro-węgierskiejy od której doznałem wiele uprzej- 
mości w czasie mych podróży, zwłaszcza od 19 pułku 
węgierskiego. Elien! powiedzieliśmy sobie wzajemnie 
i rozstali, mówiąc do widzenia. Lecz gdzie i kiedy? 
Najniezawodniej na dolinie Jozafata. 



•>«<• 




8 yoŁ^> »>X^ »vX^ ■>X<' *sJ/^ "sU* %L" *sL^ nL^ Sc nL^ *sI/* «\1/» "sL^ *X^ nU* m^* 'sL^ 







lJ.IU^JUUUUnUUUMUŁ*JKJUUWIUUUIUUU^»C»AltJUMIJILIKIŁŁIMItl^ 




I 

^LCOJ^ «/TS« •r>« .-Tst •]\ł •'TNł vTSi PfŃi ł/TS. ^C K^ •IN. •r» •!>. •JS. «^Tsi »^ •'T^ ^5o)olS 



l^f^r.MSlf^^J^J.lfJ^Jyn«^«^^*vr^.r^«^*^«^«vr>^^ jfTH^iffTffYTM iittnrwyinrii jyłTWIflirByi 



ROZDZIAŁ XV. 



Trebinja. — Metko wic. 

Podróż wśród nocy. — Wjazd do Trebinji. — Uprzejmość Włocha. 
Wspomnienia z przeszłości miasta. — Podania o pobycie Ś. Piotra 
Apostoła. — Trebinja jako stolica biskupia. — Gumiliany — grób 
wojskowej kompanii. — Uroczystość Bożego Ciała. — Na drodze 
do Raguzy. — Adryatyk. — Przy ujściu Neretwy. — Fort -Opus. 
Metkowic. — Dawne gniazdo korsarzy. 

Zbliżała się północ, gdy opuściłem Mosko. Tur- 
czyn cwałem pędził konie wzdłuż czarnogórskiej gra- 
nicy, nie będąc pewnym ludzi okolicznych. Przy małej 
latarce dokończyłem odmawiać zwykłe pacierze kapłań- 
skie, poczem przypatrywałem się oryginalnym wido- 
kom górzystej okolicy. 

W pobliżu jakiejś tureckiej wioski, gdy pod górą 
wysiadłem z powozu, aby ulżyć ciężaru koniom, o mało 
że nie rozszarpały mnie psy zjadliwe. Zresztą jecha- 
liśmy bez żadnych przygód, i przestrzeń, na którą 
zwykle potrzeba i V2 godziny, przebyliśmy w niespełna 
godzinę. 



300 



HEECEGOWINA. 



I 



Chociaż północ, przecież przy jasnym blasku księżyca 
w pełni mogę okiem ogarnąć całą okolicę. Wjeżdżamy 
na szeroką trebińską równinę, jedną z najbardziej uro- 
dzajnych w Hercegowinie. Dokoła wznoszą się wy- 
sokie i szerokie łańcuchy gór, puste, jałowe skały, 
przygniatające umysł swymi rozmiarami. Srebrzysta 
wstęga Trebjinicy wije się wśród kotliny, rozdziela się 
na kilka ramion, użyźniając pola jak Nil egipski. Miasto 
rozsiadło się nad główną arteryą Trebjinicy. Pierwsza 
dzielnica stara turecka ma wygląd obronny w budowie 
domów. Skupiają się one około warowni z potężnymi 
murami, otoczonej wodą. Nowsza część miasta, po- 
wstała już po okupacyi, nosi na sobie cechę zupełnie 
odrębną. Szerokie ulice i place, rzędy kamienic euro- 
pejskiego stylu, przypominają nasze miasta prowincyo- 
nalne. Jest tu i hotel okazały — jak na 4000 ludność 
Trebinji. Zbliżamy się do niego w nadziei dobrego 
nocnego spoczynku. Lecz już na wstępie mówią nam, 
że ani jednego niema wolnego pokoju, wszystko przez 
wojsko zajęte. Woźnica, podobnie jak ja, nie wie, gdzie 
się obrócić, gdyż po raz pierwszy znajduje się w tem 
mieście. Stajenny na ulicy, zdecydowani nocować w po- 
wozie pod gwiaździstem sklepieniem niebios, którego 
piękności nie zakrywał ani jeden obłoczek. Atmosfera 
wcale była łagodna, gdyż kamienie i mury domów 
za dnia rozpalone promieniami słońca, dostatecznie 
łagodziły chłód nocy. Wtem zbliża się do mnie jakiś 
obywatel tutejszy, ofiaruje swoje usługi i po włosku 
pyta, czy nie potrzebujemy mieszkania. Był to apte- 
karz miejscowy, Włoch. Po chwili wprowadził mnie 
do prywatnego mieszkania na piętrze, gdzie zająłem 
piękny i dobrze umeblowany pokoik. Z gospodarstwa 
nikt się nie pokazał. Tyle tylko dowiedziałem się, że 



302 



EERCEGOWINA. 



właścicielką kamienicy jest jakaś wdowa czarnogórska, 
wyznania wschodniego, która ma parę pokoików do 
wynajęcia dla przejezdnych osób. Z dzieł i broszur, 
jakie się znajdowały w pokoju i rozmaitych innych 
gratów, poznałem, że jest to mieszkanie prywatne le- 
karza. Cały sposób przyjęcia w gościnę tak był ory- 
ginalny i pełen prostoty, że nie miałem najmniejszej 
wątpliwości, iż się znajduję w bezpiecznem miejscu. 

Nazajutrz rano, pierwsze kroki zwracam do ko- 
ścioła. W proboszczu poznałem dawnego znajomego 
z Rzymu, który razem ze mną w tym samym dniu 
i w tej samej bazy^ce lateraneńskiej w r, 1883 otrzy- 
mał święcenia kapłańskie z rąk kardynała Monaco La 
Yaletta. Ileż miłych wspomnień obudziło się w sercu! 
Po Mszy Św. zabrał mię ze sobą na oglądanie miasta. 

Trebinja jeszcze piękniejszą wydała się przy świetle 
dziennem. Ponure góry otaczające równinę, są oży- 
wione licznymi fortami i warowniami, kolejno budo- 
wanymi przez Turków, Wenecyan, Francuzów i Austrya- 
ków, rozsianymi wieńcem, co nadaje całej okolicy wo- 
jowniczy charakter. Zresztą już od bardzo dawnych cza- 
sów Trebinja była ważnym posterunkiem wojskowym. 
Cesarz Konstantyn Porfirogeneta wspomina o niej jako 
stolicy słowiańskich książąt, panujących z jednej strony 
od granic dawnej Dy o klei, aż po Kotar i Raguzę, 
z drugiej po Bilek, Popowo-Polje i Gacko. W średnich 
wiekach Trebinja była pierwszym etapem na handlowej 
drodze z Raguzy do Konstantynopola. Prawdopodobie 
tędy szły wojska podczas wypraw krzyżowych. W pó- 
źniejszych czasach rozgrywały się na trebińskiem polu 
walki między Wenecyanami a Turcyą; hercegowińskie 
powstania tutaj najsilniej wrzały. W pobliżu miasta, 
w małej miejscowości Tzrnać, znajdują się ruiny kia- 




S2toru, o którego dawnym kościele miejscowe podanie 
mówi, le został zało2ony przez Św. Piotra Apostoła. 



X. PASCHALIS BUCONJIC 

z zakonu OO. Minorytów, Biskup Mostarski i adminisirator 

dyeceiyi Trebińshiej. 

Trebinja była również znaną Rzymianom, skoro 
z pobliskiego miasta rzymskiego Sallunto, tędy droga 
prowadziła do Dyoklei, zresztą liczne monety rzymskie 



HBRCaGOWIHA, 



tamże znajdowane to potwierdzają. Łatwo więc mo- 
żemy przypuścić, że Św. Piotr Ap. idąc do Dalmacyi, 
zakładał po drodze gminy chrześciańskie, które następ- 
nie stawiały kościoły już w pierwszych czasach ery 
chrześciańskiej '). 

Stare i pewne pomniki podają, że w Trebinji już 
w IX wieku była rezydencya biskupa. W następnych 
wiekach prześladowania Bogomiłów, później innowier- 
ców i Turków, często zmuszały miejscowego biskupa 
do ucieczki, wkońcu do przeniesienia swej stolicy na 
wyspę Marcona, gdzie pod osłoną potężnej Ra guzy 
było mu bezpieczniej. Od tego czasu biskupi trebińscy 
otrzymali tytuł Ep. Marconensis et Tribuniensis. Pa- 
pież Grzegorz XVI powierzył administracyę tej dyecezyi 
biskupowi raguzkiemu. Gdy Ojciec św. Leon XIII przy- 
wrócił w r, 1881 hierarchię kościelną w Bośni i Herce- 
gowinie, bullą erekcyjną Trebinję oddał jako sufraganię 
arcybiskupowi Wrhbosneńsktemu. Obecnie administra- 
torem tej dyecezyi jest biskup mostarski X, Paschalis 
Buconjić, również sufragan arcybiskupa sarajewskiego "). 

Proboszcz trcbinjski marzy o nominacyi miejsco- 
wego biskupa. Co prawda, osobny biskup obecnie nie- 
wiele miałby do roboty, skoro na 150.000 ludności 
tej dyecezyi, zaledwie 14.Z00 znajduje się katolików, 
9 kościołów, 8 kapłanów i 5 kleryków. W samej 
Trebinji jest podobno tylko 600 katolików, nie licząc 
wojskowej załogi 2000, przeważnie katolickiej. 



') O hipotezie pobytu Św. Piotra w Dalmacyi, 1 
w Zadane, mówiłem w dziele p. t. W Dalmacyi i Ciarnogórse 
sir, a8— 3o, i w Missyack katolickich z r. 1894 na sir. 58. 

') Cf. Missiones Catholicae cura S. Congregationis de Pro- 
paganda Fide deacriplae. Anno i8g8. Romae eK Typogr. Poly- 
glotta. 5. C. de Prop. Fide. 



/^ 



TREBINJA. — METKOWIC. 



305 



W miejscowych szkołach haindlowej i elementar- 
nej X. proboszcz udziela tylko po dwie godziny ty- 
godniowo katechizmu. W elementarnej szkółce znaj- 
duje się 70 dzieci, lecz tak są zaniedbane, że spore 
dzieciaki nie umiały odmówić » Wierzę w Boga« a nie- 
które wZdrowaś Marya.« 

Ze sympatycznym kapelanem wojskowym X, An- 
tonim Bolkowić, Słowianinem styryjskim, zrobiliśmy 
wycieczkę do Gumilian, pamiętnych dniem 7 września 
1878 roku. Tam na małej przestrzeni rozrzucone są 
przy drodze bryły kamienne, nie przedstawiające na 
pierwszy rzut oka żadnego niebezpieczeństwa. Podczas 
okupacyi, nieostrożny kapitan, pomimo przestróg, zbli- 
żył się ze swą kompanią z Trebinji aż po Gumiliany. 
Wtem hercegowińscy powstańcy, ukryci za kamieniami, 
wzięli na cel austryackich żołnierzy i całą kompanię 
trupem położyli. Na pobliskim cmentarzu wystawiono 
poległym piękny pomnik, a na nim wyryto imiona 
wszystkich, którzy w tym boju polegli. Kapian, 2 po- 
ruczników, 2 podporuczników i 70 żołnierzy, pogrzebani 
w jednym grobie, oczekują tutaj dnia zmartwychwstania. 

Dzień 13 czerwca, uroczystość Bożego Ciała, ży- 
wo zapisał się w mej pamięci. W zastępstwie kape- 
lana miałem Mszę św. dla wojskowej załogi, następnie 
asystowałem uroczystej Sumie i procesyi z Najświęt- 
szym Sakramentem. Od niepamiętnych czasów podo- 
bnej uroczystości nie było w Trebinji. Niektóre apa- 
rata kościelne wypożyczono na ten dzień aż z Raguzy. 
Ustawiono w mieście 4 ołtarze, gdzie czytano Ewan- 
gelię po kroacku. 24 strzałów armatnich zagrzmiało 
z cytadeli przy rozpoczęciu procesyi, a przy błogosła- 
wieństwie kompania wojska dawała karabinowe salwy. 

Bośnia i Hercegowina. 20 



3o6 



HERCEGOWINA. 



^ 



Baldachin niosło sześciu rosłych jak dęby Hercegowiń- 
ców w przepysznych narodowych strojach, lśniących 
od złota i jedwabiu. Otwierała pochód orkiestra her- 
cegowińska, a wśród niej jeden muzułmanin z zapałem 
przygrywał. Za nią postępowało bractwo kościelne 
z krzyżem i chorągwiami, a bezpośrednio przed cele- 
bransem sześciu chłopaków, czerwono ubranych, niosło 
kadzidła i trybularze. Za nami postępowali dygnitarze 
cywilni i wojskowi; tłum ludu rozmaitych wyznań 
kończył pochód. Łzy stawały rai w oczach z radości, 
iż mogłem brać udział w pierwszym tak uroczystym 
hołdzie składanym Chrystusowi Panu. Jeszcze do nie- 
dawna za czasów tureckich, a nawet już po okupacyi, 
nie można było marzyć o podobnej uroczystości z obawy 
przed muzułmanami. 

