(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Z ziemi pagórków leśnych, z ziemi łąk zielonych"

Google 



This is adigiial copy ofa bix>k thal was preservcd for generał ions on library s1il'Ivl-s before ii was carcfully scanncd by Google as parł of a projecl 

to make the world's books discovcrable onlinc. 

Ii has survived long enough for ihc copyrighl lo expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one ihal was never subjecl 

Ui copyright or whose legał copyrighl lerm has e.\pired. Whelhcr a book is in ihc publik domain may vary couniry loeouniry. Public domain books 

are our galeways lo the pasł. represenling a weallh of bisiory, cullure and knowledge thafs oflen diflicull to discover. 

Marks, notalions and olher marginalia presenl in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 

publisher lo a library and linally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner willi libraries lo digili/e public domain malerials and make theni widcly acccssiblc. Public domain books bclong to the 
public and we are merę lv their cuslodians. Ncvcrlhclcss. this work is c.\pcnsivc. so in order lo kecp providing lliis resourcc. we havc laken steps lo 
prcvcnt abusc by commcrcial parlics. iiicliidmg placmg Icchnical rcslriclions on aulomaled uuerying. 
We alsoask that you: 

+ Make non-commercial u.se ofthc files We designed Google Book Search for usc by individuals. and we reuuesl that you usc thesc files for 
pcrsonal, non-commercial purposes. 

+ Refrain from mttoinatcd t/uerying Do not send aulomaled uueries of any sorl to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation. optical character rccognilion or olher areas where access lo a large amounl of lc.\t is hclpful. plcase conlact us. We cneourage the 
use of public domain malerials for thesc purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you sec on cach lilc is csscntial for informing pcoplc aboul this projecl and hclping them lind 
additional malerials llirough Google Book Search. Plcase do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you arc responsible for ensuring that whal you arc doing is legał. Do not assume that just 
bccausc we belicvc a book is in the public domain for users in ihc United Siatcs. ihat ihc work is also in the public domain for users in other 

counlries. Wliclhcr a book is slill in copyrighl varics from country lo country, and we can'l offer guidancc on wliclhcr any specilic usc of 
any specilic book is allowcd. Plcase do not assume that a book's appearance in Google Book Search mcans it can be used in any manner 
anywhere in ihc worki. Copyrighl infringcmcnl I i ubili ty can be quite severe. 

About Google Book Search 

Google 's mission is lo organize the world's information and to make it univcrsally acccssiblc and uscful. Google Book Search helps readers 
discovcr ihc workfs books whilc liclpmg aulliors and publishcrs rcach new audiences. You can search ihrough I lic luli lc\l of this book on I lic web 
at |http : //books . google . com/| 



Google 



Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznych pólkach, zanim została troskliwie zeska- 

nowana przez Google w ramach projektu światowej biblioteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą sic częścią powszedniego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 

dziedzictwa to książka nigdy nie objęta, prawami autorskimi lub do której prawa, te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 

dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota, do przeszłości. Stanowią nieoceniony 

dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują sic również w tym pliku - przypominając 

długą podróż tej książki od wydawcy do biblioteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady użytkowania 

Google szczyci sic współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniaińa. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a mv po prosili staramy sieje zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prace takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostarczać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 
Prosimy również o: 

• Wykorzystywanie tych plików jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Seareh to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w niekomercyjnych 

celach prywatnych. 

• Nie automatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysyla.nie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tłumaczeniami maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków lub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dosl.ęp do dużych ilości tekstu, prosimy o koniaki z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów-. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny"Google w każdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania, dodatkowych 
materiałów za pośrednictwem Google Book Seareh. Prosimy go nie usuwać. 



łganie prawa 

W każdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana książka została uznana za część powszedniego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób traktowano w innych krajach. Ochrona praw- autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych krajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jc-t dozwolony. Prosimy nit 1 przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Seareh ozna.cza. że można jej używać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Seareh 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Seareh ułatwia czytelnikom znajdowanie książek / całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 
tej książki można przeszukiwać w biternccic jod. ado -'■u Ti ttp ://books. google. comTl 






« f 



I. 



pp 



1 



** 



iofss 



a 



N^y 




s 



{ 




\ D A M MICKIEWICZ. 



ior>s 



■ KSIĄŻKA ZBIOROWA 

POŚWIĘCONA PAMIĘCI 

ADAMA MICKIEWICZA 

| ITILETII4 MtMICE JEM UMUII 

H798-189B) 



%\ 



yr> 



11 



Druklura W»rni*wsklego Towanysiws Akcyjnego Arlyelyeino-Wydiwnlt-ieno. 



.... Z ZIEMI PAGÓRKÓW LEŚNYCH 
Z ZIEMI ŁĄK ZIELONYCH #fM|##<^ 



KSIĄŻKA ZBIOROWA 
POŚWIĘCONA PAMIĘCI 
ADAMA MICKIEWICZA 
W STULETNIĄ ROCZ- 
NICĘ JEGO URODZIN 




WARSZAWA * 

GEBETHNER \ 

I WOLFF * 1899 nK 



^ 






c > 



JOJMHHO 1I« 



Słowo wstępne. 



Do wielkich ludzi swoich, niekiedy ze zwiększoną czcią 
i miłością zwracają wzrok narody, a wówczas imiona tych 
wybrańców zdają się jaśnieć zdwojonym blaskiem. Takiem 
jest dla nas imię Adama Mickiewicza, w stuletnią rocznicę 
jego urodzin. 

Pierwiastki duchowe ludów z których powstał, zjedno- 
czył w duszy swojej ten wieszcz ich i tłumacz, a iskra gienju- 
szu wzniosła go wyżej ponad narodowe tłumy 1 dała mu 
stanąć na tych szczytach, skąd garstka dusz wielkich 
w wiekowym pochodzie naprzód, przewodniczy ludzkości. 

Chrześcijanin z głębi duszy, od kolebki do grobu, jak 
orzeł patrzący w słońce, Mickiewicz patrzył w Niebo, i gdy 
czarem poezyi wysnutej z piersi własnej otaczał ziemię którą 
tak miłował — brał on górne natchnienia bijące z wiary - 
stropów i we wspaniałych wierszach przelewał w pisma 
swoje; dlatego do nieśmiertelnego piękna dzieł jego dołą- 
czyła się i nieśmiertelna zasługa. 

Dziś my, wielkiego poety najbliżsi ziomkowie, cześć 
wdzięczną mu niosąc — tym skromnym prac zbiorem świę- 
cimy jego rok jubileuszowy. 



„AD ALTARIA TUA." 

Z myśli i uwag o pierwiastku religijnym 
w twórczości Mickiewicza. 



..„Alt Mii tu. Dumne TliUtam 



Olbrzymie rozmiary w dziejach ducha ludzkiego ma 
postać Mickiewicza, olbrzymie są walki i cierpienia we- 
wnętrzne, przez które wieszcz przeszedł, olbrzymi i maje- 
statu pełen tryumf, który osiągnął. 

Z otchłani wątpień wydostał się on w słoneczny kraj 
prawdy i' opowiedział ją w III części Dziadów. 

Pisali inni o tein dziele wieszcza, piszą i pisać będą, 
zdarzała się i mnie niejeden raz sposobność myśli swoje 
o niem wypowiedzieć 1 ). — Znowu teraz wracam do niego. — 
Ale skoro się wkroczy w dziedzinę kierunków i duchowych 
tęsknien wieku naszego, niepodobna minąć tę najwyższą 
ich wyżynę, przykuwa ona zdała i nęci myśl badacza, 
wzbiła się zuchwale ponad piętrzące się w około, ale jakby 
mniej śmiałe, a bardziej brzemieniem własnem przygar- 



') MnyanHu i Slowianofile, 1888 T.-~Byron i jtgo tti«k, t. II, 1897 r. 



bione szczyty, przekroczyła obszary mgły i chmur, urwi- 
stym, a dla wybrańców tylko dostępnym wierzchołkiem 
sięga w wieczny błękit. 

Mickiewicz należy do rodziny gieniuszów, którzy na 
schyłku zeszłego stulecia i na początku bieżącego przynie- 
śli z sobą na świat poczucie blizkości przewrotów i zmian 
zasadniczych, a obok tego tęsknotę do jakiegoś lepszego 
i idealniej szego życia, do takiej doskonałości stosunków 
ludzkich, której świat dać nie może. Wypadki, których 
byli świadkami, utwierdzały ich w tem uczuciu: w krwa- 
wych powodziach rewolucyi i wojen Napoleońskich zdawała 
się tonąc cała epoka dziejowa, otwierały się podwoje no- 
wych czasów, tam pędzili marzeniem i myślą, ale z chaosu 
nowych a mglistych tęsknot i szczątków starych wiar nie 
wyłaniał się jeszcze świat nowy, było ciemno, wichry roz- 
igranych żądz ducha miotały ich po przepaściach wątpień, 
pochłaniał mrok odwiecznej zagadki bytu. 

Tym cierpieniom, marzeniom, dociekaniom, dążnościom 
i żądzom wieku nadał Byron własne imię, bo jednym był 
z najpierwszych i najenergiczniejszych ich wyrazicieli, ale 
wielkiej zagadki rozwiązać nie zdołał. Nie rozwiązali jej i ci, 
co z nim i za nim szli, daremnie silili się przekroczyć gra- 
nicę negacyi, w której zagrzężli; niezgodni ze sobą, rozmai- 
tych dróg próbowali, jedno lich tylko łączyło: wspólność 
protestu przeciwko złemu porządkowi świata. 

Ale dlaczego ten porządek był zły? tu nasuwała się 
konieczność ustalenia kryteryum, określającego granicę 
między dobrem a złem. 

Wszystkie niemal religie i filozofie świata, od wieków 
nierozłącznie w pojęciach swoich kojarzyły dobro ze szczę- 
śliwością, a złe z nieszczęściem, myśl zaś o złem niemniej 
ściśle wiązały z myślą o zmienności, znikomości i niepe- 
wności rzeczy ziemskich. Dobro przeto i szczęśliwość po- 
legały na wyzwoleniu siebie z pod jarzma pragnień owych 
rzeczy zmiennych, znikomych i niepewnych a wzniesienia 
się w sfery absolutu, bez względu na to, czy absolut ten 
był żywym Bogiem, czy tylko martwą Nirwaną. W tym 



poglądzie religia objawiona podawała rękę krytycyzmowi 
filozoficznemu, który przez usta Kanta wygłaszał jedno 
z najwspanialszych twierdzeń na jakie zdobyła się myśl 
ludzka: o dwóch rzeczach wielkich, o „niebie błękitnem na- 
cierana i prawie moralnem we mnie", prawie moralnem, 
nakazującern walkę z mrokiem żądz w imig harmonii ducha 
z harmonią wszechświata, której symbolem jest niezmienny 
błękit nieba. 

Dopiero w naszym wieku, dawszy się porwać wirowi 
wstrząśnieó dziejowych, doleciała myśl pod wrażeniem 
wielkich klęsk i rozczarowań por ewolucyjny eh, do kresu 
wątpień, zapytując, czy nie miały się rzeczy odwrotnie do 
sądów naszych, czy to, co my dobrem nazywamy, nie było 
raczej złem, a złe dobrem. 

„Czy Bóg — wołał Lucyfer, towarzyszący Byronowskie- 
mu Kainowi w jego zaziemskiej wędrówce— nie miał mocy 
nazwać pokonanego wroga swego złem, a siebie Dobrem 
najwyższem." Ale skoro tylko okazywała się możliwość 
przypuszczenia, że Bóg jest złem, więc złym i brzydkim 
mógł też być ideał wyzwolenia ducha, któremu hołdowała 
ludzkość od początku wieków, złem i brzydkiem to błę- 
kitne niebo, do którego zwracała oczy myśl stęskniona do 
światła, prawdy i szczęścia. Wzdrygał się na to Kain,! jakby 
czując, że wraz z takiem przypuszczeniem zanikały w du- 
szy ludzkiej uczucia podziwu i uwielbienia, stanowiące naj- 
szlachetniejszy czynnik radości w życiu wewnętrznem, że 
życie samo traciło wdzięk swój i moc, pustynia martwa 
zalegała kwitnące kraje zachwytów estetycznych i tęsknot 
moralnych. — „Nie — wołał Kain upojony oglądaniem iskrzą- 
cych się nieskończonych przestrzeni gwiaździstych — nie 
mogło złe przeniknąć do tych niezliczonych a jaśniejących 
światów, są one zbyt piękne!" — Tchnienie błękitu zwiewało 
na chwilę z serca jego chmury niewiary i rozpaczy. 

Bądź co bądź ziarno ostatecznego zwątpienia było rzu- 
cone. Dopiero dziś wydaje ono swój zgniły owoc, ale już 
wówczas stanęli byli bajroniści nad skrajem przepaści, tylko 
nie wpadli w nią; umieli jeszcze patrzeć w błękit i w nim 



widzieć ster dla uczuć i myśli. Najdalej ku otchłaniom ne- 
gacji posunął się byl Lermontow, ale i w jego duszy walczył 
a pociągiem do pokłóconego z Bogiem demona podziw dla 
piękna stworzenia, upojenie nieskończonością, której się czuł 
synem wolnym. 

Mickiewicz wielkim jest i samoistnym dlatego, że na- 
piwszy się z tych samych źródeł buntowniczego bajronizmu, 
doznawszy wszystkich bólów wieku, i przeszedłszy ponadto 
przez szereg katuszy naszym tylko poetom znanych, wy- 
brnął zwycięsko z objęć rozpaczy i na gruzach zdeptanych 
wątpień i narzekań wzniósł świątynię Panu. Stało się to 
dzięki temu, że miał on duszę tak głęboko, rdzennie religij- 
ną, jak żaden inny z poetów tego wieku, z nią przyszedł 
na świat i z nią też przeszedł przez życie. 

Nadzwyczaj silnie i żywo czuł on związek tego świata 
z innym wyższym i lepszym, czuł Boga w sobie i nad sobą, 
rozumiał, że nie na potędze rozumu, uczucia lub woli za- 
sadza się wartość człowieka, ale na tem, że on jest stwo- 
rzon na obraz i podobieństwo Boże, wiedział zatem, że zje- 
dnoczenia z wolą Bożą wymaga dobro i szczęście jego, że 
w tem źródło jego mocy i niezniszczalnnśei. — Ciemny duch 
Aryman, trawiony zazdrością, zapragi -.ii raz wznieść się do 
państwa Oromaza; po ciemności, żywiole swoim, jak pająk 
po sieci poniósł się on w górę i ujrzał słońce przedwieczne 
i wielką jasność Bóstwa... Pomyślał wtedy o szczęściu bez 
końca a myśl ta, „ogromna, jak świata brzemię," z takim 
ciężarem nań spadła, że runął i bezsilny leciał w dół, aż 
znowu osiadł 

W samym przepaści niezgłębionej środku 
W aamym ciemności najgrubszym zarodku. 

Wiersz ten osnuty na ustępie z Zend-Awesty, a napi- 
sany w 1830 roku, żywo świadczy o usposobieniu wieszcza, 
o kierunku jego myśli, gdy wkraczając na utartą przez 
Byrona i bajroniatów drogę wątpień, zastanawiał się nad 
dobrem i złem, nad stosunkiem Boga do szatana. Zbyt 
żywo kojarzył on piękno świata z myślą o kolejach losów 



ludzkich i o szczęściu wewnętrznera, aby mógł zasmakować" 
w negacyi. 

Pozostawało mu przeto, jak wielkiemu Królowi Psal- 
miście, ukorzyć się przed Jehową, „przed obliczem którego 
nie usprawiedliwi się żaden żywy człowiek" i w pokorze 

* tej moc własną i wielkość czerpać. Ale tu właśnie z reli- 

gijnością wieszcza ścierała się owa zrodzona z wstrząśnień, 
z nadziei i zawodów wieku wybujałość indywidualizmu, 
który zapalał się ogniem własnych nieskończonych i niczem 
nie dających się zaspokoić tęsknot i przejęty ich potęgą, 
gotów był siebie ubóstwić i uznać w sobie — w tym miano- 
wicie tytanicznym wysiłku wszystkich mocy ducha, usiłu- 
jącego przekroczyć nakreślone mu granice i przedrzeć za- 
słonę tajemnic — najwyższy wyraz rozwoju świata. Indywi- 
dualizm ten był źródłem niezmiernej dumy Manfreda, który 
l na łożu śmierci wygłaszał, że duch jego nieśmiertelny, od 

i czasu i przestrzeni niezależny, sam sobie jest odpłatą za 

czyny dobre lub złe, sam źródłem mąk własnych i rozko- 
szy. Pod wpływem tegoż uczucia mienił się Słowacki Królem 
duchem, mistrzem prowadzącym świat na nowe tory, Lermon- 
tow zaś, czując, że mu ciasno i duszno na ziemi, wcielał się 
w wygnańców-demonów z piętnem smutku na twarzy nieu- 
kojonego i wieczystego, jak płacz wieków ginących w po- 
mroku zapomnienia i rozbitych usiłowań. Te zapędy samo- 
poczucia i te pokusy pychy również dobrze znał Mickie- 
wicz i zostawiły one na jego uczuciach religijnych odrębne 
znamię, nie wysuwając bowiem na pierwszy plan stanowią- 
cego istotę religijności czucia nędzy i pokory człowieka 
przed maj estatem Stwórcy, przeciwnie, podnosiły raczej 
uczucia dumy, płynącej z przeświadczenia, ze człowiek nosi 
w sobie obraz i podobieństwo Boga. Dwa te uczucia prze- 
znaczone do wzajemnego kojarzenia się we wspaniałej har- 

- monii religijnej, staczały ze sobą w duszy Mickiewicza przez 

czas długi zaciętą walkę. 

Znalazła ona wyraz w twórczości wieszcza, zwłaszcza 
po roku 1830, kiedy to pod wpływem obcowania z X. Choło- 
niewskim, w Rzymie, przebudziła się w nim z uśpienia reli- 



gijność, którą przytłumiły były wrażenia z pobytu w Odessie, 
Moskwie i Petersburgu. Po kilku latach zaniedbania przy- 
stąpił wtedy poeta do Komunii Św., w tym samym kierunku 
podziałały na usposobienie jego nieszczęścia ojczyzny, po- 
czął szukać pociechy w czytaniu mistyków, poznał dzieła 
Ś-go Dyonizego Areopagity, Boehma, Baadera, St. Marfcin'a, 
długie wieczory zimowe 1833 roku spędzał en według opo- 
wiadania Zaleskiego ') z przyjaciółmi rozprawiając o taje- 
mnicach zaziemskiego życia, o świecie duchów, a dowodzenia 
jego świadczyły o głębokiem przeniknięciu zakresów mistyki. ' 

Owocem tego kierunku myśli były pochodzące z 1830—31 
roku wiersze Rozum i Wiara, Arcymisfrz, Mędrcy, Rozmowa 
wieczorna z Bogiem 2 ), późniejsze .nieco, ale pozbawione okre- 
ślonej daty Zdania i Uwagi z Boehma, Anioła Szlązaka i St. 
Martin'a, wreszcie panująca nad tern i nad całą twórczością i 

poety III część Dziadów. J I 

Pisał Mickiewicz w jednym z listów, że zawdzięcza li 

X. Chołoniewskiemu „wiele chwil szczęśliwych i nowy widok 
świata, ludzi i nauk." Widok ten nie tyle jednak był nowy, 
ile raczej rozszerzony, poeta bowiem wracał do usposobienia, 
które w nim panowało w pierwszych latach twórczości, gdy 
wołał, że „czucie i wiara silniej mówią do mnie niż mędrca, 
szkiełko i oko," tylko wiara jego była wówczas prosta, ser- 
deczna, nie rozumująca, teraz pogłębiały ją ) rozszerzały 
rozmyślania i studya teologiczno-filozoficzne i mistyczne. Ma- 
lały w obec nowych widnokręgów rozmiary rzeczy ziemskich, 
malał przedewszystkiem rozum, przekonywał się poeta, że 
ten w oczach świata i w oczach jego własnych, gdy pojęciom 
świata hołdował, „niezmierzony ocean," po którym do nieba 
chcą dopłynąć ludzie, „opływał tylko ziemię" ale nie dosięgał 
zaziemskich obszarów i bezsilny był i niewidomy ilekroć 
o własnych siłach a bez pomocy wiary kusił się wtargnąć 
w sfery absolutu. Nie chcieli tego uznać mędrcy i zawyro- a 



') Kallenbach: Adam Midkwiei, tom II, sir. 188. 
») Władysław Mickiewicz, t. II, str. 143. 



— 7 — 

kowali Bogu. Zadrżała natura w przestrachu, „lecz pokój 
byt w niebie, Bóg żyje, tylko umarł w mędrców duchu." — 
Uginał więc poeta przed Bogiem „rozumne, gromowładne" 
czoło, a Bóg sowicie mu to wynagradzał, wznosząc mydl jego 
w niebo i malując ją tam „promieni tysiącem." Nowe i nie- 
zmierzone otwierały się przed nią widnokręgi. Jakżeż mar- 
nym wydał się wtedy poecie ten świat, w którym on dotąd 
przebywał! Rozumiał on nędzę, rozpaczliwą nędzę i głupotę 
marzeń, myśli i uczuć, gdy Bóg i nieskończoność' nie są im 
tłem i widział to wyraźnie, że w nędzy tej i głupstwie dobro- 
wolnie zakopywały się robacze, bojące się światła i powietrza 
dusze, które ogól ludzki składały. 

Z pogardą przeto uciekał on od tłumu, dumą obojętną, 
niby „mgły szatą" pokrywał on swej myśli pioruny, z Bogiem 
jednym obcować chciał, przed Nim, w nocy, zdała od zgiełku 
marności wylewał on swe „burze wnętrzne, we łzach rozto- 
pione..." 

Wzniosłość, wyrywająca się z więziennych cieśni bytu 
ziemskiego i w nieskończoności i Bogu szukająca pokarmu, 
jednym jest z najpotężniejszych i zarazem najszlachetniej- 
szym czynnikiem wrażenia estetycznego, wspaniałe też 
wzniosłością swoją są ówczesne wylewy liryczne Mickiewi- 
cza, zwłaszcza Rozum i Wiara, Rozmowa tuieczorna, ale do 
szczytnych tych natchnień religijnych zakradło się niereli- 
gijne lecz nieodłączne od poety, który zwykł był na skrzy- 
dłach tryumfującej i dumnej młodości unosić się nad ople- 
śniałym i martwym światem, uczucie pychy. Wprawdzie 
prześlicznie wyznawał on, że tę pychę „wzniecił duch po- 
kory" 

Panie! jam blaskiem nie swoim zaświecił 
Mój blask jest słabe twych ogniów odbicie. 

Ale czuł jednak, że pycha ducha tak niezmiernie wy- 
soko wzniesionego ponad błahość powszedniego życia ludz- 
kości mogła go zaprowadzić na niebezpieczne manowce sa- 
moubóstwienia, na których mógł postradać spokój i szczęście 
pojednania z Bogiem. Postanowił przeto skruszyć się 



wewnętrznie przed Panem, zwalczając w sobie każde uczu- 
cie, myśl każdą, która nie od Boga szła. Nie było mu na 
drodze tej trudnem wyzwolenie się od pychy rozumu, do 
którego nie żywił nigdy zaufania, ale jak temu, który miał 
wkrótce potem nazwać się „największym z czujących na 
ziemi" poskromić pychę uezucia, olśnionego potęgą, z jaką 
umiało wcielać się w cierpienia milionów? jak wznieść się 
ponad pychę woli, która owem wszechpotężnem czuciem po- 
rywała się natchnąć myśl, aby wcielając ją w czyn „nieśmier- 
telność stworzyć" i módz zawołać: „Cóż ty większego mo- 
głeś zrobię", Boże?" 

W Zdaniach i Uwagach należy szukać śladów tego po- 
trójnego pasowania się z sobą w celu wyrobienia w sobie 
pokory, stanowiącej istotę religijnośoi usposobienia, pierwszy 
stopień do tych mistycznych obcowań z Bogiem, do których 
poeta rwał się duszą całą, uczuwszy ich nieskończoną słodycz. 

Ale zanim zdołał wziąść się do spokojnej pracy nad so- 
bą, w duszy jego między uczuciem oddania się Stwórcy a roz- 
bujałym i w siły własne ufnym indywidualizmem stoczyła 
się wałka straszna, której potężnym odgłosem zagrzmiała 
Improwizacya w III części Dziadów. W dziejach poezyi je- 
dyne to pod względem potęgi i nastroju uczuć dzieło. Na 
skrzydłach wszystkich mocy jestestwa Bkupionych w jednem 
ognistem pożądaniu wzleciał wieszcz ponad poziomy, czując, 
że unosi z sobą najlepszą treść dusz milionów. Silny ich siłą 
wszystką, on „największy z czujących na ziemi" zapragnął 
po promieniach uczucia swojego wznieść się do Boga, aby 
wydrzeć z nieba prawo miłości i moc jego wcielenia na ziemi 
i jak niegdyś Mojżesz na górze Synai, zwiastować ludziom 
wolę Stwórcy — ale milczeniem odpowiedziało mu niebo 
i uczuł on bezsilność uczucia, które mu się siłą najwyższą 
a wszechpotężną wydało: chwilowy hymn tryumfu zmienił 
się w skargę graniczącą z przekleństwem, skargę tern tragi- 
czniejszą, że skierowaną została nie przeciw martwej jakiejś 
idei, lecz przeciw Bogu żywemu, Stwórcy i Ojcu świata. — 
Skarżyli się inni przed Mickiewiczem — Goethe, Byron — ale nie 
przeciw Bogu powstawali oni, tylko przeciw własnemu 



f 



pojęciu o Bogu, bo w Boga albo nie wierzyli, albo wątpili 
o Jego istnieniu, albo pojmowali Go jako byt jakiś beztreści- 
wy, Mickiewicz zaś zbyt żywo czul przekraczającą, granice 
ziemi a tonącą w otchłaniach nieskończoności potęgę uczuć, 
marzeń, myśli, całego życia swojego, aby zwątpić mógł 
o Tym, który żywą byl nieskończonością. 

Nie jest Improwizacya artystycznie wykończoną rzeczą, 
zapragnął bowiem w niej poeta wyrazić" uczucia, których 
niepodobna oddać w mowie ludzkiej, gdyż stanowią one stan 
ekstazy ducha, goszczącego po za granicami poznawania. — 
Pogrążony w ogniu własnym nie umiał też Mickiewicz zapa- 
nować nad wyobraźnią, aby szeregiem metafor przyjść uczu- 
ciom swoim w pomoc, wyrażał je więc negacyjnie, wołając, 
że niczem są uczucia i tryumfy wszystkich mędrców i proro- 
ków świata w porównaniu z tem co on czuje. 

Wołania takie nie wywarłyby trwalszego wrażenia, 
gdyby nie było w Improwizacyi tych zwrotów nagłych bły- 
skiem geniusza natchnionych, które w duszy czytającego 
zapadają nazawsze, zginając ją przed majestatem ducha, 
który tak czuć umiał. Nazwał siebie wieszcz Milionem, „bo 
za miliony kocha," i Boga chciał wyzwać do walki, na sercal 
Gdyby zaginęły w wirze jakichś kataklizmów dziejowych 
wszystkie ślady poezyi, myśli, cywilizacyi naszej i gdyby 
przypadkiem z całej przeszłości uratowane zostało to jedno 
wyrażenie, zapisane w księgach jakiegoś nowego Herodota, 
wyrażenie to rzuciłoby w ciemną otchłań dziejów zapomnia- 
nych pokoleń taki smug światła, że zrozumianoby, iż istniał, 
działał i przeszedł przez świat naród, który snąć umiał sercem 
żyć, kochać i cierpieć, skoro wieszcz jego wydobył ton po- 
chodzący z takich głębin kochania i cierpienia, jakich nie 
znali pieśniarze innych narodów. 

Nie znali— z wyjątkiem owego jedynego, który w Bogu 
ufność swoją całą złożył i w nrm jedyne źródło myśli i na- 
tchnienia uznał. Nie wyniosło się serce jego, ani „kusił się 
o rzeczy wielkie albo wyższe nad te, które mu należą," *) 



') Psalm CXXXI 



- 10 — 

tylko Bogu duszę swoją oddał, jako dziecię matce. I obda- 
rzył go za to Pan nieśmiertelna, mocą śpiewu, myśli swoje 
w niego włożył, a liczba ich była „bardzo wielka", rozmno- 
żyły się nad piasek '}, gdy je zliczyć zechciał, i wywyższon 
został nad pieśniarze wszystkich plemion ludzkich. „O, jakże 
są miłe przybytki Twoje, Panie Zastępów! — wołał on 
w Psalmie, który świeci w pamięci każdego, kto rozkosz 
modlitwy zna — do sieni Pańskich bardzo tęskni dusza; serce 
moje i ciało moje rozgorzały do Boga żywego, — „oto i wróbel 
znalazł sobie domek a jaskółka gniazdo, w którem pokłada 

pisklęta swoje " ...Ołtarze Pańskie schronieniem są dla 

duszy ludzkiej — lepszy jest dzień jeden u progu świątyni 
nad tysiące w pałacach bezbożników O, błogosła- 
wieni, ' którzy to wiedzą — marzył pieśniarz boski — wzniesio- 
ne będą ich serca, zamieszkają na wieki w domu pańskim..." 
I coraz szersze zakresy ogarniało marzenie króla wiesz- 
czów, widział on przed sobą zastępy onych mężów wybra- 
nych, prawo Boga prawdziwego utwierdzali oni na świecie. 
„Pan panów — wołał on— ukaże się na Syoniel" Ale, pory- 
wając duszę, marzenie nie zapanowywało w niej samowła- 
dnie, do ciszy serca swego wracał wieszcz świętobliwy, i ko- 
rzył się przed Stwórcą, i błagał o zlitowanie: O, Boże Jakó- 
bów! wysłuchaj modlitwy mojej, nie odmawiaj laski tym, 
którzy chodzą w niewinności... 

Do tego bezgranicznego oddania się z ogromną mesyań- 
ską nadzieją zlitowania jego nad narodem „chodzącym w nie- 
winności" dochodził również Mickiewicz, tylko u króla psal- 
misty, było to wypływem serca „skruszonego i uniżonego" 
wyrobionej religijności duszy, u Mickiewicza zaś następowało 
po nadludzkim wysileniu ducha, po spazmach zwątpienia 
i rozpaczy. Nie było więc oddanie się jego tak zupełne, 
dźwięczał w niem żal, po utraconej nadziei natychmiasto- 
wego urzeczywistnienia prawdy Bożej, nie zamilkły odgłosy 
zawiedzionych pożądań. 



i) Psalm CXXXIX. 



f 



— 11 — 

Korzył się jednak poeta, uznawał, że popełnił grzech 
najcięższy, grzech bluźnierstwa i buntu przeciw Temu, który 
jest Drogą, Prawdą i Żywotem, że wypowiedział „słowa 
głupstwa",|które „najsroższą są dla mądrych ust męką," słowa 
będące wyskokiem pychy, w siły swoje zaufanej. Jednał go 
z Bogiem, wnosząc pokój w ten dom zdruzgotanej pychy, 
pokorny zakonnik, jeden z tych mężów, kochający się 
w przykazaniu Bożem, o których marzył psalmista. Więcej 
znaczenia niż potęga zbuntowanego olbrzyma Konrada miało 
w oczach Boga serce czyste i proste zatopionego w modlitwie 
zakonnika, przed okiem jego ducha spadała zasłona z przy- 
szłości. 

Panie! czeaize ja jestem przed Twoim obliczem? 

Prochem i nic z cm. 
Ale gdym Tobie moją nicość wyspowiadał 

Ja proch będę z Panem gadał. 

W tych słowach zawarta jest zasadnicza idea dzieła. 
Są one kresem myśli Mickiewicza, a stanowią zarazem pod- 
stawę do rozkwitu religijnego życia duszy. 

Zwycięsko wybrnął poeta z walki, którą uczucie religij- 
ne staczało 'i: nim z butnemi zapędami dumnego indywidua- 
lizmu, zrozumiał że indywidualizm pokłócony z Bogiem był 
aktem nie siły woli, lecz jej zaniku, bo cofała się przed tru- 
dem ciągłej ofiary z siebie na ołtarzu Boga prawdziwego, 
uznał przez to, że szczytem indywidualizmu jest akt skruchy 
wewnętrznej, poddanie siebie Woli Najwyższej, kierującej 
biegiem światów i nakazującej wyzwolenie z tego, co Bogiem 
ńie jest, z jarzma znikomych i zmiennych pragnień, jako wa- 
runek zdobycia szczęśliwości spokoju. 

Odtąd praca nad skruszeniem siebie, „spowiedź z nicości" 
własnej przed Bogiem stanowi treść wewnętrzną życia poe- 
ty. Ślady tego upatrujemy w Zdaniach i Uwagach. — „Niech 
się twa dusza — woła on za Aniołem Szlęzakiem w jednym 
z pierwszych Zdań — jako dolina położy, a wnet po niej, jak 
rzeka, popłynie Duch Boży." — Obraz doliny, jako symbol 
duszy skruszonej przed Panem, pociągał i innych mistyków. — 



- 12 — 

Od niego zaczynał rozmyślania swoje wielki Ruabrock, któ- 
rego pisma przyswoił mowie naszej X. "Waleryan Przewło- 
cki. Nad doliną tą świeci, według Rusbrocka, słońce połu- 
dnia, symbol Chrystusa i zlewa w nią taki blask i Sar 
„jakiego nie znają płaszczyzny, po obu zaś jej stronach 
wznoszą się dwie góry ogromne, wyobrażające dwie żądze 
duszy: żądzę służenia Panu i wielbienia i żądzę zdobycia 
doskonałej świętości, góry te wyższe są niż niebo, dosięgają 
Boga..." Po nich wspinał się Mickiewicz, odrodzony po wal- 
kach wewnętrznych, wielki pokorą. Zdeptał on pychę rozu- 
mu, było mu to łatwe, jak to jnż zauważono, bo zawsze 
od młodości duszą całą czuł i rozumiał, że „im głębszą poko- 
ra, tern rozum wyższy" (Zd. i U.). Ale trudniej było mu upo- 
rać się z pychą uczucia. Liczne też zdania świadczą jak 
gorąco pracował poeta nad wyrobieniem i utrwaleniem w so- 
bie przeświadczenia, że o tyle uczucie każde, nawet naj- 
wznioślejsze z pozoru, jest warte, o ile od Boga pochodzi. 

Mówisz: niech sobie ludzie nie kochają Boga, 
Ryle im była cnota i ojczyma droga. 
Głupiec mówi: niech sobie źródło wyschnie w górach, 
Byleby ml płynęła woda w miejskich rurach. 

Ale by pamiętać o Bogu trzeba umieć' zapomnieć o świe- 
cie, uszy zamknąć by w głębi serca uchwycić „wiecznego 
słowa" odgłos: „kto w sercu ucichnie, ten Boga usłyszy" — 
błogosławieni są cisi, oni posiądą ziemięl Pomimo tego zakra- 
dał się jednak zawsze pod myśl poety robak pokonanej py- 
chy: z pychą woli szepcącej mu, że wysiliwszy się zdobędzie 
Boga, najtrudniej było mu dać radę. — Nie wiemy, czy było to 
rzeczą trafu, czy obmyślanego wyboru, że najpilniej, z naj- 
większem upodobaniem rozczytywał się w dziełach mistyków 
protestanckich lub wolnamyślnych, jak Boehm i Saint Martin, 
tern się zaś ich mistyka od mistyki katolickiej różni, że prze- 
dewszystkiem jest łatwiejszą, t. j. mniejszy kładzie nacisk na 
umartwienie się, jako wstęp do doskonałości, a większą widzi 
w człowieku skłonność i zdolność do zjednoczenia się z Bo- 
giem, następnie, zgodnie z tern, silniej w niej się zaznacza 



\ 



- 13 — 

właściwy naturze wszelkiej w ogóle mistyki popęd panteisty- 
czny. Wszystko to odpowiadało usposobieniu wieszcza, i pod- 
sycało w nim dziwną wiarę w siły swoje. 

Nie tylko — wolał on — zdolnym jest człowiek pogrążyć 
się w Bogu, ale sam pogrąża on Boga w sobie, „zabiera z Bo- 
ga tyle, ile chce", bez naszej wiedzy Bóg nie może nas rzucić, 
a gdyby rzucił, skoro zechcemy, znów do nas zejść musi. — 
Myśli takie napełniały poetę dumą radosną, skrzydła rosły, 
zdawało się, że „ziemia dalsza jest od człowieka, niż niebo". 
Widoczne cechy panteizmu nosiło niedokończone i niewyda- 
ne za życia wspaniałe mistyczne widzenie. — Jak „kwiat 
polny otoczony puchem" prysło ciało poety, dotknięte przez 
Anioła, pozostało „nagie ziarno" duszy i zdawało mu się, że się 
budził ze snu strasznego: jasność nagła rozświecała mroczną 
otchłań tajemnic, w której dotąd cierpiała dusza w powło- 
ce cielesnej uwięziona, teraz do źródła swego leciał, do Boga. 
Stawał „w pierwotnych żywiołów żywiole", w jednym pierw- 
szym ciemnym błysku rozlewał się nad wszechświatem, 
w środku siebie, Jakby w ognisku", czuł przyrodzenie całe, 
światłością był zarazem i źrenicą, środkiem koła i jego okrę- 
giem i czuł, że coraz bardziej rozżarzać się będzie, „rozpły- 
wać, rosnąć, rozjaśniać, rozlewać się, stwarzać"... 

Jedna to z najwspanialszych wizyi mistycznych, jakie 
zna poezya, ale przenikaj ącem ją uczuciem zlewania się 
istoty ludzkiej z istotą Boską staje ona w sprzeczności z tern 
chrześcij ańskiem przejęciem się nędzą człowieka w obec Bo- 
ga, które rozjaśniało duszę ks. Piotra. 

W Bogu złożone są typy istot, ów świat wzorów, o któ- 
rym marzył Plato, mistyka zaś, według Rusbrocka, to lot du- 
szy do swego przedwiecznego typu, ciążenie skutku do swej 
przyczyny. Dążności tej nie uwieńczy nigdy esencyonalna 
jedność ze Stwórcą, lecz tylko jedność miłości, przedwieczną 
bowiem jest istota Boska, wówczas gdy istota ludzka została 
stworzoną, przepaść więc między jedną a drugą jest niezgłę- 
biona, wieczysta. Wreszcie w duszy ludzkiej, gdy nawet prze- 
bywa na wysokościach, znajdzie się zawsze pewna pochyłość, 
grożąca jej możliwością stoczenia się i spadnięcia, ale wfa- 



śnie dzięki temu zachowująca też w niej świadomość otchłani 
między nią a Bogiem. To właśnie chroni ja. od panteizmu. 
Ale nie Uczył się z tera Mickiewicz. I dlatego to panteisty- 
czny zapęd w skojarzeniu z właściwą poecie nerwową niecier- 
pliwością w oczekiwaniu spełnienia ideału skrzywił w nim 
harmonię skruszonej duszy. Dumne marzenia osiadały na 
niebotycznych wierzchołkach myśli, pojąc ją snem o wszech- 
potędze woli, mierzącej siły swoje na zamiary i gotów bywał 
poeta opuszczać „podnóża ołtarzy" żeby zejść ku pałacom 
bezbożnej pychy. 

Czuł to jednak i rozumiał. Przejęty myślą o konieczno- 
ści religijnego podniesienia narodu, marzył on o stworzeniu 
nowego zakonu, ale „kto go założy? — pytał towarzyszy — ua 
to trzeba Świętego, ja za pyszny*). Tak, zbyt mocno był 
wieszcz nasz w swera życiu religijnem przejęty sobą i w sto- 
sunku do tego zbyt słabo — Bogiem. Nie wzniósł się więc na 
te szczyty liryzmu, na których przebywał największy śpie- 
wak Boga, nie mógł on wraz z nim powiedzieć o sobie: .,Bóg 
jest pasterzem moim — na paszach zielonych postawił i do wód 
cichych prowadzi — duszę moją posila prawdą"... ale pomimo 
tego, % poetów wieku naszego był on tym, który najgłębiej 
zrozumiał i uczcił królujący nad -światem chrześcijańskim 
ideał moralny, ideał oddania się Bogu. Do źródeł naj- 
czystszych „u podnóża ołtarzy" poszedł on czerpać natchnie- 
nie i znalazł je i stworzył III Dziadów, najwspanialszy w dzie- 
jach poezyi nowoczesnej wyraz zespolenia myśli religijnej 
z twórczością artystyczną. 

Jtfaryan 2dzfechowskI. 



Kallenbach, t. II. str. 187. 
Psalm XXIII. 



WYJĄTKI 
Z KIEWYDANYCH PAMIĘTNIKÓW 

Sgnacego SOomeyki. 



Czytelnik, biorący do ręki książkę, poświęconą pamięci 
Adama Mickiewicza, doznałby pewnego zawodu, gdyby 
w niej nie znalazł wspomnienia o serdecznym przyjacielu 
poety, Ignacym Domeyce. Ostatni z filaretów, któremu było 
danem przeżyć wszystkich swoich towarzyszów młodości, 
i po długiem tulactwie ujrzeć znowu kraj rodzinny, zostawił 
pamiętnik, który przez całe życie spisywał, cenny materyał 
dla przyszłego biografa. Z tego to pamiętnika podajemy po- 
niżej niektóre wyjątki. Na tern miejscu wyrażamy wdzię- 
czność rodzinie Ignacego Domeyki za udzielenie nam tego 
rękopisu i ulegamy pokusie umieszczenia ustępu z listu sy- 
nowca zmarłego Rektora. List ten zawiera nader trafną cha- 
rakterystykę tej pięknej postaci. 

„Wiara szczególniej przyświecała Ignacemu Domeyce 
w jego życiu i kładła pieczęć, cechującą wszystkie jego prace 
i dążności, wiara utrzymywała go w równowadze, kiedy inni 
wątpili, błądzili, padali; wiara dziecinna, że tak nazwę, nie po- 
zwoliła, pomimo wpływów, oziębnąć rzewnej i gorącej wyo- 
braźni i słodkiej pobłażliwości dla bliźniego; wiara wysoko 



— 16 — 

wykształcona i entuzyastyczna, porywała ku dobremu wszyst- 
kich, co się do niego zbliżyli, równie maluczkich, jak i nąjo- 
porniejszych. Zawsze spokojny, uprzejmy, zawsze wesół, 
fałszem jedynie brzydzący się, miewał też nieprzyjaciół li 
tylko w rzędzie ludzi zupełnie przewrotnych; słuszniej jest 
powiedzieć jednak, że nie on, lecz jego idee i dążności mie- 
wały nieprzyjaciół. Posiadał wiele sympatycznych cech na- 
szych ubiegłych pokoleń; kochał czule i gorąco kraj rodzinny, 
ale wstrętnym mu był fałszywy szowinizm, a wszystkie te 
cnoty, zalety i cechy charakteru przenosiła dziwnie sympa- 
tyczna i naturalna skromność. Nie zapomnę dziecinnej rado- 
ści, z jaką, za przybyciem swym do kraju, odnalazł pierwszy 
swój dyplom, wydany w szkołach Szczuczyńskich, mianujący 
go członkiem bractwa Maryi — „Sodalis Marianus". Cale dzie- 
siątki późniejszych świetnych dyplomów ciał uczonych, nie 
sprawiły mu nigdy tyle uciechy." 



Z Frankfurtu nad Odrą jedziemy z Wrotnowskim do 
Drezna i tam znajdujemy Mickiewicza, Odyńca, Garozyń- 
skiego, Weisenhofa i mnóstwo z bogatszych rodzin Polaków. 

Mieszkałem z Wrotnowskim i Weisenhofem niedaleko 
Starego Płatzu. Mickiewicz, Odyniec, Garczyński, każdy po 
osobno mieli swoje mieszkania jedni przy drugich, w pobliiu 
Briihlowskiego tarasu. 

Był to czas, w którym Adam pisał 4-tą część Dziadów; 
Garczyński — Wacława i sonety; Odyniec spodziewał się przy- 
bycia swojej narzeczonej, miał żenić się i codzień prawie przy- 
nosił coś nowego ze swoich utworów. Codzień z nim i Gar- 
czyńskim schodziliśmy się z rana i na wieczór do Mickiewicza, 
i u niego spędzaliśmy godziny przyjemne. Mickiewicz pospo- 



— 17 — 

licie był smutny... Rozpogadzało się jednak mu czoło, kiedy 
sami, we czterech, zostawaliśmy na pogadance. Odyniec był 
wesoły i mnie nie opuszczał humor; rozweselaliśmy Mickie- 
wicza i, posępniej szego częstokroć - od niego, Stefana. Mickie- 
wicz niekiedy czytywał ustępy z tego, co pisał; czasem zanucił 
Filona, lub jaki ułamek z Mozarta, palił bezustannie fajkę, 
często zamyślał się. Chodziliśmy często na operę włoską i na 
przechadzki. W tym czasie, pierwszy raz wykonywano na 
scenie opery Bellini'ego; w loży królewskiej pokazywała się 
nasza Infantka, nie piękna, nie młoda, wysoka, której losem, 
jak wiadomo, było czekać i nie doczekać się przyrzeczonego 
jej tronu i męża 

Pierwszych więc dni lipca, jedenastu nam kazano wyje- 
chać, do tej liczby należeli: Mickiewicz, Nakwaski, poseł sej- 
mowy, syn kasztelana, Łagowski, Aleksander Jelowicki, 

poseł, jeden z trzech synów marszałka, zamożnego obywatela 
na Wołyniu... jeden też poseł kaliski z synem 14-letnim, Zar- 
szyński, poseł jednego z powiatów podolskich i dwóchjeszcze 
zacnych obywateli miasta Warszawy. 

Najęliśmy duży powóz, długi, trzęsący, w którym wszys- 
cy mogliśmy się pomieścić; jechaliśmy powoli, zatrzymując 
się na noclegi i popasy, gdzie się nam podobało i oprócz go- 
ścinnych przyjęć, których doznawaliśmy od komitetów miej- 
scowych niemieckich, a które po wszystkich miastach i mia- 
steczkach znajdowaliśmy, ustanawianych przez rady miej- 
skie na ugoszczenie emigrantów, nie szczędziliśmy sobie wy- 
gód wlasnemi pieniędzmi, których nam jeszcze nie brakło. 

W naszem zaś podróżnem gronie, przez całe dnie, w dro- 
dze i gdzieśmy się zatrzymywali, jakie to nieustanne toczyły 
się rozmowy, wzajemne zwierzenia się! 

Mickiewicz miał momenty wesołe, górował nad nami, 
już to opowiadaniem rzeczy domowych, tegoczesnych czy hi- 
storycznych, już żartami i pobudzaniem do gawędki, gdy się 
drudzy ustawać zdawali... 



Strasburg, 12 lipca 1832 r. 

Na granicy straż celna i wojskowa niemiecka po ludzku 
z nami sig obeszła, grzecznie, a nawet z niejakiemś przymila- 
niem się. Celnik Szwab, co od podróżnych zapłatę odbiera. . 
zrazu surowo od nas domagał się kilku krajcarów, ale skoro 
poznał, żeśmy Polacy, zdjął kapelusz, ukłonił sig i odszedł. 

Dawno przez most przejechaliśmy. Żołnierz na warcie 
francuskiej jednem spojrzeniem bratersko nas powitał; drudzy 
wykrzyknęli: „vivent les Polonais". Duaniery nie rewidują 
nas, wjechaliśmy do Francyi, jak gdyby po jakiej wielkiej 
wygranej, jak gdyby do swojego kraju. Zadrżałem z radości 
na widok francuskich żołnierzy: nie widziałem ich od 1812 roku, 
kiedy to cały korpus króla Westfalskiego, Poniatowski i Dą- 
browski ze swojemi legionami przeciągnęli przez Szczuczyn, 
gdzie bytem małym studentem natenczas w szkołach. Dzi- 
wne przypomnienie, momentalne, jak błyskawica, przeleciało 
przez duszę. 



Postanowiliśmy z Mickiewiczem ruszyć" do Chalons sur 
Marne, stroniąc od zwad Strasburgskich i przybliżać" się do 
Paryża. Kilka dni tylko zatrzymaliśmy się dla widzenia 
miasta, katedry i wieży (Miinster). 

Po pięciu dniach pobytu w Strasburgu, kazano mnie 
i Mickiewiczowi jechać do Chalons nad Marną i czekać" tam 
odpowiedzi z Paryża na nasze prośby, al bowiem ^świadczy- 
liśmy, że nie potrzebujemy zasiłków od rządu, byleby nam 
wolno było mieszkać" w stolicy. 

W nocy z 17 na 18 lipca dziwnie przyjemną miałem po- 
dróż: na wpół we śnie, na wpół na jawie. Noc była pogodna, 
księżyc jasny, ciepło umiarkowane, konie biegły ochoczo 
i nasi młodzi ochotnicy usnęli byli po całodziennej swawoli. 

Co chwila zasypiałem i budziłem sig: zaledwo zmrużyłem 
powieki, stawiło mi się Zapole, gospodarz, dom, rodzina tak 



- iy — 

żywo, tak jasno i tak wyraźnie, że nigdy może, w rzeczywi- 
stości na jawie, nie widziałem ich jaśniej i wyraźniej; a gdy 
się budziłem, przesuwało mi się przed oczyma, jakoby w pa- 
noramie, jakie miasto, wieś czy miasteczko, ze swojemi bia- 
łemi domami, tak właśnie, jakje wyobrażałem sobie we snach 
młodości mojej, kiedy mi się tak chciało wojażować", widzieć* 
zagraniczne kraje. W istocie, kto zna Litwę naszą, jej dre- 
wniane wsie i słomiane strzechy, jej miasteczka nieschludne, 
karczmy i stodoły, i kto wie, co to jest w młodości chęć do 
wojażowania po obcych krajach, chęć", zapalona ozytaniem 
podróży, obrazami, pejzażami i opowiadaniem wojażerów; kto 
nadto przypomni sobie, że za moich czasów rząd nie dawał 
pasportów zagranicę, albo ich danie utrudniał, zaostrzając 
tembardziej żądzę w zapalonej głowie do widzenia obcych 
krajów, ten pojmie, jak to się za młodu malowały w snach 
moich domowych miasta francuskie, włoskie, niemieckie 
i góry szwajcarskie. W takich właśnie kolorach przy świetle 
księżyca, przeciągały teraz na jawie przed oczyma mojemi 
rozmaite miasteczka: Benamenis, Luneville, Domballe, St. 
Nicolas. Tylko że dusza moja była tak daleko odemnie, od 
moich zmysłów, że do niej nie dochodziły wrażenia, jakie od 
nich odbierałem. To, co mi było obecne, tak blade było, 
w słabych bladych odcieniach; a to, co widziałem we snach, 
tak było żywe, porywające za serce, gorące, drażliwe, że owe 
sny nieporównanie rzeczywistsze dla mnie były od samej rze- 
czywistości, i tak dalece mieszały mi się sny z przedmiotami 
na jawie, że rozróżnić" nie mogłem jednych od drugich, 
i w danym momencie nie wiedziałem, co było we śnie, co 
było na jawie, gdzie byłem i czy jeszcze żyję w domu, czy 
też na zawsze go opuściłem. 

Trudno opisać ów stan, w którym się czuje dobrze dwa 
oddzielne istnienia, choć powiązane z sobą łańcuchem, który 
się rozciąga, ale nie pęka; to jest ciało ze zmysłami na jednem 
miejscu, a dusza daleko, zajęta innym światem i inną rzeczy- 
wistością; ciało słabe, zmęczone, zmysły, odurzone, a dusza 
wolna, nieuwięzła, jak błyskawica, wylatująca w swoje ulu- 
bione strony i wracająca na zawołanie drażliwych zmysłów, 



jak owa matka, co, zostawiwszy chore, słabowite dziecko, nie 
może długo zostaC na modlitwie, do której ją unosi wyższa 
miłość", i wraca za każdem odezwaniem się dziecka, aby je 
ułagodzić", pocieszyć, opatrzyć". 



19 lipca. Ch&lons sur Marne. 

Przyjechaliśmy do stolicy Szampanii. Któż jej nie zna 
ze sławnego wina, którem się upija świat wielki, zepsutyt 
Zdaleka od niej rzekłbyś, że ta ziemia cała winnicami musi 
być pokryta, niebo i natura piękne. Przeciwnie, kraj smutny, 
równiny, wapienną ziemią pociągnięte, suche, mało drzew, 
mało wzgórz, rzeka mętna, nie widać winnic, ni ogrodów. 

W mieście znaleźliśmy cholerę, mieszkańcy przestra- 
szeni, prefekt, jakiś karlista, niebardzo nam przychylny. 

25 Uf ca. 
Umarł tu z cholery jeden z naszych rodaków, oficer 
z dawnej służby. Odbył całą kampanię zdrów i bez szwanku, 
znajdując się po tysiąc razy między cholerycznymi, dogląda- 
jąc, opatrując umierających z cholery. Przeżył też czas nie- 
jakiś w Prusiech, gdzie cholera grasowała i przejechał całe 
Niemcy, nie dotknięty zarazą, bez obawy. Czekała go tu 
cholera, gdzie się jej nie spodziewał. Widzieliśmy go na parę 
godzin przedtem; wesoły, młody i piękny wiarus, z zapałem 
opowiadał czyny swoje z ostatniej wojny, batalie, na jakich 
się znajdował. Nagle stracił przytomność. Kiedyśmy po- 
biegli z lekarzem widzieć go w hotelu, tak już był zmieniony, 
że żadnym sposobem nie mogliśmy uwierzyć, że byl ten sam, 
którego znaliśmy... W kilka godzin skonał. Ta śmierć tak 
przeraziła Mickiewicza i tak go zasmuciła, że się lękałem, żeby 
nie zachorował. Nigdy go dotąd nie widziałem w podobnym 
stanie. Do późnej nocy nie myślał, nie mówił o czem innem, 
jak o umarłym, i aż do świtu nie zmrużył oka ; budził mnie co 
chwila i dziwił się, gniewał się, że mnie sen morzył. Naza- 
jutrz tez był bardzo smutny, nie jadł i mało rozmawiał. „Ta 



— 21 — 

przebrzydła cholera jest gorszą, niż wszystkie choroby", po- 
wtarzał i nie taił, że się jej lęka, jak gdyby jakie straszne 
przeczucie go dręczyło... 

Pochowaliśmy naszego oficera na miejskim cmentarzu. 
Mickiewicz napisał dla niego nagrobek po łacinie i złożono 
składkę na wystawienie pomnika. 

Tak był smutny i nudny pobyt nasz w Chalons, że, dla 
rozerwania Mickiewicza, umyśliliśmy zwiedzić okolice Szam- 
panii. Pojechaliśmy naprzód o 5 godzin stąd do stawnych 
okopów, które uchodzą pod nazwaniem: Camp (TAtilla... 



Mogę pochwalić* się, że przyjemnie przepędziliśmy trzy 
dni wypoczynku na wsi, choć ta wieś szampańska w ogólności 
bardzo różni się od obrazu, jaki sobie o cudzych krajach 
amatorowie wina i podróży zazwyczaj tworzą. Szampania 
jest może najmniej malowniczą ze wszystkich części Prancyi: 
mianowicie Chalons i jego okolice, niewesołe, płaskie, wa- 
pienne. Tu nie masz folwarków naszych, dworów, ni ogro- 
dów, bo nie masz bogatszych właścicieli. Wszyscy żyją 
w miasteczkach; nawet chłopi nie mają takich wsi, jak nasze, 
ani po polach widać trzód, bo wszystkie bydło na uwięzi. Nie 
widać też winnic, które na zachodnim tylko krańcu Szampa- 
nii, około Ais i Epernay mały obszar zajmują. Okoio Suil 
piękne lany pszenicy widziałem na otwartej płaszczyźnie 
i kraj z wejrzenia podobny jest do powiatu Grodzieńskiego, 
choć nie tak może żyzny i wesoły. 

Za powrotem do Chalons, znaleźliśmy odpowiedź mini- 
stra, w której każe prefektowi „prendre des renseignements 
sur nos personnes et notre conduite." Doprawdy, nudzić już 
nas poczynał pobyt w Chalons. Radziliśmy się jednego urzę- 
dnika królewskiego, jakim sposobem, nie obrażając wcale 
króla ni konstytucyi, możnaby się dostać do Paryża za pa- 
sportem, w którym wyraźnie zastrzeżono: „dćfense de se 
rendre a Paris. sous quelque prćtexte que ce soit." — „II n'y 
<m'un moyen pour cela" — odpowiedział. Byliśmy pewni, że 
nam ułatwi w sekrecie podróż. ,,QueI est donc ce moyen?" — 



— 22 — 

pyta! go Mickiewicz. „Partir par la malle-poste" — odpowie- 
dział. „Jakto? kuryerem, pocztę, powozem rządowym?" — „Ni 
mniej, ni więcej."— „A któż nas wpuści do miasta? skoro zo- 
baczą pasporta, zaaresztują." — „Nikt się nie odważy zatrzy- 
mać kuryera na drodze, ani na wjeździe do miasta." 

Na to ostatnie zaręczenie, tejże samej godziny wsiedli- 
śmy do malle-poste i ruszyliśmy do Paryża. 



Paryż. 
Jestem w Paryżu— w mieście, do którego z najrańszych, 
a mianowicie z uniwersyteckich moich czasów, tak gorąco 
rwałem się, rojąc sobie, że tu jest ognisko wolności, środek 
i stolica wyższej cywilizacyi, przez to samo, że z niego tyle 
wybuchło rewolucyj, tyle wielkośoi ludzkich, tyle żywiołów 
dla dumy i namiętności ludzkich urosło. Tak sobie wyobra- 
żałem Paryż, kiedy nasza malle-poste zatrzymała się przy 
ulicy du Mail, hotelu de Metz... 



Drugi dzień poświęciliśmy z Mickiewiczem na widzenie 
przedmieścia St. Germain, Hotelu Inwalidów i Panteonu. 

Możeż być co godniejszego widzenia w tym czasie w Pa- 
ryżu, jak hotel Inwalidów, gdzie żyją jeszcze żołnierze z naj- 
wojenniejszej epoki wojennego narodu? 

Na pięknej, rozległej równinie, nieco na ustroniu od 
zgiełku Paryża, stoi wspaniały gmach, bardziej prostotą 
i ogromem, niż wyszukaną jakąś wykwintnością architektury 
odznaczający się; nad nim wznosi się złocona kopuła z krzy- 
żem; przed nim ogród i rozstawione działa, w niezliczonych 
bataliach po całej Europie zebrane. Czas byl niegorący, po- 
godny, gromady starców, a wielu z nich bez rąk, bez nóg, 
do połowy skurczonych, szukały cienia pod drzewami. Jedni 
spokojnie na ławach siedzieli, drudzy, ruchliwsi, przechadzali 
się, rozmawiając z sobą o całej przeszłości wojen i zaborów. 
Oh, nigdy im się nie przebierze treść do rozmowy! Tu widzisz 
jeszcze zgrzybiałych rzeczypospolitej żołnierzy, co najprzód 



ludowi, potem konwencyi, a potem szczęśliwemu kapralowi 
służyli; tleją w ich oczach ostatki jeszcze rycerskiego ognia, 
ich wdziękiem są blizny i zmarszczki na pooranych wiekiem 
twarzach, a czarującą zaletą— żywość francuska, grzeczność, 
dowcip, spokój i pewna surowość przy ociężałej latami powa- 
dze; trudno, niepodobna opisać - owej żyjącej historyi olbrzy- 
miego wysilenia narodu. Tu mi ukazywano zdobywców Ba- 
stylii; tu nie jeden żyje z tych, co widzieli początek rewolu- 
cyi, upadek królestwa, ścięcie Ludwika; niejeden z tych, co, 
zaprawieni na koalicyjnych i domowych wojnach, nieśli po- 
strach na Libijskie piaski, pod czterdziestowiekowe spiekło 
piramidy; nie jeden z nich, co tak dziś powoli idzie poza 
kratą, ocalał tam od zarazy i mameluków jatagana i przecho- 
dząc koleją przez szereg niezliczonych bitew i tryumfów, za- 
szedł aż pod biegunowe lody i zamiecie, wszędzie z wesołem 
sercem, z wiarą w przeznaczenie Francyi i miłością ojczyzny. 



W miesiąc potem przeniosłem się na ulicę Monsieur 
le Prince; Mickiewicz sobie najął osobne mieszkanie i wkrótce 
straciłem zupełnie ochotę opisywać" Paryż; począłem chodzić 
na kursą do Sorbony i do College de France, a notowałem 
tylko szczególniejsze zdarzenia. 



Sądząc bez uprzedzenia o duchowieństwie i kościele we 
Francyi, przyznać muszę, że ta powaga, porządek i świetność 
obrządków kościelnych za wzór służyć powinny. Kościół we 
Francyi wyrzekł się już dziś wolności galikańskich i przyjął 
rytuał rzymski, a w pognębieniu, w jakiem zostaje od liberal- 
nych, bezwyznaniowych rządów, ksiądz musi dziś mieć na 
pieczy, bardziej niż kiedykolwiek, dobro ludu i oświecenszej 
klasy; oprócz duchowej gorliwości i kościelnych nauk, musi 
posiadać światową naukę, być uczonym, wymownym, litera- 
tem nawet, używać i światowej broni do rozbrojenia przeci- 
wników. Na to wielkie są tu szkoły duchowne: seminaryum 



Św. Sulpicyusza wydało znakomitych kaznodziei, którzy się 
stali chlub% i ozdobą katolicyzmu. Obrządek święty w ko - 
ściele Św. Sulpicyusza jest w istocie porywający dla tych na- 
wet, co tylko ze zwyczaju i nałogu przyjdą na nabożeństwo. 



Pierwej jednak, nim czas i przedłużony mój pobyt we 
Francyi pozwolą mi zgłębić pod tym względem stan Francyi 
i jej stolicy, postanowiłem rzucie okiem na nowatorów pary- 
skich, na reformatorów, którzy tu, jak wszędzie, nie wszyscy 
są też sumienni, nie wszyscy zupełnie nieświadomi prawd 
i nauki kościoła; niejeden z nich szuka prawdy, chód na zmy- 
lonej drodze i nie w pokorze, nie usilnie, i skoro mu się uda 
uchwycić dorywczo jaką cząsteczkę, ułamek prawdy, sądzi, 
ie już ją w zupełności posiada-, powstaje na to, czego nie zna 
i nie rozumie, staje się przeciwnikiem, surowym nieprzyjacie- 
lem tych, co nie odstąpili od niej, lub jej z duszy szukają. 

Był natenczas sławny z nowości swojej na przedmieściu 
Sw. Marcina tak nazwany kościół francuski, który to kościół 
ludzie postępu mieli zamiar urządzić według nowego planu re- 
formatorów rewolucyi lipcowej. Czas zdawał się być wyborny 
do tego; król i nowe izby pozwalali, nie bez przyczyny, na 
próbowanie reform. 

Poszedłem tedy w niedzielę, po Mszy, do tego francu- 
skiego kościoła na przedmieście Św. Marcina, o 10 rano, i nie 
łatwobym go znalazł, gdyby nie afisze na ulicy, zapowiada- 
jące wielki fest tego dnia w owym kościele. W istocie, nie 
mato ludzi szło do jednego domu, na którym, zamiast krzyża 
i wieżyc, był poprostu napis: „Tu kościół francuski". Na 
dziedzińcu tego domu była duża, naprędce zbudowana ja- 
koby szopa, a u wejścia do niej mnóstwo afiszów, doniesienia 
księgarskie, programy muzyk, kościelnych obrzędów, mszy, 
kazań nowych i katechizmów; były i plakaty, oznajmujące 
professions de foi, sermons contrę les anathemes, etc. Na du- 
żym arkuszu, na drzwiach, były wypisane następujące powo- 
dy, skłaniające założyciela tego kościoła, p. Chatel, do refor- 
my, jako to: bezinteresowność, miłość bliźniego i wszystkie 



— 25 — 

łaski kościelne tanie, za darmo; ćglise a bon marchi, insza po 
francusku. Krzykacze uliczni podchodzili aż do drzwi, prze- 
łaj ąc pamflety liberalne, pomady, alumettes, etc. 

Wewnątrz ściany pobielane, cała szopa, krzesłami zasta- 
wiona, ołtarz w formie zwyczajnych ołtarzów, nowo pomalo- 
wany, ze świecami; po prawej stronie fortepian, po lewej 
ambona i jakieś wyniesienie dla kogoś starszego. Była 
jednak sala, na trzy podziały przegrodzona: u wejścia dla 
biedniejszych — krzesła tańsze; w polowie budynku — dla 
klasy średniej, a dalej przy ołtarzu i ambonie— „places 
róservees", gdzie siedziało wiele wystrojonych dam, które, 
jak w salonie, rozmawiały między sobą. Grzeczna jakaś 
kobieta zaprosiła mnie, abym tuż obok niej, na pierwszem 
miejscu usiadł. Po chwili ukazali się śpiewacy i zapalono 
świece; potem weszło dwóch posługaczy w komżach i sam 
1'abbó Chatel, głowa tego republikańskiego kościoła. Byl 
ubrany, jak biskup, w fioletowej sukni, z peleryną, zgrabnie 
wykrojoną, karmazynowa materyą podszytą, w eleganckich 
trzewikach, z głową pięknie utrefioną i podniesionemi do góry 
oczami. Wyszedł nakoniec ksiądz w ornacie ze mszą, śpie- 
wacy poczęli śpiewać ułamki z oper włoskich i francuskich; 
chłopcy posługujący nie klęczeli, ale siedzieli przy ołtarzu, 
nikt nie miał książki w ręku, a kiedy ksiądz zaintonował 
„Gloria" po francusku, poczęli damy i mężczyźni szeptać mię- 
dzy sobą: „ah, que c'est beau, c'est charmant! a la bonne heure, 
on comprend, ce que dit le prśtre, c'est en francais." Pomimo, 
że ksiądz czytał bardzo dobitnie mszę i czytał po francusku, 
żeby wszyscy rozumieli, jejmość", co siedziała przy mnie, nie 
była kontenta i rzekła do siedzącego obok Francuza: „que 

le m'emporte, si j'y comprends un mot". „Ayez patience, 

ayez patience" — odpowiedział Francuz, który nadstawia! 
ucha i zdawał się być" „an courant de la messę". Ledwo przy- 
szło do Sanctus, grzeczna kobieta, która innie była zaprosiła 
na wyższe miejsce, przyszła wybierać zapłatę za krzesła: od 
nas wymagała 8 sous od osoby, od tych, co siedzieli za nami — 
dwa sous, a od siedzących przy drzwiach — po jednym sou^. 
Po mszy wyszedł młody kaznodzieja, przeżegnał go ze swo- 



— 26 — 

jego miejsca 1'abbe* Chatel. Kazanie było niedługie, przeciw 
klątwom, a jednak skończyło się na miotaniu przekleństw na 
katolickich księży i na cała. hierarchię kościelną. Gdy skoń- 
czył i zstąpił z ambony, wszedł na nią sam biskup, który sig 
mianował metropolitą, p. Chatel z dziwnie teatralną figurą, 
w prawej ręce miał „Constitutionel'a" a w drugiej „Sfessager'a". 
Pięknie się ukłonił, podniósł oczy do góry, znowu spuścił 
i patetycznym, wymownym głosem, mniej więcej w te słowa 
przemówił: „Bracia moi, potrzeba, abyśmy się lepiej z sobą 
poznali, potrzeba, abyście z gruntu poznali waszego pasterza 
i dlatego przynoszę wam numer wczorajszy „Messager'a", 
w którym jest biografia moja", i począł czytać artykuł: „Mr. 
1'abbe Chatel urodził się za czasów restauracyi, był tym a tym, 
cierpiał prześladowania, wziął czynny udział w lipcowej re- 
wolucyi, a teraz nowy kościół założył, wolny od wszelkich 
nadużyć i błędów, kościół „primitif" etc. Po przeczytaniu 
artykułu dodał, że przedniejsi dziennikarze paryscy oświad- 
czyli mu, iż czwartą część kolumn mają na jego rozkazy 
i niemi dowoli rozrządzić może. Potem przeszedł do po- 
ważniejszej materyi, rozwodząc się nad potrzebą religii i mi- 
łości bliźniego, a postrzegłszy między publicznością kilku 
Polaków, zwrócił mowę ku nam, dając nas za przykład: 
„cette hćroiąue Pologne!" dokazali cudów waleczności 
i nie upadają na sercu dlatego, że mają religię w poszanowa- 
niu i nikt u nich nie jest bez religii. Ten ostatni ustęp i zrę- 
czne do niego przejście podobały się publiczności i przyszłoby 
zapewne do oklasków, gdyby natychmiast, bez oddechu, nie 
począł czytać ślubów i zapowiedzi. Długa była lista mał- 
żeństw, z wymienieniem profesyi państwa młodych: byli to 
chiffonnier'y, ouvrier'y, szewcy, femmes de chambre, garcons 
de boutiąue, kilku literatów i prostych citoyens. Pytałem 
moją sąsiadkę, która z rozmowy, jaką miała z siedzącym 
za nią studentem, zakrawała na literatkę i autorkę romansów, 
co za przyczyna, że tu więcej ślubów, niż wjakimkolwiek pa- 
rafialnym kościele? „Que voulez vous", tu śluby bardzo tanie 
i 1'abbe* Chatel nie wymaga żadnych formalności, ni dyspens, 
rzeczy tak nudnych, że biedny lud nie może im się poddać. 



„Du reste", dodała, jest to interes dobrze zrozumiany, albo- 
wiem o ile ksiądz Chatel stracił na zniżeniu ceny za śluby, to 
we dwoje zyskał na liczbie małżeństw, i wiele małżeństw, 
które dotąd bez ślubów żyły, a cierpiały skrupuły niepotrze- 
bne, teraz nie mają czego lękać się, ksiądz Chatel żeni 
wszystkich. „Jeśli to nie pomoże", przerwał młody Francuz 
za krzesłem, „to nie zaszkodzi," dodała literatka, „car avant 
tout le bon sens et la religion". 

Powiodło się tak dobrze w interesach p. Chatel, że we 
trzy miesiące już miał o czem założyć* kościół na ulicy 
St. Honore. Ale na ten raz przedsięwzięcie miało charater 
bardziej przemysłowy: utworzyła sig kompania par aetions, 
urządzono msze i święta stosownie do gustu i upodobania 
osób, które na nie uczęszczały, n. p. uroczystość na cześć 
Moliere'a, podwyższano i zniżano stosownie do okoliczności 
cenę krzeseł i cenę akcyj. Jednego dnia byłem u pewnej 
damy francuskiej; wszedł też do niej z wizytą jakiś Francuz 
podstarzały, grzeczny, ale nieco ponury. Dama zapytała go: 
,,comraent vont les affaires?" „Mai, tres mai, les aetions 
baissent" i bardzo się zasmuciła jejmość. Dowiedziałem się 
potem, że straciła znaczną część funduszu swego na tern 
przedsięwzięciu, które, według niej, miało cel filantropijny: 
„mettre en rapports la religion avec 1'industrie, reconcilier 
les intórćts materiels et religieus" etc. 

Krótszy był byt kościoła konstytucyjnego, tuż przy 
Sorbonie, na placu Sorbońskim, pod opieką księdza Roch, 
który, jak powiadano, chciał „rźconcilier la religion avec la 
politique". Pierwszej i drugiej niedzieli była msza po francu- 
sku, kazanie liberalne, chóry z wodewilu. Trzeciej niedzieli 
dano brawo! na Dominus vobiscum i hura! na Agnus Dei; 
przy kazaniu weszli niektórzy słuchacze w rozprawę z ka- 
znodzieją i na mocy „de la liberte" de discussion", przekrzy- 
czeli księdza. Czwartej czy piątej niedzieli poczęto rzucać 
jabłkami, kartoflami, weszła polieya i rozpędziła kościół. 



pytał 
dziai. 
mniej 
baczą 
mad In 

śmy <! 



a mia 
rwali' 
i stoli 
wybu 
dla d 
żalen 
ulicy 



ryżu 
woj. 



do i 
spo 

Sie. 
Oh. 



T 20 — 

vego życia, do naszych kościołów, odpustów, świąt, i po- 
i pobożność stawała się wybitniejsza cechą przedmiotów 
mowy między nami, mianowicie u tych, co do naszego- 
a należeli. W tymże czasie wyszła 4-ta część" Dziadów 
księgi narodu polskiego. 

Coraz to bardziej dokuczają nam nasi demokraci szkalo- 
tniem wszystkiego, co polskie; niczem już były dla nich: 
zeszłość historyczna, zasługi przodków, dawna polska szla- 
letność, odwaga, serdeczność. Gdziekolwiek wystąpił który 
nich, piórem czy przemówieniem w dziennikach lub na 
ikiem bądź zebraniu Francuzów, a do wszystkiego się ci- 
ucli, ze wszystkiego korzystali, to o niczem innem nie mó- 
wili przed cudzoziemcami, jak o okrucieństwie panów i szła- 
■lity, o ciemiężeniu chłopów, wysławiali duch demokracki 
jontów, Doroszeńków, Chmielnickich, oskarżali o zdradę 
; przedajność królów i hetmanów naszych. Pułascy, Kościu- 
szko, książę Józef, byli to ciemięzcy ludu, lub służyli za na- 
rzędzie ciemięzcom. Bolało nas to wielce, odgłos owej pro- 
pragandy hajdamackiej dochodził, staraniem nieprzyjaciół, 
aż do kraju i przygotowały się już wypadki, które potem za- 
krwawiły Galicyę. 

Kiedy jednego razu mówiłem o tern z Mickiewiczem i za- 
stanawiałem się nad tern, że owa kara za niedobre obcho- 
dzenie się nasze z chłopami przychodzi teraz, kiedy może 
mniej na nią zasługujemy i co gorsza, pochodzi od ludzi po- 
dłych, zepsutych, opilców, szukających wyniesienia się i któ- 
rzy nigdy może nie byli w stanie poznać stanu rolnika naszego, 
jego potrzeb i sposobów zaprowadzenia ulepszeń, Mickiewicz 
mi na to zrobił kilka uwag: kara ta Boża przychodzi w cza- 
sie, kiedy naj gwałtowniej daje się czuć potrzeba poprawy 
stanu naszych włościan, bo już nieprzyjaciel nasz gotów wy- 
trącić nóż demagogom i zakrwawić nim dwory nasze, wy- 
niszczyć szlachtę, a z nią narodowość naszą, a że kara ta 
pochodzi od ludzi nizkich, złych, zepsutych, to rzecz natu- 
ralna. 



W t. 1837. wyjeżdżam do Ameryki. 

W tym roku ukończyłem nauki w szkole górniczej pa- 
ryskiej, zdałem ezamen i otrzymałem zaszczytny dyplom. 
W miesiącu kwietniu i czerwcu byłem użyty do uporządko- 
wania zbioru mineralogicznego margrabiego de Dres. Mar- 
grabia był blizko spokrewniony z Dolomieu, znał dobrze 
Haiiy'ego, BuSWa. W rewolucyi cudem umknął od giloty- 
ny, na którą już był skazany; potem wrócił, był dobrze z Na- 
poleonem, był dobrze z Restauracyą i jest dobrze z Ludwi- 
kiem Filipem, należy do Izby deputowanych. Że zaś przy- 
głuchy, wołają go na posiedzenie tylko do wotowania, gdy 
chodzi o jakiś pilny interes; 90-letni starzec po dwakroć 
stracił swój majątek na zakupywanie minerałów i teraz wię- 
cej mający długów, niż wart jego gabinet, rozkochany w ka- 
mieniach, potrzebował oczu moich do urządzenia kryształów, 
których miał poddostatkiem. Dobrze mi czas schodził u niego, 
a kiedym go raz zapytał, jakim sposobem mógł zachować* się 
w zgodzie z Cesarstwem, Restauracyą, Filipem, powiedział mi: 
„c'est que, voyez vous, mon cher Monsieur, les re>olutions 
sont comme les champignons: les meilleures ne valent rien." 

W miesiącu lipcu profesorowie szkoły górniczej za- 
rekomendowali mnie panom Kbchlin, Alzatczykom, boga- 
tym bankierom i właścicielom fabryk, którzy, kupiwszy 
niedawno wielkie dobra na pograniczu Alzacyi, Bonne Fon- 
taine, wartujące 2 czy 3 miliony franków, i mający wielkie 
lasy, potrzebowali inżyniera do wyszukania rud żelaznych 
i założenia pieców do ich wytapiania. Tym inżynierem mia- 
łem być ja, a że nie miałem wielkiego wyobrażenia o sobie 
i pierwszy raz w życiu przyszło zarabiać, a nie umiałem i nie 
śmiałem targować się, zgodziłem się z ochotą na pensyę ro- 
czną 1200 franków. W Bonne Fontaine był wspaniały zamek, 
życie bankierskie, stół wyśmienity i wysoki ton towarzystwa. 
Panowie KOchlin dobrze mnie przyjęli. Pani Kbchlin, żona 
młodszego, i jej dzieci okazali mi odrazu pewien szacunek, 



— 31 - 

któregoby może odmówili innemu oficyaliście. Z wielką też 
ochotą i gorliwością oddałem się mojemu rzemiosłu. Od rana 
do wieczora chodziłem z parobkami, których mi do pomocy 
dodano, po ogromnych lasach, szukając rudy i znalazłem po 
wielu miejscach jej pokłady, dość bogate. To zjednało mi 
wzietośe" u panów Kochlin i już przychodziło do planów zakła- 
dania huty, w której mieli mi dać pewien udział w czystym 
zarobku. 

Byłem rad, prawie szczęśliwy, póki pracowałem w lesie 
i zajmowałem się rudami, ale w zamku, u długiego stołu, na 
pokojach, przyznaję się— czegoś nie dostawało. Przykrzyłem 
sobie: jakaś żyłka szlachecka dokuczała mi. Cała grzeczność, 
ujęcie, wygoda, porządek, dobry ton, połączony z niejaką 
oszczędnością i rachunkowością, wszystko to było z nowego 
herbarza, wszystko to bardziej pochwalałem w duchu, niż 
lubiłem. Nieraz, wśród gadatliwości i przepychu stołowego ( 
przy szampanie i wykwintnym deserze, zdawało mi się, że 
widziałem w salonie, z za drzwi spoglądającą na mnie matkę 
moją, smutną, jak gdyby miała mi co do wyrzucenia. A do 
tego panowie Kochlin byli protestanci, lubili sobie żartować 
z księży i starej szlachty francuskiej, choć pani Kochlin była 
katoliczką i jej brat gorliwym katolikiem. W niedzielę po- 
trzeba mi było iść o dwie mile do kościoła. 

Nadeszła jesień. Pani Kochlin odjechała z dziećmi do 
Paryża. Panowie Kochlin (było dwóch braci) pojechali do 
Muhlhouse, do swoich wielkich fabryk, ja zostałem dla ukoń- 
czenia, moich poszukiwań rudy. Wilgoć i zimno w lasach 
pogorszyły zdrowie moje, a humor był codzień gorszy. Wtem, 
odbieram list od p. Dufrenoy, mego profesora chemii i minera- 
logii, w którym mi proponuje jechać na profesora chemii i mi- 
neralogii do Coąuimbo w Chili i ofiaruje 1200 piastrów (6000 fr.) 
na rok pensyi, koszt podróży, etc. Odżyłem.- odżył we mnie 
mój od dzieciństwa zapał do dalekich wojażów. Niedługo 
myśląc, odpisałem, że zgadzam się, i na drugiej ćwiartce pa- 
pieru napisałem list do p. KGchlin, że jadę do Ameryki. Po- 
słałem listy na pocztę i poszedłem w las. Wracając do domu. 



— 32 - 

zgubiłem list pana Dufrenoy, i przez miesiąc nie wiedziałem 
dokąd jadę, bo zapomniałem był nazwiska Coquimbo. 

W listopadzie opuściłem Bonne Fontaine, a w grudniu 
podpisałem umowę z p. Lambert, dawnym kolegą szkolnym 
pana Dufrenoy, właścicielem kopalni w Chili, który, będąc 
umocowanym od Chilijskiego rządu do wyszukania profesora 
chemii w Paryżu, uda! .się byl po radę do swego dawnego 
przyjaciela i kolegi. 

Łatwa była umowa z p. Lambert, tylko co do terminu, 
na jaki miałem zobowiązać - się, ledwo żeśmy się nie poróżnili 
On miał w swojej instrukcyi zawrzeć umowę na lat sześć"; ja, 
spodziewając się wojny, nie chciałem jechać* jak na cztery 
czy pięć lat. Po długiem rokowaniu przystałem na sześć 
lat, a p. Lambert obiecał mi wyjednać od rządu skrócenie ter- 
minu. 

Cały styczeń (1838) zeszedł na przygotowaniach do po 
droży, na zakupienie laboratoryum i książek i na pożegna- 
niach. 

Smutne były moje pożegnania z rodziną Czartoryskich, 
z Niemcewiczem, Kniaziewiczem, Dębińskim, Platerami, Je- 
łowickim; smutniejsze jeszcze z Mickiewiczem i żoną jego Ce- 
liną, z Laskowiczem, Chełchowskim, Zaleskimi, Witwickim. 
Góreckim — z nikim jednak na zawsze: ze wszystkimi do wi- 
dzenia, do widzenia, do widzenia, gdzie? Bogu wiadomo. 



Koniec tomu pierwszego. 



% P. 6. 



Na tern urywamy wyjątki z pamiętników Ignacego Do- 
meyki. 

M. T. 




rt wlamokU p. Karo 



CZECZOTT I ZAH W LEPLU. 



KOTATKA BIOGBAFICZHA 



Czesław Jankowski 



Niniejszych szczegółów kilka, dotyczących dwóch naj- 
zaufańszych przyjaciół Adama Mickiewicza, oddał najuprzej- 
miej w ręce moje p. Michał Kuściński, obywatel powiatu 
Lepelskiego, spisawszy je wiernie z piśmiennej relacyi ś. p. 
Stanisława Łyszczyńskiego, z którym, swojego czasu, łączyły 
Jana Czeczotta nader ścisłe stosunki długoletniej przyjaźni. 
Szczegóły te przedewszystkiem o tyle cenne, ze biografowie 
Czeczotta (np. Piotr Chmielowski w „Wielkiej Encyklopedyi 
Illustrowanej") nawet nie wspominają o pobycie w Leplu by- 
łego filareta. 



Jan Czeczott, po rozwiązaniu Pilareckiego stowarzysze- 
nia, opuścił Wilno w 27 roku życia i wespół z Tomaszem Za- 
nem i Suzinem udał się do Ufy, będącej podówczas (1824 r.) 
miastem gubernialnem dzisiejszej Orenburgskiej gubernii. 
Zana rychło potem przeniesiono do Orenburga, Czeczott po- 
został w Ufie do 1831, zajęty pracą w biurach rządu tamtej- 
szego gubernialnego. Wspomnianego roku wespół z Suzinem 



— 30 - 

przejechał do Tweru. Jeszcze rodacy nasi nie zdążyli miejsc 
zagrzać w tem mieście, gdy gwałtowna w Twerze wybuchła 
cholera. Puszczono w ciemne pospólstwo pogłoskę, że wy- 
gnańcy-przybysze pozatruwali wodę w Twerze i sprowadzili 
na miasto epidemiczną plagę. Tłum uwierzył i groźną jął 
względem Polaków przybierać postawę. Zapobiegając wy- 
buchowi ślepej a doraźnej zemsty, przezorny gubernator 
twerski, Tiufiajew, kazał natychmiast wszystkich przebywa- 
jących w Twerze Polaków, między nimi i Jana Czeczotta, 
uwięzić. Dopiero gdy cholera ustała i tłum wrócił do równo- 
wagi, wolność dał uwięzionym, a chcąc niejako wynagrodzić 
im niezasłużone prześladowanie, powyjednywał, o ile mógł, 
dla każdego mniej lub więcej korzystne posady. Jan Cze- 
czott, dzięki pośrednictwu gubernatora Tiufiajewa, otrzymał 
posadę sekretarza przy zarządzie inżynierów Berezyńskiego 
kanału. Zarząd ten, na którego czele stał syn wspomnia- 
nego twerskiego gubernatora, miał rezydencyę swoją 
w Leplu, mieście powiatowem gubernii witebskiej, odległem 
o 113 wiorst od Witebska. Do Lepla przyjechał Czeczott 
w 1833 r. 

Kanał Berezyński, a raczej cały system wodnej komu- 
nikacyi, utworzony w początkach bieżącego wieku i nazwę tę 
noszący, łączy morze Czarne z Bałtykiem. Pracę około niego 
rozpoczęto w 1797, a żeglugę po nim, oraz na niemałą skalę 
spław drzewa budulcowego i masztowego, otwarto w 1815 r. 
System Berezyński obejmuje liczbę niemałą rzek, jezior i ka- 
nałów, a w czasach, kiedy Czeczott czynny udział brać zaczął 
w zarządzie skomplikowanej instytucyi komunikacyjnej, do- 
pierw na dobre rozwyać się poczynał. Nowy sekretarz gorli- 
wie jął wypełniać obowiązki swoje. Główny zwierzchnik in- 
żynierów dróg i komunikacyi, hr. Toll, przybywszy w 1839 r. 
do Lepla, znalazł wzorowy porządek w biurach, zostających 
pod zawiadywaniem Czeczotta, a ujęty jego pracowitością 
i znajomością rzeczy, powierzył mu skreślenie ustawy dla 
całej nawigacyi po całym systemie wód Berezyńskich. Cze- 
czott wywiązał się z zadania świetnie; hr. Toll podziękował 
muoflcyalnie i wyjednał dla Czeczotta upragnioną nagrodę: 



— 87 - 

pozwolenie na powrót w rodzinne strony. Takim rzeczy skła- 
dem wrócił Czeczott w 1841 czy 1842 w Nowogrodzkie. 

W czasie ośmioletniego pobytu w Leplu, brał Czeczott 
udział w ożywionych stosunkach towarzyskich tamtejszej in- 
telligencyi. Znajdował nawet czas na odwiedzanie wiejskich 
Lepla sąsiadów. Szkoła pigcioklasowa lepelska, przeniesiona 
w 1832 z Chołopiewicz, gdzie ją ufundował Adam hr. Chrepfco- 
wicz, miała poważną liczbę profesorów Polaków. Wśród nich 
wielką zacnością duszy i niepospolitym umysłem przodował 
profesor Jan Falewicz, w którego domu bywał Czeczott czę- 
stym gościem. W gronie rodzinnem profesora, wśród pou- 
fnych pogawędek, słuchania biegłej gry na fortepianie córek 
gospodarza, wśród pouczających rozmów z młodszą dziatwą, 
znajdował Czeczott nietylko wytchnienie po'pracy, ale i upra- 
gnioną ciepłą, swojską atmosferę. Przylgnął też do niej 
sercem calem i przywiązał się szczerze do tych przyjaciół 
swoich. 

Drugim domem, ściśle z Czeczottem zaprzyjaźnionym, 
był dom prefekta lepelskiej szkoły, Ossolińskiego, również jak 
Falewicz, ucznia uniwersytetu wileńskiego. Szczycił się też, 
jak się rzekło, przyjaźnią byłego filareta p. Stanisław Łysz- 
czyński. Odjeżdżając z Lepla, ofiarował mu Czeczott w upo- 
minku kubek kryształowy, przysłany mu z Paryża w 1835 r. 
przez Adama Mickiewicza. Kubek ów ś. p. Łyszczyński le- 
gował p. Michałowi Kuścińskiemu, który cenną tg pamiątkę 
złożył w darze Muzeum narodowemu w Krakowie. Kuścińscy 
mieszkali na wsi, o milę od Lepla, i dom ich często Czeczott 
w czasie wakacyi letnich odwiedzał i spędzał w nim nierzadko 
uroczyste święta doroczne. P. Michał Kuściński, uczeń po- 
dówczas szkoły lepelskiej, u prof. Falewicza lokowany, przy- 
pomina sobie dziś jeszcze jak najżywiej Czeczotta, goszczą- 
cego i u Falewiczów, i w domu rodziców, na wsi. Stosunki 
literackie podtrzymywał Czeczott z cieszącym się podówczas 
pewnym rozgłosem poetą, Aleksandrem Orott Spasowskira '), 



■) „Poezye" Aleksandra Grott Spasowskicgo, wyszły z druku, w dwóch 
tomach, z portretem autora, w Wilnie u Zawadzkiego. 



również w pobliżu Lepla zamieszkałym. Jeśli się nie mylimy, 
ojciec poety byt marszałkiem szlachty lepelskiego powiatu. 

Przedziwna dobroć" serca, czystość duszy i lotność umy- 
słu pociągały ku niemu swoich i obcych. „Żywy, tkliwy, 
wesoły — pisze o nim Domeyko ') — bratający się ze wszystki- 
mi, prosty i poufały równie z najmłodszymi, jak z najuczeń- 
szymi, śpiewny, czuły na wszelkie wrażenia, litujący się 
i gniewający się z łatwością, pobłażliwy mianowicie dla skro- 
mnych i pokornych, prawdziwie wieśniaczej natury, a przy- 
tum pobożny i dobry katolik — był zawsze gotów służyć nam, 
ale też i gderał i napominał, kiedy co niedobrego w nas oba- 
czył, bo chciał, aby jego przyjaciele, mianowicie Adam, byli 
wolni od wszelkich wad, nawet powszednich." Sąd Domeyki 
potwierdzają wszyscy lepelscy Czeczotta znajomi i przyja- 
ciele. Cechowały go iście ewangeliczna prostota i niewyczer- 
pany altruizm. Opowiadają o nim, że gdy raz na wsi, u pań- 
stwa Kuścińskich, podczas dożynek, uczestnicy włościanie, 
podochociwszy się zacnie, snem zmożeni legli na murawie, 
Czeczott poduszki kładł pod głowy nieprzytomnych, w oba- 
wie, aby nadmiar trunku im nie zaszkodził. Chodził i wyrze- 
kał na gorzałkę, a uspokoił się dopiero, dowiedziawszy się, że 
żaden z uczestników dożynek szwanku na zdrowiu nie po- 
niósł. Komu tylko mógł — pomógł; każdego zobowiązał; nie 
zliczyć osób, które doznały jego pomocy i opieki. Bywało 
rzemieślnikowi narzędzia kupi, dziecku zabawki lub książki. 
Byle przysłużyć się komu, byle pocieszyć, byle współczucie 
serdeczne okazać. Prosty żołnierz, dany mu do posługi przez 
zarząd, rozstać się z nim nie chciał, „bo — mówił płacząc — ni- 
czego mi już teraz nie trzeba, skoro bez pana żyć będę." 

Wpływ iście magiczny wywierał Czeczott na otoczenie 
swoje. Na słowo jego miękły serca i otwierały się dusze- 
Zwierzchnicy nawet, przywykli do brutalnego fukania i trak- 
towania ludzi zwysoka a bezwzględnie, na samo pojawienie 
się cichego, spokojnego Czeczotta zapominali o roli swojej 



'} „Filomaci i Filareci", list Iga. Domeyki. Pozuań 1872, str. 3. 



- 30 — 

i dostrajali się do jego obchodzenia się z ludźmi, tchnącego 
idealną wyrozumiałością i miłością chrześcijańską bliźniego. 
Zwłaszcza dzieci lgnęły do niego, słuchały go i starały się 
naśladować. O tym wpływie, jakby cudownym, Czeczotta, 
pomimo, iż pozornie wziąć by go można było za odludka lub 
mnicha-ascetę, opowiada dziś jeszcze żywa tradycya przez 
usta p. Karola Falewicza, syna wspomnianego profesora, Jana. 

Zarówno w Ufie, jak w Leplu, zajęcia biurowe nie przer- 
wały prac literackich Czeczotta. W Ufie przetłomaczył dzieło 
Irwinga „O moralności i literaturze Anglików i Ameryka- 
nów". Przekład ów wyszedł z druku w Wilnie w 1830 r. 
(Dwa tomy). W Ufie też przygotował do druku „Śpiewy hi- 
storyczne o znakomitych Polkach". Rękopis tych śpiewów 
zaginął podczas burzliwych dni pobytu Czeczotta w Twerze. 
Owocem wolnych chwil lepelskich były przekłady pieśni lu- 
dowych białoruskich, zbieranych nad Niemnem, Dnieprem 
i Dźwiną. Pieśni tych, jak wiadomo, wydał Czeczott tomów 
pięć (Wilno 1836 — 1846). Zbierał je z ust ludu sam; zbierano 
je dlań po obywatelskich domach. Zwłaszcza panie i panienki 
gorliwemi były Czeczotta współpracowniczkami. Podzięko- 
wanie też im ułożył Czeczott w przedmowie do 3-go tomu 
swego wydawnictwa. 

Ów zbiór pieśni białoruskich ludowych pozostanie też 
główną i niemałoważną zasługą Czeczotta i sławę mu po- 
śmiertną na kartach dziejów piśmiennictwa naszego zape- 
wni. Poezye jego oryginalne wątpię, czy kiedy doczekają 
zbiorowego wydania. Nazbyt — by się najdelikatniej wyra- 
zić — bezpretensyonalne one, a świeżość improwizacyjna, 
która niejednej piosenki Czeczotta swojego czasu cały urok 
stanowiła, już dziś dla nas niepowrotnie stracona. Jako miłe, 
a nawet drogie pamiątki, przechowały się tu i owdzie w odpi- 
sach wierszowany utwory druha Mickiewicza, ale dla boga- 
tego piśmiennictwa naszego znaczenia nie mają. To też z do- 
starczonych mi uprzejmie przez p. M. Kuścińskiego odpisów 
kilku piosnek Czeczotta pozwolę sobie wybrać i przytoczyć 
jedną tylko piosenkę, skreśloną jak^wiele innych „dla Zosi" 
(Malewskiej, córki rektora uniwersytetu wileńskiego). Piosnka 



- 40 - 

ta z tego względu zasługuje na uwagę, że podobno gustował 
w niej bardzo Tomasz Zan, ów niepowszedni przewódea wi- 
leńskiej młodzieży, że często ją nucił i akompaniament dla 
niej fortepianowy sam ułożył. 



BŁOGOSŁAWIONA. 

Ach, błogosławiona matka, 
Świat co tobą obdarzyła, 
O dziewico moja miła, 
Tak nadobna, wdzięczna tyl 

Tyś Jest piękna, czuła, słodka, 
Niezrównane serce twoje, 
Ty na wieki, życie moje, 
Bądź błogosławiona ty! 

Błogosławion dzled ów święty, 
W którym na świat tyś zesłana, 
O dziewico ukochana.- 

Jak nadobna, wdzięczna ty! 

Tyś Jest piękna, czuła, słodka, 
Niezrównane serce twoje. 
Ty na wieki, życie moje... 
Bądź błogosławiona tyl 



Przybywszy z Lepla w Nowogrodzkie, otrzymał Gze- 
czott posadę bibliotekarza w Szczorsach Chreptowioza; nie- 
długo atoli wytrwał na tern stanowisku. Opuściwszy Szczorse, 
osiadł w Dolmatowszczyźnie u i. p. Antoniego Wierzbowskie- 
go, kolegi Mickiewicza ze szkół Dominikańskich, potem czas 
jakiś mieszkał w Wolnej u Rafała Śliznia '). Znękany choro- 
bą, pojechał dla poratowania zdrowia w r. 1846 do Druskiennik. 
i tam życie zakończył. Ponieważ Druskienniki nie miały 



') Porów. Bogusław Kraszewski: „Z ziemi Nowogrodzkiej". ' (Kraj 
M 51 z 1897). 



— 41 — 

wówczas kościoła i cmentarza, zwłoki Czeczotta złożono na 
mogilniku w Rotnicy, o wiorst cztery od Druskiennik odległej. 
Nad kamienną urna, grobowca szumią brzozy... Na co- 
kole pomnika wyryto epitaphium A. E. Odyńca. Czworo- 
wiersz końcowy kładzie, jak nie można słuszniej, imię Cze- 
czotta Jana obok nieśmiertelnych imion Mickiewicza i Zana. 

Imię jego w ojczyźnie jest wiecznie związanem 

Z Adamem Mickiewiczem 1 Tomaszem Zanem. 

Kto wiesz, czem oni byli, schyl skroń przed tym głazem, 

Pomyśl, westchnij 1 módl się za wszystkich trzech razem. 



Tomasz Zan przybył w Lepelskie na początku 1844 roku,, 
jako lustrator dóbr rządowych. Posadę tę wyrobił dlań 
główny lustrator w guberniach litewskich i białoruskich, 
Piszczałło; starań też swoich w tej sprawie dokładał Franci- 
szek Malewski, zamieszkały w Petersburgu. Lepel był pierw- 
szym etapem urzędniczym Zana, a ponieważ z dobrami rzą- 
dowemi, w okolicach Lepla leżącemi, graniczyła majętność 
państwa Kuścińskich, z ich domem przeto zawiązał Zan ry- 
chło stosunki towarzyskie i przyjacielskie. 

Student podówczas uniwersytetu petersburskiego, p. Mi- 
chał Kuściński, na wakaćye do rodzicielskiego domu pod Le- 
pel zjeżdżający, przypomina sobie dziś jeszcze dokładnie 
ożywioną postać Zana, będącą duszą i ogniskiem każdego 
towarzyskiego zebrania. Rozmiłowany w muzyce i śpiewie, 
Zan często sam nucił ulubione piosenki: „Te brzóz kilka", 
„Mlocarze" (Czeczotta) i Czeczotta „Błogosławiona". Sam do- 
tych piosnek muzykę układał. 

Jako rys charakterystyczny Zana, pozostała w pamięci 
jego lepelskich znajomych i przyjaciół wielka p. lustrato- 
ra nieopatrzność w sprawach pieniężnych. Zan sakiewki 
nie używał nigdy; monetę chował po kieszeniach, a doby- 
wając j% w pośpiechu, często gest:) mylił się, dając np. 
za ochrzczenie dziecka proboszczowi pięć kopiejek zamiast 
rubla, a przewoźnikowi na rzece pólimperyała zamiast kop. 



- 42 — 

■dwudziestu. Dawało to nieraz powód do ucieszych nieporo- 
zumień i siurpryz, rozumie się, natychmiast odrabianych. 
Pewnego razu, jadąc z Witebska do Lenia, w karczmie ży- 
dowskiej, gdzie nocleg odbywał, zostawił szkatułę, zawiera- 
jącą przeszło dwa tysiące rubli, przeznaczone na wypłatę 
pensyi jemu samemu i urzędnikom jego biura. Dopiero, przy- 
bywszy do domu p. Kuściriskich, Zan zgubę spostrzegł. Kto- 
by sądził, że zacznie desperować. Bynajmniej. 

— Niema co, stało się, panie chorąży — powiada Zan do 
zafrasowanego gospodarza. Wypadnie parę lat darmo po- 
służyć. Nie pomoże narzekanie. Ot, poproś lepiej, panie cho- 
rąży, niech proboszcz mszę świętą w kaplicy odprawi na 
intencyę znalezienia szkatuły. Pomodlimy się ; może Bóg 
prośby wysłucha. 

Odprawił proboszcz mszę i tegoż dnia pchnął p. Kuściń- 
ski sługę swego do wspomnianej karczmy. Upłynęło dni dwa. 
Zan w świetnym humorze bawi się doskonale wśród licznego 
towarzystwa, zebranego w domu p. Kuścuiskich. Gospodarz 
domu przerywa mu ożywioną rozmowę wiadomością, że słu- 
żący Jan powrócił. 

— Daj pokój, panie chorąży — woła Zan. — Nie przerywaj! 
właśnie my tu ugrzężliśmy w najciekawszej dyspucie. 

I nie ruszył się nawet z miejsca. Dopiero należycie 
wyświetliwszy sporną jakąś kwestyę, poszedł rozmówić 
się z Janem, dowiedzieć się o rezultacie poszukiwań i z rąk 
jego, znalezioną cudownym trafem szkatułę z gotówką, 
otrzymać. 

W r. 1840 rozpizedawano wielkie dobra ks. Sanguszków, 
w Mohylewskiej gub. położone. Głównym pełnomocnikiem 
w tej sprawie był p. Dobrowolski. Za jego radą i pomocą 
nabył Zan od Sanguszków majętność Kochaezyn, p. Dobrowol- 
ski atoli za warunek położył, że Zan autobiografię swoją na- 
pisze. Podobno istotnie znajduje się taki życiorys w ręko- 
pisach, po Tomaszu Zanie pozostałych. Tegoż 1846 r. zarę- 
czył się Zan z p. Brygidą Świętorzecką, którą w następnym 
roku poślubił i zamieszkał z żoną w Oborku, w powiecie 
Oszmiańskim, na granicy Wilejskiego. 



— 43 — 

Krótki pobyt Zana w Leplu i okolicach lepelskich upa- 
miętni! stosunek serdecznej zażyłości . z domem p. Kuściń- 
skich. Stosunku tego odbicie znajdujemy w listach Zana, 
pisanych do ojca, Franciszka Kucińskiego, i do syna Michała. 
Listy te, które w doslownem brzmieniu poniżej powtarzamy, 
maja. u góry kreślone jednakowe zawsze słowa: „Niech bę- 
dzie pochwalony Jezus Chrystus i Matka łaski Bożej, Marya 
Panna." 



Do Franciszka Kuścińskiego. 

Zuboloć, 11-go sierpnia 1844 r. 
Posyła się z banknotem na 5 rs., który wedle przyrze- 
czenia ma być wręczonym litewskiemu poecie Odyńcowi 
przez kochanego Michała, syn pański będzie miał okoliczność 
zabrać znajomość z osobą, która jest w stanie ukazywać źró- 
dła rzetelnych wiadomości o piśmiennictwie i dziejach krajo- 
wych i prostować nieświadomych o tern zdania. Przytem do 
rodzicielskiego błogosławieństwa, z którem się na dalszo 
nauki wyprawuje, niech przyjmie i moje pożegnanie, pamię- 
tając na to, że nie dla siebie tylko urodzeni jesteśmy; część 
nas ojczyzna przywłaszcza, część przyjaciele. Życzliwość 
ziomków, zarówno jak modły pokrewnych, przychylają ku 
nam łaskę Bożą, za której natchnieniem i pomocą poczuwa- 
my w sobie dary i zdolności, najstosowniejsze do przeznacze- 
nia i powołania naszego. Przeznaczeniem powszechnem czło- 
wieka jest poznać i ukochać Boga; prawda, słowo Boże 
objawione, miłość czyli moc i czyn Boży objawiają się usta- 
wicznie, powołanie każdego z nas w szczególności oznacza 
się wyraźnie osobnerai, niezależnemi od nas warunkami, nie- 
zbędnemi stosunkami urodzenia, stanu i sił naszych, czyli 
świętemi obowiązkami kościoła, czyli zbawionej ludzkości, 
kraju, czyli szlachetnego obywatelstwa, domu, czyli prawo- 
wiernej chrześcijańskiej rodziny, w których imię nasze i osoba 
ma wszędzie zawsze dawać stateczne świadectwo owej pra- 



- 44 - 

wdzie i owej miłości, wśród pokuszeń złego, ułudy świata, 
ciążenia bezwładnej przyrody, mając na widoku dobro 
i szczęśliwość" bliźnich, a godność i zbawienie własne. Co nie- 
wątpliwie osiągamy w cudownościach poświęcenia się Zbawi- 
ciela, w przyczynie Matki Słowa, które się stało Ciałem, Pani 
świata, Królowej naszej, zasługach świętych Bożych, w pomo- 
cy Aniołów, przekonywając się coraz dowodniej, iż przedsię- 
wzięcia i czynności nasze kierują sig podług woli Bożej. Ta- 
kiem zrządzeniem i takiej opiece, w mocnej wierze, w pewnej 
nadziei, poruczając Michasia, powinniśmy ufa<5, że jego wła- 
sne przyłożenie się i pobożność" może osiągnąć należytego 
stopnia rozwinienia darów duszy i ciała, uwieńczyć" się pożą- 
danem we wszystkiem powodzeniem, jakiego mu życzymy 
i o jakie u Boga prosimy. Teraz zostaje mu tylko usiłować, 
aby pamiętał rady rodziców, rozkazom ich był odpowiedni 
i cieszył gotowością zadosyć czynienia życzeniom ich i na- 
dziejom, donosząc im często nietylko o przyjemnościach, 
które sam doznał, ale też i o tych, które sprawić innym usiło- 
wał, aby się pilnie przykładał do każdej, która się podaje, 
nauki bez wyjątku i uprzedzeń i szczerze każdy szkolny wy- 
pełniał obowiązek i porządek jak najskrupulatniej, albowiem 
tak wielkie i cudowne spływają błogosławieństwa ćwiczenia 
się w posłuszeństwie, pokorze, eichoSci i cierpliiwści, że często- 
kroć" nieuctwo i fałsz oświeca nas, jak mądrość i dobra wiara, 
aby starannie czcił i zachowywał przykłady i obyczaje do- 
mowe i krajowe, jako ćwiczenia i obrzędy pobożne, i strzegł 
jak najpilniej czystości i skromności. 



Do Michała Kuśoińskiego. 

Frampol, 21-go sierpnia 1846 r. 

Chwilę, przeznaczoną do spoczynku mojego i koni, które 

mię przez noc przeniosły od źródeł Wilii do Izabelina, dla 

uporządkowania czynności mojej służby na tydzień następny 

i odprawienia poczty dzisiejszej, poświęcam na oświadczenie 



- 46 — 

mojej życzliwości kochanemu panu Michasiowi i całej jego 
czcigodnej i uprzejmej rodzinie, w której powodzeniu i tro- 
skach rad zawsze chciałbym brać* udział żywy. Modle się, aby 
ta życzliwość* zdolną była przyłożyć* się do sprowadzenia na 
nią błogosławieństwa Nieba, przez łaskę i moc którego zape- 
wnia się szczęśliwość i przemijającą z życiem, i wieczna 
w zbawieniu. nie się nąjpilniej starać i zasługiwać jest 
najwidoczniejszem powołaniem jedynego pana Michała i naj- 
' milszą powinnością. Z tern poleceniem wyprawuję go w dro- 
gę, która go czeka, i żegnam, poruczając go aniołom i świę- 
tym patronom domostw, majątków, osób i krajów, ojczyzny 
i matczyzny naszej. Kochaniu i usłudze Heleny Malewskiej, 
rzeczywistej radczyni stanu, poleciłem go listem, który dziś 
odesłałem pocztą; nadto łączę przy tern do niej list odkryty. 
Celem tej znajomości ma być głównie wystaranie się rychłego 
pozwolenia na odbudowanie kościoła w Leplu na cześć Matki 
Bolesnej, a nawet może, za łaską Bożą, środków i sposobów 
wykonania tego przedsięwzięcia. Na tę intencyę Świętorzec- 
ka panna Brygida poleca do codziennej modlitwy przykła- 
dać 3 Ojcze nasz i Zdrowaś. Łaska Boża niech zawsze będzie 
z nami. 



Do Franciszka Kuścińskiego. 

Obórek, 14-go października 1847 r. 
Pamiętny życzliwości, której doznałem w domu W. M. 
Państwa Chorążych Dobrodziejów, życzyłem sobie odwiedzić 
Zawidzicze i zalecić ich przychylności Brygidę ze Swiętorzec- 
kich, żonę moją. Służba i gospodarstwo nowozaprowadzające 
się przenosiły mnie ustawicznie z Kochaczyna do Witebska 
i nawzajem. Dla pośpiechu podróży naszej ostatniej przez 
Lepel, nie byliśmy w stanie zadosyć uczynić życzeniu nasze- 
mu, uszanować osobiście W. M. Państwa. Czynności lustra- 
cyjne w Lepelskiem, w ciągu ubiegłego lata, nie wymagały 
niezbędnie naszej obecności. Tymczasem oczekiwałem pory 



sposobnej do uwolnienia się ze służby, przy której trudno mi 
było wystarczyd nowo przyjętym obowiązkom, a mianowicie 
ułożenie pamiętników życia mojego, które obiecałem p. Do- 
browolskiemu, przedawcy Kochaczyna, jako opłatę za dusze, 
do tego majątku przypisane. Dla tego zatrudnienia potrze- 
buję wczasu spokojnego, ciepła i Światła rodzinnego; zaczem 
nie doczekawszy się odstawki, pod pozorem osłabionego zdro- 
wia, w dzień imienin p. Chorążego i kochanego Dobrodzieja, 
korzystając z kilku dni pogody, opuściłem służbę, z Kocha- 
czyna, drogą pocztową na Tołoczyn, po pięciu dniach podró- 
ży, przybyliśmy z Białej do swojej Czarnej Rusi, skąd tern 
pismem odzywamy się, wpraszając się zachować - dla nas ła- 
skawy wzgląd przyjaźni, jaką się dotąd zaszczycałem i jakiej 
wdzięczną pamięć radzi żywić pragniemy. Kochaczyn, gdzie- 
śmy przyjemnie lato spędzili, wśród pomyślnych urodzajów, 
lecz gdzie na zimę jeszcze domu mieszkalnego nie mogliśmy 
zbudować, zostawiliśmy w zarząd włodarza, p. Pogorzelskie- 
go, który przyjęty został na miejsce szwagra mego Matuse- 
wicza, gdy mu zbyt trudno było zastosować się do mojego 
ducha gospodarowania, którego zasady i sposoby miałem 
przyjemność przekładać i bronić przed p. Janem Stefanow- 
skim w Leplu i przed p. Chorążym. Poruczam W. M. Panu 
Chorążemu Dobrodziejowi zalecić moją wdzięczność, pełną 
przychylności i życzliwości naprzód całemu jego miłemu 
domowi, potem nieowzacowanym duszom i duszyczkom, za- 
mieszkałym w Leplu i w okolicach, i nakoniec Leplanom, 
którym wspomnienie o mnie odzywa się niekiedy. Łaska 
Boża niech zawsze będzie z nami. 



Do Franciszka Kuacińskiego. 

Oborrk, ij-go k>viei7iia 1848 r. 
Mieliśmy przyjemność otrzymać w swoim czasie odezwę 
W. Państwa Chorążostwa na list nasz. Teraz, pragnąc znowu 
powziąć nawzajem wiadomość o zdrowiu i powodzeniu naszych 



Jaskaweów i przyjaciół w Lepelskiem, czynimy ich uczestni- 
kami rozradowania, którem nas Bóg pobłogosławił. Oto już 
szósty upływa tydzień od dnia, w którym Brygida obdarzyła 
ich wdzięcznym służką, mnie synem, a Kochaczyn dziedzi- 
cem. Mężczyzna ten, otwierający żywot, na chrzcie świętym 
w dzieri Św. Kazimierza, przyjął imiona Wiktoryna i Serafina, 
które w kalendarzu w dzień narodzin znalazł, i Tomasza, 
które mu matka przydać chciała, sama go karmi; oboje razem 
ze mną polecają się pobożności i miłości W. Państwa i całego 
ich grona, równie uprzejmego, jak i kochanego. Klopoczę się 
z inwentarzem kochaczyńskim, który mi już drugi raz napo- 
wrót odsyłają, że formy, przyjętej w majątkach białoruskich, 
zachować nie umiem, i wyszukaniem na rok następny od św. 
Jerzego nowego włodarza, który życzyłby zastąpić mnie 
w gospodarowaniu i szczerze usiłował. Sam nie mogę niem 
się zajmować przez skład okoliczności i zatrudnień moich. 
W dwóch ubiegłych latach wyczerpał u mnie ten majątek 
wszystkie oszczędności górnictwa i lustratorstwa mojego. 
Nie byłbym od tego, aby go wypuścić w dzierżawę, za którą 
chciał dawać w rok pewien p. Naruszewicz 800 rs. Książkę, 
7. Franopola ostatnią rażą miedzy mojemi zajętą, odsyłam 
z prośbą o wręczenie, do kogo należy. Proszę nas zalecić ła- 
skawej przyjaźni Lepelanów, a osobliwie pana Jana, Prezy- 
dentowstwa, księży Dziekana i Kapelana i innych. 
Łaska Boża niech zawsze będzie z nami. 




,Tj, CO I ród I>Bio»J 

Wizerunek Matki BoakleJ nowogrodzkiej. 

i tłu, mdli mlłjicowoj tr.jjcji, piiiiiItiliiDT laMal t to id nit ni forie Zim- || 
kowej do pobuylfallitlego, (dile lic obrcnlt utjfuj*. 



W DRUGIEJ POŁ.OWIE BIEŻĄCEGO STULECIA. 



H loch *mid r ir iiukoru tfuchl Uli. Hę 
l>JĆ ltpiijm 1 gnflM lepiłem -Hf llko, 
co to oIkii:- w lim t)lko — 1 w Mm )•- 
djnlf, leł? kamleif wyłoiły n"'(«0 od- 



Rok 1H65 pozostanie dla nas pamiętnym na zawsze. 
W tym bowiem roku ugodził nas cios najmniej spodziewany — 
umarł Adam Mickiewicz!... 

W tym tez roku zaszły wypadki w kraju, które swą 
wagą zmieniły postać rzeczy w całem państwie. Ze zgonem 
Cesarza Mikołaja I-go — Aleksander II wstąpił na tron. 

Po długiej ciszy wionął wiatr ożywczy. Słowo „Reforma", 
oczekiwane oddawna, wymówione zostało głośno; co więcej, 
stało się hasłem nowego rządu. Bylto jakby miesiąc miodowy 
reform liberalnych w wielkim stylu, które przechodziła Rosya, 
zbudzona do nowego życia. Sprawa tez włościańska, w której 
inicyatywę wzięła litewska szlachta, weszła na stół. To też 
tym razem, nietylko Litwa ale cała Rosya odetchnęła. Szla- 
chcie zdjęto ohydne piętno ciemięzcy — chłop poczuł się czło- 
wiekiem! 



50 



Ziemia nowogródzka, siedziba niejednej zasługi i nieje- 
dnej sławy, które tam miały kolebkę, — mogłaż nie odczuwać 
tych drgań nowych prądów, jakie elektryzowały kraj cały?... 

To też wkrótce odezwa, wzywająca duchowieństwo do 
pracy nad szerzeniem wstrzemięźliwości wśród ludu, wysłana 
z Nowogródka a wydrukowana w petersburskiem Słowie— 
obiegała Litwę. 

Zaczęła się więc praca i oto nieupłynęło kilka miesięcy, 
a społeczność nowogrodzka, jakby odrodzona, zawrzała ty- 
ciem. To też miło tu nam dołączyć ustęp z korespondencyi, 
przesłanej w tej sprawie do Kuryera wileńskiego, 1860 roku: 
„Czas obecny, jak trąba archanioła, budzi do życia, do pra- 
cy, do czynu, wprawdzie społeczność nasza, podobna jeszcze 




do człowieka, budzącego się z letargu, który słyszy dokoła 
głosy życia, czuje tętno natury, ale spowity więzami snu 
zdradliwego, niema sił ni wiary w siebie, nie ma jeszcze 
w piersiach głosu, by zawołać, by odpowiedzieć na wołanie. 
Lecz życie gra już w pulsach. 

Grób Mendoga, kolebka Mickiewicza, w tych czasach 
przedstawił kilka symptomatów życia, świadczących o poję- 
ciu wyższych jego celów; a więc na pierwszem miejscu milo 
mi donieść, że usiłowania Nowogrodzianów podniesienia 
poziomu oświaty, znalazły swój wyraz w świeżo otworzonem 
gimnazyum, jak niemniej w bibliotece i czytelni, otwartej 
z funduszów składkowych. Przybył też zastęp sił dzielnych 
w kole nauczycielskiem. 



— 51 — 

Prace też na polu wstrzemięźliwości i ludowej oświaty, 
coraz wybitniej się odznaczają. Duchowieństwo nowogrodzkie 
ze swej strony pojmuje też zadanie czasu. Za przykładem 
szanownego proboszcza ks. K. Ejmonta, lud wiejski słucha 
słowa Bożego. Na wsi też zamiłowanie zbytku a z nim cu- 
dzoziemszczyzna, p odro żo mani ii ustąpiły miejsca zapobie- 
gliwej oszczędności i poszanowania tego, co dobre. Znamy 
domy, gdzie rówiennice turystek, obiegających magazyny 
Luwru, obchodzą chaty włościańskie, niosą pomoc lekarską 
i zasiłek, ucząc dzieci chłopskie pacierza, zasad wiary, obo- 
wiązków człowieka. Rzadkie to są jeszcze przykłady ,takiego 
poczucia obowiązku — ale one już są i cześć budzą. Co więcej, 
praca, ów dotąd anachronizm w egzystencyi wiejskiego oby- 




watelstwa, coraz więcej znaczenia i poważania nabiera; myś- 
każda, wypowiedziana w duchu ogólnego dobra, znajduje słu- 
chaczy. Umysły głębsze, serca gorętsze, ludzie talentu i wie- 
dzyipracują, układają projekty, w celu dźwignienia rolnictwa, 
przemysłu, kredytu, ułatwienia komunikacyi. Słowem, tam 
i owdzie pracują słowem, piórem i przykładem. 

Tak więc, choć chmurno i grube jeszcze cienie nocy 
walczą z godziną przedświtu, lecz już na brzegach horyzontu 
rumieni się zorza i bledną nocne ogniki..." 

Zaprawdę, trudno chyba o szczęśliwszą i prędszą zmianę 
w usposobieniu, nad tę, jaka zaszła śród społeczności nowo- 
grodzkiej. Przyznać wszakże należy, że w inicyatywie i robo- 
cie, jaka stanęła na porządku dziennym, lwią część przyjęło na 



— 52 - 

się świeżo otworzone gimnazyum; to też nabytek ten nowych 
sil wkrótce dal się odczuć. Jakże mi pamiętne owe wieczorne 
z kolegami pogadanki na górze zamkowej! Tam to powstał 
zamiar, którego spełnienie, długo tamowane przeszkodami, 
tyle miało zczasem przynieść dobrych skutków i być źró- 
dłem niewymownej dla ludzi zacnych pociechy: zamiar zało- 
żenia w Nowogródku biblioteki publicznej i czytelni. 