Wśród islamitów biorących udział w procesyi, wi- 
działem jednego majętnego Turczyna, który wobec swo- 
ich wyznawców miał odwagę wypowiedzieć, że religia 
katolicka jest bardzo godną uszanowania, ponieważ po- 
siada środki umoralnienia, jakich muzułmanie nie mają. 

Tego samego dnia po południu wyjechałem z Tre- 
binji do Raguzy. Dłuższy czas jechaliśmy pod górę, 
dopokąd nie przebyliśmy pasma otaczającego trebińską 
równinę. Po drodze spotykamy kilkanaście kul ture- 
ckich, w części jeszcze zupełnie dobrze zachowanych, 
wyglądających zdała na szczytach gór jak baszty opu- 
szczonych zamczysk. Jak do niedawna kryły w swych 
obronnych murach załogę turecką, tak dziś są zajęte 
przez straże austryackie. Cała okolica bardzo dziko 
i jałowo wygląda, Droga wije się wśród rozpadłych 
skał i brył wapiennych o fantastycznych kształtach. 
Co krok to nowa kryjówka dla bandyty lub nieprzy- 
jacielskiego sąsiada. Dostrzegam przy drodze krzyż 



3o8 



HERCEGOWINA. 



■^ 



mały. Woźnica mój opowiada, że przed dwoma laty, 
w tem miejscu jeden muzułmanin i dwu Czarnogór- 
ców w biały dzień nożami zamordowali podróżnego, 
pomimp, że posterunek żandarmeryi znajdował się 
w pobliżUy zaledwie o kilkaset kroków. Takich zbójów 
nie jeden, ale tysiące może się ukryć przy samej drodze, 
a podróżny ich nie dostrzeże. Wjeżdżamy na górę 
Drjeno (477 m. nad poz, morza), zkąd po raz pierwszy 
na tej drodze zobaczyłem w dali morze Adryatyckie. 

Konie spoczęły, i znowu dalej wspinamy się wę- 
żownicą pod górę, dzielącą nas od granicy Dalmacyi. 
W Carina wiza paszportu. Odtąd rozpoczyna się nie- 
zrównany widok na urodzajną kotlinę z kulturą po- 
łudniowo - europejską, otoczoną wieńcem większych 
i mniejszych pagórków przekrytych winną latoroślą. 
Pośrodku kościół wśród cyprysowych gajów, obok 
ogrody warzywne, łąki z pasącem się bydłem i trzodą. 
Szczyty gór popielate łączą się z lazurowem sklepieniem; 
w dali szmaragdowe morze o srebrzystym połysku — 
wszystko olśnione blaskiem zachodzącego słońca. Od- 
mienną też odczuwam atmosferę. Niezawodnie bliskość 
morza wiele na nią wpływa. Czuć zarazem, że się znaj- 
dujemy w okolicy o wiekowej wyższej kulturze, której 
moc muzułmańska nie śmiała skrępować. 

Wjeżdżamy na terytoryum dawnej Rzpospolitej Ra- 
guzkiej. Droga prowadzi brzegiem pasma gór i Adrya- 
tyku. Po prawej stronie widzę znane z piękności ogrody 
i wille pełne róż, kwitnących kaktusów, agaw, pistacyj, 
granatów, drzew figowych i oliwnych, misternie osadzo- 
nych na tarasach skalistych. Raguza od hercegowińskiej 
granicy jeszcze piękniej i okazalej wygląda. Potężniejsze 
też z tej strony mury posiada i baszty z kamienia cio- 
sowego wykute, rzekłbyś Cyklopów roboty. 



TREBŁNJA. — METKOWIC. 



309 



Chociaż już po raz trzeci do Raguzy przybyłem, 
toż samo, a może jeszcze silniejsze wrażenie na mnie 
zrobiła.. Kto zna przeszłość sławnej Rzpospolitej, sądzę, 
że tego samego dozna uczucia, uszanowania i radości, 
gdy los szczęśliwy da mu sposobność zawitać do stolicy 
słowiańskiej cywilizacyi na południowych kresach ^). 

W Raguzie zatrzymałem się tym razem krótko, 
zaledwie i '/a dnia. Nie chcąc powracać tą samą drogą, 
wsiadłem na mały parowczyk, kursujący między Ra- 
guzą a Stagno, głównem miasteczkiem długiego pół- 
wyspu Sabioncello. Zamiast go okrążać parowcem, 
przebyliśmy jego szerokość końmi w ciągu Y4 godziny, 
i zastaliśmy na drugim brzegu inny parowiec, który 
nas zawiózł do Fort -Opus i Metkowic, granicznego 
miasta między Dalmacyą i Hercegowiną. Przestrzeń 
około 80 kilometrową z przestankami przebyliśmy za- 
ledwie w ciągu 12 godzin. Nie będę opisywał tej nudnej 
i długiej drogi. Z morzem już byłem oswojony. Ska- 
liste wybrzeża Dalmacyi i części Hercegowiny z zatoką 
ongi turecką Klęk, już nie robiły na mnie tak silnego 
wrażenia, jak po raz pierwszy przed kilku laty. Mo- 
notonia morskich wybrzeży zmieniła się, gdyśmy wpły- 
wali w ujścia Neretwy. Już zdała widać było jej nader 
szerokie łożysko i dziwną grę kolorów przy mieszaniu 
się wody słodkiej z morską. Zielonawe strugi słodkiej 
wody rozlewały się po powierzchni morza, utrzymując 
się, jako lżejsze, czas jakiś na jego powierzchni. Pły- 
niemy samem łożyskiem Neretwy. Parowczyk coraz 
silniej począł pracować, sapać, wszystkie swe siły wy- 
tężać, aby przełamać opór prądu wody spływającej do 
morza. Rozliczne boczne gałęzie rzek i strumyków, 

*) Obszernie pisałem o Raguzie w dziele p. t. W Dalmacyi 
i Czarnogórze 1. c. (str. 179 — 233). 



310 



HERCEGOWINA. 



zalewają całą okolicę, czyniąc ją najniezdrowszą w Dal- 
macyi. Fort - Opus, miasteczko i forteczka tegoż na- 
zwiska, strzeże wejścia do głębi Hercegowiny. Delta 
Neretwy pięknością wcale nie zachwyca. Lud tutejszy 
mizerny, z widocznym śladem przebytej febry; atmo- 
sfera przesiąkła zgniłą wilgocią. 

Przed zachodem słońca stajemy w Metkowic. 
Miasteczko położone na wzgórzu. Dominuje nad niem 
kościół i klasztor 00. Minorytów. Wśród różowego 
światła zachodzącego słońca widok na miasto i klasztor 
prześliczny. Niestety, i tutaj lud mizernie wygląda. 
Podróżny tylko koniecznością zmuszony zatrzymuje się, 
gdyż jedna noc przebyta wśród tej atmosfery, może 
sprowadzić silną febrę, a w ciągu 6 godzin śmierć. 
To też wszyscy czemprędzej zdążaliśmy do dworca ko- 
lejowego, aby uciec, jak przed zmorą, w głębiny herce- 
gowińskie, gdzie inne powietrze i inny świat. A jednak 
dawniej i tutaj było inaczej. Właśnie w tem miejscu, 
gdzie dziś się wznoszą mury Metkowic, stało sławne 
rzymskie miasto Narona. Zburzone przez Awarów i Sło- 
wian w Vn w., stało się gniazdem piratów Neretwian, 
którzy przez kilka stuleci byli postrachem mieszkańców 
na Adryatyckich wybrzeżach. 

W pobliżu dawnej Narony, tam, gdzie dziś znaj- 
duje się wioska Yiddo, istniało miasto korsarskie tejże 
nazwy. W r. 873, admirał cesarza bizantyńskiego Ba- 
zylego, skłonił wprawdzie Neretwian do przyjęcia Chry- 
stusowej nauki, lecz cesarz Konstantyn wspomina o nich 
jako o poganach. W następnym wieku o mało że We- 
necya, w samych początkach swego rozwoju, nie zo- 
stała przez korsarzy zniszczoną. Ledwie mogła rocznym 
haraczem okupić u nich wolność handlu na Adryatyku. 




312 



HERCEGOWINA. 



Dopiero w r. 997, doża Piotr II Orseolo, złamał po- 
tęgę neretwiańskich korsarzy i zapewnił panowanie We- 
necyi na dalmatyńskich wybrzeżach. 

Szczęśliwym przypadkiem zjechałem się na kolei 
z Prowincyałem 00. Minorytów hercegowińskich, wra- 
cającym z generalnej kapituły świeżo odbytej w Assyźu. 
Wiele mieliśmy sobie do opowiadania, to też przestrzeń 
dzieląca nas od Mostaru minęła niepostrzeżenie. Noc 
była, gdyśmy przybyli do stolicy hercegowińskiej. Zaraz 
nazajutrz w dalszą puściłem się drogę na Sarajewo 
i inne już nam znSne miasta Bośni. Spieszyłem, aby 
nawiedzić sławne z exorcyzmów świętojańskich Podmi- 
lacze, i powrócić do zwykłych mych zajęć na rodzin- 
nej ziemi. 



•>*«— 




ROZDZIAŁ XVI. 



Wycieczka missyjna do Polaków i Rusinów 

w Bośni. 

Okolice starej i bośniackiej Gradiski. Cygańska wioska. Kolonie: 
niemiecko-polska w Windhorście, i polskie w Celinowaczu, Mile- 
waczu i Bakinci. Pobożność ludu. Prace i przygody. Stan ma- 
teryalny kolonistów. Włoska kolonia w Mahowliani. Rusini z Ba- 
kinci i Celinowca. Rekolekcye dla polskiej inteligencyi i nauki dla 
ludu w Banialuce i Sarajewie. Powrót przez Trawnik — Doboj — 
Dolną Tuzlc. Wspomnienia z dawnych czasów. Tuzlańscy Polacy. 
Saliny w Semin-hanie. Possawina. BrĆka. 

Gdy przed trzema laty po raz pierwszy przyjecha- 
łem do Bośni, wspominał mi ks. biskup Markowie, że 
w jego dyecezyi banialuckiej znajdują się polscy kolo- 
niści, także Rusini i zachęcał do ich odwiedzenia. Wów- 
czas zajęty innemi sprawami, nie mogłem zadość uczy- 
nić jego życzeniu, sposobność jednak nadarzyła się w bie- 
żącym roku (1898). Oto otrzymałem list jednego z ko- 
lonistów polskich w Bośni, z którego poznałem smutny 
stan, w jakim się tam znajdują nasi rodacy, pozbawieni 



3H 



WYCIECZKA MISSYJNA 



nawet tej pociechy, aby mogli wyspowiadać się w cza- 
sie wielkanocnym. Niezwłocznie napisałem do ks. me- 
tropolity bośniackiego, arcybiskupa Stadlera w Saraje- 
wie i do ks. biskupa Markowića w Banialuce z zapyta- 
niem, czy mogę w czasie wielkopostnym oddać się pracy 
apostolskiej w Bośni. Gdy otrzymałem najprzychylniej- 
szą odpowiedź, dnia 5 marca wybrałem się w drogę. 

Z Krakowa na Wiedeń — Zagrzeb przyjechałem 
8 marca w południe do maleńkiej stacyi Okucani, po- 
łożonej w Sławonii, na linii Zagrzeb — Sunia — Bród 
bośniacki. Tutaj zastałem już pakę książek religijnej tre- 
ści, przeznaczoną dla kolonistów, jaką parę dni przed wy- 
jazdem wysłałem z Krakowa. Naczelnik stacyi z uśmie- 
chem mi mówił, że gdy paka nadeszła, pomyślał, że 
albo jakiś socyalista jedzie agitować wśród południo- 
wych Słowian, albo dobry kapłan, bo kto inny nie 
wiózłby ze sobą biblioteki do Bośni. 

Przypadkowo znalazłem na stacyi jakiś wózek bo- 
śniacki, ciągniony przez dwa rumaki mało co większe 
od kotów; właściciel w czerwonym turbanie, zresztą 
podobny do naszego podolskiego wieśniaka, łatwo się 
zgodził przewieźć mnie do Starej Gradiski, w średnich 
wiekach zwanej Brebirem, w starożytnych Servitium, 
ostatniego posterunku rzymskiego na drodze cesarskiej 
ze Salony do Panonii. 

Czas mieliśmy dżdżysty, w prawo i lewo pola 
wodą zalane, w powietrzu wilgoć niesłychana, wszel- 
kie drzewa żywe i martwe grubo mchem zielonkowato- 
siwym obrosłe. Wioski, przez które wypadło nam prze- 
jeżdżać, pełne wody i błota, to też mieszkańcy radzą 
sobie, jak mogą, stawiając domy na palach, a na nich 
dopiero kładą belki i cegły pod budowę mieszkań. 
Przestrzeń wolna między ziemią a podłogą domów jest 




DO POLAKÓW I RUSINÓW W BOSKI. o j c 

ulubionym spacerem drobiu lub stacyą kąpielową nie- 
rogacizny. Po dwugodzinnej jeździe przybyłem do da- 
wnej granicznej austryackiej warowni, silnie zbudowa- 
nej z kamienia, otoczonej głębokiemi rowami, dziś je- 
szcze pełnemi wody. Przed 20 laty tutaj była granica 
Austro Węgier, posterunek silny stał na straży bezpie- 
czeństwa monarchii, zagrożonej w tem miejscu najsil- 
niej od fanatyzmu Osmanów. Dziś twierdza jest bez 
znaczenia, ledwie kilku żołnierzy w niej się znajduje, 
podczas gdy przedtem była rezydencyą jenerała i jego 
sztabu. Stajemy nad brzegiem Sawy. Mój woźnica da- 
lej jechać nie ma zamiaru, woda we wspaniałej szero- 
kiej rzece zbyt była rwiącą, aby bezpiecznie puścić się 
promem. Nie było innej rady, jak łodzią przeprawić się 
na drugi brzeg Sawy — na ziemię bośniacką, gdzie mia- 
sto tureckie rozsiadło się dokoła swej twierdzy, patrzą- 
cej niegdyś śmiało w oczy austryackiej rywalce. 

Niebawem otoczyło mnie kilku muzułmanów i za- 
chwalało swe powozy i konie. Wybrałem tego, który 
miał zaprząg najlepszy. Lecz jakież rozczarowanie! 
Nadjechała buda iście cygańska, do której wsiadając, 
musiałem dobrze opasać me kości, aby w drodze jakiej 
nie zgubić wśród ciągłego trzęsienia. Okolica stawała 
się coraz dzikszą i bardziej pustą. Ogromna przestrzeń 
między Sawą, poniżej Bośniackiej Gradiski, aż ku Ba- 
nialuce, nazywa się Kozara i mało jest zamieszkslłą 
przez ludzi. Przed okupacyą można było jechać tędy 
przez bory, krzaki i błota trzy dni i ludzkiego nie zna- 
lazło się mieszkania. Podróżny spotykał tylko gdzie- 
niegdzie rozrzucone sadyby cygańskie, z któremi spot- 
kanie w czasach dawniejszych mniej było przyjemne 
i bezpieczne. Obecnie, gdy wypadło mi przejechać 
przez wieś tego koczowniczego ludu, nie było żadnego 



3i6 



WYCIECZKA MISSYJNA 



niebezpieczeństwa. Zatrzymałem konie i zapytałem je- 
dnego z mieszkańców tamtejszych, czy mogę wejść do 
wnętrza jego mieszkania. Choć muzułmanin, ale że cy- 
gan, więc na to pozwolił, pomimo, że wewnątrz znaj- 
dowała się jego rodzina. Lepianka tylko jedną miała 
izbę i mały przedsionek, rodzaj szałasu, chrustem po- 
kryty. Światło do wnętrza wpadało przez maleńki 
otwór, zrobiony u samego dołu, zasłonięty kawałkiem 
szyby. Sprzętów nie zastałem tu żadnych. Na nagiej, 
wilgotnej ziemi w jednym rogu leżał worek z kukuru- 
dzianą słomą, w drugim było rozniecone ognisko, 
a przy niem młoda cyganka z dziecięciem u piersi. 
Stara cyganka, matka «pana domu», i synek, miły 
dzieciak ośmioletni, robili honory niespodziewanemu 
gościowi. Nędza tu okropna. Gdy dałem parę groszy 
cygance na mleko dla dziecka, chłopak zawołał całem 
gardłem: «hwala wam» i począł po cygańsku błogosła- 
wić ofiarodawcę. 

Zaczęło się ściemniać, gdy stanąłem w Windhor- 
ście, kolonii niemieckiej, u proboszcza, Bośniaka, wła- 
dającego jednak dobrze niemieckim językiem. Koloni- 
ści tutejsi przybyli do Bośni zaraz po okupacyi z roz- 
maitych stron Niemiec, dobrze się zagospodarowali na 
gruntach, częścią darmo, częścią pół darmo otrzyma- 
nych od rządu. Pustą okolicę potrzeba było koniecznie 
zaludnić, aby bogata ziemia nie leżała odłogiem, toż 
sprowadzono w te okolice, Kozarami zwane, ludność 
rozmaitą: Niemców, Włochów, Węgrów i Polaków. 
W trzech Windhorstach, górnym, dolnym i środko- 
wym, gospodarstwa są prowadzone bardzo dobrze i sta- 
nowią jakby centra kultury w tych stronach. Wielu 
Polaków, najwięcej z Bukowiny, z okolic Gura-humory, 
osiadło przy Windhorście i nie źle się mają na wła- 




DO POLAKÓW I RUSINÓW V 



snym gruncie lub w służbie u Niemców. Wszystkich 
Polaków w Windhorście jest około 150 osób, wielu 
z nich mówi po niemiecku, w znacznej części umieją 



Zaułek mostarski. 

już także mówić po bośniacku, gdyż przybyli do Bośni 
przed 6 laty. 

Parafialny kościółek wykończono dopiero przed 
czterema laty; wiele w nim brakuje do wewnętrznego 



JlS WYCIECZKA MISSYJNA 

odpowiedniego urządzenia, lecz przynajmniej jest ołtarz 
z tabernakulum, a w nim Najśw, Sakrament. Mieszka- 
nie proboszcza nowe, wygodne, tylko pokój, dla mnie 
przeznaczony, nie miał pieca, wskutek czego zaraz na 
wstępie mocno się zaziębiłem. 

Proboszcz spodziewał się mego przybycia dopiero 
nazajutrz, więc lud polski nie zawiadomił o rozpoczę- 
ciu misyi. Skorzystałem z tej zwłoki, sprowadziłem 
dwóch Polaków z Windhorstu, poleciłem lud zawiado- 
mić o swem przybyciu i zamówiłem przez nich konie 
nazajutrz rano do najbliższej kolonii polskiej w Celino- 
waczu. W środę rano, dnia 9 marca wybrałem się tam 
z proboszczem Windhorstu i dwoma wójtami, czyli, jak 
tu nazywają, kneziami polskich kolonij: Celinowacza 
i Milewacza. Część drogi odbyliśmy gościńcem, a gdy 
ten niebawem się skończył, wypadało jechać na prze- 
łaj przez krzaki zalane wodą na przestrzeni kilku kilo- 
metrów kwadratowych. Gdyby nie widoczna dobroć 
koni niemieckiego kolonisty i zapewnienia knezów, że 
grunt jest nieprzemakalny, więc bagna niema, nigdy- 
bym się nie odważył na podobną drogę. Mówiono mi, 
że tylko w jesieni i na wiosnę takie tu wody; w lecie 
one wysychają, a grunta służą jako dobre pastwiska. 
Wreszcie skończyły się bagniska, rozpoczęła się droga 
górzysta. Gdzieniegdzie spotykamy serbskie i tureckie 
zagrody bardzo nędzne. Zaglądam do jednej chałupy 
serbskiej : wewnętrzne jej urządzenie prawie zupełnie 
podobne do wyżej opisanego mieszkania cygana, z tą 
tylko różnicą, że przy ognisku siedziała stara Serbka, 
jak wiedźma z rozpuszczonemi włosami i głosem me- 
lancholijnym poczęła żałośnie śpiewać żale, że kawy 
niema, niema czem się posilić. Małe grosiwo rozjaśniło 
jej oblicze i wywołało długi szereg błogosławieństw 
z ust kobieciny. 



DO POLAKÓW 1 RUSINÓW W BOŚNI. 



319 



Po trzygodzinnej jeździe stanęliśmy u cela drogi : 
w polskiej kolonii. Siedm pagórków konicznych łączy 
się ze sobą falistym gruntem. Gdzie okiem rzucę, wi- 
dzę pniaki ściętych dębów, tylko gdzieniegdzie pozo- 
stały starsze drzewa, zresztą leszczyna, tarnina, graby 
i buczyna młoda. Na pagórkach rozrzucone i od sie- 
bie oddalone domy, mało który wykończony, w zna- 
cznej części dopiero rozpoczęte, lub szałasy z chrustu, 
w których się gnieździ świeżo przybyła rodzina kolo- 
nisty. Najstarsi przybyli tu przed dwoma laty, znaczna 
część dopiero od roku lub kilku miesięcy. Dwadzieścia 
i dwie rodzin otrzymało od rządu grunta bezpłatnie; 
reszta, prawie drugie tyle, wyczekuje zmiłowania ze Sa- 
rajewa. Rząd ma do dyspozycyi mnóstwo gruntów, 
które dotychczas służyły za pastwiska komukolwiek. 
Są więc pewne trudności w usunięciu pretensyj da- 
wnych okolicznych właścicieli, sąsiadów owych grun- 
tów. Dla wyjaśnienia sytuacyi dodać muszę, że zaró- 
wno Turcy, t. j. bośniaccy muzułmanie, jak Serbowie, 
t. j. bośniaccy wschodniego wyznania, zwyczajnie w tej 
okolicy nie mają żadnych stajen, ani obory. Stada by- 
dła, koni i trzody przez cały rok znajdują się w otwar- 
tem polu, gospodarz nie troszczy się wcale o jego 
chów, co będzie jadło, gdzie nocowało wśród słoty lub 
zimna. Czasami, gdy wielkie śniegi spadną i bydło lub 
konie nie mogą odgrzebać liści, resztek zeschłej trawy 
lub ścierniska, właściciel podrzuca im trochę słomy, 
aby nie zginęło z głodu. Zresztą wszystko włóczy się 
samopas po okolicznych lasach, krzakach i polach, wy- 
jadając jak szarańcza, co spotka na drodze. Wskutek 
tego zwyczaju, czy nadużycia — nie wiem, jak nazwać — 
nikt tu oziminy nie sieje, a na wiosnę gdy chce zasiać 
na kawałku gruntu kukurudzę lub owies, okala go pło- 



320 



WYCIECZKA MISSYJNA 



tem, aby go ochronić od trzody i bydła. Stąd preten- 
sye, jeśli rząd zamyka pastwiska na swoich gruntach 
lub na oddanych kolonistom, mającym zwyczaj siać 
oziminę i nie oddawać gruntu na pastwę cudzego by- 
dła. Zanim więc te pretensye i im podobne nie zostaną 
usunięte, grunta rządowe leżą odłogiem i wyglądają 
jak dżungle indyjskie lub z głębin Afryki, znane nam 
z rycin lub fotografij. 

Część takich dżungli, oczyszczonych z sąsiedzkich 
pretensyj, otrzymali koloniści w Celinowaczu. Każda 
rodzina posiada 12 do 18 morgów. 

Na dany znak kołatką, zawieszoną na drzewie, 
zbiegli się nasi rodacy. Trudno opisać ich radość, łą- 
czącą się z płaczem, na widok polskiego kapłana — na 
wieść, że ich przyjechałem wyspowiadać, pocieszyć, 
dzieci przygotować do pierwszej spowiedzi. ^Zostańcie 
z nami na zawsze — wołali biedacy — umieramy bez 
księdza !». Gromadnie stanęliśmy przed maleńką dre- 
wnianą kapliczką, jakby altanką z desek. Tu po raz 
pierwszy do nich przemówiłem o celu mego przybycia 
i porządku misyi. Ponieważ głębokie wody nie pozwa- 
lały na gromadne przybycie tutejszych kolonistów do 
parafialnego kościoła w Windhorście, więc ułożyłem się 
z nimi, że najpierw zaopatrzę potrzeby duchowne Po- 
laków z kolonii niemieckiej, następnie do nich przy- 
będę. Tymczasem kazałem zebrać dziatwę do obszer- 
niejszego ciepłego mieszkania i zapowiedziałem dla nich 
naukę po obiedzie, na jaki mnie zaprosił kneź kolonii 
Grzegorz Papik, Bukowińczyk z okolic Gura-humory. 
Poczciwa gosposia, knezini, jak umiała i co miała naj- 
lepszego, zastawiła na stole, a na deser podała słodkie 
mleko !... 



DO POLAKÓW I RUSINÓW W BOŚNI. 