Patrząc na liche domki, u podnóża góry rozsiane, na 
krzątające się wpośród nich biedactwo, naturalnym zwrotem 
myśli dumaliśmy nieraz nad dolą tych ludzi, nad życiem istot, 
skazanych na podwójną nędzę: fizyczną i moralną. 

I rzeczywiście, opłakany stan intellektualny miejscowej 
ludności, zostawionej swemu iosowi, jakby na szyderstwo 
obok kolebki, gdzie zabłysło wspaniałe światło na chwalę na- 
rodu — dopominał się natrętnie naprawy. Niemniej też brak 
zasobów w zakresie ojczystej literatury, śród uczącej się 
w świeżo utworzonem gimnazyum młodzieży— domagał się 
zaradzenia i pomocy. I oto wkrótce obiegła dwory i dworki 
odezwa, której osnowa mniej więcej była następująca: 

„Słyszymy nieustanne narzekania na nizki poziom 

wykształcenia i moralności — a raczej na ich brak zupełny — 
śród mieszczaństwa, rzemieślników i różnego stanu mieszkań- 
ców tego miasta. 

Podnieśmy ich z tego poniżenia! dajmy im pokarm du- 
chowy, zdrowy i posilny, zdolny w nich obudzić poczucia 
pragnienia prawdziwego dobra, prawdy i pięknat Zróbmy to, 
co zrobili inni, którzy dziś górują dobrobytem i oświatą; dajmy 
tym ubogim w duchu dobrą książkę. W miejsce klubu, któ- 
rego istnienie w murach dawnej szkoły jest dla nas hańbą, 
załóżmy bibliotekę, otwórzmy czytelnię. Przyjdzie czas, że 
ci sami nawet, co dziś są temu niechętni, co w braku innego 
zajęcia dla wymagań chciwej wrażeń natury, tracą marnie 
zdrowie i pieniądze, przyjdą do nas, aby u czystego zdroju 
zaczerpnąć wiedzy i użyć rozkoszy, godnej człowieka. 
ł Wieluż to się nurza w mętach miejskiego życia, dlatego 

tylko, że braknie im po pracy schronienia czystego na dłu- 
gie wieczorne godziny. Dajmyż im to schronieniel Dajmy 



53 



młodzieży szkolnej, spragnionej wykształcenia godnego przy- 
szłych obywateli, sposobność dopełnienia tego, w dziełach 
ojczystej literatury, czego w szkole znaleźć! nie mogą. Daj 
my rzemieślnikowi sposobność oświecenia umysłu, zdobycia 
tak potrzebnych mu wiadomości; dajmy nareszcie tym wszy- 
stkim, którym los twardy nie dozwolił korzystać z dobro- 
dziejstw szkoły, sposobność powetowania tych braków. 

Niech te mury, co do niedawna były siedliskiem nauki, 
z których wyszedł największy wieszcz i geniusz narodu, 




Koś;IJl 0. 0' Dominikanów 1 azlola pawlatow* w KowogrOlku. 



staną się znów przybytkiem, skąd światło przeniknie w naj- 
ciemniejsze zakątki tego grodu i okolicy. 

Nieśmy światlol" 

Odezwa ta nie pozostała bez skutku, bo w niespełna 
kilka tygodni zamiar, powzięty w ciszy wieczornej, u podnóża 
baszt, stał się głośnym w powiecie i kraju, społeczność przy- 
jęła go z radością, dzienniki opowiedziały o nim z uznaniem. 
I oto po długiej i uporczywej walce, runął klub, a jego miej- 
sce zajęła biblioteka. Wraz też sypnęły się składki w książ- 



54 



kach i pieniądzach '), tak że w przeciągu kilku tygodni mo- 
żna już było otworzyć czytelnię z wypożyczalnią książek, 
która do 2000 dziel liczyła. 

Jako pierwszy dygnitarz powiatu, marszałek Brochocki 
przyjął kuratoryę honorową, ofiarując znaczną kwotę na 
pierwsze wydatki. Na wice-kuratora wybrano ks. Ejmonta, 
plebana nowogrodzkiego; zarząd administracyjny oddano ks. 
Łaszkiewiczowi, piszącemu zaś poruczono i czynność bibliote- 
karską. Wszystko zaś, co w powiecie miało kwalifikacyę. lub 
pretensję do dobrego tonu i znaczenia, uważało za obowią- 
zek popierania i wpisania sie na członka tej nowej instytucji. 




Rynek od strony południowej 

Jakież było towarzystwo miejscowe owego czasu i kto 
je składał, zapyta czytelnik zapewne. 

Jak zwykle w powiatowych miastach, pierwsze w niem 
miejsce zajmował marszałek, a był właśnie czas, kiedy na 
tern stanowisku stali ludzie, znani z zasług, zacności, fortuny 
i taktu niezbędnego w spełnieniu trudnych nierzadko obo- 
wiązków. Po nim szli wyżsi urzędnicy różnych juryzdykcy 
zwykle familijni: jak prezes sądu powiatowego, sprawnik 
. stropczy, kaznaczej pocztmistrz-horodniczy, nareszcie le- 
karze, z których Ignacy Orzechowski, jako znakomity spe- 
cyalista chorób wewnętrznych, ściąga! na dłuższy pobyt do 



*) Bilczyńskl ofiarował kilkaset dziel wyborowych. 



- 65 - 

miasta pacyentów z rodzinami. Stan duchowny, zanim 
jeszcze wydalono ks. Dominikanów, miał też swoją atrakcyę 
w osobie ks. Szo3towickiego, który darem słowa i świętobli- 
wośuią pociągał ku sobie wiernych. Nie należy też pominąć 
w pobliżu miasta położonych dworów i dworków, jak Peresie- 
ka, Antowil, Brecianka, Horodzilówka, Wiktoryn, których 
mieszkańcy stanowili poważny kontygens nowogrodzkiego 
towarzystwa. 

Wśród takich to zajęć minęła jesień, nastąpiła zima. 
A tymczasem rząd wstąpił na wyraźną drogę reform, wobec 
zbliżającej się chwili wyzwolenia włościan; wyszukiwał 
i wzywał ludzi, którzy się czuli uprawnieni i zdolni do za- 
brania głosu w tej ważnej sprawie. Młodzież szkolna ochoczo 
się uczyła, czytelnia była przepełnioną; wyludniły się szynki 
i karczmy; stosunek dworu do chaty wieśniaczej stał się miarą 
obywatelskiej zasługi. Jednem słowem praca na połu odro- 
dzenia zaczynała się powszechna. 

Pewnego wieczoru, śród ciaśniejszego Kółka, które ota- 
czało marszałka, zawiązała się rozmowa o nastroju ogólnym 
społeczności, a następnie, gdy codzienne życie w zwykłej 
swej kolei wymagało zasobów i karmi, aby nie było jałowem, 
nawet śród chwil poświęconych rozrywce — o sposobie spędze- 
nia długich zimowych wieczorów. Jak więc i czem zająć pu- 
bliczność, gdy nie tańczono, a gra w karty wygnana? Jak 
przepędzić wieczory w towarzystwie, któremu nie brakło 
młodzieży i wykształconych ludzi płci obojej, która czuła 
w sobie kipiącą życia energię, a gry niewinne w „Sąsiada" 
lub „Cenzurowanego" nie wystarczały? 

Zaproponowano teatr amatorski. Myśl ta poruszyła 
wszystkich i wszystkim się podobała. Utworzono komitet 
pod prezydencyą marszałka, który znów sporą kwotą składkę 
otworzył, i oto z początkiem karnawału „Panna mężatka" 
Korzeniowskiego dała początek seryi sztuk, na które się zło- 
żyły: „Zemsta za mur graniczny", „Nikt mnie nie zna", „Od- 
ludki i poeta" A. Fredry; „Stacya w Hulczy", „Majątek albo 
imię" Korzeniowskiego i t. d. Nie brakło oczywiście i scen 



68 



zakulisowych, których treśti nie ustępowała utworom, przed- 
stawianym przy świetle kinkietów... 

To też rozgłos powodzenia nowogrodzkiego teatru, na 
który się składały nietylko talentu ale i wdzięki nadobnych 
nowogrodzianek, był tak szeroki, że zjeżdżano się z sąsiednich 
powiatów; a napływ przyjezdnych zdarzał się tak wielki, że 
zajazdy nie mogły dośd nastarczyó mieszkań, których ceny 
do oajecznych cyfr nieraz dochodziły. 




Ale oto, z początkiem wiosny 1862 r. zawitał gość, któ- 
rego przybycie zelektryzowało Nowogródek. Był nim Wła- 
dysław Mickiewicz, pierworodny syn poety. Zjawienie się 
jego na ziemi nowogrodzkiej, w czasie, gdy podjęta praea 
rząd reforma, dała popęd do społecznej pracy, zjawienie się 
takiego gościa w porze wiosennej powitano, jako wróżbę 



— 57 — 

pomyślną. To też wszystko, co żywiej czuło, zbiegło sic do 
Nowogródka. Bo i zaprawdę godziło się rodakom uczcie' po- 
tomka tego, któremu naród tyle ze swej chwały zawdzięczał; 
cóż dopiero Litwinom, cóż nowogrodzianom!... 

Obwożono go po okolicach, ukazywano pamiątki, ślady 
jego ojca, ze czcią religijną przechowane. Był w Tuhanowi- 
czach, Zaosiu i t. d. Na obiedzie a raczej na uczcie, danej na 
cześć" jego przez marszałka Broehockiego, śród licznych toa- 
stów, jeden z biesiadników przemówił słów kilka, które pó- 
źniej na żądanie obywateli wpisane zostały do albumu, ofiaro- 
wanego dlań, jako wyraz uczuć Nowogrodzianów. 

Wieczorem było przedstawienie w teatrze. Wyborna 
orkiestra Czechów przegrywała w antraktach utwory ze 







swojskich motywów. W drugiej zaś sztuce, a było nią 
„Okrężne", śpiewy, stroje, ludowe tańce, gra pełna przejęcia 
się i zapału, taki wzbudziły entuzyazm śród podniesionego 
nastroju publiczności, że na chwilę zapomniano o wszystkiem, 
ściskano się, podawano sobie ręce i łzy rozrzewnienia zabły- 
sły w oczach tak aktorów, jak i publiczności. 

Chwila ta będzie pamiętna! 

Tak się to działo w Nowogródku do 1863 roku. Obok 
usiłowań, poświęconych szlachetnej rorywce, nie spuszczano 
wszakże z oka i strony poważnej, na czele której oczywiście 
była oświata. G-dy bowiem rząd wziął na siebie przeprowa- 
dzenie emancypacyi ludu, społeczność litewska poczuła się 
w obowiązku (dotąd zaniedbanymi) ułatwić temu ludowi zdu- 
bycie oświaty. 



Rzecz oczywista, że w Nowogródku grono nauczyciel- 
skie było główną w tej sprawie podstawą, do której się chętnie 
przyłożyło ręki. W miejscu więc dawnej pensyi Ponseta, 
otwarta została wyższa pensya Wolfowej. Aby zaś przyjść* 
w pomoc biedactwu, otworzono z upoważnienia kuratoryi 
szkół w gimnazyum naukę niedzielną; dalej szkółkę dla dzieci 
biednych, szkółkę dla żydów, którzy się o nią usilnie dopra- 
ezali, wszystko zaś to bezpłatnie. Słowem po długich latach 
zastoju, zbudziła się i nastała praca na różnych polach, nie 
już chimeryczna i doraźna, ale rzetelna i organiczna. I czułeś, 
że jakaś dziwna, nieznana błogość wstąpiła na tę ziemię, że 
zstąpił pokój-ludziom dobrej woli... Pokój!... 



Dziwne to i niepojęte drogi, któremi ludzkość zdąża ku 
cełoni sobie wytkniętym. Zdawało się, że nadszedł czas od- 
dawna upragniony. Lud wytrzeźwiał, dziatwa się uczyła, 
szlachta, zbudzona z odrętwienia zmianą stosunków włościań- 
skich, jęła się pracy; sprawa włościańska a z nią i szlachecka 
zaj ęła wszystkie poważne umysły i serca, poczucie obowiązku 
stało się hasłem; gdy jednym razem ludzie przestali rozumieć 1 
siebie wzajem, zapanował chaos wieży Babel, padł grom— 
i wszystko runęło i jak dym się rozwiało!... 



Po roku 1863 rozpierzchli się dawni ludzie, przybyli 
nowi. Skasowano gimnazyum, zamknięto pensyę żeńską 
i inne naukowe zakłady i bibliotekę z czytelnią. I oto po 
gwarnem życiu zapanowała cisza; charakter miasta przybrał 
barwę, jak bywa zwykle po przełomie moralnych lub mate- 
ryalnych wstrząśnien, zniszczenia też dokonał kilkakrotny 
pożar. To też tam, gdzie do niedawna świtał dobrobyt, zapa- 
nowało widmo nędzy. Słowem wobec nowego stanu rzeczy, 
ostatnie lata chwilowej pomyślności były jakby ostatnim bla- 
skiem dogorywającego płomienia, który buchnął na chwilę 
i zagasł, zostawując po sobie noc... 



Zgorzał też i dom rodzinny niegdyś Mickiewiczów, 
a w miejscu tem, zamiast pozostawienia ruin ocienionych zie- 
lenią bluszczów, coby było w obecnej dobie najstosowniej- 
szym pomnikiem dla poety, postawiono inny (bez względu 
na znane rysunki dawnego) w innym kształcie budynek 
Mury zaś podominikańskie, obok kościoła, gdzie były szkoły, 
a w ostatnich latach biblioteka i czytelnia, gdy ich nikt kupić 
nie chciał, pomimo bajecznie nizkiej ceny — zburzono!... Nie- 
dość na tem, w miejscu, gdzie był kształtny gmach ratuszowy 
z wieżą i zegarem '), postawiono, jakby na urągowisko dobre- 
go smaku, brzydką kamienicę. 

Co się dotyczy rynku, który dokoła osiadło żydostwo, 
w tym, po kilkakrotnych pożarach, dwie tylko z czasów da- 
wnych zostały budowy.- pałac niegdyś radziwiłłowski naprze- 
ciw dominikańskiego kościoła przy rynku, i kamienica Ka- 
mińskiego, u wylotu ulic „Zamkowej" i „Kowalskiej", w której 
odbywały się zwykle wszelkie widowiska, koncerty, opery 
i t. d. Co do reszty, nie będzie to przesadą, gdy powiemy, że 
w uporządkowaniu miasta dotąd, obojętność i apatya idą też 
widocznie na wyścigi. 

Dość przytoczyć niszczenie murów zamkowych; zburze- 
nie murów szkolnych; a o pomstę wołający do nieba stan staro. 
żytnej witoldowskiej fary,na gzymsie której, wspaniała jarzę- 
bina otula swym cieniem odwieczne opuszczone mury. 

€dward Pawłowicz. 




') Zgorzał w 1831 r. 



Jackiewicz i 3^kób krawiec. 



IOBRAZBK Z ŻYCIA ) 



Temu przynajmniej lat dwadzieścia, któregoś dnia po- 
szedłem odwiedzić sędziwego, szanownego Hipolita Blotnic- 
kiego. Dla czytelników, którym imię to nie jest znane, mu* 
*zę o nim słów kilka powiedzieć. Był to najstarszy wiekiem 
i jeden z najciekawszych członków Emigracyi i Kolonii pol- 
skiej w Paryżu. Urodzony na Podolu, odbył szkoły w Win- 
nicy, gdzie często (ale nie dość często, jak mawiał z uśmie- 
chem), brał na stołku. Potem chodził na Uniwersytet Wileń- 
ski i był pierwszym nauczycielem Juliusza Słowackiego. 
Jako zupełnie ubogiemu, księże Kurator pomagał mu i wziął 
go nareszcie na stałego nauczyciela domowego do swego 
starszego synka, z którym Błotnicki przebywał to w Puła- 
wach, to w Warszawie. Kiedy nastąpił wybuch, rzucił spo- 
kojne zajęcie i wstąpił do Legii Litewsko-Ruskiej, w której 
dosłużył się stopnia porucznika i krzyża wojskowego. Po 
upadku powstania, z księżną Czartoryską i jej dziećmi przy- 
był do Paryża, i odtąd aż do śmierci (1886) juz się na chwilę 
z domem ks. Czartoryskich nie rozstawał. Byt nauczycielem 
starszego syna, potem drugiego, następnie sekretarzem ks. 
Adama, a po jego zgonie, znów nauczycielem jego wnuka. 
Nakoniec, kiedy przyszli na świat późniejsi wnukowie 
ks. Adama, t. j. synowie ks. Władysława z drugiego małzeń- 



- 61 - 

stwa, był on nie tyle ich nauczycielem, jak towarzyszem; 
mniej ich uczył abecadła i sylabizowania, niż różnych pio- 
snek, gier i zabaw. 

Błotnicki posiadał niepospolite wykształcenie; byl zwła- 
szcza biegłym helenistą i żywił gorące zamiłowanie do Gre- 
cyi nietyłko Leonidasów i Periklesów, ale nawet do Grecyi 
Trikupisów, Delyanisów i sławetnej Etniki Hetairia. Bronił 
z zapałem nowożytnych Greków, kiedy im zarzucano pewne, 
wiadome słabostki, a kiedy mu przytaczano ową znaną, zaba- 
wną powieść Edmunda About Le Roi des Montagnea, to stary 
p. Hipolit mocno się sierdził. Ceniony on byl też, jako zrę- 
czny epigrafista; wspólnie ze swym przyjacielem K. Sienkie- 
wiczem (Karol z Kalinówki), układał nie raz napisy do meda- 
lów, lub nagrobki dla zasłużonych rodaków '). 

W chwili, w której rozpoczynamy nasze opowiadanie, 
czcigodny nasz weteran miał już lat 90, ale starość jego była 
względnie szczęśliwa i czerstwa. Bacznie zachowywał hy- 
gienę fizyczną i umysłową; codzteń dla gimnastyki umysłu 
uczył się na pamięć ustępu z Iliady Homera. Czytat dużo, 
a czytał bez okularów, wychodził sam na miasto, siadał do 
omnibusów, i uczęszczał na wykłady o literaturze klasycznej 
w College tle France. Narzekał i zrzędził na dolegliwości wie- 
ku, ale mimo to bywał w dobrym humorze, zawsze miał na 
zawołanie stówko dowcipne, uwagę subtelną, lub zabawną 
anegdotę. 

Błotnicki miał swoje mieszkanko w hotelu Lambert, 
z oknami wychodzącemi na ogród, z widokiem na Sekwanę 
Owóż tam poszedłem go odwiedzić. Zapukawszy i wszedł- 
szy, zastałem gospodarza w dyskusyi z drugim jakimś staru- 
szkiem. Przedmiot dyskusyi leżał między nimi* był to szla- 
frok nie pierwszej świeżości, a nawet nieco zatabaczony. 



■) Ostatni eptgrat Błotnlckiego umieszczony został na jednym 
z frontonów zamku Gołuchów 9 ki ego, po jego odnowieniu przez hr. z Czar- 
toryskich Działynaką. Ładny ten epigraf brzmi, Jak następuje: 

Nutu Dei surgunt, cadunt, returgunt aedeeque, regnaqur„ 



— Zasłużone i wygodne szlafroczysko — mówił Błotnic- 
ki — służy mi już 9 lat. Nie chcę go rzucić". 

— Na co go rzucić? Tylko on trochę już nie nowy. 

— To trzeba go odnowić. A więc co? Mógłbyś mu da<5 
nową podszewkę? 

— Nu, czemu nie dać. Tylko podszewka będzie silniej- 
sza, jak wierzch. 

— A to dobrze, to dłużej potrwa. 

— Nu, to ja dam dobra flanela. 

— Zgoda. A prędko mi go odniesiesz? Bo mi tęskno 
będzie za poczciwym szlafrokiem. 

— To ja będę pośpieszył, panie Poruczniku, i zrobię za 
trzy dni. 

— Dobrze, kochany Jakóbie. Czekam w piątek. 

Po czem szanowny szlafrok został zawinięty, właściciel 
i odnowiciel jego uścisnęli sobie dłonie i ten ostatni nas 
opuścił. 

Po jego wyjściu rzekł do mnie p. Błotnicki: 

— Widzisz pan, to jest mój krawiec nadworny, poczci- 
wy Jakób, recte Jakób Kreitler, nasz żydek polski, gdzieś* 
z Województwa Krakowskiego. 

— Ale jakże on się tu dostał? ' 

— Ha, jak wszyscy. Był krawcem przy pułku i szył 
mundury oficerom, a gdy ci wyszli za granicę i on się po- 
wlókł za nimi. Z początku miał tu dość roboty i zarobku, 
tak, że mógł nawet z kraju swoją Siorę sprowadzić. Ale pó- 
źniej rzeczy się popsuły; roboty nie stawało i starość nade 
szła. Ciężka bieda coraz częściej do biednego krawca zaglą- 
dać zaczęła. Staramy się rau pomagać w najtwardszych 
chwilach, i już od lat kilku nasze Towarzystwo Dobroczynności 
Dam Rylskich daje mu stałe, miesięczne wsparcie, a on dora- 
bia igłą, jak może. Nikt w świecie, powiadam, tak doskonało 
nie reparuje, jak on. Rekomenduję go panu, 

— Ależ to mąż bardzo pożyteczny. Pewno, że chętnie 
korzystać będę z jego kunsztu. 

Istotnie, wkrótce potem nadarzyła się sposobność udać 
się do nadwornego krawca szanownego Błotnickiego. Po- 



wezwaniu, nazajutrz rano, stanął on przedemną ze fszmatą 
kitajki pod pachą, jak każdy pracowity krawiec, przychodzą- 
cy po robotę. Byl to człowieczek średniego wzrostu, suchy, 
z bladą twarzą; nie raził żadnym z owych niemiłych rysów 
rasy semickiej. Czuprynę siwą miał jeszcze pełną, ale brodę 
nie obfitą; pod gęstemi brwiami oczy szare z łagodnem, nie 
kolącem spojrzeniem, nos prosty, raczej delikatny i wargi ani 
grube, ani wydęte. Szczupłą jego postać otulał zapięty, gra- 
natowy surdut długi, sięgający poniżej kolan. W ręku trzy- 
mał kapelusz wysoki, dawniej snadź szabasowy, dziś wypło- 
wiały i pogięty. 

Po uprzejmem z obu stron powitaniu, przystąpiliśmy 
do przeglądu niektórych inwalidów mojej garderoby. Po 
jego odbyciu, układając już suknie w swoją kitajkę, Jakób 
zapytał mnie: 

— A czy to byl pański ojciec, ten pan marszałek Gadon- 
co umarł tu, we Francyi, na Emigracyi, w 1842 roku? 

— Nie, panie Jakubie, to był mój stryj. 

— A, to był sprawiedliwy człowiek. On napisał książe- 
czkę o żydach *), gdzie o nas mówi życzliwie. My starzy 
żydowie pamiątamy jego imię. A pan z tej samej familii — 
no, to panu żaden żydek nic złego nie zrobi. 

— To bardzo dobrze — odrzekłem z uśmiechem — bo i ja 
żadnego żydka krzywdzie nie myślę. Na nieszczęście, trudno 
nie przyznać, że żydzi u nas robią wiele złego, ale żyda za- 
cnego tak samo szanuję, jak każdego innego zacnego .czło- 
wieka. Powiem ci nawet, panie Jakóbie, co zauważyłem 
w życiu, iż tak, jak żydówka kiedy piękna, to już piękna jak 
słońce, tak samo i żyd godny i szlachetny, bywa jakby istny 
brylant między ludźmi. 

— Ach! to pan dobrze powiedziałeś. Niech Pan Bóg da 
panu zdrowie! 

I wyraźnie ucieszony, rękę mi ścisnął. Takim sposo- 
bem stosunek mój ze starym Jakóbem, odrazu zawiązał 



') Włodzimierz Gadon, O Reformie Izraelitów PnUkich, Pa- 
ryż, 1B35. 



— 64 -- 

się pod dobrą wróżbą. Rozstaliśmy się też w najlepszej ko- 
mitywie. 

Po kilku dniach Jakub odniósł robotę, doskonale wyko- 
naną. Gawędziliśmy ze sobą dobrą chwilę. Juz się zabierał 
do wyjścia, kiedy spostrzegł na ścianie zawieszony sztych 
z portretem Mickiewicza. Stanął przed nim, jak wryty, z ocza- 
mi nań zwroconcmi, a ja, zdumiony, patrzyłem, jak na jego 
mizernej twarzy rozlewał się wyraz jakiegoś błogiego ukon- 
tentowania. 

- Czy wiesz, kto to jest? — zapytałem. 

— Kto, ja! 

— Czy znałeś Mickiewicza? 

— Czy ja jego znałem! Aj, aj! Ja jego szanowałem, jak 
króla. Ja jego kochałem, jak ojca. On był moja opieka. 
mój dobrodziej. Bez niego ja bym zginął. Ach, jaki to by! 
człowik! Głowa miał, jak Mojżesz — a serce, a jakie serce 
To byl sam miód i sam balsam. A dla mnie, biednego żydka, 
jaki on byt dobry. A za co! Czyja wiem. Ja jemu nic do- 
brego nie zrobił. Co ja mogłem zrobić"! Chyba tylko, że ja 
nie szachraj, nie gałgan— że ja biedak. Bo on wszystkich bie- 
daków kochał. Ach, ja dotąd ciągle lamentuję, że go już nie- 
ma. A kiedy nam powiedzieli, że on umarł, tam w Turcyi — 
nu, to ja płakał i płakał, a moja żona krzyczała, jak chora 
koza. Ach, jaki to był człowik, jaki to był człowik... 

Cały poruszony wspomnieniem, wyszedł odemnie pocz- 
ciwy Jakób. Odtąd stosunek nasz, oczywiście, stal się jeszcze 
cieplejszym. Byłem prawdziwie rad go spotykać. Od czasu 
do czasu potrzeba wezwania go łatwo się nastręczała. Stary 
Jakób przychodził zawsze w dobrem, pogodnem usposobie- 
niu. Po szybkiem odbyciu fachowego interesu, sędziwy gość 
mój siadał przy stoliku, na którym przed sobą miał kielisze- 
czek rumu i parę kawałków cukru. Te maczał w płynie, 
i w ten sposób sączył kordyał ogrzewający. Przy tern ga- 
wędził o tern i owem z przeszłości, ale zawsze wracał do 
„Pana" Mickiewicza. To był przedmiot niewyczerpany. 
Opowiadał on, jak w najtrudniejszych nawet chwilach dla 
poety, kiedy on sam był w niedostatku, nie zostawiał on 



- 66 - 

Jakóba bez pomocy. Kiedy Łona Jakóba, albo on sam byt 
chory, to p. Mickiewiczowie ich odwiedzali; nie raz autor 
Pana Tadeuera z pod płaszcza dla chorego wydobywał bu- 
telkę wina, a pani Mickiewiczów* przynosiła w garnuszku 
rosół posilny. 

— A za moja robota płacił zawsze więcej, jak należało. 
Kiedy robota była warta 10 franków, to on mnie dał 12... 
„Bierz Jakób— mówił — 10 franków będzie na chleb, a 2 franki 
zachowaj na tabakę". A jak odniosłem mu robotę, to on 
mnie trzymał. Musiałem mu gadać o naszem miasteczku 
w Polsce, o żydkach, o naszym rabinie, który był bardzo mą- 
dry i uczony. Na to pan Mickiewicz był bardzo ciekawy. 
Słuchał, śmiał się i był kontent z moje głupie opowiadanie. 
Ka nasze święta to ja jemu zawsze ofiarowałem nasze mace. 
To on wołał dzieci, dawał im i mówił, ze kiedy był młody, na 
Litwie, to im arendarz każdego roku mace i kugle przynosił. 
Czasami to wołali moja zona da p. Mickiewiczów. To ona 
wzięła czysty fartuch i biegła do nich. Tam jej kazali goto- 
wać szceupak po żydowsku, co ona bardzo doskonale robiła. 
Pan Mickiewicz okrutnie lubił tę rybę i po kolacyi zawsze 
chwalił, dziękował i dał kilka franków mojej zonie za fetygę. 
Ach, panie Gadon, jaki to był człowik! Już takich ludzi nie- 
ma na świecie! 

I zawsze z równą czcią, z tym samym szczerym, gorą- 
cym zapałem, odzywał się stary Jakób, ile razy wspomniał 
« Mickiewiczu. Było coś rzewnego w tym stosunku ubogiego 
krawca, prostaczka, do wspaniałego mocarza ducha. My 
w nim czcimy nastrój szlachetny, potęgę myśli, blask geniu- 
szu i szczytne natchnienia, tak zgodne z ideałami społeczeń- 
stwa. Tego wszystkiego Jakób Kreitler, który może nigdy 
dwóch wierszy poety nie przeczytał, nie mógł ani zrozumieć, 
ani ocenić. Mimo to czoił go i wielbił. Bo w bogatej duszy 
poety były i inne jeszcze skarby, perły i dyamenty uczucia, 
ludzkości i niezmiernej dobroci — klejnoty, które on hojnie 
rozdawał. W spieczone usta znużonych znojem życia wlewać 
„the milk ofhuman kindness", było przyrodzoną potrzebą duszy 
jego, bo on miał w sobie „ocean słodyczy i miłości wszech- 



— GO - 

ludzkiej", jak mówi.prof. Kallenbach w świeżem, pięknem 
swem dziele. A jaki urok wywierała, jak ujmowała ludzi ta 
jego wielka dobroć, świadczy choćby ten drobny przykład, 
podany w naszem opowiadaniu, a wzięty z życia codziennego 
poety." Miał on prawo powiedzieć o sobie: 

Ale ta miłość moja na świecie, 

Ta miłość nie na jednym spoczęła człowieku, 

Jak owad na róży kwiecie, 

Kie na jednej rodzinie, nie na Jednym wieku. 

Ja kochani cały naród! Objąłem w ramiona 

Wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia. 

Z nadejściem lata w r. 1886 opuściłem Paryż i wróciłem 
doń dopiero późnij jesienią. W biurze Tow. Dobroczynności 
Dam Polskich, na zapytanie, co sio też dzieje z Jakóbem 
Kreitlerem, sekretarz, zacny p. Edward Pożerski, nasz wileń- 
czyk, powiedział mi, że stary ciężko zasłabł. Udałem się za- 
raz do niego. Mieszkał on przy ulicy de Sutty, tuż obok tak 
zwanej Biblioteki Arsenału, w której Mickiewicz, jako biblio- 
tekarz, przez trzy lata miał swe pomieszkanie. W starym 
koszlawym domku zajmował Jakób dwie nędzne izdebki. 
W pierwszej stała żelazna kuchenka, w drugiej, na lichej po- 
ścieli, ujrzałem chorego, bardziej bladego i wychudłego, niż. 
kiedykolwiek. 

— Jakże się czujecie, kochany Jakóbie? 

— Bardzo źle — wyszeptał ledwie dosłyszalnym głosem. 

— Czy był doktór? — zapytałem obok stojącą żonę. 

— Doktór Henszel ') był trzy razy i przyniósł lekarstwo. 

— Czyby nie było co takiego, do czegoby chory miał 
ochotę? 

— Och, panie, od dwóch dni już on nic jeść nie może, 
tylko czasem przełknie trochę wody z winem. 

— Dobry Jakóbie, czy nie potrzebujesz czego? 

Na to odpowiedział przeczącym ruchem głowy i jęknął 
z ciężkiem westchnieniem. Po chwilce, poruszył się na łóżku, 



') Nasz rodak z iidzklego powiatu. 



nieco się podniósł, spojrzał na mnie, a potem odwrócił się ku 
ścianie, gdzie nad łóżkiem przybita była czterema gwoździ- 
kami litografia z wizerunkiem Mickiewicza. Patrzał na nią, 
patrzał, gasnące oczy zajaśniały wilgocią i dwie drobne, bie- 
dne łzy— łzy uwielbienia i wdzięczności spłynęły mu po wy- 
cieńczonej twarzy. 

Przyznam się, że w tej chwili mnie samemu mgła wzrok 
zaćmiła i oddech zaparł się w piersi. 

Głowa biednego Jakóba opadła na poduszkę, lewa ręka 
pozostała na piersi. Ująłem ją w me dłonie i ostrożnie ści- 
snąłem. 

— Jutro wrócę — rzekłem po chwili. — Da Bóg, będzie 
lepiej. 

Wyszedłem z przygniecionem sercem. 

Ale nazajutrz,., już poczciwego starego Jakóba nie było. 

Drugiego dnia odbył się pogrzeb. Kiedy przybyłem na 
godzinę oznaczoną, przed domem czekał już karawan 8-ej 
klasy, a na chodniku stała kupka ludzi; sami prawie staroza- 
konni, starzy i biedacy, jak już z odzieży sądzie można było. 
Jeden tylko odróżniał się między nimi świeżem, eleganckiem 
ubraniem i lśniącym kapeluszem. Był to p. Zebaum, żyd 
z Warszawy, prowadzący w Paryżu przedsiębiorstwo handlo- 
we '), człowiek wykształcony, ślicznie mówiący po polsku 
i czujący się dzieckiem kraju, w którym się urodził. 

Ale oto wynoszą zwłoki. Trumnę z czterech desek so- 
snowych wsuwają na karawan i pokrywają całunem, Kara- 
wan rusza. Przed nim postępuje aparytor municypalny w ka- 
peluszu trójkątnym, przepasanym szarfą o barwach Paryża, 
w ręku z czarną laską, o białej główce. Po bokach wozu ża- 
łobnego idzie po dwóch tragarzy pogrzebowych. 

Dzień posępny, jak zwykle dzień zimy paryskiej. Gru- 
ba, szara powłoka zaległa sklepienie niebieskie. Z góry mgła 
opada, na dole, na bruku, brudno i ślisko. Przez zgiełkliwe 
ulice sunie powoli karawan, a choć nędzny, choć orszak 



Wydawał speeyalne pismo: Lc Taba>: 



ubogi, ludzie na lewo i na prawo zdejmują przed nim kapelu- 
sze. Jedyny to rodzaj poszanowania, który został dzisiejszym 
Francuzom — poszanowanie przed śmiercią. Wyrobnik -socya- 
lista, czy wykwintny członek Izby, panamista — każdy, gdy 
spotka się z pogrzebem, odkrywa głowę, a kobiety robią znak 
krzyża świętego. 

Po chwili, idący obok mnie p. Zebaum mówi do mnie: 
— Ja zawsze w zmarłym Jakóbie widziałem w wyobra- 
źni postać Jankiela mickiewiczowskiego z XII księgi Pana 
Tadeusza. 

— Masz Pan zupełną racyę. Na prześlicznym kartonie 
Andriollego '), który pewno zmarłego nigdy nie widział, 
figura Jankiela bardzo jest zbliżoną do typu poczciwego na- 
szego Jakóba. 

I szliśmy dalej w milczeniu. Droga daleka i nużąca. 
W miarę odbytej przestrzeni, zmniejsza się liczba towarzy- 
szących zwłokom biednego, zacnego żydka polskiego, a tak 
gorącego wielbiciela Wielkiego Litwina, poety narodu. 

Karawan wciąż pnie się ku wzgórzom cmentarza Pere 
Lackaise. Wciąż ponuro i ciemno. Zimny, drobny deszcz 
padać zaczyna... 

Xubomir Sadoi\. 



') Własność hr. Benedykta Tyszkiewicza. 



ŁODZIATA I HILARYON. 



Fwuw Swlil*. ci Jmmj to 



Historya, a zwłaszcza archeologia, przedstawiają cały 
szereg zagadnień, co do których niemasz zgody miedzy uczo- 
nymi. Zależy to w znacznej części od materyalu, który nam 
przekazała przeszłość; zbyt często bywa on, niestety, tak 
szczupły, tak niesłychanie mały, że na zasadzie jego trudno 
sig na jakie zdecydować wnioski; z drugiej strony wchodzą tu 
w grę namiętności i uprzedzenia piszących. Lecz jakkolwiek 
historya nie jest i nigdy nio będzie nauką ścisłą, wyrobiła 
sobie jednak w ciągu ubiegającego stulecia pewien system, 
pewne stałe normy, które prawie zawsze pozwalają bada- 
czowi dojść do niewątpliwych, choć często niezbyt obfitych 
rezultatów. Należy określić i jasno postawić to, co się da 
określić, pozatem można ostrożnie stawiać hypotezy i domysły 
o ile mogą się wspierać na pewnych, przez źródła podanych 
podstawach. 

Zasadniczym jednak warunkiem w dochodzeniu zaga- 
dnień tego rodzaju jest bezwarunkowa bezstronność. Piszą- 
cy, zabierając się do opracowania pewnego materyalu, powi- 
nien pozbyć się nietylko wszelkich apriorystycznych poglą- 
dów, o ile to tylko możliwe, ale być przygotowanym, że 
rezultat badania może być niekiedy wprost przeciwny jego 



- 70 - 

dotychczasowym przekonaniom. A jeżeli nie czuje się na 
sitach, aby się z niemi rozstać, niech raczej złoży pióro i nie 
sprawia zamętu i oczywistej szkody nauce. 

Do rzędu kwestyi, o których dotychczas wypowiadają 
się od czasu do czasu bardzo rozmaite zdania, należy i ta, do 
rozpatrzenia której przystępujemy. 



I. 

Narbut w swoich „Dziejach narodu litewskiego" zamie- 
ścił następujący odsyłacz '): Ks. Daniel Łodziata, kanonik 
wenderiski w Inflantach, dziekan raduóski tak pisze o tym 
obrazie (Ostrobramskim): 

„Wielki książę Olgierd skarbami Chersonu zbogacił 
swoje skarbnice. Sukcesorowie jego większa, część' ozdób cer- 
kiewnych rozdali cerkwiom miasta wileńskiego. Ex ąuorum 
nnmero rera Effigies Sanę. Yirginis Mariae, in statura quasi 
stet in fach nuncii Dci Archan. Gabriel. Yidimus nunc gratiis 
plcnae (?) in Capetta P.P. Karmelit., supra portam Urbis orien- 
talem vulg. Ostra, id docum. patet ex nutil script dicti Conrcnti. 
Ad. D. 1653. Ad. M. D. O." ■). 

Bardzo być może, że zdanie to księdza Łodziaty Narbut 
przytoczył tylko z obowiązku sumiennego zbieracza, ponie- 
waż je miał pod ręką, w formie uwagi. Tymczasem pewna 
grupa pisarzów zbyt wielkie przywiązuje doń znaczenie, uwa- 
żając je za prawdziwo. Dlatego musimy się nad niem nieco 
dłużej zastanowić, choć na to zgoła nie zasługuje. 

O dziekanie radlińskim, autorze tej notatki, 'nic więcej 
nie wiemy nad to, ze żył w drugiej połowie XVII w. i był 



•) Tom V str. 137. 

*) W przekładzie polskim notatka ta brzmi: „Z których liczby pra- 
wdziwy -wizerunek Nsjśw. Maryi [Panny w postawie Jakoby stojącej 
w obliczu posła Bożego, Archanioła Gabriela. Widzimy teraz łask pełną 
w kaplicy Ojców Karmelitów nad bramą miasta wschodnią, pospolicie 
(zwaną) Ostrą, jak okazuje się, dokumentalnie z poznania pisma (mowa 
tu ó jakimś rekopismie) rzeczonego konwentu." 



— 71 — 

proboszczem raduńskim, dubickim i nackim, a obok tego ka- 
nonikiem wendeńskim. Jest to osobistość zresztą nieznana, 
skąd wniosek, że niezbyt wybitna. Obraz, o którego pochodze- 
niu nikt nic napewno powiedzieć nie może, sam jeden przenosi 
aż w czasy Olgierda; nie zawadzi tu zrobić uwagę, że cale 
trzy wieki oddzielają go od epoki, o której mówi. 

Rękopism księdza Łodziaty gdzieś zaginął; znamy go 
tylko z dwóch cytat Narbuta. Nie jest to dzieło historyczne, 
lub inne o treści poważniejszej, są to wprost notaty gospo- 
darskie, kościelne i różne od 1649 do 1669 r. in 4-to kart 118, 
pisane jedną ręką, lecz w różnych odstępach czasu ')- Według 
Narbuta tylko szczegóły o mitologii litewskiej są, tam ciekawe. 
A zatem i pod względem formy dzieła ks. Łodziaty nie może- 
my brać na seryo; notaty jego mogłyby mieć jakiekolwiek 
znaczenie tylko o tyle, o ileby mówiły o współczesnych auto- 
rowi wypadkach. 

Pisane są jednak już po roku 1670, ponieważ w przyto- 
czonej- zapisce jest mowa (pod rokiem 1663) o kaplicy Ostro- 
bramskiej, która dopiero, jak zobaczymy niżej, w tym roku 
(1670) postawioną została. W innem miejscu dzieło Łodziaty 
Narbut nazywa pamiętnikami *). 

Oprócz przytoczonego wyżej ustępu, znamy jeszcze 
inny 3 ), w którym nasz autor mówi o cerkiewce Piatnickiej 
w Wilnie. Mianowicie twierdzi, że cerkiew ta jest postawiona 
na miejscu, a nawet na fundamentach świątyni pogańskiej 
bożka Ragutisa, następnie, że jest to najpierwsza murowana 
chrześcijańska świątynia w Litwie, dalej, że fundowała ją 
księżna Julianna, żona Olgierda, i że nawet zwłoki tej pobo- 
żnej pani w tej cerkwi spoczywają. Tak pisze ks. Łodziata. 
Ile zdań, tyle błędów! Naprzód nie ulega wątpliwości, że ża- 
den bożek Ragutis nie istniał, a zatem nie było świątyni, jemu 
poświęconej; założenie pierwszej świątyni chrześcijańskiej 
w Wilnie z pewnością możemy odnieść jeszcze w czasy Gie- 



') Narbut, tom I, str. 231. 

*) Fomnfrjate pisma hiltoryezne. Wilno 1856, str. 76 1 78. 

*) Narbut. D:i<'jz, tom I, str. 211 — ! Pnmnkj*;* yixm<t lor. cit. 



dymina (chybiłby o murowaniu zachodziła wątpliwość); dalej 
dokładnie wiadomo, że fundatorka, cerkwi Piatnickiej była 
nie Julianna, ale pierwsza żona Olgierda Marya, księżniczka 
wileńska, a nareszcie stanowczo ciało Julianny spoczywa 
gdzieindziej i jeżeli w Wilnie, to tylko w Przeczysteóskim 
soborze '). Oczywiście pomieszał tu dziekan raduński obie żony 
Olgierda, ponieważ „UIjannę" nazywa „księcia witebskiego 
córką". 

A jednak ks. Łodziata nie jest sobie tylko zwyczajnym 
bajarzem, ma on rzeczywiście nieco wyższe tendencye, brak. . 
mu tylko rzeczy najważniejszej, bo krytyki i ścisłości. Ma on 
chwalebny zwyczaj cytować" źródła, skąd jaką wiadomość za- 
czerpnął, cóż z tego, kiedy ze swoich materyałów korzystać 
nie umie! Tak opowiadanie, jakie podaje o cerkwi Piatnickiej, 
opiera na źródłach bardzo ważnych, bo archiwalnych metro- 
politanskich (ex archivis curia metrop. Graeco-unit. patet.) 
i tymczasem tak fałszywie swą rzecz przedstawił, że aż uwie- 
rzyć trudno, czy rzeczywiście do archiwum zaglądał. Toż 
samo ma miejsce z pierwszą jego notatką, którą przytoczyli- 
śmy wyżej. 

Powiada ks. Łodziata, że z poznania jakiegoś pisma 
w klasztorze Karmelitów dokumentalnie wypływa, że Olgierd 
przywiózł z (hersonesu dzisiejszy Obraz Ostrobramski. Tym- 
czasem 0. Hilaryon, karmelita, w swojej Relacyi o cudownym 
Obrazie, o której mowa będzie niżej, wyraźnie powiada, że 
pochodzenie jego jest niewiadome *). 

Oczywiście, że gdyby były jakiekolwiek dokumenty, 
rzucające światło na pochodzenie Obrazu, lub choćby tylko 
wiarogodna ustna tradycya, to tak sumienny pisarz, j ak O. Hi- 
laryon, nie mógłby o niej nie wiedzieć. Pójdziemy dalej, Hi- 



') O ks. Łodziacie i eerktei Piatnickiej et. Horauilckl. Wizerunki 
I roztrząsania naukowe. Wilno 1842, t. XXIII, sir. lit i Narbut Dzieje 
t. VII, dodatek XVII, str. 168. 

„Co do początków 1 dawności tego cudownego Obrazu, skądby 
się wziął... żadnej znikąd pewnej wiadomości nie mamy" Belacya o cutio- 
tenym Obrazie A", Maryi Panny. Wilno 1823 (przedruk wydania 1761), str. 2. 



laryon znał i korzystał zHistoryi Obrazu O.Hilarego od S.Ty- 
burcego, karmelity wileńskiego, który „w niej jednak żadnej 
wzmianki nie czyni o pierwiastkach i początkach jego" '). 

Tymczasem Hilary w r. 1707, był zatem rówieśnikiem 
ks. Łodziaty, pracując nad Historyą Obrazu, nie mógłby 
o pochodzeniu tak sławnem, jakie podaje dziekan radliński, 
przemilczeć'. Więc jakioż to mogło byrf owo „scriptum", 
o którem przecież wyraźnie wspomina Łodziata? Zdaje się, 
że na to pytanie możemy odpowiedzieć* z wielkiem prawdo- 
podobieństwem- W Relacyi O. Hilaryona znajdujemy nastę- 
pującą wiadomość: „O- Maciej od S. Jana Baptysty w hi- 
storyi o fundacyi tutejszego konwentu karmelitów bosych 
pisanej około r. 1667, będąc tu pierwszym dyrektorem, piękny 
o tym Św. Obrazie napisał panegiryk, z któregoby można było 
jakiekolwiek zebrać wiadomości pierwiastków jego; leoz nie- 
saozęśoie, że... z oczu naszych zniknął (t.j. zaginął)" 2 ). Do- 
dajmy, że ów Maciej żył i pisał jednocześnie z Łodziata i je- 
żeli ten ostatni rzeczywiście bywał w klasztorze karmelitów 
i przeglądaj ich papiery, to niewątpliwie musiał znać osobiście 
O. Macieja i jego dzieło. Tak więc panegiryk nieznanego nam 
skądinąd zakonnika posłużył zapewne za źródłu Łodziacie do 
opowieści o pochodzeniu Ostrobramskiego Obrazu i tak mu 
siał zaimponować niedaleko widzącemu wiejskiemu dzieka- 
nowi, że ten jął uważać za dokumentalnie pewne to, co i nam 
w pamiętniku swoim przekazał. 

Wiadomo powszechnie, jaką wartośd mają wszelkie pa- 
negiryki XVII wieku. O tern, źoby mogły kiedykolwiek po- 
służyć nam za wiarogodne źródło, gdy chodzi o dawną minio- 
ną przeszłość, mowy być nie może. Zbyt często obok wyszu- 
kanych porównań, przykładów i oytat z historyi starożytnej 
i mitologii, przy napuszonej formie, spotykamy się jeszcze 
z jednym sposobem dopięcia celu, założonego przez autora, 
a tym jest pia fraus. Uważano za rzecz dobrą i pożyteczną 
fakty naciągać, przerabiać, fałszować, co miało być uświęco- 



') Słowa lOlaryoca str. 2— 
») Str. 3. 



— 74 - 

ne jakimś celem wyższym. A karmelici mieli właśnie wów- 
czas interes w tera, by oczy wszystkich zwrócić" na Obraz 
Ostrobramski. 

Było to wkrótce po klęskach publicznych, wojnie, mo- 
rowem powietrzu i głodzie, które nawiedziły Wilno w szóstym 
dziesiątku XVII wieku. Obraz N. Panny wisiał na Ostrej 
Bramie. Jak świadczy Hilaryon, ') „ten święty Obraz zupełnej 
czci i powinnego uszanowania nie miał..." Karmelici poznali 
się na nim, ze był dziwnie piękny i przedstawiał N. Maryę 
Pannę, której czci osobliwie poświęconym był ioh zakon, 
wreszcie ten obraz w tak blizkiern znajdował się ich sąsiedz- 
twie. I oto rozpoczęli starania, aby im miasto pieczę nad 
Obrazem, na bramie miejskiej zawieszonym, zleciło; „poczęli 
o tern usilnie myśleć, jakby cześó i chwałę N. Maryi Pannie 
w tym Obrazie rozszerzyć i pomnożyć..." ■). 

Słowa te Relacyi rzucają jasne światło na domniemano 
źródło Łodziaty, Ożywieni tą myślą, O. Karol, sławny mó- 
wca, wychwala obraz w swych kazaniach, aby nań ogólną 
zwrócić uwagę i do ofiarności pobudzić; O. Maciej pisze pane- 
giryk, który może także wygłosił,- albo chciał wygłosić. Nie- 
wiadome już wtedy pochodzenie obrazu pozostawia szerokie 
pole do domysłów, historyczna fantazya mogła bujać swo- 
bodnie, wszakże nikt z krytyką kazania nie wystąpi, a byle 
kiesę rozwiązał. I oto uczony O. Maciej poszedł po rozum do 
głowy, czyby nie można było pochodzenia Obrazu związać 
z jakiem głośniejszem imieniem tyle szanownej przeszłości *) 
Tym sposobem mógł powstać skrypt, o którym mówi łatwo- 
wierny Łodziata. Kto wie, może O. Maciejowi chodziło, aby 



') Str. 3 i ISO. 

h Ibid. 

3 ) Może w związku z tem atoją następujące słowa Midiajła Litwina: 
„...metropolia yetusta korsunii, quae genti Kuthenorum princcjis dedtt 
baptisma et nomen Cbristianum, postea vcro praedam gentlbus nostris* 
exclsa ab cis". Db moribus Tartaromm, Litvanorum et Moschorum fragmma 

) ,ApiH))T. HCTOpHKO-łOpHAHiieCKHKl Islyitfiill", K3\, HlIR. Kfl.iaiCBŁJMT,. HO- 

«Ksa 1854. Kiiuru biopolt nojosnaa BTopaa); str. 6. 



ciekawy a bogaty dziekan, który był zarazom proboszczem 
w trzech „parafiach, także swój mieszek rozwiązał i złożył 
hojną ofiarę na kaplicę, którą karmelici na Ostrej Bramie 
wznieść* zamierzali; może rozmyślnie jemu swój panegiryk 
pokazywał i domysły rozwijał. W każdym razie cel został 
dopięty. Juz w 1671 r. stanęła kaplica „bardzo kształtna; lubo 
z drzewa... obrazami, pikturami, inskrypcyami doskonale przy- 
brana i przyozdobiona" '). a w pamiętniku naiwnego Łpdziaty 
pozostał na wieki ślad panegiryku. 

Tyle można powiedzieć o życiu, dziele i źródłach raduń- 
skiego dziekana. Kie mamy za złe jego łatwowierności 
i braku krytyki, doskonale to licuje z wiekiem, w jakim żył 
i ze stopniem wykształcenia, jaki musiał otrzymać; ale dziwi- 
my się, że jeszcze w naszych czasach, czasach nauki i czystej 
krytyki, są tacy, którzy tak uporczywie powtarzają i szczerze 
wierzą w prawdziwość* jego opowieści! Należałoby ohyba 
już raz mu dać spokój i nie nadawać większego znaczenia 
temu, co na nie nie zasługuje. 

Obaozymy teraz, jak wygląda w świetle historycznem 
sam fakt pochodu Olgierda do Krymu, o którym wspomina 
Łodziata. 



Pierwszy z uczonych wspomina o tem wydarzeniu Naru- 
szewicz w dziele swojem Tauryka *). Za nim poszedł Karam- 
zin. Opowiada on, że Olgierd, rozbiwszy trzy hordy Tatarów 
nad Sinemi wodami (rzeka Sinhicha), pędził ich do samego 
Krymu, zburzył starożytny Cbersonez, wyciął większą część 
ludności i zrabował cerkiewne skarbce. Od tego czasu, dodaje 
uczony historyk, prawdopodobnie opustoszało to miasto 3 ). 

Uderzającą jest ta pozorna zgodność, jaka zachodzi 
między opowiadaniem Łodziaty z jednej, a przedstawieniem 



') Btr. 4. 

J ) Warszawa 1787, rtr. 84. 

') „HcTopił ropyaapcrBH PocciRcitaro", CnO. 1817, toki 5, ctp. 17. 



rzeczy przez Naruszewicza i Karamzina z drugiej strony, 
jakkolwiek nie znali oni podobno pamiętnika naszego dzieka- 
na. Zgodność ta atoli jest tylko przypadkową. 

Nietylko żadna z kronik, jakie posiadamy, ale nawet ani 
Stryjkowski, który przecie miał daleko większą ilość źródeł, 
nie te, któremi my rozporządzamy, ani wreszcie autor tak 
zwanego Gustyńskiego latopisa, nic nie wiedzą o zburzeniu 
Chersonezu przez Olgierda. Naruszewioz wspomina o tern 
wprost na chybił trafił, zupełnie dowolnie amplifikując przy- 
toczony wyftej urywek Mich aj (a Litwina 1 ), aKaramzin znowu 
na swoją odpowiedzialność trochę upiększył Naruszewicza. 
Juz nierównie ostrożniej postąpił ztem metropolita Siestrzen- 
ccwicz w Bwojej Historyi Taurydy '). 

Co do Mich aj ta Litwina to dość będzie gdy powiemy, że 
jest to pisarz XVI wieku, znany nam tylko z wyjątków. 
Rzecz swoją przedstawia dorywczo, zagadkowo jakoś; o Ol- 
gierdzie, jak widzieliśmy, nic nie wspomina. A zatem nic na 
nim fundować nie możemy. 

Nie wiadomo, czy miał on kiedy wpływ jaki, pośredni 
ety bezpośredni, na urywek ks.Łodziaty. Z podaniem swojem 
stoi ten ostatni zupełnie odosobniony, a zgodność jego z Na- 
ruszewiczem jest, jak widzieliśmy, najzupełniej przypadko- 
wa. Skąd jest zapożyczona jego opowieść — niewierny. Może 
mamy tu do czynienia z płodem czyjejś bujnej imagina- 
cyi. W każdym razie, ponieważ traktuje o wypadkach z XIV 



<) Michajło Litwin, żyjący za czasów Zygmunta 1, powiada, że 
przodkowie tego króla, książęta litewscy, wpadłszy do Taurykl, wydęli 
miasto Chersonę, odarli tameczne kościoły 1 wiele bogatych nader sprzętów 
do Kijowa uprowadzili. Co dało okazy ę obywatelom Taurykl, chrześcijanom, 
po większej części Włochom i Grekom handlarzom, a tern samem ludowi 
□ic męskiemu i pierzchliwemu, że, nie mogąc się sami oprzeć Litwie naje- 
zdniczej, sprowadzali do siebie więcej Mongołów Zawołzanskich dla obrony 
swojej i grunta im do posiadania rozdali. Ta Inkursya Tauryki od Litwinów 
zdarzyła się bez potrzeby w tych czasach, kiedy Olgierd wypłoszył z Podola 
i Kijowszczyzny najezdnicze tych prowincji Tatary". Taurgka lec. cit 

") (Str- 19). Histoire de la Tauride. Miałem pod ręką rosyjski prze- 
kład tego dzieła: „HctojIh o Taspln" tom T, str. 350. 



-wieku, nam zupełnie nieznanych, spisaną zaś została dopiero 
w końcu XV7I-go, i to niezgrabną ręką, ze stanowiska nauki 
musimy ją odrzucić zupełnie, a pochód Olgierda do Krymu, 
o którym mówi, uważać za niczem dotąd nieudowodniony. 

Zwycięstwo Olgierda nad rzeką Siniuchą jest rzeczywi- 
ście jednym ze świetniej szych tryumfów jego oręża. Latopis 
Nikona powiada '), że wskutek tego zwycięstwa W. Książe Li- 
tewski zawładnął całem Białera pobrzeżem „Eiuiooepewbein.", 
co, jak słusznie mówi Antonowicz ')> zdawna oznaczało Dnie- 
prowskie porzecze, od porohów do ujścia. Ponieważ niedo- 
bitki Tatarów po klęsce rozbiegli się w dwóch kierunkach, 
jedni do Krymu, a inni do Dobrudży, których potomkowie 
siedzieli tam jeszcze w XVI wieku 3 ), Olgierd zaś opanował 
tymczasem „Białe pobrzeże" — wypada stąd, że jeżeli po zwy- 
cięstwie szedł dalej, to wcale nie w stronę Krymu, ale raczej 
wprost na południe w kierunku dzisiejszej Odessy. Na tę 
myśl naprowadza i ta okoliczność, że właśnie tam było głó- 
wne siedlisko jednej z hord zwyciężonych*). A więc gdzież 
tu miejsce na wyprawę do Krymu i zburzenie greckiego 
Chersonezu? 

Cała ta opowieść nosi jawne ślady późniejszego fabry- 
katu: Olgierd wojuje z Tatarami, tymczasem zapędza się do 
Krymu, burzy i wycina miasto Greków, którzy mu nic nie 
zawinili, a wreszcie łupi chrześcijańskie świątynie, odziera 
z kosztowności i zabiera obrazy ze sobą, aby tem zapewne 
zrobić przyjemność swej żonie chrześcijance. Cała ta rzecz 
■wygląda nietylko niepięknie, ale nawet nielogicznie, nie po 
rycersku i nie po Olgierdowsku. To też żaden z nowocze- 
snych uczonych nie wierzy i nie wspomina o tym pochodzie 



') Tom IV, str. 6. 

] ) „OlupBi HCTipiH Be.Tiisara KmtaecTua JlnTOBCKaro AO u 
IV cTMtila. Kłem 1878. BunycK-b I, cip. 150. 

*) Widział ich tam Stryjkowski, Kronika Pohko- Litewska. 
18«, t. II, str. 7 

{* Chadzibeju f. Antonowicz loc. cit. 



— 7K — 

że wymienimy tu tylko Stadnickiego'), Antonowicza 1 ), Da- 
szkiewicza *). Stadnicki nie wierzy nawet w świadectwo 
Stryj ko wskiego *), że Tatarzy wszystkie pola od Kijowa do 
Oczakowa i od Putywla do ujścia Donu opuście' musieli 5 ). 
Nawet pan Brjancew wspomina o rzekomym pochodzie Ol- 
gierda do Krymu tylko w przypisku; mówiąc, że są na to 
niejasne- wskazówki 8 ). Jeden tylko Kondaraki 1 ) opowiada 
o tern, stawiając przytem niemożliwą, datę 1330 r., czem od- 
razu i sam fakt osłabia. I epigonowie Karamzina na polu 
historyi Rosyi, Sołowjew, Bestiużew-Rumin i Itowajski też nic 
nie wiedzą o zburzeniu przez Olgierda Chersonezu. Ten 
ostatni rozwodzi się za to szeroko o chrześcijaństwie Olgier- 
da, a zatem niepodobna, aby miał łupie' cerkwie greckie, jak 
chce Łodziata 8 ). 

Jak już widzieliśmy, opowiadając o zburzeniu Cherso- 
nezu przez Olgierda, domyśla się Karamzin, że „prawdopodo 
bnie od tego czasu (1362) opustoszał ten gród starożytny" 
Czyż podobne jednak, aby jeszcze w drugiej polowie XIV w 
istniało pod bokiem Tatarów bogato i kwitnące miasto gre- 
ckie, o czem jednak nie przechowało się żadnego śladu w hi- 
storyi, i czekało aż niszczącej ręki Olgierda, aby dopiero upaść. 



') Olgierd i Kiejstut, syitoirie Giedymina. I,w*w 1870. Omawiając 
zwycięstwo nad Einemi wodami, nic nie wie o Krymie, toż Ad t odo wic z 
Hn ni.' 

*) Loc cit. i „Mon o r pa ais no ^aanajincit a » romans jiboII Pocciii '. 
Ki fBt 18f5, f. iom 1, str. 126— 1S7. 

s ) „3aH-fcTKU no ucTopin JsToacio-Pyccitaro 1'ocyjiapcTBa''. Kieei. 
JH85 f. str. 39-89. 

*) I.oc cit. i 

'j .Czemu wszystkiemu [dzieje kłam zadają", Synowie Giedymina 
Monwid, Narymunt, Jewnula. Foriał. I.wCw 1681, str. l2e— 125. 

e z „Tonuje hiucrh", HcTrpia JlmoscRaro rocyaapCTBa". Bnu>aa 
1889, str. 148. 

') .yHHBepcajŁHoe onncauie Kpuua". Cnfi.1875, str. 6—9 tomu 3. 

8 ) Możemy zatem uspokoić autora artykułu pod napisem: „Ceptearaii 
Bonpoci.", zamieszczonego w gazecie „BiuencKitt BtoinaKi" 1893 N* 53,. 
który pyta, gdzie sio. podział starożytny Olglerdowskl obraz, przywieziony 
z Chersonesu. Takowy nigdy nie istniał. 



- 7'J - 

Wydaje mi się to niomożliwera. Jakimże sposobem Tatarzy 
spokojnie na nie i na bogactwa jego patrzyli; jakim sposobem 
cerkwie stały, przez nich nietknięte, a nie uszły łakomstwa 
rycerskiego Olgierda? Zdaje mi się, że upadek Chersonezu 
należałoby odsunąć więcej, jak na sto lat wstecz, i za spra- 
wców katastrofy uważać nie Litwinów, ale właśnie Tatarów '_), 
Na tę ciemną kwestyę możeby światełko jakie mogła rzucie? 
następująca drobna okoliczność. 

Opowiada metropolita Makary w swojej „Historyi ru- 
skiego kościoła"'), *e w 1224 r. pewien grecki duchowny 
przeniósł obraz świętego Mikołaja z Chersonezu do Zarajska, 
miasta położonego w ziemi Riazańskiej. Z obawy dzikich 
Polowców jechał wodą przez Rygę i Nowogród do celu 
podróży. Pozostawmy na boku pytanie, czy opowiadanie to 
może być prawdziwem, czy nie; niech każdy sąilzi, jak mu 
się podoba. Uderzającą w niera jest jedna okoliczność: ów 
biedny duchowny dąży do ziemi Riazańskiej przez Rygę 
i Nowogród! Zaiste, wstąpił do piekieł, po drodze mu 
było; jest to krąg olbrzymi. Widocznie obawiał się czegoś, 
a jeszcze pewniej, że coś go do tej wędrówki manowcami 
zmuszało. Legenda mówi, że uczynił to z obawy Polowców, 
ale właśnie w tym czasie byli oni w przyjacielskim związku 
z ruskimi kniaziami, więc możeby nie krzywdzili biednegu 
wędrowca, obciążonego obrazem. Niewątpliwie mamy w po- 
daniu tem wskazówkę na najście Tatarów. W tym samym 
właśnie czasie, bo 1223 r., miała miejsce wiekopomna bitwa 
nad rzeką Kalką; nie ulega wątpliwości, że przed nią jeszcze, 
czy może bezpośrednio po niej, morze Tatarów wylało się 
na Krym. 



') „Niewiadomo nnm jest. Jeśli Tatarzy za pierwszym i drugim. 
swoim do Europy wpadnięciem zostawili osady jakie krwi swojej w tera- 
źniejszej malej Tataryi i Krymie". Naruszewicz Tmtryka 76. 

J i „HcTOpit pyccKott KepEBn'', CnO. ISTii tom III str. 73. 



Wracamy do naszego przedmiotu. Jut księdzu Rolewi- 
•czowi opowieść Łodziaty wydała się nieprawdopodobną i niemo- 
iliwąl Trudno peaypuścić, aby obraz tak znacznych rozmia- 
rów i tak ciężki przez pogan był aż tak daleko wiezionym'? 
Nastręcza się tu jednak jeszcze jedna uwaga. 

Wiadomo, że w owych czasach wszelkie nawet mniej 
-ceuione obrazy ozdabiano kosztownemi sukienkami. Olgierd 
nie by] chyba takim znawcą i miłośnikiem sztuk pięknych, 
aby taki obraz, jakim jest Ostrobramski, wiózł nie upiększo- 
nym żadnemi szacownemi ozdobami. (Najprawdopodobniej 
juz, kiedy rabował, to wziąłby właśnie ozdoby, a ciężki obraz 
pozostawił). A więc jeżeli obraz był kiedy w Chersonezie, to 
miał i mniej więcej kosztowną sukienkę. Wszystko jeszcze 
-dobrze, póki obraz po przewiezieniu do Wilna miał pozosta- 
wać w cerkwi jakiejś. Ale jak wytłomaczyć fakt, ze czczony 
nibyto obraz z cerkwi został wyprawionym na miejską bramę, 
na flagę i niepogody i w dodatku bez sukienki? Więc gdzież 
się ona podziała? Czyżby mieli się na nią łakomić mnisi 
aw. Trójcy, w których posiadaniu miała się niby znajdować? 
Tymczasem pierwszą wskazówką tego, że Obraz miał jakie 
ozdoby, mamy dopiero w cudzie, zapisanym w Relacyi pod 
r. 1708, kiedy to jakiś niezbożny żołnierz targnął się na nie. 
Sądząc z dobrze znanego wizerunku Najśw. Maryi Panny 
Ostrobramskiej z napisem u góry Mater amabilis, pochodzą- 
cym z pierwszej połowy XVIII, w. jeszcze wówczas nasz 
obraz nie posiadał metalicznej sukienki, jaką widzimy na nim 
dzisiaj. 

A jakże pogodzić krymskie pochodzenie Obrazu z tym 
faktem, że w Wilnie znajduje się jeszcze wizerunek Zbawi- 
ciela tych samych rozmiarów i niewątpliwie tego samego 
pędzla, co i Ostrobramski. Znajduje się on obecnie w przed- 
sionku katedry, gdzie każdy się może o podobieństwie i toż- 
samości malowidła przekonać. Miałżeby i on także być przez 



') (Str. 29) „bez .. uciekania się do malej stosownych powieści"... 
Wiadomość o cudownych Obrazach Pana Jezusa i H. P. Maryi w mieście 
Wilnie 1863, 9tr. 8. 



— 81 — 

Olgierda zabranym? Dostateczne zbadanie tego jednego 
faktu powinnoby rozstrzygnąćkwestyę, najważniejszy jednak 
rezultat daje rozpatrzenie Ostrobramskiego Obrazu. 

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wizerunek ten 
Matki Najświętszej znikąd tu nie był przewożonym, czy prze- 
noszonym, lecz wprost go w tym celu niewiadomy malował 
artysta, aby na Ostrej bramie umieścić. Pozostawał więc on 
zawsze od początku swojego istnienia na tern samem miejscu, 
co i dzisiaj *). Tem tylko dadzą się wyjaśnić niebywałe roz- 
miary rzeczonego Obrazu, który przedstawia Najświętszą 
Pannę więcej, niż naturalnej wielkości „twarzy ogromnej," 
jak mówi Hilaryon. Skąd też najdoskonalej odpowiada wiel- 
kości form, zrobionych na bramie, z których południowa 
dotychczas jest widoczną w pierwotnym swoim stanie, po- 
nieważ oczywiście artysta do rozmiarów ich dzieło swoje sto- 
sować musiał. Kolory też tu użyte na ogół są pospolite, tak 
zwane ziemne. Obraz Ostrobramski malowany jest olejno 
pędzlami szerścianemi na deskach dębowych, calowych, 
umiejętnie i swobodnie; artysta albo zupełnie nie dał gruntu, 
albo też malował na bardzo lekkiej i cienko zagruntowanej 
powłoce, tak, że fladry drzewne gdzieniegdzie widoczne są 
przez farby. Byłoby to niemożliwem przy greckim sposobie 
malowania białkiem na gruncie z gipsu lub wosku. Analiza 
farb użytych daje nam pewne dane do określenia czasu ma- 
lowania obrazu, przynajmniej termmus a quo. Tak znajduje- 
my tu paloną terra de sienne, berliner Mau i minię, która 
służy tu do barwy czerwonej, a wszystkie trzy farby nieznane 
jeszcze w XIV w. Dalej obraz, jak już wspomnieliśmy, ma- 
lowany olejno, co pierwszy raz wprowadził do szkoły fla- 
mandzkiej Van Dyck (1368—1426). Tak więc Obraz Ostro- 
bramski żadną miarą nie może być greckiego pochodzenia. 

Nie będziemy już więcej wchodzili w szczegóły, odsyła- 
jąc ciekawych do dziełka Bielińskiej, gdzie dokładny opis 



') „Ale tylko na tem samem, na ktrtrem 1 teraz jest mie, 
i by! nieco wpuszczonym"... Rrtaci/a str. IS. 



obrazu i kaplicy znaleźć mogą 1 ). Zwrócimy jednak uwagę 
na niektóro tytko cechy charakterystyczne, różniące obraz 
Ostrobramski od greckich Najśw. Maryi Panny wizerunków. 
A najprzód w ostatnich jest nirabua pewnej stałej, niezmien- 
nej formy; w Ostrobramskim — gloria zupełnie inna, złocistemi 
promieniami nad głową zakończona. Jest to różnica zasadni- 
cza, nadzwyczaj ważna. Dalej tlo w greckich jest zawsze 
złociste, tutaj — brunatne; malowane przytera prawie zawsze 
na deskach cyprysowych gruntowanych, nasz na dębowych, 
podobno woale niegruntowanyoh. I wileński obraz tak zwany 
Odigitryi, przywieziony przez królową Helenę, jest też malo- 
wany na deskach cyprysowych. Dalej, w greckich obrazach 
Najśw. Marya Panna przedstawiona jest zawsze z Dzieciąt- 
kiem Jezus (Qeotovo;) — wyjątki tu niesłychanie rzadkie — 
w Ostrobramskim jako dziewica. Tak więc i pod względem 
wyboru rzeczy i odrobienia technicznego obraz ma wszystkie 
cechy stylu późniejszego i charakteru zachodniego. Musiał 
być namalowanym dopiero w połowie XVI-go wieku, czyli 
w epoce porafaelowskiej. Nie można więc odnosić pochodze- 
nia obrazu do 1508 r., to jest do czasu ostatecznego wykoń- 
czenia bramy Ostrej za Zygmunta Starego, jak to czynią 
niektórzy. Krótki żywot i działalność Rafaela przypada na 
lata 1473 — 1520, w którym to roku mistrz żyoie zakończył, 
a nasz obraz mógł powstać dopiero znacznie później, bo nosi 
wszystkie cechy epoki porafaelowskiej*). 

A więo nie przywieziony do Wilna w XIV wieku, ale 
namalowany dopiero w XVI-tym, oto rezultat, jaki otrzymu- 
jemy ze zbadania samego obrazu, który niewątpliwie sam 
o sobie świadczy najlepiej. 

I jeszcze jedna mała uwaga codo notatki księdza fco- 
dziaty. Zdaniem jego, Najśw. Marya Panna wyobrażona jest 



•) Kitka stów o obrati* i kaptiey NajSw. Panny 0»trobranuki«j 
w Wilnie. Kraków, 1892, str. 7-8 i 11, 

') Taki pogląd wypowiedziany już został w artykule zamieszczonym 
w wydawnictwie „Tpyju jeBaiaro apxeoiora«eo>aro oifiaja." Modem 187fl t 
to*'f. II, dtd. 213-214. Szkoda, ze radakcya opatrzyła go niestosownym 
dopiskiem. 



na odrazie „w postawie jak gdyby miała na obliczu posłańca 
archanioła Gabryela"; czy słusznie? Kwestya to zresztą pod- 
rzędnej wagi i każdy może sądzie, jak mu się podoba. Jednak 
czy niefortunny raduński dziekan i w tern się nie myli? 

Jeżeli rzeczywiście obraz malowany był w tym celu, 
aby wisiał w bramie w tern miejscu, gdzie go i dziś podziwia- 
my, to nie można nie powinszować nieznanemu artyście tej 
piaknej myśli, jaką w swem dziele wyraził. Najśw. Marya 
Panna, twarzą obrócona ku miastu, ma głowę nieco pochylo- 
ną, „z rgkami przy piersiach na krzyż złożonemi, jakoby grze- 
sznika przyjmującemi i przytulaj ąeemi, do jej udającego się 
opieki" '}. Nie wiem, czy można znaleźć odpowiedniejszy, 
tytuł dla Ostrobramskiego obrazu nad ten, który i dziś na 
kaplicy złotemi jaśnieje głoskami: Mater misericordiae. Matka 
miłosierdzia. Bardzo też stosownym wydaje mi się napis na 
starożytnej rycinie, wyobrażającej nasz obraz — Mater amabi- 
lis, Matka najmilsza. Dlaczegóż jednak pewna grupa pisa- 
rzów tak uporczywie trzyma się zdania ks. Łodziaty, że ko- 
koniecznie ma tu Najśw. Marya Panna być" wyrażoną w chwili 
Zwiastowania? Czyż nawet i w takiej rzeczy nie możemy 
kusić się o oryginalność, nie szukając wętpliwych autoryte- 
tów? A jeżeli już nieodzownie nasz obraz ma przedstawiać* 
jakąś scenę z życia Najśw. Panny, to czyż równem prawem 
nie możemy przypuszczać, że jest to wizerunek Matki Bożej, 
stojącej pod krzyżem, albo też w chwili zesłania Ducha Św.? 

Na tem kończymy uwagi nad notatką Łodziaty. Prze- 
chodzimy teraz do rozpatrzenia Relacyi O. Hilaryona, która 
jest faktycznie jedynem, acz bardzo skromnem źródłem do 
dziejów naszego Obrazu. 

II. 

„Relacya" znana nam jest pospolicie z drugiego jej wy- 
dania 1823 r., sporządzonego przez O. Hieronima a Sancto 
Raimundo, definitora prowincyi Litewskiej, zakonu karmeli- 
tów. Niewielka ta książeczka, napisana w 17til roku przez 



— 84 - 

O. Hilaryona od świętego Grzegorza, karmelitę, który też 
w swoim czasie był definitorem, zawiera w krótkości z po- 
czątku historyę Obrazu, a raczej kaplicy Ostrobramskiej od 
końca XVII wieku; następnie poczet cudów, kończący się na 
1761 roku, dalej idą różne pieśni nabożne ku czci Najśw. 
Maryi Panny, sposób jej dobrze służenia, nakoniec dodana 
jest wiadomość o pobożnem stowarzyszeniu, zimnem pod na- 
zwą uczestnictwa albo jedności duchownej, które miało miej- 
sce przy kościele św. Teresy w Wilnie. 

Książeczka, pisana poprostu, bezpretensyonalnie, jedy- 
nie większą cześć Najśw. Maryi Panny mająca na względzie, 
absolutnie w informacyach swoich zasługuje na wiarę. Głó- 
wne źródło przy jej ułożeniu stanowiły zakonne konwenta 
O.O. Karmelitów Bosych, osobliwie zaś Historya O. Hilarego 
od S. Tyburcego, sporządzona w roku 1707, wraz z jej kontynu- 
acyą, kończącą się, jak wnosić można, około roku 1720. Ne. 
paru stronkach cytuje ją nasz Hilaryon aż trzy razy z ozna- 
czeniem nawet karty, na której podana wiadomość się znaj- 
duje. Na czele dzieła O. Hilarego, które, niestety, zaginęło, 
jak widać, był umieszczony Inwentarz Ostrej Bramy, spo- 
rządzony R. P. 1706 dnia 12 kwietnia. 

Czego O. Hilaryon nie mógł się dowiedzieć, jak np. o po- 
chodzeniu obrazu Ostrobramskiego, do tego szczerze się przy- 
znaje, nie puszczając się na niewczesne domysły. Pisana 
w 1761 r., Relacya opiera się we'wszystkiem na pomienionej 
historyi O. Hilarego 1707 r., a więc, ponieważ mówi tyłko 
o wydarzeniach blizkich tej dacie, możemy ją uważać, jako 
zeznanie prawdomównego i niemal naocznego świadka, na 
słowach którego możemy się bezwarunkowo i bezpiecznie 
fundować. 

Pewna grupa pisarzów zupełnie ignoruje pierwsze wy- 
danie Relacyi 1761 r., łącząc niesłusznie drugie 1823 r. z jakie- 
miś politycznemi kombinacyami. Dlatego prawdziwą jest za- 
sługą O. Wacława kap., że wyszukał wzmiankę o pierwotnem 
wydaniu uczonego Załuskiego, biskupa kyowskiego (f 1779), 
który, mówiąc o cudownych obrazach w Wilnie, tak pisze: 

Trzeci nad Ostrowidzką jest Bramą; 



— 86 - 

ten obraz 

Pod strażą karmelitów bosych, opisał go 

Hilarius a Sancto Tiburtio, ale 

Zwinął się gdzieś Rękopism, więc 
przed siedmiu laty 

Wydali Relacyę cii Maryi słudzy. 

W odsyłaczu tamże dodano, że Relacya wydana in 12-mo 
w Wilnie 1761 r. «) 

My jesteśmy w szczęśliwszem położeniu. Oto mieliśmy 
w ręku i dokładnie mogliśmy rozpatrzeć owo pierwsze wyda- 
nie Relacji 1761 r. Rzadka ta nad wyraz książeczka jest 
własnością pewnego mieszczanina wileńskiego. 

Egzemplarz, który widzieliśmy, niestety, nie jest kom- 
pletnym: brak w nim karty tytułowej i następnych dwóch 
(kart trzy), następnie od str. 1 1 — 16, także kart trzy i ostatniej 
nieliczbowanej, czyli wszystkiego kart siedmiu. Zresztą egzem- 
plarz dobrze zachowany; w dwóch miejscach na środku nosi 
stempel drukowanemi wielkiemi literami farby czerwonej 
własność 
Pann (sio) Katarzyny 

Edycya ta liczy stron 188 wielkiego druku, na końcu 
2 karty nieliczbowane, czyli razem 192 stronice. Format zna 
cznie mniejszy, niż w drugiem wydaniu, bo in 16-o. U dołu 
arkusze znaczone literami porządkowemi na każdych pierw- 
szych pięciu kartach, tak np. arkusz drugi jest oznaczony: 
B, B 2 , B,, B, i Bg. Ostatnią literą jest M, czyli obejmuje arku- 
szy 12, Wierszy na stronicy w tekście 22. 

Drugie wydanie 1823 r. (B) stanowi wierny przedruk 
pierwszego (A), wszakże dostrzegliśmy różnice, oto są: 

Aprobaty dyecezyalna i zakonna pomieszczone są w A 
na końcu książeczki, w B na początku zaraz za kartą tytu- 
łową. 



') W dziele p t. Miejsca wslatciont. cudami Obrazów Matki Boskiej, 
wydanera przez I.. Rogalskiego, w książce Pamiątka katolicka, Warszawa 
1856, str. 283. 



W B, po wyliczeniu cudów, znajduje się cały ustęp, któ- 
rego niema w A. Jest on pióra O. Hieronima, który przedruk 
sporządził, i zaczyna się od słów: „że zaś nie wtedy tylko..." 
do końca rozdziału (str. 28 — 29). Wiadomości o uczestnictwie 
duchowem, dołączonej w B na końcu dzielkaj w A niema 
wcale. 

W A znajdujemy natomiast dwie legendy, które są 
opuszczone w B. Ze względu na niesłychaną rzadkość pierw- 
szej edycyi, pozwalamy sobie przytoczyć" je tu w całości. 
Obie drukowane są kursywą. 

Pierwsza z nich następuje zaraz po tytule: korouka dwu- 
nastu gwiazd nazwana ze dwunastu Pozdrowienia Anielskiego 
złożona. Oto jej brzmienie: 

„O tej koronie w Zwierciadle Przykładów taki prayklad 
znajduje się. Trzech Mężów w niejaką się wybrali drogę, 
a wszedłszy w puszczę dwóch z nich, chcąc prędzej pośpie- 
szyć, zbłądzili z drogi, gdzie tułając się na złośliwych zbójców, 
napadli, od których odarci są pozabijani. Trzeci z nioh, który 
tę koronkę zwykł był mawiać codziennie, powolnym postę- 
pując krokiem, mniej o niebezpieczeństwie wiedzący, zwy- 
czajne do Matki Boskiej Nabożeństwo odmawiał, którego 
złoczyńcę postrzegłszy, cieszą się z nowego łupu, tern bar- 
dziej, że podróżnego z trzema niewiastami bardzo świetnemi 
jadącego widzieli. Gdy tedy na niewinnego człowieka zło- 
śliwe czynią zasadzki i chciwem nań poglądają okiem, widzą 
towarzyszek jego, że były nad ludzi. Niebieską bowiem 
wszystkie z nich były otoczone światłością 'jedna jednak 
z nich najjaśniejsza) które, róże z ust podróżnego człowieka 
wychodzące zbierając, wieniec uwijały. Były zaś Najświętsza 
Mary a Panna, święta Katarzyna i święta Łucya, do których 
pobożny Człowiek osobliwe miał nabożeństwo. Z ust zaś 
Podróżnego na każde Ojcze nasz czerwona, a na każde Po- 
zdrowienie Anielskie biała wychodziła Róża, które na rozkaz 
Najświętszej Maryi Panny święta Katarzyna zbierając, świę- 
tej Łucyi podawała, Lucya zaś święta, one na złoty cyrkuł 
srebrną nicią przywiązywała. Po skończonej koronce Naj- 
świętsza Mary a Panna ten wieniec na głowę Podróżnego wio- 



żyta, sama zaś do Nieba z Towarzyszkami wstąpiła. Zadzi- 
wieni takiem widzeniem łotrzy, przypadną do niego zbliżają- 
cego się, ciekawie się pytając- Coby to były za jedne Nie- 
wiasty, które onemu w podróży Towarzyszkami były. Odpo- 
wie podróżny: iż żadnej na oczy swoje nie widział, ale 
tyłko Matki Najświętszej koronkę według swego zwyczaju 
mówił. Opowiedzieli mu tedy, co widzieli, i wszyscy Matki 
Boskiej łaskę i opiekę uznali. Skąd łotrzy złość swoją a po- 
dróżny świat porzuciwszy, Bogu i Matce Jego Najświętszej 
pilnie służyć poczęli. In additamento specul. Exempl. n 
(str. 98—101). 

Druga legenda mieści się po Akcie litości nad boleściami 
Najśw. Maryi Panny. 

„Author Discipulus nazwany pisze o cudach Matki Prze- 
najświętszej. Pewny z Ojców Świętych w zachwyceniu bę- 
dący słyszał Chrystusa Pana pytającego się u Matki swojej, 
Matki miłosierdzia, Najświętszej Maryi Panny, któreby były 
Jej boleści z innych największe, na co odpowiedziała Naj- 
świętsza Marya Panna, że było pięcioro: Pierwsza, gdy Sy- 
meon o Twojem zabiciu prorokował. Druga, gdym Cię przez 
dni trzy w Jeruzalem zgubionego z wielkim szukała frasun- 
kiem. Trzecia, gdym o pojmaniu i związaniu Twojem słyszała. 
Czwarta, gdym na krzyżu wiszącego widziała. Piąta, kiedym 
Cię zdjętego z krzyża do grobu włożonego widziała. Do któ- 
rej rzekł Chrystus: ktokolwiek tedy mię przez pierwszą Twą 
boleść mówiąc Ojcze nasz i Zdrowaś Marya pozdrowi, dam 
mu poznanie grzechów i skruchę. Kto przez drurą boleść 
podobnym pozdrowi sposobem, dam mu wszystkich jego od- 
puszczenie grzechów. Kto przez trzecie, dam mu cnoty przez 
grzech stracone. Kto przez czwarte, dam mu dar laski i na- 
karmię go przed śmiercią Ciałem majem, kto przez piątą, po- 
każę się mu przy śmierci i przyjmę go do żywota wiecznego." 
(str. 120-122). 

Nareszcie należy zanotować niektóre osobliwości piso- 
wni, użytej w książeczce. Mianowicie: 1) długie s; 2) a po- 
chylone w wyrazach: na wieki, za syna, M<Hki i t. p. 3) nie- 
kiedy etn w mniejscu ą, np. głemboko. 



Taką jest Relacya O. Hilary ona; jakie? zawiera szczegó- 
ły, jakie wiadomości podaje nam o Obrazie? Niestety, bardzo 
szczupłe; ponieważ jednak jedyne źródło dla nas stanowi, 
musimy dobrze wziąść ją na uwagę. 



Charakterystycznem jest, że o najważniejszej rzeczy do- 
wiadujemy się nie z treści samej Relacyi, ale z jej przydługie- 
go tytułu. Za takową uważamy informacyę, jako obraz „na 
Ostrej Bramie przy kościele WW. 00. Bosych Zakonu Braci 
Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmelu pierwszej Obser- 
wancy, w onyehże Posesyi od lat 93 będący, nieustannemi sły- 
nie cudami". Ponieważ Relacya pisana była w 1761 r. i na tym- 
że roku poczet cudów wyliczonych się kończy, wypada zatem, 
że karmelici weszli we władanie obrazem w 1688 roku. Jest 
to wskazówka nadzwyczaj ważna. 

Zachodzi teraz pytanie, jakiż byl los obrazu uprzednio, 
czyją stanowił własność i kto się nim opiekował? Na szczęście 
i na to możemy na mocy Relacyi odpowiedzieć. Na końcu 
stronicy trzeciej czytamy: „a lubo nie mieli należytego spo- 
sobu (karmelici) ten to Karmelu zaszczyt i ozdobę (Obraz 
Ostrobramski) Jbo na ozdobniejszem lokować miejscu, ile nie 
mając o nim od Miasta powierzonego starania, albo też same 
miejsce doskonale przyozdobić..." A zatem miasto po- 
wierzyło karmelitom staranie o obrazie, i nie do kogo 
innego, jak do miasta, musiał należeć obraz, na bramie 
miejskiej wiszący. Jest to świadectwo wielkiej wagi. Wątpić 
o prawdziwości jego ani na chwilę nie można: widzimy, że 
Hilaryon wspomina o tern mimochodem, przypadkiem, jak to 
mówią wygadał się, a więc szczerze, bez celu żadnego. Tern 
się więc objaśnia, dlaczego pod iundacyą konwentu karmeli- 
tów (1626), „obraz zupełnej czci i powinnego uszanowania nie 
miał," jak świadczy Relacya; nie miał, bo do zarządu miej- 
skiego należał i nikt się nim właściwie nie opiekował. Tym 
sposobem raz na zawsze powinno upaść to na niczem oparte 
twierdzenie niektórych, że miał być spór jakowyś i głośny 



proces Bazylianów od iw. Trójcy z karmelitami o ten św. 
Obraz. I dziwne zaiste, głośny ten spór, jak mówią, miał być 
dopiero w naszym XIX. w. rozstrzygniętym i to w Rzymie, 
a tymczasem nietylko najlichszego dokumentu, ale tradycyi 
nawet po nim nie zostało! Więc myli się, pan Sokołów, dowo- 
dząc, że bez żadnej prawnej zasady obraz przeszedł na wła- 
sność 00. Karmelitów '). Przeciwnie, zasługą ich jest to, że 
na zapomniany na bramie miejskiej obraz pierwsi zwrócili 
uwagę i prawo opieki nad nim uzyskali. 

Ten więc ze zbadania Relacyi acz szczupły, lecz donio- 
sły i niezawodny otrzymujemy rezultat: w 1668 r. miasto zle- 
ciło Karmelitom mieć pieczą o Ostrobramskim obrazie. Tym spo- 
sobem przeszedł w ich faktyczne władanie*). W tym samym 
roku staraniem 0. Karola od Świętego Ducha obraz przenie- 
siony został do kościoła św. Teresy (po raz pierwszy) i umiesz- 
czony tymczasowo w kaplicy po prawej stronie wielkiego 
ołtarza 8 ). Trzy lata przeszło, zanim z publicznych składek 
postawioną została przy Ostrej Bramie drewniana, ale ozdo- 
bna kaplica, dokąd bardzo solennie obraz został przeniesio- 
nym (1671). Przez czas krótki znowu byl obraz w kościele 
w 1706 r., po pożarze, który nawiedził miasto d. 18 maja; w 1715 
roku po raz trzeci*) wniesiono obraz do kościoła, gdzie przez 
kilka lat pozostawał, zanim na miejsce zapalonej wówczas 
drewnianej kaplicy, dzieła 0. Karola, nie zmurowano nowej, 
którą i dziś widzimy. 



ij OcTpoopaucaaa Hioua str. 5C. 

>> Tym sposobem odrzucić musimy, co 0. Wacław kap. pisze 
o sprawieniu sukienki dla Obrazu Ostrobramskiego 1654 r. staraniem 
0. I.aurentego.— cudownym obrazie iV. Maryi P. Ostrobramskiej. Kraków 
1X95 i 1897, str. 18 I 22. — Wiadomość ta, acz z kroniki narmelitanek za- 
czerpnięta, nie może się stosować do obrazu Ostrobramskiego, ponieważ 
według Relacyi wówczas jeszcze do Karmelitów nie należał, ale wisiał, 
na bramie. Musi tu być mowa o jakimś innym nieznanym nam obrazie. 

*J W Relacyi daty niema, powiedziano tylko „najprzód". Nie ulega 
wątpliwości, że stało się to zaraz po uzyskaniu przyzwolenia od miasta. 

*> W Relacyi powiedziano .powtórnie". Oczywiście Hilaryon nie 
bierze tu w rachubę przeniesienia obrazu 1668 r. „najprzód" mając na 
uwadze tylko powtórny pożar. 



— 90 — 

Oto jest skromna garstka niezawodnych o Ostrobram- 
skim obrazie faktów; nad to nic więcej Relaoya nie mówi 
, i my fnadto nic więcej nie wiemy. Odrzucie' przez to samo 
musimy całą fan taśm agory c, którą około obrazu niezgrabnie 
później osnuto, a czynimy to w imię czystej nauki, której do 
.żadnych ubocznych celów nadużywać nie wolno, jak nie wolno 
podawać* jakichś faktów rzekomo historycznych, nie przy ta - 
•czając na to pewnych dowodów. Analiza wszystkich o Ostro- 
bramie mniemań zbyt dalekoby nas zaprowadziła i zbyt roz- 
szerzyła rozmiary niniejszej skromnej rozprawki, — musimy 
jednak jeszcze zatrzymać na krótko uwagę czytelnika na 
dwóch podaniach, odnoszących się do XVII w., a więc do 
czasów dobrze już znanych. 

Opowiada metropolita Makary, że w r. 1609, za 
■czasów Hipazego Pocieja, protopop Żoszkowski, obawiając 
się, aby cerkwi prawosławnych w Wilnie nie oddano unitom, 
począł zbierać i chować do swojej cerkwi Św. Mikołaja na 
Wielkiej ulicy kosztowności innych cerkwi wileńskich; mię- 
dzy innemi miał się tam znajdować i Obraz Ostrobramski. 
Zwrotu onego odmówić miał nawet burmistrzom (?), któnsy 
zażądali wydania obrazu pod pozorem, że sam król Zygmunt 
z królową i królewiczem Władysławem chciał się przed nim 
pomodlić w monaslerze św. Trójcy (oddanym unitom 16 listo- 
pada 1605 r. '). Ostatnie wyrazy rozstrzygają kwetyę. Nie 
mógł to być obraz Ostrobramski, ponieważ takowy nigdy nie 
znajdował się w pomienionym monasterze, a jak wiemy 
z Relacyi w zaniedbaniu wisiał podówczas na miejskiej bra- 
mie. Nie przeczymy wcale, że przezorny Żoszkowski ściągał, 
jakie mógł, kosztowności do swojej cerkwi, przyznajemy mu 
w tem nawet słuszność, — ale zachodzi pytanie, dlaczego, co 
za interes miałby zabierać do siebie wielki i ciężki obraz, 
który wisiał sobie na bramie miejskiej, a czegoby się ukryć 
w żaden sposób nie dało. Czyż się obawiał, aby nie tylko 



'i Hnrpon. Maitapifl. ,.IIcT0iia Fj-ccuott hcpkmi" tomi X, CnC. 1881 
str. 385. 



- 91 — 

cerkwie, ale nawet bramy miejskie nie zostały powierzone 
unitom? Jest to nielogiczne i niemożliwe, bo bramy mogły 
tylko należeć do miasta. 

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, ze mowa tu o innym 
obrazie Najśw. Maryi Panny, znanym pod nazwą Odigitryi. 
który Iwan III podarował córce swojej Helenie, a który do 
dziś dnia znajduje się w cerkwi św. Trójcy. Obraz ten, 
w owym czasie powszechnie uważany za dzieło św. Łukasza, 
był w nieslychanem poszanowaniu i czci jak. w Moskwie, tak 
i w Wilnie. Opowiada współczesny Kujalowicz 1 ), że w roku 
1669, kiedy chodziło o zawarcie wieczystego pokoju między 
Rosyą a Litwą, ten też warunek pierwsza dołożyła, aby 
w mowie będący obraz Rosyi był wróconym, ofiarując zań 50 
szlachty niewolników; warunku tego nie przyjęto. Możemy 
brać stąd miarę, jaką wagę przywiązywano wówczas do tego 
obrazu. A zatem protopop Żoszkowski bardzo roztropnie so- 
bie poradził, zawczasu ten skarb zabierając. Więc skądże ta 
wersya, że miał to być obraz Ostrobramski? Nie wiemy, 
skąd metropolita Makary tę swoją wiadomość zaczerpnął, bo 
źródła nie cytuje; ale oczywiście padł tu ofiarą jakiegoś nie- 
porozumienia. Zdaje się też, że i sam nie byl pewnym tego, 
co pisze. Że to miał być obraz Ostrobramski raz tylko i to 
głucho jakoś wspomina, a dalej mówi tylko ogólnie, że to był 
obraz cudowny. Wiemy już, że Ostrobramski wówczas za 
takowy jeszcze nie uchodził, a dowodzi tego najlepiej sam 
Kozłowski*;. 

Wielką czcią i rozgłosem, jakim się cieszył wówczas 
obraz Odigitryi, objaśnić da się jeszcze inne wydarzenie, które 
znowu niesłusznie stosują do Ostrobramskiej. Pisze pan 
Sokołów 3 ), że kiedy Wilno w 1655 r. zajgtem zostało przez 
wojska rosyjskie, wówczas karmelici zawczasu wywieźli 



') Miscclanea rerum ad statum ecclesiasticum M. D. Llthuaniae 
pertinentlum. Yilnae 1660, str. 15. Obacz tez Stebelskl Ig. „Dwa wielkie 
światła na horyzoncie Potockim*. Wilno 1771. Tom I, str. 111. 

*,i „Hcropifi n*onu OcTpoGpaacKoH". Mockbs 1898, str. 10—11. 

*> „OcTpoBopoiHai Hrobs", str. 55 — 56 h 3—12. 



obraz Ostrobramski z obawy, zęby go im nie zabrano. Doko- 
nać miał tego niejaki Jerzy Seledczyk, mieszczanin, który 
zawiózł go aż do Królewca do Prus i tam miał go dać do 
przechowania mnichom unickim, mieszkającym w tym kraju, 
„po różnych miastach i powiatach". Sam car AIexy Michaj- 
łowicz pisał do wojewody Szachowskiego, aby odszukał cu- 
downy obraz, wskutek czego wyprawieni zostali posłowie 
do Prus, ale tam nigdzie „ani w cerkwiach, ani po dworach" 
znaleźć nie mogli. 

Uderza nas w tern opowiadaniu brak najmniejszej kry- 
tyki. Najprzód karmelici nie mogli wywozie obrazu, który 
wcale do nich nie należał jeszcze, a potem jaką obawę mieć 
i mogli o obraz, wiszący sobie na bramie? Czyż zwycięskie 
wojska rosyjskie chrześcijańskiemi nie były? I pocóż miały 
obraz zabierać? Dalej dlaczego mieli go wywozić do- Kró- 
lewca, do Prus, kiedy wszelkie kosztowności kościelne prze- 
wieziono w g!ąb kraju, do obronnej Częstochowy? Nareszcie 
jakich to czerńców unickich znalazł autor w Królewcu, kie- 
dy tam wcale unitów nie było, „ani po miastach, ani po po- 
wiatach"? A jakimże to sposobem posłowie Szachowskiego 
mogli za granicą, w kraju zupełnie obcym, robić swobodnie 
poszukiwania po cerkwiach (których nie było) i dworach? 
(jakich?). 

Rzecz się miała zupełnie inaczej. Nie karmelici, ale 
mnisi Św. Trójcy przy pomocy burmistza wileńskiego, Je- 
rzego Pawłowicza, ukryli obraz nie Ostrobramski, ale Odi- 
gitryi, w jednym ze swoich więcej odległych unickich właśnie 
klasztorów. Że obawy ich były uzasadnione, w tern niema 
nic dziwnego; wszak mógł zabrać obraz zwycięzca, kiedy, jak 
tylko co widzieliśmy, nie chciano go zwrócić drogą pokojową. 
Jakoż Szachowski poszukiwał go w kraju, w którym gospo- 
darował, choć i napróżno, ale bynajmniej nie w Prusach. 

Jednocześnie mnisi Św. Trójcy, bazylianie, ukryli re- 
likwie pierwszych trzech męczenników wileńskich, którzy 
uprzednio spoczywali w ich cerkwi. 

Tu miejsce raz jeszcze stwierdzić prawdziwość Relacyi 
Hilaryona, że do 1668 r. obraz Ostrobramski nie tylko nie 



uchodził za cudowny, ale byl zupełnie nieznany i w zaniedba- 
niu wisiał na bramie. Oto uczony Wojciech Kojałowicz we 
wspomnianem już dziele ') (wyszło w r. 1660), wyliczając 
miejsca, w W. Księstwie Litewskiem łaskami cudów wsławio- 
ne, wcale nie zna obrazu Ostrobramskiego. Jest to okoli- 
czność niesłychanie ważna. Gzy można przypuścić*, aby czło- 
wiek tej miary mógł o nim nie wiedzieć, albo w dziele swojem 
przez zapomnienie pominąć? 

To też gdy w 1661 r. Wilno po wojnie i morowej zarazie 
zaczęło znowu się podnosić, sprowadzono z Trok tamtejszy 
obraz N. Maryi Panny, łaskami słynący, dła odprawienia 
przed nim publicznych modłów. I obraz ten pozostawał 
w stołecznem mieście przez lat cztery, co z pewnością nie 
miałoby miejsca, gdyby już znaną była i czczoną Ostrobrama, 
która wszak zupełnie dzisiaj Troki zaćmiła. Pomijając inne 
dzieła XVII wieku, z których podobne możnaby wysnuć 
wnioski, wspomnijmy jeszcze o piśmie O. Jacka Pruszcza 
(f 1668) p. t. Morze laski Bożej 2 }, zawierającem ciekawe wia- 
domości o wszystkich w onym czasie znanych obrazach cu- 
downych Najśw. Maryi Panny, znajdujących się jak w Polsce, 
tak i w Litwie. Tylko o Ostrobramskim najmniejszej nawet 
niema wzmianki! Zaiste wymowne milczenie. 

Na zakończenie niech nam wolno będzie co do pocho- 
dzenia obrazu postawić swoje przypuszczenie. Musimy się 
liczyć z tym faktem, że mamy jeszcze drugi obraz Zbawiciela 
tego samego pędzla, a nawet i wielkości, co i Ostrobramski, 
o ozem było wyżej. Ponieważ zaś na południowej stronie 
bramy zachowała się dotychczas pusta framuga o rozmiarach, 
zupełnie obrazowi temu odpowiadających, należałoby przy- 
puszczać, że ongi tam się znajdował. Zachodzi tu jednak 
trudność: oto framuga zakończona jest u góry łukowato, 
obraz zaś jest prostokątnym. Drobna ta na pozór okoliczność 



'I Loc clt. 

*l Kraków 1061. Drugie wydanie (przedruki wyszło dopiero w 1740 r. 
Nawet Kozłowski uważa Pruszcza za pisarza bardzo kompetentnego, choć 
popełnia błąd nie do darowania, mówiąc, że pisał w XVIII wieku. 



- It4 - 

rzuca światło i na to, że, jak już mówiliśmy, z początku, t. j. 
od r. 1608 (epoki ostatecznego wykończenia bramy w tej for- 
mie, jaką i dziś zachowuje) nie te dwa, t. j. Zbawiciela i Ostro- 
bramski, ale inne jakieś musiały się we framugach znajdować* 
wizerunki o formie łukowatej, albo co najprawdopodo- 
bniej były tam freski. Gdy juz nieco zbladły, straciły na 
świeżości, pobożny pan jakiś umyślił zastąpić* je obrazami 
i w tym celu kazał je namalować': jeden Zbawiciela, drugi, od 
strony miasta, N. Maryi Panny. Było to najwcześniej gdzieś 
w polowie XVI wieku, lecz zapewne nieco później, ponieważ, 
jak już widzieliśmy, oba obrazy noszą wyraźne cechy epoki 
porafaelowskiej '). 

Artysta zrobił je formy prostokątnej na dębowych de- 
skach; były one „nieco do muru wpuszczone s ), tak jednak, że 
z łatwością mogły się wyjmować" 3 }, i opatrzone „okienicanai 
czyli drzwiczkami nie w zupełny kwadrat zrobionemi, od śnie- 
żnych i dżdżystych nawałnośeizakrywającemi." Przy obrazie 
N. Maryi Panny, jako znajdującym się od strony miasta, 
urządzony „był ganeczek bardzo szczupły, na który gradusy 
proste i ciasne, ledwie tylko nabożnym ludziom do zapalenia 
(jeśli kto ofiarowali lampy wstęp czyniły."*) Nad obrazami 
pozostały próżne miejsca, łukowato u góry zakończone, w któ- 
rych, być może, dawniejsze jeszcze freski pozostały ("być 
mogło np. wyobrażenie Opatrzności Boskiej lub Ducha św. 
Dopiero w drugiej połowie XVII wieku Karmelici poznali się 
na ich przedziwnej piękności. Dalsze dzieje są już wiadome. 
W 1671 r. stanęła od strony miała kaplica, obraz zaś Zbawi- 
ciela musiał być zdjętym zupełnie, aby nie uległ zepsuciu, 



'} 0. Wacław kap, upatruje podobieństwo obrazu Ostrobramskiego 
do wizerunku N. Maryi P., znajdującego ,siq w kopii rękopisu Mikołaja 
I.anckorońskiego o obrazie Częstochowskim, dedykowanego Zygmuntowi f. 
Z postrzelenia tego, wobec malej wartości artystyczne] wizerunku, nie 
umiemy wyprowadzić żadnego wniosku. 

'j Kelacya sr. 3 

>) Uczyniono to np, w czasie pożaru 1706 r 

*» Loc. cit 



- 96 — 

i umieszczonym gdzieś w klasztorze. W ostatnich czasach 
przed kasatą wisiał on na końcu korytarza przed mieszkaniem 
00. Przeorów'). Po 1715 r., kiedy pobudowaną została na 
nowo kaplica, obraz N. Maryi Panny wmurowany został na- 
głuoho i wtedy zapewne i ślady łuku, który się znajdował od 
dawnej framugi, zniknęły. 

Skończyliśmy. Nie więcej, jak piętnaście lat temu, obok 
ruin starożytnej Pompei, zasłynął cudami obraz N. Maryi 
Panny. Stało się to w naszych oczach prawie. Tysiące piel- 
grzymów udają się tara rokrocznie, — tymczasem, rzecz nie do 
uwierzenia, nic o pochodzeniu obrazu, takiej nabierającego 
sławy, nie wiemy. I cóż dziwnego, że o Ostrobramskim tak 
mało powiedzieć możemy? Najśw. Marya Panna, jak ongi 
w Nazarecie, pędziła cichy żywot w ukryciu przed światem, 
tak i dziś wizerunki swoje, pełne szczególnej łaski, jak gdyby 
osłaniać* chciała mgłą tajemniczości. Nie możemy wszystkie- 
go rozumem dochodzić, są granice, na których kończy się 
nauka. 

Antoni Vysłouch. 



K.8. Rolewicz, WiadomoiŁ o cudownych obrotach, str. ! 



Ze skarbeów kościołów 

WILEŃSKICH i TROCKICH. 



Dla miłośników archeologii kościelnej prastara Katedra 
Wileńska, licząca cały poważny szereg swych dzicjopisów, 
zawsze przedstawia wdzięczne do studyów pole, ponieważ 
dziś jeszcze niewątpliwie pierwaze w dyecezyi zajmuje miej- 
sce, pod względem liczby starożytnych zabytków. Wiadomo, 
że skarbiec jej był niegdyś nader bogaty i jeszcze pod koniec 
XVI wieku zawierał 230 samych złotych i srebrnych naczyń 
lub sprzętów. Obecnie, zdziesiątkowany i niemający nawet 
dokładnie opracowanego inwentarza, przykuwa atoli do sie- 
bie uwagę nawet uczonych cudzoziemców; tembardziej więc 
mamy się poczuwać do obowiązku bliższego zapoznania się 
z kilku chociażby naj cieką wszemi dla archeologa zabytkami' 
W wieku XIV, na Zachodzie, urządzanie dużych relikwiarzy, 
dla przechowywania szczątków świętych, zaczęło powoli wy- 
chodzić już z użycia, ponieważ same relikwie wciąż się roz- 
drabniały na cząstki, o posiadania których dobijały się nietyl- 
ko świątynie, lecz i najmożniejsze osoby. Powstał stąd zwy- 
czaj urządzania takich właśnie relikwiarzy, których sam 
kształt zewnętrzny przypominałby odrazu i wskazywał ich 
zawartość. Tak więc, dla przechowania głowy świętego lub 
ręki, i relikwiarze urządzano odpowiednio, w kształcie głowy 
lub rck ; . Podobno jedynym w dyecezyi tego rodzaju zabyt- 
kiem jest relikwiarz św. Stanisława (fig. 1), w kształcie ręki 
srebrnej, pozłocistej, długości 40 centym., mającej na palcu 
pierścień biskupi z kamieniem. -Test to najdawniejszy za- 



bytek skarbca, sięgający końca XIV wieku; przysłany zos- 
tał z katedry na Wawelu przy erygowaniu kościoła '^S. Sta- 
nisława w Wilnie na fundamentach pogańskiej świątyni Per- 
kunasa. Ciekawy ten okaz średniowiecznego zlotnictwa, zna- 

(fa li 




Relikwiarz starożytny z cząstką ręki Sw. Stanisława, Biskupa i Męczen- 
nika, ze skarbca Katedralnego w Wilnie. 

ny juz z inwentarza, sporządzonego w 1598 r. przez, prałata 
Diciusa, uległ pewnej przeróbce w pierwszej połowie XVIII 
wieku, jak świadczą o tern dzieje kapitulne. Całunek (oscu- 



- 98 - 

lum), na stronie wewnętrznej zaprawiony szkłem kryszta- 
lowem, pokrywającem święte kości prawej ręki, od łokcia, 
pierwiastkowo miał formę krzyża, nie zaś podłużnego czwo- 
rokąta,'! jak obecnie. Od spodu przydaną również została, 
w kształcie wianka, rzeźbiona, srebrna osada, która zmieniła 
w części starożytny charakter relikwiarza. Z kolei bliższą 

(fię. B). 




Kielich starożytny ze skarbca katedralnego w Wilnie. 

na siebie zwraca uwagę znajdujący się w tymże skarbcu 
starożytny kielich (fig. 2), nieopisany w żadnym inwentarzu 
i przysłany niewątpliwie po zamknięciu któregoś z kościołów 
w kraju. O pochodzeniu jego nie rozstrzyga bynajmniej 
gotycki u spodu napis na wstążce, nie dający się dotąd od- 
czytac^a zagadkowośó tę powiększa jeszcze brak na nim 
stempla cechowego lub oznaczenia wagi srebra, — po któ- 



rem, byt! może, dałoby się odnaleść pochodzenie mistrza zlot 
nika któregoś z miast polskich, a może i Wilna. — Bądź jak 
bądź, ten piękny i wlachetny wyrób niewątpliwie jest gotyc- 
kim, z końca XV lub początku XVI wieku, ma bowiem rao- 
tywa gotyckich skarpifilunków, między niemi — nodi pod 
nodusem, czyli guzem ujęcia, — aczkolwiek koronkowość 
u spodu czaszy i h, jour u podstawy świadczą o rodzących się 
już wpływach ronesansu. Ubranie kamieniami nodusa, szli- 
fowanie i osada ich charakteryzują również początek XVI 
stulecia. Z innej strony, wnosząc ze znacznej szerokości 
czaszy z góry w stosunku do jej głębokości, co charakte- 
ryzuje kielichy francuskie XIV wieku ł ), zdawałoby się 
możliwem odnieść go włośnie do tej epoki, a to tembardziej, 
że i pótpostacie świętych *), na płatkach podstawy wyryte, 
mają charakterystykę stylową nieco wcześniejszą, niż koniec 
stulecia. Wssselką atoli wątpliwość w tym wypadku usuwają 
gotyckie motywa ornamentacyi nóżki i wachlarzowa, sześ- 
ciopalczasta podstawa kielicha, powtarzająca się w wyro- 
bach złotniczych od połowy XV i przez cały wiek XVI. For- 
my bowiem gotyzmu w naszem Ełotnictwie jeszcze długo ist- 
nieją w wieku XVI, renesans zaś w swej czystości przycho- 
dzi do nas bardzo późno. 

Ze wszech miar ciekawym i pięknym zabytkiem kate- 
dralnego skarbca jest monstrancya „Gieranońska" (fig. 3), 
której pochodzenie jest znanem dokładnie z testamentu sa- 
mego ofiarodawcy. Był nim kanclerz W. L. Wojciech Gasz- 
told(t 1540), ojciec pierwszego męża królowej Barbary. Podno- 
sząc do stopnia kollegiaty, na mocy pozwolenia stolicy Apostol- 
skiej, kościół S. Mikołaja na zamku swego hrabstwa Giera- 
noóskiego, w powiecie Oszmiańskim, — Kanclerz hojnie go 
zaopatrzył we wszelkie kosztowne sprzęty, naczynia i apara- 
ty, w liczbie zaś ich ofiarował monstrancyę „srebrną pozło- 
cistą, ważącą grzywien pięćdziesiąt i sześć, dla wystawienia 

l) Historie de l'Orfevrerie par Ferdinaad do Laateyrie, nieinbre de 
1'Institut. Paria. 1875 p. 154-158. 

*) Matki Boskiej, S. Józefa, S.S. Małgorzaty, Elżbiety, Barbary 
i Katareyny. 



100 — 



w znakomjtsze uroczystości". Gdy w parę lat po ojcu ofia- 
rodawcy zszedł do grobu syn jego Stanisław, maż Barbary, 
ostatnia' męska latorośl domu Gasztołdów, a Gieranony prze- 
szły na króla, monstrancya, razem z innemi aparatami, 

(fig. 3). 




Monstrancya „Uleranońska" ze skarbca Katedralnego w Wilnie. 



przeniesioną została z infulacyi Gieranońskiej do Katedry 
w Wilnie. Wykonana w stylu czysto gotyckim, wysokości 
1 metr, monstrancya wyjątkowo dziś tylko się używa przy 
Grobach, w Wielki f Czwartek. —Na podstawie jej, na wyz- 



- 101 - 

szej powierzchni, po bokach, widzimy 2 tarcze herbowe czte- 
rodzinlne, z czterema * herbami w płaskorzeźbie na każdej: 
Habdank, Hippocentaurus, Płomieńczyk i Druck ") ; między 
tarczami zaś płaskorzeźbione, symboliczne godła 4-ch Ewan- 
gelistów. — Rozszerzająca się nieco ku górze część* misternie, 
rzeźbionego trzonu ma z obu stron również małe tarcze her- 
bowe, z ojczystym Habdankiem; wyryta na tylnej tarczy 
liczba 1535 oznacza datę ofiary Kanclerza. Fo bokach trzo- 
nu, oparte głowami o podstawę, podnoszą się do góry 2 węże, 
mające szczyty ogonów zakończone kwiatami, zdającemi się 
podtrzymywać' poprzeczne ramię rzeźbione. Na tern ostat- 
niem, z obu stron oprawy melchizedeka, wznoszą się po 3 
pary filarków, z których środkowe mieszczą pomiędzy sobą 
2 posążki Ś. Ś. Wojciecha i Stanisława. U góry, nad oprawą, 
zakreślona łukiem podstawa, ogrodzona dookoła drobnemi 
balastami, unosi na sobie posążek Bogarodzicy z Dzieciąt- 
kiem w promienich. Za pomocą 6 słupków, z których każdy 
na środku swej wysokości ozdobiony jest wizerunkiem świę- 
tego, podstawa ta się łączy z inną u góry podobną podstawą, 
stanowiącą wyższą kondygnacyę, na której się mieści minia- 
turowa figura Chrystusa. Wieńczą monstrancyę, ponad wi- 
zerunkami Zbawiciela i Świętych Biskupów, 3 igły gotyckie, 
z których środkowa nieco wyższa, zakończona krzyżem, ze 
stojącemi pod nim Bogarodzicą iŚ. Janem, boczne zaś — anioł- 
kami, trzymającymi chorągiewki, od których pozostały 
dziś tylko jedne drzewka. Pomimo ściśle zachowanego 
w szczegółach gotyckiego stylu, i w tym zabytku również 
pasek na podstawie ażurowy, a w części i motyw w skręcie 
wężowym zdradzają już nowy kierunek epoki odrodzenia. 

Wstąpmy jeszcze na chwilę do zakrystyi kościoła po- 
bernardyńskiego, pod wezwaniem S. Ś. Franciszka i Bernar- 



') Habdank — Gasztoldow; Hippocentaurus — kniaziów Holszańskich 
(Trabsuich) — berb matki; Plomieńczyk— Dowglellów, herb babki po ojcu, 
1 Druck— Kniaziów Drucklch babki po matce. Wizer. i Roztrząsania naukowe. 
Poczet nowy drugi. Wilno, 1841 str. 149, t. 22. Kniaziowie Lltewsko-Ru- 
scy od Końca XIV wieku. Jozefa Wolffa. Warszawa 1895 r. str. 58 i 98. 



— 102 



da, dla obejrzenia przechowujących się w jego skarbcu dwóch 
starożytnych, przepięknych relikwiarzy. Pomimo historycz- 
nej wartości tych szacownych pamiątek, jeden z relikwiarzy 
jest nadto wielce ciekawym i rzadkim dla archeologa okazem 
dawnej sztuki nakładania szkliwa, czyli «inaljerskiej. Oby- 

(fig. 4\ 




Relikwiarz zloty z cząstką prawdziwego drzewa Krzyża Ś-go w kościele 

Bernardynów w Wilnie. 