321 



Po uczcie zabrałem się do katechizowania dzieci, 
przyczem udział brali także ich rodzice. Nawiedziłem 
jeszcze parę domów niosąc słowa pociechy strapionym 
i chorym — a iluż tu chorych na febrę — dzieci od niej 
wyżółkłych, jak cytryna! Nie zapomnę wizyty u bie- 
dnej niewiasty, której mąż gdzieś daleko poszedł za za- 
robkiem, a ona pozostała z dwojgiem dzieci, drżała na 
całem ciele, gorączkując od febry, wyschła, z zapadłemi 
oczyma, blizka śmierci, bez żadnej nad sobą opieki, bez 
żadnego lekarstwa! Do apteki parę mil drogi, lekarza 
w okolicy niema. Pragnęła się wyspowiadać, aby przy- 
najmniej być spokojną, gdy śmierć zawita w progi jej 
domu. 

Słońce zbliżało się ku zachodowi, gdy opuszcza- 
łem kolonię. Już noc zapadła, gdy stanąłem w Wind- 
horście. 

Nazajutrz czuję, że głos zachrypnięty i ledwie 
mogę go z piersi wydobyć — a tu dopiero początek 
pracy! Przekonałem się, że w podobnych wypadkach 
nie wiele trzeba na siebie uważać, a więcej mieć ufno- 
ści w pomoc Bożą. Zachrypniętym głosem przed i po 
mszy dwie nauki powiedziałem do licznie zgromadzo- 
nych Polaków w parafialnym windhorstowskim kościele, 
przygotowałem ich do spowiedzi, która miała się zaraz 
rozpocząć po południu. Kilka szklanek herbaty, mej 
nieodstępnej towarzyszki w ciągu całej podróży, usu- 
nęło chrypę i ze spokojem o zdrowie mogłem słuchać 
spowiedzi z małą przerwą do godziny 12 w nocy. Po 
krótkim spoczynku i wczesnej mszy św. znowu miałem 
naukę i słuchałem spowiedzi do południa, a garnęli się 
do niej nietylko Polacy, ale i Niemcy, nawet Bośniacy. 
Wielką radość sprawiły naszym rodakom książki pol- 
skie, jakie rozdzieliłem między wszystkich, umiejących 

Bośnia i Hercegowina. 21 



322 



WYCIECZKA MISSYJNA 



czytać, a nadto dziełka kilkotomowe lub większe i droż- 
sze pozostawiłem dla wspólnej polskiej biblioteczki. Zna- 
lazł się między nimi zacny gospodarz, który dom swój 
otworzył na polskie zebrania, gdzie ci nawet będą mo- 
gli korzystać z książek, co czytać nie umieją, bo w nie- 
dziele i święta odbywa się u niego obecnie głośne czy- 
tanie. Umie on i polskie pieśni zanucić i chórem kie- 
rować, gdy potrzeba zachodzi. 

Zakończywszy prace około Polaków w Windhor- 
ście, zaraz tegoż dnia (lo marca) wyjechałem po połu- 
dniu znaną już drogą po wodach i błotach do Celino- 
wacza. Lud wyszedł naprzeciw. Zgromadziliśmy się 
w umówionej izbie jednego ż kolonistów, gdzie zaraz 
przemówiłem do zebranych dzieci, tak, aby i starsi 
obecni mogli się przygotować do Sakramentu pokuty. 
Po nauce, ponieważ już się ściemniało, odesłałem dzieci 
i niewiasty do domów, a mężczyzn zatrzymałem, któ- 
rzy byli już przygotowani do spowiedzi św. Czas z nimi 
zeszedł mi do północy. Na nocleg wyznaczono mi je- 
dną z najlepszych izb, jakie się znajdowały w kolonii. 
Pomimo tego niesłychane było zimno, zwłaszcza, że 
mróz wziął na noc, a ściany mej sypialni tak były fili- 
granowe, że mogłem przez szpary doskonale powtarzać 
sobie ćwiczenia astronomiczne, jakim się przed laty od- 
dawałem w Rzymie. Nad rankiem nieco zasnąłem, lecz 
silne pukanie do drzwi przypomniało mi, że całe za- 
stępy czekają na spowiedź. Dziwnie Pan Bóg w takich 
razach pomaga^ Prawie wcale nie czułem znużenia, gdy 
od 5 rano słuchałem spowiedzi do 1 1 w południe bez 
przerwy, następnie mszę św. miałem z kazaniem zasto- 
sowanem do okoliczności. Lud nie płakał, lecz ryczał 
tak, że w końcu i mnie z oczu łzy się polały, choć 
nie jestem skłonny do ich wylewania. Wszyscy słabsi, 



Kmet boiniacki. 



324 



WYCIECZKA MISSYJNA 



przedewszystkłem dzieci, niewiasty i starcy najpierw się 
spowiadali i przystąpili podczas Mszy św. do Komunii 
Św. Silniejsi mężczyźni musieli czekać ze spowiedzią 
do popołudnia, a potem dalej ze mną wyruszyć, aby 
nazajutrz w innej miejscowości przystąpić do Komunii 
Św. Słońce około południa zajaśniało, więc mój kon- 
fesyonał urządziłem pod starym dębem wśród lasu, 
i słuchałem spowiedzi, dopokąd konie nie zajechały, 
aby mię odwieźć do trzeciej kolonii polskiej Milewać 
nazwanej. Lecz przedtem należało pokrzepić swe siły. 
Zaproszono na obiad. Menu było następujące: zacierka 
na mleku, pierogi z serem, ser z chlebem, a na deser 
gorące mleko z masłem! Co mogłem, jadłem, apetyt 
i poczciwe serca moich gospodarzy najlepszą ze wszyst- 
kich były przyprawą. 

Na odjezdnem rozdałem między kolonistów pol- 
skich książki i zawiadomiłem ich, że wobec świadków 
złożyłem w ręce proboszcza na budowę ich kaplicy 
około 300 złr. Radość była niesłychana. Skorzysta- 
łem z tej chwili, aby wsiąść na wózek i uciec przed 
lamentami poczciwych ludzi, że już ich opuszczam. 

Do Milewacza jechaliśmy wśród siół serbskich i mu- 
zułmańskich blisko 3 godziny. Towarzyszyli mi w dro- 
dze ciż sami dwaj knezie z Celinowacza i Milewacza, 
Papik i Rochaczek, którzy nieodstępnymi tow^arzyszami 
moimi byli od chwili mego przyjazdu w Kozary. Ro- 
zmowa nawiązała się o tutejszych stosunkach z tubyl- 
czą ludnością. Zarówno ze Serbami jak Muzułmanami 
nasi rodacy przyjazne utrzymują stosunki, co im łatwo 
przychodzi, ponieważ patrzą na nich, jako na ludzi 
wyższej kultury. Co prawda, niewiele potrzeba do tej 
wyższości. Uprawa roli u tubylców jest na stopniu 
możliwie najniższym. Pomijam okoliczność, że nie 



DO POLAKÓW I RUSINÓW W BOŚNI. 



325 



mają odpowiednich narzędzi rolniczych, ale nawet swoją 
osochą nie umieją uprawiać roli. Sam widziałem, że 
zwykle cztery woły zaprzęgają nawet do jednej brony, 
przyczem zajęte są co najmniej cztery osoby: dwu po- 
ganiaczy, trzeci naciska bronę, czwarty nią kieruje. 
Roli nigdy nie nawożą, lecz mając dosyć gruntu pod 
uprawę, po zbiórce jednorocznej zostawiają odłogiem 
przez dwa, nawet trzy lata. Kartofli w tej okolicy 
wcale nie znali, dopiero nasi koloniści nauczyli, jak je 
mają sadzić, zbierać i jeść. Proso tubylcy tłukli w stę- 
pach i z tej masy tłustej placki wypiekali. Bardzo się 
dziwili, gdy im pokazano jagły i sposób przyrządzania 
kaszy na mleku, co bardzo zasmakowało Bośniakom. 
Tatarki czyli hreczki wcale nie znali. Z wielkiem nie- 
dowierzaniem patrzyli na jej uprawę, lecz później do- 
piero uznali, jakiem jest dla rolnika dobrodziejstwem. 
Prócz kukurudzy i owsa, mało kto co innego sieje; 
gospodarstwo mleczne prawie zupełnie zaniedbane. Gdy 
Bośniakowi potrzeba deski, bez wahania całe stare drzewo 
zetnie, a po zdobyciu kawałka potrzebnego, resztę po- 
zostawia marnie w polu. Siana nie zbierają, jak u nas 
na początku lata, lecz w jesieni, gdy ukończą zbiory, 
wskutek czego dobrej paszy nie mają. Do pługa i brony 
używają tylko wołów, koni używają tylko do zaprzęgu: 
w razie potrzeby łapią w polu arkanem, zaprzęgną do 
wozu i pędzą cały czas galopem, wskutek czego koń 
po jednem użyciu często dychawicy dostaje. 

Pod względem duchowym kompletne opuszczenie. 
Nie mówię już o muzułmanach, u których życie mo- 
ralne i duchowe opiera się na kilku zewnętrznych prak- 
tykach i Ramazanie: mieszaniną nocnych bachanalij ze 
ścisłym postem za dnia, ale o Serbach... Zarówno 
Muzułmanie jak Serbowie bośniaccy wielu oddają się 



526 



WYCIECZKA MISSYJN\ 



gusłom i zabobonom^ mają jednak wielką ufność w siłę 
wody święconej, i dlatego udają się po nią do kato- 
lickich kapłanów, aby jej użyć jako prezerwatywę od 
złego. 

Po trzygodzinnej jeździe, przybyliśmy do trzeciej 
polskiej osady w Milewaczu. Wypadało nam jechać 
bardzo stromą górską drożyną. Dla ulżenia koniom 
szliśmy piechotą, gdyż nasze rumaki ledwie pusty 
wózek zdołały wyciągnąć. Był projekt, że przyjadę 
konno krótszemi ścieżkami, lecz w braku siodła, mu- 
siałem wlec się wózkiem i drogi przyczynić. Cała ko- 
lonia wyległa na moje spotkanie, zkąd spodziewano 
się mego przybycia. Nawet małe dzieci wyszły z do- 
mów i parę godzin czekały, czy się nie okaże na ho- 
ryzoncie spodziewany wierzchowiec. To też osadę zna- 
lazłem prawie pustą, i dopiero po chwili na dany znak, 
lud zbiegł się i otoczył mnie kołem. Powtórzyły się 
wzruszające sceny powitania i radości na widok pol- 
skiego kapłana. Gromadnie udaliśmy się do gospodarza 
mającego największą izbę , gdzie zebrawszy około siebie 
dziatwę w obecności ich rodziców i starszego rodzeń- 
stwa, przygotowywałem do spowiedzi św. Już noc za- 
padła, gdyśmy się rozeszli. Dla mnie przeznaczono 
mieszkanie w innej stronie kolonii, kilku mężczyzn to- 
warzyszyło mi wśród ciemności, których wcale nie roz- 
praszała latarka ze świecą łojową. Wśród błota, krza- 
ków i spinania się po górach, dotarliśmy do chałupki, 
gdzie był osobny pokoik nawet już otynkowany, przy- 
gotowany na moje przybycie. Po missyonarskiej wie- 
czerzy kilku mężczyzn prosiło mnie o spowiedź; było 
już po północy, gdy zgasiłem świad:o i mogłem zasnąć. 
Nazajutrz rano już o 5 przybyła dziatwa, aby po raz 
pierwszy przystąpić do Sakramentu spowiedzi. Między 



DO POLAKÓW I RUSINÓW W BOŚNI. 



327 



innemi dziećmi przybył trzyletni chłopaczek. Dzień 
przedtem składał przedemną egzamin z całego pacierza 
i wielu rzeczy z katechizmu, teraz stanął w kąciku 
i ciągle patrzał na mnie, nie chcąc ani kroku odstąpić. 
Pytam go, czego chce: spowiadać się — odpowiedział; 
trudno było dysputować z malcem; pobłogosławiłem 
go, z czego bardzo był ucieszony i dopiero -wtedy dał 
się zaprowadzić do swej matki. 

Około południa, po wyspowiadaniu znacznej części 
ludzi, udaliśmy się do kapliczki, wprawdzie maleńkiej, 
drewnianej i jeszcze niewykończonej, ale w której już 
można Mszę św. odprawić. Lud śpiewał pobożne pieśni 
polskie, dziwnie miłem echem rozbrzmiewające wśród 
dzikich lesistych pagórków — do niedawna pogańskiej 
ziemi. Po nauce, na której wszyscyśmy się spłakali, 
rozdałem na pociechę polskie książki treści religijnej. 
I tutaj więc będą mieli jaki taki pokarm duchowy 
w braku żywego słowa Bożego. Radziłem kolonistom, 
aby wystawili trwalszą, z kamienia i cegły kaplicę, 
w kształcie prezbyteryum, do którego później, w miarę 
potrzeby, możnaby dobudować nawę. Na pierwsze wy- 
datki zostawiłem im paręset złr., a sami obiecali po 
ukończeniu wiosennych robót, zająć się wyrabianiem 
cegły, zwożeniem kamienia pod przyszły dom Boży. 
Projekt podobał się naszym rodakom i znalazł popar- 
cie u odpowiedniej władzy. 

Koloniści w Milewaczu pochodzą z okolic Niska 
w Galicyi, tylko kilka osób z gubernij rosyjskich. 
Wszystkich razem jest tu rodzin około 40, z tych 
tylko 16 otrzymało grunta od rządu, reszta znajduje 
się w wielkiej nędzy i wyczekuje swej cząstki, jeśli po- 
zwolenie przyjdzie ze Sarajewa. Na usilne prośby, abym 
ich ratował i wstawił się za nimi u władz, poleciłem 



328 



WYaEGZKA MISSTJNA 



zrobić spis rodzin, które w koloniach polskich jeszcze 
nie otrzymały gruntu, skąd pochodzą, ile osób każda 
rodzina liczy, ile mają kapitału i t. d., i gotowy 
dokument, stwierdzony przez miejscową władzę ze 
sobą zabrałem. W Sarajewie wręczyłem go p. radcy 
Mikuli, szefowi departamentu bośniackich kolonij, a za- 
razem po udzieleniu odpowiednich informacyj, otrzy- 
małem zapewnienie, że sprawę rozdziału gruntów przy- 
spieszy, o ile od niego będzie zależało. Niestety cała 
sprawa dotychczas (21 września) jeszcze nie została 
załatwioną. 

Podobnie jak w Celihowaczu, tak i w Milewaczu, 
chociaż okolica jest górzysta, grunta są dobre, lecz osa- 
dnicy jeszcze wiele mają do karczowania lasów i zrę- 
bów. W sąsiedztwie dużo jest gruntów muzułmańskich. 
Właściciele pragną sprzedać swe posiadłości, nie chcąc 
być w sąsiedztwie chrześcijan i to cudzoziemców. Bar- 
dzo dobre ziemie są na sprzedaż po 15 do 20 złr. za 
morgę. Również wiele jest jeszcze gruntów rządowych, 
przeważnie lasów, które również mają być rozdane lub 
sprzedane kolonistom. Przedsiębiorczy rolnik nawet 
z małym stosunkowo kapitałem mógłby piękny folwark 
zakupić, a zarazem znacznie podnieść polską osadę. 
Jeżeli wszyscy koloniści, którzy się spodziewają grun- 
tów, przychylną otrzymają ze Sarajewa odpowiedź, Mi- 
lewacz ma przyszłość przed sobą. Przemysłowiec, han- 
dlarz drobnym towarem, rzemieślnik ma otwarte pole 
do zarobku, chociażby tylko między swoimi. 

Z Milewacza czyli Milewackiej Kozary do czwartej 
i ostatniej kolonii polskiej Mahowliani i Bakinci drogę 
miałem bardzo piękną. Dzień sobotni (12 marca b. r.) 
przyniósł ze sobą wiosenną pogodę. Promienie słońca 
niewidzialną swą siłą wydobywały z pod ziemi stor- 



330 



WYCIECZKA MISSYJNA 



czykiy pierwiosnki, fiołki i inne najrozmaitsze kwiaty, 
których bogactwem mało który kraj jak Bośnia może 
się poszczycić. Lasy i gaje ożywiły się wesołym śpie- 
wem drobnego ptactwa, a z bagnisk i stawków do- 
latywało żegotanie żab, jako zapowiedź ze snu budzącej 
się wiosny, Jecłiałem konno w towarzystwie kilku męż- 
czyzn, którzy częścią z dewocyi, częścią dla odbycia 
spowiedzi, ze mną spieszyli do Mahowliani. Droga była 
jeszcze turecka t. j. mniej odpowiednia do kołowej jazdy. 
Co chwila wypadało zsiadać z konia, gdy się wspinał 
na spadzistą górę, lub przepływał rzekę, wijącą się 
wśród pól i łąk. Podróż była bardzo romantyczna, a od 
dzieciństwa przyzwyczajonemu do konnej jazdy bynaj- 
mniej nie przykra, lecz w każdym razie komunikacyę 
w tych okolicach wygodną żadną miarą nazwać nie 
nie można. Opieka rządu okupacyjnego do tych stron 
widocznie jeszcze nie dotarła. 

W polu widzieliśmy roboty już rozpoczęte : u mu- 
zułmanów zasadza się głównie na ogrodzeniu płotem 
całego pola, jakie ma uprawiać, ażeby bydło, trzoda 
i konie, plądrujące po wszystkich stronach, zasiewów 
wzrastających nie zniszczyły. Ile w tym czasie zniszczy 
Turek drzew na polu i ile wytnie w lesie leszczyny lub 
młodych grabów, łatwo da się obliczyć. Tyle pracy 
i szkody w lesie wyrządza na czas krótki, bo niebawem 
zostawi tę ziemię ugorem, a inny kawałek będzie ogra- 
dzał. Dotychczas prawie wszyscy kmiecie czyli wieśniacy, 
posiadający grunta, nie są absolutnymi właścicielami 
ziemi, lecz tylko dzierżawcami wieczystymi. Trzecią 
część zbioru, najczęściej in natura^ kmet musi odda- 
wać begowi, który również niema ani piędzi ziemi 
wyłącznie swojej, lecz wszystkie grunta są jego i dzier- 



DO POLAKÓW I RUSINÓW W BOŚNI. 



331 



żawnych kmetów. Nie jest więc tutaj tak łatwo wyzwo- 
lić chłopa, jak było u nas przez zniesienie pańszczyzny. 

Po dwugodzinnej jeździe wśród okolicy o nizkiej 
kulturze dostaliśmy się do włoskiej kolonii Mahowliani. 
Postęp widoczny na każdym kroku. Najpierw drogi 
bardzo dobrze zrobione, choć wśród okolicy pagórko- 
watej; mieszkania w znacznej części piętrowe, muro- 
wane, ubranie mieszkańców tutejszych dostatnie, nawet 
podobno za bogate w stosunku do dochodów. Gdy tu 
Włosi przed 16 laty przybyli, zastali dżungle podobne, 
jakie widzieliśmy w Celinowaczu lub w Milewackiej 
Kozarze, obecnie cała okolica zamieniła się w starannie 
uprawne pola i plantacye winnej latorośli, jedyne w całej 
Bośni, wyjmując naturalnie Hercegowinę. Wina udają 
się im dobrze, lecz są słabe gatunki. Jednak pomimo 
konkurencyi win węgierskich i dalmatyńskich, znacznie 
lepszych od miejscowego, zbyt jego jest wielki. Na tu- 
tejsze stosunki kolonia włoska ma się bardzo dobrze 
materyalnie i duchowo ; ma swojego proboszcza, kośció- 
łek, włoską szkołę dla dzieci, utrzymywaną przez za- 
konnice zgromadzenia »Najświętszej Krwi Zbawiciela«. 
Jeszcze przed zachodem słońca przybyłem do mieszka- 
nia proboszcza ks. Gabla, rodem z Tyrolu. Świątobliwy 
staruszek z upragnieniem wyczekiwał mego przybycia, 
gdyż nie mógł sobie dać rady ze spowiadaniem Pola- 
ków, a jeszcze mniej z Rusinami. Pomimo naglącej 
pracy nie pozwolił mi wieczorem na rozpoczęcie mi- 
syjki, gdyż chciał, abym nieco wypoczął. Natomiast 
nazajutrz ułożyliśmy piękne nabożeństwo dla Polaków, 
a także dla Włochów, aby i oni coś skorzystali 
z obecności obcego kapłana, skoro w ich kościele 
miało się odbywać polskie nabożeństwo. 



332 



WYCIECZKA MISSYJNA 



Niedziela 13 marca była pełna miłych przygód. 
Od świtu Polacy spowiadali się; podczas Mszy św. 
pobożne pieśni śpiewali, w końcu usłyszeli kazanie 
w swoim ojczystym języku. Po polskiem było włoskie 
nabożeństwo: ks. proboszcz Gabl miał sumę, ja powie- 
działem kazanie. Tak jak na polskiem nabożeństwie 
wielu było Włochów, tak również na włoskie przyszli 
też Polacy. Uważałem, że obydwie narodowości dobrze 
ze sobą żyją i świadczą sobie sąsiedzkie przysługi. Po 
kazaniu naturalnie, jak zwykle bywa, każdy chciał się 
przed nowym księdzem spowiadać; toż zajęty byłem 
Włochami aż do południa. 

Wtem dają mi znać, że przyszła deputacya Ru- 
sinów, których poleciłem przez knezia zaprosić do sie- 
bie na poufną rozmowę. Zjawiło się sześciu chłopów, 
a na ich czele w baranicy Wasyl Tymczow, około 
40 lat mający. Wywiązała się bardzo interesująca ro- 
zmowa. Hardy przewodnik apostatów począł uzasa- 
dniać, dlaczego przyjęli »serbską wiarę«: i) ponieważ 
ona dawniejsza jest i prawdziwsza od łacińskiej, mia- 
nowicie co do pochodzenia Ducha Świętego; 2) kalen- 
darz juliański jest starszy od gregoryańskiego, więc 
lepszy; 3) nabożeństwo odprawia się podobnie jak 
w ruskiej cerkwi po słowiańsku; 4) święta swoje mogą 
w tym samym czasie obchodzić, co w Galicyi. 

Było rzeczą widoczną, że pop serbski napompo- 
wał Wasyla kontrowersyami, jakie zachodzą między 
wschodnią schizmą a Kościołem katolickim, poznałem 
również, że nie jakaś złość, lecz ignorancya wytwo- 
rzyła w nich upór, i pewna obawa, aby nie utracili 
tego, co uważali za lepsze. To też z całym spokojem 
i największą miłością począłem do nich przemawiać, 
wykazując ich błędne mniemania. Kilka faktów histo- 




DO POLAKÓW I RUSINÓW W BOŚNI. 



333 



rycznych, dotyczących schizmy Focyusza, jakie im przy- 
toczyłem, i wytłumaczenie konieczności zmiany kalen- 
darza juliańskiego, wskutek lepszego poznania systemu 
słonecznego, zachwiało upornych Rusinów. Błędnem 
okiem spoglądali na siebie, nie wiedząc, co mają od- 
powiedzieć. 

Dalszych nabojów w obronie schizmy serbskiej 
widocznie nie mieli w zapasie. Na ich wiele mówiące 
milczenie dodałem, że przechodząc do cerkwi serbskiej, 
przestali być tymi samymi Rusinami, co byli dawniej, 
że zapierają się wiary swoich ojców i dziadów, a ich 
krewni i znajomi w Galicyi, nie mogą ich odtąd uwa- 
żać za swych braci, lecz za odstępców wyklętych ze 
Św. Cerkwi ruskiej. 

Na to Wasyl z innymi zawołał: »Myśmy byli 
Rusinami i Rusinami zostaniemy, a nie damy się spol- 
szczyć !« 

Łatwo było im wytłumaczyć, że tu nie o spol- 
szczenie chodzi, lecz o zachowanie wiary św. Cho- 
dzenie do łacińskiego kościoła, spowiadanie się przed 
łacińskimi księżmi, a nawet przyjmowanie Komunii św. 
pod jedną postacią jest im dozwolone, gdzie niema 
ruskich księży. 

Zauważyłem, że moje słowa były dla nich no- 
wością, zwłaszcze, gdy dodałem, że przyjmowanie Ko- 
munii Św. w łacińskim kościele pod jedną postacią, nie 
przerobi ich na łacinników i Polaków. Zaproponowa- 
łem im więc, aby w tym względzie dla większej pe- 
wności zapytali się swego dawnego biskupa w Galicyi. 
Wówczas jednogłośnie zawołali po rusku: »Napiszem 
do księdza biskupa przemyskiego, a co on powie, tak 
zrobimy, tt 



334 



WYCIECZKA MISSYJMA 



Niezmiernie ucieszyła mnie ta ich decyzya. Zaraz 
zaadresowałem kopertę i przylepiłem marki na list re- 
komendowany, jaki niebawem rzeczywiście napisali. Za 
ich fatygę, że do mnie przyszli, wręczyłem każdemu 
ruskie dziełka treści religijnej i sporo zeszytów Mis- 
sionara wydanego przez 00. Bazylianów we Lwowie, 
co wszystko umyślnie dla nich wziąłem ze sobą z Kra- 
kowa. Wśród wielkiej radości rozstaliśmy się ze sobą. 
Niektórzy obiecali-'przyjść nazajutrz do św. spowiedzi 
i dotrzymali słowa. Zdarzyła się przytem zabawna 
scena. Między przybyłymi znajdowało się kilku chło- 
paków 20 — 22 letnich, słabych na piersi. Z obawy, 
aby nie umarli zanim przyjdzie spodziewana odpowiedź 
X. biskupa, bardzo ich zachęcałem do spowiedzi. Po- 
mimo nalegań i próśb, nic wskórać na nich nie mo- 
głem, zawsze odpowiadali, że zaczekają na list X. bi- 
skupa. Dopiero, gdy jasno wytłumaczyłem, co ich 
czeka w razie śmierci, skoro dopuścili się apostazyi, 
i radziłem, aby nie odwlekali póki czas pojednania się 
z Bogiem, feden z nich ze łzami w oczach odezwał się: 
)>Nie mogę spowiadać się, bo będę miał grzech. « 

Na to odpowiedziałem: »Ja grzech twój biorę 
na siebie, tylko się spowiadaj. u 

y*Koly tak, to dobre^i — odrzekł chłopak i po- 
szedł za mną do konfessyonału. 