Jtiskupa Jerzego Tyszkiewicza.) 

dwa mają kształt krzyża, z których w jednym znajduje się 
cząstka drzewa Krzyża Ś-go, w drugim zaś cząstka Krwi prze- 
najświętszej Chrystusa Pana. Pierwszy z nich, wysokości 
24 c, tfig 4), ma caią przednią stronę, do polowy dolnej częś- 
ci pionowej, z kryształu, przez który w środku widzieć" się daje 
mniejszy krzyż metalowy, z wyrytą na nim figurą Ukrzyżo- 



wąnego. Pouczenie poprzecznych ramion z pioaowera] po- 
krywą metalową klamka, umocowaną 4 śrubkami i mającą 
na rogach ostrzą, w kształcie liści. — Część dolną, pionowa, 
zakończa się wgższą nóżką, mającą u góry, pod kapeluszem 
kardynalskim, wyryty herb Leltwy, otoczony łacińskiemi 
inicyałami Jerzego Tyszkiewicza, biskupa Żmudzkiego. Ody 
się tg nóżkę wstawi do odpowiednio urządzonego metalowe- 

(M- *>■ 



m 


i 



Relikwiarz zloty z cząstką prawdziwej Krwi przenajświętszej w kościele 
Bernardynów w Wilnie. (Biskupa Jerzego Tyszkiewicza). 

go futerału, herb się całkiem zakrywa. Z przodu część me- 
talową ornamentuje delikatny rysunek z liści i kwiatów, 
grawerskiej roboty, odwrotna zaś strona jest gładka, z na- 
pisem łacińskim, treści religijnej. — Nader cennym okazem 
artystycznego szkliwa jest drugi relikwiarz (fig. 5), ma- 
jący wysokości 25 i szerokości 18 centym. Ramiona krzyża 



- 104 — 

łączą się tu z częścią pionową, za pomocą pewnegorodzaju 
okucia, mającego w środku próżnię, zaprawioną z obu stron 
szkłem kryształowem, przez które widzimy miniaturowy kie- 
lich. Zdobią to okucie po rogach 4 naturalne ostrza gór- 
nych kryształów, niby promienie, a po wierzchu upiększa je, 
również jak i podstawę krzyża, rysunek grawerskiej roboty, 
o motywach roślinnych. Poza tern, całą przednią stronę 
relikwiarza pokrywa przepyszne szkliwo, na złotym podkła- 
dzie, w kwiaty i liście, o świetnych barwach purpurowych, 
niebieskich i białych. Odwrotna strona z kryształu, przez 
który, na tle zielonem, widzialne są godła Męki Pańskiej. 
Za metal do relikwiarzy użyto złota wysokiej próby. Żad- 
nych zgoła nie mamy wskazówek ani co do nazwiska mistrza 
artysty, ani co do czasu i miejsca wykonania tych relikwia- 
rzy. Byćby mogło, iż jakiebądź odnośne ślady pozostały 
w papierach po biskupie wileńskim Jerzym Tyszkiewiczu 
(f 1656), lecz wobec ucieczki jego w 1656 r. do Królewca, nale- 
ży wątpić", czy takowe ocalały. Bądź jak bądź, niewątpliwie 
te artystyczne zabytki powstały w epoce najwyższego 
rozkwitu renesansu włoskiego, w początkach XVI wieku. 
Z przechowującego się, atoli w zakrystyi kościelnej perga- 
minu, mamy za to możność' poznania osoby ofiarodawcy 
i określenia czasu, w którym relikwiarze ofiarowane zostały 
bernardynom wileńskim. Każdy z nich się mieści w osob- 
nej szafce, o dwojgu drzwiczkach, stojącej na podwyższeniu 
o trzech stopniach. Szafki są ociągnięte aksamitem purpuro* 
wym, na którym wewnątrz haft, złotem bogaty, a nad niemi 
ornament srebrny, wyobrażający dwóch cherubinów, dzierżą- 
cych aureole, w których widzimy nad jedną Zmartwychwsta- 
nie Pańskie, a Imię Jezus nad drugą. Na dolnym stopniu 
szafki, przechowującej krzyż emanowany, przytwierdzono 
z przodu dwie srebrne wyzłacane małe tarcze, z herbem „Wod- 
wicz" na jednej, — i „Lisem" czyli „Bzurą" na drugiej; druga 
zaś szafka, opatrzona podobną, pojedynczą tarczą z „Pelika- 
nem". Następne inicyały łacińskie, otaczające herb „Wod- 
wicz:" A. N. V. M. D. L. L. P. M. Z. S. C, i polskie naokoło 
„Lisa": T. S. P. W. X. L. L. P. M. S. Ż. S., dopełniając treści 



— 105 — 

będącego w mowie pergaminu, dokładnie wyjaśniają epokę 
darowizny. Krajczy litewski Władysław Tyszkiewicz, syn 
Antoniego Jana, Marszałka Litewskiego, odziedziczywszy 
relikwiarze po stryju swym, biskupie wileńskim Jerzym, da- 
rował je, w 1667 r., bernardynom Wileńskim, w kościele któ- 
rych aam został następnie pogrzebionym (1684 r.). Schowa- 
nie dla jednego z nich czyli szafkę bogatą własnym kosz- 
tem sporządzili i opatrzyli swemi herbami Aleksander Naru- 
szewicz (herbu Wodwicz) podkanclerzy litewski, Luboszań- 
ski, Pieniański, Miadziolski, Żołudzki i Szereszawski starosta, 
(t 1668 r.) i zona jego Teodora Sapiezanka (herbu Lis), córka 
Pawła Sapiehy, Wojewody Wileńskiego i hetmana W. L., 
która następnie wyszła za krajczego Władysława Tyszkie- 
wicza. Otaczające ..Pelikana" na innej tarczy litery: S. H. 
K. P. S. W. X. L. W. S. — tłoroaczą, że ofiarodawcą byl Sa- 
muel-Hieronim Kociett, pisarz Skarbowy W. X. L. Wojski 
Starodubowski, lecz zgolą nie wyjaśniają stosunku jego do 
poprzednich, wymienionych osób. — Skąd inąd zresztą wie- 
my, że hetman Paweł Sapieha dał sute dowody Jswej 
wdzięczności panu Wojskiemu, „w rekompensę wyświadcze- 
nia dobrej i życzliwej przeciwko sobie przyjaźni". Być" więc 
może, iż sporządzeniem tej pamiątki dla relikwiarza chciał 
p. Kociełł spłacie*, chociaż w małej cząstce, dług wdzięcznoś- 
ci córce swego przyjaciela, za hojny, niegdyś od niego otrzy- 
many, w postaci dwóch wiosek, podarunek ')- 

Oglądając starożytne pamiątki świątyń wileńskich, nie- 
podobna pominąć* i pobliskich Trok, gdzie fundowana w 1400 
roku przez Witolda fara, pomimo licznych wojen i spusto- 
szeń ubiegłych wieków, przeohowała dotąd w swym skrom- 
nym skarbcu kilka godnych uwagi archeologa zabytków. 
Pochodzenie ich atoli, dla braku jakichbądz świadectw piś- 
miennych, pozostaje dotąd niewyjaśnionem. W liczbie tych 
przedmiotów pierwsze zajmują miejsce 2 korony, wieńczące 
niegdyś głowy Bogarodzicy i Dzieciątka Jezus w staroZyt- 

■) Powiat Oazmiartsłd. Materyaly do dziejów ziemi 1 ludzi zebra) 
I wydal Czesław Jankowski. Petersburg i Kraków. 1596 Część I str. 307. 



— 106 — 

nym obrazie wielkiego ołtarza, które podanie nazywa Wi- 
toldowemi Koronami, odnosząc je, oczywiście, do czasów 
jego panowania. Wlaściwem tu może będzie przypomnieć 
zapisane w kronice fary, w początku XVIII wieku, podanie 
o pochodzeniu samego obrazu, który zasłynął, jako cudowny, 
około 1600 roku. — Według tradycyi, miał to być* ten sam 
obraz, który niegdyś cesarz byzantyjski, Jan Komnen, zwy- 
ciężywszy Hunnów i Persów, wprowadził uroczyście do Ca^ 
rogrodu, na srebrnym wozie, ciągnionym przez 4 białe konie. 
W dalszym czasie — opiewa podanie — obraz ten był daro- 
wany przez cesarza Manuela II Faleologa Witoldowi, z oka- 
zyi chrztu jego w 1386 roku. — Atoli samo podanie o daro- 
wiźnie Witoldowi tego obrazu nie potwierdza się zgoła żad- 
nemi świadectwami spółczesnych lub późniejszych kronika- 
rzy, u których nie było w zwyczaju przemilczeć o podobnych 
wypadkach; lubo skądinąd możnaby z łatwością przypuścić 
sam fakt darowania obrazu przez ostatniego z Paleologów, 
który, będąc zagrożonym od Turków, wszędzie szukał w Eu- 
ropie ratunku. Zauważyć jeszcze należy, iż ta sama tra- 
dycya podarunku cesarza Paleloga — wiąże się z innym jesz- 
cze, niedużym obrazem Bogarodzicy, zawieszonym u gro- 
bowca Witolda w Katedrze wileńskiej. Ten ostatni obra- 
zek w swoim czasie był przedmiotem studyów b. Komisyi 
Archeologicznej Wileńskiej, i przeszło 4 wieki wisiał w koś- 
ciele Benedyktynów, w Starych Trokach, fundowanym rów- 
nież przez Witolda, a po skasowaniu jego, przeniesionym zo- 
stał, w 1844 r., do katedry w Wilnie. — Bądi co bądź, to jedno> 
nie ulega wątpliwości, iż korony Skarbca trockiego, o boga- 
tej ornamentacyi i artystycznem wykończeniu, mogły być 
ofiarowane tylko przez jakąś wysoko bardzo stojącą osobę, '). 
Korona Bogarodzicy, (fig. 6). szczerozłota, szerokości 81 i wy- 



'} Na starożytnym sztychu obrazu M. li. Trockiej, wydanym we 
Wrocławiu przez Bartłomieja Strachowekiego, wkrótce po koronacji obra- 
zu, w 1718 r., z rozporządzenia Papieża Klemensa XI, widzimy 2 całkiem 
odmienne korony. Patrz: Dzieje Dobroczynności krajowej i zagranicznej. 
Wilno. 1822. p. 1272. 



— 107 — 

soka na 21 c, składa się s górnej części i dolnego pasa, który 
się dzieli na 3 inne mniejsze. Na najniższym, pasku matowym 
umocowano 3 takie* kwiatki, mające każdy w środku gwiazd- 
kę z rubina, osypanego granatami. W środkowym pasku; — 
(fig. ff). 




ornament w kształcie wychylonych, trójkątnych liści, o czar- 
nem i niebieskiem szkliwie, oddzielonych od siebie skośnemi 
rzędami misternych perełek; na wyższym zaś widzimy szereg 
wychylonych listków lilii, en relief, pokrytych szkliwem 
barwy szafirowej, białej i zielonej. Każdy listek ozdobiony/ 



— 1U8 — 

sporą perłą, a dopełniają całości 4 gwiazdki również z rubinu 
i pereł. — Między górnym i środkowym paskiem 3 gwiazdy 
-z rubinów, od których się zwieszają po 2 duże perły; na koń- 
caoh — 2 takież mniejsze gwiazdki. Górna cześć korony, 
matowa, pokryta czarno szmelcowaną siatką; poprzeczne 
obramowanie i pasek tworzą pojedyncze, w złoto oprawne 
rubiny, w kształcie tasiemki, ogarnirowanej drobnemi perła- 
mi. Widoczna, iż cały kontur był niegdyś ozdobiony perła- 
mi, z czego należy wnosić, że i krzyż na niej, dziś odłamany, 
również był z drogich kamieni i pereł. Korona Dzieciątka 

{fig- T). 



A - 






Starożytna korona Dzieciątka Jezus do cudownego obrazu Matki Bos- 
kiej w skarbcu kościoła parafialnego w Trokach. 

Jezus (fiig. 7) matowa, szczerozłota, trzyma szerokości 15 '/i 
i wysokości z krzyżem 10 1 /* c. Pokrywa ją prawie całkiem 
delikatny, filigranowego wyrobu ornament, o nader wytwór 
nym rysunku. Zdobią w środku koronę 3 rozetki, o Wa- 
łem i bladoniebieskiem szkliwie, a po brzegach i środ- 
kowych paskach — takich samych mniejszych 20. Jabł- 
ko pod krzyżem, nad koroną, ciemno-szafirowo szmelcowa- 
ne, z żółtym paskiem poprzecznym. Zastanawiając się 
bliżej nad kształtem korony większej i zapożyczonym 
7. flory motywem jej ornamentu, właściwym renesanso- 
wi włoskiemu, należy przypuścić, że mamy do czynie- 



— ioy — 

nia z wyrobem mistrzów złotników toskańskich drugiej po- 
lowie XV wieku, którzy w swyoh szeregach liczyli najpierw- 
szych swego czasu artystów. Co do mniejszej korony, zdaje 
się, iż z większem prawdopodobieństwem możnaby wnosió, ze 
jest dzieleni złotników weneckich, co już. w XII wieku głod- 
no słynęli ze swych subtelnych, filigranowych wyrobów '). 




Monstrancja starożytna w kościele parafialnym w Trokach. 

Zanim opuścimy zakrystyę fary trockiej, poświęcimy 
jeszcze chwilę bliższej uwagi starożytnej monstrancyi (fig. 8), 
wykonanej ze srebra i w części ze złota, przez nieznanego 
również artystę. Wysokość" jej 74, a szerokość* 37 c. Opra- 
wa melchizedeka ma kształt serca, ozdobionego obwódką, wy- 



Hfatolre de l'Orfśvrerie - par P. de Lasteyrie. p. 139, 191, 213. 



— 110 — 

sadzaną brylantami, perłami i rubinami. Wokrąg strzelają 
■od niego promienie, na których widzimy w górze, nad samą 
•oprawą, siedzącego na gnieździe pelikana, karmiącego pis- 
klęta; nad nim zaś, — co odróżnia właśnie tę menstrancyę 
od innej, nieco podobnej do niej, cwanej „PaoowBką", 
w katedrze w Wilnie, — orzeł dwugłowy Świętego Państwa 
Rzymskiego, wysadzony całkiem rubinami, ze szmaragdem 
w środku. Na odwrotnej stronie ten niewątpliwie rakuski 
orzeł ma czarnobiałe ee szkliwa upierzenie* na piersiach jego 
wizerunek Bogarodzicy z Dzieciątkiem, w pół postaci, a na 
skrzydłach miniatnrowe postacie Świętych. Nad orłem, pod- 
trzymywany przez 2-oh cherubinów, wznosi się Bóg-Ojciec 
w obłokach- całość zaś zakończona jest u góry złotym krzy- 
żem w aureoli, mającym w środku mały krzyż koralowy 
z dyamentami. Z boków dwaj aniołowie dzierżą godła Męki 
Pańskiej, a pod oprawą postać Bogarodzicy w obłokach, 
en relief, z rękami na piersiach skrzyżowanemi. Srebrne ga- 
łązki o liściach, kwiatach i wieszadełkach ozdabiają również 
boki; kwiaty pokryte są szkliwem barwy zielonej, niebieskiej 
. i bladożółtej. Monstrancyę podtrzymuje postać Archanioła, 
stojącego na podstawie, mającej z przodu w płaskorzeźbie 
wizerunek Ś. Jana Ewangielisty, na odwrotnej stronie 
dokładny wizerunek M. B. Trockiej, z boków zaś 2 głów- 
ki aniołków (au repoussć). Ornamentacya z kwiatów i liści, 
w stylu renesansowym, i dwugłowy orzeł rakuski — pro- 
wadzą do wniosku, iż mamy przed sobą również dzieło 
sztuki włoskiej, z końca XV lub początku XVI stulecia. 
■Coby zaś miał tu właściwie oznaczaś orzeł dwugłowy — to 
stanowi zagadkę. Nie kusząc się ojej wyjaśnienie, pozwa- 
lamy sobie atoli postawić pytanie, czy nie moznaby przy- 
puścić, że za sprawą znanej ze swych hojnych ofiar i upięk- 
szeń kościołów królowej Elżbiety, ,, matki Jagiellonów" — 
inonstrancya była darowana farze trockiej przez jej stryja 
niegdyś opiekuna, cesarza Fryderyka III? Wszakże Troki, - 
ulubiona rezydencya Kazimierza IV, w owej epoce były 
dobrze znane na Zachodzie, i w tym wypadku dałby się zu : 
pełnie tłomaczyć brak na monstrancyi rodowego herbu ra- 



— 111 — 

kuskiego, odznaczającego wszystkie dary pobożnej kró- 
lowej *). Ta wreszcie okoliczność, iż na stopie j oj znajduje 
się dokładny wizerunek obrazu Bogarodzicy Trockiej, zdaje 
się stwierdzać inne przypuszczenie, że monstrancya umyśl- 
nie dla kościoła Trockiego wykonana została. 

K,azwnierz p. 
Wilno, w Lutym 1898 r. 



y Bazylika Litewska, przez A. H. Klrkora, członka nadzw.' Akad. 
Umiejtjt. w Krakowie. KrataJw. 1886 str, 00. 



Zbliżenia LitWj z Zachodem 

za DKendoga i Gktedymina* 



\ 



Po j«da*J Mronlł błT»<!M łwŁity* 'icitij 

I iłami* U«w, ponlcukŁBlŁ botów, 

Fo inftej itronlB n» picdrki wHŁy 

Krlji, lodlo Niłmeów, cioło krjjo Ir uleMs, k 

Oroim ku Litwin WJCtłJi runlonn, | 

Jik (dibr wmjilkli 111111111 Piiruuiiiu 

CbeUł i (SIT abjte- i f.nąt pod U«W*. 

Zadumawszy się nad przeszłością i okiem, pełnemt 
szlachetnego pragnienia wiedzy dawnego życia, przeni- 
kając w te dalekie wieki, dostrzeżemy przypominany ogól- I 
nie fakt wielkiego znaczenia, że ów krzyż, „godło Niemców", 
jak go nazywa poeta, już na sto trzydzieści lat przed Jagieł- I 
łą był celem myśli i pragnień dwóch najpotężniejszych wład- 
ców, jakich Litwa wydała, że już wtedy jak widzenie wśród 
lasów, „bogom" poświęconych, wzniósł się na ziemi litewskiej 
kościół prawdziwego Boga — a zbudowały go ręce tegoi sar- 
niego narodu, który niebawem powrócił znowu w mroki i pu- 
stynie pogaństwa. 

W historyi powszechnej fakt odtrącenia od chrześcijań- 
stwa całego narodu przez chrześeyan, i to w epoce ogólnej 
gorliwości misyjnej, jest wielką na szczęście rzadkością. 
Rys to nadto uwłaczający naturze ludzkiej. Fakt ten jednak 
spełnił się nad błękit rtemi wodami Niemna i Wilii, w drugiej 
epoce cywilizacyjnych dążeń Litwy, mianowicie za Giedy- 
mina. I historya tych pasowań się jest pełna tragiczności. 



— 113 — 

Jest w niej pragnienie i silna wola władcy, dążącego do po- 
żądanego celu, jest ciche, poniewolne zgodzenie się posłusz- 
' nego ludu, jest niezliczone Stawianie zawad, wreszcie wysiłki 
kłamstwa i przemocy przez potężną grupę judaszowych 
chrześcijan, swobodnemu nawróceniu się młodego pogań- 
skiego narodu systematycznie przeszkadzających, jest wresz- 
cie obezsilenie tego narodu i jego króla w nieustającej walce 
upadek na duchu i złamanie szczytnych zamiarów i nadziei. 

Spojrzymy naprzód na tragedyę dziejową Mendoga. 

Rozważając historyę działań misyjnych Zakonu Teu- 
tońskiego na północy, zobaczymy że celem jego było przede- 
wszystkiem podbicie ogółu krajów nadbałtyckich, odebranie 
wolności zamieszkałym tam narodom pogańskim, powalenie 
ich do.stóp swoich i dopiero wówczas nawrócenie. Plan ten 
dalsię przeprowadzić" Krzyżakomz Jadwieżą i z Prusakami, ale 
gdy te obie gałęzie 1 szczepu litewskiego cierpiały, łamały się 
i padały w nierównym boju, tymczasem osłoniona przez nie 
Litwa rosła, skupiała siły i nie zamierzała wcale pójść w śla- 
dy zgnębionych pobratymców. 

Pierwsze ważniejsze starcie się Litwy z Zakonem, a na- 
przód tylko z Zakonem Kawalerów Mieczowych, było w głoś- 
nej na całe wówczas Niemcy bitwie pod Saule w roku 1236. 
Wielkie i niespodziane zwycięstwo, odniesione wówczas przez 
nieznanych puszcz mieszkańców, zdumiało Europę; nadzwy 
czaj na też była porażka Zakonu, który liczne hufce zwoła- 
nych i sproszonych gości zagranicznych, wiódł jakby na ucie- 
chę w głębię puszcz, za Dźwinę. Podania mówią że na czele 
litewskiej siły atał Ringolt, pierwszy W. Książe. Kwiat ry- 
cerstwa niemieckiego legł na placu boju, ciało Mistrza Vol- 
kwina leżało między zabitymi, ledwo dziesiąty człowiek zdo- 
ła! ujść z pogromu '). 

To zwarcie się, nad wszelkie oczekiwanie szczęśliwe, roz- 
poczęło szereg walk blizko dwuwiekowych. Natychmiasto- 
we jednak skutki bitwy pod Saule złe były dla Litwy, po tej 

') Oprócz źnJdet krzyżackich, latopisj-: Nowogrodzki I, Trolclti, 
Twerski. 



- 114 - 

to bowiem niemieckiej klęsce oba zakony Mieczowy i Teu- 
toński podały sobie rgce i okrążyły Litwę, groźnym lukiem 
z północy i zachodu. 

W piętnaście też lat potem znajdujemy tr tych stronach 
o wiele na niekorzyść zmienione okoliczności. Nad Litwą 
panuje Mindowe, pierwszy historyczny W. Książe, aczkolwiek 
miał juz w rodzie swoim potężnego poprzednika '). Drobni 
książęta, zmuszani dolenniczej uległości silną jego ręką, burzą 
się przeciw jego zwierzchnictwu. 

W r. 1249 *) dwaj synowcowie W. Księcia, Towtywill 
i Edy wid, zbuntowani i zato wygnani przez Mendoga, ucho- 
dzą z Kraju, aby doń wrócić' z naprowadzonymi nieprzyjaciół- 
mi. Towarzyszył im jeszcze jeden rodu wysokiego malkon- 
tent, Wikint, ks. żmujdzki, jak widać z napomknień kroniki, 
mąż nader dzielnego ramienia. Nietrudno było rokoszanom 
pobudzić sąsiadów. Wstał dumny Daniel halicki, zdawna, mi- 
mo przeciwnych pozorów, przeciwnik Mendoga: uderzył na 
Wolkowysk, Słonim, tak, iż z ziem Rusi Czarnej jeden Nowo- 
gródek ocalał przy Litwie. Jadźwingowie, Ruś, Połowcy 
nawet, wiedzeni przez Towtywiłła, rozpuścili zagony. Zmuj- 
dzini, wówczas słabo jeszcze połączeni z Litwą, szli przeciw 
Mendogowi pod wodzą Wikinta. Wojna ze wszech stron ogarnę- 
ła państwo Mendoga. Najgroźniejsze było najście Andrzeja 
von Stirland, mistrza kawalerów Mieczowych. Zaleli Niemcy 
północną stronę Litwy i okrążyli zamkniętego w obronnym 
zamku Mendoga. Nie zdobyli wprawdzie zamku, trapieni 
byli przez wycieczki z twierdzy, lecz rozpostarli mord i spu- 
stoszenie tak daleko, jak nigdy, wgłab litewskiej krainy. „Bi- 
to lud jak bydło" powiada współczesny niemiecki kroni- 
karz *). Zawrócili potem rycerze na Zmujdż, której te same 



') Scrip. rer. Iivon. I. 630 zeslówTrojnata. 

') Daty i wiele ważnych fakWw wyjaśnił lub sprostował Juljusz 
Latkowski w pięknej pracy swojej p. t Mendog krdl Litewski. Kraków 
1892 r. 

') Beimchronik. Scrip. re. liv. I 580. 



krwawe dary przynieśli, w drodze powrotnej niesyte miecze 
skąpali jeszcze we krwi wciąż powstających Zemgalów, 
i wreszcie zwycięsko powrócili do Rygi. 

Przepaść otwierała się pod stopami Mendoga. Towty- 
wiłł w Rydze przyjął chrześcijaństwo i dąży! do tronu, jako 
przyszły chrześcijański władca Litwy, popierany przez Ar- 
cybiskupa Rygi i Zakon; tylko równie śmiały a stanowczy 
krok mógł Mendoga i jego państwo ocalić'. Po krótkich 
traktowaniach przez poselstwa z mistrzem Andrzejem 
oświadczył władca Litwy, że gotów jest pochylić' głowę pod 
zdrój wody chrzestnej. 

Tak więc powody polityczne stały się bezpośrednią po- 
budką pierwszego wejścia Litwy do społeczności chrześci- 
jańskiej. Dalsze dzieje okażą, że czyn Mendoga był szczery 
i że dążył on wytrwale do nawrócenia całego narodu. 

Mistrz Andrzej von Stirland należy do nielicznych szla- 
chetnych postaci wśród krwawego rycerstwa Zakonu; więcej 
w nim chrześcijańskiego rycerza, niżli Krzyżaka. Zamiast 
intryg z Towtywiłłem przeciwko wielkiemu księciu, Mistrz 
szczerze się ucieszył z usposobienia Mendoga i, postawiwszy 
jako warunek wiecznego pokoju między nim a Zakonem nie- 
odmienne i rychłe chrztu przyjęcie, obiecał Mendogowi wy- 
jednanie w Rzymie królewskiej korony. 

Chrzest Mendoga, jego małżonki Marty, dwóch młod- 
szych synów wraz z orszakiem dworzan, przykład monarchy 
naśladujących, odbył się na początku 1251 r. w ówczesnej re- 
zydencyi Mendoga, której nie wymieniają dzieje. Działo się 
to pod protektoratem mistrza Andrzeja, który wraz z ducho- 
wieństwem i rycerstwem przybył do Litwy w tym celu. Po 
dokonaniu świętego obrzędu, Mendog z pomiędzy mężów swo- 
ich wybrał najzdolniejszego, by go nad poselstwem do Pa- 
pieża przełożyć', i niebawem posłowie litewscy pospołu z in- 
flanckimi, jadąc przez Rygę, udali się do Papieża Innocentego 
IV do Medyolanu. Przyjęcie nowego ludu do liczby naro- 
dów chrześcijańskich odbyło się z rozgłosem, jaki temu wy- 
padkowi nadać mogły liczne bulle papieskie. Papież Inno- 



— 116 - 

centy IV w bulli, wydanej na imię Mendoga 15 Lipca 1251 r. '), 
oświadcza mu wielką radość z jego nawrócenia i przyjmuje 
królestwo jego pod opiekę Stolicy Apostolskiej. W bulli 
drugiej tegoż roku, na imię Henryka, biskupa Chełmińskiego, 
którego papież uczynił swym legatem, rozkazuje temuż na- 
maścić i koronować Mendoga na króla „całej Litwy," z wa- 
runkiem podległości jego, tudzież jego następców Stolicy 
Apostolskiej. W trzecim liście, do biskupów.- ryskiego, 
dorpackiego i oesełskiego, nakazuje tymże, aby „w zamiarach 
Mendoga nawracania poddanych jego na wiarę świętą spie- 
szyli mu z pomocą." W czwartym nakoniec liście, zawsze 
tego samego roku, do gorliwego organizatora chrześcijań- 
stwa w nowej krainie, biskupa Chełmińskiego, zaleca temuż, 
„aby, upatrzywszy człowieka godnego i roztropnego, oraz 
biegłego w sprawach duchownych i świeckich, a do paster- 
stwa zdolnego, przełożył go biskupem nad Litwą." 

Tymczasem wypadki wojenne na południu i na zacho- 
dzie szły swoim trybem i ciężkie walki musiał odbyć Men- 
dog, zanim pokonał przeciwników i o przyobleczeniu nowego 
dostojeństwa mógł spokojnie pomyśleć. 

Uroczystości najświetniejszej, jaka kiedy była w Lit- 
wie *), obecnym był znowu mistrz Andrzej z rycerstwem 
swojem, biskup Chełmiński Henryk z duchowieństwem in- 
flanckiem, wśród którego był niechybnie powiernik i kate- 
cheta Mendoga, Chrystyan, później pierwszy biskup litewski. 
Hufce surowych wojowników Mendoga, tłumy ciekawego 
ludu musiały uczestniczyć we wspaniałym obchodzie. Ko- 
ronę na głowę Mendoga i żony jego Marty włożył biskup 
Chełmiński. Dotacya katedry biskupiej litewskiej została 
dokonana i dyplomatem potwierdzona. 



'j Thełner, V e tcra monumienta I 49,50. CII. CIV. CV. CVI. 

*j Miejsce koronacyi Mendoga dotąd w niepewności pozostaje. 
Z czterech punktów, w których ten wielki wypadek widzieć chciano: Kler- 
nów, Naujas -pillis, Woruta, Mowogródek, pierwsze trzy przedstawiają 
równe prawdopodobieństwo; Nowogródek miński, jnko bardzo odległy 
i niedawną wojną objęty, musi być wykluczony. najprawdopodobniej sza 
data koronacyi: r. 1253 w lecie. 



- 117 — 

Zło, które powoli poczęło niszczyć to najpiękniejsze 
dzieło w dziejach Litwy, aż je doprowadziło do zupełnego 
upadku, leżało zarówno w chciwości terytoryów ze strony 
Krzyżackiego Zakonu i srogich sposobach jego postępowania, 
jak w zwyczaju ówczesnym dzielenia sig ziemią i oddawania 
razem z krajem ludu na nim zamieszkałego pod rządy obce. 
Mendog musiał wynagrodzić Zakon Krzyżacki za wyjedna- 
nie mu korony i pomoc przeciw nieprzyjaciołom domowym 
i zewnętrznym, nadał mu przeto ziemie, leżące na opornej 
Zmujdzi, jak to dyplomat nadawczy wykazuje: połowę Ro- 
aieri (t. j. obwodu rosińskiego) połowę Ej ragoły, połowę Be- 
tygoły; drugą połową Rosień i Betygoły obdarzył pier- 
wszego biskupa swego kraju Chrystyana, biskup zaś, 
ustępując swoje dziesięciny w kraju, danym zakonowi, 
żądał odeń obrony i opieki. Ludu wcale nie brano 
w rachubę, a mieszkał na tym starym gruncie swoim 
najzawziętszy, najtwardszy i razem najdzielniejszy z lu- 
dów litewskich — Żmujdzini. 

Cudzych rządów nie znosił lud, który miał w swoich 
wspomnieniach takie zwycięstwo, jak pod Saule '). Skoro 
więc z Mendogiem nastał pokój, a na dworze jego gościli 
księża i rycerze, na Zmujdzi zawrzała wojna i pożar ten nie 
gasł, ale rozszerzył sig niebawem na pobratymcze ziemie, 
obarczone władzą Krzyżaków. 

Do ostrego postępowania Zakonu na Zmujdzi, wiodą- 
cego za sobą dla obu stron najgorsze skutki, przyczyniła się 
ta okoliczność, że w lat niespełna parg po koronacyi Mendo- 
ga, ustąpił z mistrzowstwa dzielny i łagodny Andrzej Von 
Stirland, a nastał po nim w szybkich po sobie zmianach sze- 
reg mistrzów inflanckich srogiego i zaborczego usposobienia. 
Eberhard von Seyne wzniósł silny zamek Memel u ujścia 
Niemna, zamykający Zmujdzi wolny oddech do morza. Od- 
tąd szczupły handel tego kraju doznał dotkliwego ścieśnie- 
nia. Na ziemi kurońskiej, świeżo podbitej, wyrastały coraz 



■j Pewno Szawle. 



— 118 — 

nowe twierdze krzyżackie, zagrażające Zmujdzi, tak'opano- 
wanej, jak niepodległej. Oddziały żmujdzkie z niemieckimi 
ścierały się zażarcie pod temi twierdzami i w otwartem polu. 
Tak trwało do roku 1257, w którym Zmujdzini, zmęczeni 
walką i zastraszeni walną wyprawą nowego mistrza Burhar- 
da von Hornhausen, zażądali dwóch lat pokoju. Pokój ten 
udzielono im w nadziei nawrócenia i pokojowego opanowa- 
nia. Przez ten czas żmujdzini słuchali nauki duchowieństwa 
spokojnie, lecz z umyślną głuchotą, słowa dotrzymując 
nie tkngli żadnego knechta ni rycerza, co im nawet kroniki 
niemieckie pochwaliły '), a po upływie dwóch lat równie za- 
wzięcie, jak dawniej, jęli się znowu miecza. 

Dążenie obu Zakonów do połączenia Inflant z Prusami, 
za pomocą zaboru całej Żmudzi, stawało się coraz widocz- 
niej sze. 

Kraina żmujdzka nie była naówczas jednolita. Połud- 
niowo-Zachodnią jej częścią władał Mendog, i w tej za doz- 
woleniem jego gospodarowali Krzyżacy. 

We wschodniej i północnej, w lekkich prawdopodobnie 
warunkach zawisłości od Mendoga, rządził stary ród książąt 
żmujdzkich, o bojownikach nieznanych imion, i stąd pocho- 
dził najsilniejszy opór przeciw obecnemu zaborowi. W roku 
1259, mistrz Burhard zbudował już w ziemi żmujdzkiej nad 
Niemnem zamek silny, skąd opanowanie nareszcie doko- 
nać* się miało. Było to hasłem do walki na śmierć lub życie, 
żmujdzini wznieśli naprzeciw drugi zamek równie mocny 
i obie załogi, wypadając na siebie, ścierały się w ciągłych 
walkach. Rzeczy szły ku krwawemu i ostatecznemu roz- 
wiązaniu, 

Z jakim uciskiem w. duszy król Mendog patrzeć" musiał 
na rosnące rozdwojenie w kraju i narodzie, nie przedstawił 
nam żaden współczesny dziejopis, lecz z czynów króla wi- 
doczna będzie niebawem ciężka walka wewnętrzna. Nie 
zrywał on z Krzyżakami, lecz kraj zrywał z nimi i rośli we- 



M Relmechronik 1 c. 601. 



- na - 

wnętrzni nieprzyjaciele; trwał w wierze chrześcijańskiej, tera- 
bardziej, iż działał nań wpływ gorliwej w wierze małżonki, 
królowej Marty, lecz chrześcijaństwo w jego kraju nie roz- 
szerzało się, owszem musiało się coraz bardziej ograniczać 
do samego dworu i otoczenia królewskiego. 

Na Żmujdzi walka zbliżała się do rozstrzygnięcia. Od- 
kąd zamek niemiecki dźwignął się na własnej źmujdzkiej 
ziemi, Zmujdzim nie znali spokoju. Nie mogąc tej budowli 
poradzić, a we własnym zamku naprzeciw unikając oblęże- 
nia, śmiałym zamachem wtargnęli na grunt nieprzyjacielski, 
do Kuronii. Tu, nad Jeziorem Durben, 13 Lipca 1260 r. od- 
była się walna decydująca bitwa. 

Nie pomogło Krzyżakom zgromadzenie rycerstwa 
z trzech krajów: Prus, Inflant i Estonii, nie pomogło spędze- 
nie do pomocy gromad podbitego ludu. Zapał Źmujdzinów 
szedł o lepsze z zemstą Kuronów, którzy wśród bitwy odstą- 
pili, a jak piszą inne źródła, z tyłu uderzyli na Niemców. 
Poległ mistrz Burhard i pruski marszałek zakonu Botel, wy- 
ginęli do szczętu Krzyżacy i zagraniczni krzyżowcy, którzy 
brali udział w bitwie. Kto nie padł na polu bitwy, tracił życie 
w ucieczce; zapamiętale ścigany Zakon wyparty został z ca- 
łej żmujdzi i Kuronii ')• 

Po tej bitwie, po której król litewski nie mógł bez utra- 
ty tronu trwać w sojuszu z nieprzyjaciółmi Litwy, Mendog 
przyjął poselstwo żmujdzkie, mające na czele księcia Troj- 
nata, zapraszające go do wspólnego działania, i sam wtarg- 
nąwszy do Inflant, zerwał związek z Zakonem. Zakon dążył 
do zawładnięcia całą Zmujdzią, poczem obrócił się na Litwę. 
Instynktowi obrony narodu swego nie mógł jego król się 
sprzeciwiać. Stąd konieczność zerwania. Lecz że w duszy 
własnej Mendog nie zerwał z chrześcijaństwem, że owszem, 
po dziesięciu z górą latach wyznawania wiary Chrystusowej, 
wstrętne mu było pogańskie otoczenie, świadczy rychłe zno- 



') Szczegółowy opb tej bitwy uDuaburga Scrip. rcr. prusy. 19 
Trochę, odmienny w kronice rymowanej Scrip. ror. llv. I 617 UH'. 



— 120 — 

wu zerwanie związku z Trojnatem i dążenie do odnowienia 
stosunków z Rzymem, co bulle papieskie wykazują,. 

Prawdopodobnie tych właśnie usiłowań, a mniej pry- 
watnej zemsty ofiarą padł Mendog r. 1263, zabity przez Trój- 
nata i Dowmunta, razem z nadzieją rodu swego, dwoma 
w wierze katolickiej wychowanymi synami. 



II, 

Lata zamętu i wojen domowych nastąpiły w Litwie po 
jasnych, złudnych dniach Mendoga. Chrześcijaństwo się 
nie utrzymało. Tylko dzieło energii i długich lat panowania 
Mendoga: jedność władzy w ręku W. księcia, przetrwało nie- 
bezpieczne próby i skupiło naród w jednolitą polityczną ca- 
łość. Plemię Palemona, silne tą jednością, oparło materyalne 
swe podstawy na szerokich ziemiach Rusi, politycznie z niem 
połączonej, a wtedy pragnienie chrześcijaństwa i związku 
z Zachodem, dążenie do światła, plemieniu temu właściwe, 
z rzadką siłą i stanowczością objawiło się w Giedyminie. 

Wstaje ten mąż znakomity z łona własnego narodu, by 
nowe życie temuż narodowi natchnąć, z Europą go sprzymie- 
rzyć. Monarcha chce mu dać pokój i pracę, wojownik od- 
piera zwycięsko zamachy nieprzyjaciół, administrator utrzy- 
muje prawa zdobytej Rusi, umie uznać cywilizacyjnych jej 
urządzeń wyższość, z mocarza pogańskiego pokorny kate- 
chumen, wyznaje się w swych dyplomatach najmłodszym 
z królów wobec społeczności Europy. 

Fakt historyczny chrześcijańskich usiłowań Giedymina 
rozwija się w przeciągu dwóch lat tylko (1322 — 1324). Po- 
budki działania są tu już wcale inne od tych, które do takiego 
samego kroku wiodły jego poprzednika. Mendoga groźba 
wojny, wisząca nad krajem zagłada skłoniła do wyrzeczenia 
się pogaństwa. Teraz rzecz się ma odwrotnie. Giedymin, 
zwycięzca Krzyżaków w wolnej bitwie pod Żejmami, bez- 
sporny zwierzchnik rozległych ziem Rusi, grodów Wilna 
i Trok założyciel, stoi w pełni siły i. władzy, gdy daje ucha 



zbawiennym radom Franciszkanów i Dominikanów, otacza- 
jączych go w jego stołecznem Wilnie, gdy ulega dobrowol- 
nemu wpływowi arcybiskupa Rygi Fryderyka. 

Ryga oddawna dążyła do tego, by stać się prawdziwą, 
metropolią Litwy, misyjnym dla niej ogniskiem. Zakon 
paraliżował działania Arcybiskupów, niemniej jednak trwały 
one, a pierwiastek duchowny coraz zawziętszą wojnę prowa- 
dził z rycerskim. Rozdwojenie to moralne zarysowało się 
już w pierwszych czasach założenia tego miasta i biskupiej 
stolicy. Z biegiem czasu Kawalerowie Mieczowi coraz wy- 
raźniej przechylają się ku Krzyżakom, słuchają rozkazów 
z Malborga i opuszczeni i na pastwę malborskich łupieżców 
wystawieni biskupi gotowi są zawrzeć dla obrony przymierze 
bodaj z samymi poganami, których jednocześnie nawrócić 
usiłują, i stąd Ryga zbliża się z Litwą. 

Najotwarciej podał dłoń Litwie i powstał przeciw Zako- 
nowi, jako nieustraszony jego nieprzyjaciel, arcybiskup Fry- 
deryk, przed osiągnięciem godności biskupiej franciszkanin 
z szlachty czeskiej. Przyjazne stosunki jego z Giedyminem 
trwały w tym samym czasie, gdy krucyaty Litwę niszczyły; 
dumny wobec Zakonu, W. Książe przyjaźnie się zwraca 
do arcybiskupa i, ulegając chrześcijańskim wpływom, pisze 
Ust do papieża Jana XXII, mający, jako szczere wyznanie 
pragnień pogańskiego władcy, uwolnić Litwę od Zakonu i po- 
łączyć ją z chrześcijaństwem. 

Zamieszczamy akt ten i następne w skróceniu. 
„Słyszeliśmy zdawna — pisze Giedymin do Papieża — 
że wszyscy wyznawcy wiary chrześcijańskiej waszej wła- 
dzy i ojcostwu podlegają; oświadczamy przeto obecnymi 
listy Świątobliwości Waszej, że poprzednik nasz król Mindo- 
we z calem swem królestwem na wiarę Chrystusa był na- 
wrócony, lecz dla okrutnych gwałtów, krzywd i zdrad mis- 
trza Zakonu Krzyżackiego, wszyscy odpadli od wiary i dla- 
tego my, niestety (prohdolor), do dziś dnia w błędach przod- 
ków naszych pozostajemy." 

Dalej następują gorzkie skargi na różne zbrodnie Krzy- 
żaków jako to: zabijanie posłów, wysyłanych wzajemnie 



— 122 - 

między Litwą a Rygą, niszczenie kościołów, wymordowywa- 
nie ludności. „Ojcze święty — pisze dalej Giedymin — my 
nie walczymy z chrześcijanami dla wytępienia wiary kato- 
lickiej, ale w celu bronienia się od krzywd zadawanych, jak 
to czynią inni królowie chrześcijańscy. Piszemy to zaś, 
abyście wiedzieli, dlaczego ojcowie nasi pomarli w błędach 
pogaństwa i niewiary. Dziś przeto usilnie błagamy zwróćcie 
uwagę na nasz stan opłakany, albowiem gotowi jesteśmy 
być" wam we wszystkiem posłuszni, jak inni królowie chrześ- 
cijańscy, przyjąć wiarę katolicką, byleśmy od katów owych, 
to jest mistrza i braci jego, w niczem nie zależeli" '). 

Wymowny ten list poselstwo ryskie zaniosło do rezy- 
dencyi papieskiej Awinionu. Wszedłszy raz na tor euro- 
pejski, Giedymin nie poprzestaje na tern. Otwiera na rozcież 
granice kraju swego dla przemysłu i pracy, pisze do magi- 
stratów miast niemieckich, do niemieckich zakonów wieko- 
pomne odezwy, zapraszając misyonarzy i nauczycieli wsze- 
lakich rzemiosł, aby, pewni różnych łask, wolności i przy- 
wilejów, przybyli do państwa jego. 

Trzy listy w autentycznych kopiach współczesnych 
pozostały nam na dowód cywilizacyjnych dążności Giedy- 
mina. W jednym przemawia do miast Lubeki, Rostoku, 
Sundu, Greifswaldu, Sztetinu, do Gottandyi, w drugim do Do- 
minikanów niemieckich, w trzecim do franciszkańskich 
zakonów, a pisze się już majestatycznie na początku listów: 
Giedymin, z Bożej łaski Litwinów i Rutenów król, którego 
to określenia „z Bożej łaski" jedynie w liście do Papieża nie 
widzimy. „Prarodzice nasi — pisze w jednym z nich — wy- 
syłali do was listy i posłów, otworzyli wam kraj swój, a ża- 
den z was w przejeździe (mówi tu o przejeździe kupców nie- 
mieckich przez kraje litewskie do Nowogrodu, Pskowa) nie 
podziękował za te łaski..." Oznajmiwszy o swej chęci na- 
wrócenia się i listach do papieża, pisze dalej: „Zaręczamy wam 



■) Voigt. Gesehichte Preuaseiw. T. IV Dod. VI 6-2G-627. Danilowid. 
Skarbiec dyplomatflw I 153—154. 



- 123 - 

wszystkim, że taki pokój postanowimy, któremu podobnego 
nigdy chrześcijanie nie znali. Biskupów, kapłanów i zakon- 
ników, Dominikanów i Franciszkanów sprowadzimy do kraju 
naszego..." Z królewskiej hojności niniejszym (listem) czy- 
nimy ziemię naszą wolną, niepodległą mytom, ciężarom 
i uciskom. Niech przeto rzemieślnicy wszelacy: kowale, 
szewcy, kołodzieje, kamieniarze, solnicy, piekarze, złotnicy, 
kuszownicy, rybacy i inni przychodzą do nas z zonami dzieć- 
mi i dobytkiem i wychodzą, ilekroć im się podoba. Rolnikom, 
przychodzącym do naszego kraju, pozwalamy dzisiaj uży- 
wać ziemi bez żadnych opłat, wyjmujemy ich od wszelkiej 
dla króla powinności..." Dla mieszczan zaś, którzy by do 
Litwy przyszli, pisze prawidła następne: „Wszystkie miejs- 
kie pospólstwo rządzić się będzie prawem miasta Rygi, je- 
żeli — dodaje przezornie — coś lepszego z rady biegłych nie 
będzie obmyślane..." „Do pisma obecnego przykładamy 
tęż samą pieczęć, jaką kazaliśmy opieczętować listy, do Pa- 
pieża pisane, ku lepszej wierze i pewności tego, że prędzej 
żelazo w wosk się przemieni, a woda w kamień, aniżeli zdra- 
<lzim dane słowo nasze..." '). 

Odezwy te i zaproszenia, zaniesione przez pośredników 
Oiedymina, posłów ryskich, odczytane zostały na ratuszu 
w Lubece, wobec zgromadzonych rajców i dostojników mias- 
ta. Pieczęć Giedymina, przywieszoną do trzech dokumen- 
tów, opisał tegoż 1323 r. akt notaryalny w Lubece i widzimy 
na niej męża, w mitrze książęcej siedzącego na tronie, dzier- 
żącego w prawej ręce koronę, a berło w lewej; wokoło napis 
łaciński, jak w nagłówku listu *): (Że Giedymin królewskie 
insygnium, koronę, w ręku ma, nie zaś nagłowię, czy nie ozna- 
cza, iż nie chciał nosić oznaki królewskiej, póki by Papież 
władzą swą włożenia jej nie uprawnił?) 



■) Dacilowicz Skarbiec dypL I 155—166. List do miast znaczcie 
odmiennej formy 1 wcześniejszej daty u Bungego tom VI 497. 

*) Voegt IV 832-633 Danilowicz 1. c Narbutt IV. Dod. XIV. 



— 124 — 

Nieobliczone przemiany społeczne w Litwie zapowia- 
dały te postanowienia Giedymina. Kraj Mendogów znowu się 
otwierał dla europejskiej kultury. Lecz zwrócenie się do 
miast niemieckich wywoływało niezbędnie czynne wdanie 
się Zakonu Krzyżackiego, który miał w Niemczech wpływy 
przemożne. Na niemieckim gruncie władca litewski z zako- 
nem niemieckim występował do walki. Walka tedy odrazu 
była uniemożliwiona. Miasta i zakony chłodno przyjęły 
wezwania Giedymina. Jeżeli byiy jakie nieznane i niegłoś- 
ne komunikacye w tej mierze zakonów lub miast z Dworem 
rzymskim, ucichły i zaginęły w rozgłośnej obronie, podnie- 
sionej w Awinionie przez przedstawiciela Zakonu. 

Zrazu jednak ten cios ogłuszył Zakon. Domyślając 
się od dosyć dawna tajnych niejakich knowań między wład- 
cą Litwy, a Arcybiskupem, czyhali rycerze na wszelkie 
między nimi komunikacye. Wpadło jedno pismo Giedymina 
w ich ręce i dla odebrania mu autentyczności pieczęć odeń 
odcięli; atoli najgłówniejsze — list do Papieża i miast nie- 
mieckich — minely szczęśliwie ich czaty i doszły na miejsce. 

Zadrżeli przedstawiciele Zakonu i nie odrazu zdołali po- 
wziąść zamiar, co czynić wypada. Rycerze krzyżaccy, znaj- 
dujący się właśnie na ratuszu w Lubece, w czasie przybycia 
poselstwa i czytania listów Giedymina, potrafili tylko za- 
przeć się wszelkich oskarżeń i zażądali kopii i listów. Na 
dworze papieskim w Awinonie wszystko się przeciw nim 
zbiegło. Sam arcybiskup Rygi bronił osobiście przed pa- 
pieżem krzywd swoich, a krzywdy te były wielkie: zabór 
dóbr arcybiskupich, więzienie duchownych, rabunek kościo- 
łów; poselstwo ryskie niosło skargi i usilne prośby Giedy- 
mina, polscy posłowie Łokietka żądali sprawiedliwości w spra- 
wie Pomorza. 

Wywya się zakon wśród niebezpieczeństw i nie może 
znaleźć wyjścia z groźnego położenia. Bezsilnie knuje 
w Malborgu. Tymczasem, gdy się toczą rozprawy w Awi- 
nionie, w Wilnie dokonywa się fakt, doprowadzający Krzy- 
żaków do wściekłości. 



l — 125 — 

* Inflanty wszystkich stanów rządzących, to jest biskupi 

tego kraju i Estonii, kapituła miasta Rygi, obywatele miast, 

i nawet wciągnięty przemocą okoliczności mistrz inflanckich 

rycerzy — szlą uroczyste poselstwo do Giedymina i wiążą 
się z nim przymierzem, akt zaś tegoż posyłają pod osobne 
zatwierdzenie papieskie. Działanie jednak rycerzy było 
w najwyższym stopniu nieszczere i niezwłocznie zaprzeczy- 
ły mu fakta. LeJwie się rozbiegła po Prusach wieść o przy- 
mierzu, wnet pod ukrytym wpływem Zakonu zjeżdżają się 
"biskupi różnych pruskich dyecyzyi na radę do Elbląga 

i * i stamtąd szlą gwałtowne odezwy do wszystkich władz du- 

chownych i świeckich w Inflantach, usiłując złamać zawarte 
przymierze. Zaskarżenie Giedymina wysyłają do Stolicy 
Apostolskiej. Nadzwyczaj był im na rękę niewczesny krok 
Giedymina, który niedawno przedtem na usilne i ponawiane 
prośby księcia mazowieckiego Wańka, z którym był spo- 
krewniony, dał mu pomocniczy oddział wojska w jego woj- 
nach domowych. Litwini, posiłkując Wańka, spalili Dobrzyń, 
uprowadzili licznych jeńców: wojna w Mazowszu szarpnęła 
skraj ziemi krzyżackiej. Ościenne te zajścia łatwo mogli 
nieprzjaciele wyzyskać w złej wierze przeciwko niemu.co też 
uczynili. Na razie jednak nie odniosło to skutku. Ryga 
na odezwy opatów i zakonników, poza którymi, zręcznie 
Itry! się rzeczywisty insynuator— Zakon, głucha i nieczuła 
pozostała. Oskarżenia wobec Papieża odpierał świadomy 

(spraw na północy arcybiskup Rygi. Silny jednak ruch nie- 
przyjaciół Giedymina, a obrońców Zakonu miał wreszcie 
ten skutek, że Papież wobec sprzecznych świadectw i do- 
niesień, zanim by się stanowczo do żądań Giedymina przy- 
chylił, chciał, by się Zakon, jeżeli może, oczyścił z czynionych 
mu zarzutów. Wezwał przeto samego w. mistrza, aby sie 
stawi! przed Stolicą Apostolską. 

Był to zwrot zgubny dla sprawy Litwy. Zakon mógł 
poruszyć wszystkie sprężyny intryg swoich. Dla obrony 
też jego nie mógł stanąć nikt wymowniejszy nad samego 
W. Mistrza, Karola Beffarta, którego w Malborgu Zakon mieć 
nie chciał tak, że mistrz w. przemieszkiwał w Trewirze, lecz 



- 120 - 

w Niemczech całych poważany, wymową słynny, zawsze 
jeszcze wielkie mistrzostwo w ręku swym dzierżący, przed- 
stawiciel Zakonu samą osobistością swoją już sprawy jego 
bronił. Stawił się przed Papieżem, otoczony rycerstwem, 
biegłymi w prawie, przemówił po włosku. Po wszystkie 
czasy wymowne słowo ludzkie posiadało wpływ przemożny. 
Złota wymowa w. mistrza, niepotrzebującego tłomacza wobec 
' Papieża i kardynałów, silny wpływ wywarła na słuchaczy. 
Wszystkie zarzuty zbić potrafił, to prostem ich zaprzecze- 
niem, to zręcznem usprawiedliwieniem Zakonu. Wobec nie- 
słychanych wówczas trudności w sprawdzeniu rzeczywistego 
stanu rzeczy na miejscu, Papież i doradcy jego znaleźli się 
w nader trudnem położeniu. Przy różnych wątpliwościach, 
przez sprzeczne relacye wzbudzonych, postanowiono w Awi- 
nionie listy Giedymina, stawiące potężny Zakon w atan osta- 
tecznego oskarżenia, jeszcze raz poddać 1 rozpatrzeniu i na- 
radom. 

Naprózno Giedymin wyglądał odpowiedzi „Z niewy- 
słowionem udręczeniem (cum innarrabili tedio) czekamy le- 
gatów papieskich" — pisze w liście do miast. Zamiast le- 
gatów z różczką pokoju, co się zbliża do granic Litwy? 
Straszny potwór dla siół litewskich — krucyata. 

Taką odpowiedź dały Niemcy Litwie. Niema wątpli- 
wości, że owa krucyata działa się mimo i wbrew woli Stolicy 
Apostolskiej. Papieże dawniej sami wołali o krucyaty; czy- 
nił to niemniej Jan XXII. Lecz teraz, wobec listów Giedy- 
mina, tenże Papież nakazał pokój Krzyżakom. Co więc im 
nakazanem było, to miało się rozumieć i względem wszelkie- 
go krzyżowego rycerstwa. Ale Germanie nawykli co roku 
wysyłać nad Niemen gromady błędnych bohaterów, żądnych 
krwawych z poganami harców, wyniszczania ogniem i mie- 
czem ich siedzib; przytem niejeden z nich bez wątpienia po- 
bożnie krzyżem znaczył czoło i dawał życie w waice. Nie 
sądziło zagraniczne rycerstwo, podbudzane przez Zakon, że 
już przyszła pora zaniechania podobnych wypraw do Litwy. 
Że zaś w ciągu samej sprawy w Awinionie wysłańcy Zakonu 
nawoływali o zwykłą krucyatę, jakby nic na północy nie za- 



- 127 - 

szło, i sypali zakupne pieniądze, wynurzyło się z murów, 
zbiegło z wypraw awanturniczych niemało zbrojnej drużyny 
i hufiec krzyżowników poszedł na Litwę. 

Było to w zimie 1324 r. Niewzruszenie zrazu przyjmu- 
je Giedymin tę obelgę. Kronika zakonna ') opisuje trzy po 
sobie następujące zamachy Zakonu. Początek dał napad 
nadreńskich Niemców, Alzatów i Czechów, lecz wstrzymała 
ich niewczesna dla nich odwilż i ów zamach pierwszy się. nie 
udał. W drugim miejscu ośmielony spokojem Litwy Zakon 
już się nie kryje za krzyżowników, jeden po drugim wychy- 
lają się z twierdz bracia zakonni i nagłym napadem niszczą 
twierdzę litewską Dawidyszki. Giedymin jeszcze nie dawał 
się wciągnąć w wojnę. Widać w tern hamowaniu się potęż- 
nego władcy ostatki chrześcijańskich jego nadziei. Ale 
z dalekiego zachodu panowało głuche milczenie, złowrogi 
sąsiad dopiekał coraz mocniej. Trzeci zamach juz nie za- 
graniczni przywódcy, ani brat zakonny o nieznanem imieniu, 
ale sam komandor twierdzy Bagnity wiedzie na ziemie 
litewskie. Spadają niespodzianie na twierdzę, od imienia 
W. księcia Giedymin zwaną, palą przytulone do niej domo- 
stwa, mordują lud, reszta zdołała zamknąć się w warowni. 
Wreszcie, by lud po siołach doprowadzić do ostateczności, 
rozpuszczają bandy tak zwanych łotrzyków (latruneuli), ra- 
busiów wojennych, których sfory czas jakiś Zakon był po- 
wstrzymał, aktóre czasu wojny ztakiemi samemilitewskiemi 
szarpały wzajemnie granicę. 

Wróciła tedy żadnem solennem uręczeniem, żadną 
prośbą monarszą nie odżegnana od Litwy wojenna doba. 
Zmujdzini wzburzyli się pierwsi i hufiec ich pobiegł pod 
twierdzę krzyżacką Ohristmemel. Zanosiło się już na ogólne 
wojenne zamieszanie, gdy nagle uderzajak grom, w przywód- 
ców Zakonu bulla papieska, rozkazująca natychmiast zanie- 
chać wszelkich z Litwą waśni, gdyż, „pobożnym życzeniom 
króla litewskiego czyniąc zadość," Papież wysyła legacyę, 



') Scrlp. rer. prasa. (Dusburgj I 189 — 190, 



- 128 — ': 

mającą dzieło nawrócenia Giedymina przyprowadzić do 
skutku. 

Legaci puścili się w drogg. 

Niestety, jak dalszy rozwój wypadków okazuje, krok 
ten by! już stanowczo zapóźny. Haniebne przez cały ciąg 4 

rokowań Giedymina z Rzymem postępowanie Krzyżaków ' 

z Litwą wytworzyło nieprzewidziane i nieistniejące przed- ! 

tem trudności między monarchą a narodem. Naród przestał 
rozumieć i władcę swego. Zmujdź i Litwa zachwiały się I 

w wierności dla Giedymina, bunt począł zagrażać tronowi \'' 

jego i dynastyi, intrygi Zakonu z Nowogrodem odbierały mu (. | 

uległość i pomoc Rusi. Tych prób nie zdołał wytrzymać .' 

mąż wielkiego umysłu, lecz mniej bohaterskiego serca, f 

niźli tego wymagało położenie. Sypały się ze strony chrześ- 
cijan ciosy niezwykłej wagi i siły na tę potężną postać księ- 
cia katechumena, który wszakże nie chciał dumnej mitry | 
swojej przetknąć cierniem męczennika. Po napadach krzy- ] 
żackich, morderstwach jego posłów, na szkodę jego wymię- l 
rzonych przymierzach, i ze strony Rzymu na próby Giedy- \ 
min był wystawiony. Legaci papiescy nie przybyli do Wil- I 
na, jak tego żądał w swych listach, prosząc, by dążyli do 
Litwy przez ziemie mazowieckie. Wioząc z sobą instrukcye ! 
papieskie, formułę katolickiego wyznania wiary, którą miał 
Giedymin złożyć na ich ręce, list Jana XXII do króla Litwy, , 
legaci skierowali drogę swą na Prusy. i 

Zakon zmienił był już naczelnika, Karol Beffort, pełen i 

sławy z odniesionego wymową zwycięstwa, zstąpił do grohu. : 

W. mistrzem był Werner Orselen, dostojnie zapewne uga- ' l 

szczający teraz wysłańców papieskich. Legaci wszakże obja- 
wili wolę rozsądzania w Rydze sporu między Zakonem £ 
a Litwą. Jf 

Tu, wśród otoczenia, sprzyjającego Giedyminowi, sły- ** 

sząc od mieszkańców miasta o zniechęceniu króla Litwy, jl 

zadrżeli legaci o skutek swej misyi. Oznajmiają Giedymi- ! 

nowi o przybyciu swem do Rygi. Władca Litwy nawzajem \' 

wysyła posła do Arcybiskupa na powitanie go po powrocie 
z Rzymu. j 



— 129 — 

Cóż czynią Krzyżacy? Zaczajeni na drodze, chwytają 
posła giedyminowego Sedegałłę > wieszają go w twierdzy 
swój Aszeradzie '). 

Skoro posłowie łegacyi papieskiej stanęli w Wilnie, 
usposobienie władcy Litwy było już zmienione. Wzburze- 
nie, które nurtowało w całym kraju, groźna przeciw niemu 
postawa wszystkich jego poddanyoh, złamały siłę jego po- 
stanowień: Giedymin zerwał z zamiarem przyjęcia chrześci- 
jaństwa. Nie poufnie, na tajnem posłuchaniu, jak tego prag- 
nęli posłowie, lecz publicznie, w otoczeniu około dwudziestu 
mężów swojej rady, której snąć nigdy do dna zamiarów 
swych nie odkrył, przyjął Giedymin wysłańców i traktował 
z nimi łaskawie, gdy wszakże przyszło do wymiżenia celu 
przybycia, wielki książę, uznając listy swe rozesłane po 
świecie, zaprzeczył, aby kiedykolwiek chrzest przyjąć* prag- 
nął; pomysł ten zrzucił na głowę i odpowiedzialność zakon- 
nika, sekretarza swego. Mowę swą zakończył bluznierczem 
zaklęciem i ostrem wyrzucaniem chrześcijanom ich niegodzi- 
wosci. Posłowie strapieni wyszli z sali. 

Nie widzieli więcej Giedymina, który przyjmował jed- 
nocześnie w Wilnie poselstwo tatarskie, przybyłe od potęż- 
nego chana Uzbeka, z którym zawarł przymierze. Z chrześ- 
cijaństwem było skończone. Giedymin pokazywał tłumom 
spokojne oblicze. Lecz gdy noc nastała i samotny, w towa- 
rzystwie jednego tylko młodziana krewnego, wszedł w progi 
swej sypialnej komnaty, wówczas, pisze o nim współczesna 
relacya w źródłach Zakonu, — z żalu po niedojściu powzięte- 
go zamiaru płacz wstrząsnął piersi możnego władcy, gorzkie 
łzy po trzykroć' polały się z oczu jego *). Polityk wi- 
dział upadek swych najpiękniejszych dla państwa nadziei, 
mierzył przepaść, otwierającą się. znowu między nim 



') Bunge Liv-Estund Curlandisches Urkundenbuch VI 485. 
'I Buoge 1. c. VI 478—483. Sprawozdanie postów za powrotom 
■do Rygi. Dokument obszerny, pełen ciekawych i ważnych szczeków. 
^ Napletki. Rusko- Li wortskie akty 44—48. 

f 

\ 

r 



— 130 - 

a chrześcijańskim światem; niedoszły neofita opłakiwał sła- 
bość' swoją. 

Trudno o tragiczniej sza, chwilę w dziejach człowieka 
i narodu. Katechumen snae szczery — pozostał poganinem. 
Naród litewski postradał moment dziejowy, w którym począć 
się mogła własna jego kultura, oparta m*. chrześcijaństwie, 
jedynym punkcie wyjścia kultur trwałych. 

Do wytworzenia cywilizacyi własnej, .tej najszlachet- 
niejszej ambicyi rozwiniętych narodów,. Litwa posiadała 
wówczas wszelkie wewnętrzne i zewnętrzne dane. Jad za- 
wiści krzyżackiej, jak robak, przegryzający najpiękniejsze 
zawiązki, strącił tenowoe niedojrzały z drzewa ludzkości. 

Cofnięcie się Giedymina od przyjęcia chrztu wywarło 
na legatach przygnębiające wrażenie. Poruszeni głęboko 
tem, co się stało, legaci ogłaszają czteroletni pokój z Litwą 
w nadziei, że się skruszy serce litewskiego władcy. Arcy- 
biskup Rygi, swemi i Litwy krzywdami powodowany, w koś- 
ciele katedralnym ryskim, w obecności legata Bernarda, 
przybiciu wszystkich dzwonów i pogaszonych świecach, ogła- 
sza klątwę na Zakon krzyżacki. Legaci, przeprowadziwszy jesz- 
cze spór z Zakonem, o należne im wedle instrukcyi papies- 
kiej koszta drogi, ledwie za pomocą klątwy wydzierają pie- 
niądze i, jakby sig lękali sideł ziemi pruskich, odpływają mo- 
rzem do Lubeki. A Zakon, klątwami okryty, szydzi wzgard- 
liwie z tych miotań się przeciw jego potędze i wie, że za lat 
kilka mury Malborga znowu zabrzmią gwarem krucyatowego 
rycerstwa, który powiedzie do Litwy na trud chlubny i pe- 
łen zasługi — tępienia ostatnich pogan w Europie. 

Czy żadnym już rysem.aż do Jagiełłowych czasów nie ob- 
jawi się w narodzie litewskim dążenie do chrześcijaństwa z Za- 
chodu? Do Jagiełłowych czasów brakło j eszcze z górąpół wieku. 

Po śmierci Giedymina, przy odsieczy Wellony, po krót- 
kich rządach Jawnuta, Olgierd godnie dziedziczy Giedymiao- 
we berło. Litwa, rozszerzona od morza do morza, mniej dba 
już o Zakon; przetrwała najcięższe próby; przelała krew so- 
wicie. Nie wszystkich Margierowi podobnych zapisały dzieje. 
Wedle sławnego narodowego przysłowia, które w krótkich 



— 131 



wyrazach odróżnia zbiega od rycerza: „Po uciekającym zo- 
staje ślad nóg,. po stojącym ślad krwi" — ziemia litewska na- 
siąkła hojnie krwią tych stojących pod razami bohaterów, 
dzięki którym oba zaborcze Zakony nie połączyły teryto- 
ryów swoich. 

Mimo tych zamachów, wciąż wymierzanych z Zachodu, 
i znakomity Olgierd, o którym wieść niesie, iż sam był chrześ- 
* eijaninem, czy wcześniej, czy dopiero na śmierci łożu, — pró- 
buje zjednoczyć* się z Zachodem. W roku 1368 przed cesarzem 
niemieckim Karolem IV stanęło poselstwo libewśkiś) żądające 
w imieniu Olgierda, by cesarz był pośrednikiem w zgodzie je- 
go z Zakonem, i czyniące nadzieję, że Litwa z' czasem, drogą 
łagodnego wpływu, chrześcijańską się stanie. Rycerski Kiej- 
stut sprawował poselstwo. O co się rozbiły układy, dzieje nie 
wskazują dokładnie. Wnosić" można, że cesarz nadto brał stro- 
nę Zakonu. Zawzięty Kiejstut przeważnie przyczynić się musiał 
do zaniechania układów i Olgierdowy zamiar się rozchwiał. 

Atoli chrześcijaństwo łacińskiego i wschodniego obrząd- 
ku wciskało się coraz silniej w głąb kraju. ; W Wilnie 
gromadka Franciszkanów nauczała wytrwale. Pogaństwo 
wostatnich podrzutach jeszcze raz mściwie ich dosięgło, lecz 
umęczenie Franciszkanów nie wstrzymało nowego braci na- 
pływu. Dostojnik Olgierda Oasztold, jak o nim mówi tradycya, 
przelał krew męczeńską, liczba cichych nawróconych rosła, aż 
wreszcie wybiła dla Litwy wyglądana chwila. 

Nie niosła ona wznowionej korony Mendogów... Niosła 
związek nowy, życie inne, otwierała drogi nieznane... Takim 
było dla Litwy dziejowe zrządzenie Opatrzności. 

W 1387 r. wnuk Giedymina, małżonek wielkiej królowej, 
wracał do ojczystego kraju w orszaku duchowieństwa z goś 
cinnych murów Krakowa. Upadły gaje, bogom poświęcone, 
cienie pogaństwa usuwać się poczęły zwolna przed promie 
niami Objawienia i wreszcie krzyż, godło zbawienia, niezwy 
ciężona moc wiernych ludzi i narodów, rozciągnął nad tym 
krajem swe błogosławione ramiona. 

Konstancy » Sklrmunttówna. 



RYCERSTWO WIEJSKIE W OKOLICACH TROK. 

Bojarzy Somiltecy, 1475— '575 *)■ 



W samem sercu Litwy, pomiędzy Trokami, Uiugościem, 
Jewiem a Wysokim Dworem, w okolicy, obfitującej szeze- 
golnie w lasy i jeziora, leży dziś małe, do dużej wsi podobne 
miasteczko Sumieliszki '). Stary drewniany kościółek, który 
pod cieniem lip. odwiecznych w jego końcu się kryje, wies- 
niaozość mieszkańców, cicha sielskość otaczającego krajo- 
brazu, wszystko to zdawało by się, świadczyć, ze v tym za- 
kątku nic się nie zmieniło, od wieków, że od stuleci, jak dzi- 
siaj, kościółek co niedziela napełniał się ludem pobożnym, 
że tu od czasów niepamiętnych, jak obecnie, w dzień patrona 
kościoła, na Św. Wawrzyńca, a raczej, jak tutaj mówią, „na 
Ławryna," co rok tłumnie gromadzili się mieszkańcy z oko- 
licy na „kiermasz," z targiem na bydło, a szczególnie na ko- 
zy. A jednak gdy się przysłuchać gwarowi, uderzy zaraz 



•1 Obrazek ten, osnuty na źródłach z pierwszej ręki, t.j. na współ- 
czesnych dokumentach, znajdujących aię w archiwach stron rodzinnych 
autora — napisany zostai przed paru dziesiątkami lat. Uproszony przez 
układających książkę niniejszą, autor zgodził się otrząść z pyłu zapomnie- 
nia próbną pracę swych lat młodych i do obecnego zbioru złożyć ten 
przyczynek, niemniej dziś, jak dawniej, świeży i nieznany. Sądzimy, ze 
szczerze radzi mu będą nietytko badacze fachowi, lecz i każdy — zanfkłych 
światów na ziemi swojej ciekawy czytelnik. (P. Red.) 

1 ) Tak brzmi ta nazwa w uszach dzisiejszych mieszkańców. 



— 133 *- 

w taj głębokiej Litwie, w potocznem użyciu dziś będąca mo- 
wa obca — nikt tu jus po litewsku nie mówi. Jeżeliś polak, 
to cię każdy, bez wyjątku, dobrą ■polszczyzną, powita, między 
Boba zaś, w rozległem stąd promieniu, ludzie mówią, jeżeli 
nie po polsku, to po białoruaku, czyli „tym językiem pół ru- 
skim, pół polskim, który na Litwie charakteryzują pospo- 
licie dwoma wyrazami: „ozeho, kaho." A toż to przeoie jest 
niemal jeszcze trookie podzamcze, niezaprzeczona ojczyzna 
tych Olgierdowych zastępów, oo plondrowały niegdyś Ruś 
in|[ aż „ponad Umen, pod mur Nowogrodu," dając się jedno- 

' oześnie we znaki Polsce i niszcząc grody krzyżackie. Mu- 

siała tu więc od owych czasów zajść zmiana nielada. Zajrzyj- 
my do pożółkłych papierów, co się jeszcze znajdą gdzienie- 
gdzie w pobliskich dworach szlacheckich, one nam tajemnicę 
goscien tej przemiany wyjawią, one nam powiedzą, że Sumieliszki, 
ej sicff leżąc dawniej, według podań kronik, na bitym szlaku wy- 
podoii* praw krzyżackich na Wilno i Troki, i z tego powodu powiele- 
j[ fctor kroć w XIV i XV wieku ogniem i mieczem pustoszone, 
e Tjer w czasach nieco późniejszych były jeszcze wcale ważnem 
, krąif środowiskiem litewskiej organizacyi bojowej, byty podległą 
tym » namiestnikom czyli ciwunom zamku trockiego, następnie 
jakdtf aa ^ wojewodom trockim i ich zastępcom „włością bojarską." 
., iD vir. Sama nazwa miasteczka odzwierciadla niejako zmianę, jaka 
..jtroi" z biegiem czasu w stosunkach plemiennych tu zaszła: brzmi 
I ja w dokumentach z wieku XV i XVI stale Somitiszki, wskazu- 
7 ,p- j e na pierwotną osadę obcego Litwie człowieka, 80- 
]U -„f miła (Samuela). Ze jednak ten człowiek znalazł się w kraju 
zara i szczerze litewskim, poświadcza litewska nazwy końcówka — 
iszki, odpowiadająca dokłanie słowiańskiej dzierżawczej, 
nazw miejscowych — ów — owo. 
„jcił Od Rusi to bowiem Litwa, biorąc w znacznej mierze 

męt* organizacyę państwową, przyjęła też instytuoyę bojarów, to 

P»" jest drobnego rycerstwa, osadzonego przez książąt w pobliżu 

""^ grodów i punktów obronnych. Instytucya ta stalą się na 

U Litwie powszechną, a dostarczając jej władcom ludności, każ- 

)' iC t, dej chwili do boju gotowej, przyczyniła sig pewnie niemało 

do szybkiego rozwoju tej zdumiewającej potęgi państwowej, 



134 



której . rzadki przykład dają nam najstarsze dzieje Litwy; Banvpłi 

Toż nawet na Żmudzi, dokąd wpływy ruskie zaledwie sięgały, ^ 

znają krzyżackie kroniki bojarów, a w oczach chłopa żmudź- sobem 

kiego bojarzynem (bajors) jest dotąd każdy szlachcic. Tam ^ 

indnnk m 'NiAwiaAa T.if.u/n rnH'/imin nt,r-/vm»ła sio ioHnnlita I _-..•' 



jednak, za Niewiażą, Litwa rodzinna utrzymała się jednolita, 
tam i teraz wśród potomków dawnego rycerskiego stanu 
częściej, niż gdzieindziej, spotykają się nazwiska czysto 
litewskie. Tu, bliżej Trok i Wilna, sąsiedztwo Rusi działało 
asymilująco. Tutaj potężniej docierały wpływy obcego 
języka i kultury. Za instytucyą bojarów wciskał się język 
i obyczaj ruski i rozwielmożnił się w końcu z taką siłą, że 
w tem, jak rzekliśmy sercu ojczyzny litewskiej, dziś jedne 
,tylko. nazwy miejscowe, nazwy rzek, jezior i wiosek, wszyst- 
Ke szczerze litewskie, świadczą, że to jest także ziemia litew- 
ska. Mieszkaniec zaś jej, choć postacią, strojem, obyczajami 
i sposobem budowania domostw, ba nawet nieraz i samem 
nazwiskiem swojem mało się różni od żmudzina, z litewskiej 
mowy zna już tylko słów kilka, te właśnie, któremi, sarnich 
nie rozumiejąc popędza swe woły, gdy orzą. Tak na dalekiej 
Rywierze, pasterz dziś jeszcze greckim wyrazem oikade na- 
wołuje swą owcę, gdy ją zgania do domu z pastwiska, choó 
pamięć o greckich koloniach nad liguryjską zatoką od wie- 
ków przechowują tylko księgi. 

Kiedy Litwa złączyła się z Polską, oba te kraje różniły 
siętradycyą, instytucyami państwowemi.kierunkiem oświaty. 
Podczas gdy w Polsce szlachta rodowa coraz bardziej ogra- 
nicza władzę, królewską i poniża stan kmiecy, Litwą rządzi 
książę samowładny, szafujący całym obszarem państwa, jako 
niezaprzeczonem swem dziedzictwem, otoczony drużynami 
bojarów i hołdownych książąt. Bojarzyn wiolkoksiążęcy, na 
każde skinienie „hospodara," za cenę nadanej sobie ziemi 
biegł służyć mu zbrojno, holdowny zaś książę nietylko służył 
osobiście, lecz wiódł z sobą poczty własnego rycerstwa, po- 
dobnych wielkoksiążęcym własnych bojarów. Kiedy na 
sejmie w Horodle znaczniejsi Litwini otrzymali szlachectwo 
polskie oraz własność posiadanej ziemi, przystosowując aię 
do stosunków, w kraju istniejących, uważali siebie za zrów- 



nali s j< 

tytui „ 

ne go,\ 
Panów 
S 'C do, 

»M 

°Plai 



jó\v 



U a.. 

I' i, 



nanych w prawach z książętami hołdownymi. Zaczęli więc 
wzorem tych ostatnich rozdawać ziemię, tworząc takim spo- 
sobem nowy rodzaj bojarów szlacheckich, stan pośredni mię- 
dzy rycerskim a kmiecym. Bojarzy wielkoksiążęcy odróż- 
niali siebie od szlacheckich lub książęcych, przyznając sobie 
tytuł „hospodarskich." Zczasem, zwłaszcza po ustaniu daw- 
nego, bezwarunkowego obowiązku służby wojennej swych 
panów, bojarzy książęcy, a szczególnie szlacheccy, stawali 
się coraz podobniejszymi do „niewolnych" kmieci. Doszło 
do tego, że do niedawna jeszcze, bo do uwłaszczania włościan 
w r. 1861, w okolicy Sumieliszek, a bodaj że i w całej Litwie, 
bojarami zwano w dobrach szlacheckich włościan oczynszo- 
wanych, nie obowiązanych do pańszczyzny, lecz tylko do 
opłaty pieniężnej i do pewnych powinności „ciągłych" czyli 
do robót z koniem. 

Aż do ostatnich łat XV wieku nie mamy żadnych źródeł 
do poznania warunków bytu, urządzeń społecznych i obycza- 
jów bojarów somili&kich. Rzadkie wzmianki w rocznikach 
zaznaczają jedynie ogólny udział bojarów litewskich w woj- 
nach. Odtąd jednak bojarzy somiliscy zaczynają stwierdzać 
pismem, zawierane między sobą umowy, które przedtem 
oczywiście tylko ustnie załatwiali przy Świadkach. Te umo- 
wy piśmienne, których treść stanowią przeważnie akty sprze- 
daży i zastawu, rzadziej zaś rozporządzenia testamentowe 
i wyroki sądów, przechowały się w znacznej liczbie i stano- 
wią wraz z niemniej licznemi nadaniami i potwierdzeniami 
krółewskiemi, oraz innymi dokumentami, wydawanymi 
z kancelaryi królewskiej lub woje Wodzińskiej, główne źródło, 
z którego w pracy niniejszej, mającej na celu wyświetlić, ile 
się da, stosunki bojarów somiliskich, czerpać będziemy. 

W owym więc czasie znajdujemy już bojarów, gęsto 
zamieszkujących okolice Somiliszek. Sioło bojarskie, jak 
wszystkie dawne wsie słowiańskie, nie było podobnem do 
wiosek naszycli dzisiejszych, zabudowanych raczej na wzór 
niemiecki, w których domy kupią się gęsto wzdłuż głównej 
ulicy. Domostwa bojarów leżały porozrzucaue po całym 
obszarze gruntów, tworząc oddzielne zaścianki, zwane wtedy 



- 186 — 



i 



„sieliszczami." Zaścianki te w większej lub mniejszej licz- ( 

bie składały się na „włość" bojarska., o tyle różną od dzisiej- ^ 

szej „okolicy" szlacheckiej, że włość była, jakeśmy już rzekli, 
środowiskiem władzy i jakby jednostką administracyjną. 
Każdy bojarzyn musiał należeć do jednej z włości. Ziemie 
selacheakie były z nich wyjęte. Włość", w stosunku do jej T 

obszaru, dzieliła się na mniejszą lub większą liczbę, „pry* 
stawnictw." „Prystaw" — naczelnik takiego okręgu, był ro- _! 

dzajem urzędnika policyjnego, a ponieważ bojarzy i ichzie- Mi 

mia zostawali pod osobistą władzą królów, jako wielkich IJ 

książąt, którzy nimi przez wojewodów, naczelników .siły % 

zbrojnej, rządzili, — przeto i prystawowie, przez wojewodów 
mianowani, uznawali w tych ostatnich bezpośrednich swoich 
zwierzchników. Dlatego też, gdy w ioh obliczu stawali, da- 
wali im ten sam tytuł: „hospodar pan moj miłostiwyj," który 
ostatecznie należał się najwyższemu zwierzchnikowi t. j. 
królowi. Powinnością prystawów było przedewssystkiem 
spełnianie wszelkich poleceń wojewody, donoszenie o dostrze- , 

ganych nadużyciach i baczność, aby ziem bojarskich nie dzier- 
żyli ludzie, nie mający do nich prawa. Rozstrzygali oni też . 
prawdopodobnie w pierwszej instancyi drobne sprawy cywil- 
ne między bojarami, jak spory graniczne i t. p. 

Ziemię rozdawali zwierzchnicy kraju pierwotnie tylko 
na pewien przeciąg czasu, do użytku swym „wiernym," 
wzamian za różne wysługi. Zczasem jednak, jak to się 
wszędzie działo, i na Litwie grunty dziedzictwem z rąk do rąk f 

przechodzić zaczęły. W wieku XVI było to już pomiędzy 1 

bojarami somilskiemi stałym zwyczajem. Dwa były wtedy Ł 

rodzaje gruntów bojarskich. Jedne zobowiązywały swych " 

posiadaczy tylko do służby wojennej i te zwały się „wolny- ■ 

mi," inne zaś do służby „ziemskiej," to jest zapewnedo utrzy- 
mywania i budowania zamków, mostów i dróg królewskich, Ą 
do dawania podwód pod przejazdy i t. p., i te zwały się 
„ciahłymi." Powinności te ciążyły za Zygmunta I na grun- ( 
tach bojarskich jeszcze w całej pełni. Gdy który ród bojar- 
ski wygasł, a raozej gdy zmarł bojarzyn, nie zostawiając 
męskiego potomka, ziemia bowiem prawdopodobnie dzie- 



— 137 — 

dziczna jeszcze była tylko z ojca na syna, grunt osierooony 
wrao&ł do rozporządzenia hospodara i zwany był wtedy 
„ziemia pustowskaja" albo „puatowszczyana" '). Na początku 
XVI wieku rozdawnictwem takich ziem trudnili się woje- 
wodowie. Bojarzyn więc, chcący otrzymać" pustowszczyzng, 
udawał się do „roiłośmwoho pana" — taki był bowiem i u bo- 
jarów potoczny tytuł wojewody, i „bił mu czołem," prossąo 
ustnie o łaskawe „wwiazanie" do opróżnionej dzielnicy. Wo- 
jewoda przywoływał prystawa i starszych z włości i „opyty- 
wai", ozy ziemia zadana istotnie „zdawna pusta leźyt" i czy 
jest „wolna" czy „oiahła." Następnie, jeżeli, jak się to działo 
najczęściej, miał we włości namiestnika, posyłał doń rozkaz 
„zawiedzenia" ziemi proszącemu; jeżeli zaś namiestnika nie 
było, posyłał swego „dzieckiego" lub „komornika," aby „wwia- 
zał" w nią bojara. Posłaniec, zjechawszy na miejsce, w obec- 
ności prystawa i zgromadzonych sąsiadów ogłaszał nowego 
posiadacza ziemi w imieniu wojewody. Niekiedy i sam pry- 
staw dokonywał aktu „w wiązania," lecz była to forma mniej 
uroczysta, a więc i "mniej pożądana w czasach, kiedy każdy 
akt prawny tern większej nabierał raooy, im większy urok 
władzy miała osoba, która go dokonywała. Po tym akcie 
obdarowany wstępował wprawdzie w prawa właściciela, lecz 
nie czuł się spokojnym dopóty, dopóki piśmiennego potwier- 
dzenia od najwyższego „hospodara", to jest od króla, nie wy- 
jednał. „Wwiazanie" wojewody zabezpieczało go tylko cza- 
sowo, nie dając żadnej rękojmi na przyszłość", w razie np. 
śmierci lub odejścia „miłostiwoho pana," zaprzeczenia praw 
przez kogokolwiek. Aby być" pewnym swej własności, 
trzeba ją było albo po ojcu odziedziczyć, albo doczekać się 
na niej przedawnienia tych zawsze wątpliwych lat dziesięciu 
„dawnosti ziemskoje," albo, co było najlepsze i najpewniej- 
sze, wyrobić sobie na nią „list" królewski, nienaruszoną pie 



') Wyrazy te odpowiadają polskim „pustka," „puścizna," który to 
ostatni, brany w znaczeniu przenośnem, pospolicie dziś u nas kaleczą na 
„spuścizna." Por. te! wyraz „pustosz," oznaczający dziś na Litwie wydzier- 
żawione zaścianki, wchodzące do składu większych dóbr. 



— 138 - 

częcia, opatrzony. Jeżeli więc bojarzyn raiat łaskę u woje- 
wody, a może jakie zasługi wojenne, raz jeszcze „bił mu czo- 
łem," aby prośbę jego przełożył królowi i ów list z kancelaryi 
hospodarskiej wyrobił. Jeżeli zaś nie chciał lub nie mógł 
prosić wojewody, nie zostawało mu, jak skorzystać z jednej 
z częstych bytności króla na Litwie, w Wilnie lub w którym- 
kolwiek z licznych wtedy zamków wielkoksiążęcych, i „bić 
czołem" samemu hospodarowi. Posłuchajmy w całości 
brzmienia jednego z takich „nadań," wydanych z kancelaryi 
litewskiej Zygmunta I w pierwszych zaraz latach jego pano- 
wania. Akty te zwykle cechuje dziwnie patryarchalna pro- 
stota wysłowienia, której równa być musiała i prostota oby- 
czaju ówczesnego. 

„Żykhiraont Bożju miłosłju korol polskij, welikij kniaź 
litowskij, ruskij, kniażą pruskoje, żomojtskij (sic) i inych. 
Bił nam czołom bojaryn somiliszskij Ławryn Nekraszewicz 
i powiedił pered nami, sztoż ich brati szestfw podiele żywut, 
a zemlu ot,czyznoju matu majut i ne mąjetfs czoho nam po- 
służyti. Ino wojewoda Trockij Mikołaj Mikołajewicz dał 
jemu zemlu pustowskuju tiahłuju w somiliszskom powiete, 
na imia Mitjewskuju, do naszoje woli, kotorujuż zemlu pered 
tym zdawna ded i otec jeho pachiwał; i list pana wojewodin 
na to on pered nami pokładał, i w tom listę stoit' sztoż pan 
wojewoda o toj żenili opytywał prystawa i inszych ludej so- 
miliszskich, i oni pered nim powiedili, sztoż tają zemla daw- 
no pusta leżyt, a otczyha jeho w niej niet. I bil nara czołom, 
abychmo i my jemu tuju zemlu dali, ino my, wodle listu pana 
wojewodina i na jeho czołom bitje, u tom łasku naszu uczy- 
nili i tuju zemlu dali jeśmo jemu na wiecznost, so wsim stym, 
kak sia tają zemla zdawna w sobie majet, nechaj on tuju 
zemlu Mitkowskuju derżyt, a nam służbu zemskuju siużyt. 
Pisań w Miensku. Junii 9 deń. Indikt 1. (1513 r.) Pr. (o) (sil) 
kr(ola) wojew(oda) tr(ockij), pan Mik(ołaj) Mik(ołajewicz)" 
(M.P.). 

Król sam rzadko kiedy listy takie podpisywał. Do przy- 
jęcia królewskiego podpisu godniejszym byl pargamin, m* 
parier, który w kanoelaryi Starego króla coraz wyłączniej 



— 139 — 

wchodził w użycie. Jeżeli jednak nadanie było znaczniejsze, 
a bojarzyn zasłużony i bogaty, król, dla okazania mu tern 
większej łaski, kładł podpis własnoręczny na okazałym par- 
gaminie i na karm azy nowym, z pięknego jedwabiu ukręco- 
nym sznurze pieczęć* litewska, w czerwonym wosku starannie 
odciśniętą, w woskowej miseczce czyli „bulli," „przywiesić" 
rozkazywał. Obdarzony takim przywilejem bojarzyn, zwał 
go „daniną'* królewską, a ziemię z dumą mianował być „wy- 
słuhoju na korolu jeho miłosti." 

Lecz wróćmy do włości bojarskich, uważanych, jako 
okrąg administracyjny. Znaczniejsze z nich były, jak o tern 
wspomnieliśmy, siedzibami namiestników wojewodzitfskich. 
I ci bywali zawsze mianowani z pośród bojarów i mogli od 
siebie mianować podnamicstników, za których czynności jed- 
nak odpowiadali, jak za swoje własne. Ponieważ zaś bojarzy 
reprezentowali przedewszystkiem siłę zbrojną, przeto w ich 
włościach widzimy też osiadłych chorążych. Wiadomo, żo 
cała Litwa ówczesna istotnie podzielona była na chorąstwa, 
a ponieważ pospolicie bywał przynajmniej jeden chorąży na 
powiat, przeto włość bojarską w mowie potocznej, a jak wi- 
dzimy z powyższego przywileju, nawet i w aktach, z kance- 
laryi królewskiej wydawanych, utożsamiano niekiedy z po- 
wiatem. Chorąży, bezczynny w czasie pokoju, zażywał wte- 
dy tylko powagi urzędu, lecz w czasie wojennym bojarzy 
i szlachta z pocztami pod znak jego się gromadzili; dlatego 
też bywał on najczęściej szlachcicem herbownym. 

A więc we włości bojarskiej prystaw spełniał przeważnie 
obowiązki policyjne, namiestnik był głównie sędzią z ramie- 
nia wojewody; a chorąży, „chorużyj," naczelnikiem siły zbroj- 
nej. Władzę duchowną sprawowali przy małym kościółku 
lub greckiej cerkiewce „katolicki pleban" lub grecki „świesz- 
czennik." Jak jednego, tak drugiego zwano tylko po imieniu, 
lecz przed imieniem księdza kładziono wyraz „kniaź." 

Bojarzy nie znali nazwisk rodowych ani herbów. Jak 
do uprawnionego posiadania ziemi wystarczał fakt, że była 
„otczyzną," to jest spadkiem po ojcu, tak imię ojcowskie, 
dołączone do własnego, starczyło za rodowód. Bojarzyn 



> — 140 — 

h w przeszłość nie sięgał, jak jednem pokoleniom, imion wlas- 

*• nych*zaś używał obyczajem słowiańskim prawie tylko w for- 

mach spieszczonych. Że zaś tych spieszczeń tworzyć można 
było, ile się chciało, przeto raz obrana forma imienia, odmien- 
na od innych form tegoż i stale używana, wystarczała w bra- 
ku nazwiska do odróżnienia od imienników. Najpospolit- 
szemi imionami i formami imion były wśród bojarów somi- 

' liskich w czasach najstarszych następne: Olechno (Alezan- 

der), Michno (Michał), Juchno (Jan), Iwachno (Iwan). Imię 

, Jana— jeżeli należało do katolika, i Iwana, jeżeli noszący je 

był wschodniego obrządku, szczególnie ulubione i pospolite, 
zmieniane było w sposób najrozmaitszy, brzmiąc to z pol- 
ska Janko, to z litewska Janelis, to z ruska Iwaszko. Lecz 
oto i dłuższy szereg imion, do połowy XVI wieku i później 
najczęściej przez naszych bojarów używanych. Męskie: Mi- 
chajło, Miszko, Butrym, Maciej, Matys, Tomko, Mitko, Dobko, 
Dowmunt, Kontowt, Narbunt '), Dowgird, Radiwoj czyli Radi- 
won, Pietraszko, Chszczon, Niekrasz, Ławryn, Wojtko, Boh- 
dan, Oleszko, Chwied, Fiedko, Giecz, Piętko, Hryszko, 
Khrykh (Gryg), Ondrej, Romaszko, Stańczyk, Zienko, Jusz- 
ko, Pacuś, Notkuś, Minko, Winko, Wieliczko, Bertasz, Bort- 
ko, Daszko, Ostaszko. Imiona żeńskie oczywiście rzadziej się, 
trafiają w dokumentach naszych, a mają do siebie jeszcze 
i to, że nie bywa wśród nich wcale imion narodowych litew- 
skich na podobieństwo męskich, jak Dowmunt, Narbut. Oto 
niektóre: Owdokia, Maryna, Marychna, Machną, Kaohna, 
Kasiuta, Sonka, Khentruta -), Jahna, Jahnieszka, Dorota, 
Hanna, Annuszka, Zapieją, Jedwiha, Małkhareta. Imiona 
męskie w tych samych spieszczonych formach z dodaniem 
końcówki: — wicz dla mężczyzny, a -owna dla niewiasty, da- 
wały nazwy patronymiczne: Olechnowicz, Pietkowicz, Hryń- 
kowicz, Hryncewicz, Dowmontowicz, Pietraszkiewicz, Jak- 
hintowicz, Rymkowicz, Dowgirtowicz, Narko wicz, Gieczewicz, 

') Oczywiście indentyczne z Narymunt (NarymundJ, traflającero się 
tei śród bojarów somlliskich. 

O Gentruda, Jen truda, mówią i dziś jeszcze litwlni, zamiast Oer 
trmla 



- 141 — 

Micowicz, Misiewicz, i t. d. Zdarzało się, ze do takiego na- 
zwiska, które służyło jeszoze w pierwszej połowie wieku XVI 
tylko dzieciom jednego ojoa, dodawano przezwisko odróżnia- 
jące, potrzebne szczególnie wtedy, gdy w jednej okolicy zna- 
lazło się dwóch ludzi o jednakich imionach własnyoh i ojczy- 
stych. I tak, Jan Pietkiewicz nosi litewskie przezwisko Ru- 
dis, zapewne od rudych włosów, podczas gdy jego sąsiada, 
też Jana syna Piętka, zowią Iwachnem Kołomarem. Syn te- 
go ostatniego opuszcza imig ojcowskie i mianuje się Kolo- 
marewiczem, idąc w tern za przykładem dzieci Rudisa, które 
to Janowiczami, to Rudewiczami (wymawiaj: Rud ziewi czarni) 
się piszą. Taka już była zresztą prostota czasów owych, że 
wymienienie jednego tylko imienia chrzestnego bywało do- 
statecznem nawet w aktach urzędowych. Wojewoda trooki 
tak adresuje list do swego namiestnika: „Namiestniku naszo- 
inu somiliszskomu Winku." Sam król, nadając bojarzynowi 
ziemię, w tych słowach określa okrąg administracyjny, do 
którego grunt należy: „maj et" on i dieti jeho tuju zemlu wy- 
szeraenenuju, w powiete trockom, prystawnictwa Micowa, 
derżati i uży wati." Prystawowi było na imię Michał i to jed- 
no imię, zmodyfikowane dla niego na Mic, było mu, obok ty- 
tułu urzędu, dostateczną legitymacyą. Ależ bo w owych 
czasach nietylko taki prosty bojarzyn lub prystaw, ale na- 
wet i szlachcic herbowny, ba, i sam wojewoda, obywał się 
nieraz, nawet i w urzędowej czynności, bez nazwy rodowej. 
Radziwiłł herbu Trąby, marszałek nadworny królewski, wo- 
jewoda Trocki, pisze się w podobnym razie tylko wnukiem 
Ościka: „Hryhory Stanisławowicz Ostkowicz", a widzieliśmy 
już w przytoczonym przez nas powyżej przywileju innego 
Radziwiłła, nazywanego przez króla tylko Mikołajem Miko- 
łajewiczem. Ale bo o przyszłość mało się wtedy troszczono, 
o przeszłość jeszcze mniej dbano. Dla bojarzyna przywilej 
królewski, wystawiony na imię jego przodka, a świadczący 
o zasługach i potwierdzający „daninę," zawierał w sobie 
mole jedyne wspomnienie przeszłości. To też cenił w nim 
nietyle pamiątkę rodzinną, jakby to czynił szlachcic dzisiej- 
szy, ile raczej rękojmię spokojnego posiadania „zdawna wy- 



- 142 - f, 

służonej ojczyzny;" odczytać tego przywileju zwyczajnie nia f 

umiał, bo samo używanie pisma do tranzakcyi było między 
bojarami rzeczą nową. Gdy jednak w ostatnich latach XV i 

wieku stało się ono, jak rzekliśmy, zwyczajem ogólnym, nikt 
jeszcze tych dokumentów podpisami stwierdzać nie umiał. . . 

I nie było to jeszcze nawet gdzieindziej we zwyczaju. Poszli * * 

wiec bojarzy nasi, za przykładem szlachty i panów, książąt 
i samego hospodara, i zaczęli na aktach odciskać pieczęcie. # 
Te zaś miały prawdopodobnie kształt sygnetów i były noszo- jj 
ne na palcu. Lecz ani sygnet, ani znak na nim, nie należał 
do wyłącznych prerogatyw stanu rycerskiego. Nąjmizerniej- 
szy chudopachołek miewał wówczas swą pieczęć, a lada nie- 
zgrabny nawet znak, na wygładzonym kruszcu wyrżnięty, 
świadczył o wiarogodności aktu, pod którym go wytłoczono. 
Zdarzało się nieraz, ze jedna i ta sama osoba po razy kilka 
w życiu zmieniała znak pieczętny, syn zaś do używania znaku 
ojcowskiego wcale nie był upoważnionym. Istnienie bowiem 
pieczątki ze śmiercią jej właściciela ustawać było powinno, 
a nad grobem czy to bojarzyna, czy mieszczanina, czy pana 
Jub kniazia, sygnet jego kruszono uroczyście. To nam tłu- 
maczy nadzwyczajną rzadkość dzisiaj dawnych tłoków pie- 
czętnych. Akt zniszczenia tych ostatnich był tak koniecz- 
nym, tak silnie, w celu uniemożliwienia fałszerstw pośmier- 
tnych, prawem obyczajowem zalecony, że jeszcze w połowie 
XVI wieku na Litwie za proste ukrycie pieczęci zmarłego 
pisano pozwy do sądów grodzkich. 

Zobaczmyż teraz, jaki bywał u bojarów somiliskich 
kształt sygnetowych tarczy i jakie znaki na nich wyrzynano. 
Najstarsze sygnety, to jest te, które XV wieku sięgają, mają, .'i 

zawsze tarczę dokładnie okrągłą. W środku koła znajduje <• 

się, bez żadnego obramienia, znak, nieraz do początkowej » Ł 

ruskiej litery imienia podobny, często też wybrany dowolnie, ' \ 

np. orle skrzydło, krzyż, kotwica, w otoku zaś — grubo i nie- 
zgrabnie wyrzeźbiony napis ruski, podający bez skróceń wy- 
raz „peczat" i imię właściciela całkowite, z dodaniem nieraz 
i imienia ojczystego, np. „peczat Mikołajowa" „peczat 
Chszczona Nekraszewa" i t. p. Później nastały nieco zgrab- 



niej rżnięte, podłużnego kształtu, dające wyraźny rysunek 
jakby herbowej tarczy ze znakiem na niej. Nad tarczą, której 
nigdy nie przysłaniał hełm, ani korona, wyryte bywało już 
jedno tylko imię, albo początek imienia, albo nawet same ini- 
cyały. Oto rysunek kilku pieczęci bojarskich z czasów Zyg- 
munta Starego: 

Bardzo wyraźne są na nich napisy imion lub inicyaly: 
bohusz, mitk(o), weliczko, Ł. M. I. K. 

Około połowy szesnastego wieku, bywają pieczęcie sta- 
le już tylko początkowemi literami imienia i nazwiska opa- 
trzone i litery te od tego czasu przestają być* ruskie i są zaw- 
sze tylko polskie. Wyraźnie odciśnięta i dobrze zachowana 
przy dokumencie pieczęć stanowiła całą jego wartość i była 
tak ważną i niezbędną, że gdy wydający akt nie miał jej przy 
sobie, nie zaniedbał nigdy tej okoliczności wymienić: „A ja 
Matej nemiełjeśmi na totczas swojej peczati" i„bił czołom" 
sąsiadom, lub innym „dobrym ludjam," aby „dla lepszoje 
twerdosti" pieczęci swoje przyłożyli. Wyciskano zawsze 
pieczątki w kilku kroplach wosku, na papier dokumentu na- 
lanego i nakrytego małemi kwadracikami papieru, które 
zwano z łacińska „kustodyami." Wosk ten u naszych boja- 
rów bywał czasem brunatny, lub szarawy, często zielony, 
nigdy zaś czerwony, bo dla pieczętowania się purpurą trzeba 
było być, jeżeli nie samym „hospodarem," to przynajmniej 
tegoż dostojnikiem, wojewodą, kniaziem, lub innym „miłoś- 
ciwym panem." 

Tyle o pieczęciach. Przypatrzmyż się teraz gospodar- 
stwu i, o ile się da, domowemu życiu bojarów. „Sieliszcze" 
przedstawiało obraz niewiele różny od dzisiejszego litewskie- 
go zaścianta. Chata bez komina, częściej „dranicą," niż sło- 
mą kryta, o małych okienkach „błoną," (może jeszcze pęche- 
rzową?) zaciągniętych, z drzwiami bez zaszczepki, lecz 



— 144 — 

o klamce drewnianej, z wnętrzem bez podłogi, była mieszka- 
niem miernego bojarzyna. Naprzeciw niej był świren, 
a w nim, obok zboża w ziarnie, skład wszelkich kosztowności 
domowych, na grabę kłódkę zamknięty. Były tu więojłie- 
niadze, droższe sprzęty, sieci, broń, a wreszcie i zwitek papie- 
rów i przywilejów królewskich. Gumno, chlewy i reszta za- 
budowań kończyły zagrodę, wrotami zamkiętą. 

Bojarzy mieli dużo ziemi, odłogiem lezącej, uprawnej 
posiadali względnie mało. Przyczyną był brak robotnika, 
bo niewielu z bojarów posiadało „czeladź niewolną" lub 
„służby" to jest chaty pańszczyźniane. Ludzie więc, których 
zawodem miało być wojenne rzemiosło, własnemi rękoma 
imali się sochy. Z konieczności pracy na roli wynikała tez 
potrzeba łączenia w rodzinach sił wspólnych. Stad tez bo- 
jarzy zwykle z dorosłem potomstwem żyją w jednej chacie: 
bracia nie zawsze dzielą się ojcowizną, stryjowie mieszkają 
razem z synowcami. Pomimo ułatwienia, jakie dawała takie 
wyzyskiwanie związków krwi, rolnictwo właściwie nie opła- 
cało jeszcze wtedy dostatecznie trudów, na nie łożonych, 
a gospodarz część pracy poświęcał chętnie ponętnym gałę- 
ziom dzikiego przemysłu, jak bartnictwo, rybołówstwo, mya - - 
liwstwo. W czasie gdy „niwkę" na siedm beczek litewskich 
wygiewu, w cenie półczwartej kopy groszy „na źrebca stad- 
nego" wymieniano, kiedy za jarzmo wołów płacono „siano- 
żęcia," stokroć łatwiej było stawić jazy i buczę w jeziorach, 
łowić sidłami ptastwo, zabijać bobry w ich „gonach," a na- 
wet mierzyć się z dzikim zwierzem, niźli troskliwie hodować 
bydło, kosić łąki i w pocie czoła orać skibę, a to tembardziej, 
że jedna wyprawa wojenna, jeden napad nieprzyjaciół, zwykł 
był owoc tylu zabiegów niszczyć w jednej chwili. Barcie 
leśne, tak obficie na Litwie ówczesnej utrzymywane, Si 
względnie tak mało wymagające trudu, były własnością naj- 
wyżej cenioną, bo najbardziej zyskowną. Prawo litewskie 
za ścięcie bartnego drzewa karało srożej, niż za złodziejstwo 
zwyczaj ne. 

Ze więc gospodarstwo rolne bojarów znajdowało się 
jeszcze w stanie bardzo pierwotnym, przeto dziwić się nie 



.tnożna, że w licznych umowach sprzedażnych, które nam 
zostawili, niemal równie często wspominają się dzikie obsza- 
ry, jak ziemie uprawne. Obfitość nazw, służących do ozna- 
czania nieużytków, sama przez się świadczy o przemaganiu 
tych ostatnich. A więc o „lasach, puszczach, hajach, dubro- 
wach, zaroślach, rojstach, bereźnikach, hołotach, martwicach, 
chmyznikach, ohworośnikach, olesznikach, dzirwanach, ozier- 
cach" czytamy prawie w każdym akcie, nie w każdym zaś 
chodzi o „ziemlicę," która się mierzy beczkami wysiewu. 
Jest to wymowne świadectwo o dziewiczości ziemi. 

Kawał roli bojarzy zwali „niwka" lub „niwa." Lepiej 
uprawna, cenniejsza, przybierała nazwę ,,nawozu," chętnie 
spieszczoną w „nawoziec." Ziemię, jakeśmy już wspomnieli, 
mierzono wysiewem, jak to jest dziś jeszcze na Litwie po- 
tocznem. „Prodat jeśmi niwku, na kotoroj siejetsia połtory 
boczki żyta, solanki, a ktomu sieliszczeczko Maókowskoje, 
siejetsia na czotyry siewalni." Siewalnia jest to po dziś 
dzień używany do siewu koszyk słomiany, a beczki „solan- 
ki" zna także jeszcze każdy nasz wieśniak. Co zaś do 
wspomnianego „sieliszczeczka" Maćkowego, nadmienić na- 
leży, że „sieliszcze" utraciło zczasem w Somiliszkach pier- 
wotne swe znaczenie siedziby. W wieku XVI coraz częściej 
zastępujeje okazalszy wyraz „dwór, dworzec (dworec)," stara 
nazwa przeszła na pole, o którego dawnym właścicielu prze- 
chowała się pamięć, a w końcu „sieliszcze" znaczyło już 
wprost to samo, co „niwa." 

Dziwną się też wydaje ówczesna mnogość nazw miej- 
scowych: byle strumień, krynica, bagno, rojst, skrawek pola, 
wszystko to jest jakby uosobione, ma nazwę własną. A na- 
zwa ta zdaje się nieraz brzmieniem przypominać zamierzch- 
. łe, może pogańskie czasy, a co najmniej świadczy o wzglę- 
dnie niedawnem, a bardzo i obecnie połowicznem zagnież- 
dżeniu się tu Rusi. Toż to jeziora, jak; Krysztokielis, Soraoó, 
Kiewle, Purwie, bagna, jak Laukażerys, łąki, jak Szwiantieni, 
Jagudy, strumienie, jak Strewa, Kojrewia Upia, „dwory" na- 
wet bojarskie, jak Rasakompis albo Rasakiemia, wszystko 
.nosi jeszcze nazwy litewskie. Uderza też, że i nazwy „pu- 



stowszczyzn" wskazują najczęściej na dawnego litewskiego* 
właściciela: Żomojtowszczyzna, Wizmontowszczyzna, Butwi- 
łowszczyzna, Rymwidowszczyzna, Dowiadowszczyzna. Że> 
Litwa i teraz jeszcze wśród bojarów nie wygasła, świadczą 
takie imiona żyjących bojarów, jak Kiejstowt (Kiejstut), Mi- 
kias, Janelis, Petrulis. Ale oto parę. ustępów z tranzakcyi, 
podających opisy miejscowości; te w wyrazistym swym la- 
konizmie malują nam też chyba czysto litewskie krajobrazy. 
„Prodał jeśmi, powiada Micko Olechnowicz, nawoź swój ku- 
plenyj u susiedów, kotoryj leżyt pod horoju Wojewoju na 
Somiliszskoj doroze i niwka nad ruczjora, kotoraja leżyt nad 
welikoju horoju Kowenśkoju." „Prodał jeśmi niwku otczy- 
znoju (sic), powiada drugi, kotoraja leżyt pod hruszoju Szło- 
pieju" i ma może na myśli drzewo niegdyś święte, które 
czcicieli swoich przeżyło, „Prodał jeśmi sianożatku pod hru- 
szoju Oldeniskoju," powiada trzeci. Na wspomnienie tych sta- 
rych drzew, komuż z nas w oczach nie stanie ten dziś jeszcze, 
jak temu lat czterysta, tak wierny obraz litewskiej okolicy, 
do której wiodło wieszcza tęskne uczucie tułacza: 

Do tych pagórków leśnych, do tych lak zielonych. 

Szeroka nad błękitnym Niemnem rozciągu kmy eh; 
Do tych pól, malowanych zbożem rozmai tam, 
Wy zlecanych pszenicą, posrebrzanych żytem; 
Gdzie bursztynowy ewlerzop, gryka jak śnieg biała, 
Odzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała, 
A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą 
Zieloną, na niej zrzadka ciche grusze siedzą. 

Już z licznych powyższych przytoczeń wynika, że bo- 
jarzy często sprzedawali i nabywali ziemię. Odkąd prawo 
i silniejsza nieraz odeń potrzeba wyrobiła swobodę pozby- 
wania się części „sieliszcz,'* tranzakcye sprzedażne na drobne 
działki gruntowe szybko się mnożyć - zaczęły. Najpospolit- 
szym zaś przedmiotem układów bywały ,,sienożatki," co sie 
może tern tłómaczy, że grunt w okolicy Sumieliszek wzgór- 
kowaty i falisty tworzy w zagłębieniach dużo dolinek, przy- 
datnych na łąki. Rzadziej sprzedawano połę uprawne, jesz- 
cze rzadziej las, którego zresztą tylko niewielkie obszary na- 



- - 147 — 

leżały do bojarów. Oto parg formułek sprzedażnych na „ha- 
je." „Prodał jeśmi haik swój i z zomloju wysłuhu (sic) swo- 
ju meży hai Micewskimi, za wosemdesat hroazej litowskoje 
monety." „Prodał jeśrai delnicu haiku swojeho, sztoż jeśmo 
mieli siebrenyj ') z panom Iwanom, za dwanadcat hroszej 
panu Iwachnu Leonowiczu, a haik tot leżyt nad horoju Wo- 
jewoju." Las większy, jednolity, który wtedy pół kraju zaj- 
mował, bojarzy zwali „puszczą." Puszcza należała zwykle, 
albo jeszcze do samego zwierzchnika kraju, t. j. do wielkiego 
księcia, albo przeszła juz była przez różne nadania na włas- 
ność panów, szlachty lub kościoła. Siła rzeczy sprawiła, ze 
gdy bojarzyn lub kmieć, zagłębiwszy się w cudzą puszczę, 
odkrył w niej bądź" „gony bobrowe," lub upatrzył łąkę, która, 
kosić zaczął, albo założył barcie na drzewach, a nikt mu 
w tern nie przeszkodził, pozyskiwał wstęp stały, którego 
własność bezsprzeczną zapewniała mu „dawność ziemska" 
albo prawo „ojczyste," czyli, jak się dziś mówi, dziedzictwo. 
Co więcej, własność tę zabezpieczał nawet wyraźny przepis 
statutu króla Zygmunta z r. 1529. „Tot, w czyjej puszczy, 
ozera, sienozati i borti budut (czuzyje), tych czużych wcho- 
dów w swoju puszczu otniati ne mozet *)." Ale nietylko po- 
dobne wstępy do puszczy posiadał bojarzyn opodal od swego 
„dworca" lub sieliszcza. Gała jego własność ziemska była 
najczęściej rozrzucona, podzielona na drobne działki i sza* 
chownice. Obok leśnych, bywały wstępy wodne, do jezior 
i rzek. „Prodali jeśmo delnicy swoi, w treoh ozercach, 
w Kiłuszy, a w Purwi, a w Somoni," zeznają dwaj bracia 
bojarzy. Łąki, zwłaszcza większe, dzielono tez na schedy, 
czyli sznury. W okolicy Sumieliszek jest łąka ,,Skierdymie", 
której nazwa litewska znaczy podzielona, od słowa „skiersti" 
dzielić. Rozrzucone zaś działki jeszcze bardziej się drobiły, 
ilekroć w którejś rodzinie rozbiła się jedność domowa, a bra- 
cia lub krewni, żyjący dotąd wspólnie, podzielili się dziedziną. 



') Siebrenyj, wspólny. 

*) Dzlałyński, zbiór praw. lit siat. 1539, rozclz. \ 



Wówczas stary zwyczaj, dziś jeszcze przez wieśniaków litew- 
skich praktykowany, nakazywał równy podział każdego 
działku, każdego wstępu, każdego sznura. Toż nawet za- 
mieszkali o milę. od Somiliszek we dworze swoim Dowgier- 
dziskim trzej bracia szlachta Zawiszuwie, herbu Łabędź. 
gdy im się w roku 1540 przyszło podzielić ojcowizną, poszli 
za przykładem bojarów i kmieci i, mając do podziału trzy 
„imiona," jedno na żmudzi, drugie w Trockiem (Dowgier- 
-dziszki) trzecie na Pińszczyźnie, wydzielili każdemu z pośród 
siebie po trzy schedy w każdej z trzech wiosek. To rozdro- 
bienie własności bojarskiej tłomaczy nam też wspomniana 
mnogość tranzakcyi sprzedażnych. Jednym szło o zaokrąg- 
lenie swych gruntów, drugim o pozbycie sig, w potrzebie go- 
towizny, szachownic, zbyt od „sieliszcza" odległych. 

Przypatrzmy sig sposobowi, w jaki sig akt sprzedaży 
gruntu załatwiał. Wczasach, gdy nasi bojarzy umów jesz- 
cze nie stwierdzali „listami," prawomocność umowy zależała 
od uczynienia jej przy świadkach, tak zwanych „ludziach do- 
brych." Sprzedający spraszał wigc do siebie kilku sąsiadów, 
zwanych też czasem w późniejszych dokumentach, „ludźmi 
obcymi '), i w towarzystwie nabywcy „obwodził" ich po mie- 
dzach i granicach sprzedawanego gruntu, „opowiadając" 
przytem warunki kupna, wyszczególniając, czy grunt jest 
jego ),ojczyzną," czy też „zemliceju kuplenoju" i czy nikomu 
nie jest „pienną." Potem pozostawało już tylko wyliczyć 
pieniądze i akt mniej lub wigcej sutą biesiadą zakończyć. 
Ody ku końcowi wieku XV weszło w zwyczaj spisywanie 
sprzedaży, obrządek „zawodzenia kupli" długo jeszcze pozo- 
stał w swej sile. Tylko że po jego załatwieniu trzeba już 
było ze świadkami, którzy nie potrzebowali nawet być ko- 
niecznie ci sami, co przy akcie „zawodzenia," udać sig do mia- 



') „T.udej obczych," tak nazywa ich dokument piński jeszcze w r, 1613. 
(Testament Krzysztofa Skirmunta,- sędziego Grodzkiego Pińskiego, rkps.)- 
Oliczy znaczy tu jeszcze tyle, co okoliczny, a wyraz to jest utworzony 
z partykuły ob i końcówki — czy. Por. wyrazy polskie ob-roża, obwód 
i t. p. i rosyjskie obszczyna, obczina, obszczyj. 



sta, to jest do Trok, gdzie „dziak" wojewody lub jego na- 
miestnika starannem pismem niskiem stojącem, piórem sil- 
nie przyciśniętem, kreślił na ćwiartce mocnego papieru, 
o charakterystycznym znaku wodnym, krótką aryngę, podob- 
ną do tej, która, jedną z tysiąca, dla przykładu tutaj przy- 
taczamy: 

„Ja, Netius Sowkołowicz i z bratjeju swojeju Dacom a 
z Bortkom i z synom swoim Pietraszom, wyznawajem sini 
naszym Ustom, prodali jesmo haj swój i z zemleju pospołu 
Pawłu Tołokonskomu za dwie kopie hroszej, wieczno obol, 
i nepienno nikomu, i zawel jeśmi tot haj pered bojary, pered 
Butrymom, a pered Dobkom, a ne nadobie tono baju nikomu 
poiskiwati od naszeho plemieni, a chtoby miel poiskiwati, tot 
zapłatit winy wojewodu trockomu try rubli hroszej. A pry- 
tom byliludi dobryje: Iwachno Kołomarewicz, a Zanko Se- 
menowicz, a Sadko żyd trockij, a brat jeno Ohron, a dla 
lepszoje twerdosti seho naszeho lustu prosili jesmo i czołom 
bili Iwachna Kołomarewicza, sztoby peczat' swoju prylozył 
k'semu naszomu listu i jeho mitost' to uczynił i peczat' swo- 
ju prylozył. Pisań u Trocech, dekabra 27 den. Indikt 12 
(1494 albo 1609 r.). Po ..przyłożeniu" więc tej pieczęci, która, 
jak w tym przypadku, choćby była jedyna i nie należała do 
twórcy aktu, wystarczała do nadania mu sankcyi, wracano 
do domu, gdyż nie weszło jeszcze w zwyczaj późniejsze 
„przyznawanie" tranzakcyi, to jest wpisywanie jej do ksiąg 
powiatowych grodzkich lub ziemskich, które to księgi w Tro- 
kach dopiero w drugiej polowie XVI wieku się zjawiają.. 

W przytoczonym co dopiero tekście niema, jak widzi- 
my, żadnego opisu granic. Starczy zań jeszcze proste za- 
wiedzenie „pered bojary" albo „pered ludej dobrych." 
Wkrótce jednak, przy coraz większej łatwości pisma, zjawia- 
ją, się opisy, tak, że „zawiedzenie'' staje się wobec nich for- 
malnością zbyteczną. Opisy te, których kilka znamy już 
z uprzednich przytoczeń naszych, bywają w swej jędrnej 
prostocie zawsze malownicze. Dorzućmy tu ich jeszcze pa- 
rę: „A tają sianożatka leżyt' nad ozerom, nad Somoniem, 
pod Michąjłowym sieliszczem." — „A tają niwa leżyt' nad 



— 160 — 

Teterewinyni rojstom, czerez' mieżu iz niwoju, iz patia Iwa- 
nowuju, a iz druhoje storony z niwoju Chszczonowuju, czerez 
miet.u," „Odna sianożatka leżyt' pod Dinkowoju horoju, 
a druhaja nad Kukniewym kotodezem." 

Jak oiewielkiem bywało najczęściej mienie bojarów, 
tak toż i sprawy ich sporne, których pamięć przekazały nam 
nieliczne z tego zakresu dokumenty, za drobiazgowe na ogół 
uważać* można. Władzę sądową najwyższą miał nad nimi 
sam król, lecz że, zgodnie z pojęciami owych czasów, każdy 
urzędnik, jako dzierżący cząstkę władzy zwierzchniczej, był 
zawsze także i sędzią, przeto sprawy między bojarami roz- 
strzygali nietylko wojewodowie i ich namiestnicy, ale także 
i ciwunowie, czyli dzierżawcy królewscy, a w późniejszym 
czasie, sędziowie grodzcy i ziemsoy. Stary król rozciągał 
nad bojarami troskliwą opiekę; to też przekładane sobie 
sprawy niejasne rozstrzygał nieraz osobiście, albo przez wy- 
znaczonych na to w Wilnie specyalnych komisarzy, wybra- 
nych z pośród dostojników duchownych i świeckich. Sprawy 
potoczne sądzili urzędnicy z ramienia wojewody, a więc 
przeważnie namiestnicy z przybraniem ławników. W takich 
sprawach prystawowie bywali też zwykle głównymi świad- 
kami. W „liście sądowym," wydawanym po rozstrzygnięciu 
sprawy stronie wygrywającej, sędziowie podawali cały prze- 
bieg ustnej rozprawy. Okoliczność" ta czyni podobne „listy" 
niezmiernie zajmującymi. To też jeden z nich podajemy tu 
w całości: 

,,Ja Olechno Hrynkowicz, namiestnik Kozinskij, Trockij 
i Somieliszskij, a pan Weliczko Dyakowicz, klucznik Trockij 
hospodara korola Jeho mitosti; a pan Paweł Tołokonskij, 
a Jan lwaszkowicz Połuboczok smotreli jeśmo toho dzieło. 
Żałował nam pan Iwan L/eonowicz, stojaczy na swojej zemli, 
na Mateja Bohdanowicza i na brata jeho Juchna, tym oby- 
" czajem, sztoż: „Oni pospoł s'otcom swoim Bohdanom, pa- 
dali mi ozetyry niwki i berezniczki, sumioż z Ławrynowuju 
meżoju, za piatnadcat' hroszej, obel wieczno, ino tot istyj 
Matej, seje zimy pryszot3zy (sic) czelowieka mojeho w tom 
berezniczku zbił, kakże jeśmi czelowieka swojeho rany 



w zamku okazywał." I my spytali Mateja a Juchna Bohda- 
nowiczów: „Czy prodali jeśte z otcom swoim, panu Iwami, 
czetyry niwki i berezniczki?" I oni rekli: „Kak jeśrao je- 
mu ne prodawali tych czetyrech niwok i bereznikow także 
i ne wiedajem aż do tych czasów." I my spytali pana Iwa- 
na: „Czym to na nich perewodisz, sztoby oni twojej miłosti 
tyje czetyry niwki prodali i zaweli?" — I pan Iwan szapku 
prystawił do lista ich kupczocho, i do bojar, kotoryje w tom 
ich listo stojat', pered kim oni tyje ozotyry niwki i bereznicz- 
ki prodali i zaweli sami, kakże i list ich kupczyj pan Iwan 
pered nami ukazywał, w kotoromże listę ich stoit, iż oni po- 
spot z otcom swoim, z Bohdanom, prodali; kakże w tom listę 
ich s prawa i peczat Wołkowa, i sam sia Wołk pered nami 
soznałsia (sic) szto: „Sami oni prosili i czołom bili mene, azto- 
bych ja tot list im napisał i peczat' swoju pryłożyl k'semu ich 
listu." A Matej i Juchno Bohdanowiczy, szapki ne prystawili 
do ludej tych, pered kim sami panu Iwanu prodali i zaweli 
tyje czotyry niwki i berezniczki, a k'iistu i ku pieczati ni- 
czoho ne mieli. I my tomu porozumiejuczy,... zostawili jeśmo 
pana Iwana pry tych czotyroch niwok i pry berezniczku, ma- 
jet' on tuju kuplu swoju obel wieczno derżati, — I na to jeśmi 
jeho miłosti dał sej moj list sudewyj pod mojeju peczatju, 
a Mateju Bohdanowiczu kazali jeśmo połtinoju hroszej cze- 
łowieka pana Iwanowa nawiezati i rok jeśmo, tym peniaziom 
pewnyj położyli: czetyry niedieli. Pisań u Rasokiemis, Maja 
21 deń, indikt 3 (15tfi r.). 