Po spowiedzi uszczęśliwiony namawiał towarzysza, 
aby poszedł za jego przykładem, mówiąc: » Widzisz, 
że ja się wyspowiadałem, i nic mi się złego nie stało, 
zrób i ty tak samo.« 

Gdy siedziałem przy obiedzie z X. Gablem, ura- 
dowanym z powodu pomnożenia parafii przeszło 3 o- tu 
Rusinami, o których myślał, że już są straceni dla 
Św. wiary, dają mi znać o ciężko chorej wdowie Polce. 



DO POLAKÓW 1 RUSIKÓW w BOŚni. 



Mieszkała ona w sąsiedztwie Machowliani w osadzie 
zwanej Bakinci. Przed dwoma tygodniami straciła m^a 



W, Opat OO, Trapistów w Mariastern pod Banialuką w "Bośni, 
(Zob. sir. 48 i oast.). 

na zapalenie płuc; umarł bez Sakramentów Św., bo 
nic było, ktoby go wyspowiadał. X. Gabl zaopatrzył 



336 



WYCIECZKA MISSYJNA 



mnie na drogę w rozmaite wiktuały, abym w drodze 
nie ustał; kilku polskich kolonistów ofiarowało swoją 
asystę; chłopak wziął zapaloną latarkę i wyszliśmy 
w drogę z Najświętszym Sakramentem. 

Dzień był prześliczny; ani jeden obłoczek nie za- 
ciemniał jasnego horyzontu. Szliśmy krótszemi drogami 
przez pola, lasy i krzaki na przełaj dobre i Y^ godziny. 
W nowej chacie siedziała sparta na poduszkach jeszcze 
młoda niewiasta z dziecięciem u piersi z wyrazem 
smutku i boleści na twarzy, obok niej leżała ii -letnia 
córeczka, również słaba, jak matka, na zapalenie płuc. 
W chacie było chłodno i głodno. Wprawdzie po ką- 
tach znajdowały się surowe wiktuały, lecz nie było 
komu rozniecić ogniska, przygotować jadła, podać na- 
wet szklankę zimnej wody gorączkującej wdowie i jej 
słabym dzieciom. Po opatrzeniu chorej św. Sakramen- 
tami zwołałem okoliczne dziatki, aby wraz z córeczką 
wdowy przygotować do pierwszej spowiedzi. Bardzo 
przydały się przyniesione wiktuały; mogłem zaraz za- 
spokoić głód opuszczonej rodziny, a gdy się zeszły są- 
siadki, wyjednałem obietnicę, że kumoszki będą kolejno 
usługiwały chorej. 

Nazajutrz, 14 marca, gdy ukończyłem me prace 
około Polaków, poświęciłem kilka godzin Włochom 
i tegoż dnia po południu wyjechałem końmi do Bania- 
luki. Ks. proboszcz Gabl odprowadzał mnie pieszo aż 
do granic swej parafii, od czego w żaden sposób nie 
dał się odwieść. Gdy chwila rozstania nadeszła, on ukląkł 
i chciał mi do nóg upaść, lecz ja go uprzedziłem i klę- 
cząc uściskaliśmy się wzajemnie. Kilkunastu chłopów, 
którzy nam towarzyszyli, na widok tej niezwykłej a czu- 
łej sceny, rozpłakali się rzewnie. I mnie łzy radości 
w oczach stanęły, że nad tym opuszczonym zakątkiem 



DO POLAKÓW I RUSINÓW W BOŚNI. 



337 



winnicy Pańskiej czuwa świątobliwy starzec i wymo- 
wniejszym nad słowar przykładem przyświeca swojej 
parafii. 

Noc zapadła, gdy przybyłem do stolicy północnej 
Bośni, trzeciego z rzędu miasta co do liczby mieszkań- 
ców w tym kraju, rezydencyi okręgowego starosty, 
prezydenta sądu, a nawet biskupa rzymsko-katolickiego. 

X. Biskup Markowić należy jeszcze do starej daty 
bośniackich Minorytów, którzy dobrze pamiętają ucisk 
Kościoła pod panowaniem tureckiem. Wykształcony 
i sympatyczny biskup zawczasu zaprosił mnie do siebie, 
do niego więc zajechałem. Bardzo był ucieszony prze- 
biegiem sprawy z Rusinami w parafii mahowliańskiej 
^ i zaraz polecił mi w tym względzie napisać do X. bi- 

skupa przemyskiego Czechowicza. 

W chwili, gdy te słowa piszę, otrzymałem wia- 
domość z Bośni, że Rusini już się zupełnie pojednali 
z Kościołem i bez trudności uczęszczają na nabożeń- 
stwa i do Sakramentów św. w parafialnym kościele 
łacińskim. 

W pobliżu Banialuki wśród niemieckiej kolonii 
w Celinowcu, znajduje się spora garstka Rusinów 
z Galicyi, złożona z i6 rodzin. Gdy przed paru laty 
zjawili się w tych stronach, dla zachowania rytu sło- 
wiańskiego, postanowili przyłączyć się do serbskiej 
cerkwi. Lecz spotkał ich zawód. Oto pop serbski 
obawiając się takich niepewnych owieczek, a może 
i dla innych powodów, aby mu to za złe nie wzięto, 
oświadczył Rusinom, że są katolikami i dlatego nie 
chce ich przyjąć do swojej cerkwi. Rusini nie mając 
wyboru, zdecydowali się uczęszczać na nabożeństwa 
do katolickiego łacińskiego kościoła i tamże przystę- 
pują bez trudności do św. Sakramentów. 

Bośnia i Hercegowina. 22 



338 



WYCIECZKA MISSYJNA 



W Banialuce zastałem wiele rodzin polskich urzęd- 
ników. Do niedawna w sądownictwie byli sami Po- 
lacy, tak, że na posiedzeniach podobnie jak i w Dolnej 
Tuzli używano języka polskiego. Skorzystałem z tej spo- 
sobności, aby odprawić z naszymi rodakami rekolekcye 
przed wielkanocną spowiedzią, a byłem bardzo zbudo- 
wany z panów urzędników, którzy i raniej wstawali, 
aby naukę usłyszeć i wprost z bióra wieczorem groma- 
dzili się w tymże celu w kościele. 

Zresztą prawie w każdem mieście lub miasteczku 
podczas dalszych moich podróży po Bośni i Hercego- 
winie zastawałem Polaków nieraz na wysokich stano- 
wiskach. Sarajewo pod tym względem pierwsze miejsce 
zajmuje. Gdy w bieżącym roku podczas postu dawałem 
w bośniackiej stolicy rekolekcye dla polskiej inteligencyi, 
zbierało się panów urzędników do 50 w seminaryjskiej 
kaplicy, pań zaś około 30 przychodziło na konferencye 
do pięknej sali »Córek Bożej Miłością. A przecież nie 
wszyscy mogli brać udział w tych duchownych obrzę- 
dach. Ci, co dobrze znają stosunki w Sarajewie, opo- 
wiadali mi, że Polaków można tam liczyć do tysiąca 
osób z rozmaitych stanów. Cyfra nie wydaje mi się 
przesadzoną, skoro na polskich kazaniach w czasie postu 
bieżącego roku miewałem w dniach powszednich nieraz 
z górą 200 osób. Szkoda, że dotychczas niema w całej 
Bośni i Hercegowinie ani jednego polskiego kapłana. 
X. arcybiskup sarajewski Stadler bardzo nad tem ubo- 
lewa, lecz jeszcze nie mógł znaleźć odpowiedniego 
kandydata. Co prawda, długo takiej potrzeby nie bę- 
dzie, gdyż młodsza generacya polska już biegle włada 
językiem bośniackim i łatwo znajdzie opiekę duchową 
w miejscowym klerze. Być może, że Polacy rozrzu- 
ceni w Bośni zleją się z miejscową ludnością. Czy 



DO POLAKÓW I RUSINÓW W BOŚNI. o 20 

dlatego ich praca dzisiejsza dla naszego narodu jest' 
straconą? Sądzę, że nie. Najpierw tradycye narodowe 
nie łatwo się zacierają, powtóre lepiej, że Polacy niż 
Niemcy lub Węgrzy biorą udział w kształceniu kul- 
tury Bośniaków, bo są im bliższym i zdrowszym dla 
nich pierwiastkiem. 

Po uroczystem nabożeństwie i polskiem kazaniu 
w seminaryjnym kościele, już na samem wyjezdnem 
ze Sarajewa, odwiedził mnie X. arcybiskup Stadler 
i proponował, abym się zatrzymał na święta w Bośni, 
gdzie tyle pracy a pracowników nie wielu. Niestety, 
nie mogłem zadość uczynić jego życzeniom, na jedno 
tylko zgodziłem się, iż jeszcze przez dni parę, dzielą- 
cych mnie od Wielkanocy, będę nawiedzał miasta 
miejscowe, rzucając niewód na dusze. W Niedzielę 
Palmową opuściłem stolicę Bośni, zatrzymałem się dla 
Polaków w Trawniku, a dnia następnego wieczorem 
stanąłem w Doboj, malowniczem fortecznem miasteczku, 
położonem nad brzegami Bosny. Nazajutrz rano zbo- 
czyłem koleją do Dolnej Tuzli, stolicy północno-wscho- 
dniej Bośni, niegdyś zwanej Usorą. Kolej wiła się nad 
brzegami Sprecy wśród labiryntu skał. Coraz częściej 
dostrzegam kominy fabryczne, dające dowód, iż tu 
przemysł kwitnie. Bogate kopalnie węgla, odnalezione 
i eksploatowane tuż pod samą Tuzlą, rokują całej 
okolicy wzrost dobrobytu mieszkańców. W kopalniach 
znajduje zarobek wielu Polaków i innych cudzoziem- 
ców. Zarząd fabryczny postarał się dla nich o budowę 
tanich i wygodnych mieszkań, których całe szeregi 
stojące obok linii kolejowej, nadają zupełnie odmienny 
i nie napotykany w tych stronach charakter mia- 
steczka górnego Szląska. Sama Dolna Tuzla należy 
do znaczniejszych bośniackich miast. Wprawdzie cyfra 

22* 



340 



WYCIECZKA MISSYJNA 



mieszkańców nie wiele przechodzi 8000, lecz przemysł 
i handel jest bardzo rozwinięty, i tędy przechodzi z całej 
wschodniej Bośni na Brćkę do Węgier, Serbii i Turcyi. 
Jest też Tuzla rezydencyą starostwa okręgowego i po- 
wiatowego, sądu, dyrekcyi skarbowej, na której czele 
stoi p. Albinowski, serbskiego metropolity, komendy 
brygady wojskowej, Z katolickich zakładów, prócz no- 
wego kościoła parafialnego, pozostającego pod zarzą- 
dem dwu Ojców Minorytów, jest wielka szkoła dla 
dziewcząt, utrzymywana przez »Córki Bożej Miłości«, 
najlepsza w całej okolicy. 

Katolicka parafia tuzlańska ma za sobą ciekawą 
przeszłość. Niegdyś istniał tu konwent OO. Minorytów 
z kościołem Św. Piotra Apostoła. Wskutek prześlado- 
wania tureckiego, OO. Minoryci byli zmuszeni w r. 1690 
wraz z 3000 parafian pod wodzą generała wojsk cesar- 
skich Perćinlja na drugim brzegu Sawy szukać schro- 
nienia. Muzułmanie zniszczyli kościół, a jego wieżę 
zachowali, ponieważ miała zegar. Po 9 latach 00. Mi- 
noryci odkupili od muzułmanów swój konwent i na 
nowo objęli parafię. Wówczas Turcy zobowiązali pro- 
boszcza aby im płacił 1000 florenów haraczu za dzwon 
będący na wieży dawnego kościoła Św. Piotra, pomimo, 
że służył tylko do wybijania godzin, i zarówno wieża, 
jak dzwon i zegar, należał do mahometan. Taki stan 
trwał aż do r. 1858, t. j. do czasu, aż piorun zapalił 
prochownię pod wieżą i wysadził ją razem z zegarem 
w powietrze. W owym czasie (r. 1682) w Gradovrh, 
należącym do konwentu tuzlańskiego, O. Bernardyn 
Galia gwardyan został ścięty mieczem przez Turków, 
a O. Łukasz tamże żywcem spalony. 

Dla muzułmanów, tworzących większość ludności, 
znajduje się tutaj wyższa konfesyjna szkoła tnedreza. 