W tym prostym a jasnym obrazie prawdziwie pierwot- 
nej rozprawy sądowej, każde niemal słowo podaje cenny 
szczegół. Pan Iwan Leonowicz, człowiek widocznie zamoż- 
ny i wzięty, skoro go sędziowie stale tytułują „Jego Miłoś- 
cią," skarżył, ,, stojąc na własnej ziemi," a więc Rasokiemis, 
skąd datowano dokument, było jego „dworcem", w którym 
też sędziów przyjmował. „Przystawianie czapki" było for- 
malnością, służącą do przywołania świadków, w obecności 
których akt kiedyś był uczynionym. Oskarżony „czapki 
nie przystawia," ponieważ odwodowych świadków nie 



— 152 — 

ma, a przeciw autentyczności pisma i pieczęci żadnego też 
zarzutu podnieść nie umie. 

Nie wszystkie jednak sprawy dawały się tak prędko 
załatwić, jak powyższa, a zdarzały się często i takie, które 
poszkodowanemu, pomimo pracowicie pozyskanej interwen- 
cyi władzy, żadnego zadość uczynienia nie przynosiły. Oto 
przebieg podobnej, 

Radziwoj Iwanowicz, bojarzyn Somiliski, kupił sobie 
w r. 1557 u Jurja Dowborowicza, „bojarzyna hospodarskoho 
kiernowskoje wolosti" chłopa „niewolnego" z całą jego ro- 
dziną. Chłop zwał się Mikus Borcowicz, miał żonę Marynę, 
dwóch synów Hrynka i Bortka, oraz córkę Jagnieszkę. 
Za te pięć osób nabytych zapłacił Radziwoj dwanaście kóp 
groszy litewskich. Tymczasem chłop, niedługo pomieszkaw- 
szy „pod" nowym panem, dnia 2 Października tegoż roku. 
w sobotę, wziąwszy ze sobą ile mógł dobytku, umknął, „za- 
brawszy sia" z żoną i z dziećmi i, korzystając z zarośli, la- 
sów i bagien, tamujących najbliższe w kraju stosunki, ma- 
nowcami dążył w tronę Wilna, Lecz bojarzyn nasz czasu 
nie tracił. Skoro się tylko o ucieczce Mikusa dowiedział, 
zebrał znajomych, „ludej dobrych," „susiedów okolicznych 
swoich" i udał się z niini w pogoń śladem, „po doroham i po- 
selara zakazywajuczy i prosoku dajuczy" sposobem i teraz 
praktykowanym przez chłopów litewskich, gdy im konie 
lub inny dobytek uprowadzą „konowody." Tak z pod Somi- 
liszek, pędząc dniem i nocą, ujechał mil kilkanaście i naza- 
j"trz, w niedzielę, w wiosce Opigoszach, na trakcie wiłko- 
mierskim, aż o 7 mii od Wilna, znalazł nareszcie swego zbie- 
ga. Schronił się on był z całą rodziną do chaty Łukasza 
Łowcewicza, poddanego „bojaryna wileuskoho" Sebestyana 
Mikołaj ewicza, a gdy Radziwoj ze „stroną," którą miał przy 
sobie, zażądał wydania zbiega, chłop ozem mógł zaparł drzwi 
i okna chaty i bronić się począł. Zawiązała się bójka na kije. 
w której Radziwoj placu nie dotrzymał, a wracając z próżne- 
mi rękoma, wstąpił do Kiernowa i opowiedział się tameczne- 
mu namiestnikowi. Ten, upomniawszy wprzód Mikolajewi- 
cza, gdy to nie skutkowało, dnia 7 Października, pozwał go 



— 153 — 

przed sąd swój na „oczewistą rozprawę" do Wilna. Lecz 
pozwany „u prawa" nie stanął, a chłopa u siebie po staremu 
przechowywał. Radzi woj zrozumiał wtedy, ze niewiele doka- 
że, aby jednak niczego nie zaniechać, udał się do Dowboro- 
wicza, od którego owego chłopa był nabył, a przypominając 
mu jego zobowiązania się w liście sprzedażnym, prosił o po- 
moc i obiecywał darować mu opisane w dokumencie „winy" 
pieniężne i wynagrodzenia „sowite" szkód wszelkich. Lecz 
Dowborowicz na nic się nie zgadzał, przekładając, że z Miko- 
łajewiczem także nie poradzi i że ucieczka chłopa w jego zo- 
bowiązaniach przewidziana nie była. Próżne więc były za- 
biegli z tej strony. Itadziwoj przez rok cały czynił jeszcze 
starania i rozmaitemi drogami, przez przyjaciół i życzliwych 
sąsiadów nalegał na Dowborowicza, aby mu pomógł, lecz 
napróżno. Dowborowicz był na prośby głuchym, a chłop 
nie powracał. Nareszcie w grudniu 1558 r. obżałowany bo- 
jarzyn wyjednał raz jeszcze u tegoż namiestnika kiernow- 
skiego „list upominalny" do Dowborowicza, aby się starał 
chłopa właścicielowi powrócić i szkody temu ostatniemu wy- 
nagrodził. Był to właśnie, o ile w braku dalszych dokumen- 
tów sądzić możemy, prawdopodobnie ostatni a również jak 
poprzednie bezskuteczny zabieg poszkodowanego. 

Te dwa przykłady wskazują też na dwa najpospolitsze 
między bojarami rodzaje procesów: sprawy o ziemię i o zbie- 
głą czeladź. Sprawy rzeczowe najczęściej u nich z uczynko- 
wemi się łączyły; u ludzi, jak oni, pierwotnych, od sporu do 
czynnej obelgi droga bywa niedaleka. 

Ze śmiercią Starego króla, którego późniejsze akty bo- 
jarskie wspominają ze czcią, jako „sławnoje pamiati korola 
Żykhimonta," organizacya bojarska zdaje się rozprzęgać: 
o namiestnikach, o przystawni et wach, ba nawet o samych 
„wołostiach" bywają w naszych dokumentach wzmianki 
coraz rzadsze, występuje natomiast coraz bardziej na plan 
pierwszy wszechpotężny stan szlachecki. Dla zubożałych 
„ziemian-bojarów" służba wojenna, wymagająca z biegiem 
czasu coraz droższego uzbrojenia, coraz większych, wBku- 



- 154 — 

tek komplikowania się warunków życiowych, ofiar, staje się, 
jak to niżej zobaczymy, jedną z głównych przyczyn upadku, 
a nawet i zagłady pojedynczych rodów bojarskich. W oko- 
licy somiliskiej, a pewnie tez i w innych środowiskach bojar- 
skich, występują teraz coraz częściej pojedynczy ludzie, 
dzierżący w ręku większe środki i większą też zabiegli w ością, 
niż sąsiedzi, obdarzeni, skupujący skwapliwie działki i sie- 
liszcza tych ostatnich i usiłujący się też stanowiskiem spo- 
łecznem ponad nich wywyższyć". Do poniżenia stanu bojar 
skiego przyczyniła się też, ze zmianą stosunków społecz- 
nych, niemało instytucya, z łona samych bojarów przeważ 
nie wyrosła, instytucya dworzan królewskich. Trzeba bo- 
wiem wiedzieć, że za Jagiellonów, obok kancelaryi litewskiej. 
istniał także przy osobie hospodara osobny dwór litewski. 
Tworzył go zastęp synów szlachty i zamożniejszych bojarów, 
tak liczny, iż z samych dworzan litewskich bywał oddzielny 
hufiec na wojnach, o którym, mówiąc nawiasem, wieść niosła, 
że niezbyt dzielnie się spisał w potrzebie grunwaldzkiej. Pod 
koniec życia Starego króla, gdy Zygmunt August objął rzą- 
dy Litwy, wskutek zmniejszonych przez wydatki wojenne 
dochodów skarbu nadwornego, nie mógł on dworu litewskiego 
w dawnej świetności utrzymać. To też w r. 1647 na sejmie 
w Wilnie prosił króla stan rycerski, aby „starodawnoho oby- 
czają" w zapomnienie nie puszczał i, jak za „prodkow" jego 
- bywało, „dwór litowskij na dwore swoim chował, a to dla to- 
ho, iżby bratja i synowie naszy... czwiczyli sia rycerskich 
uczynków, tym sia łaski korolewskoje dosluhiwali i na po- 
tom hodnymi sluhami Jeho hospodarskoje miłosti i ręczy 
pospolitoje byli." (Dzialyriski, Zb. pr. lit. Prośby sejmowe). 
Obowiązkiem dworzan było, oprócz służby wojennej, pełnić 
w czasie pokoju służbę przyboczną hospodara, a więc rozwo- 
zić wszelkie listy i spełniać różne polecenia, od króla lub 
z kancelaryi litewskiej wychodzące, wręczać pozwy na sądy 
nadworne i t. p. Służba to była zaszczytna i mogła tez ko- 
rzyści materyalne przynosić. Nie była jednak wolną od nie- 
bezpieczeńśtw, kiedy naprzykład posłano dworzanina z po- 
zwem lub rozkazem do możnego pana, lub gdy za nieopłaco- 



— 1Ó5 — 

ną, „serebrszczyznę" miał uczynić „odprawę" na włośoiaoh 
magnackich. Świadomość tego niebezpieczeństwa zniewa- 
lała nawet króla w takich razach do wyraźnych wobec win- 
nego zastrzeżeń: „Przykazujem tobe, pisze Zygmunt Au- 
gust z Knyszyna, d. 12 lipca 1568 r., wysyłąjąo swoich dwo- 
rzan „bierczych" na „odprawę" niezapłaconej serebrszczyzny 
do Stanisława Dowojny, wojewody polockiego — pod zakła- 
dom naszym (t. j. pod kara, zapłacenia) dwiema tysiaczmi 
kop hroszej, izby jesi nikotoroje nebezpiecznosti zdorowju 
onych poborec ne czynił, słowom ani rukoju na nich ne se- 
hał, wo wsem sia ku nim spokojne zachował koneczno." 

Gdy taki dworzanin, syn bojarzyna, wracał do rodzinnej 
zagrody, można przypuszczać*, ze ze swej służby, jak mówili 
bojarzy, „w lackoje zemli," nie przybywał z próżnemi rękami i 
a obok zwiększonych zasobów materyalnych, przywoził też 
pewnie obyczaje, upodobania i ambicye, odmienne od wieś- 
niaczej braci. Do swego nazwiska dodawał z dumą tytuł 
„dworanina jeho korolewskoje miłosti," a na tranzakcyach 
pospolitej braci, do których chętnie wzywany bywał za 
świadka, odciskał wytworniej, bo „w czużoje zemli," wyrżnię- 
ta, pieczątkę. Takich dworzan w drugiej połowie XV wieku 
by wału nieraz po kilku w jednej włości bojarskiej. Oni to 
byli zwykle owymi zabiegliwymi nabywcami ziemi, skupu- 
jącymi „na schwał" od zubożałych sąsiadów różne ich „niw- 
wi, sienożatki i haiki." A tranzakcyi tych bywała czasami 
tak wielka liczba, że pan dworzanin jechał nieraz do Trok 
z całą gromadą bojarów, z których każdy miał mu coś sprze- 
dać. Spisywano więc cały szereg jednobrzmiących prawie 
aktów, do których sprzedający wzajemnie sobie służyli za 
świadków. Nasz szczęśliwiec wkrótce otrzymywał tytuły 
„jeho miłosti" i „pana," nieznane dawniej między bojarami. 
Pisania siebie „bojarzynem hospodarskim" takiej a takiej 
włości, jak to ojciec jego czynił, ile mógł unikał, a jeśli 
kiedy tytuł „dworzanina" opuścił, to tylko na to, aby się 
nazwać nowotnie „ziemianinem hospodarskim." Gdy zaś 
jaki „list," z kancelaryi królewskiej wydany, tytuł mu ten 
powtórzył, stawał się on już nieodłącznym od imienia 



— 156 — 

nowego „pana" dodatkiem. To wyjście ze stanu i obyczaju 
bojarskiego pozostawało ukoronować przybraniem po szła- 
checku, na — ski zakończonego nazwiska od wioski czy 
dworca własnego i ustaleniem w rodzie pieczętnego znaku, 
robiąc z tego ostatniego, według pojęć zachodu, prawdziwy 
Erb to jest herb dziedziczny. Jedno i drugie znajdowało 
się bez trudu. Syn zmarłego w pierwszych latach panowa- 
nia Zygmunta Augusta dworzanina, następnie ziemianina 
J.K. M., który się był zwyczajnym bojarzynem „somiliszskoje 
wołosti" urodził, używał przez czas pewien na swej 
pieczątce znaku ojcowskiego. Pod koniec życia, bę- 
dąc już sędzią grodzkim, trockim, tak umiejętnie 
a znak ten przerobił, ze synowi jego może 
C&}& stało się już łatwem przyznać" się do je- 
^I\ dnego ze starożytnych klejnotów pol* 
* * ' * skich, Gozdawy... 



Z przechowanego szczęśliwym trafem, datowanego z r. 
1540 „rejestru" ruchomości ziemianina szlachcica, dziedzica 
,,imienia," niewiele od Somiliszek odległego, możemy się 
przekonać, że mieszanie się kultury zachodniej ze wschod- 
nią, polskiej z ruską, tak powszechne wtedy na Litwie, uwy- 
datniało się także w ubiorze i w sprzętach ziemian szlachty. 
Tern bardziej dziać sig to musiało u takiego ex-bojarzyna na 
dorobku. Niewiele więc chyba przeciwko prawdzie zgrze- 
szymy, jeżeli otrzymane ze wspomnianego rejestru szczegóły, 
i z paru podobnych spisów, pochodzących od bojarów, prze- 
piszemy wprost na naszegodorobkiewicza. „Usiłował on prze- 
cie pewnie wy wszystkiem „panów szlachtę" naśladować. 
A więc z Polski, z obyczaju dworskiego, pochodził może jego 
„kabat" i długa „zupica." Ze strojów ruskich zachował on 
jeszcze aksamitne, adamaszkowe lub „czamletowe" „odno- 
radki," ozdobione wielkimi z kruszcu, Jub nawet ze srebra 
i złota, po polsku nazwanymi „khuzami." Z zachodu był 
znów „sajan" kitajkowy, lecz ruskie szerokie „sztany." 
Do nakrycia głowy służyła mu „kuczma" tatarska, to jest 



- 157 - 

czapka futrzana o spiczastym wierzchu z aksamitu lub sukna. 
U pasa brzęczała mu polska „szabla" lub niemniej polski 
„kord o rękojeści z klejnotem" w srebro oprawnym. Do 
jazdy konnej miał długie, rycerskie u nóg „ostrogi," „po- 
jaskami" rzemiennymi do obuwia przytwierdzone. Na zimę. 
służyły mu „szaty," futrem podbijane, „szuby kunie," „czar- 
nym czamletem" pokryte, albo też mniej kosztowne, takież 
szuby lisie „zawój kowe (?)," suknem szarem „machackiem" 
powleczone. Do częstych „z przyjacioly" pijatyk był „roz- 
truchan serebrenyj pozołotistyj" krakowskiej może roboty, 
ceniony aż 30 kop groszy i w pilnej potrzebie gotowizny za 
połowę wartości żydom trockim zastawiany. 

Ale iłe było przepychu w ubiorze, tyle granicząct>J nie- 
mal z ubóstwem prostoty w urządzeniu domu i gospodarskie- 
go obejścia. Przykład tego zbliżony weźmiemy z poblizkie- 
go Somiliszkom dworu szlacheckiego, według jego opisu, po- 
danego w inwentarzu z ostatnich lat XVI wieku. Przez wro- 
ta drewniane, opatrzone dachem z „dranic," wjeżdżało się na 
podwórze, gdzie wśród licznych tu i owdzie rozrzuconych za- 
budowań drewnianych, piekarń, swirnów, spichlerzów, bro- 
warów, po białym tylko kominie „dworzec" pański odróżnić 
było można, miał on zresztą jeszcze i dach odmienny od ota- 
czających go budynków. Była bowiem na nim gładka 
strzecha słomiana, podczas gdy wszędzie szarzały strzępiaste 
„dranice." Drzwi zamczystych nie dopatrzyć. Żelazne za- 
wiasy i zasz czepka z „probojem" były przedmiotami god- 
nymi pilnej uwagi opisującego. Przez tak źle obwarowane 
drzwi dworu wchodziło się do półciemnej, dwoma jednoszy- 
bowemi okienkami słabo oświetlonej sieni, w której umiesz- 
czone wprost wejścia drugie drzwi wiodły do „komórki" 
czyli „schowania," a jeszcze dwoje drzwi w prawo i w lewo 
do dwóch „świetlic," czyli dużych izb, opatrzonych w podło- 
gi i w piece, z których jeden był z cegieł, a drugi z kafli zie- 
lonych. Świetlice te otrzymywały światło z dwóch stron, 
przez cztery nieduże okna o „błonach" czyli szybach szkla- 
nych. Pośrodku świetlic były stoły dębowe, a pod ścianami 
wokół biegły ławy z grubych „dyli." Oprócz kilku luźnych 



— 158 — 

zydelków, niczego więcej w tych izbach nie było. Z obu 
świetlic wchodziło się do dwóch „komor" końcowych 
o dwóch okienkach. Były to sypialnie a zarazem i skład 
sprzętów, których w świrnie umieścić" nie wypadało. Naj- 
ważniejszym po dworze budynkiem był świren, a dzielił on 
z piwnicą zaszczyt nielada: oto u drzwi jednego i drugiej, na 
żelaznych łańcuchach, wisiały dwie ciężkie, żelazne „kłódki 
moskiewskie." Był to dowód wymowny, że zapasom i sprzę- 
tom tu przechowywanym właściciel ich największą przypi- 
sywał wartość. Pieniędzy jednak w srebrnych groszach 
i półgroszkach albo w „rublowych" sztabach i w „złotych 
czerwonych" bywało tam chyba niewiele; biegły w sztuce 
mnożenia bogactw nowotny „ziemianin" nie marnował ko- 
rzyści z gotówki i wolał ją żydom trockim oddawać na lich- 
wę, niż trzymać pod zamkiem, chociażby tak mocnym, jak 
owe dwie jego kłódki moskiewskie. Toż z testamentu ta- 
kiego ziemianina świeżej daty, spisanego w 1553 r., dowiadu- 
jemy sig, że żydzi byli mu winni aż 68 kop groszy, podczas 
gdy drugich 60 kop i 32 czerwone złote węgierskie rozpoźy- 
czył był pozostałym w stanie bojarskim uboższym sąsiadom 
swoim. 

'Nazwa bojarów niedługo już spotykać sig miała na coraz 
częstszych aktach sprzedażnych, stwierdzających stopniowy 
zanik drobnego rycerstwa somiliskiego. Po roku 1560 nie 
widujemy już imienia „wołosti" na trauzakeyach. Ludzie 
starsi piszą się jeszcze, jakby z nawyknienia, czas jakiś ..bo- 
jarami hospodarskimi somiliskaho okruha" albo wprost boja- 
rami powiatu trockiego, młodzi używają wprawdzie jeszcze 
niekiedy tytułu „bojarzyn hospodarskij," lecz zawsze już bez 
wymienienia włości. Coraz częściej występuje tytuł nowy: 
„ziemianin", i to u tych samych osób, które jeszcze kiedynie- 
kiedy nazwą się bojarami. Nareszcie, około r. 1570, nazwa 
„bojarzyn" znika bezpowrotnie. Ci wszyscy, którym upa- 
dek stanu swego udało się przeżyć, zamienili się w szlachtę. 
Jakie były tego upadku przyczyny, w jaki sposób na- 
stąpiło to ostateczne przedzierzgnięcie się bojarstwa, opo- 
wiemy to w krótkich słowach. Dokumenty nasze skąpe tyl- 



-J 



— 151) -- 

ko światło rzucają na tg doniosłą przemianę. Nie ulega wąt- 
pliwości, że jedną z głównych przyczyn ruiny był ciężar 
służby wojennej. Nieustające prawie za obu Zygmuntów 
krwawe z Moskwą zapasy wymagały ustawicznych, dotkli- 
wych ofiar w ziemi i w ludziach. Los drobnego rycerstwa 
bywał przytem prawdziwie tragicznym. Odmówić* służby 
królowi znaczyło to samo, co zrzec się praw swego stanu, 
zrzec wolności. Bojarzyn, nie będący w stanie, dla ubóstwa 
swego, uzbroić* się należycie, siąść na koń i stanąć" na pierw- 
sze wezwanie pod chorągwią, musiał pójść w poddaństwo, 
zostawał chłopem. Niejeden chłop późniejszego starostwa 
sumieliskiego musi byd potomkiem bojarskiego rodu. To 
tez nie było nieraz tak ciężkich wysileń, nie było poświęceń, 
którychby nie był gotów ponieść bojarzyn, aby „swobód 
i wolności" stanu swego nie utracić. „Ja Jakub Jankowicz, 
bojaryn hóspodarskij Trockoho powietu, wyznaje w r. 1556 
jeden z tych nieszczęśliwych, zastawił jeśmi ku welikoj i pil- 
nej potrebie, iduczy na wojnu do Liflant, czast' swoju dere- 
wa bortnoho zo pczołami w puszczy Perełajskoj, i z tymi 
zo wsimi ulami ohoronymi, kotoryi po siabroh '), jest u Pere. 
łajech, w siemidiesiat hroszej." Co oszczędziły wojny, tego 
dokonały lata głodu i zarazy na Litwie 1570—1580. Te*nże 



') Wyraz „siabr" na Rusi znaczy tyle co towarzysz, wspólniki 
i w tem znaczeniu teł dotąd jest na Litwie u ludu — potocznym. W po- 
wyższym ustępie oznacza on stosunek, z odwiecznego obyczaju bartnego 
wynikły, dotąd Jeszcze między pasiecznikami litewskimi praktykowany- 
Zwą go dziś na Żmudzi wyrazem pół polskim, pól litewskim: biczulow- 
stwo, od litewskiego blczulis - siabr. Zasobny pasiecznik, posiadający 
ilość rojów, wyczerpująca „pożytek" okolicy, umieszcza pojedyncze nie 
u dalszych sąsiadów, do których w porze mlodobrania udaje się osobiś- 
cie, aby wspólnie z biczulem wybierać plastry, popijając przytem z nim 
przyniesioną przez się, a świeżym miodem zaprawną gorzałkę, Diczulo- 
wic następnie dzielą się plastrami, roje zaś, wydawane przez ul, natężą do 
obu na przemianę. Stosunek nic może być zerwany, dopóki liczba przy- 
bytku u obu nie Jest równa. Uiczulowstwo obowiązuje do przyjaciel- 
skich wzajemnych stosunków, inaczej, według przekonań Litwina, pszczoły 
się nie wiodą. 



sam Jankowicz w 1571 r., razem z żoną i z dziećmi, spisuje 
akt, w którym czytamy te proste, lecz zgroza, przejmujące 
wyrazy: „Wyznawajem sami na sebe, iz my, ku welikoj 
a pilnoj potrebie swojej domowoj, ne maj uczy sia czym po- 
żywiti czasu tepereszneho hotodnoho, prodali jeśmo zemli 
własnoje otozyznoje, na piat boczok siejenia." W latach na- 
Btępnych Jankowicz czyni co rok to samo, sprzedaje łąkę, 
parobka, kawał lasu, chatę, a wreszcie sam znika nam z oczu 
zupełniel 

Rozumie się jednak samo przez się, że nie wszyscy bo- 
jarzy ginęli tak marnie. Obok owych zbogaconych jedno- 
stek, o którycheśmy mówili, w obszernych dziedzinach daw- 
nej somiliskiej włości znalazło się dość miejsca nietylko na 
utworzenie starostwa, dawanego odtąd szlachcie, jako tak 
zwany panis pro pairia bene merenłium, ale i na utrzymanie 
się przy ziemi licznych rodów zagrodowej szlachty bojarskie- 
go pochodzenia. Za króla Zygmunta III ma już każdy 
z tych nowych klejnotników własny herb rodowy, którym 
jest rzadko tylko jedno z polskich godeł herbowych, daleko 
częściej jest to właściwej heraldyce polskiej nieznany, jednej 
tylko rodzinie służący, znak zupełnie oryginalny, uherbiony, 
że się tak wyrazimy, dawny znak pieozętny, osobisty, bojar- 
ski. Ciekawych, jak te nowe herby wyglądają, odsyłamy 
do Herbarza rodzin litewskich Alberta Wijuka Kojałowicza, 
znanego z kilku kopii rękopiśmiennych, przechowujących się 
w niektórych księgozbiorach publicznych, (Obecnie wyda- 
ny nakładem zasłużonej wileńskiej firmy Józefa Zawadzkie- 
go — w Krakowie). 

Obok dawnych nazw ojczycowych (patrony miczny eh) 
z tradycyi ruskiej, a właściwie greckiej powstałych, które 
niegdyś służyły tylko jednemu pokoleniu takich Iwaszkiewi- 
czów, Juchniewiczów, Pietraszkiewiczów, Sienkiewiczów, 
a obecnie stały się już stalemi nazwiskami rodów, zjawiają 
się wśród drobnych ziemian somiliskich nazwiska wcale no- 
we, utworzone nie już od imienia ojca, ale na sposób prawdzi- 
wie polski, zachodni, od nazwy rodzinnej wioski. Wię,c oko- 
licę Mackan zamieszkują w XVII wieku Mackanscy, okolicę 






— 161 — 

Strawiennik — Strawińscy, okolicę Miglin — Miglińscy, okolicę 
Rondomańców— Rondom ań scy it.p. Już to samo, że imienni- 
ków bywa czasami bardzo dużo, zdaje się. wskazywać, że 
przyczyna, wspólności nazwiska niezawsze była jedność rodu. 
Rodziny sobie obce, zamieszkujące tg samą osadę, mogły 
sobie wspólnie przyswoić jej nazwę. Tą okolicznością mo- 
żnaby też np. tłómaczyć wielkie rozpowszechnienie nazwiska 
Swirskich na Litwie, przyczem noszący je, chociażby byli 
najubożsi, uważają się zwykle za potomków udzielnych nie- 
gdyś książąt na Świrze. O wiele właściwiej byłoby przypu- 
ścić, że nazwisko Swirskich dostało się bojarom księstwa 
Świrskiego i utrzymało się jako ich rodowe, w czasie, gdy 
wogóle wszyscy na Litwie bojarzy, tak „hospodarscy," jako 
i książęcy i paóscy ze szlachtą zrównani zostali. 

Jak się łatwo domyśleć, zrównanie to nastąpiło po znik- 
nięciu wszelkich instytucyi i urzędów specyalnie bojarskich, 
a więc w pierwszym rzędzie bojarskiej włości, a także i na- 
miestnictw i przystawnictw. Dla drobnych ziemian, którzy 
te urzędy zwykle piastowali, pewną kompensatą stały się, 
świeżo zaprowadzone urzędy woźnych sądowych. To też od 
drugiej polowy XVI wieku, garną się do nich pilnie nasi daw- 
niejsi bojarzy. Bojarzyn, sprawujący urząd woźnego, miał 
w nim nietylko najlepszą gwarancyę uznania swoich praw 
szlacheckich, ale, co było możo jeszcze cenniejszem, zwolnie- 
nie od uciążliwości służby wojennej. 

Jak się jednak ostatecznie dokonała ta ogólna prze- 
miana stanu, co do niej dało hasło stanowcze, bezpowrotne, 
o tem poucza nas prosta wzmianka, napotkana w akcie sprze- 
dażnym z r. 1571, wydanym przez Tomka Jakubowicea> 
„ziemianina hospodarskoho Somiliszkoho okruha.' ; Motywu- 
jąc w niej szczegółowo, jak to było wówczas zwyczajem, do- 
konaną sprzedaż ojczystej swej wioski Oleśniki (dziś wieś 
skarbowa pod Jewiem w pow. Trockim) Władyce Mścisław- 
skiemu, oświadcza, że czyni to w pilnej potrzebie pieniędzy, 
po utracie całego mienia na służbie wojennej i powołuje się 
przytem na uchwałę „sojma berestejskoho" z r. 1570, na mo- 
cy której było odtąd wolno sprzedawać ziemię bez pozwolę- 



— 102 - 

nia królewskiego w całości, nie zaś tylko w Vi częściach, jak 
przedtem. Konstytucya sejmu brzeskiego, uchwalona w ro- 
ku, który po unii lubelskiej nastąpił, była więc ową ostatnią 
«egl%, która dokończyła budowy równości i wolności szla- 
checkiej na Litwie. Z nią znikł raz na zawsze ostatni ślad 
lenniczy zależności stanu rycerskiego od króla. Stanowi 
więc ona moment arcyważny, w dziejach wewnętrznego 
przeobrażenia Litwy i ostatecznej asymilacyi z polskiemi jej 
-do niedawna jeszcze, tak odrębnych urządzeń państwowych. 
Jak szlachcic polski, był odtąd i obywatel litewski, dawny 
bojarzyn, prawdziwym „panem," prawdziwym zachodnim 
liber baro, wolnym od wszelkich, osobg jego lub majątek nie- 
gdyś krępujących, węzłów zwierzchni czy oh. To też (jeżeli 
cytat Czackiego o lit. i pol. prawach, t. II str. 22, z któregu 
nie mając pod ręką statutu, ten szczegół czerpiemy, nie myli 
w nowym tak zwanym trzecim statucie litewskim z r. I5S$ 
niema już mowy o bojarach, tylko ogólnie o szlachcie) 
a w rozdziale III art. 39 § 11 tego statutu uczyniono wyraźnie 
zastrzeżenie w obronie praw osobistej niezawisłości, mają- 
cych odtąd w całej pełni służyć i tym ze „szlachty," którzy 
w dobrach pańskich lub szlacheckich osiedli. Nie miało już 
być „bojarów," ani po królewszczyznach, ani po dobrach pry 
watn>ch. Wszędzie, tak w Litwie jak i w Koronie, istnia! 
już tylko jeden, jednolity, równy i wolny stan szlachecki. 
Taki był koniec bojarów hospodarskich. 

Nie poruszaliśmy dotąd w tym szkicu kwestyi narodo- 
wości bojarów somiliskich, a raczej kwestyi mowy, która im 
była ojczystą, i religii, którą wyznawali. Pragnęliśmy bo- 
wiem popartą paru przykładami z naszych tekstów wzmian- 
ką o tem, tę już przydługą i nużącą może czytelnika gawędę 
zakończyć. 

Co do języka, to żadnego nie znajdując bezpośredniego 
o nim w źródłach świadectwa, poprzestać musimy na domyś- 
le, opartym na przytoczonych wyżej przykładach imion i nai- 
wisk bojarów, że w czasach najstarszych, objętych niniejszą 
rozprawką, językiem tym był tak dobrze litewski, jak ruski, 
z przewagą nawet tego ostatniego, w stosunkach z urzędem. 



-i 



- 163 — 

Od potowy jednak XVI wieku, mowa polska, jak wszędzie 
na Litwie i między bojarami sorailiskimi, zyskuje coraz szer- 
sze prawo obywatelstwa. Szczególnie zaś wśród bogatszych, 
szczególnie wśród tych, którzy, jako dworzanie, lata młodości 
przebyli na świetnym dworze krakowskim. Wspomnieliśmy 
juz, ze mniej więcej od tego czasu litery na pieczęciach są 
już zawsze polskie, co więcej, zaczynają się, choć zrzadka, 
zjawiać akty spisane całkowicie po polsku. 

Przytoczymy tu z nich najstarszy nam znany. Jest on 
z r. 1550 i stanowi cenne świadectwo zaszczepienia się już 
polszczyzny wśród ludzi somiliskich, w latach względnie tak 
wczesnych. Przepisujemy go tu z dokładnem zachowaniem 
pisowni i błędów językowych oryginału, gdyż właśnie w tych 
błędach tkwi dowód niezbity, że go pisać mógł tylko czło- 
wiek miejscowy, nie żaden przybysz z Korony. Ten ostatni 
nie byłby bowiem z pewnością użył form takich jak: budzie 
(budzye), pieozaci (pyeezaczy), Bartoszu, człowieku (w 3-im 
• przyp. 1. p.), dziejalo {dzyeiało) i t. p. 

Ja Sthanyslaw y Sarachphyn Ywaskowyczy wyznava- 
mi sami na syebye thim nasim listhim, komu to budzye po- 
trzeba slysith, izesmy szasthavyly syanozycz w pol kopye 
grosy Barthosu czełowyeku Pyotrowemu Komyrskowemu 
a ma thrzymacz iako swoiąm własną. A thych pyenyąthy 
ma bycz wypusth na kozdy rok po grosu. Przythem były 
dobrzy ludye: Bogus Olyechnowycz, a ku pothwyerdzaniu 
thego lysthu ia Sthanislaw y Sarachphyn Ywaskowyczy, 
przykładamy swoii pyeezaczy kthemu swoyemu lysthu. Tho 
sya dzyeiało w sobotha wylia swyąthei Malgorzathy, anno 
dni 1660. 

Postępy języka i cywilizacyi polskiej na Litwie były 
odtąd coraz szybsze. Przed końcem wieku XVI już wszyst- 
kie tranzakeye spisywano wyłącznie po polsku. Język ruski, 
w którym jeszcze w r. 1588 wydrukowano cały statut litew- 
ski w Wilnie, pod okiem Lwa Sapiechy, utożsamiony tak 
z formułą urzędową, pozostał nią, jak wiadomo, w Litwie aż 
do ostatnich niemal czasów rzeczypospolitej, bo aż do pano- 
wania drugiego Sasa. Urzędy ziemskie i grodzkie aż do tego 



— 164 — 

czasu posługiwały się stale formułami ruskiemi przy- tak 
zwanej aktykacyi, to jest przy rejestrowaniu aktów do ksiąg 
ziemskich i grodzkich, znajdujących się w każdym powiecie. 
Język ten pod piórem ludzi, których mowa ojczysta już była 
polską, zidentyfikował się zczasem niemal zupełnie a tą 
ostatnią w słownictwie; zachowując jedynie odrębność swą 
w piśmie tak zwanem cyrylickiem i w wybitniejszych właś- 
ciwościach morfologicznych. Stal więc ten język tak jeszcze 
prawie dwa wieki w rzeczypospolitej, siłą obyczaju i starej 
tradycyi, której naruszać nikt nie miał ani potrzeby, ani 
chęci. 

Co do religii, to przeważało w Somiliszkach stanowczo 
wyznanie łacińskie. Imiona greckie spotykają się bardzo 
rzadko, wspólne zaś obu wyznaniom, formą swą wskazują 
najczęściej, że je noszą katolicy (np. Jan, Janko, Janelis, 
obok Iwan, Iwachno, Iwaszko). Siadu istnienia kiedykolwiek 
cerkwi greckiej w Somiliszkach w dokumentach naszych 
nie znaleźliśmy. Wiadomo zaś, że dzisiejszy kościół para- 
fialny św. Wawrzyńca stanął tam w 1502 r. z fundacyi króla 
Alesandra. 

Ze jednak i w Somiliszkach, jak wszędzie w Litwie, 
ścierały się dwa prądy, mieszały dwie religie, dwie cywiliza- 
cye, że jeszcze w chwili, gdy część' bojarów już język i oby- 
czaj polski przyjmowała, bywali tam ludzie, i to wcale nie 
najpośledniejsi, wyznający wiarę wschodnią i pielęgnujący 
obyczaj ruski, niech służy za świadectwo ten oto wyjątek 
z testamentu Pawła Radiwonowicza Tołokońskiego, ziemia- 
nina czy bojarzyna hospodarskiego (pisał się bowiem jednym 
i drugim), włości somiliskiej, pisanego w r. 1553. Zauważyć 
tu zresztą wypada, że nazwisko Tołokoński zdaje się wskazy- 
wać na przybysza z dalekiej Rusi naddnieprskiej (Por. wieś 
Tołokun, w dzisiejszym powiecie radomyskim, u ujścia rzecz- 
ki Sielnicy do Dniepru). Podajemy ten urywek, w możliwie 
wiernej transkrypcyi z ruskiego tekstu, antytezę do tylko co 
przytoczonego aktu polskiego braci Iwaszkiewiczów. 

„Naperwiej duszu moju hresznuju polecaju w miłosier- 
dje Bohu Sotworitelu w Trójcy jedinomu, a pohreb tełu mo- 



— 165 — 

jemu obiraju pri cerkwi RoAestwa Ghristowa u Trocech, 
a opekunami duszy i tełu mojemu ustawuju prijatelku moju 
pani Iwanowuju Lewonowicza Marju i syna jeje Radiwona. 
Koli Boh miłostiwyj duszu moju a seho sweta zberef , maj uf 
oni te!o moje hresznoje poloiiti pry toj cerkwi Bożej u Ro- 
źestwa Christowa, a hrob moj prikriti majuf suknom ezor- 
nym machatskim, szesfma łokti i prowod tełu dostatocznie 
wczyniti majuf wodle zakonu chrestjanskoho, amożnostiswo- 
jeje. A na tuju cerkow RozestwaChristowa, hde teło moje 
położono budef , na sorokoust weczystyj otkazuju desiat kop 
hroszej, a po inszym wsim cerkwam trockim na sorokousty 
po kopie hroszej otpisuju, a djakonu trockomu sorok hroszej, 
a pozwonnoho po wsim cerkwam trockim po szesti hroszej, 
a za prowod popom po tri hroszi, a proskurni trockoj roźest- 
wenskoj pol kopy hroszej... (w liczbie Świadków znajduje 
się:) „duchownyj otec moj, sweszczennik rozestwenskij troc- 
kij, Jewtropej Michaj łowicz... Pisań w Trocech, pod let Bo- 
żeho Narożenia 1553, msca maja 3 d. (Podp.) Paweł Radi- 
wonow." 

Kazimierz Romer. 



ŁotWa i lej pieśni gminne 

prMos 

Gustawa Mantouffla. 



„Przez plesn ludową legladamy dii 
w serca 1 ucijray ale fopazą irh strono 
i koihKt, poznajemy, le wewnętrzna dufho*' 
spójnia jednostajnie jo wszystkie ogarnia i "> 
jemnle ku sobie przyciąga. I Im więcej wiru" 
I rozszerza Hic takie poznanie, ternbardzirj : 
rody m;zą się tej prawdy i więcej mąjąpo-tó 



Gdy w jasny letni poranek wstępujemy do lasu, wzrok 
nasz uderza niezliczona moc przejrzystych kropel rosy, 
utkwionych uroczo na szpilkach i listkach drzew, na krze- 
wach i kwiatach, na murawie i zielsku. Tam, gdzie odblask 
porannego słońca te kropelki oświeci, jaśnieją wszystkiemi 
barwami tęczy, rzekłbyś*, ze rozwieszono tysiące rubinów, 
szmaragdów, szafirów, a murawę pokryto srebrno- perłowa, 
siatka,. 

Wpatrując się w tę leśną rosę o jasnych migotliwych 
barwach, tu i owdzie szkarłatem światła oblaną, zawołał pe- 
wien zbieracz piosnek gminnych, „żeonarou pieśni Łotyszów 
najzywiej przypomina." 

Podobieństwo to, zauważone przez Bilttnera, nie jest 
wcale tak nietrafne i naciągnięte, jak się zrazu zdawać mofSe. 



— 167 — 

Jakkolwiek, szukając porównania do różnorodnych 
utworów poetyckich, chociażby tylko ludowych, prędzej ni- 
żeli oa krople rosy, wpaść można na szumiący wodospad, na 
mruczący strumyk, na rzekę, majestatycznie płynącą, na uro- 
cze jezioro a wreszcie i na zdrój przejrzysty, tutaj wszakże 
porównanie z rosą poranną tak się samo nasuwa, ze mu się 
oprzeć* nie łatwo. 

Podobieństwo to nie leży ani w ilości piosnek łotew- 
skich, których obecnie zebrano już kilkadziesiąt tysięcy, ani 
w ich liliputowych rozmiarach, zajmują bowiem zwykle dwa 
do sześciu wierszy, ale raczej w tern, że utkwiły one na- 
kształt owych kropel rosy na wszystkich przedmiotach, ja- 
kie tylko oczom naszym przedstawić" się mogą. 

Pieśń gminna łotewska w każdej rzeczy stronę poetycz- 
ną umie upatrzyć i w jasnem świetle ją ukazać. 

I dlaczegożby tego czynić nie miała? 

Nie ulega wątpliwości, że każda rzecz może mieć poe- 
tyczną stronę, lubo nie każde oko odnaleść ją umie. Owóż, 
jak rosa poranna przystraja lasy w szatę świąteczną, a na- 
wet nie jedną suchą gałązkę wspaniale okrasza, tak i pieśń 
gminna podnosi, zdobi i poniekąd uświęca życie ludu łotew- 
skiego, a to w stopniu tak wysokim, jakiego gdzieindziej da- 
reraniebyśmy szukali. To też zupełną słuszność przyznać 
należy wieszczowi Łotwy, który temi słowy śpiew swój 
rozpoczyna: 

„Jam piosneczkę mą wyśpiewał 

Z tego, co prąd rzeczki znosi, 

Gdy eic wiosną wody wzbrały" i t d. ') 

A więc oczywiście z suchych gałązek, z listków, trza- 
sek, trawek, słomek, ułamków kory, trzciny i t. p. 

Zaprawdę, te jasne krople zawieszają się na każdym 
z wypadków życia Łotysza. Opromieniają i uświęcają nie- 



') Obacz „Zbiór piosnek łotewskich z okolic Cyran i Dzerwen" 
(dóbr kurlandzktej gałęzi Manteufflów), ogłoszony w „Majrazio der lottisch 
Uterawlrsen Gesellachaft," a mianowicie tom VIII, strona 99, 



tylko miłość, jej pierwsze obudaenie się i pierwsae' przebłys- 
ki, jej silę i stałość, jej moc i trwałość, jej roskosze i bołe j 
jej dumę i jej wierność, ale znachodzimy w nich także żywy 
wyraz żalu na stan sierocy, na nieszczęśliwe pożycie małżeń- 
skie, na straty bolesne, na ciosy, zadawane sercu ludzkiemu, 
już to przez nielitościwą śmierć, już też przez rozstawanie się 
z tymi, których kochamy nad życie. Zwłaszcza ostatni 
rodzaj liczne znajduje zastosowanie w pieśniach weselnych 
i wojennych. 

W tych małoznaczących utworach ludowych wyśpie- 
wała i wypłakała pieśń gminna łotewska wszystkie bole, 
smutki, wszystkie cierpienia i nadzieje, albowiem: 

Kędy życie cierpień się nie zmieści, 
Cierpienie w pieśń się. przelewa. 
Wieszcze natchnienia rodzą boleści. 
I co ma płakać, to śpiewa. 

(Wincenty Poi). 

Zanim wszakże przystąpimy do obznajmienia czytelni- 
ków z pieśnią gminną Łotwy, musimy w tych szczupłych 
ramach przedstawić treściwy obraz ziem łotewskich i ich 
mieszkańców. 



Część pierwsza. 



1. Teraźniejsze granice Łotwy i granice jej w XIII stuleciu. 2. Ło- 
twa, Litwa, Prusowie, Jadżwingowie. Usadowienie sie niemieckich osad- 
ników około roku 1200 u ujść Dźwiny. Dalsze lasy Łotwy. 3. Charakte- 
rystyka Łotyszów i kraju prze* nich zamieszkałego; przysłowia; pierwsze 
kroki ich oiwiaty, książki łotewskie, wydawane przez żydów, szkoły 
i urzędy gminne, dobry stan pod tym względem Inflant szwedzkich i Kur- 
landyi. 4. Język i piśmiennictwo Łotyszów, Wydawnictwo łotewskie. 
Stosunki socyalno-polityczne; kierunek wsteczny wielkiej części prasy ło- 
tewskiej, li. Przymioty moralne Łotyszów, tefc zatrudnienia i wyroby, 
ubiór, mieszkania, zwyczaje, wystawa łotewska z roku 1896, podania 
łotewskie, dwie ballady polskie na nich osnute. 



I. 

Granicę Łotwy od zachodu tworzy morze Bałtyckie. 
Na przylegających wyspach nie mieszkają nigdzie Łotysze; 
tylko północny brzeg Kurlandyi zamieszkuje jeszcze i dotąd 
parę tysięcy Liwów 1 ). Najbardziej wysunięci na południe 
s^ Łotysze pruscy, zamieszkali na t. zw. Kurońskiej mierzei; 
liczono ich tam w roku 1890 około 1000 głów, a oddzielają ich 



') W roku 1881 liczono Ich 8562 głów. Tutaj posiadają oni od 
wieku wysokie i piaszczyste wybrzeża morskie, którego długość wynosi 
mil 10 1 które ciągnie się od przylądku Domesnez, stanowiącego północny 



- 170 — 

od Łotyszów kurlandzkich liczne siedziby ludności nie- 
mieckiej i litewskiej. 

W obrębie państwa rosyjskiego ciągnie się granica ple- 
mienna Łotwy od strony południa mniej lub więcej równo 
z granicą, rozdzielającą gubernie kurlandzką i kowieńską 
od Polągi do Dwińska, z małym atoli wyjątkiem, na który, 
w tak treściwym szkicu, tylko pobieżnie zwrócić" możemy 
uwagę. Owóż w północnej ozęśoi gubernii kowieńskiej, na 
jej granicy z Kurlandyą — istnieje cały szereg wzrastających 
z roku na rok parafii łotewskich, sięgających obecnie po- 
ważnej liczby 26,000 głów płci obojga. W Kurlandyi tai 
we wschodniej części powiatu iłuksztańskiego, spowodowała 
mocno wyginająca się we wszelkich kierunkach granw 
administracyjna, iż z jednej strony Litwini zamiesi 
krańce Kurlandyi, z drugiej natomiast pewna liczba p«»& 
czysto łotewskich należy do gubernii kowieńskiej. 

Ku wschodowi, mianowicie w Inflantach, przechodzi 
granica plemienna o wiele granice gubernii kurlandi* 
kiej oraz inflanckiej, czyli ryskiej. Uwydatnia to T 
raźnie pomnikowe dzieło D-ra A. Bielensteina „Die Oreitzei 
des lettisehen Vołkistammes und der lettischen Sprache m der 
Oegenwarł u>d im XIII Jahrhundert" (Petersburg 1892 roku 
str. XVI i 648 w wielkiej ćwiartce, z dodaniem siedmiu map 
in folio, stanowiących zeszyt osobny), wydane przez peters- 
burską Akademię umiejętności, którego część pierwszą su- 
mienny autor dla ścisłości naukowej wspólnie z nami opra- 
cowywał, pragnąc sprawdzać na miejscu, wraz z mieszkań- 
cem tych kresów łotewskich, rozmaite szczegóły, dotyczy 



kraniec Kurlan dvi, na zachód ku przylądkowie Łyaerost, od którego odda- 
lone jest przeszło o milę; z drugiej znów strony nie dochodzi na 3'A 
mili do zatoki Ryskiej. Szeroki pas z ziemi, błotnisty 1 zarosły lasami. 
oddziela Ich tu od Łotyszów, zamieszkujących wnętrze kraju. Bliz 9ie 
o nich wiadomości obacz w artykule naszym „Liwowie," ogłoszonym 
niegdyś w wychodzącym w Warszawie „Słowniku geograficznym" ton> v 



— 171 — 

granic plemiennych ludności dawnego księstwa inflanckiego 
■;zyli Inflant polskich. 

Na północ od Dźwiny schodzi się granica plemienna 
Łotwy całkowicie ze wschodnią granicą dzisiejszych po- 
wiatów dźwińskiego, rzeżyckiego i lucyńskiego. Nie wcho- 
dząc w szczegóły wspomnianego dzieła Bielensteina, zazna- 
czamy, ze w tej części dzieła, za pomocą żmudnego badania 
nazw miejscowości, zdobyczą pomnikowej pracy autora jest: 
ostateczne skonstatowanie faktu, iż całe dawne księstwo 
Inflanckie po względem plemiennym należy do Łotwy, a w tej 
(wraz z kilku parafiami, okalającemi jezioro Marienburskie 
gubernii Inflanckiej) stanowią wszystkie trzy powiaty dawne- 
go księstwa Inflanckiego obręb tak zwanego górno-łotewskiego 
języka (das m hoekłettische Spraekgebieł), do którego zaliczyć na- 
leży i 80,000 mieszkańców Kurlandyi górnej (des hurisehen 
Oberlandes) '). 

Nierównie prościej przedstawia się ku północy granica 
plemienna Łotwy. Ciągnie się ona w linii prostej, przecina- 
jącej gubernię inflancką (ryską) na dwie polowy niemal rów- 
ne. Z nich północną, (t. j. powiaty: werroski, jurjewski, fe- 
liński i parnawski) zaludnia plemię Estów, południową zaś, 
część' (złożoną z powiatów: ryskiego, wendeńskiego, wol- 
marskiego, i walskiego) zamieszkuje od wieków szczep 
łotewski. 

Nader ciekawym jest fakt, że w tej plemiennej Unii gra- 
nicznej sąsiadujące ze sobą plemiona bardzo mało słów od 
siebie wzajemnie zapożyczyły. 

Właśnie tu, gdzie kresy Łotwy dotykają plemion 
estońskich, mowa ludu łotewskiego pozostała nietylko naj- 
bogatszą, ale najczystszą, i dlatego przez poważnych języ- 
koznawców do klasycznej łotewszczyzny bywa zaliczoną. 
A plemienna ta granica w ciągu wielu stuleci pozostała — 



') Zdanie to, naukowo całkiem uzasadnione przez znakomitego auto- 
ra, stoi w dyametralnem przeciwieństwie z przydługim artykułem p. t. „Łoty- 
sze Inflant polskich," ogioszonvm w Zbiorze wiadomości do antropologii 
krajowej (tom XV, atronice 181—282, Kraków, 1891 r), o którym lwowski 
..kwartalnik historyczny" wyczerpujące w swoim czasie podał sprawozdanie, 
(Obacz „kwartalnik bistor." rocznik VI, str. 591-603). 



— 172 — 

jak się zdaje — nienaruszoną. Przytem nadmienić wypada 
iż nie potoki i rzeki wytwarzają tę granicę mowy estońskiej 
i łotewskiej, ale działy toodne *). Jako obręb języka łotew- 
skiego wykazują najpoważniejsze źródła nasze dorzecza 
rzeki Salis i Torejdy (ożyli inflanckiej Aa), oraz dorzecza dol- 
nej Dźwiny, dolnej Lentatuy (czyli kurońskiej Aa) i dolne) 
Wenty (czyli Windawy). 

Liczbę Łotyszów w ten sposób rozdzielają źródła naj- 
nowsze: 
Na Kurlandyę przypada ludności łotewskiej 479,978 głów. 
Na gubernię inflancką ożyli ryską 490 345 „ 

Na gub. Witebską 217,000 „ 

Na gubernię kowieńską 26,000 

Na gubernię pskowską 11,000 „ 

Na Pru3y wschodnie w cesarstwie niemieckiem 1,600 „ 
A więc ogółem mniej więcej 1,225,823 gł. 1 
Przypatrzmy się z kolei granicom Łotwy XIII stulecia, 
obecnie naukowo utsalonym przez dzieła najnowsze z tego 
zakresu badań. 

') Na tę okoliczność zwrócono naprzód uwagę w Europie zacbod- 
nlej, gdzie atoli mowa o górach, te zaś najczęściej wytwarzają 1 działy 
wodne. Najnowsze badania uczonych potwierdzają w ziemi nadbałtyckiej 
odwieczną prawdę historyczną, że nie rzeki lecz góry — a przy ich braku 
działy wodne — stanowią naturalne granice narodów. 

') Obliczenie ludności łotewskiej podajemy wedle źródeł statys- 
tycznych z r. 1892. "W tymże roku ukazała się praca łotewska „Latwt- 
eiehu rakznetibat teorija" f!892 r.) t. j. „Teorya pisowni łotewskiej" 
i wskazała 1,337,000 głów narodowości łotewskiej w ziemiach inflanckich, 
Kurlandyi i poza granicami Łotwy, zaokrąglając dowolnie liczby, wynikłe 
z licznych miejscowych obliczeń statystycznych. Dlatego woleliśmy trzy- 
mać się cyfr w tymże roku, przez słynnego z gruntowności swych stu- 
dyów badacza, A. Bieleń 9 teina, podanych. Podług wyznań nie rozdzie- 
lają Łotyszów najnowsze źródła statystyczne. Możemy wiec tylko zazna- 
czyć, ze obecnie w tym ludde przeważa wyznanie ewangelicko -augsbur- 
skie. Religię rzymsko-katolicką wyznaje przeszło Vi miliona Łotyszów 
zamieszkujących górną Kurlandyę, dawne Księstwo inflanckie, wchodzące 
w skład guberni! Witebskiej od r. 1802, oraa obszerne parafie łotewskie: 
Łenen, Liwenberzen i Alszwang w Kurlandyi dolnej. Takich, którzy 
w połowie bieżącego stulecia przyjęli prawosławie, jest niewielu. Koncen- 
trują Bię oni przeważnie w gub. Inflanckiej około Kokenhuey, a w dolny 
Kurlandyi około ra. Ooldyngi, gdzie Istnieje ich bractwo. 



— 173 — 

Na podstawie licznych kronik i dokumentów oznaczają 
one ówczesne granice następnych narodowości: na północ 
od głównej arteryi wodnej kraju — Dźwiny — siedziby Li- 
wów i Łotygzów czyli Legatów; na południe od tejże głów- 
nej rzeki — siedziby SemgalÓw, Zelonów i Kuronów czyli 
złoty szoiyyc.k Ldwów '). 

W sąsiedztwie fcotysaów, zaludniaj a,cych wybrzeża gór- 
nej Torejdy, byli się także usadowili Wendowie, plemię sło- 
wiańskie, którego siedziby nazywano powszechnie Kteaią. 

W kierunku tedy wsohoónim od Liwów mieli w XIII 
stuleciu swe stałe siedziby Łotysze czyli Letgalowie. Nazwa 
„Letgalowie" oznacza Łotysaów, zamieszkałych na kre- 
saoh łotewskich, zaś nazwa ..Semgalowk" służyła Litwie, za- 
ludniającej niziny na południe od Dźwiny, w przeciwstawie- 
niu do „Zelonów" czyli „Lotyazów górnych," osiedlonych na 
wyżynach naddźwińskich. 



') Jest to przeważnie zasługa A. Bielensteina, ii Kuronów przesta- 
no Już uważać za plemię wyłącznie lińskie. Wielką ilość materyałów 
zmuszony był przetrawić nie zmordowany badacz aby raódz rozstrzygnąć 
odwieczny spor o to; czy dawni Euronourie należeli do szczepu fińskiego 
czy też do Ułeatko-ioteumkiegol W tej kwesty i, niełatwej do rozstnsyg- 
nienia, doszedł Dr. Bielendtoin do całkiem pewnych wyników, naukowo 
uzasadnionych, które pracą powyżej przytoczoną ostatecznie ustalił 
(Obacz w niej str. 175—8341. Nazwę Kuronów nosił, według Blelenstełna, 
pierwotnie naród szczepu lińskiego na półwyspie kuronskim niegdyś osied- 
lony. Nazwa ta jego przeszła już bardzo wcześnie na ziemię, przez to 
fińskie plemię zamieszkiwaną, tak iż Łotysze, następnie tamże zamieszku- 
jący, Kuronaml również przezwani zostali. Tak samo i w Prusiech Łotysze 
osiedleni na t. zw, Kuroriskiej mierzei (kurische 2?ehran#), i dzisiaj nawet 
Kuronaml stale bywają nazywani. 

Atoli z kwestyą powyższą łączy alę Jeszcze i druga, a mianowicie; 
czy Łotysze, czy też Liwowie (względnie Kuronowie) byli pierwotnymi 
mieszkańcami kurońskiego półwyspu? 

Według D-ra Blelensteina, Łotysze jeszcze przed Liwami byli tam 
osiedli. 



II. 

Lud Łotewski, którego teraźniejsze i dawne siedziby 
opisuje szczegółowo Dr. Bielenstein we wspomnianem wyżej 
dziele, należy do plemienia litewsko-łotewskiego, które dzieliło 
się.- 1, na Litwinów, czyli Litwą właściwą (Letuwa), o któ- 
rych czytelnikom polskim nie braknie wyczerpujących wia- 
domości; 2, na Letgalów, później nazywanych Łotyszami 
(Łotwą), z których część*, zamieszkująca niziny na południu 
od Dźwiny, nosiła miano Semgalów, a część, osiedlona na wy- 
żynach naddźwińskich, miano Zełonów- t 3, na Prusów, którzy 
zajmowali pobrzeża Bałtyku od morza ku południowi, na 
prawym brzegu Wisły, ku wybrzeżom rzeki Drwęcy * dzi- 
siejszych Prusach wschodnich; i wreszcie 4, na Jadźwingów, 
którzy mieszkali na południe od Narwi, ku siedzibom polskie- 
go szczepu Mazurów. 

Jadźwingowie wytępieni byli w walce z Polską, w XIII 
stuleciu; Prusowie również wyginęli pod naciskiem krzyżac- 
kiego oręża i srogich praw germanizacyjnych. Ostatnia ko- 
bieta mówiąca językiem dawnych Prusów żyd przestała 
w połowie XVII stulecia. 

Z całego litewsko-łotewskiego plemienia, tylko szczep 
aysto-litewski odegrał pewną rolę dziejową i tworeyt naród. 
Byl on już w wieku IX wystawiony na najazdy, które po- 
średnio przyczyniły się do grupowania gmin litewskich 
w jedne osadę. Były to najazdy waregskich książąt, panu- 
jących nad krewickimi ludami i dla tego u ŁotyszówjRosya- 
nin nazywa się po dzień dzisiejszy „Krews," aRosya tr Krewit 
ziemie" t. j. ziemia ludów krewickich. 

Lecz daleko większego wpływu na losy całego plemie- 
nia litewsko-łotewskiego, a więc Litwinów, Łotyszów i Prusów, 
były usadowienia się niemieckich osadników naprzód [około 
roku 1200 u ujść Dźwiny, a wkrótce potem po nad Dolną 
Wisłą. 

W roku 1202 opat Cystersów z Dyamentu Teodoryk, 
w czasie podróży założyciela Rygi, wielkiego biskupa Al- 
berta I po Niemczech, zaradzając gwałtownej potrzebie, dla 



obrony osadników niemieckich u ujść" Dźwiny, założył w Ry- 
dze zakon kawalerów mieczowych, znanych w dziejach 
krajowych pod nazwa, „Fratres militiae Christ* de Lwoma," 
którego istnienie Albert I za powrotem uznał, a w roku 1230 
Krzyżacy zaczęli osiedlać się w ziemi chełmińskiej. 

I tu i tam, pod pozorem apostołowania, rycerskie za- 
kony szerzyły ucisk, zabór i wytępiały częstokroć ludność 
miejscową. Pierwsi, 1. 1. Kawalerowie mieeeom, całem swem 
brzemieniem przytłaczali Łotyszów i mieszkających wpo- 
śród nich Liwów, drudzy gnietli Prusów. Prusowie i Łoty- 
sze, oba szczepy pokrewne Litwinom, wciągały i tych ostat- 
nich w krwawe zapasy. Litwa atoli głównie wspiera Łotwę 
i walczy uporczywie z Kawalerami mieczowymi, nad któ- 
rymi częste odnosi zwycięstwa. 

W roku 1286 zadają, Litwini taką klęskę Kawalerom 
mieczowym, że zakon ich, czując się zbyt słabym i osamot- 
nionym, jednoczy się, i za staraniem Papieża Grzegorza LX, 
w roku 1237 zlewa się całkowicie z zakonem krzyżackim, 
przyjmując jego habit i nazwę; Fratres domus Teutonicorum 
per lawniam, dla odróżnienia go od pruskich Krzyżaków. 

Ten Zakon Krzyżaków inflanckich, teraz już nietylko 
Liwem i Łotyszom, lecz nawet samym biskupom inflanc 
kim śmiało stawia ozoło i w tych nadmorskich krainach do 
coraz większej władzy dochodzi. 

Ostatecznie potęgę pogańskiej Łotwy, która utrzymała 
się najdłużej w dzisiejszej Kurlandyi i Semgalii, łamie raz na 
zawsze już w końcu XIII stulecia zakon inflancko-krzyżacki, 
zdobywając gródek pogański „Terweten." Dzięki dokład- 
nym wiadomościom, powziętym ze starszej - inflanckiej kroniki 
rymowanej, możemy dzisiaj jasny dopatrzeć związek pomię- 
dzy wypadkami a miejscem, które było widownią krwawego 
dramatu, ostatecznego podboju łotewskiej Semgalii pod wła- 
dzę inflanckiego krzyżacko-rycerskiego zakonu. Doblena, 
Rak rtn i Sidobrena, bez silnego grodu Terweten, stały się dla 
Łotwy straconym posterunkiem; bez niego straciły główny 
punkt podpory i łączyć się z pogańską Litwą już nie mogły. 
Założony zaś nieopodal przez Krzyżaków zamek Heiligen- 



— 176 — 

berg, chociaż siał przestrach i krwawe łzy, chociaż niewiele 
lat liczył istnienia, przedstawia nam koniec walki zaborczej 
i początek nowej cywilizacyjnej epoki dla chrześcijańskiej 
już odtąd Kurlandyi, Semgalii i całych Inflant, słowem 
wszystkich ziem obecnie przez lud łotewski zamieszkałych. 

Lud ten, jak wykazaliśmy powyżej, był w wieku XII 
samodzielnym, lubo przez Liwów bardzo uciskanym i dla te- 
go z pomiędzy ludów litewskb-łotewskich najmniej samo- 
istnym; lecz podbity naprzód przez zakon Kawalerów mie- 
czowych, któremu niezwykły stawiał opór, a następnie przez 
zjednoczony z nim od roku 1237 najzupełniej zakon Krzyża- 
ków inflanckich, i nawrócony ostatecznie przez tych ostat- 
nich, stracił całkowicie swoją samoistność. Za tychże Krzy- 
żaków staraniem, w połowie XVI stulecia, większa część 
Łotyszów przyjęła wyznanie ewangelicko-augsburskie. 

W roku 1561, za króla polskiego Zygmunta Augusta, 
wraz ze wszystkimi stanami związkowego państwa in/iattcJciego. 
przeszła cala Łotwa (w owym czasie ciężkim brzemieniem 
niewolniczego jarzma już poniżona) pod panowanie Rzpltej 
polskiej, do której część Łotyszów, zamieszkała w Inflantach 
szwedzkich czyli dzisiejszej gubernii inflanckiej (ryskiej), na- 
leżała do roku 1621, t. j. do najazdu szwedzkiego za Gustawa 
Adolfa, część ich zamieszkała w Inflantach polskich do roku 
1772, w którym Inflanty polskie wraz z Białorusią przyłączo- 
no do cesarstwa rosyjskiego, część zaś osiedlona od wieków 
w księstwie Kurlandyi i Semgalii (stanowiącem lennicze 
państewko Rzeczypospolitej polskiej do końca jej istnienia) 
aż do roku 1795, w którym nastąpił trzeci rozbiór Polski; 
a Kurlandya poddała się berłu rosyjskiemu. 



III. 

Fizyognomia Łotyszów znacznie się odróżnia od Fin- 

nów, Liwów i Estów, a zbliża do Litwinów i Słowian. 

W przecięciu charakteru łagodnego, cichego, lubią przede- 

wszystkiem życie spokojne, są uczciwi, nabożni, dosyć praco- 



— 177 — 

wici, cierpliwi i roztropni, a wogóle nie odznaczają się 
chciwością. 

Ubiór ich poniekąd podobny jest do tego, który noszą 
włościanie kolonistów niemieckich. Domy mieszkalne zwykle 
wznoszą z drzewa, biedniejsi z okrąglaków, zatykając szpary 
mchem; w gubernii Inflanckiej żyją rodzinami, odosobnieni je- 
dni od drugich, zwykle w dolinach, nad brzegami .jezior 
i strumyków. 

Przy wyborze sadyb zwracają przedewazystkiem uwagę 
na piękność" położenia; to też znajdujemy je częściej w ma- 
lowniczem położeniu, u podgórza przerżniętego pięknym pa- 
rowem, w pobliżu czystych wód krynicy, otoczone czerem- 
chą, jarzębiną i kwiecistymi krzewy, w których rozbrzmiewa 
uroczy śpiew słowika, niż na glebie żyznej, zwłaszcza ilekroć 
ta ostatnia położona jest w samotnej płaszczyźnie. Zresztą 
niemal w niczera nie różnią się włościanie Łotwy od włoś- 
cian litewskich, szczególniej w dawnem księstwie infianc- 
kiem i t. zw. „Kurlandyi górnej," gdzie się już razem zbie- 
rają i tworzą małe wioski, do czego skłaniają ich przyro- 
dzone własności kraju i stosunkowo gęstsze zaludnienie. 
Jeśli wyłączymy wielkie lasy i bagna całkiem niezamieszka- 
łe, na milę kwadratową wypadnie w powiatach inflanckich 
dzisiejszej gubernii witebskiej przeszło 1300 głów, a w górnej 
Kurlandyi około 2000 mieszkańców. 

Łotysze dawnego księstwa Inflanckiego zewnętrzną po- 
stawą nie różnią się zgoła od swoich spółplemienników w Kur* 
landyi i gubernii inflanckiej, zwłaszcza od mieszkający oh na 
pograniczu około rozległego jeziora Łubanu i bystrej rzeki 
Ewikszty, wypływającej w powiecie rzeżyckim z tego wspa- 
niałego jeziora '), a po 15 - milowym przebiegu uchodzącej 
z łoskotem do Dźwiny, przy dawnym. szwedzkim szańcu, któ- 
ry przed laty usypany został na granicy Polski i Szwecyi, 



•)' Rozlegle Jezioro Łuban nosi aa dawnych mapach geograficznych 
nazwij „Marę Lubanicwn," .co niektórym naiwnym archeologom dało po- 
chop do twierdzenia uporczywego, że było oao połączone z Bałtykiem. 



— 178 - 

a którego znaczenie- spadło obecnie do prostego grani- 
cznego walu między gubernią witebską i inflancką, czyli 
ryska.. 

Szczególniej na pograniczu nie różnią tsie^ zgoła Łotysze 
dawnego księstwa inflanckiego od fiofcyeaów gubernii inflanc- 
kiej i kurłaiidzfciej. Ten sam wyraz eierpiynia rozlany na. 
twarzy, ztenustai jej cera,.pewne nabrzmienie polioaków, rysy, 
wyrażające nieudaną pokorę; budowa ciała równie* wysnuć 
kia Są onipEBeważaie&'8d/ii8go a nawet pnędzej małego. wzro- 
stu, nifl kr^pi, wogóle- nie silni. W głębi kcaju wszakże spotkać 
tu moiaft fftciozyan, krzepkich, słusznego wzrostu, dobrze 
i silnio zbudowanych, jakoteż piękno kobiety, ktorn,. jak. 
i w wielu okolicach guUernii inflanckiej, i kjitlmidakuy, ad 
pLarwoŁii^gavpoo^odaid muszą szczepu. 

Temperament tej gałęzi Łofcyszów flegmatyczny, brak 
w nim energii; charakter im tylko właściwy i dlatego dosyć 
trudny do określenia. Są oni po większej ezęsoi leniwi, obo- 
jętni na wszystko, oprócz- wła&negointeresu, który, zwłaszezu 
od swego uwolnienia w roku 1861, mwsae na pisrwSzeni: 
stawiają miejscu. W stosunku do możnych są uniżani, pov 
korni; ale kiedy uczują się silniejszymi, zaraz stają, się uparci, 
fałszywi, a czasem nawet podstępni Chociaż poddanstwo- 
(zniesione dopiero prz«d 87-miu laty) i pijaństwo, które przed 
zaprowadzeniem towarzystwa wstczemięźlfwośfei bandzo by- 
ło upowszechnione — do przytłumienia rozumu i reakrzewie- 
nia lenistwa [ wtele się przyczyniły, zawsze jednak, pomimo 
lepszych nawet warunków, wstręt do pracy, a tu, i owdzie- pe- 
wna ociężałość umysłu charakfcerystyoaaie tę-gałąż" Łotysnów 
cechują. ' 

W niej także zauważyć jeszcze można brak wszelkiego 
pociągu do stowarzyszeń, które w Kurlandyi i guberni! 
inflanckiej przyczyniają się niemało do uobycaajenia ioh 
spólplemienników, posiadających nietylko liczne stowarzy- 
szenia dobroczynności, urządzających najrozmaitsze rozryw- 
ki ludowe, ale takie niesłychaną moc towareystw chóralnych 
(Gesangi-ereine), które w latach. 1880, 1888 i' 1806 występowały 



— 179 — 

zbiorowo w Rydze w chórach, mieszanych, złożonych z prze- 
szło tysiąca osób płci obojga, śpiewających zgodnie, juz to 
a capeSo, ju* z towarzyszeniem wielkiej orkiwtry.. 

Natomiast w dawnem księstwie, inflanckiem, z powodu 
braku wszelkiego pociągu do stowarzyszeń-, kazds włościań- 
ska rodzina praauje tylko- dla siebie; i tyle tylko, iJe nieedcb* 
wnem jest do zabezpieczenia- życia. •..■'' 

Nie braS wszakże i chwalebnych wyjątków, których 
liczba, Bogu dzięki, coraz zwiększa alg, zwłaszcza w miejsco- 
wościach, zbliżanych do miast powiatowych i. miasteczek. 
Włościanie dochodzą w nich do wielkiej zamożności, a wy- 
uczywszy sig czytać* i pisać, wyróżniają się coraz bardziej, ćit 
swych współbraci rozwijającą się oświatą. Lud ten, lubp 
niedaść oświecony, z natury swej więcej dobrych, niż złyćfi, 
posiada skłonności: jest religijnym, wiernym i usłużnym. 
Do charakterystycznych, cech j ego należy delikatność uczuć. 
Lud ten do wszystkiego okazuje wrodzone zdolności,, ła- 
two przyjmuje oświatę, umie sobie poradzić w trudnych 
okolicznościach. O bystrości jego umysłu świadczą trafne 
przysłowia. ' 

Przytaczam z. nich kilka: 

Biws-diewia zufms, Biws tMUammajń, „Bóg dał- zęby; 
Bóg da- i ohlebai" albo: Ar adotu newar kant apkaut, „igłą 
wojsłta nie zwyciężysz;" Slimiejba rąjtu atjej, i6jomnv.it; j,ołio- 
roba przyjeżdża konno, odbhodzi zaś' pieszo;"' Shtibcmti 
spił klepi, lely spiż airdi!' t. j. „małe dzieci gnie*? kolana, do-- 
rosłe gniotą serca-"- B&di drougam, atprosi t?tąjdnibitn t „da- 
jesz (tf.j. użyczasz) przyjacrefowf, żądasz awretor u nieprzyja- 
ciela'," Apektr majeie gryutar ir peftaejt, „chftsb- zjedzony '■ 
z trudnoBtńą> odrabiamy."' 

Lud.ten przy wiązuje siada tych,: którzy mu. dobrze czy- 
nią^ a rzadko bywa mściwy. Ta ostatnia okoliczność wyróż- 
nia' go pochlebnie od ludu estońskiego. Przymioty dobre 
prayćmiflwa wprawdzie niekiedy gnuśność i opieszałość, 
wseełako na- ogół' słynie stasznie Łotwa* dawnego ksęrtwa 



— 180 — 

inflanckiego z wielu zalet ludu żmudzkiego i jego pobo- 
żności. 

Wyznać należy, że ta katolicka gałąź Łotyszów w pierw- 
szym dziesiątku lat po wyswobodzeniu się z więzów poddań- 
stwa znacznie naprzód postąpiła. Wyższą jest jednak kultu- 
ra Łotwy w Kurlandyi i gubernii inflanckiej, gdzie usamo- 
wolnienie włościan nastąpiło już w latach 1817 i 1818. 

Nie mogąc w ciasnych ramach pracy niniejszej poświę- 
cić* należytej uwagi stosunkom agrarnym na Łotwie, odsyłam 
ciekawszych czytelników do książki pana A. Transehe p. t. 
„Qv.tsh.err und Bauer in Livland in XVII und XVIII Jahrhnn- 
dert" (Strassburg, 1890 r. stron 265 w 8-ce), w której szanowny 
autor starał się zbadać całkiem bezstronnie, ze stanowiska 
czysto naukowego, stopniowy rozwój stosunków rolniczych 
w krajach inflanckich. Wynikom pracy udatnej posłużyła 
bardzo ta mianowicie okoliczność, że kiedy dotychczasowi 
pracownicy na tej niwie opracowywali zawsze tylko poszczę* 
gólne fazy i epizody z inflanckich dziejów agrarnych — autor 
nie wahał sig śledzić krok za krokiem stopniowego rozwoju 
tych stosunków w dziejach Inflant, uwzględniając zarazem 
wypadki polityczne, oraz każdorazowe położenie ekonomicz- 
ne kraju. Epoka, od której pan Transehe rozpoozyna kreślić 
swój obraz wcale wierny, sięga końca XVI stulecia. Autor 
korzysta z katastru, wykonanego tuza panowania króla pol- 
skiego Zygmunta III w latach 1699 i 1608, a wyznać należy, 
że prawdziwie umiejętnie wyzyskuje to źródło. Doprowadził 
swojo studyum aż do roku 1804, który istotnie w dzie- 
jach rolniczych dzisiejszej gubernii inflanckiej z większą słu- 
sznością uważany być może za początek nowej ery, aniżeli 
przyjmowany przez innych autorów rok 1818 (względnie 1819), 
w którym tu ofieyalnie ogłoszona została emancypacya wło- 
ścian. 

Szkól ludowych liczono w r. 1880 w samej Kurlandyi 344. ') 



') Wiadomości niniejsze czerpaliśmy w swoim czasie i oflcyaluega 
sprawozdania, ogłoszonego przez zwierzchność szkól wiejskich w Kurlandyi 
I Kurlandische Ober-Landsehul-Commigtion), w której skład wchodzi! słyń- 



- 181 - 

W części gubernii inflanckiej, zamieszkałej fpraea Łotwę, 
liczono w roku 1882 szkół wiejskich gminnych 396, a para- 
fialnych 75, ogółem więc 8zkół ludowych łotewskich 471, 
i w tyra roku uczęszczało do nich 20,846 chłopców i 19,634 
dziewcząt, ogółem 40,479 dzieci łotewskich, jak to czytamy 
w ogłoszonej w czerwcu r. 1884 przez inflanckie „kolegium 
landratów" nader cennej pracy: „Materialien zur Kenntniss des 
Landuolksschułwesens in Livland". Praca ta znakomita, reda- 
gowana sumiennie przez mętów fachowych, wykazywała co- 
rocznie w sposób niewątpliwy, że w ostatnich lat dziesiątkach 
poziom wykształcenia ludowego w gubernii inflanckiej jesz- 
cze bardziej podwoił się, niż w sąsiedniej Kurlandyi, jakkol- 
wiek i tam stan szkół ludowych niewiele pozostawiał do ży- 
czenia. 

Dzigkt uprzejmości sekretarza rycerstwa inflanckiego, 
tudzież kolegium landratów, Hermana br. Bruiningk'a (pre- 
zesa inflanckiego Towarzystwa historycznego), zrobiono do 
użytku w pracy niniejszej wyciąg z ostatnich wiadomości 
statystycznych, dotyczących ludowego szkolnictwa, jakie 
w archiwum wspomnianego „kolegium" obecnie odnaleźć się 
dały. Dotyczą one roku szkolnego 1893/94 i pouczają nas, 
że w części gubernii inflanckiej, zamieszkanej przez szczep 
łotewski, liczono w r. 1894: 

licz. szkół mej. Chłop. Dziew. Ogółem 

szkól ludowych gmin. 377 wnichzaś 11,178 — 9,930—21,108 

szkól ludowych paraf. 63 „ „ 2,080 — 848 — 2,928 

A więc ogółem 440 1 3 ,268 10, 778 24,036 



ny z prac swoich statystycznych, ówczesny marszałek gubernialny kur- 
landzki. Alfons br. Heyking, wydawca francuskich pamiętników konfede- 
rata barskiego Karola br. Heyking* w szacie niemieckiej, które zaledwie 
w roku 1897 opuściły prasę drukarską. Podano w końcu rozdziału daty 
najnowsze o szkołach w Kurlandyi otrzymaliśmy ze żrddcł rękopiśmien- 
nych (nagromadzonych w kancelaryi kuratoryt ryskiego okręgu nauko- 
wego, dzięki uprzejmości rosyjskiego urzędnika, pana Górskiego, który 
Je dla nas wynotował w styczniu 1898 roku. 



— 182 — 

Taki* wyciąg, udzielony nam z ryskiej kancelaryi ku- 
ratorskiej, o szkołach ludowych w obrębie gubemii kurlandz- 
Ikiej, wykazuj© w r. 1894/95: szkół hadowych 847, do których 
uczęszczało nhłopców 13,865, a dziewcząt 10,667, ogółem 
24,022 dziatwy łotewskiej. 



IV. 

Język łotewski, zbliżony do litewskiego i dawnych Pru- 
sów, jest dosyć przyjemny dla ucha, chociaż jeszcze nie 
obrobiony. Za najlepsze narzecze uważaj % niektórzy to. 
którem mówią mieszkańcy okolic, graniczących z Estami 
prowincyi Ugaunii, jakeśmy to już w rozdziale pierwszym 
zaznaczyli. 

Łotysz kładzie akcent na pierwszej sylabie nawet 
w wyrazach złożonych, która to okoliczność pieśniom łotew- 
skim nadaje dźwięk zupełnie niezwyczajny. W jego języku 
tworzenie się przymiotników i słów z rzeczowników nie 
przedstawia najmniejszej trudności; jest w nim także osolłłi- 
wsze cieniowanie spieszceeń i zdrobnień najrozmaitszych. 

■ Przy calem bogactwie tej mowy posiada ona mnóstwo 
wyrazów, które są także wspólne wszystkim językom sło- 
wiańskim; nie jest to wszakże zapożyczenie, bo są to wyrazy 
codziennej potrzeby, jak np: uguńe (ogień), siemię (ziemia i, 
nidfealbó mółie (matka), sóte (sól), «e (nie), wyrazy konieczne, 
a zatem jednocześnie kiedyś ze Słowianami zaozerpnięte 
przez Łotyszów gdzieś u wspólnego źródła, spokrewnionego 
z językiem sanskryckim. 

Wszyscy Łotysze używają pisma łacińskiego. Wszakże 
w druku stale bywają uzywaue głoski niemieckie w dolnej 
Kurląndyi i gubernii ryskiej, a zaś łacińskie w górnej Kur- 
landyi i dawnem księstwie inflanckiem l ). Język tyeh, którzy 



naznaczyć tu winniśmy. Iż nieliczna garstka Łotyszów, przewo- 
dząca tak zwanej wyższej Inteligencji łotewskiej w Rydze, utworzyła 
przed kilkunastu laty przy miejscowym klubie łotewskim tak zwaną 



i w druku-u*ywają. abecadła łacińskiego, jest czysto łotewski, 
różni się tylko wyftWWą od używanego w Kurlandyi dolnej 
i gubernii ryskiej, w których brakujące lub wyszłe z użycia 
wyrazy 'zastąpiono niemieckimi, tam zas* polskimi. Który 
z dwóch dyakskiów jest pop równiejszy? Dotąd przez sędziów 
bezstronnych nie zostało to jeszcze rozstrzygnictem, Na ko- 
rzyść górnej Kurlandyi i Łotwy dawnego księstwa inflan- 
ckiego przemawia, zdaniem piszącego, już ta okolicenesc, ze 
Łotysz z gabernii ryskiej łatwe kurlandzkiego rozumie, 
kiedy ten ostatni już rozmówić się z tamtym tak łatwo nie 
może. 

I nic to dziwnego, jeśli zważymy, te Łotysze z gu- 
bernii ryskiej coraz to •więcej słów niemieckich do swego 
narzecza wprowadzają, dając im tylko końcówkę łotewską. 
Jako przykład, bijący w oczy, podajemy tu zdanie niemiec- 
kie: „BerNackbarbegekrte denLokn amSfontag," które Łotysz 
z okolic Rygi niezawodnie w ten, a nie inny sposób przetłe- 
maczy: „Wdhburgis pagekńja Lohne mandaga", wtenczas kie- 
dy gdzieindziej przetłomaczonoby to* samo zdanie słowa- 
mi czysto łotewskiemi: „Kajmins pra«eja moksas pyrmdin" 
(to znaczy: sąsiad domagał się płacy w poniedziałek), które 
tu słowa najłatwiej zrozumie i Łotysz z okolic Rygi. 



„komisyę umiejętności" (w skład ją| wchodzą elemoata najrozmaitsze, 
a z nich tylko mata cząstka uczęszczała do szkół wyższych i niezawsze 
z korzyścią). Komisja ta przed kliku laty postanowiła wprowadzić czcion- 
ki łacińskie do wszystkich druków łotewskich Ale że przy tej sposobności 
ustanowiła także całkiem nową teoryę pisowni łotewskiej, nie tnajtyą naj- 
mniejszej podttawi/ naukowej, projekt ten, pomimo agltacyl klubowych 
1 w Itydze i na prowincji, nie znalazł ostatecznie dosyć znaczmj nozby zwo- 
lenników, gdyż wszelkie .pisma 1 dzienniki, po kilku niefortunnych próbach, 
wróciły nie tylko do mniej odpowiednich czcionek gotyckich, ale i do da- 
wnej zawiłej pisowni niemieckiej. Ciekawego czytelnika odsyłamy do pracy 
przez t. iw „komisyę umiejętności" w r. 1892 wydanej pod tytolem: „Za- 
twecKhu rakstneazibag teorija" L j. „Teorya pisowni łotewskiej", z ktilrej 
O bezpodstawności toj teoryi aam przekonać się zdoła. Natomiast niemałą 
usługę oddala ta komitya umiejętności, wydając swoim kosztem cenne zbio- 
ry podań, a następnie 1 pleśni gminnych Łotwy, o których w dalszym 
ciągu pracy niniejszej będzie mowa. 



— 184 — 

Zasada ortografii Łotyszów dawnego księstwa inflanc- 
kiego jest następująca: „Pisz, jak mówisz, nie troszcząc się 
o pochodzenie inaczej w pierwiastku brzmiących głosek. Prze- 
ciwnie Łotysze z gub. ryskiej i dolnej Kurlandyi używają 
zawiłej pisowni niemieckiej (a w druku i głosek niemieckich), 
która, przy użyciu często zdarzających się syczących dźwię- 
ków, oraz rozmaitego zastosowania zgłoski h, wiele przedsta- 
wia trudności. 

Najstarszym drukiem łotewskim jest niezaprzeczenie 
ustęp w pierwszej edycyi kosmografii Sebastyana Munstera 
(ogłoszonej w r. 1550), zawierający na stronicy 932 „Ojcze 
nasz" Łotyszów w narzeczu, zbliżonem do tego, jakie i dotąd 
napotykamy w górnej Kurlandyi i dawnem księstwie inflanc- 
kie m. 

W r. 1587 wydał J. Rivius w Królewcu katechizm pro- 
testanoki skrócony w języku łotewskim, a wkrótce potem, na 
żądanie księcia Gotarda Kettlera, psalmy, ewangelie i lekcye 
dla protestanckich parafii Łotyszów. Dla katolickich zaś 
wydal Erdman Tolgsdorf S. J. w roku 1604 katechizm, hym- 
ny i antyfony, a Jerzy Eiger także z Tow. J. obszerniejszy 
katechizm wroku 1620, oraz ewangelie na wszystkie niedziele 
i święta w roku 1673. 

Tenże Georgius Eiger S. J. ogłosił w r. 1683 pierwszy 
słownik łotewski pod tytułem: „Dietionarium Polono-Latino- 
Lothavieum" Vilnae, w 8-ce str. 87. 

Pierwszy kalendarz łotewski wyszedł w Mitawie w roku 
1763, pierwszy elementarz łotewski z abecadłem, krótkim 
katechizmem katolickim i modlitewkami — w Wilnie, 
w r. 1768, staraniem księży Jezuitów. 

Pierwsza gazeta Łotyszów ujrzała światło dzienne w Mi- 
tawie w r. 1822 pod nazwą „Latweescku Atcises" (Wiadomości 
łotewskie) i przetrwała aż po dzień dzisiejszy, redagowana 
nader oględnie i mająca jedynie na celu pożytek czy- 
telników ';. 



') Gazeta ta, w ciągu lat 76 swego Istnienia, odznaczała się stale 
niezwykłą przezornością i odpowiednim doborem artykułów, przeznaczo- 



— 185 - 

Najdoskonalszą i najbardziej naukowo traktowaną gra- 
matykę tego języka napisał uczony prezes towarzystwa ło- 
tewsko-literackiego Dr. August Bielenstein. Wydrukowana 
została w Berlinie w leciech 1863 i 1864 pod tytułem: „Die 
lełtische Spraeke nach ihren Lauten und Formen" (2 tomy 
w 8-ce). Autor obecnie zajęty jest powtórnem jej wyda- 
niem, jeszcze bardziej uzupełnionem. 

Za najlepszy słownik łotewsko-niemiecki i niemiecko- 
łotewski uchodzi obecnie nader słusznie dykcyonarz K. Ul- 
mana i G. Brasche'go, w dwóch sporych tomach wydany 
w Rydze wiatach 1872 i 1880. 

Czytelników, — pragnących zaznajomić się bliżej 
z piśmiennictwem łotewskiem, odsyłamy do obszernego 
spisu chronologicznego literatury Łotyszów d-ra Napier- 
skiego, Ryga 1831 r., z trzema dodatkami, wydawanymi 
stopniowo aż do r. 1869, a także do pracy naszej: „Biblio- 
graphische Notiz iiber lettisehe Sehriften, wełche von 1604 
bis 1871 in der hochhttiscken resp. polnisch-lwliindisckeri Mun- 
dart veroffentlicht u-orden sind," ogłoszonej w „Mayazin der 
Uttisch-łiterarischen OeseUschafł", tom XVII, oraz w osobnej 
odbitce, nakładem Kymmla w Rydze. Wspomniana bi- 
bliografia nasza odnosi się wyłącznie do narzecza Łoty- 
szów katolickiej gałęzi. Najnowsze utwory innych gałęzi 
tegoż szczepu, zwłaszcza zasługujące na osobną wzmian- 
kę, wyliczają wciąż w swych notatkach bibliografi- 
cznych nietylko rozmaite dzienniki i dzienniczki łotew- 
skie, ale i kilkakrotnie już przez nas przytaczane po- 
ważne dzieło zbiorowe „Magańn der httisch-literarishen Gesell- 
eekafł." 

Łotysze, zamieszkujący Kurlandyę dolną i część" 
południową dzisiejszej gubernii ryskiej, — posiadają bo- 



nych przeważcie dla ludu wiejskiego, do którego kultury przyczynia się 
i obecnie w miarę możności, tubo mniej liczy abonentów niz przed tn 
ma dziesiątkami lat. 



gaty zasób ksiąg szkołnych, przeważnie elementarnych, wy- 
dawanych w ich własnem narze-wru niemiecko-łotewskieni, 
któreśmy joz powyżej dokładnie określili. Pomiędzy terai 
wydawnictwami istnieją liczne podręczniki geograficzne, opa- 
trzone pięknie koloryzowanemi mapami. Nie brak i dziejów 
ojczystych krain nadbałtyckich, dziełek arytmetycznych, po- 
dręczników historyi przyrodniczej i t. p. 

W ciągu ostatnich lat kilkunastu w .ręku naj-rnożniej- 
szych Łotyszów, używających pisowni niemieckiej, zdarza 
się czgstokroC spotykać! wspaniałe wydanie poematu Goet- 
hego „Reinecke Fuchs" w tłomaczeniu iotewskiem Diinsberga, 
do którego zostały użyte słynne illustracye Kaulbacha. Na- 
kładcą niezwykle okazałej i nader kosztownej edycyi łotew- 
skiej jest księgarnia Sieslacka w Mitawie, nie mająca przy 
swych licznych wydawniotwach innego celu, jak zręczne 
wyzyskiwanie kieszeni bardziej zamożnych i bardziej próż- 
nych Łotyszów, dla których większej części piękności 
tego poematu Goethego długo jeszcze zostaną nieprzystęp- 
ne, gdyż oni to właśnie, zaj"ęci wyłącznie spekulacyarai, nie 
dbają o wyższe wykształcenie, a czas swój wolny zabijają 
w inny sposób. 

Dzięki spekulacyom księgarskim, posiadają Łotysze 
kurlandzko-inflanccy cały szereg powieści wątpliwej war- 
tości, któremi bogatsi chętnie opędzają swoje nudy. Obec- 
nie nie braknie im nawet sensacyjnych romansów, tlomaczo- 
nych skwapliwie i ogłaszanych wciąż, bądź" w felietonach 
najrozmaitszych gazetek łotewskich, bądź te* w osobnem 
odbiciu. Figuruje pomiędzy innemi i słynny romans „Hoża 
z Białogrodu" a także „Królowa hiszpańska Izabela czyli Ta- 
jemnice dworu madryckiego," oraz wiele innych podobnych 
zdrożności, które całkiem uszły baczności autora artykułu 
„O postępie na Łotwie," ogłoszonego w tomie VI Przeglądu 
Powszechnego na str. 140 — 143. Odtąd przetłomaczono 
i parę nowelek Henryka Sienkiewicza, a mianowicie „Hanię" 
i „Starego Sługę," połączywszy je w jedno i dając książce 
tytuł „Anna, romans H. Sienkiewicza." Ponieważ zaś tłoma- 
czenia nie dokonano z oryginału, ale z dziwnie nędznego 



— 187 — 

przekładu rosyjskiego, w którym mało z "otworu Sienkiewi- 
cza pozostało, łatwo sobie wystawić, co za niedorzeczny gali- 
matyas wyszedł w języku łotewskim, kiedy Homacz powtórng, 
na swój sposób łotewski tekst rosyjski począł przerabiać. 

Od czasu do czasu wychodzą, przekłady na język ło- 
tewski takich znowu książek, które, lubo wcale nieźle ttoma- 
czone, ludowi najmniejszej korzyści przynieść mie mogą; 
przytoczę tylko znane ogólnie „Horno sum" słynnego egipto- 
loga Ebersa i liczne powieści pana Panteniusa, mieszczanina 
kurlandzkiego, który, przeniósłszy się do Prus, zbyt pochopnie 
zwykł wyszydzać wszelkie słabostki szlachty knrlandzkiej 
i nader chętnie rzuca kamienie z poza plota na towarzystwo, 
■do obcowania z którem niegdyś daremnie wzdychał tu 
w kraju. 

Niemniej skwapliwie uprawianą bywa od lat kilkunastu 
i literatara dramatyczna (właściwie komedyancka) tejże ga- 
łęzi Łotwy, złożona wyłącznie z nieudatnych przekładów 
rozmaitych krotochwil niemieckich, opatrzonych przez tło- 
maezów w szydercze kuplety okolicznościowe. Dzieje się to 
jut to z powodu, że klub ryski łotewski potrzebuje ciągle no- 
wości do swego teatrzyku, już i dla tego, że Dstatniemi laty 
farsy w ję«yku łotewskim częstokroć bywają grywane na 
wsi lub w mieścinach powiatowych, w tern mylnem przeko- 
naniu, ze szydercze dowcipy i kuplety okolicznościowe rze- 
komo na uobyczajenie ludu prostego naj zbawienniej wpływaj ą. 

Dostrzegłszy ten wsteczny kierunek nowszej literatury 
łotewskiej, wydawca tygodnika „Mahjas Weesis" {Gość do- 
mowy), wychodzącego "W Rydze od roku 1865, postarał się 
przed pięcioma laty o koncesyę na miesięcznik „Mahjas wee- 
sa mehncsniis" (Miesięcznik Gościa domowego), rozchodzący 
się obecnie w paru tysiącach egzemplarzy, w którym, 
obok pouczających artykulików, podaje przekłady łotewskie 
z arcydzieł europejskiej literatury powszechnej, poprzedzając 
je zwykle życiorysem wielkich mistrzów pióra i ich por- 
tretem. 

Ma się rozumieć, że nie brak tu portretu, życiorysu 
i niektórych dzieł nieśmiertelnego Adama iłiduemcga w prze- 



— 188 - 

kładzie łotewskim. Wyczerpująca biografia tego najwięk- 
szego mistrza słowa polskiego mieści w sobie także charakte- 
rystykę głównych jego utworów. Ogłosił ją, według Piotra 
Chmielowskiego, „Miesięcznik Gościa Domowego" w zeszy- 
tach 4, 5, 6 i 7-mym z roku 1697, które leżą przed nami. 
W numerze 53-im tygodnika „Gość domowy" z roku 1896, 
znajduję przekład „Powieści Wajdeloty" z „Konrada Waleń- 
roda." Siedem rozmaitych zeszytów „Miesięcznika Gościa 
Domowego" z r. 1897 przyniosły czytelnikom łotewskim 
„To lubię", oraz niektóre z sonetów krymskich, a mianowicie: 
„Grób Potockiej" (sonet 8-y), „Bakczysaraj" (son. 6), „Ajudah" 
(sonet 18), „Stepy Aiermańskie" (sonet 1) i „Ciszę morską" 
(sonet 2-gi). W tymże roku 1897 ogłosił „Miesięcznik Gościa 
Domowego" całego „.Faifsća^GoethegOjnietylkopierwszą.ale 
i drugą część tego utworu. O poemacie „Beinecke Fuehs" 
już na innem miejscu wspominaliśmy. „Gotz von Berlichln- 
gen" w przekładzie łotewskim wyszedł już w roku 1887 
w drukarni E. Platesa, wydawcy „Gościa Domowego" w Ry- 
dze, w ostatnich zaś lecieoh tamże ogłoszone zostały: balla- 
da „Erlhonig" i kilka innych. Z dramatów Szyllera wydano 
w języku łotewskim „Dziewicą Orleańską," „Maryę Stuart," 
„Kabale und Liebe" i „Narzeczoną z Me ssyny." Obecnie pra- 
cują usilnie nad przekładem „Wilhelma Telia." Ze słyn- 
niejszych poezyi Szyllera ogłoszono „Dzwon" i inne niemniej 
popularne. 

Z dzieł Lessinga przetłomaczoną została na język ło- 
tewski powszechnie znana komedya klasyczna „Minna von 
Barnhdm"; z dziel nieśmiertelnego Szekspira ukazał się na 
półkach księgarni łotewskich w ciągu roku 1897 „Juliusz 
Cezar", a nieco wcześniej wyszły; „Hamlet," „Ryszard III" 
„Makbet," oraz „Sen noey letniej." 

„Manfred" lorda Byrona także został złotewszozony 
z niemniej gorączkowym pośpiechem przez gorliwych cywi- 
lizatorów z grona samych Łotyszów, tych zaś w ostatnich 
leciech nie brak ani w Rydze, ani w Mitawie, ani w Lipawie. 

W roku 18Ł8ym ogłoszono w przytaczanym powy- 
żej niejednokrotnie Mahajs weesa mehnesniks'u — słyń- 



nego „Demona" Lermontowa, a niebawem tamże ma ujrzeć 
światło dzienne „Borys Godunow" Pu3zkina. W Mitawie 
w roku 1897 przetłomaczono na język łotewski „Martwe 
dusze" Gogola, a nieco wcześniej ogłoszono tamże przekład 
jego komedyi „Rewizor" i parę innych. 

Z powieściopisarzy rosyjskich tłomaczą w swych felje- 
tonach dzienniki i tygodniki łotewskie nietylko romanse 
L. Tołstoja, Turgeniewa i Dostojewskieyo, lecz zwłaszcza Pota- 
penki \ Czechowa. Oprócz tego, zapełniają się już oddawna 
łamy feljetonów łotewskich przekładami niemieckich po- 
wieści i nowelek, najczęściej bardzo nędznych, a te, obok 
oryginalnych powiastek łotewskich, nąj skwapliwiej by- 
wają czytywane, jak nad tern utyskiwał temi czasy jeden 
z najzacniejszych redaktorów miejscowych. 

Z powieści polskich ukazały się w feljetonach łotew- 
skich juz w ciągu r. 1886 naprzód niektóre dzieła J. I. Kra- 
szewskiego, którego imię stało 3ię rozgłośne na Łotwie przez 
sprawozdania gazeciarskie o wytoczonej mu przez Bismarka 
sprawie, o jego uwięzieniu w Magdeburgu i t. d., poczem 
wszakże na porządku dziennym stanął w tychże feljetonach 
Henryk Sienkiewicz. Zawieszona obecnie aż na ośm mie- 
sięcy gazeta łotewska „Deenas Łapa' 1 (wydawana w Rydze) 
przez lat parę zapełniała łamy swego feljetonu przekładem 
powieści „Ogniem i mieczem," tłomaczonej nie z oryginału, 
ale z nieudatnych przekładów rosyjskich, a następnie sprze- 
dawanej w odbitkach. Za przykładem tego dziennika po- 
szły niebawem inne. Nowelkę ,-,Janko muzykant" przekła- 
dano już kilkakrotnie na język łotewski. O przekładzie 
„Starego sługi" i „Hani" wspominaliśmy już na innem miejscu. 
„Szkice węglem" ogłosił przed paru laty w Lipawie, dla 
Łotwy, przedsiębiorczy księgarz miejscowy Peterson. Z roz- 
biorem tej samej nowelki spotykamy się w tomie XIX przy- 
taczanego już przez nas poważnego pisma „Magazin der let' 
tisch4iterarischen Gesellschafł," w którym referent, składając 
hołd mistrzowskiemu pióru Sienkiewicza, zauważył trafnie, 
że „obrazek, opisujący nadużycia władzy przez pisarza 
Zołzikiewicza i upadek nieszczęsnej Rzepowej, niezupełnie 



- ISO - 

nadaje się do przekładów, mających wzbogacać Łotewską 
literaturę ludowa." 

Jest to faktem niezaprzeczonym, że większość tak zwa- 
nej „intelligencyi łotewskiej" dąży stale do sztucznego wy- 
tworzenia wciągu lat niewielu, literatury narodowej, której 
pragnie obce utwory j ak najprędzej, przyswoić. Obok owych 
przekładów arcydzieł, przynoszą feljetony tłoraaczenia nowe- 
lek i powieści, przeważnie zabarwionych naturalisŁyoznie, 
a także najrozmaitsze lichoty. Pierwsze dla przechwalania. 
się czekomym, postępem, i wysoką, cywilizacyą. szczapu. łotew- 
skiego, drugie dla. zajęcia czytelników strawą wprawdzie 
niezdrową, ale poczytną. 

Pracując pod hasłem francuskiem „paraitre, dwt etre," 
większość redaktorów i .cyw.ilieato.ro w łotewskich łudzi na- 
próźno siebie ii drugich. Przekłady artykułów z pism ludo- 
wych, któremi; najczęściej, gardzą., przyniosłyby niewątpli- 
wie korzyść prawdziwą, podnosząc stale poziom wykształce- 
nia i moralności w prowincyach, przez Łotwę zamieszkałych, 
wtenczas kiedy większa część dzieł, obecnie pezekładar 
nych z iicie chora bli wy m pośpiechem, w żadnym, razie, 
owego szlachetnego celu osiągnąć nie zdoła. To tez; 
słusznie przypomina prawdę powyższą i. zaznacza ją niemal 
corocznie w sprawozdaniach swoich „Towarzystwo liteeac- 
ko-łotewskie", z prawdziwych przyjaciół Łotwy złożone. 
Czuje się ono do tego zniewolone, pomimo oburzenia, jakie 
w pewny eh. kołach tak. zwanej „intelligencyi łotewskiej" wy- 
wołuje owera otwartem wygłaszaniem swoich uwag, równie 
prawdziwych, jak trafnych. 

Zaznaczyć wszakże winniśmy, to, Bogu dzięki,, owe 
nauki nie całkiem idą w las, gdyż w końcu, przedostatniego 
tomu roczników p. b,,.„Magdeii% der kttiećhriitcr. Gfomltechaft,':' 
przy wyczerpującem omawianiu ruchu literackiego aa. Łot- 
wie, a zwł&szezut oryginalnych, utworów lotewskiclh, czytamy, 
z prawdziwą, otuchą na- przyszłość, słowa uznania, podno- 
szące wyraźnie się okazujący zwrot ku. lepszemu. 

O stosunkaoh sooyalno-pohtycznyoh fcotyszuw niepo- 
dobna rozwodzić się w szczupłych ramach niniejszego żary- 



— 191 — 

su. Ograniczę' się- przeto do aasnaczenśa, iż charakterys- 
tyczną cechą czasów obecnych jest- rozdwojenie włościan. 
łotewskich- na dwa odrębne stany: wlośóan-gosfodarzjf- itełoś- 
ci&n-pwob&Sto. 

Stan pierwszych coraz bardziej podnosi się, pozostawia- 
jąc stan parobków daleko za sobą. Łotyszargospodaraa ta 
i owdzie niefcylko nazywają juz panem, ale go-całują. wr^kc 
ze czcią i uszanowaniem. Włościanin- gospodarz już* wcale- 
nie pracuje w polu, ale wysyła tara zastępca i dozorcę 
{prykat-aajwinitUfs), który z wielu względów przypomina znar 
ne czytelnikom typy ekonomów downycto dwoeków szla- 
checkich na Litwie. 

Miewamy te* coraz częstsze przykłady, że wzbogacony 
Łotysz gospodarz- rzuca się na korzystne spekulacye, a dwo- 
rek swój wiejski, wraz ż ziemią doń należącą, wydzierżawia. 
Inni, złożywszy bardzo znaczne kapitały, nie trudnią sie tu- 
czem i żyją z procentów i" odsetek, bądź w mieście, bądź na 
wsi, zabijając czas, jak mogą. U nich zawsze znajdziesz 
z jednej strony wspaniale wydanie łotewskie- poematu Goe- 
thego „Rtinecke Fitehs", a a drugiej takie lichoty, jak „Roie 
z Btafocrodu,, i niemniej zdrożne- „Tajemnice dworu madryc- 
kiego," a obok nich nędzny przekład łotewski chód jednej 
z licznych powieści Fantómusa, w których, jak już wspom- 
niałem, woale zabawnie bywają wyszydzane słabostki 
szlachty miejscowej. Od lat pięciu dostrżedz się tamże dają 
zeszyty miesięcznika Mahjes- weeaa — o licznych illustra- 
cyach; zeszyty te przynoszą, obok życiorysów wielkich pisa- 
rzy europejskich-, urywki z ich dzieł nieśmiertelnych, o kar- 
' tach najczęściej 1 o tyle tylko przez ab^nahtów przeciętych, 
o ile zawierają pewien zasób ilhisfctecyi, bacwąujebiaską, czer- 
woną lub czarną odbitych. I nic to dziwnego, kiedy zważy- 
my, że- ów- miesięcznik łotewski podaje "swym czytelnikom 
drvgą część ..Fausta" Goethego^ której treści nawet sam tło- 
m acz nie zawsze zdołał pojąć należycie, aw przekładzie jej 
na język łotewski tysiączne* napotykać musiał trudności. 
Przyjrzawszy się znamionom powierzchownej' cywiliaacyi 



— 192 — 

Łotwy prowincji nadbałtyckich, przyjrzyjmy sięzkolei nieco 
bliżej jej kulturze prawdziwej. 

Poziom moralności, zwłaszcza u zamożniejszych kur- 
landzko-inflanckich Łotyszów, wiele pozostawia do życzenia. 
U urzędników gminnych coraz częściej natrafiamy na nie- 
rzetelność i niesumienność", które wybory gminne najlepiej 
uwydatniają. Wójt gminny bywa często pijakiem. Przy 
wyborze na urzędy gminne bardziej wpływa prywata, niż 
wzgląd na dobro ogółu. Okoliczność" ta dowodzi dostatecz- 
nie, ze szczep łotewski, o którego rzekomym postępie nader 
mylne bywają podawane wieśoi do pism, tyle jeszcze 
nie dojrzał, by zostawione mu prawo samorządu umiał 
obracać na własne dobro. Łotysz-wlościąnin prowincyi 
nadbałtyckich ma oczywiście w swych rękach zbyt wiele 
władzy. W Kurlandyi nadużywał on nawet prawa tworze- 
nia stowarzyszeń, aż w roku 1883 dzielny gubernator kur- 
landzki Lilienfels stanowczy kres wybrykom tego rodzaju 
położył. 

Prasa łotewska, o której rozpisywano się już szeroko, 
acz niefortunnie, w pismach polskich, jest po większej części 
agitatorską, pseudo-postępową, tu i owdzie niemcożerczą, 
trzymającą się bezwiednie hasła.- „Diuide et impera." Najsu- 
mienniej r.edagowanemi są mitawsiie „Wiadomości łotew- 
skie" (Łatweeseku etwizes), wydawane, jak wspomnieliśmy, oi 
lat 76-ciu z wielką oględnością, oraz tygodnik ryski „Matjas 
weesis." Najwięcej abonentów liczy obecnie dziennik Baltijas 
wehstnesis (kuryer nadbałtycki), wychodzący codziennie, a 
przeznaczony przedewszystkiem dla mieszczan łotewskich 
bardziej wykształconych, których interesy stara się zawsze 
popierać"; natomiast dziennik Deenas łapa wywiesza stale 
sztandar socyalno-demokratyczny, gdyż najwięcej liczy abo- 
nentów pomiędzy ludnością roboczą. Z tygodników „Balss" 
najbardziej jest rozszerzony pomiędzy włościanami, a w ten- 
deneyach przyjmuje podobny kierunek, jak Baltijas wehttnesis, 
a zaś „Mahjas weesis ," mniej popularny, niż „Balss", najwię- 
cej ma czytelników pomiędzy bardziej wykształconymi ro- 
botnikami miejskimi i wiejskimi, jako to : młynarze, fabry- 



kanci i t. d. Lepiej redagowane tygodniki i dzienniki są 
istnym kamieniem obrazy gazetek agitatorskich w rodzaju ! 
zawieszonej od kilku miesięcy ryskiej . „Deenas łappa" i mi- 
tawskiej „Tehwija." To też używają one przeciw nim wszel- ' 
kiego rodzaju broni najniegodziwszej, aby ufność" czytelni- 
ków o ile możności podkopać*. Przyj ąwsży sobie za dewizę: 
„Calumniare audacter, semper oliąutd haeret," starają się one 
równocześnie odjąć* Łotyszom zaufanie ku zasłużonemu To- 
warzystwu: Die lettisck-liter&rische OeseUschdft," które od lat ; 
przeszło 75-ciu z wiełkiem powodzeniem nad oświatą szcze- ■ 
pu łotewskiego pracowało a i dotąd pracować" nie przestaje. ; 

Co do tak zwanego dziennikarstwa, czyli młodej prasy ' 
łotewskiej, wyznać* musimy, że stosunkowo włościanie 
żadnego innego łudu Europy tyle gazetek nie posiadają, 
jak kurlandzko-inflanoka gałąź Łotwy 1 ). Należy tylko ubo- 
lewać nad tern, że większa część tych gazetek woli odda- . 
wać się agitacyom; 'niż mieć dobro włościan na celu. 

Agitacye przeciw Niemcom tutejszym wszelkich stanów 
wychodzą również z tysiącznych stowarzyszeń klubowych : 
łotewskich (Latweeschu bpedribas), nad któremi zwłaszcza roz- 
ciąga swój wrogi wpływ klub Łotyszów ryskich, za pomocą : 
pisarzy gminnych, z którymi ciągłe utrzymuje stosunki. ■ 

Łotysze zachowują prastare obyczaje i zwyczaje, mają'' 
liczne podania i pieśni ludowe, troskliwie zbierane i ogłasza- 
ne przez uczone towarzystwo niemieckie ,,-Die^ leitisch-litera- 
riscke Gesellschaft," które w przechowaniu śladów narodo- : 
wości łotewskiej, kształceniu języka Łotyszów i oczyszcza- 
niu go z obcych naleciałości, niepożyte położyło zasługi." 
Lud ten od roku 1819, w którym miało miejsce ostateczne 
uśamowolnienie włościan w gub. kurlandzkiej i ryskiej, 
niemałe zrobił postępy. Został więc -pracowitym, dbają- ' 
cym o podniesienie i ulepszenie gospodarstwa, o porządniej- ■ 



•i. Oprócz priytoczooyeji powyżej spotykałem dzienniki łotewskie! 
,Ł(Uieeetca" „Sernhopis," „Baenieat Wehstncsis" „Amtriktś Wehttnctit,'* ■ 
„Austrmns," „Darli," „Rota" 1 kilkanaście innych, które swjłj slaby ży- 
wot inż zakończyły. ■ 

13 



— 194 — 

sze, wygodniejsze i zdrowsze pomieszkanie, o oświatę, o za- 
oszczędzenie sobie grosza i o zaopatrzenie się w ziarno. 

Kurlandzćy i ryscy kapitalUoi, .Łotysze, nabywają 
nietylfco znaczniejszo obszary ziemi na wsi, ale i nieru- 
chomości po większych miastach częstokroć kilkuset-ty- 
siączne. Wielu z zamożniejszych włościan Łotyszów wy- 
syła oddawną swych synów nietylko do szkół powiatowych 
i .gimnazyów, lecz nawet do uniwersytetu jurjewskiego, 
lub do szkoły wyższej politechnicznej w Rydze. W Jur- 
jewie istnieje od lat kilkunastu osobna korporacya ło- 
tewskich studentów, nosząca nazwę „Lettonia", a w politech- 
nice ryskiej od roku 1897 takaż korporacya „Zełonia" 

Wogóle Łotysze z natury bardzo są spokojni i pobożni, 
Ulubionem ich zatrudnieniem jest rolnictwo. Zajmujących 
się rolnictwem i utrzymujących się z dochodów rolnictwa 
jest obecnie 86% całej ludności kraju, przez ich szczep za- 
mieszkałego, liczba zaś zatrudnionych w sferze przemysłu 
i handlu wynosi 11%, utrzymujących się z usług osobistych 
zaledwie 3%. 

Kobiety wiejskie zajmują się wyrobem płótna, pstrego 
sukna, pstrych płócienek i pończoch, wyrabiają także sma- 
kowite sery i gomółki. Celują zwłaszcza w tych ostatnich, 
cenionych najbardziej w Mitawie i w Rydze, a znanych pod 
nazwą: lettischer Knappk&se. 

Łotysz z natury do wszystkiego okazuje wrodzone 
zdolności, jesl wcale przebiegłym, posiada wiele talentu 
i zręczności, a chętnie pobiera każdą naukę; rozwój wszakże 
umysłowy długo powstrzymywały więzy poddaństwa. Ubiór 
nosi prosty, ale dogodny. Głowę pokrywa sukienną czapką 
na zimę obłożoną futrem; kapelusz pilśniowy obecnie już 
mniej często się widzi, i to tylko w gub. kurlandzkiej 
i niektórych okolioach gub. ryskiej; w gub. witebskiej wi- 
dzimy go zaledwie tu i owdzie na samem pograniczu gu- 
bernii inflanckiej (ryskiej). Wyższą część" ciała okrywa ko- 
szula. W górnej Kurlandyt dolna część tej koszuli przykry- 
wa z wierzchu spodnie Łotysza i wązkim paskiem jest spięta. 
Na wierzch wkłada się w lecie długa sukmana zwana swej tą 



— 105 — 

(świta) z szarego samodziału, zimą kożuch barani. W gub. 
ryskiej i w niższej Kurlandyi dolna część koszuli ginie 
w spodniaoh, a wierzchnią przykrywa kaftanik tub kami- 
zelka, których krój nie różni się niczem od tych, jakich uży- 
wają osadnicy niemieccy. 

Zarost ogolony, prócz bakembanłów w Kurlandyi dolnej, 
a prócz wąsów w Kurlandyi górnej. Na nogach noszą skó- 
rzane buty, niedochodza.ee do kolan. Biedniejsi, a raczej 
najbiedniejsi, obyczajem dawniej powszechnym, nogi od ko- 
lan obwijają szmatami, które są podtrzymywane sznurkami, 
od łapci, czyli postołów, .idąóemi. To ubranie nóg obecnie 
juz tylko bardzo rzadko daje się napotykać; buty od lat 
wielu w ogólny weszły użytek nawet u biedniejszych. 

Stan zamożniejszych Łotyszów-gospodarzy nosi się o ile 
możności z pańska* zwłaszcza tych, którzy przebywają po 
miastach, trudno od mieszczan rozróżnić. Kobiety wiejskie 
noszą w zimie pod ciepłym kożuchem, pokrytym u bo- 
gatszych ciemnem lub granatowem suknem, długie różno- 
barwne spódnice, tudzież kaftaniki z ciemnej wełnianej je- 
dnokolorowej materyi, w lecie zwyczajne suknie, uszyte 
z kwiecistego perkalu, a także dochodzące do kolan fartusz- 
ki, również z materyi bawełnianej, jak można najbardziej 
pstrej i jaskrawej; w górnej Kurlandyi i w gub. witebskiej na 
wierzch kładą kolorową kwiecistą chustkę, zastępującą 
w lecie kaftan, z pod której wyglądają białe od koszuli 
rękawy. Przed 50-ciu laty dostrzegaliśmy u niektórych 
starszych kobiet odmienne ubranie od dzisiejszego. Okry- 
wały ich głowy tak zwane „naraiotki", czyli płócienne 
zawicia, które podpinały się pod brodą, na plecach zaś 
nosiły okrywkę wełnianą w kształcie długiego szala, wyko- 
naną z białej tkaniny domowej, a spiętą na piersiach za 
pomocą okrągławej spinki, nazywanej soltą. Na obu 
końcach charakterystycznej okrywki wyszywany byl 
zwykle deseń misterny, różnobarwną wełną (coś nakształt 
wzorów, jakie widzieć się dają na szlakaoh starych szalów 
tureckich), zakończony różnobarwną frendzlą wełnianą. 
Po obu stronach tenże sam wzór wykonany w zmniej- 



— 196 — 

szeniu,' a . dokoła, jakby obramowanie, pasek wytkany 
w tycliże barwach co wyszycia '). Dziewczęta łotewskie 
w dni niedzielne i świąteczne zdobią głowę w różnobarwne 
wieńce, na które tu i owdzie narzucają lekką przejrzystą 
chusteczkę, zamężne zaś kobiety zawiązują na głowie chust- 
kę w formie czepca; na niej umieszczają stosownie do pory 
roku jedne lub więcej, bo aż do sześciu, jednakowo złożo- 
nych chociaż coraz mniejszych pstrokatych chust; spiczasto 
na czole wystająca' część wszystkie widzieć -dozwala. Małe 
dzieci ohodzą zwykle w jednej koszulce, przepasanej na biod- 
rach wąskim paskiem, zwanym justa. 

Dzisiejszy Łotysz nie dba o ozdoby. Rzadko szklane 
perły zdobią szyję młodej dziewczyny. TJ katolickich Łoty- 
szów dostrzedz się wszakże daje zarówno u mężczyzny, jak 
i u kobiety różaniec, szkaplerz, mały krzyżyk, obok meda- 
lika z wyobrażeniem Chrystusa lub Bogarodzicy {Obaczfig. 1) 

Rękawiczki, pięknie farbowane pończochy, paski, 
z pstrej wełny utkane oraz z dwóch krańców czerwoną ba- 
wełną upstrzone lub frendzl^ przyozdobione ręczniki, wielkie 
mają znaczenie i zwyczajnie używają się na podarki w czasie 
chrzcin, wesela lub innych uroczystości. 

Taka prostota, jak w ubiorze, przebija i w mieszkaniu 
Łotyszów. Na podmurowaniu kładą nieobrobione sosnowe 
kręglaki, szpary mchem zatykają. Zamiast okien, najbied- 
niejsi zrobione na nie otwory drewnianemi zamykają zasu- 



•> Taką starodawną okrywę łotewską przechowywała długo. j»ko 
pamiątką po piastunce swego najstarszego syna, dawna dziedziczka 
Preumy w powiecie rzeżyckim, synowa marszałka nadwornego wielkiego 
księstwa litewskiego Stanisława Sołtana, pani Wladyaławowa Sottanotca, 
w- której zbiorach mieliśmy sposobność oglądać tę rzadkość jak najdo- 
kładniej. Szerokość okrywy wynosiła ■> łokcie ruskie, długość zaś 4'., 
tkaną byta w prążek skośny. Podobneż okrywy dają się jeszcze obecnie 
napotkać w rzymsko-katolickiej parafii Alstwang w ,Kurłandyi dolnej, 
gdzie Łotewki i dotąd spinają je t. zw. „soktami," ale nierównie więk- 
szych rozmiarów, niż dawne „sokty" u ł.otewek z gub. witebskiej przei 
nas niegdyś osobiście ojlądanc. 



- w 



. wami. Unsjbiedniejszych.nie wszgdeiedotfcd jeszcze wszedł 
w użycie komin, któryby odprowadzał dym z ceglanego pie- 
ca, zwykle w ka.cie niedaleko drzwi stojącego;, służy on zwy- 




Typy łotewskie. 

czaj nie za kuchnię, a na górnej jego powierzchni urządzane 
bywa miejsce do spania. W takich najuboższych miesz- 
kaniach dym wychodzi przez okna, drzwi i pułap; za- 



— 198 — 

mocniejsze zaś wszystkie porządnymi są opatrzone ko- 
minami '). 