DO POLAKÓW I RUSINÓW W BOŚNI. 



341 



Wszedłem do niej z mym przewodnikiem muzułma- 
ninem. Budynek wielki, lecz »soby« zwyczajem tu- 
reckim małe. W nich zastałem dorastających chłopa- 
ków boso i w bieli po siedmiu na tapczanach siedzą- 
cych z wyrazem wielkiego upodlenia. 

Naprzeciw szkoły w samym środku miasta wznosi 
się nowa Behrambeg-dżiamia w stylu arabskim. Wnętrze 
jej tem się różni od innych tego rodzaju świątyń mu- 
zułmańskich, że się znajduje po lewej stronie rodzaj 
wielkiej ambony, której nigdzie przedtem w meczetach 
nie widziałem. Pomimo przedstawień mego towarzysza 
islamity, wszedłem do jej wnętrza i na szczyt mina- 
retu, zkąd doskonale mogłem objąć okiem położenie 
miasta. Charakter jego tylko w połowie muzułmański. 
Dzielnica nad rzeką składa się z mieszkań tureckich, 
lecz boczne ulice gęsto zasiane europejskimi budyn- 
kami i kamieniczkami. Tuż przy dżiamii dawniej stał 
zamek. Po okupacyi zburzono go, a materyał użyto 
do budowy rozmaitych domów; miejsce uporządko- 
wano, ustawiono pośrodku obelisk i nazwano placem 
Br. Appela. W dali za miastem widzę szyby salin 
miejscowych, od których Tuzla swe miano otrzymała, 
gdyż tuz po turecku sól się nazywa. 

Przybyłem w te strony zupełnie niespodziewanie. 
Nie miałem nikogo znajomego, nawet żadnej rekomen- 
dacyi, a jednak w krótkim czasie, jaki był do mej dy- 
spozycyi, należało wyszukać i ściągnąć Polaków do 
wielkanocnej spowiedzi. Pierwsze kroki naturalnie kie- 
ruję do proboszcza, mieszkającego nie przy kościele, 
lecz daleko za miastem przy maleńkiej drewnianej ka- 
pliczce. Niestety, nie zastałem go w domu; natomiast 
w służącej poznaję typ polski. Gdym ją w ojczystym 
języku zagadnął, rozpłakała się z radości i zaraz po- 



342 



WYCIECZKA MISSYJNA 



biegła zawiadomić swe znajome o przyjeździe polskiego 
kapłana. Po drodze wstępuję do apteki. Jakżeż zdzi- 
wiłem się, gdy właściciel i subjekt byli Polakami, nie- 
stety. . żydami, pomimo tego najchętniej obiecali dać znać 
innym o mem przybyciu. Właściciel cukierni, od lat 
kilkunastu mieszkający w Tuzli, jest również Polakiem. 
W starostwie także znalazłem rodaka, a potem cały 
szereg wyższych i niższych urzędników. W ciągu dwu 
godzin wieść się rozeszła o przybyciu z Krakowa pol- 
skiego kapłana wśród polskiej kolonii, a już po południu 
tego samego dnia i nazajutrz rano, cały czas miałem 
zajęty spowiedziami polskiemi. Była to ostatnia moja 
improwizowana praca wśród naszych rodaków w Bośni. 
Jeśli Bóg dozwoli, rozpoczniemy ją na nowo w naj- 
bliższym poście, o co z rozmaitych stron usilnie pro- 
szono. 

Z Tuzli wyjechałem końmi w samo południe dnia 
6 kwietnia. Droga prowadziła na Siminhan, gdzie się 
znajduje warzelnia soli. Zabudowania są zupełnie nowe, 
lecz urządzenie bardzo pierwotne. Rurami sprowadzają 
z Górnej i Dolnej Tuzli wodę słoną, mającą 31% soli, 
do zbiorników; następnie ją filtrują i wpuszczają do 
wielkich izb wyłożonych blachą, a ogrzewanych wę- 
glem kamiennym, tuzlańskim. Ropa solna ogrzewa się 
do 58^ C. Już zanim woda dojdzie do tej ciepłoty, 
na jej powierzchni tworzą się małe kryształki solne, 
a wszelkie brudy osadzają się na dole. Gdy woda 
wyparuje, sól zbierają, jeszcze raz suszą, następnie 
ręcznemi prasami ubijają ją w cegiełki 5 kilowe i wy- 
wożą na sprzedaż. Sól tutejsza wydała mi się bardziej 
czystą od sprzedawanej u nas w topkach. 

Z Siminhanu jechaliśmy na Górną Tuzlę, poło- 
żoną wśród gór. W całej okolicy kultura rolna, a zwła- 



DO POLAKÓW I RUSINÓW W BOŚNI. 



343 



szcza sadownictwo, stoi na wysokim szczeblu. Chaty 
wieśniaków i budynki gospodarcze świadczą o zamoż- 
ności kmetów, a piękne sady drzew śliwkowych, zaj- 
mujące znaczne obszary ziemi, również dobrze mówią 
o staranności gospodarzy. Handel śliwkami odbywa się 
w tych stronach na wysoką skalę. Dość powiedzieć, 
że w ubiegłym roku sprzedano ich w samej Brće za 
7 milionów złr., z czego powiat tego miasta dostar- 
czył śliwek za 6 milionów. 

Z Górnej Tuzli dostaliśmy się serpentyną w lasy 
bogate, dawniej schroniska rozmaitego rodzaju złodziei 
i rabusiów. Dziś tą okolicą jedzie się bezpiecznie, gdyż 
posterunki żandarmskie gęsto utworzono. Skończyły się 
wreszcie góry i lasy, wjechaliśmy w najbogatszą bo- 
śniacką okolicę zwaną Possawina. Piękną nie jest, lecz 
tak urodzajną, iż tylko okolice południowych Węgier 
mogą się z nią równać, a nawet ma korzystniejsze od 
nich położenie, ponieważ nieco wyższe brzegi Sawy od 
strony Bośni, nie dozwalają na wylewy, którym ulega 
strona węgierska. Przy zachodzącem słońcu i później 
przy pełni księżyca Possawina przypominała mi widoki 
Podola. Oko obejmowało takie same stepy rozległe, 
lecz rzadziej zaludnione. Begowie tutejsi należą do 
najmajętniejszych w Bośni, również i kmiecie. Mustafa 
beg Fadil Paśić, były prezydent Sarajewa, przed kilku 
laty posiadał w tej okolicy 40.000 morgów ziemi, które 
jednak nie przynosiły mu więcej dochodu jak 20.000 złr., 
t. j. 50 centów od morgi, pomimo, że gleba jest naj- 
lepszą. Wskutek niewielkiej stosunkowo ludności, wiele 
roli leży odłogiem, a jej cena bajecznie niska. Mórg 
najlepszej ziemi płaci się jeszcze dzisiaj po 18 złr, 
średniej po 5 złr. Rzecz dziwna, że mało znalazło się 
kapitalistów katolików, którzyby chcieli skorzystać z do- 



344 



WYCIECZKA MISSYJNA. 



brej sposobności taniego nabycia gruntów. Lepiej umieli 
ją wyzyskać Żydzi niemieccy lub węgierscy, którzy za- 
raz po okupacyi dostali się w te strony jako szynka- 
rze i kramarze. Przyszli do Bośni prawie bez centa; 
dziś posiadają po 2000 i 3000 morgów doskonałej ziemi. 

Noc była, gdy przyjechałem do Brćki. Miasto liczą- 
ce niespełna 5000 mieszkańców, w znacznej większości 
muzułmanów, leży nad wysokim brzegiem Sawy, do- 
statnio i schludnie wygląda. Wszystkie domy są mu- 
rowane, kilka pięknych kamienic piętrowych, obszerne 
i liczne sklepy z najrozmaitszym towarem. Bardzo wspa- 
niale wygląda cerkiew serbska, jedna z najpiękniejszych 
jakie widziałem w całej Bośni i Hercegowinie. Ko 
ściółek katolicki a raczej kaplica, może pomieścić za- 
ledwie 200 osób. Nad ludnością katolicką miasta i są- 
siednich miast należących do parafii, pracuje w kościele 
i szkołach ludowych dwu kapłanów świeckich, jednych 
z pierwszych, jakich wydało seminaryum sarajewskie 
X. Arcybiskupa Stadlera. 

Brćka, było ostatnią miejscowością bośniacką zwie- 
dzaną podczas dwu podróży po okupacyjnym kraju. 
Mostem 755 metrów długim, rzuconym przez Sawę, 
dostałem się na brzegi Sławonii i dalej koleją na 
bogate lecz monotonne stepy węgierskie. Przebyłem 
kraj niejednokrotnie zroszony krwią chrześciańskiego 
ludu, miejsca zapasów cywilizowanego Zachodu ze spo- 
gańszczonym Wschodem. Przez okupacyę Bośni i Her- 
cegowiny i te kraje ocknęły się z letargu, i dla nich 
zawitała jutrzenka dni pogodnych. Mamy nadzieję, że 
ona nie zgaśnie jeśli przynajmniej tyle starań dołoży 
rząd okupacyjny do podniesienia prawdziwej wiary i mo- 
ralności ludu, ile sprawił już dzisiaj dla jego materyal- 
nego dob.robytu. 



.>»<••— — 



SPIS RZECZY. 



str. 
PRZEDMOWA IV 



ROZDZIAŁ I. 



PRZESZŁOŚĆ BOŚNI I HERCEGOWINY 



Przez Lubiane — Kraljewicę — Zagrzeb do Bośni 
i Hercegowiny. — Ogólny pogląd na te kraje. — Cztery 
epoki przeszłości dziejowej: rzymska — wędrówki lu- 
dów — banów i królów bośniackich — panowania mu- 
zułmanów do okupacyi przez Austro-Węgry w r. 1878. 
Obecna organizacya Bośni. 

ROZDZIAŁ II. 

BANIALUKA I JEJ OKOLICA 29 

Pierwsze wrażenie na ziemi bośniackiej. — Wi- 
zyty u proboszcza banialuckiego i X. Biskupa Marko- 
wicza. — Zebranie polskiej kolonii u Państwa nad- 
prokuratorstwa Wajdowiczów. — Zakłady wychowa- 
wcze w Banialuce. — Przechadzka po mieście. — Wy- 
cieczka do 00. Trapistów w Mariastern, do zakonnic 
w Nazarecie i OO. Minorytów w Petricevacu. 

ROZDZIAŁ III. 

NAD BRZEGAMI YRBASU 55 

y 

Kąpiele w Gornji-Seher. — Widoki wśród wąwozu. 
Rozmowa z begiem. — Muzułmańska liturgia. — Ruiny 
zamku. — Trzy siostry bośniackie Filipowiczówne, 
umęczone za wiarę i cnotę. — Kościółek w Podmila- 
czu. — Dzień Sw Jana. — Sceny z opętanymi i exor- 
cyzmy kościelne. — Rozmowa z lekarzem. — Przyjazd 
do Jajec. — Polacy urzędnicy. 



346 



SPIS RZECZY. 



ROZDZIAŁ IV. 

w JAJCACH, DAWNEJ STOLICY KRÓLÓW BOŚNIACKICH .... 83 

Kościół OO. Minnorów. — Typy miejscowe. — Sar- 
kofag króla Tomaszewicza. — Podanie o jego śmierci. 
Katakumby. — Zamek. — Jego obrona przez niewiasty 
bośniackie. — Ruiny kościoła Św. Łukasza. — Kontro- 
wersya dotycząca Jego świętych relikwii. — Wodospad 
Pliwy. — Prywatne zabytki bośniackie w mieszkaniu 
starosty Jakubowskiego. — Haremy i życie w nich 
niewiast muzułmańskich. — Wycieczka do Jezero. — 
Modlitwa muzułmanów. — Ordery. — Polna kuchenka. 
Urzędnicy w Bośni. 

ROZDZIAŁ V. 

TRAWNIK, DAWNA STOLICA WEZYRÓW 112 

Okolica górzysta, zębate szyny. — Głos dzwonu. — 
Przeczłość polityczna Trawnika. — Czemu stolicą we- 
zyrów? — Konwikt i gimnazyum OO. Jezuitów. — 
Nowe kościoły. — Starosta Chrzanowski i kadi. — 
Sulejmanowa dźimija. — Groby wezyrów. — Zamek. 
Czary muzułmańskie. — Medreza. — Co muzułmanin 
sądzi o naukach? 

ROZDZIAŁ VI. 

w OKOLICY TRAWNIKA 1 32 

Wycieczka archeologiczna do Turbe. — Ruiny 
bazyliki chrześciańskiej. — Grób derwisza Izmaila Dedo. 
W tureckim hanie. — Dąb »sułtański« w Rankowići. 
Wśród wiejskiej katolickiej rodziny. — Tatuowane 
znamię Krzyża św. chroni od apostazyi. — Porady 
» lekarskie. « ■ — Wizyta u proboszcza. 