Chaty i domy mieszkalne Łotyszów, bardzo rożny przed- 
stawiają widok, stosownie do zamożności mieszkańców. Bo- 
gaty włościanin ma obszerny dom drewniany o dużych 
oknach i wysokim suficie; zamieszkuje jednak zwykle tylko 
dużą przednią izbę i małe stancyjki tuż za nią; reszta domu 
obrócona jest na potrzeby gospodarskie. Naj zamożniejsi 
i już spanoszeni Łotysze — kapitaliści miewają mieszkania 
wiejskie zbytkownie urządzone, nie wyróżniające się niczom 
od folwarków bogatych mieszczan. Po miastach zaś posia- 
dają kilkupiętrowe kamienice, które w części wynajmują, 
w części zamieszkują sami wraz ze swą rodziną. 

Każdy najuboższy nawet włościanin łotewski posiadać 
musi w swoim domku tak zwane letnie mieszkanie. Jest to 
czysty pokoik z wielkiemi szklanemi oknami. Niema w nim 
pieca, dla tego i większe ochędóstwo panuje. Izba ta schlud- 
na, zwana „kambors," służy za skład najkosztowniejszych 
ruchomości. Tu składa Łotysz w ciągu zimy swoje skarby, 
pościel, bieliznę i inne rzeczy; w ciągu lata zaś w dnie nie- 
dzielne i świąteczne zdobią jej ściany i pułap zielone gałęzie, 
liście i kwiaty, tu bowiem podejmują gości. Dodajmy do 
tego jeszcze śpichlerzyk zwany „kletie," przeznaczony na 
skład w zimie, a na sypialnię latem, suszarnię, kilka staj en, 
nieodzowną łaźnię, zamieszkiwaną zwykle przez uboższą ro- 
dzinę, a będziemy mieli całe obejście mniej zamożnego Ło- 
tysza. Nie rzadko, zwłaszcza w Kurlandyi, znajdują się bar- 
dzo starannie budowane domy łotewskie, mające kilka izb 
mieszkalnych; w nich znaczna liczba sprzętów domowych, 
wszystko w wyszukanej czystości utrzymane. Zabudowa- 
nia włościańskie, zwykle w czworobok postawione, pokry- 
wają słomą, w leśnych okolicach dranicami (łupki) lub gon- 



■) dawnych chatach szczepu łotewskiego traktuje wyczerpująco 
rozprawa F. Benningena ogłoszona (z dodaniem 10 rycin) w „Mag. d. ktL 
lit. Gm." tom XIX, częec drug, str. 36-61. 



— 109 — 

tami, a w Kurlandii u zamożniejszych najczęściej da* 
chówką. 

Szczep łotewski, zarówno jak szczep jego bratni litew- 
ski, posuwa gościnność! do nader dalekiej granicy a do hucz- 
nych zabaw bardzo jest skłonny. Żaden interes, żaden kon- 
trakt, żadne kupno, nie zostaje załatwione bez uczęstunkii. 
Wódka wkradła się do Łotwy z obczyzny. Narodowym 
i ulubionym napojem Łotysza jest tak zwany olr lub aUta, 
rodzaj piwa a raozej podpiwka, wyrabianego przez nich sa- 
mych z chmielu i jęczmienia. Ten, jak. niegdyś, tak i dzisiaj 
jeszcze, obok wódki i wina, przy weselu, przy zrękowinach, 
przy chrzcinach i pogrzebach, słowem przy wszystkioh uro- 
czystościach niepoślednią odegrywa rolę. O dziewczynie 
już komuś zaręczonej wyraża się Łotysz: jau ar wintu pujszu 
ir ajrdrarła, to znaozy: już z owym chłopcem jest eapitą. 
Lecz zwłaszcza wesela bardzo hucznie wyprawiają. Bawią 
się niekiedy trzy dni; cale pokrewieństwo bierze w nich 
udział, tańczą późno w noc, a nad rankiem znowu schodzą 
się do gościnnego domu '). 

O zwyczajach łotewskich, zwłaszcza przy weselach do- 
tąd ściśle zachowywanych, można powziąć" niejakie wyo- 
brażenie ze swad weselnych, kuSzurunas, które kalendarze 
ludowe łotewskie obok pieśni weselnych często za- 
wierają. Kalendarz Łotyszów na rok 1870-ty podał ich 
długi szereg na stronicach .40 — 61, a o wierności owych 
kalendarzowych opisów przekonywał się piszący niejedno- 
krotnie, bywając za młodu na weselach Łotwy. W piosn- 
kach weselnych przy końcu ostatniej zwrotki powtarzają 
obecni za każdym razem: Byui wa*als, t. j. bądź nam zdrów-, 
albo: Dsieryt wąsaty, t. j. pycie zdrowo. Na tak zwanym 
„pogaście" czyli błogosławieństwie pożegnalnem nowo-zaślu- 
bionej, odbywa się składka ogólna dla niej i kolejne tłuczc- 



i) O weselach Łotyszów traktuje obszernie praca E. Bieknsteina 
w „Mag. A WŁ Gnelltdwft XIX tomu 4 ustęp str. 62-239 1 XX tomu 
ustęp fz r. 1398'. 



— 200 — 

-nie tych misek, w które rzucają się ofiary. Po przybyciu do 
domu nowożeńca, młoda małżonka musi na każdym kroku 
rozdawać dary. Są to najczęściej, upstrzone po dwóch koń- 

- cach czerwoną bawełną i frendzlą, ręczniki, paski różnobarw- 
ne ożyli tak zwane „jiisty," rękawiczki wełniane oraz 
inna jej prace własnoręczne. Obrzędy weselne Łotwy 

;opi«uje i systematyzuje starannie w swera dziele rosyj- 
skiem „Materyały dla etnografii łatyszskaho plemieni Witebska 

■gubernii" docent wszechnicy petersburskiej pan Edward Wol- 
ter, do którego erudycyjnej, nie łatwej w czytaniu pracy 
(uwzględniającej roboty nasze dawniejsze niemal na każdej 
stronioy) w części drugiej niniejszego zarysu będziemy znie- 
woleni powrócić*. 

Obchody weselne kurlandzkieh-Łotyszów tern się mia- 
nowicie wyróżniają od inflanckich, że tam drużba towarzyszy 
konno weselnemu orszakowi, trzymając w ręku małe jodełki, 
czy choinki długiemi róźnobarwnemi wstęgami i błyskotkami 
całkowicie przykryte, oraz trąbki weselne czyli tak zwane 
taury. Spotykał piszący takowe w Mitawie nietylko za swo- 
ich czasów gimnazyalnych, ale i kilkadziesiąt lat później, 
a zawsze jeden i tenże sam miewały charakter. Zarząd tak 
zwanej „wystawy etnograficznej," przez Łotyszów ryskich 
w roku 1896 na wielką skalę urządzonej, wciągu kilku ty- 
godni o późnej godzinie wieczornej zapraszał zwiedzających 
tę wystawę do rodzaju hippodremu, w którym przedstawiano 
przeplataną śpiewami pantominę, dającą wcale wierny obraz 
takiego wesela. Cała drużba występowała tu konno, a dya- 
logi, przerywające pantominę i liczne swady weselne, najna- 
turalniej były oddawane. To też zdaniem naszem, zarzu- 
cano nie słusznie owym przedstawieniom, że one zanadto 
przypominają „szopkę." 

Co zaś do samej wystawy, była ona niewątpliwie przed- 
sięwzięciem chybionem a pod względem naukowym nie mia- 
ła najmniejszego znaczenia. Lubo nosiła nazwę „Wystawy 
etnograficznej łotewskiej," ślady etnografii, zwłaszcza etnogra- 
fii łotewskiej, niełatwo w niej dawały się odszukał - . Jedy- 



nie oddziały kilku niemieckich wystawców miały cechę nau- 

. kową i etnograficzną. '• 

Jeden z wystawców niemieckich wystawi! przepysznie 
wykonany szereg wzorów do historyi łotewskiego rybołów- 
stwa, a więc: kształty łódek i statków najrozmaitszych, po- 
cząwszy od najdawniejszych aż-do Łegoczesnych, sieci i, licz- 
ne inne narzędzia rybackie i'. t. d. równie, ciekawe jak pou- 
czające. Drugi nagromadził podobizny najrozmaitszych 
„gór obronnych" pogańskiej Łotwy (heidntsche ■ Burgberge), 
któremi są przepełnione wszystkie części Kurlandyi, tak gór- 
nej, jako i dolnej. Dokonał tych różnorodnych modeli nie- 
zmordowany badacz starożytności łotewskich Dr. A. Bielert- 

■ stein, zajmujący, jak wiadomo, wysokie stanowisko naukowe 
nietylko w kraju, ale i zagranicą. On też wystawi! zbiór 
dawnych sprzętów domowych i narzędzi drewnianych, który- 
mi, w braku metalu, posługiwała się niegdyś Łotwa cała. 
Pomiędzy niemi nie brakło nawet zamków do mieszkań 
i obór dawnej Łotwy, wyłącznie z drzewa wykonywanych, 
a tych dostarczyły okolice nad-Łubańskie dzisiejszej gub. 
witebskiej ')- Udatnym był także wzór nietylko chaty 
ale całego obejścia dawnego przeciętnego Łotysza, z wielką 
dokładnością wykonany. 

Sama zaś komisya wystawy, złożona wyłącznie i 
możnych Łotyszów, wodzących rej w klubie ryskim łotew 
skini, nadzwyczaj dziwnie i nieodpowiednio brała się do urzą- 
dzenia tej wystawy, dając jej miano „wystawy etnografie; 
uej łotewskiej," dała nowy dowód niewątpliwy, jak wiele jej 
jeszcze do wyższej kultury braknie. 

Z licznych pawilonów najbardziej odwiedzany był głów- 
ny środkowy, w którego sali centralnej umieszczono kilka- 
dziesiąt wspaniałych figur woskowych naturalnej wielkości 
w ubraniach ludowych. U wejścia do tego oddziału wystawy 



') Zbiory tego rodzaju gromadzi oddawDa Dr. A. Blelenstein do 
{Ilustrowania obszernego dzielą p. Ł „Daa Hotz-Zeitalter der Lelten," któ- 
re niebawem jna zostać ogłoszone. 



dostrzegało Big wprawdzie kilka figur płci obojga w dawnym 
stroju łotewskim, lecz zato w samym oddziale niepodobna 
było doszukać* się chociażby jednego typu z Łotwy. Wysta- 
wiono tam kilkadziesiąt postaci w strojach różnorodnych 
i te zrazu imponowały istotnie widzowi. Ale jakież musiało 
nastąpić* rozczarowanie u każdego, kto miał niejakie pojęcie 
o etnologii nadbałtyckiej, gdy przekonywał się naocznie, te 
nie spotykał tu bynajmniej postaci łotewskich, albo przy- 
najmniej typów ze szczepem Łotwy, chociażby najdalej spo- 
krewnionych, lecz wyłącznie typy Ozylij czyków, należących 
jak wiadomo, do plemienia fińskiego, żyjącego z Łotwą w od- 
wiecznym antagonizmie i nie mającego z nią nic a nic 
wspólnego. 

Przyznać należy, że ubranie Estów z wysp Ozylii i Mo- 
on na Bałtyku jest nader malownicze i urozmaicone. Różni 
się ono niemal w każdym okręgu parafialnym, których ogó- 
łem liczą aż 12. A że podaje je ze wszystkimi szczegółami 
zbiór rysunków koloryzowanych, wykonany z natury przez 
Sterna i przez niegoż przed laty 20-tu w Ardnsburgu wydany 
p. t. „Trachtenbilder der Oeselschen und Maonschen Bauern," 
skorzystał z tego zbioru komitet wystawowy łotewski i wy- 
konane wedle tych wzorów Estów wyspiarskich przyjął 
do wystawy etnograficznej Łotewskie). 

Nic tez dziwnego, że tej wystwie etnograficznej nie przy- 
znała cywilizowana publiczność wartości naukowej, pomimo 
tak licznie na niej przedstawianych okazów, których rosyj- 
skie, łotewskie i niemieckie katalogi wyliczały kilka tysięcy. 

W oddziale myzycznym obok kilku zbiorów pieśni lu- 
dowych łotewskich, które tu istotnie były na miejscu, spo- 
tykał zdumiony widz niezliczoną moc togoczesnych dyle- 
tanokich utworów fortepianowych (przeważnie nędzne polki 
i walczyki), wspaniale wydanych, albo kilka rękopiśmiennych 
partycyj muzycznych tychże nieoryginalnych tuzinkowych 
utworów, rozłożonych przez kogoś na orkiestrę. W oddziale 
wyrobów łotewskich przeważały piękne hafty jedwabiami 
i zlotem w niemieckich magazynach rozpoczęte, a przez 
córki zamożnych Łotyszów ukończone, z których to niby 



— .208 — 

etnograficznych okazów każdy był opatrzony srebrnym nu- 
merem -i nazwiskiem wystawiającej je Łotewki, zaliczonej 
nie do ludu, ale do wyższej intelligencyi. Na każdym kroku 
spotykał się tu widz jako tako wykształcony z przedmiotami, 
nie mającymi najmniejszej styczności z właściwą etnografią 
łotewską, pomimo iż te właśnie za cel swój była obrała ko- 
misya, wystawę urządzająca. 

Nie brak na Łotwie i podań najrozmaitszych. Te, 
w ostatnich zwłaszcza leciech, w niezwykłej ilości przez 
wielu zbieraczy nagromadzone zostały *). 

Podania łotewskie z gub. witebskiej, mianowicie z oko- 
licy starodawnego zamczyska Lucyńskiego, z gminy Sty- 
głowskiej, spisał i przełożył w r. 1892 p. Władysław Weryha. 
Zapełniają one cały tom X Biblioteki „WtBty." Powtarzające 
się częstokroć w zbiorku p. Weryhy baśnie o zaczarowanych 
królewnach, o skarbach i strzegących je psach, o czarach 
dyabelskich, o trzech wiedźmach, o trzech siłaczach, 
o trzech siostrach, o trzech braciach (dwóch rozumnych i jed- 
nym głupim) i t. d. mają mnóstwo cech prawdziwie łotew- 
skich. Opowiadają je bowiem zmałemi odmianami Łotysze 
w okolicach bardzo wielu innych zamczysk Inflant i Kur- 
landyi, których to poważnych zwalisk naliczono obecnie 



') Oprócz przytaczanych podań łotewskich w „Mogazia der UttUch- 
liter. Getdhchoft" I wielu Innych dziełach zbiorowych, zwracamy uwagę 
czytelnika przedewszystklern na 6-cio tomowy zbiór podań Łotwy p. t. 
„Łahcasehu tauta* teikat unparsakai", opracowany 1 wjdany przez rodo- 
witego Łotysza Lerdi-PaeehkkaitWa za pomocą kasy „komłsyl umiejęt- 
ności łotewskiej." Tomy te wyszły w Rydze w latach 1891 — 1890. 
W języku zaś niemieckim ogłosił w końcu roku 1897 Dr, F. Biene- 
mann, spory tom podań p. t. „Livttindisches Sagenbueh." Największa część 
tych podań miejscowych odnosi się do Łotwy. klechdach łotewskich, 
mających związek ze światem zwierzęcym, najbardziej gruntowną 
rozprawę znajdzie czytelnik w „Mag. A Mt. Ul. Gee" Tom XIX. str. 
129 — 174 p. t. „Dat iettische Thiermtlrdten" non Bitlenstein. Tamże 
o smoku łotewskim „Pynczs" albo „Pukkls" rozpisuje się na str. 174 — 
185 It. Auning w rozprawce p t. „Utber dtn Uttiirhen Drachen-3fythvt." 



— 204 — 

Już 159. Reszta zaś ciekawych dodatków w zbiorku 'p. W< 
ryhy nagromadzonych, przedstawia wytwór fantazyi ŁoU 
szów inflanckich, z którym nie spotykamy się nigdzie 
w innych częściach kraju, przez szczep łotewski zamieszka- 
łych. A ze autor ograniczył się wyłącznie na zbieraniu po- 
słań w okolicy zamku Lucyńskiego i nie dotarł do brzegów 
Dźwiny, niechże nam będzie wolno zwrócić* uwagę czytel- 
nika na te, jakie u Łotyszów naddźwińskich wywołał widok 
nader ciekawej- skały płaczącej „Słabbu Rogs" (Słupi Róg. 
będącej częstokroć .celem wędrówek i takich nawet podróżni- 
ków, co niejedną zamorską już zwiedzili krainę. Skała ta 
znajduje się w pobliżu po-HolzenowBkiej odwiecznej majęt- 
ności Stahiten, na lewem brzegu Dźwiny i stanowi istne cudi- 
natury. 

Olbrzymia ta masa skalista odznacza się wazką stosun- 
kowo podstawą a szerokim wierzchołkiem. Z górnych jej 
warstw wytryska mnóstwo źródeł, które częścią [strumienia- 
mi, częścią kroplami naksztalt deszczu, spływają ku stronie 
rzeki z daleko rozlegającym się szumem. Droga do niej pro- 
wadząca jest niejako przygotowaniem do jej widoku. - 

Oko wędrowca, kroczącego brzegiem Dźwiny od grani- 
cy Zolburga (dawnej stolicy łotewskiego szczepu Zelonówi, 
ku Stabiten, uderza wprawdzie odrazu piękność i rozmaitość 
przedstawiających się mu krajobrazów, wszelako słynna 
skała, nazwę „Slupiego Rogu" nosząca, długo przed nim ukry- 
wać sig zdaje. Liczne wodospady, jakie bystre acz mało 
znaczące lewe przypływy Dźwiny co chwila tu tworzą, stro- 
me ściany skaliste, uroczo lasem pokryte wzgórza, a także 
wioski i dworki łotewskie, tu i owdzie po parowach malowni- 
czo rozrzucone, przedstawiają niezwykłą rozmaitość. 

Widoki te są czasem dzikie i ponure, czasem znowu 
uśmiechają się wesoło, i właśnie ta rozmaitość stanowi głów- 
ny ich urok. Nakoniec strumyk, niezwykle bystry, wstrzy- 
muje kroki wędrowca. Przypomina mu poniekąd, że się już 
zbliżył do czarnoksięskiego kraju czarodziejki, zamieszku- 
jącej wedle dawnego podania Łotwy ów słynny „Słupi Róg." 



— 205 — 

Odtąd po obił brzegach Dzwiny podnoszą się znacznie jej 
ściany skaliste. Spiętrzone masy zwieszają się w olbrzymich] 
złomach, jakby bezładnie narzuconych jedne na drugie. Po- 
między nimi i na nich rosną najpiękniejsze iglaste i liściaste- 
drzewa: sosny, świerki, wiązy, dęby, jesiony, klony, brzozy. 
Ostre zarysy skał pokrywają tu i owdzie wijące się rośliny, 
Czasem karłowata jarzębina wygląda ze szczerby skalistej 
lub z za kamiennej ściany dewońskiego piaskowca, po któ- 
rej, wśród bujnych krzaków malin, wspina się wysoko polna 
jeżyna. 

U dołu, nieopodal majestatycznej rzeki, szarzeje groźnie 
potężna masa skalista,, ocieniona z góry wiekowemi drzewa- 
mi; rzekłbyś, że stanęła tu na straży, aby nakazać* bieg 
Diwinie. 

Jest to właśnie „Słupi Róg." Tworzące go masy ska- 
liste wystają jakby jaki przylądek, a barwa ciemno-szara 
ściągnęła na nie u miejscowych Łotyszów z początku nazwę 
„Rogu" (Rags), która później na „Słupi Róg" (Stabbu Rags) 
przeszła; strugownicy zaś nazywają tę skałę „Czartowym 
Nosem" lub „Czartową Brodą;" w porze bowiem wiosennego 
wezbrania wód, może ona stać; się bardzo niebezpieczną dla 
żeglugi; zdała już nawet grozi im, szyderczo na nich spoglą- 
da i zdaje się zęby wyszczerzać. 

„Stabbu Rags" liczy 200' długości i 70 szerokości. Skła- 
dają go porowate wapienie, pokryte z wierzchu licznemi 
kępkami mchu, miejscami skamieniałego, miejscami zaś zie- 
leniejącego, jakby uroczy kobierzec. 

W górnych warstwach skały mech ten kamienieje 
przesiąknięty wodą, sączącą się w tysiącznych prądach ze 
źródeł walu ziemnego, który do tej części skały przytyka. 
Dzieje się to stopniowo skutkiem składu chemicznego głów- 
nego źródlrska, zawierającego wiele cząstek wapnistych. 
Stąd też oczywiście pochodzi owa osobliwsza muszlowato- 
'uszczasta rurkowata formacja dziurkowatej masy skalistej, 
tui której utworzenie wiele wieków składać się musiało. Ma- 
sa ta bowiem powiększa się ciągle od góry przez, przyrasta- 



- 200 - 

jące do niej stopniowo coraz to nowe skamieniałości, w niż- 
szych zaś warstwach zmniejsza się od czasu do czasu skut- 
kiem silnego prądu strumienia a zwłaszcza kry wiosennej, 
która często odrywa większe lub mniejsze bryty tej jedynej 
w swoim rodzaju opoki. Tym sposobem w dolnych jej czf- 
ściach wytwarzają, się najrozmaitsze jaskinie, groty i piecza- 
ry. Rusną w nich bujnie nietylko mchy i paprocie, ale tak- 
że jakieś piękne rośliny groniaste, wyzierające ciekawie z ob- 
fitych szczerb, wyżłobień i naturalnych framug olbrzymiej 
skały, którą owa urocza zieleń w sposób czarodziejski ze- 
wsząd opina i przystraja. 

Ogromna masa wody źródlanej wytryska ze wszystkich 
wydrążeń i dziurkowatości czarującej opoki, następnie spły- 
wa po jej ścianach skalistych a nakoniec spada w milionach 
przejrzystych kropel i cienkich strug w kierunku prostopad- 
łym z omszałej głowy, czy też brody „Słupiego Rogu." 
Płynie ona dalej po płytaoh wapiennych i urwiskach skal- 
nych ku wielkiemu zwierciadłu wód Dźwiny, oddalonej stąd 
zaledwie o kroków kilkanaście. 

Nietylko cały brzeg, ale i koryto majestatycznej rzeki 
wysłane jest już to mniejszymi już większymi odłamami tej- 
że masy skalistej. Wszystkie noszą na sobie piętna swego 
zarodu i sposobu, w jaki powstały. Znać na nich wyraźnie, 
że niegdyś pojedyncze krople wody źródlanej tysiąckrotnie 
ją opłukiwały. 

Dwie bryły, z których każda ma 10' długości i 8 wyso- 
kości, a które, jak powiadają okoliczni mieszkańcy, przed 
43-ma laty urwały się własnym ciężarem od wierzchniej 
części „Słupiego Rogu," — potoczyły się już wtedy aż do 
samej Dźwiny. Dwie inne, nierównie większe, leżą o kilkaset 
kroków niżej rzeki. Przeniósł je tu oczywiście potężną swą 
siłą prąd kry wiosennej. Skład i kształt tych obu olbrzymich 
odłamów, już dla tego samego nadzwyczaj jest ciekawy, że 
potwierdza naj wymowniej odwieczną prawdę, zawartą w zna- 
nem powszechnie przysłowiu łacińskiem: gutta eavat lapidm 
non vi, sed saepe eadendo. 

Te przecudowne formacye wykazują wyraźnie niewy- 



— 207 — 

mowną wielko- i wszechmoc Bożą, w przyrodzie zawartą; 
a nad potęgą twórczą, przedewszystkiem dobro we wszech- 
świecie czyniącą, zastanawiała się już bardzo wcześnie pier- 
wotna Łotwa pogańska, wyobrażając sobie o własnych siłach 
Boga przyrody, hojnego dla ludzi i zstępującego chętnie na 
niziny ziemskie, jak to w drugiej części niniejszego szkicu, 
poświęconej wyłącznie pieśni gminnej łotewskiej, postaramy 
się wykazać". 

Szarą, tu i owdzie czerwonawą, a w części niemal czar- 
ną ścianę skalistą „Słupiego Rogu," otula w lecie przejrzysta 
kryształowa zasłona wodna, a w niej wschodzące słońce od- 
bija się wspaniale wszystkiemi barwami tęczy. Natomiast 
w ziemi błyszczą na tejże majestatycznej ścianie sople lodo- 
we i różnobarwne słupy przejrzyste, złożone z mas lodowa- 
tych, które stopniowo wytwarza spadająca na nią kroplami 
woda źródlana. Sama zaś skała, wraz ze swemi licznerai 
jaskiniami i pieczarami, ginie w tej porze roku całkowicie 
pod ową ciężką lodową pokrywą. Uwalnia ją od niej zaled' 
wie wiosna, powołując zarazem do nowego życia niezliczone 
zioła i kwiaty, w jakie łotewski „Stabbu-Rags" w ciągu pięk- 
nej pory roku zwykł się przystrajać". 

Zdolny, w swoim czasie dosyć" słynny marzyciel kur- 
landzki, poeta BoelendorfT (ur. r. 1773 I r. 1825), zwiedzał 
częstokroć tę cudowną a zarazem cudotwórczą skałę i nie- 
jednokrotnie ją opiewał ■). Do niej są też przywiązane licz- 
ne legendy i sagi, żyjące po dzień dzisiejszy w wielu poda- 
niach Łotwy naszej naddzwińskiej. Podług jednego z tych 
podań, zamieszkuje cudowną skałę dziad stary, do którego 
tylko o posępnej godzinie północy wolno zbliżać* się śmier- 



') W pracy naszej o tejie cudownej skale i jej stosunku do po- 
ezyi ludowej Łotyszów naddżwidsklcb, ogłoszonej przed kilkunastu laty 
w Przeglądzie Powszechnym (tom VI, str. 199-211), umieściliśmy w ory- 
ginale niemieckim pieśń Boelendorfa „HerbMied aa den Stabburagt" 
napisana w pięknym heksametrze. Zawiera ona bowiem nletylko bardzo 
poetyczny, ale i nader wierny obraz tej jedynej w swoim rodzaju skały 
nu Łotwie, nie słynącej zresztą z piękności krajobrazów swoich. 



— 208 — 

teiny m. Starzec ten, bezustannie nad lampką siedzący, 
chętnie swych skarbów udziela każdemu, kto o nie z ufnością, 
prosi. Skarby te wszakże przynoszą. błogosławieństwo tym 
tylko, którzy ich wyłącznie na dobre uczynki używają. 

Inne łotewskie podanie głosi natomiast, że o późnej wie- 
czornej godzinie siaduje na owych uroczych masach skalis- 
tych nadobna dziewa o oczach niebieskich i kąpie swe długie 
jasno-złociste warkocze w przeczystych krynicach, jakie ska- 
łę zewsząd otaczają. 

W głównej pieczarze „Słupiego Rogu," z której najobfi- 
ciej wytryska woda wapnista, posiadająca własność zamie- 
niania stopniowo wszelkiej roślinności na dziurkowatą masę 
kamienną, widzą Łotysz© w ciągu dnia piękną dziewicę, któ- 
ra przędzie dla ludu wiejskiego, ilekroć* lud ten biedny zada- 
nej mu przez panów pracy podołać nie może, a w ciągu nocy 
dostrzegają w ternie wydrążeniu skały poważnego mnicha, 
ślęczącego nad olbrzymią księgą, którą z góry oświeca pro- 
mień srebrzysty. 

Podług jednego z tych podad Łotwy, mająoego atoli 
wyraźne cechy sagi niemieckiej, kochał się ongi rycerz 
z przeciwległego zamku Kokenhuzy w nadobnej modrookiej 
pannie, mieszkającej w Stąbiten. Owóż razu jednego, gdy 
rycerz ów, kochający i kochany, przepływał jak zwykle łódką 
do swej bogdanki, dosięgło go już na brzegu kurlandzkim 
groźne ramig przeciwnika, który zakochanego, rycerza 
w oczach jego lubej najnielitościwiej zamordował, skutkiem 
czego znękana kochanka zmieniła się niezwłocznie w płaczą- 
cą skalę „Stabbn Jiays" i odtąd w tej kamiennej postaci opła- 
kuje wieczyście bolesną stratę zgładzonego kochanka. 

To podanie miejscowe wywołało pomiędzy innemi piosn- 
kami także balladę polską, napisaną przez panią E(mmę) 
B(enisławską). Niech nam będzie wolno przytoczyć" tu ten 
utwór ogłoszony już w r. 1885 w tomie VI Przeglądu Pow- 
szechnego na str. 2Qy. 



— 209 — 

Nad brzegiem Dźwlny widać skałę zdała, 
Dumną świątynię, którą stworzył Uóg; 
Nikt lat jej nie wie, chyba tylko fala, 

Która od wieków szemrze u Jej nóg. 

A czoło skały wieńczy mech srebrzysty. 
Jak gdyby szronem prusząc starca skroń, 
' z łona głazu zdrój chłodny, przejrzysty. 
Kropla po kropli spada w ciemną toń. 

Starcze, ty płaczesz! Twe serce znękane 
Nad losem dwojga ludzi roni łzy; 
Od był rycerzem. Jego imię znane... 
Ooa, tak piękną, Jak młodzieńcze sny, 

W zamczysku Stabben, gdy dziewczę siedziało, 
Śląc ku lubemu tkliwe myśli w dal, 
W zmroku wieczornym serce jej czuwało 
"Wśród szumu dziko rozszalałycli fal. 

Od przeciwnego łódź odbiła brzegu. 
Cicha 1 zwinna, niby wodny ptak, 
Burza nie wstrzyma jej szybkiego biegu, 
Przed nią widnieje tajemniczy szlak. 

O! bo dłoń silna, co wiosłem kieruje, 
Pierś w stal zakuta, lecz serce w niej drga. 
Gwiazda rycerza drogę mu wskazuje, 
Tą gwiazdą miłość, tak czysta. Jak lin. 

Już, Jut do brzegu przybija szczęśliwy, 
Dziewczę już słyszy umówiony znak, 
Widzi, jak łuby walczy, niecierpliwy, 
Z ostatnią falą, co go cofa wspak. 

Lecz zazdrość także czuwała w te) chwili. 
Pragnąc zdradziecko zadać straszny cios 
Tym, co szczęśliwi być się odważyli, 
Rajskiem uczuciem złocąc ziemski los. 

I, zanim młodzian wyskoczyć mógł z łodzi, 
Mordercy ciężko przygniata go dłoń; 
Ostrzem żelaza w serce Jego godzi 
I martwe ciało odrzuca precz w toń. 



Dziewczę widziało ze a/.czytu swej mety. 
Jak w ciemnych nurtach kncliam-k jej znikł, 
Z rozwianym włosem na brzeg rzeki bieży, 
A jęk rozpaczy na ustach jo) stygł. 



Frzybiegła... patrzy... tam na falach Diwiny 
Lodź próżna., dalej... krzyk z piersi się rwie! 
Z tym krzykiem pękło i serce dziewczyny; 
bżwlna porwała ją w objęcia swe. 



A na tern miejscu, gdzie dziewica stała, 
Blada i martwa, jak podcięty kwiat. 
Wśród wód spienionych podniosła się skała, 
Którą dziś widzi i podziwia świat. 



Widok skały płaczącej podajemy w części drugiej przy 
pieśniach gminnych, do niej wyłącznie odnoszących się 
(Obacz fig. 3). Tu zaś umieszczamy rycino, przedstawiającą 
najstarszą komturyg Wolkimborską na Wolkenbergu, założo- 
ną, jak chcą niektórzy, przez VoUtvitta, mistrza Zakonu kawa- 
lerów Mieczowych około roku 1230; liczy więc to majesta- 
tyczne zamczysko juz lat 669 istnienia, wciągu których na- 
der mało się zmieniło a widokiem swym wspaniałym imponu- 
je stale Łotwie inflanckiej. To tez legendy, sagi i poda- 
nia przyrosły do Wolkimborku, jak zwoje bluszczu do starych 
murów. Położenie jego na wysokiej górze, zdobiącej połud- 
niowe wybrzeża rozległego jeziora Raźno, jest niezwykle ma- 
lownicze. 

Znany powszechnie pejzażysta Napoleon Orda zdjął 
widok zamczyska z natury w r. 1875 wyłącznie dla piszącego. 
Staranną akwarelę czcigodnego ofiarodawcy wcielił piszący 
do cennych zbiorów ryskiej biblioteki miejskiej, a mia- 
nowicie do wielotomowego rękopiśmiennego dzieła Jana 



Krzysztofa Brotye'go, stanowiącego słynne unicum wspomnia- 
nego kilkuwiekowego księgozbioru *). 

Kiedy ten zamek przeszedł do rąk prywatnych nie jest 
wiadomem. Pewnem jest tylko, że od roku 1277 nie służył 
on już zgoła za miejsce warowne i za czasów polskich świe- 
cił pustkami, jak dzisiaj, panując niezmiennie całej okolicy, 
w której krążą liczne w nim podania. Podług jednego z nich 
przed laty, cała ta okolica, należała do wdowy po władcy na 
Wolkimborku nad jeziorem Raźno. Zmarła ona bez potom- 
stwa męskiego i tylko pozostawiła trzy nadobne [córy, po- 
między które cała ta kraina rozdzielona została. (W każdej 
z trzech posiadłości wzniósł się wspaniały nowy zamek 
obronny, od imienia właścicielki nazwany. Najstarsza Ro- 
zalia otrzymała w dziale Bositen, — dziś Rzesyca, — druga 
imieniem Lucya, Lucyn, a najmłodsza Marya, Maryenhaug. 
Podanie to widocznie jest późniejszego pochodzenia i nie jest 
wcale wytworem ludowym. Dowodzi tego rozległy widnor 
k r 4g geograficzny i pierwiastek etymologiczny legendy, 
utworzonej oczywiście (czy to trafnie ozy też nietrafnie) 
z nazw miejscowości. Bardziej ludową legendę o tymże sam.- 
ku ogłosił w roku 1850 w Wilnie ksiądz Józef Macilewioz 
w książce łotewskiej Pawujciejszona i t. d. (t. j. „Wiadomości 
dla wieśniaków łotewskich"). W niej mowa o przebywającej 
w podziemiach Wolkenberga zaczarowanej dziewicy, oraz 
znajdujących się tamże skarbach, strzeżonych przez dwa ol- 
brzymie psy. Najbardziej zaś łotewską legendę woikimbor- 
ską ogłosiła w r. 1897 tom IV, w zeszycie 3-im na str. 536 po- 
ważna Biblioteka warszawska-. „Mówią ludziska — poucza nas 
to miejscowe podanie Łotwy — że raz w nocy, trzy, w są- 
siedztwie jeziora Raźna, zamieszkałe, czarownice, poleciały 



■} Tytuł dzieła: „Sammlung Lwlandtechtr jfonumenU" tomów 
10 in folio majori, ozdobionych tyslączneml ii ust. racy arai odręcznemi, 
odznacząjącemi się wiarogodnością. Po Inflant odnoszą aię tomy 
1, V. VII, VIII i X. Rysunek nieodżałowanej pamięci Napoleona Ordy 
umieszczono w tomie I, przy innych zamkach inflanckich, najwierniej 
przez Brotye'gO akwarelą i tuszem wykonanych. 



- 212 - 

na górę wolkenberską, niesione przez potęgę zła. Z nioh je- 
dna siedziała na miotle, druga na łopaoie, a trzecia na dre- 
wnianym tłuku od stępy do wytłaczania oleju. Na górze 
wypisały owe trzy wiedźmy na sążnistej skórze cyrograf 
krwią niewinną świeżo zamordowanej dzieciny, nad którą 
tam pastwiły się, a przez złość szatańską przyłożyły ohydną 
pieozęó do swego zdrożnego pisma, które na wieczne ozasy 
do głębin jeziora wrzuciły! Skutkiem tego w nocy jezioro 
miało straszliwie szumieć* i wydawać jęki, a owe czarownice 
tymczasem na górze wolken barskiej wyprawiały z dyabłami 
harce". 

Wspomnieliśmy już wyżej, że baśnie o zaczarowanej 
dziewicy, o skarbach i strzegących je psach opowiadają so- 
bie Łotysze w okolicach wielu zamków w gubernii kur- 
landzkiej i ryskiej, — tańce zaś dyabłów z czarowni- 
cami oraz dokument zaczarowany przedstawiają wytwór 
fantazyi Łotwy, z którym w innych częściach* kraj u, przez 
szczep łotewski zamieszkanych, nie spotykamy się już ni- 
gdzie. To też na tern charakterystycenem, lubo niekoniecznie 
wdzięoraem do opracowania podaniu, osnuł Maryan Man- 
teuffel) balladę polską, którą, dla uzupełnienia obrazu, za po- 
zwoleniem młodego' autora tu wypisujemy: 



Z szumem wichrów, nawałnicą. 
Grzmotami i błyskawicą 
Zleciały trzy czarownice, 
W „nadrainiehukie'- okolice; 

Zapadły za ciemnym lasem 
Z łoskotem, śmiechem, hałasem, 
Głośnym aż pod lasów krańce — 
1 poczęły dzikie tańce! 



Pierwsza z nich, w rozwianej szacie, 
Harcowała na "opacie, 
Druga, ta około kępy. 
Tańczyła z tłukiem od stępy; 



— 2*3 — 

Trzecia, siedząca aa miotle, 
Uwijata alę przy kotle. 
W kotle smolę gotowała, 
Czary - zioła weń rzucała. 
„Raźno" szumi, fale płyną, 
Zwolna w nocnym mroku giną, 
I lekko, jak dla zabawy, 
Nadbrzeżne kołyszą trawy. 

W oddali, w blaskach księżyca 
Jaśnieje coś, jak wieżyca, 
Jaśnieją potężne wały 
U szczytu piaskowej skały: 

To zamek, naokół znany, 
Wspaniały, obwarowany — 
U „Wotkeitberga" on szczytu 
Chmur jasnych sięga błękitu 

Czarownice zasłyszały, 
Że „Yolktein," pan zamku śmiały, 
Pomiędzy tłumy pogaństwa 
Niesie zaczątki chrześcijaństwa. 

Więc na sąznistaj wnet skórze, 
Śląc straszne groźby ku górze, 
Piszą tajemne zaklęcia 
Krwią niewinnego dziecięcia; 

Śmieją się strasznie, zawzięcie, 
Ohydne kładą pieczęcie... 
1 w „Raźna" wzburzone męty 
Kryją cyrograf zaklęty. 

Jezioro zawrzało do dna. 
Zwarła się otchłań podwodna, 
Piaskowa zadrżała skała... 
Powoli... cisza nastała. 

I clenie nocy nie miną 
A zginie rycerz z drużyną, 
W miejscu zaś jego zamczyska 
Czarne zostaną zwaliska! 



— 214 — 

Po sześciu wiekach — dzfe mury 
Widnieją u szczytu góry, 
Zczernlałe, zielskiem porosłe, 
Choć zawsze groźne, wyniosłe; 

Jezioro szumi burzliwie, 
Nocami jęczy straszliwie, 
Bo dotąd w wód swych odmęcie 
Tajemne kryje zaklęcie. 

Lecz „Wolkimbork" nasz, — u szczytu 
Chmur jasnych, sięga błękitu; 
Jak dawniej — choć bez strażnicy — 
Panuje wazej okolicy. 

Jaśnieje w słońcu promiennie 
I przetrwał wieki niezmiennie — 
Jak wiara, co z Jego szczytów 
Spłynęła na neofitów. 

- — -SOł&J*- — - 



Część druga. 

PIEŚŃ GMINNA ŁOTEWSKA. 



Uwagi wetepne. 1. Pieśni treści ogólnej. 9. Pieini okolianatciowc 
i przygodne. 3. Pieini zattotowane do pewnego etatu. 4. Pieini zaitozo- 
wone do pewnego caioodu. 8. Pieini zastosowane da pewnego położenia. 
Zakończenie. 



Większa część piosnek ludowych, z któremi obecnie 
szersze kółko zamierzamy zapoznać, należy do liczby tak 
zwanych po lotewsku „upities sanaszas", ożyli utworzonych 
z drobnych nieznaczących przedmiotów, jakie znosi wiosną 
woda strumyka, a o których jużeśmy we wstępie do niniej- 
szego zarysu coś napomknęli, porównywają je do kropel 
rosy. Dla uzupełnienia owego porównania, niech nam będzie 
wolno dodać jeden rys jeszcze. 

Jak owe krople purpurą oblane, tylko wtedy migotliwe 
barwy roztaczają dokoła, gdy punkt, na którym stoimy, jest 
odpowiednim do światła wschodzącego słońca, tak i pieśń 
ludowa łotewska tylko wtenczas nabiera znaczenia i należy- 
cie ocenioną być może, gdy względem niej odpowiednie zaj- 
miemy stanowisko, gdy się na nią z właśoiwego punktu wi- 
dzenia zapatrywać będziemy. To też przedewszystkiem 



winniśmy sobie uprzytomnić jej właściwe przeznaczenie, oraz 
Bposób, w jaki powstała. 

Są to przeważnie piosenki tak skromne i tak krótkie, że 
bez pewnego natężenia uwagi nic osobliwego w nich dopa- 
trzyć nie zdołamy. Ucho nasze powinno czuć" ów nastrój, 
w jakim pierwotnie zabrzmiały, a w jakim i po dzieri dzi- 
siejszy głos ich rozlega się wdzięcznie dokoła. 

Pewne zjawisko, okoliczność, lub jakaś wybitniejsza 
osobistość, ściągają na siebie uwagę łotewskiego pieśniarza 
i wpływają na wybór wykonywanych przezeń piosenek. Sko- 
rzysta on zawsze z okoliczności i pragnąć będzie takie tylko 
w słuchaczach obudzać uczucia, takie tylko na nich wy wierać 
wrażenia, jakie, śpiewając, za odpowiednie uznaje. A więc, 
wobeo łagodnej i troskliwej macochy, nie przejdzie mu nigdy 
przez myśl wyśpiewywać o złych macochach, jakkolwiek ten 
temat i w poezyi ludowej Łotyszów nadzwyczaj często -na- 
potkać się daje. 

Nie traktowalibyśmy rzeczy z właściwego jej stano- 
wiska, zarzucając piosnkom łotewskim ubóstwo myśli, z tego 
tylko powodu, że są niezwykłej krótkości. Naprzód, pomimo 
uderzającego lakonizmu, treść ich nierównie jest bogatszą, nie 
to się zrazu wydaje. Myśl w nich częstokroć tylko z lekka 
bywa potrąconą, a słuchacz już sam winien ją dopełnić, jak 
to naprzykład, pomiędzy wielu innemi wykazuje następująca 
piosneczka: 

Ach! pastuszka przeprowadzać 
Nie dozwala ml matula! 
A za górą psy szczekają. 
Kią bułane tam rumaki. 1 ) 

Malują się w niej żywo uczucia dziewczęcia, wychodzą- 
cego dopiero z lat dziecinnych. Z chaty rodzicielskiej, któ 



') Oryginał łotewski obacz w „Uagotin der ItUisch-literariachm Ge- 
setitchafi," tom VIII, 93, (zbiór pieśni gminnych z okolic Cyran 1 Dter- 
Hen, dóbr kurlandzklej gałęzi ManteuJIlów). 



rej nie wolno jej jeszcze opuszczać, słyszy dzieweczka wy- 
raźnie, jak. za górą psy szczekają, jak rżą, tam koniska. To 
w dorastaj ącem dziewczęciu obudzą pierwsze, niemal bezwie- 
dne pragnienia wzięcia chód trochę udziału w owem wesołein 
życiu, jakie w tej chwili przedstawia się już dosyć żywo mło- 
dziutkiej, prawie dziecinnej wyobraźni. Słuchając tej piosnki 
uważnie, zdawałoby się, że w niej poeta ludowy maluje gra- 
nicę, co lata dziecięce od dziewiczych przedziela. Treść wigc 
króciuchnej piosneczki, przy uważnem jej słuchaniu, nie zdaje 
się wcale grzeszyć ubóstwem myśli. 

A potem, należy także przyznać, że niezmierna obfitość 
piosnek gminnych łotewskich, wynagradza niejako ich krót- 
kość; dlatego nie można tych piosneczek rozpatrywać poje- 
dynczo. W życiu bowiem Łotwy, występują one tylko w 
śpiewie i to, — za wyłączeniem piosnek pastuszków, kołysanek 
i prządek (pasłorales, berceuses et chants des fileuses) — , tylko 
w śpiewie ludowym chóralnym, w którym wiele ioh z rzędu 
wykonywa się jednym ciągiem. 

Godzinami całemi trwa ta rozrywka ludowa. Jedna 
piosnka bezustannie łączy się z drugą, aż nakoniec znużona 
„Tejceja," czyli główna pieśniarka, intonująca śpiew i prowa- 
dząca chór cały, czuje się zniewoloną ustąpić jego kierownic- 
twa którejkolwiek ze swych licznych towarzyszek. O tym 
rodzaju śpiewów ludowych tak niejasne dotąd mamy wyobra- 
żenie, że zwykle nie pojmujemy ani jego uroku, ani donio- 
słości, ani znaczenia.') 

Wiele takich piosnek, wykonywanych z kolei, tworzy 
dopiero niejakąś całość; ta wszakże, za każdem wystąpie- 
niem śpiewaków, odmienny przyjmuje wyraz, a często i od- 
mienny charakter. Przedstawia się nam ona poniekąd jak 



■) tych śpiewach gminnych rozpisywaliśmy się już niejedno- 
krotnie nietylko w pismach, Jak to: Biblioteka warazau-eka. Przegląd 
poKizechny, i t d, a nawet w „Słowniku geograficznym" za czasów re- 
daktorstwa Filipa Sulimierskiego, który tego zażądał wyraźnie. u 



łańcuch, którego wszystkie pojedyncze ogniwa za każdym 
razem inaczejby daty się z sobą. powiązać, stosownie do 
okoliczności i usposobienia tak śpiewaków, jako i słuchaczy, 
którzy, pociągnięci urokiem wspólnej pieśni ludowej, stopnio- 
wo niemal wszyscy do chóru się przyłączają. 

W ■ taki to sposób śpiewy gminne łotewskie nietylko 
rozweselają i pocieszają lud cały, ale wywierają nań wpływ 
nader korzystny, rzekłbyś, rozlewają się po oalej Łotwie, jak 
deszczyk pogodny lub ożywcza rosa, nadająca siły żywotne 
wszystkim ziemiom, przez szczep łotewski zamieszkałym. 

Pieśń gminna tego szczepu bratniego Litwinów, jest 
pieśnią ludową w całem znaczeniu tego wyrazu. Wyrosła ona 
z serca samego ludu, a lud ten cały tak dalece zdawał się zu- 
pełnie jednakowo do jej wzrostu przyczyniać, że nawet ani 
jedno podanie nie przekazało nam imienia jakiegobądi ło- 
tewskiego poety. Więo słusznie o Łotwie powiedziećby 
można: dusza ludu jest tu pieśniarzem. Na całej przestrzeni 
nie znajdziesz ani jednej wsi, w którejby się pieśń nie rozle- 
gała, w której by nie brzmiała już to przy kądzieli, już przy 
innych zatrudnieniach domowych. 

Lecz nietylko w chacie rozlega sig wdzięcznie głos 
pieśni ludowej łotewskiej. Brzmi on na lądzie i wodzie, na 
polach i po lasach. Oo więcej, rzecby można z pewnością, 
że w krajach przez Łotwę zamieszkałych niema lasu, łąki, 
jeziora, wybrzeża morskiego, gdzieby śpiew gminny słyszeć* 
3ię nie dawał, jakkolwiek przy wzrastającej kulturze, pieśń 
ludowa częstokroć zamienianą bywa innemi, nie wiedzieć jak 
i przez kogo na tenże język łotewski tłómaczonemi. Głos 
ten jest pieśnią ludową, bo przy każdej okoliczności zespala 
się i zlewa z życiem Indu, przenika najzupełniej jego położę- 
nie, jego byt: jest więc naj wierniej szem zwierciadłem życia 
ludowego na Łotwie. To też niema tam osoby, jakiegoby- 
kolwiek była stanu i charakteru, któraby nie mogła zawołać 
z naj zupełni ej szą słusznością: pieśń ta jest dla mnie stwo- 
rzoną, jest moją. 



Treść pleśni gminnej łotewskiej, równie bogata jak 
rozmaita, dla łatwiejszego ssoryentowania się. czytelnika, dała- 
by ująć się W ramy następujące: 





3F X 


ZE & 


XT I 


1 




okol Iczo ościo- 
we 1 przygodo e 


zastosowane 


zastosowane 


zastosowane ' 


treści ogólnej 


do pewnego 
czasu 


do pewnego 
zawodu 


do pewnego ' 
położenia 


1. mitologi- 
czne 


1. władne 


1. śwlętojur- 
skie 


l. pieśni pa- 
stutrków 


1. piosnki dzie- 1 


2. opiewające 

przyrodę 


% przy chrzci- 
nach 


2. iwietojaA- 


2. - rybakdw 


■J. pitśni sierot 


3. opiewające 


3. pogrzebowe 


3. kolędowe 


3. — bartnl- 


3. pieśni wdów 


i. opiewające 
urok śpiewu 


i. przy szkla- 
nicy 


i. zapustne 


4. - żniwiarzy 


i. pieśni przy- ' 

gniecionych i 


5. zawierające j 5. szydercze 

jakiś morał. 

hulamy 

! 




5. - rolników 

a) pieśni o- 
raczy 

6jpray sia 
nokosle 

ci przy wla- 
niu 1 czy- 
szczeniu 
zboża 

d) przy zbio- 
rze lnu 


ubóstwem 
5. pieśni i;asto- , 
sowane do 
najrozmait- 
szy eh Innych, 
poluzeri. 

1 


: fi. żołnierskie, 
! a raczej po- 
i źegnalne z 
; Idącymi do 
! boju 




6. pieśni pia- 
stunek 


i 








7. pieśni przy 
kądzieli! In- 
nych zatru- 
dnieniach 
domowych. 


i 



Tablica powyższa wykazuje dokładnie, jak dalece pieśń 
zlata się z życiem ludu łotewskiego, jak wszelkie jego położe- 
nia całkowicie objąć" zdołała. Dla lepszego rzutu oka na ca- 



łość, wyróżniliśmy kursywą pieśni w poezyi gminnej Łotyszów 
najliczniej przedstawione, co zaświadczy o rodzaju poety- 
cznego nastroju tej gałęzi litewsko-lotewskiego plemienia. 
Praca twarda, wielowiekowa, wpływała na degeneracyę 
rasy; nadmierny trud fizyczny przy zależności ludowej stępił 
nawet uczucia. Stąd też uczucia melancholijne przeważają 
w pieśni łotewskiej. Weselna pieśń nawet częściej zawiera 
uczucie żalu za przeszłością, tęsknoty, obawy nieznanego ju- 
tra, niż prawdziwego wesela. Wszystko to dowodzi, że pieśń 
na Łotwie z serca ludu wyrosła. 

Pieśń gminną łotewską i dlatego za prawdziwą pieśń lu- 
dową uważać* należy, że nigdzie nie przekracza granic ludo- 
wego życia. Polotem myśli nie sięga nigdy do świata ab- 
strakcyj nego, lecz porusza się wyłącznie w zakresie przedmio- 
tów, dających się ująć' lub przynajmniej widzieć wyraźnie. 
Niema w niej ani śladu idealnego pojmowania żywota ludz- 
kiego. Lubo natrafiamy w niej często na poglądy prawdzi- 
wie moralne, świadczą one tylko o skłonności Łotyszów do 
wszystkiego, co jest szlachetne i obyczajnej nie znajdziemy 
wszelako ani jednego przykładu, ażeby poeta łotewski choć 
na chwilę podniósł się ponad poziom ludowego uczucia. W za- 
patrywaniu się na życie nie odróżnia się on nigdy od ogólnej 
masy swego ludu. Niema na Łotwie ani osobnej szkoły, ani 
wyłącznej kasty, któraby uprawę poezyi w swoją dłoń umie- 
jętnie ujęła. Dla tego też żadnego postępu w pieśniarstwie 
dostrzedz tu nie można. We wszystkich piosnkach łotewskich 
tchnie jeden i tenże duch, o sztuce rymotwórozej tego szcze- 
pu mowy być wcale nie może, a chyba tylko o jego poetyc- 
kim nastroju, o niepohamowanym pociągu do wynurzania 
w pieśni wszystkiego, co czuje, który to pociąg wrodzony 
prędzej juzby można przyrównywać do tego, jaki zwykł oży- 
wiać ptaszków śpiewających, niż do rozwiniętej sztuki. 

Niema więc tu najmniejszego postępu, a na piosn- 
kach naogół nie znad nawet ich starożytności. Za wy- 
łączeniem kilku zupełnie przypadkowo i w nioh przyto- 
czonych faktów dziejowych, żadnego znamienia o czasie 
ich utworzenia znaleść nie można. W niektóryoh jest 



— 221 -- 

mowa o żubrze, którego wspaniale rogi służą równocześnie 
za naczynie do picia i za trąby pasterskie, czyli tak zwa- 
ne „taury." W innych znowu wspomniany jest dzik, 
którego prosięta do szczętu powymarzały. Ponieważ zaś oba 
te rodzaje zwierząt juz przed wieki w krajach łotewskich wy- 
ginęły, wzmianka przeto o nich oczywistym jest dowodem 
dawności piosenek. Jest także w nich mowa o wojnach 
z Krywiczami, z Litwą, z „Krewami" (Rosyanami) i Polską, 
a nawet o zaciętych walkach na morzu. Są to wszystko 
oznaki zewnętrzne. 

Za starożytnością niektórych przemawia także ich nie- 
zmierne rozpowszechnienie. Niejedna z nich niemal temiż 
samemi słowy i na tąż nutę śpiewaną bywa zarówno na za- 
chodnich wybrzeżach kurońskiego półwyspu, jak i na najdalej 
na wschód wysuniętych krańcach Inflant. 

Wszelako z samego ducha tych pieśni ludowych niepo- 
dobna dojść" czasu, w którym utworzone zostały. Jeśliby ja- 
kiś tekst starodawny treść icli dosłowną na piśmie nam był 
przechował, możebyśmy w zmianach językowych pewne 
wskazówki zdołali odnaleść. 

Ale pieśń ludowa łotewska przechodziła tylko z ust do 
ust, z pokolenia w pokolenie i dla tego jest pewnem, że jeżeli 
język pierwotny ulegał jakimbądź zmianom, ślad tego zaginął 
dla nas bezpowrotnie. 

Kie ulega wątpliwości, iż piosnki te nie w jednym czasie 
zostały utworzone. Bardzo być może, że składały się na nie 
całe stulecia. Są one jednym ciągiem z dawien dawna pły- 
nącym produktem twórczej duszy ludu łotewskiego. Lubo 
niektóre noszą na sobie piętno dalekiej starożytności, nie zby- 
wa i na takich, które nowszych sięgają czasów. I dziś jesz- 
cze, przy różnych okolicznościach, nowe tworzą się pieśni, 
mniej wprawdzie wykończone, świadczące jednak wymownie 
o poetycznym nastroju Łotwy. 

Bądź co bądź, pieśni łotewskie puściły od wieków ko- 
rzenie do głębi samego ludu i żaden wpływ zewnętrzny, 
żadna siła obca, wyróżniająca się od masy ludu, w ich two- 



— 222 — 



rżeniu najmniejszego udziału nie miała. Jaśnieją w nich bo- 
wiem: czyn ludowy, myśl ludowa i słowa czysto ludowe. 



I. 

Przyjrzyjmy się naprzód piosnkom treści ogólnej. 
Pierwsze w nich miejsce zajmują bezwarunkowo pieśni treści 
mitologicznej. ') 

Wszystkie główne epoki aryjskich wierzeń odcisnęły 
swój wizerunek na tym mianowicie rodzaju piosnek gminnych 
Łotwy. I dzisiaj, po tysiącach lat, bawi się lud łotewski 
śpiewaniem prastarych mitologicznych przygód słońca i księ- 
życa, które ongi stanowiły przedmiot wiary jego przodków. 
Ciała niebieskie, ubrane w iormy przeważnie mityczne, wcho- 
dzą z człowiekiem w najrozmaitsze styczności. 

Oto.- „Slonl-o" -j przyśpiesza swój zachód, ażeby stru- 
dzony pracownik wcześniej mógł udać" się na spoczynek, niź 
to jego srogiemu panu się podoba. Innym razem „Słońce - ' 
pozostaje dtużej za górą, bo ziębną tam matę sieroty. W czasie 
weselnego pochodu bożka „Perkuna", przystraja „Sionko" 
brzegi lasów, jużto w złote, już srebrne pierścienie, korony 
i wieńce. 

W innej znów pieśni przyświeca sierocie „Księżyc" do 
pilnej roboty, bo niebodze lampy braknie. Zdobi także jej 
ubożuchny orszak weselny, co jedynie dlatego wyrusza nocą, 
że nie mogąc jaśnieć srebrem, nikogo swym widokiem zadzi- 
wić nie zdoła. Pociesza więc nowożeńców szlachetny „Księ- 



') To też wyłącznie na pieśniach mitologicznych Łotwy osnuł ba- 
dacz berliński, Wilhelm Mannhardt, słynną swoją rozprawę „Die Ir.Uisffc 
Sonnentnyliitn." ogłoszoną w Berlinie, w r. ]874 w powszechnie znanem 
czasopiśmie „ZeiUchrift fur Eihnolafie," a oprócz tego w osobnej odbitce 
wydanej. 

*) Nietylko „Słońce," ale niemal wszystkie neczownfki, a nawet 
samo imię Boga, używane bywa u Łotwy w zdrobnieniu, zwIsezcu w ich 
licznych pieśniach gminnych. 



— 223 — 

Cyc", zlewając strumienie srebrzystego światła na pola 
i niwy,, któremi orszak weselny ma postępować. W samych 
zaś „Gwiazdach", tych córach „Słońca", a synach bożka 
„Wszechświata", odzwierciedla się, wedle wieszczów łotew- 
skich, cały żywot człowieczy. Obchodzą i ..Gwiazdy" swoje 
wesela, a „Diews" (Bóg, lecz jak słusznie zauważył przyta- 
czany przez nas Mannhardt, wcale nie Bóg izraelski, chrze- 
ścijański, ale raczej Bóg przyrody, taki, jakim go sobie wyo- 
brażały ludy pierwotne, Bóg, schodzący niekiedy na równy 
stopień z ciałami natury, ożywionemi duchem i wolą, zawsze 
jednak osobisty, wszechmocny), Bóg wszechświata, Saule, 
czyli słońce, ulubiona córa Boża (słońce po łotewsku jest ro- 
dzaju żeńskiego), Mieniesis (księżyc), Perfcuns (piorun) i Łaj- 
mie (bogini szczęścia), biorą udział w owych niebiańskich uro- 
czystościach, nadając onym nierównie więcej blasku, niż 
zdoła go nadać* ziemskim obchodom weselnym, chociażby 
i najmożniejszy śmiertelnik. 

Jedna z tych pieśni tak maluje wspaniałość Boską: 

Spotkałem na drodze 

Bożego konika,- 

Przez siodło wschodziło „Słońce," 

Przez wędzidło „Księżyc"; 

A u cugli na końcu 

Drżała „Gwiazda poranna." 

Inna tak opiewa niewymowną dobroć i względność ,,Bo- 
ga Wszechświata", którego przejazd spokojny stanowi istne 
przeciwieństwo z hucznym a imponującym przejazdem, gnę 
biących Łotwę Krzyżaków: 

Cicho, cicho jechał Bóg 
Przez góry t doliny; 
Kie zadrżało przed Nim 
Ani Żyto w kwiecie, 
A u i keń oracza. 

Zmiany „Księżyca" opisują w sposób niemniej wzniosły 
piosenki ludowe łotewskie, przytaezane przez Mannhardta 



ze zbiorku pieśni gminnych, nagromadzonych przez Łotysza, 
Jana Sprogisa (Wilno, 1868 r. w języku rosyjskim): 

„Księżyc" pojął „Słońce" 
Za żonę, pierwszej wiosny, 
„Słonce" wstało rano, 
„Księżyc" się oddalił. 

„Księżyc" chodził samotny, 
Zakochał się w rannej „Gwiażdzie", 
Więc i „Perkun" w srogim gniewie 
Mleczem go rozrąbał. 

Csemużeś „Słońce" opuścił, 
Pocoe się w „Gwiażdzie" zakochał. 
Samotny chodził po nocy? 
— Serce jest pełne smutku. 

Albo ta druga: 

„Księżyc" liczy wszystkie „Gwiazdy" 
Złote, na całem niebie, 
Wszystkie wystąpiły jasno 
Braknie Jeno „Gwiazdy rannej." 

„Gwiazda ranna" pojechała 



Stara się o córę „Słońca", 

„Perkun" zaś prowadzi pochód. 

Po przed bramą, jabłoń— drzewo 
Tnie on w szybkim biegu, 
I trzy lata płacze „Słońce", 
Gałązki zbierając złote! 

Nie powtarzając za Mannhardtem kilkunastu innych, 
równie poetycznych piosnek mitologicznych łotewskich, 
(znanych zresztą czytelnikom polskim z pracy „Nad Niemnem 
i nad BaUykitm" Konstancyi Skirmuntfcówny) — ograniczymy 
się na przytoczeniu doslownem kilku pieśni tejże treści ze 
zbioru Łotwy, do Litwy najbardziej zbliżonej: 



1. (100)') 



,,1'arkyuniejsza" lau da wlenia 
Aukszy win ducynowal 
Ni Jaj mierka zaita kurpies, 
Ni sudobra sledzlnienla. 



Kas gryb skajst&s laudawlenieś 
Łaj joj Jynra malenia; 
Ti „Saulejtles" di w mlejtioieś, 
Tresza skajsta kołpyuniejtie. 



U „Perkuna" tam z wysoka 
Miota luba groźnym grzmotem! 
Jej obuwia deszcz nie zmoczy. 
Te bo złote— ani szaty, 
Bo jest srebrna. 

(102). 

Kto cbce piękną mieć bohdankę, 
Niech czwalaje brzegiem morza; 
Tam dwie córy są u „Słońca", 
Trzecia śliczna ich służąca! 



A tu piosnka jeszcze bardziej charakterystyczna: 



3. (101). 

„Dzień dobry" mówimy rano, 
„Dobry wieczór" zaś wieczorem. 
Wcześnie Sionko wschodzi rano, 
W wieczór Księżyc po za borem . 
Przedświt w lecie wcześnie wstaje, 
Pragnąc Słońca córę uwieść. 
Słońce! wschodź no raniej samo. 
Me daj córy PrtedSioitowi") 



„Łab rejtień" rejtienla, 
„Łab wokor" wokorń. 
Rej ta agry Sauk łacie, 
W o kor a MienieetieAsz. 
AueieMaAgt agry łacie 
Saulta mlejtys grybadams 
Lać Saufc po sza agry, 
Na dud' mlejtys Ausiekłam! 

Ale nie same tylko ciała niebieskie czciła 
pogańska Łotwa. Jezuita Rostowski opisuje, że w In- 
flantach zbierały się za jego czasów na nabożeństwo ta- 



') Cyfra, umieszczona w nawiasie, oznacza numer pleśni w zbiorze 
ogłoszonym w tomie XIV znanego czasopisma: „Magatin der letUtch- 
literdrischen Getellsthaft" (Mitawa, 1869 rj, na etr. 102-206 pod tytułem: 
„Lettische Volkslieder gesammelt In der Gegend von Kraslaw im Diina- 
burgachen von Comteese Celinę Plater und In der Gegend von Drltzau und 
Taunag im Roiitenschen von Baron Gustav Manteuffel. Zbiór ten wy- 
szedł także w osobnej odbitce, nakładem N. Kymmla w Rydze. 

') Jak z całego dotąd przytoczonego szeregu piosnek widzimy, 
antropomorfoza słońca 1 Innych ciał niebieskich nie jest wcale rzadkością 
w pieśniach gminnych łotewskich, treści mitologicznej, a ciała niebieskie 
częstokroć występują w dialogach, Jako biizko ze sobą spokrewnione. 
Pokrewieństwo to Jednak nie jest ustalone. 

15 



jemne niewiasty około lipy, mężczyźni zaś około dębu.') 
Stwierdza to najzupełniej zbiór pieśni gminnych p. Celiny 
Platerówny i nasz, oddający w pracy niniejszej bezustanne 
usługi. Jedną z nich przytaczamy w oryginale, gdyż do- 
wodzi ona dokładnie, że według dawnyoh pojęć Łotwy 
naszej, dusze ludzkie z mogił przechodziły w drzewa, co 
właśnie do czci drzew zniewalało: 



(5). 



Mes biejom trejs moBienłas, 
Mani treszae nalredzleja; 
lewiż mani u piej ta, 
TieJ uplejta nanasdama 
Iśwlż mani azara; 
Tys ozars nanasdams 
Iświź mani Dangowa; 
Tiej Dangowa nanasdama 
Iświi mani jyureniós; 
Tos jyurenies nanasdamys 
Iz syt putu gobołul 
Tl Izanga kupla lipa; 
Na ti bieja kupła lipa 
Ti bie dorga dtcestlejta! 
Ti bie ffluna dweselejta! 



Było wszystkich nas trzy siostry, 
Trzecią mnie znienawidzili; 
Mnie wrzucili do strumyka, 
Ale strumyk mię nie przyjął, 
Do jeziora mię wrzucili; 
Lecz jezioro nie przyjęło. 
Więc do Dżwiny rolę wrzucili; 
Mnie i Dźwiga nic przyjęła. 
Więc do morza mię wrzucili; 
A i morze nie przyjęto. 
Wyrzuciło w kształcie piany! 
Tu wyrosła bujna lipa. 
To nie była bujna lipa 
To duszyczka droga była! 
To duszyczka moja była! 



Przechodzimy do piosnek, opiewających przyrodą. 

Różnorodność tak mało dotąd znanej poezyi ludowej 
łotewskiej najbardziej winna zastanowić przez ową wielo- 
stronność, z jaką piękności ziemi rodzimej opiewa, zwłasz- 
cza, że ziemie, przez szczep łotewski zamieszkałe, zgoła nie 
obfitują w piękność, której też uczeni krajoznawcy niemal 
nigdy na Łotwie nie mogli dopatrzyć. 

Tymczasem niema znaczniejszej góry, rzeki, jeziora; 
niema zwierzęcia, niema ptaka, drzewa, krzewu, kwiatu; nie- 



') Bostotoki „Lit Soc Jezu hlstor. librl decem" na nowo wydane 
przez Jana Martynowa, w Paryżu, w r. 1877. O owych nabożeństwa^ 
tajemnych jest mowa na str. 254. 



ma wogóle żadnego tworzenia, któregoby poeta ludowy ło- 
tewski ze stosunkami lub okolicznościami żywota człowie- 
czego w jakibądź sposób nie sprzęgał. • 

Pszczoły, mrówki, żuki, płazy, a nawet ryby, ukrywa- 
jące się przed wzrokiem ludzkim w głębiach rzek i strumy- 
ków, jezior i morza— nie uszły baczności łotewskich pieśnia- 
rzy; śledząc za ich właściwościami, umieli je dziwnie zręcznie 
zużytkować*. Ilekroć w zwierzęciu lub ptaku jakąś właści- 
wość dostrzegli, która im człowieka w czemkoiwiekbądź może 
przypominać, tworzą z niej zawsze obraz trafny. 

Łotysz samotnik najchętniej za towarzyszów sobie wy- 
biera wiekowe dęby, wiązy, jesiony i klony. Wszystkie 
zresztą drzewa leśne czują z nim razem, cieszą się i smucą. 
Ptactwo służy mu, jakoby żywi ludzie. Kuropatwa uprawia 
pole sieroty, bo tego pola już nikt nie przyjdzie wyorać; ja- 
rząbek staje się w lesie uprzejmym przewodnikiem młodej 
mężatki, podczas, gdy pierwszy raz odwiedza miejsce rodzin- 
ne; dzika kaczka zbiera rosę z murawy, by gość tak pożąda- 
ny nóżek sobie nie zmoczył. 

A jakże liczne zajęcia przypadają w udziale powsze- 
chnie opiewanemu słowikowi! On to jest wybranym przyja- 
cielem i powiernikiem sieroty, on poufnym pomocnikiem ko- 
chającej i kochanej pasterki, on nauczycielem śpiewu. Na- 
tomiast sikorka, ta ulubiona wróżka Łotyszów, sprawia mile 
poselstwa, kruk zaś, jako ptak nieczuły i niemiłosierny, chę- 
tnie złe wieści przynosi. Matka lasów (słowo „matka" wielką 
odgrywa rolę w mitologii łotewskiej) obdarza ptaszęta odpo- 
wiedniemi imionami ludzkiemi: słomkę nazywa ona Małgosią, 
jarząbka Marylkiem, przepiórkę Magdusią. 

Matka morza częstokroć opuszcza starych rybaków, 
a, przystąpiwszy do młodych, wywiaduje się troskliwie, co też 
oni porabiają, czem się przeważnie trudnią? Matka pszczół 
(patronka bartnictwa) śledzi pilnie za bartnikami. Matka 
wiatru, wraz z wierną jodłą i jej bratem świerkiem, zajmuje 
się szczerze kołysaniem do snu młodych wiewióreczek, które 
jeszcze gniazdka rodzicielskiego nie miały siły opuścić. 



— 262 — 

Ponurą „matkę grobów" hojnie darami obsypują Łotysze, alty 
nad ich zmarłymi współbraćmi opiekę rozciągnąć* raczyła.') 

Nietylko zwierzęta i ptaki, ale i przedmioty martwe 
mową obdarza pieśń gminna łotewska. Zgon poczciwej sta- 
rej gosposi opłakują równie wymownie, jak rzewnie płoty 
i ogrodzenia zabudowań wiejskich, plecione na Łotwie 
» chrustu, pomiędzy kółkami, wbitemi w ziemię. 

Gdy późno w wieczór mgły ponad strumykiem zdają się 
lekko unosić, pieśń łotewska ludowa głosi, ze to dzika kaozka 
opala łaźnię, by kąpać swe dziatki. 

Ma się rozumieć, że i słynna skała naddźwińska „Stabbu- 
Rags," którą jużeśmy w pierwszej częśoi niniejszego zarysu 
przy podaniach Łotwy dokładniej opisać usiłowali, — wywo- 
łała w duszy pieśniarzy tego szczepu długi szereg piosenek 
Z tych ostatnich przytaczamy tu jedenaście, w udatnym 
a niemal dosłownym przekładzie pani E (mmy) B (enisiaw- 
skiej), z Tomu VI „Przeglądu Powszechnego" (str. 20q)_ 

W poranne mgły otulony 
„Róg Słupi" jęczy żałośnie, 
Słonko Wyjrzy z niebios łona, 
A „Słup" odżyje radośnie. 

„Róg", zdobny w koronki, słyszy. 
Jak mówią o nim książęta: 
„Prządka tam przędzie w tej ciszy 
Jedwab' na chusty od święta." 

Powiedz dziewczę, skąd tak cienkie 

Są koronki te skaliste':' 

— „Siupi Rdg" prządł jedwab mięki, 

Skręcał nici zdrój przejrzysty!" 

Mateczka Rogu Slupiego 
Tęczowe nici zwijała. 

Nićmi jedwabiu lśniącego 
Chustkę sobie haftowała. 



•) Obacz: Yititattona Livonicantm eccleriarum Anno 1613-mo faeła. 

Obacz także E, Wolter sir. S78. 



- 229 - 

Daj ml jedwabną chusteczkę, 
Mateczko „Rogu Słupiego," 
Dałaś nadobną córeczkę, 
Daj pokrycie loża mego 

„Słupi Rogu" o czem dumasz, 

Zdobiąc czoło w mgły zawoje? 

Wyjdź na słońce, spójrz dokoła, 

Co robią oracze twoi. 
„Słupi Rogu" chcę chusteczki. 
Do ciebie prośbę zanoszę, 
Tkaczka zwinie wnet niteczki. 
Daj chusteczkę, daj mi proszę! 

Twe pola „Rogu" ze skały, 
Oracz wyrobić pośpiesza, 
— Kosi do slewby złoty cały 

Na srebrnym kółku zawiesza. 

„Rogu!" twoją ziemię czarną 
Włościanie Już uprawili,- 
Rzucili w nią srebrne ziarno 
I pańszczyznę odrobili. 

Matkol oddasz mię mężowi, 

Oddaj, komu twoja wola, 

Byle nie „Itogu" synowi, 

Bo nad nim ciąży zła dola. 
Czemuż wy dziewczęta skały, 
Jasnych barw nie macie w stroju? 
— „Nasze stroje mgły utkały, 
A opięły wody zdroju.-' 

Zwrotki powyższe czyi nie są oczywistym dowodem, 
że ta wspaniała skała, której wierną podobiznę tu podajemy 
(obacz fig. 3), niegdyś własną posiadać musiała mitologię? 
Matka tej skały ma synów i córki, ma własnych oraczy i ro- 
botników, posiada srebrne kółka i złote narzędzia rolnicze, 
a dawniejsi włościanie rozległych po-Hylzenowskich ') dóbr 



■i W kościele rzymsko - katolickim w Olimie —(pod Gdańskiem) 
odszukaliśmy pomnik magnata — Jerzego Konttantego Hylzena, — 
wspaniale, z żółtawego marmuru wykonany. Składają go: obelisk, 



Stabiten w pieśniach gminnych łotewskich noszą stale nazwę 
„synów Słupiego Bogu.' 1 




Skata płaczka „Stabtm Ragt." (fig. 3). 



ozdobiony herbem Hylzenów, oraz cokul obszerny, na kWrym spoczywa 
obelisk. Po nad cokulem wystaje bogato rzeźbiona konsola, a na niej 
popiersie zmarłego. Napis na grobowcu objaśnia: Hic jacet in spera 
resurreciionis Georgiu* Constantinut de Hiilsen (n. A-no J673 t 1737) Do- 
minus haeres bonomm Dageten, Stabiten, Essen, Bukhoi etc, Camerarius 
lirgis Poloniae, Margenhausensis Capltaneus etc. etc. 



Jeśli do powyższych śladów mitologicznych dodamy 
podanie łotewskie, wedle którego ongi trzech mgżów napiło 
się wody ze zdroju krynicy i usnęli snem głębokim, z którego 
zaledwie przebudzić się" zdołali, albo to drugie: widzieli razu 
jednego rybacy kozła śnieżnej białości, wyskakującego ze 
skały, a którego pochłonęła w ciemnych swych nurtach po- 
tężna Dźwina, — niepodobna już wątpić, że cudowna masa 
skalista, nosząca obecnie nazwę „Slupiego Rogu," posiadała 
niegdyś jakąś tajemniczą siłę niemałego znaczenia, o której 
i dzisiaj z pewnością, więcej by się dało powiedzieć, 
jeśliby Łotysze, nie ukrywali tak starannie swych wie- 
rzeń ludowych, a przynajmniej nie wstydzili się odsłonić 
przed nami owej częstokroć nader ciekawej mądrości, jaką 
włościauki objawiają przy kądzieli, a która zwłaszcza w ciągu 
długich wieczorów jesiennych stanowi istną rozkosz izb 
wiejskich. 

Jeślibyśmy chcieli wyliczać wszystkie stosunki i okoli- 
czności, w jakie poeta łotewski umie siebie postawić wzglę- 
dem otaczającej go przyrody, musielibyśmy zaiste tysiące 
pieśni przytaczać. 



Z kolei ze zbioru naszego podajemy kilka piosnek 
Łotwy, opiewających miłość. Zwyczaj em naszym umiesz- 
czamy obok wiernego przekładu rytmicznego, także i ory- 
ginał łotewski, przypominając czytelnikowi, iż liczba w na- 
wiasie oznacza numer pieśni łotewskich w przytaczanym 
już tomie XIV-tym dzieła Magazin der lettisch-liierarischen 
GeseUschafi. 



1. (74). 



Ar pukiejtlom lajwu dzynu 
Frettim sowaj laudawleniąj; 

Łaj It muiia laudawlenia 
Kaj puklejtie zidodama. 



Do mej lubej pędzę łódką, 
K wiatę czkam 1 przepełnioną; 
Wstąp do lodki, moja mila, 
Kwitnąc szczęściem, jak kwiateczek 



Ryksznim bierejtl palajżu 
Wy6a garom ayla mołom, 
Kab mmi sowu laudawleni 
Słowu rast' na gule) uszy. 

Tleć, tleć kumleleń, 
Da tam syła krudzieniam) 
Tiowi gajda auzu Bile, 
Mani Jauna laudawienla! 



Zał mań ble, żal mań ble, 
Wajrok żal padareja,-) 
Patl zida łajcienia 

Nujam mimu wajniucicni! 



Tymsa, tymsa tlej naksnlenia. 
Es tos tymsas nabadowu, 
Ira mnnam kumteleniam 

Zwajgmin diekls mogora! 

Apkaustieju kumie] en i u 
Ar tarauda pokowom, 
Tys lab bieja nakti jot, 

Guni szkiala iz akmienia! 



232 — 

!. (77). 

Cz walem pędzę ciebie, gniady. 
Tam wzdłuż boru, brzegiem Jego, 
By dziś ujrzeć mą bohdankę 
I ją zastać, zanim zaśnie. 

Pędź rumaku, pędź co siła 
Do karczemki białej w borze! 
Ciebie czeka owsa żłobek. 
Mnie zaś młoda luba czeka! 

(61). 

Cierpiałam srodze, cierpiałam wiele, 

Jeszcze mój zal powiększono; 
Bo w samym kwiecie mojej młodości 

Zdjęto mój wieniec dziewiczy! 

(99). 

Ciemna, groźna noc w podróży, 
Ale dbałem o nią mało. 
Gdyż pokrycie mego konia 
Z gwiazd utkane przyświecało! 

O kamienie byetronogi. 
Dotykając ledwie ziemi, 
Krzesił ogień pośród drogi 
Podkowami stało wemi! 



Atoli w nieprzebranem mnóstwie pieśni gminnych ło- 
tewskich, niepoślednią mają wartość - i te, z których daje się 
utworzyć osobna grupa, w jakiej" każda piosneczka zawiera 
pewien morał ludowy. 

Pieśni tej grupy tak są naturalne, tak czysto łotewskie, 
a. tak starożytne, że trudno w nich nawet dopatrzyć* błogosła- 
wionego wpływu chrześcijaństwa, tkwiącego zresztą bardzo 
głęboko w tym bratnim szczepie Litwy, który właśnie z tego 
względu przez niektórych etnografów bywa porównywany 
do słynnych z pobożności Żmujdzinów. Zniewoleni raczej 
jesteśmy przypisać zalety tych piosnek wrodzonemu poczu- 
ciu moralnemu, które jeszcze z czasów pogaństwa w calem 






plemieniu litetosko-lotewehiem istnieć! musiało, lubo przez da- 
wnych kronikarzy nie zawsze dostrzeżone. 

Trudno zaprzeczyć, ze niepodobna lepiej uzasadnić obo- 
wiązku dobrego sąsiedzkiego pożycia, niż go określa pieśń 
gminna z okolic dóbr Kabillen temi kilku słowy.- 



Ni gdym się ale poróżniła z sąsiadem; 
Po drożdże do sąsiada biegam, 
Do sąsiada 1 po ogień 1 ) 

Jakie to trafne. Wszak drożdże i ogień— -chleb i ogrza- 
nie mieszkania — stanowią pierwsze i najbardziej nieodzowne 
warunki życia ludzkiego. Na chętnem wyręczaniu wzajem- 
nem w potrzebach opiera więc piosnka ludowa Łotwy praw- 
dziwą, a niczera niezamąconą zgodę sąsiedzką. 

Niemniej trafnym i głębokim jest morał, zawarty w innej 
piosence tejże grupy, który poniekąd stanowi pewien rodzaj 
komentarza do czwartego przykazania Boskiego, jakie u Ło- 
tyszów, nawet za czasów pogańskich dosyć" ściśle musiało 
być zachowywane. Piosnkę tę podaję w dosłownym prze- 
kładzie: 



Dopierom w drodze żal srogi uczula. 
Żem matce czulej rąk Dle uścisnęła! 
Niegdyś, gdym jeszcze leżała w kolebce. 
Do niej to jednej wyciągałam ręce.') 

Są to oczywiście słowa panny młodej, dążącej do domu no- 
wozaślubionego małżonka, a bolejącej nad tern, że, śpiesząc 
zbyt pochopnie za swym lubym, niedość" tkliwie z własną po- 
żegnała się matką. 



■J Obacz oryginał łotewski w „Magazin der lettisch-llter. Gesell- 
schaft," Tom VIII, etr. 159. 

»i Obacz tamie Tom VIII, str. 226. 



Tego rodzaju delikatności uczuć" rodzinnych tysiączne 
w pieśniach gminnych Łotwy napotykamy przykłady. Oto 
do wozu, w którym wywożą zwłoki syna, niema się w żadnym 
razie zaprzęgać konia białego; oko bowiem matczyne — $% 
słowa pieśni — goniąc pomimowolnie za żałobnym orszakiem, 
dłużej by białego konia dostrzegało. Braciom rodzonym, 
odjeżdżającym konno z domunowozaślubionyeh — tak głusi 
pieśń inna — nie godzi się dąć w „taury" {rodzaj rogu 
w kształcie trąby), by pozostającej tam siostrze nie przedłu- 
żać bolesnej chwili rozstawania się z własną rodziną. 

Lubo powyższe rysy poniekąd graniczą już z czulostko- 
wością, przemawiają wszakże bezwarunkowo i za wrodzona 
delikatnością uczuć szczepu łotewskiego, a tej nie wszyscy 
etnografowie Łotyszów dopatrzyć u nich zdołali, co wszakże 
tylko temu przypisać należy, że lud ten w ciągu wielu wie- 
ków uciskany, woial oczywiście uchodzić za tępy i nieczuły, 
niż być zrozumianym przez obcych. 

Obyczajność i skromność kobieca niekiedy bywa posu- 
waną do najwyższego stopnia, gdy naprzykład dziewczę lo- 
łewskie nie dozwala zaznajomić ze swoim imieniem starają- 
cych się ojej rękę, jakkolwiek konkurenci już za samo wy- 
jawienie imienia dziewczyny znaczne jej braciom ofiarowują 
dary, albo znowu, gdy śliczna piwowarka, poleciwszy zapro- 
Bić nadobnych młodzieńców na piwo, wcale się nie pokazuje 
gościom, a po ich odjeździe wyśpiewuje sobie wesoło: 



Cl wypili słodkie piwko. 
Lecz mię samej nie zoczyli, 
Czy też młodą, czy też piękną 
Jest uprzejma piwowarka?'j 

Małżeństwo pomiędzy bliskimi krewnymi razi poetyckie 



') Obacz wiersz oryginalny łotewski w zbiorze pleśni gminnych 
z okolic Metoten, dóbr kuriandzkiej gałęzi ksiątąt I.icwenów w powiecie 
bowskim, ogłoszony w „Magatin d. tettisch-Uter. &e&eUsehaft" Tom YIHt 
str. 124. 



— 235 — 

uczucia szczepu łotewskiego. Widząc siebie samą wyłącznym 
celem zalotów młodego krewniaka, woła urażone dziewczę 
z prawdziwą zgrozą: 

4. 

Rzucam mój pierścień w gąszcz płaczącej łozy, 
U ianek na trzcinie zielonej zawieszam, 
A sama nurząc się w głębiach jeziora 
Przyłączyć się pragnę do dzikich kacząt 

Stokroć ml lepiej być dziką 

Kaczką, niili lubą brata. 1 ) 

W języku łotewskim dzika kaczka nazywa sig „raudu- 
wie", a płacze „raudy," wynika więc stąd oczywiście gra 
słów niełatwa do oddania w innym języku. Bratem zaś 
zwykł mianować* Łotysz w poezyach swoich brata stryje- 
cznego lub ciotecznego, ilekroć przytem nie dodaje przymio- 
tników „rodzony" lub „właściwy," a raczej „własny." 

Daje nam nie mniej charakterystyczny rzut oka na po- 
życie rodzinne Łotyszów krótka pieśń gminna, w której mło- 
dziutka wdowa wyznaje przed swą matką, ze , jej tak wcze- 
śnie opłakiwany towarzysz życia, ilekroć po całodziennym 
znoju wracał do chaty, zawsze rozbierał się tylko po ciemku, 
by krzesaniem ognia nie przerywać snu żony.') 

Liczne przykłady i tego rodzaju delikatności dałyby się 
z piosnek gminnych Łotwy wielokrotnie przytoczyć. Koń- 
cząc rozdział niniejszy, nie możemy pominąć jednej z najpię- 
kniejszych pieśni ludowych łotewskich, do tejże grupy 
należącej, bo zawiera morał prawdziwie piękny. Niektórzy 
nowsi badacze przypisują jej autorstwo księdzu Michałowi 



■) Porównaj oryginał łotewski w wydanym w Lipsku w latach 
1874/75 „Zbiorze pieśni Łotyszów" A. Bielmtteina, na uczczenie 50-letnieJ 
rocznicy założenia Towarzystwa, L. L. Q. Tom II, str. 269. 

>> Obacz zblćr pieśni gminnych z dawnych dóbr po-Zyberkowskich 
w okolicy Kuldygi, (Goldyngi) w „Magatin der httitch.-liler. Gm." Tom 
VIII, str. 80. 



Rothowi. Nie podzielamy tego zdania, gdyż pieśń ta oczy- 
wiście o kilka stuleci wcześniej utworzoną być musiała. 
Tak jest naturalną, tak czysto łotewską, że nie wszyscy 
zdołali w niej dopatrzyć błogosławionego wpływu chrześci- 
jaństwa, tkwiącego zresztą bardzo głęboko w tej gałęzi 
szczepu łotewskiego. Podajemy ją w oryginale wraz 
z przekładem możliwie wiernym czcigodnej współpraco- 
wniczki naszej, Pani E. B(enisławskiej). 



„Putnień! łajka sołtas zimas 

Kur ir tows piereklisy" 
— Zam Dabbassym, zam Dabbas- 
[syml 
Ir gon wlel kods kaktieńsz, 
hoda ayłta witienia 
lksz grunibum, 
Iksz szkierboini 
Tur tajsu pierekleni 
Wyssuloboku witieni 
Zam Dabbassym! 

„Putnień! kad Janplyks ir tiejrums 

Kur tod Ir tows baniklis?" 
— Ik9z Dlwa rukas, iksz Diwa rukas 
Ir gon wie! koda gryu- 

(dieńsz 
Koda moza udzienia 
PI ciel eni oni 
Pi stydzleniora! 
Tur atijinu siew barukli 
Itet atninu, taj woj szaj, 
Iksz Dlwa rukas. 

„Putnień! kad Jan saudy zory 
Kur tod ir tows baniklis?" 
—Iksz alrdi dziluma, iksz sirdi dzi- 
lluma! 
Gul tur dandż wiel dzlśmleniu, 
Dandż na izpłaukuszu zidlenlu 
Sirdi e3 kłusń dyby na! 
Atnok drejż pawassarenfai 



„Ptaszku! gdy się zima sroży, 

Gdzie budujesz gniazdko twój*'!" 
— Znajdę sobie kącik Boży, 

Gdzie skrzydełka spoczną moje 
Jest nie jedno załamanie. 
Jest szczelinka lub mldeczka 
W drzewie, w murze, w starej adank 
A ten kącik Nieba daty 
By się rozgrzał ptaszek mały. 



„Ptaszku! gdy już nagłe pola. 
Gdzie tez pokarm znajdziesz sobie' 
— Boża łaska, Boża wola 
Zeszłą pomoc w ciężkiej dobie! 

Pośród śniegów i zamieci 
Dróżka się nie jedna wije; 

Tam jagódka nieraz świeci. 

Ziarnko się nie jedno kryje. 
Z Bożej ręki okruszyny 
Pożywieniem są ptaszyny. 

„Ptaszku! gdzie piosenka twoja, 

(idy ostatni liść opadnie?" 
—Obumarła piosnka moja, 

Leży cicha w sercu, na dnie, 

Wiele pączków przyniej drzemie 
Aż gdy wiosna znowu błyśnie' 
Ko we życie pączki przejmie. 



A ta ad zlej wy noj dziśmienia I Nowa piosnka z nich wytryenie 

DIwu tiejcnu sirds dziluma I ku Panu wzled swemu 

Di wam dzid nu sirds dzl- Cześć i dzięki nucąc Jemu! 



II. 

Uwagami o pieśniach okolicznościowych i przygodnych 
Łotwy dałaby się nie jedna księga zapełnić, a czytała- 
by się ona z wielkiem zajęciem, z niemniej szą przyjemnością. 
i z prawdziwą nieraz korzyścią dla nowej nauki folkloru. 
Wspomnieliśmy już w uwagach wstępnych, ze w pieśni 
gminnej łotewskiej przeważają uczucia melancholijne. Na- 
wet pieśń weselna, od której rozdział niniejszy rozpoczynamy, 
najczęściej wyraża uczucia żalu za przyszłością, tęsknoty, 
obawy nieznanego jutra. Według opowiadania starych 
włościanek w gminie PreUkiej 2 ), śpiewano za czasów ich mło- 
dości pieśń weselną, w której wyraźne były wspomnienia 
porywania panny młodej. 

Ale i następna, bardzo ładna piosnka, dosyć jeszcze ry- 
sów tego prastarego zwyczaju zawiera. Podajemy ją w ca- 
łości ze zbioru pana E. Woliera, docenta wszechnicy peters- 
burskiej, 3 ), jako próbkę rzadko spotykanej dłuższej pieśni 
▼eselnej u tej gałęzi Łotwy. Początek przypomina znaną 
t ludu polskiego dumkę o tern, jak matka każe synom do- 
ganiać porwaną siostrę: 



i) Obacz pracę naszą „Księstwo inflanckie XVII i XVIII sttdecia." 
Kraków 1697 r., a mianowicie stronicę 20 1 21, obacz także „Przegląd 
Powszechny", tom 53, stronica 43 i 44, w przy pisku. 

') Dobra Prete, w powiecie dynebureldm, od r. 1568 do r. (870 sta- 
nowiły własność dziedziczną polskiej gałęzi Borchriw. 

') Tytuł zbioru: „Materyały do etnografii plemienia (czytaj szcze- 
pu) łotewskiego gubernli Witebskiej. Petersburg, 1890 r. str. XIV i 386 
' 8-ce. Zbiór wydany po rossyjsku (Obacz str. 158). 



— 238 — 



Walla durys, walla ługi 

Na dzlerd mosas mołtywie.') 

— „ĘJ, marnieli, pazawier 
Ku dor myusu malejetila?" 
Atit motie raudodama 

Assarenias słauclejdama: 

— „Celitlefl broleleni. 
Aunltlo zóbokus 
Sodłojot kumelenlus 
Dzieaitleś symt jyudr 
Mosienias danóclet" 

Symtu jyudzu galeniA 
Dudoj picy dudmantszy. 
—„Jyus mili (i u dra a niszy 
Kopeć jyus dfldojot?" 
Taj mosaj dudojom 

Kuru szunakt caury wiedia; 

Bołtu żyła wiłnónlejtle 

Sorkon-riiżu wajniucieńsz. 

— „Josim broli utru symtu 

Moi mosieniu danóksim." 

Utra symta gal en la 
Spielaj picy szpilmaniszy 



W domu okna rozwarte i drzwi 

[otworzone. 
Nie słychać siostry w izbie, gdzie 
[żarna złożone. 
— „Idź, matulu, Idź zobacz, 
Odzie żarularka nasza?" 
Wraca matka, łzy lejąc mówi: ach! 

[wstawajcie, 
Braciszkowie, wstawajcie 1 but}' 
[wdziewajcie. 
Siodłajcie konie, 
Pędźcie!... 

Sto mii gdy zrobicie, 
Siostrę waszą dogonić 
Może potraficie! 

Pędzą bracia... 
Mil sto gdy już ujechali, 
Widzą pięciu dudziarzy 
Co na dudach grali. 
„Powiedzcie nam dudziarze, wy 

Idudziarze mili. 
Co wy tam wygrywacie? dla ko- 

[go gra wasza?" 
Gramy tej, co ją w nocy tędy pro- 

[wadzili. 
W biało-modrej okrywie, w wieńcu 
[z roz nagłowię, 
-„Jedźmy bracia, a mil sto dru- 

[glch gdy zrobimy, 
Siostrę naszą dogonić może po- 
trafimy. 



Pędzą. A gdy sto drugich mil już 

[ujechali, 
Ujrzeli muzykantów pięciu, którzy 
IgralL 

') Izba żarnowa (mołtywie), odpowiada mniej więcej komorze 
włościanina polskiego. W pieśniach Łotwy, — zupełnie jak w pie- 
śniach litewskich, głównem zajęciem córki gospodarskiej jest dawne, dziś 
już mało znane mielenie na żarnach, a ona aama zwie się makjtnia t. j. 
„żarn i arką," 



— , Jyus roiły szptlnunlsiy 

Peć ko Jyus splelejst?" 

— Taj mosieniaj spielejom 
Kuru szunakt caury wiedia; 
— „Josiro, broll, treszu symtu 

Moż mo sieni u danóksim," 



—„Powiedzcie muzykanci, muzykan- 
ci mili, 
Komu gracie? co mowie chcecie 
|w śpiewnej mowie."' 

— Gramytej, co ją w nocy 
Tędy prowadzili. 

— „Pędźmy bracia, a mil sto jeszcze 
[gdy zrobimy, 

Siostrę naszą dogonić może po- 
(trafimy." 

t*edzą. A gdy ostatnich sto mil się 

Iskończyły, 
Ujrzeli pięknych dziewic sto, które 
| tańczyły. 

— „O śliczne złotowłose. 
Dla kogo tańczycie?" 

— Dla siostry, którą tutaj 
Przywiedli o świcie. 
Spieszmy bracia do izby, 
Siostrę wszak poznamy!" 

Dzień dobry, jedziesz z nami'; 

Matce clę oddamy! 

—„Wracajcie z Bogiem bracia; uie 

[jadę Ja z wami, 
Niejadę; ta kraina mi się spodobała 
1 oracza tej ziemi Juzem pokochała. 
Wracajcie z Bogiem bracia! 
Powiedzcie matuli. 
Niechaj po mnie nie płacze, 
Niech żal swój utuli, 
Dziś na nic juz plącze.' 
Odeszłam z domu, drzewa gdy kwi- 
liły juz przecie 
I wody już spłynęły i wiosna na 
[ świeci ei" 

(Liczne „waryanty" tejże pieśni starodawnej posiada 
w swych zbiorach rękopiśmiennych Dr. A. Bielenstein). 

Na stronicy następnej tegoż dzielą przytacza docent 
Wolter z rękopisu niejakiego Zykusa pieśń litewską podohnejźe 
treSci, ciekawą zaś z tego względu, że dziewczynę uwieźli 



Tresza gymta galenia 

Don c oj symts dzałtontszu. 

—„Jyus miłas dzałtonlszas 
Kopeć jyus doncojot?" 

— Taj mosaj doncojom. 
Kura szunakt caury wiedia; 

— „Lejnam, broli, ustoba 
Meś mosienin pazlejsimt" 

— Lab rejtleń myus mosienla, 
Isl ar mnms atpakat? 

— „Ejtte ar Dlwu broieleni 

Na iszu eś atpakai, 
Patlejk mań szej ziemiejtle. 
Szos zlemlejties orojeusz! 
Ejtle ar Diwu broieleni 
Pasokot mamieniaj 
Łaj jej mani na raudoj. 
Nugoju es pawassar 
Kadjyudinsz nuzaskreja, 

Kad kuclenf sałopoja!" 



krzyżacy (kryżokei); pochodzi ona z powiatu Trockiego i po- 
czyna się od słów: 

„Ataikele monitelu gaidelem ncgiedant, 

Ir rado weja Iszmindż ota Kryżalwu bulą" i t, d. (str. 162). 

Siadów porywania dziewcząt dopatrzyć jeszcze można 
u Łotwy w pieśniowych wzmiankach o mieczu, oraz w daw- 
nych obrzędach weselnych, gdzie według Pawia Emhorna 
miecz naprawdę występował. W innych okolicach, np. 
w Małorosyi, brat lub bracia młodej trzymają i dzisiaj jeszcze 
przez cały czas uczty weselnej pałki (zwane strzelbami) lub 
szable. Oczywiście prastary to zwyczaj, wiążący się z po- 
wszechnym niegdyś porywaniem dziewicy.') 

Wspomnienie o ,.złydniach" (launas deenas) — owem li- 
chu domowem nietylko oddalonych od Łotwy Małorosćw, 
ale i sąsiadujących z nimi Bialorusów — znachodzimy także 
w weselnej piosnce łotewskiej, spisanej przed kilkoma laty 
w dawnej Ziemi Piltyriskiej: 



Certet skaugi pujszym i Porabajcle nieżyczliwych 

Certet lautiu deemi! , A odwróćcie tlydnii 

Ciekawem jest, że u Łotwy inflanckiej, jako o prze- 
ciwieństwie do ,.zlych dni", spotykamy w piosnkach wesel- 
nych „lekkie dni" (wiglas dinas), czyli dni pomyślne, np. 



Matka prowadzi synowę 
Życząc Jej dni lekkich; 
gama synowa pragnie 
Lekkich dni od matuli.*) 



') Ubacz Jan Karłowicz, 10 „Bibliotece warszawskiej" a mianowicie 
w artykule „Najnowsze prace o Inflantach" tom 206, str. 561. 

') Dalsze przykłady owych dni lekkich iwigias dinas) w pieśni 
gminnej łotewskiej znajdzie czytelnik w wydanym w Mitawie „Jalgewas 
Latw. beedrihas rakstukrajums" II, 46, oraz w „Mag- ii. ktt lit. Qe»." XIX 
na str. 166. (Mitawa. 1896 r.;. 



W grach i zabawach weselnych na Łotwie, wśród bezu- 
stannych przyśpiewów, przedstawiają symbolicznie przyszłe 
zatrudnienia nowozaslubionej. Pokazują jej, ze powinna na- 
prawiać* żarna, beczki, czyścić studnie, palie w piecach i t. p. 

Pieśni ludowe — jak odciski organiczne na skamienia- 
łościach — przechowują zwykle ślady dawnych pojęć i zwy- 
czajów. Oto naprzykład wspomnienie rzeczywistego może 
niegdyś aktu w piosnce weselnej z naszego zbioru wtórnie 
XIV „Magazin d. lett. lit. Gesellschaft." 



Aj mosleń tautienios 

Dziej woj skujszkl nugojusie. 
Auń kojenius, ciel kreśleniu 
W 'a es kajam diwierenlam, 
Łaj sławienia ioba śliw 

Did Mozoku mosieniu. 



Gdy w mężowskie wejdziesz progi 
Żyj odtąd Jako przystoi, 
Dziewierzom ') rozzoj nogi, 
Niech dla niego krzesło stoi; 
A przez ciebie sława spłynie 
Na młodsze siostry w rodzinie. 



A oto trzy połówka, przed laty powszechnie, dziś jeszcze 
po części panująca na Łotwie, odzwierciedlona w śpiewie we- 
selnym: 



Przekład rymowany. 
Przekład dofłmcntj: pani E. B. 

Parń tuur bieja rudziej- Latoś było żyto, Latem było żyto, dzisiaj 

(szy {Jęczmień wszędzie, 

Szugod ir gon mlżejszy Tego roku jęczmień, Na rok przyszły ugór 
Cytugod byua popiejrs. Na rok przyszły ugór. [świecić się tu będzie. 

Parń tu biei mejtlnia, Latoś była dziewą, Latem była dziewą, dziś 

Szugod essi siwienia, Tego roku zoną, (Jest w niewiast rzędzie, 

Cytugod jau motie. W przyszły rok matulą Na rok przyszły pewnie 

[matulą już będzie. 

Z kolei podajemy czterowieraz ludowy, powszechnie 
znany na Łotwie, śpiewany na weselach, a w kalendarzu 
na rok 1870 na stronicy 66 ogłoszony w tych słowach: 



') Dtiewitrzowi, Ł J. „bratu męża." 



242 — 
8. 



Ar ku tu essi łanłojls, 
PI to wm tiew byus turetis: 
Un skaJsEki sorgot towu gudu 
Łaj wary izbiegt Diwa sudu. 



Z mężem, coś z nim ślub dziś brała, 
Pójdziesz odtąd wspólną drogą: 
Bądź mu żoną wierną, eUłą, 
A unikniesz sądu Boga. 



Próbki śpiewów weselnych zakończamy rzewną piosen- 
ką, do której imię chrzestne nowo zaślubionej dowolnie wpla- 
tają Łotysze inflanccy, a którą w tych dniach przełożyła na 
język polski pani E. B. 

7. (23). 
Kukułeczka zakukała 
Gdzieś w ogródku, na jabłoni, 
A dziewczyna zapłakała. 
Tuląc główkę swoją do niej. 
„Xie ujrzę cię juz, drzewino, 
Nie usłyszę clę, ptaszyno!" 

Siadła XN') przy stole, 
Główka na stół Jej opadła: 
„W rodzinnom nie będę kole 
Przy tym stole dłużej jadła, 
Przy tym stole nie usiędę, 
Wianeczka nosić nie będę! 

W chacie prace me ustały, 
Nie usłużę juz matuli. 
Gdy zapłacze brat mój mały, 
Już kto inny go utulił 
Przy tym stole nie usiędę, 
"Wianeczka nosić nie będę!" 



Liczba dziś jeszcze spotykanych pieśni pogrzebowych, 
znacznie jest mniejszą na Łotwie. Niektóre z nich, zdaniem 
uczonych badaczy, nie są niczem innem, jak resztkami 



') Do tej piosnki wplatają Łotysze 3 sylabowe Imiona, jako to: 
Jtózitczka, Małgosia, Anulka, i t. p., które zawsze wytworzyć się dają 
w ich języku np.: Paiala (Boża), Apala (Apolonia), Otmienia (Anna) i Ł d. 



— -243 — 

i ułamkami dłuższych pień żałosnych, odpowiadających daj- 
nom litewskim. 

Do takich pieśni, malujących poglądy Litwinów i Łoty- 
szów na świat pozagrobowy i przybytek dusz po śmierci, 
należy piosnka córki, poszukującej zmarłych rodziców nad 
złotym potokiem, na którego brzegach kąpią się trzy „Łaj- 
my," córy „Słońca." Te jej wskazują drogę na Zachód, do 
krainy Niemców „Woc-eiemie," a tam „Synowie boży" {piwa 
daty) dalej nią kierują. 

Jedne z tych licznych pieśni w tych oto słowach wy- 
śpiewują Łotewki nad malowniczą Jaszą, wpadającą z łos- 
kotem do Dźwiny w powiecie dźwińskim. 



1. 



Es iekopu debbessis 
Pa niżej ti es topieniom, 
Eś atrodu Di w a data 
Kumieleniu sodłojut. 



Doeiałam się do nieba 
Po listeczkach róży. 
Zastałam „Syna bożego" 
Siodłającego konia. 



— „Diws palejdz, Diwa dałs ! — Dopomóż Boże, Syna boży, 
Kumieleniu sodłojut. I Przy siodłaniu konia, 

Diws palejdz, Iłiwa dals, Dopomóż Boże, „Synu boży", 

Woj redzici munu móti? ; Czyś widział mateczkę moją? 

— Taws tows, Iowa mótle ' — „Ojciec twój i matuś 

Pi „Jjptra MSłiea" kózas dzar. ' U „Matki Morza" ucztują." 

— Muns Taws, muna motie — Ojcze mój, matuś moja, 
Kur jyus mani parna to t? i Gdzieześcle mię zostawili? 

— „Sudobrmia itgupielt ' — „TF iolebet trehmej 
EntptUjleu siyupojilt.'") Prttt aniołów kołysaną." 

A oto druga ze zbioru naszego, z okolic Krasławia 
i Drycan, wraz z przekładem polskim pani E. B. 

2. (3). 

Kadzu sowu manulenl I Matkę powieźli przez wzgórze, 
por kalnienl nuwadut. Wołałam na nią daremnie; 

Saucin Bauczu. na dzlerdieja; ' Wiec biegłam ku tej górze, 



•) Ciekawy „wary ant" tejże pieśni Łotwy inflanckiej podaje pismo 
,Mag. der UH lit, GctdUćhaft" (Mitawa 1896 r.). Tom XIX artykuł 
Die deaca dełi (CtotteitShne) des Utt. Yoiktiiede*" str. 247 



Taku pakal raudodama. 
Tacadama sazatyka 
Trejs saulejties miejtas. 
Wina soka: „Kur tu tieć?" 
Utra klot ajcynowa, 
Tiej paaoka kur mamienia. 

— „Tur tieć, tur tu ej 
l)a winiam kalnleniam, 
Tur gul towa mamulenla 
Zam zala welenleDia, 
Soitu smllksza kalnleuia!" 

— Cetis imma mamuleuia 
Eś pacelszu we lenieniu. 

— „Kazacelszu eś miejtień 
Kol ej t saule debbessis, 
Kolejt eaule debbessis, 
Eolcjt tewi sagąjdiejszul" 



Łzy gorzkie wzbierały we mnie. 
Spotkałam „Słońca" trzy Odry, 
Jedna -gdzie biegnie w7— spytała. 
Druga wskazała na góry. 
Iść ml wraz z sobą kazała. 
--„Ty szukasz matki, dziecino: 
Patrz tam, gdzie darń ta zielona 
Na wzgórzu! Idź tam ścieżyna 
Tam. pod tą darnią śpi ona!" 

— Zbudź się. zbudź się, matuś mila. 
Darń tę zedrę, piasek zgrzeblę, 
Niechaj czarna ta mogiła 
Niech mi wróci, matko, ciebie! 

— „Nie, nie wyjdę ja do ciebie, 
Nie porzucę grobu mego. 

Aż słońce zgaśnie na niobie. 
Az doczekam przyjścia twego." 



Tyle o pieśniach, malujących poglądy Łotwy na Świat 
pozagrobowy, którego cienie ukażą się nam raz jeszcze 
w ostatnim rozdziale niniejszego zarysu, przy traktowaniu 
piosnek sierot. Obecnie przeohodzimy do treści weselszej. 



Z kolei mamy mówić o pieśni Łotyszów przy szklanicy 
i o ich piosnkach szyderczych. Jedne i drugie dowodzą w spo- 
sób niewątpliwy, że lud ten przez nas częstokroć - zapoznawa- 
ny, nietylko rozumie, na ozem polega właściwy humor, ale 
wie dobrze o tern, co przystoi, a co nie przystoi. 

Na to w jego piosnkach liczne mamy przykłady. 

Ulubionym i poniekąd narodowym napojem Łotysza 
jest piwo, a raczej rodzaj piwa, wyrabianego przez nich 
samych z chmielu i jęczmienia. Napój ten, zwany „ols" lub 
w formie zdrobniałej „ołutieńsz," jak dawniej tak i dziś 
.Jeszcze, obok wódki i wina, ważne zajmuje miejsce; zwłaszcza, 
4e u ludu łotewskiego żaden interes nie załatwia się bez poczę- 
stunku. Wigc piwo albo „braciszek piwko" — bo i napój zdo- 
łał Łotysz uosobić — obok wina i wódki przy kazdem weselu, 



— -J45 — 

przy zrękowinach, przy chrzcinach i pogrzebach, słowem 
■ przy wszystkich uroczystośoiaoh niepoślednią odgrywa rolę. 1 ) 

Owóż, w jednej z piosnek czytamy, że „braciszek piw- 
ko" ma stale podtrzymywać 1 honor domu i dopiero gdy juz 
z obowiązku grzeczności przeprowadził uprzejmie wszystkich 
gości daleko za chatę, wtedy ma niezaprzeczone prawo zwa- 
lenia z nóg samego pana gospodarza. 

W innej pieśni tegoż rodzaju, znajdujemy te słowa: 

1. 

Próżny gąsior, stara panna 
Nawijają mi się często: 
Młode dziewczę, gąsior pełny 
Cl mię stale omijają!*) 

Czyliż nie nosi ta piosnka cechy prawdziwie humorysty- 
cznej, której od spokojnych i flegmatycznych Łotyszów naj- 
mniej możnaby oczekiwać"? 

A tu znowu podaję próbkg pieśni szyderczej. Ta, przy 
całej złośliwości, zdradza i dar obserwacyi: 



Prosię żłobka nie wypróżni. 
Nie wkroczywszy doń nogami; 
Bogacz kubka nie wychyli, 
By biednego nie wyszydzili 



') O napojach szczepu łotewskiego ogłosił ciekawą rozprawę, 
Dr A. BicUmtein p. t. „Dis nstionaleii Qetr&nke der Letten" i przytacza 
w niej kilkadziesiąt piosnek gminnych, odnoszących się wyłącznie do 
owych narodowych napojów. Obacz „Mag. der ktt. lit. Ges." XIX Tom des 
<-tes Stiick, str. 25—62. Obok piwa, wódki i wina zalicza uczony autor 
do napojów Łotwy miód, a także tok brtozowy, ten ostatni opiewany 
zwłaszcza przez najmniej zamożnych Łotyszów. 

*j Obacz oryginał łotewski w „Uagazin d. lettisćh lit. Qe»." Tom 
VIII, str. 199. 

*> Obacz oryginał łotewski tamże na str. 159 w zbiorze piosnka 
gminnych z okolic Kabilkn, posiadłości książąt I.icwenów w Kiirlandyi 
w powiecie talzeńskfm. 



Tu zaś pieśń szydercza ze zbioru naszego: 

3. (81). 

Saeabora dlw wadaklya I Por<5żally się synowe 

Paostobu stajgodamys; Dając sobie wzajem rady; 

Winaj noms nastańcie] ts, | Jednej izba nie zmieciona, 

Utraj gołdl na mozgoti. i Drugiej stoły nie zmywane. 

Wlej, wiejeń, słank namieni, Wlej, wietrzyku, czyac izdebkę. 

Lej, lejtleń, mozgo] gołdu! | Lej, deszczyku, zmywaj stoły! 

A czyż można przedstawić sobie oob bardziej drasty- 
cznego nad opis złośnicy, która „urwawszy w gniewie róg 
żubrowi, siada konno na wilka i, trąbiąc na świeżo urwanym 
rogu, goni zapamiętale przez puszozę i pola nieurodzajne," 
albo ów drugi niemniej ciekawy obrazek, jaki w innej pieśni 
gminnej Łotwy odnajdujemy: 

„Leniwa gospodyni niechno sypia spokojnie, bo u niej 
robota zawsze załatwiona: świnie wykopały niezbędne do 
obiadu kartofle, koza poszatkowała kapustę, kura naszczy- 
pała cebuli, kogut dostarczył trzasek do ogniska, pies zapalił 
w piecu, a masło zrobił kot." 



Właściwych pieśni bojoiw/ch nie zna lud łotewski, gdyż 
w kraju jego tylko płeć żeńska zwykła wyśpiewywać piosnki 
lub przewodniczyć śpiewom chóralnym ludowym. Okoli- 
czność ta dostatecznie objaśnia, dlaczego pieśni wojenne ło- 
tewskie opiewają bardziej smutek rozstawania się z bojowni- 
kami, niż waleczne ich czyny. 

Przytaczam jedną z najstarszych i najciekawszych, 
której słowa i nuta wykwitly bezpośrednio z łona ludu łotew- 
skiego. Kosi na sobie niezaprzeczone piętno jego plemien- 
nych wyobrażeń, uczuć i pojęć, a nie znając swego twórcy, 
«ni się o niego troszcząc, popychana jedynie siłą tradycji 
u potomków jednego i tego samego szczepu, przeszła dzie- 
dzicznie z pokolenia w pokolenie, aż do naszych czasów, 
w których spisaną została: 



1. (2). 



Kur tu jósl brolełeń 
Napuszkotu capurajti? 

„Łać mówień riiżu dorza 
Puszkoj brolam capurejti." 

Ąjzpuszkowu dzid od arna 
Ha pałuj żn raudodama. 

„Woj rami* mosień woj na raud' 
Jan tu mania na sagajd', 
Sagajd' mima kumlelenia 
Ku karenla attakut! 
Powajcoj nu kumlelenia 
Kur patyka Jojejeńsz?" 



Tl patyka jojejeńsz 
Kur gul wiejry kaj u żuły, 
Sortym krauti zubynlenl, 
Aszalm płyuda Daug&wlenia! 

wie] o ós z motus purynowa, 
S aulo kaułus bały nowa. 



Dokąd jedziesz, braciszeńkn, 

W czapce nleprzy branej w kwiaty'' 

„Spiesz, siostrzyczko, do ogródka 
Przystrój bratu czapkę w rdze." 

Przystroiłam, nucąc piosnkę, 
I oddalam, lejąc łezki. 

„Płacz lub nie płacz, siostro luba, 

Juz mię więcej nie zobaczysz, 
Koń mój Jeno wróci z boju, 
Niosąc wieści o twymbraciei 
I zapytasz się rumaka, 
Odzie pozostał Jego jeździec''** 



Tam pozostał pan mój w boju, 
Gdzie jak dęby mężni padli. 
Gdzie broń w polu rozrzucona, 
I gdzie Dżwina krwią się broczy! 

Wiatr ich włosy porozwiewal, 
Słodce kości icb zblelllo. 



Podsłuchawszy przed wielu już laty po raz pierwszy 
wszystkich zwrotek tej prawdziwie charakterystycznej pieśni 
ludowej łotewskiej (jeszcze przed zniesieniem poddaństwa 
naj dosłowniej przeżeranie spolszczonej), którą oozywUcie 
wiele wieków śpiewano, zanim jedna z młodych panien 
inflanckich') baczność moja. na nią, zwróciła, — zebrałem 
ich wkrótce około dwustu, treści najrozmaitszej. Przej- 
rzawszy je bliżej, zrozumiałem trafność uwagi badacza 
pieśni ludowych niemieokioh, który tak pięknie się wyraził, 
mówiąc: 

„Czego v cierpieniu i radośoi człowiek często wypowie- 
dzieć nie zdoła, to wyśpiewa ptaszek pieśni ludowej, w prze- 



') Panna Celina Platerówna z Kombuia i Krasławin 



nośni, a przecie jasno; fruwa on i przelata swobodnie przez 
izbę czeladzi, przez komnaty zamkowe i siada, jako sokół, na 
ręku rycerskiej dziewicy i świergocze; wślizga się, jak myszka 
i prawi coś poddanemu wieśniakowi wjego ciemnym kącie.'"} 
Niemniej słusznie zauważył znany nasz etnograf 
Oskar Kolberg, że „najstarsze tradycye brzmią wokół Bał- 
tyku, rozpościerając się stąd ku Karpatom, Dnieprowi i Du- 
najowi" i że .północ, kolebka dzisiejszych ludów Europy, 
posiada dotąd jej archiwa poetyczne." ■) 

Pieśń wyżej przytoczona należy bezwarunkowo do naj- 
starszych. Dowodzi tego nietylko zupełny brak rymów 
i monotonne metrum, ale i opiewana w niej miłość, która jest 
miłością braterską. Tę zaś — jako naj główni ejsze uczucie, 
przebrzmiewające do nas z dawnych wieków, przedstawia 
już Sofokles w powszechnie znanej „Antygonie," gdy tłóraa- 
cząc poniekąd hazardowne przedsięwzięcie nieszczęsnej An- 
tygony, wkłada jej w usta te słowa: 

Drugiego męża mogę mieć, gdy pierwszy umrze; 
Toż z drugim dziecię, gdybym z pierwszym go ule miała. 
Lerz kiedy grób rodzica i matkę jui kryje, 
Niepodobieństwem, żeby brat mi się narodzi) '). 

A jakże się miało z pieśnią gminną łotewską? Brzmiała 
ona na polach i w lasach, przy kądzieli i zatrudnieniach do- 
mowych, wkraczała do uroczystości pogańskich ołtarzy, 
a w czasie nieznośnego jarzma poddaństwa, złożyła nieza- 
przeczone dowody owej wiecznie trwającej słodyczy, która 
i najbardziej udręczono serca skutecznie umie pocieszać*. 

W jednej z pieśni wojennych Łotwy dobroczynny „księ- 
życ" dostarcza broni strudzonym wojownikom na placu ich 
ciężkiego boju. On także ustępuje żołnierskiemu poecie 



') Obacz H. C. Andersen „Nachgelassene Marchen." 

') O. Kolberg „Pieśń ludowa", artykuł, przed wielu laty w „Wielkiej 

EncykJopcdyi Orgelbranda ogłoszony. 

a ) Portiwnaj: Sofokles „Antygona," tragedya, przedstawiona w r. 

441 przed narodzeniem Chrystusa (przekład Z. Węelewskiego. Poznań 

1875 r.) str- 44-ta. 






guńaidzistego płaszcza'), dając swą boską szatą niezrównane 
natchnienie i zapalając go równocześnie gorliwością do two- 
rzenia maluczkich a świecących jak gwiazdy piosnek lu- 
dowych. 



III. 

Nie brak Łotwie licznych pieśni, zastosowanych do 
pewnego czasu, jako to: święłojurskie, świętojańskie, ko- 
lędowe i t. d. 

Z tych świetojurskie, a zwłaszcza świętojańskie, najgłośniej 
rozbrzmiewają dokoła. Pierwsze z nich mają u Łotyśzów 
dwa miana: jurynia-dzismies i jyusienia-dzismies. 

Bardziej, niż świetojurskie, rozpowszechnione są na Ło- 
twie pieśni śimętojańskie. 

Łotysze, zarówno protestanci jako i katolicy, szczegół* 
ną przywiązują wagę do dnia 24 czerwca, w którym, jak wia- 
domo, przypada uroczystość św. Jana Chrzciciela. Już 
w wilię dnia tego domy i chaty ludu łotewskiego przybierają 
pozór świąteczny. 

Umajone zewnątrz i wewnątrz najrozmaitszemi zielska, 
rai i róznobarwnemi polnemi kwiatami, przepełniają się miesz- 
kania całej Łotwy wesołą młodzieżą, uwieńczoną zielenią 
i kwieciem. Przed chatą oddają się młodsi Łotysze i Łotew- 
ki aż do wschodu słońca wesołej zabawie z wiankami i śpiew- 
kami, kończącemi się zawsze zwrotką jednostajną Lejgof &\bo 
Ligo! w sposób najrozmaitszy śpiewaną. Wyraz „Ligo," 
właściwie żadnego znaczenia nie mający, zarówno jak fran- 
cuskie Tradćridćra! lub niemieckie Tralala!, z powodu cał- 
kiem błędnych komentarzy, jakie już w zeszłem stuleciu mu 



') Płaszcz gwiaździsty (po łotewsku zwajgztin dekkii', interptetuje 
autorka zbioru pieśni, ogłoszonego w tomach XV, XVI i XVII „Zbioru 
wiadomości do antropologii krajowej," stówami: „t gwiazd deska na grzbiecie," 
biorąc łotewski wyraz dekkiś (pokrycie), za „deskę", lubo ta ostatnia po 
łotewsku nazywa się, „rfieto" albo ..gołds." To wystarczy, aby dać pojęcie 
o wartości przekładów w rzeczonym zbiorze, 



— 250 — 

nadał protestancki pastor Stender, — w oczach najpoważniej- 
szych badaczy szczepu łotewskiego uchodził prze* długie lata 
za imię dawnego bożka miłości u pogańskiej Łotwy; aż uczo- 
ny Dr A. Bielenstein w rozprawie „Das Johannisfest der Z*et- 
ten" 1 ) dowiódł ko zwykłą sobie gruntownością, i jasnością, 
że tego rodzaju bóstwa nigdy nie czciła Łotwa i czoió go nie 
mogła. Niemniej ciekawą i pouczającą jest króciuchna roz- 
prawka docenta E. Woltera 2 ), w której, opierając się na wy- 
wodach A. Bielensteina, zapomocą licznych pieśni święto- 
jańskich Łotwy, przekonał ostatecznie wszystkich badaczy 
szczepu łotewskiego, iż zwrotka „Ligo/" odnosi się wyłącznie 
do „zwrotów słonecznych," nie zaś do rzekomego bożka Ligo, 
który nie istniał zgoła. 

Czytelników zaś naszych utwierdzi niewątpliwie w tern 
przekonaniu zajrzenie do stron 23 — 29 pracy p. Konstancyi 
Skirmunttówny p. t. „Nad Niemnem i nad Bałtykiem." Na tych 
bowiem stronicach umieściła autorka (wedle przytaczanej 
już przez nas ciekawej rozprawy Mannhardta „Łettisohe 
Sonnenraythen") niektóre rysy owych łotewskich mitów 
słonecznych, w których ukazują się nam skrystalizowane 
najdawniejsze indo-europejskie wierzenia. 

Z liczby tysiącami nagromadzonych piosnek świętojań- 
skich Łotwy, podajemy tu zaledwie kilka; 

1. 

K ut oj saule, rutoj bitio Igra „Słońce", igra pszczółka 



Lejgo! Lejgo! 
Lełaja tej rum a 

Lejgo; Lejgo! 
Baula sin u kaltiejdama 

Lejgo! Lejgo! 
Bltle zidus łasiejdama 

Lejgo! Lejgo! 



Lejgo! Lejgo! 
Na rozległej niwie, 

Lejjjo! Lejgo! 
„Słońce", osuszając elano, 

Lejgo! Lejgo: 
Pszczółka, znosząc miody, 

Lejgo! Lejgo! 



') Rozprawa ta ogłoszona została w czasopiśmie „Balfoehe MonaU- 
tehaff, t. XXIII etr. 1-46. 

*) Ogłoszoną została ta rozprawa w tomto VII zbiorowego pisma 
„Archiv fSr slaoischcn Philologie" na str. 629—639. 



Śpiewając tęż piosnkę, Łotysze Prezmy (majętności Soł- 
tanów w pow. rzeżyckim), zamiast „Lejgo! Lejgo", śpiewa- 
ją „Rujiol Ruto!" I ta okoliczność posłużyła do wykrycia 
właściwego znaczenia zwrotki, która, zdaniem badaczy, 
odnosi się do „zwrotów słonecznych." (Zob. E. Wolier). 



Kas tu lejgu llejgoja 

Lejgo! Lejgo! 
Wyssupyrmok wokora? 

Lejgo! Lejgo! 
Pyrmlgonl, tod orol 

Lejgo.' Lejgo! 
Wyssupleć jaunas mejtas 

Lejgo! Lejgo! 



Htóż to śpiewy tu wprowadził 

Lejgo! Lejgo! 
Pierwszy raz z wieczora? 

Lejgo! Lejgo! 
Wprzód pasterze, później oracz, 

Lejgo! Lejgo! 
W końcu hoże dziewy, 

Lejgo! Lejgo! 



„Saule brida mdzu łauku 

Lejgo! Lejgo! 

Zalku zworku pacałusle 

Lejgo! Lejgo! 

Kur nułajdlo zalta sworkus 

Lejgo! Lejgo! 

Tur Dulnjka mdzu łauku 

Lejgo! Lejgo: 



Wschodziło „Słońce" nad łanem żyta, 

Lejgo! Lejgo! 
Podnosząc szaty swe złote, 

Lejgo! Le)go! 
Gdzie opuszczało złociste szaty, 

Lejgo! Lejgo! 
Tam się łan żyta uchylił. 

Lejgo! Lejgo! 



Następująca piosnka świętojańska o kwitnącej paproci 
naśladuje oczywiście pieśni prowincyi sąsiednich, wyśpiewy- 
wane w tymże czasie na Sobótkach szczepów słowiańskich: 



■Wyssi Bidy Izzldieja | Wszelkie kwiecia już zakwitły 

Lejgo! Lejgo! Lejgo! Lejgo! 

Paparkstienl na zldieja Paproć ule kwitoęla 

Lejgo! Lejgo! Lejgo! Lejgo! 

Paparkstienl zidieja ! Bo też paproć tylko kwitnie 

Lejgo! Lejgo! Lejgo! Lejgo. 

Jonla dinas naksnienia ! W świętojańskiej nocy 

Lejgo! Lejgo! Lejgo! Lejgo! 



IV. 

Z pieśni, zastosowanych do pewnego zawodu, najliczniej 
są przedstawione na Łotwie piosnki pastuszków (gonu dziśmit<). 
Tych każdy pastuszek, nawet taki, „co niewiele odrósł od 
ziemi", ma zawsze potężny zasób w głowie, lubo niechętnie 
dzieli się niemi z obcymi. Podnoszą one i uświęcają żmudny 
zawód pasterski i to w sposób, któremu niepodobna odmówić 
ani wzniosłości, ani też pewnego poozucia poetycznego. 

Oto naprzykład w jednej z nich woła ktoś z prtecho- 
dniów do pastuszka:' 

1. 

Kastod tlewl rajbulcjti i I któż to dc.mój srokaczu, 

Nyw tik jauki aprakstieja? | Tak uroczo dzjś przystroił? 

Na to odpowiada pastuszek do przechodnia: 

Swata Mora aprakstieja I Święta Mary a ukrasiła, 

Swadin rejta ganiejdamal [ Pasząc tu w niedzielę rano! 

Oryginał łotewski używa tu słowa „opisała", to znaczy: 
umalowała, ukrasiła. A ukrasiła go i pasła jego krówki 
„Matka Miłosierdzia" w niedzielę rano, zastępując dlatego 
w tej jego bezustannej czynności małego pastuszka, ażeby on 
tymczasem rannej mszy mógł wysłuchać". 

Tak śpiewają pastuszkowie na Łotwie katolickiej i za- 
równo w Kurlandyi jak i gubernii witebskiej tak interpre- 
tują tę piosnkę. 

Natomiast na Łotwie protestanckiej napotykamy 
waryant mniej poetyczny. Tam bowiem, według świadectwa 
Biittnera, Bielensteina i kilku innych badaczy Łotwy, sam 
pastuszek zapytuje pstrokatą krowę: 

Kas tiew gutień rajbulcjti I Kto clę, krówko ty srokata, 

Nyw tik jauki aprakstija? I Tak uroczo dziś przystroił? 



i następnie sam już za krówkę odpowiada: 



Swata Mora aprakstlja 

Swadin rejta ganidama. I Pasząc tu w niedzielę rano. 

A tu podajemy piosnkę pastuszków ze zbioru naszego, 
który przed dwudziestu kilku laty ogłosiło czasopismo „Mag. 
d. lett. lit. Ges" w swym tomie XIV: 



Ciło wlenia gładgalwiejta 
Dziej 8 Lm guwiu paganiejtu! 
Tu zynowi dobuleniu 
Diew lej niom łapieniom. 

Do buta paganfejsim, 
Ołuta padzlrdiejsim. 



2. (110). 

Pliszko, ptaszku gładkogłowy, 

Pdjdżmy razem pasząc krowy. 
Ty bo wiesz gdzie rość poczyna 
W dziewięć listków dzięcielina. 

Dzłecielinę gdy spożyją 

Stada— w zdroju się napiją. 



Nie mogąc w tak szczupłych ramach podawać* czytelni- 
kowi próbek łotewskich pieśni rybaków, bartników, żniwia- 
rzy, rolników i t. d., i t. d., ograniczymy się na przytoczeniu 
w rozdziale niniejszym jeszcze tylko jednej piosnki wcale 
ładnej, śpiewanej w okolicy dóbr Schleek, w dawnej „Ziemi 
Piltyńskiej" '), przez młode Łotewki, zajęte przędzeniem 
wełny. 

Przekład pani E. Benisiaieskiej: 

Z wrzecion płyną nici śliczne, 

Jak płyną potoki wody; 

Jak wód krople tak są liczne, 

W pracy kwitną wsie i grody. 
Luby wróci) dziewczę swoje 

Znajdzie strojne 1 nadobne; 
A wszak to Jej rączek dwoje 
Przędło szaty te ozdobne! 



') Czytelników, interesujących się „Ziemią Piltyfaką", z ktOrej na- 
zwą spotykamy się co chwila w źródłowych działach, Jak „Volumina le- 
gum", „Kodeks dyplomatyczny Doglela," „Teka Podoskiego" i tylu in- 
nych, odsyłamy do pracy naszej „Piltyn i archiwum plltyńskie" War- 
szawa, 1884 r. 



■254 



V. 

Że w pieśni gminnej Łotwy nawet o światku dziecinnym 
wcale nie przepomniano, tego się czytelnik snadnie domyśli 
Wszelako nietylko pamiętano w niej o dziatwie, ale umiano 
zastosować sio najściślej do jej pojęcia, a zawsze w sposób 
pełen powabu i wdzięku. 

Ulubionym tematem wpiosnkach tego rodzaju jest prze- 
ważnie tęsknota za ciepłem latem. Jedzie dziatwa w wó- 
zeczku,— ale dokąd? — do krainy, w której panuje ciepłe latko 

Pierwszy śpiew skowronka niezrównanym swym uro- 
kiem wywabia te maleństwa z chaty na wolne powietrze. 
Dziatwa wywiaduje się troskliwie u ptactwa o jego piflktg. 
tach, zapytuje: kto tez kołysze je do snu, kto je piastuje? 

W innej, nader rzewnej pieśni łotewskiej, dzik kopie 
grób dla zmarłego pastuszka, ptactwo sprawia mu pogrzeb. 
Na suchej, ogołoconej z liści osinie, dzwoni kukawka. Usado- 
wiwszy się smutnie na martwej gałęzi tego najsmutniejsze- 
go z drzew krajowych, dzięcioł trudni się nieopodal wyciosy 
waniem krzyża. Szerszeń występuje z mowa, pogrzebową 
drobne ptactwo odmawia pacierze, sikorka przyjmuje na sie- 
bie bolesny obowiązek zaniesienia rodzicom pastuszka wieści 
r jego skonie przedwczesnym, a bekas wzbija sig wysoko 
w powietrze i tam dopiero zawodzi gorzkie żale nad strata 
malutkiego pasterza. Żale te i lamenta z tak znacznej wy- 
sokości oczywiście juz łatwiej zdołają przebić* niebiosa. 

Któż nie przyzna, że trudno żywiej przemówić do wyo- 
braźni dziecięcej? 

Teraz, z kolei, podajemy kilka piosnek osieroconych dtia- 
teh. Te, jak już wiemy, jeszcze liczniej są przedstawione 
nietylko w zbiorze naszym ale i we wszystkich innych. 

1. (41). 
(Z okolic Taunag). 
Kas mań dus boryniaj I I ktńi mnie, sierocie malej, 

Dorgas drebies gabaleniu? ■ Drocie szaty da choć skrawek? 



Ni mamienies diewiejanies 
Ni tiatiejlia pierclejania! 



Wyssl mani pierclej&nl 
<3ul zam żalu wielenianlu! 



Braknie matki, co dawała, 
Niema ojca, co kupował! 



Wszyscy ci, co obdarzali, 
Leżą pod zieloną darnią! 



2. (134). 
(Z okolic Taunag w pow. rze&yckim). 
Wyeta colejszus atszkira J Kura kurcząt odłączyła, 

Mań atszkira mamulenfa! A mnie matka zostawiła! 

Coli tak puldenła, I Biegnie kurczę do gromadki, 

A kur, mamteń, mań tieciejt? I A ja dokąd?... Nie mam matki! 



Tleć, tleć tu boryniejtu 
Da tam smltkszu kalnienlam; 
Te gul towa mamulenta 
Boltu smflkszu kalnlenla! 



Spieaz, sieroto, tam na wzgórze; 
Na pagórek ów piaszczysty; 
Tam, gdzie ujrzysz piasek świeży, 
Tam matula twoja leży! 



3. (1 39). 
(Z okolic Drycan w pow. rzeżyckim). 



Syłta saule óryniós 
Kad byut ilgok ganiejusie! 
Miii wordi nu mamle nieś 
Kad byut iłgok dzfejwojusie! 

0] kab mona mamulenla 
Byutu ilgok diiojwojusle. 
By u tu li pas ku plamieniu, 

Obiel zida boltumieniu! 



Cieple słonko na podwórzu. 
Gdybym tylko pasła dłużej! 
Miłe słowa z ust mateczki. 
Gdyby tylko żyła dłużej! 

Gdyby dotąd ze mną żyła 
Matu lenka, -Jabym była, 
Tak jak lipa strojna cała 
I— Jak Jabłoń w kwiecie— biała! 



Do tejże kategoryi należą , .pieśni osieroconych matek.' 1 
Z tych niech nam będzie wolno przytoczyć 1 chociażby tylko 
dwie, dla uzupełnienia obrazu. W pierwszej z nich przebija 
żal kobiety, którą grób na długo z ukochaną istotą rozłączył, 
a którą okoliczności zniewalają do ukrywania gnębiącej ją 
boleści przed okiem ludzkiem, w drugiej — tęsknota po świeżo 
zaślubionej córce, która za małżonkiem w dalekie powędro- 
wać* musiała strony: 



— 256 — 



1. (133). 
(Z okolic Platerowskiego Kraslawia). 



Nikay mani na red/.ieja 
Kad es gauży nuraudowu; 
Pierdoknlejties win redzleja, 
To a nu stan ka ossorenles! 



Nikt nie widział tego pewnie. 
Jak płakałam jedna rzewnie; 
Wiedzą o tom me rękawy. 
One Jedne łzy ścierał}'! 



2. (56). 
' {Z okolic Berzygalu, dawnej siedziby Manteufflów). 



Motic miej tu izdawusie 
Dzid rucienias płatlejdama; 
Ii dam a mai tl wie 
Baud' galwleni aajamusie: 
„Tryuka, tryuka tiew mamienia 
Rejzia treju gabaleniu; 
Klawa tlelis, kletie pyura, 
Moltiwie makjanits!" 



Matka, córkę swą wydawszy, 
Chodzi, nucąc łzawą piosnkę; 
Weszła, gdzie się zboże miele, 
Zmilkła — waparłszy głowę, płacze. 
Żal do duszy jej kołacze: 
„Braknie cl, mateczko, wiele; 
Wzięli posag, wzięli krowę, 
Wzięli tę. co w żarnach miele! 



Zamykając nasz skromny zarys poezyi gminnej na tej 
rzewnej piosence spokrewnionego blizko z sąsiednią Litwą 
ludu łotewskiego, — wracamy raz jeszcze do wspomina- 
nego już parę razy obrazu o kroplach rosy. 

Jeśli z jednej strony wyznajemy, że często te kropelki 
dlatego nie zdają się nam być oblanemi uroczem światłem 
wschodzącego słońca, żeśmy nie stanęli na odpowiedniem 
widokowi stanowisku, — wyznać też musimy z drugiej, że 
bardzo wiele piosnek łotewskich najzupełniej są pozbawione 
owych pięknych, migotliwych barw, jakie na kroplach rosy 
o porze porannej zwykliśmy podziwiać, że na wielu z tych 
piosneczek barwy owe urocze i wtedy nawet nie będą mogły 
zajaśnieć, jeśli względem nich chociażby najbardziej ko- 
rzystne stanowisko sobie wybierzemy. Nic nie znaczące po- 
równania, naciągane obrazy, nie zasługują na najmniejszą 
uwagę, nawet we własnej ojczyźnie tych pieśni, a tern bar- 
dziej u szerszego koła czytelników. 

Atoli ta okoliczność, zdaniem naszem, w niczem nie 
zmniejsza wartości tylu innych piosnek udatnych. Sąd nasz 



— 257 — 

Ogólny o poezji ludowej Łoty3zów skrzywiliby ona mogła 
chyba w tym razie, gdybyśmy, jakimś 1 nieszczęśliwym trafem 
wiedzeni, w licznych ibiorach pieśni gminnych łotewskich 
zawsze tylko na same jałowe piosenki natrafiali, a udatnych 
wcale nie szukali. 1 ) 



') Znaczną część tych pleśni zebrał i wydał w dwóch tomach 
w latach 1807 i 1808 O. Bergmann; następnie Burlner w roku 1844 ogłosił 
w „Magazin der lełt. lit. OetdltchafP (tom VIII atr. 1 —240) parę tysięcy 
tychże pieśni gminnych. W r. 1868 wydał w Wilnie rodowity Łotysz 
Sprogis klika tysięcy piosnek ludowych wraz z komentarzami roayj- 
skieroi w dziele: „Pamlatnikl łatyszskaho narodnaho tworczestwa." — 
Rok 1869-ty przyniósł zbiór piosnek gminnych łotewskich, ogłoszo- 
nych przez nas w „Magarin der Utł. lit. OeteUtchaft" XIV Bandes 2-tes 
fituck. W r. 1873 wydał Łotysz Briwńtmnieks w Moskwie zbiór pleśni ło- 
tewskich. W latach 1874 1 1875 ogłasza A. BMenttein w Lipsku nowy ob- 
szerny zbiór pleśni gminnych Łotwy w kilku częściach, mieszczących Ich 
w sobie aż 9,000. Z tego zbioru wyciągnął wiele udatnych piosenek 
E. Ulmann 1 wydał je w r. 1874 w Rydze w niemieckim przekładzie p. t 
„Lcttieehe Yolkulieder Ubertrager im Versmaasse der Originak." Zbiorek ten 
miłośnikom piosnek ludowych polecamy, gdyi z wielu względów Jest cie- 
kawy i pouczający, a z niezwykłą oględnością wydany. W tymże r. 1874 
wyszedł w Mitawie u Besthorna zbiór pieśni gminnych p. t. łotewskim: 
..Lotweftcliu tautas dheesmas", a w r. 1876 wydano w Lipawie taklz zbiorek 
pod tytułem: „Tautat dheesmas", zebrany wyłącznie na wybrzeżach litewskiej 
rzeki Wenty. Lata 1884 i 1885 przyniosły w dwóch zeszytach zbiór, wydany 
u B. Dlkrlka w Rydze p. Ł „Latweeschu tautat dheeemat krahjums", a zaś 
rok 1888 nowy zbiorek, wydany tamże u Gederta p. Ł „Muhsu tautas dhett- 
mas." W r. ]B8!> ogłosiła t. zw. „komlsya umiejętności'* łotewskiego klubu 
ryskiego n Drawnecka w Mitawie 1375 piosnek gminnych p. t. „137S tau- 
tas dheeemat", a w roku następnym 1890 klub łotewski mitawskl, za przy- 
kładem ryskiego, wydał w Mitawie 168 piosnek gminnych p. t. „Tautat 
dheetmu uńrkntt." W latach 1891 i 1892 krakowski „Zbiór wiadomości do 
antropologu krajowej" umieścił w tomach: XV, XVI 1 XVII cały 
szereg pieśni gminnych ' Łotwy którym wartości naukowej przypisać 
niepodobna. W roku 1890 wyszła przytaczana przez nas niejednokrotnie 
praca K. Woltera, mieszcząca w sobie liczne pleśni gminne tejże gałęzi 
Łotwy. Ocenę zbioru Woltera podaje Mag. d. hit. lit. Qts. tom XX str. 
19— 41. Nakonfec w r. 1894 rodowici Łotysze H. Wistendorf i K. Barohus 
rozpoczęli w Mitawie wydawnictwo 40 zeszytów, w których mają ogłosić aż 
20,000 piosnek gminnych łotewskich ze wszystkleml wary antami, posługując 
filę licznymi innymi powszechnie znanymi zbiorami. Pierwsze 4 zeszyty 

17 



Przy tworzeniu piosnek gminnych łotewskich panowała, 
jak się zdaje, najbardziej wolna konkurencya. Atoli tam, 
gdzie wszystko, co żyje, układa wiersze, niepodobna oczeki- 
wać', ażeby wszystkie utwory były wybornymi. Wymagać 
tego niepodobna nawet od takiego ludu, któryby do poezji 
najbardziej był uzdolniony. 

Ileż to ladajakich poetyckich utworów widzimy i u in- 
nych szczepów, bardziej cywilizowanych, niż łotewski, 
a do tego jeszcze w szacie wytwornej drukiem ogłaszanych, 
przy których przewertowaniu doznajemy coś z zawodu, jaki 
przynosi z sobą bliższe poznanie świetnie wystrojonej damy, 
której dowcip nie odpowiadałby wykwintności ubrania. Jak- 
żebyśmy więc mogli wymagać od ciemnych Łotyszów, ażeby 
oni tego rodzaju ngdzot sobie tam gdzieś cichaczem juz 
nigdy a nigdy nie wyśpiewywali? 

Już wspomnieliśmy wyżej, że śpiew na Łotwie jest 
obyczajem powszechnym i rozlega się wszędy. Tu zaś jesz- 
cze winniśmy dodać, że tak śpiewacy, a raczej śpiewaczki, 
jako i słuchacze, sa, tam wogóle nadzwyczaj oględni, a nawet 



tego zbioru opuściły prasę w Mitawle, w r. 1894 1 zasłużyły na powszechne 
uznanie. Odtąd wydano także zeszyty 5-ty, 6-ty i 7-my. Te drukowano 
nie w Mitawie, ale w Rydze, kosztem zamożnego Łotysza II. Wutttidorfa, 
oraz t. zw. „komisy! umiejętności" przy klubie łotewskim ryskim. Wyszły 
te 3 ostatnie zeszyty w latach 1895—1897, a S. WUsaidorf z powodu ofia- 
rowanego zasiłku pieniężnego domagał się, ażeby i jego nazwisko figuro- 
wało, na co zgodził się wydawca. Lata następne mają przynieść dalszych 
33 zeszytów, w przedmowie do tego zbiorn zapowiedzianych. Każdy mi- 
łośnik pleśni gminnej łotewskiej temu pożytecznemu wydawnictwu naj- 
gzezerzej przyklaskuje, gdyż wydanie Jest pod każdym względem wzoro- 
we. Tytuł tego najobszerniejszego zbioru pleśni gminnych łotewskich: 
' „Laticju dama* nu H. Wietendorfa nu II. Barohna ihthtat:' Zaznaczyć 
tu winniśmy takie, że przy ocenie zbioru pieśni gminnych łotew- 
skich docenta E. Woliera pod względem dyslektycznym czynny brało 
udział dwóch światłych kapłanów rzymsko-katolickich, ks. Fr. Tras/mn. i ks. 
P- Bmelters, którzy wyszli z grona tegoż ludu. (Ob. „Mag. d.UU.lit. Gtt." 
Tom XX str. 80). . . . 



— 259 — 

skrupulatni. Skrupulatność ta i oględność uwydatnia się za- 
równo w wyborze, jako tez; w sądach o mających sig wyko- 
nywać pieśniach. Dowiodą tego najlepiej te oto piosnki: 

Gdy mi brakło pięknej pleśni, 
Jam nleplęknej nie śpiewała. 



Ody bym ja była wiedziała. 
Że podsłuchują, ma piosnki, 
Tylko bym takie śpiewała, 
(.'om je już z mnóstwa wybrała'). 



Jam w czasie późnego wieczora 
ŚHczniutkte piosenki śpiewała. 
Dodaj ich słuchała Mora*), 
Co mię, dziewczę, wychowała. 

Jeżeli dziś zbieramy te pieśni, dzieje sig to zwykło 
w ten sposób, że pierwsza lepsza z mniej dyskretnych fcote- 
wek, posiadająca ich dużo w głowie, dyktuje z pamięci zbie- 
raczowi , który je skwapliwie spisuje. Jeśli wszakże taka 
dyktująca Łotewka, zarówno jak spisująca piosnki osoba, nie 
ma poczucia ducha ludowego, łatwo przewidzieć, jak smutnie 
wypaść musi ostateczny rezultat takiego zbioru. 3 ) Inaczej 
sig dzieje, gdy doświadczona rodaczka przewodzi improwizo- 



') Obara oryginał łotewski w „Mag d. Utt. lit <?«*." Tom VIII, str. 
03, w zbiorze piosnek z okolic CyraA 1 Dzerwen, dóbr kurlandzkiej gałęzi 
MaułeuITlów. 

') Mora w języku łotewskim jest to imię chrzestne 1 znaczy Marya. 

') Obacz pieini gminne łotewskie, ogłoszone w języku polskim w to- 
mach XV, XVI i XVII krakowskiego „Zbioru wiadomoici do antropologii 
krajowej," z których literalnie ani jedna nie jest naprawdę ludową. Ton 
ich,l treść, i długość, niezwyczajne wszyatldm znawcom Łotwy, nie dozwalają 
o tern wątpić ani chwili. 



wanemu chórowi ludowemu Łotyszów. Łest to u nich honor 
nieład a uchodzić za prawdziwie dobrą „Tejceję," t. j. intona- 
torkę i kierowniczkę śpiewów ogólnych. Pochlebia to mi- 
łości własnej zasłynąć u swoich z tego, że się. umie oględnie 
wybierać tylko same powabne piosenki. To tez w gronie 
czysto łotewskiem naj bezwzględniej odrzucają wszelkie jało- 
we piosneczki, a tylko udatne śpiewają. Tam więc jedynie 
znajduje się żniwo dla fachowych zbieraczy, z którego te* 
bardziej inteligentni już po części korzystali w sposób nale- 
żyty i z niego niejednokrotnie korzystać jeszcze będą. Liczne 
wprawdzie posiadamy zbiory pieśni różnych ludowych, 
wszelako to nieprzebrane źródło poezyi długie jeszcze lata 
zasilać będzie teki zbieraczy i zawsze coś nowego dorzuci do 
skarbnicy literackiej świata. 



WILN® 

na peezątAu 3£I3£ wi»Ru 

N1EWYDANYCH PAMIETN. PROF. JÓZEFA FRANKA I INN. ŻR0D86 

podał 

Pr. Władysław 2ahorsk,i. 



Profesor Józef Frank, syn znakomitego Jaua-Piotra 
Franka, był zaproszony wraz z ojcem do Wilna z Wiednia 
na katedrę medycyny praktycznej przez ówczesnego rektora 
Uniwersytetu, biskupa Strojno wskiego. Ten, nie znajdując 
ludzi uzdolnionych w kraju, obsadzał katedry Uniwersytetu 
Wileńskiego przez znanych w świecie -uczonym cudzoziem- 
ców. W ich liczbie sprowadził do Wilna słynnego Bojanusa, 
znakomitego Lelewela, Gródka, obydwóch Franków, Saun- 
dersa z Londynu, Taronghiego z Rzymu i wielu innych. 
I chociaż nie zawsze wybór był trafnym, podniesienie jednak 
Uniwersytetu i oświata na Litwie wiele zawdzięcza tym ob- 
cokrajowcom, którzy, jak Bojanus, Grodek i szczególnie Le- 
lewel i Józef Frank, ukochali swą nową ojczyznę i stali sig 
tejże dobrymi obywatelami. 

Frank przybył do Wilna w październiku 1804 roku, zaś 
opuścił na zawsze to miasto w r. 182:1. Zasługi tego niepo- 



spolitego człowieka dla Wilna są bardzo liczne, przyczynił 
się wiele do podniesienia Uniwersytetu i zaprowadzenia 
w nim porządku. Frank właśnie wymógł, aby katedry po- 
wierzano nie cudzoziemcom, lecz uczonym miejscowym, 
i sam przysposobił kilkunastu dzielnych profesorów, np. Nisz- 
kowskiego, Homolickiego i innych. 

Wspólnie z ojcem założył Frank pierwszą w Wilnie kli- 
nikę, instytut szczepienia ospy ochronnej .(1-s^y w Europie), 




instytut pomocy domowej lekarskiej dla ubogich, instytut 
macierzyństwa, Towarzystwo lekarskie, ulepszył warunki 
szpitalne, założył przy Uniwersytecie gabinet patologiczny, 
pierwszy rozpoczął badania zdrowotności mieszkańców Wil- 
na, oraz zbieranie materyalów statystycznych. Nietylko 
atoli kwestye lekarskie interesowały Franka, brał jednocze- 
śnie czynny udział w życiu Wilna i niemało na polu działał- 



ności społecznej miastu się zasłużył. Jemu wileńskie Towa- 
rzystwo dobroczynności zawdzięcza utworzenie tak zwartego 
wydziału trzeciego, Frank również założył Towarzystwo prze; 
oiwżeDracze, przyczynił się do oczyszczenia miasta, ułożył 
projekt teatru w Wilnie, budził zamiłowanie wśród Wilnian 
do muzyki, urządzając wspaniałe koncerty, w których, oprócz 
pięknej pani Frankowej i amatorów z wyższego towarzystwa, 
brali nieraz udział głośni europejscy artyści, jak np. Rode, 
panna Georges, Torquinio i inni. Dochód a tych koncertów, 
przewyższający czasem 3,000 rubli, Frank obracał na insty- 
tucje, stworzone przez siebie. W celu zachęcenia młodzieży 
do pracy umysłowej, urządzał u siebie wieczorki, na które, 
oprócz studentów, zapraszał i młodzież płci obojga. Na 
wieczorach tych czytano, rozprawiano o literaturze, sztukach 
pięknych, śpiewano i grywano na fortepianie, skrzypcach 
i wiolonczeli. Podziwiać" trzeba, jak temu człowiekowi star- 
czyło na wszystko czasu, tembardziej, że, jako profesor, mie- 
wał codzienne wykłady, prowadził klinikę, miał obszerną 
praktykę nietylko w mieście, lecz i na całej Litwie, a oprócz 
tego dużo pisał i drukował dzieł treści lekarskiej. 

Po wyjeździe z Wilna, zamieszkał we Włoszech we 
własnej willi nad jeziorem Como. Tu spisał po francusku 
pamiętniki w 6 dużych tomach, które zatytułował: „Mćmoi- 
res biographiques de Jean-Pierre Frank et loseph Frank, 
son fil's, redigćs par ce dernier." Pamiętniki te nie zostały 
wydane i stanowią własność* wileńskiego Towarzystwa le- 
karskiego. 

Pamiętniki Franka zawierają bardzo ciekawe i nieznane 
szczegóły o Uniwersytecie, profesorach, wybitnych współ- 
czesnych Frankowi osobistościach Wilna i t. d. i chociaż nie 
■zawsze pisane bezstronnie, mogą jednak stanowił! cenny ma- 
teryał dla historyi Wilna na początku bieżącego stulecia. 

Z tych to pamiętników staraliśmy się odtworzyć obraz 
Wilna i jego życia w pierwszym lat dziesiątku naszego wie- 
ku. Dla uzupełnienia jednak obrazu korzystaliśmy i z innych 
źródeł, przeważnie z następnych: 



284 



1) Baliński: Dawna Akademia' wileńska. 2) J. I. Kra- 
szewski: Wilno. 3) Kirkor: Przewodnik po Wilnie. 4] 
Pamiętniki Towarzystwa lekarskiego wileńskiego. 5) Kuryei 
litewski z pierwszych lat XIX wieku. H) Dzieje dobro- 
czynności. 7) Dziennik Wileński. 8) Wizerunki i roztrzą- 
sania naukowe i t. d. 




Wilna wkońsu XVIII i na poe»ątku XIX atuleola. 

L 

Wygląd ogólny miasta, ludność, ulice, kościoły, 

pałace i domy. 

Wilno w 1804 r. liczyło, według Franka, przeszło 86,000 
mieszkańców 1 ) w tej liczbie 22 tys. katolików, 600 prawo- 
sławnych („greek"), 500 protestantów, 100 kalwinistów, 



') Kirkor powiada, że loo tys. „Przewodnik po Wilnie", wydanie 
3-cie. atr. 13. 



11 tys. żydów i 60 mahometanów. Szlachta, profesorowie 
i urzędnicy Uniwersytetu oraz mieszczanie, byli przeważało 
katolicy, zaś język przez nich używany — polski. Prawo, 
sławni składali się z urzędników, wojskowych, kupców i włoś- 
cian ruskich.') Pomiędzy protestantami przeważnie byli ar- 
tyści, rzemieślnicy i kupcy. 

Żydzi stanowili zupełnie odrębny naród, którego histo- 
rya na Litwie ginie w mrokach dawnych czasów. Tadeusz 
Ceacki,*) oraz Surowicki") i Beer*) powiadają, że do zacho- 
dniej Polski przyszli żydzi z Niemiec, zaś do wschodniej 
z nad morza Kaspijskiego. Pomiędzy tymi ostatnimi była 
znaczna ilość karaimów. Przypuszczenie to zdaje się po- 
twierdzać! fakt, że wówczas, gdy żargon żydowski jest to 
zepsuty język niemiecki, z domieszka słów hebrajskich i pol- 
skich, w mowie karaimów nie można znaleźć ani jednego 
słowa niemieckiego. Karaimi nie łączą się z żydami, są przez 
tych nienawidzeni, jako sekciarze, i mają wśród ludności li- 
tewskiej opinię ludzi uczciwych. Frank znajduje, iż żydzi 
litewscy nie są podobni (przynajmniej z powierzchowności) 
do swoich współbraci, zamieszkałych w innych krajach Eu- 
ropy. Zachowali swój strój z dawnych czasów: mężczyźni — 
długie, sięgające kostek, kapoty, czapki futrzane, mycki, 
z podktórych spadają na policzki kosmyki włosów, t. iw. 
pejsy, na nogach zwykle noszą pończochy, pantofle. Ubiór 
kobiet jest wschodni, nieraz bardzo bogaty, częściej składa- 
jący się ze strzępów i prawie zawsze nieochędożny. 

Żydzi, wskutek rozporządzenia Władysława IV, mieścili 
się przeważnie w ciasnych ulicach: Niemieckiej, Rudnickiej, 
Szklanej, Żydowskiej, Żmudzkiej, Jałkowej, które to ulice 
zanieczyszczali w sposób straszliwy, wyrzucając przez okna 



') Włościanie cl przyszli na Litwę w XVI wieku z Kosyl, sk 
uciekali przed okrucieństwami Iwana Groźnego. 
■) Rozprawa o żydach. Wilno 1807. 

') Śledzenie początku narodów słowiańskich. Warszawa 1824. 
*) Oeschlchte. Lehren und Mefnungen derJnden. Leipzig 1825. 



śmiecie i wylewając pomyje. W tej dzielnicy mieli swoją 
synagogę i kilka bóżnic. 

Mahometanie 1 ) mieszkali na przedmieściu Łukiszki, gdzie 
znajdował się i meczet. Byli to ludzie spokojni, dobroduszni 
i wcale niepodobni do awych wojowniczych i dzikich przod- 
ków, od których niegdyś Litwa tyle cierpiała. 

Ulicę Subocz zamieszkiwali kupcy, zaś na Zarzeczu du- 
•chowieństwo greko-rosyjskie i rzemieślnicy. Część Zarzecza 
-dotąd nazywa się „Popowszczyzna," 

Frank powiada, że Wilno przedstawiało obraz chaosu. 
„Obok pysznych pałaców stały liche lepianki; ratusz, zbudo- 
wany w pięknym stylu włoskim, znajdował się na ładnym 
placu, którego część" zajęta była przez szopy; ulica, prowa- 
dząca do wspaniałej katedry (Avenue) nie brukowana, raziła 
przechodnia kupami różnego rodzaju śmiecia i podczas 
■deszczu stawała się nie do przebycia. Posiadało Wilno kil- 
kanaście domów murowanych, atoli większość była budowa- 
na z drzewa. Pomimo położenia na pochyłości wzgórza 
i przy połączeniu dwóch rzek (Wilii i Wilejki) miasto byio 
bardzo brudne i nierogacizną swobodnie spacerowała po uli- 
■cach. Na brzegu rzeki, tuż po wyjściu z miasta, można było 
widzieć i czuć kupy gnoju, wysokością sięgające wzrostu 
-człowieka. Chcąc się dostać na przedmieścia, trzeba było 
brnąć po kostki po piasku lub biocie." 

Sądzimy, że Frank przesadził w tym tak niepochlebnym 
-opisie Wilna. Nie dziw, że przybyłemu z Wiednia, po zwie- 
•dzeniu Paryża, Londynu oraz innych stolic Europy, owo- 
czesne Wilno nic musiało się wydać zbyt ponętnem, z jego 
wązkiemi, krzywemi i zawalonemi śmieciem ulicami. Nie 
prawdę jednak mówi Frank, twierdząc, jakoby w Wilnie było 
zaledwie kilkanaście domów murowanych. Dziś jeszcze mo- 
żna naliczyć ze 200 domów, których budowa sięga XVI 
i XVII wieków. Ulice: Żydowska, Jatkowa, Szklana, całe 



') Tatarzy zostali osiedleni na J itwie przez W. Ks. Witolda; dotąd 
istnieją Chazbijouicze. Bazarewscy, Aleksandro w lezę. Jakubowscy i inni. 



były murowane. Liczne palące magnatów, olbraymie gma- 
chy klasztorne, zabudowania Uniwersyteckie, zajmujące, 
całą dzielnicę, wszystko to już było, gdy Frank przyjechał do.. 
Wilna. Drewniane domy byty tylko na przedmieściach. 
Zresztą straszliwe pożary 1510, 1748 i 1749 roku poczyniły 
tak wielkie spustoszenia, że Wilno juz się odbudować nie 
mogło.') W kilka lat potem, dzięki wskazówkom, udzielanym. 
przez Towarzystwo lekarskie, i szczególnie dzięki zabiegom 
i energii gubernatora cywilnego Ruckmana, miasto tak zo- 
stało oczyszczone, ze gdy zwiedził je cesarz Aleksander I, 
powiedział o Wilnie: „Cest un bijou." RUckman atoli za 
energiczne przestrzeganie porządku ściągnął na siebie nie- 
nawiść motłochu i szczególnie żydów. Niechęć; ta nie ustała 
nawet po śmierci Rtiokmana i objawiła się w rzucaniu kamie- 
ni aa trumnę energicznego gubernatora podczas pogrzebu. 

Już w 1630 r. zaczęto brukować ulice i w tym celu był 
nawet ustanowiony pobór. Każdy wjeżdżający do miasta 
płacił grosz od wozu, albo musiał przywieźć parę kamieni. 

W końcu zeszłego i na początku bieżącego stulecia już 
były wybrukowane ulice: Zamkowa, S-to Janska, Niemiecka, 
Wileńska, Trocka, Rudnicka, Ostra, Konna, Żydowska, 
Szklana, Subocz i Spaska. 4 ) Niektóre z tych ulic miały cho- 
dniki z drzewa, lecz te były wązkie i źle utrzymane. Od uli- 
cy oddzielały chodniki słupki drewniane, lub kamienne. 
Mniejsze zaułki i przedmieścia bruku wcale nie posiadały. 

Ile domów było na początku bieżącego stulecia, trudno 
określić. Możemy tylko przypuszozać, opierając się na 
liczbie domów, zniszczonych przez pożary, że musiało Wilno 
posiadać w owym czasie około 8,000 domów. Tak, w r. 1746 
spaliło się, według Jachimowicza, 17 pałaców, wielkich domów 
murowanych 32, mniejszych 200, zaś drewnianych kilka 
tysięcy. 3 ) 



') Baliński: Dawna Akademia wileńska. Dodatki. Petersburg 1H62. 
\ Klrkor, E. C. str. 73. 
*) Ibid. str. 74. 



W środku miasta, na placu, wznosił się ratusz, wybudo- 
wany na miejscu dawnego, według planu Gucewicza w stylu 
włoskim, z oknami reoesansowemi i z ładną kolumnadą od 
■ frontu. . 

Około ratusza skupiali się wszelkiego rodzaju i różnych 
narodowości handlarze; plac był zajęty przez szopy, kramy, 
stragany, wozy z towarami i żywnością. Ulica, idąca od ra- 




Brama zamkowa na poeiatku XIX wieku. 



tusza do ulicy Zamkowej, nazywała się „Imbary." Była to 
ulica handlowa, ponieważ tu się mieściły różnego rodzaju 
sklepy. 

Od murów, któremi w XV wieku opasano Wilno, pozo- 
stawały 2 bramy.- Ostra i Trooka, oraz brama zamkowa. 
Ostra brama miała inny wygląd, niż dziś, gdyż kaplicę nad 
bramą odnowiono dopiero w r. 1829. Brama na końcu ulicy 
Zamkowej prowadziła do zamku królewskiego dolnego, który 
dotykał katedry. Na początku bieżącego stulecia były to 



już ruiny i wkrótce potem zamek został zniesiona 
na plaou, który zajmował, urządzono skwer. P 
do ogrodu botanicznego znajdował się sławny n 
ski, zburzony przed laty trzydziestu. Z lewej sti 
ogromny gmach murowany mieścił trybunały (dz 
bowa, kaznaczejstwo, izba kontrolna i inne instyi 
Nad całą tą miejscowością wznosiły się gór; 
z ruinami starego zamku, Trzykrzyska, na któi 
z daleka widać było 3 wysokie krzyże, (dziś ich 
na tem miejscu rosną trzy wysmuklę brzozy), on 




Zamsk rtalny krdlewekl 1 koścIS! kataJra 
na podatku XIX w laku. 



kieszowa, z której niegdyś Bekiesz, przyjaciel Ba 
bował zjechać konno i próbę takową życiem przj 
tej ostatniej górze stalą kapliczka, po której naw 
pozostało. U stóp góry zamkowej wartka Wile, 
się z piękną Wilią. 

Na obszernym placu, tuż przy zamku do 
wspaniała katedra, wzniesiona na tem samem mii 
niegdyś płonął Znicz. Pożary i pioruny znacznie 
świątynię, to też została przerobiona, według p)a: 
cza, z zachowaniem wewnętrznej budowy i kapli 



— 270 — 

1801 biskup Kosakowski poświęcił ukończoną budowę w sty- 
lu klasycznym Palladia. Inne kościoły wyglądały prawie 
tak samo, jak dziś, z wyjątkiem uniwersyteckiego kościoła 
św. Jana (założony przez Wł. Jagiełłę w r. 1388 i ukończony 
w r. 1426). Kościół ten był zasłonięty od ulicy wysokim 
murem z bramą, nie miał również krużganku, który dziś wi- 
dzimy. Władza uniwersytecka (w r. 1818 — 1828) przerobiła 
kościół wewnątrz, usunęła ołtarze boczne przy filarach, zu- 
pełnie zmieniła ambonę, z której niegdyś nauczał Piotr Skar- 



ga, zburzyła bramę i mur i zamalowała wapnem znajdujący 
się na ścianie zewnętrznej od ulicy zamkowej, pod figurą 
ukrzyżowanego Chrystusa, duży, piękny obraz alfreseo, przed- 
stawiający morowe powietrze w 1710 r. w Wilnie. Nie pomo- 
gły składki, zebrane przez kancelistów Uniwersytetu w celu 
odnowienia obrazu, ani przedstawienia prof. Rustema, który 
podejmował się kierować restauracyą tegoż; zacny, ale upar- 
ty rektor Malewski postawi! na swojem i pamiątka została 
zniszczona. O Franku, który nie taił swego oburzenia, Ma- 
lewski powiedział: „Pan Frank radby wszędzie widział pa- 



Oyentów, z tych jednak nie miał by korzyści, ponieważ są to* 
pacyenci malowani." 

Profesor Michał Homolicki 1 ), również z oburzeniem opi- 
sujący to niczem nieusprawiedliwione niszczenie pamiątek 
starożytnych, przytacza następujące opowiadanie. Sekretarz: 
rządu uniwersyteckiego, któremu polecono wyprzedaż przed- 
miotów, usuniętych z kościoła, nie znał się zupełnie na war- 
tości takowych. Sprzedał np. za bezcen 4 obrazy ewange- 
listów, pendzla włoskiej szkoły, dlatego tylko, że były niewiel- 
kich rozmiarów. Chcąc nadal uniknąć podobnych błędów, 
zasięgnął rady prof. Rustema, za ile można sprzedać srebrny 
krucyfiks z figurą Chrystusa, staroświeckiej roboty. Rustera 
odpowiedział mu: „Spytaj pan Judasza Iskaryotę, ten panu 
wskaże gotową cenę!" Dzisiejszy kościół św. Jana może zy- 
skał na wspaniałości, ale stracił swe oechy starożytne i wcale- 
nie podobny do tego, jakim był przed rokiem 1819. 
- • W Wilnie, powiada Frank, było więcej zakonników i za- 
konnic, niż w Wiedniu. Były tu zakony Franciszkanów, Do- 
minikanów, Bernardynów, Karmelitów, Pijarów, Karmelitów 
bosych, Misyonarzy, Kapucynów, Trynitarzy, Bazylianów, 
oraz Wizytek, Maryawitek, Karmelitanek bosych, Benedykty- 
nek, mniszek zarzecznych, które utrzymywały przytułek dla 
wdów, rozwódek i sierot, i kilka innych, z wyjątkiem kościo- 
ła katedralnego, Św. Kazimierza i św. Jana, wszystkie prawie- 
kościoły wileńskie należały do zakonników, którzy posiadali 
również klasztory i kamienice. 

Frank uskarża się, iż w tych kościołach, szczególnie 
u Dominikanów, publiczność w czasie nabożeństwa zachowy- 
wała się bez czci, należnej dla świątyni. Podczas sumy 
obecni prowadzili rozmowy, śmieli się, wchodzili i wychodzili,, 
przeszkadzając w modlitwie nabożnym (T. II, str. 404). 

Najokazalsze gmachy w Wilnie były własnością magna- 
tów, szczególnie Radziwiłłów. Ci władali prawie całą ulicą 



') M. Homolicki. Streszczenie i uzupełnienie pamiętników Franka; 
„Na dais" T. II, 1872 r. 



Wileńską, aż do Zielonego mostu, częścią Łukaszek oraz całą. 
przestrzenią nad Wilią (tu stał pałac Barbary Radziwiłównejj; 
przedmieście Snipiszki również było własnością tego rodu. 

Wszystkie prawie pałace budowano według jednego 
planu. Wielkie wrota, nieraz w stylu gotyckim, ozdobione 
herbami właściciela, wiodły na obszerny dziedziniec, mający 
iormę kwadratu i otoczony zabudowaniami, na których rów- 
nież nie żałowano herbów. Na niektórych ścianach znajdo- 
wały się malowidła al fresfio (kilka takich ściennych malowi- 
deł zachowało się do dziś dnia). Wprost głównej bramy 
znajdowała się druga, mniejsza, wiodąca na inną ulicę. Taki 
plan widzimy dziś jeszcze w pałacu ks. Ogińskich (klub szla- 
checki i gimnazyum żeńskie); dom ten ma jedne wrota od 
ulicy Milonowej, a drugie od ulicy Rudnickiej. Również pa- 
łac Radziwiłłowski (później klinika) i Chodkiewiczów (dziś 
własność okręgu naukowego i mieszkanie kuratora), mają 
jedno wejście z ul. Wielkiej, a drugie z ulicy Sawicz. Przy 
wszystkich prawie pałacach były obszerne ogrody, oddzie- 
lone od ulicy wysokim murem. Sapiehowie, Służkowie, Pa- 
cowie, Kiszkowie, Tyszkiewiczowie, Mostowscy, Chreptowi- 
czowie też posiadali w Wilnie pałace. 

Z innych domów, istniejących na początku bieżącego 
stulecia, wskażemy: obecny pałac generał -gubernatorów 
w pięknym stylu klasycznym, olbrzymi dom zarządu pocz- 
towego, zwany kardynalią (należał przedtem do kardynała 
Jerzego Radziwiłła), dom prof. Szulca (dziś hotel Europejski), 
instytut żeński Maryjski, dom trybunałów przy ul. Zamko- 
wej, pałac Flemingów, później Miillera przy ul. Niemieckiej, 
tu mieściło się Casino, odbywały się świetne bale i maskara- 
dy; dom Abramowicza, przedtem pałac Oskierczyński. 
W tyra domu, przy końcu wieku zeszłego, był pierwszy teatr 
polski. 

Ogrodów publicznych Wilno prawie nie posiadało, po- 
nieważ ogród botaniczny przy ul. Zamkowej (gdzie obecnie 
znajduje się 2-gie gimnazyum), był zamknięty dla publi- 
czności. Frank powiada, że prof. botaniki St. Jundzilł nie 



1 



dbał wcale o podniesienie ogrodu, sadził w nim kapustę.szpa- 
ragi i kwiaty, które sprzedawał. Wejścia strzegł ogromny 
i złośliwy brytan, którego zębów doświadczył sam Frank. 
Później dopiero został przez Jundziłła założony śliczny ogród 
u stóp góry Zamkowej i Trzykrzyskiej. Ulubionemi miej- 
scami przechadzek Wilnian były brzegi Wilii, Antokol, Za- 
kręt, Kybiszki, oraz góry, z których roztaczał się widok cu- 
downy. 

Zycie w Wilnie w owe czasy było bardzo niedrogie; jak 
powiada Frank, o połowę tańsze, niż w Wiedniu. Okolice 
t dwory obywatelskie podostatkiem dostarczały do miasta 
(szczególnie w zimie, gdy dzięki sannej drodze łatwiejszą się 
stawała komunikacya), mięsa, cielęciny, wieprzowiny, różne- 
go rodzaju wędlin, nabiału, oraz ptactwa najprzedniejszego 
gatunku. Lasy, którymi było Wilno otoczone, przepełnione 
były zwierzyną, to też na rynkach leżały stosy jarząbków, 
cietrzewi, przepiórek, zajęcy i t. d., ale nie można było kupić 
ani sarny, ani dzika, chociaż błota pińskie obfitowały w tego 
rodzaju zwierza. Niemen, Wilia i jeziora dostarczały wy- 
śmienitych ryb, które sprzedawano za bezcen, zaś w Wilejce 
łowiono doskonale raki. 

Chleb był wyśmienity, również jak i piwo, zwane stoło- 
wem. 

Pomimo, że okolice Wilna na znacznej przestrzeni po- 
rosłe były olbrzymimi lasami, drzewo opałowe sprzedawano 
po wysokiej cenie, gdyż nie było robotników do rąbania, 
a i przewóz był trudny i kosztowny. Ale za to był to opał, 
o jakim 'w Europie pojęcia nie mają. Na południu Europy, 
powiada Frank, drzewo takie z pewnością używanoby do 
czego innego, nie do palenia w piecach. Z głębi Rosyi przy- 
wożono świece woskowe i łojowe. Nawet w domach średniej 
zamożności używano prawie wyłącznie świec łojowych, 
woskowe stanowiły zbytek i oświetlano niemi pokoje tylko 
w czasie większych zabaw. Klasa uboższa wieczory spędza- 
ła przy świetle łuczywa, pod którem stawiano naczynie 
z wodą. Schody i sienie tonęły w ciemnościach. Nie mo- 

18 



— 274 — 

gliśmy nigdzie znaleźć wskazówek, czy — i w jaki sposób 
oświetlano ulice. 

Wilno posiadało kilka sklepów pierwszorzędnych. Właś- 
cicielami takowych byli przeważnie niemcy. Szczególnie 
wyróżniały się sklepy Fiorentiniego, Andaburskiego Reyzera 
i Kamera. Dwaj ostatni panowie jednak, żyjąc nad skalę, 
w prędkim czasie zbankrutowali. Co prawda, chrześcijanom 
trudno było przez czas dłuższy wytrzymać* konkurencyc 
z kupcami żydami, którzy, żyjąc jak nędzarze, poprzestając 
na małym zysku, oraz mając znaczną ilość" towarów przemy- 
canych, mogli sprzedawać o wiele taniej od chrześcijan. 

Kradzieże w Wilnie były częste i, dzięki nieudolności 
policyi, poszkodowani nigdy prawie nie odnajdywali skradzio- 
nych rzeczy. I na tem polu szczególnie odznaczali się żydzi, 
którzy mieli swoich agentów w różnych miejscowościach, 
i przedmiot, skradziony w Wilnie, zwykle bywał sprzedawa- 
ny w innem mieście. Powiadają, że w Wilnie, w żydowskiej 
dzielnicy, istniał t. zw. uniwersytet złodziejski, z którego wy- 
chodzili wyćwiczeni i wprawni rzezimieszkowie. W r. 1807, 
w lasach na Antokolu utworzyła się banda zbójecka, złożona 
z 60 ludzi, doskonale uzbrojonych i posiadających konie 
i wozy. Ci zbóje posunęli swą śmiałość do tego stopnia, że 
wśród białego dnia na kilkunastu wozach przewieźli przez 
całe miasto swą nocną zdobycz. Ody przejeżdżali około 
odwachu żołnierze prezentowali im broń, poczytując za jakiś 
oddział wojska, ponieważ rabusie mieli coś w rodzaju umun- 
durowania. Postrzeżono pomyłkę dopiero po czasie; popłoch 
w mieście byl jednak wielki. Przez całą noc patrole woj- 
skowe obchodziły ulice, .a przy bramach dyżurowali stróże. 
Co się z tą szajką stało, Frank nie wspomina. Druga podo- 
bna szajka zbójecka, .o której pamięć żyje dotąd, kryła się 
w górach Ponarskich. 

Ulice Wilna przedstawiały za czasów Franka widok 
wcale nie podobny do dzisiejszego. 

Ruchliwi żydzi w dziwacznych ubiorach, żołnierze i ofi- 
cerowie w mundurach z wysokimi kołnierzami, zakonnicy 
w chabitach z kapturami i w trepkach, gapiący się włościanie, 



— 275 — 

studenci Uniwersytetu, strojnisie, zwiedzające 3klepy, oraz 
panowie w wysokich cylindrach i płaszczach z kilkoma pele- 
rynami, napełniali ulice. Tłumy żebraków i kalek mieściły 
się przy kościołach i na placach, napastując przechodniów 
i nieraz bardzo natarczywie żądając jałmużny. Żebracy ci 
wystawiali na widok publiczny swe kalectwa i ohydne rany 
i głosem nosowym zawodzili pieśni nabożne, albo na nutę 
takowych słowa, powiązane bez sensu, jak np.: 

„Kwarta I prtikwarty 
To półtora kwarty; 
Garniec i pół garnca, 
To półtora garnca".... i t. d. 

Dorożek było mało, zaś* te, które istniały, bynajmniej 
nie zachęcały do próby przejechania sig niemi; Wychudzone 
szkapy, które co chwila cmokaniem i batem zaohęcal do bie- 
gu woźnica, przystrojony w jakiś ubiór fantastyczny, oraz 
niewygodna, stukająca i brzęcząca dorożka nie czyniły do- 
datniego wrażenia. 1 ) Zaprzęgi pańskie również pozostawiały 
wiele do życzenia. Nieraz można było spotkać piękny po- 
wóz, ciągniony przez szkaradne szkapy, to znów pyszne ru- 
maki i lichą landarę, jeśli zaś i jedno i drugie były dobre, to 
lokaj lub furman stanowili z niemi sprzecznośd rażącą, wskutek 
znoszonej i brudnej odzieży. Magnaci jeździli zwykle czwór- 
ką koni, zaprzężonych w lejc, z forysiem na prawym koniu 
pierwszej pary. Karety były duże, na wysokich resorach, 
malowane nieraz w jaskrawe kolory i suto ozdobione herbami 
i złoceniami. 

Na ulicach żydowskioh -w dnie powszednie wrzało, jak 
w garnku. Drobne handlarki wystawiały kramiki na cho- 
dnikach, same zaś siedziały przy nich w lecie na zydlach, 
a w zimie na garnkach, napełnionych żarzącemi węglami, 
inne przekupki sadowiły się wprost na brzegach rynsztoków. 



') P. Lucyan Uzlębto posiada akwarelę, z owych czasów, na któ- 
rej karykaturzysta odmalował wyżej opisaną doroikę. na ulicy Wilna, 
oraz ubiory dam i n 



i w oczach przechodniów obmywały -w cuchnącej wodzie 
owoce... Hałas, krzyk, szwargot żydowski, głuszyły równo- 
wg. Handlarze literalnie staczali pomiędzy sobą bójki o ku- 
pujących, których gwałtem ciągnęli do swych sklepików, 
podobnych do ciemnych jaskiń. 

Tu można było dostać wszystkiego, .-pocztąwszy od sta- 
rego żelastwa, mąki, dziegciu i kończąc na sztucznych kwia- 
tach i lichej biżuteryi. 

W sobotę za to panowała tu cisza zupełna: dzielnica 
ta robiła wrażenie wyludnionej, gdyż żydzi ściśle obchodzili 
święto szabasu i za żadne skarby świata w dniu tym nie zgo- 
dzili by się nic sprzedać. Katolicy nie obserwowali tak 
ściśle niedzieli i nawet był to dzień targu, na który okoliczni 
włościanie przywozili to, co mieli do zbycia. Wieczorem 
w sobotę znowu zmieniało miasto swą postać. Tłumy żydów. 
przystrojonych w odświętne szaty, napełniały ulice miasta, 
wybrzeża Wilii oraz góry. Żydów wogóle nie lubiono, nie- 
raz ich bito, lecz nikt w Wilnie nie mógł się bez nieh obejść. 

Wogóle stosunek pomiędzy różnemi narodowościami, 
zamieszkuj ącemi stary gród Gedymina, był dobry. „Byłem 
zdziwiony, powiada Frank, dobrym stosunkiem i prawie bra- 
terstwem, jakie istniały pomiędzy wyznawoami różnych reli- 
gii. Na uczcie, wydanej przez generał-gubernatora w dniu 
urodzin cesarza Alexandra I (12/24 grudnia), widziałem sie- 
dzących obok siebie biskupa katolickiego, archimandrytg 
greko-roayjskiego, pastorów protestanckich i reformackich, 
którzy przyjaźnie ze sobą gawędzili." *) 

W zamożnych domach wileńskich Frank podziwia mno- 
gość sług; co prawda, byli to. przeważnie poddani, których 
utrzymanie kosztowało niewiele, ale za to i czynności swe 
spełniali nader niedbale. 

Pomimo tego tłumu sług, żaden dom w Wilnie nie mógł 
się obejść bez żyda-faktora lub faktorki, którymi się posłu- 
giwał :iawet biskup i generał-gubernator. 



Faktorzy ci spełniali polecenia najrozmaitszej natury — 
kupowali, Bprzedawali, dostawali pieniądze, dostarczali 
wszelkich potrzebnych informacyi, przynosili najświeższe 
wiadomości i plotki i to wszystko za bardzo liche wynagro- 
dzenie. 



n. 

Zakłady naukowe, instytuoye dobroczynne, czasopisma, 
szpitale, apteki. 

Kiedy Frankowie na Litwę przybyli, tara dopiero ukoń- 
czona została walka Uniwersytetu z Jezuitami, którzy, korzy- 
stając z praw, nadanych im przez cesarza Pawła I, zamierzali 
ująć w swe ręce wszystkie zakłady naukowe, w tej liczbie 
i Uniwersytet wileński. Byłoby to się Jezuitom powiodło, 
gdyby ira nie przeszkodził generał Kutuzow. Po wstąpieniu 
na tron Alesandra T, Strojnowski z Tadeuszem Czackim 
udali się do Petersburga i, mając poparcie ze strony ks. Ada- 
ma Czartoryskiego, przedstawili cesarzowi projekt reorga- 
nizacyi szkoły głównej wileńskiej. Projekt ten został 
przez cesarza Alexandra I przyjęty przychylnie i - d. 4 kwie- 
tnia 1803 r. cesarz wydał ukaz, którym zatwierdził Uni- 
wersytet cesarski w Wilnie. Strojnowski, człowiek światły 
i pełen dobrych chęci, stanął na czele tej wyższej szkoły 
naukowej i postanowił uczynić z niej źródło, z którego 
by kraj cały czerpał wiedzę i oświatę. Ponieważ nie są- 
dził, by miejscowi uczeni byli zdolni stanąć* na wysokości 
zadania, zaczął sprowadzać profesorów z zagranicy. Je- 
dni z pierwszych przybyli obaj Frankowie. Był to dopiero 
początek zabiegów Strój no wskiego, to tez nic dziwnego, że 
Frank znalazł niemało wadliwości w urządzeniu Uniwersy- 



tetu, w podziale na fakultety, w sposobie nauczania i t. i 
W kilka lat później opracował nawet nowy projekt reformy 
Uniwersytetu i przedstawił takowy ks. Czartoryskiemu wraz 
z listem, w którym w bardzo ciemnych kolorach odmalował 
Uniwersytet, rektora Jana Śniadeckiego i profesorów. Pro- 
jekt ten jednak nie został przyjęty i stał się przyczyną zna- 
cznego oziębienia ze strony rektora i profesorów względem 
Franka. Uniwersytet w owym czasie był utworzony na 
wzór Instytutu narodowego we Francyi (1'Institut National 
de France) i posiadał 4 wydziały: fizyko- ni atom atyczny, le- 
karski, nauk moralnych i politycznych, oraz wydział litera- 
tury i sztuk pięknych. Oto pogląd Franka na nieprakty- 
czność takowego podziału: 

„Możemyż wyobrazić sobie COŚ więcej nielogicznego, 
jak ten fakultet nauk moralnych i politycznych, na którym 
bez żadnego związku są wykładane i teologia, i prawo, i eko- 
nomia polityczna? Jakim sposobem budownictwo znalazło 
się na wydziale fi ayko- matematycznym? Naostatku, jakie 
znaczenie może mieć* fakultet medyczny, posiadający 7 tylko 
katedr, licząo w to i sztukę weterynaryjną?" ') 

Liczba studentów na początku istnienia zreformowane- 
go Uniwersytetu nie była wielka, jak to można wnosić" stad, 
iż na wykłady kliniczne znakomitego Jaua Franka zapisało 
się 16 studentów; lecz w ich liczbie było 6, którzy dopiero 
rozpoczynali studya lekarskie i nie byli przygotowani do słu- 
chania wykładów klinicznych. Kliniki jeszcze nie było; 
stworzył takową Jan Piotr Frank, który musiał jednak poko- 
nać niemało trudności. Dla klinik Uniwersytet kupił za 10 
tysięcy dukatów holenderskich pałac ks. Mateusza Radziwiłła 
przy ul. Wielkiej. W 5 salach ważkich, lecz dość obszernych, 
umieszczono 16 łóżek żelaznych. Ściany, łóżka i meble były 
wymalowane na biało, aby najmniejsza plama, lub kurz nie 



'j Katedry te, według statutu, były następujące: Anatomia, patolo? i a, 
Materia medlca, klinika, Chirurgia, Położnictwo, sztuka weterynaryjna. 



mogły gig ukryć. Pomimo otwarcia kliniki, nie sposób było 
znaleźć chorych, ponieważ publiczność patrzyła na tg nowa, 
instytucyę podejrzliwem okiem i wierzyła pogłoskom, że 
w celu nauczania studentów tu będą. dokonywane wiwisekoye 
i różnego rodzaju bolesne doświadczenia. Aby zapełnić kli- 
nikę i przekonać publiczność o falszywośoi rozsiewanych 
wieści, Uniwersytet był zmuszony brad chorych przemocą 
ze szpitala Sióstr miłosierdzia (obecnie Sawicz). Jan Frank 
rozpoczął 21 listopada 1804 r. wstępną lekoye przemową 
„De arte longa et vita brevi Hypocratis," która to przemowa 
wprawiła w zachwyt całe audytoruym. Na wykładzie tym 
byli obecni nietylko wszyscy profesorowie, lecz również 
wyższe duchowieństwo i szlachta. Niedługo potem rozpo- 
czął wykłady i Józef Frank. Ten korzystał przez pewien 
czas z materyału, znajdującego się w szpitalu Sióstr miło- 
sierdzia. 

W chwili przybycia Franków do Wilna, w Uniwersyte- 
cie byli następujący profesorowie: Jędrzej Sniadecki, prof. 
chemii, Hieronim Strojnowski, biskup-rektor, Stanisław Jun- 
dziłł, prof. zoologii i botaniki, Franciszek Narwojsz — matema- 
tyki, Karol Langsdorf wykładał matematykę stosowaną, 
Ignaoy Reszka — astronomię, Stefan Stubichewicz— fizykę, Mi- 
chał Szulc — budownictwo cywilne i wojenne, Marcin Poczobut 
(emetyt) był profesorem astronomii, kanonik Miekiewioz — 
fizyki, Jan Henryk Abicht — logiki i metafizyki, Szymon Ma- 
lewski — prawa, AloizyGappelli — prawa oywilnegoi kryminal- 
nego; Filip OolanskiiAugust Tomaszewski wykładali teologię, 
Paweł Tarenghi— łacinę, misyonarz Husarzewski — historyę, 
Bogusławski — teologię. Na wydziale lekarskim Jan Loben- 
wejn wykładał anatomię, August Been fizyologię, hygienę 
i policyę lekarską; Jakób Briolet był profesorem chirurgu, 
Ferdynand Spitznagel — materiae medicae, Jędrzej Matusie- 
wicz położnictwa. 

Oprócz tego, prof. Smuglewicz i jego adjunkt, Jan 
Rustera, udzielali lekcyi malarstwa i rysunku, zaś Andrzej 
Lebrun rzeźby. Pinabel dawał lekcye języka francuskiego, 
Hanstein — niemieckiego i Holland muzyki. 



Niedługo potem zostali zaproszeni do Wilna Ludwik Bo 
janus na katedrę weterynaryi, Ernest Grodek na profesora 
literatury greckiej, Joachim Lelewel na profesora historyi, 
Saunders na profesora języka angielskiego i rytownictwa, 
Czerniawski — literatury rosyjskiej. 

Wstrzymujemy sig od charakterystyki tych profe- 
sorów, podanej przez Franka, gdyż znajdujemy takową zbyt 
stronną. 

Profesorowie występowali na posiedzeniaoh publi- 
cznych i uroczystych w togach, mieli równie* mundury. 
Mieszkania mieli w domach, należących do Uniwersytetu. 
Tak, Frankowie, Cappelli i Tarenghi mieszkali w domu, na 
rogu ul. Wielkiej i zaułka Szwaroowego (dziś" dom okręgu 
naukowego). Dom ten dotąd jest znany pod nazwą domu 
Franka. Tu również po Franku mieszkał i umarł Jędrzej 
Śniadecki. 

Studenci, jakeśmy wyżej rzekli, przy otworzeniu Uni- 
wersytetu byli nieliczni (lecz już po kilku leciech liczba ich 
znacznie się zwiększyła), i, jak świadczy Frank, najczęściej 
nie przysposobieni do studyów uniwersyteckich. Wielu z nich 
zupełnie nie znało łaciny, zaś na wydział lekarski przyjęto 
kilku cyrulików, którzy nawet czytać nie umieli.*) Nic więc 
dziwnego, że nie zawsze zachowywali się przyzwoicie i Frank 
z oburzeniem wspomina w liście do ks. Adama Czartoryskie- 
go o bójkach, staczanych przez studentów, o nieprzyzwoitem 
zachowywaniu się ich na lekoyach fizyki i t. d. 

Nie będziemy się temu wszystkiemu dziwili, jeśli wspo- 
mnimy, że zreformowany Uniwersytet dopiero zaczynał 
działać, a więc musiał przedstawiać niemało stron ujemnych 
i wadliwości, które stopniowo usuwano, tak, że już po kilku 
latach Uniwersytet zajaśniał świetnym blaskiem i zjednał dla 
Wilna nazwę Aten północnych. 



Bądź co bądź, była to najwyższa szkoła naukowa w kra- 
ju, która okazała cywilizacyi krajowej znakomite usługi 
i budziła publiczność do życia umysłowego. 

Uniwersytet posiadał własną drukarnię przy ulicy 
Ś-to Jańskiej (dziś szkoła miejska). Tu drukowano rozprawy 
profesorów i dzieła naukowe. Oprócz tego, w Wilnie było 
kilka drukarni, należących do osób prywatnych, jak np. księ- 
garnia Józefa Zawadzkiego, która oddała literaturze polskiej 
niemałe usługi. 

Z pism na samym początku bieżącego stulecia wy- 
chodziła gazeta „Kuryer Litewski." W roku 1805 rozpo- 
częto wydawnictwo „Dziennika Wileńskiego." W tym 
to dzienniku umieszczali swe prace profesorowie uniwer- 
sytetu, szczególnie Jan i Jędrzej Sniadeccy. W roku 1806 
powstała „Gazeta literacka wileńska." Wydawali ją Gro- 
dek i Kazimierz Kontrym. Pomimo wybornej redakcyi, 
utrzymać się nie mogła. Całkowity rocznik tego pisma 
(za rok I806-ty) znajduje się w książnicy wileńskiego To- 
warzystwa lekarskiego. Na końcu książki Piotra Chmie- 
lowskiego („Liberalizm i obskurantyzm na Litwie i Rusi"), 
mieści się spis czasopism, wydawanych w Wilnie. Gazeta 
o której mowa, została przytem pominiętą. 

W r. 1818 zawiązało się w Wilnie Towarzystwo Typo- 
graficzne, na którego czele stanęli: Michał Ogiński, Adam 
Chreptowicz, Michał Baliński i inni. Towarzystwo liczyło 
58 członków. Zadaniem tego Towarzystwa było wydawanie 
tanich książek. 

W r. 1815 Joachim Lelewel założył pismo „Tygodnik 
wileński," którego prowadzenie niedługo potem ustąpił poecie 
Ignacemu Szydłowskiemu. Pisma te, odznaczające się kie- 
runkiem postępowym, zawierały prace naukowe, popularne, 
politykę, różne wiadomoście, oraz artykuły polemiczne. 
W r. 1816 Emanuel Lachnicki zaczął ogłaszać czasopismo 
„Pamiętnik magnetyczny wileński," w którym dobijał się dla 
magnetyzmu zwierzęcego prawa obywatelstwa wśród innych 
nauk. Towarzystwo Szubrawców zaczęło wydawać pisemko 
satyryczne „Wiadomości brukowe." W piśmie tym brali 



udział prof. Leon Borowski i Jędrzej Śniadecki. Satyryczne 
artykuły tego ostatniego znane były całemu społeczeństwu. 
Towarzystwo dobroczynności wydawało „Dziennik dobro- 
czynności krajowej i zagranicznej." Od roku 1818 Towa- 
rzystwo lekarskie (założone przez Józefa Franka w 1805 r.), 
zaczęło ogłaszać* drukiem „Pamiętnik Towarzystwa lekar- 
skiego wileńskiego." Oprócz tego, w Wilnie drukowano 
z każdym rokiem coraz to więcej książek różnego rodzaju, 
rozpraw i broszur. 

Rozmiary pracy naszej nie pozwalają na opisywa- 
nie innych zakładów naukowych, istniejących w Wilnie 
na początku XIX wieku. Możemy tylko uczynić o nich 
wzmiankę. 

Wszystkie zakłady naukowe, zarówno w Wilnie, jak 
w 8 guberniach, zależne były od Uniwersytetu wileńskiego. 
Prawie wszystkie zakony w Wilnie posiadały szkółki, w któ- 
rych wykładali nie sami tylko zakonnicy, leoz i profesorowie 
świeccy. Najsławniejszą jednak była w owym czasie szkoła 
powiatowa o.o. Bazylianów dla chłopców i pp. Bazylianek 
dla dziewcząt. Wizytki miały nie mniej sławne pensy g dla 
panien zamożnych. Istniały w Wilnie i pensye prywatne, 
z tych wspomnimy tylko o pensyi, założonej przez panie So- 
kulską i Cichocką. Pensya ta była założona na wielką skalę, 
z bardzo obszernym programem nauk. Do nauczania zapro- 
szono najlepszych w Wilnie nauczycieli. To też uczenie nie 
zabrakło i dobijano się o przyjęcie do ich grona. Po- 
nieważ jednak pani Cichocka, kobieta jeszcze urodziwa i za- 
lotna, zaczęła prowadzić w Wilnie dom otwarty, oddając się 
całkowicie zabawom i balom, większość rodziców odebrała 
swe córki z pensyi, która też w prędkim czasie upadła. Dla 
kształcenia duchowieństwa, istniało w Wilnie seminaryum du- 
chowne, ściśle z Uniwersytetem związane. 

Z zakładów dobroczynnych wskażemy na założony 
przez Józefa Franka w 1807 Instytut macierzyństwa dla ubo- 
gich położnic. Frank, jako lekarz, zwiedzając różne przytuł- 
ki nędzy, widział, w jak okropnych nieraz warunkaoh przy- 
chodzą na świat dzieci klasy ubogiej i jak znaczna ilość ko- 



— 283 — 

biet i noworodków ginie wprost z braku pomocy lekarskiej, 
dobrego pożywienia i wskutek ntemożebnych warunków hy- 
gienicznych. Mając wysoce rozwinięte uczucie altruizmu, 
Frank postanowił przyjść tym biednym kobietom z pomocą. 
W tyra celu urządził koncert, który przyniósł 1,800 rubli 
dochodu. Na opiekunki nowej instytucyi zaprosił żonę 
generał - gubernatora, panią Benigsenową, i hrabinę Ko- 
sakowską (wdowę po hetmanie Kosakowskim). Chciał 
Frank pociągnąć jaknajwięcej dam, lecz te uważały dla 
siebie takową czynność za niestosowną i kompromitującą. 
Dopiero, gdy po roku przyszła wieść, że Napoleon I otworzył 
podobny instytut w Paryżu, i że najznakomitsze damy poczy- 
tują sobie za zaszczyt należeć do liczby członków tej insty- 
tucyi, panie wileńskie pośpieszyły pójść w ich ślady, i byt 
założonego przez Franka instytutu został zapewniony. 

Drugą instytucyą, stworzoną przez Franka wr, 1806, był 
instytut domowej pomocy lekarskiej, czyli ambulatoryum 
bezpłatne. 

Dwa razy na tydzień profesor w obecności studentów 
udzielał porady lekarskiej przychodzącym chorym, którzy 
otrzymywali bezpłatnie lekarstwa z apteki uniwersyteckiej; 
oprócz tego, zdolniejsi studenci starszego kursu obowiązani 
byli odwiedzać niektórych chorych w domach i zdawać spra- 
wę z przebiegu choroby profesorowi, który w razie potrzeby 
sam udawał się do takiego chorego. Pieniądze, potrzebne 
Frankowi, również dał koncert. Wówczas biskup Kosakow- 
ski, człowiek wielkich cnót i zasług, wznowił Towarzystwo 
dobroczynności, założone jeszcze przez Piotra Skargę l eł -' 2 
istniejące tylko na papierze Radziwiłł zapisał nowemu To- 
warzystwu swój olbrzymi dom przy ulicy Wileńskiej, a ce- 
sarz Alexander z wlasuej szkatuły dał 1,000 rubli. Kosakowski 
zaproponował Frankowi, aby przyłączył utworzony przez 
siebie instytut domowej pomocy lekarskiej do Towarzystwa 
dobroczynności, jako oddział trzeci, co też w prędkim czasie 
uskuteczniono. Towarzystwo dobroczynności i jego trzeci 
oddział funkcyonują dotąd. 

Przy Towarzystwie dobroczynności, zawsze dzięki Frań- 



kowi, utworzyło się w r. 1808 Towarzystwo przeciwzebracze. 
Zebrano z miasta wszystkich żebraków, włóczęgów, kaleki 
i ludzi niezdolnych do pracy; starców, chorych i kaleki 
umieszczono w szpitalach, innych zaś poodsyłano do obywa- 
teli, których byli poddanymi. To też Wilno odetchnęło swo- 
bodniej, gdy mieszkańców jego przestały napastować* na 
ulicach i około kościołów tłumy żebraków. Przy sprawdza- 
niu stanu i stopnia nędzy tych ludzi okazało się, że wielu 
z nich cieszyło się dobrobytem i uprawiało żebraninę, jako 
rzemiosło. Opowiada Frank o starym żebraku z pod Ostrej 
Bramy, który miał w Wilnie kamienicę i wcale tadny kapita- 
lik, ale nie porzucił żebraniny, która stała mu się nałogiem. 

Frankowi należy się również zasługa urządzenia w Wil- 
nie pierwszego w Europie instytutu szczepienia ospy, 
w r. 1806. InsŁytucya ta była niezbędną, gdyż ospa czyniła 
w Wilnie straszliwe spustoszenia. W prędkim czasie instytut 
był w stanie wysyłać krowiankę i na prowincyę. 

Szpitale wileńskie były w bardzo opłakanym stanie'); 
oprócz szpitali św. Jakóba, sióstr miłosierdzia, klinik, oraz 
szpitala wojennego, szpitale istniały i przy niektórych klasz- 
torach, lecz wiele pod każdym względem pozostawiały do 
życzenia. U Maryawitek, przy kościele św. Stefana, wycho- 
wywano neofitki. Gdy w r. 1806 wojska przyniosły do Wilna 
tyfus, wszystkie zakonnice uległy tej chorobie. Lekarz przy 
szpitalu klasztornym, Spitznagel, stracił głowę i uprosił Fran- 
ki), by zechciał odwiedzić chore zakonnice. Ten znalazł 
szpitalik w stanie okropnym: chore nie miały nietylko 
żadnej posługi, lecz nawet pożywienia i leków. Pomimo 
mrozów (grudzień), pieców nie opalano, ponieważ nie było 
drzewa na opał. Frank zakołatał do miłosierdzia publiczności 
i drogą składek zebrał sumę potrzebną na pożywienie, leki 
i opał dla chorych. Cmentarze przy tym klasztorze były 
utrzymane bardzo źle. Zmarłych w szpitalu grzebano tu 
bez trumien i tak niegłęboko, że w nocy psy odgrzebywały 



■J Klrkor powiada, te w Wilnie było w owym czasie 3 szpitali 



— 285 — 

trupy. Szpital sióstr miłosierdzia znajdował się, również 
w stanie opłakanym. 

Dla uzupełnienia obrazu, wypada powiedzieć' słów kilka 
o aptekach w Wilnie. Tych było kilka: uniwersytecka 
w gmachu uniwersyteckim (gdzie dai.4 cukiernia Webera), 
zielona przy ul. Wielkiej, pod słońcem — przy ul. Dominikań- 
skiej i parę innych. Apteki te wcalo nie były podobne do 
dzisiejszych i raczej przypominały sklepy korzenne, ponieważ 
dostać tu można było również tabakę, trojankę, mydła pa- 
chnące, szuwaks, pierniki, kadzidła, atrament, różne cudowne 
eliksiry i t. d. Lekarstwa wydawano bez kopii recept leka- 
rzy i do tego stopnia niedbale, ze lekarze często woleli sami 
przyrządzać takowe, niż pozwolić ohoremu zażywać środki, 
przyniesione z apteki. Aptekarze byli to najczęściej ludzie 
bez wykształcenia, chciwi zysków, dla których przysporzenia 
w pewnych porach roku posyłali prezenta lekarzom.') Do- 
piero prof. Jan Wolfgang, stojący na czele apteki uniwersy- 
teckiej, zaczął domagać się zaprowadzenia zmian, zaś od ap- 
tekarzy specyalnego wykształcenia. Ten to zacny i niezmor- 
dowany pracownik podniósł apteki nanależne im stanowisko. 2 ) 
Lekarzy w Wilnie było niewielu. Największą prakty- 
ką cieszyli się prof. Jędrzej Sniadecki i niejaki dr. Liboschitz, 
żyd, człowiek chciwy, wymagający, aby mu płacono zgóry. 
Mieszczanie i lud prosty chętniej się leczyli u cyrulików 
i znachorów. Dopiero urządzony przez Franka instytut po- 
mocy lekarskiej dla niezamożnych zachęcił klasę ubogą do 
szukania porady u lekarzy. 



') Wolfgang: ..Uwagi historyczne nad stanem Farmacyt." „Dzien- 
nik wUebslb", lBlfi. T. IV, str, 240. 

') Moja praca: „Daieje Towarzystwa lekarskiego wileńskiego" w „Pa- 
miętniku Tow. lek. waraz." 1897 zosz. III. 



HI. 

Towarzystwo, żyoie towarzyskie, zabawy, 

konoerta, teatr. 

Wilno na początku bieżącego stulecia liczyło duło do- 
mów arystokratycznych, zamożnych i inteligentnych, które 
nadawały ton życiu towarzyskiemu. Hrabia Choisel-Gorefier 
(syn posła franouskiego w Konstantynopolu), żonaty z hr. Po- 
tocka, hr. Kosakowski, wielki łowczy litewski, hr. Tyzenhaus, 
hr. Morikoni, hr. Potocki, żonaty z hrabianką Pacówną, Sa- 
piehowie, Pacowie, Tyszkiewiczowie, Mostowscy i inni, pro- 
wadzili domy otwarte; obiady, wieczory i bale wspaniałe na- 
stępowały jedne po drugich. Na balach tych uroda dam 
i dowcip mężczyzn współzawodniczyły ze sobą. Sejmiki, 
które się w Wilnie odbywały, niemało przyczyniały się do 
ożywienia miasta, ponieważ zjeżdżała się na nie zamożna 
szlachta z dworami, służbą i przyjaciółmi. 

W domu Mullera otwarto kasyno. Tu urządzano świetne 
bale maskowe, przedstawienia amatorskie, koncerty i inne 
zabawy, na które nieraz ze stron dalekich zjeżdżało się oby- 
watelstwo i hojnie sypało złotem. 

Szampan uchodził za zwykły napój i opłata po 5 duka- 
tów od osoby za kolacyę, uważana była za rzeoz zwyczajną. 
Członkowie kasyna nie mogli się pogodzie 1 , towarzy- 
stwo się rozdzieliło i część* jego przeniosła swe zabawy do 
pałacu Witinghoffów (dziś hotel Sokołowskiego). Przez Wil- 
no często przejeżdżali i bawili po dni kilka udający się do 
Petersburga zagraniczni posłowie; przyjmowano ich gościn- 
nie, urządzano zabawy, uczty i starano się, aby ci panowie 
wywieźli z Wilna miłe wspomnienie. 

Duchowieństwo świeckie nie usuwało się od towarzy- 
stwa. Biskup Kosakowski, człowiek wielkich zasług, cnotli- 
wy, surowy dla siebie, pobłażliwy dla innych, chętnie się 
udzielał towarzystwu. Mieszkając z bratem, którego żona 
odznaczała się wykształceniem, rozumem i dowcipem, biskup 
chętnie spędzał wieczory w towarzystwie dam i umiał obe- 



cnością swą, oraz rozmową poważną, a zawsze zajmującą, 
nadać" tym zebraniom nader milą cechę,; to też dom Kosakow- 
skich uważany byl w Wilnie, jako najinteligentniejszy i naj- 
przyjemniejszy. 

Wogóle, biskup Kosakowski był powszechnie wielbiony, 
tak dla cnotliwosci, jak również dla zalet towarzyskich. 

Rektor Uniwersytetu, biskup Hieronim Strojnowski 
człowiek głębokiej wiedzy, ujmującego obejścia, władający 
znakomicie kilkunastu językami, oraz profesorowie Uniwer- 
sytetu, szczególnie Sniadeccy, wnosili na zebrania towa- 
rzyskie żywioł poważniejszy, chociaż nie uchylali sig od 
zabaw. Lecz duszą towarzystwa w prędkim czasie stal się 
prof. Józef Frank, który, przybywając do Wilna, miał lat 35. 
Wszechstronnie wykształcony, zawsze czynny, towarzyski, 
wesoły, dowcipny i pełen pomysłów, w prędkim czasie po 
przybyciu do Wilna umiał pozyskać sobie wszystkich i bez 
niego nie obeszła się żadna zabawa. Urządzał kuligi, przed- 
stawienia amatorskie, w jednym z nich nawet sam chciał 
grać" jakąś" rolę komiczną. Powstrzymał go jednak uczeń 
i przyjaciel Niszkowski, — przekładając, iż byłoby źle 
widzianem, gdyby profesor występował, jako aktor. Frank 
wprowadził w Wilnie zwyczaj wydawania uczt stylowych 
i pierwszy urządził u siebie kolaoyę rzymską. Pokój jadalny, 
umeblowanie, ubiory gości i sług oraz potrawy, wszystko to 
w stylu rzymskim. Nowość* ta spodobała się i wywołała cały 
szereg uczt greckich, tureckich, chińskich i t. d. Nie zbywa- 
ło Frankowi i na intrygach miłosnych i nawet raz omal nie 
doszło do pojedynku z p. Andrzej kowiozem. Piękna pani 
Krystyna Frankowa, która swym śpiewem wprawiła w za- 
chwyt cesarza i cesarzową 1 ) i otrzymała od tej ostatniej bo- 



■) Ody pani Frankowa śpiewała w Petersburgu, w kdlku rodzlmiem 
eesarsklni, po Jakiejś aryf, odśpiewanej po polsku, wszczęła się pomiędzy 
Alesandrem II panią Frankowa, dysputa o tern, kWry 2 Języków, rosyjski. 
czy też polski, nadaje się lepiej do śpiewu. Cesarz bronił języka rosyjskiego, 
zaś pani Frankowa twierdziła, że po włoskim, język polski Jest najmilszy 
w śpfewle. Cesarz zakończył dysputę komplementem: „Vi ustach pani 
każdy Język jest śliczny." 



gaty brylantowy naszyjnik, brała udział we wszystkich zaba- 
wach i uprzyjemniała takowe swym śpiewem. Chętnie też 
występowała na koncertach. Otoczona zwykle bywała 
rojem młodzieży, lecz największym jej wielbicielem był 
później Wacław Pelikan. Przyjaźń ta dala powód do na- 
stępnego paszkwilu. Frank kazał zrobić portret litografo- 
wany swej pięknej żony i odbitki tegoż rozdał przyjaciołom. 
Niedługo potem zjawiły się w Wilnie zupełnie podobne lito- 
grafie z tą. jednak odmianą, ze pani Frankowa trzymała na 
ręku ptaka pelikana. 

Generał-gubernator, baron Benigseu, który, wkrótce po 
przybyciu na Litwę, zakochał się i ożenił z urodziwą panna 
Andrzejkowiczówną (córką obywatela gub. grodzieńskiej;, 
również prowadził dom otwarty w zimie w mieście, zaś latem 
w swej willi w Zakręcie. Na przyjęciach u generał-gubema- 
torstwa towarzystwo bywało mieszane; tu się spotykali: 
szlachta, woj skowi, urzędnicy, duchowieństwo katolickie, 
prawosławne i protestanckie, profesorowie i t. d. Gospodarze 
jednak, a szczególnie sama pani Benigsenowa, umieli łączyć 
towarzystwo z zadziwiającym taktem. 

Na czele poczt litewskich stał Ławiński, dygnitarz, oświa- 
towiec, gruntownie wykształcony, lecz nieszczęśliwy w po- 
życiu z żoną, która go zamęczała zazdrością. Jako pomocni- 
ka miał pana Horn, człowieka bardzo inteligentnego i ener- 
gicznego lecz niezamożnego. Ten, poznawszy prześliczną 
i uroczą pasierbicę prof. Brioleta, oświadczył się o jej rękę, 
gdyż panna była mu wzajemna. Otrzymał jednak rekuzę, 
ponieważ profesor marzył o lepszej partyi dla swej urodziwej 
i posażnej pasierbicy. Wówczas Horn, mając do rozporzą- 
dzenia pocztę i protekcyę generał-gubernatora, wykradł pan- 
nę i, pomimo pogoni, zdążył wziąó ślub. 

Młoda i piękna pani Hornowa chętnie została przyjęta 
przez towarzystwo wileńskie. 

Ponieważ wspomnieliśmy o urzędnikach, stojących na 
czele poczty, nie zawadzi parę słów powiedzieć* o tej instytu- 
cyi, która się mieściła w olbrzymim pałacu Radziwiłlowskim, 
zwanym kardynalią. Publiczność wileńska niechętnie jednak 



przesyłała korespondencyę przez pocztę, gdyż wszystkie 
listy były otwierane i czytane. Obowiązkiem urzędników 
było dostarczanie listów miłosnych pani naczelnikowej, która 
znajdowała przyjemność' w podobnej lekturze. Frank po- 
wiada, że leczył trzech urzędników pocztowych, którzy się 
zatruli ołowiem, robiąc odciski z pieczątek na listach. Ludzie 
zamożniejsi prowadzili korespondencyę przez posłańców 
umyślnych. Obywatel Karp, będąc chory, wezwał z Wene- 
cyi sławnego chirurga Pąjolę listem, wysłanym przez własne- 
go posłańca. Inni korzystali z okazyi, lub przesyłali listy' 
przez t. zw. pooztę pantoflową, t. j. przez żydów. 

Z osobistości, znanych w Wilnie, wymienimy jeszcze 
prezydenta Lachniokiego. W rozmowie nie używał innego 
języka, jak tylko polskiego lub łaciny. Był to człowiek pra- 
wy, powszechnie szanowany. Zonę miał piękną, lecz bez 
wykształcenia. 

Naj więcej eleganckim był j ednak dom marszałka szlach- 
ty, hr. Brzostowskiego, ożenionego z hrabianką Chreptowi- 
czówną. Na balach u Brzostowskioh zbierało się wyborowe 
towarzystwo: arystokracya, uczeni, literaci, profesorowie uni- 
wersytetu i t. d. 

Do naj urodziwszy eh pań zaliczano w owym czasie: pa- 
nią Benigaenową, Chiseulową, Frankową, żonę wice-guberna- 
torą, Bagniewską (z domu Mitejko), żonę sekretarza guberna- 
tora, Bobiatyńską, panią Hornową, oraz pannę Zofję Tyzen- 
hausównę. Panna Tyzenhausówna poślubiła hr. Choiseul 
i wydała pamiętniki o cesarzu Alezandrze I. Frank często 
się powołuje na te pamiętniki, zaś o pannie Tyzenhausównie 
odzywa się zawsze z uwielbieniem, jako o osobie zacnej, 
cnotliwej i rozumnej. Napoleon I, w czasie bytności w Wilnie 
poznał ją; został nią zachwycony i był względem niej uprze- 
dzająco grzeczny, wówczas, gdy względem innyoh dam za- 
chowywał się brutalnie. 1 ) 



') Frank opisuje bal u hr. Paca, na którym to balu Napoleon za- 
chowywał się w bardzo nieprzyzwoity sposób. Zadawał pannom pytania, 
od których te omal nie mdlały, odrzucił nogą na drugi koniec salonu po- 
duszkę, położoną mu .pod nogi 1 t. d. 

19 



Panie te współzawodniczyły ze sobą, wdziękami, co je- 1 
dnak nie przeszkadzało im być dobrerai żonami i matkami, I 
a nawet spełniać obowiązki miłosierdzia. W czasie wielkiego 
tygodnia, kwestowały w kościołach i po domach. 

Klasa średnia za nielicznemi wyjątkami nie brała lidiii- 
łu w tych zabawach, gdyż ani ozas, ani kieszeń nie pozwaleh 
na to. Mając dzień cały zajęty pracą, wieczory spędzam 
w kółku rodzinnem, lub w gronie bliskich znajomych i przy- 
jaciół. I tu by wały wieczorki i zabawy, nie tak zbytkowne 
i huczne, jak wyiej opisano, leoz nie mniej wesołe, gdyż oły- 
wiała je młodzież uniwersytecka. Młodzież, przy klawikor- 
dzie lub skrzypcach, na których wygrywał zydek, tańczyła 
do białego dnia, grała w gry towarzyskie! deklamacya, śpiew 
chóralny urozmaicały zabawę. Starzy zaś przy szklance pi- 
wa lub miodu grali w karty, w szachy, albo bawili się polity- 
ką, dzielili Europę, i opowiadali sobie nowiny polityczne 
i ploteczki miejskie. 

Frank co niedziela zbierał u siebie wieczorami na poga- 
wędkę młodzież; tu swobodnie rozprawiano, czytano, bawio- 
no się i tańczono. Na wieczorach tych bywali i profesoro- 
wie, to też wywiązywał się stosunek serdeczny pomięty 
nimi i studentami, którzy nieraz prowadzili zażarte dysput? 
ze swymi nauczycielami, kończąc takowe przy winie l utl 
piwie. 

Wilnianie lubili przechadzki za miasto i w ciche, cieple 
wiosenne i letnie wieczory, ożywiały się raalownioze okolice 
starego grodu Gedyminowego. Całe rodziny, studenci, rze- 
mieślnicy, biegli tu, aby użyć świeżego powietrza i nacieszyć 
się naturą. Urządzano częste majówki, na .których szczera 
wesołość wybuchała głośnym śmiechem, śpiewem lub tańca- 
mi na murawie. Ci, co wracali przez Ostrobraraę, tu odma- 
wiali swe wieczorne modlitwy, to też do późnej nocy moiot 
było widzieć przed kaplicą na chodnikach stojące i pokornie 
klęczące osoby, które zawsze miały o coś prosić' Boską Opfe' 
kunkę Wilna, lub za co Jej dziękować. 

Wilno posiadało nie mato kawiarni, w których wieci«r»- 
mi gromadzili się mężczyźni na pogawędkę i dla praeczytan' 8 



— "291 — 

gazety. Tu młodzie! uniwersytecka, paląc fajki na długich 
cybuchach i ze szklanką, w ręku, prowadziła gorące dysputy, 
rozprawiała o wykładach profesorów, albo o uowej przeczyta- 
nej książce, oraz śpiewała „Gaudeamus." 

Teatr, który z początku pociągał liczną publiczność, 
dzięki wybornej grze aktorów, przestał być uczęszczany, po- 
nieważ w zimie, w sali było straszliwie zimno i termometr 
wskazywał 12° do 16° R. poniżej zera, zaś przez sufit można 
było widzieć gwiazdy. Pani Morawska, która stała na czele 
teatru, nie miała środków, aby takowy odnowić, choć posia- 
dała trupg, złożoną z doskonałych artystów. Wskutek pro- 
pozyoyi Franka, teatr z. rozporządzenia generał-gubernatora 
przeniesiono do ratusza, gdzie i obecnie Big znajduje. Z ak- 
torów cieszyli się, największą sympatją publiczności: Bogu- 
sławski, Dmuszewski, Kudlioz, Werowski i Ledochowska. 
Grywano przeważnie sztuki tłumaczone, dramaty, trągedje; 
próbowano również dawać opery. Teatr miał własną, wcale 
niezłą orkiestrę. 

Frank, sam bardzo muzykalny, starał się rozbudzić 
w Wilnianach zamiłowanie do muzyki. i w tym celu urządzał 
konoerty, z których dochód przeznaczał na cele dobroczyn- 
ne. Pierwszy taki koncert miał miejsce w r, 1806, w kasynie, 
na rzecz szpitala sióstr miłosierdzia. Wzięli w tym koncercie 
udział: Pani Benigsenowa (fortepian), panna Laskowiflzówna, 
oórka prezydenta (harfa), w kwartecie grali hr. Kazimierz 
Grabowski (wiolonczela), pułkownik Merlini i p. Sierakowski 
(skrzypce), zaś pani Frankowa śpiewała po włosku i po polsku. 
Tylko z orkiestrą teatralną miał Frank nie mało kłopotu nim 
doprowadził ją do porządku. Kapelmistrz długo nie mógł 
zrozumieć znaczenia wyrazu „piano", mniemając uparcie, ze 
takowy wyraz oznacza tempo powolne. Zebrana publiczność 
była bardzo zadowolona, i chociaż sala mogła pomieścrć za- 
ledwie 400 osób, dochodu z koncertu wpłynęło 708 dukaty. 
Pani Lachnicka i panna Chrapowioka sprzedawały przy 
wejściu programy i przyjmowały ofiary, które hojnie się sy- 
pały do rączek pięknych pań. Hrabia Platon Zubów wysy- 
pał na stół garść dukatów. 



Powodzenie, jakiego doznał pierwszy koncert, zachęciło 
Franka do urządzenia innych. D. 23 marca 1806 r. odbył się 
w teatrze koncert pani Frankowej na rzecz instytutu domo- 
wej pomocy lekarskiej dla ubogich i dał dochodu 1,200 rubli 
srebr. Ktoś napisał z tego powodu na części pani Frankowej 
woale udatne wiersze, któro zatytułował: „Wiersze na po- 
chwalę W. Imci Pani Frankowej, z okolicznośoi danego kon- 
oertu na wsparcie cierpianej Iudzkośoi w Wilnie, d. 3 maroa 
1806 roku." 

Piękna, mająca śliczny głos i doskonałą szkołę, pani 
Frankowa w prędkim czasie stała się, jako artystka, ulubieni- 
oą Wilnian, to też dość" było jej udziału w koncercie aby za- 
pewnić temuż powodzenie. Bilety rozkupywano w mgnie- 
niu oka i przepłacano. Szczególnie podziwiano w śpie- 
waczce ze, będąc cudzoziemką, tak poprawnie śpiewała po 
polsku. 

D. 1 marca 1807 r„ w casino miał miejsce drugi koncert 
na rzecz tegoż instytutu. Pani Frankowa śpiewała kilka 
aryj włoskich i polonez, którego słowa i muzykę ułożył dla 
niej ks. Michał Ogiński. Polonez ten wywołał całą burzę 
oklasków i przez długi czas zebrana w sali publiczność nie 
mogła się uspokoić i szumnie swój zachwyt wyrażała. Duet 
odśpiewała z panią Frankową hrabina Choiseul de Goutier; 
hr. Stanisław Tyszkiewicz zaohwycał słuchaczy czystym 
i dźwięcznym tenorem, hr. Antoni Plater odegrał konoert na 
klarnecie, zaś p. Krukof kilka ładnych utworów na fortepia- 
nie. Za bilet płacono dukata holenderskiego, lecz od wielu 
osób otrzymano hojne naddatki. Tak hr. Choiseulowa i hr. 
Ogiński złożyli po 60 dukatów. Koncert ten dał dochodu 
1,812 rubli— netto. 

Następny koncert (w r. 1807), w którym wzięli udział 
niektóre, zaproszone przez Franka, artystki teatru, dał czyste- 
go dochodu 1,938 rubli. Sumę tę użyto na wspomożenie S-go 
wydziału dobroczynności. Inny koncert (d. 15 stycznia 1808r.), 
na rzecz Towarzystwa dobroczynności, na którego czele, po 
śmierci Kosakowskiego, stanął towarzysz broni Kościuszki, 
Tomasz Wawrzecki, dał 900 rubli. W krótkim czasie Frank 



urządził przedstawienie amatorskie, na którem odegrano Łra- 
gedjg Phedra. Z przedstawienia tego wpłynęło 1,800 rubli. 

Ody Frank przekonał się, iż Wilnianie chętnie słuchają 
i umieją ocenić dobrą muzykę, postanowił urządzić' koncert 
'wspaniały, mianowicie dać* możność publiczności usłyszenia 
.Stworzenie świata" Haydna, który w tern arcydziele jedną 
aryę napisał specyalnie dla pani Frankowej. Nie będziemy 
tu opisywali, jakie trudności musiał pokonać Frank z dobra- 
niem chórów, wyuczeniem orkiestry i t. d. Ksawery Cho- 
miński, znany z doskonałych przekładów poetów francuskich, 
oraz prof. Chodani przełożyli słowa „Stworzenia świata" na 
język polski. Głównych partyi podjęli się: pani Frankowa 
i aktorowie: Palczewski i Wolski, chór utworzono ze śpiewa- 
ków kościelnych, teatralnych i amatorów, orkiestrę teatralną 
wyuczył sam Frank, zaś bawiący czasowo w Wilnie znany 
pianista i kompozytor Steibelt, na kilku próbach dał potrze- 
bne wskazówki. Wielką salę w ratuszu przystrojono i ude- 
korowano w ten sposób, iż czyniła wrażenie świątyni. Aby 
publiczność mogła lepiej zrozumieć to arcydzieło Haydna, 
w programie wydrukowano objaśnienia tekstu. Chociaż 
opłatę za wejście naznaczono wysoką, znalazło się tyle pra- 
gnących być na koncercie, że nie wystarczyło miejsc i kon- 
cert nazajutrz powtórzono. Zachwyt publiczności granic nie 
miał, to też przez długi czas o niczem innem w Wilnie nie 
mówiono, jak o tym wspaniałym konoercie. Czysty dochód, 
w ilości 1,000 dukatów, przeznaczono na wsparcie 3-go wy- 
działu dobroczynności. 

Tak mniej więcej żyło Wilno w pierwszym lat dziesiąt- 
ku bieżącego stulecia; w r. 1811 zabawy ustały, wobec zbli- 
żającej się burzy politycznej; zaś rok 12-ty, wejście do Wilna 
Napoleona, zmiana stosunków, nakoniec straszliwy odwrót 
wielkiej armii francuskiej, na długi czas zostawiły nieza- 
tarte ślady na mieście, mieszkańcach tegoż i życiu towa- 
rzyskiem. 



KRÓTKA WIADOMOŚĆ 

o rękopisach) 

BIBIiIOTE^I SZCZOKSOWSKIEJ. 



Litawor zalecał w Grażynie Rymwidowi: 
,,A skoro słońoe z Szciorsowskiej granicy pierwsayra pro- 
mieniem grób Mendoga draśnie, wszyscy staniecie na Lid*- 
kiej ulicy. Czekać mię rzeźwo, zbrojno i zapadnie." (126 — 12?' 
Granica Szczorsowska, od której pierwszego blasku 
słońca mieli czekać* Nowogrodzianie, leżała na wschótl słońca 
od Nowogródka, a Szczorse odległe o S l f t mili od Nowogród- 
ka. Tam dla Mickiewicza pono pierwsze jaśniejsze pronriBJ> !e 
oświetliły zamierzchłe dzieje dawnej Litwy. Tam miał Mic- 
kiewicz w bogatej na owe czasy- książnicy, w spokoju <"* 
gwaru miastowego rozjaśnić dla siebie odlegle czasy i stwo- 
rzyć poemat, który zostanie na zawsze jedną, z wickszycfi 
pereł w polskiej literaturze. Pod koniec roku 1821, A. Mic- 
kiewicz otrzymał zwolnienie od obowiązków nauczycielski"' 1 
i czas od d. 1 listopada 1821 r. do d. 7 stycznia 1822 Bpędri 
w Szczorsach, prastarej siedzibie Litaworów Chreptowiczo - *; 
w Szczorsach powstała Grażyna, a bohater tego poematu 
litewskiego na pamiątkę, pobytu tam autora otrzymał miano 

20 



Litawora. Pod owe czasy, była to jedna z rzadkich miejsco- 
wości na Litwie, gdzie światły dziedzic, dbały o oświatę ludu, 
otworzy! stara, bibliotekę dla ogółu, powiększał ją cennemi 
dziełami. 



Biblioteka szczorsowska powstała ze zbiorów ostatniego 
kanclerza w. ks. litewskiego, hrabiego Joachima Litawora 
Chreptowicza, zmarłego w r. 1812. 

Joachim Chreptowicz, nie szczędząc nakładów, zbierał 
ze znakomitą znajomością rzeczy najcenniejsze dzieła polskie 
i zagraniczne. 

Zbiory polskie powstały przeważnie wskutek kasaty 
klasztorów w Oalicyi przez Józefa II. Cesarz ten, jak wiado- 
mo, skasował przeważną część" klasztorów w Galicyi, 150 
z 214 istniejących. Biblioteki tych klasztorów poszły w roz- 
sypkę, a Joachim Chreptowicz przygarnął do swego zbioru 
wszystko, co było cenniejszego. Nadpisy na dziełach dotąd 
świadozą, z jakiego klasztoru one pochodzą. W czasie zmien- 
nych losów biblioteki Załuskich w Warszawie, znaczna ilość 
bardzo cennych dzieł zniknęła z tego księgozbioru. Wiele 
książek, i to bardzo rzadkich, znalazło schronisko w biblio- 
tece Chreptowiczowskiej. I teraz możemy oglądać w szczor- 
sowskich zbiorach wiele dzieł z tak charakteryBtycznemi zna- 
kami Załuskiego, a nawet z jego notami. Naprzykład na 
krakowskiem wydaniu z r. 1578 „Epistolae illustrium rirorum" 
Stanisława Karnkowskiego— dopisek ręką Załuskiego— ,,Rari- 
tatla infinitae in hoc editione" i przytera trzy gwiazdki. Na 
dziele Fausta Socyna „De origine paedobaptistarum errorum,' 1 
wydanem w Lublinie w r. 1575, nie znanem Estrejcherowi, 
a znalezionem przez p. T. Wierzbowskiego w Toruniu, Załuski 
położyć pięć gwiazdek, co miało oznaczać niezwykłą rzadkość 
egzemplarza. Na wydaniu z r. 1594 w Krakowie Statutów 
Sarnickiego Załuski położył sześć gwiazdek i dopisał: non 
nisi 3 es. in vita mea ridi. 



Polskie dzieła otrzymywał kanclerz w darze i od osób 
prywatnych. Czacki darował kilka bardzo cennych dzieł, 
w tej liczbie wydanie z w.XVI;mianowicie „Optykę" Yitelliona, 
wydaną w roku 1572 w Bazylei, z nadpisaroi: „Ex libriB fra- 
trum B. M. V. de Paradiso Sacr. Ordinis Cisterciensis." „Tę 
rzadką edycyę Vitelona Polaka, którego Baile nie widział, 
a Załuski między nadzwyczajne liczył rzadkości, Tad. Czacki 
J. W.Joachimowi ChreptowiczowiK.L.ofiaruje." Od Czackie- 
go również pochodzi wydana w r. 1585 w Poznaniu przez Sta- 
nisława Reszke „Przestroga Pasterska." Ma ona napisy: 
„Comparauit Mon. Lauden, T. Bernhardus Jerzycki*' i „J. W. 
K. L. Chrepto wieżowi ofiaruje T. Czacki." 

Dział obcy, dawny, powstał przeważnie przez nabycie 
zbiorów po znakomitym znawcy książek kardynale Jos. Ren. 
Imperiali, zmarłym w r. 1737. Kardynał, umierając, przeka- 
zał swą bibliotekę na użytek publiczny i zapisał pewną kwo- 
tę na jej utrzymanie. W jaki sposób znaczna część jego 
zbiorów dostała się do Szczors, na teraz nie umiemy powie- 
dzieć. Ze zbiorów kardynała pochodzą i niektóre Polonica: 
Widawskiego „Generalis controversia de Indulgentiis." Druk 
krakowski, Łazarza, w r. 1593. Rozprawa oprawiona razem 
z wydaniem dzieł Tomasza Mora w Lowanium r. 1566. Z te- 
goż zbioru: „Viridarium poetarum." In laudes Stephani Re- 
gis Poloniae. Venetiis 1583. 

Oprócz kollekcyonowania starych druków, kanclerz na- 
bywał cenniejsze wydawnictwa autorów współczesnych lub 
przedruki starych. W ten sposób powstał zbiór autorów 
francuskich i polskich XVIII w. i wydania starożytnych kla- 
syków. 

Po śmierci kanclerza, syn jego, Adam, prowadził dalej 
rozpoczętą przez ojca pracę organizowania biblioteki, naby- 
wał stare, rzadkie druki i bieżące polskie wydawnictwa. Od 
śmierci Adama (f 1846 r.), biblioteka nie powiększała się, 
a Szczorse przeszły do synowca hr. Adama, hr. Michała Chrep- 
towicza, który umarł bezdzietnie, pozostawiwszy dobra swym 
siostrzeńcom pp. Buteniew. Szczorse dostały się starszemu 



— -297 — 

bratu, p. Michałowi, z tytułem hrabiego Chreptowicza. Hr. M. 
Chreptowicz-Buteniew zawierał w r. 1882 układ ze Stolica, 
Apostolską i zmarł w r. 1897 na posadzie ambasadora rosyj- 
skiego w Monachium. Obecnie całe dobra Chreptowiczow- 
skie przeszły do rąk młodszego brata, p. Konstantego Bu- 
teniewa. 

Ojcieoobecnego właściciela Szczors, p. Apolinary Bu- 
teniew, był ambasadorem rosyjskim przy Stolicy Apostol- 
skiej w pierwszych latach Papiestwa Piusa IX, z matką zaś 
jego, hrabianką Chreptowiczówną, łączyły Mickiewicza ser- 
deczniejsze stosunki, o czera dowiadujemy się z jednego listu 
p. Celiny do p. Malewskiej z d. 2 kwietnia 1839 r.i „P. Bu- 
teniew, — pisze p. Celina, — była u mnie. Widziała tylko Ada- 
ma, gdyż ja byłam w Maison de Sante. Od tygodnia już wyje- 
chała, czego bardzo żałuję" (WŁ Mickiewicz. „Żywot Adama 
Mickiewicza." Poznań, 1892. T. II, str. 421). Bracia Butenie- 
wowie wysoko cenili wartość* zbioru Szczorsowskiego i w la- 
tach ostatnich postanowili bibliotekę przyprowadzić* do po- 
rządku, skatalogować i oddać do użytku uczonych. Śmierć 
nagła hr. Michała Chreptowicza-Buteniewa przerwała roz- 
poczętą pracę. 

O zbiorach Szczorsowskich mamy w literaturze niejedno- 
krotne wzmianki, w których wartość tych zbiorów znacznie 
jest przeceniana. 1 ) 

Rzeczywiście zbiór ten ma pokaźną wartość, obfity jest 
w ranne stare druki, ale dla polskiej bibliografii jest tylko je- 
dnym numerem więcej, nieznanych zaś wydań posiada bar- 
dzo mało. 

Przytaczamy tu tytuły kilku polonic'ów, których nie 
mogliśmy znaleźć u p, Wierzbowskiego. 2 ) 

1. Divi Gregorii Nazanzeni episcopi theolog. graeca 



') Radziszewski. „Wiadomość o bibliotekach", Kraków 1875, sir. 84; 
Jelaki Aleks. „Gazeta Warszawska", 1880, nr. 208, 209 1 215. 
*> Bibliografia polonica. 



(juaedam et sancta Carmina. Cum Latina Joannis Langi 
Silesii interpretatione. Et eiusdem Ioan. Langi poemata 
aliąuot Christiana. Quorum omniwm- catalogum, epistolam 
dedioatoriam sequens pagella continet. Vas electionis et 
puteus profundus, os dico Christi, Gregorium. Basilius Ma- 
gnus-Ba3ilae, per Ioannem Oporinum. 8-0 str. 240. Na koń- 
cu: Basilee, Anno Salutis MDLXT Mouse Januario. Dedy- 
kacja — loaanes Langus Ioanoi Oporino. Suidnicure 1660. 
Ze zbiorów I. A. Załuskiego. 

2. Antoni Schneebergeri Tigurini, raedici physici, 
d multiplici salis usu libellus, scriptus ad generosum ac 
magnifioum dominum Hieronymom Bozinski. salinarum regni 
Poloniae summum praefectum. Cracowae Lazarus Andreae 
imprimcbat, anno 1562. Mensę Maio. 8-0 str. ni. 88. Sign. 
Aij— Ey+1-nsyn. 

3. Stephani primi serenissimi Poloniae regis, et magni 
Lituanorum Ducis etc. adversus Johannem Basilidem, Ma- 
gnum Moscoviae Ducem, espeditio, -carmine elegiaco des- 
cripta, A. M. Samuele Wolfio Silesio. Anno MDLXXX1L Str. 
ni. 58; aign. Aj — G s -f-2nsyn. Na końcu Dantisei Typis Jacobi 
Rhodi, Anno salutis nostrae MDLXXXI1I 4-o. 

4, De Suecino libri duo, authore Severino Ooebełto, me- 
dice doctore. Horum prior liber continet piani commonofa- 
tionem, de passione, resurrectione, ac benerlciis Christi, quae 
in historia Succini depinguntur. Posterior veram de Grigine 
Succini ąddit sententiam. Accessere et alia quaedam de am- 
'bra, etc. Begiomonti Borussiae, typis Georgii Osterbergeri. 

Anno 158S- 4-o str. ni 3-)-2t; sign. A^ — C 3 . Ded. Johanni 
Kiszka Capitaneo Samogitiae et pocillatori M. D. L. 1582. 

B. Breve chronicon Arctoae partis Germaniae et vici- 
narum geńtium. Ab ańno . MDLXXXl usque. ad 1687. 
Excusum. MDLXXXVI1, s. 1. 4-o str. 182. Sign. Aij— Z 3 . 
Estrejcher wskazuje na egzemplarz biblioteki Karńickiej, 
p. Wierzbowski nie zna. 

Przeważnie sprawy Stefana Batorego str. 3.. Anno M. D. 
LXXXI Ineunte Rigam Livoniae metropolia, Stephanus Polo- 



niae Rex, in potestatem, fidem et ditiońem suam recepit. Nu 
końcu — flnis Anno 1686 

6. Sortus Doct. Laurentii Scholzii raedici et philosophi: 
quem Ule collit Vratislaviae, situm intra ipsa ciyitatis moenia, 
celebratue carmine, M. Andreae Calagii Vratislaviae In 
officina typographica Georgii Baumanni, I Anno Christi 
MDXCII, 4-o str. ni. 20 sign. A,— C. 

7. [Postylla KalkstemaJ defekt bez tytułu. Na Jto&cu: 
W Toruniu drukowano u Andrzeja Koteniusa, roku od Naro- 
dzenia Syna Bożego 1584 5-0 Lign. A — Lll 4 -+-2nsyn. kart. 
CLVin, CXV, 2nl. Z rycinami. 

Podług Estreichera ma byd w Korniku 3 części: I, k. 1 
Sign. A. Na pierwszą Niedzielę Adwentu, Ewangelia u Ma- 
theusza Św. w 21 Kapitule. Oz. II; ks. I. Sign. Aa, na Niedzielę 
Trójcy iw. Ewangelia u św. Jana w 3 kapit. Cz. HI; k. 1, 
Sign. Aaa. Na dzień św. Andrzeja Ewangelia u Św. Math. 
we 4. Kapit.— k. LXV u Ercota 1 k. ni. Herb Torunia i data 
druku. 

Druki polskie XVI wieku wogółe są w bardzo niewielkiej 
ilości, nie więcej nad 100 tytułów, za to wiek XVII i XVIII 
jest bardzo pokaźnie przedstawionym i zasługuje na szersze 
sprawozdanie. Posiadamy dokładny spis całego tego działu 
i kiedyś postaramy się podzielić" nim z tymi, których to może 
obchodzie. Obecnie podajemy spis rękopisów podług po- 
rządku, w jakim są one dzisiaj ułożone w bibliotece. 

Archiwum Szczorsowskie ma wyłącznie familijne zna- 
czenie. Posiada dokumenta z w. XVI, lecz ściśle majątkowej 
treści; Bogatą jest korespondenoya kanclerza z końca ubie- 
głego stulecia, a pomiędzy listami jest bardzo wiele listów 
Stanisławą- Augusta. Cała korespondeneya jest porządnie 
rozsegregowana przez Jana Czeczotta podług osób, od któ- 
rych listy pochodzą. Ciekawe są listy biskupa Kossakowskie- 
go, skierowane przeważnie przeciwko biskupowi Massalskie- 
mu. Dział ten zasługiwałby na szczegółowe studya, a zba- 
danie tych listów dorzuciłoby niemało światła na zorga- 
nizowanie się stosunków końca XVIII w. Kanclerz nie był 



obecnym w kraju w ostatnich latach, a korespondenci szczegó- 
łowo go informują o wypadkach, poprzedzających rok 1795. 

1. Miscełanea z w. XVII rękopis Rojechiego. Hic liber 
dono mihi datus Marciana Chreptowicz ab illustrissima domi- 
na Anna de Chreptowicz Kriszpinowa Castellana Samogitiae 
ex bibliotheca Michaelis Comitis in Rajec Rajecki Capitanei 
Borklonensis primithori specificatae dominae mariti. Różne 
akta publiczne połowy XVII wieku. Uniwersały na sejmiki, 
instrukcye posła na sejmy powiatu Wiłkomirskiego. Compen- 
dium zasług wojska litewskiego na komisyi wileńskiej obra- 
chowane w r. 1657; rachunki skarbu litewskiego z połowy 
XVII w. Considerationes ze strony complementu z posłem 
Sotoryńskim. Piast Candidat. I jakie cnoty do uznania je- 
go. Diskurs o esorbitanoiach. Listy oryginalne z podpisami 
królów Michała i Jana Kazimierza. 

2. Compendium rerum variarum ex historicis polonis 
collectum. Rk. XVIII w. Materyały do wieku XVII kończą 
się śmiercią Jana III. 