ROZDZIAŁ VII. 

SARAJEWO 1 145 

Rozmowa z begami. — Pierwsze wrażenie w Sa- 
rajewie. — X. Arcybiskup Stadler. — Stan Kościoła 
w Bośni. — Duchowne seminaryum katolickie. — Szkoły 



\ 



347 



SPIS RZECZY. 

Sióstr Miłosierdzia i »Córek Boiej Miłości. « — Kate- 
cłiumcnat. — 00. Minoryci. — Archirej i archiman- 
dryta serbscy. — Icli cerkiew. — Seminaryum serb- 
skiego ducliowieństwa w Hreliewie. — Wykształcenie 
serbskich popów. — Żydzi hiszpańscy. 



ROZDZIAŁ VIII. 

SARAJEWO II l68 

Jak muzułmanie święcą korban bajram i ramazan. 
Nocne nabożeństwo derwiszów. — Muzułmańscy du- 
chowni. — Reis-Cil-UIema. — Kadi. — Łatwość roz- 
wodów. — Szeriat. — CarŚia sarajewska. — Begowa 
dźiamija. — Najstarszy cmentarz muzułmański. — Wi- 
zyta u prezydenta miasta Sarajewa; wnętrze jego mu- 
zułmańskiego pałacu. — Bośniaccy begowie. — Kra- 
jowe muzeum. — Peryodyczne pisma sarajewskie. — 
Zakład kąpielowy w Ilidźe. — Szkółka rolnicza. — 
Źródła Bosny. — Wycieczka w góry. 

ROZDZIAŁ IX. 

FOJNICA 197 

Przejazd przez Wisoko. — Wspomnienia history- 
czne. — Popas w Kiseljaku. — Woda mineralna. — 
Narodowy pieśniarz. — Typ żebraka. — O. Batinić. 
Bogactwa okolicy. — Kościół i klasztor fojnicki. — 
Legenda o wizerunku Matki Boskiej. — Srebrne wy- 
roby fojnickie. — Skarbiec i archiwum 00. Minory- 
tów, — Adh - Namć sułtana Mehmeda II. — Firman 
Skender - Paszy. — Herbarz bośniacki. — Rękopisy 
kreślone bosan(5icą. — Jej geneza. — Z przeszłości 
klasztornej. — Wychowanie zakonnej młodzieży. 

ROZDZIAŁ X. 

KRESZEWO 217 

Droga do Kreszewa. — Położenie i wyględ miasta. 
Klasztor 00. Minorytów. — Pobożność mieszczan; ich 
przemysł domowy, mieszkania i ubiory. — Rezyden- 
cya biskupów. — Zamek bogomilskich pseudo-papieży. 



248 SPIS RZECZY. 

Wspomnienia z czasów prześladowania. — List pa- 
pieża Grzegorza XIII do Ojców Kreszewskiego kon- 
wentu. — O. Martić poeta. 



ROZDZIAŁ XI. 

SUTISKA 73 I 

Curia Bani. — Najstarszy klasztor 00. Minorytów. 
Jego przeszłość z czasów tureckich. — Prześladowania. 
Emigracya chrześcian. — Grób króla bośniackiego Ste- 
fana Tomasza Ostoicza-Christicza. — Jego stosunek 
do Kościoła katolickiego. — Królowa Katarzyna bo- 
śniacka. — Grób biskupów bośniackich. — Krzyż zni- 
szczony przez Turków. 

ROZDZIAŁ XII. 

HERCEGOWINA. — MOSTAR . . ^ 241 

Odrębny charakter okolicy. — Konjica. — Piękne 
widoki. — Przeszłość Hercegowiny. — Ali beg Rizvan- 
begovicz. — Omer- Pasza. — Prowincya OO. Mino- 
rytów hercegowińskich. — Przechadzka po Mostarze. 
Z przeszłości serbskiej cerkwi. — Mnich Sawa. — Wi- 
zyta u serbskiego metropolity. — Odyssea. — Prze- 
mysł krajowy — Pierwsza drukarnia. — »Glas Her- 
cegowca.tt 

ROZDZIAŁ XIII. 

z MOSTARU DO STOLACZA 203 

Wyjazd z Mostaru. — JE. generał br. Appel. — 
Buna. — Stjepangrad, — Turecka legenda o szeiku 
Sari Saltik i młynarzu z Blagaju. — Gniazdo rabu- 
siów w Pocitelji. — Podróż z pocztowymi gołębiami. 
Post kalwina. — Domanowić. — Groby bogomilskie. 
Stolacz. — Kościół i plebania. — Nietolerancya wzglę- 
dem neofitów. — Ubiory hercegowińskie. — Wyko- 
paliska z czasów rzymskich. — Msza polna. — Roz- 
mowa ze starostą. — Obiad galowy. 



> 



SPIS RZFXZY. 



349 



ROZDZIAŁ XIV. 

w WOJSKOWYM OBOZIK I MONASTERZE MNICHÓW 383 

Wśród hercegowińskich wiosek. — Cmentarzyska. 
Nocleg W źandarmskiej kuli, — Biled. — W obozie 
wojskowym. — Niespodziewane zaprosiny. — Gra- 
niczny posterunek wojskowy w Mosko. — Wycieczka 
do monasteru w Dobricevo. — Przezorny towarzysz 
wojskowy. — Wnętrze cerkwi. — Księgi liturgiczne. — 
Mnisi czanogórscy. — Powrót do obozu — Gościn- 
ność wojskowych. 

ROZDZIAŁ XV. 

TREBINJA. — METKOWIG . 299 

Podróż wśród nocy. — Wjazd do Trebinji. — 
Uprzejmość Włocha. — Wspomnienia z przeszłości 
miasta. — Podania o pobycie S. Piotra Apostoła. — 
Trebinja jako stolica biskupia. — Gumiliany — grób 
wojskowej kompanii. — Uroczystość Bożego Ciała. — 
Na drodze do Raguzy. — Adryatyk. - Przy ujściu 
Neretwy. — Fort -Opus. — Metkowic. — Dawne gnia- 
zdo korsarzy. 

ROZDZIAŁ XVI. 

WYCIECZKA MISSYJNA DO POLAKÓW I RUSINÓW W BOŚNI. . . 3l3 

Okolice starej i bośniackiej Gradiski — Cygań- 
ska wioska. — Kolonie: niemiecko-polska w Wind- 
horście, i polskie w Celinowaczu, Milewaczu i Bakinci. 
Pobożność ludu. — Prace i przygody. — Stan ma- 
teryalny kolonistów. — Włoska kolonia w Mahovliani. 
Rusini z Bakinci i Celinowca. — Rekolekcye dla pol- 
skiej inteligencyi i nauki dla ludu w Banialuce i Sa- 
rajewie. — Powrót przez Trawnik — Doboj — Dolną 
Tuzlc. — Wspomnienia z dawnych czasów. — Tu- 
zlańscy Polacy. — Saliny w Simin - hanie. — Possa- 
wina. — Brćka. 



•>5F*« 



SPIS RYCIN. 



str. 

Dawny zamek Frangipanich, dziś kolegium OO. Jezuitów 

w Kraijewicy (Portorć) 3 

Typy muzułmanów 7 

Bośniacki Turek 9 

Widok na Sarajewo i rzekę Miljackę i3 

Diiamia Ferbadia w Banialuce 19 

JE. X. Maryan Markowicz, Biskup Banialuki 23 

Mieszczanki z Banialuki 25 

Dziecko bośniackie w narodowym stroju 27 

Widok na północną część Banialuki 3i 

Włościanin bośniacki z górskich okolic 3ą 

Zabudowania wojskowe w Banialuce 39 

Wieśniaczka bośniacka ą3 

Gornji Seher 46 

Beg bośniacki 5 1 

Handlarz drzewem w Sarajewie dą. 

Droga wśród gór wąwozem YrbaŚu Sy 

Bośniacka rodzina cygańska bg 

Ruiny zamku Krupa na drodze z Banialuki do Jajec ... 61 

Bośniaccy Serbowie 65 

Proboszcz Minoryta ze swymi parafianami w Jajcach ... 67 

Katoliccy małżonkowie z okolicy Jajec 73 

Muzułmanin na modlitwie 79 

Katakumbowa kaplica w Jajcach 85 

Ruiny kościoła Św. Łukasza w Jajcach 88 

Wodospad Pliwy w Jajcach 93 

Muzułmanka w osłonie zwanej feredźia 97 

Wieża niedźwiedzia w Jajcach 100 

Muzułmanka na ulicy 104 

Ubranie muzułmanki w mieszkaniu io5 

Miasto Trawnik 109 

Konwiktorzy trawnickiego kolegium na zabawie zwanej teferić 1 1 3 



s 



SPIS RYCIN. 



351 



Grób katolicki w Breikovici koło Trawnika z napisem staro- 

bośniackim 116 

Wnętrze meczetu zwanego wBegowa dźiamija« w Sarajewie 121 

Kolegium i konwikt OO. Jezuitów w Trawniku i25 

»Kawanna« na ulicy 127 

Serbka w Bośni 129 

Zamek Twrrka II w Trawniku na drodze do Dolaca . . . i3i 

Turbe czyli grób "świętego tureckiego« i35 

Turek i Serb przy grobie w okolicy Trawnika iSj 

Tatuowana Bośniaczka 189 

Dąb cesarski (2000-letni) znajdujący się w okolicy Trawnika. 143 

Profesorowie konwiktu i gimnazyum OO. Jezuitów w Trawniku 147 
JE. X. Józef Stadler, Arcybiskup Wrhbosneński, Metropolita 

Bośni i Hercegowiny i5i 

Katolickie seminaryum archidyecezyalne i kościół w Sarajewie i35 

Nowa katedra w Diakowarze 159 

Groby Żydów hiszpańskich pod Sarajewem i63 

Rabin Żydów hiszpańskich i65 

Typ Żydówki hiszpańskiej (Spaniola) 166 

Muzułmanin niosący barana w rytualny sposób podczas kor- 

ban bajramu 169 

Szeriat w Sarajewie 171 

Cyganie grający podczas bajramu na ulicy w Sarajewie ... 173 

Widok z CarŚii w Sarajewie 176 

Derwisz wędrowny na ulicach Sarajewa 177 

Groby muzułmanów w Sarajewie 179 

Softowie bośniaccy w Sarajewie 181 

Widok na arcybiskupią katedrę i cerkiew serbskiego metro- 
polity w Sarajewie i83 

Rodzina katolicka z okolic Sarajewa 187 

Muzułmanki na ulicy w Sarajewie 191 

Portyk begowej dźiamji w Sarajewie iq3 

Wieśniak bercegowiński 199 

Park w Ilidźe pod Sarajewem 201 

Serbowie ze Sarajewa 2o3 

Droga żelazna z szyną zębatą około Sun je 2o5 

Rękopis Skender-Paszy nadający przywileje OO. Minorytom 209 

Urządzenie kolei zębatej przed przekryciem pod górą Iwan. 2i3 

Wieśniaczka z okolic Newesinje 21 b 

Nad Neretwą przy Glogośnicy 219 



352 



SPIS RYCIN. 



\ 



O. Martić, poeta bośniacki 223 

Miasto Konjica, pamiętne sejmem bośniackim z r. 1446 . . 227 

Kościół i klasztor OO. Minorytów w Sutiscc 233 

Portret króla bośniackiego Stefana Tomasza Ostoj ića ... 237 

Wielki nasyp pod górą Iwan 243 

Mieszczka z Mostaru . 246 

Wąwóz koło Jablanicy nad Neretwą w drodze do Mostaru . 247 

Herce^owiński mieszczanin 249 

Lokomotywa zębata na zębatych szynach 25 1 

Hercegowinka z Mostaru 253 

Widok na Mostar 257 

Ulica w Mostarze 261 

Cygańskie hercegowińskie dzieci 267 

Widok na Po^itelji 269 

Wieśniaczka hercegowińska 271 

Widok na jedne z dzielnic Mostaru . . 273 

Ex-pop wojewoda Simicz, wódz powstania przeciw Turcyi . 275 

Hercegowinka z Mostaru 277 

JE. Jan br. Appel, namiestnik Bośni i Hercegowiny . . . 279 

Widok Stolacza 281 

Hercegowinec z nad czarnogórskiej granicy 285 

Groby Bogomiłów 289 

Źródła Buny 293 

Focza dawna stolica Sandźak-bega Hercegowiny .... 297 

Widok Trebinji 3oi 

X. Paschalis Buconjić, Biskup Mostarski 3o3 

Trebinja. Nowa część miasta z koszarami i urzędami . . . 307 

Widok na miasto Metkowic 3 1 1 

Zaułek mostarski 3 17 

Widok na miasto Plevlje 329 

Kmet bośniacki 333 

W. Opat 00. Trapistów w Mariastern pod Banialuką . . 333 



-i- 
I N. W. Ch. B.