3. Summaryusz dyplomatów w Metryce koronnej, odno- 
szących się do Litwy, sporządzony przez Metryzanta W.X.L. 
Grzegorza Kaczanowskiego. Rk. XVIII w. Spis dokumen- 
tów, zawartych w księgach Metryki litewskiej od nru 3 do 10. 

4. Tryumph Nieba i Ziemi. Panegyryk Teodorze An. 
Niegłuchowskiej ksieni konwentu Nieświeżskiego Z. S. Q. 
Benedykta z r. 1757. 

5. Listy, mowy, wota, instrukcye i t. p. z w. XVII. List 
albo votum Arcybiskupa gnieźnieńskiego na sejmik. Instruk- 
cya Branickiemu na sejmik prosieński d. 11 kwietnia 1618 r.; 
Juroment i oblig komisarzów moskiewskich, przy królu będą- 
cych 4 Junii 1626. Votum podkanclerzego 1613 r. Przemo- 
wa Wawrz. Gembickiego,, arcybiskupa gnieźnieńskiego, do 
Władysława na wyjazd do Moskwy 1617 r. Instrukcya na 
sejmik powiatowy w Warszawie 6 kw. 1637. 

6. Materyały z czasów Jana Kazimierza i Jana III. 
Objaśnienie urzędów, władz; podział i skład ziem, województw 
i t. d.; spisy urzędników, senatorów; formularze listów, przy- 



wilejów. Lustratio anni 1660 starostwa warszawskiego; Re- 
gistruni priviIegiorum civitati Varsoviensi servientium. 

7. Miscelanea XVII w. i początku XVIII w. Dziękowa- 
nie weselne za upominki Ł M. C. Pana Jana Chaleckiego ró- 
żnym osobom. Decyzya wojsk, przesłana w Wołpie 19 listo- 
pada 1682. Instrukcje na sejmy, mowy sejmowe. Rady 
Kallimacha. 

8. Tejże treści, co i poprzedzający z w. XVIII. Instruk- 
cye posłom, mowy wota sejmowe. Kopia rokoszu GHniań- 
sfliego 1379. O zabiciu Zygmunta W. X. Lit. przez kniazia 
Czartoryskiego. O zabiciu Władysława pod Warną. Wyra- 
źna informacya prowinoyi inflanckiej z okazyi Imprezy króla 
Augusta. Ratificatio traktatu króla szwedzkiego z carem 
Piotrem r. 1721. Dyaryusz oblężenia wiedeńskiego 1683 r., 
z niemieckiego na polski przedrukowany w Warszawie, nakła- 
dem Karola Scheybera w r. 1683. Prawda bez respektu do 
trzech stanów rzeczypospolitej. SummaryuszhibernW. X.Lit. 
w r. 1717. Dyaryusz maryażu królewny z elektorem bawar- 
skim i królewicza starszego z siostrą elektora bawarskiego 
roku 1647 w Dreźnie. Nagrobek pieska niezwyczajnej szczu- 
płości imieniam Cerbera, zdechłego w Szczorsach, roku 1749 
Aprila 6-go. SunamaryuBz dziejów polskich od r. 1648 — 1734. 
Opisanie powinności i reguły małżeństwu należącej przez 
Andrzeja Chreptowioza. 

9. Rk. XVII wieku. Formularz listów, odezw, przywi- 
lejów i t. p. połowy XVII w. Rewizya skarbu koronnego 
w Krakowie 2 styoznia 1662 po sprowadzeniu skarbu z Lu- 
bo wni. 

10. Rękopis Rojeckiego, notaty, odnoszące się do ma- 
jętności Chołopinieckiej, pomiędzy 1620 — 1622 latami. 

11. Tegoż rękopis. Księga gospodarcza, zaczęta w ro- 
ku 1665. 

12. Rękopis Rojeckiego połowy w.XVII,zawierający — 
wypisy — mów, przywilejów, wierszy; notatki gospodarskie, 
daty familrjne (np. roku 1655 m-oa maja ze dwudziestego na 
dzień dwudziesty pierwszy urodziło się w Wilnie na dworze 
Chreptowioza na Łukiszkach córka pierworodna, Katarzyna. 



13. Silva rerum XVII i początku XVIII wieku. Wier- 
sze, przepisy kuchenne, gospodarskie; różne sekreta ex AI- 
berto, listy różne. Senatus consultum an. 1695. 

14. Promptuarium Szczerbicza. Bk. roku 1596. 

15. Drugi Statut Litewski po polsku i po laoinie Bk. 
XVI w. 

16. Miscelanea końca XVII i początku XVIII wieku 
k. 143. Projekt o zasiadaniu królewicza Jakóba r. 1988. Mo- 
wa Odrowąża Pieniążka in Senatus consilio w Grodnie 18 
marca 1688. Mowa króla przeciw tej mowie 22 faarca 1688. 
Odpowiedź szlachecka królowi. Mowa Lubomirskiego na 
sejmie zerwanym 1681 r. Mowa Działyńskiego 12 stycznia 
1690 roku. 

Rationes ex typo estractae non pro eligendo Galliae 
principe in Regnum Poloniae. Oratio legati Christ. Regis 
1396. Rozmowa o królowej z królewiczem Jakóbem 1696. 
List pewnego posła do sąsiada, w którym opisuje niedoszły 
sejm 1695. Odpowiedz aa ten list. Skrypt do księcia kardy- 
nała od stolnika podolskiego, marszałka zerwanej konwo- 
caticy 1696. Mowy An. Załuskiego, biskupa płookiego w Sam- 
borze, podczas traktatów ze skonfederowanem wojskiem w r. 
1697. Manifest Sapiehów w grodzie poznańskim 1703. 

17. Kopiariusz listów i mów z r. 1703. 

18. Regestr słuchania abiurat według uchwały sejmu 
roku 1690 przez urzgdników grodzkich województwa Nowo- 
grodzkiego. 

19. Silva rerum z w. XVIII. Ex libris Joannie Wojna 
Pocillatoris Nowogrodensis. 

Różne łacińskie sentencye w porządku alfabetycznym 
materyi: amor, adulatio, ambitio etc. Votum Zbigniewa z Ra- 
ciborza Morsztyna, miecznika Mozyrskiego: de primo genere 
vitae. (Trzykroć szczęśliwy ten, kto od młodości— I wiek 
znikomy i czasy spłynności — Choć w rannym ale dojrzałym 
rozumie — Uważyć umie). Gadki Andrzeja Morsztyna, stolni- 
ka sandomierskiego. Opisanie ludzkiego utrapienia 1741 r. 
Notata varia ordine alphabetico disposita 1747. Mowa na po- 
grzebie ojca — przez Henryka Wojnę Jasienieckiego P. N. 



18 października 1714. Mowa moja na relacyjnym sejmiku. 
Mowa de Roesa, dziękując za pannę 6 lipca 1710 

20. Rk. XVIII w. 4-o, str. 221. Opisanie Polski z histo- 
ry i literackiej (Załuskiego). Projekt od Imci ks. Józefa Za- 
łuskiego, biskupa kijowskiego do rozdawania premiów troja- 
kich corocznie w bibliotece publicznej. 

21. Traotatus de variis materiis Reipublicae status con- 
cernentis. Loci comniunes, causae selectiores juris cum fara- 
ginę eiusdem et aliarum rerum diversarum. 

(Amicus fidelis authoris, Author ad eundem fidura ami- 
cum; Author lectori. Cop. 1. Utrum fieri per virtutem an 
naaci nobilem sit praestantius; Gap. 2. Utrum eleatus nobilis 
gentili nobili in omnibus est aequiparatus... De moneta). 

22. Speculum Sazonem Rk. XVI w. 

23. Geografiozno-Btatystyczne opisanie parafiów kró- 
lestwa polskiego w r. 1791 przez K. Perthesa, geografa I.K.M. 
Stanisława Augusta. Z mapami, 4-0 T. T. 12.. 

£4. Auguria poetico-oratoria vatibuB Academicispropo- 
aita. 

26. Flores virentes variarum orationum. 

26. Tomasza A Eempis. O Naśladowaniu, przez Jana 
Hieronima Vanlarskiego, sędziego ziemskiego orszańskiego 
na Moskwie w niewoli wierszem przetłomaczona w r. 1723. 

27. Iter Italicum, Sueticum. Complectens inventa in 
variis bibliothecis. Manu Albertrandi F-o str. 141. 

28. Stante Regimine Jana Trzeciego publicznych i pry- 
watnych interesów różne tranzakcye od r.1683 — 1693,F-o281. 

29. Lustracya kościoła i kollegium mińskiego z r. 1773 
i r. 17T4. 

30. Tłomaczenie Telemaka wierszem przez Annę 
Chreptowiczówng XVIII w. 

81. Dykcyonarz arabBko-francuaki. 

32. Rk., złożony z oryginalnych listów prywatnych 
i królewskich, inatrukcyi i relaoyi poselskich i t. p., od roku. 
1660—1676. Ze zbiorów Rojeckiego. 



— 304 — 

33. Kopiaryusz różnych aktów publicznych (mów, in- 
strukoyi) i prywatnych odr- 1674 — 1717. 

34. Rękopis oryginalny z połowy XVII wieku. Raptu- 
larze i kopie mów, dzienników, pochodów i sejmów, mstruk- 
cye poselskie, dokumenta oryginalne z podpisem Jana Kazi- 
mierza. Od r. 1640—1670. 

35. Quadro politico morale delia corte de Roma e de- 
scrizione delio stato Pontificio F-o 83. Rk. XVIII w. 

36- Mowy publiczne i prywatne, na różnych miejscach 
miane, Jana Chreptowicza, kasztelana nowogrodzkiego od 
r. 1730—1758. 

37. Escerpta z gazet zagranicznych z r. 1790 

38. Liber privillegiorum et contractuum omnium Colle- 
gii Yilnensis Soo. Jesu Ms. sc. XVII F-o, p. 375. 

39. Rękopis KI. Branickiego. Sekstern, w którym Im- 
miscelarea pisać się zaczynają d. 13 czerwca 1763 roku. 
Głos za projektem dla zmniejszenia władzy kanclerskiej 
i hetmańskiej d. 8 lipca 1764 r.,na sejmie konwokacyi w War- 
szawie. Kopia manifestu dysydentów w Toruniu d. 20 marca 
1767. List p. de Panin do Repnina d. 3 lutego 1767. List 
Repnina do Hylzena. Instrukeya powiatu kowieńskiego po- 
słom na konfederacya, d. 13 czerwca 1767. Demokryt i Ho- 
raklit — wiersz polityczny. 

Acccssya do konfederacyi Branickiego, klana krakow- 
skiego, hetmana w. kor. 21 lipca 1767. 

40. Rękopis Branickiego T. II. In nomine Domini za- 
czynam różne wypisywać - ciekawości d. 4 lipca 1767 roku. 
w Białymstoku: Siedem psalmów, których wolność polska 
ozyni lamentacye pokutne nad upadkiem swoim. Kopia listu 
jednego z dyzunitów z Litwy do Goltza, marszałka konfedera- 
cyi toruńskiej, 26 lipca 1767. Rozmowa kawalera Saskiego 
z senatorem polskim. 

Adytament wyroków nad biskupami, ozięble broniącymi 
wiary, podczas sejmu 1767 r. Mowa biskupa krakowskiego 
na sesyi 13 października 1767 r. — Vaticinium królestwa pol- 
skiego 1767 r. Manifest biskupa krakowskiego 13 sierpnia 
1787 r. Manifest Karola Chreptowicza przeciwko wywiezie- 



— 305 — 

niu biskupa. Duma nad wzięciem Soltyka. Propozycye, na 
radę senatu 24 marca 1768 r. złożone, z woli króla radzie 
podane. Perekióczyk, komedya w trzech aktach, scena ga- 
binetowa w Warszawie. 

41. Trzeci tom rękopisu Branickiego od r. 1769. Akty 
konfederacyi krakowskiej i sandomierskiej r. 1769. Konfede- 
rat życzliwy Monarsze — wiersze. Rozmowa prymasa Po- 
doskiego z ks. Przedwojewskim, kapucynem. Manifest Kra- 
jewskiego przeciw Repninowi 10 czerwca 1769 r. Akt konfe- 
deracyi barskiej. List, pisany z Wilna 1769 r. Memoryał 
prymasa, podany Paninowi przez Krasińskiego, dysydenta. 
Projekt deklaracyi, która ma wyjść imieniem królewskiem 

1 lipca 1769. Deklaraoya ks. Wolkońskiego w obronie Gra- 
bowskich. Wiersze na panów Grabowskich. Unia korony 
z Litwą 7 listopada 1769. 

42. Czwarty tom rękopisu Braniokiego. Dokumenta do 
konfederacyi r. 1770. Sen o pewnym balu — wiersz. Geogra- 
fia Kupidyna — wiersz. Objaśnienie, J.k.mci w teraźniejszych 
okolicznościach wojennych z gruntu odkryte roku 1770 — 
wiersz. Myśli, czyli reflekcye nad okolicznościami wziętych 
w Sieloach przez konfederacyę pp. Grabowskich, w sianie 
ukrytych. Manifest konfederatów, przeciwko wszystkim 
czynnościom warszawskim o fatis Augusta III in Decembri 

1769 uczyniony. Na przypadek pewnego strzelającego z lu- 
ku, który pannę postrzelił— wiersz. Na tegoż reflekcye do- 
brego patryoty. Portret polityczny prymasa Podoskiego 

1770 r. Rada przeciwko radzie patryoty czn ej. Ogłoszona 
śmierć" hetmana J. KI. Branickiego 16 października 1771. 
Duma dam warszawskich nad Repninem. Przemowa na po- 
żegnanie ciała Branickiego w Bielsku. 

43. Traite* politique et Gćographique de Royaume de 
Pologne... compose* en 1751. F-o. p. 347. 

44. Expose*, touchaut 1' invalidite et les consequences 
de la prćtention de la nation Polonaise, en vertu de la quelle 
elle veut jouir du meme droit que les Bourgeois de Dansic ont 
a l 1 e*gard du librę passage par le port de la dite ville. F-o 
pp.16. Ms. XVIII sc. 



— 306 — 

45. Dyaryusz spraw publicznych za rok 1676. D. 22 
września ruszyliśmy z wojskami z pod Zydoczowa. D 23 
równo ze dniem stanęliśmy pod Żorawnem. 

48, Sprawy publiczne i prywatne. Przeważnie dysy- 
denckie i familijne SieniutóW; kopie listów sejmowych 
i różnych publicznych aktów odr. 1626 — 1644. Silva Rerum. 
De acuto et arguto liber. F-o, str. 546. 

47. Akta konfederacyi Targowickiej od maja 179-2 do 
maja 1793. 

48. Voyage en Italie de Cajetan Węgierski. Lettres 
a 13 Novembre 1779. 2 vol. P-o. 

49. Voyage dans l'Amerique Septentrionale de Comte 
C** V** Polonais (Węgierski?) Journal 8 Ootobre — 20 Nov. 
17St. F-o. 

50. Esoepta ex Diario Manuscripto Principis Radzi- 
villi ab ao, 1632 — 1655, quo ipse mortuus est. Servatur iii 
Bibliotheca Zalusciana Varsaviae. F-o. 1689 — Rk. w. XVIII. 

51. a) Dyaryusz Samuela Maskiewicza od r. 1594. 
przedrukował Zakrzewski. Wilno 1838. i) Dyaryusz Bogu- 
sława Maskiewioza od r. 1643; c) Gęsta za czasów abdyka- 
cyi Jana Kazimierza; d) Dyaryusz elekcyi Jana Kazimierza, 
zaczęty 2 Maja 1669; e) Indox dziejów, w manuskrypcie Mac- 
kiewicza znajdujących się, ab an. 1672 — 1676; f) Konfedera- 
cya stanów pod Gołębiem i Lublinem, przez Stan. Wiernka 
podana; g) Dyaryusz electionis króla Jana III; g) Dyaryusz 
koronacyi Jana III. 

52 — 53. Wypisy z Artura Junga i innych autorów 
w kwestyach gospodarskich. Rk. XIX w. 

54. Documenta relativa ad ordinem Malteusem. Rk. 
XIX w. 

55. Opisanie Dekanatów Litewskich, sporządzone przez 
właściwych plebanów w r. 1784 od F. XIII— XXIV. Dekana- 
ty.- Połocki, Bobrujski, Lidzki, Nowogródzki, Slomiński, Ró- 
żański, Wołkowyski, Grodzieński, Knyszyński, Augustowski, 
Olwicki, Siumeński. 

56. Rk. XVII w. Hic liber dono datus raihi Marciano 



— 307 — 

Cbreptowicz ab D. Anna de Chreptowioz Kryszpinowa ao 
1730, jak w numerze 1. 

Rokosz r. 1606. Związek konfederaoyi stołecznej: My, 
ryoerstwo pułków Imci p. Zborowskiego... zaciągnąwszy na 
służbę króla Imci nic przedniej szego ku chwale Bożej nie bra- 
liśmy przedsie, jedno sławę Jkmci... Credens, p. Szczuce 
2 p. Wychrowskim z Rogaczewa do króla posłany d. 29 Btyczn. 
1612 na stolioy moskiewskiej. Cała sprawa poselstwa i kon- 
federacyi k. k. 32. Ostatni akt — Respons J. C. M. komisa- 
rzom do króla w Sokalu d. 22 czerwca. Joseph Cieśleński 
imieniem wojska stołecznego. 

Gratis albo diskurs pierwszy ziemianina z plebanem. 
Przywilej abo diskurs ziemianina z plebanem w Lublinie 
r. p. 1628. Testament Andreae Lipski epi Vladiglaviensis ot 
Pomeraniae 1630. Prophetia Sanctae Hildegardis. Petita 
od wojska, w Prusiech będącego. Testament Stanislai Orze- 
chovii Rutheni. Lament o nieszczęsnej porażce na Cycorze. 
Ordo pompae funebris Sigismundi III. Witanie króla Włady- 
sława na sejmie coronationis 1633. Conditiones Radziwiłła het. 
W. X. L. wojsku moskiewskiemu r. 1634 d. 24 Febr. w oblę. 
żeniu Smoleńskiem: Porządek, według którego wojsko mos- 
kiewskie z korony wychodziło r. 1634. Acta sub interregno 
r. 1648. Niektóre ezorbitacye obywatelów p-tu Wiłkomirskie-, 
go na sejm 1661 r. 

57. Biblia łaeińska z w. XV. Rękopis pergaminowy. 

58. Pamiętnik rodu Litaworów Chreptowiczów przez 
Joachima Chreptowicza do r. 1796. 

59. Recueil de diverses Pieces, sc. XVIII: 1-e partie 
contes; 2-e partie, Chansons faites par feu Molicre, lettres 
melanges. 

60. Protestatio Trium ordinum de restituendis bqnis 
coronae. Holmiae. 3 oct. 1650. 4-o. 

61. Kopiariusz XVIII w., zawierający odpisy aktów 
[iiiblicznych, począwszy od XVI w. 

63. Wybór ■ osobliwszych i rzadkich manuskryptów, 
w czasie sejmowych obrad przez Krasickiego, Niemoewicza, 



— 308 — 

Felińskiego, Zabłockiego, Karpińskiego i innych dobrze my- 
ślących polaków pisanych, rk. końca XVIII w. 4-o, str. 144. 

63. Rękopis arabski. 

64. Glos wolny, wydany w r. 1733. (Leszczyński). 

65. Recueil de quelques granda bomraes de Pologne pu- 
blie par Chretien Gottlieb Friese. 

66. Historia brevia comitiorum ełectionis regni Polo- 
nia© a Sigismundi Augusti morte ad Joannis Tertii Sobieski 
tempora. Collecta a D-o De la Bizardiere Gallice, latine per 
Homualdum Lioki P. O. traducta 1766. 

67. Księga gospodarcza rozchodów i przychodów za 
rok 1674—77 z folwarków Czodosy, Wysoki Dwór, Ponedel. 

68. Świątynia Sybilli (Woronicza). 4-o, str. 139, rk. 
w. XVIII. 

69. Ingressus in Rhetoricam Ms. sc. XVIII. 

70. Tractatus de arte poetica Ms. sc. XVIII. 

71. Re"flexions sur la vie de Jean Zamoyski. 1785. 4-o, 
str. 319. 

72. o) Abregć genealogique de trois illustres races des 
Rois de France par M. Freon. 1777) 6) diviskms geographiques 
du Royaume de France par M. Freon. 1777. 

73. Philosophia naturalis— de Physico auditu proposita 
sn. dni 1719. Prolegomena physica. An. Dni 1720 opus finitum 
est. Cursus physicus consumatus est sub Joannę Poszakow- 
ski, ordinario professore. 

74. Sententiae variae collectae. Ma. sc XVIII. 

75. Elementa scientiarum, sive praecepta dialeetica, 
Rk. w. XVIII, pisany jedną ręką, co i rk. 73. 

76. Józef do Egiptu od braci przedany, trzynastu pieśni 
ośmiorakiego rytmu ogłoszony 1745. 4-o. 

77. Aula Reginae animorum. Distribuita ao. D. 1740 
in annum 1741. 

78. a) Stemmata praeoipua Polonae et Lithuanae no- 
bilitatis, fragmentis historiis, symbotis exornata; b) supellez 
sententiarum ex variis authoribus collecta. Rk. Will w. 4. 

79. Peregrinatio Joannis Heidenstein Sollescii Belgiam, 



Galliara, Italiam, Germaniara in anno 1631 inoepta, in anno 
autem 1634 peracta. 4-o. 

Anno proinde 1631 una septiraana post Paacha festura 
elapsa, cursu, comite ao socio generoso Dno Georgio Ulinsky, 
me itineri commisi... (Lonanii) meo tempore (1682J hi poloni 
erant. Perilluatrea DD. Alesander et Georgius Lubomiracy, 
cornites in Visnioz, Palatinides Russiae, Perillustris Petrus 
Potocki, Palatinides Braeslariensis, cum gubernatore suo 
Simone Starowolsky, viro soriptis claro, mihiąue amicissimo; 
Perillustris Dnus Nioolaus Tarło, Palatinides Lublinensis, qui 
occisus a proprio famulo Galio, nootu in platea, maerorem 
nobia omnibus ingentera incussit... (1634) 21 Julii Tenimus 
ad locum sanctum Czgstochoviam nominatum... 27 Torunium 
pro prandio perrenimus. 29 In Prusi quicuimus. Pamento- 
nium felicea perrenimus, domum ac bona patria incolumia 
aspesi... propter desiderium videndi generosam dominam 
matretn Farcczkorium perveni feria quinta. 

80. Pan Podczaszy w zamysłach. Uwagi pana Podcza- 
szego nad historyą rzymską, rk. XVIII w. 

81. Palladium Sarmatico Pnlemoniae Troiae proposi- 
tum ao. 1716. 

82. Practiąue curieuse ou les oracles des Sybilles 
A Rotterdam 1735. 

83. Prawo Natury r. 1795. Ded. Jan Trojan Czajków.- 
ski. 8-o, atr. 506. 

84. Sententiae variae. Notae privatae, annorum 
1742—1754. 

85. Nouveau Dćlasaa Littóraire, Anecdotique, Histori- 
que, TragiComiąue, Critiąue et Satirique, Amusant et Rćcróa- 
tif Ms. sc. XVIII, pp, 493+33; 4-o 

86. Tłomaczenie uwag nad formą rządów, mianowicie 
nad formą najstoaowniejszą dla Francyi. Przez p. Mounier, 
członka deputacyi francuskiej, 1789. 

87. Kronika zboru ewangelickiego krakowskiego, przez 
X. Woyciecha Węgierskiego, r. 1651, 4-o, str. 200. 

88. Bulla Unionis Graecorum cum latinis, ao. Dni 1439. 
HocBullarum exemplar confectum est ex antiquo ma- 



— 310 — 

nuscripto ab D. Adamo Comite Chreptowicz, summo litte- 
rarum cultore Bibliothecae Seminarii Dioc. Viln. ao. 1827 
Febr. 28 die bemquissime donato et obluto. Testor Antonius 
Żyszkowski Bibliothecarius. 

89. Nouvelle manierę de fabriquer le fer. Ms. sc. XIX. 

90. Zbiór historyi polskiej, czyli znakomitsze wypadki 
za panowania Augusta II, Augusta III i Stanisława Augusta, 
ułożony r. 1808 w Warszawie, 4-o, str. 99. Zawiera£opi3 
panowania Augusta II. Przedmowa podpisana W. W. 

91. Opisanie Panowania Augusta III. Rk. XIX w., 4-o, 
str. 197, d. c. nr. £0. 

92. Radziwiłł Ulric. Historya powszechna. T. I, od 
stworzenia świata aż do śmierci Augusta cesarza. +-o, str. 
3648. Ten tom zacząłem pisać R. P. 1748, dokończyłem R. P. 
1756 d. 2 Grudnia. Str. 113 drukowane, reszta Rk. Opra- 
wione w 5 cz. 

93. Różne wiersze: 1) Ewa Chreptowiczówna do ojca; 
2) Spadek Renu; 3) Piosnka Mazura; 4) Do ojca nieszczę- 
śliwych, J. O. X. Repnina; 6) Piosnka, śpiewana w Woklu- 
zie białostockim, przy ołtarzu Dobroci Elżbiety; 6) Bekiesza— 
bujna. Rk. XVIII w. 

94. Rzetelne opisanie parady J. O. X. Adama Czarto- 
ryskiego, odbytej w Wiedniu, w r. 1786 pierwszego stycznia. 
Napisał w r. 1823 Jerzy Soroka. 

95. Commerce dans les divers places de 1'Europe. Sou- 
venir. Ms. sc. XVIII 8-0 pp. 46+16. 

96. Litterarura pretia Musis loąuentibus. D-o D-o Chrep- 
towicz Proto — Canc. Lit. obseąuens servulus Della Torre. 
XVIII Ms. sc. XVIII. 

97. Duma o St. Potockim i o innych polakach, w bitwie 
pod Wiedniem w roku 1683 poległych, przez Al. Orchowskie- 
go. Rk. XVIII w. 8-o, str. 20. 

98. Calendrier pour 1' an Il-e de la Rópublique Fran- 
caise, 8-o. 

99. Benedykta XIII kazanie, miane dnia 8 listopada 
1782 r., 4-o, str. 16. 



Zl 



— 811 — 

100. Kopia listów Anonima do Zamoyskiego o popra- 
wie statutu. 4-0. Bk. XVIII w. 

101. Mowa na obchodzie pamiątki zwycięstwa pod 
Wiedniem, miana w Lublinie, przez X. Jezierskiego. Rk. 
XVIII w. 4o str. 28. 

102. Toż — do młodzieży w Coli. Warsz. Sch. Piarum 
d. 13 Paźdz. 1788. 4-o, str. 28. 

103. Mowa o konstytucyi rządu, miana na publicznem 
zgromadzeniu w Szkole Głównej litewskiej, d, J7 stycznia 
1792 r. przez X. K. Bogusławskiego. 4-o, str. 20. 

104. Mowa o obowiązkach obywatela względem usta- 
wy rządu, miana w szkole Głównej litewskiej, przez X. J. K. 
Bogusławskiego, d. 3 Maja 1792 r.; 4-o, str. 26. 

105. Rk. XVII w. Protheus Oratorius. 4-o str. 16. 

106. E!oquentia ligata aeu directiones poeticae av. 1718. 

107. Miscelanea w. XVIII. Punkta o sejm elekcyjny 
w. XVII. Zakłady angielskie z dziennika kursowego w. 
XVIII. Kopia listu X. Ossolińskiego z Luneville d. 28 Aug. 
1743 r. Manifest X. Janusza Ostrogskiego. 

108. Taryfa biercza rekrutowego z województwa Nowo- 
go w r. 1792. 

Regestr nieoddanych podatków w racie marcowej 
r. 1792 z województwa Nowogrodzkiego. 

110. Uwagi na projekt ustawy komisyi edukacyjnej. 
Rk. XVIII w. 

111. Papiery do sejmu 1793 r. 

112. Kazanie na dzień Zaduszny w Niehniewiczach 
1823 r. p. X. Butrymowicza. 

113. Próparation de Squelet Naturę). 4-o p. 6 Ms 
sc. XIX. 

114. Umowa pomiędzy biskupem nominatem Żytomier- 
skim, X. Winc. Łobańskim, a X. Tom. Skargulewskim, kan. 
Wil., PI. Wołkowyskim, d 20 lutego 1821 r. 

115. Regulamin Towarzystwa Przyjaciół Nauk. 

116. Treść nauk, z których uczące się panny w klasz- 
torze wileńskim Wizytek dały dowód rocznego postępu 
w r. 1824, d. 22 maja, 4-o, str. 12. 



— 312 — 

117. Regestr skasowych i zostawionych ki asztorów 
Rz. katolickich, roku 1832 wRosyi. F-o, str. 12. 

118. Kopia listów z Syberyi XX. Bernardynów z r. 1821. 
F-o, str. 8. 

119. Osnowa życia St. Szymońskiego, wyslużoneg 
w stanie nauczycielskim pogorzelca odr. 1752 — 1809. Z listem 
z którym obchodzi, żebrząc wspomożenia siebie. 

120. In advenlum Sr.R. Stanislai Augusti ad Vilnensem 
Academiam Gratulatio. 8-o, str. 12. 

121. Indice d'impressioni d'Antiche Gemmę di Sua AI- 
tezza II. Sgr. Principe Stanislao Poniatowsky (Zbiór odcisków 
znajduje się. obecnie w bibliotece Szczorsowskiej). 

122. Uprawa warzyw w ogrodzie i roli. Tłomaczenie 
artykułów z Garthen Magazin od r. 1804—1829. F-o, str. 1059 

123. Zbiór zaleceń rządu tymczasowego księstwa litew- 
skiego, przez cesarza Napoleona ustanowionego, i władz fran- 
cuskich od d. 1 lipca 1812 r. do wyjścia Francuzów z Litwy. 
Akta oryginalne. F-o, Tt. 1, 3, 4, 5, i 9. 

124. Kopiariusz z w. XVII, zawierający akta od. r. 1584 
do 1622. 4-o. 

Processus confederationis przez p. Orzelskiego, starostę 
Radziejowskiego, podany d. 10 marca 1595 r. Propositia sej- 
mu w r. 1613. List cesarza tureckiego do króla polskiego. 
Kondycye hetmana litewsk. Kar. Chodkiewicza. Klątwa oj- 
ca Mitropolita na zmyślonego władykę cerkwi nalewajkow 
skiej. 

Ijosif Bożju miłostju Archiepiskop i Mitropolit kijew 
skij, halickij i wsieje Rusi. Oznajmujem sim klatwiennym 
wyrokom naszym, iż Maxim Harasimowicz, kotoryj sie zo- 
wiet' Melentiem Smotryckim, prepomniewszy bojazni bożeje, 
wstydu ludzkoho, srogosti praw duchownych i swietskich, 
ważył sie powstat' na majestat J.K.M. Pana naszeho, na do- 
stojeństwo nasze Archiepiskopskoje, najwyszszoje w nabożeń- 
stwie ruskom, a w państwach J. K. M. uprywilejowane, mie- 
nieczysie byti archiepiskopom bez priznania J. K. M., u koto- 
rohorukochjest, i bez błahosłowienia naszoho arohiepiszkop- 
skoho na onnuja stolicu archiepiszkopskuju nastupit' usi- 



— 313 — 

łował, kotoroje jepiszkop żywyj i zdorow jest, ot J. K. M. 
podanyj i uprywilejowany i ot nas porodne wodłuh prawił 
świętych i bohonosnych otieo postonowlenyj i na stolicy pa- 
styrskoj posażanyj, iż posł posłańcy swoi i uniwersały po 
rożnych mistcach państw tych rozoslawszy, lud pospolity po- 
buntował do rebelii priwodił i tut w miestie wUenskom wsi 
dila episzkopskye otprawował, w ubierach, tołko mitropolitom 
samym i to nie kożdomu z nich nalezaczych, służbu swiatitiel- 
skuju otprawował, w popy, w diakony, i w inszy pryczet cer- 
kowny stanowił. Oszto wsie pozwan pered nas ot w Bozie 
wielebnoho otoa Ijosifa Kuncewicza, władyki połockoho, ot 
czestnoho otca Leona Krywszy, Archijepiszkopa wilenskoho, 
ani na pierszyj, ani na wtoryj, ani na tretij nie stanowi! sie 
i sprawy o sobie nie dał. My, wedłuh prawił swiatych boho- 
nosnych otiec, jeho, Milentija Smotryckoho, jako sie sam zo- 
wiet, zjepiszkopstwa, z archimandrytstwa i z wsiakoho czy- 
nu swieszczennoho, jeśli swieszczenny jest, składąjem, a iż 
nieważnie i nie prawiłom oświeszczenny jest ot toho, kotoryj 
żadnoje własti w krajach naszych nie mojet' uznawajem, iż 
ot wsiakoje własti cerkownoje otsużajem; i iż za tyje wsi 
bezzakonnyje dieła swoi nie tołko z złożenia stanu ducho- 
wnoho i otosłania do wladu swietskoho, ale i klątwy zasłużył, 
o sym wsim obwiestili jesmo jemu czerez list nasz otwore do 
worot monastyra cerkwi swetoho ducha, jako jeje nazywojut', 
prybityj i na miestcach publicznych ohłoszonyj, jeśliby sie 
upamietati chotieł. A iż sie upomietali do tych czasów w toj 
predsiewziatoj hordosti swojej upornie Łrywąjet', my Archie- 
piszkop moceju wsiesilnoho Boha, włas^u archierejskoju, ot 
siedoliszcza apostolskoho nam danoju i w państwach J. K. M. 
uprywilejewanuju, Masima Harasimowicza, ajako sie zowiet 
Melentija Smotryckoho, i pomocznikow jeho duchownych 
i swieokich, kotoryje jemu w tom biezzakonnom diele radoju, 
pracoju, nakładom, abo jakimkolwiek sposobom pomahali, 
klątwie predali, ot społecznosti cerkownoje i społecznosti 
wsich chrestian otluczajem i mieczom duchownym włastju 
nawyższoje otłuozajem: da buduf proklatyje, a nie budet' 



— 314 — 

im czast' z chrestyany, ale z predatelem chrystowym Ijudoju 
i z otcera horiiosti diawotom. Amen. 

A szto my wiażem na zemli, Boh io zwiazet' na niebie. 
Szto żeby pryszlo do wiedomosti wsich, zezwawszy naród 
prez bolszyj zwon do cerkwi ewiatoje żiwohaczalnoje Trójcy, 
pered zaczatjem torżestwiennoje służby sami w ubierie na- 
szom archieriejskomz klirosom naszini sposobom zwyczajnym 
cerkwi wostocznoje, onoho bezzakonnika wyklali jesmo. A tot 
list klatwienny po miestoach holowniej szych, dla balszuje 
wiery pieczotju swojeju duchownoju zapieczatawazy i rukoju 
włostnoju podpisawszy, pribiti nakazali jesmo. Dieło sia tu 
u Wiłni roku ot narozenia syna Bożeho 1626, mca marca 
21 dnia. 

Votum hetmana kor. Zamoyskiego ostatniego sejmu 
przed śmiercią r. 1605. Condicye, stanowione pod Chocimem 
z Turki r. 1621. List z Konstantynopola od p. Szulisowskie- 
skiego d. 28 maja 1622 r. Possia Sułtana Osmana. Instruk- 
cya wojska skonfederowanego, dana ze Lwowa do J. K. M. 
d. 15 maja 1622 r. Przemowa p. Win. Krukienieckiego, żoł- 
nierza, od wojska do K. I. M. Punkta, podane od wojska (pod- 
pis): A. Krukieniecki, marszałek wojska W. K. M. Respons 
króla Posłom od wojska d. 18 maja 1622 r. Assekuracya kon- 
federatom od J. K. M. 1622 r. P. Krukienieckiego podzięko- 
wanie. Sesya deputatów koronnych i litewskich z posły 
chrześcijańskimi d. 4 przed przewodną. Artykuły conrocati 1 
lubelskiej 1584 r. Artykuły na sejm, który ma byó w polu, 
jako rokosz. Scripty, które się stały 1595 r. z Turkami. Com- 
pendium naprawy Rzptitej. 

Respons J. K. M. na te podane punkta. 

Stanisław Ptaseycki. 

Pttershirg, w maju 1898 r. 



£0KTÓ5-P©eT#. 



Z papierów, pozostałych po nieodżałowanej pamięci 
d-rze Titinsie, i z osobistych jego wspomnień, tudzież z dru- 
kowanych źródeł, przywodzimy szczegóły o mało znanym 
lekarzu-poecie, drze Stanisławie Rosotowskim, słynnym 
w Wilnie w epoce pobytu tamże Mickiewicza, niezmiernie 
zacnej duszy człowieku i uwielbianym lekarzu, który zszedł 
ze świata w tym samym, co Mickiewicz, 1855 roku. Urodził 
się d. 5-go lutego 1797 r. w Grodzieńskiem, w miasteczku 
Różanie. 

Pozostały pióra jego nader piękne przekłady. Jako 
o poecie oryginalnym, pisze o nim Syrokomla w nekrologu, 
zamieszczonym w „Dzienniku Wileńskim" z r. 1855, z d. 3-go 
września, a pisanym z wielką dla zmarłego miłością i za- 
pałem. 

...„Prześliczne są niektóre z jego własnych, drobnych 
utworów, które znamy w rękopiśmie, a które, jak się spodzie- 
wamy, zebrane w jedno, może się w druku ukażą, ale kipiące 
serce poety ledwie na piśmie odbiło słaby płomyk tego wul- 
kanu, który zeń wybuchał. Kto osobiście nie znał Rosołów- 
skiego, pomówi nas o przesadę w tem wyrażeniu, ale kto sły- 
szał jego mowę, pełną ognia i barwy, ten musiał westchnąó, 



że talent tak potężny rozprasza się i ulatnia, zamiast skupiać 
się, utrwalać i być ozdobą literatury. Nie dozwalały mu te- 
go ciernie życia i powołanie lekarza, które biegle i z cnotli- 
wą dostojnością umiał dopełniać. 

Lekarz-poeta! — powiecie mi z uśmiechem — tak jest: le- 
karz-poeta! — odpowiem, z chlubą wskazując na grób Ro- 
solowskiego. Cierpienie bliźnich, na które patrzy co chwi- 
la, jakżeby duszy szlachetnej nie miało wznieść do szczytu? 
zaradcze środki, które ma w ręku, czyniąc go narzędziem 
Bożego miłosierdzia, jakżeby nie miały go natchnąć rzewną 
wdzięcznością ku Bogu? bliższe zbadanie tajemnic przyrody 
jakżeby nie miało go zdumiewać* i unosić"? a to wszystko są 
warunki poezyi. Opłakany to aforyzm, że dobry lekarz nie 
może być poetą... Lekarz, narzędzie Boże, uśmierzca cierpień 
ludzkości, powinien być poetą, w ścisłem znaczeniu tego 
wielkiego słowa! Rosolowski w swym lekarskim zawodzie 
bywał często ofiarą niesprawiedliwego aforyzmu, o którym 
mówimy. Już młodzian stał się mężem, już zawarł ślubne 
związki, już wychował syna, (który także wykształcił się na 
lekarza, a rozwinął w sobie tak piękne przymioty, że ojciec 
z chlubą doń pisał: Kochać cię mało, szanować cię muszę), już 
piękna starość zawitała na jego czole i niejedna wyrwana 
z grobu ofiara oddawała głośne Świadectwo umiejętności le- 
karza, a jednak los nie przestawał zadawać mu ciosów. 
W wierszu do syna, w dzień nowego 1835 roku, jakże wymo- 
wnie użala się Rosołowski na swoje położenie: 



Wiesz, że los nasz od naszej nie zależy woli, 

Jak mię zabito serce, powinieneś wiedzieć 1 , 

I to, co mię najwięcej dotyka i boli, 

Będziesz to niewdzięcznemu światu mógł powiedzieć. 

Mów: to serce, mające nieszczęście za godło, 
Przeciwnością nękane zaraz od powicia, 
W najdotkliwszym sposobie wszędzie się zawiodło, 
Wszędzie znalazło gorycz i trucizny życia; 



— 317 — 

Że moc ducha olbrzymią w wątlera gnieżdżąc ciele, 
Opłacił on męczeńską palmą trochę chwał}'; 
Że znał więcej nad innych, czul zanadto wiele 
1 w marny proch rozsypał wszystkie Ideały; 

Że, gardząc płonnym blaskiem, próżnością i zlotem, 
Z pokorą znosił swego przeznaczenia wolę, 
I chleb swój pożywając, krwawym zlany potem, 
Uśmiech Jeszcze miał w ustach t pogodę w czole... 



I z uśmiechem na ustach i z pogodą na czole, przyjął 
ciosy, jakiemi go ręka Pańska dotknęła: umarł mu syn pię- 
knych nadziei, do którego władnie pisał te słowa. Biedny 
ojciec zasypał piaskiem tę głowę, której, umierając, miał bło- 
gosławić na drogę życia..." 

Mówi o nim Kirkor w 1848 r.: „Piękoe wspomnienie 
zostawił po sobie poświęceniem się, narażeniem i bezintere- 
sownością w strasznych klęskach, jakie zadała Wilnu cholera 
w latach 1830 i 1848." 

Ant. E. Odyniec w nieocenionych swych „Wspomnieniach 
z przeszłości, opowiadanych Deotymie", — pisze o Rosołow- 
skim, — iż poznał się z nim „szczególnym sposobem u Adama." 
Dodajmy nawiasowo, że było to w początkach r. 1823. 
„Adam, za bytności swej w Wilnie, był przez parę dni słaby 
i nie wstawał z łóżka. Raz, przychodzę do niego, słyszę 
czyjś głos, podniesiony z zapałem i, wszedłszy, widzę jakiegoś 
pana, który siedzi przy nim na łóżku i wylicza imiona poetów, 
którzy byli zarazem doktorami medycyny. Gdy skończył, 
ja robię zarzut, że nie wspomniał imienia Stanisława Roso- 
łowskiego. Tu ten pan zrywa się z łóżka i, rozstawiwszy rę- 
ce, z ujmującą serdecznością wykrzyka: A! mości dobro- 
dzieja, submittuję się sam in persona i wdzięczen jestem pa- 
nu, że o mojem imieniu pamiętasz." Znajomość więc zawią- 
zała się prędko, a w ślad za nią i żarliwa dysputa o romanty- 
czności, w której Adam nie brał udziału, a tylko śmiał się, pa- 
trząc na nasze zacietrzewienie się wzajemne. Zapał ten 
wszakże w dyspucie nietylko nie rozerwał, ale, owszem, 



— 318 — 

apoil, jak w ogniu, pierwsze ogniwo znajomości naszej, która 
w dalszym ciągu stosunku hartowała się coraz w podobnych 
dysputach, w których jeden drugiego ani pokonał nigdy, ani 
przekonał." 

Dalej druh Mickiewicza zaznacza, że razem z Adamem 
i Rosołowskim się spotykali: na tygodniowych wieczorkach 
u Lelewela.gdzleRosołowski zwyklez Onaoewiozem w przed- 
miotach filozoficznych dysputowal; u Borowskiego, na przy- 
jacielskich pogadankach przy herbacie... „Szydłowski i Ro- 
sołowski (pisze Odyniec), byli koryfeuszami poezyi w Wil- 
nie. Utwory ich co miesiąc, jeżeli nie co tydzień, ukazywały 
się jedne po drugich w „Dzienniku", „Tygodniku albo w „Wia- 
domościach brukowych", (dodajmy i w „Dziejach dobroczyn- 
ności"). Z profesyi medyk i doktór medycyny, w duszy on 
był rzeczywiście poetą. Myśliciel i entuzyasta, bujał ocho- 
"czo w sferach oderwanych filozoficznych wyobrażeń i fanta- 
zyi poetycznej, a co myślał i czul rzeczywiście, to zawsze 
szczerze i otwarcie, z całą mocą przekonania i aż ze zbytnim 
może nieraz zapałem wyrażał. Wyrachowana zimna obo- 
jętność i sarkastyczny dowcip, owe wybitne cechy Szydłow- 
skiego, (okolicznościowo wtrącimy, że, jak nam opowiadał 
dr- Titins, osobiście przyjazny Odyńcowi, ale ongi serdecznie 
z Szydłowskim zbliżony, ci bardzo się wzajemnie nie lubili, 
stąd autor „Wspomnień z przeszłości" nie jest tu całkiem 
bezstronnym), były dlań najzupełniej obcemi. Stąd te* 
zwykłych światowych towarzystw nie lubił, a rad szukał sto- 
sunków z kolegami i uniwersytecką młodzieżą, najczęściej 
aby staczać zażarte dysputy, w których mianowioie smako- 
wał. Psychiczna ideatność w medycynie, a żarliwa obrona 
klasycyzmu i piorunowania naromautyczność w poezyi,były 
zwykle przedmiotem tych dysput. Miał on przytem praw- 
dziwie rycerską szlachetność, to jest, czy zwyciężony, czy 
zwycięzca w szrankach, zawsze w końcu uprzejmie rękę 
adwersarzowi swojemu podawał i nigdy osobistości swojej 
z przedmiotem dysputy nie mieszał. W talent swój juściż 
wierzył, ale go i w drugich oceniał, Słowem, był to człowiek 



prawy i zacny, i można go było szanować i lubić, chociażby, 
w danym razie, będąc, z nim wre.cz przeciwnego zdania." 

Odyniec i Kondratowicz poświecili Rosoiowskiemu — 
bratu po lutni — swoje znane w druku — okolicznościowe 
wiersze. 

Kirkor pisze o płodach twórczości Rosołowskiego: „Całe 
życie niepomny na siebie i mniej dbały o sławę, cięgle wy- 
bierał się wydać osobny zbiór swoich poezyi. 

Wizerunki w r. 1834 ogłaszały juz prędkie ich wyjście 
w 2-cb tomach, lecz, odkładając z dnia na dzień, umarł, zosta- 
wując foliały rękopisów, z których większa część nigdzie 
jeszcze drukowana nie była." 

Tyle o rysach wizerunku duchowego poety-lekarza. 
Portret zaś jego z natury wykonał głośny profesor uniwersy- 
teckiej katedry malarstwa, Jan Rustem, a kopię olejną — 
uczeń jego Walinowioz. Dr. Titins, który z tkliwością wspo- 
minał Rosołowskiego i był właścicielem tej po Walinowiczu 
pamiątki, jakże miłośnie i długo wpatrywać się lubił w dro- 
gie rysy przyjaciela. Nie zapomnimy jednej takiej, dłuższej 
chwili... Była ona ostatnią, niedługo przed tak niedawno 
zeszłą śmiercią czcigodnego filantropa, wielkiego idealisty. 

Lucyan Uziębh. 



Wychodźcy nasi w Anglii. 



Ze wspomnień 

e%cfama Gźiełguda. 



Sprawozdanie o Polakach w Anglii, w chwili obecnej, 
musiałoby się ograniczyć na suchem spisaniu nieznanych 
nazwisk, bo ogromna ich większość składa się z ubogich ro- 
botników, których życie, pochłonięte walką o byt, nie przed- 
stawia nic zajmującego dla ogółu narodu. 

Nie wiem, czy istnieje inny ucywilizowany kąt ziemi, 
gdzieby wykształcone warstwy polskio były tak mało repre- 
zentowane, jak obecnie w Anglii. 

Nie tak się działo w pierwszych latach wielkiego wy- 
chodźtwa; było wtenczas wielu Polaków w Anglii, ludzi du- 
żego talentu. 

Chociaż urodzony w Królewcu, dzieckiem przyby- 
łem do Anglii, tu odbyłem nauki szkolne i uniwersy- 
teckie; piastując od lat wielu urząd w angielskiem mini- 
steryum, miałem sposobność poznać ich, spotykałem się 
często z nimi w domu moich rodziców. 



Matka moja, Kunegunda Szerniołkówna, ze żmudzkiej 
rodziny szlachcianka litewska, rzucona na obcą ziemię, nie- 
znana, uboga, pomimo niezliczonych trudności, za łaską Bożą 
pokonała je wszystkie i wychowała trzech synów, umiejąc 
sobie zjednać szacunek i uznanie wśród ludzi zimnych i obo- 
jętnych. 

Spróbuję skreślić" słów parę o tyoh czasach, powiedzieć 
coś o egzystencji tych jednostek, w owern mrowisku ludz- 
kiem, jakiem jest Londyn, gdzie wszystko dla nich tak 
odmienne: religia, mowa, charakter, zwyczaje i obyczaje. 

Po roku 1831 z jakie pięćset ludzi, oficerów i żołnierzy, 
wylądowało w Anglii. Przybyli oni po kilku na raz do sto- 
licy, a pozbawieni wszelkich funduszów, nieświadomi języka, 
przechodzili ciężkie koleje. 

Jednakże, dzięki odwadze, wytrwałości i wrodzonej 
rzutkości, pomimo współubiegania się, na które każdy obcy 
jest tu wystawiony, zdobyli sobie posady. 

Między żołnierzami była część rękodzielników i ci zna- 
leźli pracę, każdy w swoim zawodzie, jednakże została reszt- 
ka, która bądź z braku zdrowia, bądź dla niezdolności lub in- 
nych przyczyn, była bez chleba; tyra przyszły w pomoc wyż- 
sze klasy społeczeństwa angielskiego. 

Pod przewodnictwem poety, Tomasza Campbell, i pana 
Wentworth Beaumont, członka parlamentu, utworzyło się 
w Londynie Towarzystwo, nazwane „Literary Association of 
the Friend of Poland," czyli Towarzystwo literackie przyja- 
ciół Polski. 

Między znakomttemi osobistościami angielskiemi tego 
Towarzystwa stal na pierwszera miejscu niezmienny protek- 
tor Polaków, lord Dudley Stuart, dalej sławny kanclerz, lord 
Brougham; lord William Bentinck, dawny wice-król Indyi ; 
Henryk Reeve, tlomacz Mickiewicza, przyjaciel Zygmunta 
Krasińskiego, oraz redaktor „Edimburgn Review" lord Pan- 
mure; Charles Dickens, znany powieściopisarz, i wielu 
innych. 

Zapomoga, którą rozdawano biednym Polakom, docho- 
dziła rocznie do 1,500 f. szterl., a w późniejszych latach do 

21 



3,000 f. szterl. Część tej kwoty pochodziła ze sprzedaży bile- 
tów na polskie bale i koncerta, które w owych świetnych 
czasach cieszyły się protekcyą księcia Alberta, męża królo- 
wej; księżny Kent, matki królowej; jej stryja, księcia Sussei; 
sławnej filantropki i damy milionowej, baronowej Burdett 
Coutts, i całego eleganckiego towarzystwa sezonu londyń- 
skiego. 

Honorowymi sekretarzami Towarzystwa literackiego 
byli zawsze Anglicy. Pierwszym był Richard Graves Mac- 
donell, później mianowany gubernatorem brytańskiej kolonii 
Hong-Kong; po nim niezmordowany i zacny nasz przyjaciel, 
William Lloyd Birkbeck, profesor prawa międzynarodowego 
w Lincoln's Inn, syn sławnego filantropa tegoż nazwiska; 
od czasu jego śmierci nie mamy już sekretarzy honorowych 
Anglików. 

Czynnymi sekretarzami byli Polacy. Pierwszym byl 
Krystyn Lach Szyrma, profesor filozofii przy uniwersytecie 
warszawskim. Pochodził on z dawnej luterskięj rodziny 
w Królestwie Polakiem, kształcił się na uniwersytecie w Kró- 
lewcu, a potem w Wilnie; ożeniony z Polką, owdowiał 
w roku 1837-ym i następnie ożenił się z Angielka. 
Z pierwszej żony miał córkę, która wyszła za Terleckie- 
go; z drugiej syna, urodzonego już w Anglii, który jest 
obecnie pastorem protestanckim. Niewiele lat piastował urząd 
sekretarski Lach Szyrma, po nim nastąpił Szczepanowski, 
łagodnego charakteru, lecz wątłego zdrowia, który musiał 
się usunąć od urzędu, szczególnie, że przyszły ciężkie czasy 
na Towarzystwo i miejsce sekretarza nie było synekurą, bo 
jeśli rzetelność i pracowitość biednych Polaków zasługiwały 
na wszelkie pochwały, jak to twierdzą rok rocznie raporty 
Towaszystwa, to na nieszczęście duch demokratyczny, sze- 
rzący się już wtenczas w Anglii, zakaził i naszych rodaków. 
Sekretarzy czynnych oskarżano, że pozbawiają zasiłku tych 
biedaków, którzy wyznają opinie liberalne. 

Pogłoski te były fałszywe, bo wszakże duch przewodni- 
czący Towarzystwa, lord Dudley Stuart, był sam liberałem, 
ą byli inni członkowie dobrodzieje Towarzystwa, należący 



do partyi radykałów w parlamencie angielskim. Ale biedni 
nasi, nie rozumiejąc dobrze języka, nie mogli sprawdzić nie- 
prawdziwości tych pogłosek; były rozruchy, deraonstracye 
przeciw Towarzystwu, co się Anglikom nie podobało i bardzo 
ochłodziło syropatyę ich dla nas. Szczęściem, w roku 1842 
objął ś, p. Karol Szulczewski sekretarstwo Towarzystwa. 
Przyjaciel i prywatny sekretarz lorda Dudley Stuarta, znany 
i lubiony w wyższych kołach społeczeństwa angielskiego, 
człowiek godny i wielkiego poświęcenia, Karol Szulczewski 
był pod każdym względem stosownym do trudnych i uciążli- 
wych obowiązków sekretarza; to też pracował z niezmordo- 
wanem oddaniem, by ulżyć* nieszczęśliwym rodakom, już to 
odwiedzając ich po plugawych zaułkach wschodniej części 
Londynu, już to znosząc z prawdziwie chrześcijańską cierpli- 
wością napaści niezadowolonych — i ozęsto wspomagając ich 
biedę z własnych funduszów. 

Szanowany przez Anglików, do końca życia umiał zain- 
teresować ich dla naszych biedaków i zebrać trochę grosza 
na ich potrzeby. Od czasu jego śmierci Towarzystwo utrzy- 
muje się wyłącznie z zapisu ś. p. pani Gnorowskiej, z małej 
sumki miesięcznej, przysyłanej nam przez damy polskie 
z Paryża, i z rocznych datków paru rodzin polskich, mieszka- 
jących w Londynie. 

W roku 1886, z powodu opłakanego stanu Towarzystwa, 
komitet zdecydował, żeby wynaleźć kogoś młodego, z ener- 
gią, z rzutkością, kogoś, co, będąc płatnym, mógł by poświęcić 
cały swój czas dla dobra Towarzystwa, nie, jak dotychczas, 
oddawać tylko chwile wolne od innych prac. Pan Edmund 
Naganowski wydal nam się odpowiednim pod każdym wzglę- 
dem: wykształcony, władający dobrze językiem polskim, 
pdrazu dobrze usposabiał dla siebie przyjemną powierzchow- 
. nością i pewną znajomością wzięcia się do ludzi. Pró- 
bował on ' -powiększyć dochody Towarzystwa, przywró- 
cić* bale polskie, dawniej tak świetne, lecz, pomimo, że oka- 
zał dużo ruchliwości i zdatności, pomimo, że komitet pań 
popierał go całą mocą, nie udało się. Malownicze pióro p. Na- 
ganowskiego zdobyło mu w kraju opinię zdatnego dzień- 



— 324 — 

nikarza, ale nie zdołało podźwignąc* Towarzystwa. Pie- 
niądze z balów ledwie opłaciły pensyę sekretarza; Towarzy- 
stwo wpadło w długi i zostało ocalone od finansowej klęs- 
ki li tylko przez wspaniałomyślność baronowej Burdett I 
Coutts. Pan Naganowski złożył urząd, i obecnie bezpłat- 
nym sekretarzem Towarzystwa jest Bronisław Jazdowski, 
z matki Szkotki i Jana Jazdowskiego, potomka litewskiej ro- 
dziny, pierwotnie mieszkającej w Szawlaoh. 

W 1832 roku Jan Jazdowski przypłynął do Anglii z pif I 
ciu towarzyszami, po drodze został okradziony i, przybywszy 
do Londynu bez grosza, pierwszą noc spędził na stopniach 
kościoła św. Marcina na Trafalgar Square. Jeden z jego towa- 
rzyszy, Dębski, z rozpaczy zwaryował i przez kilka lat nastę- 
pnych byl utrzymywany przez pracujących kolegów; z cza- j 
sem Jan Jazdowski otrzymał posadę w mieście Aberdeen 
w Szkocyi, gdzie się ożenił, i zmarł w roku 1881. 

Syn jego, Bronisław, miał powołanie do służby wojsko- 
wej, lecz Ze ojciec nie miał środków na kupienie mu stopnia 
oficerskiego, odbył nauki na doktora medycyny i po skończe- 
niu uniwersytetu wstąpił do wojska angielskiego, jako lekarz 
wojskowy. Służył w wojsku przez 24 lat, głównie w Indyach, 
Egipcie i południowej Afryce, a chociaż Polak całem sercem, 
nie miał sposobności nauczyć* się ojczystego języka. Po 
skończonych latach służby, w r. 1886 przyjął honorowe sekre- 
tarstwo Towarzystwa, które, z powodu zupełnego zgaśnięcia 
sympatyi dla Polaków, straciło wszystkich swoich dobrodzie- 
jów angielskich. 

W tej chwili stan Towarzystwa jest nader niepomyślny, 
a jednakże potrzeby trwają, bo pomimo, że starzy wy- 
mierają, płynie z kraju ciągły prąd biednych, którym się 
przywidziało, że tu znajdą szczodrze opłaconą pracę; ci nie- 
szczęśliwi umierają z nędzy lub wpadają w ręce żydów pol- 
skich, którzy niemiłosiernie wyzyskują ich pracę i nieświa- 
domość. 

Prócz Towarzystwa literackiego, powstały między 
Polakami inne instytucye miłosierne; jedną z pierwszych 
było Towarzystwo ekonomiczne, założone przez księdza Brze- 



zińskiego; zaopatrywało ono starców i chorych w odzie- 
nie i wspomagało w razie utraty pracy. Towarzystwo dam 
polskich, w którem matka moja, Kunegunda Giełgudowa, 
i p. Falkenhagen Zaleska, z domu Korzeniowska, były preze- 
sowemi, a pani Lach Szyrmina sekretarką, miało na celu 
uczyć dzieci religii i polskiego języka. Nareszcie, na wzór 
Towarzystwa historycznego w Paryżu, o którem tak pięknie 
i szczegółowo napisał Lubomir Gadou 1 }, powstało w Lon- 
dynie w 1839 r. Towarzystwo historyczne, którego zadaniem 
było wypisywać - dokumenta, tyczące się Polski, w Britisch 
inuseum i Record Office i odsyłać te wypisy do Tow. hist. 
w Paryżu. 

Przebywały też w Londynie znakomite osobistości, 
■ których imiona były znane nietylko w emigracyi, ale i w hi- 
' storyi narodu, jak np. Stanisław Koźmian, nr, Waleryan 
Krasiński, marszałek Włodzimierz Gadou. Oni to wraz z Szyr- 
mą i Szulczewskiro obcowali z inteligencyą angielską, która 
zachęcała ich do udziału w pismach peryodycznych i w dzie- 
łach tego czasu. 

Falkenhagen Zaleski prowadził wspólnie z Anglikiem 
Hall biuro bankowe i przemysłowe z wielkiem powodzeniem, 
gdzie niejeden Polak znalazł zatrudnienie i zarobek. 

Kapitan Jabłoński wydał dobre tłomaczenie „Konrada 
Walenroda prozą." 

Litwin Ignacy Jackowski był autorem dzieła „Przygody 
litewskie." 

Br. Ritterband, kapitan Ręczyński i Jan Baranowski 
byli znani, jako wynalazcy rozmaitych przyrządów mechani- 
cznych. 

-Felicyan Wolski, redaktor „Rozmaitości szkockich," 
miał zakład wychowawczy dla młodzieży w Glazgowie, a Jan 



') „Z życia Polaków tce Francyi." L. Gadou, członek rady Towaru, 
his tor. literackiego. G. Gebethner i Spółka, w Krakowie. 1883. 



Bartkowski takiż w Londonderry w Irlandyi. — Najwy- 
bitniejszymi lekarzami byli bracia Wielobyccy i Adam 
Łyszczyński. 

Między kapłanami należy wymienić jednego z pierw- 
szych, kapelana Brzezińskiego; po nim nastąpił Emeryk Podol- 
ski, ksiądz staropolskiego typu, dobry, serdeczny; nie szczędzi! 
on trudu dla swoich owieczek, ruszał się, żebrał, i w końcu wy- 
dobył skromne fundusze, szczególniej z Irlandyi, najakiśprzy 
tutek dla polskich katolików. Nie mogąc budować nic nowe- 
go, najął dom i, za pozwoleniem zacnego kardynała Wiseman'a, 
przeistoczył główny salon tego domu w kaplicę wyłącznie 
polską; tutaj juz byliśmy u siebie — i co niedziela można było 
widzieć gromadkę Polaków, słuchających ze skruchą Mszy Św. 
i prostych, ale z serca pochodzących słów dobrego kapłana, 
który, znając troski każdego osobiście, najlepiej wiedział, ja- 
kich użyć wyrazów, by ich ból ukoić. Po Mszy głodnych na- 
karmił, niejednemu poradził, a wszystkich pocieszył. 

Z tych, co się modlili w tym starym domu na Gomer 
Street, już niewielu nas zostało. Sam kapłan nie żyje, dom 
zburzony, a pomimo szczerych usiłowań, funduszów na polski 
kościółek lub kaplicę dotychczas zebrać nie zdołaliśmy. Od 
śmierci księdza Podolskiego przebywał tu cały szereg zacnych 
kapłanów, którzy usiłowali założyć tu misyę polską, lecz bez- 
skutecznie. Był między innymi dr. Chwal iszewski, obecnie 
proboszcz i dziekan w Granowie, w Księstwie Poznańskiem. 

, Znany dziś szeroko, wytrwały obrońca katolickiej wiary 
i praw naszych w berlińskim parlamencie" '), ks. dr. Jaż- 
dżewski, w połączeniu z paryskiem stowarzyszeniem „Oeurre 
du Catholicisme en Pologne", umieścił około stu dzieci pol- 
skich po różnych zakładach Francyi, ale długo tej pracy prowa- 
dzić nie mógł: i zdrowie nie dopisywało, i fundusze się wyczer- 
pały. 



>) „Polacy w Anglii," ks. .łan Badenl, T. 9. Kraków, Auczyc 1 spól- 



Pracowali tu także: Zmartwychwstaniec o. Adolf Ba- 
raniecki, młody Jezuita Kalusa, polskiego pochodzenia, i Je- 
zuita niemiecki, ojciec Jakób Linden, ale zawsze stały na 
przeszkodzie misyi brak funduszów na utrzymanie księdza 
i nieznajomość" litewskiego języka, największa bowiem ilość" 
naszych polskich robotników we wschodniej dzielnicy miasta, 
nazwanej „White chapel", pochodzi z Litwy. Poczciwi ci 
Żmudzini, pobożni, spokojni, pracowici, żyją wyłącznie mię- 
dzy sobą, nie obcując prawie wcale z Anglikami; w ten sposób 
nie nabyli języka i mówią tylko po litewsku. Lecz łaska 
Boża natchnęła szlachetnego o. Józefa von Lassberg, profe- 
sora prawa kanonicznego w klasztorze niemieckich Jezuitów 
w Dillon Hall, w hrabstwie Lancashire. Ton zacny kapłan 
podjął się już od paru lat cięzkiogo stanowiska misyonarza 
polskiego. W miasteczku Widnes, blizko Dillon Hall, pracu- 
je wielka ilość robotników polskich i litewskich, i tu ich oj- 
ciec Lassberg poznał; poznał ich biedę i ich łagodną pobo- 
żność, zabrał się tedy z energią do nauki języków litewskie- 
go i polskiego — i obecnie tymi językami nietylko mówi 
i czyta, ale nawet poprawnie pisze; trzyma polskie i litew- 
skie czasopisma i tylko żałuje, że nie ma sposobności spędzić 
choć kilku miesięcy w naszym kraju, aby lepiej się w pol- 
skiej wymowie wyćwiczyć. Przytoczę tu list, ojca von Lass* 
berg, wyjęty z nader wyczerpującego i pięknie pisanego 
dzieła ks. Jana Badeniego p. t. ,, Polacy w Anglii." 

„Bardzo wielka liczba Polaków znajduje się, a przy- 
najmniej przed kilku laty znajdowała się w Liverpool'u; 
obecnie, rachując razem Litwinów i Słowaków— będzie ich 
około trzystu; przed sześciu, siedmiu, czy dziesięciu la- 
ty, było ich podobno do sześciuset. Począwszy od roku 
1888, przyjeżdżam regularnie doLiverpoolu w pierwszą 
sobotę każdego miesiąca i pozostaję całą niedzielę; ro- 
boty w kościele naturalnie nie brak, wielu też trzeba po 
domach odwiedzać. 

Nabożeństwo polskie odprawiam w kościele naj- 
świętszej Panny Miłosiernej na Eldon Street. Proboszcz 
tego kościoła, ks. Jakób Garderer, Anglik, bardzo jest dla 



Polaków przychylnie usposobiony i chętnie, w czem 
tylko może, stara się im przysłużyć. Odrazu też zgodził 
się na moją propozycyę, żeby 'jeden z ołtarzów prze- 
znaczyć szczególnie dla Polaków i Litwinów i ozdobić 
go obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej. — „I moi an- 
giescy parafianie — mówił — będą mogli z tego korzystać 
i udawać! się pod opiekę tej cudownej Matki Boskiej." 
Przemówiłem do Polaków o tym moim zamiarze— przy- 
jęli go z radością i zaraz zaczęli zbierać między sobą 
składkę. Niechże to będzie na cześć Matki Boskiej 
Ostrobramskiej i zbawienie polskich robotników w tym 
kraju. Obraz, zamówiony w krakowskim klubie mała- 
rzów i rzeźbiarzy, nadszedł na miejsce przeznaczenia 
d. 1 czerwca 1889. „Wreszcie — donosi nasz Misyonarz— 
otrzymaliśmy wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej, 
z niewymowną radością wszystkich Polaków." 

Kilka tygodni upłynęło na rozmaitych przygoto- 
waniach! Polacy i Litwini współubiegali się nawzajem, 
żeby jak najpiękniej przyozdobić i obraz, i ołtarz, na któ- 
rym miał stanąć. Jeden kupił bogatą kapę na akt ten 
uroczysty; inny, malarz z profesyi, odnowił gustownie 
ołtarz i wznoszącą się nad nim część muru kościelnego: 
inni nie oszczędzili grosza i fatygi, aby cała, bardzo ob- 
szerna świątynia na to ich święto, w świątecznej oka- 
zała się szacie. W dniu, przeznaczonym na poświęcenie 
obrazu, d. 20 sierpnia, spieszyły już od Świtu liczne gro- 
madki Polaków i Litwinów. Obraz stał na tymozaaowem 
podwyższeniu, w głębi prezbiteryum; dokoła paliło się 
mnóstwo światła; poczciwy ludek klęczał z pokora 
u stóp Królowej Niebieskiej; wielu z rozrzewnienia i ra- 
dości płakało. Po wotywie i kilku cichych mszach 
świętych wyszła uroczysta suma; w czasie mszy przoroó- 
wiłem po angielsku o szczęściu parafian, że zawitał 
i pozostanie między nimi obraz Maryi, wsławiony cu- 
dami — zachęciłem wszystkich do gorącej miłości Matki 
Bożej. Po sumie miałem kazanie polskie; biedacy 



bardzo się cieszyli i serdecznie mi dziękowali. Wszak- 
że właściwa uroczystość* nastąpiła dopiero wieczorem. 

Po nieszporach pomodliliśmy się głośno po litew- 
sku i w tymże języku powiedziałem kazanie, a po sumie 
inny ksiądz przemówił jeszcze kilka stów po angielsku. 
Proboszcz Garderee poświęcił obraz, i zaczęliśmy wspól- 
nie śpiewać litanię do Matki Boskiej. Gdybyście mogli 
słyszeć, z jakiem gorącem nabożeństwem, z jakim zapa- 
łem Polacy śpiewali „Módl się za nami," to pewnie roz- 
płakalibyście się w tej ohwili razem z nami. Procesya 
była bardzo uroczystą. Obraz niosło dwóch zamożnych 
parafian i umieścili go na przygotowanym ołtarzu. Uklę- 
knęliśmy wszyscy; proboszcz odmówił po angielsku akt 
poświęcenia się Matce Boskiej Ostrobramskiej, a ja, 
wespół z Polakami, powtórzyłem głośno, z wielkiem 
wzruszeniu serca, ten sam akt po polsku... I długo jeszcze 
klęczeli pobożni Polacy i Litwini przed obrazem swej 
Matki, polecając Jej wszystkie swe troski i cierpienia, 
prosząo o pomoc w tej obcej dla siebie krainie." 

Adam Giełgud. 



J&ifuoini w Ameryce 



Kto z Litwinów pierwszy i kiedy wstąpił na ziemię ame- 
rykańską, dziś trudno jest powiedzieć. Znany litewski histo- 
ryk, S. Dowkont, notuje, jakoby tłumy litewskich włościan 
już przy końcu XVII wieku emigrowały do nowego świata. 
Naturalnie, dziś po nich ani śladu w Ameryce nie zostało, jak 
nie zostało ślad j po wychodźcach z czasów Tadeusza Koś- 
ciuszki i Juliana Niemcewicza. 

Początek właściwej, ożyli włościańskiej emigracyi do Sta- 
nów Zjednoczonych możemy datować od r. 1868. Wiatach 1867 
i l868nawiedziłLitwęgłód. Wpierwszymrokuzboża włościań- 
skie zmarniały od deszczu, a w roku następnym wszystko 
zniszczyła posucha. Już pod jesień pierwszego roku ubo- 
giej ludności głód począł doskwierać. Wielu żebraków snuło 
się po całej Litwie, inni szli do Królestwa Polskiego, gdzie 
wtedy głodu nie było. W tym to roku 1868 energiczniejsi, 
odważniejsi z włościańskiej młodzieży, najczęściej uchylając 
się od wojskowości, zaczęli wychodzić do Ameryki. Najpierw, 
o ile dało się zbadać, emigracya rozpoczęła się z południowej 
części Litwy, mianowicie z okolic Ludwinowa, Maryampo- 
la, Wysztyńca, Symna, Łubowa (gub. suwał.). Ks. Andrzej 






— 331 — 

Strupiński, zakonnik z klasztoru księży Maryanów w Maryam- 
polu, który przyjechał do Stanów Zjednoczonych jeszcze 
w roku 1866, pisał do swoich krewnych i znajomych, zachę- 
cając ich do przyjazdu do Ameryki. Po całej Litwie krążyły 
opowiadania o dobrych zarobkach w Ameryce. Żydzi, któ- 
rzy pierwej od Litwinów poczęli stąd emigrować do nowego 
świata, dobrobyt i bogactwo Ameryki wynosili też pod nie- 
biosa. Pierwsi jednak wychodźcy, nim do czegoś doszli, dti- 
żo musieli ucierpieć. 

Parowców nie było wtedy tak wiele, jak dzisiaj, jazda 
na nich musiała być drogo opłacaną. Litwini najczęściej 
odbywali podróż na statkach żaglowych, na których przejazd 
trwał od 3-ch do 6-ciu miesięcy. Jeden, z emigrantów tego 
czasu, Jan Bobkowski, tak pisze o swej podróży: „Wyjecha- 
liśmy z Hamburga d. 11 grudnia 1868 r. Okręt, na którym 
jechaliśmy, nazywał się „Dames Foster." Nas, Litwinów, na 
statku było siedmiu, z tych czterech katolików, a trzej Litwi- 
ni protestanci z suwalskiej gubernii. Żydów z Maryampola, 
Wołkowyszek, Krasny i innych miasteczek litewskich było 
do 20. Jechaliśmy przez Atlantyk trzy miesiące.' Jedzenie 
na okręcie rozdawano nam tylko raz na dzieó; każdy dosta- 
wał siedem sucharów, kawałek cuchnącego migsa, dwa suro- 
we kartofle, garść ryżu, trochę owsianej mąki i po dwie 
kwarty wody. Gotować jedzenie musieliśmy sami. Tak było 
z początku, później nie dostawaliśmy nawet tego. Przyszło 
wreszcie do tego, że w trzecim miesiącu ludzie na okręcie za- 
częli umierać; były dnie, że umierało po kilku na dzień. 
Z Litwinów, choć paru bardzo chorowało, nie umarł jednak 
nikt." 

Wysiadali emigranci w New- Yorku, lecz i tu położenie 
ich było godnem opłakania. Nie mieli przyjaciół, znajomych, 
nie rozumieli języka, nie wiedzieli, gdzie się udać, gdzie 
szukać roboty, jak daną robotę wykonać. Wielu z nich, 
gdy głodowa śmierć poczęta im zagrażać, ratowało się że- 
braniną. Na noc zbierali się wszyscy u niejakiego Faryana, 
Polaka, który miał w New- Jorku małą fabrykę, w której 
wypalał piasek. W tym to budynku, na ziemi, najczęściej 



nocowali nasi biedni wychodźcy. Zbierało się ich tam na 
nocleg do dwudziestu. 

W tyra właśnie czasie węglana kompania „Philadelphia 
and Reading Comp." budowała nową kolej pomiędzy miastem 
Shamokin i Traverton, a kompania „Delevar and Welstern 
Lackawanna" — pomiędzy miastami Danville i Wilkes-Bam. 
Kompanie potrzebowały robotników. W ten to sposób pra- 
wie wszyscy pierwsi litewscy emigranci, którzy przybyli do 
Ameryki w 1868 roku, namówieni przez agentów, dostali ag 
do Pensylvanii, do ziemi antracytu, gdzie, znalazłszy dobry 
zarobek przy węglach, osiedlili się na stałe. I dziś, po 30-tu 
latach, litewskie kolonie w środkowej Pensylvanii są, nąjli 
czniejsze i pod każdym względem najlepiej zorganizowane 
Tylko około roku mniej więcej 1875 — 1880 Litwini ze środko- 
wej Pensylvanii zaczęli emigrować' dalej na zachód — dc 
Pittsburga, Cleveland, Chicago, St. Luis i na wschód do Ko 
wej Anglii, Philadelphii, Baltimore. 

Przypuśćmy, czytelniku, iż jedziesz z Philadelphii di 
środkowej Pensylvanii, trzymając się kierunku północno-za- 
chodniego. Po trzech albo czterech godzinach jasdy koleją 
starannie uprawione pola z pięknemi farraerskiemi zabudo- 
waniami stopniowo nikną przed twemi oczyma; coraz częściej 
widzisz pagórki, porosłe dzikimi krzakami. Jeszcze pół go- 
dziny jazdy, a znajdziesz się w niepieknej i niemiłej okoli- 
cy — jest to górzysta okolica wschodniej Pensylvanii — fati 
amerykańskiego antracytu, czyli twardego węgla (antracit coalj. 

Zajmuje on powiaty (oonnty): Schuylkill, Luzerne, Lac- 
kawanna, północną część* Northumberland i południową część 
powiatów Susąuehanna i Wyoming — obszar około 90 ang.mil 
długi i od 20 do 35 mil szeroki (2,300 mil kwad.). Znajduje 
się tam 600,000 mieszkańców 1 ): Yankesów, Airyszów, Niem- 
ców, Szkotów, Litwinów, Polaków, Włochów, Słowaków, 
Rusinów, Węgrów, Żydów, Holendrów, Francuzów i t. p- 



„Encycl. Brltanlca", L XVIII, str. 1218. Press Almanac, ISSTr. 






Litwinów w 1898 roku naliczono tu 21,472 '), a wigc oko- 
ło 4%. Najgęściej przez Litwinów zamieszkaną tu okolicą 
jest północna część" powiatu Schuylkill (Shenandoah, Maha- 
noy City, Mahanoy Piane i t. d.), gdzie litewskiego żywiołu 
jest 20%. W samem zaś mieście Shenandoah Litwinów 
jest 25%. 

Wogóle, w Ziemi Antracytu (Antracit Region), jest 13 
litewskich parafii: Shamokin, Mourt Carmel (Northumb- po- 
wiat); Shenandoah, Mahonoy City, Minersville, New-Philadel- 
phia (Schuylkill pow.); Hazleton, Freeland, Wilkesbarre, 
Plymouth, Pittston (Luzerne pow.); Scranton (Lackaw. pow.) 
i Forest-City (Susquehanna pow.)- Największa parafia jest 
w Shenandoacb, licząca około 6,000 dusz. Najpiękniejsze 
i najbogatsze litewskie kościoły są w Shenandoah, Mahanoy 
City, Pittston i Plymouth. Wartość" całej kościelnej włas- 
ności tych 13-tu parafii oszacowano na 178,820 ameryk, 
dolarów. 

Mniejszych organizacyi, czyli tak zwanych „towarzystw 
wzajemnej pomocy," Litwini mają tu aż 68, z których każde 
liczy od 20 do 300 członków. Z tych jedne są kościelne, dru- 
gie świeckie. Konstytucye towarzystw kościelnych wyma- 
gają, żeby członkowie należeli do parafii, odbyli wielkanocną 
spowiedź, a podczas większych kościelnych uroczystości 
wszyscy, wedle uchwały, przychodzili do kościoła w oznakach. 
Towarzystwa zaś świeckie z kościołem nie mają nic do czy- 
nienia, zwykle noszą miano książąt litewskich — Witolda, Gie- 
dymina, Olgierda, Kiejstuta. Do grona swego przyjmują iLi- 
twinów protestantów. Główny cel wszystkich tych towa- 
rzystw jest wzajemna pomoc materyalna i moralna podczas 



') W powiecie Northumberland 1481; w Schuylkill — 11,031; w po- 
wiatach Luzerne i Łackawanua 8,960. Polaków w powiecie Northumb. 
będzie trzy razy tyle, co Litwinów, w powiatach Luzerne 1 Lacka wanna 
liczba Polaków też przewyższa nieco Litwinów, za to w Schuylkill, gdzie 
Litwinów jest około 12,000, Polaków niema więcej nad 3,000. Howaków 
i Rusinów jest tam też dość znaczna liczba. 



— 334 — 

ohoroby, tudzież opieka nad wdowami i sierotami po śmierci 
członków, do towarzystwa należących. 1 ) Każdy czlonei 
wpłaca do kasy towarzystwa, tak jak i do kasy parafii, wy- 
kle 50 centów 'na miesiąc- Są towarzystwa, które maja 
po 1,000 dolarów i więcej gotówki. 

Oprócz tych, mają jeszcze Litwini prawie w kaidej 
większej osadzie towarzystwa śpiewaków, muzyków, klu 1 * 
polityczne i t. p. 

Wszystkie te mniejsze organizacye łączą się w jediy 
wielkie „Zjednoczenie amerykańskich Litwinów," którego pre- 
zesem jest obecnie ks. Jonasz Żyliński. 

Pracują tu prawie wszyscy nasi ziomkowie w kop&lniacfc 
węgla- Z tak zwanych biznesów (bussiness), najwięcej jes 
litewskich szynków, czyli, jak tu nazywają, salonów (salowi 
Tak, np.w największej litewskiej osadzie Shenandoah takich 
„salonów" jest aż 62, gdy tymczasem sklepów jest tylko 13 
W innej znów osadzie Mount Carrael na 1480 litewskiej 
ludności przypada 13 szynków, sklepów jest 7. 

Czy dlatego, że wcześniej do Ameryki przybyli*), ci? 
dla łatwości w u:zeniu się obcych języków, czy tez dla ja- 
kiej innej przyczyny, zauważono, że nasi ziomkowie pochof 
niejsi sg od innych przybyszów do handlu. Weźmy dla pnj- 
kładu wyżej wspomniane miasteczko Mount-Carmel. Liczj 
ono do 12,000 mieszkańców. Polaków w tej liczbie jest około 
3,000; z nich 8-miu jest szynkarzy, a 7-miu ma sklepy albo 
jakieś inne przemysłowe zajęcie (bussiness). Włochów jest 
do 300, z tych trzej utrzymują sklepy, jeden szynk. Rusinów 



■) Podczas choroby towarzystwo zwykle płaci choremu ze s*ej 
kasy 5 doi. na tydzień, a po śmierci, oprócz 50 doi., przeznaczonych r.» 
pogrzeb, członkowie składają dla pozostałej wdowy, albo dla nąjblii^. rl ' i 
krewnych, jeżeli zmarły był samotny, po dolarze każdy. 

'} Początek emlgracyi słoweńskiej i ruslńsklej poczyna się od 1, - : -f 
roku, albo kolo tego. Polacy zaś początek włościańskiej emlgracyi sam' 
datują od roku 1370, czyli od prusko-francuskiej wojny. Prawda, i< 
włościanie ze Szlązka wędrowali już do Ameryki w r. 1830 i 1847, osiedl' 
oni w Texa;, & 1 po dziś dzień nic wspólnego z właściwą emigracji do 
Stanów Zjednoczonych nie mają. 



— 335 — 

jest do 790— jeden tylko ma „salon." A z 640 Słowaków nie- 
ma Sądnego handlarza. Największy stosunek handlarzy 
przypadnie w M-t-Carmel na Litwinów. Podobnie jeat 
i w innych osadach. 

Amerykańscy Litwini niechętnie nabywają grunta. Farm 
nie kupują prawie zupełnie, nawet na zachodzie, gdzie grunta 
są tanie i gdzie rolnictwo najlepiej kwitnie. Polacy, Słowa- 
cy, Czesi— mają tam swe obszerne kolonie. Próby osiedlania 
na roli Litwinów, po dwakroć* juz robione, zupełnie się nie po- 
wiodły. Litwin woli robić w fabryce, albo, jeżeli nie, zakłada 
„bussiness." Ponieważ zarobki przy węglach stosunkowo są 
dobre, lepsze, niż przy innyoh fabrykach, przeto i pod wzglę- 
dem materyalnym pensylwańscy Litwini stoją lepiej od in- 
nych. Obliczono, że własność! nieruchoma Litwinów w 1898 
roku, w powiecie Schuylkill, wynosi 693,730 doi. 

Tak się przedstawiają w krótkiem streszczeniu litewskie 
kolonie w osadach „twardego węgla." 

Na Wschodzie Litwinów znajdziemy: w New Yorku, 
Brooklynie i okolicznych miastach i miasteczkach (5,000). 
W Filadelfii (do 2,000), w Baltimore (do 2,500). W Nowej 
Anglii, zwłaszcza w stanach Connecticut i Massachussets, (do 
6,000), w ogóle do 15,500 *J Jak w Pensylwanii Litwini pra- 
cuj ą przy węglach, tak tu trudnią się przeważnie krawiectwem, 
W Nowym Jorku, naprzykład, i w Brooklynie jest przeszło 
100 litewskich krawieckich warsztatów (shop), a w każdym 
pracuje kilka, czasami kilkanaście osób. Podobnież w Fila- 
delfii, Baltimore i w Bostonie. Polaków w tych miastach też 
jest wielu, więcej, niż Litwinów, z nich jednak krawiectwem 
trudni się bardzo niewielu. Krawcy zarabiają dobrze, ale 
stałej roboty nie mają. Wielu Litwinów pracuje też przy 
innyoh fabrykach, zwłaszcza w Conneoticute i Massachussets. 
Kupiectwem trudni się też niewielu, zwłaszcza po dużych 
miastach, gdzie patenta (licenses) na utrzymanie szynków 
są bardzo drogie. 



') Ścisłego obrachunku jeszcze nie zrobiona 



Litewskie parafie są: w Brooklynie, Elizaboth-Port, Filar 
delfii, Baltimore, Waterbury (Conn.), New Britain (ConnA 
w Bostonie i Worcester (Mass.). Najstarsza jest parafia w Bal- 
more. Tam też i kościół jest najpiękniejszy. W Brooklynie 
Litwini własnego kościoła jesscze nie mają, miewają naboteń 
stwo w wydzierżawionej w tym cela hali. 

W Zachodniej części Stanów Zjednoczonych (in the 
Wests), litewskie osady znajdują się: w Pittsburgu («ach. 
część Pensylwanii) i okolicach, w Cleyeland (Ohio), Chicago, 
Spring Valley, Westville i Danville (Illinois). W okolicach 
Pittsburga Litwinów jest od 4 do 6 tysięcy. Pracują P rE 7 ^' 
brykach żelaza i przy miękkim węglu. W Clereland, Chica- 
go robią przy fabrykach; jest tez wielu krawców, mniej „bussi- 
nessistów." Będzie tam litewskiej ludności od 5 do 6 tysięcy 
Spring Valley, West-ville, Danville i t. d. liczą Litwinów do 
4 tysięcy. Ci po największej części pracują przy kopalniach 
miękkiego węgla (soft ooal). 

Parafie litewskie na Zachodzie są: w Pittsburgu, Dubois, 
Cleveland, Chicago, Westville, Danville i Spring Valley. 
Najpiękniejszy kościół jest w Pittsburgu. Teraz budują Litwi- 
ni wspaniałą świątynię w Chioago. 

Statystyka ludności litewskiej przedstawia już dzisiaj 
cyfry dosyć ścisłe. I tak, w tak awanej Ziemi Antracytu, po 
dókladnem obliczeniu, znaleziono członków narodowości litew- 
skiej 21,472 

Na Wschodzie, zważając wedle wielkoś- 
ci parani, ilości towarzystw i t. d., może być 
nie wigcej, jak ...... 15,600 

Na Zachodzie 15,000 

51,972 

Jeżeli do tego dodamy 8,000 Litwinów, rozrzuconych po innych 
Stanach Północnej Ameryki, o któryoh dotychczas wiado- 
mości jeszcześmy nie zebrali, to okaże się, ze Litwinów w Ame- 
ryce niema więcej nad 80,000, zaliozając do tej liczby Litwi- 



nów protestantów z Litwy suwalskiej, ze Żmudzi i z Prus 1 ) 
i tych Litwinów, którzy należą do towarzystw i do parafii 
polskich. 

Litewskie szkoły parafialne w Ameryce stoją jeszcze 
bardzo nizkó. Prawie wszystkie parafie są niedawno zorga- 
nizowane 1 ), na każdej do niedawna ciążyły, a na wielu i po 
dzid dzień ciąża, długi, — o dobrych szkołach, które pociągają 
za sobą dość znaczne koszta, trudno było pomyśleć. Mamy 
szkoły parafialne w Shenandoah, Mahanoy City, Pittston, 
Mount-Carrael, Chicago, Pittsburgu i Baltimore. Największą 
przeszkodą do szybkiego rozwoju szkolnictwa litewskiego jest 
brak dobrych, odpowiednich nauczycieli. Dotychczas we 
wszystkich szkołach parafialnych uczą organiści, którzy o pe- 
dagogice najczęściej nie mają żadnego pojęcia. Drugą główną 
przeszkodą jest brak podręczników litewskich. Zresztą, 
Litwini najchętniej posyłają swoje dzieci do szkół, tak zwa- 
nych, publicznych (public school) angielskich. 

Lepiej od szkół parafialnych rozwijają się i kwitną szko- 
ły wieczorne dla dorosłych: w Baltimore, Chicago, Seranton, 
New Yorku, Waterbury i t. d. 

Najlepiej pewnie kwitnie w Ameryce litewska prasa. 
Mają Litwini swoje drukarnie: w Plymouth dwie, w Shenan- 
doach dwie, w Chicago, w Baltimore, Mahanoy City, Miners- 
ville, Waterbury. Gazety litewskie obecnie wychodzą: 
„Tevyne," organ Zjednoczenia amerykańskich Litwinów, 
w Plymouth, miesięcznik: „Vienybe", organ „Miłośników 
Ojczyzny," tygodnik; „Lietuva" w Chicago, „Garsas" w Mi- 
nersville, „Darbinikas" (Robotnik) w Shenandoah, „Rytas" 



') Litwini protestanci, wyznania augsburskiego , mają w Stanach 
Zjednoczonych jedną parafię. 

*) Zaczęto organizować czysto litewskie parafie w Ameryce od r. 
1889, po przybyciu tu Św. p. ks. AL Burby. Przedtem Litwini należeli do 
parafii i towarzystw kościelnych polskich. Najstarsze parafie są; we Free- 
laud, Plymouth, Hazleton 1 Baltimore. 



w Waterbury, „Kardas" w Baltimore — tygodniki, „Din** 
w Shenandoah, wychodzi cztery razy na rok. 

Z dzieł Adama Mickiewicza znajdujemy w litewsko- 
amerykańskich wydawnictwach Grażyną (Grażina), druko- 
waną w plymouthskiej „Vienybe" 1893 roku. Przekład 
Jr. Jonas'a. 

W tejże „Vienybie," za rok 1894 i 1895, znajdujemy 
„Dziady", cześć" I, II, III i IV. Przełożył A. Gueutis. Prze- 
kład jeat słaby. 

Ballada „Ucieczka" — „BaltasisKarżygis" była drukowa- 
w „Garsas'ie" r. 1897. 

Obecnie w „Tevyne" drukuje się „Dziadów" czfść U 
w przekładzie Fr. Jonas'a. '). 

Waśnie, które powstały były pomiędzy amerykańskimi 
Litwinami i Polakami około roku 1889, a które odbiły się 
i w amerykańskiej polskiej i litewskiej prasie, były nieunik- 
nione, gdy Litwini zaczęli od Polaków się oddzielać i zakła- 
dać swe parafie i stowarzyszenia. Teraz jednak, mniej wię- 
cej od roku 1895, nieporozumienia i niezgody ucichły, - 
każda narodowość pracuje nad swera ukształoeniem. 



Kg. Jonas Żyliński. 



') Redakcya „Tevyne" posiada teł dość udatny przekład „Konrada 
Wallenroda" do powieści „Wajdeloty" i balladę „Alpohara." 



liii słdw o pgspiiiii 

napisała 

CECYLII PLITEH-2YBEHKÓWJI. 



Wiedrclet, te dla poety jedni tylko itrogn: 
W sercu aiuktj jiatrhnlciita i dąlyd do Boga. 
(IM*.) 

Żyjemy tak dalece pogrążeni w powszedniości szarego 
naszego życia, naszych codziennych trosk i kłopotów, że rzad- 
ko kiedy odchylamy głowę, aby spojrzeć" w górę i czemkol- 
wiek się rozradować. 

I tak niejeden z nas przeżyłby całe żyoie, bez ożywoze- 
go promienia piękna, bez ciepła, bez ideału — gdyby drogi 
naszej nie rozjaśniali nam wieszcze. 

Wieszcze — są to posłannicy Boży, hojniej od innych lu- 
dzi udarowani, których Bóg dobry posyła, jako światło słone- 
czne, na naszą biedną ziemię, pełną cieni i mroków. 

Wieszcze— są to dusze niezmiernie wrażliwe, które, żą- 
dne wyższego ideału, niejako wchłaniają w siebie wszelakie 
pigkno, dokoła nich rozlane, aby niem najpierw głód własny 
nasycić, a następnie braci swoich ogrzać, opromienić. Jako 
gwiazdy, Świecą oni narodom w ciemnych, długich nooach 
dziejowych. 



— 340 — 

Są to dusze, które, jak się Mickiewicz o sobie wyrw) 
kochają za miliony, ale tez i cierpią za miliony!... a widzą te 
czego ludzie pospolici najczęściej widnieć cie umieją. 

Takim posłannikiem dla narodu naszego był Mickiewici 
Inne narody szczycą się wieszczami, których cala zasługa 
leży w geniuszu poetyckim. Są to genialni poeci, lecz — m 
pytaj o człowieka. Nasz Mickiewicz przeciwnie — nietylko, 
że był niezrównanym poetą, malarzem, kolorystą, po 
mistrzowsku słowem, niby pędzlem, cudne obrazy kreślącym; 
duszą gorącą, namiętną, pełną szlachetnego żaru, — był nadt-' 
jeszcze głębokim myślicielem, — a nadewszystko byl zacnyit 
i szlachetnym człowiekiem — był wierzącym chrześcijaninem 
Cześć mu! 



„Ja kocham cały naród! Objąłem w ramiona 

Wszystkie przyszłe i przeszłe Jego pokolenia. 

Przycisnąłem tu do łona. 

Jak przyjaciel, kochanek, małżonek, jak ojciec. 

Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić, 

Chcę nim cały świat zadziwić!" 



Słowo jego ożywcze, bo przesiąkłe wiarą, nadzieją, mttościł 
a skąpane niejako w esencyi piękna, jako promień słońca 
wśród chmur ciemnych, "od lat wielu u nas świeci, w kaide 
okno zagląda — i nizko, i wysoko — zanosząc tam, gdzie je 
ochotnie przyjmują, otuchę i pokrzepienie. 

Wszędzie rozbudza tęsknotę do ideału, umiłowanie pif - 
kna. Godzi nas z życiem, gdzie jest tak wiele do zdziałania 
godzi nas z ziemią, gdzie jest tyle piękna... 



„Taka pieśd Jest fila, dzielność, 

„Taka pleań Jest nieśmiertelność! 



O, szczęśliwe są narody, które posiadają wieszczów, wy 1 " 
szych duchem i sercem, które kształcić się i urabiać toogi 






- 341 - 

na zacnej pieśni, a karmie zdrowym pokarmem piękna: po- 
siadają one w awem łonie źródło odrodzenia, źródło życia/ 
które nie ulega zagładzie! 

Wchodząc w myśl wieszcza naszego, w stuletnią rocznice* 
jego narodzin, ofiarujemy ziomkom naszym niżoj kilka uwag 
o pesymizmie, które zostały duchem Mickiewicza natchnione, 
Oby zdołaty do serc trafili, a słowem mistrza poparte — rzucić 
nieco otuchy tym, którzy sig już chylą nad pesymisty- 
czną przepaścią. 

„Co żyje, niknie"— tak na mnie świat wola; 
Czemuż ten głos wewnętrzny wiary nie wyziębi, 
Że gwiazda ducha zagasnąć nie zdoła, 
I raz rzucona, krąży po niezmiernej głębi. 
Póki czbb wieczne toczyć będzie kołn? 



Czy idziemy ku gorszemu? 



Wiełu pesymistów twierdzi, opierając się na zasadzie 
znajomości świata i ludzi, że na świecie idzie coraz ku gorazts- 
mu, — że zepsucie i niewiara się wzmagają, że zło nigdy tak 
bezczelnem, a niemoralnośd tak wyrafinowaną nie była, jak 
w czasach obecnych. Twierdzą też, że każdy wysiłek ku 
dobremu jednostek służy tylko im samym, a o tyle tylko 
służyć może społeczeństwu, o ile te jednostki innym jednost- 
kom w dobrem dopomagają, a przeto i powód złego oddalają.. 



— 342 — 

O, zaprawdę! niewielka byłaby to dla nas otucha, gdyby 
prace i wysiłki świętych, w połączeniu z krwawym wysił- 
kiem Jezusa Chrystusa, miały moc ratowania jednostek tylka 
i opóźnienia tryumfu złego — bo cóż za zniechęcenie słusznie 
by nas ogarniało na myśl, ze ostatecznie niegodztwośc, t.j. 
moc szatańska, nad mocą Chrystusową weźmie górę. 

Nie! tak źle nie jest — tak źle być nie może! - 

Królestwo Boże przyjdzie na ziemię — bo Chrystus ziemi 
tę łaskę wyjednał, lecz kiedy nastąpi chwila błogosławiona 
stanowczego i ostatecznego tryumfu prawdy nad fałszem, 
dobra nad niegodziwością — niewiadomo... Jedno tylko, co 
w tym względzie wiedzieć napewno możemy, jest to, że przy- 
bliżenie tej chwili od nas, ludzi, w wielkiej mierze Bóg uczy- 
nił zależnem. 

Chrystus nam da to królestwo, — lecz o tyle, o He na nie 
pojedynczo i zbiorowo zapracujemy, o ile gorącem pragnie- 
niem, w połączeniu z Jego zasługami, z Jego modlitwą, 
ziemi je wymodlimy. 

Opieszałością swoją możemy ten czas opóźnić, zarówno 
jak gorliwością przyśpieszyć. 

Zepsucie, jak wszystko, cokolwiek istnieje — oprócz Bo- 
ga, posiada siłę zawsze ograniczoną, która, jak każda siła, 
wzmagać się może lub słabnąć, w miarę tego, czy zastaje na 
swej drodze warunki, sprzyjające swemu rozwojowi, czy też 
zaporę, jemu przeciwną. 

Oczywiście, gdy np. na wzburzonem raorskiem przestwo- 
rzu, fala, piętrząc się, napotyka w swym rozpędzie jaki wał 
skalisty, uderza weń całą siłą i przesadza go, lecz osłabiona 
tern uderzeniem, dalej posuwać się będzie już nieco uśmie- 
rzona... już mniej wysoka, mniej zuchwała i mniej groźna... 
a gdy kilka, kilkanaście takich zapór przesadzi, uspokojona 
i jakby rozbrojona, rozleje się łagodnie na piasczystem wy- 
brzeżu, nakształt fali cichego jeziora. 

Cnotliwe ludzkie pokolenia, zarówno jak cnotliwe jed- 
nostki, porównaćby można do owych wałów skalistych; sta- 
nowią one na drodze złego owe zapory, o które fale niego- 



dziwości, rozbijając się, tracą nasilę... Im zaś gęstsze.bgdą te 
zapory, im silniejsze, im bardziej skupione, tern będzie pręd- 
sze, tern pewniejsze rozbicie się złego, a tryumf dobra... i tak 
dalej... dopóki nie nastąpi pewne zrównoważenie, t. j. powstrzy- 
manie się fali w karbach, siłą napotykanych wałów obron- 
nych. "•- 

„Aż poty przyjdziesz, a dalej nie postąpisz i tu rozbijesz 
nadęte wały swoje." ') 

Niezaprzeczenie, ogrom złego daje się widzieć dzisiaj na 
świecie, wszelako nie w tein rzeoz, azali jest obecnie wiele 
nieprawości, ale czy ta nieprawość jest większą, ozy też 
mniejszą od tej, która bywała kiedykolwiek? Aby tg rzecz 
sprawiedliwie osądzić, niezbędnem jest wznieść się poglądem 
wyżej nad to, co osobiście obchodzi, aby z bezstronnością sądu 
objąć całość tego, co było i jest obecnie. Otóż, przy bliższem 
zastanowieniu i porównaniu, okazuje się, ze owo zdanie, jako- 
by nigdy nie było tak źle, jak jest dziBiaj, jest tylko komu- 
nałem, powtarzanym pod wpływem jakiejś osobiście przykrej 
chwili 

Pojedynczym społeczeństwom i narodom mogło być 
w rzeczy samej dawniej o wiele lepiej, aniżeli dziś, pod wzglę- 
dem ekonomioznym, politycznym, a nawet moralnym, albo- 
wiem narody jedne się wznoszą i rosną w potęgę, & drugie 
upadają, wszelako, mając na uwadze ogól, a raczej stan mo- 
ralny ogółu, odmienny się wykaże rezultat. Oczywiście, że 
w Indyach np. o wiele działo się lepiej przed 300 laty, gdy 
kraj ten byt chrześcijańskim, dzięki gorliwości apostolskiej 
św. Franciszka KsaweregO; jednak, wziąwszy pod uwagę mo- 
ralny i religijny stan świata, dzisiaj o wiele więcej jest kra- 
jów, pracą misyi katolickich królestwu Chrystusowemu pod- 
bitych, aniżeli dawniej. Promień ewangeliczny szerzej się 
rozlewa i głębiej przenika... 

Zresztą jeden rzut oka na dzieje i obyczaje ubiegłych 



wieków wystarczy, aby nam wykazać, ze nie ku gorszemu 
idziemy, ale ku lepszemu. 

Bo choćby wziąć pod uwagę stan świata, nie dalej, jak 
przed trzema wiekami, przerażenie by nas ogarnęło na wspom- 
nienie tego, co się działo... Tortury, mordy, otruoia na porząd- 
ku dziennym, — i tonie wśród jakiejś dziczy barbarzyńskiej, 
ale w Europie, w ucywilizowanej Anglii, gdzie setki i tysiące 
chrześcyan za wiarę mordowano!... A w innych krajach, 
gdy kartę ich dziejów zgłębimy, co za smutne obrazy przed 
oczami się przesuwająl Wojny półwiekowe, spustoszenir, 
niewolnictwo... gnębienie ludu i słabszych przez możnowład- 
eów... i to bez odpowiedzialności żadnej! A jaka powszechna 
twardość obyczajów, obyczajem chrześcijańskim nieztnozona! 
A nie dalej, jak 60 lat temu, za naszej może pamięci, co się 
też u nas działo? Jeszcze okropne poddaństwo!... kara cie- 
lesna, prawem upoważniona, służba w wojsku ćwierć wieko- 
wa, potrzeby ludu wniczem nie uwzględnione... pańszczyzna, 
otwierająca pole do niesłychanych nadużyć... i fc. d. 

Powie mi kto, że wojny teraźniejsze bardziej są morder- 
cze od dawnych. Prawda — ale za to są krótkotrwałe, mniej 
okrutne i straszne w rezultatach, nikomu bowiem nie tajno, 
że trzeba było lat dziesiątków, aby się po dawnych' mordach, 
napadach, moralnie i ekonomicznie podzwignąć. Straszne 
zbrodnie są dziś na porządku dziennym, i to prawda, lecz py- 
tam, czy dawniej nie bywało gorszych? A jeśli znamy tak 
dokładnie wszystkie szczegóły moralnej zgnilizny obecnego 
wieku, zawdzięczamy to zapewne rozpowszechnionemu 
dziennikarstwu, ułatwionym komunikacyom, pocztom, tele- 
grafom, telefonom, lotem myśli roznoszącym wieści o tem, 
cokolwiek gorszącego się gdzie przytrafiło. 

A jeśli mówimy o wigkszem wyrafinowaniu zepsucia 
czasów obecnych, jest to czczy frazes, nic nieoznaczający- 
Boć samo zło nie mogło być więcej wyrafinowanem, aniżeli 
dawniej, np. za czasów rzymskich lub za bizantyjskiego ce- 
sarstwa; jeśli więc co jest bardziej wyrafinowane, to chyba 
forma, w jakiej się dziś zło przejawia, coby tylko świadczyło 
o delikatniej szem poczuciu ogółu, domagającego siew samem 



złem formy delikatniejszej, mniej rażącej. A więc i tu wyraź- 
ny postęp ku lepszemu odczuć! się daje. W gruncie więc zło 
pozostało, czem było, — prócz formy, która się odmieniła, a od- 
mieniła na lepsze. 

Pesymiści jednym jeszcze argumentem wojują. Mówią 
oni, że dawniej bywało więcej wiary u narodów chrześcijań- 
skich, że dzisiejsze społeczeństwo poste, puje szybkim krokiem 
ku odchrześcijanieniu się, ku spoganieniu, — skutkiem czego 
i obyczaje ooraz bardziej się psują. Jest nieco słuszności 
w tych spostrzeżeniach, jednak nie bezwzględnej racyi. 
Bywało dawniej więcej wiary, to prawda, wiary, której za- 
wdzięczamy cały poczet heroioznych Świętych, zapały ca- 
łych narodów dla sprawy świętej, lecz niestety, na ogół mó- 
wiąc, wiary, jeszcze niedostatecznie oświeconej, a nawet 
ciemnej, rodzącej zabobony, fanatyzm religijny, godzący 
np. takie sprzeczności jak: otaczanie się relikwiami z po- 
pełnianiem okrutnych zbrodni, lub też czynienia wotów, 
aby się powiódł zamach zbrodniczy i t p. Dziś, w wieku ra- 
cyonalizmu i krytyki, niezaprzeczenie więcej jest niewierzą- 
cych, aniżeli dawniej, wszelako u tych, którzy wierzą, napo- 
tykamy więoej konsekwencyi między wiarą a uczynkami, 
napotykamy więcej chrześcijan w pełnem złowa znaczeniu, 
wśród których religia nie jest tylko hasłem, ale głgbokiem 
i uzasadnionem przekonaniem. 

Inny był, oo prawda, charakter złego i dobrego przed 
laty, wszelako, wziąwszy bezwzględną sumę jednego i drugie- 
go, bilans okazałby na czasy obecne znaczną przewyżkę do- 
brego nad złem, zawsze w porównaniu z ubiegłymi wiekami. 
Jest w tym względzie, jak z wiosną, w której po dniaoh ciep- 
łych następują wietrzne i mroźne, — w której jednak ogólna 
guma światła i ciepła idzie w zwyżkę, pod wpływem coraz to 
cieplej i dłużej przygrzewających promieni słonecznych. 

Ani wiatry, ani chmury działania tych promieni nie 
powstrzymają, az te promienie zaleją ziemię pełnią światła, 
ciepła i rozkwitu! 

A od lat kilkudziesięciu wieleż to zakwitło na niwie 
Chrystusowej dzieł dobroczynnych, wspierającyoh wszelką 



— 346 — \ 

niedolę moralna i fizyczną? I czyliż w tym względzie nie- 
ma bardzo widocznego postępu? 

Na ten temat dałoby się cafe tomy napisać, wykazując 
jak. drzewo Chrystusowe, wyrosłe z ziarnka gorczycznego. 
ooraz głębsze zapuszcza korzenie, a coraz szerzej rozkłada 
swe konary. Ze względu wszelako na łaski, przez nas od 
Boga odbierane, ze względu na światło ewangeliczno, coru 
dłużej społeozeństwom ludzkim przy6wiecaja.ee, bezwątpie- 
nia należałoby, aby w naszych czasach było jeśeeee więcej do- 
brego, a wiele raniej złego, niż się dziś znajduje, — zaprzeczyć 
temu niktby się nie ośmielił. Niechaj to przeświadczeni 
będzie nam bodźcem do coraz mężniej szych, a wytrwałych 
wysiłków ku wszystkiemu, co dobre, co najlepsze. 

Dekadentyzm, o którym obecnie tak wiele się mór; 
i pisze, jako o smutnym objawie chylącej się ludzkości bu 
moralnemu upadkowi, jest to tylko szumowina wieku, objaw 
smutny, jednak nie rozpaczliwy, bo zapowiadający rychła 
a konieczną reakcyę; to fala, która na chwilę zanurza, aby 
za drugą chwilę podnieść* wysoko i ciągiem falowaniem zbli- 
żać nas do brzegu! 

Pod tym względem dziś zapewne gorzej, niż bywało, tt 
zło zaostrza się w pojedynczych objawach, ze się uzuchwala. 
że wychodzi z ukrycia i bezczelnie się odsłania, że juz nit 
skryty, ale jawny i zacięty bój temu, co dobre, wydaje. 

Dawniej zlo bywało wynikiem barbarzyństwa, ciemno- 
ty, ułomności, błędu, krewkości, ostatecznym choćby obja- 
wem upadku natury ludzkiej — dziś charakteryzuje się w dziw- 
ny sposób: zlo popełnia się dla złego, z nienawiści ku temu. 
co dobre, w czem bardziej jest szatańskiem, niż ludzkiem. 

Osobliwe stanowisko, jakie dziś śród świata wrogowie 
Chrystusa zajęli, wykazuje nam jasno, czem my wobec nich 
hyc powinniśmy i jaką bronią przeciw nim walczyć nam na- 
leży, w obronie dziedzictwa Chrystusowego, — abyśmy na H 
naganę nie zasłużyli, że „synowie tego świata roztropniejsi sa 
w rodzaju sivoim od synów światłości'" 

Żyjemy w chwili wiekowego przełomu, przeto większych 
nam potrzeba cnót, heroiczniej szych poświęceń, silniejszego 






— 347 — 

przeciwdziałania, aniżeli kiedykolwiek, większego czuwania 
i wewnątrz i zewnątrz, większego męstwa, bezinteresowności, 
ducha ofiary, a przytem rzetelniej azej pracy w pocie czoła 
nad ratowaniem winnicy Pańskiej, szarańczą niegodziwości 
zagrożonej, — wreszcie gorętszej miłości, niozem się nie zraża- 
jącej. Bo czyliż dopuścimy, aby nienawiść przemogła i aby 
dla sprawy ducha ciemności większe podejmowano prace, 
ofiary, aniżeli dla sprawy dobrej? 

Dlatego właśnie, że bój zacięty się wzmaga, bój, jakie- 
go może dotąd nie było, trzymać się powinniśmy w pełnej 
zbroi, z bronią modlitwy, a pancerzem czuwania. Bądźmy 
więc gotowi do walki, a nawet i do zniesienia niejednej na- 
wałnicy. Zaciskajmy szeregi, a brońmy stanowiska najważ- 
niejszego i najbardziej zagrożonego przez ducha ciemności, 
brońmy młodzieży, rodziny, ludu; brońmy klas rzemieślni- 
czych od wciskających się z zagranioy zasad przewrotowych; 
brońmy od ciemności, a hasłem zacnego postępu, któro się nam 
słuszniej, aniżeli wrogom Chrystusa należy — Światło rozsze- 
rzajmy! W walce niechaj nas podtrzymuje myśl, że, walcząo 
w dobrej sprawie, zwycięstwo odnieść musimy. Wiedzmy 
jednak, że o tyle tylko zwyciężać będziemy, o ile rzeczy- 
wiście stad będziemy przy Chrystusie i staniemy się pomocni- 
kami Tego,') który nas ostrzegł, że „bez Niego nic uczynić nie 
możemy*}, o ile będziemy zaparci, z siebie wyzuci a przyo- 
bleczeni w Chrystusa" — albowiem wówczas nie my, ale Chry- 
stus w nas i przez nas walczyć i zwyciężać będzie. 

Zachęcajmy* się też i tą myślą, że w tej wielkiej spra- 
wie szerzenia królestwa Bożego na ziemi, żaden z czynów na- 
szych, z pobudki nadprzyrodzonej spełniony, obojętnym nie 
jest, że każdy z nas — pojedynczo i zbiorowo może być oną 
zaporą, broniącą wybrzeża Chrystusowego, że każdy odpór 
złego, każda nawałnica, w Imię Boga zniesiona, osłabia siłę 
niegodziwości, dalszym zaś generacyom walkę ułatwia. I ta 



') I, Kor. 3- 
*1 Jan, 15— 



myśl niechaj nas pokrzepia, że w Bożej ekonomii żaden wy- 
siłek, żadne cierpienie nie marnują się nigdy, ani ograniczają 
na chwilę obecną, ale że trud i praca jednych pokoleń dru- 
gim ścieżki i drogi prostują i że najsłabsze nawet ręce mogą 
walne usługi oddawać". Pociechą zaiste w każdodziennym 
znoju i dźwignią w krótkiem życiu może być pamięć" na to, 
iż od nas zależy przyśpieszenie zapanowania królestwa Boże- 
go na ziemi i że dobra wola ludzka, połączona z wytrwałą 
modlitwą, stanowi siłę rozstrzygającą o przeznaczeniach 
świata. 

Dobre myśli, dobre zasady, zarówno jak złe, rzucone 
w świat, kiełkują i owoc przynoszą każde w swoim rodzaju.') 
Rzucajmyż tedy dobryoh myśli i zasad jak najwięcej; niechaj 
one w duszach i społeczeństwach pracują i walczą, niechaj 
się ścierają z myślami i zasadami przewrotnemi, a niechaj 
ich będzie jak najwięcej, aby przy nich była siła — a ostate- 
cznie przy nich stanęło zwycięstwo! 

Pomnijmy i na to, że „one dni utrapienia, itóre mają na- 
stąpić" *), dla wybranych skrócone być mają, według przepo- 
wiedni Chrystusowej, co znaczy, że sprawiedliwi są u Boga 
w tak wielkiej cenie, że dla ich zasług Bóg skróci dnie osta- 
tecznego doświadczenia, a przyśpieszy tryumf dobra 
i prawdy. 

Cóż za niezmierna pociecha dla wybranych! Strzeż- 
my sie więc czarnego pesymizmu, który broń z ręki wytrąca, 
a ramię w działaniu paraliżuje. Skoro bowiem Bóg nas stwo- 
rzył i na tej ziemi postawił, miał w tern cel najdoskonalszy, 
do którego osiągnięcia niewątpliwie odpowiednie przygoto- 
wał nam środki, w naszej przeto jest mocy ten cel osiągnąć 
dla siebie i swego społeczeństwa... tylko do tego trzeba pracy, 
wysiłku, wytrwałości i jeszcze raz pracy/ 

Istnieje jeden postęp, któremu najzagorzalsi pesymiści 
nie przeczą; jest nim postęp materyalny cywilizacy i, postęp 



') Gen. l-ll. 
') Mat. 24-22. 



— 349 — 

w naukach, wynalazkach, w rozpowszechnieniu oświaty, w uła- 
twieniu szybkiego między ludźmi porozumieniu się it,d., lecz 
i tu wielu z obozu Chrystusowego nad tern ubolewa, jakoby 
ów postęp służył wyłącznie zepsuciu, rozszerzaniu fałszu, 
oraz zasad trujących, nie upatrując w nim żadnych stron do- 
datnich, dla dobrej sprawy. Służy on próżności — w rzeczy 
samej — ale nie tylko próżności, wbrew bowiem oczekiwaniu 
bezbożnych, ów postęp materyalny. przygotowuje „drogę 
Pańską," ') drogę królestwa Chrystusowego, od krańca ziemi 
do krańca. Wszelako, aby to spostrzedz, trzeba się wznieść* 
poglądem nieco wyżej nad osobiste wrażenia i nie sądzić we- 
dług ciasnego kąta widzenia tego, co nas dotyczy lub co nas 
otacza. Jak w starożytności całe cztery tysiące lat bytu 
świata przygotowywały drogę oczekiwanemu Mesyaszowi, za- 
równo cały świat obecny i wszystko, cokolwiek, w nim się 
dzieje, dąży do owego drugiego przyjścia Chrystusowego— 
i wszystko ku temu zmierza. Drogi te opatrznościowe po- 
dziwiać będziemy przez całą wieczność! 

A nie sądźmy, aby królestwo Boże miało być od nas 
dalekiem. 

Nie mówiąc już o królowaniu Boga w duszy wiernej, 
królestwo Boże znajduje wciąż swe urzeczywistnienie wro 
dżinach, rządzących się duchem Ewangelii, w parafiach, kie- 
rowanych przez gorliwych pasterzy, w zakładach, w zgroma- 
dzeniach zakonnych, wreszcie — w społeczeństwach, w których 
życie katolickie się rozwija, kwitnie i owoce dobrych uczyń 
ków wydaje. Im więcej będzie zaś takich rodzin, parafii 
instytucyi, zgromadzeń, społeczeństw, tern bardziej ogólno 
ludzkie społeczeństwo zbliżać się będzie do onej błogosławio 
ncj chwili, przepowiedzianej przez Zbawiciela, w której bę- 
dzie jeden Pasterz i jedna owczarnia, a w której w całej peł- 
ni urzeczywistni się ono prorocze słowo modlitwy Pańskiej 
„Przyjdź królestwo Twoje!" 



Posuwamy się zwolna i krętemi ścieżkami ku zamie- 
rzonej mecie, ale się posuwamy, łaska Bota dopomaga, 
a królestwo Bose się zbliża! 

My zaś wszyscy o tyle szczęśliwi będziemy, o ile się kto 
przyczynił do zatrzymania fali zepsucia, a przyspieszenia 
tryumfu dobra i prawdy— jednem słowem — o ile swoje powo- 
łanie doczesne spełnił. Stanowic* to będzie całą zasługę na- 
szego ziemskiego pielgrzymowania, a w wieczności zjedna 
nam koronę nieśmiertelną!... 



Wydaleni 

(B A J K A). 



Był sobie raz mąż wielki i potężny, który postanowił 
ludy uszczęśliwić. Długie lata badał nędze, i niedolę, dhigio 
lata uczył i kształcił, długie lata nad ideą swą pracował. 

I wreszcie nabył kraj piękny i żyzny, ale pusty, i zagar- 
nąwszy ze sobą ludy uciemiężone, wyzyskane, skrzywdzone — 
tam je osiedlił, zabraniając im cośkolwiek zabierać 1 ze starego 
świata. 

I przyszło wielkie mnóstwo, jako z nocy w dzienną jas- 
ność — i zapanowało w nowym kraju nowe życie. 

A na majestacie, na wysokim krużganku świątyni, za- 
siadł mąż-tryurafator i patrzał z dumą na swe państwo i na 
wyzwolone ludy. 

I widział wokoło dobrobyt i sytość, postęp i wykształ- 
cenie, owa ziemia nowa — nowym rajem była. 

I mówił w przeświadczeniu swej mocy: 

— Błądzili wszyscy— jam nie błądził. Kłamali wszyscy — 
jam jest prawdą. 

Aż dnia pewnego ujrzał wrzenie wśród swego ludu, ruch, 
krzyki, tłumy, miotające się wściekle — i oto z tego mrowia 
wzburzonego, przerażonego, zdjętego wielkim gniewem, utwo- 
rzyła się gromada, popychająca przed sobą ludzi troje, które 



— 352 — 

wiedli ku niemu — a dłonie mieli pełne kamieni i urąganie na 
ustach. 

Napełnili krużganek i wepchnąwszy złoczyńców przed 
majestat jego, poczęli ich oskarżać!: 

— Oto, panie, pojmaliśmy ich, wiarołomnych zdrajców. 
Każdy z nich przyniósł ukradkiem coś z tego przeklętego 
świata, skąd nas wyzwoliłeś. Pozwól, byśmy ich ukamieno- 
wali. 

Mocarz spojrzał ku winowajcom. Był starzec, niewiasta, 
równa mu wiekiem, i pacholę. 

Starzec wytartą książczynę trzymał na piersi, niewiasta 
kołowrotek z garścią szarego lnu osłaniała przed zawzię- 
tością tłumu, pacholę wystraszone, poturbowane, bo mu krew 
oiekłą po policzku, przyciskało pod pachą skrzypce, na któ- 
rych mu już struny pozrywano. 

— Coście za jedni? Pocoście sig tu wkradli? — spyta! 
władca starego. 

Ale nim ten usta otworzył, uprzedziła go kobieta, naj- 
śmielsza, najrozmowniejsza. 

Niewiadomo, w co ufała, bo nie była zalękła, ani wrzas- 
kiem tłumu, ani kamieniami. Patrzała dość zuchwale na 
prześladowców, a na władcę nawet dość lekceważąco- 

— Ja jestem sobie baba, mam sto lat, może więcej, nie 
pamiętam, ale starszej u was niema, na to przysięgnę, i was 
jeszcze przeżyję, oho! — i dzieci wasze... Mnie zowią Bajka, 
Gadka, Bajda, różnie, jak pod humor ludziskom... Umiem len 
prząść i prządek na wieczornicach pilnować, wołają mnie do 
chorych, dzieciska mi zostawiają bawić— ot, wiadomo, jak co 
komu potrzeba. Tenci chłopak — mój wnuczek jest. Popsuli 
mu skrzypce — dobrze mu tak; on ci mnie tu do was namówił, 
do takich ludojadów, zbójników a tchórzów, którzy się starej 
baby boją! Aha, aha, nie wydziwiajcie — no! 

Tu się wzięła pod boki i śmiała się szyderczo. 

— Boicie się, boicie! Ja wiem, czego, mądrale! Ja się 
waszych kamieni nie lękam i w oczy wam gadam... Żeście 
mnie starą zelżyli, spostponowali, zbałamucę wam dzieci, 
porzucą was dla baby! Ot, co! 



— 353 — 

I zuchwale urągała tłuszczy. 

— Ukamienować ją! Ukamienować 1 ! — zawrzało. 

Ale mocarzowi wydała się tak nędzną, tak starą, że na- 
wet gniewu nie odczuł. 

— Ukamienować! — rzekł. — Kogo? Tg marę! Zali nie 
szkoda waszych rąk i tych kamieni? To drzewo, co trzyma, 
połamać i spalić*, bo to wstyd wobec naszych maszyn, a ją 
samą precz wygnać — het! na tę górę skalistą, z której ni rol- 
nik, ni fabrykant nie ma żadnego użytku. Tam zmarnieje 
i zginie! 

Rzuoili się ludzie ku babie. Ona się wciąż szyderczo 
uśmiechała. Połamali jej kołowrotek i w mig go spalili, ale 
gdy ją wypchnąć chcieli, uparła się i nie dała ruszyć z miej- 
sca, wołając: 

— Chłopca mi oddajcie! Bez niego nie pójdę! Moja 
krew jest, nie dam go wam na poniewierkę! Chłopca pusz- 
czajcie! 

Tedy mocarz ku chłopcu oczy zwrócił, a ten łuną Bię 
oblał i stał, uśmiechając się. 

— A ty kto? Po coś tu przyszedł? Po coś to drewno 
przyniósł? Szukasz posady w orkiestrze? 

— Ja, panie, grajek jestem i śpiewać też umiem. 

— Cóż umiesz grać? 

— Umiem wszystko, panie! Wiosnę gram i lato, i jako 
w obcej stronie kozak ginie samotny. 

— A gdzieś ty widział, by to prawda była? 

— Ja nie wiem, panie, czy to prawda, ale ludzie mi byli 
radzi w tamtym kraju... 

— A umiesz śpiewać opery? Tenor jesteś, czy baryton? 

— Umiem śpiewać kolendy, panie! A zowią mnie sko- 
wronek. 

— Oszuście! więc śmiesz mi wnosić brednie i fałsze? 
Jak śmiałeś granicę moją przestąpić?... 

— Albo ja wiem, panie, co wasza granica... Szli ludzie, 
mówiąc, że idą do światła, ja z nimi, że idą do swobody, ja 
z nimi. Myślałem, że będą przecie smutni, którzy mnie za- 
wołają, i weseli, którzy mnie ugoszczą, i bohaterowie, którym 



pieśń trzeba ułożyć, i kochania, którym trzeba zawtórować, 
i tęsknota za starym światem, której trzeba ulżyć! I tak 
przyszedłem z babką! 

Mocarz się obruszył, a tłum wył, szydził, przedrzeźnia! 
chłopca. Zanim rozkaz wydano, juz się sypnęły kamieni? 
i urągowiska. 

— Naści za kolendy! Naści za żale tutaj! Naści ii 
tęsknotę po złem! Naści za twoje bohatery! 

Chłopak się rękami osłaniał, ale lęku nie okazywai. 
Owszem, żywa krew w nim zawrzała i zawołał: 

— Tedy bijcie i zabijcie! A ja was przeklinam, żebyście 
sami po mnie kiedyś płakali, kiedy zaniemieję! 

I byliby go zakamienowali, ale wtem tłum się roz 
dwoił, i zaczęty niewiasty hamować - mężów, wydzierać irr 
kamienie, wołać* na władcę: 

— Puśćcie go z życiem, panie! Zali takie marne pachcie 
wrogiem i niebezpieczeństwem nam może byćl Niech idne 
precz od nas, ale krwijego młodej zal... niech nie płynie! 

— Idź precz, niech cię nasze oczy nie widzą, a jeśli sii 
ośmielisz do nas zbliżyć, śmierć cię czeka! 

Pacholę popatrzało na skrzypki swe rozbite, zepsute 
westchnęło po nich i skinęło na babę, by szła. Ale ona jel- 
cze czekała, poglądając na starca, ku któremu teraz zwróci! 
się monarcha. 

— Ty ktoś jest? Na książoe tej, czy jest moja piecs^' 

— Jam jest sługa Boży. 

— Niema Boga. 

— Ta książka to Jego słowo. 

— Spalić ją, obałamucała nas wieki! 

Wydarto książkę starcowi, rzucono ją w ogień. - 

— Więc przyszedłeś tu znowu ludzi oszukiwać i mamie"- 

— Powiedziano mi, że czcisz prawdę, szedłem śmiało do 
ciebie. Poddani twoi śmiertelni są. Będą mnie potrzebowali. 
jedni wcześniej, drudzy później! Przyszedłem im służyć'. 

— Pewny jesteś bardzo! 

— Bom był twoim poddanym niegdyś i wiem, jak g orI " 
ko bywa im niekiedy! 



— Klecha jesteś! Urągasz mi! Wierzysz, że ktoś z pod 
mojej władzy może do ciebie się zwrócićl Żebym cię kazał 
spalić z twoją książką razem — powiedzieliby tam — w tym 
przeklętym starym świecie, że się jeszcze ciebie boję! Ale ja 
drwię z ciebie i tyle dbam, co o proch pod stopami — i tyle 
wierzę, eo w baśnie nianiek. Ale jeśliś taki bezinteresowny — 
to idźże w te skały i tam się módl i pość! Jak oi głód do- 
kuczy i samotność się uprzykrzy, przyjdź i hołd mi złóż — 
dam ci wtedy jeść! Precz! 

— Precz! precz! preez! — zawyli teraz wszyscy i pognali 
przed sobą troje wygnańców, ciskając za nimi drwiny, obel- 
gi, kamienie i śmiecie. 

Wygnali je za grody i domy, za pola i łąki, aż w góry, 
kędy był tylko giaz i las — potok i śnieg, i kędy tylko dzikie 
kozy się pasły i orłowie się gnieździli! 

I po tym sądzie zapanował znowu spokój w państwie 
wielkiego mocarza, i o trojgu wygnańców pamięć zaginęła. 
Do majestatu przychodzili często ludzie ze sprawami i spora- 
mi. Przychodzili się skarżyć, a on ich godził, przychodzili 
się radzić, a on im mózg rozjaśniał, przychodzili o pomoc, 
a on ich wzmacniał. 

A na wszelkie pytanie miał odpowiedź. 

I było dobrze w tym kraju. 

A panowało tam prawo, że miast podatków, składali 
poddani władcy co rok daninę mądrości. Ten wynalazek no- 
wy, ów maszynę, tamten nauki, ten postęp — a kogo nie stać 
było na tyle, sami najmniejsi — składali egzamin czytania, pi- 
sania i rachunku. Chodzili tacy poborcy, co ową daninę 
zbierali, spisywali i odnosili władcy. 

Otóż zdarzyło się, że owi, chodząc od domu do domu, po 
wszystkich drogach i ścieżynach — znaleźli onych wygnań- 
ców. Żyli sobie we troje i już się nawet zagospodarowali. 
Babina miała znowu kołowrotek, który jej chłopiec kozikiem 
niezgrabnie wystrugał i na maluchnych zagonkach hodowała 
len modro kwitnący. Chłopak z drewna skrzypki sobie no- 
we sprawił i, ku niebu patrząc, coś na nich wygrywał. A sta- 
rzec jaskinkę sobie wynalazł u źródełka i siadywał na głazie, 



— 356 - 

karmiąc gołębie i spoglądając ku dolinie, czy go zaś kto nie 
woła. 

Zdumieli poborcy, jak to taka nędza jest żywotna i spy- 
tali baby: 

— Wiesz ty, ile siedm razy dziewięć"? 
A ona na to: 

— A wiesz ty, jaki królewicz przemienił sig w maków 
ziarno? 

— Milcz, bo cię wsadzimy do ciemnicy! 

— Owo — z ciemnicy wyprowadzi pająk! 
Odwrócili się od niej z pogardą i napadli na chłopca. 

— A ty, muzykusie, wiesz, co to jest kontrapunkt? 

— Nie słyszałem takiej pieśni! 

— Pójdziesz i ty do ciemnicy. A ty, stary, umiesz pisać? 

— Umiem. 

— Naści kartkę... napisz, co wiesz o mądrości. 

Wziął starzec pióro i napisał bez namysłu: „Błogosła- 
wieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Nie- 
bieskie." 

Tedy oisnęli mu kartę w oczy, jako bluznieratwo i obra- 
zę ich władcy i pognali ich do ciemnicy. 

Ale, jako z oburzenia byli zapamiętali, nie dopatrzyli,^ 
baba pod połą schowała kołowrotek i sporą kądziel lnu, chło- 
pak uniósł w zanadrzu skrzypki, a starzec pęk białych lilii. 
które u źródełka rosły. 

Ciemnica była w grodzie monarchy, na placu, którędy 
wszyscy chodzili, by każdy mógł z przestępcy szydzió, albo 
kto chciał, by go władca oświecał i uczył. 

Wsadzono ich troje na sam spód wieży.jako najgorszych 
głupców, i okienko od ich lochu ledwie nad ziemię się wychy- 
lało — i jako bywa z nędzarzami, wnet o nich zapomniano. 

Pod tym okienkiem snuło się dużo ludzi.. Wracali tam- 
tędy ci, co -do władcy chodzili na posłuchanie, i szli tamtędy 
młodzi do pracy i dzieci ze szkoły. 

Zdarzyło się raz, że dzieciaki posłyszały łoskot kołowrot- 
ka i jako myszki ciekawe, nuz zaglądać przez kratę. A baba, 
gdy ich ujrzała, że to przepadała za dziećmi, dała im garśo 



— 357 — 

orzechów i zaczęła im coś prawić* po swojemu. A dzieci 
przykucnęły i słuchają. Ledwie ich stamtąd pedagog prze- 
gnał. Ale stało się, że już wiedziały, kto to taki siedzi za 
kratą, a że nie dosłuchały baby do końca, więc ich paliło 
wykraść" się i dosłuchać. 

I znowu się zdarzyło, że szedł tamtędy chopak smutny, 
bo jego dziewczynę władca komu innemu przeznaczył. I ni© 
było dla nich jednej drogi w owym kraju. Chłopak prawa 
słuchał, ale pod zebrami go bolało i paliło, jako w ciężkiej 
niemocy. 

Szedł i dumał, i oto stanął. Z ciemnicy jego ból śpie- 
wał, j^go myśli słowa brały, błagające a gorące. Słuchał 
i słuchał, i uczył się owego gadania, i jakby pozdrowią! — od- 
szedł pełen mocy. 

I znowu się zdarzyło, że szło koło okienka dwóch star- 
ców, ku ziemi już patrzących. 

Zastanowiło ich coś. 

— Jak tu coś pachnie! — rzekł jeden. 
A drugi szepnął nieśmiało: 

— Lilie białe — z tamtych stron. 

I pomyśleli jedno, ale się jeden drugiego wstydził, 
i minęli okienko, umilkłszy. 

Ale gdy nocka zapadła, pokryjomu, jako złodziej, przy- 
szedł jeden do okienka i rzekł, twarz kryjąc: 

— Starcze! Daj mi swój kwiat. Straszno przede mną! 
Starzec podał mu lilię i odparł: 

— Niech ci straszno nje będzie. Do jasności wrócisz. 
Idź w pokoju! 

I odszedł ów, kwiat schowawszy w zanadrze. 

Aż przecie przypomnieli sobie poborcy o wygnańcach. 
Przyszli ich egzaminować', ale znaleźli jeszcze głupsze. Baba, 
zapytana, ile dwa razy dziesięć, spytała nawzajem, czy byli 
na szklanej górze; chłopak na pytanie, co jest wiolin i bas, 
wytrzeszczył przerażone oczy, a starzec coś mruczał i wcale 
nie chciał odpowiedzieć, ile rodzeństwa miał Chrystus. 

Zdali z tego sprawę słudzy monarsze, a ten uwięzionych 
kazał wygnać z grodu het, znowu w góry. 



Ale gdy wyszli i skierowali się ku bramom, nie gnała 
ich tłuszcza. Ten i ów spojrzał pogardliwie, ale po kamieii 
nie sięgnął, wielu nawet oczu nie podniosło, a reszta spoglą- 
dała ciekawie, dokąd też się udadzą. Spotkali gromadkę dzie- 
ci, i te za nimi kęs pobiegły; ani przedrzeźniały, ani się 
śmiały, tylko dały babie kukiełki i naprzykrzały się oprze 
grywkę jakąś, a potem się rozpierzchły na widok pedagoga. 

Jakiś człek siwowłosy skinął głową starcowi i pić im 
dał na swoim progu, a gdy wyszli za bramę, spotkali dwoje 
łudzi młodych, jak szli ku gajom kwitnącym, ramionami sple- 
ceni, głowami o siebie wsparci, z rozkoszą w oczach. 

Młodzieniec, spostrzegłszy grajka, za szyję go objął 
i ucałował, a dziewczyna rzuciła mu pod stopy więź bzów 
kwitnących, wonnych i zawołała: 

— Błogosławiony bądź za chwilę tę, grajku Sko- 
wronku! 

I tak wrócili na szczyty swego wygnania. 



A do monarchy szli wciął poddani po radę, a on na 
wszystko miał odpowiedź. 

Ale raz przyszła niewiasta, bólem złamana, chwiejąca 
się i przypadła do majestatu z jękiem. 

— Panie, radę mi daj, uspokojenie mi daj! Synam jed- 
nego miała, umiłowanego nad (.wszystko, i oto umarł. Jak 
mi teraz żyd, jak mi teraz żyć!? Niema go, i nigdy oczy 
moje go nie zobaczą. Ratuj mnie przed szaleństwem bólu, 
panie! 

A mocarz milczał, bo nie miał odpowiedzi. 

Niewiasta głowę krwawiła o stopnie tronu jego, aż ją 
straże stamtąd wzięły i wyniosły. 

I leżała u bramy władcy, oniemiała, umierająca z roz- 



paczy, nie wiedząca drogi, dokąd iść", nie mająca siły do jęku 
juz nawet. 

Az ją podniosła kobieta przechodząca i zaczęła szeptać: 

— Pójdź za ronąl Jast taki, co ci syna wróci. Zapro- 
wadzę cię — tylko szal by nas straże nie słyszały, bo nie 
puszczą! 

I tej kobiety nie ujrzał już więcej monarcha przed obli- 
czem swojern, ani jej jęku nie usłyszał. 

A w j akiś czas potem przyszedł do niego starzec, j akby 
gorączką strawiony, o wzroku, pełnym grozy, i rzekł przera- 
żającym szeptem: 

— Panie, w młodości mojej zgorszyłem człowieka. Do 
występku go przywiodłem, potem do rozpaczy, potem — do 
śmierci. I oto truciznę mam w sobie, ognie, męki. Widzę go 
i słyszę bezustannie. Ratuj mnie! 

— Chory jesteś. Kto umarł, ten nie wstanie. Lecz się! 

— Niema choroby we mnie. Wierzę w to, co mówisz. Nie 
boję się jego zemsty, ale zdejm ze mnie ten lęk bezustanny. 

— Nie mogę pomódz obłąkanym. 

— Ja nie obłąkany, panie, jam nieszczęśliwy w duszy! 
Ale monarcha umilkł i z pogardą od niego się odwrócił. 

A człowiek odszedł zgnębiony i błądził po ulicach, nie mo- 
gąc w domu wytrzymać 1 . I zaszedł przed dom znajomego, 
i zastał go, jako z wiadrem wody szedł do ogrodu. 
Pozdrowili się i ten zgnębiony rzecze: 

— Bracie, tyś przecie zabił człowieka, a pogodne masz 
lica. Żali cię ten zabity nie dręczy? 

— Już nie! 

— Gdzieżeś poratowanie znalazł? 

— Gdzie? Pamiętasz owego wieczora, gdyśmy pod ciem- 
nem oknem byli?— szepnął tamten. 

I zamilkli, a ten przymknął nieco furtkę ogrodu i poka- 
zał mu grządeczkę, na której białe lilie rosły, a potem ręką 
ku górom wskazał i odetchnął, jako człowiek, który odpo- 
czywa. 



A owego zgnębionego już więcej nie ujrzałwładca przed 
swym majestatem. 



— W państwie coraz lepiej się działo, — tak myślał mo- 
narcha, bo coraz mniej nachodzili go poddani o ratunek i ra- 
dę. Wykształcił ich, przejęli się jego nauką. Był bardzo 
dumny z tego i spoglądając z góry na swój kraj kwitnący, 
czuł się bóstwu równy. I rzekł raz do najwyższego sługi 
swego, bardzo uczonego doktora: 

— Jeżeli ty równie mało masz chorych, jak ja skarżą- 
cych się, zaiste, uczyniliśmy szczęście ludzkości. 

Ale uczony doktor głową potrząsnął i odparł posępnie: 

— Tak, i mnie braknie chorych, ale choroby nie usta- 
ły, tobie braknie skarżących, ale nie skarg. 

— Nie rozumiem cię. 

— Moi chorzy idą do źródeł cudownych, zbierają jakieś 
zioła, każą się oszustom magnetyzować, okadzać* — a twoi 
skarżący się i cierpiący — idą tam, w góry! 

— Po co? 

— Do tych trojga, których-eś tam wygnał. 

— Jakto? Ta nędza jeszcze nie zginęła? 

— Spojrzyj tam — na tę ścieżkę. Zali zamrą głodem tacy, 
którzy mają tylu wyznawców! 

Mocarz oczy dłonią okrył od słońca, które z za gór 
tych biło, i ujrzał na ścieżce wielką moc ludzi, drapiących się 
mozolnie ku szczytom. I umilkł, jakby tknięty razem bolą- 
cym, i oczy zupełnie zasłonił. 

A potem się porwał, wielkim gniewem zdjęty. 

— Na śmierć je dać... mordercę ludu mojego! 
Zawołał straże i postał je w góry z wyrokiem. 

Czekał godziny, czekał i dnie — straże nie przyniosły mu 
głów straconych, jak był rozkazał. 

Rajcy jego siedzieli wokoło posępni, jakby znudzeni 
i senni, w pałacu jakby pustką wiało. 



— Idźcie, zwołajcie lud mój do mnie!— rozkazał. 
Poszli, nie kwapiąc się od domu do domu, kołacząc we 

drzwi, wzywając do pana. 

Ludzie słuchali jeduera uchem wezwania i odpowiadali 
lekceważąco: 

— Niech zaczeka stary, mam robotg. żadnej nie mam 
sprawy z nim! Może sąsiad pójdzie. Syna wyprawię. 

— Niech-no ojciec wróci, to może on pójdzie! 
Ale się żaden nie kwapił. 

Zamiast poddanych, zebrali się urzędnicy, i ci napełnili 
stopnie majestatu, ale nie czekali mowy, a poczęli skargi 
i raporta. 

Dzieci umykały często ze szkoły, poborcy natrafiali 
na opór i drwiny, straże przejmowały kłamliwe pisma, mło- 
dzież wygwizdywała profesorów, kobiety głośno dopominały 
się domów modlitwy, starcy, zamiast pomocy władzy, ula- 
twiali swoim rodzinom pielgrzymki w góry. Państwo było 
zachwiane od fundamentu do szczytów. 

Władoa zawrzał bezmiernym gniewem i począł je chłos- 
tać* biczem i lżyć. 

— Zdrajcy! Tchórze! Gdzie bronie wasze, gdzie moc, 
którą wam dałem. Precz mi stądl Do dzieła — i nie pokazuj- 
cie się, aż lud cały przyprowadzicie mi na kolanach, do stóp 
moich! Inaczej, biada wam! 

Przerażeni urzędnicy rozpierzchnęli się. 

Władca pozostał sam i poczuł gorycz w sercu, ogień 
we wnętrznościach i jakiś niepojęty lęk. 

Dzień się miał ku schyłkowi, ale nikt do niego nie przy- 
bywał służbę pełnio, i nie wracali ni rajce, ni stróże, ni urzę- 
dnik'. 

Tedy odwrócił oczy za słońcem i ujrzał, jak, zachodząc, 
złociło szczyty, z za których nazajutrz o świcie miało wystą- 
pić promienne. 

Wokoło jego majestatu kładły się cienie nocy i chłód 
go ogarniał. 



Tedy go zdjęła zgroza śmiertelna i strach, zali ujrzy I 
poranek i co mu jutro przyniesie. Wielkim głosem zawołał • 
uczonego doktora, najwierniejszego z rajców. 

Po pustym pałacu echem poszło wołanie, i nikt na dk 
nie odpowiedział. 

U doktora w domu dogorywała małżonka ukochana 
a on poszedł w góry do starca— wygnańca po lilie białe, er 
u źródełka rosły. 

Marya Rodziewiczówna. 



jj fc-^-^ 



Fantazja. 



Umierała... Od ludzi wciąż uchodząc dalej, 

Na gór lodowe szczyty, kędyś w śnieżnej grocie,— 

Odzie w zimnym słońca blasku, jak ostrza ze stali 

Iskrzą się i migocą srebrnych igieł krocie, — 

Osunęła się blada na zbladłe, jak ona, 

Z ułudy barwnych kwieci utkane kobierce — 

Zdradliwa — a jak matka tuląca do łona, 

Bez serca — a nęcąca jednak każde serce, 

Nadzieja, wróżka płooha, wieczna zalotnica. 



Umierała... Zbielały już rozkoszne lica, 
Skąd słodkie upojenie w każdą duszę spływa; 
Zniknął uśmiech, którego pogoda pieściwa 
Droższa, niźli słoneczne promienie dla świata, 
Rozjaśnia mrok rozpaczy, płoszy zwątpień cienie. 
Czasem oddech Ieciuchny z ust jeszcze wylata, 
Jeszcze błyśnie z pod powiek zamglone spojrzenie 
I spocznie niedaleko, — a taka ich władza, 
Że gdzie dojdą, tam zwiędły wnet kwiat się odmładza - 



— 364 — 

1 podnosi z kobierca wonną swoją głowę, 

Tam na chwilę topnieją wnet igły lodowe 

I płakać poczynają kroplami z opalu, 

Jakby łzami rozstania, jakby łzami żalu. 

Umierała ta ludzi wieczysta pieszczocha 

Samotnie, jak wygnanka pod nieznanem niebem, 

Jak kochanka z lat dawnych, której nikt nie kocha, 

Jak matka, oo za wszystkich dzieci szła pogrzebem. 

Chociaż była dla ludzi w ich marzeń topieli 

Wszystkiem, ozem zapragnęli, wszystkiem, czem zachcieli! 

Ozy zwróciły się ku niej śmiertelnemi groty 
Ostrza zawodów ludzkich, co na nitce złotej, 
Wysnutej z jej warkocza, wiszą nad głowami, 
A które blask jej lica przed okiem zasłania 
1 zanim nic" się zerwie, bezpieczeństwem mami? — 
Może zatruł ją gorzki jad rozczarowania, 
Co słodyczą jej własne zaprawiły dłonie; 
Może, zimnym pierścieniem objąwszy za szyję, 
Zdławiły ją tych pragnień niespełnionych żmije, 
Lęgnące się powoli na jej zdradnem łonie; 
Może, widząc przed losem bezsilność swą całą, 
Zgasła z bólu... i oto Nadziei nie stało. 

Nagle dreszcz jakiś przebiegł śród całej natury, 
Nic nie wie, a zadrżała dziwnym niepokojem. 
Drgnęły wód morskich tonie, skał kamiennych mury. 
Co zalękłe doliny groźnym oblicz rojem 
Otaczają, — potężniej, szczelniej się stłoczyły. 
Lód, co twardą powłoką ścina żywe zdroje, 
Jakgdyby utrwalenie poczuł mroźnej siły, 
Zakrzepł mocniej i bardziej ścieśnił więzy swoje. 
Łańcuchy brzękły same, pękło niespodzianie 
Serc kilka, tysiąc liści opadło przedwcześnie; 
Wiatr, co szumiał po lesie i zwykłe swe granie 
Niósł po strzechach i dachach, zajęczał boleśnie 
1 zawył tak straszliwie, jakby wolał: biadał 



Pierwszy, kto ten niepokój spostrzegł pośród świata — 
Był mędrzec, co zjawiska wszech istni en i a bada 
I nad praw ich poznaniem długie strawił lata. 
Mędrzec o wzroku orlim, a sercu z kamienia, 
Go przez czasu otchłanie, przestrzeni bezmiary, 
Przechodzi i rozświetla tajemne pieczary, 
Kroczyc zwolna, lecz pewnie, twardym wiedzy szlakiem. 
A kroczy bez litości, żalu, rozrzewnienia 
Z jednakim wciąż spokojem, z uczuciem jednakiem, 
Za nową śledząc prawdą, jak za nowym łupem. 
Oto przybył i stanął nad Nadziei trupem. 

I stała się rzeoz dziwna: mędrzec niewzruszony, 
Co bez śladu tez w oczach zbadał nędz miliony. 
Bez dreszczu w księgi cierpień zagłębił się zwoje, 
Raz pierwszy nad tym trupem rozdarł szaty swoje 
I zapłakał... 

Tymczasem nieznanego ciosu 
Świadomość serca ludzkie przenika powoli. 
Gromadzą się i trwożni — wielką, tłumną rzeszą 
Do mędrca po wyznanie strasznej prawdy śpieszą. 
Łachman ledwie pokrywa wychudzone ciało. 
Przybyli, z ust spieczonych dech bucha kłębami: 

— „Mistrzu! — krzyczą, — tu jakieś nieszczęście się stało! 
Ty płaczesz, ty, coś nigdy nie płakał nad nami. 
Jakiż cios znów uderzył, mów! Ta postać" w bieli 
Co znaczy?" — Mistrz wzniósł głowę: — „Wyście powiedzieli, — 
Zawoła, — biada! biada!" — Po chwili milczenia, 
Zmierzywszy tłum dyszący łzawemi oczyma, 
Głosem, co wstrząsnął tłumem, jak grom potępienia, 
Rzekł: — „Nadzieja umarła! Nadziei już niema!" 

Rozległa się wieść* straszna śród górskiej kotliny; 
Złowrogiem echem skałom odbiły ją skały, 
Jak lawina na ciche runęła doliny, 



— 366 — 

Potem na równin szlaki zbiegłszy pędem strzały, 
Stoczyła się do morza. Od powierzchni morza 
Uderzyła ku szczytom az w niebios przestworza 
I znów spadła na ziemię nakształt meteoru. 
A tam, w sercu każdego żyjącego tworu 
Od najlichszego płazu do władzy olbrzyma 
Zabrzmiało, jak przekleństwo: Nadziei już niema! 

I s*wiat zaległa eisza, jaka nad mogiłą 
Bywa, gdy już koło niej zamilknie pacierza 
Szept ostatni. Na pozór nic się nie zmieniło, 
Tylko fala, co wiecznie gdzieś dąży, gdzieś zmierza, 
I nie zna odpoczynku o żadnej godzinie, 
Stanęła, bo już nie wie, czy dokąd dopłynie. 
Tylko wiatr zwinął skrzydła i swe rącze loty 
Powstrzymał, bo już zwątpił, czy dokąd doleci. 
Tylko słońce tak tęsknie, tak smutnie zaświeci, 
Tak żałośnie za chmury kryje krąg swój złoty, 
Jakby straciło wiarę, czy jutro znów wstanie. 
I tylko w sercach ludzkich wszelkie spodziewanie, 
Wszelki cel i pragnienie, wiara i otucha 
Zamarły, jakby przyszłość noc objęła głucha, 
Jakby ludzkość zawisła nad przepastną głębią, 
Gdzie groźne skał urwiska ponuro się zębią, 
Żaden błysk nie dochodzi ni z dna, ni od szczytu, 
Gdzie grzmotem przerażenia huczy zrąb kamienny, 
A duch zarówno zwątpił w rozpaczy bezdennej, 
Czy przed nim nieśmiertelność, czy otchłań niebytu!... 

I tłum stał skamieniały, niemy, w ziemię wryty, 
Jak ten, co niespodzianie u nieznanej płyty 
Grobowej przystanąwszy, wyczytuje imię, 
Imię, którego dawno nie wymawiał może, 
Lecz nie zapomniał, — ono na dnie serca drzemie 
I budzi się niekiedy w największym potworze, — 
Imię kochane, Święte: Matki-rodzicielki, 
Więc czuje, osłupiały, ogrom ciosu wielki, 



Ale głosu wydobyć nie może, ni szlochu, 

Stoi, jak garść marnego, zmiażdżonego prochu.... 

Nagle!... Czy to wiatr jakiś nad głów powiał fala,? 
Wznoszą się głowy, szuka spojrzenie spojrzenia, 
W oczach przestrachu wyraz w wesele się zmienia, 
Słowa tłoczą się w ustach, usta ogniem palą. 
Wreszcie głosem tak wielkim prawie, jak głos Boga, 
Wybucha niespodzianie tłum przed chwilą niemy: 
„Mi3trzu! Tyś się omylił! próżna twoja trwoga, 
Nadzieja nie umarła, jeśli my żyjemy! 
Tyś rzekł: niema nadziei, w tej straszliwej dobie, — 
Lecz ona w naszych sercach wciąż króluje dzielna. 
Nie, mistrzu! My dziś prawdę objawimy tobie— 
Nadzieja nie umiera, ona nieśmiertelna!...." 



Mistrz spojrzał... — Już nie było tam postaci w bieli, 
Snąć" w jej pierś z własnych piersi nowe życie tchnęli... 
I znowu lśni Nadzieja w blasków swych rozkwicie 
Wszędzie, gdzie jest cierpienie! wszędzie, gdzie jest życie! 

Ignacy Baliński. ■ 



„Pod wpływem Ballady." 



„Napisać coś do książki pamiątkowej... nie, na to pory- 
wać" się nie będę" — odpowiedziałem sąsiadowi, zachęcające- 
mu mię do wzięcia udziału w tym wyrazie ogólnej czci, jak; 
rodacy niosą największemu swemu poecie. 

Skromny, nad pługiem schylony wieśniak, umie zachwy- 
cać się dziełami wieszcza, umie składać hołd cichy potędze 
geniuszu, zasłudze pracy, wielkości serca, które marzyło „do- 
żyć! tej pociechy, żeby te księgi zbłądziły pod strzechy"— 
czem innem jednak czuć" się wdzięcznym, czuć* się dumnym 
orząc zagon ziemi, która Mickiewicza wydała — czem innem 
próbować drukowanem słowem chwalić króla poetów. Rze- 
kłem więc sąsiadowi, że chociaż śpiewałem nad Wiliją, śni- 
łem nad Switezią, z Gustawem płakałem, bujałem z Parysem, 
to jednak bardziej powołanym zostawiam wyrażenie miłości 
i wielbienia tysiąców. 

Sąsiad przerwał mi sarkaniem na ozęsto spotykany brak 
gotowości i prostoty, a wpadłszy na temat gderania, rozwo- 
dził się nad usposobieniem naszem do próżniactwa, nad bez- 
myślnością też naszą i nad przysłowiową lekkością— dziwigc 
się, że zdrowe, podniosłe myśli wielkiego poety — tak sla- 
bem w sercach rodaków odbijają się echem. 



Słuchałem, i nagle, niespodziewanie stanęła mi przed 
oczami kartka z życia mego, słabościami temi czerniąca się 
na której imię poety jasnemi niegdyś zabłysło zgłoskami — 
lecz nie jako autora dziel znamienitych, nie jako wieszcza 
nowe odkrywającego światy, lecz jako najlepszego przyja- 
ciela, który przemówi! do walczącego z pokusą — przemówił 
potężnie za pomocą najprostszego wiersza i odkrył duszy 
skryfcośoi. 

Tak — najskromniejsza może perełka, lśniąca wśród bry- 
lantów, którymi błyszczy poetycki wieniec Mickiewicza, roz- 
jaśniła mi sumienie i uczyniła mię bogatym w prawdziwo 
szczęście. 

Kto wie, gdyby nie ballada Mickiewicza, możebym o tej 
porze, zamiast ochoczo pracować na polach „malowanych 
zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych 
żytem," był jednym z tych, którzy pod piękną tą ziemią leżą 
wzgardzeni, lub ją aweiti życiem kalają... 

...Wiedzą wszyscy, ile genialny nasz wieszcz niezna- 
nych dróg wskazał, ile wzbudził uczuó szlachetnych, lecz nie 
wie nikt, jak kiedyś, do snu kołysząc niewinnośó, zbudził su- 
mienie grzesznika i był mu prawdy zwiastunem. 

Wspomnienie moje tak żywe pozostało, że łatwem bę- 
dzie odtworzenie, jak gdyby wczoraj przebytych wrażeń, jak 
gdyby wczoraj widzianych fizyonomij, lecz opowiadanie, 
któremu chcę nadać szczerość spowiedzi, trzebaby zacząć 
charakterystyką grającego w niem główną rolę, a więc sie- 
bie samego, a to trudne trochę, i tembardziej trudne, że nie 
tym dziś jestem, kim wówczas byłem. 

Wychowany przez najzacniejszą, tkliwą niezmiernie, 
a nerwową trochę kobietę, wyrosłem na młodzieńca bez 
wielkiego duchowego hartu, lecz sentymentalnego, który ma- 
rzył o ideałach społecznych, o jakichś szlakach gwiaź- 
dzistych, o przyszłości zorzach i bardziej niż do świata, 
tęsknił do samotnych ustroni — „do tych leśnych pagórków, 
do tych łąk zielonych, szeroko nad błękitnym Niemnem roz- 
ciągnionych." 

24 



Dziś jestem najzwyklejszym typem ziemianina, jednak 
na przymiotnik „zamiłowanego" hreczkosieja, jaki sobie zdo- 
byłem, nie byłbym pewnie zasłużył, gdyby już we krwi mej 
nie leżało zamiłowanie rzeczy sielskich. 

Kochałem gorąco kawałek rodzinnej ziemi, kochałem 
go w białości zimowej, w czerwieniącej się dojrzałością je- 
sieni, w złocistem lecie, w zieleniejącej wiośnie — odczuwa- 
łem głęboko czar przyrody iw uroczystej jej ciszy i w tajem- 
niczych szmerach, w gwarze prac zespolonyoh i w chwilach 
burzliwej potęgi. 

Pośród przyrody żyłem ciągle, odkąd na wieś ze szkół 
powróciłem. W godzinach swobodnych z książką i z marze- 
niem najmilej było mi nad brzegiem Niemna, lub w leśnej 
ciszy, dużo też polowałem ,jak prorok patrząc w niebo, jak 
czarownik gadając z ziemią" i rozkoszując się snem, budze- 
niem się i zasypianiem natury. 

Na tle tejże po raz pierwszy ujrzałem swą przyszłą, 
a piękne to było zjawisko, gdy ukazała się na łąoe, wysoka, 
smukła, ubrana za wieśniaczkę, jak Mickiewiczowska Zosia— 
świecąc w promieniach słońca białością rękawów, niby 
skrzydeł, i uśmiechając się, niosła na ramieniu gliniany dzban 
z ochłodą dla spracowanych na świeżo skoszonem sianie. 

Przyrodzie wszystko dobre zawdzięczam... na jej łonie 
śniły mi się rzeczy wzniosłe i piękne, na jej łonie znalazłem 
też najcenniejsze skarby: spokój i pracę. 

Odkąd dzisiejsza żona moja zgodziła się zamienić krótką 
sukienkę na strój ślubny, pozostawaliśmy ciągle w starem 
gnieździe rodzinnem, szczęśliwi szczęściem wzajemnego 
uczucia i jasnego celu pracy. 

Po roku życia we dwoje, na różowe tło miłości z błę- 
kitnych ocząt naszego dziecka barwa słodkiej powagi spły- 
nęła — a były też złote chwile powodzenia w pracy, dowoda- 
mi szozerej przyjaźni upiększone. 

Żona moja córce zupełnie się oddała, nie było nic na 
wiecie poza Kasią, poza tą rozkoszną Kasieczką, zawsze 



— :i7i — 

rozwichrzoną, ząbki szczerzącą, aż przyszła druga samowład- 
na pani w osobie młodszej dziewczynki o smutnych jakichś 
oczętach, o tęsknym uśmiechu, wątła, słodka dziecina, którą 
nazwaliśmy Anią. Miękkie zawsze miałem serce dla wszyst- 
kich „milusińskich", a tak się kochałem w jasnych główkach 
moich pieszczot, że od rozszerzania się n^d ich wdziękami 
tylko to mię powstrzymuje, że nie byłem proszony o ich foto- 
grafie, a nie zajmie pewno nikogo opis niezrównanego 
wdzięku, jaki znajdawałein w odgłosie ich pantofelków, gdy 
spieszyły rano na „dzień dobry," w ich łatwych żalach, 
w wybuchach srebrzystego ich śmiechu. 

Po ośmiu latach życia, wśród pół rodzinnych spędzone- 
go, opuściliśmy cichą wioskę, aby jesień i zimę spędzić 
w Warszawie. 

Straszliwe były jednak nudy dla wieśniaka na bruku 
miejskim; dopóki roboty w polu trwały jeszcze, dojeżdża- 
łem dość" często do mojej „Strugi," potem sąsiedzi wyciągali 
mnie na polowania z „Syreniego grodu," którego urok pozo- 
stawiał mię zupełnie obojętnym. 

Przez trzy miesiące chodziłem jak błędny po szerokich 
i ważkich chodnikach, z niezadowoleniem człowieka, wyrzu- 
conego z dotychczasowego trybu życia i nieużytecznego. 

Nuda, nieznośna nuda, ogarniała mnie, nie wiedziałem 
co z dniem robić! Helena dużo czasu poświęcać musiała 
swej matce; Kasię w przelocie tylko schwyty wałem, gdy 
biegła do zabaw, lub nauki; Ania jedna garnęła się do mej 
piersi, i często z nią godzinkę jaką spędziłem, ale było to 
takie jeszcze maleństwo, że część dnia przesypiała. 

Monotonność wieczorów zabijałem grą w szachy i prze- 
glądaniem pism w cukierni sąsiedniej, gdzie pewnego razu 
przypomniał się mej pamięci niejaki Ferdynand K..., którego 
za kawalerskich czasów spotykałem. Zaproszony serdecznie, 
odwiedziłem dom jego i rozweselony ożywioną gawędką, 
obiecałem się na szereg wieczorów. Ponieważ żona moja, 
w żałobie będąc, nie mogła bywać na zebraniach, ani na wi- 
dowiskach, byłem zupełnie swobodny, a widząc ją zawsze 
zajętą dziećmi, nie myślałem, ażeby czulą moją nieobecność. 



Wysoko ceniłem towarzyszkę życia, widziałem w niej 
wszystkie cnoty: dobroć", tg wielką, przed którą, jak mówił 
Hugo, niedość schylić* głowę, ale ugiąć trzeba kolano, zdol- 
ność do poświęceń, zamiłowanie ogromne prawdy, prostoty, 
a przytem i umysł głębszy. 

Była rai Helena przyjaciółką najlepszą, wypróbowana 
alem ją czasem, w chwilach jakiegoś duchowego niezdrowia, 
nazywał nadto cichą, jednaką; wolałbym ją widzieć' trochę 
nerwową, egzaltowaną, umiejącą chmurzyć się, kaprysić... 

Dziwną jest ta, znana zresztą, właściwość człowieka, te 
mu i to co najlepsze powszednieje, że błękit codzienny wyda- 
wać mu się może za błękitny i patrząc nań, myśli: „Wszak to 
jak zmarzła woda. — Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepo- 
goda?" 

W domu moim panowały: spokój, ład, powaga, pogoda, 
lecz jam czasem wolał wrażenia inne. 

Od jadalnego naszego pokoju, gdzie pod jasnem światłem 
lampy schylały się dziecinne główki obok twarzy matki, łago- 
dnie do nich uśmiechniętej, podobał mi się bardziej salonik, 
w którym coraz dłuższe spędzałem chwile przed zasiadaniem 
do zielonego stolika. 

O kilkanaście kroków od siebie, w mieszkaniu pana -Ferdy- 
nanda, znajdywałem istotę bardzo zajmującą, ożywioną i uprzej- 
mą, lecz nie jego żonę, gdyż ta nie opuszczała prawie swego 
pokoju, będąc sparaliżowaną od pierwszego roku wspólnego 
pożycia, ale krewną Ferdynanda, młodą, piękną wdowę, której 
urokowi ulegać każdy musiał. Niekiedy, gdym przyszedł, 
a była nieobecną, nasłuchiwałem, mimo woli, czy nie wraca. 
Wracała zawsze, przynosząc ze sobą woń fijołków — czasem póź- 
niej, z teatru, przejęta doznanem wrażeniem, lub rozbawiona 
i strojna, czasem wcześniej, ubrana trochę z męska, prawiąc 
z zapałem o ślizgawce i innych rodzajach sportu z zarumienio- 
ną od ruchu twarzą... 

Gdy w domu pozostawała, bawiła się w eleganckiem gro- 
nie znajomych szermierką słów i zachwyconemi spojrzeniami 
słuchaczy, a wtedy śmiała się krótkim, urywanym, drwiącym 
nieco śmiechem; największą sympatyę wzbudzała zaś we mnie, 



— 378 — 

otulona w powłóczystą suknię domową, wspierająca się o po- 
duszki otomany, marząc w półświetle, lub może przeszłość 
wspominając, z białą ręką na książce otwartej leżącą, albo 
przed pianinem, dotykającą z lekka klawiszy. Ta kobie- 
ta o naturze bogatej, kontrastów pełnej, niezwykłej, w niczem 
do kuzyna podobną nie była. 

On przedstawiał typ pospolitego lekkoducha — dowcipne- 
go, przyjemnego w towarzystwie, przechwalającego się, lecz 
mającego też zawsze w pogotowiu ciekawe nowiny. 

Humor jego posiłkował się kosztem prawdy, ale pieprz- 
nemi anegdotami zabarwiony, bawił. Znajomość nasza tylko 
przelotną była dawniej — a poznawszy Ferdynanda trochę bli- 
żej, wiedziałem, że nie nazwę go nigdy przyjacielem. Były 
nawet chwile, w których wzbudzał we mnie niesmak, nietyl- 
ko dlatego, że grą wyciągać lubił pieniądze, ale z powodu ja- 
kiegoś tonu, sposobu życia, dowodzących zarozumiałości i złe- 
go wyohowania. Chodziłem jednak na jego herbatki, najprzód 
z nudów, zachęcony przez żonę, potem, chociaż jeszcze bezwie- 
dnie, nęcony już wdziękiem krewnej pana domu. Tak!... ona 
nie miała żadnego rysu wspólnego z kuzynem, chyba ten je- 
den, że grę lubiła, chociaż czynnego nie brała w niej udziału. 

Ażeby odmalować tg piękną, wyjątkową może istotę, 
wielką trzebaby posiadać obfitość przeróżnych tonów na pale- 
cie, bo i bardzo barwnych i bardzo subtelnych, niepochwy- 
tnych... To też na szkio nawet nie umiałbym się zdobyć, tem- 
bardziej dziś, gdy i światło, w którem ową kobietę widziałem, 
zmieniło się tak bardzo. 

Jeden wykwintny panicz z kola naszego nazwał panią 
Dorę: „un paąuet de nerfs" i próbował kiedyś magnetyzować. 
Uczułem antypatyę do tego człowieka, uczuwać ją zaczyna- 
łem do wszystkich tych, których pani Dora znała trochę bli- 
żej, którzy w lekkim tonie z nią gawędzili, z którymi układała 
wspólne jakieś wycieczki. Przyjaciele jej wydawali mi się 
ludźmi wstrętnymi, a nie rozumiałem, że krytykuję tak ostro 
dla tego, że obok miłości własnej, którą gniewało wyróżnienie 
innych, grat już główną rolę urok tej kobiety. I mnie wy- 
różnienie nareszcie spotkało... 



Naleganiem swem czułem pan Ferdynand sprawił, że 
niemal codzień począłem chodzie do niego na tę filiżankę chiń- 
skiego napoju, który pani Dora, wyręczając chorą gospodynię 
domu, własnemi przyrządzała rękami, pozwalając zachwycać 
się ich kształtem i białością. Przywoływany do gry, niechęt- 
nie podążałem za innymi, raz jednak partyę rozpocząw^zy, 
dawałem się porywać 1 namiętności karcianej i coraz znaczniej- 
sze traciłem pieniądze. 

Pewnego dnia, może wskutek potęgującego się zajęcia, 
w jakie wprowadzała mnie rozmowa z panią domu, a może 
i z powodu zbytecznej ilości wina i koniaku, którymi nas pan 
Ferdynand raczył z przesadną gościnnością, przegrałem był 
niezwykle dużą sumę. Sprawiło mi to wielką przykrość i wa- 
hałem się, czy grad dalej, gdy ramienia mego dotknęła pani 
Dora... dotknięcie to było uściskiem — podniosłem oczy... spoj- 
rzenie jej było pieszczotą. 

Moi partnerzy odeszli byli dla orzeźwienia się winem, 
przytrzymałem rękę Dory namiętnem objęciem, a ona, jakby 
tego wybuchu nie spostrzegłszy, mówiła ze ślicznem, sobie właś- 
ciwem przechyleniem głowy: „Ca ne va done pas? Nie trze- 
ba zrażać się — U faut gagnerf" Jeżeli pan wygrasz — cela me 
portera honheur—essayez — voulez vous?" Stała ciągle bardzo 
blizko, kreśląc na suknie stołu jakieś arabeski, a ja, zapomniaw- 
szy o wszystkiem, wciągałem w siebie zapach fijołków, patrzy- 
łem na delikatny profil, z pod chmury włosów wyglądający, na 
niepokojący wdzięk całości. 

Postanowiłem grac dalej, a korzystając z przerwy, wpaść 
na chwilę do domu dla zaopatrzenia się w większą kwotę pie- 
niężną. 

Klucz od mieszkania miałem ze sobą. Pomimo pośpiechu, 
otworzyłem drzwi jak n aj ostrożniej i na palcach wchodziłem, 
by nie zbudzić" we śnie pogrążonych, było już bowiem po pół- 
nocy, lecz przez przedpokój przechodziła ze świecą w ręku 
służąca i widząc mię, zatrzymała się. Wtedy przypomniałem 
sobie, że nasza maia Ania skarżyła się była w dzień na 
utrudnione przełykanie i z lekkim bólem głowy położyła się 
do łóżka. 



— 375 — 

Na pytanie moje, czy dzieci śpią spokojnie, służąca odpo- 
wiedziała, że przed chwilą młodsza panienka płókala gardło 
lekarstwem i wciąż o pana pytała. 

Doznałem przykrego bardzo uczucia, chciałem wejść do 
pokoju dziecka, a nie mogłem tego uczynić', z obawy, aby mię 
nie zatrzymano. 

Siła jakaś nagliła mię do powrotu, nie pytałem, czy była 
nią chęć odwetu, czy pragnienie zajrzenia w oczy tej, która 
na mnie czekała, tej przesądnej, której moje powodzenie przy- 
nieść miało szczęście. 

Widząc, że służąca stoi, spodziewając się jakiegoś roz- 
kazu, zakłopotany poleciłem zony nie budzić, na co dziewczy- 
na odrzekła: „pani nie śpi," poczem zniknęła za drzwiami. 

Wbiegłem do swego gabinetu, wziąłem pieniądze i jak 
złodziej, skradałem się na palcach ku wyjściu, ale z pokoju 
dziecinnego dochodził głos jakiś, przystanąłem więc przed 
drzwiami i poznałem mowę starszej naszej dziewczynki. 

Przez siostrę musiała być przywołaną i usypiała ją opo- 
wiadaniem. 

Kasia zaczęła w owej chwili deklamować „Powrót Taty" 
Mickiewicza, a deklamowała powoli, z niezrównanym wdzię- 
kiem-i przejęciem. Cienki głosik brzmiał powagą, nawołując 
dziatki do pacierza, a gdy mówił „tata nie wraca," był w nim 
żal i trwoga przed dzikim zwierzem i zbójcami, czyhającymi 
□a ojca... 

Kasia mówiła dalej, pobożnem uczuciem przejęta, a ja 
stałem unieruchomiony dziwnie silnem wrażeniem. 

— Tak!— myślałem — córka moja prawdę powiedziała sio- 
strze w tych słowach: „tata nie wraca," bo choć tu jestem, ale 
nie wracam do swoich, a chociaż nie wstrzymują mię ani bo- 
ry, ani rzeki, i pomimo, iż wiem, że dziecko czuwa, wyczekuje 
mię i uścisnąć pragnie— odchodzę— uciekam w nocy dla zado- 
wolenia rozwijających się namiętności. 

Namiętności te, to są może ci zbójcy, te dzikie zwierzęta, 
grożące moralnemu życiu ojca... Prawda, nagle, niby ostrze 
noża, zatopiła się w mój mózg, słowa z ust dziecinnych wy- 
chodzące, przejęły mię uczuciem winy i wstydu. 



Wielu spotyka pokusy życiowe w wieku wcześniejszym, 
przedemną one teraz stanęły.. Życie układało się było w ten 
sposób, ze złe skłonności spały gdzieś na dnie mej duszy, leci 
oto dnie próby nadeszły... Miałze być „wiek męski, wiekiem 
klęski," miałżem stać się szulerem... rozpustnikiem? 

Głos Kasi wołał do Nieba z czułością wielką: „Zmiłuj 
się, zmiłuj nad tatem!" Silnie wzruszony słowami naiwnej 
tej modlitwy, położyłem rękę na klamce od drzwi wiodących 
do pokoju dzieci, zapragnąłem gorąco przycisnąć je do serca, 
jak ojcieo z ballady, ucieszyć mym widokiem i zostać z nie- 
mi. Nagle kroki jakieś dały się słyszeć, puściłem klamkę, 
drżącą ręką otworzyłem drzwi wchodowe i wybiegłem na 
ulicę. 



Pani Dora stała pośrodku salonu zamyślona, w dal 
gdzieś patrząca, rozjaśniła się na mój widok i pociągnąwszy 
do sąsiedniego pokoju, rozmawiała dłuższą chwilę: 

Mówiła, że mi jest wdzięczną, iż nie nazwałem jej „za- 
bobonną", a wróciwszy, dałem dowód, że dbam „o jej szczę- 
ście," bo szczęścia tego bardzo potrzebuje, chociaż często 
śmieje się przed obcymi. Nigdy nie okazała się tak ser- 
deczną, wylaną, wzbudzającą współczucie i ufność, jednak 
dziwnie byłem nieswój od chwili przybycia. Nie mogłem 
zapomnieć o wrażeniu, w domu doznanem. 

Siadając do kart, myślałem: nie wrócił więc ojciec do 
dzieci, takich dobrych dzieci, oddanych mu... 

I dziś rano, i wczoraj, i tak często w ostatnich czasach 
prosiły maleństwa, abym od nich nie odchodził, a nie słu- 
chałem próśb, niecierpliwiłem się, postępowałem, jak nie- 
czuły ojciec, alem winy nie rozumiał. 

Dziś winę poznałem, a nie słucham głosu opowieścią 
Kasi zbudzonego sumienia, za chwilę może przegram duże 
pieniądze... pieniądze dzieci... 

Po paru jednak rozdaniach kart chodziło mi już tylko 
o to. w jaką stronę obróci się szansa... 



Przegrałem, — pani Dora patrzyła na przebieg partyi 
swemi piwnemi, niespokojnemi -oczami, widziała, ze wziąłem 
do serca stratę poważną, w której ona, ulegając przesądowi, 
tracić mogła wiarę w swoje szczęście; lecz nie okazała roz- 
czarowania, owszem, chciała mię rozpogodzić i wiedząc już 
zapewne, jak duży wpływ wywierać na mnie zaczyna, pytała, 
czy nie zechcę ,,za karę" towarzyszyć jej nazajutrz na publi- 
czną zabawę, na której pragnęła być przez ciekawość. Na- 
turalnie, że na wezwanie odpowiedziałem z zapałem — pierzch- 
ło niezadowolenie z siebie samego i z przegranej. Okoli- 
czności miały zbliżyć mig znowu do tej kobiety odurzającej... 
Żegnając się, obiecała dać mi wskazówki nazajutrz i stawić 
się wcześnie na karty rozkazała. 

W domu, gdym późno wstawszy, pokazał się około po- 
iudnia, znalazłem żonę pocieszoną zmniejszeniem się gorączki 
Ani; nie wiedziałem nawet, że gorączka była... Spędzi- 
łem parę godzin z maleństwem, które leżało trochę osłabione, 
podlegając zupełnie jego woli, bawiąc się lalką, której musia- 
łem być fryzyerem, a nowe, moich pomysłów uczesanie tak 
..Pięknotce" było do twarzy i tak uszczęśliwiało dziecinę, że 
mówiła, iż chce chorować, by mieć tak dobrego towarzysza. 
Jednak bul gardła wzmógł się i gdy o szarej godzinie 
Ania zadrzemała na raojem ramieniu, oddech jej wydał mi 
się przyspieszony. 

Poleciwszy żonie, która dziwnie jakoś milcząca siedzia- 
ła z nami, wezwanie lekarza, uwolniłem się z objęć dzieciny 
i zdając sobie jasno sprawę, że postępuję źle — poszedłem do 
Ferdynanda. 

Po skończonej partyi pani Dora, wziąwszy mię na bok, 
ułożyła plan zabawy i kazała zajechać po siebie i przyja- 
ciółkę. 

Wbiegłem do domu, ażeby zmienić ubranie— pragnąłem 
nie być widzianym, więc nie przywoływałem służącego, lecz 
większe niż kiedykolwiek dokładałem staranie do swej toale- 
ty, a ręce mi drżały, gdym krawat wiązał... Rzuciwszy 
w lustro ostatnie spojrzenie, wstałem i gorączkowo nakładać 



— 378 — 

zacząłem rękawiczki, gdy przykrym dźwiękiem obił się o ni; 
uszy skarżący się głos Ani i uspakajający glos matki. 

Pokój mój od pokoju dziecinnego oddzielony był małym 
salonikiem, do którego wszedłem na palcach: — nie chciałem 
w tej chwili spotkać się z żoną, bo po raz pierwszy musiał- 
bym kłamać przed nią, gdyby o cel wycieczki mej pytała— 
albo wyznać, że już myślą i wolą ją zdradzam. 

Żona czule prosiła dziecko, ażeby wzięło lekarstwo, po- 
lem dziękowała mu w tkliwych wyrazach, a obiecując 
wszystkich życzeń spełnienie, do snu skłaniała. 

„To mię uśprj bajeczką," odpowiedziała Ania, a na py- 
tanie jaką usłyszeć pragnęła wymieniła: „Powrót Taty."— 
Matka zrazu nic nie odrzekła, posłuszna jednak dziecinnej 
prośbie, zwolna mówić balladę zaczęła. 

Glos jej przed chwilą czuły, błagalny, zabrzmiał głucho: 
pierwszą strofkę powiedziała, jakby w żałosnej zadumie — leci 
drugą zacząwszy, na słowach: ,,we łzach go czekam," nagle 
urwała, chwilę trwało milczenie, usłyszałem tłumione łkanie 
i glos przerażonego dziecka, które wołało: „Co tobie, ma- 
mo?" Lecz już żona śmiała się do córki, mówiąc w pocałunku 
jakieś zdanie, kończące się słowami: „widzisz, jak to źle byo 
chorą"... Chciała widocznie odwrócić w inną stronę uwagę 
dziecka — złożyć wybuch żalu na karb nooy nieprzespanej... 

Stałem jak przykuty, nie mogłem wierzyć, żem słyszał 
płacz mojej, zawsze spokojnej, dzielnej zawsze żony. 

Nie domyślała się biedna, żem obok, żem przy niej, przy 
córce, a jednak do nich nie wracam. Tuląc znerwowane 
dziecko, mówiła mu, że nie ono ją smuci, że jest zawsze do- 
brem i że modlić się powinno, by inni także byli dobrymi, 
nie mieli gniewu, ani żalu, ale serce zawsze gotowe do ko- 
chania... 

Słuchałem zdumiony. Nie, jam żony mojej nie znał! 

Więc pogoda, z jaką mię przed kilku godzinami witała, 
była wywalczoną... Ona, nie skarżąc się, cierpiała nad moją 
częstą w ostatnich dniach nieobecnością, pod śmiechem kry- 
ła łzy, ból... 

Nie wiem, jak długo byłbym stał w tym saloniku w mo- 



— 379 — 

jem wieczorowem ubraniu, gdyby nie odgłos kroków, który 
zbudził mię do rzeczywistości i... konieczności. 

Z myślą o żonie, która nabrała w jednej chwili jeszcze 
wyższej ceny w mych oczach, jechałem po panią Dorę. Czu- 
łem, żem zupełnie stracił swobodę umysłu, zdolność" do ba- 
wienia i milczący musiałem nudnym bardzo się wydać". To 
też panie tyle mi kazały pić szampana, żem dał się wkońcu 
rozweselić*. 

One same wyglądały niezmiernie ożywione, ruchy i wy- 
rażenia miały dziwnie swobodne, a suknie zaledwie okrywa- 
jące ciała. 

Dora chce się odurzyć*, mówiłem sobie, sam już ulegając 
mocy wina, mocy tego powietrza gorącego, przesiąkniętego 
upajającym zapachem fijolków. 

Była chwila, pamiętam ją, jak przez sen, w której 
na wpół przytomny, powiedziałem pani Dorze, iż możnaby 
oddać pól życia za ucałowanie jej rąk, czy jej ramion... Na- 
gle przed oczami memi stanęła żona, mówiąca dziecku: „we 
łzach go czekam"... wytrzeźwiłem się i zdziwiony, żem nie 
obraził mej towarzyszki, a sam wstydu i niesmaku doznając, 
wytłómaczyłera się niepokojem o córkę i uciekłem jeden 
z pierwszych. 

W śnie jakimś dziwacznym postać* pani Dory ukazywa- 
ła mi się odarta z tej godności niewieściej, w którą ją dotąd 
stroiłem, ale nie mniej urocza bez osłonek... 

Zaledwie wstałem, wręczono mi bilecik tej mniej więcej 
treści: 

,, Jeżeli krótka nasza znajomość ma jakiś urok w oczach 
Pana, będziesz dziś u nas, będziesz tylko dla mnie. Powiem 
ci może więcej, niżbym chciała, lecz nie dain ulecić* chwilom 
możliwego szczęścia! 

„Pragnąłeś pan dotknąć* ustami mej dłoni — je voits aban- 
donnc mes dtux mains. Dora." 

A więc nie wino rozmarzyło te piękne, zagadkowe 
oczy, które dla innych lśniły się dowcipem i mrużyły zdaw- 
kową kokieteryą, podobałem się, byłem kochany... Ko- 
chany?... 



— ;isn — 

Tak — miłością zwą przecież pociąg kobiety do 
mężczyzny, i ja czułem ten pociąg ku Dorze i ja wiec ko- 
cham?... Jeżeli kocham, czuję, się zdolnym poświę cić jej ży- 
cie?... Nie, z żoną nie rozwiódłbym się nigdy, za nic na świe- 
cie nie zgodziłbym się rozstać z nią i z dziećmi! 

A więc od Dory tylko poświęcenia czekam i spodzie- 
wam się, że niezwykła ta istota uczyni wszystko co zechce... 

Lecz czegóż chcę? No, niczego coby zmianę w me 
życie wprowadziło. 

Nie życzę utracić żadnego ze skarbów, które posiadam 
pragnę widzieć zawsze w mym domu, około siebie pogodne 
twarze, czuć się w rodzinie kochanym, szanowanymi swobo- 
dnym. 

Wprawdzie żona swobodę mi zostawia, może i kochać 
zawsze będzie i witać nadal potrafi uśmiechem, lecz musi 
cierpieć, bo cierpi już teraz... 

A więc nie o pogodę twarzy Heleny mi chodzi, ale ojej 
szczęście. 

Mógłżebym szczęście dawać, zdradzając?... Czy też trze- 
ba się wyrzec szczęścia żony — albo grzechu?... 

Jest droga jedna tylko... droga codziennych oszu- 
kaństw... małych kłamstw, które chociaż wstręt mi sprawia- 
ją, mogą być użytecznemu. 

Nie, jaki zasiew — taki plon!... 

Kłamstwo nie może wydać zadowolenia, spokoju. Ja 
nie chcę, ażeby kiedyś tajemnicę moją odgadła ta czysta, ta 
oddana mi — a nie potrafię udawać. 

Cóż byłoby, gdyby się dowiedziała!... 

Na myśl o łzach żony, o krzywdzie, którą jej wyrzą- 
dzam, wielki żal przejmować mię zaczynał, a żal ten zapra- 
wiony był czułością. 

Przeszło godzin kilka nad wyraz męczących, trzeba by- 
ło iść dziękować za słowa nadzieją przesiąknięte, słowa te 
przyszły tak niespodzianie... nie mogłem zdobyć się na od- 



Dora stawała przed oczami memi w lekkiej, opadającej 
liej sukni, nie ta, smutna, otwierająca serce z zaufaniem 



— 381 — 

dziecka i serca pragnąca, ale śmiejąca się, zmysłowa, ka- 
pryśna. 

Wiedziałem, że skoro pójdę, skoro tg kobietę zobaczę, 
marzącą jak dawniej w półcieniu, to powiem, to uczynię coś, 
co wiąże mężczyznę, co będzie pierwszą między nami spój- 
nią... a jako przegrywka do tych myśli, dźwięczały mi w du- 
szy słowa z ballady: „ranki i wieczory we łzach go czekam 
i trwodze." 

Nie chciałem za nic w świecie zobaczyć żony, posły- 
szawszy więc pukanie do drzwi, rzuciłem się ubrany na łóżko 
i udawałem, że śpię. Nikt do pokoju nie wszedł, ale u progu 
drzwi mych rozmawiano i rozpoznałem głos lekarza. Wia- 
domością akich służący udzielił mi był przy obudzeniu się mo- 
jem, były więc fałszywemi. 

A może córeczka moja istotnie czuła się wpierw lepiej, 
ale przyszło nagle pogorszenie, może znaczne, może nie- 
bezpieczne? 

Doświadczałem męczącego nad wyraz uczucia, dzieci 
dotychczas zdrowo się chowały, nie" znałem silniejszego nie- 
pokoju, możliwość nieszczęścia śmiertelnym dreszczem mię 
przejęła. Myśląc tylko o dziecku, jak nieprzytomny biegać" 
zacząłem po pokoju. Nagle przypomniałem sobie list i posta- 
nowiłem odpisać, że przyjdę jutro, że dziś nie mogę — znowu 
zapukano do drzwi, otworzyłem je — stałem przed Heleną. 

Twarz miała wzburzoną, zrazu mówić nie mogła, po 
chwili zdławionym głosem oznajmiła mi, że gorączka podnosi 
się, że lekarz zaniepokojony przywołać ma kolegę, że Ania 
prosiła, bym przyszedł. 

Musiała żona zobaczyć przerażenie na mej twarzy, gdyż 
idąc obok, wzięła moją rękę i rzekła ze zwykłą słodyczą: 
,,Nie chciałam cię trwożyć, ale dziecko prosiło i... tak ciężko 
samej"... Nie było już dzielności w tej biednej matce! 

Stanąłem przy łóżku Ani i ucałowałem pałającą jej twa- 
rzyczkę. Chwyciła mię rękami za szyję i długo trzymała 
przy gorących usteczkach. Cisza panowała chwilę, w której 
słuchałem szalonego bicia pulsów dziecka, aż nagle Ania 
zerwała się na kolana i nie widząc mię już, wolała, wyciągając 



— 382 — 

przed siebie ramiona: „tata nie wraca... mój Boże: zmiłuj sig 
nad tatem! patrzcie tani, jak straszno, jr.k ciemno, pełne 
zwierza bory i pełno zbójców na drodze!" 

Otaczałem rękami gorączkująca, biedaczkę, mówiłem, 
że jestem przy niej, że proszę, aby się uspokoiła, Jęcz mienie 
widziała, nie słyszała, oczy szeroko przerażeniem rozwarte 
trzymała utkwione w przeciwległą stronę i wołała: „noże 
mają za pasem, miecz u boku, coś mówią do taty, ten pod- 
niósł buławę!..." Z krzykiem, którego nigdy nie zapomnę, rzu- 
ciła się ku mnie i schowała twarz swą na mej piersi. 

Okrywałem ją pocałunkami, błagając, by nie lękała się, 
bo „tata powrócił," ale chore biedactwo, podniósłszy zimnym 
potem zroszone czoło, patrzyło na mniejak na kogoś obcego. 
Trzymając za ramiona, oddalała i zbliżała twarz swą do mo- 
jej twarzy, wpatrując się pilnie, i nagle odtrąciła mię z krzy- 
kiem przerażenia, rzucając się ku matce. 

Bez oddechu w piersi śledziłem drżące dziecko z obawa, 
ażeby znowu twarz moja nie wznieciła w niem trwogi. 

Dlaczego odepchnęła mię z takim przestrachem, pyta- 
łem siebie, czy dlatego, że ciągle mię jeszcze nie poznaje, 
czy może w dziwnym tylko stanie nerwowym grzeszne myśli 
wyczytała w mej twarzy i nie chce takiego ojca? 

To ostatnie przypuszczenie wydało mi się możliwem 
i przepełniło kielich goryczy... 

Zwolna dziecko uspakajało się, skarżąc się z cicha juz 
tylko, wreszcie usnęło- Jakże się wloką godziny, spędzone 
w trwodze przy łóżku drogiego chorego — liczyć" je trzeba na 
lata, na wieki!... 

Posłałem prosić" lekarzy, lecz długo nie przychodzili. Co 
chwila, gdy tylko milknął oddech Ani, serce bió we mnie 
przestawało, mogła umrzeć"... umarłaby z tym wstrętem * 
strasznym, jaki był w ostatniem jej spojrzeniu! 1 któż 
umrzet ! by Ani pozwolił, jeżeli nie ojciec? — myślałem, łamiąc 
ręce w rozpaczy; biedna matka, czuwając sama w początkach 
choroby, nie rozpoznała może niebezpieczeństwa, zapóźno po 
radę posłała, lub wskazówek nie potrafiła wypełnić. 

Na dnie sumienia mego odzywał się głos: „A cóż wart 



ojciec, usuwający się od najświętszych obowiązków i na co 
zasługuje?" Śmierć dziecka wydafa mi się okropną, chociaż 
słuszną karą wyższej sprawiedliwości, lecz wiedziałem, że 
kary tej nie przeniósłbym. Na kolanach przy łóżku Ani, "ze 
łzami gorącemi błagałem Boga o litość i postanowiłem żyć 
dla rodziny i tylko w rodzinie. 

Nareszcie przyszli doktorzy. 

Po zbadaniu śpiącego zawsze dziecka nie wyglądali na 
zatrwożonych bardzo jego stanem, objawy nieprzytomności 
uważali za skutek goryczki, często u nerwowych dzieci spo- 
tykany, a wylęknienie moje nazwali także zdenerwowaniem, 
spowodowanem bezsennie spędzonemi nocami. 

Nie dziecku poświęciłem je był, niestety! Lekarze 
odeszli, zostawiając mię w niepokoju, gdyż nie dowierzałem 
pocieszającym ich słowom; a ciężkie wyrzuty sobie czyniąc, 
stwierdzałem prawdę zdania: „Cierpi człowiek, bo służy sam 
sobie za kata, sani sobie robi koło i sam się w nie wplata..." 
Nareszcie, koło rana, gdy pierwszy blask dnia padł na 
czoło mojej ukochanej dzieciny — ona, przeciągając się, roz- 
tworzyła oczy i zarzuciwszy rączki na złotą główkę, spojrza- 
ła na mnie, mówiąc powoli, zwykłym swym głosikiem: 
„Pewno już późno, a tatuś jeszcze przy mnie, kochany tatuś!" 
Znowu klęczałem przy dziecku, — lecz już ze łzami po- 
ciechy odpowiedziałem mu; „Zmiłował się Bóg nad tatem..." 
Zrozumiałem, że lekarze mówili prawdę i że niebezpie- 
czeństwo nie grozi. Przepełniony olbrzymią radością, nie 
opuszczałem już prawie rekonwalescentki, bawiłem ją, przy- 
rządzałem jedzenie i lekarstwa, głośno czytałem, a gdy 
drzemała, opierałem głowę o poduszkę dziecka i w błogim 
pół-śnie spędzałem rozkoszne chwile. 

Tak mię ta choroba, a raczej ostatnia noc trwogi zgnę- 
biła, że miałem uczucie człowieka, który sam z ciężkiej 
niemocy powstaje, a zatracił pamięć innych przebytych 
wrażeń. 

Raz, gdy siedziałem przy mojej maleńkiej, która leżała 
cichutko, służący oddaje mi list od pani Dory. Zerwałem się 
z miejsca i pobiegłem do swego pokoju. 



— 384 — 

List przychodził z prowincyi, mówił o jakiejś ko- 
nieczności, której ulegając, wyjechać musiała, o złości ludz- 
kiej, o goryczy życia i kończył się prośbą o radę, opiekę, 
o dowód uczucia. Wiedziała, że w domu moim była choro- 
ha, więc przebaczyła milczenie, lecz teraz, po raz ostatni 
udaje się do przyjaciela, a jeśli ten przybędzie na miejsce 
wskazane, potrafi mu być wdzięczną i dobremi obdarzyć 
ohwilarai. Kreśliła obraz przyszłości, upajającej dla tego, 
kto na szczęście zasłuży, lecz byl i dopisek, a mówił, 
że jeślibym nic uozynić dla niej nie chciał i zapomnienia 
pragnął, miałem odpowiedzieć otwartą kartą temi kilku 
słowami: „Soutenł homme varie." 

Sądziłem, że zapomniałem był o wszystkiem, lecz w miarę 
czytania listu, pisanego pod wpływem silnego wzruszenia, 
traciłem spokój, przy ostatnich zaś wyrazach krew uderzyła 
roi do głowy. 

Odrzuciłem wszelką myśl zbliżenia, ale budziła się tę- 
sknota za wrażeniami i mówiła mi, że moim obowiązkiem by- 
łoby stawić się tam, gdzie woła kobieta, współczucia, pomocy 
potrzebująca. 

Jakże słabym jest człowiek, jak skłonny do oszukiwa- 
nia samego siebie! 

Nie bardzo wierzyłem, ażeby istotnie pomoc moja była 
potrzebną — jak nie wierzyłem, ażebym był kochany napraw- 
dę,— tylko fijołkowy liścik przynosił mi dobrze znany zapach, 
i ten to zapach silne postanowienie rozwiewał. Czyżbym się 
jeszcze wahał? — pytałem sam siebie — czyżbym zamierzał 
pomimo uczynionego postanowienia, zostać opiekunem pię- 
knej, wzywającej mię Dory?... * 

Odpowiedz na to była okrzykiem wściekłości. 
Zły na siebie, na świat cały, podarłem śliczne pismo na 
drobne strzępy i rzuciwszy je do kosza, udałem się do córki. 
Idąc myślałem: Nic nie odpiszę, niech przypuszcza, że list 
zaginął, nie podobna okazać się tak niewdzięcznym, tak bru- 
talnym. 

Niema zresztą potrzeby zrywania węzła przyjaźni w tak 
bardzo przykry sposób. 



Temi myślami zajęty i silnie rozdrażniony, zbliżyłem się 
do Ani. Zadumana była jakaś, a gdym zapytał, czemu po 
nagłem mem odejściu nie przywołała nikogo, odrzekła w pół- 
uśmiechu, że serduszko jej mówiło, iż „tata zaraz powróci." 
Dziecko wyglądało smutnie, dotknąłem jego czoła, wyobraża- 
jąc sobie, że przyjdzie znowu gorączka. 

Odpowiedziało mi, że się czuje zdrowe, o niczem przy- 
krem nie myśli i nic mu się złego nie zdaje, jak dawniej by- 
wało, bo wie, że jestem blizko. „Jakie to szczęście, mówiła, 
że ojciec nie kupiec, jak tamten z bajki, że nie potrzebuje je- 
chać po jakieś tam towary." Wzięła mię za. rękę i powta- 
rzała: „Nie puściłabym ja ciebie, choćbyś i chciał gdzie 
uciec." „Nie zechcę nigdy" — odrzekłem, patrząc na tę moją 
dziewczynkę, taką kochaną, taką słodką, a uspokojenie 
wielkie spływało do mej wzburzonej j.rzed chwilą duszy. 

Dziecko darzyło ojca „życiem i zdrowiem..." Położy- 
łem dłoń na jasnej główce, była to moja przysięga. 

Ania zdziwienia nie okazała, a jakby przeczuwając 
ważność chwili, przytuliła mi się do ramienia, szepcząc: 
„Tak — to dobrze!..." 

Nazajutrz, wrzuciwszy w skrzynkę pocztową kartę ze 
słowami: „Soueent homme varie" — poszedłem do p. Fer- 
dynanda. 

Chciałem wytłómaczyć się z dłuższej u niego niebytno- 
śoi i pożegnać zarazem, zamierzałem bowiem wkrótce wyje- 
chać z rodziną, gdyż matka żony przychodziła do sił i moral- 
nej równowagi, a sam potrzebowałem odetchnąć zdrowem 
wsi powietrzem, zasilić niem duszę i wziąć się seryo do pra- 
cy, która już innie czekała na ogrzanej pierwszem wiosen- 
nem słońcem roli. Dodzwonić się do p. Ferdynanda nie 
mogłem. Stróż mię objaśnił, że najprzód wyjechała „ku- 
zynka", a później sam właściciel mieszkania, i chociaż żona, 
która ma być umieszczona w „szpitalu" jeszcze się nie wy- 
prowadziła, gospodarz wynajął już lokal- 

Nie chcąc męczyć chorej . której rozmowa przychodziła 
zawsze z wielką trudnością, udałem się po wiadomości do 
jednego ze wspólnych znajomych. Spaliłem był mosty za 



sobą, ale dowiedzieć się chciałem, czemu p. Ferdynand 
i p. Dora opuścili tak nagle Warszawę. I oto jaki obraz odsło- 
ni on o p rzędem na,. 

W ów dzień, kiedy na miłe wezwanie nie stawiłem sig, 
podczas gry, której, jak zawsze, przyglądała się p. Dora, je- 
den z grających, gwałtownie powstając wśród rozpoczętej 
partyi, rzuca obelgę w twarz Ferdynandowi, wykazuje towa- 
rzyszom, że są oszukiwani przez gospodarza domu z pomocą 
jego kuzynki, gdyż ta, zaglądając w karty przeciwników, 
daje mu umówione znaki. 

Słowa te popiera z niemniejszem oburzeniem inny part- 
ner, mówiąc, ze stwierdził prawdę domysłów, od paru juz dni 
przez towarzysza czynionych. Przychodzi do zamiany gwał- 
townych wyrazów, w których obok napaści, zaznaczających 
całą ohydę, postępku, nie oszczędzono także honoru Dory, ja- 
ko kobiety, a nawet podano w wątpliwość stosunek jej do 
Ferdynanda. 

Strasznie przygnębiony i upokorzony zostałem tą kata- 
strofą. 

W jakiemże towarzystwie obracałem się przez tyle wie- 
czorów, wśród jakich że to kłamstw? 

A więc gościnny Ferdynand rabował naiwnych z tą... 
pokrewną mu istotą! 

Dałem się oszukiwać, dałem się w moim wieku zwabić 
wdziękiem zewnętrznym, jak barwną cykoryą Ów chłopiec, 
któremu „z podmuchem cały kwiat na powietrzu rozleci się 
puchem"... 

I cóżby się stało, gdybym w tern gronie znalazł się 
owego wieczora i usłyszał to wszystko. 

Na razie nie uwierzyłbym zarzutom, więc za obelgi, 
rzucone tej uroczej, tej odurzającej mię kobiecie, zapłacićby 
ktoś musiał... Tak, wiem, że pod wpływem okropnego wra- 
żenia, krew by mi mózg zalała... tak, nie zostałbym obo- 
jętnym widzem tej awantury, zakończyłbym ją pojedynkiem. 

Dziwiłyby się dzieci dnia pewnego, że długo „tata nie 
wraca..." i usłyszałyby może: „nie wróci..." 

Jeślibym zaś powrócił, to z głośnym przydomkiem opie- 



kuna tej pani... której bezmyślnie hołdy składałem... Osła- 
wionemby zostało nazwisko zony mojej, moich dzieci! 

Dziś jeszcze dreszcz mię przejmuje na wspomnienie, jak 
mało brakowało, abym się był stał świadkiem tej sceny, aby 
miecz Boży zawisł nade mną. 

I oóż odwróciło nieszczęście, jeśli nie słowa ballady 
przez troje ust drogich powtórzone, te słowa modlitwy i skar- 
gi, które były mi ostrzeżeniem, podtrzymaniem i... wyba- 
wieniem. 

Z. Zal. 



Dura lex. 



Skończył studya akademickie i myślał, patrząc na chlu- 
bny patent, iż jest wykwalifikowanym malarzem. Roiły mu 
się po głowie tysiączne przedmioty do obrazów, piękne, maje- 
statyczne, okazałe, a po za tymi obrazami widział swoją, wiel- 
kość i sławę. 

Nie byłby dzieckiem XIX Btulecia, gdyby za tą wiel- 
kością i sławą nie widział tez znacznej ilości tęczowych pa- 
pierków, wykonanych z mniejszym artyzmem, niż jego 
obrazy. 

Widział piękną pracownię, jasną, z poetycznym wido- 
kiem, przybraną w kosztowne sprzęty, meble, makaty. Obok 
pracowni był też mały pokoik niebieski, z podłogą pokrytą 
kobiercom, a wśród egzotycznych roślin widział śliczną blon- 
dynkę o niebieskich oczach, z których radość życia tryskała. 

Widział i dalej inne pokoje, równie bogate i piękne, ale 
wyobraźnia kroczyła przez nie szybko do ostatniej w miesz- 
kaniu komnaty, gdzie się nieco dłużej zatrzyma nad dwiema 
jasnemi główkami, chłopczyka i dzieweczki, wystającemi 
z poza stosu zabawek. 



— 389 — 

Myślał o tent wciąż i widział ciągle to wszystko, a z tru- 
dem mu przychodziło obejrzeć* się dokoła swoich biednych 
pustych czterech ścian piątego piętra, gdzie tymczasową 
urządził pracownię, — ale tymczasową, na pół roku tylko, bo 
za pół roku, wierzył święcie, iż w tej innej, wymarzonej pra- 
cowni osiądzie, naprzód sam, nim sie obok wymarzona życia 
towarzyszka nie zjawi. 

Czasem, gdy się rozmarzył, a pożądanie wyobraźni sta- 
wało się silne, gorączkowe, — chwytał pędzel i malował, — ma- 
lował zapamiętale dla tej sławy i dla tej przyszłości. 

Ale mu inne obrazy przed oczami migały, inne osoby 
zasłaniały historyczne postacie, tworzył z trudem, czul swą 
nieudolność czas jakiś, wreszcie tracił zmysł artystyczny 
i myślał, że tworzy dobrze, — ponieważ tak namiętnie chciał 
w swych obrazach dojrzeć doskonałość, a za nią sławę. 

Wystawił w przeciągu roku kilka obrazów, zbył jeden 
zaledwie, za nadzwyczaj nizką cenę.; nic nie przychodziło, 
ani sława, ani zysk, ani wymarzone mieszkanie. 

Po dwóch latach pracy żmudnej, a nieopłacającej się 
spotkał wreszcie ideał, o którym marzył. 

Cóż było robić? Sławy jeszcze nie miał, mieszkania bo- 
gatego też nie, pracownię miał wciąż tę samą; ale przynaj- 
mniej posiędzie swe marzenie. 

Rodzice panienki mniej chętnem okiem patrzalinate ma- 
larza zamiary. Straciwszy niedawno majątek ziemski, tęsknili 
za wsią, woleli gdzieś do świeżego powietrza wrócić za 
córką. 

Ale malarz, w bojaźni utraty swego ideału, wziął na kieł 
i wymalował mały obrazek, tak ładny, że mu go w tej chwili 
nabyto i zapłacono pierwszy raz nieźle. Wpadł z tryumfem 
do rodziców panienki, niosąc pięć tęczowych papierków, na 
których całą przyszłość osnuwał. 

Jeszcze ciotka jakaś niemłoda dodała słówko, iż malarz 
panienkę skompromitował, wystawiająo jej postać na widok 
publiczny w pasterskim stroju, i wkrótce też stanął z wyma- 
rzoną osóbką na ślubnym kobiercu. 



— 390 — 

Minęły dwa lata; do skromnej pracowni dwa pokoiki 
obok przybyły, — ale wcale nieładne, a równie biedne i pu- 
ste, o ścianach wilgocią zbrukanych. W jednym pokoiku 
przebywała zwykle młoda żona malarza, w drugim mamba 
niańczyła jasnowłosą dzieweczkę, ale chude i blade bie- 
dactwo, — nie takie pulchne, różowe, o jakiem marzył uprze- 
dnio pan malarz. 

Z pracą szło wciąż równie ciężko; jedyne zachwyty, 
które spotykały jego dzieła, były to zachwyty żony i niańki, 
publiczność patrzała na nie obojętnie, rzadko co się sprze- 
dało. 

Smucił się malarz, pracował wytrwale, lecz bieda ciągle 
zaglądała mu w oczy, — a razem i jego rodzinie. 

Pewnego zimowego wieczora żona wróciła z miasta 
z gorącemi wypiekami na twarzy. W nocy zdeklarował się 
dyfteryt, malarz ledwie miał za co sprowadzić" lekarza... 

Na trzeci dzień już żona nie żyła i córeczkę udusiła 
błonica. 

Minęły znowu dwa lata, a w dorocznym salonie Akade- 
mii Sztuk Pięknych widniał na pierwszem miejscu obraz 
średnich rozmiarów: wśród nocy, na pustkowiu i piaskach 
zalegających dokoła, stało wyschłe, zczerniałe drzewo, wy- 
ciągające ku górze swe obnażone ramiona. U stóp drzewa 
leżało ciało zmarłej kobiety, tulącej dziecko do łona. 

I cała publiczność" przed obrazem stawała i słychać 
było szmer uwielbienia dokoła, tyle znajdywano powietrza 
w nocnym krajobrazie, tyle boleści i cierpienia na twarzy 
zmarłej ... 

I przyszła wreszcie sława, ale ją boleść" zrodziła podług 
twardych życiowych praw. 

„Dura lex, sed ter/" — pomyślał z smutnym uśmiechem 
malarz, gdy mu wręczono cały stos papierków, — gdy przy 
nim leżał drugi stos wycinków z gazet, które lat kilka upar- 
cie milczały o jego utworach, a dziś ogólnie przed siłą twór- 
czości korzyły czoła. 



— 391 — 

I dziś malarz ma bogatą, wytworną pracownię, duże 
mieszkanie, widok prześliczny, ale niema obok ani ukochanej 
żony, ani jasnej główki dziecięcej. 

Za to jego głowa jest biała i srebrzy się. na słońcu. 
Widzi ją w zwierciedle przed sobą i cieszy się na ten widok, 
bo to mu oznacza, ze już czas blizki, gdy tę pracownię 
opuści i pójdzie do Ojca Przedwiecznego, na którego łono 
złoży wszystkie bóle swego złamanego życia. 

Stanisław Pilecki. 



nieprzyjaciel pól naszych. 



J£ o z strzęf & CŁ 
(Urocystis occulta). 



Rośliny dzikie i uprawne mnogich mają nieprzyjaciół, 
które zowiemy szkodnikami i pasorzytami, podług tego, czy 
one do świata zwierzęcego, czy roślinnego należą. Pojawiają ■ 
się one niemal wszystkie co roku, ale w liczbie tak różnej, 
że niekiedy odszukać je trudno, a innemi laty są plagą praw- 
dziwą. Mały owad: oiezmiarka (Chlorops taeniopus) naj- 
lepszym jest tego przykładem. Gąsienicę jego znajdowałem 
corocznie na Żraujdzi w jęczmieniu, ale w pojedynczych tyl- 
ko okazach. Klęską dla rolnika była ona dopiero w latach 
1891 i 1897, kiedy plon jęczmienia z jej przyczyny spadł do 
połowy na gruntach lepszych, a niemal do zera na lichszych. 

Kwesty a straty tak dotkliwej nie może być obojętną dla 
rolnika, zwłaszcza dzisiaj, w tak trudnych warunkach ekono- 
micznych. Ze zdwojoną więc energią zaczęto badać wszel- 
kie choroby roślin uprawnych i szukać coraz to nowych 
środków zaradczych. Dzięki inicyatywie prywatnej, a prze- 
dewszystkiem czynności instytucyi publicznych, jak towa- 
rzystwa rolnicze, szkoły rolnicze, stacye doświadczalne, ko- 
misje dla badania chorób roślinnych i t. p. nietylko w starej 



Europie ale i w Ameryce północnej, osiągnięto już pod tym 
względem bardzo poważne rezultaty. Wiemy więc dzisiaj, 
że z wieloma plagami można walczyć z nąjlepszeni powodze- 
niem, gdy na inne niema skutecznego lekarstwa, prócz ochro- 
ny od zawleczenia zarazy i wyboru odmian na nie odpor- 
nych. Pierwszym jednak warunkiem, jak w każdej choro- 
bie, jest ich poznanie, czyli diagnoza. 

X nam wypada podążać za tym ruchem i badać, jakie 
szkodniki i pasorzyty grasują na naszych polach i łąkach, 
ogrodach i lasach. 

O jednym z takich pasorzytów chcę dzisiaj słów kilka 
powiedzieć, gdyż jego występowanie na Litwie nie było do- 
tąd dostrzeżo nem, jeśli się nie mylę. Jest to rozstrzępka, 
grzybek, należący do tejże rodziny, co śnieć pszeniczna i po- 
krewny bardzo głowniom owsa, jęczmienia, pszeniey i t. p. 

W Europie pojawia się on na życie, niekiedy na jęczmie- 
niu lub durnicy, w Austryi zaś na pszenicy, wyklinie i lisim 
ogonie. Znaczniejszych strat w plonie zwykle nie wyrządza, 
choć niema w tern żadnej pewności, skoro przeoczyć go na- 
der jest łatwo. Nie spotkałem go dotąd na Zmujdzi, a prze- 
cież w zeszłym roku, w BHnstrubiszkach koło Rosień, znajdo- 
wałem po kilka źdźbeł chorych w każdym rozwiązanym sno- 
pie żyta. Godzi się więc przypuszczać, że wskutek przy- 
jaznych warunków rozwoju, ten grzybek rychło rozgościł się 
na dobre i może w podobnych warunkach o wiele większe 
szkody wyrządzać. 

Za innych główni przykładem, dojrzała rozstrzępka 
wydaje proszek czarniawy, złożony z zarodników, czyli dro- 
bniuchnych organów rozrodczych. Przy młócce, zarodniki 
się rozpraszają, osiadają na ziarnie żytniem, dostają się 
z niem razem do roli przy siewie, kiełkują współcześnie i za- 
rażają młodziutką roślinkę. Niteczkowaty organ odżywczy 
pasorzyta — grzybnia — wrasta w tkankę żyta i w niej się roz- 
chodzi, nie zrządzając szkody wyraźnej aż do chwili, kiedy 
w źdźbłach chorych powstaną nowe, nader liczne zarodniki. 
Nie w kłosach więc, jak nasze głównie zbożowe, ani w ziar- 
nie, jak śnieć pszeniczna, lecz w samem źdźble żytniem two- 



— 394 — 

rzą się długie kresy, wypełnione czarnym proszkiem zarodni- 
ków rozstrzępki. 

Kresy takie spostrzegamy zarówno na pochwie i blasz- 
ce liściowej, jak i na samej łodydze, której część górną 
niszczą one najmocniej, sprowadzając pęknięcia podłużne, 
rozwarcia i dziwaczne nieraz skręcenia. Sam kłos zazwy- 
czaj zanika i nie pokazuje się wcale; niekiedy przecież 
z pochwy wyłazi, jako już martwy i suchy, bądź czysty zu- 
pełnie, bądź też upstrzony czamiawemi kresami na trzonie 
i plewach. 

Dojrzewanie kres zarodnikowych nie odbywa się w jed- 
nym czasie, lecz postępuje na źdźble od góry do dołu; mogą 
być przeto u spodu kresy zaledwie brunatne lub całkiem 
bezbarwne, kiedy u góry są one już czarne i zupełnie dojrza- 
łe. Bywają one różnej, nieraz bardzo znacznej długości i za- 
stępują tkankę żyta, którą zniszczyły. Ponieważ składają 
się teraz z proszku, więc poprzecinana niemi łodyga łatwo od 
wiatru się łamie i rozstrzępia na wązkie paseczki lub ni- 
teczki, a zarodniki ulatują w powietrze lub zostają przez 
doszcz wypłókane. Ale nie wszystkie. Wiele kres, zwłasz- 
cza dolnych, zostaje nietkniętych i zamkniętych, aż do żni- 
wa i młócki, a to tern bardziej, że źdźbła chore są zwykle 
krótsze (i cieńsze) od zdrowych, które są dla nich osłoną od 
wiatru i deszczu. Dla tej to właśnie przyczyny, zarodniki 
rozpraszają się przeważnie przy młócce, a odszukanie źdźbeł 
chorych na polu lub w snopie wymaga wielkiej uwagi 
i pracy. 

Zarodniki rozstrzgpki nie są tak proste jak w głowniach, 
lecz wielokomórkowe; składają się one z 1 — i komórek więk- 
szych, płodnych, i z dziesiątka mniejszyob, płonnyoh, stano- 
wiących jakby korę dokoła tamtych. Średnica ich waha się 
■od 0.02 do 0.03 mm. Kiełkowanie komórek płodnych jest 
bardzo podobnem do śnieci; w wodzie, po 3 — 4 dniach, wyda- 
ją one krótką przedgrzybnią, zakończoną wiankiem 2 — 6 pa- 
łeczkowatych zarodniczków. 

Takie to są główne wiadomości, które posiadamy o bu- 
dowie i rozwoju rozstrzgpki. Nie mamy natomiast żadnych 



— 395 — 

wiadomości o warunkach, które działają na rozszerzenie lub 
powstrzymanie tej zarazy, nie mającej u nas jeszcze poważ- 
niejszego znaczenia. Na podstawie analogii wolno jednak 
przypuszczać*, że jej rozwojowi będzie sprzyjała wilgoć panu- 
jąca w czasie siewu żyta i że gleby ciężkie i wilgotne będą 
bardziej przez nią nawiedzane, niż lekkie i suche. Czy na- 
wóz stajenny ma przytem jakieś znaczenie, o tern tylko na 
drodze doświadczalnej będziemy w stanie sig przekonać 1 . 

Edward Janczewski, 

Prot Unlw. JagtelL 



Rośliny litewskie w poezjach Adama Mickiewicza 



podał 
3>r. WŁ Dybowski. 



Rośliny wdziękiem swoim najbardziej oddziaływały na 
wyobraźnię Mickiewicza, to też żaden z poetów tylu, tak 
często i tak pięknie roślin nie opisywał i z taką lubą tkli- 
wością do nich się nie zwracał, jak nasz poeta litewski: 

„Drzewa moje ojczyste! jeśli niebo zdarzy, 
Bym wrócił was oglądać, przyjaciele starzy, 
Czyli was znajdę jeszcze? czy dotąd żyjecie? 
Wy, koło których niegdyś pełzałem jak dziecię." 

Ile razy poeta nasz florę litewską z jaką inną,, choćby 
najpiękniejszą, porównywał, zawsze mu ona najmilszą, naj- 
droższą i najpiękniejszą się wydawała. 

„Widziałem 

Owe sławione drzewa, rosnące na Wschodzie 
I na Południu, w owej pięknej włoskiej ziemi; 
Którez równać się mogą z drzewami naszorni?" 

Przy takim nastroju ducha poeta te tylko rośliny przy- 
tacza, które rosną na Litwie; jeżeli wspomina obcokrajowe, 
to poto tylko, by, porównywając z litewskiemi, wykazać" ich 



„Stdrtó równać się może z drzewami naszemi? 
Czy aloes z długiem! Jak konduktor palki? 
Czy cytryna karlica z złoclstemi gatki? 
Czy zachwalony cyprys, długi, cienki, chudy?" 

r Przesadnem i mylnem jest jednak zdanie p. Łapczyń- 

skiego, że ..licentia poetica" we florystyce Mickiewicza nie 
miała miejsca; przeciwnie, Mickiewicz dość często posługuje 
sie swobodą poetycką dla podniesienia uroku i wdzigku 
w swych obrazach przyrody. 

Nie systematykę botaniczną wykłada nam w pieśniach 
wieszcz nasz ubóstwiony, lecz wykazuje idealną piękność 
Litwy z całą jej przyrodą. 

„Czemuż pan Hrabia, jeśli w malarstwie się kocha, 
Nie maluje drzew naszych, pośród których siedzi? 
Prawdziwie będą z pana żartować sąsltiazi, 
Że mieszkając na żyznej litewskiej równinie. 

Malujesz tylko jakieś skały i pustynie." 

* Czyż nie zawstydzi ta przepiękna zwrotka swoją ironią 

wielu z nas dziś jeszcze hołdujących obczyźnie?! 

Mamy już dwie prace, traktujące o roślinach wpoezyach 
Mickiewicza zawartych: 

Leopold Wajgel. Obrazki z przyrody zawarte 
w „Panu Tadeuszu." Kołomyja, 1884, — i 

Kazimierz Łapczyński, Flora Litwy w „Panu 
Tadeuszu." Kraków 1894. 

Obie te piękne (każda w swoim rodzaju) i z wielką zna- 
jomością rzeczy napisane prace nie są ani wyozerpujące, ani 
też od błędów wolne; artykuł niniejszy może stanowić będzie 
I pewien rodzaj uzupełnienia i sprostowania prac powyższych. 

i * Dzięcielina. 

„Rumieńcem panieńskim dzięclellna pała." 
1 ' „W kWrą chłopiec zarzuca źrebcom dzlęcieiinę." 

I Za czasów Mickiewicza pod nazwą powyższą były zna- 



ne trzy gatunki: Trifoliura pratense L., T. hybridum L. i T. 
repens L., t. j. wszystkie na łąkach dziko rosnące, zielne i za 
paszę służące gatunki dzięcieliny; nazwa ta przechowała 
się aż do chwili obecnej, chociaż Tr. pratense L. dziś 
powszechnie jest znana jako „koniczyna"; ostatnia ta 
nazwa jest całkiem nowożytną i datuje się od czasu 
wprowadzenia uprawy tej rośliny pastewnej na Litwie. 
Dziś lud tutejszy odróżnia trzy gatunki koniczyny upraw- 
nej: czerWona (Trifolium pratense L.), biała (T. repens 
L.) i szwedzka (Trifolium hybridum L.)" i wszystkie te 
gatunki widzieć* można zasiewane na „sznurach" chłopskich, 
a pomimo to i dziś jeszcze lud tutejszy nazywa „dzięcielina" 
wszystkie trzy, powyżej przytoczone, dziko rosnące gatunki. 
Mickiewicz z rumieńcem panieńskim porównał Tr. praten- 
se L.j pod dzięcielina, źrebcom zarzucaną rozumiał on siano 
łąkowe, zawierające wszystkie trzy gatunki dzięcieliny ^ko- 
niczyny), bo za jego czasów na Litwie koniczyna pastewna 
uprawianą jeszcze nie była. 
Brzezina. 

... we brzozowym gaju 
Stał dworek szlachecki . . . 

Jest tu mowa o Betula alba L., która na Litwie jest je- 
dnem z najpospolitszych drzew, a w powiecie nowogrodzkim 
często cale pagórki pokrywa. 

„Czyi nie piękniejsza nasza poczciwa brzezina, 
Która jako wieśniaczka kiedy plącze syna, 
Lub wdowa męia, ręce załamie, roztoczy 
Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy?'* 

Jest tu mowa o prześlicznej naszej „brzozie płaczącej 1 ' 
Betula alba. Var. pendula Willd., która w powiecie nowo- 
grodzkim nie jest rzadkością i jak w lasach, tak i w ogrodach 

często widzieć się daje. 
Lilia wodna. 

„Na miękkiej wodnych lllljek blelt" 



W powiecie nowogrodzkim są dwa gatunki: Nymphaea 
alba L. i N. candida Presl.; ostatni gatunek jest daleko po-, 
Bpolitszy i znajduje się we wszystkich wodach stojących. 
I Lud tutejszy gatunków tyoh nie rozróżnia. 

„lilia jezior, skroń białą wznosząca nad wodę." 

Jest to ta sama lilia wodna, którą Mickiewicz nazwał 
„lilią jezior." 

Łopuch, po białoruski! tak samo. 

* „A Hrabia bokiem, między wielkie końskie szczawie, 

Między liście łopuchu, na rękach, po trawie..." 

! " Na Litwie łopuchem nazywają trzy gatunki; Arctium 

I mojus Schk., A. minus Brnh. i A. tomentosum Mili. 

U Mickiewicza jest mowa o Ar. tomentosum Mili., który 
w po w. nowogródzkim rośnie wszędzie po ogrodach, zajmuje 
l zwykle bardzo rozległe stanowiska i dosięga więcej niż metr 

» * wysokości. Ar. majus Schk. nigdy w wielkich gromadach 
nie rośnie, lecz najczęściej pojedynczo, w pośród okazów po- 
przedniego gatunku znajduje się. Ar. minus Brnh., jest bar- 
dzo' rzadki i zwykle pojedynczo rośnie. 
Szczaw koński. 

Pod tą nazwą są znane na Litwie wszystkie gatunki 
szczawiu wielkolistnego: Rumei obtusifolius L., Rumex 
Hydrolapathum Huds., R. crispus L. i R. acutus L. Po ogro- 
dach pospolitym chwastem jest R. obtusifolius L., lecz 
i drugi gatunek, R. crispus L., nie rzadko się zdarza. 
Głóg. 
l- Głogiem na Litwie nazywają owoce róży dzikiej; Cra- 

P% taegus L. (zob. Łapczyński 1. o. p. 31) nazywa się albo Krate- 
'1 gus, albo Szakłak. 

Buk. 

„Wysłuchawszy rogowej arcydzieła sztuki, 
Powtarzały je dębom dęby, bukom buki." 



Kazimierz Łapczyński (1. c. p. 34) powiada, że w epoce 
dzieciństwa Mickiewicza mogły róść buki na Litwie i że są 
glosy rzeczoznawców temu przypuszczeniu przychylne. 

Zdanie powyższe jest całkiem bezzasadne; na Litwie 
bowiem nigdy buków nie było, inaczej mielibyśmy bądź 
w pieśniach ludowych, bądź też w nazwach miejscowości 
jakąkolwiek wzmiankę o nich, czego wszakże, pomimo naj- 
skrupulatniej szych poszukiwań, nigdzie nie znalazłem. 

Mickiewicz, chcąc dobitniej wyrazie sędziwość" puszczy 
litewskiej, przytacza drzewa najbardziej długowieczne; obok 
więc dębu nie mógł zrobić" lepszego wyboru jak buk, tembar- 
dzięj, że i rym tej nazwy domagał się. Nazwa buków jest więc 
„licentia poetica" w utworach Mickiewiczu, którą poeta nie- 
jednokrotnie posługiwał się '). 

Jemioła. 

rasy wydrzeć gołębie 

Na wieży, czy jemiołę oberwać na dębie." 

Dąb jest jedynem drzewem, na którem jemioła (viscum 
album L.) nie rośnie na Litwie. Pomimo znacznej na- 
grody, jaką naznaczyłem temu, kto pierwszy dostarczy mi 
gałąź dębu z jemiołą — przez 15 lat nikt mi jej nie przyniósł, 
chociaż w ostatnich czasach całe puszcze t. zw. „księżackie" 
(poradziwtłłowskie) padły pod siekierą kupiecką. 

Modrzew. 



') Że Mickiewicz bardzo ścisłym w używaniu nazw nie byl, mo- 
że posłużyć za dowód następujący ustęp z „Pana Tadeusza": 

„Na końcu wiszę gałki, coś nakształt guzików, 
Które żydzi modląc się, na łbach zawieszają 
I które po swojemu cyces nazywają." 

Rzeczone guziki nazywają się „tflHu", „cyces" zaś są to sznurki wiszące 
u czterech rogów kaftana żydowskiego, „arbę kamfes" zwanego. 



— 401 — 

„Każdą noc prawie, o jednej porze 
Pod tym sie widzą modrzewiem, 
Miody Jest strzelcem w tutejszym borze, 
Kto jest dziewczyna, ja nie wiem." 

Modrzew (Larix europaea L.) dziko nigdzie, a temsamem 
i nad Świtezią nie rośnie. Jest to tylko „licentia poetica." 
W ostatnich czasach modrzew stał się. ulubionem drzewem, 
sadzą, je w ogrodach, parkach lub przy drogach (w mająt- 
* kach: Niańków, Wereskow, Lubcz-, przed laty 20-tu ś. p. mar- 
szałek Ant. Brochocki zasiał znaczna, przestrzeń w lesia, znaj- 
dującym się w majątku Moryniu nad Niemnem). 

Cary. 

„Takeśmy uszły sltanbienla i rzezi; 
Widzisz to ziele dokoła. 
To są małżonki i córki Switezi, 
Które Bóg przemienił w zioła. 

Białawem kwieciem, jak białe motylki, 
Unoszą się nad topielą; 
Uść ich zielony, jak jodłowe szpilki, 
Kiedy Je śniegi pobielą. 



Choć czas te dzieje wymazał z pamięci, 
Pozostał sam odgłos kary, 
Dotąd w swych bańniach prostota go święci, 
I kwiaty nazywa cary" 

W przepięknej balladzie „Świteź", której ustępy przyto- 
czyliśmy powyżej, Mickiewicz opisuje roślinę, rzekomo w je- 
ziorze Świtezi rosnącą i nazywają „cary". Śliczny opis tych 
,, kwiatów" dla botanika jest całkiem niezrozumiały i należy 
je uważać* za roślinę czysto fantazyjną. Jak cała treść tej 
ballady jest wytworem fantazyi ludowej, tak tez i roślina 
musi być - taką. W całej florze litewskiej nic odpowiedniego 
znaleźć nie można. 

Pod nazwą ,,car — ziele" na Litwie są znane dwie, całkiem 
różne rośliny: Hypericum perforatum L. i Petasites offioi- 
nalis Monch., z których żadna do wodnych roślin nie należy. 



Pierwszą z tych roślin lud tutejszy nazywa także „świętojań- 
skiem zielem" lub Hałouki świętojańskie, drugą zaś „podbia- 
łem." Podbiałem nazywają też Tussilago farfara L., a w nie- 
których miejscowościach roślinę Lycopsis arrensis L., rów- 
nież pod tą nazwą jest znana ')■ 

Geranium =Jeranim (bialorus.). 

Lewkonia, Aster, Fiołek (lud nazywa tak samo). 

„A. na oknie donice z pachnącymi ?AóM: 
t Geranium, lewkonia, astry 1 flólkl." 

Pan Łapczyński (1. c. p. 65) żadnej z powyżej przytoczonych 
roślin trafnie określić' nie zdołał; żadna z nich bowiem na 
oknie u Zosi znajdować się nie mogła. 

Mickiewicz, pisząc: „pachnącemi ziółki," miał na myśli 
jedną z najpopularniejszych na Litwie roślin doniczkowych, 
która nie jest Pelargonium zonale Willd. (zob. Łapczyń- 
ski 1. o.) *). 

Jest to roślina zielna, wydająca ze wszystkich swych 
części mocny, i, dla niezbyt wybrednego powonienia, przy- 
jemny zapach, przytem ma ona piękne, bardzo misternie wy- 
cinane liście; tym właśnie przymiotom zawdzięcza ona tak 
wielką popularność", że ją wszędzie po chatach chłopskich, 
żydowskich, po zajazdach i we dworach szlacheckich dziś 
jeszcze widzieć" można. Prócz tego jest przesąd na Litwie, 
że zapach tego „Geranium" ma być" usypiający; to też kładą 
liście jego pod poduszkę tym, którzy cierpią na bezsenność. 



') Ażeby dać wyobrażenie czytelnikom, jak wyglądają rośliny, któ- 
re dotąd podciągano pod opis „Carów" podajemy na końcu niniejszego 
artykułu opisy dwóch gatunków, mianowicie: Ledum palustre ł Pe- 
tasites vulgarls Desf. 

*) Gatunku tego ściśle naukowo, dla braku literatury odpowiedniej. 
oznaczyć nie mogłem; posiałem przeto za granicę, gdzie go uczeni nie- 
mieccy dotąd określić nic mogli. O nazwie botanicznej zamieszczę wia- 
domość we „Wszechświecie", skoro tylko roślina nasza określoną zo- 
stanie. 



— 403 — 

tern „Geranium" jest właśnie mowa w powyższym 
wierszu Mickiewicza, trzy zaś inne, razem wspomniane rośli- 
ny, są tylko „licentia poetica", bo żadna z nich do pachną- 
cych ziół nie należy. 

Astry zapachu żadnego nie mają. W doniczkach nikt 
ich nie utrzymuje, bo wybornie rosną pod gołem niebem. 
W czasie żniw Zosia mogła je mieć codzień świeże ze swego 
ogródka. 

Lewkonia zimowa (jak ją p. Łapczyński oznacza) bez 
oranżeryi byt! nie może, a przytem należy do roślin o kwia- 
tach pachnących, ziółkiem pachnącem nazwana przeto byt! 
nie może. 

Fiołek użyty jest wprost tylko dla rymu. Cheiranthus 
Cheiri L. nazywa się na Litwie Goldlak, a nie fiołek żółty, 
jak p. Łapczyński utrzymuje. Mickiewicz używał tylko 
nazw ludowych, które miał w pamięci i z pewnością do bota- 
niki nie zaglądał, pisząc „Pana Tadeusza." Pan Łapczyński 
wyobrażał sobie, że Mickiewicz był w pokoju Zosi i z pedan- 
teryą realisty malarza opisywał ten jej pokój, gdyż powiada: 
„Zosia, jakkolwiek bardzo lubiła kwiaty, nie była jednak tak 
biegłą i cierpliwą ogrodniczką, ażeby zmusić fiolki wonne do 
kwitnienia w czasie żniw," gdyby był zwrócił uwagę na wy- 
razy: „pachnącemi ziółki," to by się przekonał, iż fiołki po- 
trzebne były dla rymu i z tego powodu poeta tu je za- 
mieścił. 

Mickiewicz ścisłym w opisywaniu ulubionych kwiatów 
Zosi nie był, gdyż wylicza takie tylko rośliny, które ani pie- 
lęgnowania szczególnego, ani polewania codziennego nie po- 
trzebują: 

„Był maleńki ogródek ścieżkami porznięty, 
Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty." 

Każe jednak domyślać się, że w ogródku Zosi było peł- 
no kwiatów pachnących: 

„Podróżny długo w oknie stal, patrząc, dumając, 
Wonnymi powiewami kwiatów oddychając." 



Mickiewicz dlatego powyższe rośliny wyszczególnia, ze 
są one ulubionemi przez lud tutejszy i bardzo często dziś 
jeszcze dają się widzieć po ogródkach przy chatach włościań- 
skich. Kobiety wiejskie używały ich do bukietów, poświęca- 
nych w kościele, a takie przystrajały niemi swe głowy, za- 
tykając je między fałdy chustki (namiotki), którą głowy obwi- 
jały. Dziś ten strój coraz rzadszym się staje, bo namiotkę, 
czepki z kwiatami sztucznymi i chustki fabryczne zastąpiły. 

U pana Wajgla (1. c.) jeszcze więcej błędów się znajdu- 
je, nie poruszam ich jednak, gdyż czytelnik, porównywając 
niniejsze sprostowanie, łatwo je sam spostrzeże. 

Tulipan (Tulipa Gesneriana L.) —Tulipan. 

Narcyz (Narcissus poeticus L.).=Narcyz. 
„Wilia w miłej kowieńskiej dolinie 
Śród tulipanów i narcyzów płynie." 

Obie tu przytoczone rośliny do flory litewskiej nie na- 
leżą; poeta, posługując się swobodą poetycką, pomieści! je 
nad brzegami Willi, chcąc przez to ulubioną swą dolinę 
w Kownie, którą dziś nazywają: doliną Mickiewicza, bardziej 
jeszcze uroczą uczynić. I nie mógł zaiste stosowniej szych 
wybrać kwiatów, jak tulipany i narcyzy, które, jak wdzię- 
kiem swym, tak i porą kwitnięcia, najmilsze wrażenie w wyo- 
braźni czytelnika wywołują. 
Groszek. =haraszok. 

Pan Łapczyóski (1. c. p. 70), domyśla się, że groszek, 
u Mickiewicza wspomniany, jest Lathyrus sativus L., a to na 
podstawie tej, że Waga i Jundziłł tak go nazywają. Mickie- 
wicz przytacza nie botaniczne, ale ludowe nazwy, na Litwie 
zaś groszkiem nazywają Vicia tenuifolia Rth., która rośnie 
obficie w zbożach jarych i nasieniem swojem ziarno zanie- 
czyszcza. 

Pierwiosnek. = Kluczyki, Hrabielki. 

„Z niebieskich naji-anszą piosnek 

Ledwie zadzwonił skowronek, 

Najranszy kwiatek pierwiosnek 

Błysnął ze złotych obsłonek." 



- 405 - 

• Jest to Primula reris L., do najrańszych jednak nie na- 
leży. Najrańszym kwiatkiem na Litwie jest Przylaszczka 
Hepatica triloba Gil. 

Trepek królewny. 

„Piersi twarde jak gruszki, a tak małe ich nóżki, 
Że za trzewik dziewczynie swawolnej 
Często służy kwiat pewny, zwany trepkiem królewny, 
Kwiat nie większy od lilii polnej." 

Jedyna roślina, jakiej pod nazwą powyższą, domyślać 
się można, jest storczyk, Cypripedium caloeolus L. Czy na- 
zwa ta w Królestwie jest popularną, sprawdzić tego nie mo- 
głem '). 

Lilia polna jest prawdopodobnie Lilium Marta- 
gon L. 

Obie te rośliny na Litwie do najrzadszych należą, 
w Królestwie zaś nie są rzadkiemi (Rostafiński, Podr.). 

Jaskier. 

„Jak mokry Jaskier wschodzi na bagnie, 
Jak ognik nocny przepada." 

Na bagnie rosną: Ranunculus Lingua L., Raminculua 
Flammula L. i R. sceleratus L. Prawdopodobnie o pierwszym 
tu mowa. 



Gatunki roślin, podciąganych dotąd pod opis „Carów" („Car ziele") 
w poezyi Adama Mickiewicza. 

Ledum palustre. L. Rozmaryn Dziki. Bagno 
świnie. 

Krzew do *' wzniesiony, w odziomku 2—3 dzielny; gałęzie wypusz- 
czające po 3-4 pędów końcowych, starsze wraz z łodygą rudo-cise i nie- 



') albo może jeszcze hodowany po ogródkach wiejskich „Tojad" 
(Aconltum}- 



- 406 - 

co szarawo-na biegle, a młodo rutio-o pilśnione. Liście dość zbliżone, krót- 
koogonkowe, lancetowato równo waz kie fltyt" i Vi"). * brzegu podwinię- 
te, skórzaste, cale drobno gruczołkowate, — z wierzchu nagie, ciemno- 
zielone, a spodem mocno rude lub prawie ceglasto opllśnione? paidasz- 
kogron wiel oświat owy, kwiatki białe, rzadko rdżowawe, do '/," w średn. 

Jedna z najpospolitszych roślin bagnistych leśnych, 
kwitnie w maju i czerwcu. Opisanie roślin prof. dra Ign. 
Raf. Czerwiakowskiego 

Petasites v u I g a r i s. Desf. (Petasises officinalis 
Monch.) (Tussillago petasites). Lepiężnik pospolity. Kłobu- 
sznik. Car ziele. Morowy korzeń. Podbiał szeroki. 

Ziele trwałe, bezłodygowe, z kłębem grubym, gałęzistym, cisawo- 
żdłtym, wydającym liczne wypustki podziemne na 1' długie a na 1" 
w średnicy; z liśćmi eercowatyml o łatach podstawowych zbliżonych, do- 
chodzącymi stopniowo bardzo wielkich rozmiarów — bo nawet 2' w obu 
wymiarach, dwa razy ząbkowanymi, z wierzchu zielonymi a spodem sza- 
rawo miękko włosymi...; z głąbikiem łodygo waty m... na 10" wzniesionym 
obłym, grubym, dętym, czerwonawym, szarawo-opilśniouym, rozgałęzionym 
w wydłużony bukiet z licznych koszyczków, — o przysadkach wielkich 
lancetowatych, czerwonawych; z kwiatami brudno szkarłatnym! .." 

Roślina dośd powszechna po łąkach wilgotnych, po nad 
rowami i strumieniami w całej Europie... kwitnie w marcu 
i kwietniu. (Opisanie roślin prof. dra Ign. Raf. Czarwiakow- 
skiego.) 

Dla porównania z powyżej przytoczonymi opisami i ry- 
sunkami podajemy opis z Ballady „Świteź": 

Białawem kwieciem, jak białe motylki. 

Unoszą się nad topielą, 
Liść ich zielony, jak jodłowe szpilki, 

Kiedy je śniegi pobielą. 



SPIS RZECZY. 



Słowo wstępne. 

Zdtieckowski Maryan. „Ad altaria tua" 1 

M. T. Wyjątki z nlewydanych dotąd pamiętników Ignacego Domeyki 15 

Usposobienie religijne w Emigracyi 28 

W r. 1837 wyjeżdżam do Ameryki 30 

Jankowski Czesław. Czeczott i Zan w I.eplu 35 

Pawłowicz Edward. Nowogródek w drugiej połowie bielącego stulecia 40 

Oadon Ludomir. Mickiewicz i Jak ob Krawiec 60 

Wysłouch Antoni. Łodziata i Hilary on 68 

Kazimierz P. Ze skarbców kościołów Wileńskich i Trockich .... 06 
Skirmuntłówna Konstancya. Zbliżenia Litwy z Zachodem za Mendoga 

1 Giedymina 112 

SSmer Kazimierz. Rycerstwo wiejskie w okolicach Trok 132 

Manteuffel Guttów. Łotwa i jej pleśni gminne 166 

Część pierwsza. Łotwa 169 

Część druga. Pieśń gminna łotewska 215 

Zaehorski Władysław. Wilno na początku XIX wieku 261 

Ptaszyclri Stanisław. Krotka wiadomość o rękopisach Biblioteki Szczor- 

sowskiej *6i*7' 

Ulifbło Lueyan. Doktór-Poeta 315 

Giełgud Adam. Wychodźcy nasi w Anglii 320 

K». Żyliński Jonat. Litwini w Ameryce 330 

Platerówna Cecylja. Kilka stów o pesymizmie 339 

*** Czy idziemy ku gorszemu 341 

Rodziewiczówna Marya. Wydaleni ... 351 

Baliński Ignacy. Fantazja 363 

Z. Zal... „Pod wpływem Ballady" 868 

Pilecki Stanisław. Dura leux 388 

Dr. Janczewski Edirard. Nieprzyjaciel pól naszych 392 

Dr. Siemiradzki Jtfief. Rośliny litewskie w poezyach Adama Mickiewicza 396 



SPROSTOWANIA. 



■A 15 niej . 

łi pnyp. piaty Jowouta, Ki 

11 i od dohl V«n Dyck 

13 1 od giry mlał> v 

13 3 od dohl zapal 



a od giry 
_._ wpriypinku 
101 1 105 
.2 3 od giry 
.3 15 od giry 
iłwprzyp. i 
118 * pnyp. 'i 
11S 13 od dołu 
~ fi od dołu 



Ig 10 od góry 
128 12 " 

I od dołu 



b od góry 

LTO pnyp. w. l 
173 * od giry 
ISO 10 121 

1 od dotn 
17 od dołu 



BonUskle 
e'ód giry D wińska 



D wińska 



.eh, Do wg 



Pyuc 



^rt^o.^9^Wł 



3 ud góry w ziemi 



siopra>'p3od(Ł 

Ul wyjątek 4 
.. wyJulek S 



U ud dul". 

4 od ilnto 

:«1 14 ud ąfiry 

;«il 2 od dul* 

:»>r. 15 ud ■! 

:ms 4 ud B^rj 

:iii) 3 od civ 

lfi ud d.i.i 



Dnuguwa, lilył, 
j a u ■ a B s J 



ŹnliiK nu]"jkn 



i ki. Rtdei 
r d Lubię 
nieuki, m 



Illllilillll 

B klOS Dli 101 335 



Stanford University Libraries 
Stanford, California 



B 1374 



Return Łhłi buok on or